(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Biodiversity Heritage Library | Children's Library | Advanced Microdevices Manuals | Linear Circuits Manuals | Supertex Manuals | Sundry Manuals | Echelon Manuals | RCA Manuals | National Semiconductor Manuals | Hewlett Packard Manuals | Signetics Manuals | Fluke Manuals | Datel Manuals | Intersil Manuals | Zilog Manuals | Maxim Manuals | Dallas Semiconductor Manuals | Temperature Manuals | SGS Manuals | Quantum Electronics Manuals | STDBus Manuals | Texas Instruments Manuals | IBM Microsoft Manuals | Grammar Analysis | Harris Manuals | Arrow Manuals | Monolithic Memories Manuals | Intel Manuals | Fault Tolerance Manuals | Johns Hopkins University Commencement | PHOIBLE Online | International Rectifier Manuals | Rectifiers scrs Triacs Manuals | Standard Microsystems Manuals | Additional Collections | Control PID Fuzzy Logic Manuals | Densitron Manuals | Philips Manuals | The Andhra Pradesh Legislative Assembly Debates | Linear Technologies Manuals | Cermetek Manuals | Miscellaneous Manuals | Hitachi Manuals | The Video Box | Communication Manuals | Scenix Manuals | Motorola Manuals | Agilent Manuals
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Arjanie Polscy"

Google 



This is a digital copy of a book that was prcscrvod for gcncrations on library shclvcs bcforc it was carcfully scannod by Google as part of a projcct 

to make the world's books discoverablc onlinc. 

It has survived long enough for the copyright to cxpirc and thc book to cntcr thc public domain. A public domain book is one that was never subjcct 

to copyright or whose legał copyright term has expircd. Whcthcr a book is in thc public domain may vary country to country. Public domain books 

are our gateways to the past, representing a wealth of history, cultuie and knowledge that's often difficult to discovcr. 

Marks, notations and other maiginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journcy from thc 

publishcr to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commcrcial partics, including placing lechnical rcstrictions on automated querying. 
We also ask that you: 

+ Make non-commercial use ofthefiles We designed Google Book Search for use by individuals, and we request that you use these files for 
person al, non-commercial purposes. 

+ Refrainfinm automated ąuerying Do not send automated querics of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a laige amount of text is helpful, please contact us. We encourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attributłonTht Goog^s "watermark" you see on each file is essential for in forming peopleabout thisproject and helping them lind 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just 
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can'l offer guidance on whether any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
anywhere in the world. Copyright infringement liabili^ can be quite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps rcaders 
discoYcr the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli icxi of this book on the web 

at |http: //books. google .com/l 



Google 



Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznydi pólkach, zanim została troskliwie zeska^ 

nowana przez Google w ramach projektu światowej bibhoteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 

dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 

dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony 

dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając 

długą podróż tej książki od wydawcy do bibhoteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady uźytkowEinia 

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prEice takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostEu^czać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 
Prosimy również o; 

• Wykorzystywanie tych phków jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w nickomcrcyjnycti 
celach prywatnych. 

• Nieautomatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysylanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tlumaczeniEimi maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dostęp do dużych ilości telfstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny"Googłe w łsażdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowyeti 
materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać. 



Hganie prawa 

W ItEiżdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana łisiążka została uznana za część powszecłmego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób tralrtowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych lirajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej użj'wać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Search 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 
tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem [http : //books . google . comT] 



i 



t 

F 

n 

» 

I • 

t 



t 

*• 

m 

I 

J 



I 



I 



n 

j 



ARJANIE POLSCY 



Dzieła tegoż autora 

na składzie we wszystlcicii łcsięgamiach: 



Maieryaly do Konfederacyi barskiej, Lwów, 1861 
Sądeczyzna, T. I, Kraków, 1863 ..,.,. 

Sądeezysna, T. II., Kraków, 1865 

Fobitna pod Rzeszowem, powieść, Kraków, 1864 
Światek boży i życie na nim, Rzeszów, 1871 
Pra-Słowianie i Pra-I^otwa, Kraków, 1882. • • 
Wyrazy fenickie w mowie polskiej, Lwów, 1885 

Perepietycha, Kraków, 1894 

Po Jantar, powieM historyczna, Kraków, 1894 . 
Lechia, Sarmaty, Puny i ślachta, Kraków, 1896 . 



3 K. — k. 

4 » - 
6 » — 
2 ^ - 

2 . - 
6 . — 

1 > 20 

3 . - 

2 » 60 
1 * 20 



w 



SZeZĘSNY MORAWSKI 

— U — 



ARJANIE POLSCY 



(z 8-md rycinami) 




WE LWOWIE 

NAKŁAOem^ AUTORA 
1906 



^N^N^ 54-U(9.\0 



• j 



• 



d Oollegre Llbmry 

Oct.l, ^9'^0 

Olft of 

Robert H Loi d 

Oambridg^e 









< 



\ 



i . . :' . 



• < 



Ctctonkamt Drukarni Ludowej we Lwowie 

pi. BtnudTiski 7. 






SPIS RZECZY. 



HKlS9{0«> 



Życiorys autora * T 

ŻródlA XXI 

Spis rycin XXIX 

Wainiejsze omyłki druku • XXX' 



I. 

Nowochrzczeńcy. Nurki. Sakramentarze. Bracia moraw- 
scy 1521 

Inuowiercy na Spiżu i Węgrzech 1626 . . . . 

Innowiercy w Krakowie. Wajglowa . . • • 

Bracia czescy w Polsce. Blandrata. Stankar 

Sejm w Piotrkowie. Orzechowski. Przyhiski. Kro wieki 

Jednobożanie. Lismanin. Goniądzki. Pauli 

Arjanie w Sądecczyźnie — w Wielogłowach 1553 . 

Krzesze w Męcinie. Stadnicki 

Arjanie w Lublinie. Otwinowski .... 
Rozbrat wyznawców Trójcy dw. Sejm w Piotrkowie 1565 
Nowochrzczeńcy w Polsce. Filipowski 
Raków 1570. Pińczów. Śmigiel. Lusławice 
Socyn. Skarga. Stojeński. Morsztyn. Moskorzewski 
Schlichtyngi 1620. Burzenie zborów 



1 
6 
10 
14 
31 
33 
36 
43 
52 
56 
5g 
64 
66 
133 



II. 

Zbór w Rakowie zburzony 1637. Rybalci. Krzesze 

Ra. Jezuita Cićhowski. Wiszowaty . 

Stemacki i drukarnie arjańskie 

Arjanie na Wołyniu, w Kijowie 

Zgon Władysława IV. Jan Kazimierz. Kozacy 1684 

Wiszowaty. Schlichtyng. Dąbrowa . 

Arjanie pod Beresteczkiem. Jan i Wacław Potoccy 

Męcińscy. Morsztynowie. Ks. Cićhowski . 

Szwedzi w Polsce 1655. Listy wzajemności . 



148 
158 
160 
164 
176 
188 
196 
200 
217 



VI 



Waetaw i Jan Potocki. Aijanie w Bieczu • • MO 

Aijanie v Lublinie. Dragoni Czarnieckiego. Kns. Wąsowiee 89ft 

Wielopolscy. Pieniątkowie. Kempińscy .... S6ft 

Frzypkowscy. Lipniczanie • • . • 384 

Nawojowa i Łabowa ks. Al. 1 Lubomirskiego. Koseraefay 

chłopskie 304r 

Kota zbójecka Rrz. Wąsowicza. Napady na dwory arjan 307 

Zabójstwo Stemackiego i Morsztyna .... Ś22 

Rzeź aijan podgórskich 1655. Żałoba aijan i odwet 333 

Uniwersał J. Kazimierza z 1656 w sprawie innowierców . 341 
Napady Wąsowicza i dragonów Czarnieckiego na arjan 

w ^ądecczyznie 371 

Najazdy Szwedów i przyłączenie się do nich aijan . 383 
Prześladowania aijan w Sądecczyznie i na Podgórzu. 

Konfiskata dóbr 386 



m. 

Mierzyńscy. Rakoczy, ks. Siedmiogrodzki. Cz<^sŁochowu. 

Wiec koronny. Uniwersał królewski z 1657 r. 391 
Porażka Wirca, dowódzcy Szwedów. Napady zbójeckie na 

aijan sądeckich 405 

Aijanie i kalwini w Podbieszczadziu .... 435 

Odłotnicy podgórscy. Zbóje. Porębianie . 443 

Jenego Lobomirskiego zemsta 1657. Zgon W. Szlichiynga 453 
Obrona Krakowa. Napady czerniawy na dwory szlachty 

aijańskiej 461 

Niezgoda J. Lubomirskiego z St. Czarnieckim. Lubomirski 

opiekuje się aijanami 475 

Brać polska w Sądecczyinie, w Podbieszczadziu . 484 
Rok 1658. Zwiastuny wywołania aijan. Pogrom djabła 

aijańskiego 488 

Konstytucye sejmowe nakazujące aijanom wysprzedanie dóbr 498 
Wyrok wywołania aijan. Odezwa wygnańców 1661 . 503 

Ucliwała sejmu 1663 o aijanach 509 

Rozbitki aijan. Morsztyn i Schlichtyng, ostatni arjanie , 511 

Spis osób i miejscowości 517 



>^ 



C/c^A 



Sscaęsny Jan Morawski, autor niniejszego dzieła, urodzi! 
się w Rzeszowie, w Galicyi, dnia 18. maja rokn 1818, jako 
syn Ignacego i Katarzyny z Jezierskich, w religii rzymsko- 
katolickiej. Ukończywszy gimnazyum w Rzeszowie, zapisał 
się na prawa we Lwowie — gdzie, zdradzając talent i zamK 
łowanie do sztuki, pobierał początki rysunków pod kiero- 
wnictwem Jana Maszkowskiego. Po ukończeniu drugiego roku 
praw opuścił Lwów wskutek słabości, a wyzdrowiawszy 
w Rzeszowie a rodziców, wyjechał w roku 1840 do Wiednia, 
gdzie studyował przez lat 3 w akademii św. Anny 
i w bibliotece nadwornej — rysigąc, maligąc i ucząc się 
historyi. Wskutek nadwątlonego zdrowia wraca do kraju i przyj- 
miąje posadę bibliotekarza u Ratowskich w Odnowie, koło 
Kulikowa, a od r. 1847 — 1851 jest konserwatorem muzealnym 
przy Zakładzie narodowym im. Ossolińskich we Lwowie. 

W roku 1852 z Michałem Gnoińskim ułożył statut dla 
założyć się mającego Towarzystwa przyjaciół sztuk pięknych. 
Statuta te, podpisane przez autorów i hr. Rusockiego, Lasoc- 
kiego, Czajkowskiego, Lundę i Rejchana, otrzymały zatwier- 
dzenie rządu. Wskutek porady lekarzy opuszcza powtórnie 
Lwów i wyjeżdża w r. 1852 w Sądeckie, gdzie przez lat parę 
administruje wieś Kamionkę wielką, własność brata Adama. 
Jfimo słabego zdrowia, nie zaniedbuje palety— maluje olejnoM^ 



*) Olejno malował — o ile wiadomo: 

a) Obraz św. Trójcy, do dziś dnia umieszczony w ołtarzu ko- 
ściółka cmentarnego w Rzeszowie. 

b) Obraz Jana III. po pas. 

c) Obraz: Sahajdaczny, hetman zaporoski, z roŁinistrzaiui 
Mołodeckim i Anibalem, uchodząc ze zasiek obozu tureckiego, 



VIII 

Tjsjo^e kredką, piórkiem i w o/ówku. — Wiele jego prac 
jest dziś wlftsnością zbiorów imienia Pawlikowskich^), Os- 
solińskich, Mazeum miejskiego lwowskiego ') i Baworow- 






kędy we mgle uciekali, niechcący dążą ku Stepanowcom, a stąd 
pod Chocim r. 1621. 

d) Obraz : Aleksander z Raciborska Morsztyn w oczach 
hetmana Chodkiewicza, wyjechawszy na harce, ułowił w arkan ta- 
lara i przywiódł hetmanowi r. 1621. 

e) Obraz: Rodzina wieśniacza rozpaczająca pod krzyAem 
z męką Pańską po spustoszeniu i spaleniu wioski przez najazd. 

*) W bibliotece Pawlikowskich: 
Rysunek piórem: Polak ostrzy miecz na toczydle, nr. 1332. 

Wnętrze nowego kościoła w Medyce, 1333. 
Szkic do obrazu: Zienowicz pod Chocimem, 1334. 
Szkic do obrazu : Sahajdaczny pod Szczepanowi- 
cami, 1335. 
,, V Szkic do obrazu: Utarczki Polaków z Tatarami, 

1336. 
ołówkiem: Mazur z Budzi woj a, 1337. 
piórem: Teofil Wiśniowski na miejscu stracenia, w kaj- 
danach, 1338. 
Józef Kapuściński na miejscu stracenia, w kajda- 
nach, 1340. 
Szkic: Wojownik żegnający rodzinę, 1340. 
Popiersie mężczyzny, 1341. 

Portret własny Morawskiego w karykaturze, 1911. 
Józef Błoński, 6039. 
Aleksander Borkowski, 6110. 
kredką : Rs. Józef Łoziński, 8290. 

.') W muzeum miejskiem Iwowskiem znajduje się . teka 
> Szczęsnego Morawskiego' zawierająca między innemi : 

Studya Szczęsnego Morawskiego ołówkiem, piórkiem lub 
farbami do historyi strojów w Polsce ~ zdjęte z malowideł kla- 
sztornych ze ścian kościoła Bernardynów we liwowio i Rze- 
szowie — jakoteż z innych źródeł, nr. 11—69. 

Studya S. Morawskiego, dotyczące uzbrojenia wojsk pol- 
skich, ruskich, rosyjskich, tatarskich - z kościołów w Żó&wi, 
na Skałce w Krakowie, z Podhorzec — z PufTendorfTa, Hongha 
i z biblioteki kr. Moszyńskich, nr. 69—178. 



♦1 



!• łł 



71 
Ił 
71 



IX 
skich ' ). — Prywatne i naukowe stosunki . wiązały . go 

Studya S. M. nad częściami uzbrojenia, hehny, pancerze, 
chorągwie, siodła, namioty — ze zbrojowni wiedeńskiej, podług 
Maszkowskiego - ż kościoła katedralnego tarnowskiego i dw. 
Katarzyny w Krakowie, nr. 179—228; 

Fragmenty z nagrobków i rysunki tamże znalezionych her- 
bów, orłów i t. d. (Sz. Morawski), nr. 229—245. 

Wykopaliska kopiowane z różnych dzieł (Sz. Morawski), 
nr. 246—252. 

Widoki Złoczowa, Lwowa, Rzeszowa, Chocima (Sz. Mo^* 
rawski), nr. 253-264. 

W muzeum miejskiem łwowskiem mamy następujące portrety 
Szczęsnego Morawskiego, kredką, w rozmiarach 55/40 c : 

Kasper Cięglewicz, nr. 620. 

Goslar, nr. 621. 

Heitman, nr. 622. 

Kawecki r. 1848, nr. 623. 

Kossowski, wiolonczelista r. 1848, nr. 624. 

Kosowicz, nr. 625. 

Maciejowski Aleksander 8/6 1848, z podpisem wła.snoręcz- ^ 
nyra i wierszem, nr. 626. 

Miller Max, nr. 627. 

SufFczyóski Kajetan, nr. 628. 

Żarski, nr. 629. 

' ) W zbiorach Baworowskiego : 

Katalog rycin, skrzynka 26 : 
Kredką: Malarz Bartosz t 1858, nr. 5835. 

„ Barbara Batowska, 1846, nr. 5836. 

Ołówkiem : Barbara Batowska, 1845, nr. 5837. 
Kamienioryt: Barbara Batowska, nr. 5838. 

Barbara Batowska, nr. 5839. 
,, Barbara Batowska, nr. 5840. 

Ołówkiem: Ludwika Gostyńska, nr. 5841. 
Kredką: Aleksander Batowski, nr. 6844. 

., August Bielowski, nr. 5852. 

,, Salomon Bloch 1845, nr. 5853. 

Kredką: Aleksander Dunin Borkowski, nr. 5858. 

Karol Brzozowski, nr. 5867. 
Aleksander Getner, 1846, nr. 5870. 
Ołówkiem: X. Chodvniecki, karmelita, nr. 5876.. 






z Pranciszkiem Piekosińskim przy wydawaniu Sądeczy- 



Kredką: 



Kredką: Udalryk Mikołaj Cieński w Czortkowskiem, jtr. 98Bd. 

Mieczysław Darowski, nr. 5885. 
Jan Dobrzański, redaktor, nr. 5890. 
Walenty Doroba, nr. 5891. 

Maurycy Dzieduszycki, kurator Os^oluieuiu, nr. 5893* 
Józef Dzierzkowski, powieściopisarz, nr. 589H. 
Bartł. Jabłoński, księgarz lwowski 1842, nr. 5921. 
Kajetan Jabłoński, księgarz lwowski 1846, nr. 5924. 

Skrzynka 27: 
Ołówkiem : Ks. Jan Kitrys, pleban / Dąbrowy 184«S, nr. 594H. 

Ks. Jan, Kitrys, pleban z Dąbrowy, nr. 5944. 
Adam Kłodziński, dyrektor ziJcładu Ossolińskich 1845^ 

nr. 5945. 
Juliusz Kossak, 1845, nr. 5951. 
Leon Kossak, 1845, nr. 5968. 
Aleksander hr. Krasicki, nr. 5978. 
Ks. Król, kanonik kapituły tarnowskiej 184(3 

nr. 5982. 
Henryk książę Lubomirski, nr. 6008. 
Jerzy książę j^ubomirski, nr. BOIO. 
Ignacy hr. Łoś, nr. 6012. 
Mikołaj Michalewicz. 1846, ur. 6016. 
Szczęsny Morawski (sam siebie) 1840, nr. 6019. 
Franciszek Nowakowski z Lubczy, nr. 6030. 
Mieczysław Pawlikowski, 1848, nr. 6062. 
Wincenty Pol 1847, nr. 6074. 
Ksawery Prek, nr. 6068. 
Stanisław Przyłęcki, 1846, nr. 6088. 
Józef Puzyna 1847, nr. 6089. 
Skrzynka 28; 



Ołówkiem : 
Kredą: 



77 



77 



77 



tł 



Kredą : 



77 



77 



77 



77 



77 



71 



77 



Kredą 



77 



»l 



Mateusz Sartini 1847, nr. 6125.. 
Kazimierz Stadnicki, nr. 6145. 
Bogusz Stęczyński, 1846, nr. 6151. 
Stronę z Jarosławia, 1844, nr. 6155. 
Stroński, bibliotekarz, 1846, nr. 6154. 
Jan Strzelbicki, 1847, nr. 6159. 
Swoboda, nr. 6161. 
Karol Szajnocha, nr. 6164. 
Kazimierz Turowski, nr. 6169. 
Tyrowicz, malarz, nr. 6170. 
Tadeusz Wasilewski, nr. 6187. 



f 



zay *), z JuliussemKossakiem w sprawach sztuki, z Adrianem 
KiiEjfiaDowskiro, zamierzającym pisać monografię województwa 
braclawskiego i wieloma wybitnemt osobami owego czasu, 
jak z pozostałej korespondencyi wynika^). 

Kredą: Jan Zachariasiewicz 1847, ur. 6208. 

Ołówkiem: Charles de Reuss, nr. 6272. 

') Szczęsny Morawski dostarczył większą ilość nieznanych do* 
komentów ziemi sądeckiej do II. tomu > Kodeksu dyplomatycznego 
Małopolskie, za eo mu Dr. PiekosiAski w przedmowie dziękuje. 

') W latach 1850-^60 (70 sztuk listów) stał w korespon- 
dencyi: z l«ucyanem Siemieńskim — x redaktorem > Czasu « Kło* 
bnkowskim - z Mieczysławem Romanowskim - z Mieczysławem 
Darowskim --- z Mieczysławem Pawlikowskim - - z Józefem Sala- 
jem — z Janem hr. Załuskim - z Fr. Wężykiem, prezesem 
Tow. nauk. krakowskiego — z J. Nowakowskim — z Ant Bog- 
danowiczem — z ks. Wąsikiewiczem — z Żukiem Skarszew-* 
skim — z Janotą - z rcdakcyą Encykiopedyi warszawskiej - 
z Stefanem Kuczyńskim - z Młockim — Aleksandrem Batow- 
skim i Karolem Rogawskim. 

W latach 1860—70 (39 sztuk listów j korespondował z na- 
stępującemi osobami: L. Siemieński ■- Lud w. Lepko wski — 
redakcya Nowin (Lwów): P. Stachowski — rada miejska N. Są- 
cza — dr. J. Starkeł — J. I. Kraszewski — Kłobukowski — 
ks. Wojciech z Zaleszan - Karol Rogawski ~~ J. Turowski -* 
Piotr Moszyński i Zyblikiewicz — ks. Wiktor Dębicki - Ant. 
SozaAski — A. Połujański — Rzehak — Boi. Ropniewski — Ka- 
rol Dmziewicz - ks. Branka - - Marszałkiewicz - Alfred 
Szczepański - - ks. Wiktor Dębicki - - St. Radomyski — redak- 
cya Dziennika literackiego — dr. Kozubowski - Encyklopedya 
warszawska — Hipolit Seredyński — Żebrawski z Likierkówki -^ 
Tadeusz Wojciechowski — Karol Szajnocha (już ciemny) — Bdw. 
Stadnicki. 

W latach 1870-80 (34 sztuk korespondencyi) stał w ko- 
respondencyi : z hr. Lanckorońskim — z Mieczysławem Pawlikow- 
skim — z ks. Mrowińskim — z komisyą archeologiczną Akademii 
Umiejętnofoi w Krakowie : z P. Umińskim — prof. Ostaszew- 
skim — Łepkowskim — ces. Akademią Umiejętności w Wiedniu : 
Siegelem — L. Prószyńskim — W. Firgankiem — Zebrawskim — 
Bogusz-Obmińskim — dr. Józefem Starklem — A, Małeckim. 

W latach 1880—1890 (17 sztuk Ustów) stal w korespon- 
dencyi : z hr. Lanckorońskim — dr. Rostaftń^im — z ks. J. So- 



XII 



. w roku 1863 byl S. Morawski naczelnikiem organizacji 
zbrojnej na Sądeezyznę. Pobyt w Kamionce, okolicy górskiej, 
tak korzystnie wptynąl na stan jego zdrowia, że osiadf na 
state w St. Sącza i tam przebywając blisko 40 lat, zajęty już 
wyłącznie historyą i archeologią, w stanie bezżennym życie 
zakończy}. Zmarł 10. kwietnia r. 1898 jako 80 letni starzec. 
Ksiądz St. Załęski, przełożony Jezuitów w N. Sączu — przy- 
jaciel nieboszczyka — prowadził kondukt na cmentarz tam- 
tejszy i wypowiedział mowę nad grobem. Redaktor „Roczni- 
ków Samborskich" napisał na cześć jego wiersz p. t. : Ku 
czci jednego z naszych niezapomnianych *). 



larczykiem — Janem Potoczkiem — Julianem Horoszkiewiczem — 
ks. J. Stapnickim — łiepkowskim - Moszyńskim — ks. Sło- 
wikowskim — hr. Tarnowskim — dr. Fr. Piekosińskim - - Teo- 
filem Orzechowskim. 

W latach 1890—1898 (20 sztuk listów) był w korespon- 
dencyi: z dr. Bolesławem Lutosławskim - F. Stadnickim — Kor- 
nelem Ujejskim — ks. J. Sygańskim ks. St. Zatęskim. 

') Ku czci jednego z naszych niezapomnianych zapomnianych. 
(Sonet. Z ryciną tytułową). 

Rok już minął, jak Ciebie lud Twój złożył w grobte, 

Trawa gęsto porosła na Twojej mogile, 

A wspomnienia o Tobie żyją w pełnej sile 

I lud wdzięczny po śmierci wspomina o Tobie. 

Stary Sącz jeszcze mówi o Twojej osobie, 

Choć od zgonu Twojego chwil ubiegło tyle, 

Bt)d Ty mu upamiętnił najszczytniejsze chwile. 

Tyś się w jedno zżył z ludem w szczęść i nieszczęść dobio. 

Dzieła Twoje uczone pójdą w zapomnienie: 

>Prałotwie« Twej badacz ledwie że wspomina, 
>Sądeczyznac już nawet blask swój dawny traci; 

Ale lud Twój na wieki uczci Twoje cienie, 

1 Ojczyzna zasługi wspomni swego syna, 
Który pracą przewodził szeregom współbraci. 

Stary Sącz. 23. sierpnia 1899. 



>< 
( 



' 
^ 



\ 



Xiu 



Ś. Morawski rozpocząć swą czynność literacką jako wspól- 
f pracownik .Biblioteki nankowej zakładu im. Ossolińskich'', 
wydawanej od r. 1828— -1834 jako ^Czasopismo naukowe". 
W tomie I, zeszycie VIII, umieścił artykuł: .Uwagi nad wy- 
stawą obrazów malarzy krajowych we Lwowie w r. 1847*, 
^ a w zeszycie XI artykuf : „Rzut oka na szczątki historycznego 
grodu, niegdyś zwanego Pleśnisko'', z mapą, Lwów 1847. 

W r. 1848 drukował w ^Dzienniku Mód** obrazek z cza- 
sów powstania r. 1831 pod tytułem „Małanka^, a w Tygodniku 
' lwowskim z r. 1850 krytykę obrazów : „Przeproszenie Zebrzy- 
^ dowskiego", „Morsztyn ciągnący za sobą Tatara na sznu)rze^ 
i ^Konaszewicz ścinający Turkom głowy''. 

W Pamiętniku literackim, wydawanym w r. 1850 przieiz 
Dr. Jana Szlachtowskiego, znajdujemy jego pióra recenzyę 
.Słownika malarzów polskich^, wydanego przez Edwarda Ra- 
stawieckiego. W roku 1851 w tłoczni Zakładu narodowego 
ici. Ossolińskich we Lwowie, nakładem Ant. Sożańskiego, 
wyszły: „Hateryały do konfederacyi barskiej z r. 1767 — 1768 
f z nieznanych rękopisów przez S. Morawskiego". Tom I, str. 356. 
Reszta materyału jest w przechowaniu Bibl. Ak. um. w Krako- 
wie. W krakowskim „Czasie" z 7. maja 1852 drukrge fejleton 
„Rodzina święta Rajchana' — tamże z 19. listopada 1853, pod 
pseudonimem Bonifacego Arbuzowskiego : „Korespondehcyę 
myśliwską ze Sandeckiego" — w lipcu 1855 trzy fejletoriy 
pod tytułem: „Obrazki sielskie z Sandeckiego*', a jeden fej* 
leton „Czamowica** pod pseudonimem B. Arbuzowskiego. 
W r. 1856 w dodatku do Czasu, tom IV : „Reorganizacya mał- 
żeństwa, obrazek galicyjski^, a w tomie I : „Wyprawa na jar- 
mark do Sadogóry*, także pod kryptonimem. 

W roku 1857, w Czasie Nr. 22 i 23 mamy jego fejleton:: 
„Kwadraty i kubiki <', a w Dodatku miesięcznym, tom Y 
^Wyprawa do Arabii po konie, zdarzenie prawdziwe", pod 
pseudonimem. W roku 1858 wyszło w Krakowie, w drukarni 
Csasa: , Album szczawnickie czyli Nadbrzezie górnego Dunajca 
w 24 widokach, rysowane z natury przez Józefa Saląja (whi- 
ściciela Szczawnicy), z tekstem pióra Szczęsnego Morawskiego** 



w bodatkach miesięcznych do Csasu z r. 1858 za wnesteń 
jpomieścil Szczęsny M. : .Obrona Krakowa przeciw Szwedoa 
w K 1655'' — z r. 1869 tom XIII : ^Szwedzi w Sączu'', a w to- 
mie XIV: jyUzbrojenie rycerstwa polskiego^. 

W roku 1860; ml Dodatku do Czasu, tom XIX, jest praca 
jego ^Pomniki dziejowe w kcainie Daków^. a w tomie XV!U 
i XIX, zeszyt 54 i 55: ^ Malarstwo^ dziejowe polskie^ i fejle- 
ton: „Malarstwo kościelne, starodawne i iiowe^, podpisany 
». A. 

W roku 1863 wydaje ś. p. Szczęsny „Sądeczyznę (I. kun) 
;b mapkami i planami'' w Krakowie, własnym nakładem ^}. 
W następnym roku wyszła: „Pobitna pod Rzeszowem, powieść 
prawdziwa z czasów konfederacyi barskiej z r. 1769* w Kra- 
kowie, także własnym nakładem. W roku 1865, na dniu 26. 
września, umieszcza okolicznościowy artykuł w Czasie: .Wy* 
prawa do Żywca na zjazd drużyny leśniczej galicyjskiej^. 

W roku 1865 wydaje S. M. : „Sądeczyznę (tom II.) za 
Jagiellonów z miasty spiskiemi i księstwem oświęcimskiem'' 
w Krakowie, nakładem własnym. 

W r. 1866 zamieszcza w Dzienniku literackim pracę: 
y Obrazki miast i miasteczek niektórych: N. Sącz, N. Targ*. 

W roku 1866 drukige w Krakowie u W. Kirchmayera: 
uPuszcze i knieje podgórskie w wiekach średnich*, co nie- 
anacznie przerobione w «Łowcu" 1886 r. powtórzono. 

W roku 1868 umieścił, w Nr. 227 i 228 Czasu, fejleton 
pod tytułem: .,Dttch oświaty^, a w r. 1870 także w Czasie 
^« czerwca: „Obywatelstwo mowy polskiej, rzecz do dostoj- 
ników oświaty galicyjskiej*'. 

W roku 1871 spotykamy fejleton w Kraju krakowskim : 
nZima w górach* od Nr. 76-79, a w Czasie Nr. 89 i następnych : 
, Wydawnictwo pomników dziejowych z ksiąg grodzkich we 
Lwowie'. Drukiem i nakładem księgarni J. A. Pelara w Bze- 



^) Bardzo przycsbyloie oceniona w BibL wursae., t. IIL, 
toku 1$65. 



mowie wychodzi: ^Światek boży i tycie na nim, pnesS.lL'', 

lom L (w części V: Napierski). 

W Dziennika polskim 17. stycznia roku 1873 umieścił 

Jejleton : , Jęk ialosny z krainy kwiczo/ów siądeckicli* (rozpra* 

wa katastralna S. Morawskiego). 

Dnia 14. marca 1874 mówi/ na posiedzeniu komisyi 

archeologicznej Akademii [Tmiejętności w Krakowie: ,0 śla- 
dach pobytu Fenicyan na północnych stokach Alp i na zie- 
miach słowiańskich'. 

W Dziennika polskim z 3. września umieścił fejleton: 
,Kolej nad Poprudem, Nothbahn i tuneP — 3. października: 
, Kolej żelazna nad Popradem *". a w r. 1875 w tym samym 
dzienniku^ 19. listopada fejleton; ^Męczennicy — ale nie krwi I 
pogadanka^. 

W roku 1882 wydaje własnym nakładem w Kra- 
kowie: „Pra-Sławianie i Pra-Łotwa', studyum historyczne. 
W VI. tomie książki zbiorowej, wydawanej nakładem i stara- 
niem G. Kohna w Samborze, umieszcza humoreskę: ^But 
artysty^j pod pseudonimem Bonifacego Arbuzowskiego. 

Przegląd rzeszowski umieścił dnia 4. maja i 18. maja 
1884 : y Wykopaliska brązowe na Lipiu. wedle St Sącza, pióra 
S. Morawskiego', a Kuijer rzeszowski 10. sierpnia: „Jeszcze 
o ścieży jantarowej i wykopaliskach w St. Sączu* , 21. grudnia: 
.Z objażdżki zimowej*, pod pseudonimem Dr. Jugo a 20. 
października 1889: „Jaworze w krakowskiem*', pod prawda, 
nazwiskiem. Przegląd rzeszowski z 4. października 1885 r. 
umieszcza : „Do Ameryki wychodźtwo^. przez Dr. Jugo. 

W roku 1887, w XI. tomie książki zbiorowej Kohna^ znaj- 
dij^eray „Janiczary słowiańskie i branki w XV. stuleciu^, histo- 
ryczna rozprawa S. M. — a parę kartek dalej : .Naukowoilć 
lita w Anglii i u nas*, szkic S. M. 

Wtórnie: XII.. 1888—9: „Ważniejsze przywileje i dokumenty 
Jana i Tomasza Zamojskich^, podane w streszczeniu 

o. M. 

^igrzyska w Rzymie za czasów Kaliguli r. p. 87, 
obrazek obyczajowy z dziejów imperium rzymaldego*. 






XVI 

,Trębecki Stanisław, jeniec turecki, wypis z księgi 
wójtowskiej miasta Nowego Sącza S. M.'S 

W tomie XIII., 1889—90: Podgórzanie wojownicy", artykuł 
bibliograficzny, S. M. 

W tomie XIV., 1891: ^W góry i Iasy^ S. M. 

W tomie XV., 1892: „Z czasów Chmielnickiego i Szwedów", 
(dokumenta) spisał S. M. 

W tomie XVI., 1892 — 8 : „Początek krwawego tępienia arjan, 
zwanych bracią polską", opowiedział Szcz. M. 

W tomie XVII., 1893—4: ^Zbójcę we Węgrzech", opowiada- 
nie urzędnika kolei żelaznej, S. M. -^ i wiele jeszcze 
korespondencji, fejletonów w Czasie, Kraju krakow- 
skim, w Tygodniku lwowskim i t. d. 



Dnia 16. czerwca 1873 był Morawski obecnym na po- 
siedzeniu Komisyi archeologicznej Akademii Umiej ętnotei 
w Krakowie, gdzie pod wpływem odczytu J. N. Sadowskiego') 



^) >Czł. kom. J. N. Sadowski (patrz spraw, z pos. Komisyi 
archeologicznej 16. czerwca 1873) odczytał -swą rozprawę o zapa- 
trywania się dzisiejszych uczonych europejskich na okres spiżowy ; 
rozwinął w ogólnych zarysach teoryę Nilsona, przypisującą Feni- 
cyanom najdoskonalsze wyroby, znajdowane przeważnie w pólno« 
cnych stronach Europy ; wypowiedział zdanie, na podstawie badań 
Moyersa i Smitha oparte, o rozległości handlu Fenicyan cyną i bur- 
sztynem ; wykazał w jaki sposób Nilson na brukselskim kongresie 
poparł dawne swe badania najnowszemi studyami p. Lenormant 
na zabytkach fenickich w Paphos i Mycenie, oraz p. Oppert na 
Wschodzie. Przechodząc następnie do zabytków nadreAsko-pod- 
alpejskich, okazał, że już kongres bonoński skonstatował na przedr 
miotach w Villa-noya, w północnych Włoszech znalezionych, epokę 
wyrobów spiżowych etruskich. Opisał następnie sprawozdawca za- 
bytki, z któremi uczeni zachodni zbyt mało są obeznani ; wykazał, 
że takowe na szlaku pochodów Czudzkich, począwszy od ich gro- 
bów pod Ałtajem znajdowane, zgromadzone w Petersburgu, typem 
swym zbliżają się do utworów poczytywanych przez Nilsona za 
femekie, że takie same znajdują się za Kaukazem, że więc mogły 



XVII 



tak się przejął teoryą wpływu fenickiego, że podjął Łnidną 
sprawę udowodnienia fenicyzmu w rzeczach słowiańskich 
i polskich. Stanowczo zaś wpłynęły na niego następujące 
dwie okoliczności : pierwsza, że w bliskości St. Sącza znalazł 
dwa skarby brązowe, opisane szczegółowo w Przeglądzie rzeszo- 
wskim 4. i 18. maja roku 1884, a obecnie znajdujące się 
w gabinecie archeologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego; 



się dostać jedynie do starożytnych Czudów, kiedy jeszcze pod Ałta- 
jem mieszkali, drogą handlu fenickiego z Kolchidą. 

Zabytki litewskie poczytał autor z przyczyn, które obszernie 
wyłuszczył, za noszące charakter zabytków północnych, ale późnych, 
sięgających czasów Rzymian w Galii i Brytanii, scharakteryzował 
zabytki grobów scytyjskich nad dolnym Dnieprem i zabytki greckie 
z czasów handlu olbiopolitańskiego na Ukrainie ; przeszedł następnie 
do zabytków węgierskich i przy tej sposobności zajął się szcze- 
gółowo monetarną teoryą Kissa, łącząc z nią teorye czeskie o na- 
wiązkach u Słowian. 

Zakończył rozprawę zarysem chronologicznym epoki spiżowej 
i wykazaniem różnych śladów dróg handlowych, idących lądem od 
wybrzeży morza Śródziemnego do wybrzeży oceanu Atlantyckiego, 
mórz Północnego i Bałtyckiego. 

Poczem przedłożył komisyi wnioski swe względnie do odczy- 
tanej rozprawy i zalecił: 

1) zająć się chemicznym rozbiorem spiżów, jakie posiadamy, 
dla dokładnego ustalenia czasu ich wyrobu i nasuwających 
się stąd wniosków. 

2) wyśledzić wagę tych okazów ze spiżu, które należeć mogą 
do kategoryi ozdób, zaliczonych przez Kissa do przedmiotów 
zastępujących monetę ; bo jeżeli spiże w ogólności mniej 
nas obchodzić mogą, dla tego, że u nas prawdopodobnie 
nawet przelotnej epoki spiżowej w właściwem znaczeniu 
tego słowa nie było, to obchodzić nas muszą w wysokim 
stopniu prastare ekonomiczne stosunki tych stron, w których 
się później nasza społeczność rozwijała, a rozjaśnienie ich 
bardzo się przyczynić może do zrozumienia pierwotnych 
dziejów naszych. 

3) przy badaniu spiżów pod względem monetarnym nie spuszczać 
z oka późniejszej drogi rzymskiej, która poprzednio grecką, 
a może nawet i fenicką być mogła, i czynić na jej szlaku 
najgęstsze poszukiwania spiżów. 

b 



XVIII 



druga, że zajmując się lakże językoznawstwem, szuka/ wyja- 
śnienia wyrazu polskiego ^pan", którego sobie źródtos/owem 
polskim nie mógł wytłumaczyć, natrafił zaś we fenickim ję- 
zyku na wyraz pan nz pun i przy tej sposobności na cały 
szereg wyrazów, których i brzmienie i znaczenie zbliżają si^ 
zupełnie do języka polskiego lub słowiańskiego^). 



*) Polski wyraz : 


fenickie br 


'zmienie : 


fenickie znaczenie: 


sejm 


sejm 






narodu . . . zebranie 


i^^bn 


izeb 






mieszkać 


koliba 


kaleb 






z chrustu pli'eione 


lociia 


lochom 






tłuste 


hom;|Ło 


humet 






zgięte 


siekiera 


siekin 






nóż do ciifciu 


kosić 


kozir 






kosić 


żojia 


zonałi 






kochanka 


uiewiasia 


nefast 






zalotna 


:^.ar 


zar 






lśnić 


szopa 


Szopen 






nakryć dachem 


tyn, tyiiiec 


Lina 






wzniesione 


hLraków 


krak 






skalisty zamek 


kosza 


kosz 






łuk 


rok os/l 


rokosz 






sprzysi (gżenie 


pan 


pan i pun, 


(na 


Mazuracłi 


przednie 




mówią 


do dziś dnia 






pun a 


nie 


pan) 




chleb 


hłeb 






lipkie, tłuste 


zamach 


zamałi 






knowanie 


katusze 


katusz 






ranić 


,sąd 


sud 






radzić 


seret 


sered 






schronienie, geograf, 
miejsce 


orać 


oresz 






orać 


uj{or 


ukor 






płużyć 


zbiór 


zber 






na kopę unosić 


cep 


tsebt 






kij do bicia 


Jagły 


jagle 






ołuskanc 


kasza 


kasza 






gęste 


bochen 


bohen 






grube 


soczewica 


flocef 






soczewica 


żerdź 


zerd 






zarosłe 


jaj* 


jar 






drzewo, las 



XIX 

Odczyt J. N. Sadowskiego wywołał polemikę w sprawie 
fenicyzniu w ko/ach członków Komisyi archeologicznej b. 
Towarzystwu naukowego krakowskiego. Sadowski i Morawski 
twierdzili, że fenicyzm zostawił śłady w narzeczach słowiań- 
skich z czasów wędrówek Fenicyan przez Słowiańszczyznę do 
Bałtyku. - - Teodor Ziemięcki przeciwstawił swoje zapatrywania 
w krytyce: „Dróg handlowych", umieszczonej w Niwie z r. 1877 
tom 12 i w rozprawie: ^Teorya wpływów kultury fenickiej", 
Kraków 1879 — streszczając się w Łem, że wpływy fenickie 
na wybrzeżach morza północnego i bałtyckiego i u ludćw 
północno zachodniej Europy nie pozostawiły śladów jakich- 
kolwiek znaczniejszych ani w archiwum ziemi, ani w archiwum 
języka M. Hozprawę swoją czytał T. Ziemięcki na posiedzeniu 
Wydz;iału histor.-filozof. dnia 20. maja i ii. czerwca 1878, 
a pracę tę przydzielono do oceny p. Dr. Maryanowi Soko 
łowskiemu. 

(Izy i jak się wywiązał p. referent ze swego zadania, ze 
źródeł ogółowi dostępnych dociec nie można — zdaje się, 
że sprawę milczeniem pogrzebano — dość. że fenicyzm 
jakiś czas zaprzątał umysły osób należących do Komisyi ar- 
cheologicznej. (Tom IX. r. 1878. str. XXI. Kozp. i sprawozd. 
Wydz. hist.-filozof. Ak. Umiejętności). 

Szczęsny Morawski, mając na uwadze archeologiczne 
i językowe wskazówki, uwierzył zupełnie w przypuszczenia 
Sadowskiego i jego trzeci wniosek wziął sobie bardzo do serca. 
Nie spuszczał też już więcej z oka , drogi rzymskiej, która 



tyle z broszurki : >Leehia, .Sarmaty, Puuy i śiachta^, Kraków 1896, 
o wiele więcej takich » podobnych < wyrazów jest w siudyum 
'Wyrłizy feiiiekio w mowie polskiej^ - ułożoiiem w formie sło- 
wnika . 

*) Zapatrywanie to zdaje się być nieco jednostronnera — 
przynajmniej autor krytyki nie odparz niektórych części z » archi- 
wum języka^. Zresztą teorya > najazdu skandynawskiego < Szajnochy 
i Piekosińskiego ma także swoicli zwolenników. 



WHl 



druga, że zajmując się także językoznawstwem, szukał wyją- 
śuienia wyrazu polskiego ^pan", którego sobie źródtoslowem 
polskim nie mógł wytłumaczyć, natrafił zaś we fenickim ję- 
zyku na wyraz pan z: pun i przy tej sposobności na cały 
szereg wyrazów, których i brzmienie i znaczenie zbliżają się 
zupełnie do języka polskiego lub słowiańskiego^). 



•) Polski wyraz : 


feuickie br 


'zmienię : 


fenickie znaczenie : 


sejm 


sejm 






narodu . . . zebranie 


izba 


izeb 






mieszkjle 


koHbu 


kaieb 






z chrustu plecione 


locłiu 


lochom 






tłuste 


homąto 


liumet 






zgięte 


siekiera 


siekiii 






nóż du cii^cia 


kosie 


kozir 






kosić 


:żtoiia 


zonali 






kochanka 


uiewiasiu 


iiefast 






zalotna 


żar 


zar 






lśnić 


szopa 


BZ0))eii 






nakryć dachem 


ty 11, tyiiiec 


tina 






wzniesione 


Kraków 


krak 






skalisty zamek 


kosza 


kosz 






łuk 


rokosz. 


rokosz 






sprzysi(*żenic 


pan 


pan i pmi, 


(ua 


Mazurach 


przednie 




mówią 


do dziś dnia 






pun a 


nie 


pan) 




chleb 


hieb 






lipkie, tłusie 


zamach 


zamah 






knowanie 


katusze 


katusz 






ranić 


sad 

1 b 


sud 






radzić 


seret 


sered 






schronienie, geograf, 
miejsce 


orae 


oresz 






orać 


ujror 


ukor 






płiiżyć 


zbiór 


zber 






na kopę unosić 


eep 


tsebt 






kij do bicia 


jag^' 


jagle 






ołuskane 


kasza 


kasza 






gęste 


bochen 


bohen 






grube 


soczewica 


socef 






soczewica 


żerdź 


zerd 






zarosłe 


jłU' 


jar 






drzewo, las 



".Ta 
.•ii'.T 



t3 

I 

\ 

"1 



XIX 

Odczyt J. N. Sadowskiego wywołał polemikę w sprawie 
fenicyzmu w kolach członków Komisyi archeologicznej b. 
Towarzystwa naukowego krakowskiego. Sadowski i Morawski 
twierdzilij że fenicyzm zostawi? śłady w narzeczach słowiań- 
skiełi z czasów wędrówek Fenicyan przez Słowiańszczyznę do 
Bałtyku. — Teodor Ziemięcki przeciwstawił swoje zapatrywania 
w krytyce: „Dróg handlowych*, umieszczonej w Niwie z r. 1877 
tom 12 i w rozprawie: „Teorya wpływów kultury fenickiej", 
Kraków 1879 — streszczając się w tem, że wpływy fenickie 
na wybt*zeżach morza północnego i bałtyckiego i u ludćw 
p('>łnocno zachodniej Europy nie pozostawiły śladów jakich- 
kolwiek znaczniejszych ani w archiwum ziemi, ani w archiwum 
języka \). Rozprawę swoją czytał T. Ziemięcki na posiedzeniu 
Wydziału histor.-filozof. dnia 20. maja i 11. czerwca 1878, 
a pracę tę przydzielono do oceny p. Dr. Maryanowi Soko 
łowskiemu. 

(Izy i jak się wywiązał p. referent ze swego zadania, ze 
źródeł ogółowi dostępnych dociec nie można — zdaje się, 
że .sprawę milczeniem pogrzebano — dość, że fenicyzm 
jakiś czas zaprzątał umysły osób należących do Komisyi ar- 
cheologicznej. (Tom IX. r. 1878, str. XXL Kozp. i sprawozd. 
Wydz. hist.-filozof. Ak. Umiejętności). 

Szczęsny Morawski, mając na uwadze archeologiczne 
i językowe wskazówki, uwierzył zupełnie w przypuszczenia 
Sadowskiego i jego trzeci wniosek wziął sobie bardzo do serca. 
Nie spuszczał też już więcej z oka „drogi rzymskiej, która 



tyle z broszurki: > Lech ia, Sarmaty, Pimy i ślachta'^, Kraków 1896, 
o wielo więcej takich >podohriych'^ wyrazów jest w studyum 
Wyrazy fciiickio w rnowie polskiej^ - ułożoiiem w formie sło- 
wnika. 

*) Zapatrywanie to zdaje się byc! nieco jednostronnera — 
przynajmniej autor krytyki nie odparł niektórych części z 'archi- 
wum języka c. Zresztą teory a > najazdu skandynawskiego « Szajnochy 
i Piekosińskiego ma także swoich zwolenników. 



XX 



^) Następujące dziewa znaleziono w bibliotece Sz. Morawskiego, 
opatrzone licznemi przypiskami i komentarzami : 

1) Yaudoncourt : Decouvertes et commerce des Pheniciens dans 
le Nord, Revue du Nord: Juin 1838, str. 367—398. 

2) Kraszewski : O wpływie Fenicyan na Słowiańszczyznę, Sztuka 
u Słowian, str. 273 i 353. 

3) Fr. Rougemont : Czas bronzu i Semici na Zachodzie, Gtitersloh 
1869. 

4) Sadowski : Handelsstrassen der Griechen und Romer, Jena 
1877, ustęp końcowy. 

5) Teodor Ziemięcki : Dwutygodnik krakowski naukowy z roku 
1878 i 1879. 

6) Paul Schr<5der : Die ph6nizische Sprache. 

7) Movers : Die Ph($nizier, Berlin 1840—56, 3 Bandę ; Opfer- 
wesen der Karthager; das phonizische Alterthum. 

8) De Luynes: Memoires sur le sarcofage et Tinscription fone- 
raire d'Esmunazar, roi de Sidon, Paris 1850. 

9) E. Meier: Die Grabschrift des sidonischen Konigs Eschmn- 
nerser, Leipzig 1866. 

10) Renan: Mission de Phenicle, Paris 1874. 

11) H. Pmtz: Aus PhOnizien geogr. Skizzen und h. Studien, 
Leipzig 1875. ♦ 

12) M. A. Levy: Ph6nizisclie Studien, Berlin 1856— 70, 4 Hefte. 

13) M. A. Levy : Ph($nizisches WOrterbuch, Brcslau 1864. 
Oprócz tego pisma Lubbocka, PuUmana i Lenormanta. 



1 



poprzednio grecką, a może nawet i fenicką być mogła^ i czyni f 
na jej szlaku poszukiwania. Pa przestudyowaniu licznych dzieł, 
traktujących o Fenicyanach u nas i zagranicą') — przedstawi! 
Akademii Um. rozprawę : „O drogach fenickich''. J. N. Sadowski 
zdaje z tej pracy sprawę na posiedzeniu Komisyi archeolo- 
gicznej 24. marca 1876 (Roz. i spraw, z pos. Wydz. hist-fil. 
Akad. Um.). Następnie wydaje Szczęsny Morawski, w/asnym 
nakładem studyum: ^Wyrazy fenickie w mowie polskiej", 
stron 32, Lwów 1885. Og/asza drukiem dwie powieści histo- ^ 

ryczne: „Po Jantar (bursztyn), wyprawa rzymska do ujścia 
Wisły z rozkazu cezara Nerona^, napisał S. M., Kraków 1894, 
nakładem Walerego Ciesielskiego. „Perepietycha (prześpię wn a) 
Kniahini na Ukrainie w czasach Skolotów, Sarmat, Fenicyan 
i Jeremiego proroka", napisał Sz. M.. Kraków 1894, nakładem 



XXI 

Walerego Ciesielskiego. Wreszcie studyum historyczne: „Le- 
chla, SarmaŁy, Puny i ślachŁa*, zbadał i wydał S. M. Kraków, 
1896, nakładem Walerego Ciesielskiego, 78 stron. 

Sprawą fenicyzma zajmował się w najnowszych czasach 
także p. Antoni Wysłouch (mieszkaniec gub. grodzieńskiej, 
powiatu kobryńskiego, majątek Piórkowicze-Nahoże, poczta 
Drohiczyn drugi). Wygłosił on na Kongresie rzymskim r. 1903 
rozprawkę w formie hipotezy o pobycie Fenicyan na ziemiach 
polskich pod tytułem: » Ślady pobytu Fenicyan na ziemiach 
dawnej Polski". — Rozprawka ta będzie drukowaną w ^Aktach 
kongresu rzymskiego*', w dziale historyi starożytnej. Recenzyę 
z odczytu umieściła Gazeta polska Wazszawa 1903, Nr. 96 
i Kuryer warszawski Nr. 97. 

Porównaj także : „Memoire sur l'influence des langues 
orientales, sur la langue polonaise par Jean Karłowicz, Dr. 
Phil. de Wilna" (Ateneum 1884, IV., 577—580) i „Yestiges 
dans les langues europeennes des invasions orientales 
par Feliks Michałowski" St. Etienne, imprimerie de Theolier 
Freres rue Gerentet, 1876, w 8-ce stron 51. 



Pismem z dnia 16 marca 1898 nałożył ś. p. Szczęsny 
Morawski, obowiązek wydania rękopisu pod tytułem „Arjanie 
polscy^ z funduszu na ten cel przeznaczonego. Zdaniem 
autora miał to być dalszy ciąg jego studyów nad Sądecczyzną. 
Ponieważ manuskrypt ten zawiera oprócz „Aijan polskich" 
także historyę „Zbójów podgórskich" — „Handel winem" — 
i „Napad Szwedów^ — zeszło lat parę na jego uporządko- 
waniu i przygotowaniu do druku. Po ukończeniu tej pracy 
oddaje się do użytku publicznego ostatnie to dzieło Sz. Mo- 
rawskiego. 

Lwów, w październiku 1905. 



i 



ŹRÓDŁA. 



Dr. Balzer Oswiild: Rejestr złoczYiiców grodu sanockiego 
1554—1638. Lwów 1891. 

Handtkie .1. S, : Historva drukarń w Król. Połsk. Kników, 
1826, T. 1. 

Fiaworowskich Archiwum: l/duckoroiiu. 

Hardiów, akta wójtowskie. 

Bielski Marcin: Kronika, tomów 8. Wydanie Kazimierza Jó- 
zefa Turowskiego. Sanok, nakład i druk Karola Pollaka, 1856, 

Ricckie akta gr. i z. - Pamiętnik klasztorny w Bieczu. 

Bot er Jan: Relacye pow.szechne. Kraków 161B. 

Bobowa, akta metrykalne. 

Brzotitek, księga miejska. 

Bukowski I. ks. : Dzieje reformaevi w Polsce. Kraków, 1. 1H88. 
II. 1885. 

C i c h o w s k i Mikołaj K s. : Pogrom dvaWa ariańskiego. Kra- 
ków 1659. 

Cicho ws ki Mikołaj Ks. : Obrona zacnych i pobożnych ludzi. 
Kraków 1661. 

Cochleus Jan: Historiae Uusitarum. .Mognntiae 1549. 

Czchowskie akta grodzkie i wójtowskie. 

Czarny sz Leon Stanisław k s. : [łvpocrene peg;i.saea . . . * 
Warszawa 1681. 

Dr. Czołowski Aleksander: Prywatne archiwum we Lwowie, 

Dziekanowice, metryki chrztu. 

Dobczyce, księga ławnicza w księgozbiorze hr. Baworowskiego we 
Lwowie. 

Fragstein Christoph: Relatio ad Imperatorem (Ferdinan- 
dum lU.), Bicz 11/3. 1666 — i Bericht an den Minister Bart- 
feld 21/3. 1656. Archiwum tajno wiedeńskie. 



XXIV 



Gebhardi Ludwig Albrecht: Geschichte altor Wendisch- 

Slavischen Staaten. Halle 1790—97. 
Genersich Christian: Prediger der evangelischen Gemeiiide, 

Merkwtlrdigkeiten der kOniglichen Freystadt Kesmark in 

Ober-Ungarn am Fusse der Karpathen-Kaschau. 1804, 2 Theile. 
Gigantomachia N. Fr. A. Kordeckiego. Warszawa 1858. 
Gnojnik, akta kościelne. 

Goliński, rajca kazimirski, rękopis w Ossolineum. 
Górnicki Łukasz: O elekcyi. Sanok 1855. 

» > Dzieje w Koronie. Sanok 1855. 

Grabowski Ambroży: Ojczyste sporainki. Kraków 1845. 
> > Starożytności historyczne polskie. 

Kraków 1840. 
Grybowskie akta >judicii banniti< i miejskie. 
Hartknoch Krzysztof: Respublica polonica. Lipsk 1678. 
Heidenstein Reinhold: Dzieje Polski. Petersburg 1857. 
Homranice, akta kościelne. 
Jarosław, księga radziecka. 

Janota Eugeniusz: Wiadomość hist. o Żywiecczyźnie. Cie- 
szyn 1859. 

Jaroszewicz Flor. ks. Reformat. : Matka świętych Polska. 
Niemieckie Piekary 1850. 

Jemiołowski Mikołaj: Pamiętnik. Lwów 1850. 

lilia Andreas: Ortus et progressus variarum in Dacia gen- 
tium Klausenburg 1730. 

Jo eh er A. B. : Obraz bibliograficzny literatury Pol. Wilno 
1840—57. 

Kezmark, archiwum miasta. 

Kochowski V.: Klimaktery. Kraków 1683 — 1698. 

Kolosvdry Damian Paul: Memoria Hungaroruni et Provin- 
cialium scriptis editis notorum. Yiennae 1776. 

Ks. Koralewicz AIeksv: Additament. Warszawa 1722. 

Krasiński Walcryan: Geschichte der Reformation in Polen. 
Leipzig 1841. 

Krzyżanowski Adryan: Dawna Polska. Warszawa 1857. 
Krakowskie: grodzkie oblatorum, miejskie formulariura, konsystorskie. 
Lengnich B. : Historya Polski. Lipsk 1740. 
Lewocza, akta grodzkie. 1655. 

Lipski Jędrzej: De rebus gestis Sigismundi III. Rzym 1595. 
Łososina górna, kościelne akta. 

L u b i e n i e c k i St.: Historia reformationis Polonicae. Freistad 1685. 
Łukasiewicz J.: Wiadomości historyczne o dyssydentach 
w mieście Poznaniu XVI i XVII w. Poznań 1838. 



xxv 



Łukasiewicz J,: O kościołach braci czeskich w dawnej Wielko- 
polsce. Poznań 1835. 
Łukasiewicz J.: Dzieje kościołów wyznania helweckiego 

w Litwie. Poznań 1842 i 1843. 
Łukasiewicz J.; Historya szkół w Koronie i Litwie. Poznań 

1848—52. 
Łukasiewicz .!.: O Arvanach. Czas 1852 Nr. 264. 
Lublin, akta grodzkie. 

Maciejowski W. A. Piśmiennictwo polskie. Warszawa 1853. 
Melanchton, Brentius, hom.: Corpus reformatorum, Halis 

Saxonum 1835, Tom 11 i III. 
Męcina, arch. kościelne. 
Mielec, akta kościelne. 

Michałowski J. Księga pamiętnicza. Kraków 1864. 
Mosbach August: Przyczynki. Poznań 1860. 
Morawski Szczęsny: Sądeczyzna, I i II. 
M o r a c z e w s k i J.: Dzieje Rzeczypospolitej Polski. Poznani 843 i n. 
Muszyna, akta wójtowskie. 
Myślenice, akta miejskie radzieckie. 
Nakielski Samuel: Miechovia. Kraków 1634. 
Niesiecki K.: Herbarz polski. Lipsk 1839. 
Niepołomice, akta kościelne, 
des Noyerij Piotr: Porto folio królowej Marvi Ludwiki. Poznań 

1844. 
Nowy-Targ, archiwum miejskie. 
Officium spirituale. X. Sącz, Podgrodzie II. 
O k o 1 s k i Szymon: Orbis polonus. Kraków 1 641 — 5. 
Orzechowski S t.: Kroniki polskie. Kraków 1767. 
Orzclski Swiotosław: Bezkrólewia ks. 1. i II. 
Ostrowski St.: O bóstwie przedwiecznem. Poznań 1588. 
Ostrowski T. X.: Dzieje i prawa kościoła polskiego, Warszawa, 

1893 T. 3. 
Ossolińskich biblioteka: rękopis Golińskiego Nr. 186, 196, 221, 

227, 240, 325. 
Oświęcimskie aktu grodzkie. 

Paprocki Bartosz: Herby rycerstwa polskiego. Kraków 1584, 
Patrik Gordon: Pamiętnik. Moskwa 1849. 
Pastorius Joachim ab Hirtenberg: Historiae poloiiae par- 

tes duae. Dant. 1685. 

Pelzel F. M. Geschichte von Bóhmen Prag 1774. 

Pilznejskie akta wójtowskie. 

Pin o cc i H. : rękopis. Kraków, miasto. 

Plebański J. K.: .Jan Kazimierz i xMarya Ludwika. Warszawa 1862. 

Podegrodzie, metryki chrztu. 



XXVI 



Potocki W. : Wojua chocimska. Lwów 1850. 

PolujaAski A.: Wędrówki po gubernii Augustowskiej. Wah- 
szawa 1859. 

Porąbka^ akta koóciclne. 

Pray Jerxy: Specimcn hierarchiae Huiigariae Fosoni 1776. 

Przemyśl, akia grodzkie. 

Przyszowa, akta kościelne. 

Puffendorf Samuel: De rebus a Carlo Gusta v^o ges^itis. No- 
rymbergia 1696. 

Rzeszów, akta miejskie. 

Rudawski W. J. : Historya polska, przekł. W. Spasowicza. 
Petersburg 1855, 

Sandeckie-nowo, akta grodzkie i ziem.skie, miejskie i kołwyHlor- 
skie. 

Sandeckie-staro, akta miejskie. 

Sanockie^ grodzkie akta. 

Siarezyński Fr.: Obraz wieku panowania Zvgmunta IIT. Lwów 
1828. 

Scriplores rerum polonicarum, wrd. Akademii umiej. Kraków. 

Skarga Piotr: Kazania. 

Strobel G. Th.: Leben, Sehriften u. I^ohren des Thomas Mlintzer. 

Niirnberg 1795. 
Stadnicki K a z i m i lm- z : Rodowody domu Stadnickich. Lwów 

1857 i nast. 
Stadnicki Aleksander: O wsiach t. z. wołoskich. Lwów 

1848. 
Starowolski Szymon: Moimmenta Sarmatorum. Kraków 

1655. 
Surius Laurentius: Com. rerum suo tcmporo in orhe go- 

stamm. Ven. 1581. 
Świecki T. : Opis starożytnej Polski. Kraków 1861. 
Tarnów, pamiętnik klasztoru O. O. Bernardynów w Tarnowie 

przez ks. Daniela Zielińskiego z r. 1658. 
Tarnów, księgi radzieckie. 
Theiner A.: Monumenta vetera Poloniac et Lithuałiiae. ł\/vm 

1860 i n. 

Ti mon Samuel: Epitome rerum hungaricarum (Cassoviao 1736) 
i Celebriorum Hungariae urbium et oppidorura chorographia 
(Timau 1702—1770). 

Tropie, księgi metrykalne. 

Trzciana, akta kościelne. 

Tuchów, księgi wójtowskie i klasztorne. 

Ulenb6rg, Viłae haeresiarcharum. Colonia 158tł. 



XXVII 



Yolumina Icguni (IV). 

Walewski A.: Hisiorya wyzwoleaiH Polski. Kraków 18^. 

Walewski A.: llistorya wyzwolonej Rzeczypospolitej. Kraków 
1870. 

Wagner C Analecta Scephusii .sacra ei profana (Diplomata 
saros.)* Vieiinae 1774—8, I— XV. 

Wargocki Andrzej ks.: Apologiu przeciw luteranom, zwin- 
glianom, kalwinom, nowokrzezeńcom, pilnie napisana i do 
draka podana w Krakowie, w drukarni u Wdowy Jak. Si- 
beneichera roku pańsk. 1605. 

Węgierski W.: Kronika zboru ewang. Kraków 1817. 

Wiśniewski M. : Historya lit. polskiej. Kraków 18-10 I nast. 

Wiśnickie akta wójtowskie i acta malcficionim. 

Wieliczka, eonsularia. 

Wielogłowy, metryki chrztu. 

Woyniez, akta metrykalne. 

Wojakowa, akta kościelne. 

Wójcicki K. Wł. : Biblioteka staroż. pisarzy polskich. War- 
szawa 1854. 

Załęski Stanisław ks. S. .!.: O. O. Jezuici przy kościele św. 
Piotra i Pawła w Krakowie. Nowy Sącz 1896. 

Zaklaczyn, Pamiętnik Reformatów. 

Żegocina, akta kościelne. 



iTSETT?- 



^ 



Spis rycin. 



1. Portret Szczęsnego Morawskiego z własnoręcznym podpisem. — 

Zdjęcie fotograficzne. 

2. Faust Socyn, rycina ze zbiorów Biblioteki Pawlikowskich we 

Lwowie. 

3. Grób F. Socyna pod Lusławicami. — Zdjęcie fotograficzne. 

4. Dwór w Lusła wicach ze zborem arjańskim. — Zdjęcie foto- 

graficzne. 

5. Pińczów. — Rycina z Puffendorfa. 

6. Kościół w Pińczowie, niegdyś zbór arjański. — Zdjęcie foto- 

graficzne. 

7. Stanisław Lubieuiecki, rycina ze zbiorów Muzeum ks. Lubomir- 

skich we Lwowie. 

8. Jonasz Szlichting, rycina z Biblioteki Pawlikowskich we Lwowie. 



[•-•- 



i 



atr. 



» 









> 



» 



6 
19 

ai 

38 
26 
»2 
32 
i9 
49 
50 
50 
50 
78 

an 

98 

98 
107 
li6 
150 
155 

155—392 
157 
198 
281 
297 
30» 

aas 

30i 

812 

317 

335 

336 

33(> 

338 

352 

373 

408 

410 

425 

427 

464 

t73 



Ważniejsze omyłki druku. 

w. 19 zamuuft lewocki Jeray ma być f^owocki Jerty 



> 4-75 

> 501 



31 

4 

30 

5 

5 

7 

22 

39 

18 

18 

1 

14 

27 

11 

t> 

17 

20 

18 

28 

28 

23 

34 
14 
21 
15 

9 
19 
16 

1 
12 

9 
13 
25 

7 
16 
10 
33 
35 

as 

8 
32 
12 

» 21 
. 9 
rycina 



> 
» 

* 
» 

» 
> 

> 
» 
» 

> 

> 
> 
> 

> 



» 
» 

> 



> 

» 
> 

> 



a 

starfński 

» 

wzią<f 

Porębski 

księciu 

Tarnowj<kie£?o 

mibrala 

Bielsko 

Dobrobieszy 

popaczone od 

S wid ara 

slaboBzo 

Jakubowic 

palf^oloera 



» 

> 
» 

> 

> 

» 

> 
> 
> 



lurcy 

zaśiiauczyciHi 

zoslal 

Rabko wa 

(frzybczvka 

1863 

Komranice 

Kosteczka 

za wbite 

Ponnlik 

wrócił ze słamsła 

Porąbki 

J^tanickich 

Trechowem 

(Izarków 

(Izarkowy 

FargwelJ 

boleśnie czul 

Wojciczka 

Skarbki i Jan 

diala 

Jan Lubomirski 

Sulmierzycki 

Łąkci 

przed Nobilis Różańska: 
Literae S. R. Maiestatis vadii 
Mamiaift zostawaf ma być 

> Aniszewski > 

> Jan Schlichting > 



> 

> 

> 
> 
> 

> 
> 

» 
> 
> 

> 



więc 

stareńki 

> 

"wziat 
Przerębski 
zięciu 

FarnowskieRo 
zabrafa 
Blisko 
Dobrocieszy 
przyłączone do 
Swirada 
Slabosze 
Jakubkowic 
Paleoloca 
» 

Turcv 

• • ' 

zaa i nauczycieli 

zastał 

Rąbkowa 

Grzybka 

1653 

Homranice 

Kaseczka 

za widły wbite 

Pomilik 

wrócił starosta 

Porąbki 

Slaćtnickich 

Tucłiowem 

< Izarkowej 

Ozarkowę 

Forgwell 

boleśnie i czuł 

Wójcicka 

Skarbki Jędrzej i Jan 

ci ziała 

Jan iSulimirski 

Sulimirski 

ł^cki 

regalia et protectionis 
zastało 
Arciszewski 
Jonas Schiichting 



I. 



i 



Luter, wyklęty od papieża, a na sejmie w Worms r. 1521 
ód cesarza wywo/any z Niemiec, wracając do Wittemberga^ 
zniknąf — nie wiedziano kędy. Stork Jan poczuł się godn3rm 
i powołanym zastąpić go. Opowiadał raz po raz, że mn się 
we śnie objawił archanioł Gabriel, powołując do przeistocze- 
nia wiary i że od Boga ma obiecane królowanie i panowanie 
nad kościołem bożym. (Manlius De Ecclesia p. 481). Zwo- 
lenników nurzał chrztem ponownym. Od tego zwani nowo- 
chrzczeńce czyli nurki. W Cwikau (Zwikau), w Saksonii, 
kaznodzieją luterskim był presbyter Myncer (Munzer) Tomasz, 
zbieg zakonny z Halle. (Wargocki, Apologia p. 320). Do niego- 
udał się Stork i postanowili założyć kościół niepokalany, 
złożony z samych prawdziwych dzieci bożych, między sobą 
równych zupełnie, chrzczonych ponownie i świadome; nie 
tak, jak w niemowlęctwie. Cwikowianom niepodobała się ta 
nauka, więc wypędzili Myncera z miasta. Udał się do Pragi 
czeskiej i, jako rzekomy zwolennik Lutra, miewał kazania 
w kaplicy Betleem , kędy ongi kazał Hus. Dążył jednak do 
założenia zboru wedle zasad własnych, wedle swego natchnie- 
nia, z pominięciem biblii, z zarzuceniem chrztu niemowląt 
i obrzędów kościelnych. Zwolennicy jego napadali klasztory 
i kościoły (Pelzel Gesch. von Bohmen 422), on zaś sam, na- 
śladując Lutra, przybił pismo pełne zarzutów duchowieństwu. 
Prażan oburzyło to i musiał uchodzić z Czech (Strobel, Lehre 
des Thom. Munzer p. 18). Nie udało się mu w stolicy hus- 
sytyzmu, więc zdążył do Wittemberga, stolicy luteranizmu,, 

1 



2 

kędy przybył w święto Bożego narodzenia 1521, samowtór 
z Storkiem. Jako prorocy z Cwikau udali się do Karlstada. 
Bodenstein Jędrzej , zwań Karlsiadem od miejsca urodzenia 
(pod Wyrcburgiem w Frankonii), archidiakon kapituły, doktor 
teologii , rektor uniwersytetu, przyjaciel Lutra i Melanehtona, 
więc też i Huttena wieszcza, z nimi wraz nienawidził Rzymu, 
sprzyjał odszczepieństwu , obmierził sobie nauki — jął się 
rozczytywać w biblii , nad którą zastanawiał się rozumowo. 
Myncer, imieniem proroków z Cwikau, trafił mu do przeko- 
nania , że cały Aristoteles i cała filozofia, to głupstwo nieuży- 
teczne, a biblia, jako dzieło mędrków żydowskich, też nic 
warta; że jedyną prawdą jest natchnienie Ducha świętego 
i nauka Chrystusa o braterskiej wolności ludzi, a obrzędem 
wiary, jest chrzest dorosłych. 

Karlstad rozum swój mieniąc natchnieniem, rozpoczął 
od oczyszczenia obrzędów : mszę prawił po niemiecku, aby ją 
rozumiał naród, zniósł uwielbianie hostyi, spowiedź do ucha, 
chrzest niemowląt i cześć obrazów. Młodzież, zachwycona jego 
nauką, szła z nim do kościoła św. Trójcy, burzyła ołtarze, 
targała obrazy, łamała krzyże. Nauczał dalej , że grzechem 
jest uczyć się w szkole, gdyż do życia cnotliwego wystarcza 
rozum wrodzony i praca na chleb w pocie czoła. Uczniowie 
też popalili księgi i w liczbie dwustu oddali się rzemiosłom 
i rolnictwu, a szkoła opuszczona, zamieniona na skład i sprze- 
daż chleba — bo i Melanchton, porzuciwszy nauki, został pie- 
karzem. Zarządzili też zaniechania wszelkich widowisk i za- 
baw j)ublicznych. 

Luter, obwieszczony o tych zajściach, opuścił zamek 
Wartburg, bezpieczne swoje schronisko, gdzie biblię przekładał 
na niemieckie, przypadł do Wittemberga, zgromił Karlstada, 
nawrócił Melanchtona, postarał się o wygnanie Myncera, 
Storka i wszystkich apostołów ćwikawskich, a przechwalał się, 
że on pierwszy wykłada czystą ewangelię i biblię. Myncer 
przedrwiwał sobie z niego i z biblii, wołał: Co biblia: Bibel, 
Bubel, Babel, Bebel, Knebel!... Niechaj mnie Duch święty 
uczy, nie biblia! Wierzył w sny swoje i z rozkoszą opowiadał 



3 

T^idzenia duchów, których uwielbia/. (Wargocki, Apologia 367). 
Zwolenników chrzcif nurzając w wodzie, napominając, że krzyż 
i śmierć dla Chrystusa mają mężnie a statecznie cierpieć, 
jeżeli wypadnie. (Melanchton, Brentius, hom. 23). 

Nurki więc takie apostolskie wszystko mieli wspólne: 
co jeden miaf, to mieli wszyscy i każden miat do tego prawo 
równe. Więc ubodzy trawili i objadali bogatych, którzy oba- 
czywszy się, oddalali braciszki od spólnictwa w mieniu. 
I musiała się rozejść ta gromada nurków apostolskich. Myncer 
występowa/ z kazaniami w kilku miastach, ale go wypędzano. 
Bacząc ogromny skutek Lutra pieśni nabożnych, u/oży/ 
piosnkę, że godzi się z majętności wypędzić a nawet zabić 
bezbożnego pana, książęcia i króla nawet. Kędy przyszed/, 
kaznodziei/, śpiewa/ piosnkę oną, a gdy się jej wyuczyli 
s/uchacze — szed/ dalej. Tak, nurzając, ucząc, śpiewając, 
przepątniczy/ Szwabię, Westfalię, Turyngię, Frankonię, Alzacyę, 
a w czerwcu r. 1524 przyby/ do Szwajcaryi, do Bazylei , stąd 
4o Waldshut w Elgau, gdzie kaznodzieja luterski Hubmajer 
sta/ się wielkim aposto/em nowochrzczeńców. Stamtąd wróci/ 
mr góry Harcu, pe/en otuchy, że wybije wszystką szlachtę, 
księża i mieszczaństwo bogate. Szwaby mianowicie z Czarno- 
lesia, przykrząc sobie pańszczyznę i daniny, powstali narem- 
nie, spisali żądania swoje wolności chrześcijańskiej, udając 
się do Lutra, żeby pośredniczy/; gdy zaś panowie odmówili, 
Tozpoczę/o się napadanie wojenne w Szwabii, Wirtembergu, 
Frankonii i Alzacyi. Ch/opi /upili, palili, zabijali. Myncer 
bacząc, że się Turyngia ociąga, z Mylhusen napisa/ do ch/o- 
pów tamecznych odezwę krwawą , tej treści : 

Najmilsi bracia ! I d/ugoż spać będziecie ? i d/ugoż bożej 
-woli znać nie chcecie albo się jej sprzeciwiać będziecie? 
Albo rozumiecie, że was Bóg opuści/?... Zacznijcie wojnę 
bożą. pospo/u z wszystką bracią, jeżeli zginąć nie chcecie!... 
Nie miejcie żadnego mi/osierdzia... Będą was prosić, będą 
jak dzieci p/akać, ale wy nad żadnym mi/osierdzia nie oka- 
zujcie — jako Bóg ongi przez Mojżesza rozkażą/ (Deuter. 7) 
i mnie też teraz objawi/. Pobudźcie w miastach, we wsiach 



a najbardziej górników i drugie dobre drożyny, które do tego 
sposobne obaczycie. Już nam dalej spać nie trzeba : czyńcie^ 
czyńcie^ czyńcie!... Starajcie się, aby miecz wasz bez krwie 
nie oziąbł!... Niepodobna, żebyście wolnymi byli od bojaźni 
póki ci żyją. Bóg idzie przed wami, pójdźcie za nim... Niczego^ 
nie strachajcie się, Bóg z nami jest!... (Wargocki, Apologia 
421). 

W Turyngii, Myncer i przydoń jego, zbieg/y mnich Pfeifer, 
odezwami krwawemi poruszyli chłopstwo naremnie : ogromna 
czerniawa zebrała się pod miasteczkiem Frankenhuzen , prze- 
ciw której książę Jerzy saski wiódł wojsko potężne związkowe 
z działami. Myncer przypadł do Frankenhuzy, a bacząc, iż 
chłopstwo boi się dział, pobudzał do męstwa, dodawał odwagi 
mówiąc : Ja przed wami pójdę i kule nieprzyjacielskie wszystkie 
w rękaw mój pochwytam — bez obrazy. Nie dokazał tego: 
rozgromiono chłopów, pobito bardzo wiele. Myncer uciekł do 
Frankenhuzen, gdzie ujęty; Pfeifer nocą uciekł z 400 chło- 
pami, imany w Eisenach: obadwa ścięci. (Surius. Cochleus* 
Ulemberg). Chłopów w tej pięciomiesięcznej wojnie padło 
100.000 zwyż... od stycznia do czerwca 1525. Zrywano się też 
do powstania w miastach : w Frankfurcie nad Menem, w Mo- 
guncyi. Kolonii, lecz wybici podżegacze. Luter wydał odezwę 
do panów, żeby srodze karali chłopów powstańczych. Wyma- 
wiano mu oną srogość, krwawą, więc wydał odezwę wtórą^ 
jeszcze sroższą. Przykazywał, żeby za powstańców mieć 
nawet tych, którzy potępiają jego odezwę pierwszą, albo kto 
okazuje litość nad zabijanymi, zakazał nawet szeptanie prze- 
ciwne — pod karą śmierci. (Surius 116). 

W Pradze czeskiej zlutrzały ksiądz, Czahera Gaweł, wy- 
bran naczelnikiem kościoła czeskiego „utrakwistów^, połączyf 
się z burmistrzem Janem Passek, prześladował Pikardów 
czeskich (r. 1525). Pikardy, między innemi, nie uznawali 
bóstwa Chrystusa, a chcieli spólności mienia — tcik jako 
nurki. Karlstad w Bazylei wydał książkę , że Chrystusa nie ma 
w hostyi... Poczem się ożenił — pierwszy z księży — i osiadł 
na roli... Sakramentarzami nazwano zwolenników jego : gdyż 



przeczyli ciała i krwi Chrystusa w sakramencie. Zwingli przejął 
naukę jego z odmianą jednak, że w sakramentalnej bostyi 
Chrystus obecny tylko idealnie, ale nie cieleśnie. Zwingli stał 
^ię głową sakramentarzy, którzy również ścigali ,, nurków". 
Prześladowani nowochrzczeńce rozbiegali się, kędy mogli. Do 
Polski nie śmieli , bo jeszcze r. 1524 wydał król Zygmunt 
ukaz przeciw niedowiarkom. Na Śląsk, do Lignicy, r. 1525 
schroniło się kilku nowochrzczeńców, a kaznodzieja luterski 
tsontejszy, Erautwald Walenty, przejął się ich nauką: zarzucił 
chrzest niemowląt i komunię, głosił, że miewa objawienia od 
Boga samego. Najgorliwszym nauki tej zwolennikiem był 
szlachcic Szwenkfeld Kasper, pan na Osieku. (Gebhard IV. p. 
308 p. 500). 

Zarzucali nabożeństwo , sakramenta , duchowieństwo 
i biblię. W Morawie — krótko przed śmiercią króla Lud- 
wika — zjawili się w Nikolsburgu dwaj marzyciele: Hutter 
Jakób i Szarding Gabriel, wygnańcy z obcych krajów, wraz 
X gromadką uczniów, których im sport) przybywało, gdyż się 
garnęli do nich zbiegowie z Niemiec, Szwajcaryi i Śląska. 
Zarzucali nabożeństwo wystawne, chrzest dzieci, bóstwo 
Clhrystusa i urzędy, żyli w braterskiej równości i wolności 
^swobodnej. Zwali się Bracią morawską. (Gebhard IV. 133). 

R. 1527 rozpoczęło się na dobre prześladowanie nowo- 
chrzczeńców, mianowicie ich proroków. W Szwajcaryi uchwa- 
lono na nich wyrok topieli. Jakoż 3. stycznia trzech utopiono 
w rzece Limat, a Blaurok, jako obcy, ochłostan i wypędzon. 
W Niemczech , nad nowochrzczeńcyma , srożyli się okrutnie 
nawet odszczepieńce. W Wirtembergii, nad Nekarem, w Rot- 
temburgu Michał Sellarius, mnich zbiegły, uśmierceń okro- 
pnie: wyrżnięto mu język, szarpano obcęgami rozpalonemi, 
w końcu spalon samodziewiąty, a niewiast dziesięć utopiono. 
Po innych miejscach srożono się także , bo już i Melanchton 
pisał przeciw nurkom. Z Moraw — nowy cesarz Ferdynand 
kazał powypędzać wszystkich nowochrzczeńców. Z Nikols- 
burgu Szerding powiódł ich na Śląsko. Szlachta żaliła się na 
ubytek poddanych najpożyteczniejszych, cesarz potrzebował 



6 

szlachty przeciw Turkom, więc cofnąJ ukaz. W Pradze — 
Czahera uzyska) od sejmu rozkaz tępienia wiary Pikardów* 
Uwięziono ich mnóstwo; wielu piętnowano żelazem rozjarzo- 
nem, niektórych żywopalono, a wypędzano tysiącami. (Pelzel 
Ge^ch. V. Bóhmen 424). W Saksonii książę Jan (z Lutrem 
pospołu) srodze prześladuje nowochrzczeńce (Surius 126)^ 
którzy uciekają w świat. Z Nikolsburga wygnane nurki upro- 
wadził Scherding na Śląsk, gdzie się nowochrzczeństwo roz-^ 
szerzyło tak dalece, iż, za otrzymanem pozwoleniem powrotu,, 
przywiódł ich 2.000 wzwyż. (Gebhard IV. 134). W Lignicy 
Krautwald kaznodzieił swobodnie, bo nawrócił nawet księcia^ 
zapomocą Szwenkfelda, szlachcica. W Sagan taksamo i w Gold- 
bergu. R. 1629 książę lignicki Frydryk, poznawszy marzyciel- 
stwo niebezpieczne nurków, wypędził Schwenkfelda zwolen- 
ników, wraz z Krautwaldem. (Gebhard IV. 308). Nurki, z Śląska 
wypędzani, chronili się na Spiż — mianowicie do miast 13 
Polsce zastawnych. 

Fischer Jędrzej, żonaty, zjawił się najpierw w Kezmarku,. 
gdzie pleban tamtejszy lewocki Jerzy, kanonik u św. Marcina 
a wikary proboszcza bachińskiego — którego tam ustanowłi 
Zapolia — wnet przejął się nauką nowochrzczeńcow. Więc 
Fischer apostołował swobodnie... Stamtąd udał się do Lewo- 
czy. Igło i Swedlar... kaznodziejąc o jedynym Bogu i nurzając 
wiernych. Pochwycony przytem, wraz z żoną swoją zawiedzion 
na zamek Czycz, gdzie na więzionego zwołano sąd i skazana 
na utopienie. Nadjechał Ferdynanda, króla, wódz Kacyauer^ 
rozsierdzony wielce na księży spiskich, że nie chcą dać pie- 
niędzy na wojnę z Turkami, którzy już zdobyli Budę-Peszt 
i zdążają pod Wiedeń. Wybadał więźnia, którego już sąd 
duchowny skazał na utopienie — za niedowiarstwo , uwolnił 
go, a na kapitułę spiską nałożył poboru 600 złotych. (Gener- 
sich, Kezmark 203). Uwolniony Fischer uchodząc stamtąd^ 
wpadł w ręce czaty Bebeka Franciszka, który, jak cała szlachta 
madziarska, srodze zawzięty był na wszech apostołów chłop- 
skich , pomny niedawnej zgrozy Kuruców (krzyżowników) 
wołoskich , a wiedząc , co chłopstwo niemieckie nabroiła 



w Szwabii, Turyngii, Alzacyi. Fischer, przywiedzion na zamek 
Krasnohnrkę {koto Rożnawy), nie wypierał się apostolstwa 
swego, owszem chciał nawracać, zachwalał nurzanie chrzestne; 
Bebek, rozżarty, kazał go zrzucić z szczytu wieży zamkowej. 
(Genersich II. 93). Nowochrzczeństwo szerzyło się potajemnie, 
tifne w opiekę Zapolii i Turków wyznających Boga jedynego. 
W Lewoczy pleban Henkel i proboszcz Molier prześladują 
podejrzanych o niedowiarstwo : wiążą mieszczan z żonami 
i niewiasty same. Między uwięzionymi był Strach (Strasz) 
Jan „opiekun" (tutor) — a Straszę w Sądeczyznie słynęli 
później jako jednobożanie-arianie. Niektórzy z więźniów od- 
przysięgli się niedowiarstwa i uwolnieni zaraz. (Wagner. 
Analecta Scepus. II. 154). Lewoczanie sami przesiąkali lute- 
ranizmem, a wójt Mild Kinast też wspierał niedowiarstwo* 
Pleban Henkel umarł 9. listopada, więc ustało prześladowanie. 
Bebek, zawzięty tępiciel nurków, wyśledził, iż się chro- 
-^ią w trzynastu miastach polskich. Kmita, marszałek koronny, 
zawezwał urzędy do postępowania surowego : Piotr Kmita 
z Wiśnicza, marszałek koronny, starosta spiski. Sławetni... 
wiernie nam mili ! Wyrozumieliśmy, że tam powstała sekta 
ona najgorsza, którą zwą nowochrzczeńcyma, których wielu 
ma być w okolicy miast trzynastu. Dlatego nakazujemy tobie 
starosto i drugim urzędnikom , abyście zażądali od obywateli 
wszystkich miast trzynastu, że pod karą śmierci mają się 
powstrzymać od wszelkiego obcowania i drużbowania nowo- 
chrzczeńcom rzeczonym. A gdyby ktokolwiek poważył się 
obcować i rozmawiać z nimi, ty starosto, z urzędnikami dru- 
gimi, macie zażądać uwięzienia takich, imanych macie zatrzy- 
mać, nie wypuszczając aż do dalszego rozporządzenia naszego. 
Dań w Krakowie 5. października 1533. 

W Kezmarku plebanem od r. 1533 był ks. Jerzy li&wocki, 
kanonik kościoła św. Marcina i przydoń nowego proboszcza, 
sędzia spraw kościelnych, włodarz dziesięcin i ospów pro- 
boszcza .spiskiego. Był on (r. 1491) uczniem szkół, żaczkiem 
w Krakowie, poczem przystał do służby dworskiej króla, którą 
postradawszy, udał się do Moraw i uczył się krawiectwa 



8 

wOtomuńcu, niedalekim od Nikolsburga, osady nurków. Nie* 
dotrwał i tam, lecz wróciwszy do Lewoczy rodzimej, robił 
kożuchy. Z zarobkiem adal się znów do Krakowa, ukończył 
nauki r. 1521 jako bakałarz, uzyskał nauczycielstwo w Gencyi 
przy Koszycach, skąd udał się do Budzynia i od posła papie- 
skiego w trzech dniach wyświęceń, odprawił w Lewoczy pry- 
micye i został tam kapelanem. Mężatka jakaś zakochała się 
w nim, więc zgromion o nią, przeniósł się na kapelanie do 
Michałowic, wedle góry św. Jura. Mężatka ona odwiedzała go 
i tutaj kilkakrotnie, a w końcu oboje zabrali się do Wrocła- 
wia : on się zlutrzył, ożenił z nią i jął się kupiectwa. Z lichą 
i szczupłą kupią swoją puścił się na Spiż, a przed czatami 
Zapolii schronił się do Lewoczy. Imano go i oskarżono Kat- 
cemu, wodzowi Ferdynanda, że to ksiądz zlutrzały. Byłby go 
kazał powiesić wedle prawa , lecz wyprosili dawni przyjaciele 
a szczególnie ks. Sobestyan, pleban lewocki. Wobec sądu 
łatwiej zaparł się księstwa, zaprzeczył poświęcenia kiedykol- 
wiek hostyi, przyznał zaś, iż się ożenił w Wrocławiu. Uwol- 
niony, udał się do Milbachu, przepłacił i otrzymał plebanię, 
z której przeniesień na plebanię do Kezmarku, od nowego 
proboszcza spiskiego, przez Zapolię mianowanego a wielce 
wolnomyślnego, uzyskał dostojeństwa one, piastowane r. 1533. 
Później dopiero ubezpieczeń, jął przy spowiedzi szerzyć luter- 
stwo: komunię dawał z chleba i wina, a lud gromadnie garnął 
się do spowiedzi. Nauczał , że na nic nie zdały się wzywania 
iwiętych ani posty, obmawiał to wobec wszej księżej spiskiej^ 
^głosząc w kościele naukę odszczepieństwa. Więc r. 1536 ks. 
Jędrzej Kerl, bezmal 60-letni pleban z Wibornej, który ongi 
grzebał tamże owych poległych 90 niemiec lewockich, zażądał, 
żeby mu ślub dał z dziewczyną młodziuchną, co bez namysłu 
uczynił ks. Jerzy i poślubił księdza w kościele farnym z całą 
okazałością. Oskarżono go przed proboszczem spiskim ks. 
Franciszkiem Babia, lecz ten był mu wielce życzliwy i co do 
żeniaczki księżej sam bardzo, bardzo wolnomyślny. Więc 
nie mówił nic. Madziary jednak i Lewoczanie nie mogli tego 
przenieść, że dał ślub plebanowi chłopów sławiańskich, którzy 



ich porazili tak haniebnie, a do której porażki przyczynić się 
on ksiądz znienawidzony. Marne jednak gniewy i pogróżki: 
ks. Jerzy bezpieczny w Kezmarku śmiał się z tego. Później 
jednak przesiedlił się do Rożnawy tręczyńskiej, gdy Łaski, 
pan na Kezmarku, przystał do Ferdynanda. Tutaj jednak r. 1542 
omal że go nie schwytali Niemce, ale przecie zdołał umknąć. 
Żałowali bardzo, bo by go byli wydali Bebekowi na Krasno- 
horkę, a ten byłby go z zamku zrzucił, jak ongi Fiszera. 
(Geners. Kezm. 95). Tak zaś chroniąc się w Libicy i Milbachu, 
dożył zlutrzenia się plebanów spiskich r. 1534. 

Plebani spiscy, jako już pierw, tak i teraz, żenili się po 
jednemu i lutrzeli, a starosta zamku spiskiego, wojewoda ce- 
sarski Mikołaj Bornemissa, gdy gorliwsi w wierze żądali 
u niego poparcia dla karcenia i wyganiania zlutrzałych, odpi- 
sał: — Wszakżeż to ani marzyciele (Schw^rmer), ani nowo- 
chrzczeńce, jeno kaznodzieje ewangelii świętej... nie ma po- 
wodu prześladować, lecz owszem poleca ich względom łaska- 
wym księdza prałata. (Genersich II. 98). 

W miejsce Horwata prałatem spiskim został Stanisław 
Sobinowski, biskup pięciokościelski. Odwiedzając kościoły 
spiskie, polecił usuwać nieporządki dawne, a zaprowadzać 
obrządki postępowe, nie tykając nauki wiary (r. 1545). Do 
onych zastarzałych obrzędów nieporządnych należały posty, 
procesye, bezżenność księży. Pojęli doniosłość słów plebanie, 
najpierw w Białej (Bela) Wawrzyniec Serpilius-Macierzyński, 
niegdyś uczeń krakowski, potem w Wittembergu uczeń i do- 
mownik Melanchtona. R. 1545 wrócił on do rodzimej Biały, 
otrzymał plebanię i niebawem, wykładając ewangelię po luter- 
sku, komunikował chlebem i winem, znosił procesye, piel- 
grzymki i co mógł. R. 1547 ożenił się z góralką Julią na 
Kotlu... Podobnie Jan Schindelar (=Gąciarz), pleban na Lipto* 
wie, w Tręczyńskiem i Nitrzańskiem , zlutrzył wsi nie mało, 
Andrzej Jakobczyk w Rozenbarku — Stanisław Mokosiński 
w Niemieckiej Lipczy na Liptowie... Luterstwo szerzyło się 
wszędy, a szerzyli sami księża plebanie. Nierozrywało to 
Jednak związku braterskiego kapituły spiskiej : księża zlutrzali 



10 

ospy i dziesięciny dawali księdzu praMowi i w bratniej zgo- 
dzie zasiadali na synodach. Obie strony zgadzały się na jedno: 
na mir i spokój, a nawet Sarpiliusa- Macierzyńskiego, lutra, 
wybrali starszym plebanem (seniorem). (Genersich). 

R. 1534 Jan z Lejden, krawiec holenderski, prorok no- 
wochrzczeńców, zdobył miasto Munster w Westfalii, szalał, 
zakładał nowy Syon. Nurków i marzycieli nauka dosięgała 
też Polski. R. 1535 w Krakowie obwieszczono prawo przeciw 
nowochrzczeńcom śląskim. (Bielski 1071). R. 1537 nurki 
morawskie, w Nikolsburgu rolniczące w pocie czoła, nie chcąc, 
aby ich mieniano z szaleńcami westfalskiemi , co z orężem 
w ręku dążą da przewrotu, na soborze uchwalili zasady 
wiary swej, których nie taili, jako najzupełniej nie wojenne: 
1. Chrystus nie jest Bogiem , tylko prorokiem. 2. Ewangelii 
jego nie godzi się opowiadać uroczyście, ale czytać w domu 
i naśladować. 3. Między chrześcijany urzędy, dostojeństwa 
i sądy być nie mają. 4. Mienie wszystko ma być wspólne. 
5. Dzieci nie chrzcić, a ochrzczone chrzcić znowu, gdy doro- 
sną i będą pojmowały znaczenie obrzędu. 6. Z Turkami nie 
wojować. 7. Sądny dzień będzie za dwa lata. Co do Turków 
mir z nimi chcieli zachować, gdyż Turcy nie prześladowali 
chrześcijan o wiarę i nie narzucali im mowy swojej. (War- 
gocki, Apologia 161). Żydzi krakowscy, bacząc, iż się zasady 
one między chrześcijany przyjmują, jęli wychwalać wiarę 
swoją jako najlepszą , jęli nawracać i zwiedli nie mało ludzi 
otumanionych i poobrzezowali ich , żeby się zaś tego nie 
kajali, powysyłali ich do Węgier, a stamtąd do Turek. Król 
dowiedziawszy się, nakazał Kmicie wdrożyć śledztwo surowe. 
Żydzi zaś bacząc, iż nie żarty, udali się przez posła turec- 
kiego do sułtana, prosząc o listy przyczynne do króla, aby 
żydom wolno hyto jeździć do Turek. Sułtan odpowiedział, by 
nie prosili o to, lecz przeczekali, a za dwa roki on tam przy- 
będzie, chrześcijany wypędzi, a żydom pokój zabezpieczy 
Śledztwo srogie i częste z polecenia króla Zygmunta położyło- 
koniec wszelkim tym zabiegom. (Bielski p. 1082). 



11 

żydowskiej wiary zwolenników zwano Żydkami. Przydo- 
mek ten mieli na razie cichaczem, później jawnie, Porąbscy 
bracia: Joachim i Stanisław, szlachta dziedziczna na Porąbce 
i Drużkowie, ci wobec grodu pisali się: R. 1566 Joachim Po- 
rabski Żydek ; 1577 Porąbski Stanisław Żydek. (Czechow gród 
Terrestr. 1. 19 p. 222, Sącz Castr. 16 p. 1017). Porąbski Jan, 
krewny ich, osiadły na prawie miejskiem w N. Sączu, był 
rajcą, a córka jego Anna była za Straszem I-o Michałem 2-o 
Feliksem. (N. Sącz A. 87 p. 780). Chronowscy i Straszę woleli 
wyznawać wiarę turecką. 

Waiglowa Malcherowa żywopalona 1539. Żydzi, co na 
żydowstwo nawracali chrześcijan, pouciekali z onymi wraz na 
Węgry, a nawet pod opiekę Turków; śledztwa królewskie nie 
mogły ich wytropić: skrupiło się na stareńkiej niewieście. 
^Tegoż roku Katarzyna Malcherowa, rajczyni krakowska, przez 
Źydy zmamiona, chrześcijańską wiarą wzgardziła, a częścią 
jej też to przyszło z skażenia głowy albo z rozpaczy, bo się 
wszystko prawowała rada. A gdy jej od błędu odwieść nie 
moźono, osądzona jest przez Piotra Gamrata, biskupa krakow- 
skiego, na śmierć, na którą szła tak śmiele, jako na wesele. 
Spalono wśród rynku (małego) krakowskiego". (Marcin Bielski 
Kronika str. 1080). Naoczny zaś Łukasz Górnicki (Dzieje 
str. 5) pisze: ,.Tegoż czasu Malcherowę, mieszczankę krakow- 
ską, białogłowę w lat ośmdziesiąt, o żydowską wiarę spalonO' 
na rynku w Krakowie — na co patrzyłem. Zebrał był ks. 
Gamrat, biskup krakowski, kanoniki wszystkie i kollegiaty ku 
wysłuchaniu jej wyznania wiary. Tu, gdy pytana według Credo 
naszego, jeśli wierzy w Boga wszechmogącego, stworzyciela 
nieba i ziemi? odpowiedziała: Wierzę w tego Boga, który 
wszystko stwoi^zył, co widzimy i czego nie widzimy; który 
rozumem człowieczym ogarniony być nie może, a dobrodziejstw 
jego i my ludzie jesteśmy pełni i wszystkie rzeczy na świecie.. 
Rozszerzyła to potem, dosyć długo wyliczając moc boską i jego 
dobrodziejstwa niewymowne. Postąpiono zaś dalej w pytaniu : 
A wierzy.szże w syna jego jedynego, Jezusa Chrystusa , pana 
na.szego, który się począł z Ducha świętego i t. d. ? Ona 



12 

na to: A nie miai ci Pan Bóg ani żony, ani syna, ani mu 
tego potrzeba ; boć jeno tym synów potrzeba, którzy umierają. 
Ale Pan Bóg wieczny jest i jako się nie rodzi/, tak i umierać 
nie może : nas ma za syny swoje i są wszyscy synowie jego, 
którzy drogami od niego naznaczonemi chodzą. Tu krzyknęli 
koliegiaci: Źie mówisz niebogo! obacz się, są proroctwa 
o tem, iż miał Pan Bóg na świat pos/ać syna swego i miał 
być ukrzyżowan za grzechy nasze, aby nas nieposłusznych, 
jeszcze z ojca naszego Adama, swem posłuszeństwem zjednał 
z Bogiem ojcem. Mówili nadto siła z nią doktorowie, a im 
więcej mówili, tem ona w swem przedsięwzięciu uporniej 
istała, iż Bóg człowiekiem być i rodzić się nie mógł. Owoż 
gdy się od tej żydowskiej religii odwieść nie dała, naleziono 
ją być bluźnierką przeciwko Bogu i do urzędu miejskiego ją 
odesłano, a w kilka dni potem, jakom wyżej wspomniał, spa- 
lono — na którą śmierć szła niestrwożona. (L. Górnicki. 
Dzieje w kor. polsk.). Była ona szlachcianką z rodu Zalasow- 
«kich, siostrą Jana, rajcy tarnowskiego, którego wyrok sądu 
królewskiego mieni „nobilis", siostrą Urszuli Kromerowej 
w N. Sączu i Katarzyny Rimerowej, mieszczki krakowskiej. 
<N. Sącz Archiw. 5 str. 144). 

Ksiądz Kromer był sekretarzem i ulubieńcem biskupa, 
którego zwał mecenasem swoim, a który palił staruszkę, po- 
krewną jego. 

Jezuici r. 1534 w Paryżu sprzysięgają się jako drużbo- 
wie Lojoli. R. 1537 w Wenecyi otrzymują wyświęcenie ka- 
płańskie i wykrywają tamże aryan, przeczących bóstwo 
Chrystusa, których rząd tłumi, a którzy uciekają do Szwajcaryir 
Lojola zaś z drużyną zdąża do Rzymu. R. 1540 Jezuitów 
zakon zatwierdza papież Paweł III. R. 1535 w Krakowie po- 
częto tłoczyć książki polskie: Wietor wyda/ Psałterz czyli 
Śpiewnik , a po nim Szarfenberger Żołtarz Dawidów (r. 1539), 
o co się gniewali księża niektórzy. (Wiszniewski VI. 376). Fryc 
llodrzewski zaś pisał o potrzebie modlitew mową narodową. 
Jezuici, bacząc skuteczność pieśni luterskich niemieckich, 
uznali potrzebę pieśni polskich katolickich. 



Nowochrzczeńców zaś prześladowali katolicy równie 
jak i lutrzy. R. 1540 zjawili się znowu na Śląsku i prześla- 
dowani srodze za one zaburzenia w Westfalii. W Sagan ścięta 
nawet kilku ich proroków. Marzyciele śląscy, zwolennicy 
Szwenkfelda i Erautwalda, wygnani 7 Lignicy, znowu popo-^ 
wracali na Śląsk, a zlutrzafy książę Frydrych III. kazał ich 
r. 1550 śledzić i wyganiać z kraju. Uciekali mianowicie na 
Węgry. Roznosili oni po świecie zasady swe bezobrzędowości 
zupełnej: bez chrztu, bez komunii, żywot natchnienia i po- 
czucia sumiennego. Bracia czescy i Pikardy nie chcieli iść na. 
wojnę z luterany i Janem, kurfirstem saskim. Ferdynand,, 
król czeski, zwyciężywszy więc i imawszy kurfirsta, kazał im 
do 42 dni wyjść z kraju i prześladował srodze. Wygnance- 
schronili się do Moraw, gdzie, po staremu, pod opieką panów 
morawskich byli bezpieczni zupełnie. 

Oddział 400 osób, z duchownymi swymi, udał się da 
Wielkopolszczy, gdzie znalazł przytułek w Jędrzeja Górki 
dobrach, w Koźminie, Kurniku i Szamotułach, a następnie 
w Lesznie, Wieruszowie i Skokach, w dobrach Leszczyńskich. 
Drugi oddział zdążył do Prus polskich, osiedlił się w Niborku^ 
Gardensee, Hohenstein, Królewcu, Dąbrowie, Działowie i Kwi- 
dzynie, gdzie zbudowali kościół i prawili nabożeństwa pa 
czesku. W Poznaniu, mimo oporu biskupów: Izbińskiego,. 
Prażmowskiego i Czamkowskiego, znachodzili zwolenników 
i nie mało szlachty przyjmowało wyznanie ich, w którego. 
obrzęd wchodziło ponowienie chrztu dorosłych. 

Madziary na sejmie w Presburgu uchwalili : nowo- 
chrzczeńce i sakramentarze, w królestwie dotąd przebywający,, 
mają być wypędzeni niebawem z wszystkich dóbr i żadni, 
ani którykolwiek pojedynczo, może być przyjęt w obręb pań- 
stwa. W Siedmiogrodzie Izabela Zapolska właśnie zamieszkała 
w stolicy Alba Julia (=Fejervar, Weissenburg obok Karlstadu), 
wraz z opiekunem swym pokrewnym Petrowiczem, który po 
śmierci spółopiekuna Martinusia, biskupa Warażdyńskiego^ 
odzierzył samorząd. Korzystając z wyjazdu do Węgier biskupa, 
albańskiego Bornemissy Pawła, Izabela z Petrowiczem, zwa-- 



u 

biali różnowierce, a Petrowicz jawnie krzewił naukę Ariusza 
i nowochrzczeńców, której też Rusinów po rusku uczyć kazał 
niejakiemu Waiantemu i Wagnerowi. Księży też wypędzał, 
dobra kościelne na skarb zabierał. (Ortus p. 3). R. 1551 przyjął 
Blandratę Jerzego za lekarza nadwornego przy młodym Zapolii, 
mianowanym przez Turka księciem siedmiogrodzkim. Bland- 
rata był uczniem słynnego Serweta hiszpana, krzewiciela 
nauki jedynobóstwa, przeciwnika Kalwinowego. Popadł w ręce 
inkwizycyi świętej w Ticino, lecz uciekł do Szwajcaryi, skąd 
przez Niemcy i Polskę przybył do Siedmiogrodu i z początku, 
z obawy Izabeli Zapolskiej, królowy wdowy, cichaczem krze- 
wił Serweta arianizm, starodawny, afrykański. (Andreas lilia: 
Ortus... gentium... in Dacia p. 36— 50). K. 1552 Izabela Zapol- 
ska koronę Węgier w Koszycach zdała królowi Ferdynandowi, 
plebanie spiscy z polecenia Kmity, starosty, odstawili ją do 
N. Sącza (36 końmi podwodowymi); Blandrata swobodnie 
nauczając, na arianizm nawrócił Zapolię młodego, któremu 
sułtan nadał Siedmiogród i dostojniki jego: Czakiego, Nizo- 
wicza, Salancego i Bekiesza. 

Spiskim starostą, z siedzibą na zamku Lubowli. był od 
r. 1549 Jan Bonar z Balic, kasztelan biecki, różnowierca tak 
gorliwy, że jadąc do Krakowa woził z sobą kaznodzieję swo- 
jego luterskiego. Zbór luterski w Krakowie całą rodzinę Bo- 
narów zaliczał do dobrodziejów swych osobliwych. Nieprze- 
•bywał on na Lubowli, gdzie imieniem jego rządził podstarości 
Bylina Stefan, Sądecczanin. gospodarz zapobiegliwy, a co do 
spraw religii bardzo wyrozumiały — zwłaszcza wobec Ma- 
dziarów i Bonara, w którym też płynęła krew madziarska. 
Pod Byliny opieką, bez rozgłosu, kiełkowała na Lubowli 
nauka wiary w Boga jedynego, której wyzna wcyma byli: 
itfarek (Kromer) i przyjaciel jego Stanisław. Biskup Samuel 
Maciejowski, przy całej wyrozumiałości, musiał karcić niedo- 
wiarstwo wzmagające się. R. 1549 ożenił się pleban w Chrzczo- 
nowie ks. Walanty. Pozwany przybył z drużyną szlachty, 
między którą był Oleśnicki z Pińczowa, Rej Mikołaj, Chełmski 
Remigian. Obrońcą był ks. Orzechowski i nie upierał się przy 



15 

zdaniu, lecz prosi/ o naukę. Biskup bacząc niemożliwość 
wykonania wyroku, odroczył sprawę. R. 1550, na sejmie 
w Piotrkowie, szlachta spierała się z duchowieństwem wyższem, 
zaprzeczając dziesięciny, żaląc się na niesprawiedliwość, iż 
duchowieństwo nie płaci podatków ani wyrusza na wojnę... 
więc szerzono paszkwile na księży, domagano się komunii 
pod dwiema postaciami. Wyklęci nie dbając na wyrok, przy- 
chodzą na nabożeństwo. Tak Ossoliński Hieronim, który za- 
przeczywszy dziesięciny z wioski W/ostowic kapitule krakow- 
skiej, r. 1546 wyklęt, na co nie dbając chodzi do kościoła, 
przezco księża zniewala do wyjścia. R. 1549 pojednał się, 
lecz znowu wyklęt, robi swoje. (Script. rerum polon. I. 27 — 35). 
Podczas czytania buli papieskiej o odpustach jubileuszowych, 
Przyłuski Jakób, niegdyś dworzanin Kmity, ksiądz i pleban 
w Mościskach . potem żonaty, pisarz grodu krakowskiego, 
głośno wywoływał, że odpusty są oszustwem! 

Kaznodzieje luterscy: Wawrzyniec Diskordia, Jan Koźmiń- 
ski, mienią się kaznodziejami królewskiemi — i Szymon Pro- 
szowita... Gdy kapituła krakowska napierała biskupa, by wy- 
konywał wyrok na heretyki , onże odrzekł : Nasamprzód 
trzebaby uczynić przegląd, a raczej śledztwo nad obyczajami 
i życiem księży a ludzi świeckich w biskupstwie całem, naj- 
bardziej zaś wystrzegać się rzucania klątwy o byle co! 
(Scriptores rer. polonicarum 1. 93). Byłby też to przeprowadził 
biskup cnotliwy, ale zaniemógł i umarł 27. października 1550. 

Stankara Franciszka sprawa poburzyła duchowieństwo 
całe. Był to włoch, urodzon w Mantuy r. 1501, z zawodu 
lekarz. Podejrzany o niedowiarstwo wyniósł się do Szwajcaryi 
a r. 1547 do Wiednia, skąd go do Krakowa sprowadził ś. p. 
biskup Samuel jako nauczyciela hebraiki w akademii nauk; 
dopomógł mu też r. 1548 do wydania gramatyki hebrejskiej, 
dając nakład potrzebny. Lecz Stankar prócz gramatyki dał 
też tłoczyć książkę „O poprawie kościołów", która nań 
ściągła podejrzenie niedowiarstwa. Duchowieństwo oskarżyło 
go, a biskup Samuel kazał uwięzić i osadzić na zamku Lipo- 
wcu r. 1550. Sąd duchowny i kara surowa nie byłaby go 



16 

minęfo, gdyby nie pomoc szlachty życzliwej, których pozna^ 
na zebraniach u Jana Trzecieskiego. Przystali oni mu przez 
stugą jego kilka walów płótna mocnego, porzezanego na długie 
płaty, po którem płótnie, jak po powrozie, spuścił się z wy- 
sokiego okna wieży. Tam zaś na dole czekali nań z wozem: 
Stanisław Lasocki, podkomorzy łęczycki, Krzysztof Gliński 
i Jędrzej Trzecieski, syn Jana. Bez przeszkody przewieźli go 
do Dubiecka, miasteczka Stan. Stadnickiego w ziemi sanockiej. 
(Orzech, kronika). Kapituła krakowska przez posły zanosi 
żałobę do króla (30. pażdz.), że Oleśnicki, Lasocki z Pełcznicy, 
Frykacz, dworzanin królewski, naszli zbrojno dobra biskupie 
lipowieckie i zrabowali (porwali więźnia). Król obiecuje zrobićr 
co się godzi — za radą senatu. (Script rer. pol. L 60). 

Pogrzeb biskupa Samuela odbył się 21 listopada, król 
konno jechał. Biskupi, kanonicy i teolodzy naradzali się (27. 
listopada) do późnej nocy nad sposobami powstrzymania nie- 
dowiarstwa. Nazajutrz wytoczono rzecz przed królem i sena- 
tem. Król podpisige pozew na Mik. Oleśnickiego przed sąd 
duchowny. Pozwany staje (10. grudnia) przed ks. Przerębskim^ 
administratorem dyecezyi, a drużbi mu taka mnogość szlachty 
i dworzan królewskich, że od natłoku cisnących się trzaskają 
ławy w izbie sądu duchownego. Koronacyę królowej Barbary 
umiało wyzyskać duchowieństwo. Dzierzgowski , arcybiskup 
gnieźnieński, prymas, mawiaf: Bodaj mi ręka uschła, będęli 
ja Barbarę koronował. Wytargował więc na królu, co chciał. 
Dla koronacyi królowej Barbary (13. grudnia r. 1550) podpisał 
król przywilej duchowieństwu, w którym przyrzeka (Script. 
polon. 40—49, 60) : nieprzyjaciół kościoła, nietylko pogan, ale 
też i niedowiarków, rozsiewających zasady odszczepieńców^ 
zwalczać, z królestwa wypędzać... Niedowiarstwem zarażonych 
nieprzyjmować do Rady koronnej... Nienadawać im dostojeństw 
ani starostw, lecz owszem, gdyby byli oskarżeni, starać się, 
za pomocą boską, o praw koronnych na nich rozszerzenie 
i usilne wykonanie , o wieczystą na nich bezecność, bezcześć^ 
wygnanie i wywołanie z kraju; chybaby powrócili na łono 
matki kościoła i przejednali ją... Duchowieństwa będę bronif 



17 

i ich prawa nietykalne, przywileje osobiste i społeczne zacho- 
wam i o ile możności za nimi obstawać będę. Urzędnikom 
zaś i starostom wszystkim pod surowością niełaski przykażę^ 
aby nie byli opieszałymi w wykonania rozkazów; karać zaś. 
będę przeświadczonych, iż nie chcieli zadosyć uczynić ukazom 
moim... Co wszystko wykonać obieccyę pod słowem królew- 
skiem wobec księdza Mikołaja, arcybiskupa gnieźnieńskiega 
i współbiskupów i radziec mdich drugich, tak jakom podda- 
nym moim przysięgał wiarą królewską przy koronacyi. Taki 
przywilej nadał król duchowieństwu za ukoronowanie żony 
ukochanej i wedle przysięgi swej, zapewniającej prawo pełne 
religii katolickiej. 

Wymógłszy na królu przywilej taki, bez wiedzy i uchwały 
sejmu, zwołali biskupi synod do Piotrkow,a, na którym kar- 
dynał Hozyusz, biskup warm^ski, przedłożył, co wierzyć trzeba 
księżom katolickim poszczególnie; mieli zaś ślubować wiarę 
wedle pytań: Czy wierzysz w święconą wodę? w wezwanie 
świętych? chrzest niemowląt? w czyściec? w papieża? w posty? 
w śluby i bezżenność? Pytania ułożył arcybiskup Mikołaj 
Dzierzgowski, spisał Hozyusz. Uchwalono też : że każdy biskup 
ma trzymać sędzię śledczego (inquisitor). 

Wezwanie królewskie do starostów, aby wykonywali 
wyroki sądu duchownego na niedowiarki, obwieszczono po 
grodach. W maju 1551 wezwał król do tego Piotra Kmitę, 
starostę krakowskiego, lub w niebytności onegoż, podstaroś- 
ciego jego, aby skazańców sądu biskupiego karał wedle prawa, 
aby nie ścierpiał żadnych zborów niedowiarków i obrzędów 
nowych, pełniąc wszystkie uchwały biskupa i duchownych. 
W czerwcu obwieszczono rozkaz ten w grodzie. 20. paździer- 
nika t. r., z Wilna, wydał król ukaz wtóry, przez Piotra Kmitę 
obwieszczony: Wszem starostom, burmistrzom, rajcom i wójtom 
biskupstwa Krakowskiego. Niedowiarstwo się wkrada, zbory 
niedowiarków się mnożą z poniżeniem obrzędów katolickich, 
z ubliżeniem sądom duchownym , dochody kościelne zabie- 
rają, z klątw sobie żarty i pośmiewiska stroją. Zapobiegając 
temu, zawezwan więc arcybiskup Mik. Dzierzgowski, prymas 

2 



1« 

i podwładni mu biskupi, aby z urzędu swego sędziowskiego 
prawem postąpili przeciw rozsiewaczom nauk przeciwnych 
wierze katolickiej, jako też przeciw podejrzanym o niedowiar- 
stwo, którym to biskupom, aby każden z was na żądanie 
użyczył pomocy ramienia świeckiego wedle prawa i ustaw. 
Ale i na wyklętych, po wyjściu czasu prawem przepisanego, 
ma się rozciągać ramię królewskie, bez wszelkiej odwłoki, 
bez wszelkich wykrętów, bo to chodzi o utrzymanie religii 
świętej katolickiej, o stłumienie nowej nauki, wszczynającej 
powstania. (Scriptor pol. I. 60 — 61). Ukazy owe królewskie, 
rozgłaszane powszechnie, roznamiętniły pospólstwo katolickie 
w Krakowie, mianowicie studentów Akademii i szkół klasztor- 
nych, gotowi byli wspierać starostę i wójta, w tłumieniu 
obrzędów nowych, nie katolickich. 

Filipowski Hieronim w Krzącicach otworzył zbór nowej 
wiary. Żona jego, z domu Glińska, zjechała na połóg do Kra- 
kowa, do krewnych, bo Mikołaj Gliński, dzierżawca ongi Bo- 
bowej r. 1515, był mieszczaninem krakowskim (Arch. N. Sącz 
A 78, 339 — 344) i umarła nieboga. Na pogrzeb zjechali przy- 
jaciele Filipowskiego i wystąpili przyjaciele Glińskich, a przy- 
łączyli się znajomi mieszczanie, wszystko różnowiercy. Stu- 
denci, których większa część była pod wąsem, zgromadzili 
się na rynku, aby rozb'ć trumnę, zhańbić zwłoki wyklętej 
jako niedowiarki. Bacząc jednak liczny poczet szlachty zbrojnej 
i mieszczan poważnych, zatrwożyli się, zawahali. Jeden tylko 
niejaki Urowiecki, wyrwał się, dał policzek Filipowskiemu. 
Szlachta dobyła szabel, student uciekł. Filipowski hamował 
przyjacioły, zapobiegając rozruchowi. (Węgierski Kronika 
zboru). 

Biskup krakowski Jędrzej Zebrzydowski, nie tracąc czasu 
przy pozwał Krupkę Przecławskiego, który jawnie zachwalał 
luterstwo. Stanął na roki w licznej drużynie szlachty, między 
którą był Marcin Zborowski, kasztelan krakowski, a gdy się 
tłumnie zbierali do dworu biskupiego, kazał biskup wrota 
główne zawrzeć, kilka dział zatoczyć i tylko furtą wpuszczać. 
Więc Krupka stawił się tylko z kilką przyjaciół. Przyznał się, 



r 



19 

iż nie wierzy we wszystko, co nanczają księża, więc zagrożon, 
iż może utracić majątek, może i życie, a zatem, aby się do 
wiary świętej, nawrócił. Zamiast się zatrwożyć, oświadczy/, 
iż nie odstąpi wiary nowej. Biskup a osądzi/ go herety- 
kiem , wyklą/ , odsądzi/ od czci i mienia , a do wykonania 
wyroku zawezwa/ urząd świecki. (Łuk. Górnicki 34). Zborow- 
ski Marcin, oburzony, objecha/ dostojniki, kasztelana krakow- 
skiego Jana Tarnowskiego, wojewodę krakowskiego Kmitę, 
kasztelan, wojewod innych si/a, żaląc się, że księża śmią 
ludzi poczciwych od czci odsądzać! Z podobnemi żalami 
rozjechali się przyjaciele po szlachcie. 1. października zapisa/ 
przerażony biskup krakowski do ksiąg kapitu/y swej : Nieprzy- 
jaźnią i nienawiścią ku duchowieństwu kipi ca/y stan świecki, 
jak gdyby przeciw Turkom i Tatarom albo jeszcze sroższemu 
wrogowi. Pragną nietylko porwać dziesięciny i dochody 
kościelne i dobra, ale same kościo/y poburzyć i księża życia 
pozbawić. Podobne rozjątrzenie po wsta/o i indziej, bo arcy- 
biskup gnieźnieński pozwą/ Ostroroga i Lasockiego Krzysztofa, 
a przemyski biskup Stadnickiego. Wskutek czego król r. 1552 
zwo/a/ sejm do Piotrkowa. Przez ca/e ośm tygodni spierali 
się tam duchowni z szlachtą, która nie chcia/a przyjąć przy- 
wileju księży wy/udzonego na królu, księża zaś nie chcieli 
go odstąpić. Król zagadnięty odrzek/ pos/om, że sądzić 
o poczciwość, o gard/o, o imię, nie przystoi nikomu innemu 
jeno królowi ! Lecz sprawy o wiarę przystoją duchowieństwu. 

Pos/owie udali się do biskupów, żeby odstąpili, nie psując 
sejmu. Namyślili się cokolwiek, przyzwolili: żeby szlachta 
wolna by/a od sądów duchownych co do spraw herezyi, byle 
tylko wolno by/o sądzić nieszlachtę ! Pos/owie nie przystawali 
na to, udali się do króla. Kasztelan krakowski Jan Tarnowski, 
hetman koronny, wobec wszystkich rzek/ im: Si/a chcecie 
mieć księża mi/a, chcecie i nam wszystkim rozkazywać i pod- 
danym naszym, ale do tego nie przyjdzie! 

Biskup krakowski odpar/ mu: Nie wiele waszej mi/ości 
rozkazujemy i kiedy wam co będę rozkazować, tedy mnie 
możecie nie s/uchać. 



20 

Będę cię sluchaf księże miły, jeżeli mi co potrzebnego 
powiesz okoto zbawienia, ale żebym ci tego pozwolić miał, 
abyś ty miał mieć poddanego mojego pod poshiszeństwem 
swem, albo w sądownictwie swem, tego ja tobie nie przy- 
zwolę ! 

Posłowie ziemscy, porozmniawszy się, szli razem do 
króla i opowiedzieli się, iż równie jak Rada koronna przez 
usta pana krakowskiego, tak też i szlachta wszystka, podda- 
nych swych, nie chcą mieć pod sądownictwem księży. Król 
nie odpowiedział, jeno ręką kiwnął a rzekł: fiat! (Script rer. 
pol. I. 50). Wedle tego też zawyrokował król , iż co do religii, 
kto dobrze wierzy a kto źle, nikomu innemu uznanie nie 
należy, jeno biskupom, lecz około poczciwości nie onych 
to sąd! Wyrokiem tym oburzone duchowieństwo, przez kilka 
dni nie przychodziło na sejm. Od tych czasów ustały sądy 
duchowne, ale i listów onych zaprzestano posyłać starostom, 
żeby w posiadanie brali dobra szlachciców, którzy przez rok 
i sześć niedziel nie znieśli z siebie klątwy. Przy otwarciu 
sejmu tego, na nabożeństwie w uroczystość Matki Boskiej 
Gromnicznej, wobec króla i senatu, część szlachty naumyślnie 
nie przyklękała podczas podniesienia, a Rafał Leszczyński 
tuż za królem stał w czapce. On też na sejmie imieniem 
szlachty oświadczył, iż przedewszystkiem muszą zabezpieczyć 
wolność swoją w domu i że prócz króla nikt nie ma prawa 
rządzić. Dziaduskiego zaś, biskupa, Jan Tarnowski witał jako 
wroga, który uciemiężą ludzi wolne. 

Biskupy zwano obłudnikami i wilki drapieżnymi. Wyma- 
wiano nieobyczajność i nieuctwo księży, że są grzesznikami 
najgorszymi. Biskup krakowski, Zebrzydowski Jędrzej, który 
wyklęciem i potępieniem Krupki najpierw wywołał oną burzę, 
zażądał głosu ku obronie księży. Prawił, że księża też są 
ludźmi i podlegli krewkości ludzkiej, a w Polsce księża nie są 
najgorszymi w urodzeniu, równi drugim, a w obyczajach, inni 
nad nich lepszymi okazać się nie mogą... Co do nauki, to ich 
rzecz wiedzieć, co im potrzeba umieć, a czego nie potrzeba* 
W czem wszystkiem nie potrzeba im się sprawiać przed 



21 

niczyim innym sądem, gdyż oni są od Pana Boga inszych 
sądzić postanowieni... Królewska wfadza naszą wfadzą stoi... 
Obrona ta nie uśmierzyła rozjątrzenia posłów, wobec czego 
biskupi musieli przystać dobrowolnie na czasowe zrzeczenie 
się sądownictwa, nie chcąc go używać przeciw żadnemu 
szlachcicowi przez rok jeden. Po sejmie, szlachta rozjechawszy 
się, jeszcze bardziej roqątrzali świeckich przeciw duchownym. 
(Bielski IV.). 

Trzecieski Jan (właściwie Trzycieski) (Węgierski 4), miał 
trzech synów, I-o Jędrzeja, r. 1620 już bakałara wszechuczni 
krakowskiej, piszącego wiersze, zaprzyjaźnionego z Przyłuskim, 
Stankarem i Orzechowskim, różnowiercę zawziętego na katoliki, 
2-0 Krzysztofa, księdza i 3-o też księdza. Uczony starzec, 
prócz księgozbioru i miru u ludzi wolnomyślnych a uczonych 
miał tylko wioskę Kożuchów, bo rodzimy Trzycierz zdał Ję- 
drzejowi, synowi. Bacząc zaś rozpowszechniającą się żeniaczkę 
księży, nie wahał się obydwu synów młodszych poświęcić 
stanowi duchownemu w nadziei poprawy ich bytu, licząc na 
ifcyczliwość braci szlachty. I nie omylił się. Sądeczanie, sąsie- 
dzi od Trzycierza, wracając z sejmu, nie ominęli swego brata, 
starego pana Jana, a byli między nimi: Korzeńscy bracia, 
Stanisław i Jan z Korzennej, Chronowski Sobestyan z Rabko- 
wej. Zastali tam księdza Giżyckiego z Wielogłosie, gdzie ple- 
banił już 30 lat wzwyż i z Ujanowic wikarego ks. Wałantego, 
też Sądeczan. Korzeńscy bracia byli kollatorami kościoła św. 
Jakuba na Kaźmierzu, gdzie właśnie do obsadzenia była ple- 
bania i prebenda. W dowód przyjaźni sąsiedzkiej, obadwaj 
plebanię nadali Trzecieskiemu Krzysztofowi, a prebendę młod- 
szemu jego bratu. Nadanie pisał Erazm Błażej de Ponteregio, 
a jako świadkowie podpisali : stareński ksiądz Giżycki i pan 
Chronowski Sobestyan, a obecnym był też ks. Walanty, wikary 
z Ujanowic. Po odjeździe Korzeńskich młodzi księża Trzc- 
ciescy udali się na Kaźmierz dla objęcia kościoła św. Jakuba, 
zastali tam ks. Wargockiego Rafała z Sądeczyzny, który już 
objął plebanię na mocy rzekomego nadania p. Korzeńskiogo 
Stanisława. Pismo nadawcze z podpisem p. Stanisława, okazał 



22 

ks. Rafat. Trzecieski stary, zdziwiony i zgorszony, posfal syny 
swe do Korzenny, a Stanisław Korzeński wyparł się podpisu 
jako nie swego i natychmiast przed sąd duchowny w N. Sączu 
zaskarżył księdza Wargockiego o podrobienie podpisu. Świad- 
kowie: stareński ksiądz Giżycki z Wielogłów i pan Chronowski 
Sobestyan zeznali nadanie młodym Trzecieskim, stwierdził 
wikary z Ujanowic i Erazm Błażej de Ponteregio. Do kolia- 
torów tej prebendy należał też p. Wojnarowski z Jasiennej. 
On też nadał ją Trzecieskiemu. Ksiądz Wargocki musiał od- 
stąpić, lecz ukaran nie został. (N. Sącz Officium spirituale^ 
Podegrodzie II.). Szlachta ogromnie była zgorszoną, a Trzecieski 
Jędrzej strasznie wygadywał i pisał na księży. 

Chronowski Sobestyan przyznawał się do wiary w Boga 
jedynego, wedle nauki słynnych nowochrzczeńców, którą za- 
myślał rozpowszechniać, a którą czerpał z ksiąg zagranicznych, 
potępiając katolicyzm. Miał on krewnych prostaków, nie- 
uczonych, którzy się przejęli wiarą w Boga jedynego, jak ga 
wielbią Turcy, ogłosili się i pisali Turkoma. Byli to: Chro- 
nowski Jakób Turek, na Chronowie spółdziedzic, Jan Turek,, 
spółdziedzic na Chronowie i Borowie i Przecław Turek Chro- 
nowski. Zaprowadzili wielożeństwo na wzór tureckich haremów 
a p. Przecław, córkę taką haremową Annę, gdy dorosła 
i wdała się w matkę, dziewkę prostą, musiał wydać za chłopa 
Stanisława Strzelca z Rzezawy. (Czchów, TerrestriaL. 19 p. 4). 
Koranu Mahometa oczywiście nie znali wcale i nie chodziła 
im o to, chcieli tylko wielbić Boga jedynego, okazując, że 
Turcy lepiej wierzą. 

Strasz Jan h. Odrowąż, na Gorlicach, przejął się też. 
wiarą w Boga jedynego, po turecku. Kościół w Gorlicach 
pozbawił ozdób katolickich (Biecz. Gród. r. 1630) i zaprowa- 
dził nabożeństwo z wykładem wiary jak w Alkoranie. Nauką, 
tą przejmował się wielce synalek jego, obdarzony zdolnościami 
wielkiemi. Podczas sejmu 1552, królowa węgierska Izabella 
Zapolska, wdowa, siostra Zygmunta Augusta, króla, wróciła 
do Polski wraz z synem młodzianem, którego pod opiekę brat* 
sułtan turecki, nadając mu Siedmiogród. 



23 

Na dworze Zapolii, młodego siostrzeńca królewskiego^ 
zmawiano młodzież polską, zmówiono też uzdolnionego Strk-^ 
sza, obdarzając sowicie. Turcy, opiekunowie Zapolii, poznali 
się na nim i obsypując darami, nakłonili, iż się poturczył 
i przyjął imię Ibraima. Wziął na usługi sułtańskie jako czausz, 
urzędnik, posłaniec koronny. (Heidenstein 742). Feliks Strasz, 
r. 1530, bakałarz i burmistrz (N. S. A. 3 p. 1), kupczący 
suknem z Lembarku, biorąc 24 postawów na raz (N. S. A 5 
p. 9), miał dwie córki, z których jedną Zofię, do dworu swego 
na Wiśnicz przyjęła pani Kmicina, marszałkowa koronna. 
Płynęła w niej lorew Porąbskich Żydków i Straszów Turków, 
wychowana też w wierze zakrawającej na żydowską i turecką, 
była wielce wolnomyślną. Ks. Orzechowski Stanisław, prze- 
bywając na dworze p. marszałka, poznał ją, upodobał sobie, 
oświadczył się z chęcią żeniaczki. Zofia wolnomyślną przy- 
stała, rodzice też zezwolili, więc zaręczona z księdzem, ku 
wielkiej zazdrości Jurka, złotnika nadwornego, hultaja ulu- 
bionego i usłużnego na wszystko. Kmita katolik, gorliwy, acz 
samowładny, kazał Orzechowskiemu starać się o zezwolenie 
biskupie. Orzechowski , na synodzie w Wiszni , oświadczył 
biskupowi przemyskiemu Dziaduskiemu, że się żeni, a biskup 
zgniewany wyklął go jawnie, wodą i ogniem (aqua et igni), 
biskupi uprosili Kmitę, by mu nie dał Straszówny. Kmita, 
mimo próśb matki jej, dowiedziawszy się o zalotach Jurka, 
kazał, żeby poszła za niego, grożąc niełaską, Orzechowskiego 
zaś napędził z Wiśnicza. Jurko więc ożenił się z Zofią Stra- 
szówną i po staremu złotniczył w N. Sączu. 

Żeniaczka księży łacińskich poprzedziła odszczepieństwo 

na Rusi. 

Ks. Przyłuski Jakób, pleban w Mościskach, prawnik 
znakomity, dworzanin Kmity, nąjpierwszy się ożenił i porzucił 
stan duchowny. Krowicki Marcin herbu Nowina, rodem z To- 
runia, od Piotra Kmity słan na naukę do Wittembergu, gdzie 
właśnie uczył Marcin Luter, przyjął zasady onegoż. Wróciwszy, 
był sekretarzem i pisarzem zarządu dóbr, otrzymał probostwo 
w Sądowej Wiszni, nie opuszczając dworu Kmity, aż gdy się 



24 

r. 1550 ożenit za przykładem drużby Przyłiiskiego Jakóba, 
któremu dał znać o tern listem następiyącym : 

Martinus Krowicki, plebanus, Jacobo Przyhiski, piebano I 
Frater Jacobe ! Juzem się ożenił, nie wiele mówiąc ani myśląc. 
Pcgąłem szlachetnego ojca i szlachetnej matki dziewkę, pana 
Pobiedzińskiego córkę piętnastoletnią. Mnisi w Przeworsku 
z krzykiem ślub mi dali. Kazałem nazajutrz „Te Deum^ 
w kościele głośno śpiewać, iż mnie pan Bóg z Sodomy i Go- 
mory dziwnym obyczajem wyrwać raczył, w którejem był po 
same uszy utonął. Rozumiem , iż przeciwko nam ruszą się 
wszystkie bramy piekielne, ale nie dbam, by i jutro umrzeć^ 
gdy umrę w zakonie bożym, w tym stanie chwalebnym. 

Przyłuski odpisijge mu: „Nasz pan. Piotr Kmita, wojew. 
krak. przed każdym ci człowiekiem grozi, ukazując na gardło 
swe, a mnie wszystko wini , żem cię skaził i nie śmiem się 
mu ukazać już od 4 dni, jakobych ja to uczynił albo uczynić 
kazał. Dał ci pokój bracie, gdyś się mazał, gdyś budki obcho- 
dził, teraz ci by rad na gardło wsiadł, mówiąc: Jeszcze ten 
łotr w mój dom wjechał**! 

Dziaduski, biskup przemyski, wyklął go 16. stycznia 1551 
i z plebanii wypędził. Wygnaniec schronił się do Pobledną, 
pieleszy żony swej, wyczekiwać doli swej ks. Orzechowskiego, 
kanonika przemyskiego, który też koniecznie chciał się żenić 
i również wyklęt, odniósł się do sejmu i układał się z biskupy. 
R. 1551 ożenił się Orzechowski w zapusty, a po Wielkanocy 
pozywa go biskup Dziaduski do trzech dni, do Brzozowa. 
Stawił się z liczną szlachtą zbrojną, więc biskup nie przypuścił 
go przed siebie i wyklął. Orzechowski zaprotestował w grodzie 
a potem w Przemyślu, w katedrze, z kazalnicy. Szlachta gro- 
madna i zbrojna drużbiła mu wszędzie: do Dynowa, Brzo- 
zowa, Przemyśla. Przyjął gościnność Pieniążka Jana na Za- 
wadce i Pieli, tuż w sąsiedztwie Pobledną, bawił się ochotnie 
i zapijał wino, które lubił i nie zważał, że biskup wyrabia 
nań karny wyrok. Stadnicki Stanisław Mateusz , pan na Du- 
biecku i Niedźwiedziu, urodzony z Natalii Kmicianki, ożenion 
z Zborowskiego Marcina córką, gorący zwolennik nauki 



25 

2wiiiglego, był jawnym opiekunem niedowiarków. Do Dubiecka 
sprowadził Alberta z Iłży, sakramentarza i wedle nauki Zwin- 
glego dał ocbrzcić dzieci swoje, zniósł nabożeństwo i posty 
a zaprowadził sakriimentarskie wieczerze, na które gromadnie 
igeżdżała się szlachta. Stankar też, uskok z wieży biskupiej 
na Lipowcu, przez Trzecieskiego Jędrzeja przywiezion do 
Dubiecka, mile przyjęty od Stadnickiego, ożywił nabożeństwo 
sakramentarskie , zaprowadził naukę Zwinglego i szlachty 
więcej zwabił na wieczerze sakramentarskie. Przybywali i Sa- 
noczanie, a między nimi Pobiedzińscy przywieźli Krowickiego. 

Biskup Dziaduski, rozgniewany na wyklętego Orzechow- 
skiego, w3nrobił egzekucyę klątwy, której przeprowadzenie 
poruczono Kmicie, a że był nieobecny, zdano jego podsta- 
rościemu. Orzechowski weselił się w gościnie Pieniążka, gdy 
nadeszła wieść o srogim wyroku króla, zagrażającym mieniu, 
czci i życiu. Zasmucili się obecni, on zaś odpisał, że wolno 
Kmicie wykonać wyrok, poczem udał się na sejmik proszo- 
wicki. Stadnicki też pojechał na sejmik, a biskup Dziaduski, 
wiedząc o tem, zapozwał go do trzech dni przed swój sąd 
biskupi, potępia zaocznie, wyklina i odsądza od czci i mienia- 
Stadnicka przerażona, gońcem daje znać mężowi, który list 
jej czyta na sejmiku , pytając szlachtę , czy to pod Turkiem 
lub Tatarem? Orzechowski też odczytuje wyrok królewskie 
wzywając pomocy szlachty przeciw biskupom, bo i Zebrzy- 
dowski, biskup krakowski, wyklął Krupkę, a Dzierzgowski^ 
arcybiskup, wyklął Lasockiego, co uwolnił Stankara, więc 
i Ostroroga. Stankar nie widział się bezpiecznym w Dubiecku. 
Trzecieski Jędrzej , wierny przyjaciel, z garstką przyjaciół 
zbrojnych, jak go z Lipowca przewiózł do Dubiecka, tak stąd 
przewiózł go do Pińczowa, dokąd go wzywał Oleśnicki Mikołaj, 
który tam, wedle nauki Zwinglego, kazał na zamku obrazy 
powyrzucać, nabożeństwo prawić obcym obyczajem. Więc 
Stankar zaprowadza nową wieczerzę pańską i obrzędy, naucza 
szlachtę okoliczną. 

Klasztor w mieście został nietknięty przez Oleśnickiego, 
lecz mieszczanie sami, oburzeni nieobyczajnością zakonników. 



26 

nastawali na nich, tak, iż w końca mnichy pouchodzili z Piń- 
czowa, co w obronie przytaczał Rej z Nagtowic. Krowicki 
też przybyf do Pińczowa i bacząc niedolę Orzechowskiego, 
jął się nauki Zwinglego, pomagał Stankarowi. Biskup wyrobił 
też wyrok na Stankara, a pozywa Oleśnickiego ks. Przerębski, 
administrator krak. dyecezyi. Stankar ucieka do Prus pod 
opiekę księżny pruskiej. Oleśnicki zaś do sądu ks. Porębskiego 
stanął w takiej ciżbie szlachty i dworzan królewskich, że się 
skończyło na niczem. (Script. rer. pol. I. p. 60). Oleśnicki 
w Pińczowie Krowickiego zamianował pastorem sakramen- 
tarskim w miejsce Stankara. R. 1552, na sejmie w Piotrkowie, 
Orzechowskiego sprawę wnosili: Ossoliński Hieronim, Bora- 
tyński Piotr, Pieniążek Jan i Siemuszowski Adam, rozogniając 
umysły posłów. Orzechowski stanął osobiście, bronili go 
Tarnowski i Kmita. Tarnowski biskupa Dziaduskiego wita jako 
wroga, który uciemiężą ludzi wolne. W Pińczowie, w klasztorze, 
pozostał tylko jeden zakonnik. Zaprosił on Krowickiego do 
miasta na obiad, a gdy zszedł z zamku, słudzy biskupa (kra- 
kowskiego) imają go, wiążą i przykrywszy słomą, uwożą, 
nie żałując kułaków. Dopędza ich samotrzeć Łukowski Balta- 
zar, sędzia grodzki sandomirski, nadbiega z drużyną ostrzeżony 
Oleśnicki, uwalniają potłuczonego, który uwolnienie mieni 
cudem. Opisał je w pisemku: Obraz antychrystów, dziwiąc 
się sam sobie, że został woźnym Boga, opowiadającym prawdy 
jego. (Wiszniewski IX. 19). Napisał też Chrześcijańskie a ża- 
łobliwe napominanie do króla i posłów, aby przyjęli Pana 
Jezusa Chrystusa i ewangelię świętą, odrzuciwszy* błędy 
i bałwochwalstwa antychrystowe i sług jego. W treści pisma 
tego, jadowicie i obelżywie, bez miary, uderza na katolicyzm 
i duchowieństwo, wzywa do odstępstwa od Rzymu. 

Biskup krakowski przez ks. Przerębskiego, podkancle^ 
rzego, wyrobił wyrok królewski oddania sobie heretyków,. 
a chodziło mu o Filipowskiego i Lasockiego Stanisława, 
obrońców niedowiarstwa w biskupstwie. Lasocki jadąc do 
Krakowa, zawezwał Krowickiego na kaznodzieję swego, ca 
tenże przyjął, chcąc tam tłoczyć książkę swoją. Żaden jednak 



27 

księgoUocz nie chciat się podjąć, a biskup dowiedział się 
o Łem. Gdy więc Krowicki w Krakowie kazał na dworze La- 
sockiego, Ocieski Jan, kanclerz koronny i starosta, wysłał 
straż, aby go imać. Lasocki stawił opór, więc z ramienia 
Ocieskiego przyszli Secygniewski z Kmitą, napominając sarowo. 
Lasocki jednak nie ustąpił, stawiając się śmiało i odważnie. 
Więc ustąpili. (Lubieniecki Hist. Ref. 63). Krowicki księgę 
swą tłoczył w Magdeburgu r. 1554 u Lottera. Szlachta, miano- 
wicie ruska, chciwie ją czytała. Więc biskup przemyski, ks. 
Dziaduski, kazał ją palić przez kata. Pan kasztelan przemyski 
Stanisław rzekł, żeby dobrze było spalić Dubiecko całe. 
Posłyszeli to hajducy jego i spamiętali sobie. (Balcer Rejestr 
złoczyńców p. 92). 

Stankar w Prusach szerzył naukę swą, że Chrystus nie 
jest Bogiem, jeno pośrednikiem Boga, wiódł spory zacięte 
z Ozyandrem, którego nazwał antychrystem, iż bronił bóstwa 
Chrystusowego, więc wywołań z Prus, a nie mogła go obronić 
księżna, zwolenniczka jego, bo książę szedł za Ozyandrem. 
R. 1552 w Frankfurcie, nad Weserą, wydał i królowi Zygmun- 
towi L poświęcił książkę : Reformacya kościoła polskiego. 
Wspomina o cudownem uwolnieniu z więzienia w Lipowcu, 
powstaje na duchowieństwo, zachęca do reformy. (Jocher 
3335). R, 1553 lutry namiętnie prześladowali jednobożan, a 27. 
października w Genewie Kalwin uwięził Serweta, spowodował 
jego żywopalenie. Więc 1553 wyniósł się Stankar na Węgry, 
pod opiekę Petrowicza Piotra, wielkorządcy Zapolii młodego. 
W Bardiowie wiódł spory z Stokelim i Radiczynem, poczem 
się udał do Siedmiogrodu, między Saksy, do Klausenburgu, 
szerząc naukę swą o Bogu jedynym. Ale Saksy przyjęli już 
naukę Lutra, więc go napędzili. Uprosił sobie przytułek 
w Hermanstadzie, skąd musiał umykać na Węgry, do Vazar- 
hely. Madziarzy już r. 1550, na sejmie w Presburgu, uchwalili 
wygnanie nurków i sakramentarzów i wskrzeszenie napowrót 
katolicyzmu, r. 1556 zaś tamże na sejmie uchwalili wypę- 
dzenie onych do czteru tygodni. (Andr. Ilia). Stankar więc 
z rodziną i trzema uczniami wyniósł się znów do Polski, do 



28 

Dubiecka, gdzie go Stadnicki przyjął z oŁwartemi rękoma, 
jako anioła od Boga zesłanego. Gościł go przez dwa lata, 
wystawiając się na nienawiść i zazdrość nieprzyjaciół, którzy 
wszyscy nań bij! zabij! Tamże w Dubiecku otworzył Sta- 
dnicki szkołę, w której pod przewodnictwem Stankara pięciu 
nauczycieli uczyło setki młodzieży szlacheckich, ku wielkiemu 
zgorszeniu katolików i ewangelików. (Węgierski. Historia). 

Gorszył się biskup przemyski ks. Dziaduski, mieszkający 
sLwjkle w Brzozowie, lecz nie występował jawnie, pomnąc 
ile kłopotu z szlachtą miał o księdza Orzechowskiego żeniaczkę. 

Za to tenże ks. Orzechowski, acz sam potępion od ko- 
ścioła, namiętnie występował przeciw Stankarowi, że uczył 
wiary w Boga jedynego i potępiał obrządki. Stadnicki przy- 
wiózł Stankara do Przemyśla na rozmowę o istocie Chrystusa 
pośrednika. Rozmowa trwała krótko, Orzechowski nie mógł 
-nic dowieść. Stankar więc, wróciwszy do Dubiecka, tern silniej 
potępiał wiarę w Trójcę świętą. Zaprowadził też nabożeństwo 
mową polską, czem oddziaływał na umysły mieszczan, przy- 
słuchujących się przez ciekawość. Stadnicki zaś utwierdzony 
w tej wierze, synów swoich wszystkich (a było ich siedmiu) 
kazał przechrzcić obrzędem jednobożan-sakramentarzy. (Orze- 
•<;howski Annales). 

Biskup Dziaduski Jan stracił wreszcie cierpliwość, za- 
pozwał Stadnickiego przed swój sąd, gdzie za niego stanął 
obrońca, więc zaocznie, mimo sprzeciwienia się obrońcy, 
rzucił klątwę wielką. Stadnicki był na sejmiku w Proszowi- 
cach i rozgniewany wniósł sprawę przed sejm i w mowie, 
pełnej obelg na biskupów i ich sądy, zaprotestował, na mocy 
przywileju Wład. Jagiełły, przeciw prawości wyroku. Sejmik 
cały przyłączył się do protestu. (Stadnicki Każm. Rodowód). 
Stankar, z Dubiecka, z zamku, nie śmiał się wychylić, przytem 
pozbawiony władzy ręki porażonej, ustnie tylko wykładał 
naukę o Trójcy, którą po łacinie wydał r. 1561. Do najbar- 
dziej zgorszonych należał kasztelan przemyski. R. 1558 w Piń- 
czowie odbywał się synod wtóry, kędy Stadnicki zawiózł 
Stankara. Byli też tam Blandrata, Goniądzki, Lismanin, Kro- 



29^ 

wieki, Laski, Krucyger, Pauli i Sarnicki, krom innych. Lulrzy 
i Kalwini, o wiarę w Trójcę świętą, spierali się tam z jedno* 
bożany. 

Synody następne w Sandomierzu i Wodzisławiu potępiły 
Stankara, który w Wodzisławiu rozgniewany zawołał: pereat 
Synod ! superintendenta ewangelików nazwał psem, a Łaskiego 
i Lismanina osądził godnymi gęsi paść! Wysłano więc do 
Genewy posłów. Kalwin, Bullinger Beza i Piotr Martyr 
potępili Stankara. Kalwin napisał list do zborów polskich, 
aby odrzucili wymysły Stankara. Orzechowski, chcąc sobie 
koniecznie zaskarbić łaskę papieża, dybał na Stankara, chciał 
go oddać w moc biskupa. Ale Stankar ostrożny nie wyjeżdżał 
jak tylko do Drohojowskiego Stanisława, do Jaćmirza, gdzie 
z rodziną bawił 18 dni, a sługa Drohojowskiego spisywał 
rozmowy jego. Więc też nie przystał na rozprawę pisemną 
z Orzechowskim, aby się nie dostała do rąk biskupa. Samicki 
Stanisław, wojski krasnostawski, z Blandratą wraz uczeń 
Kalwina, żarliwy obrońca nauki onegoż, spowodował poseł* 
stwo do Genewy. Wskutek odpowiedzi Kalwina, na soborze 
w Książu, 50 ministrów, wielu senatorów i szlachty, zupełnie 
potępili Stankara. (Jocher II. 3335). Stadnicki z Stankarem, 
Ossolińskim i Drohojowskim jechali do Niedźwiedzy na roz- 
prawę, bo on tam był ministrem kalwińskim. Zaproszono 
i Orzechowskiego, ale ten wręcz odmówił rozmowie tej, gdyt 
ci nowowierni Samiccy, to chłopstwo głupie, gruntownej 
nauki żadnej nie mają, gramatykami i retoryką naostrzywszy 
sobie języki, światem bałamucą. 

Na synodzie w Warszawie Orzechowski Stankara i zwo- 
lenników jego zwał Mahometa poprzednikami, Turków stron- 
nikami, że to oszust świętokradca, który twierdzi, że w wie- 
czerzy pańskiej chleb był do jedzenia tylko, a ciało Chrystusa 
było ukrzyżowane. Stankar obruszony odpisał: tego niecno- 
tliwego nieuka przeklętego, tego odszczepieńca księżego, tego 
Orzechowskiego, wnet wychłostam! Orzechowski, w poczuciu 
szlachectwa obrażonego, odpisał zasię: Nędznik, złoczyńca, 
wywołaniec mantuański, śmie mi odkazywać niewiedzieć jaką 



30 

cUosŁą! Inaczej ja mu zagram! Nie będziemy na siebie piór- 
kami skrzypali! Obces chwycę hultaja za kark, wygarbcyę mu 
skórę gandziarą, stłukę go na miazgę, pojmę na postronek, 
zawlokę prosto na szubienicę. W tern Stankar zaniemógł, 
porażony zaległ i utracił władzę w ręce. Po miesiącu, gdy 
się nieco obaczył, odciął się, że przyszedłszy do sił, nauczy 
go rozumu, zwlecze z osła skórę kosmatą, teraz folguje długim 
uszom jego. Do żywego tem dotknął Orzechowskiego, który 
znów odpisał : To babsko nierządne, ta bezecnica , śmie mnie 
okrzykiwać półgłówkiem? zbieg, włóczęga, wywołaniec, śmie 
obywatelowi kraju wydzierać sławę, zapracowaną w pocie 
czoła? Nacechuję go Kaimowem piętnem, na derwisza go 
wystrychnę! Zbrodniarzu, przywłoko! wtuliłeś się tu do Du- 
biecka, w której to ponurej i sprośnej jaskini, pozawracawszy 
głowy rozmaite, rozpierasz się swawolnie, stąd zarazę zioniesz 
na okolicę, wzrokiem okropnym zapijasz przechodniów nie- 
ostrożnych. Wychodź hultaju, zbójco, opryszku! Spojrzyj no, 
a co to? nie pałka na twoje przywitanie! 

Listy te Stankarowi doręczał Czarnocki, sędzia grodzki 
przemyski, który wraz z podsędkiem swym bywał w Dubiecku 
u Stadnickiego. Czarnocki zagrzewał Orzechowskiego do walki 
tej mówiąc: Obadwaśma Ruś poczciwa! podajmy sobie ręce! 
wraz się bierzmy do broni na tych zbijaczów włoskich, nie- 
mieckich i francuskich! Przechacki Krzysztof ze Lwowa 
wsparł Stankara księgą: Okazanie, iż Chrystus Pan pośre- 
dnikiem jest Boga i ludzi z strony człowieczeństwa. Przypis 
Stadnickiemu umacnia go w miłości do Stankara i prosi, by 
nie dbał na wymówki przyjaciół, a nawet krewnych, którzy 
mu wzbraniają względami zaszczycać arjanina. R. 1562 Stan- 
kar wydał księgę: De Trinitate et mediatore Domino nostro 
Jesu Christo. (O Trójcy i pośredniku Panu Jezusie Chrystusie). 
Użala się w niej na prześladowania od kalwinów, równie jak 
i od arjan: Blandraty, Lismana, Gala i Nigra, więc też na 
Feliksa z Pinczowiany. Na synodzie w Pińczowie od ewan- 
gelików wyklęt Stankar i Orszacki. 



31 

Fryc Modrzewski z Wolborza, znakomitość naukowa, 
w liście do Stadnickiego chwali Stankara księgę: De Trini- 
tate, mówi, że się strony nie rozumieją i kfócą o stówa, nie 
o rzecz. Zachęca do zgody. 

Siedmiogród stal się pieleszą aijanizmu, zw/aszcza od 
kiedy opiekuństwo nad Zapolią objąt na dworze królewicz 
Petrowicz. Przybył tam Blandrata Jerzy, Padewczyk, uczeń 
wiemy Serweta, lekarza, którego o naukę jedynobóstwa Kal- 
win w Genewie żywcem spalił r. 1553. Petrowicz dzielił 
przekonanie jego i przyjął go za lekarza nadwornego dla 
Zapolii. (Andr. Ilia 35. Ortus et progressus). Stano Hieronim, 
dziedzic Nowotaniec i Dudyńce, mając pieniądze, postanowił 
zmurować w Nowotańcu zbór dla arjan, których liczba wzma- 
gała się w okolicy za wpływem Blandraty, Krowickiego 
i Stankara. Dubiecko nabrało rozgłosu ogromnego. Stankar, 
acz porażony i chorowity, spierał się z Orzechowskim i Czar- 
nockim, którego nazwał osłem. R. 1562 wydał w Krakowie 
naukę swą „De Trinitate et mediatore Domino nostro", w któ- 
rej Sarnickiego mieni pierwszym podżegaczem przeciwko 
sobie. Orzechowski zaś wydał swą Chimerę, w której Stan- 
kara zwie chimerą o głowie lwa, ciele kozim, a ogonie smo- 
czym. Rzuca nań wielką klątwę biblijną. Przy tem wszystkiem 
Stankar pilnował w Dubiecku szkoły, w której uczył swej 
teologii, u zboru zaś kaznodzieił Przechacka Krzysztof, a po 
nim (1561) jakiś Marcin. 

Uczniowie Stankara rozchodzili się po świecie jako 
kaznodzieje i obsługiwali zborki: w Dudyńcach Pobiedziń- 
skiego, w Nowotańcu Staną, w Lesku, w Jasionowie Błoń- 
skiego, w Jaćmierzu Drohojowskiego Stanisława, w Niebiesz- 
czanach Drohojowskiego Krzysztofa, w Zarszynie Błońskiego, 
w Pieli, w Odrzechowej, w Rymanowie i Iwończu Siemień- 
skiego Zbigniewa. W Dubiecku samym i okolicy, nowa wiara 
bez postów, bez mszy, spowiedzi i obrzędów, znajdowała 
zwolenników między ludem i szerzyła się ku Przemyślowi. 
Gorszyło to wielce nie tylko księży, ale i dostojników świe- 
ckich, mianowicie pana kasztelana przemyskiego, który 



32 

powtarzał często, że nie ma rady, tylkoby spalić do szczętu 
to gniazdo niedowiarstwa, Dubiecko. Stowo pańskie powtarzali 
słudzy, a za nimi też poddani wiejscy i mieszczanie żarliwce. 

Stankara mir u szlachty możnej był tak przeważny, iż 
r. 1569, na sejmie w Lublinie, otrzymał indigenat t. j. szla- 
chectwo polskie z herbem Stankar, jako krewny księcia 
mantuańskiego i dobrze zasłużony Polsce. (Okolski Orbis pol. 
III. 108). Dubiecko wzmogło się w sławę, lecz wzmogła się 
też nienawiść przeciw temu gniazdu niedowiarstwa. R. 1574 
w styczniu, kasztelana przemyskiego hajducy: Gaspar, Stecz 
i Iwan nawodzili kata Marcina w Przemyślu i namawiali, żeby 
podpalił Dubiecko, powiadali mu, że im to pan kasztelan roz- 
kazał, aby go namawiali, obiecigąc za to dobrą nagrodę. Hajducy 
owi i inni powiadali, że skoro pan kasztelan wyjedzie da 
Krakowa na sejm (w marcu), tedy mają przyjść i podpalić 
Dubiecko, a nabrawszy, co by mogli dostać, mają bieżeć za 
panem do Krakowa. A mieli przyjść w nocy i zapaliwszy 
miasto, mieli lud mordować. 

Zabawski Mikołaj na Pieli i Zawadce (w sanockiem) 
umarł. Był on siostrzeńcem Taszyckiego Zygmunta, a żona 
jego Anna była córką Pieniążka Piotra Jelitczyka z Wito- 
wie, zamieszkałego przy córce i księciu najpierw w Za* 
wadce, potem w Pieli, gdzie umarł r. 1563. Zabawska, po 
śmierci męża, wobec napadów zbójeckich, wobec groźby 
pożaru Dubiecka i najazdu na Gnojeńskiego , sprzykrzyła 
sobie pobyt na Podgórzu, ugodziła się z synem Janem, dając 
części swe Pieli i Zawadki w zamian za Zabawę w Krakow- 
skiem i wyprowadziła się do N. Sącza, pod opiekę starosty 
Mężyka i dla nabożeństwa arjańskiego, bo była Tarnowskiego 
zwolenniczką gorliwą. Syn pozostał w Pieli. W N. Sączu 
wydała książkę do nabożeństwa arjańskiego. (Sącz, gród. 
XVI. 1292). 

R. 1429 Helzer Ludwik, za naukę przeczącą Trójcy 
świętej, ścięt w Bazylei. Serwet (właściwie Serwede Michał), 
hiszpan, lekarz , zasłyszał o tej nauce, szerzył ją, a z obawy 
inkwizycyi hiszpaństiej, umknął do Bazylei, r. 1531 wyda 



33 

rozgłośną księgę „De Trinitatis erroribus^, która nań zwiodfa 
nienawiść Lutrów. 1553 wy dat bezimiennie „Cbristianismi 
restitutio'', o którą książkę Kalwin zaskarżył go w Yienne 
i otrzymał nań wyrok żywopalenia. Uciekając przez Genewę 
wpadł w ręce Kalwina i żywcem spalon przy wolnym ogniu^ 
na co z okna patrzył się Kalwin. 

Blandrata Jerzy, też lekarz, uczeń jego gorliwy, zbieg 
sądu duchownego z Ticino, przez Szwajcaryę, Niemcy zdążył 
do Polski i na dwór Izabelli powołał go Petrowicz, po któ- 
rego śmierci Radziwiłł Mikołaj, r. 1558, przybrał go za lekarza 
nadwornego i polecił królowi. R. 1560 w Pińczowie, na so- 
borze różnowierców, zamiast dać się nawrócić Łismaninowi, 
ongi spowiednikowi Bony, nawrócił onegoż, na wiarę w Boga 
jedynego, na wiarę wedle nauki Aryusza, Helzera, Serweta. 
Kalwin dowiedziawszy się, pisze do Radziwiłła, wykrywa błędy 
Blandraty, opisuje jako mu się wymknął z Genewy. Synod 
uchwala, żeby Blandrata spisał wyznanie swoje. R. 1562, na 
synodzie w Książu, składa Blandrata wyznanie: „Wierzę 
w jednego Boga Ojca, w jednego Pana Jezusa Chrystusa, syna 
Jego i w jednego Ducha świętego, których każdy jest w istocie 
Bogiem. Wielobóstwo potępiam, bo jednego tylko mamy Boga 
w istocie nierozdzielnej. Wyznaję istnienie trzech odrębnych 
pierwiastków (tres esse distinctas hypostases) i wieczne Chry- 
stusa bóstwo i rodowość, a Ducha świętego prawdziwym 
i odwiecznym Bogiem, pochodzącym od tamtych*'. (Lubieniecki 
130). Na synodzie w Pińczowie (2. kwiet.), 28 ministrów i 12 
opiekunów szlachty przyjęło to wyznanie. R. 1563, powołań 
od Zapolii na lekarza nadwornego, wyjechał do Siedmio- 
grodu, gdzie zaprowadził szkoły i księgotłoki, do arjanizmu 
przyciągnął Zapolię i mnóstwo dostojników, a odrzucając 
zohydzoną nazwę aijan , zbór przezwał jednobożanami. Kro* 
wieki też przyjął arjanizm Brandraty. Szlachta ruska namię- 
tnie jęła czytać paloną Krowickiego książkę, niedowiarstwo 
szerzyło się coraz bardziej, więc biskup krakowski, Zebrzy- 
dowski Jędrzej, bacząc, że nieudałe imanie Krowickiego i uro- 
czyste palenie księgi nie zapobiega złemu, napisał r. 1557 



34 

i u Łazarza Andrysowicza w Krakowie wyUoczyć dat książkę : 
Krótka odpowiedź przez Andrzeja, biskupa krakowskiego, na 
artykuły ob/ędliwe Marcina Krowickiego, które są: 1. iż 
kościół rzymski uczy grzechów odpuszczenia, w imię umarłych 
ludzi, w imię mszy najemnych zakupnych, w imię kapie 
burych, szarych i t. p. ; 2. iż papież, jest Bóg tego świata; 
3. iż papież nic nie ma poważniejszego , jeno mszę swą 
obłudną; 4. iż kościół rzymski prostym ludziom broni krwi 
Pana C4hrystusa; 5. iż w tym kościele uczą, że jest wiele 
jednaczów, okrom pana Chrystusa, które świętymi zowią 
i tymże kościoły i ołtarze budują; 6. iż uczą przykrytej 
i obłudnej czystości. (Jocher II. 482). Odpowiedź ta biskupia 
nietylko że nie pomogła, lecz owszem zaszkodziła sprawie. 
Krowicki niedowiarstwo łącząc z nienawiścią katolicyzmu, 
wydał osławioną j,Apologię" po polsku, w której Chrystusa, 
człowieka, mieni jedynym jednaczem wobec Boga, zaczepia 
papiestwo, mieniąc antychrystem, obrzędy zwie czarowaniem, 
potępia celibat i Jezuitów. R. 1563 mianowan seniorem zbo- 
rów arjańskich na Podlasiu, z siedzibą w Węgrowie. 

