(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Dziea"

N. A 



^r 




•- ^ 



-\ 




'J 



■:^'^ 



<i,' 



V S 




DZIEŁA KAROLA SZAJiOGHY. 



DZIEŁA 

KAMA SZAJNOCHY. 



o&5^- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. {Dokończenie). 
ŻYWOT KAROLA SZAJŃOCHY, przez Klemensa Kanteckiego. 



TOM X. 



WARSZAWA. 

NAKŁADEM I DRUKIEM JÓZEFA UNGRA. 

Nowolipki Nr. 2406 (3). 

1878 



.1 

&3 
■t.lo 

J,03BOjeHO n^eHsypoK). 
Bapmana, 30 Hoafipfl 1?77 r. 




79061' 



DWA LATA DZIEJÓW MSZYCH. 

16+6 - 1648. 

{Dokończenie), 



Dzieła Karola Szajnochy. T. X. 



z tej samej przyczyny co król ^Yłaclysław, wykluczył 
wojewoda braclawski książccia Jeremiego Wiśniowieckicgo 
od wszystkich trzech buław regimentarskich , nadanych 
w kilka dni po zebraniu się rady warszawskiej w dniu 9 
bieżącego miesiąca czerwca. Przyznaje mu to nadesłany wo- 
jewodzie bracławskiemu list arcybiskupa z dnia 1 lipca 
w r. b. słowami pod koniec listu: „Eząd wojska zdał się 
takim sposobem, jakoś Wasz mość MPan namienił, JMPanu 
wojewodzie sandomirskiemu, JMPanu podczaszemu i cho- 
rążemu koronnym." Nie tylko kanclerz kor. lecz nawet 
arcybiskup gnieźnieński uciekali się do najfałszywszych wy- 
biegów o niewiadomości pobytu książęcia Jeremiego w porze 
wyboru regimenterzów, gdy tymczasem książę Wiśniowiecki 
długo już przed „konwokacyą partykularną" w Warszawie, 
bo 2 czerwca, doniósł prymasowi o pobycie swoim w Perea- 
sławiu za Dnieprem, kanclerzowi zaś Ossolińskiemu listem 
z przed 8 czerwca oznajmił swoje przybycie w strony Pole- 
sia. Oprócz wojewody Kisiela, kanclerza kor. Ossolińskiego 
i niewielu innych przeciwników książęcia Jeremiego, wszyst- 
ka szlachta i panowie wspierali gorąco książęcia w osią- 
gnieniu naczelnego regimentarstwa. Tym sposobem nastą- 
piło najżywsze rozdwojenie zdań, życzeń i stronnictw. A nie 
było już króla, któryby swoją wolą najwyższą, swoim od 
nikogo niezawisłym wyborem, uspokoił tę zgubną sprzeczkę 
w narodzie, zachował mu zgodę i czerstwość sił. W zastęp- 
stwie króla działać mającej radzie nie wystarczyło, serca 
być królem, poszła za swoją nieprzyjaźnią ku ksiąźęciu 
Jeremi emu z Wiśniowca a skłonnością ku ulubionemu boga- 
czowi z Zaslawia, pozostała stronnictwem przeciw stron- 
nictwu. I oto zaraz przy najpierwszym bez króla ważniej- 



DZUa.A KAROLA >ZA. f:\i.iCiiY 



szym czynie narodu zachodzi potrzeba rozpatrzenia się 
w grze spółzawodniczących w tyra czynie stronnictw, po- 
trzeba zapoznania się z stronnictwami samenii, jak nam 
o nich nie tyle główne pomniki historyczne, ile raczej szczer- 
sze pod tym względem źródła domowe, pamiętniki, listy, 
wiersze pochwalne lub satyryczne, nieraz z dziwną znajo- 
mością najgłębszych tajników zdarzeń opowiadają. 

Waśń stronnictw za bezkrólewia roku 1G48 ma swoje 
źródło w wygórowaniu jednego z owych dwóch głównych 
stronnictw narodu, które przez cały prawie ciąg dziejów 
naszych są w walce z sobą, stronnictw szlachty i panów. 
Chyli się ta walka w rzeczywistości od początku do końca 
c»»raz widoczniej na korzyść klasy możniejszej, lubo pozor- 
nie tryumfuje złota wolność szlachecka „papką i czapką'' 
przywabiona służeniu panom. Za czasów Zygmunta III 
i Władysława IV, wybujało zwycięzkie możnowładztw^o w tak 
niezwyczajną świetność i rojność, iż obok dawnego zrębu 
starożytnych książąt Litwy i Rusi rozwinął się w niem 
młody porost nowoksiążęcych domów włosko - niemieckich, 
ozdobionych swojemi nowemi zaszczytami we Włoszech albo 
Niemczech, od papieżów albo cesarzów. Otrzymali w ten 
sposób za przywilejami cudzoziemskimi swoje nowe tytuły 
książąt, grabiów, margrabiów, Mniszchowie, Sapiehowie, 
Ossolińscy, Koniecpolscy , Lubomirscy, Myszkowscy itd.. 
wszyscy z początku bardzo nieśmieli w używaniu swoich 
nowych zaszczytów. Zamiłowana bowiem w równości brater- 
skiej szlachta i staroksiążece rody litewsko-ruskie brzydziły 
się tern przybieraniem tytułów zagranicznych, wymogły na 
sejmie roku 10.38 najsurowsze onych wzbronienie, nie chcąc 
zezwolić na odwetowy wniosek nowo uksiążęconego kan- 
clerza Ossolińskiego, aby wraz z tytułami now^emi zniesione 
zostały również starodawne dostojeństwa książęce. 

Nie przyszło zatem do ustalenia książęcości nowego 
kroju, a wybuchła natomiast sroga, kilkuletnia nienawiść 
i walka między książętami nowemi a dawnemi, między wy- 
gasającem już w znacznej części rodowem możno-władztwera 
Litwy i Rusi a coraz gęściej za pieniądze nabywanem 
w Niemczech i Włoszech. Za głównego kierownika zastępu 
książąt nowej kreacyi uchodził kanclerz w. kor. Ossoliński, 



DWA LATA DZIEJÓW >'ASZYCII. 



posądzany o autorstwo Nvszystkicli teini czasy planów mo- 
żnowładczych w narodzie, rzeczywiście mąż głębokiego roz- 
sądku, gorącej krwi i rzadkiej obrotności umysłu, a tem 
zaró\vno szkodliwy i znienawidzony strome przeciwnej jak 
użyteczny i cenny własnej. Naprzeciw niemu, na czoło 
ostatka książąt krwi starożytnej, stawiony bywał jako walny 
przedstawiciel swego stronnictwa ów potomek w. książąt 
litewskich i hospodarów wołoskich, ów znany nam dziw od- 
wagi, dostatków, najzuchwalszej, ani króla ani ustaw nie 
uznającej samowolności magnackiej , hojności bez grani- 
i niezmiernego za to faworu u wszystkiej szlachty, książę 
wojewoda ruski Jeremi AYiśniowiecki. Lubo zaś tak odmien- 
ną cnót i przywar wojując bronią, umieli obadwaj przeci- 
wnicy dotrzymać sobie placu wzajemnie, i w dwóch miano- 
wicie wypadkach wywalczyli swemu stronnictwu znaczną 
nad przeciwnem przewagę. 

Naprzód książę Jeremi Wiśniowiecki dobódł nowym 
książątkom poszwagrzeniem się z możnem panięciem ich 
własnego obozu, młodym chorążym kor. Koniecpolskim, 
który niedawno książęcością uczczony w Niemczech, porzu- 
cił za powrotem do Polski swój dar cesarski i związki 
z książętami nowemi, a wszedł natomiast w ścisłą spółkę 
dążeń i uroszczeń swojego kolligata z Wiśniowca. Stali się 
obadwaj ,,szwagraszkowie'S jak ich odtąd w przeciwnym 
zwano obozie, tak ciężkimi nowym książątkom, iż dopiero 
niezwyczajna przebiegłość ich kierownika Ossolińskiego zdo- 
łała im ująć tej plagi. ŚNsiecił w starożytnych książąt za- 
stępie drugi obok \Yiśniowieckiego potentat ruski, tylekro- 
tnie wspominany już książę Dominik na Ostrogu Zasławski, 
równy ^Yiśniowieckiemu rodem, wyższy fortuną, lecz o wiele 
niższy sławą i wziętością w narodzie. Gdy mu nadto i w sta- 
raniach o rękę starszej kanclerzanki Zamojskiej ustąpić 
przyszło AYiśniowieckiemu, urosła sroga między obudwoma 
książętami niezgoda, z której korzystając kanclerz w. kor. 
Ossoliński, odNYiódł książęcia Dominika od wszelkiej spól- 
ności z jego rywalem i całem stronnictwem staroksiążęcem, 
przeciągnął Zasławskiego na stronę swoich spółksiążąt wło- 
sko-niemieckich. wymógł tem chwiloNYa iJrzewage książęco- 
ści nowszej nad starożytna. 



DZIEŁA K.VROLA SZAJNOCHY. 



