Skip to main content

Full text of "Alkhadar. Ustęp z dziejów ojców naszych"

See other formats


Google 



This is a digital copy of a book that was prcscrvod for gcncrations on library shclvcs bcforc it was carcfully scannod by Google as part of a projcct 

to make the world's books discoverablc onlinc. 

It has survived long enough for the copyright to cxpirc and thc book to cntcr thc public domain. A public domain book is one that was never subjcct 

to copyright or whose legał copyright term has expircd. Whcthcr a book is in thc public domain may vary country to country. Public domain books 

are our gateways to the past, representing a wealth of history, cultuie and knowledge that's often difficult to discovcr. 

Marks, notations and other maiginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journcy from thc 

publishcr to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commcrcial partics, including placing lechnical rcstrictions on automated querying. 
We also ask that you: 

+ Make non-commercial use ofthefiles We designed Google Book Search for use by individuals, and we request that you use these files for 
person al, non-commercial purposes. 

+ Refrainfinm automated ąuerying Do not send automated querics of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a laige amount of text is helpful, please contact us. We encourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attributłonTht Goog^s "watermark" you see on each file is essential for in forming peopleabout thisproject and helping them lind 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just 
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can'l offer guidance on whether any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
anywhere in the world. Copyright infringement liabili^ can be quite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps rcaders 
discoYcr the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli icxi of this book on the web 

at |http: //books. google .com/l 



Google 



Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznydi pólkach, zanim została troskliwie zeska^ 

nowana przez Google w ramach projektu światowej bibhoteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 

dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 

dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony 

dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając 

długą podróż tej książki od wydawcy do bibhoteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady uźytkowEinia 

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prEice takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostEu^czać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 
Prosimy również o; 

• Wykorzystywanie tych phków jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w nickomcrcyjnycti 
celach prywatnych. 

• Nieautomatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysylanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tlumaczeniEimi maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dostęp do dużych ilości telfstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny"Googłe w łsażdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowyeti 
materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać. 



Hganie prawa 

W ItEiżdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana łisiążka została uznana za część powszecłmego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób tralrtowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych lirajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej użj'wać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Search 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 
tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem [http : //books . google . comT] 



I 

! THE SLAYIC COLLECTION 



l^atiiartr (fDoUege Łibrarg 

GIFT OF 

Archibald Cary Coolidge, Ph.D. 

(CUM of iBS;.! 



Receiyed />i<^ , 1895. 




r 




3- 



I 



BIBLIOTEKA PISARZY POLSKICH. 



TOK Łvn. 



ALKHAMR. 



USTĘP Z DZIEJÓW OJCÓW NASZYCH 



PBCB2 



EDMUNDA CHOJECKIEGO. 



WYDANIE DRUGIE, POPRAWNE. 



TOM TRZECI. 




LIPSK: 

F. A. BROCKHAUS. 
1869. 



\/S^«^v ~1 lo-f.(, // 



E.arv;>:-ć. < ' ::-:.o J-ltjsry 






July 1, 1^95. 






XI. 



X o zajściu przyjaciele odprowadzili Wilczka do domu. 
Oczy krwią ma zabiegły, piana wystąpiła na usta, włos zjeźył 
się , piersiom nie starczyło oddechu, kolana pod nim dygotały; 
nie mógł ustać na nogach. Z trudnością wydźwignął się na 
wschody, wysadził drzwi uderzeniem stopy, i strasząc służących 
obłąkanym wzrokiem, runął na łoże. 

Legł bezwładnie, ale nie zasnął i nie czuwał: zapadł w le- 
targ, pasował się z rozszalałą krwią, która szturmowała mu do 
mózgu i przed zamknięte oczy wyprowadzała płomieniste, pie- 
kielne jakieś obrazy. 

Zgiełk biesiadnej zgrai nieustannie wrzał mu w uszach; 
słyszał ostry dźwięk kielichów, rozgardlone śmiechy, hałaśne 
wykrzykniki, przekleństwa, łomot o ziemię miotanych sprzętów, 
tentent końskich kopyt na posadzce, zwrotki rozpustnych pio- 
senek, chrapliwe nawoływanie służących, wystrzały szampań- 
skich korków, dziwaczne wrzaski toastów; a potem krzyki, 
zwadę, obelgi, zapalczywą bójkę , i znów, nie wiedzieć zkąd, 
niekształtne sploty niby hekatomby ludzkich ciał i martwych 
przedmiotów, uderzenia, strugi krwi, przeraźliwe ryki boleści, 
potworne a faliste ruchy sposoczonych głów, rąk wściekle 
zaciśniętych, i zjadłe zgrzyty rozpaczy, i straszne jęki, i gro- 
bowa cichość — i nagle znowu ostatecznego sądu opętane ko- 
rowody. 

On sam jeden, żywy nieboszczyk, rozkrzyżowany, leżał bez- 
władnie śród szalonego rojowiska; ze zgrozą widział, jak peł- 

Ohojbcki, Alkhadar. III. 2 



zn^ ku niemu kłąb rozszatanionej zgrai , jak dotykał się rąk 
jego i boków, jak wtłaczał się mu na piersi i roztasowywał na 
nich bojowisko upiornej walki. 

Chciał otrząść się — niepodobna 1 Zdrętwiały mu ramiona. 
Chciał wołać ratunku — głosu nie mógł wydobyć. Żelaznemi 
pierścieniami ściskano mu czaszkę, dławiono za gardło, zapusz- 
czano w mózg djabelskie szpony , szpik wiercono w kościach. 
Chciał umrzeć — nie pozwalano mu skonać. 

Minuty, lata, godziny, wieki, wlokły się w tych nadludzkich 
katuszach. Męczennik zebrał ostatnie siły : chociażby mu przy- 
szło od razu wyczerpnąć w nich życie, wytężył muszkuły, stra- 
szliwie krzyknął, porwał się i wsparł na łokciach. 

Znikło widzenie. 

Wilczek głęboko odetchnął, głowę między dłonie pochwycił 
i do koła niespokojnym zatoczył okiem. 

Poznał swój pokój ; siedział zwinięty na swojem łóżku. 

Światło dzienne przez zapuszczone czerwone firanki łamało 
się w fantastyczne barwy ; z daleka dochodził go głuchy szmer 
uliczny ; w pół otwartych drzwiach stał niewzruszony służący, 
wyzwany gws^townym krzykiem , jaki rozległ się w pańskiej 
komnacie. 

Wilczek długo patrzył przed siebie osłupiałemi oczyma, 
zbierał po manowcach szału rozuzdanne myśli, na ociężały ró- 
żaniec pamięci nizał zwolna wspomnienia, przecierał senne po- 
wieki , czuł się jeszcze mocno zmęczonym , rad byłby zasnąć — 
pościel paliła go ogniem. 

Wyskoczył z łóżka, kazał pootwierać okna: brakowało mu 
powietrza. Owionął go świeży powiew letniego poranku i roz- 
pędził powoli ostatnie mgły wczorajszej biesiady. 

Wilczek niebawem znalazł się w obec rzeczywistości. Sta- 
nęły mu przed myślą w dokładnem następstwie szczegóły hu- 
lanki i zajścia. Brwi z gniewem namarszczył ; zaklął na samego 
sobie. Przebudzony z męczącego snu , byłby rad powitać jako 
zniknioną marę , pamięć prawdziwych wypadków. 

Dzielna jego natura zapanowała wkrótce nad chwilowem 
zmęczeniem ciała. Ubrawszy się, odżył na nowo; poczuł się 
rzeźwym , krzepkim , gotowym jak zwykle na dalsze z rozpustą 
zapasy. Sam tylko umysł mu nie wyswobodniał ; przeciwnie. 



zdawało się, że z powrotem siły i pamięci, zachodził coraz gęst- 
szemi chmurami. 

Wszedł do salonu. 

Pierwszym przedmiotem, jaki wzrok jego uderzył, była 
człowiecza postać, zatopiona w szerokiem krześle, a która 
przeci%głem chrapaniem jasno dowodziła, jakiej się oddawała 
rozrywce. 

Wilczek poznał Skałkę. 

Na stole przed uśpionym leżały dwie pary pistoletów , kilka 
szabel i inne wojenne przybory. Kapitan, wedle zwyczaju, 
w podobnych okolicznościach zapinał się pod szyję i dźwigał 
u butów długie ostrogi. Pomimo trudów wczorajszej uczty, 
o świcie był już u Wilczka , opatrzył broń palną, pociągnął 
szable, objął dowództwo nad służącymi, postawił jednego na 
dole, z rozkazem, aby natychmiast w^prowadzoho dwóch Jego- 
mościów, którzy będą o niego się dopytywać, drugiego posłał 
po lekarza, z dodatkiem, aby tenże nie zapominał z sobą chi- 
rurgicznych narzędzi. 

Tak wszystko przygotowawszy, postanowił czekać spokoj- 
nie, dopóki przyjaciel się nie przebudzi. 

Wilczek targnął go za ramię. 

Skałka porwał się, jak gdyby na odzew alarmowej po- 
budki, i marsowym głosem zdał sprawę z dopełnionych przy- 
gotowań. 

Panicz obojętnie słuchał znajomych mu a zawsze tych 
samych szczegółów* Kapitan ze swojej strony uważał z niema- 
łem podziwieniem , że towarzysz jego wbrew zwyczajowi i na- 
turze , nie poprzedzał pojedynku zwykłą wesołością. Napróżno 
starał się uczepić rozmowę; Wilczek upuszczał lakoniczne od- 
powiedzi, chodził zamyślony, pędził kłęby tytuniowego dymu, 
wyglądał oknem, pozie wał. 

Czekano na świadków. 

Skałka klął ludzi, którzy odwlekali sprawę nie cierpiącą 
zwłoki; zżymał się, wywracał białka, wybiegał do przedpokoju, 
przysłuchwał się stąpaniom po schodach. 

Mijały godziny — nikt nie przybywał. 

Wilczek wyczerpał w sobie ostatki cierpliwości ; jak brytan 
na uwięzi, lab tygrys w klatce, krążył po izbie; niepodobna 

1* 



mu było znieść dłuższego oczekiwania. Uprosi kapitana, aby 
pozostał w domu dla przyjęcia świadków, sam kazał wyprowa- 
dzić konia i tylnemi drzwiami przez podwórze postanowił bo- 
czną ulicą wyjechać za miasto. 

Służba miała rozkaz opowiadać przychodniom, źe pan jest 
a siebie ; natychmiast zaś po ułożeniu warunków , Skałka sam, 
lub z kimkolwiek drugim , bezpiecznie mógł pospieszyć do wia- 
domej za Lwowem gospody. 

Wilczek potrzebował powietrza i ruchu ; jednego i drugiego 
miał dostarczyć Godolfin na przejażdżce po lasku, przyległym 
gospodzie. 

Kapitan za całą odpowiedź ścisnął druhowi r§k§ ; tentent 
szlachetnego zwierzęcia oznajmił wkrótce, że jeździec nie bez 
pośpiechu opuszcza! podwórze. 

Łatwo było przewidzieć, że Skałka nie spędzi samotnych 
godzin na swojej placówce. Wspólnicy zabaw, przyjaciele 
i znajomi Wilczka, ściągnęli niebawem do jego mieszkania. 
Wszystkich gnała ciekawość następstw wczorajszej wady. 

Kapitan dla przyzwoitości kazał znieść z oczu wojenne na- 
rzędzia, zaręczał że Władyś na chwilę tylko wyszecU, że wkrótce 
nadejdzie. Tymczasem zaś rad z towarzystwa , przyjmował z tą 
uprzejmą gościnnością, jaka go cechows^a, ile razy w cudzym 
domu zastępował gospodarza. 

Mieszkanie wkrótce wezbrało gośćmi. Rozprawiano o wy- 
padku, marszczono się nieco na niesłychaną popędliwość 
Wilczka, ale zarazem pod nieba wynoszono szlachetne jego 
serce, zamaszystość, odwagę; chwalono go za naukę, jaką dał 
śmiałkowi; przewidywano, a raczej nie wątpiono, na czyją 
fltronę przechyli się los pojedynku. 

Dla czego świadkowie dotąd nie przybywali, nikt nie mógł 
odgadnąć. Poraj niedawny w kraju gość i mało z kim zaprzyja- 
źniony, nie miał zapewne nikogo pod ręką, brata mógł tylko 
przysłać ; brata atoli mieć świadkiem walki , nie zawsze było 
przyjemnie. W każdym razie sprawa bezzwłocznie musiała się 
rozwiązać. Znowu więc zabrano się do oczekiwania na świad- 
ków. Skałka kazał zastawić śniadanie ; wychylono kilka strze- 
miennych kielichów, kilka koniecznych toastów za pomyślność 



gospodarza, poczem dla skrócenia czasu otwarły się zielone 
stoliki; młodzież zasiadła do kart. 

Nie czekano już na świadków; niektórzy wpadłszy na for- 
tunne szlaki, obawiali się nawet przerwania szczęścia niewcze- 
snem ich przybyciem, wieln całkiem zapomniało o gospodarza 
i o Poraju, o zwadzie i o pojedynku. 

Sancta juy entus! 

Wilczek tymczasem pełnemi piersiami gam%ł w siebie po* 
wietrze, bódł konia ostrogą, wypuszczał — nie wiadomo, czy 
gonił za spokojem , czyli też uciekał przed własną myślą. Sam 
siebie nie pojmował, chociaż wypadek nie przedstawiał mu nic 
niezwykłego. Przyzwyczajony rozpuszczać namiętnościom wo- 
dze, obojętnie przewidywał skutki swoich wybuchów; miłość 
własna nigdy nie dozwalała mu winy w sobie upatrzeć; zu- 
chwała odwaga w narażeniu życia aż nadto wystarczi^a na od- 
powiedź wymogom jego sumienia. 

Pojedyncze walki niosły mu w ofierze powód do ponętnej 
gry, do tiumu gwałtownych wzruszeń; z dzikim uśmiechem 
wyciągnąć ku nim ramiona: nigdy nie czuł się tyle swobodnym, 
jako w dzień pojedynku. 

Dziś po raz pierwszy owiewał go niewytłumaczony jakiś 
frasunek, po raz pierwszy dręczyły go wspomnienia zwady 
i niczem nieusprawiedliwionej zaczepki człowieka, którego 
jedyną winą był wstręt ku rzuceniu się w ten gwar uciech, 
jakim kipiało życie ówczesnej młodzieży. 

Człowiek ten w postaci, w głosie, w spojrzeniu, miał cos 
takiego, co mimowolnie zastanawiało Wilczka, co nieraz w we- 
Bołem uniesieniu przerywało śmiech, co żart w pół zaczęty 
mroziło mu na ustach, co drażniło słuch jako krzyk puszczyka 
śród wesołych gwarów biesiady. Chętnie byłby unikał dziwnego 
przybylca ; tajemnicze moce mimowolnie go ku niemu pędziły. 
Napróżno pasował się z fatalnym urokiem — nieznośny widok 
Poraja gwałtem go ku sobie pociągał. 

Oczywiście świat dla obu nich razem był za ciasny. Kto 
jednak miał komu ustąpić? 

Wilczek odpowiadając na własną korzyść, cichym głosem 
wymawiał wyrok , jak gdyby w obawie , aby go nie usłyszało 
własne sumienie. 



6 



W tej chwili na podobną nawet odpowiedź zdobyć się nie 
zdołał; pytanie jak miecz Damoklesowy wisiało mu nad głową. 
Pochylony na siodle, szukał ulgi w bystrych z wiatrem po- 
goniach. 

Godolfin szalał z rozpaczy nad niemiłosiernym kolcem 
ostrogi; wypadłszy za miasto, z rozdętemi nozdrzami mknął 
jak strzała, sadził przez rowy i płoty; cały zawełniony białą 
pianą , zaczynał niecierpliwić się pod jarzmem i wypowiadać 
władzy posłuszeństwo. 

Jeździec tego właśnie pragnął; umyślnie rozjuszał dzielne 
zwierzę; z zaprzepaszczonym przed siebie wzrokiem siedział jak 
przykuty; zręcznością i siłą niweczył buntownicze zamiary 
rumaka. 

Zapasy te tłumiły w nim burzę ducha; tak przynajmniej 
sądził. 

Po pewnym przeciągu czasu, stosownie do obietnicy uczy- 
nionej Skołce, zwrócił konia ku znajomej gospodzie. 

Ani ludzi, ani powozów — żadnego śladu przyjezdnych nie 
dostrzegł. 

Opuścił wodze, zapadał zwolna w zadumkę, tonął cicho 
w zakrętach przyległego lasu; zdawał się na bezwarunkową 
łaskę Godolfina. 

Widok człowieczej twarzy był mu obmierzłym; z chęcią 
byłby do późnej nocy spędził czas na samotnych wędrówkach, 
gdyby nie święty obowiązek stawienia się na placu spotkania. 
Jeszcze raz skręcił ku gospodzie — taż sama cisza, choć słońce 
chyliło się ku zachodowi. 

Za powrotem znalazł u siebie liczne zgromadzenie. 

Skałka na wstępie zaraz wymownym gestem dał mu poznać, 
że dotąd od Poraja nikt się nie zjawił. Młodzież na wyścigi ru- 
szyła ku niemu z powitaniem. Gradem sypnęły się żarty, aluzje, 
zapytania, pochlebne wykrzykniki. Trudno było docisnąć się 
do ręki gospodarza, który ze swojej strony nie szczędził po- 
zdrowień. 

— Niecierpliwie oczekiwanego — wołali jedni. 

— Witaj nam, miły gościu, we własnym domu — odzywał 
się głos w głębi. 



— Tak późno i dotąd może na czczo ? — powtarzał o wy* 
pasionych policzkach młody jakiś brzuchomówca z pod San- 
decza. 

— Czy z polowania wracasz? — krzyczał karpacki drugi 
Nemrod — z bekasów, czy ze słomek? 

— Daj mu pokój — odpowiedział grubym głosem sąsiad 
ciekawego myśliwca. — Nie jego rzeczą uganiać się za drobnem 
ptastwem ; on poluje teraz na grubszego zwierza i to na upa- 
trzonego. 

Towarzystwo buchnęło jednogłośnym śmiechem; zrozu- 
miano przenośnię. Oklaskami przyjęto dowcipne przystoso- 
"wanie. 

— Słusznie mówisz, Baltazarze! — odparł bankier u zielo- 
nego stolika, mrużąc oko. — Jeżeli obławnicy nie nadejdą, 
trzeba mu będzie od biedy zapolować na upatrzonego. Nie 
zdaje się zaś, aby nadeszli; hołoty nie napędzisz tak łatwo do 
wąchania prochu. 

I znowu śmiech, i znowu oklaski, i znów wykrzykniki, aż 
okna drżały od hałasu. 

Wilczek sam jeden słaniał się obojętnie. Nadaremnie chciał 
zwykłą wesołość na twarz wywołać ; usta krzywił uśmiechem, 
z oczu patrzyły mu troska i niepokój. 

Skałka wyłącznie dotąd odgadywał niezwykłość w usposo- 
bieniu przyjaciela; nieświadomy czemu takowemu przypisać, 
lękał się , czyli w podobnej chwili nie było mu natrętnem zbyt 
liczne zgromadzenie. 

— Zastajesz mię , Władziu — rzekł z przymileniem — peł« 
niącego o ile możności obowiązki gospodarza domu. Goście 
twoi przysięgli nie ruszyć z miejsca, dopóki nie uznają, na 
czem się skończy — nie pamiętam, która z porządku nasza 
wyprawa. W obec tak uroczyście przedsięwziętego zamiaru 
musiałem pomyśleć jako stary, doświadczony i ciebie zastępu- 
jący Amfitrjon, aby lekkomyślna ta młodzież nie pomarła 
z głodu i z pragnienia. Po liczbie butelek zobaczysz, że nie 
mamy czego obawiać się, przynajmniej co do pragnienia. 

— Dziękuję ci, kapitanie! — rzekł Wilczek z wymuszonym 
iiśmiechem — nie zawiodłeś mojego zaufania; postąpiłeś jak 
prawdziwy mój przyjaciel i godny zastępca. Wreszcie, czy liż 



8 

każdy z was — dodał, zwracając się do grona — nie jest tcs 
u siebie, we własnym domu? 

— Równie jak ty u każdego z nas — odezwało się kilku bli- 
żej stojących. — Od czegóż nasz katechizm: ((zastajesz — 
wchodź; nie zastajesz — wchodź także, czekaj i gospodaruj 
przyzwoicie, abyś miał czem ugościć pana domu, gdy wróci. » 

— Pilnujmyź więc katechizmu ! — wtrącił pulchny młodzie* 
nieć, urodzony pod Sandeczem w dzień ś. Tertuljana. — Go- 
spodarz wrócił, a żaden z nas nie zaprosił go dotąd do stołu^ 
nie podał mu kropli wina. Przysiągłbym że biedny chłopiec od 
rana nic nie miał w ustach ; widać mu to po twarzy. Dalej Wła- 
dziu, siadaj! zawiążę ci serwetę. Daj nam dobry przykład t 
Zniewiesciała ta młodzież zaczyna być do niczego. Wiesz do- 
brze, że gdzie ciebie nie ma, tam wszystko idzie jak po grudzie* 
Hola! — jest tam który? — Co będziesz jadł? — Natychmiast 
ci przyniosą. Ja sam , dla miłości twojej , gotów jestem powtó- 
rzyć. Zacznijmy od anyżówki; dla kompanji, wiesz na jak% 
nieprzyjemność cygan się naraził? 

Wilczek podziękował tłustemu Tertuljanowi , uręczając źe 
nie jest głodny; że co do kielicha, później mu będzie służył, na 
teraz bowiem nie czuje się w sztosie. 

Tertuljan wytrzeszczył oczy i jak osłupiały zwolna upuszczać 
wyrazy: 

— Wilczek wymawia się od kielicha ! — Panowie ! najdalej 
na jutro rano zapowiadam wam koniec świata. 

— Bynajmniej ! odparł Wilczek z udaną wesołością — prze- 
szłość moja broni mię od podobnych zarzutów. Mniejsza wre- 
szcie, zkąd puszczam się w gonitwę, byłem wraz z innymi 
stan^ u celu. Tymczasem widzę, że jesteście na dobrej drodze, 
więc proszę, abyście z mojej przyczyny nie tracili koszto- 
wnych chwil; gospodarz jest ostatnią osobą, na którą należy 
zważać. 

— Wyjąwszy w tej chwili ! — przerw£^ jeden z zapalczywych 
przeciwników bankiera. — Na honor , Władziu ! jeżeli nam nie 
przybędziesz w pomoc, zginiemy z kretesem pod ciosami króla 
Faraona. Najjaśniejszy egipski pan oświadczył się za bankierem 
i morduje nas bez miłosierdzia; twoje tylko szczęście może po- 
wstrzymać jego zapędy. 



Wilczek nie zważał na wezwanie, odciągnął Skibkę na 
stronę , wszczął z nim cichą rozmowę , podczas gdy reszta to- 
warzystwa znowa skupiła się w okół snkiennego pobojowiska. 
Wypadki atoli gry nie przeszkadzały tu i owdzie rzucanym 
wnioskom nad dziwnem usposobieniem, jakie w podobnych 
okolicznościach naczelnik młodzieży po raz pierwszy objawiał. 
Wpadano na różne domysfy , dopytywano się między sobą pół- 
głosem o ukryte przyczyny, dla których Władyś zwykłą przed- 
pojedynkową wesołość zamieniał na widoczny niepokój. Koleje 
gry przerywały dalsze pasmo przypuszczeń i wniosków , aż na- 
reszcie bankier skończył na wchłonięciu w siebie powszechnej 
uwagi. 

Wilczek rad ujrzał się odosobionym. Pragnął zasiągnąó 
języka względem tak długiego milczenia ze strony Poraja. 

— Jesteś pewnym , kapitanie — mówił po cichu — że do 
twojego mieszkania nikt się nie zgłaszał? 

— Nikt, mogę zaręczyć. Zostawiłem Grzesia mego na war- 
cie, z rozkazem, aby nie ruszał się z miejsca i wszystkich tu do 
mnie odsyłał, 

— Mów ciszej; nie potrzebujemy wdawać się w powszechną 
rozmowę ] nudzą mię ciągłe zapytania i uwagi. 

— Bądź spokojny ; nikt nas nie słucha. Przy grze strzelaj 
im z dział nad uszami : możesz być pewnym , że żaden nie od- 
wróci ^owy. 

— Przeklęta dama! Siedm razy pada na prawą stronę. Giń 
niewdzięcznico! — 

Poszarpana w kawałki dama legła pod stołem , właśnie gdy 
ósma jej siostra przegrywała dla bankiera. 

-^ Wyginam się z dwudziestu dukatów do dwójki i banko 
mazol 

Zapanowało głuche milczenie. Obecni wstrzymali oddech, 
bankier zastanowił się i drżącą ręką otarł znój z czoła. 

— Nie pojmuję — rzekł Wilczek — duszą się świadczę, nie 
pojmuję! Baz przecie trzeba skończyć; nienawidzę zwłoki: 
wolę prędkie nieszczęście , niż odwlekaną pomyślność. 

— Nie twoja rzecz troszczyć się o następstwa wypadku — 
rzekł Skałka. — Ty czekasz, jesteś gotów; więcej od ciebie wy- 
magać niepodobna. 



10 



— Może nie znalazł świadków? W takim razie ja pierwszy 
uproszę kilku znajomych , aby mu ofiarowali usługi. 

— Chyba źe ich nie szukał; na świadkach nikomu dot%d nie 
brakło. 

— Dwójka przegrała I — odezwał się bankier przenikliwym 
głosem. 

— Odgrywa się więcej wszystkiem, co znajdziesz w tym pu- 
gilaresie — była odpowiedź. 

— Śmiały poniter — niech go nie znam ! 

— Na honor, Bayard poniterów! 

— Wkrótce to zobaczymy. I Bayard trafił na bitwę pod 
Roncevaux. Pozwalam cofnąć się; jeszcze masz czas. 

—- Blucher nie rejteruje; ciągnij dalej! 

— Cóż czynić, kapitanie? Musimy czekać do jutra; dziś już 
nikt nie nadejdzie. 

— Poczekamy do jutra; nam przecie nie pilno. 

— Mylisz się; oczekiwanie nigdy nie jest prz^jemnem. 
Z założonemi rękami siedzieć w domu dzień po dniu i wyglądać 
go, nie myślę. 

— Zapewne; trudno jednak prosić, aby się pospieszył, tru- 
dniej jeszcze od nas posyłać mu wyzwanie. 

Wilczek powstał, wzruszył ramionami i zbliżył się do stołu 
grających. 

Śród powszechnego milczenia karty z głuchym szelestem pa- 
dały na lewo i na prawo. 

Pugilares przyniósł szczęście potulnej dwójce; Bayard, jak 
go nazywano, pokazał się godnym swego nazwiska. Bankier 
zbladły, odsunął się od wysadzonego w powietrze banku. Obe- 
cni poszli za jego przykładem; kilku graczów dokończało wza- 
jemnych rachub, gdy wtem drzwi otwarły się zwolna, ale 
szeroko i wszedł nowy przychodzień. 

Juljusz niósł na twarzy wyraz człowieka obarczonego ważną 
tajemnicą. 

Nie powitał obecnych, nie zdjął kapelusza, stanął w środku 
pokoju, szyderskim wzrokiem zatoczył po towarzystwie, wzniósł 
uroczyście rękę do góry, jak gdyby domagał się milczenia, 
uwagi, głosu. 

Wszyscy poskoczyli ku niemu ; każdy chciał pierwszy usły- 



u 

«zeć niepospolitą wiadomość, tyczącą się oczywiście przed- 
miotu , który w tej chwili zajmował większą część mieszkańców 
miasta Lwowa. 

Wilczek sam jeden nie ruszył się z miejsca. Z załoźonemi 
na piersiach rękami stał w kącie jak skamieniały ; rażony stra- 
sznem a niepojętem przeczuciem, topił niespokojny wzrok 
w przychodniu ; czekał na obwieszczenie jak na wyrok śmier- 
telny. • 

— Mówże, Juljuszu! cóż takiego? — krzyknęło razem kilka 
niecierpliwych głosów — Z czemże przychodzisz? 

— Z zaspakajającą wieścią dla przyjaciół naszego przyjaciela. 
Przypadki chodzą po ludziach, zwłaszcza po tych, którzy jak 
Władyś, często zastępują im drogę. Tym razem, powtarzam, 
możemy być spokojni: Władyś sam zostaje na drodze; przypa- 
dek przed nim ucieka. 

— Na Boga ! tłumacz się jaśniej 1 — zawołał Skałka. — Nie 
pora bawić się w szarady. 

— Zgoda! — odparł Juljusz — wyłożę rzecz jak na patelni. 
Pojedynek, który tak żywo nas obchodził, pojedynek, który 
niekiedy więcej zależy od losu niż od zręczności , pojedynek, 
który pomimo zmęczenia, niejednego z nas byłby przyprawił 
o bezsenną noc — 

— I cóż ten pojedynek? dp tysiąca szatanów! — przerwał 
Tertuljan. 

— Rozejdźcie się i śpijcie spokojnie — rzekł Juljusz, zdej- 
mując z ukłonem kapelusz — życzę wam dobrej nocy : pojedy- 
nek nie będzie miał miejsca. 

— A to dla czego ? — wtrącił pospiesznie Wilczek i uchwy- 
cił retora za ramię. 

— Dla dwudziestu czterech przyczyn , mój Władziu I Paść 
mi tylko rękę, ściskasz jak kleszczami. — Najprzód dlatego, 
że do pojedynku potrzeba koniecznie dwóch osób, najmniej 
dwóch — nieprawdaż , kapitanie ? Odwołuję się do twego do- 
świadczenia. 

— Jakto ? — rzekł Skałka — Kazimierz Poraj — 

— Nie będzie się bił. 

— Dla czego ? 



12 

— Dla drugich dwudziestu czterech przyczyn , najprzód zaś 
dla tej , że nie chbe. 

— Nie chce? — Żartujesz — niepodobna! 

— Z początku i ja tak samo sądziłem, szlachetna młodzieży! 
Ale niestety ! wkrótce musiałem ustąpić przed prawdą. Płaczcie 
nademną! Znowu jeden kwiat opada mi z korony złudzeń — 
de profundis! — 

— Zkąd wiesz? — zapytał Wilczek. — Miejskie brukowe 
plotki, nic więcej 1 Nigdy nie uwierzę 1 

— Plotek nie powtarzam, lub gdy je powtarzam, mam 
zwyczaj wprzód słuchaczów ostrzegać. W tej chwili nie bru- 
kową powiastkę, ale prawdę przynoszę, prawdę, za którą uro- 
czyście zaręczam. 

— Któż ci ją powiedział? 

— Ludzie niezaprzeczonej wiary, doskonale świadomi nie 
tylko czynów, ale myśli i zamiarów. 

— Któż taki? — Wymień ich! 

— Nie mogę ; dałem słowo. Wreszcie drugi dzień mija od 
zajścia, a nikt nie zgłosił się od obrażonego. Zapowiadam wam 
że trzeci, dziesiąty, setny przeminie , a waleczny nasz kapitan 
napróżno będzie czekał na świadków. Pojedynku nie będzie; 
stawiam zakład: dziesięć przeciw jednemu. Spodziewam się, źe 
lepszego dowodu złożyć nie mogę. 

— Dobrze — ale cóż mówi Poraj ? Dla czego nie ofiaruje 
spotkania? Musi przecie czuć się obrażonym. Pamięci dotąd 
nie stracił? 

Ju^jusz litościwie wzruszył ramionami. 

— Broń mię Boże ! — rzekł z udaną pokorą, abym pierwszy 
miał wchodzić w pobudki tak niesłychanego postanowienia. 
Potępiać nikogo nie myślę; wszakże jeżeli pytacie, dla czego 
Poraj unika walki, powiem wam, że gdybym na dnie rzeki 
miał do wyratowania nieoceniony skarb, lękałbym się skoczyć 
do wody. W wodzie łatwo można utonąć; każdemu życie 
miłe. — 

— Rozumiem ! — przerwał Baltazar — słabość organiczna, 
zbyt drażliwe powonienie! Panicz nie znosi zapachu siarki. 
Symptom podobny nie ma w sobie nic nowego ; spostrzegamy 
go na wronach i na zającach. 



13 

Śmiech powatał ogólny. Wilczek s&m jeden nie dzielił we- 
sołości. 

— Dzień lub dwa dni zwłoki nic nie znaczą — wtrącił po- 
rywczo. Przed pojedynkiem niejeden ma zwyczaj urządzać swe 
interesa. Co do mnie , nigdy nie pozwolę sobie z pozorów wy- 
ciągać wniosków śmiertelnych dla zasad, które każdemu czło- 
wiekowi droższemi są nad życie. Oskarżenie zwykle łatwiej- 
szem od dowodów; bez dowodów zaś nikogo potępiać się nie 
godzi. 

— Amen! — rzekł Juljusz. — Słowa prawdziwie rycerskie, 
głęboko chrześciańskie. Kochasz twoich wrogów i oddajesz im 
szacunek; obiecigę ci na Wielkanoc rozgrzeszenie bez spowie- 
dzi Pozwól jednak, Władziu, powiedziei^ sobie, że nie sam 
płoniesz bibl^jnemi uczuciami; kto inny może także być niemi 
przejęty, a nawet w wyższym stopnia. Ty miłujesz przeciwni- 
ków; przeciwnicy twoi dalej idą: oni przebaczają urazy, oni od- 
powiadają chlebem , gdy kto rzuca na nich bilarowym kiyem. 
W pojedynku na ewangieliczną miłość, znajdziesz wielu od 
ciebie zręczniejszych. 

Wilczek przyciął usta, zacisnął pięście; rozpalone żelazo 
mniejby go było sparzyło, niż wspomnienie wypadku, który 
zimna rozwaga objawiła mu w całem szaleństwie. 

Wszyscy umilkli. Niejeden z młodzieży nie mógł w osta- 
tniem zajściu znaleźć sumiennych argumentów na usprawiedli- 
wienie popędliwości Wilczka. Szał przebaczono mu, dla tego 
jedynie, że był co się nazywa, dobrym chłopcem, gościnnym 
gospodarzem, wesołym towarzyszem, majętnym a hojnym wła- 
ścicielem. 

Juljusz poznał po niewczasie, że zbyt ostro uderzył w dra- 
żliwą strunę. Zakłopotało go milczenie towarzystwa; szukał po 
głowie żartu, w którym dałyby się zatopić przykre a niepotrze- 
bne wrażenia. Skałka, wierny przyjaciel, spieszył mu już z po- 
mocą, gdy wtem przybycie nowych kilku gości w sam czas 
zwróciło powszechną uwagę. Przychodnie nieśli wieści potwier- 
dzające słowa Juljusza. 

Kilkanaście wiarogodnych osób z miasta zaręczyło im, że 
Kazimierz nie marzył nawet o pojedynku; jedni rozmawiali 
z Sokolnikiem; drudzy, widząc Piotra mocno zafrasowanego, 



14 

wyciągnęli z niewątpliwe wyznanie; inni słyszeli zapewnienia 
z ust kapelana Tapczyca, który w podobnych razach pierwszy 
umiał prawdę na jaw wydostać. 

Juljusz tryumfował. Wilczek mimowolnie uginał się pod 
ciężarem niespodzianego obrotu sprawy. Wieściom atoli nie 
zupełnie jeszcze dowierzał; sam za najlżejszą pobudką gotów 
chwytać za broń, nie pojmował jak Poraj zdobywał się na bez- 
karne przepuszczenie ciężkiej zniewagi. Gdyby mógł był roze- 
drzeć się na dwoje, w sprawie nawet Kazimierza, chętnie jedną 
samego siebie połowę byłby przeciw drugiej do walki wystawił. 
Chór szyderstw, drwinek, zajadłych ucinków, jaki do koła niego 
grzmiał przeciw Porajowi , nie budził w nim chęci do spółucze- 
stnictwa. Zasępiony, milczący, odpowiadał z roztargnieniem, 
nie słyszał często zapytań , lub asiłować wpędzać rozmowę na 
dalekie a obojętne zajściu manowce. 

Obecni poznali nareszcie, że towarzystwo ich gospodarza 
wcale nie rozweselało; przekonani, że mu przeszkadzają do 
spoczynku, opuszczali go jeden za drugim. Skałka chciał przy 
nim pozostać , ale Wilczek pod pozorem zmęczenia i tego od- 
prawił. Widok wspólników wczorajszego uniesienia był mu 
nad wszelki wyraz nieznośnym; samego siebie ledwo mógł 
zcierpieó. 

Nazajutrz pogłoski o Kazimierzu sprawdziły się w sposób 
nie ulegający żadnej wątpliwości. Widziano go opuszczającego 
Lwów. Poraj wyjeżdżał, zostawiając za sobą cześć swoją, cha- 
rakter, nazwisko ; rzucał je na pastwę miejskim językom. 

Sąd ludzki nie zapuścił odłogiem tak obfitego pola. 

Zażarty ząb złości, potwarzy bez miłosierdzia, czemprędzej 
wziął się do dzieła. Tysiące szponów utkwiło od razu w zdanej 
na łaskę zdobyczy. Poruszono wszystkie sprężyny, odkryto 
najgłębsze tajniki prywatnego życia winowajcy. Zakon, de- 
wotki, zestarzała rozpusta obojej płci, słowem, ktokolwiek 
pracował nad odpuszczeniem w niebie swoich grzechów, kto co 
dnia po trzykroć bił się w piersi, kto z własnem sumieniem nie 
mógł dojść do ładu , kto zawsze i wszędzie ku Bogu obracał 
pokorny wzrok, kto każdy frazes przetrącał odezwami do 
cnoty, do poświęcenia, do miłości ku bliźniemu, kto drętwiał 
ze grozy na opowiadanie ludzkich ułomności — każdy uczuł się 



15 

W duszy upoważnionym do rzucenia głazu , o ile możności , naj- 
cięższego, o ile możności, raniącego w samą pierś wyk]ęt% 
ofiarę. 

W pierwszych dniach po powrocie z zagranicy, kilka łaska- 
wych osób przyznawało młodszemu bratu Piotra niektóre zalety, 
pewien stopień wychowania i niepoślednie wiadomości. 

Niebawem przekonano się o prawdzie. 

Poraj mało mówił; oczywiście milczeniem pokrywał głup- 
stwo ; postawą nadrabiał brak rzeczywistych przymiotów. Ależ 
i w tej postawie, kto dobrze jej się przypatrzył, wiele ciekawych 
rzeczy mógł wyczytać. Oczy miały w sobie coś podstępnego, 
nieszlachetnego nawet, coś takiego, co mimowolnie raziło 
uczciwego postrzegacza. Na twarzy malowały się: chytrość, 
bojaźń, popęd do złych skłonności, do skłonności szkodliwych 
nie tylko jemu samemu, ale i społeczeństwu, do takich, o któ- 
rych nie godziło się mówić bez wyraźnych dowodów. Dość było 
pilnie wpatrzyć się w rysy , i to wtedy , gdy niegodziwiec się 
zapominał, gdy zwykła larwa spadała mu z oblicza. Sama bla- 
dość twarzy naprowadzała na niezawodne domysły. Grał ko- 
medję ; ukrywał się przed światem. Nie podpada atoli wątpie- 
niu, że trawiła go szalona namiętność do kart i do napoju. 

Nieszczęsne nałogi! — Wciągnięta w nie ludzka istota, na 
wszystko mogła się odważyć. Szkoda młodego człowieka, 
wielka szkoda, ale cóż czynić? — Zajście z Wilczkiem, nie 
pierwsza to jego sprawka. Powiadają — nie wiadomo do jakie- 
go stopnia można ręczyć za prawdę, ale na nieszczęście, zdaje 
się niewątpliwem — że poznali się na nim i za granicą. Po 
pewnym czasie pobytu w kilku stolicach Europy, nikt żyć z nim 
nie chciał. Co za hańba dla polskiego nazwiska! — Podobnym 
ludziom rząd powinienby odmawiać paszportów. Wypędzono 
go publicznie z kilku towarzystw. Krew uderza do głowy na 
samo wspomnienie. Uciekł ze wstydu i ze strachu. Nic nie miał 
do przytoczenia na swoją obronę ; o pomszczeniu obelgi łatwo 
zgadnąć, że nawet nie pomyślił. Za co go jednak wypędzono? — 
O tem różne krążą pogłoski. Mówią, że zaproszony na wieś do 
pewnego bankiera , w braku zasobów dobrał się 

Bóg Wszechmogący raczy wiedzieć , czego się dopuścił ! 

W innem mieście, we Wenecji lub we Florencji, czy tei 



16 



podobno w Eonsiantynopolu — nie y zdaje się w Atenach — 
jeżeli nie w Ratyzbonie — daleko głębiej przeskrobs^. Nie 
wiadomo z pewnością, na czem się potknął; szczegóły tak tru- 
dno dochodzą z zagranicy — ale według wiarogodnych wieści, 
spieszna tylko ucieczka ocaliła go od poszukiwań sądowych. 
Dość wreszcie usłyszeć, co wyrabia u siebie na wsi, we własnym 
domu. Niedawno powrócił panicz , widać , czasu nie traci. Że 
ani razu nie pokazał się w kościele , że w piątek jada z mięsem 
to zbyt świadome rzeczy. Jegomość ani w Boga , ani w djabła 
nie wierzy. Brak religji ciągnie do ostatnich zbrodni. 

Panie, odpuść mut Boże, zmiłuj się nad nami! Najświętsza 
Panno! wybaw nas od takiego człeka! — Łotr całą gębą! 
Niech go, mości dobrodzieju, djabli porwą! Niech go piorun 
zatrzaśnie! — 

Śród podobnych zdań , przekleństw, skrzeków i wyrzekań, 
Wilczek sam jeden ust nie otwierał przeciw potępionemu. 
Trudno było rzec, ozy bodło go sumienie, czy w istocie wiary 
nie dawał, aby Kazimierz tak dalece miał zasługiwać na po- 
gardę ; czy mimowiednie poczuwał w nim człowieka wyższego 
nad roje śliniącej go gawiedzi ; czyli nareszcie przyjmował ten 
kierunek dla odróżnienia się od powszedniego tłumu , dla ufał- 
dowania w pewną szlachetność, która nie dozwalała pastwić 
się nad pognębionym przeciwnikiem. Towarzysze atoli do- 
strzegli, że od dnia wypadku postradał zwykłą wesołość, że 
dziwnie zsępic^, że chodził jak zgorączkowany i zmyśloną obo- 
jętnością dławił w sobie wybuchy gwałtownych niepokojów. 

Stan ten wewnętrznej walki, oczywistego rozdwojenia, 
długo potrwać w nim nie mógł. Wilczek nie umiał się za- 
tajać ; każde jego uczucie potrzebowało powietrza , przestrzeni, 
słońca. 

Tymczasem szatan potwarzy nic nie stracił na milczeniu 
Wilczka. Na jednego milczącego , dziesięciu za stu gębowało. 
Rozchełznane języki postradały wszelką miarę. Zakon ze swojej 
strony dodawał coraz nowych materjałów na dzienną potrzebę 
publicznej żółci. Śledztwo przeszłości Kazimierza za każdym 
krokiem wykrywało straszniejsze szczegóły. W modę weszło 
unoszenie się zgrozą i oburzeniem na aamo nazwisko Poraja. 
Kobiety i mężczyźni z lwowskiego towarzystwa za lada spotka- 



17 



niem natychmiast wszczynali ulubioną rozmowę o świeżych od- 
jkryciach w jaskini czynów obwinionego. Usłużne kumoszki 
i serdeczni przyjaciele pilnowali, aby odgłos najmniejszej po- 
wiastki, najlżejszego szczegółu, nie pominął domu Sokolnika. 
Plotka wciskała aię doń z powietrzem; uprzejmie witana przez 
^gospodarza, rozgoszozała się pod jego dachem; za pośredni- 
•ctwem księdza wpadała do ucha hrabiny, i zwolna, nieznacznie, 
osłonięta w tysiączne jedwabie , pełzła ku stopom Maiji. 

Dom magnata stał się wkrótce bagniskiem , dokąd ściekały 
wszystkie męty miejskich pogłosek, i zkąd wracały znowu na 
miasto, wykształtowane przez Sokolnika, wyostrzone przez 
księdza, obłogosławione i o wzdychano przez hrabinę, upra- 
wnione bezstronnością i przyjaźnią, jakiej Poraj doznawał 
przedtem od rodziców Marji. 

Proces ten, według światowej procedury, poprzedzony wy- 
rokiem i następnie dopiero przeprowadzzny bez obrońcy 
przed trybunałem zawczasu sprzysięgły m na potępienie, odby- 
wał się zwykle w obec licznego grona słuchaczów i oskarży- 
cieli. 

Sokolnik zrozumiał, że y( podobnym stanie rzeczy nie na- 
leżało zostawić córki w odosobieniu. W dzień po wyjeździe Ka- 
zimierza otworzył dom na roścież, spraszał gości, wydawał 
obiady, przyjmował zaprosiny, wynajdywał tłumne za miasto 
przejażdżki, chwili nie dał Maiji odetchnąć; wszędy ciągnął za 
sobą ofiarę, stroił ją, stawiał przed zwierciadłem, pierwszy uno- 
sił się nad jej wdziękami. 

Ofiara mimowolnie trafiała nieraz na myśl, że od czasu nad- 
ludzkich jej cierpień, białe muśliny i białe róże dziwnie przypa- 
dały do tęsknych jej oczu i bladego oblicza. Powszechnie wia- 
domo, że do angielskich zwłaszcza loków, smętna twarz jest 
konieczną. Czoło całkiem odkryte , włos podniesiony ze skroni, 
przystoją więcej okrągłej , rumianej i rozpromienionej pustotą 
twarzyczce. 

Marja miała głowę czystego greckiego owalu. 

Pukle są ostatnią ucieczką starych panien. Na wsi jednak, 
w wiosenną porę, nikt nie zaprzeczy, że przy szerokiem sło- 
mianym kapeluszu, nąj wdzięczniejszym strojem są włosy w okół 

CBMacKi, AłkhJidar. nx. 2 



18 



głowy w wieniec splecione i przełknięte drobnemii polnemi 
kwiatkami. 

Ekscentryczni niektórzy marzyciele utrzymują stronę wło- 
sów przez środek głowy rozdzielonych i spadających na ramiona 
w dwóch długich warkoczach. Strój ten zapewne nie jest szpe- 
tnym ; używają go dla dzieci — dla dorosłych atoli panien szla- 
chetnego urodzenia zbyt przypomina czupryny chłop^ich dzie- 
wcząt. Pudru — pudru , nieoceniona szkoda ! — Ha ! stało się^ 
nigdy już podobno do niego nie wrócimy! Z pudrem warto 
było mieć płeć — dziś — próżne utyskiwania, daremne na- 
dzieje — mówmy o czem innem. 

Powodzenie Kazimierza wkrótce za jego powrotem z za- 
granicy, świetna przyszłość, jaką mu los gotował, uwyłącznione 
stanowisko pośród młodzieży i niezłożenie hołdu temu , który 
był jej przywódcą, zapuściły w serce Wilczka pierwsze ku nie- 
mu ziarua niechęci. Rozdrażniona miłość własna w skutek 
cierpkich kilku przemówek, w bujny kwiat rozwinęła zarody 
nieubłaganej zawiści. 

Nie mogło być inaczej. 

Zimna postać Poraja, surowy jego obyczaj, wstręt do roz- 
pusty, wydawały się rozhukanemu paniczowi głosem własnega 
jego sumienia, brzmiały mu jako fatalne « memento vivere»t 
stokroć sroższe od hasła « memento mori», obojętnego dla 
c:do wieka, któremu gra z życiem była ulubioną i codzienną nie- 
mal zabawą. 

W takowem usposobieniu, Wilczek ślepo zdał się na wolę 
wrodzonej lekkomyślności i gwałtownych porywów swego 
charakteru. Dokąd go te ostatnie miały zanieść? — Nie prze- 
widywał. Jak dziecię , igrał z niemiłem sobie cackiem, dręczył 
je, kaleczył, aż wreszcie gdy prysło mu w rękach, pierwszy raz 
zapomniał niechęci , rozżalił się nad stratą. Już było za późno. 
Kazimierz dogorywał pod wściekłem zębem opinji. Najdroższy 
skarb w życiu, miłość, w bagnisku potwarzy gasiła mu swoją 
pochodnię. Małżeństwo z Marją zdawało się bez nadziei zerwa- 
nem; przyszłość cała obrócona w niwecz; wszystkie chwile ży- 
wota zatrute potępieniem ogólnem i wzgardą. 

A jednak człowiek ten nikomu dotąd w niczem nie za- 
wadził. Wilczek nie taił przed sobą, że on sam podał nie- 



19 



szezęśliwemu bezdenny kielich trucizny i zmtidil go do wycby* 
lenia. 

Złe atoli y sumiennie nań wejrzawszy ^ nie było do nienapra« 
wienia. 

Zagorzalec mógł zrzucić pychę z serca, otworzyć umysł na 
widok prawy,' wyznać winę, w obec wszystkich ukorzyć się, za- 
żądać przebaczenia, podać braterską dłoń niewinnie pokrzy- 
wdzonemu. 

Wilczek prędzej byłby wyciągnął rękę do rozpalonego 
żelaza , prędzej padalca byłby do piersi przycisnął. 

Czyiiż nie dość, że przyjmował wyzwanie, że pozwalał do 
siebie strzelać, że krew własną na zmycie zniewagi ofiarował? 
Życie narażał, życiem chciał płacić winę — czegóż więcej mo- 
żna było po nim wymagać ? 

Wprawdzie los zwykle nie przyjmował od niego tej zapłaty; 
szczęście i zręczność nie odstępowały go w podobnego rodzaju 
spotkaniach ; ależ Bóg świadkiem , Wilczek czarodziejskich for- 
telów nie używał, celować do siebie nikomu nie zabraniał. Po- 
jedynek był grą : można było zginąć tak samo , jak zabić lub 
wyjść bez zadraśnięcia. 

W publicznem natomiast wyznaniu winy nie. istniały żadne 
wątpliwe koleje. Próżność, duma, samolubstwo, musiały po- 
ledz bez ratunku. Pokonać stu przeciwników? — nic trudnego. 
Zwalczyć samego siebie i upokorzyć?— niepodobna ! 

Rozumowanie to, dotąd aż nadto wystarczające, tym razem 
nie zaspakajało Wilczka. Uległ mu. Nie potrafił inaczej postą- 
pić, nie mógł zdobyć się na inny kierunek; ale uległ rozjątrzony 
przeciw samemu sobie, zakładający odtąd jeden cel swoim za- 
pędom: walkę z własnemi troski. 

Głowa i serce płonęły mu żarem; potrzebował ochłody, za-^ 
zapomnienia; potrzebował odrętwić sumienie, zaprzepaścić 
myśl tak głęboko, aby pamięć przeszłości do niej się nie prze- 
darła. Sen uciekał mu z powiek, krew namiętnie tętniła w ży- 
łach, ciało buntowało się przeciw duszy. Wilczek postanowił 
zgnębić ciało zmęczeniem , zdobyć chwilę zapomnienia i spo> 
czynku , chociażby kosztem szalonych z naturą zapasów. 

Niepospolita jego siła zapowiadała uporczywy bój. 
Skałka, kilku bliższych przyjaciół, zwłaszcza zaś Juljusr, nie 

2* 



20 



przyzwyczajeni do marnotrawienia iycia bez przywództwa naj- 
lepszego chłopca pod słońcem , szczerze mu dopomogli w urze- 
czywistnieniu po2%danego zamiaru. 

Wilczek zamrużyl oczy i z głową pogrążył się w wirze coraz 
gwałtowniejszych wzruszeń. 

W dzień szalone gonitwy, niesłychane zakłady, uparte nai* 
grawania z przypadku; dalej sardanapalowe uczty, niemiło- 
sierne chłostanie krwi napojem i rozdrażniony obłęd mózgu 
w zapalnej atmosferze bachicznych wyziewów. Z nadejściem 
nocy gra, ale gra na zabój, z kielichem w ręku, z przekleń- 
stwem lub z szatańskim śmiechem na ustach, z wzrokiem 
obłąkanym i z piersią trawioną od nieugaszonej gorączki, 
z wściekłą zawziętością przeciw zmiennym losu kolejom , z nie- 
ubłaganym zamiarem okucia w pęta i rzucenia sobie pod nogi 
dziwacznej fortuny. 

Gwiazdy nieraz już blakły, jutrzenka często rumieniła 
widnokrąg, słońce czasami złociło już ziemię — dla niego 
czas tracił miarę i koniecznością spoczynku przerw życia nie 
znaczył. 

Towarzysze padali od zmęczenia; on jeden z uśmiechem na 
porażkę sił ich spoglądał, on jeden dna własnej dzielności nie 
mógł się dopatrzeć. Gdy nareszcie, sam tylko krzepki i rzeźwy, 
epostrzegid się śród zmorzonej snem zgrai, gdy do dalszych 
zapasów brakowało mu spólników, wtedy dopiero opuszczał 
zwolna namiętne szranki szału, rzucał się na łoże, zapadał 
w chwilowś skamienienie — snem czy letargiem ? — Nie wia- 
domo. 

Nazajutrz znów gonił tym samym szlakiem , drwił z bezsil- 
nych, zachęcał leniwych, zażegat obecnych tym ogniem piekiel- 
nym, jakim sam płonąŁ 

Dotrzymywano mu pola przez uczucie spółzawodnictwa, 
przez obawę zarzutu zniewieściałości, przez chęć okazania się 
wyższym nad powszechną gawiedź, która w nieustannem gwał- 
ceniu praw natury, bez snu, bez spoczynku żyć nie mogła. 

Gawiedź nawzajem , z (oczyma rozwartemi szeroko , podzi- 
wiała herkulesowe prace kapłanów rozpusty. Wilczek z ka- 
żdym, a raczej z każdą nocą, rósł we wziętość i w sza- 
cunek. 



21 



Mijały dnie i tygodnie. Długo wątpliwe zwycięstwo , zaczy- 
nało przechylać się na stronę bohaterowi naszemu przeciwną. 
Los, urażony nadużywaniem łask swoich bez granic, opuszczał 
dawnego ulubieńca. Wilczek przegwi całą swoją gotówkę — 
uparł się , i na dalsze przegrane wyczerpał wszystek kredyt — 
uparł się jeszcze, i ogromne sumy przegrał na słowo. 

W kilku tygodniach nad przepaścią zwiesił jeden z najzna- 
komitszych w Galicji majątków. Siły poczęły w nim ustawać: 
natura wyraźnerai ostrzeżeniami wzywała go do porządku. 
Systematyczny nieprzyjaciel półśrodków, w jednej chwili doznał 
w sobie rdzennego przewrotu uczuć. To wszystko , za czem do- 
tąd gonił, nagle obrzydło mu tak dalece, że długie lata najsu- 
rowszej klasztornej reguły byłby zniósł łatwiej, niżeli jeden 
dzień więcej hucznego lwowskiego życia. 

Męty kielicha uczuć zaprawiły mu usta nieznośną goryczą; 
zniechęcił się do towarzyszów, zgiełk biesiady kaleczył mu 
uszy, wzruszenia gry przestały drażnić nerwy, znienawidził luby 
mu dotąd szmer pochlebstw, obojętnie przyjął nawet stratę 
Godolfina, który w jednej z ostatnich gonitw uwiązgł w prze- 
skoku na żelaznych sztachetach i zabił się na miejscu. Co gor- 
sza, zdawał się postrzegać, że za każdą znaczną przegraną sty- 
gnął ku niemu zapał dawnych przyjaciół, że kilku zupinie go 
opuściło, inni zaś poczynali objawiać dowody szczególnego 
lekceważenia. Nie odpowiadano czasem na jego pytania, nie 
podziwiano , jak dawniej, odpowiedzi , nie zachwycano się do- 
wcipem, nie wjrnoszono pod niebiosa zręczności jego, siły, od- 
wagi, jedynych w towarzystwie zalet. 

Oczywiście , gwiazda zaczynała blednąc. Wilczek zachwiany 
na siłach, zniechęcony , zgorączkowany, nie miał powodu prze- 
dłużania pobytu we Lwowie. Westchnął do rodzinnej wioski, 
jako pustynny wędrowiec do oazy; zapragnął odetchnąć, pierś 
orzeźwić świeżein, naddniestrzańskiem powietrzem. UGieka^ 
wreszcie z miejsc i od ludzi mu obmierzłych. 

Między powzięciem a wykonaniem zamiaru Wilczek nie znał 
granicy. 

Z przyjaciół jednemu tylko się zwierzył, temu; który pomimo 
chwilowych nieporozumień byl przecie najmniej nieznośnym^ 



22 



którego spotkanie, w potrzebie zwłaszcza , było inu najdogo- 
dniejszem. 

W istocie, jak na przyjaciela, Juljusz miał rzadkie zalety. 
Podczas gdy wielu zdawało się składać hołd raczej dostatkom, 
niżeli osobie f Ju\ju8z kochał Wilczka dla niego samego. Wi- 
dział go niespokojnym, zgadywał jego cierpienia, podzielał 
troski, lękał się zostawiać go gryzącym godzinom samotności. 
Los opuszczał młodego panicza; obowiązkiem przyjaźni było 
tern bliżej ku niemu się cisnąć. Juljusz na pamięć znał towa- 
rzysza, wiedział, co go bodło, co głaskało, przewidywał stoso- 
wne chwile na stawianie mu oporu , na potakiwanie jego woli ; 
umiał poruszać w nim ukryte a jemu tylko samemu wiadome 
sprężyny, wiódł go jak na paskach, gdy tego zachodziła po- 
trzeba. 

Ułomnościom człowieczym nie był obcy: rozumiał ko- 
nieczny wpływ materjalnych względów na ducha; sam bowiem 
od zewnętrznych przedmiotów brał nieraz odblask i prze- 
zorny żeglarz, z pomyślnym tylko wiatrem puszczał się na 
morze. 

Ze swojej strony nie miał prawa uskarżać się na fortunę. 
Widział nienawistnego przeciwnika w Poraju; zbieg wypadków 
podchmuchniętych własnem jego tchnieniem, usunął mu z drogi 
Kazimierza, jak się zdawało, na zawsze. We względzie finanso- 
wego położenia, niedawno temu gonił ostatkiem i napróżno 
udawał się do ludzi, którzy gwoli ścisłości i stosunków, duszą 
byliby powinni z nim się podzielić. Nieszczęście Wilczka stało 
się dla Juljusza talizmanem zbawienia. Dziwacznica, ślepa bo- 
gini, parsknęła do niego na całe gardło; w przeciągu kilka dni 
obogaciła nowego kochanka nad wszelkie nadzieje. Pieniądze 
całej czeredy spłynęły mu do rąk. 

Juljusz nie pozwolił olśnić się niespodzianym blaskiem for- 
tuny, przebaczył przyjacielowi niedawną jego odmowę i kilka- 
krotnie przyszedł mu w pomóc. Wygrawszy od niego następnie 
znaczne sumy, nie domagał się gotówki, szlachetnie poprzestał 
na obligu, który w jednej kwocie dźwigał na sobie pożyczone 
i wygrane ; co do wypłaty zaś przyrzekł niewyczerpaną cierpli- 
wość, z warunkiem przyjacielskiego wynagrodzenia ośmiu od 



23 

«ta na rok, Żyd^i brali piętnaście , . trzydzieści , czasami nawet 
i więcej. 

Ponieważ atoli wszyscy jesteśmy śmiertelni — tak przynaj- 
mniej dotąd bywało — Jaljusz rzuci! nawiasową uwagę, źe nie 
źle byłoby zaciągnąć oblig na hypotekę, chociażby dla tego, 
aby zawczasu zająć miejsce wierzycielom mniej wyrozumiałym, 
mniej przywiązanym do ukochanego dłużnika. 

Juljusz zaczynał spokojniejszem okiem poglądać w przy- 
szłość; świeżo zdobyte łupy, przy zręcznym obrocie, do końca 
życia obiecywały mu niezawisły byt. Wywłaszczony z rodziciel- 
43kiej puścizny, wpadał znowu na tor stania sią wiejskim właści- 
cielem; przemyśliwał nawet zawczasu nad nowym sposobem 
urządzenia dóbr i polepszenia bytu włościan; żywił na dnie 
myśli zamiary godne pierwszych obywatelskich wieńców, sze- 
roko i głośno w stosownej porze o nich rozprawiał. 

Marzenia te wszelako nie zaprzątały mu głowy z uszczerb- 
kiem wymóg serca; przeciwnie, bystrzej niż kiedykolwiek roz- 
wijały w nim uczucia. Przy pożegnaniu nie mógł pohamować 
tkliwych uniesień, czule przyjaciela uściskał i zaręczył mu, że 
nie zostawi go długo samotnym, że po załatwieniu rachunków 
2 niektórymi ofiarami swego szczęścia, nie omieszka go popro- 
A\Q O kilka dni gościnności. 

Wilczek szczerze mu dziękował, położył jednak warunek, 
aby mile widziany gość nikogo z sobą nie przywoził. Skołataną 
miał głowę, chciał nieco usunąć się od zgiełku i wypocząć. Inna 
rzecz co do Juljusza. Ten z każdym dniem stawał się więcej 
niezbędnym, z każdym dniem nabierał nad nim silniejszej prze- 
Mragi i wpływu, podobnego do tych, jakim ulegają dusze opę- 
tane potęgą czarnego anioła. 

Wilczek, straciwszy miasto z oczu, odetchnął. Z radosnem 
ucznciem ujrzał przed sobą daleką drogę, z radośniejszem 
jeszcze poglądał na przestrzeń wyciągającą się między nim 
a Lwowem. Głęboka cisza okolicy dziwnem dyszała wrażeniem 
po halaśnem życiu galic^'skiego grodu. W uszach tętniły mu 
Jeszcze : zgiełk wczorajszej bachanalji , ostry brzęk kielichów, 
wrzawa hucznej biesiady, namiętne wykrzykniki graczów. 
Wzdrygał się, chmurzył twarz wyrazem oburzeoi^ i niesmaku. 
2f iebem pokazała się mu samotność. Błękit widnokręgów, lasów 



24 

zielenie, spokojny wdzięk natury, nigdy tak silnie i żywo nie- 
wpadły mu do duszy. Pogrążony w obłędnych myślach , marzy^ 
o wszystkiem i o niczem , ścigał fantastyczne zawoje obłoków^ 
lubował się szybkością, z jaką przedmioty mknęły mu przed 
oczyma. Na przeszłość gniewał się, ale jej nie żałował; przy- 
szłość jasno rozglądał, ale się jej nie lękał. 

Osobiste jednak położenie aż nadto wystarczało do zapra- 
wienia mu myśli frasunkiem. 

Ostatni pobyt we Lwowie naraził go na ciężkie, niepoweto- 
wane straty. 

Ha ! mniejsza z tem — niech je piekło pochłonie 1 — Nieod- 
rodny słowiański śyn, o wszystko troszczył się więcej, niż o ma- 
jątek. Najdotkliwszy ubytek przyjmował obojętnem wzrusze- 
niem ramion; w zwykłem nawet usposobieniu wesoło byłby 
powitał zux>ełną utratę własności. Życie bez dostatków łatwo 
dało się zrozumieć; z głową na karku w każdym razie można 
było sobie poradzić. 

Ach I gdzież skarb w porównaniu z jednym dniem spokoju, 
z jedną chwilą wypoczynku, z jedną godziną rzeczywistego 
spółczucia, prawdziwego przywiązania — nie tego, które znika^ 
wraz z pomyślnością, ale takiego, jakie rośnie z niedolą, jałde 
żyje na poświęceniu, na ukołysaniu w zgryzocie, na uweseleniu 
w smutku, na rozgonię trapiących myśli, na wydobyciu z troski 
uśmiechu ! 

Z innych źródeł nie spokój płynie, nie zapomnienie bó- 
lów tryska — ale ogień Gehenny, gryzący mózg, spopielający 
serce. 

— Miasta, przeklęte miasta! — kamienne klatki, gdzie 
człowiek w dzikie przemienia się zwierzę , gdzie drętwieje na 
powaby natury, traci poczucie prostoty, prawdy, pięknością 
staje się skłamanem samego siebie dziwowiskiem, gdzie porzuca 
słońce dla świecy, a wonną świeżość powietrza dla zadusznych 
wyziewów. 

O rus ąuando te aspiciam! Beatus ille qui pro* 
cul negotiisl — Tityre tu pa Wilczek byłby przypo- 
mniał sobie niejedną klasyczną sielankę , ale nieboszczka staro- 
ścina nie kazała go uczyć po łacinie ; nie myślała nigdy kiero- 
wać go na księdza. Po francusku mówił od urodzenia ; Delilla 



25 



jednak dot%d nie czytał i nie byłby chciał nawet go czytać. Co 
do poezji bowiem, przekładsJ nadewszystko , w nadsekwań- 
skiem narzeczu: « Wojnę bogów » Ewarysta Parny — w rodzin- 
nena, pewną tragedję Kajetana Węgierskiego, której tytułu 
przypominać sobie w tej chwili nie mogę lub nie chcę. Znał 
także uFoblasa)) i « Niebezpieczne związki » Laclosa; ale odda- 
wna nieodczytanych, puścił w zapomnienie. Znudziły go pła- 
czliwe miłostki Łodoiski, co jednak wcale nie przeszkadzało, źe 
w tej chwili jako drugim Szymon Simonides lub Acemus alias 
Klonowicz, polski Teokryt, zachwycał się promieńmi słońca^ 
świegotem leśnych ptasząt, słodyczą rodzinnej wioski i rze- 
wnemi sipiewy Dafnisa i Chloi, że już nie wspomnę o wszystkich 
roskoszach pasterskiego życia, opisanych przez Menalkę i Mo- 
psa, dwóch zacnych u Rzymian spółzawodników na fletni i pi- 
szczałce, z których, źe drugi pomimo nazwiska, do rzędu ludzi 
należał, zaręczam. 

Minął dzień , minęła i noc. Służba pocztowa wiedziała kogo 
wiezie, nie szczędziła koni. Wilczek dostrzegł nareszcie czer- 
wony dach pałacu, wysokie drzewa, zielone gęstwiny starego 
ogrodu, znajomy wzgórek nad rzeką. Zmrużył oczy, wzrok 
dłonią przysłonił: zdało się mu, że na tle szmaragdu ujrzał 
blask białej postaci. Baz jeszcze a bystro Spojrzał: nie mylił się^ 
a przecież gdyby nie powiew wiatru, marszczący lekko fałdy 
odzieży, z daleka mógł był białe zjawienie wziąść za grobowiec 
z marmuru. 

Kazał zatrzymać konie, wyskoczył z powozu i na przełaj 
ubocznemi ścieżkami, osłonięty gęszczem liści, ostrożnie prze- 
mykał ku wzgórkowi. 

Doszedłszy prawie do celu, zatrzymał się niepostrzeżony; 
rękę położył na piersiach: serce gwałtownie mu biło — zapewne 
od zbyt pospiesznego biegu. 

Na kobiercu zielonej murawy, do pół wyciągnięta , wsparta 
na dłoni, w postawie przypominającej Magdalenę Korredżia^ 
Nastusia, zatracona Bóg wie w jakich myślach, machinalnie sku- 
bała stokrotkę. 

Wiatr unosił blade listki kwiatu, nie bledsze od liljowego lica 
dziewczyny; na pochylonych jej ku ziemi powiekach, niby kro- 
ple djamentu, chwiały się dwie grube łzy: cała historja Nastusi* 



26 



Wilczek rozchylił cichaczem gałęzie i z tym uśmiechem, 
jakim w chwilach swobody nieprzyjaciół nawet rozbrajał , nagle 
stanął przed zadumaną. 

Dziew;czyna podniosła głowf , zerwała się, chciała krzyknąć, 
chciała ku niemu pobiedz — ani na głos, ani na ruch siły 
nie stało. 

Wilczek postąpił ku niej, otworzył ramiona. Jako kwiat 
burzą złamany, padła mu w objęcia, cała drżąca, niepewna 
rzeczywistości objawu, niedowierzająca prawdzie, zalękła 
o przebudzenie , gotowa z roskoszą umrzeć na lubych piersiach, 
spragniona życia, które niespodzianie otwierało jeszcze przed 
nią taki skarb szczęścia. 

On byłby rad spojrzał jej w oczy, ukoił, upieścił, rozpro- 
mienił stroskaną twarzyczkę. Ona nie chciała podnieść głowy; 
tuliła mu do łona blade oblicze, cisnęła go w objęciach, nie mo- 
gąc przemówić słowa , aż wreszcie zalała się łzami. 

W podobnych łzach byłaby z radością wypłakała duszę , ale 
łez takich oddawca już nie znała; inne, gorzkie i palące, czę- 
ściej bróździły jej lica. 

Wilczek sam był wzruszony. Szaleniec! daleko gdzieś gonił 
za mętami wzruszeń, podczas gdy u boku miał niewyczerpany 
zdrój czystych dla serca pociech. 

— Uspokój się, luba! — mówił, głaszcząc bursztynowe 
włosy dziewczęcia. — Na przyjazd mój zanosisz się od płaczu; 
dla samej siebie, gdy mnie nie ma, zachowujesz uśmiechy. Po- 
każ oczęta, Nastusiu; dawno ich nie widziałem. Długo byłaś 
samą; przebacz, moja miła; człowiek nie zawsze jest panem 
swego czasu. Ale po co przedłużać chwile rozstania? Spieszy- 
łem co siły, wracam — ty kryjesz się przedemną i znowu czas 
tracę i jeszcze cię widzieć nie mogę. 

Dziewczyna podniosła pół twarzy, bluszczowo oplotła mu 
w okół szyi ramiona, uśmiechnęła się, błysnęła perłowemi 
ząbki, patrzyła w niego jak w cudowny obraz. ( . 

— Udobruchałaś się, niedobre dziecko ! Nie dość — winnaś 
mi drugie oko, ale bez łez. Łzy dziś ci nie przy stoją; dziś i ni- 
gdy. Kie pozwalam płaczu. Przyrzeknij poprawę, ja przysięgnę 
nawzajem, że odtąd domku naszego nie opuszczę. Pragnę ode- 
tchnąć przy tobie, odetchnąć całą duszą. Miałem także wiele 



27 



zmartwieć, wiele kłopotów; gdybyś wiedziała, luba! jak skoła- 
taD% mam głowę! Jeżeli przy tobie nie wypocznę, nie odżyję — 
nic już ze mnie nie będzie. Przed samym sobą do ciebie ucie- 
Jkam i dopóki zechcesz, przy tobie zostanę. Chyba że ty się mną 
znudzisz, że sama mię odprawisz? — Nie odpowiadasz, moja 
miła — jeszcze na mnie się gniewasz ? — 

Nastusia znowu skryła mugłowę na piersiach; Wilczek- czuł 
łoskot jej serca. 

— Za całą odpowiedź bicie serca? — mówił pieszczącym 
głosem. Cóż czynić, muszę i na tem poprzestać; lyyznam je- 
dnak, że spodziewałem sig innego przyjęcia. Myślałem, że wy- 
biegniesz ku mnie różowa, wesoła, że skrzętna gospodyni, ugo- 
icisz mię w twoim domku; że pokażesz kwiatki twoje, ptaszki 
i książki; że opowiesz, co porabiałaś podczas mojej nieobecno- 
ści, jak wiele o mnie zapomniałaś, jak prędko sobie przypo- 
mnisz? Wielki Boże! co widzę? — U rękawów i u kołnierza 
czarne zaściążkil Zkądże przyszedł ci na myśl ten żałobny strój? 
Nie ma co niówić; pięknie mię przyjmujesz! — 

Nastusia uskoczyła mu z ramion , zakryła rączkami nieszczę- 
sną barwę zaściąźek i szybko jak strzała pomknęła ku swemu 
domkowi. 

Wilczek stał z założonemi ramionami, ścigał wzrokiem ucie- 
kającą, patrzył jak mu migała przed oczyma śród ciemnej krze- 
^wów zieleni , a gdy nareszcie znikła , wolnym krokiem za nią 
podążył. 

W domku drzwi znalazł otwarte, ale nikogo na progu. 
Wszedł wewnątrz, rad opatrzeć te miąjsca, z których każde 
budziło w nim tyle słodkich wspomnień. Rzucił wzrok bystry 
do koła; żadeii szczegół nie uniknął jego uwagi. 

Od czasu wyjazdu ze wsi niejedna zaszła zmiana. Kwiatek 
z&den nie przybył; wiele z dawnych, zupełnie zaniedbanych, 
uschło od pragnienia. Ptaszki pozakrywane w klatkach czarne- 
noi zasłonami, umilkły stęsknione za światłem; ulubione książki 
pył niepamięci pokrywał; na stole leżało kilka pozaczynanych 
wieńców ze skabioz, z nieśmiertelników i z piołunu. Na zwier- 
ciadłach wisiały czarne krepy; w ostatnim tylko pokoju przy- 
chodzień za cały ślad życia ujrzał własną swoją miniaturę, oto- 
czoną świeżą równianką z róż, z fjołków i z niezapominajek. 



28 



W posępnych, tych barwach* w bolesnym jakimś nieładzie^ 
i w smętarnych symbolach , Wilczek poznał wypisane postępo- 
wanie swoje względem Nastusi. Zakorciło go sumienie, rozżalił 
się nad biedn% dziewczyną , rozgniewał się na samego siebie^ 
przysięgał w duszy poprawę — gdy wtem nagle uderzył go sre- 
brny wesoły głos znajomej piosenki. Drzwi otwarły się z trza- 
skiem: mała gospodyni domku, obarczona wielkim koszem 
kwiatów , wbiegła z dziecinną pustotą. 

Nastusia w jednej chwili zmieniła niemiłą łubemu odzieży 
przystroiła się w najpiękniejsze szaty i cała biało-błękitna, sze- 
leszcząca jedwabiem i wstęgami , z wieńcem chabra na skro- 
niach, z bukietem konwalji i leśnych dzwonków u piersi, stanęła 
czarodziejka w środku pokoju, spuściła oczy i z uśmiechem cze- 
kała uścisku. 

Nie długo czekała. 

Wilczek krzyknął z podziwienia, klasnął w ręce, obchodził 
ją do koła , lubował się jej widokiem , jak gdyby pierwszy raz 
na nią spoglądał. 

Nastusia pomiarkowała, że żałobne jej wymysły nie musiały 
gościowi przypaść do smaku ; wnet więc zawinęła się chyża jak 
rybka i w mgnieniu oka znikły pogrzebne kwiaty i kirowe 
osłony; gromady ptaszków uweselone, podniosły świegotliwy 
chór ; dziewczę wtórowało im wesołym śmiechem ; duch życia 
i wesela owionął zasępione przed chwilą mieszkanie. Dawne 
smutki i troski, jak puszczyki za nadejściem słońca, tłumnym 
korowodem ulatywały przez okna. 

On jeden przybyciem, dobrem słowem, czułem spojrzeniem 
wywołał to zmartwychwstanie ; on życie przynosił z sobą i uno- 
sił; on mógł ją zabić i wskrzesić. Ona go tak kochała! — 

On to wiedział, ona to czuła — oboje nie posiadali się z ra- 
dości. 

Biedna, o chłopskiem sercu dziewczyna 1 

Wilczek wcale nie postrzegał, do jakiego stopnia wesołość 
ta była głęboką i prawdziwą; nie zważał, że uśmiech Nastusi 
kołysał się na dziwnie bladych ustach ; że oczy miała rozja- 
śnione, ale blaskiem gorączki raczej, niż szczęścia ; że w sre- 
brnych tonach jej głosu przebijfl^ bolesny jakiś, zgrzytliwy 
dźwięk. 



29 

Podobne uwagi na myśl nawinąć eię mu nie mogły. Wilczek 
posiadał szczególny a wygodny dar, niepostrzegania wszystkie- 
go, co mu było przykrem. 

— Zgoda ! — zawołał, patrząc wesoło na rącze zabiegi dzie- 
weczki ^ wyrzućmy za okno wszystico co trąci smutkiem! Po- 
zwól luba , dopomogę ci w gospodarstwie; we dwoje prędzej 
damy radę. Precz z temi wieńcami! Mamy tu pełny kosz świe- 
żych, do ciebie podobnych kwiatów. Zaczekaj — odkryję 
zwierciadło; przejrzyj się teraz i sama powiedz, która z was 
dwóch piękniejsza? Na mą duszę! przyjechałem w porę ; mie- 
siącem później I byłabyś wystrychnęła domek ten na kostnicę. 
A ja ślepy — dodał, całT;gąc ją w czoło — byłbym przysiągł, że 
droga ta główka nie tylko dla kształtu. Go mówisz, moja miła? 
Grubiej nie mogłem się pomylić. 

Rozśmiała się i kończyła wyświąteczniać złoconą swoją 
klatkę. 

— Słońce niedawno wesdo — rzekła , rozstawiając pęki 
kwiatów. — W pałacu ludzie nie spodziewali się, że pan nadej- 
dzie, ale od biedy i tu w domku znajdzie się śniadanie. Co, czy 
dobrze? 

Nastusia poparła zaprosiny co najwdzięczniejszym wzro- 
kiem. Biedaczka, rada była go u siebie zatrzymać; tyle samo- 
tnych godzin miała do powetowania! 

— Prawisz jak z ambony, moja miła! — odparł żartobliwie 
Wilczek. — Niech się dzieje wola twoja! Dla wszystkich dziś 
święto: kwiaty dostaną wody, ptaszki siemienia; słusznie aby 
i na mnie przyszła kolej. Kładę tylko następiąjący warunek: 
śniadanie musi wystarczyć dla dwojga; sam jeden niczego nie 
dotknę; gotowaś mi domieszać Bóg wie jakich czarów. 

Nastusia już znilda i zanim Wilczek miał czas opatrzyć się, 
dziewczę na śnieżnej bieliźnie zastawiło mu pustelniczy posiłek, 
którego szczątków panicz w tej chwili nie byłby oddał za najwy- 
myślniejszą lwowską biesiadę. 

Zasiadł do stołu; Nastusia naprzeciw, wsparła głowę na 
dłoniach i z roskoszą przypatrywała się łaskawemu na jej dary 
gościowi. 

Wilczek pierwszy raz dostrzegł, że ślady żałoby zniknęły 
z pokoju, ale pomimo szczerej chęci, głęboko tkwiły jeszcze 



30 



W obliczu dziewczyny. Chwilowy błysk szczęścia na zDpełne 
rozwianie icb nie miał dostatecznej potęgi. Pan domkn, a wię- 
cej jeszcze mieszkanki , powstał i w milczeniu j% do serca przy- 
cisną}. 

— Sama się zabijasz, moja luba! — rzekł po chwili — 
smutki do niczego dobrego nie prowadzą. Musisz przyrzedz 
poprawę. Przekonaj się , czy wesołe oczy nie lepiej ci przystoj^ 
od zapłakanych? — Odtąd przepędzimy troski za góry, za lasy, 
nieprawdaż, moja miła? 

— Smutki — troski? — Gdzież one? zkąd ich wziąść? — 
odrzekła tęsknie dziewczyna. — Bywało ich tu nie mało, dawno, 
bardzo dawno : przed miesiącami, przed tygodniami, wczoraj — 
dziś jeszcze z rana. Teraz zapamiętać ich już nie zdołam. Nie 
ma czego wypędzać; same wszystkie uciekły. Uciekły i nie po- 
wrócą, a jeżeli powrócą, to już nie uciekną. Panie mój! po- 
wiedz że nie powrócą; ja tak się ich boję! Ale po twoim od- 
jeździe próżno chciałam się opędzić. Bywało, jak się rozzłosz- 
czą, to nigdzie nie dają spokoju. Biegnę do ogrodu — one za 
mną; uciekam na łąkę, do lasu — i tam pędzą w moje ślady. 
"W dzień, w nocy chwili odetchnąć nie pozwalają. Mrużę oczy^ 
zatykam uszy — słyszę je wszędzie i widzę. Szepcą mi straszne 
myśli; wyglądają do mnie z kwiatków, włażą ptaszkom w gar- 
dziołka , świegocą ich głosem. 

Ponakrywałam ptaszki, opuściłam kwiaty — nic nie po- 
mogło. 

Nie wiedziałam co począć. 

Chcę zasnąć — nie mogę ; chcę śpiewać — nie mam głosu ; 
biorę robotę — igła wypadła mi z rąk; chcę czytać w książce — 
papier świeci jak całun , książką jak trumna , czarne głoski niby 
księża ciągną pogrzebowym szeregiem. Gdyby przynajmniej 
żałość przed kim wypowiedzieć! — Nikogo: — sama jedna t 
Dopiero dziś z rana, jak gdyby uciął toporem, wszystko złe 
znikło. Znikło wszystko inne, i znów nic nie widzę , i znów ni© 
słyszę, tylko to, na co do końca życia radabym patrzeć, czego 
do ositatniego tchu radabym słuchać. Wróciłeś, mój Panie, da 
biednej Nastusi ! 

— Wróciłem, lube dziecię; żałuję teraz żem wyjeżdżał; 
wróciłem na zawrze. 



31 

— Na zawsze ! — powtórzyła z westchnieniem dziewczyna. 
Ach , tego słowa nie wymawiajmy ! Umrzeć tylko można na 
zawsze. Kwiaty zawsze nie kwitną i łąki nie zawsze zielone. 
Słońce im dziś świeci , jutro wicher może je złamać. Co nam 
myśleć, co nam wiedzieć o jutrze! Wczoraj myślałam) że nie- 
długo pożyję; dziś znów tak mi dobrze na świecie: nie chcę 
znać jutra i żal czasu o niem podumać. A żal jeszcze większy 
żałować tego , co już minęło. Gdyby mi kto był powiedział: 
Za taki jeden dzień jak dzisiejszy, wycierpisz lata boleści: okuta 
w łańcuchy, w strasznych podziemiach, męczennica, przez 
lata światła nie ujrzysz — odpowiedziałabym : — Mój dobro- 
czyńco ! 

— Nie lękaj się, moja miła! — rzekł Wilczek, wyciągając ku 
niej rękę — dni takich wiele jeszcze naliczysz i uśmiechami je 
tylko opłacisz. 

Nastusia siadła mu u nóg , rękę jego w obie dłonie ujęła 
i swoim zwyczajem, ścigając raz powziętą myśl, mówiła 
dalej: 

— I czegóż się lękać? Cierpienia? Strach zbiera do tego 
tylko , ku czemu kto nie stworzony. Ja w smutku jako we wła- 
snym domu. Od małego dziecka, bywało, nie dziwuję się zmar- 
twieniu, albo dziwuję się , gdy nie przychodzi, a najwięcej mi 
dziwno, gdy się spotykam ze szczęściem. — Tobie i twoim, za- 
wczesnie jeszcze do szczęścia — mówi mi tajemny jakiś głos. — 
Więc cała drżę z obawy i sama się nie poznaję, i mróz czarnych 
przeczuć chodzi mi wedle serca, i jestem tak, jak gdybym nie 
moją rzecz wzięła potrzebniejszemu. Cudzo mi w szczęściu 
i trwożno, a przecie tak mi teraz szczęśliwie. 

— Przy mnie ci cudzo — przy mnie trwożno? 

— Zawsze i wszędzie. Cóż ja temu winna ? Niedolę łatwiej 
rozumiem. Dość spojrzeć do koła: ten zbytek kryje się przed 
ludzkiem okiem; nie musi być dobry dla wiejskiej dziewczyny; 
sama na niego poglądam, tfama, jak gdybym ze swoich nikogo 
nie miała na świecie. Rano i wieczorem odmawiam boże przy- 
kazania i pacierz; rano i wieczorem kryję się sama przed sobą, 
gdy pomyślę o tych , którzy mię nauczyli modlitwy. Gdzie oni 
teraz — czy jeszcze mię przeklinają? — Powiedziałeś, panie 
mój, że 'kto kocha, ten niewinny. Ja w ciebie wierzę jak 



32 

w Boga. Ale częato zapominam twoje c^owa; wtedy czuj§, żem 
grzeszna, wtedy rozumiem, dla czego złe mi dokucza. Dobrej 
doli boję się, nie dowierzam. Czemże na nią zasłużyłam? 

— Szalone, kochane dziecko! jam to nie wart ciebie I Gdy- 
byś wiedziała, ile na mnie win cięży! 

— Eto kocha, ten niewinny. Nie ja wymyśliłam tę prawdę; 
ale winny, kto mówi, że mnie nie wart. Mój los był, żyć dla 
ludzi i z ludźmi , którzy od świtu do zmroku w znoju pracuj% 
na kawałek chleba. Dla panów, którzy na to stworzeni, aby 
ludzkiej pracy rozkazywali, aby bez trudu, bez troski, żyli 
w wesołości i w dostatkach — po wielkich miastach i w pię- 
knych pałacach rosn% bogate hrabianki. Praca chłopska panu 
należy — tak przynajmniej wszyscy mówią we dworze — ale co 
wiejskim chłopcom po dworskich panach , gdy im panowie wy- 
biorą, z pod strzechy dziewczęta ! — W przeszłą niedzielę mu- 
zyka przez cały dzień na wsi grała. Sołtys wyprawiał córce 
wesele ; słyszałam ztąd śpiewy i weselne okrzyki. Smutno mi 
było, jak gdybym słuchała pogrzebowych dzwonów. 

— Tęskno ci przy mnie ; żałujesz żeś mię pokochała? — 
Chciałażbyś mię porzucić? Słusznie mścisz się, Nastusiu, ale 
mścisz się bez miłosierdzia. 

— Mścić się — żałować — porzucić? — Mój Boże! czy liż 
ja umiem chcieć? Życie trawię, mój panie, na zgadywaniu 
twoich życzeń, jako za nieboszczki starościny, gdyśmy razem 
gonili motyle. Mnie nie ma już : mnie nigdy nie było na świe- 
cie. Bóg stworzył mię jako listek dla róży ; listek niczem przez 
siebie; róża, choć i bez liścia, królewną, w ogrodzie. Gdy wy- 
jeżdżasz, panie mój , całą mnie z sobą zabierasz. Nastusia cią- 
gle przy tobie, choć nic w podróży nie widzę, na nic nie patrzę, 
tylko na ciebie. Tu w domku cień tylko się słania, mara, po- 
kutnica bez życia, bez myśli, a czasem i bez nadziei. Wracasz— 
wnet słońce inaczej świeci, i miesiąc srebrniejszy i gwiazdy ży- 
wiej mrugają; wróciła z tobą Nastusia, wesoła, szczęśliwa. Nie 
może być inaczej — ona cię nigdy nie opuszczała. Bóg widzi, 
że mówię prawdę, i że co mówię, rozumiem. Ale gdy cię nie 
widzę, gdym długo samotna, co wówczas dzieje się ze mną? 
Pojąć, powtórzyć nie zdołam. Wieczorami, szarą godziną, 
głowa ogniem mi płonie. Zamykam się, biegnę w kąt, zakry- 



33 



wam oczy. Jak nie zakrywać ! — Iskry widz§ w ciemnościach, 
słyszę straszne, powłóczne stąpania, sama nie wiem, westchnie- 
nia czy jęki, szmery, szelesty, stłumione pośmiechy i łkania 
głnche. Zrywam się, chcę uciekać, drzwi znaleźć nie mogę; coś 
mię ciągnie za odzież, coś świszczę nad głową. 

Dwa razy ledwo mię docucili. 

Nazajutrz trudno mi powstać na nogi; zwlekam się wreszcie 
z pościeli, zapominam wczorajszych strachów, ale wieczór nad- 
chodzi i znowu słaniam się jak po zarzewiu. 

Marszczysz czoło? — Już nic nie powiem. W pałacu, kiedy 
hyłam młodą, ludzie mię zwali warjatką. Ludzie wiejscy jak 
zaczną o mnie gadać, to i wygadają. 

Nie — nie , przestanę; tak sobie tylko mówiłam. Panie mój ! 
patrz, śmieję się, z całego serca się śmieję! — 

łjzy błyszczały w oczach dziewczyny; niewypowiedziana bo- 
leść łamała jej rysy; tuliła się do niego wzruszona. Wspomnienia 
nawet znieść nie mogła. 

— Luba moja mała! niebezpiecznie zostawiać cię samą. 
Bóg wie, jakie książki wpadają ci do rąk; drukowane wy- 
mysły bierzesz za prawdę. Chorą masz wyobraźnię — śnisz na 
jawie. 

— Nie pamiętam, od kiedy książki nie wzięłam przed oczy; 
pismo biegnie mi przed wzrokiem — nie dochodzi do myśli. 
A chorą nie jestem. Cóż to za choroba, którą jedno słowo, je- 
dno spojrzenie rozpędza? Wczoraj głowy podnieść nie mogłam; 
dziś jak gdybym na świat się narodziła. Że nie śpię, a śnię czę- 
sto , to prawda. Dość mi zamknąć oczy, o własnej doli podu- 
mać, przypomnieć sobie wszystko com przeżyła, czegom do- 
znała od maleńkości ; dość spojrzeć gdzie jestem — sama sie- 
bie zapytuję, ile za mną snów, ile koło mnie prawdy! 

Innym razem na prawdę zasypiam; budzę siei pytam znowu 
czy fałsz tylko widziałam? Fałtz i taki wyraźny! — niepodobna. 
Ciągnie się, powtarza z nocy na noc, jak książka z zagiętą 
kartą snuje nazajutrz wczoraj przerwaną powieść. Czasami żal 
się przebudzać: zamykam oczy, radabym dogonić, schwytać 
uciekającego — nadaremnie! Ale sen ten, mój panie, którego 
prawdę mam teraz przed sobą, rzadko kiedy zstępuje. Próżno 
się o niego modlę , napróżno przyzywam przed spoczynkiem 

Cbojbcki, Alkhadmr. III. 3 



34 

Gzęóciej zlatuj % te drugie, czarne) straszne a nieproszone. 
Opęófii6 się im nie mog§. Niedawno przez trzy noce ciągle drę- 
czyła mig ta sama mara. Nie gasitam świecy, szłam spać dobrze 
juz po północku ; wilgotne chusty kładłam na skroniach. Nic 
nie pomogło. Straszny sen! — Myślałam że do reszty głowę 
zatracę. Nie o sobie marzyłam ; tem większa boleść 1 Ach, Boże 
mój, śniłam o sobie; dusza moja przecie oddawna już do mnie 
nie należy, oddawna nie we mnie mieszka! 

— Zaczynam domyślać się, że o mnie chodzi — przerwał 
Wilczek z uśmiechem. — Tem lepiej ; mów, moja luba. Mniej- 
sza o sen; wiesz jak sny mało mię obchodzą; pomimo to rad słu- 
cham twoich dziwacznych banialuków. Oddawna nie słyszałem 
twego głosu; muszę stratę nagrodzić. Mów, miła moja marzy- 
cielko ; przekonamy się, czy w istocie sen taki straszny. 

— Przeszedł już i da Bóg , więcej nie wróci ; na co go wyzy- 
wać? Gdyby przynajmniej był różowy! Prawdać to, według 
ludzi, że im sen gorszy, tem się na lepsze wykłada. Jeżeli ladzie 
nie zwodzą, czeka nas, a raczej ciebie, mój panie, czekacie 
wielkie szczęście. Ale ja nie dowierzam : kot czarny nigdy szczę- 
ścia nie wróży. 

— Doprawdy! — czarny kot, powiadasz? — nie wie- 
działem. 

— Ęyliśmy niby oboje w wielkiem marmurowem mieście. 
Zajechaliśmy przed wysoką kamienicę i przez długie kurytarze 
zeszliśmy do izby, do tak dużej izby, że w środku zmieściłby, 
się cały ten domek. 

Ja usiadłam , zataiłam się w kącie ; ty panie na mnie nie 
zważałeś , nibyś sam jeden przyjechał. 

Po chwili otworzyła się podłoga, buchnął płomień i dym 
siarczysty. Za każdym/ kłębem dymu wyskakiwał djabeł, ale 
ubrany po pańsku, tak, że go nie można było poznać; z oczu 
tylko odgadywałam złego ducha. 

Natłoczyło się ich bez liku. 

Potem naprzeciw mnie otwarły się wielkie drzwi. Wniesiono 
nakryty stół; półmisek, zwłaszcza też szklanek, kieliszków, 
butelek na nim co niemiara. Złe duchy zasiadły do stołu — 
ty» panie mój, między nimi, we środku — na nąjwyższem 
miejscu. 



35 

Goście rzitcili się do butelek ; skoro zabrakło napoju, służba 
przynosiła więcej. 

Powstały głośne rozmowy, zgiełk, wrzawa, hałas, jak w dniu 
ostatecznego sądu. 

Ja przytuliłam się niby do ściany , z obawy aby mię nie po- 
strzeźono ; myślałam, jak mię który z tych czarnych zobaczy, to 
samym wzrokiem zab^e. 

Naraz wszystko ucichło. 

Goście zwrócili oczy w jedno miejsce, patrzyli niby zdzi- 
wieni, szeptali coś sobie do ucha, marszczyli czoła, zaciskali 
pięscie. Wzrok żywą krwią im zabiegał. 

Ja także podniosłam się trochę ; chciiałam zobaczyć czemu 
się dziwowali. 

Na oknie, w kłębek zwinięty, siedział duży kot, czarny jak 
gdyby smoła. Jak żyję, nie widziałam takiego kota. Skry isypał 
-oczami; w łapach trzymał żelazną podkowę; kruszył ją niby dla 
zabawy i kawałki rzucał na ziemię. Gdzie padła okrucha że- 
laza, tam wnet zadjrmiło się drzewo, jakby pod rozżarzonym 
węglem. 

Z za stołu zaczęli na niego krzyczeć, świstać, kląć, złorze- 
czyć; chcieli go spędzić. Kot mruczał pacierz, łamał dalej pod- 
kowę i nie ruszył się z miejsca. 

Ostatnia złość niektórych porwała. Kilkanaście nożyc jak 
błjakawice mignęło ku oknu. Wszystkie niby o dzwon z mosię- 
żnym jękiem odbiły się o skórę zwierzęcia. 

Nie wiedziano co począć. Wtedy ty, panie mój, strasznie za- 
gniewany, śmielszy od drugich, poskoczyłeś z miejsca i biegłeś 
ku oknu. 

— Na miłość bożą, wstrzymaj się ! — krzyczałam co siły. — 
Nie zaczepiaj nieszczęścia! 

Ni^ słuchałeś, albo też nie słyszałeś. 

Kot najeżył sierć, ziewnął iskrami i dymem. Ty oburącz 
pochwyciłeś go za grzbiet i wyrzuciłeś za okno. 

Tenże sam dźwięk, jak gdyby miedź spadła na kamień, roz- 
darł mi uszy. 

W izbie śmiali się okropnie, niby zbójeckim, niby wilczym 
jakimś głosem ^ przerażającym. 

Załamywa^m ręce ; płakałam na csJe piersi. 

3* 



36 

Spostrzegł mi§ nareszcie jeden ze zgrai; pamiętam go. Za 
stołem siedział tuż przy tobie. 

Spostrzegł mię, strasznie wytrzeszczył oczy, dopadł znie- 
nacka i jął nożem krajać mi serce. 

W niebogłosy wołałam ratunku. 

Obróciłeś się, spojrzałeś — udałeś że mię nie poznajesz. 

Wyciągałam ręce— zaśmiałeś się, ale tak dziko, że sama 
nie wiedziałam, czy mam skonać z boleści, czyli tez z roz- 
paczy. — 

— Gdy w tem na szczęście obudziłaś się — wtrącił Wilczek, 
do żywego wzruszony. — Słusznie uczyniłaś; jeszcze chwilę, by- 
łoby zapóźno. 

Chciał nadrobić uśmiechem ; rozśmisi się. Nastusia szybko 
obróciła ku niemu głowę: dziwny, szczególny dźwięk tego 
śmiechu raz już gdzieś słyszała. 

— Tak jest , przebudziłam się — rzekła po chwili milczenia. 
— Ale na tem nie koniec. Następnej nocy — 

— I cóż, następnej nocy? 

Wilczek mimowiednie zachmurzył czoło ; wyraz niespokoj- 
ności grał. mu na twarzy. 

— Nie w mieście już, ale u nas na wsi; nie w domku , ale 
w pałacu. Pokoje były urządzone podobnie, tylko że daleko 
piękniej jak za nieboszczki starościny. Widno pani jakaś zje- 
chała z dworem, jak zmiarkowałam po rozrzuconych kobiecych 
sukniach. Ale nie widziałam nikogo; było już po północy: snąć 
wszyscy spali. Na niebie strasznie się łyskało ; wiatr łomotał 
drzewami, burza ryczała na całe gardło, deszcz lał jak z cebra, 
pioruny grzmiały w oddali. 

Drżałam ze strachu. 

Z pod wielkiej pałacowej lipy — sama nie wiem, zkąd i po 
co tam poszłam — wylękła, patrzyłam w czarne szyby jak 
w cudowny obraz. 

Nagle usłyszałam brzęk stłuczonego szkła, a wtem piorun 
uderzył w lipę i zapalił ją, że gorzała jak gromnica. 

Uskoczyłam ku oknu, chciałam skryć się w pałacu. 

Stanęłam jak martwa. 

Przez stłuczone okno , przy łunie pożaru , wyraźnie dostrze- 
głam i poznałam wczorajszego kota. 



37 



Ty, panie mój, w głębi pokoju spałeś z ręką podłożoną pod 
głowę. Zda się że jeszcze cię widzę. Przeklęty kot — djabeł to 
być musiał — zakradał się ku tobie. Jednym razem sunął na 
łóżko, porwał cię za gardło , zaczął kaleczyć i dławić. 

Krew lała się po poduszczce. 

Obłąkana niby, porwałam się za głowę i padłam zemdlo- 
na. 

Zimny pot wystąpił Wilczkowi na czoło. Wzruszenie nie 
długo trwało: jedna chwila wystarczyła na wypogodzenie obli- 
cza; pożałował łatwości, z jaką dał się oczarować opowiada- 
niom dziewczyny. 

— I znowu obudziłaś się, moja miła? — rzekł tym razem ze 
szczerą wesołością. — Wszystkie sny tak się kończą. Mara znika 
i za całą prawdę przebudzenie tylko zostawia. Sama wreszcie 
mówdaś, źe zły sen znaczy dobro na jawie. Przysłowie pra- 
wdziwe: ziściło się, co do mnie przynajmniej. Po wielu trudach 
i kłopotach znowu spotyka mię szczęście, znów jestem przy to- 
bie \ większego szczęścia pragnąć nie chcę i nie mogę. 

Nastusia zarzuciła mu na szyję ramiona. Wilczek objął po- 
lotną jej kibić i przycisnął do serca; ucałował ją w świecące 
oczki i na falistem jej łonie wsparł piękną, skołataną swą 
głowę. 

— Nie śniłaś czasem, żeś mię przestała kochać? — szepnął 
pieszczonym półgłosem. — Mała moja wróżko! przyznaj się, czy 
sen ten nigdy nie wpadł ci do myśli , na jawie , z otwartemi 
oczyma? 

— Nigdy, panie mój luby, mój drogi — szemrała dziewczy- 
na. — Zapytaj czy mogę przestać żyć? — Odpowiem: kiedy 
zechcesz. Ale przestać cię kochać? — ani za życia, ani po śmierci. 
W kościele nas ksiądz nauczył, że dusza nie umiera. Dusza 
moja, to myśl wieczna o tobie, to miłość dia ciebie, tęsknota 
za tobą, szczęście przy tobie. Taką ją Bóg stworzył ; taką ją ku 
sobie powoła. Choćbym umarła, ty panie mój, nic na tem nie 
stracisz: Nastusia zawsze cię będzie kochała. Dopóki żyję, nic 
od ciebie nie żądam , tylko abyś czasami dobre słowo powie- 
dział, abyś pozwolił się kochać i patrzyć niekiedy na ciebie, 
chociaż z daleka, byle tylko cię widzieć. 

— Miła moja biała gołąbko, nie pozwalaj mi myśleć, żem 



38 



^a tak długo mógł cię opuśció, inaczej sam siebie do reszty 
znienawidzę , jako zaczynam się już niecierpieć. 

— Znienawidzić to, co ja kocham nad życie? — Cóż ja bie- 
dna wtedy pocznę? Kto ciebie nienawidzi, ten i dla mnie wro- 
giem. Nie , panie mój , musisz ukochać się , catem sercem się 
ukochać, abyśmy oboje jedno kochali. 

— Za wiele luba wymagasz ; serce dla dwojga nie wystar- 
cza : gdybyś chciała mi oddać połowę — nie mówię. Ale z tob% 
ani myśleć o podobnych układach; trzymajże całe, kiedyś raz 
już wzięła. 

Dziewczyna śmiała się przytłumionym, srebrnym głosem 
i miękką dłonią odgarniała Wilczkowi z czoła pierścienie ja- 
snych włosów. 

— Ile razy czytam — mówiła zapatrzona w twarz kochanka 
— albo sama marzę historję o królewicach, o młodych ryce- 
rzach, o pięknych książętach, przed których niesłychaną od- 
wagą i starym rozumem świat pada na kolana, zawsze wyobra-^ 
żam sobie, że najpiękniejszy z nich, że pierwszy w bitwach i na 
zabawach , musiał mieć takie oto włosy, takie czoło , takie usta 
i wzrok, że jako dwie krople wody, do ciebie mój panie, musiał 
być podobny. 

Gdy cię widzę wyjeżdżającego na koniu, zdaje mi się, że je- 
dziesz na wojnę, że jedziesz sam przeciw tysiącom, że wrócisz 
z chorągwiami na wiatr rozpuszczonemi — postrach nieprzyjlt- 
Ciół i świata straszne dziwowisko ! 

Gdy głos twój słyszę z daleka, głos ten nie ludziom tylko, 
ale wichrom i burzy powinien rozkazywać. A przecież ten sam 
głos, gdy rozdźwięczony dobrocią, jak promień słońca przez 
jedwabną zasłonę, łagodnie mię uderza, ten sam głos stokroć 
milszy od dalekiego wiejskiego fletu śród wiosennej nocy, od 
najmiłośniejszych śpiewów słowika, od gwaru ptasząt rozbudzo- 
nych jutrzenką, od szmeru cichego zdroju, od wspomnienia da- 
wno gdzieś, dawno nad kolebką słyszanych piosenek. 

Powiadasz często : « Mów, Nastusiu, lubię cię słuchać. » Ja 
nigdy tego nie mówię, ale zawsze to myślę. Mów ty, panie mój 
do mnie: uklęknę, złożę ręce przed tobą; biedna grzesznica, 
poznam niebo za życia. Mów co sam 'zechcesz, tylko czasami 
powiedz, że mię kochasz. Choćbyś w następnych słowach s^O' 



39 

rzeczył i przeklinał , ja tłyszyć ich nie b§dę. Ten jeden wyraz, 
ten jeden, któryby mię porwał z śmiertelnej pościeli, na długo 
ełueh mi zabierze. 

Po twoim wyjeździe często, gdy rady sobie dać nie mogłam, 
starałam się przypomnieć, naśladować twój głos i sama mówi* 
łam do siebie: kocham cię, Nastnsin! 

Ach, nie czekałeś na odpowiedź! Moim głosem i za siebie 
odpowiadałam co żywo. 

Pobladłeś w mieście, mój panie ; z oczu ci patrzy zmęczenie. 
Ozy chorowałeś? Troski, zmartwienia, nie Bóg zsyła na ciebie. 
Ja codzień ze łzami modlę się , aby wszystkie na mnie obrócił. 
Teraz wypoczniesz, o złem zapomnisz, odetchniesz przy twojej 
Nastusi. Tu przynajmniej smutnym ci być nie wolno; sam po* 
wiedziałeś, że w moim domku jam pani%. Zawsze tak musisz 
poglądać, zawsze jak teraz, ze śmiejącemi oczyma. 

Weź twój obrazek z małego pokoju; zabierz go sobie; ma* 
larz nie umiał na ciebie patrzyć — w nocy cię widać malował. 
Kwiatka jednego nie dałabym mu do odmalowania. Ach, gdy- 
bym ja miała boże dobrodziejstwo, gdybym ja potrafiła mało-* 
wać ! — Patrzeć nawet mi na ciebie nie trzeba. 

O luby mój, drogi — dziękuję ci, że powróciłeś! 

Łzy rozrzewnienia zabłysły w oczach dziewczyny. Wilczek 
je prędko osuszył; upiescił rozpromienioną twarzyczkę, pytałt 
zkąd, jeżeli szczęśliwa, na płacz się jej zbiera? 

Nastusia odpowiadała mu uśmiechem ; wstydliwie kryła od- 
dawna na tęsknem obliczu niewidziany rumieniec. 

Z przeszłych smutków, z doznanych bólów, ostatni ślad 
nleciał — ona nigdy nie doznała niedoli; czyliż całem życiem 
nie była dla niej teraźniejszość? — 

Źródło pociechy i siły, popęd w dążeniach do szlachetnych 
celów , balsam odwagi na rany poniesione w przeciwnych losu 
kolejach, promień ozłacający życie zawalone chmurami, święty 
epokój i niewyełowiona roskosz ducha, poczucie w jednej chwili 
prawd wieńczących zwykle mozolne męki umysłu; dopełnienie 
natury ludzkiej wchłonięciem w siebie najczystszych, bożych 
żywiołów; odgadnięcie rzeczywistego znaczenia praw i obo- 
wiązków człowieka •— wszystkie te djamentowe kryształy serca 
i rozumu błyszczą niepokalanem światłem w mdości kobiety^ 



40 



Takiej miłości gdzie szukać? 

Tam, gdzie rosną polne kwiatki, gdzie oko niewieście czę- 
ściej patrzy w niebo, niż w złocony sufit, gdzie serca Ś¥rieże, 
zdrowe, wolne od trędu sentymentalizmu, od gangreny pró- 
żności, od raka zawiści i dumy, od kołowacizny niewczesnego 
rozumu, od anewryzmu uciech światowych, od konwulsji sa- 
molubstwa, od spazmu czułości na słowa, od letargu na rzeczy 
i czyny. 

Daremna skazówka! — Gwoli czemu rozpalać pochodnię 
prawdy? — Lepszy łut blichtru, droższa szczypta błyskotek^ 
niż centnary przywiązania — uczucia. 

Z różańca tego pereł, jakie anioł miłości z nieba czasami 
upuszcza , ileż ich pada na śmiecie ! 

Od czystego klejnotu darmo nabytego, cenniejszy zlepek 
kału, byle zapłacony na wagę złota. Ach, gdzież się podziała — 
czemu nie ma Nastusi, gdy codzień -smutków i bólów przybywa 
na świecie? — 

Świętokradzką. dłonią kwiaty z pola zerwane , więdną przy- 
szpilone do modnej pańskiej odzieży. Niech więdną dla chwilo- 
wej woni , niech giną ! — Taka ich dola ! — 

Tymczasem Wilczek upajał się czarownym polnej równiankf 
zapachem , a słodkie te wonie zwolna rozpędzały mu gorączkę 
mózgu. Zmienny i chmurny jak jesienne niebo, wrócił rozprzę- 
żony na duszy, znękany, cierpki, gniewny na los, na ludzi, na 
siebie. Za pierwszem dotknięciem rodzinnej ziemi, za przestą- 
pieniem tylko szranków zepsucia, fałszu, za postawieniem się 
w obec żywiołów między ludem zaczerpanych, świętych — niby 
bajeczny Anteusz, nagle odzyskał siły. 

Głębokie zgryzoty sumienia, gryzące niepokoje umysłu, roz> 
targanie ducha, niesmak do samego siebie — zatopił, zaprze- 
paścił w jednej myśli, w jednem uczuciu. 

Miłość Nastusi wypogodziła mu życie; samo scrzeciwieństwo 
z niedawnym trybem bytu , niewysłowionym urokiem wytęczo- 
wało mu pierwsze dni powrotu na wieś. Być może nawet, że 
temu to jedynie uczuciu dziewczyna zawdzięczała szczególny 
popęd serca, z jakim garnął się ku niej niewdzięczny kochanek. 

Wilczek nie kłamał; w tej chwili gotów był na wszelkie 
poświęcenia. Dni zbiegały mu lotem jaskółki; w mieście wypo- 



41 



wiadal bój czasowi, zabijał go, a dobić nigdy nie zdo2ał; 
na wsi, u siebie, zdała od towarzystwa , żalił się na bystry bieg 
riońca. 

Nastusia zbawiała zapaleńca od własnych jego przeciw sa- 
memu sobie napadów; on czuł to dobrodziejstwo, sercem za nie 
płacił zbawczym i nawzajem wracał ją do życia, do szczęścia, 
koił jej niepokoje , upieszczał, łagodził te wraźenną daszę , błę- 
kitną, gdy niebo było błękitne, zamroczoną za najlżejszą 
chmurką na widnokręgu. 

Błogi ten wpływ jemu samemu aż nadto był widocznym. 
Widział czarodziej, jak pod namiętnem jego tchnieniem zbladły 
kwiat przywdziewał znowu świetne życia kolory, widział jak 
zamglone oczy dziewczyny rozbłyskiwały znowu promieómi we- 
sela , i lubował się uczuciem własnej potęgi , zakrawającej na 
moc stwbrzycielską. Dopóki u stóp Wszechmocnego płonie 
ogień życia — myślał w duszy — dopóty na Prometeuszach nie 
zbędzie. Potęgę jednej ożywiającej iskry nie żal wiekami mę- 
czarń opłacić. 

Uwyłączniający się w jednej myśli , ile razy gonił za jakim 
celem. Ilekroć oddawał się jakiemu uczuciu, jedną tylko drogę 
widział przed sobą; na inne względy, choć najważniejsze, nie 
starczyło mu ani wzroku, ani uwagi. Troskami o przyszłość 
pomiatał; dotychczasowe we wszystkiem powodzenie bro- 
niło go od przypuszczeń , że i jego gwiazda może kiedyś za- 
gasnąć. 

Jedyną stronę tej przysdości, stronę wcale niezaspokajającą, 
rządca dóbr, w kilka dni po powrocie pana, odkrył mu w stra- 
sznej a nieubłaganej prawdzie. 

Wilczek z natury swojej nie lubiał zagłębiać się w liczbach, 
nic pojmował często rzeczywistego ich znaczenia ; tym razem 
atoli wybiegły mu w tak wydatnych różnicach, że pomimo- 
wolnie zastanowił się: przeląkł się nad ich wypadkiem. Cóż 
dopiero , gdy pomyślał, że ostatni pobyt we Lwowie w żadnym 
szczególe nie wystąpił jeszcze na rachunku I 

Wilczek ani słowa o nim przed rządcą nie wspominał; stary 
sługa i bez tego srodze zakłopotany, do reszty byłby stracił 
głowę. 

Poderwana wichrem rozpusty śnieżka zatracenia, z przera- 



42 



żającą szybkością zataczała się w bezmierną lawinę. Belki staro- 
iytnego gmachu rodzinnych dostatków trzeszczały już pod cię* 
żarem walących się na nie zasp. Pora była pomyśleć o podpar- 
ciu, o ratunku; ale właściciel nie po temu miał głowę. Prąd 
przelotnych a gwałtownych uczuć pędził go ku Nastusi. Resztę 
obojętnie zdawał na: grę losu, na wolę Opatrzności, na wiarę 
we własne szczęście. Frasunek o zapewnienie materjalnego 
bytu czyliż nie był ostatnią troską młodego , prawdziwie pol- 
skiego charakteru? 

Młody pan zapominał, że kierunek ten ojczystego ducha 
rozdzierał się na dwie strony i na prawo wiódł do szlachetnych 
poświęceń — na lewo zapadał w otchłań zbrodniczego samo- 
lubstwa i szału. 

Zkądinąd nie było czemu się dziwić. W każdem stanowisku 
człowiek za tern goni , co najwięcej ceni. Wilczek w tej chwili 
gardził wszystkiem , co nie było Nastusią. Choćby mu przyszło 
puścić z dymem cały majątek — i cóż z tego ? Z własnego 
domu go przecież nie wypędzą! Dość mu jeszcze zostanie na 
jednego służącego, na kilka gończych psów, na parę zaprzęgo- 
wych i jednego wierzchowca. Odmieni tryb życia , porzuci ten 
świat, w którym ostatecznie doczekał się tylko niesmaku, od- 
trąci czarę hałaśhych uciech z kroplami goryczy na dnie, wy* 
rzecze się kłamliwych roskoszy. I jakże wszystkiego się nie wy- 
rzec dla prawdy, dla spokoju, dla niewyczerpanego szczęścia, 
dla życia przy tem anielskiem stworzeniu, które uwierzyło 
w niego niemal od kolebki ; które sam sobie wyhodował, wy- 
pieścił, z płaszczyn gminu wydobył, wytęczował miłością, roz- 
iskrzył wyobraźnią, wyszlachetnił uczuciem, ożywił własnym 
zapałem i tak podniósł wysoko , że z wiejskiej dziewczyny zo- 
stała w niej tylko prawda i rodzimy jakiś wdzięk, rozwinięty aż 
w nieskończoność. 

W obec takiego skarbu, w cóż obracały się nędzne uwagi na 
«tratę kilku garści złota? Człowiek , choćby najświetniej uro- 
dzony, za dwóch nie mógł spożywać, a na jednego przy szczę- 
śeiu i spokoju duszy nie wiele było potrzeba. 

Podobny szereg marzeń przesłaniał się Wilczkowi przed 
myślą i wyznać należy, że chwila była ku temu stosowną. 

Księżyc w pełnej roskoszy dumał na ciemnym niebios sza- 



43 

-ńize, i gwiazdy dkrzyły na wyścigi , i drżały w powietrzu kwia- 
tów i ziół balsamiczne wonie , i stary jodłowy las szumiał w od* 
dalii i z pola płynął po rosie cichy odgłos tajemniczych jakichś 
chórów, rozmarzonych mieszkańców zboża: świerszczyków 
iderkaczów, kukułek i zwiastunek żniwa przepiórek. Nocie* 
tnia, noc prawdziwie polska, pełna życia i gwaru natury, noc, 
jakich nie znaleźć ani pod zadyszanym stropem południa, ani 
pod jednostajnym topazem wschodniego nieba. 

Drugie, takież same niebo, z księżycem i gwiazdami, odbi- 
jało si§ w Dniestrze; księżyc tylko rozbryzgiwał się w złote 
pierścienie i wyciągał długim słupem po wodzie; gwiazdy 
<}hwiały się z falą , ciekawe dna w głąb zaglądały i znówv potem 
świeciły na srebrnych grzywach topieli. • 

W łódce było ich dwoje. 

Wilczek opuścił leniwe wiosło, zdał się na wolę wód, wzniósł 
głowę w niebo i utonął w dumaniach. Nastusia wsparta obiema 
rączkami o ster, lubowała się dziwaczną grą światła, jakie mie- 
aiąc sypał na twarz jej kochanka. 

Oblicze dziewczyny promieniało weselem. 

— Darmo szukasz po niebie — rzekła po chwili milczenia — 
ja tak wysoko nie patrzę, a przecie dwie gwiazdy więcej widzę 
od ciebie. 

— Dwie gwiazd więcej I — Gdzież je znalazłaś, mała moja 
gwiazdarko? 

— Już znikły I — rzekła, śmiejąc się — • już ich teraz nie 
-widzę I 

— Na miłość Boga! dzieweczko '— ostrożnie! — łódka 
przechyla, się — oboje wpadniemy do wody. Skręć rudel na 
prawo ! 

— Tem lepiej! — odparła, umyślnie chwiejąc psotnica. — 
Toń głęboka, pełno w niej g>yiazd i promieni; będzie z czego 
upleść wieniec, będzie co związać w snopek. 

— Nie, nie, moja luba! Dziękuję ci za wodne twoje zdoby- 
cze; czyliż na wianki , na snopki , pola ci już zabrakło ? 

— Fola dostatkiem, kwiatów na nich nie braknie, ale 
kwiaty zawsze te same; dość sięgnąć ręką, aby je zerwać, tO 
i ochota ku nim często ustaje. Tu w wodzie , śród nocy — 
patrz, mój panie 1 — byle dłoń. zanurzyć , z każdego palca stru- 



44 



mień wytryska, do koła pławi% mę ziote blaszki: zda się, źe joź 
je chwytasz, że same biegną ku tobie; wyciągasz rękę — nie! 
woda tylko się kropli, w ręce nic nie zostało. — Płyńmy ka 
wierzbom , co tam u wzgórka płaczą nad tonią. — Czy w wiel- 
kich miastach panowie i panie tak żyją jak my żyjemy , zawsze 
na polu, w lesie, na wodzie, śród gwara ptasząt, między 
kwiatami, pod gwiazd złocistą ulewą? — Ja nigdy w mieście 
nie byłam. 

— Nie, luba; my żyjem samotnie. Po miastach ludzie żyją 
razem — mają kwiaty, ale w pokojach, i drzewa na pustych 
placach, która zowią ogrodami; na niebo oknem zwykle wy- 
glądają. 

— A jeżeli się kochają, jeżeli jedno drugiemu wystarcza 
i chcą być sami? 

— Nie mogą; świat by ich wyśmiał. 

— Nie mają więc własnej woli? Służą u świata — cóż 
im świat za to płaci ? — Za lada co nie oddaliby przecie wol- 
ności ? 

Wilczek uśmiechnął się. 

— Zapewne; świat daje im w zamian towarzystwo. Odwie* 
dzają się, schodzą razem, wynajdują wspólne zabawy — inaczej 
zanudziliby się na śmierć. 

— Rozumiem — rzekła po chwili zamyślenia Nastusia. — • 
Chciałabym raz choć , niepostrzeźona , usłyszyó co między sobą 
mówią, ciekawe, zabawne to muszą być rzeczy. Każda z tych 
pań, każdy z tych panów, od maleńkości wiele się nauczyli; ksią- 
żek mają bez liku. Wiedzą zapewne wszystko , co stało się od 
stworzenia świata, co się dziś dzieje w różnych krajach, z je- 
dnego końca ziemi na drugi. Dopieroż to muszą piękne historje 
sobie rozpowiadać! Jeden mówi, reszta słucha, póki na innych 
kolej nie przyjdzie. W zimie, albo gdy deszcz pada, radabym 
ukradkiem dostać się do miejskich pałaców; odsłuchać bym się 
nie mogła. Ale bo też nie do darowania — dodała, umyślnie 
chmurząc wesołe czoło — że ile razy powracasz z miasta, przy- 
wozisz cacka, stroje, książki, a o tem, co mówią, nigdy nie 
wspomnisz, historji żadnej powtórzyć nie raczysz. Nie chcę 
wstążek i książek — sam strój się w jedwabie ; ja chcę historji, 



45 

ja chc§ wiedzieć, co mówi% na świecie. Powiedz mi, albo nie 
dam ci chwili spokoju. 

Wilczek śmiał się serdecznie. 

— Śmiech nie odpowiedź — rzekła dziewczyna, odwracając 
gławę, — Nie odezwę aię ani słowem, dopóki mi nie rozpowiesz 
historji. W mieście umiesz i musisz rozpowiadać, gdy kolej na 
ciebie wypadnie. Ja chcę historji! — 

— Uparte dziecię t Przysięgam ci na lube twoje oczęta — 
nie możesz ż^ać świętszej przysięgi — jak żyję, nie słyszałem 
w mieście żadnej historji , takiej zwłaszcza , jakiej ty odemnie 
wymagasz. 

— Rozpowiedz inną — jakąkolwiek. Przecież jak zejdą się 
goście, nie zasiądą, nie patrzą sobie jeden drugiemu w oczy 
i milczą? 

— Przeciwnie, moja miła rozmawiają bez ustanku; im na- 
wet kto więcej mówi, tem za rozumniejszego uchodzi. Ale 
o tem, co działo się dawniej, albo co się dziś daleko gdzieś 
dzieje , nikt ust nie otwiera. Przeszłość dla nich nie sięga dalej 
nad dzień wczorajszy: jutro całą ich przyszłość zawiera. 
Chcesz , aby cię słuchano ? — Mów im o drugich, przedrzeźniaj, 
wyśmiewaj , przekręcaj i powtarzaj słyszane słowa. W braku 
prawdy, miej fałsz na pogotowiu; o dobrem nie wspominaj, co 
złego, staraj się z pod ziemi nawet wydobyć i na jaw pokazać; 
nadewszystko zaś obmawiaj drugich na zabój, siebie wynoś 
pod niebiosa. Nie goń ani za miłością, ani za przyjaźnią, lub 
za szacunkiem, ale postępcg tak, aby każdy bał się twego ję- 
zyka. Wszystkie drzwi staną ci wówczas otworem, wszyscy na 
czoło przed tobą upadną — dopóki cię widzą, ma się rozumieć ; 
skoro bowiem wyjdziesz, zabawią się z tobą, jak ty bawiłaś się 
z nieobecnymi. O innych rzeczach nie dzisiejszych, nie miejsco- 
wych ńę nie odzywaj ; usnęliby za drugiem słowem. 

— Ach, mój Boże! za cóż się tak znienawidzili? 

— W mieście nikt nie kocha, nikt nie nienawidzi; każdemu 
ledwo starczy czasu myśleć o sobie. Jeżeli masz ochotę jechać 
do miasta, każę zaprządz? 

Nastusia milczała. 

— Wracajmy do domu — rzdcła z westchnieniem — wiatr 
się zrywa; ciężko płynąć pod wodę. Jak cicho do koła! — 



46 



Wszystko śpi, drzewa tylko czuwają i Hlciem szeleszczą. — 
Słuchaj, mój panie! — Słyszałeś? — tam, tam — daleko, pod 
lasem ! 

— Cóż takiego ? 

— Trzy razy krzyknęła kukułka. Ludzie powiadają , że kto 
za trzecim razem czego zapragnie, niezawodnie otrzyma. Słu- 
chajmy — może się jeszcze odezwie. 

— Zapóźno ostrzegasz mię, luba — rzekł Wilczek z udanym 
żalem. — W jednej chwili i jedno tylko życzenie? Nic nie znam 
trudniejszego. Mało żądać , nie wypada przez sam szacunek dla 
wszechmocności losu — wiele? — łatwo w jednej rzeczy można 
się pomylić. Wreszcie jeżeli taka twoja wola — zgoda I Za 
trzecim krzykiem kukułki zażądam , aby twoje sprawdziła ży- 
czenia. 

— Moje? — Ja nie mam żadnych. Niechaj ten się spo- 
dziewa, komu źle, gorzko, smutno na świecie. Ja tylko mogę 
cieszyć się życiem, rano i wieczorem Bogu dziękować, że mi 
dał poznać,. co szczęście na ziemi. Ani mi głowy, ani serca na 
jakiekolwiek życzenia. Widzę cię, panie mój, wkrótce obaczę 
i znowu widzę. Gdy jestem sama, gdy z domku wybiegam 
i spieszę ku kwiatom, nagle zatrzymuję się, stawam jak wryta, 
myślę kiedy odszedłeś, kiedy powrócisz. Wszystko do koła mi 
wyx>iękniało ; żywe jakieś, tęczowe kolory, jakich nigdy nie pa- 
miętam, zewsząd biją mię w oczy. Budzę się z uśmiechem, 
a gdy wejrzę na wschodzące słońce, poranne ptaszki nie wesel- 
sze odemnie, niebu nie tak wesoło w jutrzence, jak mnie 
we wspomnieniu o tobie. Czasami spóźniasz się, nie przycho- 
dzisz; czekam i myślą daleko gdzieś lecę, ku tobie, a więc da- 
leko, bardzo daleko! Najdalej mi tam, gdzie ty jesteś, gdy cię 
nie widzę. Wtem serce mi zakołace ; zrywam się , słucham — 
nie słyszę; patrzę — nic nie postrzegam; radabym śmiać się 
lub gniewać na siebie. Jeszcze nie odetchnęłam, już drzwi się 
otwierają , już jesteś przy mnie. Bóg świadkiem , że nie widzia- 
łam cię idącego. Więc znowu chciałabym sobie wyrzucać, żem 
ośmieliła się nie dowierzać przeczuciu — ale jak nie zapomnieć 
wszystkiego za pierwszem słowem z ust twoich ! 

Widzisz, mój panie, przed tobą, tam wysoko, gdzie niebo 
o las się opiera, widzisz tę najpiękniejszą gwiazdę między 



47 



wsaystkiemi, jakąś zioto-zieloną, srebrno różową zarazem? 
Sam mi raz powiedziałeś, że ladzie zwą ją gwiazdą miłości* 
Dobrze pamiętam. Spytaj tej gwiazdy iskrzącej, czy żąda wię- 
cej kolorów i blasku? Gwiazda to serca mojego. Czegóż ma^ 
więcej żądać twoja Nastusia? — Chyba w tej chwili, święty mój. 
miły, jeszcze jednego uścisku, a po tym jednym jeszcze dra* 
giego — i więcej. — 

Dziewczę słodko spłynęło mu w objęcia — łódka dobijała da 
brzegu. 

Nastusia mówiła prawdę, ale nie mówiła wszystkiego co 
czuła. Gdzież słowa, któremi byłaby potrafiła wyrazić przepeł> 
niające ją uczucia ? Dawne jej boleści i smutki rozwiały się 
jako mgła poranna ; niebo tern czyściej po nich rozbłękitniało: 
Dziewczyna lekkiemi stopy nie tykała ziemi; rozmarzona ro- 
skoszą, poiła się uciechą życia, tern najwyższem ludzkiem uczu- 
ciem, które— jeżeli mądrość i dobroć w istocie przewodniczyły 
stworzeniu człowieka — było jedynem , prawdziwem a łatwem 
szczęściem na ziemi. Czasami wprawdzie , w zapędach błogich 
uniesień, wieśniaczka niespodzianie mroczyła rozpromienione 
oblicze; z głową schyloną, topiła w ziemię obłąkany wzrok,, 
siły ją opuszczały, zsuwała się na kolana, kryła twarz w dło- 
niach i zalewsia się łzami, Zkąd na nią spadały te niespodziane 
rozpacze? — Czyli płakała jak płaczą uśpione dzieci, gdy marzy 
im się sen życia? Czy ją ściskało za serce błędne a straszne 
jakieś przeczucie ? Czyli na skrzydłach szczęścia wzbita gdziei 
pod obłoki, poglądała nagle na ziemię, mierzyła przerażonemi 
oczyma niesłychaną wysokość upadku? — Sama nie wiedadała 
biedaczka; a gdy szukała odpowiedzi na groźną zagadkę, nie 
było już nad czem rozmyślać: ulatywały tajemne postrachy^ 
wyiskrzona rzeczywistość jednym promieniem uśmiechu osta- 
tnią łzę jej suszyłfiL Śpiewna, uweselona, znajdowała znowu te 
chwile czystych uniesień^ jakiemi Wilczek darzył ją był niegdyś^ 
wkrótce po powrocie z zagranicy, w pierwszych dniach po 
uwięzieniu z sąsiedniej- wioski. Później — to prawda — nastały 
trwogi, niepokoje, częste wyjazdy kochanka, osamotnienia 
i przechylony, zataczający się na jedną stronę stosunek,, 
w którym Wilczek tyle tylko uczestniczył, że pozwalał si^ 
kochać.. 



48 



Nastasia i na tern musiała przestawać; nieoddziaływane atoli 
uczucie wyczerpało jej siły : upadała nieraz pod ciężarem nie- 
wzajemności , myślała jak umrzeć. 

Zamiar nie trudnym był do urzeczywistnienia : bezwładnie 
oddała się smutkom; te gryzły j% zwolna, iskra po iskrze gasiły 
w niej życie. 

Wilczek w sam czas powrócił. 

Powrócił inny niż zwykle powracał. Skołatany burzą namię- 
tności, znękany i zniechęcony, w prawdzie zaszukał ucieczki, 
w miłości szukał wytchnienia. 

Talizman spokoju czekał na niego. 

Nastusia pod światłem uczucia podniosła głowę , wróciła do 
życia, nowy byt rozpoczęła, byt pełen uroku , cudów i czara, 
gdzie sama siebie nie poznawała , gdzie w chwilach oczekiwania 
jeszcze zanosiła się od szczęścia. 

Mijały — nie — nie mijały juz teraz, mgnęły dnie i tygo- 
dnie; dla nich obojga czas tracił miarę: nadzieja jutra cieszyła 
ich , gdy żałowali , źe dzień dzisiejszy upływał. Wilczek powoli 
zabliźniał w sobie przykre wspomnienia; trawiące niepokoje 
rozpędził oderwaniem się od wszystkiego, co mu przypominało 
cierpki osad światowych uciech ; wyjaśnił sobie widnokrąg my- 
śli tak , źe na ostatnich jej krańcach chmurki najlżejszej nie 
dostrzegał. 

Było to zawieszenie broni w walce, jaką staczał z namiętno- 
ściami, z popędem do gwałtownych życia wzruszeń , z własną, 
niespokojną naturą. 

Cisza jego umysłu, błogi spokój serca, bynajmniej nie zwia- 
stowały zwycięstwa dobrych zasad, świętego sojuszu z prawdą, 
z czystem uczuciem. 

Przez liczne, rodowe pokolenia zużyta krew, za wręcznym 
tylko a upornym bojem z pierwiastkami zatraty, mogła zakrą- 
źyć czystem tętnem , przerodzić się w siłę pełną życia, przyszło- 
ści, dzielnych a szlachetnych żywiołów. 

W przebojach Wilczka przez życie, nie rozum wolą poparty 
pchał go czasami na stronę prawdy, ale niewytłumaczona ko- 
nieczność ducha , której oprzeć się nie mógł, a której następnie 
rozwinąć, utrzymać na prostej drodze nie potrafił. Biegł zawsze 
szybko, ale kierować sobą nie umiał ; unosić się tylko pozwalał. 



49 



ICowoscią dla niego był spokój , nowością prawie od dawna za- 
pomniane wzraszenia serca. Z dziecinnym zapałem jak nowość 
pochwycił we d wojny, osamotniony byt na wsi, powrót do 
pierwszych uczuć młodości. 

Nadchodziła atoli chwila , gdzie Wilczek zaczynał męczyć 
wzrok ciągłym widokiem jednostajnego błękitu, gdzie z ra- 
dością, byłby chmurę na nim powitał , a nawet wyzwał i na- 
wałnicę. 

Z początku usiłował zapi'zeczyó w sobie tę dążność , zżymał 
się sam na siebie, wmawiał niezachwiane zamiary wytrwania, 
przymuszał do takichże samych uniesień , jakie wczoraj jeszcze 
pomimowolny zapał w nim budził; wszystkiemi siły tłumił 
gwałtowne ku zmianie popędy. [Nadaremnie! — Niesmak toż- 
samości i przesyt coraz uporniej go ogarniały. 

Dwa miesiące oddalenia od świata! — Dwa miesiące pożycia 
sam na sam z Nastusiąl — Wilczek nigdy tak długo z jednego 
watka nie snuł żywota. 

Przyszło nareszcie do tego, że z goryczą myślał o jutrze, 
któremu nie mógł przebaczyć bezpłodności w urozmaiceniu 
jakąkolwiek odmianą zawsze tego samego szczęścia. 

Nastusia w tych zarzutach nie miała jeszcze żadnego udziału. 
Przeciwnie — zdało się mu , że codzień więcej ją kochał. Byłby 
gniewem rozsrożał, gdyby kto poważył się zwątpić o prawdzie 
jego uczucia. 

Do tysiąca szatanów I — Kochał Nastusię, kochał ją szalenie, 
kochał nad życie ; przed całym światem gotów był miłość swą 
wypowiedzieć, sprosić na wieś przyjaciół i znajomych, pokazać 
im w blasku krasy dziewczynę i zmusić, aby upadli przed nią 
na kolana. 

W istocie, czy liż Nastusia nie była wy łącznem, zachwycaj ą- 
€em stworzeniem? Gzyliź lube jej wdzięki mogły lękać się ja- 
kiegokolwiek sądu lub porównania? Niech więc na roścież 
otworzą bramy pałacu, niech nakryją stoły, niech zagrzmi 
muzyka, niech z czterech stron zjadą się goście, niech życie 
znów warem uciech zakipi — poddani znajdą godną zabaw 
królowę ! 

Co na to powie świat? — Ha, hal Pieśń wesela zagłuszy 
wrzarid światowe ; zawiść przylegnie w kącie , głupcy zapłacą 
Cbojbcki, Alkhadar. III. 4 



60 

przesad nudotą, mądrzy po«piesz% podzielić kielich roskoszy* 
SzaliMiy, trzykroć szalony, kto szczęście odpycha dla tego, ze 
nie odstęplowane pieczęcią nikczemnych świata przywidzeń! 

Ale ona czy zechce? — Czy znajdzie roskosz w zgielko, czy 
wytrzyma natrętne spojrzenia młodzieży, czy nie przelęknie się 
wrzawy , czy potrafi słowo odpowiedzieć na odgłosy uwielbień, 
na zwykłe kadzidło zalotów ? — 

Biedne dziecię ! kazać jej żyć podobnem życiem ! Lepiej od 
raza ją zabić. 

Bzncać w zapalne powietrze kłamanego bytu wątłą, niby 
z promieni światła usnutą istotę , wystawiać na wicher rozcheł- 
znanych namiętności blady ten kwiatek, wzrosły w zacisza ziół 
wonnych i lasów? — Nie, nie! — Dla niej trzeba prawdziwego 
słońca, łąk i pól świeżego oddechn, szmerów nadrzecznych 
wieczorem, chórów porannych jutrzenki — dla niej trzeba innej 
harmonji, niż kaleczących dźwięków rozbryzganego szkła, lub 
chrapliwych toastów wznoszonych przez szał. 

Próżne złudzenia 1 — Życie z NasŁusią, lub ze światem 1 — 
można było wybrać — pogodzić oba warunki ? — Nigdy I 

Ależ znowu zawsze i zawsze jedno i jedno. Ha t gdyby pół 
wsi chciało spłonąć od piorunu, gdyby wybuchło straszne jakie 
nieszczęście ! — Nikt nawet nie przyjeżdża 1 Czyliż wszyscy za- 
pomnieli już wesołych progów? Czy ani niebo, ani piekło z dna 
nie wyrzuci jakiego znajomego? Czy szatan nie potrafi już 
opętać i zabłąkać w te strony jakiego gościa? — 

Wilczek właśnie domawiał w duszy złowrogich wyrazów, 
gdy wtem z dala doszedł go turkot powozu. 

Zwabiony niby przekleństwem, wywołany piekielną odezwą, 
zjawiał się Juljusz. 

Wilczek krzyknął z radości, do serca go przycisnął, jak 
zbawcę powitał. 

Przyjacielski zarzut za długą nieobecność, nastąpił po ozna- 
kach wesela z przybycia winowajcy. Juljusz tłumaczył się na- 
tłokiem majątkowych spraw — od ostatniego pobytu we Lwo- 
wie przyzwyczaił się przedewszystkiem rozprawiać o swoim 
majątku. 

W istocie , fortuna pożerała go pieszczotami. Dzięki niesły- 
chanym jej łaskom, szczęśliwiec przez dwa miesiące nie dał 



, 51 

O sobie znaku. Objeżdżał tymczasem ofiary zapalczywości losu, 
ściągał wygrane, właził na hipoteki, nadziewał pugilares skry- 
ptami. 

Syt łupów, zapragnął nareszcie odetchnąć na łonie przy- 
jaźni. 

Nastusift tego dnia została samą; nic dziwnego: dowiedziała 
się , że towarzysz przybył do pałacu. 

Juljusz rozgościł się na długi pobyt; gospodarz nałożył mu 
tę pokutę. 

Wilczek doczekał się przecie odmiany: uchwycił drugą 
strunę, z której mógł wydobyć inne dźwięki, niż ciągłe brzę- 
czenie miłości. Nastusi porzucać nie chciał, przyjaciela atoli 
również samego zostawiać nie należało. Umyślił pogodzić dwa 
słodkie sercu obowiązki: wyjawił gościowi tajemnicę, którą 
tenże od dawna ze szczegółami posiadał, i nazajutrz zawiódł go 
do małego domku. 

Z dala, przez otwarte okna, doleciał ich srebrny głos dzie- 
wczyny. 

Nastusia, w oczekiwaniu na przybycie kochanka, stroiła jak 
zwykle , wdzięczne swoje ustronie i śpiewała wymarzoną przez 
siebie wiejską jakąś piosenkę. 

Zbliżyli się cichaczem. Wilczek wszedł pierwszy, drzwi 
otwarte zaniechał. Dziewczyna poskoczyła z uśmiechem , kla- 
snęła w dłonie i chciała mu upaść na szyję — od wczoraj, od 
południa go nie widziała. 

W tej chwili Juljusz stanął na progu. 

Nastusia lekko krzyknęła; zatrzymała się jakby do ziemi 
przykuta; żywy rumieniec wybiegł jej na oblicze. 

Po chwili zbladła , strasznie pobladła. Wzrok osłupiały to- 
piła w przychodniu ; oczu zdjąć z niego nie mogła. Zdało się 
jej, że twarz tę raz gdzieś już widziała — ale gdzie? — kiedy? 
l^ędne wspomnienia krążyły jej po głowie. We śnie , czy na 
jawie? — Nie pamiętała, a jednak sen szatańskiej biesiady, sen, 
w którym nieodstępny towarzysz kochanka kaleczył jej serce, 
mimowolnie majaczył jej przed myślą. 

Wilczek niespodziance przypisał przestrach dziewczyny; 
przedstawił jej Juljusza jako blizkiego, jedynego przyjaciela 
i starał się wesołością rozpędzić pierwsze wrażenia. Gość ze 

4* 



52 

swojej strony szczerze pomagał do wydobycia z kłopota małej 
gospodyni; przyglądał się kwiatom , podrawiał icb krasę ^ niby 
dawny znajomy, wszczynał poufałe rozmowy. 

Nastusia ochłonęła nieco z wzruszenia, ale do spokoja 
jeszcze jej było daleko. Odpowiadała nieswoja, roztargniona; 
wzrok zalękniony rzucała do koła, przysuwała się nieznacznie 
ku Wilczkowi, jakby szukając u niego opieki. 

Zalotna z wielkiego miasta kobieta byłaby pozazdrościła 
wieśniaczce wyrazu twarzy, wzroku, postawy. Dziewczyna, 
jako spłoszona sarna, chwiała się na drobnych nóżkach, drżała 
gibką kibicią, iskrzyła wylękłem okiem; raz blada, to znów 
różowa z wzruszenia, widno było po falach łona, że sercu dać 
rady nie mogła. Przed tyra człowiekiem byłaby chętnie skryła 
się pod ziemię , uciekła na koniec świata — ale tego człowieka 
on jej przywiódł i przedstawił jak przyjaciela. Nastusia odga- 
dła, że należało przyjąć go z wesołą twarzą. 

Gość wreszcie nietrudnym był do zabawienia; sam widok 
pięknej mieszkanki ustronia był mu najmilszem przyjęciem. 
Dotąd wiedział tylko o bycie Nastusi — nie domyślał się wsze- 
lako jej wdzięków. Rzeczywistość prześcigała w nim wszelkie 
oczekiwania. 

Juljusz uchodził w całej Galicji za jednego z pierwszych 
znawców na koniach i na kobietach. Niektórzy utrzymywali, że 
lepiej znał się na koniach; on sam jednak głęboko był przeko- 
nanym, że hipiczne jego wiadomości, ustępowały bystremu oku 
co do płci pięknej. 

Zachowywał się więc niby obojętnie, ukradkiem atoli ba- 
cznie oglądał polotną kibić dziewczyny, przypatrywał się har- 
monijnym składom jej ciała, podziwiał rozgrzy wionę płowe 
włosy, słodycz błękitnego oka, okrągłość ramion, łabędzie 
ruchy szyi, wytworny kształt głowy, ręce i nóżki dziecinne. 
Wady ani w niej dopatrzeć! — Oczywiście, Nastusia miała 
w sobie krew rzadkich przymiotów, była stworzeniem niepo- 
szlakowanej rasy, czyli — według malowniczego wyrażenia 
jnłodego badacza — folblutem. 

Prawdziwy znawca, a więc i namiętny lubownik, Janusz 
okiem rybitwa pozierał na dziewczynę; z wzrokiem i myśl 



m 



w ni% zatapiał , myśl samiaiów , których skry pierwszr oamł , źe 
mn biły do mmga i że wkrótce w niaugaszouy poiar rozpłoną. 

Wyszedłszy, Wilczek iicz€|ńł nawiasem nsecz o wdziękach 
Nastnsi; usprawiedliwiał jej pomięszcoiie przywykiem do dzi- 
ki^o, samotnego żyeia, uniewinniał się z przywiązania kn niej 
dziwną dobrocią jej serca. 

Juljnsz potakiwał, wszelako dość obojętnie; z przyjemnością 
jednak przyjął myśl powrotu do domku, choćby dla tego, aby^ 
jak mówił, napatrzeć się szczególnemu zjawi^u wieśniaczki^ 
okrzesanej nad wszelkie pojęcie. 

Wilczek mu zaręczył, że za drugiemi odwiedzinami Nastusis 
oswoi się, udobrucha i pokaże w całym wdzięku lubej swej pro* 
stoty. 

Juljusz z zimnym uśmiechem wysłuchał zaręcżeó. 

Minęło dni kUka; gospodarz i gość codzień chodzili, do 
domku. Nastuaia nie mogła pj*zywykBąć do dziwnego przycho- 
dnia, choć jej sypi^ grzeczności, choć zgadywał jej upodobania, 
z kwiatami pieścił się i rozpowiadał zabawne histoije. Skoro 
czasami folgę dawała. niepojętym a przykrym uczuciom, jedno 
spojrzenie Juljusza mroziło jej uśmiech na ustach , ucinało 
w pół zaczęte i^owo , trwogę miotało do duszy. Byłaby oh«iała 
na niego nie patrzeć , ale ile razy się zjawiał, mimowolną, taje- 
mną siłą pędzona, wzroku od niego nie zdołała odczepić; ciJa 
drżąca pod przenikłiwemi oczyma prs^^odnia , martwiała ze 
strachu jak ptak oczarowany spojrzeniem węża. 

Juljusz rozżarzał w sobie powziętą myśl, zacierał ręce, idla<» 
dał zamiary. Biegły ludzkiego serca czytelnik i na pamięć zna^ 
jacy Wilczka, wiedział, że można było go posądzić o wszys^o 
prędzej , niż o wytrwałość. Tłum wreszcie innyeh, daleko wa- 
żniejszych względów, utwierdzał w nim nadzieje. Wilczek go- 
nił ostatkiem. 

tPtiljttsz wracał właśnie ze Lwowa, gdzie zapisując swą nale- 
żytość na hipotece preyjaeiela, miał sposobność wględu w ra- 
diunek jego sumienia. Do wyraźnych ciężarów, których znalu^ 
eo niemiara, dodawszy koszta ostatniego w mieście pobytu, 
wypadek, przy najpomyślniejszym obrocie rzeczy , zaokrą^^ 
się w zero czystego mienia. 

Klęska majątkowa Wilczka koniecznie musiała pociągnąć 



54 

sa 8ob% rozbrat z Nastiuią. Gdyby nawet młody zapaleniec 
prawdziwie kochał wieśniaczkę, nie ma wątpienia, że wyzuty 
z dostatków , rozszalały rozpaczą t ^^^ byłby chciał porwać ją 
z sobą w burzliwe życia koleje, jakie czekały go na przedsionka 
nędzy. Jeżeli zaś — co zdawało się niezawodnem — przelotną 
tylko miał ku niej skłonność, pierwszy lepszy pozór niógł wy- 
starczyć na przyczynę rozłączenia. Kto wie nadto, ożyli zgłę- 
biwszy zionącą mu pod nogami otchłań, dla jednego promienia 
ratunku sam nie byłby poświęcił kochankę? 

Wilczek przy szczerej chęci mógł na kilka tygodni zamknąć 
się na wsi; ostatecznie atoli gwałtowna jego natura wjrmagała 
miejskiej wrzawy, zgiełkliwych uciech, hałaśnych towarzystw, 
mianowicie zaś przewodzenia młodzieży wykwintem, świetno- 
ścią i tonem. 

Nawzajem dziewczyna, przyzwyczajona do zbytku , nad po- 
wrót pod słomianą strzechę, przeniosłaby podzielenie z kim 
innym dostatków. Juljusz utrzymywał i wierzył, że próżność 
i zbytek były na cały ród Ewy cudownym lepem. 

W takowym obrocie wypadków , nowym dobroczyńcą Na- 
stusi mógł zostać on, nowy ulubieniec fortuny. Pieniędzy miał 
podostatkiem, a na popędach namiętnych szałów ku dziewczy- 
nie także mu nie zbywało. 

Zamiar ten, jakkolwiek w założeniu logiczny, jakkolwiek 
praodftawiał silne prawdopodobieństwo powodzenia, wymagał 
atoli długiego czasu, długiej cierpliwości. Upadek Wilczka 
mógł się przewlec; niejeden panek w podobnem mu położeniu 
Wiódł mnogie lata pomyślności. Z innych względów zguba 
przyjaciela była mu więcej szkodliwą, niż użyteczną. Wilczek, 
na mooy rodzinnych stosunków ze znakomitemi domami, fory- 
towal go w wielkim świecie , chętnie użyczi^ własnego blaska, 
woził z sobą po Galicji , wprowadzał nawet w pierwsze wiedeń- 
skie towarzystwa. Juljusz bez przewodnika tracił większą część 
dogodności życia ; że zaś najmniejszej wygody nabytej tracić 
nie wypadało, umyślił przeto tak nastawić samotrzask, aby sa 
jednym pociągiem i Nastusia weń wpadła i przyjaciel z rąk mu 
nie udekł, pr^aciel w całem znaczeniu tego wyrazu, nie 
zbankrutowany, ale swietniejszy niż kiedykolwiek. 



55 



Wilcsek sam powinien byl uczepić się myili serwania sto* 
flunków z Nastasią. 

O porwaniu go w war hńcznjch zabaw nie było co myśleć. 
Ostatni pobyt we Lwowie , widno , gorzkie zostawił mu wspo- 
mnienia: słuchać o nim nie chciał, skręcał umyślnie rozmowę. 
Juliusz też bynajmniej nie upierał się w wytaczaniu na plac 
8pra¥^ zajścia z Porajem; pokrył ją nieprzebitem milczeniem 
i przestawał na innych przedmiotach, w których Wilczek z ca- 
lem zaufaniem odsłaniał przed nim głąb myśli; wdzięczen za 
przyjazd, zwierzał się z uczuć, odkrywał za^miary na przyszłość, 
opowiadał szczegóły pożycia z Nastusią, jak gdyby wcale był 
dotąd nie zauważał dziwnych względem niej towarzysza za* 
chodów. 

Nie brakło mu przecie w podobnych rzeczach na doświad- 
czeniu; zręczniejszą grę byłby odgadł z łatwością, tym atoli 
razem , bądź ie w istocie nic nie spostrzegał, bądź źe nie chciał 
postrzegać . często udawał gospodarskie zatrudnienia i przyja- 
ciela samego słał w odwiedziny do małego domku. 

Bóg raczył to wiedzieć , jakie zamiary hodował w głębinach 
myśli. Zapewne tym sposobem chciał jedno z dwojga wystawić 
na próbę , okazać gościowi pierwszy a główny warunek przyja- 
źni: zaufanie bez granic — a może tez pragnął dowieść pośre- 
dnio zalotnikowi bezskuteczności jego zalotów. 

Po sercu ludzkiem, mianowicie po takiem, jakie było serce 
pana domu, wszystkiego można było się spodziewać. 

Człowiek ten posiadał szczególną łatwość przewrotów cha- 
rakteru i usposobień. Od pewnego czasu zwłaszcza wpadał 
w niezwykłe zadumki, widocznie tracił wesołość, chmurzył 
w niepokój oblicze, przymuszał się do swobody. Przymus mu 
nie był do twarzy — rysami kłamać nie umie^. 

Juljusz uważał, źe podobne rozstroje napadały go peijody- 
cznie po coraz częstszych od kilku dni rozmowach ze starym 
rządcą. Snąć wiemy słu^a za każdem posiedzeniem wyjaśniał 
mu nową a bolesną stronę prawdy. 

Juljusz postanowił zgłębić tajemnicę. 

Pewnego wieczora, gdy obaj znaleźli się sami, a Wilczek 
z zaciśniętemi ustami i z założonemi ramionami przechadzał się 
szybkim krokiem, Pylades jego, amęozony cisaą, odmierzaną 



56 

rtopami gospodarza, powstał i donośnym głosem knsyknął na 
sYażbę. 

— Janka! — rzekł do wchodzącego — powiedz piwni- 
czemn , że pan hrabia każe nam tu dostawić parę butelek sta- 
rego węgierskiego wina, tylko co najstarszego, rozumiesz? — 
Biegaj ! — 

Chłopiec znikn^. Wilczek na te słowa ocknął się z zamyśleń, 
spojrzał zdziwionym wzrokiem na wydawcę rozkazu. 

— Dziwi cię moja myśl? — mówił Juljusz zamaszystym 
nieco tonem. — Cóż mamy lepszego do roboty; na frasunek 
znasz jedyne lekarstwo? Do klasztornego milczenia żaden z nas 

' nie przyzwyczajony; wino rozwiązuje języki — ja sam nieswój 
dziś jestem , potrzebuję wzmocnienia , trochę balsamu wesela. 
Na honor, Władziu, albo przemówisz, albo powiesz, zkąd 
ci ten kamadulski obyczaj ? — Od kilku dni cię nie poznaję! — 
Do gorącego piiekła! — przedemną nie potrzebujesz przecie 
nic taić? 

Butelki okryte szanowną pleśnią , stały już na stole. 

— Słusznie mówisz, Juljuszu — odparł Wilczek — ale 
jeszcze mniej potrzebuję nudzić cię nieznośnemi szczegółami, 
jakiemi od pewnego czasu ludzie moi suszą mi głowę. Stary 
Bednarzewski, pod pozorem że mię kołysał niegdyś na kola- 
nach, chwili odpoczynku mi nie daje. Usypiał mię, gdy byłem 
dzieckiem; zgoda! Ależ na Bog^a żywego! dziś mógłby oszczę- 
dzić sobie trudu: zasnąć i bez niego potrafię. 

>^ Stary Bednarzewski jest człowiek jakich mało; wszyscy 
ci go zazdroszczą. Jeżeli zrzędzi , to nie bez kozery. 

— I cóż mi tem pomoże? 