Lismanin z Blandratą zgodzili się w tem, że Bóg jest 
najwyższym, bo Chrystus sam wyrzekł: Ojciec mój wyższy 
odemnie. (Lubien. 130). Lismanin Franciszek, rodem z Korfu, 
franciszkanin, doktor teologii, za młodu r. 1546 przez Bonę 
sprowadzon na spowiednika i kaznodzieję, został prowincya- 
łem w Polsce i komisarzem zakonnic. Bywał na pogadankach 
u Trzecieskiego, a biskup Maciejowski podejrzywał go o wiarę, 
był poufnikiem królowej, a w łaskach u króla, któremu się 
przymówił o wysłanie do Kalwina, rzekomo o kupno ksiąg. 
Objechał Włochy, Paryż, a w Genewie, za poradą Kalwina 
i Socyna Leliusza, zrzucił habit zakonny i ożenił się. R. 1556 
przywołań od synodu pińczowskiego, wrócił do Polski, ukry- 
wał się po dworach szlachty. Wywołany z kraju, ale panowie 
wstawiają się za nim do króla. R. 1563 przyjmuje naukę 
Blandraty. 

Goniądzki Piotr r. 1525 urodzon w Goniądzu. Radziwiłł 
dał go do szkół w Krakowie, a biskup wileński Algimunt 



35 

yr^stst do Wioch na dalszą naukę. Z Padwy wracając, 
w Szwajcaryi dostał pisma żywopalonego Serweta i przejął 
się nauką onegoż, a w Morawii zaznajomił się z nurkami. 
Wróciwszy do Polski r. 1536, w Sycyminie, na synodzie, 
oświadczył, że wierzy w Boga jedynego wedle biblii, odrzucając 
wymysł ludzki o Trójcy. Synod posłał go do Melanchtona, 
który go wydalił z Wittemberga. W Pińczowie, wobec braci 
czeskiej, jawnie głosił jedynobóstwo, w końcu do Węgrowca 
powołań na kaznodzieję kalwińskiego, na Polesiu i Litwie 
zyskiwał zwolenników wiary jedynobóstwa. 

Alciato i Gentilis wezwani przez Blandratę r. 1562 przy- 
byli do Polski. Alciato w Krakowie napadnięty od studentów, 
ocalił życie, wołając : ,, Wierzę w Jezusa Chrystusa, syna Boga 
żywego i Maryi*^. Schronił się do Siedmiogrodu, wówczas pod 
zwierzchnością Turka, więc pogłoska, że się zbisurmanił. Był 
jednobożaninem gorliwym. Pauli Grzegorz, Lęczyczanin, r. 1552 
kaznodzieił w Pełesznicy u Lasockich, w Chełmie u Chełm- 
skiego Mikołaja, chorążego krak., na Woli Justowskiej u De- 
cyusza, zwabiając słuchaczów mnogich z Krakowa. R. 1556 
od zboru swego wysłań do Secymina na synod, przejął się 
nauką Goniądzkiego. Przez kilka lat zarządzał zborem w Bo- 
nara ogrodzie, za Mikołajską bramą. Poruczono mu przeko- 
nywać Blandratę, lecz sam zwątpił w Trójcę świętą. R. 1562 
po śmierci Bonara, Sarnicki, przeciwnik jego, zwołał synod 
w Krakowie. Pauli uznan heretykiem, odsądzon od posady, 
a Sarnicki, kalwinista najgorliwszy, zajął jego miejsce. 

Lutomirski Stanisław, herbu Jastrzębiec, ksiądz pleban 
komiński i tuszyński, o niedowiarstwo pozwan do biskupa 
w Łowiczu, przybył z biblią, w drużynie kilkuset przyjaciół, 
r. 1556, nie wpuszczon na zamek odjechał, wyznanie swe dał 
wytłoczyć, a w końcu przystał do jednobożan. R. 1563 jako 
senior pińczowski zwoływał sobór 22 ministrów w obronie^ 
Paulego przeciw Sarnickiemu i tegoż roku mianowan super- 
intendentem Małej Polski. 

Statorius Piotr Stojeński, francuz z Thionville, przed 
sądem duchownym zbiegł do Szwajcaryi. R. 1549 na żądanie 



36 

Lismanina, przysfa2 go Kalwin do Krakowa, jako apostoła 
wiary odrodzonej, bjt kaznodzieją zboru ewangelików, ale 
przejęty nauką Serweta. W Pińczowie pastorem będąc, wy- 
znawał i w szkole uczy}, żeby nie wzywać Ducha świętego, 
gdyż o tern nie ma ani śladu w Piśmie świętem, bo to nie* 
osoba, ani Bóg, lecz Boga przymiot i dar (virtus et donum). 
Tamże, na soborze, ogłosił osobne wyznanie arjan wedle nauki 
Serweta. Stąd aijan zwano też pińczo wianami. Lasocki Stani- 
sław, podkomorzy łęczycki, co ongi Stankara z Lipowca 
uwolnił, stał się głównym obrońcą jednobożan pińczowskich. 
Po jego śmierci r. 1663 Cikowski Stanisław, podkomorzy 
krakowski, wraz z Filipowskim, bronią i krzewią naukę Piń- 
czowian, opiekują się Paulim. Ohin Bernat, generał Kapucy- 
nów w Rzymie, spowiednik papieża Pawła KI., r. 1541 mając 
lat 54, począł w kazaniach szerzyć naukę przeciwną Trójcy 
Św., r. 1542 przed św. Inkwizycyą uciekł do Genewy, stąd 
do Niemiec, Londynu, a 1553 do Zurichu, gdzie zię ijechsl 
z Socynem Leliuszem i przejął się jedynobóstwem. Mając lat 
63, ożenił się z dziewką ubogą. R. 1564 pod koniec maja^ 
sprowadził się do Krakowa, pisał księgi o wielożeństwie, przy- 
pisując królowi, miewał też o tem kazania. Gzem zgorszone 
Krakowianki jęły go prześladować, tak, iż musiał umykać do 
Siedmiogrodu. 

Sobestyan Nanajko Wielogłowski na Wielogłowach bar- 
dzo rad był krewniakom, Markowi i Stanisławowi, apostołom 
nowej wiary, która nie wymagała dziesięciny plonu z pól 
ornych. Przez 4 lata nie dawał on żadnej dziesięciny, ani 
mosznego księdzu plebanowi Przeczycy, który mieszkał w Jaśle 
na dzierżawnej plebanii, a przez wikarych zawiadywał wielo- 
glowskim swoim kościołem. Pleban bacząc, że szlachta coraz 
oporniejsza do danin, a z klątwy sobie nie wiele robi, wolał 
się ugodzić i wziąć połowę należytości. Ale i tego żałował 
teraz Nanajko że dał, skoro ksiądz nie mieszka przy kościele, 
z którego bierze pożytki. (R. 1536—7 ks. Bylina Adam C. 
Sącz L. 16 p. 378). Rychło się też dał przekonać, że nowa 
wiara tańsza i zrozumialsza, bo nabożeństwo nowe, odprawiane^: 



87 

•po polsku, jakoteż i polskie pieśni nabożne i psalmy, prze- 
inawiają do serca i przekonania wszystkich, nie tak, jak one 
pacierze focińskie i nabożeństwo i pieśni łacińskie. Że do tego 
i plebana przy kościele nie było, kazał kościół otworzyć 
i wprowadził obydwu niedowiarków, żeby prawili nabożeń- 
stwo po swojemu. Pousuwano ołtarze, nie wielkie i nie oso- 
bliwe, pochowano obrazy, a zostawiono tylko krzyż duży, jaka 
^odło wiary. Państwo Wielogłowscy, wraz z dworem całym, 
słuchali wykładu ewangelii i śpiewu pieśni, a w końcu na 
znak chrześcijańskiego wyznania, spożyli z kielicha podaną 
komunię, chleb i wino. Lud wiejski przez ciekawość, w nie- 
wielkiej liczbie zgromadzony, przyglądał się, przysłuchiwał, 
a jeżeli pieśń była znajoma, toć i śpiewał po cichu, a w ca- 
/ym obrzędzie nie widział nic gorszącego. Odtąd ciągle 
w Wielogłowach modlono się obrzędem braci polskiej, a szlachta 
z sąsiedztwa zjeżdżała się i podobała sobie w tej nowej 
wierze. 

Trzech Bylinów Leszczyńskich przyjechało konno od 
N. Sącza, stary Bylina Piotr i dwu jego bratanków, Marcin 
Adam. Stary Bylina wezwał bratanków Marcina i Adama, 
dzieląc między nich mienie ciężko zapracowane. Marcinowi 
zdał Wojnarową, wieś rozległą, o kilku folwarkach, a Ada- 
mowi? Cóż miał dać Adamowi, który był księdzem i pleba- 
nem w Porębie. Rekł doń: Cóż ty Adasiu, sieroto! sierotą 
jesteś tak, jak ja, nie wiesz, kto ci oczy przymknie przy śmierci, 
a to tak smutno być sierotą na starość! Wam, księżom pol- 
skim, odmówili papieże żon i rodziny, których nie mo.?li 
odmówić ani Rusinom, ani Bułgarom! Więc to nie grzech 
mieć żonę i zgoła nie potępiam księży, co się żenią, ani 
E^rzyłuskiego, ani Krowickiego, ani Orzechowskiego, nie mówiąc 
JUŻ o księżach Niemcach i Spiżakach, co się pożenili. Wiesz 
co, Adasiu? żeń się ty! Ale nie tak, jak oni! bo szkoda ple- 
banii, szkoda dochodów. Żeń się, a zostań plebanem, wyzna- 
nia nawet nie zmieniaj ! Wiem , że się kocha w tobie ta 
.twoja znajoma, pójdzie za ciebie. A jakżeż pogodzić plebanię 
jz żoną? Bardzo łatwo! Żony wam papież nie pozwala, ale 



38 

pozwala służebnice. A wiesz ty, co to służebnica? to wielkie- 
słowo. Najświętsza Panienka odrzekła aniołowi pańskiemu: 
Oto ja, służebnica Pana mojego, niech mi się stanie wedle 
słowa Twego! Otóż za taką służebnicę weź twoją ukochaną. 
Stryjaszku! stryj blużni, a ja ksiądz! Daj skończyć mowęt 
Za gospodynię gdybyś ją chciał wziąć, ja sam plunąłbym na 
to, bo to dziecko szlacheckie, uczciwych rodziców. Ożenić 
się po waszemu nie pozwoli papież, wyklną, plebanię odbiorą. 
Ale niech wam ślub da ten ksiądz różnowierczy Marek, co 
przybył z Lubowli. W oczach naszych będzie to małżeństwa 
uczciwe, zawarte w kościele wobec Boga i ludzi, a w oczach 
papieża będzie to — nic! W oczach naszych będzie ona 
twoją żoną, a w oczach biskupa tylko — słuźbnicą! Będzie 
wilk syty i owca cała! Jeżeli tak zrobisz, dam ci zapis na 
Wojnarowej, który twoim dzieciom, jeżeli ci Bóg użyczy,^ 
wypłaci Marcin! Więc jakżeż? zgoda, czy nie? Zgoda, stry- 
jaszku! całem sercem zgoda! Dziwię się tylko, jak to stryj 
mądrze obmyślił, kto to stryjaszka wyuczył tej mądrości. 
A wiesz ty, czemu dyabeł mądry? Nie wiem! Bo stary!... 
Jeżeli będziesz żył tak długo jak ja, to nie jednej mądrości 
się nauczysz. 

Panna, która szczerze kochała księdza, a nasłuchała 
się narzekań na papieża, że za pieniądze daje odpusty, 
a staruszki cnotliwe każe żywcem palić, że księżom polskim 
nie pozwala żon, których nie broni innym narodom i t. d. 
i t. d., dała się przekonać, przystała być żoną księdza Adama 
wedle obrządku wiary nowej, byle ślub odbył się w kościele 
i wobec świadków poważnych i szlachty znajomej. Stryj więc 
starcńki, gdyby odmłodniał, dosiadł konia po staremu, a konna 
też koło niego jechali bratanki obadwa, boć to i księdzu nie 
nowiną była konna jazda, choćby i do chorego, gdy padnie. Za 
nimi zaś pannę młodą więzła pani Wielogłowska Krzysztofowa^ 
sąsiadka w Gołąbkowicach , gdzie miała folwarczek po ojca 
Marku Kromerze i kuźnicę nad Kamienicą, rzeką. Pan Sobe- 
styan Nanajko Wielogłowski niesłychanie rad był gościom^ 
boć to Bylina, to stary drużba i przyjaciel. Przypominał, jak 



39 

r. 1536 w Go/ąbko wicach pogroził onemu Bartkowskiemu, co 
się bardzo stawiał i na mocy wyroku sądowego chciał pra- 
wem bliższości odebrać folwarczek przez Bylinę kupiony. 
Wiesz co, sąsiedzie? jakem pogroził, byłbym i uczynił!.. 
byłbym kijmi zbił, byłbym zbił na śmierć, a byłbym go wy- 
rzucił z Gołąbkowic!.. Wypowiedziałem wobec wójta i wobec 
tych przysiężnych , co byli przy tem i byłbym tak uczynił, 
bo wiedziałem, żeś miał słuszność po sobie, żeś kupił od 
Beaty Swirklejskiej. (Arch. N. Sącz VI. 169). — Otóż i teraz 
przybywam prosić o pomoc. — Jaką pomoc? Nie odmówię, 
jeżeli tylko w mej mocy. — Zupełnie w mocy Waszmości!... 
Oto proszę, abyś raczył kościoła swego na chwilkę pozwolić 
i swego nowego kaznodziei i sam, abyś był obecnym, jako 
świadek. — Czego świadek? — Ślubu księdza Adasia z jego 
ukochaną, którą tu za nami wiezie bratowa twoja Krzyszto- 
fowa! — A niechże cię uściskam, mój Adamie i ciebie, mój 
Adasiu, księżuniu kochany! A toście mi dogodzili, w moim 
kościele ślub księdza!... to doskonałe!... — Bo to widzisz 
Waszmość Panie bracie miły, ślubu takiego nie uznaje biskup, 
więc nie odbierze mu plebanii. My zaś uznamy wobec Boga 
i ludzi, będzie wilk syty i owca cała! — Doskonale obmy- 
śliliście, doskonale! lepiej niż on ks. opat nowosądecki Jan 
Sądecki r. 1523. Zwiedział on się o nowinkach luterskich, 
chciał zemknąć i ożenić się, więc cichaczem zabrał cały skarb 
kościelny. Ale cóż? był rodem z Sącza, zwierzył się przed 
krewnymi, a krewni wygadali się przed rajcyma, rajce zaś do 
starosty z żalem na opata. Starosta przeznaczył na śledztwo 
Pieniążka Jana sędziego, Mikę Taszyckiego podsędka, Achacego 
Jordana poborcę i mnie. Wzięliśmy opata w obroty i musiał 
oddać, co zabrał, rad, że się wykłamał, iż schował skarb przez 
ostrożność, słysząc o jakichś luteryach, co łupią klasztory. 
(Arch. Podegrodzie p. 102). 

Nadjechały panie, pan Nanajko z pełnego wypił zdrowie 
państwa młodych i podał kielich okółką. Poczem poszli do 
kościoła. Zapytani odrzekli nowożeńce, iż mają wolną posta- 
nowioną wolę pobrać się w małżeństwo. Ślubowali sobie 



40 

mi/ość, wiarę i uczciwość mafżeńską, a iż się nie opuszczą, 
obecnie zdrowi, choćby które z nich popadto ciężkiej i wstrę- 
tnej chorobie... (Tak bowiem brzmiało ślubowanie wedle od- 
wiecznego obrzędu staropolskiego). Poczem kaznodzieja zmówit 
nad nimi modlitwę btogosławiąc w imię Boga jedynego wedle 
stów biblijnych i obecnych wezwał na świadków. (Castr. 
Sącz XVI. 378). 

Bobowa, miasteczko, miało też kościół zborny, tak zwaną 
kollegiatę, gdzie był ks. przetóżony (praepositus), kanonicy 
i pięciu ołtarzystów. Ustanowił ją biskup Tomicki , a wypo- 
sażył r. 1529 pobożny Achacy Jordan, kasztelan biecki, starosta 
sądecki, dziedzic na Bobowej i Bieśniku; wspólnie z bratem 
Mikołajem dziedziczył ojcowiznę. Za żonę miał Wielogtówską, 
a umarł i w Krakowie pochowan r. 1547. Między innemi 
zapisami kościołowi w Bobowej odkażał dziesięcinę pieniężną 
z wiosek górskich : Szlachtowa, Jaworki, Białowoda i grodzisko 
Homoła, które to wioski za czasem przeszły na własność 
Krzysztofa Wielogłowskiego z Nawojowej. Pleban kościółka 
małego św. Zofii, jako zwykle, po dziesięcinę pieniężną zjechał 
do Nowojowej, gdzie mu radzi byli państwo Wielogłowscy, 
ugościli i wypłacili należytość, a pani Urszula ugadała się z nim 
do syta. Opowiedziała o Wielogłowach, o kaznodziejach braci 
polskiej, a w końcu zapytała: Coby też było, gdyby ksiądz 
który katolicki wziął ślub w kościele braci polskiej ? — Cóżby 
miało być? nicby nie było! ślub nieważny i jakoby żaden, 
poślubiona nie żoną! — Toć wy księża moglibyście tak po- 
ślubiać gosposie swoje, jeżeli która ładna, a nie powolna!... 
prześladowaniaby to na was nie ściągło. 

Ksiądz zczerwienił się jak burak, nie odrzekł nic, ale 
czuł, iż krew w nim zakipiała. Wspomniał sobie na gosposię 
swoją, którą przyjął niedawno, która była ładną i nadobną, 
ale nieprzystępną poufałości żadnej. Powadziła, pokłóciła się 
z krewnemi i poszła służyć, a była służebnicą, że o lepszą 
trudno na świecie, do tego ładną i bardzo miłą. Całą drogę 
z powrotem nie myślał o niczem, tylko o tym pomyśle żenia- 
czki, który, gdyby urok jaki, rzuciła nań pani Urszula. 



41 

Na domiar biedy dowiedział się od księży, że poset 
papieski, kardynał Marek Antoni de MaiTeis, żadnej zgofa od- 
powiedzi nie przywiózł na wstawienie się króla za ks. Orze- 
<3howskim o ożenienie jego, więc, iż Rzym niejako milcząc, 
potwierdza małżeństwo. Dalej wywiedział się, iż na sobór 
biskupi powszechny wysyła król biskupa Drohojowskiego, 
który, jako szlachcic ruski, obstaje za żeniaczką księży, obrzę- 
dem w mowie narodowej i komunią chlebem a winem. Więc 
ks. pleban wmówił w siebie, że taki ślub żadnych złych 
skutków mieć nie będzie, zwłaszcza, gdy biskupi, straciwszy 
władzę świecką, potracili i głowy. Wdzięk gosposi nadobnej 
dokonał reszty, oświadczył jej, iż się z nią ożeni, bo księżom 
wolno się żenić, po lutersku. Takiego zaszczytu nie spodzie- 
wała się nieboga Regina czyli Resia, bo cóż to za dostojność 
być żoną księdza plebana u św. Zofii w Bobowej ! Wszystkie 
gospodynie całowałyby ją w rękę. Przystała więc na zamęście 
i tylko jej trochę żal było kochanka, którego miała, z którym 
się pogniewała i któremu na przekorę poszła w obowiązek 
służebny. Nie posiadając się z zachwytu, zwierzyła się przy- 
jaciółce, ta zaś, może w chęci odziedziczenia po niej kochanka 
dorodnego, czem prędzej puściła się za rzekę Białe i przez 
góry do onego chłopa, który znów rozżalony, pobiegł do 
plebana swego we wsi Podolu, nad Dunajcem. Podolski pleban, 
człek doświadczony i z zdrowym, prostym rozumem, odrzekł: 
Trzeba ją wykraść! — Ba, jako? — Zmów sobie drużbów 
dwóch na koniach z toporkami , a trzeciego zmów sobie na 
przydonia starosty, co z tobą pojedzie na wozie. Ja pojadę 
przodem i zabawię księdza, wy nadjedziecie, mój parobek ją 
wywoła, żeby się przypatrzyła drużbom z nad Dunajca, por- 
wiecie, jak swoją i dalej w nogi ! 

Tak też zrobili ! Pleban podolski, dawny znajomy, przy- 
był w odwiedziny i jako zwykle rozpoczęła się pijatyka 
gościnna, a ksiądz bobowski, podochocony, zwierzył się go- 
ściowi, iż weźmie ślub z gosposią, ale heretycki t. j. żaden! 
Ks. podolski roześmiał się serdecznie, wziął szklankę wina 
i trącił się za zdrowie państwa młodych! 



42 

Śmiejąc się, pili obadwa, gdy ich zaleciały głosy śpiewa 
"drużbów weselnych : 

Oj! niesie mnie, niesie — koniczek do Resi, 
Kieby do Jagusi — niechciałoby mu się ! 

Podolski pleban zerwał się ku oknu. — Ale siedź! ta 
weselnicy jacyś jadą śpiewając, niech ta śpiewają, i ty mi 
tak zaśpiewasz wkrótce. — Zaśpiewam, zaśpiewam ! — Wtem 
wchodzi parobek podolski i mówi: Jegomość, bo ja zaprzągł, 
gdyż rzeka wzbiera... — Ej, niech ta wzbiera! zaczekaj... 
Parobek wyszedł, a ksiądz za chwilę małą mówi. Ale! mam 
mu co powiedzieć... Wyszedł, a gospodarz oknem wygląda 
i dziwi się, że on siada do wózka i pędzi ku rzece. Biegnie 
za nim, a w sieni zderza się z dziewką, która przestraszona 
woła: Jegomość! bo Pani uciekła! a skrzynkę na swój wózek 
wziął ten ksiądz z Podola. — Co ty pleciesz , głupia , co ? — 
Aleć tak, jegomościu! Pani uciekła z drużbami! — Zaprzęgać I 
zajeżdżać, tej chwili! Ale gdzie tam, gdzie? Nim się dowołał, 
nim zaprzęgli, nim zajechali, oni już dawno byli za rzeką 
i za górą. 

Nazajutrz zaraz ksiądz rozjątrzony pędził do N. Sącza, 
prosto do grodu, do pana Mikołaja Siemichowskiego, pisarza 
grodzkiego, podając pozew na plebana z Podola o uprowa- 
dzenie gospodyni, więc i na spólników nieznanych z nazwiska* 
Pan pisarz, człek wiekowy i wielce nabożny, jął łagodzić: 
Ależ jegomość! tać to prosta gospodyni, to ani żona, ani córka, 
żeby skarżyć o porwanie! odjechała, to przyjedzie na jej 
miejsce druga i trzecia... — Nie chcę drugiej, nie chcę innej... 
ja chcę jej tylko! to nie prosta gospodyni... to moja... — Cóż? 
przecie nie żona... Chciał ksiądz odrzec: narzeczona!., ale się 
ukąsił w język , ochłonął i prosił o wyznaczenie roków. — 
Dobrze! dobrze!.. Pozwę, kiedy musi być... Pozwany stanął 
na rokach, cierpliwie i z uśmiechem wysłuchał obżałowania, 
iż zdradliwie i podstępnie, z kupą ludzi na to podmówionych, 
najechał i napadł na plebanię i nie pomnąc praw boskich 
i ludzkich, na gwałtowniki postanowionych, służebnicę wierną 
porwał i uprowadził, mimo jej woli, mimo sprzeciwiania się 



43 

i oporu. Prosi więc pozywający, aby winowajca za wyrokiem 
sądu służebnicę wrócif, a sam, jako słusznie, wedle prawa byf 
ukarany. Z uśmiechem wesołym słuchał obwiniony, wprawia- 
jąc lem przeciwnika w rozdrażnienie jeszcze większe, w końcu 
wydobył pismo jakieś i podał panu Siemiechowskiemu. — 
Co to jest? — Proszę przeczytać. Pan pisarz czytał głośno 
wyciąg z metryki ślubnej kościoła w Podolu, że ten a ten, 
pracowity, pracowitą Reginę pojął za małżonkę wedle obrządku 
kościoła katolickiego. Pleban bobowski zbladł! — pozwany 
zaś prawił: Nie ja wykradałem, nie ja porywałem, ale dawny 
onej narzeczony przyjechał z drużbami, zaśpiewali pod oknem, 
ona wyszła i chętnie pojechała z nimi, oszczędzając księdzu 
służbodawcy przykrej chwili pożegnania. Ksiądz bobowski 
splunął, wziął czapkę i wydalił się zawstydzony. Ksiądz 
z Podola zaś zaprosił pana pisarza na wino i poszli razem. 
Potem wedle porządku prawnego, udali się do sądu ducho- 
wnego, oświadczając o pozwie i sprawie skończonej. Ksiądz 
oficyał zapisał to do księgi swej sądowej pod rokiem 1553. 
(Arch. Podegrodzie II. 62). 

Arjanizm nurzający szerzył się w Sądecczyźnie. Krzesze 
niegdyś z Słupowa r. 1464 na Gruszowie i Kwapince, zakupili 
w Sądecczyźnie Męcinę (między N. Sączem a Limanową), 
a jako dawni Bracia czescy, czy polscy, za ustaniem nie- 
pokojów luterskich, niebawem odmówili dziesięciny. R. 1549 
ks. Maciej, pleban Męciński, zdał się na sąd polubowny, zło- 
żony z samych księży sąsiadów, na który przystali dziedzice,. 
Stanisław i Sobestyan Krzesze i za wszystkie dziesięciny, 
meszne i inne należności, które winien został zmarły ojciec 
ich Jan , mieli zapłacić 100 złp. i zapłacili , a z pustek ple- 
bańskich, na których wystawili folwark, postąpili 2 złp. czynszu 
rocznego, i mesznego 2 korce żyta, korzec owsa. Zdawało 
się, że będzie spokój. R. 1552 podzielili się dobrami. (Sądec- 
czyzna II. 405). Ale Sobestyan ożenił się z Bogumiłą, córką 
Erazma Otwinowskiego z Leśnik (Sącz Acta curiae regalis 
r. 1552), a ród Otwinowskich był wielce arjański, najgorliw- 
szymi zaś z wszech dziesięciu braci byli Jędrzej i Erazm. 



44 

W Tęgoborzy, tuż za górą od Męciny, r. 1540 plebanił 
ks. Oleksy Otwinowski, w mirze i zgodzie żyt z Hermolausem 
•Jordanem, spó/dziedzicem Tęgoborzy. Nawet pola plebańskie, 
2wane Niwka, zamienił z nim na pole pod lasem Kaptaniec 
i zgodnie zamianę wpisali do księgi sądowej nowosądeckiego 
księdza Officya/a (7. Września). A pan Hermolaus Jordan 
ożenion hjt z Wielogłowską i hjt dworzaninem króla Zygm. 
Augasta. Otwinowscy, pokrewni, odwiedzali księdza brata, 
zwłaszcza Piotr i Jan, dziedzice na Żegocinie niedalekiej. 
Mimo to, że mieli księdza w swoim rodzie, byli oni niedo- 
wiarkami, a przez panią Hermolausową weszli w zażyłość 
z Wielogłowskimi. Za nimi szedł też spokrewniony SobesŁyan 
Krzesz, w którym niewygasło zarzewie husyckie. Krzesze do 
swej Męciny sprowadzili z Wielogłów obydwu kaznodziei 
arjańskich. Pobudką ostateczną było im, że stary ks. Maciej 
Chełmski zaskarżył o niedotrzymanie ugody i uzyskał wyrok 
wyższego sądu duchownego krakowskiego, nakazujący, aby 
Sobestyan Krzesz niezwłocznie oddał dłużne 4 korce żyta, 
2 korce owsa i 2 złp. gotówką. Krzesz zaś, przyznając dług, 
zaskarżył znów księdza o niedbalstwo w służbie bożej, że 
ludzie bez chrztu i opatrzenia sakramentami umierają, że 
ksiądz z niewiastą podejrzaną obcuje jawnie, w karczmie ją 
•całige, dając zgorszenie, że na plebanii piwo warzy, sprzedaje 
i szynkuje. Odrzeczono: Krzesz ma oddać, co winien, a na 
księdza zesłana komisya : ks. Szymon Krośnieński, vice-prepo- 
situs sądecki. Komisya księża nie skarciła księdza, broił po 
staremu i jeszcze natarczywiej upominał się o swą należytość. 

Wtem z Wielogłów przybywają obaj kaznodzieje z liczną 
drużyną szlachty i rozmaitego tłumu różnowierców. Otwierają 
kościół, kaznodzieja Marek prawi kazanie do ludu gromadzą^ 
cego się z ciekawości, mówi, że Bóg jest jeden, niewidzialny, 
niepojęty, że obrazy, to dzieło ludzkie, zakazane i potępione 
w przykazaniu boskiem: Nie będziesz się modlił ani do liciny, 
ani do ryciny mojej! — Więc wzywa oczyścić kościół z tego 
bałwochwalstwa, nakazuje zdzierać obrazy, posągi, burzyć 
ołtarze... 



4& 

Thim niedowiarków w mgnieniu oka pozrywał obrazy^ 
połamał posągi, chorągwie, poburzył ołtarze. Szczątki zgru- 
chotane wynieśli na Miczaki, skąd wypływa potoczek, roz- 
niecili ogień, palili obrazy i ładne rzeźby starożytne, pijąc 
przytem, śpiewając i skacząc. Hołota wiejska, mianowicie 
chłopaki, niewyuczone pacierza, ani modlitw (przez księdza 
niedbalstwo), popijali także, skakali, wykrzykiwali, a nie mało 
hnltajstwa dorosłego przyłączyło się. W kościółku zaś uprzą- 
tniono cokolwiek i krzyż zdjęty z tęczy kościelnej wkopano 
w ziemię. U tego krzyża Marek kaznodzieja rozwijał swój 
pogląd na wiarę i naukę Chrystusa. 

Przy tern łupieniu kościoła kędyś się zapodziały : 3 kie- 
lichy z patyną, krzyż srebrny z monstrancyą za 100 grzywien, 
dzwon za 100 grzywn, a dzwonek folwarczny za 100 grzywn, 
ubiory kościelne, obrusy, tuwalnie, księgi. Wszystko to gdzieś 
przepadło. Nawet parkan około kościoła zburzono. 

Ksiądz Maciej Chełmski nie chciał ustąpić, chciał się 
bronić, pochwycił strzelbę, groził, że będzie strzelał. Ale 
strzelba była zepsowana, więc bacząc, iż chłopi z kijami 
gamą się na plebanię, uciekł, odgrażając się strzelbą zepsutą. 
W N. Sączu dał ją do naprawy ślusarzowi Jakubowi. (Sądec- 
czyzna II. 411). 

Arjaństwo przyjęło się w Męcinie i trwało do r. 1604, 
a gdy napowrót nastał ksiądz katolicki, odnalazł ledwo dwu 
świadków naocznych zajść onych, których pamięć przeszła 
w obrzęd. Corocznie w pierwszy dzień Zielonych świątek, 
z dworu i wsi, co tylko żyło, spieszyło do źródła na Micza- 
kach, kędy odprawiano nurzanie chrzestne, po którem nastę- 
powała hulatyka, tańce i pijatyka. Jeszcze r. 1729 trwało tam 
ono igrzysko ludowe, a biskup Łubieński zakazywał je grożąc 
klątwą. Tamże na Miczakach panowie Krzesze osadzili dwu 
zagrodników na plebańskiem polu, a jednego, kędy była szkoła. 
(Archiv. Ecclesiae Męcina). 

Homranice, wieś w półmilu od Męciny, dziedzictwo 
Ifarcinkowskich z Marcinkowic, leżących u ąjścia Smolnika 
w Dunajec. Jędrzej Marcinkowski plebanię nadał ks. Tomaszowi 



46 

BachanŁowi, góralowi rodu bogatego, z którym zaprzyjaźnił 
się w szko/ach, a z którego siostrą Dorotą, /adną i posażną, 
ożenił się i miał syna Jana. Brat księdza Tomasza, Stanisław, 
był też księdzem plebanem w Kamionce wielkiej, a siostrze- 
nica Katarzyna była za sołtysem w Krościenku. Cała ta 
rodzina góralska żyła w zgodzie aż do śmierci, a w Homra- 
nicach było cicho i spokojnie do roku 1524, gdy młody 
dziedzic Jan, ujęty pochlebstwem mieszczan nowosądeckich, 
plebanię nadał księdzu Piotrowi Długoszowi, synowi szewca 
Jędrzeja, a sam puścił się w świat szukać szczęścia. Ks. Piotr 
Długosz, za młodu trzymał się jeszcze jako tako, prawił 
nabożeństwa okazałe, nie napijał i nie dawał zgorszenia, a ra- 
czej umiał je pokrywać i nadrabiał powagą. Z czasem jednak 
przemogły tajne grzechy i, jak to mówią, wylazło szydło 
z worka. Ksiądz Piotr zalewał się piwem, którego mu dostar- 
czał sąsiad pleban w Męcinie i winem, które brał w N. Sączu 
u drabka zwanego Mitręga. Nastały czasy zgrozy i zgorszenia, 
gdy niedowiarki wyklęte, nie dbając na klątwy, jęli zabierać 
dziesięcinę i ospy meszne, gdy jęli łupić kościoły, palić obrazy 
święte, ołtarze i chorągwie, gdy już posiedli kościół w Wie- 
logłowach i w Męcinie sąsiedniej , skąd wypędzili księdza 
sąsiada przyjaciela, co u siebie warzył piwo doskonałe. Po 
nim przyszła kolej na ks. Piotra, który z biedy i zmartwień 
wyzioną/ ducha na łaskawym chlebie u Tęgoborskiego. 

W Homranicach zaś kaznodzieje arjańscy z Męciny po 
swojemu burzyli ołtarze, palili obrazy. Dopomagał im w tem 
p. Gostwicki z Gruszowa, spólnik panów Krzeszów, który 
od Jędrzeja Tęgoborskiego przejął dzierżawę dziesięciny i po- 
żytków kościoła w Homranicach. Według woli Tęgoborskiego 
wygon pola plebańskiego przyorał on dla dworu, z ogrodu 
też plebańskiego przeniósł łazienkę na pole, na drugiej zaś 
ćwierci pola plebańskiego p. Tęgoborski osadził kmiecia 
swego. W szkole osadził urzędnika swego, przydając mu 
kawał pola, a chałupnikowi nadał pięć zagonów plebańskich. 
Nauczyciel zaś dawny Adam Szczepanowski wypędzon. (Archiv. 
Eccles. Homranice). 



47 



Po roku 1557 obaj kaznodzieje arjańscy udali się do 
Taraawy, kędy ich powołali Lubomirski Joachim, syn Jakóba, 
starosta jasielski , rotmistrz królewski , pan na Grabiu i Tar- 
nawie i brat onegoż stryjeczny Mikofaj na Tymbarku, starosta 
i dziedzic. (Archiv Eccles. Męcina). Dziekanowice kośció/, 
z grobami rodzinnemi, Joachim Lubomirski oddal niedowiar- 
kom. (Arch. Eccl. Dziekanowice). Gruszów, gniazdo Krzeszów 
husyckich, stal się też pieleszą aijan. Zburzono kościółek 
w sąsiednich Żeroslawicach , a nagrobki pod golem niebem 
leżały. (Paprocki Szreniawa). Dziedziczyli tam Lasoccy, aijanie 
gorliwi, a Stanisław, podkomorzy łęczycki, r. 1551 dopomagał 
uwolnić Stankara. Szyk pobliski też objęli arjanie. Nowe 
Rybie, taksamo. 

Na Suchorabiu i Kawcach, Stradomski Stanisław sąsia- 
dował Krzeszom i Stadnickim, arjanom, pierwotnie Braci 
czeskiej. Nad Rabą, tam obok Gruszowa, pieleszy Krzeszów 
są Stadniki, pielesz całego rodu Stadnickich, w on czas już 
wielce rozrodzonych. Głową rodziny Stadnickich ze Stadnik 
był Stanisław na Zegartowicach i Sawie, z przydomkiem 
Czech. Córkę Felicyę wydał za Pawła Królowskiego. Ślub 
dawał różnowierca, że zaś Królowski koniecznie chciał ślub 
ponowić w kościele katolickim, zjechał Stadnicki, Czech, 
i zgniewany lekceważeniem obrządku swego, siłą mocą upro- 
wadził córkę z domu męża. (Rodowód Stadnickich). Bratanek 
j«go, też Stanisław z Zegartowic i Kędzierzyny, ożenił się 
z Katarzyną, córką Stradomskiego. Stradomski Feliks jeszcze 
r. 1524' pozywan do sądu duchownego w N. Sączu o dzie- 
sięcinę do Tropią. 

Wierzbięty Krzeszą Sobestyana z Męciny córka Dorota 
wyszła za mąż za sąsiada Wierzbiętę Wojciecha z Przy.szo- 
wej i Siekierczyny, druga zaś, Barbara, wydana za Chomę- 
towskiego Alberta. Wierzbiętowie Gryfici, stary ród husycki, 
a r. 1431 Wierzbięta z Przyszowej z Taborytów, kupą naje- 
chał Czerwony klasztor w Pieninach, w Lechnicy. Stary Jakób 
Wierzbięta miał pięciu synów : Jędrzeja, Stanisława, Marcina, 
Wojciecha i Mikołaja, a podania husyckie nie wygasły w ro- 



4f8 

dżinie, więc się też sączył z Krzeszami, a prócz nich przyja- 
ciółmi jego byli: Trzecieski Jan i sąsiedzi, Rogowski Marcin' 
na Rogach i Świdniku i Tęgoborski Jędrzej, wszystko ludzie 
wolnomyślni , którzy r. 1560 uczynili i podpisali dziat dóbr 
tych i folwarku pod Sączem. W Przyszowej też niebawem, 
w kościele opustoszonym, zaprowadzono obrządek polskich 
jednobożan, a dzierżawca Samuel Przeborowski wraz z synem 
Zygmuntem , w księdze kościelnej zapisani jako najwięksi 
wrogowie, gdyż pola plebańskie siłą mocą zabierali i pusto- 
szyli, gnoje chłopom przedawali. (Eccles. Przyszowa). W Świ- 
dniku bliskim Marcin Rogowski, pod woj ewodzy sądecki, zmu- 
rował w ogrodzie dworskim kaplicę porządną dla nabożeństwa 
onegoż, z grobami dla siebie i swej rodziny. Kaplica o drzwiach 
żelaznych stoi po dziś dzień i groby w niej nie zapadły 
i podanie dotrwało, że tam leżą aijanie. 

Łososinę górną dziedziczyli też niedowiarkowie Rup- 
niowscy i Gaboński. Rupniowski Jędrzej z Rupnowa, spółdzie- 
dzic na Łososinie, Koszarach, Kisielówce, Piekiełku, Rybiu 
i Ujeździe, r. 1543 z opróżnienia plebanii korzystając, zajął 
zagrodę kościelną, o którą go sądził biskup Samuel Macie- 
jowski. Gaboński zaś Wawrzyniec, posiadał w Łososinie 
folwark górny, zarazem był spółdziedzicem Żegociny pospołu 
z Otwinowskimi. (Eccles. Łososina górna), 

Żegocinę i Łąktę dziedziczyli Otwinowscy z Gabońskim. 
Otwinowski Erazm ożenił się z córką księgotłocza aijań- 
skiego Rodackiego Aleksego z Turobina , córkę zaś Bogumiłę 
wydał za Krzeszą Sobestyana na Męcinie. Skojarzył się więc 
z arjany najrdzenniejszymi. Otwinowski Piotr zaś z bratem 
Janem i z Gabońskim spoinie dziedziczyli Żegocinę i Łąktę, 
byli niedowiarkami. Właśnie tam brakło plebana, dziedzice 
zmówili się, nie obsadzali i nie dali obsadzać kościołów, spro- 
wadzili kaznodzieję aijańskiego, który miał kazanie w kościele, 
ale raz tylko jedyny, gdyż się sprzeciwiła szlachta przyna- 
leżna. Gaboński r. 1552 podstarościł w N. Sączu. (Eccl. Że- 
gocina). W kilka lat Piotr wziął spłatek z Żegociny od brata 
Jana, pożyczył Spytkowi Jordanowi pieniędzy, biorąc w zastaw 



49 

część jego Tęgoborzy i Białowody, kupit też niedaleką Porębę^ 
Za żonę miał Magdalenę z Wieloglowskich. W Tęgoborzy 
zatem całej zaprowadzono różnowierstwo. Otwinowski Piotr 
córkę wydał za Wiernka Stanisława z Witowie u igścia 
Łososiny do Dunajca. 

Łososina dolna i Jaknbkowice graniczą z Tęgoborza. 
Kościół jest w Jakubko wicach. Do parafii należy wiosek 12, 
między któremi Bilsko i Roćmirowa. Plebanił ks. Skorek, 
zarazem pleban w Wilczyskach. Bilsko dziedziczył Wierzbięta 
Kasper, syn Feliksa. Ks. Jakób Skorek wolał siedzieć w Wil- 
czyskach (koło Bobowej), więc dziesięcinę i meszne .wydzie- 
rżawił Stani5;iawowi Wiktorowi, panu na Jakóbkowicach, Łą- 
cznem i Roćmirowej, nie wiedząc, że otwiera wrota niedo- 
wiarstwu. Wiktor bowiem bez oporu, na polecenie ś. p. biskupa 
Maciejowskiego, wystawił dom dla ks. wikarego, więc obecnie 
ks. Skorek pozwolił mu zająć plebanię, a to tem chętniej, 
gdyż baczył klęskę dworu, bo Łososina rzeka wezbrała strasznie, 
nabrała folwark dworski i kmiecia sąsiada. Bielsko, gniazdo 
stare Wierzbiętów, po ojcu Szczęsnym odziedziczył Stanisław, 
dworzanin króla Zygm. Augusta. Tabaszowa z zaściankami 
Kapustków, Janczochów, Łakwów i Tabaszowskich Kaliszów, 
więc też Tabaszowskich Stogów. Roćmirowa czyli Wroćmi- 
rową dziedziczyli Stradomscy, których bracia sąsiadowali 
i pokrewnili się z Stadnickim ze Stadnik. Rąbkowa graniczyła 
z Wroćmirową i Bilskiem na wyżynie międzyrzecza Dunajca 
a Łososiny. Było tam spółdziedziców kilku, byli Rąbkowscy, 
był Jan Obiad, urodzon z Zuzanny Rąbkowskiej, więc i Galu- 
nowicz Piotr, zięć Rąbkowskiego Marcina. Michalczowski Piotr 
miał też cząstkę, którą odsprzedał Tęgoborskiemu Jędrzejowi, 
tenże nabył od Kobiałki Marcina rolę i niwę Łazy. 

Dobrociesza, t. j. dobra uciecha łowców, była rdzeniem 
tej puszczy. Odbywali tam łowy ludzie zamożni, w czasach 
odwiecznych, przedpiastowskich jeszcze. Na dziale od Woja- 
kowej są źródła obfite wody krynicznej, a w pobliżu karczma 
dworska Piekło. Piekłem zwali katolicy gorliwi zbory arjańskie, 
a nowochrzczenie ich odbywało się po rzekach, lub w pobliżu 

4 



50 

krynic. W Dobrobieszy też był zbór nurków, nowochrzczeń- 
ców. Drużkow pusty, obok Dobrocieszy, o którym pisze Długosz 
(Liber Beneficiorum), że dziedziczą tam Prusy, szlachta herbu 
Czarny jeleń i Ogniwo, drużyna łowiecka. Porąbka, taksamo. 
Kąty, dziedziców wiele, a nie chłopi, jeno sama szlachta. 
Połomyja, szlachta herbu Czarny jeleń i Starykoń i cokolwiek 
kmieci. Łąki, dziedzice Prusy herbu Czarny jeleń i Ogniwo. 
Prusy one, zwane też Dobrociescy, wedle Długosza, to plemię 
Św. Stanisława, a dziesięcinę dawali do Tropią kościołowi 
Św. Świrada, który tam pustelniczył. Jeden z nich, herbu 
Ogniwo, był wielkorządcą, a dla czynów wojennych zwań 
Wojak. Wojakowa, przezeń założona od onychże Prusów 
Dobrocieskich herbu Czarny jeleń i Ogniwo. Powyż wymie- 
nione wsie, połączone od kościoła, który on tam wystawił. 
Kościółek ten drewniany, odwieczny, zczasem zapadł się. 
Szlachta onych zaścianków przyjęła nową wiarę jedynobóstwa 
z obrzędem polskim i złożywszy się, zmurowała kościółek 
w Wojakowej, do którego zjeżdżała na nabożeństwo swoje 
zwykłe. Na Porąbce i Drużkowie dziedziczył też Joachim 
Porębski, zwań Żydek, który też miał folwark w Gołąbko- 
wicach. Przydomek Żydek nabył od zdań niedowiarczych. 
Ożenił się bogato z Katarzyną z Gnoińskich, którą bił i o za- 
bicie jej skarżyli go bracia Leonard i Jędrzej Gnoiński. Na 
tejże Porąbce spółdziedziczył wyż wymieniony Otwinowski 
Piotr, ożenion z Wielogłowską Magdaleną. (Gród. Czchow- 
Terrestr. L. 18 p. 576). 

Świętego Świdara puszcza i pustelnia była dalszym 
ciągiem puszczy Dobrocieszy, ale na prawym brzegu Dunajca, 
począwszy od odwiecznego grodu Wytrzysk-Tropfstein. Do 
parafii św. Świrada należały sąsiednie Wiatrowice nad Dunaj- 
cem. Wieś tę nabył Stadnicki ze Stadnik, różnowierca, jak 
cały jego ród. Puszczy Dobrocieszy część północną stanowiła 
puszcza Św. Urbana, drużby Świrada i Justa Tęgoborskiego. 
Na krańcu jej północnym jest wieś Tymowa. 

Tymowa, pierwotnie królewszczyzna, przeszła na dzie- 
dzictwo Wielogłowskiego Nanajka, którego dziedzictwa mnogie 



51 

wylicza Dhigosz (w Liber Beneficiorum). Jeden z synów jego, 
Mikołaj, dostał część Tymowcj z kościołem, a onegoż synowie : 
Jerzy, Wojciech i Kasper, podzielili się tą Tymową wyżnią, 
podupadli, i pozostał Jerzy samosiódmy z Strowskim, Gumień- 
skim, Wojakowskim, Szalowskim, Potomskim i Ligęzą. Zabrali 
oni część pól plebańskich, ale nie wszystkie, tylko przyległe. 
Plebana wypędzili, później przy kościele osadzili kaznodzieję 
różnowiercę, który przystał na trzecinie ról plebańskich. 
Stało się to za wpływem Krzysztofa i Urszuli Wielogłowskich, 
którzy dobra swe: Nawojową, Frycową i Szlachtową wydzie- 
rżawili za 300 złp. mieszczaninowi Warzęsze Walentemu, 
(r. 1556) zapisując to w księgach sądowych w N. Sączu (księga 
9 stronica 314), spieniężyli spadek po bracie pani Urszuli, 
Janie Markowiczu , folwark i dwa ogrody na przedmieściu 
wielkiem (księga 8 str. 289), ojcowiznę pani Urszuli sprzedali 
bratu jej Stanisławowi , rajcy i sołtysowi na Paszynie (ks. 9 
str. 242), a kupili Tymową i Drużków (ks. 10 str. IW). Córkę 
Zofię wydali za Błońskiego Jana z Lusławic. 

Pani Urszula z Kromerów Wielogłowska, pomściła śmierć 
męczeńską ciotki swej z Zalasowskich Wajglowej Malchero- 
wej, wprowadzając w Sądecczyznę wiarę w Boga jedynego 
z obrzędem polskim, o co oną staruszkę żywcem spalić kazał 
biskup Gamrat. Pomściła też, łącząc się z rodzinami różno- 
wierców, tak, iż ród jej gdyby nić krwawa, stanowi wątek 
w dziejach tego wyznania nad Dunajcem. 

Kościoła Św. Świrada nie śmiał tknąć żaden przybłęda 
obcy, z obawy pątników nabożnych, lecz ośmielili się swoi. 
Gaboński Wawrzeniec na Gaboniu i Zbigniewie (=Zbydniów) 
od Wielogłowskiego Piotra nabył Rzezawę, górną część puszczy 
Św. Świrada z patronatem kościoła, ożenion był z Dorotą 
z Rąbkowej. A na tej Rabko wej dziedziczył Chronowski Sobe- 
styan, arjanin, który się trudnił kaznodziejstwem. Gaboński 
zezwolił, a Chronowski wystąpił w kościółku w Tropiu, napo- 
minając, iż czas już pozbyć się bałwochwalstwa! Poczem, 
poprzerzynał obrazy, powyrzucał i popalił chorągwie, lichtarze 
i ołtarne ozdoby, nawet kraty z okien wyłamano. Sprzęt zaś 



52 

olŁams', monsŁrancyę, kielich, krzyż, jako też wszystką kościelną: 
przyodziewę, nadania i papiery, złożone w skrzyni okowanej 
żelazem, wzięła do siebie pani Dorota Chronowska. Oczywiście,, 
że i dziesięciny odtąd nie dawano. (Eccl. Tropie). 

Wiara w jedynego Boga i człowieczeństwo Chrystusa 
szerzyła się mocno, upadała wiara w Trójcę bożą i w obecność 
krwi i ciała Chrystusowego w hostyi. Zbory jednobożan po- 
wstawały po miastach, szczególnie pod opieką dostojników,, 
podtrzymywali je mieszczanie bogaci i szlachta. Lublin słynął 
zamożnością mieszczan, mianowicie lekarzy, aptekarzy, zło- 
tników i kupców. Z lekarzy, prócz innych, słynęli: Ciachowski,. 
Erokier, Tomkowicz. Paklewski Stanisław założył zborek 
w domu własnym, a pod opieką Tęczyńskiego, wojewody 
lubelskiego, kaznodzieił i chrzcił dorosłych i przybywało 
zwolenników gorliwych z miasta i szlachty okolicznej mnogiej, 
między którą byli: Niemojewscy, Lubienieccy, Suchodolscy,. 
Kazimirscy. Był też i sławny Rej z Nagłowic i Otwinowski 
Erazm. Suchodolski Piotr, stary wojewoda, był katolikiem 
równie gorliwym, jak gorliwym kalwinem był bratanek jego, 
też Piotr. R. 1563 obadwa byli w Lublinie, ale młody Piotr 
stał gospodą osobną. W uroczystość Bożego ciała, Erazm 
Otwinowski z Paklewskim, pastorem jednobożan i innymi roz- 
mawiając, dosłyszeli śpiew pochodu katolików i zwrotkę: 
W tej hostyi jest Bóg żywy, choć zakryty, lecz prawdziwy! 
Na to rzecze Paklewski: Hej! hej! niema takich, coby nie 
ścierpieli bluźnierstwa takiego. Erazm Otwinowski zrjfwa się, 
wypada z domu, prosto ku księdzu dobrze sobie znanemu,, 
wiodącemu pochód. — Kilka razy już napominałem cię, abyś^ 
tego nie czynił ! Obiecałeś na Boga i grzeszysz znów czyniąc. 
Mów modlitwę Pańską! Ksiądz monstrancyę zdawszy innemu,, 
mówi : Ojcze nasz, który jesteś w niebie. — A więc w niebie, 
a nie w chlebie, nie w puszce twej ! Wyrwał monstrancyę,. 
rzucił o ziemię, depce nogami. Poczem, wpośród gniewu^ 
zgorszenia i gróźb, przez środek ludu, odszedł na gospodę 
Piotra Suchodolskiego. Katolicy udali się do wojewody Sucho- 
dolskiego, aby do bratańca słał burgrabiego ze strażą, o wy- 



53 

danie winowajcy. Zastali gospodę zawartą, a brataniec groził 
oporem, gdyż Otwinowski, szlachcic lubelski, posiadacz dóbr 
ziemskich. Więc Erazm Otwinowski wolno wyjechał z miasta. 

Zapozwanego przed trybunał bronił Mikołaj Rej z Na- 
głowic, słynny kpiarz, mówiąc: 

— Obraził Erazm Boga i księdza! Niechaj przeprosi 
i niech zapłaci szkodę: za szkło stłuczone niech da szeląga, 
trzeciaka na mąkę za hostyę skruszoną. Obrazę boską zo- 
stawcie Bogu i czasowi. Jeżeli była, pomści ją Bóg pioru- 
nami, rozpadnięciem ziemi, lub w inny sposób. Bo skoro 
srodze pomścił krzywdę Mojżeszowi uczynioną przez Korego, 
Datana i Abirona, że ich ziemia pochłonęła wraz z rodzinami 
i mieniem, temci bardziej skarze tego, co, wedle pozwu, 
samego Boga tak obraził. Na taką zbrodnię nie ma prawa 
żadnego. 

Sędziowie uwolnili Otwinowskiego. Zapadło jednak 
prawo , by odtąd przy uroczystościach wszyscy zachowali 
skromność. Odtąd uroczystość Bożego Ciała poczęto prawić 
pod strażą z strzelbami. W Wilnie było też podobne zajście. 
Na procesyjnego księdza sługa Siemonów wylał pomyje. 
Siemon, zapozwan przed króla, najprzód zaprotestował imie- 
niem prawa szlacheckiego, przeprosił księdza i uzyskał prze- 
baczenie. Skarżony o obrazę Boga stanął na roki, odpierając 
szyderczo, że niema komu odpowiadać, bo strona obrażona 
wyjechała do nieba, ani stanął jej pełnomocnik, więc prosił 
o uwolnienie. Cała sprawa poszła w kpiny i żarty. Onże 
Erazm Otwinowski, córkę Bogumiłę, jako się rzekło wyżej, 
miał za Erzeszem Sobestyanem w Męcinie sądeckiej, a krewni 
dziedziczyli Żegocinę i Łąktę. Jeden z nich, Piotr Otwinowski, 
córkę miał za Wiemkiem Stanisławem na Witowicach, naprze- 
ciw puszczy Św. Świrada. 

W Trydencie skończyło się koncylium wiekopomne. 
R. 1564 w Parczewie, Komendoni, poseł papieski, uchwały 
soboru tego podał królowi. Chciał żądać wypędzenia z Polski 
cudzoziemców i aijan , zaniechał jednak , z porady Hozyusza 
kardynała, żeby różnowierce, starciem między sobą, prześlą- 



54 

dowali się i tępili. Orzechowskie którego Chimerę czytano na 
soborze w Trydencie z upodobaniem, prosit Komendoniego 
o stwierdzenie małżeństwa swego i rzekomo otrzymał jakąś 
obietnicę. Zamiast tego doszła go książka Kromera, biskupa, 
O bezżenności księży, wymierzona wprost przeciw niemu. 
W książce tej Kromer wzywa go do poprawy, mówiąc: 
„Magdalena, imię małżonki twej, wystawia ci przykład do 
naśladowania! Zbłądziłeś, lepiej się odwrócić i wycofać, jak 
brnąć coraz dalej '^. W końcu podaje mu sposób : „Porzuciwszy 
chleb i urząd kapłański, mógłbyś się godziwie żenić^. 

Książka ta do żywego oburzyła Orzechowskiego, gdyż 
żonę jego nie uznawał jeno za Magdalenę grzesznicę! Chciał 
odpisać, ale się powstrzymał, łudząc marną obietnicą Komen- 
doniego. A tu soboru trydenckiego kanon 9 — 10 potępia 
małżeństwo księży. Sobór trydencki dotknął też innej sprawy 
duchowieństwa, sprawy dzierżenia kilku beneficiów razem. 
Uchwała ta, przedłożona na sejmie w Warszawie (13. kwietnia 
1564), spowodowała biskupów do prośby o odroczenie, którą 
podali papieżowi. Na wstępie dziękują za poselstwa i rozkazy 
ojcowskie, piszą dalej: „Zawsze jednak wolelibyśmy, wykonanie 
soborowego wyroku dotycznie odebrania księżom posad, krom 
jednej, na której stale mieszkać mają, aby było przypadło na 
czasy lepsze, a to z obawy trudności i niebezpieczeństwa 
państwu i kościołowi. Bo to najprzód obraża się szlachta 
katolicka i nie zniesie, abyśmy jej syny i braci wyzuwali 
z posad nadanych przez siebie, ani tego ścierpi, co do posad, 
do których mają prawo nadawania, i staną nam się nieza- 
wodnie wrogami, gdybyśmy surowiej nalegali. Niedowiarkom 
zaś, i tak zbyt licznym, nadewszystko by się dogodziło! Nic 
przeto, że się naprawia kościół, którego zguby oni pragną, 
lecz, żeby przy tej sposobności przyciągnęli ku sobie nie- 
jednego duchownego i świeckiego, obiecując większe dochody 
i wolność, aniżeli są u nas i wedle zwyczaju namawiając do 
zrzucenia przecie raz tego jarzma niewoli. A obawiamy się, 
iż się znajdą tacy, co się dadzą przekonać. Ale i to wyjdzie 
jia korzyść niedowiarkom, że kościoły dotąd dzierżone przez 



65 

księże katolicką, pod wfasnem prawem nadania, pochodzą 
z rodziców szlacheckich, których czcić muszą już dla swej 
rodowości y jak skoro ci się usuną, niedowiarcy ich miejsca 
natychmiast obsadzą ministrami swymi, a nie mslo sity i ozdoby 
ubędzie kościołowi, gdy się od niego odwrócą umysły szlachty". 

„Więc też niechaj Świątobliwość Wasza nie wątpi, że 
niedowiarkom najwięcej na tem zależy, aby stan nasz zubożał 
zupełnie, aby nas wprzód odartych, tem łatwiej zgnieść 
i duchowieństwo katolickie od żarliwości w obowiązkach 
odciągnąć mogli, w ten sposób ścieląc drogę zapamiętałości 
swojej. Przyznajemy, że wiele, a nawet wszystko w tym 
soborze świątobliwym ustanowione, chwalebnie i jak najlepiej, 
lecz nie wszystko odpowiednio zepsutości czasów naszych. 
Bo ani wiemy, czy się nadarzy kiedykolwiek chwila, gdzieby 
mniej wypadało wyzuwać księży z dóbr, skoro dochody z nich 
częścią przez łupiestwo wojenne i żołnierskie, częścią przez 
nienawiść niedowiarków tak uszczuplone i zmalałe, że ledwo 
wyżywić zdołają nawet posiadaczy posad kilku i to takich, 
że wprzódy każda z nich pojedyncza wystarczała na utrzy- 
manie księdza^. (Theiner II. 708). Tak posiadania kilku posad 
dochodnych przez jednego księdza bronili wobec papieża 
biskupi: włodzisławski , poznański, płocki i chełmski, więc 
też podkanclerzy Piotr Myszkowski. 

Komendoni objechał województwa północne, przekonał 
się o prawdziwości przedstawień biskupów i za jego wpływem 
papież odbieranie posad nadliczbowych odroczył do trzech 
lat. Między księżami uchwała soborowa rozwiała złudzenie, 
że Rzym zezwoli na ich żeniaczkę, gosposie wierne dopominały 
się zasługi, skoro nie będą żonami. W Mogilnie sądeckiem 
ks. Gnat gospodyni swej uczciwej Zofii, wraz z córką jej Anną, 
zasługi zatrzymanej przyznaje 60 grzywn, które jej oprawia 
na domu w ulicy Szpitalnej w N. Sączu. Dziedzic zaś jego 
Jakób Rożen z Mogilna na Łęce gospodyni swej Dorocie 
zapisige dom w N. Sączu. (N. Sącz Consul. L. XIII. 464, 229). 
Nie było znać między nimi różnicy zdań, co do gospodyń 



56 

Na Spiżu, w Łomnicy wielkiej, zlutrzały prałat Horwa 
de Łomnica umierając, opiekunem żony swej mianuje cesarza 
Ferdynanda, któremu wiernie shiżył, egzekutorami woli osta- 
tniej mianuje Łaskiego Alberta, dziedzica Kezmarku, Stanis/. 
Turzę, wojew. spiskiego, Franciszka Polankaj teścia i Horwata 
na Pałoczy Jana, brata swego. (Analecta Scepus III. 83). 
Łaski Albert żeni się z wdową, księżną Ostrogską, z domu 
Kościelecką. (Genersich Kezmark 260 — 263). Na Morawach, 
w Lipniku, sobór odbywają Bracia morawscy zwani Pikardami^ 
naczelnikiem ich, Jan August z Lutomyśla czeskiego. (Gebhard 
IV. 138). R. 1565 w Piotrkowie, podczas sejmu, król dozwolił 
rozprawy religijnej, o którą uprasza/ Filipowski. On też prze- 
wodniczył jednobożanom , zaś Sarnicki trynitarzom. Firlej, 
wojewoda krak., marszałkował rozprawom. Pauli pismem 
dowodził, że Chrystus był człowiekiem, a bóstwo od Ojca 
otrzymał. Trójczanie powstawszy, wyszli mówiąc, iż nie mogą 
znieść bluźnierstwa. Ossoliński, gdy kalwini cytatami chcieli 
odpierać Paulego, przypomniał im, iż tylko biblia u nich 
dowodem. Przywiedzeni więc do rozpaczy gruchnęli naraz: 
Chwała Ojcu i synowi jego jedynemu i Duchowi świętemu, 
na wieki wieków. Pińczowianie, jak ukropem zlani wyszli, 
zębami zgrzytając i nucąc swoje: Chwała Bogu najwyższemu f 
Katolicy Pióczowianom przyznali więcej nauki, a Hozyusz 
uznał, że bez Ojców kościoła, bez podania i koncyliów, Trójcy 
bożej udowodnić nie podobna. Odtąd różnowierce rozpadli 
się na: kościół większy, wyznający Trójcę i mniejszy, wyzna- 
jący Boga jedynego. Nie wolno było jednym obcować z dru- 
gimi. Jedni drugich zwali arjanami, bluźniercami. 

Na tymże sejmie w Piotrkowie 1565 wyszła ustawa, żeby 
starostowie o nieczynienie egzekucyi rzeczy, od sądu ducho- 
wnego osądzonych, pozywani nie byli. Zaczem egzekucya 
duchowna skażona zgoła, która na pierwszym sejmie piotr- 
kowskim (r. 1552) walić się poczęła, teraz dopiero obaliła 
się. (Bielski). 

Ubezwładnienie wyroków klątwy kościelnej przerzuciło 
na drogę sądów zwykłych sprawy o dziesięcinę. 



-57 

Nad Rabą, w Sobolowie, ks. Marcin Laskowski pozwał 
Jana Nieprzeskiego, iż mu nie daje dziesięciny z Nieprzesnej 
i Zawady. Pozwany podał przyczynę: Bo kościół tam zbu- 
rzono, złupiono, plebana tam nie masz, jako pierwej bywał, 
acz jest ślepy ksiądz jakiś, ale się ożenił, rolę przyjął u p. 
Sławkowskiego, wiarę jakąś nową wymyślił, a ja nie chcąc 
zbawienia swego i poddanych swych zawieść na jego samego 
głowie, uciekłem się do urzędu kościelnego. W niebytności 
ks. biskupa krakowskiego prosiłem wikarego, ks. Przecław- 
skiego, aby mnie odesłał gdzieindziej do kościoła , a ja tam 
dziesięciny będę dawał. A kiedy będzie kościół naprawiony 
i służba boża jako przed tem bywała, tedy ja nie będę od 
tego, będę dawał dziesięcinę, jako przodek mój dawał. Więc 
ukazuję przed sądem Waszmości list do urzędu duchownego, 
gdzie mnie poruczył plebanowi w Pogwizdowie, żeby poddane 
moje rządził i posługi im wyrządzał, a ja mu daję te wszystkie 
dziesięciny. Więc proszę wolności od pozwu księdza Marcina 
Laskowskiego plebana i kościelnego kościoła parafialnego 
w Sobolowie. Sąd roczków ziemskich w Czchowie przyjął 
wymówkę słuszną i zaciągnął ją do księgi sądowej r. 1566. 
(Księga 19 str. 67). 

Łacina, święta mowa rzymsko-katolicka, panując w ko- 
ściele i szkole, rozwielmożniła się też w sądach i rządach 
całej Polszczy. Husyci pieśniami swemi czeskiemi, najpierw 
wstrząśli potęgą łaciny, a za ich przykładem szły ich drużyny 
polskie, modląc się po polsku. Krakowska więc akademia 
nabożna tem usilniej wszczepiała łacinę szlachcie, która się 
jej trzymała tak mocno, że nawet odwieczna św. Wojciecha 
pieśń bojowa, Boga rodzica dziewica, musiała ustąpić pie- 
śniom łacińskim. 

Lutra piosnki tymczasem znalazły oddźwięk i w Polsce. 
R. 1530 już po polsku śpiewały je niewiasty w Toruniu, a nutę 
dorabiał Adam Frejtag. Księdza Opecia książka. Żywot Pana 
Jezusa, wytłoczona przez Vietora w Krakowie, taką w pobo- 
żnych Polakach wzbudziła żarliwość do czytania, że wkrótce 
wyszło 5 wydań. 



58 

Yietor i Ungler wydawali ciągle księgi nabożne po 
polsku, mimo twierdzenia krytyków, że rzeczy świętych nie 
powinno się Uoczyć w mowie ludowej. (Psałterz Dawidów. 
Przedmowa 1535). Modrzewski Frycz wykazywał konieczność 
wprowadzenia polskich modlitw kościelnych. Dachowieństwo 
jednak uporczywie zaprzeczało z powodu, iż piosnki Lutra 
szerzyły niedowiarstwo, łaciną więc chcieli go zwalczyć. 

Jednobożanie przeciwnie, przybierając nazwę Braci pol- 
skiej, w obrzędzie, modlitwie i pieśni, używali wyłącznie 
mowy polskiej, a księża odszczepieńce książkami i rozprawami 
wprowadzali ją w świat naukowy. Więc też wstrętną stawała 
się łacina niedołężna dla wymogów życia narodowego, przy- 
krzyła się mianowicie sądom, ale nikt nie śmiał wystąpić 
z oporem jawnym, bo groziła klątwa. Gdy jednak sejm odjął 
klątwie moc prawniczą, prawnicy podnieśli głowy. R. 1542 
już w N. Sączu Warzęcha Stanisław, grabiąc ruchomości 
dłużnika swego zbiegłego, uzyskał od sądu wojskowego spis 
onych po polsku, pierwsze pismo urzędowe polskie w księgach 
wójtowsko- ławniczych. (L. V. 122). R. 1565 Smocz Krzysztof 
w N. Sączu, spór dziedziczny wiodąc z Berową, kotlarką, 
rozpoczął po łacinie, ale gdy przyszło do trypliki, prawnik 
jego W3fpisał ją po polsku, i było to pierwsze podanie sporne 
po polsku. (Arch. N. Sącz L. XIV). Smocze pokrewni byli też 
wolnomyślnymi, co objawił Krzysztof, łamiąc obyczaj odwie- 
czny i w spór sądowy wprowadzając polszczyznę. 

Nowochrzczeńce, nurki , r. 1556 wyrzuceni z Węgier, 
schronili się do Siedmiogrodu i nieźle im się działo 
w siedzibach, które im wyznaczył Gabor Betlem, umiejący 
cenić oświatę ludzi wolnomyślnych w religijnych pojęciach. 
Odtąd siedmiogrodzkie ich osady Winc i Boberek, w mili od 
Alba Julia (czyli Karlsburg), były pieleszą tych ludzi, którzy 
się zwali i po dziś dzień zowią unitariuszami t. j. jednoboża- 
nami. W Polsce, wcześnie przyjęła się nauka ona na Podgórzu, 
mianowicie w Sądecczyźnie, jako się opisało wyżej. W nizi- 
nach zaś pierwszy z wyznaniem jedynobóstwa wystąpił 
Goniądzki, który 1554 w Morawii z nowochrzczeńcyma zabrał 



59 

znajomość ścisłą. R. 1558 w Brzesku zacięcie powstawał na 
chrzest niemowląt, popierany jedynie przez Piekarskiego,, 
ministra kalwinów w Biały, byłego kanonika katolickiego. 
R 1562 więc wydał księgę przeciw chrztu niemowląt i zyskał 
zwolenników, między nimi był Czechowicz, który rozpra- 
wami swemi z Wędrogowskim, ministrem kalwinów wileńskich, 
wywołał r. 1565 synod w Węgrowie, gdzie prawie jedno- 
myślnie potępiono chrzest dzieci. Synod ten obesłali nurkowie* 
sądecko - podgórscy napominając, żeby nieprzyjmować nic, 
czego nie ma w piśmie. 

Lubieniecki Jędrzej, kujawianin, młody kaznodzieja 
jednobożan, zwraca baczność, iż w piśmie świętem jest wy- 
raźnie mowa o zanurzaniu, więc niemowlęta nie nurzane, 
jeno skraplane wodą, nie są nawet chrzczone. (Lubieniecki 
177). Z Siedmiogrodu też przywieziono listy od zborów, napo- 
minając, aby o to kłótni nie wszczynać, gdyż to nie tak 
koniecznem, jak było w pierwotnem nawracaniu narodów. 
Na zdrowie też wypada uważać. Na to też wynaleziono śro- 
dek w Siedmiogrodzie. Chrzest dzieci nie potępion, aby uniknąć 
zgorszenia, chrzczą dzieci z potrzeby. Tak samo podczas 
niniejszego prześladowania w Prusiech, zostawiając dorostkowi 
wolność powtórzenia, lub nie, według sumienia. Kalwini 
wileńscy ostro się wypisali, żeby nie zaprowadzać zarazy 
nowochrzczeńców, jako ongi w Munster, którzy sądzili, iż 
ponurzenie uwalnia ich od ślubów poprzednich. Na to odpi- 
sano im: „Że nie pragną zbrodni mtinsterskich , lecz nauki 
Chrystusa i posłuszeństwa urzędom nie z bojaźni, lecz z su- 
mienia. Uczymy się też pożycia cnotliwego z żonami naszemi,. 
wiedząc, iż Bóg człowiekowi stworzył niewiastę, a karał 
dwużeństwo, pismo zaś poucza wszędzie, że synowie dwu- 
żennych kalali łoże ojcowskie, lub wyrzucali z domu, albo 
życie sobie odbierali^. Odpisano tak w Brześciu 20. lutego 1566. 

Pierwszy, co się ochrzcił powtórnie, był Jan Siekierski,, 
kaznodzieja znakomity. Więc też Piotr Pulchranius. Tego, z tej 
przyczyny, szlachcic jakiś rubaszny rzucił w staw głęboki, 
ale wypłynął. Marcin Czechowicz, samosiódmy, wróciwszy do 



•60 

Lublina wielu namówił do chrzta powtórnego. (Lubieniecki 
171). Synodowi powyższemu marszałkowa^ Hieronim Filipow- 
ski, przedtem obrońca ewangelików. 

1566 kalwini nie mogli tego przenieść, że ich dawny 
opiekun, Filipowski, przewodniczył wiecom nowochrzczeńców 
znienawidzonych, gniew zjednoczył ich z katoliki i biskupy. 
• iSa sejmie w Lublinie przypomnieli dawniej zapadłe uchwały 
przeciw nowochrzczeńcom i przewiedli to na królu, iż w senacie 
obwieszczono: „Nowochrzczeńce i trójbożanie, w przeciągu 
Jednego miesiąca, mają wyjść z granic państwa". Trójboża- 
nami nazwano jednobożan, że wierzą w Boga Ojca odwie- 
cznego i w nieodwieczne, lecz pochodne bóstwo Chrystusa 
i Ducha bożego, razem więc w trzech Bogów. Popierali sprawę 
silnie między innymi Myszkowscy z nienawiści ku Filipow- 
skiemu, że się ożenił z bogatą ich bratową, wdową po Miko- 
łaju na Spytkowicach Zofią z Komorowskich na Żywcu. Byli 
i tacy, co mu zazdrościli probostwa krakowskiego. Nikt nie 
bronił, jak tylko jeden Przyłęcki. Obecny w senacie Filipow- 
ski, bacząc sprzymierzenie przeciwko sobie, rozżalony zawołał: 
Krzywdzicie mnie, lecz przyjdzie czas, gdzie inny król do 
sądu zasiędzie i swoich bronić będzie ! Król Zygmunt August 
był bezdzietnym, a najbliższym jego krewnym był młody 
Zapolia, urodzony z siostry Izabelli, książę siedmiogrodzki, 
opiekun nowochrzczeńców. Młody Jan Zamoyski, (późniejszy 
hetman), świeżo ukończony uczeń padewski i starosta, nie po- 
łapał się, iż sędziwy Filipowski myśli o Bogu, zdawało mu 
się, iż o Zapolii, powstał więc, że on grozi Zapolią ! Oburzony 
do żywego Filipowski chciał już wybuchnąć gniewem , lecz 
go powstrzymał Stan. Cikowski, kasztelan biecki, jeden 
z najszczerszych jego stronników. Zamilkł więc Filipowski, 
tak, jak ongi w Krakowie, gdy na pogrzebie żony, od studenta 
Urowieckiego, otrzymał policzek r. 1551, jeno użalił się ojcu 
.Zamoyskiego, który znając zacność Filipowskiego, zgromił 
syna za słowo nierozmyślne. Poczem z przyjaciółmi udał się 
do króla z żalem, iż niewinnie potępiony, prosił o przeba- 
►czenie. 



61 

Król odrzekł ma słowami biblii : Rodzina twoja i naród 
twój wydali cię w ręce moje. Przebaczył chętnie. Podał też 
król prawo ono srogie izbie posłów, ale do uchwały nie 
przyszło, bo też już i między posły wiele aijanów było. Fili- 
powski wrócił do dóbr swych pod Krakowem. Sprawiał 
wesele siostrzenicy swej, wydając ją za dzielnego Krzysztofa 
Gnojeóskiego, nieodrodnego przodków swych. Zwali oni się 
dawniej Nosale, a na błotach pod Warną, w obronie króla 
Władysława, dorobili się herbu Warnia, który przedstawiał 
raka. Ślub miał poprzedzić chrzest, czyli ponurzanie, wedle^ 
obrzędu nurków. 

Zaciewicz, stary pastor kalwiński zboru krakowskiego, 
dowiedział się o tem, i że poprzednik jego zborowy, a potem 
odstępca, Pauli, będzie pełnił obrządek ponurzania. Oznajmi^ 
więc na kazaniu o t4-tej godzinie, że o 18-tej godzinie, o kilka 
mil od Krakowa, Filipowski nowożeńców nagich pod drzewem 
jałowcowem wystawi na widok ludzki, obyczajem adamitów. 
Nieprzyjaciele Filipowskiego rozsiewali wieść o adamitach, 
podburzając umysły, a starosta krakowski Myszkowski srożył 
się okropnie i odgrażał na Paulego tak, iż ten, znając niena- 
wiść jego, umykał wcześnie z domu Filipowskiego z Krakowa. 
Umykali też nowochrzczeńce krakowscy i okoliczni. Albinus 
Bielski z Iwanowic, zbierał rozprószonych, dał im za pastora 
Krościeńskiego. Pozostali potajemnie schadzali się w domu 
Filipowskiego, gdzie ich tamże mieszkający Budziński cieszył, 
napominał, zbierał do modlitwy spólnej, dopokąd nie minie 
burza. A nie napróżno bali się, mając przed oczyma dolę 
Wajglowej i co Kalwin uczynił w Genewie z Serwetem, 
Gentilisem, Sylwanem, Ochinem, więc też dolę Adama Neu- 
snera, który ledwo zemknął z Heidelbergu z więzienia, przez 
Francyę i Belgię schronił się do Polski, do Śmigla, a stąd do 
Siedmiogrodu, do Zapolego. Budziński z czynszem przyszedł 
do biskupa krakowskiego Padniewskiego, który go pyta: Czy 
to prawda o tych adamitach? Ty przecie, jako gospodarz 
wesela tego, wiesz najlepiej. Dowiedziawszy się prawdy^ 
rzecze: To twoi ewangelicy, nie moi katolicy tak o was prawią! 



^2 



Jakże wierzyć nauce waszej, skoro minister tak k/amie. Prosper 
Prowana, włoch uczciwy, uwiadomi/ o tern Filipowskiego. 
List ten czytano gościom weselnym, nie mogąc się wydziwić 
przewrotności starego Zaciewicza, kalwina. 

W Bieczu, pleban, na mocy wyroku króla przeciw nur- 
kom i arjanom, chciał z miasta wydalić trzech jednobożan, 
biedaków, od kilku lat tamże zamieszkałych. Zapozwani przed 
urząd miejski twierdzili, iż obstają przy wierze katolickiej 
pierwotnej, objętej składem apostolskim i ani na palec od 
niej nie odstępują, choćby ich kto przewrotnie namawiał. 
Więc wyroku króla nie obrażając, jako urzędowi posłuszni, 
zostawieni w spokoju w mieście. (Lubieniccki 207). 

Papież Pius V., właściwie Michał Gizeleri, pierwotnie 
mnich dominikanin, chciał w duchowieństwie zaprowadzić 
surowość zakonną. Nakazał podgalać głowy, chodzić w sukni 
księżej, wełnianej, bez żadnego jedwabiu, nie cierpiąc zgoła 
spodni szerokich. (Surius 485). Niezmiernie uradował się, 
słysząc o nawróceniu kilku szlachty polskiej, napisał do nich 
łaskawie, napominając do wytrwałości. Tem bardziej zadziwił 
go list arcybiskupa gnieźnieńskiego Uchańskiego, który 
wobec obalonej władzy sądów duchownych, nie wiedząc co 
począć, pisał doń, prosząc o radę. Odpis brzmiał: Z boleścią 
czytaliśmy twój list, wyznający, iż zgoła nie wiesz, jako bronić 
kościoła zagrożonego i żądasz pomocy. Najzbawienniejszym 
i najpotrzebniejszym środkiem zda mi się, aby całe ducho- 
wieństwo zaczęło pilniej pełnić obowiązek swój. W królestwie 
tem, jako i indziej, nic tak dalece nie przyczyniło się do 
niedowiarstw onych wielkich, jak zepsucie obyczajów ducho- 
wieństwa i lenistwo w pasterstwie trzody pańskiej. Bo księża 
(dobrych zawsze wyjmujemy !) wiodąc sami życie niegodne 
zakonu swego, występkami zepsowali ludy swe i popadli 
u nich w wzgardę największą. Ludy zaś zepsute i ociężałe, 
źle uprzedzone, łatwo od wiary katolickiej odciągali heretycy. 
Więc chcąc stłumić zarazę niedowiarstwa, trzeba poprawić 
obyczaje duchowieństwa. Biskupi niechaj poprawiają w ducho- 
wieństwie, co dotąd raziło świeckich. Lud, gdy obaczy księże 



63 

swą, żyjącą w czystości i uczciwości większej, wedle nich 
żyjąc, odpadnie od niedowiarstwa trującego. Bardzoby nas 
cieszyło, gdybyś mógt założyć kilka bractw Jezuitów, czego 
sam podobno pragniesz, lecz trzebaby zezwolenia króla, gwoli 
ich uposażenia. Katechizm ukończony już , postaram się 
o przekład na polskie i przeszłe ci, tak samo mszały nowe 
i brewiarze. (Theiner). 

Niebawem nastąpiła bulla, że kobietom wzbroniono 
wstęp do wszystkich klasztorów męskich, bez względu na 
jakiekolwiek dostojeństwo, przywilej lub pozwolenie, wyjąwszy 
w razach przewidzianych tą ustawą. (Nakielski). Wobec wy- 
mówek papieskich i rozporządzeń takich, trudno brać za złe 
różnowiercom, iż wytykali niecnotliwe życie księży katolickich, 
czego też i mnogie ślady pozostały w zapiskach sądów 
i urzędów. Medalów i medalików noszenie na szyi i u różań- 
ców nastało wtedy. Niederlandy zlutrzałe, opierając się zapro- 
wadzeniu inkwizycyi hiszpańskiej, wysłały posłów do wielko- 
rządcy, który, bogacz ogromny, rzekł o nich, iż to żebracy 
i odmówił prośbie. Sprzymierzyli się więc do oporu wojen- 
nego i wybijali medaliki ołowiane dla poznania się, na których 
z jednej strony był żebrak z torbą na plecach, kijem w ręku 
i napis: Choćby aż do torby żebraczej, na drugiej zaś dwie 
ręce spojone. Katolicy zasię jęli bić medaliki z krucyfiksem, 
Bogarodzicą, lub świętym jakim. Małgorzata Rakuszanka, 
księżna Parmy, prosiła papieża, by je pobłogosławił, co też 
uczynił i polecił noszenie medalów na szyi i u różańców. 
(Nakielski 677). Pobożnisie przesadne obwieszały się znów 
za nadto, aż pobudzały do śmiechu. 

Miechowici bożogrobce mieli przełożonego Jana, sta- 
ruszka słabowitego, który bacząc, iż nie podoła przewieźć 
rozkazy papieskie, jął się naradzać z zakonnikami o następcy. 
Posłyszał o tem Szymon Ługowski, jeden z Kruków dworskich 
(jak zwano urzędników skarbu), pisarz skarbu koronnego, 
ulubieniec króla, kanonik krakowski i poznański, uprosił 
króla, żeby mu wyrobił oną posadę dochodną. Król, przez 
komornika swego, obesłał ks. Jana listem, wzywając usilnie, 



64 

żeby zwotat kapitułę, złożył godność swą i postarał się 
koniecznie o wybór ks. Ługowskiego następcą swym. Starowina, 
wedle woli królewskiej, okólnikiem wezwał wszystkich prze- 
łożonych kościołom, przykazując, by okólnik czytali i posyłali 
jeden drugiemu, nie zatrzymując, pod karą ekskomuniki. Zje- 
chali się tedy, a bacząc, iż król koniecznie nastaje na wybór 
swego ulubieńca, wstrzymali się od wyborów, a król, milczenie 
biorąc za przyzwolenie, ogłosił Ługowskiego przełożonym 
bożogrobców, wybranym wedle prawa i obyczaju. Wybór ten 
dworaka, ulubieńca krakowskiego, nie na rękę był i posłowi 
papieskiemu, który zwołał bożogrobców. Na wstępie napo- 
mniał ich, by na przyszłość nie dozwolili księżom świeckim 
wdzierać się do zakonu, żeby się opierali bez obawy, nie zwa- 
żając na żadną godność i dostojność. Dalej napomniał 
wszystką starszyznę, opatów i plebanów, ażeby żyli cnotliwie, 
nie dając zgorszenia, by przykładnie przewodniczyli klaszto- 
rom, nie wstydząc się sukni zakonnej, ani podgolenia głowy, 
a w jedwabiach by nie chadzali, szkoły też aby utrzymywali 
przy klasztorach i sami uczyli. Dochodów z kościołów i kaplic 
aby sobie nie przywłaszczali, ani brali okup przy ich obsa- 
dzeniu. (Nakielski). Więc znowu świadectwo, jak to żyli 
bożogrobce. 

Raków założon. Różno wiercę nie mogli się zgodzić na 
jedno. Kalwini, za przykładem proroka swego, byli najza- 
wziętszymi na innych, mianowicie Samicki, Zaciewicz, Iwan 
Karmiński i Pietrzycki. R. 1567 w Łańcucie, na zjeździe nowo- 
chrzczeńców, zjawił się nieproszony Karmiński, hukiem, krzy- 
kiem i narzucaniem zasad Kalwina, oburzył wszystkich, tak, 
iż mu kazano opuścić zgromadzenie. W Skrzynnie znowu 
Parnowski Stanisław z N. Sącza naremnie wystąpił z nauką 
Arjusza, zgoła przeczącą przedwieczności Chrystusa. W Zurychu 
szwajcarskim Simler zasię O wieczystości Syna Bożego 
wydał księgę (r. 1568), z przedmową do polskich panów 
i szlachty, księży i wiernych w Polsce, Litwie, Rusi, Węgrzech 
i Siedmiogrodzie. Blandrata z Dawidem w Siedmiogrodzie: 
O Chrystusie, dowody z Pisma. 



66 

Pauli zaś napisał: O prawdziwej śmierci, zmartwychwstaniu 
i żywocie wiecznym Jezusa Chrystusa. Filipowski , łagodny 
i spokojny, sprzykrzywszy sobie niespokojne qazdy i rozprawy, 
w rozmowie z Łukaszem Mundiusem, rajcą wileńskim, który 
z pobożności pątniczył światem, słysząc o cnocie Braci mo- 
rawskiej, między którymi kilka tygodni przebywał, zabrał się 
do Moraw z Jerzym Szomanem. Lecz tam, wykładając im 
swoją naukę o Bogu jedynym, obrazili tych wyznawców 
Trójcy, nazwani poganami niechrześcijańskimi , musieli ich 
opuścić. Rozwiały się ich marzenia o królestwie bożem na 
ziemi w Morawii. Pozostały jednak i wzrastały marzenia 
o nowym Syonie w Polsce. Grzegorz Pauli i Albinus na 
prawdę przelękli się gniewu i gróźb Myszkowskiego, starosty 
krakowskiego, podczas onego wesela Krzysztofa Gnoińskiego. 
Umknęli z Krakowa nie wiedząc kędy się podzleć, zatęsknili 
za schroniskiem zacisznem. 

Niedola siostry stryjecznej żalem przejęła Sienińską 
tak, iż wpadała w zadumę, bacząc marność błyskotek świa- 
towych. Najchętniej zezwoliła na osiedlenie pustelnicze 
w puszczy leśnej, nad ujściem Łagowicy w Czarną, w Sando- 
mierskiem. Miejsce to, mila od Łagowa odległe, w piaszczystej 
równi w pośród puszczy leśnej, obfitując w wodę i łąki, było 
wielce dogodne i urocze. Sieniński najchętniej przystał na 
życzenie żony i osadę nazwał Raków, od herbu jej Wamia 
przedstawiającego raka. 

Marzyci^^li przybywało zwolna, zasiedli na wiec i uchwalili: 
Nie dbać o ozdoby ciała. Nie mieć urzędów żadnych, ani 
dostojeństw, nawet duchownych, gdyż się to sprzeciwia dosko- 
nałości i równości chrześcgańskięj. Zaprowadzić wspólność 
majątku. Ustawę tę spisał Szoman i wedle niej żyli, odbywając 
sobory i wiece duchowne, rozprawiając o świętościach , nie 
było jednak jedności. Już już zakradała się niezgoda , gdy 
przybył z Krakowa aptekarz Szymon Ronenberg, mąż wielce 
cnotliwy i dobry, jednoczył umysły i jako znamię wyznania 
zaprowadził ponnrzenie dorosłych (r. 1570). Blandrata z Sie- 
dmiogrodu napisał do Filipowskiego, napominąjąci aby porzucili 

6 



66 

zabobony marzycielskie (o bezwzględnej równości, bezurzędziu, 
spólności mienia), i żyjąc z ludźmi , aby im przyświecali ku 
prawdzie i cnocie przykładnym żywotem. Z bliska też i z dala 
przybywali nurki, pracowici i oświeceni, Sienióski rad im był, 
dopomagał w osiedleniu, a Raków, nie dawno puszcza leśna, 
wzrastał w miasteczko ożywione, gdzie, krom innych rzemiosł, 
wpabiano sukna dobre i tłoczono księgi. 

Pińczów, pierwotnie kalwiński, miał już sławę nabytą 
2 naukowej drużyny, zwanej Ateny sarmackie. Składali ją: 
Jan Łaski, Jerzy Blandrata, Franc. Lizmani, Jerzy Szoman, 
Jerzy Pauli, Jędrzej Trzecieski, Piotr Stojeński, Marcin Kro- 
wicki, Jakób Lubelczyk, Bernard Ochin, Grzegorz Orszakie- 
wicz i inni. Atenami polskiemi przezwana drużyna później 
zajęła się ułożeniem psalmów i hymnów polskich dla ludu, 
wzorem Niemiec, Czech i Moraw. Biblię też przekładano na 
polskie, którą tłoczyć dał Radziwiłł Czarny. Księgotłoki miał 
tam Daniel z Łęczycy od r. 1559 do 1561, z których wyszło 
nie mało książek, katolicyzmowi przeciwnych. 

R. 1562 Oleśnicki Mikołaj, dziedzic Pińczowa, przyjął 
zasady jednobożan i oddał im zbór dotąd kalwiński. Luto- 
mirskiego Stanisława, niegdyś plebana katolickiego w Koninie 
i Tuszynie, którego r. 1556 wraz z setkami szlachty bronił 
przeciw arcybiskupowi, mianował starszym kapłanem, super- 
intendentem zboru. Do pierwszych znakomitości Pińczowian 
należał Łaski Jan, brat słynnego Hieronima, wojewody sie- 
radzkiego, niegdyś kanonik krakowski, sekretarz królewski, 
poczem poseł do Zapolii i biskup wesprymski na Węgrzech, 
a omal że nie nominat na biskupstwo kujawskie. Gamrat, 
biskup, odjął mu wszystką dostojność, obwiniając, iż na 
Węgrach pojął żonę. Łaski uniewinnił się przed kapitułą 
(r. 1542), odzyskał wszystko. Lecz wkrótce (1543) sam złożył 
godności, wyjechał do Wittembergu, gdzie uroczyście przyjął 
luterstwo augsburskie. Zajrzał do Polski, odwiedzić braci 
chorych, wrócił do Niemiec, powołany na superintendenta 
w Emden fryzyjskiem. Najgorliwiej tępił katolicyzm, lecz 
wprowadzając obrządki wedle swego zdania i zasad Kalwina, 



67 

oburzył lutrów, poprzestających na nienawiści Rzymu i nauce 
Lutra. R. 1548 do Anglii powoteł go arcybiskup Kramuer, 
odda/ w Londynie zarząd zboru cudzoziemców, wychodźców 
z różnych krajów. Laski zaprowadził tam zupełnie nowy 
obrządek, spisując ustawę, ale po śmierci Edwarda królowa 
Marya kazała mu ustąpić z kraju, uwięziła trzech jego synów, 
rozpędziła wyznawców. W Emden, kędy znów wrócił, roz- 
prawami jawnemi ściągnął na siebie wyrok, iż jest niebezpie- 
<3znym dla luterstwa panującego i musiał uchodzić do Frank- 
furtu nad Menem, gdzie był przełożonym zboru wychodźców, 
którzy na cześć jego dali wybić medal piękny. R. 1555 w trzech 
listach ogłoszonych napominał króla Zygmunta Augusta do 
reformy kościoła, podając środki i przepowiadając klęski, 
jeżeli zaniecha. Kalwini polscy wyrabiali mu list bezpieczeń- 
stwa do powrotu, a mimo zabiegów biskupich i kardynała 
Lipomana, pozwolił mu król wrócić. Witany radośnie jako 
mąż wielkiej nauki i powagi, osiadł w Pińczowie, pomagał 
przekładać biblię, brał udział w synodach, gdzie go słuchano 
jako wyrocznię. Dmarł tamże r. 1560, a na pogrzebie jego 
mieli mowy: Stojeński, Sarnicki, Sylwiusz i inni. Zostawił 
trzech synów i córkę, która wyszła za mąż za Morstyna 
Jerzego, bachmistrza żup wielickich. U cudzoziemców Łaski 
był w czci wielkiej, a naukowości kościelnej sławę zjednały 
mu jego dzieła. R. 1557 odwiedził go Socyn Leliusz, przybyły 
do Polski z listami polecającemi od Melanchtona do króla 
Zygm. Augusta, a od BuUingera do niego. Tam, u Łaskiego, 
ród Morstynów poznał się z rodem Socynów. 

Śmigiel, miasteczko w Poznańskiem (blisko Kościan), 
stało się stolicą braci polskiej w Wielkopolsce, przez zbór 
i szkoły, które tamże r. 1584 zaprowadził w dzielnicy swej 
Dudyć, biskup odszczepieniec. Dudyć, syn madziara dostoj- 
nego i wenecyanki Stradelli, wychowaniec stryja swego arcy- 
biskupa w Odrzyhomiu, nauki pobierał w Wrocławiu, potem 
w Padwie, gdzie żyjąc w zgodzie z Polakami, na udry szedł 
Ł Stefanem Batorym. Dalej był w Paryżu, skąd go do Anglii 
wziął posłujący kardynał Polus. Wróciwszy, był poufnikiem 



68 

księcia Medici na Florencyi, otrzymał biskupstwo dalmackie 
w Tina (r. 1562), a duchowieństwo madziarskie wysłało go 
od siebie do Trydentu na sobór. Dopominał on się tam 
żeniaczki księży i komunii chlebem a winem, z czego źle 
o nim wróżył kardynał Hozyusz. Za powrotem otrzymał 
biskupstwo Pięciokościoły. R. 1565 cesarz Maksymilian siał 
go do Polski jednać króla z żoną, siostrą swoją, albo ją 
odwieść. Odwiózł ją i znów jako poseł wrócił do Polski. 
Rozmiłował się w Reginie Straszównie, szlachciance, pannie 
dworu królowej, wyrzekł się biskupstwa, kupił dobra Śmigiel, 
otrzymał indygenat i ożenił się z nią. Papież wyklął go, ale 
cesarz zatrzymał na poselstwie. Miał dwu synów i córkę, 
owdowiał r. 1573. Jako biskup, poseł, ulubieniec cesarski, 
a do tego świeży obywatel polski , wielkiego miru używał* 
wśród szlachty, mianowicie różnowierczej i wolnomyślnej,. 
zwłaszcza zaprowadzając w Śmiglu jednobóstwo i ponurzanie* 
dorosłych. 

Aijusza nauka stara, wznowiona przez Socyna, przyjęła 
się tu doskonale i krzewiła się między szlachtą i mieszezany 
gdzieniegdzie porywając i umysł jakiego księdza świeckiego 
lub mnicha. Była to wiara mędrców i mędrków : Bóg jest 
jeden, nieskończony, niezmierny, początek i koniec wszech- 
świata, wszechmocny, doskonały, wszędzie będący, wszystko- 
sprawigący, zgoła taki, jakim go pojmowali filozofowie po- 
gańscy. Chrystus, syn Boży, C2.łowiek ubóstwiony, zbawiciel 
i odkupiciel świata, któremu należy się cześć boska, ale nie 
taka jak Ojcu. Bo Bóg Ojciec, przedwieczny^ jest stwórcą 
a Chrystus był stworzony, cierpliwy i śmiertelny co do ciała 
swego i był Synem bożym przysposobionym, poczętym przez. 
Ducha świętego. Bóstwo Chrystusa poczęło się dopiero po* 
śmierci ciała jego. (St. Ostrowski O bóstwie przedwiecznem 19). 
Pozornie więc czcili Trójcę świętą, ale nie jednolitą^ 
a wywodami rozumowemi ludzi przywabiali. Że zaś kośció^ 
rzymski powagę swą opierał na wulgacie, t. j. na łacińskim 
przekładzie Pisma świętego, aijanie zarzucając, iż w biblii 
żydowskiej nie ma wyrazu Bóg, a są wyrazy Siły (Elohim),. 



69 

mylnie przełożone na greckie logos, łacińskie yerbum, polskie 
^owo, obwiniali o przekręcanie i fałszowanie. 

W sąsiedztwie Śmigla, nieopodal od rzeki Obry, oblany 
strumykiem wznosił się klasztor Cystersów Przemęt, wznie- 
siony jeszcze r. 1278 przez Benjamina, księcia głogowskiego. 
Cystersi byli zakonem uprzywilejowanym w obrządku, mieli 
osobny mszał i brewiarz, a komunię przyjmowali z chleba 
i wina, wino z kielicha wypijając srebrną, pozłacaną rurką. 
Wychowanie młodzieży wchodziło w ich zawód, a każdy 
klasztor miał swój księgozbiór i swoich czytelników. W Prze- 
męcie z naukowości słynął opat Ostrowski Stanisław w Deszcku. 
Był nauczycielem teologii, a sławiono jego znajomość Pisma 
świętego, mowy greckiej i hebrejskiej, hebrejskiej jednak znał 
mało. Oburzony kazaniami i nurzaniem się arjan w Śmiglui 
sąsiednim i wzrastającej niewierze w bóstwo Chrystusowe 
napisał książkę: O bóstwie przedwiecznem Chrystusa, Syna 
bożego, przeciwko nowochrzczeńcom, a osobliwie Śmigleckim, 
Poznań 1588, z przypiskiem młodemu królowi Zygmuntowi III. 
Podzielił książkę na trzy artykuły: 1, że sam Bóg przedwie- 
czny stał się człowiekiem, 2, że, wedle Pisma świętego, Chry- 
stus jest Bogiem i spółistny z Ojcem i jemu we wszem równy. 
Zbijając twierdzenia Czechowicza, Budnego i Socyna, zapisał 
508 stronic ćwiartkowych, kończąc, iż pisał ku czci i chwale 
Chrystusa, Boga prawdziwego i pohańbieniu nieprzyjaciół 
Chrystusowych. Za podstawę obrony swej wziął biblię łaciń- 
ską (yulgata) jako jedynie dowodną, bo pisaną z natchnienia 
Ducha świętego, odwoływał się na teksty greckie, hebrejskiego 
ani tknął, a arjanom zarzucił przekręcanie rozumowe wyrazów, 
w czem powoływał się na zdanie Bezy. Książka nie odniosła 
skutku spodziewanego, bo trudna do czytania i spamiętania, 
pisana od teologa dla teologów. Książki zaś różnowierców 
rozchwytywano i czytano. 

Dudyć dzielnicę swą Śmigla odsprzedał Arciszewskiemu 
Eliaszowi , arjaninowi zagorzałemu, który w zborze, na rynku 
miasteczka, sam kaznodzieił i obrzędował. R. 1589 umarł 
Dudyć w Wrocławiu. Żona jego (z Zborowskich, pierwszych 



70 

gód Tarnowska), z licznezn potomstwem wróciła do PolskL 
ReginiL, córka, wyszła za Moskorzewskiego Jarosza, arjanin^ 
bogatego, uczonego i znakomitego dziedzica na Czarnkowie^ 
gdzie wystawił zbór aijański. 

Marzyciele królestwa bożego nie wymarzyli raju, na 
który upatrzyli miejsce w nowo założonej mieścinie Rakowie 
wśród piasków i borów sosnowych, a nazwanej od herbu 
założycielki, Jadwigi z Gnoińskich, żony Sienióskiego Jana^ 
kasztelana żarnowieckiego, kalwina. Pani Jadwiga była arjanką 
gorliwą i pod jej opiekę zbiegali się marzyciele z osady 
nowej, chcąc wytworzyć nowe Jeruzalem t. j. przybytek po- 
koju, u ujścia rzeczki Łągownicy w Czarną, na łąkach zielo- 
nych. R. 1562 Pauli Grzegorz (z rodziców włochów, urodzon 
w Pomrożu miasteczku), kilkuletni już pastor zboru kalwinów 
w Krakowie, w dzień św. Trójcy miał kazanie przeciwko 
Trójcy świętej , podczas którego piorun uderzył i zrzucił' 
gałkę z wieży kościoła św. Trójcy. (Węgierski 9 — 10). 

Kalwini, zgorszeni niewiarą, złożyli go z kaznodziejstwa,, 
ale on mienił to cudem i powołaniem odrzekł się kalwiństwa 
i wyjechał do Rakowa zakładać nowy Syon. Pospieszyli za 
nim: Bielski (Albinus), Kalinowscy, Szoman, Siekierski i Mun- 
dius, rajca wileński z Litwą drugą. Ustanowili zarzucić przy- 
odziewę ozdobną, odrzucić urzędy wszelkie, dążyć do równości 
chrześcgańskiej, zaprowadzić wspólność mienia. Naśladowali 
więc metodystów angielskich i hernhutów. 

R* 1570 Ronenberg, aptekarz z Krakowa, rozumowaniem 
rozwiał marzenia, zaprowadził ustrój społeczny i chrzest 
dorosłych. Czechowicz jednak, jak przed nim już Goniądzki, 
z Paulim wraz, najmocniej potępiali prawo miecza i urzędu. 
Czechowicz (r. 1575) pisał: Bestye i gadziny bronią się, bo 
nie mają rozumu. Przełożeni świata, którym Bóg miecz do 
ręki dał, radzi nie radzi muszą złych karać i krew ich prze* 
lewać, ale nie tak uczniowie Chrystusa, bez których królowie 
mogą wojny odprawować. Bo jeżeli Bóg zechce ukarać przez 
miecz wojenny, tedy skoro jeno zawiśnie, ażci się z ostate- 
cznych granic ziemi, jak much i pszczół wielkie mnóstwo 



71 

żolnierzów czerstwych , mężnych nazbiera. O urzędzie zaś 
prawił: Urząd przyjmować wierni mogą, jeśliby był urząd 
zboru Chrystusowego. Urzędnicy zboru świeckimi być nie mają, 
bo też ani mogą dwu naraz urzędów, a bardzo sobie przeci- 
wnych, na sobie mieć. Posłusznym masz być zwierzchności 
i oddawać jej, co ona rozkazuje, ale tylko wedle słowa bożego, 
a nadto nic! Nie tylko walczyć, albo kogo na gardło sądzić, 
ale też i przy sądzie takim być, nie godzi się. 

Paleolog, greczyn, pierwszy wystąpił przeciw tej nauce 
marzycielsko pokojowej, więc też Budny, Krowicki, wraz 
z bracią litewską, także Parnowski z Sącza i Socyn. Na domiar 
marzycielstwa Wiśniowski Tobiasz w Rakowie wydał (r. 1580) 
książkę: Prawdy chrześcijańskie, w której przeczył nie tylko 
zasadom katolicyzmu, prawił o nieśmiertelności ciała, a poję- 
cie cnót mienił urojeniem, wyśmiewał zakaz żenienia się 
krewnych. Na takie marzycielstwo chorobliwe, na soborze 
w Rakowie, wystąpił Socyn z nauką swoją aijaóską, ale sobór 
nie chciał go uznać współwyznawcą (r. 1580). Moskorzewscy 
jednak przyjęli naukę jego, którą też przyjął Dudyć, a za nim 
szlachta mnoga. 

Socyn też tęsknił za szczęściem ziemskiem, niezmąconem 
krwi rozlewem, zwłaszcza, że się ożenił z Elżbietą, córką 
Stanisława Morstyna na Raciborsku , Pawlikowicach i Sędzi- 
szowicach. Więc w Krakowie chciał mieszkać spokojnie, 
mając tam przyjaciół i zwolenników nauki wiary, którą głosił 
w zborze. Rozmarzony szczęściem napisał książkę przeciw 
Paleologowi i zwolennikom miecza i wojny. Obraził nią 
wojowniczego króla Stefana Batorego, więc za poradą Dudycia 
(r. 1583), wyniósł się z Krakowa do Pawlikowie, wsi szwagra 
swego Krzysztofa Morstyna, koło Wieliczki. W Wieliczce 
bachmistrzem żup był Morstyn Jerzy, stryjeczny dziad Socy- 
nowej i Krzysztofa, a pani bachmistrzowa , z domu Łaska, 
wojewodzianka sieradzka, jako babcia stryjeczna, troskliwą 
opieką otaczała Socynową i jej męża. Socyn w Pawlikowicach 
kapłanił arjanom okolicznym w zborku skromnym, kędy też 
w grobach murowanych zalegały zwłoki Morstynów, arjan. 



72 

Po śmierci Stefana Batorego Socyn opuścił Pawliko- 
wice. R. 1587 ciężkim był dla Socyna. Zjechał z żoną do 
Krakowa, zamieszkał na Brackiej ulicy, gdzie mu żona powiła 
córkę Agnieszkę, a sama wkrótce umarła. (Adr. Krzyżanowski 
p. 402 — 403). Tegoż samego roku umarł książę Toskanii, 
Franciszek Medici, który go wspierał dotąd, a on dochód 
ten obracał na nauki i księgi. R. 1588 nowy król Zygmunt III. 
musiał stwierdzić konfederacyę warszawską z r. 1573, zabez- 
pieczając prawa różnowierców. Socyn udał się do Brześcia 
litewskiego na sobór jednobożan i sporami zwycięskiemi 
przekonywając , połączył wszystkie niemal odcienia. Odtąd 
powaga jego wzrosła niepomiernie. 

Ks. Pawęcki Skarga wsławił się polemiką z arjanami. Nie 
w porównaniu jednak wyżej urósł powołany na kaznodzieję 
nadwornego króla Zygmunta III., gdy (r. 1588 19. września) 
żegnał założone przez siebie Bractwo miłosierdzia, gdy przy- 
pomniał prześladowania, jakich doznawał on i bractwo samo, 
jakie obmowy, jakie pośmiewiska, urąganie i obwinienia 
znosili, a jednak w czterech latach zebrali pomiędzy sobą 
i rozdali ubogim 5000 złp. Więc ich nazwał kochaniem i sercem 
swojem, weselem swojem, koroną swoją, wzywał ich i prosił, 
by stali i wytrwali ostatecznie, a będą przykładem błogosła- 
wieństwa miastu i Polsce całej, gdyż z nich wyjdą bractwa 
inne, jakoż już poczynają. List ten pisany do bractwa, czytany 
i przepisywany, rozogniał umysły i nadawał im spójność 
jednolitą. Ubóstwo i nędza, którą tak rzewnie opowiadał 
w kazaniach swych, wielbiło go w nieskończoność. A ubogich 
i nędzarzy było w Krakowie bardzo wiele. Na czele ubóstwa, 
godnego jałmużny, kładł zakony żebracze i swój zakon Jezui- 
tów. Zakonów zaś żebrzących w Krakowie było mnogo, 
a jeszcze więcej uczniów żebraków, bo przy każdym niemal 
kościele była szkoła, a uczniowie biedni, z garnuszkami 
obchodzili domy, żebrząc wyrazy łacińskiemi: pauper studiosus 
petit, stąd zwani pauprami. Zwano ich też żakami szkolnemi. 
A żacy oni szkolni bywali to często chłopy pod wąsem, 
wysiadywali po karczmach i radzi wszczynali bitki z czeladzią 



73 

rzemieślniczą, a gdy wypadło, łączyli się z nimi do wyprawy 
wspólnej na żydy, na lutry! Wtedy przybywała im pomoc 
niezawodna z hultajstwa, o którym mówi ks. Skarga w kazaniu 
o miłosierdziu: Wstyd i patrzeć, jako się hultąjstwo mnoży 
i ludzie się psują. Wiele próżnujących i zdrowych i białych 
głów młodych z dziećmi się po ulicach włóczy! Już i cudze 
dzieci do jałmużny wymamienia najmują, w nocy do nierzą- 
dów dają przyczynę, we dnie na próżnowaniu, a w ludzkiem 
zgorszeniu i uprzykrzeniu czas trawią, do kościoła drudzy 
nie zajrzą, Sakramentów świętych nie używają i tak na duszy 
wielką szkodę odnoszą! (Skarga p. 226). 

Lusławice nad Dunajcem, u ujścia Paleśnicy — to 
równina wesoła, świadczy już sama nazwa wsi pobliskiej 
Wesołowa, świadczą bujne łany, sady i gaje w około mia- 
steczka sąsiedniego Zakluczyna, a nadewszystko ów Dunajec 
modry, uwieńczony prześlicznemi górami , których ozdobą 
i koroną jest zamek Melsztyn, cudny nawet w dzisiejszych 
zwaliskach. Była to włość spoina Taszyckich Strzemieńczy- 
ków i Błońskich Bibersteinów. Zespoliły się rodziny obie 
r. 1522, gdy Taszycki z Wróblowic na Lusławicach, podstarości 
sądecki w N. Sączu, wydawał córkę Małgorzatę za Błońskiego. 

Syn tegoż Taszyckiego, także Stanisław, dziedzic na 
Jastrzębi i Przydonicy wyżnej, puścił się w świat za szczę- 
ściem i jakiś czas był dworzaninem cesarza Karola V. Zatę- 
sknił jednak za górami swemi, wrócił i ożenił się z panną 
Wieruską na Wieruszycach , zamku nad Sreniawą, która mu 
powiła dziesięciu synów. Powtórnie ożenił się z Jordanówną, 
córką Mikołaja na Bobowej, której bracia, Achacy Jan i Mi- 
kołaj ulegli jego wpływom różnowierstwa, nabytego w Niem- 
czech. W Jastrzębi swej zajął on kościół na jednobożany 
(r. 1566), ogołociwszy z wszelkich ozdób i przyborów. A był 
to kościółek ozdobny, malowany jak on w Przydonicy, gdzie 
na odrzwiach napis: Paulus Carpentarius A. D. 1527, wskazuje 
rok stawiania, a ściany presbiterza, pomalowane, jedna Męką 
Pańską, druga Męką św. Stanisława, stylem staroniemieckim 
Durera starszego, o trzech ołtarzach. Zabrał on z kościoła 



74 

monstrancyę srebrną, takiż kielich i krzyż, ornatów kilka 
z stułami i mansionarzem, alb kilka cudnych, cienkich, kom:t 
kilka, aparatów kościelnych cudnych nie ma/o. Dzwony dwa 
wielkie z dzwonicy, a trzeci z środka kościoła, czwartą 
sygnaturkę. Chorągwi trzy. 

Zajęto też plebanię dobrze zbudowaną z świetliczką 
i komorą, z piekarnią i dojnikiem, oborę, chlewy, okolą. 
Więc i inwentarskie konie, byd/o. 

Za jego przykładem poszli szwagrowie Jordany w Bo- 
bowej. Św. Zofii kościółek, murowany ozdobnie, obrócili na 
stajnię końską, zakrystyę na odchodki. Koło koni chodziła 
a raczej doglądał, ich dorostek szlachcic, syn dziedzica na 
bliskim Berdychowie. Obraz św. Zofii w wielkim ołtarzu stał 
nieuszkodzony. Koniuszy ów młody przypatrzył się mu i odtąd 
chodzącemu po kościele zdawało się ciągle, że św. Zoiia 
patrzy nań bezustannie. Nadaremno odwracał oczy, w końcu 
stanął, wywiesił język, pokazując obrazowi. Język wywiesiony 
strętwiał i skostniał, nie mógł go wciągnąć. Chorego tak 
przywieźli doma. Matka stroskana leczyła jako mogła, lecz 
nadaremno, ślubowała go w końcu ofiarować tejże ś w. Zofii, 
a, w razie wyleczenia, zostać katoliczką z całą rodziną. Został 
uleczon i nawrócili się na łono kościoła. Tak opowiadał 
w moich czasach, rzekomo według podania ludowego, Gadek, 
ojczym tegoż kościółka, mnie zaś powtórzył opowiadanie 
stary ksiądz wikary tamtejszy. Mimo tego cudu panowie 
Jordany nie przepuścili i kościołowi głównemu, ustali dawać 
należytości na ołtarz św. Elżbiety, który spustoszyli i pozbawili 
utrzymania ołtarzysty, więc nie prawiono nabożeństwa przed 
tym ołtarzem, ku wielkiemu zgorszeniu pana Bobowskiego, 
Gładysza Sędzimira i obydwu panien Bobowskich. Z Jorda- 
nówną miał Taszycki kilku synów i kilka córek. Po trzeci 
raz ożenił się z Konarską, z którą też nie skąpiło mu niebo 
błogosławieństwa. Razem z tych trzech żon miał on synów 
20, córek 3. Oczywiście, że przybyło i wnuków i wytworzyła 
się gromadka dzieci wcale pokaźna. Jordanów też było nie 
mało, gdyż sam Spytek na Biało wodzie i częściach Rabko wej, 



75. 

miał sześciu synów. A WierzbięŁów w Przyszowej samej by/o- 
sześciu, po części już rozrodzonych. Krzeszów na Mędoie- 
też 6. Chronowskich było 5. Rupnowskich 5. 

A Łam, w onych zaściankach puszczy Dobrocieszy i św. 
Świrada i Rąjbrodu, tam było istne rojowisko chłopiąt.. 
Wszystko to radeby się było czegoś poduczyć, by się dochra- 
pać stanowiska jakiego przy grodzie, starostwie, rządztwie- 
dóbr biskupich, klasztornych lub pańskich. Szkoły stały się 
wymogiem koniecznym, a najkonieczniejszym dla dwudziestu 
synów Taszyckiego. Do Krakowa posyłać ich przechodziła 
jego siły. Usłuchał więc dobrej rady, założył szkołę w Lusła- 
wicach przy zborze. Kaznodzieją zborowym był młody Piotr 
Stojeński, syn znakomitego francuza Piotra Statoriusa-Stojeń- 
skiego, przybyłego do Polski r. 1549, apostoła jednobożan, 
wedle nauki Serweta, najpierw w Krakowie, potem w Piń- 
czowie, gdzie pierwszy zaprowadził cześć Boga jedynego. 
Niezwykły to był człowiek! Po polsku wyuczył się rychło- 
i brał udział w przekładzie biblii, po polsku miał kazanie na 
pogrzebie Jana Łaskiego, a tak zawładnął mową polską i tak 
ją polubił, że napisał gramatykę polską, pierwszą, jaka istniała.. 
Otóż takiego męża syn, był pierwszym kaznodzieją zboru,, 
pierwszym zarządcą szkół w Lusławicach. 

Błoński Abram, na swej części wystawił zbór (r. 1565) 
i szkołę, a Taszycki utrzymywał nauczycieli. Dwór Taszy- 
ekich stykał się z dworem Błońskich, w których części mie- 
szkała wdowa po Janie Błońskim , Zofia z Wielogłowskich, 
córka Krzysztofa i Urszuli Marko wnej czyli Kromerównej. 
Pani Urszula, jako się opowiedziało wyżej, była siostrzenicą 
spalonej żywcem (r. 1539 w Krakowie) z Zalasowskich Waj- 
glowej Malcherowej, a stryjeczną siostrą Marka, kaznodziei 
jednobożnego, przybyłego z Lubowli, najpierw do Wielogłów, 
potem do Męciny, Homranic, Tarnawy. Otóż ten Marek, po- 
krewny, a uczony, z Węgier przybyły, wraz z drużbą swym, 
byli najpierwszymi nauczycielami i jeszcze sobie z Węgier 
sprowadzali pomocników uczonych, wychodźców przed srogiem 
prawem madziarskiem. Więc się zapełniała szkoła, gdyż. 



76 



mtodzieży dostarcza} nawet Siedmiogród, bo i tam kwitła 
nacina. 

Na Siedmiogrodzie, z ramienia Turków, księciem był 
Zapolia, młody syn Izabeli Jagiellonki, wnuk królowej Bony. 
Od matki przyjął on lekkość życia, hulatykę, pijatykę, a przy- 
tem wrodzoną miał chęć do gry na organach, do malarstwa 
i budownictwa. Wychowany z pijacką młodzieżą polską, 
z dworakami hulaszczemi, przepijał wszystkich, a nawet 
w sypialni miewał dzień i noc wino, które pijał zamrożone 
jak jego pani matka. Mózg mu to nadwerężyło, stracił pamięć, 
unikał zajęcia umysłowego i jedynie łowami się bawił, a z ludzi 
lubił jedynego Bekiesza. R. 1563, w 3 lata po śmierci matki, 
na lekarza nadwornego przywołał Blandratę z Brześcia litew- 
skiego i niebawem przejął się jego nauką o Bogu jedynym, 
nad którą nie trzeba było sobie łamać głowy, wszakżeż 
i zwierzchnik jego, sułtan , w jednego- tylko wierzył Boga 
i w proroka Mahometa, on zaś w proroka Chrystusa. O chrzest 
nie wiele mu chodziło, czy w niemowlęctwie skraplany, czy 
w dorosłym wieku ponurzany. Młodzież madziarska, Szeklery, 
bacząc, iż on lubi mowę polską i ogładę polskich swoich 
dworzan, chciała nabyć jedno i drugie, obok zwykłych nauk, 
łaciny, greki, filozofii, wymowy. Zamożni panowie, szlachta 
siedmiogrodzka, a nawet i inni starzy i młodzi z Węgier 
uchodząc, zapędzali się też w te strony do zboru jednobożan 
bratnich , gdzie od kaznodziei , z Węgier zbiegłych , mogli 
w mowie swej madziarskiej posłyszeć kazanie i utwierdzić się 
w zasadach swej wiary. Bacząc zaś nabożeństwo przykładne, 
obyczaj dobry, nauki odpowiednie, przysyłali dostojnicy sie- 
dmiogrodzcy, szlachta i kto zamożniejszy, młodzież podrosła 
i dziatwę na naukę rzeczy umiejętnych i mowy polskiej 
i obyczaju jednobożan skromnego, cnotliwego. Niemało ponęty 
dodawała okolica nadrzeczna, wielce powabna, przez Dunajec 
uwieńczony górami, ozdobiony Melsztynem zamkiem i zdrowe 
powietrze podgórskie. 

Gdy r. 1565, za poradą papieża, Hoziusz, biskup. Jezuitów 
sprowadził do Brunsberga, a Noskowski, biskup płocki, do 



77 

Poftaska, jednobożanie, zaniepokojeni, zakładali księgoUoki 
w miejscach bezpiecznych, jak Pińczów, Raków. W Lostawi- 
cach Łaksamo, gdyż ustronie spokojne, zgromadzenia i zjazdy 
jednobożan wabiły, a bezpieczeństwo było nieporównane! 
Przed dworem Błońskiego Abrama, od Dunajca, był staw 
głęboki, oblewający wyspę czworoboczną, sypaniec podwyż- 
szony, na którym stał lamus murowany, okopany w koło, 
istotna twierdza maleńka, a obronna* Obok tej wyspy jest 
jeszcze wysepka druga, okrągła. Staw on wraz z wyspami 
zwie się Wenecyą. Otóż Wenecya ta lusławicka, niedostępna 
i bezpieczna, była jak stworzona na schronisko księgotłoków, 
które też tam zaprowadzono. Rodecki Aleksy, rodem z Turo- 
bina, księgotłoki swe przewiózł z Pińczowa i tutaj kończył 
rozpoczętą księgę Paulego: Wykład pisma starego i nowego 
testamentu. Podpisał się Turobińczyk. (Bandtkie Druk. 1. 373). 
R. 1575 odbył się tam synod aijański dla rozstrzygnienia 
ostatecznie sporu o prawie miecza i urzędu. Litwini, Budny 
z Domańskim, spoinie z sądeckim Parnowskim i miejscowym 
kaznodzieją Wiśniowskim, występowali przeciwko marzeniom 
Czechowicza, które tenże Rodecki pod własnem nazwiskiem 
tłoczył w Rakowie, w księdze: Rozmowy chrystyańskie. Cze- 
chowicz, podobnie jak nurki niemieckie, nie uznaje urzędu 
innego nad zborowy, gdyż i Chrystus miał urzędniki apostoły. 
Posłusznym każe być zwierzchności i oddawać, co ona rozka- 
zijge, ale tylko wedle słowa bożego, a więcej nici Nie tylko 
walczyć, albo kogo na gardło sądzić, ale też i przy sądzie 
takim być nie godzi się. Przełożeni świata, którym Bóg miecz . 
do ręki dał, radzi nie radzi muszą złe karać i krew ich prze- 
lewać, ale nie uczniowie Chrystusa, bez których królowie 
mogą wojny odprawiać. Ponurzanie mieni ustawą bożą. Pismo 
mówi, żeby się przed ponurzaniem kajać. Ewangelii uczyć ł 
Dziatkom ono nie należy. Chrystus dziatkom błogosławił, ale 
ich nie nurzał! Marzeiua Czechowicza, żeby nie wojować^ 
srodia rozwiane były zagonem Tatar aż po za Złoczów i Busk^ 
a to właśnie gdy szlachta wszędzie sómjkowalia. Wywiali. 
55.000 jeńca, a trwogą przed nimi zdjęty nawet starosta Nie^ 



'78 

poJomic przypadł do Krakowa w/aśnie podczas jarmarku 
i narobif popłochu nie do opisania, który dosięgną/ aż miasta 
Wrocławia przez kupce uciekające. 

1568. Mężyk Stanisław z Putniowic, stolnik ziemi krako- 
wskiej, otrzymał starostwo sądeckie, a dziedziczna Januszowa 
obciążona była długiem 100 złp. Markowiczowi Erazmowi. Brat 
jego, Mężyk Jan, podsędek krakowski, dziedziczył Kamyk 
i Lysokanie, a córkę Zofię wydał za bogatego Rupnowskiego 
Jędrzeja na Rupnowie i Łososinie, z której samej 600 złp. 
dzierżawy płacił Krzesz Sobestyan z Męciny. Mężyki, herbu 
Wieniawa, przedtem zwani słabosze, przybyli z Śląska jako 
niedowiarki. Arjanem był też podstarości Chomętowski Tobiasz 
z Grudnej. 

Parnowski Stanisław, kaznodzieja jedynobóstwa w N. 
Sączu, pod opieką takiego starosty i takiego podstarościego, 
a sędziego grodu, był sobie najbezpieczniejszym w swoim 
zborze, stojącym w miejscu dziś zwanem Piekło. R. 1567 
w Łańcucie, a potem w Skrzy nnie, wobec 110 szlachty i mini- 
strów z Polski i Litwy, brał on czynny udział w rozprawach 
zagajonych bardzo uroczyście i mirnie przez przewodniczącego 
żądaniem: Aby się w sporach nie kalaó, nie potępiać. Mowy 
i kazania prawić słowy pisma świętego. Kto nie chce słuchać, 
wolno mu wyjść. Chrzest dzieci dozwolon wedle sumienia. 
Tak samo pamiątka wieczerzy pańskiej. Jeden drugiego wierze 
rozkazować nie ma. Dopokąd Bóg nie zeszłe mądrzejszych 
ministrów, aniołów, co oddzielą kąkol od pszenicy, my się 
nie drzejmy. (Lubieniecki Hist. Ref. p. 220). 

Mimo to Parnowski namiętnie zarzucał, że księża sfał- 
szowali naukę Chrystusa i apostołów. R. 1572 wydał ;,Oka- 
zanie sfałszowania nauki pana Krista^S ^ księży, co ją sfał- 
szowali, słowami proroka zwie psy niememi, którzy leżą, śpią 
jako psi obżarci. R. 1573 wydał znowu księgę z napisem: 
Stanisława Parnowskiego, sługi zboru w Panu Chrystusie, 
oczyszczonego, a słowom prawdy poświęconego, O znajomości 
i wyznaniu Boga, zawdy jedynego, stworzyciela wszystkich 
rzeczy i jedynego Syna jego. 



79 

Treść jej i wątek główny: że jest tylko jeden Bóg, na imię 
osoby zaś przeniesione bóstwo jest albo częściowe albo tylko 
przenośne. Zaczyna od znaczenia słów, które w biblii ozna- 
<;zają Boga Elohim, liczba mnoga od El, si/a. Jehowah, wyraz 
złożon z zgłosek początkowych wła^^ności Bogu przypisywanych. 
Adunaj, znaczy Pan nasz. Parnowski umiał po hebrejsku, nie 
wiedział jednak , że wyrazy El , Elohim i Adunaj są fenickie 
o wiele starsze od żydów i od Abrama. Przechodząc ściśle 
wyrazy i docierając do pierwotnego słów znaczenia, zbija 
wykład katolików, równie jako i rabinów żydowskich. Wyli- 
czając wszystkie miejsca Pisma świętego, kędy tylko przychodzi 
słowo lub przymiot Bogu dawany, porównywa z przymiotem 
Syna lub Ducha świętego i przeprowadza dowód jedynobóstwa 
przeciw troistości. Naukę o Trójcy mieni przeciwną rozumowi, 
przeciwną Pismu świętemu, Trójcę zwie Bogiem antychrysta. 
Porównywa dalej wzywanie świętych z wielobóstwem staro- 
żytności, Wulkana z Elogiuszem, patronem kowali, Eskulapa 
z Damianem, patronem lekarzy, Dianę z Eustachym, patro- 
nem łowców, Polluxa z Barbarą, patronką pławców, ApoUina 
z Sobestyanem , patronem zarazy. Herkulesa z Walentym, 
patronem wielkiej choroby, Lucynę, boginię brzemienności 
z Św. Małgorzatą, Marsa z św. Jerzym i t. d. W przedmowie 
zaś do narodu polskiego wytyka czyściej sze pojęcie wiary 
u żydów i turków, mieniąc ich bliższymi królestwa niebieskiego. 
(Jocher I. 3358). 

Parnowskiego i innych kaznodziei jednobożan nadduna- 
jeckich nauka wywierała wpływ na szlachtę nawet katolicką, 
ie wraz z różnowiercyma ustali dawać księżom dziesięciny, 
o co skarżyli się księża. Do samego Czchowa, do roczków 
ziemskich zaskarżyli, że dziesięciny zaprzeczone z majątków : 
'Chełm, Kanina, Tęgoborza, Strzeszyce (Lubomirski Joachim), 
Krużlowa (Pieniążek Krzysztof), Mogilno, Męcina, Tymowa, 
Wojakowa, Jazowsko, Tarnawa, Chronów, Zakliczyn, Poręba, 
Bochnia, Lusławice, Gosprzydowa, Homranice, Wiśnicz, Chro- 
nów, Grybów. (Czchów terrestr. 1. 20). 



80 



W Łasfawicach, r. 1575, Rodecki tłoczy/ Goniądzidego 
^Rozmowę o szczerej znajomości Boga". Wiśniowskiego Sta- 
nisława (r. 1552 pomocnika pastora ewangelików w Krakowie, 
1575 pastora arjan w Lnsławicach) „Rozmowę o prawdziwej 
prawdziwego a jedynego Boga Ojca znajomości^. Mężyk, sta- 
rosta, wraz z innymi jednobożany sądeckiemi i krakowskiem! 
stanął w obronie ojczyzny podczas bezkrólewia. Goralów 
węgierskich, jako hajduków pieszych, sprowadził pod Stężycę, 
zaciągając za pieniądze pożyczane. 

Od Rupnowskiego Jędrzeja, męża bratanicy swej, Mężyka 
starosta, 5.600 złp. pożyczył na potrzebę społeczną, bo na 
obronę granic podczas bezkrólewia, gdyż wódz cesarski Hans 
von Rueber gromadził wojska w pograniczu, przecinając drogę 
Stefanowi Batoremu, zamierzając godzić na Biecz i Sącz, a tu 
do obrony była tylko setka jazdy wojewódzkieg. Filipowski 
Hieronim, aijanin gorliwry, był gońcem Batorego, a wieści jego 
były pewne. Starosta Mężyk wezwał biskupa krakowskiego 
do obsadzenia zamku Muszyny, sam zaś zaciągał lud górski 
i ruszał sołtysy. Wezwał też starostę bieckiego Ligęzę Mikołaja^ 
który zarządził obronę Biecza, ruszając sołtysy okoliczne. 
Mężyk starosta przystał do króla Stefana, był mu dworzani- 
nem, a potem rotmistrzem sławnym w wielu potrzebach. 
B^dąc zwolennikiem wiary Braci polskiej, opiekunem ich 
zboru w N. Sączu, nie dzielił wcale mrzączek Goniądzkiego^ 
Czi*chowicza i innych marzycieli w Rakowie uczących, że 
wedle Pisma świętego, nie godzi się ani wojować, ani urzę- 
dować. 

Małżeństwa, pozbawione uroku sakramentu, stały się 
ugodą osobistą, dobrowolną, rozwody były swobodne, jak 
u żydów i turków. Gorszono się obyczajem niemieckim ślubów 
morganatycsnych , które się zjawiały i ~ w Polsce. R. 1570 
Maczyński, pisząc o małżeństwie kapłanów i diakonów, wytyka,, 
że panowie żenią się tak z żonami ślubnemi już, a ksiąd& 
pleban błogosławi, ojciec dzieciom nie daje nazwiska, a kato- 
licyzm to cierpi. Górnicki Łakaaz pisze: Ma drugi dwie, drogi 
trzy żony, są i ci, którzy się frymarczą z żonami i pakta 



k 



FnUST SOCYM 



81 

między sobą czynią, póki jeden drugiego żonę trzymad ma 
u siebie. (O elekcyi wolności str. 30). 

R. 1575 Małecki pisał o prawem małżeństwie biskupów, 
księży, diakonów i mnichów. Wiśniowski zaś w Lusławicach, 
w „Rozmowach" swych, nauczał o swobodzie żeniaczki z kre- 
wnymi według pisma świętego. R. 1578 uchwalił sejm w War- 
szawie, „iż się po części trafia, że niektórzy mieszkają, przeciw 
P. Bogu, nie z żonami, lecz z nałożnicami, z któremi się 
potem żenią, ustanawiamy, aby od takich żon, które nałożni- 
cami były, dzieci albo potomstwo w żadnych dobrach nie 
dziedziczyły, ani żadnej prerogatywy szlacheckiej miały". 
„Szlachta, co imiona poprzedawszy, w mieściech mieszkają 
i z lichwy żyją (co zgołocieli) po kilka tysięcy złotych mając, 
a ziemstwa nie mając, wojnę mają służyć z sumy pieniędzy". 

W N. Sączu szlachty takiej było nie mało. Siemichowski 
Mikołaj r. 1525 w N. Sączu osiadając, udowadnia przez Kraj- 
sara, wójta z woźnym grodzkim, iż jest synem ś. p. Jana, 
sołtysa dziedzicznego wsi królewskiej Siemichowa i prawym 
onegoż dziedzicem. (N. Sącz A. 78 str. 796). Miłkowski Jędrzej, 
brat Stanisława i Marcina, zmarły r. 1556, miał na przed- 
mieściu wielkiem folwark i pola. (S. Sącz p. 203). Wdowa 
jego Apolonia, z rodu Zaleska, wyszła powtórnie za mąż za 
Zaleskiego, krewnego bliskiego i utrzymała się przy wianie 
40 grzywn, oprawnem na folwarku Miłkowskich. Zaleska Mał- 
gorzata, sierota po Jędrzeju, ojcowiznę swą, folwark w ulicy 
Św. Mikołaja, r. 1556 ustępuje Wieruskiemu Kasprowi. Bylina 
Piotr, brat Marcina, podstarościego i księdza Adama, dzielnego 
plebana z Poręby, r. 1531 kupił w Gołąbkowicach rolę po 
zmarłym sołtysie Świrklejskim, a brat Marcin, jako pełnomo- 
cnik jego, przewodzi długie spory z sołtysem z Bartkowej, 
o bliższość kupna, jako krewny. Wyrok królewski zdał sprawę 
na sąd cywilny sądecki, który kazał folwark oddać sołtysowi. 
Ale pan Bylina Marcin imieniem brata dzierży folwark, zbiera 
z pola, pasie bydło, mimo wszystkich wyroków królewskich 
i miejskich, a pan Sobestyan Nanajko Wielogłowski z Wielo- 
głów, poborca krakowski, przyjaciel Byliny, grozi, że on sam 

6 



82 

wyrzuci Bartkowskiego z folwarku, że go zabije (r. 1536). 
(N. Sącz A. 6 p. 95 169). 

Pan Malaczyński Jakób, córce Jadwidze, z służebnicy 
Katarzyny, zapisał połowę folwarku, którego połowę drugą 
posiadał Świder. Ur. Mikołaj Hipolit był opiekunem dzie- 
wczyny (r. 1562). (N. Sącz A 13 p. 14). P. Lasocki Jakób 
r. 1562 Felicyi Momotkównie, żonie Reszki Majchra zapisał 
10 grzywien. (N. Sącz A 8 p. 390). Lasockich imię, głośne 
między różnowiercy. R. 1551 Lasocki Stanisław z Glińskim 
Krzysztofem i Trzecieskim uwolnili Stankara w Lipowcu 
więzionego, a z Filipowskim wraz wspierali Despota wołoskiego 
(r. 1561) obiecującego u siebie arjanizm zaprowadzić po 
kościołach. Sławny był sąd biskupi nań. Glińscy bracia: Michał, 
Jarosz i Tomasz przybyli z Olkusza. Jarosz był kupcem, córkę 
miał za Filipowskim Hieronimem. R. 1551 umarła w połogu, 
a na pogrzebie męża jej policzkował uczeń Akademii kra- 
kowskiej. Ghomętowski Tobiasz r. 1563 i 1564 w Bieczu, jako 
podstarości i burgrabia, przewodzi sądom gajnym rugowym. 
Tam poznał rodzinę Milnerów, bogatych mieszczan i radziec 
służałych Feliksa i Walentego. Prócz własnej Grudny, Gho- 
mętowski Tobiasz dzierżył zastawem od Taszyckiego Stani- 
sława : Łusławice Faściszo wa, Kończyska i Słoną, którą dzier- 
żawę r. 1575 bratankowi swemu Wojciechowi Ghomętowskiemu, 
sołtysowi na Mszalnicy i żonie jego Barbarze Krzeszównie, 
ś. p. Sobestyana córce, puścił do trzech lat, za 3.000 złp. 
(Gród. Sącz 16 str. 411). Ghomętowski Aleksander w zażyłości 
znać był z Krowickim Marcinem, który acz jednobożanin, 
biskupią wieś Nieszkową r. 1577 zastawem w 500 złp. przejął 
od brata swego Samuela. (Gzchów gród. ziemskie 21 str. 215). 
Krowickiego książkę : O urzędzie, że i może chrześcijanin z do- 
brem sumieniem trzymać i złoczyńcę wedle rozkazania bożego 
karać, r. 1583 wydał Ghomętowski Aleksander. 

Lubomirscy na Rusi czerpali dostatki, a po części i za- 
sady wiary. R. 1541 Piotr z Lubomirza, herbu Drużyna, dwo- 
rzanin królewski, posłował do królowej Izabelli na Węgry, 
która prosiła, żeby po nią przysłano, bojąc się, by jej niewy- 



83 

wieziono do Konstantynopola. 1554 Sobestyan w Sanoku 
starościł Izabelli, a (r. 1557) podstarościł Seweryn. Sobestyan 
r. 1588 był starostą w Dobczycach i żupnikiem krakowsidm. 
Joachim , syn sędziego Jakóba , starosta jasielski , rotmistrz 
królewski, na Rusi nabył dóbr wielkich, a w dobrach Szczyrzy- 
ckich (r. 1545) Dziekanowice i Siepraw grzebał zwłoki arjań- 
skich krewnych, sam też arjanin. Bezdzietny umarł na Rusi 
1570, nagrobek ozdobny ma w Tarnowie. Dierzawił też 16 
wsi od zakonnic starosądeckich, z których o dziesięcinę pie- 
niężną, dwuletnią, upomina się po jego śmierci włodarz dóbr 
sądeckich Wny Kasper Zebrzydowski. (Gr. Czchów, Roczki 20 
str. 293). Prawdopodobnie nawrócił się przed śmiercią, inaczej 
w kościele katolickim nie pozwolonoby stawiać nagrobek 
heretykowi. Mikołaj, brat jego stryjeczny, starosta (tenutarius 
et advocatus hereditarius) tymbarski, także kalwin, ożenion 
z Chocimowską, arjanką. (Genewskie nowinki). Pisał się na 
Lubomirzu i Potoku. 

Otwinowscy z Leśnika, Gryfici, na Żegocinie: Erazm 
r. 1563 osławiony w Lublinie napaścią na księdza, przewo- 
dniczącego pochodowi Bożego Ciała, ożenion z córką Rode- 
ckiego-Turobińczyka, tłocznia ksiąg arjańskich, córkę Bogu- 
miłę wydał za Krzeszą Sobestyana z Męciny. Miała onawN. 
Sączu część kamienicy, zwanej Paszyńska, w której przemie- 
szkiwała, przybywając na kazania Parnowskiego lub w odwie- 
dziny stryja. (N. Sącz L. 17 p. 60). Otwinowski Piotr w Że- 
gocinie, z braćmi swymi, zaprowadził obrządek jednobożan 
polskich w kościele, wyniósł się nad Dunajec, gdzie już 
przedtem r. 1554 w Wojakowej dzierżawił dziesięcinę i gdzie 
w niedalekich Witowicach miał córkę drugą za Wiemkiem 
Stanisławem. Kupił tam Porąbkę i część Wojakowej. Żonę 
miał Magdalenę z Wielogłowskich, która przez matkę spokre- 
wniona była z Wajglową Malcherową, co ją w Krakowie 
żywcem palono za jedynobóstwo r. 1540. Oboje więc byli 
jednobożanami gorliwymi. 

W Wojakowej plebanem był szlachcic ks. Kącki Stani- 
sław, który jednak mieszkał na drugiej swej plebanii w Nie- 



84 

gowici. Wiedząc co Otwinowscy robili z kościołem w Żego- 
cinie, spodziewał się napaści na swój kościół. Najbardziej 
chodziło mu o dwa kielichy srebrne i monsirancyę, bał się, 
by je nie porwano. Ze sobą brać nie pozwalała szlachta 
katolicka, a najbardziej sprzeciwiał się Piotr Dobrocieski, 
zwań Gębka, właściwie Pruski, herbu Czarny jeleń, którzy to 
Pruscy zaliczali się do rodu św. Stanisława i byli katolikami 
gorliwymi. Więc ks. Kącki rozmyślił się, kielichy i monstrancyę 
dał do przechowania Michałowi Porębskiemu, szlachcicowi 
biednemu na zaścianku w Woj akowej. Ostrożny jednak, oddał 
mu je w N. Sączu w ogrodzie, zastrzegając, iż na św. Trójcę 
zwróci je samemu lub kollatorom kościoła, W on czas umarł 
Otwinowski Józef, opiekę nad córką swą Anną zdając na 
braci Piotra i Stanisława. Wdowa Zofia, córka Jordana Michała^ 
wyszła powtórnie za mąż za Kowalewskiego Nikodema i wzięła 
do siebie córkę. Otwinowscy, jako opiekunowie, pozwali ją do 
grodu o oddanie bratanicy, opiece ich poruczonej, chodziło 
im o to, żeby nie przeszła na katolicyzm. Przy tej sposo- 
bności dowiadiye się Otwinowski Piotr, że Porębski Michał 
wziął na przechowanie monstrancyę i kielichy kościelne, był 
nań zagniewan. Zdarzyło się, że sąsiad zaściankowy w Porąbie 
Dryżlak, zaorał mu miedzę, zasiał skiby i zżął zboże źrałe. 
Otwinowski przybył już po żniwie i wywiedziawszy się, kazał 
zabrać zboże wszystko i zaorał miedzę. 

W zaściankach powstał krzyk i wołanie, że Otwinowski 
przyorywuje miedze. Pani Porębska Michałowa wybiegła 
w pomoc i nie szczędziła obelg lutrowi, co zabiera ludzką 
pracę, a dybie na srebra kościelne. Otwinowski rozgniewany 
przypadł z laską, ona zasłaniała się rękoma, więc ją uderzył 
po rękach, zadając sińce, lżąc, co się nadało. Pan Porębski 
Michał ujmując się żony i honoru swego, pospieszył do 
Czchowa z żałobą wobec roczków ziemskich. Tam dowiedział 
się, że Porębski zamianowan sędzią grodzkim w N. Sączu 
i wyrozumiał, że trudna z nim będzie sprawa, bo już sam 
stary pan pisarz grodzki Gajecki , słynie jako rzecznik zawo- 
łany, a nie dopieroż obadwa wraz. (N. Sącz A X. p. 72, XII. p. 11)* 



85 

Usłuchał więc głosu pośredników, pojednał się z panem 
sędzią, który go zaspokoił i obiecał, że jako dzierżawca 
Wojakowej i zastępca kollatorów kościoła, nie będzie się 
upominał o kielichy i monstrancyę. Ksiądz Kącki nie mógł 
się o nie dopytać, groził pozwem, ale pani Michałowa śmiała 
się mówiąc: Co mu weźmie, chyba duszę! Bo zaścianek, to 
mój i wszystko moje ! Pan Gębka Dobrocieski też sobie kiep- 
kował, że lepiej było dać przechować bogatszemu, na któ- 
rymby było czego patrzeć, a może te kielichy i są u kogoś 
bogatszego? Ksiądz, nie wiedząc co począć, pozwał Gębkę, 
że on ma kielichy. Gębka zaś pozwał znów księdza, że zamiast 
hołoty Michała Porębskiego, pozywa onegoż. (Czchov. terrestr. 
L. 19 p. 3 p. 99). Otwinowski i drudzy arjanie w N. Sączu, 
śmiali się z całej sprawy i kłopotu księdza Kąckiego. 

Pieniążków Odrowążów plemię było katolickiem, a jeden 
z nich Prokop był kawalerem maltańskim i słynął z odwagi 
i dzielności w walkach z Turkami na lądzie i morzu.. Stani- 
sław Pieniążek z Iwanowic Odrowąż dożywotnią dzierżawę 
dóbr królewskich Grybowa miasta z wsiami przynależnemi, 
czyli wójtostwo Grybowskie, odzierżył po Jeżowskich Strze- 
mieńczykach (na Jeżowie Wilczyskach, Stróży, Wojnarowej, 
Lipniczce i Jankowej), mianowicie po Dawidzie, synu Woj- 
ciecha. Dzierżawił zarazem wedle obyczaju ówczesnego i dobra 
plebańskie, gdyż pleban mieszkał na plebanii drugiej, i pola 
szpitalne, z których ubogim dawał daniny pewne. Dokąd żył, 
dotrzymywał ugody i dawał dziesięcinę nawet z ról dokupio- 
nych, które wraz z szpitalnemi tworzyły folwark Wróblówkę, 
gdyż był katolikiem i chciał nim pozostać. Nie tak żona jego 
Zofia z Gerałtowic, która i sama była zwolenniczką wiary 
nowej i w niej wychowała syna Przecława. Mąż ją odumarł, 
wydała się za Rożna Marcina z Kąsnej i gospodarowała dalej 
na Grybowszczyźnie, nim syn uzyskał zatwierdzenie królewskie. 
Nastały pleban nowy ks. Stanisław Piotrowski, korzystając 
z chwili, podmówił mieszczan o odebranie roli szpitalnej, 
zwanej Piekiełko, z ogrodami, a sam zajął plebanię, wprowa- 
dził bydło, objął gospodarstwo, poczem znowu odjechał. 



86 

R. 1572 pozwana do grodu pani Pieniążkowa - Rożnowa 
wezwała syna do pomocy, sprowadziła kaznodzieję różno- 
wierczego, kazała w kościele farnym prawić nabożeństwo 
jednobożan, obrządkiem polskim, a znaleźli się słuchacze 
pomiędzy mieszczany. Ks. Piotrowski słysząc o tem, przybył 
co tchu, zajechał oczywiście na plebanię i rozgościł się jak 
u siebie. Pieniążek Przecław zjawia się i pyta, jakiem prawem 
zajął plebanię, wydzierżawioną rodzicom swym i po ojcu 
spadłą nań ? Ks. Piotrowski gromi młodzika, grozi, iż wyrzuci 
niedowiarka z kościoła, a jego z plebanii. W odpowiedzi 
odebrał razy kijem i wypędzon z plebanii, a mieszczanie 
bydło plebańskie przepędzili do dworu, sprzęt zaś stajenny 
i obroki rozebrali między siebie. Ksiądz natychmiast udał się 
do biskupa, skarżąc o zniewagę kościoła, pokrzywdzenie swej 
osoby. Sprawa ciągła się z roku na rok — zwłaszcza, gdy zapa* 
dło bezkrólewie jedno i drugie, różnowierce strzegli bezpie- 
czeństwa swego. 

Stefan Batory otrzymawszy pozew względem pogwałce- 
nia kościoła i plebanii w królewszczyźnie, nakazał staroście 
sądeckiemu śledztwo i sąd surowy. Starosta Mężyk zjechał 
więc, wysłuchał strony obie i przekonał się, że obie zawiniły, 
bo i na księdza pokazywały się rzeczy ohydne. Obie więc 
strony prosiły starosty o pośrednictwo, zdając się na sąd jego. 
Pieniążek dał księdzu 600 złp. Ks. Piotrowski zaś zeznał 
w grodzie : że wyrok królewski na korzyść swoją przeciw 
urodź. Pieniążkowi Przecławowi, o wypędzenie siłą mocą 
z plebanii, o zbeszczeszczenie kościoła w Grybowie, zabranie 
rzeczy, więc i cały spór unieważnia i znosi, od pozwu w gro- 
dzie sądeckim o poranienie swe odstępuje, otrzymawszy za- 
dosyćuczynienie, więc sobie milczenie, a rzeczonemu p. Pie- 
niążkowi wieczysty pokój nakłada. (Gród. Sąd księga 16 str. 851). 

Pieniążek Krzysztof, syn Jana, kasztelana sądeckiego, 
wychowanek Jezuitów, którzy weń wpajali powołanie ducho- 
wne, nauczyciel świecki zaś zaprawiał go do wojennego życia. 
Łącząc więc jedno z drugiem, zamierzał wstąpić do maltań- 
skiego zakonu św. Łazarza. Poznał jednak Agnieszkę, córkę 



87 

Trzecieskiego Tomasza, ożenił się i przeją/ od Scibora w N. 
Sączu folwark Wierzbiętowskie r. 1557. Miał córkę Beatę. 
(N. Sącz Arch. L. IX. p. 595). 

Trzecieska Jadwiga r. 1520, a Barbara 1560 by/y ksie- 
niami klasztoru u grobu Kingi w St. Sączu, a Jordan Jakób 
byJ podstarościm klasztornym. Jordan Zbożny z Drogini r. 1575 
zakochał się w pannie Beacie, chciał się żenić. Zakonnice 
starosądeckie uwzględniając zasługi zakonnic Trzecieskich, 
zamianowały Pieniążka rządcą dóbr klasztornych. Wpłynął 
na to Pieniążek Prokop, właśnie przybyły kawaler maltański, 
rotmistrz J. Kr. Mości. Jan Pieniążek, dzierżawca dożywotni 
Podhala, brat Prokopa, ułożył intercyzę ślubną, którą podpi- 
sali : Rupnowski Andruś (zięć starosty Mężyka, dziedzic Łoso- 
siny, arjanin). Bylina Marcin (z Wojnarowej, brat żonatego 
księdza Adama, córkę Magdalenę miał za Zabawskim Janem, 
arjaninem), Otwinowski Jakób (z Ląkty starej, brat Piotra, 
krewny Erazma, arjanina), Nawojowski Piotr, Kempiński Sta- 
nisław (włodarz zakonnic w Kurowie) i inni. Posagu 4.000 złp. 
dostała panna młoda, ktemu: złoto, srebro, klejnoty wypra- 
wne. Folwark zaś w liman owej, wieś Mordarkę z Saryską 
wolą, w używanie. (Sącz gród. L. 16 p. 402). 

Jordan Zbożny za posag żony w dzierżawę wziął Nieczów 
od Chrząstowskiego Cyryla z Szczepanowie. (Sącz gród. p.673). 
Chrząstowscy też niedowiarki. Wszyscy więc przyjaciele Pie- 
niążka, rządcy zakonnic, byli niedowiarkami. Pieniążek Prokop, 
syn Prokopa, dzierżawcy Podhala, kawaler maltański, walczył 
z Turkami w Algeryi, Tunecie, jako admirał flotylli maltańskiej, 
wrócił do kraju 1575 i w Stężycy radził wybrać księcia mo- 
skiewskiego, a Blandrata, poseł Stefana Batore.go, przeparł 
wybór pana swego, którego natychmiast obwieścił Filipowski 
Hieronim, pędząc z Warszawy do Siedmiogrodu. Pod Gdań- 
skiem odznaczył się jako rotmistrz królewski, r. 1579 od 
zakonnic u grobu Kingi wydzierżawił Łącko, a potemu St. 
Sącz, Gołkowice, Strugi, Zrostów do 3 lat za 1.800 złp., a r. 
1580 objął rządztwo dóbr klasztornych. (Sącz gród. L. 17 
p. 815 p. 1187). 



88 



Jan Pieniążek na Pruchniku, ożenion z Fredrówną r. 1551, 
gościł Orzechowskiego, r. 1552 bronił go na sejmie, 1570 
kościół w Pruchniku, a 1572 w Zarszynie oddał arjanom. 
Pieniążek Piotr herbu Jelita, był ojcem Zabawskiej Anny, 
arjanki, zamieszkałej w N. Sączu. 

Lubieniecki Jędrzej z Lubieńca, herbu Rola, syn Stani- 
sława z Sobieskiej. Już r. 1565 prawił kazania na arjańskim 
soborze w Brześciu litewskim, pieleszy matki swej (10. 
czerwca), i 25. grudnia w Węgrowie, obstając, żeby do 
obrzędów niedopuszczać nic zgoła, czego niema w Piśmie 
świętem, więc, że kalwini wileńscy skraplają tylko, nie nurza- 
jąc dzieci, ani je nawet chrzczą! Królowi Henrykowi polecon, 
wraz z młodzieżą drugą słan do Paryża na naukę. Wróciwszy, 
został dworzaninem króla Stefana. R. 1576 J. Karcan z Wie- 
liczki napisał, a Budny z Łośku wydał: O Bogu jedynym, 
o Synu Jego, o Duchu świętym wyznanie proste, z odezwą: 
Do Braci po polsku modlącej się. (Jocher II. 3094). Do Wie- 
liczki zajrzał nowy król, a między dworzany jego był Lubie- 
niecki Jędrzej. Karcana wymowa przemogła i ku wielkiemu 
zdziwieniu wszystkich opuścił dwór, udał się do Karcana 
i jako był w ubraniu świętnem , dał się ochrzcić powtórnie 
i został kaznodzieją Braci polskiej. Podobnie więc w świetnych 
szatach odbywał się chrzest dorosłej Braci polskiej w N. Sączu, 
na przedmieściu, zarzeka Kamienicą, prawdopodobnie w onejże 
rzece, uroczyście z kazaniami o jedności Boga i nicości chrztu 
dziatwy nierozumnej. Katolicy, a mianowicie duchowieństwo, 
niewymownie zgorszone kazaniem i obrzędem, miejsce ono 
zwali Piekłem. Jakoż piekłem zwie się każde takie miejsce 
chrztu dorosłych , a jest ich nie mało po kraju. Bracią zaś 
polską zwali nurkami. 

Lutry, z Kalwinami połączone, trzymali się razem. Z skła- 
dek kilkuletnich wyrobili sobie nadanie królewskie, przedło- 
żywszy r. 1570 sejmowi koronnemu w Warszawie swoje wy- 
znanie wiary, otrzymali wolne wyznanie wiary i wolność 
nauczania w szkole, z uchyleniem wszelkich pozwów i sądów 
z tego powodu. 



89 

Roku jeszcze 1570 w Sędomirzu zawarli zgodę między 
sobą, do której przyłączyli się też Bracia czescy, aby razem 
stawać do walki, tak z katoliki, jako i z jednobożany. Zygmunt 
August 2. maja podpisał im przywilej na zbór w Krakowie, 
a 7. lipca już nie żył. W Paryżu zaś 24. sierpnia, w noc św. 
Bartłomieja, była rzeź Hugenotów. W Krakowie 29. września 
ewangelicy, ubezpieczeni prawem od sejmu i króla, w nowo 
nabytym , rozprzestrzenionym i należycie przysposobionym 
zborze, odbyli pierwszy swój synod, stwierdzili sandomirską 
zgodę przeciw katolikom i jednobożanom. Stryjkowski, katolik, 
(późniejszy dziej opis, niewyświęcony kanonik i pierwszy prałat 
Gedrojcia, biskupa żmujdzkiego) pisał wiersze przeciw nowo- 
chrzczeńcom, stojąc obok ewangelików do walki z nimi. 

W Warszawie jednak r. 1573 zebrana szlachta, wyborcę, 
na tak zwanej konfederacyi konwokacyjnej, przejęta wolnością 
r(')wną dla wszystkich, uchwaliła: Wrogiem ojczyzny będzie, 
kto dla religii panować zechce zaborem mienia, więzieniem, 
wygnaniem, poczciwością, śmiercią. Urzędowi takiemu nikt 
nie ma pomagać, choćby był jaki wyrok sądowy. Posady zaś 
kościelne łacińskie, tylko łacinnikom , ruskie, wyznawcom 
obrządku ruskiego (greckiego) dawać mają. Widać z tej 
uchwały, że duchowieństwo ruskie brało udział w wiecach 
tych. Taszycki Stanisław posłań tam był od szlachty krakow- 
skiej samowtór z Strzałką. W Proszowicach (1574, na Trzech 
króli) daje sprawę panom i braci szlachcie województwa kra- 
kowskiego z tej konwokacyi, tłómaczy się, iż w niczem nie 
przekroczyli poruczenia. Kończąc prosi, aby to sprawozdanie 
przyjąć od niego prostaka, jako mądrym przystoi, bo im 
większa prostota, tem większa prawda. Znamionuje to tego 
ojca 20 synów, założyciela szkół jednobożańskich w Lusła- 
wicach. R. 1574 12. lutego odbył się pogrzeb Zygm. Augusta 
ostatniego Jagiełłowicza. 21. lutego, koronacyi Henryka Yalois^ 
obecnym był legat papieski, Komendoni kardynał, który w bez- 
królewie jeszcze, imieniem Grzegorza XIII., domagał się znie- 
sienia uchwał konfederacyi konwokacyjnej warszawskiej, za- 
pewniającej bezpieczeństwo różno wiercom , żądał rządów 



90 

i sądów duchownych. Posłowie jednak francuscy imieniem 
Henryka poprzysięgli, iż on zaprzysięgnie prawa koronne, 
a osobno stanom świeckim przysięgnie na oną konfederacyę. 
Poczem dopiero Firlej, marszałek koronny, Henryka kazał 
obwołać królem. Koronacyjnem nabożeństwem zarządzali 
księża, więc za poduszczeniem Komendoniego podali księgę 
starą, w której oczywiście nie było nic o konfederacyi. Król 
przysiągł, a arcybiskup Uchański chciał mu na głowę kłaść 
koronę. Firlej jednak uchwycił koronę, żądając przysięgi 
obiecanej. Król ociągał się, a Firlej wyrzekłszy: Si non jurabis, 
non regnabis, chciał wyjść z kościoła, unosząc koronę. Powstał 
rozruch straszny! Firlej, Radziwiłł Mikołaj, Zborowski Piotr 
i wielu różnowierców mocno obstając, wymogli przecie, iż 
król do przysięgi dodał słowa: Pacem inter dissidentes reli- 
gionis tuebor. Biskup kujawski zaś, Karnkowski Stanisław, 
dorzucił: Salvis tamen juribus ecclesiasticis. Poczem Zborow- 
ski Piotr ogłosił spełnienie przysięgi. Kardynał i biskupi 
markotni byli wielce, że się nie udało zgnieść konfederacyi 
luterskiej, a myśli ich gniewne z ust do ust przechodziły do 
wiadomości pospólstwa katolickiego, gorszącego się wraz 
z księżmi. W kilka tygodni zmarł Firlej, marszałek, człek 
wiekowy, jedni mówili, że to kara boska za luterstwo, drudzy 
szeptali, iż go otruto. 

Król francuski zmarł. Henryk, król polski, nie wiele 
myśląc, 18. czerwca po północku wymknął się z Wawelu do 
Paryża. Nastało bezkrólewie nowe. Studenci pod wąsem i księża 
z służbą kościelną jako apostołowie gniewu bożego, którego 
znamię przedtem w postaci komety ogoniastej jaśniało na 
niebie, szeptali sobie, iż teraz byłaby pora stłumić luterstwo, 
a szeptom ich chętnie ucha nadstawiał motłoch uliczny. 
W niedzielę (10. października r. 1574) o północku zgroma- 
dzone pospólstwo z okrzykami zerwało się zdobywać i burzyć 
zbór luterski Bróg. Dobywali go do dnia, dobywali cały po- 
niedziałek, nie mogąc wyłomić drzwi okowanych, ani wyburzyć 
krat w oknach. Aż w końcu naczyniem murarskiem burząc 
i kraty wyłamując, dobyli się do zboru. Szlachta luterska 



91 

miała Łam schowki mienia swego, od złota, srebra, pieniędzy 
i szat, co wszystko zabrało hultajstwo. Sklepy też wyłapano, 
piętro rozwalono, rąbiąc* i psując, co się nawinęło. Straż 
miejska z ratusza nie śmiała czy też nie chciała się wychylić 
z pomocą, bacząc motłoch nieprzeliczony. Na zamku podsta- 
rości Palczowski Stanisław, sam luter, miał wielką chęć przy- 
być z piechotą zamkową, ale się obawiał zdrady, żeby podczas 
wycieczki pospólstwo nie zajęło zamku, gdyż posłyszał, iż 
stronnicy cesarza mają chęć ubiedz Wawel dla Maksymiliana. 
Wojewoda krakowski przybył wreszcie, więc przed nim wy- 
toczono skargę i przystawiono pięciu murarczyków i Ciesiel- 
czyków, którzy z studentami i hultajami innymi burzyli i łupili, 
jako świadczyło przy nich znalezione lico łupu. Ścięto ich 
przed ratuszem, doraźnie (12. października). Go najwinniejsi 
pouciekali niepoznani, bo byli przebrani w chłopskie guńki, 
które zwlókłszy, porzucili. Szlachta różnowiercza krakowska 
rozesłała protesty po wszystkich województwach, ale króla 
nie było, w zamieszaniu mało to pomogło. Studenci zasię, 
aby się pomścić drużbów pościnanych, wywarli złość na 
lutrach zmarłych. W ogrodzie pogrzebowym 16. czerwca 1575 
dobyli grobu wojewody krakowskiego Myszkowskiego Stani- 
sława i innych ludzi znacznych, powywłóczyli ciała, lżyli, 
sromocili, stawiali nogami w górę, okop i ogrodzenie poroz- 
walali. Nad Dunajcem przeciwnie górowali różnowierce, a księża 
katoliccy nadaremno do grodu wobec roczków ziemskich 
zanosili skargi, oświadczali żale. 