Niebawem atoli wzniosło sie nowe niebezpieczeństwo. 
Starożytnym książętom zajaśniała nadzieja wynagrodzenia 
sobie straty l<siążecia Dominika znamienitym przyrostem 
chwały i potęgi swojemu sprzymierzeńcowi książcciu Wi- 
śniowieckiemu w stronacli kozacliicłi. Odgrodzony dziś od 
nicli morzem nienawiści i krwi, zostawał on pierwotnie 
w najprzyjaźniejszycli z Kozaczyzna stosunkach, poświad- 
czonycłi nie małą, liczbą, wiarogodnycli acz zapomnianycłi 
podań dziejowycli. Przypomina tę przyjaźń początkową, sam 
Chmielnicki w jednym ze swoich listów późniejszych, wzmian- 
kującym o przekradaniu się książęcia Jeremiego po rozbiciu 
korsuńskiem z po za Dniepru ku Wołyniowi, dokąd Kozacy 
dozwolili mu przemknąć się cało, „rozumiejąc o całśj jego 
przyjaźni dawnój." Sięgnęła ta życzliwość wzajemna w końcu 
aż do pogłosek o wybraniu Wiśnio wieckiego hetmanem przez 
Kozaczyznę, gdy w kilka lat po nowej ordynacyi Kozaków 
z roku 1638 pojawiać się zaczęły między nimi pierwsze po- 
szlaki spisków, i zaczęto myśleć u dworu o przywróceniu 
im dawnych praw i wolności. Niektóre pisma tśj pory mó- 
wią w istocie o takiej potrzebie możnego pana polskiego 
z nieograniczoną władzą na czele Kozaczyzny, pewien zaś 
niepośledni znawca tajemnych knowań pańskich w tych la- 
tach napomyka wyraźnie w owem nieogłoszonem dotąd 
pisemku wierszem, iż wybór Kozaków chylił się na książę- 
cia z Wiśniowca, a przeszkodzony został jedynie nieprzyja- 
znemi zabiegami książątek nowej kreacyi. 

Zaledwie bowiem doszła ich wieść o spodzievvanem 
spotężeniu „szwagraszków*' hetmaństwem kozackiem ksią- 
żę cia Wiśnio wieckiego, rzucili się wszyscy do zagrodzenia 
mu drogi na Niż, otaczając go zewsząd siecią intryg, zgrają 
poduszczanych mu nieprzyjaciół. W onczas to od poszwa- 
grzenia się z Koniecpolskim w r. 1G42 przyszło hardemu 
Wiśniowczykowi przebijać się przez ów szereg zatargów 
z królem, z dworem, z swoim własnym ..szwagraszkiem 
Koniecpolskim", które już z poprzednich opowiadań są nam 
znane częściowo, w których jednak ukryte źródło dopiero 
teraz wglądnąć mamy sposobność. I tak około roku 1644 r. 
powiodło się nowym książątkom odwrócić Wiśniowieckiemu 
serce królewskie, i pobudzić go tem do zawichrzenia skar- 



DNYA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 



gami swemi całego kraju. W roku następnym powaśuiono 
go z ulubieńcem królewskim Kazanowskim o Rumno, co 
jeszcze bardziej zniechęciło króla Wiśniowieckiemu. 

Roku 16-4:6 potrafił zastęp nowych książątek uwikłać 
go w groźną sprawę z własnym kolligatem Koniecpolskim 
o Hadziacz, w której Wiśniowiecki przygotował był swą 
morderczą napaść na Koniecpolskiego i całe zgromadzenie 
sądowe. Skoro zaś pojednani wnet kolligaci wrócili do da- 
wnej z sobą zgody i dawnych związków, a nie upadły jesz- 
cze nadzieje hetmaństwa Wiśniowieckiego nad Kozaczyzna, 
podnieśli nowi książęta swój najsroższy zamach przeciw 
„szwagraszkom", i używając ku temu znanego sporu mię- 
dzy chorążym koronnym Koniecpolskim a Bohdanem Chmiel- 
nickim o grunta słobódki Sobutowskiej, poduszczyli tegoż 
Chmielnickiego do buntu najpierwej przeciw „szwagraszko- 
wi*', Koniecpolskiemu, w dalszem następstwie przeciw jego 
staroksiążęcemu spólnikowi z Wiśniowca. Znamy już niestety 
krwawię skutki tych rad. Pokuszona w istocie zwada z cho- 
rążym koronnym wydała wyżej opowiedziane więzienie 
i ucieczkę Chmielnickiego na Niż, wojnę ztamtąd w spółce 
z Tatarami podjętą, ruinę wszystkich ukraińskich fortun 
obu „szwagraszków", zmianę dawnej Wiśniowieckiego przy- 
jaźni z Kozakami w najzaciętszą pomiędzy nimi nienawiść. 
Przewyższyło to w całkiem niepożądany sposób życzenia 
i oczekiwania doradców, ale dało im górę nad głównym nie- 
prz}'jacielem z obozu starożytnej książęcości rusko-litewskiej. 
Książę wojewoda ruski Jeremi w teraźniejszej burzy koza- 
ckiej z samowładcy całego prawie Zadnieprza stał się chu- 
dym pachołkiem, nietracącym jednak ducha ze swoją gar- 
stką 6- tysięczną, przebijał się naprzód od 2 czerwca z Cze- 
hryna zadnieprskiego ku bagniskom Polisia, gdzie bawił 
przez kilka dni przed 8 czerw^ca i kilka po tym czerwcowym 
dniu. Już 18 czerwca stanął on w zachodnich stronach 
Wołynia, tegoż dnia w obozie na Budach królew^skich, 21 
w obozie pod Horoczkami, usługując się w tem \y povyrocie 
po części pobłażliwością Chmielnickiego, wywołaną wspom- 
nieniami dawnej książęcia Jeremiego z Kozaczyzna przy- 
jaźni. 

Jego natomiast przeciwnicy, kanclerz Ossoliński i je- 



DZIELĄ KAROLA SZAJNOCHY. 



duomyślui z nim senatorowie rady warszawskiej, jak książę 
Domiuik Zasławski, mieli teraz nyoIuc pole do przewiedze- 
nia swoich zamysłów^ mogli we wszystkich usługach i za- 
szczytach ubiedz Wiśniowieckiego. Jakoż skoro pod rozpo- 
rządzenie rady warszawskiej dostał się wakans ponętnych 
buław regimentarskich, zgodzili się zasiadający w niój se- 
natorowie na bezzwłoczne usunięcie książęcia Jeremiego od 
wszystkich trzech a nadanie głównój książęciu Dominikowi. 
Ta ostatnia czynność przynależała zw^ykle królowi; 
mając teraz spełnioną być przez radę, stała się pierwszą 
jćj czynnością w zastępstwie króla, a już ta pierwsza próba 
obejścia się bez niego bardzo nieszczęśliwie wypadła. Po- 
stawienie bowiem na czele dwóch niższych regimentarzów, 
podczaszego kor. Ostroroga i młodego chorążego kor. 
Koniecpolskiego, pierwszym głównym regimentarzem ksią- 
żęcia Dominika na Ostrogu i Zasławiu, nabawiło książęcia 
ze strony najgorliwszych jego przyjaciół i stronników mnie- 
mania i owszem przekonania, iż ta pierwsza buława regi- 
mentarska książęcia Zasławskiego wysoko nad jego znaną 
mierność umysłową sięgała. Przeto silili się oni wynaleźć 
w nim jakieś inne niezwyczajne zalety, które uczynić go 
miały najgodniejszym buławy regimentarskiej. I tak np. 
poczytano mu za walne uzdolnienie do wojny z Kozakami 
jego niezmierne bogactwa w ziemi, jego tak rozległe posia- 
dłości na Ukrainie, iż większą część zastępów Chmielnickie- 
go stanowią jego poddani, z dziadów, pradziadów^ nawykli 
do czczenia swoich odwiecznych dziedziców z Ostroga i Za- 
sławia. "Widząc teraz dzisiejszego pana swojego z orężem 
w ręku i wojskiem groźnem przed sobą, nie ośmielą się 
podnieść nań ręki poddańczej, ukorzą się zwyczajem przod- 
ków przed swoim panem i sędzią, przystaną na lada jakie 
warunki zgody. Inni poplecznicy domu Zasławskich, między 
tymi niestety i kanclerz w. kor. Ossoliński, chwalili ksią- 
żęciu Dominikowi jego łagodność charakteru, którą raczćj- 
uskromi i przyłaskawi niż gromić zechce Kozaków, a sprze- 
ciwiając się z tćj przyczyny gwałtownemu książęciu Jere- 
miemu, mawiał o nim Ossoliński bez wymienienia nazwiska: 
dać gwaltownikowi hetmaństwo jestto dać nagi miecz sza- 
lonemu. Że jednak te słowa kanclerskie raczej z uczucia 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 



stronniczości dla książęcia z Zastawia niż z rzetelnego uczu- 
cia jego dobroci serca płynęły, dowodem tego srogie późnićj 
rady książęcia przeciw Kozakom, i kadzenie mu pochleb- 
stwami przez kanclerza w mnogich do niego listach, mia- 
nowicie w owym z dnia 9 lipca 1648 r., w którym Osso- 
liński upewnia swego po ojcu chlebodawcę z Zasławia 
i Ostroga, „że zawsze jedną, chęć i jedną niechęć i^nutn telle 
et unum nolle z W. Książęcą Mścią moim Miłościwym Pa- 
nem i bratem mieć chcę. Gratuluję przytem miłej ojczyźnie 
naszej, żeś W. Książęca Mość życzeniom pospolitym dosyć 
czyniąc, wziął na się urząd obrony i bezpieczeństwa pospo- 
litego, i że imię wielkich niegdy Ostrogskich zachowujesz, 
i w onych wstępujesz strzemię, biorąc ztąd nieomylną wróżbę, 
że pod tarczą W. Książęcej Mości wzbije się pod niebiosy 
nieśmiertelna sława narodów^ naszych." 

