Skip to main content

Full text of "Bitwa Grunwaldzka; z historii Polski. Opracowaa Jan Dabrowski"

See other formats


1> 5 



fr 31 BtBLJOTEKA NARODOWA Serja I 



JAN DŁUGOSZ 



Bitwa Grunwaldzka 



(z Historji Polski) 



opracował 

Dr JAN DĄBROWSKI 

profesor Uniwersytetu Jagiell. 



-^Mi:^rWf 



KRAKÓW 
NAKŁADEM KRAKOWSKIEJ SPÓŁKI WYDAWNICZEJ 



pi 



3)^ 



st' 



Czcionkami drukarni literackiej w krakowie (jagiello.^ska lUj, 

POD ZARZĄDEM L. K. GÓRSKIEGO. 



WSTĘP 



DZIEJOPISARSTV(^0 ŚREDNIOWIECZNE 

Rozwój dziejopisarstwa w wiekach średnich. Upadek 

świata starożytnego sprowadził cofnięcie się kultury wstecz, 
niejednokrotnie zaś zanik szeregu jej objawów. Szczególnie 
dotkliwie odbijało się to na kulturze umysłowej. Okres nastę- 
pujący po upadku państwa zachodnio-rzymskiego, w szczególności 
zaś wiek VII po Chrystusie, są chwilami krytycznemi, które 
znamionują upadek nietylko nauki, ale i oświaty: ciemnota za- 
legała zachód Europy. Zwolna dopiero, w czasach Karolingów, 
zaczyna się praca nad odrodzeniem kultury umysłowej, lecz 
w formach o wiele słabszych, o wiele prymitywniej szych od 
świetnych wzorów rzymskich. Wśród ogólnego upadku kultury 
umysłowej smutnym także musiał być los dziejopisarstwa. Dzieła 
historyków rzymskich poszły w zapomnienie, nie mogły służyć 
nawet za wzór co do formy, treści czy konstrukcji dla ich 
średniowiecznych następców, stawiających jakby po omacku 
pierwsze kroki na niwie dawniej tak doskonale uprawianej, 
a teraz zapuszczonej. Ponieważ jedynym czynnikiem, obznajo- 
mionym z nauką, a w pierwszym rzędzie z pismem, pozostało, 
z rzadkeimi wyjątkami, w krajach zachodniej i środkowej Europy 
na długie wieki duchowieństwo, przeto w jego rękach spoczęło 
także dziejopisarstwo. Wycisnęło to na jego rozwoju pewne 
specjalne cechy zarówno pod względem zewnętrznym, jak i we- 
wnętrznym. Językiem historyków stała się w tych warunkach, 

1* 



rzecz prosta, łacina, panująca w ich dziełach aż po schyłek 
średniowiecza, kiedy to zcczęły ją wypierać języki narodowe. 
Dzieła historyczne tworzy się też niejednokrotnie, zwłaszcza 
we wcześniejszem średniowieczu, w zastosowaniu do prakty- 
cznych potrzeb Kościoła lub też w związku z pewnemi jego 
urządzeniami. Kościelny punkt widzenia jest też miarodajnym 
przy ocenie wypadków. 

Praktyczne cele były też miarodajnymi przy powstaniu 
najpierwotniejszych płodów dziejopisarstwa średniowiecznego, do 
których zaliczamy kalendarze, spisy zmarłych (nekrologi) i rocz- 
niki. W klasztorach i kościołach świeckich notowano skrzętnie 
imiona i daty śmierci dobrodziejów danego kościoła, zazwyczaj 
na kartach kalendarza, pod odpowiednimi dniami i miesiącami, 
celem odprawiania modłów za ich dusze w rocznicę śmierci. 
Ponieważ były nimi bardzo często wybitne osobistości tych 
czasów, monarchowie, dostojnicy świeccy i duchowni, nekro- 
logi i kalendarze są nieraz jedynemi źródłami, świadczą- 
cemi nietylko o ich czynach, ale nierzadko i o samem istnieniu. 
Z biegiem czasu poczęto w kalendarzach notować też i inne 
wypadki donioślejsze, dotykające mniej lub więcej interesów 
odnośnej instytucji kościelnej. 

Analogicznie powstawały także roczniki. Podstawą, 
kanwą niejako dla nich, bywały początkowo t. zw. tablice 
paschalne, służące do obliczenia terminów Wielkiejnocy. Naj- 
częściej posługiwano się tu pracą anglosaskiego mnicha, Bedy, 
żyjącego w wieku VIII, który obliczył je aż po rok 1063, 
i posuwano je później dalej. W miarę wolnego miejsca na per- 
gaminie zapisywano obok każdego roku ważniejsze wypadki, 
jakie się w roku zdarzyły: śmierć monarchów, papieży, biskupów, 
kanoników, jeśli to była kollegjata, przełożonych, jeśli to był 
klasztor. Zniszczenie włości, należących do kościoła, grad lub 
powódź, bitwa stoczona w pobliżu, słowem, to, co dotykało bez- 
pośrednio piszącego, notowano w roczniku, powstającym w ten 
sposób zwolna, rok za rokiem. Za to donioślejsze znacznie wy- 
padki, leżące poza horyzontem rocznikarza, nie znajdują nieraz 
w roczniku żadnego oddźwięku. Treść roczników jest uboga, 
forma bardzo lakoniczna. Wiadomości podają one w krótkich 



zdaniach, z paru wyrazów złożonych. Trzymają się też, z na- 
tury rzeczy, ścisłego porządku chronologicznego. Za idealny 
rocznik średniowieczny uważać należy taki, w którym współ- 
cześnie pod każdym rokiem zapisywane są bieżące wypadki. 
Zdarza się atoli często, że nowo powstające klasztory, nowo 
założone kapituły, pragnąc posiadać własne źródło wiadomości 
historycznych, przepisują jakiś istniejący rocznik, n. p. rocznik 
klasztoru macierzystego, i następnie posuwają go już same dalej. 
Rzecz prosta, iż przy przepisywaniu zachodzą często omyłki 
i nieporozumienia, zmniejszające wartość tej pochodnej części 
rocznika. W ten sposób zaś powstają przez coraz to nowe roz- 
gałęzienia się całej rodziny-roczników, wywodzące się od jednego 
wspólnego pnia. 

Kroniki są już rezultatem ogólnego podnoszenia się 
poziomu kultury literackiej w ciągu średniowiecza. W przeci- 
wieństwie do roczników, obszerniejsze tak co do treści, jak i co 
do formy, tracą one zWolna, w miarę rozwoju dziejopisarstwa, 
charakter ściśle opowiadający, zbliżają się do pragmatycznego 
sposobu pisania dziejów, wyrobionego przez szereg historyków 
starożytnych. Kronikarz chce nietylko opowiedzieć zdarzenia, 
ale je także objaśnić, chce niejednokrotnie dać z dziejów prak- 
tyczną naukę dla współczesnych i potomnych. Ten dydaktyczny 
cel wpływa rzecz prosta nietylko na sposób przedstawienia, ale 
i na dobór faktów. Zakres, jaki obejmują kroniki, bywa bardzo 
rozmaity. Są kroniki poszczególnych klasztorów, biskupstw i miast, 
wplatające zresztą nieraz w swe opowiadanie fakty ogólnego 
znaczenia. Inni kronikarze stawiają sobie za zadanie opowia- 
danie dziejów pewnego kraju lub panującego, czego jednakże 
nie trzeba utożsamiać z biograf ją; są wreszcie t. z w. kroniki 
świata, mające na celu objąć dzieje powszechne. Niewielka część 
tylko kronik opowiada wypadki współczesne życiu ich autora. 
Najczęściej cofają się one o całe wieki wstecz, opowiadając 
wypadki dawniejsze bądź na podstawie tradycji ustnej, bądź 
też dawniejszych źródeł, kronik i roczników, które często 
dosłownie się przepisuje. Porównanie tekstów umożliwia nam 
tu nieraz stwierdzenie, skąd czerpał autor swe wiadomości 



o czasach dawniejszych, decydujące o wartości jego informacyj 
dla nauki. 

Osobną gałąź dziejopisarstwa średniowiecznego stanowią 
życiorysy. Rzadko kiedy przedmiotem ich są ludzie świeccy, 
najczęściej duchowni, zwłaszcza zaś znani ze świątobliwego życia, 
lub święci. Literatura tych t. zw. żywotów świętych jest w^e 
wszystkich krajach bardzo obfitą, choć nie zawsze wartościową 
ze względu na to, że powstawały nieraz bardzo późno po opi- 
sywanych przez się wypadkach, najczęściej na podstawie opo- 
wiadań ustnych, i kładą główny nacisk na stronę umoralniającą, 
opisy cudów, wypadki zaś dziejowego znaczenia opowiadają 
tylko przygodnie a rzadko wiernie. Autobiografje i pamiętniki 
należą w wiekach średnich do rzadkości i zjawiają się dopiero 
u ich schyłku, jako zwiastuny odrodzenia. 

Dziejopisarstwo polskie przed Długoszem. I u nas, 
podobnie jak za granicą, dziejopisarstwo średniowieczne rozpo- 
czynają roczniki. Wzory przejmowano tu od obcych, naj- 
częściej z sąsiednich Niemiec, skąd czerpano też nieraz odpisy 
istniejących już roczników, aby je dalej rozwijać. Prace te nad 
najstarszemi rocznikami polskiemi podjęto w ciągu pierwszych 
lat kilkudziesięciu po przyjęciu chrześcijaństwa. Odtąd roczni- 
karstwo nasze rozwija się coraz pomyślniej, stanowiąc dla nie- 
których zwłaszcza epok jedyne źródła historyczne. Roczniki, 
powstają w klasztorach i kapitułach, we wszystkich częściach 
Polski, i z najcenniejszym z nich, kapitulnym rocznikiem krakowskim 
na czele, przechowały się do naszych czasów w dość znacznej ilości. 
Do tej samej kategorji źródeł należą również zapiski w kalen- 
darzach (n. p. kalendarz krakowski), nekrologi oraz katalogi 
biskupów, prowadzone we wszystkich prawie stolicach biskupich 
w Polsce. 

Długo wypadało czekać na powstanie kronik polskich. 
Pierwsza kronika, w Polsce napisana, wyszła też z pod pióra 
pisarza obcego, a powstała w początkach XII wieku. Jest to 
kronika t. zw. Galla. Autor jej, nieznany nam z imienia, 
nie był Polakiem; duchowny, obcy, zdaje się romańskiego po- 
chodzenia^ przebywał ną dworze Bolesława Krzywoustego i ażeby 



7 

„nie jeść darmo polskiego chleba", postanowił napisać kronikę, 
mającą na celu głównie opowiedzenie czynów wspomnianego 
monarchy. Kronika jego dzieli się na 3 części, z których dwie 
poświęcone są czasom Krzywoustego, a sięga po rok 1113. Po- 
wstała też około tej daty. Jako źródło współczesne jest kronika 
„Galla" dla czasów Krzywoustego nieocenioną; wiadomości 
o wypadkach dawniejszych czerpie przeważnie z tradycji ustnej, 
lecz na ogół jest dobrze o nich poinformowaną. Łacina „Galla" 
jest niewybredną, styl nieraz napuszysty, lecz lakoniczny, ga- 
datliwością bynajmniej nie grzeszy. Dat za to prawie zupełnie 
nie podaje. 

Odmienny zupełnie pod wielu względami charakter posiada 
pierwsza przez Polaka napisana kronika polska, o sto lat pó- 
źniejsza od Galla, kronika Wincentego Kadłubka. 
Autor jej, również duchowny, żył w czasach Kazimierza Spra- 
wiedliwego i Leszka Białego. W latach 1208 — 1218 zasiadał 
na stolicy biskupiej krakowskiej, z której usunął się dobrowolnie, 
osiadając w zaciszu klasztoru Cystersów w Jędrzejowie, gdzie 
zmarł w r. 1223. Tam też napisał swoją kronikę, sięgającą 
po r. 1205, a podzieloną na cztery księgi, z których trzy 
pierwsze napisane zostały w forrpie dialogu pomiędzy bisku- 
pem krakowskim. Mateuszem, a arcybiskupem gnieźnieńskim, 
Janem. W przeciwieństwie do pełnego prostoty Galla, Wincenty 
błyszczy erudycją, zna nietylko literaturę kościelną, ale także prawo 
rzymskie i kanoniczne, a, co więcej, oczytany już w autorach, 
starożytnych. Erudycja ta odbiła się także na sposobie pisania 
i przedstawiania rzeczy przez Kadłubka, nie zawsze korzystnie, 
to dzięki niej wykrzywił niejednokrotnie istotny stan rzeczy, 
wtłaczając urządzenia i instytucje średniowieczne w ramy pojęć 
starożytnych. On też w szerokim zakresie wprowadził do naszej 
historjografji średniowiecznej tło podań i legend o czasach 
pierwotnych, usiłując nawiązać ciągłość dziejów polskich ze sta- 
rożytnością. 

Daleko mniejszą od poprzednich wartość posiada t. zw. 
kronika wielkopolska, sięgająca po r. 1271. I autor 
i jej czas powstania nie są nam bliżej znane, choć najprawdo- 
podobniej powstała w wieku XIV. Czerpie wiadomości prze- 



ważnie z drugiej ręki, ze źródeł znanych nam dziś bezpośrednio. 
Kompilacyjny charakter ma też t. zw. kronika Mierzwy. 
W końcu XIV wieku powstała wreszcie kronika książąt 
polskich, której autor, mnich śląski, opisał dzieje tej dziel- 
nicy w związku z dziejami Polski. 

Pierwsze miejsce wśród historyków polskich XIV wieku 
zajmuje niewątpliwie Janko z Czarnkowa. S.vn wójta 
czarnkowskiego, osiągnął rychło w karjerze kościelnej stanowisko 
archidiakona gnieźnieńskiego, a dostawszy się do kancelarji 
królewskiej, objął w końcu panowania Kazimierza Wielkiego 
urząd podkanclerski. Niechętny następcy jego. Ludwikowi węgier- 
skiemu, na którego miejscu radby był widzieć na tronie pol- 
skim Piasta, wziął udział w knowaniach opozycji przeciw Ludwikowi 
(usiłował wykraść insygnja królewskie), skutkiem czego po wy- 
kryciu ich został pozbawiony urzędu podkanclerskiego i skazany 
na wygnanie. Powróciwszy zeń, dzięki usilnym staraniom przy- 
jaciół, poświęcił resztę życia na napisanie dzieła, które miało 
go w oczach potomności zrehabilitować, a otaczających dwór panów 
krakowskich, głównych sprawców jeo:o niepowodzeń, przedstawić 
jako ludzi bez czci i wiary. Stądto kronika Janka nosi częściowo 
charakter pamiętnika, przeciiodząc miejscami w wyraźny pamflet 
polityczny. Mimo że Janko w opowiadaniu swem, przedstawianiu 
wypadków i ludzi jest bardzo stronniczy, mimo że przemilcza 
lub w dogodnem dla siebie świetle podaje nam spraw wiele, 
jest kronika jego źródłem bardzo cennem nietylko ze względu 
na bogactwo faktów, jakie opisuje, lecz także na bezpośredniość 
i żywość opowiadania. Podaje on bowiem wiadomości o wypad- 
kach, w których albo sam brał udział czy na nie patrzył lub 
o których posiadał informacje z pierwszej ręki. Trzeba tylko 
kontrolować, czy dane, jakie posiadał, chciał przekazać i prze- 
kazał niezamącone wpływem swych osobistych interesów. Język 
kroniki nie wyszukany, łacina dość licha, mimo, że Janko bywał 
w świecie. 

Oprócz roczników i kronik rozporządza nasza historjografja 
średniowieczna dość długim szeregiem żywotów świętych, 
legend oraz opisów cudów, przynoszących nieraz obfity, choć 
bardzo nierównej wartości, materjał historyczny. Literatura 



tego typa oplata wszystkie postaci świętych polskich lub 
w Polsce żyjących, W pierwszym rzędzie tyczy to św. Wojciecha, 
którego działalnością zajmuje się kilka życiorysów, tem cenniej- 
szych, że bezpośrednio po jego śmierci powstałych. Mniejszej 
wartości już jest n. p. żywot św. Stanisława, napisany dopiero 
w połowie XIII wieku. Podobnych dzieł doczekała się też św. 
Jadwiga śląska, św. Kinga i św. Jacek. 

Tak w najoo:ólniejszych zarysach przedstawiał się dorobek 
dziejopisarstwa polskiego, gdy wchodził w życie Długosz. Roz- 
porządzało ono wprawdzie szeregiem dzieł wartościowych, lecz 
nie dających ani w przybliżeniu całokształtu dziejów narodu, 
których potrzebę coraz mocniej w XV wieku odczuwano. Dzieła 
te zresztą nie wszystkim były znane i nie wszystkim dostępne. 
Dziełem, które zastępowało księgę dziejów polskich, które dla 
wykształconej nawet opinji było uznanym wyrazem wiedzy 
historycznej, była kronika Kadłubka, nie mogąca dla XV wieku, 
w którym budzi się krytyka naukowa, żadną miarą wystarczyć. 
Czytano jeszcze i komentowano Kadłubka, jako po\';szechnie 
przyjęty w szkołach podręcznik, lecz coraz więcej podnosiło się 
głosów, które go silnie krytykowały, a nawet wyszydzały. Wi- 
doczną była konieczność dzieła historycznego, któreby mogło 
odpowiedzieć potrzebom czasu i świetnemu rozwojowi polity- 
cznemu i umysłowemu narodu. 

// 

JAN DŁUGOSZ 

Czasy Długosza. ^ Epoka, w której żył, a zwłaszcza 
w której wzrastał i kształcił się Długosz, była chwilą donio- 
słych zmian, zarówno w rozwoju Europy średniowiecznej, jak 
i samego państwa polskiego. Humanizm, podważający podstawy 
duchowe średniowiecza, zataczał coraz szersze kręgi. Potęga 
i autorytet papiestwa poderwane zostały doszczętnie przez dłu- 
goletnią schyzmę w Kościele zachodnim, po której usunięciu 

1 Odpowiednio do charakteru niniejszesfo wydawnictwa, celem poniższych uwag 
jest w pierwszym rzędzie zsumowanie wyników naszej literatury naukowej, 
dotyczącej Długoszią. 



10 

nastąpiła znowu kilkunastoletnia walka pomiędzy soborem bazylej- 
skim a stolicą rzymską o wyższość soboru powszechnego nad 
papieżem. Współcześnie z tern buchnął groźnym płomieniem hu- 
sytyzm w Czechach, panując przez czas dłuższy nad całą Eu- 
ropą środkową, jako jej najważniejsze zagadnienie, które z tru- 
dem tylko, w drodze kompromisu, udało się po wielu walkach 
rozwiązać. Mniej szczęśliwą była również w czasach soboro- 
wych podjęta akcja, zmierzająca do unji Kościoła greckiego z ła- 
cińskim, do której popychały Greków względy wyłącznie utyli- 
tarne, niebezpieczeństwo, zagrażające Konstantynopolowi ze strony 
Turków. Groza turecka, która w XIV w. zjawiła się na hory- 
zoncie Europy, wzrastała z dnia na dzień, stanąć miała nieba- 
wem na pierwszym planie zagadnień południowej i środkowej 
Europy, stać się jednym z głównych motorów polityki papieskiej. 
Polska, spotężniała niedawno zwycięstwem grunwaldzkiem, 
zajęta ciągle jeszcze wielką sprawą związku z Litwą, stawała, 
choćby ze względu na swe położenie, wobec konieczności wypo- 
wiedzenia się w tych sprawach. Po pewnych wahaniach porzu- 
ciła ona sprawę husycką, mimo ponętnych plemienno-słowiań- 
skich haseł narodowo- czeskich, i popchnięta silną ręką ówcze- 
snego istotnego rządcy Polski, biskupa krakowskiego, Zbigniewa 
Oleśnickiego, zwróciła się tem energiczniej ku sprawie turec- 
kiej. Wyniknął stąd związek z Węgrami pod berłem Włady- 
sława Warneńczyka, a myślą przewodnią jego było nietylko 
hasło obrony chrześcijaństwa, lecz przedewszystkiem dążność 
do ujęcia w ręce polskie decyzji w sprawie wschodniej, któraby 
jej na długie lata zapewniła w tych stronach i w centrum 
Europy naczelne stanowisko. Klęska pod Warną przekreśliła 
te plany i poderwała przemożne stanowisko wszechw^ładnego 
dotąd Oleśnickiego. Następca Warneńczyka, Kazimierz Jagielloń- 
czyk, zarzucił dotychczasową politykę wschodnią, postawił on 
sobie za zadanie utrzymać Litwę i Polskę w jednem na stałe 
ręku, złamać wypływy niechętnych jego planom wielmożów ma- 
łopolskich, uzależnić od siebie episkopat, rzucając jednocześnie 
naród do walki z Zakonem krzyżackim o Pomorze i dostęp do 
Bałtyku. Nie obeszło si^ bez długoletnich tai^ć i walk^ nieraz 



11 

zajadłych, zanim pogromca Krzyżaków odniósł zwycięstwo 
i w wewnętrznej polityce. 

Młodość Długosza. Największy polski dziejopis średnio- 
wiecza wywodził się ze średnio zamożnej rodziny Długoszów, 
herbu Wieniawa. Ojciec jego, Jan, za zasługi, położone w bi- 
twie grunwaldzkiej, został burgrabią w zamku Brzeźnicy koło 
Radomska, później zaś starostą grodowym w Nowym Korczy- 
nie pod Krakowem. Potomstwo miał liczne, że zaś z trzech 
pierwszych synów dwóch wcześnie zmarło, a tylko najstarszy, 
imieniem Jan^ chował się zdrowo^ ojciec, uważając to za szczę- 
śliwą wróżbę, wszystkim następnym synom w liczbie dwunastu 
imię Jana ponadawał. Czwartym z kolei, a drugim z żyjących 
synów burgrabiego brzeźnickiego, Jana, i żony jego Beaty, 
córki Marcina z Borowna, był nasz historyk, urodzony na zamku 
brzeźnickim w r. 1415. Ojciec Długosza nie mógł marzyć 
o tem, by przy średniej fortunie zapewnić mógł licznym swym 
synom wybitniejsze stanowiska w świecie. Żaden też z nich, 
prócz historyka, i jednego z młodszych braci, później kanonika 
krakowskiego, którzy poświęcili się stanowi duchownemu, nie 
wzniósł się ponad szarą brać szlachecką. Tylko stan duchowny 
bowiem, dzierżący wówczas monopol nauki, mógł dać wtedy 
możność zdobycia stanowiska w świecie ludziom, którzy z domu 
nie wynosili koligacyj ani fortun magnackich. 

Na tę to drogę skierował, zdaje się, przyszłego dziejopisa 
stryj jego, Bartłomiej Długosz, proboszcz w Kłobucku, ucho- 
dzącym za bardzo intratną prebendę. Niezwykłe zamiłowanie 
do książki, jakiem się odznaczał sześcioletni Długosz, oddany do 
szkółki parafjalnej w Nowym Korczynie, wskazywało, iż na 
drodze tej się nie zatrzyma. Aby jednakże móc kiedyś poświę- 
cić się teologji, trzeba było przejść najpierw kurs wstępny, za 
jaki służył wówczas dla innych nauk wydział sztuk wyzwolo- 
nych, czyli filozoficzny, na który też Długosz zapisał się w uni- 
wersytecie krakowskim w r. 1428, licząc lat 13, po zaznajo- 
mieniu się z początkami nauk w szkołach niższych. Uniwersy- 
tet krakowski był wówczas w pełni swego rozkwitu, uchodził 
za jeden z najświetniejszych przybytków wiedzy, na sposób 



12 

scholastyczny pojmowanej. W ciągu trzechletnich stndjów obe- 
znał się Długosz z podstawami tej scholastycznej wiedzy, ale 
się do niej nie zapalił. Umysł praktyczny i realny nie mógł 
się widocznie przekonać do spekulatywnych dociekań, opartych 
głównie na filozofji. Te względy obok materjalnych trudności 
ojca skłoniły, zdaje się, Długosza do porzucenia uniwersytetu 
przed osiągnięciem jakiegoś stopnia naukowego i do wejścia w służbę 
wpływowego biskupa krakowskiego, Zbigniewa Oleśnickiego. 
Z uniwersytetu, prócz biegłości w łacinie, wyniósł niewątpliwie 
znajomość zasad wymowy i logiki, zapewne i niektórych nauk 
przyrodniczych. W każdym razie uniwersytet nie zbliżył go do 
historji, bo ta nie wchodziła wówczas w zakres ścisłej wiedzy, 
dzieła historyczne traktowano raczej jako podręczniki wymowy 
i stylistyki. 

Na dworze Zbigniewa Oleśnickiego. Dwór biskupa 
krakowskiego, na którym się znalazł szesnastoletni Długosz, 
był pierwszorzędnem centrum politycznem. Już samo biskupstwo 
krakowskie, u boku rezydującego na Wawelu króla, zapewniało 
każdorazowemu biskupowi ogromne wpływy. Świetne uposaże- 
nie materjalne czyniło je w związku z poprzedniem, przynaj- 
mniej w tych czasach, prawie że pierwszem stanowiskiem w pań- 
stwie. Tem więcej być niem musiało, gdy zajął je człowiek tej 
miary, co Zbigniew Oleśnicki, indywidualność wybitna, człowiek 
niezmiernego talentu, szerokich horyzontów politycznych i nie- 
złomnej energji w działaniu. Rychło stanął on na czele grupy 
wielmożów małopolskich, rządzących faktycznie od lat kilku- 
dziesięciu państwem, a przeprowadzając dzięki swym wpływom 
ludzi sobie oddanych na decydujące stanowiska, stał się w ostat- 
nim okresie rządów Władysława Jagiełły wszechpotężnym jego 
doradcą, ujął właściwie w swe ręce ster rządów. Na jego dwo- 
rze zbiegały się też nici wszystkich spraw, dotyczących nie- 
tylko Polski czy Litwy, ale i tych zagadnień światowego zna- 
czenia, w jakich z natury rzeczy zabierać głos musiała i ów- 
czesna Polska. Przez dwór ten przewijali się najtężsi politycy^ 
najwięksi uczeni państwa Jagiellonów. Był więc on doskonałą 
szkołą polityczną dla każdego, komu danem było wejść w krj^g 



13 

jziałąńj j)rac j^ielkiego biskupa^ ^zaliczać się do jego dworzan 
i kto umiał na to^ co się działo wokół niego, tak patrzeć i tak 
się z tego uczyć, jak Długosz. 

Nie odrazu, rzecz prosta, mógł młody student zbliżyć się 
do wielkich spraw politycznych. Biskup, dysponujący rozległem! 
dobrami, posiadać musiał liczną i sprt^żystą administrację. Do 
tych prac też użyto początkowo Długosza, zanim pracą i talen- 
tem nie zwrócił na siebie bliższej uwagi biskupa, który go 
swym przybocznym sekretarzem, a więc jednym z najbliższych 
niebawem powierników uczynił. W pracy tej zabłysnął rychło 
Długosz wybitnym talentem organizacyjnym, a dobrej gospo- 
darce jego zawdzięczał Oleśnicki przeważnie fundusze na zaku- 
pienie i przyłączenie do Polski cząstki Śląska, księstwa sie- 
wierskiego. Wcześnie też, w pierwszych latach pobytu na dwo- 
rze Oleśnickiego, przyjął Długosz święcenia kapłańskie, pozysku- 
jąc w związku z tern ustąpione mu przez stryja probostwo 
kłobuckie, a niebawem, w r. 1436, a więc w dwudziestym pierw- 
szym roku życia, kanonję krakowską, dowód niezwykłej opieki 
i życzliwości możnego protektora. Z biegiem czasu Długosz staje 
się nieodstępnym towarzyszem i powiernikiem Oleśnickiego. To 
długoletnie obcowanie z biskupem krakowskim, w którego służ- 
bie spędził lat 24, musiało z natury rzeczy wywrzeć ogromny 
wpływ na sposób myślenia przyszłego historyka, na zapatrywa- 
nia jego na sprawy kościelne, jak i na zadania państwa pol- 
skiego, a wreszcie i na stosunek do dynastji jagiellońskiej. 
Odbiły się one później niedwuznacznie w dziełach Długosza, 
uwłaszcza zaś w Dziejach Polski, w których autor staje 
się często wyrazicielem teoryj politycznych Oleśnickiego. Wspólna, 
długoletnia praca wytworzyła też z czasem pomiędzy obu mę- 
żami węzły najściślejszej przyjaźni, tem silniejsze, iż Długosz, 
towarzyszący Zbigniewowi we wszystkich podróżach, w czasie 
jednej z nich przyczynił się do uratowania mu życia. Było to 
w czasie powrotu z węgierskiej koronacji króla Władysława 
w r. 1440, gdy Oleśnicki o mało nie stał się ofiarą tumultu 
w jednej z podgórskich miejscowości na Węgrzech. 



14 

Podróże Długosza. Odbył też Długosz szereg samo- 
dzielnycti podróży za granicę, co zresztą w owycłi czasacli 
ścisłego kontaktu Polski z zacliodem nie było rzeczą niezwykłą. 
Prócz wyjazdów do Węgier w celach politycznych wyprawiał 
się trzykrotnie do Włoch: raz w początkach służby swej u Ole- 
śnickiego, by we Florencji, u papieża Eugenjusza IV, a w po- 
wrocie w Bazylei u soboru czynić starania o jakąś prebendę, 
ponownie w r. 1448/9 wysłany do Rzymu, w sprawie kape- 
lusza kardynalskiego dla Oleśnickiego; po ra? trzeci w r. 1450, 
kiedy to, odwiedziwszy Rzym i Wenecję, ruszył stamtąd w to- 
warzystwie słynnego uczonego, Jana Elgota, i kilku jeszcze osób 
do Ziemi Św., którą zwiedził z ogromnem przejęciem i wzru- 
szeniem, świadczących o jego głębokiej wierze, nienaruszonej 
przez sceptycyzm, niesiony przez coraz to bujniej występujący 
intellektualizm czasów odrodzenia. 

Długosz wobec liumanizmu. Podróże, a w szczegól- 
ności kilkakrotny pobyt we Włoszech, musiały bystrego kano- 
nika krakowskiego zapoznać bliżej z prądami umysłowemi za- 
chodu, a przedewszystkiem z humanizmem, który w pierwszej 
połowie XV w. zataczał tam już szerokie kręgi. Przewijało się 
wielu humanistów i przez gościnny dwór Oleśnickiego. Gdy 
uniwersytet krakowski zamykał się coraz szczelniej przed hu- 
manizmem w obrębie średniowiecznej scholastyki. Oleśnicki na- 
wiązał ożywione stosunki z humanistami, zwłaszcza włoskimi, 
i otworzył swój dwór dla tych, którzy zjawiali się w Polsce. 
Pozostawał biskup krakowski w korespondencji z takim filarem 
humanizmu ówczesnego, jak Eneasz Sylyius Piccolomini, póź- 
niejszy papież Pius II, z którym z tej racji zetknął się i Dłu- 
gosz, wręczając mu w przejeździe do Włoch listy Oleśnickiego. 
We Włoszech mógł humanizmowi przypatrzeć się zbliska, po- 
znać w osobistem zetknięciu ludzi, ich sposób myślenia i ich 
sposób życia. Nauczył się wiele, literacki rozpęd humanizmu, 
dążenie do przyoblekania swych myśli w piękną i gładką formę 
klasycznej łaciny nie mogły minąć bez dodatniego wpływu na 
jego działalność pisarską, zachęcić go musiały przedewszyst- 
kiem do wzięcia pióra do ręki. 



15 

Humanistą jednak Długosz nie został. liył na to za głę- 
bokim, IT zwłaszcza za sumiennym pracownikiem, by dać się 
ująć błyskotliwą lecz powierzchowną świetnością humanisty- 
cznej erudycji, poza którą nie widział odpowiednio głębokiej 
treści. Przejął tylko z pożytkiem wielkim zresztą zamiłowanie 
do klasycznych utworów, na których kształcił swój język. Gor- 
liwie też zbierał w czasie swoich podróży rękopisy z dziełami 
autorów starożytnych, niezmierne zwłaszcza czynił starania, by 
zdobyć rzadkiego wówczas jeszcze Liwjusza, którego uważał za 
wzór niedościgły historyka. Tak więc przyjmując wiele ze- 
wnętrznych cech humanizmu, pozostał w sposobie myślenia 
i przekonaniach człowiekiem bliższym dawnego porządku, sta- 
nął na przejściu od scholastyki, która mu nie wystarczała, do 
humanizmu, który mu, w tym czasie już człowiekowi dojrza- 
łemu, nie imponował. 

Działalność polityczna w służbie Oleśnickiego. 

Przez kilkanaście lat pobytu w otoczeniu biskupa krakowskiego 
Długosz, o ile chodzi o działalność polityczną, pozostaje w cie- 
niu, nie wysuwa się ani sam, ani też Oleśnicki nie próbuje go 
użyć w akcji politycznej. Wpływał na to zapewne nie tyle 
młody stosunkowo wiek Długosza, ile jego niezwykła skromność. 
Dzięki temu też dopiero u schyłku życia Oleśnickiego zjawił 
się na arenie politycznej. 

Był to już zachód świetności wszechwładnego do nieda- 
wna biskupa. Kazimierz Jagiellończyk coraz wyraźniej dążył 
do położenia kresu jego wpływom, jednocześnie zaś sobór ba- 
zylejski, który Oleśnicki tak stanowczo popierał, schodził z pola 
przed zwycięskim Mikołajem V. Ratować stanowisko Oleśuic- 
kiego mogło w dużym stopniu przyznanie przez stolicę rzymską 
purpury kardynalskiej, ofiarowanej mu poprzednio przez sobo- 
rowego papieża, Feliksa V. Starania jednakże, podejmowane 
w tjm kierunku przez dwukrotne poselstwo, nie odniosły skutku. 
Wtedy to zdecydował się Zbigniew uczynić trzecią jeszcze próbę 
i to przez swego zaufanego sekretarza. Długosz w końcu r. 1448 
ruszył do Rzymu. Trafił na chwilę szczęśliwą, na chwilę kom- 
promisu między Feliksem V, a Mikołajem V. Podobnie, jak inni 



16 

kardynałowie, mianowani przez Feliksa, uzyskał i Oleśnicki przy- 
znanie mu godności kardynalskiej i już latem 1449 mógł Dłu- 
gosz pospieszyć do Krakowa z korzystnym rezultatem. 

Powodzenie pierwszej misji dyplomatycznej, do której 
Oleśnicki ogromną przywiązywał wagę, bo kapelusz kardynalski 
był niewątpliwie silnem podparciem jego stanowiska wobec 
króla, wyrobiło odrazu imię Długoszowi. Jesienią teg.»ź samego 
1449 r. wysłał Oleśnicki swego sekretarza na Wi^gry, by na- 
leżne doń starostwo spiskie ratował przed skutkami walki gu- 
bernatora Węgier, Jana Hunyadyego, z Janem Giskrą, wodzem 
husyckicli najemników czeskich, który opanował górne Węgry. 
Niezwykłej obrotności i talentu dyplomatycznego Długosza do- 
wodzi, że, wdawszy się jako pośrednik pomiędzy walczące strony, 
zdołał doprowadzić do zawieszenia broni i oddania sprawy pod 
polski sąd polubowny, ratując w ten sposób Spiż, zagrożony 
w razie dalszej wojny. Sukces młodego dyplomaty był ogromny, 
bo tego rodzaju pomyślny obrót rzeczy „wszyscy za niemożliwy 
uważali". Tylko na dworze nie patrzono nań mile. Król bowiem 
nie był zadowolony z powodzenia dyplomacji, prowadzonej na 
własną rękę przez Oleśnickiego, a zyskanie godności kardynal- 
skiej przez biskupa krakowskiego także nie było dlań dogo- 
dnem. Coraz bardziej zaostrzająca się w późniejszych latach 
walka Oleśnickiego z królem pogarszała jeszcze stosunek Dłu- 
gosza do dworu, chociaż stojąc wiernie po stronie kardynała, 
nie zawsze może przekonany był o słuszności jego taktyki. 

Śmierć Oleśnickiego w r. 1455 była ciężkim ciosem dla 
Długosza. Tracił dostojnego przyjaciela, w którego genjalność 
ani chwili nie wątpił, tracił tę pewną busolę polityczną, bez 
której trudno mu było w pierwszych latach sterować wśród za- 
wichrzonych stosunków ówczesnych. Powoli dopiero odnajdywał 
właściwą sobie drogę. 

Długosz w kapitule krakowskiej. Przejście Oleśnic- 
kiego do opozycji i upadek jego wpływów uniemożliwiły odda- 
nemu dlań Długoszowi taką karjerę kościelną, jaka, zapewne 
w postaci stolicy biskupiej, byłaby go rychło czekała w epoce 
świetności biskupa krakowskiego. Pozostawał więc na osiągnie- 



17 

tej tak wcześnie kanon j i, do której dołączył niebawem najpierw 
godność kantora, a potem kustosza kolegjaty wiślickiej, oraz 
kanonję w Kielcach i Sandomierzu, wedle powszechnego wów- 
czas zwyczaju gromadzenia wielu prebend w jednem ręku. Po 
śmierci Oleśnickiego, Długosz, złożywszy funkcje sekretarza bi- 
skupiego, mógł bliżej zająć się sprawami kapituły, która zużyt- 
kowała jego doświadczenie gospodarcze, zwłaszcza przy regulo- 
waniu swoich spraw majątkowych. Był też Długosz dwukrotnie 
wizytatorem dóbr kapitulnych, co dało mu sposobność bliższego 
poznania uposażeń kościelnych w Małopolsce. Jednocześnie z tern 
zajmował się eo:zekucją testamentu Oleśnickiego, w szczegól- 
ności zaś zorganizowaniem ulubionej fundacji kardynała, głośnej 
Bursy jerozolimskiej dla słuchaczów uniwersytetu Jagiellońskiego. 

Niebawem też rozpoczyna Długosz pracę nad szeregiem 
swych własnych fundacyj, świadczących o niezmordowanej pracy, 
talencie organizacyjnym, zapobiegliwości i ofiarności człowieka, 
który majątku rodzinnego prawie nie posiadał, a którego upo- 
sażenie, aczkolwiek nie najgorsze, ani mierzyć się nie mogło 
z temi fortunami, jakiemi rozporządzali potentaci kościelni ów- 
czesnej Polski. Zbudował kościoły murowane w kilku wsiach, 
wśród nich w Szczepanowie, tak drogim dlań przez pamięć św. 
Stanisława; był fundatorem domu wikarjuszów kollegjaty wi- 
ślickiej, burs groch(Jwej i artystów przy uniwersytecie, jakoteż 
koUegjum mansjonarzy przy kollegjacie sandomierskiej. Jemu 
też zawdzięczają powstanie zgromadzenia kanoniłiów regular- 
nych w Kłobucku, klasztor Paulinów na Skałce, dla którego 
poświęcił kanonje w Sandomierzu i Kielcach, on wreszcie po- 
dejmuje myśl sprowadzenia Kartuzów na Bielany, żeby tylko 
najważniejsze z tych prac wyliczyć. 

Na krótko tylko zostały te prace Długosza przerwane za- 
targiem z królem, w który popadł właśnie z racji swego sta- 
nowiska w kapitule. Po śmierci następcy Oleśnickiego, Tomasza 
Strzępińskiego w r. 1460, wybrany przez kapitułę krakowską 
Jan z Brzezia nie zdołał się utrzymać wobec popieranego przez 
króla biskupa kujawskiego, Jana Gruszczyńskiego, i nominowa- 
nego przez papieża Jakóba Sienieńskiego, synowca zmarłego 
kardynała. Długosz, stojący początkowo lojalnie na gruncie wy- 

Bibl. Nar. Nr 31 (Długosz: Bitwa Grunwaldzka). 2 



18 

boru kapituły, skoro spostrzegł, iż elekt nie ma widoków, prze- 
szedł stanowczo do obozu Sienieńskiego, którego uważał za 
wzór prałata i z którym łączyła go święta dlań pamięć Ole- 
śnickiego. W walce o biskupstwo krakowskie, mającej zresztą 
zasadnicze znaczenie w polityce Kazimierza Jagiellończyka wo- 
bec Kościoła, król pozostał zwycięzcą, Sienieński i jego zwolen- 
nicy, a w ich liczbie Długosz i jego brat młodszy, skazani zo- 
stali na banicję i utratę dóbr i beneficjów. Wtedy to i dom 
Długosza w Krakowie na rogu ulicy Kanoniczej, wprost Wa- 
welu, został złupiony. Cios ten srogo dotknął Długosza, ale go 
nie ugiął; schroniwszy się wraz z Sienieńskim do Melsztyna, 
przetrwał w gościnie u Jana Melsztyńskiego burzę, doczekał 
się w r. 1463 amnestji, po załatwieniu sprawy przy pośred- 
nictwie legata papieskiego. Przejście to jednak wywarło na po- 
glądy Długosza wpływ ogromny, zadecydowało o postępowaniu 
jego w ostatnich kilkunastu latach jego życia. 

W służbie królewskiej. Pomimo całej niechęci, jaką 
król żywić mógł do Długosza z czasów Oleśnickiego, zbyt nie- 
pospolitą siłą był nasz historyk, by można było z lekkiem ser- 
cem zrzec się jego współpracy w rozwiązywaniu ciężkich za- 
gadnień, zwłaszcza w czasie długoletniej wojny o Pomorze. 
Wiedziano już o nim powszechnie, że zagłębił się w badaniach 
historycznych, potrzebnych tak dla udowodnienia praw Polski 
do ziem utraconych, miał opinję człowieka biegłego w sprawach 
gospodarczych, a co najważniejsza, dyplomaty szczęśliwej ręki, 
dzięki sukcesom, odniesionym w sprawach Oleśnickiego. Nic dziw- 
nego, że prawie niezwłocznie po śmierci kardynała, powołał 
go król do pracy w sprawie krzyżackiej. W r. 1457 bierze 
udział w poselstwie o wykupno zamków krzyżackich z rąk wojsk 
najemnych, w r. 1459 w rokowaniach, co prawda bezskutecz- 
nych, o pokój w Toruniu, wreszcie w roku następnym w per- 
traktacjach z Czechami, a usługi w nich oddane potwierdziły 
jeszcze dawną o nim opinję. 