Wiktory na Lękach byli sąsiadami Wierzbiętów. Wiktor 
Adrjan najpierw przyjął wiarę nową, znoszącą obrzędy 
i sakramenta i rozpoczął po staremu burzenie kościołów. 
Wedle gościńca, wiodącego od miasteczka Lipnicy do N. Sącza^ 
między wsiami Drużków i Kąty, stał kościółek św. Bernarda, 
starożytny, acz niepokaźny, drewniany. Na kościółek ów 
przypadł z drużyną dobraną — zburzyli ołtarze, zniszczyli obrazy 
i ozdoby, zabrali sprzęty i szaty, więc odprawiali nabożeństwo 
swoje. Kościółek starodawny chylił się do upadku, a Wiktor 
zamiast go podpierać, rozrywał zrąb i walił, a drzewo po 



92 

części sam bra/ na opał, po części cWopom zabierać dozwa- 
lał. (Czchów Roczki ziemskie, ks. 21 str. 547). 

Wierzbiętów ród był liczny. Na samej Przyszowy Jakóba 
synowie (r. 1560) Andrzej, Stanisław, Marcin, Wojciech i Mi- 
kołaj podzielili się tą wioską górską, pieleszą dziada swego, 
taboryty Korybutowego, co pustoszył klasztor kartuzów w Le- 
chnicy (r. 1431). Z tych Wojciech ożenion był z Dorotą 
Krzeszówną, córką Sobestyana z Otwinowskiej Bogumiły. 
Krzeszów tych na Męcinie, synów Sobestyana, było 6: Jan, 
Stanisław, Remigian, Albert, Krzysztof, Kasper i sióstr dwie: 
Barbara Chomętowska Wojciechowa i ona Dorota Wierzbię- 
towa. Wszystko to byli jednobożanie, a Przyszowa z Męciną 
były pieloszą tej wiary na lewym brzegu Dunajca. Drużbili 
Wierzbięty nad Łososiną w Łącznem i Bielsku, mianowicie 
Feliksa pokolenie ruchliwe łączące się z Wiktorami. 

Działo się we środę po Gromnicznej, w sądzie gajnym 
nowosądeckim r. 1579. 

Oświadczenie Wielebnego plebana z Jakubkowic prze- 
ciwko szlachetnemu Stan. Wiktorowi. Wielebny Wojciech 
Skorek, pleban w Wilczyskach i Jakubkowicach , stanąwszy 
osobiście wobec urzędu i ksiąg tutejszych wójtowskich, sąde- 
ckich, ku wiecznej pamięci wniósł oświadczenie następujące: 
że szlachetny Stanisław Wiktor, dziedzic siół: Jakubowic, 
Łącznego i Roćmirowej, pozbawił go dóbr kościelnych, będąc 
odszczepieńcem. Wikarego mu pokrzywdził, wypędził z wika- 
ryjki, wystawionej przez Przewielebn. Samuela Maciejowskiego, 
biskupa krakowskiego. Siłą mocą nie dopuszcza im wstępu 
ani na plebanię, ani do komory, mimo, że sobie to wymó- 
wiono, r. 1566 we czwartek po Zielonych świątkach, iu, w gro- 
dzie sądeckim, zawierając i utwierdzając ugodę dzierżawną 
dóbr kościoła. W majątku, w koniach, bydle, trzodzie, w zbio- 
rach, dziesięcinach, ospach i innych dochodach wiele szkody 
uczynił, nie dotrzymując ugody dzierżawnej. Samowtór z szla- 
chetnym Kasprem Wierzbiętą, dziedzicem wsi Bielska, złupił 
kościół, obierając z naczyń srebrnych i wielu przyborów 
różnobarwnych. 



93 

Dobra wszystkie, role tak kościelne jako i plebańskie 
folwarczne z /ąkami wzdJtuż aż po potok i dąb znaczony i okop 
sypany pod wsią Sadową, wszerz zaś aż po niżny mostek nad 
przekopą wsi Łącznej, stąd zaś, wedle drogi polnej plebańskiej^ 
aż po cestę u styk wsi Jakubowic, zabra/ wraz z innemi 
polami i ogrodami. Podobnież karczmę czyli karczmarza, m^yn 
czyli młynarza i trzech poddanych. Więc też i lasy plebańskie 
z przylaskami i pastwiskami w górę rzeki Łososiny albo raczej 
potoka głębokiego, wedle ról poddańczych rzeczonego Wiktora 
(które r. 1576 kupił od szlachcica Jędrzeja Rdzawskiego, dzie- 
dzica dóbr Łososiny), aż do styki siół Świdnika i Łyczanki. 
Wszystko to w moc swą zagarnął, wszystko sobie przywłasz- 
czył, nie mając ku temu prawa żadnego. Dochody wszelkie, 
mianowicie: popłatek od krów kościelnych, od młynarza, 
karczmarza, od kmieci łososińskich , grzywny pewne, dziesię- 
ciny, ospy meszne i zbiorki z Jakubkowic, Stańko wej, Kępa- 
nowej, Michalczowej, siół plebanii poddanych, zwozi kędy 
chce ze szkodą dóbr kościoła. Część z nich obraca mianowicie 
na utrzymanie swego ministra sekty arjańskiej, część na inne 
pożytki własne, wedle upodobania. Oświadczenie to prosiła 
aby wpisać do ksiąg, co dozwolono. (Arch. N. Sącz A. XVII. 
p. 528). 

Socyn Faust dopytywał się do rodziny Łaskiego Jana, 
któremu zmarły stryj jego Lelius polecon był (r. 1557) od 
Bullingera i doznał serdecznego przyjęcia. Lecz Łaski już 
nie żył, a z rodziny jego najpierw dopytał się o córkę, która 
była za Morstynem Jerzym, bachmistrzem wielickim. Wiado- 
mości udzielił Bukczella (Buccella), włoch, lekarz nadworny 
królewski, dodając, iż jest spowinowaceń z tą panią bachmi- 
strzową, gdyż siostrzenica jego jest żoną Krzysztofa Morstyna, 
jej bratanka, starosty Filipowskiego. Prostą więc drogą wszedł 
Socyn w dom Morstynów, bo pani bachmistrzowa bardzo 
dobrze i bardzo mile przypominała sobie stryjaszka jego, 
a pani starościna Filipowska za obowiązek sobie wzięła zająć 
się krajanem ojca swego. Pan starosta miał jeszcze siostrę 
Elżbietę, która najmocniej zajęła się młodym prawnikiem, 



94 

wychowańcem dworu Medici w Florencyi, gdzie był, rzec 
można, pieszczochem. Umiała ona zojąć go też sobą tak dalece, 
iż zakochany szczerze, poprosił o jej rękę, wykazując się 
jakim takim majątkiem we Florencyi, z którego dochody po- 
bierał. Ożenił się z Elżbietą Morstynówną i zamieszkał w Kra- 
kowie. Dążnością jego usilną było zjednoczyć jednobożan 
umysły rozpryśnięte, wytworzyć wyznanie jednolite. Miał po 
temu naukę, gdyż już znane były książki jego, wydawane 
wSzwajcaryi: r. 1562 „Wykład pierwszego oddziału ewangelii 
Św. Jana", 1562 — 1578 „O powadze Pisma świętego", „O Je- 
zusie Chrystusie Zbawicielu** i „O stanie pierwszego człowieka 
przed Adamem". 

Bacząc wstręt wielki do ponurzania i ohydzanie tego 
obrzędu, podtrzymywał dostateczność chrztu w niemowlęctwie. 
Dalej zbijał twierdzenie, iż chrześcijanin nie powinien przyj- 
mować służby rządowej, przewodzić spraw spornych, wstę- 
pować do wojska. Zgoła bronił chrztu niemowląt i prawa 
miecza i urzędu. 

Do Lublina, na trybunał, jako deputat duchowy, r. 1579 
przybył ks. Powodowski Hieronim, kanonik gniezn., sekretarz 
królewski, człek uczony i wymowny. Czechowicz, tamże osiadły, 
jako minister zboru jednobożan, po swojemu namiętnie prawił 
zasady wyznania swego, wydane r. 1573 w księdze p. t Rozmowy 
christjańskie. „O samym jedynym Bogu. O Synu Bożym, 
z okazaniem błędów trojakich Trojaczków. Wywody dwojcza- 
ków, co wywodzą, że się Syn Boży urodził na niebie bez 
matki, a na ziemi bez ojca. O aniołach i imionach Bożych. 
O żydowskich wywodach. O niezgodzie pisarzów Nowego 
testamentu. O żywocie chrześcijańskim bez miecza, wojny, 
urzędów. O ponurzaniu dorosłych i wieczerzy". W zakończe- 
niu tych zasad i marzeń napisał: „W wierze najwięcej mamy 
się doświadczać. Już się ani opłatkami papieskiemi bawić 
będziemy, ani się o klękanie albo stanie wadzić będziemy, 
ale śmiele przy panu i mistrzu za stołem usiędziemy. Nie 
będziemy się też o miejsce i czas sprzeczać, ale kiedykolwiek 
i któregokolwiek czasu rano-li, wieczór-li, zgodnie i spoinie 



95 



zszedłszy się, wszystko co nam rozkazano i przed nami 
w zborzech apostolskich czyniono, uczynimy, gdy się jeno 
dobrze w wierze doświadczamy i onej w sobie wzmacniamy**. 
Temi słowy po staremu prawił Czechowicz w Lublinie. 

Ks. Powodowski nie mógł tego strawić, siadł i napisał 
dzieło spore: ,, Wędzidło na sporne błędy, a bluźnierstwa 
nowych arjanów". W Poznaniu 1582. Przypisał książkę królowi 
Stefanowi Batoremu. Tak jak Czechowicz swoich „Rozmów*^ 
treść, tak on swego „Wędzidła" rozumowania głosił pierw 
w kazaniach, podczas trybunału i doma. Najczestniejszym 
uczniem Czechowicza, najgorliwszym zwolennikiem jego nauki 
był Niemojewski Jan, sędzia grodzki w Inowrocławiu, pier- 
wotnie kalwin, tak jak jego z uczoności i wymowy słynny 
brat Jakób, Kujawiacy, starożytna szlachta herbu Szeliga. 
Jan r. 1570, przekonań od Czechowicza, porzucił kalwiństwo 
i urząd sędziego jako niegodny chrześcijanina, przystał do 
jednobożan i r. 1582 był ministrem zboru w Lublinie, właśnie 
gdy deputatem był ks. Powodowski. Przewiódł tam słynną 
rozprawę z nim i z jezuitami Warszywickim i Jodokiem, więc 
też z dominikanem Lubelczykiem Sewerynem. 

Odgłosem tych rozpraw było ono Wędzidło, w którem 
ks. Powodowski pisze o nowochrzczeńcach: „Każdy z nich 
pisze co innego, właśnie jak ona bestya w objawieniu św. 
Jana o siedmiu łbach. Jakoż też te kacerskie bestye teraz 
swemi bluźnierstwy nad zęby i miecze okrutniejszymi czynią. 
Tuteczna bestya (t. j. Czechowicz) w „Rozmowie", kładzie 
tylko dwa rodzaje tych swoich nowych różnobożników. Ale 
dokładniej ich w tym wydał Daniel Bieleński, który napisał: 
Jedni z nich jako HoUendrowie, Peregrini, Kornelite, Komu- 
nistę albo Hutriste, tenże fundament o Bogu Ojcu, Synu 
i Duchu świętym z nami mają. Drudzy są trójbożanie i dwu- 
bożanie. Jedni szlacheckie imiona trzymają i w nich mieszkają, 
a drudzy je zganili i z nich dla wojny i posługi pospolitej 
wyjechali. Jedni śmiertelność duszy twierdzą, a drudzy nie. 
Jedni mówią, że ta śmierć cielesna, przyrodzona każdemu, 
ani za grzech na świat wyszła, a drudzy zaś, że dla grzechu. 



96 

Jedni pierworodny grzech wywodzą, a drudzy nie. Jedni ku- 
piectwa, warzenia i szynkowania piw zganili, a drudzy temże 
przecie handlują. Jedni twierdzą, że się im na urzędzie być 
nie godzi, a drudzy, że godzi. Ale ktoby tę gmatwaninę, która 
jest między nimi, wyliczył! Albowiem i tacy zakonnicy są 
między nimi, którzy przez ubóstwo, siekiery, pług, ciężkie 
roboty, skąpe jedzenie i picie, nie z łaski bożej przez wiarę 
Pana Jezusa Chrystusa, chcą wnijść do żywota wiecznego. 
Dotąd słowa Danielowe, w których słyszeliście tak sprośne 
i bezrozumne bałamuctwo : iż nie pisma świętego albo wywo- 
dów jego, ale powrozów, klozy, a potem i czego gorszego 
takie łby byłyby godne". Wędzidło więc dyszy chęcią nietajoną 
sądów duchownych z męczarniami i żywopaleniem. 

Niemojewski Jan odpowiedział nań książką: Obrona 
przeciw obwinieniu ks. Powodowskiego. R. 1583, drukował 
Aleksius Rodecki". W książce tej między innemi pisze: „Nasze 
schadzki bywają nie w murowanym kościele, ani na miejscu 
uczarowanem, ale w domach drewnianych, w których ludzie 
pospolici mieszkają. O te murowane kościoły nie stoimy, 
rozumiejąc, iż nie dom ludzi poświęca, ale wierni boży świę- 
tymi będąc i nabożeństwa prawdziwe używając, miejscu, na 
które się schodzą, ozdobę czynią. Papieskać to duma domy 
poświęcać albo raczej nad nimi kuglarstwa stroić. Nie mogą 
tedy mieć nasze zboreczki w tem przygany, iż się schadzaray 
na miejscu, jakiego Pan Bóg kiedy i kędy użyczyć raczy. 
A schadzamy się nie ku zabobonom, ani na obrzydłe bałwo- 
chwalstwo, ale na prawdziwą chwałę imienia Pańskiego, 
a ktemu nie skrycie i potajemnie. Władzy nad zborem nie 
przywłaszczali sobie apostołowie. Św. Paweł gdy miał karę 
zborową wykonywać nad onym występnym Koryntczykiem, 
nie sam to czynił, ale się wszystkiemu zborowi w imię Pań- 
skie zgromadzić kazał. Lecz księża rzymscy sami to sobie 
tylko zachowują, nie radząc się o to nikogo. Żydome zada- 
wali P. Chrystusowi, iż on będąc człowiekiem, czynił się 
Bogiem i przeto go ukamienować chcieli. Równie nas przeci- 
wnicy kamiemjgą, iż człowieka P. Jezusa Bogiem być wyzna- 



97 

warny, wofąją: nie tak macie mówić, ale tak, iż Bóg przed- 
wieczny stal się cz/owiekiem. Niechajże się tedy wstydzą 
wszyscy wykrętacze papiescy, którzy tą powagą kościelną, 
zmyśloną, ludzi proste, ba, i mędrki tego świata, w piśmie 
świętem niećwiczone, zwodzą i nie inaczej, jako oni żydzi za 
czasów Jeremiasza, przez którego im Bóg ich bahi^ochwalstwo 
i obyczaje sprośne na oczy wyrzaca/, do zakonu swego ich 
odsyłając, a jeżeliby się nie polepszyli srogiem karaniem 
grożąc, a oni nic innego nie umieli na to odpowiedzieć, jeno 
te słowa powtarzali: kościół Pański ! kościół Pański! — rozu- 
miejąc, jakoby dla onego kościoła, zacnie zbudowanego i cere- 
moniami świetnego, zginąć nie mieli. Ale się i na tem omylili. 
Tak również i papieżnicy czynią! Prawdziwy zbór boży 
i Chrystusów ten jest, który P. Bogu się swemu cale podda- 
wając, na słowie Jego świętem przestawa, onego się o wszystko 
radząc i z ust Jego słuchając. I radniej sobie obierać utra- 
pienie z wiernymi Chrystusowymi, niźli sodomskie rozkosze 
i egipskie przysmaki w tym zawiedzionym i pomieszanym 
Babilonie. Panie Boże, daj tym ludziom upadłym opamiętanie, 
Amen! Amen! Amen! a swym wiernym wytrwanie! 

Socyn Faust obznajomiony z treścią tej książki i bacząc 
jakie wrażenie robiła na czytelnikach, począł pochwałami 
i czcią ujmować sobie Niemojewskiego, pragnąc przezeń 
wzmocnić stronnictwo swoje. Ale Niemojewski był nowo- 
chrzczeńcem i dla wyznania tego potępił i porzucił urząd 
sędziowski. Skoro więc poznał zdanie Socyna w tym wzglę- 
dzie, oburzył się i rozpoczął z nim zatargi ciężkie, nie łago- 
dniej, jak pierw z Jezuitami. Cztery lata był już Socyn nau- 
czycielem zboru w Krakowie, j^yskując co raz więcej zwolen- 
ników i odpierając zwycięsko przeciwników nauki. 

Paleolog Jakób, greczyn z wyspy Chios, arjanin do 
Polski zbiegły, w Lośku 1573 wydał książkę : O urzędzie pu- 
blicznym. Zbijali zdania jego Rakowianie, mianowicie Pauli. 
R. 1580 staraniem Budnego wyszła odpowiedź Paleologa, która 
oburzyła aijan lubelskich. Grozili Budnemu karą za to wydanie 
i istotnie 1582 na synodzie w Lusławicach, Budny od jedno- 

7 



98 

bożan polsko-litewskich potępion, odsądzon od urzęda zbo- 
rowego, wykreślon z bractwa. Socynowi przypadło dać odpo- 
wiedź Paleologowi. W odpowiedzi Łej nieopatrznie obraził 
króla. Dudyć, który z obawy gniewu Stefana Batorego sam 
musiał ujechać z Krakowa i Polski, doradził Socynowi, żeby 
się wcześnie wyniósł z Krakowa, unikając prześladowania. 
Wymknął się więc Socyn do Pińczowa, skąd powołań od 
Sienieńskiego do Rakowa, gdzie założył szkołę. Dudycia rady 
słuchając, wezwał go Morstyn Krzysztof, szwagier, do zamie- 
szkania i zawiadywania zborem w Pawlikowicach pod Wie- 
liczką, gdzie też osiadł. 

Franken Chrystian, rodem niemiec, jezuita rzymski, potem 
zbieg odszczepieniec, z lutra przeszedł na arjany, a przepę- 
dzan z Francyi i Niemiec schronił się do Polski, na Podole, 
w r. 1583 przybył do Krakowa z przekładem księgi swej: 
Przeciwko Trójcy świętej. Właśnie o podobną naukę żywcem 
spalono w Rzymie greczyna paleologa Jakóba. Alciatto namó- 
wił Frankena do wydania swej księgi, a Rodecki Aleksander, 
tłoczeń dzieł Socyna, Czechowicza, Paulego, Niemojewskiego 
i t. d., wytłoczył je wraz z pośmiertnem paleologa: Pismem 
braci siedmiogrodzkiej (po łacinie). 

Jezuici byli już w Krakowie od dwu lat, przy kościele 
Św. Barbary, wówczas niemiecko -katolickim, nadał im go 
król. Rodecki uwięzion i oddań pod sąd. Taszycki Stanisław 
herbu Strzemię, dworzanin cesarza Karola V., spółdziedzic 
Lusławic nad Dunajcem, opiekun tamtejszego zboru, przyjął 
obronę uwięzionego. Król Stefan Batory, wysłuchawszy mowy 
jego orzekł, że sumienia ludzkiego silić nie można! Więc 
zaraz kazał uwolnić Rodeckiego. 

W Wilnie, Wolan Jędrzej , kalwin zagorzały, uczeń 
Bezy, kaznodzieja książąt Radziwiłłów, majętny po trzech 
żonach, zaszczycony względami panów litewskich, uczony 
i niestrudzony, bezustannie ścierał się z Jezuity, pisząc księgi 
i tłocząc je w tłoczbie własnej. Jedną swą księgę przypisał 
biskupowi wileńskiemu Protasiewiczowi , a ksiądz Skarga 
obniszon śmiałością, wytknął niedowiarstwo w niej zawarte. 



99 

Wolan odpowiedział obroną swego wyznania , przypisując ją 
i doręczając królowi samema w Wilnie. Panowie litewscy, 
czytając w niej pochwały króla sprawiedliwe, dobrze to przy- 
jęli, lecz księża, a mianowicie Jezuici, nazwali zbrodnią, 
a Posewin nie tylko królowi wytknął przyjęcie, ale doniósł 
o tern Rzymowi. Wolan zaś zwrócił się do papieża, radząc 
mu, żeby złożył papiestwo, które się sprzeciwia Bogu, a czyni 
go namiestnikiem djabła. Oburzenie duchowieństwa było bez- 
mierne, jezuita Grodzicki i kanonik wileński Jurgiewicz 
w odpowiedziach nie szczędzili wyrazów obelżywych. 

R. 1584 ks. Skarga był już w Krakowie. We wrześniu 
zakładał tam Bractwo miłosierdzia dla opieki ubogich. Najpierw 
zakonników żebrzących i jezuitów, księży i uczniów zakon- 
nych puszczając na postrach tych, co kościoły łupią, dochody 
biorą, dziesięcin zabraniają i sługom bożym krzywdy czynią. 
Dalej wdów, przychodniów postronnych, opieka i wsparcie. 
Więc kalek rzemieślników, chłopów, którym bydło pozdychało 
albo przez wojaków zabrane, albo przez pana lub wierzyciela. 
Pogorzelców też, jako niedawno na Garbarach w Krakowie, 
gdzie jeszcze zapomogę wydzierali łotrowie, mieniący się 
żołnierzami. Dziewczęta też, z biedy na cnocie podupadłe, 
poleca tej opiece i noszących się z myślą samobójstwa, więc 
kaleki, ślepe, głuche i więźnie, a w końcu dłużniki, trapione 
przez lichwiarzy. Powodem był mu płacz i narzekania Ma- 
gdaleny Walenty, biednej stolarki, znękanej chorobą męża 
i trojga dzieci. Kazaniami o miłosierdziu przygotowywał lud, 
poruszając do łez, nakłaniając do jałmużny, do zgromadzeń 
pobożnych, do rozmyślań i modlitw wspólnych, do odwiedza- 
nia szpitali i więzień, do nabożeństw brackich, a mianowicie 
do pochodów uroczystych w Wielki piątek i Boże ciało. Po- 
spólstwo na razie nie pojmowało doniosłości, więc tylko w 7 
osób zawiązało się Bractwo. Do księgi Bractwa (w listopadzie 
dopiero) obowiązując się do jałmużny tygodniowej, zapisała 
się najpierwsza, wojewodzina krakowska Barzina Dorota, za 
nią Mnichowska Zofia, panna Kachna, służebnica wojewodziny 
i druga sługa panna Dorota i trzecia panna Dorota i siedm 



100 

niewiast, między którerai dwie żydówki wychrzcianki, Dorota 
z córką Reginą. W kilka miesięcy jednak wpisało się pań 
i panien kilkanaście. R. 1586 prowincyał jezuitów ks. Kam- 
panus zjechał do Krakowa, a bacząc powodzenie Bractwa 
miłosierdzia, polecił księdzu Skardze założyć Bank pobożny, 
gdzieby ludzie potrzebni, na zastaw pożyczali pieniędzy bez 
lichwy. Na początek dał złp. 10, Bractwo zaś dało złp. 200. 
12. grudnia 1586 Stefan Batory umarł w Grodnie. Urzę- 
dowanie sądów ustało, bo na czas bezkrólewia mianowano 
sądy kapturowe, których sędziowie zasiadali w kapturach na 
głowie. Maksymilian, cesarzewicz rakuski, przywabion od 
stronników rakuskich, doznał porażki pod Byczyną i jako 
jeniec wojenny osadzon w Krasnostawie. Wybory króla nowego 
zapowiedziano na 30. czerwca 1587. Polszczy zagrażało nie- 
bezpieczeństwo od Rakus, bo może cesarz siłą mocą zechce 
uwolnić Maksymiliana i osadzić go na tronie, więc też i od 
Tatar obawiano się zagonu, bo Kozacy w Niży wypływali 
pustoszyć Czarnomorze. Szlachta ruska, w Rzeszowie zgroma- 
dzona, pod wodzą arcybiskupa lwowskiego Solikowskiego, 
stanęła w pogotowiu od Tatar. Szlachta krakowska (7. maja) 
z piechotą załogi krakowskiej wyruszyła na okazowanie goto- 
wości wojennej, wedle obyczaju, do Proszowic, pod wodzą 
Cikowskiego Stanisława, podkomorzego krakowskiego, zastępcy 
wojewody. Wyruszył też starosta krak. Zebrzydowski Mikołaj 
i burgrabia zamkowy Ciekliński Mikołaj i pan kasztelan Jordan 
Spytek samoszóst z Jordanami pokrewnymi, więc też wszystka 
szlachta powiatowa. Bezpieczeństwo miasta poruczono bur- 
mistrzom i straży miejskiej, którym przydano 50 jazdy cho- 
rągwi p. Kłoczowskiego. Został też p. Achacy Jordan podsta- 
rości krakowski i sędzia grodzki. Wydalenie się siły zbrojnej 
ośmieliło hultajów lekkomyślnych i zaczepnych, gotowych 
zawsze do wyprawienia burdy i huczków, mianowicie zaś do 
napaści lutrów. Grot, uczeń akademii krakowskiej, miał słu- 
żącego Włocha, Jana, syna Grizona Ludwika, który wraz 
z studentem noszącym przydomek Smok, z synami zmarłego 
mieszczanina Czeczotki i syn stelmacha ze Lwowa Królikowskie 



101 

jęli studentów podmawiać na zbór luterski, a zebrawszy się 
ruszyli kupą, uzbrojeni w co kto mógł. Po drodze przyłączyli 
się do nich dróżnicy, sJodownicy czyli parobcy piwowarów, 
czeladź ślusarska, rozmaite hultajstwo i motłoch uzbrojony 
w szable i siekiery. Zbór był w kamienicy pani Cikowskiej, 
kasztelanowej bieckiej, O piątej godzinie pod wieczór (we 
<^zwartek w dzień Niebowstąpienia Pańskiego) ruszyli tłumnie 
i zastali drzwi zawarte, więc je dobywali, chcąc wywalić, ale 
nie mogli. Przed domem stał wóz ciężki z bałwanem soli, 
'drągarze zwalili sól na ziemię, wyjęli z wozu ligary duże 
i nuż w wrota bić, jak taranem. Ale wrota okowane i podparte 
wytrzymywały. — Kratę w oknie wyłamać! kratę wyłamać!.. 
Założyli ligary ciężkie, szarpnęli, oderwali kratę. Tymczasem 
:s kamienicy padło dwa strzały, a spłoszeni napastnicy zacu- 
kali się. Lwowianin ów Królikowski roześmiał się, zawołał: 
strachy na Lachy! rusyn ne boit sial — pochwycił rusznicę, wlazł 
oknem do kamienicy. Za nim też ze strzelbami wlazł skrzypek 
starosty wieluńskiego, a za skrzypkiem drużba jego, co grywał 
na pozaunie. Więc też kupą rzuciło się pospólstwo z ślusar- 
czykiem jakimś na czele, a za chwilę oderwali zapory, otwo- 
rzyli wrota. W kamienicy zborowej mieszkał podwojewodzy 
krakowski Krzysztof Pawłowski, szlachcic, włodarz zborowy. 
On to strzelał na postrach, a bacząc przemoc, ukrył się. Na 
strażnicy miejskiej pachołcy słysząc strzały, biegli w pomoc 
panu podwój ewodzie, podbiegli nieco i strzelili dwa razy na 
postrach. Motłoch uliczny rozjątrzony zwrócił się ku strażnicy, 
a draby zlęknione zawarły się. 

Z zboru wynosili napastnicy przyrządy wszelkie, roz- 
łożyli na ulicy ogień, palili kazalnicę, ławki, skrzynie, drzwi 
i wszystko co drewniane, inne rzeczy szarpali między sobą. 
Dobyli się też i do sklepów, bijąc broniącą panią Cikowską, 
kasztelanową, właścicielkę domu. Ogień podsycany wzmógł 
się wielce, zagrażał miastu pożar, na strażnicy wywieszono 
chorągiew pożarną, trąbiono na trwogę, ale żaden mieszcza- 
nin nie przybył. Spokojnie i z śmiechami palono przyrządy 



102 

zborowe, nie mogąc palić lutrów samych, między widzami 
byto i dostojników kilku. Pan Achacy Jordan, podstarości 
i panowie burmistrze jakoby udawali, że nie widzą, ani się 
stawili, ani przemówili, co tern bardziej ośmielało swawolę. 
Nazajutrz zaraz szlachta, zgromadzona w Proszowicach, uczy- 
niła Koło, wiecując o zgwałcenie zboru i zabiegając, aby to 
niebezpieczeństwo dalej się nie rozszerzało, wyznaczyła śle- 
dztwo, złożone z osób dostojnych, które za tydzień rozpo- 
częły na ratuszu badania, najpierw urzędów, potem świadków. 
Starosta uniewinniał się, że podczas sądów kapturowych 
starostom odjęte urzędowanie przechodzi na sędziów kaptu- 
rowych, a strzedz bezpieczeństwa miasta i województwa ma 
wojewoda, który zmarł niedawno (Jędrz. Tęczyński). 

Wojewody zastępca Cikowski zapytany, dlaczego wszy- 
stką piechotę wywiódł, odrzekł, iż poruczył miasto burmi- 
strzom i pół sotni jazdy na Kleparzu zostawił. Burmistrze 
składali się, że akademicy całej sprawy przyczyną. Rektor 
akademii uniewinniał znów akademików. Koniec końcem, 
wedle zeznania świadków, uwięziono kilkanaście osób, z któ- 
rych niektórzy mniej winni puszczeni za poręką, drugich 
uwięzionych mieszczanom kazano strzedz i żywić, aż zasiędą 
sądy zwykłe po wyborach króla. Pan Pawłowski, podwoje- 
wodzy, odzyskał zabraną szubkę kunami podszytą, którą po- 
znał. Pani Cikowska, co ucierpiała i straciła, przepadło. 
Pan Jordan, podstarości i burmistrze otrzymali pozwy przed 
sejm wyborczy, lecz nie stanęli, więc przed sejm korona- 
cyjny, też nie stanęli. Sprawa poszła w odwłokę i spełzła 
na niczem. Ustawie więc Stefana Batorego (z r. 1578, 27. 
września w Krakowie), przewidującej napaść studentów i za- 
pobiegającej onej, nie stało się zadość. Jako już przedtem, 
bo zaraz r. 1579, studenci szkół Panny Maryi, św. Szczepana 
i Św. Anny, w nocy (15. września) dobywali się do zboru 
tegoż i okna kamieniami potłukli. (Węgierski p. 37). 

Województwo sandomierskie zjechało do Pokrzywnicy, 
też na okazowanie gotowości wojennej, a słysząc o napaści 
onej, stanęło do Koła i uchwaliło przyjęcie konfederacyi do 



103 

bezpieczeństwa różnowierców, poprzysiężonej przez królów 
Henryka i Stefana. (Voh leg. II. 1073.) 

R. 1583 Szymon Ługowski, przełożony Bożogrobców, 
miano wan biskupem w Przemyślu, jadąc do Rzymu na wy- 
święcenie, umarł w Krakowie, 20 stycznia. Król Stefan Ba- 
tory umyślił o przełożeóstwo Bożogrobców wystarać się dla 
bratanka swego Jędrzeja, kleryka Jezuitów w Pułtusku. Z 
Niepołomic więc, gdzie bawił, słał do Miechowa księdza Ty- 
lickiego Piotra, kanonika poznańskiego, a sekretarza swego 
z listem polecającym. (Nakielski 721). Poseł papieski kar- 
dynał Bolognosi dwa listy pisał do Miechowitów, polecając 
gorąco księdza Jędrzeja. Król imieniem bratanka przyjął od 
Miechowitów 19 postawionych zastrzeżeń. Krakowski biskup 
ks. Myszkowski Piotr, przemawiał też za nim i według pra- 
wa osobiście był przy wyborach. Więc 11 marca pod prze- 
wodnictwem ks. Maniackiego Stanisława, przełożonym zakonu 
Bożogrobców wybran ks. Batory Jędrzej, młodzian 22-letni, 
któremu ledwo zaczęło zarastać puchem oblicze. Nieobe- 
cnego ks. Maniecki w zastępstwie zaraz wprowadzał na go- 
dność kościelną. Niebawem przybył wybraniec do Miechowa 
i objął klasztor, gdzie bawił kilka miesięcy, wesoło rozma- 
wiając. Zwołał też zakonników zaklasztornych, zagaił zgro- 
madzenie, załatwił sprawy i idąc za wolą króla stryjaszka 
puszczał się do Rzymu. 

Przed wyjazdem wydał list pasterski do zakonu swego 
(z Malborga 2 lipca), napominając do skromności zakonnej, 
zakazując swarów, zgromadzeń wesołych, biegania po sypial- 
niach, szastania się po klasztorze i kościele — a tem mniej 
po mieście i ulicach, przykazując posty, umartwienia, pracę 
i cierpliwość. Przedewszystkiem zaś i najsurowiej zabraniał 
przystępu do klasztoru kobietom i zgrai chłopców swawolnych 
i wrzaskliwych. Napomnienia te wywołał ks. Jan Michnicki 
z Wodzisławia, przełożony kościoła i klasztoru św. Jana 
w Gnieźnie. O jego hulatykach i lekkich obyczajach dono- 
sili księża surowi i poważni, przekonywając, że zamiast przy- 
kładu daje zgorszenie i że niegodzien dostojności, którą 



104 

piastuje. Ks. Batory wyrozumiał z zakonników, kto by byt 
najodpowiedniejszym — usunął z przełożeństwa obwinio- 
nego, a na miejsce onegoż powołał ks. Tiburcego Jaskłow- 
skiego, przeora z Przeworska, o czem zaraz doniósł arcybi- 
skupowi gnieźnieńskiemu. Załączył też spis grzechów one- 
goż, dając go na poprawę. 

Puścił się potem ks. Batory do Rzymu, a wedle polece- 
nia króla stryja wstąpił do Medyolanu, do Karola Boromeusza 
(świętego), arcybiskupa i kardynała. Świątobliwy biskup 
przyjął go po ojcowsku i zasię wypisał mu obowiązki życia 
cnotliwego, żeby ciało swe trapił, zmysłom nie dogadzał, pró- 
żniactwa strzegł się, jak zarazy, aby unikał zażyłości nietylko 
z kobietami, ale też z ludźmi, co nie lśnią obyczajów czy- 
stością, nadewszystko zaś, aby się wystrzegał książek gorszą- 
cych, jako niezawodnie zgubnych. Teologa uczonego polecił 
mu też mieć przy sobie, dla nauki i spowiedzi cotygodniowej, 
czytanie rozmyślań św. Augustyna i św. Bernarda i t. d., 
i t. d. (Nakielski 727.) 

Papież Grzegorz XIII nie mniej życzliwie przyjął go 
w Rzymie i mianował kardynałem, a Karol Boromeusz z li- 
stem, jako do drużby kardynała pisanym, przysłał mu w darze, 
wyjęte z bazyliki medyolańskiej, szczątki ciał świętych mno- 
gich, wyszczególniając, że św. Florjan przybył do Medyolanu 
od granic Polski i przyjęty gościnnie przez arcybiskupa Eu- 
storgia II., wychrzczon, wyświęcon, został biskupem i świę- 
tym, (p. 787). Papież, człek wielce uczony i znający do- 
brze ludzi uczonych, przystał na wniosek arcybiskupa me- 
dyolańskiego i przydał Batoremu księdza Dominika Ferrei, 
teologa znakomitego, męża obyczajów surowych i nieskazi- 
telnego, osobnem pismem pozwalając kardynałowi mianować 
go namiestnikiem swym, przelać nań wszelką władzę, jaką 
sam posiada, mianowicie zaś władzę śledztwa, czy to od sie- 
bie, czy wskutek donosu lub skargi, więc też władzę do- 
wolną sądzenia. Słowem papież przydał kardynałowi inkwi- 
zytora i doradcę papieskiego. Właśnie wtedy żywcem palon 
Paleolog, greczyn , znany w Polsce z ksiąg swoich , za które 



105 

w Krakowie więzion był Rodecki Aleksy, tłoczeń. (Nakielski 
762). Pierw jeszcze, nim Luter się ożenił, żenili się komen- 
dorzy krzyżaccy, w Królewcu Jerzy Polenz, w Pomeranii 
biskup Pojis... A za nimi (r. 1523) całe tłumy księży i za- 
konników wyprawiali wesela po klasztorach i plebaniach, 
a obrazy, posągi, krzyże, ołtarze, rąbali pod pieczywo plac- 
ków weselnych. Wielki mistrz krzyżacki, książę Brandebur- 
ski Albrecht, za poradą Lutra i Melanchtona , zgruchotał 
zakon krzyżacki, przywłaszczył sobie dobra zakonne na 
księstwo świeckie i ożenił się także. Krzyżacy i Bożogrobce 
były zakony bratnie pod godłem krzyża Chrystusowego, a 
dola jednego oddziaływała na dolę drugiego — dokąd byli 
zakonnikami. Gdy jednak krzyżacy pruscy zdeptali śluby 
zakonne, ustało to współczucie. Bożogrobcy nie szli za ich 
przykładem, bo krzyżacy byli Niemce, szli za głosem Lutra, 
Niemca, w którego sercu tliła odwieczna niechęć do Rzymu 
i Rzymian, nienawiść narodowa, za której głosem szedł na- 
ród. Bożogrobce zaś, byli to przeważnie i niemal wyłącznie 
Polacy, nie rozżarci na Rzymian, więc też i na Rzym. 
O oderwaniu od Rzymu nie myśleli, a jeżeli czego gdzie 
niektóry pragnął, to chyba zwolnienia surowości zakonnej. 
Toć też do Lutrów nie przystawali. Lecz zjawiły się nauki 
inne, rozumowe, marzące, mowa polska, macierzysta, uko- 
chana ! 

R. 1584 założył Dudyć zbór ariański. 

Od ks. Tyburcego odebrał kardynał wiadomość niepo- 
cieszną, że Bożogrobce, poza klasztorem żyjący, zgoła nic 
nie zachowują się po zakonnemu, że adwentowych postów 
wcale nie zachowują, a pieniądze składają na własność oso- 
bistą. Ksiądz Tyburcy więc, mocą urzędu swego, odwołał ich 
z posad świeckich do klasztorów, oni zaś niezadowoleni 
wszczynają swary i kłótnie, odmawiają posłuszeństwa i wy- 
dania pieniędzy uzbieranych. Więc im kazał poodbierać su- 
knie lepsze i karcił postem. (Nakielski 753.) Kardynał po- 
chwalił postępowanie i krnąbrnych mnichów skarcił listownie, 
napominając, by pełnili zakon i służbę bożą, a dostaną, co 



106 

im się należy, inaczej czeka ich klątwa. Na domiar żałości 
otrzymat kardynał wiadomość, że przeor w Przeworsku, któ- 
remu dla nauki wielkiej i pobożności powierzył klasztor po 
księdzu Tyburcym osierocony, że on zakonnik, pełen nauki 
i cnoty, poczyna — zapijać się na humor i klasztor zanie- 
dbige! Jego też więc kazał napomnieć! 

Wtem król Stefan Batory umarł 13 grudnia 1586. Kar- 
dynał co tchu wracał do Polski. Batorowie żywy udział 
brali w sprawach państwowych, mieli też nadzieję osiągnie- 
nia korony, bo stronników życzliwych miał Stefan, bratanek 
króla, a niebył też bez nich i kardynał Jędrzej, i onema 
uśmiechała się nadzieja. Arcybiskup gnieźnieński Karnko- 
wski Stanisław, wedle prawa i obyczaju, objął rządy państwa 
już po drugi raz, gdyż pierw sprawował je, wybierając króla 
Stefana, jako biskup kujawski, mimo woli i zabiegów prymasi 
ówczesnego. Zawróciło mu to głowę i rzekł do Górki, wo- 
jewody poznańskiego : Odtąd my oba Polsce królów da- 
wać będziemy. (Siarczyński II, 201.) A Górka był naczel- 
nikiem różnowierców, z którymi się arcybiskup łączył dla 
przeprowadzenia zamysłów swoich wyniosłych. Będąc pierw 
biskupem kujawskim, znał dobrze księży kujawskich, znał też 
i księdza Jana Michnickiego, kujawiaka wesołego z Włodzi- 
sławia, a nawet żałował go, gdy poszedł w odstawkę z po- 
sady swej gnieźnieńskiej. Ksiądz Jan Michnicki, idąc za 
przykładem arcybiskupa, zaznajomił się też z szlachtą różno- 
wierczą, prosząc, żeby się za nim wstawiła u arcybiskupa, 
bo wiedział, że kardynał Batory, wobec zbliżającej się elekcyi 
króla, niczego nie odmówi arcybiskupowi -namiestnikowi 
państwa. 

Kardynał zwołał właśnie sobór zakonny i księżom pro- 
wincyałom nakazał objażdżkę i ścisły przegląd klasztorów, 
połączony z tajnem śledztwem obyczajów i życia księży prze- 
łożonych kościołom. Podobne wezwanie odebrał i ksiądz 
Tyburcy i zajechawszy na wieś, kędy plebanił ks. Michnicki, 
przekonał się, że on ani głowy nie podgala, ani pości, ani 
odmawia pacierzy ; zgoła, że żyje jako ksiądz świecki, zu- 



107 

pełnie nie dbając na przepisy zakonne, dając tern zgorszenie 
ludziom świeckim, a jeszcze bardziej zakonnikom. Wywiedział 
się tego wszystkiego od księdza Stefana, wikarego, więc na- 
tychmiast odebrał mu zarząd kościoła i parafii, oddając księdzu 
Stefanowi, a samego zabrał do Gniezna, skąd go miał odesłać 
do Miechowa. Ks. Jan uprosił sobie tylko pozwolenie poże- 
gnania księdza arcybiskupa, znajomego z Kujaw jeszcze. Zastał 
tam kilku szlachty różnowierców, którzy się za nim wstawili. 
Więc arcybiskup dał mu list do kardynała, polecając go 
łaskawości, jako księdza znajomego dawno i godnego, a może 
tylko za surowo osądzonego. Szlachta zaś oburzała się tajnem 
śledztwem duchownem i że między zakonnikami wytwarzają 
się szpiegi i zdrajcy podli, zdawcy braci swej. Jeden z szlachty 
zaręczył księdzu Janowi, iż ukarze księdza Stefana i zasadzi 
się nań i zarąbie, zabije, jak psa podłego. Ks. Jan Michnicki 
z listem arcybiskupa i rozkazem prowincyała puścił się 
w drogę do Miechowa, a wiózł też z sobą i inne pisma! 

Patryarchę Jeremiego wypędzili turcy z Carogrodu, uciekł 
do Kijowa, gdzie przyjęty z całą uczciwością, jako przełożony 
kościoła wschodniego, biskupstwo kijowskie nadał szlachcicowi 
polskiemu imieniem Rahoza Michał, herbu Jastrzębiec, miłemu 
królowi, a jeszcze milszemu papieżowi i jezuitom, gdyż obie- 
cał połączyć Ruś z Rzymem (r. 1588). Skarga przedtem już 
w Wilnie pracował nad tem i r. 1673 wydał sławne sv'0je 
kazanie: O jedności kościoła. Nie podobało się to bogatym 
panom ruskim obrządku słowiańskiego, więc jak Budnego 
biblię, jak podejrzane księgi w Wilnie kardynał Radziwiłł, 
tak i oni oną książkę ks. Skargi wykupili i spalili, tak do 
szczętu, że Skarga jadąc z królem do Rewia, w Wilnie ledwo 
mógł dostać jednej tej książki i to bez początku. A tu Rahozie 
trzeba było przyjść w pomoc. (Skarga II.). 

W Krakowie więc 1590 wygłosił znowu kazanie ono: 
O jedności kościoła Bożego, i zaraz go dał wytłoczyć, prze- 
pisując królowi Zygmuntowi III. 

^Chrystus Bóg był pierwszym papieżem, drugim był 
Piotr święty i tak dalej aż dotąd... Papieże byli i są głową 



108 

kościoła bożego, bo kościół z Bożego zrządzenia musi być 
monarchią. Papież jest widomym sprawcą kościoła Bożego, 
a biskupi i duchowieństwo są sługami jego i urzędnikami 
Chrystus w kościele jest jako pan i dziedzic wieczny, a papież 
jako sługa i namiestnik doczesny. Chrystus niewidomie naucza 
i Duchem świętym zakrytym kościół swój sprawuje, tak, jako 
król w Polsce siedząc, Litewskie księstwo albo Inflancką 
ziemię, w których nigdy może obecnie nie postać, przez 
wojewody i listy swe rządzi. Tak rządzili papieże od początku, 
a posłusznemi były im wszystkie królestwa wschodu i zachodu. 
Przed Lutrem, który począł odszczepieństwo, żaden inny 
kościół nie trwał i nie był uznan za prawdziwy. Arjanie starzy 
po długich wiekach uznali naukę stolicy apostolskiej, husyci 
<jzescy nawrócili się. Cudami kwitnął kościół rzymski w da- 
wnych wiekach i obecnie. W Indyach wielkiemi cudami wsła- 
wion od Boga Św. Franciszek Ksawery, jezuita. Ciało jego 
przez 15 miesięcy w wapnie leżąc, żadnej skazy nie doznało, 
woń wydawało i dotąd wonieje, a gdy je wieziono, uciszyły 
się nawalności morskie. Tegoż właśnie czasu Luter zrzucił 
posłuszeństwo kościołowi świętemu, śluby czystości złamał, 
mniszkę mnich za żonę wziął, chrześcijany podburzył, sekt 
wiele namnożył, a gdy umarł w zimie, w wielkie mrozy, ciało 
jego w trumnę cynową zamknione, smród nieznośny puszczało. 
Papież ma to od Boga, iż w wierze błądzić nie może". 

Tak kazał Skarga, porywając umysły słuchaczy i przy- 
niewalając do jedności kościoła z papieżem na czele. Ale 
nie tak kazali drudzy! Skarga, kaznodzieja nadworny, kazał 
dla dworu i dostojników, dobierając myśli, dobierając słów. 
Prostemu ludowi, kaznodzieili prostaczkowie zakonni myślą, 
na jaką się zdobyli, mową pospólstwa, słowem prostaczem. 
Co pospólstwu po wywodach naukowych, co po przytaczaniu 
pism proroków i ojców kościoła? Mieli zapobiegać niedo- 
wiarstwu i tłumić niedowiarstwo, które wszystko wyszło od 
Lutra, jego własnym sposobem, jego własnem słowem. (Apo- 
logia 103). 



109^ 

Lutra nauczycielem był dyabeł! Wszakżeż w księgach 
swych ,,0 mszy pokątnej i poświęcaniu kapłanów" pisze, że- 
o północy nieraz spierał się z dyabłem, że go dyabeł prze- 
konywał i nauczał i dowodami przekonał. Że Luter dobrze 
i bardzo dobrze zna dyabła, chwali się, że z dyabłem prze- 
chadza się po sieni swojej i tam kędy sypia, że ma kilka 
dyabłów dziwnych, którzy go pilnie wypatriyą. Że dyabe/ 
opowiada mu wywody Schwarmerów (marzycieli), że dyabeł 
jest mu drużbą i nauczycielem, że mu czasem tak biega po 
jego mózgu, iż ani czytać, ani pisać nie może, czego żalił" 
się w liście do księcia saskiego. (Apologia p. 107). 

Od dyabła więc wzięta ewangelia luterska, a z niej jako- 
z gniazda wylecieli niedowiarkowie wszyscy. O Karolstadiuszu 
też twierdził Luter, iż go nauczał dyabeł albo jego mać ! Tak 
samo o Zwinglim, że nauka onegoż od dyabła swój początek 
wzięła. Uczniów jego zowie durchteufelte, iiberteufelte, ver- 
teufelte Ketzer (rozdyablone, przedyablone, zdyablone niedo- 
wiarki). Lutra, nie prorokiem, lecz błaznem i świnią nie waha 
się w księdze swej nazwać ks. Wargocki Jędrzej, akademik 
krakowski , który też ogłaszał ono dyabelstwo Lutra. On też 
głosząc cuda świętych katolickich, mianowicie św. Franciszka 
Ksawerego, jako leczył ślepe, głuche, nieme, porażone i t. d., 
wspomina przypowiastkę: Luter i kobyły chromej nie uleczył. 

W dyabła wcielonego wierzono powszechnie. Ducho-^ 
wieństwo wyklinało go z wielką uroczystością kościelną (aż. 
do naszych czasów, ja sam byłem jeszcze świadkiem naocznym 
tego w kościele Bernardynów w Rzeszowie), sądy śmiercią 
żywopalenia karały obcowanie z dyabłem, o Twardowskim na 
Krzemionkach i o dyable służącym mu wiedziało każde 
dziecko krakowskie, a encyklopedya jego naukowa, jako księga 
dyabelska, była za silną kratą na drzwiach katedry na Wawelu 
aż do r. 1848. Mnichy, rzekomo uczone, przesadzali się 
w opisach jego dyabelskiej mości, którego rozumem prze- 
wrotnym nabił sobie głowę Luter, jeszcze mnichem będąc. 
Istniało przekonanie silne, że dyabeł niczego się nie lęka,, 
jeno święconej wody, co poszło w przysłowie narodowe. 



110 



Najżarliwszemi szermierzami z dyabtem byli też ci, co mieli 
do czynienia z święconą wodą i kropidłem, klechy i żacy 
kościelni. Różaniec święty i szkaplerz były też orężem na 
dyabfa, więc wojowa/y z nim śmiało bractwa różańca i szka- 
plerza świętego. Najśmielej zwalczano go w jasełkach i wido- 
wiskach duchownych, gdzie w żywych obrazach przedstawiano 
ustępy biblii starego i nowego zakonu. 

W Boże narodzenie pastuszkowie kolędując, oprowadzali 
dyabła na łańcuchu w postaci turonia, pół tura, pół czło- 
wieka, a w Wniebowstąpienie, żacy kościelni od Panny Maryi 
w rynku obchodzili igrzysko, rzekomo nabożne, wypędzenia, 
wymiatania dyabła. Że zaś wierzyli głęboko iż lutry mają 
ewangelię od dyabła, że zbór luterski* to główne gniazdo 
dyabelstwa, więc zbór luterski bywał miejscem widowiska tego. 

R. 1591, 16. kwietnia, młody król Zygmunt III. przyjął 
Bractwo miłosierdzia, a z wielką okazałością wpisał go do 
księgi brackiej ks. Bernard Goliński, jezuita, nauczyciel religii 
królewicza w Szwecyi, obecnie spowiednik i doradca króla, 
przyjaciel księdza Skargi i nabożnego Boboli, podkomorzego. 
Oni trzej władali zupełnie sumieniem i umysłem króla, a Boboia 
władał jeszcze i dworem królewskim i młodzieżą szlachty na 
dworze króla. 

R. 1591, 23. maja, był jarmark w Krakowie, na który 
ze wszech stron zjeżdżali się kupcy, a między nimi wielu 
Szkotów. Byli to wychodźcy z Szkocyi, tak zwani Pury tanie, 
którzy przyjęli wyznanie Kalwina i zagorzale przy nim obsta- 
jąc, odrzucali obrządek anglikański, który im narzucała kró- 
lowa Elżbieta. Obrządek ten zachował godność biskupią, więc 
im przypominał papieża, którego nienawidzili, obwołąjąc 
hasło swoje: No poperii t. j. precz z papieżem. Zagorzalcy 
walki krwawe staczali w obronie wyznania swego i porażeni. 
Bogata szlachta trzymała się w swych górach, biedniejsi, 
mianowicie kupcy, wyszli z kraju i za przykładem szwajcar- 
skich kalwinów zdążali do Polski gościnnej, kupcząc po 
jarmarkach i krążąc po dworach i domach. Na jarmark do 
Krakowa zjechało się tego sporo, a zbór lutersko-kalwiński 



111 

w domu zwanym Bróg, na ulicy św. Jana, był ich zbioro- 
wiskiem. 

Pochód kościelny katolicki w święto Wniebowstąpienia 
przedstawia tryumf Chrystusa, wchodzącego w przybytek 
chwały. Z całą okazałością wystawną obchodzon w kościele 
Panny Maryi w Krakowie, udział w uroczystości brały tysiące 
narodu, a to tern liczniejsze, iż wobec jarmarku i wobec 
gawiedzi ciekawej igrzysk, żaków szkolnych. Boć z dawien 
dawna, rok w rok po tej procesyi tryumfalnej, następowało 
wypędzenie, wymiatanie dyabła. Tego roku (1591) bacząc 
liczne zgromadzenie jarmarczne, urząd kościelny z ambony, 
a urzędy świeckie obwołaniem i wybębnieniem , zakazały 
igrzysko wymiatania dyabła. Klechy jednak i żaki szkolne, 
pod wąsem , nie dały sobie wyrwać rozrywki napastniczej, 
przodem posłali zaczęta małe i dziatwę szkolną. Wyrwała 
ona się z kościoła i pochwyciła postać urobioną z słomy 
i przyodzianą w czarne szaty ministra zboru luterskiego, wsa- 
dziła na wózek przygotowany i z okrzykiem wesołym: Pędzić 
dyabła! popędziła na ulicę św. Jana. Przed drzwiami zboru 
zdjętą postać jęli okładać kijami, wołając: A precz dyable 
luterski! umykaj Lutrze! bić Lutra, wymiatać Lutra! Słudzy 
zboru odpędzali ich, ale dziatwa rozigrana wracała, swawoliła 
dalej. 

Podczas tej igraszki dziecinnej napełniła się ulica tłu- 
mem gawiedzi ciekawej, gdyż właśnie lud wychodził z kościoła, 
a jeden wabił i przywoływał drugiego na widowisko wesołe. 
O bramy Brogu tłoczyli się dorośli, silni i zaczepni, hołota 
i hultaje miejscy, wraz z hołotą studentów starych. Jako 
zwykle, zamierzali wyłamać bramę, złupić zbór. Oparli się 
tłumnie, pchali silnie, brama się otworzyła, wpadli jeden 
przez drugiego. Tłum uliczny zawył z radości, chłopy łupieżne 
waliły się ku bramie, pewne łupu lekkiego, bez oporu. Po- 
wstrzymał ich wrzask wychodzący z sieni i cofający się tłum 
napastniczy, przelękniony. Z bramy jeden przez drugiego 
uciekali napastnicy, a za nimi z okrzykiem groźnym „No 
poperi!^ pędzili Szkotowie w liczbie kilkudziesiąt , machając 



112 

szablami i zacinając opornych, mianowicie gdy który zasJaniaf 
się drągiem albo narzędziem jakiem. Co żywo uciekano przed 
nimi ku rynkowi i w ulicę Sienną. Nie jednego niewinnego 
zacięli, uWuli, okrwawili, rozpędzili wszystkich i wrócili, wy- 
wołując swoje: No popery! Na podwórzu obszernem, obok 
wozów swoich, rozłożyli się, popijając dalej i rozmawiając 
wesoło, aż noc zapadła. 

W mieście ucichło, ale nie wszędzie! Straże miejskie 
przechadzały się zbrojno, gotowe więzić niespokojnika każdego, 
więc była cisza po ulicach. Ale w zaułkach, kędy zbiorowo 
nocowała hołota i hultajstwo, tam wrzały namiętności. Bolały 
rany i sińce, a jeszcze bardziej bolały dokuczliwe przymówki 
drużbów hultąjów i nabożnisiów, którzy w porażce tej widzieli 
hańbę wielką, zadaną kościołowi i świętej wierze katolickiej. 
Lutry! kalwiny! porazili, napędzili, upokorzyli całą ludność 
katolicką miasta stołecznego, o hańba, o wstyd! 

O zemście myślano, o poprawie sławy przyćmionej, jeden 
podszepnął, drudzy pochwycili słowo, a niebawem kupka 
bezmyślnych hultąjów, niecierpliwych, wybrała się w noc 
ciemną, cicho i zdradliwie ku zborom, na ulicę św. Jana i na 
Szpitalną, kędy był zbór arjan. Niezadługo błysła łuna, dzwon 
na wieży ratuszowej jęknął na pożar, hultaje podpalili oba 
zbory, a znać byli wprawni w to, bo zbory płonęły nagle 
i silnie. (Bielski 1654). Pożar zaniepokoił zamek. Król zbu- 
dzony i przelękły wysłał marszałka swego Radziwiłła z strażą 
marszałkowską, aby zapobiegł niepokojom, wydawał też roz- 
kazy urzędom innym, aż się dowiedział, że to się tylko zbory 
różnowierców palą. Ochłonął z trwogi i przyglądał się poża- 
rowi. Zbory obadwa spłonęły do szczętu, bo żacy szkolni 
i motłoch uliczny nietylko iż nie gasili, ale podżegali, mszcząc 
się za swoje. Lutry przerażeni, zbór swój przenieśli do Ale- 
ksandrowie, wsi Karmińskiego Iwana, który ich przyjął chętnie. 
W Krakowie całe tłumy nabożne cieszyły się, że wymiecion 
z stolicy dyabeł, klechy i żaki szkolne chełpiły się, a powaga 
ich przybierała. W kilka dni dowiedziano się, iż tejże samej 
nocy spłonął zbór w Wilnie. Między różnowiercyma gruchła 



113 

wieść, że król za podjudzeniem jezuitów zbiera wojsko na 
ich wytępienie zupetoe. Mnóstwo szlachty różnowierców zje- 
chało się w Krakowie, skarżąc się o zburzenie zborów, do- 
magając ukarania winowajców i wynagrodzenia szkód. Król, 
nauczony przez doradcę zażądał, żeby wymienili winowajcę 
i wskazali źródło , skąd czerpać wynagrodzenie. Oburzeni 
rozjechali się z niczem. 

25. lipca, w Chmielniku, odbyli wiec, na którym uchwalili 
poselstwo do króla. Dwieście szlachty podpisało listy wierzy- 
telne 26 posłów, którzy (20. sierpnia) w Krakowie zanosili 
żałobę do króla o zgwałcenie prawa i pokoju pospolitego 
w Krakowie i Wilnie, więc też o wieści, że się zanosi na 
rzeź, jak we Francyi. Dla zapobieżenia wypadkom możliwym 
ułożyli zjazd do Radomia na 23. września. Niemojewski Jan, 
sędzia ziemi inowrocławskiej, napisał mowę do króla o zbu- 
rzenie zboru arjańskiego w Krakowie (Ks. Siarczyński). 
W Radomiu powtórzyli żądania, domagając się jeszcze pręd- 
kiego zwołania sejmu i zachowania konfederacyi (warsza- 
wskiej z r. 1573) dotycznie religii, aby oni w wierze swej 
bezpiecznemi byli, a miejsca im pewne do nabożeństwa były 
naznaczone i ci, co zbory ich poburzyli, aby karani byli. 

Ks. Skarga sprawę wyniósł na kazalnicę, upominaniem 
do ewangelików o zbór ich krakowski , zburzony 1591, które 
rozpoczął wezwaniem ducha miłości i łaskawości Chrystu- 
sowej. Dniewinniał igrzysko chłopiąt dziecinne, coroczne, 
obyczajowe. Narzekał na okrutne zuchwalstwo, jad i swawolę 
heretyków, wielbił męczeńską cierpliwość katolików pokale- 
czonych, z których żaden nie żalił się przed urzędem lub 
sądem, a zamiast przelewać krew za krew, zadowolili się 
jeno zburzeniem murów nieczułych. A cóż to za dom był ten 
Bróg? Dom stary, mieszkalny i gospodarski, zakupiony na 
synagogę i szkołę różnowierczą, z krzywdą i sromotą stolicy 
i królestwa całego. Skrzywdzon kościół katolicki starożytny 
wprowadzeniem religii obcej, skrzywdzon biskup krakowski 
i król, że się to stało bez ich zezwolenia, że swawolnie zbór 
ten postawiono, krzywda duchowieństwu wszemu. 

8 



114 

Ze zburzenia zboru zaś pożytek mogą mieć lutrzy ! Mogą 
się obejrzeć, o ile większą ranę katolikom zadali , ile kościo 
lów spustoszyli! W samem krakowskiem biskupstwie do 600, 
w wileńskiem 500, a w tackiem, poznańskiem, kujawskiem 
i Prusach liczbę wielką, razem kilkanaście set do 2.000. 
A skarby, a mienie kościołów, szpitalów? Więc i krzywda 
poddanym, którym wygnano kapJany i duszpasterze, krzywda 
ubogim i nędzarzom, krzywda zmar^m fundatorom, którzy 
pewno nie myśleli o ministrach kalwińskich i w zapisach 
swoich się omylają i w pomocy dusz swoich, przez zte syny 
i potomki. Niebo i ziemia i to, co pod ziemią, wo/a na nas 
i pomsty Boga za takie kościo/ów spustoszenie wzywa! 
O biskupi , o święci Ojcowie, powstańcie na wojnę przeciw 
heretykom, ubierzcie pra/aty i plebany wasze w zbroje czy- 
stości, trzeźwości, w nabożeństwo, naukę. Dojrzyjcie plebanów, 
studenty chowajcie, a niedługo heretyki pokonamy modlitwą, 
mitością, ludzkością i dysputacyą. Ale nie godzi się innej 
wojny z nimi, podburzania, zajazdów i powstania. My i umierać 
za wiarę nie boimy się, bo wiemy, że męczeńska krew płodna, 
a z jednego zabitego dla Chrystusa dziesięć się urodzi! Wy 
otuchy takiej nie macie. Ale nie radzę do wojny, bo katolicy, 
jako wołowie i duże konie, nie czują się w mocy swej, ażby 
je wielki przymus ściskał. 

I godziłoż się, dla takich plotek około podniesienia 
katolickiej wojny na was, o której się żadnemu katolikowi 
nie śniło, dla tych pary ścian obalonych i tej przygodnej 
głupiej zwady, do kupy się zwoływać? Godziłoż się wam 
listy burzliwe podmiatać, wszystką koronę mieszać, postrachy 
puszczać, prostotę uwodzić, lekkowierne straszyć, szalone do 
większej furyi pędzić, gniew heretycki na katoliki ostrzyć, 
królewską dostojność i urzędową moc słabić, prawa około 
zakątnych zjazdów łamać? Dla zboru, który jest prywatny 
dom, urzędową i królewską dostojność wątlicie i sami w tem 
ciele, przy głowie będąc, giniecie ! O ślepoto i niesprawiedli- 
wości ! kacerstwo, co dusze zabija y prędko ma mieć sprawie- 
dliwość, a wiara katolicka, która dusze ożywia, niech krzywdę 



115 

i wzgardę cierpi. O Boże mój! co to za sprawiedliwość na 
ziemi ? 

Tak zakończył ks. Skarga swoje „Upominanie ewangeli- 
ków o zbór zburzony". 

„Przestroga do katolików o zachowania się z heretyki^ 
była dalszym ciągiem kazania. Wytknął w niej postępowanie 
na przyszłość. — Najprzód, nie dajmy się do tego przywodzić, 
abyśmy mieli konfederacyę ich (z r.l573) chwalić i onej popierać. 
Katolicki kościół, to matka nasza, którą heretycy prześladigą 
i zabić ją a umorzyć chcą. Jako wielki i okrutny grzech 
matki tej nie bronić! Toć czyni ten katolik, który konfede- 
racyę chwali, która sama w rękę miecz złym synom na matkę 
podaje. O dobre dzieci, iżali was jako matkorozbójniki karać 
nie będą ? Eto wilkom wrota otwarza, jako grzechu o zabicie 
owiec ujdzie? Na synodzie Piotrkowskim konfederacya ta 
jawnie od wszystkiego duchowieństwa jest przeklęta! Niech 
do miast królewskich ministrów swoich nie prowadzą. Na 
kacermistrze i ministry i fałszywe proroki najwięcej oko mieć. 
Bo wszystkie rzeczy duchowne do lekkiego uważania podają: 
nasze nabożeństwa, modlitwy, ofiary jałmużny, posty, umar- 
twienia, czystość, pątnictwo i inne katolickie obyczaje 
w śmiechy obracają. A wy katolicy na to patrzycie jako 
dzieciny nierozumne. Takżeśmy do takiego żydowskiego prze- 
kleństwa przyszli , iż przed jednym heretykiem sto naszych 
uciekać muszą. Bierzmy się tak gorąco za sprawiedliwość 
Bożą, jak oni za swoje ministry i zbory. O nielitościwe eerca! 
Matkę mordują, a my patrząc milczymy! Boga nam bluźnią, 
a my się o cześć jego nie zastawiamy. 

„Proces na konfederacyę" był dalszym jeszcze ciągieui 
kazań ks. Skargi. Żąda sądów duchownych w sprawach o nauce 
Boskiej na heretyki, których wylicza i znamionuje. Wykazuje 
szkodliwość herezyi. W końcu żąda karania o religię here- 
tyków i zniesienia wolności religijnej, zabezpieczonej konfe- 
deracya r^ 1573. Opiera się na prawach dawniejszych, jako 
słusznych, twierdząc, że konfederacya warszawska stoi na 
niesprawiedliwości i niezbożności. 



116 

(Rozdział IX.). Słowami Bezy Teodora, minisira ewan- 
gelików, uderza na wolność religijną, mieni ją dyabelską 
wolnością, która Polskę i Siedmiogród napełniła zarazami^ 
jakichby żadna religia pod słońcem nie ścierpiała. Zarazą tą 
była nauka o jedynym Bogu, którą przynieśli zbiegowie: 
Socyn, Alciati i Sartori, piekielni Trójcy świętej bluźnierce, 
wyklęci i wywołańce. 

(Rozdział X.). Wyklętych musi się karać doczesnie, bo 
na samej klątwie przestać, a dalej nie postępować, to po 
klątwie nic. Bo koniec klątwy i wyłączenie owcy parszywej 
od drugich zdrowych ten jest, aby się wyklęty uleczył i duszy 
swej nie tracił, a drugich nie zarażał i szkody im nie czynił. 
Wołaj na wilka, wyklinaj go z obory, łaj mu, a tu stój, a wilk 
o twoje słowa i klątwy nie dbając, owce łupi i zabija, a ty 
go upominaj i na śmierć i zbój owiec twoich patrząc, śmiej 
się, a dalej nic nie postępuj. O głupia duszo, do czegoś po- 
dobna! Toż się mówi o heretykach. 

Wyklinaj go, zakazuj mu, aby z tobą i z twemi nie 
spółkował. A on się z ciebie śmieje, ustąpić ci nie chce^ 
pewnie musisz go z kościoła i z miasta twego wygnać, a jeśli 
się wracać chce, musisz mu pogrozić, a na osła^ co słowom 
nie rozumi, co twardego podnieść, a dzieciom i poddanym 
zguby wiecznej i kościołowi bożemu i Rzeczypospolitej szkód 
tak wielkich i zarazy nie życzyć. Alias miłości bożej nie 
masz, dusz ludzkich i krwi Chrystusowej nie szanujesz, rozumu 
nie masz i gorszyś niżeli bestya, która o dzieci swoje czynie 
co może, gorszyś niżeli poganin. 

Biskupem krakowskim wówczas był 86-letni starzec My- 
szkowski Piotr od r. 1577, człek łakomy na majątek i prze- 
kupny, jako ks. Ługowski Szymon, przełożony bożogrobców 
w Miechowie, przekupił go konwią pełną talarów. (Nakielski 
p. 720). O kościoły wiejskie nie wiele się troszczył, więc tei 
np. za cały czas biskupstwa jego nie zapisywano cudów 
u grobu błogosławionej Kingi w St. Sączu, jak to pierw 
czynił ks. Feliks, pisarz Stolicy apostolskiej. (Żywot bł. Kingi 
str. 324). Więc też umierając (1591 roku 15. października)^ 



117 

zostawi! bratankom 8 milionów zip. Ks. Skarga nie bez przy- 
czyny nawoływał opieszałych biskupów. Następcą Myszko- 
wskiego był Radziwiłł Jerzy, już kardynał, syn Mikołaja Czar- 
nego, hetmana, kalwina zagorzałego. Nawrócon od jezuitów, 
był ich obrońcą gorliwym, a jako 18-letni kardynał i suffragan 
biskupi w Wilnie, uroczyście palił w Wilnie księgi i rękopisma 
pozostałe po sufraganie Albinusie Jerzym, przyczem omal 
miasto nie zgorzało ; więc też wykupywał i palił biblię, którą 
tłoczyć dał ojciec jego, kalwin. W końcu r. 1599, reformując 
klasztor zakonnic w St. Sączu, mur klasztorny podwyższył 
o całe trzy łokcie i pojechał do Rzymu, gdzie umarł 1600. 

Socyn słysząc, że ks. Skarga z ambony wytyka nazwisko 
jego, potępiając srodze, miał się na ostrożności, mianowicie 
w Krakowie, gdzie bywał rzadko i potajemnie, więc mało 
komu znany z osoby, chociaż znany powszechnie z nazwiska. 
Studenci kościelni i akademicy wielką nań mieli ochotę, aby 
zbić tego lutra najgorszego, co jeszcze gorszy od żydów 
i turków, śledzili go, lecz daremno! 

R. 1594 Tatary wpadli na Pokucie, na Halicz, Kałusz, 
Dolinę i przez wąwozy Bieszczadu wielkiego walili się na 
Węgry, paląc, łupiąc, pustosząc. Złączyli się z Turkami nad 
Dunajem. Raab twierdzę poddał Turkom graf Hardek, za co 
ścięt w ubiorze tureckim ; Papa odbieżana, Komomo oblegane 
ledwo ocaliła odsiecz rakuska. W Krakowie był smutek wielki, 
król Zygmunt i królowa mieli żałość wielką z powodu klęsk 
Rakuz spokrewnionych. Przetoż 17. października procesye 
i nabożeństwa w Krakowie były i post w ten dzień od kazno- 
dziejów zapowiedziany. Trwoga też padła na wszystkich, 
wskutek wieści powziętej od jeńców, że Tatary przez Węgry 
górne i Polszczę zamierzają wracać do Krymu. (Bielski 1717). 
Król przerażony hetmana swego nadwornego, Mikołaja Zebrzy- 
dowskiego, z ludem na prędce zebranym, słał ku górom w kil- 
kanaście set wojaków. Zawezwał też dzierżawców królewskich 
i wybraniecką piechotę z łanów górskich. Hetman też koronny 
Zamoyski z wojskiem i dostojnicy koronni z pocztami spie- 
iszyli zalegać wąwozy górskie. 



118 

Ligęza Mikołaj, kasztelan wiślicki, starosta biecki, ruszaf 
na obronę Biecza. Ruszali też Ligęzowie pobratymce, a między 
nimi z pocztem swym Stanisław Ligęza, starosta opoczyńskie 
syn Przecława, aijanina, i równie żarliwy aijanin, jak żarli- 
wymi katolikami byli wszyscy drudzy Ligęzowie. Był to zresztą 
człek gniewliwy, kłótliwy, srogi dla poddanych, a burzliwy 
na sejmikach. Takiego też dobrał sobie zięcia, Wiemka Jana 
z Łososiny (wedle Tropią nad Dunajcem), wojaka młodego^ 
rwącego się do boju, a katolika z duszy całej, choć spokre- 
wnionego i zaprzyjaźnionego z aijany. (Eccl. Tropie). Dorodny,, 
rumiany młodzieniec podbił serce córki i ojca właśnie tą 
gotowością bojową za ojczyznę. Toć też i teraz nie namyślać 
się, ale z teściem wraz spieszył na pierwsze zawołanie, pod 
dowództwo Zebrzydowskiego, hetmana nadwornego i przybyf 
do Krakowa. 

Socyn Faust też przytył do Krakowa. Wobec trwogi od 
Tatar, mało znany i nieznaczny, mienił się bezpiecznym od 
studentów i klechów spokorniałych wobec wojska, w któren> 
było różnowierców niemało. Spokojnie idąc ulicą, spotka^ 
się z drużyną wojaków starosty opoczyńskiego, Stanisława 
Ligęzy, arjanina, między którymi był onegoż zięć, Wiemek^ 
podochocony winem i rozmarzony opowieściami, jak ta 
w Krakowie lutrów biją i zbór ich dobywają, a na ich pro- 
roki każą mieć oko! Wiemek poznał Socyna, poskoczył ku 
niemu, pochwycił, wołając: A tuś mi heretyku! a tuś proroku 
luterski, a tuś Socynie! bij, kto poczciwej matki sja, kto* 
w Boga wierzy! Szczęściem dla Socyna, iż między wojakami 
była szlachta różno wiercza. Wyrwsdi mu go z rąk i torując 
przejście przez tłum nadbiegający, ułatwili ucieczkę. Lecz 
między tłumami byli studenci, ciekawi na każdą bijatykę lu- 
terską, przyglądnęli się Socynowi, wiedzieli jak wygląda ten 
prorok heretycki. Właśnie wtedy Arciszewski Eliasz, dziedzic 
Śmigla, nabytego od Dudicza, gorący zwolennik nauki Socyna^ 
podróżował po Szwąjcaryi i rozprawiał się z kalwinami w Ba- 
zel. Na poparcie swego zdania kazał tam wytłoczyć Socyna 
dzieło : O Jezusie Chrystusie Zbawicielu. Książka ta, przywie- 



119 

zioną do Polski, rozjątrzyła katolików zarówno z lutrami, po 
kościołach, równie jak po zborach, wyklinano ją, rzncano 
gromy na Soc3n^a. Gromów zbora laterskiego nie słyszeli 
Krakowianie, gdyż lutrzy po zburzeniu zboru swego przenieśli 
się z nabożeństwem do Aleksandrowie, wsi pani Kamińskiej 
Iwanowej, mila od Krakowa. Po Podgórzu sądeckiem zaś w pi- 
semkach ulotnych przeklinał i gromił go Pietrzycki, pastor 
kalwiński w Homranicach. Niedźwiedź zaś, rojna pielesz sa- 
kramentarzy Stankara, po śmierci opiekuna różnowierców, 
Stadnickiego Stanisława Mateusza, pana na Dubiecku i Niedź- 
wiedzi, przeszła na własność syna jego, Marcina, który się 
nawrócił, r. 1595 w Niedźwiedzi kościół katolicki wystawił, 
a r. 1598 Jezuitom na nowicyat u św. Barbary zapisał dom 
i grunt. (Rodowód Stadnickich). 

W Krakowie bez ustanku kaznodzieje katoliccy zwracali 
baczność na aijan, mianowicie na ich apostołów i kacermi- 
strzów, jak się wyrażał ks. Skarga. Socyn też w Krakowie 
nie pokazywał się przez całe trzy lata, przebywając u Mor- 
stynów i im pokrewnej szlachcie. Z Rakowa tylko Osterode 
i Wojdowski, dwu ministrów zboru, śmielszych od Socyna, 
przybyli do Krakowa i miewali kazania w domu znajomym. 
Wytropieni jednak umknęli co tchu, słysząc, iż mają być na- 
padnięci (r. 1597). R. 1598 ośmielił się Socyn przybyć do 
Krakowa, przyjechał nieznacznie pod wieczór, mniemając, iż 
niepoznany ; ale przezdradzon od otoczenia , które dało o nim 
znać uczniom akademii. Uczniowie zwołali pospólstwo do 
pomocy, napadli dom Socyna w mieście zaraz rano, potrza- 
skali sprzęty, potargali pisma i książki , wywlekli starca z po- 
ścieli , lżąc i bijąc, włóczyli po ulicy, nie dbając na wstawianie 
się ludzi litościwych. Wadowita Marcin, proboszcz św. Flo- 
ryana, nauczyciel akademii, poważany i ulubiony, wystąpił 
w obronie starca zagrożonego śmiercią , przemówił do uczniów, 
rozbroił zemstę ślepą i złość zawziętą, okrytą płaszczem 
zapału religijnego, i tak ocalił życie nieboraka. Socyn wydalił 
się z Krakowa, nie wiedząc gdzie położyć głowę stroskaną, 
aż mu schronienia użyczył Błoński Abram w Lusławicach. 



120 

W Lusławicach , na wysepce Wenecyą zwanej , na piąterku 
lamusu murowanego , okopanego i bezpiecznego , tam spokoj- 
nie odetchnął Socyn i córka jego, po matce sierota. Schorzały 
i znękany żył tylko nadzieją, że nie upadnie Bracia polska, 
jak zwał kościół wyznania swego i że się doczeka pociechy 
z jedynego dziecka swego. Otuchy dodawało mu, iż przyby- 
wało wyznawców zgodnych, co uznawali zasady nauki jego, 
a dziecku, że widocznie służyło ono zdrowe powietrze w oko- 
licy podgórskiej. 

W Sądecczyźnie jednobożanie wszyscy zgodzili się na 
jedno, co do chrztu i prawa miecza, a Litwini połączyli się 
z nimi. Była więc jedność jako i do zasad wiary. Kalwiński 
tylko pastor w Homranicach, przedtem, bo jeszcze r. 1593, 
uderzał na nich ustnie i w listach pisanych ulotnych, ohy- 
dzając przed ludem wiejskim, a zachwalając swój obrządek. 
Zwał się on Pietrzycki, a pisał się Petricius. Szlachta oko- 
liczna, przyjaciele i krewni p. Tęgoborskiego Jędrzeja, pana 
na Tęgoborzy i Homranicach, nalegała, żeby zwołał synod 
i uspokoił sprawę. Synod w Homranicach , złożony przeważnie 
z arjan, przeprowadził tak zwaną „Homranicką zgodę *^ : 
„Bracia Homrańscy wszystkie tytuły i jakiekolwiek wywyż- 
szenia starego i nowego przymierza o Chrystusie wyrażone 
nikomu innemu, jeno temu człowiekowi, panu z nieba, który 
się z Ducha świętego w żywocie Panny Maryi począł i z niej 
urodził, cierpiał i umarł, przypisywać i przywłaszczać nie 
mają**. Uchwałą tą oburzony Pietrzycki pisał swe ulotne 
listy: „Dziesięć artykułów na ohydzenie arjan" i puszczał 
między ludzi. Dodał jeszcze: „Artykuły Elbionitów, bluźnier- 
skie, antychristyańskie". R. 1596 dopiero udało się Lubieniec- 
kiemu Stanisławowi , ministrowi arjańskiemu w Tropiu, dostać 
te pisma ulotne, tajemnie rozszerzane. Odpowiedź na arty- 
kuły — które rozsiewał po Podgórzu Petricius z Homranic, 
minister — Lubienieckiego wyszła w Rakowie niebawem. 
Pietrzycki stał się niemożebnym w Homranicach wobec obra- 
żonej szlachty arjan. Śmiał się tylko w sąsiedniej Tęgoborzy 
młody Chrząstowski Cyryl, kalwin, ożeniony z Anną, córką 



121 

Tęgoborskiego Jędrzeja, pan na Szczepanowicach. Mia/ on 
bracią stryjeczną w ziemi bieckiej , kalwinów zaciętych jako 
on sam, dziatwę Chrząstowskiego Jędrzeja i Anny, córki Fa- 
rureja Jakóba. Ujęli się oni Pietrzyckiego i wzięli go do Jo- 
dtówki , do zboru kalwińskiego. W Podgórzu sądeckiem odtąd 
była zgoda i spokój. Socyn chciał mir rozszerzyć dalej. Na- 
pisał Wezwanie do różnowierców wszystkich, wzywając do 
zjednoczenia (r. 1599). Stojeński Piotr, młodszy, wówczas 
minister zboru w Lusławicach, przełożył to na polskie i ka- 
zał wytłoczyć (1600), która to odezwa Socyna spodobała się 
ludziom wyrozumiałym. 

Moskorzewski Jarosz Piławita , bogaty pan na Kamieńcu 
czyli Odrzykoniu, wpływowy posśł kilku sejmów, r. 1585 po- 
znał i polubił Socyna, którego zasady przyjął zupełnie. Działo 
się to jeszcze w domu Dudycza, z którego córką Moskorzewski 
się ożenił, którego przykładem przyjął wyznanie jednobożan, 
a wkrótce przez naukę, zdolność, majątek i cześć stał się 
przewódcą Braci polskiej czyli arjan. Onemu najbardziej do 
serca przypadła Socyna odezwa do jednoczenia się. Pietrzycki 
jednak nie przystawał na zjednoczenie takie. Odpisał na nie 
imieniem obruszonych ewangelików. Moskorzewski r. 1602 
odpisał od arjan, wyrzucając Pietrzyckiemu wściekłą niena- 
wiść przeciw jednobożanom. Tak też było; lutrzy i kalwini, 
acz sami ciężko prześladowani od katolików, wściekle niena- 
widzili jednobożan. Spełniała się przepowiednia Hozyusza, 
iż się gryźć będą wzajemnie. Socyn dążył przede wszystkiem 
do zjednoczenia myśli współwyznawców, pracował nad kate- 
chizmem wyznania, w czem mu pomagali drużbowie: Mosko- 
rzewski, Smalcyusz i Yoelkel. Z córki doczekał się pociechy, 
bo się z nią ożenił Litwin zacny, Wiszowaty Stanisław. Spo- 
kojny więc o los dziecka, równie jak o dolę wyznania swo- 
jego, bacząc dokonywający się przekład polski katechizmu, 
umarł spokojnie tamże w Lusławicach 3. marca 1604. Po- 
grzebał go wierny drużba, Stojeński Piotr, syn, który z nim 
razem przybył tu z Rakowa i rozmowami pocieszał. Błoński 
na grobie jego kazał położyć kamień potężny, ociosany 



122 

w ośmiokąt, bez ozdób żadnych, z napisem tylko , że Łam leżą 
zw/oki Socyna. Grób leży od zachodniej strony zborku^ 
w pobliżu i ku Dunajcowi. Napis dziś niecz3rtelny, bo go 
niszczyła i wyciera/a zawiść ludzka i deszcze , słoty. Stojeński 
Piotr na bezrok wrócił do Rakowa i tam umarł. Syn onegoż ^ 
Jan , przejął jego zasady i żarliwość wiary rozumowej. 

Socyna zasady, wedle katechizmu, wnet po jego śmierci 
wydanego w Rakowie, były: „Źródłem prawdy jest pismo 
święte, o tyle jednak tylko, o ile nie jest w sprzeczności 
z rozumem ludzkim. — Trójcy świętej nauka przeciwną jest 
rozumowi, gdyż Bóg jedną tylko jest osobą. — Chrystus,, 
człowiek, obdarzon jest boską mocą celem zbawienia ludz- 
kości, a w nagrodę posłuszeństwa swego wzniesion do bo- 
skości. Więc będzie sądzić żywych i umarłych; toć się mu 
należy cześć boska. — Duch święty, to siła boża. — Obraz, 
i podobieństwo boże w człowieku polegały jedynie na pano- 
waniu człowieka nad zwierzętami. — Człowiek z natury nie- 
śmiertelny, gdyby nie był popełnił grzechu , byłby został nie- 
śmiertelnym. — Grzech pierworodny nie istnieje wcale, tylko- 
skłonność do złego, co nikomu za winę poczytanem być nie 
może. — Bóg nie wie naprzód o czynnościach ludzkich. — 
Zbawienie , to poprawa wskazana życiem i nauką Chrystusa y 
z nagrodą odpuszczenia grzechów i życiem wiecznem. — 
Śmierć Chrystusa nie jest przejednaniem Boga, lecz zapie- 
czętowaniem nauki wygłaszanej , środkiem osiągnięcia ubó- 
stwienia. — Początek nawrócenia jest dziełem woli ludzkiej , 
spełnienie zaś jest skutkiem pomocy Ducha świętego. — 
Sakramenta, to obrządki starodawne i piękne, więc mogą 
być utrzymane. — Religia chrześcijańska jest drogą do ży- 
wota wiecznego, objawioną przez Boga; jest udoskonaloną 
wiarą Mojżesza. — Zmartwychwstaniemy duchowo tylko. — 
Bezbożni , szatan i anioły jego , zniszczeni będą w dniu sądu 
ostatecznego. — Zarząd kościoła oddzielać trzeba od zarządu 
świeckiego. Władzą kościelną jest synod, złożony z prze- 
łożonych zborom pojedynczym. Karność polega na napomnie- 
niu i wyłączeniu. — Państwo nie powinno karać niedowiar- 



12S 

ków. a należy mu się posłuszeństwo poddanych^. Do kate- 
chizmu tego Socyna przedmowę napisał Stojeński. 

Es. Skarga dostał do rąk książkę oną polską i aże stru- 
chlał. Natychmiast napisał: „Zawstydzenie arjanów". — Że 
spoganieli i nie są chrześcijanami, bo chrześcijanie rodzą się 
na chrzcie mocą Trójcy świętej, jako nauczył Chrystus: 
„Chrzczę cię w imię Ojca i Syna i Ducha świętego". — Że 
są poganami wielobożany, gdyż Stojeński uczy w przedmowie, 
iż Chrystus jest Bóg prawy, ale czyniony... Więc dwu bogów 
mają. — Że w wykładzie pisma nie uznają trybunału ko- 
ścielnego, papieżów i biskupów, natchnionych Duchem świę- 
tym. — Widząc , nie widzą , słysząc, nie słyszą i pod ono prze- 
klęctwo podpadają, aby zbawieni nie byli. Przetoż od takich 
uciekajcie, aby was z nimi gniew boski nie zagarnął, aczas- 
do pokuty nie minął! — Tak zakończył ks. Skarga część 
pierwszą, w drugiej zaś opowiedział dzieje Arjusza i odro-^ 
dzenie jego nauki po 1100 latach. Począł od Lutra, Serweta, 
Gentilisa, Gribalda, Lismaniego, Dawida, skończył na Socy- 
nie i Stojeńskim i innych ministrach podgórskich i litewskich,^ 
którzy wszyscy wiarę św. chrześcijańską obalają, albo z Żydy 
i Turki bóstwa się Syna bożego i Ducha świętego zapierają,^ 
albo z pogany wiele bogów w bałwochwalstwie sławią... 
Poczem zawadził o Raków i naukę Rakowian przewodził we- 
dle sprawozdania niejakiego Maciejowskiego , ministra rakow- 
skiego, zbiegłego jeszcze przed wydaniem katechizmu Socyna, 
wytykając, co uczy Lubieniecki , Socyn, Stojeński, Voelker... 
Zakończył zaś przestrogą: iż herezye gniew boży przywodzą 
na narody, jak przedtem w Grecyi, Azyi, Egipcie i Afryce, 
tak obecnie w Siedmiogrodzie przez arjany. Na to Zawstydze- 
nie arjan i na kazanie o Trójcy świętej odpowiedział najprzód 
Smalcyusz. 

W rokosz Zebrzydowskiego szlachta zgromadzona w Stę- 
życy, 13. września 1606, poselstwem królowi i senatowi 
w Wiślicy przedłożyła żądania swoje, między któremi był żal 
na Jezuity: Iż się w sprawy świeckie wdają na dworze^ 
królewskim. — Iż na kazaniach polecają rządy absolutne,. 



124 

ganiąc wolność obywatelską i porządki rzeczypospolitej. — 
Iż zaburzenia wzniecają i do powstań ludzie pobudzają. — 
Aby więc wydaleni byli od dworu królewskiego. — Cudzo- 
ziemce tego zakonu aby do trzech miesięcy wygnać, a urzędy? 
jeżeli ich nie wypędzą, karać tysiącem grzywien. — Nadania 
królewskie i biskupie, dla nich poczynione, znieść i zniwe- 
czyć. — Zostawić ich w Poznaniu , Kaliszu , Wilnie , Lublinie, 
Brunsbergu , Pułtusku , Jarosławiu i Nieświeżu , a wygnać na- 
tychmiast z Krakowa, Warszawy, Sędomirza, Lwowa, Toru- 
nia, Gdańska, Polocka, Rygi i Derptu. — Nadania i majątki 
jezuitów obrócić na akademię krakowską i szpital żołnier- 
ski. — A gdzieby o tę uchwałę czegokolwiek przeciwnego 
•czynić się ważyli , aby podpadali karze wygnania z królestwa 
i krajów przyłączonych. (Hartknoch 914). Herburt Jan Felix 
wydał dwie książki: „Praktyka rakuska*' i „Jezuita", w któ- 
rych szarpie króla jezuitów, a najbardziej księdza Skargę. 

Niebawem, bo 17. września, w Wiślicy wobec króla 
i sejmu na kazaniu odpowiedział na te żądania ks. Skarga. 
Na bezrok zaś wydał swą: ,,Próbę zakonu jezuitów^^ Prze- 
<;hodzi całe dzieje zakonu, począwszy od żywota Lojoli, prace, 
zasługi, nagrody i prześladowania po całym świecie, a na 
końcu w Polsce , gdzie się dopiero poczyna uchwałą stężycką. 
Zakończa wyliczeniem swych męczenników, podnosząc, iż 
jezuitów więcej zginęło z rąk kalwinów, niż od pogan. 

R. 1607 Moskorzewski wydał „Zniesienie zawstydzenia 
księdza Skargi" i przypisał królowi, prosząc o zbadanie i rozsą- 
dzenie. Śmiałością tą obruszony Skarga napisał „Wtóre za- 
wstydzenie arjan", przypisał je Tylickiemu, biskupowi krako- 
wskiemu, wytykając , że na rzecz taką nie królewski to sąd, lecz 
fciskupi. Poddaje się też pod on sąd biskupi, wzywa też Mo- 
skorzewskiego samotrzeć z dwoma pomocniki. Moskorzewski 
oczywiście nie stanął, biskup go wyklął, a Skarga w przed- 
mowie przytacza wyrok klątwy. Narzeka też , że zaraza arjań- 
ska gdyby kąkol rozsiewa się w ziemi Krakowskiej, Sando- 
jnirskiej i na Podgórzu, gdyż arjanie polszczyzną najwięcej 
proste ludzie zwodzą , a katolicy acz łaciną mocno ich naukę 



125< 

obalają, ale w polskiej mowie książek bardzo skąpo. Wznawia 
więc znane wywody, że chrześcijaninem tylko ten , co wierzy 
w Trójcę świętą... o bóstwie przedwiecznem Chrystusa... o wy- 
wodzie z proroków i z ewangelii św. Jana stów : Na po- 
czątku by/o słowo, a stówo bytó u Boga, a Bogiem bytó 
stówo... przechodzi na arjan naukę , że Chrystus-cztówiek Bo- 
jgiem, gdyż ubóstwiony, i wywodzi, że czczą dwu bogów, t.j. 
prawdziwego i czynionego. Że i dyabeł czyni się Bogiem. 
Więc są bałwochwalcyma ! Po staremu stawia nieomylność 
Kościofa w wykładzie pisma świętego, podtrzymuje świadectwa 
ojców Kościoła, uderza na wykładaczów arjańskich, miano- 
wicie na Smalciusza z Goty, który się jeszcze zarażać dusz 
ludzkich nie douczył, może za swym mistrzem, panem Mosko- 
rzewskim, księgi Socyna nosić; wielbi ks. Ostrowskiego, ka- 
nonika krakowskiego, księgę „O bóstwie Chrystusa", pisaną 
przeciw nowochrzczeńcom , a gromi pijany i ciemny rozum 
szlachcica , co z drużby swymi wprowadza do Polski nie tylko 
arjaństwo, ale pogaństwo, wielobóstwo ; gani pijany nocny 
rozum jego, iż jezuitom złorzeczy. Arjan zwie niechrzeńcyma 
pogańskiej niewierności , odróżnia od innych heretyków, któ- 
rzy wierzą w Trójcę świętą i są ochrzczeni. Pierwejby węża 
tego arjańskiego exorcyzować i wyklinać trzeba! Ks. Górski 
też wydał „Niewstyd arjański". 

R. 1510 Moskorzewski w odpowiedź Skardze wydał 
w Rakowie „Zniesienie wtórego zawstydzenia ks. Skargi**.. 
Zarzuca Skardze nieuctwo dowcipne, że dworuj ącem pismem 
pokrywa brak wiadomości ścisłych. Dotyczy to wywodów 
z pisma świętego, mianowicie z ewangelii św. Jana, której 
wstęp uważano za podstawę nauki o Chrystusa przedwiecz- 
nem bóstwie. Katolicy opierali się na wyrazach : Na początku 
było słowo. Wyraz słowo był przekładem greckiego logos., 
Jednobożanie , sięgając do tekstu pierwotnego hebrejskiego, 
odrzucali ten przekład, twierdząc, iż greckie Logos jest he- 
brejskiem, z grecka pisanem Elohim i oznacza siły stworze- 
nia. Więc przekład ma brzmieć : Na początku były siły, a siły 
były u Boga, a Bóg był siłą stworzenia. Zgodne to z pojęciem. 



126 

przedhebrejskiego Ela, boga w pojęcia Feników przedabra- 
mowych. Tak Chrystus na krzyżu nazywał Boga: Eli! Eli! 
lama sabatani. O ten wyraz rozbigafy się wywody Trójcy świętej. 
Elohim, liczba mnoga od El, znaczy/o siły stworzenia zbio- 
rowe, z czego urobiono pojęcie i wyraz angelus, anio^ Od 
Boga Ela wychodzi^ Elohimy, niejako duchy. Do takich Elo- 
himów więc arjanie zaliczali Chrystusa i Ducha świętego. 
Przeciwnicy zaś dodawali : i ducha złego ! czarta. Moskorze^ 
wski więc Skardze zarzucał nieumiejętność tych wywodów 
hebrejskich, odpowiadał wprost do rzeczy naukowo- a na 
obelgi nie odpowiadał wcale. Skarga sam uznawał głębokość 
nauki Moskorzewskiego i Socyna. Śmigelski, jezuita, po ła- 
cinie i mniej świetnie, niż Skarga, pisał : „Nova monstra novi 
Arianismi , duos Deos Christianis colendos esse^' itd. Smalciusz 
odpowiadał mu też po łacinie. Cała baczność Polaków zwró- 
coną była na polskie rozprawy Skargi i Moskorzewskiego. 
Skargi i wywody męczeństwa jezuitów z rąk kalwinów 
nie pozostały bez skutku. R. 1610 w Wilnie pospólstwo, słu- 
chając je, powtarzane przez jezuitów, zerwało się, uderzyło 
na zbór kalwiński podczas kazania. Krasnowski, kaznodzieja, 
zrzucon z kazalnicy, złamał nogę; rektor i słudzy kościelni 
zbici tak, iż ledwo żywych wyniesiono. Dosięgło też i aijan. 
R. 1611 w Warszawie (16. listop.) za staraniem nabożnej 
królowej Eonstancyi Rakuszanki na rynku śmiercią ukaran 
Tyszkowicz Jan, mieszczanin z Bielska polskiego, za szerze- 
nie nauki przeciw Trójcy świętej. Aijanie wielbili w nim 
męczennika (Lubieniecki) , katolicy zaś (Jan z Pilzna) mienili 
stróżem piekła, cerberem. W Krakowie Wojdowskiego Ję- 
drzeja, drużbę Osterrodego, pochwycili uczniowie szkół, bili 
i nurzali w Rudawie jako nowochrzczeńca. Skarga, wiekiem 
i pracą zwątlony, tegoż roku 22. kwietnia kazaniem wielka- 
nocnem pożegnał dwór królewski i Warszawę, wrócił do 
Krakowa, modlił się, robił kałamarze, świeczki woskowe, 
zamkle do książek, szkatułki, szył chustki i koszule dla sie- 
bie; pisał też ostatnie swe dzieło przeciw aijanom, którego 
jednak nie dokończył. Umarł spokojnie 27. września 1612. 



127 

^Mesyasz nowych arjanów, wedle Alkoranu tareckiego'', dokoń- 
czone przez ks. Marc. Łaszczą, ostatnie jego dzieło, wydane 
w Krakowie już jako pośmiertne. 

Biskupstwo krakowskie jezuici wyrobili Maciejowskiemu 
Bernatowi, który też ciągle zostawał pod ich wpływem. 
R. 1603 zaniemógł śmiertelnie we wsi biskupiej Świniarsku 
sądeckim, wyzdrowiał, ofiarując się do grobu Kingi, której 
szczątkom sprawił trumienkę srebrną, w którą przełożone 
z C3fnowej. Potem na prośby ksieni Tuszyńskiej r. 1605 zesłał 
jezuitów do St. Sącza, ks. Radzimski z polecenia onegoż re- 
likwie obmył winem cudownie działającem i z drugim jezuitą 
odbył missye w klasztorze i mieście, przyczem nawrócona 
jakaś arjanka podróżna. Dalej w N. Sączu odprawiali misye 
i nawrócili ośm rodzin luterskich i zawezwani od Lubomir- 
skiego Stanisława, starosty spiskiego, pospieszyli na Spiż 
i 15. marca 1605 przybyli do Lubowli walczyć z niedowiar- 
stwem, krzewiącem się po wsiach i miastach. Nawrócili 
37 niedowiarków. (Załęski 171). R. 1604 w Lubowli miesz- 
czanie, zmówiwszy się, wpadli do kościołów św. Anny i Maryi 
Magdaleny, zabrali monstracyę srebrną i wszystkie przywileje ; 
na użytek własny jęli też obracać pola plebańskie. Ks. Gro- 
chowski, pleban, pozwał ich o to do grodu sądeckiego. Że zaś 
•cała kapituła spiska już zlutrzała, odmówił jej dziesięciny. 
Więc go też do grodu sądeckiego o to znów pozwał prepozyt 
spiski, ks. Marcin Pete, biskup kołoceński. Lubowlanie, z zlu- 
trzałym swym wójtem na czele jawnie i coraz śmielej jęli 
nagabować ks. Grochowskiego. Wójt , czyli z niemiecka rych- 
Łarz, nazwał go złodziejem i kazał otwierać zakrystyę, twier- 
dząc, iż ksiądz pobrał pieniądze kościelne. Mieszczanie ocią- 
gali się z zwózką zboża, a wkońcu całkiem ustali wozić 
plebanowi. Dziesięciny też nie dawali, kościoła ani plebanii 
nie naprawiali, w łąkę się worywali, młodzieńcom pomagają- 
cym w służbie Bożej nie płacili, a wkońcu trupa heretyckiego, 
którego ksiądz nie chciał pogrześć na cmętarzu, pochowali 
przed samą plebanią u furty cmętarnej. Ksiądz znów użalił 



128 

się w grodzie w N. Sączu, dodając, że mu zhipili i browar, 
zabrali kot/y, kadzie i koryta. 

W Krakowie po ks. Maciejowskim, który zosta/ arcy- 
biskupem gnieźnieńskim , biskupstwo krakowskie otrzymał 
ks. Tylicki Piotr. Biskup krakowski nakazał zwiedzanie i, o ile 
się da, odzyskanie kościołów zabranych. W Tropiu (1604) ks. 
Zdychowicz upomniał się pani Dorocie z Rabkowskich Ga- 
bońskiej, wdowie, o oną skrzynię okowaną, którą zabrała, 
gdy arjanom oddawano kościół. Nie przeczyła, twierdząc, że 
nie zabrała, lecz wzięła w przechowanie. Oddała też i było 
wszystko: ornaty, kapy, antypedia, chorągwie, obrusy, ręcz- 
niki, lecz wszystko zestałe i zepsute, bo nigdy nie przewie- 
trzane ani przesuszane. W Tymowej kościół istniał, ale bez 
plebana; błędni tylko księża nawidzali czasem i prawili na- 
bożeństwo. Trzecinę pola plebańskiego trzymał kaznodzieja 
arjański, resztę dwór. W Męcinie kościół odebrał zesłany od 
biskupa ks. Piotrowski Wojciech, bo koUatorowie pozwani 
nie stawali do sądu. Zastał kościół pod dozorem kościelnego 
starego, Kotasa Marcina, który go doglądał i w porządku 
utrzymywał od r. 1574, otwierając ministrowi aijańskiemu, 
gdy wypadło, za co pobierał opłatę od 30 krów i 10 ułów 
pszczół. Minister zaś trzymał wydzielone mu pola plebańskie. 
Ks. Piotrowski zażądał od kościelnego owych zysków z krów 
i pszczół, których tenże odmówił. Rozpoczęły się zatargi 
i kłótnie, w które wmieszali się młodzi dziedzice, Krzesze 
Jan i Kasper. R. 1605 , w wilią św. Jakóba , z gromadą ludzi 
przyszli na plebanię , wyrzucili księdza. Pozwani od wyroku 
Lubomirskiego Stanisława, podstarościego sądeckiego, odnieśli 
się do trybunału w Lublinie. Ks. Piotrowski, nie dowierzając^ 
wolał przystać na sąd polubowny i pogodził się po kilku la- 
tach prawowania. W Jastrzębi nowy pleban, szlachcic, ks. 
Źródło Tomasz z Działoszyc, sam wystawił nowy kościółek 
drewniany z dzwonnicą, a dzwony dwa zabrane do Lusławic 
odebrał po części prośbą, a po części siłą mocą (r. 1606). 
Pól też plebańskich oddał mu dziedzic Taszycki Maciej , arja- 



•^^' 



- *> 1 



^. 



T'-. 
i,^ 



^^r 



• ii 



-C ' . 



129 

nin, tyle, ile w fundacyi stało; późniejsze nabytki zaprzeczył, 
równie jako lasu i dziesięciny. 

W Korzennej ks. Januszowski , archidiakon sądecki , 
i. grudnia 1607 przybywszy, zastał kościół zawarty i bez ple- 
bana. Na plebn^nii spustoszałej, w jednej mieszkalnej izdebce 
zallderzeni. ..dstał mieszkającego przybysza Zabłockiego Jakóba 
z Kamieńska od Sieradza, 8 mil od Częstochowej. Zapytany 
co zacz i odkąd tu siedzi, odrzekł: Miałem niegdyś żonę z Za- 
leskich Małgorzatę , szlachciankę, i dwu synów, Jana i Stani- 
sława, i córkę Zofię, dotąd pannę, która jest u babki Zaleskiej. 
Synowie siedzą na ojcowiźnie. Ja zaś udałem się na nabo- 
żeństwo i ubóstwo dobrowolne. — Z jakiegoż powodu? — 
Bogu to najlepiej wiadomo ! — Od roku bawię przy tym 
kościele jako nauczyciel , kościelny i dzwonnik zarazem. — 
Któż pobiera dochody, kto trzyma pola? — Plebańskich pól 
jest nie mało i ogród i dziesięcina. Wszystko to trzymają 
dziedzice sami i zyski ciągną. Czasem jednak wedle ochoty, 
tóedy chcą i na jak długo chcą , sprowadzają księdza wika- 
rego. Dziesięcinę z Niecwi i ospy pobiera dziedziczka, pani 
Jordanowa, matka żony p. Korzeńskiego, i użytkuje z łąki. 
Wójt zapytany, czemu od tylu lat niema plebana? odrzekł. 
Najprzód przez niedowiarstwo, które się wszczęło w tej wsi 
będzie temu lat 28, za czasów niejakiej pani Straszowej, która 
była opiekunką panów Eorzeńskich i zwolenniczką heretyków 
zaciekłą. Powtóre zaś, że wszyscy panowie świeccy, miano- 
wicie dzierżawce, pragną sami być plebanami, dla zysków. 
Stąd tyle zmian w kościele i spustoszeń, gdyż przyjmują 
bieży bez różnicy, jacy się nawiną, odszczepieńców, zbiegów, 
przybłędów i nicponiów. Zapytany dalej o sprzęt kościelny 
j^rebrny, odrzekł, iż słyszał, że była monstrancya srebrna 
w zastawie, lecz nie wie u kogo i kiedy. Szkoła jest bez 
nauczyciela, z dochodem szczupłym i szczupłą petitą. (Liber 
nsit. Joannis Janaszowski). 

Dźwignią pobożności i uobyczajnienia są bractwa reli- 
gijne. Już 1603 r. była pierwsza w Krakowie kongregacya 
szlachty i literatów (tj. modlących się z książki) u św. Piotra. 

9 



130 

Biczowników pochód kończył czŁerdziestogodzinne nabożeń- 
stwo b/agalne. Odszczepieńce naigrawali i szydzili z tego 
pochodu biczowników arcybractwa miłosierdzia u św. Barbary 
r. 1586. Później do zakaptorzonych biczowników przyłączali 
się uczniowie akademii, a nawet dostojnicy koronni biczowali 
się publicznie. (Ks. Zaleski. Jezuici u św. Piotra str. 158). 
Główny jednak zastęp nabożnych tworzyły bractwa cechowe 
rzemieślnicze. 

Zygmunt I. potwierdził (1532) istnienie bractw cechowych, 
byle nie nadużywały przywilejów. Częstemi jednak skargami 
szlachty i posłów poruszony, zniósł je znowu r. 1538. R. 1543 
uchwalono też zniesienie bractw rzemieślniczych po miastach, 
skoro ubliżają prawom szlachty, pod karą na wojewodów. 

R. 1550 w Piotrkowie orzekł Zygmunt August: Cechy, iż 
dawno od przodków naszych zniesione, i my je znosimy 
i w niwecz obracamy, oprócz obrządków kościelnych. — Owóż 
o te obrządki kościelne cechowe, wobec wzrastającego od- 
szczepieństwa, chodziło duchowieństwu. Państwu chodziło 
o wyroby rzemieślnicze jak najlepsze, o dobry oręż, dobrą 
zbroję, rząd koński i uprząż, o dobre sukno, kilimy, skóry, 
więc też o lekarstwa i wszelkie potrzeby wojenne, równie jak 
domowe, a nawet zbytkowe. Słynęły strzelby z Torunia, zbroje 
krakowskie, złotnictwo krakowskie, wyroby gdańskie, śląskie 
i zagraniczne. Grube pieniądze wydawano, sprowadzając za- 
graniczne zbroje, sukna, płótna, sporządzane z polskiej wełny, 
polskiego lnu. Zaprowadzać jednak rękodzielnictwo lepsze, 
trudno było, a poprawiać rzemiosła wprost niepodobna, bo 
to były wyroby niedowiarków. Najlepsi nadworni złotnicy 
w Krakowie byli lutrami, Toruń luterski, Gdańsk zlutrzały, 
a Śląsk i Morawy dostarczały najdoskonalszych wyrobów, 
sporządzanych przez nowochrzczeńce ! 

W N. Sączu przemogły względy na zbawienie duszy. 
Przeciw Socynowi wznawiano bractwa cechowe, a dla upra- 
wnienia ich i ustalenia wpisywano je w księgi grodzkie 
(r, 1604). 



131 

Łacina i Ło licha (którą wyśmiewał już Górnicki Łukasz, 
±e nie ma w niej nic łacińskiego) (Ł. Górnicki. O elekeyi 51) 
lyfa podstawą nauki , podobnie jako i u katolików, co urno- 
-żebniato porozumienie, ułatwiało rozprawy, gdyż wszyscy 
niemal nauczyciele byli cudzoziemcami, władającymi łaciną. 
W Rakowie r. 1602 założono pięcioklasową szkołę na wzór 
pińczowskiej i lubartowskiej. Krellius pisze do matki swej: 
„Pracy jest podostatek, gdyż uczniom moim muszę wykładać 
logikę, etykę, fizykę, grekę, mowy Cycerona z analizami logi- 
cznemi, więc też tygodniowo dwa razy rozprawiać: raz filozo- 
ficznie, drugi raz filologicznie, także tygodniowo zadawać 
i ćwiczenia one poprawiać, o ile czasu starczy^'. (Łukaszewicz 
Hist. szkol. I. 358). List on pisań po niemiecku. 

Sami cudzoziemcy rządzili. W Rakowie : Krokier, Brock- 
haus, Manlius, Krellius, Ruar, Stegman Jan i Wawrzyniec, 
Frank, Teichman, Schwarz (Nigrin) i t. d. WKisielinie: Giselius, 
Hohleisen. Nauczyciele, ludzie młodzi, zagorzalcy, wyznanie 
swoje tylko na oku mający, młodzież na dobrych Socynian 
przysposabiali, a siebie samych na ministrów. Więc rozprawy 
odbywali, mianowicie w Rakowie, z wyznaniami wszelkiemi, 
uczyli panegiryki i tym podobne brednie, marnując czas. 
Szydzili z katolików, z pątnictwa Częstochowy, obrazów, a sami 
przesądni i zabobonni, jak np. Sandius zapisujący wróżby 
śmierci syna swego. (Łukaszewicz. Hist. szkół). R. 1600 w Ra- 
kowie, po rozprawie kalwinów z arjany, Sieniński Jan, woje- 
woda podolski, wraz z synem Jakóbem przyjęli aijanizm, 
założyli szkoły. W Krakowie na lutry ciągle napadali studenci. 

R. 1614 w Poznaniu i Lublinie zbory luterskie zburzyło 
pospólstwo złączone z studentami jezuitów. Arjanie podgórscy, 
dalecy od Krakowa, jezuitów i studentów, mieli spokój święty 
zamącony tylko od czasu do czasu pozwem o dziesięcinę 
zaprzeczoną, gdyż nawet o kościoły nie chodziło im, oddawali 
Je bez trudności, modląc się w zborkach swoich, złożonych 
z izby zwykłej mieszkalnej, albo piąterka drewnianego, posta- 
wionego na lamusie niewielkim. 



132 

R. 1620 w Szczebreszynie umarł arjanin Powała, oby- 
watel miasteczka tego. Podczas gdy pogrzeb przechodził przez 
rynek, żaki szkolne i pospólstwo jęli napastować, chcieli 
trumnę powalić na ziemię, mścić się nad zwłokami, lżąc 
panią Powalinę Chrystynę, wdowę zmarłego, szlachciankę. 
Ujęła się jej szlachcianka druga, pani Złotnicka, którą ..jiżono, 
zesromocono. Urząd miejski z burmistrzem przypatrywali się 
obojętnie. Pani Powalina, do sądu Zamojskiego Tomasza, 
dziedzica miasteczka, pozwała burmistrza i rajce, iż patrząc 
na napaść, nie bronili wedle powinności. Zamojski, przeko- 
nawszy się, iż pozwani, będąc tam obecni, gwałtu bronić 
mogąc, nie bronili, zasądził: „Aby za to niedbalstwo swoje 
stronie powodowej w nagrodę żalu i obclżenia, które się za 
takowym gwałtem stało, grzywien sto oddać i onę przeprosić 
w domu jej własnym powinni byli. Na które sto .grzywien 
tak sam urząd, jako i katoliccy obywatele, tameczni wszyscy 
składać się mają. A co się tyczy żaków, iż są pod jurys- 
dykcyą kościelną, nakazuję, aby o uczynienie z nich spra- 
wiedliwości i pokaranie księdza dziekana zamojskiego, jako 
pasterza kościoła tamtego, strona powodowa rekwirowała. 
Który, gdyby jej uczynić nie chciał, natenczas ja sam, według 
tego jako zasłużyli, z nich ją uczynić rozkażę. Ażeby na potem 
takowym ekscesom droga się zagrodziła i wszystkim obywa- 
telom równe bezpieczeństwo i obrona od urzędu była, zakła- 
dam winy na urząd miejski 200 grzywn. Obywatelom też sekty 
aijańskiej surowic rozkazuję, aby w odprawowaniu obrzędów 
i schadzkach swych prywatnych i publicznych żadnej okazyi 
do tumultów i zgorszenia z siebie katolikom nie dawali. Bo 
gdyby w tem przeświadczeni byli, że za nieostrożnym postęp- 
kiem obrzędów swych, albo nad zakaz i ustawę moją, któ- 
rąmjem im w tym punkcie pierwej uczynił, przyczyną do 
zgorszenia ludziom byli, za doniesieniem urzędu lub kapłanów 
tam będących, winą pieniężną, jakowa w^ pierwszym moim 
zakazie postanowiona jest, mają być karani, której połowica 
na kościół, a połowica do skrzynki mojej należeć będzie. 
Czas oddania tych stu grzywien za dwie niedziele nakazuję. 



133 

W Zamościu 6. sierpnia 1620. Tomasz Zamojski". (Księga 
praw i nadań Tom. Zamojskiego w odpisach równoczesnych* 
Archiw. Aleksandra Ozorowskiego we Lwowie). 

Szlichtyngi byli to niemcy spolszczali, z Bukowca wiel- 
kopolskiego, pierwotnie pisali się von Schlichting auf Bauch- 
wiz, byli arjanami. Nie tak Schlichting Zygmunt ^auf StarpeP, 
który r. 1592 przeciw arjanom śmigelskim pisał po niemiecku: 
Yerstand und Erklarung des apostolischen Glaubens. Również 
po niemiecku odpowiedział mu Schlichting Wolfgang z Bu- 
kowca, imieniem zboru śmigelskiego, broniąc wyznania arjan. 
Wolfgang miał synów, Jonasa i Wespazyana, rozgłośnych 
w dziejach. Jonas, urodzon 1592, ucząc się w Rakowie, był 
ulubieńcom Sienińskiego Jakóba, który mu r. 1616 powierzył 
wychowanie syna swego Zbigniewa i obydwu wysłał na naukę 
do Niemiec i Holandyi, gdzie też sam nauki pobierał. Jonas, 
nauk spragniony, korzystał z wszystkiego, a nie zahaczył 
dobrobytu Hollendrów i ich gospodarstwa wzorowego. Od 
Harlemu do Amsterdamu widział krainę, stanowiącą jeden 
śliczny ogród, pełen kwiatów, pełen warzywa. Przecudne, 
niewypowiedzianie piękne krokusy i tulipany, więc też piękne 
i woniejące hyacynty lśniły i kraśniały aż rwało oczy, a na 
przemian piękne maki, nadobne lny i marzany kwitnęły za- 
gonami i niwkami całemi pomiędzy konopnemi grzędy i za- 
cieniane chmielnikami wysokotycznemi. Po trawnikach bieliły 
się płótna cieniuchne, a po błoniach pasło się bydło tuczne 
i dojne. Sukna zaś, jakie widział w Lejdzie, Delfl, Utrecht 
i Mastrychcie, były na podziw piękne i dobre, a papier ho- 
lenderski dobrocią przechodził wszystkie. Nie mógł się też 
wydziwió uprawie cebuli, którą w nieprzebranej ilości z pol- 
drów namulistych zwożono ku morzu, na okręty. 

Po ośmiu latach wróciwszy do kraju, posmutniał na 
widok ubóstwa, a rozżalił się, słysząc, iż ewangelicy, nie pomni 
ciągłych własnych prześladowań od studentów, sami prześla- 
dują arjan. Dostał książkę Daniela Klemensiewicza (= Cle- 
mentinus), pastora luterskiego, który oszczerstwa rzucał na 
arjany, udając pobożnisia, chociaż po synodach starał się 



134 

ciągle o miejsce lepsze i dochodniejsze. Jonas odpisał mir 
i dal wytłoczyć w Rakowie u Stemackiego r. 1625. Z żalem 
a poważnie wytyka oszczerstwa i obhidne zmyślanie pobo- 
żności, którą zwodzą ladzie proste i nieostrożne. ^Pieszczonych 
ministrów z łaski Bożej nie mamy i którzyby się za pleba* 
niami bogatszemi po synodach uganiali, ale takich, którzy, za 
synodowem postanowieniem, na wszelkie miejsce prowadzić 
się gotowi i tam chwale bożej słażyć. I dlatego się w żadne 
domy i wczasiki nie fundują. Żadnego też tak dostatniego 
nie wiem (choć się ich wiele zacnymi szlachcicami porodziło), 
któryby miał co nad przystojne obejście swoje i domku swego,, 
i owszem nadają się tacy, którzy majętności i dostatki swoje,, 
chwale Bożej służąc, potracili. Nie wiem, w którym zborze 
ministrowie skromniej nędzę i niedostatek znosić umieją,, 
ponieważ wiele jest takich, którzy nietylko nie zostali mini- 
strami- dla dobrego mienia, ale dobre mienie porzucili dla 
ministerium". W dalszym ciągu broni wyznania Socynowego 
i kończy zwrotem do ewangelików, aby się nie spuszczali na 
ministry swoje, którzy nauczycielami będąc, sami błądzą. Co 
do wiary główna zasada, na podstawie pisma i rozumu dążyć 
ku prawdzie o Bogu jedynirm, wedle wykładu wyrazów he- 
brejskich El i Elohim, Bóg i anioły, których bóstwo przyznaje^ 
Chrystusowi. 

Nad Dunajcem w Zakluczynie, miasteczku tuż obok Lu- 
sławie aijańskich, wzniesień kościół i klasztor Reformatów, 
jako podpora katolicyzmu i łaciny wobec zboru Braci polskiej. 

Lusławice sąsiednie, były niejako stolicą arjanizmu, czyli 
wyznania Braci polskiej. Achacy Taszycki opiekował się 
zborem i szkołami, do których zwabiał młodzież szlachty 
okolicznej, nawet nie aijańskiej. Bracia polscy nad Dunajcem 
mienili go głową bractwa swojego. Sprowadzenie Reformatów 
do Zakluczyna sąsiedniego zaniepokoiło go, zwłaszcza, że 
opiekowała się nimi rodzina Tarłów, niegdyś arjan, obecnie 
katolików żarliwych, a wpływowych, mianowicie Zygmunt, 
kasztelan sądecki i Teofila księżna Ostrogska Januszowa, 
wdowa, kasztelanowa krakowska, pani na Tarnowie, pomijając 



135 

już kasztelana oświęcimskiego, Zborowskiego, pana na bliskim 
Rożnowie. Obawiat się, że Reformaci, wspierani przez osoby 
tak możne^ wpłyną na szlachtę sądecką, zwabią ją ku sobie. 
Odszczepieństwo księdza Pogroszowskiego, ucieczka jego do 
Gdańska (Zakluczyn. Piuniętniki Reformatów) rzuciły cień 
na zakonników, podały ich w pośmiewisko i rozwiały obawę 
pana Achacego. Wywiadywlił się, co to za śmiałkowie od^ 
ważyli się uprowadzić zakonnika grzesznego i odgadł, że nie 
Sądecczanie pławnicy, bo ci są wszyscy katolikami i nie 
chcieliby się narazić na srogą zemstę swego pana kasztelana. 
Więc któż? Nikt, jeno Szkoci, mianowicie tarnowscy, bo 
Szkoci, to lud śmiały i wojenny, a wszystko lutry i kupczą 
do Gdańska. 

Szkotowie zdawna znali drogę do Polski, skoro r. 1578 
sejm uchwalił na nich cło. „Szkotowie, którzy z opałkami 
chodzą, a wozów nie mają, mają płacić z osoby po złotemu. 
A co konie i wozy mają, od koni po 2 złp., a od towarów 
równo z drugimi". Byli to wychodźcę z powodów religijnych, 
ale też i politycznych, gdy Hamilton, naczelnik stronników 
Maryi Stuart, zabił Murraya, wielkorządcę r. 1576, gdy zabito 
Maryę Stuart i usiłowano wprowadzić obrządek angielski 
„biskupi" (episkopalny) do Szkocyi zlutrzałej. 

R. 1610 rzeczywiście zaprowadzon on obrządek, przypo- 
minający katolicyzm rzymski. Wywołało to opór Szkotów, 
nienawidzących Anglików i ich obrządku, który nazwali here- 
tyckim. Sami zaś, obstając przy nauce Kalwina, mienili się 
czystowiercami , purytanami, i pod hasłem No popery, t. j. 
precz z papieżem, zgromadzali się na modlitwę i czytanie 
biblii, na której się opierali. Zaprowadzenie obrzędu angiel- 
skiego zwali ^ujarzmieniem ducha Bożego", sprzeciwiali się 
prawom nowym, a zagorzale powstawali na katolików. Katolicy 
sprzysięgli się wysadzić prochem parlament cały; wybuch 
przezdradzony nie nastąpił, ściągnął na nich zemstę srogą, 
którą Anglicy przenieśli na Purytanów, zniewalając do wy- 
chodźtwa do Polszczy wolnomyślnej, a gościnnej. W Tarnowie 



136 

osiadło ich nie mało. Jeden z najpierwszych był Taif, kupiec 
zamożny, od którego rada kupowała księżna. 

R. 1621 Vlax, czyli Valax Jan , przez nieostrożność za- 
puścił ogień, zgorzało domów kilkanaście, księżna pani poży- 
czyła mu 300 złp. We dwa roki, wywiedziawszy się, że on 
był powodem pożaru, rozgniewana, zażądała zwrotu długu, 
grożąc grabieżą domu. Biedny Szkot był w kłopocie. A właśnie 
p. Achacy Taszycki wybrał się do Tarnowa, dla bliższego 
poznania Szkotów, zajechał do gospody jego i wszczyna roz- 
mowę. Szkot prosi go i błaga, żeby przejął on dług od księ- 
żnej. Księżna Tarłówna, a ojciec jej Zygmunt, kasztelan 
sądecki, to jego sąsiad i dobry znajomiec; księżnie wypadało 
złożyć uszanowanie, więc jakoś łatwiej przystał na żądanie 
Szkota. Odwiedził księżnę z Szkotem wraz i przyjął dług jego, 
spłacając gotówką. Księżna pani była nań bardzo łaskawa, 
przypominała młode lata spędzone na Melsztynie, naprzeciwko 
Lusławic, jako stamtąd przyglądała się obrzędowi chrztu 
Braci polskiej w Dunajcu, przypominała odwiedziny jego na 
Melsztynie, słowem, była bardzo uprzejmą. 

Jako przedtem często z jezuitami, dominikany i karmelity, 
tak też ostatecznie na żądanie Niemierzyca Jerzego, podko- 
morzego trybunału, aiganina gorliwego, odbyły się rozprawy 
między jezuitą Drużbickim a Lubienieckim Krzysztofem, młod- 
szym ministrem arjańskim. Chciano bowiem nawrócić Nie- 
mierzyca młodego, uczonego w cudzoziemskich krajach. Spory 
jednak rozumowe wypadły na korzyść arjan, a przeciwnicy 
postanowili zburzyć zbór. W Zielone świątki Matczyński 
Stanisław gościł u siebie ministrów, z Rakowa z synodu 
wracających doma na Wołyń i Litwę. Podczas obiadu, wy- 
rostek jakiś przyniósł list Lubienieckiemu Krzysztofowi, 
rzekomo z Lusławic od Stojeńskiego Jana, chorego, który 
pyta, czy prawda, że arjan wypędzono z Lublina i kogoś tam 
na stosie palono ? Zdziwieni listem, podejrzywają pismo i pi- 
sownię, pytają jak wygląda Stojeński, jaka przeprawa na 
Wiśle i odgadują zdradę, lecz nie okazują tego po sobie, 
ugoszczają posłańca. Lubieniecki obiecuje odpowiedź dać 



137 

w nocy, bo nie dozwalają we dnie służba boża w dzień 
Zielonych świątek i obowiązki gospodarza. 

Dają o tem znać pastorowi kalwinów, Wawrzyńcowi 
Dominikowi, z którym żyli w przyjaźni, pytając, czy nie ode- 
brał i on listu podobnego. Odrzekł, iż odebrał i nie wiedząc 
o zdradzie, dał odpowiedź dosyć wolną, więc teraz, z obawy 
jezuitów, wydala się z miasta. Lubieniecki więc odpisuje tem 
ostrożniej, bolejąc nad chorobą jego (Stojeńskiego) i ucieczką, 
a donosząc, że w Lublinie nie skazano na śmierć nikogo, 
tylko księgę polską Bolestraszyckiego, kalwina, skazano na 
spalenie , że trybunał sądzi sprawiedliwie , w mieście , że 
nie było ani niepokoju w nocy, ani ostrożności. W końcu 
doniósł o wesołem zwycięstwie nad Szwedyma pod Hamer- 
stynem. Raniuteńko posłaniec, odpowiedzią uradowany, idzie 
z nią napo wrót do bursy jezuickiej i oddaje przełożonemu 
ks. Suslidze, człekowi śmiałemu, niespokojnemu, lutrowi na- 
wróconemu. Odpowiedź niewinna zmyliła go. 

Nazajutrz do trybunału pozywają opiekunów, starszyznę, 
i ministrów zboru, że w same świątki Gittychi Michał, wene- 
-cyanin, na łące w kazaniu modlił się za Gustawa Adolfa, 
króla szwedzkiego, jako twierdzili świadkowie. Pozwan Sie- 
niński, Lubieniecki Paweł i stryj jego Krzysztof i Gittychi 
wspomniany. We wtorek do pozwu stanęli Sieniński z Lubie- 
nieckim. Powodził Lisiecki Jędrzej, instygator koronny, katolik, 
wielce nieprzyjazny różnowiercom, a przyjaciel jezuitów. Za- 
rzucał zdradę stanu, oskarżając Sienińskiego, jako dziedzica, 
a Lubienieckiego, jako przełożonego zboru , gdzie zbrodnia 
zaszła. Oni nawzajem skarżą o obelgę. Obrońca Ruziński, 
kalwin, żąda uwolnienia ich od sądu. Powód żąda stawienia 
Gittycha, ukrytego w Lublinie, w domu mieszczanina Schiirera. 
•Obwinieni przysięgają, iż Gittych nie mówił tego, co mu za- 
dają. Na tem skończył się sąd, ale nie sprawa. 

Dwu studentów jezuickich, przechodząc mimo piechoty 
niemieckiej zaciężnej wojewody i hetmana Firleja, powadzili 
sią z nimi. Zbiegli się ludzie, wojak przebił studenta. Wszczął 
.«ię głos: Do broni! burzyć zbory luterskie, bo lutry zabijają 



138 

katolików ! Napadają na zbór. Tam, prócz ministrów, mieszkaf 
Firlej Jędrzej, wojewoda sandomirski, hetman, kasztelan bełski. 
Zawarł się i odstrzeliwał przez noc. 

Wraz z hetmanem byli tam i ministry arjańskie. Z tych 
Ryniowicki w nocy uszedł wpław przez staw w przedednie. 
Lecz już zboru swego, do którego dążył, nie zastał, bo zbu- 
rzono obadwa. Lubieniecki, drugi minister aijański, przed 
wieczorem umknął na folwark Jabłonny, o trzy stajania od 
miasta. Burza waliła się na całą okolicę. Najprzód na dom 
kalwińskiego diakona, którego się ulitował Ryniowicki z Lu- 
bienieckim Jędrzejem, bratem drużby swego i z Przypkowskim 
Aleksandrem. Krechaiiski Jan, jeden z najznakomitszych mie- 
szczan, diakon arjański, uprowadza Ryniowickiego do Jabłon- 
nego. Lubieniecki Paweł odprowadził go do mostu i ledwo 
się napowrót przecisnął do dworku stryja. Wraz z Borzęckim 
Mikołajem, drużbą swym, przechodząc, od oczywistej zguby 
ocalił brata swego Jędrzeja. Rano przycichło. Lecz w kilka 
godzin, pospólstwo burzy do szczętu zwaliska i dobywa dworu 
Firleja, gdzie się schronili lutrzy. Trybunał wysyła osoby^ 
świeckie i duchowne, aby lud uspokajali. 

Sieniński wojewodzie i ministrowie oba pozwani. Oba 
zbory zniesione na wieki. Ani pogrzeby, ani nabożeństwo 
aijańskie dozwolone po dworach. W Lublinie ministrem zboru 
arjańskiego był Lubieniecki Krzysztof wraz z Siedlikowskimr 
Wojciechem, zawiadywali też zborem w bliskim Zaporowie. 
Żołnierzy, napadających zbór, poskramiał Królewski Piotr. 
Lubienieckiemu Krzysztofowi żołdak porwał kapelusz; że 
go wykupił, bronił go żołdak ów. Jadącemu zastępowała 
szlachta nienawistna, jadąca na sejm, ale przecie ocalał. Bach 
obronion, bo matka Lubienieckiego wskazała go, że to Szyrer,. 
którego chcieli ocalić. 

Po wypędzeniu arjan z Lublina stanął zbór nowy w Pia- 
skach, o trzy mile stamtąd, w dziedzictwie (po Orzechowskim 
Stan., podkomorzym lubelskim) Suchodolskiego Jędrzeja, któ- 
rego żona Podlodowska, siostra Stanisława, kalwinka. W Sie- 
dliskach sąsiednich, Suchodolski Mikołaj (syn Piotra i pobo- 



139 

żnej Doroty Spinkówny) też otworzy/ zbór arjański. Ministro* 
waf tam aż do śmierci swej (r. 1648) Lubieniecki Krzysztofa 
ożenion z Katarzyną Filipowską, wnuczką Jarosza. Mieli syna 
Stanisława, urodzonego w Rakowie r. 1623, który później pisaf 
dzieje wyznania ojców swych. 

Piechota zaciężna hetmańska w Lublinie dafa pochop 
i pomaga/a w burzeniu zboru arjańskiego, bo kalwinom nie 
szkodzić, gdyż hetman sam byl kalwinem, więc nawet od- 
strzeliwała się pospólstwu katolickiemu. 

Piechota więc, zwana niemiecką, a w/aściwie na wzór 
niemieckiej ustrojona, złożona by/a z góralów nowotarskich, 
sądeckich, z beskidników i spiżaków, dla rozrywki strzelając, 
zabiła trębacza miejskiego, a porucznik kazał na rynku w N> 
Sączu postawić szubienicę dla postrachu. Oni też byli w Lu- 
blinie z hetmanem Firlejem. Piechury te, równie jako i sołtysi 
wojenni, wróciwszy doma, często chadzali na rozbój. Poczy- 
nali od lutrów, pod którą nazwą pojmowali różnowierców 
wszech, a za najgorszych mieli Bracie polską, bo tak ich 
uczono w Krakowie, Lublinie i kędybądź. 




II. 



Jakliński Tobiasz , burgrabia zamku sądeckiego , dziedzi- 
czył na Siekierczynie (koło Limanowej), szwagrem był mu 
Wiktor na sąsiedniem Wysokiem, a zięciem jego był Sta- 
dnicki Samuel na Rogach niedalekich. Wiktor i Stadnicki 
pochodzili z arjańskich Wiatrowic wedle Tropią, a matka 
Stadnickiego utrzymywała zborek w Ropkach — jako świad- 
czy zapisek kupca Tymowskiego r. 1631 : „Pani Stadnicka 
wzięła baje 472 łokcia swemu predykatorowi z Ropek, w ty- 
dzień pieniądze". (Archiw. N. Sącz, Tymowski II, 101). Na 
Jaklińskiego więc wybrali się Podhalanie pod wodzą Szarka 
z Odrowąża, co na skrzypkach grywał, bywał drużbą rybał- 
tów śpiewnych i gędziebnych uczni krakowskich, nawodzą- 
cych na lutrów. Między zbójcyma byli synowie powEiżanego 
Dzielskiego Grzegorza , sołtysa i Janczura z Ochotnicy, który 
dla niepoznania usmolił się sadzą. Szli mimo Przyszowej, 
więc po drodze napadli i złupili dwór Wierzbięty Stefana, 
bo to także luter. W Siekierczynie nie zastali Jaklińskiego 
i nadaremno szukali go ze światłem; żonę tylko jego ucie- 
kającą pochwycili w sadzie, męczyli i piekli niebogę, aż 
wydała wszystkie pieniądze i złoto w szkatułce czerwonej. 
Poczem złupili dwór do szczętu, biorąc mianowicie mnóstwo 
szat i broni. Później nieco złupili dwór Byliny w Mszanej, 
gdzie też zastali tylko samą panią. Przyczem mimo pobrukania 
sadzą poznano Janczurę z Ochotnicy, który w N. Sączu 
na mękach wyjawił spólników rozboju Siekierczyny. 

Srogość kary wymierzonej zgrozą przejęła ludzi tkliw- 
szych, między innemi p. Chomętowskiego Krzysztofa, aija- 



1 i4 

nina. Rusini z Mochaczki wo^u skradzionego wytropili u Zięby^ 
rajcy, rzeźnika. Czeladnik jego, Marcon, bacząc ich, ucieka^ 
i w sieni roztrącić Rogalskiego i Uzewską, wbiegł na cmentarz, 
i ukrył się w szkole, gdzie mu Ziębina pokryjomo podawała 
żywność. Rusin do grodu zaskarżył Ziębę, który przyparty 
wydał czeladnika. Gdy go już wiedli, nadszedł p. Chomęto- 
wski i rzecze: Dzieci! cóż w^am z tego, że odbierzecie życie^ 
temu biedakowi? Nie lepiej to rzecz przejednać między sobą, 
a grzesznej duszy zostawić czas do pokuty? Puśćcie go! ja 
w to wstąpię, aby wam szkodę wynagrodzono, a darujcie go 
życiem. Rusnacy usłuchali, uwolnili więźnia, biorąc odszko- 
dowanie. Po całem mieście wielbiono niedowiarka, nieuzna- 
jącego władzy miecza i urzędu , a potępiano Ziębę, że wydał 
czeladnika. (N. S. A 53 p. 107). 

Cikowski Stanisław, wnuk Stanisława, kasztelana bicc- 
kiego, obrońcy Grzegorza Paulego i Braci polskiej (r. 1563)^ 
syn Stanisława, podkomorzego krak., starosty czorstyńskiego, 
miał siostrę Zofię wydaną za Ossolińskiego Krzysztofa, bo- 
gacza wielkiego. Posag jej gotówką, na której były wybite 
początkowe zgłoski dziada jej S. C. , rządcy mennic w Kra- 
kowie i Olkuszu, pomnożył jeszcze bogactwa one, lecz. 
to wszystko było za mało wobec wydatków, z powodu 
nabożności i próżności. Reformatom w Stobnicy wzniósł 
klasztor i kościół, bożogrobcom w Miechowie, jezuitom 
w Krakowie dawał tysiące , a w próżności marnej jął stawiać 
zamek Krzysztopor, ogromny, wspaniały, który go kosztował 
30 milionów złotych. Wielbiły go zakony, podziwiała szlachta ! 
Więc się przebrały skarby, oglądał się na szwagra bezdzie- 
tnego. Cikowski był arjaninem gorliwym , jak ojciec , jak 
dziad; więc się ożenił w Lusławicach z Dorotą Błońską, też. 
arjanką rodową. Nie mieli dzieci, lecz wcale nie myśleli 
o zbogaceniu szwagra, który sam urodzon z matki arjanki 
(Jadwigi Sienińskiej) , ożenion z aijanką , prześladował arjan , 
kędy mógł , wspierając zakonników nieprzyjaznych. Umierając,. 
Krzelów z kilką folwarkami zapisał bratankowi swemu Janowic 
a żonie dożywocie, czem wielce rozgniewał Ossolińskiego. 



145 

Po zburzeniu zborów w Lublinie i oddaniu pod sąd 
Sienińskiego Jakóba z Rakowa, jakoby z ministrami modlit 
się za króla swedzkiego, zapadł wyrok trybunału, zakazi^gący 
pogrzebów i nabożeństwa aijańskiego po dworach. A właśnie 
na pogrzeb Cikowskiego zjechała się szlachta arjańska: Cza- 
pliccy z Szpanowa, Marcin, Jerzy i Aleksander, Suchodolski 
Piotr, Janiński , Królewski , Konarski , Orzechowski , Grek , 
Matczyński, Łepkowski, Rostek i wiekowy kaznodzieja Braci 
polskiej, Lubieniecki Stanisław, który odprawiał nabożeń- 
stwo. Wdowa z bratankiem, dziedzicem, przyjmowali ich, jak 
przystało. Ossoliński , dowiedziawszy się o tern , zaskarżył 
i pozwał do trybunału lubelskiego Cikowską, wdowę i bra- 
tańca nieboszczykowego o zakazane szerzenie aijanizmu ; wy- 
mienił też wszystką szlachtę, co udział brała na pogrzebie. 
Pozwani stanęli do sądu , a Orzechowski Stanisław, S3rn Pawła, 
podkomorzego chełmskiego , broniąc Cikowskiego Jana, obraził 
sędziów i rozgniewał ich tak, iż wszystką szlachtę skazano 
na wieżę , a Lubienieckiego na samo dno , gdzie też uwięzieni 
doraźnie. Lubieniecki, starzec, był słabowity i kościec go 
trapił; więc żona wierna nie odstępowała go, spuszczała się 
do ciemnicy, pielęgnowała, pocieszała go. On zaś modlitwą 
pocieszał współwięźniów, z głębi wieży przewodził ich śpię- 
wom nabożnym. Śpiewał też psalm 79, o co osobno badan 
sądowo. Przesiedzieli tak kilka dni, aż nadjechali : książę Zba- 
raski Jerzy, kasztelan krakowski i Kojski Roman, kasztelan 
kijowski, obadwa dostojnicy trybunału. Obadwa gorąco ujęli 
się uwięzionych, że to nie hołota, lecz szlachta osiadła, więc 
nie powinni być karani wieżą. Jakoż trybunał więzienie za- 
mienił na grzywny po 600 grzywien na każdego. Od uwol- 
nionych Czaplicki przemówił do sędziów i tak ich zmiękczyła 
iż jeden z nich przyznał: Gdybyś ty był bronił, nie byliby 
więzieni. Więźniów ugościł i pocieszał książę Zbaraski. Lubię-- 
nieckiego tylko nie było tam, spieszył do Jabłonnego bliskiego^ 
do krewnych , bo się czuł chorym. Studenci Jesaiccy mieli go- 
na oku , ścigali , chwytali jni i chwycili , ałe Bieński Bazyli 
z dworem przypadł i ledwo go odbił. (Lubieniecki, Hist. re- 

10 



146 

form.). Uchodząc napaści dalszej , pojechał do LusJawic, 
u krewnych pani Cikowskiej szukając schronienia. Jakoż mile 
przyjęty od Błońskich , a jeszcze milej od Taszyckiego Macieja 
i żony jego z rodu Wierzbiętów. 

Taszycki Maciej, dziedzic zboru arjańskiego w Lusławi- 
cach, miat dwu synów: Cyryla, dorosłego, ożenionego 
z Elżbietą Bedlińską i Zygmunta, dorostka, kóremu pragnął 
dać wychowanie, jakie sam posiadał: rozumowo- arjańskie. 
Szkoła w Lusławicach nie miała przewodnika tęgiego : Lubie- 
niecki więc stary, uczony i doświadczony, przybywał w sam 
czas, objął zarząd zboru i szkoły, a na prośbę Taszyckich 
objął i wychowanie Zygmunta młodego, ciekawego na 
wszystko , co starzec opowiadał. Lubieniecki opowiadał o prze- 
śladowaniu Braci polskiej, o zburzeniu zboru, o sądach na 
Sienińskiego , o Ossolińskiego zawiści , pozwie i uwięzieniu 
szlachty, między którą był Czaplicki Jerzy, siostrzeniec Ma- 
cieja Taszyckiego. Uwięzienie i prześladowanie onegoż wielkie 
wrażenie zrobiło tia młodym Zygmuntku, ciągle się pytał, 
czy i jego samego nie wsadzą do wieży, dla tego , że należy 
do Braci polskiej? Onego więc wychowywał Lubieniecki sę- 
dziwy ku wielkiemu zadowoleniu ojca i matki. W parę lat 
umarł p. Maciej , a niezadługo umarła i żona jego. Przeczu- 
wając zgon , zwołała krewnych : Taszyckiego Achacego i Jana, 
braci nieboszczyka, a stryjów Zygmunta, więc i onegoż szwa- 
grów: Czaplickiego Jerzego, Zabawskiego Zygmunta i wielce 
zacnego Przypkowskiego Samuela. Wobec wszystkich prosiła 
i zaklinała Zygmunta, żeby na dziedzicznej jego ziemi wznie- 
sionego zboru strzegł jak skarbu największego i zwłoki je 
aby tamże na zborowym cmentarzu pochowano. Przyrzekł to 
matce pobożnej i zacnej , przyrzekł wszystkim krewnym i po- 
winowatym. Matkę, niebożyczkę, pochował wedle grobu ojca 
a j&ko dziedzic zboru, uroczyście witan od młodzieży szkolnej, 
od której życzenia składał mu młody Lubieniecki Stanisław, 
bratanek przełożonego zboru, prosząc o opiekę, jakiej użycza 
ojciec i dziad. 



U7 

Zygmunt przyobieca! wszystko dobre — lecz nie dotrzy- 
mał. Niezadługo podziękował Lubienieckiemu staremu za wy- 
chowanie i uwolnił go od nauczycielstwa dalszego, po prostu 
oddalił od boku swego, nie przyjmując rad i przestróg. Rozpo- 
czął życie światowe, hulaszcze. 

Nie miało to jednak wpływu na zbór, rządzony przez 
sędziwego Lubienieckiego, podtrzymywany powagą stryja Acha- 
cego i brata Cyryla. Nikomu ani na myśl nie przyszło, żeby 
stryjaszek Achacy mógł stać się narzędziem zguby zboru tego. 
Boć on był pewien siebie i zarozumiały, że wiarę zgłębił 
rozumem, więc naumyślnie bywał u Reformatów w Zaklu- 
czynie wdawać się w rozprawy rozumowe, przeczące bóstwu 
przedwiecznemu Chrystusa. Ale nie mógł ich przekonać , nie 
mógł zbić ich twierdzenia, iż bóstwo nierozdzielne od przed- 
wieczności. Zdziwił się też niepomału, że taksamo twierdzili 
Szkotowie purytani. 

Zygmunt Taszycki tymczasem ożenił się z katoliczką, ku 
wielkiej trosce Lubienieckiego. Wzgląd jednak na stryja i brata 
utrzymywał go przy wierze ojców, więc nie tykał zboru, do 
którego nawet uczęszczał. Niedługo cieszył się młodą swoją 
żoną, owdowiał rychle, a Lubieniecki stary odetchnął swobo- 
dniej, aby wkrótce popaść trosce większej. Stryjaszek Achacy 
zetknął się w Tarnowie z panią Balentą Jadwigą Czermińską 
i jej córką już dorosłą, a rozkwitłą gdyby pełna róża. Olśnion, 
oczarowań wdziękami matki i córki, postanowił swatać 
Zygmunta z córką, a siebie z matką. I wyswatał ! Lubieniecki 
stary, bacząc pokrewieństwo to opiekunów zboru z rodziną 
najnienawistniejszą wierze Braci polskiej, zagryzł się i umarł 
w Lusławicach r. 1633. 

Żeleński Stanisław z Łucyanowic pod Krakowem, opiekun 
zboru ewangelików, doznawał napaści studentów i motłochu 
krakowskiego. Z Żeleńskich Zofia Orzechowska Stanisławowa 
słynęła jako aijanka pobożna, wydawczyni książek arjańskich. 
Z Żeleńskich Anna Męcińska Janowa na Kobylanach, gdzie 
też istniał zbór. Zeleński=Zieleński Jakób, podczaszy bracła- 
wski, był dzierżawcą starostwa Barcic, powyż Starego Sącza. 



148 

R. 1627 już podstępowali zbójcę pod dwór, ale spłoszy/ 
ich odgłos dzwonów. R. 1631 Mikuła, hetman zbójecki, na czele 
20 drużyny ciągnął na Barcice Gorczami nad Tylmanowa, po 
szałasach zajadają baraninę i ser owczy, popijając żętycą. 
W Tylmanowej z szałasu wzięli ze sobą Michalczyka Bartło- 
mieja. Wstąpili do znajomego sobie Hudopada na napitek. 
Poczem szli do Zabrzeży, gdzie mieli gospodę zwykłą u wy- 
brańca królewskiego Zabrzeskiego, który im jeść dawał, żona 
zaś jego Zabrzeska wybrańcowa miłowała zbójców! Przez 
Dunajec na koniach przeprawili ich przewoźnicy tylmanowscy 
Bródka i Pełka. Idąc Erępakami, zdybal i chłopów z Szlachto- 
wej, co kury nosili do Barcic, do dworu, jako daninę. Zajęli 
ich z sobą, aby przewodniczyli w napadzie. Pod wieczór zdą. 
• żyli do Barcic pomiędzy bydłem, wracającym z paszy. Szlach- 
towianie pod wodzą Michalczyka stali na straży, zbójcę 
wpadli do dwora. 

Na Kałużnej w karczmie schadzali się zbójcę, do których 
przystał brat karczmarki, Wojciech, i Maciej, godny jej synalek. 
Z Bludzy Sopaciacy, dwaj bracia, i Twarozik Stanisław przy- 
łączyli się. Uradzili napaść na luterkę w Łukowicy niedalekiej, 
panią Gabońską Dorotę, arjankę, wdowę. Dworek jej był na- 
przeciw dworu pana Sędzimira Marcina, wojaka rannego pod 
Chocimem. (Wiśnicz. Liber malefactorum p. 30). 

Drabi, po wojnie ukończonej, opuściwszy wojsko, wałęsali 
się po kraju, żebrząc jałmużny. W okolicy Dobczyc na taką 
^chadzkę drabską" chodziło ich trzech, Rożek Krzysztof z Dob- 
czyc, Piotr Krawczyk, który lubił się zwać Piotrowskim, i Psiurek 
z Strzeszyc. Mieli oni kobietę, która chodziła z nimi, a była 
to żona Rożka Krzysztofa. 

R. 1631. Botsak Jan, kaznodzieja luterski, nowy wszczyna 
spór z arjany i nurki. Stegman Joachim, z Marchii rodem ^ 
kaznodzieja u św. Piotra, szerzył naukę Socyna, więc oddalon, 
udał się do Siedmiogrodu, został kaznodzieją socyniańskim 
w Klausenburgu. Wrócił do Polski, osiadł między arjany w Ra- 
kowie, czepił się Botsaka, przesłał mu księgi Socyna, rozma- 
wiał i cieszył się już, iż go nawrócił. Botsak wydał książkę 



149 

przeciwko niema, a Stegman r. 1633 odpowiedział z Rakowa. 
W Gdańsku było wtedy wiele arjan i socynistów, czytających 
księgę Stegmana, uznających naukę jego. 

Ruar Marcin około r. 1632 przybył do Gdańska. Urodzon 
w Kremps, w Holsztynie, uczył się w Altdorf, a chcąc pisać 
przeciw arjanom, czytał ich księgi i sam stał się arjaninem. 
Za co wypędzon z powiatu Niirnberg, był w Francyi, Italii, 
Anglii, Holandyi, Danii i Polsce. Wypędzany nie w jednem 
miejscu dla wiary, osiadł w Gdańsku i ożenił się znakomicie 
w r. 1635. Acz nie ksiądz, kaznodział gminie socynian, gdy^ 
liajęty ich kaznodzieja nie umiał po niemiecku. W Gdańsku 
nie mogli się schodzić, więc się schodzili o milę w Strasinie. 
(Hartknoch p. 819). 

Szkoły aijańskie w Rakowie słynęły i zwano je Atenami 
polskiemi. Bywało do tysiąca uczniów, a między nimi nie- 
mało katolików, gdyż taki Leszczyński, Barnicki, Tarło, Nie- 
zabitowski wolał tutaj dawać synów do szkół, nad któremi 
dozór mieli Moskorzowscy zacni. 

Bardziej jeszcze słynęły księgotłoki Sternackiego Sobe- 
styana, który je od teścia swojego, Rodeckiego Aleksego, za 
tysiąc talarów nabył około r. 1604. Sternacki tłoczył mnóstwo 
ksiąg przeciw jezuitom, począwszy od Stojeńskiego : Refutacya 
książek ks. Jakóba Wujka o bóstwie Chrystusa i Ducha św. 
T. 1592. Osterodego Wyznanie wiary (po niemiecku) 1604 r. 
1608 r. Gosławskiego przeciw ks. Ostrowskiemu i ks. Skardze 
Smalca O bóstwie Chrystusa. 1610 r. Piaseckiego Ślązaka 
przeciw jezuicie Kampiani. Socyna dzieła pośmiertne wydane 
tu niemal wszystkie. Gosławskiego z Bebelna i Smalca roz- 
t)rawy z jezuitą Smigelskim. Wiszowatego Krzysztofa Obrona 
wiary i ofiary w Rakowie 1625 r. Szlichtinga Jonasa 1625 r. 
Erelliusza Obrona Socyna 1623 r., palona ręką kata, i później- 
sze jego rozprawy nad pismem świętem Morzkowskiego Piotra. 
Szlichtinga Jonasa rozprawy przeciw Meissnerowi i ewangeli- 
kom, tłoczone w roku 1636, były ostatnią pracą Sternackiego 
w Rakowie. Księgotłoki jego kością w gardle stały wszystkim 
przeciwnikom. 



&0 

R. 1637 Sieniński, dziedzic Rakowa, miat o granicę 
zwadę z sąsiadem, szlachcicem uboższym, który na przekorę 
arjan, a rzekomo z nabożeństwa, przy samej drodze postawi/ 
Bożą mękę, t. j. krzyż z Chrystusem ukrzyżowanym. Żona 
Sienińskiego dala się słyszeć z sfowy : Że też to kto nie wy- 
wróci tej Bożej męki. Trzech chłopców, studentów arjańskich, 
rzucali kamieniami na oną mękę Bożą, poczem ją ochwiali 
i wywrócili, figurę Chrystusa potapali, posiekli, jako niegodne 
wyobrażenie Boga. Rodzice ich, dowiedziawszy się, ukarali ich 
\ wydaleni ze szkół. 

Jezuici dali znać do Warszawy, gdzie się właśnie odby- 
wał sejm. Biskup krakowski , Zadzik , wystąpił o krzywdę , 
wyrządzoną religii katolickiej, żądał śledztwa i ukarania. 
Wyznaczono komisyę śledczą, która sprawę zdała senatowi. 
Zapadł wyrok. „Popełniona zbrodnia obrazy boskiego maje- 
statu! Sieniński Jakób, obwiniony jakoby był sprawcą i wy- 
konawcą zbrodni, ma się odprzysiądz samosiódmy, z szlachtą 
sobie równorodną w tejże ziemi sędomirskiej posiadłymi, 
w słowa przysięgi: Że ani był, ani jest sprawcą, ani wyko- 
nawcą, ani w żaden sposób, ani poradą, ani pomocą, ani czynem 
nie jest, ani był winien tej zbrodni, ani przed popełnieniem 
tak srogiej napaści na święty obraz Zbawiciela ukrzyżowanego 
wiedział o tem^^ Zbór, szkoły i księgotłoki zburzono, nauczy- 
cieli i ministrów rozpędzono. Sieniński wkrótce potem umarł. 

R. 1640 Zadzik, biskup, na tem miejscu, gdzie zbór stał^ 
założył podwaliny kościoła katolickiego. Wiszowaty Jędrzej 
zbór arjański przeniósł do pobliskiego Radostowa. Szkołę zaś 
nauczycieli przyjęli Czaplicowie do Kisielina na Wołyniu. 
Wielu uczniów i nauczyciele niektórzy przenieśli się do Lu- 
sławie, mianowicie : Stojeński, Schuman, Lubieniecki Stanisław 
i Szlichting Jonas. Posiadłości własne miała tam szlachta: 
Otwinowski Erazm, Lubieniecki Stanisław, Morstyn Tobiasz,. 
Ramułtowie, Dzierzanowscy i inni, (Wiszowaty. Obrona). 

Biskup krakowski, wznosząc świątynię katolicką na miej- 
scu zburzonego zboru arjan w Rakowie, nie spuszczał z oka 
cnych samych. Słysząc, iż przewódcy chronią się nad Duna- 



151 

jec, upatrywał sposobu tępiajiia kh tamże. Zaczepką dosko* 
italą byfe dziesięcina, której zaprzeczali róźnowierce, miano- 
wicie aiganie, jak uczyło doświadczenie; wymyślono też 
i sposób ku temu skuteczny. Biskup wywiedział się o księżach, 
co się nie lękają aijańskiej szlachty, ale sobie nawet lubują 
w otwartej z nimi walce i lubiyą sobie w sporach i kłótniach 
śmiałych ; onych więc użył za sprężyny. Homranice, głośna 
pielesz arjanizmu, miały właśnie takiego plebana, Zajączka, 
który w zapiskach kościelnych zwań Zajączkowiczem, sam 
zaś pisał się Zajączkowski Jakób. Nastał on 1636 i już czwarty 
rok „musiał milczeć spokojniejszego czasu upatngąc^ (jako 
stoi w zapiskach kościelnych tamtejszych). 

B, 1639 biskup Zadzik darował mu swoją dwuletnią 
dziesięcinę ze wsi Głodna, ośmielając do sporu. Wedle wska- 
zówki, podał on do sądu duchownego w Nowym Sączu, żą- 
dając, aby ks. oficyał pozwał opornych, zażądał od nich przy- 
sięgi sprawdzającej i klątwą kościelną ich zniewolił do 
oddania (2. września. Acta Off. spirit. p. 39). 

Sprawa przeciągła się aż do wiosny r. 1640, bo ksiądz 
jakoś nie śmiał z kazalnicy pozywać winnych, jako mu sąd 
duchowny polecił, gdyż wiedział, że panowie Krzesze będą 
się ujmować. W końcu jednak poprosił sąsiada swego, ple- 
bana z Kaniny, a ten po kazaniu przeczytał pozew na kmieci 
z Głodnej : Janusza Wawrzyńca i Kolasa Macieja, którzy 
udali się o pomoc do dworu. Pani Krzeszowa Anna, dziedzi- 
czka Głodnej, osobiście przyjęła na siebie obronę. Wraz 
z nimi stanęła na roki wyznaczone, wysłuchała pozwu i żą- 
dała uwolnienia od sądu, gdyż obżałowanym nie doręczono 
pozwu, ani odpisu nie ma. Es. Bozmus Stanisław, kustosz 
i zastępca, sędzia (7. sierpnia 1640) urzędujący, odrzucił obronę, 
gdyż pozew był głoszon jawnie z kazalnicy przez plebana 
w Kaninie, jako świadczył podpis głoszącego, więc to staje 
za doręczenie. Wezwał do odpowiedzi, grożąc klątwą. Słysząc 
zaś od pozwanych, że to dziesięcina z pól kmiecych, a nie 
dworskich, odrzekł: iż w takim razie zgoła nie może dopu- 
ścić wmieszania się pani Krzeszowej i zawezwał, by się sami 



152 

bronili. Pozwani, mieniąc się pokrzywdzonymi, odnieśli się do 
księdza przetożonego koUegiaty. Ksiądz, namiestnik sędziego, 
przyjął odnoś, wyznaczając roki nowe za sześć tygodni. Pani 
Krzeszowa odeszła wielce zagniewana. (Acta spirit p. 67). 

Z Szczebreszyna, kędy się nagarnęło ludzi arjaóskiej 
i nowochrzczeńskiej sekty, od czasu śmierci Jana Zamojskiego 
i rozkrzewiwszy się, zakupiwszy posiadłości niemało, nie- 
tylko sami w błędzie trwają, ale i sąsiad, ludzi prostych, za- 
rażają. — Aby wszyscy, którzy po śmierci p. ojca mego do 
Szczebreszyna) na mieszkanie przybyli, we dwu niedzielach 
od daty tego listu mego, wyprzedawszy się, ztamtąd ustąpili 
pod utratą dóbr, które teraz trzymają. — A którzy mają da- 
wniejsze posiadłości, z ojców swych one objęli, takim pozwalam 
aby do trzech lat uprzątnęli i wyprowadzili się i z majętności 
moich precz ustąpili. — Jeśliby którzy, z oświecenia bożego 
do wiary św. katolickiej rzymskiej przystąpiwszy, chrzest 
święty przyjęli, takowych w spokoju i używaniu dóbr ich 
zachować obiecuję. — Dan w Zamościu, 17. listopada 1637. 
Tomasz Zamojski na Zamościu, hrabia na Tarnowie. (Archi w. 
Al. Czołowskiego). Było to jedno z ostatnich rozporządzeń 
Tom. Zamojskiego, który w kilka miesięcy umarł. 

W Prusach całych tędy owędy (r. 1640) potajemnie by- 
wali aijanie i socynianie, zborki mieli, nabożeństwo po swemu 
prkwili. Z Hakowa przysyłano im książki socyniańskie i roz- 
powszechniano. Botsakowi przysłali księgę Krelliusza „De uno 
Deo yero*^ — pozdrawiając od Krelliusza, co BoŁsaka w po- 
dejrzenie wprowadzało, że jest socynistą. Więc w 1641 mu- 
siał wydać książkę ^Anti-K^ellius^ W Królewcu Baumgarten 
Walenty z Memla, prusak, magister filozofii przez dysputy 
i czytanie książek zwątpił w Trójcę świętą, napisał list do 
jednego z phocynian, iż ma ochotę odstąpić luteranizmu, 
przejść do nich. List ten przejęto, książę kazał go teologom 
nawracać; jakoż nawrócili i odwołał na kazaniu w obec 
mnogich słuchaczów i przepraszał... W końcu jednak poje- 
chał do Lusławic, przystał do socynian, został pastorem i re- 



153 

ktorem. Stąd później powołań do Siedmiogroda, do Klauzen- 
burga, gdzie umarł r. 1674. 