— Zapewne ; słowa nie pomagają — często jednak więcej 
szkodzi milczenie. Mieszać się w twoje dzieła tyle tylko mam 
praw, ile mi ich udziela przyjaźń moja ku tobie i zaufanie, jakie 
we mnie pokładasz. Choćbyś się więc na mnie rozgniewał, po* 
wiem ci szczerze , mój Władziu , że czas abyś o sobie pomyślił. 
Prawdy nie ma co owijać w bawełnę; zła to usługa. Rozumiem 
że nieprzyzwyczajony do gospodarskich i majątkowych Uopo- 
tów , przez wstręt ku szczegółom nie chcesz poglądać na ogół. 
Dla przyjaciół twoich atoli , dla sercem do ciebie przywiąza- 
nych, sprawa nie może być obojętną. Przed dwoma tygodniami 



57 

widziałem hipoteczne twoje księgi; rządca twój zna je bea 
wątpienia lepiej odemnie. Powiadasz, że ciebie usypia; jaza« 
ręcsam, że on sam zasną<^ nie może; bynajmniej nie dziwię się^ 
że zrzędzi. 

Wyborny węgrzyn ! Po myszce widać , że nie za naszych 
ezasów wstawiono go do piwnicy. 

— Mało zajmowałem się dotąd Interesami , nie przeczę — 
prawił Wilczek, jak gdyby domawiał zaczętej w daszy myśli. — 
Nie moja wina! Natura rozmaicie ludzi usposabia. Nie urodzi- 
łem się na spekulanta; rachować nie umiem ; liczby kłują mię 
w oczy. Wolfl^bym raczej nie żyć , niż za każdym krokiem bie- 
gać do regestrów, pytać gdzie granice mojej woli, o co mają 
się rozbić moje upodobania? Dopóki było z czego, żyłem jak 
na mnie przystało ; żyli przy mnie i drudzy. Skoro kassa głuche 
dno pokaże, żyć pomimo to nie przestanę; inni więcej na tem 
stracą. Na mą duszę, dbam o majątek jak o próżną butelkę! 
W potrzebie dałbym rady skarbom Wielkiego Mongoła; w bie- 
dzie umiem poprzestać na małem ; z niczego wyżyję. Świat mi 
zbrzydł do niewy powiedzenia. I cóż stracę? — Że nie pojadę 
do Wiednia na wyścigi, do Lwowa na zapusty, że zamknę dom 
na roścież dotąd otwarty, że na kontraktach nie będę poił 
i żywił czeredy, która dopóty o mnie pamięta, dopóki świecę jej 
przed oczyma. Uciechy te solą mi w oku — Bóg świadkiem ! 
Do Wiednia dziś wysłałbyś mię chyba za karę — głupstwo 
anstrjackie kością stanęło mi w gardle. Chceszże , abym płakał 
za plotkami Lwowa, abym rozpaczał za nędznym bytem tego 
małego miasteczka, które bezemnie nie byłoby weselszem od 
rzymskich katakomb ? Czyliź nie widziałeś , że musiałem przed 
niem uciekać w gwałtowny war życia , którego sam byłem 
stworzycielem? Nie idzie o pieniądze; mogę mieć pełne kiesze- 
nie złota — i cóż z niem pocznę, gdy sił mi zabraknie ? Samemu 
jednemu za ciężko ciągnąć wóz napełniony ludźmi, którzy 
o własnych siłach na krok ruszyć nie potrafią. Przekonasz się, 
jak sobie poradzą, gdy ich porzucę, choćby dla samej ciekawo- 
ści , jak się bezemnie obejdą. Prawdę wyrzekłeś ; czas nie tylko 
pomyśleć o sobie, ale żyć zacząć dla siebie — czas zaprzestać 
głupich poświęceń dla niewdzięcznej zgrai. Dążyłem tam za* 
wsze, gdzie mię niosły moje upodobania; dziś zmienił się ich 



58 



kierunek. Samotne iyeie milazem mi nadewszystko. K<ńiia 
ostatniego wierzyciele z podemnie nie wezmą,, a i na chlebie, 
ohociaż razowym , nie tak prędko jeszcze zabraknie. O resztę 
nie dbam! 

Wilczek zapalał się do własnych marzeń, mówił o spoczynku, 
'O słodyczy wiejskiego zacisza, tonem właściwym raczej do wy- 
powiedzenia. walki> do rzucenia się w bój. 

Juljusz odgadywał rzeczywistość pod gęstym obłokiem 
złudzeń. 

— Pojmuję twoje rozumowanie — rzekł uroczyście, chyląc 
ku kieliszkowi butelkę — porwał cię niesmak do świata , pod 
Biebo wynosisz samotność. Na dziś masz słuszność, ale czy po- 
trafisz zaręczyć, że jutro inna myśl ci nie przyjdzie? Gonisz za 
upodobaniem; zmienność jest główną cechą tego systemu. Co 
powiesz, jeżeli jutro porwie cię chęć powrotu na dawny tryb 
życia? 

— Nie znasz mię , Juljuszu — ale mniejsza o to ; przyjmuję 
twoje przypuszczenie. Pozbawiony dawnych środków, wracam 
pomimo to do dawnych zwyczajów — i cóż z tego? Stałem na 
ozele młodzieży; pochlebiam sobie, że nie majątkowi jedynie 
zawdzięczałem to stanowisko. Daj tyle rocznego dochodu, ile 
miałem majątku, Damianowiczowi z Potulina albo Bafałowskie- 
mu z Hłuszezy — że już o wielu innych nie wspomnę — proś 
ich, niech mię zastąpią! Z wroniego gniazda orląt nie wybie- 
rzesz. Z majątkiem czy bez majątku, w kraju czy za granicą, 
Wilczek zawsze będzie Wilczkiem; niejeden miljonowy pierwszy 
się mu ukłoni, przyjaźń jego każdy za zaszczyt poczyta, rękę 
jego każdy z pośpiechem uchwyci. Mówię otwarcie jak przed 
przyjacielem; znasz mię dość, abyś nie wątpił, że nie wygóro- 
wana miłość własna przezemnie przemawia, ale uczucie godno- 
ści, na którą uczciwie sam zapracowałem. 

— Znam — odparł Juljusz — i słowom twoim nic nie zarzu- 
cam, jak również nie przeczyłem, że ita rachmistrza się nie 
urodziłeś. Nie wszystko każdemu dane. Podczas gdy ty jednak 
pod tylu względami wyprzedziłeś przyjaciół, przyjaciele ze swo- 
jej strony nie mogą i nie powinni — tam gdzie idzie o twój 
byt — zostawić cię smutnemu dla nich lekceważeniu własnego 



59 

^obra. Go do mnie, wyznam, że widząc eię na tej drodze, lękam 
«ię spojrzeć w przyszłość. 

— Naśladuj mnie, nigdy w ni% nie patrz; wiesz dobrze że 
ona nie od nas zależy. Ha ! gdybym był o przyszłości pomyślał, 
nie byłbym nigdy wsiadł na konia , pistoletu ani szabli nie był- 
bym wziął do ręki, jednej bezsennej nocy bym nie przepędził, 
iirzeciego kieliszka wina bym nie napoczął. Byłbym założył 
kram towarów we Lwowie, żył jak ostryga, nie kochał, nie 
nienawidził, nie zaznał roskoszy zmęczenia, ani słodyczy wypo- 
czynku. W czemże nadzieje mię dotąd zdradziły i dla czego na- 
4al nie miałbym im zaufać? 

— Dla tego, mój Władziu, że nadzieja jest kobietą. Ko- 
łńety do młodych tylko się wdzięczą; skoro jednak raz krew 
w człowieku ostygnie i zmarszczki na czoło wystąpią — bywaj 

N zdrów ! 

— Jak do czoła i do krwi, Juljuezu. Zgarbiona postać lub 
rumiane oblicze, pamięć dawnych wypadków lub kościelne me- 
tryki, dla mnie wieku jeszcze nie dowodzą. Patrz! pokażę ci 
takich znajomych, którzy z dziecinnych niemal lat, sami nie 
cedząc kied, przeszli w zdziecinnienie. Spójrz w drugą stronę, 
na mego Bednarzewskiego. Świat zwie go starym; przysięgam 
ci, że żaden z nas w ośmnastym roku życia nie miał tak gorą- 
-cego serca, tak niezmordowanej czynnpści. Ja sam nie czuję 
w srobie ubytku sił, a jednak przypatrz się mojej głowie: na 
skroniach już - gdzieniegdzie siwy włos przebłyska. Ten tylko 
ustarzeje, kto nie ma woli być młodym. Barwa włosów, po- 
wierzchowne oznaki, dobre tam, gdzie wola i wewnętrzne 
2ycie nie są wszystkiem. Niejeden wulkan garb nosi na grzbie- 
cie i pomarszczoną ma skórę, a przecież ciągle ogniem wy- 
bucha. 

— Niejeden też zagasł, mój Władziu; ale dla tego, że nie 
^ore , nikt o nim nie wspomina. Widziałem dziarskich starców, 
to prawda — ale widziałem też, że dzielność ich w późnych 
latach zużywała się na czem innem , niżeli w młodości. Na sta- 
rość często namiętnie gonili za tern, co w młodzieńczym wieku, 
dla zadowolnienia innych namiętności, marnotrawili pełnemi 
garściami. Pozwałam że siła oprze się latom ; ale czyłiż z wie- 
kiem nie może zmienić kierunku i celu? Z nazwiskiem, z ma- 



60 



j%tkiem , cel każdy zawsze i wszędzie jest ci przystępnym. Bez 
majątku przyjdzie chwila, że samem a sobie staniesz się cię- 
żarem. 

Wilczek zamyślił się. 

— Pieniądze i zawsze pieniądze! — rzekł z gorzkiem unie* 
sieniem. — Słuchając was, zdaje się, że dusza ze złota jest 
ulaną, że człowiek zamiast serca nosi worek talarów. Czyliż nie 
ma już rzeczy na świecie, którejby nie można zakupić, nie ma 
nieszczęścia, z którego niepodobna się wykupić, nie ma pra- 
wdy, któraby dała się przekupić? Nie ty jeden mi to mówisz, 
Juljuszu: wszyscy śpiewają tę samą piosenkę. A jednak przypo- 
minaj sobie , z jakich przeciwieństw nieraz się wydostałem — 
i dzięki czemu? — Pewno nie moim pieniędzom ! Jeżeli słowa 
twoje niezwalczoną są prawdą-, nie ma dość przekleństw na po- 
dobny porządek. 

Juljusz powstał, w surową powagę wystroił oblicze, struny 
głosu naciągał na uroczysty ton. 

— Długo — rzekł — mój Władziu, cierpliwie słuchałem; 
winienem ci teraz szczerą odpowiedź. Odrzućmy na bok senty- 
mentalne zachwyty nad ideałem, poetyczne wyrzekania na ze- 
psucie świata; żaden z nas go nie przerobi; musimy go przyjąć 
jakim jest. 

Sądziłeś, żeś wyrzekł retoryczny frazes, bajeczną meta- 
forę? — Powiedziałeś prawdę , niezaprzeczoną prawdę! Tak 
jest, nie ma rzeczy na świecie, którejby ś na targu nie dostał. 
Znaczenie, wziętość, cześć, miłość, przyjaźń, szacunek, roskosz^ 
zabawę, spokój, wzruszenia; przedewszystkiem zaś niepodle- 
głość, świętą niepodległość — oś szczęścia ziemskiego — 
wszystko znajdziesz wewnątrz tego okrągłego, świecącego 
przedmiotu, opatrzonego rządowem znamieniem, a który toczy 
się szybciej niż gwiazdy, błyszczy jaśniej niż słońce, znika prę- 
dzej niż błyskawica. Na przestworze światowych stosunków 
człowiek z kiesą pod pachą nigdy nie utonie , chybaby, jak tego 
na panu Poraju świeży przykład mieliśmy we Lwowie , wlasno- 
wolnie kamień sobie do szyi uczepił. 

Przy pieniądzach głupstwo jest oryginalnością, płaski do- 
wcip przedziwnym rozumem., zuchwalstwo rycerską odwagą, 
szumowiny miałkich wiadomości głęboką nauką, pospolite, 



61 

powszednie zdanie nieodwołalnym, salonowym sądem, kar- 
czemna rubaszność wdziękiem , Bzpetnosć krasą,, chytrośó zr^ 
cznością, występek wesołem roztargnieniem, błąd ciężki lekką 
pomyłką, wada zaletą, zaleta genjuszem. Pieniądz wszystko 
opromienia, wyszlachetnia, do nieskończonej potęgi wynosi, 
uniewinnia; pieniądz nie błaga, ale rozkazuje, nie przekonywa, 
ale narzuca. Czyliż jeden bogaty nasz magnat nie zabijał Ży- 
dów, każąc im na drzewach udawać kukułki? Naród śmiał się 
do rozpuku, podziwiał dowcip. Biedaka za pierwszą podobną 
krotochwilę byliby obwiesili bez miłosierdzia. Biada wydziedzi- 
czonym ! — Wszystko co dodają pieniężnym, hołyszom ujmują 
w dwójnasób. Jednym chwała na oślep — drugim potępienie 
na zabój ! Kto ma wiele, będzie miał więcej — prawią księża 
z ambony; kto mało — i to, co ma, zostanie mu odjętem. 
Dzieje się jak mówią. Jednym bez prośby wszystko do nóg się 
ściele; drudzy przy zasłudze, ze łzami nic nie wymodlą. 
Uczynki ich podejrzane, słowa nieszczere, myśli zdradliwe, 
milczenie obłudą, cnota rachubą, praca niechętnie i zawsze nie- 
dokładnie spełnionym obowiązkiem; światło ich ciemnością, 
prawda fałszem, dobro złem, skromność przekonaniem o wła- 
snej głupocie, zaleta niczem, słabostka człowiecza haniebną 
wadą, wada występkiem, występek zbrodnią, zbrodnia 
źródłem nieubłaganej, strasznej pomsty, choćby na całe po- 
kolenia. 

Biada! — powtarzam — po trzykroć biada wydziedzi- 
czonym 1 

W stosunkach światowych nie zawsze od razu odgadniesz, 
czemu jeden wybija pokłony, za czem drugi goni, co inny wy- 
nosi pod niebiosa, w co tamten patrzy jak w tęczę. Po szyldzie 
nie sądź o sklepie. Ludzie jak dzieci wypiszą na piasku: a Tu 
pałac » , i wnet gniewają się, gdy kto nie raczy uwierzyć w rząd 
kolumn doryckich. Weź atoli nitkę tajenmiczego kłębka, poszu- 
kaj prawdziwych przyczyn, wejrzyj w głąb rzeczy: dostrzeżesz 
jedną dźwignię, jedną sprężynę ich działań — pieniądz, lub to, 
co za niego można dostać. 

Jeżeli kiedy sam siebie tak dalece znienawidzisz, że u piekła 
poprosisz zemsty nad sobą, sprzedaj wszystko co masz , pienią* 
dze wyrzuć za okno. Lepszej rady nie da ci Lucyfer 



62 

Wilczek słuchał ; giął 8i§ jak kłos pod wichrem argomeniów 
Juljusza; żywa jego wyobraźnia chwytała każdy obraz i rozwi« 
jała w szereg nieskończonych następstw. Byłby pragnął zaprze- 
czyć ; dowodów na odparcie nie mógł wynaleźć. Na dnie sumie- 
nia słaniało się mu mgliste uczucie prawdy; wyrazić je, nie 
w jego ducha było sile. Za pierwszym atoli napadem nie chciał' 
uznać się zwyciężonym, 

— Świat z różnych stron — rzeld — można malować, stoso* 
wnie do szkła, przez jakie malarz pogląda; idzie tylko o to, aby 
wiedzieć jak łamią się kolory, które do przedmiotu, a które do 
szkła należą. 

— Zapewne — odt)arł Juljusz — w rzeczach czystego uczu> 
cia lub przeczucia, w sferze fantazji, w doborze kolorów, w tłu- 
maczeniu snów, w odgadywaniu przyszłości z kart, każdy ma 
swoje szkiełko. Na kwestje żywotne, rzeczywiste, jasne jak 
dzień, proste jak dwa a dwa , cztery — dość gołego oka i tro- 
chę własnego doświadczenia. Ty, Władziu, nie miałeś sposo- 
bności nabyć ostatniego. Od pierwszych lat, na drodze o jakie;^ 
mówię, zamiast przeszkód spotykałeś wygody. Poznałeś wszyst- 
kie korzyści posiadania , nie doświadczyłeś żadnych następstw 
braku. Do wrodzonych zalet, do rodzinnego klejnotu, dodałeś 
kosztowną oprawę , inaczej wierzaj mi , byłbyś mniej błyszczał. 
Jam poznał jedno i drugie: widziałem uśmiechy, słyszałem 
zgrzytania. Gdybyś tylko mógł przeczuć kielich ten osłodzonych 
i niewinnych upokorzeń! — Za pierwszą kroplą wpadłbyś 
w szaleństwo. Ja poiłem się z niego pełnemi usty — gorzka, 
straszna trucizna! — 

Od dwóch miesięcy, ledrom trochę na wierzch wypłynął, 
co za nagła i zupełna odmiana! — Serdeczny śmiech mię po- 
rywa — 

Ludzie, którym dotąd byłem obojętnym, ściskają mię jak 
przyjaciela, zewsząd do mnie się odwołują, pytają o radę, zano- 
szą od uwielbień, nim usta jeszcze otworzę; każdy chce mieć 
mię gościem, powiernikiem, druhem. Jeżeli dalej szczęście mi 
posłuży, nie będę mógł opędzić się życzliwcom. Zaduszą mię 
w uściskach. 

Alleluja 1 — Chwała panu na wysokościach pełnego worka t 



63 

Ale niech mi przypadkiem noga znów się poślizgnie! — » 
wiem co mię czeka — nie darują dzisiejszych kadzideł 1 

Trzeba przysnąć, ze doskonałe masz wino. Władziu! 
nie poznaję ciel — Od kwadransa kieliszek twój stoi nietknięty. 

Uczono cię zapewne w szkołach , że cześd złotego cielca od- 
daiTrna poszła w niepamięć ; radzę abyś za pierwszem spotka- 
niem zażądał od twoich mentorów zwrotu pieniędzy. 

Mówiłem dotąd o sobie. Mógłbym teraz na poparcie słów 
moich przytoczyć kilka nieznanych ci wyjątków z własnej two* 
jej historji. 

Po wyjeździe twoim ze Lwowa widywałem ciągle mnóstwo 
ludzi. Rozmowa czę&to padała na ciebie, i jak zwykle, przede- 
wszystkiem zaglądano ci do kieszeni. Śledztwa te nie musiały 
wykazywać korzystnych dla ciebie wypadków. 

Pamiętam niedawny jeszcze zwyczaj zaklinania się na przy- 
jaźń ku tobie. Zwyczaj ten poszedł w poniewierkę. Zastąpiły 
go dwuznaczne uśmiechy, cierpkie przygryzki, surowe czasami 
uwagi , w których obronie nikt nie śmiał podnieść głosu. Nie 
hymn pochwalny ci śpiewają, ale pogrzebowe treny; oczywi- 
ście trącisz już dla nich pieniężnym trupem. Powszechnego 
chóru jeszcze nie zawodzą; nie są zupełnie pewni nuty; gotów 
jesteś nagle zmartwychwstać. Przyzwyczaiłeś ich z twojej 
strony do tak niesłychanych niespodzianek! — Niech atoli 
przeświadczą się , żeś zginął na dobre — obaczysz jak cię po- 
chowają. 

Bądź spokojny; otwarcie nikt nie napadnie; wiedzą, z kim 
mieliby do czynienia. Wreszcie kogo i za co się uczepisz? — 
Obojętność nie jest zniewagą, zaocznych zaś pogłosek nikt ci 
nie powtórzy. Niedawno jeden z najszczerszych twoich przyja- 
ciół rzucał z przekąsem uwagę, że straciłeś głos, że zaczynasz 
cienko śpiewać, że wiejskie powietrze bynajmniej ci go nie 
wróci, zwłaszcza jeżeli będziesz zmuszonym ostatnie dźwięki 
wydać na duetto z komornikiem. 

Skończona butelka — amen I Ostatnia kropla dla ciebie — 
szczęśliwa wróżba. — 

Wilczek nasunął brwi na oczy, zacisnął pięście. 

— Któż taki? — zapytał głosem, którego drżące, stłu- 
mione tony zapowiadały wewnętrzną burzę ducha, r" Po- 



64 

wieds mi , Janusza ^ przecież między nami nie ma -źadBydi 
tajemnic I 

— Wymagasz odemnie, mój Władzia, rzeczy, której sam 
nie dopuściłbyś się za źadn§ cenę. Imiona własne nic wreszcie 
nie dodają do dzieła. Chciałem ci tylko dać próbkę -jednego, 
z najpowszedniejszych obrotów ludzkich stosunków. Na honor, 
nie byłbym wspomini^ o niczem, gdybym ważniejszych rzeczy, 
gdybym dobra twego nie miał na celu. Znam cię, mój l/^adziu, 
lepiej, niż ty znasz sam siebie. Ród twój, charakter, serce, 
upodobania, same nawet zalety, koniecznie wymagają, abyś 
zachował w społeczeństwie świetne stanowisko. Porwany nie- 
wyrozumowanem uniesieniem, chwilowym niesmakiem do 
świata, mniemasz ze łatwo ci przyjdzie dokończyć długiego 
jeszcze życia w zapomnieniu wiejskiego zacisza. Więcej w tern 
gorączki niż prawdy. 

Nie obejdziesz się bez świata, nie wytrzymasz samotności, 
nie zniesiesz przykrych odgłosów, które nakonieo przedrą si§ 
kiedyś do ciebie. Musiałbyś przestać być samym sobą. Dal<9 
idę. Przypuszczam że natura twoja, że skłonności, upodobania, 
w mgnieniu oka rdzennie się przeistoczyły. Wstręt twój do 
świata niewyleczony — wzdychasz za samotnością, za spoko- 
jem, zrywasz wszystkie stosunki, zamykasz się na wsi, otaczasi 
chińskim dimurem. 

Żywot pustelniczy, jak każdy inny , o tyle ma w sobie po- 
wabu, o ile jest dobrowolnym i wolnym, o ile jutro go możesz 
porzucić — o ile zmiana w każdej chwili jest ci łatwą. 
Niewola, choć w złotych kajdanach, jest zawsze niewolą — 
cóż dopiero , gdy los nkuje ci kajdauy z daleko mniej szlache- 
tnego kruszcu I 

Ty, Władziu, miałbyś wycierpieć i pozwolić konieczności, 
aby cię wzięła na uwięź? Prędzej uwierzyłbym, że Dniestr 
ogniem był spłonął. Wreszcie zastanów się: ten spokój, za któ- 
rym gonisz, dla którego poświęcasz rzeczywistą stronę życia — 
wszędzie znajdziesz go więcej niż na wsi u siebie. Skoro mają- 
tek twój w posadach raz się zatrzęsło , skoro zaświeci szcadi- 
nami i gruz się z niego posypie — wierzyciele, wośni, prawnigr, 
Żydzi i Chrześcianie, doradcy i dobijacze, jako drapieżne loruki 
zewsząd spadną na dach twego pałacu. Każdy będzie choiat 



65 

porwać jak największą cz§8Ó zdobyczy. Od świtu do nocy trzy- 
many w oblężenia, sto razy na dzień przeklniesz życie. 

Gdyby przynajmniej na dnie tego piekła było zwycięstwo — 
ale daremne budzenia! Trzykroć wyszedłeś nietknięty z cięż- 
kich niebezpieczeństw; zadławią cię tym razem pod stosami 
obwieszczeń, pozwów, wyroków. Kto raz niebacznie w koło 
sądowe palec zaplecie, temu nieubłagana machina i resztę 
ciała w miazgę potrzaska. Od powietrza, od głodu, od ognia, 
od Af70jny — prędzej się ustrzeżesz; raz popadłszy w ręce Te- 
midy, winny lub niewinny, musisz zginąć. 

Nie — nie, mój Władziu, nie dopuścisz, aby rzeczy tak dsi- 
leko zaszły. Stanowisko nie jest jeszcze straconem. Zawiść 
czeka na twój upadek ; niechże doczeka się nie upadku , ale 
świetniejszego niż kiedykolwiek wywyższenia. Hydra zazdrości 
podnosi ku tobie syczące żądła; zgnieć jej głowę potężną stopą. 
Dopóki świat za sprawiedliwe uwielbienie blasku będzie od 
ciebie wymagał, pogardź pochlebnym jego sądem, zasłoń się 
przed nim chmurą obojętnego osamotnienia; w potrzebie 
jednak, gdy zdejmie cię chętka, gdy przyjdzie ci upodobanie, 
umiej jak dotąd rzucić mu w twarz garście złota , choćby mu 
krew oczami miała wytrysnąć. Nie wolno ci ustępować z pola, 
do wygrania zaś bitwy, do tryumfu, w twojem położeniu dość 
silnej woli. 

— Woli ! — powtórzył z szyderskiem niedowierzaniem Wil- 
czek, w którym słowa Juljusza roztargały wszystkie struny mi- 
łości własnej , próżności i dumy. — Woli, powiadasz, jak gdy- 
byś nie wiedział, że chęć od możebnośei przepaść częstokroć 
przedsdela. Wiele jest prawdy w tem co mówisz; nie przeczę 
i dodam nawet, skoro już raz wpadliśmy na kolej wynurzeń, że 
dziś rano Bednarzewski przyniósł mi dokładne sprawozdanie 
o moich interesach. Sprawozdanie niepomyślne , bardziej za- 
trważające, niżelim sądził. Ale co począć, gdzie się obrócić, 
zkąd czekać zbawienia? Stało się 1 — Los rzucony ; skarżyć się 
nie lubię, płakać nad niepowetowanemi stratami nie umiem. 
Jeżeli przyjdzie uledz — ulegnę ; oczu togą nie zasłonię : zginę 
jak gladjator, z wzniesionem w górę obliczem. Łaski błagać nie 
będę , ratunku zaś nie widzę , choćbym nadludzką wolę z siebie 
wywołał. 

Chojbcki, Alkhadar. III. 5 



66 



— Nie moja w tern wina — odparł Juljusz. — Ja widzę ra- 
tunek, widzę jak najwyraźniej. 

— Gdzie? — mów? — 

— Chwilę cierpliwości , Władziu ! Postawmy najprzód kwe- 
8tję w prawdziwem jej świetle ; wypadek znajdzie się na dnie 
logicznego rozumowania. Majątek twój byłby aż nadto wystar- 
czającym , gdyby nie upadał pod ciężarem hipotecznych i nie- 
hipotecznych długów. Długi zatem 8% głównym i jedynym wro- 
giem, którego nam trzeba pokonać. 

— Wyobrażasz sobie, mój Juljuszu, że rozumujesz? Dot^ 
nie nowego nie powiedziałeś. Oczyść z długów zadłużony mają- 
tek, będzie czystym ^- nieprawdaż? 

— Prawda; dla tego też mó^ię, że przedewszystkiem na- 
leży uprzątnąć długi. 

— Wiem — przerwał Wilczek zniecierpliwiony — ale jakże 
je uprzątniesz? 

— Jest na to jeden nieochybny sposób. 

— Jaki? 

— Trzeba je spłacić, 

— Żartujesz sobie ! Gzemże ja spłacę? 

— Pieniędzmi. 

— Zkądże ich wezmę? — Mój Boże! -r- Czy masz kamień 
filozoficzny na podorędziu? Wiesz lepiej niż ktokolwiek, ile mi 
gotówki zostało we Lwowie. 

— Wiem dobrze, że nie inasz pieniędzy; należy ich dostać 
i to wcale nie sposobem pożyczki. Podobny środek zwie się ła- 
taniną i do niczego nie prowadzi. Najkrócej jest wystawić ko- 
sztowny jaki przedmiot na sprzedaż. 

— Ha, ha! — na honor, straciłeś rozum! Posądzasz mię 
o przechowywanie skarbów Golkondy. Mogę ci przysiądz, że 
nie posiadam żadnych kosztowności; jeżeli zaś chcesz, abym 
kilka wiosek uprzedał — odpowiem , że w tej chwili każda wieś 
tyle zaledwie warta, ile dźwiga na sobie ciężarów. Rozmyślaj, 
szukaj, patrz — przekonasz się, że nic nie mam do sprzedania. 

— Mylisz się — masz do sprzedania rzecz nader drogą, 
rzecz, za którą żaden z wierzycieli nie da ci ani grosza, a którą 
jednak możesz spieniężyć za sumę przenoszącą długi twoje 
i majątek. 



67 

— Zadziwiasz mię 1 Cóż takiego ? 

— Twoje nazwisko. 

— Moje nazwisko ? — Nie rozumiem. 

— Do tysiąca szatanów! mój 'V^adzia! zagadka przecież 
nietrudna. Jestea młody, masz wziętość u ludzi, rzadkie za- 
lety, powierzchowność, wyerokie rodzinne stosunki — to 
wszystko ozłocone tytułem i jednem z najznakomitszych 
w kraju nazwiskiem. Powinieneś i musisz bogato si§ ożenić, 
a ożeniss się bogato, skoro sani zechcesz. Rzeknij słowo, 
a pierwsza w Galicji, w cesarstwie może dziedziczka padnie ci 
w -objęcia. 

Masz dwie drogi do wyboru : ua jednej czeka cię zgryzota, 
rozpacz, wstyd, nędza, a może — o ile cię znam — i samobój- 
dtwo. Na drugiej spotkasz znaczenie , potęgę, szczęście, roskosz 
świetnego życia, ku jakiemu zdaje się, że los umyślnie cię 
stworzył. 

Wybieraj! 

Wilczek oczy wbił w ziemię, stal z załoźonemi na piersiach 
rękami, zatrzymywał w sobie oddech, jak gdyby lękał się prze- 
rwać subtelny wą>tek myśli , który snuł się mu po głowie. Julju- 
8za w pokoju już nie było. 

Rozpacz, nędza i samobóstwo! — Znaczenie, potęga, szczę- 
ście ! — 

Juljusz w kilku tych wyrazach zwarł mu całą przyszłość. 

O własnych siłach niepodobna było się wydźwignąć. Uchwy- 
cić jedyny wskazany środek zbawienia, szukać nadziei w mał- 
żeństwie, żenić się, gdzie i z kim? — Sprzedawać? — Tak jest, 
JaljuBz trafnie rzecz określił — sprzedawać się za garść złota, 
kłamać uczucie łatwowiernej istocie , która uwierzy fałszywym 
wyznaniom — i to wszystko dla nędznego widoku wyi^aty dłu- 
gów ! — I któż śmiał mu podobny zamiar nastręczyć, kto odwa- 
żył się tak dalece zwątpić o szlachetności jego liczuć? — ^ 

A ona co pocznie? — Biedna dziewczyna! — Gzyliź i ją na- 
leży zamordować na ołtarzu głupiej próżności? 

Nie — nie, chociażby przyszło ugiąć szyję pod ostatnie 
jarzmo niedostatku i gorzkich upokorzeń ! — Raczej zginąć ! 

Zginąć na duchu i na ciele — przestać żyć, własną ręką 
grób sobie wykopać, wtedy gdy serce namiętnie jeszcze biło, 

5* 



68 

ffóy siły parły się do życia, gdy war uczuć, upodobań, popę- 
dów, kipiał i buhał na wsze strony? — Zginąć mamie dla braku 
kilku worków pieniędzy, dla niezapłaconych nędznych kilku 
ćUugów? Samemu rzucić się na pośmiewisko, zostawić po sobie 
pamięć wzgardy? — Zginąć — dobrowolnie przeciąć pasmo 
wiernego dotąd szczędcia , nieustannych uciech, hołdów składa- 
nych wyższej, daleko wyższej nad powszednie, naturze; w je- 
dnej chwili zniweczyć tyle wrodzonych zalet, tyle nabytych 
przymiotów? — 

Achl świat ten, pomimo niesmaku, jaki często na dnie kie- 
licha roskoszy osadzał, pomimo wszelkich skarg, żalów, wyrze- 
kań — świat ten rzeczywisty, ozłocony słońcem , widomy , krył 
w sobie jeszcze niewyczerpane skarby wesela! 

Oczywiście , Juljusz był człowiekiem praktycznym w całem 
znaczeniu tego wyrazu. Juljusz doskonale rozumiał, że osamo- 
tniony byt na wsi, przyklepany na jednostajne warstwy zawsze 
tych samych wrażeń, urozmaicony tylko nawałem ciężkich 
w przyszłości kłopotów , zbezczeszczony ciągłą a gorzką kome- 
dją własnego niby wyboru, w treści zaś upokarzający niewol- 
nictwem — byt taki był piekłem na ziemi. 

W mieście ani się pokazać ! — Palcem wytknęliby go przy- 
jaciele — jego, którego na szerokim gościńcu życia nikt niegdyś 
nie mógł dogonić — jego, który dla starych i dla młodych, 
dla drobnych i dla znakomitych był niedawno temu wzorem, 
przedmiotem zazdrości, podziwu, powszechnych uwielbień, hu- 
cznych oklasków. 

Eto prędko gaśnie, temu nie trudno zabłysnąć — zewsząd 
by powtarzano. Ha! żyć tak, jest to być pochowanym za życia 
i na własnej mogile słyszyć, zamiast mów pogrzebowych, szy- 
dercze poświsty! Ci sami, którzy wczoraj nosili ubóstwionego 
na rękach, mieliżby jutro nogą potrącać strzaskane losem bo- 
żyszcze? — 

Zwolna! — Chmura z piorunem tym we wnętrznościach 
jeszcze gdzieś daleko za morzem. Złość ludzka zawcześnie pod- 
niosła wrzaski tryumfu; dąb stał jeszcze nietknięty, choć mu 
burza nadłamtia kilka gałązek. 

— Zapewne! — Ale cóż się stanie z cichym kwiatkiem, wy- 
rosłym w zaufaniu pod cieniem jego konarów , miłośnie przytu- 



69 

lonym do króla puszczy? Trzebaż go będzie zaniechać szalonym 
wichru porywom ? — 

Na Boga żywego I sercu rozkazywać niepodobna! Człowiek 
w chwili uczucia wie tylko że kocha; dla czego jednak dziś 
a nie wczoraj pokochał, czemu jutro kochać przestaje, kiedy 
w nim uczucie się zapala, kiedy gaśnie? — Niewytłumaczona 
ducha ludzkiego zagadka ! 

Pewnem jest tylko, że zmuszać się do miłości wtedy, gdy 
serce milczy upomie , jest to kłamać niegodnie przed własnem 
sumieniem, upokarzać się, słusznie przed samym sobą potępiać, 
samowolnie strącać się na ostatni szczebel poniżenia, na po- 
gardę samego siebie. 

W podobnych chwilach zwątpienia, w walce obowiązku 
z uczuciem , gdy człowiek na wsze strony niepewnością koła* 
tany, nie wie, na którą szalę cisnąć ostateczne postanowienie, 
jedyną skazówką dla jego czynu jest prawda. 

Dopóki kocha, wszystkie inne względy winien poświęcić 
uczuciu; gdy kochać przestaje, nie wolno mu wydawać życia 
na fs^sz. Jakiekolwiek skutki prawda miałaby za sobą pocią- 
gnąć, sumienie tę jedną drogę mu tylko wskazuje. 

Szczęśliwy kto może wycofać się z podobnych położeń , nie 
zostawując krwa¥^ch śladów za sobą, nie słysząc głosu roz- 
paczy, jęków boleści, wydartych z piersi ofiary poświęconej 
prawdzie! 

Życie atoli jest walką; każdy stosunek bojem, w którym je- 
dna z dwóch stron koniecznie ulega. Nie człowiek , ale los wy- 
biera i poświęca ofiary ; trzeba poddać się przeznaczeniu. Tem 
gorzej dla zwyciężonych ! — Słusznie powiedział Juljusz , do- 
świadczony, praktyczny zapaśnik w szrankach światowych sto- 
sunków. 

Dzielne wreszcie umysły łatwiej znieść potrafią cios gwałto- 
wny, doraźny ; nieustannej ulewie drobnych pocisków nie oprze 
się żadna odwaga, żadna wytrwałość. 

Na rozpaczne położenia rozpacz tylko może podać środki ; 
mniejsza o ból chwilowy, choć straszny! Szalony, kto nie ucina 
chorego palca, kto czeka aż mu gangrena całe ciało obejmie; 
szaleńszy daleko, kto w dwudziestu kilku latach życia rzuca 
rękawicę wszystkim od razu przeciwnościom, bez żadnych 



70 

wojennych zapasów, bez żadnego prawdopodobieństwa wy- 
granej 1 ■— 

Ha ! nie ma nad czem się zastanawiać ! Juljusz obiecał zba- 
wić , niech zbawia; niech daje do wybrnięcia z labiryntu cudo- 
wny środek na pokruszenie zawad — on , który nieraz z głęb- 
szych dobywał się przepaści, człowiek praktyczny 1 — 

Wilczek patrzył z pod oka, czoło coraz gęściej namarszczył ; 
przeklęty zamiar wybiegał mu na twarz: łamał konwulsyjnie 
rysy. Gdyby zawsze był nosił podobne oblicze, Kastusia nigdy 
nie byłaby go ukochała. 

Logicznym spadkiem pojęć, winowajca wbiegł myślą na 
długi szereg oburzeń przeciw zmienności niewieścich uczuć. 

I ona także była kobietą — mniej świadomą towarzyskich 
stosunków, ale w ostatnim wypadku nie lepszą od innych. 
Brak sposobności uchował ją od zepsucia , ustrzegł od winy — 
gdyby się jednak znalazła śród grona spółzalotników, gdyby 
dym hołdów, pochlebstw, kadzideł uderzył jej do głow^y! — 
Ach ! ona także była kobietą ! 

Wilczek gorzko się uśmiechnął. 

Kto wie — mówił sam do siebie — czy w tej chwili, zmo- 
rzona snem, nie marzy według zwyczaju, czynie marzy 6 je- 
dwabnych słowach, o lisich układach naszego gościa? 

W istocie, Juljusz zdaje się być silnie dotkniętym wdziękami 
dziewczyny. Zawsze mu spieszno do domku , zawsze zawcześnie 
do pałacu; często nie czeka na gospodarza, idzie pierwszy, 
wraca ostatni, otacza Nastusię staraniami, spogląda na nią, 
pieści wzrokiem , kołysze słgdkiemi wyrazy. Gdyby dziewczę 
odważyło się go pokochać ! — 

Ha! Wilczek nie czuje w sobie prawa zadawać gwałtu jej 
uczuciom; Wilczek szanuje własną wolność, podda si^ konie- 
<2zności i wolność innych zarówno uszanuje. 

Zatoczył dzikim wzrokiem; snąć inny wniosek miał na. my- 
«li, ale przed sumieniem głośno lękał się go wyjawić. 

Juljusz groził mu zagubą , radził sprzedaż samego siebie 
jako jedyny środek zbawienia. Wilczek ze złym swoim duchem 
dobijał targu. 

Nastusia tymczasem, którą oskarżano o marzenia, zaczy- 
nała — przeciwnie — budzić się z marzeń; smutne przeczucia 



71 



ze sna kilkutygodniowego szczęścia, przywoływały ją na jaw 
niedoli rzeczywistego życia. 

Ustały długie wedwójne rozmowy, poranne przechadzki na 
ł%kę, do lasu; wieczorne wycieczki na rzekę. 

Wilczek tłumaczył się, że gościa nie może opuszczać ; po ca- 
łych dniach zostawiał ją samą — samą, gdyż odwiedziny w to- 
warzystwie nierozłącznego Juljusza więcej sprawiały jej udrę- 
czeń, niż pociechy. 

Targana tajemną trwogą, biedna, jedną tylko widziała przed 
sobą nadzieję. Gość nie mógł na zawsze osiedlić się w pałacu ; 
musiał przecie kiedyś wyjechać i zabrać z sobą obojętność, jaką 
kochanek od przyjazdu natręta jej okazywał. 

Zaprawdę, sprowadziła go tu nieszczęsna godzina; zjawił się 
jak czarna chmura i tak widnokrąg zasłonił, że odtąd promyk 
pogody nie miał kędy wpaść jej do duszy. 

Próżne nadzieje! Dnie jedne po drugich mijały, mnożąc 
zwątpienia i gorycze — o wyjeździe gościa słychać nie było; na 
opak: Juljusz każdego dnia mawiał o jutrze, obiecywał powrót 
— często bowiem sam już do domku przychodził — tłumaczył 
nieobecność Wilczka zatrudnieniami z rządcą, mnogiemi listy, 
tysiącznemi. Bóg wie o ile prawdziwemi, pozory. 

Nastusia musiała przyjmować go po ludzku ; ale gdy odszedł, 
załamywała ręce, we łzach tonęła, prosiła nieba o zmiłowanie, 
-czuła że sił jej nieba,wem zabraknie. Nieraz myślała sobie, że 
mieć kochankę i przyjaciela, to na jednego za wiele. Ona 
nikogo nie mii^a na świecie, dla tego też może tem więcej 
kochała. 

Wilczek w istocie od niejakiego czasu podwoił dla gościa 
względów i oznak przyjaźni. Zdał się mu zupełnie na łaskę, 
wezwał do majątkowych narad ze starym rządcą, słów jego 
słuchał jak wyroczni, rady we wszysikiem zasięgs^. Sam pilny 
wykonawca wspólnie powziętych postanowień, szczerze wziął 
flię do pracy, wysyłał posłańców , rozpisywał listy, łagodził na- 
tarczywych, używał kolejno obietnic, prośby i groźby, oddalał 
wybuch. Juljusz poprzysiągł, źe byle zyskać na czasie, zbawie- 
nie było niezawodne\a. 

Łatwo pojąć, że zatrudnienia te nie pozwalały mu jak da- 
wniej , dni całych spędzić z Nastusią. Nie zdawał się też srodze 



72 



na tern cierpieć; wyprawiał do niej towarzysza, za odchodzącym 
atoli dziwnym często poglądał wzrokiem. 

Pewnego dnia Wilczek od samego ranka w szczególniejszym 
był usposobieniu. Roztargniony, blady, snaó noc bezsennie na 
gryzących myślach przepędził; ręce mu drżały, w oczach skrzył 
żar gorączkowy; nie słuchał, gdy go pytano, nie odpowiadał, 
nie mógł znaleźć miejsca, ani chwili spokoju. 

Potrzebował ruchu, samotności. Choć niebo zachodziło gc- 
stemi chmury, nie zważał na oznaki burzy: kazał przyprowa- 
dzić konia i oznajmił, że wyjeżdża na przegląd poblizkich wio- 
sek, zkąd zapewne wieczorem dopiero powróci. 

Przyspieszony tentent oznajmił wkrótce, że jeździec nie 
szczędził ostrogi. Juljusz z uśmiechem dał odjeźdżającema 
krzyżyk na drogę, spoglądał za nim dopóki nie zniknął, wrócił 
do pałacu, wziął jakąś książkę, nie wejrzał nawet na treść, 
z niesmakiem ją na bok odrzucił i zadumał się na chwilę. Nare- 
szcie otworzył tylne drzwi od ogrodu i ruszył ku domkowi 
Nastusi. 

Tym razem śpiew, jako pierwszego dnia przyjazdu, nie ostrze- 
gał z dala przychodnia o weselu pięknej mieszkanki ustronia. 
Nastusia z głową na ręku podpartą , siedziała milcząca , zamy- 
ślona. Usłyszała chód męski, podniosła oczy; serce gwałtownie 
jej zakołatało — słuchała. 

Nie — to nie oni To był ten drugi — ten drugi sam jeden. 
On zapomniał już ścieżki do domku, ten drugi z przeklętemi 
oczyma. Ach, gdyby chciał próg ominąć 1 

Otwarły się drzwi — wszedł Juljusz, 

— Sam jeden! — westchnęła, powtarzając mimowolnie je- 
dyną , ogarniającą ją myśl. 

Juljusz chciał ująć białą rączkę Nastusi; dziewczyna z po- 
spiechem ją umknęła jak od rozpalonego żelaza. 

Przywykły do dzikiego obejścia wieśniaczki , nie zważał na 
wstrętny jej ruch: wy słodził twarz , przymilił oczy, siadł obok 
niej i prawił pieszczonym głosem: 

— Sam jeden, piękna moja pustelnico ! Czyliź nie dość? — 
Władyś tylko co wyjechał; objeżdża gospodarstwo; zapewne 
nie prędko powróci. 



73 

— WyjechiJl — nieprędko powróci! — mówiła dziewczyna, 
która te tylko zasłyszała wyrazy. — Ach! dawno temu, jaz był 
raz wyjechał ! Pojechał i długo, długo nie wracał; myślałam że 
nigdy już nie wróci. Dziś znowu wyjeżdża, i znowu myślę, że 
na ^ugo ucieka. A dawniej jeszcze — przed rokiem — przed 
dwoma roki, nie potrzebował spieszyć z powrotem, bo choć 
wyjeżdżał, to zawsze i wszędzie było go pełno. Teraz, gdy na 
chwilę wyjdzie, gdy ledwo do pałacu się oddali, wszystko z sobą 
zabiera. 

— Nie ma się czego smucić, Nastusiu! — odparł Juljusz, 
tłumiąc niezadowolnienie — zaręczam że wieczorem powróci. 
Wreszcie chociażby dziś wcale nie wrócił, czy liż bez niego je- 
den dzień taki ci trudny? 

— Jeden dzień! — Co panie nazywasz jednym dniem? Od 
wschodu słońca do zmroku? — Nie wiesz ile razy przez ten 
czas serce może zaboleć, a boleść czas wyciąga, oj! wyciąga 
bez miary. Kiedy niedola z rankiem się zacznie, południa ciężko 
doczekać, a gdy południe nadejdzie, do wieczora rok przynaj- 
mniej upływa. Innym razem dnia nie ma; ranek, południe 
i wieczór mignęły jak błyskawica; szczęście je gnało przed 
sobą. Prawdę mówiłeś, panie/ dzień taki jeden trudniejszy dla 
mnie, niż zdołam wypowiedzieć. 

— Biedna moja maleńką! — rzekł Juljusz z spółczuciem — 
zgaduję ile musisz cierpieć, jak nieraz sama się nudzisz. Grzech 
też niedarowany samotną cię zostawiać. Tyle razy mówiłem to 
Władziowi ! Nieszczęsna głowa I Mądry kto z nią dojdzie do 
ładni Gdyby nie moje namowy, jeszcze byś rzadziej go widy- 
wała. Bóg świadkiem , nie pojmuję jak mając skarb taki przy 
sobie, można do tego stopnia być ślepym, jak można gdziein- 
dziej niż w domku jedną chwilę przepędzić? Dziwna rzecz ! — 
Kocham Władzia jak brata, choć wiem , że on niezdolny ocenić 
żadnego ku niemu przywiązania. 

— Nie znasz go, panie. 

— Od maleńkości. 

— A dla czego tak o nim mówisz ? 

— Uspokój się, miła orędowniczko; w niczem zaletom jego 
nie ubliżam. Jeżeli Bóg mniej mu dał czucia , niż drugiemu — 
nię jego ;w tem wina. Jeden mało ma, drugi wiele; obu równa 



74 



zasługa, skoro wszystko oddadzą. Władyś, jestem przekonany, 
kocha cię całem sercem, ale na szczupłem serca nie każdy prze- 
staje. Dla twego szczęścia, Nastasiu, potrzeba abyś. była ko- 
chaną, jak sama kochasz. Kogoś ty ukochała , ten nie powinien 
mieć ani przyjaciół, ani rodziny, ani znajomych, ani ze światem 
stosunków — r ty mu za wszystko wystarczysz. Czyli Władyś tak 
cię rozumie? — Nie wiem, nie odważam się sądzić; widzę 
tylko, ciągle z nim żyjąc, że często tysiąc rzeczy więcej go 
zajmuje od ciebie ; że nie rozumie , nie ocenia siły twego przy- 
wiązania, że przy tobie zwykle o czem innem myśli i mówi. 
Wreszcie znasz go równie dobrze; żalić się na samotne godziny, 
dziś już zapóźno. Powinnaś być przyzwyczajoną. 

— Powinnam, to prawda ; wiele dni samotnych przeżyłam — ' 
rzekła dziewczyna , odpychając z myśli pierwsze uwagi Juljusza 
i chwytając się ostatnich jego wyrazów. — Ale cóż pocznę, 
kiedy przywyknąć do niczego nie potrafię : ani do szczęścia, ani 
do złej doli , bo w szczęściu , dziś piękniejsze mi zawsze od 
wczoraj, a w smutku codzień czarniej, boleśniej mi w duszy. 

Juljusz milczał; ścigał okiem dwie łzy, drżące na jedwa- 
bnych rzęsach dziewczęcia. Nastusia nigdy nie wydała się mu 
tak piękną; pochylona, blada, cała przejrzysta, spowietrzniała 
niejako, podobna była wodnym liljom, przy blasku księżyca roz- 
dumanym na brzegach jeziora. 

— A jednak — rzekł po chwuli z uczuciem ojcowskiej tro- 
skliwości — możeby nie źle było, abyś smutki twoje, moja 
miła, mniej brała do serca. Jutra żaden z nas nieświadomy ; kto 
nam zaręczy, że dwoje ludzi, żyjących dziś razem, jutro nie 
rozłączy się na wieki? Przyszłości nikt z nas niepewny, nikt 
nie zna; trzeba na wszystko być przygotowanym. 

— Bóg ją zna — przerwała dziewczyna , szybko odsuwając 
się z krzesłem. — Ale dla czego — dodała, składając ręce na 
piersiach — dla czego, panie, mówisz tak okrutne wyrazy, cze- 
mu tak strasznie na mnie patrzysz ? 

Joljusz z uśmiechem przysunął się ku niej, magnetyczny 
wzrok utkwił w przerażonych jej oczach , upuszczał zwolna wy- 
raz po wyrazie , jak gdyby mowę na takty odmierzał. 

— Słuchaj, Nastasiu — rzekł — znam cię wiele, choć nie 
od dawna; nie trzeba wreszcie wielkiej bystrości, aby cię po- 



75 

znać, ocenić. Świadczę się niebem — masz we mnie przyjaciela, 
który każdą troskę twoją przyjąłby ńa siebie, któryby ją okupił 
ostatnią kroplą własnej krwi. Jesteś sierotą na świecie; ja także 
nie mam nikogo; rozumiem gorycze osamotnienia, znam. war- 
tość czułego serca — ja, który nieraz za słowo przywiązania 
życie byłbym poświęcił. Kto sam nie cierpiał, ten kochania 
cenić nie umie; kto w świecie, między ludźmi wiele znalazł 
szczęścia, ten nie szuka pociechy w cichej miłości prostej, wiej- 
skiej dziewczyny; kto raz zasmakował w zgiełku światowych 
roskoszy, temu piekłem osamotnione ustronie. — Dla ciebie, 
anielska istoto , innego życia potrzeba. Tyś zesłana na ziemię 
dla serc utrapionych; ku tobie winien garnąć się ten, kto chce 
ukoić, zapomnieć srogie, doznane nieszczęścia. Achl wtedy 
żyjąc przez ciebie i tylko dla ciebie, nie zatęskni za światem, 
nie pożałuje przyszłości — o życie jedynie modlić się będzie, 
o życie z tobą, przy tobie, o raj bożego szczęścia na ziemi. — 
Tak być powinno. Czyli tak jest? — Z boleścią muszę zaprze- 
-czyć. Rozpatruję, poglądam do koła — napróżno ! Biedne, lube 
-dziecię! drżę o twoją przyszłość; lękam się, aby djamenty two- 
ich uczuć nie wpadły w niegodne ręce. Wreszcie po co ci o tern 
mówić? Jestem przekonany, że sama aż nadto prawdę prze- 
<!zuwasz. — : 

Nastusia zerwała się przerażona, wylękła. Juljusz wypowia- 
dał zwątpienia uśpione na dnie jej duszy, trwogi, których sama 
rozbudzać nie śmiała, ani głośno przed sobą wyjawiać, z obawy 
aby się nie sprawdziły. 

Złożyła ku niemu dłonie i mówiła drżącym , przerywanym 
głosem : 

— Zkąd wiesz, panie, co ja przeczuwam ? Zkąd ci ta siła, 
że czytasz we mnie jak na otwartej książce ? — Znasz prawdę, 
Albo zgadujesz? Dobry człowiek nie spieszy się z odgadywa- 
niem złego — ale jeżeli wiesz, mówi gdzie — co (dyszałeś — 
czy sam ci powiedział — co mówił? Może się gniewa — w czem 
zawiniłam — ozemu ini w oczy nie wypowiada? — Wszystko 
mu wyznam jak na spowiedzi. Przeproszę — ubłagam — niech 
tylko gniew zdejmie z serca, niech mię wysłucha, niech się 
przekona. Ach ! czyliś każda myśl jego nie do mnie pierwszej 
należy? — Musiałeś często i wiele z nim mówić o Nastusi. I^a 



76 



Boga I za co mię karze? Od twego przyjazdu, panie, codzień 
mu dalej do domku , codzień mu spieszniej odemnie. Niedawno 
jeszcze przysięgał, że mił% mu byłam na wieki — dziś słowa 
z wiatrem ubiegły; niby zupełnie o mnie zapomniał! 

Juljusz nie mógł wzroku od niej odczepić ; krew namiętnie 
biła mu w żyłach ; dziewczynie do twarzy było z rozpaczą. Pod- 
szedł ku niej, stanął, założył ramiona i rzekł: 

— Zapominać o tobie, Nastusiu? — Ghy baby nie miał su- 
mienia! — A choćby cię nawet zapomniał, i cóż z tego, kto na 
tem straci? — Nie ty, zaprawdę , o luba! Spójrz w to zwiercia- 
dło ; przypatrz się sobie — ach ! gdybyś mogła porównać się 
z wyborem szlacheckich panien, za jednym rzutem oka przyby- 
łoby ci zaufania. Niech staną obok ciebie najpiękniejsze , we 
wszystkich powabach młodości, w całym blasku bogatych stro- 
jów — klnę się na duszę — zgasną jak gwiazdy przed słońcem. 
Nie znasz siebie, Nastusiu; nie pojmujesz uroku czarującej two- 
jej postaci , nie domyślasz się słodyczy wdzięku rozlanego na 
twoich rysach. Za wzrok twój pieszczący, za srebrny dźwięk 
głosu, za te strumienie złotego jedwabiu, co ci spływają na 
szyję, niejedna wielka pani oddałaby wszystkie swoje skarby. 
Za jeden uścisk łabędzich twoich ramion , za jedno dotknięcie 
koralowych ust, niejeden piekłu zaprzeds^by duszę. Ach , patrz 
jeszcze na mnie, patrz temi oto wzruszonymi oczyma, chociażby 
do końca świata! — Niebo mi przez nie wygląda. Nie mów 
o zapomnieniu , ty, samowładna pani każdej pamięci ! Dość raz 
cię widzieć. I cóż z tego, że cię zapomni jeden niegodny? — 
Czyliż ubędzie ci przez to wdzięków, czyliż ci porwie blask 
oczu , czy róże i lilje twego oblicza z sobą zabierze? — Nie 
dbaj o niewdzięcznika — tysiące innych, godniejszych, u nóg 
ci legną. Rzeknij idowo! — Chcesz zemsty? — Będziesz ze* 
mszczoną jak żadna dotąd kobieta nie była na świecie ! Chcesz 
miłości? — Będziesz kochaną jak w niebie tylko kochać umieją. 
Chcesz poznać świat, zaświecić blaskiem, otoczyć się przepy- 
chem ? — Jutro w naj większem mieście o tobie tylko będą mó- 
wić , spoglądać tylko na ciebie. Porzuć dobrowolne męczarnie, 
porzuć każdogodzinne konanie bez zgonu nawet za pociechę ! 
Brak ci szczęścia, brak życia! — Odetchniesz szczęściem, 
o jakiem nigdy nie marzyłaś. Ci, którzy dziś nie umieją cię 



77 



cenić, jutro ci pozazdroszczą; znajdziesz miłość bez granic! — 
Łnba! — 

Upiorna bladość pokryła lice dziewczyny: z rozchylonemi 
usty, z obł%kanemi oczyma, słuchała tego człowieka, który 
z krwią zabiegłym wzrokiem, z potarganemi żądzą, rysami, wy- 
ciągał ku niej drżące ramiona, jak gdyby chciał strącić ją 
z 8ob% w rozwartą mu pod nogami otchłań. 

Wicher szalał na dworze; wściekła burza łamała gałęzie 
drzew , dudniła ulewą w okna. Strach dzwonił białemi ząbkami 
Nastnsi. Cofnęła się ku oknu; ręką wskazała na niebo. 

— Co mówisz, panie? — rzelda. — Gościu nieszczęścia, czy 
słyszysz? — Grzmi! Patrz — błyska się, pioruny biją. Boga się 
nie boisz — ziemia pod tobą się otworzy ! — Straszne twoje 
wyrazy — straszny sam jesteś! — Jak żyję, nic takiego nie sły- 
szałam — nawet w złych snach. Boże mój. Boże! — Matko naj- 
świętsza! — Głowa mi pęka. Co prawisz o szczęściu, o kocha- 
niu — o życiu? — Z twarzy twej bije niedola; w głosie, jak 
poświst wichru , szumi nienawiść — z oczu śmierć ci wygląda. 
Na bożą miłość — porzuć mię — zostaw — ulituj się nademną! 
Nie obiecuj zemst ani skarbów! — Ja niczego nie chcę, niczego 
nie szukam — ja i bez tego mam więcej boleści, niż mogę wy- 
cierpieć, i więcej szczęścia, niż zasłużyłam. — 

Juljusz nachmurzył czoło, srożał w duszy, ale potęgą woli 
wybuch przytłumić. 

— Uspokój się, drogie dziecię — odparł, gestem pogardy 
wskazując na walkę powietrznych żywiołów — burza to zwy- 
czajna, nic więcej; wkrótce ona przeminie i słońce znowu 
zaświeci. Są wszelakoż inne burze, groźniejsze — te, które 
nie kwiaty łamią i drzewa, ale druzgocą serce człowieka. Takiej 
burzy chroń się, Nastusiu; od takich gromów pragnąłbym cię 
zasłonić. Oby Bóg ją od ciebie odwrócił — ale bożego cudu na 
to potrzeba. Sama jedna nie ostoisz się przeciw nawałnicy, a na 
nieszczęście lękam się, aby wkrótce straszny wicher przeciw 
tobie się nie poderwał. Gdzie wówczas znajdziesz przytułek 
i opiekę? — Co poczniesz, skoro "Wilczek cię porzuci? —Nie 
wzdrygaj się ; trzeba na wszystko być gotową. Gdzie wówczas 
się podziejesz? — Uważaj pilnie na moje wyrazy — wiem, przy- 
sięgam ci — wiem dobrze , co mówię. > 



78 



Nastusia ukryła twarz w foniach ; wzmianka o porzucenia 
wracała j% do rzeczywistości; w obec tej jednej myśli znikały 
przed nią rozchełznane zapędy Juljusza. 

— On mię porzuci ! — zawołała głosem rozpaczy. *- Wiesz 
panie o tem z pewnością? — Ach! przez litość powiedz mi 
wszystko! Jeżeli mam zginąć, niech ginę od razu; nie zabijaj 
powoli! Znudził się mną, zbrzydłam mu — pokochał inn%? — 
Przeczuwałam że tak musi się skończyć. Ale niechby przynaj- 
żnniej sam był otwarcie w oczy powiedział. Od niego wszyistko 
byłabym zniosła. Czyliż nie on panem życia mego i imierci ? 
Czemu, kiedy już chce mnie się pozbyć, przez drugich posyła 
truciznę? Czemu mi skąpi ostatniej pociechy ? — 

Upomy zwrot myśli dziewczyny na Wilczka rozsrożył JuIjik 
sza; zniecierpliwiony rzucił się w krzesło, wzniósł oczy do g'óry, 
jak gdyby czekał na wezbranie nowych sił do pokonania aiebez- 
pieeznego spółzalotnika. 

Nastusia zbliżyła się ku niemu i ujęła go za rękę. Boleść 
i groźba szarpały kolejno jej rysy. 

. — Nie powiedziałeś prawdy ? -*- zawołi^a. — Czemu panie 
mię zwodzisz? Widzisz że myśli -zebrać nie mogę; korzystasz 
z szalonych moich przywidzeń. Szalona żem ci uwierzyła ! On 
mię kochać nie przestał; przed twoim nieszczęsnym przyjazdem 
przysięgał! On kłamać nie umie. Jednemu słowu jego, jednemu 
spojrzeniu więcej wierzę, niż gdybyś przez rok mi dowodził; 
więcej wierzę, niż własnym, szalonym niepokojom. Czego 
chcesz odemnie? Eto cię na moją zgubę tu przysłał? — Udajesz 
przyjaciela. Czemu przed nim inaczej się odzywasz? Ja mu 
wszystko powtórzę ; nie wiesz jeszcze jaki on straszny gdy mę 
rozgniewał — On wszystkiemu zaprzeczy; w oczy ci powie żeś 
sidamał — przeklnie twoją przyjaźń — słyszeć o tobie nie 
zechce. 

Juljusz uśmiechu^ się z niedowierzaniem. 

— Będziesz żałował, ale zapóźno. Pamiętaj ! — Jeszcze czas. 
Powiedz żeś mię oszukał, żeś chciał żartować z biednej dsie* 
wczjrny. Zapomnę ci bólu , słowa nikomu nie rzeknę, zamilczę ; 
przysięgam na duszę 1 — Odgadłam — nieprawdaż? — Ach, po- 
wiedz, panie! wrócisz mi życie, będę ci wdzięczną do śmierci; 
będę cię kochać jak dobroczyńcę , jak zbawiciela ! 



79 



Nagle zatrzymała się, ucięła głos; fala zwątpienia znowu 
pochłaniała jej ostatni promyk nadziei. Nastusia z rozpaczą 
opuściła ramiona. 

— Nie — nie ! • - mówiła sama do siebie — niepodobna aby 
ten człowiek tak dalece mi§ zwodził: nie miałby serca dla żartu 
wymyślać straszne męczarnie. Prawdę powiada — odgadłam ją 
wprzódy — tu, w piersiach. Eaż% mi zginąć, zatracić się bez 
ratunku. Zginąć — kiedy na dwa życia, na życia bez granic, 
wystarcza mi jeszcze kochania! Stało się! — Niech wiem przy- 
najmniej za co mię gubi! 

Użal się nademną! — Powiedz mi, panie — na wszystkom 
gotowa. Patrz, jestem spokojną — łzy w oczach nie dostrzeżesz ; 
wysłucham cierpliwie. Bogu poświęcę^ niedolę, tylko nic nie taj 
przedemną! Musiał przecie mówić dla czego? — 

Prawda! szczerze wyznaję : i ja nie jestem bez winy. Zawi- 
niłam — gdzie? — kiedy? — nie pomnę ; on by mię nie porzu- 
cał inaczej! Gdybyś mi czas tylko przypomniał, gdybyś rzekł 
jedno słowo, o co poszło? — Bóg widzi, że nie pamiętam. 

Nie odpowiadasz? — Czy żal zdjął cię nad moją biedą? — 
Zapóźno teraz żałować ! — umarli z grobów nie wstaną. 

Dziś z rana przed wyjazdem mówił ci o mnie ? — Przysięgnę I 
W tej samej chwili serce we mnie pękało; nie wiedziałam 
wtedy, od czego. Ach! gdyby śmierć była chciała mię sprzą- 
tnąć! Daremnie; Pan Bóg pokarał mię życiem! — Niechaj się 
pełni jego wola ! Wycierpię za moje grzechy ; tylko ostatniej 
prośby na ziemi wysłuchaj , mój panie ; potem nikogo już o nic 
prosić nie będę. Powiedz, dla czego mię znienawidził? — Mó- 
wiłeś, że znajdę jeszcze łaskę na świecie — niechże ją znajdę 
u ciebie! Zmiłujesz się — powiesz — ach! przecie serca nie 
masz z kamienia! — 

Składała ręce , patrzyła mu w oczy , czekając odpowiedzi. 

Juljusz palił ją wzrokiem. 

— Widzę że powiesz. — rzekła po chwili. — Biedniejszej 
odemnie, sam się przekonasz — nie ma na ziemi. Dobry mój 
pasie — patrz! — u nóg cię błagam! 

Nastusia padła na kolana i zalała się łzami. 
Wycieńczona na siłach, igęła go za ręce i w milczącej pro- 
śbie przycisnęła je do ust rozżarzonych gorączkową spieką. 



80 



Na widok rozhukanej bo]eBcią dziewczyny, mimowolne 
wzruszenie zdjęło Juljusza ; ale głos sumienia na krótko w nim 
zadźwięczał. Ta piękna głowa wsparta na jego dłoniach, i śnie- 
żna pierś rozkołysana falą rozpaczy, i wiotka kibić u nóg^ mu 
w wężowe kształty spleciona, tulące się ku niemu białe ramiona 
wieśniaczki, znowu namiętność wpędziły do mózgu; krew 
ogniem w nim zakipiała: silnie porwał dziewczynę, ku sobie na 
pierś swą wezbraną szałem ją ciągnął. 

Nastusia rozniemożona cierpieniem , w bezprzytomności na 
ramię zwiesiła mu głowę ciężką od łez; jak kwiat u stopy pod- 
cięty, chyliła się w objęcia, od łkań się cała zanosząc. 

Wicher zahuczał przeraźliwie, straszna błyskawica rozdarła 
ciemny strop niebios ; tuż za nią grzmot zdawał się do dna zie- 
mię druzgotać. Zadrżały domku posady — drzwi otwarły się 
z łoskotem. 

Blady, z włosem w nieładzie, z obłąkanemi oczyma, z zaci- 
sniętemi usty , stanął pośród nich Wilczek. 

Juljusz zerwał się; odepchnął dziewczynę. 

Nastusia kszyknęła boleśnie; wsparta o krzesło, zatoczyła 
wzrok błędny do koła. Przetarła oczy. Śród ogamiającegro ją 
zmroku nagle dwie ujrzała postacie. 

Ten drugi był on ! — 

Jednym skokiem była tuż przy nim. 

Wilczek ręką się przed nią zasłonił. 

Juljusz głowę zwiesił na piersi ; stał w kącie z założonemi 
ramionami i szydersko z pod oka poglądał: czekał rozwiązania 
groźnej przygody. 

Nastusia, niby senna, bezwiedna, jedną ręką wskazywała 
Juljusza, drugą usiłowała usunąć zaporę, broniącą jej przystępu, 
do serca kochanka. 

Wilczek ściskał jej ramię jak żelaznemi kleszczami. 

— Przeklęta ! — zawołał grzmiącym głosem — dla każdego 
masz tę samą piosenkę ! — Nie w porę przybywam , ale przysię- 
gam ci, że w porę odejdę. Możesz go przy sobie zatrzymać. Ha, 
ha! — rozmaitość nie tylko w miastach popłaca. Wybrałaś 
sobie dzień burzył — To niebezpiecznie — przy burzy piorun 
czasem uderza t Serce ci, widzę, urosło! — Dla dwóch dziś może 
wystarczyć! 



81 



Stała jak wryta, jak martwa; słuchowi nie dowierzała i od- 
powiedzieć nie mogła. Zdradzie łatwiej na słowa się zdobyć — 
dla niewinności pierwszą obroną blask niepokalany własnego 
sumienia. 

Wilczkowi zdało się, źe chciała mówić. 

— Dość tego — rzekł obojętnie — próżnych słów nienawi- 
dzę. Znudziłaś się mną; nic w tern dziwnego. Żalu mieć nawet 
do ciebie nie będę. Uprzedzę tylko twoje życzenia I Razem już 
z sobą być nie możemy. Bywaj mi zdrowa na wieki ! 

Nastusia wyjąkała niezrozumiałe jakieś wyrazy; krew zbie- 
gła jej do serca. Padła bez zmysłów. 

Wilczek oniemiał. W pierwszej chwili myślał, że ją zabił. 
Nadludzki żal ścisnął mu piersi; poskoczyłku niej , chciał wra- 
cać do życia. Ach! sam byłby do niej powrócił, do biednej 
istoty , która od lat dziecinnych duszę mu była oddała. 

Ostatnie iskry uczucia, promień sumienia, łzą nawet zabły- 
sły mu w oku. Zapomniał o sobie , gotów był z roskoszą paść 
znowu w objęcia białego anioła. 

Jaljusz ujął go za ramię. 

Wilczek drgnął jakby zakłóty wężowem żądłem. Z gniewem 
wyrwał rękę towarzyszowi , raz jeszcze spojrzał na pół martwą 
dziewczynę, zatrzymał się na progu, nareszcie jak szalony wy- 
biegł ku pałacowi. 

Z dala dochodził go odgłos kroków Juljusza. 

Zastanowił się w pół drogi i pomimo burzy, która rozpasy- 
wała się bez miary, zadyszany, z obnażoną głową, obojętne 
czoło stawił nawałnicy, wyzywał niejako do walki rozhukane 
żywioły. 

— Jest Bóg na niebie — rzekł, gdy go tamten doścignął — 
jest sprawiedliwość nad światem — jest burza, co ryczy nad 
nami — a dla nas nie ma piorunu I — Przekleństwo na dzień 
dzisiejszy! 

— Zwykły to porządek na świecie , mój Władziu — rzekł 
Juljusz, odstępując mu pół parasola. — Co się zaczyna, kończyć 
się musi. Wracajmy pod dach, inaczej zmokniem do nitki. 

Wilczek rzucił nań gniewne wejrzenie. 

— Juljuszu! — rzekł — przyjąłem cię w dom jak przyja- 
ciela, jak brata — 

Chojecki. Alkhadar. III. Q 



82 

•^ Ja zaś — ciągn^ dal^j ostatni — zdradą odwdzięczyłem 
twoje zaufanie: chciałem uwieść, porwać ci kochankę. Nic 
w tem nie widzę nadzwyczajnego ; podobne wypadki nieraz juz 
się zdarzały. 

— Niewczesne żarty ! — przerwał Wilczek. — Takie postę- 
powanie — 

— Wymaga zadośćuczynienia; nie przeczę. Będzie to, jeźeh 
się nie mylę, piętnasty twój pojedynek. 

— Mniejsza o liczbę; cieszę się, żeś mi oszczędził wstępu^ 
w podobnych razach zawsze przykrego. 

—' Zbyt dawno znam cię, mój Władziu, abym nie umiał od- 
gadnąć najskrytszych twoich życzeń; ale tu, na wsi, we dwójkę 
nie możemy się zabijać. 

— Nie mówię o wsi. Chwili dłużej nie potrafiłbym tu pozo- 
stać; natychmiast wyjeżdżam; znajdę Skałkę po drodze. 

— Wątpię ; kapitan odsiaduje swój miesiąc u Dzieduszyckie- 
go. Ja przed tobą zapewne wyjadę, jeżeli furman mój prędzej 
od twojego- zaprzęże. Buszam prosto do Lwowa i tam czekam 
na twoje rozkazy. 

— Nie nadnżyję twojej cierpliwości — odparł Wilczek, pro- 
sząc go gestem , aby pierwszy wszedł do pałacu. 

Juljusz uchylił czapki i wbiegł szybko do swego pokoju, go- 
tować się do wyjazdu. 

— Tym razem — mówił sam do siebie — obejdziesz się bez 
pojedynku, chociaż po prawdzie, ja raczej powinien bym szu- 
kać zemsty i wpakować ci kulę pod czwarte żebro za wyrwanie 
się jak Filip z Konopi, z niewczesnem przybyciem ! Szczególny 
człowiek! — w czepku się urodził; wszystko wiedzie się mu jak 
z płatka I — 

Niebawem pusto było w pałacu. Gość i gospodarz rozjechali 
się każdy w swoją stronę. 

Z trzech postaci ostatniego dramatu została tylko na miej- 
scu dziewczyna. 



Nastusia po kilku godzinach bezwładzy, zwolna wracała do 
życia. 



83 

Ocknęła si§ na podłodze, strasznie znękana; cierpiała, jak 
gdyby przez zdruzgotaną czaszkę żelaznem! szpony mózg jej 
szarpano. 

Podniosła głowg, wsparła się na dłoni i spojrz^a w okół 
osłupiałym wzrokiem. 

Burza oddawna już ustała; deszcz tylko cichym szmerem 
wydzwaniał na szybach grobowe jakieś melodje* 

Długo zbierała rozprzężone myśli, chwytała się za głowę, 
tarła powieki; przerażona uciekała przed pamięcią i znów roz- 
bijsJa się o krwawą rzeczywistość. 

Rozstawione w nieładzie sprzęty, {taszcz Wilczka rzucony 
ziemię, przypomnisz jej całą prawdę wypadku. 

Zerwała się, załamała ręce; gorące powieki na łzę zdobyć 
się już nie mogły — sucha, okropna boleść tłoczyła ją ku 
na ziemi. 

Dziwne , straszne jakieś myśli musisZy przewijać się po gło- 
wie Nastusi: kilka bowiem razy żegnała się trwoźnie, jak gdyby 
odpędzając czarnego ducha poszepty. 

Odegnany westchnieniem do Boga, przylatywał znów na 
skrzydłach rozpaczy, gryzł ją zębem zwątpienia, podmawiał na 
zatratę duszy i ciała. 

Nastusia wybiegła do przybocznego pokoju, zdjęła z nad 
łóżka Bzkaplerz i obrazek Poczajowskiej Bogarodzicy, poczem 
uklękła, twarz w dłoniach ukryła i poczęła żarliwie się 
modlić. 

Ach! była to jedna z tych modlitw, jakie z wieśniaczego 
serca i z prostej wiary płyną ku Wszechmocnemu Obrońcy uci- 
śnionych, ku jedynej pociesze, ku Ojcu dzieci bez szczęścia i bez 
dziedzictwa na ziemi. Było to zaofiarowanie niepojętych cier- 
pień na chwałę Pana wszech rzeczy, gorąca prośba o wytrwa- 
łość , o radę w niedoli. 

— Matko siedmiu boleści! iiie opuszczaj mię, wysłuchaj ! — 
powtarzała, tuląc do ust cudowny obrazek. 

Długo Nastusia klęczała, zaprzepaszczona w myślach zaświa- 
tnych, a gdy powstsZa, z zapa^ych jej oczu święte błyskało na** 
tchmenie; w skołatanej głowie zaświtał zamiar, modlitwą 
u Nieba wybłagany. 

6* 



84 

Dziewczyna rękę położyła na sercu; wahała się cłiwilę — 
nie długo. Postanowienie i wola odniosły zwycięstwo. Jakby nie 
należąca do siebie , wiedziona wyższym rozkazem, jęła ustawiać 
sprzęty, składać pod zamknięcie dary kosztowne Wilczka 
i drobne przedmioty, zacierać w domku ślady pobytu żywego 
ducha. 

Zosts^a jeszcze nietknięta mała skrzyneczka. 

Nastusia otworzyła j%, wyjęła prostą, ubogą odzież wie- 
śniaczki , pamiętny ubiór, w którym on ją był niegdyś porwaJ 
od matki, ubiór, który był dla niej świętą relikwią, najsłodszą 
życia pamiątką. 

Za chwilę już miała go na sobie, już z pańskiego zbytku, 
z pańskich podarków, znikły ostatnie poznaki. 'Złożyła wszystko 
i zamknęła , szkaplerz swój tylko zabrała i chust własnych bie- 
dnych kilka zaściągła w zawitek, i chłopskim, polskim zwycza- 
jem, w węzeł kawałek chleba uwiązała dla siebie, a prędzej 
jeszcze dla głodnych, potrzebnych ludzi na drodze. 

Stanęła na progu; wszystko już było gotowe. 

Na niebie chmury rzedniały ; słońce u zachodu, na pociechę 
po burzy, słało ziemi kilka krwawych promieni; drzewa 
i kwiaty wzruszone lekkim wiatru powiewem, sypjJy djamenty 
rosy; ptaszki wylękłe nawałnicą, wdzięcznie witały powrót 
pogody. 

Kastusia pobiegła ku nim , otworzyła okno i klatkę ; uleciały 
z więzienia , ale jak gdyby niechciwe wolnego przestworu , zo- 
stały wszystkie w pokoju, trzepocąc skrzydełkami nad głową 
dziewczyny, pieszcząc jej ręce i szyję , tuląc się do niej z miło- 
Bnym świegotem. 

Gorzki , tęskny uśmiech zamigotał na połamanem boleścią 
jej obliczu. 

Więc jeszcze raz mieszkanko obeszła i każdy przedmiot po 
szczególe żegnała, i za każdym krokiem garnęły się do jej duszy 
bolesne wspomnienia, i za każdym poglądem część serca rzu- 
cała za sobą. 

Obejrzała się: kwiaty tysiącem ócz zewsząd na nią patrzyły, 
ostatni raz chwiały ku niej wonnemi kielichy. Achl odtąd nikt 
już ich nie upielęgnuje, przed wichrem nie zasłoni, poranną 
rosą nie napoi, nie uweseli złotemi słońca promieńmi! Raz 



85 

jeszcze, ostatni, równiankę z najmniej różanych, z najmniej 
jasnych ! 1 te zerwane , i drugie nietknięte , wszystkie niedługo 
powiędną, zniszczeją. Zerwanym przecie milej będzie uwiędnąć 
na nkochanem łonie ich opiekunki. 

Chodźcie tu bliżej — spoczniecie na piersi, znikome szczę- 
ścia dawnego pamiątki! Zanim barwy wam zbledną, nim się 
w pęk ziela suchego zmienicie , w trumnie was złożą, razem 
z biedną stroskaną. 

A teraz dalej w drogę 1 



Księżyc już błyszczy nad lasem — noc będzie cicha, po- 
godna. 

— Bywaj mi zdrowa! — powiedział, za własne winy obwi- 
nił ; znudzony wiejską dziewczyną, zabił ją dla zabawki — ode- 
pchnął z wstrętem od siebie. Ona, poddana jego woli, ofiarą 
z siebie i z życia , ostatnie posłuszeństwo mu odda. 

Ach 1 tę niedolę tak często przewidywana w sennych marze- 
niach ! 

Niech jemu Bóg szczęście zsyła! — Zgryzotę, boleść i smu- 
tek ona oddawna na siebie przyjęła. Czyliż inaczej byłaby kie- 
dykolwiek szczerze go ukochała ? 

Teraz już wszystko skończone. Aniele stróżu, przed nią 
ulatuj ! — 

Tam za borami i polem, za wioską drugą i trzecią, jeszcze 
za polem i borem, tam opuszczona, samotna, od dwóch lat za 
dzieckiem płacze Krystyna. Gdy córkę biedną zobaczy, znowu 
zapłacze, winę daruje, do matczynego serca przyciśnie i użałuje, 
utuli jak w maleńkości bywało , gdy pieszczotami z łez suszyła 
dziecinne oblicze. 

Dopóki matka jeszcze na ziemi, chociaż uboga i skołatana 
cierpieniem, choć zagniewana i słusznie, jest przecie w życiu 
otucha. Dość się przed nią użalić, paść do nóg, grzech wypo- 
wiedzieć — matka podniesie zbłąkaną, matka o sercu ludzkiem, 
bo z ludu. Toć jeszcze Pan Bóg pozwoli, że pozostałych kilka 
dni życia dziecię staraniom około matki poświęci; i jej też lżej 
będzie na sercu, gdy dziecku własnemu przebaczy, i do modli- 
twy za grzechy pomoże; bo odpuszczenia, ani zbawienia dziecię 



86 

bez matczynego błogosławieństwa u Boga nie dozna. Zwątlonej 
rozpaczą, o Panie ! daj siły i wytrwałości, i prowadź prosto pod 
strzechę rodzinną, by łzy na zgrzybiałą twarz padać przestały ; 
prowadź, o Panie, do matki, do matki doprowadzi — 

Wybiegła z domkn, drzwi zatrzasnęła; po srebrnych ścież- 
kach miesiąca jak cień mgnęła przez ogród. 

Stanęła na wzgórku^ gdzie go zwyczajnie oczekiwała, gdy 
wracał z podróży ; raz jeszcze wzrokiem zatoczyła do koła. 

Stary pałac posępnie ton^ w ciemnej lip i świerków 
otchłani; w oddali, niby grobowiec z marmuru, bielił się między 
krzewy mały domek, zwalisko szczęścia, uczucia i wiary. 

Obojętny świadek ludzi i rzeczy, Dniestr, roziskrzoną wstęgą, 
płynął gdzieś w nieskończoność. 

Wszystkie struny życia rwały się w piersiach dziewczyny — 
przedarła ciszę nocną stłumionym krzykiem rozpaczy, raz osta- 
tni ku lubym pamiątkom boleśnie wyciągnęła ramiona, oburącz 
szkaplerz uścisnęła, zbiegła z wzgórka i dalej w drogę! 

I rada była że nocą wybrała się w podróż ; w dzień może 
byłoby trudniej opuścić miejsca kochane. Biegła samotną dro- 
żyną i wkrótce, przed okiem nawet księżyca, znikła w gęstym 
jodłowym lesie. 

Wiatr szumiał między gałęziami, liść zeschły szeleścił jej 
pod stopami; strach czasami zdejmował biedną pątnicę; drżący 
wzrok rzucała przed siebie, szemrała litanję do Bogarodzicy 
i cudowną pielgrzymów modlitwę : « Eto się w opiekę podda 
Panu swemu.)) 

Ranek zaczynał już świtać ; siły Nastusię zdradzały: na dro- 
bnych nóżkach słaniała się, chwiała, do wioski jeszcze było da- 
leko , bardzo daleko. 

Brała na wolę, chcisJa biedź dalej — byle wyjść z lasu, byle 
do krzyża , co czernił się na rozataju. 

Tchu jej zabrakło, na brzegu lasu, padła pod drzewem. 

Cała się rozniemogła, tak, że myślała nieboga, że ciężką 
śmiercią, bez księdza przyjdzie jej umrzeć. 

Dreszcz gorączkowy krew lodem w niej ścinał. 

Na szczęście, o wschodzie słońca ludzie jechali do miasta; 
dzień to był bowiem świąteczny. Zoczyli biedną, poratowali, na 



87 

wóz włożyli i zmusili napić się mleka. Zkąd — po co — gdzie 
idzie ? — pytać nie śmieli ; przyrzekli podwieść o staje od wio- 
ski, dokąd dziewczę dążyło. 

Pan Bóg jej w porę zesłał ratunek. 

Jechali szparko dzień cały; ku zachodowi słońca wrtrzymali 
konie i w bok gościńca, tuż na zakręcie, za łąką, wskazali dzie- 
weczce kościół, dzwonnicę i wioskę , i słowo dobre na drogę 
przydali. 

Podziękowała zapłatą u Boga; widok kresu podróży dodał 
jej siły , nadziei. Biegła na przełaj ku wiosce. Ach, tam! mię- 
dzy krzewy — za chwilę padnie na pierś matczyną. 

Jest jeszcze istota na ziemi, która się uweseli i tuląc szcze- 
rze do łona, zapomni cierpień, winę przebaczy, o szczęściu 
zamarzy. 

Droga, kochana matka! — 

Słońce już błyska ostatnią czerwienią, zmierzch zwolna za- 
czyna szarzeć. 

Nastusia spieszy co żywo , aby przed nocą stanąć u progu. 
Słyszy z daleka ryk bydła i psów szczekanie , wiejskie ją gwary 
dochodzą — ale dla czegóż z dzwonnicy smętny j.ęk dzwonu 
płynie w powietrze? — Na Anioł Pański zapóźno i po nieszpo- 
rach oddawna być musi. 

Staje nareszcie we wrotach, serce jej bije gwałtownie — 
nim wejdzie, pragnie odpocząć, pragnie o drogę zapytać. 

Widzi otwarte wierzeje, do pierwszej chaty przybywa — 
pusto i głucho do koła — na progu tylko stare dwie baby ko- 
ścielne o łachman jakiś się swarzą. 

Kastusia drżąca, przelękła, nieśmiało ku ńim podchodzi 
i prosi by dały wypocząć. 

I spojrzeć nawet nie raczą, a gdy dziewczyna zapyta: 
dla czego to biją tak w dzwony? — jedna z czarownic od- 
powie: 

— Nachorowała się, namęczyła siebie i ludzi — ubrać , po- 
chować za co nie było; z łaski ją niosą na mogiłki — stara Kry- 
styna — mamka pana grafa z Polanki 

— Krystyna? — Krystyna! — mamka! — Zły duch prze* 
was powiada! — 



88 



— Krystyna — i cóż dziwnego ? Alboi to ona umrzeć nie 
miała ? 

Nastusia upuściła zawinek, porwała się za głowę, parsknęła 
dzikim, okropnym śmiechem i ku mogiłkom, gdzie światła 
błyskały, pomknęła szybko jak strzała. 

Warjatka! — 



XIL 



Sokolnik wyjeżdżał ze Lwowa. Zaczynały nudzić go miej- 
skie, brukowe wrzaski, nieustanne przeżuwania zjadliwych po- 
głosek, zawsze jednej treści, ciągle o tymże samym człowieku. 
Powiernicy, blizcy i dalecy znajomi, poufali i obojętni, każdy 
poczytywał za święty obowiązek, udzielać mu nowych odkryć, 
donosić mu najświeższe wieści o niegodnych uczynkach Kazi- 
mierza Poraja. Cieszono się, że los pozwolił mu w porę zerwać 
stosunki z człowiekiem , który pomimo młodego wieku , tyle na 
sobie dźwigał grzechów. Nie pojmowano , jakim sposobem ma- 
gnat, wyżyty między ludźmi, doświadczony, przebiegły, mógł 
do tego stopnia dać wyprowadzić się w pole. 

Wprawdzie gorsze nieraz rzeczy widywano pod słońcem; 
świat z każdym dniem psuł się, rozszataniał ; rodzonemu bratu 
niepodobna było zaufać. 

Ojcowie Jezuici i świeccy sprzymierzeńcy zakonu, odznaczali 
się szczególną gorliwością w zrywaniu larwy z ducha zatraty, 
w wytrząsaniu na biały dzień niecnych jego podstępów i ukry- 
tych zbrodni. Prawowierny syn kościoła powinien był korzy- 
stać z każdej sposobności, z każdego przykładu, dla ostrzeżenia 
bliźnich o zasadzkach, jakie im stawiał nieprzyjaciel boży, dla 
utwierdzenia ich na stromej ścieżce do raju. Korzystał też, 
ostrzegał , utwierdzał ; nie szczędził piersi ani języka. 

Suchej nitki na potępionym nie zostawiono. 

Sokolnik sanf jeden nie łączył głosu do powszechnego 
chóru; słuchał w milczeniu, ubolewał raczej, niżeli nastawał 



90 

lub oskarżał. Piotr zawsze był bratem Kazimierza; magnatowi 
nie wypadało narażać się na niechęć Piotra. 

Uwaga ta przyspieszyła powrót jego na wieś. 

Nikomu wreszcie z rodziny nie chodziło o dłuższy pobyt we 
Lwowie. Sokolnikowa rada wracała w domowe zacisze , gdzie 
z większą łatwością mogła oddawać się pobożnym krzątaniem 
wedle duszy. Co zaś do Marji 

Marja nie została za obrębem pocisków, jakie zewsząd pa- 
dały na Kazimierza. Ojciec, matka, kapelan, młode i podeszłe 
przyjaciółki, z niechcenia niby , nawiasem, podsuwali jej sam 
kwiat rozjuszonej potwarzy, kwiat wabiący zwykle barwą po- 
błażania, żalu, spółczucia, ale na dnie kielicha kryjący pomimo 
to niemniej zjadliwą truciznę. 

Hrabianka oddychała zgubną tą wonią i nie postrzegała się, 
jak ukryte jady z każdym dniem wsiąkały w jej myśl, w serce, 
w sumienie. 

Bżeczy te na wielkim świecie trudne są do spostrzeżenia. 

Nagły wyjazd Kazimierza nie mało przyczynił się do zgubie- 
nia go w jej przekonaniu. On , który tyle zawsze mawiał o sta- 
wianiu czoła przeciwnościom , on pierwszy przed rozpoczęciem 
walki uciekał z pola bitwy. Poprzysiągłszy miłość i zaufanie bez 
granic, opuszczał ją, zalekcewaźył i potargał święte stosunki— 
wolał uniknąć zapasów z losem, aniżeli dać zabić się pod jej 
oczami. 

Niewdzięczny! — 

Odesłaniu uieotwartego listu Marja żadnej nie przypisywała 
wagi. Ona czuła się zbyt wyższą kobietą, aby w czemkolwiek 
mogła była pobłądzić — ona, jak zwykle między podobnemi je> 
bywa, zawsze, wszędzie i we wszystkiem widziała tylko siebie, na 
skalę boleści lub zadowolnienia, odmierzała zaszłe na zewnątrz 
wszelkie wypadki , postrzegała prawdę w tern tylko , co przyno- 
siło jej pożądane wrażenia; obojętnie poglądąła na wszystko, 
w czem własne jej uczucia, własne upodobania nie brały ża- 
dnego udziału. 

Gzyliż ze swojej strony nie dość łaski świadczyła samem roz- 
wijaniem się we wdzięki , pozwalaniem uwielbiać w sobie i po- 
dziwiać arcydzieło stworzenia. 

Serce jej należało do tego, kto pod tym względem umiał 



91 

najlepiej j% oceniać. Pojęcie cudzych cierpień, o ile nie skakało 
do oczu I o tyle przedstawiało jej niem%, niegodną, rozwiązania 
zagadkę. Nad śmiercią ulubionego pieska, nad rzewnym ustę- 
pem drukowanego romansu , była w stanie rozpłakać się z żalu ; 
tajemne rany serca , pokutne , w milczeniu przez ni% samą speł- 
nione morderstwo ducha , ńie budziły w niej żadnego spółczu- 
€ia, żadnej zgryzoty. 

Nie jej wina: z urodzenia, z rodu, z wychowania miała 
wzrok krótki, zmysłowy. W zwykłem stanie duszy, od dziecię- 
cia dogorywającej kasty konającego społeczeństwa, trudno było 
wymagać tej potęgi uczucia i prawdy, tego spokoju w jasnym 
a sumiennym rozglądzie rzeczy, jakie są udziałem świeżych 
tylko żywiołów, rozwitych w prostocie rzeczywistego bytu. 
Zkądinąd atoli stanowisko wcale nie było zwyezajnem ; duch 
Maiji tym razem wysoko wzbijał się nad powszednie szlaki. 
Ona kochała! — kochała, a więc i wzrok miała jasnowidny 
i widnokrąg przed sobą rozszerzony w nieskończoność. 

Czyliź nie dzięki światłu tego właśnie, uczucia, Alighieri 
wstąpił w kraje, gdzie już nie serce, nie rozum , ale boża tylko 
mądrość panuje? 

Wieszcz Gibeliów nie bezsennił się nad księgami, nie uga- 
niał za piśmienną nauką , nie przetapiał w tyglu rozumu zle- 
wków wiekowych poszukiwań — otworzył tylko serce i kochał, 
kochał po człowieczemu , po swojemu. 

Hrabianka także kochała po swojemu, jak kochają kobiety 
zrodzone w haftowanych pieluchach. Czuła się wyższem stwo- 
rzeniem, i nie bez przyczyny. Kochała nie jak prosta wieśnia- 
czka, ale jako bożyszcze kocha składających mu hołdy śmier- 
telników. Miłość była dla niej czarodziej skiem zwierciadłem, 
o tyle droższem, o ile takowe żywiej tęczowało jej zalety 
i krasę; przeglądała się w niem z roskoszą, kochera je za pro!> 
mienne odbicie własnych o samej sobie przekonań ; przywiązy- 
wała się do błyszczącej tarczy za każdem nowem a {tochlebnem 
odkryciem; fałsz, byle pochwalny, z łatwością mogła w niej 
uwielbić; za pierwszą atoli prawdą, cokolwiek gorzką, byłaby 
rozbiła zwiercia(Uo na miazgę. 

Eto poważał się ją kochać, musisz wyprzeć się samego sie- 
bie , zniweczyć wszelką samodzielność ducha , przestać być sa- 



92 

mjm sobą, zaprzepaścić in^łasną istotę w jednym a nieskończo- 
nym hymnie niewolniczego uwielbienia. 

Córka Sokolnika nie rozumiała siebie na poziomie ; los i na- 
tura wyniosły ją na ołtarz; zstępując z ołtarza, przed samą 
sobą byłaby wpadła w ostatnią pogardę. 

Tego rodzaju wypadki Marja czynem urzeczywistniała na 
drodze niewieściego swego bytu; urzeczywistniała je zwykle, 
stawiać im wcale przeciwne założenia; inaczej bowiem pojmo- 
wała siebie na sentymentalnych przestrzeniach teorji. 

Tam różane usta dziewczyny inną pieśń wydzwaniały. Tam 
szeroko rozprawiano o poświęceniu, unoszono się proroczym 
zapałem nad świętemi objawy uczucia , zalewano łzami na samą 
myśl o cudzych cierpieniach, ze zgrozą potępiano samolnbstwo, 
z wzgardą poglądano na światowe próżnostki, z gorączko wem 
pragnieniem błagano o życie boleści w zamian za jeden błysk 
szczęścia dla drogich sobie istot. 

Prawda parowała przez mózg ; w sercu nic nie zostaw^ało — 
nic, prócz garści rozdrażnionych nerwów. Zwłaszcza też vr obec 
Kazimierza, pod wpływem dzielnej , niepoźytej ff^szem natury 
jego ducha, Marja ulegała potędze prawdy, traciła 8woj% oso- 
bistość z oczu, w świętem natchnieniu odgadywała stowarzy- 
szone w wolności przywiązanie dwojga istot; biegła naprzód, 
wyprzedzała nawet przewodnika na prostej drodze rzeczywi- 
stego życia, jaką jej tenże wskazywał; nawoływała opóźnione- 
go , świeciła mu z dala ideałem Polki-kobiety. 

Chwilę potem, sama zostawiona, z obłocznych marzeń spa- 
dsJla na woskowaną posadzkę rodzicielskiego salonu. Kilka 
chwil później wyzwana na pole czynu, na pole doraźnego za- 
stosowania tylekroć z zapałem wypowiedzianych zdań, prze- 
istaczała się w mgnieniu oka: piękne, urocze stworzenie pochy- 
iBio zadumaną głowę ; kobieta w duchownem znaczeniu pojęcia, 
Polka w narodowej wartości wyrazu znikała — znikała bez 
śladu. 

Przewrót ten całego sposobu widzenia i czucia , mógł zasta- 
nawiać tych tylko, których kosztem się odbywaj". Marja przyj- 
mowała go ze spokojnem sumieniem; nie czuła się bynajmniej 
winną, nie przypuszczała aby w czemkolwiek mogła omylić się, 
pobłądzić. 



93 

Rozum tylko bł%dzi; wyrachowania często Bię mylą; głos 
serca jest głosem prawdy. Hrabianka byłaby przysięgła , że 
miała serce i że we wszystkie m głosu jego słuchała. 
Biedaczka! — 

Bolesne skutki, gorzkie zawody, odczarowania wynikłe 
z braku żywotnych strun w duszy, składała na karb zawziętości 
losa lub przewrotnych na zewnątrz siebie charakterów. Sama 
wyższa nad pospolity tłum światowych kobiet (któraź nie jest 
wyższą nad drugie ?) , mogła tylko pokochać człowieka , który 
o głowę podobnych sobie przerastał. Górujący nad gawiedzią, 
uczuciem , duszą , przymiotami , szczęshwiec ten winien był po- 
siadać czarodziejskie berło władzy nad rzeczami i ludźmi. Prze- 
ciwne wypadki, rozhukane namiętności, szalona zawiść, napady 
opętanej zazdrośników złości — wszystko winno było rozbijać 
się o jego wszechmocność, padać na twarz przed jego potęgą. 
On sam , wiecznie zapatrzony w^ oblicze swojej bogini , ją tylko 
musiał widzieć, jej życiem, jej wolą żyć i chcieć , zalekce ważyć 
wszystkie inne względy, zaprzeć wszystkie inne uczucia, zapo- 
mnieć o wszystkich człowieczych zasadach i obowiązkach ; nie- 
zwyciężony i niedotykalny, ją jedną wziąść za cel bytu, w jej 
tylko zadowoleniu upatrywać przyczynę zamiarów swoich , usi- 
łowań i źródło własnego szczęścia. 

W niewieścich wyobrażeniach naszego stulecia, kto swej 
samodzielności do ostatniego stopnia zniweczyć, zmazać, wy- 
gładzić , pochłonąć nie pozwala — ten nie kocha , ten nie wart 
kochania. 

Kazimierz oczywiście zawiódł oczekiwania Marji. Człowiek 
zwykły, powszedni, jak się później okazało, dozwolił ku sobie 
przystępu światowym napaściom , nie znalazł siły do powalenia 
nieprzyjaciół, wdał się, zamiast w otwarty bój, w piśmienne 
tłumaczenia, aż wreszcie zgnębiony nawałem pocisków, okryty 
powszechną naganą, wystraszony myślą walki, w^szystko porzu- 
cił i ujechał. 

Gdzież się podziała ta duma wyniosłego czoła, gdzie nie- 
ugięta odwaga , która zdawała się błyskać w każdem spojrzeniu, 
tętnić w każdym wyrazie — gdzie miłość nieskończona, bez 
której , jak utrzymywał, źyeie mu było męczarnią? — Gzyliż na 
to miał w sobie duszę , aby w niej krył sprzeciwieństwo czynu 



94 

Z wdziękiem, z godnością słów i postaci? — Po zajścia z Wil- 
czkiem nie przyszedł do domu ze spokojną twarzą, z pogodnym 
umysłem, jak przystało na cdowieka wyższych uczuć i czystego 
sumienia, nie prosił o schadzkę, o chwilę rozmowy — wy- 
jechał! — 

Byłoźby prawdą , co mówili o nim ludzie najmniej przystę- 
pni po twarzy, znani z szlachetności serca, z chrześciańskiego 
pobłażania, ludzie, którzy do każdej wzmianki o jego Ulędach, 
łączyli wymówkę, uniewinnienie? — 

Przeszłość jego kryła w sobie straszne tajemnice. Łudził 8i§ 
nadzieją, że ludzkie oko nigdy jej nie rozedrze; drżał przed 
promieniem światła. 

Nadaremnie ! — Książki słusznie prawią , że nic nie ma taj- 
nego pod słońcem. 

Ależ te same książki częściej jeszcze mówią o mylności czło- 
wieczych sądów. 

Nie, nie I Tym razem nie ma o co świat oskarżać; "wszakże 
własny brat wyparł się jgo , porzucił. 

Ach ! nie ma wątpienia. On przeszłość kłamał , on kłamał 
spokój ducha, on miłość tylko udawał. Nie kochał, nie mógł 
kochać; prawdziwa miłość nie zażega serc nieczystych. On 
oszukiwał! — 

Więc go znienawidziła, jak zwykle dzieje się w podobnych 
wypadkach , zwłaszcza gdy nienawiść jest dzielnym i jedynym 
zaradczym środkiem na głuche, ale gryzące pomimo to ^wrzaski 
naszego sumienia, na chwilowe napady zwątpień w nieomyl- 
ność zdań, w świętość naszych uczuć, w wyjątkową doskonałość 
naszej istoty. Jak bowiem nie znienawidzieć probierza, na któ- 
rym odkrył się fałsz naszego charakteru, miałkość naszego du- 
cha, jak znienawidzieć opatrznej przyczyny, bez której nie 
dręczyłyby nas samowiedne choć rzadkie chwile pogardy sa- 
mych siebie? 

Wyległa na pniu próżności, na rumowisku czarownych o sa- 
mym sobie złudzeń, nienawiść taka rośnie potęgą tajemnych 
własnych niepokojów, cb1% siłą własnego przewinienia. Umy^ 
winowajcy musi przed samym sobą się usprawiedliwić , chwyta 
więc każdy powiew przeciwnego wiatru, jaki wieje na pokrzy* 
wdżonego} czepia się lada poznaki, lada pozom, z upragnieniem 



95 



otwiera ucho na potwarz^lowi najlżejsze jej szmery, rozwija we 
wnioski, wyplata w pewniki, chciwie w siebie parnie łatwą t§ 
karmę niechęci , za każdym porywem uczucia prawdy dławi je 
nowemi .dowodami nieomylności sądów i sprawiedliwego potę- 
pienia. Tak przemożnie party głos prawdy słabieje, cichnie na- 
reszcie lub raczej usypia, dopóki kiedyś później nagle znowu 
nie zagrzmi chrapliwym krzykiem niieszczęścia, które ślepe oko 
i niepamiętne usta z przekleństwy zwą niespodziewanem, nie- 
zasłużonem. 

Prawo równowagi jest nie pogwałcalnem; silą na to dowo- 
dów na zewnątrz nawet teorji o pohulankach w raju i o piekiel- 
nej smole. 

Jeżeli jednak nie wystarcza wmawianie w siebie nieomylno- 
ści i bezstronnego sądu, jeżeli przeszatanienie niewinnej ofiary 
w zbrodniarza nie całkowicie serce spokojem wypełnia — wów- 
czas pozostaje jeden jeszcze środek, niezawodny, gładzący do 
szczętu szczerby niepotrzebnie drażliwego sumienia. Środek 
ten zazwyczaj nieodstępnie pierwszemu towarzyszy; idzie tylko 
oto, aby go nie zaniedbać, ale owszem jak najdzielniej roz- 
winąć. 

Bierze się waga samolubstwa: na jednej szali staje piękna, 
o kamienem sercu, o wulkanicznej głowie katownica; na drugą 
pada niewdzięcznik , szaleniec, który w podobnem doświadcze- 
niu dął się uprzedzić. Wnet ofiara przywalona potępieniem, 
przeważa, tonie, zapada gdzieś w otchłań ciemności, płaczu 
i zgrzytania zębów; podczas gdy anioł potępiciel unosi się do 
góry, wzlattge w niebiosa, fsJiduje na sobie złotem uczucia dja- 
mentami poświęcenia obłoki, tchnie błogim Cherubów pokojem, 
rozmawia z Przedwiecznym i Matce Siedmiu Boleści składa po- 
kornie pod stopy kielich cierpień, wychylony w zamian za 
spółczucie ku niegodnemu śmiertelnikowi. — E sempre 
bene! — 

Marja czuła ńę poświęconą, do głębi serca dotkniętą nieza- 
służonym a stogim pociskiem losu. Przeznaczenie, zawzięte 
zwykle na wyjątkowe, wzniosłe charaktery, zadawi^o j€j stra- 
szny cios , niwecząc za jednym zamachem najświętsze nadzieje, 
najczystsze uczucia. Cierpiała niewypowiedzianą boleścią, cier- 
piała jak nikt dotąd nie cierpiał, jak nikt w przyszłości cierpieć 



96 



nie będzie. Tak się jej przynajmniej zdawało. Tyle skarbów 
duszy, tyle bogactw uczucia, na wiatr rzucić, nędznie zmar- 
nować ! — Ją tylko jedną mogło spotkać podobne oczarowa- 
nie! — 

Czemże więc były te krótkie miesiące w^edwójnych w kraj 
szczęścia pogoni, rajskich upojeń uczuciem, uroczych zachwy- 
tów nad sobą samemi? — Czem były? — Snem, złudzeniem, 
roskoszną marą, rozwianą za pierwszym rzeczywistości po- 
dmuchem. 

Gorzkie przebudzenie! — Marja zawnioskowała, że dla niej 
szczęście istniało jako czczy tylko wyraz. Istoty jej podobne, 
wyjątkowe, błyszczące tu i owdzie śród powszechnych uczuć 
zamroczy, chcąc świecić, musiały same płonąć, goreć i znosić 
wszystkie męczarnie ognia. 

Pospolite, mierne tylko stworzenia mogły cieszyć się na- 
dzieją, rościć prawa do szczęścia. 

Kto sam siebie tak dobrze rozumiał, ten z dziecinną ułudą 
nie znajdował powodów do wyiskrzania sobie przyszłości. 
Córka magnata bez żartu pomyślała, że życie jej zatoczyło się 
ostatnią i stanowczą koleją. Pozostawała jej wieczna samo- 
tność , pasmo długich dni , powleczonych kirem tęsknoty, gdzie 
jedynem towarzystwem były bolesne wspomnienia, jedynym 
i nieodstępnym gościem smutek, jedynym celem — grób — 
przez nikogo nie opłakiwany , od nikogo niepojęty. Biały świat 
zdradę tylko i złudzenia przyniósł jej w ofierze ; nie zdradzi jej, 
ani zawiedzie ciemna, samotna mogiła. 

Łagodny chłód letnich nocy, lube nerwom srebrne promie- 
nie księżyca, pędziły Marję w podobne dumsihia. Sama jedna, ze 
splecionemi rękami, z pochyloną głową, długie godziny często 
trawiła na dumce i na westchnieniach. 

Innym razem brała z niechcenia smętną jaką książkę — 
«Noce Youngaio na przykład — i zabłąkana pośród ciemnych 
szpalerów , szukała wyrazu na własne cierpienia w rozpacznych 
utyskiwaniach ojca pięknej Narcyzy. Czasami skłoniwszy 
chmurne czoło , z wzrokiem w ziemię wlepionym , przy wtórze 
szeleszczących liści i rozhoworzonego strumienia, szemrała 
mimowolnie żałosny sonet Petrarki. 



97 

Harmouja wiersza dźwięcząc jej w ucho wolnemi taktami, 
koiła boleści jej serca; cisza urocza natury wlewała spokój w jej 
duszę. Zbolała, zniechęcona do świata i do ludzi, wyzuta 
z wiary w prawdę uczucia na ziemi, rozbratana z nadzieją, za- 
pragnęła resztę życia rzucić na pastwę samotnej dziczy marzeń 
i zaświatnym z własnem sercem rozmowom. Precz z miastem, 
precz z uciechami, gdzie więcej ciernia, niż kwiatów! Jeden 
promień słońca rozbryzgany o wieńce gęstej leszczyny , więcej 
ma w sobie czaru , niż całe strumienie balowych , rzęsistych 
świateł. Gdyby nawet rodzice, hołdując zwyczajowi, chcieli na 
zimę ku stolicy pociągnąć, ona ich ubłaga, aby dozwolili samej 
jednej na wsi pozostać, lub w ostatnim razie, zniechęcona do 
świata, wzniesie między nim a sobą nieprzełamaną zaporę: 
klasztorną kratą przegrodzi się od zgiełku na wieki. Tam, jako 
przedtem raz już była marzyła, w długiej, powłóczystej odzieży, 
pierwsza na jutrzni, ostatnia z nieszporów, Jezusowi poświęci 
to serce , którego ludzie pokazali się niegodni. Za jedną chwilę 
spokoju i ciszy, za jedno sam-na-sam z rozesłaną w pogodzie lu- 
bych wdzięków naturą, bezmyślny, kto wręcz nie oddaje całego 
życia zawodów i goryczy ! — 

Na podobnych myślach upłynął hrabiance miesiąc jeden 
i drugi. Byłoby bez wątpienia temże samem korytem i więcej 
ich spłynęło , gdyby czas , a z nim i myśli ludzkie , mogły nagle 
zatrzymać się w obiegu i unieruchomić, gdyby księżyc nigdy 
nie zachodził i lato zawsze rzeź wiło łagodnym powiewem łąki 
i lasy. 

Na nieszczęście, rok cierpień Marji był rokiem niewolniczo 
do poprzedników swoich podobnym. 

Po lecie nastała jesień , nastały dżdżyste poranki , chłodne 
wieczory, wichry dyszące zagubą na liście i kwiaty, a czasem 
i trzydniowe niewypowiedzianej nudoty deszcze. 

Marja nie mogła wychodzić z pokoju. Jednostajny widok 
zawsze tychże samych sprzętów , i kwiatów na obiciu , i rozety 
na suficie, i czworoboków na posadzce, po pewnym przeciągu 
czasu staje się nieznośnym, obmierzłym. Konieczny spoczynek, 
bezwładność, w jakiej do koła wszystko grzęźnie, wstręt budzi 
w naturze cidowieczej pożądliwej ruchu , goniącej za życiem, za 

Cbojsoki, Alkhadtr. UL 7 



98 



zmianą. Więc i książki przestają zajmować, gdy wrażeń w nieb 
zaczerpanych nie ma komu udzielić , i muzyka traci powaby gdy 
jej pojętne ucho nie słucha, i fantazja z miejsca nie rusza, gdy 
zamiast polotu w niedościgły błękit, musi rozbijać się i kaleczyć 
o niskie ściany komnaty. Cóż dopiero , gdy za całą rozmaitość 
słyszy się tylko wybladłe rozmowy hrabiny z kapelanem , sto- 
kroć słyszane ojca anegdoty lub meteorologiczne spostrzeżenia 
nad nieznośnym deszczem, nad miłą pogodą. 

Jeat z czego oszaleć — zwłaszcza gdy się ma lat dziewię- 
tnaście! — 

Marja z początku , w samej sobie , we własnych wspomnie- 
niach pogrążona, mniej zwracała uwagi na zewnątrz niej dzie- 
jące się rzeczy. Powoli jednak myśli jej mimowolnie zahaczyły 
się o prozaiczne strony domowego pożycia, tak, że nieraz ze 
wstrętem uciekać musiała przed nimi, lub walczyć z gwałto- 
wnie uciskającą nudotą. 

Pewnego dnia zabrakło jej siły. Powstała, długo patrzyła 
na zabrudzone niebo , na cienkie pasma upartego deszczu , na 
znękane słotą, pożółkłe liście drzew; długo słuchała rozdrze- 
manego głosu księdza, który czytał hrabinie nieznośną jakąś 
lwowską gazetę. Odeszła wreszcie od okna i tuląc chustkę do 
ust, zatłumiła — jeden z najstraszniejszych symptomów duszy — 
ziewnięcie. 

Senny ten goniec nie tyle zmęczenia ciała jak ducha zapa- 
dającego w letarg, zwiastował dopełnione przesilenie w całej 
istocie hrabianki, zapowiadał przebieg uczuć , marzeń i nadziei, 
na inną kolej, całkiem różną od dotychczasowej. 

Dawny tor pojęć mógł odtąd trwać tylko w wymuszonem 
złudzeniu. Rzeczywiście życie Marji na inne wpadało szlaki, 
umysł jej z innego zaczynał snuć wątku. 

Badaczom, którym prawda tylko jest miłą i pożądaną, zie- 
wnięcie droższem częstokroć od uśmiechów, od westchnień. 
Ostatnie tyle razy kłamią; pierwsze nigdy nie zwodzi. Często 
usta klną jeszcze przysięgi, wzrok płonie namiętnem wejrze- 
niem , głos drży od rozpieszczonych wzruszeń — wszystko fału. 
Prawda tkwi na dnie i w godzinę dopiero wyjawia się w jednem 
samotnie stłumionem ziewnięciu. 

Pierwsze ziewnięcie, nieyryleczona to trucizna, od której 



99 



więcej poległo związków uczucia, aniżeli wyobrazić sobie mog% 
powierzchowne umydy. 

Bywa wprawdzie czasami, że istoty nerwowe nie mog^ 
oprzeć się wpływowi dżdżystego, upomie chmurnego powietrza. 
Ziewnięcie w takim razie wyraża szlachetną protestację prze- 
ciw niegrzecznemu obejściu natury. Widok nieustannej słoty 
naprzykrzył się hrabiance, wzrok jej potrzebował wypocząć na 
wdzięcznym przedmiocie; zapragnął pogodzenia z naturą na 
jednym z najpiękniejszych jej utworów. 

Marja spojrzała w zwierciadło. 

Spojrzała i westchnęła. Niestety ! sama przed sobą nie mo- 
gła zataić prawdy. 

Od dwóch miesięcy czas złośliwie igrał z jej rysami. Smutek 
dodfd bladości obliczu; bladość wprawdzie nie była bez 
wdzięku, ale z rumieńcem pobladły zarazem i ust korale; tro- 
ska przyćmiła blask oczu; między brwiami nawet, od nosa ku 
środkowi czoła , zamajaczyła lekka brózda, ślad częstych chmur 
przez myśl przecinających. 

Panie odpuść! — Jeszcze kilka miesięcy takiego życia, 
a ku schyłkowi oczu , na skroniach zmarszki gotowe się po- 
kazać. 

Wolno było zaiste łzy wylewać i serce napawać goryczą, ale 
niweczyć w sobie udałe dzieło rąk bożych, zatracać się dobro- 
wolnie i powab w szpetność przeistaczać , szatańska to robota^ 
głuche samobójstwo, dokonane w odarciu z poezji, a tem sa- 
mem obojętne dla świata, budzące w sercach czułych litość 
raczej , niż spółczucie i uwielbienie. 

Śmierć za młodu, mordercza dla życia, szanująca atoli 
wdzięki, mogła jeszcze posłużyć na tęskną, łzawą balladę; ale 
nić bytu przerwana w skutek długich cierpień i spotworzenia 
postaci, nie wystarczała nawet na nędzny sonet. 

Jakkolwiek zawistny los miał nią nadal rozrządzić, Marja 
z roskoszą byłaby przyjęła zupełną samotność , odosobienie — 
wszystko! — prócz zawsze tego samego, jednostajnego towa- 
rzystwa, zakrzepłego gdzieś w opuszczonej, galicyjskiej wiosce, 
w znanym, rodzicielskim pałacu, od kolebki wyuczonym na 
pamięć. Gdyby przynajmniej mii^a pociechę widocznego udrę- 
czenia ze strony ojca lub matki! — Walka powinności z uczu- 

7* 



100 

ciem byłaby podała jej sposobność rozwinięcia tych znakomi- 
tych zalet, jakie czi:^a Łe drzemały w głębinach jej daszy. 
Próżne ułudy 1 — Marja z całym swoim skarbem poezji, a czuć, 
poświęcenia, skazaną była na wydawanie go codziennie zda- 
wkową, powszednią monetą. 

Sokolnikowa w niczem nie zdołała sprzeciwić się nie tylko 
woli, ale i przywidzeniom córki; rano i wieczorem, z nieomyl- 
nością zegaru , całowała ją w czoło, uwagi i rady wynurzała je- 
dynie nad strojem. Gała wreszcie zacieczona w myślach o za- 
światnem życiu, niechętnie ziemskiemi względy przerywała 
zachody o zabezpieczenie po śmierci wygodnego miejsca dla 
duszy. 

Magnat nawzajem, od czasu jak córka pokazała się mu je- 
dyną gałązką majątkowego ocalenia, rozpłonął ku niej szcze- 
gólniejszą, ojcowską czułością. Uniżony sługa własnego dziecię- 
cia, czatował, wynajdywał, chwytał sposobności zakradania się 
w jej łaskę. Powagę rodzicielskiego stanowiska odepchnął dla 
poufałych, przyjacielskich niemsd stosunków, które otwierały 
mu łatwiejszy przystęp do przekonania jedynaczki. Przede- 
wszystkiem cel mając na oku , wszelkie środki uważał za dobre, 
byle tylko środki niegwałtowne, nie oparte wyłącznie na sile 
i na rozkazie, takie bowiem — wiedział z doświadczenia — naj- 
trudniejszemi były do użycia, zapalały niepotrzebną domową 
wojnę, po ślimaczemu wiodły do spełnienia zamiarów. Sokolnik 
mniemał, że dogodniej mu było rozbudzić w córce pobudki, 
jakie nim samym kierowały i jednakowemi przyczynami wywo- 
łać podobny ż skutek. Rozpieszczał więc jedynaczkę, pochlebiał, 
wynosił pod niebiosa, zachwycał się jej urodą, jej zaletami, 
porównywał z najpowabniejszemi dziedziczkami wielkich imion 
w cesarstwie, przysięgał że żadna z nich nie wytrzymałaby po- 
równania z Marją, że na widnokręgu wiedeńskich salonów 
wszystkie zgasłyby jak gwiazdy za na4ejściem słońca. Pochwały 
te wyrywały się mu niby pomimo chęci, bez żadnych przymila- 
jących uśmiechów, z surowym nawet często wyrazem na twarzy, 
zwyczajnie jak człowiekowi, który nie może odmówić świade- 
ctwa prawdzie , a jednak nie chciałby ujść za pochlebcę. Dzięki 
tej zręczności w postępowaniu, wpływ jego na córkę z każdym 
dniem nieznacznie się wzmagał. 



101 

Dygnitarz z zaufaniem poglądat w przyszłość ; nie w%tpił, ie 
wiatr pomyślny, jaki od pewnego czasu nadymał mu iagle, 
i nadal wiać nie przestanie. 

Ze stosunków z Porajami kwiaty tylko oberwał ; cierni zrę- 
cznie unikał. Cierniem oczywiście była konieczność małżeństwa 
hrabianki z drążkowym szlachcicem, nie tak znowu nieprzeli* 
czenie bogatym, aby świat mógł mu dla ogromnych dostatków 
przebaczyć poziomość rodu i brak w Wiedniu wszelkiego zna- 
czenia. 

Szczęśliwym trafem małżeństwo było zerwanem ; zerwanem 
bez żadnej obawy zawiązania go na nowo ; sam bowiem cesarz 
nie mógłby wymagać po ostatnim potomku znakomitej rodziny, 
po magnacie cenionym przez księcia kanclerza, aby dygnitar- 
skie, jedyne swe dziecię rzucał na pastwę człowiekowi prawie 
bez nazwiska, zaledwie urodzonemu i na wczorajszym klejnocie 
dźwigającemu już plamę niepomszczonej zniewagi. 

W istocie, wymagać tego po nim, było niepodobna! 

Była atoli inna rzecz, daleko ważniejsza, jedyna nawet isto- 
tnie ważna, rzecz — jak w Galicji nazywają — kapitalna^ 
której niegodziwość ludzka mogła była od niego zażądać. Piotr 
Poraj, w dobru Sokolnika niewidzący odtąd żadnego dla sie- 
bie zajęcia, m^ł mu wypowiedzieć pożyczkę i zapragnąć na- 
tychmiastowego jej zwrotu. Trudno było odgadnąć zamiary 
człowieka, w chwili zwłaszcza, gdy rozwój ich nagle i niespo- 
dzianie zwraciU się na drogę własnemu jego interesowi wręcz 
przeciwną! — 

Innych, nad własny interes, pobudek działania, Sokolnik 
w ludziach nie przypuszczał » zbyt mało na to był roman- 
tycznym. 

Cóż dopiero, gdy pomyślił, że obaj bracia mogą się pogo- 
dzić, że starszy da się młodszemu przekonać, że przyzna mu 
słuszność, wystąpi w jego obronie i o zerwaniu m^eństwa 
słyszyć nie zechce? W jednej chwili przepadną ciężkim trudem 
zdobyte korzyści. Trzeba będzie albo wydać córkę za człowieka 
osławionego, zgubionego przed światem, a tem samem odkryć 
nikczemne pobudki podkumania się z Porajami, albo też otwar- 
cie zerwać z nimi stosunki i znowu wpaść w niemiłosierne 
szpony komorników, czyli od razu przystępując do wypadku, 



102 

uledz ostatecznie pod ciosem , z takim zachodem , z tak% zrę- 
cznością , z takiem szczęściem zaledwie co odwróconym. 

Niepewność wdarła się magnatowi do duszy, trawiła j% 
ogniem; przed sobą widział nieprzezwyciężone zawady, po obu 
stronach przepaść. Cofnąć się byto zapó£no ; stać w miejscu 
i czekać na wypadki , niebezpiecznie. 

Sokolnik atoli nie należał do rzędu ludzi bezwładnie ulega- 
jących przeznaczeniu; w razie potrzeby umiał wystąpić na pole 
czynu i z niezwykłym uporem przebijać się śród przeciwności. 
Oblężony kłopotami, dręczony niepokojem, postanowił od razu 
tamę frasunkowi położyć , nie czekać w męczarni umysłu na 
zagubę, ale śmiało zajrzeć jej w oczy, samemu naprzód pospie- 
szyć przeciw niebezpieczeństwu. 

Gzyliź arcyksiążę Karol, taktyk nie lada, a co więcej, brat 
JCMości, nie zwykł był mawiać, że w bitwach zaczepka jest po- 
łową wygranej ? 

Magnat długo w myśli plany odmieniał, układał, rozważał, 
naradzał się z kapelanem , aż nareszcie pewnego dnia oznajmił, 
że wyjeżdża na kilka dni w drogę. Gdzie? — za interesami. 
Sam tylko ksiądz wiedzieć pod tajemnicą , że podróż miała na 
celu odwiedziny starszego Poraja. 

Sokolnik w żadnym razie nie mógł wrócif^- z próżnemi rę- 
kami; doniesiono mu bowiem, że brat Kazimierza od przyjazdu 
ze Lwowa na chwilę nie wyruszał z domu; musiał go więc 
zastać. 

W istocie, Piotr kamieniem siedział na wsi, żył samotnie, 
na pozór spokojnie, a jednak zmienił się bardziej, niż gdyby był 
czas ten przeżywał na Bóg wie jak ciężkich przeprawach. 

Ze wszystkich osób naszego dramatu, on sam najwięcej 
wy<!ierpiał. 

Wyłącznie oddany jednemu tylko celowi, jednej nadziei, 
jednemu uczuciu — za jednym zamachem wszystko postradał. 
Nagle uczuł w sercu nieznośną próżnię , ujrzał się obumarłym 
na wszystko, prócz na boleść bez granic. Żadna myśl zemsty, 
żaden zwrot na własną osobistość, nie przedstawiały ma ulgi 
w udręczeniach. Piotr z zerwaniem Kazimierzowego małżeństwa 
wszystko utracił; z potępieniem i pogrzebaniem brata przez 



103 



nieubłaganie sprawiedliwy sąd ludzki, nie miał dla kogo — nie 
miał już wi§c po co żyć na ziemi. 

Gwałtowność ciosu tak go była odurzyła we Lwowie, że 
w pierwszych dniach sam siebie dokładnie nie pojmował, nie 
dowierzał ogromowi swego nieszczęścia. Skoro jednak w samo- 
tności wiejskiego pobytu ochłonął z wstępnych wrażeń i ostygł 
z namiętnych uniesień gniewu , skoro zebrał rozprzęźone myśli 
i począł zimno zastanawiać się nad następstwami wypadku, 
wtedy dopiero zmierzył głąb otchłani, w jakiej los go był po- 
grążał. 

Całe życie pracy wydało się mu kartą wydartą z dziejów 
jednej z Danaid, daremnym trudem, którego wspomnienie mu 
zbrzydło i obmierzły niepożyteczne dotąd owoce. 

Niedawno przedtem, on, nieugięty żadną przeciwnością, 
niezastraszony żadną pracą, żadnemi zawadami, w walce dwo- 
jący siły, w rozbijaniu przeszkód szukający uciechy — on dziś 
czuł się słabszym od dziecka, niedołężniej szym od starca, zobo- 
jętnionym ku rzeczom, którym dotąd z zapałem wszystkie po- 
święcał chwile. 

Samą wreszcie postacią aż nadto zdradzał niepowszednie 
troski ducha. 

Słowo i rysy Piotra były zawsze wiernem odbiciem we- 
wnętrznych jego usposobień. Żwawo wzniesiona niegdyś głowa, 
ponuro chyliła się dziś ku piersiom, boleść pokurczyła mu po- 
godne oblicze; otwarte, wesołe oko w głąb gdzieś ku mózgowi 
uciekło; na pobladłej skroni wiele siwego włosa przybyło; 
rączy krok stracił zwykłą regularność w targaninie ruchów, 
wywoływanych ciągłym niepokojem myśli. 

Z jednego wątku j jak pająk samotnik , snujący jedyną szarą 
nić zgryzoty. Piotr, z boleści czasami od zmysłów odchodził, 
załamywał ręce, krył się przed samj^m sobą, palącą łzę ocierał 
ukradkiem. 

W podobnych chwilach, zdjęty nadludzką rozpaczą, prze- 
myśliwał nieraz jak porzucić rodzinną ziemię, dostatki, sto- 
sunki, jak wyrzec się całej przeszłości i wszystkich pamiątek — 
uciec przed znajomymi, przed miejscami dotkliwych wspo- 
mnień, daleko gdzieś, na koniec świata uciec, zagrzebać się 
w nieznanych krajach, opuścić ojczystą strzechę, zatracić się, 



104 



byle razem z pamięcią dobrego i złego. Ach , to ostatnie cale 
odtąd życie nakryło mu żałobnym kirem 1 

I byłby może ddl porwać się szalonym zamiarom odladztwa^ 
gdyby szlachetną swoją naturę nie był dzierżył w cuglach roz- 
sądku: jeden wzgląd święty, wzgląd na jedynych, wiernych mu 
od kolebki towarzyszów, na sercem przywiązanych spólpraco- 
wników i spółtwórców jego dobra. 

Starzy służebnicy, lud wiejski, byliby pozostali bez ojca? 
bez opiekuna , bez przyjaciela. 

Eto wie, czyja obojętna a może i niemiłosierna dłoń byłaby 
ujęła władzę nad nimi i ostatnie chwile starców zaprawiła go- 
ryczą, a pierwsze myśli dziatek zatruła haniebnem wrażeniem 
ucisku i niewoli? 

Myśl ta z ciemnych bezmiarów rozpaczy wracała go do rze- 
czywistości. Dla siebie niczego już nie mógł wyglądać; dla dru- 
gich mógł przydać się jeszcze na wiele. 

Dla drugich! — Nie miał więc juź prawa wyrzec: dla dru- 
giego samego siebie, dla tego, który dotąd widnokrąg życia mu 
zapełniał i obiecywał urzeczywistnieniem własnego szczęścia 
zesłać upragnioną starszemu bratu najsłodszą jego trądów 
nagrodę! 

Piotr osierociał, i było mu w sercu tak grobowie pusto, tak 
posępnie wietrzno, jako dziecięciu, które nie zaznawszy nigdy 
ojca, ani krewnych, ani przyjaciół, nagle ukochaną matkę 
utracą. 

Przepaść rozwarła się między nim a bratem. Nic o Kazimie- 
rzu nie słyszał, nie wiedział; pierwszy, po zaciętej kłótni, nie 
miał odwagi do niego się odezwać ; nadaremnie zaś ze strony 
wychowańca czekał wstępnego kroku. Znał Kazimierza i nie- 
złomnośćjego postanowień; pamiętał że umysł jego jak zesta- 
lone w ogniu żelazo nagięte, wprzód pęknie^ nim się odegnie. 

A przecież, gdyby nieszczęśnik, upamiętany w bezmyślnym 
uporze, a nawet choć i nieupamiętany, gdyby tylko pychę j^o- 
źył z serca, przyjechał do starszego, lub spotkał się z nim 
gdziekolwiek , umyślnie Piotr z początku możeby namarszczył 
czoła — ależ Bóg widzi, w duszy na własną krew nie miał za- 
wziętości ; winnego czy niewinnego byłby nareszcie przytulił do 



105 



serca i dopomógł do uczciwego wydobycia się na czyste pole* 
honoru. 

Darmo! — Kazimierz miał o honorze swoje, opętane wy* 
obrażenia, lub raczej — niepojętem zjawiskiem w dziejach pra- 
wego szlachcica — z urodzenia lub z wyrodzenia grzeszył zupeł- 
nym brakiem uczucia własnej godności. Zniósł krzywdę, nie 
zacisnąwszy nawet pięści, połknął zniewagę, wzruszenia nawet 
nie pokazawszy na twarzy; dał się bezkarnie potyrać opinji, 
potargał zacne związki, zdradził zaufanie, podeptał miłość dzie- 
wczyny; przeniósł niesławę, wzgardę, własne nawet nieszczę- 
ście nad dopełnienie gorzkiej wprawdzie, ale koniecznej po- 
winności. W rozhukanej dumie sam jeden chciał wznieść się 
wyżej nad wszystkich , swoje i nieswoje losy rzucał od razu na 
kartę, o której wiedzis^, że w każdym razie musiała przegrać. 

I dla czego? — Sam może nie pojmował. Ot tak, byle po- 
stawić na swojeml 

Nie ! — Podobnego postępowania Piotr nie mógł mu zapo- 
mnieć ani przebaczyć. Nad związki rodzinne, nad braterskie 
przywiązanie, krew szlachecka dla innych, świętszych jeszcze 
biła zasad. Wszelkie zacne uczucia mogły tylko wzrastać na 
glebie niepokalanej, człowieczej godności. Tę godność starszy 
tylko z dwóch braci nietkniętą dotąd przechowywał. 

Nietkniętą? — I tego nawet nie mógł powiedzieć. Czy liż 
bowiem wstyd braterskiego postępku nie bryzgnął gęsto i na 
jego własną sławę? Trudno było przed samym sobą zataić pra- 
wdę. Nazwisko Poraja miało odtąd przypominać nie cnoty, nie 
zasługi starszego , ale hańbę młodszego brata. 

Piotr na to wspomnienie płonił się krwawym rumieńcem, 
giął pod brzemieniem wspólnego wstydu ; wzdrygał się wyje- 
chać na świat, zajrzeć ludziom w oczy. Zdawało się mu, że pal- 
cem wytykać go będą i pokazywać jako brata jednogłośnie po- 
tępionego winowajcy. Zamknął się więc u siebie na wsi, uciął 
nagle stosunki ze znajomymi i z sąsiadami. Ci ostatni nawza- 
jem, aż nadto świadomi szczegółów lwowskiego wypadku, sza- 
nowali słuszną boleść w obywatelu ze wszech miar zacnym, 
bogatym, a więc wywierającym znakomity wpływ na ludzi i na 
rzeczy. 

Piotr sam atoli, w chwilach przystępu zimnej rozwagi, poj- 



106 



mował źe z podobnym trybem życia nie długo dalej pociągnie, 
że sam w sobie strawi się, zniszczy, że nędznie zmarnieje. Bez- 
czynności dziwak-szlachcic znieść nie potrafił. 

Samotność ciężyła mu ołowiem. Często , mimowolnie niby, 
wychodzi na ganek, przydania wzrok dłonią , patrzył czy z pod 
lasu nie jedzie jaki gość, juki znajomy; wysłuchiwał wieczorami 
wiejską ciszę i szybko podnosił nieraz głowę, jak gdyby ude- 
rzony dalekim turkotem kutych kół. 

Kapróżno ! — Koła wodnego młyna warkotały tylko w od- 
dali; pod lasem wznosiła tuman kurzawy wracająca trzoda lub 
szereg wieśniaczych wozów. 

Pewnego dnia nareszcie, w chwili gdy Poraj głębiej niż 
zwykle tonął w rozpacznych dumaniach , stary służący wbiegł 
nagle i oznajmił powóz od strony łąki. 

Piotr machinalnie dał odziać się w przyzwoitszy strój , ale 
zanim pospieszył wybiedz naprzeciw gościa, tenże zajeżdżał już 
przed ganek. 

W żwawo wyskakującym przyjezdnym gospodarz rozpoznaj 
Sokolnika. 

Magnat niósł na twarzy wyraz smutku, rozpromienionego 
wszakże na chwilę uczuciem nie wysłowionej radości, jakiej do- 
znawał z widoku drogiego sobie przyjaciela. 

Padł w objęcia Poraja, przytulił go długim uściskiem. Piotr 
uczuł bicie dygnitarskiego serca, drżenie ramion, oddech prze- 
rywany Uumionemi wzruszeniem powitaniami, wykrsykami 
przyjaźni , dopyty waniami o zdrowie. 

Z tęsknym uśmiechem prowadził w dom gościa; odpowiadał 
w sposób na pozór zaspokajający, 

Sokolnik jednym rzutem oka dobadał się prawdy. Piotr 
musiał wycierpieć straszne męki — tak przynajmniej patrzyło 
mu z twarzy. Pod larwą udanego spokoju krył ciężką zgry- 
zotę, żal — a kto wie — może nawet chęć postawienia sprawy 
na dawnem stanowisku, lub w przeciwnym razie, nieubłaganą 
zemstę. 

Gorączkowy dreszcz strachu przebiegł magnatowi po 
skórze. 

Dźwięk głosu ludzkiego , chociażby z własnych ust wycho- 
dzący , w razach zwątpienia , dodaje zaufania i odwagi. 



107 

Sokolnik wielomównością odpędzał złe myśli, krzepił za- 
•chwiane nadzieje. Unikał wzmianki o Kazimierzu, o Marji, 
o małżeństwie , o interesach ; chwytno podpadające mu pod oko 
przedmioty, przyczepiał do nich dziwaczne powiastki, wspomi- 
nał dowcipne słowa wielkich dostojników cesarstwa, starał się 
przedewszystkiem rozweselić gospodarza, przygotować sobie 
pole do ważniejszych działań. 

Odwoływania się do zdań Piotra, skryte ale pomimo to ła- 
twe do odgadnięcia oznaki przyjaźni, rozrzewnione uśmiechy, 
potakiwania, mile przeplatały poufałą rozmowę. 

Poraj wracał do życia pod zbawiennym wpływem tylu ser- 
decznych uczuć, jako kwiat wbity do ziemi gwałtowną nawał- 
nicą, za pierwszym promieniem słońca znowa prostował się 
i rozchylał ku niebu wdzięczne zawoje. Wyrwany za obręb do- 
tychczasowych, ciągłych niepokojów, spragniony wolnego od- 
dechu , z błogiem uczuciem pozwalał unosić się w sfery , gdzie 
nic mu nie przypominało trawiących go zgryzot. 

Ztąd jasny wniosek, że przyjaźń w istocie jest córą nieba, 
balsamena na najboleśniejsze rany. O słodki balsamie przy- 
jaźni ! — 

Gość i gospodarz rozeszli się, nawzajem z siebie zado- 
wolnieni : magnat nabrał otuchy. Piotr pomyślił że większą część 
nieszczęść należało na karb losu policzyć; każdy bowiem czło- 
wiek miał swoje dobre strony, które trzeba było tylko umieć 
wynaleźć. , 

Nazajutrz , pomimo że sam rano się zerwał, zastał już gościa 
ubranego. 

Sokolnik przez otwarte okna swego pokoju pogodnym 
wzrokiem przypatrywał się zabudowaniom, ogrodowi i położe- 
niu wiejskiej siedziby swojego przyjaciela. 

Piotr wesoło go powitał; z łagodnym uśmiechem przepra- 
szał za skromność swego pomieszkania, w porównaniu z wy- 
kwintnym pałacem hrabiego , z przepychem jego ogrodów 
i smakiem, z jakim zbytek rozwinął wszędy rodzime wdzięki 
natury. 

Sokolnik nie dał mu dokończyć. 

Powierzchowne ozdoby, świecidła, romanse! -^ mówił, po- 
gardliwie wzruszając ramionami — ważne to i piękne rzeczy dla 



108 

kobiet. Panie nasze lubią stroje nie tylko na sobie , ale i kc^o 
siebie. Nie wszystko, co świeci, złoto. Pałace, kioski, szpalery, 
kwietniki — rzecz pieniędzy! W naszym rolniczym kraju na 
pochwałę , na podziw zasługują tylko wzorowe gospodarstwa, 
mądre ulepszenia wprowadzone do sposobu uprawy.roli, do 
uszlachetnienia rasy inwentarza — słowem, to wszystko, co 
w ostatecznym wypadku daje włościaństwu dobry byt, a oby- 
watelom zapewnia pomyślność. 

Tu dygnitarz wręcz ku Piotrowi wymierzył argument : bez 
ogródek wypowiedział mu, że go poczytuje za pierwszego 
w Galicji gospodarza, że obywatelstwo zewsząd powinno ńę 
zjeżdżać doń na naukę, brać wzór z korzystnych jego dla kraju 
usiłowań. 

Na poparcie tych słów oczywistym dowodem i Masnym 
przykładem , oświadczył że pragnie dzień wyłącznie poświęcić 
przeglądowi wszelkich szczegółów Porajowego gospodarstwa. 
W tym celu nawet sam , uprzedzając wolę pana domu , za prze- 
budzeniem kazał natychmiast przygotować polową bryczka 
i chociażby ogień z nieba padał, nieodmiennie postanowi! nie 
wracać do domu, nie przekonawszy się wprzód na własne oczy 
jak należało żyć na wsi z pożytkiem dla siebie i dla dragach. 

Piotr usiłował poskromić agronomiczne zapały swego gościa 
względami na obiad i na śniadanie. Magnat o niczem nie chciał 
słuchać. Śniadanie, byle jakie, miało być wzięte z sobą i spo- 
żyte na polu, w lesie, lub w pierwszym folwarku; obiad zaś, 
choć spóźniony, nic nie mógł stracić na całodziennej biesiadni- 
ków przejeżdżce. 

Poraj , silnie ujęty za serce dobrodusznem obejściem dygni- 
tarza, nie śmiał sprzeciwiać się dalej jego żądaniom, tem bar- 
dziej , że oczekiwana bryczka zajeżdżała już przed ganek. 

Nalegania Sokolnika głaskały wreszcie miłość własną szla- 
chcica, który rad był wielkiemu panu pokazać, jak przystało 
wieść żywot prawdziwie polskiemu obywatelowi i jaka różnica 
przedzielała zapracowaną zamożność od dziedzicznego a pró- 
chnem świecącego zbytku. 

Piotr zaczął od oprowadzenia gościa po gospodarskich za- 
budowaniach , wszedł do kilku włościańskich chałup , wydawał 
przy nim rozporządzenia, następnie zawiózł go w pole, wtąpił 



109 

do kilku folwarków, kazał zdawać sobie sprawę ze wszystkich 
«eczegófów stanowiących zakres wiejskiej działalności. 

Od kilku tygodni zasiedziały w domowem osamotnieniu, sam 
pragnął zawiązać na nowo ogniwa przerwanego łańcucha, tern 
wyraźniej więc mógł przed oczyma swego towarzysza wyjaśnić 
najdrobniejsze sprężyny wprawiające w ruch całość rolniczego 
przedsięwzięcia. 

Sprawiedliwość i uczciwość podwładnych, dobry byt, swo- 
boda ducha przebijająca w śmiałych odpowiedziach włościan, 
ład, porządek, przezorność, cechowały każdy szczegół tego 
pracowniczego stowarzyszenia, którego Piotr więcej był prze- 
wodnikiem, niż wyzyskiwaczem. 

Dla Sokolnika nie mam dość rzęsistych oklasków : odegrał 
on swoją rolę przewybomie, po mistrzowsku. Przysłuchiwał się 
z większą uwagą , niż marnotrawny synowiec słucha morałów 
sachotniczej a bogatej ciotki; zręcznie uczepiał pytania, doma- 
gał się bliższych objaśnień, sam kilkakrotnie raczył zniżyć się 
do osobistej rozmo^^y z wieśniaczą hołotą, zgadjrwał i odsłaniał 
szlachetne strony pieczołowitych Piotra o dobro robotniczego 
ludu. Oko naówczas wilgotniało mu łzą, uśmiech rozrzewnienia 
siadał na ustach; dygnitarz zamiast słów podziwu, czule ściskał 
rękę swemu gospodarzowi. 

Okrzyki zachwytu, potakiwania zamiarom, troskliwie wypo- 
wiadane zarzuty i wątpliwości, które pierzchały bez śladu za 
pierwszem riowem Piotra, stosowniejsze miejsce znajdowały 
tam, gdzie rzecz nie toczyła się o ludziach, ale o martwych lub 
bydlęcych przedmiotach. 

Piotr nie posiadał się z oczarowania. Porwany w ulubiony 
sobie żywioł, otrząsł się na chwilę z długiej boleści, odzyskał 
pierwotną swobodę umysłu, otworzył serce szlachetnemu za- 
dowolnieniu z owoców własnej pracy i słodkim uczuciom 
przyjaźni. 

Słońce chyliło się ku zachodowi. Sokolnik kilkakroć zapy- 
tywany, bronił się od powrotu, co chwila spostrzegał coś 
nowego, co krok napotykał świeże powody uwag, podziwieó, 
wykrzykników. 

Piotr musiał zniewolić gościa swego do wytchnienia i do 
posiłku. 



110 



Magnat w duszy rad był spotkać się z obiadem. Widok wy- 
kwintnie zastawionego stołu przyjemniejszym mu byt nad 
wszystkie sieczkarnie, siewniki, młockarnie, młyny, tatarki, 
łąki i lasy, zasiewy i ugoiy, lud wiejski i inwentarze. 

Tym razem nie potrzebował udawać wesołości : uczucie żo- 
łądkowego zadowolnienia szczerym uśmiechem wykrasiło ma 
oblicze. Potrzebował wreszcie pokrzepić siły: tegoż samego 
bowiem wieczora zamierzał przystąpić do głównego celu od- 
wiedzin. 

Po zaspokojeniu pierwszego głodu , Sokolnik z lekka wycią- 
gnął się w krześle i uroczyście niosąc do ust kieliszek wina, 
o którego zaletach już się był z zapałem wyraził, rzekł: 

— Teraz', kochany sąsiedzie , nad tem tylko przemyślam, 
jak spamiętać to wszystko, co widziałem i com słyszeć. Kie 
chciałbym, aby nauka poszła w las. Wprawd^e nadzwyczajny 
porządek, z jakim w tem gospodarstwie jedno wywija się z dru- 
giego, ułatwia mi zachód; wszelako ze wstydem wyznać musag, 
źe jestem nowicjusz. O wielu rzeczach , które dziś tak głęboko 
mię zastanowiły, nie miałem dotąd żadnego wyobrażenia. Ha! 
dziękuj Bogu, panie Piotrze, że siwizna samowładnie zaległa 
mi głowę! Gdybym mógł uciec w przeszłość przynajmniej 
o trzy dziesiątki lat, nie łatwo wypędziłbyś mię z domu. Musiał- 
byś przyjąć mię na ekonoma i krócej trzymać niż twoich pod- 
władnych. Dziś, stary niedołęga, mogę tylko podziwiać i żało- 
wać zmarnowanego czasu. — 

Obiad zbliżał się ku schyłkowi; dwie zapleśniałe butelki sta- 
rego węgrzyna wystąpiły na cześć zacnego gościa. Magnat po- 
witał je z radością; wiedział, o ile stare wino ułatwia przystęp 
do szlachetnych serc. 

— Łaskawe oczy kochanego sąsiada — rzekł Piotr, ostro- 
żnie lejąc bursztynowy pł^ — przeceniają rzeczy zaledwie go- 
dne uwagi. Rolniczy stan nie rzemio^o, ani żadna filozofa; 
prawić o nim jak z katedry niepodobna. Własna praca, własne 
doświadczenie, oto jedyna nauka. Ja sam, Bóg świadkiem, nie 
szukałem nauki, ani w książkach, ani w cudzych radach. 
Wyjdę, bywało, na pole, na łąkę, do lasu; patrzę, słucham 
i zdaje się mi nieraz, jak gdyby ziemia i trawy do mnie sze- 
ptały, jak gdyby żaliły się i spowiadały, czego im braknie. 



111 



Rada nie tradna, gdsie ból wiadomy. Wracam do domu i czę- 
sto jeszcze nie stan%}em na progu, już wiem jak się nadal za- 
rządzić. 

— Rozumiem — odparł dygnitarz, zawracając białka do 
góry — ciągła styczność z naturą, wysłuchiwanie tajemnych jej 
głosów, samotność i rozwaga, oto główne warunki, dzięki któ- 
rym dobry byt wieńczy wspólną pracę obywatela i włościan. 
Przyznaję, panie Piotrze, że pierwszy raz u ciebie widzę tyle 
porządku i zamożności między chłopami. Nie pojmuję , jakim 
cudem potrafiłeś hultajstwo to wyciągnąć z błota i z pijaństwa, 
postawić na nogi, zmusić do osiedlenia mieszkań, gdzie bydło 
i ladzie żyją osobno ? Dla podobnych tobie właścicieli sprawie- 
dliwy rząd nie miałby dość oznak i zaszczytów. 

— Boże uchowaj ! — zawołał Piotr z uśmiechem. — Od po- 
wietrza, głodu, ognia, wszelkich łask i poufałości z rządem, 
wybaiw nas Panie 1 U nas na partykularzu nagrodę rządową 
uważają za patent na szpiegostwo lub na podłość. Czyliż pomy- 
ślne skutki własnej pracy nie stanowią dostatecznej nagrody? 
Go do chłopów moich, śmiało mogę powiedzieć, że nie mają na 
co się żalić; ale też ijawinienem oddać im sprawiedliwość. 
Lud uczciwy, skrzętny, pracowity. Od czasu jak w domu star- 
czy im co dnia na kieliszek wódki, w niedzielę nie rozpijają się 
w karczmie. Młode pokolenie umie czytać expedite; na za- 
bawnych i pożytecznych książkach mu nie brak, ztąd też rade 
znajduje zabawę gdzieindziej , niż w zwadach i w pijatyce. 

— Dziwna rzeoz, niepojęta! — westchnął Sokolnik. — Ileż 
trudności musiałeś przełamać , ile przesądów wykorzenić I Na 
twojem miejscu, panie Piotrze, z owoców własnego doświadcze- 
nia wyciągnąłbym i opisał teorję, która, nie wątpię, stałaby się 
wkrótce katechizmem dla całego obywatelstwa. 

— Teorje najmądrzej spisane, na nic sienie zdadzą; cała 
nauka zawiera się w kilku słowach: żyć z ludem, podzielać 
z nim pracę, wglądać samemu we wszystkie szczegóły jego bytu 
i mieć dobrą wolę. Kto sam nie pracuje, ten chociażby Salo- 
monową głowę nosił na karku, nic nie wskóra. 

— Zapewne; opieka nad ludem, święty to i pierwszy obo- 
wiązek. Bieda tym, którzy go nie dopełniają, jak również 
chwata ludziom, którzy jak ty, kochany sąsiedzie, szlachetny 



112 

w tym względzie wzór Btawią okolicy. Biedny chłop 1 — Od 
iwitu do nocy pracuje dla naszego dobra ; trzebaź przecie i dla 
niego mieć ludzkie wnętrzności, pomódz mu w niedoli, obcho« 
dzió się jak z człowiekiem. Jeżeli dbamy o konie, które nas 
•ciągną, jak nie dbać o ludzi, którzy nas żywią? Ja u siebie pod 
Burowemi karami zabraniam ekonomom pastwić się nad chło- 
pami. Nie dalej jak onegdaj, kazałem komisarzowi wypędzić 
gumiennego, który — ^ nie pomnę za jakie przekroczenie — 
srodze pokaleczył gorzelnianego parobka, o W sprawach z chło- 
pami — powtarzam moim panom oficjalistom — nie mojej ko- 
rzyści patrzcie , ale sprawiedliwości. Mniejsza o moją stratę, 
byle na wsi był spokój, byle na was i na mnie nikt się nie 
skarżył. 

— Wtedy bowiem i pańskie dobro nie ucierpi. Sprawiedli- 
wość i inna jeszcze zasada, wyższa od sprawiedliwości — miło- 
jsierdzie — w ostatecznym wypadku ze strony właścicida naj- 
lepszym są rachunkiem. Mówię z doświadczenia. Gdzie chło- 
pom dobrze się dzieje , tam i pan bogatszy. Robota idzie rączo, 
wesoło; nędza i rozpacz nie pchają do rozpusty. Rolnik prze- 
konany, że chata do niego należy, że pola nikt mu nie wydrze, 
przywiązuje się do siedziby, do ziemi, podpiera strzechę, ule- 
psza glebę. Zaczem skrzętniej chodzi koło bydła, nie wypędza 
dobytku na targ, nie przep^a. Bo dzieciom także chciałby zo- 
stawić zapomogę, oszczędzić wstępnych a gorzkich w gospo- 
darstwie kłopotów. 

Pamiętam, jak przy objęciu majątku ludzie moi mie- 
szkali w chatach gorszych od chlewów ; kilku zaledwie miało po 
parze roboczych wołów. Dziś każdy z nich mógłby wygodnie 
ugościć zagonowego szlachcica. Gromadzkie bydło i trzody da- 
leko liczniejsze od moich własnych. Czy uwierzysz pan hrabia, 
że gdybym szczególnym wypadkiem zapotrzebował nagle kilku- 
nastu tysięcy złotych, w niedzielę po mszy gromada złoży- 
łaby mi pieniądze co do grosza, z zapytaniem, czyli nie żądam 
więcej. 

— Doprawdy ? — Nie do uwierzenia I 

— Nie inaczej. I to, co mówię, stosuje się nie tylko do tej 
oto wioski, ale i do innych , któremi od dwudziestu czterech lat 
narządzam. W jednym Gołuchowie, o dwie mile ztąd, lud mniej 



113 

zamożny. Kie dziwnego. W ostatnich kilku latach spadły na 
biedaków dwa pożary, pomór bydła i zupełny prawie nieuro- 
dzaj. Ofiarowałem im zapomogi; podziękowali, mówiąc źe nie 
potrzebują. 

— Słucham jak we śnie — rzekł magnat — słucham i myślę^ 
i« jeżeli dzięki twemu zarządowi, chłopi twoi, panie Piotrze, 
tak dalece byt polepszyli , różnica między stanem twoich inte- 
resów dzisiejszym, a stanem, jaki znalazłeś w«pierw8zym dniu 
objęcia majątku, musi być tern wydatniejszą. Ciekawa to go- 
spodarcza nauka, wykazywana nie czczą tylko teoiją, ale oparta 
na dotykalnych, niezbitych dowodach. — 

Druga butelka węgrzyna zaczynała przeświecać dnem. Piotr 
stawał się coraz rozmowniejszym; jeden po drugim otwierał 
upusty serca , pamięci i sumienia. 

Zamyślił się na chwilę i rzekł : 

— Chcesz pan hrabia mówić o mojej przeszłości? — Hml — 
\vięcej ona ciekawą niż nauczającą. Zasługa gra w niej podrzę- 
dną rolę; główna należy szczęściu, lub jak mój proboszcz na- 
zywa, i na co chętnie przystaję, błogosławieństwu bożemu. 
Dziś, gdy nitka się zerwała, mogę mówić o szczęściu spokojnie, 
bezstronnie, jak się mówi o nieboszczykach. Więcej już się go 
nie spodziewam, ani nie żądam; nigdy jednak nie zapomnę 
com winien fortunie. 

O pracy mojej , o zachodach nie warto wspominać. Iluż pra- 
cowało więcej i dłużej a nadaremnie! Nie będę nadużywał cier- 
pliwości łaskawego gościa wyliczaniem cyfer lub szczegółowych 
przedsięwzięć. Historja moja nader krótka. 

Majątek spadły na nas po rodzicach, w skutek klęsk wyni- 
kłych z ostatniego rozbioru kraju , składał się z mnogich posia- 
dłości, ale po brzegi obdłużonych; z samych prawie tytułów, 
których istotnymi posiadaczami byli aż nazbyt liczni wierzy- 
ciele. 