Musiała ona być jak najlepszą, skoro król, bezpośrednio 
po zakończeniu zatargu o biskupstwo krakowskie, puszcza w nie- 
pamięć opozycję niedawnego banity i wzywa go w r. 1464 do 



19 

komisji fachowej, z trzech uczonych złożonej, która udowodnić 
miała słuszność pretens3^j polskich do Pomorza w rokowaniach 
pokojowych, jakie ponownie rozpoczęto w Toruniu. Jakież sta- 
nowisko zajął wobec tego Długosz? Wzięcie udziału w pracach 
nad odzyskaniem tak drogich mu ziem pomorskich nakazywała 
miłość Ojczyzny; nie dość na tern jednak. Długosz w tym cza- 
sie nietylko godzi się z polityką króla, ale czynnie zaczyna 
ją popierać. Gdyby miał był własny program polityczny, mpże 
byłby poszedł inną drogą. Programu takiego jednak nie miał, 
żył ideą polityczną Oleśnickiego. Tymczasem bieg wypadków, 
a zwłaszcza kampanja o biskupstwo krakowskie, dowiodły, że na- 
stały inne czasy, że siły, które dotąd rządziły Polską, muszą 
ustąpić przed nowemi czynnikami. 

Długosz zastosował się do zmienionych warunków. Uczy- 
nił to szczerze i lojalnie; służbą swą dyplomatyczną, w latach 
1464 — 1466, aż do zawarcia pokoju w Toruniu w sprawie 
krzyżackiej odbywaną, zdobył sobie takie zaufanie, że bezpo- 
średnio potem w r. 1467 król nie zawahał się oddać w jego 
ręce kierunek wychowania swoich synów. Wybór był nad wyraz 
trafny. Zaznaczał nim król, że w wychowaniu przyszłych wład- 
ców pragnie dać przewagę nie przeżytej scholastyce, nie bły- 
skotliwemu humanizmowi, lecz zmysłowi praktycznemu, jakim 
celował Długosz, znajomości dziejów ojczystych, jakiej nikt nad 
niego wówczas nie posiadał, a nadto nieposzlakowanemu cha- 
rakterowi, uczciwości i religijności, które go wyróżniać musiały 
z grona innych nauczycieli królewiczów. Odtąd też spędzał Dłu- 
gosz przeważnie czas w towarzystwie swych wychowanków czy 
to w Krakowie, czy też latem w Niepołomicach lub Tyńcu, 
o ile go nie odrywały od tego zajęcia dyplomatyczne. Pierwsza 
co prawda misja jego, udział w poselstwie do Czech w tymże 
1467 r. nie wypadła zbytnio po myśli króla; następne posel- 
stwo, do Węgier w r. 1469, nie doszło do skutku z powodu 
zerwania układów, poczem nastąpiła pewna pau?a do ponownego 
powołania do dyplomacji, przerwana jedynie podróżą z najstar- 
szym wychowańcem Władysławem do Pragi, na koronację na 
króla czeskiego w r. 1471. Zaproponowano mu wtedy arcybi- 
skupstwo praskie, którego jednak Długosz nie przyjął. Czechów 

2* 



20 

nie lubił, husytyzm napawał go wstrętem, czeska polityka Ja- 
giellończyka nie przejmowała go zapałem, odkąd zwłaszcza znik- 
nęła nadzieja odzyskania Śląska, o której Długosz zawsze ma- 
rzył, pomny planów Oleśnickiego. Brał jeszcze udział Długosz 
w pertraktacjach w Nisie i Opawie w r. 1473 z Czechami 
i Węgrami, w niedoszłej do skutku misji węgierskiej w r. 1475 
i po raz ostatni w rokowaniach o pokój z Maciejem Korwinem 
w r. 1478, które Długosz samodzielnie prowadził. 

Czuł się on jednak temi pracami, zwłaszcza w ostatnich 
latach, zmęczonym, a jeszcze więcej zniechęconym. W ciągu 
kilku lat wakowały po kolei wszystkie prawie biskupstwa pol- 
skie, które z woli króla otrzymywali często ludzie odeń młodsi 
i mniej zasłużeni. Czuł też może pewien żal do króla, że za 
tyle prac i usług skąpił mu dowodów uznania. Nie zdołał tego 
już naprawić fakt, iż dopiero u schyłku życia, w r. 1479, wy- 
znaczył go król wreszcie na arcybiskupstwo lwowskie. Zanim 
nadeszło potwierdzenie papieskie, zmarł Długosz w Krakowie 
19 maja 1480 r. i pochowany został na Skałce, którą tylu 
staraniami za życia był otoczył. 

/// 
PRACE HISTORYCZNE DŁUGOSZA 

Przygotowanie Długosza do zawodu historyka. 

Nakreślone powyżej dzieje życia Długosza wskazują już same 
przez się, jak doskonałem było jego przygotowanie do pracy 
historycznej i jak szczęśliwe warunki, w których ją podejmo- 
wał. Przebywając przez 24 lat w wielkiej szkole politycznej 
Oleśnickiego, mógł w praktyce przypatrzeć się, jak rządzi się 
krajem, jakich środków używa i jakiemi drogami chadza ów- 
czesna polityka, i tą drogą nabrać zrozumienia, poznać od we- 
wnątrz ów mechanizm polityki państwowej, różny wprawdzie 
w różnych czasach, ale w zasadniczych swych elementach, 
zwłaszcza na terenie średniowiecza, analogiczny. Sam wreszcie 
Oleśnicki, od wczesnej młodości blisko stojący steru państwa, 
był też niewyczerpaną kopalnią wiadomości o dziejach pierw- 
szej połowy XV w., z której też Długosz czerpał pełną dłonią. 



21 

™ niezawsze krytycznie. Wcześniejsze nieco wypadki, czasy 
;właszcza króla Ludwika, początki Jagiełły, żyły jeszcze w świe- 
iej pamięci ludzi starszych, czy to dostojników, przewijających 
ię przez dwór Oleśnickiego, czy to duchowieństwa, zwłaszcza 
;aś kanoników krakowskich, od których młody ich kolega w ka- 
itule niejedną wiadomość mógł zaczerpnąć. Sam wreszcie Dłu- 
osz, zwłaszcza od lat 1448 — 1450, zbliżony bezpośrednio do 
rac dyplomatycznych, biorąc w nich udział, mając rozliczne 
tosunki, wszedłszy wreszcie na dwór królewski, z własnych 
rzeżyć i wiadomości mógł malować, zwłaszcza dzieje czasów 
Kazimierza Jagiellończyka. 

W stosunku do dziejów ubiegłych wieków, trzeba się było 
wrócić do źródeł pisanych, nadto do słabej zresztą bardzo tra- 
ycji narodowej. Prócz ogólnie znanych źródeł kronikarskich, 
.ógł jednak Długosz bardziej niż kto inny zapoznać się z roz- 
głym materjałem źródłowym, kryjącym się w murach klasz- 
rnych. Podróże po kraju, choćby w celach gospodarczych, dały 
u sposobność wejrzenia w odległe nieraz zakątki, wyjazdy za 
'anicę, do Czech i Węgier, zapoznały go z tamtejszemi źró- 
ami, w czasie negocjacyj z Zakonem gorliwie zbierał kroniki 
•zyżackie. W murach Wawelu chroniono wreszcie, prócz archi- 
um biskupstwa i kapituły, także archiwum państwowe, któ- 
ch dokumenty mogły tyle przecież światła rzucić na prace 
story czne Długosza. Wiele podobnych materjałów znajdowało 
też w rozproszeniu po kraju w rękach Kościoła lub ludzi 
k^ieckich. Zbieranie zaś tego materjału łatwe nie było i każdy 
oskliwie strzegł cennych dla siebie dokumentów, z nieufnością 
wierzał je rękom postronnych. Akcja Długosza w tym kie- 
nku rozwijała się zresztą zwolna; początkiem jej zaś były 
ace, podjęte w celach praktycznych, w czasie służby u Ole- 
ickiego. 

Pierwsze prace historyczne. Praca nad administracją 

br biskupstwa krakowskiego włożyła po raz pierwszy pióro 

ręki Długoszowi. Rozległym dobrom brak było inwentarza, 

utrudniało kontrolę i zarząd. „Litując się tedy nad smutnem 

niedbaniem" dóbr katedry krakowskiej, spisał Długosz zamki. 



^; 



22 

miasta, wsi i dochody biskupstwa krakowskiego. Inwentarz 
ten, ukończony w r. 1440, a wiodący Długosza do późniejszego 
Liber beneficiorum, z wielką szkodą dla historjografji naszej 
zaginął. Dowodzi on jednak, że już wówczas Długosz musiał 
się zająć bogatym materjałem historycznym, jaki zawierały przy- 
wileje biskupstwa krakowskiego, zetknąć się zapewne bliżej 
i z rocznikami, słowem, wejść zasadniczo na tory badania prze- 
szłości. 

Niebawem też przystąpił do pierwszej pracy, nie dykto- 
wanej już potrzebami praktycznemi, jaką są Banderia Pruthe- 
norum, rzecz opisowa, powstała w r. 1448. Wisiały w ka- 
tedrze krakowskiej chorągwie, zdobyte na Krzyżakach w bitwie 
•grunwaldzkiej, świadectwa chwały i zwycięstwa, tak drogiego 
Długoszowi przez wspomnienia ojca. Lękając się, że zniszczeją pod 
zębem czasu, pragnął zachować je dla potomności i dlatego po- 
lecił malarzowi krakowskiemu, Stanisławowi Durinkowi, odtwo- 
rzyć je wiernie na pergaminie, a sam dodał do każdego obrazu 
szczegółowy opis z wielu ciekawemi wspomnieniami o walkach 
wielkiej wojny, poczem złożył rękopis w bibljotece uniwersy- 
tetu krakowskiego. 

W tym też, zdaje się, czasie powstała niewielka heraldy- 
czna praca Długosza p. t.: Insignia seu clenodia regni Po- 
loniae, zawierająca wizerunki herbów ziem polskich, kapituł 
oraz przeszło stu rodów szlacheckich wraz z krótkiemi opisami, 
w których najcenniejsze są zwięzłe charakterystyki rodów, naj- 
częściej na własnej obserwacji oparte. 

Żywoty świętych. Zagłębiając się coraz bardziej w pracy 
historycznej, zwłaszcza od śmierci Oleśnickiego, z zadowole- 
niem musiał się pobożny Długosz zatrzymywać nad postaciami 
świętych polskich, w szczególności zaś nad postacią św. Stani- 
sława, związanego z ukochaną katedrą krakowską. Uważał on, 
że słuszność mają ci, którzy ze śmiercią św. Stanisława łą- 
czyli upadek królewskości i upadek Polski, i poszedł w tern 
mniemaniu jeszcze dalej, widząc w przejściu berła z rąk Pia- 
stów do niesympatycznych mu Jagiellonów skutki klątwy, cią- 
żącej na rodzie zabójcy świętego patrona. By przyczynić się 



23 

do podniesienia jego kultu, napisał więc nowy Żywot szu. Sta- 
nisiawa, ukończony w r. 1465, a będący wTasćIwie rozsze- 
rzoną przeróbką żywota, skreślonego niegdyś przez Wincentego 
z Kielc. Interesuje on nas raczej ze względu na wspomniane 
wyżej poglądy Długosza, niż na nowe wiadomości historyczne, 
których prawie nie przynosi. 

Z innych pobudek wypłynął późniejszy nieco Żywot św. 
Kingi, ukończony dopiero w latach 1471—1474. DTugósz, za- 
poznawszy się z żywotem tej królowej, skreślonym przez Fran- 
ciszkanina, Stanisława, postanowił napisać rzecz lepszym niż 
tamten językiem, a przedewszystkiem uporządkowaną chronolo- 
gicznie, dedykując ją drogiemu mu tak Jakóbowi Sienieńskiemu. 
Powstała w ten sposób praca, charakterem i wartością nie od- 
biegająca od poprzedniej. 

Katalogi biskupów. W związku z ogólnemi badaniami 
historycznemi Długosza są też niewielkie jego prace, będące 
pewnego rodzaju monografjami biskupstw polskich, a stanowiące 
niejako prace przygotowawcze, względnie pomocnicze, do wiel- 
kiego dzieła, lecz osobno zredagowane. Notuje on w nich po 
kolei imiona, pochodzenie, daty życia, a zwłaszcza rządów po- 
szczególnych biskupów, krótkie dzieje ich rządów i ogólną cha- 
rakterystykę osób. Pierwszym z nich był katalog biskupów 
wrocławskich, po nim kujawskich, poznańskich, arcybiskupów 
gnieźnieńskich, a wreszcie biskupów krakowskich i płockich. 
Pisząc je, opierał się Długosz częściowo na istniejących po ka- 
pitułach zapiskach o biskupach, względnie ich spisach czy ka- 
talogach z podaniem zwłaszcza dat, dotyczących pochodzenia 
i czasu rządów. Wiele jednakże wiadomości czerpał z niezna- 
nych nam dzisiaj źródeł i stąd katalogi jego, powstałe w ciągu 
długoletnich badań, są obfitym zbiorem wiadomości historycz- 
nych, aczkolwiek niejedna z nich wymaga dziś korektury. 

Księga uposażeń diecezji krakowskiej. Liber be- 
neficiorum dioecesis cracoviensis jest po Dziejach Polski 
największem i najznakomitszem z dzieł Długosza. Jak nikt inny 
znał Długosz majętności biskupie i kapitulne, zarówno z dłu- 



24 

g-oletniej praktyki administracyjnej, jak i studjów nad prze- 
szłością. Objeżdżając kraj, jako wizytator tych dóbr, mógł na 
miejscu zebrać wiele informacvj zarówno o nich, jak i o upo- 
sażeniach innych kościołów. Widząc, iż z biegiem czasu ginie 
wiele dowodów o majątku kościelnym przez pożary i obojętność 
ludzką, postanowił Długosz — jak sam zaznacza we wstępie 
pracy, dokonać dzieła podobnego, jak opracowane w r. 1440, 
lecz na znacznie szerszą skalę zakrojonego, bo tyczącego także 
ogółu kościołów parafjalnych oraz klasztorów. Przystąpił doń 
w czasie, gdy był wychowawcą królewiczów od r. 1470, a więc 
w ostatnich latach życia. Oczywiście musiał mieć pomoc ludzi 
interesowanych. Wedle planu, przez Długosza nakreślonego, 
dostarczało duchowieństwo świeckie i klasztorne diecezji kra- 
kowskiej spisu swoich uposażeń, a Długosz, uporządkowawszy 
ten materjał, stworzył dzieło, które jest statystyką, a zarazem 
wiernym opisem geograficznym ówczesnej Małopolski. Taki ob- 
szar zajmowało bowiem wówczas biskupstwo krakowskie. Obraz 
ten jest tem pełniej!?zy, że wszedł doń, prócz opisu dóbr ko- 
ścielnych, także opis dóbr rólewskich i prywatnych z racji 
dziesięcin, jakie z nich kościołom opłacano. Dla historji gospo- 
darczej, genealogji i geografji historycznej tych czasów jest to 
dzieło kopalnią niewyczerpaną. 

Pod okiem Długosza, już u schyłku jego życia, bo w r. 
1479 powstał wreszcie zbiór bardzo cennych dokumentów, do- 
tyczących stosunków polsko-krz3Żackich. Znajdują się tam akta 
procesu polsko-krzyżackiego z r. 1339, przywileje Krzyżaków, 
dotyczące ziem pomorskich, Prus i Litwy, a wreszcie akta sprawy 
między PoL^ką a Krzyżakami z r. 1422. Zbiór tych dokumen- 
tów, znanych jako Liłes ac res gestae inłer Polonos ordi- 
nemgue Cruciferorum, był bez kwestji w związku z pracą 
Długosza nad dziejami Polski. 

IV 

DŁUGOSZA DZIEJE POLSKI 

Historja Polski. Dziełem, które wsławiło imię Długosza 
w kraju i zagranicą i zapisało go jako ojca dziejopisarstwa 



25 

polskiego jest: Dziejów polskich ksiąg dwanaście (Historiae 
Polonicae libri XII). Objął niem Długosz całość dziejów Polski 
od czasów najdawniejszych aż prawie po dzień swojej śmierci, 
a podzielił na 12 ksiąg, co prawda bardzo sobie nierównych, 
skoro dwie ostatnie, obejmujące dzieje współczesne autorowi, 
dorównywają prawie objętością dziesięciu poprzednim. Pierwsza 
księga zawiera opis geograficzny ziem polskich oraz dzieje cza- 
sów pogańskich i Mieszka I, druga dzieje Bolesława Chrobrego 
i Mieszka II, trzecia Kazimierza Odnowiciela i Bolesława Śmia- 
łego, czwarta Władysława Hermana i Bolesława Krzywoustego, 
piąta sięga do zgonu Bolesława Kędzierzawego, szósta do pierw- 
szego napadu Tatarów, siódma do koronacji Przemysława II, 
ósma najkrótsza^ po r. 1300., dziewiąta obejmuje czas> Wła- 
dysława Łokietka i Kazimierza W., dziesiąta rządy Ludwika 
węgierskiego, Jadwigi, a wreszcie Jagiełły po r. 1409. Dzieje 
współczesne sobie podzielił Długosz między księgę jedenastą, 
sięgającą po r. 1434, i dwunastą, dobiegającą początków 1480 
r., a więc ostatnich miesięcy życia autora. 

Dzieło Długosza nie jest też bynajmniej przerwane przez 
jego śmierć. Tuż przed nią zostało ono prze/eń zamknięte 
i ukończone; tak jak na wstępie otwiera je przedmowa i dedy- 
kacja pamięci Zbigniewa Oleśnickiego, tak zamyka ustęp, zwró- 
cony do czytelników i potomnych, w niezmiernie gorących, 
wprost wzruszających słowach napisany, w którym autor stwierdza, 
iż czuje zbliżający się kres życia i wyraża radość, że przed 
nim udało mu się zamierzonego dzieła dokonać. 

Układ dzieła jest chronologiczny. W obrębie każdego roku 
grupuje Długosz wypadki w osobne ustępy, poświęcone jednej 
kwestji i wyraźnie od siebie oddzielone, opowiadając w ten 
sposób zarówno wydarzenia w Polsce, jak i jednoczesne wy- 
padki w krajach postronnych, o których doszły go wiadomości, 
lub które z tych czy innych przyczyn uważał za stosowne przy- 
toczyć. 

Powstanie dzieła. W przedmowie wspomina Długosz, 
iż do napisania historji zachęcał go oddawna Zbigniew Ole- 
śnicki, „niezwykłem pałając pragnieniem rozsławienia dziejów 



26 

ojczystych" i źe życzeniu temu Długosz nawet po zgonie kar- 
dynała uczynić pragnął zadość. Miał jednakże nasz historyk 
i inne pobudki do pracy. Bolało go, że „wielu spraw i dziejów 
Polski, godnych wiadomości, które dla braku piszących niepa- 
mięć pokryła, nie znamy", i widział w tem wielką szkodę za- 
równo dla umysłów, jak i dla sztuki rządzenia państwem pol- 
skiem, dla której z przeszłości wyciągnąć pragnął zbawienne 
nauki. Przykro mu było wreszcie, że dzieje Polski przez brak histo- 
ryków nieznane są światu i przez opieszałość Polaków wydają 
się, zwłaszcza obcym, mało znaczne i nie ciekawe. 

Temi pobudkami wiedziony, choć sam żywił wątpliwości, 
czy siły i zdolności mu dopiszą, by godnie przeprowadzić za- 
mierzone dzieło, zabrał się do pracy nad Historją Polski. Już 
za życia Zbigniewa Oleśnickiego spisywał, zdaje się, pod jego 
dyktatem wypadki z czasów wystąpienia Zbigniewa na arenę 
publiczną, a więc od r. 1410 mniej więcej, by potem wygła- 
dziwszy je i uzupełniwszy, wcielić do swego dzieła, kontynuując 
je dalej; dzięki temu też czas}^, przypadające na wczesną mło- 
dość Długosza, a więc takie, z których nie posiadał własnych 
spostrzeżeń, są napisane z równem bogactwem informacyj, co 
okres jego wieku dojrzałego. 

Począł też wcześnie gromadzić źródła do dziejów czasów 
wcześniejszych, lecz do pracy konstrukcyjnej przystąpił dopiero 
po śmierci Oleśnickiego w r. 1455, aby odtąd, jak sam podaje, 
przez lat dwadzieścia pięć nad nią pracować. Na rozpoczęcie 
jej wówczas wpłynęła zarówno zmiana w położeniu Długosza, 
jaka nastąpiła ze śmiercią Zbigniew^a, jak i fakt, że niedługo 
przed nią udało mu się wreszcie otrzymać zdawna poszukiwa- 
nego w^e Węgrzech i Włoszech Liwjusza, którego dzieło było 
wtedy wielką jeszcze rzadkością. W Liwjuszu znalazł wzór, jak 
należy tworzyć wielkie dzieło historyczne, obejmujące całe dzieje 
narodu, którego nie mogły mu dostarczyć kroniki średniowieczne, 
zwłaszcza zaś kroniki polskie. Liwjusz stał się dla Długosza 
wzorem przede wszy stkiem w sposobie przedstawiania wypadków, 
pozwalającym mu cofnąć się wstecz i dać dzieje wieków ubie- 
głych, nie jako wstęp ao dziejów współczesnych, lecz jako ró- 
wnorzędną część dzieła; był też dlań wzorem przy ułożeniu roz- 



27 

kładu dzieła na podobne do Liwjnszowycłi księgi, prowadzone 
sposobem chronologiczn^^m, a zawierającym pewne całości. 

Nakreśliwszy sobie z góry plan i podział dzieła, przy- 
stąpił Długosz do jego wykonania, pracując jednocześnie nad 
częścią pierwszą, dawniejszą, jak i nad drugą współczesną, którą 
miał już znacznie lepiej przygotowaną z lat ubiegłych. Ta druga 
część (księgi XI — XII) szybciej też postępowała naprzód od 
pierwszej, wymagającej trudów, mozolnych poszukiwań i po- 
prawek. Przed upływem trzech lat, a więc do 1458 r. ukoń- 
czoną była w zasadzie księga XI i część XII po rok 1443, 
a przed r. 1461 dosięgnął w opowiadaniu swem daty śmierci 
Zbigniewa Oleśnickiego, t. j. 1455 r. Dzieje zatem ostatnich 
lat dwudziestu pisać mógł już zwolna w miarę rozwoju wy- 
padków. 

Odmieunemi torami szła praca nad dziejami wieków da- 
wniejszych. Tu Długosz wraca po kilkakroć nieraz do tej sa- 
mej epoki, by w miarę nowych źródeł i nowych badań coś 
zmienić, poprawić lub dorzucić, choć i dwie ostatnie księgi bez 
późniejszych poprawek się nie obeszły. W ciągu pracy przyby- 
wały bowiem historykowi coraz to nowe źródła, zwłaszcza obce, 
o których pozyskanie bardzo się starał; aby móc ze wszystkich 
korzystać w oryginale w starszym już wieku, „siwizną okryty", 
nauczył się ruskiego alfabetu, a zdaje się, i niemieckiego języka. 

Źródła Długosza. „Po wielorakich badaniach i rozmy- 
słach, a ku temu wycieczkach i podróżach, podjętych dla spi- 
sania kronik krajowych i obcych, po doznaniu rozmaitych przy- 
mówek, obelg i potwarzy.", zebrał wreszcie Długosz ten olbrzymi 
materjał historyczny, na jakim oparł swoje dzieło. Nie miał po 
temu wzorów w Polsce, bo jego poprzednicy, o ile korzystali 
ze źródeł pisanych, ograniczali się zazwyczaj do przepisywania 
tego, które im za podstawę służyło, nie dbając o uzupełnienie 
go innemi, poza wiadomościami, czerpanemi z tradycji ustnej 
lub własnemi domysłami. Także i współcześni mu historycy 
obcy uważali swe zadanie za spełnione, jeśli dokonali kompi- 
lacji wiadomości dawniejszych kronikarzy w jaką taką całość. 
Daleką od nich była jeszcze myśl wydobycia dokumentów z pyłu 



28 

archiwalnego, przeprowadzenia poszukiwań za rocznikami i za- 
piskami, słowem, oparcia się na źródłach niejednokrotnie bez- 
względnie większej wartości niź tamte, a przedewszystkiem po- 
większenia tą drogą zapasu wiadomości historycznych czemś 
ponad to, co już poprzednikom było znane. 

Podjął tę myśl Długosz, stwierdzając z żalem, jak wiele 
pomników historycznych zaginęło, „co zaś staranniej dochowało 
się do naszego wieku, to szczupłym jest tylko zabytkiem dzie- 
jów". Nie zrażony tem jednak, tem gorliwiej podejmował poszu- 
kiwania i „co po kościołach, po archiwach i różnych miejscach 
było rozprószone", starał się zebrać; uważał bowiem, że zada- 
niem jego jest, „nie poprzestając na powtarzaniu tego, co da- 
wniejsi i obcy napisali, dalej nieco postąpić". To też zapas 
źródeł, jakim rozporządzał, przedstawia się wprost imponująco. 

oj Źródła polskie. W poszukiwaniach swoich zgro- 
madził Długosz z nielicznemi wyjątkami prawie wszystkie znane 
nam dzisiaj, a wówczas istniejące źródła polskie; co więcej, jak 
wykazał szczegółowy rozbiór jego dzieła, posiadał także i wia- 
domości, ze źródeł nam dziś nieznanych pochodzące. Nie ze 
wszystkich korzystał w równej mierze chętnie i równie obficie. 
Z pośród roczników wyzyskał przedewszystkiem rocznik ka- 
pitulny krakowski, najcenniejszy, a tak łatwo dlań dostępny, 
następnie rocznik Traski i wielkopolski. Pozatem jednak czerpał 
wiadomości z kilkunastu innych jeszcze roczników, kalendarzy 
względnie nekrologów polskich. Posłużyły mu one w szczegól- 
ności do ustalenia chronologji dla całych okresów, które opisy- 
wał na podstawie źródeł, pozbawionych dat, jak n. p. kronika 
Galla, a także służyły mu za szkielet opowiadania tych czasów, 
dla których brak jest źródeł kronikarskich. Rzecz prosta, że 
przeszły przez ręce Długosza żywoty świętych i opisy 
cudów świętych polskich, lecz nie zawsze w tym komplecie, 
w jakim je dziś znamy. I tak n. p. z żywotów św. Wojciecha 
znany jest Długoszowi tylko jeden, którego autorstwo przypisuje 
się Gaudentemu; zna jednakże jakieś późniejsze już opisy cudów 
czy legendy o św. Wojciechu, które się do nas nie dochowały. 
Korzystał też Długosz zkatalogów biskupów wrocławskich, 
krakowskich, kujawskich i arcybiskupów gnieźnieńskich, po- 



wstałych z czasem w dotyczących kapitułach, na których oparł 
w zasadzie wspomniane już wyżej przez siebie opracowane, 
dużo obszerniejsze katalogi. 

Z całą gorliwością wyzyskał wreszcie kroniki polskie, 
z których znał wszystkie nam znane, chociaż nie do wszystkich 
z nich odnosił się z jednakowem zaufaniem. 

Nie przemawiał mu więc bardzo do przekonania Gallus, 
już nawet pod względem formy, w której raziła go niewyszu- 
kana łacina i lakoniczna zwięzłość. Długosz, zostający pod 
wpływem humanistycznej łaciny, powtarzając w swem dziele 
wiadomości Galla, stara się je podać lepszym stylem, a prze- 
dewszystkiem w możliwie pełnej i obszernej formie. Nie zawsze 
jest to szczęśliwe. Tam, gdzie nie można było Galla uzupełnić 
innemi źródłami, daje Długosz własne domysły, a te t. zw. am- 
plifikacje są nieraz nietylko zwykłem rozwodnieniem zwięzłych 
wiadomości Galla, ale prostemi zmyśleniami. Nierazzn ów, uzu- 
pełniając Galla źródłami, zwłaszcza obcemi, robi to niefortunnie 
i miesza zupełnie oderwane od siebie fakty. Nie przypadał też 
do gustu Długoszowi sposób myślenia Galla, sposób patrzenia 
jego na pewne osoby i fakty. W takich razach wolał polegać 
na tych źródłach, które bliższe były jego światopoglądowi, lub 
też niemiJe mu informacje omijać czy po swojemu prostować. 

Nic też dziwnego, źe Wincenty Kadłubek cieszył się 
u niego o wiele większem, niemal bezwzględnem czasem zau- 
faniem, które w nim wzbudzał, jako biskup i czciciel św. Sta- 
nisława; jest on też jedynym niemal autorem, któremu Długosz 
poświęcił zaszczytną wzmiankę, choć i jego informacje poddaje 
przeróbkom, nie zawsze szczęśliwym. 

Mniej znacznie wiadomości bierze z Kroniki wielkopolskiej, 
bardzo mało z Mierzwy, pełną dłonią czerpie natomiast z Janka 
z Czarnkowa. Korzystając z dzieła jego, wprowadza również 
szereg zmian, nieraz samowolnych, czasem jednak, zdaje się, 
prostuje przekazy Janka, nie zawsze prawdomównego, tradycją 
ustną, bądź co bądź jeszcze żywą dla czasów andegaweńskich 
w Polsce. Janka bowiem Długosz nie lubi, nie wymienia go 
nigdzie po imieniu, pomija zupełnie atak jego na Zawiszę z Ku- 
rozwęk, późniejszego biskupa krakowskiego. Przyczyną tego były 



zapewne wiadomości o przewinieniach Janka, które Długosza odeń 
odstręczały, tern więcej, że źródła krakowskie, a tym ufał Długosz 
najwięcej, wyrażały się jak najlepiej o oczernionym przez Janka 
Zawiszy. 

Dla dziejów Śląska korzystał Długosz z Kroniki książąt 
polskich, a znał także i dzieło wcześniejsze od niej Marcina 
Polaka. 

Prócz źródeł wyżej wspomnianych wciągnął do swego 
dzieła jeszcze jeden rodzaj źródeł, a mianowicie dokumenty, 
co ogromnie podnosi naszą opinję o jego metodzie pracy. Nie- 
jednokrotnie przytacza je Długosz w całości, czasem w stre- 
szczeniu, lub tylko o nich wspomina. Jest to tern ważniejsze, 
że, dzięki Długoszowi, jesteśmy w możności odtworzyć sobie kil- 
kadziesiąt dokumentów, nieraz bardzo ważnych, które ani z ory- 
ginału, ani z kopji nie są nam znane. Dla wypadków XV wieku 
zwłaszcza korzystał on zapewne z metryki koronnej. W wielu 
miejscach opiera się wreszcie na uchwałach synodów i aktach 
procesowych, zwłaszcza w sprawach krzyżackich. 

b) Źródła obce. „Jeśliby mi kto przy ganiał — pisze 
Długosz w przedmowie swego dzieła — że opisywałem nie same 
dzieje Polski, ale i czeskich, węgierskich, ruskich, pruskich, 
saskich, litewskich i rzymskich, a nadto papieży, cesarzów 
i królów historji, od wielu nieznanej, dotykałem, niechaj wie, 
że czyniłem to z rozmysłu i powodowany potrzebą wyświecenia 
prawdy. Albowiem kraje te miewały styczność z Polską, już to 
z powodu rozlicznych i sojuszów i wojen, już dzięki podobień- 
stwu języka i bliskiemu sąsiedztwu, tak, iż często pod jednego 
władcy rzą*dem zostawał}^ Gdy więc z dziejami Polski wiele 
obcych jest w związku i połączeniu, zdało mi się rzeczą przy- 
zwoitą zbaczać do nich miejscami, nie przez zarozumiałość, 
ale i by naszym czytelnikom były wiadome". W słowach tych 
wygłasza Długosz jedną z zasad nowożytnego badania histo- 
rycznego, na którą poprzednicy jego nie umieli jeszcze zwrócić 
uwagi, a cóż dopiero przeprowadzić ją w ten sposób, jak nasz 
historyk! Postanowił on sięgnąć, o ile to było w jego możności, 
do dziejopisarstwa każdego z narodów sąsiednich i na tej pod- 
stawie kreślić i ich dzieje i związek ich z Polską, Może nie 



al 

zawsze przeprowadzenie odpowiadało programowi, ale myśl sama 
była ogromnym postępem, przynoszącym zaszczyt Długoszowi. 

Najważniejsze dla stosunków polskich były oczywiście 
źródła krzyżackie. Zapoznał się z niemi Długosz, jak wiemy, 
w toku pracy, w r. 1464 w czasie pertraktacyj z Zakonem, 
choć co prawda nie ze wszystkiemi, gdyż nie zna n. p. łacińskiej 
kroniki Piotra Duisburga, z początków XIV wieku pochodzącej. 
Zna za to przeróbkę tej kroniki: Kronikę von Pruzinland, 
rymami na język niemiecki przełożoną przez Mikołaja Jeroschina, 
oraz rymowaną również niemiecką kronikę Wiganda z Mar- 
burga, opisującą wypadki lat 1311 — 1394. Za pobytu na Po- 
morzu kazał sobie obydwie te kroniki przełożyć pospiesznie ja- 
kiemuś duchownemu na język łaciński dla łatwiejszego korzy- 
stania, aczkolwiek nie ulega kwestji, że korzystał i z niemiec- 
kiego oryginału Wiganda. Tłumaczenia ob3Mwu tych kronik są 
bardzo liche, Długosz też dosyć powierzchownie z nich korzysta. 
Warto jednak zaznaczyć, że gorliwości jego w zbieraniu źródeł 
zawdzięczamy znajomość kroniki Wiganda w całości, aczkolwiek 
w bardzo słabym przekładzie, gdyż niemiecki oryginał, wyjąwszy 
paru fragmentów, zaginął; a tylko owo tłumaczenie się prze- 
ćh^owało. Korzystał też wreszcie Długosz z Kroniki oliwskiej, 
która, jak wszystko wskazuje na to, wyszła z pod pióra jednego 
z opatów tamtejszych, Polaka, Stanisława. 

Źródła powyższe służyły Długoszowi także do nakreślenia 
stosunków i dziejów litewskich. Ponadto jednak i dla nich i dla 
spraw ruskich posługuje się latopisami rusko-litewskiemi 
i r u s k i e m i. Co do tych ostatnich, to mimo, że jak sam za- 
znacza, umyślnie dla nich uczył się po rusku, korzysta z nich 
dość pobieżnie, a nie może sobie dać rady z chronologją ruską, 
skutkiem tego oznaczenie stosunków Długosza do poszczególnych 
latopisów jest bardzo trudne. Pewnem jest jednak, że korzystał 
z właściwej kroniki Nestora oraz z latopisu ławrentyjskiego. 
Ze źródeł ruskich korzysta do okresu, sięgającego końca XIII 
wieku. Później następuje w źródłach tych przerwa, aż do danych 
latopisów rusko-litewskich z XIV wieku, widoczna i w dziele 
Długosza, który skończywszy czerpać z pierwszych pod r. 1288, 



3^ 

dopiero od r. 1382 zaczyna podawać wiadomości, pochodzące 
z drugich. 

Daleko wyraźniej da się określić znane Długoszowi źródła 
czeskie. Aż po r. 1120 opiera on się na pochodzącej z po- 
czątków XII wieku kronice Kosmasa, potem zaś od r. 1123 
korzysta z dzieła Pułkawy, powstałego na polecenie Karola IV 
w drugiej połowie XIV wieku. Zna też jednego z kontynuatorów 
Kosmasa, a także Historję Czech, napisaną przez wspomnia- 
nego wyżej humanistę, Eneasza Sylwjusza Piccolominiego, 
z której w pewnych miejscach korzysta. Nie znał natomiast 
szeregu innych, najczęściej cenniejszych od niejednego z po- 
wyższych źródeł czeskich, widocznie dlań wówczas niedostępnych. 

Lepiej pod tym względem zaopatrzony był w źródła w ę- 
g i e r s k i e. Wszystko przemawia za tem, że w posiadaniu Dłu- 
gosza znajdowało się t. zw. praźródło kronik węgierskich, się- 
gające do chwili wstąpienia na tron Ludwika W., w dawnej 
redakcji, na której opierają się późniejsze źródła, jak kronika 
budzińska, choć nie jest wykluczone, że i ta ostatnia, wydana 
drukiem w r. 1473, dostała się do rąk jego. Stamtąd to za- 
czerpnął nasz historyk główny zrąb swych wiadomości o Wę- 
grzech, uzupełniając je w niektórych tylko szczegółach danemi 
innych źródeł, jak żywota św. Stefana, napisanego przez Hartwiga 
i kroniki polsko-węgierskiej. 

Prócz powyższych źródeł postronnych, zwłaszcza w kreśle- 
niu wypadków, dotyczących cesarstwa i papiestwa, posługiwał 
się Długosz szeregiem źródeł obcych, czy to o charakterze ogól- 
nym, jak dzieła Marcina Polaka (Chronicon Pontificum et 
Imperatorum) i Ptolemeusza z Lukki (Historia ecclesiastica), 
lub specjalnym, jak dzieła Tomasza ze Spalato i głośne De 
rebus gestis Friderici /. Ottona fryzyngeńskiego z wieku XII. 
Co więcej, szczegółowy rozbiór tekstu Długosza wykazał sporą 
liczbę wiadomości zarówno o dziejach narodów postronnych, jak 
i dziejach Polski, opartych niewątpliwie na źródłach pisanych, 
dostępnych wówczas Długoszowi, lecz nam już dzisiaj nieznanych. 

c) Tradycja ustna dostarczyła Długoszowi stosun- 
kowo niewiele wiadomości z wieków ubiegłych; uciekał się do 
niej co prawda, zaznaczając, że wypadki, „których podania 



33 

piśmienne, ta jedyna i najpewniejsza rękojmia dziejów, nio 
uwieczniły w pamięci, z samych wieści krążących, najstaranniej 
jak tylko mogłem i jak najsumienniej spisałem". Tej to tra- 
dycji ustnej zawdzięczamy szereg barwnych i znanych dziś po- 
wszechnie opowiadań, jak o Florjanie Szarym, Wierzynku 
i Maćku Borkowiczu. 

flCj Własne przeżycia i relacje współczesnych do- 
pełniają szeregu wyżej wyliczonych źródeł Długosza. Zaznaczy- 
liśmy już poprzednio, że dla początków XV w. zbierał on jesz- 
cze przed przystąpieniem do dzieła materjały, prowadząc za- 
piski, głównie na informacjach Zbigniewa Oleśnickiego oparte. 
I później zbierał gorliwie relacje świadków naocznych o wy- 
padkach, których sam świadkiem być nie mógł, jak n. p. bitwy 
warneńskiej. Sam wreszcie był świadkiem lub aktorem wielu 
opisywanych przez się wypadków, to też słusznie mógł powie- 
dzieć, że „te, które za naszego przypadły wieku, własnem opi- 
sałem piórem". Niejeden też szczegół czasów dawniejszych 
oświetla Długosz autopsją, obejrzeniem miejsc historycznych. 
Tu zaliczyć trzeba wiele danych z jego geografji ziem polskich, 
umieszczonej na wstępie dzieła, informacje tyczące nagrobków 
i pomników, oraz ich napisów, opisy takie, jak kaplicy św. 
Stanisława w Assyżu, lub wiadomość o kościach bielejących na 
polu bitwy pod Płowcami. 

Metoda historyczna Długosza. Znając w ogólnych 
zarysach zapas źródeł, jakiemi historyk nasz rozporządzał, zro- 
zumieć możemy ogrom trudu, jaki sobie dla ich zebrania zadać 
musiał w ówczesnych warunkach; przyjrzyjmy się teraz sposo- 
bowi, w jaki je wyzyskał, metodzie naukowej, którą zastoso- 
wał przy opracowaniu swego dzieła. Zwyczaju cytowania źró- 
deł, z których się czerpie, nie znano w zasadzie w wiekach 
średnich i pisarze czynili to jedynie okolicznościowo. Tej sa- 
mej praktyki trzyma się i Długosz i jedynie przez porównanie 
tekstów dujść możemy do źródeł, z których korzysta. Czerpano 
zaś zwykle wówczas w sposób zupełnie dowolny, bądź to prze- 
pisując źródło mniej lub więcej dosłownie, bądź też skracając 
je i przerabiając wedle upodobania, bez tłumaczenia czytelni- 

Bibl. Nar. Nr 3i (Długosz: Bitwa Grunwaldzka). 3 



34 

kowi, dla czego się to czyni. Tak samo postępuje ze swemi 
źródłami i Długosz, który ustępy źródeł^ dotyczące spraw pol- 
skicłi, poddaje z zasady choćby stylistycznej tylko przeróbce. 
To, co się tyczy obcycłi, zazwyczaj dosłownie za źródłem przy- 
tacza. W tern atoli jest on wyższym od swoich poprzedników 
i wielu współczesnych, że zmieniając przekaz źródła, niejedno- 
krotnie stara się przekonać czytającego o niesłuszności dawnego 
poglądu i przytoczyć argumenty, może dla nas niewystarcza- 
jące, lecz przemawiające wedle niego za zmianą lub przyjęciem 
wersji innego źródła, bardziej mu odpowiadającej. 

Najczęściej opiera Długosz swoje wywody na najdawniej- 
szych i pierwotnych źródłach, dotyczących danego wypadku, 
a opowiadanie swe kreśli na podstawie źródeł pochodnych 
tylko wówczas, gdy wiadomości ich są obszerniejsze, a zwła- 
szcza, jeśli bardziej odpowiadają jego osobistym przekonaniom. 
Wersje sprzeczne zestawia obok siebie, a wiadomości dla Pol- 
ski niekorzystne, zwłaszcza w źródłach obcych napotkane, po- 
mija lub przemilcza. Niejednokrotnie zdarza mu się też podwa- 
janie faktu, t. j. przytacza go dwukrotnie pod różnemi da- 
tami, jeżeli tak podają go dwa różne źródła. Najwięcej wątpli- 
wości nasuwa nam metoda Długosza wówczas, gdy znajdując 
jakąś pobieżną wzmiankę, stara się uzupełnić ją przez poszu- 
kiwania w innych źródłach, a gdy to nie daje wyniku, przez 
własne domysły, oraz wtedy, gdy przychodzi do przekonania, 
że jakiś fakt wydarzyć się musiał i dlatego, mimo braku da- 
nych, maluje nam go ze swej wyobraźni. I tak n. p. mimo, 
źe nie znajduje w źródłach wiadomości o interdykcie, rzuco- 
nym przez Grzegorza VII po zabójstwie św. Stanisława, opi- 
suje go jednak szczegółowo, bo jest przekonany, że papież tak 
a nie inaczej musiał wówczas postąpić. Eelacje Pułkawy o wal- 
kach Wacława czeskiego w Polsce z r. 1292 rozszerza n. p. 
domysłami, opisuje podział wojsk jego na dwie części, narady 
wojenne w Krakowie i dochodzi wkońcu do mj^lnego wyniku 
kampanji, by korzystniej przedstawić pozycję Łokietka. 