Książę kazał teologom zbijać niemiecką księgę Sch&fera 
Melchiora: „Czy Chrystus własną siłą zmartwychwstał?" — 
Bo księgę oną czjiano najwięcej. Napisali i wytłoczyli. Na 
sejmie pruskim w Królewcu skarżono, że mianowicie w po- 
wiecie Oberland zagnieździli się arjanie, socyniści i phocy- 
nianie i nie tylko prywatni, ale nawet dostojne osoby i rodziny, 
jawnie chwalą ich zbory i naukę, krzewiąc to niedowiarstwo. 
Więc 29. paźdz,, wkrótce przed śmiercią, książę obwieścił: 
Aby starostowie w całem księstwie pisma wszystkich sekt do 
urzędu zabierali, zborki tajne i szkoły wykazali z nazwiskami 
miejsc i dworów lub domów do rąk księcia lub państwowych 
radziec ; celem poskromienia onej nauki bluźnierczej i oca- 
lenia wiecznie prawdziwej chwały bożej i uchylenia od kraju 
gniewu bożego i kary sprawiedliwej. 1. grudnia po tem 
umarł elektor Jerzy Wilhelm. 

W Gdańsku Ruarowi dozwolon pobyt dalszy. Że zaś 
nie przestał uczyć arjanizmu, r. 1643 Rada miejska, z obawy 
wielkiego rozognienia, uchwaliła wydalić z miasta : 1. Ruara, 
kaznodzieję i nauczyciela, 2. Yossa Marcina, teścia jego, co 
rozpowszechniał księgi socyańskie, 3. Floryana Krusyusa 
4. Cwikera Daniela, obydwu lekarzy, 5. Ladebacha, sekre- 
tarza miejskiego gdańskiego, 6. Wernera Bilttels, golibrodę 
SO letniego, już od 57 lat socynistę. Za Ruarem znowu wsta- 
wiało się wiele osób, mianowicie : hetman Koniecpolski, Opa- 
liński Krzysztof, wojew. poznański, Denhof Gerard, wojew. 
pomorski i wielu innych. Ale musiał opuścić miasto, mie- 
szkając w pobliżu, w zamieściu, gdzie umarł 1657 siedemdziesię- 
cioletni w Straszynie. — Król mianował go sekretarzem swoim. 
Socynistów nieszkodliwych: Baumgarta Jerzego, kuśnierza, 
Waka Pawła, piekarza, Wernera Hilbranda, gorzelnika, odesłano 
do kaznodziei luterskich, aby ich uczyli wiary. (Hartknoch). 

Zaraz po zniesieniu zboru, szkół i księgotłoków w Ra- 
kowie, jezuita Cichowski (= Czchowski) Mikołaj, najzawziętszy 
arjan nieprzyjaciel, napisał książkę łacińską: 30 argumentów 



154 

o nąjwyższem i przyrodzonem bóstwie GiirfalHsa Pana^ podane 
arjanom". W 28-mej przyczynie wywiódł, że arjanie djabła za 
Boga mają. R. 1641 dał wytłoczyć (w Krakowie w tłokach 
Fp. Cezarego), a w przedmowie wyzywająco przypomniał, iż 
przed dwoma laty owe 30 argumentów przesłał Stojeńskiemu. 
Był pewien, że zwyciężył niezawodnie. Za jego przykładem 
ks. Wolan Jan, franciszkanin z Dobczyc (też u Cezarego), 
wydał książkę: „Do JMCi p. Jana Stojeńskiego, przedniego 
predykanta Jchmośći panów Nowych Christian professyi, bóstwa 
w Chrystusie panie przeczących; także do p. Palladiusza, 
tejże professyi predykanta i do JWPana Morstyna Krzysztofa 
na Raciborsku, niekiedyś starosty Filipowskiego. Przedtem już 
wydał on (w' Dobczycach 29. listop.) odbytą rozprawę: 
„Zwierciadło" — i posłał Morstynowi do Raciborska. Obecnie 
samowtór z Cichowskim chciał dobić arjan, zniewolonych 
do milczenia po zburzeniu księgotłoków. Aż tu w r. 1642 
niespodzianie zjawia się książka Szlichtinga Jonasa, łacińska : 
„Wyznanie wiary chrześciańskiej wydane imieniem kościołów 
polskich, które nabożnem sercem wyznają Boga jedynega 
i syna jego jednorodnego Jezusa Chrystusa z Duchem świę- 
tym". Miejsca tłoków i tłoczą nazwiska nie było wyraźnego* 
Zasady główne były: Jeden Bóg — ojciec Jezusa Chrystusa, 
Sam Jezus Chrystus i Duch święty nie jest Bogiem. Chrystus 
na ziemi był śmiertelnym, po śmierci został nieśmiertelnym, je- 
dnak synem boskim i wszystko mu poddane, prócz Boga. — Prócz 
Chrystusa, do nikogo, mianowicie do Najświętszej Panny i świę- 
tych, próśb nieść nie potrzeba, gdyż umarli i o to co się na 
ziemi dzieje nie dbają. — Zakazuje w obrazach czcić Boga i świę- 
tych. — Soboty święcenie służy żydom , chrześcijanie innego 
dnia, prócz niedzieli, nie mają naznaczonego. — Gdyby jedna 
z małżeństw przeszło na arjanizm, a drugie nie chciało, wolno 
rozerwać małżeństwo. — Zupełne wstrzymanie się od potraw 
przez cały dzień jest postem, każdemu ma być do woli. — 
Chrzest wodny jest obrządek, przez który chrześcijanami zo- 
stajemy. Chrzest dzieci dozwolon, dorosłym polecone zanu- 
rzenie ciała* — Łamanie chleba jest tylko obrządkiem, nie 



155 

ma tam ani cia/a boskiego, ani używanie wzmacnia wiarę 
lub odpuszcza grzecby. 

Ksiądz Cichowski w głowę zachodzi/, gdzie Uoczona ta 
książka, opierająca się wszystkim jego 30 argumentom. Do- 
wiedział się, że w Amsterdamie, u Blaua, potajemnie tłoczono 
książki Yolkla: „De vera religione" i Krellego: „De Deo*» 
które potępił sąd wójtowski tamtejszy i kazał palić publicznie. 
Więc księga ta była tak rzadką, iż ją płacono po 25 dukatów 
węgierskich. A zatem nabrał przekonania, iż i Szlichting Jonas, 
który podróżował po Hollandyi i znał Amsterdam, tamże 
kazał tłoczyć swoje „Wyznanie wiary". Nie mogąc więc burzyć 
księgotłoków, piorunował na arjan, pobudzając do wytępienia 
tych pogan! Franciszkanin Wolan w Dobczycach tak samo. 
Szlichting Jonas zaś spokojnie siedział w Lusławicach i ani 
marzył o Amsterdamie. Z Rakowa wychodźcę uwieźli 
z sobą czcionki i tłoki, a pewni, iż na Lusławice przyjdzie 
kolej prześladowania, obmyślili wcześnie kryjówkę bezpieczną. 

Wiszowaty Stanisław, zięć Socyna, podlasianin, mieszkał^ 
w Filipowie na granicy pruskiej (blisko Suwałk) i tam 
r. 1608. urodził ma się syn Jędrzej, który, ukończywszy 
w Rakowie szkoły, od r. 1630 był nauczycielem synów Tarły, 
wojewody lubelskiego. Poczem wybrał się w obce kraje do 
Niemiec, Holandyi, Anglii, Francyi, a wróciwszy, został Raków 
opustoszony, współwyznawców prześladowanych i rozprószo- 
nych. Ojciec Stanisław usłuchał żony tęsknej za górami 
i Dunajcem, zwłaszcza bacząc poczynające się prześladowanie 
na Żmudzi i Prusach, przybył do Lusławic i niebawem 
w zastaw od Stradomskicb wziął wieś Wrocimirowę, na dziale 
pomiędzy Dunajcem a Łososiną dolną. Rabkowa wioska przyty- 
kała tuż o miedzę ; w niej objął kaznodziejstwo arjańskie. Szlich- 
ting Jonas, najszczerszy wielbiciel Socyna, był oczywiście przy- 
jacielem córki jego i odwiedzał ich. Położenie Wrocmirowej 
w zakątku pogórskim, między rzekami i lasami, zdało mu się^ 
jakby stworzone na kryjówkę przed jezuitami. Tego też zda- 
nia był i Wiszowaty. Tam więc sprowadzono księgotłoki. Pa 
pagórkach w Sądecczyźnie rodzą się lny dobre, a w niektó- 



166 

Tych dolinkach sieją się same na owsiskach tak, iż z korca 
owsa odbiera się garniec czystego lnu nasiennego. Len ten 
bywa galęzisty, ale pfótno daje dobre. Pieleszą takich lnów, 
a więc i wyroba płócien, są Krępaki i porzecza Kamienicy 
(Łabowskiej) i Kamionnej oraz Kamionek trzech: wielkiej, 
'białej i czarnej (znanych mi doskonale z kilkoletniego pobytu 
w Kamionce wielkiej). Wiszowaty, bacząc ten len samorodny, 
a susząc od Jonasa i od syna swego o wyrobie płócien ho- 
lenderskich, bacząc też dogodność bielenia płócien w sąsie- 
-dniej wsi Bilsko, jął się uprawy lnu, a przygotowawszy 
przędzę, oglądał się za knapem, czyli tkaczem. Porajano mu 
Grzybka Szymczyka, z Nowej wsi, za Łabowa, którego też 
przyjął i osadził w chałupce osobnej w Rabkowej. Właśnie 
wtedy przywieziono tłoki i czcionki złożone w skrzyni oko- 
wanej, którą Wiszowaty kazał umieścić w sypialni swej, pod 
łóżkiem w głowach. Do zdjęcia ciężaru z wozu przywołano 
i Grzybka, który się wielce zdziwił, że to takie ciężkie, 
a słysząc, iż coś niby brzękło, ani wątpił, iż to pieniądze. 
W izbie więc czeladnej powoli i ostrożnie wywiadywał się, 
wiele też to mogło być tych pieniędzy ? Na to odpowiedziano 
nra, iż sto złotych waży tyle, ile pewna ilość zboża ; 500 zło- 
tych zaś tyle a tyle... boć między czeladzią byli tacy, co no- 
sili wory z pieniądzmi, służąc panom i wojskowo... Że zaś 
tutaj tyle chłopów dźwigało skrzynię ciężką, uradzono, że 
w niej jest niezawodnie 20.000 złp. 

W Grzybku ozwała się żyłka zbójecka; 20.000 za- 
wróciło mu głowę. Wybrał się (r. 1640) do szwagra swego, 
także płóciennika w Kamionnej (koło Łabowej), opowiadając, 
iż p. Wiszowaty ma tyle pieniędzy, namawiając, by nań zbój- 
ców nawiódł. Ale Tymko tkacz lękał się i nie chciał. Na bez- 
rok i znów na bezrok Grzybek ciągle przychodził i namawiał. 

Tymczasem w izdebce sąsiedniej, obok Wiszowatego sy 
pialni, urządzono księgotłoki i cicho, nieznacznie, tłoczono 
cną księgę SzlichUnga Jonasa: „Confessio fidei christianae^. 
Wytłoczono, oprawiono, rozwożono, czytano, a jezuici byli 
pewni, że to w Amsterdamie tłoczono. 



157 

Grzybek, tkacz w Rabkowej, wyrabiając płótno pana 
Wiszowatemu, nasłuchał się opowiadań, jak to w Krakowie 
księża każą bić lutrów i jak to śmiało zeznawali studenci wobec, 
sądu. Podobało mu się to , a wiedząc , iż p. Wiszowaty też 
luter, nabierał ochoty coraz większej iść za ich przykładem.. 
Że zaś zbójcę ociągali się, więc, dogadzając chętce, jak sądził, 
nabożnej, kradł przędzę, ile mógł. Spostrzegł to Wiszowaty,. 
przetrząsł chałupę jego, znalazł kradzionej przędzy nie mało^ 
więc go zbił dosadnie i wypędził. Grzybek rozwścieklony 
wyniósł się do sąsiedniej wsi Trzetrzewiny i co tchu pobiegł 
do Kamionej, do szwagra, okazał mu sińce, wzywał do zemsty,, 
popierając wezwanie opowiadaniem, iż wolno bić lutry, skoro 
w Krakowie polecają to sami księża. Tymko, tkacz, przekonany, 
litując się krzywdy szwagra i słysząc zapewnienie ponowne, 
iż Wiszowaty w skrzyni pod głowami łóżka ma niezawodnie 
20.000 złotych, kazał mu iść do sąsiada swego Neścioraka,. 
a gdy tylko jego namówi, to zbójcę pójdą na Wrocimirową., 
Udał się więc do Neścioraka, namawiał go, ośmielał, powta- 
rzając raz po raz : Przyjdźcie z chłopy do mnie, pójdziem na. 
Wiszowatego lutra! ma dwadzieścia tysięcy w głowach, pod 
łóżkiem. Przyszedł tam i Stachura Piotr, wysłuchał, potakiwał,, 
więc omawiano wyprawę szczegółowo. Grzybek radził, żeby 
szli na Grybów, Sącz, do Trzetrzewiny kędy mieszkał i dokąd, 
ich szwagier jego łatwo zaprowadzi, jako świadom drogi. 
Hetman Kwoczka, gdy mu Stachura zdał sprawę i zapewnił, 
że Wiszowaty ma 20.000 w głowach, pod łóżkiem, i do tego 
jest lutrem, posłał po Neścioraka, a zarazem po piwo na- 
Krzyżówkę. Neściorak powtórzył, co słyszał od Grzybka, hetmaa 
wziął na ustęp zbójców starszych, odwiódł ich na stronę 
i uradzili wyprawę na dwór w Wrocimirowej. 

Nocą wyruszyli w liczbie trzynastu za przewodnictwem 
Tymka Szymczuka, płóciennika, i bez przeszkody stanęli na 
Litaczu, lesie nad Trzetrzewiną. Cały dzień przesiedzieli tam, 
a Szymczyk z Neściorakiem poszli do wsi, do Grzybczyka.. 
Pod wieczór z nimi wraz udał się on na Litacz i ruszyli gó- 



158 

rami. W drodze zdybali starca siwego, cUopa zbierającego 
grzyby. Niebezpiecznie było zostawić świadka pochodu swego, 
a nijako zabijać takiego staruszka jak gołąbek. Kazali mu iść 
z sobą. Prosił się nieborak, iż nie zdąży odstarości; niepo- 
liiogło — przemocą wzięli go z sobą. 

Zmrok zapadał, gdy stanęli w Wrocimirowej u dworu, 
Brama już była zawarta, a psy czijyne, pospuszczane z uwięzi, 
poczęły okrutnie szczekać i ujadać. Wiszowaty, słysząc to, 
wychodzi z domu, pyta : Kto tam ? Z udaną pokorą odpowiada 
mu Stachura Piotr: Puść panie! sprzedaj mleka! — Albo to 
tu karczma? odrzekł Wiszowaty, odwracając się ku dworowi. 
W tem zbójcę, oparłszy się o bramę, obalili ją, a Grzybek, 
palcem wskazawszy Wiszowatego, uskoczył w bok, żeby go 
nie poznano, skrył się w paryę bliską. Zbójcę przyskoczyli, 
pochwycili Wiszowatego, zawlekli do izby. Dziesięciu wpadło 
do dworca, a trzej stali na straży. Motyl Jurek muszkiet swój 
dał Neściorakowi , kazał iść na straż, sam za drugimi wpadł 
do izby. Pytali o skarby, a gdy się Wiszowaty wypierał, jęli 
męczyć. Malik miał świece przygotowane, zaświecił, piekł go 
i rany bolesne zadawał, pytając o owe 20.000 złp., o których 
Grzybek prawił od trzech lat. Wiszowaty nie miał pieniędzy, 
więc się zapierał, a zapytany o oną skrzynię, wskazał ją 
w głowach pod łóżkiem. Wydobyto ją, otworzono i znaleziono 
tylko cokolwiek pieniędzy i łyżki srebrne, zresztą jakieś kawałki 
ołowiu poczerniałego, których znaczenia nie pojmowali, były 
to czcionki do księgotłoków, z pogardą rzucili je, a zabierali 
szaty i płótno. Malik za to, że męczył, dostał katankę atłasową. 
Łyżkami podzielili się, k przemyślny Stachura Piotr po odku- 
pywał kilka od zbójców, płacąc po złotemu za jedne. Pie- 
niędzy nie było, tylko kilkanaście złotych, któremi się podzielili, 
niektórym dostało się tylko po kilka groszy. Nieściorakowi 
nie dali nic dla tego, że obiecanego łupu nie znaleźli. Szym- 
czykowi Tymkowi dali płótna na koszulę, 87s grosza i łyżkę 
srebrną, którą od niego wziął Stachura, obiecawszy złotego. 
Resztę łyżek pokupił hetman, ale je potem posprzedawal, 
biorąc za nie kozy. 



159 

RosŁocki Szymon dosta/ ferezyę siwą. Płótna wszystkie 
-znieśli na Krzyżówkę do Ulki na przechowek. Zgromadzili się 
potem nad Rostoką i ruszyli na Węgry, ale Neścioraka nie 
wieźli z sobą. Motyl też Jarko pozostał, a natomiast poszedł 
z nimi brat jego Motyl Hryć. Wiszowaty wkrótce umarł z ran. 
<N. Sącz. Acta 22 p. 284). 

Bić lutry! — hasło to od Krakowa szerzyło się i po- 
nad Dunajec niżni. 

Lipnica murowana wydała takiego krzyżownika, nazwi- 
skiem Bilski, który z drużyną zebraną napadał i łupił lutry, 
a mianowicie aijan, aż ku Powiślu i w Podgórzu. W Dobro- 
cieszy złupili szlachciankę, wdowę Podoską, aijankę, wzięli 
czarkę srebrną, kobierzec, rusznice, za co pili w Tymowej. 
Poczem w Tęgoborzy wyłupili lamus Mierzeńskiemu, aijanowi, 
dzierżawcy zastawnemu. Zabrali worki z pieniądzmi, które, 
dzieląc się mierzali czapką, a potem jeden drugiego okradał. 
Zabrali też i srebra, które sprzedali żydowi w Wierzchosła- 
wicach. Zmawiali się też pod Jędrzejów na panią Lipską, 
wdowę. W Wojniczu w piwnicach p. Tarnawskiego wykradli 
dwie beczki wina, wypili go w radłowskim lesie. (N. Sącz. 
A. 22 p. 319-320). 

Z Beskidu więc Ruś, beskidnicy, napadali arjan sąde- 
ckich, równie jako i krakowscy rozbójnicy, rzekomo jako 
niedowiarków, potępieńców. 

Z Beskidu małego, mianowicie z dóbr biskupa krako- 
wskiego od Muszyny i Tylicza, więc też z Nawojowczyzny, 
dóbr Lubomirskich, sołtysi, obowiązani do służby wojennej, 
często bywali w Krakowie, przypatrywali się, co wyrabiały 
bursy studenckie, jak napadały luterskie domy, zbory, a w końcu 
i dwory wiejskie, rozbijając i łupiąc. Burs takich było nie- 
mało, bo prócz onych starodawnych Jagiełły, Oleśnickiego 
i Długosza, były i późniejsze, ba nawet przy mniejszym kościele 
ł>yła bursa dla studentów ubogich. Każda bursa miała swego 
starszego, który utrzymywał rząd i karność, który prowadził 
studentów do szkoły, do kościoła, na przechadzkę, a gdy 
padło, to i na wyprawę łupieską, bić lutry! Wielce się to 



160 

podobało sołtysiej dragonii i drabom pieszym, którzy, wróciwszy 
doma, opowiadali o tem. W Łosiu nawojowskim słuchali 
o tem sołtysi, mianowicie Morysz Lesko, który był na Wiszo- 
watym i u którego przechowywali się zbójcę, a w brzegu 
wąwozu mieli perehowaj łupów swoich. On opowiadał o bur- 
sach krakowskich, a zbójcę uznali za dobre przyjąć ustrój 
burs i odtąd gromady swe zbójeckie zwali Bursami, a hetmana 
zwali starszym. Bursa w Łosiu , była nąjpierwszą bursą, druga 
była w Leszczynach, a trzecia na Węgrach w Krainie strop- 
kowskiej. Rostoka wielka, tuż obok Łosia, była właściwą 
gospodą bursy łoskiej, a Malik Rostocki pełnił w niej urząd 
kata, jakoż on piekł Wyszowatego, na którego zmawiali się 
zbójcę u Rostockiego Lazara. 

R. 1645 udali się ku Leszczynom, złączyli z bursą tam- 
tejszą, której przewodził Bąjos. Leszczyny (na południu od 
Gorlic, w porzeczu Ropy górnej) dzierżawił wówczas Potocki 
Wacław, wieszcz, mieszkający zwykle w Łużny, którą dzie- 
dziczył wraz z bratem Janem, arjaninem gorliwym, równie 
jak on sam. 

Księgotłoki arjańskie nasamprzód zaprowadził Rodecki 
Aleksy z Turobina, najpierw w Rakowie, w Lusławicach więc, 
w Wilnie i Łośku. R. 1600 zapadł na wzroku, więc tłoki 
w Rakowie odsprzedał zięciowi swemu, Stemackiemu Sobe- 
styanowi , który miał córkę jego, Judytę. Drugą córkę wydał 
za Otwinowskiego Erazma, była ona matką Bogumiły Krze- 
szowej Sobestyanowej. Trzecia córka, Anna, była za Lubie- 
nieckim Krzysztofem, matka Anny, żony Szlichtinga Jonasa. 
Sternackiego syn, Paweł, od r. 1635 do 1638 tłoczył księgi 
w Rakowie, a po zniesieniu zboru wywiózł tłoki do Krakowa, 
gdzie je sprzedał (jako wyśledził jezuita ks. Cichowski r. 1656). 
Domu własnego w Rakowie nie wyzbył się jednak. 

Sobestyan, drugi syn Sobestyana, po zniesieniu zboru 
w Rakowie, wyniósł się w Podgórze, do Limanowy, dziedzictwa 
Przyłęckiego Achacego, stolnika krakowskiego, od którego 
w dzierżawę wziął Starąwieś limanowską. Zakupił też i z góry 
zapłacił dziesięcinę wytyczną w Brzeżnej woli, należącą do 



161 

kościoła w Podegrodzia, aby nabyć stomy do uprawy dzie- 
rżawionych pól. Sądzif więc, że będzie mógt spokojnie gospo- 
darować. Ale gdzie tam t Zaraz na 10. listopada 1640 otrzymał 
przypowieszczenie do Sądu duchownego w N. Sączu i myślą/, 
że znowu się rozpoczyna świeże prześladowanie wyznaniowe. 
Lecz to był pozew księdza komendarza z Podegrodzia, Spo- 
ryszowica Wojciecha, który, czy nie wiedział, czy nie chciał 
wiedzieć, że za dziesięcinę wykup odebrał już ks. Kalina 
Samuel, archidiakon w N. Sączu, prepozyt w Korczynie, 
a pleban w Podegrodziu. Więc Stemacki, stanąwszy na rokach, 
użalił się, że go ks. komendarz swawolnie pozywa, skoro 
dziesięcina zapłacona. Namiestnik sędziego, ks. kustosz Rozmus, 
nakazał dostarczyć dowodów, Stemacki dowiódł, więc uwol- 
nion od pozwu. (N. S. Offic. spir. p. 78). 

Niezadługo przypowieszczon znowu do Czchowa na 
roczki ziemstwa, gdzie go pozwały zakonnice starosądeckie, 
iż utrzymuje poddanego ich, zbiegłego z wsi klasztornej Strze- 
szyc. Czemprędzej wydalił zbiega, którego pochodzenia nie 
znał, aby tylko mieć spokój od księży i zakonów. On miał 
na myśli tajne księgotłoki i gdyby nie te pozwy, byłby je 
może założył w Starejwsi limanowskiej pod opieką Przyłęc- 
kiego Achacego. Bo Przyłęckich ród był różnowierczy, a wła- 
śnie wówczas umierającej w Lucyanowicach , przy zborze 
ewangelickim mieszkającej, Elżbiety z Szyllingów Przyłęckiej, 
kasztelanki oświęcimskiej, śmierć nadała rozgłosu całej rodzi- 
nie. Krewni młodsi, Przyłęccy dwaj, nawrócili się do katoli- 
cyzmu, a jeden z nich został nawet mnichem. Więc przybyli 
do umierającej z Krakowa samotrzeć z mnichem innym, żeby 
ją nawracać. Nie dała się nawrócić i gdy oni obiadowali, 
poczęła konać. Słysząc to, przybiegli, chcieli jej hostyę włożyć 
do ust, lecz hostyi nie mieli, więc jej w ręce trętwiejące kładli 
krucyfiks, a gdy i to się nie powiodło, ks. Marek, mnich, 
z książki swej obrazek wyciągnął, na usta jej położył, twierdząc, 
że całowała i umarła katoliczką. Więc ją uroczyście chowali 
w kościele św. Trójcy. Obecna zaś chorobie i śmierci mie- 
szczka Hautowa Samuelowa opowiadała to wszystko, zarę- 

11 



162 

czając, iż póki jej tylko sił stało i mowy, wzbraniała się im, 
prosząc by sumieniu jej gwałtu nie czynili. (Węgierski p. 99). 

Ewangeliccy więc Przyłęccy stali po stronie Sternackiego 
jako prześladowanego i miał nadzieję obrony od nich. Bacząc 
jednak, że na Starąwieś zwracają się oczy księży i sądu du- 
chownego, dał spokój, zwrócił się ku Wroćmirowej, odleglej- 
szej i samotniejszej, gdzie mieszkał Wiszowaty, zięć Socyna 
.i dziedzic wsi, odległej od Starej wsi o półtory mili, dokąd też 
dojeżdżali (do sąsiedniej Rabkowej) arjanie z okolicy na na- 
bożeństwa i kazania Wiszowatego. Tam więc dojeżdżał często, 
tam przebywał w gościnie, ale nie zabawiał się biesiadą, lecz 
w pokoiku przyległym sypialni urządził tłok skromny, dre- 
wniany i tłoczył księgi Szlichtinga Jonasa, które, złożone 
i oprawione, rozbierała i rozwoziła szlachta przybywająca do 
zboru. Zbójeckie zajście Wiszowatego przerwało na chwilę 
pracę oną tajemną. Zbójcę szukali pieniędzy, a znaleźli skrzy- 
nię opróżnioną; czcionek ani wzięli, ani pojęli ich znaczenia. 
W izdebce, a raczej w komorze, już dla samej tajemniczości 
był skład płótna, zbójcę zabierali płótno i szaty, ani bacząc 
na czcionki i złamy już poskładane, boć to przecie nie pie- 
niądze, ani klejnoty. Wiszowatego poranionego odwiedzali 
przyjaciele, między tymi Szlichting Jonas i Sternacki. Przy 
chorym przebywali i przesiadywali tygodniami. Sternacki robił 
swoje, tłoczył książki dalej. Uwagi nad kazaniami Vechnera 
pisał Jonas Szlichting, tłoczył w Rakowie u Sternackiego. 
Taka książka gdyby z ziemi wyrosła r. 1644, więc w 6 lat 
po zburzeniu zboru i wyjeździe Sternackiego z Rakowa. 

Najzdolniejszy do wyśledzenia, jezuita Cichowski, właśnie 
wysłań na Ruś śledzić tamże arjan, pobliscy zaś księża nie 
mieli do tego daru, ani ochoty, woleli w spokoju żyć z szlachtą 
i pilnować nabożeństwa. Dwu zaś najgorliwszych i najocho- 
tniejszych mieli swoje wady. W Homranicach ks. Zajączek 
znów poprał parobka kmiecego pięścią i kijem, ściągnął z konia, 
a konia wziął do siebie, przez trzy tygodnie męczył pracą 
i głodem, o co znowu skarżył Marcinkowski. Marcinkowski 
sam wygrał sprawę o dziesięcinę, uwolnion od wszelkich 



163 

przypowieszczaó. Księdzu zaś zarzucił symonię i zaskarżył go 
o to. Ksiądz zasię o dziesięcinę pozwał panów Krzeszów. 
Ze wszech stron więc zajęty, ani miał na myśli śledzić, co 
w domu robią aijany przemierzłe. 

W Dobczycach ks. Królikowski przed laty miał wikarego 
nieocenionego, ks, Wolana Jana, franciszkanina, uczonego 
i gorliwego, który, bacząc, że ludzie garną się do Myślenic, 
do obrazu cudownego objawionej Matki Boskiej (r. 1624), 
założył w Dobczycach „Bractwo różannego wianka" i ze sku- 
tkiem, gdyż niejeden zapis, coby się był dostał księdzu 
Bełzie w Myślenicach, został w Dobczycach. Ks. Wolan jednak 
nieskończenie więcej zasłużył się kościołowi swojemu pra- 
cami nawracania arjan. 

R. 1631 wytłoczył u Cezarego w Krakowie : „Zwierciadło 
porywcze ludziom w różnych opiniach, a w presumpcyach 
swych zbawienie pokładających, dla ich prędkiego w ślepocie 
swej dusznej przejrzenia i makuł sprośnych błędów upatrze- 
nia, tudzież niebezpieczeństwa zbawienia swego — z pisma 
świętego złożone". Pod takim napuszystym napisem wydaną 
książeczkę przesłał z Dobczyc Morstynowi Krzysztofowi do 
Raciborska, pewien^ że go nawróci. Ale Morstyn nie nawrócił 
się, lecz owszem odpisał mu, zbijając jego rozumowania. Ks. 
Wolan, zdziwiony wytrawnością pisma, wywiadywał i dowie- 
dział się, że to są dowody Stojeńskiego Jana, kaznodziei zboru 
Braci polskiej w Raciborsku i Jezierskiego Salamona, który 
się z łacińska zwał Paludius , był rządcą zboru w Krakowie, 
a potem w Rakowie aż do końca. Po zburzeniu zboru w Ra- 
kowie zapadł nań wyrok potępienia o ono zburzenie Bożej 
męki (Ossoliński I. 294), lecz on uciekł i schronił się do 
Morstyna w Raciborsku. 

R. 1641 nie wiedział o tem ks. Cichowski, jezuita, i czepiał 
się samego Stojeńskiego, wydając swą „Centuria argumento- 
rum". Ks. Wolan jednak z Dobczyc, niedalekich Raciborska, 
wyśledził Jezierskiego i uzupełniając niejako ks. Cichowskiego, 
wydał (w Krakowie u Cezarego) list „Do JMC p. Jana Stojeń- 
sldego, przedniego predykanta Ich MCi panów nowych chry- 



164 

styan professyi, bóstwa w Chrystusie przeczących, także do 
pana Paladiusza, tejże professyi predykanta i JMP. Morstyna 
na Raciborska, niekiedy starosty Filipowskiego". Na ks. Wolana 
wpływ wywieraf ks. Królikowski, przez co sobie zjedna! ży- 
czliwość biskupa i urząd sędziego duchownego w N. Sączu,, 
chociaż mu się ani śniło, że tuż za Dunajcem Stemacki tłoczy 
Katechizm arjański Szlichtinga. 

Stojeński Jan między Bracią polską słynął jako kazno- 
dzieja najwymowniejszy, a rozpowszechniały się jego r. 1633 
wydane „Modlitwy i pieśni pobożne^. Dziad jego, rodem zThion- 
yille w Luksemburgu, uczeń Bezy, od Kalwina zesłan do Polski 
na żądanie Lismanina, w Pińczowie zaprowadził wiarę w Boga 
jedynego i acz cudzoziemiec, pisał gramatykę polską, należą/ 
do tłómaczów biblii Radziwiłła, umarł 1591. Piotr, syn jego, 
ojciec Jana, zięć Paulego Grzegorza, był przyjacielem Socyna 
Fausta, r. 1604 zarządzając zborem w Lusławicach, przygo- 
towywał go do śmierci i pogrzebał. Jan więc, spolszczały naj- 
zupełniej i po rodzicu obrońca gorliwy wiary Braci polskiej, 
był solą w oku ks. Cichowskiemu , który nań ciągle miaf 
baczność. 

R. 1644 Sieniutowa z Wołynia dała znać, że mąż jej^ 
dotychczasowy obrońca i opiekun arjan, przyjął katolicyzm 
i odebrał arjanom zbór. Morstyn więc nie wahał się posłać tam 
Stojeńskiego wymownego. Jezuici zwiedzieli się o tem i że to 
księża Dominikanie nawrócili Sieniutę, więc z swej strony 
wysłali ks. Cichowskiego, jako najobrotniejszego, aby na Woły- 
niu walczył za katolicyzm. W Dobczycach przycichło zupełnie ; 
umarła Lubomirska, kasztelanowa wojnicka, nie stało też ks. 
Wolana, więc i ks. Królikowski nie zaglądał; siostra jego, 
Dorota, wyszła powtórnie za mąż za mieszczanina Łakińskiego, 
dopomógł jej, że od Puzaniściny kupiła pola kawałek. Sam 
zaś wstrętu nabrał do miasteczka i zamku. Bo Szlichting 
Wespazyan, arjanin, brat Jonasa, zadzierzawił starostwo dob- 
czyckie i zajął komnaty, zamieszkałe przedtem przez świąto- 
bliwą kasztelanowę Lubomirska. 



165 

R. 1644 w Eisielinie, miasteczku na Wołyniu, Kisiel 
Ostafi, mąż uczony, zwolennik Braci polskiej, użyczył schro- 
nienia i opieki Rakowianom wygnańcom. Założył on tu był 
przed laty szkołę, w której sam nauczał zasad arjaóskich, 
zdał ją teraz Rakowianom, którzy dla bezpieczeństwa poprze- 
mieniali nazwy. Niebawem też zakwitły szkoły one, a Rako* 
wianie, tak jako wprzód Kisiel, pod pokrywką nauki Focyusza 
szerzyli naukę Arjusza. Wielu uczonych osiedlało się tutaj, 
szkoły przybierały świetności. Bracia polscy odbywali synody. 
Kisiel r. 1631 wydał Zbijanie dowodów Smotryckiego, z szy- 
zmatyka unity, więc u Rusi uchodził za rusina prawiemego. 
Szkoła jego przysporzyła mu miru, więc powołań na rektora 
szkoły brackiej w Kijowie, umiał zręcznie pokrywać błędy 
swej nauki, a Ruś ani wątpiła o prawierności onegoż. 

W Lachowicach nad Horyniem, miasteczku, Sieniuta 
Paweł Krzysztof, z kalwina aijanin, też wystawił zbór i przy- 
tułek dawał wygnańcom rakowskim. W ciężkiej jednak cho- 
robie przez Dominikan, z którymi pierw spory wodził, nawrócon, 
zniósł zbór, stawiał natomiast Dominikanom kościół i wyjawił 
tajemnicę przybranych przez rakowian nazwisk odmiennych. 
Tak np. w Kisielinie bawiący Ryniewiecki Trębeckim zwał 
się po matce. Żoną Sieniuty była Niemierzycówna, urodzona 
z Wojnarowskiej Marty, podgórzanki. Wieść o odstępstwie 
Sieniuty poruszyła Podgórze aijańskie, boć go uważano za 
jeden z węgłów wyznania swego. Czemprędzej też wyprawiono 
doń Stojeńskiego, który wymową nakłonił Sieniutę do zwrotu. 
Gdy jednak Dominikanom chciał odebrać kościół i klasztor, 
pozwali go do Lublina. Sąd utrzymał ich przy darowiźnie, 
na Stojeńskiego zaś, z powodu szerzenia arjaństwa, sąd rzucił 
wyrok bezecności. (Michałowski 325). 

Przeciwko Czaplicowi Wojciechowi, nowemu dziedzicowi 
Kisielina, też wystąpił biskup kijowski, łaciński, wraz z metro- 
politą Mohyłą, skarżąc o wywołańców rakowskich przecho- 
wywanie w Kisielinie i Brześciu. Sąd nakazał zburzenie zborów 
obydwu i szkół. Czaplica sprawa cała kosztowała 20.000 złp. 
Utrzymał jednak zbór w Haliczanach, kędy kaznodzieił szlachcic 



166 

rodowity, pogórzanin, Rupnowski Joachim z Rnpnowa, ożenion 
z Labieniecką Elżbietą. Do Haliczan przybył Wiszowaty Jędrzej , 
po matce wnuk Socyna Fausta, a syn zamęczonego w Wroćmi- 
rowej Stanisława, człek uczony, w Rakowie naprzód, a potem 
przez lat 8 w obczyźnie. Przerażony śmiercią ojca, udał się 
na Wołyń, w Szersznie przewodniczył zborowi przez rok, 
skąd powołań do Haliczan, jako dobrze znan Czaplicowej, 
podgórzance. Metropolita kijowski, chcąc naprawić błąd, kate- 
chizm cerkwi wschodniej, w r. 1643 na soborze carogrodzkim 
uchwalony przez 4 patryarchów, wydał po polsku i po ruska 
w roku 1645 w Kijowie. Wojewoda zaś kijowski, Tyszkiewicz 
Janusz, bacząc, że trudno podołać aijanom uczonym, spro- 
wadził na nich jezuity do Kijowa. R. 1645 w jesieni przybył 
tamże ks. Cichowski Mikołaj z Stanisławem Śmiałkiem. R. 1646 
w wielki post, w kościele 00. Bernardynów, ks. Cichowski 
rozpoczął kazania swoje, a mając na oku nawrócenie Rusi, 
mówił: O pochodzeniu Ducha świętego, wytykając błędy 
cerkwi wschodniej. Kazania jego zwracały uwagę, odwiedzano 
go dla rozmowy duchownej. Z zadziwieniem, z ust rusinów 
posłyszał wywody arjańskie wedle Socyna. Kisiel Innocenty^ 
rządca szkoły brackiej cerkiewnej (utrzymywanej wspaniałością 
Mohyły metropolity), nie mogąc przenieść zarzutów przez 
ucznia swego Ścisłowskiego, zaprosił go na popis szkolny. 
Przybył ks. Cichowski, a na wymówki gorzkie Kisiela, iż 
herezyę zarzuca cerkwi błahoczestywej, oświadczył gotowość 
dowodzenia. Rozprawiano przez trzy dni. Nie przekonał jeden 
drugiego, poznała jednak Ruś, że arjanie polscy podsuwali 
jej naukę obcą. (Jocher II. p. 566). Tembardziej znienawidzona 
i jezuitów i polaków. Ks. Cichowski po półroczu z Kyowa 
wyruszył do Ostroga, 

O zborach na Wołyniu i województwie kijowskiem pisze 
Lubieniecki : Do najznamienitszych opiekunów Braci polskiej 
należeli Gabryel i Roman Hojski, ojciec i syn, oba kasztelani 
kijowscy, a ojciec nadto starosta owrucki i wołodymirski. 
pod ich opieką długo kwitnął zbór w Hoszczy nad Horyniem 
i Sokołówce czyli Kurozycy przy Słucku, miastach wołyńskich. 



167 

Ojciec niegdyś marszalkowal dworowi księcia Ostrogskiego 
Bazyla Konstantego, wojewody kijowskiego, którego synami 
byli Janusz, kasztelan krak., i Aleksander, wojewoda wołyński. 
Tenże (książę Aleksander) od ojca nauczył się sprawiedliwości 
względem czcicieli prawdy, którym książę on, szyzmatyk aż 
do śmierci, nie tylko nie bronił mieszkać spokojnie w Ostrogu, 
Lubartowie, Ostropolu, ale nawet pozwoli/ wystawić zbór 
w Konstantynowie. Sieniuta Krzysztof, rodem i bogactwem 
dorównywający niemal książętom, w majętnościach swych 
Lachowcach i Sieniutowicach , także wzniósł zbory, o co 
cierpiał wiele wymówek gorzkich, a niemałą część docho- 
dów swoich rocznych obracał na opiekę i krzewienie prawdy. 
Ale i Czaplicki Maryan z Jerzym bratem, znajomi nam syno- 
wie Jana, sędzi ziemskiego powiatu łuckiego, oświeceni 
prawdą bożą, w Beresteczku i Kisielinie, miastach o milę od 
siebie oddalonych, więc też stryjeczny ich Adam, w Szpanowie 
i Młodostowie, użyczyli zborowi gościnnego schronienia. 
W Kisielinie szkoła wzrosła znakomicie z rozbitków szkoły 
rakowskiej pod przewodnictwem Eustachego Gisela, Ludwika 
Holeisena, Piotra Stegmana, Joachima słynnego brata, Teodora 
Szymona z Holzacyi (zwanego Filipem Kozmius, od książki, 
którą wydał o papiestwie, a że w greczyźnie był biegły, więc 
dodał z greckiego przekład Januae Komenianae), bywały tam 
nawet niekiedy zgromadzenia zborowe. Zbory one w Bereste- 
czku i Kisielinie ze szkołą wraz zburzone za niesprawiedli- 
wym wyrokiem trybunału lubelskiego. 

W Czernichowie szkole przewodził Bartłomiej Woch, 
Debel, prusak, i Paweł Myślicki, ślązak. W Hoszczy Teofil 
Młynarz, Daniel Duroski, słynny później lekarz Salamon Pa- 
ludius i Wojciech Caprowicz wystawili sobie krótkotrwałą 
pielesz, zbór na folwarku babińskim, dziedzictwie Babina. 
W Niemierzyców dobrach stanęły pielesze obszerniejsze 
i o wiele trwalsze. Początek zrobiła pobożna pani Niemie- 
rzycowa z domu Chreptowiczowa, sędzina ziemska kijowska, 
której syn Szczepan, podkomorzy kijowski, starosta owrucki, 
w Czernichowie wystawił zbór. Syn onegoż, Jerzy, następca 



I 



168 

ojca w podkomorstwie i starostwie, zborowi temu siedzibę 
dogodną naznaczy) w Szerszniach i Uzomirze i broni! go, 
mimo wielkich prześladowań, napaści i przykrości. (Lubieniecki 
Hist. Reform. 277). 

Po zburzeniu szkół w Rakowie mnóstwo uczniów i kilku 
nauczycieli najzdolniejszych przeniosło się do Lusławic. 
Szkołą rządził tam Baumgarten Walenty, prusak z Memla, 
słynny z naukowości. Na wzór akademii uczono i rozpra- 
wiano nad teologią, metafizyką, fizyką i myślinią, a ćwiczenia 
w krasomowstwie odbywały się w najlepsze. Z Siedmiogrodu 
przejeżdżając, wstępowali tam często dostojnicy i szlachta, 
starzy i młodzi, bracia nasi w wierze, zwani tam jednobożany 
(Unitarii). Dziatwę swą i młodzież przysyłali tam, aby się 
poduczyła mowy polskiej, nauk, a przedewszystkiem nabo- 
żności. Przebywali też uczeni mężowie i młodzieńce. Elbingen 
Marcin Wilhelm, lekarz, i Szymon Polak, obadwa chemicy 
słynni. Dirner Chrystian, saksończyk z Magdeburga, Freder 
von Honster, szlachcic z Brunszwigu. Mieszkało kilka szlach- 
cianek poważnych, wiekowych, nabożnością chcących zakoń- 
czyć życie. Więc gwoli temu stai^^iano domy ładniejsze, co 
nadawało pozór miasteczka niejako. Na kazania uroczyste 
Szlichtinga Jony nie tylko w niedzielę, ale i we środy, przy- 
bywali słuchacze z okolicy, a między innymi najprzód Błońscy, 
trzej bracia rodzeni, Jan, Piotr i Aleksander. W uroczystości 
zaś świąteczne szlachty ścisk zapełniał kościół tamtejszy, 
równie jako i kościoły pobliskie: w Rąbkowej, wystawiony 
przez dziedzica Chronowskiego Stanisława, który go zarazem 
i obsługiwał, więc i w Pielni, też obsługiwanej przez dziedzica 
brzeskiego, Pawła Żegotę, męża znakomitego rodem i żarli- 
wością wiary. Podobnie czyniły hen za Dunajcem i Wisłą 
rodziny Morstynów, Rupnowskicb , więc i Gosławscy Adam 
i Jędrzej herbu Oksza. Gosławski Adam Okszyc z Bebelna, 
urodzon z Filipowskiej, słynnej z obyczajów poważnych i nie- 
zrównanej skromności i łagodności. Pieleszą ich był Rlimun- 
tów. Adam r. 1575 dzierżawił Aleksandrowice od Karmińskiego 



169 

Iwana i razem z nim dawał sUadki na zbór i szpital laterski 
w Krakowie. 

Sejm uchwali/ wojsko kwarciane, Filipowski Jarosz, po- 
krewny, posłował od króla Stefana, który rychle jął wojować. 
Gosławski wstąpił do wojska i rotmistrzował, a trudy wojenne 
napowiodły go na myśli pobożne, na arjanizm zaś naprowadził 
go Cikowski Stanisław, kasztelan biecki, który hetmanił wojsku 
w bezkrólewie, a jako arjanin żarliwy z Filipowskim wraz 
był obrońcą i opiekunem zboru. Gosławski ożenion był 
z Elżbietą z Cikowskich. Gosławski osiadł w Rakowie, został 
kaznodzieją zboru i rządcą szkoły, zasłynął z nauki, Karmiń- 
skiego Iwana, wiekowego, przyciągał do ai^janizmu, przez co 
tenże uznan od luteran za niedołęgę, a r. 1608 w Rakowie 
wydał książkę przeciwko Skardze, r. 1613 przeciw Eellerma- 
nowi, zaś 1620 przeciw Jakóbowi Martini, nauczycielowi 
w Wittembergu. Umiejętnie bronił w nich wyznania Socyno- 
wego i zasłynął między Bracią polską. Brat jego Jędrzej też 
osiadł w Rakowie, kaznodzieił i nauczał. Później Adam prze- 
niósł się do własnej wioski Krasne na Podgórzu, o kilka mil 
powyż Lusławic, w sąsiedztwie Homranic i Męciny, w której 
r. 1604 odzyskali kościół katolicy. Tutaj więc Gosławski Adam 
prawił nabożeństwa, o których wspomina Lubieniecki (Stanisł. 
młodszy w swej Historyi reformacyi). Tutaj z Rakowa r. 1637 
schronił się brat jego Jędrzej. 

R. 1645 Suchodolski Adam, Jędrzeja Wiszowatego wy- 
chowaniec, z nim wraz przez lat ośm podróżując i ucząc się 
w obczyźnie, niebaczkiem nawrócon na katolicyzm. Za po- 
wrotem doma, objąwszy ojcowiznę, Piaski lubelskie, kędy 
ojciec jego użyczył schronienia zborowi rakowskiemu, zniósł 
on zbór ku wielkiemu zgorszeniu stryja swego, Mikołaja, 
i aijan wszech. 

Jezuitów zabiegi w celu nawracania młodzieży odnosiły 
skutek. Różnowierców najzapaleńszych synowie stawali się 
obrońcami katolicyzmu lub przyoblekali szaty zakonne, a Mę- 
ciński Wojciech sięgnął nawet po wieniec męczeński. Lecz 
i ewangelicy nie walczyli bez skutku. Wytrwale i potężnie 



170 

broniąc nauki o Trójcy świętej, byli sprzymierzeńcami kato* 
lików. Do takich należał Bartłomiej Niger, syn drużby Blan- 
dratowego, co to z nim samowtór zaszczepiali arjanizm 
w Polsce. Byf on pastorem kalwińskim w Gdańsku i bacząc 
wyrozumiałość swych współwyznawców, sądził, że się da 
przewieść pojednanie z Rzymem na sposób unii ruskiej. 
Poddał więc myśl swą królowi, żądając zebrania różnowier* 
ców na rozmowę przyjazną i ręcząc za skutek. Biskup żmudzkt 
Tyszkiewicz, brat wojewody kijowskiego, podjął myśl, poro- 
zumiano się z kalwiny litewskimi i ogłoszono zebranie w To- 
runiu na 28. sierpnia 1645. Ossoliński Jerzy, kanclerz, gorąco 
popierał zjazd ten. 

Ze wszech stron pospieszyli różnowiercy, a od arjan 
wysłano Jonasza Szlichtinga z Ruarem i 22-letnim Stanisławem 
Lubienieckim. Biskup żmudzki nie przyjął ich, gdyż, nie wierzący 
w Bóstwo Chrystusa, są poganami raczej, niż chrześcijany* 
Chcieli pomówić z kalwiny przynajmniej i przewieść spór 
religijny na osobności. Lecz i tu odebrali odpowiedź tężsamą. 
Odepchnięci więc jako poganie, odjechali. Ossoliński gorąco 
wzywał różnowierców do pojednania się z Rzymem, ale na- 
daremno. 

Tego roku jeszcze ayawiły się księgi polskie: „Skład 
apostolski", „Wykład prawdziwy na 4 miejsca o Bóstwie Jezusa 
Chrystusa i 2 miejsca o Trójcy świętej^ przez Jonasza Szlich- 
tinga z Bukowca r. 1645. Nazwiska tłoczni, ani miejsca nie 
wyrażono. Przeciw Meisnerowi w Wittembergu, wydał też po 
łacinie: „Czy do zbawienia konieczne jest rozgrzeszenie"? 

W wszechuczni krakowskiej, równie jak po wszystkich 
szkołach wyższych, uczono myślenia i wnioskowania, lecz 
wedle przyjętych zasad zakroju niedołężnego. Panom nauczy- 
cielom zdawało się, iż kto zna drobne skoki myślini szkolnej, 
jest myślicielem. Byli oni pewni, że myśl wszelką przyłożywszy 
do formułki szkolnej, osądzą, czy dobra czy nie. Lecz na 
dobroć lub niedobroć myśli o Bogu formułki nie było, bo 
myśleć nie wolno było, jeno wedle nauki kościoła, która za 
się przyjmując niepojętość tajemnic świętych, stawiała myśli 



171 

zaporę. Koniec końcem zarozumiali uczniowie szkolni, starzy 
i mfodzi, nie śmiejąc rozumować i myśleć, nie umieli osądzić. 
Prawda ona niepocieszna wyjaśnia, dlaczego księga Szlich- 
Lingo wa dfugo nie znalazfa wstrętu, dlaczego ją czytano 
z upodobaniem, ciesząc się i wmawiając w siebie, iż arjanizm 
czo/a ugina przed kościołem rzymskim. Wtem ks. Cichowski 
z Ostroga wraca do Krakowa, z zadziwieniem słyszy pochwały 
na Szlichtinga, jakoby dążącego do pojednania z Rzymem, 
skoro przyjął osnowę całą wyznania wiary wedle nauki 
kościoła katolickiego. Niedowierzając wieści, poszukuje on 
księgi samej, chcąc się przekonać naocznie, mimo, że wieść 
stwierdza ks. Zaporski, sekretarz królewski. Księga jednak 
rozerwana na wszystkie strony, tak gorliwie była czytaną, 
nie można jej dostać. Jezuita jednak umie sobie radzić. 

W Sankach pobliskich mieszka pan Wiszowaty Krzysztof 
(stryj Jędrzeja), którego poznał na Wołyniu. Ośmiela się 
prosić go o pożyczenie: Składu apostolskiego Szlichtinga 
Jony. Wiszowaty przysłał księgę, wzywając z przekąsem, żeby 
zbił prawdę nauki, jeżeli zdoła. (Jocher II. 3559, Bandtkie 
Wiszniewski IX. 138). 

R. 1647 2. maja sejm, w Warszawie zagajony, stwierdzi^ 
zakonom zakłady i nabytki nowe. Sądzono też księgę Szlich- 
tinga zagrabioną i jego samego. Księgi wraz z skrzyniami, 
w których przechowywane, za wyrokiem sejmu kat spalił 
publicznie. Szlichting Jonas zaś mocą wyroku od sejmu, 
sądzącego za zbrodnię bluźnierstwa majestatu boskiego, po- 
pełnioną napisaniem księgi przewrotno-arjańskiej , osądzon 
na karę przyzwoitą, na winy inne (de condigno et aliis mulctis 
tum poena infamiae) i karę bezecności. Dobra zaś wszelkie- 
ruchome i nieruchome, także iścizny zastawne i pieniądze 
gotowe, nadają się Janowi Dąbskiemu, kasztelanowi brzesko- 
kujawskiemu, królowi i Rzeczypospolitej dobrze zasłużonemu. 
W Warszawie 11. maja 1647. Władysław IV. (Castr. Grac. 
Oblat. L. 73). 

Wyrok on radością napoił serca katolickie, niemniej* 
jako i serca kalwinów pruskich. Niger, pastor gdański, pióru- 



172 

nowa} znowu na arjan jako pogan i wznawiając wniosek 
biskupa Jana Lipskiego i stanów pruskich z r. 1636, nasŁawał 
na wypędzenie ich z Prus i Warmii. 

„My, Władys/aw IV., wszem wobec, tak kościelnym, jako 
i świeckim ludziom i urzędom, obwieszczamy: Obowiązkiem 
panujących jest zapobiegać, aby za ich rządów chwata Boga 
w jedności troistego , a w Trójcy jedynego, nie cierpiana 
uszczerbku od ludzi wyjętych z pod prawa i niegodnych 
nazwy chrześcijan. Bacząc zaś, że w krajach naszych, miano- 
wicie w ziemiach pruskich, znajduje się sekta nowochrzczeń- 
ców i mennonistów, wielce szkodliwa duszom tak katolickim, 
jako i różnowierczym, a dla swego bluźnierczego zaprzeczenia 
Bóstwa Chrystusowego od kościote znienawidzona i wyklęta. 
W gorliwości naszej nic nam pilniejszego nad powinna 
i troskliwą opiekę kościołów, któremi powodują się królestwa, 
berła i namiestnictwa ich. Zapobiegając tedy, aby bluźnierstwa 
owych przeczycieli prawd najjaśniejszych, odwiecznych, onych 
zwolenników zepsutej sekty, porubstwu oddanej i odbieżałej 
zupełnie od obyczajności społecznej, ażeby wyznanie ich 
przebiegle obłudne i szkodliwe nie wdzierało się pomiędzy 
chrześcijany, czyniąc zarzuty dogmatom , ustanawiamy niniej- 
szem i rozkazujemy naumyślnie i królewskiem obwieszczeniem 
ogłaszamy, wszem wobec i każdemu z osobna, wyznawcom 
sekty mennonistów i nowochrzczeńców, tak osobom prywa- 
tnym, jako i na urzędach w królestwie naszem, osobliwie 
w ziemiach pruskich, za pobłażliwością urzędów niektórych 
przemieszkującym i ukrywającym się: aby się nie ważyli 
kogokolwiek z chrześcijan wiernych i różnowierczych przy- 
nęcać do sekty swej, wpisując do liczby swych wiernych, 
lub przyjmując wyznanie wiary, a to pod karą śmierci, zaboru 
mienia i wszystkiej sekty z królestwa i państwa naszego całego 
wywołania i wypędzenia, nie wątpiąc, iż biskupi, a po para- 
fiach plebani, czuwać będą nad tem zepsowaniem dusz 
chrześcijańskich, a zwodziciele takie że będą zdawać nam 
i sądom naszym. Które to pismo, ręką naszą podpisane, dla 
Airierzytelności kazaliśmy stwierdzić pieczęcią naszą koronną. 



173: 

Dan w Warszawie 20. lipca 1647. Władysław król. Tomasz 
Ujejski, JKMci sekretarz". Pismo to imieniem ks. Teodora 
Zaporskiego, śpiewaka Władysławskiego, a sekretarza JKMci, 
z akt grodu krak. wyjmował znakomity Krzysztof Racki, ba- 
kałarz umnictwa i filozofii wszechuczni przezacnej krakowskiej. 
Do ksiąg zaś grodu w N. Sączu zaciągał osobiście Wny Łę- 
chicki, podwojewodzy kaliski, sekretarz JKMci. (Gród. Sącz 
fer. 4 post fest. S. Martini 1647). 

R. 1648 najazd Chmielnickiego. Kozacy garnęli się pod 
jego rozkazy, Tatarzy pod Tuhaj bejem przyszli w pomoc, 
wojska polskie pogromione w bitwach 19. maja pod Żółtemi 
wodami , a 26. pod Korsuniem , hetmani popadli niewoli 
tatarskiej. Co żyło szlachty polskiej z Ukrainy uciekało, z nimi 
wraz uciekali arjanie. Niewielki zastęp odważniejszych 
szlachty i niedobitków, wojewoda Tyszkiewicz zebrawszy, 
pospieszył łączyć się z Jeremią, księciem Wiśniowieckim 
(Jemiołowski). 

Czaplice, Niemierzyce, a z nimi wraz Wiszo waty Jędrzej, 
schronili się do Siedlisk pod Lublin, kędy Suchodolski Mikołaj 
utrzymywał zbór aijan, wypędzonych 1637 z Lublina, a 1648 
z Piasek. Przypkowski też Samuel z innymi uciekł, postra- 
dawszy mienie. Razem z Ukrainy Braci polskiej arjan z jakie 
tysiąc, w nagłej trwodze odbieżawszy mienia przed walącem 
się kozactwem, przez pół nadzy uciekali częścią do Wielko- 
polszczy, najwięcej zaś do Małopolski, szukając schronienia 
i utrzymania u tutejszej Braci polskiej, niezbyt licznej. (Lubię- 
niecki p. 288). Ks. Cichowski Mikołaj, bezpieczny w klasztorze 
swym jezuickim w Sędomirzu, bacząc trwogę uciekających, 
śmiał się z nich i zigrawał. Wypędzanie arjan trzechkrotne 
napawało go radością, a to tem bardziej, gdy arjanie, słysząc 
o pochodzie niezatamowanym Chmielnickiego, nie czując się 
bezpiecznymi w Lubelskiem, wyruszyli dalej— aż ku Gdańsku. 
Wesołość księdza jezuity nie miała granic, przepowiadał, ż^ 
ich wypędzą i stamtąd. Nie omylił się, chociaż nie zgadł, 
kto wypędzi. W Gdańsku, gdy aijanie po swojemu prawili 
nabożeństwo, Niger, pastor kalwiński, podszczuł pospólstwa 



174 

luterskie, wypędzono ich z miasta. Schronienia użyczy/ im 
Iwanicki Paweł ^ dziedzic pobliskiego Straszyna. Urządzono 
tam zbór arjański , w którym po niemiecku kaznodziei) Ruar 
Marcin, niegdyś rządca szkół w Rakowie. Przydano mu Wiszo- 
watego na kaznodzieję polskiego. 

R. 1645 Szlichting Eliasz, burgrabia ziemski kosiński, 
był w Dobczycach nad Rabą i spłacał tam spadek jakiś 
300 złp. mieszczaninowi włosowskiemu Tomczykowi, żonie 
jego Jadwidze z Gonowskich i córce jej Żołądkiewiczowej 
Marynie. Szlichting Wespazyan , brat Jonasa , był wtedy dzie- 
rżawcą starostwa tego dobczyckiego, po śmierci Lubomirskiej 
Sebastyanowej, zmarłej 1. stycznia 1643. 

W Piotrkowie, w grodzie, r. 1648, Piotr Bardzki pozwał 
Szlichtinga Eliasza, dziedzica dóbr spornych Kamionki, Ba- 
szowie, Barczyna, Sobiesiarń i Babół: „iż z stanu i zajęcia 
prostego pochodząc, krwi i potu, ani żadnych zasług okupu 
nie dawszy, śmie zapamiętale szlachectwem zdobić nieszla- 
checkie nazwisko swoje i dobra ziemskie posiadać i nie dość 
na tem, ale i urząd ziemski burgrabiego przyjmować i od 
dawna już piastować. Więc aby jako nieszlachcic do stanu 
dawnego był przywróceń, a dobra jego ziemskie aby przy- 
padły skarbowi królewskiemu i zdawcy, dla przykładu odstra- 
szającego". Pozew ten, trzykroć głoszon w nieobecności po- 
zwanego, a gdy nie stawał, zapadł wyrok zaoczny sądowy. 
Wyroku tego głoszenie sądowe powstrzymał Marcin Łaszewski 
imieniem Szlichtinga Eliasza, w którego osobie zaczepiono 
cały jego ród znienawidzony. Na sejmiku przedwyborczym 
w Średzie, 10. września, Szlichting Eliasz z Bukowca, bur- 
grabia ziemski, żałobnie to opowiadał kołu rycerskiemu: „że 
jemu przez IMP. Piotra Bardzkiego z rankoru zadane nie- 
szlachectwo i prosił, aby według praw i trybu pospolitego 
(porządku prawnego zwykłego) szlachectwo swych przodków 
Da tem tu miejscu i placu wywieść mógł. Tedy my wszyscy, 
że się te zarzuty między tak starożytnemi familiami zagęściły, 
prawu pospolitemu dosyć czyniąc, wywodu IMci ochotnie 
przesłuchaliśmy, który uczynił w taki sposób...^. Tak brzmi 



175 

wstęp pisma od sejmiku, zawierającego wywód szlachectwa 
Eliasza Szlichtinga, syna Wolfganga i Barbary z Arciszewskich. 
Pismem tem, wydanem od laski marszałkowskiej sejmikowej, 
uzbrojony Szlichting Eliasz, samosiódmy, z braćmi Janem, 
sędzią ziemskim wschowskim i Wojciechem, więc z Tobiaszem 
i Piotrem Arciszewskimi, także Eliaszem i Janem Kreskimi, 
stanął na roczki sądowe. Sąd, wejrzawszy w pismo od sejmiku, 
świadków przypuścił do przysięgi, jako Eliasz Szlichting jest 
im pokrewnym. Poczem przyznane mu szlachectwo, uwolnion 
od pozwu, a pozywającego Bardzkiego za obwinianie zapa- 
miętałe skazano na 60 grzywien pozwanemu do wypłaty — 
pod karą wywołania. (Castr. Cracov. Oblat. L. 73). 

Z całego toku sprawy znać, że p. z Barczyna Bardzki 
o dobra te wiódł spór z Szlichtingiem , a chcąc mu dogryść, 
a sobie dopomódz do odzierzenia ich, wystąpił jako zdawca, 
spodziewając się nagrody spadku po nieszlachcicu. Rozjątrzenie, 
wywołane wygraną Szlichtinga, do zapalczywości podburzyło 
przeciwników. Adryan Linde, wiecnik gdański, ewangelik, 
w Malborgu na sejmiku wniósł: aby arjan nie uznawać za 
ijhrześcijan i wykluczyć ich od swobód obywatelskich. Wacław 
Leszczyński, biskup warmiński, poparł wniosek, chwaląc 
gdańszczan, że wypędzili arjany z miasta; poparł też Dzia- 
łyński Jan, wojewoda chełmijski. Iwanicki Paweł, dziedzic 
Straszyna pod Gdańskiem, kędy był zbór aijan, zażądał głosu ; 
pan wojewoda sprzeciwiał się, twierdząc, że jako arjanin 
posłować nie może. Z trudnością przypuszczony do słowa 
Iwanicki, gdy w obronie aijan przytoczył, że bywali dostoj- 
nikami, a Niemierzyc dotąd jest podkomorzym kijowskim, 
biskup warmiński rzekł doń: „Panie bracie! daję ci tę samą 
radę, którą dałem podkomorzemu kijowskiemu, Niemierzycowi, 
krewnemu twemu i spółwiercy. Ponieważ sekta wasza po- 
wszechnie jest źle widzianą, a prawa, których się domagacie, 
zaprzeczano wam, tedy nie udawaj się na sejmiki i proś Boga 
o nawrócenie. Kocham cię jako szlachcica, ale twoją wiarą 
muszę się brzydzić, zresztą jej jawne obrządki są zakazane 
w naszych pruskich ziemiach**. — „Nie jestem arjanem wedle 



176 

Arjusza, odrzekł Iwanicki, bo wierzę w Trójcę świętą** ! — „Ale 
nie tak, jak inni chrześcijanie" ! odpowiedziano. Wkońcu wniósf 
biskap, aby arjan , jako niechrześcijan, wypędzić z kraju do 
lat czterech. Uchwalono wniosek nieco łagodniejszy. 1. Iwa* 
nicki może pozostać na sejmika, ale na ten tylko raz ostatnia 
2. Arjanie w Pmsach mogą pozostać, lecz nie wolno im sta- 
wiać zborów, ani kupować dóbr ziemskich, a zakupiono 
w latach 3 ostatnich mają pozbyć niebawem. Zarazem uchwa- 
lono: zakaz grodom i sądom ziemskim przyjmowania od 
arjan protestacyj w sprawach religii, oraz nakaz wymazania 
przyjętych. (Lengnich VII. p. 6 — *1). Wyroki te sejmików 
pruskich oddziałały na cały sejm koronny. 

R. 164f8 20. maja d. umarł Władysław IV., 26. maja pod 
Korsuniem Chmielnicki poraził wojsko polskie. Łubieński 
Maciej, arcybiskup gnieźnieński, jako namiestnik korony, wi- 
ciami zwołał sejm. Szlachta zjechała się 1648 (14. lipca) do 
Warszawy, aby radzić, kogo sobie wybrać królem. Bogusław 
Leszczyński, star. wielkopolski, niedawno na katolicyzm z lutra 
nawrócony, marszałkował. Ale Jerzy Ossoliński, kanclerz 
koronny, przeważne jeszcze wywierał wpływy, równie jak 
Maciej Sarbiewski, stary marszałek (ojciec wieszcza, jezuity), 
a bicząjący się litewski kanclerz, Radziwiłł, także znaczył 
niemało. Gdy (23. lipca) różnowiercy odezwali się z żalami 
swemi, żądając ubezpieczenia, Sarbiewski odrzekł im, iż 
Polska nie zna religii innej, nad katolicką, która i tak uszczerbku 
doznaje. Mimo to uchwalono komisyę śledczą w sprawie 
tej, a między głosigącymi był też Niemierzyc Jerzy, którego 
dla aijanizmu kaptur kijowski wyzuł z podkomorstwa. Głosy 
jego przyjmowano, lecz gdy o niego głosowano, Tyszkiewicz, 
wojewoda kijowski, powstał nań, że jako heretyk, nie różno- 
wierca , nie może nawet do sejmu należeć, gdyż sejm jest 
chrześc^ański , arjanie zaś w Chrystusa nie wierzą, a zatem 
nie są objęci prawami, wydanemi dla chrześcijan różnowier- 
ców. „Z heretyki mówić nawet nie wolno", zakończył. (Micha- 
łowski 16. listop. p. 339). — Niemierzyc odparł, iż nie jest 



177 

arjaninem, gdyż wierzy w Trójcę świętą. — Więc mów skład 
wiary św. Anatazego! — odezwały się głosy, mianowicie biskupie 
i szlachty mazowieckiej. — Nie jestem na soborze kościel- 
nym — odparł — lecz posłem na sejm, nie czynię wniosków 
religijnych, lecz upominam się praw moich obywatelskich. — 
Kocham cię też jako szlachcica, lecz nienawidzę jako here- 
tyka — rzekł doń biskup warmiński, któremu przerwał Adam 
Koryciński, starosta oświęcimski, wołając: Wolę krew rozlać 
i zdrowie łożyć, aniżeli łączyć się z arjany. — My ! tak samo ! — 
zawołali lutrzy i kalwini ! My wierzymy w Trójcę świętą! — 
Niemierzyc zaś zawołał: Nie pozwalam! sprzeciwiam się 
koraisyi takiej nieprawnej ! — i musiano zerwać posiedzenie. 
30. lipca znowu podjęto sprawę. Kalwini rzeczniczyli, żądając 
przywrócenia zboru wileńskiego, krom ubezpieczenia wyzna- 
nia, wskazywali niebezpieczeństwo groźne od Chmielnickiego. 
Na to powstaje Jerzy Ossoliński, gromiąc: Jeżeli chcecie na 
nas wytargować co uporem swym, to wiedzcie, że nie tylko 
Chmielnicki, ale świat wszystek, a nawet i piekło wszystko 
gdyby się obaliło na mnie, nad to, co macie w przeszłych 
wiecach bezkrólewia i joty nie dopuszczę, bo sumienie moje 
nie pozwala! Zaprzestańcie na tem, co macie i na opiece 
równej, którą dajemy osobom, bo wyznanie wasze mamy 
w nienawiści nad węża, nad żmiję. — Z tem rozjechali się po- 
słowie na sejmiki przedwyborcze. Odprawa dana przez Osso- 
lińskiego i porównanie do węża i żmiji dawało do myślenia. 
W spisywaniu krzywd i żalów ewangelicy nie wykluczali już 
arjan, przypominających Moskorzewskiego przypowieść o łodzi 
wspólnej i częściach oka chronionych. 

Na sejmie wyborczym 14. listop., już ku końcowi, różno- 
wierce wszyscy podali żałoby swoje, tak na krzywosądy, jako 
i napaście. Arjanie żalili się na sąd lubelski, o wyrok beze- 
cuości na Bolestraszyckiego 1643, na sąd piotrkowski o po- 
tępienie Ostrowskiego, że w izbie trybunalskiej nie ukląkł wraz 
z katoliki na odgłos dzwonka przy kapłanie niosącym Sakra- 
ment Przenajświętszy, na sąd kijowski o potępienie Sieniuty, 
dziedzica Lachowic, że porzuciwszy arjanizm, kościół oddał 

12 



178 

Dominikanom, a znowu przeszedłszy na arjanizm, chcia/ ich 
się pozbyć, przyczem ministrowi zboru Statorius-Stojeńskiemu 
oberwą/ się wyrok bezecności i wywołania, więc i o Nie- 
mierzyca podkomorstwo odjęte, jako nie katolikowi, ani 
rusinowi, na sejmiki malborskie zaś i sądy w Średzie o zakaz 
wyznania wolnego i wyroki surowe, wydane na Niemierzyca, 
Czaplicę, Żwanieckiego i inne, na wielopolskiego plebana 
Kosińskiego, iż położył areszt na zwłoki aijańskie (wojewodzie 
bracławskiemu). Kalwini litewscy wnosili o napaście w Wilnie, 
Mińsku, Połocku, o sądowe wzbranianie stawiania zborów 
nawet w majętnościach prywatnych i wzbranianie nabożeństw 
nawet domowych. Krakowscy zaś ewangelicy użalali się na 
one napaście studenckie, na łupież kamienic w mieście i napad 
Załajego w dworze własnym, na zelżenie zwłok jego. Na żale 
te odpowiedziano : Religia powinna być tylko katolicką, więc 
przeto samo nieważnemi są prawa wydane na korzyść różno- 
wierców, jako nierozmyślnie wyrzeczone. Z tej przyczyny 
nie wolno też stawiać zborów nowych. Że też już wrodzone 
jest żakom bić lutry iżydy.— Różno wierców więc, mianowicie 
arjan, ogłoszono jako wyjętych z pod prawa. 

W Lusławicach zapanowało przerażenie, wywołane wy- 
rokiem potępienia Szlichtinga Jonasa, prześladowaniem całej 
rodziny Szlichtingów i arjan wszech. Zwątpili o sobie Błońscy, 
zwątpili Taszyccy. Błońscy, trzej bracia rodni: Jan, Piotr 
i Aleksander, naradzali się, co czynić, aby uniknąć prześla- 
dowań. Jan z Aleksandrem postanowili przejść i przeszli do 
kalwinów, którzy, jako wyznawcy Trójcy świętej i Bóstwa 
Chrystusowego, zaliczeni do chrześcijan, nie pozbawieni opieki 
prawa. Wpłynął na nich Chrząstowski Stanisław, sąsiad na 
bliskich Szczepanowicach, podsędek krakowski, który r. 1615, 
przewodnicząc zgromadzeniu ewangelików w Okszy, dokonał 
połączenia lutrów z kalwinami. Piotr nie chciał o tem słyszeć. 
Będąc bezdzietnym, nie myślał zmieniać ani wiary, ani życia, 
chciał jeść doskonale, pić jeszcze lepiej, a modlić się Bogu 
tak, jak go nauczyli ojciec i matka, nie zmieniając wiary 
dla dobra dzieci! 



179 

Smutną byfa dola Jonasa, ale nie mniej jego żony, Anny 
córki Lobienieckiego, wnuki Morstyna Stefana. Siostra jej 
Aleksandra, byfa za Błońskim Janem drugą żoną. Pierwszą 
Barbarę z Żelichowskich, pojął wdową po Wiktorze Szymonie 
na Tropiu i Trąbkach. Jonas, żeniąc się, w posiigu żony swej 
przejął dług Błońskiego Jana 8.000 złp., winnych Morstynowl 
Gabryelowi, ubezpieczonych i oprawionych na Lusławicach 
z dworem i folwarkiem, więc też na częściach wsi Lubina 
i Janowice, bo p. Gabryel był stryjecznym dziadem żony jego, 
był arjaninem na wskroś i naj życzliwszym rodzinie Szlich- 
tingów. Obecnie potępionego Jonasa iścizna cała przepadała 
na korzyść Dąbskiego, więc i ten zapis, bo Jonas ogłoszon 
był nieboszczykiem społecznym. Dąbskich (h. Godzięba) ro- 
dzina służyła wojskowo, na polach bitew dobijała się mająt- 
ków, nie pragnąc mienia sierót. Więc i Dąbski Jan, kasztelan 
brzesko-kujawski, chociaż mu król i sejm nadali całą iściznę 
Jonasa Szlichtinga, nie pragnął zagrabić posagu żony jego, 
wiedząc, iż pochodzi z mienia Morstynów, używających miru 
wielkiego wśród szlachty. Nim się go jednak zrzekł, był 
prawnym onegoż posiadaczem. Jonasowa nieboga była na 
jego łasce. 

Chrząstowskiemu z Szczepanowie uciekł dworak, Winiar- 
ski Stanisław, szlachcic, i przystał do Stadnickiego Dyabełka, 
z którym wraz pojechał do Proszowic na sejmik kapturowy. 
Chrząstowski, obrońca zasady wolności religijnej, występował 
w obronie Szlichtinga na zgromadzeniu szlachty w kościele. 
Winiarski przerywał mu kilkakrotnie, wykrzykując, że on sam 
arjanin. Po mieście też rozrzucał paszkwile, że Chrząstowski 
aijanin, więc arjan broni. W huczkach tych i rozrzucaniu 
paszkwilów pomagali mu słudzy panów drugich, mianowicie 
Jędrzej, woźnica Taszy ckiego Daniela, od niedawna kalwina. 
W Krakowie konia Chrząstowskiemu trzymał woźnica Stani- 
sław. Pan Wielogłowski Piotr, idąc mimo, rzekł mu, że jego 
pan arjanin przeklęty. Sługa odparł, że Wielogłowski sam 
taki. Rozgniewany szlachcic kazał go imać ; przemocą poiv 



180 

wano, uwięziono go. ChrząsŁowski zaskarżył, a sąd kapturowy 
rzucif nań wyrok banicyi. (Kraków gród. Kaptur p. 1026). 
Ks. Cichowski, jezuita, śmiał się i cieszy/, że na Chrząstow- 
skiego, kalwina, na sejmiku paskwiluse pisano, posądzając 
o arjanizm. (Nowe zawstydzenie r. 1634). 

Tegoż roku ksiądz biskup Zadzik na sejmie przewiódł 
wypędzenie z Rakowa arjan z pomocą jezuitów. Nabrał ochoty 
do wypędzania odszczepieóców z Muszyny i Tylicza. R. 1638 
13. lutego rozkazał staroście swemu i urzędom miasteczek 
obydwu : „W miasteczkach obydwu , odszczepieńców od ko- 
ścioła rzymskiego i cerkwi zjednoczonych, mieć nie chcemy 
i gdzieby się pokazał w którem miasteczku takowy i dowody 
nań dostateczne były, ma być z miasteczek naszych wypędzony 
i dobra jego dyspozycyi naszej podlegać mają. O czem urząd 
miejski i starostowie pilnie się dowiadywać powinni '^ 

Różnowierce wszyscy, wraz z arjany, przed wyborem 
Jana Kazimierza 1648 królem polskim, żądali bezpieczeństwa 
i wolności wyznania, a stany Rzeczypospolitej, pod wiarą, 
czcią i sumieniem swem, obiecały mir różnowiercom chrze- 
ścijańskim na czasy wiekuiste, iż jednogłośnie opierać się 
będą każdemu, ktoby chciał przerwać ogniwa miru. Bracia 
polska była pewną, iż mir ten obejmuje i onych, wedle oby- 
czaju 80-letniego. Król Kazimierz też przez posły swe na 
sejm wyborczy, więc osobiście, w Warszawie, zaprzysiągł to 
na ewangelię świętą, wkońcu zaś w Krakowie na sejmie 
obrzędowym mir ów stwierdził przysięgą najświętszą, słowy 
najuroczystszemi , obiecując opiekę nad nim i obronę. Przy- 
sięga ona brzmiała: Ja, Jan Kazimierz, wybrany król polski 
i t. d., ślubuję i święcie przysięgam Bogu wszechmocnemu, 
na tę świętą Jezusa Chrystusa ewangelię, że wszystkie prawa, 
swobody, wolności społeczne i prywatne, więc też układy 
przez posłów mych zawarte z stanami królestwa i wielkiego 
księstwa Litwy, nierozdzielnie będę trzymał, zachowywał, 
strzegł i wypełniał wedle wszystkich w nich wyrażonych 
ustępów i oddziałów. Pokój też i mir z różnowiercy w wierze 
chrześcijańskiej zachowam i utrzymam, niedopuszczając, aby 



181 

ktokolwiek dla wiary był uciemiężon i uciskan, bądź przez 
sądownictwo nasze, lub urzędy, dostojnictwa nasze, ani sam 
uciemiężać będę, ani uciskać. A jeżelibym (broń Boże) zlamsi 
w czem przysięgę moją, mają mi odmówić posłuszeństwa 
obywatele królestwa i wszelacy poddani wszech narodowości 
i przez sam uczynek zwalniam ich od wierności i posłuszeń- 
stwa królowi powinnego, a odpuszczenia przysięgi mej niniej- 
szej od nikogo nie będę żądał, ani przyjmę, gdyby mi ją 
dawano. Tak mi pomóż panie Boże i święta ewangelio Chry- 
stusowa. (Lubieniecki, Reform, p. 293). 

Jezuici byli wówczas bardzo czynnymi. W Zborowie je- 
zuita Lisiecki, na czele dragonów Oleśnickiego jadąc do boju, 
padł kulami przeszyty. W Krakowie Mikołaj Gichowski zacię- 
cie walczył z Bracią polską, wydając księgi : Credo Arianorum 
i Wizerunek nieprawdy arjańskiej. W Siedmiogrodzie zaś i Ra- 
koczego dobrach węgierskich jezuita Jasbereni pracował nad 
połączeniem Rusi z Rz3fmem. Po śmierci biskupa munkackiego, 
Bazyla Toroszewicza, nakłonił biskupa jagerskiego, Jakusicza 
i Bazylianów, iż zawezwali do IJngwara 63 popów ruskich, 
namawiając do unii, obieciyąc wolny obrządek ruski i wol- 
ność wybierania biskupa i wolny użytek dóbr kościelnych. Popi 
przystali, a biskup i generalny wikary Jasbereni stwierdzili 
umowę. Rakoczy młody nie miał nic przeciwko temu, bo, ma- 
rząc o koronie polskiej, pozornie sprzyjał katolicyzmowi. Nie 
omylił jednak Reformatów bieckich, którzy zwietrzyli zdradę, 
prawdopodobnie spowiadając w Kobylanie, gdzie cudami za- 
słynął obraz darowany od papieża. 

R. 1648, przed wojną kozacką, stronnictwo katolickie 
przeważnie wpływało na wybór wodzów. Po porażce hetma- 
nów Jerzy Ossoliński, uważany za główną wojny kozackiej pod- 
nietę, utracił wpływ swój potężny, biskupi też przycichli, wie- 
dząc, że się sejm upomni pieniędzy od duchowieństwa ; więc 
górę wzięło stronnictwo kalwińskie z naczelnikami swymi : Fir- 
lejem, kasztelanem bełskim i Ostrorogiem, podczaszym koron- 
nym. Hetmaństwo wielkie jednogłośnie na czas bezkrólewia 
oddano księciu Jeremiemu Wiśniowieckiemu, wojewodzie ru- 



182 

skiemu. Co do dalszej zaś obrony kraju szlachta katolicka po- 
spuszczała głowy, a różnowiercy zajęli się nią w sejmie. Do 
wydziału obrony kraju wybrani : z Wielkopolski Jan Szlich- 
ting z Bukowca, sędzia ziemski wschowski (brat Jonasza, wy- 
słańca), a z Małejpolski Jan Rzeczycki, starosta urzędowski, 
kalwin, zagorzały wróg mnichów, a szczególnie jezuitów, któ- 
rych wraz z obrzędy katolickimi wyszydzał wierszami (r. 1644), 
z Litwy Ogiński. Chrząstowski, podsędek krakowski, też nie le- 
niwie radził o obronie, a gdy Denhofa, starostę m^borskiego, 
wypytywał o pieniądze zaciężne, zatrzymane Przyj emskiemu, 
pułkownikowi, Denhof urażony brał się do szpady, a Chrzą- 
stowski zasię do szabli. Przy wyborach tymczasowego het- 
mana polnego już nie chodziło, jak tylko, czy Firleja, kaszte- 
lana bełskiego, czy Ostroroga, podczaszego koronnego. Obrano 
Firleja, kalwina, większością ogromną, wbrew wnioskowi Szlich- 
tinga, Orzelskiego, pisarza kalisk. i Zaleskiego, referend. kor., 
popierających Ostroroga. (Michałowski). 

R. 1649 w Zbarażu i pod Zborowem ważyły się losy 
Polski. Lud ruski w imię prawosławnej cerkwi i obrządku 
bułgarsko - ruskiego złączył się z Tatary przeciwko Polsce, 
a właściwie przeciwko szlachcie i jezuitom. „Za wiarę, za 
wiarę" było hasło kozaków Chmielnickiego, idących na oślep 
po rany lub śmierć; rozdwojenia w tej mierze nie było w po- 
śród nich. Poczucie społeczne zgromadziło w Zbarażu zastęp 
szczupły, niespragniony męczeństwa za wiarę, lecz bitny, roz- 
ważny i niemający ochoty dać się zabić bezkarnie . Pod zna- 
kami starego kalwina, hetmana Firleja^ obok katolików stali 
lutry, kalwiny i aijany. Taksamo pod znakami Lubomirskich, 
mianowicie: Konstantego, star. sądeckiego i Aleksandra, ko- 
niuszego, a Niemcy, rajtary Korfa, więc i piechota niemiecka 
i węgierska w małej liczbie byli katolikami. Sławny Arciszew- 
ski Krzysztof, jak przed rokiem obronił Lwowa, tak obecnie 
utwierdził zamek zbaraski, okopał Zborów i jemu Polska winna 
ocalenie swe, a był on synem Eliasza, założyciela zboru i pie- 
leszy aijan w Szmiglu. Sława jego europejska pod jego znaki 
ściągała przyjacioły dawne, arjany i kalwiny. Morstyny, 



183 

Szlichtingi, Otwinowscy, słowem wszyscy arjanie byli mu po- 
krewnymi. Wszyscy walczyli prawie nad siły ludzkie, wspie- 
rając się wzajem. Mimo to wszystko był rozbrat w sercach, 
rozbrat w imię Boga. Wiara, co łączyła Ruś, dzieliła Polaków ! 
Kapitan artyleryi, kalwin, postrzeleń śmiertelnie na zamku zba- 
raskim. Minister kalwiński Firleja przyszedł nieść mu słowa 
pociechy, od księżej katolickiej wybity i wygnan z zamku. Ka- 
pitana umierającego nawracano, lecz ten, nie dawszy się na- 
wrócić, umarł kalwinem. (Michałowski 452). 

Mikołaj Domaradzki, krewny Arciszewskiego, arjanin z pod 
usarskiej chorągwi księcia Wiśniowskiego, padł od kuli ko- 
zackiej ; że był arjanin, nie pogrzebion wraz z drużbami krwi, 
lecz osobno na wale miejskim. W ucisku największym ducho- 
wieństwo katolickie zarządziło nabożeństwo dla ubłagania mi- 
łosierdzia Boskiego, Sakrament Przenajświętszy obchodem uro- 
czystym obnoszono po obozie całym. Różnowierce, którym 
niemniej chodziło o wyżebranie litości Boskiej, zgromadzili 
się w namiocie zborowym, a kaznodzieje ich zanucili psalmy 
pokutne. Katolicy gorliwi, słysząc ten śpiew ich, zgorszyli się, 
że to obraza boska i ubliżenie. 

Zapasy krwawe z Kozakami nie przerwały walki ks. Ci- 
cho wskiego z aijany. Wiedział on dobrze, że Szlichting Jo- 
nas jest głową arjan, wiedział, że potępione jego „Wyznanie 
wiary apostolskie" jest najstraszniejszą z wszystkich ksiąg 
aijańskich, bo ułudzającą pozorem tożsamości z wyznaniem 
wiary katolików. Przeciw Szlichtingowi też zwrócił nienawiść 
swoją i przeciw Lusławicom, aby im zgotować los Rakowa, 
Kisielina, oto cel, który sobie wytknął. Wydał księgę łacińską : 
^Wyznanie wiary arjańskiej albo raczej oszukaństwa wyzna- 
nia socynistów czy samosatenistów, a po prostu arjan, przyoble- 
czonego zdradliwie w sukienkę Składu apostolskiego , wykryte 
przez ojca Mikoł. Cicho wskiego T(owarzystwa) J(ezusowego). 
Przyłączona jest setka dowodów najwyższego i przyrodzonego 
Bóstwa Chrystusa Pana, przez tegoż pisarza zebrana z pisma 
świętego i podana socynistom. Kraków, w księgotłokach Fr. 
Cezarego 1649". (Jocher II. p. 255 1. 3312). W przedmowie książki 



184 

tej, poświęconej Janowi Wielopolskiemu, żupnikowi krakow- 
skiemu, mówi: „Bardzo słuszna jest, aby, ile szkody religii 
chrześcijańskiej sprawiły niegdyś w Lus/awicach pod możną 
opieką Szafrańca wydawane pisma, tyleż zysku aby jej przy- 
niosło niniejsze zbijanie wyznania lusławskiego, uzbrojone 
powagą Twej opieki Jaśnie Wielmożnej". Słowy temi Cicho- 
wski wskazywał Lusławice jako gniazdo i pielesz arjanizmu na 
wzór niegdyś Rakowa, bo w czasie swoim wyznanie arjańskie 
zwano „rakowskiem", tak, jak on je teraz nazwał „lusławskiem^^ 
W treści zaś, odpowiadając na wywody biblgne arjan, obrzucił 
ich ohydą najczarniejszą. Aijanie, zbijając dowód katolicki, że 
w starym testamencie już wyraz Bóg w słowie „Elohim" przy- 
chodzi w liczbie mnogiej, więc umożebnia wiarę w Trójcę 
świętą, wyczerpnęli przedmiot. Wypisali bowiem wszystkie 
a wszystkie miejsca, kędy przychodzi wyraz on i objaśniając 
naukowo, wykazali, że „Eloh" w hebrejskiem oznacza „duch", 
„Elohim^ zaś, liczba mnoga od Eloh, oznacza „duchy" albo 
duchowość, moc, władza duchowna. Dalej wykazali, że Mojżesz 
wyrazu tego używał, oznaczając władzę dobrą, jakoteż i złą, 
że go używał, oznaczając anioły i Boga, ale też i oznaczając 
duchy złe. Cichowski po swojemu przyszedł do wniosku, że 
arjanom wszystko jedno, duch dobry lub zły. Bóg lub djabeł. 
Na wywód tak dziecinny nie było odpowiedzi, zwłaszcza, 
że księga łacińska nie wabiła ogółu czytelników. Wolał też 
Szlichting wobec świata wyjawić krzywosąd na siebie, wyda- 
jąc „List pochwalny (Epistoła apologetica), zawierający tok 
sprawy jego wobec sejmu warszawskiego r. 1646 i wyrok za- 
padły nań. Pisany tamże, r. 1650 w lipcu i tegoż roku na 
świat wydany". W liście tym chwali się Szlichting, że katolicy, 
nie mogąc zgoła odeprzeć rozumowań, kazali księgę spalić. 
Aijanie przechwalali się tem wszędzie. Tegoż roku Cichowski 
wydał „Wizerunek nieprawdy aijańskiej postrzeżony w rozbie- 
raniu wykładu na niektóre miejsca pisma świętego o Bó- 
stwie Syna Bożego i w Trójcy Przenajświętszej, w Lusławicach 
przez p. J(onasa) S(zlichtinga) napisanego i prawdziwym nie- 
prawdziwie nazwanego, wystawiony przez ks. Mik. Cichoviusza 



t 
I 



18& 

Soc. Jesu, z dozwoleniem starszych. W Krakowie, w drnkarni 
Waleryana Piątkowskiego R. P. 1650". W przedmowie pisze: 
Przed kilku laty w Lusfowicach wydano 3 książki, któremi 
aijaństwo rakowskiego zboru, zniesieniem bardzo do upadku na- 
chylone, podpierać chciano. Najprzód na ich „Wyznanie" 
odpowiedziałem, a teraz na polską książkę, którą „WyUadem 
prawdziwym" nieprawdziwie nazwali, odpowiadam. Na trzecią 
odpowiadać rzecz mi się nie zdała potrzebna, bo ledwiem 
w niej co znalazł, czegoby w pierwszej części tej polskiej ksią- 
żki nie było ; a ten jeden egzemplarz, któregom z trudnością 
dostał, między książkami, którem do Kijowa posyłał (więc przed 
1648), zginął, a inszego dostać nie mogłem, bo się bardzo kryją". 
Wiszowaty Jędrzej, wobec prześladowania arjan pruskich, 
nie osiedział się w Straszynie pod Gdańskiem, r. 1649 jeszcze 
umknął się do Radostowa pod Raków, kędy zbór utrzymywać 
stryj jego, Wiszowaty Benedykt, ożenion z spółdziedziczką Ra- 
kowa, Aleksandrą, córką Sienińskiego Zbigniewa, urodzoną 
z Moskorzewskiej Bogumiły, objął zarząd zboru onego, niedo- 
bitków zboru ongi rakowskiego. Lecz i tu nie osiedział się długo, 
wyparty nieustanną a skuteczną działalnością jezuitów. Sie- 
niński Zbigniew, arjanin z krwi, równie jak żona jego, w wie- 
rze swej wychowywali dzieci, lecz zanadto ufali w moc prze- 
konania wyssanego z mlekiem piersi matczynej. Nie bali się 
wpływu jezuitów, ani chronili dziatwy od niego. Syna jedy- 
nego, Kazimierza, posłali do Rakuz na naukę. Jezuici odszukali 
i nietylko że go nawrócili, ale nawet namówili do zakonu 
swego. Zbigniew Sieniński nie przeżył tego, umarł 1651, a nowo 
nawrócony ks. Kazimierz niebawem żarliwość całą zakonną 
zwrócił ku obydwom siostrom swym. I nie bez skutku, młod- 
sza Krystyna wstąpiła do zakonu Benedyktynek w Sandomie- 
rzu. R. 1652 umarł Wiszowaty Benedykt, więc też i starsza sio- 
stra uległa wpływom księdza brata, oświadczając na wstępie, 
że utrzymanie zboru kosztuje za wiele. Niebawem powtórnie 
poszła za mąż za Łoszowskiego Stanisława, podczaszego do- 
brzyńskiego. 



186 

Wiszowaty Jędrzej, zwątpiwszy o zborze radostowskim, 
wyniósł się na Podgórze do rodzimej Rabkowej, aby w połą- 
czeniu z Szlichtingiem i innymi arjany skuteczniej opierać się 
działaniom jezuickim przemagającym. Lecz i nad Dunajcem 
zastał katolicyzm górujący. Taszy cki Achacy w Lusławicach 
zestarzał się i złamała się wola jego nieugięta, bo przeżył 
on 19-tu braci swoich, przeżył rówienników swoich wszystkich 
niemal, przeżył dziatwę ich, a nawet doczekał odszczepieóstwa 
wnuków. Pozostał sam jeden w pośród pokolenia młodego 
obcego przekonaniem, obcego obyczajem. A zewsząd wieści 
smutne miotały sercem starem, gdyby wichry dębem przesta- 
rzałym wśród puszczy. Zabłysnął jednak dlań nowy promyk 
życia, gdy mu żona powiła syna. Aby mu zabezpieczyć pie- 
lesz, ułożył się z Zygmuntową, za część jej Lusławic dał swoją 
wieś Faścieszową, a z psałterzystami tarnowskimi ułożył się, 
iż swoje 2000 złp. zostawili jako wyderkaf, na co Zygmuntową 
podpisała się w grodzie Nowy Korczyn. (Gród Sącz 126 str. 792). 
Zygmuntową, nabożna, Reformatom zakluczyńskim dała sto złp. 
na ołtarz patronki swej św. Anny. 

Zakonnicy byli bardzo zaniepokojeni, słysząc, iż do Rab- 
kowej zjechał Wiszowaty, a do Lusławic Loszowski Stanisław, 
podczaszy dobrzyński, osławiony jako arcyrabin czyli arcy- 
mistrz arjański i że obcuje z panem Achacym. Nie spodziali 
się, że p. Achacy, podpora, głowa Braci polskiej nad Dunajcem, 
że on zmięknie przed uśmiechem dziecka swego, że uczyni 
wszystko, aby je ochronić od prześladowań. On nietylko za- 
wahał się sam, lecz za sobą powiódł i Łoszowskiego. W Lu- 
sławicach, przy zborze sławnym, przy Jonasie Szlichtingu, tam 
pociechy szukała wdowa Sienińskiego Zbigniewa, zmarłego 
r. 1651, a teścia Wiszowatego Benedykta, zmarłego 1652. I ona 
przeżyła braci, męża i zięcia, a uciekała przed dziećmi ro- 
dzonemi, chcąc w wierze ojców dokonać żywota, a nie chcąc 
patrzeć na zburzenie zboru, do którego wzniesienia sama przy- 
kładała ręki. Dzieci jej, syn jezuita i córka zakonnica, nie 
mogły przenieść tego, że matka duszę gubi wśród arjan po- 
tępionych, koniecznie żądały powrotu jej do Rakowa. Gwoli 



187 

tema do Luslawic wysJali po nią siostrę Loszowską, pierw- 
szych god Wiszowatą Benedyktową, z mężem wtórym, arjani- 
nem zagorzałym, należącym do starszyzny zborowej, a jeszcze 
nienawróconym, acz do nawrócenia gotowym. Odwiedzi/a ona 
Taszyckich, a wymowę swą łącząc z feami i prośby pań, 
dokazała, że Achacy, starzec zwątlony, pozwolił z sobą robić 
wszystko, byle nie żądać po nim odmiany słów składa apo- 
stolskiego. Chętnie na to przystali księża, gdyż o słowa nie 
chodziło, jeno o znaczenie ich w duchu kościoła. Wprowa- 
dzon więc starzec do kościoła Reformatów, wygłosił skład 
apostolski wedle słów księgi Szlichtinga, równobrzmiących 
z księgami katolickiemi, więc ochrzczon. Zakonnicy niebawem 
jęli światu głosić gorliwość jego chrześcijańską. Jakoż on sam, 
obyczajem arjan, zawsze mienił się chrześcijaninem dobrym- 
Ulegając namowom, zbór i szkołę darował Reformatom, 
którzy zapisali w pamiętniku swym : ,jJaskinię oną łotrowską 
i synagogę arjańską wraz z szkołą akademicką darował O. O. Re- 
formatom. Wszystko to bezzwłocznie rozwalili bracia wielebni, 
drzewo jedno obrócili na potrzebę rozmaitą, drugie popalili. 
Wkrótce potem szlachta sąsiednia i lud płci obój ej przyjęli wiarę 
świętą. Między osoby znakomitemi: Abram Łoszowski, arcyrabin 
ich czyli arcymistrz, odprzysięgając się arjanizmu, przykładem 
swym wielu pociągnął do winnicy kościoła rzymskiego. Achacy 
Taszycki zaś, oświecon światłem wiary, nawiedzał często ko- 
ściółek Matki Boskiej anielskiej, uważnie słuchał słowa bożego, 
odżywiał się często świętościami Pańskiemi, a braci zakonnej 
świadczył wiele dobrego, jałmużny szczodrej. Kończąc żywot, 
przygotowań od nich do śmierci, zwłoki swe kazał złożyć 
w grobie kościoła M. Boskiej anielskiej. Wypełniono życzenie. 
Po zgonie jego syn jedyny i dziedzic pozostały nietylko że 
ojca naśladował w wierze, ale nadto, znęcony obcowaniem 
i religijnością Minorytów, przywdział suknię św. Franciszka, 
którego nazwę przybrawszy, został gorliwym nietylko braci- 
szkiem, ale i księdzem przykładnym". (Z pisanej księgi : Dzieje 
zakonu i klasztoru Reformatów w Zakluczynie). Sienieńska, sta- 
ruszka, ułożyła się z dziećmi, zastrzegając dożywocie dla siebie 



188 

i dla Lubienieckich i posag córce zakonnicy. (Dział dóbr Ra- 
kowa r. 1664). Loszowski prawdopodobnie przy chrzcie zmie- 
nił imię wraz z żoną, jako było zwyczajem kościoła. 

Właśnie podczas burzenia zbora w Lusławicach jezuita 
Cichowski samowtór po dworach i plebaniach uwijał się za 
pieniądzmi na wydawanie ksiąg przeciw arjanom. Wszędzie, 
kędy wstąpił, z nienawiścią zawziętą rozmawiał o arjanach, ohy- 
dzając jak najmocniej. Bacząc zaś, jak wielkiego miru w Są- 
decczyźnie używają Lubomirscy, zdanie swoje podszywał pod 
zdanie zmarłego Lubomirskiego Stanisława : Niezapomniany 
świętej pamięci JM. pan hetman Lubomirski mawiał o nich, 
że to jest zgraja, żyjąca bez chrztu, bez wiary, bez Boga, nie- 
godna zaszczytu szlachectwa, którą jako mahometańską obrzy- 
dziły sobie państwa wszelkie, nawet niekatolickie, gdyż, prócz 
słów czczych, nic oni nie mają wspólnego z wiarą chrześci- 
jańską. (Trutina manium — w przedmowie). Ohydzając aijan 
jako mahometan, więc pobratanych z Turkiem, wrogiem naj- 
zaciętszym Polski i chrześcijaństwa, ściągał na nich nienawiść, 
odsądzając ich zaś od szlachectwa, przypominał zarzut nieszla- 
chectwa czyniony Szlichtingom i tem samem zdzierał z nich 
cześć, jakiej im w oczach ludu nadawało szlachectwo, pospo- 
litował ich z tłumem. Nieomieszkał też obudzić chętki prze- 
śladowania czynnego, opowiadając, jako to już bijano lutry, 
jako to w Krakowie u pręgierza smagano Piotrowczyka za to, 
że śmiał tłoczyć księgę przeciwko jezuitom, jako to on był po- 
wodem, że arjan wypędzono z Rakowa i zniesiono tłoki, z któ- 
rych wychodziły księgi bluźniercze, obrażające uszy chrześci- 
jan, że zniesiono i zakazano szkoły wszelkie, że w końcu znie- 
siono i szkoły lusławs kie, które, jako gniazdo niewiary, dawno 
już wykazywał w księgach swoich. Nie zapomniał też naigra- 
wać się z arjan, jak oni to umykali przed czernią kozacką. 
Szczególnie zaś nie zapomniał opowiadać, jak on to odkrył 
zdradę niewiary Szlichtinga, ukrytą w „Składzie apostolskim^, 
którem to pismem wielu zaślepił i więcejby jeszcze obłąkał, 
gdyby księgę nie zachwycono i nie pociągniono pod sąd kró- 
lewski zadworny jako truciznę, co zaraża duszę, więc wyro- 



189 

kiem sejmu walnego książki z skrzyniami wraz palone ręką 
kata. Es. Cichowski umiał poruszyć umyślmy ludzkie, umiał na- 
wet osiągnąć korzyści pieniężne na rzecz zakonu swego, wal- 
czącego z wyznawcami djabła. 

W Wielogłowach ks. Bukowski Stanisław, jako proboszcz 
kościoła, pod którego dzwony należała wieś Dąbrowa, nie 
mógł i nie był obojętnym dla księdza Cichowski ego. Z cieka- 
wością słuchał wywodów jego i sposobów zwalczania arjan, 
a jako podstrażniczy nowosądecki, podręczny księdzu przeło- 
żonemu Sądeckiemu, o ile mógł, wpływał na otwarcie worka 
pieniężnego. Ks. Jaroszewski Szymon, praepositus Ecclesiae 
coUegiatae neosandecensis, t. j. przełożony kościoła zbornego 
w N. Sączu, chwaląc Pana Boga i służąc kościołowi katolic- 
kiemu, nazbierał pieniędzy niemało. Boć, krom dochodów sta- 
łych z dóbr, płacono mu dobrze za każdą uroczystość ko- 
ścielną, za każdą modlitwę wzniesioną do Boga za grzeszni- 
kiem zamożnym, który był w stanie opłacić trud wstawiania 
się za nim do Pana Zastępów, albo do którego z świętych Pań- 
skich. Ks. Jaroszewski, dostojnik kościelny w Sądecczyżnie 
najpierwszy, znakomitość nielada, był też w styczności i z ziem- 
skimi pany, mianowicie z domem Lubomirskich. Gdyć on 
Jaśnie wielmożnemu Marszałkowi koronnemu, JMpanu Lubo- 
mirskiemu Jerzemu, pożyczył 10.000 złp. gotówką, czy nie na 
wyprawę berestecką, albo też na przejednanie Zytkiewicza? 
rzecznika koronnego, za ono uderzenie trzciną po głowie, że 
mu nie przysądzał prawa kopania soli w Świrczu. Jako za- 
żyły z domem Lubomirskich mógł on jezuitom opowiedzieć 
ono zdanie o arjanach ś. p. Stanisława Lubomirskiego, zamie- 
szkałego i zmarłego na Spiżu w ulubionym swym Podoleńcu. 
Nie na opowiadaniu jednak zakończył ks. Jaroszewski życzli- 
wość swą ku jezuitom. Pożyczył im też pieniędzy na zapisy 
wobec ks. Bukowskiego. 

Niebawem tedy wydał ks. Cichowski księgę : ^30 przy- 
czyn, dla których każdy, zbawienia dusznego i poczciwości 
swej szanujący, ma się odrażać od zboru tego, który aqań- 
.skim zowią". W przyczynie 28-mej kończy wnioskiem swym 



190 

ulubionym, że aijanie djabla za Boga mają. Dalej zaś (str. 216) 
cieszy się: Socynistowie, lubo byli w Polsce płużyć i tak 
nauką jak cnotą s/ynąć poczęli, ewangelikom wyrównać 
nie mogli. Jak po opadłej powodzi ledwie się w niektórych 
dołkach Podgórza i krajów Sandomirskiego i Poleskiego zo- 
stali. Bóg cudownie Raków i Lusławice w ręce katolików od- 
dał. — Książka ta, tłoczona w Krakowie r. 1652 u wdowy Ce- 
zarego, przypisana Lanckorońskiej Jadwidze, kasztelance ra- 
domskiej, wyszła w nakładzie licznym, bo było o czem, rozpo- 
wszechniła się też między księżami. Niebawem dowcip jezuity 
powtarzano po kazalnicach, objaśniając, że ponieważ arjanie 
4jabła chwalą, zbory ich przezywać wypada „Piekłem", karczmy 
zaś, przybytki zepsucia i grzechu, „Rajem". Jednostajność nazw 
tych wszędzie, kędy mieszkali arjanie, świadczy, że na- 
zwy one nienawistne rozpowszechniano z góry naumyślnie. 

Szlichting Jonas zasię wydał: „Wołanie o pomstę du- 
chów wyznania chrześcijańskiego, skazanego na s^os i palo- 
nego, zaniepokojonych przez M. Cichowskiego, jezuitę". Pisze 
tam na wstępie : Powstajcie duchy pośmiertne „Wyznania", 
brońcie przynajmniej niewinności swej, skoro wam nie było 
wolno bronić życia waszego. — Spalenie księgi niepotępionej 
dowodami było okrucieństwem największem, jakiego się dopu-* 
szczono w Polsce. A tu i po spaleniu jeszcze 'nawodzi jezuita 
ono jagnię o kłach wilczych, którego zakon wszędzie ju- 
dzi na zbory i szkoły arjan, donosy tajemne przenosząc nad 
dowody pismem świętem. Ks. Cichowski, podjudziwszy na Lu- 
sławice, aby zachować niewinności pozór, wymknął się na 
Ukrainę. Obecnie śmie naigrawać się z arjan biednych, że 
stracili mienie całe i nie mają przytułku tak wygodnego, jaki 
mają jezuici po klasztorach swych bogatych. — Nie pomni, że 
kozacy napędzili i jego samego wraz z drużyną zakonną. 

Trwoga przed zbój cyma w Podgórzu była tak ogólną, 
iż poborcy generalni krakowscy, Witkowski i Gharzowski^ 
nie mogąc słać po pobory do podgórskich krajów, dla nie- 
bezpieczeństwa po drogach, obwieszczają, by przywożono je 
15. marca do Lublina. (Kraków 1. lutego). Zbójcę zwykle zbijali 



191 

dopiero, gdy się zazieleniły lasy, obecny zaś rozbój zimowy 
świadczy, iż nie sami Beskidnicy byli zbójcami, ale i wojskowi 
zaciężni, wracający doma. By/o zaś pomiędzy nimi niemało 
góralów z Beskidu i Tatr, jako też z Podgórza całego, pa- 
chołków pozbawionych chleba, odwykłych od pracy i zarobku. 
Oni też nie z ochoty, lecz z biedy, chadzali na wojnę , wcale 
nie miłując panów, którym służyli, a nienawidząc różnowier- 
ców za przykładem uczniów krakowskich. Kozacy i Ruś 
szyzmatycka nienawidziła katolików, lud zaś polski, katolicki, 
nienawidził różnowierców, bo tak ich uczono, jedni zaś i drudzy 
nienawidzili panów swych. Chmielnicki korzystał z tego, wy- 
puszczał jeńców napojonych tą nienawiścią, odbierając obie- 
tnice, że ją dalej będą szerzyć pomiędzy ludem ruskim 
i polskim. 

W Krakowie, po staremu, uczniowie akademii wybrali 
wodzem niejakiego Ryszkowskiego (5. maja), w połączeniu 
z motłochem pospólstwa, mianowicie z czeladzią odpędzoną^ 
nagle napadli i złupili kamienicę Doleńca, burząc przez dwa 
dni następne. Poczem, bacząc nieobecnego, w Szczepanowicach 
swych mieszkającego, Ghrząstowskiego, podsędka, który jako 
obrońca arjan popadł w wielką nienawiść duchowieństwa, 
mianowicie jezuity Cichowskiego , napadli kamienicę jego 
i odbiwszy piwnice, wynieśli kilka beczek wina i piwa. Więc 
rzucili się na bogate kramy w Sukiennicach, bronionych przez 
kilkadziesiąt mieszczan z piechotą zamkową, która natarła na 
motłoch, zabiła dwu, raniła kilku, przyczem kapitana jej po- 
walił bezbronny studentów wódz, mszcząc się za drużbę 
rannego. Poległ też mieszczanin, zegarmistrz. (Węgierski 117. 
W. Kochowski II., 213). 

Czorstyn tymczasem obiegło wojsko biskupie. Było na 
zamku 54 mężczyzn i 5 góralek, mieli kilka koni, wołów, 
krów dojnych w bezpiecznych stajniach, a w studzience na 
dziedzińcu mieli wodę. W dziedzińcu tym, a raczej podzamczu 
obmurowanem, czuwały straże. Na wieży zamkowej^ we dnie, 
na żerdzi tkwił wieniec zielony, a w nocy paliły się wieńce 
smolne jako wici wojenne dla Podhala. Robacki, przywódca. 



192 

piechoty biskupiej, ostrzeliwał zamek, dzia/a oba bify w wieży 
wierzch, kędy tkwiły one wieńce. — Napierski, z braku wody 
i kul, a zdradzony przez Czepca i Sawkę , poddał się. Dnia 
18. lipca został na pal wbity — na podstawie wyroku grodu 
krakowskiego. 

Szlichting WespazyJEin, dzierżawca starostwa Dobczyc, 
kupił Dąbrowę, wieś nad Dunajcem, mila poniż N. Sącza, 
z przysiółkami Klimkówka, Dbiad i Naściszowa. Dąbrowa leży 
u wypływu Dunajca z jeziorzyska sądeckiego, którego niegdyś 
zatoką była jej równinka, a brzegiem jej wzgórze. Napływy 
wód jeziora, osadzając się , utworzyły tę równinkę , której 
dalszy ciąg jest wieś Kurów, słynna z zamożności. Zamożność 
tej równiny, z przyrody urodzajnej, wytworzyli Szlichtingi. 
Szlichting Jonas, r. 1616 nauczyciel Sienińskiego Zbigniewa, 
zwiedzał z nim Niemcy, Belgię i Holandyę. Młody jego umysł 
unosił się nad wolnością i nad kwiatami Holendrów. Wolność 
Holendrów zasłynęła krwawemi bojami z Hiszpany i gościn- 
nością, użyczaną wszystkim prześladowanym za religię. Kwiaty 
zaś holenderskie należały do cudów świata, piękniejszych 
nie było chyba na całej kuli ziemskiej. W Delft, pieleszy 
bocianów, rozmarzyło Szlichtinga wspomnienie, iż tam urodził 
się on marzyciel Dawid Georg, malarz, który jął opowiadać 
wiarę nową, a skończył na tem, iż siebie samego głosił zba- 
wicielem świata. W Lej den znów rozmarzyło go wspomnienie 
na Jana, krawca, który z zwolenniki swymi zajął misisto 
biskupie Mflnster i ogłosił się królem nowochrzczeńców. Re- 
ligijne te marzenia rozwiał widok kwiatów w Nordwyk, a stąd 
aż do Harlem i po za Harlem. Bo ani widział, ani marzył 
o możebności takiej pięknoty, jak hyacynty, krokosze i tulipany 
tamtejsze. Zagonkami całemi lśniły kwiaty jednakowe, a coraz 
inny zagonek, inna grzęda innej barwy, a wszystko tak cudne, 
że oka nie mógł oderwać, nie mógł się napatrzyć. Cała okolica 
zdała mu się jednym cudnym ogrodem kwiatów nieprzeliczo- 
nych i nie dziwił się, że ludzie bogaci za cebulkę jedną 
odmiany nowej, a cudnej, płacą po kilka tysięcy złotych. 



193 

A ta ziemia, te bagna wyschnięte, „poidry", zdawały mu 
się zupełnie podobnemi do namulisk nad Dunajcem. Więc 
tern baczniej przyglądał się bujnym urodzajom, a bacząc taką 
nieprzebraną moc cebuli, pytał, co z nią robią, komu 
przedają i słyszał, a nawet widział, jak nią napełniają okręty 
całe, gdyż to ulubiony i konieczny przysmak pławników. 
Przyglądał się też i śledził jej uprawę i uprawę warzyw innych, 
mianowicie perków czyli ziemniaków, któremi karmią świnie 
i bydło. Słowem, uczył się gospodarstwa holenderskiego, a na- 
sienia cebuli, ziemniaczków drobnych nasiennych, kędy mógł, 
dostawał i zabrał z sobą, wracając do Polski. Nasionek kwia- 
tów i cebulek kwiatowych też nie przepomniał, ale już nie dla 
siebie, jeno dla kobiet, dziewcząt. 

Nie po to przybył on jednak do Hol^dyi, jeno dla tło- 
czenia książek. Skoro jednak ławica amsterdamska potępiła 
książki i kazała spalić, poradził sobie, czyli raczej poradzili 
mu tłocznie holenderscy, nabyć tamtejsze formy czcionek,, 
ulać wedle nich czcionki i tłoczyć niemi, a będą książki miały 
zupełny pozór holenderskich. Tak też zrobił i przywiózł ona 
formy, wedle nich ulali czcionek holenderskich, któremi 
tłoczono księgi, a świat myślał, iż tłoczone w Amsterdamie. 
Zniesienie zboru w Kisielinie sprowadziło świeżych rozbitków 
do Lusławic, zajęło Szlichtinga Jonasa, oderwało go od po- 
rywów gospodarczych. Bardziej jeszcze oderwało, bo rozją- 
trzyło go, niedopuszczenie do rozpraw w Toruniu, na co 
odpowiedział wydaniem tajemnem swego „Wyznania wiary^. 
Wszystkie nasiona i cebulki holenderskie dał bratu Wespa- 
zyanowi do Dąbrowej, wskazując miejsca podobne poldrom 
i sposób siania, sadzenia, plewienia i okopywania. I darzyło 
się na podziw. 

Dąbrowa stała się ogrodem Sądecczyzny. Bydło darzyło 
się niesłychanie, toć go też przychowywano mnogo, nie sprze- 
dając cieląt, ale krowy dojne i woły tuczne. Cebuli sadzono 
co raz więcej, tak samo i zienmiaków, zboża zaś mniej sie- 
wano, a konopi wcale nic, lub tylko, co na olej, postronki, 
i grube płótno. Pszenica za to w cebuliskach, a jęczmień 

13 



194 

w ziemniaczyskach obradza/y bujno i namJotno; małe pólko 
wydawało więcej niż dawniej wielki ten. Ale kop by/o mniej, 
dziesięciny kościelnej ubyło. Co najgorzej zaś, że sąsiednia 
wieś Kurów uczyte się i jęte tego nowego gospodarstwa. Byte 
to wieś biskupa krakowskiego, a dziesięcinę z wszystkich ról 
kmiecych Zbigniew Oleśnicki r. 14f48 przekazał na utrzymanie 
dziekana kolegiaty, czyli kościoła zbornego w N. Sączu i to 
dziesięcinę wytyczną, t. j. co dziesiątą kopę zboża stojącego 
w polu. 

W Wielogłowach była parafia wsi obydwóch, a przy 
kościele parafialnym była kaplica murowana z osobną prebendą, 
wyposażona dziesięciną wsi Jurków i Kałuszany, odległych 
o dwie mile i dochodami ołtarza kaplicy. Plebanem , a oraz 
i prebendarzem , był (od r. 1647) ks. Bukowski Stanisław, 
podstrażniczy (vice - custos) kościoła zbornego w N. Sączu. 
Pobierał dziesięcinę z ról kmiecych i dworskich z Wielogłów, 
Wielopola, Gołąbkowic, Zabełcza, Kurowa z Wolą, z Dąbrowej> 
Klimkówki , Ubiatu i Naściszowej. Mesznego zaś w ziarnie 
z wszystkich wsi pobierał 72 mierzyć (metretas) owsa i tyleż 
siemienia konopnego. Ról plebańskich posiadał 3 w Wielo- 
głowach. Ks. Bukowski oczywiście mieszkał w N. Sączu, 
a w Wielogłowach trzymał wikarego, ale później wysługiwał 
się zakonnikiem św. Franciszka, gdy zmalały dochody. Gospo- 
darstwo plebańskie było oparte o dziesięcinę wytyczną, do- 
starczającą słomy i ziarna, słoma zaś była podstawą przy- 
chówku i pożytku z bydła. Mianowicie była nią dziesięcina 
miejscowa i z pobliskiej Dąbrowy z Kurowem. Bo co wsi 
dalszych, w tych wydzierżawiał ją ksiądz, bo zwózka była. 
niemożliwą bezmała przez górę na Zabełczu i przez bezdroża 
Ubytek słomy z Dąbrowej i Kurowa dawał się uczuć plebań- 
skiemu bydłu. Gospodyni przeklinała lutrów na czem świat 
stoi, a ksiądz Bukowski miał skarg i narzekań po same uszy. 
Najbardziej zaś do gniewu pobudzał ją kwik prosiąt znaro- 
wionych jęczmieniem, którego im nie skąpiła, posypując pełną 
garścią, a z boiska przy omłocie nabierając kobiałką. Teraz 
to ustało, gdyż dziesięcina jęczmienna zmalała do dziesiątej 



195 

niemal części, ledwo starczyło, a nawet nie starczyło na krupy 
i kaszę, dla prosiątek nie zbywało nic. Więc kwiczały bie- 
daczki, aże rozpacz ogarniała niebogę. Bo to ksiądz pleban, 
niewyrozumiały, kwik tej chudzizny przypisywał jej gospo- 
darstwu nieumiejętnemu, gniewając się, że przedtem jęczmie- 
niem karmiła, chwaląc się, iż umie przychowywać, że marno- 
wała ziarno łatwe do spieniężenia, mieniąc to zasługą i dobrem 
gospodarstwem. Byłaby może zmysły postradała, gdyby nie 
młynarka zDąbrowej, Zofia, żona pracowitego Jędrzeja, mły- 
narza. Ona też była w rozpaczy o ten kwik i chudotę świń. 
Przedtem słynęła z tuczenia wieprzów, bo jej łatwo było 
ubierać z kosza młyńskiego i nosić do chlewa, słynęła też 
z wyrobu masła i sera, bo krowy stały na otrębach, omieh- 
nach, żubrowinach. Teraz młyn nie meł tyle, co pierw, 
a przeważnie mełto żyto ; ubyło pokarmu wieprzom i krowom, 
ubyło nabiału, ubyło pieniędzy, młynarz wyrabiał kłopoty. 
Obiedwie więc niebogi żaliły się przed sobą, płakały nad sobą, 
mieniąc się męczennicami gospodarstwa, a wszystko przez te 
lutry przeklęte, przez ich ziemniaki i cebulę. Żale ich dzielili 
kmotrowie Sulistrowski i obadwa Bale. Sulistrowski , a wła- 
ściwą nazwą Gucman z Sulistrowej, był dworzaninem Wiel- 
możnej Barbary z Długo wic Stojowskiej, na Wielogłowach 
nastawnej pani. Stojowscy mieli zasługi koło kościoła tamtej- 
szego, zbezczeszczonego przez aijan jeszcze r. 1553. W lat 26, 
t j. r. 1579, Anna z Stojowskich poślubiła Wielogłowskiego 
Sobestyana i czując przewagę nad nim, bez pytania sprowa- 
dziła księdza katolickiego i kazała prawić nabożeństwo łaciń- 
skie, wprawdzie bez poprzedniej uroczystości zwykłej, poświę- 
cenia i oczyszczenia świątyni, ale koniec końcem przywróciła 
kościół katolikom i rodzinie Stojowskich zjednała mir. Owóż 
brat czy bratanek jej, bogaty, pożyczył Wielogłowskim pie- 
niędzy, wziął w zastaw część Wielogłów, bronił kościoła, 
nawracał młode plemię Wielogłowskich i odumarł żonę swą 
jako wielce czczoną, zastawną panie, obsługiwaną przez wier- 
nego Gucmana Sulistrowskiego. Nie gospodarowała ona już 
jsama, zdała to na Samuela z Kuczkowic Kuczkowskiego, który 



196 

przyżenif się do Zofii z Wielogtowskich i placit jej odsetki 
od iśoiany, w gotówce i żywności. Więc spokojnie, obsługi- 
wana przez swego Gucmana, żyła chwale bożej i dobroczyn* 
ności, czczona od wszystkich, mianowicie od dworskich ludzi 
i od księdza Bukowskiego. Czci tej i miru odblask padał też 
na Sulistrowskiego, a to tem bardziej, gdy Wielmożna panna 
Anna Wielogłowska (późniejsza zakonnica starosądecka) w skro-- 
mności i pokorze (r. 1647) raczyła z nim pójść w kumy bie- 
dnym poddanym dworskim. Rychło potem karbownik plebań- 
ski, Bal Jakób, prosił go w kumy i Zofia, młynarka z Dąbrowej 
(r. 1649) i t. d. i t. d. to w miejscu, to w Dąbrowej, na Ubiadzie, 
na Klimkówce i Zabełczu. Był więc kmotrem gromadzkim. 
Że zaś Bal Jan, brat karbownika plebańskiego, był włodarzem 
dworskim, łatwo pojąć, iż żale gospodyni plebańskiej i mły- 
narki odbijały się też i o uszy dworu. 

W pułku Lubomirskiego Aleksandra, co powrócił z Be- 
resteczka, byli między innymi Morstyny Jan i Jarosz, Wiszo- 
waci Krzysztof i Jan, Strzałkowski Stefan (syn Samuela 
z Ryglic)^ Otwinowscy z Rozdziela Jan , Krzysztof... wszystko 
aijanie; służyli wraz z katolikami gorliwymi, jak Wąsowicz. 
Ludwik, Kochowski Szczęsny (stryj Wespazyana, dziejopisarza). 
W bitwach krwawych pod Beresteczkiem rożnowierce : Strzał- 
kowski, Stokowski, Krupka Stanisław, Kempiński, Mierzyński 
Waleryaa, ginęli wraz z katolikami, jak Kochowski Olbracht, 
dfttgi stryj Wespazyana, Ossoliński Adam, Jordan, Ligęza^ 
Pieniążek Przecław, Branicki, Męciński Wojciech ranion 
wraz z Potockimi Jerzym i Janem Śreniawitami. Śmierć nie- 
praebierała! (Goliński rękopis IIL 308). 

Pieniążek Przecław, pan na Glinniku, Stróżówce i poło- 
wie Gorlic, był dobroczyńcą Reformatów w Bieczu i za życia 
życzył sobie być pochowan w kościele ich św. Anny. Więc 
też zwłoki jego przywieziono i pochowano tam w Bieczu 
11. września 1651. (Biecz. Reform.) 

Potocki Jan z Łużny koło Biecza, ranny podupadł na 
duchu, stał się nabożnym. A był arjaninem gorliwym, równie 
jako i żona jego, Zofia Taszycka z Lusławic, urodzona z Mo* 



197 

skorzewskiej ; utrzymywał zbór, w którym nabożeństwo pra- 
wił Wiszowaty Jędrzej (syn zabitego od zbójców r. 1643 Stanie 
sława), dojeżdżając z dziedzicznej Rabkowy. Roku 1652 w maju, 
pod Batowem, Chmielnicki z Tatary zniósł wojska połowę, 
hetman E^alinowski poległ, a druga połowa obronną ręką 
uchodziła aż po Sokal. Potocki Jan, przerażony, sądząc, że 
Chmielnicki pójdzie na Polskę, zabrał rodzinę i schronił się 
na Węgry do Bardiowa, prosząc o przytułek dla siebie i swo- 
ich „z powodu wielkich wojen w Polsce" 5. lipca. 

Jubileusz powszechny, tego roku (w 26 lat) przypadający, 
od Innocentego X. przysłany, w Polsce odprawował się, naj- 
pierw z wielką powagą i konkursem ludzi w Krakowie, 
a potem po różnych dyecezyach przez niedziel sześć. Aleć 
i głód dokuczał i za głodem powietrze nastąpiło. Tak w pa- 
miętniku swym pisze naoczny Jemiołowski. 

R. 1653 ks. Chamilcowicz był wikarym przy kościele 
nowosądeckim, dziecko chłopskie, rodem z Wielopola. Miał 
tam brata Tomasza , którego chcąc wydżwignąó ze stanu 
•chłopskiego, poduczył czytać i wprosił do grodu za woźnego 
<;zyli generała (od nazwy łacińskiej woźnego : „generalis regni 
ministerialis", \j. sługa koronny do poruczeń wszelkich). Ale 
Tomasz nie był stworzon na sługę ściśle wykonującego roz- 
rozkazy. Nabił sobie do głowy dostojeństwo swoje, a młodość 
i pieniądze dodawały śmiałości i uroku. Był więc zawołanym 
drużbą weselnym. Hulał zapamiętale, bił, gdy mu kto wlazł 
w drogę, a w wyniosłości wołał: „chłopie! chamie! znaj, 
jam generał! ja panów i szlachtę uwiężę, skoro zechcę!" 
Ponieważ zaś urząd woźnego nie cierpiał pijaństwa i hula- 
tyki, oddalono go i pozostał mu tylko przydomek generał 
i przypomnienie czasów dobrych, kiedy się to ludzie trwożyli 
na widok jego z pozwem w ręku. Z przyjaciół pozostał mu 
wiernym tylko grobarz Jerzy z Zabełzca i Szczęsna Szkar- 
łatkowa z Wielopola: boć to grobarzowi zawsze schlebiała przy- 
jaźń z generałem, bratem Jegomości księdza wikarego od 
kościoła zbornego. Zawsze on pomniał przysłowie: „Kto ma 
księdza w swoim rodzie, temu bieda niedobodzie!" Więc gdy 



198 



n 



:: 



t 



ń 
ie 



mu Bóg dat dziecię, nie prosit w komy nikogo, jeno Tomasza 
generała z Szczęsną Szkar/aŁkową. (Wielogłowy, Metryki). 

Szkarłatkowej niezmiernie podobał się hoży generał , 
a schlebiało jej powinowactwo duchowne z bratem księdza 
wikarego, życząc mu też dobrze, myślała go ożenić. Ale To- rioi 
masz miał swe gusta i nie chciał onych, co jego chciały — Tal 
tej zaś, co mu się spodobała, odmówiono mu. Zagniewał się- r.( 
na całą wieś i jął rozglądać się w Dąbrowej, bo mu się bar-^ :c 
dzo podobały kobiety tamtejsze w strojach swych bogatych f 
i nęciła go zamożność tamtejsza. ij 

Dziewczyny nie upatrzył sobie na razie , ale zawarł zna* 
jomość z Rybickim Maciejem, młodym i ulubionym woźnicą 
pana Szlichtinga Wespazyana. Rybicki właśnie (19. stycznia 
1863) ożenił się był w Łążku z Zofią, córką Pajora, którega 
pieleszą rodu była Pajorówka w Zbikowicach, tuż wedle Ic 
Ujanowic, Sechlnej i Dobrocieszy. Generał Tomasz zajrzał pi 
w oczy siostrze jej, Annie — i nie mógł ich zapomnieć. Żbi- 
kowi ce nad Łososiną rzeką, to jedna z tych osad prastarych 
łowieckich w puszczy ongi dobrocieskiej. Tamtędy za czasów 
Bolesława Wstydliwego najulubieńsza knieja, w której osadzał z 
król łowców swych najdzielniejszych, kędy później przebywał l 
rad z kwiatem młodzieży swej dworskiej i kędy może . « 
nabył przydomek nieszczęsny: Wstydliwego. Boć łowce nie- 
koniecznie bywają wstydliwymi. Tam też w całem państwie ; 
Strzeszyckiem lud dorodny i dziś jeszcze odznacza się hożo- 
ścią i zwinnością nielada, równie jak ugrzecznieniem. Przy- 
padła też Pajorzanka do serca generałowi. 

Nadaremnie chciał ją sobie wybić z głowy, nadaremnie 
chciał zahulać sprawę w zapusty, drużbując Puchlikowi w Wie- 
lopolu, ciągle marzyło mu się o niej. A tu trudno było 
myśleć o żeniaczce, bo cóż by rzekł ksiądz brat? Jedna 
poszła za Rybickiego, sługę aijańskiego i arjanina, a z drugą 
miałby się żenić on — brat księdza wikarego? — niepo- 
dobna! — Zwyciężyło jednak serce, mimo wstrętu, jaki miał 
ku arjanom przeklętym! Zaglądał czasami do nich — gwoli 
Anusi. Ale zaglądał nieśmiało, walcząc z katolickiem sumie-^ 



I 



199 

niem swojem. A byli mu Łam radzi na Łążku i Anusia była 
ma rada , witała uśmiechem i słowem uprzejmem , a Rybicki, 
acz sługa wierny Szlichtinga, nie ociągał się z podaniem 
ręki bratu księdza wikarego. Uważano go za swego i nie dzi- 
wiono się wcale , że radby był wprzód oswoić umysł księdza 
brata z zamiarem żenienia się między arjany. Nie tajono też 
przed nim nic. Opowiadano o gospodarstwie dworskiem, 
o cebuli, ziemniakach, burakach i warzywach innych, jak się 
uprawiają, jak skopują, jaki plon, jaki zysk — wszystko zgoła. 
A Anusia szczebiotka, oprócz rzeczy gospodarskiej, opowiadała 
poufnie, że to pan Jonas Szlichting kędyś z za morza przy- 
wiózł ziemniaki, jarzyny i kwiaty prześliczne, że on je upra- 
wia, ucząc dzieci i wnuki, że miewa kazania prześliczne, 
że to on ten starzec siwobrody, że się lękają państwo o niego 
bo on ska.any na wygnanie za jakąś tam książkę napisaną 
przeciwko księżom... 

Tomasz Chamilto, słuchając, poczuł się do obowiązku 
swego sądowego , opowiedział wszystko grobarzowi, który się 
z tem wybrał do księdza Chamilcowicza cichaczem. 
Ztąd on kłopot Ks. Bukowski przywołał generała i wybadał 
bliżej; dowiedział się o zjeździe i wiecach arjan z Jonasem 
Szlichtingiem w Dąbrowej. Posłał więc do grodu, żądając 
przysłania woźnego: Marchacza Wawrzeńca z Wielopola, 
znającego całą niemal szlachtę pogórską. Opowiedział rzecz, 
wymienił osoby, o których był uprzedzon i polecając ostro- 
żność wszelką, wysłał go do Dąbrowej do dworu w ponie- 
działek 4-ty po Wielkanocy. 

Arjanie do Dąbrowej zjechali licznie na nabożeństwo 
i gody weselne; córka Szlichtinga Wespazyana, Elżbieta 
Agnieszka, owdowiała po Mierzyńskim Hieronimie, szła 
powtórnie za mąż za Lubienieckiego Zbigniewa. Prócz sąsiadów 
naddunajeckich i Lubienieckich , przybył z sanockiej ziemi, 
z Pieli, kaznodzieja aijański Duros, który 1652 błogosławił 
małżeństwo Lubienieckiego Stanisława z Zofią, córką Brze- 
skiego, dziedzica fieli, teraz brata jego połączył z córką 
Szlichtinga. (Lubieniecki , Vita). Uroczystość * kościelna i bie- 



200 



siada godowa umożliwiły słudze grodowemu zbliżenie się 
ku dworowi niebaczkiem samotrzeć. 

Na początku lipca ks. Bukowski odebrat wezwanie sta- 
wienia się przed sąd biskupi w sprawie zapisów onych ś. p. 
księdza Jaroszewskiego. Pojechał więc do Krakowa i 9. lipca 
zaprzysiągł własnoręczność pisma nieboszczyka księdza, prze- 
łożonego swego. (N. Sącz , Acta judicii spiritualis r. 1639). 

Między przyjaciółmi Szlichtinga, przydybałymi w Dąbro- 
wej, był Błędowski Stanisław, na Zbęku, wiosce naddunaje- 
ckiej o milkę poniż Dąbrowej. Błędowskich rodzina była roz- 
dzieloną w wierze. „Wielm. pan Błędowski Wacław, urodzon 
z rodziców aijańskiemi błędami zarażonych, w błędach onychże 
żyjąc aż do wieku dojrzałości, roku 1628 podczas Miłościwego 
lata, zezwolonego od stolicy apostolskiej 22. sierpnia, łaską 
boską oświecon, mocą jubileuszu onegoż ochrzczon prze- 
zemnie Framusowicza Macieja, komendarza wówczas kościoła 
w Bobowej. Trzymali do chrztu: JWPan Błędowski Joachim 
i Barbara Błędowska z Brzany. Nadto wobec Przenajświęt- 
szego Sakramentu, wystawionego na ołtarzu wielkim, wyrzekł 
się on niedowiarstwa aijańskiego i złożył zeznanie wiary 
wedle księgi obrzędu , we wszech ustępach. Poczem wyspo- 
wiadał się z grzechów życia całego z wielką skruchą i żalem; 
więc też zażył komunię. W ten sposób przystał do wiary kato- 
lickiej. Co niechaj będzie Bogu na chwałę, a jemu i rodzinie 
jego na zbawienie". (Bobowa, Metr. Baptisatorum). 

Nie całej rodzinie wyszło to na zbawienie. Błędowski 
Stanisław z Zbęku pozostał arjaninem i wiernym przyjacie- 
lem Jonasa ; nie wypierał się go w nieszczęściu i pragnął, aby 
syn jego, Franciszek, małżeństwem połączył się z Aleksandrą, 
córką Szlichtinga Wespazyana. 

Jan z Kurozwęk Męciński r. 1609, objąwszy Kobylany 
z Makowiskami i przyległości, ożenił się z Anną Żeleńską, 
córką Stanisława, pana na Lucyanowicach, a głównego opie- 
kuna zboru ewangelików krakowskich. Zbory różnowiercze, 
urządzone wzorem pierwotnych gromad c^hrześcijańskich, rzą- 
dziły się same, wybierając ku temu pełnomocników z pomię- 



201 



'dzy ludu wiernego wszech stanów. Wybrani z pomiędzy siebie 
wybierali znów starostę, który przewodniczyć zgromadzeniu 
wiecującemu. Zbory wybierały zasię pełnomocników do wie- 
ców powiatowych, ci zaś z pomiędzy siebie starostę zboro- 
wego powiatowego. Takim więc starostą zboru i powiatu kra- 
kowskiego przez długie lata był Stanisław Żeleński herbu 
Ciołek. Dziejopisarz zboru krakowskiego zwie go „pobożnym 
i statecznym aż do śmierci swej, kościoła bożego opiekunem^^ 
Podczas burzenia zborów w Krakowie Żeleński, zapobiegając, 
aby i nad jego zwłokami po ulicach miejskich nie pastwiła 
się ciemnota dzika uliczników i uczniów szkół krakowskich , 
w Lucyanowicach zmurował sklep grobowy dla siebie i rodziny, 
wydzielił miejsce na cmentarz, oparkanił to wszystko i zasa- 
dził lipami. Tuż obok zaś wyznaczył miejsce zborowi, który 
wystawić zamyślał. Tymczasowo zaś we dworze swym urzą- 
dził zborek, do którego co niedziela i święto licznie zgro- 
madzali się Krakowianie i dojeżdżał kaznodzieja. Miejsce to 
było ulubionym zborem lutrów i kalwinów krakowskich, już 
to z przyjemności położenia, o milę od Krakowa, z widokiem 
na Powiśle uwieńczone Pogórzem, aż po Mogilicę i Gorcz, 
już też jako pamiątka, że tu r. 1636 ostatecznie zawarte 
i stwierdzone złączenie się lutrów z kalwinami pod przewo- 
dnictwem gospodarza dworu i zboru. Mir ewangelików wzniecał 
nienawiść ich prześladowców. Dwa razy ulicznicy krakowscy 
napadali Lucyanowice. Raz spalili parkan cmentarny, drugi 
raz 1638 z parkanem wraz spalili i budulec na zbór przy- 
gotowany. Dworu jednak naruszać nie śmieli. (Węgierski p. 
73—79). 

Z takiej to pieleszy Jan Męciński, syn kalwina gorliwego, 
wybrał sobie żonę, której wcześnie przygotował wszystko, coby 
Jej mogło uprzyjemnić życie. Więc też w Kobylanach urządza- 
jąc dwór, nie zapomniał i o zborze wyznania swego. Nie robił 
on sobie zachodu wiele. Wypędził księdza katolickiego, 
a kaznodziei swemu oddawszy kościół i pola plebańskie, zapro- 
wadził nabożeństwo polskie i sam namawiał lud na słuchanie 
kazań. Jakoż kilkunastu chłopów wysłuchało i pochwaliło 



202 

kazania i w śpiewie psalmów głosy swe łączyli z głosyma 
szlachty kalwinów i ich kaznodziei. Lecz wieś Makowiska, 
położona bliżej Żmigroda, tamże chodziła do kościoła kato- 
lickiego. Księża też katoUccy z Żmigroda dojeżdżali do Mąko* 
wisk i w kaplicy prawili nabożeństwo. Więc i tę kaplicę, 
a raczej kościółek maleńki, jakich wówczas pełno było po 
miastach i wsiach, odebrał Męciński na kaznodzieję swego 
kalwińskiego, oddając wet za wet za zburzenie zborów kra- 
kowskich i napaść grobów i zboru teścia w Lucyanowicach, 

Biskupi jednak nie bali się już szlachty róźnowierczej 
i na sejmach, zarównie jak po sądach, żądali zwrotu mienia 
kościelnego. Przewodzili spory i wygrywali , opierając się na 
prawach koronnych i broniąc własności, która raz darowana 
przestała być własnością tego, który ją darował. (Biecz. gród. 
187 str. 976). 

Za takim wyrokiem sądowym Męciński katolikom musiaf 
zwrócić kościółki oba. Względem dziesięciny zaś ugodzif 
się z plebanem wobec dziekana żmigrodzkiego, ks. Jasionów- 
skiego, którą ugodę stwierdzono w Lublinie, w grodzie, 
r. 1620. (Sanok gród. 186 str. 1042). 

Dwór w Kobylanach zajmuje płaszczyznę pochyłą, zwró- 
coną ku górom, które tu z wspaniałą Cergową na wstępie^ 
szerokim łukiem piętrzą się od Węgier. Puszcza św. Jana 
z Dukli leży wprost na przeciwko dawnego zboru, od którega 
widok piękny na porzecze Kobyla i Iwli z przylaskami po 
pagórkach, a wioskami nad potoczkiem , w uboczach zaś pła- 
skich rozlegają się łany zbożowe naprzemian z łąkami. Dzie- 
dziniec dworski po dziś dzień zowie się rynkiem. Ze zborem 
i pomieszkaniem kaznodziei na czele , dworem pańskim od 
wschodu, budynkami gospodarczemi od zachodu, a jakim 
lamusem i domem czeladnim od strony wjazdu, mógł dwór 
ten mieć postać rynku miejskiego. A to tembardziej, że przy 
każdym zborze bywała i szkółka i pomieszkania dla ludzi 
nabożnych wiekowych, którzy w pobliżu zboru na nabożeń- 
stwie dni swe kończyli. Tak bywało w Lucyanowicach, gdzie 



2oa 

między innemi Elżbieta Przyłęska z Samuelową Rautową prze- 
mieszkiwała i r. 1639 umarła. 

Dwór kobylański, zajmując przyłęk wzgórza niewielkiego, 
oddzielon był od tegoż wąwozem, tak iż oparkaniony lub 
opłocony w około stanowił niby gród obronny. Za wąwozem 
tym, tuż naprzeciwko dworu, na wybrzeżu oberwanem, stał 
kościółek drewniany maleńki, gdyż nawet miejsca na większy 
nie było. Stawiali go dawni dziedzice Kobylan, których płyty 
nagrobkowe zachowane dotąd, mianowicie jedna z niedołężnie 
wyrytą tarczą i herbem Grzymała, druga zaś z całą postacią 
w zbroi pełnej, ciężkiej, w przyłbicy, o wielkim mieczu bojo- 
wym, z brodą i włosy przydłużnemi, z napisem, że nieboszczyk 
był dziedzicem Kobylan i kasztelanem rospierskim, a umarł* 
przed świętem Matki Bożej oczyszczenia r. p. 1500 i coś — r 
bo ostatnie liczby dwie niewyraźne. U nóg herb Grzymała na 
tarczy. Kościółek ten , podobnie jak dwór, okopany , stanowił 
niejako strażnicę grodową. Za przekopem chałupka niewie- 
leczka w sadku stanowiła przybytek cały plebana katolickiego, 
który, zdaje się, był ubożuchny, jak i kościółek jego i owe 
grobowce dobrodziejów kościelnych. 

R. 1653 plebanił ks. Stanisław Ruszczyński, już pod 
letni. W poczuciu ubóstwa swego i bezwładności znosił on 
sąsiedztwo zboru arjańskiego we dworze, o kilkadziesiąt kro- 
ków od kościółka swego i starał się żyć w spokoju z dwo- 
rem, aby nie utracić dziesięciny i pastwiska. Uniżenie kłaniał 
się p. Męcińskiemu i rodzinie jego, ile razy ich zdybał i odda- 
wał pozdrowienie dworzanom. Tak trwało do r. 1653, dopo- 
kąd jezuita Cichowski nie rozszerzył księgi swej z nauką, że 
arjanie dyabłu się modlą. 

We dworze mieszkali wiekowi państwo Męcińscy Jano- 
wie z córką młodszą, panną Teofilą Heleną. Starsza zaś córka, 
Teodora Ewa Orzechowska Bogusławowa, z mężem swym 
mieszkała w Iwli, do której należała Cherowa i przysiółek 
Przedmieście dukielskie. Cała rodzina rozżalona była na jezu- 
itów, że zwabili do siebie Męcińskiego Wojciecha z Dukli, że 
go wysłali nawracać Japonię, gdzie r. 1643 umęczon srodze^ 



j 

I 



204 

Jezuici, wypędzeni z Ostroga, gdzie kozacy spalili i do 
szczętu zniszczyli ich zbór, wzniesiony r. 1624 przez księ- 
żniczkę Ostrogską Annę Alojzę, Chodkiewicza hetmana wdowę, 
dochody ich wołyńskie upadły, trzeba było obmyśliwać inne. 
R. 1653 przed morem chroniło się ich kilku do Starego Są- 
cza, kędy też schronił się powtórnie ks. Jaroszewski, pleban 
nowosądecki, człek zamożny. Do niego udali się z prośbą i po- 
życzył im pieniędzy, na które wystawili zapis dłużny. Wkrótce 
zaniemógł i wobec ks. Bukowskiego, plebana na Wielogłowach, 
spisał ostatnią wolę, w której kościołom poczynił zapisy, a je- 
zuitom nic. Następca jego, ks. Królikowski, dopominał się im 
długu, zaprzeczając własnoręczności zapisom kościelnym. A tu 
pieniędzy trzeba było, bo arjanie na ks. Cichowskiego księgę 
odpowiedzieli książką: „Cichowskiego djabeł zaklęty*^. Po sta- 
remu trzeba było nadrabiać cudami i nawracaniem niedowiar- 
ków majętnych. Udało się to z młodym Niemierzycem. Wła- 
dysław Niemierzyc, z arjańskich błędów wywikławszy się, gdy 
miał umierać, prosił do siebie ks. Michała Kisarzewskiego, je- 
zuitę, przed którym należytą spowiedź uczynił. Ale gdy przy- 
szło do komunii, że jakąś wątpliwość miał, czyby mógł być 
zbawionym, gdyby tylko pod jedną osobą komunikował, pro- 
sił pomienionego kapłana, aby mu dał na piśmie zapewnienie, 
że będzie w tej wierze zbawion. Dał kapłan z ochotą w te 
słowa (po łacinie) : „Ja Michał Kisarzewski, jezuita, po- 
świadczam wobec majestatu Boga, że Jaśnie Wielmożny Wła- 
dysław NiemierzyCy gdyby na sądzie niebieskim cokolwiek miał 
cierpieć o to, że się komuniował pod jedną postacią, w wie- 
rze katolickiej od wiek wieków przyjętą, ja wszystko to biorę 
na siebie i duszą moją gotów odpowiadać wobec majestatu 
boskiego wraz z kościołem świętym katolickim jedynym i apo- 
stolskim, który jest matką moją i wszech wiernych. Dan w Lu- 
blinie w zgromadzeniu jezuitów 11. kwietnia 1653". — Tę tedy 
asekuracyę w ręku trzymając, życie skończył i z nią (bo tak 
chciał) w trumnę włożony. Gdy go potem piątego dnia po 
śmierci do grobu w kościele naszym lubelskim kłaść miano, 
skoro trumnę otworzono, prócz karty w ręku, drugą na pier- 



20& 

siach trupa znaleziono w te (też /acińskie) siowa : „Ja Wfady- 
s/aw Niemierzyc wolnym czynię Wielebnego Micha/a Kisarze-^ 
wskiego, jezuitę, a to od obowiązania zapewnień i rękojemstwa 
na onegoż duszy zabezpieczonego, skoro mi się sta/o zadość 
w odpuszczeniu grzechów od najmitosierniejszego Majestatu. 
Boga, ze względu jednak na odbycie Sakramentu spowiedzi 
i przyjęcia komunii świętej kościoła rzymskiego w chwili sko- 
nania i strasznej sądu godziny za Boga dobrotliwego faską 
nieprzebraną. Co poświadczam niniejszem. Dan w dolinie po- 
kuty 16-go kwietnia 1653. (Niesiecki, Korona polska, pod: 
Niemierzyc). 

Pospólstwo, bijące lutrów i żydów, niezawodnie było 
namaszczone tym cudem. Arjanie jednak, krewni i znajomi nie- 
boszczyka, mogli chyba żartować, że mową urzędową w nie- 
bie jest łacina i że 5 dni czasu wymaga załatwienie sprawy 
podobnej w grodzie niebieskim. Niesiecki, opisawszy rzecz, do- 
daje: Te obiedwie karty, dla większej wiary do ksiąg trybu- 
nału koronnego oblatowane osobiście przez Wielebn. Ordę, re- 
ktora zgromadzenia jezuitów w Lublinie, trybunał przyjął, do 
ksiąg wciągnął, a oryginały oddał, z którego oddania pokwi- 
tował ks. Orda we wtorek po Wielkanocy 1653. 

Es. Królikowski, nowy proboszcz nowosądecki, znanej su- 
rowości sędzia biskupi, nie uznał własnoręczności testamentu 
poprzednika swego, mimo świadectwa ks. Bukowskiego, ple- 
bana z Wielogłów. Jezuici, w testamencie tym wymienieni jako 
dłużnicy, znieśli się z księdzem Bukowskim, a przy sposobno- 
ści wywiady waii się o arjanach w Dąbrowej i okolicy, mia- 
nowicie o Szlichtingu Jonasie. Wywiadywali się, czy nie mają 
tajnych księgotłoków w Lusławicach lub Rabkowej. Ks. Bu- 
kowski opowiedział, co wiedział, mianowicie skarżył się na 
Wespazyana Szlichtinga, że mu szkody robi w gospodarstwie.. 
Poczem otrzymał ks. Bukowski pozew do sądu biskupiego 
w Krakowie, gdzie przysięgą stwierdził jako świadek naoczny^ 
że ś. p. ks. Jaroszewski własnoręcznie pisał wolę ostatnią. Za- 
pisy więc kościołom uznane za ważne, a niezadowolenie ple- 
bana nowosądeckiego odbiło się na księdzu Bukowskim, który 



206 

od biskupa otrzymai polecenie wniesienia na sejmiku skargi 
o przechowywanie aijan w Dąbrowej. 

Ghrząstowski Stanisław, podsędek krakowski, pan na 
Szczepanowicach, który w r. 1615 przewiódł połączenie lu- 
trów z kalwinami i odtąd w wielkiej u katolików był niena- 
wiści, doznał prześladowania na kamienicy swej w Krakowie, 
wyłupanej przez studentów i pospólstwo, o co uskarżał się 
na sejmiku i sejmie, gdzie uzyskał przywrócenie statutu to- 
ruńskiego o ukaraniu w grodzie wszystkich wszczynających 
niepokoje i naruszających bezpieczeństwo społeczne, szlachci- 
ców z wolnością apelacyi do trybunału, pospolitych bez ape- 
lacyi. W obecnem wystąpieniu plebana wielogłowskiego widział 
on objaw nienawiści duchowieństwa do szlachty wszystkiej, 
a nawet do ojczyzny całej, że odmawiając poborów wojen- 
nych i odwołując się do papieża, chcą jeszcze w łonie szlachty 
samej, wojennej i ofiarnej, wywołać rozdwojenie za pomocą 
religii, sprawy wiary mieszając z sprawą swobód i wolności. 
Ostro więc i stanowczo wystąpił przeciwko temu, stając 
w obronie Braci polskiej sejmikującej , mianowicie Sądeczan, 
ako szlachty uprawnionej, jako mężów uczciwych i prawych, 
którzy na obronę ojczyzny nie skąpią pieniędzy, jak księża, 
ale nawet zdrowia nie żałiyą i życia. Duchowni i stronnicy 
ich oburzyli się zasię na Chrząstowskiego. Poprzednie wyto- 
czenie sprawy studentów krakowskich przed sejm okryło go 
już nienawiścią duchowieństwa krakowskiego, któremu lutrzy 
wprost zarzucali poi^udzanie studentów i pospólstwa. Że du- 
chowieństwo wpływało na to, świadczą słowa Skargi przyto- 
czone. Kaznodzieje powtarzali je często, a studenci, pochopni 
do czynu, poczytywali sobie za obowiązek ^burzyć lutry" nie 
wypierając się tego i odwołując na pozwolenie duchowieństwa 
samego, jako zeznawali r. 1641 przy śledztwie o rozbój Ka- 
lajego. Popieranie arjan na sejmiku dopełniło nienawiści ka- 
tolików przeciwko Chrząstowskiemu, gdyż akademicy, t. j. 
nauczyciele wszechuczni jagiellońskiej, przeważnie duchowni, 
życzyli sobie, żeby on , jako wyznawca Trójcy świętej, zawsze 
i wszędzie walczył z aijany, nawet tam, gdzie szło o własne 



207 

jego mienie, o własną jego skórę. Niebawem też pojawi/y się 
pisemka ulotne, tak zwane „paskwile", ohydzające go i posą- 
dzające o arjanizm : jakoby on, w sprawie wolności i bezpie- 
czeństwa stając pospohi, stawał się arjaninem. Było to snąć 
wymierzone na rozdwojenie zboru ewangelików, aby im odjąć 
zdolność i wpływ najpotężniejszy podsędka. Jezuita Cichowski 
radował się niezmiernie z zajścia całego. 

Na początku listopada 1653 umarł powietrzem Jan Roth, 
ewangelik, mieszczanin krakowski, którego gdy nocą grobarze 
najęci nieśli do ogrodu pogrzebowego, na strzelnicę, za miko- 
łajską bramę, na dobrowolnej drodze zaszli im studenci, któ- 
rzy (nie mając względu, że zapowietrzeni grobarze nieśli zapo- 
wietrzonego umarłego), nacierając na nich szablami, niektórym 
rydle zabrali. Zaczem grobarze porzuciwszy trumnę, pouciekali 
wszyscy. Którą trumnę potem poprzecinali na drodze, na ulicy 
przy samym rynsztoku, deskę zwierzchnią połupawszy, zostawili 
>odbieżaną, wziąć jej jednak i do grobu odnieść nie dopuścili. 
Przez dwa dni, na drodze, z wielkiem ludu różnego, przecho- 
dzącego mimo, narzekaniem i przeklinaniem, trup on zmarłego 
z rozbitą trumną leżał. Aż trzeciego dnia dopiero jeden 
z kupców ewangelików, hultajstwu on emu kilkadziesiąt złotych 
posławszy, wżdy ich ułagodził, tak, iż potem ciało ono 
w ogrodzie pogrzebowym pochowano. (Węgierski). Oto zemsta 
uczniów katolickich nad lutrami, że śmieli z aijany pospołu 
obstawać za wolnością osobistą i bezpieczeństwem! 

Ks. Bukowski wrócił do swej parafii, nauczony lepiej, 
jako się ma brać do Szlichtingów. Zbierał świadectwa i do- 
wody, bacząc zaś, że lud, z obawy zemsty panów swych, 
ociągał się z świadectwem, użył zwykłego sposobu, kazalnicy, 
z której napominał, aby pod klątwą i utratą zbawienia 
dusznego zeznawali, co kto widział i słyszał o arjanach 
w Dąbrowej, mianowicie o Szlichtingu Jonasie, który rozsiewa 
naukę dyabelską, naukę, żeby dyabłu modlić się, jak Bogu! 
Rozgadawszy i ośmieliwszy się raz, ks. Bukowski wywoływał 
tak na kazania, przysporzył sobie świadectw, ale też sprawie 
jiadał rozgłosu. Napisał żałobę na Szlichtinga Wespazyana 



208 



z synem najstarszym, Janem Władysławem: „że brata swega 
i stryja, Szlichtinga Jonę, o żywot gorszący niezmiernie, 
osobliwie zaś o napisanie książki bluźnierczej, przez sejmr 
koronny wyzutego z czci i z krają wywołanego, wspierają, 
z nim się wdają, rady i opieki użyczają, chowając i ukrywając 
go przy sobie, jako kaznodzieję aijańskiego, odwracającega 
lud od wiary prawdziwej , ku obrazie Boga i praw pospoli* 
tych". (Sącz gród. księga 126 str. 762). Żałobę oną ledwo 
odesłał do Krakowa, aż tu wypadło pisać drugą. 

Morstyny, jako najpierw byli opiekunami Socyna i spo- 
krewnili się z nim, tak i teraz stali na czele obrońców 
Szlichtinga, wyznawcy nauki Socyna, wyznania Braci polskiej. 
A z Bracią polską byli oni spokrewnieni wielce, mianowicie 
synowie i wnuki Krzysztofa II-go, starosty filipowskiego, zmar- 
łego r. 1642 : Władysław, wnuk, bachmistrz wielicki, co za żonę 
miał Moskorzewską i pod Batowem dostał się do niewoli 
tatarskiej. Seweryn, syn Krzysztofa, na Łącznem, od r. 1652 
zawiadywał zborem w Rabkowej, od śmierci zabitego przez 
zbójców Wiszowatego Stanisława, męża Socynównej, urodzo- 
nej z Morstynówny, ustąpił dopiero synowi onegoż, Jędrzejowi. 
Córki miał: Konstancyę za Arciszewskim, Zofię za Czaplicem, 
a wnukę Barbarę za Lubienieckim Jędrzejem. Jan, syn, oże- 
nion z Arciszewską, aijanin, równie jak syn onegoż, Krzysztof 
na Brzanej. Jerzy, syn, córkę Elżbietę miał za Przypkowskim. 
Gabryel, syn, ożenion z Lubieniecką Aleksandrą, córki miał: 
Annę Gosławską, Maryannę Gikowską, Barbarę Szlichtingową 
i wnukę Gryzellę (córkę Bogusława) też Szlichtingową. Córki 
zaś onegoż Krzysztofa, bachmistrza, były: Małgorzata Wyszo- 
wata Krzysztofowa, Zofia Taszycka, Elżbieta Mierzyńska Abra- 
mowa. Najznakomitszymi zaś z rodziny Morstynów byli synowie 
Jędrzeja Marcina, starosty bolnickiego (brata Krzysztofo wego): 
Jędrzej, stolnik sandomirski, który 1652 od Lubomirskich od- 
kupił Tęgoborze, a już 1651 pod Beresteczkiem był ulubionym 
sekretarzem króla, więc też brat jego. Tobiasz, łowczy koronny. 

W Rabkowej, w części Mierzyńskich, pod onychże opieką 
spokojnie zborek obsługiwał Wiszowaty Jędrzej. Wyszkowski 



209 

Krzysztof, dworzanin wysłużony Radziwitta Janusza, hetmana 
polnego litewskiego, przybył w strony tamte, chcąc w spokoju 
dokończyć żywota obok dawnych znajomych Mierzyńskich, 
którzy na Litwie na usługach Radziwiłła Janusza dorobili się 
mienia. Wyszkowski był kalwinem gorliwym, równie jak i żona 
jego. Zetknąwszy się z Wiszowatym, rozmawiając i rozpra- 
wiając, przejął się aijanizmem i zażądał chrztu powtórnego 
w imię Boga jednego i jedynego, ku wielkiemu zgorszeniu 
żony swej, zwolenniczki Kalwina. Wiszowaty przedstawiał mu 
zbytecznośó chrztu powtórnego, wkońcu jednak uległ wyma- 
ganiu silnemu i ochrzcił go w rzece z wielką uroczystością. 
(Lubieniecki, Reformacya). 

Był to niejaki owoc kaznodziejstwa Wiszowatego, ale 
nie wszystek. Jął się walki dalszej z głównym wrogiem swym, 
jezuitą Cichowskim, mianowicie z książką jego ostatnią, pisaną 
po polsku, a zatem dostępną ogółowi i tem niebezpieczniejszą, 
przytoczoną wyżej: „Trzydzieści przyczyn, dla których każdy, 
zbawienia dusznego i poczciwości swojej szanujący, ma się 
odrażać od zboru tego, który aijańskim zowią, z krótką refu- 
tacyą katechizmu rakowskiego". (R. 1652 w Krakowie u wdowy 
Cezarego). 

W książce tej tryumfuje Cicho wski nad upadkiem arja- 
nizmu w Polsce. Ewangelikom schlebiając, wynosi ich nad 
arjan, co do cnoty i nauki, a w uniesieniu woła: Bóg cudo- 
wnie Raków i Lusławice w ręce katolików oddał. W przy- 
czynie 28-mej, przechodząc wykład słowa hebrajskiego Elohim, 
kończy wnioskiem, że arjanie dyabła za Boga mają. Na to 
arjanie odpowiedzieli księgą bezimienną: „Księdza Mikołaja 
CichoYiusa, jezuity, „dyabeł" od zboru christyańskiego zaklęty. 
R. P. 1653". W odezwie do czytelnika pisze: Obrał się nam 
dobrym opiekunem ks. Cichovius, pisząc i wydając przeciwko 
Św. wyznaniu naszemu christyańskiemu ostre, uszczypliwe 
i obelżywe pisma, ale kiedyby nam też był aby z jedną 
drukarnię gdzie zostawił, tobyśmy rozumieli, że z nami 
szczerze idzie. Teraz widzę w tę nadzieję grzeszy, że drukarni 
nie mamy. Chwalę rozum;] obronę nam odjąwszy, dopiero 

14 



210 

w nas ! Pismem, choć nie drukiem, każe się nam tego u siebie 
upominać. Nie głupi zgoła ks. Cichovius, ale choćbyśmy głos 
prawdy w ziemię zakopali, przyjdzie ten czas, kiedy się do- 
będzie i ukaże uszka osła. (Jocher III. 554? Nr. 3423). ,.Ośle 
uszka", w słowach tych leży zarzut, że Cichowski nie umie 
po hebrejsku i że przekręca znaczenie słów. 

Ks. Cichowski nie mało sobie głowy nasuszył, aby od- 
gadnąć, kto pisał i tłoczył książkę, ubliżającą naukowości 
jego, nie odgadł i kiepkowano z niego. Więc zebrał w kupę 
wiedzę swoją, napisał i wydał odpowiedź: „Nowe zawstydzenie 
socynistów, albo jak ich pospolicie zowią arjanów. w którem 
się to pokazuje jaśnie, że arjanie dyabła za Boga prawdziwego 
mają i wedle sznuru swej konfessyjej boską mu cześć odda- 
wać powinni. Przydane są niektóre zdania panów ewangelików 
o zborze arjańskim zebrane, a teraz znowu wydrukowane 
przez ks. Mik. Cichowiusza S. J. w Krakowie, u wdowy i dzie- 
dziców Fr. Cezarego. R. P. 1654". W przedmowie wspomina, 
iż to jest zeszłoroczna „przyczyna 28-ma", za wolą wielkiego 
i wielce pobożnego senatora poniekąd rozszerzona. 