Jeśli więc wspaniały umysł Ossolińskiego tyle mógł 
stronniczości okazać książęciu Zasławskiemu, o ileż więcej 
uległa jej cała reszta senatorów rady warszawskiej w spra- 
wie zgodzenia się na główne regimentarstwo książęcia. Ka 
co się zaś z poduszczeń stronniczości zgodzono, to nader 
szpetnemi środkami podstępów^ i fałszu wykonano. Miano- 
wicie jeden z regimentarzów zadziwiał swoim wyborem, był 
to własny „szwagraszek" Wiśniowieckiego, chorąży kor. 
Koniecpolski, młodością i związkiem familijnemi to w tę, 
to w ową ciągniony stronę. Podpisując się w listach „sy- 
nowcem" kanclerza Ossolińskiego a „siostrzeńcem" woje- 
wody krakowskiego Lubomirskiego, mając w książęciu Do- 
miniku Zasławskim ,,wuja" poszwagrzywszy się z Wiśnio- 
wieckim, uksiążęcony w Niemczech a gardząc dostojeństwem 
tem w Polsce, miał chorąży koronny w każdym obozie wol- 
ne wnijście i wyjście, a rozbratany burzą kozacką z swoim 
szwagrem Jeremim, znalazł się w^ obecnej chwili spólnikiem 
swego wuja z Zasławia w ściąganiu wojsk pod Gliniany. 
Ta okoliczność w połączeniu z chęcią odzyskania sobie da- 
wanego sprzymierzeńca przywiodła kierowanych przez Osso- 
lińskiego senatorów rady warszawskiej do zamianowania 
Koniecpolskiego trzecim po książęciu Dominiku regimenta- 
rzem. Drugim obrany został podczaszy kor. Ostroróg, raczej 
z daru niezwyczajnej swady sejmowej niż z biegłości i za- 



10 r»/.IKLA KAROLA SZAJNOCIiY, 



sług W kunszcie wojennym znany. Kozacy szydzili z regi- 
meutarzów żartobliwemi imioniskami, książęcia Zasławskie- 
go dla zamiłowania wygód nazywali „peryną", chorą-żego 
kor. Koniecpolskiego dla jego młodości ,,detyną", podcza- 
szego kor. Ostroroga dla jego biegłości w łacińskim języku 
„łaciną". 

Wybór takich hetmanów powszechne sprawił zgorsze- 
nie. Jeszcze bardziśj powinien był zgorszyć sposób wyboru. 
Dla uniknięcia przeszkód ze strony inaczśj myślących se- 
natorów dopełniono tego aktu z jak największym pospie- 
chem, prawie w skrytości, przed właściwem otwarciem rady. 
Dopiero dnia 9 czerwca nastąpiło otwarcie rady, a już dnia 
7 t. m. t. j. w dwa lub trzy dni po najpierw szej wieści 
o potrzebie nowych hetmanów a dwoma dniami przed rze- 
czywistem zagajeniem posiedzeń donoszono z Warszawy 
o zamianowaniu już książęcia Dominika, chorążego koron- 
nego i Ostroroga wodzami, szydyderczo triumwirami. Gdy 
zaś bądźto podczas obrad warszawskich, bądź wkrótce po 
nich nadmienił ktokolwiek o prawach książęcia Jeremiego 
do buławy regimentarskiej, tłumaczył Ossoliński siebie i radę 
niewiadomością miejsca, w którem znajdował się Wiśnio- 
wiecki. Mimo to nie wahało się pióro Ossolińskiego powtó- 
rzyć niejednokrotnie w listach nieco późniejszych, mianowi- 
cie w owym dnia 25 czerwca do biskupa krakowskiego 
Gębickiego skreślonym, jakoby pominięciu książęcia Jere- 
miego z kimś drugim, wojewodą kijowskim Tyszkiewiczem, 
„ta, nie insza była racya, jedno że się żaden z Ichmościów 
sam nie odezwał, aniśmy wiedzieli, gdzieby ich ' znaleźć 
podówczas'*. 

Oprócz tak niecnie obranych, tak mało rokujących re- 
gimentarzów, nic więcej rada warszawska nie dała narodowi. 
Nie dostrzegła nawet głównego w tej chwili środka podźwi- 
gnięcia ojczyzny, nie wyprawiła do Porty uroczystego po- 
selstwa z żądaniem sprawiedliwości z Tatarów, przestając 
na prostym liście kanclerza Ossolińskiego do w. wezyra. 
Staranniej ciągnęła się korespondencya między Kisielem 
a Chmielnickim. Już 18 czerwca r. b. został wyprawiony 
O. Petroni Łasko, 12 dni później po pierwszej legacyi tegoż 
O. Petroniego do Chmielnickiego, w nowe do Bohdana po- 



DWĄ LATA DZIEJÓW NASZYCH. 1 1 



selstwo, W zwykłych miejscach kozackich w około miasta 
Czehryna przebywającego. Otoczony tam dziesięciotysięczuem 
wojskiem kozackiem o 74 armatach i dwoma poselstwami 
z Czerkies i Moskwy, rezydował nie już jako lvsiąże ziem 
ruskich, lecz jako zwyczajny hetman czyli według podpisu 
w ostatnim liście do króla, „starszy wojska Jego Król. Mo- 
ści niżow^ego zaporozkiego". Pogaństwo w części powróciło 
z chanem do Krymu, w części pod Tohajbejem w stepach 
u Sinych wód koczowało, w części po innych włóczyło się 
koczowiskach. Dla okraszenia legacyi swojej urokiem wiel- 
kich trudó^y i niebezpieczeństw pisał wprawdzie Kisiel o po- 
słującym do Chmielnickiego O. Petronim, iż „cudownie go 
Pan Bóg przez Ordę przeprow^adził", ale według relacyi 
samegoż posła nie spotkał on nigdzie żadnej liczniejszej 
kupy Tatarów. W Białej cerkwi szczupła jedynie załoga ko- 
zacka stała, w Czehrynie zaś, dokąd O. Petroni dnia 27 
czerwca zdążył szczęśliwie, assystowało Chmielnickiemu tylko 
młode książątko tatarskie Sołtan - Murza z orszakiem stu 
Tatarów, pozostawione przez chana celem śledzenia wszyst- 
kich spraw Chmielnickiego. Codziennie donosił o nich Soł- 
tan - Murza koczującemu u Sinych wód Tohajbejowi, a ten 
również co dnia nadsyłał każdą wiadomość chanowi w Krymie. 
Nie było więc pogaństwa na Ukrainie, a zachodziła 
owszem nieufność między niem a Chmielnickim. Posłuszne 
bowiem rozkazowi carogrodzkiemu zerwanie ligi z Koza- 
kami przez Ordę oziębiło znacznie ich przyjaźń. Wyszła 
na jaw zawisłość Krymu od Carogrodu, odejmująca w^szelką 
pewność zawieranym z Ordą przymierzom, uległym zawsze 
zwierzchniczemu wpływowi Porty. Ztąd zachwiała się w Ko- 
zakach wiara w pomoc tatarską, straciły powab częste te- 
mi czasy namowy tatarskie do poddania się Kozaków 
zwierzchnictwu tureckiemu, do przyjęcia służby morskiej 
u Turków, za żołd bogaty, choćby w 100,000 przeciw We- 
uetom. W zgromadzeniach kozackich przysłuchywano się 
temi czasy z upodobaniem głosom tak wyraźnej zachęty do 
porzucenia związków z pogaństwem, jak np. następna prze- 
mowa pewnego mołojca w porze ostatniego przeprawiania 
się Ordy przez Dniepr w swojśj pierwotnej polsko-ruskiej 
pstrociznłe opiewająca: ,,Pane atamane i panowie mołojcy! 



la DZIELĄ KAROLA SZAJIS^OCHY. 