Te t. zw. amplifikacje Długosza mają źródło swe w dą- 
żeniu do przedstawienia wypadków nie jako nagich faktów, 
lecz z dokładnem podaniem towarzyszących im okoliczności 



35 

względnie przyczyn i skutków. Są orie w związku t t. zw. 
pragmatyzmem Długosza, cechą najbardziej charakterystyczną 
dla jego metody. Czasem prowadzi go on do pomysłów nawet 
szczęśliwych, nieraz jednakże do kombinacyj fantastycznych 
Jub nawet fałszów. Trzeba jednakże rozumieć i to, że przy 
a^czesnym stanie nauki, dalekiej od dzisiejszych środków kry- 
^^^i historycznej, błędy takie były nieuniknione. Zdawał sobie 
?ff nich sprawę i sam Długosz, wzywając potomnych do napra- 
wienia w dziele swem „rzeczy słabo uzasadnionych, wątłych 
i niepewnych... z własnych lub cudzych czerpanych domysłów". 
Błędy tego rodzaju popełniać musiał tem bardziej, że, jak 
wszyscy historycy średniowiecza, nie miał jeszcze tej perspek- 
tywy dziejowej i pojęcia ewolucji, jakiemi dysponują dzisiejsi 
historycy, i był przeświadczony, że stosunki, wśród których żył 
w ówczesnej Polsce, istniały w niej od jej początków. Sądził 
więc n. p., że i w pierwotnych czasach istniała szlachta, po- 
siadająca herby, jak w w. XV, że Rada koronna, otaczająca 
króla za jego czasów, stała już i u boku Mieszka I; popełniał 
przez to anachronizmy wyraźne dla nas, ale nie dla swoich 
współczesnych. Pragmatyzm, którego wzory dawał mu przecież 
i sam Liwjusz, wiedzie go do wkładania w usta bohaterów 
długich i kwiecistych przemówień., choć mowy te ani artyzmem, 
ani charakterystyką osób nie dorównywają Liwjuszowym. Nie 
stawiał sobie też Długosz, pisząc swe dzieło, za zadanie stwo- 
rzenia dzieła artystycznego, chciał opowiedzieć fakty, nie my- 
ślał tworzyć rzeczy literacko pięknej czy poetyckiej. Praktycz- 
ność, przejawiająca się w całem jego życiu, i tu wycisnęła 
swe piętno. 

Mimo wszystkich błędów czy usterek, zasługa Długosza 
dla posunięcia naprzód nauki historycznej w Polsce jest ogromna. 
Opanował materjał olbrzymi, jak nikt przed nim, choć nie zdo- 
łał go przetopić, jak zamyślał, w jednolitą całość, a zwłaszcza 
związku dziejów Polski z powszechnemi odpowiednio wykazać. 
Nie podał jednak materjału bezkrytycznie, wiele rzeczy, zwła- 
szcza o charakterze bajecznym, umiał odrzucić, mimo że współ- 
cześni mu historycy z zamiłowaniem rozwodzili się nad bajecz- 
nemi początkami państw; inne, które uważał za zbyt odbiega- 



36 

jące od toku opowiadania, pominął. Walcząc z wielu trudno- 
ściami i błądząc niejednokrotnie, uczynił jednak swą metodą 
krok zasadniczy w naszem dziejopisarstwie, przestąpił próg, 
dzielący kronikarstwo średniowieczne od dziejopisarstwa w no- 
wożytnem pojęciu, i pchnął przez to zdecydowanie polską naukę 
historyczną na nowe tory. Metodą swą przewyższył współcze- 
snych historyków humanistów, dbałych więcej o formę niż o treść, 
i rysuje się na ich tle jako pierwszorzędny uczony. 

Zadania historji i historyków wedle Długosza. 

Podkreśla Długosz wyraźnie, że historycy różny cel sobie sta- 
wiają: jedni piszą dla zyskania sławy, dzięki pięknemu stylowi; 
drudzy dla zdobycia łask możnych, inni dla opisania spraw, na 
które patrzyli. Żadna z tych przyczyn — mówi dalej — nie 
kierowała nim, a jedynie wielkość dziejów, okrytych pomroką, 
cześć prawa i miłość ojczyzny, a zwłaszcza chęć wykazania 
prawdy, dla której „zatykał ucho na łudzący śpiew syren, aby 
prawdy i czystości dziejów nie skazić ani zawiścią, ani przy- 
chylnością". Zadaniem historyka jest bowiem przedewszystkiem 
stwierdzenie prawdy i jeśli w podaniach dziejowych coś sprze- 
ciwia się prawdzie, winien to ominąć. „Powinnością bogiem 
i powołaniem jest dziejopisa, skreślać wiernie tak pomyślne, 
jako i nieszczęśliwe wypadki, chwalebne, jak i niepoczciwe 
sprawy, a w nich przekazywać potomnym zwierciadło i przy- 
kład budujący ku zachęcie i przestrodze". Dlatego to „ dziej o- 
pisowi potrzebna jest wielka bystrość umysłu... aby czy co po- 
chwalić, czy zganić przyjdzie, umiał zachować miarę"... 

Stosownie do tego, ma Długosz wysokie pojęcie o historji 
i jej zadaniach: „ze wszystkich nauk, które służą do ukształ- 
cenia umysłu, żadna nie jaśnieje tak świetnie^ ani taką zaleca 
się wartością, jak historja... u mędrców poczytana za matkę 
cnoty i mistrzynię życia". Stosownie bowiem do pragmatyzmu, 
któremu hołdował, „historia est magistra yitae", należy z niej 
wyciągnąć praktyczne wskazówki przedewszystkiem dla rządze- 
nia państwem. „Nie mało przyczynia się do rządnego sprawo- 
wania rzeczypospolitej czytanie dziejów dawnych i rozważa- 
nie zarówno zacnych, jak i ohydnych spraw przodków... całemi 



37 

przeto siłami garnąć się powinniśmy do tej nauki, z której 
1 ćwiczenie dla naszego umysłu i rządny kierunek rzeczypospo- 
litej z korzyścią wypływa". Pisze więc Długosz swe dzieło, 
„iżby królowie i rządcy i ci, którzy rzecz pospolitą sprawować 
mają, widząc w tej księdze wzory mężów najdzielniejszych ryl- 
*cem dziejowym skreślone, brali pochop do ich naśladowania". 
Ma wreszcie i inne jeszcze znaczenie historja, którą Dłu- 
gosz stawia bardzo wysoko wedle pojęć ówczesnych, bo obok 
filozof ji. „Przez czytanie bowiem dziejów... możemy w krótkiej 
chwili obeznać się z dziejami długich wieków i sprawami ró- 
wnie tajemnemi, jak i publicznemi. Tym sposobem człowiek 
młody i wiekiem kwitnący może przewyższyć starców, posia- 
dających wiadomości jednego wieku, który przeżyli, albo im 
przynajmniej dorównać, gdy swój umysł wzbogaci nauką naj- 
wyborniejszą, w obrazie spraw i działań i znajomości dzieł da- 
wnych zawartą". Obaczmyż teraz, jak wyglądały te zapatrywa- 
nia Długosza w zastosowaniu praktycznem. 

Światopogląd historyczny Długosza. W poglądach 
swoich jest Długosz dzieckiem swego wieku; jest duchownym, 
jest wychowankiem szkoły Oleśnickiego, gorącym patrjotą ukształ- 
conym wedle tych pojęć, jakie polityką wielkiego biskupa kie- 
rowały. I nie mogło być inaczej; jak u każdego z ludzi, wa- 
runki, wśród których żył, musiały zaważyć mocno na w^Tobie- 
łiiu się jego poglądu na świat i dzieje, na porządek rządzący 
światem i logikę faktów historycznych. 

Nad całem dziełem jego góruje gorąca religijność i pły- 
nące z niej przekonanie, że cały bieg dziejów jest dziełem 
sprawiedliwości Bożej, rządzącej światem. Nią też tłumaczy 
najważniejsze wypadki dziejów Polski. Zabójstwo św. Stanisława 
sprowadza karę nietylko na jego sprawców, ale i całą Polskę 
karze utratą królewskości i podziałem kraju. Za -występne po- 
stępowanie panów polskich nadchodzi kara w postaci obcej dy- 
nastji (Jagiellońskiej), królów nieudolnych, sprzyjających więcej 
Litwie, niż Polsce. Ażeby tego rodzaju poglądy uzasadnić, mu- 
siał się Długosz uciekać nieraz do sztucznego tłumaczenia i na- 
ciągania faktów, czyniąc to tem śmielej, że, jak wiemy, uwa- 



38 

żał historję za naukę umoralniającą i chciał dać jak najwięcej 
przykładów budującycłi, a służącycłi za wskazania na przyszłość. 

To też i patrjotyzm jego niezawsze dla nas jest konse- 
kwentny. Cnotę podnosi wprawdzie, gdzie tylko może, gromi 
występki, lecz nie waha się milcząco czynić od tego wyjątków, 
gdy chodzi o dobro państwa i ludzi dla niego działających. * 
Sławi osobę Krzywoustego, choć jest zabójcą brata, bo mógł on 
mieć do tego kroku słuszne powody; podobnie wielbi cnoty 
chrześcijańskie Przemysława II, choć ten jest mordercą własnej 
żony, bo on przywraca Polsce koronę królewską. 

Nastrój patrjotyczny jest jedną z najważniejszych cech 
dzieła Długosza. Wieje on z każdej jego karty. Radością przej- 
muje naszego historyka każdy fakt świetności, pomyślności, suk- 
cesów Polski, boleje nad objaw^ami upadku i stratami, zwłasz- 
cza stratami tery tor jalnemi. Nie opuszcza go nigdy myśl od- 
zyskania ziem straconych Pomorza, niebawem odzyskanego, 
i Śląska, o którym marzył wraz z Oleśnickim, z myślą o któ- 
rym w grób się położył. Ta gorąca miłość ojczyzny, tak róż- 
niąca Długosza od współczesnych, humanistów, każe mu przed- 
stawiać jako najszczytniejszą i radosną śmierć za ojczyznę 
i za wiarę. 

Przywiązanie do wiary i Kościoła nie jest bez wpływu 
na poglądy Długosza o stosunku władzy świeckiej do ducho- 
wnej, ukształtowane wedle teorji politycznej Oleśnickiego, że 
państwo powinno być poddane władzy Kościoła. Stąd to stara się- 
Długosz wykazać, że od początku istniał w Polsce taki mniej 
więcej stosunek Kościoła do państwa, jaki przeprowadzał Ole- 
śnicki, czy to chodzić będzie o dziesięciny, czy o swobodny wy- 
bór biskupów. Od tych jednakże, jak i od całego duchowień- 
stwa żąda, aby w pierwszym rzędzie spełniali swe kościelne 
obowiązki. Polska, na skutek opłaty świętopietrza, jest poddaną 
stolicy apostolskiej — wedle Długosza, niedostępnego jeszcze 
dla rozwijającego się coraz mocniej podówczas, także i u nas, 
pojęcia udzielności państw narodowych. 

W poglądach na państwo i społeczeństwo wybija się 
u naszego historyka postulat dobrych praw i monarchji. spra- 
wowanej przez władców dzielnej ręki, niezależnego w rządze- 



39 

niu, sprawiedliwego dla wszystkich. Warto podkreślić, źe iuż 
Długosz występuje przeciw dożywotności urzędów w Polsce, 
osłabiających władzę królewską; chce też do dostojeństw otwo- 
rzyć drogę na podstawie zdolności i nauki, a nie urodzenia, 
gdyż i szlachectwa cenić nie może, gdy nie odpowiadają mu 
należyte przymioty. Jest też gorącym zwolennikiem dynastji 
rodzimej, boleje nad tem, ilekroć na tronie polskim zasiadają 
obcy. Wolałby też widzieć na nim mazowieckich Piastów, niż 
Jagiellonów, w czem niewątpliwie odbija się stosunek Oleśnic- 
kiego i jego samego do Kazimierza Jagiellończyka. 

Tendencyjność Długosza. Z tego, co powyżej powie- 
dziano o sposobie, w jaki Długosz konstruuje swe dzieło, wy- 
nika, że nie jest pisarzem objektywnym. Wprawdzie świadome 
przekręcenie faktów spotykamy u niego wyjątkowo, tem częściej 
jednak stronniczo je oświetla lub całkiem przemilcza. W hi- 
storji czasów, w których żył i sam działał, trudno oczywiście 
byłoby żądać od niego bezstronności; ta część dzieła ma do pe- 
wnego stopnia charakter pamiętnika, wyraża poglądy i opinje 
pewnego politycznego kierunku, do którego Długosz należał, 
a który z innemi walczył. Tem więcej jednak mielibyśmy prawo 
wymagać objektywizmu od Długosza w pierwszej części jego 
dzieła. Wiedząc, że go w wielu kwestjach nie ma, musimy tem 
krytyczniej do jego rezultatów się odnosić. Tendencyjność Dłu- 
gosza przynosi jednak ze sobą i pewien wynik pozytywny. Jest 
nim sąd historyczny, niewątpliwie także pod wpływem 
Oleśnickiego powstały; objaw ten, któregobyśmy próżno szukali, 
poza nikłemi czasem przejawami, u poprzedników Długosza, 
stanowi charakterystyczną i ze stanowiska ewolucji niezmier- 
nie wartościową cechę jego dzieła. 

Stosunek do sąsiednich narodów, Krzyżaków 
i Litwy. Poglądy na narody obce i na stosunek Polski w wie- 
kach ubiegłych formował sobie Długosz również pod wpływem 
orjentacji politycznej stronnictwa Oleśnickiego. Stąd to płynie 
jego głęboka niechęć do Czechów, w których obóz ten, skutkiem 
husytyzmu, widział wrogów Kościoła. Lękano się zbliżenia do 



40 

Czech, niosącego wzrost herezji i na ziemiach polskich, zwra- 
cano Polskę w stronę Węgier i walki z Turkami. Milczeć więc 
stara się Długosz o husytyzmie w Polsce, który uważał za 
hańbę dla narodu, Czechów nienawidzi, czerpiąc dla swoich po- 
glądów obfite argumenty z tylokrotnych wystąpień Czech prze- 
ciw Polsce, nieraz w interesie Niemiec podjętych. Do Niemców 
może nie żywiłby takiej niechęci, gdyby nie Krzyżacy, gwałci- 
ciele i rabusie ziemi polskiej; doczekawszy jednak chwili upadku 
Krzyżaków, który uważał za wymiar sprawiedliwości za iclT 
zbrodnie, patrzył na nich z niechęcią wprawdzie, ale bez obawy, 
ze spokojem, z jakim się patrzy na pokonanego raz na zawsze 
przeciwnika. Z nietajoną niechęcią i lekceważeniem odnosi się 
do schyzmatyckich Rusinów; najlepiej jeszcze traktuje Węgrów, 
choć i tym nie może niejednego darować, jak -n. p. posiadania 
korony świętej, która Polsce przypaść miała. Litwinów maluje 
jako naród nisko stojący z powodu pogaństwa^ zagrożony upad- 
kiem, od którego wyratowała go Polska, — jej wyłączną za- 
sługą jest chrystjanizacja Litwy. Stoi oczywiście na stanowisku 
wcielenia Litwy do Polski, a politykę Witolda charakteryzuje 
jako buntownicze zapędy, tem ostrzej, im bardziej kwestje te 
zahaczały o program polityczny Oleśnickiego. Stądto i w poli- 
tyce Kazimierza Jagiellończyka dopatrywał się, jako momentu 
zasadniczego, stronniczego sprzyjania Litwie ku szkodzie Polski. 

Forma zewnętrzna dzieła. Wspomniano już wyżej, że 
Długosz kierował się, tworząc swe dzieło, głównie względami 
praktycznemi i zdawał sobie sprawę, iż nie zaspokoi niem wy- 
magań artystycznego smaku humanistów, „którzy niczego nie 
chwalą, co nie ma Tulljuszowej gładkości i przykrasy'^, a tej, 
jak twierdził, mu zbywało. Postanowił napisać rzecz pouczającą, 
„chociażby stylem mniej smacznym i powabnym", lecz pamiętał 
mimo to o zasadzie, że historykowi potrzebna jest „wielka 
w wysłowieniu gładkość i ozdoba", i znając niedostatki swego 
pióra, starał się w miarę możności tę zasadę wypełniać. Łacina 
Długosza nie może oczywiście iść w porównanie z językiem 
pisarzy włoskiego humanizmu, ale jest wcale gładka i popraw- 
nością swą, a zwłaszcza brakiem barbaryzmów, odbija korzyst- 



41 

nie na tle łaciny epoki scholastycznej. Styl nie jest wprawdzie 
wykwintny, lecz zawsze poważny. Niema lapidarnych w^yrażeń, 
lecz za to trafiają się opisy, które barwnością przedstawienia 
zaszczyt przynoszą Długoszowi i przykuwają uwagę czytelnika. 
W ślad za starożytnemi wzorami, stara się Długosz obrazowo na- 
kreślić przebieg bitew i oblężeń, i wkłada wiele mów w usta 
przodujących osobistości, idąc tu zresztą w parze z wymaga- 
niami swego wieku, który historję i dzieła historyczne uważał 
za środki pomocnicze nauki retoryki, 

Ogólny charakter i znaczenie dzieła. Wiek XV 
jest okresem najwyższego natężenia mocarstwowej twórczości 
Polski. Naród, który w ciągu niespełna wieku, od czasów Ło- 
kietka do czasów Jagiełły potrafił nowozbudowane państwo 
wznieść na niebywały dotąd stopień potęgi, odczuwać musiał 
potrzebę obejrzenia się wstecz, spojrzenia przeszłości w oczy. 
Dowodem istnienia tego poczucia jest nietylko sam Długosz, 
ale i ci, co jak Oleśnicki, popychali go w tym kierunku. Za- 
daniu swemu odpowiedział Długosz dobrze, jak tylko w ówcze- 
snych warunkach mógł odpowiedzieć. Można jego dzieło kryty- 
kować, można i należy wytykać jego błędy i niedomagania, 
ale trzeba rozumieć, że z małemi wyjątkami innem powstać 
ono w ówczesnych warunkach nie mogło. 

Pomimo wszystko uchylić musimy zawsze czoła przed fak- 
tem, że Długosz pierwszy stworzył u nas dzieło narodowej hi- 
storji, przerastające swą miarą wszystko, co wogóle literatura 
polska do czasów jego stworzyła, będące cenną skarbnicą dla 
historyków każdego czasu, źródłem wiedzy dla całych wieków 
następnych. Nawet w tych czasach, gdy potępiano Długosza, 
nie umiano pójść dalej poza jego zdobycze, żyto okruchami 
z jego stołu. Dążność do ogarnięcia i opracowania całego ma- 
terjału historycznego, jaki można mieć *yło do dyspozycji, 
i stworzenia na jego podstawie całokształtu dziejów Polski, de- 
cydującą o ogólnym charakterze jego dzieła, dała nowy a świe- 
tny wzór następcom, przeprowadziła dziejopisarstwo polskie 
z ciasnej zagrody kronikarstwa na rozległe pole rozwoju no- 



42 

wożytnej nauki historycznej i zadecydowała tern samem o zna- 
czeniu Długosza w historjografji polskiej. 

Stanowisko Długosza w historjografji europejskiej. 

Nie ulega wątpliwości, iż w epoce, na którą przypada twórczość 
Długosza, nie było w Europie historyka, któryby mu dorównywał 
a tern mniej go przewyższał. Zarówno metodą, jak i duchem 
swej pracy, owym zdecydowanym poglądem politycznym, za- 
szczepionym mu przez Oleśnickiego, wyrastał ponad przeciętną 
miarę historyków średniowiecznych, godnie stawał w rzędzie 
największych talentów, jakie na tem polu wydało ono wogóle, 
a już stanowczo przewyższał płytkich, biegnących za poklaskiem 
a nie za prawdą, dziejopisów humanistycznego pokroju. Nawet 
tak wybitny wśród nich Eneasz Sylwjusz Piccolomini, górujący 
nad Długoszem formą, polotem i talentem politycznym, nie 
zdołał stworzyć dzieła, mogącego iść z jego Historją w zawody. 
Zna go też Długosz, ale daleki jest od pójścia w jego ślady. 
Należy bowiem nasz historyk do innego jeszcze świata niż hu- 
maniści. Dzieło jego jest ostatniem wielkiem dziełem historycznem 
w Europie, pisanem w duchu kościelnym, a sam Długosz, choć 
nie obcy nowym prądom, stoi jak potężny słup na pograniczu 
dwu epok. 

Długosz w opinji potomnych. Do najpiękniejszych 
ustępów w dziele Długosza należy zakończenie, w którem autor 
zwraca się do potomnych, a w szczególności do profesorów Aka- 
demji krakowskiej z prośbą, by dzieło jego poprawiali i pro- 
wadzili dalej, aby wreszcie Akademja utworzyła i dobrze upo- 
sażyła katedrę historji, która nie liczyła się wówczas do nauk 
pielęgnowanych przez uniwersytet. „Błagam wszystkich, którym 
się dostało w dziale więcej nauki i biegłości w wysłowieniu, 
aby poprawili moje błędy i sprostowali usterki... Błagam... doktorów, 
profesorów, mistrzów, uczniów i pisarzy, każdego w powszechności 
wydziału przesławnej Akadem j i krakowskiej, aby po mojej 
śmierci którzykolwiekbądź z ich grona według sił i możności 
swojej, księgi te dziejów w dalszym ciągu pisali, a nigdy 
przerwy w nich lub zaniechania nie dopuszczali". Rozumiał wiec 



43 

Długosz ułomności swego dzieła, ale zrozumiał i potrzebę hi- 
storji. Nieprędko jednak został zrozumiany, a życzenia jego wy- 
pełnione. 

Cenili Długosza współcześni, jak tego dowodzi powstały 
wówczas jego życiorys, ale następne pokolenia coraz słabsze, 
miały wyobrażenie o jego doniosłości. Późniejsi historycy jak 
Miechowita i Kromer skracali tylko lub wypisywali Długosza 
nietylko bez słowa uznania dla niego, ale co więcej z ostrą 
dlań krytyką, choć metodą i pracą mierzyć się z nim nawet 
nie mogli. 

Późno też przystąpiono do druku Dziejów Polski, powo- 
dując tem w dodatku potępienie jego dzieła przez popadające 
w zacofanie głowy polskie XVII wieku. Gdy w drukarni Her- 
burta zaczęto je drukować w r. 1614, magnaci polscy, urażeni 
niepochlebnemi często dla ich przodków świadectwami Długosza, 
skłonili Zygmunta III, do poddania tego dzieła cenzurze, na 
skutek której dzieło to w niekompletnem zresztą wydaniu zo- 
stało w r. 1615 zakazane dekretem królewskim. Najlepsze to 
świadectwo, że Długosz, mimo całej swej tendencji, nie był histo- 
rykiem pochlebcą. Tyle tylko pociechy mógłby mieć potępiony 
tak niefortunnie pisarz, że mimo zakazu, a raczej może wskutek 
niego, w tymże XVII wieku czyniono gorliwie odpisy jego dzieła, 
którego oryginał znajdował się w Krakowie, i że syn tegoż Zygmunta 
III, królewicz Władysław, kazał dla siebie jedną z takich kopij spo- 
rządzić. Pełnej publikacji doczekała się Historja Długosza do- 
piero w wieku XVIII, i to nie ze strony polskiej, lecz stara- 
niem dygnitarza rosyjskiego, Henryka Huysena, który je wydał 
w Lipsku w r. 1711. 

Niebawem też, dzięki Naruszewiczowi, zaczęto w Polsce 
innem okiem spoglądać na wartość dzieła Długosza. Niemniej 
jednakże dopiero wiek XIX przyniósł epokę prawdziwego, choć 
krytycznego, ocenienia wartości i doniosłości pracy cichego ka- 
nonika krakowskiego. Staraniem Aleksandra hr. Przeździeckiego 
ukazało się w latach 1863 — 1887 całkowite wydanie pism 
Długosza wraz z polskim przekładem jego dziejów, a pomnikowe 
dzieła Semkowicza, Smolki i Bobrzyńskiego przedstawiły je we 
właściwem świetle. 



u 



WIELKA WOJNA KRZYŻACKA 

Zatarg polsko-krzyżacki. Zatarg o Pomorze, który za 
czasów Długosza doczekał się szczęśliwego dla Polski rozwiązania, 
ciągnął się od półtora wieku. Krzyżacy^ korzystając ze swej inter- 
wencji w walkach polsko-brandenburskich w r. 1308, zajęli pod- 
stępnie Gdańsk, a później i całe Pomorze polskie. Władysław Ło- 
kietek, związany walką o zjednoczenie Polski, nie mogąc drogą 
układów odzyskać straty, przeprowadził wytoczenie sporu przed sąd, 
delegowany przez papieża, który też w r. 1321 wydał orzeczenie, 
przysądzające Polsce Pomorze, oraz zwrot szkód, z tej racji 
wynikłych. Krzyżacy wyrokowi się nie poddali. Kilkoletnie 
jednak walki Łokietka z Zakonem, jakie wskutek tego nastą- 
piły, nie dały wyniku korzystnego dla Polski. Kazimierz Wielki, 
niezadowolony z orzeczenia, wydanego na zjeździe wyszehradz- 
kim z r. 1335 przez Karola Eoberta, króla węgierskiego, i Jana, 
króla czeskiego, narzucającego mu darowanie Zakonowi Pomorza, 
uzyskał wprawdzie w r. 1339 ponowny wyrok delegowanego 
przez papieża sądu na korzyść Polski, ale nie widząc możności 
jego egzekucji, zawarł z Zakonem pokój w Kaliszu w r. 1343. 
Był on w zasadzie potwierdzeniem wyroku wyszehradzkiego, bo 
Kazimierz zrzekł się w nim Pomorza na rzecz Zakonu. Krzy- 
żacy mogli się więc uważać odtąd za uznanych i przez Polskę 
panów Pomorza, lecz kilkudziesięcioletni spokój między obu 
stronami, jaki po traktacie kaliskim nastąpił, był tylko spoko- 
jem przed burzą. Polska nie mogła zrezygnować na prawdę 
z Pomorza, choć uczyniła to z chwilowej potrzeby. 

Myśl odzyskania tego kraju żyła ciągle, nie opuszczała ona 
i Kazimierza W. Widoczne było, że gdy wzrastające państwo 
polskie poczuje się na siłach, by sprostać mocarstwu, jakiem 
wówczas byli Krzyżacy, przj^jdzie do zbrojnego rozrachunku. 
Ten drzemiący zatarg o Pomorze zbudziła i przyspieszyła starcie 
sprawa Unji z Litwą. Chrzest Litwy, dokonany przez Polskę, 
podcinał byt Zakonu, niweczył rację jego istnienia nad 
brzegami Bałtyku. Utrwalenie się chrześcijaństwa na Litwie 
przy pomocy Polski odbierało Krzyżakom nietylko obfitą pomoc za- 



45 

cliodniej Europy, czerpaną tak w ludziach, jak zasobach pod 
pretekstem walki z niewiernymi, lecz ukazywało możliwość 
wspólnego wystąpienia Polski i Litwy przeciw niemu dla re- 
windykacji zieih, dawniej zagarniętych. Krzyżacy postanowili 
uprzedzić ten cios, rozbić łączność Polski z Litwą, na samej 
Litwie, a zwłaszcza na Żmudzi, przez intrygi i wichrzenia 
uniemożliwić, a przynajmniej odwlec umocnienie się chrześci- 
jaństwa, tymczasem zaś pracować nad wchłonięciem choćby 
części ziem litewskich, leżących między posiadłościami ich, a złą- 
czonych z nimi Kawalerów mieczowych w Kurlandji i Inflan- 
tach, coby im było pozwoliło utworzyć jednolite państwo za- 
konne niemieckie nad brzegami Bałtyku od granic Pomorza po 
zatokę fińska Widoczne było, że żadna strona nie dopuści do 
tego, by przeciwnik spokojnie zrealizował swój plan i uprzedził 
to starciem zbrojnem. Zatarg o powstanie na Żmudzi, oraz spór 
o zamki graniczne, Drezdenko' i Santok, w zastawionej Krzy- 
żakom przez Zygmunta luksemburskiego Nowej Marchji, były 
tylko bezpośredniemi i w rezultacie nieistotnemi powodami wojny, 
ostatnim kamjkiem, który ruszył zdawna gotową do runięcia 
lawinę. • 

Wielka wojna 1409—1410. Dnia 6 sierpnia 1409, po 
nieudałych jeszcze w ostatniej chwili próbach rozdzielenia Pol- 
ski i Litwy, wypowiedział wojnę Ulryk Jungingen, niedawno 
obrany wielki mistrz krzyżacki. Walki jesienią 1409 r. ograni- 
czyły się do starć na pograniczu kujawskiem i do opanowania 
Żmudzi przez Witolda, poczem zawarto rozejm do 24 czerwca 
1410 r. Hiał w tym czasie wydać wyrok, jako sędzia polu- 
bowny w sporze Polski i Litwy z Krzyżakami, Wacław, król 
czeski; ale nikt w skuteczność tego kroku nie wierzył i obie 
strony gotowały się do wojny. W kampanji o zjednanie sobie 
opinji zachodu pozostali górą Krzyżacy, którzy zyskali sobie 
nadto sprzymierzeńców w książętach pomorskich oraz Zygmunta, 
króla węgierskiego, zjednali także i brata jego, Wacława cze- 
skiego; to też Jagiełło stronniczego wyroku Wacława nie przyjął. 
Za to wyzyskano zawieszenie broni do starannego przygoto- 
wania się do walki decydującej. 



46 

Z chwilą jego upłynięcia wojska polskie, przekroczywszy 
Wisłę pod Czerwińskiem, połączyły się z oddziałami mazowiec- 
kiemi i wojskami litewskiemi, prowadzonemi przez Witolda, 
i ruszyły w stronę Prus. Dnia 9 lipca przekroczono granicę 
krzyżacką, kierując się w stronę stolicy, Malborga. Już 15 lipca 
armja Zakonu, zastąpiwszy drogę wojskom Jagiełły około wsi 
Grunwaldu i Tannenbergu, spowodowała rozstrzygające starcie. 
Wojska polsko-litewskie dysponowały bez wątpienia przewagą 
liczebną, ale tę równoważyło doskonałe wyćwiczenie i uzbro- 
jenie rycerstwa zakonnego, z którem lekkie chorągwie litewskie 
mierzyć się nie mogły. 

Bitwa, trwająca cały dzień prawie, mimo chwilowego suk- 
cesu Krzyżaków nad Litwinami, zakończyła się zupełną klęską 
Zakonu. Kwiat rycerstwa krzyżackiego wraz z W. mistrzem 
legł na polu bitwy, wielu poszło w niewolę. Olbrzymiego sukcesu 
militarnego bitwy grunwaldzkiej nie zdołano odpowiednio wyzyskać. 
Po pierwszym popłochu nastąpiło opamiętanie wśród Krzyżaków. 
Malborg, broniony przez energicznego komtura Henryka von 
Plauen, nie uległ zwycięzcom. Witold wycofał się niebawem 
(18 października) z pod Malborga, wobec czego i król zwinął 
oblężenie. To zadecydowało o losach wojny. 

Już dnia 1 lutego 1411 r. zawarto z Zakonem w To- 
runiu pokój, mocą którego Żmudź zatrzymywali dożywotnio 
Witold i Jagiełło, z pozostawieniem w zasadzie status quo 
w stosunkach polsko-krzyźackich. Były to więc wyniki bardzo 
marne w stosunku do ogromnego nakładu sił, wyłożonych przez 
Polskę w tej wojnie, i do osiągniętego sukcesu. Nie bez racji 
też biadał w swej Historji Długosz nad tym traktatem, choć 
dożyć miał jeszcze ostatecznych skutków bitwy grunwaldzkiej 
po pół wieku. 

Nie ulega bowiem kwestji, że, mimo chwilowego odrato- 
towania się Zakonu, potęga jego runęła bezpowrotnie na polach 
grunwaldzkich. Nie wróciła już nigdy dawna świetność, zmniej- 
szyły się zasoby ludzkie i materjalne, czerpane z Europj^, którą 
wstrząsnęła wieść o klęsce Krzyżactwa. Zaczyna się powolny, 
ale stały zanik sił żywotnych Zakonu. Większym może jeszcze 
sukcesem było obronienie na polu walki unji polsko-litewskiej. 



47 

przypieczętowanie jej krwią wspólnie przelaną, zgotowanie 
tinji horodelskiej 1413 r. ;Colska obroniła swój program w spra- 
nie litewskiej, nie dopuściła do sukcesu polityki krzyżackiej, 
a z tą chwilą los Zakonu był zdecydowany. Syn Jagiełły miał 
mu zadać cios ostateczny, już Grunwaldem przygotowany, który 
w r. 1466 w innym pokoju toruńskim zwrócił Polsce i starą 
ziemię chełmińską, przywłaszczoną przed półtrzecia wiekiem 
przez KrzyżakóW; i upragnione z dawna Pomorze. 

Długosz o wielkiej wojnie i bitwie grunwaldzkiej. 

Serdeczne i drogie wspomnienia łączyły Długosza z bitwą grun- 
waldzką i wielką wojną. Przecież tym kapelanem królewskim, 
który przed bitwą grunwaldzką odprawiał mszę w prz^/tomności 
Jagiełły, był stryj historyka, Bartosz, pleban kłobucki, który mu 
później tego probostwa ustąpił. Przecież tam wśród świty kró- 
lewskiej, śledzącej uważnie przebieg bitwy, znajdował się przy- 
szły opiekun i kierownik Długosza, a potężny rządca Polski, 
młody wówczas Zbigniew Oleśnicki, by w krytycznej chwili 
zasłonić osobę króla. A gdy po pogromie Krzyżaków prowadzić 
zaczęto i rozpoznawać jeńców, ojciec Długosza, biorący udział 
w tem krwawem żniwie, przywiódł w. księciu Witoldowi dwóch 
rycerzy krzyżackich, Schumberga i Markwarda von Salzbach, 
komtura brandenburskiego, którzy niedawno podczas układów pod 
Kownem niecnemi słowy zelżyli nietylko Witolda, ale i jego 
matkę, Birutę. „Tuś mi Markwardzie" — zawołał po niemiecku 
Witold, ujrzawszy swoich wrogów; a gdy Krzyżacy butnie się 
mu stawili, kazał obydwu stracić. Czyn ojca Długosza nie 
pozostał, jak wiemy, bez nagrody; od bitwy grunwaldzkiej roz- 
poczyna się też karjera Oleśnickiego. 

Nic dziwnego, że Długosz i z domu i z dworu biskupa 
krakowskiego wyniósł pewien szczególny pietyzm dla pamięci 
tego dnia chwały narodowej. Mógł też tę walkę szczegółowo 
opisać, mając do dyspozycji obfity materjał w opowiadaniach 
licznych uczestników, świadków bitwy, żyjących w jego czasach, 
od ojca swego i stryja począwszy, przedewszystkiem zaś miał 
relację Zbigniewa Oleśnickiego, należącego wtedy do kancelarji 
królewskiej, i zarówno z tego względu jak i dzięki obecności 



48 

na polu bitwy, doskonale poinformowanego zarówno o tern, co 
się działo w czasie boju, jak i o przygotowaniach^ które bitwę 
poprzedzały. Czerpał więc Długosz wiadomości z pierwszej ręki 
od naocznych świadków i uczestników tego, co opisuje, i to 
takich, którzy mogli udzielić istotnie wiarogodnych informacyj. 
Miał też sposobność oglądać i własnemi oczyma niejedną pa- 
miątkę po wielkiej wojnie, jak sztandary krzyżackie, wiszące 
w katedrze krakowskiej, lub owe dwa miecze, wręczone królowT 
przez wysłanników krzyżackich przed bitwą, a złożone póimej" 
w skarbcu królewskim. Wszystko to pozwoliło Długoszowi dać 
szczegółowy a wierny obraz kampanji 1410 r., który należy 
do najlepszych i najpiękniejszych ustępów jego wielkiego dzieła. 



BIBLJOGRAFJA 

Szujski: Stanowisko Długosza w historjografji europejskiej. 
Dzieła. Serja II, Tom 8. 

Zeissberg: Dziejopisarstwo polskie wieków średnich (tłum. 
z niem.), Warszawa 1877. 

SemkoWicz Al.: Krytyczny rozbiór Dziejów polskich Jana 
Długosza. Kraków 1877. 

Bobrzyński i Smolka: Jan Długosz, jego życie i stano- 
wisko w piśmiennictwie. Kraków 1893. 



Tekst podano wedle przekładu Karola Mecherzyńskiego 
w wydaniu Aleksandra Przeździeckiego z r. 1869, z pewnemi 
poprawkami i odmianami. 



Bitwa pod Grunwaldem 

z XI Księgi „Dziejów Polski" Jana Długosza 
r. 1410. 



feibl. Nar. Nr 31 (Długosz: Bitwa Grunwaldzka). 



^Król Władysław, nakazawszy wyprawę przeciw Krzyża- 
kom, obsadza zbrojną strażą granice krółesiwa od strony 

Węgier. 

Tenże Władysław, król polski, zważywszy, że żadnej nie 
)yło nadziei utrzymania pokoju z Krzyżakami, powołał wszyst- 
[ich panów, rycerstwo i poddanych królestwa polskiego do 
>roni i przez rozesłane listy i wici nakazał powszechną do 
i*rus przeciw Krzyżakom wyprawę. Aby zaś królestwo swoje 
;abezpieczyć ze strony Węgier i, w mieście i zamku Sączu zo- 
tawił Jana z Szczekocin, kasztelana lubelskiego, rycerza herbu 
)drowąż, jako przełożonego nad nim starostę i wszystkiej szlach- 
ie powiatów sądeckiego i szczyrzyckiego 2 kazał wypełniać ści- 
le jego wolę i rozkazy. Nadto rycerstwo ziemi bieckiej ^, którą 
ył wtedy puścił dzierżawą Tomaszowi, biskupowi jagierskiemu 

jego bratu, Władysławowi de Ludonc, zbiegłym na wygnanie 
ri.ed królem węgierskim, Zygmuntem, przydał rzeczonemu sta- 
DŚcie sądeckiemu w posiłku, na przypadek, jeśliby Zygmunt, 
ról węgierski, napastować chciał granice polskie, a obecnie 

wolnił ich od wyprawy pruskiej. 



Zygmunt luksemburski, król węgierski, jako wikarjusz cesarstwa, był złączony 
przymierzem z Zakonem, p. niżej. 

Szczyrzycki powiat na zachód od Nowego Sącza. 

Biecz na wschód od N. Sącza — Jagier — Eger na Wągrzech. — de Ludonc, To- 
masz i Władysław Ludanyi, zwolennicy Władysława neapolitaiiskiego, zbiegli 
po klusce 1403 r. do Polski. 

4* 



52 

Obce zaciągi przysposobione na wojną pruską. 

W sobotę przed niedzielą Canłałe ^, Władysław, król po] 
ski, urządziwszy i opatrzywszy dostatecznie sądecką załogę, wy 
ruszył z Sącza i przez Czchów ^ i Bochnię we wtorek po rz© 
czonej niedzieli Cantałe przybył do Krakowa; gdzie bawią( 
przez dni piętnaście, resztę rycerstwa i dworzan rozpuścił d( 
domów, aby się wybrali i przysposobili na wyprawę pruską 
Powołał prócz tego z Czech i Moraw zaciężnych za żołd umó 
wiony a ćwiczonych w wojnie rycerzy, którzy umieli szańco 
wać obozy, prowadzić hufce i stosowne dla wojska obierać sta 
nowiska. Między tymi przedniej si byli Sokół, Zoława, Zbisław 
Kostka, Stanisławek i wielu innych. Chociaż bowiem Włady 
sław, król polski, nie wątpił, że z własnego rycerstwa liczni 
i potężne zbierze wojsko, postanowił jednak za roztropną na 
mową swoich radców zaciągnąć i obcych rycerzy, do czegi 
wiele słusznych przedstawiono mu powodów, a mianowicie, z te 
przyczyny uważano za korzystne posiłki obce, znaczne siłi 
i liczbą, że w razie otrzymanego zwycięstwa wolno było kró 
łowi na pokonanego nieprzyjaciela włożyć zapłatę żołdu nale 
żnego zwycięzcom, i wszystko coby mu rozkazano, a w razii 
przeciwnym, zacięźni, bądź poginąwszy, bądź dostawszy sii 
w niewolę, nie dopominaliby się od króla żołdu. Stawała wpraw 
dzie na myśli ta uwaga, aby rycerze obcy, na żołd królewsk 
zaciągnieni, nie dali się pieniędzmi przekupić i nie przeszli ni 
stronę nieprzyjaciela, z znacznem powiększeniem jego sił;y 
Długa więc w tej mierze między starszyzną polską była narada 
gdy Jan z Tarnowa, wojewoda krakowski (za którego zdanien 
oświadczyli się i inni, acz niepośledniego rozumu mężowie) radził 



1 w sobotę, 19 kwietnia. -- Cantałe, czwarta niedziela po Wielkiejnocy. 
^ Czchów, nad Dunajcem, — We wtorek, 22 kwietnia. 



53 
iby własnych raczej krajowców, nie obowiązanych do służby 
yojennej, jako wierniejszych i przychylniejszych ojczyźnie, po- 
yołać w posiłki i żołdem pieniężnym zachęcić. Ale przeważyła 
•ada Zbigniewa z Brzezia, pod ów czas marszałka królestwa 
)olskiego, który przekładał, źe lepszym i korzystniejszym dla 
'zeczypospolitej był żołnierz obcy i cudzoziemski: bo jeśli (mó- 
;vił) Polacy wyjdą zwycięsko, nie z swojej kieszeni, ale z łu- 
3ÓW nieprzyjacielskich im zapłacą; jeśli zaś zwycięzcom ulegną, 
lie będzie ani tych, którzyby się upominali, ani owych, od któ- 
ychby się dopominano żołdu. 

^osłowie Zygmunta, króla węgierskiego, z Krakowa udają 

tię do Prus, w celu umówienia pokoju między Polską 

i Krzyżakami, 

Nie można i tego pominąć, źe Władysław, król 'polski, 
Qim się z Sącza oddalił, wysłał do Zygmunta, króla rzymskiego 
i węgierskiego, dwóch posłów, Zawiszę z Oleśnicy i, rycerza, 
umiejącego dobrze po węgiersku, i Stanisława Ciołka 2, pisarza, 
z prośbą usilną, aby warunków zawartego z sobą i utwierdzo- 
nego rozejmu wiernie dochował. Po tylu i tak nalegających 
poselstwach Władysława, króla polskiego, Zygmunt oświadczył, 
że dla przywrócenia pokoju między Władysławem, królem pol- 
skim, a Krzyżakami postanowił udać się osobiście do Prus, 
byleby Władysław król dozwolił mu przez swoje królestwo 
przejazdu i bezpieczeństwo mu zapewnił. Obiecywał, że po przy- 
wróceniu pokoju między królem a Krzyżakami, nie tylko rozejm 
przez resztę lat umówionych wiernie utrzyma, ale stałego na- 
wet pokoju przymierze z królem i królestwem polskiem zawrze. 
Gdy więc posłowie królewscy z taką wrócili odpowiedzią, Wła- 

1 wojski lubelski, kilkakrotnie posłował do Węgier. 
'i późniejszy podkanclerzy, wreszcie biskup poznański. 