Wziąłem się do dzieła. Było nas dwóch: jeden dzieckiem, 
drugi dorosły. Musiałem pracować za dwóch. 

Marne niegdyś tytuły pokrywają dziś czystą rzeczywistość. 

Ale kiedy o wszystkiem już prawię, wyspowiadam się także 
ze śmiesznej manji. Gdybym w szkołach pilniej był uczuł się 
geometiji, myślałbym że Bóg stworzył mię na matematyka. 

Chojbcki, Alkhadar. III. 3 



114 

Kie mogłem ścierpieó w posiadłościach moich nieregubumydi 
linji. Korzystałem z każdej sposobności , aby zaokrąglić się 
w koło lub rozciągnąć w kwadrat Od koła do kwadratu , od 
kwadratu do koła wypadło , źe gdyby ś. p. ojciec mój wstał dziś 
z grobu, spotrzebowałby na objechanie siemi swoich synów trzy 
razy więcej czasu, niż go. zużywał na objazd swoich wiosek. Nie 
ma obawy; nie powstanie umarły! — Ba! może też i lepi^ dla 
niego że zasnął na wieki 1 Raz umierać nie łatwo, cóż dopiero 
powtarzać próbę, i to nie ze starości, nie z choroby — Bóg 
wie, dla jakich strasznych powodów ! — 

Piotr przesunął rękę po czole; widno, odpychał chmurg 
trosk zachodzącą mu na umysŁ 

Sokolnik przerwał gospodarzowi tęskne za gorzkiemi my- 
ślami pogonie. 

— Protestuję! — zawołał z przyjacielskim zapałem — jak 
najuroczyściej protestuję! Niechaj całe pokolenia zmartwych- 
wstają, ja pierwszy obowiąziąję się zawdzięczyć im cud, wido> 
kiem człowieka, który własną pracą, własnym trudem wywal- 
czył jedno z świetniejszyoh w kraju stanowisk; który dla tego 
piął się na szczyt pomyślności, aby zyskać szerszy zakres dobro- 
czynnych wpływów na otaczających go spółpracowników, są- 
siadów, znajomych, przyjaciół; który każdy dzień życia znaezył 
usługą oddaną bliźniemu, odporem przeciw cudzemu nieszczę- 
ściu, odkryciami nowych źródeł krajowego dobra. Przejdźmy 
się po kraju! — Grdzie imię otoczone większym szacunkiem, 
gdzie bardziej wzorowy rolnik, chętniej pytany doradca, wię- 
cej czczony obywatel, szczerzej kochany przyjaciel? — Zasługa 
często upada na świecie; ale tym ttaem bądźmy sprawiedliwi: 
uszanowano ją jak należi^o. Założyłeś sobie, panie Piotrze, wy- 
soki cel i nie czekałeś na nagrodę, na najsłodszą nagrodę, 
o jakiej wolno człowiekowi zamarzyć. Mniejsza o dostatki; ja 
także nie widzę w złocie szczęścia ! Jedynem naszem dobrem, 
bez którego obejść się niepodobna, jest pochlebny głos opinji, 
szacunek współobywateli. 

— Zawstydasz mię pan hralńa ^ rzekł Piotr z ucsuciem 
mimowolnej boleści, jakie w nim wzbudziła apologja opinji. — 
Osobistych celów, mogę zaręczyć, nigdy sobie nie zakładałem. 
Co zaś do nagrody, ta którą mi przyznajesz, przewyższa 



116 

m<^e zasługi, choć na aieszez^ie, nie odpowiada moim ocze- 
kiwaniom. 

Celem moim był cel każdego człowieka na ziemi: praca — 
nagroda: nie zaspokojenie zbytkowych wymóg, nie gromadzenie 
dostatków. Dla siebie, Bóg widzi, przestaję na małemu zapo- 
trzebować wiele nie umiem. 

Opinjal — szacunek powszechny! — Piękne tó rzeczy i nie- 
zbędne — nie przeczę ; alem nigdy o nich nie pomyślił. Przysdy 
mi jak we śnie — sam nie wiem kiedy. • Usługi, jakie tu i owdzie 
udało się mi wyświadczyć, mniej jeszcze maj% znaczenia. 
Względem moich podwładnych, względem włościan, dopełniłem 
świętego obowiązku — niczego więcej. Zaspokojona powinność 
nie jest zasługą. Co do znajomych i sąsiadów, rada nic nie ko- 
sztuje ; z uczynku zaś więcej przyjemności ciągnie strona czynna 
niż bierna. Dzieło od serca poczęte, samo w sobie nosi dostate- 
czną zapłatę. 

Nie powiem jednak, abym nigdy nie łudził się źadnemi wi- 
dokami na przysdość. 

Miałem i ja moje chimery — goniłem i ja za tern, co w mo- 
ich pojęciach stanowiło dla mnie szczęście. Stary szaleniec t — 
Zbyt ufs^em w moją gwiazdę. Srodze mię pokaleczono! — 
Ha, darmo! — Przekonałem się, że głupcy tylko marzą 
i wierzę w wymarzony naprzód program życia dla siebie i dla 
drugich! — 

Stało się! — Nie ma o czem mówić. 

Jeszcze jeden kieliszek, łaskawy sąsiedzie. Wino to pamięta 
wesele mojego ojca ; mam go kilkanaście butelek i dobywam 
w rzadkich razach, dla szczególnie miłych. mi gości. — 

— Z chęcią, kochany sąsiedzie. Wino niewątpliwie rzadkich 
zalet; takie godzi się tylko pic z przyjacielem od dawna nie- 
widzianym. 

Skoro jednak mówiiiiy z sobą otwarcie,. pozwól i mnie wy- 
znać, panie Piotrze, że już wcześniej byłbym przerwał twoją 
samotność, gdybym się był spodziewał równie łaskawie 
przyjęcia. Nie śmiałem narzucać ci mojej obecności; wiedzia- 
łem że dźwigasz na duszy zmartwienia i trosk nie mało. Ja 
także od nieszczęsnego pobytu we Lwowie, nie usypiam na 
różach. 

8* 



116 

ZawinSem — w cwrie ńę spowiadam i la grzechy sałaję 
Powimenem był więcej zaufiitć gfoeowi mego serca, nie zwldcać 
odwiedan — po prosta, po pnyjaciebka zajechać, sam własne 
frasonki wypowiedzieć i twoje z ciebie wydobyć. Cóź u licha, 
jBoahibj przyjaćń być caccym tylko wyiazem? U kogoz wre- 
szcie znajdziemy ulgę, jeźeH nie a prz^aciela, u dragiego sa- 
mego siebie? — 

Otworzyliśmy dwie butelki — patrz, obie próżne! Nie po- 
kazDJmyż mniej szaconkn dla naszej rozmowy; skoro raz zapo- 
częlihny , wychylmyż ją do dna 1 — 

Sokolnik ze Bzlachcioem i ze szlachetnym umiał rozmawiać 
po szlachecku. Gorączkowy rumieniec wykrasil lice Poraja; 
zaćmiło się mu w oczach, jak gdyby od Izy roztęczowanej na 
ćrenicy. Zawstydzony zbyt wyraźnem wzruszeniem, atkwd 
wzrok w obrus, długo machinalnie bawd się trzonkiem noża, 
gryzł drżące usta, przerywanym wreszcie głosem rzeld: 

— O czem tu prawić? — Wszystko stracone! — Dziękuję 
panu hrabiemu za odwiedziny, z serca dziękuję. Przekonałeś 
mię , że między ludźmi wysokiego rodu są jeszcze uczciwe cha- 
raktery. — 

Piotr, pewien że powiedzii^ magnatowi grzeczność , ciągnął 
dalej : 

— Mówiliśmy o celu pracy. Tak jest — i ja miałem cel. Od 
świtu do nocy, nie szczędząc sił i zachodów, wzrok i myśl wy- 
poczywałem w przyszłości na jednej tylko nadziei. Byłem wię- 
cej ojcem niż bratem. Czułem niepokoje, troskliwość i dumę 
ojcowską; pojmowałem na wszystko wyrozumiałą przyjaźń 
brata. Jedno tylko miałem marzenie : chciałem oszczędzić ms 
troski o własny los , pragnąłem wyswobodzić go od mateijal- 
nych kłopotów, wyrównać mu drogę życia, wykierować na 
człowieka zajętego wyłącznie dobrem narodu, postawić w krają 
jako wzór Polaka, szlachcica, naczelnika rodziny. Wtedy, my- 
ślałem sobie, wypocznę z trudów; pożyję jego szczęściem, gdy 
na własne już mi zapóźno. 

Było w tem może z mojej strony nieco próżności. 

Odpokutowałem, chociaż po prawdzie, zaczynam dopiero 
pokutę. Los odkrył mi przyszłość, o jakiej przedtem sam przed 
sobą głośno byłbym się lękał zamarzyć. 



117 



DzLńaj rozamiem jego igraszki — z 'wysoka chdał mię 
stroić. 

Aljans z domem pana hrabiego pod wszystkiemi względami 
przewyższał moje nadzieje. 

liie' posiadałem się ze szczęścia, daleko więcej, niżeli dziś 
posiadam się boleści. 

Nie mam brata. Jestem jedynak albo samotnik — do wy- 
boru! — 

— Ależ panie Piotrze, na wszelki grzech jest miłosierdzie. 

— Na grzech dokonany, zgoda; w tym razie atoli grzech 
trwa ciągle, z każdym dniem się rozwija. Kazimierz na zabój 
tkwi w swoich postanowieniach. 

Wreszcie może być, że się mylę; może o rzeczach i o lu- 
dziach 8%dzę jak ślepy o kolorach. 

Mów pan hrabia, tłumacz go; odwołuję się do jego zdania. 
Co czyni człowiek honorowy po otrzymaniu śmiertelnej znie- 
wag^? Jak się nazywa ten , kto z placu boju umyka? — Czyj 
obowiązek szanować tego , kto sam swojej godności bronić nie 
umie? Z kim stosunki, gdzie miejsce obojętnika na karczemne 
obelgi? — Do stu szatanów! przecież nie pod slzacheckim da- 
chem ; ten nad podobną głową sto razy zawalić się powinien! — 
Mów pan — słucham. — 

Sokolnik ponuro opuścił głowę , jak gdyby pomimo głębo- 
kiego spółczucia nic nie mic^ do powiedzenia. Wszechwładny 
głos sprawiedliwości i prawdy tłumił w nim porywy serca. 

Poraj zrozumiał milczącą odpowiedź. 

— Pojmuję — rzekł — pańską delikatność w domu starszego 
z dwóch braci. Tam, gdzie nie ma na czem oprzeć obrony, 
szlachetne usta milczą. Ha! gdyby nieszczęśnik cień słuszności 
miał za sobą, pierwszy byłbym go wynalazł! Dziś z czem w jego 
obronie przeciw opinji wystąpię? Jakiem prawem powstanę 
przeciw tym, którzy zerwą z nim wszelkie stosunki — którzy 
przed uściskiem jego dłoni w tył łokcie usuną? — Chociażbym 
do upadłego upierał się i walczył — sam jeden opinji nie poko- 
nam , zwłaszcza też gdy według mego własnego przekonania, 
opinja ta w wyroku od sprawiedliwości w niczem nie odstępige. 
Sumienie każe mi ze wszystkimi powtórzyć: przepadł, sam się 
zatracił, bez nadziei, bez ratunku! — 



118 

— Bes nadziei? — uczepił magnat , cedz%c słowa przez 
zęby — bez ratunku? Dla młodego człowieka żadne położenie 
nie jest beż nadziei; rozpacz tam tylko ma prawo owładnąć, 
gdzie ustaje siły. W honorowych sprawadi 8%d niesłychanie 
śliski S% to rzeczy , w których kaidy najlepszym jest samego 
siebie sędzią. 

Żal mi niesłychanie zajścia pana Kazimierza z szalonym 
moim kuzynem. Poświęciłbym wiele, aby złe odrobić. W na- 
stępstwa jednak ¥rypadku w żadnym razie wchodzić mi nie wy- 
pada. Stosunków moich względem ciebie, panie Piotrze, i brata 
twego w niczem nie uważam za zerwane; pierwszy przynajmniej, 
pomimo osobistych moich wniosków, zrywać ich nie mogę. 
Wasza wola będzie dla mnie prawem; co do mnie, raz jeszcze 
powtarzam : uważam siebie i całą moją rodzinę za stronę zupeł- 
nie bierną, w niczem nie rozsądzającą. — 

Piotr słuchał z uwagą, ale z plątaniny własnych myśli 
i ostrożnych słów Sokolnika nie mógł wywiUać prawdy. 

— Przebacz pan hrabia — rzeld — nie zrozumiałem. O szla- 
chetnym charakterze gościa mego i całej jego rodziny nie 
wątpię ; w czem jednak łaskawe pol^ażanie zacnych przyjaciół 
może wpłynąć na niecofnione następstwa przeklętego zajścia 
brata mojego z Wilczkiem? — Nie pojmuję. 

— Wytłumaczę się jasno, otwarcie — odparł magnata — 
Między nami, co na sercu, to na ustach; innego stosunku nie 
przypuszczam. 

Ułożyliśmy między naszemi dziećmi małżeństwo. Związek 
ten przed miesiącem jeszcze wszystkich nas napełniał azczę- 
ściem. Dziś, pomimo że okoliczności zupełnie się zmieniły, 
z mojej strony zobowiązania uważam za równie święte; zrywać 
ich nie przyjeżdżam — przeciwnie, stawiam się na słowie, je- 
stem gotów, czekam na wasze rozkazy. 

— I hrabianka także w niczem nie zmieniła swojego spo- 
sobu myślenia? 

— Górka moja od kolebki prz3rzwyczajona szanować wolę 
rodziców. Osobiste jej zdanie nie powinno nas obchodzić. Ja 
sam udaję, że nie postrzegam jej łez, chociaż od powrotu na 
wieś nie ma dnia> abym ją zapłakaną nie widział. Przdconany 



119 

jeBtem, że jedno moje słowo bez żadnego opOFa zaprowadzi ją 
przed ołtarz. — 

Piotr powstał; głos mu drżał, wzrok ćmił się od wraszenia. 
Z niewysłowionem wzruszeniem ujął magnata za rękę. 

— Umiesz pan hrabia być przyjacielem — mówił — umiesz 
dodawać siły zw%tlonym i godzić z życiem tych, którzy na zie- 
mi o wszystkiem już zwątpili. Niechaj Bóg ci to wynagrodzi 
błogosławieństwem na drogie twoje dziecię. Ułożyliśmy za- 
szczytny dla mojej rodziny związek, to prawda; cieszyliśmy się 
wspólnem szczęściem — ach ! ja może byłem najszczęśliwszy, ja 
najniecierpliwiej liczyłem dni i godziny, ja najgoręcej pragną- 
łem spełnienia naszych nadziei, ja najgorliwiej goniłem za 
przyspieszeniem pożądanej chwili. Dziś ja pierwszy może, da- 
łem odprawę złudzeniom. Świat cały potępia winowajcę; pan 
hrabia jeden otwierasz mu serce, wyciągasz przyjacielską dłoń, 
potępionej głowie ofiarujesz przyti^ek pod gościnnym twoim 
dachem, sadowisz niegodnego u ogniska twojej rodziny, odda- 
jesz mu jedyny skarb twego życia, jedyne dziecię; w uniesieniu 
szlachetnego serca przyjmujesz na siebie część słusznie przywa- 
lającej go zniewagi. Ja ze wszystkich tych dobrodziejstw mogę 
tylko przyjąć przyjacielską rękę ; do reszty sumienie wzbrania 
mi rościć prawo. Ja, w miejscu pana, nie miałbym odwagi wy*' 
dać córki za osławionego Kazimierza Poraja. Ja, Piotr Poraj, 
zwracam panu słowo, zapominam żem kiedykolwiek mówił lub 
marzył o małżeństwie ; rozmowy nasze i układy w tym wzglę- 
dzie uważam za sen, za niebyłość. Wszelkie związki mego brata 
eą mi obojętnemi; ani słyszeć o nich, ani mieszać się do jego 
losu nie chcę. 

— Jedna chwila błędu, chwila zapomnienia, życia całego 
zatruć nie może i nie powinna. 

— Przepraszam , panie hrabio I Jedno uderzenie w miazgę 
drazgoce drogie z kryszti^u naczynie. Nie do mnie wreszcie 
należy nastawać na własną krew. Niechaj Kazimierz się żeni, 
niech mu sprzyja szczęście! Myśl ta, że mu na niczem nie 
zbywa, że w niczem nie cierpi, nie przestanie być pociechą mo- 
ich dni. Poniosłem ciężką ranę, z mojej atoli strony zawsze za- 
chowam ku niemu serce jednakie. Bronić go przed światem? ~* 
inna rzecz I Samemu sobie kłamać nie umiem; słów na jego 



120 

obronę nie znajdę. Możesz pan hrabia dać mu córkę; ja nie 
mogę przypominać naszych układów; mnie już nie wolno odwo- 
ływać się do naszych zobowiązań. Jeżeli związek nie przyjdzie 
do skutku, zaboleję, zacierpię ; skarżyć się ani obwiniać nikc^o, 
prócz brata mego, nie będę. Pytam, z jakiemże czołem stanął- 
bym przed kobietą, dla której mam najwyższy szacunek, którą 
— wybacz pan śmiałości — przyzwyczaiłem się kochać jak sio- 
strę, jak córkę — z jakiem czołem odważyłbym się jej rzec: 
Oto młody człowiek słusznie potępiony przez opinję , nie umie- 
jący ani uczuć, ani cenić, ani bronić własnej godności; tratu- 
jący nogami dawne zwyczaje i szlachecki honor; ludzie zeń 
szydzą, wzgarda zewsząd gradem nań leci — co wcale nie prze- 
szkadza, że byłbym mocno rad, gdybyś pani raczyła uszczęśli- 
wić go swoją ręką? 

Człowiek ten jest moim bratem ! 

Nie — nie, podobnych słów żadne uczucie z piersi minie 
wydrze; z innemi zaś nie zgadza się moja wiara, moje przeko- 
nanie. 

— Mówisz kochany sąsiedzie jak człowiek prawy, ale zbyt 
silnie ulegający pierwszym wzruszeniom. Skoro ból w tobie 
nieco ostygnie, zmienisz lub przynajmniej złagodzisz surowość 
wyroku. 

— Ależ panie hrabio, ja nie sądzę, ja nikogo nie skazuję, 
mówię tylko o sobie samym , wyjaśniam powody mego postępo- 
wania teraz i na przyszłość — nic więcej. Słów moich nigdy nie 
cofnę ; nie gwałtowna boleść je wyrzuca. Od miesiąca przeszło 
jak krokiem nie ruszyłem z domu, jak cienia obcej twarzy nie 
widziałem , jak z moimi nawet ludźmi zaprzestałem rozmawiać. 
Ciągle, dniem i nocą, jedna tylko myśl kołuje mi po mózgu. 
Rozważyłem ją na wszystkie sposoby, na wszystkie strony ; wy- 
snuwsJ^em ją z różnych wątków i zawsze wpadałem na tenże 
sam wniosek. Brat mój w sprawie obchodzącej całe jego życie, 
wzgardził mojemi radami, mojem zdaniem, które przecie nie 
z siebie dobyłem, ale ze zwyczajów i z przekonania świata. 
Postąpił wedle swojej głowy. Przepowiadałem co go czeka. Me 
wierzył. Odtąd nic z sobą nie mamy wspólnego ; każdy z nas 
wiedzie dalej życie na własną rękę. 



7;- 



121 



— Moje położenie w tym razie nader jest tmdnem ; sam nie 
wiem co począć ? 

— Cokolwiek pan hrabia postanowisz , nigdy nie zapomnę 
szlachetnej ofiary, jaką chciałeś mi dowieść przyjaźni, wier- 
ności danemu słowu, nieograniczonego poświęcenia siebie 
i swoich, wbrew przekonaniu, zasadom, a nawet względom na 
szczęście jedynej córki. Nie ma bowiem szczęścia na gruzach 
zacnego imienia i dobrej sławy. 

— Na miłość boską, panie Piotrze, czy liż warto tak wysoko 
wynosić prosty, szczery uczynek? Za kilka marnych słów, tobie 
zwłaszcza względem mnie, nie godzi się mówić o wdzięczności. 
Wreszcie idzie tu o rzecz daleko ważniejszą. Proszę cię o chwilę 
uwagi ; ja bowiem również z założonemi rękami nie mogę po- 
zostać. O małżeństwie córki mojej z panem Kazimierzem tru- 
dno mi stanowczo się wyrazić. Związek ten w bożych rękach; 
mnie nie wypada nastawać, ani się wzbraniać. Ale nie dość na 
tern. Oprócz pokrewnych wiążą nas inne stosunki niemniej 
uroczyste. Wydźwignięcie z rozpacznego położenia tobie winie- 
nem, panie Piotrze. Bez ciebie, ja i rodzina moja, bylibyśmy 
przywiedzeni do strasznej ostateczności. 

— Nie ma o czem wspominać , panie hrabio I 

— Przeciwnie między nami o wszystkiem należy mówić* 
Podałeś mi rękę nad przepaścią, wyratowałeś mię nie tylko 
radą, ale ogromnemi ofiarami; uwięziłeś w moich interesach 
znaczne kapita]^. 

Przyjmowałem poświęcenie, dopókim był przekonany że 
domy nasze, kochany sąsiedzie, złączą się wkrótce w jedną 
rodzinę , że pomyślność moja i los brata twego miała na celu. 

Stan rzeczy odtąd się zmienił. 

Małżeństwo tak dobrze może przyjść jak nie przyjść do 
skutku ; prorokować nie umiem. W każdym wypadku rozstrzy- 
^ięcie tej sprawy, po tem zwłaszcza co słyszałem, od żadnego 
z nas nie zależy. Dziś ja także powinienem dowieść że zasługuję 
na twoją przyjaźń , żem godzien był twoich dobrodziejstw. 

Dzięki twojej uczynności , jeden dług zastąpił massę moich 
wierzycieli, jeden, ale według tego co wiem., wyrównywający 
wartości wszystkiego co posiadam. Nie właścicielem jestem, ale 
de facto zagrodnikiem w twoich posiadłościach. 



122 

Pozostaje mi teraz dop^nió jedynego obowiązku. Cezarowi 
co Cezarowego. — 

Oto 8% papiery; racz je przyjąć. Nie potrzebuję dodawać, że 
gdybym stokroć wypłacił ci naleźytość y dłużnikiem twoim być 
nie przestanę. 

Sokolnik przy tych słowach dobył kilka arkuszy papieru we 
czworo złożonych i dłonią drżącą od wzruszenia wręczył je go- 
spodarzowi. 

— Co to ma znaczyć ? — zapytał Piotr zdziwiony. — Pan 
hrabia kwitujesz mię z przyjaźni? Co znaczą te papiery? 

— Akt hypoteczny, tytuły własności mojego niegdyś mają- 
tku, przepisane na twoje imię. Rozporządzaj nim według^ woli; 
mów, kiedy chcesz wejść w istotne posiadanie, kiedy się mamy 
wyprowadzić? — 

Poraj stał oniemiały; szlachetne postępowanie magnata roz- 
rzewniało go do głębi serca. 

Teraz dopiero poznawał, z kim miał do czynienia; ile rzad- 
kich zalet, ile prawdziwie pańskiego obejścia krył w sobie 
ojciec tej lubej dziewczyny, która miała być jego bratową ! 

Słodkie uczucie, jakie w poczciwej duszy budzi widok cnoty, 
bezładnie mieszało się z goryczą , z ł>oleścią wspomnienia na 
niegodnego brata, który jednym zamachem potargał tyle świę- 
tych węzłów, wyrzekł się tyle zaszc^nych stosunków, zagro- 
dził sobie na wieki przystęp do znakomitej, i jak na nasze czasy, 
dziwnie zacnej rodziny. # 

Magnat z wsptfHemi na stole rękami czekał na odpowiedź. 
Piotr zebrał powoli rozprzężone myśli , wziął papiery i z wyra- 
zem przyjacielskiego wyrzutu , patrząc mu w oczy, rozdarł je 
na dwoje. 

— Panie Piotrze! — zawołał magnat — co czynisz? — Na 
Boga — akt urzędowy! 

— Tern lepiej — odparł Poraj — tern bardziej należy go 
zniweczyć, aby śladu po nim nie pozostało. Czemuż podobnie 
nie mogę rozedrzeć i zniszczyć pamięci słów, które dopiero co 
usłyszałem? Za moją dobrą chęć, za przyjaźń bez ogródek, za 
prostą usługę bez żadnych osobistych widoków — wybacz pan 
— . spodziewałem się łaskawszego postępowania. 

— Nie wysłuchałeś mię, kochany sąsiedzie — przerwał ma^ 



123 



gnat — nie chcesz mię rozunńić. Zastanów się, sam przyznaj, 
jakiem prawem mogę przyjmować tak niezmierną ofiarę, owoc 
pracy całego twego życia, nieprzeliczony szereg tmdów i kło- 
potów, jeżeli przyjdzie ci, jako byłeś żądał, wziąść w zarząd 
wszystkie moje interesa? 

— Prawem natnralnem między ludźmi, panie hrabio; pra- 
wem, jakiem każdy potrzebujący pomocy, żąda jej; jakiem 
każdy mogący jej udzielić, odpowiada na podobne wezwanie* 

— Uczynność ma swoje granice. Jeżeli jedna strona je 
przekracza , obowiązkiem drugiej ich pilnować. 

— Usługa kończy się razem z potrzebą; inaczej przestaje 
być u^agą. 

-— Zgoda t podpisuję na to określenie. Zagrożony proce- 
sami, sądowemi kłopotami, przyj^em twoją pomoc. Natar- 
czywi napastnicy ustąpili. Wydziedziczenie mi nie zagraża; do- 
browolna zaś sprzedaż nikogo nie zadziwi. Zostanie mi życie, 
nędzne, biedne, to prawda; ale wyjdę z honorem, nie nadużjiję 
niczyich dobrodziejstw, każdemu zajrzę śmiało w oczy. Gdzież 
więc konieczna potrzeba tuczenia się cudzą pracą, cudzym 
kosztem? 

— Gdzie? — Zaraz ją wykażę. Wolno ci, łaskawy mój 
gościu, rorządzać własnym losem; ale dzięki Bogii , masz pan 
żonę i córkę, masz świetne nazwisko do utrzymania. Względem 
rodziny, względem stanowiska, jakie zajmujesz w kraju i w hi- 
storji narodu, masz daleko świętsze obowiązki, aniżeli wzglę- 
dem mnie. W czem wreszcie z mojej, strony tak nadzwyczajne 
poświęcenie? Miałem zb3rteczne kapitały; umieściłem je na 
pańskich dobrach tak dobrze jak na innych. 

— Zapewne t — gdybym widział przed sobą możebność od- 
dania — nie mówię — 

— Czyja wina, jeżeli pan hrabia jej nie widzisz? 

— Ha, ha, ha! wyśmienity żart! — Chyba że posądzasz jaki 
łan mojej ziemi o skrywanie w sobie kopalni złota? 

— Niejeden, ale wszystkie łany posądzam. Mości hrabio! 
majątek pański — przebacz że otwarcie się wyrażę — jest nie- 
godziwie zagospodarowanym. Podwładni, Niemcy, których 
Bóg wie, zkąd sprowadziłeś, kradną cię bez miłosierdzia; na 
dobytek twój oczy bolą spojrzeć ; lud wiejski upada pod ciężą- 



124 

rem zdzierstwa i nędzy. Ziemi^atoli złota ! Pierwszych zaso- 
bów podostatJdem ; brak tylko zarządu, łada, doświadczenia. 
Nie znam w okolicy majątku, z którego przy obrocie moźnaby 
otrzymać tyle cudownych niemal skutków! O co rzecz chodzi? 
O wydobycie moich kapitałów? — Zostaw mi pan u siebie 
absolutną władzę: przysięgam ie najdalej w dzieńęciu hitach 
postawię cię na czele fortuny, jednej z najznakomitszych w Ga* 
licji, czystej od wszelkich zobowiązań. 

— Tyle pracy, tyle trudów! — Panie Piotrze , obaj nie je- 
steśmy już młodzikami. Jest w życiu czas na pracę, jest czas na 
wypoczynek. Jak miałbym sumiennie pozwolić, abyś, tyle się 
napracowawszy, znowu kładł jarzmo na siebie, wtedy, gdy 
praca z każdym dniem staje się bardziej męczącą? 

— Nie znasz mię pan. Zabroń mi pracować, skaż mię na 
wypoczynek — lepiej od razu mię zabij ! Praca, to moje życie, 
moje zdrowie, jedyny mój spokój — spokój, którego tyle mi 
dziś potrzeba. Dla siebie niczego nie pragnę ; o swoje dbać, 
troszczyć się , nie mam już serca. Samemu sobie zostawiony, 
pchnięty w życie bez celu, kołatany zgryzotą, zginę, nędznie 
zmarnieję. Opatrzność w osobie pana hrabiego zsyła mi rato- 
nek. Przedsięwzięcie wystawienia świetnego gmachu na gro- 
zach pańskiego majątku nader jest trudnem — nie przecsf}. 
Wątpię nawet, czyli wielu u nas ludzi podjęłoby się uizecsy- 
wistnienia podobnego zamiaru. Tem więcej ztąd dla mnie 
podniety, tem więcej roskoszy, jeżeli postawię na mojem. Sam 
się nad sobą zadziwię, sam sobie rękę uścisnę. Cóż dopiero, gdy 
pomyślę, że przed spełnieniem uczynku odbieram nagrodę, że 
jutro, że dziś będę miał gdzie uciec przed własnemi myślami? 
Przekonasz się pan, co z naszej polshfej ziemi można wydobyć. 
U siebie trudno mi zaprowadzić wielopolowe gospodarstwo 
i inne różne zmiany. Na świeżym gruncie, gdzie wszystko źąds 
nowego , zawinę rękawy, zastosigę ostateczne wypadki mego 
doświadczenia. Zobaczysz pan 1 — Kraj cały zdziwiony, klaśnie 
w ręce na widok twojego majątku. Ludzie będą ^eżdźać się 
z pod Krakowa, z Warszawy. Zaufaj mi pan hrabia! — 
Odpowiadam głową, ręczę całym majątkiem. Czeka nas niesły- 
chany skutek, ważny nie tylko dla pana, ale jako przykład dla 
okolicy. 



125 



— Nie, panie Piotrze — rzekł Sokolnik, po mistrzowsku 
udając rozrzewnienie — na Boga zakUnam cię, nie nastawaj! 
Prz}jąć od ciebie tyle dobrodziejstw, nie trudno; ale jak za- 
wćbdęczyć szlachetne twoje postępowanie? Życiem całem nie 
potrafię się wypłacić ; sumienie do grobu będzie mi wyrzucać 
nędzną moją rolę, w której — niezdolny do wyświadczenia 
wzajemnej przysługi — umiałem tylko garnąć w siebie cudzą 
łaskę. 

— Przeciwnie. Sumienie , panie hrabio , powie ci , żeś nie 
pozwolił zmarnować się cdowiekowi, który sobie i ludziom 
mógł jeszcze być przydatnym; że przyjąłeś prostą usługę, jaką 
w razie potrzeby każdemu z współobywateli sam gotów jesteś 
wyświadczyć; że ojciec dla twoich włościan, chwyciłeś pier- 
wszą sposobność polepszenia ich bytu. Gzyliż wreszcie konie- 
cznie mamy otrąbywać przed światem nasze stosunki i układy? 
Oprócz nas dwóch, nikt o tem, co między nami zaszło , wiedzieć 
nie powinien. Jakże więc, mówisz pan o sprawiedliwości , a nie 
chcesz pozwolić, aby postępowano względem ciebie, jako sam 
postąpiłbyś względem drugich? — Oto moja dłoń, silna jeszcze 
i szczera; dobijmy układu! Klnę się ciałem i duszą, że zezwole- 
nie poczytam dla siebie za istotne dobrodziejstwo, za dowód 
szczególnej przyjaźni i łaski. Nie mówmy więcej , nie myślmy 
o małżeństwie. Da Bóg doczekać, hrabianka znajdzie godnego 
siebie męża. Los może w przyssdości przestanie na nas się sro- 
źyć. Pan zbędziesz ciężkich kłopotów, staniesz znowu na czele 
znakomitych rodzin; ja znajdę spokój lub nie znajdę, mniejsza 
o to; dość że porwawszy się w zapasy z trudnościami, nie będę 
miał czasu przeżuwać własnych boleści. Dalej panie hrabio ! — 
jedno słowo — zgoda? — • 

Piotr wyciągał ku magnatowi szczorstką, ogorzałą dłoń, 
kończył prośbę wzrokiem, dopominał się zezwolenia samym 
wyrazem uczucia, jakie rozpromieniało mu oblicze. 

Myśl o otwierających się przed nim szerokich polach , na 
których czynnością i zdolnościami pochlebiał sobie dokonać cu- 
dów ulubionego zawodu , zapalała mu wyobraźnię. Uśmiechał 
się do walki z zawadami, nie taił przed sobą sił trzech wrogów : 
bezładu, zniszczenia i nędzy; spokojnie atoli rzucał im rękawicę, 
ufny że pracą i doświadczeniem zapewni zwycięstwo żywiołom : 



126 

iftda i pomyślności. Obszerny plac i same niebeEpiecEeństwo 
boju podniecały w nim ochota 

Magnat tymczasem mmżył oczy, dopraszał się u nerwów 
o dwie, choćby najclmdsze łzy; spostrzegłs^ nareszcie wycią- 
gniętą ku sobie dłoń gospodarza, uchwycił j% obiema rękami, 
pochylił naprzód postawę, zachwiał się, i jak gdyby niezdolny 
oprzeć się popędom serca, padł w objęcia drogiego wybawcy. 

'— Niech się dzieje wola boża, zacny mój przyjacielu , najzar 
cniejszy z ludzi! — zawołał, cisnąc go do piersL — Czyń co 
zechcesz , na wszystko przystaję; pozwól tylko zawczasu, na- 
przód wynurzyć uczucia wdzięczności, dozgonnego — 

— Ani naprzód, ani potem — przerwał Porąj, — Wdzię- 
czność z obu stron równa, dług umorzony i pokwitowany; nie 
warto o nim wspominać. Pomówmy raczej o naszych intere- 
sach. Mam w myśli kilka projektów; radbym wiedzieć który 
z nich przypadnie panu do smaku. 

— Na wszystkie zgadzam się, lub raczej nie mów mi o ża- 
dnym. Go sam zwiążesz, tego moc moja nie rozwiąże; cokol- 
wiek postanowisz , przyjmę z ślepem posłuszeństwem , z nieza- 
chwianą wiarą i zaufaniem. Wyrzekam się własnego zdania; 
poddaję moją osobę pod samowładne twoje rozkazy, l^ie zai^ 
czam czyli wykiemjesz mię na zdolnego agronoma; aleprzy- 
siądz mogę, że między twymi podwładnymi nie znajdziesz gor- 
liwszęgo odemnie wykonawcy. — 

Piotr śmiał się z całego serca. 

— Jeden tylko warunek — ciągnął dalej dygnitarz — lab 
szczerze mówiąc, jedną tylko prośbę odemnie usłyszysz, l^ie 
wiem, z której strony rozpocząć; pomimo tylu dowodóv 
twojej przyjaźni, nie jestem zupełnie spokojny; lękam się od- 
mowy. — 

— Mów pan, prosto, naprzód, krzyżową sztuką; znasz mię, 
ja człowiek nie do ceremonji. 

Sokolnik pochylił głowę na ramię, rozwdzięczył usta, 
przymrużył oczy, jak przystało na poufałego suplikanta, 
i rzekł: 

— Samotne życie, panie Piotrze, przy pracy nawet, ma 
swoje strony przykre, bolesne. Gdowiek potrzebuje towarzy- 
stwa, uścisku serdecznej dłoni, starań wiernych przyjaciół. 



127 



W moim domu wflsyący cię kochają. Obecność twoja milszą mi 
jest niż mogę wyrazić. Zamiast szukać wypoczynku między 
czter^na twojemi ścianami, gdzie nikt cię nie wita, nikt nie 
zegna, rozkwateruj się w drugim twoim msgątku, pod moim 
dadiem. Tam równie jak tu jesteś u siebie. Uszczęśliwisz nas 
wszystkich. Wieczorem , po dziennych trudach , nie zaszkodzi 
trpćhę muzyki, trochę gawędki z kobietami, ze mną, z kilku 
bliskimi znajomymi. No, cóź — jakie? Na mnie teraz kolej 
zapytać , czy zgoda? — 

Piotr wbił oczy w ziemię ; niewymowny źal chwycił go za 
piersi. Założył ręce w tył i jak kleszczami ściskał sobie 
ramiona, byle tylko zati:umić boleść rozbudzoną odezwą 
gościa. 

Słusznie mówi! Sokolnik: samotność ciężyła Porajowi. Od 
dawna marzył on o wypoczynku na łonie rodziny. Niedawno 
jeszcze spodziewał się, źe wkrótce dbbge się upragnionego 
celu, że znajdzie raj dla siebie — w domu Sokolnika. 

Baj t^i stał się mu piekłem, odtąd jak u ogniska rodziny 
jedno miejsce na zawsze opustoszało. 

Otrząś się z zamyślenia , przetarł wzrok ręką, odwrócił od 
gościa i bezwiednie wpatrując się w ciemny jakiś olejny obraz, 
rzekł: 

— Dziękuję, kochany sąsiedzie. Umiem cenić łaskę pani 
hrabiny — panny Marji — powiem nawet, że czuję się jej go- 
dnym, jeżeli głęboki szacunek, jeżeli proste szlacheckie przy- 
wiązanie , zasługują na jej wzgląd. Będę korzystał z zaprosin — 
nie teraz, nie natychmiast, później — niech tylko ułatwię się 
z pierwszymi zachodami. 

— Dla czego nie teraz? — Dla czego nie miałbyś mię 
odwieść do domu? — Ucieszylibyśmy żonę moją miłą niespo- 
dzianką. 

— Nie, nie; za żadne w świecie skarby. Interesa przęde- 
wszystkiem. Muszę bezzwłocznie jechać do miasta, jeszcze raz 
przejrzeć akta hypoteczne; następnie trzeba będzie czemprędzej 
objechać wioski i folwarki. Jesień za pasem. Główny pański 
majątek, na którym zakładam większą część nadziei, leży pod 
Bochnią; ztąd dobrych dwadzieścia mil. Myślę w nim się osie- 
dlić — przynajmniej na trzy miesiące. 



128 



— Nie umiem nastawać, a przecież, gdybyś dał się na- 
mówić y 

— Później, później — z wdzięcznością, z prawdziwą roeko- 
sz% stawię się na rozkazy. Bądź pan hrabia przekonanym, ze 
skoro otrząsnę się z frasunków i zatęsknię do Indzi, nie gdzie- 
indziej zajadę , tylko przed pałac 

Masz tobie ! — Piękny ze mnie gospodarz ! Zapomniałem 
na śmierć o czarnej kawie; ludziom moim także, nie pojmuję 
co kręci się po głowie — odwykli od służby, zwłaszcza tei od 
gości. 

Holal — Jest tam który? — Może wyjdziemy na ganek? — 
Cudowny wieczór f — Pozwolisz pan hrabia riużyć sobie fajką 
tureckiego tytuniu? 

— Mocno obowiązany — nie palę. 

Piotr otworzył drzwi , z ukłonem wskazując gościowi wyj- 
ście. Podano kawę. Magnat wyciągnął się w szerokiem krześle; 
gospodarz ziewnął kłębami stambulskiego dymu i j^ szczegó- 
łowo rozwijać przed nim gospodarcze ulepszenia w podupa- 
łym majątku, przemyślnicze zamiary, widoki i nadzieje, trudno- 
ści i środki na ich zwalczenie. 

Sokolnik potakiwał, słuchał, podziwiał i coraz głębiej wpi- 
je^ się mu w serce. 

Rozmowa przeciągała się do późnej nocy. 

Nazajutrz pusto było w siedzibie Poraja. 

Gość wracał do domu. Gospodarz przeciwną drogą spieszył 
do miasta, ztamtąd zaś do posiadłości Sokolnika pod Bochnią. 

Szlachcic-ziemianin jechał z posępnem obliczem, zaciskał 
czasami usta, podnosił rękę ku oczom, kiwał głową, ucinał 
westchnienia. 

Magnat zaledwie ujrzał się za bramą, wypromienił twarz, 
dał folgę krzyżującym się co chwila uśmiechom, poglądał 
w niebo, jak gdyby oczekiwał ulewy z fjołków i z różanych 
liści. 

— Biedaka — powtarze^ w duszy — na daleko mniej śliskiej 
pochyłości los oddawna byłby strącił w przepaść, zgniótł, roz- 
bił bez miłosierdzia. Jest Opatrzność nad panami ! — Bóg nie 



129 

napomina swoich wybrańców. Czyliź samo wywyższenie ich 
nad tłum nie jest ze strony Stworzyciela uroczyntem zobowią- 
^zaniem podtrzymywania ich na raz zajętem stanowisku? Bez 
-wątpienia, tak być musi i tak si^ też dzieje. 

Sokohiikowi dłużyła się droga. Wygrawszy sprawę , rad był 
-czemprędzej wrócić do domu. Brnął tymczasem w rozumowa- 
nia , których nieubłagalną logikę potwierdzało mu pasmo oczy- 
^wistych wypadków; wyciągał wnioski, roił jeszcze na starość 
-o szumnem życiu w Wiedniu, o świetnem położeniu, jakie mógł 
3sająć , dzięki trudom i pomocy Poraja ; marzył o zaskarbieniu 
43zczególnych względów księcia kanclerza, o zwróceniu na sie- 
bie uwagi monarchy; głaskał sobie pierś, na której fantazja wy- 
obrażała mu rozwieszone zaszczytne oznaki Złotego Runa. 

Order Złotego Runa ! — ze zwichniętą pacierzową kością, 
słoty baranek ! — 

Sokolnik pytał siebie, czyli naraz zdoła wytrzymać tyle 
szczęścia*? 

— Zobaczymy 1 — odpowiadał — niech tylko fortuna spro- 
btge! 

Magnat czuł się tak dalece silnym, że pomimo łańcucha 
z ranem byłby gotów jeszcze podstawić pierś pod dwie, a nawet 
pod trzy zagraniczne gwiazdy. 

Siłom ludzkim, przez święte natchnienie wyzwanym do 
czynu, któż zdoła położyć granice ? — 

2!^godny ruch powozu kołysał mu tymczasem ciało i wy- 
obraźnię. Przyszły dostojnik zmrużył zwolna powieki i wkrótce 
na skrzydłach snu puścił się w czarowne kraje dworskich fawo- 
rów , uśmiechów księcia kanclerza , wejrzeń cesarskich , hołdów 
gawiedzi , zazdrości sobie podobnych. Przebudzany od chwili 
do chwili trąbką poczty Ijona, późną dopiero nocą zatrzymał 
Bię przed pałacem , gdzie oddawna wszystko oddychało głębo- 
kiem snem. 

Jeszcze kilka słów, jeszcze jeden małoznaczny, zwyczajny 
wypadek, a znów kończę rozdział mojej powieści. 

Sokolnik ocknął się, kazał sobie do gabinetu podać posiłek^ 
następnie rozbudzić i natychmiast przywołać kapelana. 

Służba żywo spełniła pańskie rozkazy. 

CaojBCKi, Alkhadar. III. 9 



130 

• — Wybao» isii^e -^ raekł do wchods%^ego -*- jeżeli pne* 
rwałem, twój świątobliwy spocsynek. Dobrych wieści nie nftleąy 
odkładać. Sprawa wygrana. Szlachcic ^oatawia polycskę, bie* 
rze w zarz%d majątek; pr^sięga na duazę, że w dziesi^iu la- 
tach, nie nbliaąjąc w niczem zwykłym domowym wydatkom, 
z rozd^temi żaglami, bea grosza długów, wypłyniem na petite 
ląorae, bogatsi niż kiedykolwiek. 

— Lau8 tibi Domina! Swi^ sif imię ,twajel — rzekł 
kaiądz, składając r^e. — Cóż mówi o małżeństwie? — dodał 
pospiesznie. 

— > Nie; wypiera się brata, wraca mi słowo. 
. —> I pomimo to bierze w zarząd majątek? 

— Cóż z nim począć? Rozmiłowany w gospodarstwie na 
ZBł>ój, u siebie nic nie ma do czynienia, u mnie ssaka ssąjęcia. 
Długo wzbraniałem się — godność moja — przyzwoitość — 
rozumiesz wię , ksi^e? -- Musiałem wreszcie uledz natarczy- 
wym prośbom. 

— Hm I szlachcic widać nie w demie bity; idzie ma także 
o bezpieczeństwo, o pewność odzyskania uwięzionych ki^i- 
talów. 

— Być może I Trudno przecie wymagać, aby mi darowtł 
kilkadziesiąt tysięcy dukatów ? 

— Wyborne nowiny! Jutro rano, jeżeli pan hrabia pozwoli, 
odprawię mszę dziękczynną. 

_ Zgoda, byłeś mię tylko nie budził; potnebi^ wypo- 
czynku. Ko ! a u was przez ten czas nic nie zaszło nowego? 

— Zas^o , i wiele. Mamy gości. 

— Któż taki ? 

— Dziś z rana przyjechał szambelan. 

— Szambelan? 

— Za nim w kilka godzin ^awił się przewielebny ksiądz 
prowincjał. Ojciec Zefiryn mieszka w pawilonie , obok mego 
pokoju. 

— Czy dawno jak położył się spać? 

— Nie śpi jeszcze; towarzystwo rozeszło się póśno. Ojoisc 
prowincjał raczył długo ze mną rozmawiać ; mocno żałował , że 
pana hrabiego w domu nie zastał; snąć nie ma czasu do stra- 
cenia? 



131 

— Czy joi roiebrany? 

— Bynajmniej ; od dawna słyszymy głos trąbki i czekany 
powrotu. Ksiądz Zefiryn poria} mif nawet dowiedzieć się, kto 
przyjeżdża? Wezwanie pańskie spotkałem w pół drogi. 

— Sądzisz wi^e księże, że gdybym -* 

— Bez wątpienia, panie hrabio. O^^iec prowincjał natych* 
miast pospieszy. Biegnę uprzedzić go. 

— Czekam, z upragnieniem czekam. 

Jezuita nie dał długo na siebie czekać. Wszedł z twarzą, 
uradowaną, obłożył magnata uściskiem i powitaniami. 

Sokohiik oświadezył kapelanowi, że nie chce ^żej przery* 
waó m^ wywczasu, tem bardziej że lirabina zwykła słuchać 
mszy o rannej porze, przed śniadaniem, do którego bez zadość 
uczynienia wprzód religijnym obowiązkom , nie byłaby usiadła 
z apetytem. 

Tapczyc oddalił się z trzema głębokiemi ukłony; dygnitarz 
zaś posadził duchownego w wygodnem krześle i sam chodząc 
po pokoju, opowiadał mu skutki odwiednn u Poraja. 

Pjeiec Zefiryn nawzajem prawił mu ciekawe szczegóły 
o szambelanie, jako tenże z każdym dniem rósł w &wor u księ* 
cia kanclerza i jako przed kilkoma dniami otrzymał nominację 
na konsy^jarza uUcanego JGMośei. 

Narady przewlekły się prawie do świtu. 

Magnat i Jezuita rozeszli się jako Indzie nawzajem z siebie 
zadowoleni, ale poważni, zaprzątnięci, ciężarni niby ogromnym 
zamiarem, który pr^rzekli sobie z wspólną pomocą przywieść 
do skutku. 

Powrót Sokolnika uweseHł mieszkańców pałacu. Hrabina- 
przyzwyczajoną była cieszyć się, ile razy mąż wracał. Szambe- 
lan zaczynał się nudzić jedyną męzką postacią kapelana, która 
jednostajnie, dżdżysto słaniała się mu przed oczyma. 

Marja -** dla hrabianki , połowa ta rodziców, znana pod na- 
zwiskiem ojca, stanowiła codzienną, powszednią potrzebę oczu. 
Obecność jej nie czyniła na niej żadnego wrażenia; brak nato- 
miast łami^ symetrję domowego koła, do jakiej wzrok dzie- 
wczyny od kolebki był nawykł. 

Słodkie to uczucie zwyczaju , jak również po śmierci jednej 
lub obu połów, żałosna konieczność stworzenia sobie nowych 

9* 



132 



przywyków , gięboką dotąd cześć odbierają pod firmą rodzin- 
nego przywiązania. 

Inne. wreszcie uczucia w tej chwili roznamiętniały Marję. 
Słuchajcie! 

Ze złotych obłoków nadziei zepchnięta w ciemną otchłań 
zwątpienia, biedna pokutnica , wyższej nad ziemskie, egzalto- 
wanej natury, tęsknie poglądała na spływające po jej kibiioi mi- 
sterne fałdy smutków, na. zasłaniające jej widnokrąg nadziei 
gęste chmury serdecznych goryczy* 

Dusza młodej dziewczyny, pierwszy raz porwana wszech- 
potęgą miłości, zna tylko dwa przybytki: raj lub pieido. 
W pierwszym widzi bezmiar roskoszy; w drugiem nieskończo- 
ność bólów. Ziemia dla niej nie istnieje. 

Z tego zapomnienia o ziemskim padole płyną różne jasne 
wnioski i przestrogi dla ludzi zamiłowanych w prawdzie i w rze- 
czywistości. 

Nic nie ma niebezpieczniejszego nad młodą duszę pierw^szy 
raz porwaną wszechpotęgą miłości. 

Wszechpotęgą miłości! -^ Lubię to wyrażenie. Przypomina 
mi ono mnogie ludzkie i nieludzkie, boskie i nieboskie komedje 
i przedświt prawdziwego, rzeczywistego życia. 

Strzedz się zwłaszcza wypada wyższych, wyjątkowych istot, 
ogarniętych szałem wszechpotężnej miłości, jedyną poezją bytu, 
jak mówią bladzi balladnicy i rozczochrani soneciarze. 

Oń młody i namiętny , ona piękna i zakochana -^ oboje nie 
należą już do siebie; ziemia im za ciasna. Ona mn śnieżną dło- 
nią wskazuje niedościgłe błękity uczucia; on drźącemi ramiony 
kibić jej okrąża i za pierwszym promieniem księżyca dalejże 
nad światy, między gwiazdy, w niebo! — 

Zuiknęli! Słychać tylko dalekie gruchania o poświęcenia 
bez granic, o nawiecznem życiu jednego dla drugiego^ aż wre- 
szcie nic nie słychać , prócz ostatniej zwrotki nuconych przy 
towarzyszeniu uderzeń serca, pochwalnych, wzajemnych hy- 
mnów. 

Zniknęli! — Czy przepadli, czy nigdy już nie wrócą? — 

Próżne obawy , niestety ! 

Jej się tylko zdawało , że miała skrzydła. 

Deszczowy obłok rozkręcił pierścienie jej włosów, mgła 



133 



9zaremi kroplami osiadła na wstęgach. W krótkim czasie oboje 
wypowiedzieli sobie wszystko , poznali się tak , że jedno zga* 
duje zapytania, dragie naprzód wie odpowiedzi. Nic nowego 
nie mają ani na sercu, ani na myśli; powtarz&nie ich zabija. Do 
koła pnerto i głucho ; wracają na ziemię : na ziemi przecież dość 
kwiatów. 

Wracają. 

Ona tęskna z pospolitości, z prozy kochanka ; on milczy, od* 
wraca oczy, zakłada ramiona i mówi w duszy z westchnieniem: 
«Do lotti trzeba skrzydeł. « Ach, jej zdawało się, że ma skrzy- 
dła: — Ona śmiertelna , ziemianka jak drugie! — Tem lepiej. 
Duch wieje gdzie chce; człowiek chodzi tylko po ziemi. W rze- 
czywistem tylko życiu głęboka i prawdziwa poezja; w przebo- 
jach z dotykalnemi wrogami, miejsce na poświęcenie, na do- 
wody uczucia bez granic! 

Droga otwarta! Dalejże między ciernie stosunków, między 
głogi codziennych przeciwności! 

Idą. 

On naprzód, piersią roztrąca zawady, l^aleczy sobie dłonie 
i krwawi czoło. Ona — ale- gdzież ona? — 

Jej ciągle zdaje się, że ma skrzydła! Nie dla niej nędzny 
poziom powszednich wypadków ; nie dla niej gminnemi stopy 
deptane manowce; nie dla niej spotkania z tłumem, który jej 
nie rozumie, nie zdoła ocenić! 

Z nieba przypadkiem na ziemię strącona, ona może wzdy- 
chać tylko do gwiaździstej swojej ojczyzny; pośród śmiertel- 
nych , jeżeli raczy przebywać , to tylko z łaski. 

Więc znowu on staje, więc znowu zakłada ramiona, więc 
znów wzdycha głęboko ■=— ale ujrzawszy się sam , tym razem 
głośno już mówi: — Ani po niebie, ani po ziemi! — Ani skrzy- 
deł, ani nóg! — W jmię Ojca i Syna i Ducha! — Cóż to za zja- 
wisko ! — 

Szalonyś, człowiecze! — Gdzie widzisz zjawisko, w czem 
nadzwyczajność ? — Ruszaj sam naprzód, lub jeżeli ci brak od- 
wagi , wracaj do zwykłej kobiety z naszych pałaców , z kamie- 
nic i z- dworów! 

Nie ma nawet na kogo się* skarżyć; co człowiek, to nie 
mrówka — wspominam zaś dla tego o mrówkach , że w tej 



134 

tylko republice napotkałem dziwną harmonję rzeczywistości 
z uczuciem. 

Fizjologiczne moje badania nad zwyczajami i skłonnościami 
mrowiska, odkryły mi czarowny ten fenomen, godzien wszelkiej 
zazdroici. 

Na wiosnę , gdy gmin mrówczany sznurkuje za sw% pracą 
i w pocie czoła znosi belki do gmachów i zasoby do spiżarni, 
z robotniczego roju tu i owdzie rzadkie pary dążą na wierzcho- 
łek siedziby. 

S% to kochankowie. 

Pewni wzajenmych uczuć, biegną używać życia, światła 
miłości. 

Jeżeli kochają się szczerze i głęboko , matka natura każde- 
mu daje po parze skrzydeł. 

Podczas gdy prozaiczna gawiedź czołga się i dźwiga — • za- 
kochani, wolni od frasunku, od kłopotów, od trudów, rzucają 
obmierzłe siedziby, ulatują ku słońcu, ku kwiatom; w powie- 
trzu szepcą sobie miłosne wyrazy, wirują fantastycznemi kr^gi, 
kąpią się w blasku i w woniach — kochają. 

Raz poznawszy szczęście, w obec zwykłego życia nie śmie- 
liby na siebie spojrzeć. Po wiekach roskoszy wdowa tylko do 
ojczyzny powraca i patrząc na podobną do lubego dziatwę, do 
śmierci płacze za kochankiem. 

Jedno magnetyczne spojrzenie ostrzega ich o miłości ; dłu- 
gie zalety nie pomogą kochankowi , który od razu nie umiał 
^ lubej serdecznych wzruszeń obudzić. 

Skrzydła są tylko nagrodą serc czułych wzajemnych. 

Inaczej , jak słyszałem , dzieje się u ludzi. 

Szambelan łatwo mógł spoatrzedz, że starania, jakiemi eta- 
-€zał piękną hrabiankę, nie sprawiały wielkiego skutku. Maija 
przyjmowała je obojętnie , często z roztargnieniem, jak gdyby 
wymogi światowej grzeczności nie były dość silne do oderwania 
jej na chwilę od jednej, samowładnie ogarniającej ją myśli. 
•Samo nadto obejście wiedeńskiego panicza bynajmniej nie 
przedstawiało wiele ponęt dla urodzonej w pałacu polskiej 
•dziewczyny. 

Szambelan w głębi duszy nie poczuwając się do żadnego 
narodu, wybrał sobie za wzór kastę tego kraju, który najwięcej 



135 

odpowiadał jeg^o wyobrażeniom. Żftlował nieras, ie nie urodził 
«ł^ lordem. Andtrjackie swoje miano i zaseesyty z radościf 
byłby zamienił na tytuł margrabiego Westmineter lub księcia 
JDeTonshire. 

Złe nie było do naprawy; usiłował przynajmniej o ile mo- 
iności modelować 8i§ na wzór angielskiej «gentry», i cieszył 
ińę bez miary , gdy często w Wiedniu, gwoli ubiorowi, powadze 
ilożenia, ruchu, wykwintnej rubaszności, znajomi żartem 
zapytywali go, czy nad Dunajem się urodził, czyli tez nad 
Tamizą? 

Rozmiłowany na zimno w konnych wyścigach i w polowa* 
niu na lisa, zbyt własną godność szanował, aby ją miał parafia- 
nie uczuciem, rozmarzonemi zalotami ku kobiecie, westchnie- 
niami miłości, jakiemi pozioma szlachta lub nędzne mieszczań- 
^wo zastępowały brak przyzwoitego pochodzenia. 

Szambelan w wielkim stadzie ludzkości uważał się za niepo- 
szlakowanego folbluta; w małżeństwie szukał wygód urodzenia, 
majątku, wdzięków, jeżeli można; bez żony bowiem ani domu 
mepodobna było prowadzić , ani otwarcie przyjmować u siebie 
dam z wysokiego towarzystwa, ani żyć jednem słowem, jak 
przystało na człowieka umiejącego cenić komfort i dogodności 
tego stanu, gdzie wielki tylko pan, gdzie prawdziwy gentleman 
umiał jednoczyć wszystkie korzyści małżonka ze wszystkie 
roskoszarai bezźennika. 

Tak wyrozumowawszy prawdziwe znaczenie szczęścia, lord 
apostolsko-cesarski zawnioskował , że każda kobieta równego 
mu pochodzenia nie mogła inaczej marzyć swego ideału , że 
dość było, dać jej poznać, co ją czeka i z kim, aby z jej strony 
być pewnym odpowiedzi przychylnej, nawet pospiesznej. Para- 
dował więc przed hrabianką , w tym celu na kształt huntera 
wystawianego na sprzedaż; wabił zaletami rodu i nabytemi 
przymiotami, napomykał niedbale o przyjemnościach miej- 
skiego życia kobiety, połączonej z człowiekiem dobrze widzia- 
nym u dworu, pouMym z pierwszymi magnatami cesarstwa' 
i Europy. 

Błyszczeć w pierwszem towarzystwie stolicy, gasić wdzię- 
kiem kobiety sławne z urody, pochwycić berło tonu, widzieć 
dobijających się o wejście: dygnitarz^w, ambasadorów, wielkich 



136 



ładzi stanu, przedstawić swoją zon^ najjaśniejszej rodzinie, 
memu może zostiftó kiedyś ambasadorem, samemu przedstawiad^ 
cesarza w Paryżu « w Londynie, lub gdzie we Włoszech — ns. 
honor i duszę ! — gdzież kobieta , któraby z zamkniętemi oczy- 
ma nie rzuciła się w objęcia tylu uroczych snów? — 

Szambelan nie wątp^, że Sokolnik z pocałowaniem r^ 
przywiedzie mu córkę do ołtarza, źe Maija ze łzami przyjmie 
rodzicielską wolę — krótko mówiąc, w powodzenie swoich za» 
miarów wierzył więcej , niż w samego księcia kanclerza. 

Ztąd we Lwowie , gdy wszyscy głośno rozmawiali o małżeń- 
stwie hrabianki z Porajem , ón sam jeden kiwał głową, uśmie- 
chał się z niedowierzaniem, nie odpowiadał; w duszy jednak 
myślił, że po kościelnem l^ogosławieństwie aż nadto będzie 
czasu do uwierzenia w niepojętą nowinę. 

Związek dziedziczki jednego z najznakomitszych rodów^ 
z ciemnym , z pod ziemi gdzieś wydobytym szlachcicem , nie 
mógł pomieścić się mu w głowie. Me raczył nawet uważać, nie 
postrzegał częstych odwiedzin i obecności Kazimierza , pewny 
że za pierwszem słowem oświadczenia, Sokolnik oddali z dom* 
nieprz^emne mu. postacie, Marja zaś ze wzgardą odepchnie- 
natrętów, patrzyć nawet na nich zaniecha. , 

Ksiądz Zefiryn utwierdzał go w tych przekonaniach , przy- 
rzekał nieograniczoną gorliwość i pomoc. 

Szambelan umiał cenić rzetelność , potęgę środków i istotną 
wagę zobowiązań zakonu , więcej nawet co do swoich nadziei 
miał wiary od samego prowincjała 00. Jezuitów. 

Ksiądz Zefiryn równie gorąco pragnął małżeństwa wiedeń* 
skiego panicza z hrabianką: interes zakonu, wola rodziców 
Fiirstemberga, którzy w zamian obiecywali Zgromadzeniu wa- 
żne przysługi, wymagały tego związku. Pomimo atoli wszelkich 
wysileń , sprawa byłaby ostatecznie przegraną , gdyby w samą 
porę nie była ją podparła cudowna przyczyna św. Ignacego- 
Lojoli, który wymodlił u Boga zajście Wilt^zka z Porajem i na- 
Istępnie zerwanie małżeństwa szkodliwego dla kościoła i wiary.. 
Ojciec prowincjał podziękował świętemu patronowi i ode- 
tchnął. Zdało się mu , że odtąd zanuar nie spotka żadnej prze- 
szkody. Wysłał szambelana w odwiedziny i sam za nim pospie- 
szył, aby rzecz za jednym załatwić pociągiem. 



137 

Nieobecność Sokolnika z jednej strony nie była mu na 
rękę, z drogiej jednak pozwalała naocznie, z blizka przypatrzyć 
się i przekonać o usposobieniach hrabianki dla nowego kon- 
kurenta. 

Należało młodych ludzi samym sobie zaniechać. 

Jezuita zaprzątnął hrabinę , wdał się z ni% w pilną .a nie- 
ustanną rozmowę; przez ten zaś czas chciwem uchem łowił 
każdy wyraz, z pod oka chwytał każdą grę oblicza, śledził ton 
^łoso, odgadywał tajemne myśli, tętniące pod osłoną zwykłych^ 
bezbarwnych słów. 

Nie było wątpienia. Marja z wstrętem przyjmowała zaloty 
szambelana; bodła go złośliwie jednem często słowem, jednem. 
spojrzeniem. Towarzystwo niemieckiego zalotnika rozwijało 
w niej uczucie, nie miłości na nieszczęście, ale odrazy. 

Szambelan na te drobnostki nie zważa}; z przyjemnością 
słuchał własnych słów, rad był z samego siebie. 

Ojciec Zefiryn przeczuł, że zwycięstwo nie obejdzie się bez 
walki; na chwilę nawet odważył się. zwątpić o samemże zwycię* 
stwie. W przywidzeniach polskiej kobiety , charakter, czyli, jak 
ksiądz nazywał, upór, grał nieraz ważne rolę. Hrabiance mogło 
zachcieć się uporu do upadłego. 

Nie przesądzając o wnioskach, założeniu Jezuity i uwagom 
niepodobna było zarzucić fałszu. 

Marja łatwo odgadła cel odwiedzin szambelana. Najniewin- 
niejsze dziewczęta w takich razach mają wzrok jasnowidny. K& 
pierwszą atoli myśl o jego zamiarach, nie mogła powstrzymać 
głębokiego oburzenia. Człowiek ten oczywiście przyjeżdżał urą- 
gać się jej niedoli, prozaicznem swem obejściem ubliżał poezji 
jej serca, ją samą obrażał, przypuszczając że dla nędznych, 
ziemskich widoków mogła zapomnieć przepełniające ją, pomimo 
przeciwnych losów, uczucia. 

Przepych światowych uciech , blask wykwintnego życia sto- 
licy, czemźe były w porównaniu z jedną chwilą skojarzenia 
dwóch dusz godnych siebie, rozumiejących się nawzajem? 
W jednem wspólnem uderzeniu serca więcej szczęścia, niż 
w całym wirze zą złoto kupionych roskoszy ; lata samotności 
z lubym prędzej zbiegały, niż godziny w sztywnych korowodach 
wielkiego miasta. Przymus, udawanie, kłamstwo , stanowiły iU> 



138 



miej^iego życia — Uogi zachwyt duazy można było znaleźć 
tam wyłącznie, gdzie płonęła pochodnia czystej mik>ści, gdsie 
blask jej jutrzanym ogniem w nieskończoność się rozpro- 
mieniał. 

Eto żył inaczej, ten nie żył; żyć zaś inaczej mógł ten, kto 
nie doświadczył objawienia wyższego bytn, kto na pełzanie 
skazany, nigdy nie wzbił się w niebo. 

Kogo promień prawdy raz dotknął i naznaczył swoim ^• 
branym, ten do powszednich zmierzchów przywyknąć joż sie 
mógł, temu ciemność była hasłem śmierci. 

Skoro złowroga dola ze sfer górnych nczucia strąciła ofiarę 
w ostatnią przepaść samotności i zwątpienia ; niegodnik tylko 
wówczas chwytał się gałązek , nważał za ocalonego i odarty ee 
wszystkiego, w czem dawniej widział szczęście, jako zimny płaz, 
swobodnie czołgał się po ziemi. 

Kto atoli wiary dochował uczucia i prawdzie , temu rozpacz 
obarwiona wspomnieniem ubiegłych chwil , znośniejszą była od 
życia na pozór tylko świetnego , od bytu strojnego w tyle ja- 
skrawych i wonnych kwiatów, ile ich wiosna rozwija na nieje- 
dnym grobowcu. 

Raz tylko miłość jest prawdziwą — kochać raz tylko mOEU 
na ziemi. Miłość jest oddaniem całego serca, wszystkich myśli 
i wszystkich uczuć, wszystkich marzeń i wszystkich nadziei. 
Serce raz oddane , więcej nie wraca , zostaje na wieki przy ob- 
darzonym ; odebrać go już niepodobna. Tęskni za nieobecnym, 
przebacza niewiernemu, żyje jego życiem , cierpi jego cierpie- 
niem , koi swą boleść widokiem jego szczęścia. 

Taką przynajmniej jest miłość kobiet. Marzyła dal«j Maija. 
Kobiet, istot stworzonych na poświęcanie się, na kochanie, na 
boleść często, na szczęście rzadko lub nigdy! Która z nich go- 
dna nazwiska kobiety, tej czara boleści nigdy prawie nie mija; 
prędzej czy później , raz musi ją wychylić. 

Los na samym wstępie do życia podał Marji ten kielich. 
Przyjęła go z pokorą, zaufana że z ostatnią kroplą trucizny 
fikończy się ostatnie jej tchnienie. Z wzrokiem utkwionym 
w posępną, grobową tę przyszłość, nie baczyła nawet na dro- 
bne wypadki, jakie mogły spotkać ją na drodze ku ostateczne- 
mu celowi. W obec tragicznego rozwiązania jej losów, cóż j4 



139 

mogły obchodrić zwykłe siemskie stostmki? — Gardziła nieińi 
niegdyś za Sycia — w czemże miały ją zajmować dsiś, gdy 
uważała się za pół nmai^ą, za nienald&ącą już do świata, ża 
skończoną, na ziemi, jak mówią kobiety, które nigdy żyć zacząć 
nie umiały. • 

Gdyby człowiek był stworzonym do jednostajności, Bóg wie 
jak daleko rój czarnych tych marzeń byłby zawiódł piękną 
hrabiankę. Ludzka atoli istota w szczęściu jak w boleści 
potrzebuje wytchnienia — zmiana głównym warunkiem bytu jej 
i sił. 

Marja, jako najsmutniejszym się zdarza, odkładała czasanii 
boleść na stronę, pozwalała nieboga prawić szambelanowi 
o Włoszech, o Paryżu i o Londynie; nie bez pewnego zajęcia 
4łuchi^a opisów uroczystości, balów, przejażdżek, widowisk, 
a nawet, o zgrozo 1 — strojów niewieścich, które Niemiec opo- 
wiadał z zabawną nieświadomością tajemnic sztuki. 

Niepodobna było przecież zawsze okapturzać się w jeden 
i tenże sam smutek. Przyzwoitość, dobre wychowanie, miały 
•swoje konieczne wymogi; sama wreszcie przerwa w tęsknocie, 
iem milszym czyniła powrót do ulubionego wątku grobowych 
myśh. 

Zdarzało się wprawdzie niekiedy, że Marja mimowolnie do- 
mknięta nieznacznem dla ogółu słowem o miłości, o poświęceniu, 
•o próbie , jak to widzieliśmy już raz na owym Krzyżaku , nie 
ii^ogącym znieść wzmianki o Litwie i o krucjatach — zdarzało 
«ę, powtarzam, że Marja wówczas budziła się z zapomnienia, 
wstawała milcząca i z posępnem obliczem odchodziła od roz- 
mowy. 

Im dłuższe było przewinienie , tem sroższe następowały po 
niem zgryzoty. 

Chwilowy wybieg za krąg koła boleścią jej zakreślonego, 
wyrzucała sobie jako niewiarę, jako niegodny powrót do 
wdzięcznej i wzgardzonej przez nią ziemi ; sama się sobą brzy- 
dziła. Towarzystwo wtedy mogło wszcząć najzabawniejszą roz* 
mowę — ona nic nie słyszała; ulatywała daleko, wysoko! Smę- 
tna gołąbka pławiła się w bezmiarze chmurnych , własnych roz- 
tęsknień. 

Na trzeci dzień po powrocie Sokolnika, wieczorem > MlLija 



140 



owładnięta jednym z podobnych napadów samoialu, wsparta n» 
dłoni, w otwartem oknie, uezepiła wzrok o gwiazdy, upatry* 
wała tez sióstr, które najtęskniej ku niej mmgały, szakala mię- 
dzy djamentami rozhaftowanemi na szafirze niebios przyszłej 
swojej ojczyzny — marzyła i dumała — mniej o nim — wiele 
o sobie. 

Tam gdzie idzie o boleść , teorja poświęcenia od siebie każe 
zaczynać. 

W salonie ucichło. Hrabina z dwoma księżmi w przybo- 
cznym pokoju zamieniała rzadkie i ciche słowa; Sokolnika z go- 
ściem wcale nie było. 

Nagle na jednej z ścieżek ogrodu szczególnie wysrebrzoną^ 
promieńmi księżyca, zjawiły się dwie postacie. 

Wiatr w. przeciwną stronę odnosił rozmowę; po rnchack 
atoli poznać można było, że Sokolnik z młodym dygnitarzem 
zachodzi w ważne sprawy. Szambelan zwłaszcza, zwykle szty- 
wno powłóczysty, jak przystało na wiedeńskiego gentlemana^, 
tym razem zdawał się wyłamywać z nawleczonego akladn, 
przykładał rękę na serce, podnosił głowę ku niebu, odstępował 
na krok i znowu szybko się zbliżał, aż wreszcie Sokolnik, wzru- 
szony snąć temi słowy i gesty , otworzył mu ramiona i do piersi 
go przycisnął. 

Marja zerwała się, jak gdyby w serce zakłuta żądłem ga* 
dżiny. Niewytłumaczone przeczucie, że o niej toczyła się mowa,. 
ścisnęło jej duszę. 

Rozpacz, żal, oburzenie, zgroza, miotały nią na przemiany. 
Ujęła czoło w dłonie; głowa jej ogniem pijała. Drżąca, niespo- 
kojna, powstała zwolna i jak cień przemknęła przez salon. Nie 
chcąc, aby ktokolwiek był świadkiem jej wzruszeń, pospie- 
sznym krokiem wbiegła do swego pokoju, zamknęła się, padli^ 
na kolana, ukryła twarz w poduszki, i wkrótce żałosne łkanie 
oznajmiło boleść głębokiej, choć dotąd nięzem może nieusprar 
wiedliwionej , rany. * • 

Skołatana żalem , późno usnęła , nie wiadomo , czy ze sło* 
wami wieczornej modlitwy, lub raczej z przerywaniem szemra- 
nemi przysięgi , że raz tylko można kochać na ziemi* 

O n^iłości! — o poświęcenie! — o wiaro! — Imiona wasze 
miepKCzą się w jednym wyrazie: kobieta! — -- 



141 



Tak oddawszy winny hołd prawdzie, muszę nasiępine powie- 
dzieć, że nazajutrz dzień byl chmurny, dżdżysty, posępny. 

Szczegół ten w niczem nie wpływa na los osób naszej po- 
wieści — dowodzi tylko , że natura , jak gdyby wiedziona siłą 
4półczueia, rozłożyła przed aob% zagraniczną jakąś książkę; ale 
wiersze nie zaczepione mysią, mknęły jej przed oczyma. Nie 
starała się nawet zebrać uwagi, zajęta więcej wątkiem swo- 
ich marzeń, aniżeli opisem cudzych, choć poetycznych może 
iic^uć. 

Powoli książka wysunęła się z jej rąk. Hrabianka zapa- 
trzona we własną duszę, utkwiła przed siebie wzrok błędny, nie- 
ruchomy — gdy wtem ruch otwierających się drzwi wyrwał ją 
nagle z zadumki. , . 

Marja ujrzała przed sobą ojca. 

Sokolnik obiegł wzrokiem lice córki: bladość jej, rysy po- 
łamane smutkiem, głucha boleść rozlana po całej postaci, w nim 
«amym wywołały stosowny wyraz twarzy. 

SiącU przy niej z czułą troskliwością, pocałował ją w ozoło, 
i niby ojciec, niby przyjaciel i lekarz zarazem, ujmując jej rękę 
ndędzy swe dłonie, rzekł: 

— Pusto nam i smutno na dole^ mOje dziecię; nie zeszłaś 
do nas. Niespokojny o ciebie, przychodzę. Czy jesteś słaba — 
może przerywam ci jakie zajęcie? — Widzę otwartą książkę. 

— Nie, mój ojcze! — odrzeUa, pochylając usta na rodzi- 
cielską rękę — nic mi nie jest; trochę bólu głowy — to przej- 
dzie. Nieznośny czas — deszcz; chciałam nieco u siebie wy- 
począć. 

-^ Głowa cię boli? — Szkoda I Byłbym pragnął pomówić 
z tobą o ważnyeh rzeczach — skoro jednak chcesz zOstatS 
samą — 

— Bynajmniej, mój ojcze! Możemy zejść na dół; natych- 
miast, jeżeli taka twoja wola. 

Sokolnik uśmiechu^ się. 

— O woli mojej — rzekł z przymiłeniem — nie masz prawa 
mówić; wiesz dobrze, że nie przestępuje ona progów tego po- 
koju. Jesteś panią w twoim domu; przyjmujesz mię łaskawie — 
więcej niczego żądać nie mogę. Widzę cię smutną i nie chcę 



^* 



142 

dręo»y4 rosmową » która w stosowni^je^j chwili byłaby może 
mniej. pr« jikr%. 

Mnie samema, drogie dziecię, nie wesoło na daszy. Ja sam 
dźwigam na głowie trosk i kłopotów nie mało. Nie zwieczam. 
się nikomu, nie mówię, spokojnie znoszę moje zmartwienia — 
ale od niejakiego czasu poczuwam , że siły mię (^nizcząją. Po* 
trzebuję znaleźć przyjazne serce, ku któremu miałbym Bieogra- 
niczoo). u&iosć. Przychodzę go szukać u ciebie. Gdzież iiidzie) 
potrafiłbym je wynaleźć? Oboje znamy siebie na pamięć ; oboje 
nawzajem o sobde jesteśmy przekonanL Jak świat długi i sze- 
roki, nikogo nie koobam więcej nad cielne; ty również z po- 
chodnią nie znajdziesz szczerszego odemnie przyjacida. Muszę 
zaś przyznać, że wielce dbam o to ostatnie stanowisko. Nie 
dość być ojcem, trzeba jeszcze umieć być przyjacielem swoich 
dzieci, zwłaszcza gdy te przestają już być dziećmi. 

Od kilku miesięcy zaszły w domu naszym ważne wypadku 
Nie wspominaliśmy o nich między sobą ani słowa; czekałem 
twojego wyzwania. Dziś jeszcze ust bym nie otworzył, gdyby 
głównie rzecz nie tyczyła się mnie i twojej matki. O naszym 
losie, lube moje dziecię, pragnę z tobą pomówić; jeżeli zaś 
wspomnę o tobie, to dla tego, że naszym losem, naszem szozę- 
ściem, jest tylko twój los, twoje szczęście. — Wiele wycier- 
piałeml — 

Magnat opuścił rękę córki, wrzkomo się zadumał, jak gdyby 
chciał zebrać myśli; twarz jego przybrała wyraz smętny, posę- 
pny, surowy. Zwiesił głowę na piersi i westchnął głęboko. 

Maija zadrżała. Wczorajsze przeczucia , wczorajsza długa 
rozmowa ojca z szambelanem przybiegły jej na pamięć. Trwo- 
źsa, niespokojna, nie miała siły słowa praemówić. W milczenia, 
bawiła się, niby przesuwając w drobnych palcach obrąbek mi* 
Sternie dzierganej chusteczki ; po ruchach jednak ręki, po przy- 
spieszonych falach dziewiczego łona, po konwnlsyjnem rozigza- 
niu zbladłych ust, znać było, że niąjedna gwałtowna boleść 
w. łoskot wpędzała jej serce. Oczy miała spuszczone. Kobiety 
zwykle opuszczają wzrok, gdy im przychodzi cierpieć, lub słu- 
chać bolesnych wyznań. Powiadano mi, że niektóre, przed- 
¥^e, podnoszą wówczas powieki; takich atoli nie widsiałem. 

Sokolnik ocknął się z udanych rozmyślań. 



U3 

— Przypominasz sobie -- mówi) — oetatni naaz pobyt we 
Lwowie. Na nieszczęście, i tobie i nam trudno będzie o nim 
zapomnieć. W jednej chwili tyle zwarzonych nadziei, tyle od<* 
czarowań, tyle jak z piorunem spadłych bolescL Złe stało się;, 
można było je uprzedzić ^- nie przeczę i gorzko sobie nieprze- 
zorność moj% wyrzucam. Ale chciałem dotrwać w moich posta* 
nowieniach. Oddawna przysiągłem sobie , źe w wybór zięcia 
w żadnym razie nie pragnę się mieszać. Kto twoje serce zyskać 
potrafi, ten już tern samem naprzód moje pozyskał. Matka 
twoja pochwalała ten sposób widzenia rzeczy; ona również 
w twojej woli szukała wyroku dla swego szczęścia. Oboje byli- 
śmy gotowi wszystko poświęcić , byle zyskać pociechę na sta- 
rość , byle ciebie widzieć szczęśliwą. Wprawdzie nie ufać tobie, 
nie mieliśmy żadnego powodu ; od pierwszych lat przyzwyczai- 
łaś nas do kochania twego serca, do podziwiania rozsądku. 
Z zamkniętemi oczyma, jak wczoraj, tak dziś, tak jutro, przy- 
staniemy na wszystko , co postanowisz. 

Progie moje dziecię! Przebacz wyrażeniu nie zgadzającemu 
się może z powagą praw rodzicielskich ; ale powtarzam ci : opór 
z naszej strony przeciw jakiemubądź twemu zamiarowi, byłby 
niewdzięcznością. Od tylu lat przybawiasz nam do życia tylko 
słodyczy, tylko pociechy. 

— Mój dobry ojcze! — westchnęła dziewczyna, do łez pra- 
wie ujęta słowami, w których miłość dla córki tak wdzięcznie 
splatała się z szacunkiem dla kobiety. — 

Oczywiście, Marja nie mogła uskarżać się na brak rodziciel- 
skiego przywiązania ; los pod tym względem hojnie ją wyposa- 
żył. Wolność nawet, swoboda własnych postanowień, główne 
marzenia dzieci pod dachem rodziców, dla niej, wyjątkowym 
trafem, dojrzały przedwcześnie. Samowładna pani swoich za- 
miarów — tak przynajmniej ojciec jej zaręczał — w przebojach 
z nieszczęściem nie potrzebowała zwykłą w romansach koleją 
wałczyć z namiętnym uporem rodzinnej przewagi. Wprawdzie 
był to w życiu brak jednej poetycznej struny. Walka z przeci- 
wnościami na zewnątrz, dla wypełnienia ciemnego obrazu, wlo- 
kła zwykle za sobą ojoowski ucisk, matczyną przemoc — tem 
więcej jeden powód do strasznych bólów, do nadludzkich po- 
święceń. Maija atoli chętnie przyjmowała prozę tego stanowi- 



144 



8ka w zamian za -słodkie uczacie, jakiem przejmowała ją świa- 
domość , ze Sokolnik nie tylko był ojcem , ale istotnie wyższym 
cz)o¥nekiem, że sam jeden mbie umiał j% odgadn%ć, należycie 
ocenić , ie znał dokładnie jej wartość. 

Człowiek zawsze prawie stwarza ideał samego siebie , ideał 
często wcale odmienny od rzeczywistości; kocha utwór ten wła- 
snej wyobraźni i uwielbia tych, którzy zręcznie odgadłszy jego 
chimerę, razem z nim padają przed ni% na kolana. Umiejętność 
ta odgadywania cudzych widziadeł, stanowi główną zasadę 
sztuki życia. 

Sokolnik niezaprzeczenie był sztukmistrzem. 

— Błogosławieństwo moje — prawił dalej — czekało twego 
-wezwania. Zdawało się , że nic stanąć nie może na przekor na- 
szym nadziejom. Ale człowiek zna tylko przeszłość ; nie domy- 
śla się jutra. Spełnienie warunków naszego i twojego szczęścia 
musieliśmy odłożyć na później. Związek nie przyszedł do sku- 
tku. Kto go zerwał? — Nie my, nie ty, drogie dziecię; nam za- 
rzucić tylko można ślepe zaufanie w .nie wy próbowaną ludzką 
szlachetność. On sam go zerwał, on pierwszy dla własnych wi- 
doków wyparł się widoków, wyparł się zobowiązań, zdeptał naj- 
świętsze uczucia. Ach ! gdyby moje tylko serce był rozranił, 
mógłbym mu jeszcze przebaczyć f Starajmy się zapomnieć nie- 
49zczęsny ten wypadek; udajmy przynajmniej, że wcale o nim 
nie myślimy. 

Bolesne prawdy rad pokrywam milczeniem; nie moja rzecz 
dognębiać ludzi, bez tego. już pognębionych. Dziękuj Bogo, 
Marjo, że nie znasz świata. Najbrzydszem na nim stworzeniem 
często jest człowiek; niebo nosi na twarzy, piekło w duszy 
ukrywa. Podaje ci bukiet kwiatów: chwytasz uj^ta ich wdzię- 
kiem, oddychasz czaro wną ich wonią i po niewczasie dopiero 
•spostrzegasz, żeś wchłonęła w piersi truciznę. 

Na podobnych zawodach i zdradach siły powoli utrącasz, 
i w zamian za życie zdobywasz drogi, choć gorzki skarb do- 
świadczenia. 

Gdybyś wiedziała, jak nikczemne pobudki rządzą często 
ludźmi, gdybym zwłaszcza na ostatni wypadek mógł zdjąć ci 
z oczu zasłonę •— ? 



145 



— Na ostatui wypadek , mój ojcze ? — Czyliż nie wiem 
o wszystkiem? — 

— Biedne dziecię! Wiesz, że pojechał i nie wrócił — nic 
więcej ! Dla czego jednak nagle wyjechał, dla czego dotąd nie 
dał znaku życia? — Szczególne to poetępowanie nie bez przy- 
czyn. Ale po co o nich wspominać ? Młoda twoja dusza pełna 
uczucia, złudzeń, zapału, boleśnie ścisnęłaby się na widok odra- 
żającej prawdy. Lepiej często nie kalać czystego wzroku szpe- 
tnemi obrazami; nie każdą, prawdę dobrze wiedzieć. Niebezpie- 
czeństwo przeminęło ; na co zgłębiać okiem otchłań , z której 
wydostaliśmy się cudem — na co wyzywać daremnie zawrót 
głowy? — Czyliż i bez tego nie dość już cierpień? — 

— Ach nie, mój ojcze! Sam często mówiłeś, że prawdę 
zawsze lepiej wiedzieć. Nie lękaj się o mnie. Więcej wycierpieć 
nad to, czego doznałam, nie potrafię. Dziś nic mnie już do- 
tknąć nie zdoła. Jestem skończoną: nieszczęśliwszą być nie 
mogę. Mów, mój ojcze ! 

— Nie nalegaj na mnie ; wiesz że odmawiać ci nie umiem. 
Nie przeczuwasz co cię czeka. Musiałbym wprzódy długo mó- 
wić o sobie, o moich interesach, o materj a lnem położeniu — 
jednem słowem, o rzeczach dla ciebie nudnych, nieznośnych, 
a które mnie tylko obchodzą. 

— Ciebie tylko, mój ojcze? — Czyliż między nami wszj^stko 
nie jest wspólnem? Jeżeli ty masz zmartwienia, czyliż one 
w niczem mnie się nie tyczą? — Tem bardziej upominam się 
o moją część ; smutne rzeczy z prawa do mnie należą. 

— Luba moja córeczko ! Przy tobie nieszczęście nigdy nie 
będzie zupełnem ; nie zrówna nawet pociesze , jaką przynosisz. 
Jesteś u siebie, rozkazujesz — słuchaj więc. 

Dziad twój, przodkowie nasi , przekazali nam klejnot rzad- 
kiego blasku , ale jak na dzisiejsze czasy , ciężki do dźwigania. 
Ród nasz wymagał po nas nieustannych ofiar. Trzeba było 
godnie utrzymywać zaszczyt nazwiska, trzeba było wspo- 
magać , żywić tłum ludzi , nawykły do przytułku w pańskich 
domach. 

Pełniłem święcie obowiązek ; rodzice moi atoli w ostatnich 
nieszczęściach krajowych, słuchając tylko głosu serca, nie kła- 
dlii tamy swoim poświęceniom. Zostawili mi świetny tytuł 

' CbojeckI, Alkhadar. III. 20 



146 



i nadwerężony majątek. Mogłem był żyć nędznie i odwlec stra- 
szne rozwiązanie. Miałem córkę. Postanowiłem nie szczędzić 
ofiar, poświęcić ostatek, ale przynajmniej wychować j% jak 
przystało na ostatnią dziedziczkę znakomitej rodziny. Ufałem 
w bożą pomoc. Napróźno ! 

Długo taiłem przed światem rzeczywistość naszego położe- 
nia. Ludzie znali z historji pamiętne dostatki naszej rodziny; 
nie przypuszczali, aby takowe mogły kiedyś się wyczerpać. 
Uważali mię za bogatego. 

We cztery oczy powiem ci całą prawdę : ostatni chtop bo- 
gatszym jest od nas. Nic nie mamy. 

Nieprzewidziane wypadki zniszczyły nas do szczętu ! 
. —Wielki Boże! 

— Słuchaj dalej. Ziemia ta, ogród, pałać, sofa , na której 
siedzisz, .nic już do nas nie należy. Dzięki moim zabiegom 
i trudom , potrafię na kilka jeszcze miesięcy przeciągnąć zwykły 
tryb życia. Co dalej będzie? — Nie wiem, nie chcę przewidy- 
wać. Tajemnicę naszej zguby mało kto dotąd posiada. Skoro 
jednak prawda na wierzch wypłynie, ludzie zaczną od nas stro- 
nić, uciekać; pozrywają stosunki, przyjaźń; wyprą się wszelkidi 
związków , odjadą i więcej nie wrócą — tak jak on , odkrywszy 
przypadkiem naszą niedolę , odjechał i więcej nie wrócił. Prze- 
ląU się naszej biedy , zwietrzył nieszczęście — pry8n%ł jak od 
zapowietrzonych. 

— Kazimierz, mój ojcze! — Co mówisz? — 

— Prawdę niestety, istotną prawdę! Zadziwia cię to, prze- 
raża? — Rozumiem. Ja spokojnie wzruszam ramionami; ii«* 
darmo żyłem długo na świecie. Rzeczy to w naszym wieko 

i w naszem społeczeństwie zwyczajne, powszednie; co krok je 
napotkasz. 

— Między ludźmi zwyczajnymi j mój ojcze — ale ta nie 
o takim mowa. Cierpienia moje do mnie należą; nikogo za nie 
oskarżać nie będę, i nawzajem, cudzym oskarżeniom nigdy nie 
dam wiary. Fałszywe wieści, ludzka złość, potwarz, w błąd dę 
wprowadziły, mój ojcze. Człowieka częściej i lepiej można od- 1 
gadnąć niż poznać. Niech świat obwinia go o brak serca, o nie- 
dostatek uczucia, o zbrodnię, o wszystko, byle nie o nikcze- 
mnośó. Bronić go nawet nie potrzebuję. 






147 

Jakież 8% więc istotne przyczyny jego postępowania? Mów, 
jeśli wiesz — słncbam. 

— Nie znam ich, nic nie wiem; móźe mój los, moja zla 
dola, moje własne nieszczęście! Jednych Bóg przeznacza do 
życia , drugich zawczasu na śmierć skazuje. Nie darmo ludzie 
powiadają, że dotykać się skazanego, nikomu na dobre nie wy- 
chodzi. 

— Drogi, szlachetny mój aniele! — przeirwał Sokolnik — 
przeczuwałem twoją odpowiedź, odgadłem każde niemal jej 
słowo ; innej żądać po tobie byłoby szaleństwem. Czyste , cno- 
tliwe twoje serce nie rozumie i nie przypuszcza wyrachowań; 
fala światowego zepsucia nie śmiała podpłynąć pod twoje stopy. 
Widzisz ludzi jakimi ich sobie wymarzyłaś.; Główna , jedyna po- 
budka ich działań przez myśl nawet ci nie przychodzi. Nie 
znasz wszechwładnej potęgi pieniądza. Spokój , znaczenie, sza- 
canek , wziętość — wszystkiego dokupisz się za garść złota. 
Miłość własna wygnała z duszy człowieczej wszelkie inne uczu- 
cia; zapanowała nad nią i jak samowładna pani, ciągle dopo- 
mina się o ofiary. Nie ma wymogi, nie ma dla samolubstwa 
roskoszy, którejby nie dostać za pieniądze. Człowiek udaje, że 
kocha niektóre rzeczy na zewnątrz swojej osobistości. Fs^sz! — 
Kocha on tylko siebie samego. Gdybym chciał dowieść ci przy- 
kładami! Zdumiałabyś się, widząc że je wybieram między ludź- 

.mi najbliżej nam znajomymi. Ale o złych nawet nie liibię źle 
mówić ; niech ich Bóg sądzi! Żyj dziecko jak najdłużej w two- 
jej nieświadomości, uciekaj jak przed ogniem przed doświadcze- 
niem: przyjdzie ono i bez tego, zawczesnie. 

Żałuję, żem ci odkrył niepotrzebnie szkaradną tajemnicę ; 
ale sama żądałaś. Wreszcie boleść, jaką ci sprawiam, może 
i korzyść po sobie zostawi. Wkrótce czekają nas cięższe prze- 
prawy ; nie nadto nam będzie nadludzkiej wytrwałości. Wszyst- 
kie cierpienia zwalą się na nas ryczałtem. 

Po tylu latach, mało użytecznego dla siebie, wiele dla dru- 
gich , za nagrodę doczekałem się zatraty! Znieść walki, trudy, 
kłopoty, moja rzecz — ale sponiewieranie — ale nędzę — ale 
"Wstyd , ale hańbę ! — 

— Drogi mój ojcze, nie rozpaczajmy przed czasem, nie 
-y^^tpmj — może Bóg złe od nas odwróci! Jeżeli nie — kto tu 

10* 



148 

mówi o wstydzie, o hańbie? Taki człowiek jak ty, z majątMem 
lub w nędzy, zawsze wzbudzi szacunek. Cóż wspólnego między 
dostatkami a dobrocią twoj% bez granic? 

— Mniejsza o mnie, mniejsza o twoj% matkę; starym krócej 
niż dłużej , zwłaszcza przy zgryzotach. Ale ty, moje dziecię? — 

— Ja mój ojcze? Ja śmiało poglądam w przyszłość; będ§ 
pracowała na siebie i na was. Dla siebie nie miałabym chęci ani 
odwagi — dla was, zdaje się mi, że znajdę niewyczerpane siły. 
Słyszałam nieraz i łatwo sobie wyobrażam , że spokój częściej 
mieszka pod strzechą, niż w złoconym pałacu. Wszakże dk 
mnie nie szczędzono pracy, nakładów na wychowanie; ostatek 
poświęcano , jak sam mówisz, mój ojcze , aby mię czeg^oś na- 
uczyć. Nadesda moja kolej. Porzucimy kraj, wyjedziemy gdzie 
do wielkiego miasta i najmiemy skromne mieszkanie; znajdę 
lekcje muzyki, znajdę ich ile zechcę; czuję się na siłach praco- 
wać od świtu do nocy, bez zmęczenia; zaręczam ci — ja tak 
lubię muzykę! 

— Ukochana moja córeczko , przestań ! — Serce mi krwa- 
wisz. Ja miałbym cię widzieć pracującą? — Obym nie dożył tej 
chwili! — Z daleka tylko znam świat pracowniczy, ale to , com 
w nim spostrzegł, wystarcza na zdjęcie mię rozpaczą, gdy po- 
myślę o strąceniu cię w jego otchłanie. Różowe twoje ułudy 
wkrótce ustąpiłyby przed straszną, przerażającą prawdą. Eto 
chce nu życie pracować, ten więcej żyje upokorzeniem niż za- 
robkiem. 

Człowiek zrodzony w poślednim stanie, nie czuje tych upo- 
korzeń, podobnie jak salamandrę ogień nie parzy. Ale kto 
przeznaczony i przywykły do innego bytu, w kim z naddziadów 
pańska krew krąży, temu każdy kąsek tak okupianego chleba — 
trucizną. Ja miałbym dziecię moje sprzedawać za pieniądze — 
zginać je pod jarzmem pracy i wstydu? — 

Młoda twoja wyobraźnia kwiaty tylko postrzega; na ciernie 
rzuca tęczowe zasłony. Gdybyś mogła przejrzeć rzeczywistość, 
pierwsza wzdrygnęłabyś się ze zgrozy. 

— Nie, mój ojcze — mylisz się. Wyobrażam sobie wszystko, 
więcej nawet niż słyszę. Dla mnie nie ma już strasznej rzeczy- 
wistości, nie ma szczęścia — jest. tylko spokój, a tego nie 
znajdę, chyba w roskoszy wypełnionych wzglądem was obo- 



149 



wiązków. Do pracy trzeba siły i chęci; jednej i dragiej widzę 
w sobie bezmiar. 

— Rzecz jasna, nie dostrzegasz granic siły, podobnie jak 
w życiu nie umiałabyś naznaczyć kresu. Ja dalej widzę starym 
moim wzrokiem i drogo nabytem doświadczeniem. Pierwsza 
oznaka słabnących sił byłaby dla ciebie hasłem nieukojonej 
zgryzoty i śmierci. Myśl ta zabiłaby mnie i twoją, matkę. Hal 
Jeżeli koniecznie chodzi o ocalenie nas wszystkich, może daiby 
się znaleźć łatwiejszy sposób, jedyny; od ciebie on zależy. Ty 
tylko, moje dziecię, potrafiłabyś zapewnić nam spokój , i we- 
dług mego rozumowania, własny twój los ubezpieczyć. Ale 
zdania twego odgadnąć nie zdołam , naprowadzać cię zaś na 
drogę nie przystoi mi , nie chcę. 

— Mów, mój ojcze! mów! Czemźe zasłużyłam na ten brak 
zaufania? Ka wszystko jestem gotową. 

— Nie przyrzekaj z zamkniętemi oczyma; mogłabyś później 
żałować. Szczęściem masz ojca, który nie zwykł korzystać ze 
słowa wyrzeczonego w zbytecznem wzruszeniu serca. Znasz 
mię doskonale; wiesz że ani w moich zwyczajach, ani w natu- 
rze, wpływać na twoje postanowienia , zmuszać cię do czego- 
kolwiek. Dbam o twój los więcej, jak o własne życie, i tam, 
gdzie ty zechcesz go zapewnić, pospieszę , chociażbym widział 
wyraźną moją zagubę. 

— Mój ojcze, powtarzam ci z głębi duszy: ja zmiany mego 
losu nigdzie nie widzę, nigdzie nie szukam. Pozwól mi o twoim 
pomyśleć, waszemu spokojowi się poświęcić. Ach! nie odrzu- 
caj mojej prośby — na klęczkach cię błagam ! — 

Marja złożyła dłonie; usta jej drżały, straszna bladość po- 
krywała oblicze; krew lodem ścinała się w żyłach; niespokoj- 
ność, trwożne przeczucia szarpały jej duszę. Zdawało się, że 
opętana piekielnym zawrotem, rzucała się w przepaść , że ży- 
wcem chciano ją pochować, ciało i duszę zatracić na wieki. 

Magnat w milczeniu przeżuwał myśli, upatrywał miejsca do 
łatw^ej zaczepki. Jemu przedewszystkiem chodziło o postawie- 
nie na swojem bez hałaśnych oporów, bez rozczuchranych scen, 
bez nadwerężenia domowego spokoju. 

Gwałtowne wybuchy, zacięte walki i spory mieszały mu 
digestję , a czasami nawet i sen. Za nic w świecie — chyba za 



150 



jeden order Złotego Runa — byłby naraził zdrowie na upome 
z zawadami przeboje ; wolał podczołgnąć się lub obejść , niź na^ 
trzeć lub rozbić. 

— Żądasz tego, moje dziecię — rzekł, ci%gn%c dalej tęż 
aamą kolej uległości — powiem więc , wszystko wypowiem. Za- 
wczasu jednak uprzedzam się, że przychodzę z radą tylko, z ży- 
czeniami, że sam jako ojciec, niczego nie żądam. Gdyby nawet 
wspólne nasze położenie nie wymagało bezzwłocznego ratunku, 
szczerze wyjawiłbym ci, że życie na wsi, do tego jeszcze w Ga- 
licji, uważam za niegodne ciebie , za niegodne tych , którzy usi- 
łują cię w.niem zagrzebać. -Znaczenie moje u dworu, ród nasz, 
wdzięki twoje i zalety — wszystko w tym kraju marnieje. Im 
droższy klejnot, tem świetniejszej potrzebuje oprawy. Cói 
z tego, że podziwia cię tłum lichego miasteczka, wówczas gdy 
przekonany jestem , że pierwsze stolice nie miałyby oczu .tylko 
•dla ciebie. 

— Mój ojcze! — 

— Nie mówię jak ojciec , ale jak doświadczony i bezstronny 
sędzia. Przyszłość twoją i naszą masz w ręku; jednem słowem 
możesz otworzyć sobie byt blasku, zaszczytów, godności, 
uciech, o jakich drugiej kobiecie w naszym kraju nie wolno za- 
marzyć. Świetny związek, stosowne małżeństwo, powróci cię 
w świat , do jakiegoś stworzona , nam pozwoli opuścić okolicę 
ze wszech miar dla nas niestosowną. Cudowna ta przemiana 
w jednej chwili da się uskutecznić. Niebo zesłało nam zba- 
wienie. 

Człowiek zacny, spokrewniony z pierwszemi domami cesar- 
stwa, z nieposzlakowanym honorem -r- rozumiesz mię, moje 
dziecię? — z nieposzlakowanym honorem , kochający cię nad 
życie, świetnie wychowany, czeka z ust twoich jednego wy- 
razu — 

— Odemnie? — czeka ! — Nikogo nie widzę. 

— Szambelan — 

— On! — Ach! czy liż i bez tego nie jestem dość nieszczę- 
śliwą ? 

— Mówił mi o tobie z wyrazem głębokiego przywiązania — 
oświadczył się. 



151 

— Oświadczył się! — powtórzyła Marja, patrząc w ojca 
oslupiałemi oczyma. — Przeczuwałam ! — Wczoraj ! — 

— Tak jest — wczoraj wieczorem , w ogrodzie. Cóż mam 
mu odpowiedzieć? — Uważaj mię za jego posła — bynajmniej 
za. ojca. — 

Marja padła przed nim na kolana i ujęła go za rgkę ; z%bki 
jej dzwoniły jak w gorączce; w oczach śladu Izy nie było — 
snąć wszystkie padały na serce. 

— Nie uważać ciebie za ojca? — mówiła, szukając w pier- 
«iacłi oddechu. — Nie, nie, nigdy! Przeciwnie, bardziej niż 
kiedykolwiek potrzebuję czuć, że jestem przy tobie, mój ojcze, 
28 doznam twojej opieki , że ty jeden mię obronisz. Nędzę, 
pracę, śmierć , wszystko zniosę , wszystko wycierpię — tylko 
nie mówmy więcej o tym panu, nigdy nie wspominajmy ! Ja 
oddawna nie należę już do siebie; nie mam serca — oddałam, 
bezpowrotnie I Drogi, kochany ojcze! Pozwól mi umrzeć 
w boleści, dokończyć byle jak strasznego życia. Nie odpychaj 
mię od sobie — pozwól mi przy tobie, przy matce pozostać — 
zawsze przy wasi — Zdała ód was, do grobu tylko mogę się 
przenieść! — 

— Przekonywasz się teraz, moja miła — przerwał smętnie 
Sokolnik, żem ci prawdę mówił o twoich siłach: zniknęły za 
pierwszem zetknięciem z rzeczywistością. 

— Nie, mój ojcze, nie czuję się bezwładną. Do życia w nę- 
dzy, w pracy, w poświęceniu, sił mam w sobie podostatkiem. 
Do przepychu, do blasku, do zbytku, do kłamanych uczuć, nie 
Jestem stworzoną. Chciałeś mię tylko doświadczyć — niepra- 
wdaż, mój ojcze? — Powiedz, że mię nigdy nie opuścisz, że 
o żadnem małżeństwie nigdy słowa nie przemówimy ; że się nie 
rozstaniemy nigdy. Pragniesz mego szczęścia? — Ja przy tobie, 
w domu tylko mogę być szczęśliwą. 

— Jak chcesz, mój aniele; wola twoja jest moim prawem: 
stanie się według twojej woli. Bóg zesłał nam kielich goryczy, 
wychylmy go do dna. A jednak żal pomyśleć ! 

— Ufajmy, mój ojcze, w boże miłosierdzie I Pan zsyła na 
nas niedolę ; ja duszę mam ku niedoli otwartą. Wycierpimy ją 
z pokomem sercem; zawstydzimy tych, którzy wstyd widzą 
w nędzy. Jeżeli nie na tej ziemi, to tam — wysoko — kiedyś, 



152 



niedługo może, spotkamy się spokojni, wiecznie szczęśliwi. 
Masz słuszność, mój ojcze; nie jesteśmy stworzeni do życia, ja- 
kie nas otacza. Nie dla nas powszednie roskosze, zadowolnienia 
miłości własnej. Co innym gasi pragnienie, nam ust nawet nie 
odwilżą. Każdy żyć potrafi w pomyślnym losie, w dostatkach; 
przeciwności uderzają, tam, gdzie zdaje się im, że znajd% godny 
siebie opór. Bez walki z losem nie ma poświęceń , nie ma za- 
sługi; życie wlecze się nędzne i bezbarwne. Lepiej być roba- 
kiem. Czemże wreszcie najsroższe katusze ciała w poró^vnania 
z udręczeniami duszy? Pierwsze lada kto wytrzyma; moralne 
bole umie znosić mała tylko garstka wybranych. Ja przynaj- 
mniej , po tern co dotąd wycierpiałam , nie potrafię już doznać 
nieszczęścia. Ileż razy, zdjęta nadludzką, boleścią, sądziłam że 
nocy nie przeżyję ! Byłoby może już po mnie , gdyby Hóg nie 
był oświecił mię promieniem ^ej łaski. Jemu zaofiarovrałam 
moje cierpienia, w nim odtąd żyję, pamięcią na jego rany ból 
moich zagłuszam. Święta nasza religja tyle zesłała mi otuchy^ 
że niewdzięcznem bluźnierstwem byłoby nadal powątpiewać 
o wsparciu. Z bożą pomocą, mój ojcze, więcej jeszcze 'wycier- 
pim. Ciało upada, ale duszę ból unieśmiertelnia. — 

Nie mogę zapewnić, do jakiego stopnia w smak szły mag^na- 
towi religijne pociechy, któremi egzaltowana wyobraźnia córki 
starała się poetyzować mu marności tego padołu płaczu; nie 
zaręczam nawet, czyli z dwojga złego wybierając, Sokolnik nie 
byłby przeniósł wątpliwego piekła w wieczności nad niezawo- 
dne piekło na ziemi. Nie podpada atoli kwestji , że w tej chwili 
prawdziwe wrażenie słów córki głęboko zataił. Nadto nie pora^ 
ani miejsce było wdawać się w dysputy teologiczne; rzecz cho- 
dziła o wydanie hrabianki za szambelana , o spotkanie się raczej 
w salonach księcia kanclerza , aniżeli w obJokowem empiream 
u przedwiecznego ojca. 

Ucieczka Marji w nadziemskie ssery przybawirfa Sokolni- 
kowi zachodów, nie wydarła mu atoli wszelkiej nadziei. Prze- 
ciwnie, nabrał otuchy; zrozumiał że pobitemu na ziemi nie na- 
leży odmawiać walki w błękitach. Zbawcza myśl nagle przed 
nim zabłysła ; tak się przynajmniej spodziewał. 

Zbliżył się ku Marji i z uroczystem westchnieniem słochat 
pobożnych jej marzeń ; na każdą wzmiankę o Bogu religijnie 



153 

wywracał oczy, toczył białkami ku niebu i wzruszony niby do 
ostatnich głębin duszy, rzekł: 

— Święte twoje słowa, lube dziecię! Poznaję w nicłi godną 
córkę twej matki. DodiJaś mi odwagi. Bóg takiego jak ty 
anioła i nas przy tobie nie opuści. Błogosławię dzień, w którym 
przyszłaś na świat. Prawdę wyrzekłaś. Dopóki dawna wiara 
przodków pierś nam zagrzewa , dopóty nie stracimy zwyczaju, 
Bog^ poświęcać dolegliwości i w modlitwie szukać pociechy — 
dopóty mamy prawo szydzić z zawistnych losów i uważać siebie 
za wybranych , za przeznaczonych ku lepszemu życiu , za wyż- 
szych nad tłum ścigający znikomosci tej ziemi. 

Ach! drogie moje dziecię, przeżyłem i ja bólów nie mało, 
i jeżeli pod brzemieniem ich nie upadałem, zawdzięczam to je- 
dynej pomocy, jaka mię nigdy nie opuściła — modlitwie. — 

— Nieprawdaż , mój ojcze — zawołała do łez wzruszona — 
że to jedyne, niewyczerpane źródło pociechy i siły ? Wczoraj 
jeszcze — wyznam ci wszystko jak na spowiedzi — wczoraj do- 
strzegłam cię żywo rozmawiającego z szambelanem. Niewytłu- 
maczone przeczucie ostrzegło mnie, że mówił ci o tern obrzy- 
dłem małżeństwie, o tym związku, przed którym przysięgłam 
uciec, choćby do grobu. Niezmierna boleść ścisnęła mi serce; 
przybiegłam do siebie jak obłąkana ; rój czarnych myśli mózg 
mi roztaczał. Widziałam przed sobą otwartą mogiłę. Rozpacz 
kąsała mi głowę , darła piersi ; łez mi już nie starczyło — my- 
ślałam że rozum utracę. Bóg mię ocalił. Sama nie wiem jak 
i kiedy znalazłam się na klęczkach przed tym oto świętym 
obrazem. Zaczęłam żarliwie modlić się, i nad rankiem domo- 
dliłam się przecie trochę spokoju. Dziś jeżeli czuję się zwą- 
tloną na siłach, jeżeli z śmiertelną trwogą poglądam w przy- 
szłość — moja w tem wina. Czyste tylko serce można poświę- 
cić Bogu i w zamian znaleźć pociechę i moc do życia; moje nie 
do mnie należy — Stwórcy nawet ofiarować go już nie zdołam. 
Kie zasługuję na jego łaskę. Tymczasem los zsyła na nas coraz 
więcej cierpień; z każdym dniem będzie nam potrzeba więcej 
wytrwałości, wiary, nadziei. Przeczuwam że dalej nie ostoję 
się o własnych siłach — i jeżeli na zewnątrz siebie wsparcia nie 
znajdę — 

— Tu, moje dziecię— przerwał magnat, tuląc ją do piersi — 



154 



to, na ojcowskiem łonie, w każdej chwili czeka cię spótczucie, 
przywiązanie bez granic. Łzy twoje z prawa do mnie należą, 
a w sercu mojem nieraz znajdę może sposób ukoić je, osuszyć. 
€o dalej nas spotka? — nie wiem ; groźne chmury wiszą nad 
nami. Rozumiem że wypada nam zebrać wszystkie siły, uzbroić 
się w nadludzką niemal wytrwałość. Rozumiem także, że jeżeli 
Bóg nam odmówi otuchy i wsparcia — nigdzie ich nie znaj- 
dziem. 

Posłuchaj, ludę dziecię! Widzę że mocno cierpisz, źe po- 
trzebowałabyś duchownej pomocy, jakiej ja nawet, ojciec twój, 
pomimo mego przywiązania, nie jestem w stanie dostarczyć. 
Ale uspokój się — w naturze obok trucizn rosną lekarstwa* 
Niebo zesłało nam właśnie człowieka słynnego cnotą, świąto- 
bliwością, rzadkim darem słowa, rzadszemi jeszcze zalety duszy. 
Gdybyś chciała zasięgnąć jego rady, pomówić z nim? Jest to 
dawny oraz wierny przyjaciel naszej rodziny. — Odkryj ma 
twoje cierpienia, przyjm sakramenta; wzmacniają one ducha. 
Posłuchaj jego rad ; pobożne słowo zabliźnia częstokroć naj- 
głębsze rany. Co mówisz, biedna moja córeczko? 

— Drogi mój ojcze! Z twoich rąk Wszystko przyjmę; słowa 
twoje i rady zawsze będą dla mnie pierwszą ucieczką. — 

Łkania przerywały jej mowę. 

— Dobrze więc — rzekł magnat, powstając i całując j§ 
w czoło — przyślę ci go natychmiast; w podobnych razach 
zwłoka jest grzechem. Tam wreszcie , gdzie idzie o złagodzenie 
bólu, pomoc nigdy zbyt wczesną. Za chwilę stanie przed tobą 
drugi twój ojciec, drugi przyjaciel — czcigodny nasz ksiądz 
Zeiiryn. 

— Mój ojcze! — zawołała dziewczyna, wyciągając ku niemu 
dłonie. Ale Sokolnika nie było już w pokoju. 

Marja załamała ręce: z odejściem ojca opuściła ją reszta od- 
wagi. Straszna rzeczywistość wybiegła jej przed umysł; opn- 
szczenię kochanka, przerażający los rodziców, zaloty nienawi- 
stnego szambelana, który jak złowrogi kruk spads^ nagle na 
rumowisko bytu całej rodziny i urągał wszechstronnemu jej nie- 
szczęściu , tyle ciosów od razu przygniotło ją ku ziemi. 

Nie było ratunku! Śmierć tylko pozostawała,^ śmierć nie- 
ochybna , która zwolna zaczynała już ducha z niej wymęczać. 



155 



Stroskana, bezsilna, toczyła do koła ^błędne spojrzenia po 
zamajaczonych przez łzy kształtach przedmiotów, gdy wtem, 
cicho , jako niegdyś wieko trumny zmartwychwstającego Łaza- 
rsa, otworzyły się drzwi i wszedł ksiądz Zefiryn. 

— Pokój tema domowi! — rzekł Jezuita, kreśląc w powie- 
trzu znak krzyża. — We łzach będziesz poczęty i ześlę na ciebie 
atrapienie — mówi Psalmista. Ale na wszelki ból jest ucieczka. 
P»n wyprawia wierne swoje sługi , aby zwątlone krzepić, a stra- 
pione pocieszać. 

— I grześć umarłe, nieprawdaż, mój ojcze? — odrzekła 
Maija z westchnieniem. — Tej ostatniej posługi wielu wkrótce, 
a może ja pierwsza zapotrzebuję. 

— Wszelki duch Pana Boga chwali! — przerwał duchowny 
z wyrazem troskliwego oburzenia — nie godzi się nam zrywać 
zasłonę z Pańskich wyroków, zwłaszcza zaś tym, którym mło- 
dość, zdrowie, zapowiadają długie jeszcze lata. 

Smutki mamy na sercu? — Któż ich nie ma? — Chwilowe 
przeciwności utrudzają nam życie? — Komuż ono jest ła- 
twem? 

Wiara , nadzieja , modlitwa , ufność w Bogu i w jego. sługach 
pomogły nieraz wyjść z cięższych daleko frasunków. Bóg zsyła 
jednakowo złe i dobre , a w końcu wszystko na chwałę swoją 
nieśmiertelną obraca. Miłosierdzie boże jest bez granic. Nie 
ma cierpienia, któreby w niem nie znalazło ulgi, stanowczego 
nawet ratunku. 

W zamian atoli za cudowną swoją pomoc, niebo żąda zaufa- 
nia i nieograniczonej pokory. Skuteczność naszych modlitw, 
nas, pośredników między Przedwiecznym a śmiertelnymi,, zależy 
od skrachy, od szczerości wyznań, od posłuszeństwa naszym 
radom. Powołani dbać o zbawienie duszy, o szczęście wiekuiste 
za grobem, z wysoka póglądamy na ziemskie pobudki. Świat 
i jego względy niczem są dla nas ; ztąd też i w radach naszych 
Boga tylko widząc przed sobą, mamy prawo od wiernej rodziny 
kościoła wymagać ślepego posłuszeństwa. 

Zmiłowanie boże możemy wymodlić, ale kogo opuścim, 
ten na wieki zatracon 1 

Panie, oświeć mię duchem twoim, oddal od nas szatana 
własnowolności , dumy, zarozumienia, a mnie niegodnemu 



156 



pozwól stroskaną twoją owieczkę doprowadzić do królestwa 
twego , gdzie wraz z Synem i z Duchem królujesz na wieki wie- 
ków — Amen. 

Uklęknij przy mnie, moja córko, wezwij na pomoc ducha 
skruchy i pokuty, wnijdź w głębiny serca twojego, przypomnij 
sobie, czem obraziłaś Stwórcę? — 

Ksiądz usiadł w szerokiem krześle, wzniósł głowę do góry^ 
jak gdyby nawoływał górne natchnienia. Marja skłoniła się ku 
jego stopom, ukryła twarz w dłoniach, i przez łzy i łkania, stłu- 
mionym głosem, zaczęła jedną z tych historji dziewiczego su- 
mienia, gdzie wystraszona piekłem wyobraźnia , w każdej myśli 
widzi występek, w każdem uczuciu zbrodnię, w każdem zwąt* 
pieniu bluźnierstwo. 

Słodkie tajemnice czystego serca, grzechy jutrzennej prze- 
zroczy, urocze dziecinne trwogi, żale rozbrylantowane łzami, 
anielsko-promienne nadzieje, tęczowe poemata uczuć — za cóż 
lada mnich słyszy was codzień, kochanek raz ledwo w życia, 
a często i nigdy ! — W was tylko skrzy się prawdziwa niewin- 
ność; w was ani cnota, ani zbrodnia nie wiedzą o sobie. 

Dziewczę w miłości, w poświęceniu nie postrzega zasługi; 
złego również nie rozumie. Porzuca, wabi, zdradza, mordnje 
z uśmiechem na ustach, z pogodą w sumieniu, jako swawolne 
pacholę, gdy wesoło motyla szpilką przebija. 

Święty wieku niewinności, kiedyż twój koniec, kiedyż drwić 
sobie z ludzi przestaniesz ? 

Ksiądz siedział jak posąg z hebanu , czarny, posępny, mil- 
czący. Gdy wreszcie piękna pokutnica umilkła, westchnął po- 
bożnie i tym dźwięcznym głosem, jakim umiał kołysać najbole- 
śniej rozdrażnione nerwy, jął zapuszczać w ukorzoną przed nim 
duszę balsam wymownej pociechy. 

Dziewczyna cierpiała na niesłychaną egzaltację wyobraźni, 
na zaprzepaszczenie serca w bezdniach sentymentalizmu. Je- 
zuita zwolna, łagodnie puścił się z nią naprzód w napowietrzne 
krainy, zrozumiał cierpienia, użalił się nad słuszną boleścią, 
pokazał jej słoneczne niebo. Boga siedzącego na ironie, Świę- 
tych rozposągowanych przed nim w wiecznem uwielbienia, 
i aniołów zawodzących seraficzne chóry. 

Powoli otuliwszy i owładnąwszy jej duszę, chylił się z nią ka 



157 



ziemi, stawał na tle światowego życia; dowodził chwały, jaką, 
sobie zjednywali godnie wytrzymujący doczesne próby ; prawił 
jej o niej samej, wywoływał na jaw rozum jej, wysokie zalety 
duszy, obowiązki względem nazwiska, względem rodziców, 
względem kościoła, obowiązki wzniosłe, szlachetne, święte, 
którym można tylko było zadość uczynić, wyzuwając się z bez- 
bożnych, rozpasanych myśli, zapewniając szczęście swoje i ro- 
dziców, przyczyniając do utwierdzenia wiary wejściem w stan, 
przez Stwórcę przeznaczony kobiecie. 

Marja porwana urokiem czaro wnej wymowy, długo słuchała 
go z zachwyceniem ; skoro jednak dziwne wnioski odbiły się 
o jej uszy, nagle podniosła głowę i z trwogą, jak gdyby z nieba 
strącona na ziemię, rozpaczny wzrok utkwiła mu w obliczu. 

Ksiądz dalej prawił swoje , aż nareszcie półgłosem wymówił 
nazwisko szambelana. 

Hrabianka porwała się niby rażona piorunem. Uchwyciła 
skronie między drobne rączki, strasznie pobladła, uskoczyła na 
kilka kroków i drżąca, wsparła się o klęcznik w przeciwnym 
rogu komnaty. Obłąkanie wybiegło na jej lica, nie wiedziała co 
się z nią działo. 

— I on także! — mówiła sennym, przerażonym głosem — 
i on — i tamten — i oni wszyscy — Boga iiawet namówili — 
sprzysięgli się na moją zgubę! — Nieszczęśliwa! — zabijcie mię 
od razu ! — 

Padła na klęcznik, objęła go konwulsyjnie obiema rękami; 
bolesny spazm wydarł się z jej piersi. 

Ksiądz powstał. Okiem gniewem mu zapalało ; chciał mówić, 
grozić, przeklinać, ale poznał że słowa jego nie znajdą w tej 
chwili przystępu do rozhukanego żalem umysłu. Sam wreszcie 
strwożony stanem córki magnata, pospieszył dać znać rodzicom. 

Sokolnik czekał go na dole. 

— I cóż nowego księże? — rzekł, zdziwiony niezwykłym 
wyrazem twarzy Jezaity. 

Ojciec Zefiryn zabiersJ się do odpowiedzi 

Zanim jednak takowej udzielę, właśnie przypominam sobie, 
że kilka temu kartek, obiecałem zakończyć rozdział -jednym 
tylko zwyczajnym, pospolitym, arcypowszednim wyadkiem. 



158 



Sam nie pamiętam, jak i kiedy zabłądziłem mi^iy tyle 
szozegółów. 

— Na wszelki grzech atoli jest miłosierdzie — powiada 
czcigodny ojciec prowincjał Jezusowego zakonu. 

Stawiam się na słowie. 

W miesiąc po dopiero co przytoczonym rozhoworze, wy* 
kwintny powóz wyjeżdżał z bramy Sokolnikowego pałaca. 

Siedziało w nim dwoje młodych ludzi. 

Zebrani goście żegnali ich ulewą grzeczności, życzeń, po- 
winszowań. 

Szambelan rozpromieniony, dziękował słowem i gestem; 
Maija z tęsknym uśmiechem, który dodawał powabu blademu 
jej obliczu, chustką przesyłała rodzicom ostatnie pozdro^enia. 

Wyjeżdżali prosto do Wiednia. 

Szczęśliwa droga — wesołej podróży ! 

Niech żyją państwo młodzi! — 



XIII. 



i/wa lata upłynęło według gregorjańskiego kalendarza. 

Dwa te tuziny księżyców w słonecznych tylko obrachowa- 
niach mają wartość stałą, ściśle oznaczoną. Człowiek każdy 
różnie je odmierza, stosownie do tego, jak mu przybyło w nich 
smutków lub radości, zgryzoty lub spokoju. 

Dla nieopatrznych, dla wyzyskiwaczów przypadku fortun- 
nego urodzenia , dwa lata — dwa błyski ; dla lichwiarzy dwa 
lata — dwa termina procentów ; dla biedaka dwa lata — dwie 
zimy mrozu i nędzy ; dla wolnych dwa lata — dwa źródła życia 
i siły; dla więźnia dwa lata — ^ dwie nieskończone pielgrzymki 
po bezdennych., wilgotnych, ciemnych i coraz głębszych otchła- 
niach piekła. 

Lat podobnych ostatnim z każdym dniem się mnoży ; zapra- 
wdę bowiem, zaprawdę, nie tylko ci więźniami, którzy jęczą 
pod zamknięciem, którzy w zamarzłych stepach lub na wyspach 
z pod równika przeklinają swe losy. Miljony innych chodzi po 
bi£^ym świecie, dźwiga kajdany, lżejsze dla słabych, cięższe dla 
dzielniejszych duchów. Wolny tylko nie jest więźniem, a wol- 
nych, klnę si^ na wszystkie potęgi niebieskie, mniej widno na 
świecie, niż źródd: w pustyni. 

Tak dzieje się w rzeczywistości; inaczej możnaby sądzić, pa- 
trząc na tłum zbuntowanych niewolników , z których każdy za 
wolnego się uważa. 

Ostrożnie — szlachetni, biedni moi marzyciele! — Sama 
walka nie jest jeszcze zwycięstwem. 



160 

Myślisz , żeś dla tego niewolnikiem , że cię żelazna przemoc 
ugniata, że pękasz pod prawem upurpurowanego oprawcy, lub 
pod knutem republikańskiej konstytucji? — Szalony — zbliż 
się! — Cięższe kajdany nosisz w sobie, niż na zewnątrz. Z je- 
dnych chwila zapału i święty bunt cię wyzwolą ; z drugich któż 
mocen cię wyswobodzić? — 

Gorzkie szyderstwo ! — Boisz się piekła i nieba , wierzysz że 
dla tryumfu prawdy, Bóg niewidzialny mógł fałszem cuda ci- 
snąć w twarz naturze. Osłupiałym okiem patrzysz na misterje 
czarnych przekupniów ducha, hamulcem ślepej wiary kiełznasz 
rozum, arcbimedesową dźwignię wolności ; sam sobie zabraniasz 
iść naprzód , własno wolnie podpisujesz akt niewoli i jeszcze py- 
tasz , kim jesteś? — Niewolnikiem ! — odpowie ci głos sumie- 
nia , jeżeliś ołowiem przesądu zupełnie go nie przydusił. 

A ty drugi , przecz tak wznosisz czoło ? — Uważasz się za 
wyleczonego z przesądów , dla tego żeś zdeptał krzyż swięto- 
kradzką stopą, żeś jednego Boga zmienił na zdawkowych bogów 
miljony, żeś — jak pewien niemiecki mój znajomy — og^łosił się 
osobistym nieprzyjacielem Jehowy, żeś we wszystkiem odkrył 
próżnię twojego serca i czczość twego rozumu — że nie wie- 
dząc dla czego źdźbło trawy wyrasta, zawyrokowałeś nicestwo 
ducha? — 

Ha! niewolniku dogmatyzmu niewiary ! precz odemnie plu- 
gawy płazie ! Wolność twoja trucizną dla życia — ani światła 
w niej , ani powietrza. 

Za poezję dziecinnej mojej mitologji dajesz mi przestrzeń 
wiecznie ciemną, gdzie rozpacz i nienawiść tylko się lęgną — 
gdzie krew mózg rozdziera . gdzie zmysły szaleją, gdzie pierś 
pęka od braku oddechu. 

Nie powiem że milsze mi od ciebie zwierzę ; ubliżyłbym — 
zwierzęciu. 

Wy, stójcie z daleka, obrońcy szlacheckich i koronnych 
przywilejów, zaplecznicy tronu Baala, Molocha niezapraco- 
wanego złota, Odyna rozboju o żołnierskiej pięści, Temidy ję- 
dzy praw. Cerbera symbolu porządku! Wasza sprawa już 
pogrzebaną i przekleństwo wam wypłacone. Człowiekowi nic 
wspólnego z upiorem , chyba dębowym kołem przebicie trupiej 
piersi. 



161 

Zniknęli jak senne widziadła; oni sami nawet nie przyzna- 
wali się do wolności. Pogarda z nimi ! — Więcej mieli wstydu, 
aniżeli ten oto , z rozpłomienionem obliczem , który chce wy- 
swobodzić mię od tyranów, aby następnie ciemiężyć prawem 
wyszachrowanem na Indzie; który mi tłumaczy, że gdy z woli 
ogółu skórę będą ze mnie ścią,gaó, mniej zacierpię, niź gdy car 
ongi pasy mi wyrzynał; który przysięga że wolność, to na 
zgliszczach przywileju wykwii^a zasada wszechwładnej wię- 
kszości. 

Wolność twoja gorsza ód niewoli -^ wolność ta fałszem, 
oszustwem! 

Między zasadą, większości a prawem mocniejszego — gdzie 
różnica? Wola wszystkich jest mi równie nieznośną, jak wola 
jednego. Człowiek jedną wolę ma tylko świętą — swoją własną. 
Gdzie prawo, tam bezpra^yie — gdzie rękojmia, tam podstęp — 
^dzie wiele upajających słów i ziuręczeń, tam więcej jeszcze 
obłudy. Każdy sobie panem i kapłanem, sędzią i rozjemcą, 
skarbnikiem nagród i. wykonawcą kar; a kto od innych szuka 
zbawienia, ten niech otwarcie szyję pod łańcuch nagina, niech 
podpiera pierwszy ukradziony tron, niech przystaje do hordy 
obłąkańców , lub szajki opryszków , skupionych pod chorągwią 
szkolarśkiej zasady wspólnictwa; 

Tyle o głównych obozach ludzkiego rodu; cóż dopiero, gdy 
zejść do szczególników I — Każdy przesąd, każda światowa wy- 
mogą, każdy fałsz, każda namiętność, każde samolubstwo, 
każdy system, systemacik i systemek, wloką za sobą swoich 
niewolników , dławią jarzmem miłości własnej , sieką rózgami 
2wyczajn. 

Od westchnień ku wolności, potwierdzonych nawet zaofia- 
rowaniem życia, do świadomego jej pojęcia daleko — dalej 
niż do niepodległości, dalej niż do republiki. 

I któż więc dziś wolny? — Gorzkie i zawiłe pytanie! W tej 
chwili zwłaszcza trudno mi odpowiedzieć. 

Bagnety despotyzmem zbezczeszczonej starej kochanki ro- 
gatego Jowisza, dwa morza, szerokie pustynie, przedzielają mię 
od Europy, od krajów, gdzie pomazaniec, ksiądz, prawnik 
i kat, pojedynczo lub wszyscy razem, kąpią się we łzach 
i w krwi uciemiężonych ludów. 

Cbojecki , Alkhadar. lir. W 



162 

Kto wolny? ^ Sam siebie nie ómiem zapytać. 

Ze stolicy naroda-patrona rewolacji i oświaty , z republi- 
kańskich więzień, na których czarno poczwarzy się hasło : wol- 
ności, równości i braterstwa, wydarłszy się — stoję pośród 
libijskich obszarów i o własnej swobodzie nie śmiem za- 
marzyć. 

Żałobnym korowodem wszędy pełzną za mną wspomnienia 
krają, który za każdem uderzeniem tętna, piekło mąk na sobie 
zużywa — wlecze się pamięć dzielnych spółpracowników , po- 
więzionych za zbrodnię człowieczej godności — ciągnie rozpacz, 
zwątpienie i nieodstępna przyboczna straż harpji ślepo zażar- 
tych na przeklętą pierś wygnańca. 

Jedno tylko od nich wyswobodzenie: zgon — i jeseli to 
jeszcze nie ostatnia ułuda. Gdyby przynajmniej swoi i blizcy 
chcieli byli oszczędzić tmcizny ! — 

Dziwne pokolenie, dziwna epoka; łatwo w niej umrzeć za 
wolność; żyć wolnym niepodobna — zawcześnie! 

Cóż więc pozostaje ? — 

Ro^>acz? — Głupia melodrama, przelotne uczucie, stokroć 
zBOŚniejsze od głodu lub od pragnienia. Obojętność? — fałsz! 
Życie i obojętność nie znoszą się nawzajem ; mumja tylko może 
być obojętną. Nadzieja? — lep na dudki, pustynny majak na 
niedoŚ¥riadczone wędrówce. Cierpliwość? — hasło niedołężnych 
Inb niewolników. 

Hal na wszystkie ognie afrykańskiego słońca, nic by czło- 
wiekowi nie pozostało , gdyby szczęściem nie umiał drwić z sie- 
bie i z przypadka. 

Błogi uśmieehu o zmarszczonem czole, o surowych rysach, 
ostatnia ucieczko strapionego, najwyższy tonie wolności dacfaa, 
święta i jedyna pochodnio prawdy — rozprosz uderzeniem sta- 
lowych skrzydeł zmorne widziadła, obudź siłę i życie, ichny 
w piersi potęgę, bież, przybywaj czemprędzej na wichrach 
zwątpienia, zagrzmij pieśnią wolności , pokaż żywe, wcielone 
jej dowody! — 

Dość mi oczy otworzyć , przypomnieć gdzie jestem. 

Od sześciu dni nie ruszam się z oazy. 

Całe łono namiotu osłania gorączką trawione ciało. Poko- 



lea 



lenie Ualad-al-Said pociągnęło dftlej ; kilka tylko synów puatyni 
zostało przy rozniemoglym wędrowcu. 

Rzecz dla nich zwykła ; gość im bratem, •choć na chorągwi 
wyrazu « braterstwa)) nie piszą. 

Unedli z dala pod palmą, karmią w milczeniu wielbłądy; 
żaden z nich do namiotu wejść się nie odważa; lękają się prze- 
rwać spoczynku lub dziwnego zatrudnienia, jakiemu podróżny 
często się oddaje, gdy na grubym papierze cienki rozścielia 
i kawałkiem, snaó węgla w drzewo oprawionego, kreśli taje* 
mnieze znaki. 

Mołła jaki zapewne albo wróżbita z Frengistanu , stara się 
przyszłość odgadnąć, lub zaklęciami odegnać złowrogie po- 
wiejki systemu. 

Turka tu nie ma ; o psią niewiarę nazarejskiego pielgrzyma 
nikt nie posądzi. 

Błędny mieszkaniec pustyni nie zna żadnych dogmatów; 
mało z nich który słyszał o Proroku ; muzułmańskiego wyznania 
wiary żaden nie umie i zdziwione oczy otwiera, gdy mu powiesz 
że jeden tylko jest Bóg, a Mahomet jego objawiciel. 
To mi dopiero naród, aż miło w nim się rozgościć! — 
O powody przyjazdu, o długość pobytu, o dziwaczność za- 
trudnień, nikt nie zapyta. 

Bal cóżby wreszcie im ztąd przyszło? — Gdyby nawet naj- 
bliższy mój Habib, naczelnik pokolenia, sam Hussejn-£bn- 
Saleh, chciał się dowiedzieć, dla czego gość jego często samo- 
tne nad zwojem papieru trawi godziny — jak mu wytłumaczyć, 
temu władcy natury, temu półbogowi wolności, że są ludzie, 
którzy przez świstek papieru stwarzają sobie blizkich druhów, 
widzą dalekie kraje, przenoszą się na drugi koniec świata, prze- 
szłość wywołają z grobu, w przyszłość wytężają źrenice. Zwła- 
szcza też że nie chodzi tu o listowne przesyłki , o wieści i odpo- 
wiedzi; znaki te pie tyczą się osobiście nikogo; jeden powiew 
wiatru może unieść je w niepamięć, tak, jako inny z pamięci je 
wywołał. 

Nie dość na tem. Jak następnie dać zrozumieć wątki, z któ- 
rych snują się myśli? 

Dla czego jedna nić szara, inna błyszcząca, ta potargana, 
ta krzepko nawiązana, jako wojennego łuka cięciwa? Zkąd pły- 

11* 



164 



nie ta tOEmnsto66 barw i dźwigów — przecz jednocześnie nie- 
raz źródło zapału miesza nię ze rwącym potokiem rozpaczy — 
gdzie jedno serce nabrało w siebie tyle boleóoi, goryczy, zwąt- 
pienia? — 

Ile zapytań, tyle zarzntów, a na wiele z tych ostatnich nie 
godzi 8i§ odpowiadać. 

Bernie przeczucie ostatecznego 8%dn , na bezdrożach Arabji 
skalistej stokroć mi wyraźniejsżem w przyszłości, skoro jaki 
katolicko-literacko-poznański podsędek rozciągnie mię na Ma- 
dej o wem łożu Indyki i słodkim głosem zapyta: dla czego 
w powieści brak ładu , zkąd prawo do osobistych ustępów, cze- 
mu zamiast opisów nie djalogi, miasto djalogów nie opisy — 
przecz nie pytano go o radę i o Mlogosławieństwo, nie przewi- 
dywano jego cenzury, nie wyłamano się z swego charakteru, 
nakręcono do jego przekonań? — 

Ha, prawda w oczy kole! — Nie ma co odpowiedzieć. 
Vade retro satanasl ^ 

Być może. Prawiłem o wolności i w obec arkusza białego 
papieru chciałem jej. zakosztować. Krytyka sądem; niechże 
więc szamoce i^ię z martwą liter| prawa. Ale powieść życiem, 
niechże więc będzie wolną i prawdziwą jak życie, 'niek>giezn% 
jak przypadek ,roztułaną jak wygnaniec, doraźną jak natchnie- 
nie, ustała nieraz jak pognębione ciało, wesołą czasami jak 
chwile dobrych snów, zgrzytliwą jak codzienna rzeczywistość, 
gorzką jak wieczna samotność; zapalną jak zgorączkowany 
umysł, śmieszną, ba 1 nawet ślepą jak sąd ludzki, jak opinja. 

Komu rodzinna mowa mile dźwięczy w uchu, kto wtedy 
tylko ćiłyszy polski wyrazy gdy go sam głośno wyrzeknie, ten, 
aby nie zapomnieć pieszczot piastunki i módz ją kiedyś zrozn- 
miała rzeczą powitać, ten musi od biedy cz&sami chwytać za 
pióro i sam z sobą porozmawiać. 

. Tak rodzi się powieść. Tem gorzej, dla tych, którzy w dzi- 
siejszych czasach p^ez poważne okulary poglądają na podobny 
rodzaj utworów. . 

Wreszcie cóż poważnego na świecie? — Śmiejmy się ze 
wszystkiego , zacząwszy od powieści i wszystkich mniej więcej 
grubych książek ! Dotąd niejeden znał życie tylko z okładek — 



165 

księgi natomiast badał od wstgpu do spisu. Czas, aby człowiek 
zbuntował si^ przeciw jarzmu z druków i ze szpargałów. 
Najstraszniejszą plagą rodzaju ludzkiego byliby bez zawodu 
mędrcy, gdyby literatów nie było na świecie. Samo wspomnie- 
nie na zajadliwość tego plemienia, przywołuje mig do porządku; 
przyznaję się do winy, przepraszam pokornie za wszelkie 
^^PYi przyrzekam żadnym uskokiem nie przerwać odtąd wą- 
tku i rzecz jak najspieszniej doprowadzić do końca. 

Mnie samemu pilno do kresu. ObiecsJem sobie po dobiciu 
nareszcie trzeciego okresu, przez kilka miesięcy przynajmniej 
nie spojrzeć na żaden druk, na żadne pismo, ni& wziąść pod 
żadnym pozorem pióra do ręki. T^kno mi za urzeczywistnie- 
niem drogiej nadziei. 

Dalej więc do dzieła ! 

Mówiłem, jeżeli się nie mylę, o Beduinacb? Nie — jeste- 
śmy przecie w Galicji , nie na stepach Ghazy; 

Prawda, niezaprzeczona prawda! — Zbieram myśli, i)rzj- 
pominam sobie, żem wytoczył proces wolności i rozumowi. 

Bynajmniej! Nie o wolności tu mowa, ani o rozumie — ale 
o galicyjskiej szlachcie; druga z pierwszemi nie ma żadnego 
związku. 

Zaraz — natychmiast — otóż to — zawsze tak bywa! — 
Gdy raz nić się przerwie, trudno ją potem schwycić — na- 
wiązać. — 

Nieszczęsna pamięć ! Muszę sam siebie odczytywać. Dobrze 
mi iak ! — Ha! mam go nareszcie — przeklęty początek! . 

Oświadczyłem wszein w obeo i każdemu z moich czytelników 
po szczególe , że między drugim a trzecim okresem powieści 
upłynęły dw& lata. 

Powyższe oświadczenie zdaje się mi nader prostem. Galicja 
bowiem to ma w sobie wspólnego z innemi najoświeceńszemi 
nawet krajami, że w niej równie dobrze jak gdzieindziej lata 
płyną jedno za drugiem. Złośliwe języki utrzymiąją wprawdzie? 
że rok w gcdlcyjskim pałacu często , jako dzień dżdżysty, nie 
makcmca. Co do mnie, nigdy nie przy wiązywałem się dosło- 
wnie do tego wyrażenia ; uważałem je za poetyczną metaforę, 
przekonany że 31. grudnia, o północy, rok zarówno się kończy 
nad Sanem jak nad Sekwaną , nad Wisłą jak nad Nilom. Silnie 



166 



w tern przekonania .utwierdzeń , raz ostatni powtarzam , że 
dzięki postępowi rewolucyjnych pojęć, w Galicji sam cesarz 
nawet nie ma prawa przeszkodzić upływowi dwóch lat , chyba, 
jak w wojnie węgierskiej, przyzwałby na pomoc Moskali ; ale 
i wtedy jeszcze zwycięstwo niezupełnie pewnem. Francja 
i Angija mog% zaprotestować. 

Tymczasem korzystajmy z łaskawej nieopatrzności rządów 
i powiedzmy sobie do ucha, że na krótki czas przed pamiętnem 
powstaniem 29. listopada, dwa lata upłynęły w Galicji, każde 
spożywszy, jak należało, po dwanaście miesięcy. 

Z dzie^aczów naszej powieści niejeden mógł umrzeć. Dwóch 
lat na podobne przedsięwzięcie niekoniecznie potrzeba; żaden 
przecie nie umarł, wszyscy żywi i zdrowi, dzięki Bogu — spo- 
sób mówienia w Polsce, używany do rzeczy często najmniej 
pobożnych. 

Spotkamy ich co do jednego przed kresem naszego opowia- 
dania, złych i dobrych razem pomieszanych, jak zwykle dzieje 
się w życiu. 

Zacząć jednak wypada od tych, których autor przedewszyst- 
kiem ukochał. 

Zawczasu więc uprzedzam, że nie o 'Sokolniku tu mowa, ani 
o księdzu Zefirynie, ani nawet o czułej hrabiance, która w tej 
chwili jeżeli jeszcze wzdycha, oddawna napróżno wzdycha za 
błogiemi czasami swego panieństwa. 

Kazimierz, po pamiętnem zajściu we Lwowie, opuścił mia- 
sto i wrócił w góry, do siebie, gdzie wkrótce dowiedział się 
o małżeństwie Maiji z szambelanem. 

Ostatni ten cios, pomimo udanej obojętności i wyrzeczenia 
się własnych nadziei, gromem go uderzył. 

Długo mniemał, że umiał tylko rozumować, walczyć i nie- 
nawidzieć. Nie spodziewi^ się , aby tyle mógł kochać. 

Przez kilka dni szalał z rozpaczy i z bólu, aż nareszcie wro- 
dzona dzielność wzięła górę nad żalem. Inne, niemniej silne 
uczucia napłynęły mu na duszę; wtłoczył na same dno pamięci 
świadectwo doznanych cierpień , zwarł się sam w sobie, i jak 
gdyby rzecz chodziła o obc% mu istotę, spokojnie j%ł układać 
bilans doświadczeń swoich , stanowiska i wniosków. 



167 



Wracał do kraju, przyjeżdżał z Włoch, gdzie fortunny wy- 
padek zetkn%ł go ze znakomitymi walecznikami za wolność, 
sprzysiężonyrai przeciw haniebnemu uciskowi domu Łotaryng- 
skiego. Poznał się z nimi, zaprzyjaźnił, przejął ich zasady i na- 
dzieje ; zapragnął na krajowej niwie zapielęgnować podobneż 
ziarna poświęcenia i oporu. Szukał tylko czucia, zapiJ'u, pewny 
że przy takowych łatwo znajdą się środki, znajdzie zwy- 
cięstwo. 

Widzieliśmy, co znalazł we Lwowie, gdy brat niepojętną 
dłonią pchnął go w war wykwintnego towarzystwa Galicji. 

Załamał ręce, ale nadziei pomimo to nie stracił. Ufał w moc 
swoich postanowień , poczuwał się dostatecznie na siłach rzuce- 
nia samego siebie jako pierwsze ogniwo świętego łańcucha. 
Życiem odmiennem od powszedniego chciał zapewnić sobie 
wf^yw i konieczną do działania powagę. 

Marzenie to wkrótce rozwieje się bez śladu; za pierwszem 
odstryehnięciem się od hulaszczej czeredy zamiast wziętości, 
zyskał nienawiść. 

Odczarowanie było mu dość obojętnem; inne uczucie, nie- 
spodziane a drogie, przepełniało mu duszę, ogarniało całą jego 
istotę. 

Kazimierz zapomniał że dwom panom służyć trudno; że 
w ugnębionym krsju walka za swobodę jest zakonną regułą, 
wyłączającą bez miłosierdzia wszelkie osobiste stosunki. Zdało 
się mu, że wystarczy sercem dla ojczyzny i dla kochanki. Mnie- 
manie to mogło być przypuszczalnem , gdyby gdzieindziej był 
szukał, gdyby inaczej był wybierał. 

Go do mnie, w każdym razie wątpię. 

Ale Kazimierz nie szukał, nie wybien^; przypadkiem napo- 
tkał, i wnet w jednej myśli , w jednem uczuciu całą duszę uto- 
pił. Prawda go wiodła; z prawdą nie mógł zabłądzić na fałszywe 
manowce; o podwojonych siłach prędzej nawet staws^ u celu. 
Tchnął szczęściem , ukochał teraźniejszość , wytęczował sobie 
widoki na przyszłość. Za kilka dni miał umiłowaną na wieki do 
serca przycisnąć. 

Zawiść atoli czatowała nań pokątnie, ostrzyła szpony — 
i w chwili, gdy najmniej tego się spodziewał, skoczyła mu 
do oczu. 



168 



W zwycJBajnej kolei życia Kazimierz byłby według zwyczaju 
postąpił. Podówczas czuł się na wyłącznem stanowisku, zapra- 
gną pokosztować owocu opinji, przekonać się, gdzie ustaje 
ludzka sprawiedliwość, jak daleko sięgają wiara i zaufanie tych, 
którzy sercem badając, wszechstronnie mogli go poznać. 

Postępek Wilczka nie dawał się rozwiązać w pospolite wnio- 
ski. Zrównoważenie wartości dwóch bytów było niepodobnem; 
jeden miał wszystko do utraty, drugi nic. Poraj nie pragnął 
wypłacać długów własnej próżności i wymogom światowym, 
ale zupełnie pognębić głównego przedstawcę zgubnych dla 
kraju żywiołów. Najprzód opinja powinna była potępiać 
napastnika, a następnie do znieważonego należała osobista 
zemsta. 

Czekał, wystawiał drugich na próbę — samego siebie byt 
pewnym. 

Nie długo czekał. 

Sąd świata, zły z swojej natury, a głupi, bo po wierzchu 
muskający wypadki, wyzwierzył się przeciw sprawiedliwemu, 
lunął nań deszczem oszczerstw , jadu , złorzeczeń, i tak głęboko 
w falach żółci i potwarzy pogrążył, że gdy Kazimierz zagrożony 
zatratą, ufne dłonie wyciągnął do najbliżej stojących na brzegu, 
nikt nie śmiał pochylić się nad topielą. 

Czarna gawiedź patrzyła z dala; każdy lękał się pośmiewi- 
ska. Uciekli znajomi , tuż w ślady za nimi pomknęli wczorajsi 
przyjaciele. Po chwili brzeg opustoszał — dwoje tylko bidzi po- 
zostało: brat i młoda kobieta! 

Jeszcze nie prysły ostatnie nadzieje , jeszcze było u kogo od- 
wołać się do wiary, do zaufania. Kazimierz czepiał się pozosta- 
łych dwóch gałązek. 

Niebawem pękła mu pierwsza: brat chwytając się za głowę, 
przeklinał i uchodził. Spojrzał raz drugi : kochankę — ostatni 
wyraz społeczeństwa — |}lugawy cesarski służalec uwoził de 
Wiednia. 

Brzeg ten był mu wrażym ; nie było powodu dobijać się na 
nim o gościnność. 

Myślano że zginął. Wkrótce zapomniano o topielcu. 

Wartki atoli prąd pognębienia znalazł godnego siebie za- 
pastnika. 



169 

Kazunierz silnem ramieniem roztr%cił nurty, dobił na prze- 
ciwny brzeg, gdzie ludzi nie było, gdzie znalazł się sam. 

Na jeden raz zabrakło mu wszystkich żywiołów społecznych: 
wszyscy od. niego odskoczyli. Otrząsłszy się z pierwszych unie- 
sień bólu, w głębinach własnej duszy zamierzył poszukać świata. 
Sam sobie za wszystkich postanowił wystarczyć. Jednym zama- 
chem ręki pożegnał dawne marzenia osobistego szczęścia, ode- 
pchnął podobieństwo wszelkich towarzyskich stosunków, • od 
razu stanął tam, gdzie charakter jejgo przy najpomyslniejszych 
losu kolejach byłby go kiedyś doprowadził. 

Jedno tylko spotkanie przewidywał w przyszłości, z jednym 
tylko człowiekiem pragnął zetknięcia; nieugięta jego wola obie- 
cywała mu spełnienie zamiaru. Rozbratany z całym wieńcem 
uczuć, jedno w piersi tylko zachował: to, które nie potrzebo- 
wało ludzkiej wzajemności. Zdawało mu się nieraz , że konie- 
czność pędziła go do wcielenia w pojedynczą postać ogólnych 
nieprawości i własnych krzywd, że szsl zemsty ogarniający go, 
wsiąkły mu w krew, w mózg, miał na celu więcej, niż odwet za 
osobistą zniewagę, za bolesne,, wynikłe z niej skutki. 

Ale zemsta z natury swojej musiała być niezawodną. Kazi- 
mierz nie chciał poruozać jej niepewnym igraszkom przypadku. 
Wypadek walki mógł być wątpliwym, upatrzona pora i wpra- 
wna dłoń nie powinny były zawieść. Czuł w sobie cierpliwość 
bez granic i zaufanie, że los nie zechce żywcem pochować go 
pod wiekiem .bezkarnie puszczonej krzywdy. Błagał nie o po- 
śpiech, lecz o niezawodność; z roskoszą pieścił myśl zemsty dla 
samego siebie. 

Narodowi, rodzinie, kochance, przyjacielowi, pierwszemu 
z biednych wydziedziczonych, spotkanemu na publicznej dro- 
dze, rozumiał że wszystko w danej chwili można było poświę- 
cić — światu, takiemu jakim go poznał, opinji, jakiej doświad- 
czył, pogardę tylko mógł cisnąć w bezczelne oblicze. 

Ze swojej strony, ludzie jak gdyby w przeczuciu usposobień 
odludka, z daleka pomijali dom obciążony klątwą opinji; pasi- 
brzuch nawet nie zawitał żaden. Kazimierz stroniony od wszyst- 
kich , opuszczony od własnego brata , którego szlachciane prze- 
sądy i niewolnicza uległość wyrokowi ogółu pokazały się silniej- 



170 



szemi nad głos serca , prawdy i krwi — Kazimierz wiódł życie 
całkiem odosobnione. 

Byt pastelniczy, dla kogo innego nieznośny, jema nie spra- 
wiał żadnej przykrości, nie budził w daszy żadnego uczuda 
niedostatku. Przeciwnie — żywot światowy byłby mu w tej 
chwili nie do wytrzymania. Zbrzydło mu towarzystwo , o jakie 
pokaleczył się za powrotem do kraju ; samotność stanęła mn 
jedyn% i ostatnią przyjemnością życia. Owładnięty wreszcie 
jedną myślą, zwartą w jedno ognisko, wytężoną w jeden 
w przyszłości punkt, nie obracał na teraźniejsze swoje położe- 
nie żadnej uwagi. 

Zatrudnienia wiejskie nie przedstawiały mu zajęcia. Od 
podwładnych wymagał opieki i nieustannej pomocy dla ludo 
wiejskiego; od służby niczego nie żądał, prócz aby Jak najrza- 
dziej nawijała się mu na oczy. 

Żądania jego święcie spełniano. 

W rodzinie Porajów, służba oparta na swobodzie przywią- 
zania , dziedzictwem , z ojca przechodziła na syna. Miejsce roz- 
kazów i ślepego posłuszeństwa zajmowały z jednej strony otwar- 
cie wyrzeczone zdanie , z drugiej przyjacielska zgoda. Zdanie 
otwierał raz pan, to znowu podwładni i słudzy, stosownie do 
woli lub potrzeby. 

Wewnętrznym zarządem domu trudnił się stary Grzegorz, 
dawny sługa nieboszczyka ojca braci Porajów ; piastun niegdyś 
młodszego panicza, dalej towarzysz wędrówek po świecie, dziś 
dowolny zawiadowca jego dochodów, orędownik za nędzę 
ludzką, spółuczestnik w serdeczności pańskiej i w dobrodziej- 
stwach. Grzegorz z natury był milczącym, rzadko kiedy się 
odzywał ; natomiast wiele rozmyślał, zastanawiał się , brał do 
serca wszystko, co dotyczyło jego wychowańca; o nic nigdy nie 
pytał, nie było atoli wątpienia, że gwoli przywiązania wiele 
rzeczy sercem odgadywał. 