Woluo szczo wola lictinańskaja i wasza robyty, ale nie 
zuaju, czy budet to liarazd, abyśmy mieli pohanów za opie- 
kuuy biaty. Boh da, i wojsko nasze może to samo spra- 
wyty, że się przez (bez) tych pohanów Lachom możemy 
boronyty i u korola Pana naszego krywdy naszćj dochody- 
ty." Na co wszyscy: „Hai*azd howoryt! Boh me harazd!" — 
Przymus rozbratu z Ordą zniechęcił ku niej Chmielnickie- 
go i cala Kozaczyznę, a zniechęcenie ku Ordzie zwracało 
natychmiast myśl i serca Kozaków ku królowi polskiemu 
ku różnej zawsze w ich uczuciu od panów polskich koronie 
Polskiej. Teraz poważana od Turków a groźna zawsze 
opuszczonemu od Ordy Zaporożu Bzeczpospolita urosła nie- 
poślednio w znaczenie u Kozaczyzny; podniósłszy się zaś 
w znaczenie nabyła temsamem prawa do pobłażliwszego są- 
du o niej Ivozaków. Dzisiejsza wojna Chmielnickiego z Rze- 
cząpospolitą zdała się rozważniejszej starszyźnie zaporozkiej 
tylko i)0wtórzeniem jednego z tylu dawniejszych zatargów 
między Zaporożem a Polską, kończonych zwyczajnie poje- 
dnaniem. AV obecnej chwili pojednanie takie okazywało się 
tern podobniejszem do prawdy, tem bliższem urzeczywistnie- 
nia, im bliższemi były sobie jeszcze Polska i Kozaczyzna — 
szlachecka Polska i za „szlachetnie urodzoną" poczytująca 
się Ivozaczyzna. Od najdawniejszych czasów trw^ało to wyo- 
brażenie o bliskości Kozactwa stanowi szlacheckiemu, a i te 
mnogie gromady chłopskie, z których dzisiejsze wojsko 
Chmielnickiego głównie powstało, głoszą się wszystkie po- 
tomkami dawnych ,, szlachetnie urodzonych Kozaków" i wy- 
kluczając starannie jawne chłopstwo z swoich szeregów, 
pragną zachować nadal swoją dawną bliskość ze szlachtą. 
Dopiero gdy do Ivozaczyzny właściwej, do uprzywilejow^ane- 
go „wojska niżowego zaporozkiego", wciskać się zaczęły 
tłumy chłopstwa od roli, wcielić się zapragnął cały bez 
wyjątku lud ukraiński, cały lud ruski — dopiero wtedy na- 
stąpiło zupełne rozszczepienie przeznaczonych do pojednania 
części narodu, wdarł się pomiędzy nie wcale różny, przemo- 
cny, niepodobny do wytrącenia klin, rozwarła się nieprze- 
byta przepaść między Polską a Kozaczyzna. 

Dziś nie istniała jeszcze ta przepaść, lecz już widocznie 
zanosiło się na nią. Co dnia dochodziły Chmielnickiego po- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 13 

głoski O buntowaniu się chłopów pod hasłem Kozaczyzny, 
w istocie gwoli najsroższemu hultajstwu, niekiedy pod wo- 
dzą tej lub owej samopas łotrującśj bandy rzeczywistych 
Kozaków. Tuż przed zjawieniem się O. Łaska w Czehrynie 
wybuchło wielkie powstanie chłopów za Dnieprem, gdzie 
w samych dobrach książęcia Jeremiego Wiśniowieckiego 
15,000 zbiegów od pługa wszystkie okoliczne dwory, mia- 
steczka i kościoły w imieniu swobód kozackich splądrowało, 
zburzyło. Prawie jednocześnie gruchnęła wieść o takichże 
gwałtach z tej strony Dniepru, w kijowskich i bracławskich 
posiadłościach hetmana polnego kor. Ivalino\vskiego i ksią- 
żęcia Wiśniowieckiego, mianowicie w ogromnej Humaiiszczy- 
znie hetmańskiej, zkąd 12,000 chłopów pod niejakim Gandzą 
wyruszyło w pole kozackie. Najstraszniejszą jednak wiado- 
mość powziął O. Łasko o Kalinowskich zamku i miaste- 
czku Nesterwarze czyli Tulczynie, napełnionym niezmierną 
liczbą zbiegłych z okoła rodzin pańskich, szlacheckich i kilku 
tysięcy żydów, niezmierną mnogością nagromadzonych ze- 
wsząd dostatków w złocie, kosztownościach i wszelkie ni 
mieniu, co wszystko temi dniami dostało się po części sztur- 
mem, po części zdradą najpierwej kilkunastu tysięcznej ku- 
pie chłopstwa pod owym Gandzą z Humania, nazajutrz 23 
czerwca jeszcze większej chałastrze na wpół chłopskiej na 
wpół kozackiej, pod wodzą luźnie poza obozem łotrującego 
pułkownika kozackiego Maksyma, przydomkiem Krzywonosa. 
Takiegoż losu doznał dnia 20 czerwca Wiśnio wieckich Nie 
mirów, w którym około 6000 żydów paść miało łupem dzi- 
kości chłopskiej. Jakoż przeciwko żydom, żydowskim aren- 
darzom wszelkiego rzędu po wsiach i miastach, grasowała 
naj gwałtowniej ta furya chłopska, mszcząc się bezprzykła- 
dną za doznawany od nich ucisk srogością, opisywaną la- 
mentującem piórem wielu rozpędzonych po całym świecie 
żydów z nad Dniepru i Horynia. Ale i mężniejsze serca 
chrześciańskiego rycerstwa drżały przed tą nawałą chłopską, 
a przestraszona nią załoga Szarogrodzka aż do odległego 
o wiele mil Tarnopola ustąpiła chłopstwu ze swojej opusto- 
szałej fortecy, gdy nawet pobliższy Bar mimo swej znanej 
warowności nie zdał się dość bezpiecznym od chłopów. 

Tak po strasznej burzy kozackiej zagroziła krajowi 



,4 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCIIY. 



Straszniejsza jeszcze chłopska, dążąca stać sie kozacką. 
Niechże Kozaczyzna prawdziwa okaże przychylność temu 
dążeniu, niech otworzy chłopom swoje szeregi i uczyni ich 
podobnież Kozakami, a rozewrze się owa przepaść między 
prawdziwą Kozaczyzna a Polską, niwecząca wszelką możność 
pojednania ich z sobą, a tem samem równie szkodliwa je- 
dnćj jak drugićj. Za połączeniem się bowiem chłopstwa 
z Kozact\>em ustawało dla ówczesnćj Rzeczypospolitćj wszel- 
kie podobieństwo pojednania się z Kozaczyzna, udzieleniem 
całemu ogółowi ludu swobód kozackich, utratą wszelkich 
ztąd środków do pracy rolnćj, narażeniem się na taką ruinę 
gospodarską, jaką O. Łasko widział teraz nad Dnieprem 
i jednem krótkiem słowem skreślił: „ani orzą ani sieją, 
tylko z orężem chodzą". Co sami Kozacy zaporożcy uznając, 
nie pragnęli nigdy zlania się z chłopstwem w ową przepaść 
rozbratu z Polską, lecz hardzi owszem sw^oją bliższością 
szlacheckiej Polsce niż tłumom chłopskim, skłonniejsi zawsze 
stać raczej młodszą bracią szlachty niż starszą chłopstwa, 
skłaniali się oni i teraz do zgody z obrażoną Pizecząpospo- 
litą, do przejednania jćj pomocą w stłumieniu niebezpiecznej 
obu stronom swawoli chłopskiej. Dla tego jak niedawno 
ucieszyło O. Laska przekonanie się o oziębnięciu przyjaźni 
między Chmielnickim a Tatarami, tak obecnie spostrzegł on 
z równą radością powszechny w Czehrynie pochop do wytrą- 
cenia onego klina chłopskiego między Koroną a Zaporożem, 
stwierdzony widocznie całem obecnem zachowaniem się 
Chmielnickiego. 

Ową rebellią chłopską za Dnieprem kazał Chmielnicki 
własnym oddziałem Kozaków zgnieść i rozproszyć, a z kilku 
pojmanych i do Czehryna przystawionych jej hersztów dwom 
w obecności O. Łaska dał szyję uciąć, dwóch zaś czy trzech 
odesłał do ukarania ich panu, książęciu Wiśniowieckiemu 
z wyrnźnem oświadczeniem, iż to nie Kozacy lecz jego właśni 
poddani z Lubień. Do innych zbuntowanych tłuszcz chłop- 
skich rozesłał Chmielnicki surowe uniwersały z groźbą wy- 
tępienia do szczętu, jeżeli się nie rozejdą natychmiast. 
Jeżeli Pizeczpospolita wyprawionym do siebie posłom ko- 
zackim odpowie łaską i przebaczeniem— słyszał O. Petroni 
raz i drugi z ust Chmielnickiego — dołożą tem gorętszych 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 15 



starań Kozacy, aby jaknajpręd?ej uspokoić tę plagę chłop- 
ską;. A w teraźniejszem obezwładnieniu narodu jeden chyba 
Chmielnicki mógł sprostać takiemu dziełu, i w nim też 
sami Polacy pokładali główną dziś nadzieję ocalenia od 
chłopów. „O tej swawoli chłopskićj nie wie Chmielnicki" — 
pisze z żalem o świeżem zdobyciu Tulczyna rotmistrz Jego 
Król. Mości Kaliński — „której to swawoli jeśli wstrętu 
prędkiego nie uczyni Chmielnicki, siła domów szlacheckich 
w niwec sie obróci'^ 