Zarzut główny, że dyabła arjanie za Boga mają, czerpał 
z pism arjan samych, których przytacza: 1. Jakób Sieniński: 
„Bóg (Elohim) nie tylko znaczy tego, który sam od siebie 
panuje i nad się wyższego nie ma, ale też i tego, który wielką 
jaką moc od onego jedynego Boga ma, a w tem rozumieniu 
tak aniołowie jak i ludzie, którzy boską moc mieli, Bogami 
w piśmie są nazwani". 2. Jarosz Moskorzewski : „Imię to Bóg 
nie znaczy istoty, albo substancyi jego, któremu dane bywa, 
ale jest imię pospolite, którem znaczona bywa moc i stąd 
władza. I dla tego tych , którzy moc albo władzę jaką mają. 
Bogami zowie Pismo święte, tak, że nie tylko aniołowie, któ- 
rych siła i moc większa jest, niż ludzi jakie panowanie 
mających, ale i ci ludzie, których urząd jaki z mocą jaką 
złączony, boskiego imienia są uczestnikami, także Bogami 
bywają nazywani". Z czego im Skarga odparł, że Nerona 
i Kaligulę ubóstwiają. 3. Katechizm Rakowski: „Bóg drugim 
sposobem znaczy tego, który wysoką jaką zwierzchność albo 



211 

moc od onego samego Boga ma, albo jakim innym sposobem 
w Bóstwie onem jedynego Boga ma społeczność. Albowiem 
on jedyny Bóg, t.j. Jehowa, Bogiem bogów nazwań jest. Tym 
drugim sposobem w Piśmie świętem Syn Boży Bogiem na- 
zwany bywa". 4. Smalciusz przeciw Skardze : „Dyab/owie, 
nie mniej są zwierzchnościami i mocami, jako i święci anio- 
łowie. I owszem. Szatan książęciem i Bogiem tego świata 
nazwany bywa i panem, który ma zwierzchność na powietrzu. 
A nazwani są książęty, na powietrzu panującymi, dla swego 
przyrodzenia, które takie jest, że na powietrzu mieszkać i tam 
moc swą pokazować mogą". 

Szlichting i Volkel Jan podobnie. Więc : „Panowie 
socynistowie dyabła za Boga prawdziwego mają" : Dalej pisze: 
„Z panem Szlichtingem, jako z tym, który sam jeden z pomie- 
nionych osób żyje, przystałoby się szerzej rozmówić. Do czego 
mnie wiódł dawny mój przeciw JMci afekt, stąd powzięty, 
że między wszystkimi zboru swego pisarzami , którychem 
potrosze świadom, on sam pióro na wychwalanie Przenaj- 
świętszej Matki Bożej podniósł i wielkie Jej zalecenia z Ewan- 
gelii zebrawszy, w swym „Kredzie" wypisał. Ale z drugiej 
strony, gdym sobie pomyślał, jakiego to dowcipu, jakiego 
rozsądku człowiek, zdało mi się, żebym to próżno czynił, 
gdyż on sam z propozycyj, którem uczynił, daleko skuteczniej- 
sze konkluzye wnosić może. Do Ichmość panów socynistów 
podgórskich mowę moją obracam, abym panom podgórskim, 
arjanom (sam też podgórzanem będąo), zbawieniu usłużył". 
W dalszym toku przytacza zdania luteranów, zborowi arjań- 
skiemu nieprzychylne, Makoviusa, Grzegorza z Żarnowca, 
Wolana , Salinariusza , Klementina , Zaborowskiego , którzy 
wszyscy równają ich żydom i turkom. Przytacza prześlado- 
wanie ich w Niderlandach i Strasburgu, gdzie księgę ich, od 
zboru rakowskiego miastu przypisaną, odrzucono i znieważono, 
co też i landgraf heski uczynił. Przytacza skargi tegoż Smal- 
ciusza na wojewodę jakiegoś węgierskiego, że niektórego ich 
ministra, który był z Podgórza do Węgier zaszedł i tam 
arjaństwo rozsiewać począł, pojmał, więził, księgi popalił 



212 

i jegoby był samego spalił, by go szlachta podgórska niewy- 
prosiła. Przytacza synod lubelski r. 1617, gdzie Krzysztof 
Kfaiński, kalwin, słysząc ich przeczenie Trójcy świętej, wołał: 
Którzy się Boga boicie, wyjdźcie z kościoła! I wyszedł, a za 
nim JMp. kaliski. Wkońcu przytacza na Chrząstowskiego, kal- 
wina, paskwiluse pisane, że się ujmował arjan, skąd ga 
o aijanizm posądzano. 

Księga ta znamionuje sposób walki. Ks. Cichowski 
w Szlichtingu Jonasie chwali wielbiciela Matki Boskiej, Chrzą- 
stowskiego z lekka posądza o aijanizm, aijan dyabłochwal- 
cyma zwie po staremu, a nie odpowiadać na zarzuty naukowe, 
pragnie wzbudzać podejrzenie w umysłach różnowierców^ 
a nienawiść u katolików. Naukowe znaczenie wyrazu Elohim 
pomija. 

Odpowiedziano mu księgą: „Ks. Cicho vius, jezuita, dyabła 
zaklętego odkląć nie może". „Zaklęto już raz tego dyabła, 
który nas w bóstwie Chrystusa turbuje, aby milczał, ale, iż 
go ks. Cichovius koniecznie chce odkląć, tedyśmy musieli 
ukazać, że go odkląć nie mógł i mocniej go jeszcze związać, 
żeby się ani ruszył. Czytąjże tedy i uważaj, pobożny czytel- 
niku, przy kim prawda, abyś fundament i grunt prawdziwej 
wiary poznawszy, na nim się budował i żywot wieczny przez 
wiarę prawdziwą otrzymał. Do czegoć Bóg przez Chrystusa 
Jezusa niechaj dopomoże. Toć pewna, że ks. Cichovius pismem 
i dowodami przegrać musi. Ale on ma inszy sposób do wy- 
granej, ogień warsza^^ski nam przypomina, dając do zrozu- 
mienia, że jako „Wyznanie" nasze w Warszawie spalono,, 
tak i to, cobyśmy mu odpisali, spalą. Trudna z nim sprawa. 
Odpiszemy — to się gniewa i ogniem grozi! — Nie odpiszemy — 
to tryumfuje!.. (Jocher II. 3424). 

Jeżeli zaś cała niemal Polska zobojętniała dla ducho- 
wieństwa i żal miała do jezuitów, arjanie podgórscy byli 
oburzeni do żywego. Pominąwszy urazę religijną, lecz hała- 
śliwe wołanie księdza Cichowskiego : że arjany dyabła za 
Boga mają, wobec ludu stawiało go w świetle nienawiści. 
Duchowieństwo i uczeni zaprzątnione mieli głowy dyabłami^ 



213 

-wywo/ańcami, strąconymi z nieba dla nieposłuszeństwa Bogu. 
Opętańce należeli do zjawisk codziennych, czarownice, upiory, 
strzygi taksamo, a cafe księgi zajmowało kościelne zaklinanie 
duchów złych, które wszędzie trapiły ród ludzki. Prawodaw- 
stwo najuroczyściej wyrzekło karę śmierci najokrutniejszą, bo 
„żywopalenie^ za obcowanie i zażyłość z dyabłami. Cóż do- 
piero myślał ciemniejszy jeszcze lud. Wedle prawa kościelnego 
i świeckiego, kto się z dyabłami wdaje, zasługuje na karę 
śmierci. Tu zaś aijanie nie tylko się wdają, lecz za Boga 
mają dyabła! więc wszyscy niegodni, jeno żeby ich pozabijać 
jako psy podłe! Oto wniosek ludowy, wywiedziony z ksiąg 
księdza Cichowskiego, jezuity. Aijanie podgórscy, sama szlachta 
podgórska, a lud podgórski, to macierz zbóju ! — żartów tam 
nie znano. Ks. Cichowski wypisał się, że „Nowe zawstydzenie 
arjan* tak uraziło socynistów, iż się gniewać, burzyć i grozić 
poczęli. On zaś właśnie czuł się w żywiole swoim. Wiszowaty 
Krzysztof podał mu był w Sandomierzu księgę wyż wymienioną: 
^Es. CichoYius , jezuita , dyabła zaklętego odkląć nie może^, 
wzywając do odpowiedzi. Cichowski wymawiał się ubóstwem, 
:że nie ma o czem tłoczyć, żartem żądając pomocy pieniężnej, 
a Wiszowaty żartując, przyczynił się, pewien niepowodzenia 
"książki. 

Niebawem ks. Cichowski wydał w odpowiedzi: „Wyklę- 
cie ministrów arjańskich, którzy, chcąc się wykręcić z tego, 
co im zadano w „Nowem zawstydzeniu^', że dyabła za Boga 
prawdziwego mają i że go czcią boską czcić powinni — przez 
Móregoś z swych, mocą, której nie mieli, zaklęli dyabła, któ- 
rego jednak, jak przedtem, tak teraz. Bogiem prawdziwym 
zowią. Wydane przez ks. Mik. Cichowiusza S. J. w Krak. 
u wdowy i dziedziców Fr. Cezarego 1654^. 

Księga ta, przypisana Krzysztofowi Wiszowatemu z Wi- 
szowat, aijaninowi, do którego przemawia słowy: „Stawiam 
przed oczy WMPana i Dobrodzieja obiecany w Sandomierzu 
na „Djabła zaklętego '^ respons^. Dalej idzie grzecznostka do 
iherbowej lilii i życzenie: „żeby sam, do ogrodu Chrystuso- 
wego przeniesiona liliami zakwitał'^. Wspomina nawrócenie 



214 

Jana Krelliusza, przyjaciela Szlichtingowego, że przed śmiercią 
zażądał księdza Marcina Szelawskiego , plebana z Szumska, 
który przez okno dal mu rozgrzeszenie. (Jocher [I. 555 M. 
L. 3426). Więc o sobie samym pisze, że ma już lat 60 i sła- 
buje na oczy, usilnem przez lat 40 czytaniem natarte i usta- 
wicznie płynące. 

W dziele samem najprzód odcina się Szlichtingowi, 
którego odgaduje pisarzem księgi: „Ks. Cichowski, jezuita, 
djabła zaklętego odkląć nie może" i którego strawić nie zdoła. 
„O drukarnię arjańskim ministrom nie może być trudno. Wiem 
to od tych, którzy, zbrzydziwszy się arjaństwem, wiarę świętą 
przyjęli, że z kollekt, które gdy chcą, nie bez uprzykrzenia 
nakazują, tak wiele mieć mogą pieniędzy, żeby, „jeżeli nie 
w Lusławicach, albo Rabko wej, tedy w Prusiech, albo w przy- 
ległych Podgórzu Węgrzech (że Amsterdamu i innych cudzo- 
ziemskich drukarń nie wspomnę), co chcą, mogli wydrukować*'. 
Mnie ubogiema, choć przy drukarniach mieszkającemu, małej 
rzeczy nie dostaje, pieniędzy! Nażebrać się muszę, nim ca 
na druk zbiorę. I to by było „Wyklęcie" nie tak prędko 
wyszło, by był JMP. Krzysztof Wiszowaty, dawny mój dobro- 
dziej, do kosztu się przyłożyć nie obiecał. Im tedy snadniej 
drukować, niżeli mnie i niesłusznie się na odjętą drukarnię 
skarżą. Wiem, że „Centuria casa" i „Djabeł zaklęty" nie 
z kuźni kowalskiej, ale z drukarni wyszły". 

Przystąpiwszy do rzeczy samej, pisze: „Jeżeli to nauka 
ministrów starych i świeżych, że Bóg nie co innego, jedno* 
moc, władza, zwierzchność, jako słowo „Elohim" znaczy, 
a djabeł najwięcej na świecie może, na powietrzu panuje,, 
tak , że mu nikt, krom Stwórcy jego, rozkazować nie może, 
ergo diabolus est verus Deus et daemonia veri dii! Ale mało 
na tem! Dosyć jest złego, jeśli ile jest aniołem zacnym, jest 
Bogiem prawdziwym. Wierzycie temu, panowie podgórzanie, 
czy nie ? Nigdym ja szlachcie tego nie zadawał, żeby wierzylf 
w djabła i ministrom tegom nie zadał ja, cóżby szlachcie? 
Prawda, żem to ministrom zadał, że jako aniołów świętych 
i królów mają za prawdziwe bogi (choć w nich nie wierzą)^ 



216 

tak i dyabły. Czegom tak jawnie dowiódł, że oto i ten, który 
przeciw temu pisał, sznurem swej religii ściśniony, musiał 
przyznać: że dyabeł, ile jest aniołem zacnym, Bogiem jest 
prawdziwym. Wygnańcom nie urągam, ale to panom podgó- 
rzanom do uwagi podaję, jeśli się to mądrze stało, że opu- 
ściwszy wiarę, od św. Wojciecha ogłoszoną, od św. Stanisława 
utwierdzoną, dali się za nos wodzić ludziom, którzy, z krajów 
ojczystych wygnani, ni dla prawdy, ni dla sprawiedliwości, 
ale dla tych srogich bluźnierstw, że ich żadne królestwo 
cierpieć nie mogło". 

Tutaj miał pole dogryźć Szlichtingom , z którymi chciał^ 
poróżnić szlachtę. Przytaczając przykłady nazwisk tych ludzi, 
co to szlachtę za nos wodzą, mówi niby od niechcenia: 
„Jonas, Wespazyan, szlachcicami są! Szlachcicem polskim 
jest Moskorzewski , Gosławski, Szlichting! Szlichting nie jest 
Moskorzewskim , ani Gosławskim, tylko Szlichtingiem. Ergo, 
Szlichting nie jest szlachcicem polskim!" (Castr. Sandec. 
L. 127 p. 32). 

Takim korowodnym wnioskiem szydzi z Jonasa i We- 
spazyana Szlichtingów, snując dalej zarzut Bardzkiego na 
sejmiku średzkim 164??, że Szlichtingi byli knapami (tkaczami) 
śląskimi, a nie szlachtą ! Szlachcie korzy się pozornie i unie- 
winnia, rzeczywiście lekce ją sobie waży, mówiąc: „O prze- 
wodzeniu i przesądzaniu nigdym nie myślił i nie zejdę się 
na to. Wiem, co za gomony tak rok w Proszowicach wznie- 
cone były od arjanów, z okazyi protestacyi Wielebnego Ojca 
plebana wielogłowskiego , które jednak nie były nam tak 
straszne, ani są, żeby się miał bać nieboraczek ks. Cichovius, 
aby go gdzie z klasztorem nie wywrócono". (Szlichting I. Castr. 
Sandec. L. 127 p. 32). 

Cichowski nie wyśledził, kędy arjanie tłoczyli księgi 
swoje, wskazał jednak Rabko wę i Lusławice i na Szlichtingów 
zwrócił baczność księdza Bukowskiego z Wielogłów i sąsiad 
jego, wszystko nadaremno. Czego jednak nie mogli 
wyśledzić księża, wytropił klecha Rogalski Stanisław, niegdyś 
organista i rajca nowosądecki, wywołaniec z miasta. R. 1652 



216 

dzierzawU on w Kamionce wielkiej karczmę księdza kustosza, 
napadli go podczas mora zbójcę, Ruś sąsiedzka, krzesali ma 
ogień w oczy, złupili mienie, wykurzyli go stamtąd. Sprowa- 
dził się do N. Sącza, gdyż wyrokiem króla odzyskał radziectwo 
utracone, sprzedał kamienicę i po staremu kupczył winem do 
Warszawy. 

R. 1654 czynnie obraził burmistrza Łukawieckiego, 
organistę, n&stępcę swego, więc znów zapadł nań wyrok 
śmierci i musiał uciekać z miasta. Zadzierzawił karczmę 
w Brzeżnej, za Dunajcem, naprzeciw N. Sącza, w części, 
którą dzierżawił Sternacki Sobestyan, syn słynnego tło- 
cznia ksiąg aijańskich w Rakowie. Rogalski przenikliwy 
odgadł, iż on ukradkiem tłoczy księgi aijańskie przeciw 
Cichowskiemu, tropił i zbierał poszlaki, nie miał jednak dowo- 
dów pewnych. Ksiądz jezuita zaś nie chciał iść na niepewniaka) 
zwłaszcza, że jezuici zajęci byli ważną sprawą majątkową. 

W tym roku porzuciła świat ten Anna, córka wojewody 
wołyńskiego, Aleksandra, księcia na Ostrogu, a żona Karola 
Chodkiewicza, wojewody wileńskiego i naczelnego hetmana 
wyprawy chocimskiej, po 33 leciech we wdowieństwie spędzo- 
nych. Skromna ta i święta pani ogromne dobra swoje prze- 
kazała Towarzystwu Jezusowemu. (Rudawski L 256). Rogalski 
zaś w Brzeżnej woli na swoją rękę śledził Sternackiego, za 
pomocą chłopów, którym opowiadał, że te arjany 4jabła za 
Boga mają. 



Karol Gustaw, król szwedzki, wjeżdżał już na zamek kra- 
kowski. Na wstępie witali go tam arjanie zgromadzeni ze- 
wsząd, mianowicie zaś z Podgórza, do których przyłączył się 
Arciszewski z aijany wielkopolskimi. Po tylu prześlado- 
waniach przez katolików i ewangelików Karol Gustaw, gło- 
szący swobodę wyznań, zupełnym wydał im się zbawcą i zesłan- 
nikiem niebios, jak ongi Gustaw Adolf, o którym r. 1622 pisał 
Szlichting Jerzy: „Gustawowi łatwo wojować, bo Bóg z nim 
widocznie! Bóg sam dlań widocznie cuda czyni ręką swoją, 
więc zamki i okopy puszczają!" (Maciejowski, Piśmiennictwo, 
Dodatek p. 237). 

Podobnie sławiąc Karola Gustawa, wytłoczyli (w Lesznie 
rzekomo) mowę przywitalną, w której mienią go: ^Sar- 
macyi zwycięzcą niezbroczonym krwią, który się zjawia jako 
zbawca dobry, szczęśliwy, niezwyciężony, na pociechę utra- 
pionych, który zrodzon królom na wzór i przykład**. Mową 
tą witali go na Wawelu i ujęli go sobie niepomału. (W. Ko- 
chowski p. 57). 

Wstąpił potem do kościoła, oglądał groby królów, które 
mu wskazywał kanonik Starowolski, opowiadając żywoty poje- 
dynczych. O Łokietku gdy opowiadał, że trzy razy wygnan 
z kraju, trzy razy powracał, odrzekł król szwedzki: ^Wasz 
jednak Jan Kazimierz raz wygnany nie powróci więcej !" 
Starowolski szepnął: „Wszystko w ręku Boga!" (Kocho- 
wski). Z Wawelu Karol Gustaw wyruszył na Mogiłę, kędy 
stanął gospodą w klasztorze. Kanclerz jego porozpisywał listy 
do dostojników polskich, aby się poddawali. Do hetmanów 



218 

zaś wysłał Dauba, generała, aby namawiał ku poddaniu 
wojska. 

Od województw zjeżdżali się posłowie. Szwed właśnie 
otrzymał nauczkę bolesną, że jeszcze nie jest panem serc 
i umysłów polskich. Heski landgraf poległ z ręki starosty Babi- 
moskiego — wypadało mieć się na ostrożności. Karol Gustaw 
w odpowiedź na uniżone słowa posłów wydał Oświadczenie 
posłom województw krakowskiego, sandomirskiego, kijowskiego,, 
ruskiego, wołyńskiego, lubelskiego i bełskiego: Ponieważ woje- 
wództwa rzeczone poddały się władzy i opiece JKMci, ob- 
wieszcza się, iż ta ich powolność i posłuszeństwo mile przyjęte 
i łaskawie. JKMć obiecuje województwom: 1. Swobodę 
wyznań i obrzędów religijnych zachowa cale. 2. Pod wła- 
dzę i opiekę przyjmuje województwa one z wszystkimi ich 
urzędnikami i mieszkańcami. Dobra ich, dotąd przez Moskali 
i Kozaków niezajęte , będzie bronić wedle możności, komu 
zaś już zabrano, tych wynagrodzi odpowiednio... 3. Wojsku 
swemu zabroni gwałtów wszelkich, krzywd i łupieży na panach, 
szlachcie, miastach, zamkach i włościach, utrzyma też związki 
wolne z ziemiami sąsiedniemi 4. Dobra szlachty uwolni od 
stań wojskowych... W przechodach zaś wojsk zachowa karność 
ścisłą. 5. Jednak pod zastrzeżeniami... 

Posłowie przyjęli zastrzeżenia i odpowiedzieli na nie 
ustęp za ustępem w Listach wzajemności: „Ponieważ Naj- 
jaśniejszemu Panu a Panu Karolowi Gustawowi, królowi 
Szwedów, Gotów, Wandalów itd. itd.. Panu naszemu Najmi- 
łościwszemu, z łaskawości Jego wrodzonej i przychylności ku- 
tym województwom, spodobało się przystać na najpokorniej- 
sze życzenia ich, a zatem przyrzekamy szczerze i święcie: 
1. Województwa odstąpią Jana Kazimierza, zerwą związki 
wszelkie z nim, z stronnikami jego i onymi, co JKMci szwedz- 
kiej szkodzić usiłują. 2. Wszyscy wobec i każdy z osobna, 
obywatele województw, przyrzekamy: wierność i posłuszeństwo 
we wszystkiem i przeciwko wszystkim, jako królowi swemu 
prawemu. 3. Do czego obowiążą się: Listami wzajemności. 
4. JKMci wolno będzie podczas tej wojny załogami osadzać 



219 

miejsca wedle potrzeby. 5. JKMć odbierze zamki królewskie 
i przysięgę od załóg, jeżeli ich nie zechce zmienić. 6. Posił- 
ków piechotnych dostarczą województwa i poborów wedle 
uchwał sejmu ostatniego i niedobory wypłacą do ukoń- 
czenia wojny. 7. Szlachta z pospolitego ruszenia województw 
powróci do domu w ciągu dni 14 i spokojnie się zachowa 
pod utratą mienia. Działo się w Krakowie 21. października 
r. 1655. Chrząstowski Stan. z Brzezia, podsędek krakowski 
generalny. Pakosław z Brzezia Lanckoroński, marszałek powiatu 
proszowskiego. Andrzej z Przesławic Przesławski. Adam Skar- 
bek. Krzysztof z Samek Wiszowaty. Andrzej Bronicki z krak. 
województwa. Marcin z Dębicy Dębicki, chorąży generalny 
wojew. sandom., poseł ziemski — w imieniu całej szlachty. 
Stefan z Czernichowa Niemierzyc , cześnik kijowski , poseł 
ziemi sandomirskiej — w imieniu całej szlachty. Paweł Suli- 
szewski, poseł ziemski sandomirski. Stanisław z Ożarowa Oża- 
rowski. Mikołaj Bieganowski, poseł ziemi lwowskiej , chorąży 
tejże ziemi, starosta mostowski. Stanisław Rzewuski. Aleksan- 
der Niezabitowski. Stanisław Kozłowski, cześnik sądecki. 
Andrzej Sokolnicki. Mikołaj z Nieczujowa Wapowski. Woj- 
ciech Chrosnowski. Adam Pszonka. Jakób Tomaszewski 
z wojew. bełskiego — imieniem szlachty, której nie pokonali 
Moskale i Kozacy, podpisuję. Piotr Tomislawski. (Rudaw- 
ski II. 30). 

Ewangelików więc przewodnik, Chrząstowski Stanisław, 
pierwszy pisał się na poddaństwo szwedzkie. Arjan czyli 
Braci polskiej podpisało tylko dwu : Wiszowaty i Niemierzyc. 

Stadnicki Stanisław Djabełek, (syn Stanisława Djabła) 
r. 1633 od Lubomirskiego Stanisława nabył w Sądecczyźnie 
Krużlową i Smiglno czyli Starąwieś. Syn jego, Jan Stadni- 
cki, ożeniony z Anną Mierzyńską, dzierżawił sołtystwo ko- 
ronne Jodłówkę, koło Kobylanki, a po dziadu i ojcu odzie- 
dziczył arjaństwo i rzutność wojowniczą. R. 1655 na 
sejmiku w Proszowicach polecono mu zebrać harników prze- 
ciwko zbójcom, a Lubowiecki Władysław miał tego doglądać 
i wypłacać. Stadnicki zebrał Rusinów 20, a hajduków słu* 



220 

żalych wojskowo Polaków 10. z strzelbami i toporkami dta- 
i^emi, t. j. berdyszami, których w grodzie przedstawił 28. 
lipca, oświadczając, że natychmiast gotów iść na czaty 
w miejsca podejrzane. Otrzyma! pieniądze na pierwszy mie- 
siąc. 27. sierpnia Stadnicki wnosi do grodu, że rozpuszcza 
barniki, nie mogąc otrz3fmać pieniędzy na drugi miesiąc od 
p. Lubowieckiego, choć się upominał ustnie w Szczytnikach 
ikoto Staniątek) i w Jadownikach (koło Wojnicza). (Biecz 
gr. 186, p. 2286—2288). Lubowiecki udał się do Krakowa, 
przywodząc piechocie hajduków spiskich, a Czarniecki miano- 
wał go komendantem placu. (Ossolińskich zakład, rękopis 325. 
str. 1). Stadnicki zniechęcony udał się między zwolenników 
szwedzkich, do których zwabiał Chrząstowski, podsędek kra- 
kowski. 

Potoccy Szreniawici, Jan i Wacław. — Jan, dziedzic na 
liUżnej r. 1635, arjanin zacięty, równie jak i żona jego, Ta- 
szyckiego Daniela i Moskorzewskiej Elżbiety córka. Pod 6e- 
resteczkiem 1651 ranny. R. 1652 do Bardiowa chroni się 
z obawy wojen. (Bart. archiv.). W Łużnej utrzymywał zbór 
arjański, obsługiwany przez dojeżdżającego z Rabkowej Wi- 
szowatego. Na sejmiku w Proszowicach zawsze obstawał 
za Bieczem, więc 1652, gdy się tam zjawił, uraczon czterma 
garncy wina. (Biecz. Wydatki). R. 1654 Staszkówkę nabyli 
od Taszyckich Daniela i Elżbiety. (Sanok gród. 186 str. 1250). 
Była to dzierżawa królewska, którą niebawem na rok wy- 
dzierżawili Kasickiemu Dobrogostowi, bo Potocki przyjął 
rotmistrzostwo dragonii królewskiej i nabył się wyroku wy- 
wołania, z którego zwolnił go sejm r. 1655. Gdy Szwedzi 
napadli , wraz z drugimi, niepłatny i zniechęceń do Jana Kazi- 
mierza, objechał do Łużnej. W Łużnej zwołał wiec arjan. 

Potocki Wacław, brat jego, wierszopis, nie chciał się na- 
rażać na odstępstwo jawne, chciał obstawać przy Janie 
Kazimierzu, więc od wypadku wszelkiego brat Jan zapisał mu 
darowiznę Łużnej. Wieść o zjeździe różnowierców, stronni- 
ków szwedzkich, rozeszła się wszędzie, jątrząc szczupłą liczbę 
szlachty, co gromadząc się pod znaki kościoła katolickiego, 



221 

> 

pragnęła zostać pod rządami Jana Kazimierza. U katolików 
twardych nienawiść religijna łączy/a się z zawiścią polity- 
czną, — W Bobowej, gdy się dowiedziano, że sąsiedzi, 
szlachta róźnowierce, zjeżdżają się i przystają do Szweda, 
lutra, kościół zborny (collegiata) zabrzmiał słowy zgrozy, 
jękami żalu i pokuty pieniem. Ksiądz Żydowski, przełożony 
kościoła, zapewniał, że upadnie religia katolicka, że zlutrzeje 
Polska cała. Pożal się Boże tylu dusz biednych, co bez- 
powrotnie popadną mękom piekielnym na wieki wieków T 
Duchowieństwo w Bobowej bezustanku wzywało wiernych, 
aby nie dali zwyciężać czartowi, aby występowali w obronie 
wiary świętej, choćby z narażeniem życia, choćby z przelar- 
niem krwi własnej ! — Słuchała szlachta nabożna. Pan 
Bylina Marcin z Jeżowa westchnął głęboko i czuł ulgę na 
sumieniu, że zrobił swoje. Wszakże niedawno przedtem, bo 
w^ czerwcu blisko przeszłym, pozywał on do grodu Szlich- 
tinga Wespazyana z Dąbrowej, że śmiał i ważył się prze- 
chowywać u siebie brata swego Jonasa, wywołańca, zaprzańca 
Trójcy Przenajświętszej. — Zresztą bratanek jego, młody, 
pełen nadziei p. Konstanty Bylina, poległ w Krakowie w obro- 
nie Boga i króla. Wieczne odpoczywanie racz mu dać 
Panie! W całej swej rodzinie Bylina nie miał niedowiarka,, 
krom jednego szwagra, Jordana Jerzego, który zagnie wan na 
brata stryjecznego, księdza kanonika w Przemyślu, lżył i złorze- 
czył duchowieństwu całemu i nauce onych. Natomiast wychwa- 
lał obyczaje i naukę arjan i jeżeli jeszcze nie ogłosił się arja- 
ninem, toć był nim w duszy niezawodnie. Ot i teraz 
pojechał na zjazd on niedowiarków, zdrajców, a pan By- 
lina gorzko żalił się przed sąsiady wszystkimi. 

Przybrał sobie to do głowy i serca sąsiad młody, Przy- 
borowski Stefan. W domu było mu za ciasno, siadł na koń, 
pojechał do Stróż niżnych, do Zaborowskiego Aleksandra, 
który też był szwagrem Jordana, a wówczas właśnie trochę 
niedomagał. Na nieszczęście swoje Jordan przejeżdżał przez. 
Stróże i zdybał czeladź dworską Zaborowskiego Jędrzeja* 
Pyta, co tam słychać i otrzymuje w odpowiedzi, że p. Ale- 



222 

ksandep jakiś niemocen i chory. Żal mu się zrobiło przy- 
jaciela i szwagra, którego kochał, jadąc więc mimo dworu, 
zawrócił i wstąpił. Gdy się zjawił Jordan, Przyboro wski roz- 
ognion uczuciem i winem, przywitał go na wstępie słowy: 

— A ty zdrajco ! krzywoprzysiężco ! ty żydzie zdrajco, 
arjanie ! przystałeś do króla szwedzkiego ! — i obieraliście 
urzędniki! pana Jana Potockiego za strażnika, a p. Stadnic- 
kiego Jana za kwatermistrza! 

Jordan zmieszany, łagodząc go, rzecze : — Panie Przy- 
borowskil niecnotliwie mi to zadajesz! Bo i króla szwedz- 
kiego nietylko nie znam, ale i malowanegom nie widział. Ży- 
łem z ojcem twoim w przyjaźni i z stryjami twymi. Wiedzą 
dobrze, żem się w wierze katolickiej urodził i w niej umrę ! 

— A mnie co do tego jakoś z ojcem moim żył? — A kat 
cię wie jako wierzysz ! Potnij się ze mną o wiarę, kiedyś 
katolik! — Gospodarz domu rozerwał takowe mowy sporne 
między nimi. Poczem Zaborowski poszedł do stajni, podpiął 
konia swego, pistolety ponakręcał i wrócił do izby. Czeladź 
doniosła o tem gospodarzowi, który wyszedł ku niemu i roz- 
mawiał, łagodząc, bo widział, że się będą bili w drodze, 
gdyż i Jordan chciał niebawem ruszać dalej koniecznie. Za- 
borowski rzekł do Jordana : — Panie szwagrze, nie puszczę 
cię z domu mego, aż się dasz przeprosić panu Przyborow- 
skiemu. — Jordan miał w ręku nadziak. Gospodarz wyjął mu 
go z ręki, a samego biorąc za rękę, mówi: Pójdź Wasz- 
mość przynajmniej do izby, on tam już czeka na Wasz- 
mości. — Sług domowych dwu było obecnych, ale bez broni. 
Zaborowski, bacząc to, rzecze im : — Bogdaj was zabito, 
że bez szabli chodzicie. — Boć to w domu, prosimy łaski 
pana. — Iw domu moim bez szabel za mną nie chodź- 
cie! — Wprowadził Jordana do pokoju żony swej, której rzekł : 

— Jewusiu! nie puszczajcie też pana szwagra! — Poczem 
wyszedł, pewien, że pan Przyborowski będzie przepraszał. Ale 
pan Przyborowski Stefan znów jął go szkalować i wyzywać 
słowy: — Żydzie! arjanie, zdrajco, krzywoprzysiężco! Bij 



223 

się tu ze mną ! — Panie Przyborowski ! wszędzie placu 
dotrzymam ! 

Pani Ewa, bacząc, że się zrywa, chwyciła go za rękę: 
a panna jej za drugą, — trzymają co siły, łagodząc i zakli- 
nając. Przyborowski zaś, wołając : — Bij się, żydzie ! — do- 
był szabli i w ręku kobiet będącego ciął w czoło. Jordan 
odepchnął białogłowy, lecz zaledwie zdołał dobyć szabli, już 
oczy miał zapłynione krwią. Chciał przyciąć. Wtem Przy- 
borowski, uprzedziwszy go, jak tnie siłą całą w przykostek, 
ręka prawa z dłonią i szablą upadła na ziemię. A on mimo 
to ciął drugi raz w półpiszczele, poniż przykostka onejże ręki 
uciętej, i znów w głowę, w róg czoła z lewej strony i znów 
odlew w gębę na jagodzie. Jordan w lewej ręce trzymał 
czapkę, w którą włożywszy rękę , okładał się nią jeszcze. 
A Przyborowski zaciął go jeszcze pod palec mierny ręki 
lewej. Służba domowa przybiegła z szablami, lecz już za 
późno. Sprawdziło się przeczucie gospodarza, że służba 
w domu nawet powinna być pod ręką — z szablami. Przy- 
borowski wyszedł, dosiadł konia i odjechał, odgrażając się 
zdrajcom, arjanom, żydom. C4yrulik, Grybowski Jan z Gry- 
bowa, przywieziony, owiązał rannego i wyleczył. (Biecz gród. 
księga 187, str. 39). 

Stefana Czarneckiego pułk dragonii królewskiej, jak każdy 
inny, miał swoje chorągwie uzupełniające, przeznaczone 
do dopełniania ubytku poległych i rannych. Piotrowski Ste- 
fan był kapitanem chorągwi takiej. Po staremu w Podbie- 
czadziu nazaciągał ochotników i wiódł ich ku obozowi het- 
mańskiemu, sądząc, że tam nadciągnie Czarniecki z Krakowa. 
W Pilznie, południując, nasłuchał się opowiadań o Szwedach 
i o czwartakach w wojsku koronnem, którzy zniewolili het- 
mana stareńkiego ugiąć czoła przed Szwedem i przysięgać 
mu poddaństwo, a to bez boju, bez rozlewu krwi. Zgor- 
szony wielce sromotą i hańbą wojska, niegdyś tak sławnego, 
kapitan Piotrowski z porucznikiem swym w najlepsze zapijał 
zgryz swój, kiedy mu dają znać o zbliżaniu się chorągwi 
królewskiej Firleja Broniowskiego, podstolego Czernichów- 



2^ 

skiego, która pod Sandomierzem aderzywszy czo/em Szwedom^ 
wraca/a na leże zimowe, wiodąc z sobą komisarzy szwedz- 
kich. Niebawem zjawić się trębacz z Szwedem, zatrąbił i imie- 
niem Jego Królewskiej Mości Karola Gastawa rozkazał, abf 
Piotrowski z dragony swymi ustąpił z miasta, czyniąc miejsce 
chorągwi podstolego. Mieszczanie natomiast prosili asilnie, 
żeby nie wpuszczać pancernych, wiedząc, że łatwiej się oku- 
pić dragonom potulnym i poczciwcowi Piotrowskiemu, niż 
panu podstolemu i szlacheckiej jego drużynie z Szwedami 
wraz. Niebożęta składali ręce, zaręczając, żepomogą,jeżli wy- 
padnie. Kapitan w odpowiedzi kazał zbębniać dragony i nabijać 
broń, trębaczowi zaś odrzekł pokrótce, że nie ustąpi. 

Pan podstoli czernichowski uśmiechnął się pogardliwie^ 
gdy mu dano znać, że chłopi, dragony, nie chcą ustąpić 
szlachcie. Kazał jechać do miasta wprost, ani marząc o opo- 
rze. Ale tam w miasteczku kapitan Piotrowski porozstawia/ 
dragony swoje po strychach domów zamkniętych. Mieszcza- 
nie też, kędy który miał strzelbę jaką, ponab^jali i stanęli 
obok dragonów, bezpieczni, bo zakryci w poddaszach. Stral 
bramna ustąpiła przemocy, jak przewidziano. Zabrzmiały 
trąby, zahuczały żele, chorągiew pyszno i wyniośle sunie 
w miasto, pogardliwie odpowiadając doboszowi dragońskiema 
i grożąc mu szablami, jeżeli nie ustąpi. Dobosz dragoński 
ustąpił, lecz w tej chwili z dachów kędyś, z niewidomej ręki^ 
padły strzały rzęsiste i nieustające. Kilku jeźdźców spadło> 
konie mianowicie jęły się przewracać, ugodzone kulkami. 
Szwedzi przerażeni zawrócili konie, za nimi szła starszyzna, 
bacząc, że to nie przelewki, bój jazdy z piechotą, ukrytą 
kędyś w dachach domów pozawieranych. Powstał zamęt 
wielki, a za chwilę niedługą niebyło w Pilznie ani chorągwi 
Firleja, ani komisarzów szwedzkich. Na ziemi tylko leżał 
jeden zabity szlachcic, kilka koni nieżywych i wóz wojenny. 
Ranni umknęli wraz z onymi, którym pozab^ano konie, znie- 
walając do ucieczki pieszo. Poległego mieszczanie wynieśli 
za bramę, skąd go wzięli drużbowie chorągwi. Wóz i przy- 
bory na koniach zabitych dostały się łupem dragonom, ura- 



225 

dowanym, że pogromili szlachtę zbrataną z Szwedy. Chorą- 
giew rozżalona i zesromana uczyniła koło, radząc, co czynić. 
Uradzono po staremu zwłoki zabitego pana Słupskiego Piotra 
posłać do Biecza, okazać je grodowi, podając oraz opisane 
zajście całe. Wybrano ku temu pana Wolskiego Jakóba, 
drużbę chorągwi. 

Chrząstowski , doprowadziwszy do skutku qazd szlachty 
i wybory starszyzny wojennej powiatowej, kwapił się też do 
Biecza, aby miasto zająć na Szwedów. Stadnicki Jan zebrał 
rozprószoną swą straż bezpieczeństwa i wiódł ich do Biecza, 
kędy też spieszyła szlachta sprzymierzona, każdy swoją drogą, 
a każdy zbrojno i służbisto, zwyczajnie jak szlachta do grodu. 
Chrząstowskiego i Stadnickiego Jana, jako panów sobie życzli- 
wych, miasto uraczyło winem, po dwa garnce każdemu, po- 
lecając się łasce i przyjaźni. Zająwszy gospody główne, gdy 
się obliczyli, byli pewni, że Biecz już w ich ręku, na króla 
szwedzkiego. Wyglądali jeszcze tylko Wielogłowskiego Prze- 
cława, podstarościego bieckiego, licząc nań, gdyby na Zawiszę, 
skoro od województwa posłował do Szweda z czołobitnością. 
Nie wiedzieli zaś, że Wielogłowski nie mógł się odpędzić 
widmu powinowatej sobie panny Anny i spojrzeniom jej 
przeszywającym serce, więc też i widmu ciotki jej, zakonnicy 
w Starym Sączu. Ciągle mu stały przed oczyma: ta rozżalona, 
blada, trawiona rozpaczą niemą, tamta modląca się u grobu 
Kingi błogosławionej i przeklinająca zdrajców rodu Wielo- 
głowskich. Więc nie chciał zdradzać. Przestrzegł starostę, że 
się zanosi na zamach na Biecz. Starosta biecki. Wielopolski 
Jan na Kobylance, po cichu przygotował drużynę zbrojną. 

Burmistrze też miejscy, mając nakaz ostry, strzegli miasta 
utwierdzonego murem i okopem, na którym w około jeżyły 
się ostrwie świeżo wkopane. Na bronach murowanych stały 
działa nabite, a w strzelnicach baszt i murów półdziałka 
i hakownice. Stróże w bramach, a trębacz strzegł na wieży 
ratusznej. On rano wygrywał zorze, w południe dawał znak 
do dzwonienia, a wieczorem wybębniał hasło. Ostrożność 
wszelką zachowywano, zwłaszcza, gdy Szwedzi zajęli Sącz. 

15 



226 

Trębacz z wieży dal znać, iż się zbliżają ludzie wojskowi 
jacyś, jadąc za wozem , na którym trumna. Bjt to Wolski, 
od chorągwi podstolego czernichowskiego. Okaza/ zwłoki 
i pismo od chorągwi do grodu. W grodzie urzędował JMP. 
Grodzki Jan, burgrabia biecki. Odebrał pismo, przeczytał, za- 
chmurzył czoło i pyta : Jakich to ^Szwedów" imieniem, zano- 
isz Waszmość żałobę? — Mniejsza o nazwiska, — Nie mniejsza^ 
boć tu nie czytam o poszkodowaniu Szweda jakiego podró- 
żnego, więc to może najezdnicy? może wojskowi? — Tak, 
wojskowi, komisarze Jego królewskiej Mości, Karola Gustawa. — 
Nie przyjmę pisma, ubliżającego Najjaśniejszemu Panu, Janowi 
Kazimierzowi, bo po prostu snąć była utarczka wojska pol- 
skiego z wojskiem szwedzkiem. — Ho! ho! panie burgrabio! 
nie tak górno! tu gród, a Waszmość urzędnikiem! Wpisuj 
żałobę. — Nie wpiszę! bo to przeciwko prawu! Woźny, idź, 
oglądnij zwłoki! oględziny zapiszę. Żale szwedzkie niechaj 
wpisują w grodach zajętych przez Szwedów. — W imię Najja- 
śniejszego króla szwedzkiego i polskiego Karola Gustawa! 
zajmujemy gród biecki — odezwał się Jan Potocki, wchodząc 
na czele szlachty sprzymierzonej Szwedowi! — Niech żyje 
Karol Gustaw ! Precz z Janem Kazimierzem ! — głośno zawołała 
szlachta. Stadnicki , djabełek , krzyczał na całe gardło, aż 
zwrócił na siebie uwagę drugich. Burgrabia nieulękniony stał 
i z swej strony zawołał: Oświadczam się w imię Boga i ludzi, 
że Ichmość panowie zadajecie gwałt grodowi. Zjawił się też 
i Chrząstowski. Burgrabia zwrócił się ku niemu, zasięgając 
rady. — Sprawiedliwości nie można odmówić nikomu, żałobę 
wypada zaciągnąć do ksiąg. — Zostawiam to Waszmości ! — Bur- 
grabia wyszedł z grodu. Szlachta nakazała podpiskowi i musiał 
wpisać, w pospiechu nie napisał dnia, jeno ogółem, ćwierć- 
rocze po świętym Krzyżu. Szlachta sprzymierzona z kolei 
brała się do ogłoszenia Karola Gustawa królem polskim. 

Czytano ono obwieszczenie szwedzkie Karola Gustawa, 
treścią podobne odezwom z 3. października: żeby się udać 
pod opiekę jego i zerwać związki wszelkie z Janem Kazimie- 
rzem, a kończące słowy: Jeżeli zaś wzgardzicie łaską, od 



227 

króla się nie odłączycie, nie będziecie żyć w spokoju, będę 
was uważał za nieprzyjaciół, a dobra wasze zagrabię ! Strzały 
przerwały czytanie* Jan Stadnicki, na czele zbrojnych, chciał 
owładnąć bramę wyżnią, jak zajął już niżnią i miasto. Nad- 
spodziewanie znalazł opór, równie jako i w baszcie radzieckiej. 
€hcąc zdobyć, kazał robić wyłom w murze tuż wedle baszty, 
aby się dostać do wnętrza jej, kędy się zawarła straż, dająca 
ognia z działka na piętrze i z moździerza — na gwałt ! Otwory 
w murze już były niemal gotowe, Stadnicki z ludem swym 
już chciał leźć i zdobywać, grożąc wycięciem w pień, jeżeli 
się będą bronić. W tem od Kobylanki przypadł zastęp zbrojny. 
Stadnicki dał spokój baszcie, a rzucił się przeciwko nadcią- 
gającym, nie tracąc odwagi i ducha, za przymurzami cmentarza 
kościelnego. Ale i od bramy niżnej powstał zgiełk, tamtędy 
też, za pomocą mieszczan wyłomiwszy bramę , wpadła kupa 
wojskowych konnych i przez rynek pędząc ku kościołowi, 
zagrażała Stadnictiemu z tyłu. Szlachta spłoszona jęła umy- 
kać, kędy mogła. Stadnicki Stanisław dyabełek z Potockim 
Wacławem „wieszczem" dopadli wcześnie furtki i uciekali 
ku Rozembarkowi, kędy ich wiódł Milgast. Jan Stadnicki zaś 
nie umiał uciekać, stanął w odwodzie od strony miasta 
i niebawem znalazł się oko w oko z osiwiałym Białkowskim 
Piotrem, pułkownikiem halickim, którego posiłkował syn, 
Aleksander. Na wezwanie poddania się Stadnicki odpowiedział 
cięciem i gdyby był dosięgnął Białkowskiego syna, byłby go 
chyba rozpłatał. Ale ojciec stary Piotr, poskoczył i jednem 
cięciem uciął Stadnickiemu głowę. Na cmentarzu zaś Potocki 
Jan odpierał mężnie natarcie straży starościńskiej, którym 
również mężnie przywodził Pieniążek Jan z Gorlic, siostrze- 
niec Wielopolskiego. Po przełomieniu dopiero Stadnickiego, 
gdy Łazicki z Białkowskim, idąc w zawody o lepsze, rozgra- 
miali broniących się i napierali w cmentarz, Potocki kazał 
otworzyć bramę i uszedł zbrojną ręką także ku Rozembarkowi. 
Pieniążek z Białkowskim zajęli miasto w imię starosty, a nie- 
bawem woźny grodu bieckiego głosem pełnym i donośnym 
głosił obwieszczenie: aby się nikt nie ważył łamać wiary 



328 



Najjaśniejszemu Janowi Kazimierzowi, ani się poddawał* 
Szwedom najezdnikom. Oswobodzenie Biecza nabrało roz- 
głosu ogromnego między ludem i duchowieństwem. Stadni- 
ckiego Jana pomieniano z ^dyabelkiem^, gdyż przydomek on 
lepiej przystawał zamachowi śmiałemu i obronie zapamiętałej. 
(Ks. Czarnysz Hypocrene. Rodowód Stadnickich). 

Na gospodzie hetmańskiej panował spokój pozorny. — 
Buława spoczywała w puzdrze wysłanem czerwonym aksa- 
mitem, chorągiew tkwiła w pokrowcu, a bęben wielki het- 
mański leżał na podstawie swej krzyżowej. U buńczuka tylko 
ogony końskie igrały z wiatrem, a ostrze jego migało w słońcu. 
Straże poważnie i statecznie czuwały, chodząc tam i sam^ lub 
przystawając. Broń była nabita, a konie osiodłane, gotowe 
ruszyć z kopyta: byle kto dosiadł łęku kulbaki. Trębacze, 
jako obyczaj, wytrębywali jutrznię, południe i zorze. Gdy 
się pokazał kto ze starszyzny, straże oddawały cześć wojskową, 
a to Polakom tak dobrze jako i Szwedom, tylko że na Szwedów 
spoglądały z pod oka i ponuro jakoś. Nie było zaś przyczyny 
uśmiechać się im, skoro nie dotrzymywali słowa: nie dawali 
pieniędzy obiecanych, tylko słówka piękne. Do tego zalaty- 
wały wieści, że łupią klasztory i dwory, że oblegają Często- 
chowę i burzą z dział ciężkich... Od chorągwi posły czę- 
ste: bo się wojsko niecierpliwiło. Czasami też zjawił się kto 
z za Wisły z nowinami , a wtedy cały Lublin spieszył dowie- 
dzieć się, co słychać. Szwedzi zaś wówczas najbardziej nad- 
stawiali ucha, niedowierzali, ale zawsze^ z uśmiechem na 
ustach, zawsze grzecznie, zawsze słodko, udając serdeczność 
żołnierską i ochotę. 

W końcu listopada posmutnieli jakoś Szwedzi, trudniej 
im szły uśmiechy, a na biesiadach hucznych zwieszali głowy. 
Między Polakami zaś ubiegały wieści: że Matka Boska 
płaszczykiem swym odpiera kule i granaty na Jasnągórę mio- 
tane, tak, iż zwracają się ku Szwedom i zabijają... więc Czę<> 
stochowy nie zdobędą. Dalej, że Czarniecki wrócił do kraju 
i od pogranicza śląskiego rozpoczął już podjazdy, wspierany 
przez kasztelana krakowskiego. Więc że Lubomirski Jerzy od 



229 

papieża dostał pieniędzy z błogosławieństwem i zaciąga woj* 
ska na Spiżu; w końcu, że chan tatarski idzie w pomoc! 
Wieści te wcale pocieszne przywoziła szlachta, spiesząca na 
sądy trybunalskie; bo pod okiem hetmanów zasiadły sądy 
bezkrólewia, a sędziowie, wedle obyczaju starodawnego wy- 
dając wyroki doraźne, zasłaniali głowy kapturami na znak 
żałoby. Mnóstwo wojskowych, mianowicie starszyzny, musiało 
stawać do pozwu, boć szlachta i księża, korzystając z pokoju 
i otwarcia sądów, pozywała o krzywdy i szkody, poniesione 
od wojska. Sędziowie, uznawszy słuszność, bez względu na 
osoby, zasądzali, gdy wypadło, na grzywny i wieżę. Nie 
wszyscy jednak rotmistrze i pułkownicy stawali do pozwu, 
tak, jak nie wszyscy duchowni i szlachta poz3rwali wojsko 
koronne. Byli tacy, co przed sąd Boga pozywali — Szwe- 
dów! Lubelczycy nie taili się między swymi, że Szwedom 
nie dadzą już poborów: ani szeląga!., ani ziarnka zboża!., 
ani ździebła słomy!! — Nie taili się, że Czarniecki jest mię- 
dzy nimi, że przygotowuje powstanie — łącznie z Wielko- 
polany pod Żegockim i Opalińskim, z Łęczyczany i z Litwą. 
Nie było się też z czem taić, skoro starszyzna wojskowa po 
większej części należała do związku. 

Od wszystkich naczelników powstania przybywali wy- 
słannicy dla porozumienia z wojskiem. Wszyscy byli przeko- 
nani, że byle szlachta po staremu chwyciła za broń, wystę- 
pując pospolitem ruszeniem, za poparciem wojska zrzuciłaby 
ohydne jarzmo szwedzkie. Lecz szlachta ! Jedni bali się utraty 
majątków, drudzy czuli się związani listy wzajemności i od- 
stąpiwszy króla swego, udawali wierność nieprzyjacielowi. 
Różnowiercy mianowicie sprzykrzyli sobie wiary swej prze- 
śladowania, więc u Szweda spodziewali się znaleźć wolność 
wyznania. Słowem, narzekano na oziębłość ogółu szlachty. 
Hetman, nauczony doświadczeniem cierpkiem, nie dowierzał 
wojsku i szlachcie. Wymijające też i chwiejne dawał odpo- 
wiedzi. Tak odpowiedział szlachcie lubelskiej : tak Wielopol- 
skiemu, staroście bieckiemu, tak Lubomirskiemu. Od Lubo- 
inirskiego pośredniczył: Branicki Jan Klemens, podkomorzy 



230 

krak., starosta chęciński i bocheński, spokrewnion z Lubo* 
mirskimi, których habką rodu była Anna Branicka z Nawo* 
jowej. Za jej wianem przeszła też Nowojowszczyzna w dom 
Lubomirskich, wówczas w ręce Konstantego, starosty sąde- 
ckiego. Branicki syn był Czarnieckiego zięciem i przyjacielem. 
Wraz z nim oblężon w Krakowie, należał do narad najtaj- 
niejszych i układał imieniem jego warunki poddania stolicy. 
Przejęty duchem teścia swego, wierzył w możność wypędze- 
nia Szwedów, byle tylko naród zechciał. Pobudzał też da 
tego Lubomirskich, których znał jak najdokładniej. Wyrozu- 
miawszy hetmana chwiejność nienamyślną, zgorszył się wielce 
i szukał pociechy w zetknięciu się z stronnikami Czarnie- 
ckiego. Właśnie też do Lublina przybył Czarnieckiego puł- 
kownik, Wąsowicz Krzysztof i nic milszego nie mógł usłyszeć, 
jak o obecności Branickiego, którego odszukał niebawem. 

Rozmowa ich była krótką, najprzód o hetmanach, o któ- 
rych Wąsowicz usłyszał piosnkę znaną. Więc o Lubomirskim 
Jerzym. I tu usłyszał, co wiedział dawno. — Więc niema 
sposobu? Czyż mamy albo karku ugiąć pod jarzmo szwedz- 
kie, albo iść na śmierć pewną, acz uczciwą? — Przebóg! na 
toć podobno wyjdzie!! Radzić i czekać I., czekać i radzić! 
Oto ich rozum cały. A tu Szwed kraj niszczy, szlachta przy- 
wyka do jarzma i sama już pomaga Szwedom : pod Często*^ 
chowa, na Brandeburga i po kraju, poborami ciężkimi łupiąc 
lud ubogi. Hej ! na Boga żywego: w rozpaczy przychodzi 
chętka stać się zbójcą! — Jak to? — W Nawojowszczyżnie 
co trzeci chłop, to zbójca. Ojca mego chcieli napaść i zabi6 
przy pobieraniu pobarańszczyzny, wozy skarbne Sapiehy 
Pawła, koniuszego wówczas litewskiego, wybrali na Spiżu 
(r. 1613), mimo straży wojskowej. W Rabkowej napadli i za- 
bili Wiszowatego lat temu 12, z Muszyńcami ciągle wojnę 
toczą, bo to po większej części służali wojskowo. Tak samo 
i w dobrach niegdyś naszych ropskich: w Leszczynach^ 
Łosiu wielkim! Tać to stamtąd Czepiec i Bąjus szli na od- 
siecz Napierskiemu. A wyprawy ich na dwory i gościńce 
jakież były? Trojanowskiego zabili w własnym dworze, lu» 



231 

dnym i zbrojnym, w Januszkowicach, wójta w Ciężkowicach 
naszli i obrali, nawet Męcińskiego w Jangrodzie dobywali, 
mimo że znany wojak i ostrożny. Nie dobyli go, ale klaczy 
samych wzięli mu 77. Gdyby stanąć na czele zgrai takiej 
toćby prędzej można dogryźć Szwedom, jak na czele tej 
szlachty zaciężnej, co zaprzedała dusze Szwedom i czeka na 
pieniądze z Częstochowej. Wstydziłbym się hetmanić! Zbój- 
com wolałbym przewodzić, gdyby nie... — Gdyby nie co? — 
Gdyby mi nie chodziło o klejnot szlachecki. —Czyżby się spla- 
mił ocaleniem ojczyzny. — Wybacz bracie, ale... — Moja 
„Nowina" młodsza od „Gryfu" Waszmości, nie splami się 
Poszliby zbójcę pod moje rozkazy? — Bracia Waszmości 
dzierżawią Łabowe, rozkazują im; gdyby się tak jeszcze wdał 
starosta sądecki. — A wda on się? skoro brat jego wycze- 
kuje pomocy papieża, cesarza i chana. — Marszałek koronny 
co innego, a starosta sądecki co ianego. Tamten strzeże ko* 
rony i skarbu koronnego, które uwiózł z Krakowa; ten pała 
chęcią wojny. Tamten starszy, przejęty dworszczyzną; ten 
młodszy poczuwa się do szlachectwa , a zatem i do powin- 
ności kraju. — A nie będzie przeszkadzał? — Nie będzie! 
nie potrzebrge nawet wiedzieć, aż po wszystkiemu. — Kiedy 
tak, to będę pułkowniczył zbójcom. Niejeden sołtys nawo- 
jowski służył podemną, toć znajdę znajomych. --* Łabowianie 
są tutaj z winem, będą kędyś na Winiarach. 

Wąsowicz Krzysztof, idąc przez Winiary spalone, po- 
między wozyma i końmi, dostrzegł górala z Łabowej, którego 
poznał. — Iwanie! Joj! — przysiach Bohu! tać to nasz pan 
wielkomożny! — Ojciec tu jest? — Ba! są nianio! — Wiedź 
mnie do niego,bo mi potrzebny ! Prędko, słyszysz ! — Słyszę, 
wielkomożny panie, powiodę. 

Cztery słupy, wkopane w ziemię rozwilgłą, w około 
obite tarcicami i okrąjkami, zastającemi jedna na drogą, 
a przymocowane kołkami ; nad tern dach z dranek, też koł- 
kami przybijanych, a każdy kołek sterczy wysoko na pół 
piędzi ponad dranicę. Drzwi z desek surowych, kołkami 
zbite, skrzypiały na biegunie drewnianym, a okna małe były 



232 

zbiorem szybek różnej postaci, oprawionych w trzaskę ; gdzie 
szyby nie stało, wyprężono pęcherz bydlęcy. Podłogi nie by/o, 
ani powały. Nie było też i komina; z nalepy ogromnej, sta- 
rej, przepalonej i poobijanej, dym swobodnie ulatywał w pod- 
dasze, przeciskając się szparami licznemi. Nalepisko stare 
dźwigało na sobie piec chlebny, ogromny, o czeluściach gdyby 
wrotach, a ognisko przed czeluściami było większe, niż nie- 
jedno podwórze zameczka niemieckiego z czasu raubritterów. 
Nalepisko ono sięgało dawnych czasów. Szkoda, że nie umiało 
gadać! Boćby było mogło opowiedzieć może jeszcze o tem, 
jako się piekły na niem całe żubrzęta i łosięta litewskie obok 
całych jeleni nadwiślańskich, dla posiłku Litwinów i Polaków, 
wiecujących o braterstwie wieczystem. Więc też i prześla- 
dowcę różnowierców i rokoszanie Zebrzydowskiego i czu- 
purni zapaśnicy sądowi i szlachta, z bliska i z dala zjeżdża- 
jąca na prawo i Szkoty z kupią łokciową i Włosi z łako- 
ciami swej ziemi, wszystko to na niem przypiekało swą strawę 
lub warzyło, zapijając winem lub miodem, złożonym w pod- 
ziemiach. Boć nalepa gospody starej na Winiarach lubelskich 
stała, gdyby fara w Wieliczce, na próżni podziemnej, tylko zamiast 
soli, tworzycielki pragnienia, były tu wina i miody, co gaszą 
pragnienie ludzkie. Jeżeliby się zaś komu nie podobało przyró- 
wnanie kościoła do nalepy, to niechaj ją nazwie smokiem strze- 
gącym skarbów podziemnych, mniejsza o poprawkę. — Gor- 
szymi jednak od smoków byli ci kozacy Chmielnickiego i ta 
moskwa Buturlinowa, którzy przed kilku tygodniami, z pode 
Lwowa oblężonego przypadłszy, dobywali Lublina. I byliby 
dobyli, gdyby nie łaska Boga i moc krzyża świętego, w kla- 
sztorze 00. Dominikan zachowanego. Poprzestali na okupie 
i na wydaniu tegoż krzyża świętego cząstki. Wprawdzie oszu- 
kano ich i wydano im podobiznę krzyża świętego, podro- 
bioną zmyślnie, lecz oni też popalili przedmieścia do szczętu. 
W starej zaś gospodzie na Winiarach najprzód do kropli 
wypili wina i miody, a wkońcu podpalili z innymi domami 
wraz. Gdyby nie staruszka nalepa, byliby zniszczyli i piwnice, 
albo prawdę mówiąc i winnice podziemne, boć tu przecie 



233 

nigdy nie postata piwa ani kropla! Nalepisko stare, bacząc 
że podziemiom jego zagraża niebezpieczeństwo, wzdęło się od, 
gorąca, a komin, ulepiony z kiełbas słomianych, przedziewa- 
jiych gliną, sparty na słupkach drewnianych, po spłonięciu 
ónych, uwiesił się całem brzemieniem ciężaru swego, spadł ku 
otworowi ciemnicy, zatkał go gruzami i ocalił. Poczciwa na- 
lepa!... Przy tej więc nalepie siedziało dwóch Rusinów od 
Biesczadn, rozmawiając po cichu, zdaje się, o owcach, bo 
o polanach, kolibach. Jedli bryndzę porną z kminkiem 
urabianą i popijali winem węgierskiem — a to wcale dobrem. 
— Nianio ! lem pojdte, bo pan wielkomożny woła. — Wchodząc 
zagadał Iwanko, a jeden z Rusinów zwrócił się, zerwał, 
z głowy kapeluch swój ogromny i zbliżywszy się do Wąso- 
wicza, ukłonił mu się pokornie i stał z uszanowaniem. Tamten 
zaś drugi naprzód zerknął w bok, błyskając oczyma groźnemi, 
poczem zdjął też kapeluch, ukłonił się zdała i stanął spokoj- 
nie, opierając się o nalepę, jak gdyby oczekując czegoś, na 
co był przygotowany. Był to chłop ogromny, sążnisty w zwyż, 
karku gdyby bierzmo, a ręka jego w kostce była miąższa, 
niżeli szyja wyrostka niejednego. 

Wąsowicz z upodobaniem patrzył na niego przez dobrą 
<5hwilę, poczem, wziąwszy na stronę sołtysa, pyta: Zbójca 
to? — Jako żywo, wielkomożny panie, ja go nie znam, lem 
ja go tutaj tylko... — Głupi jesteś! ja go nie chcę imać! 
gdybym chciał, to bym ci się tu nie rozpytywał, lecz zawo- 
łałbym na ludzi i wzięliby was obydwu, bo wy wszyscy 
jednacy. Ale mnie nie o to chodzi, mnie właśnie trzeba kilku 
Tibójców starych, coby mi usłużyli, coby nam, coby panu 
staroście usłużyli, panu krajczemu! Pojmujesz? — Lem! po- 
nimaju i nie ponimaju! — Czujesz? będziesz milczał przed 
bratem, przed synem. — Budu! — Z pewnością? — Lem 
budu! — Trzeba nam kilku chłopów starych, beskidników 
bywałych, dostaną listy na harnictwo, a będą imać nie zbój- 
ców, lecz tych, co im się każe. Rozumiesz? — Ponimaju! 
lem teraz ponimaju! — Choćby który z nich był powołań 
od zbójców męczonych, choćby był popisany w księgach, jak 



234 

skoro będzie w słażbie pana krajczego i pod w/adzą moją,, 
nie będzie mu nic; co było, to by/o, to przepadnie. Na to 
s/owo moje, byle służył wiernie. Na wojnę nie pójdzie, co- 
zarobi, to jego, bo nam tak trzeba, nam tu w Lublinie zgro- 
madzonym! — Lem! teraz ponimąju! — Więc gadaj! Na 
Czorstynie był on z Napierskim? — Był! — Czy to może 
Czepiec? — Nie Czepiec, lem inny druh jeho! — Jak się 
wabi? — Sawka! — Sawka? nie znam tego nazwiska, lecz. 
mniejsza o to. Sawka! pójdyno siuda! — Sawka z zadziwie- 
niem spojrzał na obydwu, zacisnął zęby, aż żuchwy trzasły^ 
wstrząsł długiem! kędziory czarnemi, zacisnął pięść prawą, 
jak gdyby zamierzając raz potężny i przystąpiwszy bliżej^ 
skłonił się i stanął gdyby do walki, w której drogo postano- 
wił sprzedać życie swoje. — Sawka, znasz ty mnie ? — Znam 
wielkomożnego kapitana Wąsowicza. — Milcz i nie gadają 
że to ja i ty milcz i synowi przykaż i wszystkim Labo- 
wianom. Że to ja ciebie nie znam, a przecież ja to wiem 
o was. Nie bój się mnie. Sołtys zaręczy ci za mnie. — Zarę- 
czam za naszego pana wielkomożnego , on nam nie chce nic 
złego, lem można gwarzyć otwarcie. — Wierzysz teraz? 

— Wierzę! — Zkądżeś ty, że nie wiem o tobie. — Jan* 
Sawka ! bywałem owcarzem do owiec pańskich na Makowicy. 

— Owcarz księcia Rakoczego, Andrys ? — Ba hej ! — odrzekł 
zbójca i wyprościł się pyszno. — To dobrze, weźmiesz list 
na harnictwo panu kraj czemu? — Lem ja wiem? — Nie 
będziesz imał zbójców, nie bój się. — Weźmie, on weźmie, 
lem ze mną pogada! — Dobrze! Kiedyż wracacie dom?* 

— Jutrobym rad wracał, bo obrok się kończy. Sawka chce^ 
tu zostać. Najgorzej z tym kupcem, że wina nie sprzedał, 
a niema go kędy złożyć, bo całe Winiary zgorzały, piwnice- 
zawalone, wino na wozach stoi. — Mniejsza o to ! Ile beczek 
ma ? po czemu ? Niechaj weźmie próbki, a ty Sawka przywie- 
dziesz go; teraz pójdziesz na moją gospodę, żebyś wiedział, 
kędy mnie szukać. Skoro mu tylko sprzedamy wino, ruszamy 
wraz. Sawka ze mną! Przecież mi się może przy nim nie- 
stanie nic, a ja go obronię nawet przed samym Żyliczem^ 



235 

Chodź! nie bój się nic! a kłaniaj się starszyźnie szwedzkiej, 
gdybyśmy się spotkali z nią. 

JMC. pan Samuel z Rogów Rogowski, podczaszy chełmskie 
rotmistrz dragonii hetmana wielkiego, sierdził się na Lubo^ 
mirskiego Jerzego wobec drużbów: I czegóż ono dokaże, 
to paniątko możne? — To hrabiątko niemieckie. — Tak! ta 
hrabiątko niemieckie? Cóż dokazało? gdzie? i kiedy? — Bab! 
a byłżeć waszmość w cudzych krajach? Przecież król hi- 
szpański obdarzy! go pierścieniem. — A czemu nie szablą? 
lub koniem z rzędem? Boć się pozna} na nim, że będzie 
z niego marszałek, ale nie wojak ! Gadać, krzyczeć , na króla 
nawet, a o co, żeby nie wojował z Turkiem! O toć to on 
umie doskonale. A jabym go tylko na jeden roczek oderwał 
od tych złocistych komnat królewskich, od tych pań i panien 
strojnych i tych stołów zastawnych, a kazał na Podolu, na 
Ukrainie mieszkać na futorze i kazał co rano dziękować Panu 
Bogu, że Tatarzy nie zabili w nocy, ani w niewolę zabrali, 
a co wieczór, idąc spać, kazał podsłuchiwać, czy psy nie wyją, 
czy kruk spłoszony nie ulatuje, zwiastując ordę łupu chciwą. 
Wnetby on gadał inaczej. Ot! szkoda Kozaków i Chmielnic- 
kiego i nieboszczyka kanclerza Ossolińskiego, szkoda ! i króla 
Władysława szkoda! Lepiej było bić Turka i Tatara, niżeli 
Kozaków. — Toć prawda! ale Szwedów? o nich teraz cho- 
dzi! — Co Szwedów? co mi Szwedy? małośmy się ich na- 
tłukli drzewiej. — Ba, drzewiej? ale teraz. — Co teraz? czy 
nas zjedli? czy nas zmogli? — A jużcić zmogli i jedzą po 
trosze i qedzą! — Tfu! nie blużń bracie! samiśmy się zmogli, 
ogłupieliśmy! zatrwożyliśmy się! nasz strach im dopomógł; 
a i komar qe kobyłę, gdy mu wilk pomoże! — Cóż więc 
robić ? — Mało gadać, nie oglądać się na nikogo, a bić i bić, 
ale to po tatarsku , po kozacku bić , dorywczo i naremnie , a bez. 
ustanku. Lubomirski nie podoła temu, bo on za głęboko myśli, 
i za dużo myśli i za ciężko myśli , a nim się namyśli, toć go 
rozgromią albo uciekną. On uciekać nie umie, bo się sroma, 
a ścigać nie umie z obawy zasadzki, a zawsze musi wiedzieć : 
a co papież na to ? a co cesarz na to ? a co książę siedmio* 



236 

grodzki na to? a co Anglicy, Francuzi, Hiszpanie na to? nawet 
co JMC. chan tatarski na to ? Już to ostatnie, to mnie gniewa 
najbardziej. Chcia/ śp. król Wladys/aw bić Tatary, nie dali 
mu, bili Kozaki ; teraz Tatarom Uaniąją się i żebrzą pomocy, 
skoro sprowadzili Szweda, wypędzili króla. Tfu! tfu! do wszy- 
stkich djab/ów w piekle. W twoje ręce bracie! muszę zapić, 
bo mię żótć umorzy. — Na pohybel wrogom! — Czort ich 
bierz ! — I tych, co z nimi dzierżą, zdrajcom na pohybę ! — 
Wypili duszkiem i znów z gąsiora nalali szklanice spore. 

P. Adam CzoAański ciągnął rozmowę dalej: Ja! 
bobym ci ta nie miał nic przeciwko temu, choćby i tych 
popów trochę ukrócić, tych lackich popów, nie naszych ru- 
skich, którym i tak kuso. — Aha, ks. Roguskiego nie możesz 
strawić? — Czort go strawi, tych pchanych trybunalskich 
sobaczych synów, ale nie ja! Dwa tysiące grzywien zasądzili 
mnie i jeszcze do tego mam siedzieć w wieży! Oduryły Lachy, 
czy szo takoho? — A toćeś Wasze musiał wyzabijać choć 
połowę tyło księży, ile Chmielnicki kazał wywieszać. — 
Ani jednego! ani organisty! ani nawet gospodyni księżej. — 
A o cóż im chodzi, że się tak rozsierdzili na Waszeci? — 
Czort ich zna ! Ci księża chcą dziesięciny, ich służba też chce 
dziesięciny dla siebie i bydło dla siebie i świnie dla siebie 
i każde dla siebie z osobna. — Toć szkody robili w dzierża- 
wie? w Ciężkowicach? — No! i jakie! Bydło w zbożu 
i po ścierniach, świnie w rzepie, a służba w sadzie. — Więc 
biłeś ? — Tak potroszę ! Pastuchom kazałem przetrzepać ; 
parobkom za sadowinę dostało się po dragońsku, bo Janusz 
mój bębnił mu po skórze, gdyby na trwogę; świniom kazałem 
postrzydz grzbiety i przyciąć ogonów na pamiątkę, że jadały 
dragońską rzepę; a koniom księżym kazałem na plecach wyma* 
lować krzyże wapnem świeżem, na znak, że to księże. — No 
i^cóż ? — I ksiądz Roguski pogniewał się o ten żart. Po pod- 
wyższeniu Św. Krzyża ja sobie idę z kijem tylko w ręku, 
a on wdział komżę, idzie do kościoła. Zeszliśmy się, a on 
poczyna ciąć mi kazanie i gromić, gdyby parafialnego jakiego, 
grzesznika swego. A ihy! na tebe! pomyślałem i ręka mi 



237 

drgnęła. Obaczył to i nuż jeszcze bardziej dogadywać ! Szczę- 
ście, żem byl naczczo, bobym był bił. Ale tak dałem spo- 
kój. Laską tylko nakiwa?em mu koło nosa, dałem powąchać^ 
zapytałem, czy czuje, czem to' pachnie i rzekłem: Popie! 
teraz idź! ale wiedz, że na drugi raz każę komżę z ciebie 
zdjąć i kijmi cię stłuc! — Więc to zato te grzywny? — No! 
za to 1 nie za to. Pop kazał mi nocą czuwać i strzedz sobie 
rzepy i ścierni, aby nie było szkody! Poczekaj, myślę sobie* 
Nie będę ja spał, ale i ty nie będziesz! Kazałem dragonom 
moim strzelby długie (kobyły) ponabijać nabojami ślepemi, 
a jak kur zapiał po północy, kazałem im stanąć przed oknyma 
księdza i wypalić wraz! — Ha-ha-ha-ha! to dobre! — Mój 
dobosz Janusz, to sobie doskonały chłop, tak to dobrze urzą- 
dził, że palnęli wraz, gdyby na Boże Ciało, poczem znikli.. 
Ksiądz wybiegł na pole, lecz nie zdybał nikogo, prócz dymu 
w nosie. — Ha-ha-ha ! a iluż ich strzelało ? — Dragonów 16 
jak jeden i dobosz. Kilka razy uczyniłem to i musiałem 
w końcu. Boć to zbójcy beskidnicy rozbijają zakonniczki 
uciekające na Węgry i szlachtę, a przed laty napadali na 
samego wójta ciężkowickiego, trzeba się więc mieć na ostro- 
żności i dragonie ćwiczyć w czuwaniu nocnem. — Oczywiście, 
naturalnie i cóż ksiądz na to? — Nie podobało mu się to, 
w głos przymawiał mi, wobec ludzi wygadywał na mnie, 
nazwał przywłoką, włóczęgą niewiadomego rodu! Jużció 
trudno! — Wybiłeś go? — Przeczekałem, aż zdjął komżę, 
kazałem dragonom przywieźć do siebie. Nie chciał iść, opierat 
się. — Więc obuszkiem dostał ? — Tak po paledranie lisami 
podbitym, który miał na grzbiecie. Wyrwał im się, wbiegł do 
stajni mieszczanina, kędy się podparł. Jam też nadszedł, a ba- 
cząc okno, kazałem drzwi ważyć, sam zaś stanąłem pod 
oknem na gnoju. Zląkł się, wyłazi oknem jako lis, ja go za 
kołnierz, taj rzuciłem w gnojownię. No, jużcić przybrukał się 
nieco po twarzy i wyglądał jako nieprzymierzając mnrza 
który tatarski. — No! pomurdzał się! — Tak! pomurdzałl 
Więc tak omurdzanego puściłem. A on zamiast poprawić się, 
odszedłszy kawał, pocznie wołać i grozić Bóg nie wie czem:. 



238 

szubienicą, ko/em. Kazałem pędzić i sam goni/em i już 
pochwyciłem za lisiurę. Ale on frant lisiurę zrzucit z siebie 
i amknąj. Byłbym go obmył w rzece Białej i straszyłem, że 
wsadziwszy w wór, utopię jak król Kazimierz księdza Bary- 
czkę. — Więc to za to ? — A za toć, za to ! Że Szwedzi gwardyi 
królewskiej kazali iść pod Częstochowę, to ja muszę pokuto- 
wać za to ? Trybunał tutejszy, z dawien dawna nabożny wielce, 
skazał dragonów na śmierć, a mnie na wieżę. Łagodząc jednak 
wyrok, zezwolił łaskawie, abym odkupił 20 głów winnych 
i potępionych, co uczyni 2000 grzywn, które mam złożyć 
przed zasiedzeniem wieży i do tego 520 grzywn za rany, 
a 300 za spokój zakłócony. Oduryły Lachy? Tymczasem zaś 
infamia! bezecność! (Biecz gród. 186 str. 2163). — Ta to nie 
pierwszy raz może. — Tać bywało ono już, bywało! 

Byłci ja w przepałkach gorszych, rzecze rotmistrz Pio- 
trowski Stefan, bom potłukł wielmożną usaryę, pożal się Boże, 
królewską! Było to w Pilznie, zaraz po przyjściu Szwedów. 
Ja z chorągwią nowozaciężną , uzupełniającą W-go naszego 
Stefana Czarnieckiego, popasam w miasteczku, ciągnąc pod 
Kraków pochodem nagłym. Anim wiedział, że Koniecpolski 
już zwąchał się z Szwedem , a ma on tam dobra , tuż koło 
miasta. Wtem nadjeżdżają gospodnicy usaryi i imieniem cho- 
rągwi i Szwedów, którzy ich wiedli, żądają, abym ustąpił 
z miasta, gdzie sami chcą popasać. Szwedom ustępować, 
jeszcze się nie zmierzywszy z nimi ani razu, nie wypada. 
Rzekę: nie ustąpię! Panowie Szwedy i przyjaciele ich mogą 
popasać w Parkoszu , będzie bliżej ! Mieszczanie proszą , by 
nie ustępować, boć taki popas usaryi drogo będą musieli 
opłacać, obiecują pomoc, okazują gwintówki toruńskie, nabi- 
jają ołówkami i zasiadają na poddaszach. Ja też swoich roz- 
dzielam po poddaszach; karmią ich i poją mieszczki. Jedzie 
usarya! trąbią zdała. Przodem pan rotmistrz Broniewski, 
Szwedzi koło niego, pistolety odwiedzione w ręku. Placówce 
mojej ani raczyli odpowiedzieć, śmieją się z nich. Każę więc 
ognia, najprzód do szwedów, potem do tych, co się śmieją; 
z gwintóweczek mieszczan ołóweczki cienkie świsnęły wesoło. 



239 

^dyby gile. Odstrzeliła się usEurya z pistolęciąt, pukało to tam 
po dachach, gdyby kamyki pacholąt swywolnych, poczem 
w nogi ! za Szwedyma, którzy przodkowali. Został trup i ran- 
nych w głowę dwu. Drudzy ranni uszli. Padło też 3 konie, 
B, 2 konie luźne i 2 wozy wojenne z rzeczami dostały nam 
się w ręce. Szczęście tylko, że zamiast do Lublina nabożnego 
udali się ze skargą do Biecza, kędy Szweda nie ma, więc też 
i gród wyrozumialszy. Zapisali żałobę do ksiąg i na tern 
koniec dopotąd; jak potem? nie wiem! (Castr. Biec L. 186 
p. 2315). Pokazało się jednak, że Szwedów można wypędzić, 
tylko bić żwawo! Szwed czy swój zdrajca, wszystko wraz ! — 
Ha, no! daj Boże! a niezadługo! — Daj Boże! — I znów pili 
i znów gorszyli się klęską wojska marną i przejściem do 
Szweda! A jak zwykle, wkońcu przypominali sobie dawne 
dzieje, dawne zwycięstwa i sławę swoją dawną. W prostocie 
ducha niejeden zapłakał nad sobą i Polską i nie wiedział, 
^zy wino go rozmarzyło, czy żal i smutek! 

Gospoda ich niewymyślna jak i oni sami. W zatyłku 
kamienicy jakiejś izba z izdebką. Powała w belki, a na 
bierzmie ślemiennem wypisane błogosławieństwo boskie i rok 
budowli, powieszony też, pokurczony już światek z opłatków 
i gołąbek pod nim drewniany, mający wyobrażać Ducha świę- 
tego. W około ścian tapczany zamiast łóżek, a zarazem zamiast 
ław, a po nad nimi kołki potężne w ścianach i pułki obszerne. 
Na tapczanach zwiniona pościel wojskowa, niewymyślna, 
wojłok gruby i koc ciepły z dwoma prześcieradłami, a pod 
głowę poduszka sukienna na siodle. Na ścianach porozwie- 
szane przybory zbrojne, broń i szaty. Na środku izby stół 
potężny, na którym stały półmiski cynowe z wędlinami, serem, 
masłem, ryby suche i potężne gąsiory z szklanicami. Gąsiory 
już wypróżnili, jadła prawie nie tknęli; znak to, że pili na 
zgrjz, na smutek. Smutku nie odpędzili, ale go zapili. Kilku 
zdrzemnęło sobie, dwaj najwytrwalsi dopijali ostatków, wyli- 
czając drużbów niedoli, na których trybunał lubelski rzucił 
wyrok bezecności i wywołania z kraju. Niedoliczyli się wszy- 
stkich, wymienili tylko Grochowskiego, Rylskiego, Sokolnickiego, 



240 

Kozłowskiego, Mo/odeckiego, Toporskiego, Wilskiego, Mycz- 
kowskiego, Laskowskiego, Śmiałkowskiego, Kurowskiego. (Castr. 
Biec L. 383 p. 97). Innych przepomnieli , bo im też głowy 
uwisły. 

Przy stole siedząc, oparci na ręku, zdrzymnęli ostatni,, 
nikt nie słyszał, kiedy cicho wszedł zakonnik reformat, nikt 
nie odrzekł ;,na wieki^ w odpowiedź na jego: Niech będzie 
pochwalony Jezus Chrystus! Ksiądz reformat uśmiechnął się 
na widok śpiących, spojrzał po gąsiorach, a bacząc jeden 
niedopity, nalał sobie szklanicę potężną i pił pomaleńku, 
oczyma wodząc po tapczanach śpiochów i zbroi świecącej 
na ścianach. I znowu się uśmiechnął, zatarł ręce i jął spiewad 
kolędę krakowską: 

„Hej bracia, czy spicie, 
Czy tylko marzycie...*^ 

Zerwali się ze snu wraz wszyscy, gdyby na odgłos trąby T 
I nie dziwo, pieśni nabożne i hejnały nieraz służyły im za 
pobudkę bojową. 

— Bracia! Oto oblubieniec idzie ! wyjdźcie przeciw niemu! 
Czuwajcie ! bo nie wiecie ani dnia, ani godziny ! Słowa wyjęte 
z ewangelii świętej o dziesięciu pannach. Wprawdzie o pan* 
nach mowa, nie o wojakach, lecz słowa wielce stosowne da 
was, panowie bracia, którzyście się pozrywali ze snu, gdyby 
one pięć panienek mądrych! Zapalcież więc olej w głowach 
waszych, ile uważam nie tęgich, żarem myśli uważnej osuszcie 
mózgi wasze z pomroki winnej, jakoście wysuszyli gąsiory 
one, nie pamiętając na reformata, biedaka, spowiednika wa- 
szego! — i słuchajcie z uwagą, co mówi oblubieniec wasz 
najukochańszy, Najjaśniejszy Jan Kazimierz, król i pan nasz 
Najmiłościwszy, którego na moje własne oczy niegodne oglą- 
dałem na Śląsku, jako i Najjaśniejszą królowę Jejmość, u któ- 
rej, z rąk dworzan nabożnych, wychyliłem — za zdrowie 
Najjaśniejszych Państwa — puhar wina, że kiep ta lura wasza^ 
nie ubliżając! Więc słuchajcież, tylko czy też tam nie pod- 
słuchuje Szwed jaki, albo, na to mówiąc, luter jaki, psubrat? 
muszę zaglądnąć, ha! pan Krzysztof! — Czołem, panowie 



241 

bracia! — Czotem, pałkowniku ! — Na wieki niech będzie 
pochwalony! tak mawiają katolicy dobrzy. — Niech będzie 
pochwalony. — Na wieki, na wieki! Dobrze, tak to dobrze! 
Ale cóż to za wielkolud, co przyszedł z Waszmością! Hej 
bratka ! tyś z Biesczadu ! tyś ptaszek górski, znam ja was , bo 
wy tam dość często nawiedzacie Biecz nasz po niewoli, bo 
po niewoli! i tam kolo muru naszego klasztornego lubicie 
się grzebać, wiesz, tam, jak ta kapliczka z tą świętą skrzydlatą, 
co to ma oczy zawiązane, a w ręku dzierży miecz gotj i wagę. 
To sprawiedliwość święta. Marszczysz brwi, oczyś nasrożył, 
jak gdybyś mnie chciaf ^eść. No, nie bój się, kochanku, nie 
bój ! Tu niema tego, co to chodzi w czerwonej kurteczce, 
wiesz! co was to pręży, gdyby strunę na serbach albo lutni 
i przypieka boki. My tu wszystko lud wojenny i ty, jeżeliś 
dragon, lub chcesz zostać dragonem, to zostań! Żeś chodzif 
Beskidem, widać ci z ócz, bo musisz wiedzieć, że ja was 
niejednego spowiadał. No! ciebie spowiadałbym już jako 
wojaka, ale naprzód mówię, nie dostaniesz rozgrzeszenia, 
jeżeli nie przepłoszysz lutrów tyle, ileś płoszył katolików 
dobrych ! pamiętaj ! ! A skądeś ty ? — Od Dukli. — Rozumie ! 
a znasz ty Czepca? znasz ty Bajusa? Znasz ty tego owcarza 
książęcego ze Zborowa, co to na nich zeznawali w Bieczu 
przed wójtem? Możeś ty sam Czepiec? — Ej ! chyba już nie ! — 
Pamiętajże hultaju, musisz rozpocząć życie inne. A jeżeliś się 
kiedy wybierał na Kobylankę, to nie dostaniesz rozgrzeszenia, 
chyba, że pójdziesz na Roćmierowę i Lusławice, na zbory 
aijańskie. Wiesz kędy Roćmierowa? — Znam! — Toś ty 
hultaju był tam na Wiszowatym, lat temu 12. Pamiętajże, 
popraw się. A teraz, panie pułkowniku, co on ma teraz robić? — 
Niechaj złoży przysięgę wierności i niech słucha, a co usłyszy, 
niech opowie drugim. Bo on wstąpił w służbę moją. — Dobrze ! 
jakżeż tobie na imię? — Sawka. — Więc mów za mną 
przysięgi słowa. 

Sawka przysiągł, pocałował krzyż podany, obiecał za- 
chować milczenie^ a spowiednik obozowy napominał go jeszcze 
po swojemu : Pamiętaj hultaju, żebyś był odważnym, jak księża 

16 



242 

jasnogórscy i żebyś się nie bal Szwedów, bo onić strzelają, 
to prawda, ale Przenajświętsza Panienka Marya płaszczykiem 
swoim od kal zasłania Jasnągórę i Polszczę całą, więc nie 
bój się nic! Szwed strzela, a Bóg kule nosi! Bez woli Jego 
świętej włos ci nie spadnie z twej głowy kudłatej! (Micha- 
łowski p. 779). I wiernym iebyś był Najjaśniejszemu Panu 
Janowi Kazimierzowi, nie koniecznie szczęśliwie, lecz zawsze 
2 łaski boskiej i miłościwie nam panującemu. A widzisz pismo 
ono? To wici królewskie, na wojnę z Szwedem (20. listop. 1655). 
A w wiciach tych rozkazuje Najjaśniejszy Pan jak najwyra- 
źniej, że kościoły i ołtarze, zbezczeszczone od Szwedów, 
trzeba oczyścić, obmyć krwią niedowiarków bezbożnych! 
Rozumiesz? — Ponimaju! — O wierzęć hultaju, że ty to 
ponimąjesz! nie chciałbym ja być heretykiem w twoich łapach 
żylastych, bo byś mi ty tam nie przysporzył zdrowia ! Ale też 
dziękuję Panu Bogu , że jestem katolikiem i kapłanem , więc 
ciebie się nie boję! Zresztą bądźmy w przyjaźni, a osób du- 
chownych, żebyś mi nie krzywdził. A za grzechy żałuj i idź do 
Starego Sącza na grób świętej Kunegundy, pomódl się, żeby 
się wstawiła do Boga za tobą, to ci Bóg może odpuści grzechy. 
Bo to święta Kinga, to patronka gór i was hultajów, co 
w górach mieszkacie na uprzykrzenie ludzkie ! Teraz westchnij 
do Boga na tę intencyę i napy się wina za zdrowie Najja- 
śniejszego króla i nas, jego obrońców wiernych! Ot tak! 
teraz sobie idź z Bogiem, kędy cię poszle pan pułkownik, 
którego słuchaj, jak syn ojca. Boże cię prowadź! Benedicat 
te Dominus in passibus tuis. In Nomine f Patris f et Filii f 
et Sp. Sancti. Bądź zdrów ! 

Wojsko hetmana koronnego, po złożonej przez starszyznę 
przysiędze na wierność i posłuszeństwo królowi szwedzkiemu, 
powróciło na wyznaczone leże swoje w województwa sando- 
mierskie, lubelskie, podlaskie, ruskie, wołyńskie i podolskie. 
Poczem z każdej chorągwi wybrano posła jednego po pie- 
niądze zaciągu niewypłaconego. Wyjechali do Krakowa z przer 
kazami podskarbiego szwedzkiego Szlangenfelda. Hetmani zaś 
^stanęli w Lublinie, dogadzając Duglasowi, hetmanowi polnemu 



243 

^szwedzkiemu, stojącemu w Sandomierzu, aby łatwiejszą z nim 
mieć styczność. W Krakowie gabernator szwedzki, Wittemberg, 
pos/ów przyjął gościnnie i uczciwie, wyznaczył gospody, lecz 
co do pieniędzy prosił o cierpliwość, gdyż wszystkie wydał 
na wojsko Koniecpolskiego, co dopiero odeszłe do Prus. Co 
<;hwila jednak spodziewał się pieniędzy z Częstochowej, której 
dobywa MOller i Kaliński z pułkiem swym kwarcianym. Nie- 
miły dreszcz przeszedł panów posłów wojskowych na wieść, 
*e to dla nich zdobywają Jasnągórę, lecz — stało się! — 
Czekają cierpliwie dzień za dniem, rozglądając się w gospo- 
darstwie szwedzkiem po Krakowie. Wszędzie skwierk, płacz 
i narzekanie ! Teraz dopiero żałowano Czarnieckiego, na któ- 
rego wyrzekano do niedawna. Wobec zdzierstwa szwedzkiego 
błogosławiono pobory onegoż, bo Szwedzi na wstępie zaraz 
wybrali więcej, niż Czarniecki za oblężenia całego. Z okolicy 
-zaś wracały czaty gęste, wysyłane na ciążę i pobór, szy- 
derczo zwany „pożyczką dla wojska^. Za każdą czatą szli 
iydzi, ubrani z szwedzka i kupczykowie krakowscy, obciążeni 
^upem z okolicznych kościołów i klasztorów, odkupionym za 
bezcen od Szwedów. Na podwodach kmiecych przywozili 
oni żywność, a często i ruchomości dworskie. Z kościołów 
i klasztorów krakowskich srebra dawno już pozabierano. 
Wszystko to rzekomo na wojsko hetmańskie. 

Najprzykrzejszemi zaś były one ciche szepty i narzekania 
o Jasnągórę oblężoną, owe opowiadania o cudach doznanych, 
o okrucieństwach Szwedów nad duchowieństwem. Panowie 
posłowie wojskowi, gdy się kędy który pokazał na ulicę, na 
własne swe uszy słuchali przekleństwa miotane na zdrajców. 
Po dwu tygodniach nadjeżdża Mullera czata z pod Często- 
-chowy z listami do gubernatora. Posłowie wojskowi, pewni, 
że nadeszły przecie pieniądze oczekiwane, tłumnie gromadzą 
^ię na rynku przed gospodą Wittemberga pod Żuczkiem. 
Z zadziwieniem, zamiast podskarbich, ujrzeli 2.000 piechoty 
nadciągającej z dziesięciu działami i podostattdem nabojów 
pod przywództwem bratanka Wittembergowego. Wittemberg 
sam wychodzi i wobec ludu zgromadzonego wydaje rozkaz 



244 

głośny : aby szli pod Częstochowę i nie odstępowali stamtąd, 
póki klasztoru nie zdobędą i nie zhipią do szczętu, mnichów 
zaś aby wyzabijalil ( Jemioło wski). Z tern poszli Szwedzi ku 
Częstochowej. 

Kraków cały był gdyby skamieniały. Rozpacz niema 
owładła umysły po tern, co słyszano z ust Wittemberga; po 
kościołach słychać było modły gorące, przerywane płaczem 
głośnym. Pospólstwo uliczne nie poprzestało jednak na mo- 
dłach i płaczach, szukało ulgi w narzekaniu i przekleństwach. 
Przeklinało zaś te pieniądze, dla których Szwedzi dobywali 
Jasnejgóry, przeklinało zdradę, przeklinało hetmanów wiaro- 
łomnych i pułkowników i całą starszyznę wojska koronnego, 
że zamiast wojowania, dla marnych pieniędzy onych, poddali 
się i na wierność przysięgli Szwedom. Wkoócu przeklinano- 
wszystkich kwarcianych z żonami, dziećmi i służbą ich łupie- 
żną, przeklinano pokolenie ich i strawę, którą spożyć mają 
za one pieniądze krwawe. Przekleństwa te poruszyły umysły 
panów posłów wojskowych. Zebrali się do koła i uradzili nie 
czekać dłużej pieniędzy tych — przeklętych. Nazajutrz rano 
powsiadali na koń, Jana Hynka, drużbę chorągwi hetmańskiej, 
obierają wodzem i wszyscy, jak byli z służbą swą, jadą na 
rynek przed gospodę Wittembergową. Tam, stanąwszy w go- 
towości bojowej, kilku z pomiędzy siebie wysyłają z pozdro- 
wieniem odjezdnem. — Dlaczego panowie odjeżdżacie? — 
Bo pieniędzy nie dostajemy, a z końmi i służbą niepodobna 
nam dłużej bawić w murach twierdzy. — Dokądże chcecie ? — 
Za miasto, o jaką milę , na gospody wygodniejsze ! — Ale 
poczekaj cieże, z pod Częstochowy wrócą niebawem i przy- 
wiozą zasiłek pieniężny. — Dziękujemy za taki zasiłek! nie 
tkniemy się tych pieniędzy. — Dla czego? — Bo przeklęte! — 
Ale głupstwo ! przesąd ! — Czołem ! 

Za chwilkę zagrzmiał głos Jana Hynka: Od prawego 
czwórkami w lewo zachodź ! w pochód ! W bramie floryańskiej 
kilku knechtów stało na straży, nie chcieli otworzyć bramy. 
Więc po staremu odtrącono ich, do kłódki nasypano prochu 
i zapalono, prztykło, kłódka się rozleciała, brama skrzypła^ 



245 

wyjechali! Nie stanęli, aż w Słomnikach, trzy mile od Kra- 
kowa. Tam bezpieczni od pogoni, stanęli doko/a i wiecowali: 
co czynić? — Na odsiecz Przenajświętszej Pannie Maryi! — 
Zgoda ! do Cżęstochowej ! do Częstochowej ! — Nie zgoda ! 
"bo nas ma/o! — Jest nas kilkaset. — Szwedów 10.000. — 
Matka Boska dopomoże. — Ludzie gadają, że Najświętsza 
Panienka p/aszczykiem swym osfonia klasztor przed kulami 
Szwedów, widzia/o to wojsko polskie przy Szwedach będące. — 
Ciągmy Jej na odsiecz! — Cóż my tam wskóramy, jeżeli 
Najświętsza Panienka, królowa nieba i ziemi, nie obroni 
Jasnejgóry swojej, cóż my pomożemy, my grzesznicy, których 
Pan Bóg karze za grzechy nasze, których wydal na pośmie- 
wisko nieprzyjaciół naszych. Och ! Boże mój. Boże, ulituj się 
nad nami ! — Prawdę mówi — a nuż Bóg znowu skarze. Naj- 
świętsza Panienka nie pomoże i Szwedzi porażą! — Zresztą, 
prawdę rzekłszy, słyszałem to od osób duchownych, wielce 
czcigodnych, że księża Paulini, przestrzeżeni od kasztelana 
krakowskiego o napadzie Szwedów, obraz cudowny Matki 
Boskiej, malowany ręką świętego Łukasza, wywieźli ukradkiem 
na Śląsk do Lublińca, w miejsce jego zaś, zawieszony inny, 
2upełnie podobny, ale tylko odwzór tamtej rzeczywistej liciny 
Matki Boskiej. — Słychać o tem, słychać! — Z pewnością 
wiem o tem, — zaręczał JMP. Wespazyan Kochowski — że 
obraz pierwotny, na desce cyprysowej malowany prześlicznie 
i cudami słynący, uwiezion na Śląsk, aby nie popadł w ręce 
heretyków. — Więc nie ma o czem gadać. Pocóż tam poje- 
dziemy, skoro już nie ma obrazu cudownego. Sami przez się 
nie poradzimy nic* — Więc bracia, wnoszę: obronę Jasnej- 
góry częstochowskiej zdajmy Najświętszej Panience — i ka- 
sztelanowi krakowskiemu, to obowiązek jego. — Tak! i panu 
kasztelanowi. A sami jedźmy do Duglasa ! Z nim przecie prę- 
dze) dojdzie do końca, bo on i zakonom krzywdy nie robi 
i kościołów nie łupi, ani łupić pozwala. — Prawda! Ot do 
Tamowa gdy wkroczyli z pod Wojnicza, nie dał łupić kościoła 
OO. Bernardynów i żołdakowi, co odbiwszy cymborium, kie- 
lichy do torby pobrał i z nimi uciekał, szpadą sam oko wykłuł. — 



246 

A sandomirskim pannom zakonnym^ za wstawieniem się osół> 
godnych, nietylko klasztor zabrany zwrócił, ale i szkody 
wyrządzone wynagrodził. On snąć dobry człek. — Tak rozczulał 
się JMć pan Jemioło wski Mikołaj, człek piśmienny. 

Koniec końcem zebrali się i ruszyli ku Sandomierzowi^ 
śpiewając litanie i pieśni na cześć Najświętszej Panienki, 
Bogarodzicy. Naprzemian z śpiewem pobożnym, przeklinali 
Szwedów, bezbożników, którzy obiecują pieniądze, nie mając 
ich i dopiero sięgając po nie ręką świętokradzką. Przeklinali 
Radziejowskiego, że ich sprowadził. Przeklinali lutrów i here- 
tyków. Siebie nie przeklinali, oddając się w opiekę Matce 
Boskiej częstochowskiej, cudami wsławionej. 

Potocki Stanisław, hetman wielki koronny, przygnębiony 
wiekiem, trudami wojny i niewoli, a ostatecznie złamany 
ohydą poddaństwa szwedzkiego, podniósł głowę schyloną,, 
słysząc o ich powrocie i narzekaniu. Maleńki promyk nadziei 
błysnął w duszy jego : może wojsko na prawdę sprzykrzy 
sobie Szweda? może walką na zabój zechce zatrzeć skazę 
odstępstwa? Bógby dał! Bógby dał! Oh! bo nieznośnem 
brzemieniem ciężyła mu na sumieniu przysięga ona na po- 
słuszeństwo bezwzględne i dziedziczne Szwedowi. Boje wszyst- 
kie, bitwy krwawe stanęły mu przed oczyma, od Cecory 
aż po oną ostatnią koło Gródka. Westchnął: Nie daj, Boże,, 
nie daj, Boże, konać z sumieniem tak obciążonem, po tyla 
trudach, tylu pracy krwawej! Na koniu spienionym nadbiegł 
goniec świeży. Czausz tatarski, dawno oczekiwany, przywiózł 
list chana Mohameda Gereja, pisany w obozie pod Haliczem 
27. listopada. Donosił han hetmanowi, że na jego wezwania 
przybył z pomocą dla Jana Kazimierza, żałując, iż nie mógł 
przybyć pod Gródek. Oznajmia, że rozgromił Kozaków, wra-- 
cających z pod Lwowa, świadcząc się mogiłami ich od Ka- 
mionki aż pod Zborów. Chmielnickiego samego że obsaczył 
i po kilkudniowym boju zniewohł do posłuszeństwa królowie 
Dalej zaś pisze: W końcu dowiadujemy się rzeczy wielce za- 
dziwiającej : jakobyście panem swym uznać mieli króla nowego* 
jakiegoś, o którym my nie chcemy ani słyszeć, bośmy się 



247 

jemu nie zaprzysięgali , ani on nam. Wiedzcie, że gdyby się 
pomiędzy szlachtą lub wojskiem znaleźli stronnicy on ego, my, 
w połączeniu z Kozakami, szable nasze podniesiemy na głowy 
ich zdradzieckie. Padną ofiarą zemsty za króla waszego pra< 
wego, a naszego brata. Z tej przyczyny prosimy Boga, aby 
was chronił od rzeczy podobnej i abyście mogli posłużyć 
za przykład drugim, iżby wrócili do obowiązku i powrócili 
do króla dawnego i prawego, a brata naszego. Prosimy was 
o odpis rychły! (Noyers 44). 

Pismo chana wzruszyło stare serce hetmańskie. Gdy 
był w samotności, zwrócił się do obrazu Matki Boskiej czę- 
stochowskiej, złożył przed nim buławę swą hetmańską, złocistą,, 
kamieniami drogiemi nasadzaną, jako ofiarę do Jasnejgóry. 
W modlitwie gorącej błagał Boga, aby odjął on kielich 
goryczy i upokorzenia, że Tatarzyn niewierny uczy go docho- 
wania wiary królowi swemu. Prosił Boga, aby wojsko wiaro- 
łomne natchnął walecznością zakonników częstochowskich,, 
a wiernością Tatarzyna. Bóg wysłuchał modlitwy hetmana 
sędziwego. 

Starszyzna wojskowa najpoważniejsza, do żywego tknięta 
oblężeniem Częstochowy i gnębieniem kraju, jako opowiedzieli 
posłowie krakowscy, do tego słysząc o zbliżaniu się chana 
tatarskiego, nie na żarty pomyślała o naprawie złego. Boć 
też już i wstyd było w nieczynności słuchać, że Lubomirski 
zbroi się na Spiżu, Łęczyczanie oblegają Łęczyce, Żegocki,. 
Opaliński, walczą podjazdem. A nawet chłopi pogórscy, mia- 
nowicie w Sądecczyźnie, stawiają się Szwedom, odmawiając 
poborów. Wici króla Jana Kazimierza mimo ucha puścić 
było niepodobna. Co dzielniejsi, zobowiązali się rozpocząć 
działanie, o czem obwieścili hetmana. Czausz zaś on tatarski 
w głupocie swej popędził do Warszawy, słysząc o bytności 
tam króla, mniejsza o to którego. Był on przystawem posła 
królewskiego, więc szukał króla w Warszawie, po staremu! 
Na tem koniec. 

Chan tatarski z pod Halicza tegoż dnia pisał też i do 
Jana Kazimierza, oznajmiając przybycie swoje i zdając sprawę^ 



248 

z pokonania Chmielnickiego. Zapewnia-, że Karol Gustaw, 
mimo starań, nie pozyska przyjaźni jego, w której pozostanie 
wiernym. Wzywa do spiesznego przybycia z wojskiem. Czego 
na Pokuciu oczekiwać ma przez 20 dni. List powiózł Piotro- 
wicz, tłumacz chański. Napisał też do Opalińskiego Łukasza, 
marsz, koronnego, pochwalając, że nie odstąpił króla, wzy- 
wając, aby przywabiał listownie, nie tylko przyjacioły swoje 
wszystkie, ale nawet i zdrajcę królewskie. Gdyż to wstyd, że 
Polacy tak haniebnie odstąpili króla, gorzej niż Kozacy, którzy 
dotąd go uznawają i gotowi wrócić w posłuszeństwo. Dalej 
pisze : Obecnie z Kozakami w pogotowiu na Pokuciu czekamy 
rozmysłu króla, brata naszego, którego proś, aby zebrał woj- 
ska, jako najwięcej może, przeciwko Szwedowi, wrogowi 
naszemu i aby mi doniósł, ile wojska potrzebuje. 

Duglas w Sandomierzu wielce był stroskany. Tu król 
szwedzki ruszył do Prus, nie zostawiwszy mu jak 8.000 wojska, 
a tam dają znać o Tatarach z Kozakami , zdążającymi w po- 
siłkach Janowi Kazimierzowi ! Tu Częstochowa broni się nad- 
spodziewanie, Żegocki z Opalińskim dokazują w Wielkopolsce, 
Łęczyczanie pod Łęczycą, Sapieha gromadzi się na Litwie, 
Lubomirski zbroi na Spiżu, a na dobitek posłowie od wojska 
hetmańskiego z niczem wracają z Krakowa, zniechęceni i na- 
rzekający. Jako mógł, łagodził gniew ich, obdarzając pienią- 
dzmi najpotrzebniejszych, drugich łagodząc dobrem słowem 
i prośbą o cierpliwość. Nawet leże zimowe własne, zawiślne, 
mianowicie kasztelanię sandomierską i starostwo ropczyckie^ 
odstąpił chorągwiom, byle je zaspokoić. Wiedział bowiem, 
że w razie powstania, znalazłby się w położeniu podobnem 
onemu, w którem byli hetmani wobec wojsk kozackich, 
rosyjskich i szwedzkich. Zaręczył, że sam uda się do Krakowa, 
a na Boże Narodzenie najdalej dostarczy wojsku pieniędzy. 
Lecz wojsko zrozumiało cel odwłoki uproszonej, że to jest 
czas spodziewanego zdobycia Częstochowy. Słysząc płacz 
ludzki i przekleństwa, nie chcieli pieniędzy, pochodzących 
z łupu Częstochowy. Związek rozpoczęty wzmagał się wielce. 
Chorągwie i pułki związkowe wysłały do hetmana, użalając 



249 

:się wiarofomności szwedzkiej i /upiesŁw, jakich się dopuszczają, 
więc zapraszając do związku. WojniUowicz zaś, pułkownik 
hetmański, doniósł, że rozpoczął już taniec z Szwedyma! 
Rogowski, też rotmistrz, podczaszy chełmski, w kilka chorągwi 
podjazdem ruszył w Powiśle. Więc wkońcu hetman kazał 
uderzyć w bęben wielki, wyruszył na Ruś, zabierając z sobą 
komisarzy szwedzkich. Pod Zamościem złączył się z nim 
Rogowski, wiodąc jeńców szwedzkich, przydybanych na łupie- 
stwie dworów. Uniewinniali się, że im tego pozwolił Wittem- 
berg. A zatem z komisarzami wraz puścił ich do Wittemberga. 

Ostatni dzień listopada był słotny i nieprzyjemny. Deszcz 
lał jak z cebra, a od chmur barwy ołowianej, pędzących jedna 
ponad drugą, wiało zimnem przenikliwem aż do kości. Był to 
powiew zimy, a jak się zanosiło, śnieżnej i zawierusznej. 
Rzeki wezbrały, tocząc fale żółte i mętne, po których miej- 
scami pływały kupy piany białej , znak lici naremnych po 
górach. Wąsowicz rad był, że dojeżdżał Pilzna i zdała już 
spoglądał, czy nie zerwań most na Wisłoce, boby musiał albo 
czekać dni kilka, albo górami objeżdżać, szukając przeprawy 
może gdzie aż w Kołaczycach. Most chwiał się, gdyby od zi- 
mnicy, bo Wisłoka wezbrana szalała, chlustając bałwany przez 
pokład cały, zwłaszcza kędy uderzyła o pal lub wiązanie 
przęsła. Mogła zaś chlustać wygodnie, skoro po bokach mostu 
nie było parkanu, ba ani poręczy drewnianej. Liny tylko dwie, 
grube i silnie poczernione mazią, a wyprężone siłą i wilgocią, 
stanowiły zaporę odkrajną. Dyle na pomoście chwiały się 
i ruszały, lecz wytrzymałyby ciężar, chociaż miejscami szparą 
widać było bałwany spienione. Ale konie były tego zwyczajne, 
ludzie kwapili się przebyć niebezpieczeństwo, więc bezustan- 
nie machali batami, wołając: wioh ! wihi! wioh! wihi ! 

Przed wozami konno jechał Wąsowicz, a za nim wierny 
dobosz jego dragoński, przy wozach zaś szedł Sawka, spoglą- 
dając ku Biesczadowi i oddychając radośnie powietrzem gór- 
skiem. Na lewym brzegu, pod przydaszem z ułożonych dylów 
mostowych, zgarbiony stał stary Wąsik Stanisław, od lat 25 
Turmistrz i dróżnik królewskiego miasta Pilzna. Wisłoka i oba 



250 

jej mosty pod Dębicą i Pilznem zros^f się z duszą jego, gdyż. 
od lat tylu nie myślał i nie zajmował się niczem prawie, jak 
nimi i drogą koło Pilzna. Pod każdą powódź on stał u mostu 
pilzneńskiego, strzegąc tej pracy rąk swych i bacząc, czy spro- 
sta sile żywiołu. Zdawało mu się, że z jego mostem woda 
zabierze duszę jego. Lecz ufał w Opatrzność i siłę palów, 
wiedział, że woda zdoła przerwać przęsło jedno i drugie^ 
całego jednak mostu nie zabierze. Jeżeli zaś z obawą spoglą- 
dał na pianę bałwanów mętnych, nie mniej lękał się podró- 
żnych wojskowych i szlachty. Boć oni nie żartowali , gdyby 
kędy dziura w moście, obili, a gotowi człekiem zatkać dziurę, 
gdyby dylem i przejechać przezeń. Taka była kara na mosto- 
wników, a za starosty Tarła Jana słychać było o wykonaniu 
onejże w okolicy Pilzna. (Pilzno wójt. ks. 30 str. 50). 

Obecnie Stanisław śmiało wyglądał z budy swej, chociaż 
zdała poznał, że wojskowy jakiś jedzie, był pewien mostu 
i siebie. Zdjął tylko czapkę, a przypatrzywszy się rzekł rado- 
śnie : Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, witamy Jego- 
mość pana Krzysztofa ! Wąsowicz wstrzymał konia i odrzekł: 
Na wieki! To wy Stanisławie ? Jakże mi się macie? zdrowo, 
dobrze. — Wyciągnął rękę ku niemu. Stanisław Wąsik był 
stryjecznym Wąsowicza. Obaj pochodzili od Wąsa, mieszczanina 
tarnowskiego i Agnieszki, później żony Srota Jerzego, Szkota 
w Tarnowie. Doczekała ona się jeszcze, że wnuk jej, Jan , za 
waleczność wojenną uzyskał szlachectwo herbowe, podczas 
gdy syn, Mikołaj, został plebanem kapituły w N. Sączu. Uszlach- 
eona dziatwa przeniosła się do Sącza i pisała Wąsowiczami, za- 
równo z tymi, którzy zostali księżami, jak ks. Kasper, pre- 
monstratens, zmarły 1652, i ks. Wojciech, dziekan pilzneński, 
pleban w Łękach. Reszta zaś po staremu, jako mieszczanie^ 
pisali się Wąsikami. Jeden z nich, pisząc się po staremu Wą- 
sem, włodarzył w Pleśnej, a żona jego, Barbara, była znako- 
mitą gospodynią w nabiale, którego dostarczała do Tamowa, 
jak świadczy zapisek ksiąg miejskich tarnowskich z r. 1624. 

— Co tu słychać? — Nic dobrego! Dwa tygodnie temu 
Pracki na chorągiew swą szwedzką wybrał z miasta 300 złp.. 



251 

prócz żywności. — To on wybiera aże tutaj i koto Sanoka? 

— A takci, tak ! Tydzień temu przechodziła chorągiew Zamoj- 
skiego, starosty kahiskiego, więc się jej trzeba by/o okupić. 
Tak piąty dzień przechodziła chorągiew tatarska wojewody 
Derpskiego, a dzisiaj przeszedł p. Europatnicki z królewską 
i Krzyczycki z wołoską sołtysią hetmańską. — Dawno prze- 
szli ? — Będą na przedmieściu albo w mieście, jeśli nie ustą- 
pili. — A ksiądz Wojciech w domu, czy w mieście? — Nie 
będzie w mieście księdza dziekana, bo coby on tu robił 
w słotę taką. Zresztą będzie wiedział lepiej burmistrz Zyz, 
u którego też gospodą stoi p. Krzyczycki. — A Szwedzi? — 
Nie widaliśmy ich tu, dzięki Bogu , a może i nie prędko oba- 
czymy, bo się zaniosło na cały tydzień, boć to nów , a skoro 
deszcz zamieni się w śnieg, niesporo im będzie. A wody nie 
opadną rychło. Mostów jak mi żal. Bóg świadkiem, ale po- 
zbierałbym dyle przed onymi, choćby mieli i zabić! Albo 
teraz albo nigdy! Koło Sącza chłopi Szwedów biją; dlatego 
posłali tam kwarcianych od Krakowa i stąd. — Biją, mówicie ? 

— Takci gadają ! — Bądźcie zdrowi ! — Niech Bóg prowadź^ 
i błogosławi ! Daj też o Boże, żeby te lutry Szwedy wytonęły 
w tej Wisłoce, jak ongi w morzu czerwonem Faraona naje- 
zdnicy! Daj też, o Boże, za przyczyną Twoją, Matko Niepoka- 
lanego Poczęcia, którą chwalimy słowy Archanioła „Zdrowaś 
Marya^'... I począł Stanisław Wąsik odmawiać Różaniec św. 
do Matki Boskiej, na intencyę wytępienia Szwedów. 

Wąsowicz, gdy zajeżdżał przed gospodę Zyza, Wołosza 
hetmańska stała na mieście, a od rotmistrza ich wychodzili 
dziesiętnicy, złorzecząc, że muszą ich umieszczać po gospo- 
dach. Zatrzymałich Wąsowicz i wszedł do gospody. — Czołem! 

— Czołem pułkowniku! czołem Waszmości biję! a skądże to, 
z nieba, z deszczem ? dokądże to ? — Na Lublin wracam od 
króla... a jadę bić Szweda! — szepnął mu Wąsowicz. — Toć 
i ja gotów ! a mam chorągiew w kupie i w porządku. — Za 
kilka dni pułk hetmański rozpocznie taniec. Wojniłłowicz 
będzie kredensował gdzieś między Krosnem a Sanokiem, więc 
też ja spieszę ku Nawojowej. W tych dniach, jeżeli odbie- 



252 



rzemy Sącz i Krosno, wypędzimy Szwedów. — Toć i ja 
ruszam zaraz, byle co od miasta dostać ! — Dadzą ! Panie Zyz ! 
ile dacie chorągwi , a ustąpi natychmiast. — Za mafą chwilkę 
zadudnią^ bęben gfucho. Chorągiew podjadła i popiJFa, a do- 
stawszy pieniądze od miasta, ruszyła w pochód wesoło i ocho- 
czo, mimo, że deszcz lał, niby z konwi. Bo pan rotmistrz sam 
ochoczo dosiadł konia i kazał uderzyć w bęben, wojacy zaś 
wiedzieli, że znajdą gospody wygodniejsze w Podbiesczadziu, 
w pośród swoich, i zdobycz obfitą, a nietrudną. Spieszyli 
z powrotem za most, nim go woda zerwie. Wąsowicz zaś 
ruszył do Łęk. 

Ks. Wojciech Wąsowicz, od roku 1635 do 1652 kapelan 
różańcowy w Pilznie , wówczas pleban w Łękach i dziekan 
pilzneński, a do tego krewniak bliski, najlepszym był powier- 
nikiem i doradcą. Od niego dowiedział się też pułkownik, 
jakim duchem przejęty lud i szlachta, co robią Szwedzi. 
Lud rwał się do wojny, z gołemi rękami , jeżeli nie z kosą 
i cepem, chciał iść na odsiecz Jasnogóry częstochowskiej, 
a to w imię Boga i wiary świętej katolickiej. Kliszczaki od 
Żywca od początku wojowali, ale i w okolicy Sącza lud zry- 
wał się, nie tak na Szwedów, jak na zapitych wysłanników 
od chorągwi kwarcianych , którzy na imię Szwedów pobierali 
chleby. Duchowieństwo rozwiewało pożar ukryty, mianowicie 
zbiegli z za Wisły, a nawet z Litwy zakonnicy i zakonnice. 

— Cóż szlachta? — Bóg jej odebrał rozum, chodzą 
gdyby owce błędne. — Cóż różnowierce? arjanie co? — 
Bracie ! nie wspominaj mi o nich ! bo się trzęsę od gniewu ! 
Taćto za nich, nie za co innego, karze nas Bóg! Dlatego nas 
karze, żeśmy nie pełnili nauki Chrystusa Pana, żeśmy nie 
pienili kąkolu z pszenicy. Były uchwały sejmowe , były prawa, 
wzywające do obrony kościoła świętego, a trzymał się ich kto? 
Czy biskupów pobożnych wspierało ramię świeckie? Ot! ze- 
brała się garstka niewiernych, krzykła, wrzasła o utracie 
wolności ; a cała szlachta pozwoliła kościół wyzuć z tej wol- 
ności. Teraz mają! teraz czują sami, jak to boli. Dobrze im 
tak! — A cóż było robić? — A bić wilka, gdy wlazł do 



253 

owczarni! — Bracie! mów wyraźnie, bo jam wojak, niezbyt 
biegły w mowie pisma świętego! Czyż wypadało zabijać 
szlachtę arjańską dla dobra kościoła rzymskiego? — Osądzeni 
i potępieni niech popadną mieczu! — Kto ich potępił? — 
Kościół! o bezbożność, o bluźnierstwo ! — A dziś? godzi 
się zabijać ich? — Godzi! — Bracie, ostrożnie! kto sądzi, 
będzie sądzon ! — Nie ja sądzę, jeno kościół, i ten oto sługa 
jego wierny, który pisał księgę oną! — Cóż to za księga? 
— Kazania przygodne i inne prace ks. Piotra Pawęckiego, 
którego szlachta, zigrywając, przezwała Skargą, że się skarżył 
Bogu i ludziom na zepsucie obyczajów i ucisk wiary. — Nie 
mam czasu czytać ! — Wierzę, chociaż tam są i nabożeństwa 
żołnierskie. — Te znam. — Niekoniecznie, skoro się pytasz 
o treść ich. Ale wiesz, bracie! daruję ci tę książkę! Bogiem 
się świadczę ! nikomu nie dałbym jej, krom ciebie. Nie śmiej 
się! Tyś wojak, a ona ci się przyda właśnie w przededniu 
wojny za wiarę i ojczyznę. Boć to wojna będzie krwawa, 
a krew bratnia gorąca! Gdy poczujesz ciężar zwątpienia, za- 
glądnij do książki tej. Nie potrzebujesz szukać długo, znajdziesz 
oznaczone, czego ci potrzeba, bom o tobie, bracie, myślał, 
czytając, dla ciebie znaczyłem. Przyda ona ci się nietylko 
dla ciebie, ale i dla drugich. Wątpiącym, chwiejnym, słabym 
na duchu daj przeczytać, a powstaną. — Dziwniście wy ludzie, 
wy księża! Wpośród was prędzejby znalazł wodzów dobrych, 
niźli w pośród szlachty! Biorę księgę i zrobię z niej użytek 
należny. Każdą chwilkę wolną obrócę na jej czytanie , bo 
istotnie czasami czuję potrzebę podpory ducha, nie tak dla 
siebie, jak drugich ! Więc aryanom zaśpiewać „Requiescant^ ! 
— Niech im Bóg odpuście my nie możemy! — A lutrom, 
na to mówiąc, kalwinom! — Z lutra wszystko idzie! Ot! 
i pan chorąży sandomirski. Dębicki Marcin, luter , siedzi w San- 
domierzu przy Szwedzie i patrzy, jak tam rozpisują pobory 
na kościoły, miasta i wsie. — Czy i na was rozpisano ? — Na 
Pilzno rozpisano jeszcze 10. listopada. Ot! czytaj odpis.: 

„Na potrzebę zołdatów króla JMci miasto Pilzno zgo- 
tować i do Sędomierza w miejsce prowiantom naznaczone 



254 

odestać jako najprędzej ma potrzeby niżej opisane: Soli 
beczek 100 , kożuchów 600 , trzewików par 400 , pończoch 
zimowych tyleż i konopi na lonty cetnarów 40, bez żadnej 
^jmy. Dan w Sędomierzu 10. listopada 1655. Od króla JMci 
szwedzkiego do rząda wojskowego naznaczony komisarz: 
Bucher". (Pilzno ks wójt). 

Dotąd za staraniem starosty mamy tylko odpis, wkrótce 
jednak przyjdzie kreska na matyska. — Odwlekać, ile się da. 

— A jak się nie da? — Kilkanaście dni, może kilka dni tylko, 
poczem zajdzie zima z zawieruchą śnieżną i wojenną. Na 
zimę tylko czekamy. A cóż też starosta? przecież on dawniej 
dokazowa/ ! — Pan Łyczko ! dokazowatci , dokazowaf z cho- 
rągwią swą ochotniczą, wróciwszy z wojny kozackiej, na- 
jeżdżali wsie, zabierali bydto, konie. Aż go też przecie kulką 
w łeb poczęstował m^fnarczyk brata jego własnego w Małej. 
(N. Sącz, wójt ks. 64. str. 3.). Więc wylizawszy się z biedą , 
ustateczniał. Obecnie zaś trzyma ze Szwedem, idąc za sąsiady 
najbliższemi, JMP. Koniecpolskim, chorążym koronnym i JMP. 
Dębickim, chorążym sandomirskim. Co czyni Dobrków i Dę- 
bica, musi czynić Łęka i Strzegocice. Sąsiad z Dobrkowa 
wojsko hetmana polnego poddał Szwedowi i powiódł na Prusy, 
wierne dotąd, acz luterskie; sąsiad zaś z Dębicy pomocniczy 
Duglasowi w Sandomierzu, rozsyłając szwedzkie obwieszczenia 
i nakazy płatnicze. Trudno Szczegocinom i dworowi starosty 
iść na przebój , choćby, na to mówiąc, i z Ryglicami swemi 
dziedzicznemi i z tą połową Łęk, a nawet choćbym i ja, jako 
pleban, podniósł radwan kościelny i szedł z krzyżem poprzoda ! 

— Jednak w przypadku! — Jak padnie, toć się coś zrobi. 
Przecież mieszczanie nasi najpierw podnieśli rękę na Szwedów, 
wiodących pod Korczyn chorągiew Broniewskiego. Gdyby nie 
ich gwintówki toruńskie, nie byłby Piotrowski uderzył tak 
śmiało, a przecież starosta nie sądził ich o to, czyni, co musi. 
Zresztą znajdą się tu ochotnicy, jak się znajdowali zawsze , 
byle tylko zacząć w imię Boże i byle wy sobie dali radę koło 
Sącza, bo tam lud rozgniewany na Szwedów i na was ! — Na 
nas? — • Na was wojskowych! — Bracie, bracie! ja Indowi 



255 

dowodzę ... ja mam na rozkazy zbójców! — Tak, to się uda ! — 
Pułkownik Wąsowicz z księgą Skargi kazań przygodnych po- 
jechać dalej. 

Rożna Adama , zabitego w najeździe na Bruśnik (r. 1652), 
wdowa, Zofia z Dramińskich, poślubiła Wielopolskiego Ale- 
ksandra. Wesele odbywało się w Kąsnej przy Ciężkowicach, 
bez gędźby i tanów, jako przystało wdowie, matce trojga 
dzieci. Mimo to trwało dni kilka, a wino lało się, jak woda, 
bo szlachta piła na zgryz! Właśnie tamtędy nadjechał Wąso- 
wicz, zboczywszy w dolinę rzeki Białej. Poznali go zdała dra- 
goni służali, poznała szlachta, co była w Krakowie w oblę- 
żeniu Szwedów. Wszyscy, jako byli, wybiegli na przywitanie, 
zabrzmiały okrzyki radosne: Pułkownik Wąsowicz jedzie! 
Pułkownik, pułkownik! Niech żyje pułkownik! Niech żyje 
Czarniecki! niech żyje król nasz Jan Kazimierz ! Pułkowniku, 
w twoje ręce: Za zdrowie i powrót szczęśliwy Najjaśniej- 
szego Pana naszego, Jana Kazimierza , za którego przelejemy 
ostatnią kropelkę krwi. Niech żyje Jan Kazimierz! Bierz dyabli 
Szwedów i zdrajców! — Jeden trzyma konia, drugi całuje 
w rękę, trzeci w kolano, czwarty podaje puhar mało nie 
półgamcowy. Wąsowicz, nim z konia zsiadł, wypił już z pół 
garnca wina w ręce Byliny, płaczącego rzewnie i zawodzą- 
cego żałośnie: O, mój pułkowniku kochany! mój bracie! 
mój ojcze! pod twojem okiem na nieśmiertelnej sławy wie- 
niec zarabiał nasz Kostuś nieodżałowany, dziecko brata mego, 
wnuk ojca mego, krew z krwi, kość z kości naszych. Opo- 
wiedz, pułkowniku, jak to było, jak się bił? jak ginął? Nam 
trzeba iść za przykładem jego, albo zwyciężyć, albo zginąć. — 
Wąsowicz, wycałowany od wszystkiej szlachty poważniejszej, 
wyściskany za ręce i kolana, przywiedzion w końcu do obszer- 
nej izby gościnnej, opowiedział wycieczkę oną młodzieży 
krakowskiej, w której poległ Bylina Konstanty. Gdy w końcu 
jął opowiadać, jak śmiertelnie rannego unoszono z pobojo- 
wiska do miasta, jako Czarniecki, wówczas na przegląd co- 
dzienny objeżdżający miasto, usłyszawszy o śmierci Cekwarta, 
kapitana piechoty i śmiertelnem ranieniu Byliny, natychmiast 



256 

zwrócił konia i pospieszył ku niemu. Jak zastawszy już kona* 
jącego, nad walecznym uronił łzę. 

Wszystka szlachta, jak była, jękła płaczem rzewnym. 
Rożen tylko Kazimierz nie płakał, lecz zgrzytnął zębami 
w głos, pięścią uderzył w stół, że omal nie pękł i zawołał: 
Jak Boga kocham, jak mi Bóg miły i trzeba mi Go przy sko- 
naniu — tak się pomszczę na Szwedach i na tych lutrach 
psubratach, na aijanach i na wszystkich, co dzierżą z nimi, 
na Szwedach i zdrajcach. Pomszczę się, jakem szlachcic,, 
jakem rotmistrz! — Wąsowicz przypatrzył się mu, pomyślał: 
Takich mi potrzeba i silnie ścisnął go za rękę, pytając: 
I na zdrajcach psubratach? — I na zdrajcach! — A jak 
swój? — zapytał po cichu, biorąc go na stronę. — Choćby 
brat! choćby nas jedna matka rodziła! Prze Boga żywego, 
prze szlachectwo moje! Pułkowniku, jam nie pijany! wiem^ 
co mówię. Ale tu, tu w sercu gore, gorycz straszna pali. 
Mógłbym wypić wina całą piwnicę krużlowską, jak była za 
Jordana i Pieniążków, a nie upiłbym się, takim gniewny, 
takim rozżarty! — I jam trzeźwy, jak po spowiedzi, a bracie, 
czuję tak samo. — Znajdzie nas się tu więcej. — Trzebaby 
nam pomówić chwileczkę poufnie, a niebawem, bo niema 
czasu do stracenia. — Tak? będziemy bić? — Będziemy 
niebawem! na miazgę każdego, kto nie z nami! Oto wici 
królewskie, czytaj w głos! — Wici królewskie! Wici kró- 
lewskie! — Na hasło to zbiegła się szlachta do kupy i czy* 
tała wici po kilka razy i cieszyła się, zacierała ręce i jęła 
pić z radości. 

Wąsowicza nie zatrzymywano, posiliwszy siebie i konia, 
skoczył na siodło i ruszył z kopyta. Prócz dobosza wiernego 
jechał z nim Rożen Kazimierz ze zbrojną służbą swoją. Je- 
chał też i Laskowski młody, Wojtuś, syn Wojciecha, sekretarza 
królewskiego, brataniec starosty kowelskiego, pana na Bobo- 
wej. Wydostawszy się na dział, zmierzali ku Bmśnikowi. 
W prawo mieli dolinę Siekierczyny, zakończoną ciemnemi 
lasy ponad żródliska Paleśnicy; w lewo obszerna dolina 
Biały jaśniała w słońcu, pochylającem się na śródwieczerz. 



257 

Przed sobą Bruśnik, a za nim kopcem na widnokręgu Buko- 
wiec. Jechali sporo, co nie przeszkadzało Rożnowi opowie- 
dzieć dok/adnie najazd Skarbków na Bruśnik, wskazać dolinę, 
skąd przyszli, a mijając kośció/ i dwór, wskazać nawet okop, 
stajnię , podsienie z drzwiami do dworu i narożniki. Nie za- 
pomniał też o Siemiechowskim ; opowiedział, jak imanego 
pacierza uczył dzwonnik bobowski, jak mu wybaczył nie- 
boszczyk, jak go księża chrzcili. — I gdzież on teraz ? — przer- 
wał Wąsowicz. — Gdzieżby był? W Nowym Sączu przystał 
do majora szwedzkiego i jest największym naszym wrogiem. 
Oczywiście i arjanem najwścieklejszym. Mści się za bierzmo- 
wanie ono przedchrzestne, za chrzest sam i darowanie życia. — 
A to psubrata kawałek! — Niech prosi Boga, albo dyabła 
swego, do którego się modli, żeby nie wpadł w ręce moje. 
Choć krewny, nie żywiłbym ani chwilki. 

Wąsowicz, słysząc , iż krewny, zamilkł, nie chcąc jątrzyć 
serca obrażonego. Zrozumiał ową gorycz i w sercu żal, któ- 
rego nie zaleje winem. Zmrok już miał zapadać, kiedy z dzia- 
łów leśnych spuszczali się drożyną kiełzką, kamienistą, tuż 
naprzeciwko plebanii — ponad kościółek w Lipnicy nie- 
mieckiej. Es. Słowicki Wojciech, pleban lipnicki, a dziekan 
bobowski, zawiadomiony, że jadą goście, wyszedł przed okna 
plebanijki swej małej i mrużąc oczy, silił się odgadnąć, kto 
taki? Poznał Rożna, lecz Wąsowicza nie znał zupełnie. Gdy 
się spuścili na drożynę, Mryszedł naprzeciwko i na mostku 
witał gości swoich, jak gdyby z obawy, że go mogą minąć. 
Przyjmował z całą serdeczną gościnnością, na jaką go stać 
było, a że był gościom rad, znać było z żartów jego niezbyt 
dwornych. Wprowadzając gości do sieni, stanął pod przy- 
daszkiem i zawołał: Bartek! — Słucham Dobrodzieja! — 
Wypędź ta byki ze stajni, a powprowadzaj te szkapy pańskie, 
bo się to złaziły po górach, ledwo nogi włóczą. A daj im ta 
j akich śmieci, obroku, chcę rzec, ale takiego, wiesz, odpustowego, 
na korzec sieczki czapkę owsa, żeby się szkapy nie rozbry- 
kały, boby dziedzice płakali , że się zawali stajnia. — Gospo- 
dyni, niby od niechcenia, wybiegła z kuchni, uchwyciła 

17 



258 

panów za nogi witając, poczem uciek/a. Ksiądz wola za 
nią: Kaśka! a skończy} Ła już ten kogut, co to trzeci 
tydzień choruje na pypeć? Jeżeli sam nie skończył, to go 
dobij i upiecz tym panom, co to pod noa najeżdżają dziekana 
biednego. A tymczasem daj ta jakiego placka owsianego. — Po- 
czem, zwróciwszy się do gości, ca/ował, wita/, prosił siedzieć 
i najprzód z szafki wydobywszy bańkę cynową potężną, nalał 
kubek spory , skosztował , splunął i rzekłszy : Jak też to 
ludzie mogą pić, kiedy to takie złe! i golnął odrazu w ręce 
pułkownika. Poczem wzdrygnął się, brrr ! i nalał. Wąsowicz, 
wypiwszy, mlasnął językiem, rzekł: Doskonała! gdańska! — 
— Kaj ta, kaj ! to jakieś lury mimieckie, szkoda gęby. — Kaśka 
też nie placka owsianego przyniosła, ale doskonale wypie- 
czony chleb i masło świeżuteńkie i owędzony spory ser wa- 
taski. Lecz mniejsza o jadło i napój. Dobre było jedno i dru- 
gie, mianowicie zaś lipowiec stary, w domu sycony, boć to 
przecie w Lipnicy. 

Wysłuchawszy treści wici królewskich, dziekan nie po- 
smutniał wcale, owszem, oczy roziskrzyły się mu, a uśmiech 
igrał po twarzy rumianej. — Więc wojna! — rzekł — i to wojna 
domowa! Przepadła moja dziesięcina! oho! — Wąsowicz, 
zdziwiony spojrzał, a on prawi dalej: ~ W ręce, panie puł- 
kowniku! napijmy się, bo zaręczam, czy Szwedy przyjdą, 
czy swoi, nic nam nie zostawią, więc lepiej wypijmy sami; 
o wojnie trudno radzić na sucho, a radzić trzeba. Wąsowi- 
czowi jakoś się ksiądz zaczął podobać, mimo żalu za dziesię- 
ciną. ~ Jakżesz, księże dziekanie, znajdziemy tu podporę 
jaką? — U kogo? — U kogo, u kogo ? u szlachty najprzód. — 
U moich koUatorów dobrodziejów? jest ich kilkunastu, a nie 
mogę się doprosić, aby podparli stajnię plebańską, walącą 
się, cóż dopiero króla i Rzeczpospolitą. Jeden powie koń mi 
okulał, drugi oko mnie strzyka, rękę wywichnąłem itp., 
każdy wolałby za siebie wysłać sługę, chłopa. Więc możeby 
odrazu zacząć z ludem ! — a szlachta niech maca kury i nawóz 
przyoriye. O, przepraszam Waszmość, panie Rożen, boć prze- 
cie nie piję do Waszmości. — O cóż to? — Ej! dziek-^r^"'^, 



259 

nie zaczepiaj, bo ochotników naprowadzę na Lipnicę. — Goły 
nie lęka się obierzy! — Pułkowniku, biorę za świadka 
Waszmości, ja tego księdza zaczepnika zarąbię. — Na ile 
kawałków? — Na kapustę, bo bardzo dobadża! — A zatem 
dla nabrania sił i odwagi, w ręce Waszmości! — Ale o cóż 
chodzi? — pyta Wąsowicz. — O co chodzi? o co chodzi? 
Dziekan zwyczajnie, jak dziekan. - Jeździ od księdza do 
księdza i zbiera plotki? Tak? — Tak samo. — I paple bez 
potrzeby. Tak? — Jużcić nie inaczej! — Więc uważa puł- 
kownik, pojechał do Korzennej i wysłuchał, że gdy rotmistrz 
Rożen z woźnym sądowym przybył do Łyczany odbierać część 
nabytą po Bylickich, to stary Bylicki, szlachcic odwieczny, 
był wówczas u nawozu, z przeproszeniem, i porwał się 
nań z bronią w ręku. — Z jaką to bronią? — Nie nudźże, 
dziekanie, no, z nosidłami porwał się na mnie dziadyga 
i trudnoć było szabli nań dobywać, rozśmieszony uskoczyłem, 
a on mnie gonił po polu, woźny zaś oświadczył to do grodu 
i narobił śmiechu. (Castr. Sandec. 1. 127 p. 285) — 
Więc nie kłamałem, widzisz pułkowniku, takać to tu szlachta 
i rób że tu wojnę z nią. Od powietrza, głodu, ognia i od 
takiej wojny, zachowaj nas. Panie! — A chłopi? — Pijaki, 
złodzieje, obierzniki , a bitniki, że aż miło ! Nie ma tygodnia, 
żeby się nie włóczyli za łby i żeby się nie pokrwawili, poza- 
b^ali nawet. Słowem, w sam raz na wojnę, na wojaków. 
Oh! przepraszam, że mi się prawda wyrwała. — Ej, dziekanie, 
zaczepiasz! — Już nie będę więcej. Na przeprosiny: niech 
żyją wojacy ! Wracam do rzeczy. Kieby im tak jeszcze dać 
dzwonników ze dwóch na przewodników, to kiep, zbójcę 
łabowscy dzierżawy brata Waszmość, panie pułkowniku. Ale 
ot ! znów mi się wyrwało. Już nie będę więcej ! Więc ja sam 
miałbym ks. dzwonnika takiego starego. Hultaj, będzie temu ?r.Ł 
ze 12, to śmiał mnie, dziekana swe^o : kanonika, skarżyć do 
sąau duchownego o marne 8 złp. zasługi kościelnej. Ej ! byłby 
tu i chłop pochodzenia szlacheckiego, Kisiel Wojtek i ten 
mnie pozywał o głupie 23 złp., hultaj ! nie zapomnę im tego. 
Ale na co nam daleko szukać. A nasz Tuchowski, dzwonnik 



260 

bobowski, czy źle się spisał w Bruśniku podczas najazdu? 
A na Wilczyskach jest organista, co ma wzrok, j&k gdyby 
siedm wsi spalił. A gospodyni księdza Bieniasza z Wilczysk, 
to z piekła musi być rodem, ona na łopacie lub pociasku 
przodem pojedzie na wojnę. — Żarty na bok, księże. — Żarty, 
nie żarty! jak się podoba? — Az księży też? — Z księży, 
z księży ! Nami chcecie się zasłaniać ! Jużcić, jak padnie , to 
wdzieję komeżkę, wezmę krzyż i pójdę przodem. Lecz cóż 
z tego? sądzicie, że pójdą za mną? Pójdą stare baby i młod& 
baby i dziady. Alboż to chłopi idą pochodem pątniczym? 
Chyba który co ukradł- i idzie spowiadać się kędy indziej. 
Wojna, to zabójstwo i obierz i co kto chce. Wojsku obiecać 
łup, to się bije lepiej, jak gdybym mu obiecał królestwo nie- 
bieskie. — Czy nie bywał Jegomość wojakiem? — Nie, ale 
wiem to doskonale. Więc łakomszych ludzi nie ma nad tych 
hultajów, nad sługi kościelne, te dzwonniki, grobarze, nawet 
organisty, a nadewszystko te gospodynie, moją Kaśkę nie 
wyjąwszy. Ot! torba grzeszna chce nas umorzyć. Hej, Kaśka! 
a będzie tam już raz ten gąsior stary, co już nie mógł gęgać 
od starości. Słysz! chcesz nas zamorzyć na śmierć? W ręce 
WMość pułkowniku ! bom się zgadał , trza zakropić , pypcia 
by człek dostał! — Więc, koniec końcem, lud ruszy na lu- 
trów? — Na lutrów, lutrów? czemu nie na zdrajców? Cze- 
muż nie iść prostą drogą wedle wici królewskich i słów pisma 
świętego. Kto nie ze mną, ten przeciwko mnie! A nuż lutry 
pójdą z nami? -— Na Szweda? — A na Szwedać, na Szweda! 
Skoro katolicy przysięgli Szwedowi wierność, toć lutry mogą 
iść na Szweda. Między nimi są ludzie nieźli, a wielu mądrych 
uczonych, szkoda tylko, że sami siebie nie pojmują, bo nie 
znają życia, jeno księgi. — Jak to? — A tak, oto arjauie 
naprzykład, patrzę się na nich i znam wielu. Wszystko albo 
szlachta, albo mieszczanie, a wszystko pisemne, czytające. 
Więc takiemu Szlichtingowi , Wiszowatemu, Lubienieckiemu 
i wszystkim ich kaznodziejom łatwo prawić i rozumować nad 
pismem świętem, łatwo im wykładać Ewangelię świętego Jana 
i księgi Mojżesza, łatwo zapuszczać się w znaczenie słowa 



261 

i zgłoski i wmawiać w siebie i w słuchaczów, że Syn Boży 
nie jest Bogiem, bo słowo Eloh oznacza ducha, a nie Boga. 
Ale dałbym ja mu moich słuchaczów, chłopów i tę szlachtę 
zaściankową; na pierwszem kazaniu posnęłoby mu to bractwo, 
na drugiem chrapałoby w głos, a na trzecie, nie przyszłoby 
wcale. I nuż tobie uczniu Arjusza i Socyna! rozumuj, dowodź, 
hałas czterem ścianom! Arjanizm, to wiara uczonych, wiara 
tych, co z dawien dawna nie wierzyli, wiara faryzeuszów, 
albo bogaczów, o których rzekł Chrystus Pan, że prędzej lina 
przejdzie przez ucho igły, aniżeli bogacz do królestwa nie- 
bieskiego ! Nie ma strachu z nimi ! Ubywa ich co godzina 
i ubędą z czasem. Kościół nasz katolicki nie zaginął i nie 
zaginie, bo jest potrzebnym, jest koniecznym! Arjanie uczą 
pojedynczych ludzi. Ileżby to kaznodziejów potrzeba do 
wyuczenia narodu całego? A gdyby lud nie pojął tych nauk 
i nie miał czego innego, to cóż? Zdziczałby jeszcze bardziej. 
Tak zaś mówię mu: Nie zabijaj, nie kradnij, czcij Boga i ro- 
•dziców, bo pójdziesz do piekła, będziesz gorzał w ogniu ! Toć 
grzesznik taki , choć nie pojmuje istności Boga, przecież cboć 
<5okolwiek, choć ze strachu, myśli o Bogu i zachowuje 
przykazania. Zupełnie nie pochwalam jezuitów, prawiących, 
iż arjanie djabła za Boga mają. Bóg będzie Bogiem, kościół 
kościołem, nawrócą się zbłąkani, chociaż pomału. Ale gdy się 
raz w imię Boga lud nauczy zabrać i kraść, nie oduczą go 
ojcowie jezuici! Bo i syn Kaima gorszym wyrośnie od syna 
Ablowego. Dał Bóg prawo, dał sprawiedliwość, dał karę na 
złoczyńcę, dał zwierzchność, dał króla: zdrada kraju, to 
zbrodnia największa! Lud to pojmuje. Więc za Boga! za 
króla! przeciwko wrogom, przeciw zdrajcom! to pojmuję. 
Ale nigdy pod hasłem wiary, na niewiernych. To nauka Tur- 
ków i Mahometan! Wiary nie szczepi się krwią rozlaną, 
dhrystus zniósł ofiary krwawe, a Mojżesz jeszcze zniósł cało- 
palenia ludzkie; biada nam, jeżeli pójdziemy wstecz! Słowo 
i pismo, oto broń duchowna! Zresztą jeszcze jedno. Prawdę 
rzekłszy, u nich, jako i u nas, najnabożniejsze są kobiety, 
one podtrzymują wyznanie. Gdyby wojować o wiarę, trzebaby 



262 

tak, jak w Czechach bywało za Hussa, gdzie kobiety czeskie 
i niemieckie zabijały się nawzajem. Ja z babami wojować 
nie myślę! 

Słowa dziekana przekonaniem przejmowały Wąsowicza^ 
który w żartobliwym księdzu nie spodziewał się tyle rozumu. 
Rad był wielce, że je usłyszał, bo w umyśle jego rozpogodziło 
się. Postanowił trzymać się prostej drogi, prawa pospolitego 
i wici królewskich, pewien, że najprędzej dojdzie do celu. 
Rożen zaś odgrażał się arjanom , pewien , że mu nie ujdą, 
bo nie będą się łączyć z powstaniem, lecz z Szwedem. — A ! 
wtedy będziemy ich tłukli ! — Będziemy tłukli ! na miazgę ! 
jak się rzekło. — Zjedli wieczerzę dobrą, rzekli sobie dobra noc. 
Rożen usnął i zapewne śnił, że na miazgę stłucze arjany, 
Siemiechowskiego najprzód, potem Szlichtingów, Wiszowatych 
i t. d., po jednemu! Wąsowicz nie mógł spać, mimo znużenia 
i pijatyki. Wątpliwość obudziła się w duszy jego i zająwszy 
myśli, cuciła ciało. Więc poszedł za poradą brata swego, wy- 
dobył księgę Piotra Skargi i czytał, a czem dłużej czytała 
tem bardziej przekonywał się, że nie trzeba mieć litości nad 
wrogami kościoła katolickiego. Uwierzył , że odstępstwo od 
wiary katolickiej jest rozczynem wszystkiego złego , niezgody 
i wojen. Dalej nie myślał, owszem bojąc się, aby znowu jakie 
uczucie miękkie nie zachwiało przekonaniem, zawarł księgę, 
zgasił świecę, położył się i usnął. 

Raniuteńko wyjechali, a dziekan przy rozstaniu zapewniała 
że sam pierwszy wyruszy w pole z krzyżem w ręku, ale na 
zdrajców króla i ojczyzny. Za duchowieństwo zaręczał i za 
lud, że wici królewskie nie padną na rolę martwą. Prócz 
ogólnych wiadomości, udzielił pułkownikowi szczegółów naj- 
drobniejszych co do szlachty pojedynczej, mianowicie co do 
arjan, jakie styczności i związki mają między sobą, o zborach 
ich w Rabkowej, Lusławicach, a obecnie i w N. Sączu, także 
w Łużnej. Opowiedział też, że wielu mnichów kapturowych^ 
Reformatów, Bernardynów, przed Szwedami zbiegło z Zawisła 
w Podgórze, że krążą między ludem, namawiając do powstania^ 
bo Szwedy to lutry same i w Boga nie wierzą. 



263 

W Grybowie, ledwo że Wąsowicz zsiad/ z konia, zjawia 
się podstarości miejscowy, szlachetny Kierzkowski Jędrzej. 
Uczciwszy pułkownika, oddał mu list od Konstantego Lubo- 
mirskiego, starosty sądeckiego i grybowskiego , oświadczając, 
iż się oddaje pod rozkazy dowolne. — Gdzież Wielmożny 
starosta? — Na Spiżu przy p. marszałku koronnym. Dopiero 
co wróciłem stamtąd, a jechałem na Łabowe, widziałem się 
z p. Ludwikiem. — Tak? z bratem moim. Cóż on tam robi? 

— Cóżby robił, zbroi siebie i chłopów. List pułkownika 
otrzymał, a wedle rozkazu ma się znosić ze mną. — Dobrze! 
A cóż wy tu? — Ja rozkazałem sołtysom być w pogotowiu, 
a mieszczanie wici królewskie roznoszą po wsiach i sami 
czytają po kątach, kryjąc się przed lutrami. — Tak? a cóż 
lutry? — Arjanie najgorsi! W N. Sączu otworzyli zbór pod 
opieką Szwedów. Szlichtingi bywają na zamku, a Szwedzi 
bywają u nich i u drugich arjan, naradzają się wspólnie 
i wspólnie układają spis poborów. — A któż pobiera? — 
Kwarciani niestety ! pułk Gizy! — Gizy!.. mój Boże, mój 
Boże!., na toć zeszedł. — Lud strasznie rozjątrzony. — 

— A pan marszałek, gotuje się? — Pisze, a pisze listy na 
listy, do królowej, papieża, do chana, księcia siedmiogrodz- 
kiego, do ostatniego najwięcej. Ale, żeby był gotów wnet, 
vrątpię. — A starosta wasz? -— Radby dziś dobyć szabli, 
toć też on tylko, co się zbroi na prawdę i na rychło. Widzia- 
łem się też z podstarościm biskupim. Muszyna nie próżnuje, 
dragoni już tak, jak gotowi. — A od Gorlic ? - Ma tu być 
p. skarbnik Pieniążek. — Jak tylko przybędzie, proszę mi 
dać znać! 

Za chwilę Wąsowicz był u p. Pieniążka, w drugiej izbie 
tej samej gospody. — Czołem Waszmość panu skarbnikowi! 

— Czołem Waszmości , panie pułkowniku ! Sądziłem Waszmość 
kędy na Śląsku przy Najjaśniejszym Panu albo kędy na Spiżu 
przy panu marszałku! — Jam wojak prosty, nieby walec po 
dworach, ani królewskich, ani marszałkowskich, wolę się bić 
za Najjaśniejszego Pana, aniżeli zajadać pieczenie dworu 
jego. — Któż wątpi o tern, przez Bóg żywy! Niema o czem 



264 

gadać! Ale kędyż się obraca JMć pan wojewoda kijowski 
(Czarniecki). — Może także apostołuje kędy z książką pod 
pachą, jako i ja. — A cóż to za książka ? — Nabożna wielce 
i budująca. — Jakaż? — Księdza Piotra Skargi Pawęckiego. 

— Znam! znam! czytuję one kazania prześliczne. — Takci, 
tak! znam, znam, czytuję, czytigę! I ja znaf, i ja czytywał, 
a przecie nie wiedziałem, com czytał. — Jak to? przecież po 
polsku ! — Po polskuó, po polsku ! a jam przecie nie rozumiał. 
Czytając, sądziłem, że to pisał jezuita, a to pisał wódz! Jemu 
było zostać wojakiem, a panu marszałkowi Lubomirskiemu 
księdzem! Oba byliby lepsi, bo ks. Skarga gada, jak gdyby 
się zmówił z panem wojewodą kijowskim (Czarnieckim), a pan 
marszałek prawi kazania ciągłe i rozpisuje listy, gdyby legat 
papieski, a bić to się nie chce. — A Skarga chce się bić? 

— Oczywiście ! on się każe bić ! wszyscy prawie księża każą 
się bić, ksiądz prymas gnieźnieński nawet doskonale obmyślił 
sposób wojowania, t. j. rozpoczęcia wojny, co najtrudniejsza, 
a król jegomość, snąć przypomniawszy sobie jako był braci- 
szkiem w zakonie jezuitów, wydał wici zupełnie ewangeliczne, 
w duchu księdza Skargi. — Jakto? co to? — Cierpliwości! 
proszę posłuchać ! Najprzód księdza Skargi, co przykazał wo- 
jakom : 

„Miłość ku ojczyźnie, w której się zamykają bracia 
i wszystkie powinowactwa i dobra nasze i w której jest miasto 
Boga naszego, t. j. kościół Boży i chwała jego , wyciąga dobre 
syny na wojnę i mówi, jako oni u Machabeuszów: Lepiej 
nam w bitwie umrzeć, niżli patrzeć na nędzę narodu naszego 
i na zburzenie praw Bożych i kościoła jego. I to jest drugie 
przedsięwzięcie żołnierskie[: aby wiary i Ewangelii i kościoła 
świętego bronił, a upadać mu nie dał, zwłaszcza, gdy poganie 
i niewierni na nas i na królestwo nasze powstają, którzy 
Boga chrześcijańskiego w Trójcy jedynego nienawidzą i służbę 
i zakon i lud jego psują. Przeciw takim się zastawiać, wielką 
jest u P. Boga wysługa i prawe rycerstwo. Trzecia jest myśl 
dobrego wojaka, aby na wojnie sławy nabywał i wysługi 
sobie u swego króla i Rzeczypospolitej i pożytki świeckie 



265 

jednał. Słuszna też jest wojna na te, którzy, gdyby Turcy, 
wiarę św. katolicką obalają i prawowierne chrześcijany wyga- 
niają i kościoły i imiona kościelne starym dzierżawcom wy- 
dzierają, gdy inaczej pokój z nimi być nie może, a bronić się 
ich najazdom musim, gdy nietylko wracać cudzego nie chcą, 
ale krzywdy przyczyniają codzień i przez nie wiara chrześci- 
jańska ginie i w pogaństwo się obraca". 

— Oj prawda, prawda! Tak, nie przymierzając, w Gorli- 
cach pani Rylska, kal winka, heretyczka straszna! Przed laty 
80 kościół farny oddali heretykom, ledwo, przeledwo za sta- 
raniem ojca mego oddano go księdzu Szczepanowskiemu 
i katolikom, a co to sporów bezustannych, to o role plebań- 
skie, to o dziesięcinę, i Bóg wie o co! — Wszędzie tak, wszędzie, 
a najgorzej z arjanyl W Sączu skojarzyli się z Szweda- 
mi, jak słyszę, żyją z nimi w przyjaźni, donoszą o wszystkiem. 
Ot i kwarcianych, że sprowadzili Szwedzi na chłopów, toć to 
sprawka arjańska, Szlichtynga i Pileckiego, boć to doradcę 
Szwedów główni. Dobrze też mówi ksiądz prymas gnieźnieński, 
żeby za jednym zachodem powypędzać razem Szwedów 
i arjan! — Ba! powypędzać, ale jako? — Wedle nauki ks. 
Skargi : 

„Wołaj na wilka, wyklinaj go z obory, łaj mu, a tu stoi! 
A wilk, o twoje?słowa i klątwy nie dbając, owce łupi i zabija, 
a ty go upominaj, a na śmierć i zbój owiec twoich patrząc, 
śmiej się, a dalej nie postępuj. O głupia duszo! do czegoś 
podobna? Toż się mówi o heretykach. Wyklinaj go, wyobcuj 
go, zakazuj mu, aby z tobą i z twemi nie spółkował, a on 
się z ciebie śmieje, ustąpić ci nie chce, nauką zaraźliwą duszę 
zabija, jad w pokarmy słowa Bożego wpuszcza. I nie musiszże 
dalej z nim postąpić? Pewnie musisz go z kościoła i ze wsi 
i z miasta twego wygnać. A jeśli się wracać chce, musisz 
mu pogrozić. A na osła, co .słowom nie rozumie, co twardego 
podnieść ! A dzieciom i poddanym zguby wiecznej i kościołowi 
Bożemu i Rzeczypospolitej szkód tak wielkich i zarazy nie 
życzyć. Inaczej miłości bożej nie masz, dusz ludzkich i krwi 
Chrystusowej nie szanujesz, rozumu nie masz i gorszyś niźli 



266 

bestya, która o dzieci swoje, co może, czyni. Gorszyś niźlt 
poganie — jako mówi apostoł — który o domownikach,, 
o dziatkach i o czeladce swojej staranie po winne opuszczasz!^ 
(Ks. Skarga O panowaniu heretyków). 

— Więc bić lutry! — Bić lutry! po staremu! bo to po- 
mocnicy Szwedów. Skoro lutrów nie stanie, nie stanie i Szwe- 
dów! — Prawda! ale jakżeż zacząć, z czem? z kim? — To- 
zasie obmyśli/ król Jegomość, boć on to i wojak niezły 
i dawny jezuita! ma rozum! napisał w wiciach swych: ,.Nie 
czekajcie wodzów i wojewód albo porządku, jaki w pospolitem 
prawie opisany. Ale jeden do drugiego, trzeci do dwu, czwartym 
do trzech i tak następnie, by też każdy i z własnymi swymi 
poddanymi zgromadźcie się. Jedna do drugiej kupy wiążcie 
się, a nie opuszczajcie okazyi, gdyby się trafiła do porażenia 
nieprzyjaciela*'. — A to wcale rozumnie ! — Kozacko tatarski 
rozum! Więc też ja łączyć się chcę z waszmością! — Zgoda! 
ja zaś z kasztelanem wojnickim (Wielopolskim), wujem moim,, 
a on z panem Mniszkiem na Samoklęskach i Dukli. — Dosko- 
nale ! tam dalej znajdzie się p. Wojniłłowicz ! On rozpocznie, 
boć on porucznik hetmai\ski! Ja biorę na siebie Szlichtinga 
przed wszystkimi, bo on najniebezpieczniejszy! Dąbrowa jego 
nad Dunajcem, toć gdyby stróża naumyślna, czuwająca nad 
przeprawą rzeczną, przez którą związki z Wiśniczem. Wspiera 
go Tęgoborza z Rabkową, kędy czuwają Mierzyński z Wiszo- 
watym i Brzeźna, kędy stary Sternacki i z zięciem swym 
Bobowskim. Tych wszystkich biorę na siebie. Tak samo od 
Grybowa w dół! I tam dam sobie radę! Trzebaby tylko za- 
bezpieczyć Gorlice , a przedewszystkiem Biecz i Żmigród ,. 
żeby nas nie ubiegli z Krosna! — Nie ubiegną! mam ja 
w pogotowiu broń i na zawołaniu gromadkę szlachty znajomej,, 
która pilnuje lutrów i Szwedów, mam też i sołtysów. — Więc 
rzecz gotowa? — Gotowa! — Chwała Bogu! — A jakżeż 
panowie Lubomirscy drudzy ? — Marszałek zbroi się na Spiżu, 
pisze listy, gada wiele i choruje na hetmana — ale zawsze- 
będzie gotów. JMć pan koniuszy, Aleksander, ostatnią kroplę 
krwi gotów przelać za króla, a pani małżonka jego, nabożna^ 



267 

żywi karmelitanki klasztoru swego warszawskiego, wypędzone 
przez Szweda. Oboje żałują wielce, iż Tęgoborze oddali w ręce 
Morstynów i zgotowali tam pielesze arjanom i stronnikom 
szwedzkim. Nawojowa ich też za to cieszy i my Wąsowicze,. 
dzierżawcy Łabowej i Łabowianie sołtysi, chociaż to beskidnicy, 
zbójnicy, między nami mówiąc, ale lud bitny i rwą się na 
lutrów. Zaciągam ich też w harnictwo na imię pana koniu- 
szego! — Tędy ścieżka w groch! więc Waszmość najprzód 
zbójców puścisz na lutry! — Tak! na stronniki szwedzkie, 
przydając im dorostków kmiecych z Nawojowej, Baczy, Caco- 
wej. — Aby się zaprawili na lutrach? — I będą potem dra- 
gonami lub piechurami doskonałymi, jako ojcowie ich! — 
A pan Konstanty Lubomirski? jak on też? — JMć p. krajczy 
wie o wszystkiem, jak i co, zgadza się na wszystko i chętnie 
bierze udział osobisty. Na czas oznaczony stawi się w Gry- 
bowie, więc też i mieszczanie będą powolnymi. Stoję pod 
jego rozkazy bezpośrednio , dopokąd nie przyjdę pod rozkazy 
wojewody kijowskiego. — Kiedyż rozpoczniemy? — Lada 
chwila! trzeba korzystać z zimy i mrozów. Skoro się zima 
ustali, a Szwedzi na wawrzynach lekko zdobytych rozleżą się 
po zapieckach ciepłych, rozpoczniemy w imię Boże! Hasło 
da pan Woj niłłowicz imieniem hetmanów, albo może panowie 
Lubomirscy imieniem króla JMci. Na każdy sposób natych- 
miast trzeba się gotować. Bo to jodły okwitły na wczesną, 
zimę, szyszki wiszą, gdyby ich nalepił, a najgęściej dołem, 
mrozy będą tęgie i wczesne, poczem zima puści. Ptactwo 
chmarami obsiada lasy, a djabli na Chełmie ropskim kurzą 
pomroką , śnieżne zamiecie i zawieje wiszą w powietrzu. Nim 
się Szwedy oswoją z zimą podgórską, trzeba ich przepłoszyć. 
A miękkiego to ścierwa te ochotniki Pontusa, nawet nie 
Szwedy tylko Niemce, żonaci po części, a baby włóczą się 
za nimi, nawet po dworach! Raczże Waszmość, panie skar- 
bniku, obesłać sąsiady, aby się gotowali i z swej strony zasie 
obesłali swoich. Dajcie sobie hasło tajemne i umówcie się 
o zbiorowisko. Kto nie z nami, ten przeciwko nam! — A jakżeż 
z wojskiem? — Z kwarcianymi, co pobierają pobory od ludu?*^ 



268 

Hej ! — Dać ich katu ! zaprzańce, odstępce, zdrajcę ! gorsi od 
Szwedów! Ale nie ma strachu! dobry wojak nie da się wziąć 
chłopom; któregoby zaś naszli w śpiączki lub po pijanemu, 
niechaj mu skórę garbują i na powróz biorą, to się opamięta! 
Wkońcu jestem pewien, że bracia szlachta pospieszy do nas, 
boć my to przecie razem krew przelewali. 