Reszta domowników nieraz rada byłaby dowiedzieć się 
o szczegółach pańskiej podróży, powrotu do kraju, pobytu we 
Lwowie , zamiarów na przyszłość ; ale stary sługa opędzał się 
nieznacznemi odpowiedziami, lub zżymał, gdy nastawano. By- 
strzejsze tylko umysły, po stroju usposobienia, mogły rozeznać 
co święci, się w domu: smutek czy wesele. 



171 



Grzegorss nie miał własnych uciech , ani żalów , ani nadziei ; 
można więc było być pewnym , że skoro opryskliwie się wyra- 
żał i ładzi unikał, sprawy pańskie musiały się wikła<5 — i nawza- 
jem, lada promień wesołości na obliczu pana, rozjaśniał 
chmurne czoło starca; w domu było weselej, choć nikt nie wie- 
dział, ani badał powodu zmiany. 

Od powrotu ze Lwowa, Grzegorzowi drugie tyle zmarszcz- 
ków na twarz przybyło. Ostatni włos ciemny mu pobielał i po- 
stać widocznie zgarbiła się ku ziemi. Polecenia wydawał gło- 
sem ponurym, często gniewnym, czasami drżącym — nie wia- 
domo czy z wewnętrznych wzruszeń , lub może dla słabnących 
wiekiem sił; starzec bowiem siedmdziesiąte lato za swoje uwa- 
żał. W codziennej usłudze młodszych pomocników niechętnie 
do pana dopuszczał, sam chodził koło niego, z podwójną, od 
pewnego czasu troskliwością, i nieraz gdy Kazimierz nie baczył, 
spoglądał nań ukradkiem, trząsł głową, zaciskał usta, mrużył 
powieki , wychodził tłumiąc westchnienie ; wracał po chwili na 
palcach , z zaczerwienionemi oczyma, stał, czekał rozkazu, a nie 
doczekawszy się słowa, znowu odchodził i ująwszy głowę mię- 
dzy pomarszczone dłonie, samotny, nieruchomy, długie trawił 
godziny. 

Obowiązki jego były dziwnej łatwości; ale właśnie brak ten 
wymóg i zachodów wedle pańskiej osoby, gorzko mu doskwie- 
rał. Grzegorz byłby z radością krzątał się od świtu do nocy ; 
niezadowolnienie, wymówki byłyby mu słodszemi od obojętno- 
ści i milczenia. Gdyby przynajmniej mógł był odkryć w panu 
jedno upodobanie, gdyby potrafił mu wynaleźć jakąkolwiek 
rozrywkę ! 

Z początku myślał że Kazimierz miał pociąg do polowania. 
Na domysł ten wprowadził go nieznany dotąd zwyczaj Pof aja, 
zabawiania się każdego poranku strzałami z pistoletu. Grze- 
gorz nikomu nie dozwalał dotykać się pańskiej broni — sam 
opatrywał ją, czyścił, lał kule, nabijt^, urządzał tarczę, sta- 
wiał cele. 

W pierwszych dniach kule rzadko chodziły po woli strzelca. 
Wkrótce jednak, dzięki codziennym ćwiczeniom, Kazimierz 
nabierał trafności , aż nareszcie iśk dalece wprawił oko i rękę. 



172 

że niemal o zakład » n& nożu rozcinał ołowiany pocisk , lufo ury- 
wał jabłko zawieszone na nitce. 

. Za każdym z podobnych strzałów , starzec wybuchał śmie- 
ohem, patrzył w oczy panu i szukał w nich zadowolnienia. Na- 
próżno ! Oblicze młodzieńca surowszy jeszcze przybierało wy- 
raz; nie rozweselały go dowody własnej zręczności. Często za- 
kładał ręce, wpatrywał się w uwięzłych na sobie kilka kul, ści- 
gał dalekie jakieś myśli, jak gdyby marzył o innych celach dh 
strzeli. 

Grzegorz gubił się w domysłach. Tymczasem sprz%Łaj%c pi- 
stolety, napomykał że knieje pańskich lasów pełne zwierzyny, 
że biegły myśliwy znalazłby w nich wielką uciechę; że nie źk 
byłoby może odłożyć pistolety dla strzelby, wprawić si^ nieco 
do strzałów w bieg i w lot. 

Kazimierz potakiwał z tęsknym uśmiechem, ale o strzelbę 
nigdy nie pytał, do gołębia, do wróbla, nigdy nie zmierzał. 
Oczywiście nie miał w łowach żadnego upddobania. 

Grzegorz nie pojmował trybu życia, stosownego racszej dis 
mnicha j dla pustelnika, niż dla młodego i bogatego pana. 
W dalsze atoli wywody i wnioski nie było czasu się zapuszczać: 
Poraj bowiem , wystrzeliwszy ostatnią kulę , wracd: zwykle do 
swego pokoju. 

Tam dla nikogo nieprzystępny, rozkładał przed 8ob| 
książki, mapy, astrolaby, szklanne i mosiężne narzędzia, papiery 
pisane — tonął w niezgłębionych, falach nauki , uganiał się za 
wiedzą, taranem woli i umysłu Uukł o zawarte tajemnicą po- 
dwoje natury. Stracony i oderwany od świata , znajdowi^ sam 
siebie w bezmiarach historji, w nieskończonościach porządka 
wszeohstworzenia. 

Częściej jednak odkładał te zajęcia na uroczyste dsze nocy; 
dniem zaś wołał o konia, dosiadał dzielnego a milczączgo druha 
i szybko mijał wiejskie zabudowania i ludzi, mkn^ w pole, do 
lasu, na góry siniejące w oddali — ginął bez śladu. 

Rzadko spotykali go robotnicy na łanie, podróżni na go- 
ścińcu, pastusze chłopcy na łąkach. Kazimierz stronił od miejsc 
uczęszczanych, szukał odludnych uroczysk; oddychał gfdy był 
sam, gdy prócz siebie w okół widnokręgu nie postrzegał nikogo. 



173 • 

Zdało Bię mu , źe krom samotności, wszystkiego jaz w życiu do- 
znał do zbytku, do uprzykrzenia/ 

Lnd^epo dziennej pnlcy rozsiadliszy się wieczorem na przy- 
zbftoh, z niepojętem przeczuciem trwogi poglądali po sobie, 
widząc jeźdźca i konia, chmurnych, czarnych, migających 
przed nimi w gęstym obłoku kurzawy. Niejedna kmotra zbiera- 
jąc z ulicy wystraszoną dziatwę, mimowiednie kładła na czole 
i na piersiach znak krzyia świętego, jakby od uroku, a mbźe — 
Panie odpuść! — i od złego ducha. 

A przecież. Bóg widzi, nie było czego się strachać. 

Młody pan od łońskiego roku , jak siadł we dworze, dobrem 
tylko płacił. Podarował pańszczyzny i czynsze, pozakładał 
szkółki, w każdej wiosce pobudował dom dla sierot, kalek, 
chorych, przyjął doktora i leki za darmo kazał rozdawać. 

Ludzioih u niego jak u Pana Boga za piecem. Na całą. oko- 
licę nie było gospodarza, któryby lybd do niego się nie przesie- 
dKł. Bywało, nieraz idą a£ do sądu ze skargą, źe pan nie chce 
ich puszczać, i niedawniej jak na przeszłą N. Pannę Gromni- 
czną dwunastu chłopów z Wytłoceyna od kreisrata Szurken- 
Bztema, chodziło prosić o pozwolenie przeniesienia się z chu* 
dobą do pana Poraja. Kreisrat zafiizachrował. Ludzie, jak arę- 
darz Icek mówił onegdaj ńa jarmarku, dotąd jeszcze siedzą 
w kryminale. . 

Podobnie goworzono po wsiach o nowym właścicielu, nie 
przywiązując wreszcie żadnej wagi do dziwnych wrażeń, jakie 
w gromadzkiem ludzie budziły rzadkie i przelotne spotkania 
z panem, życie jego odosobione i szczególny wstręt do zajmo- 
wania się własnem dobrem. 

Dworska gawiedź, chytrzejsza, praworna, bliżej obeznana 
z trybem szlacheckiego życia, nie przestawała na wyliczaniu 
powszechnie znajomych dowodów pańskiej łaski. Tu sppstrze* 
źenia faktów mieszały się często z krytyką, z tysiąoznemi . do- 
mysły i wnioski., z rozpowiadaniem dalekich posłuchów , taje- 
mnych wieści, niedocieczonyoh pryczyn. Tłum gorących wąt- 
pliwości nie mógł pozostać bez objaśnień. Dla czego pan nie 
jeździł w gościnę, czemu inni panowie nie zajeżdżali do dworu ; 
czemu zwykle dnie i noce siedział jak rabin nad książkami^ 
czego w nich szukał, gdzie Wyjeżdżał sam jeden i wracał. 



174 

tak zmęczywszy konia, jak gdyby kilkanaście mil był ubie^; 
za co nigdy do siebie nie wołał ani rE%dcy ani ekonomów? — 
Wszystko to, prędzej lab później, mnsiąło się wyświecić; nie» 
podobna było bowiem dworskim ludziom źyó zawsze jak w za- 
klętym domu. 

Na czoło podobnych uwag wytaczało się koniecznie pierw- 
sze i główne pytanie, dotyczące starszego brata, pana Piotra. 
Przedtem ludzie, którzy ich razem widzieli, zaręczają źeobaj 
bracia nie mogli się obejść jeden bez drugiego. Wzdyż razem 
przyjechali, gdy młodszy pan obejmował majątek. Od dwóch 
blisko lat, jak gdyby uciął toporem. Ani na Wielkanoc, ani na 
Świątki, ani na Boże Narodzenie, pan Piotr nie zajeżdżał io 
dworu, Pan Kazimierz także nie tęsknił za bratem. 

Musieli się poswarzyć. Ale o co? — W tem cały sęk. 

Pastuch Koźlaczek powiadał, że spędzając bydło z pastwi- 
ska, na drodze do £iopuchqwa, tuż za ogrodem, dwa razy spo- 
tkał przejeżdżającego starszego pana. Przysięgał że go widział 
jak na dłoni. Pan Piotr — jeżeli staruch prawdę mówi — przy- 
kazywał stępo jechać, stawał na bryczce, przysłaniał wzrok 
ręką, jak gdyby kogoś chciał dostrzedz, upatrzyć; długo się 
oglądał, ale ku dworowi nigdy nie skręcił. 

Bóg go święty wie, czy prawdę powiada, pijanica? Często 
dwoi się mu w oczach. Juźcić gdyby starszy pan był aż pod 
ogród podjechał , to u ciężkiego licha! byłby przenocował we 
dworze. Pan Piotr wreszcie nie mieszka w Łopuchowie; folwark 
to pana Kazimierza. 

Szafarz natrącał uwagę , że pastuch Koilaczek wspomina! 
o spotkaniu przejeżdżającego na drodze z Łopuchowa, co by- 
najmniej nie pociągało za sobą posiadania wioski tegoż nazwi- 
ska — zaczem gawiedź, uderzona trafnością szafarzowego sądu, 
kiwała głowami i brnęła w przypuszczenia. 

Kuchenne rozhowory, naturalną koleją pogłosek, obijały aic 
o gorzelnię, o browar, gdzie zebrana izba senatorska państwa 
Kazimierzowego , pod laską pisarza, a niekiedy i rządcy, udzie- 
lała sobie cichaczem wzajemnych spostrzeżeń. 

Piwowar, szczwany lis, odznaczał się tu szczególną bystro- 
ścią umysłu. Przez dwa lata będąc czeladnikiem w WiedniO) 
napatrzył się on ludzi i rzeczy nie mało. Miał rodzonego brata 



175 

chirurgiem w wojskowym szpitalu; sam przeto znał się na me- 
dycynie i poufalszym znajomym ostrożnie szeptał tajemnicę , źe 
pan Poraj, jak to często bywa między ludźmi z rozbujała głow^ 
cierpiał na melancholję , czyli po polsku mówiąc, na bzika. 

Nieszczęściem dla piwowara, doktorskie to arcanum do- 
sido do wiadomości Grzegorza. Starzec niespodzianie zjawił się 
pewnego wieczora w browarze , sam wszczął rozmowę o mło- 
dym panu, wytoczył niezbite dowody i cierpkiemi słowy skarcił 
zarozumiałe sądy piwnego Hipokrata. 

Zdanie Grzegorza przeważyło. O bziku nikt dotąd nie ważył 
się wspominać. Zagadka atoli została nie rozstrzygniętą. 

Przyszłość miała sprawę na jaw wyprowadzić. Sam tylko 
pisarz prowenŁowy, człowiek młody, zjasnemi włosy i z po- 
wfóczystem spojrzeniem, namiętny lubownik płci pięknej i tkli- 
wych romansów, których czytaniu poświęcał świąteczne go- 
dziny, w nieszczęśliwej miłości szukał przyczyn dziwacznego 
odludztwa pana Poraja. 

Nie darmo pan Kazimierz jeździł po Włoszech i po Francji. 
W krajach tych każda kobieta była okrutnie zalotną , pasła się 
krwią serca, poiła łzami nieszczęśliwych ofiar, zdradzonych 
kochanków. 

Pisarz na tę myśl zanosił się od westchnień, dudnił pięścia- 
mi w deskę piersiową, czuł że u niego kołatało ogniste serce, że 
i OD mógł posłużyć za pastwę zwodniczym syrenom. 

Domysły sentymentalnego regestratora zdawały się potwier- 
dzać pewne listy, jakie tenże sam kilka razy przywiózł był z mia- 
sta, a na których wyraźnie przeczytał pieczęcie zagranicznej 
poczty. Co większa, że po odebraniu każdego z podobnych 
listów, Poraj zwyczajnie przez kilka dni na ganek nawet nie 
wychodził; siedział u siebie jak zaklęty: odpisywał zapewne. 
Wkrótce bowiem jedne odpowiedzi posłaniec wiózł na pocztę, 
z innemi spieszył aż do Lwowa i tam wręczał je osobiście , nie- 
kiedy cudzoziemcom, czasami krajowym, zawsze jednak ludziom 
z pozoru cale nie zakrawającym na panów. 

Oczywiście, w konszachtach tych swawolny amorek grał 
główną rolę; tajemnica zaś miała na celu nieskompromitowanie 
panny, księżniczki jakiej bez wątpienia lub hrabianki, dręczo- 
nej przez nielitościwych opiekunów. 



176 

Pisarz by}by pół Sycia poświęcił dla moźebności poskęczenia 
na pomoc smętnej dziewicy; ale czasy rycerskie minęły. 
Z zamkniętą przyłbicą, i bez paszportu tmdno było bł^dzid po 
świecie; przytem nie wiedział ani nazwiska, ani zamku, grdzie 
jęczała ofiara sprośnej przemocy. Mógł tylko wzdychać na 
tę intencję — wzdychał tez, zwłaszcza w nocach pyzatego 
księżyca. 

Dziwna to planeta, księżyc! — Sam pisarz ulegał romanty- 
cznemu jej wi)ływowi. 

Kazimierz tymczasem pędził dalej dnie przed sobą j jedno- 
stajne dla drugich , dla niego pełne odkryć i urozmaicenia. 

Za pierwszym promieniem wiosny opuszczał zimowe ustro- 
nie, spieszył ku otwartemu niebu, ku słońcu, ku zieleni. 

Pył martwych ksiąg padał mu na piersi , spragniony powie- 
trza i życia, rzucał się w miłosne objęcia zmartwychwstałej 
natury, wdzięcznej towarzyszki samotnych jego chwil, nieśmier- 
telnej mistrzyni mądrości. 

Z każdym dniem bogaeona wiedza, odsłaniała mą tajniki 
przyrodzenia. 

Namiętny czciciel bytu, jedynej wszechprzyczyny dobra, 
śledził go w najmniejszych objawach , wnikał w głąb stosunków 
wiążących złoty łańcuch stworzenia, znajdował w nich słowo 
wielu ludzkich zagadek, wzory wielu społecznych pof*z%dków, 
rady na mnogie człowiecze niedostatki. 

Zwyczaj, przesąd, niewola, na opak prawdzie, usiłowały za- 
gnębić w ludziach osobistą wydatność, ujednostajnić wszystkich 
na wzór kilku form utkwionych przy źródle kastowych rozgra- 
niczeń. Natura inaczej obchodziła się z swoją dziatwą. Każdy 
twór wyrastał, rozwijał się wedle wrodzonych usposobień, każdy 
nosił cechy swojej wyłącznej osobistości. Wiemy przedstawiciel 
urozmaicenia , każdy dodawał jedną nutę do akordu powsze- 
chnej harmonji. 

Podczas gdy między ludźmi wrzała nienawiść, chciwość 
i wojna, gdy jeden drugiego spychał, uciskał, przeklinał, odzie- 
pał. — u stóp ich i nad głowami zgoda i wolność błyszczały za 
każdym krokiem. W imię jedynego prawe, którego ludzkość 
nie umiała dotąd zrozumieć, a które było Alfą i Omegą wszel- 
kich ludzkich i bożych zakonów , w imię prawa do życia , w mi- 



177 

Aternym porządku zahaczyły się ogniwa stworzenia, każde eta- 
nowiąc najprzód całość, następnie część — inaczej ziemia byłaby 
bryzg^nęła w kawały i w zamęt pochłonął gwiazdy i słońca. 

Wszystko zawodziło mu święty hymn anarchji I Leszczyna nie 
prosiła dębu o przywilej wyrastania pod jego cieniem , fjołek 
żył w swobodnej obojętności na dumny przepych róży, kon- 
walja z wilgotnemi perły swojego kwiatu nie ustępowała miej- 
sca jeziornym liljom. Słońce dla wszystkich równo świeciło; 
ziemia nikomu nie szczędziła zasobów. 

Ład i swoboda wszędy jaśniały , gdzie nie zawitał szatan 
opiekuńczej władzy, mądrych urządzeń, sztucznych porządków, 
uciskiem i obłudą przesiąkłych praw. 

Cierpienia, jakie i tu nieraz bodły wzrok postrzegacza, pły- 
nęły po większej części z zetknięcia się nieludzkich istot z ludz- 
kiemi. Człowiek, król stworzenia, jako taki głupotą i naduży- 
ciem rwał harmonję, kaleczył porządek, naznaczał wszędy swą 
nieśmiertelność śladami bezczucia i zatraty. 

Kazimierz z chciwością skąpca wyszukiwał miejsc ludzką 
stopą nietkniętych; wtedy tylko poczuwał się upragnionym, 
prawowitym gościem natury. Położenie jego siedziby przedsta- 
wiało mu w tym względzie nieskończone pasmo wycieczek. 

Okolica tuż za domem zaczynała wydymać się w pagórki, 
rozpadać w parowy, drzeć na wąwozy; drogi płowemi wstęgi 
wiły się ku Karpatom, przepadały śród skał, błyskały znów 
między posępną zielenią świerków i jodeł, pięły się ku wierz- 
chołkom, aż wreszcie za szczytami gór daleko gdzieś ginęły 
w obłokach. 

Z granicą ludzkiej pracy sztuka otwierała swoją dziedzinę, 
rozściełała przed wędrowcem igrzyska dziwacznych kształtów, 
nęciła go uroczemi widoki, odpychała nieprzystępnym mano- 
wcem; zalotna czarodziejka dzielnej tylko wytrwałości pozwa- 
lała się zdobywać. 

Szczęśliwy, kto raz ją posiadł! Wiecznie młoda rusałka wio- 
dła go do swoich pałaców, z cudów w cud, z czarów w czar, 
z roskoszy w roskosz. Więc dalejże z lubym do jaskiń ubranych 
w stalaktytowe arabeski, na wyniosłe z granitu trony, pod gę- 
ste sklepienia z iglastych liści, na uroczyska przerażającej ciszy, 
to znowu nagle pod strop z łoskotem tłukącej się kaskady, mię- 

Chojbcki, Alkhadar. III. \2 



178 

dzy srebrne oka sieci rozpędzonych strumieni , lub chyżym za* 
wrotem na kolce w niebo wybiegłych skał, gdzie dotąd jeden 
tylko gościł jej kochanek : orzeł. Swawolnica długo i upomie 
broniła wdzięków; ale gdy zmiękczona męskim zapałem, raz ma 
padła w objęcia — świat niechaj ginie! — Nie chciała już go 
vięce,i wypuścić z ramion. Kołysała go pieszczotami i usypiają 
cego nowemi pieszczoty znowu budziła do życia. Skoro zapo- 
trzebował spokoju, wywoływała mu widowisko cichych pogoni 
chmur. Fantastyczne okręty na opałowych falach, błędne łabę- 
dzie na wezgłowiach wyhaftowanych ostatniemi promieumi 
słońca, zwolna, w milczeniu przed nim płynęły; każdy uroczy- 
ście dążył w nieskończoność, roztrącał często rubinową pierś 
o wierzchołki skał i niknął w oddali. Skoro luby żalit się na 
bezwładną i pragnął wzruszeń, jednem zaklęciem wyzywała 
rozpasaną świata bachantkę — burzę. Wichrom i nawałnicy 
jego tykać było nie wolno ; jemu na wyniosłościach cisza leżała 
u stóp i słońce złociło natchnione czoło. Tymczasem pod nimi 
dudniła ziemia, trzęsły się skały; dwa hiifce zażartych na 
siebie chmur zwierały się z wielkim hukiem. Grzmot zaś 
w pomoc przyzwawszy echo , szturmował do głazów , rozbijał 
się po przepaściach, błyskawice rozdziawiały ogniste gardziele, 
piorun w drzazgi darł odwieczne dęby. Wylękłe potoki na zła- 
manie nurtów leciały szukać ucieczki po dnach wąwozów. 
Wojna, zacięta wojna — dopóki umiłowany myślą o powrocie 
nie dał hasła rozejmu. 

Wnet zapaśnicy przepadali bez śladu; cisza ze szczytu gór 
spływała na niziny, księżyc wydzierał się z chmurnych zawojów, 
srebrnym słupem padał przed nim na wznak , by mu wyiskrzyć 
drogę do domu; balsamiczna woń jodeł pieściła mu oddech, 
świecące muszki mrugały nań po zakrętach , ognik często aż do 
samych wrót wioski go przeprowadzał. 

Innym dniem zmieniała się widownia, zmieniał charakter 
obrazów. Zamiast szerokich kształtów sztuki wiedza roztasowy- 
wała swoje badania , tęcznjąc fantazją niedokładność suchych 
spostrzeżeń. Biedna niewolnica rozumu, ukradkiem wciskała 
się za marzeniem ; chciała dumnie podnosić głowę , pysznić się 
wydartemi skarby, wyrokować — ale roszczenia jej nie długa 
trwały. 



179 



Myśl rozhojdftna swobodą, rzucała niebawem ciasne pod- 
ziemia nauki , wyrywała się ku słońcu , znikała lub w szczęśli- 
wszym razie tonęła w bezwładnej na pozór rozwadze. 

Dowodnie, naocznie przekonany o jedności zasady stworze- 
nia, Kazimierz upatrywał tenże sam pierwotny zaród, zacząw- 
szy od lichej trawki aż do człowieka ; śledził cudowne szczeble 
rozwoju, widział wszędzie tenże sam pierwszy wyraz coraz dłu- 
żej rosnącego porównania. Mimowolnie wpadał na dziwaczne 
wnioski: pytał sam siebie, czyli między istotą o samowiednem 
czuciu , a pierwszem ogniwem stworzenia istniała tylko mate- 
rjalna wspólność początku? Miałoż życie nie wiedzące o sobie 
nie być życiem , lub też czy nie było życia o sobie nieświado- 
mego? — Kto mógł zaręczyć, przysiądz? — a raczej kto w sta- 
nie był dowieść? — 

Człowiek, mówiono, na obliczu nosił piętno swojego ducha; 
rodził się z wypukłem czołem do rozumu, ze zgniecioną czaszką 
do uzwierzęcenia, z wywróconemi wargi do zmysłowości, z za- 
ciętemi usty do dzielnego czynu. Nikt dotąd nie znalazł dwóch 
kwiatków tegoż samego rodzaju , zupełnie do siebie podobnych, 
jednakowych. W jednej chwili z tegoż samego nasienia wytry- 
skały dwielilje: jedna żywo-błękitna śmiało patrzyła w niebo, 
druga posępnie ku ziemi chyliła bladą koronę. Leciuchne 
dzwonki, jaskier, świerzop, dzięcielina, zadumane nad strumie- 
niem kwiatki pamięci, cały rój leśnych i polnych klejnotów, 
puszystych, wątłych, ulotnych, dzierganych Sylfów szydełkiem, 
wystrzyganych ręką Chochlika, malowanych kraskami swawol- 
nej wróżki — cały ten kobierzec barw i zieleni , jakąż zwrotkę 
w wielkim hymnie wydzwaniał, z jakim wyrazem przychodził 
na ziemię, czem się ttumaczył? — Boć przecie nie było kształtu 
dla kształtu — każdy hieroglif natury musiał mieć swoje zna- 
czenie. 

Kazimierz porwany urokiem przypuszczeń , im wyższy orga- 
nizm miał przed sobą, tem częściej zadawał sobie pytanie: 
w czem człowiek znajdował prawo uważania się za wyłączną na 
ziemi istotę, dla czego sam jeden mniemał się być składem twór- 
czego ducha, ogniskiem sił uprzywilejowanych do rozumem 
przemyślanego działania, czynów wynikłych z zastanowienia, 
wniosków zawiązujących pasmo uprzednich założeń ? 

12* 



180 

Ustawiał nieraz sztuczne szkła, potęgował rozmiary przed- 
miotów; spostrzeżenia coraz cudowniej sze wybiegały mu przed 
uwagę — nieprzebita atoli tajemnica zdawała się pokrywać roz- 
wiązanie ostatecznej zagadki. 

Więc rzucał badania nad pojedyńczemi osobnikami i wzrok 
przenikliwy zapuszczał w ukonstytuonowane gromady żyjątek. 
Tam wypatrywał zwyczaje, prawa, popędy, prace i cierpienia, 
smutki i roskosze rządzące drobnym tłumem. 

Widział rozkład pracy u mrówek, wzajemność w przedsię- 
wzięciach , żołnierską regularność w obrotach , wstręt i niena- 
wiść do świata w staraniach, jakie skrzętny owad podejmował 
dla ukrycia przed okiem natręta gospodarczych zatrudnień. 

Ul pszczelny, nie wiadomo z jakich przyczyn republiką na- 
zwań , przedstawił mu wierny wzór niejednego ludzkiego społe- 
czeństwa. Królowa trawiła czas na próżniactwie , na ivyzyski- 
waniu, na roskoszy. Do koła niej czereda pasożytnych dworzan 
zużywała czas na wzgardzie dla roboczej hołoty, na nieustan- 
nych schlebianiach monarchini, na dobijaniach się ciągłych 
o jej względy. U spodu tłum pracowniczy , fatalizmem skazany 
na wieczną niewolę, wyciągał szeregami na łąkę, i nie bacząc 
na skwary słońca, brał się do dzieła, wracał obładowany pył- 
kiem kwiatów, słodyczą kielichowych prątków; na wosk prze- 
tapiał cząstki lepu, miodem wypełniał komórki, darmozjadom 
pokornie zastawiał biesiadę. Niańki tymczasem opatrywały po 
ukrytych komórkach królewską dziatwę, roznosiły pokarna, do- 
glądały czystości, wiodły na przechadzki, upewniały w^ pierw- 
szych krokach. Królowa, istna moskiewska Katarzyna, co 
chwila zwąc ku sobie nowych gachów, bynajmniej nie troszczyła 
4ię o potomstwo. 

Czasami jednak , biedny lud do ostateczności przy wiedzion, 
gdy skąpe lato nie napełniło szpichlerzów , a długie mrozy za- 
grażały głodem, dopominał się o swoje prawa, rozwijał 
święty proporzec buntu, uderzał na kastę dworzan, mordował 
trutniów bez miłosierdzia i pocisk zemsty topił w samej ze kró- 
lowej. 

Ale w ulu, jako na ziemi często się zdarza, nikt nie umiał 
korzystać z rewolucji. 

Zatajone f akcje monarchiczne umiały skryć w zakątkifiii 



181 



dziedziczkę tronu , karmiły ją przez zimę kradzionem dobrem 
i wstecznemi zasadami. 

Za pierwszym promieniem wiosny , gdy rój wyleciawszy na 
dziewicza }%k§, powracał ze zdobyczą, w głębi ula, otoczona 
liczną strażą, siedziała już królowa. 

Lud giął karki pod teorją dopełnionego czynu ; przywilej 
znowu wprzęgał go w jarzmo niewoli i pracy. 

I cóź w tem dziwnego? — powie niejeden przeuczony filo- 
zof. Owad od początku świata tenże sam ruch ciągle powtarza; 
pędzony ograniczonym zwierzęcym instynktem, na włos dalej 
działalności swojej nie rozwinął, na krok nie postąpił, nowego 
nic nie wynalazł. Gdzie doraźna a samowiednia niespodzianośó 
czynu, gdzie wniosek i postanowienie wydobyte z pasma ca- 
łych uwag, gdzie dowód wcielenia choćby iskierki nieśmiertel- 
nego ducha ? 

Kazimierz z uśmiechem myślał o tych zarzutach , poglądając 
pewnego dnia na dziwne widowisko, jakiego mu dostarczył 
owad z daleka pokrewny z dopiero co wymienionym. 

W rozpadlinie skałów, nad gęstą zarośla ostów i bodiaków, 
osa ulepiła gniazdo. 

Gmaszek zbudowan z cząstek żywicy 'i z gryzionego na mia- 
zgę kamienia, zrósł się niemal z głazem i wyrównywał mu 
-w twardości. Olbrzymia ta praca nie miała na celu samolubnej 
wygody budowniczego; owad przez połowę lata trudził się 
dla osłoni enia od wiatrów i mrozu zarodów przyszłorocznej 
dziatwy. 

Złożone jajka wylęgały się ku zimie; trzeba było niemowlę- 
tom aż do wiosny zapewnić utrzymanie. 

Troskliwa matka ruszyła na wojenną wyprawę, na wielkie 
pająki, na mUchy, na gąsienice. Uderzała żądłem na wrogów: 
zapuszczonym jadem , który razem chronił od zepsucia, wpę- 
dzała zdobycz w długi letarg i wlokła do swojej zagrody. 

Wylęgły owad spożywał ogłuszony tylko, świeży łup. 

Wyczerpanie pokarmu nieomylnie zapowiadało wiosnę. 
Wyrostek mógł odtąd bujać o własnych siłach , żyć własnym 
trudem. 

Ale nie tylko między ludźmi przywilej żyje kosztem pracy* 
Między owadami, między osami znajduje się kasta urodzo- 



182 

nych I która w prawie do życia widzi tylko prawo do próżnia- 
czych wygód. 

Arystokrata okryty złotym pancerzem, zwie się chryzyd%, co 
w osim języku wielmożność oznacza. Chr^^zyda zbyt delikatny 
ma pyszczek , aby sama miała trudzić się łupaniem kamieni, bu- 
dową gniazda. Gmin pospolity za nią pracuje. 

Domek już był skończony, na komórki podzielony: w każdej 
alkowie leżało u wnijścia jajko ; reszta przestrzeni miała służyć 
za skład na karm dla wylęgłych poczwarek. 

Osa robotnica właśnie w tym celu wyleciała na łowy i wra- 
cała wesoło, dźwigając w przednich łapkach kosmatą gąsie- 
nicę, gdy wtem na krok od siedziby uderzył ją przerażający 
widok. 

Nieprzyjaciel szturmował do jej zagrody. 

Chryzyda, upatrzywszy wygodne, misternie wykończone 
gniazdo , cichaczem, zdradziecko, sunęła tyłem, szukając w cu- 
dzej spiżarni ukrytego miejsca dla swego zarodu. Dygnitarka 
chciała złożyć pasożytne jajko i ukradkiem wykarmić je kosztem 
pracownika. 

Osa zatrzęsła się ze złości , wypuściła zdobycz i jak pieron 
wpadła na złoczyńcę. Ale nadaremnie rozpącznem żądłem ude- 
rzała w rabusia: chryzyda przeczuwając niebezpieczeństwo, 
zwinęła się w kłębek, spuściła na ziemię. O walce otwartej sły- 
szeć nawet nie chciała. 

Bazy obrońcy rodzinnej strzechy ślizgały się po złocistym 
pancerzu szlachcica: do nóg, ani do brzucha niepodobna było 
dostąpić. 

Osa zżymała się, bzykała, podwajała usiłowania — napróżno! 
Napastnik drwił z jej sztyletu. 

Rozpacz atoli matczyna płodną jest w sposoby ; dla zemsty 
nie ma zbyt stromych ścieżek. Zaczepiona, nie mogła bezkar- 
nie puścić zniewagi. Po chwili namysłu porwała w pół złodzieja 
i uniosła go o kilka kroków dalej , na skałę. Tam , cedząc okru- 
cieństwo, wydarła mu czworo skrzydeł i z pogardą strąciła na 
ziemię. 

Dumna zwycięstwem i spokojna odtąd o los rodziny, jeszcze 
.kilkakroć zakrążyłanad ofiarą, brzęcząc jej przekleństwy i zło- 
rzeczeniem, i znowu dalejże na łowy! 



183 

« 

Ostatnie dźwięki tryumfalnego jej hymnu tonęły w oddali, 
g:dy srodze pokaleczony wielmoźnik , zwolna wyciągnął przed 
«iebie macki , podniósł głowę i obejrzał się do koła. 

Mściwa gospodyni daleko gdzieś bujała po drzewach i kwia- 
tach. Magnat bzyknął szydersko i pozbawiony skrzydeł , niby 
mrówka jął pełznąć ku upragnionemu gniazdu. Wytężał siły^ 
wybierał co najkrótsze drogi, piął się co żywo na skałę. Jeszcze 
kilka kroków , już dotykał celu , już stawał u progów — jeszcze 
Jedno wysilenie — wygrana! Jajko było złożone; na przyszłą 
wiosnę w gnieździe robotnicy wylęgał się młody szlachcic. 

Spełnione przeznaczenie! — Grabieżnik cudzego trudu , wy- 
cieńczony na siłach , padał na ziemię i kryjąc się przed okiem 
pokrzywdzonej właścicielki, dokończył nędznego żywota pod 
liściem łopuchu. 

Osa chłopska swobodnie dalej pracowała, w przekonaniu 
że owoce jej zachodów dostaną się własnym jej dzieciom. 

Złudzenie — nieszczęsne złudzenie ! — Graf urodził się , żyć 
tnusi, a praca nie w jego naturze. 

Ród osi czuje przynajmniej pokrzywdzenie i broni się, gdy 
tymczasem ludzie 

Kazimierz z tęsknotą pozierał na nieopatrzną osę, ale tę- 
«kniej8zą daleko myśl ku równym sobie nawracał; brnął we 
wnioski, które goryczą serce mu zaprawiały, zaciskał ręce, py- 
tał czy sprawiedliwość ludzką jest zasadą, lub też czyli osta^* 
tniem słowem stworzenia były: ucisk, nienawiść i wojna? — 

— Walka o wolność! — odpowiadało mu sumienie. Na* 
•dzieją odwróciwszy swe oblicze , nic do tych słów nie dodawała 
— w dalekiej tylko przyszłości majaczył jutrzenny promień 
zbawienia. 

Kazimierza raziło ałońce, którego zawsze jednakowy blask 
obojętnie świecił na tyle smutków, niewoli i boleści. Rzucał 
miejsca otwarte, zapuszczał się w ciemne laay, a gdy spokój 
eiszy ukoił mu nieco serce, gdy z ź>ciem chcis^ zawfzeó sojusz 
i ludzkiej twarzy zapragnął, skręcał parowem ku górom, tam, 
gdzie do gęstwin starego boru tuliła się chata rówienniczego 
spróchniałym jodłom Macieja leśnika. 

Był to ostatni punkt przedgórza dostępny dla jezdnych, 
Kazimierz często , gdy szedł piąć się na góry, konia tam zosta^^ 



184 

« 

wiał n chaty. Tajemnica mało znajomych ścieżek i gtgstwie po- 
sf pnego liścia kryły ustronie przed tłumem. Zabłąkany drwał 
lub myśliwiec wprzód stawał na progu, nim dosłyszał głos 
ludzki, albo szczekanie psa, strażnika wiejskich strzech. 

Stary Maciej, kościuszkowski żołnierz, i mało oo młodsza 
od niego kobieta, pokątnie dopływali brzegu życia. On znie- 
chęcony do ludzi i zawzięty na świat od czasu maciej owickig 
klęski — ona, potulne odbicie mężowych usposobień, przy- 
zwyczajona zawsze i wszędzie myślą i uczynkiem jak cień kro- 
czyć w jego ślady. 

Piotr Poraj umiał jak przystało cenić chłopa-walecznika za 
swoją i za cudzą wolność: ofiarował mu przytułek, ściskał nie- 
raz rękę ; kilka razy do roku , zwłaszcza ku wielkim świętom 
posyłał zapasy krzepkiego napoju i żywności. 

Kazimierz za objęciem majątku chciał polepszyć położenie 
starca, zbliżyć go do ludzi, uwygodnić mu byt. Maciej od- 
mówił. 

Między ludźmi, na łaskawym chlebie, byłby musiał rozstać 
się ze starą przyjaciółką strzelbą , sznurkiem owiązaną, z którą, 
jako czasami muskając srebrny wąs , wspominał — polował był 
niegdyś na moskiewskie niedźwiedzie. W lesie natomiast , lubo 
dla przygasłego wzroku zwierzynie nie zbyt srogo dawał się we 
znaki, bez strzelby atoli, dla samej przyzwoitości, nie móg^ 
wychodzić. 

Został więc w lesie i dla honoru przyjął tytuł leśnika; po 
prawdzie bowiem nie było czego pilnować: włościanie Kazimie- 
rza podostatkiem mieli budulcu i opału , cudzy zaś kradzieżnik 
nigdy tak daleko się nie zapuszczał. 

Maciej byłby ongi dał zabić się za pana Tadeusza; dziś gdy 
nie stawało naczelnika chłopskiego powstania, z równąż swo- 
bodą byłby pozwolił ukrzyżować się, choćby tylko dla przy- 
jemności którego z braci Porajów. Starzec nie potrzebował 
ludzkich stosunków — musiał atoli kogo kochać wi^ej niż 
samego siebie. Taka była gminna jego natura. Cóż z nim po- 
radzić ? 

Od mnogich lat sędziwe małżeństwo wiodło byt wed wojny, 
porami roku jedynie znaczony; od mnogich lat półgłosem 
szeptany pacierz lub krótkie pytania męża ; krótsze odpowiedzi 



185 



Żony przerywały tylko milczenie, gdy wkrótce po osiedleniu się 
w ojcowiźnie młodego pana, podobnie jak we dworze, w chacie 
starego leśnika także przybyło mieszkańców. 

W pierwszych dniach pobytu Kazimierza na wsi, szelest 
liści, szmer daleki spłoszonej zwierzyny, drażniły mu ciszę, ile- 
kroć szedł błądzić w te strony — teraz inny, głębszy odgłos go 
dochodził. 

Lepiona ściana, bywało, nie przeświecała jeszcze z gęstwiny, 
a już nadstawiał ucha, już dosłuchiwał dziwacznych dźwięków 
ludzkiego głosu. 

Był to czasami straszny, a mglisto znajomy nam niegdyś 
śmiech, czasami tęskna nuta grobowej jakiejś piosenki, szar- 
pana wartkiemi słowy, łkaniami i znowu tymże przerażającym 
uśmiechem. 

Czyj głos, czyja piosenka, czyj śmiech kąsały mu tak serce, 
że zanim odważył się wkroczyć do chaty, w zastanowieniu dłu- 
gie nieraz trawił chwile, jak gdyby siły w siebie garnął i odde- 
chu nabierał, jak gdyby przewidywał że przyjdzie mu spotkać 
się z niezw3'kłą boleścią? 

Dla rozwikłania zagadki musimy cofnąć się wstecz o dwa 
blisko lata. 

Przed dwoma niespełna laty, tego samego dnia może, gdy 
sentymentalna hrabianka poprzysięgała wieczną miłość szambe- 
lanowi, Kazimierz od kilku tygodni osiadły na wsi, wtajemni- 
czał się właśnie w to życie natury, które później miało stać 
się gtównem tłem jego rozmyślań , jedyną samotności jego po- 
ciechą, 

Łatwo wnosić , że dzicz gór przedewszystkiem wpadła mu 
do smaku. Okolica, której niewinnym dozorem trudnił się stary 
leśnik, była pierwszym celem jego wycieczek. 

Pewnego dnia, ku zachodowi słońca, po całodziennej wę- 
drówce , Kazimierz opuścił cugle i wolnym krokiem powracał 
do domu. Obłędnie zapatrzony przed siebie , myślą mniej jesz- 
cze kierował, niż koniem; ścigał grę purpurywych promieni po- 
zaczepian^ch o wierzchołki drzew, rozbryzganych o drżące 
liście, przedzierających się upornie przez najdrobniejsze szcze- 
liny gęstych zarośli. 

Złote błyski swawolnie ślizgały się po lśniących szlakach 



186 

ziemi; gdziekolwiek zdradzał się poświttny promień, wnet 
wszystko ożywia}, weselił, uprzezroczystniłił. Spłoszony cień ze 
wstydem padał na ziemię, krył się po niędocieczonych zaką- 
tkach , noc przyzywał na odsiecz. 

Światło, dusza wszechstworzenia, źródło miłości i siły, bez 
gniewu, z różanym uśmiechem żegnało przeciwnika, z ostatnich 
krańców widnokręgu śląc mu blednące spojrzenia. Czołc słone- 
czne krwawo zarumienione już zaczynało tonąć w bezmiarze — 
już zwolna zapadało i tęczując piersi obłokom, z rubina przele- 
wało się w opal. Zaczem i szafir niebieskich stropów zapłonął 
w perłę i szare wieczorne muśliny uroczyście zachodziły na błę- 
kit i ziemia zalotnie owiewała się tą przejrzystą tkanką pół- 
światła, półcienia, jaka rażący blask jej wdzięków zastępuje 
stokroć wabniejszemi ponęty. Wykradłszy się z zazdrosnych 
objęć słońca , oddychała wieczornym chłodem , zionąc w powie- 
trze tysiączne kwiatów swoich i roślin balsamy. 

Kazimierz w zupełaem o sobie zapomnieniu lubował się uro- 
czą rozpustą barw , zaprzepaszczał w nieskończonej ciszy burzę 
swojego serca , słodko zatracał pamięć własnego bytu — gdy 
w tern koń jego, zwierzę wtajemniczone, rzekłbyś w pańskie 
usposobienia, uciął nagle kroku, parsknął, zastrzygł uszami 
i w bok uskoczył. 

Jeździec ocknął się z zadumki, uchwycił cugle, powiódł 
wzrokiem do koła, szukając przyczyny przestrachu sweg^o towa- 
rzysza. 

Koń stał jak wryty ; ostrogi nawet nie słuchał. 

Kazimierz przez chwilę niecnie postrzegał przed 8ob% ; obej- 
rzał się, zaszperał oczyma. 

Tuż za nim, w bok ścieżki, na ciemńem tle wrzosów i sku- 
pionej leszczyny, bielał kształt ludzki, nieruchomy — że ludzki, 
można było rozeznać po zmarszczonych tu i owdzie fałdach 
białej odzieży. 

Biedny jakiś wędrowiec potrzebował zapewne pomocy, wy- 
cieńczony na siłach, ze znużenia, a może i z głodu. 

Poraj żywo zeskoczył z siodła, odgarnął gałęzie krzewu 
i postąpił. 

Była to wiejska dziewczyna, jak się pokazało ze stroju. 

Ze splecionemi w okół głowy ramionami, z twarzą między 



187 

wrzosy wciśniętą, pół lica tylko odsłaniała, ale wpół ukradziony 
ten widok nic przerażeniu nie odejmował. 

Brak życia widocznie skurczał postać biednej pątnicy; kibić 
łamała się w niekształtne linje przedzgonnych wyprężeń ; błęki- 
tne usta, trupia bladość /oblicza, zapadłe jagody, rysy ścięte 
głęboką boleścią, wydartą, jak się zdawało , z ostatnich tajni 
ubiegłego ducha , konwulsyjnie zaciśnięte dłonie — wszystko to 
świadczyło , że łup ten po upornych dopiero walkach dostał się 
zatracie. 

Byłaź to ostateczna wygrana śmierci , lub tylko chwilowe 
w głębiach organów zatrzymanie życia utajonego ze zgrozy 
i bojaźni dalszych przebojów z losem? 

Kazimierz pochylił się, przykląkł, położył dziewczęciu rękę 
na sercu, ujął ją za dłoń i łagodnie spróbował rozczepić zaci- 
śnięte jej palce. 

Niespokojny o rozwiązanie zagadki , utkwił wzrok w bada- 
wczej troskliwości w upiorne oblicze , którego wyraz ogarniał 
^o coraz silniejszem a niewytłumaczonem spółczuciem. 

Długo wodził oczyma , wysłuchiwał oddechu , szukał obiegu 
krwi pod skrzepłych żył powłoką — nadaremnie. 

Przez wszystkie boże potęgi! — Dziewczyna nie mogła 
umrzeć; na bladych jej skroniach przeświecał tu i owdzie od- 
blask niepewnego rumieńca; poszlaka życia czy gra zwo- 
dnicza krwawo przez liście zachodzących słonecznych pro- 
mieni? 

Poraj okrążył ramieniem kibić wędrownicy, podniósł ją, 
wsparł na swych piersiach ; tulił ucho do jej serca, z zapadłych 
powiek nie opuszczał wzroku. 

S% oczy, co usypiają; są inne, których daleki pogląd budzi 
<:zę9to najtwardszy sen. Dla czego jedne pędzą w senność — 
czemu drugich iskra ducha na jaw wyzywa? — Odpowiedź nie 
trudna temu, kto raz zastanowił się, jakiej woli, jakich chara- 
kterów, zamiarów, uczuć, wzrok ludzki bywa posłańcem. 

Ach , i ja pamiętam wzrok ! — 

Wzrok jednego z moich szkolnych profesorów, który ile razy 
upadał na mnie przy towarzyszeniu ołowianego głosu i mało co 
lżejszej nauki, zawsze pomimowolnie , nieprzezwyciężenio 
sklejał mi powieki. Młodociana żywość nie mogła oprzeć sif 



188 



wszechwładnemu magnetyzmowi mistrza. Skoro jednak zda- 
rzało się, że twarz na chwilę odwracał i głos ucinał, budziłen 
się gwałtownie, zrywałem, jak gdyby nagle pozbawiony dawnej 
słodyczy narkotycznego nektaru. Pokój z nim — wycierpiał 
i on za swoje ! — 

Księżyc wypływał z za gór, zapędzał pod widnokrąg blade 
wspomnienia zaszłego słońca. Porajowi zdało się, ze uczot 
w objęciach lekkie drżenie , że zacięte dotąd usta dziewczyny 
tchnęły niedoścignionym prawie oddechem. 

Na Boga żywego ! — Nie złudzenie to było — istna rzeczy- 
wistość. Łono jej zwolna się podniosło, serce zakołatało pod 
łagodnie przytuloną dłonią wybawcy. 

Kazimierz sam teraz zacierpiał na brak w piersiach powie- 
trza ; nadzieja i trwoga ścisnęły mu duszę. Życie wyzwane za- 
klęciem serca, wracało — ale czy wracało na długo, czyli na 
chwilę — czy podobna ubłagać je, zatrzymać — czyli daremne 
za nim po szlakach wieczności pogonie? — Raz jeszcze uj^ 
ją za tętno — głucho i zwolna dzwoniło o żyły. W roztąjałycŁ 
palcach zaczynało objawiać się przedczucie samodzielnego 
ruchu. 

Poraj lękał się sobie uwierzyć. Niewysłowione radosne 
uczucie , gość w sercu jego oddawna nie witany , wypromieniło 
mu czoło. Podniósł bezwładne ramię niebogi, spojrzał na jej 
rękę, szukał śladów dowodnego życia, urzeczywistnienia gorą- 
cych swoich nadziei. 

Pogląd ten wywołał w nim zadziwiającą uwagę. Młodzieniec 
rotworzył oczy szeroko, zapomniał wkrzomo na chwilę o głó- 
wnym celu swych starań , utopił całą uwagę w tajemniczym po- 
wodzie swego zdumienia. 

Strój wiejski, głowa owiązana wypłowiałą pospolitą cha- 
ściną, na szyi proste czarne jakieś korale z uwiązanym na 
końcu starym szkaplerzem, do pół ciała wytarty kaftanik z Uf- 
kitnego niegdyś sukna — wszystko zdawało się oznaczać biedną 
dziewczynę z pod strzechy. A jednak — dziwna! dziwna! — 
Z rękawa grubej płóciennej koszuli wyglądała wyti?7omych 
kształtów rączka, blada wprawdzie, lekko pomarmurowana 
żyłkami cierpienia, ale tak drobno wysmukła , tak miękko prze- 



189 

uroczysta , że niejedna księżniczka radaby widzieć podobną na 
końcu swego ramienia. 

Oczywiście, dziecinnych tych palców coraz ostrzej zwężaj%» 
cych się ku paznogciom , i dłoni u spodu pomuskanej zaledwie 
dojrzanemi kreskami , z wierzchu u wytrysku palców poznaczo- 
nej w trzy różane dołki — rączki tej nie skaziła ciężka praca^ 
nie skaleczył nigdy mróz, skwarny promień słoneczny rzadko 
nawet kiedy zadrasnął — wygoda ją wybieliła,- zbytek wy- 
pieścił. 

Jakiemźe zdarzeniem z jedwabiów , z pokrewnego sobie pu- 
chu, ręka ta przeodziała się w szorstkie wieśniacze płótno — 
jaka tajemnica , jakie nieszczęście załamały te ramiona w wyraz 
przedzgonnej boleści. 

Poraj gubił się w domysłach i jak chiromanta, z rysów dłoni 
wysrebrzonych blaskiem księżyca, usiłował odgadnąć prze- 
szłość — gdy tym razem uczuł silniejszy ruch ramienia, które 
rozkurczało się z bólu, prężyło niby z grobu do życia, zwolna 
zaczynało ogrzewać pod nabiegiem krwi. 

Na Boga I — O ratunek , o śmierć lub o życie chodziło , nie 
o zaspokojenie próżnej ciekawości! 

Kazimierz zgrozą zdjęty przeciw samemu sobie, obejrzał się 
do koła, jak gdyby szukał pomocy. Wiatr nawet nie przerywał 
ci8z5 ; śladu człowieka ani dojrzeć, ani dosłyszeć! Rzucił 
w niebo wzrokiem bezsilnej rozpaczy, i wkrótce uderzony 
nagłą, ostateczną myślą, porwał omdlałą jak uśpione dziecię 
na ręce i znajomemi wyłomy przedzierał się co chyżej ku chacie 
leśnika. 

Starzec i żona jego Agnieszka siedzieli na przyzbie. Kobieta 
półgłosem szemrała wieczorne modlitwy; leśnik codziennym 
zwyczajem opatrywał strzelbę — przeciw nocnym złodziejom. 
Boże od nich uchowaj ! 

Trzask gałęzi , szelest zeschłych , gwałtownie tratowanych 
liści , wyrwał oboje ze spokoju przedsennych ratrudnień. 

Agnieszka żywo powstała, wskazując w milczeniu mężowi 
stronę, zkąd łoskot dochodził. Maciej pochwycił strzelbę, nie 
bacząc że zamek staroświeckiej broni tylko co oczyszczony, 
o kilka kroków leżał na ławie , wymierzył ku nieprzyjacielowi 
bezbronną lufę. 



190 



Ale znajomy głos całą piersią woła} na nich po imieniu i za- 
ledwie leśnik miał czas ochłonąć z pierwszych wrażeń , już Po- 
raj stał przed nim , już składał ciężar swój na ławie i gromko 
domagał się zaradczych środków. 

Starzy zakrzątali się co duchu: przyniesiono octu, wódki 
i wody ze zdroju; Agnieszka wynalazła nawet kilka kropel wina 
troskliwie pielęgnowanego w zielonawej, kręconej flaszce. 
W mgnieniu oka wszystko troje jak Bóg natchnął, wzięli się do 
ratowania rozniemogłej sieroty. 

Bóg snąć zsyłał im szczęśliwe natchnienia. Nie wyszło pół 
godziny, a chora, choć drżąca jeszcze, rozchwiana, siedziała 
już atoli o własnych siłach. 

Ujęli ją pod ramiona, wprowadzili do chaty, położyli wedle 
pieca na tapczanie starej Agnieszki. 

Dziewczyna usiadła zwinięta w kłębek, wsparła głowę na 
podniesionych kolanach, twarz między dłonie ukryła. Kilka 
rozjękłych westchnień wydarło jię z jej piersi, kilka spazmo- 
wych łkań boleśnie drasnęło obecnych, i znowu cisza — widać 
tylko było po niesfornych ruchach głowy, że ból przesilał się 
w rzewny, nieutulony płacz. 

Po chwili nieboga odrzuciła się w znak, wsparła na jednej 
dłoni, drugą z czoła i ze skroni odgarnęła rozpięty płowych 
włosów i błędnym wzrokiem zatoczyła do koła. 

Czerwonawe światło zażegniętego łuczywa migotliwym bły- 
skiem oświeciło blade oblicze wieśniaczki, djamentowemi iskry 
odbiło się w łzawych jej oczach. 

Zaprawdę, w powróconej do życia, sam Wilczek z trudno- 
ścią byłby poznał Nastusię. 

Nie straciła czasu biedaczka: w kilku dniach strasznie się 
zmieniła. 

Sędziwe małżeństwo stało w głębi izby, czekając nierucho- 
mie na wolę pana, lub zaszczyconej jego opieką dzieweczki. 
Poraj siadł u głów jej na zydlu i z niecierpliwością oczekiwał 
pierwszego słowa. 

Łuczywo płonęło dynmo , smutnie , krwawo, 
. Nastusia dygotała oct zimna, od strachu także zapewne. Go- 
rączka trzęsła nią bez miłosierdzia. 



191 

Kazimierz nasunął na nią p}acbt§, wziął ją za rękę, zapytał 
łagodnym głosem , czyli czego nie potrzebuje ? 

Nastusia go nie słyszała. 

Powtórzył zapytanie. 

Obróciła ku niemu twarz, zwolna wysuwała mu dłoń z ręki, 
topiła w nim wzrok. 

Chryste Panie, jaki dziwny wzrok! — Agnieszka przeżegnała 
się ukradkiem, leśnik mimowolnie o krok naprzód postąpił. 
Kazimierzowi mróz przebiegł po żyłach ; takiego wzroku w ży- 
ciu jeszcze nie widział ! 

Wielkie błękitne oczy w głąb czaszki zapadłe , to słupem sta- 
wały, wyrażając niby uczucie śmiertelnej trwogi, to z niesły- 
chaną szybkością biegały do koła, niby jaskółki przed burzą. 
Snąć pojętna wola, rozum, całkiem straciły nad niemi kieru- 
nek; boleść tylko i ślady niedomarłej pamięci iskrzyły się 
w rozwartych źrenicach. 

Wzrok ten rozpaczy widocznie czegoś szukał — może pa- 
miątek niepowrotnej przeszłości? . — Widocznie drżał przed 
czemś z obawy, ze zgrozy — może przed głuchą samowiedno- 
ścią teraźniejszego bytu? — Rzeczywistość dla niego nie 
istniała; w obecnych przedmiotach śledził dalekich jakichś 
przypomnień, podobieństw lub bezwiednie, mimowolnie zacze- 
piał się i spoczywał na otaczających go kształtach. 

Nastusia z dziecinnem zdumieniem poglądala od chwili na 
posępny promyk łuczywa. Blask ten niepewny przywodził jej 
może na pamięć ostatnie nocne światło, jakie widziała, gdy 
z rodzinnej wioski pobiegła ku mogiłkom, gdzie chowano jej 
matkę. Co dalej się z nią stało? — Nie przypominała. Nadare- 
mnie byłoby pytać ją, dla czego na mogile nie oddała duszy; 
jak wyszedłszy z długiego omdlenia , sama jedna na smętarzu, 
w nocy, nagle zerwała się i pomknęła łąką i polem, drogą i ma- 
nowcem, daleko, daleko. — za górę, za las? — 

Do kogo bieżała i gdzie? — Do nikogo — mw świat", jako 
mówi Ind polski, gdy chce wyrazić wygnanie z ojczystej strze- 
chn, bez celu i bez końca pielgrzymkę nieskończonego bólu — 
emigrację z pomiędzy swoich w cudzoziemskie kraje, śród ludzi 
o sercach oziębłych. 

Los nie zagrażał Nastusi długiem tułactwem. 



192 



Tegoż samego dnia ku południowi, wycieńczona z ostatka 
t)i}, znękana cierpieniem, zatoczyła się w lesie i padła prawie 
bez duszy. 

Niespodziana pomoc marzyciela zabłąkanego przypadkiem 
w te miejsca, wydarła j% śmierci. Wróciło życie, ale tyle też jej 
wróciło ; rozum na mogile matki niepowrotnie pozostał. 

Kazimierz zaczynał przeglądać smutną prawdę: obłąkaną 
miał przed oczyma. 

Uprosił starą Agnieszkę, aby odeszła do alkierza na spoczy- 
nek, sam jeszcze bliżej łoża cierpiącej się przysunął, wspaił 
łokciem na tapczanie i postanowił czatować na pierwszy promyk 
jej pamięci, chcąc ślad chociaż jakiegoś wątku z niepewności 
wywikłać. 

Leśnik ani chciał słyszeć o spoczynku. Siadł przed kominem, 
ujął łysą głowę między ręce , oparł się na kolanach , i tak po- 
chylony, ważył w myśli przyczyny niespodzianego zdarzenia — 
ścigał w przeszłości własnych podobnych wspomnień ; czasami 
tylko dawał znaki życia, zapalając świeże łuczywo. 

Poraj wspominał o zbawiennym wpływie magnetyzmu na 
nerwowe , delikatne zwłaszcza istoty. Zebrał w sobie dwa nie- 
zbędne warunki działania : wolę i spółczucie ; złożył łagodne dło- 
nie na tętnach drobnych rączek dziewczyny , uczepił półgłosem 
kilka łatwych , wstępnych zapytań. 

Nastusia opuściła głowę ku piersiom, wzrok jej powoli łago- 
dniał, oddech stawał się swobodniejszym, ustały gorączkowe 
szamotania krwi, z czoła znikło kilka głębszych zmarszczków, 
piętno niesłychanej boleści. Wkrótce podniosła twarz i ukoły- 
sany wrzkomo błękit oczu, nieruchomo utkwiła w przemkają- 
■cym ją wzroku nieznajomego przyjaciela. 

— Cierpisz , strasznie cierpisz , moje dziecię I — rzekł Kazi- 
mierz. — Jesteś u dobrych , życzliwych ci ludzi. Powiedz , czy 
potrzebujesz czego — co ci dolega? — 

Nastusia lekko skłoniła na bok głowę , jak człowiek który 
iowi uchem z daleka dochodzące a dziwnie lube mu dźwięki. 

Głos ucichł; smutek rozpędzony na chwilę, znów zaległ jej 
oblicze. Westchnęła głęboko, jak gdyby chciała zegnać jakieś 
złudzenie, jakąś nadzieję. 



193 



Kazimierz pon^iwił zapytanie. Tym razem w 8k)dyczy ^osu 
wyraźnie przebiła się nieubłagana wola, roakaz odpowiedzi. 
Nastusia wskazała na pierś i na głowę. 

— Rozumiem, biedne dziecię; spotkało cię zapewne okro- 
pne jakie nieszczęście ? 

Dziewczyna ścisnęła go za rękę i ehyl%c ku niemu błędne, 
fniseniźające oczy, mówiła woln3rm) cichym i jednostajnym 
głosem : 

— Kruki spotkały mię na drodze, a na sinętarzu ognik za 
mn% uganiał. Słońca pod ziemią nie widać! W mróz, w słotę, 
w nocy burzliwe, leżeć w samotnej trumnie, pod krzyżem — 
<tras2no ! — Nikt nie użałuje. 

« Za późno 1 •— mówi kościelna baba — oddaj łachman; ja 
ubierałam nieboszczkę ! » 

V Kłamiesz, stara zmoro! — druga odpowie. ^ Ja od roku 
bywało, co północ z sowami zlatuję na strzechę; hukam jej 
imiertelną piosenkę. 

— Zapóźno! — Wielki «Boże I — Biegłam przecież co tchu, 
co siły! 

— Nie przyszłaś ! — jęczflJa z pod ziemi. — Bez ciebie oczy 
piaskiem mi zasypali. Już mię nieobaczysz; niiędzy mną a tobą 
łokieć gliny nakrytej murawą. I pójś^ do ciebie — nie pójdę. 
Pilnuje mif dwudziestu czarnych strażników , dwadzieścia żela* 
zuych ćwieków, a każdf główką tkwi w 80«nowem wieku, ko^* 
cem w mojem sercu. Ty mię porzuciłaś i ja ciebie porztieam. 
Mnie nikt na starość łez nie otarł — i ty sama wypMczesz oczy. 
Pochowali! — Ksiądz nawet nie przyszedł; grosza nie było 
w chałupie. — 

Boże, zmiłuj się! — Patrz — tam, pod kominem, zły duch 
miga ognistym językiem. Wyrwij , wyrzuć gadzinę — kąsa mi 
•erce. 

Czy pod smętarzem aą takie izby? — Gzy w każdej mogiltif 
tak na ciebie patrzą ? — 

Ach, źli ludzie zabili ją bez litości! — zabili — przez tyie 
lat, co dnia mordowali mi matkę, biedną Krystynę ! *-^ 

Nastusia załkała, wyciągnęła ramiona, jakby ze zgrozą od- 
pychając straszliwy jakiś widok. 

Cbojboki, Alkhftdar. III. ' 13 



194 

Kazimierz położył rękę na głowie dziewczyny , odgarn^ jej 
ze skroni rozpuszczone włosy i zniewolił do wypicia kilka kr»> 
pei wody. 

Nieatrojne jej słowa pozwoliły mu przecie zdgadnąć , że pa- 
mięć ówieźo doznanej straty, że śmierć matki była jedn% z przy- 
czyn rozprzężenia umysłowego nieszczęsnej istoty. 

— Uspokój się — rzekł po chwili — znajdziesz ludzi , którzy 
nie opuszczą cię w niedoli. Czy nikogo już nie masz na świecie, 
ani ojca, ani rodzeństwa? 

-— Miejsca na świecie dość , ale ludzi mało — rzekła Nastt- 
sia. — Wielkie drzewa w lesie zostają, wiatr obrywa liść, niesie 
w dalekie strony. Spytaj , gdzie wędrują na zimę liście kabDj 
kiedy powrócą? I lepiej że nie wracają; zwiędłych, wyż^Uych 
matka kalina by nie poznała ! 

Słyszysz świerszczyka? — O dziecię się dopomina; ciężko 
mu żyć samemu. 

Patrz — skłonił głowę — tam , przed kominem , ^wsparł ni 
kolanach; człowieka udaje. « 

Idź, powiedz mu, że ojcu nic do dziecięcia, skoro potrafi! 
raz je porzucić. Lepiej mu w cudzym kraju — niech do wła- 
snego nigdy nie wraca; znalazłby tylko rozpacz i biedę. Zemrze 
między cudzymi, a zemrzeć musi, bo matki nie ma, a od śmierci 
może tylko wybawić matczyna modlitwa i pieszczota. Od ma- 
leńkości przyuczona kołysać, tulić, wie gdzie doszukać się bolo, 
jak go rozpędzić. 

Usta z głową w niezgodzie: w głowie majaczą pamiątki, na 
usta cisną się inne , straszne jakieś wyrazy. 

Zapóźnol — Kądziel stargana; nici nikt już nie zwiąże. 
Była wszystkiego jedna tylko prządka — skrzyżowała ręce, 
palce zapletła; więcej ich nie rozplecie — umarła I 

Na tamtym świecie , w niebie, inaczej, lepiej; dzieci umie- 
rają przed matką. Tu wszystko się psuje. Grobu ubogich ludzi 
poświęcić nikt nie chce ; na żebraczej mogile jedynym krzyżem 
rozkrzyżowana sierota. 

Za życia krzyżów nie szczędzą — od świtu do nocy krzyżują. 

Gdyby przynajmniej ostatnia pociecha, jedyne dziecię było 
przy niej zostało ? — 

— Sama jedna byłaś u matki ; kochała cię nieboga? — 



195 



— Dziś pierwszy dzień sama jednam na ziemi. Ale wczoraj 
w nocy wiatr dął silny, pogasił wszystkie gwiazdy i miesiąc za- 
gasił. Odtąd noc do skończenia świata. 

Jak było nie kochać bladego miesiąca ? — Przed kim teraz 
wypowiedzieć smutki ? 

Co nad kołyską śpiewt^a? — nie pomnę. Miała jedną tylko 
dziewczynkę; prócz niej, jak świat długi i szeroki, nikogo 
więcej. Często sama się rozniemoźe ; tęskno jej na sercu. Ku- 
kułka szuka zielonej dąbrowy — ona , zatajona przed ludźmi 
pieści się z swojem dziecięciem ; z wzroku , z głosu maleńkiej 
pije sobie życie i zdrowie. 

Gdy Pan Bóg się sroźy, gdy grzmi na niebie i błyska, kwia- 
tki pod ziemię kryją , w rzeczułce skaczą topielce — ona có- 
reczkę tuli do piersi, przed błyskawicą nakrywa rąbkiem far- 
tucha. 

Nie budź pioruna! ~ Niechaj śpią gromy; bez tego straszno 
w mogile ! 

W lesie sosen bez liku , a kaida gruba , wysoka. Za cóż tru- 
mny tak ciasne, że ledwie jednemu w nich się pomieścić? 

Po obu stronach parowu stoją dwa świerki ; patrzą na sie- 
bie, dotknąć jeden drugiego nie może. Ale gdy burza oba wy- 
łamie, razem spadają na dno przepaści, jeden ich strumień 
unosi ; chwytają się gałęziami, płyną obok siebie tam, gdzie oko 
więcej ich nie doścignie. 

Na polu wietrzno , ponuro. 

Biedna Krystyna sama ku Bogu popłynie; ani za życia, ani 
po śmierci nie być jej razem ze swojem dziecięciem I — 

— Nie byłaś więc przy matce? Któż was rozłączył? 

— Siwa orlica sama pławi się w chmurze i słońcu w lice nie 
zajrzy, od czasu jak jej wydarto orlęta. I krzyż na rozdrożu 
niby samotny, ale u stóp jego na pagórku bawią się wiejskie 
dzieci, wiążą równianki. Szczęśliwa dziatwa! — Na każde 
w domu czeka uścisk matczyny. Jedna tylko kobieta płacze na- 
próżno — darmo ku drodze wygląda; dzieci z powrotem wszyst- 
kie ją pominą — żadne ku niej się nie przytuli. Jeszcze wy- 
śmieją starą smętnicę! 

Ach Boże! zmiłuj się! — Straszne zarzewie ciągle sypią mi 
na głowę; czerwony węgiel mózg mi wypieka. 

13* 



196 



Ksiądz prawił, że grzech od matki uciekać. 

Małgorzata z pasieki miała tny córki ; wszyttkie j% odeszły. 
Ksiądz sam na grzeszną drogg im błogosławił. 

Kwiat w potok rzucony pod wodę nie płynie. Kwiaty pory- 
wać, grzech! — mówią z ambony. 

Czyj grzech — komu pokuta? Potok przynajmniej rozbija 
się o skały ; kwiat więdnie gdzieś porzucony na piasku. 

U ludzi z dwojga winnych jedno tylko pokuti^e. Nie sira- 
mień pokutnikiem. 

Może Bóg dopuścił, ze nie z samego żalu umarła; aędza ją 
dobiła. Wprzódy wszystkiego było podostatkiem — na raz za- 
niechała wygody, musiała pracować na kawałek chleba. 

B§ce na starość do odpoczynku, a nie do pracy. Pomódz nie 
było komu. Miała jedyną córkf ; wyhodowała ją na utrapienie. 
Zmarniała matka, i córce nie lepiej się nadarzyło. 

— Gdzież miałaś matkę, biedne dziecię? — Czem była da- 
wniej ? 

— Piękna z słodkiemi oczyma kobieta! Niedawno jeszcze 
była żywą— czem więcej być na świecie jak żywym? O wscho- 
dzie słońca jak ptaszek śpiewała. Słyszę dotąd zwykłą póoaenkę; 
ciągle ta sama, a zawsze miła i nowa. U zwrotki nuta roatafna 
się w powietrzu, niknie; serce pełne dźwięku^ choć ucho nie joi 
nie słyszy. 

Anioł Stróż co dnia budził swe dziecię taką piosenką. 

Nagle ucichło ! 

Czarne sny jęły targać sierotę — nie było czem odegnać zł| 
marę. 

Jutrzenka krwawo wschodziła; przepadły na zawsze różane 
jej uśmiechy. 

Kto bywało, chory we wiosce, komu głód, komu nędza do- 
kucza, komu pożar spalił ostatnią skrzynkę, ostatnie ziarnko 
zboża, kto doznał krzywdę, kto pożałował za winę — ten wie, 
czem była Krystyna. 

Dobrze jej tak! Późmej za to nikogo nie miała przy sołuo. 
Pouciekali! 

Dzieci na smętarzach boją się ognika, dziewczęta wieczorem 
nie śmią przebiegać wedle kostnicy ; zda się im że smi^ó z kos) 
goni za niemi , że g^nsegoce białemi żebrami. Dorośli ludzie ni- 



197 



czego się nie boj%, bez strachu idą na mogiłki; niejeden wy- 
spałby się w kostnicy — a przecie najśmielszy ucieka co siły — 
przed cudzą biedą. 

Nędza człowiecza psy nawet drażni, rozjusza. 

Eto nas dziś potrzebuje -^ kto od nas czego się spodziewa? 
Matka umarła w nędzy *- córka wyszła za mąż — poślubiła 
kij Ś6braczy. Z suchego nawet kija zielone listki rozpękną — 
ale z serc ludzkich pamięć nie wyniesie na usta niepotrzebnego 
nazwiska. 

Ha! — gdyby mogli byli zamordować i zapomnieć! — Za 
cóż zdaje się im, źe niepodobna krzyczeć inaczej tylko głosem 
ofiary? 

Pan Bóg aniołów swoich ubiera w tęcze , ludzi w siermięgi, 
szatanów w zbytek , w bogate stroje. Każdego z daleka poznasz 
po odzieży. "^ 

Ona długo inaczej myślała, aż póki wąż wykarmion jej mle^ 
kiem, w pierś ją nie ukąsił. Zgin^a od trucizny I 

Czasami, w spokojniejszej doli, mawiała do swojej dzie- 
wczynki — jak gdyby przewidyw«d!a ! Co mawiała — nie zdołam 
wypowiedzieć. — 

— Przypomnij sobie , moje dziecię ; jakiem imieniem cię na- 
zywała? 

— Słowik na dzieci woła po swojemu , i gwiazdy na niebie 
do gwiazd na dnie jeziora dociście mrugają. — Luba pi«- 
szczotko — moje kochanie , miła dziecino ! — woła do piskląt 
jaskółka. 

Jeżeli nie te wyrazy pierwsze słyszałeś, nie umiesz mówić; 
one jutrzenką życia , początkiem ludzkiej mowy. 

Dopóki w głowie jasno, człowiek wszystko pamięta. Nie 
zawsze pogoda. 

Ciągną, płyną > mijają ciemne chmury, aż jedna, czarniejsza 
nad drugie, twarda jak kamień , ciężka jak ołów, usiędzie na 
CKole, przyrośnie do skroni, weźmie pół słuchu, pół wzroku, 
otumani na wieki. 

Próżno oglądasz się za siebie ; wczorajszy dzień szarzeje — 
dawniejszych nie widać. 

W dali, tu i owdzie, z kłębów dymu prześwieca czerwony 
płomyk. Patrz I — błyska — tam — u komina. Pewno dawny 



198 

jaki smutek, dawna zgryzota — nie mogą dogasnąć, tl% ciągle 
w pamięci. 

Straszne komary! — W dzień ani im Bi§ opędzić — w nocy 
pełna ich poduszka. 

S% i świecące muszki — tyle też wszystkiego pociechy. 

Bywało, słodkie słowo matczyne, pieszczota, uścisk, wejrze- 
nie, spłyną na dziecię i wnet każde przedzierzga się w iskrę 
skrzydlatą, w gwiazdkę powietrzną, w tęczy kropelkę. Iskrzą, 
migocą, wzlatują w oddali, a gdy oczy od łez rozbolą, dość na 
nie spojrzeć, aby wypocząć. 

Pałac, biały, wysoki! — Wewnątrz kobierce, szkła przejrzy- 
ste, stubarwne dywany. 

Na progu stoi Krystyna, piastunka panicza, dłonią od słońca 
oczy przysłania , wzrokiem biega po ogrodzie i woła: « Dziewe- 
czko — Nastusiu ! Natalko ! gdzie ty ? — Wracaj — pani staro- 
ścina się niecierpliwi! » 

Zwiędły słonecznik smutnieje, nie błyszczy; ku nieba ciągle 
zmarszczone lice obraca. 

Zbieram drobnemi nóżkami, biegnę co żywo. 

Drugi ogród — później — później; w grzędach nie 
w klombach — druga siedziba — nie pałac — dom wielki, dre- 
wniany. 

Stara gospodyni Krystyna wysyła folwarczną dziewczynę po 
córkę. 

— Pani matka czeka — już blisko północy — czas na spo- 
czynek. 

Ach, na spoczynek zai^fsze czasl — Cóź z tego, kiedy wypo- 
cząć nigdzie nie można. 

Choć ciało we śnie, głowa na jawie ; marzy wżycia, żyje 
w marzeniu. 

Stara źebraczka ucieka od dawnej strzechy , wychudłą ręk^ 
Ikiwa na swoją dziewczynkę, często płacze, czasami przeklina — 
przeklina. — Ty panie, czego ci oczy tak świecą? Powiedz, czy 
przeklinała — czy słyszałeś kiedy o matce sierocie? — Porza- 
ciło ją jedyne dziecię — jak nie miało porzucić ! 

Po dworach panienki mają po kilka serc — u chłopek jedno. 

Zaczekaj, matulu! — Gdzie biegniesz? — Goni za tobą 
dziewczyna — to twoja córeczka, Nastusia. Nie uciekaj — 



199 



dogonię I — Ach, ze wstydu, z nędzy, z rozpaczy kryj elBz się 
przedemn%, głęboko się kryjesz — zapadasz! •— gdzie? — a£ 
pod ziemię. Umarła ! 

Na pałacu skrzypią chorągiewki — wiatr wieje od lasu. 6ę* 
dzie slota. — 

— - Gdzie, w jakim pałacu wychowałaś się, miła moja bieda- 
czko? U kogo byłaś we dworze? 

— Na dworze wietrzno, ponuro — jak nie uźałować biedne- 
go wędrowca? Serce skostniało mu od chłodu, nogi ustały, 
2 piersi krew ciągle pluska — jak go wypędzać na dwór? Bóg 
stworzył chatę dla biednych ; we dworze zły duch szamoce się 
ze złością. 

Lany, płaszczyzny dla ludzi; jaszczurka pnie się na wysokie 
mury; jastrzębie na wieżach zakładają gniazda. Na czerwonych 
dachach sowa przedrwiwa nocami z człowieczej nędzy. Dziki 
ptak gołąbce z serca wydobywa farbę, białe jej puchy krwawo 
maluje. Szpony krwią mu ociekły ; spada na łąkę, wydziera mu- 
rawie stokrotkę, niesie ją na wszystkie skały; tam zasępiony, 
listek po listku obrywa. Kocha — niech zginie — przepadnie; 
kocha — niech zginie , przepadnie 1 

Nie ma zagadki : ostatnie słowo zawsze wypada na ostatni 
listek. 
. Niechaj marnieje t — Dla jednej stokrotki łąka nie uschnie. 

Ciężki rok 1 — Na raz wszyscy ludzie wymarli. Upiory błą- 
kają się gdzieniegdzie; na ludzkie stworzenia trzeba czekać 
póki paproć nie zakwitnie. 

Cóż po kwiatach, jeżeli nie można sadzić ich gdzieindziej 
tylko na grobach ! 

Jutro Nastusia pobiegnie daleko w las i poszuka stokrotek 
o ostatnich tylko listkach. Pierwszych nie ma już na świecie — - 
wyginęły wszystkie od wczorajszej burzy. 

Chcesz mię zabić? — Dziękuję ci z serca; zgorzkniało życie. 
Stań tu, w nogach, oburącz uderz mię w piersi jednym tylko 
wyrazem : sama ! — bez nikogo ! — opuszczona ! — 

— Biedne dziecię ! — Nikogo nie masz na ziemi ? 

— W ziemi na Nastusię czekają rodzina i spoczynek. Na 
powietrzu słońce wzrok ślepi, wiatr słowa rozkrada; co drugim 
mówisz, co drudzy mówią, trudno nieraz zrozumieć. 



200 

Tam pod zieloną darzuni g}oe z daleka dochodzi, 8zepe% 
nieboszczyki o przeżytych biedach. Miejsca nie braknie , a gdy 
zabraknie, da^ni mieszkańcy ściskają się dla nowego przycho- 
dnia. Czas mierzą zegary. Robak w sosnowej desce ciągle na- 
kręca zegarek. Brażki i draby do koła; żaden nie powie: zdra* 
dziłaś ! — Biali goście spokojnie odpoczywają na wj«ki ; nikogo 
nikt nie porznca. 

Wstawajmy, chodźmy — już matka Krystyna ściele pod- 
główek. 

W lesie droga głogiem zarosła; pokaleczyłam sobie ręce 
i nogi — pokaleczyłam i serce. 

Odpoczniem. 

Boże bądź miłościw grzesznej duszy mojej t Ulituj się , ma- 
tko boża — daj o wszystkiem zapomnieć ! — 

Nastusia złożyła ręce, błękitem oczu strzeliła do góry i ase* 
mrała na pół rozchylonemi nsty, nie wiadomo , piosenkę jakąś 
zatłumioną czyli modlitwę? Gdzie myślą wybiegła, co zdawała 
się widzieć , zkąd błyskawica tęsknego uśmiechu drasnęła blade 
jej usta? — Nie ona biedna potrafiłaby rozpo wiedzieć. 

Niewysłowiony urok pory wid Kazimierza, zawrót ogarniać 
mil głowę. Zdało się mu, że widzi przed sobą istotę z wyższego,, 
z innego przynajmniej świata, obcą dla wszelkich ziemskich 
stosunków , a jednak widocznie przez ludzi na ciele i na duszy 
zamordowaną. 

Prawda zaczynała wyłaniać się mu z tajemniczych obłędów. 
Dziewczyna miała natchnione obłąkanie. Z potarganego watka 
jej opowiadań mogło wy błysnąć ostatnie słowo tajemnicy. 

Oczy Nastusi niebawem znowu spoczęły na obliczu j^ towa- 
rzysza; sama podała mu rękę. Poraj ują| ją z wyraaem gtębo^ 
kiego spółczucia i krzyżując z nią łagodne swoje wejrzenie^ 
rzekł: 

— Porzuć te smutne myśli , lube dziecię ; odpoczniecs przy 
nas, smutek ukoisz, i może da Bógy trochę zapomnisz. Ziatwi^ 
między nami znajdziesz spokój , aniżeli dotąd szczęście zna]a> 
^aś na ziemi. 

' —. Szczęściel — odrzekła z westchnieniem Nastusia, chwie- 
jąc głową ku piersiom. — Po co Krystynie szukać mogiły ? — 
Kto raz śmierć znalazł, ten drugi raz za nią już nie pogoni. 



201 

W nwzjm ogrodzie, bywało, róż pełne kwietniki: jedne 
jasoe, weeułe, prą się ku niebu, % gdy listkom ich przyjdzie 
wypłowieć , nie żałują życia , byle przy schyłku mogły przypo- 
mnieć pieszczoty ze słońca promieniem. 

Na smętarzu także są kwiatki, smutne, widziałam ; co rana 
płaczą rzęsistą rosą. 

Czasami w nocy zerwie się burza. Nazajutrz dzień jeden 
i drugi słota; kilka różanych pączków rozpęknie, ale rozwinąć 
się, żyć nie chcą. Co im po życiu bez słońca? — Chylą rumiane 
główki ku ziemi, marnieją. 

Widziałeś słońce! — Drugiego nie czekaj. Nastusi nie żal 
umierać, ale i życia nie żal, bo po zachodzie słońca puszczy- 
kom tylko żyć lubo^ 

Dziś serce strasznie boleje. Jak nie ma boleć? Żelazna rę- 
kawica bez ustanku krew z niego wyciska. Biło i dawniej, ale 
biło inaczej. Tuliłam je nieraz obiema rękami, by nie uleciał 
ro^ieszczony, śnieżny gołąbek. 

Jakie gruchania — jakie piosenki! — 

Błękitne dzwonki kołyszą się na prątkach, ku ziemi się 
chylą, słuchają czy wietrzyk nie biegnie ku nim przez ziela. 
Byle z daleka je musnął — szczęśliwe ! 

Z głowy do serca, z serca do głowy, ciągle myśl jedna prze- 
lata; siada na skroniach jak równianka z bławatków. 

Pojechał ! Wróci — jutro — dziś wieczorem musi powrócić. 
Tu w piersiach balsamem wieje nowina, choć oko jeszcze nie 
dojrzy. 

Nie ma księżyca. Hej ! — zawołajcie na miesiąc, przyzwijcie 
gwiazdy. Po obu stronach domu niech w krzach bzu i jaśminu 
rozpieją się dwa chóry słowików, niech kwiaty odżyją, niech 
rzeka odzieje co najsrebrniejsze atłasy! 

Wrócił! Z nieba słychać muzykę. Nie — to jego głos! Ha! 
serce wyskoczy! Słychać znajome stąpanie. Luby! nie zapo- 
mniałeś twojej Naśtusi? 

Zgrzytło po szlde żelazo. — Słyszysz jak dusza piszczy 
w łuczywie? — Gdzie anioł? — nie anioł! — Z bożego do- 
puszczenia piekielne straszydło , upiór spragniony niedoli i łez 
sieroty. 



202 



Na Matkę Boską Gromniczną wilk głodny w lesie przeraźli- 
wie wyje. Człowiek ostrzeżony, z daleka go mija, ucieka do wsi 
przed wilkiem. 

I cierń bury kolce najeża , straszy dłoń , zawczasu grozi bo- 
leścią. 

U niego uśmiech był na ustach , słodycz w rozmowach — on 
jednym wyrazem umiał zmarłych wracać do życia. 

Czarownik — niebo otwierał. Niebo bez granic; mieściło 
się całe w jednem człowieczem sercu. 

Wczoraj była pogoda. Dziś z pdd ziemi wypełzły chmury; 
huczą i świszczą, jak szare wiedźmy latają nad głowami ; grzmi, 
błyska się , piorun uderza , druzgoce przed chwilą jeszcze we- 
sołą topolę. 

Wszystko stracone! Gore, pożar — płonie budynek, iskry 
sypią się ż trzaskiem. Ludzi we wiosce gromada, każdy prze- 
chodzi, nikt ognia nie widzi, nikt dymu nie czuje. Zapal garść 
słomy, gawiedź zewsząd się zbieży. Naraz spłonęło tyle przy- 
siąg, wiary, szczęścia, nadziei; życie jedno w popiół się rozsy- 
pało. Stara piastunka z nędzy umarła, a ludzie się śmieją. 

I on odpoczywa ? — Codzienne kłamstwo ołowiem gniotło 
mu sumienie — jeżeli miał sumienie ! 

Czy mówili ci kiedy starzy ludzie, dla. czego zielsko nie 
kwitnie? 

Różane listki słów na obuch topora nagle przemienił. 
Niech Bóg zbójcy przebaczy ! — 

— Zgaduję, biedne stworzenie! Oszukał cię, porzucił. 

— Pszczoła porzuca kwiat z słodkich pyłków obrany — po- 
rzuca, ale żądła w nim nie topi. On nie porzucił — zakradł się 
z nienacka — nóż w piersiach pogrążył. 

Stoi Nastusia, słucha — uderza ją każde słowo jak rozpa- 
lone żelazo, rwą się na krosnach mózgu rozpięte nitki, na serce 
spada garść smoczych zębów, a każdy kąsa i zgrzyta. W oczach 
jej noc i płomienie. Patrzy — ogląda się — nie ma nikogo ! — 
Na żółtej ścieżce ogrodu włóczą się ślimaki w tęczowanych 
domkach i motyl rozsiaduje się w róży, rad z wonnej swojej 
siedziby. 

Nastusi szczęście nie w zbytku. 



203 

Miękkie puchy, złocone ściany, wstęgi, jedwabie, kobierce, 
wszystko marnieje, gdy czarno duszy. 

Ranek majowy na łące, w lesie ! 

Ksiądz prawi o raju — po co go szukać daleko ? Odziej zło- 
togłowem kościotrup, rzuć mu na piersi najcieńsze muśliny — 
«trachu z niego nie zdejmiesz. Dreszcz obrzydzenia ścisnie ka- 
żdego przechodnia. 

Rzuciłam wszystko co błyszczy, uciekłam jak szalona. Szala- 
łam długo, nim rozum do mnie powrócił. Ale powrócił znękany, 
wybladły, na dwie głowy już go nie stawało. Wszystek dla sie- 
ł)ie zabrała tamta druga. 

Nastusia została obłąkaną! Panie, świeć nad jej głową. Lu- 
•dzie w maleńkości już zwali ją warjatką. 

Biedna! — Z dawnych przepychów niczego nie żałuje, prócz 
może jednej czerwonej szafki ; stała w kącie , na prawo , pod 
klatką. Gdyby zawczasu była wiedziała, że w klatce choć wyzło- 
conej grzech szczęścia szukać ! — 

Od spodu do wierzchu szafka pełna książek. Ciche piastunki 
skołatanej myśli szeregami ciągną z pociechą; śpiewają, koły- 
szą , rozpowiadają cudowne bajki. Jużcić prawdy w nich nie 
wiele, bo często mówią, że kto całą duszą kocha, ten bywa 
ukochan. Jużcić fałszu w nich siła, gdy prawią, że człowiek co 
pomyśli, wypowie — że dobrym dobrze, złym źle na świecie. 
Cóż z tego? — Tak mile nocą, tak słodko gwarzą, że nie żal na 
chwilę im uwierzyć. 

Eto wie, może dawno temu, bardzo dawno, działo się jak 
wyprawiają. 

Dziś — wiosna ubiegła, jesień nastaje — świat zwiądł, po- 
źółkniał. 

Ach! — i w jego wzroku zdrada, przekleństwo, żółcią mi 
świecą. 

Odepchnąć chcesz? — Odepchnij! — Po co nogami tra- 
tujesz? 

Nastusia zniesie nędzę, sieroctwo, niemoc; na ludzką boleść 
wystarczy jej łez i modlitwy; ale tu w piersiach żarzą się boże 
iskry prawdy , miłości , wiary. 

Zabluźnił im jak potępieniec! 

Kastusia nie płacze, chyba ogniem musiałaby płakać! 



204 

Ogniem? -• Ach ! ona dziś jeszcze za jeden jego ofimiBcIi — 
za jedno tylko ludzkie słowo , z radosną twarzą skoczyłaby 
w ogień ! 

Darmo — zabił sierotę! — 

— Któż taki, moje dziecię? Nie przypominasz nazwiska — 
młody czy stary — gdzie mieszkał — jak wyglądał — nie pa- 
miętasz? 

— Długie miesiące samotnie nieraz płynęły. Ach ! weselej 
jednemu świerkowi nad grobem I 

Tęskno sierocie — od ptaszków, od kwiatów ucieka, bieży 
do ostatniej półki, dobywa książkę; snaó napisali ją dobrzy 
ludzie, miłosierni na bliźnią biedę. 

Jak wyglądi^? — Jak chciał! Inaczej wygląda smatny — 
inaczej kto kocha — straszny, kto nienawidzi. Zdrada 
i fałsz prsąeezkaradzą anioła z wielkiego ołtarza w dworskiej 
kaplicy. 

W książce mrówki literki piszą wyraźnie: na króla podo- 
bien, choć nie ma na głowie korony; oczy z takiegoż bławatu^ 
jak w noc miesięczną szyba jeziora. Nad brzegiem wody rosną 
wysmukłe topole — on wysmuklejszy. Latem, w skwarne 
upały, pod strzechą zieleni, w lasku, szmer źródła lubą muzyką. 
Przy jego boku, na jego piersiach nie zaznasz zimy i głos jego 
milszy od szemrań źródlanych. Gdy się rozgniewa , gdy co roz-> 
każe , grzmot tak nie tętni po górach. Dawniej miał z bluszczu 
ramiona, czasem z powoju — bez kwiatków; błękitne kwiatki 
Nastusia w wieńcu nosiła na głowie. 

Drapieżne ptastwo czepia się wysokich dachów. 

Jadą goście, jadą z daleka: każdy gość wiezie drugiego; 
często trzech naraz wysiada. 

Płoną okna w pałacu; służba się zwija. Noc cicha, w oddali 
słychać zgrzytliwy dźwięk szkła, śmiechy, rozmowy, wykrzy- 
kniki. Hałas się wzmaga, ciepło na dworze — przez otwarte 
okna buchają szalone pieśni, kłótnie, zwady i znowu dzikie 
śmiechy. 

Nie weaoło od nicfaNastusi. Szczęściem od domku do pałaca 
kilka staj: patrzy, słucha , póki ją sen nie zmorzy. 

We śnie piekło przed nią się kłębi; ogniste mary wydziwiają 
straszni korowody. 



205 

Kaząjutrz albo go porw% Ub sottawiąją; ale choć sam zo- 
stanie ) znać po nim że złe duchy za msa się upędzały. 

Za kaidym wyjazdem, za każdym najazdem, ubywało w nim 
blaska. Nareszcie całkiem poczerniał jak węgiel. 

Zagasł ! Szczęście sieroty z nim zgasło ; czego później się 
dotkn%ł, wszystko czernił, zabijał. — 

— (odzież się to działo? Gzy daleko zt^d? 

— Złemu do nieba daleko , dobremu blizko. Sierota legnie 
na grobie matki, płacze, wyrzeka; matka tuż pod nią spoczywa. 
Oj, strasznie daleko do matki! Do przeszłych cierpień blisko — 
dość się obejrzeć: ciągną stadami, czamemi skrzydły biją 
o szyję. Żelazny łańcuch! — Każde ogniwo ukute z wspomnie- 
nia, każde wspomnienie z łez, z oczekiwań, z trwogi, z gorzkich 
wyrzutów. Ostatnie cięży bez miary -^ na rękach , na nogach 
kości piłuje. W oka mgnieniu tam je ukuli, tam , gdzie niegdyś 
kwiaty tylko splatały się w wieńce. 

Tam tylko życie zostało — tam ! — gdzie? — Ka końcu 
świata i jeszcze dalej. Zły duch pokutuje ; sprawiedliwym lu- 
dziom tam nigdy nie zajrzeć. 

Straszno i duszno — ani ówiatła, ani oddechu — jak w pod- 
ziemiach naszego starego kościoła. Duszę tam biorą na męki, 
głowę ściskają w żelazne obręcze ; przez resztę życia potem oka 
nie zmrużysz. — 

Nastusia drżała w gorączce przestrachu, toczyła obłąkanym 
wzrokiem, konwulsyjnie ściskała ramię Poraja, tuliła się do 
niego , jak gdyby szukając opieki przed wyzwierzonem na nią 
okropnem widziadłem. 

— Dobry mój panie — mówiła targanym głosem — co pa- 
trzysz na mnie oczyma anioła stróża ? Niech Bóg cię od nie- 
szczęścia uchowa — niechaj oddala od ciebie zatratę. Nie wy- 
chodź z lasu; na świecie mordują niewinnych. Chyba że ze- 
chcesz do matki wybiegnąć; ale wtedy przemykaj się uboczami, 
nie wchodź do wioski, strzeż się czerwonego pałacu, gdzie 
piołun rośnie do kola. Uciekaj — za siebie się nie oglądaj , gdy 
strwożeni ludzie półgłosem ci rzekną, że w pałacu tym siedzi — 
pan graf Wikzekl — 

— Wilczek! — powiadasa, dziewcayno? — 



206 

— Nieboszczka Btaroścma mawiała mu: «¥^adziu» — i Na- 
stusi niegdyś wolno go było tak nazywać. 

Umarła Nastusia i odtąd ciągle umiera — piekło ma wie- 
czne! 

Kazimierz zadrżał — twarz ręką zasłonił. 

Nastusia wycieńczona, z zamkniętemi oczyma, jak bez duszy 
leżała na pościeli. Długie natężenie skołatanego umysłu rozwią- 
zywało się w półsenną bezwładność. Pierś pracowała urywanym 
oddechem, ból zaciął jej usta, w załamanych zmarszczkach wy- 
biegł na skronie i czoło. 

Stary leśnik zbudzony nagłem ucięciem rozmowy, podniósł 
drzemiącą głowę, patrzył obłędnym wzrokiem, jak gdyby na 
jawie ciągnął dalej senne jakieś marzenie. 

Pori^ stał z założonemi rękami, poglądał na pół martwą 
dziewczynę. Teraz wszystko zgadywał. 

— Wilczek, zawsze i wszędzie Wilczek! — powtarzał, do 
głębi duszy wstrząśnięty wzmianką nienawistnego mu nazwi- 
ska , niespodzianie wyiskrzonego na dnie tajemnicy. 

Dziwne zrządzenie ! 

Jakiż los, jakaż tajemna konieczność, rzucała mu na drogę 
życia tę postać złowrogą, wcielenie wszystkich żywiołów krajo- 
wej i społecznej zatraty ? 

Omdlona w lesie dziewczyna — szczególne spotkanie ! 

W odludnej chacie, w przytułku zaświatnych niemal ludzi, 
na biednej pościeli leży rozciągnięta, zabita. — jak sama po- 
wiada — smutna igraszka pańskiej rozpusty, boże stworzenie 
niby nędzne cacko zdruzgotane w przystępie bezsumienne^ 
fantazji. 

Słodkie oblicze, gdzie wiara i prawda, gdzie święte rodzime 
uczucie w wdzięcznej harmonji rysów w3rpowiadały niegdyś 
czystą pogodę duszy — dziś, poorane boleścią, na wieki 
podarte nadludzkiem cierpieniem — bez nadziei ratunku na 
ziemi I 

I duch źródlanego kryształu, wierne odbicie spokoju nieba, 
krasy natury, dziś wzięty na męki wspomnień, szaleje bólem 
jak skorpion żarem otoczony , sam siebie kąsa z rozpaczy ; za- 
tracić się niezdolny , nie widzi kresu męczarniom. 



207 

Głupi przypadek — jeżeli mniemał, że do utrzymania Zni- 
cza zaprzysiężonej zemsty potrzeba było codziennego widoku 
zdradziecko zamordowanej wieśniaczki ! 

Mądry przypadek — jeżeli chciał krzywdę bezsilnej ofiary 
rzucić na szalę nieubłaganych zamiarów odwetu ! 

Spełni się przeznaczenie! Runie kolumna podpierająca 
gmach nieprawości , chociażby zwaliska miały strzaskać czaszkę 
samego Samsona. 

Co później nastąpi — czy Baal gdzieindziej potrafi wznieść 
sobie świątynię? — Przyszłość odpowie. Tymczasem jeden przy- 
najmniej głos fałszowi zaprzeczy, głos wołającego może na 
puszczy: przekleństwo! 

Ha ! stracili pamięć i miarę czasu ! Post od dawna nastąpi), 
dla nich ciągle jeszcze zapusty. Popiół biednemu tylko spada 
na głowę. Oni larwy cudzoziemskie wcisnęli na twarze, z mo- 
narszych przedpokojów wyżebrali łachmany służalczej liberji — 
wirują w zapalnem powietrzu bezbożnych zapędów , harcują po 
grobach , trzęsąc dzwonkami szału , klaszczą sobie w ręce na- 
wzajem korzystając, że Bóg od nich oczy odwrócił. 

Zabili piastunkę ziemi , co ich wykarmiła — córkę ziemi, 
jedyną prawą dziedziczkę puścizny ojców, świętą pracownicę 
ogołocili z rozumu, wprzęgli w jarzmo niewoli i nędzy. Rzecz 
jasna I Wykwintnemu uzwierzęceniu , rozpasanemu samolub- 
stwu nigdy nie byJo dość pastwy. 

Ciężkie sieroctwo ! Lud bez ojczyzny, sierotą. 

Biedny polski ludzie , nieszczęsna sieroto ! Jak harfa eolska 
pełen wdzięków, piękności, uczucia i prawdy — gdzie pieśni two- 
ich harmonja? Milczysz stłumiony brakiem wolnego powietrza, 
lub targan burzą cierpienia, zgrzytliwe jęki ślesz w głuche dla 
ciebie niebo. 

Biedna dziewczyno 1 Gdyby nawet błyskawica obłąkania nie 
była oślepiła twego rozumu , jeszcze nie byłabyś odgadła, jaka 
moc pędziła cię do lasu, jakie tajemne wpływy naznaczały ci 
spotkanie z ręką bożego gniewu. 

Zerwany kwiat polny dzielniej od ciebie zemścić się zdolen ; 
zgfaszona iskra cudem jeszcze w niszczący pożar rozpłonie. To- 
bie złamanej lilji cóż pofeti^e? — 



208 

Nastusia westchn^a głęboko, senną dłoń przesuwała po wy- 
bladłem czole, oddech jej stawał się wolniejszym, swobodnialy 
członki skarczone boleścią. Oddawna nie zakosztowany sea 
folgę przynosił gorączce umysłu i skołatanemu ciałut 

Kazimierz ostrożnie dotknął się jej ręki : tętno biło łago- 
dniej , krew ciepło zaczynała krążyć w żyłach przed chwilą lo- 
dem ściętych. 

Życie na pół ubiegłe wracało na głos serdecznego spółcza- 
cia. Czyli rade wracało do nadwerężonej powłoki, czy nie by- 
łoby wolało przerzucić się w tęskny kwiatek konwalji, z roz- 
gruchaną żałośnie samotną turkawkę , w gwiazdkę wędrownicę 
po cichych stepach nocnego błękitu ? 

Bożej zmiłuj się! We wszystko wróciłoby radziej, niż w ciało 
biednej sieroty, 

Poraj przekonany o ustępie niebezpieczeństwa, odsunął się 
na palcach, targnął w milczeniu starego leśnika za ramię, i obaj 
jak cienie wymknęli się z chaty. 

— Dziewczyna zostanie u was — mówił półgłosem , odwo- 
dząc starca od progu. Nieszczęście obłąkało jej rozum, nie- 
szczęście , którego przyczyny mi wiadome. Ojcze Macieju, znam 
dobre serce Agnieszki i twoje ku mnie przywiązanie; odwołuję 
się dziś do was obojga. Czego po was żądam, dowiesz się 
w dwóch słowach: dziewczę to jest dla mnie równie drogiem, 
jak gdyby było rodzoną siostrą moją; niech dla was będzie 
córką. Nie pytaj, nie staraj się nigdy odgadnąć, zkąd i dla 
czego? Żonie przykaż milczenie; przed ludźmi zachowaj nie- 
wzruszoną tajemnicę. Starań , opieki nie szczędźcie. Pamiętaj 
że wszystko co uczynicie dla sieroty, wyświadczycie mnie sa- 
memu. 

Leśnik za całą odpowiedź wyciągnął dwa palce i starym 
zwyczajem , podniósł je ku czołu , na znak że polecenie z ioł- 
nier^im rygorem wypełnionem będzie co do joty. 

Kazimierz ścisnął mu rękę i w jednej chwili przdpadł w gę- 
stych zaroślach. 

Wróciwszy do chaty, Maciej raz i drugi powtórzył w myśli 
słowa Poraja. Potrząsł głową, ale brnąć dalej w przypaszczenia 
się nie odważył; rozkaz wyraźnie zaprzeczał mu badania wątlis 
zagadki. Przypomniał sobie atoli polecenie czuwania nad dzie- 



209 

wczyną, usadowił się na miejscu tylko co opuszczonem przez 
Kazimierza i do białego dnia^ czyli do obluzowania go z warty 
przez Agnieszkę , wzroku z chorej nie spuszczał. 

Maciej nie miał istotnych zatrudnień; potrzebował czegoś 
doglądać, czegoś strzedz, pilnować. Zjawienie się obłąkanej 
wieśniaczki wypełniało mu życie. 

Stara Agnieszka wysłuchawszy mężowych i wydanych przez 
pana rozkazów, zakrzątnęła się wedle stosownego dla chorej 
posiłku. Do wpół wsunięta w komin, pochylona nad garnu* 
szkami , kiedy niekiedy oczy ku łóżku zwracała ukradkiem, roz- 
glądała delikatne kształty, przejrzystą płeć dziewczyny, tłumiła 
westchnienia, dumając nad dolą wieśniaczki na pozór, w istocie 
jednak dziecka urodzonego w pańskich pieluchach ; ślepy mógł 
tylko nie dojrzeć prawdy. 

Gospodyni pierwszy raz zacierpiała na skromność zasobów 
chaty ; łamała sobie myśl nad wynalazkiem wykwintnego po- 
karmu; jużcić razowym chlebem oczywiście szlacheckiego 
dziecka trudno było ugościć. 

Na szczęście, zapasy leśnikowej spiżarni o wiele przewyż- 
szały wymogi Nastusi. 

Chora o wschodzie słońca otwarła oczy, zatoczyła je bez- 
przytomnie; utkwiła w tęczową pręgę pyłku wyzłoconego wni- 
kłym przez szczelinę promieniem. Leżała nieruchomie, odde- 
chem tylko dając znak życia. 

Agnieszka podała jej kaszę warzoną w mleku. Dziewczę 
w milczeniu odwróciło głowę ku ścianie; napój natomiast po- 
chwyciła chciwemi rękami, z widoczną roskoszą wychyliła 
do dna kubek kwasem zaprawnej wody. Gorączka paliła jej 
piersi. 

Leśnik i żona jego rozmawiali z sobą gestami , stąpali na 
palcach , jak zwykle czyni się przy chorym. 

Ku południowi tentent konia rozległ się po lesie i zanim sę- 
d2siwe stadło miało czas się opatrzeć , drzwi zwolna się uchyls^y. 
Poraj stawał na progu. 

Leśnik sldonił mu do kolan łysinę. Kazimierz rzucił wzrok 
l>y8try na łoże. Nastusia nie okazywała żadnego ruchu ; zape- 
wne spała. 

Skinął na starca i obaj wyszli przed chatę. 

Obojbcki, Alkhadar. III. 14 



210 



— No, cóż Macieju! — rzekł, poufale kładąc mu dłoń na 
ramieniu — jak się ma twoja komornica? 

— Niczego — odparł leśnik — nie skarży się ; od wczoraj 
nie mówiła ani słowa. Pilnowałem j% przez noc całą ; spała dość 
spokojnie. 

— Czy jeszcze śpi nieboga? 

— Broń Boże! — Razem ze słonkiem otwarła oczy; patrzy 
w jedno miejsce jak w poświętny obraz. Kobieta moja da- 
wała jej podjeść — ale nie głodna snaó; do napoju tylko po- 
chopna. 

— Stary człowiek jesteś, Macieju; siła masz doświadczenia. 
Powiedz mi, jak myślisz: zamrze czy wyzdrowieje? 

Leśnik podniósł oczy ku niebu , zastukał w palce. 

— Agnieszka mówi, że wyłabuda się z biedy; baba moja 
zna się na ziołach i na niemocach; ciągle jej warzy jakieś 
napoje. Klnie się duszą, że dziewczyna za kilka dni wstanie 
na nogi. 

— Tem lepiej, stary mój przyjacielu; trzeba nam o niej 
pomyśleć. Pamiętasz, co ci mówiłem wczoraj? Naradziłeś się 
z żoną? Gzy możesz wyświadczyć mi tę przysługę i wziąść j% 
do siebie? 

— Do kroćset Niemców i Moskali! — Wielmożny pan nie- 
potrzebnie pyta. Chatę mam z łaski, żyję z łaski — chata i ży- 
cie należą do tego czyja łaska. Starzyśmy oboje, to prawda; ale 
sił nam nie brak. Nie takie usługi każde z nas gotowe naszemu 
panu zaofiarować. 

-~ Dziękuję ci; nie o tem mowa. W twoim wieku , z twoją 
zasługą , tobie należy wymagać usług od młodszych. Człowiek 
wart ile przeżył i wytrzymał, czy to w kapocie, czy w sukma- 
nie. Ale w tej chwili o co innego chodzi. Dziewczyna zostanie 
więc u ciebie ; rzecz ułożona. 

Nie dość na tem; rozumiesz że nie radbym narzucać wam 
próżnego ciężaru. Gdzie więcej ludzi, tam więcej potrzeb; z za- 
siłkiem, jakiś sam sobie wyznaczył, na dwoje, mojem zdaniem, 
za szczupło; na troje tem bardziej nie wystarczy. Nie troszcz 
się atoli , nie przybędzie wam ciężaru ani frasunku ; pomyśliłem 
o wszystkiem. — 



211 

Starzec najeżył w%8y; widno w niesmak mu szła pańska 
troskliwość. Zarumienił się jak podlot dziewczyna i rzekł, 
w ziemi niby czytając odpowiedź : 

— Gdzie dość dla dwojga', tam trzecie z głodu nie umrze. 
Mamy wszystkiego do sytu; od biedy jest nawet i gościa czem 
przyjąć. Wigcej żądać lub brać, byłoby marnotrawstwem bo- 
żego daru. Toć i wielmożny pan nie pogatdza przecie dobrą 
naszą chęcią. 

— Przeciwnie ; spytaj Agnieszki jak pogardzam mlekiem, 
którem mię częstuje , ile razy do was przychodzę. Ale nie zapo- 
minaj , stary gaduło , że my zdrowi na byle czem przei3tajem ; 
choremu trzeba więcej wygód, bal nawet i wymysłów. 

— Dziewczyna otrząśnie się z choroby ; na przyszłą niedzielę 
o własnych siłach pobieży do dworu. Agnieszka rzadko kiedy 
się odzywa, ale co powie, to prawda. 

— Chora czy zdrowa, mniejsza o to. Widzę że nie dojdę 
z tobą do ładu. Muszę gdzieindziej poszukać, a jednak nie 
spodziewałem się, aby ty Maciej, stary mój znajomy -^ wszak 
od kolebki, nieprawdaż ? 

— Nieboszczyka rodzica — Panie świeć nad jego duszą! — 
pamiętam małem chłopięciem — zawołał leśnik głosem drżą- 
cym nieco od wzruszenia — i panią matkę wielmożnego pana, 
opiekunkę wszystkich biednych , widzę jak na dłoni. 

Szukać gdzieindziej ! Szukać wierniejszych sług od starego 
Macieja ! 

Do miljona pękatych beczek! — jak mawiał pan szewc Ei- 
liński. — Po mojej śmierci, nie mówię — ale dopóki żyję, szu- 
kać pewniejszych ludzi odemnie, potulniejszej kobiety od 
Agnieszki? — Co wielmożny pan rozkaże? — Baczność! oczy 
przed siebie — naprzód , marsz I — chociażby przyszło stąpać 
po węglach. — 

Leśnik wyprostował się jak pika, ręce do lędźwi przy- 
cisną, prawą nogę do góry podnosił — istny rekrut na 
mustrze. 

Lekki uśmiech przebłysnął po obliczu Poraja. 

— Zgoda! — rzekł — ofiarujesz mi dowództwo nad twoim 
korpusem. Przyjmuję i uprzedzam zawczasu , że nie będę zwa- 
żał na żaidne wymówki; karność wojskowa i posłuszeństwo 

14* 



212 



przedewszystkieni. Niechże więc teraz komenda nadstawia usza 
i pilnie słucha rozkazu dziennego : 

Szeregowy Maciej uda się natychmiast do dworu, zgłosi się 
do starego przyjaciela swego Grzegorza i przywiezie go tu jak 
najspieszniej wraz z pakunkiem w tym celu przygotowanym. 
Tenże Maciej przejdzie następnie pod rozkazy Grzegorza 
i udzieli mu czynnej pomocy w wewnętrznych zmianach, 
w urządzeniach chaty, w zaopatrzeniu jej i uwygodnieniu stoso- 
wnie do wydanego planu. Naczelny wódz zaleca pospiech 
i ślepe posłuszeństwo pod karą, oddania winowajcy pod sąd 
wojenny Agnieszki. Pół obrotu na prawo, ku stajni — prawa 
noga naprzód — marsz ! — 

Leśnik już wyciągał prostą linję ku małej stajence, nadymał 
policzki , wytrzeszczał oczy dla nadania sobie pewności. Chwiał 
pomimo to niepewną postawą i ostatnie kroki puścił nieborak 
oczywistym zygzakiem. 

Kazimierz poglądał chwilę za odchodzącym. Ufny w żołnier- 
ską akuratność starego wiarusa, zostawił go przyborom do 
drogi, sam zaś wszedł do chaty. Przepowiednie Macieja chciał 
jak najprędzej sprawdzić własnemi oczyma. 

Kastusia podniosła nieco postać , głowę wsparła na dłoni, 
wzrok utkwiła w białe i niebieskie kratki swojej poduszki, szu- 
kając czegoś w pokrzyżowanych niciach płótna — wątku może 
myśli bezpowrotnie straconej niestety ! 

Szmer kroków przychodnia nie wyrwał jej z zadumki. Osta- 
tnie iskry rozwagi tlące na zgliszczach pojęcia, nie miały dość 
blasku do odbicia się w zewnętrznych przedmiotach. 

Kazimierz długo poglądał na to żywe rumowisko uczuć , do- 
rzucał na ognie własnych wspomnień zarzewia cierpień dzie- 
wczyny, siadł wreszcie u głów jej i łagodnie objął jej rękę. 

Nastusia z początku nie zważała ; gdy jednak ciepło przyja- 
znej dłoni rozbiegło się po jej ramieniu, wzniosła zwolna po- 
wieki i spoczęła wzrokiem na tęsknem obliczu gościa. 

Czy poznawała go , czy przypominała wypadki dnia wczoraj- 
szego ? — Trudno było odgadnąć. Wodziła błędne źrenice po 
spokojnych rysach Poraja, głaskała rękaw jego odzieży, ale ża- 
den wyraz czucia nie rozjaśniał jej twarzy, nie rozpędzał mgły 
bezwiedzy, majaczącej przed nią gęstym tumanem. 



213 



Kazimierz spróbował zaczepić ją słowem. 

— Co mi dziś powiesz o sobie , moja droga? — rzekł, wolno 
upuszczając dźwięk po dźwięku. — Co cię dolega? Czy nie 
czujesz się lepiej jak wczoraj? 

Nastusia wpatrywała się w ruchy jego ust. Rysy tego obli- 
cza, dźwięk tego głosu , oczywiście miłe niosły jej wrażenie. 
Znaczenia słów nie pojmowała, o przyczynę troskliwości nie- 
znajomego opiekuna nie umiała siebie zapytać. 

— Ciężko jeszcze bolejesz, moje dziecię? — ponowił Kazi- 
mierz. — Bądź dobrej myśli, Bóg cierpienia oddali. Może 
chciałabyś trochę napoju? Nic ci przez myśl nie przechodzi — 
do niczego nie masz chęci? 

Nastusia oburącz uścisnęła skronie i opadła na pościel. 

Przeciągłe westchnienie, mimowolny tłumacz dotkliwych 
jej bólów , wydarło się z jej piersi. 

Poraj położył rękę na jej czole. Żarem pałało. 

Dziewczyna przymknęła na chwilę powieki, garnąc niby 
w siebie słodkie uczucie ulgi, jakiem przejmows^o ją dotknięcie 
łagodnej dłoni. Wrzkomo zdawała się coraz upadać na siłach ; 
pojętny atoli umysł łatwo mógł poznać, że właśnie gwoli temu 
wycieńczeniu ciała, stan jej widocznie się polepszał. Wczorajsze 
gorączkowe natężenie umysłu i członków musiało rozwiązać się 
w bezwładność. 

Troskliwe starania i dzielniejsza nad wszelkie leki natura, 
obiecywały zwalczyć materjalną niemoc biednej istoty. Na teraz 
potrzebowała przedewszystkiem spokoju, spoczynku. 

Kazimierz nie odważał się trudzić jej dalej pytaniami ; po- 
przestał na wyręczaniu Agnieszki w zachodach około chorej, 
podawał jej napój, odwilżał czoło i skronie, poprawień poduszki, 
z niezadowolnieniem patrząc na nędzną pościel. 

Przyjazd Grzegorza miał zaradzić mnogim niewygodom. 

Nastusia chciała zamknąć powieki, w sen może uciec przed 
targaniną myśli: sen od niej uciekał, niezwalczony pociąg bez 
ustanku zwracał jej wzrok ku licu sąsiada. Z nasuniętemi 
brwiami, ze zmarszczonem czołem, topiła w nim błękitne 
źrenice, jak gdyby sama na siebie gniewna, że znajomej so- 
bie od wieków postaci dziś poznać, przypomnieć, nazwać nie 
może. 



214 



Próżno mózg pracował, daremnie skołatany umysł ścigsi, 
nawoływał ostatki wspomnień — ćmiło jej tylko w oczach. 
Z porwanego łańcucha myśli, większa część ogniw zginęła bez 
śladu. 

Poraj nie ciekawym był bliższych szczegółów życia dzie- 
wczyny; wystarczało mu wczorajsze wyznanie. Własną myślą 
powypełniał puste miejsca w obrazie; krwawa posępnosć Ha 
nic na tern nie straciła. 

Fatalizm grał z nim w dziwne igraszki. W dramacie, jaki 
przed nim się rozwijał, przeznaczenie od każdego działacza wy- 
bierało daninę w miarę charakteru i możebności: cierpienie 
i zagubę od słabych , wytrwałość i czyn jędmy'od dzielnych. 

Główne wypadki rozwoju musiały stać się, dopełnić, cho- 
ciażby nawet na przekor przedstawiaczom nieubłaganych jego 
wyroków. Przekonanie ludzkie tyle o nich naprzód wiedziało, 
ile prawdy do koła siebie spostrzegał wzrok obłąkanej wie- 
śniaczki. 

Dziewczyna bezwiednie patrzyła w oblicze swego strażnika; 
żaden cień myśli, żaden odbłysk uczucia nie przewijał się po 
jej twarzy. Obumarła na teraźniejszość, z przeszłości nos& 
tylko nieme cierpienia. 

Kazimierz zabierał się ku wyjściu. Powstał, oddalił się na 
kilka kroków, z progu raz jeszcze spojrzał na blade rysy dzie- 
wczyny, biednego stworzenia utowarzyszonego mimowolnie 
w dalszych jego zamiarach. 

Nastusia patrzyła za odchodzącym ; wzrok jej pierwszy raz 
ocknął się nieco, zadrżał błędnym jakimś niepokojem. Dwie 
grube łzy zabłysły na jej rzęsach i spokojnie spłynęły po białych 
jagodach. 

Dwie łzy! W nich zwierało się całe życie, wszystkie uczucia, 
cała wymowa pognębionej sieroty. 

Kazimierzowi łzy te upadły na serce — przemówiła do niego 
Nastusia. Zwarjowana wieśniaczka głębiej zrozumiała i poczuła 
w nim człowieka, aniżeli niejedna z pańskiego pałacu, o świe- 
tnym rozumie, o wyfcwintnem wychowaniu. 

Ha, minęło — nie ma o czem mówić I — 



215 

Stary Grzegorz sam jeden wtajemniczony w pobyt dzie- 
wczyny u leśnika, nadjechał wkrótce z żądanemi przybory. 
Maciej całą siłą mu dopomagał ; Agnieszka z radosną ciekawo- 
ścią oglądała każdy szczegół. 

Niebawem chata zaobfitowała we wszystko, o czem tylko 
można było zamarzyć dla dostatnich wygód życia. Inne od- 
miany, wymagające dłuższego czasu, te zwłaszcza, które doty- 
czyły rozprzestrzenienia i wewnętrznych ustrojów siedziby, 
Orzegorz z pomocą dwóch znajomych mu z dalekiego miasta 
robotników, przed pierwszemi jeszcze przymrozki zupełnie 
uskutecznił. 

Chata leśnika na pozór wyglądała zawsze jednako; wewnątrz 
atoli nie ustępowała zamożnym dzierżawnym dworkom. Nastu- 
sia nastręczyła Porajowi sposobność przełamania uporu starego 
żołnierza , który niby pokutnik, nie wiadomo za czyje grzechy, 
wzbraniał się do ostatniego w czemkolwiek uwygodnić schyłku 
w trudach zużytego życia. 

Przepowiednie Agnieszki ziściły się co do słowa. 

Dzięki lekarskim jej znajomościom, a może i innym taje- 
mniczym środkom — powszechnie bowiem było wiadomem , że 
leśnikowa umiała zamawiać niemoce — Nastusia w przeciągu 
kilkunastu dni zupełnie wróciła do sił. Z walki z cierpieniem 
została jej tylko bladość oblicza, zostały zapadłe, posępnie 
kwiecące oczy, dwie lampy grobowe zatlone na mogile znikłego 
szczęścia, dwa ogniska, gdzie dymnie dopalały się reszty pa- 
mięci i rozumu. 

Ciało wstało na nogi, duch raz uwikłany w straszną pląta- 
ninę zakatowanych uczuć, napróżno starał się wygmatwać 
z przeklętego bezładu; twórcze co najdzielniejsze iskry na wieki 
zagasił wraz z szczęściem dziewczyny. 

Czasami jednak smętarny ten ognik pogrzebanego bytu 
błyskał przelotnym płomykiem , ale bez punktu oparcia , bez 
celu ; świecił z wyrwaną z bezmiarów gwiazdą i wnet ronił ją 
gdzieś w nieskończonych otchłaniach. 

Niekiedy chwilowe przypomnienie, lub nagły widok dawniej 
widzianego przedmiotu, albo dźwięk niezatarty w pamięci 
serca, lub pieszczota starej Agnieszki , wyzywały na chwilę do 
zmartwychwstania obłąkany umysł sieroty. Nie wiadomo zkąd 



216 



i dla czego, Nastusia zwykle milcząca, pochmurna, wyjaśniała 
czoło , wdzi§czała uśmiechem , prawiła dorzeczne wyrazy , ikłi- 
wemi słowy płaciła pieszczotę. Rozpogodzenia te szybko mi- 
jały — gęsty smutek zazdrośnie parł się na najmniejszą szmatę 
błękitu jej myśli. 

Stare małżeństwo nie miało wreszcie żadnej z nią biedy, 
z każdym dniem nawet silniej przywiązywało się do znalezio^ 
nego dziewczęcia. 

Nastusia cicha , potulna, nie zni^a żadnych wymóg. Wla- 
biona w samotność , zostawiała leśnika i jego żonę upodobanym 
zatrudnieniom. Słychać jej w domu nie było, chyba gdy pół- 
głosem zawodziła tęskną jaką piosenkę, lub z niewidzialnymi 
gośćmi wszczynała dziwne jakieś rozmowy. 

Leśnik rad słuchał piosenek; melodyjny głos dziewczyny 
kołysał go i słodko usypiał. Agnieszka w samotnych jej rozbo- 
worach wysłuchiwała często przysięgi, żale, skargi, wyrzuty, 
czasami długie rozpowiadania zimowych niby bajek, to znów 
utyski bez miary, ciche modlitwy i łzy. 

Nastusia zapytywana, odwracała głowę, odpowiadała mil- 
czeniem. Przestali nareszcie pytać, przyzwyczaili się do jej 
obyczaju. 

Dla Kazimierza wieśniacza sierota była jedynem może stwo- 
rzeniem, którego widok ku sobie go pociągs^. Zaswiatne dzicze, 
w jakie pędziła go błędna fantazja dziewczyny, błogo przery- 
ws^y mu własne niepokoje, podczas gdy myśl o ulżeniu jej cier- 
pień pozwalała zużywać na rzeczywistym celu jeden z głównych 
popędów jego serca. 

Chata leśnika stała się zwykłym kierunkiem jego wycieczek. 
Zdawało się mu, że człowiecze społeczeństwo, że świat ludzkiej 
niedoli, przesądów, bezprawia, ucisku i wojny, kończył się 
u brzegów lasu. Odtąd berło wszechwładztwa bezsprzecznie 
wracało naturze. 

Troje ludzi rzuconych śród samotnych jej państw, nic wspól- 
nego nie miało z resztą sobie podobnych. Leśnik w istocie po- 
legł pod Maciejowicami : od pamiętnej klęski wiódł upiorny nie- 
jako żywot: Agnieszka oddychała życiem męża; trzecie zaś 
stworzenie, mniej jeszcze od dwóch poprzednich, najeżało do 
ziemi. 



217 



Ludzie jedni odamarli Nastusię, drudzy w przystępie żądz 
lekkomyślnych podali jej kielich fałszywej słodyczy z kroplami 
trucizny na dnie. Wychyliła czarę nieboga. Znikło czarowne 
złudzenie. Z rozdartem sercem, z podruzgotanym umysłem, 
śród wichrów i burzy, nagle ujrzs^a się sama jedna, w nocy, 
klęcząca na świeżym grobie matki. 

Ostatnie wrażenie na wieki przymarło jej do pamięci ; inne, 
szczęśliwsze , uleciały wraz z szczęściem. 

Z dawnych drużek, z dawnych powiernic, jedna jej tylko 
nie opuściła; przetrwała z nią wszystkie boleści, odcieniem 
spółczucia przytarła ostrych kolców obłąkaniu, rzewnym jakimś 
obłędem zagrodziła wstęp dzikiemu szaleństwu. Siostra natura 
przytuliła do wiecznie pięknego łona opuszczoną sierotę. Pa- 
miętna serdecznych pokumań w chwilach szczęścia , w niedoli 
podwoiła ku niej pieszczot, wdzięków, uroków, szeptała taje- 
mne pociechy, odzywała się tysiącznemi głosy, z których każdy 
2>łynął prosto do serca, kołysał rozpacze, zabliźniał rany, umilał 
byt. Im głębiej rzeczywisty świat tonął za nią w niepamięci, 
tern szerzej roztaczał się przed nią krąg widzeń nieziemskich 
na ziemi i ziemskich na niebie. Pełne uczuć , choć ogołocone 
z wniosków, zapati^wanie pochłonęło całą jej istotę. 

Śmiech na twarzy, a w sercu płomienna nienawiść, przyja- 
zne słowa kryjące zdradę, dobroć na ustach, oszustwo i walka 
na zabój w czynie , religja w teorji , a w praktyce blozganie ja- 
dem na bliźnich — takie są często dowody ludzkiego rozumu. 
Po zręcznem dopełnianiu tych warunków, świat rozeznaje mą- 
drego od obłąkańca. 

Kazimierz światowej mądrości nie znajdował wNastusi; spo- 
tykał się z nią natomiast na zewnątrz powszednich wyobrażeń, 
podawał jej rękę w tej krainie , gdzie dotykalne kształty roz- 
wiewają się w ogólne uczucie piękności, światła, swobody, 
gdzie cała mądrość zestrzela się w oku, całe życie objawia 
w natchnieniu. 

Mniejsza o to zkąd urok pochodził, w skutek jakiego prawa 
wykwitła piękność — czyliż nie dość było , że wzrok ich mimo- 
wiednie, często i razem, w jedną zwracał się stronę — na tymże 
samym spoczywi^ przedmiocie, z równąż lubością pieścił się 
jednym widokiem ? 



218 



Nieraz po wysłachaniu gwarów Nastusi, wracając samotny 
do domu, długo marzył o ślepych rozumach, o jasno widnem 
obłąkaniu. Miałażby najwyższa mądrość być niczem innem 
tylko najwyźszem uczuciem? Podobnej mądrości iskra świetnie 
błyszczała w umyśle Nastusi; każde wrażenie znajdowało w niej 
oddźwięk — spójni tylko nie dostawało w obrazach , jeden ton 
nie przelewał się w drugi — silnie wprawdzie uderzał, brzmiał 
głębokim odgłosem, nagle atoli urywał się, giął czasem w nie- 
sfornym akordzie, niekiedy w obumarłym przestanku, -w zupeł- 
nej niepamięci na teraźniejszość. 

Uroczysta cisza lasów, wspaniały widok rozpiętrzonycb gór, 
tęczowe kobierce dzikich kwiatów, gry wichrem granych obło- 
ków, wgarnęły w siebie życie Nastusi. Zbolałe jej serce, odarte 
z obojętnej tkantki rozumowego samolubstwa, tern silniej przyj- 
mowało zewnętrzne wrażenia. Ulgę atoli, spoczynek, prz3mo6ila 
jej tylko bezwładność ; boleść jak bluszcz pasożytny oplatała 
każdą jej myśl , każde uczucie. 

Kazimierz zapuszczając się w ulubioną przechadzkę , często 
nadstawiał ucha na szmer liści , na szelest gałęzi, na stłumioną 
nutę tęsknej jakiejś piosenki. Zatrzymywał się — spostrzegał 
Nastusię. 

Dziewczyna oswojona z jego widokiem, promieniła na 
chwilę oblicze, biegła, stawała mu tuż przed oczyma. Zadu- 
mana, milcząca, wypuszczała- z rąk fartuch pełen leśnej zdoby- 
czy i kaskadę kwiatów sypała gościowi pod nogi. 

Poraj z uśmiechem pomagał jej zbierać uronione łupy, sia- 
dał na pniu powalonej jodły, lub na wywrocie starego dębu 
patrzył jak wiązała równianki, odgarniał jej z czoła włosy, gdy 
do stóp mu przyklękła; nagle podnosiła źrenice , gdy pokazy- 
wała mu nowy jaki kwiatek i w oczach szukała wspólności po- 
dziwu. 

Dziewczę przerywało milczenie, rozpowiadało dziwne hi- 
stoije, barwiste i potargane, jak kwiaty w jej dłoniach, łiy 
mieszało z uśmiechem, westchnienia z szmerem żałosnych 
piosenek. 

Kazimierz ścigał myślą rzucane na wiatr listki uczucia , opę- 
dzał się za prawdą błyszczącą głęboko gdzieś na dnie chmar- 



219 

nych obłędów, podziwiał w dziewczęciu błyskawice z nieba 
^wyrwanych natchnień. 

Czasami pozwalsJ: jej towarzyszyć sobie w dalekich wycie- 
<»kach, a gdy siły zdradzały biedną wędrownic§, porywał j% 
'W ramiona, unosił pół senną, jak dziecię, składał w pobliżu 
<5haty, gdzie pewnym był że ją wynajdą matczyne starania 
Agnieszki, lub troskliwa baczność leśnika. 

Pewnego dnia Kazimierz czuł silniejszą niż zwykle potrzebę 
samotności. 

Z rana odebrał był ważne przesyłki z zagranicy , z Włoch. 
Tajemniczą drogą wręczone wieści donosiły mu o niebezpie- 
•czeństwach zagrażających w Lombardji kilku bliskim jego dru- 
hom. Dorywcze wzmianki o konieczności wybuchu , o walce, 
o nierównych siłach , wpędziły go na manowce głębokich roz- 
mysłów, gorzkich przewidzeń. Za ciasno mu było w domu, 
^dzie od roku przeszło nikt samotności jego nie przerwał. 
Wskoczył na konia i pogonił ku górom. 

Wjechał do lasu, przemykał się drożynami, gdy nagle z za- 
rośli doszedł go szmer i pokazała się między krzewy postać 
starego leśnika. 

Maciej ze znajomą nam strzelbą przewieszoną przez plecy, 
-co chwila schylał się i podnosił, jak gdyby bóstwu tych miejsc 
wybijał pokłony. Wojowniczy atoli jego przybór nie oznaczał 
mordeczych igraszek. Leśnik zabawiał się uiewinnem polowa- 
niem : zbierał grzyby. 

Jeździec zsiadł z konia i pozdrowił starca. Nie rad wdawać 
się w dłuższe rozmowy, powierzył jego straży T/^ierne zwierzę 
i znajomemi ścieżkami zapuściPsię w las, ku skałom. 

Maciej nie -sam porzucił chatę : Nastusia podążyła za nim na 
kwieciste swe łowy. Wkrótce jednak oboje znęceni, każde szcze- 
gólnie miłą sobie zdobyczą, rozeszli się: starzec gdzie go wa- 
biły grzyby, dziewczyna gdzie więcej błyskrio kwiecia. 

Tentent konia wyrwał oboje z właściwych im marzeń. Na- 
stusia przytuliła się do ziemi i kędy mniej gęsty liść zarastał, 
uweselonemi oczyma patrzyła na rozmawiających. Gdy Kazi- 
mierz zabierał się do odejścia i ona także powstała, mimowie- 
dnie uwieńczyła czoło nie dowiązaną jeszcze równianką z dzwon- 
ków , z konwalji i z niezapominajek, i lekkiemi stopy coraz od- 



220 



dalała się od leśnika, w stronę, gdzie młody jej opiekun obró- 
cił był swoje kroki. 

Poraj splótł ręce na piersiach, zwolnił chód; las przed nim 
rzedniał, ziemia zaczynała wydymać się w góry, rozpadić 
w wąwozy, najeżać skałami — istne pobojowisko Tytanów, 
mogiła bajecznych waleczników i ślady upomego ich z bogami 

przeboju. 

U krańców widnokręgu najwyższe piętra gór tonęły w błę- 
kicie, na niższych warstwach skały świeciły wyzłoconemi od 
słońca czerepy, darły się, pękały, zwieszały nad przepaściami, 
wywracały na wznak i znowu stawały jak wryte; zadumane wi- 
dzę pogoni chmur, straźniki z szumem rozhuczanych potoków. 

Opodal na skraju piorunami snąć podartego wąwozu, wzno- 
siło się kilka świerków, zabłąkanych od reszty lasu, wygnańców 
może za nieuległosć królom puszczy — dębom. Z trzech stroi 
ciemnej osady tułaczów, głaz zimny, na którym nie wiadomo 
jak wyrastały, prawdziwa ziemia wygnania — rozpads^ się na 
urwisko i stawił posępne czoło gęstej zieleni rozlicznego 
krzewią natłoczonego na przeciwnej stronie parowu , pod- 
czas gdy z czwartej strony skaliszcze kolcatym Bornem za- 
czepione o ziemię, śmielszym tylko stopom dozwalało przy- 
stępu. 

Z miejsca tego wzrok obiegał dalekie okolice; natura ta 
rozdziwaczała się w wybryki szalonej fantazji, bezprzytomni 
rzekłbyś dłonią miotała cały przepych roślinności obok nagich 
szkieletów ubogiego granitu lub wybladłych piaskowców. 

Poraj wspiął się na wyżynę, wewnętrzne troski silniej go 
zaprzątały, niż bogata krasa przyrody. Z oczyma wlepionemi 
w ziemię, myślą wędrował gdzieś daleko, siadł na łomie głazie 
dobył z bocznej kieszeni kilka listów zasianych makiem liter, 
pragnął raz jeszcze je odczytać. Pismo majaczyło ma przed 
wzrokiem, l^um ciężkich niepokojów osiadał na umyśle. 

Podniósł oczy — lekki szmer przerwał mu szarą nió za- 
dumań. • 

O kilkanaśsie kroków na dole, śród ciemnej zieleni jało- 
wców i głogów zabielała ludzka postać. Niebawem rozchyliły 
się gałęzie i jak leśna rusałka, Nastusia pokazała swą twarz 
oprawną w ramy z liścia i z kwiatów. 



221 



Dziewczyna strzelała do kola bystremi oczyma. Zoczyła na- 
reszcie cel swoich poszukiwań, klasnęła w dłonie, wysunęła 
naprzód drobną, nóżkę, czekała na odzew, na znak, na przy- 
zwanie. 

Kazimierz pieścił przez chwilę wzrok wdzięcznym obrazem ; 
przyzwyczajony często spotykać dziewczynę w samotnych prze- 
■chadzkach, 'nie dziwił się wcale zjawieniu. Tajemny pociąg 
instynktowo nęcił sierotę ku swemu opiekunowi; duchy ich 
spotkały się i pobratały na wspólnych manowcach cierpień; 
struna spółczucia strojnie w obu dźwięczała , chociaż w pierw- 
szym miała wszelką sposobność do pełnego akordu , w drugiej 
sama jedna pozostawała nietknięta między resztą na wieki po- 
targanych sióstr. 

Tęskny, przelotny uśmiech drasnął lice Kazimierza. Nastu- 
sia wydarła się z objęć krzewiny, pobiegła ku niemu i zady- 
szana przysiadła, klęcząc u stóp swego przyjaciela. 

Poraj powiódł łagodną rękę po czole dziewczyny, poprawił 
jej na skroniach kwiecistą równiankę, rzucił nieznaczne jakieś 
pytanie. 

Nie odpowiedziała; nie podniosła nawet ku niemu oczu, 
bądź że zmęczenie oddech jej tamowało, bądź też że widok cza- 
Townego , pierwszy raz oglądanego miejsca wyłącznie pochła- 
niał biedną jej uwagę. 

Nic dziwnego. Często , gdy nawet słaby wątek jej myśli snuł 
się zrozumiałym ładem, Nastusia przerywała go nagle, ude- 
rzona niezwykłym a wymownym dla niej kształtem listka, 
kwiatu, motyla, obłoku, brzęczącej muszki, lub rozpiętego na 
chmurach orła. Słowo ludzkie było ostatnim dźwiękiem znaj- 
dującym w niej odgłos. Lada szczegół dotykalny, lada pyłek 
dojrzany okiem , otrzymywały pierwszeństwo. 

W tej chwili z podaną naprzód kibicią, z rozchylonemi 
nieco usty, na roścież otwierała błękitne źrenice, topiła je 
w aroczem widowisku, jakie przed nią rozściełała druga jej 
opiekunka — natura. 

Ze szczytu gór srebrną wstęgą pędził rozhukany strumień, 
borykał się z powalonemi na drodze złomami, wydzierał z pod 
granitów, okrążał większe zawały, dopadał wreszcie swobo- 
dnego łożyska i naprzeciw kępy świerkowej dopłynąwszy brze- 



222 

gów parowu , kryszWową płachtą aż do dna wąwozu rozbijał 
się w kaskadę. 

Nastusia odrzuciła w tył głowę i wsparta na łokcio , wcze- 
piła wzrok w plątaninę promieni słońca i rozigran3'ch pasm 
wody. 

Potok gonił co siły, ale zanim uległ konieczności ostate- 
cznego upadku, raz jeszcze wspinał się i grzywił na skraju roz* 
dołu, wirował w tysiączne kręgi, okręcał jak na osi; wyzłacsłt 
brylantował, wyiskrzs^ każdą wody kropelkę i tak dopiero wy- 
strojony, śmiało, hucznie, wesoło leciał na zatratę. 

Kazimierz długo poglądał na rozjaśnioną twarz dziewczyny. 
Widok pogody na jej czole i jemu ulgę przynosił, i on część 
własnych frasunków zaczynał gubić w uroku rozesłanych przed 
nim obrazów. Nastusia mimowolnie udzielana mu swego spo- 
koju, swego oderwania od świata. 

—i Nie znałaś jeszcze tego miejsca? — rzekł do niej pa 
chwili. — Do chaty ztąd daleko, mila z oldadem ; nie chciałem 
cię na zmęczenie prowadzić. 

Dziewczyna ujęła go za ramię i za całą odpowiedź wyciągaia 
rękę ku stronie kaskady. 

— Piękny widok , nieprawdaż moja miła ? Czy pierwszy ras 
widzisz podobne ąawisko? 

— Kto wylał tę wodę? — odrzekła Nastusia? — Kto ją tak 
szybko pogania? 

— Źródło ją wylewa, tam, daleko, pod obłokami, a szczytn 
gór. Źródło takie same jak to, które widziałaś tuż za chatą nie- 
daleko wielkiego dębu, gdzie często siadujesz wieczorem. 

■^ Źródło nasze nie takie; woda w niem ciemna — kwiatek 
przejrzeć się nie może. Tu złocistych blaszek jak maku i dia- 
menty z góry ktoś sypie. U nas woda zimna i cicha — tu kipi 
i ogniem pryska. Czemu nie chcesz prawdy powiedzieć? Na- 
stusia nic nie wie ; bez bólu chorą ma głowę. 

— Dziecię! zaczekaj zmierzchu; przekonasz się, że i tu woda 
zciemnieje. Za nadejściem nocy gwiazdy na niebie się zapalą, 
ale tu w kaskadzie wszystkie pogasną. 

— Noc wszystkie pozabija? Jeden tylko dzień życia! Moie 
dla tego im tak wesoło ? 

— Komuż wesoło? 



223 

— Gwiazdki mrugają, skaczą kropelki, w górze się łączą 
i pieszczą. Hal dziwne kropelki temu, kto wszystko w nich wi- 
dzi ! W każdej prześwieca twarzyczka , mieni się , znika , wy- 
pływa. Śmieją się jedna ku drugiej , weselą życiem i słońcem, 
i jak pląsają, i w jakie wianki się plączą 1 U każdej główki 
z boku tryskają tęczowe skrzydełka, jako w kościelnym obrazie 
Wniebowzięcia, u stóp Najświętszej Panny, na każdym obłoczku 
siedzi Cherubek. Tylko że ich tu więcej , daleko więcej , to pra- 
wda, i każdy błyszczy jak słońce, i wiecznie świeży i piękny — 
kąpią się w złocie promieni. 

Słychać szmer nieustanny. Ach, gdyby piosnkę dosłyszyć? 
Tańcują i pewno zawodzą piosenki. 

Od kolebki ludzie nad uchem krzyczeli , ogłuszyli na wszy- 
stko , prócz na ich głos. Huk tętni z daleka , głos złego ducha. 
Owinął się w chmurę, przerzucił w wicher, zaczaił, zszedł małe 
aniołki bawiące się w górach, wystraszył, rozpędził. Teraz gna 
je przed sobą ; sam straszny i ciemny, zajrzał im krasy i wesela, 
pędzi je na zatratę. Biedne z błękitu motylki 1 — Jak uciekają! 
jeden przez drugiego, a tuż za niemi znowu gromadka i jeszcze 
jeden, dziesiątki, tysiące — nie zliczysz wszystkich, gonią 
a gonią, lecą a lecą, wylękłe, drżące, obejrzeć się nie odważą. 
Patrz, panie mój! Widzisz, jakby się chciały zatrzymać. Darmo t 
Nie mogą, nie ostoją się same. Tyle kamieni na drodze, 
a wszystkie ostre i zimne. Co z niemi się stanie? Mów! 

— Znikną w parowie, moja miła. 

— A potem ? 

— Potem dnem wąwozu popłyną dalej do Dniestru — 
do długiej, szerokiej rzeki, którą już nieraz widziałaś. Z Dnie- 
strem następnie razem podążą przez dalekie kraje i utoną 
w morzu. 

— W morzu? 

— W morzu — w wielkiem niezmiernem jeziorze, tak 
wielkiem, jak niebo nad twoją głową — w głębiach wody 
gorzkiej — 

— Tak gorzkiej jak łzy — przerwała Nastusia. — Zkąd się 
jej tyle nabrało? — Czy ziemia ma w sobie tyle goryczy, ile 
człowiecze serce , gdy zła dola ból w nie na wieki zapuści? Toó 
lepiej byłoby może dać się czarnemu wichrowi wystraszyć 



224 



i z niemi razem popłynąć. Pobiegnąć na góry , ręce na pier- 
siach skrzyżować , jak nieboszczyki w trumnicach zamknąć po- 
wieki , i dalej — puścić się ku gorzkiemu jeziora. 

Na głowie, tu z wierzchu, zmoru rozpala często o^isko. 
Ozem ugasić , gdy już łez w piersiach nie stało ! Innym razem 
na czoło, na skronie, obręcz żelazną naciska; ból niesłychany 
jak młotem w mózgu kołace. Kwiaty więdną na skroniach od 
żaru, co pamięć wypieka. Tu na srebrnej pościeli chłód nie- 
ustanny, i kwiaty żyłyby wiecznie; możeby tak się rozrosły, 
ie na przyszłą wiosnę ujęłyby ciało Nastusi w zielone rańtucby. 

Chodźmy na góry! Inaczej odetchniem. — 

— Daleko na góry — bez tego juźeś zmęczona, biedna 
dzieweczko! Skarżysz się na głowę — czy znowu cierpisz? — 
Powiedz. 

Nastusia wzięła rękę Kazimierza , położyła ją na czole. 

— Dłoń nie lód — mówiła — ciepła, łagodna, a jednak byle 
jej dotknąć , byle się do niej przytulić , wi*az boleść rzednieje, 
spokój na duszę zachodzi i widniej w oczach i jaśniej w pa- 
mięci. 

Dawno temu, dawno, w dalekim dworze miała taką dłoń 
£tara jedna wieśniaczka, piastunka Krystyna. 

Umarła cała; dłoń jej tylko chodzi po świecie. 

Miała dziewczynkę; dziewczynka umarła — ból jej tylko 
wędruje po ziemi. 

Ból dziecka szuka dłoni matczynej. Czasem na długo się 
tracą , ale gdy znów się spotykają , dziewczę odżywa i zapo- 
mina o bólu. 

Pamiętasz, mój panie, nad kołyską jakie piosenki, bywało, 
śpiewa ci mamka Krystyna. — 

— Pamiętam twoje piosenki, moja luba — odrzekł Kazi- 
mierz , usiłując na weselsze szlaki zwrócić marzenia sieroty — 
nuty spamiętać tylko nie mogę. Gdybyś mi chciała przypo- 
mnieć? — Zaczekaj — tę długo piosenkę, o dwóch siostrach, 
co razem znalazły kwiat paproci. Wiesz jak mi twój głos miły; 
słuchałbym go przez całe życie. 

— Próżno przyzywać piosenki, gdy nie chcą, nie wrócą. 
Gdy same się^ nagromadzą, Nastusia musi je wyi^piewać, inaczej 
odetchnąćby nie mogła ; ale gdy ich nie ma tu w sercu , darmo 



225 

za niemi się uganiać. Dawniej nie tak bywało. Przybiegały ze 
wschodem słońca i miesiąc na niebie uśpić ich nie zdołał. 

Dziś zbójcy rozbili miesiąc, porąbali, ukradli. Patrz, tam 
nad lasem, choć dzień jeszcze szeroki, miesiąca blady tylko 
okrawek połyska. 

W chacie wieczorem , w lesie, u źródła, przyjemniej śpie- 
wać; nikt nie podrzeźnia. 

Tu w górach, straszno! Nie odzywaj si§ głośno; złe duchy 
chwytają ostatnie słowa, śmieją się z bólu, z ludzkiej niedoli; 
żal palcem wytykają. Jeden drugiemu powtarza, roznoszą po 
* skałach, tłuką piosenkę o głazów urwiska, wloką po jaskiniach, 
męczą, aż rozpłakana w chmury gdzieś daleko ulata. Po co tu 
przyszliśmy? Wypocząć? — Na łące weselej, niż na smętarzu. 
Mogilnik! Świerki posępnie czekają na kogoś; płaczą tymcza- 
sem. Jeźli odejdziem, będzie im smutno; wolałyby szumić nam 
nad głowami. Jakiemu nieboszczykowi kapią na pierś ciemną 
zielenią? — A ten najwyższy, nad rozdołem, ku czemu się 
tak pochyla? — Żadnym listkiem nie ruszy, jakby z kamienia 
wyciosan. 

Ha! — widzisz? — Słucha — ale jak słuchał — I my słu- 
chajmy! 

Biedna nieboga! — Słyszysz ją? — Patrz, tam na dębie — 
słyszysz nieszczęsną? 

Boże zmiłuj się nad nią! — Słuchaj! Chciałeś piosenek — 
wszak sam wyzwałeś sierocą piosenkę? — 

Nastusia cisnęła Poraja za rękę , skłoniła ku niemu zadzi- 
wioną głowę, przysłaniała ucho otwartą dłonią, jak gdyby nie 
stracić chciała żadnego z dochodzących ją dźwięków. 

— Dziwna piosenka! — mówiła. — Na białych piachach 
śladów krwi nie widać, ale pod puchem bije ciężko zranione 
serce. Odleciała od swoich — samotna! Próżno za spokojem 
ugania, wicher rozmiotał jej gniazdo, już go więcej nie znajdzie. 
Do koła złoto, świeżo, zielono *— ona się skarży, wyrzeka. Go 
świeci, nie dla niej świeci — - co kwitnie jej nie weseli ; na każdą 
radość smutek zarzucił jej wieczne całuny. Czy słyszysz łkania? 
Piosenka na nutę tłumionych łez. — 

Kazimierz zapuścił wzrok w stronę, gdzie dziewczyna zwra- 
cała słupem ścięte źrenice. Tuż nad potokiem, na dębie, mię* 

CaojBCKi, Alkliadar. III. 15 



226 

dzy wystrzelonemi w górę geHężmi, bielała dzika golębieeu 
Z różanym dziobkiem pod skrzydło wtulonym, zdawała się wy- 
słuchiwać i koić tententy serca. Czasami zdjęta niby rozpaczą, 
w głuchych gruchaniach wynurzała wezbraną boleść , żałośnie 
wznosiła główkę ku niebu, wrzkomo w niedościgłych przestrze- 
niach upatrując pociechy. 

— Panie mój ! — prawiła dalej Nastusia — na cudzoziem- 
skich książkach umiesz czytać jak na 2!łotym Ołtarzyku , a ro- 
dzinnej gołąbki nie chcesz rozumieć. Posłuchaj tylko : cierpie- 
nie wszędy utyskuje jednako. Powieść prawdziwa, choć nie pi- 
sana, ani wypowiadana człowieczym głosem. Samajedna! — 
Przed sobą czarną przepaść spostrzega, za sobą stado kruków; 
krukiem dla niej każde wspomnienie. Próżno ucieka, darmo 
ostatnie siły wytęża, grobowe ptastwo, choć go nie ^dzisz, 
kracze jej w ucho przekleństwem, skrzydłami bije zajadle. Ten, 
z płomienistemi oczyma, najbliżej ją dopada, skrwawioną gar- 
dziel ku niej rozdziawia. Kryje się przed nimi gołąbka pod 
skrzydło, radaby nie słyszeć a słuchać musi złorzeczeń. Gdzie?— 
kracze — podziałaś matkę? Porzuciłaś starą piastunkę Kry- 
stynę 1 — Wyrzekła się własnego dziecka, zmarła z rozpaczy, 
leży w głębokiej mogile osierocona wieśniaczka. Krystyna! — 
Krystyna! — Gdzie matka Krystyna? — Czy słyszysz jak 
kracze? — 

— Uspokój się, biedne dziecię — rzekł Kazimierz, ujmując 
w obie dłonie jej rękę — gołąbka twoja wcale nie smutna 
Patrz 1 muszcze się , podnosi główkę , grucha wesoło. 

— Grucha po gołębiemu , więc miło słuchać, ale nie wesoło, 
oj, nie wesoło 1 Tęczowe piórka, wyrzeka sierota, daleko ją 
uniosły ; świt wschodził nad błoniem , jutrzenka siała na kwia^ 
rosę djamentów, pereł, rubinów. Dzień będzie piękny. Życia, 
wesela , uciechy , więcej niż w gnieździe matczynem. Dotose 
u matki, u siwej gołąbki, ale od Krystyny wyciąga nadludzka 
moc. W piersi pełno świata, niby słońca w jaskrawe połndnie. 
Dalej za słońcem, choćby tam, gdzie już ziemi nie staje! Jak 
słodko, jak lekko, jak lubo we dwoje oddychać jednem wes- 
tchnieniem ! 

Niebo błękitne — kto prawił o chmurach ? — Dawniej by- 
wało ich siła; zginęły i nigdy więcej nie wrócą. 



227 

O dniu wczorajszym nie ma co myśleć; jutro nie przyjdzie, 
dzisiaj wyciągnie się w wieczność. 

Dusza upojona roskoszą, jak gdyby wchłonęła w siebie bez- 
miar kwiatowej woni. GJowę kołyszą czarowne, odurzające 
szumy. Mała ptaszyna, zda się, nie wystarczy na tyle szczęścia. 
Marne obawy I W tej drobnej piersi , pod puchem różowym, 
błogich upojeń świat się pomieści. Byle żyć było o czem , serca 
na radość nie zabraknie. 

Doznała życia nieboga, jakiego błogosławionym tylko wolno 
kosztować. Na niej, niewinnej grzesznicy, ciążyło matczyne 
przekleństwo. A przecież był czas, gdzie o wszystkiem umiała 
zapomnieć. Jednem spojrzeniem porywał ją w niebo, jednym 
uściskiem raj jej otwierał. 

Słuchaj jak rozpowiada, jak obłokowe gardziołko wzdyma 
perłami pamiątek I — 

— Miałem więc słuszność, moja droga! Przekonywasz się 
sama: siostra twoja gołąbka nie narzeka; przeciwnie cieszy się 
życiem. 

— Dawnego bytu wspomnienia brzmią jeszcze słodko. Ach I 
niegdyś wiele musiała zapoznać szczęścia, kiedy dziś z popiołów 
potrafi wygrzebać tak świetne iskry, kiedy w oddźwiękach 
wskrzeszonych tyle słodkiego śpiewu. Gorzko żyć choć na naj- 
milszych pamiątkach. 

Strażnik mogiły, świerk, nigdy nie kwitnie; posępnie kolce 
najeża. 

Zmieniła nutę. Ciągną straszne chmury, w środku czarne, 
po brzegach krwią i żółcią oblane. Błyskają — ale nie błyska- 
wice: śmiechy piekielnych upiorów. Grom bije po gromie; 
upiór z żywego stworzenia życie wypija, wdzięczną postacią 
smętarne kości okrywa , sunie na palcach , pieści zdradliwem 
słowem, Boga i chaty wieśniaczej wyprzeć się każe, porywa, 
wlecze na ciernie pod jedwabiem schowane, odurza głowę za- 
trutych oddechem kwiatów. Jeszcze jeden grom — raz jeszcze 
się błysło ; słychać przeraźliwy śmiech ! 

Wszystko znikło. Łąka nie trawą, ale zeschłym mchem usła- 
na — nie kwiaty, ale krzyże na niej wyrastają. Rodzinne gnia- 
zdo piorun potrzaskał, spopielił; na miejscu gniazda, grób 
świeży się czerni. ^ 

15* 



228 

Noc ciemna , dżdżysta , wicher po kościach przewiewa. Co 
samej jednej począć? 