W najpomyślniejszem więc do orędowania z sobą uspo- 
sobieniu znajdowały się zarówno Polska jak i Kozaczyzna 
w tej chwili, gdy O. Łasko we dwa dni po skreśleniu przy- 
toczonych tu słów Kalińskiego stanął z radami Kisielowemi 
w Czehrynie. Odstąpiony od Ordy, gardzący spółką z chłop- 
stwem a nierad do ostateczności drażnić Korony, pragnął 
pojednania z nią i pokoju. Korona przeciwnie zaledwo 
wpływem ^Yaadysławowym ostatniej zgubie wydarta, już 
lotrowstwu chłopów na łup oddana, a razem od nich i od 
Kozaków obronić się niezdolna, potrzebowała miru od 
Chmielnickiego i pomocy jego przeciwko chłopstwu. Kieda- 
wiiy „Tamerlan" Polski, Chmielnicki, gotów był dać teraz 
pomoc, Rzeczpospolita winna była łaską i przebaczeniem 
wynagrodzić Kozaczyźnie to nałożone jej jarzmo, które ją 
do przeniewierstwa Bogu i ojczyźnie przywiodło, a o któ- 
rem sami Polacy wyrażali się z sędzią podolskim Miasko- 
wskim Vi liście z dnia 2 kwietnia 1648 r., już było ,,zdzier- 
czem i tyrańskiem obchodzeniem się z Kozakami" — lub 
słowami marszałka nadwornego Kazanowskiego na sejmie 
tegorocznym, iż „nie trzeba mieć za złe Kozakom, jeśli się 
do ligi z Tatarami udali; podobno i do samego piekła byli- 
by się udali, aby tylko pozbyli takiej niewoli i opressyi, 
którą niebożęta cierpieli". Przy obowiązku zaś przebaczenia 
sobie obustronnie tak ciężkich krzywd, wynagrodzenia się 
wzajemnie z polskiej strony łaską i swobodami za dawne 
jarzmo a teraźniejszą pomoc przeciwko chłopom, z strony 
kozackiej taż pomocą i zgodą nadal za przywrócenie łaski 
i dawnych swobód, jakże nie miałyby najlepszego przyjęcia 
doznać w Czehrynie prośby wojewody Kisiela, zwłaszcza 
gdy już wszystkie przed jego listem przyszły do skutku. 



DZIELĄ KAROLA SZA.T^'OCHY, 



Już bowieci i Orda ustąpiła i Kozacy w zwykłe miejsca 
wrócili, a nawet i trzeciej prośbie o poselstwo Chmielnic- 
kiego do Ezeczypospolitej stało się już niewątpliwie zadość 
w cliwili doręczenia mu listu Kisielowego przez O. Łaska. 
Nastąpiło to doręczenie w tym samym dniu, w któ- 
rym i przybycie doręczyciela, tj. dnia 27 czerwca 1648, 
a już na trzy dni piersvej wiedziano w Warszawie o wy- 
prawionycłi przez Chmielnickiego posłach do króla, pisząc 
o nich w liście z dnia 24 czerwca wojewodzie kijowskiemu 
Tyszkiewiczowi, aby ich nikt nie zatrzymywał w podróży. 
Co więcej, ów srogi pułkownik kozacki Maksym Krzywonos 
w liście do książęcia Dominika Zasławskiego z dnia '2ó lip- 
ca 1648 śmie nawet twierdzić, ,,iż jest niedziel siedm czyli 
więcej, jakośmy posłów swoich posłali do najjaśnieszego 
JMPana króla'* — coby znaczy łOj iż posłowie kozaccy wiozą- 
cy królowi list Chmielnickiego wiadomej daty 12 czerwca 
1648 wyjechali z nim przed 6 czerwca t. r. czy nawet wcze- 
śniej. W każdym razie na kilka już dni przed zjechaniem 
posła Kisielowego wyszło z Czehryna poselstwo kozackie 
z owym białocerkiewskim listem Chmielnickiego do króla 
i kilku innemi pismami do senatorów; spełniły :się tym spo- 
sobem bez Kisiela i nie dla niego lecz z wcale innych po- 
wodów wszystkie trzy jego rady, właściwie niepotrzebne już 
w chwili obecnej. Ale ponieważ one łaskę i przebaczenie 
niosły Kozakom, a Chmielnicki potrzebował tego dziś od 
Korony, przeto umyślił on chytrze skorzystać z próżnej ode- 
zwy Kisielowej, i powitał ją z wszelkiemi pozorami uszano- 
wania, jakby całkiem nowych i nieziszczonycb jeszcze rzeczy 
wymagającą. W tymże duchu zgody i gotowości uczynie- 
nia zadość Kisielowi i Polsce odbyło się całe przyjęcie O. 
Łaska, uradowanego osobliwie pospiechem swojej odprawy. 
Już w dzień jego przybycia odebrał Chmielnicki prywatnie 
list wojewody, i jeszcze tego samego dnia odpisał nań goń- 
cem osobnym. Pojutrze, dnia 29 czerwca, nastąpiło publicz- 
ne oddanie listu i podarków Kisielowych, w walnej radzie 
kozackiej pod golem niebem, nazwanej w liście Kisiela „ra- 
dą waleczną" a liczącej u niego przesadnie 70,000 kozac- 
kich głów, gdy sam poseł tylko 10,000 Kozaków zna przy 
Chmielnickim w całym Czehrynie. Po odczytaniu listu na- 



I'WA LATA DZIEJÓW NaSZYCK. 17 

Stąpiły obrady oad jego treścią, w których O. Petroni Ła- 
sko według wzmianki listu Kisielowego do prymasa ..trafił 
na wielki ogień i burze i łiałasy", relacya jednak samegoż 
posła opowiada przeciwnie: ..Przyjęli wdzięcznie list, i obie- 
cali we wszystkiem słuchać Irnci Pana wojewody, to tylko 
przydawszy, żeby to nie było na zdradę, ponieważ mają 
wiadomość, że wojska się kupią, a Imść Pan wojewoda obie- 
cuje im uspokojenie i przc'.. :..;zenie występków od Rzeczy- 
pospolitej.'' 

Toż ufając tej łasce— prawił dalej Chmielnicki ze zna- 
ną nam kłamliwością w tej kwestyi — cofnęliśmy się w swo- 
je miejsca zwyczajne i Ordę wyprawiliśmy, lubo tak usilnie 
napierała się ruszyć w głąb Polski, żeśmy ją ledwie grozą 
oręża powstrzymać mogli. I posłowie do Rzeczypospolitej 
już odeszli, którzy jeśli z miłościwą wrócą odprawą, ude- 
rzymy całem wojskiem zaporozkiem na zbuntowane gdzie- 
kolwiek chłopstwo i tępić je będziem do szczętu. Niech 
więc pan wojewoda wesprze nas u Rzeczypospolitej swoją 
powagą, niech osobiście nawiedzieć raczy Kozaków, albo 
przynajmniej listownie jak najczęściej znosi się z nami. 
a nieochybnie sklei się zgoda. Tegoż samego zdania, o tę- 
pieniu chłopów za dobre przyjęcie posłów i o potrzebie 
częstych porozumień z Kisielem, była cała starszyzna w ra- 
dzie. Przebijał w niej widocznie duch zgody i pojednania. 
ożywiała ją nadzieja w pomyślne zakończenie waśni z Koro- 
ną. Osobliwie w skuteczność opieki Kisielowej i w nieza- 
wodnie łaskawą ztąd odprawę posłów swoich w stolicy wie- 
rzyła według sprawozdania O. Petroniego starszyzna. Do- 
piero w razie przytrudnych rokowań z Rzecząpospolitą za- 
mierzała starszyzna; w radzie czehiyńskiej ruszyć całem 
wojskiem na Zaporoże i ztamtąd dalsze toczyć układy. Zu- 
chwalsza zawsze czerń doradzała Chmielnickiemu uderzenie 
na włości. 

Po wysłuchaniu O. Łaska dano głos posłom czerkie- 
skim i moskiewskim, z których pierwsi nieśli obietnicę 
zbrojnej pomocy, drudzy, jedynie dla zbadania zamysłów 
Chmielnickiego zesłani, na zapewnieniach pokoju sąsiednie- 
go przestali. Po danych im odpowiedziach zasiadła cała 

Dzieła Karolu. Stajnochy Tjm JY. 2 



DZIELĄ KAKOLA SZAJ>'OCHY. 



rada z posłami i Chmielnickim do uczty, maogiem winem 
plądrowanych piwnic pańskich oblanej. Nazajutrz otrzymał 
O. Łasko drugą dla swego pana odpowiedź, powtarzającą 
oświadczenia wczorajszej rady i główne punkta odpowiedzi 
zaraz po przybyciu O. Laska przesłanej. W obudwóch li- 
stach uwiadamia Chmielnicki o spełnieniu wszystkich trzech 
rad Kisielowych i załącza do nich wiadomość czwartą, naj- 
ważniejszą w obecnej chwili, oznajmując swoją gotowość do 
uspokojenia Rzeczypospolitej od buntów chłopskich, jeśli ona 
wzajemnie łaskawą odprawę da jego posłom: „Rozesłali- 
śmy już uniwersały swoje po wszystkiej Ukrainie''- -opiewa 
między innemi odpowiedź pierwsza — ..aby wszyscy tak 
z wojska naszego zaporozkiego jako i z poddanych szla- 
checkich tej mieszaniny i szarpaniny poprzestali pod sro- 
g:em karaniem, życząc tego, abyśmy przy pierwszej łasce 
Jego król. Mci, którego nam Pan Bóg z łaski swej świętej 
zechce podać, i wszystkiej Rzeczypospolitej zostawać mogli." 
W tej zaś łaski odzyskaniu nikt Kozaków skuteczniej nad 
wojewodę Kisiela wesprzeć nie zdoła i jego też przed in- 
nymi wzywa Chmielnicki w imię spólnej wiary i krwi, aby 
..miłościwą przyczyną'' raczył być Kozakom u Rzeczypospo- 
litej, spełniając wiernie, co im zaprzysiągł. .,Dla Boga mój 
miłościwy Panie" — wmawia w Kisiela na mocy ogólnych 
wyrażeń jego listu dodana do pierwszej odpowiedzi cedu- 
ła — ,,dla Boga proszę Wmci, abyś mnie Wmć ^BlPan słowa- 
mi i obietnicami swemi zawieść w tem nie raczył, bom się na 
Wmć MMPana ubezpieczywszy, Ordzie kazał z ziemi naszej 
powrócić i samem sie z wojskiem powrócił, aby według 
przysięźonego słowa i paktów Wmć MMPana dosyć się sta- 
ło, boby to właśnie (strzeż Boże czego) na duszy Wmci za- 
wisnąć miało." 