54 

dyslaw, król polski, pragnąc usilnie w jakikolwiek bądź sposób 
uniknąć niebezpiecznej z Krzyżakami wojny, wyprawił Stani- 
sława Ciołka, pisarza, do Zygmunta, króla węgierskiego, z udzie- 
lonym temuż królowi listem ochronnym, i zaręczeniem rzeczy- 
wistego w przejeździe przez Polskę bezpieczeństwa. Ale Zy- 
gmunt, król rzymski i węgierski, zmieniwszy swój zamiar i przy- 
rzeczenie, dane królowi polskiemu, Władysławowi, oświadczył, 
że dla różnych przeszkód do Prus osobiście jechać nie może. 
Dwóch atoli królestwa swego baronów, to je§t, Mikołaja Gare, 
palatyna węgierskiego, i Ścibora z Ściborzyc, wojewodę siedmio- 
grodzkiego, szlachcica polskiego herbu Ostoja, z przydanym im 
towarzyszem, Jerzym Gersdorfem, Ślązakiem, wysłał w posel- 
stwie, niby celem odwrócenia wojny, rzeczywiście zaś dla wy- 
łudzenia czterdziestu tysięcy złotych, które mistrz i zakon krzy- 
żacki zobowiązał się był królowi Zygmuntowi wypłacić, jeśliby 
Władysława króla wystawił na niebezpieczeństwo i. Ci więc 
posłowie Zygmunta, króla rzymskiego i węgierskiego, kiedy 
jeszcze Władysław, król polski, bawił w Krakowie, przybyli 
do Krakowa, mając dwieście jazdy w swoim orszaku. Król Wła- 
dysław przyjął ich z uprzejmością, obdarzył upominkami i po- 
zwolił im udać się przez królestwo polskie do Prus; a nadto 
przydał im przewodników, którzy nietylko bezpieczne czynili 
im przejście, ale z rozkazu króla w całym przez kraj polski 
pechodzie wszelkie ich opatrywali potrzeby. Dlatego zaś Wła- 
dysław, król polski, posłów Zygmunta, króla rzymskiego i wę- 
gierskiego, rad do Prus wyprawił, żeby albo pokój stały z Krzy- 
żakami zjednali, albo wstrzymali zamierzoną wojnę, albo przy- 

1 Zygmunt związany był z Krzyżakami przymierzem i na wypadek wypowiedze- 
nia wojny Polsce przyrzeczoną, miał wyżej wymienioną sumą. Polityka jego 
wobec Polski w czasie wielkiej wojny kieruje się w dużym stopniu chęcią, 
zdobycia tej sumy, tak jednak, by możliwie małeiiii ofiarami zadośćuczynić 
warunkom przymierza ze swej strony 



55 

najmniej świadkami byli umiarliowania i dobrych jego chęci, 
i aby na Krzyżaków samych spadła wina, że zmuszony koniecz- 
nością i z słusznej przyczyny wziął się do oręża. 

Król Władysław, wyjeżdżając na wojnę pruską, zostawia 
w zamku krakowskim Mikołaja Kurowskiego, arcybiskupa 
gnieźnieńskiego, jako namiestnika swojego, do załatwiania 
z ramienia królewskiego wszelkich spraw krajowych. 
Urządziwszy i przygotowawszy Władysław, król polski, 
wszystko, co do pomyślnego prowadzenia wojny pruskiej zdało 
mu się potrzebnem, a w zamku krakowskim zostawiwszy Mi- 
kołaja Kurowskiego, arcybiskupa gnieźnieńskiego (który w cza- 
sie wyprawy pruskiej miał namiestniczo królewską piastować 
władzę i załatwiać wszystkie wyniknąć mogące sprawy), we 
czwartek ^ przed Zielonemi Świątkami wyruszył z Krakowa 
i przez . Mogiłę, Proszowice, Wiślicę, przybył do Nowego mia- 
sta Korczyna 2. Pozostałe wojsko i drużynę nadwornego rycer- 
stwa już był wcześniej rozpuścił do domów, aby się sposobili 
na wyprawę pruską; sam zaś z Anną królową, garstką mło- 
dych rycerzy i zastępem przybocznej bezpieczeństwa straży, 
święta Zesłania Ducha Św., tudzież ŚŚ, Trójcy i Bożego Ciała ^ 
przepędził w Nowem mieście Korczynie, gdzie go odwiedziła 
teścina, matka Anny, królowej polskiej *, księżna Dek, imieniem 
Anna, córka Kazimierza II, króla polskiego (już bowiem po 
śmierci pierwszego męża, Wilhelma, hrabi Cyllejskiego, poszła 
była powtórnie za książęcia v. Dek). Rzeczona Anna zabawiw- 
szy u zięcia przez dni kilka, obdarzona od króla hojnemi upo- 
minkami, odjechała z powrotem. 

' 8 maja. 2 Korczyn, na północny wschód od Krakowa. 3 Bożego Ciała, 22 maja, 
1 Anny... drugiej żony Jagiełły; Anna Cyllejska, poślubiona w r, uoi. — Księżna 

Dek, Anna, powtórnie zamążna za Uliykiem ks. Teck (w Wirtembergji). — 

Kazimierz fi Kazimierz Wielki. 



56 

Król Wiadysłazu, ciągnąc zbrojno na wojnę pruskąy w ko- 
ściele św. Krzyża na Łysej Górze odprawia z wielką po- 
korą nabożeństwa i posty. 

Po ośmiodniowym obchodzie uroczystości Bożego Ciała, 
w sobotę 1 przed dniem św. Wita, Władysław, król polski, opu- 
ścił Nowe miasto Korczyn, wybierając się na wojnę przeciw 
Krzyżakom. Naprzód więc przez Stopnicę i Szydłów przybył do 
Słupi, gdzie zatrzymawszy się przez dni kilka, pieszo odprawił 
pielgrzymkę na Łysą Górę do klasztoru św. Krzyża 2. Od świtu 
samego klęcząc w kościele przez dzień cały, modlił się i roZ' 
dawał jałmużny, a siebie i sprawę wszystkę polecał boskiej 
Krzyża św. obronie: nie przestał zaś modlitwy, ani wrócił 
Z klasztoru dla przyjęcia posiłku, aż o zmroku, postem cało- 
dziennym i nabożeństwem osłabiony. 

Po wybuchu wojny pruskiej rycerze polscy, porzuciwszy 
króla węgierskiego, Zygmunta^ i obszerne majątki, które 
w Węgrzech ponabywali, spieszą do swego króla Władysława. 

Przebywali pod ów czas na dworze Zygmunta, króla rzym- 
skiego i węgierskiego, zaciągnieni w jego służbę niektórzy pol- 
scy rycerze, a zwłaszcza Zawisza Czarny i Jan Farurey, bracia 
rodzeni, dziedzice Garbowa ^, herbu Sulima; Tomasz Kalski 
herbu Róża; Wojciech Malski * herbu Nałęcz; Dobiesław Pu- 
chała ^ z Węgrów herbu Wieniawa; Janusz Brzozogłowy herbu 
Grzymała; Skarbek z Gór herbu Habdank i inni. Ci, dowie- 
dziawszy się, że król ich i pan rzeczywisty ^, Władysław, król 

1 14 czerwca. 2 w Sandomierskiem. ^ 

3 Zawisza i Jan z Garbowa, najsłynniejsi zapewne rycerze polscy tego czasu. Zawisza 
ginie U28 r. pod Goiubcem w walce z Turkami, pod wodzą. Zygmunta luksemb. 
*■ Malski, późniejszy wojewoda łęczycki i starosta generalny wielkopolski, 
5 Puchała, walczy później po stronie łiusytów. 
t) rzeczywisty... w odróżnieniu od Zygmunta luksemburskiego. 



57 
polski, zamierzył wyprawę przeciw Krzyżakom i że między 
Jego Miłością królem polskim a Zygmuntem, królem rzymskim 
i węgierskim, na którego dworze służyli, powstały różnice i nie- 

Ihęci, grożące wybuchem wojny, za zezwoleniem tegoż Zygmunta, 
ibóry ich hojnemi darami i obietnicami chciał odwieść od za- 
**miaru i przy sobie zatrzymać, porzuciwszy w Węgrzech wszyst- 
kie dobra i majątki od króla Zygmunta uzyskane, wzgardziw- 
szy jego łaskami i szczodremi obietnicami, opuścili go i przy- 
byli do Władysława, króla polskiego, aby z nim walczyć prze- 
ciw Krzyżakom i wszelkim jego nieprzyjaciołom. Przyjął ich 
król łaskawie i wierność ich tak rzadką i chwalebną godnemi 
darami wynagrodził. Wtedy to zamek królewski Bydgoszcz ^ do- 
stał się dzierżawą Januszowi Brzozogłowemu, dzielnemu i szczę- 
śliwemu w boju rycerzowi, który nad Krzyżakami wielokrotnie 
odnosił zwycięstwa i wielkie im czynił szkody. Niemniej i dru- 
dzy z tej liczby rycerze odznaczyli się w walkach z Krzyża- 
kami i w wielu innych sprawach znakomitem i godnem boha- 
terów męstwem. 

Graniczne straże polskiey spaliwszy kilka włości krzyżac- 
kich, zmuszają mistrza Ulryka do żądania dziesięcio- 
dniowego rozejmu. 

Wysłał nadto Władysław, król polski, czterechset kon- 
nych rycerzy i dworzan do zamku inowrocławskiego ^ na załogę 
i obronę granic królestwa od napaści nieprzyjacielskich, gdy 
umówiony czas rozejmu między królem Władysławem a mis- 
trzem krzyżackim już się kończył. Starosta inowrocławski. Bo- 
rowiec, opatrywał tak jeźdźców, jako i koni^ we wszystkie rze- 
czy potrzebne. Wysłał król inną jeszcze do Brześcia ^ załogę 

i Bydgoszcz, na Kujawach. 2 Inowrocław, tamże. 3 Brześć kujawski, 



58 

rycerstwa i drużyny dworsldej, podobnież dla obrony kraju, 
Obu tych zastępów rycerze, połączywszy się razem w dzień 
Św. Jana Chrzciciela ^, w którym kończyło się zawieszenie broni, 
w borze, zwanym Służewski, blisko Torunia, ukryli się na za- 
sadzkach; a po zachodzie słońca wzdłuż brzegów Wisły popod- 
palali chaty wiejskie, tudzież wsie Nieszawę, Murzynów i inne 
piękne i osiadłe wioski, podówczas do mistrza i zakonn Krzy- 
żaków należące, właśnie kiedy tenże mistrz pruski Ulryk, z Mi- 
kołajem Gara, palatynem węgierskim, i Ściborem z Ściborzyc, 
posłami Zygmunta, króla rzymskiego i węgierskiego, i wielu 
komturami swymi, siedział przy wieczerzy, co patrzącym spra- 
wiło piękny z wejrzenia ale zasmucający widok. Oburzyły mi- 
strza pruskiego Ulryka te pożogi, nie tyle, jego zdaniem, szkody 
mu zrządzające, ile zniewagi i sromoty: zaczem nagadawszy 
wiele przeciw królowi polskiemu i jego rycerstwu, które ten 
ogień pozapuszczało, do obecnych panów węgierskich miał się 
temi słowy odezwać: „I cóż znaczą wasze umowy? te chytre 
układy o pokój, do którego mnie nakłaniacie, gdy w oczach 
moich ukazują się dymy i pożary, morderstwa i grabieże kraj 
mój pustoszące?" Baronowie węgierscy odpowiedzieli mu na to 
stosownie: „Nie przeszkadza ten mały i nie wiele znaczący po- 
żar układom i rokowaniom o pokój; ma bowiem wojna swoje 
prawa i oręż przywileje swoje. Zwracasz uwagę, mistrzu, na 
niewielkie szkody od Polaków ci wyrządzone, a nie pomnisz 
na krzywdy, morderstwa i pożogi, których sam w ich kraju 
się dopuściłeś, spustoszywszy i opanowawszy ziemię Dobrzyń- 
ską 2, do królestwa polskiego należącą. Abyśmy więc tern łat- 
wiej i skuteczniej prowadzić mogli nasze układy, zda się nam 
stosowną rzeczą przedłużyć rozejm do dni kilku". Zezwolił na 



24 C7.erwca,, '■^ W r. 1^09, 



59 
to chętnie mistrz pruslii, przyrzekł zawieszenie broni utrzymać 
do dni dziesięciu i umowę tę pismem potwierdził. Była ona 
dla Władysława, króla polskiego, i jego królestwa wielce po- 
żądaną i korzystną. W czasie tego bowiem dziesięciodniowego 
rozejmu żołnierze i dowódcy królewscy, nie obawiając się nie- 
przyjaciela, sposobili się do wojny, a powiaty pograniczne wolne 
były od napaści Krzyżaków, póki Władysław^, król polski, nie 
zbliżył się z całą swoją potęgą i sam wstępnym bojem nie 
wkroczył do ziemi nieprzyjacielskiej, śmielszy już i bezpiecz- 
niejszy przy swoich siłach. 

Król Władysław zgadza się na żądany przez posłów króla 
węgierskiego dziesięciodniowy rozejm. 

Z klasztoru Łysej Góry św. Krzyża, we czwartek, w dzień 
Św. Gerwazego i Protazego ^ ruszywszy, Władysław, król pol- 
ski, przybył do Bodzęcina, gdzie przez dwa dni się zatrzymał 
z powodu przybycia posłów od książąt słupskiego, szczecińskiego 
i meklemburskiego, z obietnicą dostawienia królowi przeciw 
Krzyżakom posiłków, wielką w słowach, ale czczą i nikczemną 
w rzeczywistości 2. Tych odprawiwszy, król Władysław w so- 
botę z Bodzęcina udał się do Bliżyn, w niedzielę do Żarnowa, 
w poniedziałek zaś stanął w Sulejowie, a we wtorek ^, w dzień 
Św. Jana Chrzciciela, po wysłuchaniu mszy św. w klasztorze 
sulejowskim i przyjęciu posiłku, zajechał do Wolborza *, kędy 
już stosownie do rozkazu królewskiego spotkali go niektórzy 
prałaci i radcy i stanęły zgromadzone wszystkie niemal siły 
zbrojne, krom rycerstwa Wielkopolski, które z królem złączyło 

1 19 czerwca. 

'i W rzeczywistości Kazimierz szczeciński walczył pod Griniwaldf^m po stroni*^ 

Zakonu. 
^ 24 czerwca. ^ Wolborz, na północ od Piotrkowa. 



60 

się dopiero nad Wisłą; niemniej Sokół, jeden z panów czeskich, 
z innemi zaciężnemi poczty, tudzież tabory obozowe i działa, 
podwody z żywnością i inne zapasy wojenne. Tam Władysław, 
król polski, zatrzymał się przez trzy dni dla naradzenia się 
z swoimi pany, a tymczasem przybyli do niego wysłańcy ba- 
ronów węgierskich, Mikołaja Gary i Ścibora z Ściborzyc, z oznaj- 
mieniem, że między królem Jego Miłością a Krzyżakami uło- 
żyli rozejm na dni dziesięć, poczynając od dnia św. Jana 
Chrzciciela, a razem z prośbą, aby rzeczony rozejm kazał ściśle 
zachować i nie dozwalał przez ten czas krajów nieprzyjaciel- 
skich najeżdżać i pustoszyć. Przyjął król to zawieszenie broni; 
było mu bowiem bardzo dogodne, gdyż w ciągu pozostałych 
trzech dni rozejmu mogły nadciągnąć wojska polskie i litew- 
skie i stanąć na granicach krajów krzyżackich. 

Król Władysław ciągnie z wojskiem do Prus, a powziąw- 

szy wiadomość o zbliżaniu się Aleksandra \ wielkiego 

księcia litewskiego^ przechodzi Wisłę po moście urządzonym 

na łyżwach, czyli statkach wodnych. 

We czwartek po święcie św. Jana Chrzciciela ^, od po- 
łudnia, ruszył Władysław, król polski, z całą siłą zgromadzo- 
nych wojsk z Wolborza. Poczem pierwszym obozem stanąwszy 
w Lubochni, w piątek przybył do Wysokinic, a w sobotę do 
rudni żelaznej biskupiej i wielkiego stawu zwanego Sejmice, 
gdzie piorun uderzywszy zabił kilka koni i jednego człowieka, 
a drugiego śmiertelnie poraził; misę zaś gotowanemi rybami na- 
pełnioną w namiocie rycerza Dobka z Oleśnicy ^, z której 
U stołu jadła drużyna, strawił ze szczętem, nikomu jednak 

2 siedzących przy stole nie szkodził. W niedzielę uroczystą 

1 Aleksander, imię chrzestne Witolda. 2 26 czerwca. 

3 Stryj Zbigniewa Oleśnickiego, późniejszy wojewoda sandomierski. 



61 
ŚŚ. Apostołów Piotra i Pawła ^ pomknął się król obozem do 
Kozłowa, wsi należącej do biskupa poznańskiego, nad rzeką 
Bzurą położonej, dokąd przybył goniec od Aleksandra, wielkiego 
księcia litewskiego, z doniesieniem, że książę Aleksander z swoją 
Litwą i Tatarami stanął już zbrojno nad rzeką Narwią i z prośbą, 
aby król podesłał mu kilka polskich chorągwi dla zasłonienia 
go w pochodzie; nie śmiał bowiem przeprawiać się za rzekę 
Narew z obawy nieprzyjaciela. Król Władysław posłał mu na- 
tychmiast dwanaście chorągwi polskich w posiłku. W ponie- 
działek, nazajutrz po święcie ŚŚ. Piotra i Pawła, ruszywszy 
król Władysław obozem ze wsi Kozłowa, zdążył nad Wisłę 
powyżej klasztoru Czerwieńska 2, do przybrzeźa, gdzie już most 
sporządzony pod Kozienicami na łyżwach ustawiono, i w tym 
samym dniu przeprawił się król przez rzekę po tym moście, 
prowadząc za sobą wszystko wojsko w ścieśnionych szykach, 
wraz z działami, taborami, żywnością i innemi pociągi. Już 
bowiem w to miejsce ściągnęły były nietylko wszystkie siły 
zbrojne królestwa polskiego, ale i dwaj książęta mazowieccy 3, 
Janusz i Ziemowit, ze swojemi wojskami i zaciężne cudzoziem- 
skie poczty. Przeprawiwszy się za Wisłę po moście na statkach 
zbudowanym, Władysław, król polski, rozłożył swój obóz po 
drugiej stronie rzeki. 

Tegoż samego dnia nadciągnął i wielki książę Aleksan- 
der z swoim ludem i wodzem tatarskim, mającym tylko trzystu 
tatarów w swoim zastępie. Wyszedł na jego spotkanie Wła- 
dysław, król polski, otoczony orszakiem książąt i rycerzy, na 
ćwierć mili drogi, a przyjąwszy go z uprzejmością do obozów 



1 29 czerwca. 2 Czerwieńsk, na wprost ujścia Bzury do Wisły. 

^ Na Mazowszu panowali Piastowie, obaj żonaci z księżniczkami IłteWskiemii Ja- 
nusz I z Danutą., córką Kiejstuta i Ziemowit IV, żonaty z Alelcsandrą, córką 
Olgierda. 



swoich zaprowadził. Przez trzy dni potem zatrzymał się Ijról 
Władysław z lisięciem Aleksandrem na tern stanowisku, dopóki 
nie pościągały chorągwie wszystkich ziem królestwa polskiego 
i nie przeprawiły się przez rzekę Wisłę. Postawił zaś król 
Władysław przy moście wybrany zastęp rycerstwa i wyzna- 
czył zbrojnych towarzyszy, którzyby na przeprawie przez most 
przestrzegali natłoku i nieporządku, a krańce mostowe opatrzył 
grubemi z drzewa oporami, które kobyleniami zowią, aby się 
nikt do brzegów nie przybliżał. Wchodziło więc wojsko na most 
równemi i porządnemi szyki, wraz z pociągami, końmi i cze- 
ladzią obozową. A gdy już wszystkie wojska królewskie po 
owym moście przeszły szczęśliwie rzekę Wisłę, z rozkazu króla 
rozebrano natychmiast most i odwieziono do Płocka, zachowując 
go do późniejszej z powrotem przeprawy. 

Jakób, biskup płocki, zagrzewa swoją przemową rycerstwo 
polskie do boju. 

W ciągu owych trzech dni, przez które Władysław, król 
polski, wraz z Aleksandrem książęciem stał nad rzeką Wisłą, 
święto Nawiedzenia Najśw. Marji ^, przypadające w środę, oba- 
dwaj z starszyzną swoją i rycerstwem w klasztorze Czerwień- 
sku obchodzili. Jakób zaś biskup płocki 2, jako pasterz diecezji 
po odprawionem uroczyście nabożeństwie miał kazanie w pol- 
skim języku ^ do całego wojska, licznemi tłumy do kościoła 
zgromadzonego; a jako mąż uczony i wymowny, rozwiódł się 
obszernie o sprawiedliwej i niesprawiedliwej wojnie, wykazując 
licznemi i przekonywaj ącemi dowody, że wojna zamierzona przez 
króla z Krzyżakami była słuszną i sprawiedliwą. Tą dziwnie 

1 2 lipca. 2 Jakób Kurdwanowski. 

' W polskim języku, ł»y ?:aznacKyć, że nie po łaCihie. 



03 
do serca trafiającą mową wszystkich rycerzy umysły do walki 
i obrony ojczyzny przeciw nieprzyjacielowi pobudził i zapalił. 

Dobiesław Skora czowski, wysłaniec posłów króła węgier- 
skiego, wróciwszy od króła Władysława do Torunia, zdaje 
sprawę o Połakach rzetełną i prawdziwą, z której mimo 
tego szydzi mistrz Ulryk. 

W ciągu także tych trzech dni przybył do obozu królew- 
skiego Dobiesław Skoraczowski, wysłany od panów węgierskich, 
Mikołaja Gary i Ścibora z Ściborzyc, do Władysława króla 
z prośbą, aby im raczył wyznaczyć dzień i miejsce, kędyby 
mogli wyrozumieć myśl i życzenie Jego Królewskiej Mości co 
do mającego się układać pokoju, gdy już zamiary mistrza prus- 
kiego i jego komturów były im wiadome. Władysław król, na- 
myśliwszy się nieco, odpowiedział posłowi: „Panom twoim, ży- 
czącym sobie do nas przybyć, wyznaczamy następującą sobotę 
i niedzielę^; miejsca zaś wyznaczyć nie możemy, ponieważ 
wojsko nie ma nigdy na pewne wytkniętych stanowisk, ani 
można przewidzieć, którędy mu iść wypadnie". 

Gdy więe rzeczony Dobiesław wrócił do Torunia do swo» 
ich panów węgierskich i oznajmił im odpowiedź króla, mistrz 
pruski tJlryk począł się go z wielką ciekawością wypytywać, 
azali był w obozie królewskim i w którem miejscu go opuścił. 
Odpowiedział więc Dobiesław: „Byłem przez dwa dni w obo* 
zie króla, który przebył już rzekę Wisłę, a opuściłem go sto- 
jącego z wojskiem pod klasztorem Czerwieńskim". Pytał się 
potem mistrz, czy książę litewski Witołd złączył się już z kró- 
lem. Dobiesław odpowiedział: „Tego dnia właśnie, w którym ja 
przybyłem do królewskiego oboZu, Aleksander, wielki książę 

' o i « lipca. 



64 

litewski, nadciągnął z licznem, świetnie przybranem i potężnem 
wojskiem i złączył się z królem Władysławem". Na to rzekł 
mistrz: „W wojska Witolda więcejby znalazło się ludzi de 
łyżki niż do zbroi". Dobiesław odparł: „Wierzaj mi, mistrzu, 
że wojsko Witolda nietylko liczne jest i potężne, ale i dobrze 
ubrane". Wtedy mistrz: „Lepiej my to, rzecze, wiemy, niżeli 
ty, jakie jest i jak wielkie, ile ma ludzi i koni, mnogiem na- 
uczeni doświadczeniem. Ale powiedz-no o owym moście, który 
Polacy, jak mówią, na powietrzu zbudowali". Odpowiedział Do- 
biesław: „Widziałem iście ten most na statkach dowcipnie zbu- 
dowany i nie w powietrzu zawieszony, bo powietrze jeno ptastwu 
służy do latania, ale na Wiśle położony, po którym w oczach 
moich wszystko wojsko królewskie suchą nogą przeszło przez 
Wisłę i wielkie działa ^ po nim przeprowadzono, a most ani 
drgnął pod ich ciężarem". Rozśmiał się na to mistrz pruski, 
Ulryk, szydząc z powieści Dobka, a zwróciwszy mowę do pa- 
nów węgierskich, rzekł: „Bajki to są, w niczem do prawdy 
nie podobne, które ten człowiek prawi. Przybyli bowiem godni 
wiary szpiegowie nasi, i oznajmili, że król polski, Władysław, 
po Nadwiślu się błąka i usiłuje, ale nie może przeprawić się 
przez rzekę; że już wiele rycerstwa jego szukając brodu poto* 
nęło. Witołd zaś stoi nad rzeką Narwią, lecz nie śmie jej prze- 
kroczyć". Co usłyszawszy Dobiesław Skoraczowski, zaprzeczył 
wszystkiemu, co mistrz twierdził, i rzekł: „Kiedy fałsz zadajesz 
moim słowom, chociaż wszystko, o co byłem pytany, najrzetel- 
niej ci zeznałem, raczże posłać ze mną którego z najwierniej- 
szych twoich, a w ciągu trzech dni przekonam cię, mistrzu, że 
powieść moja jest najprawdziwszą". Na to mistrz: „Nie po* 

^ Grandes bombardae, Wzmiankowane już i poprzednio; poniżej raz jeszcze zazna-* 
cza Dłngosz, że Polacy prowadzili działa, ciągnąc pod Grunwald, O użyciu 
ich jednak W bitwie nie słyszymy. 



65 
trzeba tego, rzecze, bo wypadki przyszłe najdowodniej pra>vdę 
wyjaśnią. Ty mówisz po swojemu jak Polak i potęgę twojego 
króla nad miarę wynosisz". 

Kiedy król Władysław obozuje w Zochowie, zręczną sprawą 
Janusza Brzozogłowego załoga zamku i miasta Świecia 
pada pod mieczem, a Polacy łupy zdobyte z Prus upro- 
wadzają. 

We czwartek i, nazajutrz po święcie Nawiedzenia N. Marji, 
Władysław, król polski, ruszył z swojem i litewskiem wojskiem 
od brzegów Wisły i klasztoru Czerwieńska, a dążąc ku grani- 
com nieprzyjacielskim, pod wsią Zochowem stanął obozem. Wtedy 
właśnie doniesiono mu o wielkiej klęsce, którą Janusz Brzozo- 
głowy, starosta bydgoski, zadał Krzyżakom i ich wojsku. Jakoż 
ten zaraz po wyjściu trzechdniowego rozejmu, chciwy spotkania 
się z nieprzyjacielem, wziąwszy dość liczny hufiec rycerstwa, 
pobiegł z nim nocą pod zamek i miasto Świecie, w miejscu 
sposobnem ukrył go w zasadzce, sam zaś w pobliżu Świecia 
z garstką ochotniejszej drużyny rozpuścił łupiestwa i pożogi. 
Co gdy postrzegli Krzyżacy, strzegący miasta Świecia^ natych- 
miast dosiadłszy koni, puścili się w pogoń za uchodzącym Ja- 
nuszem Brzozogłowym, mniemając, że z tak małym wyszedł 
zastępem. On zaś, cofając się spiesznie przed nieprzyjacielem, 
sprowadził ich aż do miejsca, kędy była utajona zdrada. Wów- 
czas rycerze Janusza wypadli nagle z zasadzek i otoczyli z przodu 
z tyłu nieprzyjaciół, którzy, gdy już nie było żadnej nadziei 
wydobycia się z toni, rozpaczą uniesieni, stoczyli krwawą ale 
lierówną walkę. W ostatku wszyscy bądź-to trupem polegli, 
>ądź wzięci byli jeńcem. Prócz tych, którzy zginęli, w liczbie 

3 lipca. 
Bihl. Nar. Nr 31 (Długosz.- Bitwa GrunwaMzka). 5 



66 

pojmanych^^przyprowadzono pięciu braci zakonnych. Ten dobry 
początek, jako wróżba pomyślnej wojny, o ile dodał serca 
i otuchy Polakom, o tyle zasmucił Krzyżaków, rokujących stąd 
przyszłe swoje klęski. Obawiając się potem sprawności i nie- 
zwykłej Janusza Brzozogłowego odwagi, którą się był tak 
dzielnie popisał, mistrz i rycerze krzyżaccy dla uchronienia się 
i odparcia jego zdradnych wycieczek zostawili w Świeciu za- 
łogą Henryka von Plauen, komtura świeckiego, z wszystkiem 
rycerstwem świeckiego powiatu, przydawszy mu nadto pewną 
liczbę zaciężnego żołnierza, aby zapobiec napadom i łupiestwom 
Janusza, w mniemaniu, że wstępnym bojem nie poważyłby się 
przeciw nim targnąć. W piątek, dnia czwartego lipca, z Żo- 
chowa ruszywszy król Władysław obozem, zatrzymał się znowu 
przez dzieó cały na łanach jakieś nieznanej wioski. Następnej 
nocy żołnierze królewscy postrzegli już ognie na przeciwnej 
stronie, które w wielu miejscach jasną łuną świeciły. Chociaż bo- 
wiem do granic nieprzyjacielskiej ziemi były jeszcze cztery dni 
drogi, wielu jednak z obozu królewskiego ochotników, nie pil- 
nując rozkazów króla i starszyzny, samowolnie i skrytemi drogi 
wybiegało na ziemię krzyżacką, a roznosząc po niej mordy, łu- 
piestwa i pożogi, przedniejszą zdobycz sprowadzali do obozu 
w nocy, gdy we dnie nie śmieli z obawy kary. 

Król l^ładysłazo, oświadczywszy gotowość swoją do za- 
warcia na słusznych warunkach pokoju, zagrzewa w ry- 
cerstwie odwagę wieścią o zbliżającym się nieprzyjacielu. 

W sobotę, dnia piątego lipca, Władysław król polski 
spoczął obozem pod wsią Jeżewem ^, dokąd przybyli panowie 
węgierscy, Mikołaj Gara i Ścibor ze Ściborzyc, i usilnie prosili 



i Jekoiuo, na północ od Raciąża, 



67 
tak króla, jako i Aleksandra, wielkiego księcia litewskiego, aby 
się skłonili do zgody i ułożyli z nimi warunki pokoju. Przybył 
razem i Jerzy Gersdorf, chcąc wymiarkować potęgę i stan rze- 
czywisty wojsk królestwa i Litwy. W niedzielę zaś następu- 
jącą, to jest dnia szóstego lipca, Władysław, król polski, po 
naradzeniu się z księciem Aleksandrem i panami swymi, baronom 
węgierskim odpowiedział, źe nigdy nie odrzucał rad zbawiennych, 
zmierzających do zgody i pokoju, i teraz więc nie jest prze- 
ciwny sprawiedliwym o pokój układom, aby nie rozlewać krwi 
chrześcijańskiej; ale pokój wtedy dopiero będzie sprawiedliwy, 
gdy wielkie księstwo litewskie odzyska swoją dawną i przy- 
rodzoną własność, ziemię Żmudzką, a ziemia Dobrzyńska, od 
mistrza pruskiego i Krzyżaków niesłusznie zagarniona ^, kró- 
lestwu polskiemu będzie zwróconą. Co do szkód zaś z tej miary 
poniesionych, oświadczał, że gotów był zdać się na sąd i ro- 
zeznanie Zygmunta, króla rzymskiego i węgierskiego. Zaspoko- 
jeni tą odpowiedzią i uradowani panowie węgierscy, tusząc 
z pewnością, że mistrz i zakon krzyżacki przystaną chętnie na 
takowe warunki jako słuszne i sprawiedliwe, usiedli z królem 
do stołu. Po skończonym obiedzie król ruszył obozem i tegoż 
samego dnia przybył do wioski jednej nad rzeką Wkrą. Ale- 
ksander zaś, wielki książę litewski, urządzał w tym dniu litewskie 
fewoje wojsko; a podzieliwszy je starym przodków obyczajem 
na osobne hufce i chorągwie, w każdej chorągwi rycerzy na 
niższych koniach osadzonych, albo niedostatecznie uzbrojonych, 
pośrodku umieścił, aby ich zasłaniali jeźdźcy wybrańsi, na tęż- 
szych koniach i w lepszej zbroi. Takowe zaś chorągwie postę- 
powały ściśnionemi rzędy, chroniąc się wewnątrz przedziałów 
i odstępów; wszelako jedna chorągiew od drugiej w znacznem 
szła oddaleniu. Tym nakoniec chorągwiom Aleksander, wielki 



zagarniana ŚwieŻO W r. 1409. 

6* 



68 

książę litewski, rozdał czterdzieści znaków, które proporcami 
zowiem}^, przykazawszy, aby każda chorągiew i hufiec swego 
pilnowały znaku i słuchały rozkazów swojego wodza. Władysław 
zaś, król polski, wyprowadził rzeczonych panów węgierskich na 
wyniosłe wzgórze, skąd dla płaskich i szeroko rozciągających 
się równin wszystkie wojska polskie i litewskie widzieć można 
było. Poruszało się okazale na tern polu i litewskie wojsko, 
przeciągające porządnemi szyki, któremu przypatrując się rze- 
czony Ślązak Jerzy Gersdorf, mierzył z uwagą jego siłę i po- 
tęgę. Tego dnia także, z rozkazu króla, zatrwożono umyślnie 
obóz puszczoną wieścią o zbliżaniu się nieprzyjaciela, tak, iż 
wszystkie wojska stanęły pod bronią. Dlatego zaś król kazał 
uderzyć na trwogę, jakoby już przychodziło do walki, chociaż 
bynajmniej nieprzyjaciela się nie spodziewano, aby rycerstwo 
polskie i litewskie nie gnuśniało we śnie i bezczynności, ale, 
każdej chwili mając się na baczeniu, stało w pogotowiu, jakby 
wobec nieprzyjaciela, do odporu i walki. 

Panowie polscy, a zwłaszcza Wojciech Jastrzębiec, biskup 
poznański, naganiają okrucieństwa, popełniane przez Li- 
twinów i Tatarów. 
W poniedziałek, dnia siódmego lipca, Władysław, król 
polski, opuściwszy swoje stanowisko, przybył do wsi Będzina 
położonej nad rzeką Wkrą i tu przez dw^a dni obozował. A lubo 
ten powiat, który rzeka Wkra przerzyna i okrąża, należy i na- 
leżał zawsze do księstwa mazowieckiego, wtedy ^wszelako mistrz 
pruski i Krzyżacy trzymali go w zastawie od Ziemowita, księcia^ 
mazowieckiego, za pięć tysięcy grzywien szerokich groszy. Przeto 
Litwini i Tatarzy powiat ten, podobnie jak inne ziemie nie- 
przyjacielskie, srodze i po barbarzyńsku pustoszyli i nietylko 
młódź kwitnącą, ale i dzieci i w kolebkach kwilące niemowlęta 



69 
zabijali. Inne zaś wraz z matkami do swych obozów i w nie- 
wolę jakby nieprzyjacielskie plemię zabierali, chociaż wszystek 
lud tego powiatu był plemienia polskiego i mówił po polsku. 
Przybiegały do obozu matki onych pomordowanych dzieci, 
z płaczem i rozpuszczonym włosem, i zawodziły żałosne skargi 
przed namiotem królewskim w rozpaczy po swojej stracie. Tknięci 
takim widokiem prałaci i panowie polscy, przychodzili często 
do króla i surowiej rzecz tę biorąc, niżli wojenny dozwala oby- 
czaj, prosili go i zaklinali, aby powściągnąć kazał takie okru- 
cieństwa i brańców powypuszczać; czego jeśliby nie uczynił, 
jawnie się odkazywali, że opuszczą jego obóz i służbę w wojsku 
tak niegodziwem, które słuszna pewnie pomsta Boża czekała. 
Władysław, król polski, tak jako i Aleksander, wielki książę 
litewski, usłuchawszy z powolnością ich głosu, rozkazali wszyst- 
kich jeńców uwolnić i w namiocie Wojciecha Jastrzębca, biskupa 
poznańskiego, starannie zebranych odprawić do domu. Ogłosili 
nadto karę śmierci na tych, którzyby się podobnej srogości do- 
puszczali. Ustąpił zatem czcigodny pasterz Wojciech Jastrzębiec 
z swego namiotu i dozwolił w nim litościwie przygarnąć i przez 
noc następującą pomieścić niewiasty i niemowlęta. A rozłą- 
czywszy się w tem miejscu z królem, któremu aż dotąd w obo- 
zach towarzyszył, za zezwoleniem jego wrócił do Polski. 

Władysław król, wobec wojsk swoich rozwinąwszy cho- 
rągwie, z płaczem wzywa Boga na świadectwo, że nie on, 
ale nieprzyjaciele sami dają powód do wojny ; poczem 
Zyndramowi z Maszkowic poracza dowództwo nad woj- 
skami ; Aleksander zaś, wielki książę litewski, dzuóch bez- 
bożnych Litwinów skazuje na szubienicę. 
We środę, dnia dziewiątego lipca, ze wsi Będzina, Wła- 
dysław, król polski, wraz z Aleksandrom, wielkim księciem 



70 

litewskim, wkroczyli w kraj nieprzyjacielski, przebywszy szczę- 
śliwie za łaską Bożą bór, rozciągający się na dwie mile drogi, 
z którego wyszli na równinę płaską i na wszystkie strony 
otwartą, i tam dopiero rozwinięto i podniesiono chorągwie tak 
królewskie jako i księcia litewskiego Alexandra, książąt mazo- 
wieckich Ziemowita i Janusza, tudzież panów polskich, z nie- 
wymownem serc wzruszeniem i zapałem powszechnym. Król bo- 
wiem polski Władysław, wziąwszy do rąk swoich chorągiew 
wielką, na której wyszyty był misternie orzeł biały z rozcią- 
gnionemi skrzydły, dziobem rozwartym i z koroną na głowie, 
jako herb i godło całego królestwa polskiego, przy rozwinięciu 
jej ze łzami w oczach taką wyrzekł modlitwę: 

„Ty, któremu^ wiadome są wszystkich serc tajemnice, 
wprzódy jeszcze niżeli w myśli powstaną. Boże litościwy! Ty 
widzisz z Twojej wysokości, że do obecnej, na którą wychodzę, 
wojny mimowolnie wciągniony, poczynam ją pełen ufności 
w Twojem i Chrystusa Syna Twego miłosierdziu. Rozmaitemi 
bowiem zabiegami, wielorakim nakładem i przemysłem, csiło- 
wałem pokój z wszystkimi chrześcijany, a osobliwie z Krzyża- 
kami utrzymać, aczkolwiek z przyczyny ich nadużyć, haniebnego 
a niegodziwego zagarnienia ziem do korony polskiej należących, 
wielce b>łem na nich zagniewany. Gdy oni wszelako odrzucili 
ze wzgardą słuszne i sprawiedliwe, które im przedstawiałem, 
warunki, osądziłem, że go inaczej u tych dumnych i wyniosłych 
ludzi nie pozyskam, chyba siłą i orężem. W Imię Twoje przeto, 
w obronie sprawiedliwości i narodu mego, chorągiew tę podnoszę. 
Ty, litościwy Boże! racz być obrońcą i wspomożycielem mnie 
i ludowi mojemu, a krwi chrześcijańskiej niewinnie przelanej 



1 Ty, któremu... mową układu Długosza zapewne na podstawie wspomnień Zbigniewa 
Oleśnickiego. 



71 
nie na mnie racz poszukiwać, ale na tych, którzy obecną wojnę 
wzniecili i dotąd podniecają". 

Ta modlitwa, z nabożeństwem i pokorą wyrzeczona przez 

I króla takim głosem, że ją stojące dokoła wojsko słyszeć mogło, 
wycisnęła łzy wielu rycerzom i widziałbyś tam płacze i szlo- 
chania prawie powszechne. Podobne modlitwy i Aleksander, 
wielki książę litewski, niemniej książęta mazowieccy i panowie 
polscy przy podniesieniu swoich chorągwi nabożnie odmawiali, 
A gdy zewsząd wzniesione i rozciągnięte wionęły proporce, 
wszystko wojsko zaśpiewało głośno ojczystą pieśń Bogarodzicę. 

Ponieważ zaś wszyscy Czesi i Morawcy, uważani za naj- 
bieglejszych w wojowania sztuce, wymawiali się od steru i zwierzch- 
nictwa nad wojskami królewskiemi i książęcemi i żaden urzędu 
wodza przyjąć nie chciał, aby nań nie spadła wina w razie 
niepomyślnej wojny, zwłaszcza, że lud trzeba było prowadzić 
liczny i kierować nielada wyprawą, zlecono zatem rząd i do- 
wództwo Zyndramowi z Maszkowic, miecznikowi krakowskiemu, 
szlachcicowi mającemu w herbie słońce, mężowi wprawdzie 
małej postawy, ale wielkiego serca i znanej w sprawach obrot- 
ności. Żaden bowiem z Czechów i Morawców zaciągnionych 
w służbę królewską nie czuł się zdolnym do sprawowania i pro- 
wadzenia tak wielkiego wojska. 

Skoro więc na rzeczonej równinie rozwinięto chorągwie, 
ruszył Władysław, król polski, z całą siłą i tegoż dnia między 
dwoma jeziorami, z których jedno zowie się Trzcino, drugie 
Chełst, niedaleko miasteczka Luterbergi już przez jego ludzi 
złupionego i spalonego, położył się obozem. 

Zdarzył się w tym samym dniu nowy i niesłychany wy- 
padek. Gdy bowiem polscy panowie i rycerze widzieli Tatarów 

' Laulenburf,^ Lidzbark, w zifim ciifiniiiiskiej. 