Ucieka nieboga, ucieka przed sobą, goni daleka ka gó> 
rom — może da Bóg, że w jakiej przepaści pamięć dawnego 
zatraci. 

Nie mówmy głośno: niechaj wypocznie na dębowej gi^zce; 
może ostatni to jej wypoczynek. 

Panie mój, podejdź z cicha, ona nie zlfknie się ciebie. Po- 
patrz na nią twojemi oczyma, jako spoglądasz gdy żal ci ludz- 
kiej biedy. Siędzie na twojem ramieniu, zaniesiem sierotę do 
chaty ; będziesz miał dwoje. 

Teraz powoli zbliż się do dębu ; ja uklęknę z daleka i zmó- 
wię pacierz za obłąkanych pielgrzymów. 

Spiesz się póki czas. Widzisz, pogląda ku górom , uleci na 
własną zgubę; ciebie drugiego nie znajdzie. Ach, zlituj się nad 
biedną — : przynieś Nastusi siostrę gołąbkę! We dwoje zmiło- 
wania u Boga wyprosim. Patrz — ona tak blizko ! — 

— Daremne chęci, moja miła — rzekł Poraj. — Chociażbym 
dostał się na drugą stronę wąwozu, nic nie wskóram; g^ołąbka 
uciecze , siły jej nie brak do lotu ; w jednej chwili zniknie nam 
z oczu. 

— Uciecze i zniknie? Jeżeli tak, nie ważmy się jej tykać; 
zostawmy biednej ostatnią pociechę — dwa skrzydła do lotn. 
Ziemia w smutki porasta — im dalej od ziemi, tern weselej być 
musi. Tam , wysoko, pod słońcem więcej światła, lżejsze powie- 
trze ; nie dościgną ciężkie tęsknoty rozwisłe nad ziemskiem ba- 
gniskiem. Od nienawistnych pamiątek chmurą się przesłoni — 
krew zakrzepłą na ranach omyje w jasnych promieniach. Znu- 
żona, pod samem niebem, na szczycie góry wypocznie. Tam 
nie ma smętarzy, tam z grobu żaden rozjękły głos na nią nie 
zawoła. Gołąbce lżej cierpieć na świecie. Gdyby z ramion Na- 
stusi dwa skrzydła mogły wytrysnąć, i oila niedługo przykrzy- 
łaby się ludziom. Jedną piosenkę na pożegnanie, jedną na po- 
dziękowanie, jedną na przeprosiny, a potem bywajcie zdrowi, 
sprawiedliwi ludzie, stary Macieju, Agnieszko i ty mój miły 
panie 1 Już nigdy nie ujrzycie biednej dziewczyny. Nastusią leci 
ku szarym obłokom, ku siostrom gołąbkom, ku szlakom błęki- 
tnym gwiazdami dzierganym, ku zatraceniu nad ziemi%! 



229 



Ach, gdyby na chwilę choć przerzucić się w białą ptaszynę! 
Patrz — zda się spokojniejszą — jakiemi barwy maluje piersi, 
jak słodko w górę pogląda ! — 

Nagle krzyk przeraźliwy, krzyk szalonego przestrachu , wy- 
darł się z łona dziewczyny. Poskoczyła na nogi ; z wylękłetn 
okiem, z rozchylonemi usty, z licem połamanem nadludzką 
trwogą, wygięła postać naprzód, konwnlsyjnie wpoiła swe 
palce w dłoń towarzysza — jak skamieniała zawisła nad prze- 
paścią. 

Kazimierz zerwał się ; strachem zdjął go widok oblicza Na- 
stusi : oczy jej krwią zabiegły, drżały zsiniałe usta, słowa wymó- 
wić nie mogła; . wyciągała bladą rękę, ze zgroząc wskazując 
gałąź , zkąd przed chwilą dochodził ją żałosny jęk powietrznej 
siostry. 

Poraj dośpiał wyśledzić przyczynę niespodzianego wzru- 
szf^nia. 

Podczas gdy dziewczę gubiło się w swoich marzeniach, z po- 
między chmur rozbójnik-jastrząb gromem spadł na białą go- 
łąbkę , topił w niej szpony i dźwigając się na ociężałych skrzy- 
dliskach, ulatywał ze zdobyczą daleko, na skały. 

Przenikliwy krzyk ludzki wystraszył snaó drapieżnika: 
rozpuścił pierzyste żagle i mgnieniu oka zniknął pomiędzy gó- 
rami. 

Nastusia nadaremnie śledziła go między siwemi granity — 
próżno wzrok zaczepiała na osieroconej gałęzi — śladu nie było, 
ani zabójcy, ani ofiary. 

Załamała ręce, strzelała do koła obłąkanemi oczyma. 

Z rozhukanej piersi sieroty wydzierał się to pół ucięty jakiś 
wyraz, to dźwięk niedokończony, myśl potargana, wrażenie 
rozbite obłędem. 

■ — Widaałfeś? — mówiła, tuląc do łona mrozem ścięte ręce 
— widziałeś? Porwał i zabił! — pan graf — jastrząb zbójecki ! 
Wprzód zabił Krystynę — matka i piastunka leżą w jednej tru- 
miiicy — na białych puchach czerwone plamy! — Co jej po 
skrzydłach? — Piorun przekleństwa i między skrzydła ugodzi. 
Jaskółki przepowiadają burzę, jastrzębie śmierć wróżą. Tu 
w górach zbójców bez liku! — Ach, jeszcze nie czas ziemi na- 
sypać na oczy — byle tylko do zimy! Dopóki kwiaty na polu, 



230 

życie złe, śmierć gorsza. Nie daj żywcem zakopać Nastasil — 
Patrz! — z ziemi wychodzą .— motyki — każda z jastrzębim 
dziobem — idą grzebać mogiłę. Nie, nie, choć do wieczora! — 
Uciekaj na koniec świata! — 

Nastusia odepchnęła ramię Kazimierza, zbiegła z pagórka, 
jak strzała pomknęła ku lasowi, wpadła w zarosłe, pędziła co 
siły, trzęsąc rękami nad głową, jak gdyby na skroniach czuła 
musk skrzydeł jastrzębich. Myśl ucieczki zdawała się ^rszecb- 
władnie ją ogarniać; zawady na nieprzewidzianej drodze bynaj- 
mniej nie zwracały jej uwagi. Poraj w obawie, aby nie rozbita 
się gdzie o kamień, nie roztrąciła o drzewo, nie ześlizgnęła 
w przepaść, pogonił za nią czemprędzej. 

Przezorność jego i krzepkie siły nie zdołały tym razem wy- 
równać szałowi dziewczyny. Darmo dzielnemi ramiony torował 
sobie śród gęstwin drogę , próżno sadził jak jeleń wystraszony 
hałasem rogów — Nastusia migała mu między zielenią , nikła 
za drzewami, przeświecała w oddali — całkiem nareszcie prze- 
padła. 

Kazimierz stanął, aby nabrać oddechu. Niepokój i rozpacz 
szarpały mu serce; łowił uchem szmer, w nadziei że dosłyszy 
łom gałęzi i szelest liści; przezierał bystro między drzewy, pa- 
trząc czy gdzie nie dojrzy białego odzienia dziewczyny. 

Napróżno ! 

Głęboka cisza zalegała okolicę ; słońce chyliło się ku zacho- 
dowi. Broń Boże ciemnej nocy — nadaremne poszukiwania! 

Włos stanął mu słupem na głowie ; zimny pot wystąpił na 
czoło, śmiertelne przeczucia zakołatały w piersiach. Zebrał 
całą odwagę, rozniecił ostatnie iskry nadziei, nawoływał j[>eł- 
nemi piersiami. Głos samotnie rozlegał się po lesie. 

Zwrócił kroki ku chacie, chciał dopaść najspieszniej starego 
leśnika, zawezwać jego pomocy. Targnęło go tajemne przeczu- 
cie. Zatrzymał się, pomyślił chwilę i sam nie wiedząc dla czego, 
podążył w przeciwną stronę. 

Zaledwie ubiegł pół staja, gdy nagle między gęstemi wrzosy, 
u stóp dębu piorunem snąć zwalonego, zabielił mu kształt czło- 
wieczy. 

Kazimierz krzyknął z zadości, podwoił kroku; żywą czy 
umarłą, znachodził ją wreszcie. 



231 

. Kastusia na pół osunięta, na pól wsparta na dębie ^ na pół 
omdlała, z oczyma szeroko, nieruchomi^ otwartemi, utkwio- 
nemi w stronę, gdzie jastrząb dokonał był pomyślnych swoich 
łowów, strasznie dyszała. Członki jej dygotały; słowo przymarło 
do ust zaciętych. 

Poraj objął jej kibić, chciał podać ramię do wsparcia, na- 
kłonić do powrotu: dziewczyna nie mogła podnieść się z ziemi; 
wyczerpała ostatnie siły. 

Szukać pomocy? — Opuścić ją choćby na chwilę"? — Nie- 
podobna! 

Easdmierz podj^ niebogę na ręce, przypomniał sobie podo- 
imy wypadek pierwszego spotkania , i dziś z większą jeszcze niż 
przedtem troskliwością, po długiej podróży uniósł drogi swój 
oiężar do chaty. 

Przywiązanie w szlachetnych sercach rośnie w miarę wy- 
świadczanych dobrodziejstw. Kazimierz sam nie postrzegał sta- 
rań, jakiemi otaczał sierotę; w głębi jednak duszy zawdzięczał 
jej nieskończenie sposobność, jaką mu podaweJa zużycia na 
kimś godnym świętych istoty jego żywiołów. 

Dziwny charakter! — Im głębiej sam w sobie się rozwijał, 
tern więcej spostrzegał niemoźebności nastrojenia się do zgody 
z spółczesnem w kraju towarzystwem. Uciekł przed zgiełkiem 
w samotność , ale i tu dochodziły go dalekie odgłosy szalonych 
krzyków, zapamiętałej rozpusty, jakiemi majętna młodzież 
świadczyła o swoim bycie. Poważnego dźwięku nie mógł do- 
słyszeć — może słuchać nie umiał, może oczekiwał go z tych 
wyżyn społecznych , gdzie pamięć prawdy nawet oddawna wy- 
gasła —' gdzie samolubstwo, przesąd, służalczość, zawiść i ko- 
teryjne niewolnictwo rozpasywały się wszechwładnie. 

Płonny zarzut! Poraj znał tych ludzi i nie spodziewał się od 
nieh niczego. Nic mu nie mieli do zaofiarowania; wybrał już od 
nich wszystko, na co potrafili się zdobyć: wybrał płytkość ro- 
zumu, kamienność serca, lekkomyślność uczucia i sądu, pory- 
wczość ku potwarzy, słodką obłudę obejścia i jad zatruty za- 
ocznych wynurzeń. 
< Dawniej jeszcze, zanim wszystkie węże światowej Gorgony 



232 

razem utopiły ma w piersiach ź%d}a , poufali znajomi oddając 
sprawiedliwość jego 'zaletom , wyrzucali mu brak znajomoBci 
życia. 

Kazimierz odwracał się z uśmiechem. 

Umieć żyć znaczyło taić w sobie głos prawdy i szlacfaetnycb 
oburzeń, schlebiać przesądom, wybijać pokłony aświęconyn 
przez chorowite sumienia bałwanom , wirować razem z drugimi 
pod karą wyklęcia w upiornem kole wyuzdanych uciech. Nie 
chciał nauczyć się życia; poniósł skutki zawczasu ma przepo- 
wiedziane; przeklęto go bez odwołania. 

Dziś, zamiast wszystkich ponęt towarzystwa, jakie ma za- 
powiadało osobiste jego położenie, spostrzegał się sam — stuk 
jeden wobec obłąkanej wieśniaczki. 

Biedna sierota! Ona przynajmniej nie miała żadnych praw 
do stracenia. Los mieszcząc jej kolebkę pod strzechą, tern sa- 
mem już skazywał ją na potyranie. Wygodny świat nie potrze- 
bował zwracać uwagi na lada jakie poziome stworzenie; dUi 
urodzonej w niedoli, w nędzy, nieszczęście było właściwym^ 
rodzimym chłopki żywiołem. Ludzie źle wychowani lub wcale 
bez pozoru , mogli tylko zaprzątnąć się podobną istotą. 

Kazimierz i w tych nawet zasadniczych prawdach nie mógł 
zgodzić się ze zdaniem ogółu. 

Nastusia >^dawała się mu najwznioślejszą kobietą, jaką do- 
tąd napotkał. Z rumowisk jej ducha łatwo odgadywał bogactwo, 
przepych pierwotnej budowy. Formalizm ludzkich zwyczajów, 
mechaniczność powszednich myśli i czynów, oskarżały ją o obłą- 
kanie; w sferach wraźennośoi i uczucia dziewczyna świecOia 
jasnowidem. Boleść potargała wątek jej myśli; zerwał się i roz- 
sypał różaniec jej pojęć, ale pomimo to każde ziarnko różańca 
zostało czem było wprzódy : perłą. 

Poraj z religijną czcią zbierał nieraz rozproszone klejnoty, 
nawłóczył na nić własnej wyobraźni, podziwiał cudne ich 
kształty i tęczowe blaski. Jedno nieprzemyślane spostrzeżenie 
sieroty więcej mu zaprzątało uwagę , niż niegdyś najsztuesnicsj- 
sze rozmowy salonów ; jeden prosty wniosek wywołany krasą 
natury lub wewnętrznem cierpieniem, głębiej go uderzał aniżeli 
grube księgi najsubtelniejszych teoiji. 

W codziennych pogoniach za obłocznęmi marzeniami dsie- 



233 

wczyny, Kazimiers chętnie byłby może dokończy} reszty życia, 
gdyby na dnie namiętnej tej dnszy nie wrzały inne popędy, nie 
kipiały inne niepokoje, nie tliły inne nadzieje. Między światem 
a nim sprawa nie była jeszcze skończoną ; nieugięte własne po- 
stanowienie i przyjazny los, prędzej czy później musiały ją 
mowa na powszechne widowisko, na bit^ dzień wywołać. 

Tymczasem każdego dnia pozwalał spółczuciu wieść się ku 
chacie leśnika. 

Nastusia ostatnią wycieczkę w góry odpokutowała kilkoma 
dniami niemocy. Troskliwe starania opiekunów przywróciły ją 
do zdrowia, ostatnie atoli wstrząśnienie. do ran umysłu dodało 
nowe blizny. Blask oczu jej przesłonił aię jeszcze jedną chmurą 
i w gorączkowych tylko napadach wyiskrzał dawnym żarem. 
Głos i ruphy nabrały powłóczystości ; dziewczę zesmutniało wi- 
docznie, częściej zapadało w milczenie, zapominało fiosenek, 
obojętniało ku wielu dawnym upodobaniom. 

Nastusia przedtem wybiegała naprzeciw Kazimierza, witała 
go uśmiechem; lub gdy przypadkiem minęła się z nim na dro- 
dze, spieszyła do miejsca, gdzie zostawił konia, karmiła siwosza 
chlebem, pieściła dłonią, przemawiała do niego wesołemi wy- 
razy , tak , że zwierzę z daleka poznawało chód swojej przyja- 
ciółki , że radośnie biło kopytem i na wzrok jej odpowiadało 
pełnem wyrazu spojrzeniem. 

Od ostatniej niemocy dziewczyna zapominała niewinnych 
tych starań. Jeździec częściej niż w lesie napotykał ją siedzącą 
w milczeniu na progu , z czołem między dłonie ujętem — i koń 
napróżno czekał odwiedzin. Nastusia nie przychodziła , hib jeśli 
niekiedy raczyła pogłaskać mu grzywę, postać tak pochylona 
i wzrok tak posępny towarzyszyły pieszczocie, że pojętne zwie- 
rzę dotknięte niby przeczuciem, trwoźnie strzygło uszami, smę- 
tnie zwieszało głowę, wietrzyło boleść, nieszczęście. 

Były może inne jeszcze przyczyny ponękania eieroty. 

Od pewnego czasu Kazimierz rzadziej przyjeżdżał, a skoro 
zjawił się , nie przynosił już z sobą dawnego spokoju. Troski 
w głębokich zmarszczkach wybiegły mu na czoło ; roztargniony, 
przez długie godziny słowa często nie wyrzekał, zrywał się , od- 
chodził, nie pożegnawszy ludzkim wyrazem. Oczywiście drę- 



234 



czyly go ciężkie frasunki, niepokoje zalegały mu serce, ważne 
może jakie zamiary toczyły po mózgu. 

Nastusia spoglądała na niego trwóż nemi oczyma, dwoiła 
własne cierpienia wrażeniem smutków, jakich cień z towarzysza 
na nią upadał; mimowolnie stawała się wiernem odbiciem jego 
udręczeń. Gdyby Poraj mógł był obojętnie nad nią się zastano- 
wić , w obliczu jej byłby ujrzał odzwierciedlenie własnej duszy. 
Inne atoli myśli wszechwładnie ogarniały mu głowę. 

Od kilku tygodni tajemny posłaniec coraz częstsze przyno- 
sił wieści. Kazimierz ze swojej strony wysyłał w dalekie okolice 
po wiernych mu, z drobnej szlachty, rzadkich przyjaciół. 

W podobnych razach ukradkiem wpuszczał do siebie gońca, 
zamykał się z nim po nocach, nie tyle powierzał mu pism, ile 
wydawał ustnych poleceń, wyprawiał drogą ku Warszawie, ku 
Wołyniof^i, ku Ukrainie lub Litwie; czekał powrotu jak skazany 
na śmierć ułaskawienia, liczył godziny jak niealaskawiony 
chwile przedzielające go od wykonania wyroku. 

Pewnego wieczora późno powrócił z lasu , niespokojniejszy 
niż zwykle, wszedł do domu osmutniałego wiecznem milcze- 
niem, rzucił się w krzesło, otworzył okno i wzrokiem w niebo 
zabłądził, jak gdyby z błękitu chciał tajemnice przyszłości wy- 
badać. 

Drzwi otwarły się, lunęła struga światła. Grzegorz wkroczył 
na palcach , lampę postawił na stole. Kazimierz olśniony na- 
głym blaskiem, zabierał się już do odprawienia światła i sJugi, 
ale starzec widno inne jeszcze obowiązki miał do spełnienia. 
Podszedł ku panu, dobył ostrożnie z zanadrza pismo , podał je 
i wedle zwyczaju nie czekając zapytań ani rozmowy, spiesznie 
się oddalił. 

Poraj rozeznał rękę, poskoczył ku światłu, szybko jął prze- 
biegać list zasiany drobnemi i dla niego tylko samego przystc- 
pnemi głoskami. 

Gwałtowne uczucia w pokrzyżowanych błyskawicach migały 
mu po obliczu. Zastanowił się, siadł znowu, po drugi raz perjod 
po perjodzie odczytywał ważne doniesienia. 

List datowany z Medjolanu , między innemi szczegółami ty* 
czącemi się wyłącznie Włoch, zawierał następujący ustęp: 



235 

aNad Adygą dotąd wszystko spokojnie, ale powietne coras 
cięższe , coraz nieznośniej tłoczy piersi ; brak wolnego oddechu 
z każdym dniem dokuczliwiej daje się uczuwać. 

c Wzmaga się liczba cierpiących ; każdy z nich przeniósłby 
doraźną śmierć nad długie, powolne męczarnie. 

« Gwałtowne wstrząśnienie , burza, wicher wszystko wy- 
wracający, mogą jedynie rozpędzić zatrute wyziewy — oca- 
lić lud. 

• Przesilenie lada dzień musi nastąpić. Na widnokręgu zbie- 
rają się już chmury, każda zbrojna piorunem; za danem hasłem 
wszystkie od razu wypalą. 

« Niech się dzieje wola boża! Żadna moc ludzka nie potrafi 
nawałnicy oddalić , wstrzymać choćby na chwilę. 

• Chcąc pozbyć się skorpiona, trzeba go zewsząd żarem oto- 
czyć. Inaczej nadzieje spełzną na niczem; nieszczęść tylko 
przybędzie. 

« Hydra podwójną ma głowę; obok niej druga zarówno 
czarna , także dwie zabójcze paszcze rozdziawia. 

« Oba potworne dwugłowy należy uciąć za jednym zama- 
chem. Galicja i Łombardja jednocześnie muszą zakipić. Każda 
z dwóch sióstr ma dom ojczysty do odzyskania, każda musi po- 
dać dłoń licznemu , ujarzmionemu rodzeństwu. 

« Za kilka miesięcy wyrzutek północnego potworu ma zje- 
chać na walną uroczystość do Warszawy — z łańcucha nie- 
woli oderwie jedno ogniwo, wyzłoci je i opasze niem sobie 
głowę. 

« Dzień ten winien być ostatnim dniem dla ciemiężcy i dla 
całego przeklętego plemienia. 

« Plan mamy w ręku — oba wybuchy jedaocześnie nastąpią. 
W tejże samej chwili nad Dniestrem i nad Sanem iskra paść 
musi na prochu. Od porozumienia się, od zgody, od gotowości 
do czynu i pilności w wykonaniu , zależy zwycięstwo. 

« Najwyższa wenta postanowiła , abyś bezzwłocznie udał się 
do Warszawy i zniósł z ludźmi, którzy uprzedzeni joi o tobie^ 
poznają cię po wiadomych znakach. 

((Wtajemniczony zostaniesz do zamiarów, otrzymasz polece- 
nia i część planów , których wykonanie w twojej okolicy nie 
ulegnie żadnej wątpliwości, skoro zajmiesz się niem ze enako-. 



236 

mitemi twemi zdolnościami, a więcej jeszcze ze znajomą nam 
odwagą i poświęceniem. 

« Baczność, pośpiech, wytrwałość i zemsta, oto wspólne na- 
sze drogi, które nas doprowadzą do pożądanego celu. 

«Adyertus hostem aeterna auctoritas — powiesz 
pierwszemu , który cię ó towar zapyta. 

(( Podmajstrzemu dasz się poznać hasłem : Sanguis et fer- 
rum, libertatis via. 

« Nie odpisuj, chyba na krótko przed ostatecznem udene- 
niem w dzwony. 

a Zaufanie nasze w tobie bez granic. » 

Kazimierz złożył list, powstał, rozmierzał izbę szerokiemi 
kroki, tonął w dumaniach. 

Zawiązane we Włoszech stosunki z węglarstwem , wtajemni- 
czyły go do tej podziemnej pracy, która rozkorzeniona pod cał| 
niemal Europą, nurtowała stary porządek, pod trony zapuss- 
czała podkopy , w nadziei że jeden wybuch od razu i bezpowro- 
tnie wysadzi wszystkie warownie ucisku. 

Kilka dowodów zimnej w rozmyśle , szalonej w wykonanio 
odwagi, zjednały Porajowi przyjaźń i wziętość u pierwszych 
dostojników stowarzyszenia. 

Stosunki polskiego szlachcica z włoskimi sprzysiężnikami 
długo objawiały się jedynie na drodze moralnego rozpowsze- 
chnienia pojęć, zgromadzenia i organizacji zapalnych żywio- 
wiołów. 

Nadeszła wreszcie chwila czynnego wystąpienia do walkL 
Niepodobna było dłużej hamować zapału sprzysiężonych; 
z przeciwnej też strony czara niewoli wzbierała nad brzegi. 

— Teraz lub nigdy ! . ~ powtarzało tysiąc szlachetnych 
serc. Pod Alpami ostrzono sztylety — w Warszawie kręcono 
ładunki. 

Dwa trony związane piekielnym sojuszem, sposoczone krwią, 
we łzach skąpane, jednocześnie musiały runąć. Pod tym tylko 
warunkiem roiljony ofiar mogły otrząsnąć się z kajdan , zmar- 
twychwstać, odetchnąć życiem wolności i światła. 

Sfinks swobody podówczas tę samą co dziś przedstawiał za- 
gadkę do rozwiązania. 



237 

Sybir, więzienie, szabienica lub topor, ocsekiwaYj nietra- 
fnie rozplątujących węzeł. 

Ogień świętego natchnienia zakrążył w żyłach Kazimierza, 
oko rozpłonęło mu szlachetnym zapałem. Uczuł się lekkim, 
swobodnym na duszy, jako wędrowiec długo zbłąkany w pod- 
ziemnej jaskini , gdy nagle białą arkadę nieba i świata przed 
sobą spostrzeże. 

Niepodległość narodu! Słowa te czarownym dźwiękiem 
brzmiały mu w uchu ; powtarzi^ je i z roskoszą wyciągał ra- 
miona ku ukochanej przyszłości, która miała mu urzeczywi- 
atnić marzenie. Żywioły wstecznictwa, społecznego rozkłada 
uzwierzęcenia i letargu, same dotąd występowały mu przed 
umysł i kaleczyły mu wzrok. 

Namiętne serca w przedmiocie swoich zapałów wprzód wi- 
dzą niedostatki, niż przymioty. Troskliwa matka za umartwie- 
niem z błędów często nie postrzega pociechy z zalet swych 
dzieci; radaby je widzieć doskonałemi, aby przed Bogiem 
i ludźmi usprawiedliwić nieskończoną swą miłość. 

Zaciętość tę ku wadom krajowym i błędom narodu czują 
tylko umysły głęboko rozdrażnione jego nieszczęściem, po- 
święcone do ostatnich sił pracy i walce za jego przyszłość. 
Przed obcym atoli napadem matka zapomina żalów i smutków, 
a widzi tylko uciśnione dzieci: brat bratu błędy przebacza, syn 
w ojca obronie wszystkie uczucia w zemstę zestrzela. 

Nie godzi się wreszcie jednej strony bezwarunkowo, wyłą- 
cznie obwiniać. 

Jarzmo niewoli nie tylko, ciało, ale i ducha poniewiera; 
rdza z kajdan pada i na sumienia, inacsiej wolność byłaby 
czczym wyrazem, bezpłodną zasadą. Niech jednak promyk 
swobody zaświeci, niech biało-czerwone proporce na pełny 
wiatr się rozburczą — pleśń z orlej tarczy zniknie jak cudem. 
Ijażarz wstanie znów jasnym młodzieńcem, skąpie się w bożych 
falach poświęcenia i walki ; miły druh Zbawiciela z trupiego 
letargu wspomnienie tylko uniesie.: Ogień boju za wolność 
przetrawi nieczysty kruszec, kąkol i plewę spopieli. Jedno 
tylko wysilenie a zgodne, jedna tylko chwila zapału a powsze- 
chna — pękną sklepy sromotnego więzienia, i knut cara i stry- 
czek Habsburgów spłoną na jednym stosie. Hymn wesela roz* 



238 

legnie się po całej Europie; społeczeństwo odrodzone wpadnie 
na nową kolej , wyjarzmione ludy podadzą sobie bratnie dłonie, 
pociągną razem w nieskończone przestrzenie swobody, post-cpn, 
miłości, wiedzy i prawdy, obrócą rozpętane zdolności nie na 
opór przeciw uciskowi , nie na rzezie w bezbożnych bitwach, ale 
na szlachetną walkę przeciw tajemnicom natury, przeciw jej 
skąpstwu , przeciw nędzy wróconych do dziedzictwa Uumów. 

Gdzie cel tak oczywiście widoczny, gdzie niewola tak głę- 
boko dokuczliwa, tam na środkach do boju nie zbędzie. Jedna 
tylko walka ostatnia i ostateczne zwycięstwo. W obec wspól- 
nego wroga zniknie każdy wzgląd osobisty; kto w podobnych 
chwilach może o sobie pamiętać , o tym wszyscy powinni zapo- 
mnieć. Tem lepiej że los pozwoli w jednym świętym trudzie 
zaprzepaścić pojedyncze cierpienia, krzywdy i zemsty. 

Poraj przepełniony nadzieją i zapałem , z weseleni chwytał 
sposobność zatracenia w boju za ojczyznę własnych, złowrogicb 
zamiarów, odpychał marzenia osobistej zemsty, uczucia nikcze- 
mnego wówczas , gdy nie za jednego mścić się należało , lecz za 
miljony. Pierś tchnęła mu harmonją, wzbiers^a miłością; po- 
czuł się zdolnym do wygładzenia wszelkich holów, do zatarcia 
śladu wszelkich krzywd, do rzucenia się pierwszy w objęcia 
zgubnych mu dotąd ludzi — byle tylko zgoda dopełnić się mo- 
gła na polu bitwy, pod ojczystym sztandarem, byle og-łuchłe 
chwilowo sumienia odzyskały słuch na szczęk pryskających kaj- 
dan narodu. 

Kończyła się jego samotność. Byli jeszcze ludzie umiejący 
go cenić. Wkrótce miał spotkać bratnie uściski , gorące serca, 
wzniosłe spótczucia, dzielnych przyjaciół, którzy zapraszali go 
nie na haniebne rozpusty, ale na wspólną pracę, na pracę, do 
jakiej historja i naród powołują rzadkich tylko wybranych. 
Nowe życie przed nim się otwierało, nowy świat mu wybłyskał. 
Znajdował nareszcie skarb, jakiego oddawna szukał, znajdował 
druhów, wielki trud, wielki cel i godną nagrodę. 

Nazajutrz, ukończywszy domowe i miejscowe rozporządze- 
nia , umyślił natychmiast ruszyć do Warszawy. < 

Nocne ciemności rzedniały, świt blado zaczynał przeświecać. 
Kazimierz przy blasku lampy, nad pismem i papierem doczekał 
się słońca; poea^m uiatwiwsey, co miał na myśli, polecił Grze- 



239 

gorzowi gotować się do podróży, sam zaś raz jeszcze, raz może 
ostatni , kazał przyprowadzić sobie konia. Bóg wie , co mogło 
go spotkać; nie chciał odjechać bez pożegnania sieroty, zbrata- 
nej z nim dziwnem zrządzeniem losu. 

Leśnik o świcie wyszedł był do boru , stara Agnieszka krzą- 
tała się na podwórzu około gospodarstwa ; pusto było w pier- 
wszej izbie, w alkierzu tylko Nastusia siedziała na pościeli 
z podwiniętemi pod siebie nóżkami. 

Nieruchoma, po swojemu gdzieś myśłą. zabłąkana, przebie- 
rała w milczeniu bukszpanowy różaniec, dar leśnikowej, gościń- 
cem przyniesiony z ostatniego odpustu. 

Drzwi uchyliły się zwolna: schylona, w progu pokazała się 
postać Kazimierza. 

Nastusia podniosła oczy, lecz nie powitała przychodnia da- 
wnym uśmiechem. Owładnięta niby bolesnem przeczuciem^ 
topiła w nim przeciągłe spojrzenie , pełne niewypowiedzianej 
żsJ'ości. 

Jemu samemu smutno było na sercu. Zbliżył się, siadł przy 
niej, pozdrowił ją łagodnym głosem i po chwili milczenia wręcz 
oznajmił że przyszedł się pożegnać , ze musi rozłączyć się z nią^ 
na niedługo ; że byle mu przyrzekła dbać o siebie i być spo- 
kojną, wkrótce powróci. 
Nastusia zadrżała. 

Poraj z tęsknym uśmiechem powtórzył jej warunki powrotu, 
prosił aby sama jedna nie wybiegała daleko od chaty , aby nie 
zapuszczała się w góry, aby czekała na niego, na wspólne znowu 
wycieczki ; polecał jej staraniom kwiatki rosnące przy źródle : 
bzy, jarzębiny, topole zasadzone ręką starego Macieja; starał się 
pocieszyć ją, rozweselić, na pogodniejsze szlaki stroskaną myśl 
jej nawrócić. 

Dziewczyna milczała, ze spuszczonemi oczyma bystrzej pę- 
dziła ziarnka różańca ; po mieniącej się jednak barwie oblicza 
znać było, że doskonale zrozumiała, że głęboko czuła smutek, 
jaki miał w nią uderzyć. 

Kazimierz domagał się u niej dobrego słowa na drogę, przy- 
rzeczenia, że rad posłucha. Nastusi słowa więzgły w piersiach, 
kn sobie myśli skierować nie miała mocy. Biedny jej umysł bez 
tego ledwie mdgł nastarcsyć udręczeniom z bolesnej wieści. 



240 

Różaniec wysunął się z jej palców ; Kazimierz podniósł po- 
bożne cacko. Dziewczyna ujęła rękę jego między obie dłonie) 
przytuliła do serca, opuściła na pościel, i podczas gdy Poraj 
pieścił ją słodkiemi wyrazy, ścisnęła mu rękę, wzroku nie zdej- 
mowała z tej dłoni , której łagodne dotknięcie tyle razy kotto 
cierpienia jej głowy, uśmierzało boleści jej mózgu, ciszę spro- 
wadzało na skołatane serce. 

Dłoń męska, krzepka, choć szczupłych rozmiarów, otwarta, 
przyjacielska , nieco może niewieścia, choć każdy jej rys drgał 
dzielnością i siłą. 

Ka ostatnim palcu tej ręki Nastusia spostrzegła znajomy od 
dawna pierścionek z dziwacznie połamanemi kreskami na czar- 
nym kamyku. Niepozorna ta ozdoba miała przecież w sobie coś 
pociągającego. Dziewczyna z dziecinnem roztargnieniem okrę- 
ciła ją na palcu: luźny pierścionek zsunął się w jej ręce. 

Kazimierz zaprzątnięty własnemi myślami i żale nu nad 'sie- 
rotą , nie postrzegał zguby ; jeszcze raz przyrzekał spieszny po- 
wrót, przypominał rady, powstał wreszcie, pocałowi^ ją 
w czoło i wyrzekł ostatnie : « Bądź zdrowa !« 

Dwie perły i tuż za niemi dwa strumienie łez wytrysły z oczu 
Nastusi. Załamała ręce, zaszlochała, jak gdyby od razu pęki^y 
w niej wszystkie struny uczucia; ukryła twarz w dłoniach, za- 
nosząc się od płaczu. 

Poraj sam czuł się mocno wzruszonym, nie chciał przedłu- 
żać bolesnych dla obojga chwil, krzyknął jej z progu ostatoie 
pożegnanie i znikł z .chaty. 

W kilka godzin Nastusia siedziała na temże samem miejscu, 
w tejże postawie bawiła się różańcem i zapomnianym pier- 
ścionkiem. Kazimierz szybko oddalał się od domu po drodze do 
Warszawy. Dziewczyna nadspodziewanie była spokojniejszą, 
weselszą ; młody podróżny na dnie świetnych nadziei uczuwat 
niewytłumaczone niepokoje, troski, obawy. 



Stolica Kongresowej Polski przedstawisia wówczas jedno 
z najponętniejszych miast Europy. Wesoły charakter lodu, 
słynny wdzięk kobiet, przepych możnych krajowców ^ ruch 



241 

świetnego wojska, napływ mlodzieiy i mizotfjmo^Wt p^d pó(- 
nocnem niebem roztaczały powaby grodów ppłudnia. 

Postać ówczesnej Warszawy nosiła pewne właściwe sobie 
cechy, jakich napróźno szokalibyśneiy w dzisiejsqroh stolicach 
europejskich. 

Charakter przemysłowy, iabrycsny, jaki geigusz epoki oocaz 
«ilniej dziś piętnuje na miastach, w maaowieekim grodsie zni- 
kał przed nsóbystczejszem okiem. Na nliicack łstwiej hyio spo- 
tkać pana w sajecie, niź robotnika wybłaćO^go w walkadbi 
o codzienna strawę. Nędza nie istniała w mśejskioh zwyczajach ; 
pomyśbość wynagradzała Indowi ka^ umiarkowaną pracę. 
Warszawa zdawała się miastem , gdzie pracowano dla aaspoko- 
jenia przyjemności lacsej , niśeli pierwszych potrzeb iycia. * 

Byle święto, byle niedziela, domy stały pustkami; tłum ró- 
żnobarwny wysypywał się na ulice, zalegał miejskie prze- 
chadzki, brzmiał nieopatrznem weselem, jak gdyby rozrywka 
nigdy.nie miała się skończyć. 

Z wyjątkiem Wiednia, noc warszawridego żyda huczniejszą 
była od dnia reszty niemieckich miast. 

Zwyczaje mieszkańców, przy silnie odbitych cechach naro- 
dowych, odznaczały się jeszcze ią nieograniczoną, uprzejmą ku 
obcym gościnnością, jakiej nadaremnie szukano by w sztywnych 
galicyjskich koteijach, lub w zapasionem na niemczyznie wiel- 
kopolskiem obywatelstwie. 

Wychowanie, osobiste zalety, wszędy otwierały przystęp 
Duch demokratyczny de facto silnie wis^ w Kongresowej 
Polsce. 

Podczas gdy w Galicji f łupina pf^ągni^ija rozwieszała na so- 
bie spleśniałe pargamin^, fidy w Poznańskiem niejeden ojciec 
odprawiał od córki zalotnika dla braku szlacheckich rodowo- 
dów , w Warszawie o feodalnych ppj|j^iach tyle miano wyobra- 
żenia, co o mieszkańcach na księżycu. Równość ta nie pocho- 
dziła z teoretycznych przekonań, ale z wrodzonych zwyczajów, 
z nieświadomości złego, zpogi^nizmu, ze tak powiem, wzglę- 
dem religji przywileju. 

Powierzchowny badacz, zabłąkany śród tego miasta gwarów, 

Cbojbcki, Alkhadar. III. X6 



242 

śmiechów, nrazyki, pi%epycfati, oddając sprawiedliwość załetom^ 
byłby mniemał sumiennie módz oskariyó mieszkańców o lekko> 
myślność. 

Reeez miała się inaczej. 

Warszawa nie odznaczała się ani posępnym patijotysmem 
Litwinów, ani hulaszczą a sadętą zamaszystośeią Ukrainy, ani 
trociię wyharbejtlowaną powagą poznańską — na dnie atoli 
swej wesołoóci kryła przymioty w niczem nie ustępujące zale- 
tom innych części ojczyzny. 

W Warszawie przeskoki z jednego uczucia w dmgie doko- 
nywały się z dziwną łatwością. 

W kole hucznego mazura nie brakło na tancerzach ; na od- 
głos rewolucyjnego dzwonu w mgnieniu oka każdy tancerz sta- 
wał walecznikiem. Wykonywacze ucisku zachodzili -w głowę f 
najbieglejszy moskiewski Machiawel nie mógł naprzód przewi- 
dzieó, gdzie kończą się pojedyncze zdolności, dokąd dochodzi 
przekonania, jaki stopień obojętności usypia serca, jaka A 
zemsty wre w piersiach, kto w chwili gwałtu wypadnie zbrojny 
na ulicę, kto uciecze, kto stanie na przeciwnej stronie. 

W istocie, ludność warszawska między dwoma piosenkami 
czuła się gotową wydusić wroga ; śród rozrywki, od biesiadnego 
stołu zdolną była porwać się , uderzyć na Moskali i znów po- 
wrócić i kończyć dalej przerwaną biesiadę. 

W podobnych razach domy znowu byłyby stanęły pustkami 
jako podczas świątecznych przechadzek; w Warszawie bowiem, 
skoro idzie o bójkę z Moskalem , kobiety, bal nawet dzieci nie 
popróźnują. 

Ostatnia uwaga dotyczy głównie tej części ludności , która 
w niedzielę tańcuje przy dźwięku katarynki, która nie poka- 
zuje się nigdy w powozie , a rzadko kiedy w dorożce. Im na 
wyższe szczeble społeczeństwa będziem wstępować, tern mnic^ 
napotkamy podobnych żywiołów; na najwyższych młodzież 
tylko żyje — wszystko, co wybiegło z młodzieńczych lat, karmi 
się , roślinieje. 

Różnica w tym względzie między Warszawą a innemi kra- 
jami leżała w tem, że gdzieindziej grzyb arystokracji gnił 
już w zarodku; że zepsucie, że śmierć duchowa, ogarniały 
i młodzież. 



243 

Wedołe te i RpokoJA^ fale zewnętrznego życia pQ wierzchu 
jiiawet mfirezczyly isię. czasami, groźnie huczały , wyzwane na- 
głym podrywem mon^okkiego wichru. Zgrzyt przeraźLwy nie- 
kiedy mieszał najweselszą harmonję, 

Hasłem powszechnego rozdźwi§ku bywał odgłos jednego ze 
zwykłych napadów wściekłości carewicza Konstantego. 

Zastępca godnego siebie brata , wielki książg obliczem i du- 
chem mało przypominał cd!o wieka. Siwe ledwo co widne oczy, 
utkwione w spłaszczonej twarzy, nos zadarty i rozdęty na wia- 
try, jak u drapieżnych zwierząt, usta zmarszczone wieczn% kon- 
wuląją rozkazu i zniewagi, szyja wciśnięta w jarzmo dwóch 
ramion; głos ucinany, chrapliwy, zdolniejszy do naśladowania 
..Bsczekań uwiązanego psa lub warczeń tygrysa, niź ludzkiej 
< saowy, dzikie szaleństwo w myśli, bezinstynktowe rozchełzna- 
liie w czynie y nieumiarkowana srogośó dla słabszych i podła 
boja^ń w obec osobistego niebezpieczeństwa — takie były wła- 
sności tworu, któremu mistyczno-rycerskiej pamięci cesarz 
Aleksander, dozwolił pastwić się nad konstytucyjnym łachma- 
nem dawnej Polski. 

Carewicz nie zawiódł położonego w nim zaufania: upędzał 
mę za ludźmi jak rys z rozłamanej klatki. Łada szczegół nie- 
dostrzeżony nawet przez ostrpwidzów jego policji, budził w nim 
uczucie, jakiego w królestwie zwierząt doznają byk i jędyk na 

■ "widok czerwonej płachty. 

Krzywo zaczepiona haftka, źle przyszyty guzik, twarz zbyt 
. blada lub zbyt rumiana, oko otwarte lub przyćmione — szatan 

- Bam wynajdował mu przyczyny do wy zwierzania się na biedne- 

- • S^ polskiego żołnierza, 

Kapralska natura carewicza, którą ukoronowany jego bra 

■ tak £zeroko w sobie odtąd rozwinął, wzdryga się na wszystko : 
.. 4SO czynem, myślą, postacią, rysami twarzy , objawiało wstręt 

ku niewoli. 

. Dziwne to stworzenie posłuży może kiedyś do rozwiązania 
jednej z najważniejszych psychologicznych zagadek. Bads^cze 
. niechaj wytłumaczą » zkąd zdarzają się w ludzkości jednostki 
od urodzenia skazane na przeprowadzenie złego na ziemi, istoty, 
w których żadne ludzkie uczucie nigdy żadnego oddźwięku nie 
znajdzie. 

16* 



244 

Carewicsa Konatantego równie jak brata jego M&ol^a, nikt 

nie Z8zedt na ładnem łndskiem uesacin. CHoyjdwóoh popiBednih 

rwoga, za każdym goniło wieczne imt^deństwo; kaAdy lio^ 

wielu sobie zaprzedanych — poBydomym człowielciein zadcn 

poszczycić się nie in6gt. 

Okradanie ogóltt dla zaknpu jednost^, mew«eła znów dii 
wszystldch — oto b^ity firodki, oto oel, ku jakiemu pryee potoki 
krwi i lez brnęli synowie Pawła , zaduszonego za przjposyną naj- 
starszego brata. 

Rząd, siła, dusza cesarza i jego namiestnika, zwieraijrsic 
w jednym wyrazie : p o 1 ic j a. 

Carewicz Konstanty nie znat 'doweipniejasego żartu, jak za- 
czajać się pod drzwiami i wytdochiwaó rozmów swej sony. Bo- 
ranna modlitwa cesarza Mikołaja składa się z policyjnydi 
doniesień, które monarcha co dnia za przebudzeniem na pół soi- 
nemi oczyma wyślepia. Carewicz bez szpiegów byłby z nudów 
i z rozpaczy życie sobie odebrał. Cesarz Mikob^ zepchm^ 
z tronu, wygnany z kraju, z zawiązanemi oczyma znaladbf 
pierwsze policyjne bióro. 

Bóg czyta w sumieniach. Kniaź lub car moskiewski za po- 
średnictwem szpiega staje się Bogu podobnym. Tajna polipja, 
zrodzona w sektach i w inkwkycjadi, fltała się komecs&% pod- 
porą władzy świeckiej. W Rosji car, głowa koś^ota» na mocf 
dwóch zasad: władzy bożej i ziemskiej, podwójne ma pmwo do 
szpiegowania. 

Polowanie to na ducha człowieczej godności i dążeń do swo- 
body , odbywało się z pomyślnym dla carewicza skutkiem. Do- 
noszono mu o wszystkiem. Bewolucyjne przedsięwzięcia, poli- 
tyczne rozmowy , tajemnie składane narodowe pieśni , diobne 
nawet szczegóły dotyczące prywatnego źym — wielki ksi^ 
co dnia otrzymywał sw% strawę; brata oesarskiego nie godafe 
się zamorzyó głodem. 

Warszawa ciężko opłacała następstwa książęcej roziywkL 
W niejednym domu tidkiSa naraz wesołość; rodzice osłupiał 
wzrokiem poglądali na żandarmówgorywająeyeh im syna, pc^- 
jaciele tajemnie zawiadamiali się o Strasznej wieśoi, koehanki 
próżno czekała narzeczonego — nie przychodzi, dzień, jeden, 
drugi, dziesiąty , znikał nareszcie bez śladu. Później dopiero, 



246 



po długich dnitch niepokoju, dowiadywuno się akradkiem o k>- 
rie nieszczęśliwego. 

Karmelickie więzienie pochłaniało kwiat polskiej młodzieży. 
Subtelne męczarnie, powolna śmierć, siedziały na progu tego 
pizedpiekła. Udręczenia ciała niczem były w porównania z mę- 
kami duszy. Wycieńczanych bezsennością, karmiono odrażającą 
strawą; przez osłabienie mateiji dobijano się do upodlenia du- 
cha. Napróżno! Płodny w wynalazki umysł oprawców rozbijał 
nę o chrześciaDeką wytrwałość męczenników narodu. Carewicz 
szalał z wściekłości, mścił się na ofiarach, jak pies rozjuszony 
nad kamieniem. 

Czasami po długidi katowniach wypuszczano więźnia na 
wolność; świat go nie poznawał, on nie poznawał świata* 
W kilku miesiącach z młodzieńca zgrzybiały starzec; znać było 
źe do dna wychylił kielich tej strasznej trucizny, znanej pod 
nazwiskiem moskiewskiego śledztwa. Drobne dzieci uciekały 
przed nim jak przed upiorem ; przerażał bladością oblicza, za- 
padłym wzrokiem , roztrzęsionemi cdonkami. Trup wracał do 
rodziny, milczał upomie na zapytania, z gorzkim uśmiechem 
wyznawał tylko, że wraca w skutek cesarskiego ułaska- 
wienia. 

Przykłady tej srogości nie tyle budziły przestrachu, ile roz- 
płomieniały zemsty. Jeden męczennik znajdował tłum naślado- 
wców. Podziemne dążenia do swobody w całej Polsce tętniły 
wartkiemi nurty. Młodzież uniwersytecka wrzała zapałem 
czynu, zawiązywała się w tajemne grona, skrycie i otwarcie 
przeprowadzała opór przeciw ciemiężcom ojczyzny. Wojskowe 
zakłady podawały rękę uniwersytetowi; każdy wybuch carewi- 
cza dorzucał palnych mateijałów, ognisko rewolucyjne coraz 
szerszem zataczało się kołem; walka leżała w sumieniach — za 
pierwszą sposobnością na biały dzień musiała rozpłonąć. 

Cesarz Mikołaj gotował się z całą rodziną zjechać na obrzęd 
koronacyjny do Warszawy. 

Naczelnicy spisku niecierpliwie wyglądali tej chwili. Za je- 
dnym zamachem obrąbać wszystkie łby hydrze, jednym ciosem 
wyplenić od razu całe jaszczurcze gniazdo — i wtedy dopiero, 
korzystając z bezcarewia, na wszystkich punktach dawnej 
Polski zapalić wojnę. Taki był olbrzymi plan ludzi, którzy 



246 

rosumieli, ie eh c%c przeciw głowie powitać, trzeba wg(ov{ 
uderzyć. 

Wymordowanie cesarskiej rodziny byłoby od razu zniszctj^o 
w kraju nieszczęsną a mnogą we wszelkich powstaniach kiwnę 
pośrodkowców i obojętników. Wicher rewolucyjny poderwany 
silnym wybuchem , byłby w jednej chwili odłączył kąkol od 
zdrowego ziarna. Na trupach Gottorpów musiała zakipić śmier- 
telna walka , z obu stron bez miłosierdzia, z obu stron do upa- 
dłego. Wojna zaczęta w trzydzieści tysięcy wojska narodowego 
nie byłaby, jak we dwa lata później , skończyła się w siedio- 
dziesiąt ! 

Taż sama źle zrozumiana szlachetność, a raczej tenże sam 
sentymentalizm , który nie ośmielił się niegdyś powołać przed 
sąd konwencji narodowej i skarcić głową wiarołomnego Stani- 
sława Augusta, w pól wieku później zwarzyła w zawi^ 
owoce świetnych zamiarów. 

Napisanem było, że car po łokcie zaposoozy się krwią pol- 
ską, że pół Europy weźmie pod knuty, a reszcie stałego l^n 
narzuci piekielny swój system. 

Niemcewicz i Małachowski śpią na ziemi wygnania, podcns 
gdy ocalony przez nich ciemiężca, przed mordowanem ba 
ustanku ciałem ich ojczyzny urąga bezkarności niebios. 

Podówczas atoli żaden z przywódców sprzysiężenia nie pne- 
widy wał marnego rozmiotu zamiarów; nadzieja wyjaśniała u 
przyszłość , wiara w pomyślny obrót świętego przedsięwaifcii 
dodawała otuchy, odwagi. 

Spiskowi ścisnęli się ku sobie. Wybuch, jak zwykle bywł 
w podobnych razach, przed wybłyskiem na rzeczywistość, ca- 
downem prawie zrządzeniem przypadku uchodził bacznoki 
policji. 

Najbieglej wyćwiczone kohorty szpiegów nie zapobiegły <i«* 
tąd żadnej rewolucji. 

Wyznać wprawdzie należy, że sprzysiężęni widząc pr«d 
sobą bliską chwilę czynu, zaprzestali piśmiennej i ustnej pro- 
pagandy; każdy stał na wyznaczonem miejscu i w milcseoia 
oczekiwał hasła. 

Inne strony duchownego życia w Warszawie, objawiając* 
się z wiedzą rządtt , jak na przykład perjody<^ne piśmiennictwo 



247 

i w ogóle cała drakowana literatura w niczem nie mogły wpro- 
wadzić policejskich szczwaczów na trop rewolacyjnych przed- 
Wjgwzięć. 

Warszawa w owym czasie mulo słynęła znakomitymi pisa- 
czami Litwa jak dziś tak i ongi dzierżyła pod tym względem 
pierwszeństwo. 

Rzecz dziwna 1 Podczas gdy dach buntu i walki legł się nie- 
jako na warszawskim bruku, gdy lud w każdej chwili czuł się 
gotowym do boju, gdy nienawiść przeciw Moskalom i pragnie- 
nie swobody, do głębi przejmowały każde niezaprzedane serce, 
w koryfeuszach warszawskiego piśmiennictwa napróżno sledzo- 
noby iskry czucia , prawdy, zapała , natchnienia. Płytkość ów- 
czesnej literatury z płodami nędznych prowincjonalnych mie« 
ścin da się tylko porównać. Nic żywego, nic wytrysłego z ro- 
dzinnej gleby, z ducha polskiego, nic narodowego — nic 
takiego, co w dwadzieścia lat później warto byłoby jeszcze 
wziąść do rąk. 

Francuzczyzna z czasów Boileąu i Delilla dawała ton na- 
tchnieniu wierszarzów; proza płaskiego doktrynaryzmu wyda- 
wców Minerwy służyła za wzór djalektyki, przekonań i stylu. 
Jeden Niemcewicz miał w poezji uczciwe zamiary — jeden Mo- 
chnacki byłby mógł otworzyć now% epokę światła i wiedzy; ale 
pierwszemu brakło potęgi ducha , na drugiego jeszcze nie na- 
odeszła była pora. 

Zgroza pomyśleć, że był czas, gdzie w stolicy polskiego na- 
rodu berło smaku, poezji i krytyki trzymał pyzaty Ludwik 
Osiński, napuszony deklamator, zwietrzały pisarz, mdły pa- 
trjota, schlebiacz mieszczańskim namiętnostkom swoich słucha- 
czów; uczony bez wiedzy, umiej%cy może z otwartej książki 
wytłumaczyć, wygrać na języku odę Horacjusza, ale nie domy- 
ślający się ani ducha epoki, w jakiej żył, ani żywiołów tleją- 
cych w łonie narodu, ani kolei , jakie tenże miał posłannictwo 
rozwijać. Cóż dopiero rzec o Franciszku Salezym Dmocho- 
wskim, który jedyne w literaturze zasługi znaczył tłumaczeniem 
sklepikowych, francuskich romansów. I ten — Boże odpuść! — 
uchodził za literata — i ten w pokątnych jakichś gazetach roz- 
mazywał zatłuszczone swoje krytyki. 

Towarzystwo Przyjaciół Nauk samo wiele o sobie trzymało, 



248 

ir krają atoli nie zostawiło ładnych prawie iSladów ewoidi nn- 
łórwań. Była to akademja, jak inne akademje, mniej może 
uczona, ale niemniej sztywna, bezpłodna, zamarła. Ładzi» 
składający j% , stanowili kot^iję, poprzestawali na sypania so- 
bie nawzajem rzęsistych oklasków, spisywali katalog, Itema- 
czyli zagraniczne sprawozdania; byliby nawet w razie gwałtu 
zdobyli się na słownik — ale na nic więcej. Nieszczęsnym 
jednak wypadkiem słownik ju2 istniał; nie było nad ozem sa- 
szyć głowy — drzemali więe spokojiiie, drzemali snem nie* 
winnego. 

Względnie do innych prowincji Polski , warszawscy pisarze 
z zawiścią, z pogardą spoglądali na ruch umysłowy wHeńskL 
Bodła ich wyższość Litwinów , oburzali się na wszelką nowość,. 
odmierzali znakoniite utwory wileńskich pisarzów na ciasną 
skalę własncigo rozumu i natchnienia. Im mniej pojmowali, tem 
ostrzej sądzili ; im na chudszą treść zdobywali się sami , tem 
zawziętsze wrzaski podnosili przeciw Wilnu. Franciszek Salezy 
Dmochowski sam jeden wrzeszczał za dziesięciu. 

Policja moskiewska ze strony piśmienników nie miała się 
czego obawiać. Rząd z tego tylko rodzaju utworów wyciągając 
wnioski na przyszłość , spokojnie mógł zasypiać. 

Konstytucyjne władze narodu, izby: senatorska i poselska,. 
ż natury swojej nie potrafiłyby mieć nic wspóluego z wszelkim 
zamiarem gwałtownego wstrząśnienia. W pierwszej nie brakło 
zacnych mężów, sąd sejmowy jasno tego dowiódł; w drogicil 
zUajdowali się nawet ludzie zdolni, na których czele bez za* 
ptzeczenia stało kaliskie poselstwo. Ale jednym i drugim wy- 
raz: « powstaniec zgrzytli wie brzmiał w uchu, z tą różnicą, że 
pierwsi Widzieli w nim bezbożne szaleństwo, drudzy, postępowi, 
ganili przedwozesnoić , błagali o zwłokę, radzili czekać — oa 
co? ^ Żadeu z nich dobitnie nie umiał wytiumaezyó. 

Sejm Kongresowego królestwa był wielkim archiwistą zdol- 
nym tylko , jak się to później pokazało , do zaciągania w rege- 
stra dopełnionych wypadków. 

Zwyczajowy patrjotyzm szedł swoją drogą. 

Niezgłębiona przepsść rozgraniczała dwa strumienie: ni- 
skiego i narodowego towarzystwa. Gdzie oba pędziły? Czyli 
jeden z nich prawowity -śtk swojej ziemi, miał bezskutecznie 



249 

sMpaś6 81^ w jaiktnię niepamięci, lob wypłynąć na pełne morz» 
swobody? — Nikt nie przewidywał; boiej woli poraezano kie* 
ranek fol. 

W wojska rosyjskiem, rozkwaterowanem w Warszawie, po- 
jęcia człowiecze odznaczały się podówcaaa zapełn% nieobecno* 
ścią. Gradniowy spisek Morawiewa iPestela nie znalad! ćadnegO' 
spółczacia w tej hałastrze, wylakierowanej niniej więcej po- 
wierzcbownem wyżyciem , kryjącej pod połyskliwą łupiną zwie- 
rzęcego rozpasaną na wszelkie bezprawie. Czerń ta awaiała się- 
jak na chwilowym postoją w zdobytej ziemi, nie wierzyła w nie- 
zawodność jntra, korzystała z kai^cj akradzionej godziny, go> 
niła ostatnim rublem , ostatnią trzeźwością, 

Załoga ruska, odpychana od prywatnych domów, rozsypy- 
wała się, żyła niemal na ulicach. Miasto zyskiwało na zgi^kli-- 
wyra rachu ; patrjotów kłuł w oczy nieustanny widok moskie- 
wskich mundurów. Gdzie tylko wleźć można było za pieniądze,, 
tam niezawodnie trudno było docisnąć się przez Moskali ; do 
bezpłatnego przyjęcia żaden z nich nie rościł nawet prawa. 

Śród takiej to Warszawy, śród podobnego życia, po kilku- 
dniowej podróży zajechał Kazimierz. Z sercem przepełnionem 
nadzieją, z głową ogarniętą zapałem, upoił się bezmiarem 
pierwszych wrażeń. 

Po dwuletniem osamotnieniu , widok niezwykłego ruchu, 
życia, wrzawy, tera silniej go uderzył. Pierwszy raz znajdował 
się w stołecznem mieście swojej ojczyzny. 

Nazajutrz po przyjeździe trafił na wojskową paradę. Nic 
daiwnego. Carewicz sobie i mieszkańcom nie skąpił tego ro- 
dzaju widowisk. 

Poraj pierwszy raz w życiu ujrzał narodowe wojsko polskie. 
Twarz wypromieniała mu szczęściem, radością, nieznanem do- 
tąd wzruszeniem. 

W podróżach swoich po zagranicy przyglądał się różnym, 
wojskom i broniom ; żołnierz polski przewyższał wszelkie jego 
w tym względzie wyobrażenia. 

W istocie było to wojsko, jakiego po rozbicia gwar^ji napo- 
leońskiej nie widziano, jakiego odtąd zapewne żaden kraj nie 
njrzy. Hufce przyszłych polskich powstańców w waleczności 
tj^iko będą mu mogły wyrównać. 



250 



Zaetgpy dowodzone pnez carewicza, stanowiły apogeam, 
łabędzi śpiew regularnych armji. Z podobną silą, zdało si^ 
ie można było uderzyć na niewolnicze źołdactwo wszysikicli 
'despotów. 

Poraj jak dziecko uśmiechał się , a łzy rozrzewnienia nuiU 
w oczach; byłby chciał rzucić się w objęcia pierwszego żernie- 
rza z bi^ym orłem na kaszkiecie, przyszłego walecznika za 
swoją i cudzą wolność. Na dwugłowe dziwolągi spojrzeć, nie 
starczyło mu wzroku. Zapuszczał się w ulice miasta, bł%dził bez 
*celu, poił się czystym dźwiękiem rodzinnej mowy, dzielnością 
oblicza ludu, brakiem austrjackiej niemczyzny, której widok 
iiyle mu dokuczał w Galicji. Zatrzymywał przechodzących rze- 
mieśluików, wdawał się z nimi w rozmowy; każdy odpowiadał 
^mu wesoło, uprzejmie, po pol8ku. 

Nęcony ciągle nowemi a miłemi sobie przedmioty , byłby 
ohętnie dnie całe strawił na przeglądaniu szczegółów miejskiego 
życia, gdyby inne ważniejsze cele, którym przedewszystkiem 
musiał zadość uczynić, nie były go pędziły naprzód. 

Stosownie do otrzymanych poleceń , za przybyciem do War- 
szawy, o godzinie ósmej zrana miał stawić się w Wizytko wskim 
kościele , dokąd zbierała się uniwersytecka młodzież ; tam zbo- 
czyć na prawo ku rogowi ostatniej ławki, naznaczyć białą 
rękawiczkę rysą czarnego węgla, wesprzeć z niechcenia rękę 
na ławce i czekać na znak. 

Kazimierz przyszedł już ku końcowi mszy; uczniowie hur- 
mem wysypywali się z kościoła. Rzucił do koła badawczemi 
•oczyma: żaden wzrok nie odpowiadał mu na zapytanie. Sam nft 
-siebie za opóźnienie markotny, zabierał się do wyjścia, gdy na- 
:gle w kruchcie silna dłoń ścisn^a go za ramię. 

Wysmukły, jasnowłosy młodzieniec szybkiemi słowy zapytał 
^0 o mieszkanie. 

Kazimierz szepnął mu umówione hasło, rzucił nazwisko ho- 
telu i numer swoich drzwi. 

Akademik spojrzał po nim bystro, jak gdyby z twarzy chciał 
całego człowieka odgadnąć, ostrzegł o wieczornej godzinie 
schadzki i przepadł w tłumie. 

W chwilę potem pusto było w kościele, pusto na placu* 
ostatni uczniowie szybko zdążali do szkolnych gmachów. Jeden 



251 



tylko aczeń zdejmował uktadkiem wychodzący mu z pod dłu- 
giego surduta kołnierz akademickiego munduru, naciski^ kape- 
lusz na oczy i bocznemi ulicami przedzierał się ku stronie 
miasta, gdzie leżała szkoła podchorążych. 

Stosunki polskiego związku z włoskiem węglarstwem wiat 
dome tylko były dwom lub trzem naczelnikom warszawskiego 
powstania. Inni sprzysiężeni rozumieli hasła , ale nie badali na- 
wet ukrytego ich znaczenia. Bezpieczeństwo ogółu i powodzenie 
przedsięwzięcia wymagały od podrzędnych towarzyszów nie- 
ograniczonego zaufania i ścisłej tajemnicy. W wigilję zwłaszcza 
wybuchu spiskowi podwoili ostrożności. Miejsca były już wy- 
znaczone i zap^nione; najmniejsza lekkomyślność mogła zwi- 
chnąć zamiar. Przywódcy postanowili zamknąć listę waleczni- 
ków, nie przypuszczać nikogo więcej, chyba jednego z takich, 
za którego każdy mógł ręczyć, jak za siebie samego. 

Przybycie nowego towarzysza całkiem nieznajomego obli- 
cza, abodło ich ciekawość. Człowiek ten, wedle doniesień aka- 
demika, miał twarz szlachetną, dzielną, otwartą, znał tajemnice, 
przynosił hasło; należało dokładnie wywiedzieć się o nim, 
^wybadać , i następnie dopiero zawyrokować. 

Akademik otrzymał w tej mierze stosowne polecenia. 

Wieczorem Kazimierz niecierpliwie trawił godziny oczeki- 
wania , gdy z cicha zapukano do drzwi i wszedł znajomy n;u 
z dzisiejszego poranku młodzieniec. 

Powitał go uprzejmie , obejrzał się da koła ; lewe drzwi wy- 
chodziły do sypialnego pokoju, prawa ściana kończyła dom; 
nie było czego obawiać się sąsiadów. 

Poraj ofiarował gościowi krzesło. Akademik podziękował, 
tłumacząc że ważne zatrudnienia powoływały go w oddaloną 
^zęść miasta, prosił go tylko o wymienienie nazwiska, o oznaj- 
mienie zkąd i kiedy przybywał? Szczegóły te , dodawał oboje, 
tnie, obchodziły ludzi, którzy w obecnym stanie rzeczy mieli 
wszelkie prawo o nie pytać. O głównym celu dążeń, o sprzysię- 
żeniu, o stanie umysłu ludu, o siłach powstańczych żywiołów* 
przychodzień ani słowa nie wspomniał. Przyrzekł tylko daó 
wkrótce znać osobie, polecił strzedz się nowych znajomości, 
zapowiedział na jutrzejszy wieczór odwiedziny jednego ze swo*^ 



252 

ii^b pn^jtciól, którego sprawa bliżej dotycsyla, i który po nr 
pytaniu przekona się o wartości towani* 

Kazimiem po odejściti gościa przez chwilę stał zamyślony. 

Odwiedziny nie zupehkie go zadowolniały. Wezbrane jego* 
serce łakomie oczekiwało sposobności wynurzenia się przed 
ładimi z bftttanycb przekonań , wspólnych zamiarów i nadziei. 
Spodziewał mę ie wnet za przybyciem 'przyjm% go otwarte* 
lyrzyjacielskie ramiona, że od razn wpadnie w war przygoto- 
wań, trądów, działania, że zaprzepaści w nim na wieki własne 
bole i gryzące niepokoje. Cza! w sobie nadmiar kipiących s^ 
potrzebował zatyi je na szlacfaetoiejszych celach, nii na powol- 
nej samego siebie zatracie. Znał nieszczęsne strony charaktent 
swego : przerażał go częeto odzew rozhukanych w nim niektó* 
rycb osobistych namiętności; rad był zniszczyć je na zawsze 
w ogniu świętego czynu, w natchnionej walce za naród, za po- 
wszechną wohiośó. 

Tymczasem zamiast utowarzyszenia w wielkiem przedsię- 
wzięciu, obchodzono go, badano, zwłóczpno, wystawiano na 
próbę jego cierpliwość. 

Poraj swoim zwyczajem naciągi^ już na umysł czarno 
chmury niechęci ku sobie samemu i ku ludziom; ale zimna roz- 
waga, pilniejsze zastanowienie, przybiegły mu w pomoc. Pod- 
ziemne rozwijanie spieka miało kotiieczne swoje warnnki; była 
grzechem wymagać nadwerężenia takowych dla jakichkolwiek 
osobistych powodów. Kazimierz łatwo zrozumiał niepewne 
wstępne kroki przyszłych towarzyszów, ochłonął z myśli niego- 
dnych siebie i naczelników przedsięwzięcia, wyjaśnił czoło^ 
i spełnienie swoich nadziei spokojnie odłożył. 

Nazajutrz o tejże porze otwierał drzwi nowemu gościowi. 
Nieznajomy zrzucił z siebie płaszcz i pokazał się w oficerskim 
mundurze, bez szlif, z żółtym konierzem, jaki oznaczał linjową. 
polską piechotę. 

Przychodzień miał wyniosłe czoło, oczy zapadłe, świecące; 
w przyciętych ustach wyrażał energję czynu , postawą i głosem 
zdradzał jednego z tych ładzi, jakim zwykle w chwilach wa- 
dnych niebezpieczeństw dostaje się kierownictwo oporu prze* 
ci w klęsce. ^- Wojskowy zapytał go, czy przyjaciele z Wiodb 
nie dali mu żadnych szczególnych poleceń? 



253 



odpowiediiat mu drągiem famteitt ajm^oem się 
<do wyższych dostojubków węglarskiego stówuzyB^enia. 

Oficer uścisnął mu obie ręce, wypogodził swowe oblicse, 
przybrał obejście po«&łego znajomego, wydągn^t się w krze- 
śle i j%t wypytywać o wieści z GaliojL 

Pong opowiedfldal pełośenie kn^n, silę ausHijackiegożoł- 
^ena, duch szku:heckiej młodzieży, mieszcKańttwa, luda, ży- 
wioły ruchu i oporu; możebność wdki, prawdopodobieństwo 
zwycięstwa, obawy niepowodzenia, przyposzcaahie przyczyny 
złych lub dobrych kolei; konieczne do użycia środki, jedne na« 
tychmiast, inne po stosownem przygotowaniu grunta, słowem, 
wtajemniczył go do wszelkich szczegółów, jakie mogły dotyczyć 
rewolucyjnych zamiarów. ' 

Wojskowy słuchał bacznie, nalegał tu i owdzie o objaśnie- 
nia , potrącał mimochodem różne struny w duszy rzecznika, jak 
gdyby szukał w nich harmonijnych dla własnych przekonań 
•oddźwięków, nastawał na rozwój pewnych ogólnych zasad, 
wgłębiał stałość pojęć, naprowadzał na wnioskL 

Twarz jego łagodniała z każdym niemal Kazimierza wyra- 
zem. Szlachetne uczucia przyjaźni, braterstwa, czasami nawet 
zachwytu, przejmować go na widok tąj dziekcg natury, pełnej 
życia, prawdy, zapału, zrozumienia sprawy, gotowości do ezymi. 
Iskra wzajemnego spótomcia drasn^ dwa zbratane dudbgr. Po 
kilku godzinach rozmowy l^łi dawnymi już przyjaciółmi; żaden 
z nich nie miał prawa samotnym uważać się na świecie^ Ztpm^ 
ciwnych dwóch granic kraju przypadkiem ku sobie Esoceni, po- 
znawali w sobie synów jednaj matki, matki ojczyzny. 

. 0£cer objaśniał Pongowi życie warszawskie, opisywał mu 
niegodziwości moskienskittgo m^u, >otKier8l psaed niit dingi 
martyrolog męczenników wohioileif pokazywał ozecBąoe się 4o 
koła uczucie zemsty, przysięga! ie ipodskia bożej spiwwriediiwo- 
eci wkrótce wybije. Spiekowych przedsięsrsięć mu nie taił; 
przeciwnie, wi^ęcz oznajmił, ie takowe istniały, że lada dzień 
gotowały się do rozwinięcia. proporoów., że powstanie musi na 
wszystkidi punktach Polski od razu wybuchnąć, i że natych- 
miast po załatwieniu głównej sprawy w W«rsz«wi^, nucwlnicy 
siem, mianowani przez władzę powstańczą, ro^adą się do wy- 
snaozonych sobie okręgów* 



254 



Lista sprzysięisonyoh, dodawał T^ojflkowy , była jmź zamknię- 
tą; uie wątpił wszelako, źe naczelny komitet otworzy ją dla 
brata przybyłego z Galicji. 

Kazimierz ścisnął ma rękę i narzekał na bezczynność. 

Oficer pojmował słuszność żaln , zaręczał że gdyby od niego 
zależało, szranki działania natychmiast stanęłyby mu otworem. 
On sam atoli jeden tylko głos przedstawiał , głos , który na dzi- 
siejszem północnem zebraniu silnie przemówi za nowym zacif- 
źnikiem w hufiec walczącego, polskiego kośoioła. 

Stosunki Kazimierza z najwyższą władzą włoskiego rucha 
usposobiały go do zajęcia miejsca w rzędzie głównych przywód- 
ców sprzysiężenia. Przyznanie jednak podobnego stanowiska 
musiało być przedmiotem szczególnej narady. Była to formal- 
ność , nic więcej , ale której w obecnym stanie rzeczy nie go- 
dziło się zaniedbywać. 

Wojskowy obiecywał towarzyszowi nazajutrz rano przyjść 
po niego i wprowadzić go do grona spiskowych. 

Kazimierz odrzekł, że tego tylko się domaga, do czego czuje 
w głębi sumienia potrzebną siłę, a tem samem niezaprzeczone 
prawo. 

Oooer serdecznym uściskiem podzieli z druhem to przeko- 
nanie. 

Bozeszli się obaj , nawzajem sobą przepełnieni. 

Poraj znalazłszy się sam , odetchnął szeroko , jak gdyby ka- 
mień spadał mu z piersi. Widział więc przed sobą, chwytał na- 
reszcie oburącz to życie zapału, poświęcenia, zemsty za ucisk 
narodu, walki za wolność całej Europy. Jakikolwiek czekał go 
los, wszystko miał do zyskania; wszystkiem były dla niego spo- 
kój duszy, pogoda sumienia, przekonanie że pobyt swój aa zie- 
mi upoźytecznił dla wielkiego celu , że dług powierzonych sił 
wypłacił dobru powszechnej sprawy. 

-- Gdzie ludzie ? — mówił sam do siebie. — Abym ich ob- 
jął jednym uściskiem -^ gdzie osobiści moi nieprzyjaciele, abym 
im podał bratnią. dłoń, wskazał innego godniejszego ich zacię- 
tości wroga, ropłomienił przed nimi ofiarny stos niewoli 
i z dymem puścił wraz z więzami ludu nędzne nasze niesnaski, 
miłości własne, niezgody, potwarze, haniebne zwyczaje, zdra- 
dzieckie zobojętnienia? — Ha! marnotrawcy życia! r^ SSaniiast 



255 

sromotnie rozrzucać niem po łowach , gonitwach , biesiadach — 
zamiast bezbożnie igrać w szalonych karczemnych bójkach* 
i pojedynkach — rzućcie je na szalę łez i krwi narodu, zagraj- 
cie z nim o najświętszą wygrane, jaką człowiek może zamarzyć!* 

I tak się też stanie. Naród nasz nie umarł; drzemie, sny 
straszliwe go trapią , zmora ucisku siadła mu na piersiach. Lud 
marzy że go na wieki przeklęto, młodzież szlachecka że zgraja 
szatanów porwała ją w opętany wir uciech i w konwułsyjnych 
łoskotach śmiech, na śmierć zaśmiać się przymuszą ; panowie — 
ci śpią snem wiecznym , tych już nic nie przebudzi. 

Ale tamci ! — Niech tylko zagrzmi dzwon wiecowy powsta- 
nia, wnet czar djabelski pryśnie, szczeznie jak nocna ułuda; od> 
Bałtyku aż do Dżwiny obudzi się męczennik ludów, wstanie 
Lech, otrząsnie kajdany, krzywą szablą na poły zasłonę ucisku- 
i ciemności rozetnie , a choćby niebo przesłoniło się przed nim 
czarnem z granitu sklepieniem, wyrąbie w niem wrota dx>' 
słońca, samego Boga zmusi, ażeby wyjrzał znów z obłoku zapo- 
mnienia i sypnął na ziemię promieńmi swobody i światła. 

Tylko jedna błyskawica czynu ! — tylko jeden piorun zacze- 
pki! — tylko na chwilę niech biało-czerwony proporzec zawieje,, 
sama konieczność resztę zdobędzie. Precz z tern co było na 
wieki I — Przyszłości, otwórz nam nieskończone ramional Je- 
żeli przestrzenie twoje bez granic i czara cierpień naszych była 
bezdenną i pragnienie nasze wolności i prawdy nieugaszone ! — 

Kazimierz uścisnął czoło obiema rękami: pałało ogniem, ale 
na sercu było mu lekko, swobodnie, wesoło, i we krwi czuł- 
wzbierające siły, i w ramionach stal mu tętniła; głowę, zdało- 
się mu , że nosił na barkach Samsona. 

Dzień tylko jeden przedzielał go od życia. Poraj błogosławił; 
swemu przyjazdowi do Warszawy; miasto wypiękniało mu nad 
pierwsze europejskie grody, ukochał je jak gdyby każdy dom 
był mu rodzinnem ogniskiem. 

Ku południowi wyszedł na ulicę; umyślił skorzystać z osta- 
tnich godzin wolnego czasu, zwiedzić przedmieścia i ulubione 
przechadzki mieszkańców. Za pierwszy ceł przechadzki obrał 
Pragę; pobożny wędrowiec zażądał uczcić pamięcią sławne 
w dziejach okopy i miejsca uświęcone krwią ofiar moskiewskie- 
rzezi. Przedmieście dotąd zachowało chórowi tą^ zbolałą postać ;. 



256 

^omy szare, na pól rozwalone, po większej częóci drewnianef 
smutnie odbijały od świetnej stolicy rozesłanej w amfiteatr, sa 
przeciwnym brzegu Wisły. 

Kazimierz długo bł%dził po zaułkach Pragi , wrócił wreszcie 
na most i zapuścił się w ciasne ulice Starego Miasta. Zygmon- 
towskie c^asy watały mu przed myśl^; każdy staroświecki 
kształt budził w nim j^eś historyczne wspomnienia, aź nare- 
szcie założył ręce i z łubem uczuciem utkwił myśl w wywoła- 
nym fantazją obrazie pana majstra Kilińskiego.. 

Rój ludzi brzęczał mu do koła; niejeden spieszący rzemieśl- 
nik potrącał zamyślonego przechodnia. Poraj przepraszał 
z uśmiechem, rozgląda! twarze, szukał wcieleń wkrótce mąi%- 
jących się spełnić zamiarów ; wszędzie spotykał zgodne z wła- 
snemi marzeniami oblicza 

Jedna tylko postać nieprzyjemnie go uderzyła; postać tę 
kilkakrotnie już za sobą spostrzegał. 

Z przysuniętym na oczy kapeluszem, z twarzą, na któr^ 
zdawały się wypisane dwa tylko wyrazy: «policzek i pijaństwo*, 
tajemniczy cdowiek nie spuszczał z oka ciekawego przeghodnia, 
zdążał za nim z daleka, strzelał wzrokiem po dpmacłi, jak gdy- 
by czegoś szukał; co chwila atoli z podełba ku jednej tylko oso- 
})ie zwracał spojrzenie. 

Kazimierz wzdrygnął się mimowolnie. Człowiek ten spra- 
wiał mu wrażenie ohydnego płazu, gadziny jadowitej. 

Przestrogi oficera wbiegły mu na myśl: policga nie przyzwy- 
czajona do jego oblicza , chciała zapewne wyśledzić w jakim 
przyjeżdżał zamiarze, czego tak pilnie szukał po mieście. 

Noc zapadała, zapalano latarnie; ^bliżs^ się godzina 
schadzki. Kazimierz ze swojej strony nieznacznie zacz^ uważać 
ruchy policyjnego strażnika, kierował się gdzie najwięcej było 
ludzi, i w upatrzonej chAn^ili, gdy tłum rozdzielił go od azczwa- 
cza, uskoczył nagle do przechodniego domu, zakrył twari 
chustką niby od bplu zębów, wpadł w pierwszą dorożkę i kasal 
czemprędzej odwieźć si^ do domu. Serce biło mu niespokojnie, 
gdy wstępował na wschody; lękał się chybić umówionąj go- 
dziny. 

Stary Grzegorz podał ibu troskliwie zapieczętowany list od 
wczorajszego gościa — jak dodawał, wedle tego co mu był 



257 

oznajmił młody jakiś, z pańska ubrany posłaniec. Pismo miało 
być do własnych rąk wręczone — «do własnych rąk)), kilka- 
krotnie mn powtórzono. 

Poraj rozerwał pieczęć; ręka zdała się umyślnie przeisto- 
czoną. List zawierał następujące wjrrazy : 

((Przeklęta przyjaźń, której pierwszym uczynkiem zaprawie- 
nie serca bratniego trucizną. Pod jarzmem niewoli każde czy- 
ste uczucie w zarodzie przeklęte. Na wczorajszem posiedzeniu 
podałem umówiony wniosek. Obradowano długo. Niegodna 
potwarz, którą na nieszczęście przeczuciem tylko mogłem zwal- 
czać, dowodów bowiem nie posiadam, znalazła przystęp do 
ucha rady. Wieści z Galicji, poparte fałszywemi bez wątpienia 
faktami, doniosły: że osoba, o której rzecz się toczyła, wyzutą 
jest z osobistej odwagi, że w razie niebezpieczeństwa wszystko 
poświęci dla ocalenia własnego życia. Przeczyłem potwarzy, 
przysięgałem na duszę, brałem na siebie odpowiedzialność. 
Napróżno ! — W wyrokowej umie znaleziono jedną tylko białą 
gałkę. Poddajmy się obaj przeznaczeniu; zacznijmy od pokona- 
nia własnej boleści. Niedaleka przyszłość przekona, że n& ob- 
radzie biały głos miał prawdę za sobą. Zaufanie i przyjaźń, 
które ofiarowałem wczoraj , skończą się z mojem życiem. Wy- 
trwałość, bracie, odwaga! Dwóch nas tylko, ale prawda z nami, 
a przed nami walka. » 

Papier wypadł mu z rąk. Kazimierz stał osłupiały, blady, 
drżący ; długie minęły chwile , nim zdołał zebrać myśli i oswoić 
się z ogromem przywalającego go ciosu. 

Cierpienia atoli wyhartowały dzielną duszę ; charakter jego, 
jak stal damasceńska, mógł prysnąć pod uderzeniem — ugiąć 
się nie umiał. Zapędy szalonej rozpaczy biły mu czasami do 
mózgu; zimna rozwaga brała je na cugle, kiełznała rozhukane 
namiętności. 

Ile piekła tej nocy wycierpiał! — Bóg tylko sam mógł oce- 
nić; ile Laokonowych męczarni rozbiło się mu o serce, wyobra- 
źnią nawet później sam nie zdołał ogarnąć. 

Aż wreszcie cała jego istota ścięła się w kryształ bólu i nie- 
złomnych postanowień. 

Chciał ukochać, przebaczyć ; przeznaczenie pędziło go w inną 
stronę. Los pokonywał w nim wolą ; próżno było dalej borykać 

CaojBCKi, Alkłiadar. III. 17 



258 

się z konieczno8ci%. Znikło ostatnie złudzenie — musiały pehić 
się pierwsze wyroki. 

Ha! niechże się pełnią, kiedy tak chce wyższa, nieubłagana 
wola — Opatrzność, jak mówią Nazarejczycy — fatalizm, jak 
prawił stary arabski szeik 1 — 

Fatalizm I — powtarzał Kazimierz i machinalni* szukał na 
palcu odbicia strasznego wyrazu. 

Dziwna, dziwna! Nie było pierścionka! Dar Beduina zabłą- 
kał się gdzieś w chacie Nastusi. 

Poraj buchnął dzikim śmiechem , zawołał na starego sługę, 
rzucił mu rozkaz do bezzwłocznego wyjazdu. 

W godzinę potem znikała przed nim Warszawa. Nieszczęsny 
marzyciel, przeklęta igraszka losu, wracał do Galicji. 



KONIEC TOMU TRZECIEGO. 



DRUKIBM F. A. BBOCKHAUSA W LIPSKU. 



u- 



BIBLIOTEKA PISARZY POLSKICH. 



TOK Lvni. 







ALKHADAR. 



USTĘP Z DZIEJÓW OJCÓW NASZYCH 



PBZBS 



EDMUNDA CHOJECKIEGO. 



WYDANIE DRUGIE, POPRAWNE. 



TOM CZWARTY. 




LIPSK: 

F. A. BROCKHAUS. 
1869. 



^-^U^-yfo^.f.fi 



i :: 






KSJ^ ^XA4-^ J'*^^*^ *^' ^J^^ 



XIV. 



^a Rusi Czerwonej, kto lubi wesołe życie temu nie do« 
legnie samotność. Rzemiennym dyszlem przejeździć można 
wiek cały, a zawsze z zabawy na pohulankę, z urodzin, na 
imieniny, z wesela — z wesela — na co? — Ha, bogdaj na 
pogrzeb; kto rad znajduje się w zbiegowisku, kto umie się 
bawić, temu i na pogrzebie nie smutno. Znalem ludzi, którzy 
chętnie uczęszczali na ten rodzaj rozrywek. Leniwi do po- 
lowania, niezgrabni do tańca, skąpi do rzucenia kiesy na 
kartę, lubowali się w pok%tnych z kięźmi rozmowach, w licznem 
a pomimo to nie halasnem zgromadzeniu gości, w mądrych 
wywodach prawników o sukcessji, o publicznej iśprzedaźy, o 
testamencie i kodycylach, o spadkobiercach i o niezbędnych 
wkrótce procesach. Ludzie ci, jako Karol Y,, byliby chętnie 
wyprawili sobie własny pogrzeb dla przyjemności zabrania 
stanowczego głosu w gawędach i sądach o nieboszczyku. 
JZacni są to ludzie, nadzwyczaj praktyczni, słodko rozsądni i 
^estorowo wjrmowni; uciekam przed nimi zdaleka, ale zdej- 
muję kapelusz, każda bowiem zasługa odbiera swoją cześć. 

Innych wesela tylko bawią, skoczne zabawy nęcą; inni 
stronią od pogrzebów jak od tatarskiej dżumy; widok trumny 
ośmiech im ścina na ustach, żałobne dzwony głuszą dowcip, 
usypia ich księża gawęda. Są to znakomici filozofowie, którzy 
zrozumieli że najwyższym wyrazem złego na ziemi jest nie- 
l)yty śmierć, i że nawzajem źródłem dobrego, życie, a ozdobą 
życia uciecha, a uciechą wesołe towarzystwo, a wesołem to- 
•warzystyrem, biesiadnicy drwiący z przysdtości, bałwochwalcy 

Chojbcki, Alkhadai. lY. \ 



teraźniejszej chwili, czciciele namiętnych wzruszeń podnie- 
conych, w braku rodzimej siły, szałem jakiegokolwiek upo- 
jenia. 

Juljusz byłby mógł niezaprzeczenie zasiać katedrę podo- 
bnej filozo^i. Całe jego życie było dokładnem urzeczywistnie- 
niem powyższego systemu. Nawiedzony — jak sam często 
mawiał, przypadkiem urodzenia, od najmłodszych lat prze- 
myśliwał tylko nad sposobami wymykania się nieodstępnym 
człowieczemu losowi dolegliwosdom. 

Szaleniec tylko ślep% ręk% sięgał po różę; mądry, umiał 
kwiat zrywać a ciernie omijać. Juljusz zdaleka wypatrywał 
kwiaty i kolce; matematycznem wyrachowaniem wyciągał 
dłoń po pi^nsirsze , unikał drugich , nie unosił się nigdy na- 
miętnością, nie miał jej w swojej naturze ; w stosownym atoli 
razie, gdy mogła mu być wygodną, potrafił ją w sobie roz^ 
dmuchać, szalek głową jak drudzy zmysłami lub sercem, nigdy 
się przecież nie zapominał, samego siebie zawsze miał przy- 
tomnym — ostateczne uczucia, zaślepione popędy uważał za 
zgubne dla zdrowia i innych warunków bytu, pojmował 
wszelką uciechę, nienawidził wszelako i strzegł się zmo- 
czenia. Z romantyków szydził, sentymentem gardził, ostro 
zajmował się drugimi, sam nie cierpiał cudzej nad 8ob% opieki 
W kupnie konia wybierał przedewszystkiem silne nogi i wy- 
trzymałość bez granic; w doborze przyjaciół patrzył na zapas 
dogodności jaki mu każdy przynosił. 

Światowe położenie Wilczka, wpływ jego na młodziei, 
szacunek i wziętość, jakie z młodego panicza znanego z świe- 
tnych zalet i z licznych pojedynków, spadsJiy na poufdyck 
towarzyszów, znakomite stosunki w kraju i w Wiednia — 
wszystko to miękko przystawcie do Juljusza i pokazywało 
mu w Wilczku koniecznego przyjaciela. Ale przyjaźń, równie 
jak szlachectwo, ma swoje święte obowiązki. 

Wilczek, przy wybornych przymiotach, grzeszył ciężki 
wadą; nie umiał się prowadzić. Marnotrawił wrodzone dary 
losu, o rachunkach nie znał żadnego pojęcia, bezmyślnie 
przepaść przed sobą otwierał, narażał na zatratę dziwnie 
szczęśliwe położenie, oczywiście bowiem, pierwsza rdza nie- 
dostatku na lśniącej tarczy magnata byłaby rozproszyła cze- 



' redę biesiadnych druhów, zagubiła jego wziętośó, bliskich zaś 
przyjaci^ naraziła na ważne nieprzyjemności. 

Juljusz potrzebował świetności Wilczka; kochs^ go, sam 
wreszcie był jego wierzycielem, rozważał więc za nieoględnika 
i z przyszłością się targował. 

Zerwanie stosunków z Nastusią, było więc pierwszyńi 
krokiem do wydobycia się na pełn% przestrzeń niezawisłości. 
Juljusz szczerze winszował sobie uczestnictwa, jakie przyj- 
w tej sprawie. Dzień, miesiąc przebyć z chłopką, była to 
•rzecz zwyczajna, ale marnować długie lata na pożyciu z nie- 
godnem siebie stworzeniem, kompromitować się w oczach 
całego świata naganną słabością ku wiejskiej dziewczynie, 
porzucać dla siermięgi jedwabie, zwłaszcza kiedy się nosiło 
znakomity tytuł i nazwisko Wilczka — na honor, podobnego 
szaleństwa nikt dotąd nie spotkał! — 

Wilczek oczywiście zagradzać sobie przyszłość, byłby ją 
nawet całkiem zagrodził, gdyby szczęściem na brzegu otchłani 
nie była go ujęła silna dłoń przyjacielska. 

Porzucenie Nastusi twardym było do zgryzienia orzechem, 
rozsądek atoli w porę nadbiegł z pomocą chwiejącym za- 
miarom, pękły szczelnie na pozór zawiązane węzły; dziewczyna 
sama zrozumiała niewłaściwość swego położenia, znikła bez 
śladu, nie zostawiła za sobą żadnych skarg, żalów, wyma- 
-gań; pojęła i jak na chłopkę, uczciwie wypełniła swoją po- 
winność. 

W nagrodę za przyzwoitą pokorę, należc^o pomyślić o 
jej losie. 

Juljusz pierwszy, szlachetnie wspomniał o osadzeniu Na- 
stusi na komorze w oddalonym folwarku, napróżno atoli, tu 
i owdzie przepytywano się o dziewczynie; nikt nie umiał 
daó o niej wieści. Dobroczynne zamiary dziedzica i jego 
doradcy spełzły na niczem ; głupia wieśniaczka zamierała może 
gdzie w nędzy — tem gorzej dla niej; nikogo prócz siebie 
samej nie miała prawa oskarżać. 

Wilczek czuł się wywiązanym z wszelkich obowiązków 

ku córce piastunki Krystyny — tak przynajmniej głośno 

twierdził przed Juljuszem, ilekroć tenże wszczynał nienawistną 

-2nu rozmowę. W duszy jednak zdarzało się nieraz że inne 

1* 



szeptały mu głosy, głosy rozdzierające spokojnosó, clił08zct%« 
sumienie bez miłosierdzia i tak wrzaskliwe, ie najhucsniejs^ 
zgiełk nie potrafił ich zagłuszyć. 

Tajemniczy los Nastusi, w strasznych widziadłach atawst 
mu przed umysłem. Gdyby choć raz jeszcze mógł j% oba- 
czyć — gdyby cudownym trafem wynaleźć jej ślady — Wil- 
czek może byłby padt przed nią na kolana, uścisnął w obj^ 
ciach, utulił, ubłagał, świat dla niej porzucił i dozgonnem 
przywiązaniem bolesną przeszłość zagładził. 

Wywiadywał się ukradkiem, rozsyłał wiernych służebników. 
Napróżnol — wszyscy wracali bez odpowiedzi. 

Tymczasem Juljusz na krok go nie odstępował, zi kaź^^ 
dniem stawał się mu bardziej nieznośnym i niezbędniejszym 
zarazem; on jeden umiał wyrywać go z wiru gryzących myfli, 
on jeden na zgryzoty pamięci wynajdywał kordjał zapomnie- 
nia, z gotową zawsze radą przybiegał w frasunku, budz3 
w nim namiętne popędy, wskazywał cel i środki ich zaspo- 
kojenia. 

Wilczek po pamiętnej scenie z Kastusią, ze zwykłym ło- 
skotem zajechał znów w miasto, spotkał się z przyjacidem, 
pogodził, dał się mu porwać i głębiej niż kiedykolwiek ss- 
nurzył się w szale uciech, gry, pijatyki. 

Towarzysze powitali go grzmotem oklasków; w pierwszych 
dniach wszyscy tłumnie skupili się w okół przywódzcy i w p<^ 
racz pośpieszyli z nim ku wrzawie życia. Niebawem jednak, 
zgiełkliwa czereda widocznie zaczęła się zmniejszać; naj- 
wytrzymalsi z trudnością nastarczali szalonym naczelnika za- 
pędom; wesołość Wilczka, gorączkowa, zapalna, wytchnąć 
nikomu nie pozwalała. 

Opóźnione ciury wyczerpywały ostatnie siły, wlokąc się 
za obozem rozpusty, za obozem który wkrótce składał się 
z jednego tylko człowieka. 

Wilczek znalazł się sam ; zdaleka dochodziły go ochrzypłe 
głosy, konające śmiechy, urywane nagle letargiem głębokiego 
snu, przezsenne wykrzykniki myśli kąsanej zmorą szału, cza- 
sami jęki sił skołatanych nadużyciem. 

On sam jeden, z załamanemi na piersiach rękami, z bk- 
dem obliczem, z zaognionemi oczyma, stał niezachwiany, nie- 



wzruszony, pełen pogardy dla samego siebie i dla ofiar roz- 
ciągniętych na tern poncztowisku obłędu. 

Sznkał zgiełku, npojeń, zapomnienia, ale w chwili gdy 
mniemał ke ostatni ślad trawiących pamiątek zaprzepaszcza 
na dnie bezmyślnego wiru, nagła cisza wracała mu przy- 
tomność, milkły głosy ludzkie; jeden głos tylko umilknąć 
nie chciał, jedno uczucie płomieniem wypełzało mu na serce, 
gry^o pierś, w mózg zapuszczało ogniste żądła, odpędzało 
zmęczenie od ciała i zasnąć nie dopuszczało zmęczonym po- 
wiekom. 

Do wściekłości doprowadzony, opuszczał dogorywające 
światła, z dzikim uśmiechem chwytał między dłonie pałającą 
żarem głowę — wybiegał na ulicę. 

Dzień zwykle już świtał, ruch wzmagał się w mieście; 
kupcy otwierali sklepy — z pobliskich wiosek dziewczęta 
z jarzynami i mleczywem spieszyły na targ. Nie jedna z nich 
przeświecała białemi ząbkami, nuciła kołomyjkę lub tęskną 
jaką gminną piosenkę. Dźwięki te, strój, płowe włosy, po- 
dobieństwo czasami rysów, rozjątrzały w Wilczku świeże 
rany — darmo! — Ani w samotności, ani w zgiełku biesia- 
dnym, ani w ulicznym gwarze , nie mógł znaleźć zapomnienia 
i spokoju. 

Rodzinna ziemia paliła mu stopy; krąg odosobienia coraz 
się w koło niego rozszerzs^ — nudziły go, szły w- niesmak 
anajome towarzyszów postacie; głos mowy ojczystej, widok 
luda polskiego, drażniły mu zmysły; Wilczek postanowił 
odetchnąć innem powietrzem, stracić na chwilę z oczu kraj 
i swoich, zaczerpnąć urozmaicenia w ulubionej stolicy — 
w Wiedniu. 

Juljusz ze swojej strony także rad był przewietrzyć się % 
w cesarskiem mieście. Kilka miesięcy pobytu w Wiedniu, 
liczy się zawsze za zasługę przyzwoicie wychowanemu gali- 
cyjskiemu szalchcicowi. 

Od pewnego czasu Juljusz widocznie pokumał się z szczę- 
ściem, lub może nawet jak głosiły złośliwe języki, wynalazł 
sposób stałego ujarzmienia zmiennych łask fortuny. Krótko 
mówiąc, wprzągł ślepą boginię do zwycięzkiego rydwanu i 
jako bohaterowie Romy, wiodąc przy sobie pokonanego króla 



6 



Faraona, z tryumfów śpieszył na tryumfy, łupy gam%ł do 
łupów. 

Galicyjskie owieczki nie wiele dawały wełny; raz ostrzy- 
żone, długo chodziły gołe wprzód nim znowu w daninę po- 
rosły. Wiedeń pod tym względem, nęcił pomyślniejszyia 
obłowem. Bogata węgierska szlachta, Esterhazy, Palfy, Zicsy, 
Battyany, moskiewski poseł Tatyszczew, kilku angielskich 
lordów, petersburskich kniaziów a nawet książąt niemieckiego 
państwa, z ochotą garście dota miotało na kartę. 

Stosunki Wilczka otwierały mu przystęp do świetnego to- 
warzystwa; pochlebnie przyjmowany graf polski, łatwo mógł 
wprowadzić przyjaciela, choćby nawet do samego księcia 
kanclerza. 

Juljusz naznaczył Wilczkowi rolę i w zamian za pospolita 
przysługę, otwierał mu na rozcieź przystęp do wzbierającego 
coraz szczęściem swojego Paktolu. 

Uczynność tę wprawdzie, troskliwie zapisywał na re- 
wersach i troskliwiej jeszcze zaciągał następnie w hypoteczne 
księgi, ale Wilczek nie zważał na te drobnostki, z wdzię- 
cznością przyjmows^ usługi, z każdą chwilą ściślej bliźnił ńg 
z nieocenionym druhem. Wyjechali do Wiednia. 

Juljusz niebawem zajął upragnione sobie miejsce za zie- 
lonym stolikiem; Wilczek uderzył od razu we wszystkie struny 
opętanego życia. 

Wiedeńska młodzież nie łatwo wpadała w zadziwienie; 
tysiące szalonych dziwactw codzień przesuwało się przed jej 
oczyma, tym jednak razem, zdumiona, musiała przyziiać pahnę 
galicyjskiemu magnatowi. Niesłychane ciosy poniesione lab 
zadane karcianym igrzyskom, konne gonitwy i zaldady o ja- 
kich później sam graf Szandor z drżeniem byłby pomyślił, 
bajeczne uczty, którym teatra dostarczamy głównej ozdoby a 
zapału wyborna muzyka i strumienie wina, zapamiętałe po- 
jedynki gdzie zręczność i zimna krew zwycięzcy naprzemian 
pokonywały przeciwników — każdym z tych wawrzynów, 
Wilczek kolejno wieńczył skronie. 

Towarzystwo zabrzmiało jego nazwiskiem, echa pańskich 
salonów ocLbiły się o przedmieścia; wziętośó młodego gprafa 



do tego stopnia urosła, że jeden z kupców modnych towarów^ 
czołem przed nim uderzył i pokornie proeił o pozwolenie 
wypisania nazwiska jego na sklepie i wywieszenia wizerunku 
pod hasłem: «Śmiałego Jeźdźca.» 

Wilczek poufale kramarza po ramieniu poklepał, przyrzekł 
«woją opiekę, prośbie jednak odmówił. Resztki polskiej dumy 
nie mogły tak dalece puścić sif w poniewierkę. 

W kilka lat później, tenże sam handlarz ze szczęśliwszym 
skutkiem ponawiał podobnąż prośbę. Nowe sitko na kołku 
wiedeńskiego rozgłosu, zawisło także i na sklepie modniarza. 
Mieszczanie cesarskiego miasta z przyjemnością zatrzymywali 
flię na placu Ś. Szczepana, przed wielkim konnym konter- 
fektem zięcia Jego Książęcej Mości, kanclerza Metternicha. 
Działo się to naprzeciw wielkich drzwi Kościoła, obok Cu- 
łdemi pod Zieloną Małpą. 

Anegdota atoli rozeszła się po Wiedniu przydając Wilcz- 
kowi sławy, budząc w młodzieży nowe oklaski i nowe za- 
zdrości. Drugie to uczucie zaczynało nawet w niektórych 
jego towarzyszach brać górę nad podziwieniem — w istocie 
bowiem jak nie było zazdrościć człowiekowi, któremu los upor- 
aie kwieciem słał drogę źyci%, który rzadkim trafem łączył 
w sobie znakomite nazwisko z wrodzonemi swietnemi zalety 
i z szczęściem ostatniego zuchwalstwa. 

Czyli i Wilczek podobnie tuszył o swojem szczęściu? — 
nie trudno byłoby odpowiedzieć temu, kto potrafiłby zejść 
go ukradkiem w samotności, sam na sam z własnemi my- 
ślami. 

Zgiełk stolicy i zmienność jego charakteru pomogły mu 
wprawdzie do chwilowych nad wspomnieniami zwycięztw, dno 
ffiunienia atoli zawsze pozostało burzliwem. Im gwałtowniej 
wyrywał się z objęć przesdych pamiątek, tem głębiej następnie 
zapadał w otchłań czczości, niesmaku, nieopisanych zgryzot. 
Często w hałaśnem kole towarzyszów, gdy czereda wrzała 
okrzykami i śmiechem, gdy szał zdawał się ostatki zmysłów 
porywać. Wilczkowi konwulsyjne jakieś zmarszczki nagle 
bróździły czoło, głos wiązgł mu w piersiach, tonął w zamy- 
ślenie i znowu się budził, i jak gdyby natrętne owady brzę- 



8 

czaly ma w nasach, zrywał się z mieJBca, wznosił spieniony 
kielichy zagrzewał obecnych do ochoty, wynajdywał niesły- 
chane dziwactwa. 

W Wiednia o nim tylko mówiono ; potomkowie pierwszych 
w cesarstwie rodzin dobijali aię o jego względy. W Galicji 
wspominano o Władysia ze szczególnem nezuciem domy; 
w istocie było czem się poczwanić — Niemiec panował we 
Lwowie, Polak natomiast przywodził modzie w stolicy, podzi- 
wem aderzał Aastrjaków, pokazywał im jak należało żyć, gdy 
dzielną sarmacką krew miało się w żyłach. 

Poznali Niemcy z kim mieli do czynienia! 

Wilczek pomimo to, i na sławę zaczynał obojętnieć, ^wa 
-!- wielki ten bodziec historycznych bohaterów, sława czyli 
wyraźniej mówiąc, powszedni rozgłos jednego nazwiska — 
odkryła ma całą próżnię swoich żadowolnień. Znadzil się słiiwą 
— zepsute dziecię fortuny, niewdzięcznik, byłby oddał wszystkie 
jej blaski za jedną chwilę spokoju! 

Tymczasem wiosna kwieciła drzewa, rozścielała w Prsr 
terze zielone swoje kobierce; wykwintne towarzystwo stolicy 
zamykc^o kolejno domy, wybierało się na letnią porę do wód. 

Dobroczynna ręka Stwórcy^ troskliwa o szczęście swoich 
wybranych, pootwierała na ziemi cudowne zdroje w których 
odradzały się latem, ciała znękane zimową rozpusta. 

Wydziedziczeni, jeżeli mogli poszczycić się ważną jaką 
opieką, nie potrzebowali trudzić się podróżą i daleko gdzieś 
szukać pomocy przeciw dolegliwościom; szpital , na miejsca 
stał im otworem. Czerń pozbawiona opieki, na szpital nawet 
patrząc, musiała połykać ślinę. 

Ale nie tu pora rozwodzić się nad cierpieniami hołoty; 
każdy znosi łatwiej to ku czemu się urodził, do czego przy- 
zwyczajony. W Wiedniu bogata szlachta z dziwną łatwością 
znosiła upodlenie ducha. 

Juljusz obłowiony zdobyczą, namówił przyjaciela do prze- 
pędzenia lata u wód, gdzie los zapowiadał mu nowe zawody,. 
świeżych przeciwników i obfitsze żniwo. 

Wilczek przystał tern chętniej, że pobyt w mieście z każdym 
dniem stawić się mu bardziej nieziK^śnym — częstym zwy- 
czajem na świecie, w zewnętrznych przedmiotach szukał przy- 



czyny dręczącego go niepokoju, oskarżał miejsca i ludzi o- 
troski własnego sumienia. Przesytem i nadużyciem chciał 
wypogodzić duszę ; rachunek wypadł mu odwrotnie — zamiast 
upowietrznienia myśli skrzydłami swobody, nakrył ją ołowian% 
pokrywą gorączkowych zapędów, obłędnych roskószy, zmy* 
słowych zadowolnień. 

Wyjechał z Wiednia i dalej w życie pogonił jak gdyby go 
gnało nieubłagane przekleństwo. 

— Potop po nas ! — Wołał niekiedy w rozpaczy, gdy ani 
w przeszłości nie mógł wypocząć na źadnem kojącem dusz^ 
wspomnieniu, ani w przyszłości nie przewidywał miejsca na 
szeroki oddech, na odpoczynek. 

Gryząca ironja towarzysza, który drwił z wszelkich cierpień 
ducha, i w zaspokojeniu głupiej próżności, w pogardzie nie- 
użytecznych sobie ludzi, tłumaczył mu jedyny cel życia — 
rozjątrzała w nim boleść. Wilczek nie wiedział już co po- 
cząć; zacięty upór z jakim mordował w sobie wrodzone^ 
szlachetne żywioły, wyczerpywał w nim ostatek chęci do 
życia. 

Kto wie? — W innym czasie, w innych okolicznościach,, 
między innych ludzi rzucony, pod innym dachem i w innych 
pojęciach wychowań, może nigdy nie byłby stracił tego spo- 
koju, za którym dziś napróżno się upędzał. Konieczność oso- 
bistego położenia i otaczających go społecznych warunków^ 
bytu, musiała się na nim dopełnić. 

Myśl tę zapamiętalec poczuwał czasami w błędnych zary- 
sach, ale zdać sobie z niej sprawy, wąl^u jej znaleźć — niof 
umiał. Trosk tylko nawałnica coraz gwałtowniej huczała mu 
nad głową; napróżno przed nią uciekał w dzikie, niedo- 
stępne manowce namiętności; zgryzota wyprzedzała go u 
każdego celu — nie podobna mu było wyminąć złowrogiego 
korowodu wspomnień, niesmaków, obrzydzeń, wstrętów do 
samego siebie. Podwajał siły, rzucał się w szaloną, w pie- 
kielna gonitwę, dokazywiJ: cudów pogoni — znużone ciało 
zapadało w letarg, w odrętwienie, myśl nadaremnie unłon 
wała usnąć wraz z ciałem. Wewnętrzny ogień zaczynał go 
trawić; Ju^usz, na niezbędne sobie zarzewie ciągle dorzucał 
paliwa. 



10 

Pomimo to, zmiana miejsca, malownicze brzegi Renu, nie- 
uchronny wpływ natury na organizm najmniej nawet jej 
wdziękom przystępny, łagodnem wrażeniem wionęły na roz- 
paloną skroń Wilczka; chwile chorowitego wprawdzie ale nie 
mniej przeto upragnionego spokoju spływały mu na duszę, 
czas przesłaniał widmo przeszłości swojemi obłoki; zadyszany 
biesiadnik gotował się juz uwierzyć w nadzieję, gdy w tein, 
wieści z domu, wręczone mu po długiem milczeniu, znów 
rozdmuchały w nim ledwo co opopielone ognisko. 

Przyjęty na krótko przed wyjazdem z kraju, nowy rządca 
Lumpman, tenże sam, który po długim zarządzie, za wolą 
Piotra Poraja, odprawę dostał od Sokolnika, donosił mu że 
bilans pańskiego majątku przedstawiał przerażające wypadkL 

Nieurodzaj , pomór na bydło, liche ceny zboża i mnogie 
inne klęski które rządca z dziwną dokładnością wylicza}^ 
groziły ostateczną zatratą dostatkom JW. Pana. 

Lumpman dodawał że dotąd, dzięki tylko niezmordowanej 
pracy i obrotom niesłychanej zręczności, potrafił opędzić 
gruntowe ciężary, niektóre procenta i panu zasyłać czasami 
zbyt słabe niestety zasiłki; odtąd atoli i tym świętym obo- 
wiązkom nie czuje się w stanie zadość uczynić; moc czło- 
wiecza ma także swoje granice. 

W innych listach, poufali przyjaciele, bliscy sąsiedzi, na- 
pomykali mu o ucisku jakiego na ludzie dopuszczał się nowy 
rządca, o zgorszeniu jakiem zawiadownictwo Lumpmana na- 
pełnii^o całą okolicę, o konieczności zaradzenia ostatniej za- 
gubię właściciela i ostatecznemu rozjątrzeniu włościan. 

Wilczek, pierwszy raz zastanowił się nad swojem poło- 
żeniem. Otoczony bogatą młodzieżą, sam lśniący do koła 
zbytkiem, zadrżał na myśl, że wkrótce może ostatniemu z dzi- 
siejszych pochlebców, nie będzie mógł podać poufałej ręki. 

Człowiek bez majątku, w wykwintnem towarzystwie, słuszny 
wstręt mógł tylko obudzać. Na sam posłuch o nieszczęsnej 
wieści, na widok pierwszej szczerby, pierwszej szczeliny w kassie 
galicyjskiego magnata, rozmiłowana w nim dotąd czereda, 
odskoczyłaby jak od zapowietrzonego. Kto wie! — Może 
już nawet bystry jaki węch zaczynał wietrzyć prawdę - — 
należało czemprędzej obalić zgubne przeczucia, utwierdzić 



11 

zachwiane przekonania, niezbitemi. dowody fałsz zadać zło- 
śliwym pogłoskom. Dalejże więc w nowe zbytki, dalej nowy 
przepych na pomoc — niech Prusak, niech badeński pod* 
<[any, równie jak cesarska gawiedź poznają polskiego pan al — 

Zamiar był chwalebny, patijotyczny — szło tylko o sto- 
-sowne do wykonania środki; tych zaś jak na przekorę w tej 
<chwili nie zupełnie starczyło. 

Wilczek od dwóch dni, napróżno usiłował Uumió frasunek ; 
zapominał się, marszczył czoło, wpadał w zadumki, gniewnie 
isaciskał usta i dłonie. 

Jnljusz nie potrzebował silnych natężeń umysłu, by poznać 
:źe chwilowa jakaś przeszkoda dotkliwie dręczyła przyjaciela, 
4ąj%ł go pod ramię w pierwszej wedwójnej przechadzce i za 
pierwszem słowem wnet do samego dna prawdy się dobrał. 

Wilczek pod tym zwłaszcza względem, nic nie miał skry- 
tego dla powiernika; zdał mu dokładną sprawę z otrzyma- 
«ych wieści. 

Juljusz uśmiechnął się, wzruszył ramionami, nie pojmował 
jak podobne drobnostki mogły niepokoić człowieka znającego 
świat, biegłego w sztuce życia. 

Lumpman był złodziejem — nic dziwnego 1 — Każdy 
rządca musiał kraść i kraść tam, gdzie znajdowała się zdo- 
bycz. Hołysza obedrzeć sam Salomon nie potrafił, że zaś 
każdy pan musiał mieć rządcę, wypadało więc oczywistjrm 
^wnioskiem, że kto był panem ten musiał być okradanym. 
Łumpmana należało przepędzić jeżeli za wiele sobie pozwalał, 
ilymczasem zaś powszednie wypadki w niczem nie miały prawa 
-wpływać na humor przyzwoitych ludzi. O pieniądze przecież 
Bie chodziło, kiesa Juljusza wiecznie dla przyjaciela była 
•otwartą, kiesa, którą los pomyślny z każdym dniem napełniał 
po brzegi. 

Wprawdzie w tej chwili, ulubieniec fortuny, zbyt wiele^ 
gotówki nie posiadał, wysłał był bowiem znaczne summy 
dla zakupienia pewnego majątku w Galicji, ale też i Wilczek 
t|ie koniecznie potrzebował sypać złotem przed ludźmi, którzy 
oddawna znali jego wartość i umieli jak przystało go cenić. 

Jnljusz dodał wiele podobnych uwag tonem trochę opie- 
kuńczym, nieco nawet wyniosłym, tak się przynajmniej sda* 



12 

walo Wiozkowi, który przyzwyczajony do pochlebDej uległości 
koryfeusza, podejrzliwem uchem wysłuchiwał niezwykłyck 
sobie dźwięków. 

Oczywiście Juljusz brał na kieł, czuł [się dość EÓlnym do 
lotu o własnych skrzydłach, korzystał ze swego i>ołożenia,. 
z wyświadczonych i możebnych nadal przysług; pierwszy po- 
kazywał mu przyszłość, jaka od mniej poufałych czekała pana 
osadzonego na bruku. 

• Dawniej, Wilczek jednem słowem byłby pod ziemię wpędził^ 
niewczesnego doradcę, dziś związany potrzebą, musii^ ngiąó 
się, zgryść gorzką prawdę, lub dla ocalenia miłości własnej 
nie przypuszczać nawet podejrzeń. 

Pierwszy ten pozór buntu jednego z najwierniejszych do* 
tąd poddanych, mocno go ubódł, mocniej jeszcze zastanowi, 

Juljusz sam spostrzegł się że za daleko może odsłonił tąj« 
niki swej myśli, puścił rozmowę żartobliwą koleją, cierpkie 
uwagi przenicows^ na przyjazne zarzaty braku zaufania i za 
karę, zmusił winowajcę do przyjęcia wzdętego banknotami 
pugileresu. 

Wilczek nie mógł odmówić, ofiara atoli paliła mu ręce;^ 
przyjmowanie przysług, uważał datąd za dowód swej łaski — 
on który niegdyś z prawdziwie pańską szczodrobliwością,, 
w odezwach do swej uczynności widzisz jedyny dowód przy- 
jaźni. 

Niespodziany ten obrót myśli naprowadził go na posta^ 
nOwienie powrotu do domu; obecność jego niejednemu złemu 
mogła zaradzić, sam wreszcie Juljusz kilkakrotnie wspominał 
o przepędzeniu zimy w Galicji, dla wspólnych jak powtarzał^ 
a nieodzownych interesów. Wyraźniej tłumaczyć się nie 
chciał, widno jednak było, że gwoli przyjacielowi knuł świetna 
jakieś zamiary, że według ulubionego swego wyrażenia, aa* 
ginął parol na wygrane pierwszego rzędu« 

Objechawszy pospołem brzegi Renu, oba przyjaciele znaleźli 
się pewnego poranku na drodze do Wrocławia, ztamtąd do 
Krakowa, zkąd po krótkim pobycie wyruszyli na Czerwoną. 
Ruś. 

W Galicji wiedziano już o poYnrocie Wilczka. Sława po- 
przedziła kroki bohatera wideńskich salonów. Lwów nie po* 



13 

«iada2 si§ z radości — prowincjonalne miasto trytimfowato 
nad stolicą, odbierając jej na całą zimę jedną z pierwszych 
^zdób wykwintnego towarzystwa; młodzież z zapałem ndzie- 
iała sobie szczęśliwej wieści. Przepowiadano szalone Zapusty, 
gry czyli tak zwane partje pełne wzruszeń i nadziei grubych 
obłowów, bezprzykładne w wyścigowych pamiętnikach go- 
nitwy. Niektórzy nawet półgłosem zaręczali że Wilczek 
przywoził z sobą angielskiego dżokeja chudego jak szczapa 
i niezrównanego w sztuce wychudzania folblutów i hunterów. 

Ostatnia ta pogłoska głęboko rozdrażniła ciekawość na- 
miętnych lubowników koni; znaleźli się i tacy którzy na 
4amą wieść ó dżokeju, czemprędzej przykazali o połowę 
^zmniejszyć swoim wierzchowcom powszedni wydział owsa. 
Młodzież wychudłej postaci z dumą pokazywała sterczące 
4EOŚci, okrągli szczerze jej zazdrościli drogiego przywileju; 
jia pozór rzec byłol^ można, że dziwny spirytualizm ogarnął 
wyścigowych spółzawodników, tak dalece w nadziei przyszłych 
gonitw każdy pogardzał swem ciałem , brzydził się tłustą 
mateiją. 

Nadszedł wreszcie upragniony dzień; Wilczek zajechał do 
hotelu Żorża. 

Tłum obiegł drzwi jego pomieszkania, wzbierał przyjaciółmi 
•co chwila, ostatnich przybyszów z trudnością przepuszczał 
do samego kapłana; okrzyki, powitania, gwary i śmiechy, 
wrzały jak w ulu. 

Towarzysze dawnych uciech wyprawili świetną ucztę na 
cześć powrotu przywódzcy; niewysłowiona radość ogarnęła 
^naysły; przypominano pamiętne kielichy, toasty; zakłady, 
heroiczne wypadki ; ściskano się bez miłosierdzia, jeden nawet 
z dwóch braci zakarpackich łzy ciągle -miał w oczach. 

Po wspólnej uroczystości nastąpiły pojedyncze zaproszenia, 
niespodzianki , bankiety. Rozrywano sobie upragnionego 
gościa, który stolicę cesarstwa umiał napełnić odgłosem swego 
nazwiska i zakasować najznakomitszą cudzoziemską młodzież. 
Zaszczyt dla Lwowa nie lada I — Hulaszcza gahcyjska szlachta 
musiała przekonać gwiazdf Prateru (tak odtąd zwano Wilczka) 
że długa nieobecność wodza w niczem. nie osłabiła obozo- 
wego zapału. 



14 

Lwów do dna zakipiał; dzięki sarmackiej tęźyznie, w kilka 
dniach powetowano dwuletnie blisko po samotnych wioskadi 
letargi. Jak nie było weselić się, gdy w obumarłe ciało nagle 
wracała dusza, nieugaszony ogień powszechnego ruchu i 
życia! — 

Łatwo odgadnąć źe pewna część oklasków i tryumfów^ 
słusznym rozdziałem, przypade^a na towarzysza wiedeńskiej 
wyprawy. Juljasz atoli odmienił się nie do poznania; da- 
wniej, uprzedzający dla wszystkich, wdzięczen za najlżejszą 
oznakę pizychylnosci — dziś, zimno przyjmował tłumne 
oświadczenia, z góry mierzył poufałych niegdyś znajomych. 
Czuł swoją wartość — wyjechał dostatnim zaledwie szlachci- 
cem, powracał panem, wracał obciążony łupem na wrogach 
kraju zdobytym. 

Patrjotyczne wawrzyny zwycięzcy i świetność jego poło- 
żenia aż nadto usprawiedliwiały przed światem prawowitość 
odmiany i podwyższenia tonu. Przyszła i na Juljusza kolej; 
i jego, po długiem a mozolnem czeladnictwie uznano wreszcie 
mistrzem — i rzecz dziwna! — odkryto w nim niep ostrzeżone 
dotąd zalety. 

Prawdziwa zasługa nie potrafi długo się taić. 

W Wilczku, pod względem obejścia żadnej nie znaleziono 
zmiany. Władyś był zawsze tym samym dobrym, kochanym 
chłopcem, zepsutem dzieckiem o otwartych dłoniach i sercu, 
o błyszczącym dowcipie, o gościnności bez granic. Wracał 
jakim był, dzielnym, uprzejmym, wesołym. Tak przynajmniej 
sądzono z pierwszego wrażenia, i w istocie trudno było 
sądzić inaczej. Wilczek umiał panować nad sobą i przybierać 
wyraz według upodobania; sam wreszcie uległ wpływowi 
powszechnych ku sobie uniesień, z radością w pierwszej chwili 
ujrzał się między swoimi, posłyszał znajome głosy, wyrażenia, 
dowcipy, uczuł znowu w objęciach rozmachane uściski ka- 
pitana Skałki, przywiązanego świadka tylu przemówek, zwad, 
pojedynkowych bójek. 

Wieść o przyjeździe Wilczka, z całej okolicy gromadziła 
młodzież do Lwowa. Czereda z każdym dniem się zwiększała, 
każdy dzień podawał hasło do nowych uciech i zbytków. 
Wilczek napomknął o wyjeździe, dowodził że ważne sprawy 



15 



odwoływały go na wieś; nie chciano słachaó — śmiano się, 
powtarzając że człowiek raz tylko żyje na ziemi, że stracone- 
ta chwile, na tamtym świecie na nic się nie przydadzą. 

Nie było co odpowiadać; Wilczek poznawał własne rady^ 
własne zachęty; tłumaczył się, wypraszał, błagał — napróźnof 
— Chciał sam wyprawić ostatnią pożegnalną biesiadę, skoń- 
czyć jak mówił fajerwerk, wielkim bukietem i znowu na jakiś 
czas przygasnąć — zaręczano mu że uroczystość dopiero się^ 
zaczynała, że wielu z najserdeczniejszych przyjaciół nie miała 
jeszcze czasu go powitać. Wszyscy przysięgali, że tym rażeni 
prędzej na koniec świata z nim podążą, niżeli przystaną na 
rozjazd. 

Wilczek do ostateczności przy wiedzion , chwycił się jedy- 
nego sposobu jaki mu podawała natarczywa przyjaźń roz- 
miłowanych w nim druhów. Na wieś wyjechać musiał; gnała 
go konieczność, dla której jedynie powrócił do kraju; [aby 
jednak nie zrażać namiętnych sobie serc, umyślił pogodzić 
głos uczucia z troską o własne dobro, i jednym zamachem, 
wszystkich od razu przyjaciół zaprosił do siebie na polo- 
wanie. Zamiar ten, pokazał mu niebawem inne jeszcze do- 
godności. Wilczek lękał się pierwszych samotnych chwil 
na wsi, spotkań z miejscami których widok rozpasywał mu 
w sumieniu wężowisko gryzących wspomnień. Zgiełk, wrzawa, 
huk hałaśnej czeredy, obiecywały złagodzić mu nieco dotkli- 
wość wstępnych wrażeń. 

Towarzystwo, grzmotem oklasków odpowiedziało na za- 
proszenie. Przezorny gospodarz wysłał natychmiast umyślnego 
z rozkazem poczynienia stosownych przygotowań, i w kilka 
dni później, bystry szereg bryczek i powozów, unosił wesołe 
grono na łowy. 

Juljusz, Skałka, Wilczek, Drohojowski i Dzieduszycki, 
pędzili naprzód. Gorajski na ostatniej biesiadzie tak dalece 
się był uraczył, że złożony we Lwowie niemocą, później do- 
piero pospieszyć obiecał. Na drugi dzień biedak duszę wy- 
zionął. Niepostrzeżono na polowaniu jego nieobecności; 
w tydzień potem nikt go już nie pamiętał. Sam tylko Skałka, 
później, przy schyłku jakiejś wieczerzy, wzniósł ponury toast 
na cześć poległych na placu boju. Kilku z obecnych spoczy- 



16 

inralo już pod stołem między próźnemi butelkami — nie wie- 
dziano o kim chciał mówić. 

Lumpman tymczasem, dowiedziawszy ńę o powrocie mło- 
dego grafa, szykował w gospodarczych regestrach cyfry^ 
układał sprawozdanie, douczał si§ roli, której zapłatę naprzód 
«am sobie wyliczył. 

On także zastawiał pułapkę na pierwsze wrażenie wł^ci- 
ciela, wiedział że jeżeli od razu potrafi zakraść się mu 
w łaskę, całe pasmo innych kradzieży ujdzie mu płazem; do- 
niesienia, skargi i żale, nie dostan% się do pańskiego ucha, 
on sam zawładnie, najf^zód zaufaniem niedoświadczonego 
panicza, następnie resztkami majątku. Jemu także ciżba gości 
wygadzała w pierwszem spotkaniu; młodemu panu chodzSo 
przedewszystkiem o świetne przyjęcie gości, o huczne i po- 
myślne łowy, o stół obficie zastawiony; inne sprawy gospo- 
darskie, majątkowe, sprawy nudne, męczące, z natury swej 
przypadały w udziale rządcy, w ostatecznym zaś razie adwo- 
katowi. Pierwszy tak myślał sieć zarzucić, aby drugiemu 
bezrybna tylko woda dostała się do matni. 

Rozkazy wręczone przez poi^ańca wypełniono co do joty. 

Lumpman na wieść o bliskim zjeździe, od dwóch dni 
chłopstwo z całej wioski gonił do pracy. Uprzątano ogród, 
czyszczono wielki staw, wysypywano żwirem dziedziniec, 
ulice, bielono dworskie zabudowania, upędzano się w chatach 
za ostatnią kurą, wyszukiwano ostatniego tuzina jaj. 

Ludzie ustawali od pracy; nie miał im kto zgotować strawy. 
W chatach nie było komu dopilnować dzieci; kobiety wy- 
mykały się czasami od roboty aby uchronić niewytropione 
jeszcze szczątki chudoby; ale Lumpman czuwał, czuwało 
dwóch z jego poręki przyjętych dozorów; wszyscy trząj czu- 
wali i harde plecy bez miłosierdzia okładali batogiem. 

Bzięki gorliwym zachodom, pałac, ogród, wieś, dziedziniec, 
budynki, w przeciągu kilkudziesięciu godzin stanęły umyte, 
wyczesane, świąteczne, bijące w oczy pomyślnością nueszkań- 
ców i biegłym zarządem. 

Lumpman dokazał cudów; że zaś graf tejże nocy lub na- 
zajutrz o świcie zapowiadał przyjazd, litościwy więc rządca, 
o zachodzie riońca rozpuścił robotniczy lud, z Burowym 



17 

i¥8zelako nakazem aby o pierwszym brzasku, chłopstwo wy* 
ruszyło do lasu, mężczyźni z obławs|, dzieci do nagonki. 

Pobliskie wioski, tegoż samego dnia otrzymały podobny 
rozkaz. 

Lud zwolniony z pracy, rozszedł sig posępnie do domów. 
Kobiety znękane, z opuszczonemi głowy wracały do wysty- 
głych ognisk; trzebać było na jutro upiec choć trochę chleba, 
zgotować choć trochę kartofli. Gdyby przynajmniej szperkę 
słoniny, garść soli choć na okrasę I — I tego nie było. Eządca 
za daniny pozabierał dobytek; na targ ani z czem pójść ani 
za co kupić. 

Gospodarze, bywało, ukradkiem pochwycą z pola garść 
ąiżątku, omłóc% snopek na m%kę, resztę przedaj% żydom za 
wódkę. Jak nie pić! — Trzeźwej głowie oszaleć chyba z roz- 
paczy. 

Chłopi, parobcy, starzy i młodzi, nie zaglądali nawet do 
chat ; garnki próżne — mysz nie ma czem pożywić ; nacisnęli 
czsipki na uszy, poszli do karczmy. 

Arędarz zawinął się, rozsadził starszych na ławach, ręce 
za pas zatknął, obrachowywał w myśli kto pije na kredyt', 
kto płaci gotówką; młodzi ścisnęli się na progu, wedle ko- 
mina, lub u przypiecka. 

Pierwsze łyki spłynęły po niemych językach; parobcy 
^zali ręce, osłupiałym wzrokiem wpatrywali się w płomień 
jako w obraz cudowny; gospodarze odchrząkiwali na znak 
że wódka tęga, chociaż nie była tęga, bo psi syn arędarz 
chrzcił ją na zabój. 

Dwóch urlopników cesarskich, podrostkami zapewne przed 
laty wy werbowanych z wioski, kopciło w kącie krótkie wę- 
gierskie lulki, odzywając się czasem do żyda po niemiecku, 
niby dla poczwanienia się w rodzinnej ziemi cudzoziemską 
mową. 

Biedny lud polski! 

Twarze ogorzałe, wychudłe, włosy w niesfornych kudłach 
do skroni przyległe, brody u starych zarosłe w szczerbatą 
szczotkę, ponure wejrzenia — upodobniały karczmę bardziej 
na jaskinię opryszków niż na wieczorną schadzkę spokojnej, 
wiejskiej gromady. 

Chojbcki , Alkhadar. IV. O 



18 

Półkwaterki zaczynały dno pokazywać; j§zyka utrzymać^ 
za zębami — nie utrzymasz, zwłaszcza gdy wódka zagrzeje 
czaprynę. W izbie wszczęły się, z razu ciche szmery, a wreszcie 
i głośny rozhowor. 

Jak zwykle bywa, udry. z arędarzem otworzyły mowie 
upusty. 

Żyd kilku nowo przybj^ym nie chciał zakredytować, po- 
kazywał karby swoich wierzytelności; gąsior z bożym darem 
poganin zamkn^ do szafy. 

Stary gospodarz, zafrasowany drapał się w głowę ; usiłował 
przekonać nieubłaganego rachmistrza. 

— Jeden karb mniej, jeden karb więcej — mówił poglą- 
dając na szafę jak w ołtarz na skrzynkę z Sakramentem — 
o co Szmulu wam chodzi? — Zawierzaliście dotąd, zawierzcie 
i dalej. Kiedyż nie kredytować jeżeli nie teraz? — Jarzyny 
stoją jeszcze na pniu, ba i ozimina nie do szczętu zwieziona ; 
sterczy w kopach na łanie. Da Bóg doczekać, zwiozę, to za- 
bierzecie jak swoje. — 

Szmul słuchs^ w milczeniu, oczy przymrużał, o szafę coraz 
silniej plecami się wspierał. 

— Żydowska mądrość, fraszka chytrość burego lisa — 
ozwał się chrapliwy głos z głębi izby — za oziminę twoją 
Wawruchu, Szmul nie dałby torby sieczki; kupiec zna jak 
kupczyć. Ziarno wysypuje się z kłosa, słomę jeno zwieziesz 
do stodoły; wróble dziobią chleb z twojej siejby. Jarzyna, 
panie odpuść, na pniu gnije ^ chyba że sam djabeł pomoże 
ci do żniwa. Nie dawaj Szmulu wódki, niech zdycha z żaru 
pijaczyskol — 

Obecni chrócili głowy ku mówcy; rozległo się kilka gło- 
śnych śmiechów. Stary Kuba Paprotnik nie darmo we wsi 
uchodził za najbystrzejszy rozum po arędarskim. 

— Ja pijak! — Gdzie u was sumienie? — Odparł po- 
sępnie Wawruch — kto kiedy widział mię zatoczonego, tema 
dam sobie prawą rękę odrąbać. Od dwóch dni ekonom pławi 
mię w stawie jak topielca; ledwie raz na dzień z wody wy- 
łażę. Wieczór chłodny, dreszcz chodzi po kościach — przecie 
człowiek nie pies, nie dość mu zwinąć się w kłębek. Jak 
wam nie wstyd Jakubie przed Żydem na własną krew nastawać? 



19 

— Czortby na twoj% krew ńę łakomił, bez tego jej nie 
wiele; od wiosny, ledwo nogi za sobą powłóczysz. Szmula, 
dodał Enba rzucając na stół miedziaka — nalejcie Wawm- 
chowi półkwaterek — jeno z czubem. 

— Bóg wam. zapłać sąsiedzie — w ręce wasze! Dawniej, 
za nieboszczki Starościny, Wawruch miał z czego całą gro- 
madę miodem uczęstować; dziś, wyciąga* rękę o kroplę 
wódki, jutro zawiesi torbę na plecach, pójdzie o zebranym 
chlebie. 

— Nie sam jeden pójdziesz — ozwi^ się inny gospodarz — 
wielu za tobą wyciągnie; tylko że jutro może już będzie za 
późno — chleba nie stanie w okolicy. 

— Kiedyż to chleba w cesarskim kraju nie stało? — prze- 
rwał jeden z urlopników; my także na tutejszej ziemi wyrośli, 
a głodu żaden z nas dzieckiem nawet nie zaznał. — 

Kuba namarszczył brwi, podparł głowę na łokciach, obrócił 
się ku żołnierzom. 

— Nieraz już brakowało — odrzekł, i tego roku zabraknie; 
przekona się kto z nami przezimuje. Nie darmo psy co noc 
wyją na mogiłkach; głód będzie we wsi. — 

Nastąpiła chwila ponurego milczenia; złowroga przepo- 
wiednia grobowym dzwonem zajęczała po karczmie. Obecni 
ścisnęli się kii starcowi z żądaniem niby bliższych objaśnień; 
Jakób ciągnął dalej: 

— Omłóciłem wczoraj półkopek żyta; sześć garncy za- 
ledwie wypadło, i to jakiego 1 — Szczemiałego żal się Boże., 
przegniłego na poły* Emotr mój Bartłomiej Eosmak, w swoich 
snopach i tego nawet nie znalazł. W Zawałbwie, w Polance, 
w Budzie, słyszę, nie lepiej. Sołtys przeszłej niedzieli roz- 
powiadał w kruchcie; kobieta jego łamała ręce z niedoli. 
O zasiewku nie ma co dumać ; do dzieży ledwo na poł zimy 
wystarczy. Pół zimy! — A co potem? — Gzem podjesz od 
Bożego Narodzenia dó Ś. Jana? 

^- Czy wszędzie tak samo? — Powiedzcie jenk) Jakubie; 
czy od Bochni aż do Lwowa, ludzie będą mrzeć z głodu. 

— Cóż poczną skoro chleba nie stanie? Ziemia wszędy 
ta sama; 'jeżeli Pan Bóg dopuścił na nas nieurodzaj, to nie 
przepuści i innym. 

2* 



20 

— Duby smalone plecie, przerwał urlopnik ; zeszliśmy krają 
nie mało — od węgierskiej granicy aż pod sam Lwów. 
Wazgdzie zboże jak las, nasienia jak piasku, chleba jak ka- 
mieni; tu po raz pierwszy słyszym że ludzie się żalą. 

— Prawdę mówi pan żołnierz! — Zawołało razem kilka 
włościan — na przeszłym targu, gajowy od Rulikowskiego 
nie mógł się odchwalić gromadzkich plonów. 

— A gospodarze od Beja, zali nie przedawali przeszło- 
rocznego jeszcze żyta? 

— A ludzie od Fredry wszyscy w butach, w granatowych 
kierezjach, w siwych czapkach; u każdego koń wypasiony, 
ba i wóz okuty. W niedzielę do parafji nawet piechoto 
nie chodzą. 

— Za cóż gdzieindziej wesoło a u was markotno? — za- 
pytał urlopnik — nie umiecie snąć doglądać roli? 

— Słusznie prawi ! — Mówcie teraz Jakubie — za co nam 
tylko nędza doskwiera? 

— Za co? — Ciemny naród! — Słyszeliście — żołnierz 
wam już powiedział; nie chodzicie wedle roli. I któż wam 
winien? Gdzieindziej gospodarz ma owce, kilka sztuk bydła, 
parę wołów, dobrego konia; u nas ledwo piąty, wychudłą 
szkapą orze, bronuje i zwosi. Gdzieindziej chłop płaci po- 
datek pieniędzmi; u nas grosza djabeł nie wyślepi. Skarb 
zabrał wam na podatek owce i bydło; nie ma czem nawozić, 
czem zaorać — wy nic dla ziemi, ziemia nic dla was. Jak 
sobie pościelesz tak się wyśpisz. 

— U stu piorunów! — Jakubie — krzyknął rześki pa- 
robczak, któż winien pustkom na gromadzkiej roli? — Prze- 
cież gdzieindziej chłopi nie kradną, nie rozbijają na gościńcu; 
pracują jako my pracujem — nie więcej, a może i mniej. 
Sześć dni na tydzień, od świtu do zmroku w robocie; od 
dwóch dni żaden z nas nocy nie dospał — ekonom sen od- 
pędzał batogiem. Bydłu dali wypocząć — ludziom, gorzej 
bydła , ani strawy ani spoczynku. 

— I cóż ziemi do tego że was ekonom batoży na pańskiej 
robocie? — Zagon nie pyta dla czegoś go nie uprawił, dla 
czego bydło na skarb ci zajęli? Kie masz wołów? — Rassaj 
sam w pole z motyką, skop, zasiej, zabronuj — przyjdzie 



21 



jesień, doczekasz się żniwa. Dziś nawet, gdybyście nie byli 
zwłóczyli na ostatnią godzinę, snopy nie byłyby wam porosły, 
kłos byłby dotrzymał ziarna. Na chłopskich polach, panie 
odpuść, oziminy nie wszędzie jeszcze sprzątnięte. Jeśli w Adwent 
dopiero chcesz wyjść z sierpem, cóż dziwnego że zamiast 
zboża, mierzwę znajdziesz na łanie? 

— Przestańcie u ciężkiego licha daremnie s warzyć kumie 
Jakubie — u was wżdyć nie lepiej jak gdzieindziej. Gzyicie 
to wczoraj dopiero z za gór przybyli do wsi, że prawicie 
istne koszałki opałki. I któż z nas dobrowolnie porzuca kęs 
chleba dla kobiety i dla dziatwy? Człowiek nie idzie na swój 
zagon, bo słonko raz tylko wschodzi a wschodzi dla dworu; 
wymyślcie sposób aby dwa razy na dzień wschodziło, wejdzie 
może ¥rtedy i dla gromady. Deszcz latoś lał strugami; byle 
krzta pogody, ekonom przykazuje aby co żyje wychodziło 
z chaty — pędzi na pański łan. Prośbą nic nie wskórasz. 
Bartłomiej Woźniak ma trzech synów w chałupie; żadnego 
nie mógł odprawić po swoje żyto — wypędzili mu nawet 
kobietę i starą matkę. Gospodarze z Powsina chcieli 
w nocy sprzątnąć trochę użątku; sprzątnęli ale dwóch roz- 
niemogło się nazajutrz. Noc nie do pracy; jeżeli nie wy- 
poczniesz, ból tak zapiłuje ci w krzyżach że choć drzyj się 
na ścianę. 

— Czortby w nocy pracował f — Lepiej od razu w dzień 
przepaść, niż powoli konać od kija i biedy. W słotę, by- 
wało, radziej rozpuszczają do chałup, ale niech jeno pogoda 
zaświeci, nie ukryjesz się pod ziemią przed złodziejem eko- 
nomem. Święto czy nie święto^ wszystko zarówno dla po- 
^ńskiego syna. Jutro niedziela; niebo zdaje się jasne, nie 
jeden, po mszy, wzi^by się do swojej roboty — dozorcy 
przykazywali o świcie wyjść na obławę, o głodzie cały dzień 
hukać po lesie, w dzień do tego świąteczny! 

— I cóż ci złego Mateuszu? — Nie tobie żalić się na 
krzywdę; bez ciebie, wiadomo że nie ma dobrej obławy. 
Nas, dziki nawet zwierz się nie ulęknie; ale niech wilczysko 
bodaj wściekłe ciebie obaczy, wnet ogon pod siebie i dalej 
w nogi, choć na strzelców. — 

Zgraja tym razem nie odpowiedziała śmiechem na żart 



22 

rubaszny z komornika Mateusza który w istocie, £aro^, 
Ciłiudy, we dwoje zgarbiony przerażającą miał postać. 

Smutek, rozpacz, zwątpienie, ciążyły na ws^stkich; cł^op 
polski do tylu bied przyzwyczajony,- zaczynał nareszcie znaj- 
dować że niedola jego przebierała miarę. Nastąpiła chwila 
milczenia, gdy w tem jeden z urlopników silnie w stół pięścią 
uderzył. 

Zadzwoniły próżne półkwaterki; Szmul wzdrygnął się ze 
strachu; żołnierz pokręcił nawoskowanego wąsa i grzmiącym 
głosem zawołał: • 

— Do miljona bagnetów , kolego wachmistrzu , mieliśmy 
po co wracać do kraju! — Donnerweterl jak mawiał major 
-^ jeżeli zechcemy tu przez zimę pozostać, wymorzą nas 
głodem jak szczurów. Przed dwudziestu pięcia laty inaczej 
bywało. I za cóż to moi biedni ludzie, dziś pastwią się tak 
nad wami — czyście za rozbój na kryminał skazani, czy może 
wraz z arędarzem Pana Boga rozpinaliście na krzyżu ^-~ czy 
was Turek najechał? 

— Przed laty lepiej bywało, panie żołnierzu — odparł 
sołtys Hilary — a starzy ludzie prawią że im dawniej mogą 
zapamiętać tem mniej przypominają biedy. Starościna dbała 
6 gromadę; nieboszczka matka naszego grafa, panie bwieć 
nad jej duszą , nie dawała biedzie . dostąpić do ludzi. Dziś, 
pan doma nie siedzi, a komisarz — a ekonom — a do- 
zorcy — prńwdę powiedzieliście; szajka opryszków zwaliła 
się na. nas; im dalej w czas idziem tem gorzej; każdy boi 
się zasnąć jgdy pomyśli że przyjdzie mu się obudzić. 

— I nikt wam nie umie poradzić? — Rzekł urlopnik 
szydersko. Hola, żydzie, postaw no tu pół garnca wódki — 
wyp^jem ze swoimi na powitankę! Hej chłopcy, który z was 
chce stuknąć siwuchy? — U nas w wojsku, srogo rozkazują; 
kapral niekiedy cesarską rację kijów wyliczy ^ ale z głoda 
nikt nie umiera. Kradną was, męczą, w. dyby jednak dotąd 
nie wiążą. Świat szeroki; z silnemi rękami wszędzie się wy- 
żywisz. 

— Zapewne — odrzekł Mateusz podstawiając miarkę pod 
wspaniały gąsiorek; wojak wszędy da sobie radę ale my, 
gromada z wioski gdzie się podziejem., dokąd- powleczem? 



23 

iK§dy ludziom dobrze, tam pustek nie ma; kędy źle, tam za- 
pomogi nie dadz%, chłopa z próźnemi rękami z niczem od- 
eprą wi%, jeszcze psami nakażą wyszczuć. Tiaka juz nasza dola 
— biednemu wszędzie zarówno ! Stary Jakub nie darmo 
chadzał niegdyś sternikiem na pańskich galarach; za młodu 
już zapływał aż na koniec świata. Popytajcie go — on wam 
powie że chłop wszędzie chłopem, owca owc%, wilk wilkiem, 
a ekonom ekonomem. 

— Stary Jakub — uczciwszy uszy, sam nie wie co plecie. 
£omu prawić o cudzych krajach, jeżeli nie żołnierzowi, który 
przez całe życie nie zagrzeje kąta, ciągnie z miasta do miasta, 
2 ziemi do ziemi, z jednego końca cesarstwa na drugi. Owóż 
inderzajcie mi, widziałem ja dalekie okolice, gdzie chłop sześć 
•dni pracuje dla siebie, a siódmego odpoczywa. — 

Z pod komina, z przypiecka, z progu i z kątów, ściśnięto 
się do koła opowiadającego. Ciekowość zagrała na twarzach. 
Sołtys z niedowierzaniem kiwał głową, parobcy poglądali po 
43obie, urlopnik mówił dalej: 

— Ha ha! zagabnijcie oto wachmistrza; on służył w półku 
£rchercoga Johana, i sześć lat przebył kwaterą na tureckiej 
^anicy. Lud tam jak u nas; łatwo się z nim rozmówić, 
■chociaż z ruska głębiej jeszcze zatrąca niż nasze Rus.iny. U 
każdego strzelba na ramieniu^ nóż ^a pasem. O ekonomach, 
o dozorcach, ani słychać; każdy ma swoją rolę, pracuje dla 
siebie. Kto kaleka, nie mocny, temu gmina pomaga, kto 
jz kim się poswarzy tego starsi godzą, kto kogo pokrzywdzi 
tego wójt wybrany pod klucz zamyka. To mi dopiero 
Icrajl — Ostatni wyrobnik co niedziela ma mięso, co dzień 
okrasę. 

.— Słyszycie Jakubie? •— Ozwał się jeden z parobków; 
tam ludziom jak u Pana Boga za piecem; ale panowie co 
>^bią, gdzie siedzą, kto na nich pracuje? 

— Panowie? — Oszalałeś! — Tam każdy sobie panem; 
surdutowego ze świecą nie znajdziesz. . Panów nie ma. 

— I nigdy ich nie bywało? — Gdzież się podzieli? — 

— W tem właśnie sęk. Bywali panowie przed laty tacy 
jak u was. . Męczyli łud wiejski, nasyłali ekonomów, dozor- 
ców, grabili chudobę, pędzili do pracy i płacili batogiem. 



24 



Na szczęście, cesarz tamtędy raz przejeżdża}, dowiedział się- 
o chłopskiej niedoli^ panów skasował i ziemię kazał rozdzielić 
między gromtidę. 

— Cesarz? — 

— I któż inny ? — Cesarz z Wiedniaj cały ubrany w złoto- 
i w czerwone sukno, aż oczy bolą. na niego spojrzeć. Król 
wielki, sprawiedliwy; ujmuje się za biednych, każdego wy-^ 
słucha, każdemu da pomoc, opiekę. 

— Czemuż nam nie pomaga! — Czemuż za nasze krzywdy 
nie chce się ująć? 

— Bo nie wie o was, powiadam wam; o wszystkiem przecie- 
wiedzieó nie może. Bassama teremteszit! gdyby cesarz znal 
co z wami się dzieje, dałby on duchu waszym rzeźnikom. 
Prawdać to że i lud tam inny, nie łatwo da się pokrzywdzić; 
ciemięgów takich jak u was nie wyszperasz choć na lekarstwo. 
Cesarz nasz zuchów tylko lubi, takich co sami nie dają sobie 
strzydz wełny na grzbiecie. Pers z tan den? 

— Rozpowiadajcie no dalej panie żołnierzu; czy we 
wszystkich cesarskich ziemiach ludzie tak samo żyją i pra- 
cują, sami jedno dla siebie? 

— Nie we wszystkich; w niektórych są jeszcze panowie,. 
ale takich jak u was nigdzie nie ma. Cesarz ma dalekie 
kraje za morzem i na morzu. Tam o Bożem Narodzeniu,, 
w południe cieplej niż tu na Ś. Jana. Ziemia nazywa się^ 
po cesarsku, Italien. Staliśmy tam lat kilka z pólkiem Kienik 
fon Prajsen. Chłopi sieją ryżową kaszę i zboża wszelakiego- 
bez miary. Tam są panowie, ale panu nic do chłopa, chłopu 
nic do pana. Raz na rok gospodarz przyjdzie, kto piąty, 
kto dziesiąty snop do skarbu pańskiego zapłaci i wraca do 
domu. O ekonomie, o dozorcy^ o komisarzu, ani słychać. 
Gospodynie i dziewczęta chodzą w jedwabiach, lud pije wino 
jak u was wodę. Krzywdy nie masz dla nikogo, bo cesarz 
i sam częto przyjeżdża i sędziów wszędy ma swoich; a skoro 
który pan chce nosa zadzierać, wnet cesarski sędzia go po 
czuprynie. Czasami sędzia nie zdąży, to chłop sam zaczai się 
z kozikiem i gdy pan wieczorem wraca do domu, upuści 
mu trochę juchy, tak że białego chleba na wieki jeść mu 
się odechce. Cesarz powiada że to pierwszy i najdziehdejazy 



25 

lad ze wszystkiofa* Wszak sam powiadał — nie prawda wach* 
mistrza? — 

Dragi urlopnik który zapewne nie poczuwał się do ot9^ 
iorskich zdolności, wbrew zagadnięty, wyjął lulkę z ust,. 
8plun%ł i głową kiwnął na znak wiarogodności słów to- 
warssysza. 

— Słyszycie Bartłomieju — mówiła gromada — cesarz 
wszędy sędziów porozstawiał. Mamyó i my sędziów ale nie 
cesarskich; widno kto inny ich nasyła, u żadnego sprawiedli- 
woici się domodlisz. Jak się wam widzi panie żołnierzu,. 
czy cesarz nigdy do nas nie zjedzie, czy gdyby przyjechał,, 
zrozumie naszą mowę? 

— Zjechałby nieraz ale dwadzieścia, gdyby wiedział co- 
się u was święci. Cesarz skoro usłyszy że krzywdzą gdzie 
ładzi, wnet wsiada w złotą kolasę, rusza, a przed nim, wojska, 
bębniarzów, trębaczów, jenerałów bez liku. Nie prz^eżdża 
bo myśli że wam dobrze się wiedzie. Panowie co chcą 
kładą mu w ucho, biednemu docisnąć się nie dadzą; prawią, 
że wy lud hardy, leniwy, złodziejski, że bez kija ani do was- 
dostąpić. Sami przechwalają się, klną że wam ptasiego mleka 
tylko brakuje. Cesarz wierzy bo słyszy jedną tylko stronę; 
ziego nie odgaduje, inaczej bowiem czy liż podobna aby dotąd 
żadnemu z panów nic się nie wydarzyło, jeżeli po prawdzie,. 
taka wam od nich krzywda? 

— Wiecie chłopcy — przerwał Mateusz — zbierzmy się- 
w którą niedzielę, i niby to idziem do lasu, hajże w nogi^ 
pobieżym co duchu do cesarza. Naj chytrzej szy z nas wszystko 
ma wypowie. 

— Ha ha ha! — A umiesz po niemiecku? wtrącił pa- 
robek Grzela. Spróbuj jeno rozmówić się ze Szmulem. Her- 
got! — Finfcwanoik sztok — farflucht tajwel — gibrot — 
herzołdat — drapichrust szwab — ja umiem po niemiecka 
a wźdyć nie podołałbym wypowiedzieć jak nam szelma ekonom 
sadła za skórę zalewa. 

— Eto wam nałgał że do cesarza trzeba gwałtem po nie- 
miecka? Cesarz, wszystkie mowy jakie są tylko na świecie,. 
rozumie, na wszystkie odpowiada — tylko że do Wiednia 
daleko; nim zajdziecie, dognębią tu waszych do szczętu, waa 



26 

«amych dogoiu%| okują w kajdany i odstawia do kiymiDiliL 
Lepiej tak sprawę nastawić, aby cesarz dowiedział ńę samo 
waszej krzywdzie, aby jeżeli nie zjedzie, sędziów przynajmniej 
zesłał. 

— Cóż tedy począć? 

^- Sami dokonajcie tego co chcieliście aby sąd dokonał. 
Sędziowie potem zjadą, przyznają wam sprawiedliwość; opo- 
wiecie im krzywdy, wyspowiadacie całą niedolę. 

— Niech jeno sąd cesarski zjedzie, Bóg świadkiem, nie 
iidzierźym języka za zębami. Ja pierwszy pokłonię si§, przy> 
pomnę jak rządca za jeden dzień niedorobku, ciało odbił 
mi od kości; kobieta moja chciała już wołać księdza. 

— A moje dwie owce? ^ W rowie jeno nad drogą 
flzczypnęły źdźbło trawy, już ci kazał zająć do swojej obory 
i sprzedał żydom. Wczoraj, widziałem, rzeźnik Icek wiózł 
je do miasta; ostatnie dwie owce! 

— Ba i żona jego nie lepsza; spotkała moją babę z wian- 
kiem grzybów; odebrała koszyk, nawymyślała od czarownic, 
od złodziejek, groziła kryminałem za kradzież grzybów w pań- 
skim lesie. 

.■*- A koń ławników? — Zdechł mu dziś rano; napra- 
cował się przez cały tydzień na pańskim łanie, w niedzielę 
pohany Niemiec nie dał mu wypocząć, pchnął za swoim 
sprawunkiem, kazał rychło powracać; szkapa na trzech no- 
gach ledwo dowlokła się do wioski. 

— Gdyby choć osepu dawać sobie nie kazi^! bez tego 
zboże gnije na pniu, a jeśli dośpiejesz urwać parę snopów i 
omłoćić — czatuje u młyna i nie pozwoli zemleć, dopóki 
dziewce jego fartuch z worka nie usypiesz. 

— Dobrał też sobie drabów! — I ekonom i dozorcy, 
szwabska krew! — Z żydowska szwargocą, ciężko ich zro- 
zumieć; mało też bełkocą językiem, ale gęsto machąfą rę- 
kami; każdy gorzej wiatraka. Niech jeno sąd zjedzie, nie 
przepuścim żadnemu. 

~ Nie w tem dzieło, rzekł urlopnik częstując do koła 
gromadę — dozorcy, psi pomiot — to prawda, ałe co oni 
winni, jeżeli ekonom przykazał im drzeć was i katować, a 
co winien ekonom jeżeli pilnuje jedno słów rządcy; a rządca, 



27 

-czy urodził się między wami, czy do niego ziemia należy, czy 
-Z meba spadł do was, czy też posłali po niego, sprowadzili 
i płacą mu za to aby was z pod batoga nie wypaszczał? — 
IKto pierwszy daje rozkazy, ten grzeszy, tego wina — jako u 
nas w wojsku, nie kapral, nie bauptman, ale ten przed ce- 
sarzem odpowiada, kto nad cs^em wojskiem sprawuje. Któż 
1^ Was daje befele, na kogo pracujecie? 