Wtrąconem powyżej wyrażeniem o królu, ,, którego 
nam Pan Bóg z łaski swej świętej zechce podać'', przyzna- 
je sie Chmielnicki nakoniec do wiadomości o śmierci Wła- 
dysława IV, i wyraźniej jeszcze w „cedule" drugiego listu 
o niej nadmienia, prosząc Kisiela o zniesienie się z nim 
względem przyszłej elekcyi. Temi wzmiankami o zmarłym 
i nowym królu zamykają obie odpo wiedzie czehryńskie, obie 
na wpół zwodne na wpół rzetelne jak cała wyprawa poseł- 



DWA LATA DZLEJOW NASZYCH. 19 

ska O. Laska. Zwodne przypisaniem ostatnich kroków 
Chmielnickiego radom Kisiela, były one rzetelnemi i ważne- 
mi jedynie swojem oznajmieniem gotowości do ratowania 
Rzeczypospolitej od buntów chłopskich. Okrom listów po- 
świadczała tę gotowość nadto własna O. Petroniego relacya 
opiewająca o niej z miejscowego sprawdzenia rzeczy: ,, Mó- 
wił w obec wszystkich Chmielnicki, iż gdyby wysłani do 
Warszawy posłowie dobrze odprawieni wrócili, zechce na te 
kupy swawolne następować i znosić." Urn i '■^"" - tą mo- 
wą, tą odpowiedzią, w ogólności całem przyj ^.....^i pożegnał 
sie O, Łasko dnia 30 czerwca z Chmielnickim i Czehry- 
nem, dążąc spiesznie za wyprawionymi przed nim posłami 
kozackimi do króla, którzy wreszcie po różnych przygodach 
w drodze zbliżali się z plikiem listów i skarg do War- 
szawy. 

Tak jednocześnie dwa w ubogiej szacie poselstwa nio- 
sły Rzeczypospolitej od Chmielnickiego żądanie zawyroko- 
wania o jego i własnym losie, łaskawie lub niełaskawie 
przyjmując odeń zlecone obudwom poselstwom oświadcze- 
nia. Poselstwo zaporozkie miało oświadczyć, czego od Rze- 
czypospolitej domaga się Kozaczyzna, pose' tv.o Kisielowe 
oznajmić, czem Chmielnicki z Kozaczyzna we przeć chce na 
nowo zagrożoną Rzeczpospolitę. Od Rzeczyi spolitej więc 
zależało, aby przywróceniem Kozakom łaski i lawnych swo- 
bód ocalić sobie i Chmielnickiemu spoiną przpasć z-iiiie- 
nia, sobie od dalsz}-^d ;: V'jw z potworną spóilią Koz::.:r^va, 
chłopstwa i Ordy — Chmielnickiemu od srog::h następstw 
tej potwornej, zab '.:■. niego spółki. Co z tego dwoj- 

ga wybierze Rzeczpospolita, na dalszych ujrzymy kar:a y 



^I. Odprawa posłów kozackich. 



AY pierwszym tygodniu lipca, kilku dniami przed po- 
>viotem O. Petroniego do Huszczy, stanęli posłowie kozac- 
cy z listem do króla Władysława w Warszawie. Było ich 
czterech, Fiedor Jakubowicz, przezwiskiem Wiśniak, Hre- 
hory Bołdar przezwiskiem But, Lukijan Mozera i pisarz 
wojska zaporozkiego Iwan Pietruszeńko, wszyscy ludzie pro- 
ści i nieśmieli w wielkim świecie warszawskim, właściwie 
tylko oddawcy poruczonych im pism bez upoważnienia do 
rokowania z kimkolwiek. Mieli z sobą czeladzi trzech Ko- 
zaków w ośm koni i raczćj dla nadzorowania ich kroków 
niż gwoli czci przydanych im dwóch przystawców, jednego 
od książęcia Dominika Zasław\skiego w Dubnie, drugiego 
od wojewody Kisiela w Huszczy, dokąd posłowie kozaccy 
wstępowali po drodze. W W^arszawie zamiast królowi mu- 
sieli paść do nóg x. prymasowi i senatorom, od których 
naznaczony im został dzień 7 lipca do uczczenia zwłok 
królewskich na marach i posłuchania w senacie, gdzie do 
rąk prymasa złożyli przeznaczone królowi pisma. Mając 
nadto trzy listy do tyluż przyjaźniejszych Kozaczyźnie mi- 
nistrów, oddali dwa obecnym w Warszawie kanclerzowi w. 
kor. Ossolińskiemu i marszałkowi nadwornemu Kazanow- 
skiemu, bo nieobecny kanclerz w. lit. AlbryCht Radziwiłł 
swój trzeci dopiero po dniach kilku otrzymał. 

Wręczony senatorom list Chmielnickiego jest nam już 
znany. Towarzysząca mu „Instrukcya" wojska zaporozkie- 
go składała się z dwóch ustępów, ze skarg i żądań. Oba 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH 21 

ustępy skreślone dość szczegółowo lecz bardzo zwięźle do- 
szły nas jedynie w kilku nieurzędowych odpisach. W 11 
punktach zawarte skargi wyliczają tyleż różnych rodzajów 
ucisku Kozaczyzny od własnych pułkowników, od starostów 
i podstarościcb, arendarzów i żydów, w sądach i w domu, 
w codziennym zarobku przemysłem wojennym, handlem, 
myśliwstwem, rybołówstwem itp. Cztery główne żądania 
domagają się dawnych swobód, powiększenia regestru do 
12,000 głów z własnym wyborem starszyzny w pułkach, 
wypłaty żołdu od 5 lat wstrzymanego, nareszcie zwrotu za- 
branych na unią cerkwi greckich w Lublinie, Sokalu, 
w Krasnymstawie, Włodzimierzu i w innych miejscach. 
Przebaczenie występków poczytywa się zarównie w liście 
jak i w „Instrukcyi'' za rzecz samą z siebie wynikającą, 
i tylko w niektórych odpisach żądań mowa jest o odpusz- 
czeniu win Chmielnickiemu i ucisku za Potockiego. W o- 
gólności jak list tak i „Instrukcya" przemawiają tonem 
bardzo łagodnym, nie stawią bynajmniej cięższych warun- 
ków zgody nad owe dawne, które w nieskończenie skro- 
mniejszych dla Kozaczyzny czasach stawiane były w roko- 
waniach u Kurukowa roku 1625, pod Borowicą roku 1637. 
W obec to których dawnych i dzisiejszych tak umiarkowa- 
nych, tak niezmiernie korzystną 'pomocą przeciwko chłop- 
stwu wynagradzanych żądań 12,000 w^ojska, dawnych swo- 
bód, zwrócenia żołdu i kilku cerkwi syzmie odjętych, czem- 
że owe ogromne w blizkim czasie ustępstwa Korony na 
rzecz Kozaków w ugodach Zborowskiej roku 1649 i ha- 
dziackiej roku 1658, zapewniających Kozaczyźnie 40,000 
wojska, zniesienie unii, większą połowę Ukrainy na włas- 
ność! 