72 

i Litwinów, dopuszczających się po barbarzyńsku łupiest\Mi 
kościołów, gwałcenia niewiast i dziewic, a przy grabieży jednego 
kościoła postrzegli wyrzucony z ołtarza Przenajświętszy Sakra- 
ment i szydersko zelżony, tknięci do żywego takim widokiem, 
pełni zgrozy a razem obawy, żeby za tak straszne bezprawia 
Bóg sprawiedliwy nie spuścił na nich i na całe wojsko plagi, 
udali się z powtórnem użaleniem do króla i wielkiego księcia 
litewskiego, Aleksandra, opowiedzieli im te wszystkie srogości 
i okrucieństwa i oświadczyli, że dłużej nie mogą na nie patrzeć, 
i jeżeli ich król nie powściągnie, a bezbożników jak należy nie 
ukarze, nie wrócą wcale do obozu i wojenne znaki opuszczą- 
Król Władysław, wzruszony ich głośnem wyrzekaniem i ostremi 
a dotkliwemi skargi, rozkazał śledzić jak najstaranniej tych 
łupieżców kościelnych i zelżycieli Najśv\'iętszego Sakramentu. 
A gdy wskazano dwóch Litwinów jako najwinniejszych, Ale- 
ksander, książę 1 tewski, kazał im się samym na szubienicy po- 
wiesić. Wypełniając zatem rozkaz księcia Aleksandra, wino- 
wajcy postawili naprzód szubienicę wlasnemi rękami urobioną; 
potem bez niczyjego podsadzania dźwignęli się sami do góry, 
a naostatek sami sobie na szyję pozakładali stryczki; wprzódy 
zaś jeden upominał drugiego, który zdawał się nieco ociągać, 
aby się spieszył, póki książę bardziej się nie rozgniewa. Co 
gdy wobec całego wojska się działo, taką wszyscy przerażeni 
byli trwogą, że żaden z rycerzy nie poważył się więcej na- 
chodzić kościołów i po zdobycz kościelną drapieżnej wyciągać 
ręki. Albowiem jak zawżdy, tak szczególniej w czasie wojny 
nie godzi się targnąć na rzeczy święte; i nietylko wielkie zbro- 
dnie i bezprawia, ale nawet najmniejsze nadużycia starannie 
vvtedy należy karcić i powściągać, aby Majestat Boży, ubłagany 
prawemi i cnotliwomi postępkami, raczył wojującym zdarzyć po- 
myślność i zwycięstwo. 



73 
Po rozłożeniu wojska nad jeziorem Rubkowem, król Wła- 
dysław wybiera ośmiu radców i dwóch przewodników, do 
kierowania wojną i wskazywania dróg dogodnych w po- 
chodzie. 

We czwartek przed dniem św. Małgorzaty, to jest doia 
dziesiątego lipca, Władysław, król polski, ruszywszy z ponad 
jezior miasteczka Luterberg i uszedłszy dwie mile, przybył do 
wielkiego jeziora Rubkowa, pod zamek i miasteczko Kurzętnik, ^ 
i tam spoczął obozem. Wojsko mistrza pruskiego nieopodal od 
królewskiego obozu stało za rzeką Drwęcą, której obadwa brzegi 
Krzyżacy na kilkanaście dni wprzódy wysokiemi ostrokoły gęsto 
obwarowali, aby wojsku królewskiemu zagrodzić przejście. Skoro 
więc żołnierze polscy postrzógli, że Krzyżacy stali tak blisko, 
zaraz część ich wybiegła na harce i pięćdziesiąt koni nieprzy- 
jacielskich, które w rzece Drwęcy pławiono, zwaliwszy z nich 
jeźdźców, zabrała i szczęśliwie do obozu królewskiego przypro- 
wadziła. Co gdy wojska królewskie obaczyły, właśnie kiedy 
jedni posilali się strawą, drudzy odpoczywali, zwiodła ich ku- 
rzawa wzniesiona od owych koni, mniemali bowiem, że nieprzy- 
jaciel nadchodził: powstał więc rozruch w obozie, żołnierze po- 
rzuciwszy jadło, czemprędzej chwycili za broń i wnet tuman 
kurzawy wzniósł się w powietrze. Słońce wtenczas skwarnym 
dogrzewało upałem. Ale po chwili przeminęła trwoga, wojsko 
spoczęło bezpiecznie. 

Gdy się zaś zmierzchać poczęło i upał nieco sfolgował, 
Władysław, król polski, zwoławszy panów radnych, wybrał 
z nich ośmiu, innych zostawiwszy w namiotach, aby się nara- 
dzili o wojnie, a co potrzebnem było, uchwalili i rozporządzili. 
Postanowił zarazem, aby oni kierowali całą wyprawą. A do tej 



i Niem. Kauernili, na itółn. zuch. o<l I idzliarku. 



74 

liczby naprzód przeznaczył brata swego Aleksandra, wielkiego 
księcia litewskiego, toż Krystyna z Ostrowa kasztelana i Jana z Tar- 
nowa wojewodę krakowskiego, Sędziwoja z Ostroga wojewodę 
poznańskiego, Mikołaja z Michałowa wojewodę sandomierskiego, 
Mikołaja 1 proboszcza św. Florjana, podkanclerzego, Zbigniewa 
z Brzezia, marszałka królestwa polskiego, i Piotra Szafrańca 
z Pieskowej Skały, podkomorzego krakowskiego. Ci ośmiu mę- 
żowie w tajemnicy naradzali się o wszystkiem, j co działać 
miano, uchwalali: a zwłaszcza, którędy prowadzić wojsko i w któ- 
rychby miejscach obierać stanowiska, używając ku temu dwóch 
przewodników, Trojana z Krasnegostawu i Jana Grinwalda, 
wójtów parczowskich, którzy obadwaj z Prus rodem, wszystkie 
miejsca tameczne, drogi i przesmyki dobrze znali; zawsze też 
stać mieli na zawołaniu u wrót radców, gdy o stanowiskach 
wojennych i dalszym wojsk pochodzie naradzać się miano. 

Wydane były prócz tego najsurowsze zakazy, aby nikt 
nie ważył się wybiegać z obozu, dopókiby marszałek królestwa 
polskiego Zbigniew z chorągwią królewską mniejszą, czyli tak 
zwanym proporcem, nie wystąpił, za którym dopiero wszyscy 
wychodzić mieli, a żadnemu nie wolno go było wyprzedzać. 
Niemniej zastrzeżono, aby nikt w wojsku nie ważył się wy- 
trąbiać hasła, prócz jednego trębacza królewskiego, na którego 
pierwsze zagranie przed świtem albo w zaranku, lub wreszcie 
o jakimkolwiek czasie, wojsko powstawało i brało się do broni. 
Za drugiem zaś w trąbkę uderzeniem siodłało konie, za trzeciem 
wyruszało z obozu, postępując za marszałkiem i swemi znakami, 
do jakiej który chorągwi należał. Książę przeto Aleksander- 
Witołd, mąż sprawny i dzielny, z siedmiu rzeczonymi radcami 
działając, rozpytując się, naradzając a niekiedy przywołując 
owych przewodników, miejscowości świadomych, układał wcześnie, 
' Mikołaj Trąba, niebawem arcybiskup gnieźnieński. 



76 

W jakiem miejscu nazajutrz wytknąć miano obozy, a kędy dnia 
następnego, po wyruszeniu z stanowiska, bezpiecznie, najkrócej 
i suchą nogą można było przeprowadzić wojsko, gdzie wreszcie 
znaleźć w^odę do napojenia ludzi i koni, gdzie żywność potrzebną 
^t drzewo. 

i 

WfCról Władysław przez wysłanego do posłów węgierskich ^ 

gońca nalega o pokój z Krzyżakami; którego atoli nie 

mogąc wyjednać, gdy mistrz pruski i Krzyżacy wojny 

tylko żądają, postanawia przeprawić się za rzekę Drwęcę, 

obsadzoną przez nieprzyjaciół. 

Ale chociaż Władysław, król polski, po wielokrotnych 
a próżnych o pokój staraniach, wszystkie już myśli swoje skie- 
rował do wojny, w^szelako jeszcze i w tym dniu wysłał rycerza 
swego Piotra Korcboga, szlachcica herbu Korcbog, który ma 
na tarczy trzy karpie, do panów węgierskich, znajdujących się 
podówczas w pobliżu, w obozie mistrza pruskiego i Krzyżaków, 
żądając od nich stanowczej odpowiedzi co do układów o pokój 
z mistrzem i Zakonem, i oznajmienia, azali była jaka nadzieja 
wyjednania i utrzymania pokoju. Ten, stosownie do rozkazu 
i zleceń danych sobie od króla, udawszy się do panów węgier- 
skich, przebywających w obozie Krzyżaków, zażądał od nich 
stanowczej odpowiedzi. Oni z swej strony poczęli nalegać o nią 
na mistrza i komturów, radząc im wszelakiemi sposoby ugodę 
i pokój. Przekładali, że warunki, które król polski podawał, 
były słuszne i sprawiedliwe, i usilnie ich namawiali, aby pa- 
miętając na to, jak śliski i niepewny jest los wojny, pokąd 
jeszcze do rozprawy nie przyszło, nie odrzucali tak sprawie- 
dliwych warunków pokoju. 

Mistrz pruski, Illryk v. Jungingen, złożywszy radę ta- 



76 

jemną, do której wezwał kilkunastu komturów, jako to: Fry- 
deryka Walrath i marszałka, Konrada Lichtersten 2 wielkiego 
komtura, Wernera Thettingen elbląggkiego, Sworcborga ^ toruń- 
skiego, hrabiego v. Yende gniewskiego, Gotfryda Hoczfelt ^ nie- 
szawskiego, Henryka tucholskiego, Wilhelma Nippen ^ z Star- 
gardu, Mikołaja Vilcz z Schonsee, Wilhelma Elffekecz^ gru- 
dziądzkiego, Burkarda Vobek pokrzywnickiego, Baldwina Stolm ^ 
brodnickiego, Arnolda v. Baden człuchowskiego, Peczenhawn ^ 
ostródzkiego, Alberta de Eczbor szczycieńskiego, Markwarda 
V. Salzbach brandeburskiego, Jana hrabiego v. Seyn toruńskiego 
i innych komturów, naradzał się z nimi o pokoju i wojnie. 
Ale gdy równie mistrz Ulryk, jako i jego komturowie utrzy- 
mywali, że żaden nieprzyjaciel nie byłby w stanie zwalczyć 
ich i pokonać, z tej przyczyny, iż posiadali jakoweś relikwje 
Świętych, a stąd pychą nadęci pochopniejszymi byli do wojny 
niźli do zgody; przeto mistrz pruski przez' Wairatha marszałka 
taką baronom węgierskim dał odpowiedź: 

„Chętnie, wielmożni panowie, usłuchalibyśmy waszej rady 
i namowy i przystąpili do układów pokojowych z królem pol- 
skim, gdyby tenże król żądał był pokoju, siedząc w granicach 
królestwa swego, przed zbrojnem do krajów naszych wtargnie- 
niem. Ale gdy król polski zawierać chce z nami pokój, zni- 
szczywszy kraje naszego zakonu łupiestwem, pożogami i roz- 
maitemi klęski, mielibyśmy sobie za sromotę wchodzić z nim 
w jakie układy po tylu doznanych krzywdach i zniewagach; 
od czasu bowiem, jak zakon nasz w tych krajach istnieje, 
żaden z królów i książąt nie targnął się na nas tak zawzięcie 
i tak wielkiemi siły. Zaczem do układania się o pokój z króleTn 

i Fryderyk v. Wallenrod. 2 y. Lichtenstein. 

^ Albrecht v. Schwarzburg, wielki jałraużnik Zakonu. 4 y. Hatzfeld. 

^ właściwie El)erhard v. Ippeuburg. 'j właściwie v. Helfenstein. 
"' istotnie Stałil. ^ v. Pinzenau. 



' 



77 
żadnemi nie damy się skłonić prośby i namowy, póki wyrzą- 
dzonych nam krzywd i pożarów własnym nie pomścimy orężem. 
Tych wzajemnych sporów i zatargów, które nas waśnią, nie 
zdołają rozjąć ani nasze słowa, ani czyjakolwiek, choćby cesa- 
rza samego wstawiająca się władza i jowaga, jedno sam oręż 
i wojna. Gdy patrzymy na spustoszenia naszej ziemi i .dymiące 
się domów naszych zgliszcza, trzeba nam krwią nieprzyjaciół 
zgasić te pożogi". 

Panowie węgierscy, usłyszawszy tak dumną i pełną za- 
rozumiałości odpowiedź, tem usilniej nalegali swemi prośbami 
i namowy, aby Krzyżacy za pośredniem wdaniem się Zygmunta, 
króla rzymskiego i węgierskiego, przystąpili do zgody i ukła- 
dów, a utłumiwszy w sercach zawiść, doświadczyli wprzódy 
innych środków, nimby do walki przyszło. Lecz gdy równie 
mistrz, jak i komturowie, niewczesnym uniesieni szałem, obsta- 
wali upornie przy swojej tak cierpkiej a z słusznością nie zga- 
dzającej się odpowiedzi, sam tylko hrabia v. Vende, komtur 
gniewski, między tylu innymi^ którzy przeciwni byli układom, 
radził pokój zawrzeć, mówiąc: „Wiem ja dobrze z długiego do- 
świadczenia^ co pokój a co wojna z sobą niesie; dlatego za 
najlepszą i najzbawienniejszą rzecz uważam, aby puściwszy 
mimo siebie krzywdy przez króla polskiego w jakikolwiek spo- 
Ł:ób nam wyrządzone i złożywszy z serca niewczesną żądzę 
zemsty, przystąpić do układów o pokój. Często bywa, że cho- 
ciaż wojska staną już naprzeciwko siebie, i zabierają się wza- 
jemnie do walki, przychodzi przecież do Egod}^ A gdy los wojny 

s 

zawsze jest wątpliwy i w gwałtownym zamęcie wszystko na 
niebezpieczeństwo wystawia, mniemam, że lepszy pokój pewny 
niż spodziewane zwycięstwo". Tą mową obrażony Werner The- 
tingen, komtur elblągski, nie mogąc powstrzymać gniewu, po- 
czął hrabiemu v. Vende, komturowi gniewskiemu, uszczypliwie 



78 

przymawiać: „Mogłeś, rzekł, komturze gniewski, z takiem, jak 
tu okazujesz, umysłu usposobieniem, w domu pozostać, gdyś 
zdatniejszy do pilnowania chorych braci w szj)italu niżeli do 
spraw wojennych". Na' taki docinek mało zważając, hrabia 
V. Yende odpowiedział: „Nie wątpię zaiste, że dobrze i prze- 
zornie radziłem, przekładając, iż pokój zbawienniejszy jest niż 
wojna; i owszem za rzecz niegodną uważam, aby w tych cza- 
sach naszych, odrzuciwszy warunki pokoju, które nam nieprz}^- 
jaciel podaje, dopuścić krwi chrześcijańskiej rozlewu. A lubo 
pokój doradzam i pokoju nadewszystko pragnę, jeżeli jednak 
z dopuszczenia Bożego przyjdzie w krwawej rozprawić się walce, 
mężnie, jak szlachetnej krwi mojej przystoi, potrafię nadstawić 
czoło. Ale ty, komturze, uważniej się nad tern zastanów, co 
i w jaki sposób doradzasz, i strzeż się, abyś z tej wojny, do 
której w tych ścianach tak junacko nas wyzywasz, jak tchórz 
potem nie zemknął". 

Począł wtedy jeden z panów węgierskich, Scibor z Ści- 
borzyc, przerywając spór wszczęty między komtnrami, w roz- 
maity sposób zalecać pokój. Mówił, że starym jest żołnie- 
rzem i w bojach bywałym, że wielorakich w wojnie doświad- 
czył już losów; ufa sobie, a wszelako, gdyby można, nie odrzu- 
całby pokoju. Odparł mistrz pruski Ulryk temi słowy: „Mówisz, 
Ściborze, jak Polak; wiemy bowiem, że z Polski i z Kujaw- 
skiej ziemi pochodzisz, i dlatego na stronę i na korzyść twego 
rodu pokój doradzasz, do którego przecież ja i zakon mój na- 
kłonić się nie może". 

Wielki w tej mierze błąd popełnili Krzj^żacy, że taką 
nadęci pychą i takiemi swoją wielkość i potęgę wynosząc prze- 
chwałki, mniemali, iż na całym świecie nie było króla, któryby 
im w wojnie mógł sprostać, i zdawało im się, że drudzy po- 
winni byli o nich tak wysoko trzymać, jak oni o sobie chełp- 



79 
liwie si(^' uprzedzali. Nie pomnieli na to w swem zaślepieniu, 
że, jak wszyscy ludzie mądrzy osądzili, nikt nie jest tak po- 
tężnym i pewnym, aby mu najmniejszy nawet nieprzyjaciel 
szkodzić nie mógł. Panowie nakoniec węgierscy, widząc, że 
mistrz i komturowie do zgody i układania się na sprawiedli- 
wych warunkach o pokój w żaden sposób nie dadzą się nakło- 
nić, odprawili posła Piotra Korcboga z oznajmieniem Włady- 
sławowi, królowi polskiemu, że usiłowali wprawdzie i dokładali 
wszelkich starań i zabiegów, aby mistrza i komturów namówić 
do zawarcia pokoju, ale na próżno; nie przestaną jednak robić 
co można, i nadziei jeszcze nie tracą, obiecując, że nazajutrz 
przez własnego gońca doniosą królowi o ostatecznem mistrza 
i Krzyżaków postanowieniu. 

Gdy więc Piotjr Korcbog wrócił do króla, oznajmił mu 
odpowiedź panów węgierskich a nadto opowiedział wszystko, co 
widział w obozie krzyżackim, uznał król polski Władysław, że 
żadnej już nie było nadziei utrzymania pokoju. Aż do tego dnia 
bowiem tak król Władysław, jako i Aleksander, książę litewski, 
panowie radni i starszyzna, spodziewali się i życzyli sobie po- 
koju. I w tej nadziei wojsko królewskie zbliżało się do brze- 
gów rzeki Drwęcy i do obozów krzyżackich, aby w razie ro- 
kowania o pokój łatwiej było obydwom stronom znosić się 
z sobą, rozłożywszy obozy na przeciwległych brzegach rzeki. 

Lecz gdy Piotr Korcbog oznajmił królowi, że mistrz 
pruski, brnąc ślepo do kresu swoich przeznaczeń i nie słucha- 
jąc żadnej zdrowej rady, odrzucił wszystkie środki utrzymania 
zgody i przymierza, że brzegi Drwęcy obwarował z obu stron 
wysokiemi ostrokoły, tak, iż bez stoczenia walki przeprawić się 
przez rzekę nie można, zwłaszcza iż ku obronie są w pogoto- 
wiu działa, łucznicy i wszelkiego rodzaju ubezpieczenia; poczęto 
wahać się, czyli król miał tą samą drogą dalej postępować 



80 

i rzo^c Drwęcę rzuceniem na niej mostów przebyć, czyli też 
obejść ją i w tym celu cofnąć się nieco w pochodzie: nakoniec 
chwyciwszy się najlepszej rady, postanowił król wsteczną obrać 
drogę i rzekę u jej źródła suchą przejść nogą. Przełożył bo- 
wiem radcom, że lepiej poświęcić na to nieco czasu i trudu, 
niżeli wojska, mając lada dzień stoczyć walkę z nieprzyjacie- 
lem, na przeprawie przez rzekę podawać w niebezpieczeństwo; 
że nadto przez obejście rzeki uniknie się niepotrzebnego sta- 
wiania na niej mostu. Snadno zgodzono się na tak rozumną 
radę i postanowiono zamysł przywieść do skutku. 

Zygmunt, król węgierski, posyła królowi Władysławowi 
listy wypowiednie. 

W piątek przed dniem św. Małgorzaty, dnia jedynastego 
lipca, o pierwszym brzasku po wytrąbieniu hasła ruszyło woj- 
sko królewskie, i cofając się tą samą drogą, którą szło wprzódy, 
przybyło na dawne stanowisko swoje pod miasteczko Luter- 
berg, gdzie przez dzień cały w środę spoczywało. Stamtąd, po- 
rzuciwszy drogę na prawo, którą było wkroczyło z Mazowsza, 
zwróciło się w lewą stronę i przez okolice górzyste zdążyło do 
wsi Wysokiej pod Działdowem ^, kędy roztoczono namioty. A po- 
nieważ wojsko w długim i utrudzającym pochodzie znużone po- 
trzebowało spoczynku, zatrzymano je więc na stanowisku przez 
dwa dni, to jest przez piątek i sobotę. 

Pod ten czas przybył do Władysława, króla polskiego, 
Frycz z Rept, Ślązak, od panów w^ęgierskich, Mikołaja i Ści- 
bora wysłany, który na tajemnem posłuchaniu rzekł w te słowa: 
„Lubo, Najjaśniejszy królu, panowie węgierscy wstawiali się 
u mistrza pruskiego i zakonu Krzyżaków za utrzymaniem po- 

J Działdowo na wschód od Lidy.barkti ; wojsko polskie, idąc z północy, miało diotrę 
w tę stronę po lewej ręce. 



81 
koju, daremne jednak były ich usiłowania i namowy. Mistrz 
pruski Ulryk, niewczesnej dumy uniesiony żądzą, nie przyjął 
ich słusznych i zbawiennych przełożeń, ale odrzuciwszy je z po- 
gardą, postanowił działać to, co mu porywczy zapał wojny do- 
radza. Nie chce rozejmowa(5 sporu słusznością, prawem, zgo- 
dnemi układami, ani powagą czyj egokol wiek polubownego sądu, 
lecz orężem i wojną. Gdy waęc Zygmunt, król węgierski, od 
którego panowie moi poselstwo sprawują, jest rzymskiego pań- 
stwa namiestnikiem i i nie godzi mu się mistrza i Krzyżaków, 
podlegających rzymskiemu cesarzowi, w obecnem niebezpieczeń- 
stwie odstępować, przeto składam Waszej Królewskiej Miłości 
z rozkazu panów węgierskich tegoż Zygmunta, króla węgier- 
skiego, list wypowiedni, w którym na stronę mistrza i zakonu 

Ii przyjaźń W. K. Mci wypowiada". 

I Władysław, król, acz z tej stanowczej odpowiedzi i wy- 

m powiedniego listu króla Zygmunta przekonał się, że żadnej nie 
było nadziei utrzymania pokoju, wszelako wiadomość tę kazał 
w najściślejszej zachować tajemnicy, ażeby przez rozgłoszenie 
się w obozie wojennego listu Zygmunta, króla węgierskiego, 

§ nie upadły serca, i rycerstwo nie zniechęciło się do wojny. 
Szepnął jednak na stronie Frycz, poseł, Władysławowi królowi 
w imieniu panów węgierskich, aby na wojenne odgrażania się 
króla Zygmunta bynajmniej nie zważał, albowiem jego list wy- 
powiedni, dość drogo przez mistrza i Krzyżaków, bo za czter- 
dzieści tysięcy czerwonych złotych uzyskany, a dla postrachu 
tylko wydany, żadnego skutku mieć nie będzie. Namawiał po- 
tem króla, aby nie dbając na te strachy, trwał w swojem przed- 
sięwzięciu i z Krzyżakami, którzy siłą, ludźmi i orężem, nie- 

1 Zygmunt wypowiada tu wojnę Polsce, jako wikarjusz generalny państwa rzym- 
skiego, stosownie do zawartego z Krzyżakami układu. Węgry przeciwne były 
tej wojnie. Dokument, o którym mowa, wystawił Zygmunt już 17 czerwca 
1410 r., lecz jak widać, posłowie zwlekali z jego doręczeniem. 

Mibl Nar. Nr ;ii (Długosz.- Bitwa Grunwaldzka). 6 



82 

równie od niego byli słabsi, bój jak najrychlej stoczył, a przy 
łasce Pana Boga pewne otrzyma zwycięstwo. Mówił nadto, że 
panowie węgierscy aż do tego czasu nie o dobro mistrza i za- 
konu, ale raczej Zygmunta króla i własną swoją starali się 
korzyść. 

To Frycza posła sprawozdanie król uznał za rzetelne 
i prawdziwe, jakiem rzeczywiście było. Albowiem król Zygmunt 
rzeczonych panów węgierskich nie dla wyjednania pokoju do 
Prus posłał; wolał on bowiem, aby wojna dłużej się toczyła 
i nie życzył sobie jej ukończenia, ale w celu wyłudzenia od 
mistrza i zakonu chytremi sposoby złota, którem (jak rozgło- 
szono fałszywie) Krzyżacy napełnili jedną wieżę całą. Oznaj- 
miwszy przeto Krzyżakom, że list grożący wojną Władysławowi, 
królowi polskiemu, w obronie mistrza i zakonu z sobą wieźli, 
oświadczyli zarazem, że mieli to zlecenie od króla Zygmunta, 
aby tego wypowiedniego listu Władysławowi, królowi polskiemu, 
nie oddawali, dopókiby im mistrz i Krzyżacy nie zapłacili czter- 
dziestu tysięcy czerwonych złotych. Mistrz przeto i zakon krzy- 
żacki, przywiązując do tego listu wielką wagę, pomoc i obronę 
swojej sprawy, zgodzili się na zapłacenie czterdziestu tysięcy 
złotych za lichy kawałek pisma. Jakoż połowę tych pieniędzy 
wypłacił mistrz rzeczonym panom węgierskim zaraz w obozie, 
a drugą połowię w Gdańsku. Ale nie zyskali za tak wielką 
ilość złota Krzyżacy i wówczas i potem nic więcej prócz owego 
wypowiedniego listu, który nawet z rozkazu panów węgierskich 
nie był jawnie głoszony, ale tylko na boku królowi pokazany, 
i nikt w całem wojsku nie wiedział o tym liście, prócz ośmiu 
radców królewskich. 



88 
Ulryk von Jungingen, mistrz pruski, uradowany zrazu po- 
zorną ucieczką wojska polskiego^ zbroi się potem w swoich 
miastach i sposobi do walki z królem. 

Kiedy Władysław, król polski, w rzeczony dzień piątkowy 
począł wstecznym pochodem cofać swoje obozy, przybiegł do 
mistrza pruskiego szpieg wysłany na zwiady, cały kurzem okryty 
i uznojony, z doniesieniem, że król polski zwinął swoje cho- 
rągwie i zabrał się do ucieczki. Tą wiadomością mistrz pruski 
Ulryk dziwnie uradowany, przyprowadziwszy go do panów wę- 
gierskich, Mikołaja i Ścibora, rzekł : „Oto człowiek, rodem Po- 
lak, który wysłany na przeszpiegi do obozów nieprzyjacielskich, 
świeżo powrócił i opowiada, że nieprzyjaciela szukał przez dni 
kilka, ale nie mógł go wcale dopatrzeć; znalazł tylko na opusz- 
czonych stanowiskach niektóre próżne naczynia, kilka koni 
ochromiałych i kamieni ^ działowych, które zostawiono. Idąc po- 
tem za tropem wojsk królewskich, przybył na rozstajne drogi; 
a z tego miejsca dokądby się udały, w żaden sposób nie zdo- 
łał już wymiarkować. Wnoszę przeto za rzecz pewną, że król 
polski, uląkłszy się naszej potęgi, pierzchnął z swojem wojskiem; 
takie bowiem zniknienie dowodem jest oczywistym trwogi. I te- 
raz nie wiem sam, co czynić, gdy nieprzyjaciel tak potajemnie 
umknął. Poradźcież mi, proszę, czyli mam ścigać uciekającego 
nieprzyjaciela, czy pozostać na miejscu?" 

Panowie węgierscy^ usłyszawszy tę nową wiadomość, tak 
z sobą rozprawiali: „Zostawienie na miejscu naczyń, i to pró- 
żnych, jako też koni chorych, nie jest dostatecznym jeszcze do- 
wodem cofania się i ucieczki. Byliby chyba z rozumu obrani, 
gdyby statki niepotrzebne albo szkapy kulawe z sobą wlekli. 
Wprawdzie z porzuconych kamieni działowych możnaby się do- 

1 kamieni... jako kul działowych. 



Ś4 

myśląc nagłego cofnienia się wojska i ucieczki. Ale uważniej 
i dokładniej należy badać rzeczy, ani wierzyć tak skwapliwie 
w ucieczkę wojsk tak licznych 1 potężnych". Obecny stary je- 
den rycerz z obozu mistrza dodał z śmiałością: „Strzeż się, 
mistrzu, żeby to wojsko, o którem ci prawią, że uciekło, do- 
brze nie zmyło ci głowy, i żebyś nie wtedy dopiero z twego 
obłędu wytrzeźwiał, gdy się dowiesz, że twoje pozajeżdżało 
miasta". Te słowa tak mocno tknęły mistrza,, że już nie o ści- 
ganiu króla, ale o obronie własnych miast jak najskrzętniej 
myśleć począł; a wyruszywszy z swem wojskiem, przybył pod 
zamek Bratjan i, kędy położył się obozem; sam zaś z panami 
węgierskimi zawarł się w zamku i na rzece Drwęcy kazał dwa- 
naście zbudować mostów, aby po nich wojsko swoje mógł prze- 
prowadzić. Stąd na obozy królewskie ustawicznemi ale skrytemi 
tylko napadał podjazdami, pełen otuchy, którą go pochlebcy 
zwodni karmili, że z bitwy stoczonej wyjdzie niezawodnie 
zwycięzcą. 

Król Władysław w tajnej rozmowie z Fryczem, posłem 
Icróla węgierskiego, czyni wyrzuty królowi Zygmuntowi, 
niepomnemu na wyświadczone sobie dobrodziejstwa, a woj- 
sko swoje opatruje św. Sakramentami ołtarza i pokuty. 

W niedzielę, w dzień św. Małgorzaty, trzynastego lipca, 
Władysław, król polski, po wysłuchaniu Mszy św. w obozie 
swoim pod Działdowem we wsi Wysokiej,v przywoławszy wy- 
słańca panów węgierskich Frycza do tajemnej z sobą rozmowy, 
w te słowa do niego przemówił: „Nie spodziewaliśmy się nigdy, 
ażeby brat nasz Zygmunt, król węgierski, tak srogim dla nas 
stać się miał wrogiem, iżby w obronie Krzyżaków nam, którzy 

1 Brał/an, na ])ó}iioc 0(1 Kurzętnika nad Drwęcą. 



85 
nie tylko krwią i powinowactwem, ale i przymierzem jesteśmy 
z nim połączeni, zapowiadał wojnę i nie pomnąc na Boga ani 
na sprawiedliwość, przeklętą chciwość złota nad krwi związki 
przekładał. Co innego nam wcale przez posły i listy swoje 
przyrzekał, zapewniając, że wszelkiemi siłami i sposoby starać 
się będzie, bądźto osobiście, bądź przez poselstwa swoje, aby 
między nami i Krzyżakami pokój i zgodę utwierdził. My zau- 
fawszy słowom jego królewskim, posłów jego Mikołaja i Ści- 
bora do kraju naszego przybyłych łaskawie przyjęliśmy i gdy 
do Prus odjeżdżali, opatrzyliśmy we wszystkie rzeczy potrze- 
bne, za co, patrz, jaką nieszczerością i nieludzkością nam odpłaca. 
Przekonywamy się, że brat nasz, król węgierski, szukał tylko 
czasu i sposobności, aby na nas oręż podnieść i przywłaszczyć 
sobie nasze królestwo i posiadłości. Nie taką my jemu w dwu- 
krotnem jego nieszczęściu okazaliśmy miłość i przychylność: 
raz kiedy pogromiony był od Turków ^, tak iż niewiadomo było, 
czy żyje, czy też zginął albo dostał się w niewolę; a drugi 
raz, gdy go panowie węgierscy schwytali i na śmierć skazali 2, 
nas zaś zgodnemi głosy wzywali na stolicę swego królestwa 
i przez wielokrotne posły i listy nalegali, abyśmy jak najspiesz- 
niej przybyli i objęli u nich rządy. My natychmiast, powoław- 
szy nasz lud do broni, poszliśmy zbrojno do Węgier, aby go 
wszelkiemi środkami, jakie w mocy naszej były, oswobodzić. 
Czyli więc dobrodziejstwa nasze słuszną miarką odmierza. Bóg 
między nim a nami rozsądzi i każdemu z nas dać raczy jako 
zasłużył. My wprawdzie jego się gróźb nie lękamy, ale słuszną 
sprawę naszą poruczywszy Boskiej Opatrzności, za krzywdy na- 
sze bierzemy się do oręża, gdyśmy zwłaszcza poznali, że ża- 
dnej już niema nadziei utrzymania pokoju, lubo i dziś jeszcze 
gotowiśmy do zgody i całem sercem jej pragniemy, gdyby kto 



Po bitwie pod Nikopolis w r. 1390. ^ W r. 1401. 



do jej zjednania obrać się chciał pośrednikiem, Ale może Bóg 
miłosierny, który patrzy na pokorę naszą a wyniosłość ducha 
naszych nieprzyjaciół, sam w tej sprawie sędzią być postano- 
wił, i w skrytości swoich wyroków ma ją osądzić". 

W dniu tym Władysław, król polski, z wszystkiem nie- 
mal wojskiem polskiem przyjmował wiatyk święty, to jest Sa- 
krament Ciała i Krwi Pańskiej, przewidując, źe lada dzień 
z nieprzyjacielem do walnej przyjdzie bitwy. Przekonawszy się, 
że żądanego tylekroć i tak rozlicznemi środkami pokoju uzy- 
skać nie podobna, wszystką myśl zwrócił ostatecznie ku woj- 
nie, lubo przy spokojnem usposobieniu swojem wolałby był po- 
kój na sprawiedliwych oparty warunkach, niż wojnę. Prosił 
Boga, aby mu dać raczył pomyślność w walce i rychłe nad 
nieprzyjacielem zwycięstwo, gdy już żadnej nie było nadziei 
utrzymania pokoju. 

Polacy zdobywają przemocą Dąbrówno, położeniem swo- 
jem i sztuką warowne. 

Odprawiwszy posła panów węgierskich Frycza, Władysław, 
król polski, w dzień św. Małgorzaty ^, po wysłuchaniu Mszy 
Św. zwinął obozy pod Działdowem. A wysławszy naprzód dwiema 
godzinami wcześniej pociągi wojenne i tabory, ruszył z woj- 
skiem ku miasteczku Dąbrównu ^, które obwarowane murem 
i wieżycami, a wkoło otoczone było jeziorem, po niemiecku zwane 
Gilgenburg. Tu zboczył nieco z drogi i na równinach, o pół 
mili prawie od Dąbrówna, podle jeziora, które zowią Dąbrow- 
skiem jeziorem, zatknął namioty. 



1 13 lipca. 

'^ Dąbrówno, na północny wschód od dzisiejszej linj i kolejowej Mława— Działdowo- 
Iława. 



87 
Słońce w tym dniu niezwykłym dopiekało skwarem. Gdy 
ku wieczorowi nieco ocliłódło, wielu rycerzy z obozu królew- 
skiego po wybiegało dla obaczenia miasteczka Dąbrówna i przy- 
patrzenia się jego położeniu. Ale załoga przysłana w to miej- 
sce, obawiając się uderzenia na miasto, wystąpiła przeciw nim 
zbrojno i wnet żwawe nastąpiło spotkanie, które w tak za- 
ciętą urosło bitwę, że polscy rycerze, poraziwszy nieprzyjaciół 
i zmusiwszy ich do odwrotu, gdy większa jeszcze liczba z obo- 
zów nadbiegła, sami bez rozkazu króla rzucili się na miasto 
i poczęli go dobywać. Było to miasto nietylko murem wysokim 
i grubym, wieżami i zasiekami dokoła obwarowane, ale i po- 
łożeniem samem silne; znaczną bowiem część jego oblewało je- 
zioro, a wokoło okrążały je mokradła i strugi, tak, że lądem 
jeden tylko do niego był przystęp, a i ten wąski i ciasny i głę- 
bokim rowem zamknięty. Powstał więc w obozie królewskim 
rozruch wielki, który posłyszawszy król Władysław, kazał przez 
herolda wołać na rycerstwo polskie, aby odstąpiło od miasta, 
z obawy, iżby przy jego dobywaniu nie poniosło klęski i nie 
osłabiło sił potrzebnych do następnej bitwy. Młódź atoli ochocza, 
nie zważając na zakazy królewskie, zgromadzona w znacznej" 
liczbie, podbiegła do szturmu, jakby już same losy wymierzyły 
tę nawałę na miasto. Ale i załoga miejska nie leniwo wzięła 
się do odporu: bijąc bowiem z dział i waląc z murów opoki, 
broniła dzielnie przystępu. Gdy jednakże polskich rycerzy nie- 
mała była liczba, powskakiwali w jezioro i dotarłszy do mu- 
rów, jedni przez wyłomy i podkopy, drudzy zapomocą przysta- 
wionych drabin, usiłowali wedrzeć się do miasta. Jakoż w krót- 
kiej chwili opanowali to miasto, napełnione mnogą ludnością 
płci obojej, zamożne w dostatki i bogactwa, przez długi czasu 
przeciąg w pokoju zbierane; do którego nadto szlachta i lud 
z kilku pobliższych powiatów wraz z swojemi schronili się byli 



88 

majątkami. Wszystko to w zdobyczy zagarnęli zwycięzcy. Całe 
niemal wojsko królewskie, łupami rzeczonego miasteczka zboga- 
cone, naładowało prócz tego wozy swoje ogromnemi zapasami 
żywności. Trudno bowiem wypowiedzieć, jak wielkie posiadało 
bogactwa i jak zasobne było w żywność to miasteczko. Jeszcze 
nie zabrano z niego wszystkich łupów, kiedy je naostatek pod- 
palono. Wielu ludzi, którzy schronili się byli do kościoła, zgi- 
nęło w pożarze. Kilka tysięcy obojej płci brańców zgarniono 
do ohozów królewskich i oddano Władysławowi królowi. Znaczna 
także liczba padła pod mieczem i prócz niewielu, którzy w czół- 
nach i łodziach dostali się na jezioro, nikt nie uszedł śmierci 
lub niewoli. Nie było tam względu na wiek, ani żadnej litości: 
Polacy wywarli na nich swoją srogość nie tak prawem wojny, 
jak raczej z nienawiści ku Krzyżakom, i zemsty za spustosze- 
nie ziemi Dobrzyńskiej i. 

Gdy mistrz pruski, Ulryk, dowiedział się od swoich szpie- 
gów, że Władysław, król polski, zdobył Dąbrówno i spalił 
i z wojskiem ku Malborgowi dążyć umyślił, wielką przejęty 
trwogą, postanowił dłużej nie odwlekać bitwy i wszystkie siły 
swoje wyprowadzić do boju. Euszył więc jak najspieszniejszym 
pochodem w celu uderzenia na obozy królewskie. Równym i kom- 
turowie i Krzyżacy wszyscy zapłonęli w sercach gniewem, zwa- 
żając, w jaką popadli niedolę, i uczuwając z sromotą, że gdy 
dawniej Pomorze, Kujawską i Dobrzyńską ziemię wraz z ich 
zamkami popodbijali orężem i pod swoją zagarnęli władzę, gdy 
połowę królestwa polskiego zagrzebali w popiele 2. teraz od- 
wrotną koleją, patrzeć musieli na spustoszenie Prus, pożogi 
i łupiestwa miast i zamku Malborga bliskie oblężenie. 

1 w r. 1409. -^ W czasach Łokietka. 



89 
Straże polskie graniczne pod dowództwem Macieja z Wą- 
sosza pustoszą ziemię Pomorską, ale od Prusaków do- 
znają porażki. 

Tegoż samego dnia Maciej z Wąsosza, wojewoda kaliski 
i starosta nakielski, z rycerstwem zostawionem sobie do strze- 
żenia granic, to jest wszystką szlachtą, między rzeką Wełną 
a Pomorzem mieszkającą, wtargnąwszy zbrojno na Pomorze, 
rozpuścił szeroko grabieże i pożogi. Przywołany z Nowej Mar- 
chji Michał Kuchmeister ^ do powstrzymania napaści, wyszedł 
przeciw wojewodzie Maciejowi i stoczył z nim bitwę. A lubo 
szlachta polska mężnie dobijała się zwycięstwa, wszelako gdy 
rzeczony wojewoda Maciej, szlachcic z domu Toporczyków, sam 
pierwszy z pola umknął, wojsko pozostałe bez wodza poszło 
w rozsypkę. W tej bitwie Jarosław z Iwna, chorąży poznański, 
rycerz słynny z wypraw hiszpańskich, szlachcic herbu Grzy- 
mała, z wielu innymi zabierającymi się do ucieczki, wpadł 
w ręce nieprzyjaciół. O tej jednak klęsce zamilczano w obozie 
i dopiero wtedy doniesiono o niej królowi, gdy po otrzymanem 
zwycięstwie zamek malborski oblegał. Sam nawet król Włady- 
sław byłby ją przed wojskiem utaił, gdyby się była nie roz- 
głosiła przez pojmanie w niewolę rzeczonego rycerza Jarosława. 

Król Władysław puszcza na wolność jeńców zabranych 
w Dąbrównie, zatrzymawszy samych tylko przedniej szych. 
^ Dziwne zjawiska na niebie. 

W poniedziałek, nazajutrz po św. Małgorzacie, dnia czter- 
nastego lipca, lubo Władysław, król polski, zamyślał pomknąć 
dalej swoje wojska i obozy, pozostał jednak na tem samem sta- 
nowisku, z tej jedynie przyczyny, aby reszty zasobów i żyw- 



Właściwie Kuchmeister, wójt Nowej Marchji, późniejszy wielki mistrz. 



90 

ności, pochowanej po dołach i piwnicach miasteczlia Dąbrówna 
pozbierać i rozporządzić brańcami, pojmanymi w Dąbrównie. 
Zatrzymawszy więc mnichów krzyżackich, szlachtę i ziemian 
w niewoli, wszystek gmin mieszczan i ludu wiejskiego, wszyst- 
kie niewiasty i dziewice, wszelakiego stanu i wieku, z więzów 
uwolnił. Zalecił nadto straż jak najpilniejszą, aby żaden z ry- 
cerstwa jeńcom i brankom wypuszczonym z niewoli nie wyrzą- 
dził jakiej krzywdy, napaści lub zelżywości. 

Wieczorem, gdy słońce już zapadało, zapowiedział pochód 
na dzień następny, rycerzom kazał ściągać do namiotów dla 
użycia spoczynku, aby rzeźwi i gotowi nazajutrz przed świtem 
wyruszyć mogli, co także w obozie obwieszczono. Na tern sta- 
nowisku noc naszym przeszła cicho i spokojnie; inaczej wcale 
w obozach mistrza. Tam bowiem wicher gwałtowny powywra- 
cał i rozniósł namioty Krzyżaków, którzy noc całą spędzili 
prawie bezsennie. 