Na tem stanęło. Wąsowicz pospieszył górami do Łabo- 
wej, kędy bracia jego spisywali sołtysów i pachołków do wojny 
ochotnych. Pieniążek zaś, skarbnik przemyski, na wszystkie 
strony porozsyłał gońce do sąsiadów i sołtysom swym kazał 
się stawić w Gorlicach na czas oznaczony, poczem pojechał 
wybrzeżem rzeki Ropy w dół, do Kobylanki, kędy z nabo- 
żeństwem rano zaraz udała się matka jego. 

Janowi Wielopolskiemu, staroście bieckiemu, zwiedzają- 
cemu Rzym, papież Urban VIII. z błogosławieństwem dał 
obraz olejny. Jest to od wzór Jezusa ukrzyżowanego, zdjęty 
z obrazu w Watykanie. Powróciwszy szczęśliwie. Wielopolski 
umieścił obraz w ówczesnym dworze starościńskim w Kobylance, 
w kaplicy wystawionej naumyślnie. Malowidło włoskie, jakiego 
wówczas nie widywano w Podbieszczadziu, zasłynęło wkrótce 
i zewsząd spieszyli ludzie oglądać je, a każdy oglądający 
wynosił wrażenie głębokie. Boć to Chrystus, na krzyżu rozpięty, 
malowany ręką biegłą, którą powodowało uczucie nabożności 
wzniosłej. Dzieła podobne mimowoli naginają kolana widzów 
i czoła ich nachylają w pokorę. Prawda Boga wielkiego, wy- 
rażona godnie postacią i barwą, owładła umysły ludzkie. 
Ztąd uwielbienie posągów i obrazów. Za obrazem i błogosła- 
wieństwem Urbana VIII. szło szczęście. Zbójcę groźnie napa- 
dali, męczyli, zabijali, uchodząc z łupem. Ludzie i zbrojne 
dwory o mil kilkanaście nie były bezpiecznemi. Starosta biecki 
z urzędu i obowiązku śledził, sądził i tępił ich. Ku niemu 
zwracała się ich zemsta. 

Bajus Wasyl żółtowąsy, z Leszczyn niedalekich, drużba 
Czepca Wasyla, sprzymierzeńca Napiórskiego na Czorstynie, 
najusilniej nastawał na Kobylankę, śmierć ćwiartowanych w Bie- 
<;zu zbójców chcąc pomścić krwią starosty i łupem dworu jego 



269 

Byłby dokonał zbrodni zamierzonej, bo wówczas zbójcę z Pod- 
i Zabiesczadzia chadzali pospołu, jak wypadło to i setniami, 
a pod Czorstyn nawet tysiącami, a wszystko zbrojno i odważno.. 
A niekażdemu dworowi udało się na pierwszy strzał położyć 
prze wódce, jak Haraszczaka w Jangrodzie p. Męcińskiemu, 
więc byliby napadli mimo straży i zbroi. Zresztą strzegli ludzie 
brani z pośród sołtysów, krewni i przyjaciele zbójców. Lecz 
gdy się rozeszła sława obrazu cudnego, przywiezionego z Rzymu, 
a wyobrażającego Zbawiciela Pana, jako wisiał na krzyżu 
przybity, zadrżały serca zbójców najtwardszych. Zbójcę wielce 
się bali pomsty bożej i dla odkupienia grzechów zawsze część 
łupu dawali na ofiarę, żadnego zaś kościoła, kędy obraz słynął 
cudami, nie tknęli się. Jeżeli zaś złupili który, to unosili prze- 
dewszystkiem obraz cudowny, jak np. św. Anny Nowotarskiej, 
co jednak uchodziło tylko ongi i w dali. Kobylanka zaś za 
bliska, obraz sam zdradziłby, mściłby się napadu. Takie 
było przekonanie zbójców. Bajus i najwierniejsi jego drużbo- 
wie, zwątpiwszy więc, wynieśli się na Węgry, kędy ich przyjęto 
w poddaństwo. Drugie błogosławieństwo było, że Wielopolski,, 
zapomocą zakonników bieckich wyśledziwszy zdradę Rako- 
czego, zwrócił na siebie życzliwe oko król^ Jana Kazimierza 
i w r. 1655 w styczniu otrzymał kasztelanię wojnicką. Pierw- 
szy z rodu swego zasiadł on na wiecach koronnych. Nie 
dziwo, że z nabożeństwem spoglądał na obraz Chrystusa, 
męką krzyżową odkupującego ród człowieka. 

Było to w dzień św. Ambrożego, w przedednie święta 
Niepokalanego poczęcia Najświętszej Panienki, we trzy dni 
po świętej Barbarze, t. j. 7. grudnia 1655. Dla pobożnej pani 
Barbary z Wielopolskich Pieniążkowej, Przecławowej wdowy, 
matki Jana, był to dzień poświęcony postom i modlitwom, 
które aby odbyć tem nabożniej, zjechała do brata swego, do 
Kobylanki. Reformaci z Biecza pospieszyli z nabożeństwem, 
bo p. kasztelan był założycielem i dobrodziejem ich klasztoru. 
Pieniążek zdążał na nabożeństwo poobiednie, czując potrzebę 
duszy ukorzenia się przed obrazem, na który nie mógł spoj- 
rzeć bez wrażenia głębokiego. Wjeżdżając do dworu, widział, 



270 

że s/ońce ma jeszcze daleko do zachodu; rad był temu, chcąc 
przed nabożeństwem jeszcze pomówić z wujem. Wielopolski 
przyjął go uroczyściej , jak zwykle , ale radośnie i niebawem 
poszli na ustęp, gwoli pogadanki poufnej. 

— Mam otuchę wielką — rzekł kasztelan — odebrałem listy 
od syna i od p. marszałka Lubomirskiego. Wieści dobre, JMość 
król nasz Najmiłościwszy obiecuje się z powrotem, p. mar- 
szałek przysposobił już wojska nieco , a syn mój może posłuży za 
narzędzie Opatrzności Świętej. — Jakim sposobem ? — Anielcia 
Febrońcia Koniecpolska pójdzie za niego. Błogosławieństwo 
boskie baczę w tem , boć to aniołek istny i Dobrońcia . . . 
a przytem połączenie z książęty Poreckimi przez matkę ^ 
a przez ojca z Koniecpolskimi , więc też i książęta Ostrogscy 
i Lubomirscy, Zamojscy, Wiśniowieccy . . O Boże! dziękuję 
Ci ! A teraz co lepszego jeszcze: Ojca Febrońci trapi to wielce, 
że brat jego rodzony (Aleksander Koniecpolski) nietylko sam 
najpierw przeszedł do Szweda, ale i wojsko za sobą pocią- 
gnął. Teraz więc, korzystając z sposobności, posłał doń gońca 
zapraszać na wesele córki, a Febrońcia z swej strony napisała^ 
zaklinając na wszystko, aby jak najprędzej wracał z tych 
Prus i uszczęśliwił ją obecnością. Poseł poufny ustnie opowie 
mu, co trzeba. Od wojska też wiadomości dobre. Kwarciani 
usłuchali mnie i wysłali posły do króla. Rzecz cała, jak wy- 
pada, dzieje się w tajemnicy największej, lecz jestem pewien, 
że odstąpią Szweda przy pierwszej sposobności i poprawią 
sławy. — A p. Wojniłłowicz ? — Wiesz już ? bo miałem ci 
mówić. — P. Krzysztof Wąsowicz był u mnie. — Toście się 
umówili? — Umówiliśmy się. Od lutrów poczniemy! — Jakto 
od lutrów ? — Od stronników szwedzkich, doradców, szpiegów ! 
— To doskonały sposób! — Na nich zaprawimy nowoza- 
ciężnych, boć zaprawić ich trzeba. — Doskonałe ! — Potem 
hajże po Szwedach! z większą siłą. — Czyjże to pomysł? 
wojewody kijowskiego ? — Wąsowicz twierdzi, iż ks. pł-yn^^c-*^. 
: I:;\SIa JmcI, wedle nauki ks. Skargi. — Może być, może być! 
Ojciec Skarga był wodzem wielkim, a gdyby Polska była 
poszła za głosem jego i otrząsła się z herezyj , nie byłby 



271 

Szwed śmiał napadać ją tak bezkarnie. W imię Boga i świętych 
Jego lud nasz naremnie pójdzie na Szweda. Ale i nam trzeba 
się gotować. Zacznijmy od Boga, chodźmy do kaplicy, bo już 
czas na nieszpory. 

Tej chwili dzwonek kapliczny zadźwięczał czystym, sre- 
brnym głosem. Dzwoniło pachole szlacheckie, otoczone dzia- 
twą, zazdroszczącą zaszczytu tego. Niebawem odsłonięto obraz, 
przytomni padli na kolana, a przy odgłosie dzwoneczków 
ręcznych i wśród kłębów kadzidła wonnego księża Reformaci 
bieccy rozpoczęli śpiewy psalmów Dawidowych: 

Rzekł Pan do Pana mego łaskawym 

Swym głosem: Siądź mi przy boku prawym. 

Aż twoje wszystkie zuchwałe wrogi 

Dam za podnóżek pod twoje nogi. . . 
Dzwonek na wieżyczce kaplicy, który ucichł był przed 
rozpoczęciem śpiewu, niespodzianie odezwał się znowu i to 
nie przeciągle jęcząc, za pociągnięciem ręki pacholęcej, lecz 
<;ałą siłą, pełnym głosem trwogi. Zarazem zabrzmiał okrzyk 
straszny: gore!., kaplica gore i dwór cały. Księża przerwali 
śpiewy, a co żyło, uciekało ; z domów zaś pobliskich nadbie- 
gała służba gospodarska i kmiecie sąsiedni. Dach cały stał 
w płomieniach czerwonych, a nad kaplicą unosiła się zorza 
jasna, buchająca ku niebu ruchliwemi języki. Cisza grobowa 
panowała w około, słychać było chrupanie śniegu pod nogami 
nadbiegającego ludu. Słońce rumiane zniżało się za góry, 
liniejące w dali. Braciszek zakonny, siwy jak gołąbek, lecz 
krzepki i zdrowy, najprzód dopadł konewki z wodą i biegnie 
po szczeblach drabiny. Już na dachu kapliczki . . . już w pło- 
mieniach., już w samym środku pożogi. Niewiasty zatykają 
43obie oczy, słychać głosy: Boże, zmiłuj się nad biedakiem! 
Dzwonek jęczy przeraźliwie, a lud zbiega się na widok pożogi 
i łuny jaśniejącej na niebie. Braciszek zaś stanął na dachu 
i nie gasi płomieni, które go otaczają; w końcu woła: Nie 
dzwońcie, bo nie gore! to nie pożar! to łuna niebieska! 
Dzwonek zamilkł, a trwoga ustp];^'*ł» zdziw'?*::^! £taxy it-akonniK 
na dachu kaplicy, otoczon jasnością, stał chwilę w zadzi- 



272 

wieniu, poczem konew opart o drabinę, odsłonił kaptur, ukląkr 
na szczeblach i rozłożywszy ramiona, głosem drżącym, lecz. 
potężnym, zanucił hymn św. Ambrożego: 

„Ciebie Boże chwalimy, 

Ciebie panem wyznawamy.." 
Duchowni , szlachta i lud , padłszy na kolana , wielkim 
głosem zawtórowali starcowi, który klęczący wysoko w pośród 
jasności, opromieniającej głowę sędziwą i wieniec włosów 
białych, wydawał się raczej postacią świętą, unoszoną w niebo, 
aniżeli człowiekiem. Ksiądz, prawiący nieszpory, nie odstąpił 
ołtarza, w modlitwie cichej błagał Boga o odwrócenie nie- 
szczęścia. Toć też, słysząc co zaszło, kazał dzwonić w dzwo- 
neczki ręczne i od ołtarza głos swój złączył z głosem ludzi 
w dziedzińcu. A na hasło to , duchowieństwo najprzód po- 
w^stało i śpiewając, weszło do kaplicy; za księżami poszedł 
lud i starzec ów zakonny, śpiewając, „Święty! święty! święty 
Pan Bóg zastępów ! — O własnej sile, gdyby młodzian, zeszedf 
po szczeblach drabiny, śpiewając, szedł do ołtarza i klęknąwszy, 
jako przystało słudze zakonnemu, kończył śpiew św. Abrożego,. 
patrona dnia tego. Był to 90 letni Józef Reklewski, braciszek 
w zakonie 00. Reformatów. 

Lud wiemy w zjawisku widział cud boski, za błogosła- 
wieństwem papieża zmarłego, nad obrazem przezeń darowa- 
nym. Przypominano sobie, że to już nie pierwszy cud, że 
jeszcze r. 1651, przed potrzebą berestecką i czorstyńską, chleb 
krwawy pokazał się we dworze kobylańskim u gospodarza 
dworskiego, Rokity, co na pamiątkę wieczną do ksiąg swych 
kościelnych zaciągnął ks. Michał Zołczyński , komendarz ów- 
czesny kościoła w Sękowej pobliskiej. Wtedy to, słysząc 
o chlebie krwawym, zbójca Bajus, Czepiec i inni wzdrygnęli 
się i porzucili zamiar napadu na Kobylankę. Obecne zjawiska 
cudowne jeszcze większe wrażenie wywarło na Biesczadu 
ludności łupieżnej, zbójcę najusilniej uwierzyli w cud i z po- 
strachem bożym poglądali na dwór kobylański, którego chroni 
obraz cudowny. Wielopolski w oczach ich był wybrańcem 
Boga! Ze zjawiska cudownego przepowiadono też wypadki brze- 



27S 

mienne w skutek. Przepowiednie nie zawiodiFy, ziści/y się taż 
w pobliżu, w Krośnie, jako Łeż i dalej. 

Pracki Aleksander, z zakonnika husarz królewski pod 
Krakowem, twórca związku przeciw Janowi Kazimierzowie 
więc przewodnik i pułkownik króla szwedzkiego, z wziątkiem 
pieniężnym niemałym przyb3nvszy do Krosna, jął zaciągać 
ochotników do służby szwedzkiej. Uzbierał też hultajstwa nie- 
mało i darł ludzi w około po wsiach i miastach, przydzielo- 
nych mu na stacye. Z Pilzna samego, prócz żywności, wybrał 
złp. 300. W około stały chorągwie koronne, którym Szwedzi 
w porozumieniu z hetmanami wyznaczyli leże w pograniczu 
Rusi i w starostwie ropczyckiem. Najbliższemi były chorągwie: 
hetmańska w podgórzu sanockiem i Tyszkiewicza, wojewody 
czernichowskiego. Pracki z przydzielonych mu miejsc wydu- 
sił już wszystko, co się tylko dało , bo pułk jego dzień w dzień 
wzrastał nowozaciężnymi. Niezadowoleń łupem miejsc, da 
których miał niejakie prawo, następował na leże chorągwiom 
innym przeznaczone, wybierał z nich chleby sowite. Nie 
wytrwał nawet chorągwi hetmańskiej, ale jej właśnie należące 
i przekazane wsie górne sanockie przemocą napadł i wypę- 
dziwszy towarzystwo hetmańskie, swoich tam osadził, a sam 
jechał do Krosna. 

Nie wytrzymał tego Wojniłłowicz, porucznik hetmańskie 
ale wskok komunikiem(tj. bez ciężarów)z Przemyśla, stanowiska 
swego, poszedłszy, najprzód na owych łupieżców chleba swe- 
go napadł, powiązał, a potem raniusieńko do Krosna przypadł- 
szy, samego Prackiego na przedmieściu zaskoczył, w gospodzie 
i w piecu znalezionego, wywleczonego, kazał rozstrzelać. 
Strzałami pobudzeni towarzysze Prackiego chwycili za broń,^ 
poskoczyli pomścić się śmierci dowódcy. A byli między nimi 
wojacy służali, zapamiętalce bojowi, za których przykładem 
i powodem szli młodsi i nowozaciężni ; wszystko ożywione 
chęcią zemsty doraźnej. Wywiązywała się walka zacięta nad 
spodziew, a chorągiew hetmańska, przypierana naremną prze- 
mocą liczebną pułku walącego od miasta, ledwo wytrzymała 
poskoki zapamiętalców. Wtem z boku zadudniało od kopyt 

18 



274 

końskich, zagrała trąbka wojenna, huknęto kilka strza/ów, 
padło parę zapamiętalców najodważniejszych. Była to chorą- 
giew Tyszkiewicza, wojewody czernichowskiego, która podo- 
bnież wyjechawszy na czaty pod Krosno, zwabiona odgłosem 
strzałów, przypadła z pomocą niespodziewaną. Prackiego pułk 
w zamieszaniu uciekał do miasta, a Wojniłłowicz z chorągwią 
pomocniczą za nimi, okrążając i otaczając. Musieli się poddać 
i jako łupieżnicy chleba hetmańskiego ukarani surowo. Od- 
jęto im broń i konie, zdarto z nich barwę nową i odzienie 
wierzchnie, zabrano mienie wszystko, zdobywane nieuczciwie, 
w końcu, bijąc kańczugami, wypędzano ich z miasta. Prackiego 
pogrzebiono, a w księdze zmarłych stoi zapisek : „7. grudnia 
zabito p. Prackiego na przedmieściu, pułkownika szwedzkiego, 
bo na ten czas stali żołnierze z chorągwią.^' Poczem obiedwie 
chorągwie złączone pognały podgórzem ku Bieczowi, płosząc 
niedobitki Prackiego i stronniki szwedzkie. W Bieczu zastali 
niepokój i trwogę. Bialikowicz Wojciech, cyrulik, który jeździł 
do Nowego Sącza na zwiady o Szwedach (za co mu Biecza- 
nie dali dwa złote poczestnego) powrócił z wiadomością, że 
Szwedów mnogo jest w Sączu , że są w pogotowiu bojowem 
i rozsyłają czaty do Starego Sącza i Grybowa, nakładając 
pobory. Górale zaś sądeccy, że się zbierają po cichu na Krę- 
pakach. Wojniłowicz, wysłuchawszy wieści, otuchy dodał Bie- 
czanom, napomniał, by strzegli miasta i znosili się z panem 
starostą, a Sączowi żeby dali znać o chorągwiach czatigących. 
Niebawem też z listem do Sącza wysłano Wyszyńskiego. 
Wojniłłowicz popędził dalej ku Tarnowu, znosząc czaty Szwe- 
dów, wysyłane z Krakowa za łupem i poborami. Dotarł aż 
do Wojnicza, poczem wrócił do Przemyśla. Chorągiew Tysz- 
kiewicza zaś Krosno otrzymała na stacyę, w nagrodę za 
pomoc dodaną chorągwi hetmańskiej. (Jemiołowski p. 74). 

Burmistrzował wtedy w Nowym Sączu z kolei miesięcz- 
nej (od 17. listopada) Wawrzyniec Szydłowski z przezwiskiem 
Kurek stary, urzędnik zakonu Franciszkan, przed laty rządca 
ich dóbr Mała wieś i Rupnów, obecnie w Nowym Sączu, gdzie 
posiadał pola i dom, dzierżawił wagę miejską i cło od drzewa 



275 

spławianego (13-te drzewo), a posłował od miasta i rzeczniczył 
na kaptnr, do Lublina na sądy i na komisye wszelkie. Był wielce 
gorliwym w wierze jako wychowaniec klasztorny. Więc nad 
żydy i nad cygany bardziej nienawidził arjan i ledwo zdołał 
w sobie stłumić żółć, że na jarmarku arjanie jawnie sprze- 
dawali bluźniercze księgi swoje. Oburzenie dzielił syn jego, 
Jerzy czyli Grygel, człek porywczy i łakomy, który co do 
nienawiści i chętki tępienia aijan zamożnych zupełnie się zga- 
dzał z drużbą ojca swego, burmistrzem Rogalskim. Rogalski 
r. 1628, jako organista kościoła zbornego św. Małgorzaty, 
przyjęty w grono mieszczan, niebawem wybran do rady miej- 
skiej miał powierzone sobie gospodarstwo miejskie (lu- 
narstwo). Organistą i rajcą zastali go Szwedzi. Oficer szwedzki 
stanął u niego gospodą. 

Rogalski witał go jak nąjuprzemiej, kłaniał się uniże- 
nie i oświadczał gotowość do usług, co Szwedowi na niemie- 
ckie tłómaczył przybyły wraz szlachcic różnowierca. Niezadługo 
zjawiła się szlachta z za Dunajca, witając Szweda, oświadcza- 
jąc przyjaźń i poddaństwo królowi szwedzkiemu jako zbawi- 
cielowi wiary. Między szlachtą oną byli i dzierżawce Brzeżnej, 
Bobowski Paweł i teść onegoż Sternacki Sobestyan, syn So- 
bestyana^ słynnego tłocznia książek w Rakowie. On też sam 
w zaciszy naddunajeckiej potajemnie tłoczył księgi arjańskie, 
między innemi Szlichtinga Jonasa i był już oto podejrzany. 
Rogalski znał go dobrze z czasu wygnania i pobytu na karcz- 
mie w Brzeżnej; więc witał z uprzejmością obłudną. Oficer 
szwedzki poznał się na obłudzie, zapytał szlachty, co on zacz 
i czy im znany? Odrzekli, że go znają dobrze, gdyż od nich 
dzierżawi karczmę, że to stary klecha i organista fanatyczny, 
pełen nienawiści ku innowiercom. Rogalski bacząc, że nań 
spoglądają, domyślił się, że o nim mowa, zaciął zęby, stłumił 
gniew. Ale odtąd ku aijanom zakipiał tem większą złością. 

A ściągało się tej szlachty arjańskiej do N. Sącza eo 
raz więcejy skoro Szwedom poddało się wojsko hetmańskie, 
a król szwedzki zapewnił wolność sumienia i swobodę obrzę- 
dów religijnych. Forgwel, dowódca szwedzki, uprzejmością 



276 

stwierdzi/ obietnicę króla i otuchę wlał w serca Braci pol- 
skiej czyli arjan. Więc się zgromadzali radośnie, witając star- 
szyznę szwedzką, jawnie i okazale prawiąc nabożeństwo swoje^ 
czytając i rozszerzając potępioną księgę Szlichtinga Jonasa 
„Wyk/ad apostolski wiary chrześcijańskiej" i inne księgi, tło- 
czone w Rakowie u Sternackiego ojca i w Lusławicach przez 
Sternackiego syna. Stemackich i Szlichtingów imię ze zgrozą 
wymawiali katolicy zagorzalec, a Rogalski i Grygel Szydłowski 
odgrażali im się zemstą krwawą za niedowiarstwo. 

W najeździe na Rożna w Braśniku r. 1652 brał udział 
młody arjanin Siemiechowski Florek i przyjęciem katolicyzmu 
wydobywszy się z rąk dzwonnika w Bruśniku, mimo chrztu 
wielce uroczystego, wcale nie był katolikiem, owszem, 
za ono bicie w dzwonnicy i za trwogę śmiertelną postanowił 
się zemścić. Więc też skoro Szwedzi przybyli do N. Sącza, 
pospieszył złożyć przysięgę wiernopoddańczą i przyjął służbę 
w rocie kapitana majora Lichtina. Zemstą wrzała dusza jego, 
zemstą na katolikach, radby był na onych od Bobowej, aleć 
trudno, skoro ich nie mógł dosięgnąć. Więc śledził innych. 
Wyśledził, że Boczkowski Felicyan, dzierżawca biskupiej wsi 
Świniarska, na przeciwległym brzegu Dunajca położonej, wraz 
z bratem swym, Janem, podstarościm sądeckim, byli u księ- 
dza Witaliszowskiego, strażnika kościoła zbornego św. Małgo- 
rzaty. Była też tam i pani Stanowa, starościna sądecka, wdowa. 
Boczkowscy i Stanowa należeli do ludzi bardzo zamożnych 
i wielce nabożnych. Boczkowska Zofia była zakonnicą w N. 
Sączu, również i Zofia, córka p. Stanowej, a rok przedtem, 
gdy wiekowy i nabożny ksiądz Witaliszowski z aijanizmu 
chrzcił dorostka Kąckiego Jana, rodzicami chrzestnymi byli 
Boczkowski Jan, podstarości, z Stanową Zofią, starościną. Ro- 
dziny te nabożne doznawały cudów u grobu błogosławionej 
Kingi i słynęły z pobożności. Dla Siemiechowskiego dość po- 
wodów do nienawiści, gdyż ufni w Boga nie uciekali, jak inni 

W poniedziałek 6. grudnia przyjaciele Florka dali mu 
znać, że służba księża tłumoki jakieś znosiła do kościoła 
farnego, a Boczkowscy i Stanowa raniuteńko byli w kościele. 



277 

Biemiechowski pewien by/, że oni, a nie tylko oni, ale i inna 
3zlachta skarby swe schowali w kościele. Śledząc dalej, wy- 
śledził, że istotnie dnia tego otwierano grób w kaplicy 
Św. Jakóba. Uradowany odkryciem pobiegł donieść pani podpuł- 
kownikowej Stejnowej. 

Stejnowa, niemka łakoma, nie wahała się z mężem dzielić 
trudy wojenne, byleby się zbogacić łupem. Jakoż przez nie- 
długi czas służby szwedzkiej z kościołów i dworów złupio- 
nych uzbierali złota, srebra i innych rzeczy drogich kilka 
skrzyń wielkich. Widok skarbu tego słodził jej trud wojenny 
i niewygody, bo łakomstwo było najgorętszem pragnieniem jej 
duszy. Więc też uradowana donosem Siemiechowskiego , po- 
spieszyła do męża namawiać go, aby niezwłocznie posłał 
po skarby one i zabrał je rzekomo w zakład spokoju w mie- 
ście i okolicy. Stejn zezwolił chętnie, zwłaszcza, że wobec 
zbrojenia się Lubomirskiego na Spiżu, a Wąsowiczów w gó- 
rach łabowskich ubezpieczenie wszelkie możliwe było rozu- 
mem wojennym. Więc Liktyn, major, odebrał rozkaz ze strażą 
i Siemichowskim udać się do kościoła, przetrząść groby i za- 
brać skarby szlacheckie, jakie znajdą. Nie z ochotą, lecz 
poddając się rozkazowi przełożeństwa swego, poszedł i kazał 
•otworzyć kościół. Dzwonnik, Nikburowicz Marcin, pobiegł po 
klucze, dając znać, że Szwedów zbrojnych na kościół nawodzi 
Siemiechowski Florek. Gdy otworzył kościół, Florek pyta: 

— Kędy kaplica św. Jakóba? — Anoli ta! — Ma tam być 
grób. — A jestci! anoli! — Są tam w nim skarby przecho- 
wane. — Dzwonnik stanął w zadziwieniu, nie mówiąc nic. 

— Podaj świecę zapaloną, — Dzwonnik podał. Poczem Siemie- 
chowski rzekł pachołkom szwedzkim: Otwierajcie! — Chwy- 
cili za koluszka i podnieśli płytę wchodową. — Dzwonnik !.. 
idź przodem! — Dzwonnik, posłuszny, zszedł na dół, za nim 
zszedł Florek z świecą laną w ręku, przyświecał pachołkom 
szwedzkim następującym. 

Na ziemi leżał spory tłómok związany. Siemiechowski 
roześmiał się z radości i chciał rozwiązywać. Dzwonnik jednak 
wyprzedził go., pochwycił tłómok i prędko wybiegł z nim 



278 

po schodach i składając u nóg Liktyna, rzecze : — To rzeczy 
księdza wikarego starszego, miejcie panowie litość, nie bierzcie. 
— Nie, odpowiedzią} Liktyn, księżych rzeczy nie szukamy.--r 
Za chwilę wychodzi z grobu Siemiechowski, niosąc puzdro> 
z łyżkami srebrnemi , znalazł je ukryte za trumnami. — To 
łyżki księży wikarych! — mówi dzwonnik — proszę obaczyć 
herby. — To samo rzekł nadbiegły Szydłowski Wawrzyniec, 
rajca. Liktyn, obaczywszy godła księże i zgłoski wikarych, 
kazał oddać łyżki. Więc Siemiechowski bacząc, iż niema nic 
więcej, wyszedł z kaplicy i obejrzawszy się po kaplicy, rzekł 
po niemiecku do majora : Grobów jest kilka, grobarz chował 
skarby, żeby go przywołać, toćby wskazał najlepiej. Liktyn 
nakazał dzwonnikowi , by mu natychmiast przywołał grobarza. 
Pobiegł dzwonnik, a zarazem przestrzegł księży wikarych, że 
groby łupią Szwedzi , że Siemiechowski wyszukał tłómok ks. 
starszego i ich łyżki srebrne. Sędziwy staruszek, ks. Hamilco-^ 
wicz, co tchu wdział paledran, wziął laskę, zawołał: Fra<f 
tres ! venite ! — i z wikarymi wraz i grobarzem, Trelą Maciejem , 
przedmieszczaninem , pobiegli do kościoła. — Gdzie skrzynie 
pani Stanowej i Boczkowskiego ? — gjrożnie zapytał grobarza 
Florek. — Jakie skrzynie? nie wiem o żadnych! — Siemiechowski 
rzucił nań wzrokiem gniewnym i kazał mu otwierać grób 
przed ołtarzem Panny Maryi. Wtem spojrzał na wchód do« 
grobu przed cymborium, zawołał: Tutaj chodź! ten. atoli 
grób otwieraj! bo znać, żeś go świeżo otwierał, tutaj pewno 
chowałeś ! — Grobarz, podnosząc płytę ciężką kamienną , nie* 
mógł powstrzymać uśmiechu szyderczego. Florek wszedł do 
grobu z święcą w ręku, za nim grobarz i pachoły. Trumny 
mieszczan zamożnych, stały obok siebie; kazał je odbijać. 
Najpierw Sławińskiego Wawrzyńca , kupca i lunara, miasta 
zasłużonego. Nie znalazł w niej nic! Druga i trzecia były 
trumny żon niegdyś aptekarza miejskiego, Wolskiego, jedna 
z nich była matką, druga macochą kleryka, Stanisława Wol- 
skiego, bakałarza mądrości i umnictwa. Jedna z niebożyczek 
miała pierścień na palcu ; zdjął jej go. Czwarta była Popkó^-- 
wnej, córki niegdyś szafarza miejskiego, który księżom wika-*^ 



279 

rym zapisat folwark. I ona miaJta pierścień na palcu; chcąc 
go zdjąć, urwał palec! 

Grobarz, zniecierpliwiony i zgorszony, wyszedłszy z grobu 
wraz z nim, powiedział księżom o pierścieniach zdejmowanych 
i urwaniu palca. Ksiądz Hamilcowicz, staruszek, gromił go, że 
umarłym nie daje spokoju i zakończył słowy: Zły czło-^ 
wiecze! niedawno zabiłeś człeka! uciekłeś do kościoła i ko- 
ściół cię zachował! Teraz nachodzisz kościół i łupisz, nie 
pamiętasz na Pana Boga ! nawróć się ! — Nie chcę ja zdrajcą 
być ! — odrzekł — Przysięgałem na wierność królowi szwedz- 
kiemu i nie chcę go zdradzać. — Podobnoś go i nie widział! 

— odpowiedzieli mu księża. — I kościoła waszego nie widzia- 
łem przedtem. — Odwrócił się od księży ku grobowi wielkiemu, 
kędy chowano księży, kazał otworzyć i znowu z świecą w ręku 
wlazł, za sobą każąc iść grobarzowi. Trumien było wiele, lecz 
skrzyń nie było, ani tłómoków. Obszukawszy, spojrzał na 
trumnę księdza Fuzoriusza, słynnego dobrodzieja kościoła, który 
krom innych świadczeń, w Kamionce wielkiej, z której jako 
kanonik pobierał dochód, wymurował kościółek z wieżą. Na 
trumnie jego była blaszka z napisem ; sądząc, iż srebrna, oder- 
wał i wyrzucił na wierzch. Podano ją Liktynowi, który bacząc, 
iż cynowa, z trumny oderwana, zczerwienił się od gniewu 
i oddał ją księżom wikarym* Wtem Florek znów oderwał 
blaszkę drugą z trumny ś. p. ks. Rozmusia, wyszedłszy na 
wierzch, ogląda. Liktyn oburzony woła: Na co to bierzesz! 

— Cyna! — zauważył z pogardą i rzucił na ziemię, mówiąc: 
Wiem ja, co tu zaszło ! kędy się podziała skrzynia pani 
Stanowej i pana Boczkowskiego ! To ty grobarzu, zdrajco, wy- 
dałeś je z kościoła! mów zaraz, bo cię tu...-— Starszyzna 
szwedzka iskrzącym wzrokiem spoglądała nań, gniewna, że 
ich daremnie wywiódł i wystawił na pośmiewisko. Gdy się 
zamierzył na grobarza, major, nie mogąc się już pohamować, 
skoczył doń, chcąc bić pięścią w twarz, za majorem skoczył 
drugi Szwed starszy. Księża jedn&k, nie dopuszczając skażenia 
kościoła, zasłonili go sobą, a raczej ledwo im z rąk wyrwali. 
Starszyzna szwedzka zagniewana i zgorszona odeszła, a Liktyn, 



280 

zwracając się doń, zakazał ma „wszelkiej surowości'^. Księża, 
dziękując majorowi, odprowadzili go do drzwi kościoła. Sie- 
miechowski, wychodząc , rzekł do nich : — Francia-ście wy ! 
znam ja was! wywieźliście skarby szlacheckie. — Trela przerwał 
mu: Dyćeś katolik. — SŁareńki ksiądz Hamilcowicz mówi: 
Miły bracie! opamiętaj się! wzdyś katolikiem! — Nie dawno 
nim jestem i nie będę więcej. Ja na was będę gorszym, niż 
kat, jeno niech się panowie Szwedowie rozgoszczą! — Tak od- 
chodząc, odgrażał się księżom. Księża ruszyli ramiony i poszli 
doma. Grobarz zdaleka spoglądał za Szwedyma odchodzącymi. 
Zauważył, że poszli do nich żydzi Jakób Finkiel i Samson 
Bryndzow, brat. (N. Sącz, wójt. ks. 64 str. 43). 

Tegoż dnia przyjechał do Sącza Wojciech Bialikowicz 
C3rrulik z Biecza, rzekomo w sprawie własnej, a właściwie 
wysłany na zwiady. Ze zgrozą słuchał on opowieści o najściu 
kościoła zbrojnem i o łupieży grobów. Nawzajem opowiedział, 
że Wojniłłowicz , porucznik hetmański , rozpoczął już dzieło 
swobody, że w Krośnie rozstrzelał Prackiego, a batami wy- 
smagał zaciężnych jego, że Biecz gotów jest wytrzymać napad 
i oblężenie Szwedów, a p. Wielopolski, starosta biecki, przy- 
gotowuje się do wojny, którą rozpoczną lada chwila, a roz- 
poczną odzyskaniem Sącza. Aby więc z swej strony Sądec- 
czanie gotowali się, ile można, Przedewszystkiem zaś aby 
o wszystkiem uwiadamiali pana Wąsowicza Krzysztofa w Ła- 
bowej. 

Ledwo Bialikowicz odjechał, przybył z Biecza Wyszyński, 
wysłaniec wtóry. Przywiózł on list rzekomo w sprawie po- 
tocznej, majątkowej, ale rzeczywiście donoszący pod omówio- 
nym pozorem , że czas rozpocząć działanie w Sądecczyźnie ; 
o czem uwiadomił ustnie. Listu z uwiadomieniem ustnem 
trzeba było udzielić Wąsowiczowi, czego chętnie podejmowano 
się. Czekano tylko na zmrok wieczorny, aby pod osłoną jego 
bezpiecznie się przekraść z przedmieścia do Nawojowej. 
(Biecz : Distributa). — Ledwo ie się zciemniło cokolwiek , na 
niebie, od wschodu małego, zajaśniała łuna czerwona od pożogi. 
Wyszyński obaczy wszy, ucieszył się i pyta : Kędy to gore ? — 



281 

zapewniono go, że gdzieś nad Labową. Zatart ręce i rzeH 
poufnie: Już rozpoczynają! Bądźcie gotowi i dajcie na 
wotywę, aby Bóg pobłogosławi/. U nas już dwie wotywy od- 
prawiono na tę intencyę i jeszcze mają prawić! — Poleciwszy, 
aby donieśli do Nawojowej, że tu był poseł z listem, wyjechał 
skoro świt, bojąc się czat szwedzkich, żeby nie niepokoiły 
po drodze. Lecz nie niepokoiły go. W miejskiej tylko wsi 
Piątkowej zdybał chłopów stojących kupkami małemi i spo- 
glądających w stronę, skąd w nocy łuna świeciła. Nie mogli 
się wydziwić co to gorzało na Bratosowcu, skoro tam niema 
nawet koliby, nietylko domów. Gdyby to kiedyindziej, my- 
śleliby, że zbójcę, tak zaś odgadywali prawdę. Obstąpili wóz 
Wyszyńskiego, pytając: Ej! panusku, czy nie nasi to ta 
palą na górach? Dałby Bóg, żeby przyszli. — A cóżbyście 
robili ? — Bilibyśmy Szweda psiawiarę, co groby łupi. A tych 
hyclów naszych, co nas drą ze skóry, tobymy na powrozach 
wodzili do sądu. — Jakich hyclów? — A tych kwarcianych, 
co nas grabią! 

Dąbrowa leży naprzeciwko ujścia potoka Smolnika do Du- 
najca. Smolnik on przepływa Męcinę, wówczas dziedzictwo Krze- 
szów arjan, więc też Komranice, Klęczany i Marcinkowice, dzie- 
dzictwo spadkobierców Marcinkowskiego Przecława, podchorą- 
żego krak., z arjanina katolika, za powodem wtórej swej żony, 
Maryi Czernównej. Najstarszy jednak syn jego pozostał wier- 
nym aijanizmowi, vAryssanemu z piersi matki swej, Anny z Nie- 
wiarowskich. Był więc w rodzinie tej rozbrat religijny, zwłasz- 
cza, że i z braci stryjecznej jeden Franciszek, w zakonie 
franciszkańskim (r. 1642) piastując urząd przełożonego wszech 
nauk klasztorów polskich wsławił się żarliwością tępienia 
ł^erezyj na Śląsku ; drugi zaś arjanin ożenił się z córką Ko- 
steckiego Stanisława, jednego z najgorliwszych aijan tropskich. 
Więc też z teściem wraz i z szwagrem, Pęgowskim z Tymowej, 
przylgnął do Szweda, od wolnomyślności Karola Gustawa 
spodziewając się wolności sumienia i wyznania. 

Wieść o szczęśliwem odzyskaniu Sącza i ustąpieniu Szwe- 
dów za Dunajec podniosła odwagę szlachty i ludu. Krawczyk ran- 



282 

ny uznan za bohatera obrony. Cyrulików cechmisŁrz, NiedziaJko- 
wicz Jan, kazał go z baszty szewskiej sprowadzić; krawcy 
drużbowie znieśli i zanieśli go do jego domu, gdzie go opa- 
trzył troskliwie i umiejętnie. Po odgromieniu Szwedów po- 
grzebano poległych : swoich w obrębie miasta ku ulicy Drwal- 
skiej, gdzie dziś stoi dom 1. 92, Szwedów zaś pod szubienicą^ 
płacąc od nich grabarzom 2 złp. Więźnie szwedcy w liczbie 
19 siedzieli w więzieniu ratusznem. Aby utrudnić powrót 
Szwedów, uradziła wojskowość znosić aijan i ich sprzymie- 
rzeńców; sporządzono spis potępionych, udzielono go star- 
szyźnie ochotnej i panom kwarcianym, którzy sławy popra- 
wić chcieli znoszeniem szlachty aijańskiej. 

W Grybowie Rożen Kazimierz z mieszczan wytwarza- 
zastęp wojenny, nieliczny wprawdzie, lecz wystarczający, aby 
jako czata zagrażać szlachcie arjańskiej w porzeczu Białej. 
Rożen był wojakiem służałym i wsławionym rotmistrzem 
huzaryi królewskiej. Twardowski Samuel opiewał dzielność 
jego. On więc Grybowian miał przetworzyć na wojaki, a oka- 
zowali oni ku temu zdolność różnemi czasy, byli czupurnymi 
i skłonni do bójki. Ksiądz Jasiński Michał, wikary grybowski,. 
nienawidził niedowiarków i żydów. Co do arjan zupełnie 
dzielił przekonanie i naukę ks. Cichowskiego, jezuity, że dja- 
bła za Boga mają, że są djabłochwalcyma. Kazań jego w tym 
przedmiocie z namaszczeniem i ciekawością słuchali Grybo- 
wianie, zdziwieni, że tacy panowie , taka szlachta rodowita 
i majętna, są czarownikami, skoro djabła chwalą. Mimowoli 
z trwogą oglądali się po za siebie na niedaleką górę Chełm. 
Powszechnie i uporczywie wierzono, że na tym Chełmie odby- 
wają się zgromadzenia czarownic, które tam przyjmuje 
i ugaszcza djabeł, nadając im część władzy swej piekielnej^ 
mianowicie moc szkodzenia ludziom i bydłu czarami rozmai- 
itemi, sprowadzenia posuchy lub ulewy naremnej, chorób 
i innej niedoli. Więc też prawodawstwo żywopaleniem karało 
czarownice, jako wiadomo było wszystkim. Lecz żeby pano- 
wie, szlachta, djab/a chwalili i byli czarownikami, o tem nie 
wiedziano, dowiedziawszy się zaś w kościele z ust kaznodziei,. 



28a 

że aijanie chwalą djabfo, przekonano się, że są czarowni- 
kami, według prawa zashigojącymi na karę śmierci, karę 
żywopalenia. 

Ksiądz Królikowski, przełożony kościoła zbornego w No-» 
wym Sącza, pleban czchowski i grybowski, stwierdzał wywody 
księdza Cichowskiego , a zatem w przekonaniu Grybowian 
stwierdzał czarownictwo aijan; oburzenie Grybowian było 
więc ogólne. Mieszczanie kupczyli winem, pędzili gorzałkę, 
warzyli piwo, a używając sami tych darów bożych i prze-* 
mysłil, nabierali ochoty do zwady i bójki. Z takich to żywio- 
łów zastęp wojenny wytwarzał Rożen Kazimierz na poskro- 
mienie arjan, zamieszkałych wporzeczu rzeki Białej. Drużyna 
mieszczan, zbrojnych wedle ustawy powyższej, stanowiła rdzeń 
zastępu. Główny jednak zastęp stanowiła Ruś, przybyła z No- 
wego Sącza w liczbie przeszło sto. Lubomirski Konstanty 
szedł na Dąbrowę, kwaterę Szlichtinga, arjanina i poszczęściło 
się mu. Rożen chciał napadać kwatery arjan nad Białą. Wici 
królewskie ogłaszano tam wszędzie, między innemi w Bobo- 
wej na jarmarku 14. grudnia, a chłopi podawali sobie z ust do 
ust, że na jarmarku wołano, aby lutry i żydy, jako zdrajcę 
Rzeczypospolitej, znosić gdzie się pojawią. (Gród. Sącz 127 
str. 605). 

Czerniawę tę rozjuszoną, uzbrojoną w rusznice, siekiery 
i inny oręż, wiódł Rożen Kazimierz w środę po św. Lucyi, 
tj. 15. grudnia 1655, najpierw na Przypkowskiego Krzysztofa 
we dworze Koniuszowej- Zbójcę gospodarowali po swojemu. 
Podczas gdy jedni od komór drzwi odbyali , skrzynie łupali , 
drudzy Przypkowskiego męczyli, ogniem palili, wprzód trzykroć 
postrzeliwszy, ran 20 ciętych zadawszy, na ostatek na dworzec 
go wywlekłszy, widłami żelaznemi haniebnie przebili i okrutnie 
zamordowali. Zabrali bydła 10, koni 5, owiec 10, wieprzów 
karmnych 3, gęsi 50, kapłonów 30, zboża wierteli 100, pie- 
niędzy 300 złp., obrusów, serwet, ręczników, półsetków, chustek 
szytych jedwabiem, złotem, srebrem skrzynię, podlejszych 
skrzynkę, kobierców 2, kilimów 2, przędzy lnianej 20 sztuk, 
masła fasek 6, miedzi sztuk 6, łyżek srebrnych 4, strzelby 



284 

sztuk 6, szabel 2, pancerzów 3, harnaszów dwie pary nabi- 
janych srebrem, misiurkę nabijaną srebrem, kulbak 4 (aksamitna, 
falendyszowa), płatów 3 (aksamitny, faleń dyszowy) , szor na 
4 konie, wojłoków 4, wozów 3, z rydwana falendyszowa oponę, 
z kolasy żelaza poodbijali, skrzyneczkę z różnymi klejnotami, 
płótna póteetków 2, obicia; budynek wszystek w niwecz zruj- 
nowali, papierów i inszych rzeczy wiele zabrali. Z opisu tego 
żałoby urzędowej znać, że Przypkowski, szlachcic wojenny, 
napadowi stawił opór, że strzelał, więc i do niego strzelali 
ci, co mieli muszkiety, zbójcę i Grybowianie, postrzelony trzy- 
krotnie, ale lekko, bronił się długo i dzielnie, odcinając sza- 
blą, boby nie był zacięty aż 20 razy, więc, mszcząc się, 
męczyli go zbójcę, a w końcu rzucili na pastwę chłopstwu, 
sami łupiąc dwór. Żona, Konstancya z Rupnowai syn młody 
Bogusław, uciekli z życiem w pierwszej chwili. (Gród. Sącz 
127 str. 816, 1363). 

Przypkowskich, synów Mikołaja, z Brzany i Fałkowy 
było 5. Samuel, uczony znakomity, bywały w Holandyi, gdzie 
krzewił arjanizm. R. 1640 w Rakowie wydał wierszem Sym- 
bolum apostolorum; 1646 wydał odezwę do róźnowierców 
szlachty; 1647 ujmował się Szlichtinga Jonasa, wywołańca; 
1648 z Ukrainy ucieka przed kozakami, postradawszy mienie 
całe. Lubieniecki mieni go siostrzeńcem Taszyckiego Zygmunta, 
zwąc „wielkim". Drodzon 1590. Krzysztof zabity ożenion był 
z Konstancya z Rupnowa, Wacława żona, Eufrozyna z Ru- 
pnowa, 1658 wdowa. (Sącz gr. 53 p. 1940). Jan r. 1654 dzier- 
żawił Glinnik pod Jasłem. (Czchów gród. 58 str. 584). Szcze- 
pan ożenion z Dorotą z Męciny Krzeszówną. (Sącz gr. 35 p. 
458). Wszyscy arjanie żarliwi, spokrewnieni z aijany najrdzen- 
niejszymi. Koniuszową Krzysztof dzierżawił od Taszyckiego 
Przecława, mieszkającego na Zbęku sąsiednim, który niedawno 
nabył od Błędowskiej Janowej, wdowy. (Gród. Sącz 127 str. 
234). Dowiedziawszy się o napadzie na Koniuszową, uciekał 
ku Falko wej, gdzie mieszkała bratanica jego, Barbara Przyp- 
vkowska Samuelowa. 



285 

We dwu dworach mieszkali Kempińscy, bracia Samuel 
i Olbracht (Wojciech), arjanie, sprzymierzeńcy Szwedów. Są- 
siedztwo najbliższe, Łyczana, było dzierżawą Rożna Kazimie- 
rza. Tuż obok, cokolwiek poniżej Korzenna, dziedzictwo Stroń- 
skiego Marcina, który prócz tego dziedziczy! sąsiednią Łękę,, 
a za Dunajcem, naprzeciw Nowego Sącza, dwa /any w Brzeżnej, 
wydzierżawione Sternackiemu , księgottoczowi arjańskiemu., 
ożenionemu z Anną Stadnicką ze Stadnik (córką Jakóba na 
Lichwinie z Katarzyny Krzeszówny na Męcinie). Stroński Mar- 
cin w zażyłości był z arjany : Sternackimi, Krzeszami, Stadnic- 
kimi i innymi , więc też i Kempińskimi, Nie tak brat jego, 
Stefan Stroński, także w Korzennej zamieszkały, ożeniony 
z Jordanówną Barbarą, której ciotki dwie, Pelagia i Urszula, 
były zakonnicami w Starym Sączu. Zakonnicą tamże była 
Jodłowska Anna, której brat, Paweł, służył p. Strońskiemu 
Stefanowi, katolikowi gorliwemu już z matki Magdaleny, 
która, umierając, po sto złotych zapisała kościołom w Nowym 
Sączu do fary i św. Ducha, w Starym Sączu Franciszkanom, 
w Zakliczynie Reformatom bosym i w Leżajsku Bernardynom. 
Jordan Jan, szwagier, zamieszkały w Gołąbkowicach, tuż obok 
Nowego Sącza, przed Szwedyma uciekł do Stefana, gdzie 
zastał oburzenie ogromne i odgrażanie się sąsiadom arja- 
nom, co się łączyli ze Szwedyma. Gdy zaś Szwedzi górę 
wzięli i wyciekali do Grybowa, Jordan przeląkł się, że wy- 
ciekną i dalej, że napadną Korzenne. Zabrał więc tłumoki,. 
pojechał do Janczowej, prosząc Kempińskich, by je przecho- 
wali, a sam umykał dalej. 

Kempińscy przechowali tłómoki Jordana, ubezpieczając 
go, bo to było jeszcze przed zdobyciem Sącza, więc i sami 
czuli się bezpiecznymi pod opieką Szwedów. Odebranie N. 
Sącza przestraszyło ich, a napad czemiawy chłopskiej i za- 
mordowanie Prz3fpkowskiego przejęło ich trwogą śmiertelną, 
trzeba było uciekać z życiem. Mając we wsi kmieci życzli- 
wych, poddanych, powierzyli im ruchomości, co cenniejsze,, 
wraz z tłómakami Jordana i dali przechować cokolwiek lepszych 
](oni i bydła, co jednak nie zostało tajemnicą wobec czeladzi 



286 

własnej, więc i Strońskiego Stefana, którego stoga, MUkowski 
Wojciech, syn Jana, szlachcica biednego, zamieszkałego na 
przedmieściu Bobowej, nienawidził aijan. 

Wici królewskie, wzywające do wojny, odnosiły skutek. 
Gzerniawa Rusi z Biskupczyzny z łupem zabitego Przypkow- 
skiego, zajrzawszy do domów swych, niebawem ruszyła znowu 
na dalsze rozboje. W Grybowie oczekiwał ją Rożen z Gry- 
bowiany zbrojnymi i niebawem wiódł ich porzeczem Wojna- 
rówki do Korzennej, gdzie się przyłączyli słudzy Strońskiego 
Stefana, poddani. Grybowscy więc mieszczanie, przybrawszy 
sobie niemałą kupę zbójców, osobliwie Rusinów (praecipue 
Ruthenorum), złączeni z służbą Strońskiego, w kupie 150 
zbójców, pod wodzą tegoż Rożna Kazimierza, mimo jego dzier- 
żaA^7 Łyczany, na Janczowę, dwór Kempińskich, ruszyli. Nocą 
20. grudnia (fer. 3. antę Nativ. Christi) przybyli do Janczowej 
i wybiwszy drzwi dworów, brali, co pod oczy padło: złoto, 
srebro, szaty, bydło, konie, tak Kempińskich, jako i Jordana 
Jana rzeczy w dworach ich przechowane. Naszli też 
i złupili kmieci ich i zagrodników. (Castr. Sandec. L. 127 p. 
1399). Z dworów onych i domów poddańczych zabrali bydło, 
konie, sprzęty, miedź, odbijając kłódki i drzwi. Rożen sam 
wziął sobie kilkoro bydła, gdyż był biednym dzierżawcą. 
Konie i owce zajęli rusini z Wawrki ; Kamenczanie zaś wzięli 
tłumoki Kempińskich i Jordana. 

Bobowa nie pozostała w tyle za Grybowem. Ks. Krzy- 
sztof Zygmunt Żydowski, przełożony kościoła zbornego w Bo- 
bowej, r. 1647 z wielką okazałością ochrzcił dziewicę, Chry- 
stynę Niemcównę, właściwie Siedmiogrodzką z Brzanej, arjankę 
i miał to sobie za wielką zasługę wobec Boga i szczycił się 
wobec ludzi. Bardziej jeszcze chełpił się dzwonnik Tuchowski 
Walenty, opowiadając szeroce, jak on to przed dwoma laty 
w Bruśniku, podczas najazdu imanego Florka Siemiechow- 
skiego, końcem liny od dzwonu uczył pacierza katolickiego 
i nawracał od tych arjan, co <]tjabła za Boga mają. Chłopy 
i mieszczanie z radością i uznaniem przysłuchiwali się, 
wielbili czyn jego prawowierny, a przy każdem dzwonieniu 



287 

glośnem podziwiali gorliwość jego kościelną; więc też wy- 
nagradzając zashigi , zapraszali na chrzciny i wesela, jako 
kmotra, jako starostę godowego, do Bobowej, Siedlisk, Sędzi- 
szowej, Berdechowa i Brzany raz poraź. A wszędzie i zawsze 
przy takiej sposobności nie zaniedbał on nauczać ludzi 
o okropnościach wiary luterskiej , a mianowicie arjańskiej , 
która (^abłu cześć boską wyświadcza. Przyczem odwoływał 
:8ię na kazania księdza Słowika. Ks. Słowik, czyli, jak się pisał, 
Słowicki Wojciech, r. 1627 komendarz, 1632 dziekan oraz 
kaznodzieja bobowski, przez tyle lat wyrobił sobie mir u po- 
spólstwa, mianowicie w Lipnicy, gdzie plebanił od r. 1642 
Gorliwy obrońca katolicyzmu, potępiał niedowiarki, przeklina? 
arjany, djabłochwalce , a słowa starca namiętnego wzniecały 
nienawiść w sercach chłopów, trwogą przejmowały jednobo- 
żany. On rozsiewał ziarno zgroźne, a drużbowie jego, ksiądz 
Żydowski i kanonicy, zbierali owoc , chrzcząc nawróconych 
trwogą. (Bobowa, Metrices.) 

Ks. Bieniasz-Bieniasowicz Piotr, kanonik bobowski, był 
plebanem na Wilczyskach pobliskich, dziedzictwie Byliny 

.Zygmunta z Leszczyn, którego r. 1640 o dziesięcinę zaprze- 
•czoną pozywał, odgrażając się karą boską, jak podobnie na 
Bylinę Stanisława z Trzycierza protestował ks. Orlik. R. 1645 

. wybrała się drużyna zbójecka pod wodzą osławionego Bajusa 
żółtowąsowego , napadła i zamęczyła Bylinę Stanisława. Wy- 
warło to ogromne wrażenie na Bylinę Marcina, pana na wsi 
i zamku Jeżowe , który, jako człek nabożny, w wypadku tym 
uznał palec Boży, dotykający rodzinę jego za lekceważenie 
praw kościoła świętego, więc też stał się tem nabożniejszym 
tem gorliwszym katolikiem. Z księdzem kanonikiem Bylina 
był w wielkiej zażyłości, radził się go w sprawach duchownych, 
w rozmowie z nim czerpał siły przekonania i woli, a wzma- 
cniał się w nienawiści ku lutrom i arjanom. R. 1655 gdy nikt 
ze szlachty nie ośmielił się powstać jawnie przeciwko Szlich- 
tingowi, on wniósł do grodu pozew na Błońskiego Jana, iż 
w Lusławicach przechowuje Szlichtinga Jonasa, potępieńca 
i wywołańca. Wiedział on dobrze, że nie Jan go przechowtge, 



288 

ale bratowa jego, Elżbieta, Piotra Błońskiego wdowa, lecz 
pozywając Jana, że go zniewoli do obrony własnej, więc da 
obwinienia swej bratowej niemiłej. Tak więc w rodzinie Błoń- 
skich, w samej pieleszy arjanizmu, zaszczepił niezgodę i nie- 
nawiść, ku wielkiemu zadowoleniu nietylko księdza kanonika 
Bieniasza, lecz duchowieństwa wszelkiego. (Biecz gród. 186 
str. 181). Miał zaś ks. kanonik w Wilczyskach gospodynię 
zapobiegliwą i obrotną, a także wielce nienawidzącą arjan, 
których pełno było po okolicy i których zborki, czyli świą- 
tynki skromne, zwano piekłami, bo djabła w nich chwalą 
rzekomo. Rzecz tak straszna, że zwykle karczmę pobliską, acz 
grzeszną, nazywano rajem. Szwagra też godnego miał w są- 
siedniej Lipnicy, Nowaka Błażeja, zwanego Mazurem, kmiecia 
wielce poważanego u Lipniczan i księdza plebana Słowika, 
który weń wpajał nienawiść ku lutrom. Mazur, szwagier, przy- 
był z Lipnicy, oświadczając, że Lipniczanie mają wielką chętkę 
iść na lutry od dworu do dworu, bo tak też robią chłopy od 
Sącza, górale starosądeccy, Ruś nawojowska i Grybowianie. 
Nie było co długo radzić , uchwalono bić lutry. Mazur wró- 
ciwszy do Lipnicy, napoczekaniu zebrał dwudziestu chłopów. 
Prz3^kowski Wacław dziedziczył Fałkowa, Bukowiec 
i część Brzanej, przyległe jedno drugiemu, wioski górskie, le- 
siste, odległe od świata i ludzi, mianowicie zaś dwie pierwsze. 
Bukowiec dwór zajmuje pagórek okrągły na wysokim dziale 
wód Dunajca i Białej, nad źródłami Paleśnicy i Siekierczyny. 
Pagórek ten widny z daleka, do niedawna w około uwieńczoa 
był lasami grubemi i stanowił rdzeń puszczy ogromnej, której 
ślady w przylaskach i krzakach widne po dziś dzień. Góry 
wokoło Bukowca ciekawe są pod względem przyrody, zna- 
mionują je kamienie narzutowe i jaskinie. W Bukowcu, nad 
ubocza odJamnej, leży taki kamień, postaci zameczka jakiego 
średniowiekowego, piątrowego. Zwie go lud : Kamieniem okien- 
kowatym. Lud prawi, że kamień ten djabli nieśli, kogut za- 
piał, przestraszeni, że już świta, opuścili go tutaj. Dziurki 
i chropowatość pozostały od ich pazurów. 



289 

W oddalenia kilku stajań, na pograniczu Paleśnicy^ 
ponad karczmą, zwaną: Na potokach, na roli Brataj owce, 
w lesie bukowym, mało co pod wirchem góry, jest jaskinia, 
zwana: Djablą dziurą. Wchód do jaskiń tych jest czworo- 
boczny, gdyby oddrzwia piwniczki starożytnej. Przechód wąski, 
niby górniczy, ciągnie się na jakie dziesięć sążni ku zacho- 
dowi , obniżając się cokolwiek. Dalej był wchód w pieczacę 
głęboką i obszerną , połączoną z jaskiniami wąskiemi , pobo- 
cznemi, których podłogą płynie strumień wody żywej. Jaskinie 
te mają sięgać aż pod on Kamień okienkowy. Dziś bryła ka- 
mienna, oberwana, zatamowała chodnik, pozostawiwszy otwór, 
którym człek dorosły trudno aby się przecisnął. Z otworu 
tego wieje powietrze czyste i do oddechu swobodne, a o ile 
światło sięgnie, lub kamień rzucony odgłosi, pieczara istnieje 
w całości, jak ją do niedawna oglądali ciekawi. Dziura djabla 
stanowi schowek samorodny, dogodny i bezpieczny, o powie- 
trzu zdrowem, wodzie świeżej i obronności nie lada. Jeden 
człek lada dzidą może zabić każdego śmiałka wdzierającego 
się. Przewiew powietrza zaś z dołu ku górze zabezpiecza od 
dymu, gdyby mieszkańców jaskini chciano wykurzyć. W cza- 
sach prześladowania arjanizmu w Polsce, mianowicie od r. 
1638, wyznawcę nauki Socyna chronili się w Podgórze do 
Lusławic, Łużnej, Rabkowej i kędy mogli. Do góry tej przy- 
tykała rola kmieca, której właściciel nie omieszkał przysłu* 
chiwać się nabożeństwu temu. Jaskinie owe podziemne leżały 
w obrębie roli jego. Przysłuchiwał on się nieraz tym modli- 
twom Braci polskiej, — gdyż tak zwali oni drużynę swą, — 
i obudziła się myśl w sercu jego. Rozmyślał nad słowami ich, 
porównywał czyny ich. Przyszedł do przekonania, że wierzą 
w Boga 5 że wierzą w Chrystusa , Boga człowieka. Zbawiciela 
i Odkupiciela świata, który się począł z Ducha Bożego, naro- 
dził z Maryi, umęczon ukrzyżowan , umarł , pogrzebion i zmar- 
twychwstał. Wszystko to nie zdało mu się zdrożnem, zwłaszcza 
wobec życia, jakie wiedli Bracia polscy. Sąsiadowi, kmieciowi 
z Bukowca, zdało się to dosyć podobnem do prawdy i taki 
woniejący deszcz wiosenny, po którym wszystko odżyło i ro- 

19 



290 

śnie, lepiej mu się podobał od wody święconej z kropielnicy. 
Zgoła powoli , powoli , stał się sam bratem chrześcijańskim 9 
nie pit, nie próżnował i począł się mieć lepiej. Występował 
śmielej, opowiadał ludziom o tern pożyciu i wzorowem i brać- 
kiem, bronił od zarzutu, jakoby djabła chwalili i od pomó- 
wień innych. Do sąsiadów najbliższych należał szewc Maciej 
z prz.ezwiskiem Kaseczka, a to po żonie niedawno zmarłej, na 
którą wołał Kaseczko i którą kochał bardzo , co mu jednak 
nie przeszkodziło pić i przyprawiać ją o nędzę. Po śmierci 
jej pił jeszcze bardziej, modlił się głośno i ciągle wypominał 
Easeczkę swoją, której miłość przeniósł na córkę, też Kase- 
czkę. Tak mijały lata, dzieci sąsiadów rosły, miłowane po 
dworach, szczególnie Kaseczka wybijała w dziewuchę dorodną, 
tak, iż ją powszechnie zwano ładną Kaseczka. Szczególnie 
lubiły ją panie Przypkowskie, aijanki, na Bukowcu i Falkowej. 

Kiedy Lipniczanie jęli się zmawiać na lutry, dziewczyna 
ani wiedziała, ani zważała. Gdy zaś ojciec jej pijany powrócił 
ze wsi i jął się odgrażać lutrom fałkowskim i kmieciowi, bratu 
djabelskiemu z Bukowca, dziewczyna nadstawiła ucha, wy- 
słuchała całą prawdę okropną. Więc nie tracąc czasu, wy- 
mknęła się z chałupy i przebiegła lasem do kmiecia onego na 
Bukowcu, donosząc mu, co się dzieje. Że już poszli po zbój- 
ców Rusnaków gdzieś za] Grybów i niebawem w nocy przyjdą 
zabijać panów Przypkowskich, więc z płaczem nalegała, by ich 
przestrzedz. Kmieć wysłuchał uważnie i rzecze: Chodź ze 
mną do dworu, są tu panowie ! — Kiedy ja też nie smię ! 
— To wolisz, żeby ich zabili? — Pójdę już, pójdę! — Poszli 
więc oboje, opowiedzieli, co wiedzieli, gdy właśnie nadjechał 
pan Konstanty z przestrogą podobną. 

Przypkowski Konstanty, syn zabitego Krzysztofa, był 
w Brzanej pod Bobową, pieleszy Przypkowskich i Błędowskich. 
Tam posłyszał, że na jarmarku w Bobowej wołano, aby lutry 
i żydy, jako zdrajcę Rzeczypospolitej, znosić kędy się pojawią. 
Więc też wywiedział się, że chłopy z Brzany i Berdychowa 
zmawiają się na lutry. Nie czekając, dosiadł konia, pojechał 
ostrzedz stryjów, Wacława i Samuela, nie wiedząc, że inna 



291 

czerniawa wali się na ojca jego w Koniuszo wej. Na Bukowca 
zastaf stryjów obydwu, gdyż z bliskiej Pałkowej przyjechał Sa- 
muel. Obaj Przypkowscy właśnie rozmyślali nad bezpieczeń- 
stwem niewiast swych, do których należała matka, więc i dzieci; 
o zamieszkach ludowych sądzili, że były doraźne i że się 
■skończyły po odzyskaniu Sącza. Przestrogi więc kmiecia ży- 
<;zliwego i dziewczyny słuchali z niedowierzaniem i uważając 
za owoc trwogi, wzbudzonej wieściami płonnemi, zdziwiła 
ich jednak pewność opowiadania i przekonania Maciejównej , 
zaniepokoiły słowa Konstantego. Wtem od Zbęku przypada 
Taszycki Przecław z przestrogą, aby się chronić kędy, bo 
chłopstwo w kilka tysięcy ciągnie na lutry i Koniuszową na- 
padają. — Kędyż uciekać, ku Bobowej ? — Broń Boże ! — za- 
uważył kmieć — wBrzanej gotigą się z pewnością, zastąpią. — 
To kędyż? Do Grybowa nie! do Lusławic chyba, ale po co, 
żeby mnie pani szwagrowa zbójcom wydała? — Błoński ucieka! 

— przerwał Taszycki. —Więc cóż począć? gdzież kobiety po- 
dzleć? dzieci? — Proszę łaski pana, oni paniom nic złego 
nie zrobią, ani dzieciom ; ja to wiem, bom słyszała, jak gadali. 

— A kieby też panowie posłuchali mojej rady chłopskiej, 
możeby się przydała ? — Cóż ? — A kieby się ukryć w ja- 
skiniach ? tam bezpieczno ! ani się nie dobędą, ani dymem nie 
wyduszą, boć tam przewiewne, a woda jest, kieby tak żywności 
nabrać i broni, i pościeli, a światła, toby tam wysiedział 
i miesiąc cały! A przecie też ta burza minie albo pomoc 
nadejdzie. — Dobrze radzi ! ale cóż z kobietami ? — Panie, 
jeżeli nie zechcą, toć je weźmiemy do siebie na wieś, pomiędzy 
siebie , tak samo i bydło. — Ja ta nie opuszczę pani , co mi 
to na przednówku dla matusi chorej dawała zawsze zboża, 
omasty i lekarstwa. Matusia, umierając, zaklinała mnie, żebym 
wierną była i posłuszną! Kieby tatuś nie pijali, byłabym już 
dawno przyszła na służbę, choćby mnie pani Ryskalina miała 
i wybić, ale cóż, kiedy jeszcze brat był maluśki, byłby zmar- 
niał przy tatusiu, teraz on może już służyć, toć i ja pani mąj 
nie opuszczę, choćby na kraj świata, to pojadę. 



292 

Z rozrzewnieniem wyshichali wynurzeń dziewczyny pła- 
czącej i niebawem zajęli się przygotowaniami. Panowie przy- 
gotowali broń, jadło, napój ; kmieć, przywoławszy syna, kazaf 
mu to zanosić do jaskiń i składać w miejsce suche. Poczem 
panom radził iść zaraz , nie dozwalając wracać do Pałkowej, 
kędy się udał wraz z dziewczyną po panie i dzieci. Konstanty 
natychmiast kazał zakładać konie do sań gospodarskich i pa- 
kować, co można. Kmieć zaś bukowiecki i włodarz po krótkiej 
naradzie przywołali kilku kmieci fałkowskich, rozdali im bydło 
i ruchomości różne , mianowicie broni, co było. Za małą 
chwilę zajechały sanie, wołano, by wsiadać; młodsze panie 
były gotowe, lecz matka staruszka nie chciała. — Moje 
dzieci ! wy jedźcie, ja zostanę ! Ktoś zostać musi, boby ina- 
czej szli w pogoń, śledziliby i wyśledziliby. Tak zaś zastaną 
mnie staruszkę samą, to mi nic nie zrobią, a ja ich tu zaba- 
wię i odwrócę uwagę od was. Nie bójcie się o mnie, patrzcie 
na mój spokój, chwila moja nie nadeszła, nic mi się nie 
stanie, ani włos nie spadnie z tej głowy siwej , niegodnam 
matka ginąć w obronie dzieci, jak to wolno każdej lwicy, 
wilczycy każdej. I wam nie będzie nic, widzę to, przeczu- 
wam to... Ale Krzysztof! ale Krzysztof! o Boże! zmiłuj się 
nad nim! Jedźcie dzieci, jedźcie, siadajcie, uciekajcie, bo 
już idą, już ruszają, serce moje widzi , ruszajcie ! Bóg z wami t 
Bóg z wami ! O mój Krzysztofie biedny ! na com ja cię rodziła!* 
Pojechali. Konstanty jechał przy nich na dobrym koniu, 
uzbrój on należycie, gotów na wszystko. Ciągło go ku Koniu- 
szowej na podglądy, spiął konia i ruszył. Wjechał w las,, 
zwrócił po pod Falkowę. Niezadługo jednak przystanął na 
widok jeźdźca pędzącego od Lipnicy, aż się koń rozpierał* 
pod nim, przed sobą i na plecach miał tłumoki jakieś. Poznał' 
w nim sługę p. Reskalego z Lipnicy i sądził, że ucieka przed 
chłopami, więc zawołał zdała: Jasieński! a dokąd to? — 
Wzdrygnął ' się Jasieński, przystanął, a poznawszy, kto nań 
woła, zwrócił konia, świsnął na palcu i woła : Sam tu chłopyf 
sam tu do mnie! Jest tu luter, hajże na lutra! — I krzyknąć 
po łowiecku na całe gardło, a odgłos zahuczał po lesie. 



293 

Konstanty, nie wyczekując, zwróci/ konia w bok i popędzi/ 
ku Brzanej, wiedząc, że Łipniczanie zmierzają na Falkowę. 
W Brzanej wpadł na folwark do Siedmiogrodzkiego, vulgo 
Niemca i mówi, co się wodzi, przestrzega, by uciekali. Zerwali 
się Siedmiogrodcy , ojciec i syn, do koni, asa broń, a pod 
kobiety sanie. — Ja nie pojadę nikędy, — z największym 
spokojem mówi pani Eufrozyna Siedmiogrodzka, matka. — 
Dziecko mi chore, odstąpić go nie mogę, a zabrać z sobą 
także nie, boby umarło z przeziębienia. Wy uciekajcie, bo 
o was chodzi, mnie, matkę z dzieckiem, pewno oni nie zabiją , 
a jeżeliby zabili , to niechaj to będzie na ofiarę Bogu jedy- 
nemu! Niechaj papistom będę całopaleniem z dziecięciem 
mojem wraz. 

Nie odstąpiła od tego, a mężczyzn zaklinała na wszystko, 
aby się schronili do Bobowej między mieszczan. Krótkie 
i łzawe było pożegnanie ojca i syna. Ona błogosławiła im 
spokojem męczennicy. Gdy byli na Berdychowie, minęli dwu 
jeźdźców zbrojnych. — Stój! kto jedzie? — Swój! — I my 
swoi, odrzekli nieznajomym, którym ponuro z ócz patrzyło. 
Widzieli, iż spuszczają się ku Bruśnikowi. Dotarłszy nakoniec 
Berdychowa, wstąpili na folwark. Był tam zboreczek aijański 
maleńki, na samym prawie brzegu Białej, z przybudowaniem 
dla kaznodziei. Kaznodzieją był staruszek białobrody, nabo- 
żny, żywot trawiący na modlitwie i pracy. Wstąpili po niego, 
chcąc go uprowadzić. — Nie pójdę ! Tam w Bobowej są nie- 
przyjacioły najzawziętsze kościoła bożego, oniby mnie tam 
zabili. Toć wolę tutaj ginąć, tu przy tym zborku, któremu 
służę lat tyle. Dałby Bóg, bym mógł umrzeć jako wierny stróż 
Syonu, z modlitwą na ustach, z przebaczeniem w sercu! — 
Żadne namowy nie skutkowały , owszem starzec nalegał, aby 
uciekali, bo już słychać wrzawę, zaklinał wahających się i bło- 
gosławił klęczących. 

Bez przeszkody wjechali do Bobowej, a Pomilik Paweł 
przyjął ich do gospody swojej. Tam zaś za wodą wrzało 
piekło na „Piekle i Baju^. Są to dwie karczmy: Raj, karczma 
bobowska, tuż u skrętu drogi ku Berdychowu, nazwana tak 



294 

z przyczyny, że by/a w ręku katolików. PieUem zaś zwie* 
się dziś karczma w Brzanej dolnej, dzierżawie wówczas Pilec- 
kiego, arjanina. Zborek arjański zwano piekłem. Z nazw oby- 
dwa znać, że księdza jezuity Cichowskiego dzieło udowadnia- 
jące , iż aijanie djabła za Boga mają, nie było obcem ludowi 
i po karczmach bywało rozbieranem, zwłaszcza przy pu^^ty- 
kach nabożnych, odpustowych, pogrzebowych, niedzielnych^ 
świątecznych i potocznych. Boć temu przecie zaprzeczyć nie- 
podobna, że lud polski wszelką chwałę Boską zapijać musi 
po staremu, więc też karczma zawsze obok kościoła. 

Lachy, ród kmiecy dorodny i odważny, po dziś dzień 
przechowali podanie, że przywodzili w onczas, gdy chłopi 
z Brzany z rozkazu królewskiego zabijali arjan w Berdycho- 
wie. Dalej niesie podanie, że przy zborku, w domeczku na 
brzegu Białej, żył aijanin stareńki, siwobrody. Gdy przypadli 
chłopi z Brzanej pod przywództwem Lacha, zastali go czyta-- 
jącego nad księgą wielką. Obaczywszy napastników, wstała 
zwrócił się ku nim i rzekł : Wiem, pocoście przyszli, jestem 
gotów. — Skoczyli ku niemu , zacięli obuchem w czoło ; padf 
i skonał u ich nóg, nie wymówiwszy słowa więcej. Niewiele- 
łupu znaleźli i uciekli przed widmem starca modlącego się. 

Bacząc, że nie znajdą oporu od szlachty, nie przyjęli 
chłopi przewodnictwa pana Laskowskiego Wojciecha, który 
im się narzucał , więc rozgniewany odjechać musiał l. niczem 
i onego to z wiernym Stanisławem zdybali trzej arjanie, ucie* 
kając do Bobowej. Brak zaś wodza dobrego, a podobno- 
i Beskidników, był przyczyną, że zawahali się napaść 
dwór p. Pileckiego w Brzanej. Wiedzieli, że to wojak śmiały. 
Więc też ocalała i p. Siedmiogrodzka. 

Lipniczanie, skoro zmrok zapadać miał, ruszyli na Fal* 
kowę. Poprzedzał wspomniany Jasieński , sługa p. Reskalego^ 
okradłszy pana swego i namawiając, aby go zabić, bo on 
także nie daje dziesięciny księżom , ani w Korzennej , ani 
w Lipnicy, a ks. Słowicki wyrabia nań klątwę. Lecz kmieciom 
lipnickim dziesięcina nie trafiała do przekonania, gdyż sami 
nie byli skorymi do jej dawania, zresztą widywali p. Reska* 



295 

lego w kościele, więc trudno go potępić. Na Falkowej za- 
stawszy jeno staruszkę bezbronną, wdowę i z drugą kobietą, 
nie robili im przykrości, boć kmiecie, jeszcze nie zaprawieni 
do pastwienia się, bronili. Zabrali tylko ostatek bydła i ru- 
chomości i ruszyli dalej, zaniepokojeni postawą kmieci fał- 
kowskich zgromadzonych. Nie śmieli ich zaczepiać, ani śle- 
dzić po chałupach, rozumieli, że kmiecie sami złupili dwór 
pana swego. Zapytali tylko: A kędyż te djabły lutry? — Po- 
chowali się do dziur ! — Chodźwa dobywać ich ! — zawołał 
szewc Maciej , idąc przodem z widłami w ręku. — Chodźwa I 
chodźwa! — Już byli w uboczy, którędy wchód do dziur, 
kiedy od Kamienia oknowego usłyszeli świst głośny. Był to 
jeden z chłopów, stojący na straży i przywołigący kmieci ku 
pomocy, z obawy, że istotnie mogą się dobywać do dziur 
albo do chałup, kędy się schroniły panie. Szewc Maciej, usły- 
szawszy stanął i przeżegnał się. Przypomniał sobie podanie 
ludzi o kamieniu onym, że go djabli nieśli ku Węgrom, chcąc 
kamieniami podobnymi odmurować Polskę od Węgier tak, 
iżby nikt nie przelazł ani tam, ani tu, że go nieśli powietrzem, 
kiedy usłyszeli, iż kur zapiał na świtanie, więc upuścili go 
tutaj i uciekli. Przypomniał sobie, iż sam oglądał chropowa- 
tość od pazurów djabelskich. Jakoś mu się zrobiło straszno. 
W tern wrony, śpiące na drzewie, zerwały się spłoszone, 
a w chałupie pobliskiej zapiał kogut na odmianę. Szewca 
przeszła trwoga śmiertelna, zawołał: Uciekajmy, bo djabli 
lecą — i skoczył ku działowi. Za jego przykładem poszła cała 
czerniawa zabobonna. — Na Zbęk kobylski — zawołał Mazur — 
za mną! — Pierwszy, co szedł za nim, był szewc Maciej, od 
czasu do czasu oglądając się po za siebie, zwłaszcza, gdy 
znowu weszli w las ciemny. Wyszedłszy do Przydonicy, przy- 
pomnieli sobie o Nakręcajczyku Janie, gumiennym dworskim, 
który obiecał iść do ruszenia na lutrów. Postanowili zawe- 
zwać go. 

Nad Kobylem, na granicy Zbęku, stanęli, bo Mazur nie 
był pewnym swego. Pobiegł do chałupy pobliskiej i przywo- 
łał chłopa; był to komornik już z Kobyla. — Gdzie Kobyle 



296 

i kędy Zbęk? — A hań! — Kto tam we dworze? — Pan 
ChroDOwski Mikołaj. — Znasz go? — Jam poddany jego. — 
Czy on luter ? — Oj ! straszny luter ! — Po czem to wiesz ? 
— A jużcić wiem! bo on nie zna święta żadnego. On robi 
i w Boże Narodzenie. — Chodź z nami, prowadź! — Pójdę! 
czemuby nie. (Sącz gród. 127 str 646). 

Chronowski Mikołaj, stary podsędek grodu sądeckiego, 
przejęty na wskroś prawem i porządkiem prawnym , do tego 
szlachcic serca odważnego, a władający szablą, w żaden spo- 
sób nie mógł przypuścić możliwości, że podczas walki z na- 
jezdnikiem Szwedem szlachta polska mogłaby podnieść rękę 
na współbracia swoją. Owszem, czytając wici królewskie, uznał 
je za bardzo odpowiednie, wzywające do walki z Szwedami. 
Będąc zaś gotów przyłączyć się do oswobodzicielów ojczyzny, 
był spokojnym, przygotował wszystko i według uchwały naza- 
jutrz gotów był ruszać do Grybowa i przygotowawszy wszystko, 
spał spokojnie, nie wierząc przestrogom, które go docho- 
dziły. W śpiączki też opadła go czemiawa, otoczywszy dwór za 
wskazówką komornika onego. Wywleczonego z łóżka poznał 
on, lecz i jego poznał Chronowski. Więc chłop przestraszony 
jął wołać: On luter! on luter! dla Boga, proszę utnijcie mu 
głowę, bo mnie zabije. — Mazur, Fabian i Wójciki rzucili się 
na Chronowskiego , bili kijami. Uderzony silnie po głowie, 
zalał się krwią, zatoczył i upadł głową o podłogę, jął char- 
czeć. Szewc Maciej Kaseczka tymczasem obzierał się za 
łupem, pochwycił trzos z pieniądzmi i suknię ozdobną. Mazur 
chwycił trzy spódnice białogłowskie , drudzy rozchwytywali 
szaty rozmaite. Brali zresztą, co się dało unieść : broń, kobierce, 
a przedewszystkiem skrzynkę sporą z pieniądzmi i kosztowno- 
ściami — nie gardząc jednak i zasobami żywności. Bydła 
nie brali, tylko konie, na które powsiadali zaraz. Po ich odej- 
ściu docucono się Chronowskiego, był zbity kgami po ciele, 
a szczególnie miał dwie rany w głowę od uderzenia. Że to 
jednak nie byli zbójcę z rzemiosła, nie męczyli go, ani przy- 
piekali ogniem. Rusnacy snąć byli między nimi w liczbie 
małej i nie starzy zbójcę. Wyszedłszy z dworu, stanęli na 



297 

dziale w krzakach. Już był dzień. Pilno im się byto dzielić 
zdobyczą, bo Mazur bat się przeniewierstwa. Kazał więc sta- 
nąć wszystkim i składać łupy, gwoli podziałowi. Poskładali 
fiuknie, broń. — Pieniądze składajcie! — Nikt się nie przy- 
znawał. Więc Mazur chodził od jednego do drugiego, prze- 
trząsając za pieniądzmi. Podczas tego Maciej Kaseczka, szewc, 
wziął się do szkatuły i tłukł ją siekierą, chcąc rozbić. Posły- 
szał to Mazur, przyskoczył, uderzył obuchem i rozbił. Oka- 
zało się srebro, cacka drogie i pieniądze. Mazur chwycił za 
puzderko łyżek srebrnych i schował dla siebie. Wójcikowi 
jednemu dał łańcuszek złoty, drugiemu krupkę (puharek) 
srebrną, większą nad przygarście, trzeci dostał szablę oprawną. 

Szablę drugą dostał Gabor Nędza, a trzecią nieoprawną, 
lecz zamaszystą, sobie zostawił Mazur. Do pieniędzy znowu 
sięgał Kosteczka, Mazur odtrącił go, mówiąc, że i tak porwał 
trzos. — Co tobie do mojego trzosa! ja najwięcej powinien 
brać, bom najwięcej zarobił. — Ty pyskaczu! coś nas na- 
wodził na c^abły! — Ty! chamie, chłopie, jam majster! ja 
cię nauczę moresu ! — Ty mnie? —Już się zamierzyli na siebie, 
w tem parobczak Domina z Wilczysk, upatrzywszy chwilę, 
sięgnął do skrzynki, za nim Nakręcaj, gumienny z Przydonicy, 
nuż drudzy się cisną! Mazur, bacząc, skoczył, dobył szabli, 
chciał rąbać, wołając: Pozabijam! Rozpędzał. Szewc Maciej, 
korzystając z przerwy, chwycił pieniędzy kilka garści, ostatkiem 
podzielił się Mazur z Wójcikami. Poczem szli dalej, niosąc 
^upy inne. Gumienny przydonicki niósł masła faskę. Szewc 
Maciej rzecze : Sprzedaj mi. — Zgodzili się, szewc sięgnął do 
trzosa, płaci. Gumienny zaś, patrząc ku Przydonicy, mówi : 
A dyć p. Tomaszewski spogląda na nas. — To idżźe precz , 
B, słaniaj się tutaj ! — Poszli dalej ku Lipnicy. Za Mazurem 
sługa jego, Tumidaj , niósł trzy suknie kobiece, Fabian niósł 
'brzemię szat. W Lipnicy wsi podzielili się do reszty. 

Pan Tomaszewski w Przydonicy istotnie strzegł powrotu 
napastników. Skoro lyrzał wracających poddanych swoich , 
zwołał czeladź uzbrojoną, kazał ich po wsadzać i przetrząść, 
poodbierał, co mieli przy sobie i po stodołach kazał szukać 



298 

i odbierać hip pochowany. Gdy zagadał gumiennego swego^. 
odparł mu tenże ostro, wyświadczając się rozkazem królewskim, 
głoszonym wszędzie po jarmarkach. Więc dodał śmiało, że 
nikt nie ma prawa zabraniać znoszenia lutrów i żydów, skoro 
król tak wskazuje, chyba, żeby kto sam trzymał z Szwedem. 
Tomaszewski zamilkł i tylko mu odrzekł: Rób sobie co 
chcesz! Ale pamiętaj, zły człowiecze, że tego źle zażyjesz! 
wspomnisz ty na słowo moje , ale zapóźno ! — Chłopów kazał 
wypuścić, bacząc groźną postawę ludu. Nakręcaj zabrał się 
do Lipnicy. Mazur, zasmakowawszy w łupach , ruszał znowu 
po krótkim wypoczynku. Ponad Jasiennę i Przydonicę przeszli 
do Lipia. Z Lipia przyniósł Mazur dwa żeleźniaki , suknię 
czarną i owiec dwie przygnał. Rusnacy byli z nim dwaj^. 
z Biskupszczyzny. 

Lipniczanie ci byli poddanymi p. Tomaszewskiego Krzy- 
sztofa i Reskalego Jana, którzy obydwa ujechali do Bobowej. 
Tomaszewski zamieszkał gospodą na folwarku niegdyś Mogi- 
lańskiego, a Jan Reskali na folwarku Benka. Obydwa nie 
wiedzieli nie o czerniawie poddanych swoich, a Reskali, po- 
słyszawszy, natychmiast wrócił do Lipnicy. Nazajutrz p. Re* 
skali, uzbroiwszy się i służbę swą, przyzwał wójta i nakazać 
śledzić łupy zabrane. Szukano po wszystkich stodołach kmieci, 
co brali udział w wyprawach i zabierano łup znaleziony, ka- 
zano zwracać, co pobrali. Poodbierał nieco pieniędzy, szat 
i ruchomości, także bydło. Wójcikowi jednemu odebrał szablę 
oprawną, Mazurowi krowę przypędzoną z Kalkowej i flaszę 
wielką cynową, kobierzec zaś turecki piękny zataił Mazur 
prawie w oczach pana Reskalego, odbierającego łupy. Tak 
samo zataił pieniądze, łyżki srebrne, szaty i inne rzeczy. 
Mówiono, że je kędyś zakopał. Wójcika Piotra parobek, bacząc, 
co się wodzi, umknął z brzemionem łupu. Gdy przycichło, 
Mazur łup swój przeniósł do Wilczysk, do szwagra swego 
Grygla, bakałarza, który obmyślił przechowek doskonały. Flaszę 
piękną, posrebrzaną, darowali gospodyni księżej. Suknię p. 
Chronowskiego dał sobie przerobić na żupan. Domina, paro- 
bek w Wilczyskach, okazywał pierścień piękny, wykradziony 



299 

z szkataly p. Chronowskiego podczas onej kfóini przy po- 
dziale. Później, gdy pokrzywdzeni jęli dochodzić krzywd, Mazur 
nie czekając, wyniósł się, do Poręby. (N. Sącz, księga wójt. L. 
64 str. 54—175. Gród sądecki księga 127 str. 607). 

Reskali ze zgorszeniem dowiedział się, że Jasieński, dwo- 
rzanin jego , nietylko odbiegł służby, łącząc się z czemiawą 
chłopską, ale nadto skradł rzeczy wiele i jeszcze namawiał, 
żeby Heskalego napaść i zabić. Z grozą wywiedział się też, 
że to wskutek kazań księdza Słowickiego Lipniczanie ruszyli 
na zbój i rozbój. 

Maciej Kaseczka, szewc, wróciwszy, upił się zaraz, bo 
miał zgryz wielki i miał go czem zalewać. Zgryz miał wielki, 
bo nie zastał córki swojej i dowiedział się, że ona służy u p» 
Przypkowskiej, arjanki. Bolało to ojcowskie, katolickie serce 
jego, a to tern bardziej, gdy słyszał, że ona przestrzegła, więc, 
że zdradziła ojca, rodzica i sprawę nabożną wytępiania nie- 
przyjaciół kościoła. Nie mógł się wywiedzieć kędy się podziała. 
Tego, co mu powiedziano poufnie, że wyjechała kędyś z pań- 
stwem, nie mógł przypuścić w żaden sposób. Bo gdzieżby ona, 
córka jego nieodrodna, mogła puścić się gdzieś w świat, da- 
leko od rodzinnej chałupy, w której wprawdzie bywało zwykle 
chłodno i głodno, ale w której się rodziła, w której mieszkał 
rodzic jej, wprawdzie rzadko trzeźwy i nie dbający o dzieci,, 
ale zawsze wielce i czule kochający i nabożny. A do tęga 
z niedowiarki miałaby uchodzić? Nie, w żaden żywy sposób! 
I znowu szedł pić dalej. Wyszedłszy, obaczył ruch jakiś nie- 
zwykły koło dworu i słyszy, że p. Reskali w Lipnicy szuka 
skarbów zabranych lutrom. — Toć ja pójdę szukać skarbów, 
które mi lutrzy zabrali, pójdę szukać Kaseczki mojej, kró- 
lewny mojej ! 

Pan Laskowski Wojciech, nie przyjęty za wodza od chło- 
pów w Brzan ej, pojechał szukać sprzymierzeńców innych,. 
Popod Bukowiec przćjechał do Jamnej, do p. Czerskiego.. 
Zastał tam już Jasieńskiego, co okradłszy pana swego, Reska- 
lego, zbiegł do Jamnej i przyjął służbę u p. Czerskiego. Wie- 
dział on i opowiadał, że kmiecie fałkowscy i młynarz prze^ 



800 

chowują bydło i mienie Przypkowskich, na które miał wielką 
ochotę. Pan Laskowski wiedział do kogo się udał, bo godny 
jego przyjaciel p. Czerski rzekł mu: Odbierzmy to chło- 
pom, co pobrali.— A dobrze* Przecież to wolno! W Bobo- 
wej powiedziano mi najwyraźniej , że na jarmarku wołano : 
Aby lutry i żydy,jako zdrajcę Rzeczpospolitej, znosić kędy się 
pojawią. — Hej ! sam słyszałem o tem, zapewne. — A zatem ! 
Dobre mi znoszenie, jeżeli lutry pouciekały, a chłopi prze- 
chowują mienie ich, toć się opłaci być zdrajcą, boć od 
Szweda zysk, a od swoich bezkarność.— Więc jedziemy? — 
Posłyszała to pani Czerska i pyta: Dokądże to Waszmość 
jedziecie? — Jedziemy do Pałkowej odbierać chłopom, co 
pobrali od Przypkowskich na przechowek. — Ani mi Jego- 
mość nogą ruszysz! jeszcze czego nie stało? sąsiadów na- 
jeżdżać i obierać! Co nie twoje, tego nie rusz! — Ale, ale^ 
dajże Jejmość spokój. Od przybytku głowa nie boli. Mająli 
wziąć chłopi , lepiej niech się nam dostanie. Przecież to po- 
dobniej. — Ani mi słowa więcej ! bo Jegomości gębę zawrę. 
Jaki mi tu bohater do najazdu! myślałby kto, że prawda! 
Leń, gnojek, życie mi zawiązał, los mi zagrodził! Kiedy trzeba 
koło domu, to się ledwo ruszy, ledwo obróci, to go niema. 
A do najazdu toby byŁ.. Jaki mi tu . . ani się ruszysz. — Czer- 
ski ruszył ramionami, i rzekł po cichu: Głupia kobieta! coby 
jej to szkodziło. — Po chwili odważył się powtórzyć głośniej : 
Ale, zauważ Jejmość proszę. Cóżby to szkodziło? — Toby 
szkodziło, że ja nie chcę. Kieby tak na panią Taszycką, 
tobym nie rzekła i słowa. Bo to ona katoliczka świątobliwa, 
lutrów nie lubi, zbory znosi, a jak jechać mimo niej, to nawet 
nie pozdrowi, nawet głową nie kiwnie, wypatrzy się na człeka, 
jak na raroga! A te panie Przypkowskie, acz luterki, zawsze 
pozdrowią uprzejmie i Boga pochwalą i nikogo nie krzywdzą. 
A gdyby się do nich zapędzić z czem, to poradzą uczciwie 
i pomogą wedle siły. — No , no , no ! uspokójże się Jejmość 
uspokój o te luterki , skoro jej tak do serca przypadły. . . 
Dalej, dalej , możeby nam wypadło z grzecznemi paniami po- 
społu djabła chwalić 1 — Pani Czerska zczerwieniła się od gniewu, 



301 

wyszła i trzasła drzwiami. A pan małżonek cieszyi się, że jej 
dojechał dowodem religijnym, zacierał ręce i mówił: Teraz 
będzie cicho! teraz dobrze! Ale wiesz co, panie Wojciechu, ja 
przecie nie pojadę. Ale wiesz co, dam ci Jasieńskiego, Ciężkow* 
skiego i jeszcze trzeciego zbrojnego i chłopów trzech konno, 
a pieszo to ich się tam nazbiera niemało. Was jest dwu, 
powinno wystarczyć. — Zgoda! 

Zabrał Laskowski chłopów i ruszyli do bliskiej Pałkowej,, 
bo tylko do góry. W pierwszej lepszej chałupie dowiedzieli 
się. że u Siesuchy jest garniec gorzałczany dworski. Pojechali 
i zabrali go wraz z rurami, przyczem groźno pytali o więcej. 
Siesucha powiedział o Raku. Znaleźli tam parę krów i roha- 
tynę, którą wziął Laskowski, znaleziono też brzemiona chust 
rozmaitych, które brali Jamniczanie. W chałupie pustej zna- 
leziono parę wołów dworskich. U Dudy wzięli faseczkę miodu^ 
łoju spuszczanego pół kręgu, a Dudzina oddała jeszcze płótna 
kawałek na koszulę. U młynarza wzięli dwie konwie, pałasz 
i muszkiet. Bydła, wszystkiego wzięli 19 sztuk. 

Czerski życzył sobie krów kilka, wiedząc, że arjanie 
chowają bydło piękne. Obiecał zapłacić za nie. Więc Laskow- 
ski kazał mu zagnać cztery krowy i dodał kocioł miedziany. 
Piętnaście zaś bydła kazał gnać do Bobowej przed sobą.. 
Czerski pochwalił krowy i widocznie był z nich uradowany.. 
Jejmości także podol)ały się, ale nie chciała ona żadnych łu- 
pów, tylko kupna, co z góry zapowiedziała mężowi. Więc JMp. 
Czerski wydobywa 12 złp. i daje JMpanu Laskowskiemu. 
— Jak to, za cztery krowy i kocioł miedziany z rurami? — 
Hej! tak! — Bój się Boga! to za mało! — Ależ na Boga., 
będzie tego, będzie! — Rany boskie! żebym był wiedział, 
byłbym wolał nie wiedzieć o niczem. — Ale przebóg! panie. 
Wojciechu ! tać to za darmo. — Jak to za darmo ? Czemuż 
WMość sam nie chciał jechać ? to mój zarobek. — Toć też 
płacę. — Mało, trzeba dodać! — Jak pana Boga kocham! 
nie dodam! Wielkie słowo! rzekło się choćbym chciał, nie 
mogę złamać, boć grzech! Zresztą była też tam i moja cze- 
ladź i chłopi moi. — Przekonał JMp. Czerski JMp. Laskowskiego,. 



302 

któremu pilno było za byd/em. Objechał markotny z ma- 
łego zysku. Wierny ciurka, Stanisław Mirecki, jechał za nim 
na onym koniu gliniastej maści, którego ongi zamienili w Klę- 
czanach. 

Szewc Maciej zapędził się szukać Easeczki swej najuko- 
chańszej. Wybiegł na Bukowiec, ze strachu coraz głośniej 
śpiewa pieśni nabożne, zdążając lasem ku onej dziurze. Wtem 
słyszy wołanie, napędzanie, tupot mocny. Sądził już, że dja- 
bły lub lutry zbójcę chcą go imać. Więc chce umykać, ale 
strach pęta mu nogi, zalazł w ostrężynę, a gdy się zaczepił 
karkiem o gałązkę kolącą, zdało mu się, że djabli już wbi- 
jają weń szpony ostre, że już po nim. Omdlewając z trwogi 
wołał nabożnie: Panie! w Twoje ręce oddaję grzeszną duszę 
moją ! Bydło pędzone omal go nie potratowało, poznał Jasień- 
skiego i poznań nawzajem dowiedział się o co rzecz chodzi 
i że pan Laskowski bydło popędzi do Bobowej. Nie był tak 
pijanym, żeby nie czuć potrzeby wydalenia się z Lipnicy na 
czas jakiś, dopokąd nie przycichnie śledztwo, pojął też, że naj- 
pewniejsze schronienie byłoby do Bobowej. Więc oświadczył 
się z chęcią przyłączenia się, co panu Laskowskiemu nie 
mogło nie być na rękę. Więc samowtór z wiernym ciurą, 
Stanisławem, pędzili ku Bobowej pięcioro bydła, podczas gdy 
Laskowski wstąpił do Jamnej. 

Na rynku miasteczka wyprzedził ich, a gdy mija gospodę 
Pomilika, Przypkowski Konstanty, stojąc w sieni, poznaje bydło 
stryja Wacława. Woła więc: To bydło z Bukowca! złodzieje, 
trzymajcie złodziejów! — Laskowski, obaczywszy Przypkow- 
skiego, podjeżdża, chwyta za pierś i chce wywieść z sieni. Ale 
Przypkowski uczepił się drzwi, opiera się całą siłą. (Sącz 
gród. 127 str. 591). Więc Laskowski woła na swoich : Chłopy 
bierzcie tego lutra! — Szewc Maciej poznawszy Przypko- 
wskiego , zawołał na całe gardło : Ha , ty lutrze ! ty djable ! 
a gdzie Kaseczka moja, oddaj mi królewnę moją. — i nie 
czekając odpowiedzi, z widłami nąjeżonemi pędzi przeciwko 
niemu. Koń pod Laskowskim, i tak niespokojny, spłoszył się. 
Przypkowski się szarpnął, zatoczył i upadł o ścianę. Tej 



303 

•chwili szewc uderzył weń widłami. Nie przebod/, ale tak, jak 
marzył po pijanemu, za szyję przywarł do ściany i woła: Ha^ 
zbójco, djable ! mamcię! mam cię! Ale poczekaj, nie dam ja 
-ci się 'drugi raz pochwycić za łeb, jak tam w dziurze. A gdzie 
Kaseczka? Gdzie królowa moja najśliczniejsza ? 

Laskowski zaś wołał : Bierzcie go, wyciągcie go z go- 
spody! — Więc obaj słudzy pijani, śmiejąc się z szewca, 
•ciągli to za ręce, to za nogi, a szewc trzymał jeszcze silniej 
za wbite w polepę ściany, powtarzając : A widzisz, a mam cię ! 
Byliby udusili, bo nikt nie pomagał ocalić lutra. Już zsiniał 
i czerniał, szamocąc się nadaremnie. W końcu zawołał: 
Chrztu! księdza, na Boga, księdza! — Na to przyskoczyło 
kobiet kilka, a jedna z nich, śpiewaczka Zofia, która była 
wielką zwolenniczką zasady nawracania lutrów i aijan, chwy- 
ciła szewca za łeb. — Oho ! już mnie ma, oho, przepadło ! — 
Tak wołał, przekonany, że go trup chwyta za głowę. Więc się 
zatoczył, puścił widły i upadł wznak, a Przypkowski odetchnął 
na chwilę. Lecz Laskowski woła: Dajcie go tu! sam lutra! 
aabiję tego lutra! — Ponulik zaś woła: Przebóg! nie czyń- 
cie gwałtu domowi mojemu! — Lecz oni szarpią i ciągną. 
Wtem słychać dzwonek, lud klęka pobożnie, rozstępując się. 
Przodem biegnie dzwonnik Tuchowski Walenty. 

Pod 28. grudnia zapisano w księdze chrztu kościoła 
zbornego w Bobowej : „Ja, Krzysztof Zygmunt Żydowski, prze- 
łożony kościoła bobowskiego , ochrzciłem synów urodzonych 
z rodziców arjańskich, mianowicie: szlachetnie urodzonego 
Konstantego Przypkowskiego i Krzysztofa Niemczyka. Rodzicami 
chrzestnymi byli: urodzeni Błędowski Paweł i Mianowska 
Jadwiga. W dzień św. Jana apostoła, wobec ludu zgroma- 
dzonego na służbę bożą". 

Mimo to wszystko Tuchowski Walenty, dzwonnik, nie do- 
wierzał ciągle, poskrobywał się po uchu i mruczał o wymy- 
słach luterskich. U ludu miał on mir wielki i ciągle zapra- 
szano go nachrzciny, częściej jeszcze niż przedtem. W Brzanej, 
tuż za rzeką Białą, naprzeciwko Bobowej, upatrzyły go sobie 
położnice, zapraszając na ojca chrzestnego. Wiedzieli bo Brza- 



304 

nianie, jak strasznie gorszył go on stary kaznodzieja arjański^ 
zabity przez czerniawę, wiedzieli, jak chętnie dzwonnik Wa- 
lenty zaglądał do Raju, karczmy katolickiej, aby tam przy 
szklance opowiadać ludowi wiernemu, jakie to straszne here* 
tyki są one arjany, że oni nie wierzą w bóstwo Chrystusa, 
a ubóstwiają djabła. Dzwonnik w poufnych pogadankach 
gani} księdza Żydowskiego, że on nic nie robi, z panami tylka 
przestaje i zbiera owoce stareńkiego księdza dziekana Sto* 
wika. — Ksiądz dziekan, to mi ksiądz jak się patrzy. Boga 
chwali tyło lat, a lutrów nie lubi i mówi, że na nich trzeba 
nas tępy wad z czem twardem, z klubą, żelazem, bo tak uczy 
ks. Skarga, co był jezuitą i spowiednikiem królewskim. 

W Gurowej, tuż obok Bukowca, mieszkał biedny szlach- 
cic Bocheński Tomasz, dzierżawca folwarczku maleńkiego, 
dawniej włodarz starosty kowelskiego, Laskowskiego Jana. 
Bacząc napady groźne czerniawy chłopskiej, wrócił ze starosta 
z Gurowy do miasteczka Bobowej. Gunia, chłop, poddany 
i polowy pana starosty, miał złość na Bocheńskiego, o którym 
też pan starosta nie bardzo przychylnie się wyrażał, gdyż to 
był luter. Gunia więc, bacząc wolność łupienia lutrów, zmó- 
wił chłopów i nawiódł ich na mieszkanie Bocheńskiego i to 
niebaczkiem, nocą. Bocheński jednak zdołał umknąć, a czer- 
niawa złupiła dworek do szczętu. Zabrali wszystkie szaty, a nawet 
żywność wszelką, (Gród. Sącz ks. 127 str. 605). 

Nawojowa i Łabowa z przynależnościami były dziedzic- 
twem Lubomirskiego Aleksandra, koniuszego koronnego, pana 
na Wiśniczu. Nawojową trzymał na siebie, a rządca był Ko- 
chowski Felicyan, stryj Wespazyana, dziejopisarza, Łabowa 
zaś dzierżawił Wąsowicz Krzysztof, rotmistrz dragonii królew- 
skiej pułku Czarnieckiego. Kochowski miał zbrojną piechotę^ 
pachołków nawojowskich z ról wybranieckich, Wąsowicz miał 
garstkę niedobitków dragonii sołtysów łabowskich, którzy wal- 
czyli z nim jeszcze pod Żółtemi wodami, a których z niewoli 
wypuścił Chmielnicki, bacząc, że to Ruś w barwie niemieckiej. 
Dragonie taką miał on w Krakowie oblężonym i na Szląsku^ 
skąd Łabowian garstka wróciła doma. Wąsowicz z Kochów- 



305 

skim zdobyli N. Sącz, Kochowski pozostał w Nawojowej, 
a Wąsowicz przemyśliwał jakoby zebrać chorągiew i ru- 
szyć do Czarnieckiego. Zbierał roty, a wici królewskie dały 
sposobność zaprawiać je do wojaczki zapomocą słożałych 
w dragonii, którzy sobie dobierali zbójców. Skoro tylko 17. gru- 
dnia 1655 Stradomski Samuel przywiózł wici królewskie i obia- 
to wał je w grodzie, Wąsowicz, bacząc prawomocność rozkazu, 
natychmiast wysłał rotę pierwszą na główne aigan gniazdo, 
Rabkowę. Byli tam Łabowianie: Łabowski Fedko, syn Łyso- 
nia, Szepielak hajduś z bratem, Malik Lesko, Leszczak Dańko 
i Rejgal, z Maciejowej był Ruseńko i Waśko. 

Byli więc w rocie tej zbójcę, którym znaną droga do 
Rabkowej i którym nie nowina napadać dwory. A było tego 
kilkadziesiąt uzbrojonych wojskowo, zaprawnych do zdobywa- 
nia twierdz, gdyż oni to zdobyli N. Sącz. Mieli zapowiedziane 
z góry, żeby nie zabijać aijan wskazanych, ale ich żywcem 
przywieźć do N. Sącza, za co będzie nagroda dobra. (N. Sącz 
wójt. ks. 64 str. 62.) Zależało więcnatem, żeby arjan dostać 
żywcem, aby ich oddać pod sąd duchowny. Na zakaz ten 
zabijania aijan wpłynęło może przypomnienie r. 1643, kiedy 
ci sami zbójcę w Racimirowej napadli i zamęczyli Wiszo- 
watego Stanisława, który pastorował w Rabkowej sąsiedniej. 
Po jego śmierci pastorował tamże Morstyn Seweryn, dziedzic 
pobliskiego Łącznego, aż do r. 1652, kiedy tamże przybył 
z Radostowa i pasterstwo objął po ojcu zabitym Wiszowaty 
Krzysztof, zięć Morstyna Krzysztofa z Raciborska, starosty fili- 
powskiego i przewalskiego. Pokrewieństwo z Morstynami uwzglę- 
dniając , zakazał Wąsowicz Krzysztof zabijać Wiszowatego , 
zwłaszcza, iż brat jego Wąsowicz Ludwik w gorącej przyjaźni 
żył z Morstynem Tobiaszem. 

Morstyn Tobiasz, stryj Małgorzaty Wiszowatej, łowczy 
koronny, dziedziczył Korzelów lesisty, ale że mu knieje tamte 
nie wystarczały, zadzierżawiłod Lubomirskiego Aleksandra, sta- 
rosty sandomirskiego, Tuszów sąsiedni i tamże zamieszkał. 
Był on arjaninem, t. j. wyznawcą Boga jedynego obrzędową 
mową polską i wiernym poddanym króla Jana Kazimierza, 

20 



306 

który brata jego, Morstyna Jędrzeja, posytet do Szwecyi dla 
zażegnania onej wojny nieszczęsnej. Wojna jednak wybucMa, 
Szwedzi zajęli Kraków, posuwali się Powiślem, więc Tobiasz 
Morstyn, nie chcąc się im poddać, zabrał swych łowców i psiar- 
nię liczną i przybory łowieckie, umknął w Podgórze do Mor- 
styna Seweryna, brata stryjecznego na Łącznem. 

Łączne, wieś Łososiną rzeką oddzielona od Wrocimirowej, 
wioski Wiszowatych, którą przedziela od Tęgoborzy i Rabko- 
wej. Tęgoborze zaś przed kilku dopiero laty Morstyn Jędrzej, 
stolnik sandomirski, brat Tobiasza, nabył od Lubomirskiego 
Aleksandra, wojewody sandomirskiego. Tutaj więc był on jak 
w domu między krewnymi, między przyjacioły i między spół- 
wyznawcyma, a knieje pogórskie nad Łososiną i Dunajcem 
sowicie wynagradzały mu łowy nadwiślańskie. Łowy i pożycie 
przyjacielskie, a w dodatku rozmowy duchowne z Szlichtingem 
Jonasem i Wiszowatym, uprzyjemniały mu pobyt ubezpieczony 
obecnością Szwedów w N. Sączu. Na kwarcianego wojska 
chorągiew patrzył z uśmiechem, gdy przez Łączne ciągła ku 
Sączowi na poskromienie rozruchów chłopskich i gdy gnie- 
wnem okiem spozierała na dwory szlachty arjańskiej i na ich 
zborek skromny w Rabko wej. Wobec zwycięstw Szwedów, 
wobec zajęcia Krakowa i całej Mało i Wielkopolski, wobec 
poddania się wojsk koronnych i przysięgi poddańczej hetma- 
nów, a nawet Lubomirskiego Jerzego, zwątpił w możliwość 
powrotu Jana Kazimierza, chorągiew kwarcianych straciła dlań 
urok, a rozruchy góralów zdawały mu się po prostu rozbojem 
zwykłym po gościńcach. Pomnąc zaś, że r. 1643 zbójcę do- 
tarli do Wrocimirowej i zamęczyli Wiszowatego, a r. 1644 
napadli Tęgoborze i obrali Mierzyńskiego Abrama, który za 
żonę miał Morstynównę, pan Tobiasz miał się na ostrożności, 
a łowce jego i psiarnia zajadła byli ciągle na pogotowiu. Obec- 
ność jego i znana gotowość łowiecka dodawała otuchy arja- 
nom spokrewnionym, których było niemało. 

Zdobycie N. Sącza i porażka Szwedów, więc też ucieczka 
Szlichtingów z Dąbrowej , jaskrawsze światło rzuciło na one 
rozruchy chłopskie. Domyślano się, że to pospolite ruszenie 



307 

ludu wiejskiego. Ko/o rycerskie zapowiedziane było na 21. 
grudnia w N. Sączu, szlachta arjańska postanowiła brać udział 
i obstawać za królem Janem Kazimierzem, a Morstyny, jako 
zwykle, przodowali w tej wierności królowi. Uczciwe te zamysły 
spłonęły jednak w niwecz wobec wypadków nieprzewidzianych 
i wieści groźnych, z któremi od Tęgoborzy przypadł młody 
Morstyn, bratanek Tobiasza. 

Było to dnia 17. grudnia 1655 w Łącznem. Zadudniało 
po ziemi zmarzłej, ktoś zajechał od Tabaszowej. Pan Morstyn 
Tobiasz zawołał: Kto to? co to? Wszelki duch chwali 
Pana Boga? Goście, goście! mili i niespodziani! Państwo 
Mierzyńscy Danielowie i Jaroszewscy i Święcicki. A cóż was 
tu przecie raz przywiodło do nas starych? — Bieda stryju! 
nieszczęście! — Cóż takiego? przebóg! — Jan Kazimierz 
wrac^, a Wąsowicz Krzysztof, chcąc korzystać, że zbójcę za- 
prawili się na Szwedach, dla zachęty dalszej puszcza ich na 
nas aijan! Wąsowicz Ludwik przysłał do mnie, abym się 
widział z nim. Podróżuje z listami od króla i wie dowodnie, 
bo słyszał na własne uszy, więc przestrzega. Kazał nam się 
zbierać i umykać bezzwłocznie i was, stryju, kazał zaklinać 
na Boga i przyjaźń swą, żebyście rzeczy nie brali lekko, lecz 
natychmiast, jak chodzicie i stoicie, żebyście uchodzili z życiem, 
bo czemiawa ludu straszna idzie na odsiecz Matce Boskiej 
Częstochowskiej, wyzabijaliby was. — Dokądże uciekać? — 
Jużcić ku Krakowu albochoć na Wiśnicz ! byle igść napaści pier- 
wszej. Później, dali Bóg, przebierzemy się na Węgry albo aże 
na Litwę, do księcia Radziwiłła. — Aczbym zawsze wolał 
na Węgry, bo przecie bliżej. — Ha no ! kiedy tak, to zbieraj- 
my się ! niema czego dosiady wać, aż nas obsaczą, jak zamie- 
rzali w Dąbrowej. Służba ! konie siodłać, broń opatrzyć i nabić ! 
psy na smyczę, a uważać nakundysy, by się nie gryzły ! W razie 
toć i one będą bronić pana swego, może psy dziś lepsze od ludzi ! 
A pan Jędrzej? — JMpan Wiszowaty już się gotuje, dałem 
mu znać! — Do Brzeżnej trzebaby dać znać. — Obesłałem 
Sternackiego, ma przestrzedz Bobowskich, a ci dadzą znać 
Erzeszom i do Ghomranic, boć tamtędy będą nawet uciekać 



308 

zbierając się w gromadki, tak jak my ! Tylko prędko ! tylka 
sporo zbierajcie się. — Powoli! powoli! .. po drodze zapolu- 
jemy, to nam będzie śmielej ! 

W Rabkowej, w domku tuż obok zboru, w pomieszkaniu 
Wiszowatego Jędrzeja, tam zapanowała troska wielka. Pani 
Aleksandra z Rupniewskich Wiszowata miała niemowlę, które 
ssało pierś, —nie matki, bo Bóg odmówił jej tej pociechy, odej- 
mując pokarm. Utraciła go, chonąjąc wskutek trwogi przed 
kozaki Chmielnickiego r. 1648, gdy z życiem uciekali przed 
czemiawą krwi chciwą! Dziecko jej najmłodsze karmiła mamka, 
katoliczka, Katarzyna Gargasianka z parafii Jakubkowic, wdowa, 
matka dwu synaczków drobnych. Pani Wiszowata, pojmując 
trudność dostania mamki, przywiązanej dla dziecka arjańskiego^ 
wzięła ją z oboma jej chłopcami. Gdy więc Wiszowaty wszedł 
i z spokojem pogrzebowym rzekł: Waszeć Oleś! Bóg z tobą 1 
zbieraj się do drogi, z dziećmi wraz, bo zbójcę na nas idą! 
nieboga stroskany wzrok mimowoli rzuciła w okno, kędy pod 
śniegiem bielała mogiła Wiszowatego Jędrzeja, teścia jej, tamże 
w Rabkowej zabitego od zbójców r. 1643. Poczem tłumiąc 
westchnienie bolesne, spojrzała na dziecię swoje, właśnie ssące 
pokarm z piersi mamki. Mamka ze swej strony spojrzała ku 
niej. — Katarzyno! słyszałaś co pan mówił? — Słyszałam, 
proszę pani i będę gotowa, tylko sobie nakarmię dziecko, 
żeby mi spało w drodze. Niech się ta pani nie troszczy o nas , 
ja sobie dam radę i dziecinę zdrowiuteńką zawiozę, choćby 
na kraj świata. Przecież pani nie opuszczę, boć mnie pani 
wzięła z biedy wielkiej i z dziećmi dwojgiem. ~ Dzieci za- 
bierzemy. — Dobrze pani. 

Niedługo potrwało, a zajechały sanie potężne, górskie, 
o smykach długich, przymocowanych do gnat, na tem dra- 
binki w kunicach i półkoszki, rozsunięte ile się dało. Środek 
sani, wyłożony pościelą pierzanną • i przykryty skórą niedźwie- 
dzią, stanowił pielesz wygodną dla mamki z niemowlęciem. 
Sanie drugie przeznaczone były dla pani samej z dziećmi 
starszemi. Na wsiadanem Wiszowaty wyszedł na chwilkę ku 
grobowi ojca. Bez przyklękań, bez rozkładania rąk i żegnania 



30d 

<$zęstego, odmówił modlitwę , jakiej zdolen tylko syn na mo- 
gile ojca zabitego od zbójców, a sam przed zbójem ucieka* 
jacy z żoną i dziećmi drobnemi. Powsadzano dzieci i mamkę 
z niemowlęciem, pootulano pościelą i przyodziewą ciepłą 
i wziąt powodzki w ręce Wiszowaty przy saniach pierwszych. 
On , dziecko gór tych, znał tam każdy kamyk, krzaczek kliżdy, 
bo za młodu schodził i zjeździł ścieżkę każdą, potoczek każdy. 
Od dziecka też nawykł do koni, jak każde prawie dziecko 
gospodarskie, a zwłaszcza szlacheckie i umiał ich zażyć do 
góry i pod górę i na skrętach i na wybojach. Nabył pewno- 
ści w powodowaniu końmi po górach, jaką świat podziwia 
u górali, co to stojąc na bierwionie ogromnym, śpiewają sobie 
wesoło, zjeżdżając z uboczy górskiej, tak spadzistej, że się 
zdało, iż on i bydło zaprzężne połamią karki w upadku ko- 
niecznym. Więc też obecnie Wiszowaty, jako ojciec sumienny, 
nikomu w świecie nie byłby powierzył zdrowia, a może i ży- 
cia niemowlęcia swego biednego, skazanego na tułactwo wśród 
nocy, wśród zimy ! Żona wzięła opiekę nad dziećmi drugiemi, 
a woźnica najdowodniejszy powoził ją. Ona też od młodości 
przywykła do gór, bo wychowana u stóp Jeziernika i Pasierbca, 
w pieleszy rodu swego Rupniewie. A czuwać nad dzieckiem 
i sobą i nie trwożyć się, nie tracić przytomności, tać ją tego 
wyuczyła czerń kozacka na Ukrainie, goniąc ze spisą lub 
krwawym nożem w ręku. 

Już byli gotowi. Przodem konno i zbrojno jechał Łęcki 
Jędrzej, niegdyś dziedzic Łęk sąsiednich, które jednak przeszły 
w ręce wierzycielów. Więc musiał chleba szukać w służbie. 
I znalazł ją u Branickiego, starosty chęcińskiego, podstarościł 
na Branicach i Grabin. Ale arjanin zaciekły, nie mógł znieść 
sąsiedztwa jezuitów i zakonników drugich , a ogółem księży. 
Więc też raz w Rupniowie, w karczmie, podpity, przedrzeźniał 
nabożeństwo katolickie, śpiewając ohydnie i kropiąc ludzi 
wódką. Przywołany pleban tameczny, ks. Maniecki, jął go 
gromić i zawezwał chłopów, żeby imali bluźniercę. On zaś 
samowtór z sługą zbrojnym uderzył na chłopstwo, prał,. bił, 
kaleczył, a wkońcu zbił i księdza samego. (Gród. Sącz 127 



310 

str. 94). Więc mnsial porzucić służbę, mając na karku i poze\r 
o bluźniersŁwo i gniew pana starosty. Bodaj czy na wojnie 
nie szukał potem wysapania się z gniewu, będąc nieodrodnym 
pana Joachima Łęckiego, co to pod Kupczyńcami r. 1651^ 
chcąc imać olbrzymiego Niczajmurzę, sam przywaleń od niego, 
już bran w łyka, ale go oswobodził Kurowski. Więc tylko dał 
powód przysłowiu: Złapał Łęcki tatarzyna, tatarzyn go za 
łeb trzyma! (Niesiecki). Ostatecznie pan Łęcki bawił w Zna- 
mirowicach, u szwagra swego Jaroszowskiego, i rad był duszą 
i sercem, gdy mógł Brzechwie Kasprowi z Zbyszyc, katolikowi 
dobremu, zagrabić drzewo nieopłacone na cle. Wybrał się, 
gdyby na wojnę, konno, zbrojno , na czele poddanych zbrój* 
nych, a na domiar przyjemności ^awił się tam też ksiąds 
komendarz zbyszycki, Żołądzewski Stanisław. Więc mu nie 
szczędził obelg, a byłby nie szczędził i razów, podobnie jak 
księdzu rupnowskiemu , ale cóż, ksiądz komendarz uciekł* 
(Sącz gród. ks. 127 str. 94). 

On więc wyprawie przewodził, a znał też każdy kamyk, 
dziurę każdą, a w ogień, czy w wodę szedł bez obawy. Dziś 
jednak przewodząc uciekającym niewiastom, dziatwie i starcom , 
obawiał się: kogóż? Najprzód siostry księdza Strowskiego, 
Agnieszki Węgierskiej, zamieszkałej w Roćmirowej, tuż obok 
Rabkowy. Boć to siostrunia nieodrodna braciszka ! Na chwałę^ 
Panu Bogu gotowaby arjanina, wbitego na rożen, przypiekad 
przy ogniu powolnym! A i mężulkowi jej nie dowierzał Łęcki, 
bo dawniej Węgierski jeden pastorował kalwinom krakowskim,, 
a kalwini na aijan nie lepsi od jezuitów. Panna Węgierska 
zaś była za Pigłowskim, podstarościm w Żywcu, głośnym z nie- 
nawiści przeciw różnowiercom ! Więc też ruszając z miejsca, 
Łęcki rzucił na Roćmirowę wzrokiem, jako się rzuca np. na 
żmiję. Wszystkim też przykazywał cichość i milczenie, ani 
słów głośnych, ani trzaskania z batów. A księdza Jana Strow- 
skiego lękał się bardziej, niż ognia. Bo to brat szlachcic, uro- 
dzeń tamże w Roćmirowej, od młodości napojon nienawiścią, 
ku arjanom, sąsiadom i rówiennikom, w dzieciństwie już szedł 
w zapasy, wywołane obelgą zaczepną : psy lutry, (]|jabłochwalcei 



311 

i t. p. Obecnie zaś, plebaniąc dwom kościotom w Tropiu i Ja- 
kubkowicach, nienawidził ich z obowiązku jako wrogów kościoła. 
Z nienawiścią do arjan nie tylko że się nie Łail, lecz owszem 
nadawał jej rozgłosu. Więc r. 1653 zapisał do księgi chrztu 
w Tropiu : Post obitum piae memoriae Yener. Jacobi Cazimi- 
riensis, elapsis duobus annis, de manibus lUustrissimi ac Re- 
yerendissimi Petri Gębicki, accepi regimentum Ecclesiae paro-^ 
chialis ad S. Suiradum. Utinam ad M. D. 6. Sanctissimae 
Trinitatis et honorem Beatae Mariae Yirginis^. Za cześć Trójcy 
świętej i Matki Boskiej regimentarz kościoła, szlachcic, w danym 
razie sam gotów by był przypasać ^ miecz gniewu Bożego" 
i na czele katolików wiernych iść do walki z niewiernymi 
na znoszenie zborów ich, przybytków djabelskich, na tępienie 
kąkolu w pszenicy Pana nad panami ! Więc też Łęcki, wzrok 
dziki rzucając na Roćmirowę, część katolicką, spoglądał za* 
razem ku Jakubkowicom, kędy wiedział o wrogu nad wrogami. 
Ujechali kawałeczek działem, wjechali w las i przystanęli. 
Smyki sań, na których jechały niewiasty i dzieci, okręcona 
łańcuchem i dalej, wioh! w imię Boże^ z góry pod górę, gdyby 
w przepaść. Żadnego jednak niebezpieczeństwa nie było^ 
sanie, zahamowane na ostro, trzymały się śniegu zlodowacia- 
łego, a konie w nabiodrkach silnych i z „luskopami" u karku 
trzymały wygodnie za dyszel, więc krok za krokiem bez wy- 
padku zjechano na Witko wkę, a tam już Dunajec zamarznięty 
bielił się w około Łazisk skalistych, czerniejących lasem, z po- 
śród którego sterczał zamek Rożnów. 

Rożnów, starostwo, dzierżawili Mękarscy. Jakób gospo- 
darował w Zagórzu za Dunajcem , Stefan zaś w Rożnowie 
samym, we dworze, który częściowo w twierdzę potężną za* 
mienił Tarnowski hetman. Jakóba Mękarskiego żona była 
z Strzałkowskich, aijan, na Łącznem. 

Zatrzymano się więc pod Strażęcinem, pagórkiem usy- 
panym gwoli straży od Dunajca, przestrzeżono Mękarskich, 
aby z swej strony przestrzegli jeszcze Strzałkowskich — i nie za- 
trzymiqąc się, ruszono dalej. Mękarscy z Zagórza wysłali do 
Łącznego, lecz w drodze posłaniec zdybał bydło dworskie, 



312 

pędzone do Rożnowa. Strzałkowscy schronili się do Porąbki, 
dziedzictwa Gnoińskiego Erazma, bydto zaś kazali zapędzić 
do Rożnowa z prośbą o przechowanie czasowe. Łęcki, jadąc 
przodem, znowu gniewno rzucał wzrokiem to ku Witowicom, 
to ku Tropiu. 

W Witowicach mieszkała matka księdza Strowskiego, 
z Stradomskich na Rabkowej Waleryanowa, wdowa. Była to 
w całem pojęciu słowa matka księdza Strowskiego. Na Wi- 
towicach niżnych mieszkali Wiernkowie w zameczku, który 
wzniósł ojciec ich. Tam było ognisko przyjaźni katolickiej; 
pani Strowska, matka księdza Jana i panna Wilkobudzka 
Zofia, córka dzierżawcy Tropią, pokumane z Wiernkami, tchnęły 
gorliwością dla wiary, gotowe w ofierze nieść zdrowie i życie. 
Że jednak nie przyszła na nie chwila męczeństwa i życie, a 
nawet zdrowie nie było narażonem, gorliwość swą starały 
się okazać przynajmniej tem, że się wywiady wały i wiedziały 
o każdem słówku, o każdym kroku arjan sąsiadów. Panna 
Wilkobudzka Zofia szczególnie miała sposobność ku temu, 
jako siostra pani Stojowskiej, dzierżawczyni Rostoki i jako 
kuma sług kościelnych. 

Rostoka nad Dunajcem, u stóp Chełmka położona, styka 
się z Dzierzaninami, Szaryszem i Brzezinami. Ostatnia rola 
rostocka, poniż Szarysza od Dzierzanin, po dziś dzień zwie 
się „Na Szatanach''. Wówczas był to jeden z gęstych w stronie 
tamtej „łanów ziemiańskich'' czyli zaścianek, na którym siedział 
Kącki Marcin, z przydomkiem „Gądo", płacąc zeń poboru 
złp.5. Tam był wówczas zborek arjan, stąd nazwa „szatany", 
a nikt, krom pani Stojowskiej, nie mógł dokładniej wiedzieć 
o każdem ich kroku: Kto przyjechał? kto miał kazanie? jak 
długo się modlili? Tam więc, na tych górach pustych śledziła 
ich zawiść. Panna Zofia była też między innemi kumą orga* 
nisty tropskiego czyli „rectoris scholae", Naszczyńskiego Mi- 
kołaja, który za się z „kantorem szkoły", Błędzianowskim, byli 
kmotrami gromadzkimi, począwszy od młynarza na Zawracie, 
aż do klucznicy dworskiej w sąsiedniej wsi Radzie. A cóż się 
ukryje przed młynarkami i klucznicami dworskiemi ? Podobna 



313 

nic w świecie. Więc p. rektor szkody wiedział wszystko 
a wszystko. Że zaś, jako katolik dobry i gorliwy, nienawidził 
latrów, a mianowicie arjan, śledził ich każdy krok i wiedział 
doskonale, co się święci w Wiatrowicach albo w Trąbkach, 
Brzezinie, na Szatanach. Młyn zaś na Zawracie był samoro- 
dną niejako pieleszą nowin, dotyczących arjan od r. 1625, 
kiedy to Gabryel, młynarz, arjauin, dał ochrzcić obie córki 
swoje, a to przed ślubem starszej z nich Anny, której mąż, 
Gad Szymon, był oraz chrzestnym ojcem żony i siostry jej. 

Łęcki rozważał jakoby uniknąć oka zawiści. Postanowił 
nie jechać mimo Rostoki na Chabalinę, którędyby było najbli- 
żej, lecz zboczył od siebie w potok Majdan, którym jechał 
aż po koniec Rostoki, zkąd zawrócił ku sobie na on łan zie- 
miański Kąckiego, zwań ;,Na szatanach'^. Rozważył on wszystko, 
ale nie zważał na blisko nadchodzące święta Bożego Naro- 
dzenia, zapomniał, że organiści i kościelni od dworka do 
dworka, od chaty do chaty chodzą, roznosząc opłatki i składa- 
jąc życzenia od „nowonarodzonego baranka apokaliptycznego ^\ 
Stary Kącki-Gądo wielce rad był gościom mimowolnym, któ- 
rzy wstąpili, żeby się ogrzać, nakarmić, napoić dzieci i prze- 
winąć niemowlę. Izba ciepła nie pomieściła ich wszystkich, 
lecz pomieściło serce gospodarza, darzącego ich wszystkiem, 
co posiadało ubóstwo jego. Nie zamieszkano tam jednak, jeno 
tyle co konieczne, mianowicie, że pokarmiono i konie stru- 
dzone. Świtało już, gdy ruszyli dalej na dział. 

Mgła podnosiła się, znamioncgąc dzień mroźny i pogodny. 
Jeszcze tylko wisiała nad wirchami Trąbek, jako najwyższemi 
w pośród zawratu Dunajca, oblegając dział górski ponad Cha- 
baliny, Brzeziny, hen! hen! aż ku wirchom Posadowej. Z mgły 
onej nagle wynurzyło się dwu ludzi, odzianych nieco z Wa- 
szecia, statecznych i niemłodych. W ręku nieśli koszyki 
przykryte troskliwie. Łęcki na widok ich splunął i spojrzał 
okiem tem, co na psa złego, gdy mimo jadących pozdrowili 
obyczajem katolickim: Niech będzie pochwalony Jezus Chry- 
stus! Przed dworkiem w Brzezinach przystanął Łęcki, zbliżył 
się do panów i rzekł: Niechaj się panowie nie zatrzymi^ą 



314 

dlngo w Brzezinach, skoro my zdybali tych dwa szubieników 
niedobrych, bo zta wróżba. — A któż to był? — Naszczyń-> 
ski z Btędzinowskim, organista z kościelnym z Tropią, z opłat- 
kami snaó idą po górach. Wstąpią na Rudę, bo tam dwór- 
niczka kumą organisty; opowiedzą zaraz, że widzieli lutrów 
kilkoro sań, jadących górami. Będą opowiadać w okolusieńko^ 
a najprzód oznajmią to temu księdzu przeklętemu. U Trębec- 
kich byli, jak w domu własnym. Boć Mierzyńska Danielowa 
była córką ich, syn zaś, Trębecki Sobestyan, ożenion był 
z Strzałkowską z Głobikowej, córką Samuela. Mogli byli wy- 
począć i odetchnąć swobodnie. Lecz czas nie był po temu. 
Trębeccy obaj najzupełniej stwierdzili obawę Łęckiego; orga* 
nista z kościelnym od dworu do dworu, od domu do domu 
będą głosić zjazd lutrów na Brzezinach i Trąbkach. Niema 
czego wyczekiwać, trzeba uciekać dalej ku Wiśniczowi, pod 
opiekę Szwedów. Zawsze jednak sądzono, że można zaczekać 
do wieczora, a wysłać na zwiady. Może to wieść płonna? 
W końcu od Sącza do Brzezin kawał drogi i to niedostępnej, 
a w razie ostatecznym na Trąbkach można się potargować 
z zbójcyma, choćby ich też było i kilkaset. Boć położenie 
samo sprzyja, zwłaszcza licząc zbrojnych ze dwudziesta 
z psiarnią łowczą ogarów i kundysów zajadłych, tać i przed 
Tatarami lud uciekał w lasy i góry. Postanowiono więc opu- 
ścić Brzeziny, a przenieść się do Trąbek na sam szczyt po- 
między Drużkowem, Piaskami a Chabaliną wiatrowicką. Obe- 
słano też sąsiad arjan, aby się chronili tamże. Nie zapomniano 
i Glińskiego w Łękach, acz kalwina, pokumanego z księdzem 
Strowskim, bo dla uniknienia prześladowań chrzcił dziecko 
w kościele katolickim, lecz został kalwinem i sąsiadem dobrym. 
Ks. Strowski, nastawszy do Tropią , zastał tam organistę 
i nauczyciela Markowicza Jędrzeja , ulubieńca chłopów , którzy 
go raz po raz zapraszali w kumy, więc też z chłopami prze- 
stawał. Nie podobało się to księdzu , któremu zależało na temi, 
żeby wiedzieć co się dzieje po zaściankach szlacheckich. 
Oddalił go, a przyjął Naszczyńskiego Mikołaja, rzekomego- 
szlachcica. I nie zawiódł się, gdyż ten niebawem pokumany 



315' 

z młynarką Zawrata, z dworniczką z Rudy, a zaprzyjaźniony z Błę- 
dzianowskim, śpiewakiem szkoty, wiedział o wszystkiem i wszyst- 
kich. Tak zastał ich r. 1655 i Szwedzi i wypędzenie Szwe- 
dów i wyprawy rot nawojowskich i ucieczka arjan. Naszczyński, 
organista tropski, z Błędzinowskim, kościelnym , nie prześlepił 
aijan, że uciekając, gromadzą się, pewno wskutek porażki 
Szwedów w N. Sączu. Odgadł, że to ma związek z obrotami 
wojska narodowego. Poczuł się więc do obowiązku czuwania 
i śledzenia, a to z dwu powodów: jako sługa kościoła strze- 
gący winnicy pańskiej — i jako szlachcic. 

Obecnie, przejęty obowiązkiem czuwania nad losem ko- 
ścioła bożego i ojczyzny, kwapił się, ile tylko mógł, aby jak 
najspieszniej obwieścić bracią szlachtę o zjeździe lutrów 
na Trąbkach. Nowinę tę ubrał w słowa obrzędu, w słowa 
„kolendy". Na tacy posrebrzanej i kościelnej tuwalni, srebrem 
wyszywanej, podając Baranka apokaliptycznego, (jak nazywał 
opłatki swoje), życzył od Boga zdrowia, szczęścia, pomyśl- 
ności, mianowicie w ciężkiej onej doli. Oby Bóg przywrócił 
ludziom spokój na ziemi, a kościół wiemy katolicki ochronić 
od wrogów lutrów, którzy właśnie, knując zdrady nowe, 
zgromadzają się na Trąbkach. Oczywiście, że w najwyższym, 
stopniu obudzał ciekawość braci szlachty. Hojnie płynęły 
dary, większy nalewano kielich i wspanialszą czyniono obie- 
tnicę: zboża, siana, przędzy, lub ży wiatka jakiego np. pro- 
sięcia, cielątka. Ale czas schodził, bo to dzień krótki , a trzeba 
było wstępować i do kmiotków, bo dobra i miarka owsa, 
kitka lnu. Więc też przymówił się do podwody, ale i zapo- 
mocą sanek jednokonnych , wlekąc się „kolędą' od domu do- 
domu, do wieczora ledwo objechał Rostokę i Rożnów z przy-> 
ległościami. 

Po górach zaś uwyali się łowce, gdyż czas był po temu ,. 
ponowa kopna, ale świeża, mróz niezbyt wielki na dzień,, 
a wzmagający się pod noc, w powietrzu cisza. Więc pan 
Chwalibóg Zygmunt najprzód zatrąbił na Połomi, kędy 
dworek jego na górze wysokiej bielał w około, jak stolica 
jaka króla łowów i gór. Niebawem z Cisowca sąsiedniego. 



316 

odezwał się cienki głos trąbki jałowcowej , starego krawca 
Cisowskiego Stanisława, który, mieszkając pod lasem na wir- 
chach gór (u liścia Łososiny w Danajec), łączył krawiectwo 
z myśliwstwem. Jak barwa czeladnia wszystkiej szlachty są- 
siedniej była szyta ręką jego lub syna jego, tak łowy wszelkie, 
mianowicie po lewym brzegu Łososiny, nie obeszły się bezeń, 
mianowicie zaś w Połomi i Parkoszówce; a syn jego młod- 
szy, Zacharyasz, był nawet pochrzestnym panny Tomasze- 
wskiej z Parkoszówki. Stary kwapił się ku Połomi, wiedząc, 
te łowić będą na Parkoszówce, kniei tak nazwanej od par- 
kotów mnogich zwierza. Na Wito wicach górnych odezwał się 
też p. Gawroński, zięć Ujejskiego, a kum i przyjaciel Chwa- 
liboga. Dał znak, że już idzie. 

Niezadługo zagrały ogary po kniei, to głośniej, to ciszej, 
znak, że gonią to w górę, to pod górę, w dół. Tylko od 
Trąbek za Dunajcem była cisza zupełna; dziwili się, że Trą- 
becki z synami zalega pole. Już było dobrze ku południowi, 
kiedy na przeciwnym brzegu Dunajca, ponad Tropiem, za- 
brzmiała trąba myśliwska, głośno, czysto, w cztery głosy aże. 
— To Rożcoń ! — rzecze krawiec, — woła mnie, musi mieć 
^oś pilnego, skoro idzie ku nam. Odezwę mu się. — Zatrąbił 
pojezdnego, na co w odpowiedzi tamten odtrąbił znowu w one 
cztery głosy nieporównane. Za chwilę widać było starca 
krzepkiego i poważnego, o długich wąsach odmrożonych; 
żwawo zbiegał ku Dunajcowi i mimo młyna na Zawracie 
przechodził ku Parkoszówce, kędy przybył prędko nad spo- 
dziew. Przywitany od panów, zapytań co słychać? -— Żle 
panie! — Cóż takiego? — Panowie mnie przysłali z prośbą 
o pomoc, bo zbójcę mają nachodzić. Uciekli przed nimi 
panowie ze Znamirowic i Rabkowej, a jeszcze inni jacyś pa- 
nowie wiekowi, jeden z brodą długą, a dużemi oczyma, 
a drugi podobno pan Tobiasz, łowczy. Mieli się ostać na 
Trąbkach , ale ich widział ten niecnota Naszczyński , klecha , 
z dzwonnikiem, więc przezdradzą, bo z opłatkami wałęsają 
się wszędy. A i od Zakliczyna przyjechał pan Pilecki, ucho- 
^dząc napaści, której się spodziewają i tam. — Co to ma zna- 



317 

czyć? na Boga! — Ruś górska, zbójcę z Beskidu, co ode- 
brali Sącz, oni mają napadać! — O źle, panie kumie, to 
i nam może się co dostać — rzecze Chwalibóg do Gawroń- 
skiego — a i po was, kumeczku córki mojej, i po was tam 
mogą sięgnąć. — Tać mogą! — odrzekł Rożcoń — boć Wia- 
trowiec nasze solą w oku klechom wszystkim i temu Na- 
szczyńskiemu , chamowi, co się udaje szlachcicem być. — 
Rożcoń, tj. potomek Rożna wedle narzecza ludowego, zgor- 
szony, pokręcił wąsa. Jego, potomka dawnych dziedziców 
Rożnowa, zawsze oburzało, że klecha kościelny, chodzący po 
kolędzie od chałupy do chałupy, śmie wyjeżdżać z szlachec- 
twem. Ale była i przyczyna inna. Wiatrowiec, pielesz Sta- 
nickich, arjan, były więcej arjańskie, niżby można było sądzić. 
Jedna mianowicie ich nauka wkorzeniła się tam nawet 
u ludu, o to, że małżeństwo nie jest sakramentem, jeno ugodą 
dobrowolną dwojga ludzi miłujących się. Miłowali się też 
ludzie w Wiatrowicach , że zaś niewiast aijanek nie było 
wpośród ludu, miłowali dziewy katolickie, nie zabraniając 
im jednak dzieci chrzcić w kościele katolickim w Tropiu, ku 
wielkiemu zgorszeniu plebanów od św. Świerada, gdyż Wia- 
trowiec najobficiej dostarczały onych bączków. Nawet taki 
pan Kącki nie bronił dziewce służebnej na swoje imię zapi- 
sać dziecka, cóż dopiero inni? Do grzeszników takich nale- 
żał i on, Rożcoń Sobestyan i z powodu tego niedawno doznał 
upokorzenia w kościele i to wobec Jejmość panny Chwali- 
bożanki , która z nim wraz raczyła do chrztu trzymać Filip-* 
kom z Witowie. Organista, za przykładem księdza wikarego 
Wojtowicza, nie powstrzymał się i wścibił swoje trzy grosze, 
do żywego obrażając Rożnów potomka, acz też nieprawego 
łoża. Do tego Rożcoń żyjąc wpośród aijan, zaprzyjaźniony 
z nimi i pokumany, był ich szczerym przyjacielem i dobrem 
rad się odpłacić za dobre, a organiście złem za złe. 

Po naradzie krótkiej stanęło: Rożcoń poszedł na Ostrą 
górę bielską, skąd otwarty widok wkoło. Tam miał zasiąść 
na straży od strony Rabko wej. Sokoli jego wzrok nie prze- 
ślepi zbójców, zwłaszcza , że ciągnąc czy to przez Just, czy 



318 

■Z za Dunajca, muszą się odsłonić. Zresztą w Rabkowie pospu- 
szczane psy zwrócą uwagę. Jak skoro ich zoczy, da znak 
trąbą swą w cztery głosy, a ile razy zatrąbi, tyle dziesiętni 
zbójców idzie, a jeżeli zawsze w cztery głosy, to znak, ie 
wszyscy zbrojni w strzelby, że po wojskowemu. Na Cisowcu 
zaś, naprzeciwko, miał zasiąść krawiec i cienką swą trąbką 
jałowcową powtórzyć znak panu Ghwalibogowi na Połomi, 
a baczyć, w*której stronie odezwie się powtórnie Rożcoń, gdyż 
tamtędy ciągną. Chwalibóg miał się znieść z pany w Trąb- 
kach. Obesłał krewnych i przyjaciół, aby się gromadzili na 
Połomią, czy to dla obrony własnej, czy dla odsieczy, komu 
padnie. I przybyli: Porębski Jan, Michalczewski, także Ga- 
wroński Aleksander i Bonawentura i Ujejski Jan, wszystko 
pokrewni pomiędzy sobą i z Trębeckimi. Rożcoń na Ostrej 
górze rozglądał się po okolicy górami i dołami. Na Trąbkach 
dostrzegał ludzi i krzątanie się jakieś, jakiś ruch drzew na 
szczycie najwyższym. Wiedział, że ścinają drzewa na zasieki 
i na budy ku schronieniu się od mrozu ciężkiego. Po równi 
zaś dostrzegł sanki jednokonne i dwu ludzi z koszykami ; sta- 
wali co chałupa, wynosili coś i spieszyli dalej do Rożnowa, 
Tia Podzamcze, na Łaziska. Zmrok zapadający nie dozwolił 
mu śledzić dalej organisty i dzwonnika, lecz wiedział, iż 
będzie albo w Witkówce albo w Zagórzu i że tam może 
zanocuje kędy. 

Wieczorem wcześnie zaszczekały psy w Rabko wej, 
a właśnie zabłysnął na niebie miesiąc. Rożcoń z b^ącem ser- 
cem zeszedł niżej ku brzegowi lasu, słyszy tętent konia. Spo- 
gląda, dworzanin z Rabkowej, co przewodniczył do Trąbek, 
pędzi na cwał. — Hop tu ! hop tu ! — Stanął, zbliża się, poznał 
Rożconia, opowiedział, że idą, że ich jest kilkadziesiąt, z pół- 
setni, wszystko zbrojne, ale piesze. Popędził ku Dunajcowi 
wirchem góry, dokąd się dało, poczem zsiadł i wiodąc konia 
za sobą zszedł szczęśliwie, dosiadł i Dunajcem zmarzłym 
jechał ku Rożnowu, pędząc, co mógł, około Łazisk, na których 
leży zamczysko Rożnów. Zdybał organistę jadącego, poznał znów 
i naklął, miał ochotę zaciąć obuszkiem, lecz przezwyciężył 



319 

się i tylko splunął od uroków. Organista z dzwonnikiem 
poznali też konia i jeźdźca, że to ten sam, co rano byf 
w Trąbkach, zdziwili się, że on teraz tu wedle Rożnowa, 
odgadli, że pędzi od Rabko wej. Gdyby byli mniej kolendo- 
wsdi, mniej gorzałki przepalonej spijali, byliby mogli odgadnąć, 
że to niekoniecznie zdrowo jechać naprzeciw tego, przed 
•czem drudzy uciekają. Oni zaś w rozmarzeniu rozumowali 
sobie: Pewno nasi gonią lutrów! godziłoby się drogę im 
wskazać i powiedzieć, że lutry są w Trąbkach. — A dobrze 
tak! — potakiwał dzwonnik. — Tej chwili wśród ciszy głę- 
bokiej zajęczała trąba myśliwska na Ostrej górze w cztery 
głosy, raz po raz, pięćkroć. — A to co? — To ten Rożcoń 
stary, heretyk, co bąki zbija! Czego on tam chce po nocy? 
to jego trąba, znam ją dobrze, bo się do niej zawsze odzy- 
wają psy plebańskie nasze, gdy zawyje na szczycie Chaba- 
liny. To on , czego on tam chce ? — A co to tam za kierdel 
czarny snuje się z lasu? patrzcie no, panie rektorze, przecież 
nie wilki? — Ej nie! to ludzie. — A ludzie, ludzie! prawda, 
pod strzelbami w kapeluchach, może to Szwedy ? — Ej nie ! — 
To dobrze, że nie Szwedy! ale co to za ludzie, w takich 
opończach długich, coś niby Rusiny. — To zbójcę, rany 
boskie, to zbójcę, uciekajmy! wioh! hetta! hetta! wioh! — 
Aha, uciekajmy! trzeba było pierw. — Z tyłu słychać woła- 
nie : Postój ! postój ! bo strzelę ! — Radzi nieradzi przy- 
stanęli, bo bicz i wodzka same im wypadły z rąk. Organista 
całuje krzyżyk srebrny wyszyty na tuwalni , którą nakrywa 
tacę i szepcze: O, Baranku przenajświętszy apokaliptyczny, 
ratujże, ratuj ! Bezmyślnie kładzie paczkę opłatków na tacę 
nakrytą. — Stój ! kto ty ? — Ja sługa boży, rektor z Tropią, 
proszę panów na kolędę. Oby ten Baranek apokaliptyczny dał 
panom... Tej chwili na Gierowca szczycie bliskim znowu za- 
dźwiękła trąbka w cztery głosy, czysto i głośno, gdyby myśl 
dobra na tle sumienia czystego. Zwrócił się Rusin ku Gie- 
rowcu i pogroził toporkiem wałaskim. Nadaremno! Rożcoń 
trąbi raz, 2, 3, 4, 6. — Słyszysz ty? Czyje to ślady? Kto 
ło jechał tędy od Rabkowej sańmi, czyje to bydło pędzili ? — 



320 

Lutry jechali, lutry! Arjanie, przededniem jeszcze. — Arjanie? 
znasz pewno? — Tak! arjanie z Rabkowej, pojechali na Trą- 
bki do Trębeckiego, widziałem, jak jechali rano. — Rano 
jeszcze! joj! to czort znaje kuda wże sut, a my ne jiły 
nyszczo ! Co tu masz, dawaj ! — Oto Baranek apokaliptyczny- 
Ciało i krew Pana Jezusa w postaci chleba tego niekwaszo- 
nego. — Czterogłosowa trąbka zatrąbiła, ale kędyś na Du- 
najcu pod Wiatrowicami już. Rusini klęli, co im ślina przy- 
niosła. 

W mgmieniu oka wypili gorzałkę, pojedli opłatki, obrali 
sanki do czysta z zapasów wszelkich i zawołali: No, (^ijaku 
papiski proklaty i ty połamaru, chybaj pered nami, wędy na 
lutry, arjany! — a jak powedesz zli, łebo jakzdradysz, woź- 
mesz w łob toporcom, raz odeń i druhy. — Stary przywódca 
skoczył na szkapę wyprzężoną, obuszkiem toporka z lekka 
po plecach uderzył organistę i dzwonnika, mówiąc żartobli- 
wie: Potem budę lipszy! stupaj! kuda najbłyższe. — Orga- 
nista z westchnieniem spojrzał jeszcze na pozostałe sanki 
wygodne, westchnął do Boga o pomoc i opiekę i ruszył przo- 
dem po lodzie Dunajca i równią gierowską i znów Dunajcem 
zmarzniętym, ominęli Gierowę i Rostokę, przeszli mimo Czar- 
nej paryi, poza Rzazow, dążąc przez Chabaliny, wprost ku 
Trąbkom. Na Chabalinie szkapa ustała pod Rusinem starym , 
zeskoczył z niej, uderzył w kłąb obuchem, aż się zachwiała 
i puścił. Nie długo trwało, a obaczyli na dziale biały dwo- 
rek Trębeckich, który im ręką wskazał organista. Zbliżyli się 
bez przeszkody, otoczyli dworek, ustawiając straże od bramy 
okien i po sadku, nikt się nie odzywał. Podpadli, rąbiąc drzwi 
i okna, nikt im nie bronił. Wpadli więc do środka, nie zastali 
nikogo. Gdyby mrowie łakome, rozbiegli się po kątach, 
przyświecając światłem, do którego naprędce skrzesali ognia; 
szukali aijan i łupu. Łupem nie obłowili się, bo dworek wi- 
docznie był uprzątnion. Trochę sprzętów domowych; te po- 
tłukli i porąbali. Trochę przyodziewy i pościeli starej zużytej, 
to podarli i rozszarpali między siebie. Nawet w stajniach nie 
znaleźli nic, ledwo że prosię jakie zapomniane wymknęła 



321 

się z kupy nawozu, kędy przed mrozem szukało schronienia. 
Żywności nawet nie znaleźli, snąć pochowano lub wywieziono 
zapasy wszelkie. — Kędy oni uciekli ? Kto ich przestrzegł ? — 
Zbójcę spoglądali ku wirchom gór na szczyt zwań właściwie 
Trąbkami. Las czernił się na tle nieba gwieździstego, cisza 
gdyby na cmentarzu. 

Arjanie, nie lekceważąc sobie zapowiedzi napadu zbójec- 
kiego, wcześnie uprzątnęli dwór. Niewiasty i dzieci odesłali 
do Czchowa bliskiego, sami zaś wynieśli się na wirch Trąbek, 
najniedostępniejszy gródek samorodny w górach tropskich. 
Kilka jodeł ściętych wystarczyło , aby utrudnić niesłychanie 
przystęp sam z siebie nie łatwy, a buda łowiecka obita kili- 
mami, zasłana jedlicą, pościelą i kobiercami przy gorejącym 
ogniu jałowca wonnego , dawała schronienie wcale wygodne. 
Bydło umieszczono w gąszczu leśnym, popod świerków sta- 
rych konary obwisłemi, gdyby pod ostrzesznicą samorodną. 
Młodzież zasiadła zasieki z strzelbą nabitą i krzoską odwie- 
dzioną. Z psiarnią tylko był kłopot. Kundysy i brytany rwały 
się i brechały bez ustanku, musiano im pozakładać kagańce 
na pyski i odwieźć ich w gęstwinę lasu. Lecz i tam niedotrwały. 
Dwa brytany najpotężniejsze wyrwały się i pędząc za odgło- 
sem chodu ludzkiego, który czuły przez zamroź i wpadły na 
obydwu sług kościoła tropskiego, obaliły i przysiadły jedea 
jednego, drugi drugiego. Szczęście, że były w kagańcach. 

Wyznania „Braci polskiej" stolicą był Raków, skąd. 
nauką ustną i księgami rozszerzały się zasady ich. Księgotłoki; 
rakowskie wydoskonalił i wsławił Rodecki Aleksy, niegdyś 
mnich franciszkanin, ożeniwszy się za przykładem swego 
przełożonego zakonu , Lismanina. Córkę Judytę wydał za Ster- 
nackiego Sobestyana, któremu r. 1600 odsprzedał tłoki one. 
Sternacki miał dwu synów, Pawła i Sobestyana i córkę, wy- 
daną za Otwinowskiego. Roku 1633 Paweł objął po ojcu 
księgotłoki, które prowadził aż do wypędzenia ai^an z Ra- 
kowa r. 1636. Wszystkie niemal dzieła najważniejsze, począwszy 
od Stoińskiego sporów z ks. Wujkiem r. 1592, aż do Szlich- 
tinga Jonasa sporów z ks. Cichowskim, wychodziły stamtąd.. 

21 



322 

Ttoki rakowskie masialy zgrozą przejąć obrońców katolicyzmu, 
a rodzina Sternackich zaliczona do potępieńców piekielnych — 
jako tłocznie ksiąg djabelskich. Sternacki Sobestyan, syn 
Sobestyana, gospodarzy/ w Sądecczyźnie , chodząc dzierżawą 
zastawną (r. 1640—1642) w Limanowszczyźnie, w Starej wsi. 
Niewinnie o dziesięcinę pozywa go tam ks. Sporysowicz, 
wikary z Podegrodzia, imieniem plebana swego, ks. Kaliny 
(przełożonego w N. Korczynie), któremu dziesięcinę już zapła- 
cił r. 1643, pozwan od klasztoru św. Kingi, że utrzymuje 
poddanego, zbiegłego z Strzeszyc. R. zaś 1648 Sternacki Sta- 
nisław (zdaje się syn), dzierżawca Marcinkowic nad Dunaj- 
cem, o konie z pastwiska przemocą zajęte otrzymuje wyrok 
karny na Strońskiego Jana, współdziedzica Wysokiego sąsied- 
niego, w sądach kapturowych krakowskich. Duchowieństwo 
więc i p. Stroński niemiłem okiem patrzyli na Sternackich. 
R. 1644 wyszła księga z napisem zmyślonym : „W Rako- 
wie czcionkami Sternackiego Sobestyana". Sobestyan ojciec 
już nie żył. W Rakowie, na miejscu księgotłoków zboru i szkół 
arjańskich, stał już kościół katolicki; zdawała się rzecz żar- 
tem dowcipnym. Jezuici jednak z tropu w trop idąc za roz- 
bitkami arjanizmu, nie omieszkali skorzystać z tego. Wzięli 
rzecz dosłownie, a ponieważ Rabkowa i Lusławice sąsiado- 
wały dzierżawom Sternackich, ks. Mik. Cichowski jawnie wołał, 
że arjanie tam nad Dunajcem tłoczą Szlichtinga dzieła 
przeklęte. Rodzina Sternackich, jako słynna z tłoczby tej, była 
palcem wytkniętą, oczy prześladowców arjanizmu zwróciły 
się ku nim. I 

Naprzeciwko i nieco powyż Nowego Sącza, na lewym 
brzegu Dunajca, w najpiękniejszym punkcie cudnej równinki 
sądeckiej, leży wieś Brzeźna, w połączeniu z Wolą brzeżniań- 
ską i Wysokiem, sięgając od Dunajca aż po wirch Litacza. 
R. 1655 Brzeźna właściwa była w posiadaniu Strońskiego 
Marcina, Wola zaś była Kisielewskich Mikołaja i Wojciecha. 
Stroński był bratem Stefana z Korzennej, i jako się rzekło 
wyżej, z krwi już katolikiem nabożnym, tak samo i Kisie- 
lewscy obydwa. Skoro jednak aijanie płacili dobrze, wydzier- 



323 

żawiono im Brzeznę. Od Strońskiego wziął Sternacki Sobe- 
styan, od Kisielewskich zaś Bobowski Jan z bratem Pawiem, 
arjanem. Bobowski Paweł za żonę pojął Stemackiego córkę, 
Elżbietę. Rodziny te spokrewnione mieszkały w trzech dwo- 
rach nieopodal siebie, Sternaccy w Brzeżnej samej od Du- 
najca, nad niemi, w dolinie brzezniańskiej, na Woli, mieszkał 
Bobowski Jan, a w Brzozówce, już ku Wysokiemu, Paweł, 
zięć Stemackiego. Karczmę na Woli Bobowski wydzierżawił 
Rogalskiemu Stanisławowi, niegdyś organiście i rajcy sądeckie- 
mu. O młyn spory wiódł z dziedzicem Kisielewskim, który 
mu zaprzeczał miewa. 