Sami też senatorowie warszawscy pochwalali Kozakom 
okazaną w nadesłanych pismach „pokorę", na którą przeto 
stosownie godziło się odpowiedzieć. Stosowną zaś odpo- 
wiedzią była w tym razie odpowiedź rychła, łaskawa, je- 
dynie bowiem łaską mogła Korona odzyskać wierność Ko- 
zaków i zapewnić sobie ich pomoc przeciwko ciiłopom. Je- 
dynież rychłością odpowiedzi dałoby się zapobiedz tak wiel- 
kiemu wzrostowi burzy chłopskiej, iżby mu już sama po- 



T^ZIKŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



moc Chmicluickiego nie wydołała, i możua było inne jesz- 
cze rotlzimo ukraińskie niebezpieczeństwo uchylić. Była 
niem głęboka, długo koleją łomanych sobie wzajemnych 
układów wykarmioua nieufność między Kozaczyzna, a Pol- 
ska, mianowicie Kozaczyzuy ku Polsce, nierzadko jak np. 
po złomaućj Pawlukowi przysiędze słuszna, najczęściej z po- 
twornie przesadzonych wieści urosła i takiemiż baśniami 
podtrzymywana. Ztąd każdemu bez wyjątku poselstwu Ko- 
zaków do Warszawy towarzyszyła obawa, aby zawsze z ja- 
kiemiś skargami i żądaniami wyprawieni posłowie nie odnie- 
śli połajania tam zamiast łaski, albo na gorsze jeszcze 
szwanki nie wpadli, a że to niekiedy zdarzało się rzeczy- 
wiście, przeto ilekroć powrót posłów do dłuższego prze- 
wlókł się czasu, ilekroć czemkolwiek bądźto w Warszawie, 
bądź w drodze zatrzymani zostali, zaw^sze rozbiegało się 
o nich mnóstwo zatrważających po Ukrainie pogłosek, że 
wtrąceni są do więzienia, na pal wbici itp. W obecnym 
razie niecierpliwiej niż kiedy oczekiwano nad Dnieprem po- 
wrotu posłów, wyżej niż kiedykolwiek podniosły się oba- 
wy. Zkąd lada dłuższe przytrzymywanie wysłańców przez 
panów senatorów w Warszawie mogło w^ najwyższym stop- 
niu zniepokoić Kozaków, niepokój ten mógł przeszkodzić 
dalszym układom, w straszne od Kozaków i chłopów nie- 
bezpieczeństwa podać ojczyznę. Jak więc łaskawie tak 
i rychło winni byli odpowiedzieć senatorowie. 

I byliby zapewne chętnie tak postąpili, mając po te- 
mu nietylko uniewinnienie w naglącej konieczności, lecz 
nadto i prawo starodawnego zwyczaju, który sprawy ko- 
zackie oddawał w ręce królewskie, a teraz w zastępstwie 
króla radzie senatu. Nie zdobyli się jednak senatorowie 
na śmiałość tak samodzielnego postępku, powstrzymani cią- 
głym jeszcze wstrętem ku owym Władysławo wym zamysłom 
pobudzenia narodu do wielkich czynów, Władysławowym 
zamiłowaniom w środkach i żywiołach wojennych, jego 
wreszcie skłonnościom do Kozaczyzny, co wszystko musia- 
łoby razić w łaskawćj odprawie posłów kozackich. Jak 
bowiem w sferach postronnych, w zagranicznych stosun- 
kach z Porta, Moskwą, Wołoszą, działał jeszcze zbawienny 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 2.3 



wpływ groźnych niegdyś rządów i planów Władysławowych, 
tak przeciwnie w samym kraju trwała ciągle dawna nie- 
chęć ku tym rządom i planom, mianowicie planowi podnie- 
sienia losu i korzystania z rycerskości Kozaków, których 
szlachta jak najzupełniej w chłopów obrócić chciała. Ztąd 
gdy teraz ową spieszną i łaskawą odpowiedź przyszło dać 
Chmielnickiemu, można było tern powszechniejszej burzy spo- 
dziewać się przeciwko nićj i jśj sprawcom, iż kilka świe- 
żych, przeciwnych Kozakom zdarzeń, ściągnęło na nich 
w tej chwili większą niż kiedykolwiek nienawiść i wzgardę 
szlachty. 

Głów^nem z tych zdarzeń było jednocześnie z kozac- 
kiem podjęte orędownictwo Kisiela, nierównie pomyślniśj 
od kozackiego prz}^'ęte. Kłamliwe w odpowiedzi Chmiel- 
nickiego twierdzenie, iż cały szczęśliwy dla Polski obrót 
rzeczy na Ukrainie jest skutkiem posłusznie przezeń speł- 
nionych rad Kisielowych, zyskało najmocniejszą wiarę nie- 
tylko w Huszczy lecz i w Warszawie. Dumny tą wiarą 
Kisiel nie wahał się w spiesznym liście do prymasa i sena- 
torów pisać o sobie i swojem dziele, iż przez najlichszego 
robaka P. Bóg ocalił Polskę od zguby. Senatorowie wzięli 
to za rzecz pewną, a prymas nadał orędownictwu Kisielo- 
wemu urzędową powagę, ogłaszając je zleconem od senatu, 
a rozumiejąc pod tem zleceniem zapewne ów list kanclerza 
kor. Ossolińskiego do wojewody Kisiela, którym kanclerz 
przynagla wojewodę do rokowań z Chmielnickiem, lubo lu- 
siel już przed listem kanclerza kor. Ossolińskiego dopełnił 
rokowania tego radą i prośbą u Chmielnickiego. Dzięki 
ogłoszeniu prymasa i mnogim doniesieniom Kisiela roz- 
brzmiała szeroko chwała jego poselstwa O. Łaska do Chmiel- 
nickiego, upowszechniło się błędne mniemanie, iż cale te- 
raźniejsze uspokojenie ojczyzny zasługą jest Kisielową. 
A jak z każdego błędu tylko szkoda rośnie błądzącym, 
tak i złudne uczczenie dzieła Kisielowego ukarało się dot- 
kliwie obudwom omamiającym się stronom. Ojczyźnie i Ki- 
sielowi. 

Nie zdoławszy zrozumieć carogrodzkiej zasługi Wła- 
dysława IV, szukając jej w innej stronie i innym mężu po- 
zbawił się naród świadomości tój dobrej, tej przeznaczeniem 



•24 



DZIEŁA KAROLA SZA.IN^OCHY. 



nakreślonej mu drogi ratunku, którą, doszło go chwilowe 
ocalenie Władysławowa, i po którćj winien był iść dalśj 
ku całkowitemu zbawieniu całkowita w duchu Władysławo- 
wym łaska i przebaczeniem Ivozakom. Czego jednak nie 
uczyniwszy, na zwodny owszem Ivisielowego ocalenia mano- 
wiec wszedłszy, dał się naród obłąkać urojeniu, jakoby sa- 
mcmi radami Kisielowemi przejednany Chmielnicki okazał 
się jedynie dla tego tak skłonnym do ustąpienia, iż siłom 
Kozaczyzny nie ufał, iż pomny dawnych doświadczeń mnie- 
mał ją niezdolną dotrwać ostatecznie Koronie, i że należy 
Polakom przybrać tylko groźną postawę, aby do najtward- 
szych warunków zmusić Kozaków. Nie przebaczyć win 
Chmielnickiemu! było powszechnem okrzykiem szlachty, śle- 
pej na straszne doświadczenia ostatnich klęsk a ślepćj za 
karę swojćj niewdzięczności dla Władysława, za niewdzięcz- 
ne zapoznanie jego zbawczej zpoza grobu opieki, za upa- 
trzenie jej nie w rzetelnej potędze Władysławowych wpły- 
wów pośmiertnych lecz w mniemanej małoduszności Kozac- 
twa. A karą upartych zaślepieńców jakże srogo ucierpiał 
wnet cały naród! 

I nie tem jednem ucierpiał, iż nie wszedł na drogę 
sprawiedliwości względem Kozaków. Złudna zasługa Kisie- 
lowa zaszkodziła samemu Kisielowi najcięższemi skutkami. 
Okrzyczany niezasłużenie zbawcą ojczyzny, zarówno Polsce 
jak Chmielnickiemu niezbędnie w dalszych rękowaniach po- 
trzebny, rozbudził tem Kisiel wiele najrozmaitszych zazdro- 
ści, podejrzeń i obaw przeciwko sobie. Jedni lękali się je- 
go coraz głośnicjszćj wziętości w spółziemiaństwie, dającśj 
mu łatwość otoczenia się rzeszą śmiałych stronników, z któ- 
rymi w bezkrólewiu dzisiejszem mógłby targnąć się na pra- 
wa i wolności krajowe, obrać według własnej myśli króla 
nowego. Drugich trwożyło wielkie oddawna znaczenie Ki- 
siela w Kozaczyźnie, którem prawie cudownie wymógł tyle 
już na Chmielnickim, a w które ostatniemi czasy jeszcze 
wyżćj ró>ł u Kozaków, jako jedyny ich spółplemiennik 
i spółwierca w senacie, jedyny w rządzie koronnym obroń- 
ca i poradnik ludu ruskiego. Od nagłych uniesień czci 
dla Kisiela przeszła szlachta również nagle do posądzenia 
go o najniebezpieczniejsze zamysły; w listach najpierwszych 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH 



obywatelów kraju jak podczaszy kor. Ostroróg, jak kanclerz 
w. kor. Ossoliński, znachodzimy częste wynurzenia podej- 
rzliwości o wojewodzie bracławskim, a sam książę Domi- 
nik na Zasławiu, któremu Kisiel osiągnienie buławy regi- 
mentarskiej ułatwił, pisze do senatorów z przygrawką do 
swego własnego promotora i do jego związków z ludem 
kozackim: „Pogotowiu w Rzeczypospolitej popsowanój nie- 
trudno o taką głowę, do którśj lud swawolny garnąć się 
może. Snadno w tycłi krajach o takowego, który mając 
u tego chłopstwa egzystymacyą, uczyniwszy sobie sprawą 
prywatną urazę u Rzeczypospolitej, wznieciłyby burzę. Je- 
śli tedy takowego lwa w Rzeczypospolitej cierpieć pozwoli- 
my, gotujemy się być mu niewolnikami..." 