Tej samej nocy księżyc^ który właśnie był w pełni, oso- 
bliwsze przedstawił dziwowisko, które zdawało się być wieszczbą, 
zapowiadającą królowi w dniu następnym zwycięstwo, jak to 
skutek okazał i stwierdził. Widzieli bowiem niektórzy z czuwa- 
jących w nocy na tarczy księżyca żwawą w^alkę między królem 
a mnichem, która przez niejaki czas trwała. Potem król owego 
mnicha zwyciężył i strącił z księżyca na ziemię. Ten dziw na- 
zajutrz rozgłoszony w obozie, o którem wielu świadczyło, po- 
twierdził Bartosz i, pleban kłobucki, nadworny kapelan królew- 
ski, zeznaniem, iż go włąsnemi widział oczyma. Był-li to obraz 
wymarzony w przeczuciu przyszłego zwycięstwa, czy widziadło 
nadziemskie wewnętrznych umysłu wrażeń, czy wreszcie inna 
jaka z tajemnych przyczyn utworzona zjawa, powiedzieć nie 
umiemy. Niektórzy także z rycerzy krzyżackich opowiadali, a nie 
^^Barłosz, stryi Jana Długosza, historyka. 



91 

była to baśń płocho uklecona, ale powieść dowodnie i wszędy 
powtarzana, że przez wszy steli czas trwającej nazajutrz bitwy 
z Krzyżakami, widzieli ponad wojskiem polskiem osobę ^ w stroju -4 
biskupim, która błogosławiła Polakom i walczącycłi ciągle pod- ^ 
nosiła w boju, niewątpliwie obiecując im zwycięstwo. Poczy- "^ 
tano to za cud prawdziwy, któfy króla o przyszłem zwycię- 
stwie upewnił. ^^ 

Król Władysław mimo nacisku meprzyjaciela me daje się t^ 
przecież oderwać od nabożeństwa. 

We wtorek, w dzień Rozesłania apostołów, piętnastego ~^ 
lipca, Władysław, król polski, postanowił na tern samem sta- 
nowisku przed świtem wysłuchać Mszy świętej; ale dla silnego 
i gwałtownie wiejącego wiatru nie można było tak spiesznie, 
jak nakazano, zatknąć i rozwinąć namiotu, w którym zwykle 
Odprawiano nabożeństwo; bo co rozwinięto płótna, to je wiatr 
zrywał. Nocy poprzedzającej spadł był ulewny deszcz z_grzmo- ^ 
tem i błyskawicami, ale nie z takim wichrem w obozie kró- 
lewskim, jak w krzyżackim, gadzie burza wszystkie niemal roz- 
niosła namioty, a co było wróżbą nastąpić mającej klęski. 

Już wreszcie i dzień nastał, a wiatr począł się wzmagać 
gwałtowny. Gdy więc dla ciągłej zawiei nie podobna było ka- 
plicy królevyskiej mocno ustawić, za radą wielkiego księcia 
Aleksandra ruszył król obozem; a uszedłszy przestrzeń dwumi- 
lową, w której widać było płonące dokoła włości nieprzyja- 
ciół, stanął na polach wsi Tannenberga i Grunwaldu, mających 
się wsławić przyszłą w dniu tym bitwą, i pomiędzy gajami 
i gąszczami, które zewsząd to miejsce zakrywały, kazał rozbić 
namioty a kaplicę obozową ponad jeziorem Lubnem na wznio- 



osobę ŚW. Stanisława, 



92 

słym ustawić pagórku, aby jjrzez ten czas, gdy wojsko rozmieszczać 

się miało na swoich stanowiskach, mógł wysłuchać nabożeństwa. 

Już mistrz pruski, Ulryk de Jungingen, ściągnął do wsi 
Grunwaldu, którą miał swoją upamiętnić klęską, i zbliska stanął 
z swojem wojskiem, a czaty królewskie jeszcze go nie dostrzegły. 
Po rozwinięciu więc kaplicy obozowej, kiedy król spieszył do 
niej na nabożeństwo, przybiegł Hanek, szlachcic ziemi Chełm- 
skiej, herbu Ostoja, z oznajmieniem, że nieprzyjaciela widział 
już tylko o kilkanaście kroków od obozu. A gdy król zapytał, 
jak liczne było jego wojsko, Hanek odpowiedział, że jedną tylko 
ujrzał chorągiew i natychmiast z doniesieniem o niej pospieszył. 
Ledwo te słowa domawiał, kiedy przybył Dersław Włostowski. 
szlachcic herbu Oksza, i oznajmił, że dwie widział nadchodząci 
chorągwie nieprzyjaciół. Jeszcze i ten mówić nie skończył, a już 
nadbiegł trzeci, po nim czwarty, piąty i szósty, którzy zgodnie powta- 
rzali, że nieprzyjaciel tuż przed obozem stał w gotowości do boju. 

Król Władysław tak nagłem i niespodziewanem nadejściem 
nieprzyjaciela bynajmniej nie zmieszany, za najważniejszą rzecz 
osądził, aby wprzódy oddać powinność Bogu, nimby do wojny 
przystąpił: zaczem udawszy się do kaplicy obozowej, wysłuchał 
z wielkiem nabożeństwem dwóch mszy, odprawionych przez 
Bartosza, plebana z Kłobucka, i Jarosława, proboszcza kaliskiego, 
swych kapelanów nadwornych; gdzie prosząc Boga o pomoc, 
z większą niż zwykle modlił się gorącością ducha. Upadłszy 
potem na kolana, zanosił do nieba modły, błagając Pana za- 
stępów, aby mu zdarzył pomyślną walkę i rychłe nad nieprzy- 
jacielem zwycięstwo. A lubo wielki książę litewski, który na- 
dewszystko niecierpliwy był zwłoki, wielokrotną prośbą i nale- 
ganiem, naprzód przez wyprawionych posłańców, a potem sam 
osobiście naglił na króla Władysława i wołał głośno, aby za- 
przestawszy modlitwy spieszył jak najprędzej do boju, gdy nie- 



przyjaciel już od niejakiego czasu, sprawiwszy swoje hu.fce^.siaL 
w gotowości do Jdtwy, i wielkie groziło niebezpieczeństwo, je- 
śliby pierwszy na obóz polski uderzył; żadn& jednak prośby 
i zaklęcia, a nawet samo niebezpieczeństwo, nie zdołały oderwać 
króla od nabożeństwa, póki go do ostatka nie skończył. 

Zaprawdę, chociaż nieprzyjaciele Prusacj_słabsze mieli 
siły, byliby wszelako mogli odnieść zwycięstwo, albo przynaj- 
mniej znaczną zadać klęskę Polakom, gdyby na nieprzygotowany 
obóz królewski i wpjsko rozrzucone na leżacK bez porządku 
i szyku, sami gotowi i sprawieni do boju, nagle byli napadli. 
Wnosząc atoli, że wojsko królewskie nie przypadkowo ale 
umyślnie obrało stanowisko między gajami i zaroślami, i oba- 
wiając się zasadzki, szczęściem nie odważyli się uderzyć na 
obóz królewski, dopóki wszystkie nie ściągnęły chorągwie 
i szyki w porządku nie stanęły. Nie dziw przeto, że królowi 
tak pobożnemu i pełnemu ufności w Boga, u którego nabożeń- 
stwo więcej ważyło niż wszelkie powodzenie w wojnie albo 
przygody, Opatrzność Boska zdarzyła tak świetne zwycięstwo 
nad Krzyżakami, o których wiadomo, że nie myśleli wcale 
o Boga i w niczem mieli nabożeństwo. Stąd też uważano, że 
królowi tak przed bitwą, jako i w czasie bitwy i po jej skoń- 
czeniu, sprzyjały same nawet wiatry, gdy nieprzyjaciołom 
w twarz i oczy miotały dmę i kurzawę, tak, iż słusznie do niego 
zastosować można ten wiersz Klaudjana ^ poety: 

O! miły Bogu, same wiatry^ w zgodzie 
Walczą za tobą, piastując twe łodzie. '^ 



1 Cl. Claudiani De tertio consułatu Honorii Augusti Panegyris V. 96-98. Clandianus 

żył około r. 400 po Chrystusie. Cytat ten dowodzi oczytania Długosza w lite- 
raturze starożytnej. 

2 O nimium dilecte Deo, cui militat aether 
Et coniurati veniunt ad classica venti. 



94 

Wyliczenie zastępów wojennych, chorągwi i znaków roz- 
maitych ziem królestwa, tudzież rycerzy, którzy znajdo- 
wali się na wyprawie pruskiej, 

Kiedy Władysław, król polski, zajmował się nabożeństwem 
i słuchaniem mszy świętej, wojsko, tymczasem królewskie, za 
sprawą Zyndrama z Maszkowic, miecznika krakowskiego, a litew- 
skie pod wodzą wielkiego księcia Aleksandra, ustawione w po- 
rządne hufce i chorągwie, z dziwną szybkością wystąpiło w szyku 
i stanęło zbrój no przeciw nieprzjjacielowi: Polacy na lewem 
skrzydle, Litwini rozwinęli się na prawem. Wszelako w tak 
nagłym razie wszelki pośpiech zdawał się opóźnieniem i zwłoką. 
Pięćdziesiąt chorągwi, które znakami albo proporcami zowiemy, 
obejmujących liczny gmin- mężów znakomitych i do wojny 
sprawnych, a nadto czterdzieści chorągwi litewskich, powiewało 
w obozie rycerstwa polskiego. 

Pierwsza chorągiew wielka ziemi krakowskiej, mająca 
w herbie orła białego z koroną na głowie i rozpostartemi 
skrzydły, w polu czerwonem: ta chorągiew przewyższała wszyst- 
kie inne siłą i liczbą, do tego bowiem znaku należeli celniejsi 
panowie i czoło rycerstwa polskiego, żołnierze wysłużeni i ćwi- 
czeni w boju. Prowadził ich Zyndram z Maszkowic, a niósł 
chorągiew^ Marcin z Wrocimowic, rycerz herbu Półkozy; na 
czele zaś i w pierwsz^^m szyku, wedle starszeństwa i zasług, 
postępowało dziewięciu rycerzy, jako to: Zawisza Czarny z Gar- 
bowa herbu Sulima, Florjan^ z Korytnicy herbu Jelita, Domarat ^ 
z Kobylan .Grzymalita, Skarbek z Gór herbu Habdank, Paweł * 
Złodziej z Biskupic herbu Niesobia, Jan Warszewski ^ herbu 

1 Była to t. zw. wielka chorągiew lirólewska. 

2 Florjan, później kasztelan wiślicki. ^ Domarat, kasztelan biecki. 
4 Paweł, późniejszy kasztelan małogoski. 

^ Warszawski W r. Uli wymieniany w radzie królewskiej. 



95 
Nałęcz, Stanisław ^ z Charbinowic herbu Sulima, Jaxa z Tar- 
gowiska, tierbu Lis. 

Druga chorągiew rzeczona Gończa, która miała za godło 
dwa krzyże 2 żółte w polu niebieskiem: tę prowadził Jędrzej 
z Brochocic, szlachcic herbu Ozorja. Na jej czele szło pięciu 
rycerzy, jako to: Jan Sumik z Nabroża herbu ^...., który przez 
lat szesnaście w służbie cesarza tureckiego sprawował dowództwo; 
Bartosz i Jarosław z Płomykowa herbu Pomian; Dobiesław 
Okwia herbu Wieniawa i Zygmunt Pikną Czech. 

Trzecia nadworna, której znamię mąż w zbroi ^ i z mie- 
czem w ręku, siedzący na białym koniu, w polu czerwonem: 
tę prowadzili Jędrzej Ciołek ^ z Żelechowa herbu Ciołek i Jan ^ 
z Sprowy herbu Odrowąż. Stanęli w pierwszym rzędzie rycerze: 
JMszczuj ze Skrzynna herbu Łabędź, Aleksander Gorajski herbu 
' Korczak, Mikołaj Powała ^ z Taczowa herbu Powała, i Sabin 
z AYychucza, także herbu Powała. 

Czwarta św. Jerzego, na której krzyż biały w polu czer- 
wonem: należeli do tego znaku wszyscy zaciężni Czesi i Mo- 
rawcy; dowódcami byli Sokół i Zbisławek, Czesi; chorągiew 
2aś niósł Jan Sarnowski, Czech, chciał bowiem Władysław 
cról poczcie tym zaszczytem naród czeski. 

Piąta chorągiew ziemi Poznańskiej, której godło orzeł 
)iały w polu czerwonem, bez korony. 

Szósta ziemi Sandomierskiej, mająca po jednej stronie 
rzy belki czyli szlaki modrej barwy, w polu czerwonem; po 
Irugiej siedm gwiazd w polu błękitnem. 



Stanisław, chorąży sandomierski. 

zapewne krzyż podwójny, figurujący na tarczy Pogoni, godło Jagiellońskie. - 

herbu... luUa dowodząca, iż Długoszowi nie udało sifj stwierdzić przynależności 

rodowej i spodziewał się ją później uzupełnić. 
mąż w zbroi, Pogou. 5 Ciołek, później podkomorzy sandomierski. 
fan, zapewne później sędzia i starosta sandomierski. 
Powała, później stolnik krakowski. 



96 

Siódma kaliska, której godło głowa bawola na szacho- 
wnicy, koroną królewską ozdobiona, mająca w nozdrzu wiszącs 
obrączkę. 

Ósma ziemi Sieradzkiej, której znak, po połowie orze] 
biały w polu czerwonem i lew płowy w polu białem. 

Dziewiąta ziemi Lubelskiej, mająca za herb jelenia z roz- 
łożystemi rogami w polu czerwonem. 

Dziesiąta ziemi Łęczyckiej, na której pół orła czarnego 
a pół lwa białego z koroną na głowie, w polu żółtem. 

Jedenasta ziemi Kujawskiej, której znak, przez połowa 
orzeł czarny w polu błękitnem, i lew biały w polu czerwonem 
z koroną na głowie. 

Dwunasta ziemi Lwowskiej; znamię jej lew żółty na 
skałę wstępujący, w polu błękitnem. 

Trzynasta ziemi Wieluńskiej, na której strefa czyli kresa 
biała w poprzek ciągnąca się, w polu czerwonem. Do tej cho- 
rągwi, że dość rzadkie miała szyki, przydzielił król zaciężnyct 
rycerzy Ślązaków. 

Czternasta ziemi Przemyskiej, mająca za herb orła żół- 
tego, z dwiema głowami odwróconemi w strony przeciwne 
w polu niebieskiem. 

Piętnasta ziemi Dobrzyńskiej, której znak, postać starc£ 
aż po ¥iodra, z koroną na głowie i sterczącemi w górę rogami 
w polu żółtem. 

Szesnasta ziemi Chełmskiej, mająca w herbie lwa białego 
między dwoma drzewami stojącego, w polu czerwonem. 

Siedmnasta, ośmnasta i dziewiętnasta ziemi Podolskiej 
dla wielkiej bowiem liczby rycerstwa miała ta ziemia trzj 
chorągwie, a na każdej twarz słoneczna w polu czerwonem. 

Dwudziesta ziemi Halickiej, mająca za godło kawkę czarns 
z koroną na głowie, w polu białem. 



97 

Dwudziesta j)ierwsza i dwudziesta druga chorągiew księcia 
mazowieckiego Ziemowita, mające za godło orła białego bez ko- 
rony, w polu czerwonem. 

Dwudziesta trzecia Janusza księcia mazowieckiego, która 
podzielona na cztery pola, miała wpoprzek na dwóch orła bia- 
łego, a na dwóch drugich puhacza, jakoby w szachownicy 
białej i czerwonej. --- 'COJoesrVu 

Dwudziesta czwarta Mikołaja Kurowskiego, arcybiskupa 
gnieźnieńskiego, mająca za herb rzekę ^ z krzyżem, w polu 
czerwonem. 

Dwudziesta piąta Wojciecha Jastrzębca, biskupa poznań- 
skiego, której godło podkowa ^ z krzyżem pośrodku, w polu błę- 
kitnem: prowadził ją rycerz Jarand z Brudzewa. > -/ ^ 

Dwudziesta szósta Krystyna z Ostrowa, kasztelana kra- 
kowskiego, z znakiem niedźwiedzia unoszącego pannę w ko- 
ronie 3, w polu czerwonem. 

D_wudziesta siódma Jana Tarnowskiego, wojewody kra- 
kowskiego; znamię jej księżyc dwurożny* z gwiazdą*, w polu 
błękitnem. 

Dwudziesta ósma Sędziwoja z Ostroroga, wojewody poznań- 
skiego, z przepaską w krąg zwiniętą i związaną ^, z końcami 
ozpuszczonemi, w polu czerwonem. 

Dwudziesta dziewiąta Mikołaja z Michałowa, wojewody 
andomierskiego, mająca różę białą w polu czerwonem ^ za godło. 

Trzydziesta Jakóba z Koniecpola, wojewody sieradzkiego, 
nak jej podkowa biała, przedniejszą częścią na dół spuszczona, 
krzyżem u góry ^, w polu czerwonem. 

Trzydziesta pierwsza Jana czyli Iwana z Obichowa, kasz- 



\t 



n 



r^e^c-herb Śreniawa. '^ podkotva-\iQxh Jastrzębiec. ^ w koronie — herb Rawicz, 
z gwiazdą — herb Leliwa. ^ związaną — herb Nałęcz. ^ czerwonem - herb Róża. 
II góry — herb Pobóg. 

Bibl. Nar. Nr 3i (Długosz: Bitwa Grunwaldzka). 7 



98 

telana śremskiego, mająca w herbie głowę żubra, z wiszącą 

u nozdrzy obrączką, w polu krokoszowem ^ 

Trzydziesta druga Jana Ligęzy z Bobrku, wojewody łę- 
czyckiego, którego godło ośla głowa 2, w polu czerwonem. 

Trzydziesta trzecia Jędrzeja z Tęczy na, kasztelana woj- 
nickiego, której godło topór w polu czerwonem \ 

Trzydziesta czwarta Zbigniewa z Brzezia, marszałka kró- 
lestwa polskiego, mająca za herb głowę lwią, płomieniem zio- 
nącą^, w polu błękitnem. 

Trzydziesta piąta Piotra Szafrańca z Pieskowej Skały, 
podkomorzego krakowskiego, której godło koń biały czarnym 
popręgiem ^ przewiązany, w polu czerwonem. 

Trzydziesta szósta Klemensa z Moskorzewa, kasztelana 
wiślickiego, mająca za herb półtrzecia krzyża żółtej barwy, 
w polu płowem 6. 

Trzydziesta siódma Wincentego z Granowa, kasztelana 
śremskiego '^ i starosty wielkopolskiego, z księżycem dwurożnym 
i gwiazdą pośrodku, w polu błękitnem^. 

Trzydziesta ósma Dobiesława z Oleśnicy, mająca w her- 
bie krzyż biały, a u czwartego ramienia tegoż krzyża znamię 
na kształt głoski W, w polu czerwonem ^. 

Trzydziesta dziewiąta Spytka z Jarosławia, mająca za 
herb księżyc dwurożny z gwiazdą pośrodku, w lazurowem polu ^^. 

Czterdziesta Marcina z Sławska, przedstawiająca od gór}' 
pół lwa, a u dołu cztery głazy ^1. 

Czterdziesta pierwsza Dobrogosta z Szamotuł; znak je; 
przepaska w krąg zwinięta i w środku związana ^^, w poli 
czerwonem. 



I krokoszowy, szafranowy, żółty — herb Wieniawa. 2 ośla głowa - • herb Półkozic 
3 herb Topór. * herb Zadora. 5 herb Stary koń. 6 płowem — herb Pilawa 
7 śremskiego, raczej nakielskiego. ^ herb Leliwa ? " herb Dębno, w herb Leliwa 

II herb Zaremba. 12 herb Nałęcz. 



99 

Czterdziesta druga Krystyna z Kozichgłów, kasztelana 
sądeckiego, mająca w herbie dwie strzały z krzyżem i, w polu 
czerwonem. 

Czterdziesta trzecia Jana Mężyka z Dąbrowy; znamię jej 
dwie ryby, które, pstrągami nazywają,, jedna w polu białem, 
druga w czerwonem 2, 

Czterdziesta czwarta Mikołaja, podkanclerzego królestwa 
polskiego, mająca za znak trzy trąby w polu białem ^. 

Czterdziesta piąta Mikołaja Kmity z Wiśnicza; znamię 
jej rzeka czerwona krzyżem ozdobiona ^. 

Czterdziesta szósta braci szlachty Gryfów; godło gryf 
biały w polu czerwonem; prowadził ją rycerz Zygmunt z Bo- 
bowy, podsędek krakowski ^. 

Czterdziesta siódma szlachcica Zakliki Korzekwickiego, 
mająca znak białej barwy, podobny do głoski W, z krzyżem ^\ 
w polu czerwonem. 

Czterdziesta ósma braci i rycerzy Koźlerogi, na której 
trzy włócznie w polu czerwonem na krzyż ułożone^; dowódcą 
jej był Florjan z Korytnicy, kasztelan wiślicki ^ i starosta 
przedecki. 

Czterdziesta dziewiąta Jana Jenczykowica, jednego z pa- 
nów morawskich, mająca w herbie strzałę białą, szeroką, w obu 
końcach zakrzywioną, która u Polaków zowie się Odrowążem: 
prowadził ją Heim Morawianin, a należeli do niej sami Mo- 
rawcy, których rzeczony Jan Jenczykowic Władysławowi, kró- 
lowi polskiemu, przystawił w posiłku, wywdzięczając mu się 
za dobrodziejstwa ojcu swemu Jenczykowi wyświadczone. 

Pięćdziesiąta Gniewosza z Dalewic, podstolego krakow- 



1 herb Lis. 2 herb Wadwicz. 3 herb Trąby, 

4 herb Śreniawa; właściwie pole jest czerwone. •"' Podsędek dopiero od r. U3i. 

o herb Syrokomla. ^ herb Jelita, czyli Koźlerogi. '' Kasztelan od r. 1412. 



100 

skiego, mająca strzałę białą, od połowy na dwie strony koń- 
cami rozwiedzioną, a nad tern rozdwojeniem krzyż poprzeczny, 
w polu czerwonem: służyli w tym znaku sami na żołdzie trzy- 
mani rycerze, nietylko z Polski, ale z Czech, Moraw i Śląska 
przez rzeczonego Gniewosza, podstolego, zaciągnieni; herb zaś 
należącej do niego szlachty zowie się u Polaków zepsutym 
i przekręconym wyrazem Strzegomia i, który właściwie powi- 
nien się wymawiać „trzy góry", od miasta śląskiego Trzy Góry, 
czyli Trzegom, biorący nazwisko, bowiem pod ów czas to miasto 
w ich było posiadaniu. 

Pięćdziesiąta pierwsza Zygmunta Korybuta, księcia litew- 
skiego, której godło mąż w zbroi siedzący na koniu 2. 

Było prócz tego w wojsku litewskiem Aleksandra- Witolda, 
wielkiego księcia litewskiego, czterdzieści chorągwi, do których 
należeli rycerze litewscy, ruscy, żmudzcy i tatarscy. Mniej 
liczne jednak były ich szeregi i nie tak dobrze uzbrojone, jak 
polskie; konie także litewskie nie wyrównywały polskim. Znaki 
na tych chorągwiach były niemal wszystkie jednakie; na każ- 
dej bowiem wyobrażony był mąż zbrojny na koniu białym, nie- 
kiedy czarnym, albo mieszanej maści, z podniesionym w ręku 
mieczem, w polu czerwonem ^. Dziesięć tylko chorągwi było z od- 
miennemi i od innych trzydziestu wyróżniaj ącemi się znakami, 
któremi Witołd, posiadający wiele koni, zwykł był swoje cho- 
rągwie odznaczać. Te znaki wyrażano takim kształtem, nie da- 
jącym się słowami opisać: I PI T. Nazwiska zaś swoje miały 
niektóre z tych chorągwi od ziem litewskich, jako to: trocka, 
wileńska, grodzieńska, kowieńska, lidzka, miednicka, smoleńska, 
połocka, witebska, kijowska, pińska, nowogrodzka, brzeska, woł- 
kowyska, drohicka, mielnicka, krzemieniecka, starodubowska i t. p. 
Niektóre znowu nazywały się imionami książąt litewskich, któ- 
1 herb Sti'zegomia, czyli Kościesza. ^ Pogoń. 3 Pogoń w różnych odmianach. 



101 
rym książę Witold powierzył ich dowództwo, jak to: Zygmunta 
Korybuta, Langwinowicza Szymona i Jerzego. 

Opisanie chorągwi i hufców krzyżackich. 

Praskie wojsko, jak siłą i doborem rycerstwa, tak i liczbą 
chorągwi nie wyrównywało polskiemu. Sam mistrz miał dwa 
znaki czyli chorągwie: jedną wielką, pod którą stanęła wszystka 
siła i kwiat rycerstwa, drugą mniejszą, a na obu godło krzyż 
czarny i orzeł także czarny w pośrodku. Trzecia była chorą- 
giew całego zakonu, mająca krzyż czarny szeroki w polu białem; 
prowadził ją Fryderyk v. Wallenrod, marszałek pruski. Czwarta, 
z godłem orła czarnego w polu żółtem, chorągiew Konrada 
Białego, księcia oleśnickiego, który sam tylko z pomiędzy książąt 
śląskich z ludem swoim osobiście w tej bitwie walczył, lubo 
i inni książęta śląscy bez przystawienia posiłków zbrojnych byli 
w niej obecnymi. Piąta ze znakiem gryfa w polu białem Ka- 
zimierza, księcia szczecińskiego, który także osobiście z ludem 
swoim posiłkował mistrza i Krzyżaków. Szósta chorągiew św. 
Jerzego, z krzyżem czerwonym w polu białem, którą prowadził 
Jerzy Gersdorf, ^ a która w bitwie wolała dotrwać mężnie niźli 
uciekać. Siódma pomezańskiego ^ biskupa^ z wyobrażeniem św. 
Jana Ewangelisty w postaci orła żółtego, z dwiema laskami 
pasterskiemi po bokach; prowadził ją Markward v. Reschemburg. 
(3sma chorągiew biskupa i biskupstwa sambijskiego, ^ mająca za 
godło trzy chełmy czerwone w polu białem, którą prowadził 
Henryk, hrabia kamieniecki z Miśni. Dziewiąta biskupa i biskup- 
stwa chełmińskiego, czyli riesenburska, ^ mająca w polu białem 

identyczny z posłem Zygmunta, 
^' Fomezanja, prowincja Zakonu, na północ od ziemi chełmińskiej, okolice Malborga 

i Kwidzynia. 
i Sambja, prowincja Zakonu, po prawym brzegu Pregoły, około Królewca. 
* Riesenburg, Prabuty, na wschód od Kwidzynia. 



102 

miecz goły czerwony, z głownią od szabli także czerwoną, na 
krzyż złożony; dowodził nią Teodoryk v. Sonnenburg. Dziesiąta 
chorągiew biskupa i biskupstwa warmijskiego czyli heilsberska i, 
na której w polu przez połowę czerwonem wyobrażony był 
Baranek Boży, biały, jedną nogą trzymający ponad sobą pro- 
porczyk mały, a z szyi sączący krew do stojącego przed nim 
kielicha; druga połowa pola była biała. Jedynasta chorągiew 
wielkiego komtura, mająca w polu czerwonem belkę białą sze- 
roką; prowadził ją Konrad Lichtenstein, wielki komtur zakonu. 
Dwunasta chorągiew chełmińska, której godło woda bieżą^ca, 
naprzemian biała i czerwona, z krzyżem czarnym i takimże 
szlakiem u góry; niósł ją Mikołaj zwany Niksz, 2 chorąży cheł- 
miński, którego potem Henryk v. Plauen, mistrz krzyżacki, na- 
stępca Ulryka v. Jungingen, jakoby winnego przeniewierstwa, 
ściąć kazał; dowódcami zaś tej chorągwi byli Janusz Orzechow- 
ski i Konrad z Replowa, rycerze. Trzynasta podskarbiego Za- 
konu, mająca za godło klucz biały w polu czerwonem; prowadził 
ją Morcheyn, ^ podskarbi krzyżacki. Czternasta chorągiew koman- 
dorstwa i miasta Grudziądza, mająca głowę żubra czarną 
w polu białem za godło; dowódcą jej był Wilhelm Elphensteyn, ^ 
komtur grudziądzki. Piętnasta komandorstwa i miasta Balgi, ' 
której znamię wilk czerwony w polu białem. Szesnasta koman- 
dorstwa i miasta Schonsze, ♦' mająca w polu białem dwie ryby 
czerwone w krąg zwinięte i dotykające się nawzajem głowami 
i ogonami: prowadził ją Niklosz Wylcz ' komtur kowalewski. 
Siedmnasta chorągiew miasta Królewca, której znamię lew biały 



1 Heilsberg W Warmji. 

2 Mikołaj V. Renys naczelnik Związku jaszczurczego, głośnego w czasach Kazimic 

rza Jagiellończyka. 

3 Tomasz de Morheim. 4 Wilhelm v. Helfensłein. 

s Balga, W Prusach wschodnich nad zatoką Swieską. 

*» Schonsee, Kowalewo, ziemia chełmińska. " Mikołaj v. Filtz. 



103 
w polu czerwonem, mający na głowie koronę żółtą, a nad nią 
krzyż czarny w polu białem; dowodził nią wicemarszałek czyli 
wicekomtur królewiecki. Ośmnasta komtura Stargardu, która 
miała w szachownicę cztery pola, białe i czarne; dowódcą jej był 
Wilhelm Nippen, i komtur starogrodzki. Dziewiętnasta chorągiew 
komandorstwa i miasta Tucholi, mająca w herbie dwa pola, czer- 
wone i białe, szlakami czarnemi przedzielone; prowadził ją 
Henryk, 2 komtur tucholski, który do takiej wzbił się pychy 
i wyniosłości, że od chwili wyjścia na tę wyprawę, wszędy, 
gdziekolwiek się obrócił, kazał dwa miecze gołe nosić przed 
sobą. A gdy go niektórzy mężowie skromni i pobożni upomi- 
nali, aby tak hardo nie poczynał, zaklął się najświętszą 
przysięgą, „że nie pierwej włoży te miecze do pochew, aż 
kiedy je krwią polską ubroczy". Dwudziesta chorągiew zamku 
i komandorstwa nieszawskiego, ^ mająca w pośrodku pole białe, 
a z obydwóch stron po jednem polu czarnem: prowadził ją Kon- 
rad Hoczfelth, ^ komtur nieszawski. Dwudziesta pierwsza zacięż- 
nych żołnierzy westfalskich, której znamię dwie strzały czer- 
wone na krzyż. Dwudziesta druga wójtostwa miasta Eogożna, ^ 
mająca trzy róże czerwone w polu białem: prowadził ją Fry- 
deryk Wed, ^ wójt z Rogoźna. Dwudziesta trzecia chorągiew 
komandorstwa i miasta Gdańska; godło jej dwa krzyże, jeden 
czerwony w polu białem, drugi biały w polu czerwonem; dowódca 
jej Jan Schomenfelth, ^ komtur gdański. Dwudziesta czwarta 
komandorstwa i miasta Engelsberg, po polsku zwanegoKoprzywno,^ 
na której było wyobrażenie anioła w bieli z rozciągnionemi 
skrzydłami i rękami, w polu czerwonem; prowadził ją Burkard 



1 zwał się istotnie Eberhard v. Ippenburg. 2 Henryk v. Schwelborn. 

^ Nieszawa, pod Toruniem, należy ją odróżnić od Nieszawy na Kujawach. 

* w istocie Konrad v. Hatzfeld. 5 Rogoźno, pod Grudziądzem. 

'' w istocie zwał się v. Wenden. ' v. Schiinfeld. ^ Koprzywno pod Grudziądzem. 



104 

Wobek, ^ komtur koprzywnicki. Dwudziesta piąta komandorstwa 
i miasta Brodnicy, ^ na której jeleń rogaty czerwony w polu 
białem; dowódca Baldwin Stoli, ^ komtur brodnicki. Dwudziesta 
szósta chorągiew zamku Bratjan i Nowego miasta, ^ mająca 
trzy rogi jelenie w krąg splecione, w polu białem; prowadził 
ją Jan de Redere, wójt bratjański. Dwudziesta siódma chorą- 
giew miasta Brunsbergi, ^ na której dwa krzyże, jeden biały 
w polu czarnem, drugi czarny w polu białem. Dwudziesta ósma 
zaciężnego żołnierza, mająca jedne strzała z ostrym grotem, 
a drugą bez żeleźca i grotu, sam tylko bełt drewniany, obie- 
dwie czerwone i na krzyż złożone, w polu białem. Dwudziesta 
dziewiąta chorągiew cudzoziemskiego żołnierza; godło jej wilk 
biały w polu czerwonem; w tym znaku służyli Szwajcarowie, 
którzy mistrzowi i zakonowi pruskiemu własnym nakładem 
w posiłku przybyli. Trzydziesta chorągiew komandorstwa i miasta 
Łaszyna ^ czyli Leszken, która za herb miała trzy pola, środ- 
kowe białe, od góry czerwone, a u dołu czarne; prowadził ją 
Henryk Kuszeczke, ^ wójt łaszyński. Trzydziesta pierwsza cho- 
rągiew komandorstwa i miasta Człuchowa, mająca od góry wy- 
obrażenie Baranka Bożego w polu czerwonem, który jedną nogą 
trzymał ponad sobą proporczyk biały, a z piersi sączył krew 
do kielicha, od spodu zaś białe i próżne pole; prowadził ją 
Arnold v. Baden, komtur człuchowski. Trzydziesta druga cho- 
rągiew miasta Bartenstein, ^ która za herb miała topór biały 
w polu czarnem. Trzydziesta trzecia chorągiew komandorska 
miasta Ostródy, '^ mająca w herbie cztery pola w szachownicę, 
białe i czerwone; dowodził nią Penczenhawn, ^^ komtur ostródzki. 

1 Wobećke. 2 Brodnica W ziemi chełmińskiej. 3 Stahl. 

4 Bratjan i Nowe miasto, Neumark, W ziemi chełmińskiej. 

5 Brunsberg, W Warmji. ^ Łaszyn, pod Grudziądzem. ' Konrad v. Kunseck, 
s Bartenstein, W Prusach wschodnich. 9 Ostróda W Prusach wschodnich. 

10 Gamrat v. Pinzenau. 



105 
Trzydziesta czwarta rycerzy ziemi chełmińskiej, której znak woda 
bieżąca na przemian biała i czerwona, z krzyżem czarnym u góry; 
prowadził ją łirabia Seyn, komtur toruński. Trzydziesta piąta 
komandorstwa i miasta Elbląga, na której dwa krzyże białe, 
jeden wyżej, drugi niżej, w polu czerwonem; dowódcą jej był 
Werner Thettingen, ^ komtur elblągski. Trzydziesta szósta żoł- 
nierzy cudzoziemskich z Niemiec dolnych, na której pas szeroki 
czarny, ukośny, w polu białem. Trzydziesta siódma chorągiew 
komandorstwa i miasta Torunia, mająca w herbie zamek z trzema 
wieżami czerwony, bramę czarną, a podwoje otwarte kroko- 
szowej barwy, w polu białem; prowadził ją wicekomtur toruński. 
Trzydziesta ósma, do której należeli rycerze ściągnieni od Kenu, 
miała w polu białem pas czarny szeroki, ukośny. Trzydziesta 
dziewiąta chorągiew miasta Gniewa, po niemiecku Meve, którą 
prowadził Jan hrabia v. Yende, komtur gniewski; do tego 
znaku należeli mieszkańcy powiatu gniewskiego, z wojskiem 
posiłkowem z Frankonji przybyłem; znamię, w polu czerwonem 
dwie strzały na krz^^ż złożone, jedna zaostrzona grotem, druga 
bez żeleźca i grotu, sam tylko bełt drewniany. Czterdziesta 
chorągiew miasta zwanego ^więta Siekierka, po niemiecku Hei- 
ligenbeil, 2 mająca w czarnem polu siekierę białą za godło. 
Czterdziesta pierwsza chorągiew komandorstwa brunszwickiego, 
której znamię, w polu błękitnem lew czerwony, w trzech atoli 
miejscach, to jest na piersiach, na brzuchu i na jednej nodze 
białą odmianę mającj^, z koroną żółtą na głowie. Czterdziesta 
druga chorągiew komandorstwa i miasta Gdańska, na której 
od góry krzyż czerwony w polu białem: prowadził ją wice- 
komtur gdański. Czterdziesta trzecia, w której sami służyli 
Miśniacy, mająca u góry krzyż biały w polu czerwonem, spo- 
dem zaś krzyż czerwony w polu białem. Czterdziesta czwarta 



Thctłingen wielki szpitalnik Zakonu. - HdUgenhcil, na północ od Brunsbergi. 



106 

komandorstwa i miasta Szczytna; godło jej, dwa pola, czerwone 
i białe, środkiem z sobą się stykające; prowadził ją Albert 
V. Eczbor, komtnr z Szczytna, inaczej Ortelsburga. Czterdziesta 
piąta chorągiew komandorstwa i miasta Ragnety, ^ mająca trzy 
hełmy czerwone w polu białem; dowódca jej hrabia Fryderyk 
de Czolrn, ^ komtur Eagnety. Czterdziesta szósta chorągiew 
miasta Kniphofa, ^ na której od góry korona czerwona w polu 
białem, spodem krzyż biały w polu czerwonem. Czterdziesta 
siódma, pod którą służyli Inflantczycy, mająca w herbie trzy 
pola, żółte od góry, środkiem białe, a u spodu czerwone. 
Czterdziesta ósma chorągiew wójtostwa i miasta Tczewa, 
miała cztery pola czarne i białe nakształt kraty; prowadził ją 
Maciej Boberach, ^ wójt tczewski. Czterdziesta dziewiąta cho- 
rągiew miasta Holsten wyższego czyli Melsak; ^ godło jej trzy 
pola, od góry czarne, środkiem białe, a u spodu czerwone. Pięć- 
dziesiąta rycerzy zacięźnych, mająca cztery pola, dwa czerwone, 
a dwa niebieskie, w szachownicę ułożone. Pięćdziesiąta pierwsza 
chorągiew komandorstwa i miasta Brandenburga, na niej orzeł 
czerwony w polu białem; prowadził ją Markward v. Salzbach, 
komtur brandenburski. Chorągiew., zaś komandorska miasta 
Świecia, mająca same tylko pola białe i czerwone, w szacho- 
wnicę ułożone, nie była w obecnej bitwie; komtur bowiem świecki, 
Henryk v. Plauen, ^ z swym ludem i rycerstwem zostawiony 
był na pograniczu, dla powstrzymania napada i spustoszeń ziemi 
pomorskiej, której się z zamku Bydgoszczy pod sprawą Janusza 
Brzozogłowego obawiano, nie mógł więc z swoją chorągwią 
znajdować się w bitwie. 

1 Ragneła, W Prusach, nad Niemnem. 2 Fryderyk de ZoUern, w istocie komtur Balgi. 
^ Kneiphol, koło Królewca. * w istocie Maciej v. Beberh. 5 Mehlsack w Warmji, 
•^i Plauen, późniejszy w. mistrz, który energją swij. po klęsce nratował Zakon. 



107 
Wyrzuty podkanclerzego nawracają Czechów do wierności 
i posłuszeństwa, (^v^ s v.^v .-/ cU 

Tegoż dnia, trzecnset zaciężnych żołnierzy czeskich od- 
stąpiło obozu królewskiego, bez wiedzy i zezwolenia króla, nie 
wiadomo, czyli z bojaźni, czy za wzięte od nieprzyjaciół myto. 
Gdy Mikołaj i, podkanclerzy królestwa polskiego, postępujący 
w tyle za obozem królewskim, spotkał ich opuszczających woj- 
sko i zapytał, dokąd i z jakiej przyczyny ustępują, a oni od- 
powiedzieli, że dlatego obóz opuszczają, iż im król należnego 
nie zapłacił żołdu: „Wiem ja, rzekł podkanclerzy, że Włady- 
sław król należny wam żołd, jeszcze wprzódy, nim go wysłu- 
żyliście, rzetelnie wypłacił; a do opuszczenia obozu skłania was 
nie tak krzywda doznana, o którą wprzódy należałoby wam się 
użalić przed królem lub radnemi pany, ale raczej bojaźń i tchó- 
rzostwo, gdyście się dowiedzieli, że król w dniu dzisiejszym 
bitwę z nieprzyjacielem stoczyć postanowił". Te słowa tak mo- 
cno tchnęły Czechów, że poniechawszy zamiaru, wrócili na 
opuszczone stanowisko i z rj^cerstwem królewskiem zamierzają- 
cem walkę pospieszyli do bitwy. 

Król Władysław, wstąpiwszy na pagórek^ przypatruje się 
wojskom nieprzyjacielskim i mniej zdatnych odsyła do ta- 
borów obozowych. 

Gdy Władysław, król polski, skończył do ostatka swoje 
modlitwy, na nalegające prośby i wołania nietylko Aleksandra, 
wielkiego księcia litewskiego, ale i rycerzy swoich, którzy go 
do bitwy wzywali, powstał i przywdziawszy zbroję, świetnym 
od głowy aż do nóg okrył się rynsztunkiem, gdy rycerze na 
nowo wołać i nalegać poczęli, aby czemprędzej wydał znak 



Mikołaj Trąba. f- , ,, c575uj^ .OK^f^ 



108 

do bitwy; zdawało się bowiem, że wszystko szło opieszale. 
A cłiociaż tak polskie jak i litewskie wojsko, uszykowane w po- 
rządne hufce, wystąpiło do boju i nieprzyjaciel z przeciwnej 
strony stał w gotowości i z orężem w ręku, tak, iż oba__woj::, 
ska zaledwo na rzut strzały od siebie były oddalone i już nąi^ 
wet pojedyncze między niemi zagrały harce; uważano przecież 
za rzecz przyzwoitą, aby czekać, aż król sam wyda hasło do 
spotkania. Rycerze polscy przyrzekli sobie święcie zw^yciężyć_ 
albo zginąć,. J Prusacy nie mieli snąć tej stałości ducha, skła- 
dało się bowiem ich wojsko z zbieraniny ludzi rozmaitego rodu 
i języka, hałastry rzemieślników, pachołków i ciurów, niezdat- 
nych i nieużytecznych do wojny. 