— Jużció pan, jużció na pana. 

— Komuż więc odpowiadać za złe, kogo przeklinać, kto 
"we wsi pierwszy rozbójnik? 

— Rządca! — Bóg widzi rządca! — Krzyknęło kilka gło- 
:flów^.— <- takiego rozbójnika- nie ma na całą okolicę; istny 
-świętokrzyski zbójca ! -*- 

Urlopnik zerwał się zniecierpliwiony , splunął , zaklął- 
JL madziarska po cesarsku: 

— Tfu! — ^ Do miljona djabłów — zawołał! z ludźmi tymi 
nie dogadasz się po ludzku! Komuż rządca oddaje pieniądze 
^a zboże, za drzewo, za wódkę? . 

— Licho go wie czy oddaje? — Odrzekł Mateusz; jeżeli 
nas kradnie czemuby nie miał kraść i pana.. 

— Nie frasujta się darmo o panów, umieją oni dać sobie 
radę; nie łatwo . wy wieść ich w pole. Wiedzą oni dobrze 
^ogo nad wami postanowić ; potrzeba im kupę grosza na 
zbytki, to i drą z was łyka, ba nawet gorzej! — Łyka nie 
zawsze drzeć się dają,, wam atoli ód nowego do starego roku, 
zawsze tak samo. Czemu wreszcie nie idziecie do pana ze 
■skargą, czemu pan przyjął rządcę, czemu go nie wypędza? 
Widziałem ja kawał świata, powiadam wam — pan wtedy 
Tządcę wypędzi, gdy posłyszy że z wami się pokumał, że z was 
pasy ciągnąć zaprzestał; spytajcie wachmistrza — on czło- 
-wiek z głową, więcej jeszcze widział odemnie. — 

Chłopstwo zaczynało skrobać się w głowy; dowodzenie 
urlopnika nie zupełnie wydawało się mu fałszywem. 

— Prawdę mówi — przebąkiwali niektórzy; dawniej nie 
było tąj biedy dopóki pan, na miejsce starego Bednarzew- 
«kiego, nowego rządcy nie sprowadził. 

-^ Żołnierz ma słuszność -^ dodawali inni — sami do* 
zorcy pędzą na pańszczyznę, biją a mówią że to za pańskio 



28 

« 

dobro. Bydło zajmują za przegon po pańskiem pastwisku^, 
za podatki do skarbu i przysięgają że pan stawia egzekucję^ 
Gdzie się obrócisz wszędy szturchają, gonią, męczą za pana. 
Jiiźci<3 pan ma wolę, gdyby nie chciał, toby inaczej na- 
kazał. — 

Urlopnicy zacierali ręce, łypali ku sobie radosnemi oczyma; 
naprowadziwszy gromadę na żądane szlaki, puścili chłopów, 
o własnym rozumie z wniosków dobijać się do wniosków. 

Jakób Paprotnik który dotąd słuchał w milczeniu, zwiesd 
ku karkowi baranią czapkę i zabrał głos. 

— Panowie wojacy, rzekł, zdaleka przychodzą, nie znają 
co u nas się dzieje; nic dziwnego że bredzą jak na mękach. 
Wy zaś, gdyby głupie gęsi za gęsiorem powtarzacie co wam 
kto gęgnie. Panowie męczą gromadę? — Łgarstwo wie- 
rutne 1 — Cóż nam było złego ^a nieboszczki Starościny?' 
Zapytajcie chłopów od Reja, od Fredrów, od Puzyny, od 
Mysłowskiego, w czem im krzywda ? — Każdy Bogu dziękuje 
że się na świat narodził. Wiecie dlaczego? — Nie wiecie — 
otóż wam powiem; żaden z tych panów nie trzyma Niemca^ 
ani za rządcę, ani za ekonoma, ani za dozorcę. Ze swoim 
łatwo przyjdziesz do ładu; swój ma zmiłowanie nad czło- 
wiekiem, ale gdzie jeno Niemiec się wkręcił, tam gorzeje 
piekła. Pamiętacie zmarłego kowala Starowolskiego ? — Co- 
dnia powtarzał: póki świat świateni, Niemiec Polakowi ^psa- 
bratem. I u nas, przed dwoma laty czy nie lepiej bywało,, 
dopóki djabli wiedzą dla czego pan graf nie dał się oszołomić 
i nie przyjął Szwaba do służby. Niemiec, to kąkol na ziemi 
naszej — nie wyrwij kąkolu, ziarno przepadnie. Nie darmo 
djabeł po niemiecku się przebiera. Cudza krew na nas 
zawzięta. Co Niemiec u nas, to łajdak ~ uważajcie! Gdyby 
uczciwy był, siedziałby na własnej ziemi. Dlaczego przychodzi 
do nas? — Naoszukiwał u siebie, nakradł, narozbijał, boi 
się kryminału, ludzie wytykają go palcem, wstyd ma ocza 
podnieść do góry — zmyka między cudzych, gdzie go jeszcze 
nie znają. Złodziej u siebie, tern lepiej kradnie nieswoich* 
Tak samo i Żydzi; posłuchajcie Zakrystjana — on wam ros- 
powie, że gdyby nie byli zamęczyli Syna Bożego, Bóg Ojciec 
nie byłby ich rozgonił po świecie. Wżdyó nie każdy pan 



29 



wdał się w rodzica, ale kto panom zle rady kładzie na ucho — 
Jrt;o — jeśli nie Szwab? 

— Święta prawda ojcze Jakubie — Szwab, Niemiec psia- 
wiara — powtórzyło chórem zgromadzenie. 

— A co Mateuszu? nasz Jakub w kąt zagnał cesarskich; 
prawi jak ksiądz z ambony. Szelmy Niemcy i kwita. 

— Co Niemiec to rabusi 

— Niemiec a Żyd, jedna mowa, jedna dusza ; żaden z nich 
nawet do kościoła nie chodzi. 

— W Boga nie wierzą; najpoczciwszy z ołtarza by ukradł. 

— Eartoilarze, sobacze plemię! 

— W wasze ręce ojcze Jakubie; żyjcie sto lat za waaz 
rozum ! — 

Takie wykrzykniki hurmem wyrywały się w odpowiedzi 
na rzeczy starego Paprotnika. 

Ten lud polski którego szlachta zwała chamem, nie tylko 
±e w sprawiedliwej zemście, nie wystawiał na pośmiewisko 
ojcowskiej hańby, ale pierwszy zakrjrwi^ ją ostatnim łach- 
manem uczucia. Urlopnicy zacisnęli zęby. Apostoł głębo- 
kiego systemu księcia kanclerza, systemu ciężarnego na przy- 
43złośó krwawjrm owocem, sam jeden nie dzielił powszechnego 
aniesienia. Wódka szumiała mu po głowie, usta zaczynały 
drgać od złości; powstał i stanąwszy w środku izby ujął się 
pod boki i rzekł gromko: 

— Wara od Niemców! — Co Niemiec to cesarski czło- 
wiek. A czy wiecie że sam cesarz jest Niemiec, czystej 
krwi -* nie umie jedno po niemiecku. 

— Takać też w nim i krew czysta, jeźeU niemiecka •— 
-odparł sołtys. Dopieroś Wasze prawił że cesarz umie każdą 
mowę, teraz brzechasz że jedno po niemiecku szwargoce. 
Panie wojaku, łgarz wam wygląda z za kołnierza. 

— Łgarz, łgarz! — Zełgał! — Łże jak po mydle! 

— Ha ha! złapał się — praw no dalej — nie zbędziesz 
nas psim swędem. — 

Jeden parobczak zakasywał już rękawy; urlopnik zwąchał 
co go czekało, cofnął się ostrożnie do kąta, spuścił z tonu i 
przyzwał na pomoc półgarncówkę. 

— O co wam chodzi? rzeld; cesarz umie po niemiecku 



30 

i po wszelakiema ; zapytajcie wachmistrza; wiadoma rsees 
w ostatniej cesarskiej wiosce. Cóż ja winien że a każdego 
z was w głowie ciemno jak tabace wrogu. Przeklinacie wa- 
szego komisarza? — <3o mnie do niego? — Ja go w życia 
na oczy nie widział. Powiadam jeno, że gdybyście byli clij- 
trzejsi, poznalibyście że rządca tak 'was oporządza jak mu 
pan rozkaże. Który z was słyszał jakie rozkazy pan mn wy> 
daje ? On nie dla siebie pracuje ; panu pieniądze* odsyła i 
ma także za swoje gdy mało grosza naliczy. 

— Panowie wszędy potrzebują pieniędzy,* odrzekł Kuba; 
za cóż chłop nie wszędy mrze głód, jedno tam gdzie Niemiec 
mu rozkazuje? 

^- W niemieckiej ziemi, ciągnął urlopnik, każdy rządca 
Niemiec; • chłop przecie nie skarży się; lepiej mu niż u waa 
zagonowej szlachcie. 

— Daj go lichu, jak kręci 1 — Tam wżdyó i cMop Niemiee; 
kruk krukowi oka nie wykolę. Złodzieje między sobą si^ 
nie kradną. U nas inna sprawa. Niemiec włazi do chałupy 
i siedzi niby żołnierz cesarski na postoju; naje 8i§, napije, 
obedrze i znów wlecze dalej ; przekleństwa ludzkiego na sta- 
rość nie usłyszy — gotowego grosza w kieszeni z dymem 
mu nio: puszczą, domu psiawiara nie pobuduje; szacliraje do- 
póki człowieczą biedą nie napcha trzosa i potem zmyka do 
swoich. 

— Ogon wtuliwszy pod siebie, dodał ze śmiechem Ma- 
teusz. 

— Ba i prawda — ozwał się Bartłomiej — na boże stwo- 
rzenie żaden z nich nie wypada. Nie dalej szukać jak nass 
kłapouchy — w oczy nigdy uczciwie nie zajrzy; łypie z po- 
dełba a warczy bez ustanku — jeszcze wścieknie się kiedy, 
to i ludzi pokąsa. Popadnijcie mu jeno w drog§ panie wo- 
jaku, a obaczycie jak do was zagada; nie po bożemu ani po 
ludzku; po psiemu Panie odpuść, albo po szwabskn. 

— Czort z nim póki wymyśla! Zatkniesz uszy i nie dy- 
szysz, ale ręka więcej u niego w robocie niż język, a łapę 
ma cięższą niż niedźwiedź. 

— Oj nogę ma także nie z puchu. Pastuch z Zawałowa 
rozpowiadały że przed wczoraj zjechał na folwark, ns^ajał na- 



31 

burczał i kobietę kulawego • Wojciecha tak kopn^ w brzucb 
że poroniła nieboga. Aże sam wyląkł się zbójecki syn ; kaza^ 
przywołać Wojciecha, dał pono pieniędzy, pańszczyznę obie- 
cał za c^y rok darować i krowę przydał z pańskiej obory. 
Wszystko byle jeno przed światem na targu nie rozgadywał. 

— Ha szelma! — W piekle po uszy 'będzie się prażył. 

— I Wojciech też bydlę że di^ sobie kobietę potratować* 
Niechno by mnie tak się zdarzyło, pokazałbym mu ja krowę i 
pańszczyznę; bez krowy wzi^bym go na rogi. 

— Nie przechwalajcie się Mateuszu — rzekł jeden z mil- 
czących dotąd gospodarzy; wódka we łbie wam szumi, wódka 
przez was się odgraża ; niechno by Szwab nosa tu pokazał, 
pierwsi ze strachu wpadlibyście pod ławę. 

— Co nie to nie! Niech mię piorun trzaśnie jeźelibym 
mu do ślepiów nie skoczył. Póki człowieka jedno bije — 
pół biedy, ale kobietę ciężarną! 7— Mordować nogami, wierzgać 
na ludzi gorzej parszywego konia. Mówcie co chcecie Da- 
mianie, u nas nie uszłoby mu na sucho. Pałki rosną jeszczo 
w lesie, a złodziejski łeb nie twardszy od garnka. 

— Byle tylko z góry go łomotnąć, ozwał się jeden z mło- 
dzieży. Wasza prawda Mateuszu; jużci nie znajdzie u nas 
w całej wsi gospodarza ani parobka coby dał się tak sponie- 
wierać. Dawno temu, przed laty, pamiętacie jak na weselu 
ławnika z Zośką od starej Euźmichy, dozorca, też Niemiec, 
zaczął w karczmie ludziom wymyślać i skaleczył sołtysowe 
dziecko? — Na drugi dzień, znaleziono go w lesie, bez duszy, 
z połamanemi żebrami. Sąd zjeżdżał, pisał a pisał, nie mógł 
si§ prawdy dopisać. Mojego rodzica, Jaśka komornika, i ga- 
jowego, rok wytrzymali w kryminale; zbatożyli na odchodne 
i puścili. Ale Szwabowi ducha nikt nie powrócił. Do czasu 
dzban wodę nosi; niechno przebierze się miara. Jeszczeć 
to u nas' ludzie nie bycUoI 

-^ Tyle też tylko w nas człowieka, że chodzim na dwóch 
nogach, rzekł Bartłomiej. O dawnem nie ma co gadać ; dziś 
gorsza bieda nas nagabnęła — żaden ręką nawet nie kiwnie. 
Za sołtysowe dziecko, djabeł w lesie dozorcy kark skręcił; 
dziś i djabeł nas porzucił, albo też wlazł w szwabską skórę i 
bajdamaczy bez miłosierdzia. Zapytajcie Samka, czemu siedzi 



. I 



32 

■yr kącie i języka w gębie zapomiuał? ^ Jego sprawa świeża, 
•dzisiejszego poranku. Chudziak nie może jeszcze opatizeć; 
do was kumie Samku — wypijcie trochę na frasunek! 

— Co wam takiego Samku — ciało odstaje od gnatów? 
JElozpowiedzcie jeno; z wami pono głupio zadzierać? — 

Wieśniacy jeden przez drugiego sypnęli się ku przeciwnemu 
kątowi izby gdzie Samko, milczący, ponury, odosobiony jak 
dzik, siedział czapkę wtuliwszy na oczy i dotąd cale się nie 
mieszał do powszechnej rozmowy. Chłop to był z urodzenia 
mało wesoły; w karczmie, w chałupie, na polu, na tar^ 
rzadko kto kiedy głos jego usłyszał; uważano go jednak we 
wiosce, ustępow^ano mu z drogi; uchylano czapki radziej, niżeli 
przed samym wójtem. 

Samko w kłótnie i bijatki ze swoimi się nie wdawał; roz- 
powiadano atoli jak na odpuście w Podhorcach, sam jeden 
2bił na miazp;ę trzech cesarskich żołnierzy; jak napadnięty 
raz przez Żydów w Paszyńskim lesie, dwóch własnemi jękami 
zadusił; jak na jarmarku w Sączu m'e dał się wszystkim chło- 
pom od Lewickiego. Krążyły także pogłoski że w wspomnia- 
nem przed chwilą morderstwie dozorcy, Samko głęboko 
rękę umoczył. Być może nawet że sam jeden, cichaezesi 
z nim się uprzątnął, że małomównością tajemnicę udzierżyl 
i sąd tym sposobem zapędził na manowce bezskutecznyck 
poszlak. 

Ztąd we wsi, ku Samkowi cześć i poufność. 

Zagabnięty wbrew przez gromadę, podniósł czapki i otarisiy 
rękawem zwisły wąs, do dna wychylił blaszankę. 

Wywiędłe oblicze Samka, zsiniałe usta i krwią zaszłe oczy, 
świadczyły że milczenie jego wcale nie było w tej chwili wy- 
padkiem wewnętrznego spokoju. Gwałtowne jakieś uczucie, 
H>czywiście kąsało mu duszę, wgryzało się w najskrytsze jej 
zakątki ; podniósł głowę, wysłuchał powtórnie zapytania i ma- 
•chnął ręką jak gdyby na znak , że o złem niepowrotnie do- 
pełnionem nie warto było wspominać. 

— Gadajcież Samku, rzekł Mateusz; musieli wam tęgo 
dopiec kiedyście tacy zafrasowani. 

— Mnie nie jeden już dopiekł — odparł wieśniak dirt* 
pliwie ; wycierpiałem moją dolę. Eto do czego , chłop 



] 



33 

do bola urodzon; na własną krzywdę wygarbowaną mam 
skórę. 

— Cóż takiego? — Wtrąci) urlopnik; nie odrobiliście pań- 
szczyzny, albo może egzekucję postawili wam za podatek. Darmo 
niebożę — bez pańszczyzny i Bez podatku panowie pomarliby 
z głodu; ekonom temu nie winien. — 

Samko zerwał się z miejsca, potrącił stół, zacisnął pięście 
i takie lice wyzwierzył na urlopnika, źe tenże stanął jak wryty, 
z otwartemi usty, nie śmiał ciągnąć dalej zaczętej mowy 
wtłaczał się między gromadę ku przeciwnemu kątowi, gdzie 
towarzysz jego obojętnie dopalał fajki. 

Obecni rozgarnęli się; Samko poskoczył na środek izby. 

— Stul pysk gadzino! — Wrzasnął — albo — splunął 
w garść i gestem dokończył przestrogi. — Sto djabłów zja- 
dłeś 1 — Po co pogański, psi synu, mieszasz się w cudze sprawy? 
Jeżeli ci rządca zapłacił abyś za niego szczekał, to idź, oddaj 
mu pieniądze; nie przekabacisz tu nikogo. Widzisz go! — 
Szubrawiec! — Musiałeś i ty dawniej robaku dzwonić kaj- 
daniarzem. 

— Niechaj cie go Samku — rzekł sędziwy Jakób wystę- 
pując jako rozjemca; powiedzcie nam lepiej czemu tak sro- 
życie się na Szwaba? 

— Jużcić plackiem do nóg mu, nie upadnę, chyba obar 
czyłbym go raz na zawsze wyciągniętego. Ruszajcie Kubo, 
rzeknijcie waszemu synowi źe nie dla niego moja Małgośka. 
Szukajcie mu uczciwej dziewuchy. 

— Go mówicie Samku^ 

— Świętą prawdę. Z dawna miarkowałem co mu we łbie 
świta. Ile razy, bywało, be8t^'nik przechodzi wedle chałupy 
a dziewczyna siedzi na przyzbie — zatrzymuje się, staje, 
głaszcze ją pod brodę, śmieje się jak dychawiczna szkapa. 
Przykazywałem, skoro jeno zdaleka go zoczy, aby uciekała 
do izby, abo na strych. Wtoczył się za nią i do izby, na- 
mawiał moją kobietę aby ją oddała na folwark, obiecywał 
złote góry, podarował zaległą pańszczyznę. Małgośka płacze. 
Kobieta mówi: «był pan rządca, chce wziąśó dziewczynę na 
służbę — co począć ?» — Ja mówię: Powiesić jej kamień u 
82yi, wywlec na środek stawu i utopić. Szwab wraca ; kobieta 

Chojbcu, Alkhadar. IV. 3 



34 



powiada że nie da dziecka, że jedną ma ją tylko niebogę. 
Zbójca zaklął po niemiecku, wyszedł, trzasnął wierzejami,. 
omal się chata nie rozwaliła; od niedzieli ani o nim sły- 
chać. Kobieta mówi: « zmiłował się nad naszą biedą » — ja 
nic nie mówię. Dzięki Boga, ucichło — ale nie na długo — 

wczoraj 

Samko, w niepamiętnym gniewie porwał za czakę, cisn^ 
ją o ziemię, zatratował nogami, zaczął rwać sobie włosy. 

— I cóż wczoraj? krzyknęła chórem niespokojna gro- 
mada. 

— Włodarz o świcie wypędził mię do gorzelni; kobietę 
pchnął kopać do pańskiego ogrodu. Ms^gośka została doma^ 
matka przykazała jej uwarzyć barszczu trochę i kartofli. Cze- 
kam w południe — darmo! — Nikt z dwojakami nie przy- 
chodzi; i strawy się odechciało — coś korciło mię w pier- 
siach. Zmrokiem, idę do domu — wraca i kobieta z mo- 
tyką. Chałupa otwarta — na kominie zimny popiół; nie ma 
nikogo. Kobieta płacze, załamuje ręce, ja mówię: idź, pytaj 
starej Katarzyny, komornicy. Zapyti^a, wróciła. Liedwie 
wyszliśmy na pańszczyznę, rządca nasłał ludzi, kazał przy- 
ciągnąć dziewczynę, zamknął ją o głodzie w ciemnej komorze. 
Wyrzekała na cały głos; panie odpuść — bił ją rozbójnik! — 
Matka naszlochała się przez noc całą; myślałem że dusza 
z niej wyjdzie. Nad rankiem, bieży, ściele się mu do nóg, 
woła: ((Ojcze, Dobrodzieju, zmiłuj się, oddaj dziecię! — » 
Kazał wyrzucić ją za próg ; przywlokła się znowu, sam porwał 
dębczaka, jął tłuc; sińce ma na plecach, na piersiach, na 
twarzy jak gdyby kto pogniótt na niej ćwierć brusznic. Do 
chałupy przysłał drabów, kazał zabrać j stówkę — za podatek, 
mówi i za czynsz. Przepadła dziewucha; bezbożnik zatraci 
ją; sponiewiera jak ostatnie bydlę! — 

I cóż? — Macie dość! — Czego stoicie jak gawrony, każdy 
z rozdziawioną gębą? — Do stu Szwabów i djabłów! — Czemu 
patrzycie mi w ślepie jak gdyby żaden mię nie znał. Z drogi 
hołota — jutro na obławę! — Cha cha cha! — Zapolu- 
jemy! — Czort mię tu przyniósł! — Jak zaczną męczyć, 
ostatek z człowieka wymęczą. — Niech będzie pochwalony 
Jezus Chrystus! ^- I o trzy zdrowaśki pora niedług^o po- 



35 

prosić. Żydzie 1 Wódki 1 — Wódki! — Ha złodziej, kątownik 
z piekła rodem! — 

Szmul drżącą ręką podał blaszankę; Samko duszkiem 
wychylił, zatoczył do koła obłąkanym wzrokiem, nacisnął 
znów czapkę i mimowiednie rozpychając tłok, wyszedł 
z karczmy. 

Nikt nawet za nim nie spojrzał; gromada stała w osłu- 
pieniu. 

— Słyszeliście ojcze Jakubie? — rzekł Mateusz po dłu- 
gim przestanku; dotąd zajmowali nam bydło, teraz poczy- 
nają zajmować i dzieci. Trzeba pono będzie wynieść się do 
lasu; na otwartym gościńcu człowiek pewniejszy niż we własnej 
chałupie. 

— Zbisił się Szwab, Bóg widzi — odparł Kuba; djabeł 
go opętał na ludzką niedolę. 

— Z djabłem byłoby jeszcze pół biedy; ksiądz proboszcz 
-wygania djabły, ale szwabskiego czorta kropidłem nie wy- 
pędzisz, chyba nie kiścią jeno trzonkiem zamalujesz go po 
pysku. 

— I to nieraz, nie dwa! — dopóki w nim krzta duchu, 
jeszcze weźmie cię na rogi; powieś go, a przed wisielcem 
nawet ludzie uciekną; nuż się oderwie? 

— Niechby jeno wisiał; jużci postronków krzepkich u nas 
nie brak; i za nogi nie jedenby pociągnął. 

— Nie stracha się on szubienicy, złodziejska krew! — 
nim go powieszą nie jednemu dopiecze, a choćby na śmierć 
cię ubił, z sędziami zaszwargoce i przyznają mu sprawiedli- 
-wość. Biegaj do Pana Boga ze skargą; jeżeli grom go nie 
zatłucze, ludzie mu nie poradzą. 

— Poradzilić już nie jednemu; w Matce Najświętszej 
ucieczka, że i na tego psa znajdzie się łyko. 

— Biedna Małgośka! — Wtrącił wójtów parobek, zamęczą 
ją, zamarnują; takiego rozboju nikt we wsi nie zapamięta; 
im widzi się że dziewkom naszym do dworu jak muchom do 
miodu. W zeszłą niedzielę, ekonomowa nie mogła nadziwić 
eię że Maryna od Jaśka pastucha, wypraszała się ode dwor- 
skiej służby. 

— Prawdać to, że byle którą wzięli do dwora , dziad 

3* 



36 



później o nią nie zapyta ; wżdyć i sama nieboga chodzi po 
dziedzińca jak za pogrzebem. Darmo nadziewają na nią białe 
rańtuchy i krasne zaściążki i siła wszelakiego zbytka; we- 
selsza im w chałupie gruba sukmana niż we dworze barwiste 
odziewki. Pańska strawa na dobre im nie wychodzi — pa- 
miętacie przed dwoma laty? 

— Córkę od piastunki Krystyny? — Ba któżby jej nie 
pamiętał. 

— Jakiej piastunki? — Zapytał ciekawie młody wyrostek, 
który obliczem na dzieciaka jeszcze zakrawał. 

— Jakiej źe innej ? — Piastunki samego pana grafa Kry- 
styny z Nadhajec, żony dużego Stacha co przystał do wer- 
bunku. 

— Ha ha! — Rzekł Mateusz nawołując dawne jakieś wspo- 
mnienie — tego łotra co go oskarżali że podpalił karczmę 
w Polance; pomnę! — Jeszczem sam był parobkiem. 

— Chytry lis , daj go katu ! — Gdyby nie był dernął do 
cesarskich, dotądby może po uszy siedział w kryminale.— 

Ostatnie słowa gromko wypowiedziane wzbudziły ruch 
w przeciwnym kącie izby, gdzie dwaj urlopnicy zrażeni bez- 
skutecznością swoich zachodów, dopijali w milczeniu resztek 
niewdzięcznej półgarncówki. Wachmistrz pierwszy raz wy- 
puścił z ust lulkę, powstał, ziewnął, wyciągnął się i z nie- 
chcenia niby przystąpił do grona, gdzie wszczynała się rzeci 
o losach córki zawerbowanego podpalacza. 

— I cóż jej złego było we dworze? — Rzekł silnie ze- 
psutym polskim językiem; chleba i odziewku miała podo- 
statkiem; juźcić lepiej wypasać małego panicza niżeli paść 
bydło. 

— Bóg wie czy lepiej, panie żołnierzu — mówił Kuba. 
Krystynie nie zbywało ani na kaszy ani na okrasie; była we 
dworze nad czeladzią czem rządca nad nami. Wysłali jf 
później, po śmierci nieboszczki Starościny, do Zawało wskiego 
folwarku na gospodynię; przeniosła się z dziewczyną, roz- 
kazywała ludziom gdyby pani, ale sprawiedliwie mówiąc, miała 
siła zmiłowania; najbiedniejszemu było przy niej dobrze. Na 
raz wszystko djabli wzięli. — 

Wachmistrz namarszczył brwi, przecierał ogorzałe czoło; 



37 



opowiadanie Jakuba nasuwało mu na myśl dalekie jakieś, 
mgliste wspomnienia, na pół zatarte kolejami cesarskiej 
żołnierki, długą pielgrzymką,, długim pobytem w oddalonych 
krajaoh. 

— I cóż się z nią stało? uczepił półgłosem; pan ją wy- 
pędził — za co? 

— Pan jej nie wypędził; przydfJ nawet zasług, mówili, 
ale dziewczynę zabrał do dworu. 

— Córkę? 

— Kogóżby jak nie córkę; jedną ją tylko miała. Kry- 
styna rzuciła folwark, ostawiła dwie pełne skrzynki; uciekła 
do Nadhajec, z gospodyni na wyrobnicę. 

— I teraz żebrze chleba w Nadhajcach? 

— Panie świeć nad jej duszą; nie potrzebuje juz żebrać. 

— Umarła? 

— Łońskiego roku; gajowy powiadał że nie było komu i 
za co pochować. 

Wachmistrz wyłamywał palce ze stawów, przeszedł się 
kilka razy po izbie, zaczął znów spokojnie napychać fajkę, 
zapalił, wypuścił kłąb dymu i rzekł przez zęby: 

— A dziewczyna, czy dotąd we dworze? 

— Przed dwoma laty widzieli ją ludzie, nie we dworze, 
daleko het za dworem, w osobnym domie. Pan pobudował 
jej dom, po wierzchu niczego, ale we środku, mówili, cały 
od złota i srebra, gdyby kościóh Teraz dom stoi pustką; 
dziewczyna przepadła jak kamień w wodę. 

— Wypędzili ją, czy zmarła? — Cóż przecie? 

— Nie wiadomo. Zkąd my gromada mamy znać co się 
dzieje we dworze? Ot tam, na przypiecku siedzi Piotruś; 
on służy przy kuchni, snąć więcej zna od nas. 

— Gadaj jeno Piotrusiu — rzekł jeden z parobków, ude- 
rzywszy po czuprynie drzemiące pacholę; gdzie podziała się 
dziewczyna od Krystyny piastunki? — Dworscy ludzie muszą 
^edzieć. 

— Jaka dziewczyna? — Odparł kuchcik; we dworze nie 
zna żadnej dziewczyny. Kucharzowa córka oddawna ża. mężem, 
za tkaczem z Prostyni. 

— Czort ci plecie o kucharzowej córce, kocmołuchu! — 



38 

Od maleńkości pomywasz pańskie miski; nie raz i nie dwa 
słyszałeś o dziewczynie z nadrzecznego domu, u zagajnika. 

— Het za wierzbami, pod samym lasem? zapytait Piotruś. 

— A ju^ci że nie gdzieindziej. Co prawią o niej we 
dworze? 

— O Nastusi? 

— O Nastusi, ospalcze! wtrącił przytłumionym głosem 
wachmistrz; mówże kiedy starzy pytają.! — 

Kuchcik podfaps^ się w głowę, obejrzał do koła, wzruszył 
miłosiernie ramionami i rzekł: 

— W domu u zagajniki nikt nie siedzi, dziewczyna prze- 
padła. 

— Gdzie? — Jak! - 

— Bóg ją wie; ludzie nie wiedzą. 

— Łżesz urwipołciu! nie bez tego aby ludzie nic o niej 
nie rozpowiadali, jak zejdą się wieczorem. 

— Gadają i nie mało, ale kto z nich ma prawdę? 

— Cóż tedy gadają? 

— Zawsze jedno obracają jak na rożnie. Przed wczoraj 
jeszcze, deszcz lał gdyby z cebra; zeszli się do kuchni po- 
kojowi, stajenni, siła różnego narodu. Był i cieśla co mu 
żona umarła na przeszłe Trzy Króle. Stary Michał ogrodnik, 
przyniósł dla Szwabichy sałaty, marchwi i dwie wiązek pie- 
truszki; usiadł i jęli między sobą goworzyć. Paweł ze stajni 
mówił że dziewczyna snąć była czarownicą, że oczarowała 
pana grafa i potem, jednej nocy, szmyrk, na łopacie przez 
dymnik. 

— Jakto? — Zapytał Mateusz; Paweł żywemi oczyma 
widział ją na łopacie? 

— Nie; słyszał jeno od szewca ale szewc zawźdy pijany; 
dwoi się mu w ślepiach. Michał klnie się że wpadta w wodę, 
że sama się utopiła. 

— Kiedy? — Czy Michał widział jak skakała do wody? 

— Nie; ale przysięga że tejże nocy co na drugi dzied 
nikogo w białym domu nie było, słyszał plusk niby ludzkiego 
ciała, a słysutł na pełne uszy bo miesiąc świecił nie g^onej 
słonka w południe. Snaó mówi prawdę, bo sam kucharz po- 
wiada że dziewczyna musiała się utopić. 



r 



39 

— Ciało przecie musieli wyciągnąć? rzekł wachmistrz. 

— Nie wyciągnęli, nie znaleźli; poszła od razu na dno i 
-więcej nie wróciła. 

— Juźcić że na dnie została — prawił Kuba; zmarła 
bez spowiedzi; djabeł nie ksiądz ją pochował. 

— Tak to być musi, mówił dalej kuchcik, bo z dziewek 
w czeladniej izbie, żadna za sto złotych nie przeszłaby nocą 
wedle białego domu. Coś pokutuje w zagajniku, jęczy po 
krzakach, pluszcze w wodzie; gospodyni raz biegła tamtędy 
nocą, zły duch zastąpił jej drogę, targał za fartuch; wpadła 
-do kuchni biała jak chusta. Sam gajowy, ze strzelbą, o pół- 
nocy, tamtędy by nie przeszedł. Franciszek z kredensu mówi, 
26 ile razy grzmi to zawsze nad białym domem, a co kru- 
ków i wron na dachu siedzi! — Sam pisarz z gorzelni by 
nie policzył. — 

Większa część obecnych przeżegnała się krzyżem; kilka 
głębokich westchnień przerwało głęboką ciszę. Roztłuczone 
szyby skrzypiały na pordzewiałych zawiasach, wiatr niemi 
-dzwonił lub może duch topielca w okna karczmy łopotał. 

Jeden wachmistrz ani się przeżegnał, ani westchnął do 
Boga; gryzł lulkę choć mu oddawna już była zagasła, wpa- 
trywał się w oblicze kuchcika, widno jednak myślał o czem 
innem; oczy stanęły mu słupem, powiek nawet nie zmruźał. 
l^agle, wykręcił się żołnierskim zwrotem i parsknął śmiechem 
aż się szyby zatrzęsły. Zgromadzenie drgnęło; śmiech ten, 
"W podobnej chwili, miał w sobie coś djabelskiego. 

— Pleć bajki niebożę — wołał urlopnik, temu, kto dość 
Ifłupi aby ich słuchał, aby im wierzył. Dziewczyna utopiła 
się i ciała jej nie znaleźli dla tego , że przy wylocie duszy, 
księdza nie miała przy sobie! Co mi za dowód. — I które- 
^óź topielca ksiądz spowiada przed śmiercią, a każdego prze- 
cie znajdują? I ją pewnieby znaleźli, tylko że ten kto ją 
pchnął w wodę, strzegł się ludzkiego oka i sam ją po- 
chował. 

— Któżby ją miał chować? rzekł Bartłomiej; zakrystjan 
ani dziady kościelne nie wiedzą o niczem. 

— Kto? — Ten kto chciał zbyć się jej z karku. 

— I któż taki? ozwała się gromada. 



40 



— Czemu dopytujecie? — Przerwał Mateusz; jeżeli dziew- 
czynę pogrzebał kto w nieposwiętnej ziemi, to juźcić nie 
żaden inny, jedno poganin, Szwab, rządca nasz. 

— Wżdyć Szwab a nie kto inny, powtórzyli cbórem 
chłopi. 

— Szwab — wasza prawda! dodał kuchcik; pamiętam — 
dziewka od niego powiadała że w sam Wielki Piątek jafi 
z okrasą. 

— Patrzcie go rozbójnika! — Czemu się dziwić że zdja- 
błem za panbrat. 

— Szwab albo i nie Szwab, rzekł Jakób Paprotnik; nie 
bronię ja tego złodzieja, jeno powiadam że go tu jeszcze 
wtedy nie było. Dziewczyna przepadła w lecie, a on nastał 
dopiero na przednówku. 

— W lecie czy w zimie, zbójca zawsze zbójcą; czy nie- 
słyszeliście jak wczoraj ukradł Samkowi dziewuchę i zbił mu 
kobietę? — 

Wachmistrz postąpił ku ciżbie; drugi urlopnik z rozognić- 
nem obliczem stał mu za plecami. 

— Do miljona djabłów! — Krzyknął, musieli wam ble- 
kotem zaprawić gorzałkę ; we łbach wam się poplątało. 
Rządca porwał Małgośkę — zgoda ! ależ Krystynie nie rządca 
ukradł dziewczynę^ Ten kto ukradł ten i zatracił. Któż j| 
wywiózł od matki, kto dom pobudował? 

— Cieśle pobudowali, ale cieśla tutejszy człek spokojny^ 
uczciwy. 

— A cieśli kto zapłacił, czyjemi pieniędzmi? 

— Pan cieśli zapłacił, pieniądze pan tylko ma; pan 
daje. 

— Widzicie więc sami, kto zgubił dziewczynę od piastunki 
Krystyny. Szczekacie na rządcę, na dozorców jak gdyby rfe 
nie szło najprzód ode dworu. Gdyby pan pierwszy nie na- 
grzeszył, rządca ani byłby pomyślał wziąść jednemu z was 
dziewkę. Pana jeno nastraszcie a tęgo, to i rządca się npft- 
mięta. — 

Gromada słuchała opuściwszy g^owy; rozumowania wachmi- 
strza trudno odeprzeć, skądinąd atoli ująć pana w obroty, 
rzecz była wówczas w Galicji niezwykła, rdzennie sprzeczofi 



41 

Z duchem polskiego luda. Chłop, nienawiść, żal, zemstę, zu- 
iywal jeszcze na Niemcu jako na wszechprzyczynie krzywd 
jego i wszelakiej boleści. Długie lata upłynęły zanim między 
djabłem czyli Niemcem a sobą, dostrzegł na drodze, ma- 
gnata. Tymczasem oczywistość i zdradzieckie podniety, zewsząd 
kołatały mu do przekonania. 

Drugi urlopnik zabierał się do poparcia wymowy wach- 
mistrza, gdy w tem, w oknie karczmy zjawiła się postać gro- 
madzie blisko znajoma. 

— Won chamy z izby do domów! — Krzyknął zgrzytliwy 
głos zepsutą polszczyzną — niechno jutro o świcie który nie 
stanie do obławy, policzę mu gnaty nahajem! — 

Dozorca rzuciwszy takowe wezwanie znikł w nocnych 
'Ciemnościach; chłopstwo pojrzało po sobie, zatknęło ręce 
'W kieszenie, klnąc i złorzecząc pod nosem, rozeszło się do 
chałup. 

Niebawem światło w karczmie zngasło; chrapanie dwóch 
urlopników wyciągniętych na ławie, z regularnością zegaru 
odmierzało nocne godziny. 

Nazajutrz, o świcie, otwierały się kolejno drzwi każdej 
chaty; gromada, chmurna, milcząca, rojem sypała się ku 
wielkiemu gościńcowi; ławnicy, wójt i dwóch dozorców, 
pędzili ją do lasu. Małe chłopcy z grzechotkami zdążali co 
siły za dorosłymi, zdaleka bowiem w przedrannych tumanach, 
czerniła się na koniu postać srogiego rządcy. 

W parę godzin później, na dziedzińcu pałacowym ruch 
-wszczął się niezwykły; zajeżdżały bryczki, powozy; stajenni 
wyprowadzali wierzchowe konie, dojeżdżacze sforowali smycze, 
wyciągali naprzód, aż wreszcie cała zgraja panów, domo- 
wych i służebników, ruszyła ku kniejom. 

Poranek był szary, dżdżysty; ciężkie wilgotne powietrze 
■vr posępnych całunach wisiało nad polem; na skraju widno- 
kręgu słońce zawalone obłokami krwawiło się siną czerwienią ; 
dzień sam przez się nie dodawał wesela, ale każdy z gości 
miał go w sobie podostatkiem ; nie jeden słońca nie potrze- 
hował, żył z niem w otwartej niezgodzie, przenosząc blask 
i5wiec jarzących nad światło powszednich promieni. 

Gospodarz sam jeden widocznie nie w swojem był uspo- 



42 



sobienia. Próżno nadrabiał wolą,, witał gości uprzejmie, 
krzątał się, wydawał rozkazy, z uśmiechem przyjmował żarty; 
usta otwierały się do wesela, ale zmarszczki nie znikały mu 
z czoła, niepokój nie ulatywał z wejrzenia. 

Po długiej nieobecności, pierwsze chwile na wsi spędzone, 
obudziły w nim więcej goryczy niż uciechy z powrotu do 
miejsc rodzinnych. Może na myśl koniecznego pobytu w sa- 
motnej okolicy, zdjął go żal Wiednia, świetnych towarzystw 
i miejskich roskoszy; może rzeczywiste troski majątkowego 
położenia na własnej dopiero ziemi stanęły mu w całej zgrozie 
przed wyobraźnią; może inne jeszcze, głębsze daleko i do- 
tkliwsze wspomnienia wywołał w nim widok pałacu, ogroda, 
rzeki, domku bielejącego w oddali ? — Cokolwiek bądź, bliżsi 
znajomi, zwłaszcza zaś nieodstępny i przyboczny towarzysz, 
dostrzegli że Wilczek potrzebował zapomnieć o sobie, że na- 
leżało pomódz mu w rozgonię natarczywych a nieznośnych 
korowodów złej myśli. 

Juljusz przyzwyczajony do podobnych zmian w przyjacielu, 
wiedział jaką poruszyć w nim stranę aby duszę, z rozdźwięku 
na strój wprowadzić; umiał na pamięć wszystkie zagięcia, 
wszystkie słabości wraźennego tego umysłu, postanowił zatem 
poświęcić się dla dobra ogółu i powrócić gościom Wilczka 
takiego, jakim wszyscy znali go i kochali. Siadł z nim do 
kabrioletu, zaciął konia, pomknął jak strzała naprzód; sam 
rodzaj ten jazdy wywierał na Wilczku uweselające skutki; 
niegdyś, nie jednej troski zbawiał go rozhukany koń; nie 
jedną wrzawę w duszy, głuszył w nim szalony warkot kół 
wypuszczonych na wyścigi z wiatrem. Wilczek, w krainie 
szału czuł się w prawdziwej swojej ojczyźnie; zwyczajne życie 
było mu zawsze nudną gościną, którą dotąd umiał skracać lab 
całkiem omijać. 

Tym razem jednak, wątek zaradczych środków zdawał się 
nagle urywać; ani polot dzielnego konia, ani przyjazne słowa 
towarzysza, nie zdołały rozsępić mu oblicza; błędnie przed 
siebie spoglądał, z załoźonemi na piersiach ramiony rzucał nie- 
sforne odpowiedzi, lub częściej zapadał w głuche milczenie. 
Dreszcz gorączkowy nim wstrząsał tak, że Juljusz 8iedz|cy 
obok, uczuł kilkakrotne drżenie ramienia i nie mógł się 



43 



^wstrzymać od uwagi nad zdrowiem przyjaciela, od zapytania 
o przepędzonej nocy. 

Wilczek zbył go ogólnikiem snąć dla uniknięcia dłuższej 
rozmowy, ku której nie czuł się w tej chwili sposobnym; nie 
wyznał mu że cał% noc przepędził na rozmowie z Lumpmanem, 
że sprawozdanie rządcy twardy klin zabiło mu w głowę, że 
tłum innych trosk, których sam nie śmiał nazwać przed sobą, 
do reszty go ku ziemi przygniatał. 

Juljusz poprzestał dalszych obrotów, zaciął konia; łowy 
misly trwać do wieczora; przed powrotem do domu, przy- 
rzekał sobie wynaleźć balsam na tajemne bole drogiego mu 
43erca. 

Towarzystwo stanęło u kresu wycieczki. 

Obławnicy, naganiacze, skurczeni w pół od rannego chłodu, 
nieruchomie przytuleni do ziemi, okryci, kto płachtą, kto 
łachmanem starego kożucha, oczekiwali na hasło. 

Głos Lumpmana zerwał wszystkich na nogi. l^adleśny 
Heryng ostawił knieje i powyznaczał strzelcom stanowiska. 
Kilku zawołanych między gośćmi myśliwych dobijało się o 
korzystniejsze miejsca, inni ślepo oddawali się pod roz- 
porządzenia Nadleśnego, ostępy wali na przeciw obławie kra- 
-wędzi lasu; Wilczek pozostał na miejscu, Juljusz zaś tuż 
przy nim obrał stanowisko. 

Nastąpiła chwila milczenia, każdy opatrywał strzelbę, roz-. 
^łądał ścieżki, przesmyki, wyłomy, nadstawiał ucha, badał 
szmer liści, gdy w tem z przeciwnej strony ostępu puszczono 
psy w gęstwinę i wraz ozwał się hałas grzechotek i za- 
brzmiały zgiełkliwe nawoływania obławy. 

Chór chłopskich głosów i psich ujadań odbijał się po 
lesie, spłoszone ptastwo trzepotało między gałęźmi; tu i 
-owdzie rozległo się klika pojedynczych wystrzałów. Strzelcy 
utkwili w knieję wzrok niespokojnego oczekiwania, ale nagle, 
psy zdawały się skręcać w bok ku jarom a za niemi i głos 
chłopstwa coraz oddals^ się, słabnął, zawracał w przeciwną 
stronę i zamiast donośnych krzyków przypływał długim, prze- 
ciągłym jękiem. 

Zagorzały jaki łowiec, kapitan Skałka naprzykład, byłby 
w pień przeklął nieszczęsny wybór stanowiska; Wilczek atoli^ 



44 



Słysząc oddalającą się obławę, opuścił spokojnie kurki i 
wsparty na strzelbie, poglądał w las wzrokiem strzelca cale 
krwi niechciwego. 

Jufjusz wzruszył ramionami na znak że próżno było spo- 
dziewać się łupu; zarzucił broń na plecy i gwiżdżąc przez 
zęby wiedeńskiego walca, kroczył ku przyjacielowi. 

Wilczek stał blady i chmurny; poranna mgła przejmowała 
go do kości, głowa snaó płonęła mu, zdjął był bowiem czapkę, 
ręce przecież zacierał i podzwaniał lekko zębami. 

— Chłodno za kąty — rzekł Juljusz z niechcenia — i 
do tego jak na złość psy obróciły w przeciwną nam stronę ;^ 
jeżeli dalej tak pójdzie, z próżnemi rękami wrócim i domu. 

— Drudzy od nas szczęśliwsi — odparł Wilczek; czy 
słyszysz wystrzały? — Tem lepiej! zwierzyna w zmowie 
z gospodarzem — idzie na gości. 

— Zapewne — byle tylko nie wpadła na pudlarzów, inaczej^ 
obrót ten słuszniej należy przypisać instynktowi własnego 
bezpieczeństwa niż gościnności. Przeklęte samy! — Z wąchały 
nasze dwie dubeltówki; lis musiał je ostrzedz. 

— Na mnie, rzekł Wilczek, śmiało dziś mogą wychodzić ; 
nie mam ani oka ani ręki ; wiatr jakiś wieje mi po piersiach, 
krew ścina w żyłach. — 

Juljusz dobył w milczeniu z torby sporą oplataną flaszkę, 
nadpił trochę i podał przyjacielowi. Wilczek uchwycił ją 
z gorączkowym pośpiechem, przytknął do ust, przechylił 
głowę i długo pełnem gardłem ciągnął w siebie ognisty napój. 

Towarzysz odebrawszy kordjał napowrót, potrząsł naczy- 
niem; żaden bełkot nie odpowiedział na nieme to zapytanie^ 
z pełnej flaszki wódki gdańskiej pierwszego numeru, nie zo- 
stało ani kropli. 

Juljusz podniósł brwi, wywrócił spodnią wargę w znak 
zadziwienia, pojrzał. ukradkiem na przyjaciela. Wilczek wstrzą- 
snął się jak gdyby dotknięty rozpalonem żelazem ; krasny ru- 
mieniec powlókł mu jagody; czoło zachodziło czerwienią, 
oczy zapłonęły żarem piekielnej jakiejś uciechy. 

— Znakomity z ciebie lekarz mój Juljuszu — rzekł pro- 
stując wysmukłą sWą postać ; w jednej chwili odjąłeś mi nie- 
moc; broń tylko Boże recydywy, w Aptece bowiem jak widzę, 



45 

nie ma już ani kropli lekarstwa. Teraz śmiało możemy czekać 
nie tylko na sarny ale na wiewiórkL Zalóź się o pięćdziesiąt 
obrączkowych że pierwszej którą spostrzeźem, w sam łeb 
kulę wpakuję. 

— Zakładać się z tobą? — Za kogo mię bierzesz? Zo- 
stawiłem kilkaset dukatów; jeżeli ci o nie chodzi, palnij mi 
między oczy z obu luf i nie dalej jak o dwa kroki. Wszystko 
od razu zagrabisz. Nie widzę w czem ci trudniej wświdrować 
kulę mnie niż wiewiórce. — 

Wilczek uśmiechnął się; pochlebstwo trafiło ma do serca. 

— Możesz być spokojnym, rzekł, o twoje dukaty. Choć- 
bym najtrafniej strzelał, nie wygram złamanego szeląga, chyba 
założysz się że do wieczora, wróbel nawet nie wpadnie nam 
na strzał. U siebie, nie mam szczęścia; wiadoma rzecz I 

— Rozstrzygniemy to za powrotem przed trybunałem 
króla Faraona. Założymy mały banczek, niechaj się młodzież 
pali. Tylkoż na miłość boską, mój Władziu, otrząśnij się 
trochę z tych kwasów, które wcale nie przypadają ci do twarzy. 
Cóż ci dolega? — Wracasz do kraju, przyjmują cię jak mar- 
^lotrawnego syna; przyjeżdżasz do siebie na wieś, znajdujesz 
wszystko w -doskonałym porządku jak gdybyś wczoraj był 
dom opuścił. Chyba że dawne dziwactwa plączą się jeszcze 
f)o głowie i żal ci że w domka nad rzeką nie zastałeś ni- 
kogo. — 

Wilczek uderzył gwałtownie kolbą o ziemię, poskoczyl 
krok naprzód; usta drżały mu od gniewu. 

— Do miljona szatanów! — Zawołał — tyle razy prostem 
cię, abyśmy o tym przeklętym wypadku nigdy nie wspomi- 
nali. Stało się! — Postąpiliśmy oba jak — ale mniejsza o 
to, każdy z nas jest najlepszym sędzią samego siebie. Wiesz 
dobrze że nigdy nie wszczynam w tym przedmiocie rozmowy. 
Uciekam przed własnem wspomnieniem; bez tego, dość siebie 
nienawidzę, doić sobą pogardzam. Za cóż mam ciągle sam 
siebie przeklinać, tern bardziej że każde na wiatr rzucone 
przekleństwo, fatalny los wnet urzeczywistnia? Ha, gdyby cud 
jaki cofnął mię o kilka lat wstecz! — Głowę miałbym dziś 
chłodną, spokojną. Zaklinam cię Juljusza, jeżeli chcesz oszczę* 
dzić mi przykrości, nie wspominaj mi nigdy — nigdy I 



46 



— Przebacz Władziu — nierozważne słowo 1 Nie myślałem 
abyś dotąd, ubiegłe dzieje tak żywo brał do serca. Ja miał- 
bym chcieć umyślnie przykrość ci sprawiać? — Czyliż mię 
nie znasz? -- Napróżno tyle lat przeżyliśmy razem. Nigdy 
cię nie zawiodłem, i dziś, w nagrodę długiej przyjaźni, znaj- 
duję w tobie zwątpienie, skryte jakieś troski, które upornie 
na dno serca tłoczysz, jak gdyby twoje frasunki i do mnie 
nie należały. Nie ma co mówić; wielem skorzystał! — 
Mgła się podnosi; słońce nam nie dopisało. Nieznośny 
czas! '— 

Wilczek stał zadumany, wyciągnął rękę ku Juljuszowi, i 
za całą odpowiedź krzepko go uścisn^; wyraz gniewu na 
twarzy ustąpił uczuciu znękania i smutku. 

— Głupstwo popełniliśmy obal rzekł; po co było wracać 
do kraju , po co dobrowolnie rzucać się w to piekło nudy, 
gorzkich pamiątek, kłopotów i niepokojów o przyszłość? — 
Bok jeden lub dwa lata, w Wiedniu, ztamtąd na ostatnit^ 
zimę do Paryża, a potem — komu uczta nie smakuje, ten 
ma prawo wstać od stołu. Wszystko albo nic 1 — Kto przy- 
zwyczaj on do życia, ten musi żyć wedle zwyczaju lub wcale 
nie żyć; pośrednie drogi dla podłych i dla tchórzów. 

— Dla tego też żaden z nas nie będzie pomiędzy niemi 
szukał wyboru. Idzie tylko o to, aby nie pozwolić zepchnąć 
się z wielkiego gościńca. W naturze, obok trucizny rośnie 
lekarstwo; ;mądry je znajduje, ciemny prześlepia. Cóż cię 
zatrważa? — Wczoraj jeszcze byłeś wesół jak ryba. Czy sen 
jaki złowrogi zmordował cię tej nocy? 

— Nie zmrużyłem oka; nie kładłem się wcale. 

— A to dla czego — przed polowaniem, umyślnie chciałeś 
się zmęczyć? — Zasłabłeś może i szlachetnym zwyczajem, 
nie raczyłeś mię. przebudzić? 

— Bynajmniej. Kazałem zawołać Lumpmana; zagadałem 
się z nim aż do świtu. 

— Rozumiem, zgaduję! — Czemuźeś od razu mi nie 
powiedział! Noc przepędzona na gospodarskiej gawędzie! 
przyznaję — jest czem znękać Herkulesa. Gdyby przynaj- 
mniej, na pociechę, był ci wyśpiewał co, gdzie kiedy i il6 
ukradł? 



47 

— Nie słachałem go z poszczególnych rachunków ; pokazy- 
wał mi główne hypoteczne wykazy i szereg rocznych wydatków 
na same procenta. Lumpman nie mógł wiele ukraść; może 
nic nawet nie ukradł. 

— Zapewne! ze swego dołożył — nie prawdaz? Ha, któż 
ostoi się przeciw ludzkim językom? — Wieść głosi że uczciwy 
człowiek mający w kieszeni sto dotych, nie powinien spać 
w jednym pokoju z Lumpmanem. Nie pierwszy to raz, cnota, 
niewinność, padają ofiarą zdradliwych potwarzy. Lumpman, 
od ciebie, prosto pojedzie do Rzymu, na świętego. Zama* 
wiam sobie pięć palców prawej jego ręki na relikwie, na 
ochronę od złodziejów. 

— Lumpman jest człowiek zręczny i pilny. Nie jestem 
spowiednikiem i nie znam tajemnic jego sumienia — dość 
jednak obejrzeć się po dziedzińcu, po wiosce, po gospodarstwie 
aby uznać że nie popróżnował podczas mojej nieobecności. 
Uważałeś jak wszędy biało, czysto, porządnie? — 

Juljusz znowu zanucił ulubionego walca. 

— Nie wierzysz? — Dla przekonania cię nie mam pod 
ręką dowodów; powtarzam wreszcie że mowa toczyła się nie 
o szczegółach zarządu, ale o rzeczach bynajmniej nie zależą- 
cych od rządcy. Już odtąd, podobno ani Lumpman, ani 
żaden najzręczniejszy złodziej nic u mnie nie ukradnie. 

— Co słyszę — wynalazłeś bez mojej wiedzy nowy rodzaj 
pułapek na złodziejów? 

— Nieochybną pułapkę — masz słuszność — używaną 
oddawna przez tych wszystkich którzy, według przysłowia, 
nie boją się rozboju. 

— Ha ha — wyborny żart I — Zapominasz mój Władziu 
że "gdzie oko właściciela przez szkło nic nie dojrzy, tam nocny 
zdobywca potrafi jeszcze łup wyśledzić. Golizna, jak wszystko 
na świecie, jest względną. Resztki pańskiego majątku więcej 
-warte od niejednej szlacheckiej fortuny. Eto panem się 
urodził ten na szczątkach puścizny lepiej wyżyje, niż naj- 
tłusciejszy zagonowiec na dorobkowych wioskach. Wreszcie, 
nie spodziewam się aby wyraz: szczątki, resztki, ostatki — 
stosował się do twoich interesów. — 

Wilczek stał zadumany. 



48 

— Nie myl^ cię twoje przeczucia — rzeki po chwili; o 
ostatkach tam raówió można gdzie są jeszcze ostatki. Słucha} 
Juljuszu — nie mam przyczyny taić przed tobą prawdy; 
jestem zniszczony — zniszczony powiadam ci, w całem piekle 
tego wyrazu. 

— Nie podobna! 

— Eomedji, Bóg widzi, grać przed tobą nie myślę ; oazczędś 
mi długich wywodów, cyfer, szczegółów. Sam Lumpman nie 
domyśla się stanowczości zagrażającego mi ciosu ; wie on za- 
ledwie połowę. Cóż u ciężkiego licha — umiem przecie ra- 
chować tak dobrze jak ty, jak każdy znający cztery działa- 
nia. Położenie moje jasne jak na dłoni; majątek poszedł 
z dymem! nic mi nie pozostaje — nic, chyba -— — 

Wilczek przytknął do ust lufę swojej dwururki; zmrużył 
oczy jak gdyby w istocie oczekiwał śmiertelnego wystrzału. 

Juljusz ujął go za obie ręce, buchnął hałaśliwym śmie- 
chem. 

— Tym razem — mówił ściskając mu dłonie — zakładam 
się o życie że chybisz. Kula próżne tylko czerepy rozbija, 
pełnej głowy się nie ima. Półgłówki jedno w łeb sobie palą, 
i słusznie czynią; przepołowionej gałki nie ma czego żało- 
wać. Na honor! świat słusznie zwie cię zepsutem dzieckiem. 
Lada bobo w paluszek, lada kuku w nóżkę, wnet z kwitkiem 
odprawiasz zwykłą dzielność, słaniasz się, opuszczasz ra- 
miona, jak gdybyś rzeczywiście nie jedną ale dziesięć kul 
miał w mózgu. Wierzaj mi Władziu, kaź sobie krwi nieco 
upuścić, weź kilka zimnych kąpieli — masz gorączkę. 

— Niewczesne żarty Juljuszu; żaden z nich nie wyciągnie 
mię z przepaści. Myślałem że można z tobą poważnie się 
rozmówić. Cóż chcesz abym począł? — Wracajmy lepiej 
każdy na swoje stanowisko. 

— Jak nie żartować, jak nie śmiać się do rozpaku? — 
Nie sypiasz po nocach, poważasz się występować przedemną 
blady, z zaczerwienionemi oczyma; sam Kujesz sobie urojone 
jakieś zgryzoty, wtedy właśnie gdy należy zebrać zupełną 
przytomność umysłu; gdy sława całej okolicy na tobie po- 
lega, gdy nam trzeba zwyciężyć lub zginąć. 

— Nie rozumiem cię, nie mam dziś głowy do zagadek. 



49 

— Chory jesteś — nie ma wątpienia. Za powrotem, pozwo- 
lisz mi posłać po lekarza, albo sam poradzisz się Skałki. 
Kapitan mówił mi kiedyś, że w pułku ściśle żył z felczerem ; 
musi mieć pewne doktorskie wiadomości. Jak to — mamźe 
«i tłumaczyć rzeczy, które szkolnym nawet dzieciom odbierają 
dziś sen i apetyt? — Węgierskie huzary Arcyksięcia Karola, 
przymaszerowały do Lwowa. Giulaj i Ujhazy przechwalają 
«ię na całe gardło że na zaprzężnych koniach prześcigną 
galicyjską szlachtę. Każdy z nich ciągnie za sobą angielskie 
szkapy krwi czystej jak brylant, i dżokejów chudych jak 
bretnale. Rozumiesz że junactwa te ciebie mają na celu, 
•ciebie, pogromcę Węgrów, Niemców; ba, nawet Angielczyków ! 
J^SLBi drwią z huzarskich przechwałek, wiedzą że jeszcze 
Polska nie zginęła póki ty żyjesz. 

Bądź zdrów — kłaniam uniżenie! Wracam do Lwowa i 
tam rozpowiem, że ty zamiast gotować się do walki, wystę- 
kujesz treny i łzami się zalewasz. 

— Co mówisz Juljuszu? — Giulaj prowadzi angielskie 
konie; zkąd wiesz? — Folbluty czy huntery? — Czy widziałeś 
którego? 

— Widziałem siwą klacz na stidowych nogach, z szyją 
jak u łabędzia; trudna z nią będzie sprawa; wygrała już 
kilkanaście zakładów, dwa podobno w Derby, ostatni w New- 
Hiarket. 

— Piekło! przekleństwo! — Oszaleję z rozpaczy! — Krom- 
well sprzedany — bez tego, między nami mówiąc, szwan- 
kował trochę na tylne nogi. Rozwadowski, i^awny znawca, 
kupił go z zamkniętemi oczyma; niechig się pomknie — 
uwięzgnie na pierwszym płocie. Ujhazy ożeniony z Angielką, 
dostaje konie z pierwszej ręki. Stało się! — Wracajmy — 
na m^ość boską, rozejdźmy się na nasze stanowiska. Nie ma 
o ozem mówić, wszystko stracone! 

— Nic nie ma straconego niegodziwy Jeremiaszu. Wra- 
cajmy tylko — zgoda! — Nie na stanowisko ale do rozumu. 
Giulaj i Ujhazy woziwodom konie darują. Górą Galicja i 
Łiodomerja! Najprzód, mości hrabio — w tobie nadzieja! 

— Oszalałeś! — Piechotą wyjdę na pole? 

— Jak chcesz, byłeś na polu konia wziął między nogi. 

Chojscki, Alkhadaz. lY. 4 



y 



50 



Pamiętasz w Wiedniu, u lorda Albermarle, gniadego ogiera 
Lightninga? 

— Ze strzałką na czole? — Widzę go dotąd przed 
sobą. 

— Co o nim sądzisz? 

— O lordzie? 

— Ze strzałką na czole? — O ogierze, do stu szatanów f 

— Kanclerz — książę — cesarz wszystkich koni I Nie- 
boszczyk Godolfin nie wart mu owsa zwozić do stajni. 

— Cieszy mię źe nie straciłeś dotąd pamięci. Lightning 
najdalej za cztery tygodnie mnsi zarżyó przy naszym żłobie. 

— Na mnie kolej mój przyjacielu lodem ci głowę okładać. 
Albermarle śpiewał tysiąc funtów, coś około podwójnej summy 
naszych obrączkowych dukatów. 

— Będzie je miał. 

— Zkąd — od kogo? 

— Od ciebie. 

— Przestań Juljuszu; raz już mówiłem że nie mam dziś 
głowy do żartów. 

— Ja zaś jeszcze powtarzam że Albermarle zacnym jest 
mężem i lordem, jeżeli za ogiera żąda tylko dwa tysiące du- 
katów. Zostawiłem kilka groszy na banku u Eskelesa; roz- 
rządzaj niemi według upodobania. Odbijemy się na zakładach 
chociażby Lightning u kresu mety miał zadrzeć kopyta. 

— Ależ 

— Żadnych- wymówek, albo kwita z przyjaźni! Za kogóż 
mię bierzesz — czyliż co moje to nie nasze? 

— Dziękuję ci, rzekł Wilczek, z tęsknotą podając mu rękę; 
przyjacielskie poświęcenie ma także swoje granice. Dwa 
tysiące dukatów — po tem wszystkiem co dla mnie u<»yT 
niłes — com ci już winien! Wyrzucasz mi niepokoje, zgry- 
zoty — chcesz wiedzieć główną ich przyczynę? — Zliczyłem 
dziś w nocy twoje wierzytelności; sam nie wiem jak im 
nastarczę. Ha,, przeklęta myśl! — Gdybym, sprzedawszy 
wszystko, grosz jeden miał pozostać ci dłużnymi — 

— Bądź spokojny — nie sprzedasz dla mnie garści ziemi- 
Mam jeszcze trzy tysiące dukatów w rulonach ; chciałem kupić 
większy majątek — nie mogłem dobić targu. Jeżeli raczysz 



51 



przyjąć je na hypotekę i posłać zarazem po ogiera, wystawisz 
mi kwit na okrągłe sto tysięcy złotych. — 

Wilczek przeżegnał się; twarzą wyrażał ostatni stopień 
zadziwienia. 

— Nie traćmy marnie słów — rzekł ze zmarszczonem 
czołem.' Uważałbym się za ostatniego z ludzi, gdybym miał 
korzystać ze szlachetnej twojej ofiary. Interesa poszły ci po- 
myślnie; masz pieniądze — jak każdy je ma — dla siebie. 
Nie widzę, dla czego chcesz rzucać je w przepaść? 

— Mylisz się mój Władziu; samemu po pieniądze rzucić 
się w przepaść — prędzej rozumiem. Łaski mojej nie potrze- 
bujesz, ja również z łaską nie śniiałbym wyjeżdżać. Umiem 
cenić mamonę i przysięgam że z wierztelności moich szeląga 
nie stracę. Bierz — nie pytaj. Żałuję że nie mam więcej 
gotówki i że jestem z tobą w ścisłych stosunkach przyjaźni. 
Gdym był ci obojętnym, może prędzej zaszczyciłbyś mię twojem 
zaufaniem. Zechciej tylko, a w całej Galicji nie znajdziesz 
lichwiarza, kapitalisty, któryby nie powierzył ci ostatnich 
swoich funduszów. '— 

Dziwny z ciebie człowiek; za powrotem, przekonam cię 
czarno na białem że stoję niżej zera. 

— Co do mnie, nie potrzebuj wracać aby ci dowieść, że 
przy iskierce dobrej chęci, możesz skąpać się w złocie jak 
szczupak w szafranie. 

— Na Boga,- Juljuszu, miej litość nademną! Porzuć ton 
delfickiej wyroczni; jeżeli masz co do powiedzenia, mów 
szczerze, otwarcie i prędko. 

— Żądasz abym powtarzał oklepane rzeczy? — Przypomnij 
sobie — w dzień naszego ztąd wyjazdu — przed dwoma laty — 
na chwilę przed pamiętnym Wypadkiem o którym zaręczam, 
że nigdy nie wspomnę, rozmawialiśmy długo i rozsądnie. 
Zwierzałeś mi tego samego rodzaju kłopoty; wskazałem ci 
nieochybne środki. Później, za granicą, często o nich wspo- 
minałem, następnie napomykałem we Lwowie ; teraz, nadszedł 
czas — trzeba wziąść się do dzieła. — 

Wilczek utkwił oczy w niebo, szukał po wspomnieniach; 
nic nie znajdow^. 

— Darmo — ciągnął dalej Juljusz; widzę że chorej głowie 

4* 



52 

nie dość na słowie. Mu8z§ z latarnią cię prowadzić — inaczej 
nie wybrniesz z obłęda. Od razu przystępuję do rzeczy. Dziś 
nie masz nic; jutro, możesz stanąć pierwszym panem nie 
tylko w Galicji ale w cesarstwie. Jedynym warunkiem tej 
szczęśliwej przemiany — jest — małżeństwo. Musisz ożenić 
się i to nie tracąc czasu — ożenić natychmiast. — 

Wilczek wzruszył ramionami, odwrócił się, jak gdyby nic nie 
miał do odpowiedzenia na powszednią, czczą, bezzasadną radę. 

— Odchodzisz — milczysz ? — Sam sobie kamień wiążesz 
do szyi; chcącemu nie dzieje się krzjrwda. 

— I cóż mam lepszego począć? — Przekonany jesteś że 
dajesz mi radę; lepiej uczynisz dowodząc, że w ziemi są ko- 
palnie złota; prawda że są, ale gdzie — jak je otworzyć? — 
Małżeństwo! Natychmiast? — Wyborny żart! — Zgoda — 
gotów jestem. Ten dąb będzie nam ołtarzem ; błogoriaw nas 
arcykapłanie hymenu i wracajmy do domu; wierzyciele za- 
tańcują nam na weselu. 

— Źle z tobą mój Władziu, odparł Juljusz krzyźi]j%c ręce; 
ogłuchłeś na rozsądne słowo. Zastanowić się, wysłuchać nawet 
nie umiesz. 

— Nad czem mam sie zastanawiać? — Prawisz mi o 
małżeństwie, o skarbach Mogoła; wszczynasz rozmowę którą 
pierwszy utniesz, skoro ci postawię jedno główne a jasne za- 
pytanie. 

— Postaw tysiąc zapytań — na wszystkie odpowiem. 
Słów na wiatr nie rzucam. Chcesz wiedzieć z kim cię pragną 
wyswatać? — Wezwij pamięć na pomoc, przypomnij pilnie 
czy podczas ostatniego pobytu we Lwowie, na nikim nie za- 
trzymałeś myśli? 

— Na nikim. 

— Nie spostrzegłeś żadnych oczu ścigających cię bezustan- 
nie, żadnej twarzy w oknie ile razy przyjeżdżałeś ulicą ku 
krakowskim rogatkom? 

— Widziałem wiele oczu a tem samem i twarzy, ale 
przysięgam że nie wiem o kim mówisz. 

— W teatrze, na przechadzkach, czyje oblicze płonęło za 
spotkaniem twojej osoby — kto na ostatnim balu 'wybierd 
cię najczęściej do figur? 



53 



— Klech przepadnę jeżeli pamiętam! 

— Ha, niewdzięczny Eoloandrze, Minotaurze na dziewicze 
serduszka, gdybym był kobietą, zginąłbyś z mojej ręki! 
Biedne dziewczę! — Jestem pewny że nie sypia po nocach, 
że usycha z miłości. U kogo, w wigilję wyjazdu byliśmy na 
wielkim obiedzie — przy kim siedziałeś, czyj bukiet pieściłeś 
zwodzicielu? — - Panicz się wypiera, panicz niewinny jak 
baranek — nic nie wie , nic nie pamięta. Ha łotrze, 
schwytałem cię na gorącym uczynku! Przyznaj się do winy, 
przysięgnij poprawę i zadość uczynienie, albo tu oto, na 
wierzchołku tego dębu, skończysz Waśó sromotną śmiercią. — 

Wilczek śmia2 się na ci^e gardło. 

— Panna Karolina Dahlman! — Jasnowłosa córka ban- 
kiera! — Zakochana we mnie na zabój ! — Nie sypia i kawy 
sześć razy na dzień nie pija? — Serce pęka mi z żalu! — 
Trzymajcie mię! — Juljuszu — soli, eteru — octu siedmiu 
złodziei — zemdleję z wzruszenia! — Odpocznij mój przy- 
jacielu — musiałeś kaducznie zmęczyć sobie wyobraźnię! — 

Juljusz założył ręce na piersiach — surowo nachmurzył 
oblicze. 

— Nieprzyzwoite żarty — rzekł, i śmiech nie w porę. 
Dla tego że ty nic nie widzisz, ja mam być ślepym? Mówię 
z głębokiego przekonania, z pozorów dowodnie sprawdzonych. 
Proszę cię więc, porzuć śmieszne wybuchy i wykrzykniki; 
weź rzecz na rozum. 

— Daruj mi Juljuszu — nie mogę własnym uszom wierzyć. 
Powiadasz że sentymentalna Niemka 

— Nie mówię o sentymentalnej Niemce, ale o jedynaczce 
bankiera Dahlmana; o jedynaczce — rozumiesz mię? 

— Niestety, aż nadto cię rozumiem i nie rozumiem za- 
razem. Przypuściwszy nawet że panna Karolina nie ma ku 
mnie nieprzezwyciężonego wstrętu, cóż ja winienem biciu 
jej serca, w czem mię obchodzą tkliwe jej uczucia? — Nie 
chciałbyś przecie abym ja — 

— Nie chciałbym abyś ty, zaszczyt naszej okolicy, przy- 
jaciel pierwszej w Europie młodzieży, poufały najwyższych 
dygnitarzów w Wiedniu — nie radbym, powtarzam, abyś po- 
szedł z torbą; lub nikczemny szaleniec, z rozpaczy w łeb sobie 



54 

wypalił. Mówisz mi o sprawozdaniu Lumpmana, o bilansie 
twego majątku; nie nauczysz mię w tym względzie nic no- 
wego. We Lwowie, za granicą jeszcze, bez regestrów i wy- 
kazów, mogłem przekonać cię że prócz długów nic ci nie 
pozostaje. Nie wszczyn8J:em sam przykrej rozmowy, nie chcia- 
łem cię dręczyć', tembardziej- że położenia nie uważałem za 
stracone. Los podaje ci nie tylko [ratunek ale nowe, nie- 
przebrane źródło pomyślności. Staniesz wyżej i świetniej niż 
kiedykolwiek, chyba że dobrowolnie założysz ręce i w gnuśnej 
bezwładzy poddasz się. sromotnej doli. 

— Córka bankiera, Juljuszu, i towarzystwo wiedeńskie! 
nie pojmuję jak jedno z drugiem zdołasz pogodzić? 

— Na miłość bożą — nie ty przecież będziesz się nazywał 
Dahlmanem! — Panna Karolina weźmie od ciebie tytuł i 
nazwisko. 

— Tego by tylko brakowało! — Z Dahlmanów, hrabina 
Wilczkowa — jak ci to brzmi w uszach? 

— Jedyna córka miljonowego ojca — jak ci te Tsryrazy 
przemawiają do serca? 

— Esterhazy, Fiirstembergowie , Lichtensteiny, Dietrich- 
stein — za boki porwą się od śmiechu. 

— Zapewne; skoro cię obaczą w wytartym surducie i nie 
mającego za có przejechać się podłym fiakrem. 

— Teść mój bez wątpienia, na drzwiczkach wyprawnej 
karety, z jednej strony każe zawiesić kwartę, z drugiej 
łokieć. 

— Lepiej jeździć w karecie niż chodzić piechotą; łatwiej 
znieść dawne wspomnienie łokcia i kwarty niż obecn% rzeczy- 
wistość o żebraczej torbie. 

— Spróbuj pokazać się z Dahlmanem w przyzwoitym sa- 
lonie; człowiek ten nawet za swoim kantorem nie ma ża- 
dnego obejścia. 

— Dahlman wyliczy córce przynajmniej dwa miljony go- 
towego posagu. 

— I sprowadzi się do mnie na mieszkanie, i zapowietrzy 
mój dom wszystkiemi swojemi kupieokiemi stosunki. 

— Po najdłuższem życiu ojca, który zaczyna djabelnie 
krucho wyglądać — nieboraka krótką ma szyję, krew cz^to 



55 



uderza mu do głowy — panna Karolina oddziedziczy około 
trzech swoich posagów. 

— Tak dalece że gdyby mi przyszła chętka, mógłbym 
dalej prowadzić dom handlowy pod firmą : Dahlman, Wilczek 
i Spółka. 

— Pałac we Lwowie przy którym arcybiskupia kamienica 
szałasem, i dom w Wiedniu, na Leopoldsztadzie , o dwóch 
piętrach, z trzema gankami, z ogrodem, ze stajnią na dwa- 
naście koni. 

— I ze sklepem na dole; żona moja musi w godnem siebie 
miejscu przyjmować gości. 

— We Lwowie i w Wiedniu, oba domy umeblowane 
z książęcym przepychem. 

— Szkatuła Dahlmana, jak widzę, sprawiła na tobie mój 
Juljuszu silne wrażenie; szkoda że w tej chwili o co innego 
nam chodzi, niż o inwentarz ruchomości i nieruchomości 
bankiera. 

— Mylisz się — o nic innego nam nie chodzi. Cała rzecz 
zatacza się na inwentarzu ; o reszcie ' nie warto mówić , nad 
resztą grzechem łamać sobie głowę. 

— Dość czasu będzie na to po weselu — nieprawdaż? — 
Ody jaki Żyd parszywy, zabłąkany z szachrajstwem w lwowskim 
naszym pałacu, zamiast do teścia wpadnie do zięcia. Wyo- 
brażasz sobie słodycz podobnego spotkania — przy dawnych 
znajonoych, przy cudzoziemcach? — Gdzie przyzwoity czło- 
wiek, którego by jeden wypadek takiego rodzaju na wieki nie 
zgubił? — Kto mi wreszcie zaręcza że bankier gotów z ra- 
dością, przyjąć — ? 

. — Przesądy ! mój drogi — nie na wiek nasz, nie na zwy- 
czaje. Z miłości pojąć za żonę córkę jakiego mieszczucha 
lub przekupnika? — Oczywiste szaleństwo! Świat słusznie 
się oburza — ale związek uzasadniony na innych, ważniejszych, 
na głównych względach — nikogo nie razi. Sam widzisz że 
wszystkie salony na roścież otwierają się przed Dahlmanem. 
Cóż takiego towarzystwo w nim ceni? Na honor, nie osobę 1 
— Osoby, nikt nie wpuściłby do przedpokoju. Dahlman 
ma inne przymioty, znakomite przymioty które w niczem nie 
ustępują urodzeniu, tytułom, godnościom. Świat czołem bije 



56 

przed przymiotami, nie troszczy się o osobę, znosi dla nieb 
nieprzyjemny widok kramarza. Postępowanie twoje, w razie 
gdybyś ożenił się z bankierówną, we wszystkiem zgadza się 
z postępowaniem świata. Żenisz się nie z handlarzem, nie 
z jego córką, ale z przymiotami, które w szacunkn opinji 
zajmują dziś pierwsze miejsce. Małżeństwo twoje wzbudzi 
następujące uczucia: w przyjaciołach radość, w obojętnych 
podziw, w niechętnych zawiść bez granic. Powiedz sobie 
raz na zawsze że porządek społeczny jest wojną, że między 
ludźmi jak między zwierzętami, jedno żyje kosztem dmgiego, 
jedno pożera drugie. Natura dla wszystkich ustanowiła 
jednakowe prawa. Ludzkość jest wielką szajką opryszków, 
która zabijając się, gubiąc, niszcząc nawzajem, żyłaby pomimo 
to w najdoskonalszej zgodzie i wygodzie, gdyby kilku odszcze- 
pieńców rozchorowanych na cnotę i sumienie, nie drażniło, 
nie przeszkadzało, nie stawało ciągle w poprzek przyrodzonym 
jej skłonnościom. W wojnie ten zwykle bierze górę, kto 
dzielniej uzbrojony — w dzisiejszym zaś stanie rzeczy wiesz 
gdzie spoczywa siła, co nazywa się orężem. Wreszcie, co 
do wstrętów twoich ku konszachtom z handlarstwena , mogę 
cię uspokoić. Słyszałem za pewne, że Dahlman syt łupów 
pragnie zamknąć ^kantor, że chce odpocząć na wawrzynach, 
zrzucić z siebie kupiecką skórę i przedzierzgnąć się "w przy- 
zwoitszy kształt. Bankier oddawna kołace w Wiednia o 
tytuł barona. Stosunki twoje, krewnych twoich, zwłaszcza 
zaś Sokolnika, mogą ułatwić mu zachody; co więcej — za- 
pewnić ci jego przychylność i zamienić na karecie łokieć i 
kwartę na koronę o siedmiu gałkach. Sam teraz przekony- 
wasz się że djabeł nie taki straszny. Trochę zimnej krwi i 
cierpliwości, a gwiazda nasza słonecznym blaskiem jeszcze się 
wyiskrzy. — Cóż mości hrabio? — 

Wilczek oczy wbił w ziemię i milczs^; rozglądał snąć 
w myśli logiczność rozumowań przyjaciela, dumał jak oprzeć 
się potędze jego w5rwodów, a może jak uledz przystojnie ko- 
nieczności. 

Do koła las tonął w ciszy; głuchy tylko szmer liści lub 
zaczepki wiatru z wierzchołkami drzew, kołysały niezaprzą- 
tnięty słuch. Zdaleka, niby ciemne jakieś wspomnienia, do^ 



57 



chodziły w błędnych odgłosach coraz to mniej wyraźne po- 
gonie psów, pojedyncze lub gwoli echom okolicy, rotowe niby 
wystrzały. 

Jnljusz czekał na odpowiedź, gotował się do nowej szer- 
mierki, ufny w niezwalczoną. dzielność swoich wniosków. 
Wilczek sam nie wiedział jak zacząć, gdy wtem niespodziany 
wypadek w inną, stronę zwrócił uwagę obu zapastników. Ku 
środkowi lasu, nagle, straszliwy zgiełk przerwał ciszę. Nie- 
podobna było zdała rozeznać przyczyny hałasu — coś niby 
okropne przekleństwa i śmiech jakiś zgrzytliwy i wniebogłośne 
krzyki o pomoc, jęki rozdzierające, rozpaczne nawoływania, 
zmieszany chór trzech głosów, dwóch, wreszcie jednego który 
ostatni zapanował nad ciszą, darł się i wył przeraźliwie, 
pędzony z ochrzypłego gardła nieopisaną męczarnią, nad- 
ludzkiem cierpieniem. 

Wilczek i Juljusz spojrzeli po sobie badawczo, osłupieli; 
bolesny krzyk coraz gwałtowniej ich dochodził, wyobraźnia 
tysiącem bezładnych przypuszczeń mignęła im przed umysłem. 
Straszne jakieś nieszczęście uderzało w zgromadzenie myśli- 
wych ; bez wątpienia jeden z łowców padał ofiarą strzeleckiej 
nieostrożności, obławnik, domowy, lub co gorsza gość, a 
w ostatnim razie który z przyjezdnych przyjaciół; nie każdy 
bowiem miał równe prawo do spółczucia towarzystwa i go- 
spodarza. 

Draśnięci jedną myślą, zarzucili strzelby na plecy, posko- 
czyli oba w gęstwinę ku miejscu ztąd głos się rozlegał; 
parli się jeden przez drugiego, krzepkiemi ramiony torowali 
sobie między gałęźmi drogę, gnani niecierpliwym niespokojem 
i trwogą. 

Im głębiej pogrążali się w las, tem jęk coraz słabiej, ale 
coraz wyraźniej i bliżej ku nim się przedzierał. 

W tejże samej chwili, z przeciwnej strony, przybliżał się 
łomot drzeW, trzask krzewiny, gwałtowne szamotania z gęstwią. 
Podbiegli, rozeznali niebawem stuk końskich kopyt i 
wkrótce, zjawił się im pośród zieleni, uwikłany między ga- 
łęzie, łeb konia, z rozdętemi nozdrzami, z uchem od prze- 
strachu w strączek ściśniętem, z zatrwożonemi oczyma i po- 
plątaną, uzdą. 



58 



W pobliżu, krzyk mdlejący od chwili, wyzwany niby osta- 
tniem wysileniem, przedzgonnym jękiem, rozbił się o drzewa, 
i nagle wszystko ucichło, i szmeru liści słychać nie było i 
wiatr wystraszony odgłosem ludzkiej niedoli, uciekł daleko 
gdzieś na płaszczyzny. 

Cisza ta, straszniejsza od wszelkiej wrzawy, zwiastująca 
ostateczne spełnienie przypadku, krew ścięła im w żyłach. 
Wilczek wstrzymał się zadyszany^ włosy mu powstały, przy- 
cisnął obie dłonie do piersi; serce nieznośnie w nim ko- 
łatało. 

Juljusz otarł znój z czoła, skinął obojętnie głową ca znak 
skończonej tragedji i wolnym krokiem ruszył dalej za wy- 
śledzeniem węzła przerażającej zagadki. Poszukiwania ich 
długo spełzały na niczem; próżno badali śladu ludzkiej stopy, 
nareszcie gęstwina poczynała rzednieć, tu i owdzie świeciły 
odarte świeżo z kory lub połamane gałęzie, jeszcze kilka 
kroków dalej — drzewa kołem tuliły się ku wnętrzu lasu, zo- 
stawując w pośrodku mchem tylko i trawą zarosły wzgórek, 
najeżony wypalonemi pniami starych dębów: smętne niby, 
tajemne uroczysko Peruna, zbiegłego w głąb borów przed 
chrześciańskim Bogiem. 

Juljusz pierwszy wydarł się z gęstwiny, zatoczył śledczemi 
oczyma; krzykiem zadziwienia i zgrozy przywołał zdążającego 
za nim towarzysza. 

Wilczek przyspieszył kroku, dopytywał zdaleka, ale Jul- 
jusz zdjęty niespodzianym widokiem, sam jeszcze nie umiał 
zdać sobie sprawy. 

Wdeptana silnie trawa, drzazgi połupanych kijów, rdzawe, 
1)łyszcząće jeszcze plamy krwi zakrzepłe na kępach mchu — 
świadczyły o upomej walce. 

Na przeciwnym schyłku wzgórka, głową do ziemi nogami 
ką wierzchołkowi, leżała ofiara, trup na wznak rozciągnięty 
ale tak strasznie pomordowany że na pierwszy pogląd, trudno 
było odgnąć kim był za życia. 

Głowa wyglądała nakształt spluskanego w krwi węzła 
sosnowych korzeni, mózg żółtawą miazgą błyszczał rozprysnięty 
na trawie , pogruchotana czaszka sterczs^a z pod zlej^ych 
włosów, w twarzy wywiercone, wyłnpane dziury wzdymały 



59 



stężałą po8ok%, strzaskane kości w ramionach i w nogach, 
jeżyły się z pod zdartej w szmaty odzieży. Odzież to była 
szlachecka, wykwintna — sukno cienkie, dostatnia bielizna, 
ba nawet porwany na szyi złoty łańcuszek i w bocznej kie- 
szeni zegarek, wywnętrzony z k^ek i z sprężyn, miara czasu 
^la posiadacza zbyteczna, od chwili gdy zacieldośó ludzka 
otworzyła przed nim wieczne otchłanie. 

— Jeden z gości! — Kto taki? — Zawołał podnosząc 
nogą mniej uszkodzoną część twarzy. — Eto był na koniu? — 

Wilczek pochylił się ku ziemi, rozpoznał na skrwawionych 
szczękach rudy zarost i wraz przypomniał maść konia; pojrzał 
bacznie na składy ciała, na krótkie nogi, na brzuch opasły — 
powstał i rzeld: 

— Nikt z gości, dzięki Bogu. Oddycham! — Co teraz 
począć ? 

— Któż taki? 

— Nie poznajesz go? — Lumpman! 

Juljusz z wstrętem cofnął nogę, wypogodził oblicze, czekał 
dalszych objaśnień. 

Lumpman! — Powtarzał Wilczek — zabity! — Dla czego, 
przez kogo? — Oczywiście nie przez złodziejów; byliby upro- 
wadzili konia, zabrali zegarek. — Dziwna! — Niepojęta! — 

— Nie spodziewaliśmy się upolować tak grubego zwierza, 
odparł Juljusz; winszuję ci łowów a więcej jeszcze obławni- 
ków;. trzeba przyznać że dzielną masz obławę. 

— Jakto — myślisz że który z moich chłopów? —- 

— Bynajmniej! — Ja zabiłem Lumpmana albo też Nie- 
miec sam się tak zajadle oszpecił. Między nami mówiąc — 
rządca twój nie musiał we wsi miodem smarować języków; 
galicyjska wendeta! — Postęp nie lada! — Chłopi twoi za- 
miast pracy w polu, czytają zapewne anegdoty o Korsyce. 

— Patrz jak się nad nim pastwili! — Ile ran! — Ile 
uderzeń! — 

— Prawda! — Zewsząd wyganiali mu duszę — bali się 
aby nie ożył. Niepotrzebnie wpatrujesz się w trupa; wzro- 
kiem go nie wskrzesisz, a sam stracisz apetyt do mięsa i nie 
będziesz mógł zasnąć. 

. — Miałem po co wracać na wieś ! — Rzekł Wilczek z go- 



62 

Wyraz tajemnej radości wypełzł na twarz mandataijoBza; 
obecni ciekawie nadstawili słuchów. 

— Mów — spiesz się! — Wiesz co cię czeka, zapłata hb 
kije! — Krzyknął urzędnik — co masz do powiedzenia? 

— Zeszłej niedzieli, rzekł parobczak — rządca, panie daj 
mu wieczny odpoczynek, przyjechał był nad wieczorem do 
naszej wsi, do Polanki. Pan dozorca oto świadkiem. Kazał 
zwołać gromadę i nakazał obławę ; potem, wsiadł na bryczkę, 
uchylił czapki i powiedział: nbywajta zdrowi dzieci. » Woj- 
ciech furman jego, co łońskiegó roku dwa razy się topił, 
zaciął po boku lekową siwą kobyłę co pan rządca kupił j% 
na Wielkonoc u Icka młynarza; my pokłoniliśmy się ku ziemi 
i pojecht^. 

— Dobrze; potem, przyszliście na obławę, i cóżeś widziiJ 
w lesie? 

— Potem kazali nam hukać; hukaliśmy, łomotali kijami 
po krzakach. Jasiek od sołtysa powadził się z ławniczukiem 
o kromkę chleba; porwali się za kudły i wodzili; ledwo ich 
mogliśmy rozbroić. 

— Nie oto rzecz chodzi. Pytam czy widziałeś pana rządo^ 
w lesie, z kim, gdzie i kiedy? 

— Pana rządcy — żaden z nas na oko nie widział. Do- 
zorca pędził nas od chróśnika, wedle księdzowej włóki. Na- 
dleśny był u nas; koń mu kulał — snąć licho podkuty. 
Od śmierci starego Kuźmy kowala nikt konia po ludzku 
nie podkuje. Ale co pana rządcy, nie widzieliśmy od nie- 
dzieli. 

— Cóż więc wiesz o jego zabójstwie? 

— Co ja mam wiedzieć Wielmożny Panie? Nic nie wiem; 
niech mię choroba zatłucze jeżelim co słyszał. 

^ Błaźnie! — Krzyknął urzędnik — kręcisz jak lis przed 
psami; zaczekaj — inaczej ty zaśpiewasz. Ostatni ras pytam 
po sprawiedliwemu, kto wie o zbójcach i za co pana rządcę 
zabili? 

— Wżdyć i on ludzi mordował Wielmożny panie ; nodł 
wilk długo, ponieśli i wilka, wtrącił zgarbiony we dwoje 
starzec, żebrak jak się pokazywało z kostura i z przewieszono 
na nim torby. 



63 



— Kogo mordował? — Wrzasnął inkwirent — podnieś 
no łeb do góry! Ha, niegodziwcze, powiadasz źe ludzi mor- 
dował, złorzeczysz mu jeszcze po śmierci! Rozmówimy się 
bliżej. Sc^tys! w dyby tego hultaja — odstawić mi go pod 
strażą ! Czyś tylko ty stary buhaczu nie umoczył przypadkiem 
ręki w dzisiejszej sprawie? 

— To flryćko! stary pastuch, zawołała gromada — nie 
dowidzi i złamaną ma rękę ; muchy by nie odgonił — ledwo 
nogi powłóczy. Siedział nad rowem i pasł bydło. 

— Stary czy młody, pastuch czy bydlę — jeżeli niewinny 
nic mu nie zaszkodzi przesiedzieć kilka misięcy w turmie. I 
tego także z kosemi oczyma, i tych dwóch co się tak szczerze 
za nim ujmują — związać natychmiast i odprowadzić do 
wsi. Żywo! — Za jednego wszyscy mi odpowiecie* Ha łaj-? 
daki — smakuje wam cudza krew — posmakują i waszej. 
Dalej — naprzód, w drogę! — 

Mandatarjusz rozdał do koła kilka kułaków; dozorcy wzięli 
się do wykonywania jego rozkazów podczas gdy chłopstwo, 
ponure, zmarszczone, ze spuszczonemi głowami, nizało na 
nić strwożonej wyobraźni sąd, szubienicę, kryminał, kajdany, 
więzienie i śledcze męczarnie. 

Gromada rozchodziła się w milczeniu, tłumiąc przekleństwa 
i złorzeczenia duszy liumpmana, który nadoskwierawszy jej 
tyle za życia, śmiercią jeszcze wpędzał lud w ostatnią głę- 
binę rozpaczy i nieszczęścia. Niemiec trupem swym umiał 
biedakom dokuczyć, zanim do piekła zawleczon; ztamtąd 
nawet wróciłby upiorem, aby resztki życia* z swych ofiar 
wysysać. 

Ale jeżeli wieś smutnie, posępnie wyciągała z lasu, to- 
warzystwo dworskie nawzajem, nie mogło chełpić się zbyt 
weselem usposobieniem. Gospodarz zwłaszcza, pomimo wszel- 
kich usiłowań nadrobienia miną, widocznie był zwarzonym. 

Za życia Starościny a bardziej jeszcze za rządów jego 
matki, nie trafiały się na wsi podobne zdarzenia; lud inną 
miał powierzchowność, innym spoglądał wzrokiem. Wilczek 
od dawnych lat, pierwszy raz na obławie stanąwszy w obec 
gromady, nie mógł ukryć przed sobą bolesnego wrażenia, jakie 
na nim sprawiły wychudłe, groźne oblicza chłopów, postacie 



64 



okryte łachmanami, dzika ich obojętność, a nawet tu i owdzie 
Bzyderskie uśmiechy na widok strasznie pomordowanego trupa. 
Oczywiście lud musiał cierpieć; nędza i ucisk rozwijtiy 
w nim zbójeckie skłonności — gdzie atoli leżała przyczyna 
wynaturzenia chłopa polskiego — kto był głównym wino- 
wajcą? — 

Wilczek uciekd: przed odpowiedzią. 

Powrót do pałacu odbył się w powszechnem .milczenia; 
każdy miał przed oczyma ofiarę niesłychanego rozbestwienia 
człowieczych namiętności; głód nadto zaczynał gościom do- 
kuczać, wiadomo zaś że Polak o głodzie, staje się dziwnie 
nieprzystępnem stworzeniem. Szczęściem, stół czekał za- 
stawiony; towarzystwo, w zaspokojeniu żołądka pogrążyło 
przykre wspomnienia, zgryźliwe uwagi; skoro zaś wesołość 
wzbraniy:a się wzbić do góry śmiałemi skrzydły, uderzano 
jej na pomoc w kielichy. Krążyły jedne po drugich, częste 
a pełne, wyrywały się zachęcające toasty, gospodarz pierwszy 
dawał przykład. Juljusz nigdy nie wyiskrzył tyle ostrego 
dowcipu; śmiano się ale ucinanym śmiechem, rozmawiano 
ale niesfornym gwarem. 

Skałka napróżno przytaczał zadziwiające dzisiejszego po- 
ranku strzały, wyliczał wady i zalety psów, rozpowiadał cu- 
downe dowody swojej zręczności; słuchano go z roztargnie- 
niem. 

Dzieduszycki wychwalał swoje konie, Borkowski nucił ba- 
chiczne piosnki, Mier znajomy z dziwactw, kręcił się jak 
fryga i pienił ze złości za każdem słowem; końskie rodo- 
wody, wesołe śpiewki, wybuchy Miera, zwijały się płazem; 
dżdżyste łowów powietrze ciężyło każdemu na mózg-u. 

Juljusz dał znak do powstania od stołu; towarzystwo prze- 
niosło się do salonu, gdzie rostawione zielone stoliki obiecy- 
wały gorętsze zajęcie. 

Nadzieja i tu zawiodła gościnne oczekiwania gospodarza. 
Gra wlokła się kulawo ; los za nikim stanowczo się nie oświad- 
czał. Młodzież wyginała się bez energji, sam Juljusz z pół- 
przymruźonemi oczyma rzucał, ziewając, bankierskie karty; 
strudzone ciało polowaniem nie rozrywki domagało się ale 
spoczynku. 



66 



Jeden z obecnych wtrącił wzmiankę o łóżku; reszta chó* 
rem odpowiedziała na wezwanie. Służący pootlprowadzali 
gości do wyznaczonych pokojów; niebawem światła w pałacn 
pogasły; goście i domownicy usnęli sn^m głębokim. 

W jednym tylko pokoju świeca dłużej gorzała; jednych 
tylko poTńek całodzienne utrudzenie nie mogło od razu 
zamknąć. 

Wilczek, w samotnej komnacie przechadzał się szybkiemi 
kroki; tłoczył czoło gorącą dłonią, jak gdyby silił się w ład 
uszykować rozprzężone myśli, stawał przed oknem, dzwonił 
w szybę, poglądał w ciemne od chmur i nocnych kirów nie- 
biosa. 

Wiatr z smutnym jękiem wałęsał się po ogrodzie; świerki 
i wysmukłe topole chyliły ku sobie korony, pogrążone w gro- 
bowych jakichś dumaniach; psy folwarczne nieznośnie wyły 
w oddali, dręczone chłodem lub może przeczuciem złowro- 
gich wypadków. 

Wilczek rzucił się nierozebrany na łoże^ aby u poduszki 
wyżebrać jedną choć chwilę wytchnienia, jedną chwilę ulgi 
dla rozpalonej głowy. Światło drażniło mu źrenice, widok 
przedmiotów od kolebki niemal znajomych budził w nim 
gryzące wspomnienia. Zagasił świecę; przed pamięcią, przed 
myślami, przed samym sobą ukrył się w ciemność. 

Powoli dziwna niemoc spłynęła mu na członki; czuł się 
na jawie i w zupełnej bezwładzy zarazem. Straszne majaki 
występowały mu przed wyobraźnią, zmora rozszalałej krwi 
biadała na piersiach, łoże i dom cały kołysały się jak okręt 
śród burzy. Niepojęte dźwięki grały mu w uszach; wrzawa 
x)bławników, huk broni, skowyczenie psów, jęki mordowanego 
•człowieka, zgrzytliwe pośmiechy Juljusza, i kształty jakieś 
fantastyczne snuły się przed nim w upiornych korowodach. 
Tłum chłopstwa, z zatoczonemi rękawy pluszczący się w ludz- 
kiej krwi, twarze zaognione wścieldością i rozbojem, trup 
Lumpmana podarty w sposoczone kawały, zapamiętałe wie- 
deńskie pohulanki i zjawiająca się nagle pośród nich Nastusia, 
z wiankiem na głowie, z białem zastygłem obliczem, z po- 
siniałemi rękami — szła ku niemu, poprzedzona zadusznem 
^obów powietrzem, topiła w nim dwa zi^me ostrza osłu- 

Chojecki , Alkhadar. IV. « 5 



66 



piałego wzroka — już miała wesprzeć ma na czole lodowata 
dłoń, gdy znowu widmo rozwiewało się w mgliste opary i 
w przeciwnym kącie pokoja stawała postać starej wieśniaczki. 
Piastunka Krystyna zasłoniwszy pół twarzy fartuchem , rzu- 
cała mu z pod oka gniewne wejrzenia. Tymczasem podłoga 
się pod nim otwierała; wybuchał jasny podziemny <^eń^ 
oblewał ściany czerwonemi płomień mi — wżerał się mu pod 
powieki jak gdyby tamtędy chciał przedrzeć się aź do 
mózgu. 

Wilczek nie mógł wytrzymać dłuższej męczarni; zerwał 
się i równemi nogami stanął na środku pokoju. 

Przetarł oczy; piekielny sen ciągle go ścigał. Ściany^ 
w istocie, stały w płomieniach; krwawe światło strumieniami 
lało się przez okna. 

Podbiegł i wyjrzał; nie umiał zdać sobie sprawy — oczom 
własnym nie mógł uwierzyć. 

Na dworze igły można było zbierać. Niebiosa stały 
w ogniach ; czerwona łuna opasywała widokrąg, do koła dym 
gęstemi kłęby wywijał się, unosząc w obłoki roje trzeszczącydi 
iskier; z chmurnego zamętu tu i owdzie błyskały płomienie. 
Dalekie krzyki, nawoływania i jęk kościelnego dzwonu, okro- 
pnie wtórowały przerażającemu obrazowi. 

Drzwi otwarły się z łoskotem; wpadł wybladły służący^ 
zatrzymał się, ledwie mógł wyjąkać słowa: 

— Panie! — Gore — pożar — wszystko w ogniu 1 — 

Wilczek nie dosłyszał ostatnich wyrazów ; już był na dole, 
w przedsionku gdzie całe towarzystwo zerwane ze snu, wy- 
lękłe, zgiełkliwie dopytywało się o przyczyny i szczegóły 
klęski. 

Wybieżooo na dziedziniec. Luna z dwóch stron biła na 
pałac; od wjazdu, płonęły stodoły, spichrze, dworskie zabu- 
dowania; od ogrodu, w oddali, gorzał jak świeca domek 
Nastusi. 

Wszyscy hurmem sypnęli się ku płomieniom; walka z ni- 
szczącym żywiołem obudziła powszechną energję. 

Wilczek objął dowództwo nad zastępem; obecność jego, 
donośny głos, rzadka przytomność umysłu, ład wprowadziły 
w pomieszaną ciżbę. Kto żył, spieazył do ognia; rozstawiono 



67 



koleje z wiadrami, łamano zajęte płomieniem dachy, ofiła- 
niano mokremi płachtami przyległe budynki. Goście, do- 
mownicy, lud wiejski, wyprzedzali się w dzielnej pomocy; 
wszystkie siły ratunku skupiono w jedno miejsce. Wilczek 
surowo zabronił zajmować się ocaleniem domku w ogrodzie, 
postanowił poświęcić go na pastwę płomieniom — dla nie- 
rozdzielania sił, jak mówił — a może też i dla innycch ta- 
jemnych powodów których przed nikim nie wyznał. 

Śród łomu i trzasku, dymu, płomieni i rozżarzonych po- 
piołów, ukazywała się wyniosła postać pana włości, grzmiał 
głos jego rozkazów, groźnie świeciły roziskrzone oczy, i ga- 
wiedź posłuszna, na oślep waliła się w niebezpieczeństwo, 
w morderczy żywioł, który rozbity zapędem człowieczej woli, 
zaczynał zwijać ogniste swoje proporce. 

Szala zwycięztwa przechyliła się na stronę ludzkich usi- 
łowań. 

Nad rankiem, przyduszony płomień gdzieniegdzie tylko 
pełzał po zgliszczach, dym czamemi płachty kopcił się jeszcze 
nad ziemią; tu i owdzie tliły głownie, ale ważniejsze budynki 
były ocalone. Pożar zniszczył próżną, szczęściem, stodołę i 
folwarczną wozownię; obory, owczarnie i spichrze urato- 
wano. 

Domek Nastusi spłonął do szczętu. Zdaleka, między zie- 
lenią, jak upiór, jak trup wyniesiony z kostnicy, sterczał szary, 
ogryziony płomieniem dymnik, smętny mogilnik rozpustnych 
uciech magnata i nieszczęsnej doli wiejskiej dziewczyny. 
Śród dogorywającego pogorzeliska, słup ten, groźnie, roz- 
pacznie odbijał się na niebios błękicie, rozkrywał i gruzami 
wypisywał tajemną historję domku, dopominał się u okolicy 
o pożałowanie i zemstę. 

Wilczek zrozumiał ukryte znaczenie strasznego hieroglifu ; 
wzdrygnął się, odwrócił oczy, przywołał dozorcę i rozkazał 
aby kilkunastu ludzi z motykami, do wieczora, śladu mu nie 
zostawiło z rumowisk. Wypalone miejsca miały być natych- 
miast pokryte świeżą darnią; ogrodnik otrzymał polecenie 
przesadzenia żywcem rozrosłych krzewów i drzew na gnmt 
dotknięty pożarem. 

Wilczek odetchnął na samą myśl zrównania z ziemią bo- 



68 



leśnych pamiątek; przypadek dziwnie mu wygradzał, uwalniając 
go od natrętnego widoku domku sieroty. 

Przypadek! — Miałżeby w istocie przypadek być jedyną 
przyczyną klęski? 

W pierwszej chwili gwałtu, gdy głównie szło o zapanowanie 
nad ogniem, gdy wszystkie myśli i siły wytężały się ku temu 
jednemu celowi, nie było czasu dopytać się ani dobadać 
prawdy. Skoro atoli minęło niebezpieczeństwo, uwaga po- 
biegła ku wnioskom; goście, domownicy i sam gospodarz, 
wzięli stróżów nocnych w obroty, pilnie zważając na każde 
ich słowo. 

Stróże nie umieli dać zaspakającej odpowiedz; jeden 
przysięgał że w chwili gdy obchodził wioskę, nagle ujrzsł 
płomień na dachu wozowni; drugi klął się, że wracając od 
karczmy ku pałacowi, stodoła z dv/óch rogów razem zapło- 
nęła; inni równie ciemne dawali tłumaczenia; żaden nie- 
szczęsnym trafem, nie znalazł się w stanowczej porze tui 
przy zażegniętych budynkach — z aamego atoli rozpołożenia 
pożaru wypadało, że na prosty przypadek nie podobna było 
składać winny, tembardziej że ogień w tymże czasie zajął 
gospodarskie zabudowania i znacznie odległy a oddawna nie- 
zamieszkpny domek Katusi. 

Złość ludzka oczywiście była jedyną sprawczynią klęski. 
Ale kto podpalił, z jakich powodów, gdzie kryła się nić 
zbrodniczego zamachu, w jakim związku znachodziło się za- 
bójstwo Lumpmana z podłożonym ogniem? -^ Każdy wpadał 
na tysiączne domysły, nikt wątku prawdy nie dostrzegli, 
nie jeden nadzieję wykrycia zbrodni kładł w sądownictwie; 
byli i tacy którzy głęboko wierzyli że sąd z niebem odjedzie. 

Z dworskich, kuchcik tylko mógł był wprowadzić na 
pewne poszlaki. On jeden późno wróciwszy z karczmy, 
w obawie pięści kucharza, spędził resztę nocy na szorowaniu 
radli ; on pierwszy dostrzegł płomień, wybiegł na dziedziniec, 
wpacU do ogrodu i ujrzał zdaleka , mknące od domka 
dziewczyny, w pole, na przełaj, dwie postacie, z któryck 
jedna kaducznie przypominała mu urlopnika wachmistrza. 

"Wystraszony, pędził napowrót do kuchni, gdy w tem, 
z przeciwnej strony, ogień wjrpełznął na straech^ wosowni 



69 



'Chłopiec pomknął ku gomnom, przyczaił się u płotu; kilka 
innych postaci chyłkiem zmykało ku wiosce, z tych jednak 
żadna nie wyglądała na urlopnika; podkasane sukmany i 
baranie czapki wyraźnie oznajmiały chłopów. 

Spostrzeżenia te acz mgliste, niepewne, mogły były wsze- 
lako pomódz do wydobycia na jaw zagadki, ale kuchcik, 
nieraz przy ognisku, nasłuchał aię do woli o niewygodach 
świadczenia przed sądem; wiedział że komisja łakoma wyznań, 
dobijała się o nie wszelkiemi sposoby, wtedy nawet gdy 
świadek przysiągłszy na bożą mękę, nio więcej nie miał do 
powiedzenia. Piotruś troskliwy o własną skórę, zacisnął zęby 
roztropnie, przysiągł sobie nie mieszać się do żadnego innego 
prócz do kuchennego ognia. 

Tymczasem pożar dogasał, zmęczenie natomiast owłads^o 
całonocnych, dzielnych pracowników. Przyniesiono wiejskiemu 
ludowi wódki, polecono mu ostateczne wytłumienie zabłąka- 
nych iskier; służba i goście, wycieńczeni na siłach, jeden za 
drugim dążyli na spoczynek. 

Wilczek wracał ostatni; nie chciał słuchać pochlebnych 
aniesień z jakiemi rozwodzono się nad zadziwiającą jego od> 
wagą, nad sposobnościami do przywodzenia ludziom w wa- 
żnych wypadkach. Sczerniały od dymu, okryty popiołem, 
wszedł samotnie do swego pokoju; wyzwane walką siły nagle 
wypowiedziały mu posłuszeństwo, rozkurczyły się wytężone 
nerwy — padł jak bez duszy na łóżko, legł nie snem lecz 
letargiem, nie spoczynkiem ale niemocą, bezwiednem prze- 
dłużeniem najawnych udręczeń. 

Zmrok poczynał już gęstnieć, noc zapadała, gdy ocknąwszy 
się po długiej bezwładzy, gospodarz zebrał myśli, spojrzeć na 
zegarek, przypomniał że gości miał w domu, że od rozłączenia 
się z nimi przy ogniu, dzień cały upłynął. 

Porwał się żywo, zbiegł na dół; kilku tylko towarzyszów 
zastał posępnie rozmawiających z Juljuszem ; reszta nie chcąc 
mu obecnością powiększać kłopotu, spisała na arkuszu we- 
soły, pożegnalny liet i rozjechała się do domów. Ostatni 
nawet, oddawna kazali już zaprzęgać; niespokojni atoli o 
zdrowie przyjaciela postanowili czekać z odjazdem do jego 
przebudzenia. 



70 

Wilczek półgębkiem ich zatrzymywał, na jeden jeszcze 
nocleg zapraszał — w duszy rad był że go zostawiano sa- 
mego ; obowi%z}Ei gospodarza dopiekały mu w tej chwili roz* 
palonem żelazem, 

Niebawem pusto było w pałacu; pan domu, wsparty na 
ramieniu Juljusza, zadowolnionem okiem ścigał 08tatni% ujeż- 
dżającą bryczkę. 

Turkot kół ton%ł w oddali ; Wilczek błędnemi oczyma po- 
glądał przed siebie na wyszczerbiony pożogą szereg zabudo- 
wań — zadrżał konwulsyjnie i pr§dkiemi wyrazy rozkazał 
służbie natychmiast gotować się do wyjazdu. Po tylu za- 
szłych wypadkach, odrażał go dłuższy pobyt na wsi. Mor- 
derstwo Lumpmana i tuż w ślady za niem podłożony ogień, 
zdawały się otwierać przed nim pasmo coraz straszniejszych 
zamachów. Obecność jego może ściągała na rodzinn% sie- 
dzibę nieszczęścia; umyślił wydrzeć się czemprędzej nieubła- 
ganemu przekleństwu, naglił o wyjazd jak gdyby gnało go całe 
piekło. 

Juljusz nie wchodził nawet w przyczyny gwałtownego po- 
stanowienia; sam niechętnie byłby marnował dłuższy czas 
na wsi ; potakującym wzrokiem patrzył na rozsypkę to- 
warzystwa, przyjmował Wilczka w swoje objęcia, uwoz:Ut go 
tam, gdzie zdaniem jego ważniejsze sprawy obu ich powoły- 
wały. 

Przyjaciele w milczeniu wskoczyli do powozu, konie ru- 
szyły z kopyta; Juljusz przez drogę dał folgę swoim zamia- 
rom, rozważał, uldadał w myśli wypadki, stawiał w przyssiości 
skutki, dociekał w teraźniejszości ich sprężyn. 

Nazajutrz wieczorem, zapylony powóz zatrzymywał się 
we Lwowie. Juljusz zmieniwszy odzież, wyszedł natychmiast 
na miasto; Wilczek, orzeźwiony nieco podróżą, wyzwolony 
z przykrych widoków, pierwszy raz. uśmiechnąć się do aadziei 
wytchnienia, do chwili spoczynku. 

Znalazł w istocie spoczynek dla ciała; zmiana siedliska, 
ruch miejski, który od niejakiego czasu zaczynał mu być 
niezbędnym do życia, powróciły go wkrótce do sił. 

Trudniej szło ze spokojem dla duszy. 

Oprócz wspomnień dotkliwych, straszna rzeczywistość wy- 



71 

«t§powała mu ciągle przed umys}. Dochodził go zdaleka 
szatański gwar wierzycieli — jeszcze pół roku najwięcej. 
Jeszcze kilkadziesiąt przeklętych dni, z których każdy tak 
prędko upływał a z świetnego pańskiego bytu, łachman nędzny 
mu tylko zostawał. Wilczek byłby djabłu duszę zaprzedał i 
szablą później zwrot cyrografu wyrąbał, byle do Wiednia lub 
dalej uciec od pozwów, processów, wywłaszczeń majątku i 
ostatecznej zatraty. 

Nie było o czem wyjechać za granicę. Juljusz obiecywał 
mu pomoc ale kładł swoje warunki; Wilczek mógł prędzej 
znieść zagubę niż upokarzające poddanie się samowładztwu 
Juljusza. Rady przyjmował, słuchał ich niekiedy, między 
rad% atoli a niewolnictwem, leżała niezgłębiona otchłań pań- 
skiej godności i dumy. 

Juljusz przewalający się na złocie, uchodził tylko za bo- 
gacza; Wilczkowi równie trudno było przestać być panem 
jak człowiekiem. 

Wbrew zwyczajom, tym razem nie otworzył domu na roścież ; 
przykazei nie przyjmować nikogo, wymówił się chorobą i zam- 
knął na kilka dni u siebie, spragniony samotności i chciwy 
swobodnej myśli, która miała dopomódz mu do wyłamania 
si§ z niepomyślnych obrotów. 

Wilczek czuł się panem swego położenia tam, gdzie odwagą 
lub wstępnym bojem można było się przebić; ku chytrym 
wykręcaniom się przeciwnemu losowi nie miał żadnej zdol- 
ności, nie umiał płaszczyć się ani uginać ; pojmał upadek albo 
zwycięstwo — z wstrętem odwracał oczy od wszelkich z nie- 
szczęściem układów. 

Takim przynajmniej trybem kroczył dotąd przez życie — 
czyli dalej potrafiłby zboczyć z przyrodzonego sobie kie- 
runku? — Sama konieczność i następstwa wypadków mogły 
zawyrokować. Ztąd też i przyszłość nie objawiała mu żadnej 
nadziei ratunku; wręczne siły nie zdołały ostać się przeciw 
oczywistej zatracie — zguba nieochybnie musiała nastąpić. 

Przeszłość natomiast, wystąpiła przed nim w jaskrawych 
barwach, w głębokich wrażeniach. 

Pozostawc^a mu młodość, zapas dzielnych sił, popęd ku 
życiu — ku różnemu wszelako od tego jakie dotąd prowadził. 



72 



Przesyt hatasnych uciech ogarniał wszystkie jego władze, lue- 
smak i czczosó hucznych roskoszy dokuczliwie dawały się 
mu we znaki; błędne jakie6 poczucia obowi%zków obywatel 
Polaka, majaczyły mu przed sumieniem — w samolabnem 
życiu, osadzonem jedynie na rozszalałych namiętnościach^ 
bezowocne m, ba nawet zgubnem często dla drugich, nikczenme 
dusze mogły tylko' znachodzić zadowolnienie. 

Pora była wejść w samego siebie, wyszlachetnió 8W% istot- 
we własnych oczach, pokazać światu że kto umiał być pierw- 
szym w pogoniach za szałem, ten skoro zechce, nie pozwoli 
wyprzedzić się na drodze zacnych usiłowań. 

Czas było odrodzić się — zacząć inne życie. 

Wilczek spojrzał na rozłożone przed sob% papiery, sa 
złowrogie szeregi liczb wypisujące mu groźny wyrok Balti- 
zarowej biesady. 

Zapóźno! — Po niewczasie sny błogie marzyć, układać 
zbawienne zamiary! 

Wszystko stracone! 

Precz z płonną nadzieją, głupców pociechą — niechaj 
pełni się przeznaczenie! Dalejie — wchodźcie hurmem troski, 
zgryzoty, nieszczęścia! — Skazany czeka was z uśmiechem 
pogardy na ustach, z rozpienionym w dłoni kielichem! — 
Bierzcie go jak waszą własność, tylko czemprędzej do dzieła! — 
Przyzwoitemu człowiekowi zginąć wolno; targować się, nu- 
dzić — nie wypada. 

Wilczek widząc się od kilku dni samotnym u siebie, wy- 
buchnął śmiechem nad pustelnicznemi swemi napady, zs- 
mrużył oczy na przyszłość — cokolwiek los mu gotował — 
postanowił do ostatniej chwili drwić z jego pocisków i nieść 
jak zwyle, dumną i wesołą głowę przed światem. 

W mieście zaczynano pilnie dopytywać się o pobudb 
jego odosobnienia; mnodzy przyjaciele, z każdym dniem za- 
ciętszy szturm przypuszczali* do drzwi. Wilczek sam sobą 
znudzony, z radością wracał do dawnych zwyczajów. 

Przesilenie to łatwem było do przewidzenia dla każdego 
bliżej oznajomionego że zmiennym charakterem przywódcy 
galicyjskiej młodzieży. Juljusz oczekiwał niezawodności prze- 
wrotu z niezawodnością nocy po dniu, nie starał się bynaj- 



73 



mniej przerywać przyjacielowi naturalnego rozwoju myśli, 
tem bardziej że sam potrzebował uprzątnąć wprzód niektóre 
zawady, usposobić grunt do przyjęcia ziarna ważnych dla obu 
zamiarów. 

Od powrotu do Lwowa, ścigał wszędy jak cień za Dahl- 
manem, zakradał się mu w łaskę, skarbił pochlebstwem jego 
przychylność, rozpowiadał z niechcenia, przy bankierze, 
świetne w Wiedniu Wilczka stosunki, przyjaźń jaką zaszczy- 
cali go pierwsi dygnitarze cesarstwa i sam książę kanclerz; 
wziętośó, znaczenie i wpływy jakie młody polski magnat po- 
trafił zjednać w towarzystwach stolicy ; przytaczał anegdoty 
żywe, zabawne, dowodzące poufałości Wilczka z poplecznikami 
tronu, blasku jaki roztaczały wrodzone jego zalety i zna- 
komite urodzenie — rzecz dziwna na pozór! — znawstwa 
nawet na handlu i szczególnej przebiegłości w przemysłowo 
gospodarczych interesach. 

Towarzystwo wtórowało mu jednozgodnie. Lwów dla sa- 
mego przekonania o swojej wartości, musiał potwierdzać 
zdanie stolicy; Wilczek w Wiedniu był tylko gwiazdą; w Ga- 
licji, jasnem następstwem i stopniowaniem pojęć, błyszczał 
jak słońce. 

Opłakiwano nadwerężone jego zdrowie, wzdychano za po- 
lepszeniem ; każdy ubiegał się o pierwsze odwiedziny ulubieńca 
samego księcia kanclerza. 

Dahlman, łapczywie pnący się na szczeble wykwintnego 
tonu, obyczajem spanoszonych, donośniej od wszystkich łączył 
8wój głos do powszechnego chóru; sam u drzwi Wilczka 
ztoźyt już był dwa wizytowe bilety, łaskawie przyjmował 
względy Pyladesa jego Juljusza, który, zwłaszcza od powrotu 
z Wiednia i od złożenia w jego kassie znacznych kwot, na- 
brał w bankierskich oczach niepospolitej wartości. Słowo 
ludzkie i bez tego miało peWne znaczenie, ale z ust człowieka 
rozrządzającego sutym zapasem gotówki, mogła płynąć tylko 
święta, niezaprzeczona prawda. 

Dahlman z miłem uczuciem brał publicznie pod rękę 
Juljusza, rad pokazywał się z nim na przechadzkach i pozwals^ 
otaczać wyraźną grzecznością i szacunkiem nielada. Juljusz 



74 



i jedn% i drugim, opychał go bez miary. Biegle przemyślany 
zamiar rozwijał aię z niesłychaną pomyślnością.; należało przy- 
stąpić do dzieła, kuć żelazo póki gorące, ze wszystkich razem 
baterji rozpocząć morderczy ogień. 

Wilczek mniej up ornie obstawał przy swojem osamotnie- 
niu. Ju^usz upatrzył porę, powtórzył mu dopytywania o 
zdrowie i pochlebne słowa Dahlmana, natarł obcesem na 
przyjaciela i porwał go wieczorem w odwiedziny do lwowskiego 
pieniężnika. 

Bankier nie posiads^ się z uciechy, źd!ował w daszy że 
kilka tylko nieznacznych osób uczestniczyło poufałej uprzej- 
mości z jaką Wilczek odpowiadał na jego przyjęcie; sam za- 
pytany o córkę, oświadczył z uśmiechem że młoda gospodyni 
dowiedziawszy się o miłych dla całego domu odwiedzinach, 
z większą zapewne niż kiedykolwiek przyjemnością zejdzie 
na dół do herbaty. 

Juljusz potrafił wtrącić nawiasem uwagę, źe Wilczek wy- 
szedł dziś z domu wbrew radom lekarza i przyjaciół, aJe że 
niepodobna go było utrzymać, tak dalece ciężył mu na serca 
święty dług odwiedzin i troskliwości bankiera. 

Dahlman klepał się po kieszeniach , pobrząkiwał pie- 
niędzmi, pękał od śmiechu — tym bowiem zwykle sposobem 
gdy mu brakowało na słowach, wyrażał wewnętrzne zado- 
wolnienie. 

Nieobecność panny Karoliny silnie wygadzała Wilczkowi 
On, który z dumnem czołem rostrząsał dostojne tłumy to- 
warzystw stolicy, on którego przytomność umysłu rozjaśniała 
się z wagą wypadku, położenia, z niebezpieczeństwem — 
teraz, po pamiętnej na polowaniu rozmowie z Juljaazem, 
wstępował w progi bankiera drżący, zmieszany, jak gdyby 
zakradał się z niecnemi zamiary, jak gdyby lękał się bye 
schwytanym na gorącym uczynku. Na grzeczności Dahl- 
mana z trudnością znajdował odpowiedzi, potakiwał Jaljuszowi, 
słaniał się na nogach lub wpadał w niegodne swego dowcipu 
ogólniki. Blade jego oblicze i rozgłoszona słabość wybornie 
mu tym razem posłużyły do wytłumaczenia niepojętego 
w innych warunkach rozprzęgu myśli. Bankier z tern żywszem 



75 

«półczuciem przyjmował pożądanego gościa, zatrzymał go na 
cały wieczór, a nie chcąc trudzić rozmową, poprowadził do 
wistowego stolika. 

Juljusz niewiadomo dla czego, wymówił się od kart; partja 
i bez niego była zupełną — prosił o pozwolenie przypatry- 
wania się grze Dahlmana, który uchodził w mieście za gracza 
rzucającego się z niesłychanem szczęściem w tak zwane im- 
passy. 

W głębi duszy, inne zapewne ukrywał cele, dla których 
wygodniej mu było nie przykuwać się do jednego miejsca. 

Niebawem, zaszemrał lekki krok niewieści; jedynaczka 
bankiera weszła do salonu. 

Panna Karolina Dahlman' nie zastanawiała wzroku na 
pierwsze wejrzenie; bliżej się w nią wpatrzywszy, jeszcze nie 
było nad czem się zastanawiać. Wysoka, szczupła, twarz miała 
nieposzlakowanej regularności, włosy jasne i gładkie, oczy blado- 
błękitne, stworzone do rozróżniania kolorów — innego wyrazu 
trudno było w nich upatrzeć; Że była żywą a raczej żyjącą, 
nie podpadało wątpieniu; przenosiła się z miejsca na miejsce, 
wstawała i mrużyła powieki, odpowiadała na zapytania, wy- 
dawała służbie lakoniczne rozkazy, rumieniła się nawet, gdy 
kto z niezwykłych gości pierwszy raz do niej przemawiał. 
Zdolności ku innym wzruszeniom niepodobna było w niej 
odgadnąć; zdawało się, że gdyby ziemia do dna się zatrzęsła, 
panna Karolina, jak posąg, byłaby zapadła w otchłań nie 
ugiąwszy nawet kolan. 

Strój jej niczem nie nęcił, niczem nie raził; wiarogodne 
osoby naznaczyły jej kolory właściwe jasnowłosym postaciom. 
Dziedziczka bankiera znała tylko trzy barwy: białą, błękitną 
i różową; najdroższa w mieście modniarka samowładnie roz- 
rządzała resztą szczegółów. 

Wpływ ojca na gotowalnię córki zdradzały klejnoty, dja- 
menty, które Dahlman z uczuciem niewysłowionej dumy roz- 
wieszał na swej jedynaczce. 

Panna Karolina z posłuszeństwa dla ojcowskiej woli by- 
łaby chętnie, spokojnie wdziała na głowę chociażby chińską 
pagodę. 

Zdanie ojca było dla niej jednym z głównych warunków 



76 



do życia; potrzebowała nieustannie czuć 8i§ na niem opartą, 
odwołjwaó Bię do jego wyroku we wszystkich prawie wat- 
gółach powszedniego bytu. 

Przykładne to zaufanie w rodzicielakiem doświadezoiia, 
wzywalało j% od kłopotów samodzielnej myśli, włttfnycb po- 
stanowień, wstępnego działania i nadto, darzyło niesackwii- 
nym spokojem, obiecywało dług% ochronę oblicza od przed- 
wczesnych zmarszczków. Wnioskując systematycznie, paniA 
Karolina mogła trwać równie długo jak dobre zegarki 
Breguefa; wiadomo- zaś że zegarkom Breguefa regułamie 
nakręcanym i staraunie utrzymywanym, trudno naznaczTĆ 
kresu. 

Błoga ta spokojność cichej, stojącej wody, rozlana na jej 
licu, znalada znawców i wielbicieli. 

Nie mogło być inaczej; imię pśmny Karoliny stało po* 
łączone dwoma równoległemi kreskami czyli znakiem po- 
równania z ostateczną cyfrą aktywów na bilansie bankien. 
Juljusz widział w niej Galateę oczekującą na Prometeusza, 
podziwiał angielski rodzaj piękności, wybornie przypadają 
do smaku ludziom zamiłowanym w folblutach i w hjait- 
rach. Wilczek pzzeż długi czas, nie pamięti^ nawet jak wy- 
glądała. 

Za wkroczeniem n^odej gospodyni; goście powstali; gne- 
czność nakazywała przerwać milczącą rozrywkę, Dahlman atoE 
miał koronę w ręku, zabiers^ się do dania wielkiego szlema, 
wstrzymał więc kawalerskie grających zapędy i wist potoc^f 
się dalej. 

Juljusz odsunął się od graoisów, poszedł zabawiać pamif 
Karolinę, pomagać jej w przyrządzaniu herbaty. Przyzwawasj 
w pomoc co najwymuskańsze ogólniki, co najłatwiejsze do 
pojęcia dowcipy, co najzabawniejsze anegdoty, rozbudził, roi- 
weselił sąsiadkę, wywołs^ na jej usta szczery uśmiech, dopyti^ 
się kilku złożonych odpowiedzi. 

Po chwili półgłośnej rozmowy, powstał, zbliżył się do zi^ 
lonego stolika; gra rosła w zaciętość, bankier dopuszczał się 
niesfychanych impassów; los 'sypał mu w dłonie kozer i figar 
bez liku. 

ZaciągiJo się na długie posiedzenie. 



77 



JuljuBz wtrącił uwagę ze konieczne natężenie umysłu 
Mf sprawie z tak silnym przeciwnikiem jakim był Dahlman, 
mogło szkodliwie zaskutkować na w%tłe jeszcze zdrowie 
przyjaciela; ofiarował się zast^ió go, przejąć grę na siebie 
a wyjednawszy ogólną zgodę, siadł naprzeciw bankiera. Wilcz- 
kowi zaś zaniechał zbliżenie się do gospodyni domu. 

Panna Karolina pomimo obojętności swojej, poglądami 
przecie z pod oka na bożyszcze lwowskiego towarzystwa , a 
nawet pierwszych domów stolicy, jako głosiła sława. 

Młody graf wydawał się jej jedną z tych uroczystych po- 
staci, opatrzonych stępie m powszechnego podziwu, o której 
przymiotach nie wolno było powątpiewać pod zarzutem gmin- 
nego smaku. Ztąd też w kaźdem słowie, w każdem obejściu 
znakomitego gościa, widziała ideał wykwintnego tonu, do- 
skonałość nad wszelki wyraz. — Rozmowa z człowiekiem 
podobnej wagi, myśliła nieraz w duszy, musiała być nader 
trudną; wyrównać mu w dowcipie, w blasku' — było nie- 
podobna; milczeć lub wyrwać się z niewczesną odpowiedzią? 
. — Córka bankiera na samą tę myśl drżała z obawy. 

Szczęściem, Wilczek siedział przy kartach, zbliżeniem 
się nie zagrażc^; panna Karolina ochłonęła z pierwszego wra- 
żenia, .nabrała odwagi i rada z odwleczonego niebei^ie- 
<^ństwa, swobodnie d^a poci^^ąó się rozpowiadaniom Jul- 
jusza. 

Powoli, zwykły spokój wracał jej duszy; ugłaskana je- 
dwabiem słów zręcznego towarzysza, zaczynała wzmagać się 
w zaufanie, częściej zwracać wzrok ku zielonemu stolikowi, 
źsdować może nawet, że miody panicz oddawał się wyłącznie 
nudnej, milczącej rozrywce* 

W tejże chwili, Juljusz wykonał głęboko przemyślany 
obrót. Ruch wszczął się przy stoHku; Wilczek powstał, po- 
patrzył jakiś czas na grę i z niechcenia niby, zbliżył się ku 
gospodjrni domu. 

Panna Karolina spuściła oczy, imbryk zadrżał jej w ręku; 
byłaby chciała skryć się pod ziemię przed nierozważnie 
wyw(^anem spotkaniem. Wilczek atoli wcale nie miał na 
myśli lśnienia mieszezańskiej dziewczyny wyostrzoną rosmo wą ; 
sasn czuł się w dziwnem usposobieniu, sam potrzebował 



78 



otuchy; przystępował nieśmiało jak gdyby za obecność 8W| 
żądał przebaczenia. 

Choroba jego, powszechnie wiadoma klęska pożaru, po- 
dfJy pannie Dahlman wygodne tło pierwszej zaczepki. Wil- 
czek porywczo chwycił gałązkę ratunku, wdał się w szczególjr 
wypadku, przeszedł w łagodny opis frasunków wiejskiego 
życia i iroęk osamotnienia; rzucił się w proste opowiadanie 
wymagające raczej spółczucia, niż czynnego uczestBictwa i byt 
pewnym że znalazł takowe w .utkwionych mu w obliczu oczach 
córki bankiera. 

Prysły pierwsze lody; panna Karolina przekonała się że 
święci garnków nie lepią, że z ludźmi z wielkiego świata 
łatwiej było zrozumieć się, niż ze wszystkiemi kupieckiemi 
znajomościami jej ojca, które na zewnątrz handlarskich pne- 
biegów i rubasznych targowych sprawozdań , odstręczały 
czczością swego nastroju. 

Poufała grzeczność obejścia hrabiego, swobodnie czas 
pędziła przed sobą ; młoda gospodyni nie postrzegła się, kiedy 
wybiła północ, z niemiłem zadziwieniem ujrzała towarzy- 
stwo wstające od stolika, gdzie Dahlman cały rozjaśniony 
weselem, zapisywał dowody biegłości swej i niesłychanego 
szczęścia. 

Bankier dziękował Wilczkowi za odwiedziny, sam wypędzał 
go do domu, do łóżka, trząsł się od^ śmiechu i znowu dzię- 
kował i znów śmiał się na całe gardło. Wszyscy byli zado- 
wolnieni; dwaj nawet przeciwnicy Dahlmana, niemiłosiernie 
ograni, uśmiechali się kwaśno, dla przeświadczenia o obo- 
jętności na niefortunne losy. 

Juljusz wychodząc, szepnął bankierowi do ucha kilka ^óv 
zaprosin na obiad, nazajutrz, in gratiam powrotu przy- 
jaciela do zdrowia; otrzymał w odpowiedzi serdeczne uści- 
śnienie ręki i konwułsyjny wybuch śmiechu, którego hałasny 
odgłos na uHcy jeszcze ścigał odchodzących. 

I któż nie zgadnie że nazajutrz, bankier, w szczupłem gronie 
wybranych z arystokracji i z urzędnictwa lwowskiego, zasiadał 
na pierwszem miejscu; że ku niemu co chwila obracała się 
rozmowa, że zdaniom jego przysłuchiwano się z głęboką 
uwagą i poklaskiwano bystrości jego sądów, że wnossono 



79 

jego zdrowie i z wdzięcznym pokłonem odpowiadano na jego 
toaaty. 

Dahlman pławił się w obłokach lubo upajających kadzideł^ 
zwe^ Wilczka po imieniu, klepał Juljusza po ramionach, sam 
sobie nie wierzył że był zbogaconym handlarzem ; wpadała mu 
niekiedy do głowy dziwaczna myśl, czyli nie należało mu uważać 
się za podrzutka, za tajemniczy zakład miłości którego z Ar- 
cyksiąźąt? 

Przypuszczenie to nie było bezzasadnem, raz dla pewnych 
pańskich zachceń, dla tętna oczywiście niepospolitej krwi 
jak% bankier w sobie poczuwał, następnie dla szczególnego 
podobieństwa w rysach, zwłaszcza zaś w nosie i w ustach, 
jakie każdy na pierwsze wejrzenie spostrzegał między lwow- 
skim pieniężnikiem a rodziną lotaryngskich Habsburgów! 

Po obiedzie, gdy rozeszła się większa część zaproszonych, 
Jaljusz wspomniał o konieczności wynalezienia we Lwowie 
łaskawego domu, któryby nakształt pałacu księcia kanclerza 
lub hotelu posła angielskiego w Wiedniu, otwierał się co 
wieczór dla kilku poufałych przyjaciół i lubowników gry 
w wista. 

Dahlman wyruszył z ofiarą swoich salonów ; Juljusz pr/ędzej 
jeszcze pospieszył z przyjęciem ofiary. Plac boju był zdo- 
byty ; ostateczne zwycięstwo nie mogło umknąć biegłemu do- 
wódcy wyprawy. 

Wilczek bezwładnie dawał się unosić wpływom powiernika; 
zaczynał może poznawać, że w porównaniu zagrażającego mu ^ 
ciosu , lekarstwo nie było zbyt gorzkiem ; wdrażał się w co- 
dzienne posiedzenia u bankiera, w rozmowy z jego córką, 
której potulna dobroć i niezachwiany spokój, samem prze- 
ci^eństwem nęciły istotę jego skołataną gwałtownemi wzru- 
szeniami. 

Błogi wypoczynek, pół jawu, pół drzemania, spływały mu 
na duszę w obecności panny Karoliny; powraoał do sił, za- 
cierał w pamięci bolesne wspomnienia, i przyszłość widział 
pogodniejszą i na przeszłość przestawał poglądaó przez tu- 
many rozszalałej krwi. Myśl o przekołysaniu życia podobnym 
trybem wcale go nie odstręczała; każda ostateczność miała 
swoje powaby. Eto długo w szale samym znajdował roskosz^ 



80 

ten na krok stał od rozlubowania się w letargu. Czas wreszeie 
miał swoje prawa; młodość z natury hulaszcza, musisJa kiedyś 
się ustatkować; dojrzałemu wiekowi nie przystawały opętane 
igraszki ; ludzie zaś, dojrzewali jak owoce nie wedle liczby dni, 
ale stosownie do skwarów pod jakiem! wzrastali. Wilczek 
pod względem moralnym, oddychał dot%d istnem powietrzem 
równika ;^ Juljusz wykładał pau i rozwijał tę przenośnię z nie- 
zwyciężoną logiką. 

Rzeczywistość bliskiej a nieochybnej zaguby majątku, dziel- 
nie popierała jego rozumowania; Wilczek poczynał marzyć o 
o małżeństwie, jako wędrowiec skołatany długim symumem, 
o cichej oazie. 

Panna Karolina nie zaczepiała myśli o tak dalekie cele; 
jej Wystarczało siły marzenia zwykle tylko do wieczora; 
przyszłość była dla niej zagadką, nad rozwiązaniem której 
nie należało daremnie suszyć głowy. Częste odwiedziny mło- 
dego magnata pochlebiały jej próżności; cieszyło ją że zna- 
komity gość dom ojca jej wybrał i przełożył nad wszystkie; 
z widocznym uśmiechem zadowolnienia słuchała zazdrosnych 
powinszowań i uwag lwowskich dam nad nowym trybem 
życia hrabiego Wilczka. O istotnych powodach uprzejmości 
i względów panicza, długo nie miała żadnego przeczuds; 
małżeństwo nie snuło sie jej nawet po myśli — czekała za- 
pewne, aż ojciec da jej znak że czas zastanowić się nad wy- 
borem nu^żonka. W każdym atoli razie, córka bankiera znała 
^dość ład społeczny i światowe zwyczaje i umiała zdać sobie 
sprawę z szranków jakie ją przedzielały od dziedzica pierw- 
szego w kraju nazwiska. 

Skądinąd, usilne zalecanki Wilczka, niektóre jego słowa, 
poufały i ujmujący zarazem sposób obejścia, zwłaszcza zaś 
częste a przezroczyste prześladowania, wnioski i zaczepki Jal- 
jusza, poczynały osłabiać w niej mieszczańską pokorę. Panna 
Karolina zamykała oczy, skłaniała głowę między dłonie, lęlnia 
się samej sobie uwierzyć, odpędzała szalone nadzieje, utwier- 
dzała się przeciw gorzkim odczarowaniem. 

A jednak dziwne rzeczy zdarzały się nieraz na świecie. 

Przed niedawnemi czasy przedstawiano w niemieokim tea- 
trze tragedję Szyllera: « Intryga i Miłość.» Tam takie, 



81 

syn znakomitej rodziny poświęcił dla uczucia blask świetnego 
nazwiska, zakochał się na zabój w miejskiej dziewczynie i 
byłby z ni% żył szczęśliwy, gdyby nieubłagany ojciec nie 
był mu w poprzek zajechał i zniszczył los dwojga zajmu* 
j%cych istot. 

Wilczek sam jeden był na ziemi; nikt nie miał prawa 
sprzeciwiać się jego woli, mógł dowolnie sobą rozrządzać i 
eo więcej, powagą stanowiska zmuszał wszystkich do chylenia 
czoła przed kaźdem , choćby naj dziwaczniej szem postano- 
wieniem. 

Cóż wreszcie znaczyły głaszczące jego poglądy, bladość 
rozlana na licu, tęsknota w oczach, tłumione westchnienia, 
tysiące grzecznych starań — co znaczyła nagła przemiana 
życia, rozbrat z hucznemi uciechy — co wyrażały myśli, upo- 
dobania i chęci zwrócone na wręcz przeciwną drogę, nieza- 
wodność codziennych odwiedzin? — 

Postępowanie to miało bez zawodu ważne swoje przyczyny, 
nie podobne do wynalezienia gdzieindziej tylko w krainie 
głębokich uczuć. 

Podobnej treści zagadka krążyła w tej chwili po umyśle 
Dahlmana; bankier atoli z większą pewnością przystępował 
do wywikłania prawdziwych wniosków. 

Wilczek niewątpliwie zalecał się mu do córki, naprzód 
jako do dziewczyny rzadkiego rozumu, niezaprzeczonych zalet 
i z powierzchowności — wcale niczego. Karolcia przypomi- 
ns^a matkę, ś. p. Dorotę z Sandwirblów Dahlmanowę, córkę 
zamożnego garbarza z Ołomuńca. Z ojcem dziewczę miało 
wiele podobieństwa w oczach i przymiotach duszy, jako to 
w dowcipie, w gospodarności i w znawstwie na interesach. 

Bankier więc, jak powiadam, odgadywał prawdę ale po- 
stanowienia swego naprzód nie układał; przyzwyczajony do 
działania wspartego na faktach, nigdy zaś na przypuszczeniach, 
czekał na wystąpienie z odezwą ze strony interesowanych. 
Tymczasem szeroko korzystał z wygód jakie mu przynosiły 
zalecanki magnata do córki, przyjmował grzeczności, po- 
zwalał sobie pochlebiać, łaskawie dawał się zapraszać, coraz 
donośniej i poitfalej głos zabierał, . chłonął w siebie lube 
kadziło i roskosznie kołysał pawią próżność dorobkowiczą. 

Chojbou, Alkhadar. lY. g 



82 

Życie to przypadało mu do smakn; rad byłby wyciągnąć je 
w nieskończoność, tembardziej źe drogie onegoż słodycze 
spływały nań bez żadnych kosztów, wydatków, brzęczących 
powetowań. 

Wprawdzie, Dahlman nieraz spostrzegs^ źe usiłowano go 
wybadać, że wyciągano go na słowa, że żądano aby w zamian 
za wyświadczone względy raczył odkryć dno swojej myśli — 
ale usilne nawet nakręty Juljusza nie trafiały do cela; ban- 
kier udawał że niczego się nie dorozumiewa, źe wcale nie- 
ciekawy wyjaśnienia rzucanych mu dwuznacznych słów. Zna- 
glony czasem podstępnym obrotem o wyraźną odpowiedź, 
uciekał do zwykłego wybiegu, wybuchał grzmiącym śmiechem, 
skręcał z niechcenia rzecz na całkiem odmienne szlaki, nie 
bacząc na niecierpliwość, jaką wzniecały do koła upome 
jego fortele. 

Dziecinna ta gonitwa, płocha gra w chowanego, oczywiście, 
ćBugo trwać nie mogły ; prawda, prędzej czy później musisłi 
na jaw wypełznąć. 

Dahlman, dla wszelkiego bezpieczeństwa zarządził tajemne 
śledztwo nad majątkiem zalotnika. 

Włosy powstały mu na głowie, dreszcz zgrozy przebiegł 
po kościach. 

Wilczek siedział w długach po uszy — ba nawet i nie po 
uszy! — Z głową w nich tonął. 

Gdyby bankier był słuchał pierwszego głosu serca, pierw- 
szego krzyku rozumu — jednym zamachem byłby wypędid 
z domu świętokradcę, który odłuźoną swoją osobą poważał 
się bezcześcić dom jego, świątynia kredytu i niezachwianych 
aktywów. 

I z takim to wyrzutkiem społeczeństwa, bankier poufaS 
się, za pan brat przestawał, brał go publicznie pod rękę, za- 
praszał na obiady i sadowił na pierwszem miejscu ! — (jorzb 
ironja — wstyd nieopisany, gdyby się dowiedziano na gieł- 
dzie I — Miałżeby ostatni kramarz silniej czuć własną godność, 
aniżeli Dahlman i Spółka — ? 

Nie darmo atoli moraliści prawią o zgubnym wjptywiB 
namiętności, porównywając je do rozhukanych*wiatrów, pędif- 
cych na rafy wątłą łódkę żywota. Porównanie to każdy z naa 



83 

lubil w dwunastym roku życia. — Go do mnie, przypominam 
sobie straszne wrażenie jakie sprawiały na mojej wyobraźni 
fale te, 2ódź, wicher i burza; zdało się mi że natchnienie 
człowiecze nic szczytniejszego wynaleźć nie zdoła. W szesna- 
stym roku, komuż ta sama burza nie przenosiła się do serca, 
nie wyła w piersiach, nie czuchrała włosów, nie targała uczu- 
ciem, kogóż nie zwieszała nad przepaścią zwątpienia, nie 
wyrzucała na brzegi dzikiej tęsknoty? — 

Później — i te nawałnice zwietrzały, a dziś — dziś, mówię 
po prostu że Dahlman pogardził głosem handlarskich pryn- 
cypjów, że dał uwieść się syrenie mody i nakłonił ucha zdra- 
dliwym próżności poszeptom — że oszołomiony kołowacizn% 
ma^naterji, niewdzięcznie wyparł się świętych cyfer kupie- 
ckiego sumienia. 

Nie uległ wprawdzie bez oporu; walczył sam z sobą, 
cierpiał, gryzł się wewnętrznie — z jednej strony wleczon 
przez rozsądek i doświadczenie, z drugiej targany przez nie- 
przezwyciężoną słabość. 

Bankier cierpiał, powtarzam, cierpiał atoli po gladjatorsku, 
z uśmiechem na twarzy. 

Myśl, że człowiek ogołocony z kredytu zalecał się do Ea- 
rolci, krew mu pędziła do mózgu; obliczem pomimo to nie 
zdradzał najmniejszego wzruszenia — z pozoru niepodobna 
było odgadnąć jakie niepokoje kołatały mu duszę. 

Innym i*azem, gdy sam przed sobą chciał się usprawiedli- 
wić, wpadał ua odmienny tor uwag. 

Nieszczęsny ten wywłaszczeniec w niedalekiej przyszłości, 
nadużywał jego łaski — łaski moralnej, ma się rozumieć, o 
pożyczce bowiem dotąd ust nie otworzył; ależ ostatecznie co 
zacz był ten człowiek? — Hrabia Wilczek 1 — Świetne na- 
zwisko, znakomity ród, przyjaciel, jak wieść głosiła, samego 
księcia kanclerza — poufały znajomy wielkich dygnitarzy 
cesarskiego dworu, człowiek wysoko ceniony w pierwszych 
towarzystwach stolicy, pan z krwi i z obejścia, magnat, przed 
którym miejscowe viładze z pośpiechem uchylały kapelusza. 

Dahlman na samo wspomnienie tylu potęg, Idaniał się, 
choć nikogo przed nim nie było; podwajał ku Wilczkowi 
uprzejmości, jak gdyby pragliąjl przebłagać go za wymarzone 

6* 



84 



jakieś uchybienia, serdeczniej jeszcze smia^ się na widok do- 
stojnego przyjaciela; usiłował w mówić w siebie że obrzydłe 
mu passywa hrabiego były bezzasadną, mieJ8k% plotk%, której 
człowiek z jego doświadczeniem nie powinien był dać się 
uwodzić. 

Usposobienia córki, skłonność jej lub obojętność ku za- 
lotnikowi , mało go obchodziły ; bankier był przekonanym że 
posłuszne dziecko wykona ojcowskie rozkazy, w wykonania 
tychże rozkazów znajdzie jedyne szczęście. 

Tymczasem opędzał się zaczepkom i czekał — czego? — 
Może szczęśliwej chwili, natchnienia, zbawczej myśli, któraby 
zabezpieczyła mu zewsząd korzyści i zewsząd zaałoniła go 
przeciw stratom. 

Ha, gdyby Wilczek mógł jakim cudem przekonać go o 
bajeczności grzechów swej hypoteki, gdyby mógł wygnć 
wielki los na loterjil — Nieoceniony chłopiec! — Sł^ mu 
u nóg całe towarzystwo, dom w modę wprowadził; od nie- 
jakiego czasu tłoczono się do jego salonów; wiele ważnych 
osób zawadzało na dole o kantor, gdzie bankier wciągał je 
w zyskowne dla siebie przedsięwzięcia — jak go było nie 
kochać, jak za nim nie przepadać! — 

— ((Onegdaj, mówił mi zięć mój, hrabia Wilczek. — > 
« Spotkamy się dziś na obiedzie u córki mojej hrabiny. — > 
« Książe kanclerz obiecał do chrztu trzymać wnuczka mego 
młodego hrabiego.)) — « Jakże się ma córka pańska, hrabini;, 
i hrabia zięć, i młoda hrabianka? — » 

Dahlman od zmysłów odchodził na pieszczące dźwięki po- 
dobnych frazesów i zapytań, przewracał się w krześle, głowę 
na poręcz przechylał, dzwonił pieniędzmi w obu kieszeniach 
— ale czemże był sam nawet brzęk talarów w porównania 
z boską harmonją słów, jakie obłęd próżności szeptał ma do 
ucha? — 

Trzeci miesiąc upływał od pierwszego po powrocie spo- 
tkania Wilczka z Dahlmanem; stanowisko zalotnika corai 
się wyjaśniało, z każdym dniem stawało wyraźniejszem, choć 
żaden przedwstępny, zaczepny krok nie miał dotąd miejsca 

W mieście zaczynano, z początku półgębkiem, wreszcie na 
całe gardło, gwarzyć o zamiarach Wilczka; jedni zaręciali 



85 



drudzy nie wierzyli, tamci płonęli obarzeniem, ostatni, pra- 
ktyczni, niczemu się nie dziwili; wszyscy jednak od rana do 
nocy nie umieli nic innego rzucić na pastwę żarnom języka. 

Juljusz niecierpliwił się dochodzącemi go zewsząd pogło- 
skami, przeklinał zwłokę, nalegał na przyjaciela o uderzenie 
stanowczego ciosu, nie dawał mu wytchnienia. Wilczek sam 
, pragnął wyrwać się z niepewności; oddawna wziął był poło- 
żenie swoje na rozum i utwierdził w duszy zamiar zdobycia 
ręki panny Karoliny. Wracając do domu z codziennych 
odwiedzin, często przysięgał sobie że nazajutrz, otwarcie roz- 
mówi się z bankierem; dzień nadchodził, biła godzina zwy- 
kłego spotkania — Wilczek nie czuł w piersiach dostatecznej 
odwagi, zżymał się, witał upragnionego teścia odrębnemi od 
rzeczy słowy i żegnał nic nie zdziaławszy. 

Podobne wahania i niepojęty brak śmiałości, zagrażały 
nieskończoną przewłoką, a może nawet i zupełnem zniwecze- 
niem zamiaru. 

Juljusz poznał że przyjaciel sam nic nie postanpwi, że 
trzeba przygotować mu drogę, za rękę niemal zaprowadzić 
go do ołtarza; radził mu więc aby użył poważnego jakiego 
pośrednictwa, aby udał się do tego z krewnych, któremu 
Bwadźba należała z prawa. 

Wilczek nie miał na pódoręciu bliskich powinowatych; 
jedynym do którego naj właściwiej wypadało się odezwać bj^ 
Sokolnik; magnat atoli od dwóch lat bawił w Wiedniu i dla 
żadnych powodów nie byłby chciał zjechać do ojczyzny, mniej 
mu przyjemnej od cesarskiego miasta. 

Nieobecność jego wszelako, nie przeszkadzała pośrednictwu* 
oba przyjaciele wystowali do dygnitarza list w którym Jul- 
jusz starał się jak najzręczniej pogodzić obowiązki urt)dzenia 
z koniecznością wydarcia się nieuchronnej zatracie. Pismo, 
od początku do końca pieniło się szumowiną pańskich fra- 
zesów o własnej godności, o niezatartem uczuciu dostojeństwa 
rodu , o nieocenionym zaszczycie pokrewnych związków ; 
dalej, napomykało z niechcenia korzyści, jakie wypłynęły by 
dla świata i dla zainteresowanych, gdyby za pośrednictwem 
możnych stosunków, udało się wyrobić Dahlmanowi tytuł 
l>arona. O głównym powodzie hymenu, list wspominał ubo- 



86 



cznie, Sokolnik jednak był człek domyślny; łatwo mógł sam 
odgadnąć gdzie leżał węzeł sprawy i jak go należało rozplatać. 
Wiadome były powszechnie dostatki Dahlmana, dostatki któ- 
rych niepodobna było lepiej użyć, wyszlachetnić , jak na 
podźwignięcie z upadku i odświeżenie znakomitego w her- 
barzu nazwiska. Tym tylko sposobem bankier mógł uzyskać 
przebaczenie dla swoich bogactw i pobłażania dla osoby. 

Odarte z przywilejów i z uroku możnowładztwo, zepchnięte 
z dawnej powagi na lokaj skie ławy cesarskich i książęcych 
przedpokojów, musiało pod zagrożeniem śmiercią, podeprzeć 
się na głównej podstawie nowoczesnej potęgi — na pienią- 
dzach. Zamożna kasta mieszczan, po workach srebra i złota 
wdzierała się do nieprzystępnej dotąd warowni rycerskiego 
gniazda. Oblegający głodem zwykle brali załogę. 

Sokolnik był jednym z tych ludzi którzy jak widzieliśmy, 
nie tracą darmo czasu na płonne targi i sprzeczki z konie- 
cznością. Gdzie trzeba było uledz, zamykał oczy, ulegał; 
z dwojga złego mniejsze umiał wybierać. 

Postanowienie Wilczka wydało się mu lekarstwem na biedę, 
gorzkiem ale stanowczem; próżno było gdzieindziej szukać 
ratunku — przeciwnie — należało wszelkiemi sposoby upo- 
żytecznić jedyny środek zbawienia jaki los przedstawiał za- 
szarganemu paniczowi. 