Na Stemackiego nasamprzód wyprawił Wąsowicz Krzy- 
sztof rotę Łabowian, Łosian i Rostoczan uzbrojonych należy-* 
cie, zapewniając bezkarność za zniesienie lutra. Dowódcą 
był Leszczak Szymon, poddany Wąsowicza, a do starszyzny 
należeli Repelak Danko, Doroszak Szymon, Szepietlacy bracia, 
Waśko z Michałem, Bobak Iwan i Filipczak Jędrzej, — wszyscy 
Łabowianie. Był też z Urzyna sołtys, co go Tylickim zowią 
i z Królowej ruskiej Warchoł. Był też Lesko, syn Malika 
Rosteckiego, groźnego zbójcy, ćwiertowanego w r. 1649, 
a Malik ten był uczniem Łeszczaków, braci z Łabowej, r. 1643 
pod hetmanem Motylem napadł i przypiekał Wiszowatego, 
bywał drużbą zbójeckim Bajusa, Sawki, Bielawy i innych naj- 
groźniejszych. Rota więc Wąsowicza była odmłodzoną ,, bursą 
łośką", groźną i osławioną. Wyruszyła z Łabowej 17. grudnia 
1655, piechotą wszyscy. (N. Sącz wójt. ks. 64 str. 59). Za 
dnia jeszcze przestrzeżono Stemackiego i niebawem jął się 
zabierać do ucieczki, ale żal mu było mienia, więc chciał 
na wóz skarbny zabrać, co miał lepszego i uwieźć. Żal mu 
było pozostawić i miedź gorzelnianą, zabierał pokrywy od 
gai^nca i alembika, kocioł itp. Zapadał go w tem wieczór 
a z zmrokiem opadała trwoga; nie wiedział kędy uciekać 
z wozem ciężkim. Już ruszał, gdy psy jęły się rwać na łań- 
cuchach, a pospuszczane wybiegły w pole i straszliwie uja- 
dały po równi. Zrozumiał, co się święci. Zawołał na żonę, by 
uciekała ku Woli, sługom kazał wyprowadzać bydło ze stajen 



324 

i rozdawać między chtopy; sam porwat worek z pieniądzmi 
i z szkatuły wysypał w połę od sukni, pobiegł do stodoły 
i zakopał w słomę, cokolwiek tylko zostawiwszy przy sobie. 
Żona biegła tuż za nim^ lecz się nawróciła, zapomniała pie- 
niędzy 1.800 złp. złotem w woreczku. Przypadła do dworu, 
z kryjówki wiadomej pocbwyciła złoto, schowała w zanadrze 
chciała uciekać, zapóżno, zbójcę we drzwiach. Pochwycili ją, 
pytają o męża, kędy jest? — Nie wiem! — Gadaj zaraz, bo 
zabiję! — Zbójcę, widząc dostatki, rzucili się na łup jeden 
przez drugiego. Odczepili się od niej. Sternacka, korzystając 
z chwili, wsunęła się w ciemny kąt i niepostrzeżenie wymknęła 
się zatylnym wychodem. Znajoma miejscowości, ogrodem poza 
gumna , a dalej drożyną polną , wąwozem , uciekała ku 
Woli ; strach i trwoga śmiertelna dodawały jej skrzydeł. Lec2 
tuż za nią pobiegły psy, skacząc koło niej i szczekając z ra- 
dości, że ocalała pani. Starszyzna zbójecka spostrzegła się. 
— Hej ! uciekają lutry ! chłopcy gonić ! — Puścili się w po- 
goń], psy poczuły, zwracają się, ujadają straszliwie. Dopadła 
dworu już omdlewająca. — Przebóg! zbójcę mnie gonią, chcą 
zabić! gdzie mąż? gdzie twój? — Dopadli koni, uciekli na 
Litacz. \Vleź siostra do łóżka podemnie, pod pościel, wkop 
się siostra w słomę, może nas ocali Opatrzność boska. Ster- 
naćka wlazła w łóżko pod pościel, wgrzebała się w słomę. 
Bobowska Janowa nie tracąc przytomności, zapaliła świecę 
gromniczną woskową, położyła się do łóżka, troskliwie okry- 
wając pościelą, postawiła krucyfiks, rozłożyła księgę do nabo- 
żeństwa katolicką, z przewieszonym różańcem i szkaplerzem; 
modli się, pokiwując głową. Czuje, jak pod pościelą dygoce 
Sternacka, ją samą też przechodzą dreszcze Psy cgadają 
jilraszliwie, strzały wymierzone ku nim rozwścieklają je, lecz 
odpędzają, gwar, huki, łomot drzwi i okien, zbójcę są. — 
Gdzie lutry? — W Imię Ojca i Syna i Ducha świętego amen ? 
Tu niema lutrów! Jam katoliczka, chora! Dobrzy ludzie, nie 
czyńcie gwałtów chorej kobiecie. — Lutry kędy ? gadaj bo! — 
Dobrzy ludzie! jam katoliczka, o lutrach nie wiem! śmierci 
się nie boję, bom stara i chora. — Gdzie luterka z Brzeżnej^ 



325 

ona ta acieUa ! — Gdzieżby byJa ? przecież widzicie, szukaj- 
cie sami, cóż ja mogę wiedzieć chora nieboga ! Macie otwarte 
wszystko! — Powolność nieulękniona i pewna siebie zgóro* 
wafa nad srogością zbójecką, zlękli się bezbronności. 

Obszukali dom cały i wszystkie kąty, a nie przyszli na 
pomysł, że ona w tem samem łóżka niewielkiem, na którem 
widzieli Bobowską. Pod łóżko zaglądali... W końca odeszli... 
(C. Sand. L. 127 p. 942). Zemścili się na dworze w Brzeżnej , 
gdzie w wszystkich budynkach porąbali drzwi , okna i piece , 
aby lutry nie mieli gdzie mieszkać. Stroiński Marcin, acz 
katolik dobry, wcale im nie był wdzięcznym za to (C. Sand. L. 
127 p. 624). Sternacki z zięciem swym. Bobowskim Pawłem, 
ocaleli, uszedłszy na Litacz, górę lesistą ponad Trze- 
trzewiną a Męciną. Było tam kilka chałup smutnej pamięci 
arjanom — gdyż tam r. 1643 mieszkał Grzybek Knap, ów 
nadworny rabkowski, co go wypędził Wiszowaty Jędrzej. 
Stamtąd on chodził do Łabowej zmawiać zbójcę, zapewniając , 
iż to luter, a ma skrzynię ciężką, w której ma być 20.000 złp. 
Tam się też zebrali zbójcę pod hetmanem Kwaczką, stam- 
tąd ruszyli na Wroćmirową, złupili i śmiertelnie poranili 
Wiszowatego. 

W tymsamym Litaczu schronienia szukali obaj arjanie 
i znaleźli go chwilowo w lesie. Przekonani, iż to napad zbó- 
jecki, podobny onemu z r. 1643 — nazajutrz zziębnięci i zła- 
knieni schronili się do chałup onych , znosząc mienie ocalone. 
Sądzili, że w ustroniu leśnem, na wirchu gór mroźnych, 
znajdą bezpieczeństwo u ludzi biednych. Omylili się. Chłopi 
z Litacza nie nadaremno słuchali onego obębniania i obwiesz- 
czania, że lutrów wolno znosić bezkarnie. Że to jednak byli 
panowie dzierżawce, a do tego zbrojni, nieradno było por- 
wać się na nich. Więc po staremu dali znać do miasta. 
Posłaniec ich trafił na czatę wojskową i opowiedział rzecz. 
Byli to panowie kwarciani. Niedawno złożyli przysięgę na 
wierność Szwedom... Wkrótce potem przybyli do N. Sącza 
na poskromienie chłopów, powstających przeciw Szwedom... 
Więc gnębiąc lud poborami w pieniądzach , żywności i obro- 



326 

kach, a przytem biorąc, co się wydrzeć dato, doczekali się^ 
iż chtopi naddanajeccy powstając, zaskoczyli ich na leżach 
i niejednego na powrozie do Sącza przywiedli... Aby więc 
wczysŁko to nabożnie naprawić, na chwa/ę Panu Bogu, a od- 
puszczenie grzechu przyjaźni z Szwedyma, postanowili znosić 
arjany bezbożne, wedle rozkazu króla JMCi, a życzenia księdza 
arcypasterza gnieźnieńskiego i duchowieństwa wszego. 

Natychmiast więc puścili się do Brzeżnej. Zastali tank 
dobrze znany p. Strońskiego dwór spustoszony, ztupiony, 
bez drzwi , okien , pieców, z pustą spiżarnią i piwnicą. Więc 
jechali dalej na Wolą. Ubogi dworek pani Bobowskiej takż& 
im nie byt ponętnym, zwłaszcza gdy się wywiedzieli, że 
Sternackiego tam nie ma. Sternacki , osławiony tłoczeń ksiąg 
4jab/a chwalących , w oczach panów kwarcianych był grze- 
sznikiem lak ogromnym i strasznym, że schwytanie jego 
zjednałoby odpuszczenie wszystkich grzechów , wynikłych 
z rozpusty i swawoli żołnierskiej. A przytem wiedzieli, że 
ma i pieniądze, które musiałby koniecznie oddać, nimby 
poszedł na ręce kata , a prawdopodobnie na żywopalenie ,. 
jako bluźnierca — dla przykładu odstręczającego. Ale Ster- 
nacki był na Litaczu aże, wysoko na górze, w lesie, w gą- 
szczach. Góry, czem wyżej , tem głębiej przysute śniegiem^ 
drogi żadnej , ani ścieżki nawet ; koniom ślizko i kiełzko,. 
przewracają się, gdy się im śniegu zmarzłego nabije pod kopyta. 
Szkoda koni, dojechać niepodobna. Przekonano się, że i lu- 
trzy nie wytrzymają tam długo i wrócą do domów odbieżanych,. 
a wtedy ułapić ich. Czata więc za czatą zaglądała do Brzeżnej^ 
nadaremno. Lutrzy nie wracali. Trzeba było zrzucić pychę 
z serca , zasługą podzielić się z motłochem pospolitym. 

Organista kościoła farnego z włodarzem klasztornym 
franciszkańskim , mieniąc się osobami cokolwiek duchownemi ,. 
czcili się wzajemnie i żyli w przyjaźni, obaj gorliwi w wierze 
i pełnieniu obrzędów kościelnych. Szydłowski Jerzy, syn ^ 
zięć słynnego skąpca, kramarza Gadka Zygmunta, sposobem 
niezbyt uczciwym zdobył sobie żonę, na przekór woli jej 
rodziców, którzy tylko dla uniknięcia hańby, radzi nie radzi 



\ 



327 

dali ma Zuzię ukochaną. Ojciec przeklinał ją, a matka zapi- 
jała sprawę, o zięciu nie chcieli słyszeć i zamykali przed 
nim mienie swoje; więc Zuzia popamiętała o sobie i do* 
brawszy się do pieniędzy rodzicielskich, nabrała tego sporo 
do zapaski. Starzy przeklinali , ale oni nie wiele sobie z tego 
robiąc założyli sklep, i dorabiali się. Podczas gdy Zuzia kra- 
marzyła, Grygiel kupczył kosami i sierpami, a gdy się zdarzyło, 
toć i koniem jakim — byle tanim , choćby i kradzionym. 
Z Rogalskim żył w przyjaźni wielkiej. 

Rogalski Stanisław z obawy pozwu i sądu o zdradę 
i nawodzenie Szwedów na St. Sącz, wyniósł się do Brzeżnej 
na karczmę dzierżawioną. Do Rogalskiego więc do karczmy 
wstąpili panowie kwarciani , wracając z czaty nadaremnej. 
(N. Sącz. A. 65 p. 236). — Pochwalony. — Na wieki. — Jest 
tu ten luter, co to księgi tłoczy djabłu na chwałę? — Pan 
Sternacki? nie ma tu pana Sternackiego, umknął przed Ru- 
snakami. — Ej! szkoda! kędy on też będzie? — Mówią, że 
na Litaczu. — Ba! Litacz to góra i las, któż tam nań wy- 
prawi łowy w takie śniegi. A nie zagląda on tu czasem do 
wsi ? — Czy ja wiem? może ta i zagląda. — Ej ! kieby to 
wypatrzeć i dać znać ! Panie Stanisławie , przecieście katolik 
dobry i rajca sądecki, wybyście mogli najsnadniej. Bo czasby 
już było zetrzeć łeb tej hydrze arjańskiej , niechaj nie syka 
więcej na Trójcę przenajświętszą. Wszakże prawda? — Rogalscy 
oboje przeżegnali się nabożnie. — Panie Rogalski! Weźmie 
nagrodę, kto ułapi tego lutra. Uważcie! 

Kwarciani objechali, a pani Rogalska, rzuciwszy za nimi 
spojrzenie brzydkie, zagadała męża: Jacy mi mądrzy ! obiecują 
nagrodę za lutra, oh! niewidali ich, czemu sami nie podglą- 
dają? Kiedy podglądać, to podglądać dla siebie, a nie dla 
kogo; głapi, kto na kogo robi. A nagrodę? oh! niby oni to 
z swego obiecują nagradzać ! jacy mi hojni ! że nadarli lu- 
dziom mienia, oh ! Nagroda znajdzie się sama, bo luter stary 
ma pieniędzy moc, gdzieżby ich podział? przecież sama wi- 
dywałam nieraz i wiem od ludzi. Oh! jacy mi mądrzy! jacy 
mi hojni! oh! niewidali! niesłychali! oh! — Rogalski po- 



328 

trząś/ g/ową, splunął i znów potrząsl g/ową, mowa żony 
nadawa/a mu się. Do tego wiedział , żeby to mógł być naj- 
lepszy sposób oczyszczenia się z zarzutu zdrady i sprzyjania 
Szwedom. Bo to teb udrzeć hydrze djabelskiej, toć to zasługa 
nie lada ! A nawet opłaciłaby mu się ! Nie myśląc długo, po- 
słał do Szydłowskiego Grygla, prosząc, aby przyjechał doń, 
gwoli tych lutrów. 

Wkrótce dają mu znać, że widziano Sternackiego we 
wsi. Na to nadjeżdża Urban, woźnica Kisielewskiego. — Po- 
chwalony. — Na wieki. Skąd tam Urbanie ? — Od chorągwi 
panów kwarcianych, jeździłem do pana Kisiela. — Cóż on 
tam ? — A radby, żeby Brzeznę oczyścić z lutrów. — Ster- 
nacki wrócił! widziano go. Chodźma nań! — Tak samo- 
wtór? — A tak? nie damyż mu rady? — Coby nie? to 
chodźma. — Poszli za wskazówką. Tu był, tam poszedł, tu go 
widziano, kędyś się podział. Tak było raz i drugi. Wtem 
konno i zbrojno do Brzeżnej nadjeżdża Szydłowski Jerzy. 
Urban w kilku słowach tłumaczy o co chodzi i pyta, czy 
pojedzie śledzić lutrów? — Potomci przyjechał, wytropię ja 
ich! Ruszył ku Woli, zdybiąje chałupnika Kozła Marcina. — 
A lutry kędy? nie baczyłeś ich? — Jakoby nie? na Litaczu 
mają być. — Z pewnością? — Kiedy mają być, toć tam 
będą. — Pójdziesz ze mną szukać ich ? dostaniesz nagrodę ! — 
I bez nagrody pójdę. — Więc idżże jeno Koziele wprzód na 
Litacz i przepatrz dobrze, jeżeli tam nie ma Sternackiego 
albo innych lutrów. Weźm sobie jeszcze kogo. Ja tam za 
wami pojadę wnet, tylko obaczę jeszcze tu, we dworze. Nie 
do dworu wstąpił, lecz do karczmy, oświadczając Rogalskiemu, 
że Sternacki ma być na Litaczu , ale go stamtąd wypłoszą 
chłopi, za którymi on sam zaraz rusza. Rogalski pochwalił 
zamysł, biorąc na siebie czatowanie we wsi, gdyby się po- 
kazał. Więc się rozstali. Szydłowski jechał za Kozłem ku 
Litaczowi, Rogalski poszedł przybrać sobie chłopów. 

Kozioł, dobrej myśli, jakoby przed spełnieniem uczynku 
dobrego, idąc ku górze, zdybiye Bielaka Bartka, zwanego 
Dudą. — Dzień dobry, witajcie. — Dzień dobry, jak się ma- 



329 

cie. — Kędyż ta idzieta? — Na Litacz. — Za czem? — Za 
bydłem. — Za jakiem bydłem? — Za luterskiem! Przyjdą 
tam panowie rzeźnicy na ono bydło, trzeba im pomódz, obie- 
cali nagrodzić. — Aha! rozumie, na ścierwo to laterskie 
przyjdą. — Ba hej! pójdziecie może pomódz? — Jeb! ci! 
chyba pójdę. — Poszli, a przez drogę Kozioł opowiedział mu 
co i jak. Na Litaczu przyłączył się Szydłowski i dobrawszy 
sobie jeszcze chłopów miejscowych, szedł obławą. Bobowski 
Paweł spostrzegł i ucieka w jedną, Sternacki w drugą stronę. 
Dostrzegli Bobowskiego i gonią, więc nieborak, chcąc ich 
zatrzymać, rzuca, co miał przy sobie. A były to papiery pra- 
wnicze , poobwijane i powiązane. Prześladowcy sądząc , iż 
kosztowności, uganiali i rozbijali się o nie. On zaś tymcza- 
sem dopadł gąszczy w uboczy, którą uszedł ku Męcinie. 

Sternacki nieborak zaś przemknął się na Wolę, ku cha- 
łupie rzeczonego Kozła. Nie wiedział, że to wróg. Zatyłkami 
przez ogród wszedł do chałupy, gdzie zastał żonę jego. — 
A gdzie wasz? — Czy ja ta wiem? — Może we dworze na 
młocce? — Czyja ta wiem? Niema go, kędyś poszli. — Smutny 
wychodzi z chałupy, z myślami się bije, bo mu się coś niby 
zdawało, że między chłopami na Litaczu widział go. Ogro- 
dem, jak wszedł, tak wychodzi z chałupy. Ale tam zastępują 
mu: Urban, woźnica Kisielewskiego i Rogalski, samotrzeci 
z Januszem Janem, parobkiem i Maćkiem, komornikiem. Przy- 
skoczyli, pochwycili. — Ha! mamy cię lutrze przeklęty, nie bę- 
dziesz ty więcej djabła chwalił, ani mu księgi tłoczył. — Zwią- 
zali go w powróz, ręce w tył. Od Litacza też wracają Kozioł 
z Dudą i Szydłowski. Rogalski zawołał: Gadaj lutrze, gdzie 
pieniądze? — Mam tam pieniądze w stodole, co mi nie zabrali 
msnacy, weźcie sobie, tylko mnie też nie zabijajcie. — Urban 
z Rogalskim spojrzeli sobie w oczy, idą do Brzezny ku sto- 
dołom. — Kędyż te pieniądze? — W zbożu. — Szukaj ! — Szu- 
kał więc wraz z Rogalskim, Urbanem i Kozłem. Znaleźli 
jedne w worku, drugie w słomie, jak je wysypał, uciekając. 
Zabrawszy, co było, wracają ku Woli, wiodąc go na powrozie 
i naradzając, co czynić dalej. — Dobrzy ludzie, przez Bóg 



330 

mify! nie zabijajcie mnie też starego. — Od Woli konno jedzie 
Szydłowski z powrotem. Sternacki poznał w nim wroga 
śmiertelnego, prosi się mu nieborak. — Mam tam jeszcze pie- 
niądze w drugim dworze, nie zabijajcie mnie, a dam wam 
wszystko. — Daj pieniądze, a puszczemy cię żywo, — rzecze 
Rogalski. Szydłowski nie mówił nic, zdał się przytakiwać. 

Przy drugim dworze stanęli , Sternacki znowu odszukać 
pieniądze i dał je Szydłowskiemu, który zlazł z konia. — Cót 
robić z nim, aby nie było kłopotu — pyta Rogalski. — Czyńcie, 
co chcecie], ale będzie gorzej, gdy go puścicie, lepiej go za- 
bić. Dajcie pieniądze, ja poniosę tymczasem. Oddał Szydłowski 
konia swego Januszowi, parobkowi Rogalskiego, każąc mu je- 
chać za sobą. Od Rogalskiego wziął pieniądze i niesie przo- 
dem, przyspieszając kroku. Za nim wiedli Sternackiego Ro- 
galski z chłopy. Przyszli w zarośla na łąkach naddunajeckich. 
Urban, woźnica Kisielewskiego obejrzał się, chwycił za ber- 
dysz swój i ciął Sternackiego w gardło niebaczkiem, Rogalski 
poprawił, a Kozioł dobijał. Szydłowski, słysząc, co się dzieje, 
uciekał ku karczmie. Z zabitego ściągnął Kozioł suknię 
zwierzchnią , podszytą ciepło , Urban drugą i ubranie. Tak 
odartego odeszli. 

W karczmie u Rogalskiego dzielili się pieniądzmi. Ta- 
lary i czerwone złote Szydłowski zatrzymał dla siebie. Re- 
sztę przeliczyła pani Rogalska i rozdzieliła na części równe. 
Za trud swój dostała kilka złotych. Szydłowski, zabrawszy 
pieniądze, odjechał. Kozioł poszedł do dwora, przywiódł troje 
bydła i zaraz zabił jedno na ucztę śmierci lutra. Podczas 
tego panowie kwarciani, jako zwykle, czatowali na Sternac- 
kiego, zaczaiwszy się na Pustce brzezińskiej. Chłopi z Li- 
tacza posłyszawszy, co się stało, z zazdrości może, że sami 
wypuścili z rąk łupy, dali im znać, że chłopi z Woli zabili 
szlachcica i zabrali pieniądze. Więc panowie kwarciani pędzą, 
co koni staje, przypędzili do Kozła , kędy im wskazano. — 
Dajcie pieniądze, coście zabili lutra! — Chłopi w nogi tylnemi 
drzwiami, tylko Kozioł został. Panowie kwarciani odebrali mu 
pieniądze Sternackiego i co miał swoich. Zabrali mu iet 



33i 

owych bydląt dwoje i odjechali. Bobowski Paweł przez góry 
męcińskie umknął do Laskowej górnej, do Otwinowskich po- 
krewnych. (N. Sącz, wójtowska księga 65, str. 235). 

Sternacka z córką i zięciem, wywiedziawszy się dokła- 
dnie o odejściu wszystkich onych złych ludzi, wróciła do 
opustoszałego domu, ubolewając nad losem córki, której cały 
posag przepadł, analeźało się jeszcze zięciowi 1800 złp. Zdała 
im więc gospodarstwo całe, krów 13, rydwan żelazem ujęty 
z kołami, wasąk od skarbnego wozu, pszczół trzy pniaki, 4 
wieprze , dwie pokrywy miedziane , od garnca i alembika ,. 
stół, kociołek, 4 beczki, śliw suszonych 4 wiertele wircho- 
watej miary kupieckiej. P. Bobowski między chłopy pytał, 
którzy oddali dwie krowy, 3 woły, jedną jałowicę, a 
wszystkie te rzeczy odebrała tamże na gruncie p. Anna Ster- 
nacka z zięciem swym, p. Pawłem Bobowskim. (Sącz gród 
127 p. 942). Za przykładem Wąsowicza poszli i drudzy, wy- 
syłając roty zbrojne, aby znosiły lutrów po kwaterach, wedle 
słów uniwersału królewskiego, ale roty one nie miały 
ustroju wojskowego, lecz były gromadami chłopów idących 
na zbój, były zbójecką czerniawą. 

Rządcą dóbr klasztora Kingi był Sobiekurski Samuel, 
a podrzęczym Januszowski, którego Szwedzi porwali i w No- 
wym Sączu więzili w jatkach szewskich , skąd oswobodzon 
dopiero po ich wygnaniu. Nie dziwo, że szukał odwetu, 
czerniawę pospólstwa ruszając na sprzymierzeńce ich, ar- 
jany i lutry. Podowscy i Krzesze, arjanie rozgłośni, a naj- 
bliżsi , napadnięci najprzód. Zeznanie Jana Maciaszka 
z Wolicy (wsi Stefana Wielogłowskiego) : „20. grudnia 
w nocy przyszło ich do mnie na Wolicę z 50. Przywódcą 
był Grzegorz Kępa, karczmarz z Zagórskiej Woli i Tarnawczy- 
kowie (z Tarnawy, folwarku plebańskiego w Łącku). Byli 
tam z Ochotnice: Józek i Jasiek Chlipawczyki , synowie 
wójta, Błażej Jaszczur i Marcin Rusnak; z Kamienicy: Woj- 
ciech Kurzela, Stanisław Sopała, Jan Więcław, Stanisław 
Gromczyk z bracią rodzoną, Marcin i Tomek Prokopczyki^ 
Tomek Nogawczyk, Jasiek Maziarczyk i chłopi z Łącka. 



332 

Poczęli kołatać do mej chałupy, jam wyszedł boso, już się 
rozebrawszy. Rzekli mi : Wzuj buty, prowadź nas do laŁra 
Podowskiego, doPrzyszowej. — Jam rzekł, że go nie znam. — 
Wtem poszedłem z nimi i zmyliwszy drogę, zaszliśmy do 
młynka (w Wądole górnym). Weszło ich kilku do chałupy 
A wzięli rusnaczka Jerzego, syna Walentego Kowacza, pod- 
danego p. Ojzranowskiego (z Berdychowa), który im lepiej 
j>owiedział o p. Podowskim. 

Tam, jakeśmy zaszli, postawiliśmy dwu we wrotach z bro- 
nią, a drugich dwu dalej na podwórcu zasadzili, ale ich nie 
znam. A Tarnawczykowie w czarnych guniach z Łącka wo- 
łali: Nie bój się panie Podowski! włos ci z głowy nie spa- 
dnie. " Skoczyli potem ciż Tarnawczykowie do okien, a Grze- 
gorz Kępa i Jan Gargula, co teraz (r. 1659) mieszka w Za- 
rzeczu, a pierwej obaj mieszkali w Gzorsztyńskieni państwie, 
skoczyli do drzwi. Kępa wyrąbał drzwi. Tamże brali, co im 
się podobało. A drudzy, co byli ze mną na straży, nie mając 
już co brać, brali konie, a mnie kazali', żebym sobie wziął 
krowę, alem nie wziął. Kępa też wziął dwa połcie mięsa. 
Kiedyśmy p. Podowskiego drugi raz rabowali, był: Kępa, 
Gargula, Gron z Kamienicy i ci, co wprzód. Był i Rusnaczyk 
z Kamienicy, co ma kilku synów. Maciek i Szymek, synowie 
jego, sprzedali konie. Mnie, com z drugimi na straży był po~ 
stawion, dali tylko wór, w którym był kożuch". (N. Sącz. 
Acta scabin. L. 64 p. 116). R. 1658 Podowski, przedświad- 
cząc, mówi : „R. 1655 w wilią św. Tomasza apostoła Kowacz 
Walenty, ojciec i Grzegorz, syn, z Wądoła górnego (p. Łapki), 
Maciaszek Jan , Olszak Grzegorz z Wolicy (p. Stefana Wie- 
logłowskiego), przybrawszy sobie drugich z Ochotnicy Kamie- 
nicy, naszli dwór Jana Podowskiego, którego niezastawszy, 
żOTtą jego omal nie zabili". (Castr, sandec. L. 127 p. 1396). 
Dwa razy więc 20. grudnia napadali Podowskiego, raz w nocy, 
drugi raz we dnie, wracając z Męciny, z obierzy Krzeszą 
Jana, aijanina i zwolennika Szwedów. 

Nad rzeką Białą, ku Tarnowu, czerniawa ludowa uzbro- 
jona stała w pogotowiu, żeby wdanym razie wspierać wojsko, 



333- 

wyciekające czatami na Szwedów. W Zborowicach na czele 
stal Kociszewski Stanisław. Taszycki Hieronim z Niećwi (kofo^ 
Lipnicy), będąc w wojsku, uniknął czerniawy Lipniczan i umy- 
kając ku Węgrom, przybył do Zborowic, gdzie musiał po- 
pasać. Kociszewski, obaczywszy go, zaprosił do dworu, wita 
i zagaduje. Taszycki sprawia mu się, że jedzie do Bardiowa,. 
na jarmark, zaopatrzyć się w oręż i zbroję. Podczas tej roz- 
mowy czerniawa chłopska, uzbrojona w kosy i kije, wiedzie^ 
do dworu sługi, pozostałe przy drodze, a Taszycki pyta: 
Z czyjego rozkazu? — Ja kazałem. Ale widzę, że ten twój 
Sajkiewicz opiera się. — On szlachcic, taki dobry jako i my, 
nie da się chłopom wodzić, zaręczam. — Pokaże się to. 
Chłopi, bacząc, iż się bierze do szabli, tłoczą się nań, chcą. 
pochwycić. Broni się im w bramie; chłopi drągami biją. 
Nie mogąc podołać, cofa się, odcinając szablą , a nie baczy, 
że za nim kupa gnoju. Upadł na gnoju, chłopi przypadli, 
biją kijami. Zerwał się, chłopi odskoczyli, on się cofa dalej 
i utyka na leżącej kłodzie drzewa, przewrócił się zdradliwie-^ 
i nie mógł powstać. Chłopi przypadli z krzykiem ,bić lutra^ 
i bili tak okrutnie, aż wnętrze zeń wyszło. Taszycki, chce zdą- 
żyć w pomoc wiernemu słudze, woła na sługi. Kociszewski 
zastępuje mu z pistoletami w ręku i strzela ponad głowę 
samą, lżąc: Ha^ lutrze przeklęty ! ha, djabłochwalco ! rusz się^ 
krok naprzód, to ci strzelę w sam łeb i pójdziesz do Anty- 
krysta, którego uwielbiasz. — Słudzy chcieli bronić, ale chłop-^ 
stwo opadło ich, biło bez litości , wymawiając, że służą-, 
lutrom, co djabła za Boga mają. Zabrali konie z rzędami 
i worki z gotówką 300 złotych i ledwie z życiem puścili.. 
(Gród Sącz ks. 126 str. 1825). 

Lubieniecki dzierżawił wójtostwa koronne: Rzepipnnik, 
Marciszów, Strzyżów i Sitnicę, do czego mu przybyła i dzier-- 
żawa Rozembarku. Rozembark, wójtostwo koronne, dzierża- 
wił Mo^iądzkowski Albert, który w październiku tak się 
przeląkł Szwedów, że ustną ugodą ustąpił dzierżawy Lu- 
bienieckiemu , sam zaś z żoną i dziećmi umknął na Węgry. 
(Biecz gród 187 str. 19). Tam więc, w dzierżawach koron-- 



334 

nych, u dzierżawcy koronnego, spodziewał się Taszycki, zna- 
leźć schronienie bezpieczne, bo przyjęcia gościnnego był 
pewien, jako u aijanina, a wiara i obrządek ściśle wiąza/y 
los rodzin obydwu. Mosiądzkowskiego ucieczka także doda- 
wała otuchy, bo to był katolik zagorzały, nienawidzący arjan, 
którym dokuczał kędy mógł, więc też po odjeździe takiego 
sąsiada można było spodziać się spokoju. Jakoż przyjęty ser- 
decznie od Lubienieckiego i żony jego, Doroty z Sierako- 
wskich, rozgościł się Taszycki, a czeladź jego, zbita i obło- 
żnie chora, przy pomocy troskliwej przychodziła do zdro- 
wia i sił. 

Wtem z sąsiedniej Staszkówki przypada Potocki Jan, 
który u siebie w Łużny zwoływał wiec arjan przed napa- 
dem na Biecz, a ożenion był z Taszycką Danielówną. Woła: 
Uciekajcie! na miły Bóg, bo czerniawę niezliczoną wiedzie 
Mosiądzkowski i nie minie Rozembarku ani Rzepiennika. Nie 
było czego czekać — co tchu zebrali się wszyscy. — Kędyż 
uciekać? — Oczywiście do Szweda, bo tam tylko bezpie- 
czeństwo. — Tak wyrzekł Potocki Jan, ruszając przodem. (Biecz 
gród 187 str. 288). W Boże narodzenie nadciągnął Mosiądz- 
ł^owski na czele kilkuset chłopstwa i wielce się zgorszył, że 
nie zastał lutrów, a dwory ich bez bydła i zapasów. W Ro- 
zembarku zastał bydło ryczące z głodu i pragnienia, gdyż 
czeladź wszystka odeszła, mówiąc, że się rok skończył ich 
panu i onej. Wszystko było tylko na opiece boskiej, bez do- 
zoru wszelkiego. Zgniewał się i postanowił do grodu pozwać 
Lubienieckiego, że mu nie wypowiedział dzierżawy. Jakoż wniósł 
żal do grodu bieckiego (Księga 187 str. 27) i ciągnął dalej 
na czele swej czerniawy chłopów koronnych. 

W Grabaninie najwcześniej, bo jeszcze ostatniego pa- 
ździernika, na lutrów najechał Morawski Mikołaj. Dorota 
z Rupniewskich Turopolska pożyczyła mu pieniędzy, zapisała 
i oprawiła pożyczkę na Grabaninie i wzięła wieś w posia- 
danie zastawne. Umierając tamże, zdała wieś córce Annie, 
żonie Faliszewskiego Jerzego. .Rupniewscy byli arjanami 
rdzennymi, spokrewnieni z Lubienieckimi, Wiszowatymi, Przyp- 



335 

kowskimi , Dębińskimi. Pani Dorota więc i córka jej były 
w nienawiści u katolików. Więc też nie taiły się one z ży- 
czliwością dla Szwedów, obiecujących wolność sumienia. 
Morawski Miko/aj, rzekomo w obronie wiary i ojczyzny, żeby 
nie sprowadzi/a Szwedów Faliszewska, zebrał sJ^ugi i przyja- 
cioły, z synem Janem wraz najechał Grabaninę, wziął w po- 
siadanie, nie dbając na Faliszewskiego żałobę, wniesioną do 
grodu. (Biecz gród ks. 187 str. 20). 

W Golance, nad Białą, (między Ciężkowicami a Tre- 
chowem), na karczmie siedział Artwiga Grigel, tuchowianin. 
Na czele czerniawy chłopskiej nadciągnął Saracki, szlachcic, 
zapewniając, że wolno znosić lutrów jako zdrajców Rzeczy- 
pospolitej, zaręczając, iż się przysłuży Rzeczypospolitej, kto 
wyruszy na łup majętności luterskich. Artwiga uwierzył, przy- 
łączył się do czerniawy, z którą wraz ruszył do pobliskiego 
Rzepiennika, dzierżawy koronnej Reja Mikołaja, urodzonego 
z Morstynówny. Włodarzył tam chłop. Słowik Mikołaj , był 
w^iernym sługą Reja i obstawał za państwem swojem, że 
zaś Rej z matki i wuja Tobiasza był arjanem i przy Szwe- 
dach, więc i onego okrzyczano lutrem i stronnikiem Szwedów. 
Gzerniawa z Sarackim na czele napadła, złupiła do szczętu, 
a samego pobiła ciężko. Artwiga z łupu nie dostał jeno faskę 
masła, za którą potem drogo zapłacił. (Tuchów, wójt. księga 
str. 65). 

Nad rzeką Nidą, poniżej Wiślicy, powyż Korczyna, w po- 
śród sadów, łąk i gajów^ w miejscu rozkosznem, stał zbór 
aijański, wystawiony przez Jarosza Moskorzewskiego, zięcia 
Dudyczowego, z biskupa arjana. Wsi dziedzicem był wuuk 
jego. Jarosz Gratus Moskorzewski , urodzony z Wiszowató- 
wnej, córki Benedykta ; sługą zboru zaś Stanisław Lubieniecki, 
syn Krzysztofa z Otwinowskiej Anny, urodzon w Rakowie r. 
1623, zięć Pawła Żegoty Brzeskiego z Pieli. Wszystko więc 
arjanie naj czyści ej szej krwi. Lubieniecki, uczeń szkół rakow- 
skich, potem kisielińskich, lucławickich, po sądach i sejmach 
wyuczył się prawa i prawo wania. R. 1645 na rozmowę przy- 
jacielską jechał do Torunia samotrzeć z Szlichtingiem i Rua- 



336 

rem, spisał Łam tok rozpraw i pozostał przez cale 2 lata 
dla nauk i mowy niemieckiej. Stamtąd zawezwał go ojciec, 
gdyż Stefan Niemierzyc , podkomorzy kijowski, powierzył mu 
wychowanie syna swego, Stefana, z którym podróżował pa 
Francyi i Hollandyi. Powróciwszy do kraju, postanowił oddać 
się stanowi duchownemu arjańskiemu. R. 1650. w Czernie- 
chowie u Niemierzyca bawiąc, szerzył arjanizm, a r. 1652, 
już jako kaznodzieja, w Siedliskach pomagał Janowi Ciacho- 
wieżowi. R. 1654 na zjeździe w Czarkowej uroczyście mia- 
nowan sługą zboru tamtejszego. 

Czerniawa zbójecka w grudniu 1655 nie dosięgła Czar- 
kowej. Z Rabko wej sądeckiej , z żoną i dziećmi uchodząc 
i życie gołe unosząc, do Czarków przypadł Jędrzej Wiszo- 
waty, jako świadek naoczny rzezi aijan podgórskich i zwia- 
stun niebezpieczeństwa groźnego. Ostrzeżony Moskorzewski 
z Lubienieckim mieli się na baczności i ostrzegli arjan nad- 
nidańskich. Zebrało się ich rodzin 30 i za pierwszą wieścią 
zbliżania się czerniawy, łupu i krwi chciwej , pod przewodni- 
ctwem Wiszowatego, wćwiczonego niestety do ucieczek takich 
łzawych, umknęli szczęśliwie, do Krakowa. Wurz, komendant,, 
przyjął ich życzliwie i otoczył opieką, bacząc, że nietylko 
katolicy, lecz i protestanci pragną ich zniszczenia. Czerniawa 
ludowa, z międzyrzecza Uświcy a Raby przewaliwszy się przez 
Wisłę zamarzła, złupiła porzecze Śreniawy i lewym brzegiem 
Wisły posunęła się na Czarkowy. Zbór arjański spalili, złu- 
piwszy do szczętu, poczem Nidą w górę krocząc, drogę swą 
znaczyli księgami zbioru Lubienieckiego rozszarpanemi. Gdyby 
od śniegu, aż pod Pińczów bieliła się droga kartkami księ- 
gozbioru tego, kilkutysięcznego. (Adryan Krzyżanowski str. 355). 

Tuż obok Zakluczyna, od strony gór, leży wieś Fascie- 
szowa, dziedzictwo przez pół Błońskich, a przez pół Taszye- 
kich. Błoński Aleksander część swoją zastawił Pileckiemu 
Stefanowi, który ją też odzierżawił w maju 1655 i tamże 
zamieszkał. Pileckich rodzina cała była aijańską. Błoński 
Aleksander, arjanin, wraz z bratem swoim Piotrem, przeszedł 
na kalwinizm, z obawy prześladowania w czasach , gdy po- 



STnriistnw lubiemiecki 



337 

potępiano i ścigano Szlichtinga. Tak więc w Fascieszowej 
wówczas obok księży katolickich mieszkali arjanie i kalwini. 
Taszyckich część posiadali księża psatterzyści tarnowscy, 
a to zastawem 2.000 z/p., które im zapisa/a Jadwiga Acha- 
cowa Taszycka, przejęte zaś i na Fascieszowej ubezpieczyła 
córka jej , Anna Taszycka Zygmuntowa. Matka i córka hytj 
katoliczkami gorliwemi, obie nawróci/y mężów. Pani Jadwiga, 
za poradą biskupa krakowskiego, naMonite męża swego, iż 
zniósł zbór arjański, a córka jej byfa dobrodziejką księży 
Reformatów zakluczyńskich. W obec Szwedów, palących Za- 
, kluczyn, obiedwie wdowy nie miały czego dosiadywać. Pani 
Jadwiga, matka, uciek/a do Tamowa, pod opiekę najprzód 
Boga, potem księży psatterzystów. Pani Anna zaś, bacząc, 
że sama księżna Ostrogska, pani na Tarnowie, uciekła na 
Węgry, szła za jej przykładem. Zebrała, co było lepszego, 
zabrała dzieci i sługi wierne, uciekała do Bardjowa. Oczy- 
wiście nie na Faścieszowę , zajętą przez Szwedów i arjan , 
lecz w bok na Siemiechów, Rzepienniki, Biecz. Matce jej 
i psałterzystom uciekającym jedna była droga z nią razem. 
Więc też wieść o spaleniu Zakluczyna i pochodzie Szwedów 
na N. Sącz równocześnie rozchodziła się od Tarnowa i od 
Rzepiennika, Biecza i t. d., kędy droga była pani Annie. 

Forgwell zaś rozłożył się po górach. Brat Atanazy, obe- 
znany najdokładniej z okolicą i jej mieszkańcami, był wielce 
przydatnym w przewodnictwie czatom i wybieraniu chlebów 
i obroków. Oszczędzał on aijan i lutry, a nawidzał szczególnie 
dobrodziejów klasztoru niegdyś swego, którym się dawał we 
znaki nielitościwie. (Pamiętnik klaszt. Zaklucz.). W porzeczu 
Paleśnicy, wpadającej do Dunajca, leżą wsie: Paleśnica, 
Bieśnik, Niedźwiedź (dziś góra i las), dziedzictwo Elżbiety 
z Kostków Sternbergów Tarłowej, wdowy kaszt, przemyskiej. 
Jej to pobożnągorliwościąnapojeniTarłowie, mąż i teść, wpro- 
wadzili do Zakluczyna Reformatów, zmurowali im kościół i kla- 
sztor. Ona też była główną ich dobrodziejką. Opata tynieckiego 
oraz biskupa chełmskiego ks. Pstrokońskiego wsie Zdonia i Opat- 
kowice leżą tuż obok tamtych, a stykają się z Faścieszową, 

22 



338 

Eończykami i Lus^awicami pani Taszyckiej Anny, należącej 
też do dobrodziejek klasztoru, kędy patronce swej o/Łarz wy- 
stawiła. Reszta zaś gór onych, t. j. Łaziska, Bartkowa, Rada- 
jowice, Wiesiołka, Przydonica, Gurowa, Jelna, były Teresy 
Laskowskiej Janowej, starościny kowelskiej, zamieszkałej na 
Bobowej. (Sącz gród ks. 127 str. 551). 

Po onych tedy wsiach górskich rozłożył się Fargweli z Niem- 
cy swymi, nadętymi spaleniem Zakluczyna. W pochodzie stra- 
sznie się oni odgrażali Sączowi i Sądeczanom, a olbrzymiego 
wzrostu przewodnik pułkowy zapewniał, że miecz regimentarski 
ogromny, który nosił, stępi się na ich karkach. Dziedziczki 
obie gór Paleśnicy, słysząc o Szwedach, zapędzających się 
w góry ich niedostępne i zasypane śniegami, były przekonane, 
że Forgwell idzie na Sącz. A oni zalegali tylko ciepłe, acz 
dymne chaty wieśniacze wiosek górskich, objadając z żywności, 
obierając z zasobów, w wywczasie wygodnym srożąc się nad 
N. Sączem odległym, któremu obiecywali smutną dolę Za- 
kluczyna. Przewodnik pułkowy, co za pułkownikiem naszał 
miecz regimentarski, dodając Niemcom ducha, przy wystą- 
pieniu każdem wywijał swym mieczem groźnym, wołając: 
Poczkajcie Polacy! poczekajcie zdrajcy! niechno śniegi przy- 
tężeją, że będzie przeprawa — damy my wam — Lecz jak na 
złość śniegi ciągle zasypywały góry i doliny. 

Oto list Jana Szlichtinga z Bukowca do p. Tańskiego, 
pisarza grodzk. poznańsk. : Dziękuję za nowiny i przestrogi, ale 
nowinki głogowskie mam za dym i parę, żadnej podstawy nie 
mające. Wywabili króla między górale , obiecując mu 
wielkie kozackie i tatarskie posiłki. Przyjechawszy król, nę- 
dznie od wszystkich opuszczon, znalazł to, że i chan się do 
Krymu powrócił i Kozacy na Ukrainę poszli, trochę tylko 
kwarcianych tchórzów przy nim się przywiązało, a chłopów 
zdradliwych , którymi aby miał ojczyznę zbawić , albo mógł 
sprostać potędze szwedzkiej, zdrowy rozum nie każe temu 
wierzyć. Zaś bacząc, jakie ma hetmany, jaką piechotę, jaką 
armatę, a pieniędzy żadnych, zgubią go albo Rakoczemu 
wydadzą, dla zrzeczenia się królestwa... Pan Zawadzki, który 



339 

pojechał z listami do Gdańska i do kurfirsŁa, zda mi się, że 
maio sprawi, bo kurfirsŁ ugodził się z królem szwedzkim, 
kupcy nie 7 lat trzymać się będą, ale ani 7 niedziel. Że 
Niderlandczykowie chcą traktować, rzecz pewna, ale żeby 
z taką flotą? Stany holenderskie pozwolą im wolność i bez- 
pieczeństwo kupi o mafem cle, a Gdańskowi będzie piskorz. 
Anglicy dla Gdańska niepodniosą wojny z królem szwedzkim, 
którego przyjaźń jest im pożyteczniejszą, niż gdańska* Król 
szwedzki , zostawiwszy w Gdańsku blokadę, w 60.000 ludzi 
ognistych i z wielką armatą na wiosnę w pole wyjdzie, przez 
hetmana swego p. Wrangla, którego się tu co godzina spodzie- 
wają, króla Kaźmierza przy wita, sam zaś w Toruniu konwokacyą 
odprawi. Pojmano w Grabutach w przeszłym tygodniu kozaka 
z listami od Ichmość p. hetmanów do JMP chorążego koron- 
nego, prosząc o przeprawienie odpuszczenia winy swej u króla 
JMC. szwedzkiego. Posłano chanowi 100.000 czerw, złotych , 
a corocznie 100.000 talarów. Chmielnickiemu zaś dwoje woje- 
wództw ukraińskich z tytułem: książę ruski — feudal regni. Owo 
zgoła umieją tu koło siebie chodzić , cóż po ludzku obiecować 
sobie mamy ? Nie dziwuj się Wpan, że podskarbi nie mógł przy- 
łączyć się radom głogowskim, bo te za sobą ciągną jeno tylko 
upadek ojczyzny. Wszyscy Waszmość Panowie wybaczcie : 
Zapaliliście świat, nikt się nie znalazł, coby go chciał rozu- 
mnie gasić; sam p. podskarbi na to się odważył. Dziwuję 
się wielkiemu człowiekowi JMP. wojewodzie łęczyckiemu , 
że się dał namówić w tę drogę do Wiednia, że się dał oma- 
mić niewieście i kleszym radom. Jakkolwiek ja pana Boga 
mego proszę, aby uśmierzył gniew swój sprawiedliwy prze- 
ciwko ojczyźnie naszej, a powrócił nam pożądany pokój. 
U nas w Wielkiej Polsce ucisk wielki od żołnierzów. Gene* 
rał leitnant Miller, obiegłszy Częstochowę , rozłożył wojska, 
nieprzepuszczając dobrom szlacheckim niektórym, powiadając, 
ie tak każe wzgląd wojenny (ratio belli), bo musi przestrze- 
gać rewolucyi, którą co dzień głoszą głogowskie uniwersały. 
W Gdańsku JMPanu w krótkim czasie tak tęskno będzie, 
jak mnie w Elblągu. Mnie usługa braterska wygnała tu i ich 



340 

(gravamina) zażalenia. JMPan wojewoda kaliski nie wiem co 
sprawi/ — to wiem, że sobie województwo poznańskie wy- 
jedna/, (de oneribus nostris) o ciężarach naszych bodaj czy 
pomyślał. JMPan Niemierzyc też tu, stąd wczoraj jechał do 
króla JMCi. Ten tam (referował) zdawał sprawę, jako Tatarzy 
i Kozacy powrócili. 3.000 ma ludzi swoich w łęczyckiem 
i rawskiem województwie. JMC pan Chorąży koronny (Aleks. 
Koniecpolski) wielką ma ufność (konfidencyę) u króla JMCi, 
także książę Bogusław (Radziwiłł). Panowie wojewodowie 
poznański i wileński, że pomarli, nie dziw się WMość, ludzie 
byli i niedola ojczyzny, wierzę, że ich trapiła, ale co uczynili, 
musieli — gdy nie mogli przeskoczyć, przyszło im podleźć. Ale 
ci, co ich nie ratowali i ojczyźnie pomocy nieść nie chcieli, 
Panu Bogu za to odpowiadać będą więcej, niż oni. Stanie 
drugiemu za śmierć , kiedy co godzina umiera z utrapienia 
(in anxietate), patrząc na swoje stracone księstwa i uciechy 
Salomonowe. Ale już tego dosyć. Ja się tylko łasce JMPana 
oddaję. W Elblągu 19. stycznia 1656. 

Na ten list odpis z Gdańska. Że króla, któremu raz 
przysiągł , odstąpić nie może , że nie tak źle rzeczy stoją , 
Gdańsk obronę postanowił, a całe pisanie Szlichtinga wedle przy- 
powieści : „Na czyim wózku jedziesz'^... (Archiw. Ossolińskich, 
rękopis 240 str. 91). 

Do wieców koronnych, jako sądu najwyższego, z żałobami 
i żalami zjeżdżała się szlachta arjańska, przedkładając krzywdę 
swą i wołając o pomstę do Boga, gdyby nie doznali opieki 
prawa. Między innymi przybył Orzechowski Paweł, zięć pani 
Janowej na Kobylanach Męcińskiej, matki zabitego w Żmi- 
grodzie Macieja. Przywiózł on wypis z ksiąg grodu bieckiego, 
poświadczający zabójstwo Męcińskiego i wiernych jego drużbów 
Sienińskiego, Drozdowskiego, Łasickiego i Rysia, chciał wno- 
sić żałobę na Mniszka Wiszniowieckiego i wspólników ich. 
Udał się do hetmana Potockiego, prosząc imieniem teści swej, 
aby mu dopomógł. — Hetman, ubolewając szczerze nad nie- 
szczęściem pani Męcińskiej, znajomej sobie z dawna, zwróci j( 
uwagę Orzechowskiego, że nie osiągnie skutku, gdyż sprawa 



341 

należy do grodu, a kasztelan Mniszek na wiecach koronnych 
jest osobą nietykalną, skoro na nim nie cięży ani pozew, ani 
wyrok karny. Obiecał jednak każdej chwili użyczyć opieki 
pani Męcińskiej. 

Inna rzecz by/a z różnowiercami, żądającymi bezpieczeń- 
stwa spotecznego. Przypuszczeni do posłuchania, otrzymali 
obietnice tak od króla, jako i dostojników, chociaż król niezbyt 
gorąco i raczej z zadziwieniem, niż zgrozą słuchał ich żałoby. 
Lubomirski tylko z stronnikami swymi popierał sprawę uci- 
śnionych i stanęła następująca uchwała : Jan Kazimierz 
Wszem wobec. Doszło Nas to wiedzieć, że niektórzy, nad- 
używszy imienia i powagi Naszej, obwieszczali to niesłusznie, 
jakobyśmy mieli dać jakieś rozkazanie znoszenia dyssydentów 
i ludzi różnego nabożeństwa, a drudzy z tego udania pozwolili 
sobie domy szlacheckie nachodzić i różne ukrzywdzenia, 
a nawet mordy popełnić. — Wczem, że pokój domowy i po- 
spolity przeciw wszelkim Naszym zamiarom bywa rozerwany, 
surowo rozkazujemy, żeby wszyscy, na urzędach jakichkolwiek 
siedzący, pilnie na to zważali i każdego wykroczonego (!) su- 
rowo na gardle karali. — kupom tak swawolnym odpór da- 
wali i każdemu, jakiejkolwiekby był religii, pokój według 
przysięgi Naszej i konfederacyi bezpiecznie zachowywali, wie- 
dząc, że nic Nam na większej pieczy nie zostaje, jako każdemu 
z poddanych Naszych prawa i zupełne zachować wolności. 
— Na co dla lepszej wiary i pewności ten Uniwersał ręką 
Naszą i pieczęcią koronną zapieczętowany chcemy, żeby był 
po wszystkich grodach przyjęty i publikowany. — Który jednak 
nikomu suffragari nie może, któryby z nieprzyjaciółmi Naszymi 
miał jakie porozumienie. — Dan w Łańcucie 25. stycznia 1656 
(Biecz gród. ks. 187 str. 20). 

Bezpieczeństwo różnowiercom zabezpieczył król uniwer- 
sałem tym z 25. stycznia: Ukaz ten jednak nim wszedł w życie, 
trwały wyprawy na arjan i lutrów. — 28. stycznia (w piątek 
po nawróceniu św. Pawła) w Lowczowie, na dwór Wielowiej- 
skiego Natana Mikołaja, dzierżawcy, nocą przypadli najazdem 
Dobki Jędrzej z Marcinem, Paszkowski Stanisław, Cebrowski 



342 

Wojciech i Wojciechowski; chcieli go zabić, szukali, ale z żoną 
uszedf w pole. Dwór więc zhipili, ruchomości jego i żony 
jego na 4000 z^p. zabrali. Dopiero po rozgłoszeniu bezpie* 
czeństwa różnowiercom zwrócili co nieco. (Sącz gród. 127 
str. 866). Wielowiejscy byli kalwinami, Dobki katolikami gor- 
liwymi; Paszkowski, podobno syn Marcina, poety w Sądec- 
czyźnie, r. 1612 dworzanina Lubomirskich, herbu Zadora 
z Brzezia. W N. Sączu panował spokój pozorny, pokrywając 
straszną walkę namiętności. 

Jeszcze 31. grudnia Przypkowski Konstanty, ufny, że jako 
obecnie katolik tembardziej znajdzie poparcie praw obywa- 
tela koronnego, przystawił do grodu Laskowskiego Wojciecha 
z Jasińskim i Ciężko wskim , okazał także pięcioro bydła Fal* 
kowskiego, które im odebrał w Bobowej — żądając sprawie- 
dliwości o najście nocne i złupienie Falkowej, stryja swego^ 
i że samego zabić chcieli w Bobowej. Prosił, by ich uwięziono. 
JMp. Proszkowski Jan, podstarości grodzki, wysłuchawszy ża- 
łoby, pyta obżałowanych : Co oni na to ? — Cóżby my 
na to ? Przypkowski niesłusznie nas zaczepia o bydło , które 
nie jest jego, jako twierdzi sam. Ze strony właściciela nikt nie 
pozywa. Co się zaś tyczy rzekomego zabójstwa onego, to nie 
prawda. Zaczepił mnie na drodze otwartej, jam się mu też 
oganiał. Proszę nas uwolnić od napaści tego człeka. — Tak 
bronił się Laskowski. — Waszmość nie jesteś tu osiadłym 
i jak sam twierdzisz, jesteś z daleka, z ziemi Nurskiej, ze wsi 
Żebry. JMp. Przypkowski jest tutejszy — osiadły — odpowie 
za wszystko. Więc pójdziesz WMć do wieży i stamtąd będziesz 
odpowiadał. — Jam szlachcic i wojak, zajścia wojenne należą 
do trybunału i sejmu. Odwołuję się do trybunału lubelskiego 
o niesprawiedliwość grodu sądeckiego. — Właśnie że zbrodnia 
popełniona podczas potrzeby wojennej , a nie na pobojowisku, 
tylko zdała od boju, do tego pochwycono na uczynku gorą- 
cym, więc odnoś do trybunału miejsca nie ma. — Więc do 
wieży z nimi ! WMość panie powodzie masz ich strzedz i ży- 
wić. (Sącz gród. 127 str. 591). — Poczem Niewiarowski Seweryn, 
dziedzic Jastrzębi, okazał ranę w odlew ręki lewej. Laskowski 



343 

uwięziony spokorniał i przy śledztwie opowiedział wyprawę 
swoją na lutry z pomocą czeladzi i poddanych p Czerskiego 
z Jamnej. Opowiedział też, jak on odkupił bydła czworo i ko- 
cioł za 12 złp. i t. d. Podczas śledztwa zjawił się i Baran, 
mieszczanin ciężkowski, skarżąc o konia swego gliniastego 
z siodłem, uzdą i suknią, zamienionego w karczmie klęczań- 
skiej. Więc też pan Reskali Jan zaskarżył Jasieńskiego, uwię- 
zionego , że go okradł i uciekłszy, dybał na życie jego. Owo 
zgoła, źle było z uwięzionymi. 

Otwinowski Kasper z Janem Bobowskim, obaj ludzie 
wojenni, którzy brali udział w walce niejednej, zjechali do 
Brzeżnej niebaczkiem, pochwycili Kozła Bielaka i Janusza, 
zabójcę Sternackiego i zawiązanych odstawili do N. Sącza, 
na ratusz, obwiniając o skrytobójstwo z obierzą i żądali spra- 
wiedliwości z nich. Było to w końcu stycznia. Rogalski bur- 
mistrzował, na jego ręce oddali spólników jego i spólników 
Szydłowskiego, którego ojciec zasiadał też w radzie miejskiej. 
W radzie powstało zamieszanie wielkie. Rogalski, któremu 
chodziło o skórę własną, z Szydłowskim, któremu znów cho- 
dziło o syna, chcieli uwolnić więźniów, wymawiając się wedle 
możności, mianowicie zabójstwo kładąc na karb wojny i roz- 
kazu królewskiego w wiciach, wydanych w Opolu 20. listo- 
pada, w których stoi wyraźnie: „Nie opuszczajcie sposobności 
porażenia nieprzyjaciela". — Poprzednio jeszcze, 8. listopada, 
z Opola pisał król JMć w wiciach, mianując regimenta- 
rzem JW. Lubomirskiego Jerzego: „Abyście się wszyscy 
łączyli i z nim wraz nieprzyjaciela po kwaterach znosili". — 
A cóż to arjanie, to przyjaciele może? A nie bywaliż u Szlejna? 
nie doradzali Szwedom ? A Brzeźna nie kwateraż to Sternac- 
kiego? Nie byłaż ona stróżą szwedzką? A wojsko hetmań- 
skie, panowie kwarciani? mieliż oni prawo znosić lutry, czy 
nie? podobno mieli, podobno oni na to wojakami, żeby zno- 
sili i tępili, t. j. zabijali nieprzyjaciół. A niemieliż oni Ster- 
nackiego na regestrzyku między zdrajcyma? Więc król Naj- 
jaśniejszzy JW. marszałkiem regimentarzem i z wojskiem 
królewskiem nie zaważąż oni pozwu panów lutrów ? Ja jako wójt 



344 

sprawy tej sądzić nie będę — rzek/ Rogalski. — Sprawiedliwość 
święta przedewszystkiem ! — przerwa/ obecny tamże mie- 
szczanin Wiechowicz Marcin. Rogalski oniemia/ z oburzenia. 
Szyd/owski Wawrzyniec zaś skoczy/, gdyby oparzony, i rzek/ : 
A ty cz/ecze dwuobliczny, ty katolicki aijaninie? toć tobie 
niesprawiedliwością ukaranie wroga kościo/a i ojczyzny! — 
Toć my niesprawiedliwość pope/nili, wyganiając i zabijając 
Szwedów ? toć bronić mamy popleczników ich ? o, ty ob/udo , 
ty dwuobliczny cz/ecze ! — Sprawiedliwość, to prawo ! — 
odpar/ Wiechowicz. — Mamy, chwa/a Bogu, prawo Boskie i prawo 
koronne i prawo nasze magdeburskie! Nigdzie tam nie stoi, 
żeby lada kto móg/ wykonywać wyrok śmierci, choćby zas/u- 
żony. W wojnie wojsko, dom^ zaś sąd wykonywa! Wojsko, 
jeżeli mia/o za sobą prawo wojenne, mog/o zabijać potępio- 
nego, lecz jakiem prawem zabijali oni? Czy prawem wojennem, 
czy też prawem wójtowskiem? Sąż oni wojakami, czy też 
katami ! Sprawiedliwość i prawo przedewszystkiem ! powtarzam. 
Sąd musi sądzić! -^ Ja zaś zastrzegam sobie dochodzenie 
obelgi, jakobym by/ dwuoblicznym. Jestem katolikiem, chociaż 
nie by/em ani organistą, ani s/ugą kościelnym, a Szwedów biłem 
z drugimi wraz! — Lecz wykonanie wyroków sprawiedliwości 
zostawiam wojsku lub sądowi. — S/owa te zrobi/y wrażenie. Ro- 
galski zadrza/, bacząc, że zachwiana podstawa powagi jego, 
rzek/: Ja tej sprawy sądzić nie mogę i nie będę. Nie ta- 
mując jednak biegu sprawiedliwości, sk/adam urząd mój wój- 
towski. 

Duchowieństwo sądeckie odzyskanie Nowego Sącza mie- 
ni/o cudem bożym, wielbi/o niezbadane ścieżki Opatrzności 
świętej, która do wykonania wyroku swego wybra/o niewiastę, 
s/abą dziewicę prostaczą, niewiedzącą nawet, iż jest narzę- 
rzędziem w ręku Boga. 

Bramy miejskie popoprawiano i okowano żelazem, doro- 
biono k/ódki, równie jak klucz do wybranego skarbca na 
zamku. Sprawiono „chorągiew wielką piechotną na potrzebę 
i o/dobę miejską za z/p. 30^. A gdy się cokolwiek ociepli/o, 
zamurowano dwie dziury na probostwie i zrównano mur. Na 



345 

bramie zaś krakowskiej wybito drzwi na ganek, gdzie haków- 
uice założone, a zamurowano dwoje drzwi niepotrzebnych. 
Prochy zwilgłe przerobiono. Zresztą na początku lutego zaraz 
przeprowadzono komornika królowej Jejmości z pilnemi li- 
stami do króla. Tuż za nim jechał pose/ cesarski do króla 
JMCi z listami pilnymi , więc i jemu dano przewodnika. Za 
tydzień komornika króla JMCi znowu z pilnymi listami prze- 
prowadzono mil kilka, a w końcu lutego drugi komornik z pil- 
nymi listami od króla do królowej jechał z czeladnikiem 
swym. Przewodnik przeprowadził ich do Czorsztyna, Sądy spra- 
wiedliwości ludzkiej podjęły też czynność swoją, acz nie 
wiedząc jaką drogą kroczyć. 

Mikołaj Chronowski, dzierżawca Kobyla, nie umarł pod 
pałkami czerniawy lipniczan. Wywiedział on się, skąd byli 
zbójcę jego, więc obaczywszy się z niemocy, przyszedł do 
grodu, oświadczając się przeciw Reskalemu, dziedzicowi i To- 
maszewskiemu, dzierżawcy wsi Lipnicy, że od ich poddanych 
doznał napaści zabójczej i łupieżnej. Na żądanie jego woźny 
grodzki, Oleksowicz Maciej z Krużlowej, oświadczenie ono, 
wciągnięte do ksiąg grodzkich, wygłosił urzędownie p. Reska- 
lemu na folwarku Mogilańskich , p. Tomaszewskiemu zaś na 
folwarku Benka, na przedmieściu, kędy stali gospodami. (Sącz 
gród. 127 str. 607). 

Sternackiego zbójcę, poddani p. Kisielewskiego z Brzeżnej, 
a między nimi woźnica jego, siedzieli jeszcze w więzieniu 
ratuszowem, nie ukarani, a nawet nie oddani sądowi przysię- 
głych. Dokąd Rogalski burmistrzował, a Szydłowski, ojciec, 
popierał go w radzie i w mieście, nie było dalej mowy 
o ukaraniu ich, gdyżby to było pociągło za sobą ukaranie 
Rogalskiego i Szydłowskiego syna. Obecnie, gdy Rogalski ustą- 
pił, a szlachta pokrzywdzona w grodzie jęła się upominać 
sprawiedliwości, Bogdałowicz Wojciech, burmistrz następny, 
a do tego prawnik, wedle porządku prawnego zdał zbójców 
wójtowi i przysięgłym. Panowie: Otwinowski Kasper, brat, 
z Bobowskim, zięciem Sternackiej wdowy, zażądali ukarania 
zbójców. 



34« 

Siedzieli też w więzieniu Laskowski Wojciech z Jasiń- 
skim, sJugą Reskalego, o napad na Falkowę i Bukowiec. 
Przypkowski pokrzywdzony, wedle orzeczenia grodu, strzegł 
i żywił ich już kilka tygodni. Więc i ich ukarania domagał 
się. Jeżeli więc sądy miały iść drogą wytkniętą prawem, zano- 
siło się na wyroki krwawe na katolikach za lutrów, czego 
dotąd nie bywało. Więc to oburzało duchowieństwo i szlachtę 
katolicką. Z drugiej strony różnowiercy pod zasłoną prawa 
i bezpieczeństwa społecznego łączyli się z sobą, a w miarę 
wzrostu w liczbę, wzrastali i w odwagę obywatelską. Dwa 
stronnictwa religijno-społeczne stanęły sobie oko w oko, są- 
siad przeciwko sąsiadowi, krewny przeciw krewnemu, brat 
przeciw bratu. Spory religijno-społeczne słychać było nie- 
tylko w grodzie, ale i po mieście, po domach i gospodach. 

Właśnie w on czas rozjątrzenia przybył do N. Sącza 
ksiądz Karnicki Krzysztof, jezuita. I on domagał się ukarania 
napadu rozbójniczego wsi klasztoru swego, Kamionnej, w pa- 
rafii Żegocinie, dokonanego jeszcze 18. października roku 
zeszłego. Sprawcą napaści oskarżał : Pęgowskiego Adama, syna 
Bonawentury, ze sługami i chłopstwem uzbrój onem w kosy 
i inną broń. Pęgowski, ojciec, dzierż?.wił sołtysostwo w Ty- 
mowej, a cała rodzina była różnowierczą. Więc ks. jezuita 
zażądał ukarania różnowierców również za napad rozbójniczy. 
Sprawę swą wytaczał biegle, występując jako rzecznik kla- 
sztoru, a zarazem i plebana i organisty i poddanych i parob- 
ków, więc i karbownika Tomasza Mogiłańskiego, którego Pę- 
gowski kosą zabić kazał, — którego tylko Opatrzność Boska 
ocaliła. Sprawa jego była olejem, lanym na ogień. 

Stronnictwo katolickie żądało ukarania lutrów, jako 
wrogów religii i ojczyzny, których znosić bezkarnie dozwolił 
król; różnowierce zaś w imię praw ludzkich i boskich doma- 
gali się ukarania zbóju i rozboju. Na poparcie żądai\ swych 
okazywali obwieszczenie królewskie z Łańcuta, zabraniające 
prześladowania ludzi dla różnicy religijnej. — Bić lutrów! 
wołali katolicy zagorzalcy, a duchowieństwo, powtarzając 
słowa księdza Skargi i idąc za życzeniem księdza arcybiskupa 



347 

gnieźnieńskiego, wcale nie hamowało zapędów przeciwko blu- 
źniercom Trójcy Przenajświętszej, których zresztą nie ochra- 
nia żadne prawo, żadna ustawa państwowa, gdyż ustawa sej- 
mowa o róźnowiercach dotyczy chrześcijan wierzących w bó- 
stwo Chrystusa, arjanie więc byli wyjęci z pod prawa. 

Inaczej jednak zapatrywali się wójt z sędziami przysię- 
głymi ławicy sądowej. Jeżeli komu, toć mieszczanom, zbójcę 
dawali się we znaki, zastępując po drogach, obierając i zabi- 
jając. Boć mieszczaństwo żyło przeważnie z kupiectwa wę- 
gierskiego, a Biesczad był pieleszą „obierzników beskidników". 
W każdem zeznaniu zbójcy sądzonego był napad na kupców 
i kramarzy podróżnych. A nawet w Podgórzu niższym nie było 
od nich bezpieczno, gdyż się zapuszczali ku równiom, a za 
ich przykładem szli często chłopi podgórscy. Chronienie więc 
zbójców przed karą zasłużoną byłoby przysporzeniem sobie 
wrogów na przyszłość. Ławnicy nie mieli ochoty do tego 
i nie czepiały ich się wywody zagorzalców religijnych. Naza- 
jutrz sądzono zbójcę Sternackiego. Kozioł miał być ćwierto- 
wan żywcem, a tamci trzej ściętymi. Przeciw Rogalskiemu 
i Szydłowskiemu powód zastrzegł sobie drogę prawa. (Nowy 
Sącz, 'wójt. księga 75 str. 241). 

Wyrok ten do ostatka wzburzył namiętności. Szlachta 
katolicka z ks. Earnickim nastawała najprzód na sądzenie 
lutrów , a wobec tylu zbrojnych, wójt i przysiężni nie śmieli 
wykonywać wyroku. Skończyło się na uwolnieniu skazanych, 
a to na podstawie obwieszczenia królewskiego. Arjanie bacząc, 
iż nietylko sprawiedliwości nie znajdą, ale nawet bezpieczeń- 
stwa, porozjeżdżali się rozżaleni. Mimo to nie dosiadywał 
jednak i Rogalski z Szydłowskim. Szydłowski, uzbroiwszy się 
należycie, pojechał za wojskiem, nie dla boju, ale dla kupi 
i zarobku. Rogalski zaś, zdawszy mienie zięciowi swemu, Polich- 
towiczowi, ławnikowi, wyniósł się na Spiż , gdzie po staremu 
kupczył winem. Brzeżnej część, dzierżawioną przez zabitego 
Sternackiego, dziedzice, Kisielewscy Mikołaj i Anna z Biel- 
skich, wypuścili Świderskiemu Stanisławowi. A właśnie Kisie- 



348 

lewskiego woźnica zabił SŁernackiego. Świderski przedtem 
(r. 1648) byi burgrabią sądeckim. 

Prymasa odpowiedź królowi na list z Krosna (pisany 
8. stycznia) byJa: ^Konfederacyę, która przez powrót króla 
moc swoją straci/a, trzebaby przerobić. W tym związku do- 
brzeby sektę arjańską z Polski wywo/ać, której żadna nie 
okrywa konfederacya. Wojsku wiarołomnemu przebaczyć. Regi- 
mentarzom urzędy zostawić, yindictam Bogu oddawszy". (Kra- 
ków miasto, Pinozzego rękopis). Tak radził Jędrzej Leszczyń- 
ski, arcybiskup gnieźnieński, który, obłożnie chory na podagrę, 
w łóżku wywiezion na Śląsk, nie odstępował królowej. Krew- 
niak jego, Bogusław, ze skarbem koronnym uciekł z Polski 
przed nim jeszcze i w Prusach przystał do Szweda. Miał 
więc prymas powód zalecać królowi, żeby nad wiarołomnymi 
zemstę zostawił Bogu. (Jemiołowski 79 — 80). Dla arjan tylko 
nie miał litości i wyrozumienia. Papież Aleksander VII. mie- 
nił go wzorem cnoty. (Theiner III. 302). 

Jan Kazimierz, pomny wydanego w Łańcucie obwieszcze- 
nia obrony różnowierców, nie chciał łamać słowa, nie ślubo- 
wał więc teraz wypędzenia arjan, tylko rozszerzenie wiary 
w Bóstwo Chrystusa. Widoczny w tem wpływ duchowieństwa 
za wskazówką prymasa. Pieniędzy przysłał papież 100.000 złp. 
w złocie, dla wspomożenia Polski katolickiej, zubożałej przez 
ucieczkę Leszczyńskiego Bogusława, skarbnika koronnego. 
Zezwolił też na zabranie skarbów kościelnych, a kardynał 
Yidoni wskazał sposób poboru, objaśniony obwieszczeniem, 
którego nagłówek brzmiał: „Nauka z polecenia nuncyusza 
prymasowi, arcybiskupowi lwowskiemu i biskupowi luceorień- 
skiemu, jak postąpić stosownie do Breve papieskiego wzglę- 
dem wydania naczyń kościelnych. Lwów, 25. lutego 1656". 
(Teiner III. 505). 

Pospolitego ruszenia szlachty sądeckiej pułkownikiem był 
Krzysztof z Mojdowic Krupka, za kilkakrotne zasługi wojenne 
wynagrodzon r. 1684 dożywociem wsi królewskich 01- 
szany i Wolicy. Pełniąc rozkaz wyższy, polecił on baczne 
oko mieć na arjany. Rozkaz podobny przed wszystkimi otrzy- 



349 

mali rotmistrze chorągwiani: Cikowski Krzysztof w Zimno- 
wódce i Błędowski Joachim w Brzanej. Błędowskiemu puł- 
kownik polecił z osobna baczne oko mieć na Pileckich i jeżeli 
można pojmać ich, ale nie zabijać, w żaden sposób, tylko 
żywcem odesłać do grodu. Błędowskiego bracia stryjeczni: 
Stanisław i Samuel byli arjanami. Stanisław był nawet 
pozwan do grodu, iż przestaje z Szlichtingem Joną, wywo- 
łańcem i odwiedza go w Dąbrowej. Joachim zaś był katoli- 
kiem niewątpliwym, urodzon z AnkwiczóWny Elżbiety, chrzczon 
w Bobowej r. 1627. Od pospolitego ruszenia natychmiast 
wyprawiono czaty. 

Z Nowego Sącza czatę wiódł Wygrazowski Adam, stary, 
doświadczony dworzanin starosty sądeckiego, z kilką szlachty 
t. j. Zabłockim Jerzym, Zaporskim Tomaszem, Buczkowskim 
Marcinem, Iwanowskim i innymi wyjadaczami chorągwianymi. — 
A trzebaby też przecie i to sądeckie plemię trochę przewie- 
trzyć ! — Ej ! lutrzyków by się zdało , niechby się luterskie 
plemię trochę jęło naprawiać grzechy ojców. — Hej ! IchMość 
panowie dziatwa arjańska! Anie łaskaby też z nami w gościnę 
kędy do stryjaszka lub wujaszka którego ? — Na takie wezwa- 
nie stanęli sądecczanie młodzi: Wierzbięta, Taszycki Staś 
i Chwalibóg Jaś z Lewniowej. Nazajutrz dotarli do Lusławic, 
bez przeszkody, bez trudności : bo Szwedów nie było, a lutrzy 
także nie zjawili się nigdzie. Dwór Błońskiego zastali opusz- 
czon od państwa i tylko kilkoro służby wiernej strzegło, 



Świadomy dworu i ludzi Taszycki twierdził zapewne, że wuj 
Błoński nie wszystko wywiózł z sobą, że działka mianowicie 
zostały i utajone kędyś z rzeczami innemi, służba stara bę- 
dzie wiedzieć. — Służba! sam tu! - Niech będzie pochwa- 
leń. — Luterskie sługi! dyabłu służycie, nie godniście, żeby 
wam odrzec ,.na wieki" — A kędy przechowaj pański? — 
Nie wiemy o przechowaju żadnym. — Co? będziesz mi łgał, 
ty ścierwo luterskie! chłopcy! niema was tu? pytajcieno go 
po kozacku. — Już powiem, na rany Chrystusa. — A łotry! 
a czemu nie na rany Boskie? Prowadź jeden z drugim! — 
Weszli do dworu za służbą zbatożoną do krwi. Wskazany 



350 

wchód do schowka tajnego rozwarli i obaczyli, czego szukali. — 
O! te zdrajcę! działka sobie przechowują, na nas snadź, 
katolików, a może nabite? — A to co za czary? czerepy 
z ślimaków jakichś i jakichś gadów morskich , na co oni to 
chowają? — Jużcić na czary, bo ot i jaszczurka zasuszona. — 
Potłukli skorupy. — A jakie to szk/o rznięte mają te lutry, 
angielskie. — Pijali z niego za zdrowie Lutra i wszystkich 
dyabłochwalców. — Rozbić ! potłuc ! — A to co za pienią- 
dze? miedź sama? jakież to? to nie tynfy ani grosze. Co to 
za pieniądze? — Pewno jakieś luterskie, wyrzucić! — Tu- 
reckie naczynie, barwiste, pozłociste, to zabrać ! — Księgi ? — 
Zabrać! jeżeli dobre, zdadzą się do Podolińca Pijarom , jeżeli 
złe, będziemy palić na stosie. -~ Zabrali też pisma, zapisy 
prawne, obrazy ze ścian, nawet ciężadełka marmurowe na 
listy. — Jeść dawajcie, pić dawajcie ! — Podjedli sobie chleba? 
masła, miodu, kazali piec kury, gęsi, a tymczasem pili piwo 
i ładowali wozy. Jeszcze nie pozatykano na rożen drobiu, 
kiedy straż dała znać, że za Dunajcem wojsko. Więc nie cze- 
kając, zaprzęgli konie do wozów naładowanych piwem i sprzę- 
tami, co mogli dochwycić drobiu, pobili i rzucili na wozy, 
więc też masła faskę, miodu faskę i dalej w nogi Paleśnicą 
w górę i od Posadowej górami do Przydonicy p. Sokoła. 
Spostrzegli się później, że uciekali nie przed Szwedy, lecz 
przed p. Jagniątkowskim , więc zwolniwszy kroku, zdążali do 
Sącza. Działka i obrazy oddali na zamek — inny łup zatrzy- 
mali sobie. (Gród biecki, księga 178 str. 901). 

Brzana niżna, dziedziczna wieś Błędowskiego Joachima, 
była w dzierżawie Pileckiego Samuela, arjanina. Pileccy, bra- 
cia Stoiuel, Stefan i Stanisław, z różnowiercami innymi t. j. 
z Stankarem , Arciszewskim i Chrząstowskimi , udali się pod 
opiekę Szweda. Stefan od Błońskich nabył niedaleką Fascie- 
szowę, a za żonę wziął Dorotę Krzeszównę z Męciny, Samuel 
zaś siostrę jej Annę, obie arjanki. Cała też rodzina była solą 
w oku księdzu Żydowskiemu w Bobowej i dzwonnikowi jego, 
Tuchowskiemu. 



351 

Drwal Jan, brat Tomka, woźny sądowy, by/ starym 
kmoŁrem dzwonnika. Obadwa nie chybili na żadnych chrzci- 
nach, jako też na żadnych nie obeszfo się bez mów zawi- 
stnych przeciwko aijanom. Gorzałka podsyca/a ciemnotę umy- 
sJfową i rozpala/a w dzikość krwiożerczą, rzekomo na chwałę 
Boga na niebie. Stówo Bóg bez przerwy tkwi/o na ustach 
zapitych i w myśli zabójczej i w sercu przez pól zwierzęcem. 
Jako zdarzenia, Bogu miłego, wyglądano powrotu Pileckiego, 
którego z góry przeznaczano na ofiarę Bogu, bo w Krakowie 
przystał do Szweda, mniejsza o to, że wraz z wojskiem 
i hetmany. Gdy król w Łańcucie ogłosił bezpieczeństwo dys- 
sydentów i ludzi różnego nabożeństwa, wyjąwszy onycb, któ- 
rzyby z nieprzyjacielem mieli jakie porozumienie, wielu aijan 
wracało doma, odczepiając się od Szweda. Wrócił też i Pile- 
cki Samuel wraz ze szwagrem swym, Łąckim Jędrzejem, który 
to (17. grudnia 1655) przewodniczył Wiszowatemu w ucieczce 
z Rabko wej do Krakowa przed zbójecką rotą łabowską Wą- 
sowicza. A osławion był Łącki, że w karczmie przedrzeźniał 
nabożeństwo katolickie, a księży bijał, szwagier też jego, Ja- 
roszowski Aleksander, w wojsku kwarcianem oblegał Często- 
chowę. Pilecki i Łącki byli dobrej myśli, zwłaszcza, gdy się 
zjechali krewniacy, szwagrowie i bracia. Błędowski przejeżdżał 
mimo folwarku, Pilecki wybiegł przywitać swego dziedzica, 
który raczył wstąpić. Arjanie witali go radośnie, ciesząc się, 
że teraz będzie spokój i zgoda, skoro król Jegomość poręczył 
wolność wyznania. Nie wiedzieli, że to dotyczy tylko chrze- 
ścijan, a aijanie uznani jako niewierni, gdyż nie wierzą 
w bóstwo Chrystusa, więc wydani na pastwę czemiawy ludo- 
wej. Błędowski wiedział dobrze, a wiedział też, iż mieli, 
a prawdopodobnie i mają porozumienie ze Szwedem. Że zaś 
Pilecki był dzierżawcą jego, chodziło mu o niego, więc ich 
upominał, żeby się nie zanadto łudzili bezpieczeństwem, żeby 
się mieli na ostrożności wobec chłopów. Pani Pilecka ze 
szwagrem Stefanem Pileckim i z Łąckim pojechała do Fascie- 
szowej przywitać się z siostrą. 



352 

Pod noc dają znać Błędowskiemu, że cUopi czerniawą 
idą napaść Pileckiego. On sam Pileckiego podejrzywal o szpie- 
gostwo, chciał go uwięzić, więc wiadomość ta była mu nie 
na rękę. Po krótkim namyśle przywołał czeladź dworską, nawet 
knapa, młynarza, ślusarza i czeladnika krawieckiego i co tchu 
kazał bieżeć na niżni dwór z rozkazem najwyraźniejszym, 
aby nie zabijano pana Pileckiego. Pilecki Samuel czuwał, 
a dziewczątko jego czarnookie, po dziwnie smętnej i długiej 
rozmowie wieczornej z ojcusiem kochanym, ułożyło się 
i spało z troską na serduszku, a ciemne, długie rzęsy powiek 
przez sen czasem zadrgały boleśnie i łza przekradła się mimo 
ócz zamkniętych i spłynęła po bladej, wyrazistej twarzyczce 
dziewczęcia. Ojciec spoglądał na bolesną grę uczuć, którą 
wyczytywał na obliczu dziecka swego ukochanego, więc po- 
chylił się nad nią i ucałował usta blade, zacięte boleśnie 
czuł, jak mu się przez sen odwzajemniła całusem gorączko- 
wym. Potem widział płacz na obliczu wybladłem, słyszał 
łkanie rzewne i ciężkie. Widocznie sen straszny trapił dziecko 
biedne, płakała a nie mogła się obudzić. Chciał ją ocucić. 
W tem zdało mu się, iż słyszy głuchy jakiś niby łomot. Była 
to czerniawa chłopów, kmieci zagrodników, komorników 
z Brzany z pomocnikami wsi innych, uzbrojeni kosami, ber- 
dyszami, siekierami, kosturami. Dworacy Błędowskiego byli 
też i szli przodem. W jednej chwili zabrzęczały okna wszyst- 
kie, trzasły drzwi pod siekierami. Pilecki wybiegł do pierwszej 
izby, a bacząc postacie ciemne i groźne u drzwi i okien, 
strzelił ku drzwiom i ku oknu. Jęk usłyszał, potem wrzawę 
piekielną. Oba pistolety wystrzelił, chciał się cofnąć do 
izdebki. Oknem drugiem wskoczył Radzik, kmotr dzwonnika 
bobowskiego i berdyszem ciesielskim ciął go w odlew poza 
ucho. Ranny, padając, słyszał dziecka swego przeraźliwe wo- 
łanie. — Radzik! Radzik! mnie zabij, ojca nie zabijaj! — 
Głos ten spotężył życie jego, chciał się zerwać, biedź do 
dziecka swego. Dwaj Radzikowie wraz z onym zabójcą, Lupka 
Bartek, Słupski i woźny Drwal przysiedli go. — A mam cię 
raz! lutrze przeklęty ! mamcię djable! — wołał woźny, kmotr 



353 

stary i od serca przyjaciel dzwonnika. — I hit pięścią w kark, 
a tamci bib' kijmi, Radzik zamierzył się berdyszem. — Zabić 
lutra! zabić! — Radzik, nie zabijaj ojczasia mego, mnie zabij ! 
Dziewczątko przybiegło, pochwyciło go za rękę wzniesioną, 
ręka z berdyszem opuściła się, lecz nie zabiła Pileckiego, lekko 
tylko zaciął go w prawicę. — Mnie zabij, Radzik ! mnie, mnie ! — 
Błagając, woła dziewczątko, klęka przed nim, blady karczek 
nadstawia podberdysz, skrwawiony krwią ojca. — Nie zabi- 
jać! pan nie kazał, żywcem kazał przywieźć! — Radzik! 
Drwalu! wara! nie zabijać! nie zabijać! — Psia krew! luter! 
strzelał do nas, postrzelał! — Oszalałeś, czy co? chciałbyś, 
żeby ci sam głowę pod berdysz kładł, jak ono dziopię? Pan 
zakazał zabijać! — Słowa ta trafiły do przekonania. Wypro- 
wadzono konia własnego Samuelowego, wsadzono go nań. 
Siedział prosto, mimo rany w głowie aż do mózgu. Bo głos 
'^ziecka brzmiał mu w uszach. A dziewczę stało obok i nie 
dało się oderwać i wołało raz po raz : Ojczusiu mój , nie 
umieraj mi ! ja cię nie dam zabić, albo cię obronię, albo niech 
i mnie zabiją. — Nadaremno chcieli ją oderwać. — Wziąć 
ją razem! — Razem! — cicho powtórzył ojciec. 

Błędowski przy szabli wyszedł, gdy go przywieźli. Wi- 
dząc jadących konno, sądził, że zdrów. W uprzedzeniu swem, 
że on na szpiegi zjechał z Krakowa, chciał niebawem rozpo- 
cząć z nim* śledztwo, będąc trochę podchmielon. Dobywszy 
szabli, uderzył go płazem - chciał pytać, poco zjechał z Kra- 
kowa. Dziewczę jękło boleśnie, bo ojciec omdlewał z konia. 
— On ranny, panie! — Kto go ranił? gdzie? — Radzik za- 
ciął berdyszem w głowę. — Błędowski wytrzeźwiał; kazał go 
złożyć na łóżku i troskliwie opatrzyć, zobaczył mózg... zwątpiła 
Pani Błędowska zajęła się dziewczęciem, które niemniej po- 
mocy potrzebowało, jak ojciec. (Sącz gród 127 str. 1185) 
Czerniawa chłopska pospołu z służbą Błędowskiego złupiła 
dwór do szczętu, zabierając, co było : sprzęty domowe, przy- 
odziewę, żywność i rzeczy Łąckiego Jędrzeja, tamże złożone 
Skrzyń kilkanaście połupali, łupem się dzielili, a niszczyli, co- 

23 



354 

im się nie nadało. Pilecka nieboga, dowiedziawszy się, byfa 
w rozpaczy, a nie śmiała się upomnieć o sprawiedliwość. 

Podjazdy oba wróciły z niczem, nie widziały nic, nie 
słyszały nic pewnego. Błędowski kazał opatrzyć rannego, a ba- 
cząc, że może mieć kłopot, napisał do Cikowskiego : — Mości 
Panie Cikowski! Janie nowego nie mam i z pocyazdu WMość 
Mości pana nic nie mają i proszę oznajmić: Chłopi naszli arędarza 
mego, różni, wczora w nocy. Dano mi znać o tem, posłałem 
czeladź, aby go nie zabrali. Jut jednego, drugiego postrzelili. 
Oni go też zacięli i prz3fwiedli do mnie i jest niebezpiecznym. 
Nie wiem, co z nim czynić? Poco tu na szpiegi zjechał? 
W Krakowie mieszka, suspectus et rebellisans. Czyli go do 
grodu odesłać ? Radź mi mój dobrodzieju, proszę ! Brat i sługa 
J. B. (Sącz gród ks. 127 str. 785). 

Cikowski Krzysztof, na Żeglcach i Zimno wódce, wojak 
z pod Cecory jeszcze, był wnukiem słynnego obrońcy arja- 
nizmu, brat Jarosza z Wiatowic, opiekuna zboru kalwinów 
krakowskich. Cała rodzina była kalwińską, lecz pomna po- 
chodzenia arjańskiego i pokrewieństwa z Błońskimi, nie żywiła 
w sobie zawiści krwawej do aijan, jaką oddychali luterscyNiemce, 
a dzielił Chrząstowski, podsędek. Cikowski Krzysztof miano- 
wicie, człek wojenny i prawy szlachcic, wedle zasady króla 
Batorego, Bogu samemu zostawiał sądy sumienia i wiary, 
w braci widział bracią, w sąsiadach sąsiadów, a* w wrogach 
wrogów. Trzeźwemi oczyma patrzył na świat i ludzi, bo miał 
szkołę po temu. Pod Cecora złamał golenie obie i jeszcze 
poniżej kolana otrzymał strzałę tatarską, więc całe życie ka- 
leczał i często dla leków przemieszkiwał w Bieczu. Na łożu 
boleści nauczył się wzniesienia myśli do Boga, sędziego 
myśli ludzkich, stał się wyrozumiałym w sądzeniu. 

Zamiast odpowiedzieć listownie, zjechał do Brzany, oświad- 
czając, iż chorego weźmie do siebie, prosząc, by go nie odsy- 
łano do grodu. Błędowski przystał chętnie, uniewinniając 
się, że nie kazał go napadać, lecz owszem ku obronie życia 
jego posłał sługi swoje. Pani Błędowska zaś prosiła, żeby 
nie brać dziecka, które się do niej przywiązało i któremu 



355 

obiecywała bliski powrót matki. Pilecki czując się coraz 
sfabszym, zezwoli/ na pozostawienie dziecka, aż do powrotu 
matki. Na wozie złożonego biedaka odesłał Błędowski do 
Zimnowódki, Cikowski konno jechał obok, sam cierpiący. 
Pułkownik Krupka, dowiedziawszy się o imaniu Pileckiego, 
wysłał podjazd silny, chcąc pochwycić także brata jego i oby- 
dwu odstawić do grodu, gdzie ich czekał sąd wojenny jako 
zdrajców. Podjazd złożony był z czat chorągwi dwu, a wie- 
dziony przez panów rotmistrzów samych, którzy mieli oraz 
spis zdrajców przeznaczonych na imanie. W podjeździe owym 
był i syn Błędowskiego. 

Przyjechali do Faścieszowej pod Zakluczyn i zwrócili ku 
dworowi Pileckiego Stefana, dzierżawcy. Z zadziwieniem oba- 
czyli dwór pełen wojska, a czeladź wynosiła łupy zabrane; 
wojsko łupiło dwór. Rotmistrze kazali stanąć podjazdowi i wy- 
znaczyli czterech z drużyny, aby pojechali i obaczyli, co to 
jest. Panowie Jordan, Taszycki Piotr, Siemek i Błędowski 
młody spięli konie i wjechali do dwora. — Stój! kto jedzie? 

— Swój ! Podjazd pułku powiatowego. Czyja chorągiew ? — 
JMPana Jagniątkowskiego towarzystwo. — Gdzie starszyzna? 

— We dworze. — Panowie sądecczanie podjechali bliżej. Ze 
dwora wychodziła starszyzna, a za nią, błagając, za nogi 
chwytając i przyklękając, panna służąca pani Pileckiej. Pro- 
siła, żeby nie zabierano rzeczy pani jej, choć szat, choć bie- 
lizny! Nadaremno! Pan Jagniątkowski nie dał się uprosić. 
Przywitawszy sądecczan, opowiedział, że omal nie pochwycił 
Pileckiego z żoną i byłby pochwycił, gdyby nie zdrajcę, któ- 
rzy ich przestrzegli, że pouciekali. Wielce żałował: Szkoda! 
panie święty, wielka szkoda, bo mamgonarejestrzyku moim 
między zdrajcyma. — I my go mamy! szkoda! — Służąca po- 
znała panów sądeckich , więc nuż prosić ich o wstawienie 
się. Sądecczanie przyganiali im mianowicie psowanie. Lecz 
Jagniątkowskiego drużyna groźnie spoglądała z podełbów 
i odcinała się słowy : Katolik uczciwy nie powinien się wsta- 
wiać za arjany, co (]yabła chwalą. — Nie zważając na przy- 
cinek, Błędowski młody prosił, żeby nie zabierali i nie ni- 



356 

szczyli. Nadaremno. Zapytano potem: Co tam słychać nad 
Rabą? — Żle! Szwedzi wkroczyli. Wrzeszcz mści się. — 
A Forgweli? — Przyjdzie on tu! Musieliśmy ustąpić przed 
nimi, ja, Chlebowski i inni rotmistrze. Z tem wrócili czterej 
sądeczanie do podjazdu swego, z tem wrócif podjazd do 
Sącza. Pan Krupka, pułkownik, nie był zadowolon, iż mu nie- 
przystawili lutra ani jednego i wielce zagniewan na Błędow- 
skiego, że nie odesłał rannego jeńca, a tembardziej na Ci- 
kowskiego, iż go wziął do siebie. Postanowił upomnieć 
się oń. 

28. marca Błędowskiego Joachima w nocy obudziła łuna, 
po gorejącej wsi uwijali się zbrojni, śledząc uczestników na- 
padu zbrojnego na p, Samuela. Byli snąć świadomi dobrze, 
bo pytali za Radzikiem i braćmi jego Sebastyanem i Woj- 
ciechem, więc za Drwalem woźnym i bratem jego, za Łubką 
Bartkiem, Kuczewiczem Jędrzejem, Słupskim, Kucharczykiem 
Janem, Pelizakiem, Nowakiem, Pankiem Kasprem, Spolnikami 
czterema, Łatką Janem, Kuczką, Długoszem Wałkiem itd., 
którzy wszyscy byli w napadzie onym. Chłopi pouciekali, ale 
chałupy ich padły ofiarą zemsty i mienie, jakie było, zabrano. 
Z folwarku też opuszczonego, który Błędowski po Pileckim 
zajął i w potrzeby zaopatrzył, zabrano, co było. „Przyszła 
kryska na Matyska^! Między chłopami brzańskimi nastał żal, 
i narzekanie po niedawnych uciechach, jęli rozmyślać nad 
niedolą swoją i niestałością losu, jęli złorzeczyć losowń 
a w końcu i podżegaczom swym. 

Dzwonnik bobowski umiał jednak od siebie odwrócić 
gromy, umiał uniewinnić siebie i zwalić wszystko na los za- 
wistny i na... panów. Więc chłopi nuż narzekać na p. Błę- 
dowskiego. Nie dali mu spokoju skargami swojemi. Pan Błę- 
dowski winy nie chciał brać na siebie, mianowicie obustronnej, 
boć i o lutrach dochodziły go wieści, że na nim głównie 
będą się mścić, jakoż spustoszono mu folwark. Więc p. Błę- 
dowski nuż narzekać na Pileckiego... rannego. Miał się zaś 
na ostrożności bezustannej z obawy zemsty na osobie swej 
za osobę Samuela. Więc też córeczki jego nie oddawał matce, 



357 

oświadczając najwyraźniej, że ją chowa w zakład zdrowia 
swojego. Czaty też zbrojne wysyłał bezustanku, a śledząc 
sprawców napada na wieś, wytropił w końcu chłopa, który 
brał w tem udział. Chłop był z niedaleka i nie luter, ani 
też poddany luterski. Z prostej chciwości przyłączył się do 
drugich. Imany opowiedział, że ich było wielu chłopstwa od 
Jastrzębi, Lusławic i z dalsza kędyś, że im przewodzili jacyś 
panowie lutrzy i Szwedzi, odgrażając się zemstą straszną. 
Błędowski przelękniony uwolnił chłopa. 

Drugi raz czatując, obaczył Jasieńskiego, idącego od 
Lusławic. — Dokąd idziesz i z czem? — Z listem, panie. — 
Od lutrów? — Od lutrów, panie, do pani Pileckiej z zapy- 
taniem, jak się ma mąż jej i córeczka. — Znam cię gdzieś 
człecze! — Zna mnie Wielmożny pan, jestem Jasieński, 
służyłem p. Reskalemu, potem w Jamnej. — Tyś to? Jakżeż 
wydobyłeś się z N. Sącza? — Skazali mnie na męki, byliby 
<5wiertowali. Nikt mi nie pomagał, nikt się nie wstawiał za 
mną. Panowie lutrzy uwolnili mnie; trudnoć, trzeba im słu- 
żyć. Chodzę im z listami jako świadom drogi i ludzi. — 
Błędowski puścił go wolno, ani nawet listów nie odbierał 
mu, nie ciekaw był treści pełnej żalów i narzekań. Odtąd był 
jednak jeszcze ostrożniejszym 1 rozsyłał szpiegi po wszech 
stronach. Doniesiono mu, że od kilku dni pod wieczór przyjeż- 
dża do Lusławic i Jastrzębi podjazd zbrojny 50 lutrów. Pod- 
jechawszy pod Bruśnik, kryją się po chroślinach i krzakach 
i czatują o zmroku, to od strony Brzanej, to od Zimno wódki. 
Widocznie radziby pochwycić Błędowskiego, albo którego 
z rotmistrzów. Wypytują się też o folwarki Cikowskiego 
i o chałupy kmieci zawistnych. Błędowski nie chciał wierzyć 
temu donosowi przyjaciół dobrych, więc z ostrożnością wszelką 
wybrawszy się po cichu, sam na swoje oczy przekonał się 
o tem. Widział tedy, że nie żarty, zwłaszcza, że wiadomy już 
był podjazd Szwedów w Podgórze i łączenie się z nimi arjan, 
luny zaś częste przestrzegały o bliskości zagonów. Nie wie- 
dząc co począć, wmawiał w siebie życzliwość dla arjan, mia- 
nowicie dla Pileckiego Samuela i od śmiertelnie rannego 



358 

spodziewał się opieki, byle tylko uzyska/ przebaczenie. Nie 
wiedział tylko, jako zacząć. 

Napisał do pułkownika powiatowego, JMPana Krupki 
Krzysztofa, donosząc, że czemiawa luterska napadła i wybrała 
mu folwark, a pan Cikowski imanego Pileckiego u siebie 
trzyma, nie odsyłając do grodu. Wobec onego ubezpieczenia 
różnowierców, pan pułkownik Krupka nie wiedział, jak się 
obchodzić z arjany, co z Szlichtingiem trzymając, byli w Dą- 
browej, pouciekali do Krakowa, a teraz popo wracali. Listownie 
więc zapytał Lubomirskiego Jerzego i otrzymał odpowiedź, 
że jeżeli są zdrajcami , znoszącymi się z Szwedy, żeby ich 
imać. O Pileckich nikt nie wątpił, że trzymają s Szwedy, gdyż 
byli na spisie osób o zdradę podejrzanych. Niebawem więc 
p. Krupka napisał list do p. Cikowskiego tej treści urzędowej> 
od pułku powiatowego : 

Mości panie Cikowski! Iż nie wiemy, jakim respektem 
uchodzi syn (taki a taki), który się z zdrajcami Rzeczypospo- 
litej (para?), mianowicie p. Pilecki, na którego się siła doku- 
mentów pokazało, u WMPana ma swoje schronienie, brata 
powiatu naszego, JMP. Joachima Błędowskiego, dnia onegdaj- 
szego wybrano, a nam to obowiązkiem mamy zlecenie od 
JMP. Marszałka, do którego o objaśnienie posłaliśmy, tako- 
wych zdrajców imać i do grodu odsyłać. Zaczem dowiedzia- 
wszy się, iż u WMPana zostaje, przeto uniżenie prosimy, 
abyś WMć onego do krótkiego czasu przy sobie zatrzymał. 
W czem nie wątpiąc, że dasz miejsce samej słuszności, od- 
dajemy się natenczas zasługami naszemi w łaskę. Życzliwi 
bracia i słudzy — Krzysztof Krupka, Jerzy Potocki. — Dan 
w N. Sączu 29. marca 1656. 

Nocne one czaty lutrów od Lusławic i Jastrzębi, spale- 
nie chałup we wsi i złupienie folwarku, trwogą przejęły Błę- 
dowskiego niezbyt, odważnego. Dowiadywał się, co mógł 
i od kogobądź, w końcu nabrał przekonania, a raczej wmó- 
wił w siebie, że istnieje tam znaczny zastęp lutrów skoja- 
rzonych, że się będą mścić na katolikach, jako się już mszczą, 
że się wypytują, co kto ma, a najbardziej się odgrażają jemu, 



359 

Błędowskiemu, sprawcą zaś tego związku mściwego, że jest 
Pilecki. Zapobiegając więc nieszczęściu większemu, napisał do 
p. Cikowskiego. 

Mości Panie Cikowski! Mój MCi Panie Bracie! Zawsze 
mi WMć obiecował, żem miał uznać w każdej okazyi dobry 
i przyjacielski afekt Wasz Miłościwego Pana, czegom i pe- 
wien. Proszę tedy, pomów WMć mój Mci Pan z łaski swej 
z panem Pileckim i zrozumiej, jako uważysz, zamiar jego. 
Czas to ukaże WMci, żem ja do tego razu i bólu nie dał przy* 
czyny, anim w tem nie winien. Sam to mój Mci Pan uzna i sam 
on to osądzi, jakom się ja jemu oświadczył przy WMciwemu 
Panu w domu u siebie. Bo kiedybym chciał zdrowia jego, 
miałem go w ręku, a nie czyniłem tego i owszem przestrze- 
gałem jego, braci, szwagrów i wszystkich. Zborowym jego 
nicem nie winien, anim dał przyczynę, że taką złość wyko- 
nali na mnie i dotąd wykonują. Bo nie tylko sami^ których 
jest w związku taka siła, na nas katolików i nietylko mnie, 
ale i inszych siła braci nas najeżdżają, rabijgą, palą, złączywszy 
się z nieprzyjacielem Rzeczypospolitej i dowodzą na wojnę 
ex mandato regio między nami, powinności nie oddają, jeno 
upatrują, kto ma co, zral>owaćgo, najechać i zabić, których 
panowie rotmistrze na regestrzyku mają. Bo jeśli ci panowie 
rzeką, że ich Błędowscy z pod chorągwie najechali pod Za- 
kliczy^iem, nie dowiodą tego, bośmy się nigdy cudzą nie 
parali pracą. I terazbym ja swoje odebrać mógł i oddać, nie 
w nocy, nie zdradą, jako oni czynią, ale otwarcie, we dnie 
i prawnie, a tom cierpliwy. Posłali nasi panowie rotmistrze 
do jego brata, idąc mimo jego dzierżawę, szlachciców 4-ch: 
JiMp. Jordana, p. Piotra Taszyckiego, p. Siemka i mego syna, 
w dobry sposób dowiedziawszy się, że był i jest: Co za przy- 
czyna, że do chorągwi mej idą, nawodzą na ludzi spokoj- 
nych, rabijgą? Ale uszedł. Tam ci nasi zastali towarzystwo 
JMp. Jagniątkowskiego, jako ludzi swawolnych. Już tam po- 
brali i popsowali, co im nasi ganili. Panna jego tam świad- 
kiem, jako ich mój syn prosił, aby dali spokój. Tylko chłopa 
mieli nasi, co był z nimi u mnie i inszy z rozkazania Jp. rotmi- 



860 

sŁrza, który miał listy ich. Tego i tego puszczono zaraz, spy- 
tawszy się go, by zeznał, kto był i kędy? 

Teraz mam donos od dobrych przyjaciół i sam to na 
oko widziałem, bo jeśli oni mają szpieg! po mnie i ja się 
też pytam, aby wiedzieć o nieprzyjaciołach ojczyzny i swoich. 
Już to 5 nocy, jako tu tych lutrów jeździ z 50 od Lusławic 
i Jastrzębi. Przychodzą po południu i pokryli się po chro- 
ślinach, rozjeżdżają po chroślinach Brzuśniowskich (Bruśnik, 
wieś sąsiednia) i na WMPana, kiedy się zmroczy, mają szpiegi , 
ślą różnie i do mnie i indziej, pytają się, kto ma co? Mnie 
już brać nie mają co, ale i WMćJ nie ufajcie zdrajcom. Li- 
sty do siebie posyłają, chłop Jasiński powiedział mi, bo je 
nosi. Zaczem niech potrafi w to p. Pilecki, ponieważ jest 
autorem, żeby dalszym rzeczom zabieżał. Lubo otwarcie niech 
dadzą znać, stawię się im, kędy każą. Lubo jeszcze w to nie 
potrafi, znajdę ja sposób, że swoje oddam. Proszę, pomów 
WMć z nim, niechże mi za złe nie mają. Brat i sługa pana 
J(oachim) B(łędowski). (Sącz gród, ks. 127 str. 786). 

Błędowski uroił sobie, że śmiertelnie ranny Pilecki 
przywodzi zastępowi zbrojnemu arjan mściwych, a on niebo- 
rak leżał w gorączce strasznej, trawiącej życie. Prawda, że 
w gorączce tej wzywał zemsty Boga i ludzi na niego, że 
dybał na jego życie... wzywał Bracie polską, by go po- 
mściła. We dwa tygodnie, w samą Wielkanoc, 16. kwietnia, 
umarł. Cikowski dał znać do grodu, Jakób Mróz z Kąsnej, 
woźny grodzki, jeździł do Zimnowódki oglądać zwłoki jego. 
(Sącz gród, ks. 127 str, 1185). Dziecko zostało u Błędowskich, 
bo go nie chcieli wydać matce, która dopiero bezmal w rok 
(1657 w poniedziałek po św. Katarzynie) ośmieliła się wnieść 
do grodu protest na Błędowskiego i poddanych jego o on 
napad nocny, o ranienie nieboszczyka i łupież dworu, za- 
branie mienia onej i szwagra jej, Łąckiego Jędrzeja. (Sącz 
gród, ks. 127 str. 1185). Skutku nie odniosła żałoba arjanki, bo 
nie ma tego śladu ani w księgach grodzkich, ani wójtowskich 
nowosądeckich. 



361 

W Wielogłowach plebanem by/ ks. Iraszowski Aleksan- 
der, proboszcz bocheński, gorliwszy jeszcze od poprzednika 
swego, ś. p. księdza Bukowskiego. Wobec wyprawy Ikshula 
i Wrzeszcza na Tarnów wymknął się z Bochni na bezpie- 
czniejszą plebanię w Wielogłowach. Rozgoryczony na Szwe- 
dów i ich zwolenników, gniew swój wywierał po staremu na 
Dąbrowę Szlichtingów i arjan wszystkich, że to czciciele 
djabte, więc lud katolicki powinien ich tępić. W Zabełczu 
sąsiedniem mieszkali Taszyccy, Piotr z Mikołajem, którzy, acz 
arjanie z rodu, nie dzierżyli z Szwedy, wiernymi pozostali 
królowi i Polsce, należeli do pospolitego ruszenia, wyjeżdżali 
na czaty, jako się wyżej opisało, więc ich gniewało ono 
podszczuwanie chłopów na arjan, przez księdza. 18. marca 
obaczyli księdza wracającego z N. Sącza, zaprosili do dworu, 
zawarli dwór, jęli wymawiać podjudzanie chłopów. Ksiądz 
stawia się ostro i z pod sukni wydobywa pistolet. Ale nim 
go odwiódł, wyrwali mu, odebrali i drugi, zbili księdza, który 
zaraz zawrócił do grodu z żałobą. Nazajutrz Taszycki Mikołaj 
w grodzie złożył oba pistolety, skarżąc, że ksiądz chciał 
strzelać do nich. Sprawa skończyła się na niczem. (N. Sącz 
gród ks. 127 str. 626—630). 

Nie mogąc się oswoić z myślą, że prawa pospolite nie 
są dla nich, że oni wyjęci z pod praw, garnęli się do sądów, 
dochodząc zbójców osób, rozbójników mienia. Oczekiwali 
sprawiedliwości. Zawiodło ich oczekiwanie. W grodzie bie- 
ckim, nie było sprawiedliwości na zabójców Męcińskiego 
i drużbów. W Sączu tylko zSiemiechowskiego, arjanina, była 
sprawiedliwość, lecz nie było na onych, którzy zabijali arjan. 
Arjanie nie mogli pojąć słów królewskich wobec tego, co 
się działo w sądach. Zachodzili w głowy, nie przypuszczając, 
że już z góry zapadł na nich wyrok potępienia, dalszy ciąg 
prześladowań dawniejszych. Prymas, arcybiskup gnieźnieński 
Leszczyński Jędrzej, odpisując na list Jana Kazimierza, z Kro- 
sna doń pisany z zasiągnięciem rady, doradzał: Dawnych 
regimentarzów wojska, zemstę Bogu (który przegląda serca 
ludzkie i każdemu da za swoje) oddawszy, przy dawnych 



362 

urzędach zostawić. Rakoczemu się oddać, chociaż kalwin, 
skoro katolickie mocarstwa, prócz pożałowania, pomocy innej 
nie użyczają, związek tyszowiecki pochwala, widząc w nim 
gorliwość dla wiary i wiarę królowi, lecz czyni uwagę: 
,. W związku tym dobrzeby zaraz sektę arjańską z Polski wywołać, 
której żadna nie okrywa konfederacya". (Rps. Pinozzego. Arch. 
Kraków m. Grabowski, Ojcz. spom. II. 94). Wyrazy te prymasa 
kościoła, są namaszczeniem rzezi arjan i drogowskazem nadal. 

Forgwell, zawstydzon porażką zbydniowską koniecznie, 
pragnął odwetu na Lipskim Janie, nie mogąc mu przebaczyć 
tego, młokosowi ośmnastoletniemu. Spodziewał się podejść 
niedoświadczonego. Skoro więc po odwrocie Wojniłłowicza 
ducha nabrali Niemce jego, wysyłał czaty do Zbydniowa, 
Ujazdu i innych dóbr Lipskiego, chcąc go koniecznie podejść 
i imać niebaczkiem. Lecz nad młodym czuwał ojciec stary 
i doświadczony. Zdarzało się, że tuż po odejściu z popasu 
lub noclegu czaty Lipskiego wpadali Szwedzi, zawsze jednak 
zapóżno. Owszem, bywało, Lipski uszedłszy zasadzki, puszczał 
o sobie pogłoskę mylną, a potem wzmocniony wracał niespo- 
dzianie, uderzał na Szwedów nieostrożnych i jeżeli nie rozgromił, 
toć zawsze coś urwał i umknął, a oni znów rozpoczynali 
gonitwę, która im tylko samym szkodziła. Jarosz Lipski, ojciec 
Jana, niesłychanie się cieszył, ile razy syn zdołał przegóro- 
wać wroga. Więc Forgwell w końcu obiecał kupę złota za 
jego głowę. Nawet nie miał czasu wyczekiwać skutku swej 
obietnicy. (Potocki, Wojna chocimska). 

Arjanie więc urządzili nabożeństwa uroczyste polskie 
z rozmowami duchownemi (6. kwietnia 1656), jako zwykle 
poczynając od Ewangelii Św. Jana i słowa Elohim w znaczeniu 
siła (a nie słowo loyog). SzlichtingJonas i Lubieniecki Stani- 
sław, w rozmowach swych zborowych, jawnie i otwarcie wy- 
znawali Boga jednego i jedynego, który jest odwiecznym Bo- 
giem, bez początku i końca, Bogiem wszechmocnym, nieomylnym 
w mądrości , Bogiem , jak go pojmował Mojżesz i prorocy 
i Jezus Chrystus. Przyznawali, że jako wszyscy ludzie mamy 
w sobie cząstkę tchnienia boskiego, toć Chrystus miał go 



363 

więcej, niż wszyscy, był synem Boga wybranym, jedynym, 
hyl Bogiem-człowiekiem , zesłanym dla oświecenia narodu 
ludzkiego. Z wszystkich ludzi mając w sobie bóstwa najwię- 
cej , byl Bogu najbliższym. Prócz do Chrystusa , do nikogo, 
nie wyjmując Najświętszej Panny Maryi i świętych, próśb 
nieść nie trzeba, gdyż umarli już i o to, co się na ziemi 
dzieje, nie dbają. W obrazach , Boga i świętych czcić nie 
można. Niedziela jest tylko świętem chrześcijan. Gdyby z mał- 
żonków jedno przeszło na wyznanie Boga jedynego, drugie zaś 
nie chciało, wolny rozwód. Postem jest całodzienne wstrzy- 
manie się od pokarmu. Chrzest wodny przez zanurzanie ciała 
dorosłych jest obrzędem znamionującym chrześcijan. Chrzest 
dzieci nie jest wzbroniony. Łamanie chleba jest tylko obrząd- 
kiem, lecz nie ma tam Ciała boskiego. Spożycie onegoż 
ani wzmacnia wiary, ani daje odpuszczenia grzechów. Wylicza 
też, że 800 arjan było w onczas w Krakowie na pomoc Szwe- 
dom, że do Szwedów przystali. (Pogrom djabła arjańskiego). 

Lutrzy krakowscy nie mniej rozżarci byli na arjan. 
Umarła tam arjanka, JMP. Jaszycka stara, aijanie chcieli ją 
pogrzebać na cmentarzu luterskim i już dół wykopali, twier- 
dząc, iż dawniej arjanie i lutrzy tam się pospołu chowali. 
Lutrzy, starszyzna zborowa i szlachta, udali się do Wirca, 
okazując swoje prawo własności, prosząc, aby zachowane 
było dla nich to miejsce. Wirc nakazał arjanom zasypać 
grób, a zwłoki pochować za ogrodem pogrzebowym. (Wę- 
gierski p. 130). Swoboda udzielona arjanom w Krakowie spo- 
tęgowała nienawiść, którą z dawien dawna ku nim przejęci 
byli katolicy i lutrzy. Zakonnicy mianowicie, acz pokryjomu, 
rozniecali ją wpośród ludu prostego, czem dali powód, że 
ich Szwedzi wydalili z miasta. Jakoż wraz z Jezuitami wy- 
dalił Wirc wszystkich niemal. Jezuita Cichowski narzeka, że 
arjanie na Szwedach wymogli, aby i najstarszych Jezuitów, 
którzy ledwie z domu wyjść mogli, z Krakowa wygnano. 

Karmelitów klasztor na Piasku przetrzęsali Szwedzi, śle- 
dząc broni. Wydobyto przy tem zmarłego r. 1644 ks.Bużeńskiego 
ciało niezepsute, zupełnie białe i woniejące. Szwedzi rzucili je do 



364 

do/a z wapnem, gdzie też niezepsute leża/o aż do ich wyjścia 
z Krakowa. (Ks. Jaroszewicz 1. 123). Czeladź sadownicza i rzeź- 
nicza, zawsze gotowa po staremu bić lutry i teraz odgrażała się 
naarjan. Wirc wypędził ich z miasta. Żydzi na Kaźmierzu nie- 
bawem skorzystali z tego, przynajęli słodowników i warzyli 
piwo na siebie. Z mieszczan też wielu powyg&nia/ Wirc, 
a rozbroił pozostałych tak, że im pobrał nawet rożny. Pobory 
ściągał zewsząd pod groźbą. (Noyers 142). 

W Skrzydlnej, na podwórzu Samuela Wilkoszewskiego, 
gąciarze robili gąty. Byli to górale od Śnieżnicy skrzydlań- 
skiej, brali udział w czerniawie zimowej ; o czemże mieli 
rozmawiać, jeżeli nie o wyprawach na lutry, o zbóju i łu- 
pieży? Zwłaszcza, że panowie ich tchnęli nienawiścią ku 
lutrom i Szwedom, a od początku wojny chodzili z chorą- 
gwią własną. We dworze zaś dwie panie Wilkoszewkie na- 
rzekały rzewnie. Pani Jędrzejowa, z domu Zaborska, z pier- 
wszych gód Piekąrzewska , narzekała nad utratą mienia 
swego przez Szwedów, których na dobra jej Kobiele, Mału- 
szynę, Ciężkowice i Trosarski kąt naprowadzili Brzescy z Ka- 
mockim i innymi różnowiercy. Na Pukarzewskich też narze- 
kała, że przeszli do Szweda. Pani Samuelowa zaś, ta narzekała 
na lutrów ogółem, mianowicie na arjan, przeklinała ich, wy- 
zywając pomstę Boga na wytępienie wrogów kościoła. W toku 
rozmowy oświadczyła, że nie poczytuje za grzech, jeżeli kto 
wytępia lutry i mienie sobie ich przywłaszcza. Wszakżeż oni 
ogromnie wiele dóbr poodejmowali, a po części jeszcze nie- 
pozwracali kościołom katolickim, a ile szkody porobili w du- 
szach wiernycli, ile ich nawiedli na drogę niedowiarstwa, 
ku piekłu i potępieniu wiecznemu! Ja sama (mówiła) nie 
gorszyłabym się cale, gdyby poddani moi wyprawili się na 
Morstyna, albo Krzeszą, albo choć na Jaroszewskiego wJan- 
kówce, bez wyrzutu sumienia przyjęłabym bydło jego złu- 
pione, gdyby mi je w darze przypędzili do Skrzydlnej. 

Rozmowę podsłuchali Staneczny Stanisław, kmieć z Glin ca 
i Szewczyk Błażej. Wzięli rzecz na rozwagę, Szewczyk po- 
stanowił przewodniczyć. Oświadczyli chłopom, jako mają po- 



365 

Zwolenie od samej pani Samuelowej iść na Jankówkę, na 
rozbój dworu, byle tylko byd/o przypędzili do Skrzydlnej, do 
dworu. Zapewnili, jako to styszeli z ust pani samej. Ch/opi, 
skłonni i wdrożeni do zbóju, nie wątpili w prawdziwość po- 
lecenia, więc przystali ochotnie, a obesławszy sąsiad, w czasie 
oznaczonym zgromadzili się na polach dobczyckich (2. maja 
1656). Przywódcą nad wszystkimi był Szewczyk Błażej. Nocą 
podstąpili pod dwór w Jaukówce. Ćwika Kaspra z Kułaszą 
i Waśkowiczem postawili na straży, drudzy wpadli do dworu. 
Zabrzękły okna wybijane, zatrzeszczały drzwi wyłamywane. 
Wygnali bydła 40, a Kowalik Wojciech wyniósł garniec go- 
rzałczany potężny. Kmiecie jednak wsi Jankówki, przygoto- 
wani snąć do odporu, zbiegli się niebawem z kosami, widłami, 
zastąpili, odbili bydło i pochwycili Waśkowicza, który ono 
gnał samotrzeć z młynarzem i Ćwikiem Kasprem. Kowalik 
ułakomił się na on garniec gorzałczany, koniecznie chciał go 
unieść, bacząc jednak, że nie zdoła, rzucił i umykał sam. 
Waśkowicza do Dobczyc przed sąd ławniczy odstawił Mor- 
styn Seweryn z Raciborska, dziedzic Jankówki, żądając zeń 
sprawiedliwości. Zeznanie jego zapisano w księgę wójtowską, 
lecz czy poniósł karę zasłużoną, o tem nie ma wzmianki. 
(Księga ławn. Dobczyc miasta, w księgozb. Baworowskiego 
we Lwowie). 

Jaroszewski za żonę miał Morstynównę, córkę Seweryna 
na Łącznem pod Rabkową, arjanina gorliwego, który nawet 
przed Wiszowatego przybyciem, kapłanił zborowi w Rabko- 
wej. Stąd też w nienawiści był u pani Wilkoszowskiej, ka- 
toliczki zagorzałej. Gdy Szlichting Wespazyan był dzierżawcą 
starostwa, sprawiedliwość była doraźną, obecnie jednak pod- 
starości Olszowski musiał zasięgać rozkazu pana starosty 
Jordana Michała, który z huzaryą swoją był kędyś przy woj- 
sku, więc się też musiał oglądać na to, że panowie Wilko- 
szewscy z chorągwiami swemi krążą po powiecie i gotowi 
za złe wziąć karcenie chłopów, co znosili lutra. Tymczasem 
więźniów ani strzegła, ani żywiła strona powodowa, toć ich 



366 

puszczono na wolność. Panu Morstynowi nie pozostało, jak zno- 
wu użalić się listownie przed bratem, sekretarzem królewskim. 

Obronie Leszna przewodzi/ słynny z uczoności i nauko- 
wości Amos Komeniusz, biskup Braci czeskiej. Leszno, w wo- 
jewództwie poznańskiem, w ziemi wschowskiej, wzrosło i za- 
kwitło przez napływ wychodźców różnowiecczych z Czech, 
Moraw i Śląska, chroniących się od prześladowania katolickiej 
władzy cesarstwa rzymsko-niemieckiego. Po klęsce Czechów 
na Białejgórze pod Pragą wojacy hiszpańscy zniszczyli mia- 
steczko Fulnek, siedzibę Braci czeskiej, a kto zdołał, ucho- 
dził z życiem po staremu do Polski gościnnej. Do Leszna 
przybył w on czas Jan Amos Komeniusz, sługa zboru ful- 
neckiego, przełożony szkół tamecznych, mąż nauki niepospo- 
litej. Bracia czesko-morawcy w Lesznie byli mu radzi 
i powierzyli szkoły swe i zbór, przy których w r. 1633 
założono księgotłoki. Tegoż roku mieszczanie uzyskali bez- 
prawie na skład płótna i przędzy, boć wyroby ich tkackie 
i sukiennicze słynęły daleko. Komeniusza sława naukowa 
nabrała rozgłosu takiego, że rządy, którym zależało na dźwi- 
gnięciu oświaty, wzywały go do siebie, aby im urządzał szkoły, na 
nowo, albo lepiej. Najprzód wezwali go Szwedzi, lecz nie 
namyślił się, mimo korzyści wielkiej obiecywanej. Radą tylko 
obiecał ich wspierać. 

Do Anglii pojechał w r. 1641 na wezwanie parlamentu 
i w Londynie przyjmowań z czcią wielką. Wojna domowa 
skłoniła go do prośby o uwolnienie, które uzyskawszy, po- 
płynął do Szwecyi. Oxenstierna, kanclerz państwa, wyznaczył 
mu dochód, o którym, przez lat cztery mieszkając w Elblągu, 
wypracował sposób nowy nauczania młodzieży. Księga, zba- 
dana przez trzech Szwedów najuczeńszych, uznana godną 
ogłoszenia tłokami, co aby uskutecznić, wrócił do Elbląga. 
Lesznianie powołali go stamtąd, aby imieniem wyznania 
swego, brał udział w słynnej „Rozmowie miłościwej" w To- 
runiu, do której nie przypuszczono arjan. Sam prześladowany 
o wiarę, nie chciał prześladować drugich, był więc tylko 
świadkiem niemym. Rakoczy Zygmunt, książę siedmiogrodzki, 



367 

a równocześnie i szwedzka królowa Krystyna zawezwali go 
do siebie gwoli urządzeniu szkóf. Do Szwecyi nie pojechaf, 
wymawiając się zdrowiem sko^atanem i nawałem pracy pod- 
jętej. Posłał za się Czecha młodego, Figulusa, zięcia swego 
przyszłego, r. 1649. 

Po powrocie onegoż z nim i Hartmanem Samuelem 
samotrzeć puścił się do księcia siedmiogrodzkiego. W majątku 
onegoż w Węgrach, w Saros-Patok (Błotnisty potok) nad Bo- 
drogiem, blisko Kereszturu, urządził szkoły wyższe, słynne. 
R. 1654 wracał do Leszna wynagrodzony hojnie. Leszno było 
wówczas tak zamożne, że r. 1653, gdy Braci czeskiej ode- 
brano kościół niegdyś famy katolicki, zmurowali sobie nowy 
i uposażyli. Gdy Szwedzi opanowali Wielkopolskę, Komeniusz 
witał ich jako zbawcę, marzył, że podbiją i Niemce, jak za 
Gustawa Adolfa i do ojczyzny przywrócą wychodźcę czeskie, 
morawskie i śląskie. On też, rozmarzony nadzieją, namówił 
Lesznian do obrony zaciętej i uporczywej, z odrzuceniem 
wszelkiej myśli poddania. Łatwiej jednak było zamyśleć, niż 
wykonać, toć też po pierwszym poskoku Polaków, mieszczanie 
spędzeni zwątpili o sobie. W liczbie 4.000 ludności, prze- 
ważnie wyznania czeskiego, z urzędami swymi na czele, wy- 
szli z miasta nocą ku Śląskowi. Nierychło spostrzegła się 
szlachta i poszła w pogoń, urwała ich też po trosze. Kome- 
niusz uszedł z życiem, lecz utracił mienie swoje całe i księ- 
gozbiór znaczny i rękopisma wszystkie. Katolicy żarliwi cie- 
szyli się z wykorzenienia herezyi husyckiej Braci czeskiej. 
Lecz byli tacy, którzy żałowali miasteczka zamożnego, co przy- 
świecało przykładem pracy, rozumu i trzeźwości. 

Czarniecki ciałem i duszą był wojakiem, ale i katolikiem. 
Postanowił sobie oswobodzić Polskę, króla i kościół katolicki 
od Szwedów przedewszystkiem, a zarazem i od nieprzyjaciół 
katolicyzmu, od lutrów, a szczególnie od arjan. Szedł w tern 
ręka w rękę z królem, duchowieństwem i ludem katolickim. 
Jako katolik dobry wierzył kościołowi swemu, a nie mędr- 
kował, ani badał istoty Boga i tajemnic Trójcy przenajświęt- 
szej, zdał to na księży, biskupy i papieża. Więc też niemiłem 



368 

okiem spoglądał na innowiercę wszystkie. Jako wojak po- 
słuszny i wierny królowi swemu, nienawidził zdrajców i od- 
stępców, a wiedział dobrze, że wojsko walczy nie z samego 
posłuszeństwa, ale i dla zysku. Sam dosługując się wojenką, 
użyczał zapłaty usług i drugim. Że zaś podczas najazdu szwedz- 
kiego najpierw zdradziła szlachta wielkopolska i za sobą 
pociągła wojsko koronne, pozostawił jej do wyboru: zni- 
szczenie albo powrót do posłuszeństwa królowi swemu. Nie 
opuszczali Szweda, więc dozwolił z dóbr ich płacić sobie 
wojsku. Przy tej sposobności, choć się też tam oberwało 
co chłopom, mieszczanom i duchowieństwu, nie bolało to 
Czarnieckiego. Boć mieszczanie z chłopami wraz z obowiązku 
mieli żywić wojsko i dostarczać potrzeb, duchowieństwo zaś 
usuwało się od wszystkiego, więc też nie wadziło podskubnąć 
ich niekiedy. Tak powszechnie myślało sobie wojsko. 

Lubomirski Jerzy, acz katolik niewątpliwy, zapatrywał 
się inaczej. Nie wojak z powołania i krewkości, sądził, że 
myślą i pomysłami zwycięży Szwedów i oswobodzi Polskę. 
Rdzenną jego myślą był samorząd szlachty, wolność obywa- 
telska, jak ją pojmowano wówczas, obok poczucia obowiąz- 
ków. Bracia szlachta powinna była bronić ojczyzny i króla, 
a za to panowała nad chłopem, rządziła krajem i wybierała 
sobie króla swego. Co do wiary, poczuwał on się do obo- 
wiązku bronienia jej od ucisku, ale nie narzucając jej nikomu, 
nie uciskając wolności sumienia. Z przekonania tego wypływały 
zdania: Wolno było szlachcie myśleć o królu innym, skoro Jan 
Kazimierz uszedł z kraju i chęcią wydania korony w ręce 
cesarza niemieckiego chciał ubliżyć wolności wyboru, prawu 
najszczytniejszemu. Powtóre: Nie wolno katolikom zabijać, 
prześladować i ciemiężyć innowierców, zwłaszcza gdy się 
nie łączyli z wrogiem. Potrzecie: Nie wolno ciemiężyć du- 
chowieństwa, ani szlachty, ani mieszczan, ani chłopów, skoro 
się uiszczają z poborów. 

Zadawał tedy Lubomirski Czarnieckiemu, że sobie przy- 
właszcza sądownictwo nad wolnością szlachty i karanie wy- 
stępnych bez dołożenia się sejmu. Że ubliża wolności oby- 



369 

watelskiej, prześladując różnowierce i dozwalając wojsku /upić. 
O Wąsowicza rotach zbójeckich, co pod bronią wychodząc 
z Łabowej, tupili i zabijali lutrów w Sądecczyźnie, właśnie 
otrzyma} sprawozdanie i mógt Czarnieckiego przekonać, że 
ulubiona jego dragonia, chadza na zbój. Wytknął mu też ono 
łupienie sklepów żydowskich w Krakowie na wychodnem. 
Jan Kazimierz 15 kwietnia wyruszył ze Lwowa. W So- 
kalu modlił się przed Matki Boskiej obrazem cudownym, po- 
lecając się dalej opiece jej świętej. W Zamościu zastał ob- 
wieszczenia szwedzkie, a szlachta różnowiercza zjeżdżała się 
zanosić żale, skargi i obawy. Bo stare hasło „bić lutry" 
groźnie grzmiało w ustach ludu zaprawionego do łupu i roz • 
boju. Morstyn, sekretarz, przedłożył królowi list brata swego 
Seweryna o złupieniu Jankówki i groźnej postawie ludu 
przeciw różnowiercom. Król rad nie rad musiał coś uczy- 
nić i wydał obwieszczenie dotyczne: — „Jan Kazimierz 
wszem wobec i każdemu z osobna, komu przynależy, mia- 
nowicie ludności wszelkiego stanu, dostojeństwa, godności, 
wyznania i zatrudnienia; więc też wszystkim w koronie 
i państwie Naszem, urzędom ziemskim, grodzkim, wojewódz- 
kim, także sądom koronnym i obywatelskim i innym, urzę- 
dnikom wszem wobec i dowódcom wojsk, załóg i zastępów, 
szczerze Nam miłym, łaskę Naszą królewską. Szczerze 
i wiernie Nam mili ! Dochodzi słuchu Naszego, jakoby się ro- 
zeszła po całej koronie i wszem państwie Naszem podstę- 
pnie od wrogów rozsiewana wieść: jakobyśmy postanowili 
ogniem i mieczem znosić różnowierce wszystkie chrześci- 
jańskie, dotąd spokojnie w królestwie przebywające. Ponie- 
waż wszystkie one pogłoski mylne wrogowie nasi obcy 
i domowi rozpuszczają jedynie w celu rozjątrzenia przeciw 
Nam serc poddanych wiernych, ku czemu pobudzają ich 
kłamstwy podłemi, jakoteż, aby sąsiadów Naszych, od wiary 
katolickiej odszczepieńców, przychylność sobie zjednać, 
i zdradę pozorem okrywszy, tem lepiej zamysły swe wykonać: 
zapobiegając onym podstępom i nieprzyjaciół obwinieniom, 
aczbyśmy z duszy serca pragnęli jedności w wierze wszyst- 

S4 



870 

kich poddanych Naszych pospołu z Nami, skoro jednak po- 
winnością Naszą niemniej w całości i zupełności zachowy- 
wać prawa i ustawy koronne, jak przestrzegać święcie czci 
wiary Naszej, postanowiliśmy pismem niniejszem, na jaw 
wydanem, odeprzeć kłamliwe zadawania nieprzyjaciół. 

Jakoż odpieramy je listem tym, przykazując szczero- 
ściom i wiernościom waszym, ażebyście żadnego z różno- 
wierców, kędykolwiekby zamieszkał, nie dozwolili niepokoić 
z powodu wiary; lecz owszem, byleby nieprzyjaznego nic 
nie zamyślał, abyście go zachowywali przy mieniu i dozwolili 
używać praw użyczonych. Przeciwnie wszystkim, którzyby 
się ośmielili czynić wbrew nakazowi niniejszemu, macie so- 
bie postąpić jako z burzycielami pokoju społecznego. Inaczej 
nie czyńcie pod łaską Naszą. Dan w Zamościu 11 maja 1656. 
J. K. król. Albert Gorajski, proboszcz krak. i pozn., regent 
kancel. król. (Theiner III p. 509) 

Ogłoszon więc mir różnowiercom, ale różnowiercom 
chrześcijańskim, t. j. wyznawcom przedwieczności bóstwa 
Chrystusowego i Ducha świętego. Wyznawcę więc Boga je- 
dynego, arjanie, po staremu wyjęci z pod opieki prawa i od- 
dani na rzeź dalszą i obierz. Nastawał na to najbardziej ks. 
Trzebicki, bisk. przemyski, Jezuitów miłośnik osobliwy, nie- 
odstępujący od boku króla (Niesiecki). Morstyn, sekretarz, 
był nieobecny i nie przeszkadzał. Jezuici mieli ręce wolniejsze. 

Warszawę oblegał, a raczej opędzał Sapieha Paweł 
z Litwą swą i Tatary Lipkami, do których przybywały dru- 
żyny Litwy zbrojnej. Strzegli oni przesmyków i pilnowali, 
by Szwedzi Wisłą nie wypławili skarby całej Polszczy złu- 
pione, a tamże nagromadzone. Jan Kazimierz za srebra ko- 
ścielne zaciągnął 12000 piechoty, zwołał pospolite ruszenie 
szlachty, z Zamościa od Zamojskiego otrzymał działa z bom- 
bami, granatami i wszelkim przyrządem, udziałanym przez 
inżyniera Terkandego, więc i puszkarzy zdolnych, wyruszył 
z Zamościa, zbliżył się do Warszawy 25. maja, dokąd też 
zdążał Lubomirski i Czarniecki. 



371 

Stanąwszy tedy pod Warszawą, w pierwszych dniach 
czerwca, aby się te rzeczy od Pana Boga poczęły, ślub uro- 
czysty uczynił wypędzenia arjanów z Polski i oswobodzenia 
ludzi ubogich od eksakcyi i uciemiężenia wszelakiego. (Jemio- 
^owski 97). Tutaj widocznie już przemógł wpływ biskupa 
przemyskiego, Trzebickiego, na umysł króla, przemógł, że król 
dla wiary odsądził od obywatelstwa polskiego, skazał na wy- 
gnanie, ludzi modlących się po polsku, pojmujących bóstwo 
według rozumu swego. Trzebicki, właśnie mianowan podkan- 
clerzym, był przy boku królewskim, a Jan Kazimierz, opusz- 
czeń od sprzymierzeńców, nadzieję miał tylko w Bogu, 
w Trójcy jedynemu i w wojsku, przejętem wiarą katolicką. 
Wojsko to z hetmanami poprzysięgło wiarę Szwedowi, ale 
opuściło go, arjan zaś gromadka w Krakowie pozostała, mo- 
dliła się po polsku do Boga jedynego. Więc wypędzić ich z Pol- 
ski. Całe wojsko chwaliło pomysł duchowieństwa. 

Wówczas Szlichting Jonas, właśnie (od 6. kwietnia) w Kra- 
kowie pod opieką Szweda rozpoczął z Lubienieckim Stani- 
sławem, młodzikiem: Rozmowy chrześcijańskie jawne, w któ- 
rych udowodniał, że Jezuici są nieukami w piśmie świętem, 
niepojmujący znaczenia wyrazu Elohim, że powtarzają, co 
wyczytali od nieuków poprzednich w wykładach ewangelii 
Św. Jana. Wykład Szlichtinga zaczepiał wprost wiarę w Trój- 
cę świętą i (zaczepiał katolicyzm. Wywoływało to nienawiść 
przeciwko Przypkowskim i Szlichtingom. Z Przypkowskich 
jeden, Krzysztof w Koniuszowej, zamęczon od czerniawy gry- 
bowskiej, drugi, Wacław, zemknął, straciwszy mienie, trzeci 
Konstanty, chrztem katolickim ocalił życie. Stało się więc 
zadość nienawiści religijnej. Szlichtingi jednak ocaleli, do- 
bra tylko zagrabiono Wespazyanowi. 

Jan Wąsowicz właśnie przybył do N. Sącza jako wo- 
jenny przystaw wozów i podwód królewskich, jadących po 
królowę do Głogowa śląskiego. Przywitali go szafarze miej- 
scy, wskazując gospody onemu samemu z dragonami, w ryn- 
ku miasta, u Parula, podwodom zaś i podwodnikowi króle- 
wskiemu na przedmieściu folwark Szydłowskiego Wawrzeńca, 



372 

rajcy, który go odkupiJ od św. pamięci Wąsowicza, ojca. Zja- 
wi! się i pan Kazimierz Wąsowicz, przy wita! brata i odprowa- 
dzi! na folwark, gdjt kapitan s!użbisty najprzód chciał dogodnie 
umieścić podwody królewskie. Szyd/owski Kurek bardzo im 
by! rad, jako panom znajomym i wielce mi!ym, przygotowa! 
wszystko, umieści! podwody, zaprosi! panów do dworku. Na 
przywitaniu zaraz żali! się, że źle wynagradzają gorliwą s!użbę 
królowi JMci i kościo!owi świętemu, że gród śmiercią karze 
onych, co tępili arjan i lutrów, stronników szwedzkich, że 
syn jego prześladowań za Sternackiego, zabitego w Brzeżnej, 
musi uciekać i ukrywać się itd. Wąsowicz rozciekawiony słu- 
cha!, a nie chcąc, aby mu przeszkadzano, rozkażą! dragonom 
udać się na gospodę do Parula. Niebawem zjawi! się sąsiad 
pan Bystrzonowski, z zaprosinami do kumaka Kazimierza, aby 
raczy! nawidzić kumeczkę, bo to dziś by! dzień jej wywody 
żeby też z sobą uprosi! pana kapitana i p. Kurka. 

Jakoż dali się uprosić i przy dobrem winie toczy!a się 
dalsza rozmowa i żale, że za lutrów i arjan prześladują teraz 
katolików wiernych. 

Dragoni oglądali świeże ślady krwi obydwu Przydoni- 
czan, ściętych za to, że chadzali czerniawą na lutrów. W ze- 
znaniach ich by!a wzmianka o Rusinach od Muszyny, z Bi-* 
skupszczyzny. Z!a to wróżba na przysz!ość, gdy przyjdzie 
zwlec barwę królewską, a przywdziać zwyk!ą czuhę wo!oską. 
A tu znowoi mają badać dwu innych, i to Lipniczan, którym 
już znane imiona Rusi. Będzie bieda. Żona uwięzionego Wój- 
cika chodziła po pod Szelestkę, za!dmując ręce i narzekając, 
że za lutrów, niedowiarków, co djabła za Boga mają, których 
przecie pozwalano zabijać i obierać z mienia, że teraz za to 
ścinają katolików prawowiernych. Słuchali ją ludzie i lito- 
wali się, przeklinając lutry bezbożne. S!uchali i dragoni pro- 
ści i starszyzna i litowali się ^ uwięzionych. Aż też któryś 
nieznacznie okienkiem maleńkiem do Szelestki wrzuci! wrze- 
ciono od żarn, mocne i żelazem dobrze okowane. Wójciko- 
wej zaś podszepnięto : — Pokaźno klucze twoje, czy nie po- 
dobny który do otworu w k!ódcp, którą zamknięte pierwsze 



373 

drzwi Szelestki? Ej, podobny, nada się, więcże idź, próbujno, 
może się uda! — Wojska nadciągało coraz więcej, uwaga 
ludzi na nich była zwróconą. Czemużby i straż więzienna 
pana Chronowskiego nie mia/a się zająć widokiem niezwy* 
kłym, czemu nieposłuchać rozmów ciekawych o obronie 
Przemyśla, o porażeniu Szwedów? Przecież więzienie Sze- 
lesŁka zamknięte byfo na kłódkę mocną z wierzchu, a drzwi 
wewnętrzne były pod zamkiem, więc było bezpieczno — 
a dragoni, kupkami stając po podcieniach, rozprawiali tak 
głośno. Więc też Wójciczka niebaczkiem spróbowała klucza 
do kłódki: nadał się. Więźniowie zaś obaj podłożyli żar- 
nówkę, wyważyli drzwi z skublic. Gad Krzysztof i Wójcik 
wyszli z więzienia, które znowu zamknęli kłódką. Jakim spo- 
sobem, w jakiej przyodziewie wydostali się za miasto — nie 
wiadomo. Ale uszli obadwa samotrzeć z kobietą. (N. Sącz 
ks. 64 str. 176). 

Ucieczka zbójców z więzienia rozradowała ludzi pobo- 
żnych, lecz nie rozweseliła Łabo wian i Maciej o wian. Nie mogli 
oni przeboleć czterech poległych od kul szlacheckich przy 
młynku tęgoborskim i Cioka Jacka, acz nie ćwiertowanego 
żywcem, jeno ściętego po prostu. Zbójnicy starzy nieznacznie, 
lecz uważnie wybadywali, co to za szlachta zajechała do Parula. 
Wywiedzieli się, że sami zadunajczanie z powiatu czchowskiego 
od Łososiny przyszli. Na sołtysach i parobkach zarówno 
drżała skóra, barwa dragońska królewska i panowie Wąso- 
wicze byli całą nadzieją zbawienia. W sam raz był im powrót 
Wąsowicza Jana, rotmistrza. Drużyna jego składała się z do- 
boru sołtysów łabowskich i okolicznych, którzy za pułkowni- 
kiem swym i bratem jego, kapitanem, gotowi byli iść w wodę 
i ogień. Nie było ich wiele, bo z służbą kapitana przyboczną 
wraz mało co nad 30 zbrojnych po dragońsku. Tłum Rusi 
spokrewnionej zbiegł się na przywitanie ich , ale radość 
zamąciła wieść, że zabito w Tęgoborzy 3 Maciejowian, jednego 
Łabowianina, a Ciok przed straceniem zeznał niejedno. Macie- 
jowskiego młodego żałowali wszyscy. Starzy dragoni, sąsiedzi 
i krewni zabitego płakali za nim pospołu z ojcem jego stra- 



374 

pionym. Że zaś Maciejowski z Lublina jeszcze znan bjt pnt* 
kownikowi, że mu w onczas już oddał usługi niemałe i rad 
był od niego widzian, sołtysi uskarżyli się przed panem Janem, bra- 
tem pułkownika, porucznikiem chorągwi jego od początku 
zawiązania jej w Łabowej. Bo też Wąsowicz Jan, brat Krzy- 
sztofa, był jego prawą ręką, on głównie zbierał i zaciągaf 
mu zbójców, on wskazywał im kędy? co? jego znali osobiście 
jako pana swego, dzierżawcę Łabowczyzny, jemu ufali 
zupełnie. 

Noc już zapadła dawno, pijatyka szła w najlepsze, star* 
szyzna sobie, a dragoni sobie. Jedni i drudzy mieli przepeł* 
nione głowy, wezbrane uczucia. Wtem dragoni służbiści dają 
znać, że na gospodzie jego, w mieście, lutry od Tropią, ci 
sami, co się bronili na Trąbkacb, co postrzelali Maciejowskiego 
samoczwartego , a im^li Cioka, że bluźnią strasznie przeciw 
Bogu, że pany Wąsowicze obiecują na pal wbijać, a dragony 
za nogi wiązać koniom u ogonów. W mgnieniu oka Jan Wą- 
sowicz na czele sług swych i dragonów pieszych był w po- 
chodzie do miasta. Hasło wiedział, wpuszczono ich. W mieście 
było pełno szlachty gromadzącej się na pospolite ruszenie. 

Wici pospolitego ruszenia powiatów podgórskich ogło- 
szono po raz trzeci i ostatni. Popis oznaczon na 29. maja 
w Nowym Sączu, trzeba więc było ruszać, kto nie chciał być 
zdrajcą. Chwalibóg Zygmunt z Połomia z synami starszymi 
był gotów, najmłodszy Seweryn miał pozostać doma. Nie dla 
tego, że za młody i niedzielny, boć wiedział, iż tam będą 
młodsi od niego, co nie umieją ani koniem tak zawracać, ani 
strzelać, ani bronią robić, ale właśnie w obawie skutków zbyt- 
niej swej porywczości do broni. Bał się pana Koziarowskiego 
z Druszkowa, którego nietylko że obraził przed dwoma laty, 
ale jeszcze w Czchowie idącemu do kościoła^ zastąpił na 
ścieżce i to nie sam, ale ze służbą zbrojną a podpiła i kto 
wie, coby było , gdyby nie był uszedł. Pan Koziarowski zaś 
obecnie otoczon był służbą nietylko zbrojną, ale tak zawa- 
dyacką, że roku zeszłego na gospodzie usiekli i poranili 
szlachtę rodowitą, pp. Łapkę i Goleszę, Więc też nietrudna 



376 

i jemu było zdybać się z nimi i wleźć w kfopot niepotrzebny. 
Bracia jednak starsi wybili mu obawę z głowy, że przecież 
nie będzie sam, jeno z ojcem wraz i z nimi i z sąsiady, że się 
będą dzierżeć razem. Więc wyruszył i on w czapce karma- 
zynowej, obłożonej lisem i z przepysznym rządzikiem na ko- 
niku dobrym. 

Pułkownik ruszenia pospolitego JMP. Krupka wedle 
ustaw koronnych rozbił już namiot swój , pod którym przez 
trzy dni miał popisywać szlachtę. Szlachta zjeżdżała się i za- 
pisywała, poczem zajmowała gospody wyznaczone z góry, 
przenosząc je nad namioty obozowe. Panu Chwalibogowi 
przypadła gospoda u Parula Jana, w rynku, części trzeciej, 
czwarty dom od uliczki farnej na wschód. Zastali tam już 
Chwaliboga Jędrzeja z Janowic z synem Franciszkiem z Le- 
wniowej. Z nimi^ pospołu stanęli sąsiedzi z nad Dunajca: 
Ujejski Jan z Witowie, Kącki Wojciech z Kąt, Porębski Jan 
z Poręby wielkiej , Raczyński Jan , syn urzędnika , Miłkowski 
Aleksander z Michalczowej i inni. Jako mogli, mieścili się. 
Chwalibogowle starzy i młodzi pomieścili się w izbie, że zaś 
już było za ciasno, najmłodszy z nich, Seweryn, ustąpił na 
drugą stronę domu do sklepiku, w którym już stał Miłkowski 
Aleksander. W izbie tej pomieścił się Ujejski. Kącki pozo- 
stał w sieni obok Raczyńskiego. Obadwa mieli koniki żwawe 
z przyborami ozdobnemi, a niedowierzali służbie różnorodnej, 
której się też nazbierało niemało. Że od wina rozpoczęto 
przywitanie, o tem niema nawet co wspominać. Niebawem 
też rozwiązały się usta, przepełniły serca. Rozmawiano o woj- 
nie i Szwedach, o Czarnieckim, Lubomirskim i wojsku, aż 
w końcu rozgadano się o lutrach i o arjanach. Ślub Jana Ka- 
zimierza Matce Boskiej uczyniony we Lwowie i obwieszcze- 
nie z pod Zamościa, głoszące mir różnowiercom w religii 
chrześcijańskiej było przedmiotem rozmów i rozpraw ożywio- 
nych. Jako zwykle dwa stronnictwa spierały się z sobą, jedni 
żądali panowania wiary katolickiej, jako jedynie prawdziwej, 
drudzy żądali wolności sumienia, sądy sumienia poruczając 
Bogu samemu. Ostatni pytali: cóż się ma stać z Żydami 



376 

a co z Tatary litewskimi, którzy nietylko szlachta koronna 
i wierna, ale nawet chan tatarski zdąża w pomoc, podczas 
gdy arcykatolicki cesarz rzymsko-niemiecki Polaków z Śląska 
wydaje Szwedom na śmierć doraźną. Więc też cóż będzie 
ze szlachtą aijańską, tą« która się nie poddafa Szwedom 
i ciągle walczy za króla i ojczyznę? 

Mitkowski Aleksander i Ujejski Jan namiętnie obstawali 
za wiarą katolicką, jako jedynie zbawienną, jako wiarą naro- 
dową, wiarą króla i dworu jego. Klęski wszystkie zwali karą 
Boga, obrażonego odszczepieństwem i bluźniersŁwem arjan. 
Słowem rozprawiali duchem, jakim tchnęły odezwy królewskie. 
Chwalibogowi Zygmuntowi wymawiali nawet, że niepotrzebnie 
mieszał się w obronę lutrów, gdy ich nachodziła czerniawa, 
że sobie tylko przysporzył nienawiści u ludzi. Nie dziwo 
mowie takiej. Miłkowski Aleksander, przejęty nabożeństwem 
do Matki Boskiej, wierzył w jej opiekę cudowną, przytaczał 
cuda w obronie Częstochowy. Wychwalał się, że jeszcze 
przed laty 30 poznał moc jej niebieską i dlatego w Zaklu- 
czynie do kościoła Reformatów sprawił obraz Koronacyi 
Najświętszej Panienki i wierzy, że pod jej opieką świętą włos 
mu z głowy nie spadnie. Podobnie wiarą gorliwą unosił się 
Ujejski Jan, też dobrodziej Reformatów zakluczyńskich , któ- 
rym zapisał 800 złp. na murowanie kościoła. I on wierzył, 
że pod opieką Najświętszej Panienki włos mu z głowy nie 
spadnie i kule od niego będą odlatywać jako od dachu 
kościoła Jej na Jasnej górze. — Ba ! ale jak pan Poradowski 
przyjdzie i zabierze woły? Matka Boska nie odbierze! Boć 
i srebro częstochowskie nie odebrała, jeno Polacy sami od* 
dali, wyłowiwszy w stawie. — Śmiech ogromny powstał na blu- 
źnierczą uwagę Chwaliboga Seweryna z Lewniowej. — Niech 
eię uściskam, kochanku! niech cię uściskam! Prawdę rzekłeś, 
wojsko nasze, acz katolickie, gorsze od Szwedów, bo łupią, 
nie pytając, czy swój, czy nie swój. A taki Poradowski! Ot 
przyjechał z listem przypowiednim, nazbierał hołoty, poszedł 
w Grybowszczyznę nazbierał jeszcze więcej i jeszcze gor- 
szej; a teraz chodzi po powiatach, łupi i obdziera szlachtę. 



377 

Ot w Janowicach ojcu zabrał dwa woły. — Ledwom je wy- 
dobył z grodu, za rękojmią — odrzekł Chwalibóg Jędrzej. — 
Albo taki Wąsowicz, jaki mi tu szlachcic starej daty, kotlar- 
czyk tarnowski. Że mu pod Połockiem przestrzelono rękę, toć 
jego dzieciom wolno już zabijać szlachtę gniazdową, nasyłać 
zbójców na dwory i zbójcę mają sądzić sumienia ludzkie 
i zabijać tego, kto luter. A luterunich, jeżeli u kogo czeladź 
popije się w wilię Bożego Narodzenia i nie narąbie drzewa! 
Więc albo dać się umrozić w dom^ własnym na chwałę Pana 
Boga, albo go zabiją jak bydlę — też na chwałę Pana 
Boga. Toć tacy ludzie mają sądzić sumienia i wykonywać 
wyroki? a wy sobie chwalicie? Oj, panie Ujejski i ty, panie 
Miłkowski, żebyście tylko sami nie doznali, co to za lud 
wierny oni zbójcę łabowscy, co chodzą w rotach Wąsowicza. — 
Powiadają, że pod Uniejowem p. Czarniecki kazał koniom 
u ogonów za nogi poprzy wiązywać rozbójników i że sam 
konie biczem podcinał, by ich włóczyły po cierniach i gło- 
gach, aż kości opadną. Oj, dobrze robił! święciła się ręka 
jego. Boć też już zanadto tego, co wyrabia wojsko. Przecież 
to i król sam przyznał we Lwowie, ślubigąc Matce Boskiej. 
Ale przyjdzie kara niebios! Tych, co tutaj sądzą sumienia, 
napadają dwory, zabijają szlachtę i onych będą wbijać na 
pal i ćwiertować. A i Wąsowicze jeszcze nie wiedzą, jaki 
im koniec. 

Podobne rozmowy toczyły się na gospodzie Parula, 
a nikt nie pomyślał, żeby słowa one mogły przelecieć poza 
cztery ściany gospody. Jedni bronili katolicyzmu, drudzy wol- 
ności i sumienia. W obronie wiary katolickiej i panowa- 
nia jej, między innymi, Raczyński mocno sprzeczał się 
z Kąckimi. Wypili wino, pojedli wieczerzę i pokładli się 
spać, ubezpieczeni zupełnie mirem pospolitego ruszenia i służ- 
bistością p. Gerlichowskiego , dowódcy załogi miejskiej, zło- 
żonej z piechoty spiskiej Lubomirskiego, marszałka pułku 
Gizy. Wkrótce posnęli, zmożeni winem i snem. Bramę zawarto. 

Ledwo, że się ucieszyło w pierwospy, kiedy dragoni 
obuchami toporków jęli bić we wrota, wołając: Otwieraj! 



378 

otwieraj ! — Nie otwiera! nikt, więc w mgnieniu oka wyrąbali 
drzwi. Milkowski w sklepie nie usną/ jeszcze, bo kończył 
modlitwy swoje zwykłe. Słysząc łomot, wychodzi do sieni, 
a bacząc, że wyrębują wrota, przystąpił bliżej i pyta: Eto 
taki? — Dragonia Jego królewskiej* Mości, kapitan Wąsowicz. 
Otwieraj ! — Panie Wąsowiczu , ustąp WMość, tu chorągiew 
powiatowa, może być bieda. — Ustępuj ty, bo będzie z tobą 
źle ! — Wrota runęły. Miłkowski wskoczył do sklepiku, gdzie 
światło rozniecał Chwalibóg Seweryn. Wąsowicz przypadł 
i ciął, nie bacząc kogo. Sewer3fn, ugodzon w głowę, padł na 
ziemię. Gospodyni domu spała w komorze przyległej, do któ- 
rej chyłkiem schronił się Miłkowski. Obaczyła, co się stało 
w sklepie, jak Chwalibóg padł pod cięciem Wąsowicza, — 
Przebóg! przebóg! zabito pana Seweryna! — woła Parulka, 
wybiegając do sieni. Szlachta w izbie posłyszała, najprzód 
Chwalibóg Franciszek z Lewniowej. Nie myśląc wiele, woła: 
Do broni ! do broni ! — Wypada z szablą. Wąsowicz zaś zawo- 
łał: Dragoni! odwiedź krzoski!pal! — Odwiedli kurki, palnęli. 
— Dragoni ! odstąp ! nabij ! pal ! — Palnęli drugi raz , palnęli 
trzeci raz. Na huk strzałów pobudziła się wreszcie szlachta 
wszystka. Pytają, co to? Szwedy? Parulka w niebogłosy woła: 
Zabili pana Seweryna! zabili pana Seweryna! — Posłyszał to 
ojciec i jako był w pościeli, wybiega z izby, w której na 
prędkości zapalono światło. Chwalibóg Franciszek, dziwnym 
sposobem nie trafion od kul świstających mu koło uszu, znów 
jął wołać : Do broni. — Bij, zabij lutra, psiawiarę ! — zawołał 
Wąsowicz, poskoczył i ciął go po palcach, a potem przez 
głowę. — Bij, zabij! dragoni, ognia! obuchami bij, zabij! — 
Chwalibóg Zygmunt wypada z izby w bieliźnie tylko, z szablą 
w ręku, woła: — Ha! zbójcę, syna zabiliście mi! ha, zbój... — 
Nie domówił. Wąsowicz ciął go odlew w szyję, przeciął 
krtań. Upadł wstecz do izby. Przyskoczyli dragoni z topor- 
kami, jeden ciął go w ramię, drugi zaś obuchem w bok 
prawy aż trzasły żebra. Ujejski zerwał się ostatni. Już dra* 
goni obdzierali rannych. Sewerynowi wzięli czapkę oną kar- 
mazynowa i rządzik suty na konia. Franciszek ranny leżał 



37» 

w sieni, wyjęli ma z kieszeni 12 z/p., oderwano szablę od 
boku ze wszysŁkiem wieszaniem, na koniec zzuto go z butów. 
W izbie przysiedli najprzód Chwaliboga Zygmunta, charczą- 
cego w krwi wfosnej. Z kieszeni wyjęto mu worek, w którym 
miał kilkadziesiąt złotych, poczem rzucili się na ruchomości 
jego w izbie, pozabierali wszystko naczynie cynowe i mo- 
siężne ; nie darowali nawet i pościeli, na której leżał, zabrali 
4 poduszki wyszywane jedwabiem, a wkońcu i prześcieradło* 
Strzelanina i huk poruszyły miasto całe, zadzwoniono w dzwo- 
nek na wieży ratuszowej , dano znać na zamek. Mieszczanie 
zbiegali się zewsząd, a pułkownik Gerlichowski przypadł na. 
czele piechoty spiskiej, którą miał na straży. Przybył w porę, 
bo właśnie już się dobyli do alkierza dragoni, już obuchami 
okładali Ujejskiego, przewrócili, przysiedli i odzierali, a Wą- 
sowicz wołał: Bij, zabij! — i tylko przez ciżbę nie mógł 
rąbać szablą, a radby był wyzabijać wszystkich. Gerlichowski 
gromkim głosem krzyknął na dragonów, a Wąsowicza hamo- 
wał. — Bij, zabij! wyzabijam wszystkich. — Ale za co! kapi- 
tanie, za co? — Bom zbójca, oni mnie zbójcą nazwali. — 
Boś zbójca i dragoni twoi zbójcę i tyś zbójca! — zawołał 
Ujejski, zrywając się z ziemi, bo dragoni odskoczyli na widok 
pułkownika. — Bij, zabij! dragoni sam tu! ognia do tych 
psubratów lutrów! — A Ujejski rozjuszony woła: Zbójco! 
piłeś krew tamtych, pij i moją! kotlarski kołtunie, zbójco! — 
Zabiję prze Boga^ zabiję! — Gerlichowski stanął przeciwko 
niemu wołając: W imię króla Jegomości i prawa wojennego 
kapitanie odstąp ! dragoni won ! won ! Piechota sam , krzoski 
odwieść, w pogotowiu! — Co? mój honor obrażony, a jego 
bronisz? — Nie bronię, on pójdzie pod sąd. Panie Ujejski,, 
aresztuję pana! — Co, mnie? za co? że zbójcę napadli nas 
nocą, że pozabijali szlachtę i mnie zabić chcieli. •— Chodź. 
Waszmość na zamek! prędko, zaraz! nie pomoże nic! choć 
dla własnego bezpieczeństwa. — Jakżeż pójdę, gdzież moja. 
czapka, czapka karmazynowa lisami obszyta? gdzie ostrogi 
srebrne od butów? skradli, złupili, ha zbójcę. Ot i worek 
wzięli, było w nim 50 czerwonych złotych węgierskich i wie- 



380 

szanie od szabli , 24 krajcarjw srebrnych. O zbójcy ! obierz- 
nicy! — Zabiję! zabiję! — wołai za się Wąsowicz. 

Z wielką biedą odciągnąć go Gerlichowski na stronę, 
a czata jego uprowadzała Ujejskiego na zamek. Prowadzili 
go, bo zbity i raniony nie mógt iść o sile własnej. Od czasu 
do czasu stawał, zwracał się wołając: Zbójcę !obierznicy! — 
<jrerlichowski zatrzymał go do rana , nie puszczając, aż dopo- 
kąd poń nie przyszedł Proszkowski, podstarości sądecki, biorąc 
go pod opiekę grodu. Zaraz też udał się do grodu Seweryn 
Ghwalibóg, imieniem swojem i brata swego Michała wnosił 
żałobę na Wąsowicza i spólników jego , opowiadając zajście 
całe, wyliczając szkodę swoją i ojca. Ujejski wniósł żal od 
siebie. Trzeciego dnia umarł Ghwalibóg Zygmunt. Seweryn 
sprowadził woźnego grodowego i okazał zwłoki leżące 
w trumnie. Miał gardło przecięte całkiem, skroń stłuczoną. 
Ramiona i boków nie odkrywano nawet. Seweryn sam oka- 
zał ranę w głowę i sińce po ciele. Ujejski Jan okazał ranę 
nad okiem i krwawe guzy po głowie i w szczękę lewą, także 
sińce po ciele. 

Ghwalibóg Franciszek z Lewniowej, ten nie okazywał 
rany, acz cięty po głowie i palcach. Uznał on karę Boga za 
-żart sprośny o Matce Boskiej. Postanowił sobie odtąd być 
katolikiem gorliwszym. Zwłoki zabitego grzebiono w kościele 
00. Franciszkanów w Nowym Sączu. Podczas pogrzebu, jako 
obyczaj prawny, wobec ludzi zgromadzonych, woźny powoły- 
wał zabójców: Wąsowicza Jana i służbę jego i dragonów jego. 
Wołał raz, gdy trumnę mieli brać, powtóre nad grobem otwar- 
tym, po trzecie gdy ciało spuszczono do dołu. (Sącz gród. 
ks. 125 str. 677, 687, 705, 708). 