Zaczem król w pełnej zbroi, siadłszy na konia, a wszyst- 
kie oznaki królewskie zostawiw^szy na boku, prócz niewielkiej 
chorągwi z wyszytym na niej białym orłem, którą przed nim 
niesiono, dla obaczenia nieprzyjaciela podjechał na wyniosłe 
wzgórze i stanął na pagórku między dwoma gajami szeroko 
rozłożonym, skąd łatwy i dokładny rozlegał się widok na 
nieprzyjacielskie wojska. Tam oczyma raczej niżeli myślą mie- 
rząc swoje i przeciwników siły, raz dobrą otuchą, drugi raz 
smutną karmił się w sercu wróżbą. Napatrzywszy się do woli 
zastępom nieprzyjaciół, zjechał na równinę, wielu Polaków pa- 
sem rycerskim ozdobił, dla dodania zaś swoim serca krótką ale 
silną zagrzał ich przemową, przypominając każdemu rycerską 
powinność i cnotę; a sam z konia, tak jak na nim ubrany sie- 
dział, ponowił jeszcze spowiedź przed Mikołajem, podkanclerzym 
królestwa. Poczem zmieniwszy wierzchowca, przesiadł się na 
tęgiego i dzielnej siły wałacha, z tysiąca wybranego, który 
był cisawej maści a na czole miał małą i nieznaczną łysinkę. . 
Zawołał wreszcie, aby mu podano szyszak, który trzymając 
w ręku, wydał rozporządzenia Mikołajowi, podkanclerzemu kró- 



00*v--^--\ 



lestwa polskiego, i tuk jemu jakotez wszystkim kapłanom i pi- 
sarzom^ tudzież czeladzi bezbronnej i do wojny niezdatnej, ka- 
zał iść do obozu a tam czekać jego przybycia do skończenia 
bitwy. Postanowiono bowiem tajemną a nader przezorną uchwałą, 
aby król nie narażał się na niebezpieczeństwo, ale pozostał 
przy obozach i taborach. Chcąc zatem Władysław, król polski, 
wypełnić postanowienie panów radnych, kazał Mikołajowi, pod- 
kanclerzemu, iść wprzódy do obozu, obiecując, że i sam za nim 
wkrótce pójdzie, a to dlatego, iżby panowie radcy nie naglili 
go do ustąpienia między tabory, gdyby im tego nie był przyrzekł. 

Mistrz pruski Ulryk, przypatrzywszy się swoim i nieprzy- 
jacielskim wojskom, płacze wzruszony, o co karci go kom- 
tur elblągski, Werner Thettingen. 

Tymczasem mistrz krzyżacki, Ulryk v. Jungingen, ujrzaw- 
szy wojska tak swoje, jak i królewskie w ogromnej zgroma- 
dzone liczbie i w zbrojnej postawie uszykowane do bitwy, 
strwożony, że już nań przyszła ostatnia godzina i z wielkiej 
owej, która go aż do szaleństwa unosiła dumy, nagle strącony 
w rozpacz, poszedł na ustronne miejsce i nietylko w smutku 
się pogrążył, ale i łzami rzewnemi zapłakał. Z czego gdy ota- 
czający go komturowie wielce się gorszyli, zbliżył się do niego 
komtur elblągski Werner Thettingen i czyniąc mu wyrzuty 
publicznie, upominał, aby mężem był a nie niewiastą, i ryce- 
rzom oczekującym od niego hasła do bitwy dał raczej przykład 
odwagi niźli tchórzostwa. Te wyrzuty mistrz Ulryk zniósłszy 
cierpliwie, odpowiedział: „że łzy, które w oczach jego obecnie 
widzieli, nie z bojaźni żadnej ani gnuśności pochodziły, ale je 
wyciskała litość i żal serca, że pod jego rządem i mistrzo- 
stwem tyle krwi chrześcijańskiej ma się przelać, której cho- 



110 

ciąż oczyma jeszcze nie widzą, mogą snadno wyobrażać sobie 
w myśli; że prócz tego lękał się, aby tej krwi, mającej lada 
chwila popłynąć, niebo nie dopominało się kiedy od niego i dla- 
tego nie mógł ukryć tych dręczących uczuć, czy-to z słabości, 
czy z wieszczego przeczucia pochodzących". Dodał wreszcie: 
„że sam z stałością i bez trwogi pójdzie do walki, a na którą- 
kolwiek bądź stronę przechyli się jej szala, wytrwa statecznie, 
a komtur Werner Thettingen niechajby sam o sobie myślał 
i swojej godności raczej pilnował, iżby tak płocho zaufany 
w swoich siłach i odwadze tern ohydniej potem, kiedy do roz- 
prawy przyjdzie, nie upadł, im dumniej teraz nad innych głowę 
podnosi". I nie próżne było to upomnienie. Mistrz bowiem 
pruski Ulryk dzielnie walcząc poległ i nie chciał przeżyć wojsk 
swoich pogromu; komtur zaś elblągski, Werner Thettingen, 
sromotnie uszedłszy z pola, nie zatrzymał się w popłochu aż 
u bram Elbląga, aby dać dla potomnych przykład, że pycha 
i zarozumiałość nigdy nie uchodzą bezkarnie. 

Dumne Ulryka, mistrza pruskiego, poselstwo i dwa mie- 
cze przysłane sobie Władysław, król, przyj ąwszy skrom- 
nie i z pomiarkowaniem, wyznacza straż swej osoby i każe 
trąbić hasło do bitwy. 

Mikołaj, podkanclerzy królestwa polskiego, odebrawszy 
zlecenia od króla, udał się do taborów obozowych; a król brał 
już na głowę hełm, mając wyruszyć do boju, gdy mu z nagła 
doniesiono, że od wojsk krzyżackich przybyli dwaj heroldowie, 
z których jeden miał na swej tarczy herb króla rzymskiego, 
to jest orła czarnego w złotem polu^ drugi zaś herb książęcia 
szczecińskiego, gryfa w polu białem; i że nieśli w ręku dwa 
gołe miecze, bez pochew, żądając stawić się przed królem, do 



111 

którego ich rycerze polscy jako straż bezpieczeństwa przypro- 
wadzili. Mistrz pruski Ulryk słał królowi Władysławowi te dwa 
miecze, wzywając go do stoczenia bitwy bez zwłoki, z przyda- 
niem dumnych przechwałek i pogróżek. Skoro ich ujrzał król 
Władysław^, pewny, że nowe jakieś i niezwykłe (jak było rze- 
czywiście) przynoszą poselstwo, kazawszy przywołać Mikołaja, 
podkanclerzego, w obecności jego i niektórych panów, którzy 
straż przy królu trzymali, jako to Ziemowita, młodszego ksią- 
żęcia mazowieckiego, siostrzeńca królewskiego, Jana Mężyka 
z Dąbrowy, Zola wy Czecha, Zbigniewa z Oleśnicy ^ sekretarza, 
Dobiesława Kobyły, Wolczka Rokuty, Bogufała kuchmistrza 
koronnego, Zbigniewa Czajki z Nowegodworu, który trzymał 
włócznię królewską, Mikołaja Morawca, który proporzec mały, 
i Daniłka z Rusi, który strzały królewskie dzierżył (Aleksan- 
der bowiem, wielki książę litewski, spieszący podówczas do bi- 
twy i zajęty urządzaniem swoich hufców, nie mógł przybyć), 
heroldom mistrza dał posłuchanie. ^-IS^, 

Ci powitawszy króla jakimtakim czci okazem, opowiedzieli 
swoje poselstwo temi słowy, które Jan Mężyk z niemieckiego 
na polskie tłumaczył: „Najjaśniejszy królu I Wielki mistrz pruski 
Ulryk śle tobie i twojemu bratu (nazwisko Aleksandra i tytuł 
księcia zamilczeli) przez nas, swoich heroldów, te dwa miecze 
w pomoc do zbliżającej się walki, abyś przy tej pomocy i orężu 
twego ludu nie tak gnuśnie i z większą niżeli okazujesz od- 
wagą wystąpił do bitwy; a iżbyś się nie chował w tych gajach 
i zaroślach, ale na otwartem polu wyszedł walczyć. Jeżeli zaś 
mniemasz, że do rozwinięcia twoich hufców za szczupłe masz 
miejsce, ustąpi ci mistrz pruski Ulryk tego pola, które woj-/ 
skiem swojem zajął, ile go zechcesz, byle cię mógł wyciągnąć 
do walki; albo wreszcie obierz sobie sam miejsce, na którem 
1 Zbignieio z Oleśnicy, późniejszy biskup krakowski. I 



11-2 

chcesz walczyć, abyś tylko nie odwlekał bitwy". Tak do króla 
mówili heroldowie. I uważano, że kiedy oni oznajmiali to po- 
selstwo, wojsko krzyżackie wystąpiło na pole obszerniejszej, ab^i 
snąć czynem potwierdzić to, co przez swoich posłanników mistrz - 
zapowiadał. Głupie zaprawdę i nieprzystojne ich zakonowi było 
to poselstwo, jakby w rozumie swoim i w ręku swych mieli 
los i przeznaczone obu wojskom w tym dniu wypadki. 

Władysław zaś, król polski, wysłuchawszy tak dumnego 
i pełnego zarozumiałości poselstwa, przyjął z rąk heroldów oba 
miecze; a bez okazania im gniewu lub jakiejkolwiek pogardy, 
zapłakał tylko i nie radząc się nikogo, z dziwną i jakoby 
z nieba natchnioną pokorą i cierpliwością, odpowiedział spo- 
kojnie: „Chociaż w w^ojsku mojem mam dostatek orężów i od 
nieprzyjaciół bjmajmniej ich nie potrzebuję, ku większemu je- 
dnak wspomożeniu, bezpieczeństwu i obronie słusznej mojej 
sprawy, przyjmuję w imię Boże i te dwa miecze, od wrogów 
łaknących krwi mojej i narodu mego przysłane. A do tegoż Boga 
sprawiedliwego, pysznych karciciela, i do jego Matki Marji Dzie- 
wicy, do patronów świętych tak moich, jak i królestw^a mego, 
Stanisława, Wojciecha, Wacława, Florjana i Jadwigi, uciekać 
się będę z prośbą i modlitwą, aby na nieprzyjaciół moich tak 
dumnych i bezbożnych, którzy żadnemi względami słuszności, 
żadnem z mej strony upokorzeniem i ofiarą nie dają się ubła- 
gać i do pokoju nakłonić, ale krew pragną rozlewać, szarpać 
wnętrzności i miecz tępić na karkach bliźnich, gniew swój obró- 
cili. Ufam w najpewniejszej Boga obronie i przyczynie jego 
Świętych, że i mnie i lud mój swoją mocą i orędownictwem 
zasłonią i nie dopuszczą, abym z ludem moim uległ przemocy 
tak okrutnych wrogów, u których tylekroć dopraszałem się po- 
koju i w obecnej nawet chwili, gdyby na sprawiedliwych mógł 
być zawarty warunkach, bynajmniejbym go nie odrzucił i wy- 



113 
mierzoną do boju prawicę chętnie cofnął, teraz nawet, chociaż 
widoczną z niebios odbieram wróżbę zwycięstwa w tych mie- 
czach, które mi sami przynieśliście. Wyboru zaś miejsca i pola 
do bitwy nie żądam, ani go sobie przywłaszczam, ale jak na 
chrześcijanina, człowieka i króla przystoi. Bogu samemu go zo- 
stawiam. Ten będzie plac do walki i skutek zamierzonej bitwy, 
jaki Opatrzność Boska i wyroki same w dniu dzisiejszym na- 
znaczą. Tuszę, że zuchwałości Krzyżaków niebo kres wytknie 
i hardą ich bezbożność teraz i na przyszłość ukróci; nie wąt- 
pię bowiem, że sprawiedliwą zawsze Bóg wspiera sprawę. Tę, 
mówię, zuchwałą i do nieba podnoszącą się pychę nieprzyja- 
ciół moich, na tern oto polu, kędy stoimy i gdzie się wkrótce 
z sobą spotkamy, Sędzia sprawiedliwy i Pan zastępów zetrze 
i upokorzy. Ufam i mam nadzieję, że w obecnej bitwie mnie 
i narodowi mojemu Bóg użyczy wsparcia i pomocy". Ezeczone 
dwa miecze, z dumy Władysławowi, królowi polskiemu, przez 
Krzyżaków przysłane, zachowują się po dziś dzień w Krakowie, 
w skarbcu królewskim, odświeżając wiecznie pamięć i świa- 
dectwo wyniosłości i klęski Krzyżaków, a pokory i triumfu 
króla Władysława. 

To wyrzekłszy, heroldów zlecił straży rycerza Dziwisza 
Marzackiego, herbu Jelita, podkanclerzemu kazał wrócić do 
obozu; sam zaś włożył hełm na głowę, i w imię Boga zastę- 
pów ruszywszy do walki, kazał wy trąbić hasło i bój rozpocząć. 
Wzniósł raz jeszcze prośbę do Boga: „aby gniew swój raczył 
obrócić na Krzyżaków, nie tylko gwałcicieli przymierza, ale 
zuchwalców zarozumiałych i bezbożnych, nieprzyjaciół wszelkiej 
słuszności i sprawiedliwości, jego zaś rycerzy aby natchnął od- 
wagą i ramieniem swojem wspierał". Usiłował bowiem łagodny 
i umiarkowany król Władysław, nawet wśród szczęku oręża, 
w wrzawie zgiełkliwej surm wojennych, skłonić przeciwników 

Bibl, Nar. Nr 31 (Długosz: Bitwa Grunwaldzka). 8 



114 

do zgody i złożyć oręż, byleby pokój pod sprawiedliweml sta- 
nąć mógł warunkami; ale po wysłuchaniu dumnego i tak ze- 
Iżywego poselstwa Krzyżaków, odstąpił już swej myśli i stracił 
do ostatka nadzieję utrzymania pokoju, którą żywił w sobie aż 
do tej chwili, przekonawszy się^ że próżne były jego usiłowa- 
nia, gdy Krzyżacy tak hardo sobie poczynali. Godny zaiste po- 
chwały król, który nieprzyjaciół swoich nie tak orężem, jak 
sprawiedliwością i pomiarkowaniem umysłu pokonywał, walcząc 
raczej modlitwą i ofiarami, aniżeli wojennemi groty. 

Uradzono wcześniej i postanowiono mądrze a przezornie, 
aby król Władysław nie stawał w szyku bojowym, ani do ża- 
dnej wyłącznie chorągwi nie należał; wszelako przydano mu straż 
i osobę jego z wielką osłoniono troskliwością. Ku czemu za- 
strzeżone było jak najwyraźniej, aby król stał na boku, w miej- 
scu ustronnem i bezpiecznem, otoczony liczną drużyną wybra- 
nych rycerzy, tak, iżby nie tylko nieprzyjaciele, ale i swoi 
o nim nie wiedzieli. Rozstawiono prócz tego w różnych miej- 
scach konie jak najszybsze, przy których pomocy mógłby w ra- 
zie niebezpieczeństwa i przewagi nieprzyjaciół ratować się prze- 
mieniając konie; jego bowiem samego ważono za dziesięć ty- 
sięcy rycerzy. Miał zaś król, jak się wyżej powiedziało, w swym 
przybocznym zastępie proporczyk mały ze znakiem orła białego, 
który niósł Mikołaj Morawiec z Kunoszówki, herbu Powała. 
Sam zastęp obronny składał się z sześćdziesięciu kopijników. 
Celniejsi w nim rycerze byli: Ziemowit młodszy, książę mazo- 
wiecki, s>n starszego Ziemowita, siostrzeniec królewski; Fie- 
duszko czyli Teodozy, książę litewski, wiodący z sobą spory 
poczet swoich ludzi, i Zygmunt Korybut, książę litewski, synow- 
cowie króla, trzej główniejsi z rodziny jego książęta. Nadto Mi- 
kołaj, podkanclerzy królestwa polskiego, herbu Trąby, potem 
arcybiskup gnieźnieński; Zbigniew z Oleśnicy, herbu Dębno, 



115 
później biskup krakowski i kardynał; Jan Mężyk z Dąbrowy, 
herbu Wadwicz, potem wojewoda Iwawski; Jan Zolawa, jeden 
z panów czeskich, herbu Towaczow, Bieniasz Wierusz z Białej, 
starszy nad komornikami królewskimi, herbu Wierusza; Henryk 
z Eogowa, herbu Działosza, potem podskarbi królestwa pol- 
skiego; Zbigniew Czajka, który niósł włócznię królewską; Piotr 
Madaleński, mający w herbie dwa lemiesze tylcami z sobą złą- 
czone w polu błękitnem, który herb po polsku zowie się...^ 
Jan Sokół Czech i wielu innych. Aleksander zaś Witołd, wielki 
książę litewski, powierzy\^szy się samemu Bogu w obronę, bie- 
gał wszędy pomiędzy wojskiem polskiem i litewskiem, odmie- 
niając często konia i nieliczną otaczając się drużyną, a ła- 
miące się szyki i walkę w wojsku litewskiem podtrzymując, 
po wielekroć wołaniem i krzykiem hamował Litwę od ucieczki. 

Spotkanie się i bitwa straszna Polaków z Krzyżakami. 

Gdy wy trąbiono hasło bojowe, wszystko wojsko królew- 
skie zabrzmiało głośno pieśń ojczystą Bogarodzicę, a potem 
z podniesionemi kopjami pobiegło do bitwy. Ale wojsko litew- 
skie z rozkazu księcia Aleksandra, który niecierpliwym był 
zwłoki, pierwsze ruszyło na nieprzyjaciela. Już Mikołaj, pod- 
tanclerzy królestwa polskiego, opuściwszy króla, wraz z kapła- 
nami i pisarzami szedł do obozu królewskiego, gdy go jeden 
z pisarzów zatrzymał, namawiając, aby chwilę poczekał i przy- 
patrzył się spotkaniu wojsk tak potężnych; rzadki to (mówił) 
widok, który się już może więcej oczom nie zdarzy. Podkan- 
clerzy usłuchawszy jego rady, zwrócił z ciekawością wzrok na 
poczynającą się bitwę. W tej samej chwili, obadwa wojska 
z głośnym jak zwykle przed walką okrzykiem, zwarły się z sobą 



2ov)ie się... herb Łaryssa. 

8* 



11(3 

w nizinie, która je przedzielała. Krzyźac}^, dwakroć uderzywszy 
z dział, silnem natarcieij^ napróżno usiłowali przełamać i zmie- 
szać polskie szyki, lubo wojsko pruskie z głośniejszym krzy- 
kiem i z wyższego pagórka ruszyło do walki. Było w miejscu 
spotkania sześć wysokich dębów, na które powyłaziło wiele Ju- 
dzi, czy królewskich czy krzyżackich, niewiadomo, a to dla 
przypatrzenia się z góry pierwszemu na siebie nieprzyjaciół na- 
tarciu i obu wojsk powodzeniu. Tak straszny zaś za ich spot- 
kaniem, z wzajemnego uderzenia kopij, chrzęstu ścierających 
się zbroi i szczęku mieczów, powstał huk i łomot, że go na 
kilka mil w okolicy słychać było. Mąż na męża napierał, kru^ 
szyły się z trzaskie m oręże, godziły w twarz wymierzone wza- 
jem groty. W tem zamieszaniu i zgiełku trudno rozróżnić było 
dzielniejszych od słabszych, odważnych od niewieściuchów, 
wszyscy bowiem jakby w jednym zawiśli tłumie. I nie cofali 
się wcale z miejsca, ani jeden drugiemu ustępował pola, aż 
gdy nieprzyjaciel zwalony z konia albo zabity rum otwierał 
zwycięscy. Gdy nakoniec połamano kopje, zwarły się z sobą 
tak silnie obu stron szyki i oręże, że już tylko topory i groty 
na drzewcach ponasadzane tłukąc o siebie, przeraźliwy wyda- 
wały łoskot, jakby bijące w kuźniach młoty. Jeźdźcy ściśnieni_ 
w natłoku mieczem tylko nacierali na siebie, i sama już wtedy 
siła, sama dzielność osobista przeważała. 

Litwini tył podawszy uciekają aż do Litwy. 

Po rozpoczęciu bitwy obadwa wojska walczyły niemal 
przez godzinę całą z równem powodzeniem; a gdy jedno dru- 
giemu nie ustępowało pola, dzielnie dobijając się zwycięstwa, 
trudno było przewidzieć, na którą stronę przechyli się szala 
i która wkońcu otrzyma górę. Krzyżacy postrzegłszy, że na 



lewem skrzydle, kędy było wojsko polskie, szło im twardo i walka 
zdawała się niebezpieczną^ już bowiem przednie szyki uległy, 
zwrócili oręż na prawe skrzydło, składające się z Litwinów, 
'które mniej gęste mając szyki, słabsze konie i rynsztunki, łat- 
wiejszem zdało się do pokonania; tuszyli bowiem, że po jego 
odparciu silniej Polakom na kark wsiędą. Ale nie ze wszyst- 
kiem powiodły im się zamiary. Gdy z Litwinami, Rusią i Ta- 
tarami zawrzała bitwa, hufce litewskie, nie mogąc wytrzymać 
natarcia nieprzyjaciół, chwiać się poczęły i o jedno staje ustą- 
piły z pola. Uderzyli na niem tem śmielej Krzyżacy, a napie- 
rając coraz silniej, zmusili je w końcu do ucieczki. Napróżno 
Aleksander, wielki książę litewski, usiłował pierzchających za- 
trzymać, wołając wielkim głosem i okładając ich razami. Po- 
płoch ten Litwinów pociągnął za sobą i znaczną część Pola- 
ków, którzy znajdowali się w ich szeregach. Nieprzyjaciel 
w pogoni za uciekającymi puściwszy się o mil kilka, siekł ich 
i zabierał w niewolę, mniemając, że już zupełne otrzymał zwy- 
cięstwo. Taka zaś trwoga ogarnęła zbiegów, że niektórzy nie 
oparli się aż w Litwie, gdzie rozpuścili wieść, jakoby król 
Władysław i Aleksander, wielki książę litewski, polegli, a woj- 
ska ich zniesione były do szczętu. W tej bitwie sami tylko 
rycerze smoleńscy, stojąc mocno przy swoich trzech chorągwiach, 
walczyli z zaciętością i nie splamili się ucieczką, co im wielki 
zaszczyt zjednało. A lubo w jednej chorągwi większa część ry- 
cerstwa padła pod mieczem a proporzec jej aż do ziemi przy- 
bito, dwie inne atoli dzielnie walcząc, jak na rycerzy przy- 
stało, wyszły z boju zwycięsko i złączyły się potem z wojskiem 
polskiem. Te tylko trzy zastępy w wojsku Aleksandra-Witołda 
okryły się w owym dniu sławą; reszta Litwy, odstąpiwszy w boju 
Polaków, pierzchnęła i przed ścigającym uciekła nieprzyjacielem. 
Aleksander- Witołd, wielki książę litewski, stroskany tą ucieczką 



118 

Litwinów, obawiając się, aby ich klęska nie odjęła serca Po- 
lakom, słał jednego po drugim gońców do króla, iżby ani chwili 
nie odwlekał bitwy; sam wreszcie, mimo odradzania wielu, 
szybko i bez żadnego towarzysza przybiegł i zaklinał króla, 
aby wyszedł do walki, gdy obecnością swoją mógł wiele dodać 
rycerstwu odwagi i ducha. 

Rycerze chorągwi Czechów i Morawiaków, czy-ło z prze- 
strachu, czy za przykładem zdradzieckim dowódcy swego 
Jana Sarnowskiego, ustąpiwszy z pola bitwy ^ chronią się 
w pobliskim lesie; a dopiero skarceni od podkanclerzego, 
wracają do boju, a ich dowódca odsądzony od czci i sławy. 

Zbiegła pod ten czas z placu i jedna królewska chorą- 
giew Św. Jerzego, w której znaku służyli sami tylko zaciężni 
Czesi i Morawcy; podniósł ją Jan Sarnowski, Czech, i z wszystką 
drużyną Czechów i Morawców ustąpił do gaju, w którym był 
Władysław, król polski, wiernych sobie rycerzy zdobił pasem 
rycerskim. Tam stanął między drzewami i nie chciał wrócić do 
walki. Gdy to postrzegł Mikołaj, podkanclerzy królestwa pol- 
skiego, mniemając, iż to nie czeska była chorągiew, ale ryce- 
rza Dobiesława z Oleśnicy i jego drużyny (albowiem wyrażony 
na niej krzyż biały podobnym był do krzyża, także białego, 
który na swej chorągwi Dobiesław z Oleśnicy nosił), oburzony 
gniewem, pobiegł do obozu królewskiego wraz z pisarzami i ka- 
płanami aż do miejsca, w którem stał . Sarnowski, i mniemając, 
iż to był Dobiesław z 01eśnic.y, począł go ostremi łajać słowy: 
„Jakże mogłeś, niecny i przeniewierczy rycerzu, w tej chwili, 
kiedy król i spółtowarzysze twoi w zapale największym i z nie- 
bezpieczeństwem życia krwawą walkę toczą, sromotnie z boju 
uciekać, i w tym lesie kryć się jak niewieściuch przed wojną? 
ty, który dawniiej w osobistych walkach tak wielkie okazywałeś 



119 o 
męstwo i tyle odnosiłeś zwycięstw ? Azaliż to tobie przystoi ? 
i czy nie lęlcasz się splamić siebie z całem pokoleniem twojem 
taką sromotą, której niczem zmyć i zagładzić nie zdołasz?"' Tknięty 
tą mową rzeczony chorąży Jan Sarnowski Czech w przekonaniu, 
że do niego się stosowała, uchyliwszy przyłbicy rzekł: „Ani 
bojaźń, ani chęć własna powiodła mnie. tu, Ojcze wielebny, ale 
porwany byłem w popłochu tłumem uciekających żołnierzy, 
którzy do mojej należeli chorągwi". Rycerze przedniej straży 
z pomiędzy zaciężnych Czechów i Morawców, Jawor, Zygmunt 
Rakowiec z Rakowa i inni odpowiedzieli: „Przysięgamy przed 
tobą, mężu szanowny, że ten człowiek niegodziwy, nasz rotmistrz 
i dowódca, z pola bitwy tu nas do tego lasu mimo woli naszej 
sprowadził; aby nam zaś kto nie wyrzucał, żeśmy sami tak 
sromotnie uciekli, porzucamy natychmiast wodza tego i znak, 
który piastuje, a wracamy do bitwy". Jakoż niezwłocznie opu-* 
ściwszy Jana Sarnowskiego i jego chorągiew, pospieszyli na 
pole bitwy i złączyli się z oddziałami walczących Polaków. 
Rzeczony Jan Sarnowski Czech odsądzony wtedy został od czci 
i sławy. Własna żona jego, kiedy po wojnie z Polski powracał, 
długo nie chciała go przyjąć do domu i łoża swego, wyrzucając 
mu bojaźliwość i ucieczkę. Temi zniewagami i wymówkami ^^ 
dręczony żył już krótko, z zgryzoty straciwszy zdroYYie i spo- ^ 
kojność. Albowiem zdrada jego i nikczemność, jaką w tym dniu J 
zawinił Władysławowi, królowi polskiemu, przez ustąpienie samo- 
wolna z bitwy, rozgłosiła się wszędy, na dworze Zygmunta, ^ ^ 
króla węgierskiego, i między panami czeskimi i morawskimi, ^ 
a czas nawet najdłuższy nie zdołał jej zagładzić ani przygłuszyć. 
Czyli zaś rzeczony Jan spowodowany był do tej ucieczki bo- 
jaźnią czy przekupstwem Krzyżaków, nie można • wiedzieć 
z pewnością. 



12) 

Chorągiew przez nagłe uderzenie nieprzyjaciół upadłą na 
ziemię Polacy podnoszą ; Prusacy zaś, wróciwszy z pogoni 
za Litwinami, rozpoczynają bitwę na nowo; jednego z nich, 
który był na króla całemi siłami natarł, bezbronny Zbi- 
gniew Oleśnicki, pisarz królewski, trupem ściele. 

Po ucieczce Litwinów, gdy kurzawa, w której walczący 
nie mogli się nawzajem rozpoznać, opadła nieco od lekkiego 
i nader łagodnego deszczu, co się był w tej chwili spuścił, 
wszczęła się między Polakami i Prusakami w wielu miejscach 
żwawa i zacięta bitwa. Nacierali Krzyżacy, kusząc się z za- 
pałem o zwycięstwo, i w tej zamieszce wielka chorągiew króla 
polskiego Władysława z znakiem orła białego, którą niósł Marcin 
z Wrocimowic, chorąży krakowski, szlachcic herbu Półkozy, 
upadła na ziemię; ale dzielniejsi i ćwiczeni w bojach rycerze, 
którzy należeli do jej znaku, spostrzegłszy to, natychmiast 
podjęli ją i kędy należało, odnieśli. Gdyby nie tych dzielnych 
mężów odwaga, którzy ją piersiami swemi i orężem zasłonili, 
byłaby zapewnie straconą. Eycerstwo polskie, chcąc zmyć 
z siebie tę zniewagę, uderzyło z wielkim zapałem' na nieprzy- 
jaciela i wszystkie te hufce, które z niem stoczyły bitwę, po- 
raziło na głowę, rozproszyło i zniosło. Nadciągnęli tymczasem 
Krzyżacy, wracający z pogoni za Litwinami i Rusią, i wiodący 
do obozu Prusaków liczny gmin brańców z wielką wesołością 
i triumfem. Lecz postrzegłszy, że tu źle się z nimi działo, po- 
porzucali jeńców i tabory, a skoczyli czemprędzej do bitwy, 
aby podeprzeć swoich, którzy już słabo opierali się zwycięzcom. 
Za przybyciem świeżych posiłków, wzmogła się zacięta z obu 
stron walka. Padały stąd i zowąd gęste trupy; Krzyżacy po- 
mieszani w nieładzie, doznawszy wielkiej w ludziach straty 
i pogubiwszy wodzów, już się zdawali zabierać do ucieczki. 



121 

kiedy rycerstwo czeskie i niemieckie słabiejących na wielu 

miejscach wsparło Krzyżaków i wytrwałą odwagą podtrzymało 

walkę. 

W czasie toczącej się z zaciętością z obu stron bitwy, 

stał Władysław, król polski, zbliska i przypatrywał się dzielnym 
czynom swoicłi rycerzy, a położywszy zupełną ufność w Bogu, 
oczekiwał spokojnie ostatecznego pogromu i ucieczki nieprzy- 
jaciół, których widział na wielu miejscach już złamanych 
i pierzchających. Tymczasem wystąpiło do boju szesnaście pod 
tyluż znakami hufców nieprzyjacielskich, świeżych i nietknię- 
tych, które jeszcze nie doświadczały oręża; a część ich zwró- 
ciwszy się ku tej stronie, gdzie król polski stał z przyboczną 
tylko strażą, pędziły z wymierzonemi włóczniami, jakby prosto 
ku niemu. Król w mniemaniu, że nieprzyjaciel, widząc przy 
nim tak małą garstkę rycerzy, godził nań z umysłu, strwożony 
grożącem niebezpieczeństwem, pchnął czemprędzej Zbigniewa 
z Oleśnicy, swego pisarza nadwornego, do stojącej w pobliżu 
chorągwi nadwornej, z rozkazem, aby jak najspieszniej przy- 
bywali i zasłonili króla od grożących ciosów; jeżeli bowiem 
rychło nie nadbiegną, czeka go wielkie niebezpieczeństwo. Była 
właśnie ta chorągiew w pogotowiu do stoczenia walki z nie- 
przyjacielem. Rycerz królewski Mikołaj Kiełbasa, herbu Nałęcz, 
jeden z przedchorągiewnych, ^ zamierzywszy się mieczem na 
gońca królewskiego Zbigniewa, pisarza, wołać nań począł i łajać, 
aby ustąpił: „Czy nie widzisz, rzecze, szalony, że nieprzyjaciel 
na nas uderza ? I tyż chcesz, abyśmy porzuciwszy walkę, biegli 
■ńa obronę króla ? Byłoby to jedno, co uciec z boju i tył podać 
nieprzyjacielowi, a dawszy się pobić; i króla i siebie na oczy- 
wiste narazić niebezpieczeństwo". Temi słowy Zbigniew z Oleś- 



1 przedchorągiewni (antesignani) , (lol)orowi rycerze, którzy szli w pierwszym rzędzie, 
osłaniając cliorąf^iew. 



122 

nicy wypchnięty z chorągwi nadwornej, do litórej był wpadł 
w pośrodek, powrócił z niczem; a w tej chwili wojsko kró- 
lewskie stoczyło bój z nieprzyjacielem, i mężnie walcząc, naj- 
dzielniejsze nawet wywracało szyki. 

Wróciwszy do króla, Zbigniew Oleśnicki oznajmił, że 
wszystko rycerstwo zajęte jest bitwą z nieprzyjacielem, i że 
walcząc, albo raczej gotując się do w^alki, żadnego przełożenia 
ani rozkazu przyjąć nie może. Do innych zaś chorągwi, które 
się obecnie potykają, mówił Zbigniew, że wcale nie miał po co 
biegać, w takim zgiełku bowiem i trzasku bojo\vym aniby na- 
mowy ani rozkazów żadnych nie usłuchano. Mały więc propor- 
czyk królewski, ze znakiem orła białego w polu czerwonem, 
który noszono przed królem, dla ostrożności, aby nie wydać, że 
król w tem miejscu się znajdował, straż przyboczna kazała spu- 
ścić; rycerstwo zaś otoczyło końmi i sobą króln, iżby go nie 
dostrzeżono. Wrzał gorącą chęcią boju król Władysław, i spi- 
nając konia ostrogami, chciał rzucić się na najgęstsze szyki 
nieprzyjaciół; ledwo drożyna przybocznej straży zdołała go 
wstrzymać w zapędzie. Jakoż jeden z drużyny, Zoława Czech, 
chwycił sam konia królewskiego za wędzidło, aby nie mógł 
dalej postąpić, aż król zniecierpliwiony uderzył go zlekka koń- 
cem swojej rohatyny, wołając, aby go puścił a nie bronił mu 
wyruszyć do walki. Dopieroż gdy wszyscy rycerze straży kró- 
lewskiej oświadczyli, że wolą raczej na wszystko się odważyć, 
niźli tego dopuścić, zezwolił na ich prośby i dał się powstrzymać. 

A wtem podbiega rycerz z obozu Prusaków, Niemiec, 
nazwiskiem Dypold Kikerzicz v. Dieber, z Łużyc, złotym pasem 
opięty, w białej podbitej kiecce, niemieckiego kroju, którą u nas 
jupką albo kaftanem zowią, cały okryty zbroją, towarzysz ze 
znaku większej chorągwi pruskiej, do owych szesnastu należącej, 
i rozpędzony na koniu bułanym dociera aż do miejsca, kędy 



123 
król stał, a wywijając włócznią, godzi prosto na króla, wobec 
całego wojska nieprzyjacielskiego, które składało szesnaście rze- 
czonych chorągwi, a którego oczy powszechnie na thn widok 
były zwrócone. Gdy więc Władysław król, podniósłszy także 
włócznię, czekał jego spotkania, Zbigniew z Oleśnicy, pisarz 
królewski, prawie bezbronny, bo w ręku miał jeno drzewce 
w pół złamane, uprzedził cios królewski, a ugodziwszy w bok 
onego Niemca, zwalił go z konia na ziemię. Padł struchlały, 
a drżącego z bojaźni król Władysław uderzywszy włócznią 
w czoło, które z opadnięciem przyłbicy odsłoniło się rycerzowi, 
zostawił go wreszcie nietkniętym. Ale rycerze, trzymający straż 
przy królu, ubili go na miejscu, a piesze żołdaki odarły z za- y;, ^ 
bitego odzież i zbroję. 

Cóż można było dzielniejszego sprawić w tej bitwie? Zapra- 
wdę czyn 1 ten Zbigniewa przewyższa wszystkie bohaterskie dzieła. 
On bowiem bezbronny, z rycerzem, który cały okryty był zbroją, 
młodzieniec z dojrzałym mężem, i pierwszego zaciągu żołnierz 
z ćwiczonym w bojach wysłużeńcem odważył się walkę stoczyć, 
drzewcem przełamanej włóczni długą przeciwnika odparł rohatynę 
a zwaliwszy z konia groźnego nieprzyjaciela, nietylko króla 
obronił, ale i wojsko całe wybawił z niebezpieczeństwa, jakiem 
mu śmierć króla zagrażała. Kiedy potem rycerze królewskiej 
straży unosili się nad dzielnością Zbigniewa, a król Władysław 
chciał go pasem rycerskim ozdobić i czyn jego sławny jak naj- 
świetniej nagrodzić, nie przyjął młodzieniec tych zaszczytów 
od króla, lecz wkładającemu nań ozdoby rycerskie królowi od- 
powiedział: że nie w świeckim, ale w duchownym chce się 
mieścić zastępie i woli raczej za Chrystusa, niż za ziemskiego 
i doczesnego króla walczyć. Na to rzekł król Władysław: 

1 Tutaj, jak i w wielu innych raiejscacli dzieła daje Długosz wyraz swemu uwici 

bienin dla Oleśniokiop-o, 



124 

„Kiedy ten przedniejszy zawód sobie obrałeś, póki żyw bc^d^ 
nie przestanę cię pomocą moją wspierać i posadzę na biskupiej 
stolicy". Od tego czasu polubił król Zbigniewa, obdarzał go 
szczególniejszemi łaskami i względy, a potem i wyniósł na 
biskupstwo krakowskie. Marcin V, papież, wybór jego potwierdził, 
dawszy mu dyspensę od zaciągnionej wówczas zmazy duchownej. 

Po pogromie i rozprószeniu Prusaków, Polacy rozrywają 
ich obozy; znalezione więzy i okowy, które Krzyżacy na 
nich przygotowali^ wkładają na karki nieprzyjaciół, a z na- 
czyń porozbijanych z rozkazu króla wypuszczają strugami 
winOy zmieszane z krwią poległych. 

Wojsko krzyżackie, szesnaście owych chorągwi składające, 
z którego wybiegł był rycerz Kikerzicz, Miśniak ^, i natarł na 
króla, raczej płocliym szałem niżli odwagą uniesiony, spo- 
strzegłszy, że pomieniojiy rycerz trupem poległ, zaraz poczęło 
się cofać, na hasło jednego z Krzyżaków, dowódcy chorągwi, 
który siedząc na białym koniu kopją dawał znać do odwrotu 
i wołał po niemiecku herum^ herum! Zwróciwszy się potem, 
ruszyło na prawo, kędy stała wielka chorągiew królewska, już 
po zadanej klęsce nieprzyjaciołom, wraz z innemi chorągwiami 
polskiemi. Rycerze królewscy, ujrzawszy te szesnaście chorągwi 
i jedni poznawszy w nich nieprzyjaciół, jak rzeczywiście było, 
drudzy, z zwyczajną ludziom słabością lepiej sobie tuszący, 
wziąwszy je za litewskie wojsko, a to z przyczyny lekkich 
i rzutnych włóczni, zwanych sulice, których w wojsku krzy- 
żackiem wielka była liczba, nie zaraz uderzyli na Krzyżaków; 
spierali się bowiem między sobą i długo byli w niepewności, 



1 Zbigniew został biskupem w r. 1423. 

'^ Miśniak, poprzednio zwał go Długosz Łużyczaninem. Łiiżyce i Miśnja leżą obok 
siebie w Salisonji, na północ od Czech. 



125 
aż dopiero rycerz Dobek z Oleśnicy, mający w herbie krzyż, 
zwany Dębno, chcąc rozwiązać tę wątpliwość, spiął konia ostro- 
gami i z podniesioną kopją sam jeden pobiegł ku nieprzyjacie- 
lowi. Przeciw niemu wystąpił z pomiędzy Prusaków jeden Krzy- 
żak, dowódca hufców i chorągwi, a zastąpiwszy Dobiesławowi,' 
swoją lekką włóczntą podbił mu w górę jego kopję i przerzu- 
cił przez głowę. Zrazu wprawdzie Dobiesław Oleśnicki zmierzył 
ku niemu kopją, ale Krzyżak lekkiem uchyleniem głowy i od- 
biciem kopji do gór.Y, uchronił się ciosu, którym nań przeci- 
wnik godził, Dobiesław zaś, widząc, że w uderzeniu chybił, 
i z tak licznym tłumem nieprzyjaciół nie śmiejąc walczyć, co 
zaprawdę b^^łoby szaleństwem, szybko do swoich powracał. Puścił 
się za nim Krzyżak w pogoń, a wymierzywszy ku Dobiesła- 
wowi swoją włócznię i dawszy koniowi ostrogę, ugodził jego 
rumaka w udo pod okryciem, które kropierzem nazywamy (nie 
była-to jednak śmiertelna rana); poczem, bojąc się, aby go Po- 
lacy nie obskoczj^li, umknął do swoich nawzajem. 

A tak Polacy wyprowadzeni z błędu, nie wątpiąc już 
o nieprzyjacielu, w kilkanaście chorągwi rzucili się na owe 
szesnaście znaków, do których i inne się poprzyłączały, i krwawą 
z niemi stoczyli bitwę. A lubo Krzyżacy przez jakiś czas wy- 
trzymywali natarcie, wkońcu jednak przeważną liczbą wojsk 
królewskich zewsząd otoczeni, pobici zostali na głowię. Prawie 
wszystko rycerstwo, walczące pod owemi szesnastu znakami, 
legło na placu lub dostało się w niewolę. Po zniesieniu zatem 
i rozbiciu całej potęgi nieprzyjacielskiej, przyczem także wielki 
mistrz pruski Ulryk, marszałkowie, komturowie, rycerze wszyscy 
i znakomitsi w wojsku pruskiem panowie poginęli, reszta nie- 
przyjaciół poszła w rozsypkę, a raz tył podawszy pierzchała 
ciągle w popłochu. Władysław, król polski, nie rychłe wpra- 



1Q6 

wdzie i ciężkim okupione trudem, zupełne jednak nad mistrzem 

i Krzyżakami otrzymał zwycięstwo. 

Wówczas to rycerz Jerzy Gersdorf, który w wojsku 
krzyżackiem niósł chorągiew św. Jerzego, przełożywszy więzy 
'uczciwe nad ohydną ucieczkę, z czterdziestu spółtowarzyszami 
swymi, napadnięty od Przedpełka Kopidłowskiego, szlachcica 
herbu Dryja, rzucił się przed nim na kolana a oddawszy pro- 
porzec, dał się zabrać w niewolę. Pojmani byli i oni dwaj 
książęta, Kazimierz szczeciński przez Skarbka z Gór i Konrad 
Biały oleśnicki przez Josta z Salcu Czecha, którzy własnym 
ludem i pod swojemi znakami Krzyżaków posiłkowali. Pobrano 
i innych wielu rycerzy rozmaitego rodu i języka. Niemało także 
Prusaków, umknąwszy z bitwy, schroniło się między tabory 
i obozy, gdzie się bronić chcieli; tych wojska królewskie, 
wdarłszy się do obozów pruskich, wytępiły mieczem albo po- 
brały w niewolę. 