Sokolnik podumał w czem z swojej strony mógłby za- 
chęcić bankiera do zawieszenia córki na jednej z gałęzi ge- 
nealogicznego drzewa rodziny Wilczków, podumał, zastanowił 
się, klasnął w dłonie rad z wypadku swoich rozmyślań, i 
w kilka dni potem Dahlman odbierał list następującej treści: 

« Szanowny Panie! 

((Dawne i ścisłe między nami stosunki przyjaźni, któremi 
chętnie wszędy się zaszczycam, ośmielają mię do otwart^o 
odezwania się w sprawie ze wszech miar blisko mię doty- 
czącej. 

((Znając łaskawą pańską dla domu mego przychylność i 
świadom upodobania, jakie Pan znajdujesz we wręcznem przy- 
stępowaniu do rzeczy, pozwolę sobie krótkiemi dowy objaśnić 
cel niniejszego pisma. 



87 

« Spowinowacony ze mną hrabia Władysław Wilczek, za- 
wiadomił mię przed kilkoma dniami o zamiarze swoim za- 
irarcia związków małżeńskich, naprzód dla ustalenia własnego 
szczęścia, następnie dla przeszkodzenia wygaśnięciu znako- 
mitej rodziny, której krewny mój ostatnim jest potomkiem. 

«Wiek mój i związki krwi, sprawiły że hrabia Wilczek 
uzna! za rzecz stosowną, zapytać mię o radę i zażądać mego 
pośrednictwa, w razie gdybym pochwalał jego zamiary. 

« Radzić młodzieży, Szanowny Panie, trudno tam, gdzie 
jak widzę, przemówiło już głębokie, niezwalczone, dozgonne 
uczucie; pośredniczyć natomiast łatwo, gdzie głos serca zgadza 
się tak dalece z wnioskami rozumu. 

«Z radością przyjąłem na siebie ten ostatni obowiązek, 
przekonany że stara nasza przyjaźń dostatecznie mię upo- 
ważnia do odezwania się o rękę panny Dahlman dla mego 
krewnego. 

((Postanowienie o losie jedynego dziecka, nader ważną 
jest rzeczą, zwłaszcza dla równie czułego ojca jakim Pan 
jesteś. Wiem ile w podobnym razie względów należy mieć 
na uwadze; sam przeszedłem przez te frasunki i siła zu- 
żyłem rozwagi zanim skutek pomyślny, przewyższający wszel- 
kie nadzieje uwieńczył moje zachody. Nie ośmielałbym się 
przeto brać udziału w sprawie tak dalece stanowczej dla 
ojca i dla córki, gdybym był mniej przeświadczonym o 
rzadkich zaletach hrabiego Wilczka, o rękojmiach jakie 
charakter jego przedstawia dla warunków szczęścia panny 
Dahlman. 

«Z mojej strony, skoligacenie z Panem, który dzięki pracy 
i niepospolitym zdolnościom, potrafiłeś zdobyć w kraju tak 
świetne stanowisko, otoczyć się powszechną czcią i szacun- 
kiem — skoligacenie to, powtarzam, będę uważał za szcze- 
gólny zaszczyt i jedną z drogich pociech schyłku dni mego 
życia. Gdybym nawet mógł stracić pamięć osobistych z Pa- 
nem stosunków, wystarczyłoby mi wspomnieć na chlubne a 
częste wzmianki, jakich Pan jesteś przedmiotem w pierwszych 
towarzystwach stolicy. 

« Przed niedawnemi czasy, książę kanclerz, który raczy 
niekiedy obracać ku mnie łaskawe słowo, troskliwy o dobro 



88 

poddanych JGMości, nie mógł odchwalić się przysług jakie 
zabiegłosć Pana wyświadcza krajowemu przemysłowi i władzy. 

((Podobnym zasługom, rz%d, oprócz wdzięczności, winien 
nagrodę i bez wątpienia nie mylę się skoro Panu powiem, że 
przy zręcznem użyciu wpływów moich i gorliwych starań, 
księga cesarskiej szlachty wzbogaciłaby się w pańskiej osobie 
jednem więcej nazwiskiem, zwłaszcza też w razie gdyby 
książę kanclerzz dowiedział się o zamiarze połączenia panny 
Dahlman z ostatnim dziedzicem dobrze mu znanej rodziny. 
Przeczucia moje w tym względzie, opierają się na tylu nie- 
zbitych dowodach, że czekam tylko na pańską odpowiedź, aby 
natychmiast przedsięwziąć właściwe kroki i w krótszym niżeli 
Pan spodziewasz się, czasie, wyprą wi(3 z Wiednia słusznie 
należny mu dyplom barona. 

uRacz Pan rozrządzać mną według upodobania i chciej 
przyjąć wyraz szczerego szacunku, z jakim zostaję źycsliwym 
przyjacielem i sługą. » 

Bankier odczytał raz i drugi , zamknął się w swoim , ga- 
binecie, nie kazał wpuszczać nikogo. 

Nadchodziła stanowcza chwila; niepodobna było dłużej 
zwlekać; należało dać wyraźną, ostateczną odpowiedź. 

Dyplom barona ! — Co rzeknie lwowskie mieszczaństwo — 
jak przyjmą wiadomość giełdowi wspólnicy w Krakowie, 
w Brodach, w Wiedniu, w głównych niemieckich miastach? — 
Nędzne mieszczaństwo, skazane na dozgonne czapkowanie za 
kantorem przed lada utytułowanym. Dopieroż to będzie po- 
winszowań, pokłonów — a ile skrytych zazdrości, ile obłu- 
dnych uścisków! — 

Ha, Bóg z nimi — niechaj się zżyma poziome kramarstwol — 
W czemźe gniewy przekupniów zdołają ubliżyć godności 
barona? — Każdy z równym sobie przestaje; szemrania przed- 
pokojowej ciżby rozbiją się o próg salonu. 

Tytuł barona! — Akt urzędowy opatrzony własnoręcznym 
podpisem cesarza? — Sokolnik przysięga że go wyjedna, 
przysięga ale zarazem kładzie warunek wydania Karolci za 
swego krewnego. 

Wczoraj jeszcze doniesiono nowe szczegóły o rozpacznem 



89 

jego położenia. Pokazuje się że wszystko co do grosza 
zmamows^, przehulał — któż potrafi zaręczyć, że taki sam 
los nie czeka mozolnie zebranych dostatków przyszłej hrabiny? 
Pan młody przyzwyczajony do szalonego, hucznego życia, 
poradziłby kopalniom Potozu. Co wtedy po tytule; co po 
zaszczytach ; gdzie godność, której nędza nie obedrze z blasku 
i nie rzuci na pośmiewisko? 

[ Dalejże — trochę zimnej krwi, rozumu, postanowienia 1 — 
Tytuł, czcze słowo, dym, mara, w porównaniu z rzeczywi8tości% 
gotówki ! 

Bahlman namarszczył czoło, westchną,ł głęboko, zabierał 
się do odprawy długo kołysanych, lubych sercu marzeń. 
Jeszcze raz się zastanowił, znowu ugprzązt w dumaniach; 
z trudnością przychodziło mu oswoić się z myślą bankructwa 
na tyloletnich, drogich nadziejach. 

Na czemże ostatecznie zahaczała się sprawa? — Na kilku 
workach pieniędzy? — 

Do stu szatanów — Dahlman miał ich podostatkiem I — 
Pora mu było zakosztować owoców pracy, pozwolić sobie 
kupna takich nabytków, które najzupełniej zadowalniały jego 
zachcenia. 

Jakaż wreszcie zagrażała mu strata? — Majątek w każdym 
razie musiał dostać się córce, zabezpieczenie zaś onego przeciw 
marnotrawstwu zięcia, zależało od czujności i stosownych 
środków przedsięwziętych przez ojca. Śmiało więc, naprzód! — 
Karolcia będzie hrabiną, bankier baronem — spełnione na- 
dzieje! — Czas otrząść się z poziomych rodzinnych stosun- 
ków, z niesmacznych wspomnień początkowego rzemiosła; 
czas zająć miejsce między ludźmi, do których towarzystwa 
bankier w głębi duszy czuł się stworzonym. 

Wilczek otrzyma pomyślną odpowiedź. 

Wyrok nieodmiennie wydany. Z wykonaniem atoli, nie 
ma czego się spieszyć ; wypada wprzód pilnie rzecz obmyśleó 
i zagrać na pewne. 

Obietnice, zobowiązania pańskie, nie warte trzykroć za- 
prostestowanego wekslu. Oddawna już łudzono Dahlmana 
-wyzyskaniem dyplomu, ile razy zwłaszcza potrzebowano jego 
pomocy. Przyrzeczenia spełzały na niczem; zapominano o 



90 

• 

nich wraz z zaspokojeniem &%dań. Dziś, w równie ważnej 
sprawie, byłoby nieprzebaczonem głupstwem wystawiać się 
na podobne zawody. Należy unikać z Wilczkiem wszelkich 
nczepek o małżeństwie, wyprawić czemprędzej odpowiedź do 
Sokolnika i czekać wypełnienia uroczystych obietnic. Jeżeli 
magnat pokaże się rzetelnym, jeżeli dotrzyma jedynego a 
koniecznego warunku, bankier święcie stawi się na riowie; 
ślepa uległość zobowiązaniom, to jego zwyczaj, to draga 
w nim natura. Dość przejść się po giełdzie, po ostatnich 
we Lwowie kramach, aby uznać wartość słowa wyrzeczo- 
nego przez naczelnika pierwszego na cały kraj handlowego 
domu. 

Dahlman siedział już nad papierem i wykręcał odpowiedź 
w ten sposób: 

« Jaśnie Wielmożny Hrabio! 

aList JW. Pana datowany L2. grudnia, doszedł mię 17. tegoż 
miesiąca, o czem zawiadamiając, mam zaszczyt, co do samejże 
treści pisma; wyrazić się jako następuje: 

((Zamiary hrabiego Wilczka względem mojej córki, jak 
również pośrednictwo w tej mierze JW. Pana, są dla mnie 
nader pochlebnemi. Gdyby ostateczna odpowiedź odemnie 
zależała, sprawa w tej chwili byłaby już skończoną; na wagg 
złota cenię uczucia, jakie wzbudza we mnie myśl zabezpie- 
czenia tym trybem losu mego dziecięcia. Wiadomo jednak 
JW. Panu że w podobnych zdarzeniach, ojciec bywa tylko 
doradcą; główny kierunek przedsięwzięcia należy do córki. 
Nie traktowałem z nią jeszcze w tym względzie, niepodobna 
mi zatem zdania jej w rubrykę niewątpliwości zaciągnąć, 
według prawdopodobnych wszelako domysłów z pewnością 
prawie mogę zaręczyć, że wola moja zgodną się pokaże 
z własnem jej postanowieniem. 

«Z mojej strony, ośmieliłbym się położyć jeden tylko wa- 
runek który JW. Pan, sam czuły i przywiązany ojciec, poj- 
miesz ze wszech przyczyn. 

«W razie, gdyby zaszczytny dla mnie związek pr2y8zedł 
do skutku, wyznać winienem, że z trwogą myślę o następstwach 
jakie dla spokoju mojej córki mógłby wyniknąć ze znanej 



91 

porywczości charakteru hrabiego Wilczka. Lekkomyśhiy ten 
szafunek kapitałem życia, dobrowolne narażanie się na nie- 
bezpieczeństwo, z bronią w ręku, oprócz ciągłych trosk, mo- 
głyby ją, nadto wystawić na wczesne owdowienie, na ciężką 
<;horobę, na śmierć nawet, biorąc w uwagę tkliwe serce, jakiie 
córka moja odebrała z rąk łaskawej natury. 

« Powaga pokrewnych stosunków, wiek i wpływ mądrych 
rad JW. Pana, potrafiłyby zapewne skłonić hrabiego Wilczka 
do wyrzeczenia się nieszczęsnych upodobań, do piśmiennych 
nawet w tej mierze zobowiązań, których dotrzymanie nie 
byłoby mu trudnem, dziś, gdy po urzeczywistnieniu zamiarów 
-wypadnie mu przestać do samego siebie tylk^ należeć; gdy 
nadto wedle ostatnich moich spostrzeżeń i sam hrabia Wil- 
•czek, zdaje się poczuwać wstręt ku usterkom pierwszej mło- 
dości. 

«Racz JW. Pan osądzić do jakiego stopnia obawy moje 
ilają się wesprzeć na oczywistych dowodach i jakie środki 
zdołają naj dzielniej posłużyć ku uspokojeniu takowych. Z tego 
-co rzekłem, przekonywasz się JW. Pan że warunkom moim 
nie trudno będzie zadość uczynić. 

«Co do otwartego przyjęcia oświadczyn i czynnego przy- 
stąpienia do przedślubnych przygotowań, jeźelim dobrze zro- 
zumiał treść listu JW. Pana, wnoszę że należałoby może 
■wstrzymać się zupełnie aż do przysłania mi wiadomego dy- 
plomu, za który zawczasu, chciej JW. Pan przyjąć najżywszą 
moją wdzięczność. 

«Pośpieszam więc, w tym razie jako i we wszystkich, sto- 
sować się do światłych sądów JW. Pana, i z niecierpliwością 
oczekując odpowiedzi, mam zaszczyt zostawać uniżonym Jego 
fiługą. 

Gottlieb Dahlman et Comp.>» 

Bankier wyprawił list i wierny swoim postanowieniom, 
założył ręce, pilniej jeszcze niż dotąd wystrzegał się spotkań 
sam na sam z Juljuszem lub z Wilczkiem, czekał na odpo- 
'wiedź, na znak według którego miał zaprzecznie lub twierdząco 
fiię odezwać. 

Sokolnik tymczasem, otrzymawszy odpowiedź Dahlmana 



92 



doskonale zrozumiał wagę ostatniego paragrafu, udzielił jej 
Wilczkowi; sam zaś wziął się do dzieła, tern gorliwiej, ii 
znając z bliska bankiera, pewnym był że tenże nie zatargają 
kota w worku, że w żadnym razie nie zechce wymienić po- 
sażnej córki za samą obietnicę dj^plomu. 

Juljusz wpadł na podobneż wnioski, odgadł myśl Dahl- 
mana i uznał konieczność wstrzymania zaczepnych krokóir 
aż do nadejścia pożądanego pargaminu. 

Uzyskanie dyplomu nie było zbyt trudnem przy massie 
wpływów i stosunków, jakiemi zaszczycali się w stolicy So- 
kolnik i przyszły zięć Gotlieba Dahlmana. 

Uderzono na raz we wszystkie sprężyny, zakołatano do 
wszystkich salonów, nie przepuszczono nawet przedpokojom. 

Wilczek w gorących wyrazach odezwał się do przyjaciół 
obojej płci, zaczerpnął nadto pełną ręką w kieszeni Jaljosza 
i posłał Sokolnikowi znaczną summę dla przyspieszenia sprawy 
podarkami, zaprosinami, właściwie umieszczona brzęcząca 
gotówką. 

Magnat rozmnożył się w dziesięcioro; od rana do nocy 
uginał krzyża, kurczył się we dwoje, wydzwaniał na wszystkie 
tony piosenkę o zasługach bankiera, o przywiązaniu jego do 
rządu, do księcia kanclerza, do cesarskiej rodziny. Sokolnik 
dał w tym razie dowody niepośledniej uczynności, pokazał 
że umie czuć obowiązki pokrewnych węzłów, że dla szczęścia 
bliskich swemu sercu, umie się poświęcać. 

Świątynia tytułu otwarła wreszcie podwoje dla nowego 
lewity; nazwisko Dahlmana zaległo w złotej księdze austrja- 
ckich przywilej owco w. Gubernator miasta Lwowa otrzymał 
rozkaz uroczystego wręczenia bankierowi upragnionego dy- 
plomu. Stugębna wieść atoli, dniem wprzódy roztrąbila 
zaszczyt, jakim w nieprzebranem miłosierdziu cesarz Jego- 
mość raczył ozdabiać Galicję; okoliczne miasta zastrzęsły 8ic 
z wzruszenia i podziwu; na giełdzie lwowskiej przez csij 
dzień odłożono na bok swarliwe szachrajstwa, udzielano sobie 
nawzajem pogłoski, wznoszono ręce do nieba, zdumiewano 
się nad szczęściem Człowieka, który od początku zawodu, we 
wszelkich przedsięwzięciach fortunne tylko losy spotykał. 

Jeden z magnatów apostolskitej korony, znajomy później 



93 

W krwawych dziejach austłjackiego wstecznictwa , książę 
Windischgraetz, zwykł był często powtarzać, że u niego cdo- 
wiek zaczynał się dopiero z baronem. Dykteryjka ta, wówczas 
Już powszechnie wiadoma, głęboko niegdyś oburzała Dahl- 
mana; później atoli po wręczeniu mu dyplomu, bankier j^ 
wpadać na myśl, że czeski magnat nie zupełnie się mylił, że 
w istocie, człowiek wtedy tylko czuł się w pełni własnej 
godności, gdy z każdym członkiem ludzkiego społeczeństwa 
jak z równym sobie mógł przestawać. O równości tej w stanie 
mieszczańskim marzyć było niepodobna; w możnowładzkich 
tylko szeregach, człowiek nie miał upokorzenia za każdym 
krokiem przed wyższymi się uniżać, co więcej, sam nabierał 
prawa z góry poglądania na zdawkową gawiedź. 

Bankier ofuknął jednego z podwładnych rachmistrzów, który 
^w temże oka mgnieniu, gdy świeżo ubaronowany patron, wracał 
z dyplomem od gubernatora, poważył się przedstawiać mu 
do zatwierdzenia żydowski jakiś rachunek; świeży dygnitarz 
zgromił i wystraszył kupczyka, choćby dlatego jedynie aby 
dać mu poznać, z kim odtąd w jego osobie. hołota mic^a do 
czynienia. 

Zaledwie przemyślnik znalazł się w swoim gabinecie, 
aliści rój pieszych zaczernił przed jego drzwiami; powozy 
zajeżdżały jeden za drugim, wychłaniając przybyszów z po- 
winszowaniami, z nadzieją pierwszego powitania nowego do- 
stojnika. 

Na czele uradowanej lub udającej radość czeredy, wtargn^ 
Wilczek. 

Drzwi przed nim tylko się otwarły; reszta ciżby musiała 
poprzestać na udowodnieniu swej czołobitności, złożeniem u 
odźwiernego nazwisk. Baron obiecywał sobie zawdzięczyć 
znajomym zaprosinami na walną uroczystość, tymczasem jednak 
pragnął sam na sam pozostać z moralnym wierzycielem swego 
dyplomu i jako człek rzetelny, naprzód wypłacić się, dotrzy- 
mać święcie zobowiązań, następnie dopiero z czystem bilansem 
sumienia oddać się radości i zabawie. 

Wilczek w krótkich wyrazach wynurzył baronowi powin- 
szowanie, uścisnął mu rękę, ale oznaki te nie wystarczały roz- 
falonej duszy bankiera; tłumione uczucie szczęścia dopominało 



94 



się wywnętrzenia. Baron padł w objęcia grafa, pocałował 
go z dubeltówki w oba policzki, przytulił do serca z dawną 
mieszczańską siłą, aź żebra w nim zatrzeszczały. 

Wilczek oczy na wierzch wysadził, chciał już protestować, 
baron atoli sam zdziwiony niezwykłym napadem krzepkości, 
opuścił ramiona i rzucił się w krzesło, wskazując drugie po- 
dobneż gościowL 

— Jesteśmy sami — rzekł z iskrzącym uśmiechem; ka- 
załem nikogo nie wpuszczać. Możemy z sobą pomówić otwar- 
cie; wszak wiesz panie Władysławie, że znalazłeś we mnie 
szczerego przyjaciela — że nie ma rzeczy w świecie której 
bym ci odmówił, że nawzajem — liczę na twoją przyjaźń. 

Bankier uci^ głos, nie wiedział jak zacząć; Wilczek ob- 
cesem zagabnięty, szukał po głowie stosownej uczepki i wy- 
raźnie zmęczony, jąkał zaręczenia o wzajemności uczuć, o głę- 
bokim szacunku, o gotowości swoich służb. 

— Nie wątpię, odparł Dahlman, nie wątpię; u ludzi przy- 
zwoicie urodzonych ce na sercu to na języku. Dam wreszcie 
dowód zaufania jakie pokładam w wartości naszych stosun- 
ków, odwołując się do sądu kochanego pana w sprawie ży- 
wotnie mię obchodzącej ; uprzedzam tylko że zdanie to będzie 
wyrokiem, który poprzysięgam spełnić co do joty ; radzę więc 
sędziemu wziąść rzecz na pilną uwagę. 

— Jestem gotów, rzekł Wilczek, ośmielony rubaszną do- 
brodusznością i grzmiącym śmiechem bankiera — w wydaniu 
wyroku, jakikolwiek on będzie, posłucham tylko głosu sa- 
mienia. 

— Tern lepiej; powtarzam dane słowo. Jestem przeko- 
nany że na dobre mi wyjdzie nieograniczone moje zaufanie. 
Idzie o rzecz ważną; nie taję. Jak sam widzisz, panie Wła- 
dysławie, z każdym dniem przybywa mi na głowie siwizny; 
zaczynam poczuwać ciężar wieku. Od dziecka prawie wprzą- 
głem się do pracy, nie szczędziłem trudów ani zachodów; los 
uczciwie wynagrodził moje usiłowania, ależ i losu nadużywać 
nie należy. W naszym stanie, czyli raczej w kupieckinot 
noga łatwo może się poślizgnąć; czas przytem wypocząć, 
zakosztować owoców tyloletnich kłopotów. Jak sądzisz 
-*- gdybym zlikwidował rachunki i zamknął dom handlo- 



95 



wy? — Pytam otwarcie — co myślisz o podobnym za- 
miarze ? 

— Wilczek osłupiał na chwilę; nie tego spodziewał się 
pytania. Bankier pochylony, z rękami wspartemi na kola- 
nach, patrzył mu w oczy, jak gdyby chciał w nie wskoczyć, 
i czekał na odpowiedź. 

— Wypocząć? — Zapewne; na wypoczynek nigdy nie 
zawcześnie; człowiek raz tylko żyje na ziemi. Wyznać wreszcie 
maszę że sprawa to czysto handlowa; nie mam w tych rze- 
czach doświadczenia; w istocie, sam nie wiem co odpo* 
wiedzieć. 

— Cha, cha, cha — darmo! — Obiecałeś, musisz dotrzy- 
mać słowa. Zamknąć dom lub prowadzić dalej? — Radzę się 
twego przeczucia, a może nawet i własnego interesu, podobno 
bowiem — jeżeli — się nie mylę — wypadnie mi złożyć 
rachunki przed tobą — jakbym je złożył przed synem — gdy- 
bym miał syn rodzonego w twoim wieku. 

— Panie Dahlman! — Tyle dobroci! — uprzedzasz pan 
moje życzenia. Po tem co usłyszałem, wolno mi będzie za- 
pewne odezwać się, wynurzyć najgorętsze życzenia i nadzieje 
mojego serca? 

— Jak nie ma być wolno, kochany Władziu? — Przebacz 
że cię tak poufale nazywam; czyliż nie jesteś we własnym 
domu? Mam i ja wzrok nie od parady; widzę co dzieje się 
pod moim dachem; oddawna uważam że nie sama przy- 
jemność mojego towarzystwa zwabia cię w nasze progi. 
Rzecz zwyczajna! Chowam na wydanie dobrą i nie szpetną 
dziewczynę; zgodzisz się że na świecie, wiele gorszych od 
Dttojej córki? 

— Panna Karolina jest aniołem dobroci ; szczęśliwe życie, 
któremu przyjdą w pomoc znakomite jej zalety, i gdybyś 
pan udzielił mi prawa do powzięcia podobnych marzeń, gdy- 
bym był pewny, że potrafię uzyskać łaskawe przywolenie sza- 
nownego ojca — panie Dahlman, pożegnałbym się z życze- 
niami; nie pozostałoby mi nic do żądania. 

— Co do mnie, odparł bankier — jedno tylko słowo 
mam do powiedzenia. Jeżeli — jak wreszcie spodziewam się 
i wnoszę — córka przystaje na związek, który pod wszel- 



96 



kiemi względy zaszczyt naszemu domowi przynosi, ojciec schyla 
głowę przed wyborem swego dziecięcia. Niechaj że dzień 
dzisiejszy dopełni miary szczęścia 1 — Oto moja ręka panie 
Władysławie, albo raczej zięcia mój, jeżeli miłym ci ten 
wyraz. -^ 

Nastąpił znowu upadek we wzajemne objęcia i długie 
uściśnienia; bankier śmiał się do rozpuku, Wilczek atoli, 
zamroczył nagle wyjaśnione dotąd oblicze, przysunął się kn 
stołowi i kreśląc ołówkiem, dla zaprzątnięcia wzroku, bez- 
ładne jakieś znaki, rzekł niepewnym choć poważnym głosem. 

— Rzecz tak bystro , tak niespodzianie się rozwiązała — 
wybacz mi pan jeżeli nie miałem czasu uprzedzić go o pe- 
wnych ważnych szczegółach, które mniej pomyślnie może 
wi^ynęłyby na jego postanowienie. Honor nakazuje mi nic 
przed panem nie taió — jeszcze nie odeszliśmy od ołtarza. 

— I cóż takiego? — Przerwał wesoło baron przewidując 
wyznanie — dziecinne jakie przeszkody, skrupuły delikatnego 
sumienia, zobowiązania zaciągnięte w latach burzliwej mło- 
dości? — Dalejże — naprzód z temi trudnościami! — We 
dwóch możeć damy im radę. 

— Interesa moje — .majątek — niegdyś świetny — dziś — 
nie mogę ukrywać — w opłakanym stanie. Powinienem byt 
naprzód o tem wspomnieć ; w porównaniu z dostatkami panny 
Karoliny, z mojej strony, nader mało, a może nawet nic nie 
przynoszę. — 

Bankier zerwał się z krzesła, gwałtownym ruchem po- 
grążył ręce w kieszeniach; chciał udać oburzenie, ale uśmiecha 
z ust spędzić nie umiał. 

— I cóż dalej? — Zawołał — i nic więcej? — Cha, 
cha — wybornie! — Widzę że zawczasu muszę przygotować 
się na stosowanie peror kochanemu zięciowi. I któż to 
wspomina o pieniądzach? — W sprawach serca, uczuciai 
jakiż z przyzwoitego towarzystwa człowiek pobiegnie naprzód 
do hypoteki? — Z głodu nie pomrzemy — mogę ci przysiądz; 
jeżeli zaś majątek twój był niegdyś świetnym, postaramy się 
wrócić mu należyty blask. Tylkoż na miłość boską, panie Wła- 
dysławie, przyrzecz mi, że nigdy nie wspomnisz o interesach, 
ani zatroszczysz się o rzeczy których uporządkowanie, z prawa, 



97 

Z wieku i z doświadczenia, na mnie samym polega. Chwalę 
troskliwość o pieniężne względy — sam dałem jej liczne do- 
wody, wyznam przecie że w tym razie, daleko zostawiłeś 
mię za Bob%. Od czasu jak zaszczycasz nas twemi odwiedzi- 
nami, nie pomyślałem o kwestji majątkowej; odgadywałem 
ze córka moja wpadła ci w okoj ale nigdy nie zastanowiłem 
się czy nam miljony czy pasty worek przynosisz. Kochasz 
moją dziewczynę ; my kochamy cię wzajemnie ; łączysz w sobie 
rzadkie przymioty — czegoź więcej potrzeba? Ja w człowieku 
duszę cenię — serce, moralność, wychowanie, rozum, to mi 
pr&wdziwa zasługa 1 o resztę nie pytam i nie dbam, zwłaszcza 
gdzie idzie o szczęście mojego dziecka. 

— Szlachetne słowa panie Dahiman, tłumaczą one wysoki 
szacunek jakim świat pana otacza. Dla mnie, samego na 
ziemi, bez rodziny, bez bliskich krewnych, niesłychany to los 
znaleźć w jednym dniu tyle drogich związków. Wierzaj pan, 
że potrafię zadość uczynić powinnościom mego serca; przy- 
rzekam nadto że we wszystkich praktycznych kwestjach 
życia, odwołam się do rad mojego teścia i takowe gorliwie 
i pilnie wypełnię. — 

Bankier umilkł, zamyślił się — z kolei widno, miał także 
ważną jakąż uwagę do nadmienienia; szukał wątku po głowie 
i rzekł po chwilowym przestanku: 

— W interesach, dopóki przynajmniej nie staniemy na 
czysto, rady moje nie będą bez korzyści; przywykłem roz- 
gmatywać najsilniej zaplątane węzły, sądzę zaś że z massa 
podobnych, przyjdzie nam mieć do czynienia. Mniejsza o 
nie ; gdzie nie dadzą się rozwikłać tam je rozetniemy. Skoro 
jednak raz już wszczęliśmy rozmowę przyjacielską, niechajże 
każdy z nas wyjawi ostatnią myśl, pokaże dno serca; lepiej 
zrozumieć się zawczasu niż później narażać na przykre skutki 
nieporozumienia. Rzecz między nami ułożona, wprzód atoli 
nim się dopełni, pragnąłbym panie Władysławie, położyć ci 
jeden warunek, albo raczej wymódz na tobie przychylenie 
się do jednej mojej prośby. Uprzedzam że nie wymagam nic 
niepodobnego ; warunek dla ciebie łatwy, dla mnie konieczny 
pod względem spokoju, szczęścia mojego, a zwłaszcza też 
mojej córki. 

Chojbcki, Alkbadu. lY. 7 



98 



— W takim razie, rzeki Wilczek, dość go wymienić; 
jakakolwiek będzie treść, możesz pan uważać j% za przyjętą, 
za dopełnioną,. 

— Przyjmuję z wdzięcznością zapewnienie i dziękuję za 
mnie i za moją córkę. Prośba moja posłuży ci za dowód 
wagi jaką przywiązuję do naszych związków. Każdy wiek 
ma swoje upodobania, panie Władysławie. W młodością 
człowiek rad goni za niebezpieczeństwem, igra z życiem 
któremu nie przypuszcza granic. Zabawki te dadzą się uspra- 
wiedliwić w tym kto sam żyje na ziemi, kto po sobie nie 
zostawia nikogo; czyja śmierć może wzbudzić żal przyjaciół 
ale nikogo nie okrywa grubą żałobą. Małżonkowi, ojca, 
igraszki podobne nie przy stoją. — - 

Dotąd w Galicji gdzie tylko mowa o pojedynku, można 
zaręczyć że hrabia Wilczek w nim, celebruje. Zręczność i 
szczęście umieją także wypowiadać służbę; przedsięwzięcia 
handlowe, oparte nie na przypadku ale na ścisłem wy- 
rachowaniu często zawodzą; cóż dopiero rzec o spotkaniach 
gdzie- według przysłowia człowiek strzela a los kule roz- 
nosi? 

Posłuchaj drogi mój zięciu: pod nieustannem zagrodzeniem 
ciosu łatwo mogącego w ciebie uderzyć, córka moja nie 
znajdzie rękojmi szczęścia; ja sam napróżno szukałbym chwili 
spokoju — interesa nawet nie dadzą korzystnie się urządzić, 
jeżeli główna ich sprężyna ciągle będzie narażaną na po- 
trzaskanie. W imię zatem tylu świętych względów, zaklinam 
cię — daj mi zapewnienie, że odtąd zaprzestaniesz tych 
strasznych zaczepek, że nie zechcesz więcej słyszeć o poje- 
dynkach. 

— Pojmuję pańską troskliwość, odrzekł Wilczek z uśmie- 
chem, wyznać jednak muszę |że w obecnej chwili jest ona 
zbyteczną. Rzecz jasna, że dopóki człowiek sam jedenpędzi 
czas przed sobą, poty nic go nie przywiązuje do życia; nie dba 
o nie, rzuca niem jak przedmiotem bez zastosowania , bez 
rzeczywistości. Tęsknota i nuda pchają go do wzruszeń; 
trzeba przecie czemś serce zapełnić. Dziś atoli, gdy serce 
moje zajęte jednem tylko uczuciem; dla innego nie ma jni 
przystępu. Sam wreszcie, jeżeli mam prawdę wyjawić, czuję się 



99 



zmęczonym dotychczasowym trybem życia, sam pragnę wypo- 
czynku, spokoju, chcę odetchnąć, odrodzić się w czystem 
przywiązaniu, w pożytecznej pracy. Rozpędź pan trosln: 
upoważniam go uroczyście, skoro usłyszysz o jakim pojedynku 
w Galicji, zaręczyć, przysiądz że Wilczek żadnego w nim 
nie ma udziału. 

— Hm? — Westchnął bankier niezupełnie przekonany — 
z dawnemi zwyczajami nie łatwo w jednym dniu wyrzec się 
współki; gorącej krwi jednym podmuchem nie wystudzisz. 
Słowa twoje panie Władysławie, dodają mi zaufania — nie 
przeczę; byłbym atoli daleko spokojniejszym, gdybyś chciał 
wyraźnie mi przyrzec , święcie zaręczyć , że w żadnym 
wypadku nie chwycisz broni w rękę, że uszanujesz życie 
twoje i szczęście twojej żony i pomyślny obrót naszych in- 
teresów. 

— ' Ależ panie Dahlman, podobnego zobowiązania żaden 
człowiek honorowy przyjąć nie zdoła. Są w życiu wypadki, 
są położenia z których inną drogą wybrnąć nie można. Nie 
dawać powodu, ustępować, unikać zaczepki — rozumiem i 
przyrzekam ; ale dotknięty do żywego w mojej godności, sam 
wyzwany, zaczepiony — dla czci nazwiska, dla honoru rodziny, 
powinienem 

— Daremne obawy! — Ciebie nikt nie zaczepi; prędzej 
Sine, Eskelesowi, lub Rotszyldom zaprotestują weksel. Świat 
zna aż nadto kapitał odwagi, jakim rozrządzasz i szczęście 
nieodstępne ci w podobnych zajściach; nie lada kto zajrzy 
ci w oczy — wreszcie, czyliź nie jesteś powszechnie kochanym, 
czy liż nie liczysz tylu przyjaciół ilu znajomych? — Nie, nie — 
zaczepki nie należy się lękać; pod tym względem, jestem 
zupełnie spokojny. 

— Pod wszystkiemi względami zaniechaj pan frasunku, 
owiązałem się przyrzeczeniem; jeszcze raz je powtarzam i 
zaręczam że żadnej chwili życia o.niem nie zapomnę. 

— Zgoda — dobrze, ale czy nie lepiej byłoby ubezpie- 
czyć się przeciw przypadkowi w sposób jak można najpew- 
niejszy. Dla żywych charakterów , nigdy dość hamulca. 
Wszakże tu idzie o spokój twojej żony, o własne twoje szczę- 

7* 



100 



ście, kochany panie Władystawie. Wierzaj mojemu doświadr 
cieniu i przebacz naleganiom; gdybyś chciał zatwierdzić zo* 
bówiązanie kilkoma wyrazami na piśmie, kamień odwaliłbyś 
z mej piersi, rozpędziłbyś tę jedyną, lekk% chmnrkę na- 
szego życia. Słowa ulatują, łatwo wpadają w zapomnienie, 
skoro jednak człowiek rzetelny się opisze, dwa razy pomyśli 
zanim przełamie umowę. Co myślisz? — Oto papier i 
pióro — kilka wyrazów — pokażę je Karolci; rozpłacze się 
z radości. 

— Skrypt na spokój nośćl — Czemuż nie na stęplowym 
papierze? — Odrzekł Wilczek wesoło. Na Boga, kochany 
teściu, w pieniężnych interesach pojmuję podobne rękojmie; 
człowiek umiera, zobowiązania jego ciągną się jeszcze za 
grobem. W obecnej jednak sprawie, zostawmy zwyczajnym 
ludziom piśmienne zobowiązania. Między nami , nie ma 
świętszej umowy nad dane słowo i uściśnienie ręki. — 

Hrabia wyciągnął obie dłonie ; baron przypomniał sobie że 
nowy zaszczyt wymagał po nim nowych zwyczajów, że na- 
leżało czemprędzej wyzuć się z obejścia tracącego mieszczan- 
stwem; pokazał że umie nastroić się do wysokiego tonu; 
nie nalegał więcej i ostatniem uściśnieniem zakończył roz- 
mowę. 

Panna Karolina niezwłocznie dowiedziała się o szczęśdn 
jakie ją czekało; padła ojcu do nóg, zs^akała jak przystało 
na uczciwą dziewczynę w podobnych zdarzeniach, odeszła 
do siebie wypromieniona radością nie tyle z tyti^u, jak 
z związku, który urzeczywistniał niepewne przez tak dłngi 
czas a drogie jej marzenia. 

Porwana uczuciem ku przyszłemu małżonkowi, przemy- 
śliwała czyliby nie wypadało ofiarować mu w zakład miłości 
pierścionka z próbką bursztynowych swych puklów; jedna 
atoli z doświadczonych przyjaciółek zapewniła ją że podarid 
tego rodzaju wychodziły już z mody, i że w każdym razie 
należały nie mężowi ale kochankowi i to wówczas tylko, gdy 
zawistne losy rozłączały na wieki dwa serca, skazane na spo- 
pielenie straszliwym ogniem dozgonnego uczucia. 

Panna Karolina uznd'a z westchnieniem słuszność uwagi, 
zaprzątnęła przedślubne niepokoje szczegółami bogatej wy- 



101 

prawy. Wilcsek uniknął szczeliwie włosianego pierścionka, 
gotował si^ że swojej strony do nu^żeństwa mającego wkrótce 
nastąpić, podczas gdy baron wziąwszy na pilną uwagę zabez- 
pieczenie posagu córki, z zwykłą sobie gorliwością i doświa- 
dczeniem, zaczynał pleć kąkol długów na hypotecznych ła- 
nach hrabiego zięcia. 



1 



XV. 



I któż powróci owe błogie czasy niczem niezakłóconego 
spokoju, porządku społecznego mądrego i oznaczonego ściśle 
jak regulamin półkowy, zgody i uczciwych pojęć, gdzie każdy 
religijnie pilnował miejsca naznaczonego sobie od Boga, gdzie 
na kolebce dziecka można było los jego do ostatnich chwil 
życia wypisać, gdzie zasadę dziedzictwa umiano zarówno sza- 
nować w zbytku jak w nędzy, a (piętno urodzenia, co do 
świętości, nie ustępowało czci jaką wzbudzała głowa na- 
maszczona bożym talizmanem monarszej oliwy? Chłop i pra- 
cownik, przyjmowali niewolę i gorzką biedę za słuszną karę 
grzechu pierworodnego ; pan, umis^ być tem czem się urodził 
i wypełniać obowiązek godnego siebie, dostojnego żjci&; 
rząd doskonale pojmował że był koniecznem wcieleniem in|- 
•drości i siły, za wszystkich miał rozum i przeciw wszystkim 
miał siłę ; w prawo ślepo wierzono dla tego, że było wydru- 
kowanem i ogłoszonem ; nikt bezbożnie nie poważał się roz- 
trząsać litery zakonu; Monarcha, namiestnik Jehowy, jak 
On, mądry, nieomylny i wszechpotężny, otwierał ziemię 
pod bluźniercami, srogo karał złych, z dobrych i z posłusznych 
wybiers^ podatek. 

Takim ładem trzymały się ogniwa społecznego łańcucha, 
łańcucha zaprawdę, którego jeden koniec przesąd składał 
w rękach Opatrzności, podczas gdy drugi zapuszczał na dno 
piekieł i szczękał nim ku postrachowi buntowników przeciw 
prawowitości ołtarza, tronu i szubienicy. 



103 



Niestety! minęły czasy złotego snu duszy; sklepienie przez 
tyle wieków wykuwane, zaświeciło szczelinami, choroba jakaś, 
opętanie, kołowacizna, spadły na ród człowieczy. Szatan 
zakradł się do mózgów, wykrzywił oczy; wzrok ludzki wszystko 
widzi opacznie; nawiedzone języki wrzeszczą o zbrataniu, o 
równości plemion na ziemi, o tożsamości praw do życia, o 
walce upartej za wolność, którą zwą niezbędnym warunkiem 
bytu, którą stawią na miejscu katechizmów i kodeksów 
ustaw, zwyczajów, podań, odwiecznie nabytych praw a na- 
wet — mówmy cicho — podobno że i na miejscu samego 
tronu. 

Święty Ignacy Lojolo ratuj — inaczej. Bóg wie dokąd 
nas ten szał doprowadzi! — Niechaj przynajmniej nasze po- 
kolenie w spokoju się dopasie; co dalej wypadnie — mniejsza 
o to gdy nas już nie będzie! byle choć parę lat przeżyć jak 
dawniej, na wsi lub w mieście, a jeżeli w mieście, toć nie 
w innem jedno w przesławnej stolicy rzymsko - apostolskich 
cezarów, w tem siedlisku poloru, roskoszy, muzyki, zabaw, 
przepychu, jakiemu przyświecał Spielbergowej pamięci cesarz 
Franciszek. 

Drugiego podobnego Eldorada, próżno szukać na świecie ; 
kto Wiedeń pamięta przed laty, ten dziś jeszcze z zachwytem 
-wspomina świąteczną co dnia postać miasta, ruch, wesołość, 
śpiewność mieszkańców, swobodę klass poziomych, wykwint, 
isbytek, wdzięk wyższego towarzystwa, łatwość wszelkiego 
rodzaju zadowolnień, a nawet równość pewną w obliczu pięknej 
bogini, córy perłowych pian morza. 

Eząd wspierał się na organizmie wojskowym; w poczu- 
ciach także, przywilej wzrostu i rozrostu dawał prawo do 
stawania w pierwszym szeregu, w grenadjerskiej kompanji i 
na prawem skrzydle. 

Zdarzało się wprawdzie często, że pokrzywdzony od natury 
był dowódcą, służbę atoli pełnili tylko wyborowi; karność 
społeczna bynajmniej na tem nie cierpiała, nikt nie miał po- 
woda domyślania się stosunków, zachodzących między ludźmi 
siedzącymi w powozie, a stojącymi za powozem; nikt nie 
mierzył przestrzeni jaka rozdzielała konfessjonał od alkowy, 
skryte drzwi koszar od skrytych drzwiczek pałacu. Każdy, 



104 



jak przystało, zajmowsi się tern co sam najgoręcej kochał, 
myślał więc przedewszystkiem o sobie, bliźniego po chrze- 
ściańska zostawiał w pokoju; o ile wszakże ten bliźni nie 
zajeżdżał mu w drogę , nie stawić na przeszkodzie w jego 
uczuciach, w pogoniach za łaską, za zaszczytem, za urzędem, 
za znaczeniem, za zyskiem. 

Urocze miasto, gdzie istotnem berłem był trzepiec Arie- 
kina różnobarwnych narodowości, języków, strojów, zwycza- 
jów , miasto dokąd każde plemię wysyłko najwybitniejszych 
przedstawców tych właśnie żywiołów, przeciw którym pow- 
stają dziś zbuntowane dzieci Sema, Jafeta, mianowicie m 
Chama. 

Czyli Wiedeń odjaśnieje jeszcze kiedy dawnym blaskiem? — 
Niepewna przyszłość nam to pokaże, tymczasem szczęśliwi 
ci , którzy potrafili uwinąć się i uszczknąć kilka choć 
kwiatów, jakich ogrójcem było bez zaprzeczenia cesarskie 
miasto. 

Szambelan Fiirstemberg należał do fortunnego pokolenia; 
wjeżdżał do stolicy w samej pełni owej epoki, śpieszył ode- 
tchnąć całemi piersiami drogiem dla siebie życiem i na do- 
miar roskoszy, wracał z młodą i piękną małżonką. 

Marja znała już Wiedeń, miała wyobrażenie o trybie 
życia jaki w nim prowadzono, ale pojęcia te, powzięte pod 
okiem rodziców, w zależności panieńskiego półbytu, mgliste 
wywoływały przed nią obrazy; jaśniejąca za niemi rzeczy- 
wistość zapowiadała jej nowe a niespodziane uczucia i widoki. 

Rodzice szambelana wystąpili ku młodej parze z swietnem 
przyjęciem. 

Sokolnik, od wielu lat utrzymywał towarzystwo stolicy, 
w przekonaniu o znakomitej potędze swoich dostatków; aa- 
strjackie możnowładztwo rade poglądało na przejście bo- 
gactw polskiego magnata w ręce jednego z czystorodnych 
poddanych J.CMości. 

Historyczna krzywda znajdowała w pewnej części poszko- 
dowanie. Austrja zagrabiwszy polskie ziemie, zapomniała 
jako niegdyś W Czechji po trzydziestoletniej wojnie, rozdziehć 
je między wierne sługi dworu. Odtąd każdy zagon polski 
który dostawał się w niemieckie posiadanie, uważanym był 



105 



jako powrót prawem a właścicielowi, wydartej niesprawiedliwie 
dzielnicy. 

Sokolnik wydaj%c jedynaczkę za Niemca, pokazywał że 
zna historję i umie cenić dobrodziejstwo przyłączenia Galicji 
do habsbnrgskich dzierżaw. Szlachetny przykład — a który, 
wedle wiedeńskich pojęć, czerwonoruscy panowie nie dość 
naśladowali, chociaż od pewnego czasu nie można się było 
na nich uskarżać; wszystkie niemal znakomite rody Galicji, 
poczytywały sobie za zaszczyt pełzać u stóp Majestatu, wy- 
cierać kolanami cesarskie przedpokoje, czołem proch zmiatać 
z przed stóp księcia kanclerza. 

Podła służalczość magnatów z nad Dniestru i Sanu, zaczy- 
nała wchodzić w przysłowie. 

Pierwsze tygodnie po przyjeździe państwa młodych, spły- 
nęły im na zaprosinach, balach, wieczorach, obiadach. Szam- 
belan liczył między krewnymi większą część dygnitarzów 
dworu; Sokolnik w wysokim świecie szeroko miał rozgałę- 
zionę stosunki; panowie austrjaccy nawzajem, starali się do- 
wieść mu że wypełnienie świętego obowiązku wydania córki 
za Niemca, ocenionem zastało wedle zasługi. I towarzystwo 
i dwór nawet, z żywem spółczuciem przyjęli polskiego wazala* 

Marja ujrzana się pośród świata, już nie jak wiedziona na 
targ hymenu córka niewolnica, ale jako kobieta zamężna a 
więc wolna w całem znaczeniu tego wyrazu, jako pani domu 
mogąca wieść życie na swoją rękę i zbrojna przeciw za- 
wistnym losom w trzy dzielne oręże ; w majątek, w urodzenie, 
we wdzięki. 

Trzy te warunki dodane, dawały w wypadku szczęście, a 
tern samem szacunek u świata i niepospolite znaczenie. 

Pochlebny szmer zadziwienia przyjął młodą małżonkę za 
pierwszym wstępem jej między ludzi. Światowe jej położenie 
nic nie pozostawiało dO życzenia; zmierzono je naprzód, zba- 
dano, obejrzano, uznano za przyzwoite, poczem przystąpiono 
do uwag nad przedstawiającą je osobą. 

Polskie kobiety, w całej Europie słyną z piękności; piszę 
ten aforyzm nie tyle z przekonania, jak raczej aby zaskarbić 
sobie łaskę czytelników, którzy z patrjotyczną dumą pota- 
kując, przyjmą niezawodność uwagi. 



106 



Go do własnych moich spostrzeżeń, wyznam, źe wyjąwny 
w Niemczech, wszędzie spotykałem tyle pięknych niewiast 
ile zdarzało mi się widzieć w ojczyźnie; gdzieniegdzie nawet, 
ku południowi, zwłaszcza zaś ku linji równika, nie zaręczam 
czyli stosunek pięknych do brzydkich, w porównaniu, nie 
wypadłby na korzyść pierwszych. 

Łatwo być może że jestem w błędzie, radbym wierzyć że 
flię mylę, a w pomyłkę bez wątpienia uwierzyłbym zuprfnie, 
gdyby wspomnienie najpiękniejszej lackiej dziewczyny, tak 
błyszczało przedemną, jak świeci w tej chwili postać eórb 
galicyjskiego magnata. 

Marja nie raziła jaskrawą urodą mieszkanek południa; dzie- 
cinna wesołość Wiedenek, zapał węgierskich kobiet, po- 
prawność przypadkiem zdarzonych niemieckich rysów, nie 
rozjaśniały jej oblicza; żywość obejścia lub subtelnie wyostrzone 
słowo nie zwracały na nią odrazu powszechnej uwagi, a)e 
można było założyć się że w gronie kobiet pierwszego rzędu, 
z początku nie postrzeżona, wkrótce samowładnie zapanuje 
nad wzrokiem otaczających ; trudno było oczu od niej oderwać, 
wdzięk jakiś tajemny, rozwijający się, rzekłbyś, dopiero pod 
ogniem spojrzenia, tęczował do koła jej oblicze, otaczał jt 
światłem, przed którem nikły powoli gwiazdy wiedeńskich 
salonów. 

I któraź z lilji nauczyła ją tych łagodnych skłonów, ko* 
łysań i pochylań głowy — czyliż nieskończoność tam się 
ciągnęła gdzie tonęły mgliste, tęschne promienie jej wzroku 
— jutrzenka zaprawdę ukrasiła odcieniami szkarłatu i pereł 
przezroczyste jej oblicze — jakież lube marzenia lub m^ 
pokoje wyzywały na jej usta ten uroczy, niewysłowiony 
uśmiech — zkąd widziadło wa niejako powiewność kibici i 
dziwny chód ten, który nie był lotem ani stąpaniem, chodai 
zdawał się jednem i drugiem? — Takie pytania zadawało 
sobie kilku zabłąkanych głębokich znawców, kilku artystów 
wpuszczonych dla dziwowiska pod wyherbowane sufity. 

Reszta wykwintnej gawiedzi czuła wrażenie, nie wchodząc 
w przyczyny ; bezsumiennie parła się do blasku, jako ćmy do 
światła pędzone nieubłaganą igraszką natury. 

Bardziej jednak nad wszystkie niezaprzeczoną palmą zwy* 



107 



•cięstwa, jest zawiść spółzawodniczek w tarniejacb na wdzięki. 
Kobiece towarzystwo, za jednym rzutem oka poznało nie* 
przyjaciela; skoczyło mu do oczu, gotowało się porwać 
go na języki i roznieść na wszystkie wichry. Za pierwszym 
napadem, zaciekły hufiec poczuł bezskuteczność doświadczo* 
nego dotąd oręża. Wróg rozbrajał napastników niespodzianym 
fortelem. 

Marja zdawała się nie wiedzieć o przyczynie boju; nie do- 
rozumiewała się niby siły swych wdzięków, nie śmiała wrzkomo 
pochlebiać sobie, że ktokolwiek raczy zwrócić na nią przy- 
chylne wejrzenie; bojaźliwa, zalękła, drżąca wstydem młodej 
małżonki, z pokorą ustępowała najsłabszym zaczepnicom, co- 
fała się w tłum, zadawała sobie boleść niesłachania po- 
chwalnych szmerów, niedostrzegania uderzonych podziwem 
«pojrzeń. 

Słowa jej, obejście, wyrażały raczej serdeczną prośbę o 
pobłażanie, niż cień zaufania we własną wartość lub skryty 
odgłos dumy z przywileju urody. 

Brak oporu ubezwładnił zawistne pociski; gwoli potul- 
ności zaczynano przebaczać polskiej hrabiance niepospolity 
rozkwit jej krasy. 

Męska część towarzystwa nie broniła się tak upornie 
przeciw korzystnym wrażeniom; sama świeżość przedmiotu 
była już dla niej ponętą, w niezwykłości zaś postawy i 
obejścia nowo przybyłej, upatrywała dostateczny powód uwiel- 
bień. 

Fjołkowa skromność Marji dzielniej jej usługiwała niż 
najzalotniej wyrachowane obroty; każdy pędził za zasługą 
pierwszego odkrycia wdzięcznego kwiatka, nie jeden przy- 
sądzał sobie wieniec znawstwa na istotnych zaletach płci 
pięknej i marzył o upożytecznieniu przywileju na wynalazek. 
Ozdobienie się pierwszem uczuciem młodej małżonki, chło- 
stało wyobraźnię Celadonów miasta Wiednia. Wkrótce, kilku 
uznanych sędziów mody publicznie wypowiedziało wyrok, 
og^łaszający szambelana właścicielem najpiękniejszej z towa- 
rzystwa kobiety, i wnet bystry potok hołdów, pokłonów, za- 
lecań, wyniósł Marję na szczyt hucznego życia, wystawił ją 
za cel wszechstronnego podziwu. 



108 



Córka Sokolnika zakrólowała z^ łaski powszechnego głoso^ 
w pałacach, na balach, na uroczystościach; tłumy oczu nie- 
spokojnie pogl%dały na drzwi salonu gdzie jej oczekiwano; 
za przybyciem młodej hrabiny, gwary ustawały na chwilę, 
ciżba rozstępowała się jako niegdyś fale Czerwonego Morza, 
aby dać wolne przejście istocie upodobanej Bogn i ludziom. 

W teatrze, zjawienie Marji, jakby hasłem zaklętej róźczki, 
odrywało nagłe wzrok widzów od sceny, zwracało go ku 
pięknemu obrazowi Polki, ku uroczemu popiersiu oprawnenra 
w złocone ramy loiy. Na przejażdżkach, w Praterze, mło- 
dzież zdaleka śledziła liberję szambelana; polotne kabijolety, 
jeźdźcy na pysznych koniach, wymykali się w stronę gdne 
migał powóz hrabiny; zajeżdżano bocznemi ulicami, skr^ 
cano, mijano, i znowu wracano, byle tylko skrzyżować wzrok 
z czaro wnem jej wejrzeniem, byle raz jeden więcej upieśde 
oko lubym widokiem. 

Marja z początku nie umiała wytłumaczyć sobie wrażana^ 
jakiego doznawała z nieustannej uwagi ogółu; spłoszona, to- 
czyła do koła zdziwione oczy wylęldej łani, nieraz ukryłaby 
się pod ziemię, ale tam nawet byłaby chciała być widziana 
tam jeszcze byłaby z roskoszą dała się kołysać słodkim 
gwarom męskiego zachwytu, upajającemu odgłosowi na pól 
dosłyszanych słów, wykrzyków tłumionych przyzwoitośdi 
światowego ułożenia, pochwał zastygłych na ustach ale ro- 
ziskrzonych w źrenicy. 

Powoli, oswoiła się z wyłącznością swego stanowiska ; ciłfh 
wiek łatwo oswaja się z władzą, którą niezaprzeczenie ny- 
wiera nad drugimi; poczynała nawet usprawiedliwiać przed 
sobą prawowitośó odbieranych hołdów, wpadała na wnioski 
że na świecie, darmo nikomu nikt nic nie przyzna, że pnelo 
wszelki wzgląd był wypadkiem oczywistej w uwzględnianym 
zasługi, że Bogu tylko należało dziękować za dary, ludzion 
zaś pozwolić uciechy z dobrodziejstw Stworzyciela. 

Pobożne rady księdza Tapczyca i religijne uczucia wpa- 
jane w nią od kolebki przez matkę, przynosiły jej jak widaaf 
znakomitą pomoc w wyciąganiu prawdy z zawiłych stosoa- 
ków życia. Chór uwielbień stawał się dla Mazji jednym 
z głównych warunków bytu; podobnie do Boga który ijł 



j 



109 



łndzkiemi modlitwami, wdzięczne Jego stworzenie, w czło- 
wieczych hymnach znajdowało słodki dla duszy pokarm. 

Przesytu nie było czego się lękać; dusza czuła się na 
siłach wchłonięcia w siebie nieskończoności takowego po- 
karmu. 

Przyrodzonym biegiem rzeczy, czciciele nie mogli wiecznie 
poprzestawać na zasyłaniu bóstwu zdaleka ofiarnych kadzideł; 
śmielsi postąpili ku ołtarzowi, knując w sercu zuchwałe za- 
miary. 

Podwoje domu szambelana stały otworem dla cs^ego 
wielkiego świata stolicy; nadto, dawni znajomi, towarzysze 
młodzieńczych zabaw, mieli prawo do codziennych poufałych 
odwiedzin, prawo z którego żaden z nich nie zaniedbał 
korzystać. 

Marja ujrzała się otoczoną tłumem młodzieży, między którą 
odznaczało się kilku sławnych w mieśeie zdobywców serc, 
ludzi biegłych w natarciu, oswojonych z powodzeniem, liczą- 
cych więcej zwycięstw w szrankach miłości, niżeli lat życia 
lab przeczytanych książek. Hołdy tych ostatnich, z każdym 
dniem traciły pierwotny charakter platonicznego ubóstwienia; 
pod przezroczystą zasłoną słów, młoda hrabina widocznie 
zaczynała dostrzegać namiętne oświadczenia, odezwy o wza- 
jemność, rozpaczne lub płomienne wybuchy, napady zazdrości, 
zaciekłe gniewy między spółzawodnikami, niepojęte odgady- 
^irania jej chęci, przewidywania zamiarów, spełniania roz- 
kazów, gotowość na wszystko, począwszy od przyniesienia 
upodobanego kwiatu aż do samobójstwa. 

Za tyle więzów ochotnie na siebie wrzuconych, za tyle 
ofiar i poświęceń, błagano zwykle o jedno tylko spojrzenie, 
o jeden uśmiech; rzadko kiedy ośmielano się dać do zro- 
zumienia że za uścisk ręki, za wymówione jedno słowo, 
Mrieczność piekielnych męczarni lichą była zapłatą. Sta- 
nowcze wszelako prośby już wyrzeczone; w ponurem mil- 
czenia oczekiwano na odpowiedź , na wyrok życia lub 
śmierci. 

Marja sama wylękła się niespodzianych a strasznych skut- 
ków wrażenia, jakie osoba jej sprawiała na otaczających, ale 
uczucie to trwogi w niczem złemu nie zaradzUo ; przeciwnie -^ 



110 



zabłyszcziJo niepokojem w spojrzeniu młodej mężatki, do- 
dało życia jej ruchom, zapału i nieoczekiwanycłi przejść ro^ 
mowie, wypromieniło j% nowym wdziękiem, który coraz zwięk- 
szał niebezpieczeństwo. Opatrzona, jak w ogóle kobiety pol- 
skie jej stanu, samorodną teorj% o sentymentalnej dobroci 
serca, o niewystawianiu bliźnich na cierpienie, byłaby chętnie 
chciała dokoła oszczędzić udręczeń zadawanych niewinnie, lob 
może też do pewnego stopnia samowolnie — do jakiego sto- 
pnia? — Nie nasz% rzeczą wchodzić w te drobne szczegóły 
duszy. Na Ostatecznym Sądzie, da Bóg doczekać, tajemnia 
w całej pełni się wyjaśni 

Skądinąd jednak, zgroza wzdymała jej łono, ile razy po- 
myśliła o zuchwalstwie nadziei i roszczeń śeigającego j| 
orszaku. 

Na kilka dni przed ślubem, matka' i kapelan, w długicb 
godzinach, tłumaczyli jej święte obowiązki znalźendiego 
stanu. Raz wyrzeczona przysięga zastawiała w Lombardzie 
wieczności przyszłość kobiety na ziemi i pośmiertną doI( 
jej duszy. 

Nadwerężenie przysięgi groziło utratą zastawa ; dusze tya 
sposobem przepadłe, szatan za bezcen z wolnej ręki saby* 
wał. Granica między wiarą a wiarołomstwem , oznacsoiia 
literą bożego prawa, rozciągała się wzdłuż progu ostatmej 
komnaty. Sędzia nie umiał zakreślić innych krańców przy- 
wiązaniu, zalotności i obowiązkom. Od wejścia aż do &!«]• 
nego progu, wszystko było pozwolonem — dalej — dli 
wszystkich, wyjąwszy dla męża, otwierała się otchłań grzechu, 
przekleństwa, potępienia i kary. 

Wprawdzie, często rzeczy działy się na opak ; lekkomyśfatt 
człowiecza ułomność równemi nogami skakała w przepaść, i 
jeżeli niekiedy dobywała się później na wierzch, to tylko 
dzięki cudowi żalu, skruchy na starość, pokuty, i pod vnr 
runkiem wykupienia się z błędów Kościołowi i w podeszłych 
latach, srogiego sądu na grzesznice podobnymźe winom pod- 
padło. 

Maija, oprócz tych duchownych obręczy, dzierżących jej 
cnotę, we własnem sumieniu, na zewnątrz rad matki kape- 
lana, silne znajdowała podpory. Sama myśl o oszukaństwie 



111 

raziła tkliwy jej amysł nieprzezwyciężoDym wstrętem ; oburzała 
ją konieczna larwa kłamstwa, jaką w razie upadku byłoby 
trzeba na twarz sobie nacisnąć; obawa głosu opinji krew 
lodem ścinała w jej żyłach — nadto — jak często w rodzin- 
nych jej okolicach się zdarza, porywy ślepego uczucia, na- 
miętność, znała tylko z wyrazu i do bliższej z niemi znajo^ 
mości nie miała żadnego usposobienia. 

Ostatnią tę zaletę umieszczam przez grzeczność na końcu,, 
niby zupełnie podrzędną, sam będąc teoretycznie zaciętym 
wrogiem wszelkiego rodzaju dobrych i złych namiętności. 

Owóż więc pomijając względy na zapalność mózgu, al& 
nie serca i dla przyzwoitości, odwołując się do uczucia na* 
zwanego sumieniem, wyznać należy że Marja w odmowie ucha 
poszeptom ludzi, którzy z czasem mogli stać się dla niej nie- 
bezpiecznymi, widziała nie tylko spełnienie zaprzysiężonych 
obowiązków, ale nadto godną odpowiedź na nieograniczone 
zaufanie jakiem mąż ją otaczał. 

W istocie, szambelan był wzorem małżonków — za ta- 
kiego przynajmniej pragnął uchodzić przed światem. W oso- 
bis tern , prywatnem życiu do bałwochwalstwa podnosił cześć 
zasady wolności; przez wolność rozumiał usunięcie wszelkich 
zawad własnej woli ; wolę zaś kierował tam, gdzie upatrywał 
sposobność zadowolnienia chwilowych zachceń, powziętych 
od młodości nałogów, lub zamiarów wspięcia się na wyższy 
szczebel dworskiej hierarchji. 

Zkąd wraca — gdzie idzie — co zamyśla? — Nie mówił 
vł domu nikomu i nienawidził aby go badano. Nawzajem,. 
żonę, czasami przez wykwintność wychowania pytał o roz- 
kazy, zwykle jednak zostawiał ją samowładną panią jej woli; 
sam mieszkał w osobnej połowie domu, osobno u siebie 
przyjmował i podobny zwyczaj wprowadził do pokojów 
przeznaczonych hrabinie. Wieczorami prowadził ją w świat, 
do teatru, pokazywał się z nią niekiedy w Praterze; przy 
obcych obchodził się z układną ale zimną grzecznością; 
mówiąc o małżonce w oczy lub za oczami, nazywał ją 
hrabiną, sam prowadził dom, utrzymywał rachunki, wglądał 
w dokładność najdrobniejszych szczegółów, rad atoli poje- 
iyńczo zjawiał się na ulicy i w salonach, i dbał wielce aby 



112 



go nie posądzono o szaloną, mieszczańską miłość ku po- 
ło uricy. 

Wpojenie ostatniego przekonania nic go nie kosztowało; 
nic nie potrzebował udawać. 

Takowy tryb pożycia zwał się angielskim ; szambelan rósł 
w dumę gdy poufali znajomi, żartami tytułowali go my- 
lordem. 

Postępowanie żony urzeczywistniało jego nadzieje. Hrabina 
odbierała do koła hołdy powszechnego uwielbienia ; w strojadi 
przewyższała smakiem i przepychem najwykwintniejsze ko- 
biety z dworskiego towarzystwa, przyjmowała gości — oyli 
z cudzoziemska mówiąc, czyniła honory domu zr rzadkim 
wdziękiem i zaszczytem dla męża. Więcej niepodobna było 
od niej wymagać — szambelan też niczego więcej nie wy- 
magał. 

Niebo odmawiało mu dotąd potomstwa; mylord wiedeński 
nie wiele na tem cierpiaił, nie umiał unosić się żalem za nie- 
obecnymi, a raczej za nigdy nie byłymi, tembardziej że wy- 
czytał był niegdyś jakoby połóg szpecił kobiety, przetwanal 
im kibić — czuły zaś małżonek troszczył się o wdzięki żony 
tyle najmniej, ile o własne powodzenie, a może nawet tyie 
niekiedy, ile o łaskę cesarza lub co więcej, o względy samego 
księcia kanclerza. 

Na podobnem życiu upłynął rok jeden, upływał i dragi; 
dom szambelana stał się zbiegowiskiem najznakomitszych osób 
stolicy. 

Książę kanclerz, od niejakiego zaś czasu i księżna kao- 
clerzyna raczyli zaszczycać młode małżeństwo swemi odwie- 
dzinami. Bystrym postrzegaczom, pochopnym ku złośliwości, 
zdało się że żona sternika cesarskiej nawy Habsburgów, 
z dziwnym wyrazem zatrzymywała wzrok na mężu polskiej 
hrabianki. Z głosnemi atoli uwagi, nikt nie śmiał się odezwać; 
księżna, dzięki swemu znaczeniu mogła wiele sobie pozwolić, 
szambelan zaś słusznie uchodził w towarzystwie za jednego 
z najurodziwBzych kawalerów; urząd nadto jaki sprawował 
w biurze kanclerza, zapewniał z jego strony nienaniszoni 
tajemnicę. 

Pogłoski te i podejrzenia, nie prześniły się nawet Marji 



113 

która zbyt była zajęt% własnym dworem aby miała csas i 
-chęć wglądania w postępowanie męża. Widziała go wybija- 
jącego pokłony przed księżną; czołobitność ta wszelako da- 
wała się wytłumaczyć przez wzgląd na światowe stanowisko 
osoby która była Jej celem. 

Książę kanclerz, z każdym dniem nabierał zaufania do 
gorliwego podwładnego, wzywał go często do swego gabinetu, 
powierzał do przepisywania tajemne papiery; w tej chwili, 
udzielał mu nawet nowego dowodu łaski. Wysyłał go na 
Idlka tygodni do Paryża, dla przejścia się po tamecznych 
Balonach, dla przepatrzenia niektórych szczeg^ów, wysłuchania 
pewnych rozmów, wydobycia nieznacznie potrzebnych mu 
objaśnień i odpowiedzi, wytropienia kilku tajemnych sto- 
sunków. 

Podannictwo to, którego powody kanclerz przykazał głę- 
boko przed wszystkimi zataić, rokowało dla zaszczyconego 
niem powiernika świetne nadzieje na przyszłość w dyploma- 
tycznym. zawodzie. 

Bzambelan wdział na oblicze wyraz nieubłaganej tajemnicy; 
wróciwszy do domu rozkazał przygotować natychmiast po- 
dróżny powóz i poirfał do hrabiny z zapytaniem czyli raczy 
go przyjąć; chciał zawiadomić ją o wyjeździe i pożegnać, 
nużący przyniósł zapraszającą odpowiedź. 
Hrabina nie była samą; Sokolnik wyciągnięty w szero- 
Idem krześle, rozpowiadał jej ostatnie miejslde nowiny, naj- 
świeższe pogłoski o wyprowadzonych w pole mężach, o roz- 
kochanych żonach, o odkrytych i złośliwie przerwanych 
schadzkach, o dowcipnych słowach tego lub owego z dwor- 
skich dygnitarzowi gdy wtem, drzwi się otwarły i wszedł 
pan domu. 

Sokolnik niedbale podźwign^ i^ckc; szambelan uścisnął 
dłoń żonie i teściowi i rzekł pokornie chyląc czoło przed 
hrabiną: 

— Przybywam z dobrą wieścią; przed nadejściem zimy 
-wiem, że pani moja ma zwyczaj zatrudniać kilka modniarek, 
«leź wiedeńscy nasi kupcy z drugiej dopiero ręki otrzymują 
stroje. Szczęściem, zdarza się wyborna sposobność do Paryża; 
możemy śmiało jej zaufetć i jeżeli pani hrabina raczy zaszczycić 

Chojkcki, AlUudar. lY. 3 



114 



j% swemi poleceniami, głową zaręczam że takowe święcie zo* 
staną spełnione. 

— Otóż to co nazywa się być aprzejmym mężem, wtrąci 
z uśmiechem Sokolnik; wówczas gdy myślimy że według 
zwyczaju praciąjesz nad potęgą państwa, zjawasz się, schodziu 
nas niespodzianie , porzucasz ważne obowiązki dla tego je- 
dynie, aby zabiedź drogę przywidzeniom rozpieszczonego 
dziecka. I któż taki jedzie do Paryża? — Jeżeli bliski san 
znajomy, może i ja odważyłbym się prosić go o niektóre 
sprawunki. 

— Nader bliski znajomy — odparł dwuznacznie szambelan; 
uprzedzam tylko że trzeba pospieszyć z regestrem ; za godzinę 
będzie już za późno. Nie mam ani chwili do stracenia; weź 
hrabia ołówek i papier, spisz własne i córki twojej rozkazy. 
Dalej — od czego zaczniemy? — 

Marja wzruszyła ramionami, wyraz wesołej niepewności 
przebiegł po zachwycaj ącem jej obliczu. 

— Podróżny nasz rzełda, nie zupełnie na nas łaskaw; 
w jednem oko mgnieniu niepodobna zebrać myśli. Gdyby 
chciał przynajmniej do jutra się zatrzymać ; jeżeli już sie 
mógł wczoraj nam usług swoich zaofiarować. 

— Da jutra? — Nawet przez tak piękne usta proszony, 
nie dałby się ubłagać; wyższe rozkazy nie pozwalają mu ani 
chwili zwłoki. 

— W takim razie musimy poprzestać na życzeniD mn 
szczęśliwej podróży i czekać na inną sposobność, więcąj wy- 
rozumiałą. 

— Łatwy środek hrabino, nie przeczę ; uprzedzam atoli że 
i ten nie da się uskutecznić. Posłaniec ma nogę w strze- 
mieniu; każda minuta opóźnienia ściąga nań ciężką odpo- 
wiedzialność; pomimo to przysiągł że nie wyjedzie, nie ode 
brawszy wprzód poleceń od pani tego domu. Osądźcie tern, 
czy wypada nam do tego stopnia nadużywać jego uczyn- 
ności ? 

— Któż taki? — Na miłość boską, szambelanie, zaczy- 
nasz bez miłosierdzia nas intrygować; przerwał ciekawie 
Sokolnik. 

-^ Nie potrzebujemy wdawać się w szczegóły; możemy 



115 

zaufać w wyborze jego smakowi , jeżeli tylko hrabina zechce 
pozwolić aby sługa jej, za powrotem, nie stawił się przed ni^ 
z próźnemi rękami. 

— Kto — gdzie ten przyjaciel, gdzie ten nieoceniony 
posłaniec? — Zawołali razem ojciec i córka. 

— Stoi przed wami, odrzedł z ukłonem szambelan ; powtarza 
pokorne swoje prośby i dopomina się o odpowiedź. 

— Ty szambelanie? 

— Mój mężu — wyjeżdżasz? 

— Kiedy — gdzie — po co — za czyim rozkazem? 

— Na jak długo? — Samą. mię zostawiasz? 

— Wczoraj jeszcze ani myślałeś o podróży. 

— Dziś z rana, nikt w domu nie przewidywał. 

— Zk%d tak nagłe zamiary? 

— I żadnym sposobem nie możesz wyjazdu odłożyć? 

— To mi dopiero ulewa zapytań! — odparł szambelan, 
cofając się o krok przed natarczywością, wykrzyków; sam 
nie wiem na które mam odpowiedzieć, zwłaszcza że jak mó- 
wiłem, drogą mi każda chwila. Wyjeżdżam natychmiast. 
Odzie? — Do Paryża. Za czyim rozkazem? — Za księcia 
kanclerza mego naczelnika. Z czem? — Z depeszami do 
naszego posła, do których mam dodać pewne ustne objaśnienia, 
jakim zwyczajny goniec by nie podołał. Kiedy wracam? — 
Za kilka tygodni najdalej; zbytecznem wreszcie byłoby do- 
dawać, że każdą godzinę spędzoną zdała od domu uważam 
za straconą gorzko i niepowrotnie. — 

Tu szambelan powiódł po żonie wdzięczne spojrzenie i 
końcem palców jeszcze raz uścisnął drobną jej rączkę. 

— Książę kanclerz — rzekł Sokolnik, wysyła cię z ustnemi 
poleceniami; tem lepiej — ważna nowina — stanowczy krok 
na przyszłość! 

— Zostawmy wieść tę między nami panie hrabio; wy- 
padek obecny należy do tych, o jakich nie należy odzywać 
się głośno. Książę przykazał mi tajemnicę — ztąd też 
gdyby po moim wyjeździe dopytywano się o cele i o przy- 
czyny podróży, polecam odpowiedź doświadczeniu hrabiego 
i przezorności owdowiałej na kilka tygodni hrabiny. Jest 

8* 



116 

sposób zadowolnienia ciekawości kilka słowami, rznconemi 
bez znaczenia i odbierającemi chęó dalszych badań. 

— B%dź spokojnym szambelanie ; choćbyśmy chcieli zdradzić 
cię, nie potrafimy; nic nie wiemy i o nic nie pytamy. Rzą- 
dowe sprawy w niczem nas nie obchodzą; znamy w nich ko- 
nieczność i wagę milczenia. — 

Marja tonęła w myślach; wyjazd męża, pierwsze z nim 
rozłączenie, niespodzianie przerywały pasmo jej życia, jedno- 
stajnie, regularnie dotąd się wywijające ; brak ten niezbędnej 
w domu osoby, otwierał przed nią próżnię, którą nie przewidy- 
wała czem zdoła zapełnić. 

— Sama jedna zostanę w całym domu? — Rzelda po 
chwili przestanku ; może lepiej byłoby mój ojcze, gdybym na 
ten czas przeniosła się do ciebie. W domu rodziców we- 
selej; tu przyzwyczailiśmy się przyjmować tyle osób —jakie 
wszystkich od razu odprawić? 

— Chcesz sprowadzić się do matki, moje dziecię? — 
TzekŁ Sokolnik nie myśląc o tem co mówi; dom twoicH 
rodziców zawsze dla ciebie otwarty. — 

Szambelan rozśmiał się; spojrzał po ojcu i po córce zdzi- 
wionym wzrokiem. 

— Hrabina żartuje! — Zawołał wesoło; nie rozłączamy się 
przecież na wiekL Nie pojmigę dla czego kilka tygodni mo- 
jej nieobecności , miałoby ciągnąć za sobą zmianę trybu jąj 
życia. Od dwóch lat, dzięki Bogu, jesteśmy ciągle razem; 
upłynął miodowy miesiąc , każde, z nas ma dość własnego 
doświadczenia i potrafi sobie wystarczyć; każde z nas swo* 
jemi siły zdoła utrzymać zdobyte w świecie stanowisko. Za- 
ciągnęliśmy względem ludzi pewne obowiązki; na przyjęcie 
jakiego od nich doznajemy niepodobna się uskarżać, z moj^ 
zaś strony, wyznam że popełniłbym czarną niewdzięczność, 
gdybym dla błahej przyczyny, ^ przystał na pozbawianie to- 
warzystwa najświetniejszej jego ozdoby. 

— Słusznie mówisz mój zięciu; wyjeżdżasz, ale domu z sobą 
nie zabierasz; chwilowe rozłączenie nie pociąga za sobą żałoby; 
ludźmi jesteśmy a nie gołębiami; jedno bez drugiego może 
się obejść. Piękna nasza opuszczona dała porwać się pierw- 
szemu wrażeniu. 



117 

— Dwóm zdaniom nie podołam, odrzekła Marja — i do 
tego jeszcze zmuszona bronić się przeciw niezasłużonym za- 
rzutom. Mąż mój pochlebia sobie, że w chwilę po jego wy- 
jeździe utonę we łzach, że za powrotem znajdzie tylko wspo- 
mnienie żony zmarłej z rozpaczy. Jedź pan hrabia spokojnie 
— dodała z zalotnym uśmiechem — zastaniesz wszystkich, 
żywych i zdrowych; baw się w Paryżu wesoło, podczas gdy 
żona twoja, sama jedna, bez nikogo, jak po węglach gorących 
będzie musiała wstępować między ludzi. Nie weźmiesz mi 
przynajmniej za złe, jeżeli wdawszy koniecznych odwiedzin, 
innych z radością sobie odmówię. 

— Nie mam prawa niczego wymagać — postąpisz jak 
zechcesz; wszak w naszem pożyciu nie znamy dotąd innej 
zasady — gdyby jednak wolno mi było dać radę, powiedział- 
bym, że im mniej świat spostrzeże moją nieobecność, tem 
godniej każde z nas odpowie swoim obowiązkom. Zwyczaje 
ludzi naszego urodzenia, stanowisko zajęte przez nas w to- 
warzystwie, pozwalają ci wygodnie, bezpiecznie pominąć 
•względy nieodzowne dla większej części kobiet. Hrabina Fiir- 
stemberg nigdy nie jest samą; poprzedza ją nazwisko, ota- 
czają pokrewne stosunki, osłania łaska dworu — niewyczerpane 
na świecie źródła ludzkiego szacunku. Hrabina Fiirstemberg 
może tylko wchodzić i wychodzić samą; na balach, na ze- 
braniach, w teatrze, sam książę kanclerz za zaszczyt poczyta 
ofiarować jej ramię. 

— Nie zapominaj wreszcie, że masz wszędzie ojca na twoje 
rozkazy — wtrącił Sokolnik. 

— Zapewne — ciągnął dalej szambelan ; ale przypuściwszy 
nawet, że pan hrabia nie zawsze miałbyś czas lub sposobność, 
nie widzę dla czego [żona moja potrzebuje uciekać przed 
światem. Daleka rozścieła się przed nami droga — wypada 
koniecznie aby niektóre ważne w stolicy osoby na chwilę o 
nas nie zapominały. Jedynym na to środkiem, jak najczęściej 
się z niemi spotykać. Towarzystwo nie zawsze nas bawi; 
niektóre salony czasami śmiertelnie nudzą — nie przeczę — 
w życiu nie wszystkie ścieżki różami wysłane; kto chce wy- 
soko się dostać, ten musi niekiedy na cierń nastąpić. 

— Bozumiem cię kochany zięciu, a czego nie rozumiem 



118 



W to wierzę na oślep. Słuchaj moje dziecię twojego męża; 
jestem przekonany że wie on dokąd zmierza; nie daleka 
przyszłość wykaże ci prawdę jego słów. 

— Hrabina wiele uczyni, skoro sama siebie poducha; 
wiem z doświadczenia że doskonale pojmuje kwestję wspólnej 
naszej przyszłości; z radością widzę wdzięk obejścia, jakiem 
szczególnie zaszczyca ludzi, którzy mogą stanowczy wp^ 
wywrzeć na nasze losy. Wyjazd mój, pod tym względem, 
uważam za szczęśliwy wypadek; młoda kobieta, bez męża, 
więcej jeszcze sprawia wrażenia, zwłaszcza bez męża zazdro- 
śnika, tyrana, który przymusza nieszczęsną o£arę do nad- 
ludzkich poświęceń, który nakazuje jej bawić się, rozrywać, 
słuchać pochwał, przyjmować hołdy słusznego uwielbienia. 
Fanie hrabio, jesteś ojcem ; czas abyś wystąpił w obronie córki. 

— Nie, nie; mój ojciec nie potrzebuje się trudzić; mam i 
ja dość sił, i w ostatecznym razie potrafię je wydobyć na 
własną obronę. Tymczasem, muszę jak widzę, poddać sie 
wydanemu na mnie wyrokowi; oświadczam więc że przyjmę 
go bez szemrania, pod warunkiem atoli że srogi sędzia zo- 
bowiąże się jak najprędzej powrócić; nie odmówię żadnych 
zaprosin, żadnego balu; wytańczę wszystkie walce i kadryle 
od pierwszego do ostatniego. Jeżeli każdego wieczora, cienme 
nasze okna zapowiadać będą przechodzącym że państwa nie 
ma w domu, natomiast gdziekolwiek zabawa światło zapali, 
zaręczam że nie przybędę ostatnią. 

— Zwolna hrabino ! skoro raz piękne twe usta przychylasz 
do czary, chciejźe ją do dna wychylić. Na honor ! Od mojej 
osoby blask przecie taki nie bije, aby bez niej wieczne cie- 
mnoście dom nasz miały ogarnąć. Towarzystwo przj^ęło 
zwyczaj zbierania się raz na tydzień w naszym salonie. Ciżba 
jaka wówczas do nas się tłoczy, nie tyle zapewne szuka go- 
spodarza, ile daje się porywać urokowi obejścia gospodyni. 
Niemiłosierdziem byłoby pozbawiać ti!um znakomitych osób 
przyjemności, za którą ubiega się całe miasto. Przyjmowanie 
u siebie w naszem położeniu, uważam za ważniejsze mi 
spotykanie się przypadkowe z ludźmi na cudzej posadzce. 
Świat, dla młodej kobiety i gospodyni zarazem, podwójne m& 
względy. 



119 



— Przyjmować co tydzień w domu? — Mój mężu I — 
Sama jedna, jak wszystkiemu dam radę? 

— Zb3rteczna skromność drogie dziecię! rzekł Sokolnik. 
Na nieszczęście — zwykle mówię : na szczęście — ale w tym 
razie powtarzam: na nieszczęście jestem twoim ojcem v^e 
wypada mi prawić ci grzeczności, inaczej powiedziałbym bez 
•ogródek : że mało znam kobiet, któreby w twoim wieku umiały 
z równym wdziękiem nastarczaó najróżnorodniejszym roz- 
mowom, zapytaniom, uwagom. Są. pewne salony, gdzie 
w istocie, nieznajomy mógłby sądzić że ty luba moja có- 
reczko jesteś gospodynią. Nieprawdaż szambelanie? 

— Pan hrabia mówisz, że mało znasz kobiet podobnych 
twojej córce, ja dodam jako m%ż wyjeżdżający, a tern samem 
wolny od osobistych wyrachowań: że nie znam żadnej. 

— Ach moj Boże ! — zawołała Marja, śmiejąc się srebrnym 
swoim głosem ; wszystko co 8ł)'szę przekonywa mię że dotąd 
znało jeszcze mam doświadczenia. Czy każdy mąż na wy- 
jezdnem jest równie uprzejmym, czy każdy ma do powiedzenia 
tyle pięknych rzeczy? 

— Każdy hrabino, który z równą mojej tęsknotą myśli o 
powrocie i którego nawzajem przyjazd równie jest upragnio- 
nym. Zgodziliśmy się więc, że Wtorki nasze trwać będą po- 
mimo mojej nieobecności. Kilka odwiedzin w stosownej 
porze u księżnej kanclerzyny, która i bez tego dziwnie jest 
na nas łaskawą, sprawią że książę minister nie odmówi na- 
szemu domowi swojej bytności. Pojmujesz pan hrabia ile 
nam na tem zależy, aby książę naocznie przekonał się o 
przyjęciu jakiego świat doznaje w naszym salonie. Cesarz, 
w wyborze ludzi, których zaszczyca swem zaufaniem, mocno 
dba na te szczegóły. 

— I słusznie czyni — odparł Sokolnik; człowieka naj- 
lepiej poznać we własnym jego domu. 

— To się nazywa słodzić lekarstwo — przerwała Marja, 
mrocząc oblicze z dziecinnym frasunkiem; obarczać żonę 
całym kłopotem, samemu zaś jechać — gdzie? — Do Paryża; 
jechać do Paryża — samemu, bez żony! — 

— Niech i tak będzie! ja pokażę się sprawiedliwszym i 
nie powiem na' jakie nazwisko zasługuje podobny zarzut. 



120 

Czyliibym czekał twojego życzenia, czyliżbym na klęczkach 
go nie uprzedził, gdybym mógł spodziewać aię w Paryża kilka 
chwil wolnych od zatrudnień i chociaż kilku miesięcy po- 
bytu? Trochę cierpliwości hrabino 1 nie jesteśmy zaklęci m 
życie w Wiedniu do śmierci; wyjedziemy prędzej może niż 
myślisz -^ do Paryża lub do innej jakiej stolicy — ale po- 
przysiągłem że nie wyjedziemy jak prości, zwyczajni podióśiu. 
Gdziekolwiek się udamy, stanowisko nasze musi być świetniej- 
szem niż to, jakie dot%d zajmujemy w Wiedniu. 

— Do Paryża — lub może do Wioch? Ach mój ojae, 
proś go niech powie — kiedy i jak? — Milczy! — Sam wy- 
jeżdża i za pociechę zostawia mi ciemną jakąś zagadkę — 
od urodzenia nie odgadłam jeszcze żadnej zagadki; wszak 
prawda mój ojcze? 

— Mniemam moje dziecię że w tej chwili nie masz nad 
ozem łamać sobie głowy ; mąż twój, jak każdy szlachcic wiernie 
służący tronowi, ma prawo do godnego wynagrodzenia. 
Wprzódy jednak, ludziom jemu podobnym nie przystoi stawiać 
zamków na lodzie. W swoim czasie dowiesz się o wszystkiem; 
zaufaj mu, pilnuj drogi jaką ci wskazuje i pomyśl że nie- 
spodzianka lepsza od zawiedzionej nadziei. Znałem lada 
mniej świetnego urodzenia, daleko mniej uzdolnionych, a 
przecież, gdybyś widziała jakie dziś piastują urzędy, go- 
dności! — 

— Mówisz pan hrabia jak przywiązany ojciec i człowiek 
świadomy obrotów życia. Nadzieja, że hrabina w każdym 
razie może odwołać się do równie mądrych rad, podwaja 
moją spokojność. Ale czas uj^ywa ; zaprzątamy się fraszkami 
wtedy, gdy należałoby przypomnieć ważniejsze rzeczy, główny 
przedmiot rozmowy. Z próżnemi rękami nie odważę się wróde 
z Paryża, dotąd zaś nie wióLzę śladu żadnego spisu. Słyszę 
w bramie turkot pojazdu; posłaniec nie śmie pożegnać aę^ 
nie otrzymawszy wprzódy poleceń. 

— Czyliź nie otrzymał już polecenia? — RzeUa tkliwie 
Marja podając mężowi obie dłonie — jedynego i nad wszystkie 
upragnionego: spiesznego powrotu. 

— I święcie go dotrzyma — odrzekł szambelan, pny- 
ciągając z lekka żonę ku sobie i składając na jej czole ufo- 



121 

czysty pocałunek. Do widzenia! — Nie zapominaj że dziś 
bal n Lichtenstejna; księżna będzie na nim bez wątpienia i 
książę kanclerz zapewne. Uważałem że minister lubi młode 
kobiety, które nad oddawanie się namiętne tańcowi, przenoszą 
z nim chwilę rozmowy. Obiecałem Łichtenstejnom że ba- 
lowi poddani nie długo będą czekać na swoją królowę ; jeden 
tylko z nich pierwszy i najwierniejszy, myślą zaledwie będzie 
mógł być obecnym. Panie hrabio — listy i rozkazy rodziców 
i córki każ odesłać do kancelarji księcia ministra ; dojdą mię 
w pałacu cesarskiej ambasady. Jakże więc? — Przyrzekamy 
być dziś piękną i wypromienić widnokrąg salonów Licliten- 
stejna? — Widzę obietnicę w oczach i żJBgnam cię moja 
luba na tem wspomnieniu. — 

Szambelan uścisn^ żonę i wnet, jakby zawstydzony mie- 
szczańskiem nieco obejściem, pragnąc nadto nie przedłużać 
bolesnej chwili rozstania, przesłał ręką hrabinie ostatnie po- 
zdrowienie i wypadł z pokoju. 

Sokolnik za nim podążył; oba jakiś czas tajemnie roz- 
mawiali — zięć widno kładł teściowi ważne rady na ucho, 
magnat nawzajem, dawsi mu do zrozumienia że pojmuje 
sprawę i dopilnować jej potrafi. Szambelan wreszcie zatrząsł 
mu dłoń, zbiegł szybko ze schodów, a gdy Marja spieszyła 
do okna aby raz jeszcze ujrzeć odjeżdżającego, pocztyljon 
uderzył w trąbkę, czwórka dzielnych koni ruszyła z kopyta 
i powóz, w mgnieniu oka, znikł na zakręcie ulicy. 

Wyjazd męża i rozmysły nad wieczomjrm balowym stro- 
jem, mrokiem głębokiego zadumania powlekły oblicze młodej 
małżonki. Wkrótce atoli ostatni szereg niepokojów wziął 
górę nad jej wyobraźnią; hrabina przebiegła w pamięci za- 
pasy obronnych i zaczepnych swoich sił, przypomniała sobie 
nie bez trwogi że na balu u Lichtenstejna miał być cały 
dwór i kwiat wiedeńskiego towarzystwa. 

Niezupełność ta zaufania w potęgę własnych wdzięków 
dowodzŁta, że szambelanowa obok innych zalet mogła jeszcze 
poszczycić się skromnością, tym wieńcem wszelakiej krasy, 
tą najdzielniejszą ponętą jaką prawdziwa piękność zdoła 
roztoczyć. 

Bez wątpienia Marja z usprawiedliwioną dumą mogła 



122 



fitanąó przed zwierciadłem i bez obawy postawić obok siebie 
resztę płci pięknej z modnego świata. Wymowniej wszelako 
od zwierciadła, powtarzały jej tę prawdę cisnące się ku niej 
tłamy, perły i róże pochwał i ubóstwiana jakiemi powszechny 
zapał uścielał jej drogę. 

Wyjazd szambelana podwoił natarczywość oczarowanej 
zgrai. 

Marja wspierana, naglona radami ojca, wiernie spełniała 
mężowe polecenia. W dzień przyjmowała mnogie zajazdy 
z odwiedzinami; przed zachodem słońca wyciągnięta w py- 
sznym powozie ukazywała się w Praterze, wieczorem po teatrze 
spieszyła w świat; we Wtorki, nacisk powozów zalegał ulicę 
i dziedziniec domu Fiirstembergów. 

Nieobecność gospodarza mało kto postrzegał; gospodyni 
była dla wszystkich dostatecznem zajęciem, dla wszystkich 
mówimy, od czasu bowiem swego osamotnienia, hrabina osą- 
dziła stosownem każdemu przyznać równe i jednakowe prawa 
do swej uprzejmości; wyrzekła się poufalszego nieco obejścia 
z ludźmi, których osobistość i usilne starania zasługiwały na 
bliższe względy — najweselsze uśmiechy, spojrzenia i słowa 
zachowywała dla księcia kanclerza i dla kilku podeszłych 
dygnitarzów, o pozyskanie których Sokolnik upomie na- 
stawał. 

Obronne to stanowisko nie uszło uwagi bystrzejszych ba- 
daczów. Hrabina myślała o obronie , oczekiwała więc za- 
czepki, gromadziła swoje siły, a jednak pierwsza co£ała się 
przed walką, sama zatem musiała uważać niedostateczność 
odpornych środków; lękała się widocznie stanowczeg^o spo- 
tkania, kto wie nawet czyli w ostatecznym razie, zamiast 
boju nie byłaby przeniosła zdanie się na łaskę szczęśliwego 
zwycięzcy? 

Teraz lub nigdy! — Zawołały w duszy przedsiębiercze 
umysły; wojskowi i cywilni, świeccy i duchowni, dworzanie 
dyplomaci, cudzoziemcy i miejscowi, młodsi i starsi, niżsi i 
wyżsi: uczuciem, znaczeniem, podstępem, blaskiem, uporem, 
modlitwą, łzami, przysięgą, zaklęciem i wyklęciem, każdy 
z właściwą sobie bronią rzucał się w szranki, każdego gnała 
nadzieja zdobyczy pierwszego rzędu tryumfu — który reszcie 



123 



«półzawodników, ostatnią kroplę krwi miał zaprawić jadem 
zazdrości. 

Zaprawdę, pierwszy kochanek hrabiny nie byłby zamienił 
swego losu, bogdaj za godność księcia kanclerza. Tak się 
przynajmniej najzapaleńszym zdawało. 

Mnogość tiufca zalotników broniła Maiję przed niebezpie- 
czeństwem ; z dwoma lub co gorzej z jednym, sprawa byłaby 
trudniejszą. Hrabina, gwoli wrodzonej dobroci serca, o której 
zdarzyło się nam tyle już razy wspominać, wolała każdemu 
zostawić nadzieję, niżeli od razu wtrącać w rozpacz wszystkich 
mniej jednym. Niedoświadczona w wyrachowaniach, odgadła 
jednakże że spójnią, dzierżącą do koła niej liczne zastępy, 
była niepewność, z jaką każdy z wielbicielów oczekiwał swego 
wyroku. 

Bez wątpienia, córka Sokolnika błyszczała zalety wyła- 
cznemi i nieprzezwyciężonym urokiem. 

Oprócz wygody z wzmagających się codzień .hołdów gę- 
stego orszaku, sława nieposzlakowanej cnoty i wiary mał- 
ieńskiej, miała także swoją wartość, tem bardziej że w Wie- 
dniu przymiot ten od pewnego czasu zaczynał stawać się 
coraz rzadszym, być może i dla tego że nikt za nim zapal- 
czywie się nie ubiegał. Marja atoli nie była jeszcze tak głę- 
boko wtajemniczoną w szczegóły życia stolicy. Kraków nie 
od razu zbudowany — wiadome przysłowie. Jakież wreszcie 
złe skutki mogły wyniknąć z zabawki do której obie strony 
przystępowały dobrowolnie? Rozpacze, cierpienia z niepo- 
dzielanych uczuć, kończyły się zwykle na słowach. Ci którzy 
nąjzacięciej rozpędzali się na poświęcenia, którzy najsrożej 
^ozili samobójstwem, żyli niczego sobie nie odmawiając, ba- 
wili się wesoło, napełniali miasto odgłosem hucznych rozry- 
wek ; przed Marją wprawdzie, stawali z tragicznym wzrokiem, 
z rozpaczą na twarzy ; w chwilę później, gdy mniemali że na 
nich nie patrzyła, każdy spokojnie wracał do zwykłego sobie 
usposobienia. 

Na świecie, jako na [deskach teatru, nie codzień grano 
komedję, a skoro ją grano, sztuka, na dwudziestu czterech 
godzinach trzy ledwo zabierała; po ostatnim akcie, zamordo- 
wana ofiara, zdradzona małżonka, obłąkany miłością kochanek 



124 

i ojciec okrutny, zasiadali do wieczerzy przy jednym stole. 
Dodać należy że aktorowie z nadwornego teatru odgrywali 
role z doskonałością, o jakiej w rzeczywistym świecie żaden 
graf, baron lub książę nie śmiał nawet zamarzyć. 

I taki to dźwięk słów, szereg starań, zachodów, przysiąg, 
westchnień, gestów, wykrzykników, nazywał się* uczuciem — 
miłością? — 

Biedna jaka mieszczańska dziewczyna mogła dać sif uwieść 
równie grubym złudzeniom ; kobiecie, która dzięki urodzeoin, 
z wyższej sfery poglądata na sprawy tej ziemi, nie godziło 
się uganiać za wymysłami czczej, niedowarzonej wyobraźni 
Miłość była ideałem, który z nieba zesłany niegdyś na ziemię, 
dawno już był wrócił do pierwotnego swego siedliska. Dziś 
— ten i ów stroił się w wyraz, kłamał uczucie prag^nąc dać 
wysokie wyobrażenie o wyłączności swojego ducha, w treści 
jednak każdego gnała próżność i potrzeba udawania , zamie- 
niona w naturę. Próżność ludzka posługiwała tylko do pow- 
szednich celów; uczuciowej wagi niepodobna było przywiązy- 
wać do niej więcej, niż do blasku djamentowego napierśnika 
lub djademu. 

Marja uznając dogodności jakie jej niósł w ofierze rój 
zalotników, nie mogła na dnie serca znaleźć dla nich innego 
odwdzięczenia, oprócz pogardy głęboko ukrytej pod kwieciem 
wdzięcznego obejścia, jedynej zapłaty, jaką świat przywileju 
wynagradza przydatne sobie ale niekonieczne do życia istoty. 
Przysięgi i namiętne oświadczenia, nie zasługiwały na więcej. 
Ach, nie pierwszy to raz młoda hrabina przekonywała się że 
uroczyste słowa o miłości, o poświęceniu, spełzają na niczem 
skoro im przyjdzie spotkać się z prawdziwem zaofiarowa- 
niem samego siebie, skoro los o narażenie życia zawc^! 
Bóg, dzięki zapewne modlitwom matki i kapelana, pokazał 
jej otchłań , kiedy jeszcze pora była wstrzymać się na 
brzegu. Zamiast nudnego, jednostajnego życia w galicyj- 
skiej wiosce, niebo pozwoliło jej zakosztować pełnego bytu 
w stolicy, roztoczyć przed godnemi oczyma blask wdzięków 
i zalet, stanąć śród świetnego towarzystwa wyrocznią 
mody, bóstwem salonów, przedmiotem powszechnych uwiel- 
bień. 



125 

Od niejakiego czasu świat zdawał się nie mieć oczu jedno 
dla Marji. 

Zwracać na siebie oczarowany wzrok ogółu, przykuwać 
go nieustannie do swego oblicza, świecić ludziom gwiazdą 
poronną, światłem podziwu i nadziei — czyliź bożemu stwo- 
rzeniu wolno czegoś więcej na ziemi wymagać? — 

Marja rozkwitała na duszy i na ciele pod ogniem rozmi- 
łowanych w niej spojrzeń; zapytana o sen jakiego życzenia, 
byłaby odpowiedziała prośbą o uwiecznienie teraźniejszości; 
Had gwar pochlebny Uumu nie zn^a milszej muzyki nawet 
tej, której w obecnej chwili jechała słuchać do teatru włoskiej 
opery. 

Wiedziało zepsute dziecię, że dla większej części publi- 
czności, teatr nie przedstawiał zajęcia dopókąd w jej loży 
nikogo nie było. Weszła, jak zwyczaj nakazywał, przy końcu 
pierwszego aktu. Szmer zaszumiał po sali; szkła zwróciły się 
w jeden punkt, rzucono w niebaczność kawatynę pierwszej 
śpiewaczki; poddani witali władczynię. 

Hrabina udała że nie widzi parteru; usiadła naprzeciw 
sceny, pochyliła ku ramieniu piękną głowę, zatopiła wrzkomo 
uwagę w falach uroczej melodji. 

Wyraz spokojnego zadumania nowego wdzięku dodawał 
jej obliczu ; kto wie gdzie myśl jej błądziła porwana na skrzydła 
harmonji? — W niejednych piersiach silnie zakołatało serce; 
niejedno westchnienie wyrwało się w ślad za rozbłąkaną 
myślą królowej. 

Maija zaczynała na prawdę zapominać się i bezwiednie 
kołysać nerwy namiętnym śpiewem Włochów, gdy nagle, 
uwaga jej oderwana od sceny, w sali znalazła ważniejsze za- 
jęcie. 

Z przeciwnej strony teatru, drzwi próżnej dotąd loży, 
otwarły się z trzaskiem; weszła młoda kobieta, wstrzymała 
się chwilę na progu, jakby nie rada z przerwania swym 
wstępem powszechnej uwagi i żywo usiadła w głębi, ciekawa 
przedewszystkiem muzyki. 

Nowo przybyła nie miała powodu się ukrywać; nikt dla 
niej nie pożałował odwróconego zajęcia. 

Czarne jak heban, wijące się włosy, dziwnie odbyały od 



126 



wytwornych kształtów jej twarzy; wielkie tejże barwy oczy^ 
głębokie, nieskończone, skrzyły wyrazem potęgi i woli; wy- 
niosła postać, z lekkiem uczuciem dumy wzniesiona głowa, 
przypominały piękne obrazy biblijnej Judyty. 

Była to kobieta pierwszej młodości, ale rozwinięta w całą 
siłę wdzięków, jako owoce południa dojrzewające na wiosnę. 

Z loż, z parteru, z galerji, obrócono wzrok ku niezna- 
jomej; lękano się zaufać pierwszemu wrażeniu; podniesiono 
szkła, przetarto je, nastrojono; zakołysały się głowy jak kłosy 
na łanie; znajomi, kto gestem, kto słowem, ten zbliska, ów 
zdaleka, dawali sobie znaki; dopytywano się o nazwisko; 
nowe i niesłychanej piękności zjawienie wzbudziło powszechni 
ciekawość. 

Maija, sama nie mogła się oprzeć silnemu uczuciu pada- 
wienia; nadaremnie usiłowała odgadnąć kto była młoda ko- 
bieta; nie spotkała jej dotąd w żadnym salonie, a jednak 
z postaci jej, z ruchów, z drobnych szczegółów wykwintnego 
stroju, łatwo można było poznać że należała do wysokiego 
towarzystwa. 

Akt kończył się, zapadła zasłona; w sali głuche szepty 
ustąpiły miejsca półgłośnym rozmowom, tyczącym się wido- 
cznie ostatnio zajętej loży, od której nie odrywano oczu gwoli 
zuchwałemu a przyjętemu na publicznych widowiskach zwy> 
czajowi. 

Przestanki w teatrze były zwykle chwilą, gdzie Maija cią- 
gnęła ku sobie prąd spojrzeń i odwiedzin. Hrabina wówcsu, 
zwycięsko zastępowała świetnej młodzieży muzykę a nawet 
tańce; tłum garnął się ku jej drzwiom, rój szkieł celował 
w jej lożę. 

Dziś, po raz pierwszy upływały minuty a nikt nie pny- 
bywał; twarze widzów jednozgodnie zwracały się w stronę 
przeciwną. 

Maija lekko przygryzła usta; chmurka niezadowolnienia 
przemknęła po jej c2ole, ciekawość jęła wyciągać myśl na 
męki; hrabina dumała nad srogiemi środki ku powrócenia 
do posłuszeństwa zbuntowanych dworzan. 

Gdyby przynajmniej wiedzieć komu zawdzięczała niepice- 
baczone osamotnienie? — 



127 



Drzwi loży uchyliły się zwolna i wszedł markiz Yioinienil^ 
młody sekretarz francuzkiego poselstwa. 

Marja odetchnęła; Francuz nigdy od niej nie doznał równie 
uprzejmego przyjęcia. 

— Przybywaj pan — rzekła sypiąc mu od raza wszystkie 
róże uśmiecha — zabłąkałam się dziś w teatrze i dotąd 
jeszcze błądzę; jeżeli nie podasz mi pan nici, nie wybrnę z la- 
biryntu domysłów. 

— Gotów jestem, odparł Yiomenil, Minotaura nawet za- 
mordować; racz mi go pani tylko wskazać. 

— Nie żądam tak wielkiej ofiary. Czyliż pan nie prze- 
widujesz że zagadka dzisiejszego wieczoru, równie żywo mię 
zajmuje jak innych? — Kto jest ta zachwycająca kobieta na- 
przeciw nas w loży? — Przyznaj pan że w życiu nie widziałeś 
piękniejszego stworzenia. 

— Przyznam, jeśli pani rozkażesz, ale postąpię wbrew 
memu przekonaniu. Buckingham zapytany przez królowę 
Annę, którą z dworskich dam uważa za najpiękniejszą? Od- 
powiedział że trudno sądzić o gwiazdach w przytomności 
słońca. • 

— Ka miłość boską, zostawmy dawne historjel — Proszę 
pana o nowoczesną; niechże raz dowiem się jak mamy na- 
zywać to cudowne zjawisko? 

— Mówisz pani o kobiecie , która zdaje się chcieć ubiegać 
o palmę piękności w naszem towarzystwie? — Biedaczka I — 
Zapóżno przybyła; pierwsze miejsce oddawna już zajęte. 

— Piękna nieznajoma należy więc do towarzystwa? — 
Dla czegóż dotąd nigdzie jej nie spotkałam? 

— Hrabina Zapary wczoraj dopiero przybyła z Medjolanu. 

— Do Wiednia — na stałe mieszkanie? 

— Tak słyszałem; młoda małżonka, od kilku zaledwie 
miesięcy nosi nowe nazwisko. Włoszka z urodzenia; w ży- 
łach jej płynie krew Boromeów i Barberinich. 

— Sama jedna — bez męża? 

— Hrabia Zapary nadejdzie zapewne przy końcu sztuki; 
może nawet wcale się nie pokaże. 

— Jakto — od kilku miesięcy pobrani i już z sobą nie 
żyją? 



128 

— Przebacz mi pani; małżeństwo to dotąd cieszy się nie- 
zachmurzoną zgodą, ale hrabia ma swoje zwyczaje, hrabim 
zaś pragnie uchodzić za wzór wyrozumiałości. — 

I Mówią że po żonie, główną jego namiętnością są posiedzę- 
nia przy zielonym stoliku. Hrabia uchodzi za jednego z nij- 
grubszych graczów. Bardzo być może że dawny jego pny- 
jaciel lord Fitz- William zaprowadził go dziś na tygodniowa 
partję do rossyjskiego posła. 

— W takim razie, może niesłusznie umieszczasz pan na- 
miętność do żony przed namiętnością do gpry? 

^ Hrabina podobno mojego jest zdania; kto wie czyli 
dla własnej spokojności nie woli widzieć męża topiąca 
wzrok w malowanych niżeli w żywych obrazkach. 

— Ach, pozwala sobie być zazdrosną I — Rozumiem! - 
Inaczej nie byłaby Włoszką. 

— W istocie, powiadają o niej, że wyraz jej twarzy wiende 
odbija duszę ; zamknięta w sobie, mało rozmowna, z łatwoad) 
przechodząca w ostateczne wrażenia, namiętna, gwałtowna - 
podobne o niej krążą pogłoski. 

— Jednem słowem, panie margrabio, niepospolita kobieit; 
taką przynajmniej wydaje się na pierwsze wejrzenie i taką 
być musi, skoro nie dawniej jak wczoraj przybyła, a już nuano 
czas zebrać o niej tyle szczegółów. 

— Moje wiadomości, hrabino, pochodzą z dawnego źródła; 
widziałem panią Zapary w Medj olanie i w Wenecji kiedy 
była jeszcze panną. Pięknością nigdy zbyt mię nie uderzab; 
nie przepadam za tego rodzaju wdziękami. Kilka ciekawych 
zdarzeń które z jej powodu opowiadano, zwróciły na nią 
powszechną uwagę. 

— Ach, kilka zdarzeń! — Musisz pan je pamiętać? 

— Jak przez mgłę; kongres w Weronie, na który towa- 
rzyszyłem wówczas panuGhateaubriand, wyłącznie wszystkich 
zaprzątał. Przypominam sobie jednak że chodziła rzecz o dwóch 
pretendentach do ręki, obu śmiertelnie zakochanych. Jednym 
był synowiec ministra Hardenberga, drugim, jeśli się nie mylę, 
grand hiszpański książę Infantado; oba ludzie młodzi, niedo- 
świadczeni, i jak później się pokazało, nadwerężonego nieco 
umysłu — zapewne w skutek rozdrażnienia namiętnych uczać. 






129 

— I cóż się z nimi stało ? — Uprzedzam źe akt nie długo 
się zacznie; łiistorja pańska zbyt mię zajmuje, abym przed 
podniesieniem zasłony nie miała usłyszeć jej rozwi%zania. 

— Obu zalotników spotykałem często razem; żyli z sobą 
w przyjaźni, każdy przekonany że szala pomyślnego wyroku 
chyliła się na jego stronę. Zaręczano mi źe hrabina z dziwną, 
zręcznością utrzymywała ich w tem przekonaniu. Później 
atoli, gdy przysdo stanowczo się wytłumaczyć, minister, dla 
niewiadomych przyczyn, zabronił synowcowi myśleć o mał- 
żeństwie, wyprawił z depeszami do Londynu, chcąc umieścić 
go tam przy ambasadzie; hrabina zaś przyzwyczajona do 
ciągłego widoku dwóch gorejących serc, nie chciała słyszyć 
o jednem i z niczem odprawiła hiszpańskiego granda. 

— I na tem koniec? 

— Bynajmniej; depesze ministra nie doszły do Londynu. 

— Dla czego? 

— Nieszczęśliwy kochanek, kulą z pistoletu życie za- 
kończył. 

— Ach mój Bóźe! — A drugi? 

— Książę Infantado nazajutrz po odmowie wstąpił do 
klasztoru Kartuzów gdzie wkrótce — jak powiadają — za- 
konni bracia zamęczyli go w kościelnych podziemiach za 
jakieś dwuznaczne wyspowiadanie dwóch mniszek z zakonu 
Urszulinek; histoiji tej nigdy nie można było w szczegółach 
na jaw wydobyć. 

— Biedna kobieta — być przyczyną tylu strasznych wy- 
padków! — Ileż musiała wycierpieć! — 

Yiomenil uśmiechnął się. 

— Zabójstwo z miłości, rzekł po chwili, nie szpeci pięknej 
kobiety dla której zostało dokonanem. Krwawe wspomnienie 
-wdzif cznie przystaje do czarnych włosów hrabiny. W Medjo- 
lanie lud śpiewa o tym wypadku balladę; jestem pewny źe 
heroina poematu nieraz z przyjemnością jej słuchała. 

— Dodatek złośliwych języków, panie margrabio; przy- 
patrz się pan tym zachwycającym rysom — Bóg nie odziewa 
zatwardziałych serc w tak powabne kształty. Gzy sądzisz pan, 
że hrabina zechce od razu wejść w nasze towarzystwo, przyjąć 
jisssz tryb życia? — 

Chojecki, Alkhadar. lY. 9 



130 



— Bez wątpienia. Jeżeli pani, jak ośmielam się zgadywać, 
masz zamiar być dziś na ¥deczorze u Dietrichstejnów, zurę- 
czam że spotkasz tam zajmigącą Włoszkę. 

— Miałam tę myśl dzisiejszego poranku, ale teraz, wątpia 
czy przyprowadzę j% do skutku. Nieznośny ból głowy; próżno 
spodziewałam się rozpędzić go muzyką. 

— Przez przyjaźń dla Dietricbstejna, nikomu na dole nie 
udzielę tej groźby; nie chcę mu opustoszeć salonów. — 

Akt zaczynał się; dźwięki muzyki przerwały dalszą roz- 
mowę; Yiomenil wyszedł z głębokim ukłonem, unosząc jedno 
z tych spojrzeń, które na cały wieczór wypromienflo mu 
oblicze. 

Był to ostatni błysk pogody z czoła Maiji. 

Hrabina sama nie umiała zdać sobie sprawy z chmnr, 
jakie coraz gęściej zachodziły jej na umysł. Kilka następnych 
odwiedzin w loży i rozmów, s których każda zataczała się 
około nowo przybyłej Włoszki, zmęczyły ją jednostajnością 
przedmiotu, zachwytów nad nim i uwagi. Ból głowy z uda- 
nego, stał się rzeczywistym ; Marja wróciła do domu pierwszy 
raz niezadowolniona z siebie i z ludzi, zmarszczona na świat, 
gniewna na długą nieobecność męża, w braku innej wyraźng 
przyczyny nieusprawiedliwionych trosk i — nieusposobień. 
Śpiewacy włoscy niegodziwie dziś śpiewali; tenor fsJazował 
bez miłosierdzia, orkiestra grała na rozstrojonych instrumen- 
tach; w muzyce włoskiej jak we wszystkiem co pochodząc 
z Włoch, niewykształcone tylko umysh^ mogły znajdować 
upodobanie. Towarzystwo wiedeńskie nie zawsze było żaba- 
wnem ; tylu ludzi nudnych i bez smaku, zatruwało nieraz naj- 
weselsze chwile! 

Gdy tak Maija, w złotej przędzy swojego życia, szarą nić 
zaczynała dostrzegać, pani Zapary tymczasem, wprowadzona 
tegoż samego wieczora do Dietrichstejnów, wstępnym bojem 
rozpościerała swoje zabory. 

Tłum dworskiej gawiedzi chłośnięty nowością zjawienia, 
nawalnie parł się ku Włoszce; rozpowiadano o niej dziwne 
szczegóły, unoszono się nad szlachetną wyniosłością postawy* 
nad żarem namiętnego wzroku, nad gęstemi sploty kniczycb 
włosów, które jak węże Gorgony spływi^y, wiły się po 



131 

snieżnem jej Jonie ; ulegano mimowolnie nieubłaganyńi wdzię- 
kom, jakiemi dumna córka italskiego nieba, na obojętnych 
nawet umiała wymuszać uczucie niewolniczego uwielbienia. 

Hrabina Zapary przywoziła z sobą nowy rodzaj obejścia, 
nie mglisto tęskny, nie smętnie powłóczysty, ale spokojny, 
poważny jak laguna w cichą, noc letnią, lub iskrzący jak roz- 
żarzone skwarem południowe niebiosa. 

Stosownie do dnia, do niepojętych usposobień ducha, 
można się było od niej spodziewać uśmiechów wytęczowa- 
nych weselem, spółczuciem, miłością niemal płomiennych 
spojrzeń, lub też zimnego, kaleczącego pogardą przyjęcia. 

Nąjzawołańsi zdobywcy serc wpadli w rozpacz, w zwątpie- 
nie; nikt nie mógł zrozumieć zakrętów dziwacznego tego 
charakteru, nikt upatrzyć sobie stałego stanowiska; najbieglej 
przemyślany zamiar spełzał w obec niespodzianych obrotów 
zmiennego jej umysłu. 

Hrabina przyspieszonym biegiem pędziła po berło mody, 
podczas gdy mąż zajęty, w noc grą, w dzień końmi, uła- 
twiał jej drogę, sypiąc pod nogi pięknej małżonki niezmierne 
swoje dostatki. Dom Zapary eh zajaśniał zbytkiem, o jakim 
w Wiedniu nawet nie miano zupełnego wyobrażenia. 

Marja uczuła chwiejący się na głowie wieniec wszech- 
władztwa. Orszak jej rzedniał, tu i owdzie już próżnią prze- 
świecał; kilku uznanych wielbicielów pogoniło za nowem 
bożyszczem — wielu jednak dotrzymsJo wiary pierwszej cho- 
rągwi; zapał nawet ostatnich zdawał się zwiększać z wzra- 
staj ącem niebezpieczeństwem. 

Nędzna pociecha, tam gdzie nie chodziło o potęgę uczucia^ 
ale o liczbę orszaku! 

Marja, z czysto biernego, obronnego dotąd stanowiska, 
osądziła koniecznem przejść do zaczepnych kroków. Straszny 
aforyzm, że kto nie był wszystkiem był niczem, groźnie wy- 
stąpił jej przed umysł; dla samego uczucia własnego sza- 
cunku, dla godności nazwiska Fiirstembergów, nie wypadało 
dać się wyprzedzić w szlachetnym zawodzie. 

V Pańska krew prędzej potrafi ściąć się w żyłach na wieki, 
niżeli enieść upokorzenie. Na wsi wolno kilku dziewkom 
być jednakoiruifiianym, w świecie przywileju jest tylka miejsce 

9* 



132 



na jedną piękn% kobietę. Marja nie darmo była córką ga« 
licyjskiego magnata i żoną austrjackiego grafa. 

Hrabina Zapary postrzegła się , kto i w jakim celu za- 
wadzał jej na drodze; otwarcie wyzwana do boju, nie szczędziła 
wszelkich środków i fortelów, jakie podawała jej niepospolita 
krasa i wrodzona ojczystemu charakterowi zdolność do sideł, 
zdradliwych ciosów, zasadzek, podstępów. 

Nastąpiły istne turnieje; walka dwóch pięknych ryoerek 
o obojętną im w istocie ciżbę pochlebców, dziwaczna walka, 
w której ciosy padały nie na walczących ale na świadków. 

Waliły się z nóg barony, grafy, dyplomaty, cywilni i woj- 
skowi, swoi i cudzoziemcy, starzy i młodzi, świeccy i du- 
chowni. 

Stronnicy rozdzielili się na dwa obozy. Szala chwiała 
się niepewnie; włoska popędliwość i chytre zastawki oatę- 
powały nieraz rzewnej północnej tęsknocie, słodkiej mełodji 
głosu, trwoźnie zabłąkanym pieściwym spojrzeniom. 

Marja poczuwała w sobie niewyczerpane zasoby sił; jedno 
za drugiem wybłyskiwały w niej skryte źródła zalotnydi 
ponęt, uroków i czarów. W krótkim czasie, z zadziwiająca 
dold:adnością, umiała obrachować wartość i moc każdego 
słowa, każdego uśmiechu, westchnienia, poglądu. Niepodo- 
bieństwem stało się dla niej, na chwilę o sobie zapomnieć, 
tak bujnie świat rozwinął w niej wrodzone zalety. 

Dotąd, obie szermierki potyks^y się .tylko o samą mnogoeć 
orszaku; gonitwa miała nabyć nowego zajęcia w razie, gdybj 
jeden i tenże sam cel przedstawił się nagle roznamiętnioDym 
spółzawodnictwem ich usiłowaniom. 

Sposobność nie długo dała na siebie czekać. 

Szczęśliwem zdarzeniem wracał właśnie z podróży i wchodził 
w towarzystwo arcyksiążę — dajmy na to, Robert Łuitpold, 
pan w kwiecie wieku, i jak mówiono, chciwy życia i dziwnie 
pochopny ku miłosnym zapędom. 

Arcyksiążę nie błyszczał urodą; niezaprzeczony spółdziedzic 
habsburgskiej postaci i rysów, na drobnem ciele, dźwigil 
ogromną głowę; spodnią wargę opuszczał ka podbródkowi, 
ślinił się bez ustanku, wyłupiał bezbarwne oczy po obu stro- 
nach zwieszonego pałkowatego nosa, słowem. — z pozon, 



133 

wielce przypomina} poetyczna ipfraadEę dawnych Hellenów, 
Satyra, którego także skłonności i popędy, powszechna wieść 
mu przypisywała. 

Arcyksiąię nie usychał również od rozumu; zapytywany^ 
często odpowiadał na opak, otwierał szerokie usta, śmiał się 
nieraz w braku słów, hałaśnie nad wszystkiem zadziwiał; na 
pokłonach atoli dostatecznie się rozumiał i pochlebstwa 
dworzan, jak przystało na człowieka jego znaczenia, łaskawie 
raczył przyjmować. 

Wewnętrzne te i zewnętrzne oznaki, które zwyozsjnego 
człowieka nie daleko byłyby zawiodły, w niczem nie przeszka- 
dzały stworzeniowi blisko spokrewnionemu z namaszczon% 
osob% cesarza. Arcyksi%żę przedstawiał nie żadn% lttdzk% 
osobistość ale zasadę; ród jego nie pozwalał zwracać uwagi 
na powierzdiowność , ani rozs%dzać o wartości jego rozumu. 

W książętach mieszczą się zwykle utajone skarby mądrości 
i zalet, o których ludziom z przyzwoitego towarzystwa, nie 
godzi się powątpiewać. Nikt też w ówczesnym Wiedniu o 
żadnym księciu nie wątpił. Zaszczyt otarcia się chociaż o 
dostojną osobę, wysoko był cenionym; przepadali za nim 
mężczyźni, przepadały i kobiety. 

Arcyksiążę, od pewnego czasu, z widocznem upodobaniem 
zatrzymywał się przed panią Zapary; na Mniję również wy- 
trzeszczał zaiskrzone oczy — spotkawszy obie razem, stawał 
nieruchomy, słupiał, nie wiedział ku której wprzód się 
obrócić. 

Dostrzeżono że wahał się nad wyborem. Obie kobiety 
postanów^ oszczędzić mu długich udręczeń niepewności; 
każda w podesłaniu sobie Arcyksięcia pod nogi, upatrywała 
godne swoich wdzięków zwycięstwo, tryumf do pozazdroszcze- 
nia i nowy blask w towarzystwie; upokorzenie spółzawodniczki 
i ostateczne ustalenie swojego wszechwładztwa; synowiec bo- 
wiem cesarski, przykładem swoim, w tę lub w ową stronę, 
resztę orszaku za sobą pociągał. 

Arcyksiążę zaczynał lękać się gwałtownych porywów 
Włoszki; Galicja brała górę nad Medjolanem. 

Sokolnik, jako prawdziwy patrjota, z radością poglądał na 
ród swój popierający ojczystą sławę; wprawnem okiem do- 



134 

strzegat o co chodziło, gryd się nieraa widz%c wraźeme jakie 
hrabina Zapary sprawiała na ksi%źęcyiu umyśle i znowu z we- 
selem ręce zacierał, gdy Maija odzyskiwała stracone chwilowo 
pole. 

Być ojcem kobiety zaszczyconej względami arcyksicciai — 
Uszczęśliwiony na samą tę myśl, z upojenia, od zmysłów 
prawie odchodził. Miałże w istocie Bóg szczodrobliwy tak 
dalece przepełnić miarę jego marzeń, nie pozostawić mu wżycia 
nic do życzenia? nic — oprócz 

Sokolnik obejmował się rękami za szyję jak gdyby upa- 
trywał miejsca — nie na to co rzeczywiście zasługiwał, ale 
na cel dawnych snów, na przedmiot najgorętszych nadziei, 
na złotego baranka, który miał zgładzić jego niepokoje, dać 
mu zbawienie od trosk na ziemi, postawić go ua równi 
z pierwszymi dostojnikami cesarstwa. Magnat wzdrygał się 
pomyśleć o śmierci, nie otrzymawszy wprzód orderu Złotego 
Runa. Oznaka ta ze wszech miar mu przynależała; w wierności 
i nieograniozonem przywiązaniu do tronu i do osoby księcia 
kanclerza, nikt mu nie zdołał wyrównać; nadto — zaciekła 
tylko niesprawiedliwość mogła nie poczytać za zasługę, oj- 
cowstwa córki upodobanej monarszemu synowcowi. 

Przed kilkoma laty, zawistne języki byłyby mu zarzuciły 
nadwerężony stan majątku; wysoka oznaka Złotego Rona 
nie przystawała do człowieka podupadłego na kieszeni — dziś, 
zarzut podobny przez niczyją myśl się nie przewijał. 

Dzięki zachodom i niezmordowanej pracy Piotra Poraja, 
Sokolnik wybrnął z Uopotów, postawił się magnatem nie tylko 
z rodu ale i z dostatków; majątek jego przyprowadzony do 
porządku, ożywiony wyłożonemi przez Piotra suminanii, 
z każdym dniem wzmagał się w wartość i dostarczał mu no- 
wych zasobów. 

Dygnitarz nie pojmował szczególnych przywidzeń szlachcica, 
który, sam bogaty, zamiast przesiedlenia się do stolicy i 
używania życia, niewytłumaczoną, niepojętą zni^dowal przy- 
jemność w borykaniu się z cudzemi kłopotami, w ciężkiej i 
nieustannej pracy cudzą korzyść mającej na celu. 

. Ale każdy człowiek miał swoje dziwactwa, swoje namię- 
tności, każdy prawie cierpiał na właściwą sobie mózgową 



135 

jak%ś chorobę. Sokolnik, z radością dostarczid: 'szlachcicowi 
obfitego zatrudnienia dla' jego monomanji , łaskawie przyj- 
mował owoce jego trudów, obławiał się jego pracą, i raz na 
miesiąc sŁaJi mu dziękczynne listy, w których ze łzami w piórze 
wynurzał swoją wdzięczność, padał na twarz przed jego go- 
«podarskiemi zdolnościami i poświęcenie drogiego przyjaciela 
pod niebiosa wynosił. 

Piotr nie wiele dbał o grzeczności; wyzwalając majątek 
magnata od zatraty, która wszystkim zdawała się nieuchronną, 
w udowodnieniu przed światem niepospolitej biegłości, w po- 
kruszeniu zawad wolą, siłą i pracą, upatrywał dla siebie nie- 
przezwyciężoną ponętę i dostateczną nagrodę. 

Poraj nikogo nie miał na świecie; dla własnej [korzyści 
pracować nie potrzebował, bez pracy zaś żyć nie mógł ; musiał 
wreszcie zaprzepaścić gdzieś gryzącą boleść, jaką rozłączenie 
z bratem zatruwało mu wszystkie godziny. Pomoc swoją 
przyobiecał był Sokolnikowi wówczas, gdy mniemał źe dla 
własnej rodziny bierze się do pracy. Nadzieja ta spełzła 
wcale nie z winy magnata; Piotr, gorliwy czciciel danego 
słowa, postanowił wynagrodzić zawód uczyniony przez jednego 
Poraja, dotrzymaniem obietnicy i poświęceniem ze strony 
drugiego brata. 

Sokolnik zostawiał szerokie pole szlachetnej działalności 
ziemianina, pojmując do pewnego stopnia zado wełnienie, jakie 
człowiek pospolitego rodu znajdował w pozyskaniu względów 
dygnitarza zaszczyconego łaską Dworu. ^ 

Ko we a niespodziane dowody przychylności, okazywane 
mu przez arcyksięcia, nie mało pomogły do podniesienia 
w nim wysokich o samym sobie przekonań; Marja, z każdą 
•chwilą czyniła widoczniejsze postępy na umyśle habsburgskiego 
otroka. 

Szambelan tymczasem wracał z Paryża, wracał z pęłnemi 
rękami doniesień, podsłuchów, ważnych a ze szególną zrę- 
cznością zdobytych wiadomości. Ulubieniec fortuny, ani 
marzył o zaszczycie, jaki w jego nieobeności rozbłysnął nad 
domem Furstembergów ; nienasycony atoli szczęściem, więcej 
Jeszcze zapragnął; zażądał dla siebie dotykalniejszych korzyści, 
w istocie bowiem, względy arcyksięcia tyczyły się bardziej 



1 

136 

żony niż męia, i cichacflem mówiąc, o tyle tylko miały 
wartości, o ile pozwalały npożytecznió się do wyzyslomia 
w świecie znakomite^iro stanowiska. 

Szambelan w ostatniem posłannictwie przekonawszy iz|d 
o dyplomatycznych swoich zdolnościach, mógł śmiało pokusić 
się o ambasadę Inb przynajmniej o poselstwo; napomkii|) 
więc zlekka o celu swych życzeń księcia kanclerzowi, Imt 
się mn, nadskakiwał, pochlebiał, patrzył w oczy, szukając 
przychylnego dla siebie spojrzenia; ale minister, bądź że po- 
trzebował mieć przy boku gotowego na wszystko podwtlr 
dnego, b%dź że nie uważał dostatecznemi jego zasługi, lab 
że nie miał w tej chwili do rozporządzenia stosownego miejsca 
— udawał że nie domyśla się natrącań o poselstwie; nie szczędsi 
wprawdzie łaskawych słów, stanowczo atoli zagabniety, skręcał 
lub czasami nawet zimno ucinał rozmowę. 

Szambelan nie oddawał się rozpaczy, ani nawet zwątpienia; 
głowę nie dla ozdoby dźwigał na karku i w kołczanie fortelóv 
niejedną niósł strzałę. 

Kanclerz obojętnie go przyjmował — inaczej atoli działo 
się z kanclerzyną. 

Pani ta, popędliwej krwi 4 namiętnego charakteru, od 
dostojnego swego małżonka przyjmowała tytuł, bogactwa: 
więcej nic przyjąć nie mogła — wiek i przeszłość księcia 
kanclerza wykierowały go na dyplomatę; szaleństwem byłobj 
żądaó po nim wdzięków Adonisa lub Alcydowych grze- 
czności. ^ 

Kanclerzyną z żalem serca musiała za obrębem domowych 
progów szukać zadość uczynienia niezbędnym warunkom 
szczęścia. 

Poszukiwania te, dzięki Bogu, uwieńczał częsty, łatwy i 
pomyślny skutek. 

Łaskawe jej spojrzenia i wybór, z kolei padły na ssam- 
belana. Księżna upatrzyła nową ponętę w oderwaniu mło- 
dego i urodziwego męża od młodej i pięknej żony; urok za* 
kazanego owocu wzmagał się do drugiej potęgi. 

Szambelan zrozumiał zamiary i sam naprzeciw nim po- 
biegł; udał rażonego nagłym gromem uezucia, drażnił księżnę 
z pod oka wejrzeniem pełnem tajemniczego ognia, ale ilekroć 



137 



przedstawiano mu ułatwienia do wstępnych kroków — wstrzy- 
mywał się jak skamieniały, uciekał niby ścigany głosem 
strasznego jakiegoś wyrzutu. 

Zaprzysiężona małżeńska ¥riara, przywi%zanie do żony, 
pasowały się w nim zapewne z namiętnością, której gwałto* 
wnych oznak nie miał siły utaić. Zdawało się wrzkomo że 
z roskosz% życie oddałby za księżnę, że szukał tylko prze- 
paści gdzie mógłby wskoczyć dla ostatni^o z jej przywidzeń 
— cudzy atoli los dla niej poświęcić, wpędzić niewiarą 
w rozpacz młodą małżonkę — nie pozwalało mu zbyt drażliwe 
sumienie. ^ 

Kand^rzyna żałowała, że nie mogła wytłumaczyć prawdy 
i otwarcie go uspokoić względem usposobienia żony w razie 
mężowskich zboczeń; Marja, jej zdaniem, miała więcej roz- 
sądku i wychowania, niżeli wydawało się zaślepionemu jej 
właścicielowi. 

Mieszczańska, sentymentalna wierność szambelana, pomimo 
widocznych popędów uczucia, roziskrzała w Księżnie zapały 
i poduszczała żądzę dopięcia swoich celów. Opór ten, do ja- 
kiego wcale nie była przyzwyczajoną, zadziwiał ją i gniewał, 
niecierpliwił i smucił, jątrzył i rozźegał tem, więcej, że sam 
szambelan coraz straszniej i oczywiściej cierpiał na walkę 
uczucia z obowiązkiem, coraz goręcej gonił za pierwszem i 
rozpaczniej żuł drugiego wędzidło. 

Kanclerzyna istna znawczyni na podobnych sprawach, 
umiiJa cenić wartość zdobyczy, porwanej w takowym stanie 
ducha, podwoiła usiłowania, sama wreszcie, zaczynała już 
tracić głowę, i od kilku dni, księciu kanclerzowi, w piekło 
zamieniała zwykły spokój domowego pożycia. 

W istocie, szambelan musiał zręcznie rzecz prowadzić. So- 
kolnik bowiem, także znawca nie lada, z uśmiechem zado- 
wolnienia, przypatrywi^ się ukradkiem obrotom podwójnej 
gonitwy, i znów ręce zacierał widząc, że córce godnego dał 
męża, że zięć trafił na godną siebie żonę. Sędziwy magnat 
ze łzami dziękował Bogu za umajenie mu starości tylu lu- 
bemi dla serca pociechami ; sprawiedliwy jego żywot ku sehył* 
kowi znajdow^ zasłużoną nagrodę; księża nie darmo prawiE. 



138 

że jeżeli Opatrzność złych karze, dobrych natomiast sowicie 
nagradza. 

Eanclerzyna, o prawdzie tego zdania nie zapełnię była 
jeszcze przekonana, pomimo bowiem modlitw, cierpień i gor- 
liwych zachodów, nie mogła dot%d ucieszyć się nagrodą cięż- 
kich swoich trudów. 

Szambelan nie pomijał żadnej sposobności stawama na jej 
drodze; ze szczęściem j% witał, żegnał z boleścią, pomimo to 
wahi^ się; nie miał odwagi wyjąknąć stanowczego wyraża. 
Od pewnego czasu uciekał od ludzi, z żoną pokazywał się 
coraz rzadziej, gonił za samotnością; szczególnie zaś lubisł 
zapuszczać się w najmniej uczęszczane ulice Pratera. Tam, 
zatracony między drzewami, opuszczał koniowi wodze, domai, 
marzył, przetrawiał gorzkie udręczenia serca. 

Księżna, przypadkiem, od niego samego dowiedziała się 
o tem upodobaniu; świat i jej także zaczynał się przyknsyć, 
i ona z równąż przyjemnością dosiadała rumaka, i ona po- 
trzebowała pięknej natury, ciszy, odosobienia. 

W kilka dni po tem wyznaniu, szambelan wyjechawszy 
jak zwykle na tratowanie swojej tęsknoty, zoczył niespodzianie 
na krzyżującej się drodze, zieloną zasłonę męskiego kapelusai 
księżnej, usłyszsd tentent dzielnego jej konia — niestety, każde 
uderzenie kopyta padało mu na. serce ; zazdrościł koniowi lu- 
bego ciężaru. 

We dwoje, prędzej i łatwiej się marzy, zwłaszcza gdy 
obie dusze łączy ogniwo jednego uczucia; księżna wreszcie, 
chociaż w dalekim przebiegu, rzuciła jednak bystry wzrok 
na jeźdźca, zoczyła go i poznała; nie wypadało nie pospieszyć 
z czołobitnością. 

Szambelan spiął zwierzę ostrogami i pogonił zakrętem tak, 
aby oczom swej Pani ukazać się nagle, niespodzianie, niby 
nieumyślnem zrządzeniem losu. 

Koń jeźdźca, z gwałtownego wypuszczenia osadzony dziarsko 
na miejscu, wspiął się, wyprostował jak świeca. Księżna krzy- 
knęła; żywy rumieniec oblał jej lice. Szambelan pochylony 
nieco na grzywę rumaka, uniżał kapelusz do stóp pięknej 
amazonki. 



139 

— Czekasz pan przebaczenia za przestrach jakiego mię 
nabawiłeś ? — Rzekła mu z wdzięcznym uśmiechem — w istocie, 
trzeba mieć wiele zaufania w cudze pobłażanie, aby odważać 
się do podobnych na ludzi napadów. 

— Zaufanie moje, odrzekł szambelan, nigdy nie wyrówna 
miłosierdziu księżnej. Zdaleka ją spostrzegłem i nie chciałem 
stracić ani chwili; miałyzby pobudki nie nagodzić winy? 

— Kie ma pobudek, które usprawiedliwiają, narażanie się 
na nieszczęście. 

— Sam ten wyrzut, księżno, jest dostateczną do zaofiaro- 
wania życia. 

— W takim razie, bądź pan pewnym że go więcej nie 
powtórzę. 

— Na teraz, jedynem słowem jakie pragnąłbym usłyszyć, 
jest pozwolenie towarzyszenia księżnie; z pokorą, naprzód 
poddaję się wszelkim warunkom. — 

Księżna dotknęła szyi swego konia lekką angielską rózeczką, 
poczwałowała w milczeniu ku stronom odludnym Prateru; 
szambelan, londyńskim obyczajem, podrygując w takt na siodle, 
kłusował i ważył w myśli korzyści, jakich źródło mogło mu 
otworzyć wzbudzenie namiętnych uczuć w małżonce wszech- 
władnego ministra. 

— Roziskrzone zdrowiem jego policzki, szerokie ramiona, 
postać rozrosła, wyraźnie dowodziły niepospolitych zdolności 
do dyplomatycznego zawodu. 

Księżna, przez jedwabie zielonej zasłony, rzucała mu wesołe 
spojrzenia; zmęczona wreszcie długą pogonią, zatrzyms^a ru- 
maka, puściła go stępo, odsłoniła oblicze, poprawiła się na. 
siodle i odgarniając z czoła rozwiane sploty ciemnych wło- 
sów, mówiła z wyrazem łagodnej swobody: 

— Kilka tygodni przepędzonych w Paryżu, musiało panu 
zostawić tysiące miłych wspomnień. W tej chwili nawet, 
jestem przekonaną — żałujesz że te drzewa, drogi i drożyny, 
nie należą raczej do Bulońskiego lasku niż do Prateru. Gdyby 
nie rządowe sprawy, zapewne nie bylibyśmy oglądali pana tak 
spiesznie z powrotem. Książę kanclerz jest człowiekiem bez 
serca, bez litości. Skarż się pan na niego, obwiniaj — żona 
iłie myśli i nie potrafi go bronić. Wysyłać ludzi do Paryża, 



140 

zaprzątać im tam ealy ozas prac% i po niepełnych dwóch 
miesiącach wzywać napowrót do Wiednia! — To nie do prze- 
baczenia — nieprawdaż? 

— Zapewne księżno — gdyb3rm w obec mego naczehiika 
mia2 prawo pomyśleć o sobie, żaliłbym się na wyrianie mię 
z Wiednia* Dwa -miesiące, zdała od miejsc i osób, bez któ- 
rych każda przyjemność musi zmienić się w tęsknotę i w go- 
rycz 1 Z uległością przyjąłem rozkaz wyjazdu, z roskosii 
odebrałem wezwanie do powrotu. 

— Warto być piękną, kiedy się jest podobnie kochaną. 
Hrabina Fiirstemberg dusznie może poszczycić się jednym 
z najprzykładniejszych mężów. Po dwnletniem pożyciu, 
umieć, obok małżeńskich obowiązków, przechować jesacn 
wszystkie zapały kochanka — w naszych czasach rzadki wy- 
padek, wzór ze wszech miar godzien naśladowania. 

— Przez litość księżno, nie zasługuję na te pochwały! 
Obowiązki rządziłyby człowiekiem, gdyby rozum tylko nim 
powodowaŁ 

-— Tem lepiej, skoro nie wyrachowanie ale uczucie pędzi 
go drogą rozumu; nie potrzeba wówcą|« sobie rozkazywać — 
sama namiętność prowadid; dość w ślad za nią postępować. 

— Nie mówmy księżno o namiętności, nie mówmy o ucza- 
ciu ; rozkazują one, na nieszczęście, rozkazują wszechwładnie. 
Biada człowiekowi, który dostanie się pod ich żelazne beiło^ 
ani mu chwili wytchnienia, ani chwili spoczynku. W nie- 
zgodzie sam z sobą i z ludśmi, przeklina światło dzienne, 
pochyla zrospaczoną głowę, którą — szaleniec! — za wy- 
soko śmii^ podnieść. 

— Hrabina jest zaohwycająoem stworzeniem; sąd ten 
w ustach kobiety, nabiera niezaprzeczonej wartoścL Nie 
mówię tu nic nowego; powtarzam zdanie stohcy, zdanie ca- 
łego towarzystwa. 

— Prawda księżno; ja sam, pierwszy oddaję żonie mojej 
należytą sprawiedliwość. Jest to anioł z postaci i z dusąy; 
długo zdało się nd że nie ma doskonalszej istoty. Dziś 
jeszcze, może powiedziałbym to samo, gdybym dowo umiał 
wymówić, gdybym dwie myśli potrafił związać, gdybym csoł 
co innego prócz boleści, gdybym w sercu miał miejsce na 



Ul 

inne uczflcie prócz na zwabienie. Sam siebie nie poznaję; 
w bezmyślnych nadziejach zanoszę się nieraz od szczęścia; 
złudzenie przemija błyskawicą i znowu w straszniejszą roz- 
pacz zapadam. Teraz oto, w tej chwili, piersiami szczęścia 
obj%ó nie mogę; gdy wrócę do miasta, nie znajdę dość wy- 
razów na złorzeczenie ocknięcia z czarującego snu. 

— Szkoda czasu, panie hrabio; życie ludzkie i bez tego 
ma w sobie dość goryczy — po co zatruwać je samowolnie, 
po co dręczyć się i ¥rynajdywać sobie zgryzoty, jak gdyby 
tych nie starczyło z jakiemi konieczność stawia nas do waUd. 

— Bóg mi Ś¥riadkiem, księżno, że dobrowolnie za boleścią 
nie gonię; wydzierałem się jej wszystkiemi sity, chciałem 
w zarodka zatłumić nieszczęsne uczucie, pasowałem się, wal- 
czyłem — nadaremnie ! Teraz niechaj się pełni przeznaczenie 1 
dalej nie wydołam stawić oporu. Dokąd mię szał zapro* 
wadzi? — Kie potrafię przewidzieć; tyle wiem, że ostateczność 
widzę przed sobą. Przyszłość pokazuje mi zagubę, dla mnie, 
dla całego mojego domu; odwrócić jej nie zdołam, a może 
nawet i nie pragnę. 

— Ciężar więc i troska, spadają na pańskich przyjaciół; 
sumienie ich nie dozwoli mu z zamkniętemi oczyma lecieć na 
własną zatratę. Jeden fałszywy krok może bezużytecznie 
zniszczyć spokojność kilku osób i świetne ich w towarzystwie 
stanowisko. Podobnych warunków życia w żadnym razie 
nie godzi się poświęcać, tem bardziej źe człowie na to ma takt 
i doświadczenie, aby umiał godzić, nie zaś waśnić konieczność 
z głosem silniejszym nad wszelkie rozumowania. 

— Przyjaciele, księżno? — Nie mam żadnego; świat cały 
Bii zobojętniał. Musiałbym szukać rad, utyskiwać, zwierzać 
się przed nimi, zwierzać się z uczuć, których sam przed sobą 
lękam się głośno powtórzyć. Stanowisko w towarzystwie? — 
Za jedną chwilę życia o jakiem marzę, za kilka słów jakie 
szalone nadzieje szepcą mi czasami w uszy — oddałbym 
wszystkie zaszczyty, wszystkie godności, wszystkie skarby 
tej ziemi. 

— Słowa te panie hrabio, nie zasługiwałyby na lichą uwagę, 
gdyby osoba mająca je wymówić, żądi^a w zamian nadludzkich 
poświęoań. Kto omie c^ó gotowość ofiary, ten spełnienia 



14S 



jej nie dopuści. Jest jeszscze inna prawda w którą, co do 
mnie, nigdy nie wątpiłam ; każde prawdziwe, głębokie uczucie, 
zwrócone ku istocie umiejącej je ocenić, nie może, nie po- 
winno w wypadku, przynieść cierpienia. Na zwątpienie, n» 
rozpacz, zawsze dość czasu. Wreszcie, po co cierpieć, po 
co mówić o cierpieniach, kiedy pragnie się wzbudzić nie po- 
litowanie ale stokroć szlachetniejsze uczucie? — 

Księżno — słowa te, mogłyby z mojej strony wywołać 
odpowiedź, którą lepiej podobno abym zamilczał. 

— Bynajmniej; mówmy szczerze i otwarcie. Wspomnia- 
łam o pańskich przyjaciołach ; spodziewam się że mam prawo 
stanąć w naczelnym ich rzędzie. W twoim wieku i poło- 
żeniu, panie hrabio, myśl o przyszłości nigdy nie powinna 
cię opuszczać. Przedewszystkiem jednak, trzeba uzbroić się 
w swobodę duszy, w zimną rozwagę — inaczej na drodze 
najłatwiejszej, pierwszy krok stanie się niepodobnym. Po- 
wróciłeś pan z Paryża, gdzie zachody twoje pozyskały zado- 
wełnienie księcia kanclerza ; dołożywszy trochę pracy, zadowo- 
Inienie to może przynieść znakomite, rzeczywiste korzyści. 

— Przyszłość księżno? — O jednej tylko marz§; gdybym 
teraźniejszą chwilę w nieskończoność mógł wyciągnąć, mo- 
narchom na ziemi, aniołom w niebie, nie zazdrościłbym szczę- 
ścia. Innych żadnych widoków nie mam przed sobą. Po- 
mimo łaski księcia kanclerza, wyższej nad moje zasługi, nie- 
podobna mi godnie jej zawdzięczyć i oddać się pracy o ile 
bym tego pragnął. Dwóm panom służyć trudno. Życie ro- 
dzinne, troski domowe, zajmują mi cały czas. Zmuszony jestem 
zawsze i wszędzie towarzyszyć mej żonie. Eodzice jej mie- 
szkają w Wiedniu; hrabina z odwiedzinami do nich nie po- 
trzebuje wybierać się w dalekie podróże; nie mamy pożoro. 
na krótki nawet przeciąg uwolnić się jedno od drugiego^ 
A jednak czuję, że dla domowego spokoju, lepiej byłoby 
przerwać niekiedy jednostajność ciągłego, wzajemnego po- 
życia. 

— Hrabina, powiadasz pan, radaby jakiś czas samej sobie 
być zostawioną? Rozumiem to życzenie w młodej kobiecie: 
kilka chwil samotności, zwłaszcza po wirze światowych uciech, 
przynoszą wzmocnienie duszy, dozwalają przystępu rozwadze* 



U3 

rozmyślaniu, przeplatają jednostajność życia i dwoją przy* 
jemność następnego zetknięcia z towarzystwem. Rodzice jej 
mieszkają w Wiedniu, nie ma zatem żadnego powodu przy- 
bieżenia w pomoc rozpieszczonemu dziecku naszych salonów. 

— W tem właśnie leży cala trudność, do wewnętrznych 
moich niepokojów, do osobistych udręczeń, muszę dołączyć 
jeszcze troski domowego pożycia, troski, których brzemię 
księżna łatwo ocenisz, gdy dodam że od pewnego czasu, 
zdrowie hrabiny zaczyna mię zatrważać. 

— Co słyszę! — Hrabina miałażby być cierpiącą? Wczoraj 
widzii^em ją u Kolowratów i nie mogłam nadziwić się jej 
świeżości; zdaleka i zbliska, cera jej zda się ułożoną z listków 
róży. 

— Zwodnicze pozory księżno; rumieniec nie znwsze jest 
oznaką zdrowia — gorączka niekiedy wypędza go na oblicze. 
Hrabina cierpi na piersi; dotąd sama nie domyśla się swego 
stanu ; młodość z jiatury swej jest nieopatrzną , przed moim 
atoli doświadczonym wzrokiem, prawda ukryć się nie zdoła. 
Powietrze wiedeńskie, chłodne i wilgotne wieczory, warzą 
w niej zarody życia. Przekonany jestem, że dwie jeszcze zimy 
spędzone w naszem mieście, postawią ją nad grobem. 

— Przestraszasz mię pan! — Jeżeli w istocie rzeczy tak 
daleko zaszły, nie należy chwili jednej marnować; hrabina 
potrzebuje zmiany klimatu i musi go odmienić. Nie ma nad 
czem się zastanawiać; z ostatniemi dniami jesieni, powinna 
opuścić Wiedeń. 

— Zapewne księżno; nikt tego goręcej odemnie nie pra- 
gnie; niepodobieństwo jednak spełnienia zamiaru przedsta- 
wia się mi coraz wydatniej. Przeciw konieczności nic nie 
poradzę. 

— Nie rozumiem pana; nie zgaduję na czem zależą te nie- 
przezwyciężone trudności? Czyliż podróż za granicą nie jest 
dla nas zwykłym, powszednim wypadkiem? 

— Dla mnie księżno — odrzekł szambelan drżącym, wy- 
mozykowanym głosem, wyjazd z Wiednia przenosi moje siły. 
Ż%dać odemnie opuszczenia stolicy, jest to domagać się naj- 
cięższej ofiary. Dokonałbym wszelako poświęcenia, spełnił- 
bym ofiarę, zniweczyłbym własny byt, gdybym wiedział że 



144 

zag^ba samego siebie przydać się może dla drogich. Kt 
nieszczęście, cale odmieime mam przekonanie. Wszelki sta- 
nowczy krok z mojej strony, otchłań przedemn% może otwo- 
rzyć; na drogę ocalenia nigdy mię nie wyprowadzi. 

— Mów pan dalej; nie umiem zgadywać tajemnic, do 
pana wreszcie należy oszczędzić mi pr^krego trądu rozwią- 
zywania zagadek, zwłaszcza tych, które równie blisko mię 
obchodzą. 

— Niewyczerpana dobroć księżnej łatwo oceni moje po- 
łożenie, gdy je w dwóch słowach opowiem. Hrabina dobro- 
wolnie nie zechce opuścić Wiednia; rozpieściło ją tutąjse 
towarzystwo — lepiej nigdzie jej być nie może. Na prośby 
wyrzeczenia się uciech stoUcy, odpowie prośbami którym 
oprzeć się nie zdołam. Przyzwyczajeni oboje do swobody, do 
zupełnej niezależności w postępowaniu — jedno drogiemo, 
w żadnym razie, praw ani własnej woli, nie możemy narza- 
cać. Jakież wreszcie pobudki potrafię wskazać moim żąda- 
niom? Zwykły wyjazd za granicę, dla rozrywki, dla uroi- 
maicenia życia? Hrabina wcale nie nudzi się w Wiednia; 
przeciwnie — miasto nasze rajem jej się wydaje. O zdrowiu 
w żaden sposób wspomnieć niepodobna. Gdybym odbył 
przed nią prawdziwy jej stan, zapuściłbym w jej serce gwał- 
towne niepokoje, wstrząribym silnie jej wyobraźnię , spro- 
wadziłbym odrazu straszne skutki, którym następnie zapóano 
byłoby chcieć zapobiedz. Półsłowami zaś nic nie uzyskam; 
żona moja, jak powiedziałem, przekonaną jest że cierpienia 
jej są chwilowe, przechodnie, że ustąpią za pierwszem nie 
winnem lekarstwem. 

— Może wypadałoby zwierzyć się rodzicom ; matka łatwiąj 
zapewne wysłucha prawdy i korzystniej użyje wpływu swego 
na córkę? 

— Myślałem o tem, księżno, próbowałem nawet, ale 
pierwszym krokiem postrzegłem bezskuteczność zachodów. 
Hrabina ma charakter, do wysokiego stopnia niezależny, 
cudzym namowom nie daje ucha; dba nadto o zaszcsyt doma 
którego nosi nazwisko ; wie że wyjazd nasz z Wiednia pner 
wałby szczęśliwie rozpoczęty zawód pod dostojnem praewo- 
dnictwem księcia kanclerza, i gdyby nawet przewidywaU 



145 

grożące niebezpieczeństwo, samo siebie chętnie poświęci; od 
męża nie zapotrzebuje, nie przyjmie ofiary. 

— Zachwycająca kobieta! — Bzekła księżna ubodnięta 
nieco pochwałami jakie szambelan sypał swej żonie — nie 
dziwi mię że tak jest kochan% — według tego co słyszę, 
nigdy wdzięki ciała nie odpowiadały tyle zaletom duszy. 

— Bez wątpienia księżno — odparł z westchnieniem jej 
towarzysz, gdyby uczucie było koniecznym wynikiem z pod- 
sumowania pewnej ilości zalet i wdzięków. — Każdy ma swój 
sąd, swoje upodobania; doskonałość ludzka nie zna granic i 
często, gdy człowiek mniema że w pewnym kierunku do- 
świadczył już najwyższych, ostatecznych wrażeń, nagle od- 
fiłania się przed nim widok, który w jednej chwili pamięć 
przeszłości zaciera. 

— Biedna hrabina! żal mi jej z całego serca. W jej 
wieku, sama zmiana powietrza więcej może jej przynieść ulgi, 
niż wszystkie przepisy Malfatego. Należałoby nie radzić jej, 
nie zmuszać do opuszczenia Wiednia, ale postawić w konie- 
czności wyjazdu. 