Nazajutrz, zaraz po onem zajściu nieszczęsnem u Parula, 
chorągiew powiatowa czchowska wysyłała od siebie do Poło- 
mia i Lewniowej zwiastuna niedoli, aby krewnym oświadczył 
żal powszechny. Przeznaczono na to Raczyńskiego Jana, jako 
-świadka naocznego. Jakoż dosiadł „myszkę^ swego^ szybkono- 
giego i ruszył z kopyta. Zjeżdżając z góry, spostrzegł jezdnego 
przed sobą, jadącego też ku Dunajcowi. Na przewozie w Ku- 



381 

rowie dopędził go. Byt to Kącki Stanisław, . jeden z wczo- 
rajszych przeciwników rozmowy. I on jechał z smutną wieścią 

zajściu krwawem, wysłań od krewnych starszych, aby uspo- 
koić rodzinę i donieść o ocaleniu zdrowia. W drodze już 
dziwił się szybkości konia, na którym dopędzał go Raczyńskie 
na przewozie oglądał go i podziwiał. Zazdrość i łakomstwo 
obudziło mu się w sercu. Na drugim brzegu Dunajca, w Starej 
wsi tęgoborskiej, prosił Raczyńskiego, żeby mu pozwolił do- 
siąść i przejechać się na dzielnym myszaku. Raczyński do- 
zw^olił, a sam siadł na jego szkapsko leniwe. Kącki podciął 
myszatego i niezadługo znikł z oczu. Raczyński musiał za 
nim jeździć, aby go odnaleźć, ale i to nie pomogło. Kącki 
myszaka nie zwrócił, twierdząc, iż się zamieniali. Więc na- 
tychmiast wrócił do N. Sącza, oświadczając w grodzie, że 
mu Kącki konia wziął i oddać nie chce, przez co nie może- 
jechać na pospolite ruszenie. Kącki ten był dworzaninem 
Mniszka, kasztelana sądeckiego. (Sącz gród 127 str. 689). 

Wąsowiczowi miasto w mgnieniu oka wynalazło go- 
spodę u Marco wicza, koniom bez wołania dano owsa i siana ». 
a ludziom piwa beczkę i chleba. Chorągiew piesza pułko- 
wnika Gizy stanęła w gotowości wojennej, a Spisacy gotowi 
byli uderzyć na dragonów, w których jedni widzieli swych 
znajomych zbójców, drudzy poprostu zbójców osławionych^ 
zasiadających po drogach na kramarzy i kupcy spiskie. Nie 
przyszło do tego. Wąsowicz miał rozkaz wracać niebawem 
z sprawozdaniem i pocztą, więc nie zatrzymywał się. Labo- 
wianie też radzi, że się pomścili, nie mieli czego przemie- 
szkiwać i czekać, aż szlachta wywie się o ich nazwiskach^ 
Mieszczanie po ich odejściu zapisali wydatki: Podwodnikowi 
królowej, który jechał do Królowej Jej Mości do Krosna,. 

1 złp. 15 gr., za ćwierć cielęciny temuż 15 groszy. Królewskim 
ludziom za beczkę piwa 4 złp. Królewskiemu kapitanowi 4 złp. 
Wydatkom miejskim nie było końca. Po srebro kościelne 
przyjechał komisarz z ukazami króla, biskupa i kardynała 
papieskiego. Wreszcie nadciągnął pułk cały dragonii kró- 
ewskiej, o którego pochodzie świadectwo dają zapiski miast 



382 

przydrożnych. Żatoba mieszczan na JMp. Wąsowicza 
Krzysztofa, oficerów i towarzystwo, do pufku JMCp. Czar- 
neckiego, kaszt, kijów., należących: iż nie dbając na asy 
gnatę chleba JMCP. marsza/ka wielkiego koronnego (Lubo- 
mirskiego Jerzego), na pułk Gizy wydaną, śmia/ pałk wszystek 
na przedmieście zwiód/szy i tamże z gruntów wszystko częścią 
wytrawiwszy, częścią do wozów zabrawszy, na 1200 ztp , 
lekko rachując, szkody uczynili. Tenże ludzi na wioski 
miejskie rozesławszy, w miasto, w kilkadziesiąt koni, wjecha/, 
gdzie przez dwie niedziele sumptuose żyjąc, za wino, korzenie 
i inne potrzeby życia nadzwyczajne 841 z/p. natrawił. Pie- 
niędzy z samego miasta 2000 i z wiosek po 30 ztp. z tanu 
wycisną^ Znów nh też wioski odchodząc, lud utrapiony do 
ostatka wytrawili, koni, bydte nabrali i jeszcze zmyślony ja- 
kiś chleb przychodni i odchodni pieniędzmi wybierali, w Że- 
leźnikowej 675 z/p., w Piątkowej 499 zip., w Paszynie, (Sącz 
gród 127 str. 691). 

W N. Sączu dobrze się bawili panowie oficerowie dra- 
gońscy, bo stali gospodą u Koszkowica, ósmy dom na ulicy 
Polskiej. Jako ludzie z wychowaniem, udali się też do grodu 
w odwidziny, a JMp. burgrabia posiał na ratusz po wino 
na uczczenie gości. Jakoż burmistrz Szydłowski Kurek, co 
tchu przysłał dwa garnce wina za 4 złp. Pan Wąsowicz ła- 
godził umysł burgrabiego, żeby nieprześladował tych, co 
znosili arjan, mianowicie żeby Szydłowskiego młodego nie 
trapił za zabójstwo ono Sternackiego, bezbożnego, co tłoczył 
księgi bluźniercze. Wstawiali się też za Wąsowiczem Janem, 
uniewinniali jego napad na szlachtę w gospodzie Parula. 

Wirc z tryumfem wrócił do Krakowa, dla okazałości 
zwycięstwa po ulicach oprowadzając jeńce i łupy. Z jeńców 
staruszek. Frezer Aleksander, wiekiem i powagą swej go- 
dności pułkowniczej w bojach wsławionej, ogromne na nim 
uczynił wrażenie. Po sześciu dniach uwolnił go, mówiąc przy- 
jaźnie : Nie chcę się z tobą obchodzić jako z nieprzyjacielem, 
skoro wiek twój wymaga, żebym cię raczej czcił, jako ojca 
własnego. Radość zwycięską zamąciła mu jednak wieść, że ce- 



383 

sarz postanowił w pomoc zdążyć Polakom. Jął więc myśleć o lep- 
szem utwierdzeniu Krakowa, poczynając od burzenia kościołów 
murom miejskim przyległych. Zburzył kościół zborny św, 
Florjana, założony r. 1183 przez Kazimierza Sprawiedliwego; 
świętych Filipa i Jakóba, Szymona i Judy, szpitalny św. Wa- 
lentego, Św. Krzyża, Piotra i Pawła na Garbarzach, Kazimie- 
rza z klasztorem Reformatów, Miłosierdzia bożego na Smo- 
leńsku, Mikołaja farę, Karmelitów bosych na Strzelnicy, 
Macieja na Gródku z klasztorem zakonnic, Bernadynów na 
Stradomiu z klasztorem, Jadwigi z szpitalem u królewskiego 
mostu, Agnieszki z klasztorem zakonnic, Sebastyana z szpi- 
talem, Leonarda i inne świątynie. 

Rozpoczął zaś od kościoła Karmelitów na Piasku. Na- 
daremne były prośby radziec i miasta całego, nadaremny 
wykup, ażeby ocalił przynajmniej kaplicę z starożytnym na 
ścianie malowanym obrazem Matki Boskiej cudami wsławio- 
nej. Odrzucił prośby, nakazał zburzenie, ku wielkiej boleści 
katolików, a nawet ku żałości Szwedów samych. Arjanie tylko 
polscy nastawali na zburzenie. Kamieniarze i kopacze wedle 
rozkazu zburzyli mury kościoła, ścianie jednak, na której był 
malowany obraz, nie mogli dać rady, gdyż rumowisko z góry 
padając ułożyło się przed obrazem, jak gdyby umiejętną ręką 
składane. Wirc słysząc o tem^ a chcąc się przekonać naocznie, 
zdąża na miejsce, a zdybawszy malarza Proszowskiego Chry- 
zostoma, rzecze doń: A co? pogrzebion wasz obraz? — 
Zmartwychwstanie wkrótce — odrzekł malarz. Dwu arjan brzy- 
daków przystąpiło do ściany, odrzucili kamienie chroniące, 
a jeden z nich dobył szabli i mówiąc: A no! spróbuję czy 
się uda w pełnej wierze dokonać tu cudu... Dźgnął szablą 
w oblicze Matki Boskiej, ale nie zdołał, jeno zrzucił wapienną 
powłokę. Więc bezbożnik rozwścieklony powtarzał cięcia. 
Tej chwili, ni z tąd, ni z owad, ąawia się podjazd polski 
czatujący, zabijak on umykając, skoczył między sady, lecz 
dognan i zabit postrzałem w samą gębę bluźnierczą. Drużba 
zaś onego chwycon żywcem i uprowadzeń. (Wesp, Kocho- 
wski II. 163). Arjanie żalili się na jezuitów, iż ich przed 



384 

ludem ohydzają, jako wielbicieli djabła, rozpowszechniając 
książki ks. Cichockiego, przed rokiem w Krakowie Uoczone. 
Wirc, przekonawszy się i* bacząc, że pospólstwo wszystkich 
różnowierców zwie lutrami, więc nienawiść spada na Szwe- 
dów, zarówno jako i na aijan, wypędził z miasta jezuitów 
wszystkich, nawet starców tak wiekowych, że ledwo z domu 
wyjść mogli. 

Arjanie naddunajecey radzi byli wyprawie w Sądecczy- 
znę, łudząc się nadzieją, że za zwycięstwem Szwedów od- 
zyskają dobra swoje i wolność religijną. Szlichting Wespa- 
zyan z wiernymi dworzany swymi, Kamyckim, Szwaruchowi- 
czem, więc też z Taszyckim Krzysztofem i służbą uzbrojoną, 
przyłączyli się do wyprawy. Taszycki był jego zięciem, mę- 
żem Barbary, urodzonej z pierwszej żony Moskorzewskiej 
Zofii. Czwaruchowicz, czyli Szwaruchowicz, był wiernym sługą 
Szlichtinga, na którym mógł polegać zupełnie, na lądzie 
i na wodzie. Zastępował go w sprawach wobec woźnego sądo- 
wego, a r. 1654 spławiał Dunajcem Szlichtinga zboże własne 
na drzewie własnem do Gdańska. Z Kamyckim, szlachcicem, 
wraz przystali do aijan, przejęli się wiarą w Boga jedynego, 
co wyznając jawnie w Wielogłowach wobec komisyi du- 
chownej, byli uwięzieni na żądanie ks. Bukowskiego, ale ich 
zaręczył Szlichting. Zatęsknili więc za górami, za Dunajcem 
i Dąbrową, pojechali z podjazdem szwedzkim. Cikowski Jan 
z Wojsławic, Krzesz Jan z Męciny z szwagrem Przypkowskim 
Stefanem i Krzysztofem z Brzanej wyruszyli razem. Przyłą- 
czała się do Szwedów czerniawa chłopska, łakoma łupów^ 
zresztą Szwedzi, panując, nie prosili, ale rozkazowali iść z sobą, 
jak świadczą zapiski ksiąg miejskich w Wiśniczu. 

Forgwel z doborem konnicy nie zapuszczał się w Pod- 
górze, posłał tam oddział wojaka wzmocniony czemiawą 
chłopską, sam zaś co tchu zdążał za Wisłę do swego króla 
pod Radom. Kamycki zaś, dworzanin Szlichtinga, od niedawna 
z katolika arjanin zaciekły, wiódł Szwedów górami do St. 
Sącza, gdzie przewodniczył w łupieży kościołów, wraz z chłop- 



386 

stwem odszczepnem i żydami. Przypkowski Krzysztof odłączył 
się także i zdążył do Brzany. 

Jak tam gospodarowali, jak się mścili, okazuje pismo, 
w grodzie złożone, Marcinkowskiego Jerzego imieniem swem 
i braci niedorosłycb, Stanisława i Floryana: Żal na Szlich^ 
tinga Wespazyana, przywódcę, na Krzysztofa Taszyckiego, 
Macieja Czwarnichowicza, Jana Wojciecha Kamyckiego: że 
z nieprzyjacielem złączyli swe siły i zbroje (virium etarmo- 
rum), będąc mu powodem i podnietą jadowitą, z Krakowa 
i Wiśnicza załogi w potężnych zastępach wyprowadziwszy, sami 
się doń przyłączywszy, przewodnikami i kałauzami („kała" zr 
droga cesta, „uz" = człowiek, wyrazy tureckie) byli jemu. Tu 
w Podgórzu stanąwszy, naprzód w Starym Sączu klasztor 
panien zakonnych zupełnie złupili i miejsce święte zbezcze^ 
ścili. Inne także kościoły, tam będące, popsowali i złupili, 
ludzi różnego stanu siła pomordowali, drugich posiekli, po- 
strzelali (?). Tam już wszystko z ziemią prawie zrównawszy (?), 
do Marcinkowic, majętności i wsi, nieprzyjacielowi pokazali 
drogę, którego wprowadziwszy, kornetami (oficerami) obadwa 
osadziwszy dwory, sami do dworu jednego pozsiadawszy, tam 
się częstowali i gdzieby Jerzy Marcinkowski był, pilno się 
pytali. Naradziwszy się tedy, dwór pierwszy w Marcinkowicach 
wyżnich, ze zbożami wszystkiemi, stodołami, sprzętami i ka- 
plicę z przyborami kościelnymi zapalili. To uczyniwszy, do 
drugiego dworu się rzucili i tamten też z budynkami, kaplicę 
z przyborami, stodoły z zbożami, z browarem, naczyniem mie- 
dzianem i sprzętami zapalili i nie odeszli, dokąd w popiół 
nie obrócili budynków, kosztownie od przodków wystawio- 
nych, teraz nowo odświeżonych. Bydła, podjezdki, źrebce 
chłopom dawali i sobie pozabierali. Nawet w polu kopy po- 
częli palić. 

Jerzy Marcinkowski r. 1657 (fer. 6. post. s. Franc), jako 
prędko od osób, teraz z krak. więzienia od nieprzyjaciela 
wyzwolonych, o występkach i pożogach mógł powziąć wia- 
domość, żal swój oświadcza do dworu. (Castr. Sandec. L. 127 
p. 1093). Z niewoli oswobodzeni pp. Sokołowski z Karmiń- 

2« 



386 

skim, jak widać, przesadzili opowiadanie o Si. Sączu. Z Mar- 
cinkowiec poszli Szwedzi ku Czchowu, kędy posiano za nimi 
gońca na zwiady. Do Tuchowa też co tchu s/ano gońca, aby 
się chorągwie wróci/y. Panów Czwartaków lękano się niemniej 
jak Szwedów. Woleli raczej posłać gońca do Krościenka, 
ażeby chłopi górale szli na załogę do miasta. 

Jan Kazimierz podczas bitwy warszawskiej chory był na 
zimnicę, mimo to dowodził i konno pędził od zastępu do 
zastępu w pośród gradu kul, a biskup Trzebicki nieodstępo- 
wał go na krok. Zimnica, natężenie umysłowe i trud podczas 
bitwy, troska o żonę obecną bitwie, w końcu pogrom i ucieczka, 
brzemieniem ciężkiem przywaliły umysł króla, strapiony nie- 
szczęściami tyluletniemi. Znowu nie pozostało mu nic, jak ufność 
w Bogu i Opatrzność świętą, umysł przygnębiony, dostępny był 
tylko pociechom religijnym, których mu nie skąpił spowiednik 
jezuita Karwat i ksiądz podkanclerzy Trzebicki. Pocieszali oni 
króla, że Bóg da się przebłagać ofiarą, a ofiarą ma być jak za- 
wsze cześć Trójcy świętej i Matki Boga zbawiciela. Dokąd ta 
cześć nie będzie oczyszczoną z bezcześci arjańskiej, dopótąd 
nie ustaną klęski. Zbolały umysł króla oswajał się z tern 
prześladowaniem arjan, jako z ofiarą konieczną, Bogu miłą. 
Arjan gniazdem ostatecznem była Sądecczyzna i Podgórze, 
tam więc wypadało ich tępić. Wskazówek nie brakło, szlachta 
wojacy przymawiali się sami o mienie potępionej Braci pol- 
skiej, wstawiali się dostojnicy nabożni i biskupi, a król roz- 
dawał. 

Czarniecki, zwyciężywszy Szwedów pod Radomiem w Strze- 
myślu, przez gońce doniósł o tem królowi. Gońcami byli 
dwaj drużbowie huzaryi wojewody krakowskiego. Myszkow- 
skiego Władysława, obadwaj sądecczanie, Strasz Franciszek 
Odrowąż i Marcinkowski Jan, więc i trzej wojowników pułku 
swego. Myszkowski, wojewoda krakowski, należał do najna- 
bożniejszych ludzi w Polsce. W piątki wielkopostne biczował 
się aż do krwi, tak samo w Wielki piątek, boso i w kapie 
groby obchodząc. A pod Zbarażem i Beresteczkiem sam 
chorągwi swej dowodził. Obecnie huzarya jego pod wodzą 



387 

Czarnieckiego odznaczyła się u Kozienic, gdzie poległ po- 
racznik jej Stępkowski, pod Łowiczem zaś, rej bojowy wiedli 
synowie jego, Jan i Paweł. Pod Strzemyślem odznaczyli się 
gońce obadwa. Wobec tego, wobec wstawienia się woje- 
wody nabożnego, wynagrodzeni dobrami arjan... Jan Kazimierz, 
urodzonym Franciszkowi Odrowąż Strasz i Janowi Marcin- 
kowskiemu, drużbom chorągwi huzarskiej Wgo wojewody 
krakowskiego, za zasługi dawne i teraz przeciw Szwedom, 
nadaje całe zgoła mienie ruchome i nieruchome, wziąŁki pie- 
niężne i gotówkę, u kogobądź gdziekolwiek istniejące, złożone 
lub zastawne, po urodzonych Janie z Wojsławic Cikowskim, 
Janie na Męcinie Krzeszu, Stefanie i Krzysztofie z Przypko- 
wic Przypkowskich, a to dla zbrodni stanu i przyczyn innych. 
W Lublinie, 25. sierpnia 1636. iSącz gród, ks. 127 str. 793). 

Czarnieckiego wojacy tak samo... Jan Kazimierz, Lusła- 
wice Przecława, Jana, Jędrzeja i Krzysztofa Taszyckich, dla 
zbrodni zdrady stanu i innych przyczyn, skarbowi naszemu 
królewskiemu prawem spadku przypadłe, nadajemy prawem 
darowizny wieczystej i nieodwołalnej, wojakom kasztelana 
kijowskiego, urodzonym Kobyłeckiemu Franciszkowi, Boro- 
wickiemu Jędrzejowi i Mikołajowi Jazimirskiemu , którzy 
zasługi udowodnili zdolnością wielką, z zupełnem naraże- 
żeniem życia i stratą wielką przez razy ciężkie odniesione 
w potyczkach z Szwedyma. Dan w Lublinie, 25. sierpnia 
1636. (Przemyśl gr. 384 p. 3). 

Bobowski Paweł, zięć zabitego Sternackiego Sebastyana, 
księgotłocza, wraz z żoną ledwie uszli z życiem przed czer- 
niawą zbójecką, mienie postradali, ledwie że się ostali na 
ostatniorocznej dzierżawie zabitego ojca, w obec grabieży 
dóbr arjańskich, przelęknieni, aby nie zejść na nędzę, usłu- 
chali namowy, przyjęli katolicyzm. W metrykach chrztu ko- 
ścioła w Podegrodziu stoi zapisano : 24. listop. 1656 Elżbieta 
z Sternackich Bobowska i Paweł Bobowski, od niedawna 
z arjaństwa do wiary katolickiej nawróceni i przechrzczeni , 
chrzcili córkę Katarzynę. 



III. 



Mierzyńscy z Mierzyna osiedli nad Dunajcem, należeli 
do rdzennej szlachty aijańskiej i byli solą w oku nieprzyja- 
ciołom arjanizmu. Stary Abraham Mierzyński, ożenion z El- 
żbietą Morstynówną, piętnastem i najmfodszem dzieckiem 
Krzysztofa II., starosty filipowskiego i przewalskiego, spokre- 
wnił się z calem gniazdem aijan, począwszy od Socyna. 
Siostry rodzone żony jego były Zofia Taszycka i Małgorzata 
Wiszowata Krzysztofowa, bratanice ich zaś były Katarzyna 
i Maryanna Jaroszowskie, Katarzyna Potocka Wacławowa^ 
Zofia Widawska, Anna Lubieniecka. Stryj ecznemi siostrami 
były Dorota Rupniewska, Anna Krzeszowa. Z rodziny Mie- 
rzyńskich były dwie Stadnickie, Anna Janowa z Jodłówki 
i Marjanna Waleryanowa. Córki zaś Abrahama były Magda- 
lena Pilecka Stanisławowa i Konstancya Łabęcka Samuelowa. 

Nie dziwo więc, że go nienawidzili nieprzyjaciele arjan^ 
a że mu się dobrze wiodło na długoletniej dzierżawie Tęgo- 
borzy naddunajeckiej, nie dziwo, że go napadali zbójcę. R. 
1644 (w rok po napadzie i zabójstwie Wiszowatego w Rąb- 
kowej) napadli go Lipczanie, zabrali pieniędzy tyle, iż się 
czapką mierząc dzielili, r. 1655 znowu napadli go zbójcę od 
Łabowej. Mierzyński Jarosz służył Radziwiłłowi Januszowi, 
r. 1649 rotmistrzył na Polesiu przeciw Kozakom Nebaby i do- 
robiwszy się mienia, wrócił do ojcowizny, ożenił się z El- 
żbietą, córką Szlichtinga Wespazyana z drugiej żony Agnieszki 
Suchodolskiej, dopełniając tern pokrewieństwa z Moskorzew- 
skimi i Lubienieckimi. Nie długo jednak żył, a wdowa jego 
r. 1655 powtórnie wyszła za mąż za Lubienieckiego Zbigniewa. 

Mierzyński Jarosz, bywając w Krakowie, upodobał sobie 
Zofię z Węgierskich i ożenił się z nią, mimo że nie była 
arjanką, bo byłą luterką. Węgierski Wojciech od lat kilku- 



892 

nastu by/ starszym kaznodzieją zboru lutrów krakowskich, 
często narażony na prześladowania pospólstwa katolickiego, 
wraz z innymi spółwyznawcy zniewolony uciekać do Lucyano- 
wic, Wielkanocy, na Śląsk, a w końcu doSzwedówwKiakowie. 
Był twardym wyznawcą nauki Lutra, więc nienawidził katoli- 
ków czyli papistów, że go prześladowali, ale jeszcze bardziej nie- 
nawidzi/ aijan, że niewierzyli jak tylko w jedynego Boga, a po- 
tępiali naukę Lutra i Kalwina. Pod takim wpływem wyrosła 
panna, którą sobie upodobał Mierzyński Jarosz/ A nie był 
on arjaninem zaciekłym, gdyż pobyt na kalwińskim dworze 
Radziwiłła i obcowanie z kaznodziejami kalwińskimi zachwiało 
przekonaniem jego, iż Bóg w jednej tylko osobie istnieje, 
uwierzył, że Bóg, stwórca świata, objawił się ludzkości w Chry- 
stusie człowieku, a oświatą boską jako Duch święty. Więc 
nie wzdrygał się przed wyznaniem Boga w trzech osobach. 
Rozumowania jego wystarczyły luterskiej dziewicy. Zofia 
Węgierska poślubiła go i osiedli w Sądecczyźnie w Homra- 
nicach], które pan Jarosz wziął w dzierżawę zastawną 
w 2000 złp. pożyczonych bratu Stanisławowi Mierzyńskiemu, 
urodzonemu z Morstynówny Elżbiety. 

Ona, matka rodu Mierzyńskich, krewna Socyna i Wiszo- 
watych, wychowana w żywej nauce Socyna, bolejąca nad 
zabójstwem Wiszowatego w Rabkowej, a sama dwukrotnie 
napadana i łupiona od zbójców, z wiekiem i niedolą nabyła 
przenikliwości i niemal przeczucia zdrady. Owoż zdrajczynią 
zdała się jej pokrewna, młoda, schlebiająca się staruszce, 
przejętej na wskroś wiarą w Boga jednego i jedynego. Prze- 
strzegała pana Jarosza, ale on zakochany w dorodnej 
żonie, krakowiance wesołej i swobodnej w obejściu, śmiał 
się z tego i opowiadał sąsiadom, nawet katolikom. A był 
między nimi młody Sędzimir Jędrzej, na Trzetrzewinie soł- 
tystwie, dorodny, gadatliwy, wesoły, jeździec śmiały, udający 
wojaka odważnego. Pan Jarosz lubił go, jako jeźdźca tę- 
giego i wojaka zwinnego, a pani Zofia lubiła wesołą z nim 
rozmowę i rada podziwiała jego śmiałość do konia. Oboje 
zwierzali mu się z obaw staruszki i śmiali się z nich, że to 



393 

przypomnienie minionych czasów, gdy r. 1696 Pielrzycki, 
kalwin, kaznodzieja, wypiera} tam arjaństwo i rozpisywał listy 
uszczypliwe. Tymczasem nie byfoto złudzenie staruszki. 

Jarosz Mierzyński nagle umarł, a wdowa jego głosiła 
jawnie, iż umarł wyznawcą Trójcy świętej, którą wiarę ona 
weń szczepiła. Twierdzenie to wielce ubodło arjańskie rody 
Mierzyńskich i Lubienieckich, a ucieszyło katolików, miano- 
wicie księdza jezuitę Cichowskiego i księdza Jaroszowskiego, 
przełożonego kościoła w N. Sączu. Sędzimirów rodzina była 
wielce katolicką, jeden był rządcą zakonnic w St. Sączu, 
żona jego była gorącą zwolenniczką bractwa św. Anny i r. 
1641 pochowana w kościele błogosławionej Kingi. Marcin, 
dziedzic na Łukowicy, 200 złp. na kamienicy Brzoski w N. 
Sączu r. 1647 zapisał księdzu Jaroszowskiemu, prepozytowi 
nienawidzącemu arjan. R. 1655, gdy na Szweda głoszono po- 
spolite ruszenie szlachty, Sędzimir Jędrzej jakoś właśnie 
wytknął lewą nogę, nie mógł ruszać do obozu, wysłał za siebie 
sługę konnego. (Sącz gród, ks. 127 str. 517). 

Wojna posłużyła mu,' sługa z koniem wrócił zdrów, on 
też sam później ruszając pod Grybów, pod Mogiłę i Tyniec, 
zawsze wracał szczęśliwie, ani sam nie zginął, niewoli nie 
popadł, nie był ranny, konia nie postradał w rozgromię, 
a nawet zbroję i tłumoki ocalił z pożaru obozowego w Bie- 
żanowie. Podczas tego czemiawy zbójeckie napadały, zabi- 
jały aijan i lutrów, dało się to we znaki Mierzyńskim starym 
w Tęgoborzy. Dało się też we znaki Węgierskiemu Wojcie- 
chowi, który się z rodziną chronił do Wielkiejnocy, skąd 
przed Szwedyma i czerniawą chłopską uciekał do Makowa, do 
Reja Jerzego, dzierżawcy, stąd do lasu w Trzebini, do Krzemie- 
dzy i na Śląsk. Zofia Mierzyńska, nie chcąc dzielić niebezpie- 
czeństw tej tułaczki, wróciła w Sądecczyznę, zdybała przyjaciela 
Sędzimira Jędrzeja, a że potrzebowała obrońcy, a on do tego 
był i dorodnym i przyjemnym, nie odmówiła, gdy się jej 
oświadczył, poślubiła go, przyjąwszy katolicyzm. Sądziła się 
bezpieczną w jego objęciach, bezpieczną mianowicie od gro- 
źnej czemiawy chłopskiej. 



394 

Ksiądz jezuita Cichowski, wielce uradowany nawróce- 
niem jej, pomaleńku wywiadywaJ się o stanie majątkowym, 
pozostałym po pierwszym mężu, zdziwił się bogactwem na- 
bytem u księcia RadziwiUa. Pani Zofia, drugich gód Sędzi- 
mirowa, zamieszkała w Męcinie, której część wraz z Chłodną 
jprzysiołkiem posiadała po pierwszym mężu, tu chciała spę* 
dzić miodowe miesiące z swoim Jędrusiem. Zjechali do Mę- 
ciny, jak do swojej, a pan Jędrzej gospodarowanie rozpocząć 
od tego, że do swej Trzetrzewiny, kazał przywieźć zboże 
wymłócone, zagnać krowy co najdojniejsze i t d. (Sącz gród 
ks. 127 p. 818). Niestety, zawiść zamąciła szczęście. 

Lubieniecki Zbigniew, zięć Szlichtinga Wespazyana, zje- 
chał z żoną swoją Elżbietą, w otoczeniu licznej drużyny sług 
zbrojnych, aby zająć w posiadanie Męcinę i Kłodnę, na mocy 
zapisu grodowego żony swej, o który zapis swojego czasu 
tak bardzo gniewał się teść jego. Obok był synalek jego, też 
Zbigniew, także zbrojny. Służba miała nabite pistolety i ban- 
dolety. Pan Zbigniew, ojciec, kroczył na czele, prosto do 
dwora. Wszedł i odwiedzionym pistoletem mierząc do pani 
Zofii, wołał rozkazująco: Precz z mego dwora, precz z mojej 
wsi, jeżeli nie chcesz natychmiast kulką w łeb, ani słowa 
nie piśnij, tylko się zabieraj, zaraz, natychmiast... bo strzelę. 
Wobec groźby tak stanowczej opór był niepodobny, sanie 
zajechały, ona się zabrała wraz z służbą swą i wyjechała do 
męża. Lubieniecki Zbigniew z żoną i synem zajęli dwór 
i wieś. Działo się to 12. stycznia 1657, tegoż samego dnia 
zaniosła żałobę do grodu. (Sącz gród ks. 127 str. 815). 

Za tydzień, ochłonąwszy z trwogi, nabrawszy odwagi^ 
postanowiła podobnie siłą mocą zająć przynajmniej Homra- 
nicę, na mocy zapisu onego 2000 złp. mężowi swemu. Ze- 
brała służbę liczniejszą i już z mężem wraz zjechała do 
Homranic niżnych, rzekomo nie strzeżonych. Omyliła się! 
Stanisław Mierzyński, brat nieboszczyka, a szwagier jej, by^ 
doma i oczekiwał ją przygotowany na wszelki odpór. Wrota 
były zawarte, on surowo zakazywał otwierać, grożąc orężem. 
Pani Zofia, śmielsza od szwagra, podniosła głos, jęła sięupo- 



396' 

minąć o prawo nieboszczyka. W odpowiedzi usjyszate wy- 
mówki zdrady i przeniewierstwa podłego. Dotknięta do ży- 
wego, wyskoczyła z sani, przekroczy/a przełazkę, weszła 
furtką i własnoręcznie chciała otworzyć wrota. Pan szwagier 
jednak, nie znając żartów, poskoczył ku niej, nie z orężem — 
ale z batem w ręku, lżąc od słów ostatnich. (Sącz gród ks. 127 
str.813). Lubienieccy zaś Zbigniewowie od siebie wnieśli żałobę 
przeciw Sędzimirom małżonkom o najazd i zajęcie Męciny 
i Kłodnej, wydzierżawionej Jaroszowskiemu, o zabranie zbóż, 
krów dojnych it.d. (Sącz gród ks. 127 str. 818). 

Jaroszowski, był jeden z dwu braci rodzonych, którzy 
się ożenili z dwiema siostrami, córkami Seweryna Morstyna. 
Jeden z nich posagiem od teścia trzymał Jankówkę nad Rabą 
i był solą w oku pani Wilkoszewskiej Samuelowej z Skrzydlny,. 
katoliczce nienawidzącej aijan, a więc i całego rodu 
Morstyna Seweryna, który swojego czasu kaznodzieił wRąb- 
kowej. Ona podmówiła poddanych swych na rozbój arjaó- 
skiej Jankówki, napadali czerniawą, Jaroszowscy uciekli, ale 
40 bydła odbili chłopi miejscowi. Janko wka leży koło Dob- 
czyc, kędy przebywał stary jezuita, zawzięty ks. Cichowski ;. 
Jaroszowscy wobec jego podżegań nie czuli się bezpiecznymi.. 
Była to przedtem własność Krzeszów z Niezdowa (1631), 
a Krzesze przesiedleni do Męciny także doznawali napaści 
czerniawy chłopskiej, bo nie mieli tam w pobliżu krewnych, 
wspierających się nawzajem. Jaroszowski więc od zniechę- 
conych wydzierżawił Męcinę, aby zamieszkać w pobliżu po- 
krewnych Mierzyńskich, Morstynów, Lubienieckich i innych 
arjan naddunajeckich. Lubienieccy też ujęli się go, wyrugo- 
wali z Męciny Sędzimirów, pozwali nadto o zabrane zboże 
i bydło. 

Szlichting Jan pozwem nadwornym pozy wa Kaweckiego,, 
że kadukiem posiadł dobra: Dąbrowę, Klimkówkę. Dan 
w Warszawie 13. marca 1667. (Sącz gr. ks. 127 str. 1495). 
Szlichting Jan Władysław, syn Wespazyana z Zofii Lacho« 
wskiej, 22. marca otrzymał w wiązanie wsie Klimkówkę^ 
i Naściszową. (Sącz gr. ks. 127 str. 931). 



396 

Rakoczy z Przeworska do króla szwedzkiego (2. marca 
1657), s}al Pileckiego, arjanina. posłującego od Szwedów, 
z Krakowa do Prus. Karol Gustaw, aby ubezpieczyć Rako- 
*€zego, a sobie dopomódz, natychmiast wyprawiał poselstwo 
do Turek. Dla posła zażądał w Wiedniu paszportu, którego 
mu cesarz odmówił wręcz. Więc poseł Klaus Ralamb cicha- 
czem przemykał się przez Czechy, Morawy, Wiedeń na Wę- 
gry i dalej ku Makowicy Zborowskiej Pogórzem madziar- 
skiem. Makowicy tej rządcą był Sal aj (Szalaj) Paweł, wierny 
sługa Rakoczych, obrońca zbójców makowickich, napadają- 
cych dobra Męcińskiego Jana z Jangroda dukielskiego, opie- 
kun poddanych jego zbiegów na Makowicę. Męciński bronił 
się zbójcom i napróżno prosił Salaja o sprawiedliwość z nich, 
bronił się też poddanym dukielskim Mniszka, którzy napa- 
dali dwór jego. Dworzanie Mniszka zabili mu w Żmigrodzie 
syna Macieja, więc nienawidził Salaja i Mniszka, kasztelana 
sądeckiego, a król sam, brał go przed kasztelanem w obronę 
łT. 1654. Był on katolikiem gorliwym i stryjem ks. Wojciecha, 
Jezuity, męczennika japońskiego, nienawidził więc stryjankę 
swą, Annę z Zielonków, wdowę Męcińskiego Jana na Koby- 
łanach, jako kalwinkę, opiekunkę zboru, nienawidził jeszcze 
bardziej Orzechowskiego, zięcia jej, arjanina gorliwego. Obe- 
cnie czuwał nad bezpieczeństwem okolicy i pilnie strzegł 
przesmyku dukielskiego na Węgry, w czem mu wiernie po- 
magali sołtysi, poddani i dworzanie. 

Salaj wiedział o tem i obawiał się, żeby w połączeniu 
z czatami Bardyowian nie pochwycił posła szwedzkiego, 
zwłaszcza że w Bardyowie Polacy, zbiegowie przed Szwedyma, 
z niedostatku za zapłatę chętnie odprawiali straże i czaty, 
tak że im tego za wpływem Salaja musiano wzbraniać. Jakoż 
właśnie wtedy 8. marca zabroniono uchwałą pełnej rady. 
(Bart Scabin.). Salaj wiedząc o zbliżaniu się posła i na 
wszelki wypadek chcąc mu ułatwić przemknięcie się tajne, 
zwierzył się Orzechowskiemu, znajomemu i życzliwemu spra- 
wie Rakoczego. Uradzono przeprowadzić go górami, omijając 
£ardyów. Czata Rakoczego przez trzy dni oblegała Odrzykoń, 



397 

f upiąć okolice Krosna. Zawezwana przypadfo do Dukli, (w Biały 
tydzień, t. j. po 18. marca), po swojemu Węgrzy i Kozacy 
zapalili miasto, część Mniszka i zgorzało w rynku domów 22,. 
a w ulicy domów 15. (Biecz gród 187 p. 1353). Spalili też. 
i złupili część Męcińskiego. (Biecz gród 187 p. 572). 

Popłoch padł nacałyBiesczad, a ubezpieczony poseł szwe- 
ki za przewodnikami dobrymi przemknął się na Makowicę^ 
Zborowską, a stąd dalej ku Munkaczowi na Siedmiogród i da 
Stambułu. Salaj dał znać o tern pani Męcińskiej, ta zaś pani 
Rylskiej i tak dalej, aż do obozu Rakoczego. Orzechowski 
z czatą węgierską udał się do Rakoczego, do obozu, przystał 
doń zupełnie i doradzał, jakoby za pomocą teści swej prze- 
syłać listy do Munkacza, do matki Rakoczego. Jakoż słudzy 
pani Męcińskiej przewozili je do Zborowa, skąd Salaj posyłał 
je dalej pani Rakoczowej, żonie i matce, więc też i dostoj- 
nikom siedmiogrodzkim. Ani Męciński w Jangrodzie, ani Pie- 
niążek w Dukli nie domyślali się tej poczty niewieściej przCŁ. 
kilka tygodni, acz śledzili i tropili bacznie. 

19. marca 1657 w kościele wojnickim ustało udzie- 
lanie świętości, z przyczyny, że Rakoczy, książę Siedmiogrodu, 
zebrawszy wojsko z zbójców rozmaitych, jako to Kozaków, 
Wołoszy, Madziar niedowiarków, a szczególnie arjan, wiaro- 
łomców i odszczepieńców katolickich, wpadłszy do Polski 
(podczas nieszczęsnej wojny z Szwedem, który jeszcze trzy- 
mał Kraków i Prusy), Polskę całą wzdłuż i wszerz, miano- 
wicie dążąc do Krakowa (bo miał umowę z niejakim Wircem^ 
oficerem szwedzkim, który jeszcze w Krakowie zostawała 
począwszy od granic państwa swego, zapamiętale i po ty- 
rańsku złupił. Wszędzie bowiem, kędy przechodził z wojskiem,., 
pustoszył kraj ogniem i mieczem do szczętu, wiele kościołów, . 
plebanij, dworów szlacheckich, miast, domków pospólstwa,, 
nie tylko obrał z mienia, ale zupełnie popalił. Księży wiele,, 
zakonników, jako i świeckich, kleryków, szlachty, sołtysów,, 
kmieci, mieszczan i pospólstwa, pozabijał, zamęczył i src^dze- 
życia pozbawił, innych zaś poranił, pokaleczył zdrowia po- 
zbawił. 



398 

My, s/udzy kościo/a wojnickiego, j. t Przewielebny 
Mierzwie Stefan, yicepraepositus kościoła, ołtarzysta 11.000 
panien i Wielebny Kurkowicz, mansionarzysta, opuściwszy 
zarząd kościoła, przestraszeni, uciekliśmy, aby od szalonej 
zaciek/ości nieprzyjaciół ocalić życie. W ucieczce tej trwa- 
liśmy, dopokąd nieprzyjaciel srogi trwał w okolicy i ziemi 
naszej i sakramentów nie mogliśmy swobodnie udzielać aż 
do niedzieli Przewodniej. (Dominica in Albis — 8. kwietnia). 

Wtedy nieprzyjaciel ustąpił z okolic naszych i przeniósł 
się za Wisłę, ku wojsku polskiemu. Wtedy to jeden z nas, 
mianowicie ja, Kurkowicz Wojciech, powróciłem i dzieci uro- 
dzone podczas niebezpieczeństwa, a niechrzczone, obmyłem 
w źródle chrztu świętego. Najsamprzód 8-go kwietnia, (Woj- 
nicz, metryka chrztu). Rakoczy pod Opatowcem stawiał most 
na Wiśle, a Kozacy mieli czas pohulać nad Wisłą i Rabą. 
Przyłączyli się do czaty szwedzkiej. (Puffendorf 300). Niepoło- 
mice nawidzili najpierw, dopytując się o księży; pochwyconego 
jednego pytano o skarby kościelne, a gdy zaprzeczał, brano 
go na męki, przypiekano ogniem, dręczono rozmaicie, awkońcu 
zabito. Taksamo czynili z służbą kościelną, mękami zniewa- 
lając do wskazania przechowków. Więc odkopywali skarby, 
zabierali i pomykali dalej, ustępując się czatom drugim. Z Po- 
wiśla, co żyło, uciekało w góry i lasy. 

W Kobyla, koło Wiśnicza starego, pod lasem miał cha- 
łupę Wyczka Maciej. Słysząc, jak Kozacy brojąwokołoi coraz 
bliżej, jak ludzi zabijają, schronił się do lasu pobliskiego, 
kt()rym uciekając, zdybał chłopa z Zawisła, który leż uciekał 
aże tutaj i był wielce przestraszon, mając powód do tego, 
bo miał w torbie pieniądze zdobyte na Kozakach. Samowtór 
z Wyczką uciekali lasem przed Kozakami, których czata, 
śledząc zbiegów i ich mienia, właśnie cichaczem pomykała 
ścieżkami i trafiła na nich. Zawiślak przerażony, obaczywszy 
ich zdała, zdjął torbę, rzucił w krzaki, poczem skoczył w bok, 
uciekając gąszczami. Wyczka skoczył w drugą stronę, umy- 
kając także. Po niejakim czasie Wyczka przystanął, a nie ba- 
cząc za sobą pogoni, ostrożnie wracał na miejsce rzuconej 



B99 

torby. Odszukał ją tam w krzaku, kędy ją odbiegi Zawiślak, 
który nie wróci/ i przepad/jak kamień w wodzie — może go 
Kozacy zabili. Wyczka zaglądnął do torby i znalazł w niej 
pieniądze jakieś, których nie znał, bo wszystkie nie były 
okrągłe, jeno graniaste, wyjąwszy dwóch okrągłych. Przeliczył 
je po jednemu i naliczył dwieście. Wrócił do chałupy, oka- 
zał je żonie, poczem poszedł ku lasowi w krzaki sośniny 
i jałowcu, zakopał je pod krzakiem jałowcowym , o jakie 
stajanie od swej chałupy. Okrągłe tylko dwa pieniądze zmie- 
nił i wydał. Zakopanych pieniędzy nie ruszał, bo się najął 
za piwowara do Zagórzan wedle Gdowa, a później, gdy go 
bieda przycisła, wolał kraść zboże. 

Równocześnie p. Warzyński przed Kozakami uciekał 
do lasu, ale do innego, nieopodal, kędy zakopał pieniędzy 
80 złp., które mu ktoś wykradł wraz z pierścieniem. R. 1660 
Wyczka dał się namówić na kradzież szpichlerza p. Nie- 
wiarowskiego z Dąbrowicy, imany z dwiema kłódkami ukrę- 
conemi, jako licem, odstawion do N. Sącza, na śledztwie 
zeznał o owych pieniądzach graniastych, zakopanych, że tam 
muszą być pod krzakiem jałowcowym. Z tem poszedł na sąd 
boski, powieszon na szubienicy. (N. S. A. 64 p. 147j. 

Brzozowiec i Brzesko nad Dszwicą, dziedzictwo Zabaw- 
skiego Krzysztofa, w sobotę po niedzieli Białej, t. j. 24. 
marca, Szwedzi i Węgrzy spalili i złupili, w Brzozowcu czte- 
rech ludzi zabili. (Sącz gród 127 str. 1004—1426). Uszwicy 
porzeczem pędzili w górę. Gnojnik na razie minęli, nie wiele 
szkodząc, gdyż im pilno było do Czchowa, za szlachtą po- 
wiatu czchowskiego, spłoszoną niedawno podjazdem szwedzkim, 
a ciągnącą do Sącza zagrożonego, kędy świeżo mianowany 
hetman polny, Lubomirski, gromadził piechoty i żywność, 
wskutek uniwersału Jana Kazimierza, wydanego 18. marca 
w Bankowcach. (Sącz gród 127 str. 933). Mimo pospiechu 
jednak nie dopędzili szlachty, która się już przeprawiła za 
Dunajec, albo zapuściła w góry. Pomścili się więc po sta- 
remu na kościele, który, gdy był zamknięty, a otworzyć nikt 
nie chciał, czy nie mógł, wyrąbali, złupili, skrzynie z papierami 



400 

rozbiwszy, papiery jedne zabrali, drugie zniszczyli. Mieszczan, 
ujmigących się kościoła, rozpędzili, dziesięciu przy tem ranili. 
Więc ludność cafa ucieUa w lasy pobliskie, w których odtąd 
częściej przebywała, niż w domach. Działo się to 24. marca, od 
Kozaków i Węgrów. (Kraków gr. oblat. 85). Powrócili Kozacy 
stamtąd do Gnojnika znowu i teraz dopiero jęli łupić do 
czysta. Z kościoła zabrali wszystkie przybory i ozdoby, więc 
też papiery prawne, nadania i przywileje, a nawet metryki. Ks. 
Adam Milewski, pleban stareńki, pierwszy po odebraniu ko- 
ścioła z rąk niedowiarków, nie spamiętał sobie nawet roku 
fundacyi kościoła, a nawet dochodów kościelnych. 

W Wojakowej złupili kościół. Posunęli się stamtąd na 
zachód. Szlachta myślała, że napadną Limanowę, dążąc ku 
Staremu Sączowi, jako już bywało, bo tamtędy siedziby arjan. 
Z Koszar więc, koło Limanowej, co tchu do N. Sącza zmy- 
kał młody dzierżawca zastawny, Kobielski Stanisław, wraz 
z żoną, która mu tam zachorowała i umarła. On sam zacho- 
rzał także. Koszary tymczasem zajął Pieniążek Krzysztof, syn 
Piotra, zabrał inwentarze. (Sącz gr. 127 str. 1127). Z Wo- 
jakowej ciągli przez Żegocinę do Trzciany, Trzciana, wieś 
kanoników krakowskich św. Marka, wabiła Szwedów, wie- 
dzących, iż księża Marki schronili się tam z dostatkami, szu- 
kając bezpieczeństwa w tem ustroniu podgórskiem. Było ich tam 
kilku i kleryków kilku. Kozakom miła pastwa. Podjazd wra- 
cał górami. Żydkowie usłużni wskazywali im drogę i prze- 
chowki mienia ludzkiego, mianowicie we wsi Połomi. Bochnię, 
dotąd dla dochodu z soli ocalaną od Szwedów, wyłupili Ko- 
zacy. Łupili też i palili wsie okoliczne. (Goliński 984). 

Jan Kazimierz w Częstochowej zastał wiec koronny, 
zwołany przez królowę, wiecujący pod przewodnictwem ar- 
cybiskupa gnieźnieńskiego, gdyby w bezkrólewie, który też, 
gdyby w bezkrólewie, Lubomirskiemu Jerzemu nadał do- 
wództwo wojska. Król nadzieję całą pokładał w cesarza, 
który nietylko że się ociągał, ale wojacy cesarscy w Pogra- 
niczu Śląska zabili wracającego z Częstochowy z wiecu 
Branickiego Jana, podkomorzego wiernego. Posmutniał więc 



KOŚCIÓŁ W PińCZOWIE - MIEGDYŚ ZBÓR /IRYniiSKI 



401 

król, stracił nadzieję. Poniewoli buławę polną dal Lubomir- 
skiemu Jerzemu, którego nie lubił i zdolnościom jego nie 
ufał, ale uległ namowom żony i prymasa, obiecującego 
pomoc Boga. 8. marca pod tem wrażeniem wydał król wici 
do Przemyskiej ziemi, w których się wyraził: Za wtargnięciem 
księcia Siedmiogrodzkiego nie zostaje, jak tylko z pokorą 
w Boga ufać. Wojsku pod Solec kazał ściągać się na 20. marca. 
(Przemyśl gród 384 str. 271). Poczem ruszył do Bankowiec. 
Tam dowiedział się, że Rakoczemu posiłki idą od Ma- 
kowi cy górami, może na Sącz, więc 18. marca wydał 
wici do województwa krakowskiego, aby się gromadziło pod 
hetm. polnym, Lubomirskim Jerzym, wedle Sącza na obronę 
Sącza z piechotą i żywnościami. (Sącz gród 127 str. 933). 
Nazajutrz 19. marca, król znów w Częstochowej wieś Wia- 
to wice po zdrajcy Jaroszu Cikowskim nadał Janiszewskiemu 
Mikołajowi, dobrze zasłużonemu drużbie chorągwi Lubomir- 
skieg.^ Konstantego. (Kraków gród Oblat. 85). Cikowskiego 
przed rokiem czerniawa chłopska napadła była w tych Wia- 
towicach, ledwo uciekł z synami, ale żonę postrzelono mu 
w ramię. Schronił się do Krakowa, do Szwedów, wraz z Zeid- 
licem, kaznodzieją zboru swego kalwińskiego. Szwedom służył 
wiernie i utrzymywał związki z kalwinami w Podbiesczadziu. 
Brat onegoż, Krzysztof Cikowski na Żeglcach i Zimnowódce, 
wojak z pod Cecory, r. 1651 chciał karcić chłopów, że 
z Napierskim szli na Czorsztyn, więc pouciekali na Węgry, 
do dóbr Rakoczego wedle Bardiowa, a pojawiali się czasami 
w Dukli, mianowicie do spowiedzi u Bernardynów, między 
którymi był ks. Franciszek Janiszewski, do niedawna Refor- 
mat, a przedtem wojak. Jako Reformat w Bieczu, w styczniu 
1656, witał on tamże króla wracającego do kraju, poznań od 
niego jako dawny wojskowy i słan do Prus, do wojska 
kwarcianego, ażeby je namówić do odstępstwa Szwedów. Ks. 
Franciszek wedle zakonu chciał prowincyała swego prosić 
o pozwolenie posłannictwa tego, ale kardynał papieski Yidoni, 
aby nie tracić czasu, mocą swej powagi pozwolił mu i pobło- 
gosławił do wyprawy. Poselstwo się udało. Kwarciani na 

26 



402 



wezwanie króla, przez usta dawnego drużby, obecnie zakon- 
nika, opuścili Szweda, wrócili do króla. Reformaci jednak 
nie przepuścili uchybienia zakonowi swemu, wykluczyli ks. 
Franciszka, którego tern chętniej przyjęli Bernardyni. W Dukli 
więc, spowiadając zbiegów żegleckich, wywiedział się o za- 
mierzonej wyprawie posiftów Rakoczemu, dał znać bratu, 
a ten królowi, za co od króla obdarzon Wiatowicami. 

Niebawem, 21. marca, wróciwszy do Częstochowej, pisał 
król list błagający pomocy, do Leopolda arcyksięcia, nowo- 
wybranego cesarza, do hrabi Szlika i innych dostojników. 
(Kraków miasto Lib. Formularium p. 87). Częstochowa była 
ożywioną zjawiskiem cudownem. Oto 18. marca, w niedzielę 
Białą, w samo południe, obok słońca jawiły się dwa słońca 
jeszcze i cała Jasna góra otoczona wieńcem światła słone- 
cznego, a drugi wieniec jaśniał aż ku słońcu. Zjawisko cudo- 
wne przejęło wszystkich otuchą pobożną, która też króla spo- 
wodowała do wezwania pomocy nieba i cesarza. Król namyślił 
się pozostać w Częstochowej, był jednak zanadto wojakiem 
dzielnym, żeby miał obronę zdać na obraz cudowny, zakon- 
ników i słabe mury. Sprowadził 240 piechurów, a wiec 
koronny uchwalił utrzymanie z skarbu państwowego. Nakazał 
też naprawę murów od wschodu i wzniesienie okopu od 
strony kaplicy, w której był obraz. Aby przyspieszyć robotę 
pilną, jął się Jan Kazimierz taczek, dowoził ziemię na okop. 
Za jego przykładem poszli dostojnicy wszyscy i królowa, 
która z niewiastami swemi nadwornemi donosiła rumowisko 
z murów naprawianych. Pracowano tak przez kilka dni, 
niekiedy aż całodziennie. Na pamiątkę tej pracy utwierdzenie 
to nazywano „ostrogiem królewskim". (N. Gigantomachia). 
Szwedzi z Kozakami zapuszczali się ku Sączowi, docierali do 
Limanowej. Lubomirski dawał o tem znać, więc król oba- 
wiając się o Sącz, wezwał Podhalan do obrony przed Ra- 
koczym. 

Jan Kazimierz. — Wszem wobec , burmistrzom, sołtysom, 
wójtom, harnikom, młynarzom i wszystkim poddanym woje- 
wództwa krak., krajów podgórskich, tak Naszym królewskim 



403 

jako i duchownym i szlacheckim, wiernie Nam mi/ym, wia- 
domo czynimy: Iż wielce się cieszymy z tego, że Wierności 
wasze zaraz spostrzegłszy okrucieństwa wojska Rakoczego, 
które świątynie pańskie i cerkwie święte ogniem znosi, Sa- 
kramenta święte depce, was samych z bracią, żony i niewinne 
dziatki okrutnie zabija i morduje, dostatki zabiera, miasteczka 
i wsie w popiół obraca i insze wielkie okrucieństwa czyni, 
chcąc sławne (mię Pańskie i świętą polską i ruską katolicką 
wiarę wykorzenić, poczęli się brać do kupy i odpór temu 
nieprzyjacielowi ladajakiemu dawać. Pochwaliwszy tedy tę 
żarliwość wierności waszych, abyście jak najgromadniej się 
kupiąc i jako najskromniej się zachowując, przy dostoj eństwie 
Naszem i panach swoich dziedzicznych wiernie , mężnie 
i odważnie stawali, nieprzyjaciela tego z różnych stron dniem 
i nocą napadając, rwali, przechody, drogi i gościńce psowali, 
lasy zasiekali i w nich na niego czuwali i co tylko do zno- 
szenia jego należy, jak najchętniej czynili. Upominając Wier- 
ność waszą, iż gromadne wojska Nasze i tatarskie, niedługo 
nieprzyjaciół naszych na wasze zasieki zapędzą i znacznej 
WWMość nabawią zdobyczy i korzyści. Za co od Nas i Rzpolitej 
pomyślne wolności i znaczną odniesiecie wdzięczność. Który 
uniwersał Nasz, aby tem prędzej WWMość doszedł, rozkazu- 
jemy wójtom, sołtysom pomienionym, po miasteczkach, targach, 
parafiach publikować i od jednej do drugiej przesyłać. Dan 
w Częstochowej, dnia 28. marca r. p. 1657. — Jan Kazimierz, 
król. Mathias Poniatowski, Regens Cancell. JKM. (Biecz gród 
187 str. 386). 

My, Rycerstwo powiatu bieckiego, w twierdzy Bieczu 
zgromadzone , czynimy umowę : iż książę Siedmiogrodzki , 
sprzysiągłszy się z królem szwedzkim, napadł... Tedy przy 
łasce boskiej zostając w tej twierdzy Bieckiej, obraliśmy 
sobie za Gubernatora i Komendanta : JMp. Jana z Iwanowic 
Pieniążka, skarbnika przemyskiego, który iż nietylko z obra- 
nia naszego, ale i z rozkazania Jego Król. Mości już urząd 
swój pełni i utwierdzony zostaje, obowiązujemy się mu 
do wszelakiego posłuszeństwa wojskowego. Dan w Bieczu, 



404 

22. marca 1657. Hiacynt Dąbski, SŁroński, Andrz. Broniowski^ 
Strzałkowski Filip, Lętowski , Górski , Winiarski , Rokosz^ 
Brzyszewski, Trzemeski, Jankwic. Rogujski, Rzuchowski, Bro- 
niewski, Fajgel, Kurdwanowski, Porębski, Kielczowski, Zdański, 
Trzebiński, Kowalowski, Sulewski, Krzyżanowski i t. d. (Biecz 
gród 187 str. 372). 

Do miasta schroniło się szlachty wiele, którzy pospołu 
z mieszczany naradzali się nad obroną. Z klasztorem księży 
Reformatów była trudność wielka, zachodziła obawa, że jako 
nieutwierdzony łatwo może popaść w ręce nieprzyjaciół 
i otworzyć mu drogę do zdobycia, wycięcia i spalenia miasta. 
Wypadało tedy albo znieść klasztor do szczętu, na co w razie 
konieczności zezwalali księża, albo trzeba było utwierdzić 
go. Jednogłośnie uchwalono utwierdzić go wraz z miastem 
i zaopatrzyć załogą. Oglądano więc mury i baszty miejskie, 
wzmocniono miejsca słabe, a dla usunięcia przeszkód obrony 
spalono i z ziemią zrównano domy wszystkie i chałupy 
kmiece z zabudowaniami, szpital, folwark obszerny, a nawet 
trzy kościółki drewniane : św. Mikołaja, św. Krzyża i P. Maryi, 
przytykające do ogrodu naszego klasztornego. Zgoła wszystkie 
zabudowania przedmiejskie miastu przyległe spalono i zni- 
szczono z wielką szkodą i żalem ludzi biednych. Podobnie 
i około klasztoru naszego robili, co chcieli. Zburzyli i znieśli 
parkany wszystkie w około ogrodu wystawione dobrze i trwale, 
wraz z zabudowaniami niektóremi. Wszystko to znieśli do 
miasta. Wyrąbali drzewa zielone, oszczędzając tylko sad 
dolny, który jednak mieli zniszczyć do szczętu, skoro się 
zbliży nieprzyjaciel. Mimo wyraźnego sprzeciwiania się braci 
zakonnej, otoczyli klasztor okopem i przekopami i utwierdzili 
za pomocą wsi przyległych. 

Przybył tymczasem z obozu WJ. Wielopolski Jan, kaszt, 
wojnicki, fundator klasztoru, naradzał się z szlachtą, a mia- 
nowicie z kilką dostojników, j. t. Opalińskim, marszałkiem 
nadw. królewskim, z Lanckorońskim Jackiem, kasztelanem 
przemyskim, starostą stobnickim, którzy wypłoszeni z domów 
własnych, z rodzinami wraz schronili się do Biecza. Pochwalił 



405 

we wszystkiem rady ich i nietylko że przypilnował okopania, 
ale nawet dokończył nakładem własnym przez poddanych 
swoich własnych. Bacząc zaś, że okopy, nie mające podstawy 
i z ziemi tylko usypane, będą się zasuwać wkrótce, nakazał 
podmurowanie onych, dla utrwalenia wieczystego, gwoli bez- 
pieczeństwa miasta i powiatu bieckiego, aby były chronem 
szlachty i ludu. Jakoż dokonał tego, w części nakładem wła- 
snym, roku tegoż. Zakonnicy, bacząc co się dzieje w około 
klasztora, że go zamieniają w twierdzę, zasmucili się wielce 
i zatroszczyli. Więc przez księdza Dobrosielskiego Chryzo- 
stoma, ppowincyała, udali się do Wgo fundatora, prosząc, aby 
zaniechał okopów, a raczej je zniósł zupełnie, gdyż to nie- 
zgodna z powołaniem naszem zakonnem. Na co odrzekł: 
Nie robię tego na przekorę powołaniu waszemu, lecz czyniąc 
zadosyć potrzebie miasta i całej ziemi bieckiej i żeby utwier- 
dzenia one służyły n^ obronę nietylko miasta i ziemi bieckiej, 
ale nawet i wiary świętej, w obec najazdu pogan i niedo- 
wiarków. Żeby się mieli kędy schronić, nietylko lud wierny 
w czasie trwogi, lecz i zakonnicy, żeby nie potrzebowali 
z niebezpieczeństwem życia tułać się po krajach dalekich, 
jako było roku onegoż. Ani też myśli na klasztor zwalić 
troskę utrzymania twierdzy i uzbrojenia onej, mieszczanie 
będą dźwigać brzemię ono całe. (Biecz, pamiętnik klasztorny). 
Nad utwierdzeniem Biecza pracowano od pierwszej chwili, 
gdy zaleciała wieść o niebezpieczeństwie. W styczniu zaraz, 
gdy wśród zawieruchy śnieżnej nadszedł Rakoczego posła- 
niec z uniwersałami, zapowiadającymi wkroczenie wojenne, 
natychmiast do dział obydwu dorobiono nowe koła, a przed bra- 
mą dolną kazano naprawić rogatkowy żóraw, do Bochni zaś 
wysłano po zakupno ołoviu, zwłaszcza, że właśnie jechali 
tam mieszczanie po sól. Utwierdzenie miasta szło raźnie pod 
okiem Pieniążka, dowódcy. 

Wirc w Krakowie miał rozkaz od swego króla wpu- 
szczenia Rakoczego do miasta i przyjęcia załogi jego, okrom 
zamku, którego sam miał strzedz pilnie, a jeżeliby Rakoczy 
wjeżdżał na Wawel, ma go przyjąć jako gościa i wpuścić też 



406 

drużynę przyboczną, o ile się da uczynić. D. 28. marca r. 1657^ 
przybywać Rakoczy do Krakowa. By/o dżdżysto i mglisto, gdy 
Węgrzy wkraczali. Najpierw chorągwie długim rzędem pieszo, 
potem konnica, świetnie okulbaczona i zauzdana. Za star- 
szyzną wojskową książę jechał w powozie samotrzeć z po- 
słem szwedzkim i z Stanisławskim, chorążym halickim. Na 
obszernej równinie Strzelnicy miejskiej zatrzymał się, cze- 
kając na Wirca, jadącego naprzeciw. Wtem nagle zagrzmiało 
okropnie, piorun z nieba trząsł, woźnica ugodzony spadf 
nieżywy. Błyskawicą spłoszone konie wzięły na kieł, mimo 
szarpania woźniczych pędziły na oślep po przekopach przy- 
drożnych. Pomocy nikt nie niósł, bo kto był blisko wozu, 
zatrwożył się sam lub stracił przytomność. Rakoczy, ockną- 
wszy się wyskoczył z wozu i padł o ziem tak silnie, iż sobie 
zwichnął wielki palec prawej ręki. Wtem z miasta nadjechał 
Wirc, konie się uspokoiły, trwoga opuściła umysły, więc 
uroczyście, urzędowo zapraszał do miasta, podczas ulewy 
naremnej prawiąc przemowę długo. Wjazd odbył się w za- 
mieszaniu uroczystem. (Wesp. Kochowski p. 209). 

„28. marca, we środę po kwietnej niedzieli, książę Jego 
Mość siedmiogrodzki, Rakocy, do Krakowa osobiście z częścią 
wojska wjechał. Przeciw któremu JMp. generał-major Wirc 
z różnymi oficerami, w kilkaset rajtaryi i dragonii wyjeżdżał, 
w mili przed Krakowem przywitawszy się, uroczyście JMć 
do Krakowa prowadził. W rynku piechota szwedzka czekała 
uszykowana, która, gdy książę JMć przejeżdżał, salwę ogrom- 
nem strzelaniem dała. Przez miasto książę JMC przeprowa- 
dzony na zamek krakowski, gdzie dwie noce przenocowawszy, 
w Wielki piątek rano z Krakowa wyjechał znowu do swego 
wojska". Tak pisze naoczny świadek Węgierski Wojciech. 
Rudawski dodaje szczegóły: że „wjeżdżając miał przy sobie 
z jednej strony Wirca, z drugiej Stanisławskiego". Było to nie- 
jako okazanie jawne Rakocego i oświadczenie wobec ludzi, 
że nie wtargnął do Polski sam z siebie, lecz zapraszany naj- 
przód od wiecu koronnego z Łańcuta przez poselstwo Pra- 
żmowskiego, powtóre od Lubomirskiego z obozu pod Krako- 



407 

wem , przez onegoż Stanisławskiego , któremu też oddawał 
względy, posłowi należne- W wojsku , które z nim wkraczało, 
było 2000 kozaków. Wedle ugody z królem szwedzkim od- 
bierał Kraków na siebie, więc nazajutrz mieszczanie z urzędy 
swemi na czele musieli składać przysięgę na wierność — 
jakoż przysięgli. Szwedzki król uwolnił ich od przysięgi sobie 
złożonej. Betlem Janos z 3000 piechoty siedmiogrodzkiej 
wkroczył do Krakowa na załogę^ że zaś nie był doświadczon 
obrony twierdzy, przydał mu król szwedzki pułkownika Fa- 
biana Fersen na dowódcę piechoty, jako doświadczonego 
i dzielnego. Piechotę szwedzką, starą dotychczasową załogę, 
miał Wirc uprowadzać za królem do Prus, nie zdołał jednak, 
bo Czarniecki zastąpił, zajmując Piotrków. (Puffendorf 285). 

30. marca, w Wielki piątek rano, z Krakowa wyjechał 
Rakocy znowu do wojska wraz z Wircem (Węgierski). Obóz 
wielki Rakocego pod Koszyczkami, między Tarnowem a Woj- 
niczem. Spalili Koszyczki, ludzi naścinali. Nowe miasto spa- 
lili i Żabno i wiele innych. (Goliński). 

Starosta korczyński, Jan z Dębian Dębiński, wyszedł już 
z niewoli, której tak haniebnie popadł pod Mogiłą. Prawdo- 
podobnie wymienian za Szweda imanego. Obroną miasta 
Nowokorczyna chcąc poprawić sławy, po staremu urządzał 
pospolite ruszenie ludu wiejskiego i zaopatrywał miasteczko 
w żywność od przypadku oblężenia. 

Jadwiga z Łodzińskich Brzezińska Piotrowa, wdowa na 
Paluszycach i Lubiczku, pani oprawna i dożywotna, słysząc 
o zbliżającem się wojsku Rakocego, samoszost, z pięciorgiem 
dzieci swych, chciała uciekać do Częstochowej. Zebrała, co 
miała ochędostwa i ruchomości , odjeżdżając podwody wła- 
snemi, kmieciom zaś wsi Lubiczka kazała zajechać z wozami, 
zabierać żywność i obroki i wieść za sobą, jeżeli nie do 
Częstochowej, toć zawsze na miejsce, które bezpieczne, boć 
i bez tego po wsiach swoich drugich pozostawało żywności 
i ruchomości niemało. Pan starosta jednak, przekonany, że 
w drodze do Częstochowej Szwedzi lub Kozacy Rakocego 
pozabierają podwody wraz z ciężarami, nie dozwolił podwozu 



408 

zamierzonego, nakazując zawracać do Nowokorczyna. Brze- 
zińska ocijechata już z dziećmi i czeladzią, cMopi poddan* 
chcieli zdążać za nią, ufając w opiekę Matki Boskiej często- 
chowskiej. Dębiński zestal straż zbrojną i grożąc biciem 
i karaniem, zniewolif ich do Korczyna zawieźć rzeczy swej 
pani. Przerachowal się p. starosta i teraz. Brzezińska zdrowo 
i ca/o przyjechała do Jasnejgóry. Korczyn zaś napadli Kozacy 
i Siedmiogrodzanie , zdobyli i spalili. Zgorza/y tedy i zasoby 
pani Brzezińskiej. Czerniawa uzbrojona, zamiast bić się z Ko- 
zakami, przyłączyła się do nich, skoro szło o łap, złupili 
chłopi folwarki. W Lubiczku łupili Kozacy, a co nie 
mogli zabrać, spalili z folwarkiem wraz (Kraków gr. Oblat. L. 85). 

Sułków w powiecie krakowskim , dobra Jana na Chrono- 
wie Chronowskiego , sekretarza królewskiego , spustoszyli 
Szwedzi, Węgrzy, Kozacy, Multany, a w końcu wojsko króla 
Węgier, zesłane na zdobycie Krakowa (Kraków castr. Oblat. 
L. 85). 

Jan Kazimierz wobec Rakocego, który nie zdołał zdobyć 
Łańcuta, czuł się bezpiecznym na Jasnejgórze Częstochowej, 
utwierdzonej lepiej niż przedtem. Bacząc jednak, że król 
szwedzki zbliża się od północy i podstąpił już pod Piotrków, 
Jan Kazimierz, aby się nie narażać na oblężenie od wojsk 
obydwu, wolał umknąć na Śląsk. 2. kwietnia, około czwartej 
rano, z Częstochowej wyjechał król na Śląsk. Królowa naza- 
jutrz ruszyła za nim, mając tam pozostać aż do przybycia 
z pomocą Tatar. 3. kwietnia król szwedzki dobywał Piotrkowa. 
Lubomirski Jerzy z wojskiem i czerniawa chłopską, dowo- 
dzoną przez szlachtę, szedł w trop za Rakocym i Kozakami, 
zdążając ku Krakowu. 

Czerniawę chłopską szlachta, dowódcę, wodzili nie tak 
na nieprzyjaciół koronnych, ale po staremu na osobistych. 

Na Bolesławiu i Świebodzinie, wedle Dąbrowej, panowie 
Skarbki i Jan zmówili się z Hynkiem Joachimem, panem na 
Boszowcach, zebrali drużynę 60 zbrojnych, ruszyli rzekomo 
podjazdem na nieprzyjaciół. Istotnie zaś najechali Szczeczno, 
dobra Ossowskiego Aleksandra, komornika granicznego opo- 






409 

czyńskiego, żony, Katarzyny z Koniecpolskich i Skarbkównej 
Teresy, córki śp. Jana z Teofili Krzepickiej. Wpadli, rozpę- 
dzili czeladź, poddanym nakazali posłuszeństwo i pobory 
zboża zabrali, bo nie było dziedziców. Wtem dowiadują się, 
że się zbliża wojsko nieprzyjacielskie. W stajni zaś wyśle- 
dzili kryjówki, kędy zakopane by/y skarby i w piwnicy, gdzie 
je zamurować kazały dziedziczki uciekające przed nieprzyja- 
cielem. Było tam złoto, srebro, klejnoty, szaty i cały sprzęt 
domowy szlachecki i przybory wojenne, własność Ossowskich, 
Skarbkówny i Wnej Pacanowskiej. Wszystko to zabrali cicha- 
czem i potajemnie. Poczem zbierają poddanych gromadę 
wielką, rozwijają chorągiew, obchodzą wsie sąsiednie. Nie- 
przyjaciel, zwabiony tem, przypada, ale oni uciekli wcześnie. 
Łup na karb nieprzyjaciół złożono. Ale Ossowski, wróciwszy 
z pospolitego ruszenia, wywiedział się prawdy, wyniósł pozew 
od siebie z żoną i od Skarbkówny i od pani Pacanowskiej 
Tomaszowej, wdowy z dziećmi. (Biecz gród. 187 str. 455). 

Wolę (przy Koszycach wielkich) gdy napadali Kozacy 
i Węgrzy, dziedziczka Teresa z Wrzącej, wdowa po Janie 
Tarnowskim, uciekała, uwożąc co lepszego. Gonili ją, lecz nie 
mogli dognać, ona zaś w trwodze wyrzucała rzeczy, czego 
jednak nie spotrzegli. Po ich odwrocie nadjechał Rabrocki 
Stanisław, pozbierał rzeczy porzucone i przywłaszczył sobie. 
(Sącz gród. 127 str. 915). 

3. kwietnia wrócił do Krakowa Wirc, a z nim załoga 
siedmiogrodzka, złożona z 2500 ludzi, między którymi było 
trzy chorągwie Niemców zaciężnych i kilkuset piechoty woło- 
skiej z Zabieszczadzia , onego gniazda zbóju i rozboju, który 
zastęp Rakocego wiódł Betlem Janosz. Wirc oddał mu miasto 
Kaźmierz, które Betlem osadził Beskidnikami , onemi woło- 
skiemi pod Apahym, pułkownikiem. Przydał im też Koza- 
ków. Niebawem rozpoczęli oni krwawe swoje rzemiosło ulu- 
bione, zbóju i rozboju, bo ich wysłał na czaty za Wisłę, 
mszcząc się za one czerniawy góralskie. Skawinę złupili 
i pomęczyli mieszczany, dziwne męki zadając. Plebanowi 
skawińskiemu ręce i nogi poobcinali, głowę kręcili, wiercili. 



410 

pytając o pieniądze i srebro. Wieliczka doznawała względów 
Szweda, dla wielkich dochodów z soli, więc Wirc rad, że ją 
znów odzyskał, opieki swej użyczał. Kozacy w przechodzie 
nie łapili miasta, ani przyległości zamieszkałych przez górni- 
ków. (Wieliczka, Consularia). 

W Dziekanowicach po dziś dzień w głównych drzwiach ko- 
ścielnych, w około zamku, widać dziury od kulek, wystrzelonych 
z bliska, a podanie niesie, it sirselali Kozacy, dobywając się do 
kościoła. W Dobczycach mieszczanie, nauczeni doświadczeniem^ 
wcześnie po lochach chowali i zakopywali mienie, co lepsze; 
sami zaś uciekali w góry i lasy. (Dobczyce, Consularia). WCzy- 
rzycu opactwie. Kozacy i Wołosza do spółki z Węgrami kla- 
sztor wyrabowali i spustoszyli , kapłanów nazabijali. (Go- 
liński 896). 

Wirc, zdawszy Kraków na Rakocego, wziął z sobą dwa 
pułki siedmiogrodzkiej konnicy i cokolwiek jazdy szwedzkiej, 
ruszył za wojskiem Rakocego, aby się obaczyć z królem swoim, 
wracającym z Prus na Piotrków, Jędrzejów i Pińczów. Zdą- 
żył do króla swego, zdał sprawę z zajść, zapowiedział przy- 
bycie Rakocego, otrzymał rozkazy i wracał do Krakowa. Po 
drodze słyszał, że Czarniecki kręci się koło wojsk Rakocego, 
a Lubomirski że się też zbliża pod Kraków. Postanowił zetrzeć 
się z którym z nich i w miejscu dogodnem, w lesie niewiel- 
kim, rozłożył się zasadzką, na przesmyku, mając z sobą na- 
wet działa. Pewien zwycięstwa, jako zwykle, czekał cierpliwie 
całe trzy dni, wyglądając Polaków. Czarniecki dowiedział się 
o tem i przyszedł, ale nie ze strony spodziewanej, jeno z boku, 
gdzie nie myślano o nim. Po okrzyku ogromnym sądząc 
i bacząc gęsto padających Węgrów, mylnie osądził Wirc, że 
następuje nań całe wojsko polskie; chciał się więc cofać ku 
Krakowu. Ale z tamtej właśnie strony zastąpił mu Czarniecki, 
przecinając odwrót. Z wielką biedą i ranny przebił się Wirc 
w drużynie trzydziestu Szwedów i umknął do Krakowa. Wę- 
grów padło paręset, reszta rozpierzchła się na wszystkie strony. 
Diała zdobyli Polacy. (Noyers 318, Jemżołowski 120). Z we- 
sołą nowiną goniec popędził do Opola, do królowej. 



411 

Rakocy w Wielki piątek Tano z Krakowa wyjechał do 
swego wojska swawolnego, z którem w krakowski i sando- 
mirski kraj wszedłszy , wszędzie a wszędzie , na miastach , 
wsiach, dworach szlacheckich, a najbardziej na kościołach 
dokazywał okrucieństwa, tak dalece, że trzeciej części biedy 
tej od Szwedów to kraje nie poniosły przez dwie lecie, jako 
on przez kilka niedziel szkód naczynił. (Jemioło wski 119)- 
Udał się ku Pińczowu. Kozacy pj staremu rozpuszczali zagony 
w około, a jeden taki zagon, złożony z czterech sotni, zapędził 
się do Rakowa, ongi dóbr Gnojeńskich, arjan, którzy obecnie 
trzymali z Szwedyma, tuląc się pod ich opiekę. Raków dla 
Kozaków był miejscem, kędy mogli pohulać swobodnie, pohu- 
lali też , nałupili, co się dało , wypili, co było i spoczywali 
bezpieczni i ubezpieczeni. Czarnieckiego chorągwie królewskie 
przypadły bez wieści i wycięły w pień wszystkie 4 sotnie 
Kozaków i odeszły, nie pogrzebawszy ich nawet. Leżały trupy 
po ulicach, zatruwając powietrze, bo mieszkance uciekli w lasy, 
nie było komu grzebać. Po dwu tygodniach jeszcze, gdy 
z Szwedy i Brandebury z Prus nadciągnął król szwedzki, 
jeszcze gniły po ulicach. (Puffendorf 383). Rakocy ciągnął 
dalej w sandomierską ziemię, na Chmielnik. 

Z królem szwedzkim przywitał i złączył się Rakocy 
koło Zawichosta, gdzie urządzili pochód na Brześć litewski, 
sporządzili most i przeprawili wojska z ogromnym taborem 
siedmiogrodzkim o uprzęży po 6 wołów przy każdym wozie. 
Semenów wołoskich 2000 szli przy nich jako parobcy i wo- 
źnice, przed trzema laty Semenów tych na Wołoszczyźnie 
podbił i ujarzmił Rakocy. (Puffendorf 297). 

Po odejściu wojsk Rakocego i porażce Wirca lżej 
odetchnął Lubomirski Konstanty, starosta sądecki, który na 
czele szlachty powiatowej miał bronić Nowego Sącza. Pod- 
glądacze sprawdzili wieść o upokorzeniu Wirca, więc Wąso- 
wicz Jan, rotmistrz piechoty, otrzymał rozkaz zajęcia i bro- 
nienia Wiśnicza zamku. Przydan mu jako porucznik młody 
Lipski Jan, przedtem rotmistrz pospolitego ruszenia. Przy- 
krzyło mu się tam, że się nie mógł uganiać za Szwedyma, jak 



412 

przed fokiem , więc na frasunek popijał z nudów , że języka 
nawet nie można pochwycić. Lubomirski Konstanty z Nowego 
Sącza wysłał czatę ochotników szlacheckich, żeby ile możno- 
ści dotarli pod Kraków i dostali języka, wiódł ich Rzeszowski. 
Cicho i ostrożnie dotarł aż za Wieliczkę, w pół drogi ku 
Krakowu. Siedmiogrodzianie, znając bogate swoje kopalnie 
soli, ciekawi byli oglądać Wieliczkę słynną; oświadczyli to 
Szwedom. Wirc z kilku kapitanami wojska Rakocego zwie- 
dzili żupy, a komisarz zupny podejmował ich gościnnie 
i uraczył tak hojnie, że się popili. Wirc, jako służbista woj- 
skowy, naglił do powrotu, kazał wsiadać i w pochód. Sam, na 
czele licznej straży, ruszył przodem, zaś czterech oficerów 
Rakocego, pijanych bardzo, ociągnęli się z wsiadaniem i jechali 
z tyłu, zostając co raz to dalej z niewielą czeladzi. Rzeszowski 
z czatą przystanął i ukrył się w lasku. Przepuścili Wirca 
z oddziałem jego, czekając aż na dobrą chwilę nadjechali 
owi czterej starsi pijani, z których jeden dowodził na czele. 
Wtedy wypadli, pogromili czeladź, poimali onego dowódcę, 
czterech kapitanów. Co tchu nawrócili w bok ku Sączowi, 
dążąc na Wiśnicz. (Goliński 987). 

Wiszowaty Jędrzej r. 1655, 17. grudnia — przed zbójcyma 
łabowskimi, co się mieniąc rotą Wąsowicza, rozpoczęli rzeź 
aijan — z żoną i niemowlęciem przy piersi wiernej mamki, Gar- 
gasianki, umknął z Rąbkowej li za pomocą zacnego Morstyna 
Tobiasza, który był stryjem Małgorzaty Wiszowatej Krzyszto- 
fowej. Schronili się nad Nidę do Czarnków, przestrzegli arjan 
tamtejszych , że czerniawy lądowe już napadają , więc razem 
z wielką biedą uciekli do Krakowa. Tam pod opieką Szwedów, 
samotrzeć z Szlichtingiem Jonasem i Lubienieckim Stanisła- 
wem odbywał jawne i rozgłośne one rozmowy duchowne. 
Rakocy wkraczał do Polski pod hasłem wolności religijnej, 
w wojsku jego było mnóstwo arjan, więc arjanie polscy 
w Krakowie uwierzyli, iż się skończy panowanie Jana Kazi- 
mierza i Jezuitów, księdza biskupa Prażmowskiego i czerniaw 
chłopskich, pragnęli przybycia jego. Wirc, dowódca szwedzki 
w Krakowie, chciał go przywitać poselstwem i wymódz przez 



413 

to, że i on przez posły uniżoność oświadczy królowi 
szwedzkiemu, czego wymódz nie zdotsit przy nim będący 
poseł szwedzki. Trudno było Wircowi dobrać Szweda, coby 
się podjął posłować w nieznane Podgórze ruskie; udał się 
do Polaków, a Pilecki, arjanin, podjął się tego z zemsty, że 
(r. 1656, 19. marca) czerniawa chłopów, poddanych Błędow- 
skiego Joachima , współdziedzica Brzanej , napadła, złupiła 
i zabiła okrutnie brata jego, Pileckiego Samuela, w onejże 
Brzanej, na folwarku dzierżawionym od tegoż Błędowskiego. 
Wymknął się więc z Krakowa oblężonego , a z nim wraz 
wymknął się i Wiszowaty. Bez przygody zdążyli w Sądecczyznę. 
Nad Łososiną, rzeką przy Strzeszycach, we wsi zakonnic sta- 
rosądeckich Jaworzni, dzierżawcą był Kołaczkowski Aleksan- 
der z Komar, ożenion z Pilecką Anną. Tam wstąpili. Zastali 
ich na wyjezdnem, wyprowadzających się z Jaworzni. Przed 
30 laty ksienią u grobu św. Kingi w Starym Sączu była ciotka 
jego, Kołaczkowska Elżbieta, a druga Kołaczkowska wikaryą 
i dyskretką; wtedy ojciec Aleksandra otrzymał od klasztoru dzier- 
żawę korzystną, którą puścił onemu wraz z wsią Łękawicą, 
otrzymaną od księcia Ostrogskiego na Tarnowie. Urok pamięci 
zakonnic Kołaczkowskich za czasem zniknął, a za ksieni 
Zofji Stanównej rodzina jej dwukrotnie doznała cudu na 
wezwanie bł. Kingi ; grób Kingi zasłynął cudami , a zakon 
świętością. Kołaczkowski zaś Aleksander ożenił się z córką 
Pileckiego, arjanina, więc się nie mógł utrzymać przy dzier- 
żawie wsi zakonnej. Wypowiedziano mu, a gdy w lecie Czar- 
nieckiego pułk dragonii wybierał stacyę w dobrach klasztor- 
nych, on na chorągiew kapitana Piotrowskiego musiał z łanu 
Jaworzni dać złp. 656. Za to od kapitana Piotrowskiego do- 
wiedział się, że wieś Piotrówkę Zakrzewski, dziedzic, wydzierża- 
wiłby, chcąc kupić jaką wieś drugą. Za tą wskazówką sprze- 
dał Łękawicę Zakrzewskiemu, a Piotrówkę wziął w dzierżawę 
zastawem za niedopłaconych 3000 złp. Tam się też wypro- 
wadzał od Nowego roku 1657. Bardzo to było na rękę Pi- 
leckiemu, który razem pojechał z nimi doPiotrówki, a stam- 
tąd dalej na Ruś. W^iszowaty zaś pojechał do bliskiego Łą- 



414 

cznego, do Morslyna Seweryna, arjanina rdzennego , poprzed- 
nika swego w kaznodziejstwie zboru Rąbkowej. Przywitano 
go najserdeczniej, zwłaszcza, że przybył w samą porę, gdyż 
syn przyjaciela, Teofil Morstyn, miał się żenić z córką Przyp 
kowskiego w Brzan ej i zaraz na wstępie prosił, żeby Wiszo- 
waty dał im ślub. Oczywiście nie odmówił i rychle obadwa 
samotrzeć z drużbą Morstynem Krzysztofem, synem Stanisława, 
wybrali się do Brzanej. Wiszowaty, słuchając dobrej rady, 
napisał podanie do króla, prosząc o łaskę i przebaczenie, że 
poniewolnie uciekając przed zbójcyma, schronił się do Kra- 
kowa pod opiekę Szwedów, acz zawsze wiernym był Polsce 
i królowi. Morstyn Tobiasz postarał się o doręczenie i popar- 
cia prośby, która też nie została bez skutku. 

Przygotowania weselne rozpoczęto wcześnie, zaraz po 
Nowym roku, a że drzewa opałowego trzeba było wiele 
i przez odwilż niespodzianą ociężała droga do lasu, nakazano 
wozić pańszczyżnie , nie zważając na święta Trzech króli, 
kazano też rąbać w święto i inne roboty robić. Chłopi przed- 
stawiali, że to święto uroczyste, że robić nie wolno. Odpo- 
wiadano im przykazaniem bożem : ;,Nie będziesz miał cudzych 
Bogów przedemną! Że nie ma, jak tylko jeden Bóg, którego 
chwalić trzeba , święci zaś, to ludzie , których chwalić grzech, 
gdyż się ich przez to równa z Bogiem. A zatem święto jakichś 
Trzech króli pogańskich, to święta grzeszne, pogańskie. Więc 
robić jak pan każe^. Chłopi mruczeli, po cichu przeklinali 
panów, co w dyabła wierzą, a w Świętych nie wierzą , robili 
jednak, bojąc się kary, nie omieszkali zaś pożalić się przed 
księdzem proboszczem w Bobowej , Krzysztofem Zygmuntem 
Żydowskim. Ksiądz proboszcz upojon był zwycięstwem wiary 
nad arjany, że przed pół rokiem ochrzcił wielce upokorzonego 
Przypkowskiego Kostusia, samowtórego z Niemczykiem Krzy- 
sztofem; z pokory onychże sądził, że wszyscy arjanie spo- 
kornieli, że po zabiciu Pileckiego w Brzanej Przypkowscy, tejże 
Brzany spółdziedzice, nauczeni przygodą drugich , nie zechcą 
się narazić na śmierć z rąk czemiawy chłopów rozjuszonych, 
że się wychrzczą , mniejsza o to, czy z przekonania, czy ze 



415 

strachu. Pewien by/, że wesele dworskie uda się doń z prośbą 
o ślub, wyczekiwał, więc nie mówiąc nic. Aż tu dowiaduje 
się, że się zjeżdżają arianie, że przyjechał Potocki Wacław 
2 żoną Katarzyną Morstynówną (córką Stefana), że przyje- 
chało dwu Morstynów młodych i przywieźli z sobą Wiszowa- 
tego, kaznodzieję arjańskiego. Że wobec drugich arjan odby- 
wali narady jakieś tajne , a w końcu zamiast się upokorzyć 
i prosić jego o ślub chrześcijański w Bobowej, Wiszowaty 
zaślubił młodą parę wobec wszystkich i w kazaniu uroczy- 
siem wykładał zasady Jedynobóstwa, bluźniąc przeciw wierze 
katolickiej i jej obrzędom. Obruszony i rozgniewany, siadł 
i napisał skargę do grodu, oczywiście po łacinie, treści nastę- 
pującej : „Wielebny ks. Krzysztof Zygmunt Żydowski, przeło- 
żony kościoła zbornego w Bobowej, pozywa urodzonych pa- 
nów: Wiszowatego Jędrzeja, kapłana sekty arjańskiej, Mor- 
styna Krzysztofa, Przypkowskich Krzysztofa i Stefana, ojca 
z synem, Morstyna Teofila i Potockiego Wacława, opiekuna 
rzeczonej sekty arjańskiej: że oni, a szczególnie Wiszowaty 
Jędrzej, jako naczelny rządca, kapłan i opiekun sekty arjań- 
skiej, zgromadziwszy wymienionych członków sekty rzeczonej 
do domu czyli dworu urodzonego Przypkowskiego Krzysztofa, 
nie bacząc na prawa i ustawy państwowe, wzbraniające zebrań 
tajnych w niedzielę, przed św. Pryska (14. stycznia), zebrani 
we dworze wsi Brzanej, części wyż rzeczonego Przypkowskiego 
Krzysztofa, odbywali tajne narady na szkodę Rzeczypospo- 
litej, zachwalali wnioski szkodliwe. Tamże, rzeczony Wiszo- 
waty, ku zniewadze Sakramentu małżeństwa świętego i z ubli- 
iżeniem największem pozywającego w parafii onegoż, kędy 
udzielać Sakramentów nie przystoi nikomu, jak tylko rzeczo- 
nemu przełożonemu albo przynajmniej temu, kto je udziela 
za jego pozwoleniem, śmiał pewne osoby zaślubiać małżeń- 
sko, czyniąc prócz tego wiele różnych bluźnierstw, na nie 
sławę wiary katolickiej. Jakoż dokonali tego wszystkiego. Do 
robót też w dnie świąteczne napędzają poddanych, którzy 
się brzydzą panami swymi, ich arjanizmem; ku zniewadze 
wiary katolickiej i świętych, których uroczystość obchodzono, 



416 

przynie wołając i napominając do wielu czynów, przeciwnych 
wierze katolickiej. Uczynkami Łakiemi wykroczyli przeciw 
prawom państwowym i karom podpadli. O co znowu i znowu 
oświadcza się i prawnie przeciwko nim sprawę toczyć będzie. 
(Sącz gród 127 str. 1306). 

Kempiński Bartłomiej urodzon był z Siemichowskiej, 
której matka by/a niegdyś osobistą znajomą Socyna i wraz 
z Moskorzewskim żądała, aby przyjął chrzest przez ponurze- 
nie. Pokrewnym był mu Florek Siemichowski , poniewoli 
chrzczony w Bruśniku ir. 1652), a potem gorliwy stronnik 
Szwedów, imany przy zdobyciu Sącza i za łupież grobów 
ścięty. Stryjecznymi zaś byli Kempińscy Samuel i Olbracht 
z Janczowy, napadani przez groźną czerniawę grzybowską 
i ocaleni niemal cudownie, acz z utratą mienia. Pan Bartos 
czuł, że nad rodem jego całym, jako aijańskim, wisi zemsta 
zagorzalców, od której ochronić chciał przynajmniej obiedwie 
dorastające córki swoje. Jordan Jan był też złupion od 
czerniawy grybowskiej, gdyż brzemiona rzeczy swoich dał 
przechować w Janczowej, a zabrała je tłuszcza łupieżna, nie 
dbając, iż jest katolikiem ; on więc uniewinniał, że gdyby nie 
był dał przechować arjanom, nie byliby zabrali, lecz uczynił 
to z bojaźni Szwedów. Teraz zaś widzi, że przepadła Szwe- 
dów przemoc, że będą wypędzeni właśnie zapomocą onego 
chłopskiego pospolitego ruszenia, a biada arjanom, na których 
podjudzają księża. Radził więc Kempińskiemu dać ochrzcić 
córki swoje, nie narażać je na niedolę. Tak samo radziła 
pani na Rybiu, Katarzyna Dembińska; dokonała rozmowa, 
nadarzona z księdzem kustoszem Witaliszowskim , który już 
w r. 1634 nawrócił i ochrzcił dwudziestoletniego Kąckiego 
Jana, arjanina. A był ten Kącki spokrewnień z Kępińskimi. 
Nawrócił też Lengwica Jana, młodzieńca. Ochrzcił i zapisał 
do metryki: 11. lutego r. 1637. Ja, Jan Witaliszowski, kustosz, 
ochrzciłem Annę i Zofią, w niedowiarstwie arjańskiem wycho- 
wane, córki ur. Bartosa Kempińskiego. Do chrztu trzymali: 
ur. Jordan Jan, Pruszkowska Zofia, wtóra żona podstarościego 
i sędziego grodzkiego, więc i pani Dembińska Katarzyna. Pan 



417 

sędzia grodzki, znać w zaży/ości byt z księdzem kustoszem, 
który był zarazem sędzią duchownym. Zażyłość ta ułatwiła 
schadzkę i pogadankę z p. Bartosem. 

Arjanie piszą w żałobie swej : „Gdy potem w królestwie 
spokój cokolwiek zawitał, jak skoro nasi jęli powracać z kry- 
jówek i ochronek swoich, zbierając się w siedzibach spusto- 
szałych, z powrotem ich rozjątrzyła się znowu zawiść 
i zawziętość nieprzyjaciół. Więc napadnięci, oddani pod nóż, 
poczem zbrojną ręką ogniem i mieczem niszczeni tak, iż 
nigdzie byli mniej bezpieczni, jak w domach własnych, w oj- 
czyźnie, byli gorzej niż wygnańcami. Król, senat, dostojnicy, 
błagani o pomoc, zakazali wprawdzie zbrodniczej zuchwałości, 
ale z bardzo małym skutkiem. Owszem, wolności nieprzyja- 
ciół, ubezpieczonych powodzeniem nadspodziewanem, wzmo- 
głych w siłę i samowolę, przekonali, że krzywda społeczna 
strawi zbrodnię gwałtu prywatnego". (Lubieniecki. Hist. Reform, 
str. 292)^ 

Ks. pleban Iraszowski pewno nie cieszy się, że Dąbro- 
wa napowrót przyszła w ręce arjan. Jakoż nie cieszy się 
z tego także Kawecki, któremu wielce podobały się kwiaty 
holenderskie i pszenica. Stojowski też nie będzie się radował, 
że przepadną kaduki jego na Lusławicach i Lubince. Obadwa 
wykpili na królu kaduki mienia waszego , jako arjan , za po- 
mocą księży. I teraz, podobnie jak Rożen w Grybowie, gotowi 
stawać na czele zbójców i czerniawy, a księża będą błogo- 
sławić, bo to na arjan djabłochwalców , żeś krew przelewał 
za Polskę i króla, cóż ich to obchodzi. Chyba się wychrzcij 
po katolicku, jak Kempinszczanki, jak inni. Skutek rozmowy 
było posfanowienie uprzątnąć z Dąbrowej zboża. Piotr Taszycki 
zakupił je i niebawem ubezpieczając przed czerniawą chłopską^ 
zwiózł do Nowego Sącza i złożył w spichrzu wynajętym od 
Uzewskiego. Ksiądz Iraszowski dowiedział się o tem, a pamię- 
tając, że Taszycki o dziesięcinę nieoddaną zaskarżon, zażądał 
w ogrodzie grabieży zboża tego. Pan sędzia Proszkowski, na- 
radziwszy się z sędzią duchownym Witaliszowskim , zesłał 

27 



418 

woźnego ) który zagrabił zboże na żądanie księdza Iraszow- 
skiego. (Sącz. gród. 127 str. 915). 

Wszystka to gniewało i oburzało Szlichtinga, najbardziej 
zaś zajścia koło Bobowej, mianowicie ten Błędowski Joachim. 
Niepomny, że sam pochodzi z rodu aijan, że krewniaka 
swego, Wacława, urodzonego z rodziców arjańskich, sam do 
chrztu trzymał w Bobowej (r. 1628) ; na własnego dzierżawcę, 
szlachcica z rodu, śmiał wysłać czerniawę swoją dworską, 
która go okrutnie zabiła. Gorszył go też wielce ten ksiądz 
Żydowski, zarozumiały swem apostolstwem, do grodu skarżący 
aijan, że bez niego śmieli w Brzanej odbyć zaślubiny małżeń- 
skie, a niebaczny, że dzwonnik jego przewodzi czemiawie 
zbójeckiej. 

Leśniowski Jerzy w grodzie nowosądeckim okazał zwłoki 
brata Mikołaja, w Ryglicach 16. kwietnia zabitego czterema ku- 
lami z bandoletu przez ur. Caspara Elęczowskiego z Kierli- 
kówki. Sąd skazał go na ucięcie szyi , którą karę nazajutrz 
ma ponieść na rynku w Sączu (Sącz gród. 127 p. 917 — 928). 
Zaraz potem Anna z Pileckich Kołaczkowska Aleksandrowa 
z synem Kazimierzem przywieźli do Nowego Sącza i okazali 
w grodzie zwłoki okropnie pokaleczone z głową spaloną, za- 
nosząc żałobę. (Sącz gród. 127 str. 382—414). 

Najazd ten okrutny i zaciekły wytłómaczyć sobie można, 
że w Łękawicy poznano Wiszowatego, przybyłego wraz z Ko- 
łaczkowskimi, od których pojechał dalej do Rakocego. Mysłow- 
ski, szwagier Pieniążka Jana (przez siostrę Helenę), dowiedział 
sięotem na podjeździe, przybył do Łękawicy, a nie zastawszy 
jeno Zakrzewskiego, wypędził go, zajął wieś zdrajcy. Pani 
Helena Pieniążkowa była pierwszych gód za Brzozdowskim 
Mikołajem, którego brat, zwań Brzozowski, przyłączył się do 
najazdu na zdrajcę, na szwagra, arjanina Pileckiego, posła 
od Wirca do Rakocego. Widawski zaś Wężyk synem był Mikołaja, 
słynnego z nabożności dobrodzieja Franciszkan w Piotrkowie. 

Wici królewskie z Częstochowej z 28. marca do ochot- 
ników podgórskich, żeby się gromadzili po drogach i gościń- 
cach zastępować Rakocemu, po ukazu obwieszczane w mia- 



419 

steczkach i wsiach, nie były bez skutku. Czerniawy chłopskie 
zbierały się. 

Szczepanowie, wsi Chrząstowskiego Stanisława, pod- 
sędka krakowskiego , nie zagrabił król , mimo że on pierwszy 
niemal przeszedł do Szweda, mimo te w Łużnej zwoływał 
wiec rożnowierców i z nimi wraz chciał zawładnąć Bieczem. 
Nie zagrabiono go, bo nie był arjaninem, jeno kalwinem, nie 
wierzył w Boga jedynego, jeno w Trójcę świętą. Co 
jednak przepuścił król łaskawy, nie przepuścili chłopi, oswo- 
jeni z hasłem „bić lutry'^ Z Janowic Jędrzeja Chwaliboga 
chłopi wpadli do Szczepanowie, zabrali zboża 800 korcy, 
masła fasek 12 , sera 5 kop, krów 6. Za dwa dni (26. kwie- 
tnia) czerniawa z Sierochowic i Mikołajowie, poddani księcia 
Ostrogskiego , złupili folwark, zabrali z tysiąc korcy zboża. 
(Sącz gród. 127 p. 1191). 

Zbój po staremu wszczynał się z odwilżą i wiosną. 
Beskidnicy napadli Zimnowódkę Cikowskiego (między Bobową 
a Ciężkowicami); Podhalanie zaś łupili w Podhalu i Podkre- 
paszu, zapędzając si^ aż ku Męcinie, broili w Olszanie, dzier- 
żawie porucznika powiatowego Krupki, zbierali się na Lip- 
skiego. Bracia polscy czyli aijanie, nauczeni doświadczeniem 
bolesnem, widząc, że każdy napad zbójecki wymierzon prze- 
ciwko nim, chcąc się zasłonić obrzędem wiary, chrzcili dzieci 
swoje. Mierzyński Stanisław i Elżbieta z Homranic zjechali 
do Sącza, ochrzcili dwunastoletnią, w arjaństwie wycho- 
waną córkę Elżbietę Maryą (19. maja). Do chrztu trzymała 
pani Morstynowa Katarzyna, wdowa po Stanisławie i Chmiel- 
nicki Aleksander. Taszycki Mikołaj i Konstancya z Zabełcza 
25. maja chrzcili synalka, którego nazwali Jan Władysław 
(na cześć Szlichtinga). Trzymał Lipski Jarosz z Potocką Zofią 
z Taszyckich, arjanką, Janową. Trwoga między arjany była 
powszechną. Szlichting Jan Władysław wyjechał z Dąbrowej. 

N. Sącz, według wieści otrzymywanych, wielce był za- 
grożeń od Rakocego, czującego potrzebę posiadania tęj 
twierdzy pogranicznej. Lubomirski Konstanty zwołał więc 
szlachtę do koła związkowego i uchwalono: „My, dostojnicy, 



420 

urzędnicy i rycerstwo województwa krakowskiego, powiatu 
czchowskiego, także pilznieńskiego, którzyśmy się w moc 
pospolitego ruszenia na załogę twierdzy sądeckiej w mie- 
siącu marcu (18-go) zgromadzili i do tego czasu w niej zo* 
Stajemy. Lubośmy gotowi byli z JW. marsz. w. k. a hetma- 
nem polnym kor. (Jerzym Lubomirskim) /ączyć się ... i prze- 
ciw nieprzyjacielowi dopomagać, upatrując jednak, jak wiele 
zależy na twierdzy sądeckiej, iż znowu w niebezpieczeństwie 
zostaje, gdy książę siedmiogrodzki wpadłszy, podjazdy po- 
tężne Kozaków, Wołochów, Węgrów w powiat nasz posłał, 
którzy kościoły łupią, siła kapłanów zabijają, wsie, mia- 
steczka ogniem i mieczem znoszą, okrucieństwa niesłychane 
czynią, za wic*'ami JKMci dnia wczorajszego przyniesionymi^ 
abyśmy pospolitem ruszeniem pod Sącz s<ę zgromadziwszy, 
obronę onego między sobą umówili, gdy świeżo wielka 
część wojska szwedzkiego i księcia siedmiogrodzkiego pod 
Kraków przyszedłszy, gromadne zastępy z działami i inszą 
bronią po naszym powiecie rozpuszcza i z Węgier posiłków 
zaciągnąć chce, obowiązujemy się, bohałerskiemi słowy po- 
przysięgając jeden za drugiego, jako w przyszłych związkach 
i konfederacyach : iż wszyscy do utraty zdrowia naszego tej 
twierdzy Sącza załogę trzymać będziemy, abyśmy tak świą- 
tnie bożych, jako i wielu kapłanów, zakonnic i różnego stanu 
ludzi tu zgromadzonych nieprzyjaciołom nie wydali. A iż 
siła IchMość Panów Braciej powiatu naszego, nie mając żar- 
liwości ku religii ojczystej, nie pomnąc na powołanie swoje 
szlacheckie, lekceważąc prawo i wici tak częste, do tego 
czasu ani pod Sącz, ani tu do Sącza nie stawili się, po- 
stanowiliśmy za instygatora powiatu naszego JMP. Wojciecha 
Krajowskiego, aby wszystkich nieobecnych przed p. pod- 
starościego sądeckiego, który mocą ustaw sejmowych ,o wy- 
prawie wojennej" władzę sądzenia występnych ma, zapo- 
zwał. Ktoby się zapozwany nie stawiał i prawną kaźń otrzy- 
mał, przeciw takiemu wszyscy ruszyć powinni będziemy. 
Tenże instygator od IchMość pp. Stefana Wielogłowskiego, 
Jarosza Lipskiego i Jerzego Marcinkowskiego, poborców, po- 



421 

borów (z dóbr świeckich) i zapomogi miłościwej (od ducho- 
wieństwa) delatę powinien wziąć i niepłacących zapozwać. 

Dla porządniejszego odprawowania straży, tak placowej^ 
jako i murowej, obraliśmy kwatermagistrów : pp. Piotra Ja- 
klińskiego, Jędrz. Lipskiego, Zygm. Święcickiego, Kaspra 
Stockiego i rozdział między sobą uczyniliśmy Ich Mościów 
natenczas obecnych na 4 części. Względem straży zostawać 
obowiązujemy się. O co p. Krupka pułkownik starać się 
ma, aby jak najpilniej straże odprawowały się. Za nąjmniej- 
szem oznajmieniem powinniśmy do nich zdążać i czeladź 
przesłać, wyjąwszy starych i chorych, którzy takowy obo- 
wiązek przez czeladź odprawować mogą. Krnąbrnych p. in- 
stygator przed sąd p* podstarościego dać będzie powinien; 
którzy dadzą kary 5 grzywien. A ta obracać się ma na pie- 
chotę, do rąk p. poborcy. 

Z wielu miejsc nas dochodzą przestrogi, jako nieprzy- 
jaciel najusilniej pragnie tej twierdzy, więc za przykładem 
JMP. Krajczego kor. wszystkich sił potrzeba, abyśmy odpór 
potężny dali. Obiecujemy ważyć ile możności, t. j. podda- 
nych sposobnych, także JJMpp braci uboższych, przez nie- 
przyjaciela przedtem i teraz zniszczonych, ^^d^^^Hajfilą e pr zyj - 
mować i żywić, przestrzegając tymże JJMpp. braci ubożs! 
wszelkie względy mieć. Napojów żadnych po Iszej godzinie 
żaden szynkarz nie powinien szynkować, także ogniów nie 
mieć. Osobliwie z świecami po górach i stajniach nie cho- 
dzić. Miasteczka powiatu ludzi do broni zdolnych mają jak 
najprędzej wysłać do tej twierdzy z rusznicami i inszym orę- 
żem ręcznem, ponieważ przy domach swoich nie mogą oca- 
leć i gdy się pojedynczo walczy, giną wszyscy. Świeże też 
przykłady są, jakie w niektórych miasteczkach zabójstwa 
i pożogi nastąpiły. To wszystko obiecujemy wobec JW. Kraj- 
czego koronnego. 

W Sączu 1. maja 1657. Konstanty Lubomirski, krajczy 
kor.; Ludwik Rylski, H. K.; Jan Proszkowski, podsk. kor., 
K. Krupka; Krz. Skrzetuski, pis. gr. sądecki; Stef. Wielogłow- 
ski, poborca woj. krak.; Ogonowski, strażnik; Piotr z Ja- 



422 

siennej Jakliński; Jan Wojakowski, pis. gr.; Mich. Jordan; 
Jędrz. Jordan; Tobiasz Linczowski; Zygm. Biesiadecki; Zygm. 
Święcicki; Jan Ujejski z Witkowie; Marcyan Gliński; Franc. 
Kossecki; Krzyszt. Tomaszewski. (Castr. Sandec L. 127 p. 950). 

17. maja uchwali} powiat czchowski: Aby p. Wielo- 
gfowski Stefan czopowe za 3000 z/p. wzią/ w dzierżawę 
roczną, bo pieniędzy trzeba na załogę N. Sącza, a po mia- 
steczkach podgórskich czopowe Mrybierać trudno, gdyż czę- 
ścią zawojowane, częścią spalone. Wszystka szlachta ręczy. 
Dan w zamku sądeckim. (Sącz. gród. 127, str. 957). 

Węgrzy i Kozacy z drużyną Szwedów, w ostatnich 
dniach kwietnia, wyszli podjazdem na Makowiec, dobra Ra- 
kocego, po żywność i potrzeby wojenne dla za/ogi krako- 
wskiej. Szli jako się opisało wyżej w liczbie 2000 z dzia- 
łami, szerząc postrach i trwogę, po spaleniu i spustoszenia 
tak mnogich wsi i miast. Porzecze Dunajca, to cesta sie- 
dmiogrodzka, a Lusławicom do wzrostu przyczyniła się na- 
wet szlachta siedmiogrodzka, podróżująca do Krakowa. Do- 
brze o tem wiedział Błoński Jan, a obawiając się dziczy 
kozackiej, równie jak seklerów siedmiogrodzkich, wyjechał 
z Lusławic wraz z rodziną, zostawiając mienie pod opieką 
wiernej i przywiązanej służby. Co lepszego złożył w kry- 
jówce, między innemi oba one działka bronzowe z wysepki 
i domu Wenecyi. Lubomirski zaś Konstanty rozesłał czaty 
konne, aby śledziły i wcześnie uwiadamiały o nieprzyjacielu. 
Dunajcem w dół pojechała czata taka z chorągwi jego pod 
wodzą Wygrazowskiego. Mijając Dąbrowę, przypominali so- 
bie wszystko, co wiedzieli o Szlichtingu młodym, więc 
i o jego Zosi w Lusławicach, dokąd zdążali. W Zakluczynie 
wywiedzieli się, że Szwedzi z Madziarami i Kozactwem prze- 
szli już ku Gorlicom, a dwór Błońskiego, że opuszczony 
i tylko pod opieką służby. Więc hajże na Błońskiego, na 
heretyka, co djabła chwali, w którego córce kocha się 
Szlichting, kuternoga. Wygrazowski nie miał nic przeciw 
temu, a Taszycki napierał w dowód gorliwości swej katoli- 
ckiej, gdyż był synem Samuela, z arjanizmu wychrzczeńca, 



423 

Chwalibóg Jan dziedziczył cząstkę Lewniowej i w wojence 
szukał dorobku, Iwanowski, którego ciotka 1629 była słu- 
żącą pani starościny, Zaporski Jan, co nie chciał ruszać na 
wojnę 1631 pod Beresteczko, ani później i miał kaduk na 
mieniu swojem, więc i Wierzbięta i Zabłocki z sługami i ciu- 
rami swymi byli w tej drużynie. A Wygrazowskiego i Ta- 
szyckiego słudzy wkrótce potem dali dowód łotrostwa do- 
skonałego, za które pokutowali w więzieniu w N. Sączu. 
Owoż czata takich wojowników z czeredą sług swoich wy- 
ruszyła na Lusławice, a co nabroiła, świadczy żal Błoń- 
skiego: „Podczas wycieczki Szwedów, Węgrów i Kozaków 
w Podgórze Jan Błoński nie dosiadywał też z obawy. Ko- 
rzystając z tego szlachetni: Adam Wygrazowski, sługa czyli 
drużba wojenny z pod chorągwi JW. Konst. Lubomirskiego, 
Jan Chwalibóg z Lewniowej, dziedzic częściowy, Wierzbięta, 
Marcin Butkowski, Stanisław Taszycki, Jerzy Zabłocki, To- 
masz Zaporski i Iwanowski, z służbą i wspólniki, najechali 
dwór jego w Lusławicach, służbę tam pozostawioną porwali 
i kańczukami okrutnie bijąc i bez miłosierdzia, zniewalali 
wskazać, kędy schowane rzeczy, a mianowicie 2 działka wo- 
jenne, sprawione nie do wojny lub obrony, ale ku ozdobie, 
i ubarwione, uzłocone, więc z sprzęty innemi w miejscu, 
w kryjówce złożone. Od niemogącego wytrzymać wydobyw- 
szy zeznanie, działka pomienione wzięli i sprowadzili do 
Sącza, które tam dotąd są na zamku. Szkatułę, w której 
były dowody prawne, listy graniczne, zapisy, ugody z księżą 
o dziesięcinę, kwity poborowe i munimenta, które dla staro- 
dawności chował oświadczający, monety miedziane cesarzów 
rzymskich, mniej więcej 30; konchy morskie — także 30 — 
stłukli i pobrali; naczynia tureckiego malowanego złotem 
i szkła angielskiego różnego, toczonego, rysowanego, kilka- 
dziesiąt sztuk; ksiąg różnych autorów, jako kronik, budo- 
wnictwo oblężnicze, i różnych rękopisów 10; obrazów kró- 
lów i książąt, z 10; kamienie marmurowe do przykładania 
listów i inne rzeczy zabrali. Cyny, miedzi, co było; kury, 
gęsi pobili; masła faskę, miodu faskę, piwa z piwnicy, wozy, 



I 



424 

żelaza pobrali i do Sącza powieźli. Gorzej nad nieprzyja- 
ciela dwór z^upili. (Oświadczenie Jana B/ońskiego r. 1658). 
(Castr. Biec. L. 187 p. 901). 

Nienawiść religijna nie opuszczała Polaków nawet na 
wychodżŁwie. W Kezmarku między Polakami, co zbiegli 
przed Szwedami, by/ też lekarz Peterson, arjanin, z synem. 
W Lewoczy ciężko chory leżał kasztelan oświęcimski, Achacy 
Przyłęcki, brat ś. p. Marcyana, arjanina zawziętego. Kaszte- 
lan, czując się bardzo słabym, a nie chcąc umierać między 
obcymi) kazał się przenieść do Kezmarku, gdzie byli mie- 
szczanie zbiegli z Kaźmierza, z burmistrzem Pijanczym, 
z rajcami Misieckim, Jassowskim, Golińskim i szlachta, która 
się tam schroniła. Dał znać^ że chce przybyć, zażądał służby 
opiekuńczej. Doktor Peterson wysłał syna swego, żeby się 
opiekował chorym, a rajca Misiecki przydał sługę swego 
Safranka, oczywiście obadwa byli uzbrojeni. W Lewoczy za- 
glądnęli do opuszczonego kościoła Franciszkanów, zlutrza- 
łych lub zbiegłych. Obrazy były jeszcze w ołtarzach, staro- 
żytne, katolickie. Peterson, młody arjanin, zaciekły, jął się 
urągać z nich, mianowicie z obrazów Matki Boskiej i Chry- 
stusa, w którego boskość nie wierzył. Miał w ręku siekierkę 
i urągając się, potrącał nią obrazy. Safranek zgorszony 
wielce, ganił mu to i ujmował się świętości. Poczem poszli 
i pili z sobą, wkońcu wyjechali za miasto. Peterson pod- 
pity ciągle wygadywał na katolicyzm jadowicie, a jeszcze 
jadowiciej odcin^ się Safranek ; pokłócili, powadzili się bez 
miary; Peterson dobył pistoletu, wymierzył doń, chciał strze- 
lić, ale mu nie wypaliło. Pachołek też dobył swej rusznicy, 
strzelił mu w piersi i uskoczył na stronę. Postrzelony zem- 
dlał, spadł i został. 4. maja postrzelonego, siedzącego 
w krześle poręczowem, przynieśli do Kezmarku, do ojca stra- 
pionego. (Goliński 987). Kasztelana Przyłęckiego też przy- 
niesiono do Kezmarku, gdzie mimo opieki lekarskiej umarł 
29. czerwca. Ciało przewiezione do Zębrzyc, do kościoła. 
(Goliński 995). 



425 

Jan Męciński na Kobylanach umart z zgryzoty. Od 
czasu powstania Chmielnickiego na Podgórzu nie było żar- 
tów. Do Napierskiego lud garnął się gromadami, gdyby na 
Ukrainie, zbójca bezkarnie napadali, poddani coraz mniej 
zważali na powagę panów, a groźne hasło : „b^ ! bo to luter", 
z Krakowa i Sędomierza, zaIat3n^ało już ku górom. Książka 
jezuity Cichowskiego twierdząca, że szlachta podgórska djabła 
za Boga ma, stawała na równi z odezwami Chmielnickiego, 
wzywającemi do rzezi szlachty. Duchowieństwo świeckie 
dowcip nierozmyślny Jezuity powtarzając ludowi na kaza- 
niach, stawało na równi z podżegaczami wojny ludowej spo- 
łecznej. Tak pojmowali różnowierce, tak pojmował Męciń- 
ski, stąd nienawiść do księży. A jednak długie lata żył on 
z tymi księżmi w zgodzie przyzwoitej, a o Ruszczyńskim 
zdawało mu się nawet, że może liczyć na życzliwość jego. 
Tem boleśniejszem było rozczarowanie, a na razie nie chciał 
wierzyć, że pleban zaskarżył go do grodu. Osobiście udał 
się do Sanoka, aby się przekonać, czy istnieją podania jakie. 
Przekonał się o podaniach, a przekonał się oraz o skute- 
czności ich. W sądach koronnych górowały wpływy kato- 
lickie, wyroki zapadały z surowością bezwzględną. Więc też 
i nań zapadł wyrok surowy: „Zamknąć zbór w Kobylanach, 
gdyż nie wolno wznosić świątyń różnowierczych, acz wolno 
odprawiać nabożeństwo domowe. Zwrócić szkody i nakłady 
plebanowi, winny zaś obrazy i pobicia księdza niechaj od- 
siedzi wieżę, pod zakładem grzywien ogromnych". 

Winowajcą głównym, wedle wskazówki świadków, był 
syn rządcy kobylańskiego, Sulimirski Jan. Ojciec jego 
sprzeciwił się, mimo że syn brał na siebie kaźń, ojciec 
jednak twierdził, że wszystko działo się z rozkazu pana. Wy- 
stąpienie to rządcy, który 30 lat bez przerwy służył, przy- 
czyniło się do zgryzoty śmiertelnej. (Sanok, gród. 186 
str. 2171). Jan Lubomirski, syn, ugodził się przecie z panią, 
wziął winę na siebie i zasiadł wieżę w grodzie bieckim. (Sa- 
nok, gród. Zeznań ks. 186 str. 1009—1766). Pleban du- 
kielski, ks. Więckowicz, rościł sobie prawa do dziesięciny za- 



426 

trzymanej poprzednikom jego z folwarków Iwli i wsi Przed- 
mieście. Nie śmia/ jednak wystąpić spornie z obawy przed 
nieboszczykiem, który mu ją oddawać w porządku. Wnet 
jednak po śmierci jego pozwą/ wdowę i dzieci o dziesięcinę 
50-letnią od roku 1592 do 1641. (Sanok gród. 186 str. 1880). 
Ks. Ruszczyński też nabra/ otuchy, że prędzej sobie da rady 
z wdową i córkami nieboszczyka. Udał się do dworu, za- 
wezwał, aby mu zwrócono dziesięcinę. 

— Komu służysz, niechaj ci płaci. Mówisz, że służysz 
papieżowi, idźże do niego, niechaj ci płaci! My mamy 
swego księdza, toć mu płacimy. — Przecież ja księdzem pra- 
wdziwym, niegodzi się poniewierać nami jak szlachta ponie- 
wiera. Przecież my księża prawdziwi. — Lepszy nasz kazno- 
dzieja jeden, niżeli wy wszyscy papieżnicy! — Ęj, nie blu- 
źnijcie, bo was Bóg skarze, jak skarał nieboszczyka. — 
Ruszaj precz papieżu iku, bo cię obuchami każemy przetrze- 
pać, aż cię opadnie ta rewerenda twoja. — Pleban odszedł 
i zaniósł żałobę świeżą do grodu sanockiego w kilka dni 
po nowym roku 1655. 

Na sejmie i w radzie państwa biskupi, troskliwi o do* 
bro kościoła katolickiego, chętnie pośredniczyli w sprawach 
rodzinnych szlachty różno wierczej, mianowicie w opiece, za 
którą szło wychowanie katolickie. Sposobności nie brakło, 
skoro każda niemal rodzina różnowiercza liczyła w gronie swo- 
jem mniej lub więcej nawróconych. Król z góry wspierał 
podobne apostolstwo opiekuńcze. Tak się stało co do córH 
Męcińskiego z Kobylan. ;,Jan Kazimierz, król polski, jako 
opiekun wszech sierót w królestwie Naszem, chcąc zaradzić 
wychowaniu uczciwemu i pożytecznemu zarządowi dóbr 
Wnej Heleny z Kurozwęk Męcińskiej, córki małoletniej ś. p. 
W. Jana i Anny z Zelanków, opiekunów nadajemy jej i na- 
znaczamy : Wielebn. Wacława z Leszna, biskupa warmiń- 
skiego, wraz z Wielmożną Anną Męcińską, rodzicielką; Mę- 
cińskiego Wojciecha, starostę brzeźnickiego; Męcińskich Jana 
i Krzysztofa; Karwickiego Stanisława; Żeleńskiego Marcyana 
i Pawła Bogusława Orzechowskiego; ażeby ją wychowali 



427 

uczciwie, rozumnie i obyczaj nie ; więc też, aby zarządzali 
mieniem jej wszelakiem.' Dan w Warszawie 17. lipca 1655". 
(Sanok, gród. ks. 186, str. 2163). 

Ksiądz Ruszczyński i drużbowie jego duchowni cie* 
szyli się pomocą księdza biskupa warmińskiego i Męcińskich, 
stryjecznych z Wielkopolski, katolików zagorzałych. Zdawało 
się im, że zdołają teraz wykorzenić arjanizm w Kobylanach. 
Sulmierzycki też, najstarszy i naj po wierniejszy niegdyś sługa 
nieboszczyka, uradował się opieką oną, sądząc, iż prędzej 
otrzyma należytość swą. Bo oddalon ze służby pozwał on 
był panią Męcińską samotrzeć z córkami, t. j. Orzechowską 
i panną Heleną, że mimo próśb i napomnień przyjacielskich 
nie chcą mu oddać 3.344 złp. 8 groszy, zasługi od r. 1626 do 
1655 przynależnej w pieniądzach i żywności, mimo że słu- 
żył bezustannie i wiernie jako rządca gospodarczy dóbr Ko- 
bylan całych. (Sanok, gród. ks. 186, str. 2171). 

Szwedzi rozwiali nadzieje. Na wieść o ich wkroczeniu 
do Polski, Orzechowski PawełJ Bogusław, herbu Rogala, zięć 
pani Męcińskiej, otworzył zbór kalwiński, zamknięty za roz- 
kazem sejmu. (Biecz gr. 187 str. 976). Był Orzechowski po- 
tomkiem Stanisława, podkomorzego lubelskiego, ożenionego 
z Zofią z Zelanków, o której pisze Lubieniecki, arjanin, że 
słynęła z żarliwości pobożnej niezwykłej, nie mniej też z nie- 
skazitelności obyczajów i szczodrobliwości dla kaznodziejów 
ubogich; więc się też wsławiła, dając nakład na tłoczbę 
kilku książek arjańskich. (Lubieniecki Reform, p. 253). Tenże 
Stanisław Orzechowski był gorliwym obrońcą arjan, a głośną 
stała się jego niepoczesna obrona Cikowskiej, wdowy, na 
Krellowie pani, opowiedziana pod r. 1628. 

Paweł Bogusław Orzechowski był nieodrodnym synem 
ojca swego, arjanin gorliwy, a skory do namysłu bez bada- 
nia skutków. Napady pospólstwa krakowskiego na Lucya- 
nowice, pielesz Zelanków i matki jego, hańbienie grobów 
cmentarnych, wyrzucanie i nogami do góry stawianie trupów, 
palenie parkanów cmentarnych , wszystko to oburzało go do 
żywego. Narzekał na rząd, który cierpi i nie zapobiega łotro- 



428 

stwom, a nienawidzi/ księży, podżegających motloch. Prosił 
Boga o zmianę rodu królewskiego na silniejszy i różno* 
wierczy. Wierzył silnie w zwycięstwo reformacyi religijnej 
i poniżenie Rzymu, a gdy Szwedzi wtargnęli i zdobyli Kra- 
ków, był pewien, że nadeszła chwila zwycięstwa. Natych- 
miast zaprzeczył księżom dziesięciny i mesznego i otworzył 
zamknięty za wyrokiem trybunału zbór kalwiński w Koby- 
lanach« Pozornie był kalwinem, rzeczywiście aijaninem. Nie 
zagłębiając się w tajniki teologii, wyznawał Trójcę świętą, 
co go chroniło od prześladowań. Wyznawał jednak po swo- 
jemu; Boga ojca stworzyciela : Syna bożego Jezusa, człowieka, 
który nauką boską i męczeństwem odkupił ludzkość; więc 
też Ducha świętego czyli ducha oświaty. Nie wdając się 
w badania dalsze, żył w zgodzie i mirze z kalwinami, a w bra^ 
terstwie z arjany. Do Szwedów lgnął za przykładem kalwi- 
nów, bo Chrząstowski Stanisław i Lanckoroński Pakosław, 
obadwa panowie na Brzezin, najpierw podpisali listy wza- 
jemności szwedzkiej. Chrząstowski też, ufny w zwycięstwo 
Szwedów, zjechał w Podbiesczadzie, zwołał w łiUżnej zjazd 
różnowierców, stronników szwedzkich, gdzie też przybył Ci- 
kowski Krzysztof, Bejowie i kalwiny inne. Uchwalili Biecz 
miasto zająć dla Szweda i byliby zajęli, gdyby nie Pienią- 
żek Jan z Gorlic, rotmistrz Wielopolskiego, co przypadł na 
czele drużyny zbrojnej i rozgromił powstańców, napędził 
Chrząstowskiego, Gikowskiego i Rej ów, kalwiny przewodzące. 
Ewangelicy, t. j. kalwiny i lutry, z powodów jedności wiary 
najpierw i najusilniej garnęli się do Szweda. Nie mijały ich 
też czerniawy ludowe, których ogólne hasło było: „Bić 
lutry ! Z Podbiesczadzia lutry przed czerniawą chłopską ucie- 
kali na Węgry, do Bardjowa i Makowicy, dóbr Rakocego, 
księcia Siedmiogrodu. Rakocy i wszystka niemal tamtejsza 
szlachta madziarska byli kalwinami i dzielili nienawiść ku 
polskim czerniawom chłopskim i katolikom. Kalwini podma- 
wiali Rakocego, aby sięgnął po koronę polską. 

Na pierwszą wieść o zbrojeniu się Rakocego i gro- 
madzeniu wojsk na pograniczu, otworzono zbór kalwiński 



429 

w Kobylanach, pastor Rysner po staremu nabożeństwo swe 
rozpoczął kazaniem wymownem, a skończył chrztem dziecka 
i ślubem małżeńskim pary nowożeńców, zostających w służbie 
dworu. Lud mnogi zebrał się na uroczystość dawno niewidzianą, 
a pani Męcińska z córkami i zięciem, sami przewodniczyli 
śpiewom. Ksiądz Ruszczyński, nie mogąc tego strawić, rozpi- 
sał się listownie do Rysnera, gromiąc go — jako jedyny 
prawowity pasterz kościoła w Kobylanach i Makowiskach — 
więc i zakazując surowie, żeby się nie mieszał do chrztu 
dzieci katolickich i do małżeństw, ani zwoływał ludzi do 
zboru, a to pod karami przepisanemi prawem. (Biecz gród. 
187 str. 976). Do pani Męcińskiej zaś napisał, dopominając 
się o zatrzymane dziesięciny i meszne. W odpowiedzi otrzy- 
mał zaproszenie do dworu i poszedł w zarozumieniu, że się 
dwór upokorzy, unikając skutku pozwów sądowych. Omylił 
się wielce. Pani Męcińska przyjęła go gniewnie: Coż ty 
sobie myślisz, ty pijaku niezdarny i niedołężny, czy ty drugi 
po Panu Bogu zaraz? — Tak, Wielmożna Jej Mość Dobro- 
dziejko, w Kobylanach i Makowiskach jestem zaraz drugim 
po Panu Bogu ! — A ty szalbierzu, ty oszuście stary, toć 
wy macie wyłączne prawo od Boga, wam Bóg w dzierżawę 
puścił niebo? — Tak jest, tak a nie inaczej. Nam ducho- 
wnym katolickim Bóg niebo puścił w dzierżawę ; komu prze- 
każemy, ten będzie zbawion, komu nie, ten będzie potępion 
na wieki, nasza nauka jest prawdziwą, jest boską! — O wy 
mamiciele dusz ludzkich (seductores animarum). — Tu pani 
Męcińska jęła lżyć księże katolicką i katolicyzm cały, wyty- 
kając błędy, narowy i nałogi ich, nie przepomniała też kazań 
lichych i zakończyła, że dziesięciu księży katolickich razem 
nie zdobędzie się na jedno kazanie Ryznera, że takiego Ry- 
znera przenosi nad ich dziesięciu, razem wziąwszy. Ksiądz, 
odgryzając się też, jął lżyć kalwinowi i sługom jego, niedo- 
bierając wyrazów i miary w zarzutach. 

Na to Orzechowski, trzęsąc się od gniewu, jął wyrzucać 
księdzu zbrodnie, wynikające z bezżenności, uwodzenie żon 
cudzych, uwodzenie pokrewnych, zabijanie dzieci. Ksiądz 



430 

aż zmartwią/ i opamiętawszy się, rzucit kalwinom w oczy: 
zdradę króla i ojczyzny. — Hajducy — zawołał Orzecho- 
wski — bierzcie go, bijcie, walcie obuszkami aż zdechnie, 
ten taki, owaki.— Obskoczyli, a dawni przeciwnicy, uradowani 
z sposobności, jęli bić po karku pięścią. — Stójcie! — za- 
wołał jeden z nich, — nie bijcie, bo on starszy od nas 
wszystkich, nie godzi się bić starych. - Orzechowski opamiętał 
się i powtarzając swoje zarzuty zbrodni strasznych i życia 
niecnotliwego, dozwolił, że ksiądz odszedł. Działo się to 15. 
października 1656. 

W kilkanaście dni potem (25. paźdz.) ksiądz zaczepił 
Błażeja Dudkę, polowego dworskiego, orzącego w polu, roz- 
gniewany chłop rzucił nań istykiem okowanym i szczęście, 
że nie żelazem, lecz rękojeścią trafił w twarz, bo by był 
mógł i zabić. Zagórski Jan, rządca dóbr, acz katolik, ró- 
wnie jako i żona jego Anna, gorsi byli od kalwinów samych. 
Do kościoła uczęszczali, ażeby tam dawać zgorszenie. Ksiądz 
opóźniał się z nabożeństwem, ludzie czekali, niecierpliwili 
się, bo to było w zimie i w mrozy. Zagórski z żoną czekał 
także i niecierpliwość okazywał, pomrukując, a w końcu 
wcale głośno wygadując: O, nie może się wyguzdrać ze 
mszą, bo zadarmo! Żebym zechciał, toby on tu zaraz wy- 
szedł, niechbym mu jeno zapłacił. Za pieniądze będzie pra- 
wił nabożeństwo, kiedy mu rozkażę. — Obuszkiem jął pu- 
kać w ławkę, wołając : Wychodź księże ze mszą, wy- 
chodź! — Lud zgromadzony śmiał się, bo tak zwoływano 
robotę pańszczyzny. (Biecz gród. 187 str. 975). 

Gorlice, miasto nad Ropą, było pieleszą Rylskich, kalwi- 
nów i Pieniążków, katolików. Jeszcze przed r. 1550 kościół 
katolicki zabrali lutrzy, a r. 1603 ze zboru gorlickiego ks. Jan 
Semler ruszony i przeniesiony do Aleksandrowie. (Węgier- 
ski 61). R. 1630 kościół w Gorlicach, w herezyi od lat ośm- 
dziesiąt kilka będący, objął i w nim nabożeństwo katolickie 
przywrócił ks. Szczepanowski, proboszcz łańcucki, pleban 
gorlicki, za zgodą z pany Rylskim Stanisławem z Rylska na 
połowicy Gorlic, a na Ropicy zupełnej i w Stróżówce dzie- 



431 

dzicu; więc też z p. Przeclawem z Iwanowic Pieniążkiem, dzie- 
dzicem połowicy Gorlic, zupełnego Glinnika i w Stróżówce. 
Rylski z łanów swoich wydzielił księdzu łan jeden w miejsce 
ongi zabranych pól plebańskich. Panna Rylska wyszła za 
mąż za Zelankę z Lucyanowic. Rylski zaś Stanisław, stolnik 
krakowski, pochował pierwszą żonę z rodu Karwicką i oże- 
nił się powtórnie z Maryanną Dębińską z Dębian, kalwinką 
gorliwą, tem bardziej, że się spokrewniła z Zelankami w Lu- 
cyanowicach, z Orzechowskimi i Męcińską na Kobylanach 
niedalekich. Za jej wpływem mąż odmówił księdzu obieca- 
nej dziesięciny; a ksiądz Szczepanowski r. 1640 pozywał do 
grodu w Bieczu, a potem do trybunału w Lublinie, o dziesię- 
cinę dziewięcioletnią. 

Pieniążek Przecław zaś był katolikiem gorliwym, ożenił 
się z Barbarą Wielopolską z Kobylanki, siostrą Jana, na 
wskroś katolika, który w Bieczu wzniósł kościół i klasztor 
00. Reformatów (r. 1642), za co od papieża Urbana VIII 
otrzymał obraz Chrystusa ukrzyżowanego, przezeń poświę- 
cany i cudami słynący ; roku zaś 1649 ks. Cichowski, jezuita, 
przypisywał mu rozgłośną swoją książkę „Centuria argumen- 
torum^ przeciw Szlichtinga Jonasa książce arjańskiej .Credo^. 
W przedostatniej przyczynie wywodzi tam ksiądz jezuita, że 
arjanie zaliczając Chrystusa do duchowych sił: dyabła za 
Boga mają. Książka ta była pisaną w celu wywołania niena- 
wiści przeciw arjanom, przeważnie szlachcie polskiej i mie- 
szczanom wolnomyślnym, których krew za jej pomocą uto- 
czył ks. Cichowski. Posłując do Rakocego 1649, Wielopolski 
za pomocą Reformatów, zakonników, wykrył onegoż 
zdradę i zmowy z Kozakami, a wykryciem tem wzniecił 
w Rakocym gniew wielki przeciw sobie i Reformatom. Sy- 
nem tego Przecława Pieniążka, poległego pod Beresteczkiem, 
z tej Barbary, a siostrzeńcem tegoż Jana Wielopolskiego, jego 
olubieńcem i rotmistrzem chorągwi jego, najpierw w Lubowli 
witającej króla wracającego, był Pieniążek Jan, po ojcu dzie- 
dzic drugiej połowicy Gorlic, całego Glinnika i na Stróżówce. 
Jan Pieniążek w życiu szedł za przykładem wiiga Wielopól- 



432 

skiego, który zasię żył wedle nauki księży katolickiej, mia- 
nowicie wedle wskazówki ks. Cichowskiego i Jezuitów. Wielo- 
polski nienawidził różnowierców, a za nim szedł Pieniążek. 
W Gorlicach Pieniążek nienawidził Rylską, a Rylska niena- 
widziła Pieniążka. 

Orzechowski Bogusław, przeprawiwszy do Rakocego 
posłów szwedzkiego i kozackiego, przechowywał u siebie, 
żywił i ukrywał jego podglądaczy i posłańców, a gdy trzeba 
było, dodawał im straż zbrojną. Niedługo potem, słysząc 
o zwycięskim rzekomo pochodzie Rakocego na Kraków i są- 
dząc, że się utrzyma na tronie polskim i w opiekę weźmie 
różno wiercę, udał się doń i jawnie przystał do niego, dora- 
dzając co mógł. Pieniążek zaś czatował tem czujniej i łowił 
posłańców. Rakocy, skoro mu przyjęto dwu posłów z listami, 
szukał sposobów omylenia czujności czat polskich. Udał się 
o radę do Orzechowskiego jako świadomego dróg i przesmy- 
ków, a obznajomionego i spokrewnionego z szlachtą w Pod- 
biesczadziu. Orzechowski wskazał teście swą, Męcińską w Ko- 
bylanach. Nadała się rada Rakocemu i niebawem popędzić 
do niej goniec jego, a to pod zasłoną czat siedmiogrodzkich. 
Powiózł Orzechowskiego list własnoręczny, a wierny sługa 
przydany poświadczyć miał prawdziwość poselstwa i ustnie 
oświadczyć sprawy niektóre, niewypisane w liście. 

Męcińską uwierzyła i sprawę Rakocego, głoszącego 
wolność i swobodę wyznań, mieniąc sprawą wiary i sumie- 
nia, postanowiła wspierać ją całą siłą, całą wytrawnością 
kobiety wiekowej, doświadczonej a życzliwej. Zatargi du- 
chowieństwa katolickiego z różnowiercami przysporzyły jej 
sprzymierzę z rówienniczką, Maryą z Dębińskich Rylską, 
wdową po Stanisławie, stolniku krakowskim, dziedziczką po- 
łowiny Gorlic, miasta i dóbr. Obiedwie, z rodu kalwinki, ubo- 
lewały nad każdą wieścią o prześladowaniu różnowierców 
i niczego nie pragnęły bardziej jak swobody wyznania, wol- 
ności sumienia. Nie zaciekając się w znaczenie drobnostkowe 
słów, wierzyły w Boga przedwiecznego i chciały go chwalić 
mową i sposobem zrozumiałym dla siebie i kogo. Że zaś 



433 

Rakocy wkraczał do Polski w imię oswobodzenia wyznań 
uciemiężonych, sprawę onegoż mienia sprawą swoją. Obie 
nienawidziły duchowieństwa łacińskiego, że z imieniem 
Chrystusa na ustach lud ciemny wzywają do tępienia różno- 
wierców; obie nienawidziły też szlachtę wykonywąjącą 
krwawe polecenia. Męcińska żal miała do Mniszka Franci- 
szka, kasztelana sądeckiego, że (r. 1655 1. paźdz.) dworza- 
nie jego napadli i zabili w własnym domu w Żmigrodzie 
Męcińskiego Macieja wraz z służbą wierną. A przedtem już 
jeden z Męcińskich poległ w Moskwie za sprawę Mniszko- 
wnej, żony Dymitra Samozwańca. Do Jezuitów też miała 
żal, że do siebie znęcili Wojciecha Męcińskiego, aby go wy- 
słać za morza, za światy, do Japonii, na męczeństwo naj- 
sroższe (1643, 23. marca). Bolała nad tą okrutną śmiercią 
krewniaka, pełnego nadziei rodu i rodziny. Rylska zaś w Pie- 
niążku, spólniku swym i sąsiedzie, widziała katolika nienawist- 
nego, wykonawcę woli Wielopolskiego, którym powodowali 
zakonnicy, a szczególniej Cichowski, jezuita, najzacieklejszy 
wróg arjan i ogółem lutrów. Obie więc połączyły się w celu 
dołożenia się do sprawy wolności sumienia i wyznania. 
Rylska miała utrzymywać związki z osobami wskazanemi 
sobie ku Krakowu, Męcińska zaś z pograniczną madziarską 
Makowicą, zamkiem i dobrami Rakocego nad Bardiowem 
i Zborowem, skąd cesta kupiecka wiodła, wedle Kobylan 
i Gorlic ku Krakowu. (Biecz gród. 187 str. 525). Urządziły 
sobie pocztę stałą a nieznaczną, przeważnie przez kobiety. 

Pieniążek zaś z chorągwią swoją czuwał i czatował bez- 
ustanku. Chorągiew tę kwarcianą, stukonną, podniósł on 
1. stycznia 1656, witając nią króla na Lubowli, wracającego 
z Śląska. (Biecz gród. 187 str. 854). Z chorągwią powołań 
w Podgórze dla strzeżenia granicy od Węgier, dokonywał 
tego sumiennie. 

Pani Męcińska pocztę Rakocego z Kobylan do Gorlic 
przesyłała przez żonę rządcy swego. Zagórskiego, alboprzer 
swoją pannę służebną. Zagórscy oboje za huczki one ko- 
ścielne byli podejrzani o luterstwo. Mimo ostrożności prze* 

28 



*34 

biegtej nie uszfy baczności chfopów one rządczyni i dwor- 
skiej panny służącej częste przejażdżki do Gorlic z Kobylan. 
Niebywało tego przedtem, więc coś to znaczy — myślał sobie 
lud ciekawy i podejrzliwy i śledził każdy ich krok, podsłu- 
chiwał każde słowo. Podglądacze niebawem sprawdzili, że po 
każdych odwidzinach onych Zagórska spieszy do dworu, roz- 
mawia potajemnie z samą panią Męcińską — poczem bez- 
zwłocznie Zagórski sam, albo hajduk zaufany, pędzi konno ku 
Iwli czy kędyś dalej w góry. Wyśledziwszy, doniesiono rzecz 
księdzu plebanowi Ruszczyńskiemu, który odgadł, co się święci 
i pospieszył drogą poufną dać o tem znać do Biecza. Pie- 
niążek, całą uwagę i czujność zwrócił ku sprawdzeniu podej- 
rzeń uzasadnionych. Wtem donoszą mu, że przyjechał do 
Kobylan szlachcic jakiś nieznajomy, kędyś od Bar^jowa. Pani 
Męcińską przyjęła go bardzo mile wraz z służbą jego mało- 
mówiącą, która się nie wdawała z nikim, lecz pilnowała koni 
pana swego, karmiąc obrokiem, co wlezie. Nazajutrz przyje* 
chali panowie jacyś inni i to nieznajomi zupełnie. Jedni mó- 
wili po polsku z ruska, tak niby z ukraińska, drudzy zaś 
nie mówili nic i wyglądali na Niemców ; z pastorem Ryznerem 
tylko szwargotali po niemiecku. Nie zabawili, jeno chwilę, po- 
czem dosiedli koni zaobroczonych i wyruszyli nocą jeszcze. 
Szlachcic ów zaś, skoro rano, na podwodzie pani Męcińskiej 
ruszył z powrotem ku Węgrom. Niezadługo otrzymał Pienią- 
żek wiadomość, że posłowie szwedzcy i kozaccy, w powrocie 
od księżnej siedmiogrodzkiej, przez Mąko wice wracali ku 
Krakowu. Tej chwili porozsyłał pogonie na wszystkie strony. 
Jedna z czat, wróciwszy, przywiozła list, oświadczając, że go 
rzucił sołtys, poddany pani Rylskiej z Gorlic, uciekając przed 
pogonią, która go zajeżdżała, chcąc imać dla języka. Umknął 
ku dworowi pani Rylskiej. 

List był bez podpisu i bez napisu — donosząc, że po- 
słowie dziękują za przewodnika dobrego i za polecenie dobre 
w drogę dalszą. Natychmiast pchnął Pieniążek gońca do sta- 
rosty sądeckiego, oznajmiając, co zaszło. Pani Rylska przelękła 
się wielce, słysząc o przejęciu listu przez czatę Pieniążka. 



435 

natychmiast kazała zaprzęgać konie, zabrała pieniądze i klej- 
noty i wyjechała do Preszowa. WPreszowie bawiła też matka 
Pieniążkowa, Barbara z Wielogłowskich. Schroniła się tam 
przed niebezpieczeństwem wojny. Rządca jej zaś ładował 
wozy żywnością, a panna służąca z szatni wybierała, co dla 
pani uważała potrzebnem; miały wozy jechać za nią ku Wę- 
grom. Uprzedził ich Pieniążek. Na rynku już miejskim w Gor- 
licach, przy wjeździe niemal w bramę, zatrzymano wozy, 
przy których jechał Jasiński, dworzanin. Jasiński siedział już 
na koniu, wtem bacząc, co się święci, wcześnie skoczył 
w uliczki boczne, wymknął się furtą i niepostrzeżenie popę- 
dził za panią ku Bardjowu. Pieniążek zagrabił wozy z ży- 
wnością i kolasę parokonną Jasińskiego, na której siedziała 
siostra jego, Konstancya, z panią radczynią. Służąca jechała 
przy wozach. Kobiety uwięziono wraz z rządcą, przetrzą- 
:śnięto ich i obszukano jak najdokładniej, odbierając pie- 
niądze gotowe. 

Rządca, czyli urzędnik. Zagórski, uwolnion jako niepo- 
szlakowany, żona zaś jego i panna służąca, zapytane dokąd 
jadą, odrzekły, że do Biecza, więc je zabrano do Biecza pod 
straż, mimo próśb i płaczu. Przestraszone, zeznały tam, że 
woziły nieraz listy do pani Męcińskiej, która je posyłała na 
Węgry, do księżnej siedmiogrodzkiej. Opowiedziały, że tam 
bywały i papiery jakieś opieczętowane pieczęciami urzędo- 
dowemi, tak jako królowie pieczętują do panów dostojników. 
Zagórski pojechał do Preszowa, zdał sprawę ze wszystkiego. 
Pani Rylska wysłała go napowrót samowtór z Jasińskim do 
Pieniążka o zwrot wozów i żony i panny. W drodze napadli 
ich zbójcę, obrali ze wszystkiego. Urzędnikowi zrobili szkody 
na 250 złp., Jasińskiemu na 150. (Sącz gród, księga 127, 
«tr. 1434). 

Żmigroda strzegł Stokowski Samuel, którego żona, Kry- 
styna , córka Stadnickiego Mikołaja, była dziedziczką Żmi- 
groda, samotrzeć z siostrami, Maryanną Rylską i Zofią 
Śmigielską. Z Biecza przestrzeżon, że pani Rylska z Gorlic utrzy- 
muje pocztę Rakocągo 2 Węgrami, według zeznań uwięzionych 



436 

gorlickich dworaczek, aby więc strzegł przesmyku żmigrodzkiego, 
pilnował i strzegł. Państwo Stadniccy Zbigniewowie przyjechali 
od Gorlic, jadąc na Węgry, a p. Zbigniew z rodu był niedowiar- 
kiem, więc niezawodnie był stronnikiem Rakocego i Szwe- 
dów. Tak rozumował Stokowski , przypuszczał, że matce 
Rakocego do Preszowa wiozą listy albo wiadomości ustne, 
postanowił nie puścić ich w dalszą drogę. Tak też uczynił. 
Hajducy zaś dwaj, jadący przy wozach, chcieli się przemknąć 
samopas, ale ujęci, zbici, związani i uwięzieni. 

Wirc, bacząc, iż się zanosi na powtórne i długie oblę- 
żenie Krakowa, zasilonego załogą liczniejszą, skorzystał z chwili 
dogodnej, umówił się z Rakocym o sprowadzenie żywności 
z Węgier. Posłowie szwedzcy i kozaccy, za poradą Orzecho- 
wskiego a pomocą Męcińskiej, ominąwszy niebezpieczeństwa 
grożące od czat Pieniążka, za przybyciem do Krakowa oświad- 
czyli, że już wszystko w pogotowiu. Z końcem tedy kwietnia 
Betlem Janosz pospołu z Wircem wysłali na Makowicę pod- 
jazd potężny wcale, bo złożony z 2.000 Węgrów i Szwedów, 
uzbrojonych w samopały i dział kilka. Orzechowski przydał 
im dragonów swoich, świadomych okolic i przewodnika^ który 
ciemną nocą nie zbłądził w Podbiesczadziu, ani na Beskidzie. 
Przydał ich zaś, bo Węgrzy najprzód godzili na Pieniążka 
i dobra jego —Gorlice. Za Bochnią pochwycili młodego czło- 
wieka, konnego i zbrojnego, w którym poznali studenta ongi 
krakowskiego, Jana Białego. Jechał on pod Szwedów 
na zwiady, wysłań od mieszczan wojnickich. W niedoli nad- 
robił miną, jakoby był rad przygodzie, a zapewniwszy, iż zna 
dokładnie przeprawy dunajeckie i drogi ku nim wiodące, 
wzięty za przewodnika. Jakoż bez omyłki przewiódł ich na 
Zakluczyn. Nie czynili tutaj krzywdy mieszkańcom, bo nie 
było czasu, a nawet nie było i komu, gdyż mieszczanie po-, 
uciekali w lasy i góry, a miasteczko było spalone przez 
Forgwella. 

W Gorlicach był targ roczny na św. Filipa i Jakóba. 
Jako zwykle roiło się od Rusi z Podbiesczadzia, a sołtysi 
wodzili rej przy kupnie i mohoryczy. Pijatyka była ogólna 



437 

i przeciągana się ku wieczorowi. Wtem Pieniążek od Biecza 
daje znać, żeby się so/Łysi niero^eżdżali, ale łącznie z mie- 
szczany strzegli murów miejskich, gdyż nieprzyjaciel ciągnie 
na Biecz, aby się więc i Gorlicom co nie dostało. Fedko Loski, 
sołtys i wójt z Łosia wielkiego, najpierw krzyknął na swoich, 
żeby się nie rozchodzili i gotowali broń. Za jego przykładem 
poszła Ropica i inne wsie okoliczne. Z dworu Pieniążka 
wydano broń, jaka była, mieszczanie też mieli swoją, a żaden 
sołtys sługiwający w dragonii nie wyjeżdżał z domu, jak konno 
i zbrojno, zwłaszcza w czasach wojennych. Uzbierała się więc 
zbrojnych garstka spora i znaleźli się wojacy służali, umiejący 
rozkazować, bo zaprawieni na częstych wojnach i w oblęże- 
niach twierdz. Gorzałka dworska popłynęła strugą, a sołtysi 
przywieźli pełen wóz baranów sprawionych, obłupionych i bez 
głów, gotowych na rożen. Jedząc tedy i pijąc, caluteńką noc 
w gotowości wojennej czuwając, oczekiwali nieprzyjaciół, 
pewni, że podołają obronie miasteczka przeciwko podjazdowi 
jakiemu szczupłemu, bo o zastępie wielkim nie myśleli, są- 
dząc, iż się pokusi o Biecz. Nad świtaniem jaki taki zdrze- 
mnął. Aż tu o samym świcie naraz z kilku stron huknęły 
strzały. Sołtysie straże, czuwające na murach, strzeliły do 
nieprzyjaciół, podkradających się. Co żywo stanęli w po- 
gotowiu i rzęsistym ogniem przywitali napadających, ubili ich 
potrosze. 

Nadaremne usiłowanie. Od wzgórza pobliskiego zagrzmiały 
działa, granaty ogniste zaświstały, padając na domki drewniane, 
pożar wybuchł w kilku miejscach naraz, a dwa tysiące Wę- 
grów, Wołoszy i Szwedów rozwścieklonych stratą poniesioną, 
waliło się na mury i parkany, rozniecając pożar szczególnie 
w dzielnicy Pieniążka. Rozpoczęło się okrucieństwo zwy- 
cięzców srogich nad biedactwem przemożonem. Nie żywiono 
nikogo, kto stawił opór, nie dawano miru składającym oręż, 
Madjary i Wołosza ścinali każdego, a zwłoki rzucano w ogień. 
W dzielnicyPieniążka, wedle dworu, stał (i stoi po dziś dzień) 
lamus piątrowy, murowany, gdyby zamek jaki obronny. Dwór 
sam i ogrody otoczone przekopem potężnym i oparkanione 



438 

stanowiły twierdzę obronną, zwłaszcza, że kędy nie siato prze- 
kopu, broni/a sadzawka głęboka, a dalej urwiska nadbrzeżne 
od rzeki Ropy. Gumna i stajnie wzdłuż okopu służyły za 
ostróg i przygródki obronne. Kościół farny murowany, tuż. 
za przekopem od rogu miasteczka, otoczon murem i prze- 
kopą stanowił też zameczek obronny, dworowi sąsiedni. 

Tutaj też toczyła się walka zaciętsza, bo tutaj chronili 
się obrońcę miasta, bacząc się otoczonymi wkoło. Nąjezdnicy 
rozniecili pożar w** zabudowaniach dworskich i plebańskich^ 
a niebawem stanęły w płomieniach kościół, dwór i lamus. 
Niedobitki jęli błagać litości, a starszyzna wojskowa darowała 
ich życiem, biorąc doniewoli jako zakładniki. MadziaryzWo- 
łoszą wiązali ich w powrozy, podczas gdy drudzy, rozwście- 
kleni, zwłoki poległych miotali w ogień. Domy od ognia 
ocalałe złupiono — ochraniając dzielnicę pani Rylskiej o ile 
się dało. Między poległymi byli mieszczanie i chłopi okoliczni, 
ale i co nieco obcych gości jarmarcznych. Między innymi był 
Wątróbka, Grybowianin, który natargował pełny potężny trzos 
pieniędzy, podchmielił sobie i pozostał w mieście. Obudzony 
trwogą, chciał uciekać z miasta, ale obskoczony, uchodząc 
śmierci orężnej, skoczył do stawu i utonął. Imanych mie- 
szczan gorlickich powiedli z sobą w łykach, gdyby Tatarzy^ 
po tatarsku, bez litości obchodząc się z nimi w drodze ku 
Makowicy i z powrotem do Krakowa. Miasto całe zrównane 
z ziemią, a Pieniążek poniósł szkody na 10.000 złp. (Biecz,, 
gród. ks. 187 str. 529—571). 

Z Gorlic zniszczonych groźny podjazd Rkkocego ciągnąf 
ku Beskidowi wielkiemu, na którym leży Makowica zborowska. 
Czata postronna zboczyła do łiOsia, wsi Potockiego Wacława^ 
arjanina, dziedzica Łużnej. Napadli, wójta łoskiego złupili. 
Między innemi złupili skrzynkę z dokumentami i kwitami, 
które podarli, poniszczyli. Kalwini siedmiogrodzcy nie bardzo 
. poczcili arjanina polskiego, co bronił Gorlic. (Biecz, gród. ks. 
187 str, 699). Na Ropicę i Małostów ciągnął zastęp główny- 
W Ropicy spalili 9 kmieci, sołtysa i popa z cerkwią. 



439 

W Małostowie tylko kmiecia jednego. (Biecz, gród. ks. 187 
str. 1146). 

We dwa dni po odejściu Węgrów przyjechał z Biecza 
Pieniążek z czatą dwudziestu dragonów pieszych pod mu- 
szkietami i drużyną swych mieszczan niedobitków, którzy 
zdołali uciec przed zbójem najazdu. Oglądał zgliszcza mienia 
swego, słuchał płaczu i narzekania ludu biednego, bo każdy 
miał co opłakiwać. Jedni śmierci lub niewoli ojca, brata, 
drudzy, szczęśliwsi przynajmniej, że ocaleli, płakali nad utratą 
mienia. Dwór pani Rylskiej zgorzał także, pozostały tylko 
chlewy i kurniki i lamus murowany, zawarty i nietknięty, w któ- 
rym złożone były ruchomości onej. Mieszczaństwo z dzielnicy 
Pieniążka narzekało na nią, że miała przewodnią z nieprzy- 
jacioły i wybierała składkę na Szwedów, okupując swą dziel- 
nicę. Przed zniesieniem miasteczka przez Sz^^edów Kamieński 
Sebastyan, burmistrz gorlicki, z każdego domu wybrał po je- 
dnym talarze celnym. Z pieniądzmi temi, wybranemi, Ry- 
chwałdzkiego, sługę pani Rylskiej, posłał nie wiemy dokąd. 
Gdyśmy się pytali i wiedzieć chcieli, na co to składamy, po- 
wiedział nam, iż na składkę Szwedom. Tak zeznawali Kuna 
Jędrzej, pisarz miejski, odwołując się na Wojciecha Suro- 
wieckiego nieobecnego. (Biecz, gród. 187 str. 853). 

Głód panował między pogorzelcami w Gorlicach. Pie- 
niążek kazał dragonom brać, co pozostało z dworu Rylskiej. 
Lamus kazał odbić i zabrał 10 skrzyń, z których jedna 
gdańska fladrowa, dwie zielone, dwie białe z szufladami, 
wszystkie zamczyste, karetna skórą obita i kolasowych parę. 
Burmistrz gorlicki, Kamieński, przestrzeżony wcześnie o na- 
padzie grożącym, kazał żonie swej zakopać, co miała droż- 
szego, a samej z dziećmi wynosić się z miasta. On zaś pozostał 
i zabit wraz z wieloma. Nieszczęśliwa wdowa jego wróciła 
na zgliszcza swe domowe i opłakując męża, jęła wydobywać 
skarb swój powierzony ziemi. Przypadli dragoni Pieniążka, 
wyrwali jej pieniędzy półtorasta złotych, łyżek srebrnych 6 
i guzów pozłocistych za 40 złp. Zabrali jej to wszystko przez 
zemstę, że mąż jej nieboszczyk wybierał składkę na Szwedów. 



440 

Ledwie przeledwie na p/acz onej prawie krwawy zwrócili 
jej 9 złp. Wyda/o się też, że w Ropie, wsi pani Rylskiej, 
poddany jej Mazurek ma jakieś pieniądze onej. Posiano czatę 
dragonów z Dąbrowskim i Trzeciakiem na czele. Przydybali 
Mazurka i mimo obrony i wołania, wydarli mu pó/czwarta 
sta złotych. (Sącz, gród. ks. 127 str. 1437). 

Z Siedmiogrodu, na Makowicę (zborowską , wedle Bar- 
djowa), majętność Rakocego, przez Podgórze, przeszło wozów 
200 z leguminą, prochami, kulami i armatą do Polski księcia 
Rakocemu. W każdym wozie wołów po trzy pary dla ży- 
wności do obozu, przy których szło piechoty kilkaset i wyszło 
przeciwko nim na 3.000 wojska, tak Kozaków, Węgrów, jako 
i Szwedów. Chcieli byli chłopi zastąpić i niektórzy z Pola- 
ków, ale nie mogli przemódz, musieli ustąpić. (Goliński rę- 
kopis str. 988). Męciński z Jangroda dukielskiego należał do 
onych, co chcieli zastąpić podjazdowi, zaczepiali, lecz musieli 
ustąpić. Węgrzy chcieli się mścić i palić Jangród, Szwedzi 
jednak rozumniejsi wzbronili, aby czasu nie tracić i zdążyć 
pod Żmigród, wydobyć się z gór. Jakoż wydobył się z ciasnoty 
tabor cały. Kozacy jednak nie powstrzymali się od napadu, 
z Wołoszą wraz wyłupili Jangród, jednak nie spalili. (Biecz, 
gr. ks. 187 p. 572). 

Kobylany i Makowiska leżą na samej cescie ówczesnej, 
siedmiogrodzkiej. Orzechowski złączył się z wojskiem Rako- 
<3ego i przydał hajduków swych na przewodniki. Zagórski, 
rządca, bacząc podjazd liczny i zbrojny, uwierzył Ryznerowi, 
kaznodziei zborowemu, że katolicyzm już przepadł całkiem, 
że kalwini z Rakocym na czele zawładną Polską tak, jak 
lutry w Niemcach, że księżom katolickim przepadły już dzie- 
sięciny, meszne i inne dochody, których od trzech lat już 
nie pobierał ks. Ruszczyński, bo je z pola zaraz przez sług^ 
swe zabierać kazała pani Męcińska, mimo wyroku trybunału 
lubelskiego. (Biecz, gród. ks. 197 str. 8775). Wszystkie też po- 
żytki plebańskie oddane temuż Ryznerowi, kaznodziei, rze- 
komo wieczyście. Zagórski uwierzył i nabił sobie do głowy 



441 

ono zwycięstwo kalwinizmu, nie śmiał jednak wyrzec się 
wiary katolickiej i tylko księdza prześladował. 

Uzbrojony, brzęcząc ostrogami, przyszedł z żoną do ko- 
ścioła, napełnionego ludem pobożnym. Ksiądz, jako zwykle, 
ociągał się, on obuchem stukając w ławkę, głośno wołał, żeby 
wychodził ze mszą. Ksiądz, bojąc się czegoś gorszego, wyszedł 
do ołtarza, rozpoczął naukę katechizmową, przeciągając na- 
umyślnie, żeLy go znudzić i zniewolić do wyjścia, nie chcąc 
mszy prawić wobec takiego bluźniercy, co kościołowi ubliża. 
Zagórski poznał to, rozpuścił gębę i na cały głos lżąc tak, 
iż uszy ludzkie znieść tego nie mogły, z swą żoną wraz, 
z ławki, w której siedział, porwał się jak wściekły, tak że 
ksiądz uciekł od ołtarza, chroniąc się do zakrystyi. On zaś, 
klęknąwszy, pr