Obozy wreszcie nieprzyjacielskie, zasobne w wielkie bo- 
gactwa i dostatki, wozy i wszystek sprzęt wojenny mistrza 
i rycerstwa pruskiego, polski żołnierz opanował i złupił. Zna- 
leziono zaś w obozie krzyżackim kilka wozów, naładowanych 
samemi dybami i okowami, które Krzyżacy, z pewnością roku- 
jąc sobie zwycięstwo, a nie udając się o nie do Boga, więcej 
przyszłym triumfem niżeli bitwą zajęci, do pętania Polaków 
przygotowali. Były i inne wozy pełne łuczywa smolnego a obla- 
nego łojem i smołą, kiścieni także smołą i tłustością wysma- 
rowanych, któremi Polaków pobitych i uciekających gnać mieli 
przed sobą. Zawcześnie cieszyli się zwycięstwem, z pychą zau- 
fani w sobie, a nie pomni, że zwycięstwo było w ręku samego 
Boga. Otóż Bóg sprawiedliwie ukarał ich dumę, bo Polacy temi 
samemi więzami i okowami ich krępowali. Był- to podziwiający 
widok śliskości i niepewności rzeczy ludzkich, owe dyby i kaj- 



127 
dany, które Krzyżacy sami na siebie pokuli; wozy i tabory 
nieprzyjacielskie napełnione wielkiemi bogactwy, a w ćwierć 
godziny rozerwane przez rycerzy polskich, tak, iż po nich naj- 
mniejszego nie zostało śladu. 

Znaleziono nadto w obozie i na podwodach krzyżackich 

'wiele beczek wina, do którego żołnierstwo po pogromie nie- 
przyjaciół, znużone walką i skwarem letnim, rzuciło się było 
z chciwością dla ugaszenia pragnienia; jedni kołpakami, drudzy 
rękawicami, inni trzewikami nabierali wina i pili. Ale Wła- 
dysław, król polski, obawiając się, aby wojsko upojone winem 
nie obezwładniało, przez co w razie napadu nawet najsłab- 
szemu nieprzyjacielowi dałoby się łatwo pokonać, i żeby z zbyt- 
niego opilstwa nie powstały między wojskiem choroby, kazał 
wszystkie beczki porozbijać i wino wypuścić. Gdy je więc na 
rozkaz króla niezwłocznie wytoczono, płynęło wino strumieniami 
na trupy poległych, których na tem obozowisku było wielkie 
mnóstwo, a zmieszane z krwią pobitych ludzi i koni, wylało aż 
na łąki wsi Tannenbergu, tworząc w gwałtownym biegu jakby 
strugę, jednem korytem płynącą. Stąd urosła, jak mówiono, po- 
wieść bajeczna, że w owej bitwie tyle krwi rozlano, iż na- 
kształt potoku wezbranego płynęła. 

Znaleziono potem w jednym niewielkim brzozowym lesie, 

.nieopodal od obozowiska nieprzyjacielskiego siedm chorągwi, 
które uciekający Prusacy zostawili i w ziemi tylko pozatykali; 
te natychmiast do króla odniesiono. Henryk, komtur tucholski, 
który był kazał przed sobą nosić dwa miecze, a od tej dumy 
i próżności żadnym nie dawał się odwieść namowom, gdy po- 
tem z bitwy sromotnie uciekając, przypadł do wsi Wielgnowa, 
dościgniony od polskiej pogoni i ścięty, pychę swoje i zarozu- 
miałość okropną ale słuszną karą przypłacił. 

W czasie trwającej zaś bitwy widzieli niektórzy ludzie 



128 

pobożni i bogobojni, którzy z łaski nieba mieli to objawienie, 
unoszącego się na powietrzu męża poważnej postaci, w bisku- 
pim stroju, który wojsku polskiemu, pokąd walczyło i zwycię- 
żało, ciągłem żegnaniem błogosławił. Mniemano, że to był św. 
Stanisław, patron Polski i głowa męczenników, i że za jego 
przyczyną a orędownictwem Polacy tak świetne otrzymali zwy- 
cięstwo. 

Pogoń Polaków za uciekającym nieprzyjacielem. Ogromna 
liczba brańców i poległych. 

Po złupieniu wozów i taborów nieprzyjacielskich wojsko 
królewskie postąpiło na wzgórze, kędy był wprzódy obóz i sta- 
nowisko Prusaków, a skąd ujrzano tłumy i mnogie pułki pierz- 
chających nieprzyjaciół, na których do słońca błyszczały zbroje, 
niemal wszyscy bowiem Prusacy byli niemi okryci. Puściwszy 
się potem za nieprzyjacielem w pogoń, dotarli Polacy do jakiegoś 
bagna i trzęsawiska, i wpadli Prusakom na karki; nie wielu 
śmiało stawić opór, łatwo ich zatem pokonano; resztę niedo- 
bitków, z rozkazu króla oszczędzonych, popędzono w niewolę. 
Stąd znowu Władysław, król polski, kazał ścigać dalej ucieka- 
jących Prusaków, ale upominał rycerstwo, żeby się od mordów 
wstrzymało. Goniono więc nieprzyjaciela o mil kilkanaście. Nie- 
wielu z tych, którzy wcześniej umknęli z pola, zdołało się 
ratować ucieczką. Znaczna liczba rycerzy dostała się w nie- 
wolę; a gdy ich przyprowadzono do obozu, zwycięzcy obchodzili 
się z nimi łaskawie, nazajutrz zaś wzięli od nich przysięgę 
poddaństwa. Wielu potonęło w sadzawce, o dwie mile od pobo- 
jowiska odległej, z wielkiego tłoku i nacisku. Noc zapadająca 
wstrzymała dalszą pogoń. Legło w tej bitwie pięćdziesiąt 
tysięcy nieprzyjaciół, a czterdzieści tysięcy pojmano jeńcem. ^ 
1 cyfry o wiele przesadzone, jak często w źródłach średniowiecznych. 



129 

Ohorą2:wi zabrano, jak mówią, pięćdziesiąt i jedną. Wojsko 
zwycięskie łupami nieprzyjacielskiemi zbogaciło się niezmiernie. 
€zy tak wielka jednak była liczba zabitych, nie śmiem twierdzić 
z pewnością. Ale na kilka mil droga zasłaną była trupami, 
a ziemia od krwi zamiękła; w powietrzu rozlegały się kona- 
jących wołania i jęki. 

Dwaj rycerze krzyżaccy, za zuchwałe słowa wobec Wiiołda, 

księcia iitewskiego, wyrzeczone, z jego rozkazu, acz mimo 

woli króla, śmiercią ukarani. 

Gdy wojsko polskie z rozkazu króla ruszyło w pogoń za 
nieprzyjacielem, Władysław, król polski, wstąpiwszy na wy- 
niosłe wzgórze, pozostał tam dla przypatrzenia się dalszym tego 
szczęśliwego dnia wypadkom, jak Polacy jednych w ucieczce 
ścigali, drugich prowadzili do niewoli. Tam Aleksander, wielki 
książę litewski, pierwszy raz po odniesionem zwycięstwie spot- 
kawszy się z królem (w czasie walki bowiem biegał ciągle 
między pułkami i chorągwiami polskiemi, w miejsce znużonych 
i chwiejących się podprowadzając nowe posiłki, i z troskliwością 
bacząc, jak obydwóch stron ważyły się losy), jako wielką i nader 
ucieszną doniósł mu nowinę, że w bitwie pojmano dwóch mni- 
chów krzyżackich, Markwarda v. Salzbach, komtura brandebur- 
skiego, i Szumberga, którzy podczas układów toczących się między 
Aleksandrem, wielkim księciem litewskim, a mistrzem i Zako- 
nem na zjeździe ^ nad rzeką Niemnem, niedaleko Kowna, spro- 
śnemi i zelżywemi słowy znieważali rzeczonego księcia i jego 
matkę, którą nazwali zalotnicą. Dodał zatem, że dla pomszczenia 
«ię tej zniewagi każe im głowy pozdejmować. Ale Władysław, 
król polski, nie nadymając się bynajmniej swojem zwycięstwem 
i z zwykłą sobie postępując ludzkością i pokorą, nie dozwolił 

> w r. 1409. 

Bibl, Nar. Nr 3i (Długosz: Bitwa Grunwaldzka). 3 



130 

księciu Aleksandrowi takiej zemsty nad jeńcami, których miał" 
już w swej' mocy. „Nie przystoi, mówił, bracie kochany, pastwić 
się nad tymi nieprzyjacioły, których nie waleczność nasza, ale 
łaska Bpża w boju zwyciężyła; raczej dziękując Najwyższemu. 
za otrzymane zwycięstwo, winniśmy zwyciężonym i nieszczę- 
śliwym jak największą okazywać ludzkość i łaskawość. Dosyć 
już bowiem z słusznego dopuszczenia Bożego zadaliśmy im kary 
i chłosty; godzi się więc, abyśmy oszczędzili tych, których 
w wojnie sam los oszczędził". I byłby Aleksander, książę 
litewski, usłuchał tych przestróg, gdyby rzeczeni Krzyżacy 
Szumberg i Markward swoją dumną i wyniosłą mową nie byli 
podrażnili na nowo jego gniewu, i nie skłonili go do wykonania, 
zamierzonej zemsty. Miasto pokory bowiem i prośby o prze- 
baczenie winy, stawili się krnąbrnie z przechwałkami i pogróż- 
kami, w słowach, które pokonanym i jeńcom bynajmniej nifr 
przystały; zaczem książę Aleksander, obrażony, kazał ich nastę- 
pującej zaraz niedzieli, to jest dnia dwudziestego lipca, w obozie 
blisko Morąga pościnać, czemu król Władysław już się wtedy 
nie sprzeciwiał. Bo kiedy Aleksander Witołd wskazywał Mark- 
wardowi jego los obecny i wyrzucał mu potwarze, miotane na 
jego matkę, Krzyżak niepomny na swój stan i nie zważając 
na gniew księcia, zamiast błagać go łagodnemi słowy, wolał 
go jeszcze przeciw sobie oburzyć. „Bynajmniej, rzekł, nie miesza^ 
mnie ani trwoży los obecny, bo szczęście kołem się toczy; co 
wam zwycięzcom dzisiaj, to nam jutro zdarzyć może". Tą pychą 
i zuchwałością jeńca obrażony wielki książę Witołd, chociaż 
nie myślał już o zemście, kazał Markwarda komtura i Szum- 
berga śmiercią ukarać. Wielu obwiniało słusznie Markwarda, 
że potrzebując litości, jątrzył przeciw sobie gniew i zemstę. 
Czyli zaś książę Aleksander dobrze czy źle zrobił, że na jeńców,. 



131 

których miał w swej mocy, użył takiej srogości, nie chcę wcale 
rozsądzać. 

Gdy wojsko polskie spoczywa po trudach a herold obo- 
zowy wzywa je na nabożeństwo, król odbiera wiadomość, 
że Ulryky mistrz pruski, poległ w boju, 

Gdy już słonce schylało się ku zachodowi, Władysław, 
król polski, opuściwszy pagórek, na którym stał przez czas 
niejakie i plac stoczonej bitwy, ruszył z wojskiem o ćwierć mili 
drogi ku Malborgowi, prowadząc za sobą wielką liczbę wozów 
i taborów, i nad pobliskiem bagnem położył się obozem. W to 
miejsce pościągały także wszystkie wojska, wracające z pogoni 
za nieprzyjacielem. Była wielka między wojskami i powszechna 
radość z odniesienia nad nieprzyjacielem tak dumnym i potężnym 
znakomitego i po wszystkie wieki pamiętnego zwycięstwa, przez 
które Polacy kraj od zuchwałej napaści i niesłusznego zaboru 
Krzyżaków, siebie zaś od grożącej zagłady lub niewoli za łaską 
Bożą ochronili. Przez całą noc następną wracały oddziały kró- 
lewskie z pogoni za nieprzyjacielem, prowadząc z sobą łupy 
niezliczone, chorągwie i jeńcóvv, i oddawały je królowi czuwa- 
jącemu tej nocy na straży, których on do drugiego dnia za- 
trzymać kazał. 

Przybywszy na stanowisko u rzeczonego bagna, król 
Władysław zsiadł z konia, a zanim namiot mu przyrządzono, 
strudzony pracą i upałem położył się w cieniu pod krzakiem 
jeżynowym, na usłanem z liści jaworowych łożu, mając przy 
sobie jednego tylko Zbigniewa z Oleśnicy, pisarza. Od głośnego 
wołania i krzyczenia w czasie bitwy, kędy trzeba było upominać 
i zagrzewać rycerstwo do walki, tak był ochrypł, że i w tym 
dniu i w następnym z trudnością i ledwo zbliska można go 
było zrozumieć. Skoro zaś płótna rozbito, wszedł król do na- 



132 

miotu, a złoż^^wszy po raz pierwszy oręż, kazał spiesznie spo- 
rządzić sobie obiad; jeszcze bowiem tego dnia i król i jego 
wojsko nic w ustach nie mieli, wszyscy aż do wieczora byli 
na czczo, i nie pierwej aż po zachodzie słońca spoczęli dla 
przyjęcia posiłku. Gdy słońce zaszło, spuścił się deszcz rzęsisty, 
który przez całą noc ciągle padał; a stąd wielu rannych ludzi, 
tak z królewskich wojsk, jako i pruskich, zostawionych na po- 
bojowisku, którzy by jeszcze żyć hyli mogli, gdyby ich podnie- 
siono i ratowano, poginęło od słoty i zimna. Potem z rozkazu 
króla herold królewski, Boguta, już późno w noc, obwieścił 
wojsku, ażeby dnia następnego zrana wszyscy rycerze zgroma- 
dzili się u namiotu królewskiego dla wysłuchania nabożeństwa 
i podziękowania Panu Bogu za otrzymane zwycięstw^o; niemniej, 
żeby królowi albo jego wodzom i urzędnikom ukazali chorągwie 
zdobyte i jeńców. Zapowiedział, że i na trzeci dzień jeszcze 
w tern samem pozostaną stanowisku. 

Gdy Mszczuj ze Skrzynna doniósł Władysławowi, królowi 
polskiemu, że Ulryk, mistrz pruski, w bitwie poległ a na dowód 
jego śmierci pokazał królowi złoty pektorał z relikwjami Świę- 
tach, które towarzysz Mszczuja, imieniem Jurga, zdjął z zabitego, 
król Władysław westchnął żałośnie i zapłakał, dziwiąc się tak 
niezwykłej losów odmianie albo raczej ukorzeniu dumy i wy- 
niosłości ludzkiej. „Patrzcie, rzekł, rycerze moi, jak zgubna jest 
pycha i wyniosłość wobec Boga. Oto ten, który wczoraj tyle 
królestw i państw swojemu przeznaczał panowaniu, któremu 
zdawało się, że w potędze nie miał sobie równego, leży pozba- 
wiony wszelkiej swoich pomocy, nędznie zabity, okazując swoim 
upadkiem, o ile duma niższa jest od pokory". A wtedy pod- 
niósłszy głos na , uwielbienie Stwórcy: „Cześć Tobie i chwała, 
rzekł, miłosierny Boże, który upokorzyć raczyłeś dumnego, i ra- 



133 
mieniem Twojej Wszechmocy starłeś przeciwników moich, a oka- 
załeś dzisiaj wielką moc Twoją w obronie mojej i ludu mego". 

Polacy przez opieszałość i zwłokę tracą sposobność zdo- 
bycia zamku Malborga. 

Uchwalili potem i ustanowili radcy królewscy, aby Wła- 
dysław, król polski, z całem wojskiem swojem, jako zwycięzca, 
w miejscu stoczonej bitwy przez trzy dni obozował. Inni prze- 
ciwnego byli zdania i najmocniejszemi wnioskami dowodzili, 
aby bez żadnej zwłoki i jak najspieszniej dniem i nocą dążył 
z wojskiem pod Malborg; jeśliby mu zaś ta rada się nie po- 
dobała, aby przynajmniej zlecił wybranej części rycerstwa oblę- 
żenie Malborskiego zamku: a skoro ten główny zamek opanuje, 
w chwili, gdy świeży przestrach i groza włada umysłami Krzy- 
żaków, wnet i inne poddadzą się zamki, i wojna skończy się 
spokojnie, bez walki. To zdanie, acz zdawać się mogło mniej 
przezorne, w skutku jednak byłoby się powiodło szczęśliwie; 
w zamku bowiem malborskim, od niewielkiej załogi strzeżonym, 
gdy gruchnęła wieść o poniesionej klęsce, trwoga była nie- 
zmierna. I można było spodziewać się raczej poddania zamku, 
niżeli jego obrony, gdyby Władysław, król polski, z swymi 
radcami lepiej się był nad tem zastanowił i zaraz nazajutrz 
albo trzeciego dnia po odniesionem zwycięstwie podstąpił 
z wojskiem pod zamek. Ale Polacy radością w tym dniu upo- 
jeni, mniemając, że jaż do szczętu wroga pokonali, najzba- 
wienniejszej nie usłuchali rady; nie dały im bowiem nieba tego 
dwojga razem w podziale, przezorności i szczęścia. Jakoż po- 
kazało się, że król i jego rada nie umieli korzystać z zwy- 
cięstwa, by chwytać razem szczęście i sposobną porę. Gdyby 
bowiem król Władysław po zniesieniu wojsk krzyżackich na- 



134 

tychmiast wojsko zwycięskie poprowadził był do oblężenia 
zamku Malborga, bezwątpienia byłoby to wiele przyłożyło się 
do jego pomyślności i zjednało mu chwałę ukończonej całkowicie 
wojny. Ludzie biegli w sztuce wojennej za największy to błąd 
poczytywali królowi, że nie posłał wojska do opanowania zamku 
Malborga, co wówczas łatwą było rzeczą, gdy zamek ten bez 
obrony i niemal pusty stał dla zwycięzców otworem, zanim 
Henryk v. Plauen, komtur świecki, wszedj do niego z swoją 
załogą, a zwłaszcza kiedy wszyscy rycerze, których niewielka 
liczba zostawiona była do obrony zamku, przerażeni świeżo po- 
niesioną klęską, w śmiertelnej byli trwodze. Ale inaczej się 
stało, bądź-to z przyczyny, że Polacy, upojeni szczęściem i ra- 
dością, woleli raczej zabierać łupy i sprowadzać brańców, ani- 
żeli trudzić się dobywaniem zamków; bądź, że wielu uważało 
za rzecz słuszną i właściwą, aby w miejscu odniesionego zwy- 
cięstwa trzy dni pozostać; bądź wreszcie, że nikomu szczęście 
nie zwykło dotrzymyw^ać do końca; albo czemu ja bardziej 
wierzę, że sam wyrok nieba, oszczędziwszy wtedy Krzyżaków^ 
dobycie zamku Malborga zachował na czas inny. 

Król zarządza pochowanie zwłok mistrza pruskiego, jego 

towarzyszów i innych poległych nieprzyjaciół. Werner 

Thettingen ucieka z placu bitwy. 

We środę, nazajutrz po święcie Eozesłania Apostołów, 
dnia szesnastego lipca, deszcz ustał a piękna zajaśniała pogoda. 
Władysław, król polski, zaraz o świcie kazał na pobojowisku 
odszukać zwłoki mistrza pruskiego Ulryka, marszałka, komturów 
i innych znakomitszych osób w boju poległych, aby je oby- 
czajem kościelnym z uczciwością dać pogrzebać. Za równy bo- 
wiem zaszczyt sobie poczytywał, nieprzyjaciela zwyciężyć i poko- 



135 
nanemu a nieszczęśliwemu okazać swoją litość. Grdy więc przy- 
niesiono zwłoki mistrza Ulryka, mającego dwie' rany, jedne na 
-czole, drugą na piersiach, znalezione przez Bolemińskiego, oby- 
watela ziemi chełmińskiej, jednego z brańców, któremu wyszukać 
je zlecono (był-to bowiem najbliższy z przyjaciół i towarzyszów 
mistrza pruskiego), gdy nadto poznajdowano zwłoki marszałka 
Fryderyka Wallenrode, Konrada Lichtenstein, wielkiego komtiira, 
tudzież Jana v. Seyn toruńskiego, Jatia hrabiego v. Vende 
gniewskiego i Arnolda v. Baden człuchowskiego, komturów, król 
przypatrzywszy się ich twarzom, postawie, i obejrzawszy rany, 
od których poginęli, nie okazał najmniejszego urągania, ani 
wydał śmiechu lub oznaki radości, ale z czułem politowaniem 
zapłakał. Potem kazał je owinąć w czyste prześcieradła, i odziane 
purpurą na wozie czworokonnym odesłać do Malborga, aby je 
tam pogrzebano. Ciała zaś innych komturów i rycerzy znako- 
mitych kazał pochować w kościele parafjalnym drewnianym 
w Tannenbergu; rannych nakoniec, którzy wyzdrowieć mogli, 
leczyć polecił. Wiedział bowiem, że zwycięstwo jego tem się 
okaże świetniejszem i tem mniej obudzi zawiści, im większą 
przyozdobi je ludzkością i pomiarkowaniem. Jakoż w dwoistym 
■względzie Władysław król, okazawszy się dla zwyciężonych łaska- 
wym i miłościwym, zasłynął z tej cnoty głośno nietylko u swoich, 
ale i u postronnych, i zwycięstwo swoje bardziej skrooinością 
i ludzkością przyozdobił, niżli niem zawiść podrażnił. 

W rzeczonym kościele pochowano także zwłoki polskich 
rycerzy, które ich znajomi i przyjaciele powyszukiwali. I nie 
Hwietniejszą okazałością uczczono zwycięzców, jak zwyciężonych. 
Rannych zaś i wpółżywych, tak z pruskiego, jak i polskiego 
rycerstwa, sprowadzono do obozu, i jak najtroskliwiej leczyć 
zalecono. Z przeglądu potem poległych okazało się, że dwunastu 
tylko znakomitszych rycerzy z wojska królewskiego zginęło. 



186 

między którymi celniejsi byli: Jakubowski herbu Róża i Imbrana 
Czulicki herbu Czerwnia. I dziwić się zaprawdę potrzeba, że 
z tak małą rycerzy polskich stratą pokonano tak liczne i po- 
tężne wojska Krzyżaków, z których przedniejsi wszyscy polegli 
albo dostali się w niewolę. Werner Thettingen, komtur elbląski,, 
który najbardziej odradzał pokój, tak jako mu komtur gniewskie 
hrabia v. Yende, przepowiedział, niepomny na swoje przechwałki,, 
z pola bitwy sromotnie uciekł, a przemknąwszy się przez obóŁ 
krzyżacki i w strachu niczyjej nie śmiejąc ufać obronie, ni& 
oparł się aż w Elblągu, a potem i Elbląg porzuciwszy, złączył 
się z zbiegami, którzy w Malborgu szukali schronienia. Komtur 
zaś gniewski, hrabia v. Yende, znaleziony był między poległymi 
z raną z przodu odniesioną. Chwalebniej mojem zdaniem i piękniej 
Władysław, król polski, byłby uczynił, gdyby zwłoki mistrza,, 
marszałka i komturów pruskich, nie odsyłając ich do Malborga,. 
kazał był pochować w którym z katedralnych, zakonnych albo 
kollegjackich kościołów swego królestwa, gdzieby ich grobowce^ 
sławne zwycięstwo jego ustawicznie przypominały. 

Król zaprasza do biesiady swoich panów i dwóch pojma- 
nych w niewolę książąt nieprzyjacielskich. 

Odprawiono potem w kaplicy królewskiej, mającej chór 
i nawę nakształt kościoła, nabożeństwo wobec całego wojska, 
polskiego, które się dla jego wysłuchania zgromadziło. Śpiewana 
naprzód mszę św. o Błogosławionej Pani naszej Marji, potem 
drugą o Duchu Świętym, trzecią o Przenajświętszej Trójcy. 
U innych zaś ołtarzy czytano msze żałobne za dusze poległych 
w dniu wczorajszym rycerzy. Namiot kaplicy otoczony był do- 
koła znakami i chorągwiami nieprzyjacielskiemi, które rycerzt^ 
polscy w tym dniu królowi przynieśli i przy kaplicy pozatykali. 



137 
Proporce ich rozwinięte i porozpuszczane, przy lekkim wiatrrt 
powiewie głośno łopotały. Król zaś Władysław wyprawił w tym 
dniu wielką ucztę, na którą równie swoich książąt i panów^ 
jako to Aleksandra, wielkiego księcia litewskiego, Janusza i obu 
Ziemowitów, starszego i młodszego, książąt mazowieckich, jako- 
i brańców wojennych, Konrada Białego, księcia oleśnickiego,. 
Kazimierza, księcia szczecińskiego, i innych znakomitych ry- 
cerzy, zaprosił i hojnie ugościł. Ci bowiem dwaj książęta, Kon- 
rad Biały oleśnicki i Kazimierz szczeciński, jako walczący po- 
stronie Krzyżaków, wzięci byli w niewolę : wszelako król Wła- 
dysław obchodził się z nimi z większą niż stan ich wymagał 
ludzkością i wkrótce wypuścił ich na wolność, jakkolwiek oba- 
dwaj za swój postępek niegodziwy warci byli najsurowszej kary. 

Na wieść o klęsce Krzyżaków trwoga w Malborgu. 

Kiedy panowie węgierscy, Mikołaj de Gara i Scibor 
z Ściborzyc, przebywali w malborskim zamku, wraz z Krzyża- 
kami zostawionymi w nim na załodze, niespokojnie oczekując- 
skutku bitwy, która lada dzień miała być stoczoną, przybył ry- 
cerz pancerzem okryty i zdyszany w biegu, który był pierzch- 
nął z bitwy. A gdy panowie węgierscy poczęli go wypyty- 
wać, skąd przybywał i jakie niósł z sobą nowiny, odpowiedział, 
że spieszy uciekając z obozu mistrza pruskiego, gdyż Włady- 
sław, król polski, mistrzowi pruskiemu wielką zadał klęskę 
i wojska jego zniósł do szczętu. Chcieli panowie węgierscy wy- 
wiedzieć się o wszystkiem dokładnie, jakim szykiem poczęła się 
bitwa i jak się potem skończyła; ale obecni Krzyżacy, którzy 
pilnowali zamku Malborga, przerwawszy i przeinaczywszy opo- 
wiadanie, rozgłosili, że wojska polskie i pruskie nie stoczyły 
jeszcze walnej bitwy, a tylko częściowo potykały się z sobą. 



138 

Zaledwie jednak panowie węgierscy wyszli za wrota zamkowe, 
aliści pędzi poczet znaczny rycerzy, którzy umknęli z boju 
i z tąż samą co tamten przybywali wieścią. Między nimi był 
jeden rycerz, Piotr Świnka, dawniej chorąży dobrzyński, który 
jeszcze przed zaczęciem wojny odstąpił był króla polskiego 
Władysława i przeszedł na stronę pruskiego mistrza. Ten opo- 
wiedział dokładnie cały postęp zwycięstw Władysław^a, króla 
i klęskę Krzyżaków. A gdy tą wiadomością poczęli się jawnie 
radować drużyna i domownicy Scibora ze Ściborzyc, gdyż wszyscy 
niemal byli Polakami, Ścibor jako mąż przezorny przykazał im, 
aby tę radość zachowali przy sobie samych. A kiedy tak ucieszna 
wiadomość już wszędy brzmiała po świecie, on między ścianami 
pruskieml kazał im milczeć i kryć swoją radość. W Malborgu 
bo\Adem i wśród Krzyżaków, gdzie wówczas przebywali, zwy- 
cięstwo Władysława, króla polskiego, tak zdawało się do wiary 
niepodobnem, że pierwszego zwiastuna klęski krzyżackiej nie- 
tylko za rozsiewcę baśni, ale niemal za szalonego poczytano. 
Lecz gdy potem jeden za drugim przybywać poczęli inni ry- 
cerze, którzy toż samo potwierdzali, uwierzono wreszcie donie- 
sieniom. Dopieroż wszyscy pogrążeni w smutku i rozpaczy, jęli 
myśleć o opuszczeniu Malborga i każdy tem tylko był zajęty, 
<dokąd miał uciekać. Gdyby więc król Władysław, jak mu nie- 
którzy dobrze i bardzo roztropnie radzili, zaraz po odniesionem 
zwycięstwie ruszył był pod Malborg, bez najmniejszej swojej 
i wojska swego straty byłby niezawodnie pierwszego dnia po 
przybyciu zamek ten zmusił do poddania. Wszyscy bowiem 
Krzyżacy i rycerze załogą stojący w Malborgu, i duchowni 
i świeccy, z przestrachu jak szaleni biegali po domach, dwo- 
rach i komnatach. Kilka dni i nocy zeszło na takich smutkach, 
a-ozpaczach i narzekaniach. Byłby się zamek poddał w trwodze 



139 
powszechnej, kiedy wszyscy o ucieczce tylko myśleli, gdyby 
jeno poszedł był kto odebrać go z rąk struchlałych Krzyżaków. 

JanusZj książę mazowiecki, składa dzięki Bogu a królowi 
Władysławowi winszuje zwycięstwa, 

Janusz, książę mazowiecki, czerski i warszawski, widząc, 
że ziściły się jego dawne życzenia i osłodziły cierpienia i go- 
rycze, które od lat sześciu w duszy ponosił, gdy Krzyżacy 
w poniesionej klęsce otrzymali już sowitą zapłatę za osadzenie 
go niegdyś w więzieniu i zdradzieckie a ohydy pełne obciąże- 
nie go kajdanami, wszedł do namiotu królewskiego i najpierw 
Bogu, Najlitościwszemu Panu, a potem Władysławowi, królowi 
polskiemu, który tam z Aleksandrem i innymi książęty i pa- 
nami polskimi był obecnym, upadłszy na kolana wraz z całą 
drużyną swego rycerstwa, dziękować począł, głośno wołając: 
„Tobie, miłosierny Boże, który sprawiedliwym wszelakich krzywd 
jesteś mścicielem, który brzydzisz się pychą i słusznie ją po- 
tępiasz, a zniżając Twoją mocą dumnych, nie pogardzasz ni- 
gdy prośbą i pobożnem sercem skruszonych i pokornych; tobie 
nadto Władysławie, królu najjaśniejszy, powinne składam dzięki, 
że w dniu wczorajszym starłeś ze mnie ohydę niewoli i po- 
mściłeś się jej na dumnym i nienawistnym wrogu moim wielką 
i pamiętną klęską. Ubolewałem bowiem wraz z wszystkimi braćmi 
i panami mymi, że ten nieprzyjaciel, którego naddziad mój 
Konrad i, książę mazowiecki, oszukany zmyśloną i fałszywą jego 
pobożnością, albo rzetelniej mówiąc pogańską niecnotą, przyjął 
i jak żebraka do siebie przytulił, ten sam potem, przez przy- 
właszczenie sobie naszych ojcowskich i dziadowskich dziedzictw 
i części twojego królestwa, stał się tak dumnym, hardym i po* 

— ' ■ : — ■■ : ■ . : V; ' 

i Konrad, panujący od 1202 do 1247 r. 



140 

tężnym. Zaczem ten dzień sławny i ja i wszyscy potomkowie 
moi corocznie święcić i jak najuroczyściej obchodzić będziemy. 
Ciebie zaś, najdostojniejszy królu, i twoje królestwo polskie^ 
z należną czcią, wiernością i posłuszeństwem, wszelką państwa 
mego siłą, pomocą i potęgą, w każdym razie potrzeby lub nie- 
bezpieczeństwa, i sam osobiście i przez tych, których tu wi- 
dzisz w moim zastępie, a zarówno z tobą następców i potom- 
ków twoich wspierać przyrzekam". 

Polacy liczą krańców, a niektórych pod przysięgą pusz- 
czają na wolność. Król i wielki książę litewski oglądają 
ciała poległych i wysyłają do Polski gońca z doniesieniem 
o otrzymanem zwycięstwie. 

Po wyprawionej z wielką uroczystością biesiadzie, rozka- 
zał król każdemu z rycerzy przyprowadzić swoich jeńców i na 
wielkiej równinie, skąd obszerny na wszystkie strony podawał 
się widok, sobie ich przedstawić. Posadził zaś w tem miejscu 
sześciu pisarzy, którzyby owych brańców imiona, ród i stan 
spisali. Przyprowadzono więc niewolników i przedstawiano na- 
przód królowi, a potem pisarzom: osobno mnichów krzyżackich^ 
a osobno rycerzy pruskich; osobno chełmińskich, osobno inflant- 
skich, osobno obywateli miast pruskich, osobno Czechów, osobno 
Morawców, osobno Ślązaków, osobno Bawarów, osobno Miśnia- 
ków, osobno Austrjaków, osobno Nadreńców, osobno Szwabów^ 
osobno Fryzów, osobno Łużycan, osobno Turyngów, osobno Po- 
morzan, osobno Szczecinian^ osobno Kaszubów, osobno Sasów, 
osobno Frankończyków, osobno Westfalczyków. Tyle bowiem 
narodów i języków zebrało się tłumami na zagładę rodu i imie- 
nia polskiego. Lubo zaś z tych wszystkich narodów znaczna 
była liczba rycerzy, Czesi jednak i Ślązacy mnogością innych 



141 

przewyższali. Po rozdzieleniu zatem brańców na osobne rody, 
przybył pisarz królewski i kazawszy stanąć wszystkim wkoło, 
sam wszedł w pośrodek i spisywał ich imiona, ród, stan, go- 
dność i powołanie. A gdy tak wszystkich dokładnie spisano, 
przybj^li dwaj panowie królestwa, Zbigniew z Brzezia, marsza- 
łek królestwa polskiego^ i Piotr Szafraniec i, podkomorzy kra- 
kowski, którzy każdego z osobna jeńca nowem przyrzeczeniem, 
nową zobowiązywali przysięgą, ażeby pod sumieniem i uczci- 
wością rycerską nie omieszkali stawić się osobiście na nadcho- 
dzący dzień Św. Marcina 2 w grodzie krakowskim przed Janem 
Ijigęzą z Przecławia, wojewodą łęczyckim, Jaśkiem z Oleśnicy ^, 
sędzią krakowskim, i Przedborem z Przechodów, podstarościm 
krakowskim. Po włożeniu na nich takiego zobowiązania, król 
Władysław chcąc wspaniałym okazać się zwycięzcą, wszystkim 
niemal jeńcom, małą tylko liczbę przy sobie zatrzymawszy, na 
proste słowo rycerskie rozejść się pozwolił. Książąt zaś, Kazi- 
mierza szczecińskiego i Konrada oleśnickiego, tudzież Krzysztofa 
Oersdorfa, Wacława Dunina Czecha i wszystkich mnichów krzy- 
żackich zatrzymał i kazał ich rozesłać po zamkach królewskich, 
jako to: Łęczycy, Sieradzu, Chęcinach, Lublinie, Sandomierzu, 
Lwowie, Przemyślu i innych, kędy zostawać mieli pod strażą. 
Tymczasem zaś, kiedy spisywano jeńców, Władysław, 
król polski, siadłszy na konia, wyjechał z bratem swoim, wiel- 
kim księciem litewskim Aleksandrem, na pobojowisko dla przy- 
patrzenia się poległym. Rycerz Bolemiński szedł i pokazywał 
królowi poległych trupy, lubo i sam król niektórych rozpozna- 
wał, jak między innymi hrabiego v. Vende. Zwiedziwszy po- 
bojowisko, wrócił ząledwo wieczorem do obozu, skąd umyślnego 
gońca, podkomorzego nadwornego, Mikołaja Morawca, herbu Po- 



' Późniejs/y wojewoda krakowski. 2 u listopada. 
* Ojciec Zbigniewa Oleśnickiego. 



U2 

wała, z wsi Kunoszówki blisko Książa, do królestwa polskiego 
z listami wyprawił, donosząc żonie swojej, Annie królowej, tu- 
dzież Mikołajowi Kurowskiemu, arcybiskupowi gnieźnieńskiemu,, 
panom strzegącym zamku krakowskiego, akademji i rajcom mia- 
sta Krakowa, o wielkiej Krzyżaków porażce i odniesionem nad 
niemi walnem zwycięstwie i nakazując z tego powodu dzięk- 
czynne nabożeństwa po wszystkich kościołach. Na znak zaś 
zwycięstwa i pomyślnego wojny wypadku, wysłany Morawiec 
wziął z sobą z rozkazu króla chorągiew biskupa pomezańskiego 
mającą za godło Św. Jana Chrzciciela w postaci orła. Gdy ten 
do Krakowa przybył i oznajmił o wielkiem króla zwycięstwie, 
całe miasto z radością zabrzmiało po kościołach pieśniami na 
chwałę Boga, a przez całą noc błyszczały światła^ okazując 
powszechną radość i pociechę. Huknął potem rozgłos tego zwy- 
cięstwa po wszystkich ziemiach polskich i w każdem mieście,. 
w każdej wsi i miasteczku głoszono z uniesieniem i obchodzona 
ten świetny triumf, a w nim własną i powszechną kraju po- 
myślność. 



II o 



BIBLJOTEKA NARODOWA 

Bibljoteka Narodowa przygotowała się dobrze do ważnego 
narodowego przedsięwzięcia. Zorganizowała szereg ludzi, znanych 
w nauce oddawna, i powierzyła im opracowanie arcydzieł poezji i prozy 
polslciej, w tomikacłi zgrabnych, kieszonkowych... Typ wydawnictwa 
jest taki: wstęp podaje zwięźle życiorys autora i okoliczności, wśród 
jakich dany utwór powstał. Sam tekst oparty jest bądź na auto- 
grafach, bądź na wydaniach najlepszych;... u dołu idą objaśnienia 
wyrazów albo zwrotów, czy to przestarzałych, czy też z jakichkol- 
wiek względów wymagających komentarza... 

Prof. J. Kallenbach (Nasz Kraj, Wilno, z 16 maja 1920). 

O Bibliotece Narodowej, wydawanej od przeszłego roku przez 
Krakowską Spółkę Wydawniczą, należy się dłuższa wiadomość, po 
pierwsze, dla ogromnej doniosłości tego wydawnictwa, nietylko peda- 
gogicznej, ale wogóle kulturalnej, a po drugie dlatego, że, pisma 
warszawskie zbywały je dotychczas przelotnemi wzmiankami, albo je 
nawet pokrywały zupełnem milczeniem, reklamując natomiast książki 
mniej ważne, ale wydane przez tę lub ową firmę warszawską. 

Nie jest Bibljoteka Narodowa (której inicjatorem i głównym 
redaktorem jest profesor historji polskiej kultury umysłowej w Uni- 
wersytecie Jagiellońskim, Stanisław Kot) pierwszą naszą „bibljo- 
teka narodową"... 

Odrębność Bibljoteki Narodowej polega na tem, po pierwsze, 
że zaspokaja potrzeby zarówno szkoły, jak najszerszej inteligencji, 
a po drugie na tem, że ze wszystkich dotychczasowych „bibljotek" 
jest najlepszem tego rodzaju wydawnictwem, najstaranniej opraco- 
waną, czyli krócej, najlepszą, że niektóre jej tomy nie ustępują za- 
granicznym, że są nietylko 'lekturą dla miłośników literatury, ale 
i poważnemi, specjalnemi badaniami, wzbogacającemi rzetelnie naukę... 

Teksty wydanych dotychczas utworów są naprawdę poprawne, 
opracowane według zasad krytyki filologicznej. Niektóre utwory uka- 
zują się w poprawnym tekście po raz pierwszy... Co do przedmów, to 
pisząc o nich, także bardzo łatwo wpaść w superlatywy... Wszystkie 
bez wyjątku osiągają główny swój cel, którym jest przygotować 
i wdrożyć czytelnika do lektury utworu. Co więcej, niektóre przed- 
mowy przynoszą zupełnie, nowe zdobycze naukowe... 

Oprócz przedmów wszystkie utwory, wydane w Bibljotece 
Narodowej są zaopatrzone w objaśnienia, drukowane tuż pod tekstem 
na każdej stronicy. Otóż i pod tym względem należy się ogółowi 
wydawców prawdziwe uznanie! 

Prof. Ign. Chrzanowski 
(Rzeczpospolita, Warszawa, Nr 133 i 134 z 1920 r.) 



BIBLJOTEKA NARODOWA 



[BIBLJOTEKA NARODOWA Nr 1 i 3]. 

Należy powitać z najżywszą radością opracowanie przez prof. 
T. S i n k ę wydania Trenów i Odprawy posłów greckich Kocha- 
nowskiego, dokonane w sposób gruntowny i znakomity... Nie ' są 
to proste, nowe komentarze, przybywające do dawniejszych, lecz 
prace z gruntu samodzielne, stawiające bowiem problem na nowej 
podstawie... Wydania jego mają znaczenie naukowe, zwłaszcza, że 
problemy wiążące się z Trenami i Odprawą posuwają naprzód. Obfite 
komentarze wykazują szczegółowo wzory starożytne i objaśniają oba 
utwory wyczerpująco pod względem rzeczowym i językowym. 

Prof. St. Witkowski (Gazeta Lwowska z 22 lutego 1920). 

[BIBLJOTEKA NARODOWA Nr 9]. 

Wydanie Barbary Radziwiłłówny, przygotowane przez prof. 
Szyjkowskiego, może zastąpić monografję. Bardzo ścisły, z wielką 
ekonomją słów pisany wstęp omawia proces twórczy utworu, stosu- 
nek fabuły do źródeł historycznych, stanowisko tragedji we współ- 
gatunkowej literaturze dramatycznej lat i pisarzów poprzednich. Ustala, 
co przy tego rodzaju utworach należy do zagadnień istotnych, sto- 
sunek tragedji Felińskiego do wzorów obcych, do wielkiej twór- 
czości dramatycznej francuskiej... 

Tekst utworu podany jest z pedantycznie przestrzeganą w wy- 
dawnictwie dbałością o jakość: w pełnem znaczeniu słowa tekst to 
krytyczny. 

Prof. St. Pigoń (Kurjer Poznański z 15 lipca 1920 r). 

[BIBLJOTEKA NARODOWA Nr 10]. 

Wydanie rozprawy Brodzińskiego: O klasyczności i ro- 
mantyczności jest znów jedynem wydaniem krytycznem. — Jest też 
jedynem wydaniem prawdziwie egzegetycznem... W obszernym wstę- 
pie daje najlepsze z dotychczasowych przedstawienie polskiego pre- 
romantyzmu... Ruchu tego nie można rozumieć historycznie bez 
dokładnej znajomości Brodzińskiego, a dokładnie go poznać, zro- 
zumieć i ocenić pozwala dopiero znakomite opracowanie Dra Łu- 
ckiego. Powierzając je właśnie jemu, dała Redakcja Bibljoteki 
Narodowej jeszcze jeden dowód, że do każdego tomiku umie znaleźć 
najlepszego, nieraz jedynego znawcę przedmiotu w Polsce, i że go 
umie dla swego arcypożytecznego przedsięwzięcia pozyskać. 

Prof. T. Sinko {Czas z 25 czerwca 1920 r.). 



'''''"i.'?«l>>t.ur. JUN Zt 1965 

/' 

DK Długosz, Jan 

4.26 Bitwa Grunwaldzka 

D5 



PLEASE DO NOT REMOVE 
CARDS OR SLIPS FROM THIS POCKET 

UNIYERSITY OF TORONTO LIBRARY