— Na zewnątrz tej ostatniej ucieczki, księżno, nie ma 
innego środka. 

— Jest to warunek dopiero ale nie środek, panie hrabio; 
pierwszy łatwo oznaczyć — w wynalezieniu drugiego leży 
-cała trudność. 

— Wynaleźć Uie trudno — mówił z niechcenia szambelan ; 
"w^iem sposób nieochybny, 

— Jakiż? 

— Nie warto o nim wspominać ; środek mój jest nieza- 
^^odnym, ale zarazem niemożebnym do wyjednania. 

— Nadużywasz pan tnojej cierpliwości, lub może chcesz 
-go zachować przedemną w tajemnicy — w takim razie nie 
-wypada mi nalegać. ^ 

— Przez miłość boską, księżno, zarzut ten niesłychanie 
jest mi bolesnym! Był czas, gdzie na dnie serca więziłem 
jedną tylko tajemnicę; dziś, i ta już odkryta, dziś do samego 
-siebłe nie należę. Księżna rozkazujesz, chcesz wiedzieć? — 
Z^owiesz się natychmiast. Myśl moja o tyle zasługuje na 
"^iwagę, o ile potrafi sprowadzić żądany cel, ma usunąć zawady 

Chojbcki, Alkhadar. lY. 10 



146 



o jakich wspominałem. Sam tylko książę kanclerz swoją 
wszecłimocnością, mógłby od razu, wszystkim waronkom 
zadość uczynić. Wakują w tej chwili dwa poselstwa: jedno 
we Florencji, drugie w Neapolu. Gdyby łaska księcia ministra, 
słabe moje zasługi i dziedziczna wierność tronowi, usposa- 
biały mię do jednej z tych dwóch pOsad, mógłbym bezzwło- 
cznie przewieźć moją. żonę pod ciepłe niebo włoskie; sam 
następnie powrócić na kilka miesięcy do stolicy, oddać się 
ze swobodną głową wyłącznym zatrudnieniom, do jakidi 
książę kanclerz zaszczyca mię szczególnem zaufaniem — i 
jeżeli wolno mi zwrócić uwagę na samego siebie, odetchnąć 
pełnemi piersiami uczuciem, bez którego życie dla nmiem^ 
Czarnią, godności są obojętnym przedmiotem, obowiązki do 
spełnienia zaś niepodobieństwem. Wymogi rządowej służby, 
mogłyby mię samego, bez hrabiny, co rok na jakiś czas spro- 
wadzać do Wiednia; nie przyjąłbym nawet miejsca bez tej 
nadziei, i jeżeli sprawy nie dadzą się w ten sposób ułożyć, 
opuszczam ramiona, rzucam się bezwładnie kolejom losa; 
niech wszystko ginie, przepada, niech się raz kończą piekielne 
udręczenia niepewności ! 

— Przyzywasz pan hrabia zgubę, wywołujesz rozpacz, dla 
tego chyba, aby ci powtarzano o czem wiesz doskonale, abyś 
z obcych ust u^yszał zapewnienia jakie sam sobie możeai 
słusznie uczynić. Dotąd, nigdzie i w niczem, nie doznaka 
odczarowań ani zawiedzionych nadziei; dla czegoźby na przy- 
szłość miało być inaczej? 

— Nie mam prawa niczego wymagać ; mogę tylko mówić 
o wdzięczności — innych, świętszych uczuć, w słowach wy- 
razić nie zdołam. Długo wątpiłem, nie wierzyłem snon 
moim, lękałem się ogromu szczęścia. Zwątpienie jest gize- 
chem; przysięgam poprawę i w gorącej pokorze serca, fała- 
gam przebaczenia. — 

Szambelan zbliżył konia ku amazonce i z religijną czci| 
wyciągnął dłoń; księżna podała mu rękę z uśmiechem na 
ustach, z rozrzewnieniem w oku; sama lekko spłonęła, gdj 
jeździec przechylony na siodle, wyciskał na jej rękawione 
namiętny pocałunek. Zatoczyła niespokojnym wzrokiem do 
koła; nie było nikogo. Dwaj jej dżokeje, w przyzwoitąj odia- 



147 

głości w ślad za mą postępowali. Mimowolnym ruchem za- 
puściła na twarz zieloną zasłonę, drasnęła konia rózeczką, 
poskoczyk naprzód pragnąc zapewne przeciąć rozmowę, którą 
szambelan byłby bez wątpienia chciał dociągnąć do przed- 
ostatecznych wniosków. 

— Czas wracać do domu, rzekła, po długiej gonitwie wstrzy- 
mując spienionego rumaka; Armida jest już zmęczoną; czuję 
po jej chodzie że mi wypowiada służbę. Musisz pan hrabia 
pokazać mi drogę; pierwszy raz tak daleko się zapuściłam — 
nie znam tych oddalonych ścieżek. 

— Księżna wybierasz niesumiennego przewodnika, odrzekł 
jeździec; zawczasu uprzedzam że nie potrafię wybrać najkrót- 
szej drogi; nadto, ośmielam się wspomnieć że każda usługa 
wymaga wynagrodzenia. 

— Przewodnik więc jest sumiennym, skoro naprzód o na- 
grodę się umawia. Pozostaje mi wolny wybór; mogę jeszcze 
sama wybłądńć, lub moich ludzi o drogę zapytać. 

— Czyliż księżna i wtedy nawet nie pozwoli służb moich 
sobie ofiarować, gdy za całą nagrodę poproszę o tę różę, która 
chwieje się przy jej boku? 

— O różę? — ZawołiJ:a ze śmiechem młoda kobieta; 
mógłbyś pan był prośbę swoją wierszami wynurzyć. Co za 
szkoda że słońce jeszcze wysoko, że nie błądzimy po księ- 
życa! Nie, nie — na oddanie mej róży przystać nie mogę; 
jazda otrząsła z niej listki, zwiędła gałązka i ciernie tylko 
zostały. Ostre i kolące podarki złą są przepowiednią. Nie- 
potrzebnie pan chmurzysz czoło; 'wolę dać ten oto świeży 
kwiatek bzu co nad drogą ku nam się kołysze. Pozwól pan 
hrabia — chcę zerwać go sama. — 

Księżna podniosła się lekko na siodle, schwyciła gałązkę, 
ale uparty kr?ew nie chciał dobrowolnie ustąpić zdobyczy; 
targnęła go kilka razy niecierpliwie. Błękitny kwiat został 
jej w ręku, natomiast silny ruch ramienia uczepionego między 
liście, rozchylił perłę, zapinkę czarnej emalj cwanej bran- 
soletki, i klejnot z głuchym dźwiękiem potoczył się na 

siemię. 

Księżna upuściła gałązkę, jak gdyby łowiąc w powietrzu 
ślad swojej zguby; był to zapewne drogi, łubem jakiem 

10* 



148 

wspomnieniem opromieniony upominek, rzadko bowiem kiedy 
nie używała go do stroju; juz chciała wołać do wyszukanii 
swoich dżokejów, gdy w tejże samej chwili szambełan stal 
na nogach i schylał się po cacko. 

Księżna cofnęła konia; na nieszczęście, Armida nie- 
bacznem kopytem nastąpiła na klejnot, szambełan nie po- 
spiął go ocalić; bransosetka silnie była nadwerężoną, nie- 
podobna było myśleć o włożeniu jej na rękę. Księżna chciała 
j% obejrzeć. 

— Zgięta w strączek, mówił szambełan zatykając u pieni 
gałązkę bzu. Przykry wypadek, któremu, na domiar dego, 
ja stałem się przyczyną. 

— Daj mi ją pan hrabia; spróbuję czy nie da się zapiąć. 

— Niepodobieństwo, księżno, klamerka zupełnie zgnie- 
ciona. Gdyby mi wolno było zachować klejnot na dziś przy 
sobie, prosiłbym o pozwolenie odniesienia go nieiiszkodżonyiDf 
w niczem nie przypominającym niezręczności Armidy. 

— Przyzwyczaiłam się do tej bransoletki, noszę ją od 
kilkunastu lat; jest to familijna pamiątka. 

— Postaram sią aby księżna jak najkrócej na nią cze- 
kała; teraz, w żaden sposób nie przystanie do ręki — spró- 
bujmy. — 

Szambełan objął dłoń księżnej, popatrzył chwilę na po- 
marmurowany błękitnemi żyłkami biały jej przegub, pochylił 
głowę i do ust rękę przycisnął; 

Ręka ta nie wyrywała się mu z uścisku; zdaws^a się om- 
dlewać pod gorącym pocałunkiem i w roskosznem upojeniu 
pieszczotą płacić za pieszczotę. 

Szambełan wzniósł wzrok do góry; zapłoniony uśmiedt 
rozchylał usta księżnej; oczy jej pławiły się we m^le lubego 
rozmarzenia, jakiem namiętność poprzedza zwycięstwa swoje 
i porażki; postać Idoniła się niby chylona nieprzezwyciężoni 
potęgą uczucia. 

— Kiedyż będę mógł odnieść bransoletkę? — Rzekł drż|> 
cym głosem dyplomata (w podobnych położeniach głos drżący 
jest nieodzownym) ; kiedy będę mógł sam zapiąć ją na tg 
pięknej ręce tak, abym był pewnym że księżnę Bam§ zastanę? 
-— Kiedy i gdzie? — Przez litość! 



149 



— Wsiadaj pan hrabia na konia ; już późno a do miasta 
jeszcze daleko. 

— Jedno tylko słowo,, księżno; nie ruszę się z miejsca; 
nie mam siły kroku naprzód postąpić — jedno słowo po- 
wróci mi życie. 

— Cóż mam powiedzieć? — Kiedy możesz pan odnieść 
mi bransoletkę? — Odpowiedź, sądzę, zależy od jubilera. 
Wracajmy do miasta. — 

Szambelan dosiadł konia, zacisnął usta, przyodział na twarz 
wyraz, strasznej Laokonowej boleści (w podobnych zdarze- 
niach, rysy połamane nadludzkiem cierpieniem są koniecznemi) 
księżna w milczeniu rzucała nań przenikliwe wejrzenia, w któ- 
rych obok szyderstwa, przebijało przecie inne, daleko rze- 
wniejsze uczucie. 

Odludne boczne ścieżki zaczynały zbiegać się ku głównej 
ulicy; dudn^ zdała turkot powozów, tu i owdzie przemykali 
jezdni, piesze samotne pary słaniały się, szukając ustronia; 
nadchodziła bolesna zawsze dla czułych serc chwila rozłą- 
czenia. 

Krieżna wstrzymała konia. 

— Pan hrabia, rzekła mu tkliwym, do duszy przejmującym 
głosem, nie masz zapewne zamiaru wracać natychmiast do 
domu; przypominam mu moją bransoletkę, czekam na nią i 
uwiadomię kiedy i gdzie myślę odebrać. — 

Szambelan na te słowa byłby chciał rzucić się na kolana, 
paść do nóg bogini, ale obrót ten siedzącemu na koniu nie- 
słychanie jest trudnym, nawet gdy jeździec z rodu i z urzędu 
należy do pierwszego wiedeńskiego towarzystwa. Wzrokiem, 
głosem, westchnieniem, zamierzał wynurzyć swoje wdzięczność 
— księżna już go nie widziała, już go dosłyszyć nie mogła; 
czarodziejka, zacięła konia, skręciła w boczną ulicę, pom- 
knęła i znikła mu z oczu. 

Jeździec stał chwilę na miejscu, spiął wreszcie rumaka i 
pogonił w przeciwną stronę, promieniejący, upojony szczę- 
ściem, roziskrzony nadzieją osiągnięcia drogiego przedmiotu 
s^eoich marzeń, jedynego celu zabiegów, trosk i usiłowań — 
poselstwa w Neapolu łub we Florencji. 

W wielkiej ulicy Prateru, tłum z uszanowaniem rozsuwał 



150 

się przed źon% wszechwładnego ministra; chyliły się głowy, 
ulatywały z pospiechem kapelusze — księżna roztargniona 
odpowiadała na hołdy znajomych i cześć gawiedzi. Niebo 
wysłuchiwało serdecznych jej modlitw; mą^ najpiękniejszej 
w mieści kobiety, urodziwy szambelan, ku któremn oddawns 
skrycie wzdychała, porzucał dla niej żonę, padał przed ni) 
jako dokonana ofiara uczucia. 

Wyrobienie poselstwa we Włoszech, usuwało z wiedeń- 
skich salonów niebezpieczną spółzawodniczkę, pozwalało no- 
wemu dygnitarzowi zjeżdżać do stolicy na bezżenne, nie za- 
wisłe życie; po kilku miesiącach pobytu, znowu odwoływało 
go w dalekie strony. Księżna lękała się jednostajnosci jak 
ognia; biegła znawczyni ludzkiego serca, potrafiła cenić wy- 
godę zmiany, uczynna przytem bez granic, postanowiła użyć 
władzy jaką miała nad mężem, na wyjednanie lubemu żądanego 
urzędu. Sama ludzkość nakazywała przyjść w pomoc cier- 
piącej hrabinie i wyprawić ją pod łagodne niebo ItaljL 
Księżna na cudze dolegliwości miała istotnie macierzyńskie 
serce. Książę kanclerz mógł być pewnym, że w razie nie- 
przychylenia się do próśb żony, piekło będzie miał w domo. 
Książę kanclerz, pomimo dyplomatycznych stosunków z La- 
cyferem, uciekał przed domowem piekłem, prędzej jeszcze 
niż w dwadzieścia kilka lat później, przed uKczną barykadą 
Był to człowiek jakich mało, czego dowodził miljon, którym 
corocznie Rosja okupywała polityczne jego szachrajstwa, 
aby zaś za 83,333 zł. gr. 10 na miesiąc, sprzedawać sa- 
mienie, wyznać należy że trzeba być człowiekiem niepospo- 
litej wartości. Wprawdzie, od owego czasu, sumienia djable 
staniały. Leona Radziwiłła lub którego z wołyńskich hra- 
biów Rzewuskich, za parę garści imperji^ów nabędziesz; na 
Gurowskich, na Mirskich, nie ma już nawet pokupu. Obni- 
żenie to ceny towaru, nastręcza śliski trochę domysł, że od 
kilkunastu lat maszynami zapewne wyrabiają łotrów. 

Cokolwiek bądź , wprzód nim zawiłą tę ekonomiczną 
kwestję rozświecę w osobnej pracy pod tytułem «Nowi 
Gniazdo Rycerstwa, » nie wypada tracić z uweigi mlod^ 
małżonki szambelana, której przez głowę nie przechodzSy 
troskliwe starania, jakie przywiązany mąż podejmował wi^ę- 



151 

dem zdrowia jej, dzięki Bogu, w niczem ^ienadweręźo- 
nego. 

Marja stawała wreszcie u celu i mogła odetchnąć; w na- 
miętnej gonitwie z hrabiną Zapary, daleko zostawiała Włoszkę 
za sobą — arcyksiążę wyraźnie dawał poznać, że Polka wzięła 
górę nad jego sercem. Ścigał ją wszędzie jak cień, wywia- 
dy wal się o godziny jej przejażdżek; w teatrze, co chwila 
wymierzał ku niej ogromną lornetę, wszem w obec i każdemu 
z osobna najłaskawiej raczył pokazywać, że uczucie ku młodej 
małżonce szambelana, zewsząd go ogarniało. 

Hrabina Zapary musiała poprzestać na kilku cudzoziemcach 
i wielbicielach podrzędnego stopnia ; reszta bowiem rodzimego, 
wiedeńskiego towarzystwa, jak wypadało na ludzi z taktem, 
pospieszyła z hołdami i z palmą ku wybranej przez cesarskiego 
synowca. 

Poprzedni jednak . zalotnicy zdaleka tylko przekonywali 
córkę Sokolnika o niezmienności uczuć ; respekt dla monarszej 
krwi nie dozwalał im zachodzić w drogę członkowi panującej 
rodziny; każdy przyzwoicie trzymał się na uboczu, czekając 
z zaczepnemi kroki, dopóki młodemu Habsburgowi nie uprzy- 
krzy się łatwa zdobycz. 

Niektórzy w zwątpieniu opuszczali ramiona; zanosiło się 
wedle ich sądu nie na proste przywidzenie, nie na zwykłą 
zabawkę, ale na długi i ścisły stosunek. 

Miłość widocznie wytrawiała w arcyksięciu ostatnie umy- 
słowe władze; od pewnego czasu, nieborak, czterech nie 
jaógl naliczyć. 

Marja z początku obojętnie poglądała na war rozlicznych 
uczuć, jaki do koła niej kipiał; zaloty arcy księcia poczęły ją 
obchodzić wtedy dopiero, gdy wypadło na osobie tego pana 
dowieść wszechwładnej wielmoźności swych wdzięków i upo- 
korzyć zuchwałe roszczenia Włoszki. Wygrana wartą była 
zachodu. Dopóki chwiało się zwycięstwo, Marja nie zaniedby- 
wała żadnych fortelów, obrotów, kłamanych ucieczek, chytrych 
napadów, fałszywych oznak zdania się ha łaskę : całej igraszki 
smętarnych ogników, igraszki zawsze tej samej i zawsze 
nowej. Skoro atoli oczywistość, w obec towarzystwa stolicy, 
wykazała jej niezaprzeczoną wygrane, skoro przyszło do wy- 



152 

pełnienia niektórych warunków tryumfu, hrabina wylęUa 
się następstw niebezpiecznych zapędów, zadrżała na widok 
kłamstwa, z którego skutkami codzień trzeba się było po- 
tykać. 

W każdym zawodzie pierwszy krok trudny. Marja nie 
miała jeszcze dostatecznej wprawy w pokrywanie próżnych 
myśli pełnemi słowy; rzucała dotąd uśmiechy, spojrzenia i 
małoznaczne względy, jako powszedni grosz, za który zakupy- 
wała sprzęźaj do rydwanu swojej próżności. Zimna, jak 
w ogóle większa część kobiet z jej rodu i w jej krają,; znak 
tylko możebnośó jednej rzeczywistej namiętności — na- 
miętności do własnej wygody. Bezpieczną była o siebie,. 
nie miała bowiem z czem się pasować, z czem staczać 
walki; żaden prawdziwy ogień nie tętniał pod śnieźnem jej 
łonem. 

Po młodości strawionej na kłamaniu mdłych i bezbarwnych 
uczuć, najwyższym wyrazem północnych, limfatycznych natur,, 
jest mistyczny sentymentalizm i dewocja na starość. Szatan 
z panem Bogiem, z kupiecką dokładnością dzielą się życiem 
po połowie, szkoda tylko że pierwszy świeżą część towars 
otrzymuje w podzielę. 

Urząd szambelana dawał mu prawo do wprowadzania 
żony na dworskie pokoje. Młody dyplomata korzystał z tego 
przywileju, nie opuszczał ani jednego przyjęcia, ani jednego 
balu lub koncertu; z ro.skoszą widział że od niejakiego 
czasu zapraszano go na małe, poufałe zebrania, gdzie oprócz 
cesarskiej rodziny i kilku pierwszych dygnitarzów , szczu}^ 
tylko liczba wybranych znajdowała przystęp. Wpływy arcy- 
księcia otworzyły mu skrycie źródło tej nowej a powszechnie 
wysoko cenionej łaski. 

Ka podobnych wieczorach, szambelan uganiał się zwykle 
za rozmową z księciem kanclerzem; przygięty trochę ku 
ziemi, w kornej postawie, chwytał każde jego słowo, po- 
zwalał sobie odpowiadać wyrazem podziwu , zach^wycenia 
nad mądrością wielkiego ministra; lub chyłkiem przysiadał 
się do księżnej, łowił jej spojrzenia i nieznaoznemi, oboje* 
tnemi na pozór szepty, wydzwaniał jej piosenkę swoich za- 
pałów. 



153 



Marja nawzajem, ulegała ciągłemu oblężeniu przez jednego 
wielbiciela. 

Arcyksiążę nie posiadał daru gładkiego wyjęzyczania- 
swoich uczuć; z twarzy podobny do boga leśnych miłostek^ 
przypominał go, raz jeszcze powtarzam, gestami, śmiechem,, 
nadskakiwaniem, pogoniami za upragnioną nimfą. 

— Jak się Pani podoba — mówił do niej pewnego razu, 
ten oto djamentowy naszyjnik na starej księżnie Sonder- 
hausen? — Gdyby nie blask klejnotów nikt by na nią nie 
spojrzał. 

— Piękny strój — odrzekła Marja, nierównie piękniejszy 
od tego, jaki na ostatnim balu widziałam u księżnej Pawłowej 
Esterhazy. 

— Znam ja droższe daleko djamenty i czystej wody — 
ciągnął dalej potomek Habsburgów ocierając ślinę — klej* 
noty, za każdy z których oddałbym połowę życia. 

— Musi ich być nie wiele, skoro W. Es. Mość tak drogą 
cenę na nie nakłada. 

-*• Tyle ile połów w całości — hi hi hi — jeden a jeden- 
dwa — nieprawdaż hrabino? 

— Niezaprzeczona prawda. 

— Tem lepiej; ja zawsze prawdę tylko mówię, szczerą, 
prawdę; jako w tej chwili o dwóch nieocenionych klejno- 
tach, które nie mogły nie przyjść na myśl patrzącemu na oczy 
hrabiny. — 

Maija zapłoniona, spuściła powieki. 

— Nie cofam mojego słowa; jeden a jeden, dwa; jedna 
połowi i druga połowa, dwie połowy; za dwoje oczu, oddał- 
bym całe życie, i jeszcze bym nie przepłacił — hi hi hi — 
nie prawdaź hrabino? 

— W. Ks. Mość zaszczyci swoją obecnością pojutrze kon- 
cert u dworu? — Mówiono mi że usłyszymy wyjątki z pa- 
sterskiej symfonji Beethowena i kilka arji z Matrimonio 
Segreto. 

— Wolałbym — Amore Segreto — Amore eterno; 
oiuzyka może wyraziłaby, czego sam wypowiedzieć nie zdołam. 
Od kiedyż o słońce pyta słonecznika, w którą stronę posłuszny 
cwiat ma z miar się obrócić ? — Czy mam słuszność hrabino? — 



154 

W Ks. Mość lubi muzykę? 

— W naszej rodzinie lubimy jedną tylko muzykę: trąby 
i bębny i to wówczas gdy nieprzyjaciel przed nami — hi 
hi hi! — Życie bym poświęcił, gdybym w pewnych oczach 
mógł rzucić się na armaty i lawety; ja naprzód, a za nmą 
mój pułk morawskiej piechoty. Hrabina nigdy nie widzii^ 
mego regimentu ? — Pierwszy regiment w cesarskieoi 
wojsku ! 

— Nie przypominam sobie, i może nie chciałabym widzieć 
go w położeniu, o jakiem W. Es. Mość wspomina. 

— A to dla czego? 

— Lękam się wystrzałów i widoku krwi znieść nie mogę. 

— Pierwsze wrażenie! — Potem człowiek się przyzwy- 
czaja; tak przynajmniej prawi stryj mój arcyk8i%żc Karol. 
Ja przeciwnie — radbym skosztować wojny; kilka razy pro- 
siłem juz księcia kanclerza aby wydał komu wojnę. Przy- 
rzekam pójść na pierwszy ogień, zwłaszcza gdyby mi obie- 
cano jedyną nagrodę za którą oddałbym dwa życia. 

— Czyjeż drugie? 

— Moje, gdybym ich miał dwa dla przemiany, hi hi hi I 
— Oba w tej chwili oddam — za jedno łaskawe spojrzenie, 
za pół tego anielskiego uśmiechu. Hrabino, jesteśmy sami, 
prawie sami; nikt nas nie słucha, nikt na ^nas nie patrzy. 
Zamknę oczy i wypowiem co mam na sercu. Dziwna rzeci! 
z zamkniętemi oczyma jestem jakiś śmielszy. W naszej ro- 
dzinie, we wszystkich ważnych wypadkach, mamy zwyczaj 
zamykać oczy. Sam nawet arcyksiążę Karol, każdą bitwę 
wygryws^ z zamkniętemi oczyma. Nie prawdaż że to dziwna 
rzecz hrabino? 

— Zadziwiająca, niepojęta. 

— Tak przecie dzieje się w naszej rodzinie. Można za- 
pytać księcia kanclerza; ten, przeciwnie, nigdy nie mruży 
powiek. Palfy przysięgs^ mi, że pierwszy nasz minister śpi 
nawet z otwartemi oczyma. Nie wierzę; tego byłoby zs 
wiele. Muszę kiedy sam się przekonać. Niech się pełni 
wola Boża! — Choćby mi przyszło zginąć, zamykam oczy i 
mówię. — 

Marja nieśmiała powstać, przyglądała się bacznie maio- 



155 

^dłom drź%cego w jej rękach wachlarza; arcykńążę w istocie, 
przymrużył powieki, otworzył na roścież szerokie usta, i już 
zabiera! się do szczególnych swoich zwierzeń, gdy w tern 
stanął przed nim z głębokim ukłonem jeden z mistrzów 
i oznajmił że Najjaśniejsza Cesarzowa i pani raczyła prosić 
J. Es. Mość na chwilę rozmowy. 

Arcyksiążę poskoczył, niemile wykolejony z toru, jakim 
namyślał był się puścić, otworzył oczy, ale zapomniał zamknąć 
ust i z otwartemi szczękami, przez obszerny salon podążył 
na wezwanie. 

Hrabina odetchnęła. Jasny rumieniec wybiegł jej na lice ; 
4Bpojrzała ukradkiem na męża. 

Szambelan, pochylony za krzesłem żony pierwszego mini- 
4stra, zdawał się zapominać o wszystkiem co go otaczało; 
wzrok cały i uwagę oddał osobie księżnej i trzymanej z nią 
rozmowie. 

Marja z radością ujrzała zbliżających się ku niej kilka 
obojętnych figur; sama jedna, odosobiona, po odejściu ce- 
sarskiego synowca, sądziła że całe towarzystwo na nią tylko 
spogląda, że odgaduje przyczynę jej pomieszania, że nieubła- 
gany wzrok zapuszcza w ostatnie głębiny jej duszy. 

Zaloty arcy księcia na licznych zgromadzeniach, na prze- 
jażdżkach lub w teatrze, pochlebiamy jej próżności i na szczęście, 
nie obowiązywały do żadnych oznak, do żadnych odpowiedzi 
— wielbiciel trzymał się zdaleka. Na szczupłem atoli ze- 
braniu lub w wedwójnej rozmowie, natarczywa rubasznośó 
dowódcy morawskiej piechoty, wystraszała ją i parzyła niby 
Tozpalone żelazo. Tryumf nad Włoszką, zazdrość innych ko- 
biet, niezaprzeczona przewaga jaką w świecie dawało ujarz- 
mienie jednego z książąt panującej rodziny, mile głaskały ją 
po sercu; dalsze jednak następstwa wygranej, coraz żywej 
2aczęły wprowadzać ją na domysł, że może za drogo okupiła 
iswycięstwo. 

Hrabina czuła wiejącą jej po sercu dziwną jakąś obawę. 

Arcyksięciu tymczasem krew gwałtownie uderzała do 
mózgu. Obraz pięknej Polki byłby mu sen i głód odebrał, 
^dyby szczęśliwa natura nie była go od rodu ubezpieczyła 
przeciw wszelkim złym skutkom sercowych wzruszeń. Wy* 



156 

łączny ten organizm, łatwy do zrozumienia w tak nprzywil^ 
jowanych ludziach, jakimi s% książęta z monarszej krwi, nie 
zasłaniał jednak młodego Habsburga od niepokój ów> od fizy- 
cznych udręczeń, od żarów żądzy i rozłechtanej miłości 
własnej, która w dopinaniu celów nie znajdowała dotąd prze- 
szkód. 

Arcyksiążę biegał jak rażony bzikiem, krzątał się, wy- 
nurzał przed powiernikami, spowiadał z gwałtowności uczuć; 
dopytywał każdego o radę, błagał o ratunek, wynosił pod 
niebiosa przedmiot swoich zapałów, wdzięcznie przyjmował 
wszystkich którzy prawili mu o Maiji, z roztargrnieniem sła- 
chał przemawiających w innej jakiejkolwiek treści. 

Pogłoska o miłości cesarskiego panicza ku pięknej mał- 
żonce szambelana, szparko zakrąźyła po mieście. Zazdro- 
szczono, odgadywano, chwalono, unoszono się nad szczęściem 
jednej, nad popularnością drugiego; otwarcie nikt się nie 
odzywał, nie szło tu bowiem o rzecz naganną w Indziacb 
powszednich, ale o zwykłą zabawkę, ze wszech miar godziwą 
i przystojną dla piskląt z opurpurowanego gniazda cezarów. 

Na Dworze, stare sępy myślimy inaczej. 

Zacietrzewienie arcyksięcia, w każdym innym razie do 
wybaczenia lub raczej do niebaczenia, w tej właśnie chwili, 
srodze nie zadowolniało jego rodzinę. Cesarzowi FranciszkowiŁ 
potrzeba było wyswatać krewniaka z jakąś bawarską księ- 
żniczką. Stosunki polityczne czemprędzej wymagały tego 
związku; dzień obrzędu był prawie już oznaczony; dwór w Mo- 
nachium codzień wyglądał przyjazdu pana młodego. 

Arcyksiążę zwlekał, zżymał się, gdy mu wspominano o Ba- 
warce, przeklinał w pień dawnego Elektora; nie wiadomo 
nawet, czyli zamknąwszy się w samotnym pokoju, nie złorze- 
czył Jego Cesarskiej Mości, nie wyzwierzał się na samego 
księcia kanclerza. 

Namiętność przyprowadza niekiedy do ostateczności; arcy- 
książę wszędzie Marję tylko miał przed oczyma; na zabój 
się za nią npędzał. 

Wprawdzie, hrabina, otwarcie, wyraźnie, nie odpowiedziała 
dotąd jego uczuciom ; nie podpadało atoli wątpliwości, pokazy- 
wało się jak na dłoni, z uśmiechów, z poglądów, z samego 



157 



nawet milczenia, ie za pierwszem spotkaniem sam na sam, 
czeka go stanowcze zwycięstwo. 

A więc na gwałt o schadzkę, o spotkanie — o schadzkę 
przez wszystkie bogi austrjackie, lotaryngskie, habsburgskie 1 — 

Kilka napomknień jakie zaczuparzony zalotnik rzucił był 
w tej mierze, pozostało bez skutku. Marja umilkała zapło- 
niona, lub udaws^a że nie rozumie. Może też i nic udawała; 
bez żadnego dotąd doświadczenia w podobnego rodzaju obro- 
tach, nie wiedziała jak sobie począć, jak pogodzić niektóre 
sprzeczne dla gminnego życia warunki i obowiązki. Istne 
dziecko ! — Wypadało wziąść ją za rękę i poprowadzić ; sama, 
nie byłaby ani szlaku wynalazła, ani naprzeciw wybiegła na 
pół drogi, jąk zwykle w takich wypadkach dziać się po- 
winno. 

Arcyksiążę szukał wszystkich, którzy, oprócz męża, mogli 
mieć jakikolwiek wpływ na umysł hrabiny; szambelana oczy- 
wiście nie wypadało zaczepiać — przyzwoitość przedewszy- 
stkiem. Sokolnik natomiast, od pewnego czasu, doświadczał 
szczególnych względów od przyszłego małżonka bawarskiej 
księżniczki. 

Magnat jędyczył się z radości na widok niepospolitego 
faworu, udzielał półgębkiem żądanych objaśnień, podniecał 
2wątlone nadzieje i śmiało można było ręczyć że dostojnemu 
Panu, w oczach córki nie szkodził. 

Przywiązany ojciec pieścił także własne marzenia, które 
łatwiej mogły wykluć się pod jasnemi promieńmi książęcej 
laski. 

Każdy na tym świecie za siebie. 

Arcyksiążę nawzajem, popętany zamiarem schadzki, suszył 
4nózg nad środkami przyprowadzania go do skutku i byłby 
:go wysuszył nic nie wynaladszy, gdyby szczęściem, nie był 
napotkał pod ręką doradców, których bystrzejszy dowcip wy- 
prowadził go wreszcie z kłopotu. 

Młody Pan, nie daleko Schoenbrunn posiadał wiejski pa- 
łacyk, otoczony rozległym zwierzyńcem. Pałacyk zbudowany 
w etylu myśliwskim, służył na wytchnienie po łowach ; tysiące 
ścieżek na krzyże rozbiegłych, przerzynało las pełen pochy- 
łości, wzgórków, ukrytych kniei, tajemniczych ostępów. 



158 



Polowanie na jelenia wyborne I 

Arcyksiążę umyślił wyprawić u siebie małe łowy i za- 
prosić kilkanaście osób, jako to kanclerza z źon%, kilku sta- 
rych generałów, kilku powierników swoich i adjntantów, 
nareszcie hrabiego Furstemberga i zachwycając% jego mał- 
żonkę. 

Szarabelan i pierwszy minister, przez własny interes , nie 
mogli odmówić polowania na jelenie. Z ich też strony nie 
należało lękać się odmowy, ponieważ atoli nie o mężczyzn 
głównie chodziło, arcyksi%źę przeto zaczął od przełożenia za> 
miaru Marji. 

Na koncercie o którym wspomnieliśmy, przysiadł się do 
niej i wyrecytował zaproszenie, dodając że księżna kanderzyna 
namiętnie lubi konne przejażdżki, że dla niej pragnie wyprawić 
małą rozrywkę, a raczej pod jej firmą, królową bowiem za- 
bawy — jak łatwo można było odgadnąć, nie byl^ wcale 
żona pierwszego ministra. 

Arcyksiąźę tak dziwnie czerwieniał, tak strasznie patrzjł 
jąkając swe zaprosiny, że Maija mimowolnie zalękła, przera- 
żona, z początku nie znalazła słowa na odpowiedź ; pokrótce, 
drżącym głosem wymówiła przeproszenie że nie może ko- 
rzystać z łaski, zasłaniała się zdrowiem, przyjęciem właśnie na 
tenże dzień innych zaprosin, aż nareszcie sama wdaib się 
w prośby o uwolnienie jej, o wyłączenie z myśliwego U^ 
¥rarzystwa. 

Niespokój w rysach, rumieniec na twarzy, trwoga jakaś 
w oczach, dodały młodej kobiecie wdzięku'; arcyksiąźę pożerał 
ją wzrokiem. Polowanie mniej niż kiedykolwiek mogło się 
obejść bez Maiji. Dzień naznaczony można było odmienić, 
wszystkich przeprosić, odprosić i powtórnie zaprosić, postąpić 
z nimi jak się podoba, byle tylko hrabina chciał- co&ąó 
ostateczną odmowę, byle raczyła odwołać srogi wyrok i zo- 
stawić nieszczęśliwemu chociaż promyk nadziei. 

Rozpłomieniony Habsburczyk odszedł, ofiarując jej czaa 
do namysłu, prosząc aby mu pozwoliła, nazajutrz, za dwa, 
za trzy dm, dowiedzieć się o łaskawszą odpowiedź. Polo- 
wanie powinno było przyjść do skutku , dwa wytropione je- 
lenie musiały poledz. Łowczy z poradą biegłych myśliwych, 



159 

urz%dził samotrzaski, pozastawiał sidła, zażył wszelkich for- 
telów. 

Jeden z powierników rakuskiego kniazia, szepnął ma na 
ucho że zapraszając córkę na polowanie, godziło się nie po- 
mijać ojca, tembardziej że ostatni z roskoszą przyjąwszy za- 
prosiny, nżyje swojego wpływu na jedynaczkę i wytłumaczy 
jej konieczność odpowiedzenia zaszczytnym względom. 

Arcyksiążę uznał słuszność uwagi. 

Przy końcu tegoż koncertu na którym zawiódł był z Marj% 
wyż przytoczoną rozmowę, korzystał z chwili gdy orkiestra 
wszczynała najsilniejszy hałas i nieznacznie podsuń^ się ku 
gronu, gdzie ośmielała się wstydliwie połyskiwać łysina So- 
kolnika. 

Dygnitarz od niejakiego czasu, doznawał często najmiłościw- 
szych arcyksięcia nagabań; cenił jak należało tę niepospolitą 
oznakę, domyślał się jej przyczyn i z wdzięcznością przyj- 
mował wysoką łaskę; znał atoli że łaska ta harcowi^a na 
pstrym koniu i że trzeba było kuć żelazo póki gorące. 

Wziąwszy tak rzecz na rozwagę, przysiągł upożytecznić 
pierwszą sposobność — że zaś człek był honorowy, nie podpa- 
dało zatem wątpieniu że słowa dotrzymać sobie potrafi. 
Widząc zbliżającego się arcyksięcia — z podełba, dumnie po 
obecnych okiem zatoczył, zgiął się wedle zwyczaju, czekał 
w zachwyceniu na pierwsze słowo. 

Arcyksiąźę roześmiał się, otworzył usta, otarł ślinę — nie 
wiedział jak zacząć. 

Szczęściem, muzyka rzępoliła i dęła co siły ; koncert podał 
mu trafny przedmiot do rozmowy, po chwili więc namysłu 
zapytał Sokolnika czy lubi muzykę? 

Magnat z głębokim ukłonem odpowiedzisd że ma zaszczyt 
dzielenia tego upodobania z dostojną ^rodziną Jego Cesarskiej 
Mości. 

— I ja także lubię muzykę, odparł arcyksiąźę odpro- 
wadzając go nieznacznie na stronę i wspierając się plecami 
o nszak wysokiego do ziemi okna, które go zasłaniało przed 
resztą towarzystwa. Tak jest — ciągnął dalej — lubię mu- 
zykę ale nie każdą. 

— W. Ks. Mość śpiew zapewne nad wszystko przekłada? 



160 

— Śpiew śpiewem, a muzyka muzyką; co pan hrabia po- 
wiesz o trąbach? 

— Piękny instrument — rycerski, wojowniczy! — Za- 
pewne — ja również przenoszę nad inne muzykę wojskową. 

— Pan hrabia masz na myśli bębny i kotły; ja nie o 
wojskowych mówię trąbach. 

— Ha — tak — rozumiem! W. Ks. Mość nie o wojsko- 
wych trąbach raczy mówić. 

— Na placu broni tak dalece wojskiem jestem zajęty, że 
muzyki nawet nie słucham; ale za to w lesie, na polowania, 
między drzewami, skoro ozwą się rogi — to mi dopiero 
muzyka I 

— W lesie — bez wątpienia; cudowny efekt! Echo po- 
wtarza dźwięki — zachwycające dźwięki! 

— Pan hrabia, jak uważam, jesteś lubownikiem polo- 
wania ? 

— Namiętnym Mości książę ; niebo stworzyło mię na Frcj- 
schiitza. 

— Cieszy mię to; w takim razie podam mu sposobność 
pofolgowania ulubionej rozrywce. Wyprawiam w moim zwie- 
rzyńcu małe łowy — dla dam ; księżna kanclerzyna z ochotą 
jeździ konno — chciałem uczynić jej niespodziankę. Będzie 
nas kilkanaście osób — bliżsi tylko i lepsi znajomi. Pan 
hrabia nie odmówisz znaleźć się w ich liczbie? 

— W. Ks. Mość zawstydza mię swoją łaską — odrzeti 
Sokolnik rozpromieniony, powietrzniejący z zachwytu. 

— Bynajmniej panie hrabio; jest to dla mnie samego 
wielka przyjemność. Pragnąłem aby kanclerz i jego żona 
znaleźli się w towarzystwie dla nich najmilszem. W tym 
<;elu miałem zamiar prosić szambelana Fiirstemberga ; napom- 
knąłem już kilka słów hrabinie pańskiej córce. Tradno mi 
z jej strony pochwalić się przychylną odpowiedzią; hrabina 
nie chciała dać stanowczej. Spodziewam się jednak, że znajdę 
przed córką poparcie w przyjaźni ojca. — 

Sokolnik sti^ zamyślony; ciężkie jakieś damy krążyły ma 
po głowie, twarzą wyrażał zafrasowanie, które nie mogło ujść 
nawet arcyksięcia uwagi. 

— Nie mylę się — nie prawdaż panie hrabio? — rzekł 



161 



ostatni. Dziś mamy Wtorek — w Sobotę zobaczymy się na 
polowaniu; schadzka na pół drogi do Schoenbrunn. 

— Wola W. Ks. Mości jest dla mnie najwyźszem prawem 

— wszelako — gdybym śmiał otwarcie myśl moją wy- 
nurzyć 

— Mów pan jak przed samym sobą. 

— W. Ks. Mość zaszczyciła swemi zaprosinami kilkanaście 
tylko osób? 

— Dwadzieścia najwięcej. 

— W tern właśnie leży dla mnie przeszkoda, trudność — 
ważna trudność, dla pokonania której muszę odwołać się do 
całej potęgi posłuszeństwa jakie mię przejmuje ku rozkazom 
W. Ks. Mości. 

— Nie rozumiem panie hrabio ; zkąd ? — Mała wycieczka 

— przejażdżka — na wieś, na polowanie. 

— Młodzież, Mości Książę, stawi się jako niezbędna do 
każdej zabawy; obecność starszych innym ulega względom; 
nie każdy ma równe prawo do przyjmowania od W. Ks. Mości 
podobnych zaszczytów. 

— Jak to — czyliź ja nie mogę zaprosić do siebie kogo 
sam zechcę? 

— W. Ks. Mość jest nieograniczonym panem swej woli. 
Słowa moje stosowały się do zwyczaju dworskiego, który na 
małoliczne, poufałe zebrania, tak u Dworu jako u członków 
cesarskiej rodziny, przypuszcza tylko ludzi mniej więcej ró- 
wnych co do godności. 

— Na wsi, panie hrabio, na polowaniu — dopiero pan 
usłyszysz moją myśliwską muzykę! dwunastu trębaczy jakich 
nie ma w całym Wiedniu — na wsi postarzam, nikt nie baczy 
na ceremoniał. Wreszcie rodzina pańska do pierwszych 
w kraju należy? 

— Na galicyjskim sejmie, Mości Książę, zasiadam w pierw- 
szym rzędzie krzeseł magnackiego Stanu; to jednak nie wy- 
starcza. Oprócz stanowiska nabytego urodzeniem, są jeszcze 
inne stopnie społecznej hierarchji: łaska dworu, urzędy dworu, 
stanowią między ludźmi różnicę. 

— Bez wątpienia; ależ pan hrabia posiadasz, jeżeli si^ 
nie mylę, urząd przy dworze? 

C'3ojECKi , Alkhadar. IV. W 



162 



— Od dwudziestu przeszło lat, jestem Sokolnikiem — 
podczas gdy inni, daleko odemnie młodsi 

— Od dwudziestu latl — Czy podobna? 

— Najniezawodniej Mości KBi%źę. Wprawdzie, nie naprzy- 
krzałem się nigdy ; tak naprzykład w tej chwili ust nie otwo- 
rzyłem, chociaż od miesiąca już zawakowała posada jednego 
z mistrzów cerem onji. 

— Niesłusznie pan hrabia czynisz; trzeba mówić, trzeba 
przypominać. 

— Pragnąłbym aby zasługi moje za mną przemówiły, 
wątpię bowiem czyli ktokolwiek dał więcej dowodów wiary 
dla tronu i gotowości poświęceń dla panującego domu. 

. — Prawda — niezaprzeczona prawda! — Słyszałem o tem, 
nie pamiętam od kogo. 

— Dziś nawet — ciągnął dalej Sokolnik składając rgce 
jak do pacierza — dziś, nie odważyłbym się wspominać przed 
W. Ks. Mością o tak nudnych szczegółach, gdyby nie wysoki 
zaszczyt zaprosin jaki mię spotyka na poufałe zebranie. Czło- 
wiek w moim wieku, znajdę się sam jeden podrzędnego sto- 
pnia między pierwszymi dygnitarzami, między kawalerami 
orderu Złotego Runa, tej najznakomitszej oznaki jaką Naj- 
jaśniejszy Pan może uczcić wierność wybranych swoich sług. 
Wczoraj jeszcze, córka moja, z dziecinną prostotą, pytała 
mię dla czego nie mam dotąd Złotego Runa? Kie mogłem 
jej wytłumaczyć, że rzadki ten zaszczyt z trudnością bywa 
udzielanym. Dziecinne jej przywiązanie znajdo wi^o na swoją 
korzyść tem więcej jedną przyczynę. Dowodziła mi że nie 
będzie spokojną ani szczęśliwą, dopóki ojciec jej, za każdym 
krokiem, będzie musiał ustępować pierwszeństwa Kolowra- 
towi, L obko Witzowi , Lichtensztejnom, Chotkowi, Szwarcem- 
bergom, Dietrichsztejnowi, Esterhazy m i tylu innym. Zabawną 
mieliśmy rozmowę. 

— Hrabina święcie mówi; zapewne! — Dla czego pan 
hrabia nie masz dotąd Złotego Runa, zwłaszcza gdy order 
ten córce jego sprawiłby przyjemność? 

— Nie potrafię odpowiedzieć W. Ks. Mości i nie ośmie- 
liłbym się nawet wchodzić w przyczyny. 

--*- Hrabina przecież nie może pozostać bez odpowiedzi. 



163 



Jeżeli pan hrabia nie chcesz zaspokoić ciekawości córki, 
pozwolisz że ja go wyręczę. Cesarz Jegomość w tych cza- 
sach na mnie łaskaw; książę kanclerz musi mię na coś po- 
trzebować — nieprawdaż? — Upatrzę stosowną chwilę i wy- 
świecę sprawę. Zasługa nie powinna czekać na nagrodę; 
sprawiedliwość przedewszystkiem — nieprawdaż? 

— Łaska W. Ks. Mości przewyższa słabe moje zasługi. 

— Bynajmniej. My pierwsi powinniśmy dawać przykład 
płacenia długów. Zobaczysz pan czy umiem brać się do 
dzieła; tak oto jednym zamachem — po wojskowemu! Mam 
nadzieję że w Sobotę, hrabina nie będzie potrzebowała pow- 
tarzać zapytania — wszak i pan hrabia przyjedziesz na po- 
lowanie — nieprawdaż? 

— Rozkaz W. Es. Mości, tak dla mnie jak dla każdego 
z mojej rodziny, może obejść się bez odpowiedzi. 

— Punkt o dziewiątej — na umówiouem miejscu — my- 
śliwska godzina 1 — Nieprawdaż? — 

Sokolnik skłonił sią niemal w kąt prosty, stał jakiś czas 
ze zwieszoną głową a gdy podniósł czoło', arcyksiążę znikał 
mu w Uumie osób wychodzących z sali. 

Magnat nie tracąc czasu pospieszył za córką, zaprosił się 
do niej na obiad, odprowadził ją następnie do teatru, wszcz^ 
mimochodem pogadankę o polowaniu, wytłumaczył zaszczyt 
jaki ich spotykał; przekonał że nieprzyzwoitością, ba nawet 
niezrozumieniem własnego interesu, byłaby odmowa książęcej 
grzeczności. W przyjęciu zaprosin towarzystwo nic szcze- 
gólnego nie znajdzie ; przeciwny postępek zadziwi wszystkich, 
nie jeden puści się drogą niepotrzebnych domysłów, zebranie 
wreszcie odbywa się na cześć księżnej kanclerzyny; łowy 
przed Dworem i przed ludźmi nie mają innego celu. Odma- 
wiać niepodobna. Narażać się księżnie — uchybiać pierwszemu 
ministrowi! — Lepiej odrazu kamień sobie przywiązać do 
szyi i pogrążyć się w głębokościach wód. Kto żyje w świecie, 
musi stosować się do wymóg światowych ; wysoki ród i urząd, 
pociągają za sobą święte obowiązki. 

Sokolnik rozwijfiJ swoje dowody tym słodkim, przekony- 
wającym głosem, jaki zawsze tak pomyślnie trafiał do prze- 

11* 



164 

konania córki. Marja musiała przyznać słuszność zadaniois 
ojca-przyjaciela. 

Nazajutrz, gdy szambelan odebrawszy uroczyste wezwanie 
od arcyksięcia, poszedł zawiadomić żonę, hrabina z zadziinie- 
niem przyjęła nowinę, jak gdyby pierwszy raz o niej słyszak 
i zdała się bezwarunkowo na wolę męża. — NadmieniU 
wprawdzie z niecłicenia, że nie czuje się zupełnie zdrową, 
źe radaby pozostać w domu ; szambelan atoli ubłagał ją że 
na ten dzień postara się zebrać wszystkie swoje siły. Po- 
słuszna małżonka uległa żądaniom męża; szambelanowi włos 
jeżył się na samą myśl, że można było pominąć zabawę wy- 
prawianą dla księżnej. 

Wszyscy troje, ojciec, córka i zięć, każde z siebie i jedno 
z drugiego szczerze byli zadowolnieni. 

Arcyksiążę tymczasem dotrzymywał danego słowa. Prza 
siostry, ciotki, stryjenki, braci, wujów, dobierał się do J. C. 
Mości i do księcia kanclerza, następowi^ wszystkim na piętj. 
dręczył, prosił, prześladował, zaklinał. Niepodobna było go 
się pozbyć, chyba czyniąc zadość jego naleganiom. Dwór 
nadto gotował się wkrótce dać mu do połknięcia gorzką pi- 
gułkę, w obecnej przeto chwili tem mniej pragnął go zrażać. 
Sprawa Sokolnika pomyślną zatoczyła się koleją. 

Kilka dni przedzielających Wtorek od Soboty, szybko 
przeminęło. 

W umówiony dzień i o naznaczonej godzinie, towarzystwo 
zjechało się na pół drogi do Schoenbrunn. Kilku starych 
generałów, kilku adjutantów arcyksięcia, kilka bezbarwnydi 
dam Dworu, jakiś zagraniczny, ambasador i wielki Łowczy 
cesarski zaproszony z urzędu, stanowili tło obrazu, któr^o 
główne postacie, książę kanclerz z żoną, Sokolnik z zi^ 
ciem i z córką, zdążali w dwóch czterokonnych powozach. 
Wierzchowe konie, służba w wigilję jeszcze odprowadziła u 
miejsce. 

Arcyksiążę ruszył naprzód, goście podążyli za nim i po 
godzinie szparkiej jazdy, wszyscy znaleźli się śród gęstego 
lasu, na dziedzińcu małego letniego pałacyku, gdzie liczna 
służba w myśliwskiej liberji, czekała z potrzebnemi do łowów 
przybory. 



165 

Gospodarz stał na progu, podał rękę księżnie ' jako go- 
Bpodyni dzisiejszej zabawy, resztę zgromadzenia uprzejmie 
powitał; naMai^ję tylko zdawał się całkiem nie zważać; ojciec 
Jednak hrabiny wyraźnie dostrzegł że dostojny Amfitrjon za- 
pominał się niekiedy, że odwracał się ku córce i wtedy sze- 
roko otwierał usta i oczy w słup ścinał. 

Sokolnik niecierpliwie czekał na rozwiązanie dotyczącej 
go zagadki; nikt. słowa mu o niej nie wspomniał. 

Magnat zaczynał już wątleć na duchu, żałować że dał się 
wraz z córką wyprowadzić na polowanie. 

Jedna chwila przemieniła w nim gorzkie usposobienia. 
iEsiążę kanclerz nic prawie mu nie rzekł, ale niezwykłem 
ciściśnieniem ręki, kilku nieznacznemi wyrazy gdzie przebły- 
skiwała wzmianka o wdzięczności dla cesarza, przychylniej- 
szym, poufalszym sposobem obejścia dał mu poznać, że gwiazda 
jego weszła na widnokrąg monarszej łaski, napełnił mu serce 
otuchą i nadzieją. 

Sokolnik ledwo się nie rozpłakał; niewyczerpana dobroć 
majestatu, tkliwa opieka pierwszego ministra, rozrzewniały 
go nad wszelkie wyrażenie. 

Książę kanclerz natychmiast odjechs^; nawał zatrudnień 
wzywał go do Wiednia, przez respekt tylko dla osoby jednego 
z swoich panów, nie śmiał wcale się nie pokazać ; odprowadził 
żonę i za wysokiem pozwoleniem gospodarza, pospieszył czu- 
wać nad potęgą cesarstwa. 

Wraz z odjazdem kanclerza, sławne trąby arcyksięcia 
uderzyły pochodowego; młodzież obójej płci i mężczyźni, 
dosiedli koni ; trzy podeszłe damy i starego ambasadora wsa- 
dzono do powozu i wyprawiono główną drogą ku przesmy- 
kowi, gdzie myśliwi obiecywali sobie ostanowić jelenia. 

Mówi się tu o myśliwych z rzemiosła, goście bowiem mieli 
więcej na celu przejażdżkę i uczestniczenie w wypadku łowów 
aniżeli szalone, angielskie za zwierzem gonitwy. 

Wielki Łowczy Dworu nie mógł atoli dla saniej godności 
urzędu, nie sprawić szyków wedle prawideł sztuki. Skoro 
tylko zapuszczono psy, rozpuścił na różne strony jezdnych, 
polecając każdemu kierowanie się na odgłos pobudek i zjazd 
ogólny w miejscu zkąd zabrzmi ostateczne hallali. Kto pierwszy 



166 



spostrzeże jelenia, ten w tryumfie otrzyma roso(diat% jego 
koronę ; każdy więc mógł się rzucić drog% jaką mu wskazy- 
wało przeczucie. 

Zwierzyniec liczył przynajmniej cztery miłe obwodu; ty- 
siące dróg, ścieżek, przesmyków, krzyżowało się za każdym 
krokiem; tu i owdzie wznosiły się chatki dozorców, gdae 
można było odpocząć lub o drogę zapytać. 

Księżna wysłuchawszy rozporządzenia, pomknęła pierwsza, 
tuż za nią wypuścił szambelan; jeden z książęcych adjutantów 
porwał z sobą Sokolnika, inny wyprowadził dwóch starych 
generałów na szeroki szlak, gdzie roztrzęsione ich kości 
stępo mogły kroczyć; koń Marji zachęcony przykładem to- 
warzyszów uciął z kopyta tak dziarsko, że młoda łowczyni 
zaledwie miała czas skręcić go wyłączną sobie ścieżką. 

Arcyksiążę pogonił za hrabiną, zaci^ pierwszego konia 
harapnikiem, swego spiął ostrogami. Marja niespokojna, 
strwożona nagłą pogonią, rzuciła błędne zapytanie o stronie 
dokąd dążyli, jak gdyby pierwsze lepsze niemieckie nazwisko 
było dla niej skazówką w miejscach cale do tej pory niezna- 
jomych. 

Jeździec odpowiedział że wiedzie ją tam, gdzie łowy obie- 
cują wziąsć naj pomyślniej szy obrót. 

Huk trąb, ujadanie psów, krzyki myśliwych, coraz bardzig 
od nich się oddalały; las ciemniał i dziczał, ciaza zalegah 
gęstwinę; przesmyki i kręte ścieżki biegły ku kniejom, jak 
się zdawało, rzadko uczęszczanym. 

Arcyksiążę wypromieniony nadzieją, znajdował się wreszcie 
sam na sam z przedmiotem swoich zapałów. Wyzwolony 
od natrętnych spojrzeń, mógł głośno, otwarcie wyspowiadać 
lube katusze serca, przekonać, zwyciężyć i owładnąć jak 
przystało na potomka tylu strategów, wojowników i zdo- 
bywców. 

Nie ma tu gdzie wina pod ręką? — Wypijmy toast na 
cześć sentymentalizmu dawnej panny Sokolniczanki ! — Dotos 
— nalewaj ! — Jeszcze jeden — drugi — trzeci, dziesiąty! — 
Za zdrowie wszystkich Sokolniczanek! — Dość! — Wina ni« 
starczy! — 



167 



Tymczasem, z przeciwnej strony lasu, tam gdzie jeleń 
miał się pokazać, szambelan kończył scenę przed kilkoma 
dniami rozpoczęt% na Praterowej przejażdżce. 

— Książę kanclerz, mówił do małżonki pierwszego mi- 
nistra, wcześnie nas dziś odjechał. Jego Książęca Mość nie 
daje sobie chwili wypoczynku. 

— Dziś zwłaszcza — odrzekła księżna — nie mógł nam 
towarzyszyć, musi przygotować się na posiedzenie; późnym 
wieczorem ma Radę ministrów która bez wątpienia, większą 
część nocy mu zabierze. 

— Dziś księżno ? — Wyraz ten smutno dźwięczy w mych 
uszach, przypomina mi że skończy się dzień dzisiejszy, że 
jutro nadejdzie — a z jutrem, znowu też same troski, znowu 
samotność. 

— Niesłusznie lękasz się pan jutra ; może być bardzo że 
sam się przekonasz o ile byłeś niesprawiedliwym. 

— Jak to księżno I — Mógłźebym się spodziewać, że jutro 
wolno mi będzie wywiązać się z długu? 

— Z długu — z jakiego? 

— Bransoletka księżnej naprawiona, czeka na jej roz- 
kazy. 

— Ach prawda! — Nieszczęśliwa moja bransoletka — 
zapomniałam — chociaż codzień postrzegam że mi czegoś 
brakuje. Oddaj mi pan bransoletkę jak najprędzej 1 — Dziś 
jeszcze. 

— Nie mam jej przy sobie — szepnął szambelan widocznie 
zakłopotany. — 

Księżna uśmiechnęła się. 

— Domyślam się, rzekła, że pan nie wziąłeś jej z sobą 
na polowanie; ależ dziś jeszcze wracamy do Wiednia. — 

Szambelan wrócił do życia; z napadu zwątpienia, prze- 
skoczył od razu do szału szczęścia. 

— Dziś księżno? — wyjąkał udając wzruszenie — dziś, 
wieczorem? 

— Przed jedenastą, spotkasz pan na rogu ulicy naszego 
pałacu moją służące. 

— Służącej mam oddać bransotetkę? 



168 



— Bynajmniej — jeżeli źle naprawiona, jeżeli — jako 
pan obiecywałeś, nie potrafisz sam zapiąć mi jej na powrót 

— Księżno! — Tyle łaski — tyle szczęścia, nie zmieści 
się w piersiach jednego człowieka. 

— Nie mówmy o szczęściu! Kto inny przed nami, może 
pierwszy spostrzedz jelenia. 

— Nigdy! — Niebo z nami! — Słyszy księżna w oddali 
łom ten w gęstwinie? — Spieszmy! — 

Wypuścili konie, pędzą jedno obok drugiego; ona ma rzuca 
wdzięczne uśmiechy, on jej odpowiada płomiennem wejrze- 
niem. Hałas psów i myśliwych coraz się wzmaga, przybliża; 
z pomiędzy krzewów, z rogami złożonemi niemal na grzbiecie, 
wydziera się jeleń, przesmykiem — o cudy, o dziwy, o nie- 
słychane szczęście! — Miga szalonemi skoki i drug-i, w dali 
psy strasznie skowyczą, ubiegnie jeszcze nieco czasu nim się 
do łupu dobiorą. Myśliwi słyszą że psiarnia wpadła na trop, 
ale zwierzyny żaden z nich dotąd nie widzi; księżna i szam* 
belan pierwsi postrzegli ofiary dzisiejszych łowów. 

Gonitwa trwa długo — ze dwio godziny przynajmniej; 
dzicz rączo wymyka się zagubię — nareszcie z ostępu po- 
dnosi się ogólny huk trąb i wrzask dojeżdżaczów; towarzystwo 
w to miejsce ma się zgromadzić — tam rozjuszone sfory do- 
padły nakoniec zdobyczy. 

Przybywają wszyscy, nie razem, jeden za drugim — na- 
przód księżna i szambelan, za nimi Sokolnik z adjutantem; 
kłusem wloką się starzy generałowie. Pomyślnem zdarzeniem, 
łowieckie pobojowisko nie daleko od drogi; wyłażą z po- 
wozów hofdamy i ambasador — na własne oczy o zwycięstwie 
mogą się przekonać. 

Jednej pary dotąd brakuje: dostojnego gospodarza i hra- 
biny. Czekają, wyglądają z niecierpliwością — nie widać ni- 
kogo; musieli zabłądzić w lesie. Trąby raz jeszcze głośny 
chór zawodzą. Ucichło. 

Słychać tentent w oddali — to oni! — Przybywają na- 
reszcie na spienionych koniach; w samą porę by ujrzeć do- 
gorywającą zwierzynę. Witają się, winszują sobie nawzajem,, 
wspominają urywanemi słowy o szczegółach pogoni. Arcy- 
książę rad, wesół, jak gdyby na stu koniach przyjechał ; Marja 



169 



usiłuje twarze kłamać swobodę, ale brwi jej zmarszczone^ 
w oczach trochę gorączki; gwałtowny może pospiech jazdy 
wystraszył nieco nieprzyzwyczajoną. młod% kobietę. 

Do wszystkiego trzeba zwyczaju; z czasem i to się znajdzie* 
Sokolnik również dziwnie uradowany; zaciera ręce, co 
chwila kłania się arcyksięciu ; na tych których sądzi niższymi, 
pogląda opiekuńczem okiem. 

Księżna ściska Marję za ręce, dopytuje o zdrowie, bada 
o przyczynę bladości, podaje fłaszeczkę z solami, krząta się 
jak około własnej siostry. 

Szambelanowi leniwo pełzną godziny; do wieczora mu 
jeszcze nieskończenie daleko, żyje tylko nadzieją, a żyłby rze- 
czy wistem szczęściem, gdyby księżna mu była wyjawiła, że 
Dwór wywiedziawszy się o przyczynach dzisiejszego polowania, 
postanowił wspaniałym fortelem pozbyć się z Wiednia osoby, 
zawracającej głowę przyszłemu małżonkomi bawarskiej księ- 
żniczki. 

Nim drugi raz słońce wejdzie, tajemnica wyniesienia mło- 
dego dyplomaty powszechnie będzie wiadomą. 

Łowczy tymczasem przynosi wyłamane jeleniom ozdoby i 
według umowy, dzieli łupy między księżnę i' szambelana. 
Jedna para rogów pójdzie do kanclerzowego pałacu; drugą 
mąż hrabiny w swoim przysionku na pamiątkę zawiesi. 

Towarzystwo w roskosznem usposobieniu porzuca knieję, 
wsiada do powozów, wraca do pałacyku, gdzie stół zastawiony 
czeka na państwa przybycie. 

Arcyksiąźę zbliża się do Marji, prosi półgłosem o pozwo- 
łenie osobistego dowiedzenia się o jej zdrowiu; hrabina nie 
odpowiada, prawie nie słucha. Szambelan również ani patrzy, 
ani wysłuchuje; on już oznajmił żonie że tego wieczora, za 
nagłemi sprawami rządowemi musi wyjść z domu i że późno 
zapewne powróci. 

Uczta wesoła ale krótka; każdemu spieszno do stolicy; 
każdy ciekawy końca dnia, który dla każdego w tak niezwykły 
sposób się zaczął. 

Po chwili pusto w pałacyku; z ludzi prawdziwych nie ma 
nikogo; służba książęca tylko się uwija i rozrywa pańskie 
ostatki. 



170 



Nazajutrz o świcie, z pałacu księcia kanclerza, szambelan 
wymykał się tylnemi drzwiami tuląc do piersi nominację m 
posła do Florencji i rozkaz bezzwłocznego wyjazdu. 

Wrócił do domu, chcii^ czemprędzej wszystkim oznajmić 
szczęśliwą wieść, ale późnym nawet porankiem nie mógł jeszcze 
dostać się do pokojów hrabiny, która zmęczona, cierpiąca, 
wypoczywała po niespokojnej nocy. 

Sokolnik ku południowi także napróżno dopraszał się do 
pokojów córki ; nadmieniono mu aby później powrócił, nie dał 
się jednak zrazić odmową i postanowił czekać choćby do wie- 
czora. Przywiązany ojciec chciał najprzód córce przedstawić 
się jako świeżo zamianowany wielki mistrz ceremonji i ka- 
waler orderu Leopolda pierwszej klassy. Na Złote Runo ka- 
jano mu jeszcze poczekać. Hosanna! — Hosanna! — 



XVL 



Dopływamy do brzegu. Jeszcze kilka, kilkanaście kartek 
a rozstaniemy się z sobą czytelnika, zapewne na długo. Gdzie 
i kiedy spotkamy się znowu? — Nie wiem, nie przewiduję. 

Dierźawy Świętego Przymierza i sprzymierzonych, istny 
step zajęty pożarem. Przy huku rozstrzeliwań, przy szczęku 
łańcuchów, przy skrzypie więziennych zawiasów, przy chra- 
paniu powrozów szubienicy, przy jęku ofiar, przy zgrzytli- 
wych pośmiechach katów i bluźnierstwach wszelkiego rodzaju 
odstępców, krzywoprzysięźców i zdrajców; przy pobożnych — 
dla uzupełnienia obrazu, katolickich śpiewach na cześć pod- 
palaczów Husowego stosu i wynalazców męczarń Inkwizycji, 
duch wstecznictwa zbratanego wspólną niecnotą, podnieca 
płomienie, roztacza coraz szerzej krąg żaru, wytrawia, spopiela 
każdą wolną roślinę, każdy swobodny kwiatek, wyławia kłę- 
bami dymu ostatnie promyki światła, dnie i noce, czas cały 
w jedną gęstą noc przeszatani, i gdyby nie morskie odmęty, 
ciemię pochłonąłby i zmienił w wielkie rumowisko popiołów 
i w zgliszcza. 

Morderczy żywioł, od Kamczatki aź do Wezuwjusza, fali 
«ię jedną ognia płaszczyzną, rozgryza, chłonie jedne kraje po 
drugich; dla stopy wolnego człowieka zostaje tylko kilka 
belweckich lodowisk, gdzie sam orzeł dotąd szpony zaczepiał, 
kilka wąwozów w Alpach Piemontu, gdzie morski tylko rybak 
budował swoją siedzibę. Już nareszcie i tam duszno, już i 
tana zakrada się ucho donosiciela i kołpak żandarma — nie 



172 



ma ratanku! — Trzeba otrzą8n%ć pył z obuwia, ciągnąć za. 
morze. 

Ale zaoim godzina rozstania wybije, zanim okręt źagle- 
rozwinie, dokończę jeszcze powieści. 

Dokończę powieści chociaż nie widzę dla czego mis^bym 
ją kończyć? 

Człowiek, najdziwaczniejsze stworzenie, które je wtenczas 
kiedy nie głodne, pije gdy nie spragnione, i całe życie na to 
tylko pracuje, aby wydał się czem innem niż jest w istocie, 
człowiek postawił sobie niby za wzór naturę, stworzył logikę^ 
wynalazł prawa, na mocy których wszystko co nie jest za- 
okrąglonem, zawiązanem na węzełek, ograniczonem — zdaje 
się mu niedokładnem , niegodnem znaczenia jego, wartości 
i wysokich w świecie powołań. I musiał tak postąpić, inaczej 
życie pokazałoby się mu bez przyczyny, bez celu, a co gorsza, 
nie dałoby się porubrykować jak handlarski regestr, ująć 
w żaden zro^uroialny system. Ztąd upokorzenie nielada i 
obniżenie ważności we własnem przekonaniu. 

Dalejże więc pisać o wszechharmonji, wszechzgodzie, wszech- 
miłości i podziwiać porządek wszechświata, jako porządek naj- 
porządniejszy , najsprawiedliwszy, jako ostatni wyraz wszech- 
doskonałości, której świętym i mądrym zasadom nic zarzucić 
niepodobna. 

Wprawdzie geografy i naturaliści, przedstawili niektóre 
fakta mogące zachwiać tą wygodną teorją; ale świętokradcom 
tylko przychodziły na myśl zapytania, dla czego w tym do- 
skonałym, sprawiedliwym i miłosnym układzie ziemi, na 
jednem miejscu ludzie puchną od mrozu, na drugim giną 
od skwarów; dla czego tych niszczy lawa wulkanu, tamtych 
zasypują śnieżne nawałnice ; dla czego w całym szeregu jestestw 
organicznych, zacząwszy od polipa a skończywszy na czwo- 
ronogach, jak mówi konstytucyjny król stworzenia człowiek, 
jedno rzuca się na drugie, morduje, pożera; dla czego wszystko 
żyje i dyszy wojną i rozbojem? 

Zawiłe pytanie! — Zastanawiać się nad.niem, rozwiązywać 
go się nie godzi. 

To jedno jest pewnem, że ład i sprawiedliwość nie wszędy 
panują, że wiele rzeczy zaczyna się, wiele urywa i nie kończy. 



173 



jako zwykle dzieje się w każdej wojnie, w każdym za- 
męcie. 

SiJa bez wątpienia ubyłoby złego, gdyby człowiek nie przyj- 
mował na siebie życia, tylko zawarłszy wprzódy umowę, 
wężowo się opisawszy, położywszy wyraźne, ostęplowane wa- 
runki, pod któremi przystaje na ciężar bytu, zgadza się na 
^rowanie w tern bezrozumnem, żelaznem bliźnich stosunków 
kole, gdzie każdy ząb będzie mu część ciała lub duszy wy- 
rywał. 

Tak daleko jeszczesmy nie zaszli. Pomimo dróg żelaznych, 
zapałek chemicznych, paszportów, pomimo Eajeny i Kuka- 
Hiwy, wynalezionych w epoce republikańskiego braterstwa 
we Francji, Spielbergu w Austrji, Sybiru w Rosji, galer 
w Rzymie i pontonów w Neapolu, pomimo wszystkich wy- 
duszanych i odkradanych konstytucji, cywilizacja jest dopiero 
u kolebki. 

Umowy wszelkie i dotrzymywania ich, dobre dla powsze- 
•dnich śmiertelników, ponieważ zaś i autor i księgarz są 
powszednimi śmiertelnikami, i jako tacy zawarli między sobą 
umowę , rozkładam więc przed sobą kilka ostatnich arkuszy 
papieru i rzetelnie przystępuję do ukończenia powieści. 

Sam wreszcie nienawidzę rzeczy niedokończonych, z tern 
-większą zatem łatwością śpieszę wypełnić warunki. 

Zaraz — natychmiast — o kogóż nam jeszcze chodzi? 

Ba! dotąd prawie o wszystkich. Zostawiliśmy dopiero 
rodzinę Sokolnika przybijającą do portu drogich nadziei, 
wesoło rozpędzoną po drodze znaczenia i zaszczytów, wyna- 
grodzoną, szczęśliwą — jak się panom wysokiego rodu słusznie 
należy. 

We Lwowie, młody jego krewny, również nie ma na co 
mę użalać. 

Podczas gdy szambelan wymykał się z kanclerzowego pa- 
łacu, z nominacją na cesarskiego posła do Florencji; gdy 
Sokolnik, ciepło jeszcze zamianowany mistrz cerem o nj i, z po- 
gardą poglądał na innych Sokolników cesarstwa, Wilczek 
wracał od ołtarza z żoną, z jedynaczką córką barona Dahlmana. 

Polowania z kolei się udawszy; tamtym na jelenie, temu 
na dziedziczkę. 



174 



Wilczek do chwili wyrzeczenia kościelnej przysięgi, jeden 
tylko* cel widział przed sobą: małżeństwo — małżeństwo jaka 
ucieczkę przed samotnością, roztarganiem i kłopotami bez- 
cennego życia, małżeństwo jako — wedle słusznego wyra- 
żenia — hotel lub raczej szpital Inwalidów po burzliwej 
młodości. 

Cierpkie to wprawdzie było lekarstwo, ale konieczność 
nakazywała wychylić je do ostatniej kropli, przyzwoitość zaś 
nie pozwalała marszczyć się i krzywić w obec światowej ga- 
wiedzi. 

Nowożeniec znał swoją żonę, jak zwykle zna się każdą 
pannę, to jest, nie znel jej wcale; z przestrachem więc nieraz 
przemyśliwał nad rzeczywistym charakterem swojej małżonki, 
nad strasznemi odkryciami jakich w niej dokona z upływem 
miodowego miesiąca, nad goryczą jaką często może przyjdzie 
mu zapłacić ocalenie świetnego, społecznego stanowiska. 

Wilczek mylił się w trwożnycb swoich przeczuciach ; niebo 
pobłogosławiło jego związkowi. 

Córka bankiera była, w całej słodyczy tego wyrazu, dobrem, 
łagodnem stworzeniem. Kochała męża z niemiecka trochę, 
idealnie ale prawdziwie. Znakomity ród hrabiego ćmił ją 
blaskiem, gdy była jeszcze panną, gdy sama siebie strofows^a 
za szalone marzenia o związku z pierwszym w kraju pani- 
czem. Skoro jednak sprawa raz została postanowioną, a 
bardziej gdy ksiądz raz wymówił ostatnie słowa zaklęcia na 
wieczność, panna Karolina postradała z oczu wzgląd na mę- 
żowskie pargaminy, widziała tylko przed sobą przedmiot 
swoich uczuć, przyzwyczaiła się do tytułu hrabiny, jak gdyby 
sama w książęcych pieluchach była zrodzona. 

Pomogło jej ku temu niemieckie jej pochodzenie; wia- 
domo bowiem że człowiek z tego szczepu, gdzie raz się 
dostanie , tam wnet uważa się jak u siebie i w żaden 
sposób niepodobna mu wytłumaczyć niestosowności osoby do 
miejsca. 

Córka bankiera patrzyła w męża jak w cadowny obraz. 
Z natury swej cicha, potulna, każdą oznakę uczucia przyj- 
mowała za łaskę, sama zdawała się tylko prosić o pozwolenie 
nieograniczonego ubóstwiania towarzysza dni swoich. 



175 



Wilczek uczuł się rozbrojonym z niepotrzebnych obaw; 
wzruszyła go wdzięczność żony za to, że zaślubiając j% sam 
sobie dopomógł, że chwycił się bankierównej jako ostatnieji 
gałązki ratunku. 

Hrabia miał serce szlachetne. Wyzwolony z kłopotów,, 
zmęczony przeszłością, widział przed sobą szeroką, wolną od 
wszelkich frasunków przyszłość. Wstręt i pogarda, zdjęły go 
na raz do konwulsyjnych popędów i uciech dawnego życia,, 
zapragnął wytchnienia, spokoju, zamiany nawet bytu bezcelo* 
wego na inny, więcej zaspokający tajemne głosy sumienia, 
głosy które tem częściej w nim się odzywały, im głębiej bral 
rozbrat z przywykami młodości. 

Zachceń tych, na nieszczęście, nie było na czem osadzić;, 
sumienie wskazywało stronę, ale drogi nie wytyksJo bynaj- 
mniej. Czczość ogarniała Wilczka; w wywianej z zasad 
myśli, w woli swawolą dotąd się objawiającej, nadaremnie 
szukał podstawy i wyraźnych kształtów dla mglistych, nie- 
pewnych swoich zamiarów. 

Do wspomnień ubiegłych lat, nie było po co się odwo- 
ływać, chyba w razie wyprawiania Baltazarowej jakiej bie- 
siady. 

Pierwsze chwile po małżeństwie , Wilczek spędził na pie- 
niężnej spowiedzi przed teściem i na urządzaniu swoich in- 
teresów. 

Dahlman chwytał się nieraz za głowę, kurczył na widok 
koniecznych wypłat, jak gdyby ostatnie żyły mu wypruwano ; 
Wilczek nazywał go ojcem, z miasta tłumy sypały się co dnia 
z powinszowaniami świetnego związku, służba i pisarze z kan- 
toru co chwila nazywali go baronem; bankier na gwałt 
oczyszczał hypoteki zięcia ; niektóre przy tem pomyślne obroty 
podwoiły w nim siły; czuł się jeszcze rzeźwym i przy na- 
tężeniu pracy, sposobnym do powetowania strat poniesionych 
przez małżeństwo córki. 

Tymczasem, młoda hrabina, z nazwiska jak z dostatków 
musiała być pierwszą panią ; Dahlman zamykał oczy na cyfry 
a kassę coraz szerzej otwierał. 

Łatwo odgadnąć że ster interesów aż do zupełnego ich 
wyczyszczenia teść przyjął na siebie; dawał pieniądze i do- 



176 



świadczenie, dwa warunki jakich zięć ctJkiem był pozba- 
wiony. 

Wilczek pomagał mu tylko w podrzędnych zachodach, 
objaśniał, nowe tajemnice długów odkrywał. 

O pewnych godzinach teść z zięciem, codziennie odby- 
wali narady. Wilczek pamiętny na wymogi i zwyczaje kn- 
pieckie, punktualnie stawiał się o naznaczonej porze, i w tej 
nawet chwili, co mu pierwszy raz się zdarzało, od kwa- 
dransa przeszło, samotnie przechadzał się w teściowym ga- 
binecie, czekał cierpliwie, co go również po raz pierwszy 
spotykało. 

Dahlman nie przychodził, chybiał umowy; zatrzymywany 
^o gdzieś ważne zapewne zatrudnienia. Nic dziwnego; od 
pewnego czasu, w dwójnasób przybyło mu interesów i sto- 
sunków. Możni panowie galicyjscy, ludzie jak wiadomo po- 
stępowi, bynajmniej nie wzięli jednemu z swoich za złe, po- 
łączenia z świeżo uszlachconą rodziną ; każdy na jego miejsca 
byłby podobnie postąpił. Tłoczono się do państwa młodydi 
z odwiedzinami, wyścigano w przyjęciach, w oznakach przy- 
jaźni, szacunku, poważania. 

Dahlman ustawał pod ciężarem spraw własnych, interesów 
zięcia, zapraszań i odwiedzin; przy niezmordowanej czynności 
zaledwie mógł wystarczyć potrójnym obowiązkom bankiera, 
hrabiowego teścia i barona. Nic zatem dziwnego że dawał 
na siebie czekać, że nie przybywał. 

Wilczek z załóż onemi na piersiach rękami, rzucił się w sze- 
rokie krzesło. Kilka plik papierów tyczących się jego ma- 
jątku, leżało, wyzywając właścicielską ciekawość; szczególf 
te obchodziły głównie prawdziwego na nich znawcę, bankiera; 
hrabia skłonił głowę ku piersiom i wpadł głębokie marzeiua. 

— Swoboda, dostatki, znaczenie ! — Mówił w duszy, p^^ 
biegłszy myślą teraźniejsze swoje stanowisko — trzy główne 
warunki życia zapewnione, zabezpieczone na zawsze! — Spo- 
koju nic odtąd nie zakłóci, nawet żona, dobra, cicha istota, 
rada na każde spojrzenie, wdzięczna za każde słowo, szczęśliwa 
na każdy uścisk. 

— I cóż dalej — jakimże odtąd strumieniem życie zechc*' 
popłynąć? — 



177 

— Zostać we Lwowie, szukać jaz nie ucieczki ale roskoszy 
w zgiełkliwem towarzystwie ludzi, którzy po większej części 
ostatkiem goniąc, pędzą na oślep? Przenieść się do Wiednia, 
i tam? — Tam innego 1 — Wiedeń nie Lwowem; w Wiedniu 
przypomną sobie że DaLlman od wczoraj dopiero baronem; 
w Wiedniu znajdą się tacy którzy przed żoną moją — przed 
hrabiną 

Nie, nie I — Dość mi po Wiedniu i po jego zabawach; 
lepiej być pierwszym w swojej okolicy, niż jednym z drugich 
w największem mieście. U siebie na wsi, w moim pałacu, 
takim pan jak Cesarz w swoim dworcu. 

— Więc wracać na wieś! — Osiąść na swoim majątku, 
przyjmować znowu przyjaciół, gości, cały ten orszak hałaśny 
który niegdyś dom mi roztrząsał ! Ludzie ci zechcą tak samo 
gospodarować jak za bezżennych moich czasów, pomyślą 
może że pani hrabina nie z wysokiego rodu, nie przyzwycza- 
jona do wykwintnego obejścia ; że pijatyka, gra, hałas, w ni- 
czem jej nie ubliżą? 

— Zwolna Mości Panowie ! żaden z was nie nadużyje do- 
broci hrabiny, pierwszy któryby się odważył, któryby za- 
pomniał że .progi do starego domu Wilczków o jeden włos 
«ię nie obniżyły — ciężko zapomnienie przypłaci. 

— Znowu więc tóótnie, znów zwady i pojedynki! — 

— Nie — przysiągłem i słowa dotrzymam. Lepiej nie 
dawać im powodu, lepiej od razu z nimi skończyć, od razu 
dać uczuć, że Wilczek rad zawsze widzi znajomych, że gościnnie 
przyjmuje, ale nikogo nie zaprasza; że między dawnym trybem 
życia a nowym, nie ma i nie będzie żadnego podobieństwa. 
Dawne zwyczaje spłonęły z ostatnim pożarem; dziś, byt i 
budowle, wszystko odbudowane na nowo ; zdeptana pochodnia 
szalonego życia i Bóg świadkiem że nie ja pokuszę się ją 
rozpalić. 

— Czyliż swoboda wiejska, przy tkliwych staraniach żony, 
przy spokojnych gospodarskich rozrywkach, przeplatana odwie- 
dzinami kilku wybranych przyjaciół, nie stokroć milsza od 
tego opętanego, całorocznego kuligu? 

— Wiejska swoboda! — Ach przez dwanaście miesięcy 
na rok zawsze taż sama swoboda, co pora też same roz- 

Chojbcki, Alkbadar. lY. \2 



178 



rywki, codzień też same zatrudnienia, co chwila te same 
twarze! — 

— Jakież zatrudnienia? — Gospodarstwo, drobnostkowe 
wglądanie w masę nędznych szczegółów, sprzeczki o garść 
słomy, rozmysły nad deszczem i pogodą, nieskończone narady 
z ograniczonym ekonomem, ciągły widok biedy wyczłowie- 
czonego chłopa, zawsze i wszędzie jedno i to samo — ach 
przy takiem życiu i dostatki zbrzydną, i spokój zamieni się 
w śmiertelną nudotę ; dni staną ciężarem , każdy rok jedno 
więcej ogniwo do łańcucha udręczeń będzie dokuwałl — 

Wilczek nasępił czoło, patrzył przed siebie Mędnemi 
oczyma, gdy w tem zbudził go lekki szmer ot¥nerających 
się drzwi. 

Zerwał się, poskoczył, już chciał teścia powitać przy- 
jacielską za spóźnienie wymówką; cofnął się na krok — nie 
Dahlmana postać ujrzał przed sobą. 

Zebrał myśli dla przywiedzenia na pamięć dobrze znajo- 
mych mu rysów. Nie długo szukał. Za pierwszem słowem 
poznał w przychodniu Piotra Poraja. 

Od czasu pamiętnego zajścia, z młodszym bratem nie zszefl 
się nigdzie; starszego po raz pierwszy spotykał. 

Wilczek, ze spokojnem sumieniem mógł nie poznać Piotra; 
czas wielki snycerz, umie gdy zechce, ludzi przedłatowywać. 
Poraj podstarzał się przynajmniej o lat jaki dziesiątek; wąs 
mu zupełnie pobielał, głębokie zmarszczki wystąpiły na lica, 
poorały czoło. I wzrok szlachcica nie strzelał jak dawnie} 
śmiałem, wesołem spojrzeniem, i ciało wyraźnie gięło się ka 
ziemi, niby przygniecione ciężkiem brzemieniem zawcześnie 
spadłej starości. 

Piotr widno nie używał ale dożywał życia. Ciągle oddany 
pracy i od pewnego czasu nienawidzący miasta, rzadko kiedy 
bywał we Lwowie. Własne sprawy nigdy nie powoływały go 
do galicyjskiej stolicy; Sokolnika interesa którym wyłącznie 
się oddaws^, wymagały nieprzerwanego pobytu na miejscu, i 
gwoli tylko tym ostatnim, w obecnej chwili, zjawiał się a 
bankiera , dla wypłacenia mu reszt jego wierzytelności pozo- 
stałych na dobrach magnata. 

Majątek Sokolnika był wydźwignięty; hypoteki wypielone 



179 

z wszelkich długów, wyjąwszy z sunnu zaliczonych mu przez 
Poraja, od których dygnitarz dla przyzwoitości tylko słaby 
procent opłacał, podczas gdy wierzyciel o zwrot kapitału 
wcale się nie uprzykrzał. Powoli, bez żadnego natężenia, ro- 
cznemi upłatami, i ten ostatni dług miał zniknąć. 

Piotr dokazał dzieła olbrzymiego, na pozór prawie nie- 
podobnego; żelazną pracą, znakomitą zręcznością, poświęcę- 
niem bez granic, nastarczył i wierzycielskim wymogom i su- 
tym potrzebom właściciela, wyłożył ogromny trud, nieustanny 
dozór; najbieglejszych przemyślników , okolicę całą otrzyma- 
nemi wypadkami zadziwił, ale swojego celu' nie dopiął, trosk 
w pracy nie zaprzepaścił. 

Samotność, brak istot, którym nie tylko poświęcenie ale 
serce i duszę byłby zaofiarował, gorzkiemi kroplami truciznę 
zapuszczały mu w żyły. Rozbrat z Kazimierzem trwał ciągle; 
przypadkowe spotkanie byłoby ich zapewne pogodziło, przy- 
padek atoli właśnie przeciwko- nim się oświadczył. 

Piotr nieraz pochlebiał fortunie, szukał zejścia, stawał na 
drogach gdzie mniemał że musi wpaść w oko swemu wycho- 
wańcowi; napróźnol — Gęsty obłok zdawał się przesłaniać 
obu braci; pierwszego kroku — jak w podobnych wypad- 
kach się zdarza, żaden nie chciał uczynić — -do drugiego 
żaden, przy najszczerszej może woli, nie znajdował sposo- 
bności. 

Piotr często, zdjęty rozpaczą, postanawiał złożyć pychę 
z serca, obiecywał sobie nazajutrz kazać zaprządz, ruszyć 
wprost do brata, wpaść na niego obcesem, obłożyć go cięż- 
kiemi wyrzuty, uściskać, jeszcze raz, wy burczy ć i znowu 
uściskać i więcej już się z nim nie rozstawać. 

Nadchodziło jutro; brakowało mu na postanowieniu; od- 
kładał na dalszy czas, lub cieszył się nadzieją że sam przy- 
padek nastręczy szczęśliwą, pożądaną schadzkę. 

Los nie odpowiadał jego oczekiwaniom; z^yzota i smu- 
tek ponury z każdym dniem głębiej żądło zapuszczały mu 
w serce. Poraj zaczynić już poczuwać w sobie brak. sił od- 
pornych — zwątpienie brało w nim górę nad odwagą i nad 
nadzieją. 

12* 



180 

Wilczek oddawna, z oczu stracił braci Porajów, z pamięci 
2aJ8cie z Kazimierzem. W natłoku podobnych wydarzeń, nie 
było powoda zastanawiać się nad tern, więcej niż nad in- 
nemi. Zjawienie starszego brata przywiodło mu na amyd 
ubiegłe koleje; cofn%ł się draśnięty nie miłem wrażeniem, 
jakie budzi pamięć niesprawiedliwego postępku; z ochotą 
byłby uniknął spotkania — zakl%ł w duszy służbie, która nie 
ostrzegła przychodnia że bankiera nie było w domu. 

Wstępne to wrażenie przeminęło błyskawicą. 

Wilczek doskonale pamiętał dzielną postać Piotra, swo- 
bodne, wesołe jego oblicze; uderzyła go nadzwyczajna w nim 
zmiana — bystrem okiem rozejrzał hieroglify cierpienia wy- 
pisane na tej szlachetnej twarzy; nieszczęście widocznie za- 
mroczyło pogodne niegdyś czoło i chyliło ku ziemi rozpro- 
mienioną byciem postawę. 

Zięć bankiera znol wartość Piotra, pamiętał szacunek ja- 
kiego tenże powszechnie używał. Spółczucie a może i cień 
dalekiego wyrzutu ścisnęły go za piersi; postąpił i wycią- 
gając dłoń ku gościowi, rzekł łagodnym głosem: 

— Teść mój wyszedł — wkrótce zapewne wróci; jeidi 
potrafię Pana zatrzymać , jestem pewien że będzie mi nie- 
słychanie wdzięcznym. 

— Bardzo dziękuję, odrzekł Piotr zmieszany nieco wido- 
kiem Wilczka; zapewne przeszkadzam — zastałem pana md 
papierami; powrócę później* 

— Bynajmniej — mogę zaręczyć; z przyjemnością do- 
trzymam panu towarzystwa — we dwóch może prędzg si( 
doczekamy. — 

Poraj zimno odśmiechnął się na stereotypowy galicyjski 
żart; ujęty atoli uprzejmem obejściem, nie mii^ odwagi zdo- 
być się na odmowę ; wreszcie, pomimo dotkliwych wsponmieó 
jakie młody panicz rozbudzał mu w duszy, nie żywił ku niemft 
zaciętych gniewów. W sercu Piotra było tylko miejsce m 
żal, na smutek, na gorycz i tęsknotę; czysta jego dusza nie 
dozwalała przystępu osobistym namiętnościom. W nieszczęściii 
los jedno umiał oskarżać; w pomyślnej doli, ludziom wy- 
łącznie przypisywał zasługę. Przychylne słowo nigdy nie znaj- 
dowało go obojętnym; z pośpiechem zabiegał drogę ludzids 



181 



'Względom i za szeląg uprzejmości płacił złotem szczerego 
uczuci a t 

Wilczek, jak wiadomo, nie takich ludzi potrafił ugłaskiwać ; 
z łatwością przyszło mu ująć polską, prostoduszną naturę. 
Po kilku chwilach obojętnej, wstępnej wymiany słów. Piotr 
usadowiony w głównem krześle gabinetu, swobodnie odpo- 
wiadał na zapytania hrabiego i nawzajem wypytywał go o 
potoczne, miejskie szczegóły. 

Rzecz mimowolnie zatoczyła się kilka razy wedle ostatniego 
małżeństwa. 

— Rzadko kiedy bywam w mieście, mówił Poraj — chyba 
zmuszony koniecznemi sprawami; rad jestem atoli żem dziś 
zabłądził w te strony, zyskałem bowiem sposobność powin- 
szowania panu świetnego związku. W naszym kraju, pierw- 
szem powołaniem jest gospodarstwo, samotny zaś człowiek 
— niech mi co chcą mówią, nie może byó dobrym gospo- 
darzem 

— I?ie zawsze — odparł Wilczek z uśmiechem ; mam w tej 
chwili kogoś przed sobą, kto przeciwnego zdania najoczy- 
wistszym jest dowodem. 

— O mnie mowa? — Rzekł Piotr trzęsąc głową; przyj- 
muję grzeczność wcale nie za- wyrok na prawdziwą zasługę. 
Ja urodziłem się z tą jedną tylko namiętnością, w zaspoka- 
janiu jej znajdowałem najwyższą nagrodę; goniłem za pracą 
jak drudzy za roskoszą, żyjąc inaczej byłbym umarł z nudów ; 
z mojej więc strony, przypuściwszy nawet że godzien jestem 
pochlebnych pańskich słów, nie ma żadnej zasługi. Eto przez 
rozum, kto przez wolę pracuje, tego na pierwszem miejscu 
sadzać należy. 

— Bez wątpienia — ależ wola i rozum nie przedstawiają 
dostatecznych pobudek; są to jedynie środki. Trud wiej- 
skiej pracy, męczące początki, łatwo do zniesienia temu kto 
założył sobie konieczny jakiś cel, lub kogo pędzi nieubła- 
gana potrzeba. Komu jednak natura odmówiła szczególnego 
upodobania w walce ze skąpstwem ziemi, kto ma zapewniony 
kęs chleba i umie poprzestać na swojem, dla tego — wyznam 
otwarcie, gospodarstwo nieprzyzwyciężoną męką. 

— Mylisz się panie Władysławie ; każda praca jako zwal- 



182 



czona trudność, jako jedyny dowód godności i wartości czło- 
wieka, otwiera już tern samem źródło nie pojętych zadowoleń. 
Miło sercu gdy w przeszłości jeeft na czem wzrok wypocząć. 
Człowiek o tyle człowiekiem o ile w czynie się nim pokazał. 
Rozumiem atoli niedostateczność moralnej pobudki; jesteśmy 
ludźmi z ciała i z duszy, i nie samem uczuciem żyjemy. Eto 
pracuje tylko dla pracy, temu zarówno siać zboże lub kółka 
kreślić na piasku. Potrzeba innych jeszcze bodźców. Zysk, 
korzyść, zbogacenie — do pewnego stopnia, godziwe podniety 
— nie przeczę; do pewnego stopnia, powtarzam; skoro bowiem 
człowiek u wyłączni się w tym jednym celu, praca jego wkrótce 
zaciąży na nim jak przekleństwo. Trud dla chciwości, dla 
skąpstwa, dla zbierania bogactw, na równej linji stawiam 
z rozbojem. W takim razie, nad podobną pracę, przenoszę 
otwarte marnotrawstwo. Ostatnie niekiedy łączy się z dobrem 
sercem przynajmniej. — 

Praca, panie hrabio, jest bożem, świętem narzędziem; 
bluźnierstwem darmo je niszczyć lub używać do nędznych, 
samolubnych celów. 

— Jeżeli jednak ciągle, codzienne kłopoty, ani namię- 
tności nie zadowalają, ani zysku nie przynoszą, pytani jaką im 
naznaczyć pobudkę, po co napróżno się niemi obarczać ?J 

— Jest panie Władysławie pobudka. Człowiek ma obo- 
wiązki dla ziemi, na której się rodzi i która go karmi. W in- 
nych krajach, obowiązkom tym czyni zadość sprawując urząd 
lub służąc wojskowo. U nas sądownictwo, administracja, 
wojsko, nie dla naszej posługi ale przeciwko nam istnieją; 
administracja aby nas odzierała, sądownictwo by potępiało, 
żołnierz aby mordował każdego komu przyjdzie chętka prze- 
stania być niewolnikiem. Prawy Polak z żadnym z tych 
trzech obozów łączyć się nie może, zwłaszcza gdy konieczność, 
gdy bieda go ku temu nie naglą. Cóż więc pozostaje? — 
Komu szczęśliwy los kawał ziemi udzielił, ten pytać nawet 
nie powinien. Rzeczywiste nasze siły są na wsi; zamożność 
szlachty, pomyślny byt ludu wiejskiego — oto dwie moce 
jakich wydzierca naszej wolności najwięcej się lęka. — 

Najszlachetniejszym popędem w człowieku jest dążność 
do ulepszenia materjalnego życia. Obłudnicy tylko i wyży* 



183 

skiwacze stawiają naprzód kwestje sentymentalne. Człowiek 
przedewBzystkiem, tern przestaje być barbarzyńcą że spożywa 
przyprawioną strawę, że odziewa się, że mieszka. Kto po- 
trafi silnie w ludzie naszym rozbudzić te trzy potrzeby, i 
na drodze uczciwej pracy do zaspokojenia ich mu dopo- 
módz, ten będzie prawdziwym naszym Objawicielem , Pro- 
rokiem. 

Głodem, nędzą, fizycznem uzwierzęceniem znękane ciało, 
nie ma czasu pomyśleć o duszy. Przejedź się pan po wielu 
naszych wioskach — wejdź do chałupy; chłop i bydło w jednej 
mieszkają izbie — nie podobna dostrzedz linji rozgranicza- 
jącej ludzkie plemię od zwierzęcego. I któż zdoła wydźwi- 
gnąć tych ludzi, bez których świat zamarłby na czczość? — 
Oni wydziedziczeni, im trudno o własnych siłach krok na- 
przód postawić. Początek powinien wyjść od właścicieli; 
jeżeli oświata z góry nie spłynie, biada skoro się kiedy z dołu 
podniesie ! 

— Słuszne słowa panie Piotrze — rzekł Wilczek; nic nie 
mam im do zarzucenia — wszelako zdaje się mi że nie dość 
tu ze strony panów na dobrej woli; są inne przeszkody, 
2 natury rzeczy wynikające, niepodobne prawie od zwal- 
czenia. Wreszcie? Czyliż nie tak samo dzieje się w całej 
Polsce? 

— Gorzkie usprawiedliwienie! — Dla tego też cała Polska 
pod jarzmem. Ależ w innych polskich ziemiach, ojczyzna, 
narodowość mają pociechy jakich u nas, w Galicji, napróżno 
by szukały. 

— Narodowości więcej niż w Galicji, wątpię aby znalazło 
się w którejkolwiek części Polski. 

— To zależy od tego co nazywamy narodowością. Nie 
zwyczaje — według mnie, nie wady przodków, nie łatwość 
ich w pożyciu, w brataniu się, nie obojętność na dzień ju- 
trzejszy ani język nawet, stanowią prawdziwą narodowość. 
Duch miłości ku bliźnim, poświęcenia dla wspólnego dobra i 
wysokie poczucie człowieczej godności — oto cechy, jakie 
w dawnych czasach odróżniały nas od północnych i zachodnich 
sąsiadów. Dziś, w Galicji, różnica ta między krajowymi a 
najeźdźcami, w pewnej zwłaszcza klasie zupełnie znikła. 



184 



Podobnego zepsucia mniej w reszcie Polski. I nic dziwnie; 
bracia nasi z pod moskiewskiego lub pruskiego berła, ła- 
twiejsze mieli pole. Moskal zaprowadził równość przed knn- 
tern; jarzmo wszystkich jednakowo dolega, zwierzęca, dzika 
siła wszystkich karki zarówno ku ziemi ugina. Barbarz3nuec 
ciało tylko krępige; dusza swobodna, wyzwana do poświęceń, 
do moralnego oddziaływania, wysoko pod niebo ulata, wyż- 
szością, swej natury z góry wrogom ur%ga. — 

W moskiewskim rządzie nie ma hipokryzji; stryczek nie 
z jedwabiu kręcą ale z konopi, kata nie przebierają w su- 
tannę ; najleniwszy umysł złe od dobrego potrafi odróżnić i 
prostą drogę sobie wytknąć. Prawda słońcem błyszczy w źre- 
nice; fałsz — każdy namaca z zawiązanemi oczyma. 

Prusak naciska wygórowanym przemysłem, pieniędzmi, 
ludnością, pracą, spółzawodnictwem , przywilejem, usilnemi 
względy dla szczepu napływowego, upodrzędnianiem wszędzie 
krwi narodowej ; ale Prusak otwiera szkoły, uniwersytety, za- 
kłady przemysłowe i rolnicze, nie wzbrania niemieckiego do- 
świadczenia, niemieckiej pracy i skrzętności tłumaczyć na 
polskie, nie dać się wykupywać i siłą targową odpierać ku- 
piecką przewagę. Podłość polska najmniej w Prusach jest 
wyzywaną i na równi z niemiecką popłaca. W pruskiej Polsce 
nareszcie, nie ma pańszczyzny — rozumiesz pan cs^ą potęgę 
tego wyrazu — nie ma pańszczyzny! Chłop sąsiaduje z pa- 
nem; jeden nie ma o co rozjuszać się na drugiego. Czło- 
wiek w siermiędze nie potrzebuje płaszczyć się przed cdo- 
wiekiem w odzieży z cienkiego sukna. Mówiono mi że w Po- 
znańskiem, koniom nawet i wołom zaprzestano kijem boki 
okładać. 

U nas inaczej. U nas wkrótce przyjdzie do tego, że znajda 
się Polacy, którzy będą zazdrościć braciom z pod moskiew- 
skiego knuta i z pod pruskiej procedury; u nas ciało wzięli 
na wypas ażeby dusza rozpłynęła się w chorobliwym tłuszcza; 
u nas otworzyli wrota wszystkim wytrawiającym życie na- 
miętnościom, wpędzili na nas cały piekielny korowód, zbytek, 
próżność, dworskie fawory, arystokratyczne lokajstwo, hu- 
laszczą rozpustę, wstręt do myśli, pogardę człowieczej go- 
dności, obojętność na wszelkie święte zasady. U nas, kna- 



185 



tują na sucho, niepokaźnie ; ublogosławią, naprzód, ugłaszczą, 
nweselą, obawia, a jeżeli to wszystko nie pomaga — co 
rzadko się zdarza — cichaczem, z ojcowskiem westchnieniem, 
zgnoją gdzie w Spielbergu lub w morawskich więzieniach. 

W Wilnie, w Warszawie, są szkoły, 8% znakomite uniwer- 
sytety, jest wojsko narodowe; u nas czarni nauczyciele nad- 
ludzkich dobywają wysileń, aby na niwie młodzieńczego 
umysłu wybujał — chwast! aby zbrzydzić naukę, zakuć ją 
w trupie formy. Nasze półki także noszą nazwisko galicyj- 
skich, ale idą na Węgry by tam dławić Madziarów i Słowaków, 
idą do Włoch zapobiegać powstaniu uciemiężonej Lombardji 
i "Wenecji. 

Ztąd też, gdy korona, gdy Litwa, gdy Poznań, do skarbca 
narodowej wiedzy corocznie dorzucają klejnotów, u nas cicho, 
n nas smętarnie głucho — rzecby można żeśmy pomarli, 
gdyby nieszczęściem nie rozlegał się wrzask pijatyk, [zgiełk 
zabaw, okrzyki gonitw, toasty na cześć arcyksiąźąt i paso- 
żytnych dygnitarzów. 

Poczemże poznać żeśmy Polakami? — Jużcić, przez Boga 
żywego! nie po czerwonych mundurach ze złotemi szlifami, 
w jakich jędyczą się stanowi nasi magnaci. Dawnemi czasy, 
kat tylko czerwono się ubierał — ba! i dziś podobno przez 
katownictwo ojczyzny można jedno na podobny strój za- 
służyć. 

Co za różnica między naszem Państwem a innemi kra- 
jami!. — Dość przejechać granicę. 

Czy byłeś pan kiedy w Królestwie, czy znasz Litwę? 

— Nie — nie znam. Raz tylko jeździłem do Warszawy 
z nieboszczką moją babką; kilkanaście lat temu — byłem 
jeszcze dzieckiem. 

— Ja byłem na prowincji i dwa razy w Wilnie ; do War- 
szawy nie miałem sposobności zajechać. Może być że na 
swoim gruncie złe daleko dokuczliwiej dolega, może być że 
nie dotarłem do ostatnich szczegółów ; ale z tego com widział, 
przyznam że z boleśniejszem uczuciem wracałem niżelim wy- 
jeżdżał. Nigdzie nie spotkałem tylu panów nikczemnie pła- 
szczących się przed lada dworską figurą, tyle szlachty go- 
niącej ostatkiem byle tylko zamałpować pańskie zbytki, tyle 



186 



pogardy dia niższych, tyle słuźalstwa przed wyższymi, tyle 
czczości, próżniactwa, łgarstwa i zuchwałej zamaszystości 
w młodzieży. Jesteśmy sami, nikt nas nie słucha; we cztery 
oczy możemy sobie powiedzieć to, czego przed cudzoziemcem 
na mękach bym nie wyśpiewał. Pod mundurami, pod galo- 
nami, pod szlifami naszemi nie życie ale próchno prześwieca. 
Robactwo toczy nas żywych, robactwo którego nie spotkałem 
w innych częściach Polski. Mówię tu o tem czarnem Jefu- 
sowem Zgromadzeniu, które obsiadło nas jeszcze przed po- 
grzebem. Dla tych ludzi duch wolności sprzeciwia się du- 
chowi wiary; gdziekolwiek więc człowiek pomknie się do 
promyka swobody, tam oni go dławią; gdzie zechce być sa- 
mym sobą, tam oni go przenaturzają ; polują na samodziel- 
ność, każdą kroplę krwi w żyłach fałszem zaprawiają. Ludzie 
chrześciańskiej pokory, którzy dyszą jedno żądzą władzy; 
ludzie chrześciańskiego zaparcia, ubóstwa, którzy czychają na 
każdy grosz i schną pragnieniem uciemiężania; ludzie wiary, 
którzy zaczynają od zamordowania w człowieku nieśmiertelnej 
jego części — duszy ; ludzie miłości, którzy w rodzinach roz- 
niecają niezgodę, syna zbroją przeciw ojcu, córkę przeciw 
matce; ludzie nadziei, którzy nie spodziewają się aby Bóg 
umiłował wyszlachetnione na swój obraz stworzenie; którzy 
majak rajowych słodyczy każą okupować zbydlęceniem na 
ziemi! Gdyby przynajmniej wszyscy, głośno wyrzeczonemi 
ślubami, odmiennym strojem, chcieli ostrzegać przechodnia! 

— Ale nie! — Większa ich część kryje się pod zwykła 
odzieżą. 

Zakon czoło tylko ubiera po duchownemu, resztę hufca 
z mężczyzn i z kobiet, z młodych i z starych, z biednych i 
z bogatych, z oszustów i z dudków, rozsiewa po kraju i pod 
zmyśloną postacią przypuszcza z trucizną do serca narodu. 

Niech uderzą w nas uroczyste losy, niech przypadek wy- 
woła na pole czynu, niech przyjdzie nam pokazać się ludźmi 

— gradem sypną się odczarowania, bezwładności, przenie- 
wierstwa. 

Dziś, kto zajmuje się kwestjami żywotnemi narodu', kto 
iskierkę uwagi zwraca na lud wieśniaczy? — Można i bez 
tego, za tańszą cenę kupić rozgrzeszenie u ojca prowincjała. 



187 



l^ie — w Królestwie, dzięki Bogu, tej plagi nie widziałem; 
inoźe też i dla tego, tu i owdzie, po szlacheckich wioskach, 
zaczyna chłopom być lepiej. Ot, nie daleko od nas, tuż 
nad granicą, w Hrubieszowie, uczciwy ksiądz Staszyc chło- 
pów swoich od pańszczyzny wyzwolił, i co większa, uwła- 
szczył. Niechno by u nas z czem podobnem kto odważył się 
wysunąć! — 

Wilczek stał zadumany, słowa Piotra nowe kraje mu odsła- 
niały; prawda młotem tłukła go w piersi — czuł się powoli 
wydźwiganym z przepaści na jaźń prawego, rzeczywistego 
iycia, bielmo pękało mu na oczach, słuchał z wruszeniem, 
nie mógł atoli poddać się od razu; krzyżowały mu po myśli 
różne zarzuty, powstał i po chwili milczenia rzekł: 

— Jeżeli w Królestwie niektórzy obywatele spełniają, swój 
obowiązek, toć i u nas znalazłby się od biedy nie jeden na- 
śladowca. Dla czegóż ich tak mało? — Nie umiem z pe- 
wnością oznaczyć przyczyny, myślałbym wszelako że może 
głównie stoi temu na przeszkodzie różnica między charakte- 
rem naszego chłopa, a ludu wiejskiego z kongresowej Polski. 
U nas chłop dziwnie jest niedbałym, zatwardziałym w uporze; 
mianowicie zaś ku panu swemu niechętnym, powiem nawet 
nienawistnym. Miałem tego przed dwoma miesiącami ocze- 
wiste dowody. 

— I któż temu winien? — Jakim go uczyniliśmy takim 
go mamy panie Władysławie. Kto przy walił, go pracą, odarł 
z owocu jego trudów, rzucił pod ucisk i gwałt drapieżnej 
zgrai podwładnych, rozpoił, sponiewierał, wyzuł z wszelkiego 
zamiłowania do życia ; pokłócił z nadzieją, zostawił mu tylko 
zwątpienie, wstręt do teraźniejszości i obawę dnia jutrzej- 
szego ? 

Stosunek jaki dawniej łączył właściciela z gromadą, dziś 
przepadł, zupełnie nie istnieje. Pierwszy wyparł się swoich 
obowiązków, zatarł w sobie sprawiedliwość i ludzkość ; druga, 
nie miała powodu trwać w człowieczej naturze, skoro sam 
właściciel z pogardą ją odtrącał. Ten przy dostatkach nie 
mógł czy nie chciał utrzymać się na prostej drodze, tamtym 
niewola, nędza i ciemnota do rozwijania sumiennych uczuć 
nie wiele pomagały. 



188 

Chłop nasz odznacza 8i§ dziś zuchwalstwem, nienawiścią 
nawet, jak pan powiadasz. Cóż dziwnego ? — Przyczyna wy- 
raźnie leży przed nami. Chłop nie uważa, nie szanuje szła* 
chcica, nie ma skąd powziąść o nim korzystnego wyobrażenia 

— do pogardy natomiast zaczepek mu nie braknie. Porównaj 
pan tylko. 

Dawniej, szlachcic pod innemi zarysy pokazywał się gro- 
madzie. Przyjeżdżał z powiatowego, z wojewódzkiego miasta, 
lub ze stolicy, gdzie bezpłatnie spełniał obywatelski jaJd urząd, 
gdzie uczestniczył w obradach nad dobrem narodu; dawniej 

— co lepsza jeszcze, wracał często z pola bitwy, gdzie własną 
piersią zasłaniał ojczystą ziemię przeciw Rusi lub Tatarom, 
przeciw Niemcowi lub Szwedom. Poczucie własnej godności, 
szlachetne zadowolnienie z dopełnionego obowiązku, leżały 
mu na czole, świeciły z oczu. Chłop od razu pojmował że 
trudno było byó takim szlachcicem, że życie jego nie było 
marnotrawstwem sił i dostatków, ale pasmem poważnych 
trudów, poświęceń, krwawych przebojów za chwałę i niety- 
kalność narodu. Praca rolnicza z całym szeregiem dolegli- 
wości, braków, w ostatecznym wypadku była przecie łatwiej- 
szą ; szanowała więc tę drugą pracę szlachetniejszą, całą albo- 
wiem oddaną na usługi ogółu. Dziś, pytam jakie wrażenie 
sprawia pan, stawaj ący śród wioski? — 

Wraca z wygalonowanjnn po niemiecku strzelcem, tak że 
sam w obec sługi jak lokaj wygląda; wraca wybladły se 
Lwowa, gdzie noce trawił na hulance, dni na próżniactwie, 
gdzie czapkował przed lada wyższym, czołgał się w arcyksią- 
źęcym przedpokoju — wraca z Wiednia gdzie na szersze 
rozmiary praktykował tę samą bezczynność, tęź samą roz- 
pustę, tęż samą służalczość — wraca z zagranicy zkąd przy- 
wiózł dziwaczne stroje, karczemne zwyczaje, lekceważenie 
ojczystych spraw i próżną kieszeń. Jakim wraca takim się 
pokazuje, taki wyraz nosi na twarzy, taki wpływ do koh 
wywiera. Pożycie na wsi we wszystkiem usprawiedliwi nie- 
chętne ku niemu przeczucia. Im więcej w mieście płaszczył 
się przed możniejszymi , tem mniej u siebie na wsi niższym 
udzieli ludzkiego obejścia; jeżeli lubownikiem jest stada — 
o konie namiętne będzie dbał, o chłopa ani się zapyta; sprosi 



189 

^ości, rozstawi na stole butelki, zasiądzie do kart, w jednej 
chwili przeszasta, to co z ludu przez długie wyduszał mie- 
siące. Wieś, przez domowników, przez służbę, wie o wszy- 
stkiem co dzieje się we dworze. Chłop ma swoje zastano- 
wienie, umie wnioskować; nietrudno mu wpaść na zapytanie 
dla czego jeden wiecznie głodny i nędzny zużywa życie 
w trudzie; dla czego drugi z załoźonemi siedząc rękami 
opływa w dostatki, nie zna i nie cierpi pracy? 

Wynaturzenie klasy uprzywilejowanej rodzi w ludzie po- 
gardę, pogarda powoli zamienia się w nienawiść, nędza może 
złe tylko rady podszeptywać nienawiści; jednem słowem, od 
pogardy i nienawiści rozdmuchanych biedą i uciskiem, do 
czynu szalonej rozpaczy — nie daleko! 

Trzydzieści lat upływa jak stoję z ludem w ścisłych sto- 
sunkach; zbliska poglądam na rzeczy i tem co widzę, wcale 
nie jestem zadowolniony. Dziś niebo zda się nad nami spo- 
kojne; jutro straszne burze mogą nadciągnąć. Cokolwiek 
bądź, nie zadziwi mię żaden w podobnym rodzaju gwałtowny 
wypadek. 

— Tak pan sądzisz? — Darmo? W spór wejść nie po- 
trafię; nie mam żadnego w tej mierze doświadczenia — <- nigdy 
głęboko się nie zastanawiałem. Jeżeli jednak rzeczy tak da- 
leko już zaszły, ludzka moc złego nie naprawi; zgangreno- 
wanego cie^a nikt w jeden dzień nie wyleczy. Cóż nam po- 
cząć? — Pojedyncze usiłowania trudowi nie podołają, klęski 
nie odwrócą. 

— Bluźnierstwo , panie Władysławie! — Ogólne działanie 
składa się z summy pojedynczych. Do znaczniejszych zwłaszcza 
posiadaczów należy postąpić naprzód. W naszym kraju na- 
śladownictwo gra wielką rolę; szlachta lubi zapatrywać się 
na panów i jak dotąd w złem, tak nadal w dobrem, nie- 
chętnie da się wyprzedzić. Wreszcie gdyby nawet nikt nie 
chciał oczu na prawdę otworzyć, czyliź temu kto o niej 
sumienne ma przekonanie, wolno samochętnie pomijać jej 
szlaki? 

— Zapewne — chciałem tylko rzec że w obecnem roz- 
położeniu stosunków, pojedyncze, zatracone gdzieś w masie 
spełnienie obowiązku, na nic się nie przyda. 



190 

— Przez Boga żywego, nie mówmy o obowiązkach! — 
Wyraz ten więzy mi przypomina i sam w istocie niczem 
innem nie jest. W dokonania choć najszlachetniejszego 
czynu przez obowiązek, jest coś pańszczyźnianego, coś takiego 
co mi oznajmia, że człowiek obowiązkowy nie wierzy rdzennie 
zepsutej i popędliwej ku złemu swojej naturze, że nicuje 
ją, nakręca, krępuje obowiązkiem ; że nie chodzi mu o czysty, 
źródlany, swobodny objaw swego przekonania, ale o wystą- 
pienie przed ludźmi zgodnie do martwej litery zwyczaju lub 
prawa, jako placówka, która głupio morduje niebacznego prze- 
chodnia wstępigącego na wały fortecy. — 

Każde dobro winno być niezwalczoną potrzebą duszy, 
nigdy zaś nałożonym na siebie obowiązkiem. Inaczej, prze* 
stańmy być ludźmi i od razu zapiszmy się w Zgromadzenie 
przewielebnego ojca Zefiryna. Tam nic nie wspiera się na 
wolności, nic na rozumie, nic na sercu, nic na sumieniu — 
tam wszystko osadzone na obowiązku. 

— Zacne, święte marzenia panie Piotrze, które wtedy 
urzeczywistnić się dadzą, gdy każdy zdoła wzbudzić w sobie 
wszechstronne przekonanie prawdy. Dziś, dopóki o własnych 
krokach nie umiemy jeszcze chodzić, podpórek odrzucić nam 
niepodobna. Ten sam chłop nad którego biedą rozmyślamy, 
gdzie znajdzie granicę ciemnym swoim namiętnościom, jeźeH 
uczucia obowiązku przynajmniej nie potrafimy weń wpoić? 
Moralne zasady, nąjzrozumialej wypowiedziane, żadną drogą 
do pojęcia mu nie trafiją. 

— Nie wierz pan temu. Lud nasz dziwnie jest pojętnym, 
ale słów nie rozumie, bo słów nie ma co rozumieć a nawet 
wierzyć im nie należy. Odwróci ucho na suchy wykład obo- 
wiązków równie jak na moralne zasady, i słusznie postąpi. 
Lud każdy z natury swojej nie rządzi się sentymentem ani 
grą wyrazów; potrzebuje rzeczywistości. Czyn jeden doty- 
kalny więcej go przekona niż najuczeńsze wywody. Straszny 
ucisk go gniecie; spróbujmy choć trodię ulżyć mu jarzma, a 
obaczymy jak wnet wyprostige postać, jak weselej, swo- 
bodniej spojrzy w oczy, jak natychmiast wstanie podobniej- 
szym do człowieka. ZaufiEij mi pan; nie ma na świecie wdzię- 
czniejszego trudu jak z ludźmi po ludzku się obchodzić. 



191 

— Panie Piotrze — rzekł Wilczek wzruszony, pierwszy 
raz w życiu podobną mam rozmowę i dziękuję losowi za 
szczęśliwe spotkanie jakie mi nadarzy}. Na chwilę przed pana 
przyjściem, troszczyłem się nad ozaczeniem kierunku życia; 
widziałem przed sobą, znaczne środki i nie odgadywałem spo- 
sobu ich użycia. Teraz przestroniej mi w duszy i jaśniej 
w oczach. Pojmuję że nie człowiek życiu, ale życie człowie- 
kowi może zabraknąć. Nie dość atoli na tem, rzecz nasza 
nie ukończona. Odtąd nie znudzę się ani popróżouję na 
wsi — od czego jednak zacząć — gdzie naprzód rękę po- 
łożyć ? 

— Najmniejsza to trudność. Skoro raz trafi się na ogólne 
prawdziwe stanowisko, szczegóły łatwo wypatrzeć. Idzie o 
rozwalenie odwiecznego gmachu niewoli ; sam więc rozsądek, 
z wierzchu każe zaczynać, aby robota szła porządniej i zrąb 
nie zawalił się nad nieopatrznym pracownikiem. Ztąd wy- 
pada, że właściciel powinien zacząć od siebie, od przeisto- 
czenia dotychczasowych pojęć, od zrzeczenia się przywilejów 
uświęconych starym zwyczajem i starem bezprawiem, od po- 
czucia w sumieniu że każdy przedmiot równie jak każda 
praca, zabrane gwałtem, bez wynagrodzenia, są po prostu 
kradzieżą. Raz mówiąc o kradzieży, trudno nie waśnić na 
całą tę zgraję cudzoziemskich ekonomów. Bóg wie zkąd 
zwleczonych rządców, nadzorców, faktorów, którzy pod tarczą 
pańskiej władzy wyciskają z robotnika ostatni grosz, osta- 
tnią kroplę znoju. Czerń ta żadnym węzłem moralnym nie- 
przy wiązana do kraju, dyszy tylko łupieżą i uprawnionym 
rozbojem. Przez nią to nienawiść z pod wieśniaczej strzechy, 
pnie się ku pokojom pałacu. Chcesz pan wiedzieć sposób 
doraźnego pobratania się z twoim ludem? — Precz z tą 
chałastrą pijawek I — Siła narodowej , drobnej szlachty, za- 
stąpi je z zobopólną korzyścią. 

W obecnym stanie rzeczy, obywatel, chociażby nieogra- 
niczenie chłopom ręce rozwiązał i uwłaszczył ich, zawsze za- 
chowa nad nimi przewagę. Z wyższością wiedzy, z rozlec 
glejszem doświadczeniem, niechaj, zamiast pędzić przed sobą 
gromadę jak bydło, stanie obok niej ; niech zamiast chciwego 
na ich skórę pastucha ujrzą w nim wzór pracownika i go- 



192 

Bpodarza, przychylnego doradcCi złączonego wspólnym celem 
syna ojczyzny. Nadewszystko wystrzegać się należy prawo- 
dawczenia, ustawodawstwa, ciągłych regulaminów. Śmiertelna 
to choroba dla państw, tem bardziej zaś dla władców na małą 
stopę. Lud to co ma wiedzieć, powinien naprzód widzieć. 
Niechaj nic się takiego nie dzieje czegoby chłop, przy do- 
brej chęci i prostym rozsądku, nie mógł dokładnie zrozumieć. 
Z natury ludzkiej wynika, że cokolwiek wznosi się nad nasze 
pojęcie, wnet budzi nieufność. — Człowiek ma przeczucie źe 
każda prawda jest prostą i zrozumiałą, że fałsz tylko szuka 
stucznych określeń, gmatwań, nakręcanych wywodów. Ach 
wierzaj mi panie Władysławie, lud polski podobny do pol- 
skiej ziemi: urodzajny, wdzięczny za hojnie rzucone ma 
ziarno, troskliwemu rolnikowi zasiew w stokrotnym plonie 
powraca. — 

Wilczek stał z splecionemi na piersiach rękami, gam^ 
w duszę słowa jedne po drugich, wbijał wzrok w ziemię, lab 
w uroczystem zdumieniu pogląds^ w spokojne, rozświetlone 
ogniem świętego zapału rysy Piotra. 

Długo milczał; głowa wzbierała mu nawałnicą myśli, nowe 
a silne uczucia przepełniały serce; schwycił Poraja za ramię 
i wzruszonym głosem rzekł: 

— Przeklinam los, który przez tyle lat nie nastręczył mi 
sposobności dzisiejszego spotkania i podobnej rozmowy. Tyle 
straconego czasu — tyle nędznie zmarnowanych środków! 
Straszno pomyśleć o roli, jaką grają w życiu człowieka kilka 
stosownie wymówionych lub zamilczanych wyrazów. Pojmoję 
teraz wrażenie jakie musiało sprawić na panu życie naszych 
magnatów, naszej młodzieży, ba nawet moje własne I 

Ale bo też kto tyle zasług położył, kto tak przykładnie 
byt swój przeprowadził, ten ma prawo stawać śród otuma- 
nionych ludzi, gromko w oczy mówić im prawdę, rozpędzać, 
hamować rozhukane zgraje, każdemu obraz jego przed wzrok 
wystawiać. Znani nasz kraj — przysięgam, są u nas tacy 
którym brak na chęci, ale i takich jest wielu którzy nie wiedzą, 
którzy nie widzą. W ostatecznym razie, nikt by przynajmniej 
nie miał wymówki. Cała moja przeszłość zbrzydła mi w jednej 
chwili ; oddałbym pół życia za jeden kielich wody zapomnienia. 



193 



Biedny kraj! — Teraz dopiero gdy całun podniesiony , po- 
strzegam rany jego i wrzody. Czemże jednak jest ta ciemna 
gawiedź która poklaskiwala rozpuście, mierzyła wyższość czło- 
^ecz% na skalę biegłości w prgdszem zabijaniu czasu, goniła 
2a szczęściem w zaspokojaniu namiętności ostatniego rzędu? 

— Ha, tem lepiej! — Długo naśladowała, niechże i dziś za- 
naśladuje! W grę pięknych słów, w litanję czczych pro- 
gramów nie będę się wdawał* Dzięki Bogu, nie wydałem 
jeszcze ostatniej iskierki działalnego ducha. Przekonają się; 
przekonasz się pierwszy panie Piotrze. Nie mów jak dotąd 
o mnie sądziłeś? — Zgaduję. Na przyszłość zaręczam, że 
choćbyś upierał, jedno tylko wymuszę na tobie uczucie: sza- 
cunek. 

— Niechaj to będzie, panie Władysławie, ostatnim twoim 
względemP — odrzekł Poraj, przesuwając dłoń po zasępionem 
nagle czole. Ja dziś jestem już tylko obojętnym widzem; 
skończyłem moją pracę i czuję — czego przedtem nigdy nie 
byłbym się spodziewał — czuję w sobie brak oddechu do 
dalszej drogi. Szacunek jednego, wycieńczonego człowieka 

— podrzędny to wzgląd nad którym nie warto się zatrzy- 
mywać. Gdyby wreszcie chodziło o szacunek całego kraju? 

— Ale i tak postawiona kwestja, mojem zdaniem, nie zasłu- 
guje na wyłączną uwagę. Opinja — jak słusznie dowodził 
głos, którego może nigdy więcej nie usłyszę, jest niesfornym 
gwarem, gdzie szalonemu tylko szukać sprawiedliwości i 
prawdy. Opinja, w dzisiejszym stanie stosunków, jest wy- 
padkiem* namiętności, samolubstwa i ciemnoty. Wolność tylko 
i ścisły rozum, mogą domagać się o głos, o posłuchanie, o 
uwagę na wydany wyrok. Gdzież są ci wolni ludzie? — Któż 
w życiu wszystkie inne żywioły upodrzędnia samodzielności 
i potędze człowieczego ducha? Większość dotąd jest prze- 
konaną że słońce obraca się koło ziemi, że grzesznik po 
śmierci wpada w kocioł gorącej smoły i roztopionej siarki, 
że wpływ jakiejś poświętnej kości może przełamać odwieczne 
prawa natury — i tak dalej — od zdań ogólnych aż do sądów 
o pojedynczym człowieku, o jakimkolwiek czynie. Nie — 
panie Władysławie — jeden jest tylko trybunał i jedna na- 
groda na szlachetne usiłowania i sumienie: własny samego 

Cbojbcki, Alkhadar. lY. ]^3 



194 



«iebie szacunek. Najwyźszem dobrem człowieka, ostatecznym 
jego celem, rzeczywistą wartością, warunkiem postępu, za- 
sadniczem prawem — jest wolność. Wolność ta, nie ogra- 
niczona jak wszechstworzenie , jak myśl ludzka — jedną ma 
tylko kierownicę a raczej rękojmię: własną odpowiedzial- 
ność. Bliźnie te zasady, nierozłączne, kroczą jedna obok 
drugiej, żyją przez siebie i dopełniają się nawzajem. Skoro 
raz życie na tych dwóch osiach się zatoczy, wóz musi po- 
biedz prostą drogą, a wówczas, jeżeli się podoba, moŻDa 
mimojazdem pochylić się i podnieść leżącą gdzie u koła 
przychylną opinję lub szacunek gawiedzi. — 

Piotr długo mówił w ten sposób i zewsząd rozglądał 
ważne pytania tyczące obywatelskiego życia, stosunków pana 
do włościan, polskiego .szlachcica do rozbójniczego rządu. 

Słowa płynęły mu szeroką falą,, wnioski jasno wywijały 
się z założeń; gdyby Piotr był dowodził i słuchał zarazem, 
sam byłby zdziwiony niezwykłym darem wymowy, jaki po 
raz pierwszy w nim się objawiał. Przed kilkoma laty, nie 
byłby umiał wznieść się na oderwane stanowisko, sam nigdy 
tak szerokiego widokręgu uwagom swoim nie zakreślał, ale 
też od kilku lat Piotr uległ znacznym przemianom. Dawniej 
był szczęśliwym, żył teraźniejszością i nadziejami ; dziś na- 
dzieje postradał i z szczęściem na wieki poszedł do rozwodu; 
cierpienia i praca, na równe części podzieliły się jego ży- 
ciem. Pędzony dwoma temi żywiołami, daleko wysforował 
się na szlaki umysłowych zdobyczy; do zalet serca i czynu, 
dodał głębokie wypadki wyrobionej myśli , wysoko- podniód 
własną wartość. Ostatecznie bowiem czemźe jest wartość 
człowieka, jeżeli nie sumą z dodanych do siebie prac jego 
i cierpień? 

Wilczek przechadzał się wolnemi kroki ; otwierał nie 
tylko słuch ale serce i duszę; na dnie tej natury zepsutej 
przez świat i od kolebki puszczonej na fałszywe manowce, 
kryły się przecież zarody szlachetnych uczuć, prawdziwych 
pojęć, popędów do dobrego — zarody uśpione długo czamo- 
księstwem światowych uciech i przesądów, a które czekały 
na odczarowanie w imię sumienia i prawdy. 

Piotr nie był wprawdzie wolnym od gorzkich ku Wilczkowi 



195 



niechęci; wspomnienie pamiętnej przygody nieraz zakłóciło 
mu swobodę duszy, widok jednak wrażenia jakie słowa jego 
sprawiały na człowieku, o którym tylekroć już był zwątpił, 
rozbroił go z bolesnemi pamiątki; wrodzona mu dobroć i 
noiłość wzięły górę nad żalem; stanowczość szlachetnych za- 
miarów hrabiego i mogące ztąd wyniknąć zbawienne dla 
ogółu skutki, wywiały mu z myśli resztę cierpkich przy- 
pomnień; przystąpił do niego z właściwem swojej naturze 
uczuciem braterskiej przychylności i na podaną sobie rękę, 
szczerym odpowiedział uściskiem. 

Wilczek miał jeszcze jedno żądanie. 

— Nie dość na tem , co dziś słyszę , rzekł po chwili — 
nie dość co sam w sobie poczuwam i wypowiadam; widzę 
przed sobą daleką i mozolną przyszłość — na chęci nie braknie 
mi nigdy, ale na doświadczeniu — często. Jedna dobra rada 
może oszczędzić wiele błędów. Czy mogę spodziewać się 
kochany panie Piotrze, że pozwolisz odwołać się do twego 
sądu, że przebaczysz natręctwo i wysłuchasz sprawozdania 
posłusznego ucznia, że może i sam raczysz odwiedzić go i 
przekonać się o ile dotrzymuje danego słowa? 

Piotr widocznie był zakłopotany. 

— Przy dobrych chęciach, odrzekł, i przy twoich zdol- 
nościach panie Władysławie, sprawa łatwiejszą jest niżeli wy- 
daje się na pozór. Ja dziś już jestem skończony; nie mam 
serca narzucać ludziom znękanej mojej osoby i sam, pod 
samotną strzechę nikogo nie zapraszam. Każdy ma dość 
własnych goryczy. Byt mój zwichnięty na zawsze. Kto i 
jak ku temu się przyczynił — nie wchodźmy, nie wspomi- 
najmy, zapomnijmy na wieki! — Los mogę oskarżać więcej 
niż ludzi, a jednak, także sam los, w innych wypadkach, ła- 
skawiej się ze mną obchodził. Ile razy mogłem przydać się 
na co ludziom, tylekroć rzucał mnie im na ich drogę. Skoro 
wypadnie potrzeba — jestem przekonany że i teraz, względem 
ciebie panie Władysławie, nie odmówi mi tego szczęścia. 
Szkoda że nie masz ojca — lub starszego brata — jakąż 
stałbyś się dla nich pociechą! — 

Piotr drżącym głosem wymówił ostatnie wyrazy ; w oczach 
łzy mu zaświeciły. Wilczkowi nie wytłumaczona boleść śoi- 

13* 



196 



cnęla serce; chciał jeszcze cóś wyrzec gdy w tern, w pobo- 
cznym pokoju, zagrzmiał donośny głos wracającego Dahl- 
mana. 

Poraj otrząsł się z tęsknych wrażeń ; Wilczek w milczenia, 
z wymownem uczuciem uścisnął mu dłonie i wybiegł nie chcąc 
obojętną rozmową z teściem, mieszać sobie harmonji nowych, 
ogarniających go myśli. 

Bankier napróżno starał się zatrzymywać zięcia ; zdziwiony 
trochę niezwykłem jego wzruszeniem, wkroczył kwitować 
Piotra z ostatnich Sokolnika długów. 

Wilczek cierpiał na każdą, chwilę spędzoną w mieście, 
śród tych domów i ulic, świadków marnotrawnie zużytej 
młodości. Rwał się na wieś, chciał czemprędzej uciec od 
własnych wspomnień. Interesa majątkowe, układy z ban- 
kierem, zatrzymały go jeszcze kilka dni; poświęcił im czas 
nieodbicie potrzebny, ściśle wyrachowany, ale ani chwili 
więcej. 

Dahlman uszczęśliwiony zapałem zięcia do zatrudnień, nie 
posiadał się z radości, ofiarował mu nawet uczestnictwo 
w kilku handlowych przedsięwzięciach; Wilczek odmówS, 
dowodząc że w tej chwili pragnie wyłącznie poświęcić si§ 
wiejskiemu gospodarstwu. 

Bankier i z tego mocno był uradowan. 

Trudniejsza sprawa wyszła z przyjaciółmi, z towarzyszami 
dawnych zabaw. 

Młodzież spodziewała się, że tracąc bezżennego przy- 
wódcę uciechj zyska narozcieź otwarty, huczny dom wzboga- 
conego magnata. Zapowiedziano już w tym celu szumne za- 
bawy, bale, gonitwy, niespodzianki na cześć nowozamężnej 
pary. 

Kilkunastu druhów ostygłych w przyjaźni wraz z wieścią 
o podupadłym majątku hrabiego, wróciło w pędy, przyrze- 
kając sobie podwojonemi pochlebstwy i uprzejmością, wyna- 
grodzić mimowolne niby chwile zapomnienia. 

Wilczek uprzedził zaproszenia i z nieubłaganym uporem, 
wręcz wszystkim odmówił. 

Nie chciano wierzyć; powtórzył wszystkim w ogóle i każ- 
demu z osobna. 



197 



- Przysłowie : «Kto się ożeni ten się odmieni» nie w jednych 
zabrzmiało ustach; inni z przekąsem kłonili się przed samo- 
lubstwem miodowego miesiąca, ostatni obwiniali pańskie przy- 
widzenia; wszyscy atoli gotowi byli przy siądź że nowoźeniec 
nie długo wytrzyma sam na sam z młodą małżonką, źe wkrótce, 
żwawszy, swietniejszy niż kiedykolwiek, powróci na czoło hu- 
laszczej czeredy. 

Wesoła zgraja tym razem myliła si§ w swoich nadziejach; 
śmiało mogła pomyśleć o wykrzyknięciu nowego dowódcy — 
dawny, rozstawał się z nią na zawsze. 

Jednym z najbardziej zdziwionych — powiemy nawet — 
że srodze obrażonych, był Juljusz. 

Dzięki małżeństwu przyjaciela, odzyskawszy z procentem 
wypożyczone kapitały, chciał dalej rozciągnąć nad nim opiekę, 
urządzić mu wedle swojej wygody tryb życia i tak pokiero- 
wać zakosztowaniem bankierskich dostatków, ażeby przy bie- 
siadzie i jemu niepoślednie dostało się miejsce. 

Od ostatniej rozmowy z Piotrem, Wilczek nie mógł spojrzeć 
na Juljusza; zdało się mu że zły duch podrzędnego stopnia 
przez niego przemawiał — za pierwszym wyrazem o zamia- 
rach i rządach, opryskliwie uciął rozmowę. Znudzony na- 
tarczywością, cierpko odpierał lub odwracał się, zbywał mil- 
czeniem i wyraźnie dawał poznać, że oprócz własnej woli i 
własnych zamiarów, o żadnych innych słyszeć nie chce. 

Juljusz próbował targać w nim dawne struny namiętności, 
próżnostek, samolubstwa — żadna nie odpowiadała. Musiał 
zgryźć gorycz, usunąć się i równie z drugimi, czas wezwać 
na pomoc. 

Wilczek, nie ostrzegłszy nawet o godzinie wyjazdu, opuścił 
z żoną Lwów, ruszył do siebie na wieś. 

Przez drogę wtajemniczał towarzyszkę do widoków swoich 
na przyszłość, rozwijał przed nią swoje pomysły, tłumaczył 
pojęcia i cele wspólnego życia, do zdań jej się odwoływał. 

Młoda hrabina wszystkiemu potakiwała. Przyzwyczajona 
od dziecka w rodzicielskim domu do zatrudnień, cieszyła się 
źe znajdzie czem życie zapełnić, obiecywała spółpracę, i ze 
swojej strony przedstawiana mu proste, na szczupłą może za- 
kreślone miarę, ale nie mniej przeto praktyczne myśli. 



198 



Wilczek rozmiłowywał się w żonie ; szczęśliwe losy zsytalj 
mu, jakby umyślnie do nowego zawodu stworzoną kobietę; 
czynność jej, słodycz, wyrozumiałość na ludzką nędzę, swo- 
boda od wszelkich wielkopańskich zachceń, zapowiadały drogi 
rękojmię w tym trudzie prostowania krzywd, jaki zakładał 
za cel swoim usiłowaniom. 

W kilka dni po przyjeździe, Wilczek kazał zwołać na 
dziedziniec pałacowy wiejską gromadę. Lud skupił się ze 
strachem; myślano że idzie o jakie śledztwo, o dziesiątko- 
wanie kijem, jako zwykł był czynić przeklętej pamięci nie- 
boszczyk Lumpman. 

Hrabia przedstawił chłopom swoją źodc, przypomniał 
starszym czem była dla nich niegdyś jego matka i zaręczył 
że opiekę zmarłej w Bogu, odzyskają w młodej hrabinie. 
Gromada z każdej wsi, miała wybrać z pomiędzy siebie kiiku 
roztropnych gospodarzy i przełożyć swoje zażalenia i chęcL 
Wszystkim miało stać się zadość. Pan obiecywał, że odtąd 
wsi nie opuści, że sam zajmie się sprawami majątkowemi, 
że wszelkie żądania i skargi wprost do niego mają być 
odnoszone. Chłopi struchleli z podziwu i z niedowierzania 
— dozorcom, ekonomom, pisarzom, strach przebiegł po 
skórze. Pierwsi z roskoszą mieli poznać się na pomyłce, 
drudzy całkiem usprawiedliwionych doznawali wrażeń. 

Wilczek z wrodzoną sobie dzielnością wziął się do sprawy. 
Rozkazał przynieść wszystkie regestra, badał na papierze i 
na gruncie najmniejsze szczegóły. 

Teraz dopiero, rozpatrzyv/szy się bliżej i naocznie, poznał 
o ile małą część prawdy Piotr mu odsłonił; jak opisy nędzy, 
zdzierstwa i poniżenia, bladły w porównaniu z rzeczywisto- 
ścią. Teraz nie pytał już od czego zacząć, gdzie naprzód 
spieszyć z wymiarem słuszności i z pomocą; bystrość jego, 
znakomite zdolności, same wskazywały mu kierunek i przy- 
nosiły stosowną radę. 

Najmędrszem, bez wątpienia, prawem natury jest przy- 
wiązanie, jakie człowiek poczuwa do urzeczywistnionych do- 
wodów swej pracy. Dotykalna ta nieśmiertelność jest matką 
uczucia własnej godności, źródłem szlachetnych w samym 
sobie zaufaó, probierzem sprawiedliwej miary na bliźnie sła- 



199 



bości i zasługi, s%dem na krzywdy i miłosierdziem na cier- 
pienia. Wilczek, z każdą chwilą, czuł w sobie odradzającą się 
z popieliska dawnych błędów nową istotę; życie swobodniało 
mu, wyzłacało się nieznanym dotąd blaskiem, umysł nabierał 
jasności i siły, przy których znikały gorączkowe uderzenia 
młodzieńczych popędów. • 

Przyszło do tego, że zajechawszy do robotników w polu, 
lub w niedzielę, przypatrując się wysypce tłumu z kościoła, 
iiie poznawał własnych ludzi — tych ludzi, których posępne 
oblicza, zapadłe oczy, wyraz zaciętości i uniżenia na twarzy, 
uderzały go przy czerwonych błyskach pamiętnego pożaru, 
lab na śtniertelnem owem dla Lumpmana, polowaniu. 

Przemawiano do niego z weselem, śmiało patrzono mu 
w oczy; robota szła raźniej i dokładniej, wieczorem śpiew 
rozlegał się po chatach, w świąteczne dni dziewczęta i chłopcy 
zawodzili ochocze kołomyjki ; starsi siedzieli na przyzbach, a 
po licu każdego znać było że innej treści toczyli rozmowę, 
aniżeli podówczas w karczmie gdy urlopnicy rej wiedli za 
istołem. 

Ważne te przemiany wynikły z kilku wstępnych zaledwie 
ulepszeń, z poznoszenia ciężarów i nieludzkich obejść, jakie 
■chłopa polskiego na równi stawiały z zakupionem do pracy 
murzyństw^em w zaoceanowych osadach. Niewola, zdzierstwo, 
dzika srogość, od tylu lat panowały temu ludowi, że pierwszy 
promyk swobody i sprawiedliwości, wydał się mu bezmiarem 
światła i szczęścia. Czegóż dopiero było się spodziewać, 
gdyby kto przystąpił ku niemu z wyższem jeszcze od spra- 
wiedliwości uczuciem? 

Lud ten, zaprawdę, w dziwnie krótkim przeciągu czasu, 
mógł stanąć pierwszym w społeczeństwie co do pojętności, 
charakteru i mocy. 

Wilczek umiał w podobnych warunkach i wnioskach po- 
stawić sobie pytanie, a przyzwyczajony do łamania zawad ta- 
mujących mu raz przedsięwziętą drogę, poprzysiągł, w swoim 
przynajmniej zal^resie, do możebinych granic wytężyć strunę 
dobrobytu i umysłowego rozwinięcia swoich włościan. 

Im głębiej atoli w pracę się zapuszczał, tem — na opak 
obawie, mniej przeszkód spostrzegał. Lud nabierał ku Panu 



200 

zaufania, dopomagał mu w zamiarach, ułatwiał zachody. Nie- 
chęć ustępowała miłości; obojętność poświęceniu. Hojnie- 
rozdane zapomogi, wypłoszyły nędzę i szerokie otworzyły 
pole wieśniaczym nadziejom. Wilczek zrzekł się wszelkiego- 
odbioru pożyczki w ziarnie, w bydle i w gotowiznie pod wa- 
runkiem że na przyszły rok — jeżeli Bóg urodzajem poUo- 
gosławi, każdy z dłużników, część długu, wedle możności 
apłaci do wspólnej gromadzkiej kasy, z której jedna połowa 
ma posłużyć na wieczysty fundusz gospodarskich zapomóg,, 
druga na wsparcie wdów, sierot i kalek. Każda wioska za- 
opatrzoną była w osobną swoją kasę: regestra, z obowiązku, 
utrzymywał dworski ekonom ; nadzorem zaś funduszów i roz- 
działem, trudnili się sołtys i dziesiętnicy. 

Wycieńczony pracownik szybko powracał do sił, czer- 
stwiał, jędrniał, szlachetniał na duszy i na ciele, wyzuwał 
się z niewolnika, coraz więcej przechodził w obywatela. 
Inwestyturę na ostatnią tę godność, wkrótce miał otrzymać^ 

Wilczek zamierzał, w rocznicę powrotu swego na wieś,, 
ogłosić akt znoszący pańszczyznę i uwłaszczający swoich 
chłopów. 

Bogiem a prawdą, nie było po co zwlekać; od tego na- 
leżs^o zacząć. Lud w każdej chwili był mocen sumiennie 
upomnieć się o zasadnicze swoje prawa ; pojęcia atoli ówcze- 
snych panów Galicji, nie były jeszcze wyświecone wypadkami 
1846 roku. Wilczek, w dopełnionym obowiązku widział pod 
pewnym względem własną łaskę i umyślił położyć jej pewne 
warunki, korzyść obdarowanych mające głównie na celu. 

W przeciągu dwóch miesięcy, kilka szkółek stanęło w roz- 
ległych jego włościach ; przy każdej był już umieszczony nau- 
czyciel, każda miała swój zbiorek potrzebnych polskich ksiąg^ 
i przyborów. 

Chłopskie dziecię zapisane i uczęszczające do szkółki, 
uwłaszczało tem samem swoich rodziców ; ktery zaś gospodarz 
nie miał potomstwa, ten mógł uzyskać dobrodziejstwo wła- 
sności, przyjmując na opiekę i posyłając do nauki sierotę lub 
pokrewne sobie pacholę kuma jakiego, obarczonego liczna 
rodziną. Tym sposobem, postęp materjalny i umysłowy^ 
miał rozwinąć się w dwóch równoległych kierunkach; dora- 



201 

8^j%ce pokolenie dojrzewało nie na niewolników, ale na braci 
tt»QJ.u9zonych wspólnemi pojęciami, wspólnym interesem^ 
wspólną miłością ku ojczystej ziemi, 

. Nad szkółkami dziewcząt hrabina przyjęła zwierzchnictwo^ 
przysposabii^a zachęty dla matek, nagrody dla dzieci; po* 
leciła oznajmić gromadzie, ze chce byó matką chrzestną 
wszystkich nowonarodzonych , że chorzy i biedni zawsze znajdą 
do niej otwarty przystęp. 

Wilczek poglądał z ubocza na postępowanie zony; serce 
wzbierało mu pociechą, dziękował jej czułym uściskiem, tkli- 
wemi wyrazy; wzmagał szacunek i czyste przywiązanie do 
cichej istoty, zdobnej w niepokaźne ale tem droższe zalety 
rzeczywistego życia. 

Oczywiście, nie w namiętnych pogoniach, nie w zadysza- 
nych gonitwach, szczęście dawało się dopaść i pochwycić. 
Wilczek kosztował zupełnego szczęścia, zdobytego spokojną 
pracą. War miejskich uciech, poklask rozszalałej gawiedzią 
piekłem był w porównaniu z roskoszą jakiej doznawał, gdy 
znużony zacnym trudem, wracał do domu, wesół, swobodny, 
spragniony powitania miłej towarzyszki, lubością rzucający 
się w chwilowe objęcia zasłużonego wypoczynku i poufałej 
roznaowy — rozmowy już nie o ludziach a raczej przeciw 
ludziom — jak zwykle dzieje się w próźniaczym świecie 
przywileju, ale łagodnej wymiany wzajemnych uczuć, nadziei^ 
szlachetnych zamiarów, pociech z dopiętych celów, przemy- 
śliwań nad środkami wcielenia świętych myśli w ludzkie 
czyny. 

Przerodzenie umysłowe nie pozostało bez wpływu na część 
zmysłową natury hrabiego. Twarz Wilczka ogorzała od słońca 
i wiejskiego powietrza, wypromieniała, rozjaśniła piękne rysy 
nowym urokiem otwartości, siły, swobody i wesela. Nadwe- 
rężone zbytkiem zdrowie, wkrótce odzyskało młodzieńczą po- 
tęgę, zapas mocy niewyczerpanej na długie lata. 

Wilczek potrzebował sił, nie zamyślał bowiem poprzestać 
na dokonaniu u samego siebie użytecznych przedsięwzięć. 
Całą okolicę chciał za sobą pociągnąć, naprzód przykładem^ 
następnie bezpośrednią podnietą słowa. Dawna wziętość, dar 
ujmowania ludzi i przewodzenia, miały tym razem zużyć si^ 



202 



na ogólne krajowe dobro. I Lwów i Wiedeń byłby o nim 
usłyszał j ale wysocy dygnitarze , ale ciemiężcy narodu, 
z mniejszą wspominaliby go przychylnością- Po zgonie — 
nie kilku biesiadniczych przyjaciół — kraj byłby po nim za- 
płakał. 

Wilczek pojmował że wszelkie stosunki, wszelkie związki, 
wtedy miały za sobą prawdę i powagę, gdy wspierały się 
na rzeczywistej jakiejś zasadzie. Przyjaźń dla przyjaźni, mi- 
łość dla miłości były nikczemnym fałszem, obłudą pryskającą 
za pierwszem wystawieniem jej na próbę; w zbrataniu sio- 
strzanych duchów w imię nadziemskiego, oderwanego hasła, 
widział czczą słów igraszkę, głupią marę pokrywającą istotną 
próżnię serca; zrozumiał że samo nawet małżeństwo zawarte 
dla dogodzenia sentymentalnemu rozkochaniu, musiało koń- 
czyć się obojętnością jeżeli nie zupełnem rozdwojeniem. 

Wszelki związek nie wsparty na wspólnej pracy, iia wspól- 
nych trudach i przebojach, na wzajemnem a odpowiedzialnem 
utowarzyszeniu w dopięciu ściśle oznaczonego, rzeczywistego 
celu, w zarodzie swoim już był przeklętym. Błogosławieństwo, 
szczęście, swoboda, mogły tylko tipocząć na twardych wale- 
cznikach za dobrą sprawę. 

Ztąd też, w świecie przywileju, szacunek, przyjaźń, miłość, 
pokrewne lub wyborowe stosunki, rozbijały się o pierwsze 
zadraśnięcie własnego interesu, własnych przywidzeń, własnego 
zepsucia. 

Wilczek na małżeństwie zyskał już wyraźny dowód swoich 
przekonań; przyjaźni dotąd nie doświadczył, z dawnych bo- 
wiem towarzyszów, żadnemu dna myśli jeszcze nie roskryl; 
widywał ich rzadko i pojedynczo. Skałka tylko dłuższym z^- 
szczycał go postojem; kapitan atoli, człowiek czysto biernej 
natury, na mniejszą zasługiwał uwagę, w niczem wreszcie 
mu nie zawadzał — przeciwnie — jako dawniej pomagał 
przyjacielowi na drodze uciech, tak dziś, z równą ochot;| 
objeżdżał gospodarstwo, pod niebo wynosił zamiary, gorliwie 
pilnował wykonania pańskich poleceń. 

Wilczek miał słabość do Skałki, który prócz tego był jut 
za starym, aby godziło się pomyśleć o jego przemianie. 



203 



Było południe. 

Wilczek obyczajem wieśniaków, od wschodu słońca prac% 
najętych, siedział już u obiadu. Kapitan, otrzą^słszy się po 
^stępnem kielichu wódki, rozpowiadał dzienne swoje spostrze- 
żenia, tyczące się kobiecego zwłaszcza gospodarstwa; w tej 
bowiem części miał szczególne upodobanie. 

Hrabina wesoło wysłuchiwała sprawozdania o sprzeczkach 
i zwycięstwach, jakie stary wojak odnosił nad uporem go- 
ispodyu; Wilczek umyślnie wyzywał go na dłuższe wywody i 
dostarczał treści do coraz dziwaczniej szych pomysłów. 

Skałka brnął w planach i projektach po same wąsy. 

— Na mój honor! — Mówił, ludzie nie robią majątków 
bo nie chcą. Co do mnie, przyznam że nie pojmuję jak go- 
spodarz potrzebujący pieniędzy, nie potrafi w przeciągu kilku 
lat zebrać mil jona. Zapewne — jeżeli będzie siał tylko i 
orał, rozumiem że na starość musi wyjść z torbą; dołożywszy 
atoli trochę uwagi i rachunku do kobiecego gospodarstwa, 
lada zagrodnik może beczułkami zbierać złoto. 

— Czy podobna? — Przerwała żartobliwie hrabina; cze- 
muż nie chcesz pan nauczyć mię tego sposobu? Ja właśnie 
do mojego wydziału potrzebuję w tej chwili bardzo wiele 
pieniędzy; wybrałam moje zasługi za pół roku z góry i o 
więcej nie śmiem się mężowi naprzykrzać. 

— Zaklinam cię kapitanie, zawołał Wilczek — nie daj 
uwodzić się gładkim słowem kobiety; nie wyjawiaj przed 
moją żoną tajeiAnicy, na nic by się jej nie przydała. Pieniądz 
troski jej tylko przynosi; dopóty cierpi, póki nie odda osta- 
tniego grosza. Mnie* to raczej, człowiekowi rządnemu, za- 
biegłemu, powinienbyś odkryć kamień filozoficzny. Wiesz 
dobrze że tyle ważnych wydatków mam na sumieniu. 

— Ani tobie Władziu, ani pani hrabinie, odrzekł Skałka 
— ale, aby pogodzić, państwu obojgu się wyspowiadam. 
Rzecz nader prosta i naturalna. Ten oto kawał trawnika, 
nad rzeką, w ogrodzie, za pałacem na prawo, więcej wart 
niż nie jedna kopalnia Potozu. 

• — Wystraszasz mię kapitanie! — Kopalnia — skarb z