Za każdem z takich poduszczeń przymnażało się nie- 
przyjaciół autorowi missyi czehryńskiej. Ponieważ zaś każ- 
dy jego przeciwnik bywał w następstwie przeciwnikiem Ko- 
zaków, z których Kisiel wszelką moc swoją czerpał i któ- 
rymi głównie strasznym był szlachcie, przeto i z Kisiela 
przyczyny zwiększał się Chmielnickiemu codziennie tłum 
nieprzyjaciół pomiędzy szlachtą. Przybył owszem teraz 
wodzowi kozackiemu z innej, trzeciej przyczyny, w osobie 
naczelnego regimentarza książęcia Dominika na Zasławiu 
bardzo szkodliwy wróg, gdyż jeśli nie na czele rycerstwa 
tedy kupą popleczników na sejmie groźny, a jedynie z nie- 
udolnćj ambicyi wrogi dziś Chmielnickiemu. Ambicyą tą 
dopiął książę niezasłużenie swego wodzowstwa, i ona też 
znosić musiała za to ową burzę protestacyj i krzyków, któ- 
rą wszystkie zgromadzenia i sejmiki szlacheckie podnosiły 
teraz przeciw jego niezasłużonemu regimentarstwu, a od 
której książę pewnym osobliwszym fortelem ochronić się 
umyślił. Widząc dzisiejszą nienawiść obudwóch stanów do 
Kozaczyzny, kazał książę ogłosić się wszędzie nieubłaga- 
nym jśj wrogiem, a sam tak żarliwie gardłował przeciw 
Kozakom i udzieleniu im przebaczenia, tak szumnie zapo- 
wiadał blizkie ich wytępienie swoim orężem, iż wielu nie- 
przyjaciół Chmielnickiego stało się za to najgorętszymi 
stronnikami książęcia, wielu zaś jego stronników gwoli 
książęciu zamieniło się w najżarliwszych nieprzyjaciół Ko- 



26 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

żaków. Na nich więc jako na mniej strasznych już od ustą- 
pienia z pod Białejcerkwi, jako na spólników mniemanych 
zamachów Kisielowych, wreście jako na ofiary agitacyi ksią- 
żęcia Dominika, spadł teraz gniew wszystkiój szlachty, mio- 
tającej się z coraz większą wzgardą, zawziętością i otuchą 
zwycięztwa przeciw Chmielnickiemu i całemu buntowi. 

Łatwo więc pojąć z tego wszystkiego, iż w takim sta^ 
nie umysłów większśj części narodu nie śmieli senatorowie 
warszawscy odpowiedzieć w własnem imieniu posłom ko- 
zackim, a zwłaszcza odpowiedzieć łaskawie. Aby jednak 
czemkolwiek próżnię działań zapełnić, odpowiedziano Chmiel- 
nickiemu tymczasowie dwoma listami, z których jedaym 
przemówił do niego arcybiskup w imieniu obecnych w War- 
szawie senatorów, drugim kanclerz w. kor. Ossoliński od 
siebie. Obaj oświadczają się w swoich listach życzliwie, 
pocieszając Kozaków nadzieją łaski i przebaczenia lecz do- 
piero na blizkiej konwckacyi, do którćj też posłów i osta- 
teczną zatrzymują odprawę. Miało to zdaniem szlachty wy- 
starczyć Chmielnickiemu, a panowie senatorowie w zbioro- 
wym liście prymasa mniemali zwiastować mu wielkie ,, mi- 
łosierdzie" Rzeczypospolitćj, gdy jedynie tyle przyrzekli od 
niej Kozakom za ich pokorę, iż ,,jako dobrotliwa matka ła- 
skawem na was może spojrzeć okiem, do którćj się i my 
o toż przyczyną i powagą naszą włożymy." Ale i tę bła- 
hą pociechę zniweczono Kozakom nie wyprawieniem listów 
natychmiast lecz zatrzymaniem onych przez dwa tygodnie 
w Warszawie, zkąd dopiero razem z główną odpowiedzią 
konwokacyi doszły rąk Chmielnickiego. On tymczasem od 
kilku tygodni bez żadnych wieści o swoich posłach niepo- 
koił się z całą Kozaczyzna ich losem, obawiając się dla 
nich o\Nych niebezpieczeństw w Warszawie, które zdaniem 
Kozaków otaczały tam zawsze ich posłów. Teraźniejszym 
wysłańcom, według przesadnćj rachuby w przytoczonym da- 
wniśj liście pułkownika Kozaków Krzywonosa, liczono w o- 
becnśj chwili już 5 tygodni od wyjścia, dość znaczny prze- 
ciąg czasu, mniemali żarliwcy kozaccy jak Krzywonos, aby 
w nim z odpowiedzią wrócić z Warszawy,' jeśli komu łba 
tam nie utną. Szczęściem więc było dla Rzeczypospolitej, 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 



iż W niedługim już czasie, bo w dwóch niespełna tygo- 
dniacli, nadejść miał w Warszawie termin odprawy posłów 
kozackicłi, rozpocząć się sejm konwokacyjny. 

Rozpoczął się on dnia 16 lipca we czwartek w szczu- 
płej liczbie niespełna trzydziestu senatorów i ledwie w po- 
łowie, zwyczajnie razem 224, zgromadzonych na sejm kon- 
wokacyjny posłów izby rycerskićj. Zagaił się szeregiem 
wstępnych uroczystości w kollegiacie św. Jana i na zamku 
w salach obrad sejmowych. Jak ołtarze świątyni tak i „świe- 
tne senatu wspaniałego purpury" — przemawia w jednćj 
z pierwszych chwil sejmu młody poseł województwa ruskie- 
go, Andrzćj Maksym. Fredro — „tak i dolna sala poselska 
i zasiadające w nich grona obradne, cała nawet ich służba, 
smutnej żałoby okryte były czernidłem." Tak smutno też 
i żałobnie zabrzmiał pierwszy z głosów sejmowych, gdy za 
powrotem z świątyni i zgromadzeniem się obu stanów 
w swoich osobnych miejscach posiedzeń ozwał się sędziwy 
arcybiskup gnieźnieński w senacie mową jak zwykle cichą, 
rzewną, obfitemi łzami nieszczęścia ojczyzny opłakującą. 
Pocieszyło po niej dopiero pożądane oznajmienie z izby 
poselskiej, iż młodsi bracia obrali sobie tymczasem jedno- 
głośnie marszałka, czem rozpoczęcie obrad znacznie przy- 
spieszone zostało. Wziął zaś tę godność znany nam z sejmu 
roku 1646 generał wielkopolski Leszczyński, ciekawy przy- 
kład wczesnych starań o pozyskanie łaski poselskiej. 

Jeszcze na miesiąc przed konwokacyą zgłosił się słyn- 
ny z nauki podkomorzy poznański, w rok później marsza- 
łek nadw^orny kor., Opaliński do sw^ego „stryja", kanclerza 
w. Ossolińskiego z prośbą o forytowanie go do marszałko- 
stwa na kon\vokacyi. Ale kilku tygodniami już pierwej — 
odpowiada kanclerz kor. ,, synowcowi" swojemu listem z d. 
26 czerwca, zażądał od kanclerza tej samej przysługi pod- 
kanclerzy kor. i biskup chełmiński Jędrzój Leszczyński dla 
swego także synowca, Bogusława, starosty wielkopolskiego, 
a że kanclerz i podkanclerzy koronni żyją z sobą w nie- 
zgodzie, niesłuszna Ossolińskiemu drażnić proszącego prze- 
ciwnika odmową. Najlepiej zatem spróbować porozumienia 
i zgody, do której obaj spółzawodnicy powinni by się skłonić 
tem łatwiej, iż obaj w młodszych już leciech piastowali 



2S 



DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



laskę sejmowa, Opaliński w roku 1G35, Leszczyński 1641, 
a tern samem nie o pierwszśj już dla nich nowości nagrodę 
walczą. Jakoż za doszłem rzeczywiście porozumieniem ustą- 
pił synowiec kanclerski synowcowi podkanclerskiemu, a za- 
pewniony tern wybór generała wielkopolskiego dozwolił roz- 
poczętej dziś konwokacyi już w dniu następnym do właści- 
wych przystąpić obrad. 

Przystąpiono do nich po osobnem nabożeństwie u zwłok 
królewskich, uczczonych dwoma kondolencyjnemi mowami 
prymasa i nowego marszałka izby poselskiśj Leszczyńskie- 
go. Po nabożeństwie połączyły się oba stany sejmowe w sali 
senatu dla wysłuchania zagajającej każdy sejm propozycyi. 
Jako głos króla bywała ona czytaną zwyczajnie przez kan- 
clerza w., dziś w bezkrólewiu przyszło ułożyć i odczytać ją 
prymasowi, lecz dla znanćj słabości głosu wyręczył go w tern 
sekretarz w. kor. X. Gębicki. Ten w krótszych niż zwykle 
słowach zdał sprawę z niemnogich zaiste czynności senatu 
od czasu śmierci królewskiej, w których liczbie obok zwy- 
czajnych zarządzeń wojennych i skarbowych nie usłyszano 
nic ważniejszego nad opóźnione i zewszechmiar bezużyte- 
czne wysłanie gońca do Porty. Młody bowiem ubogi goniec, 
litewski szlachcic Gazuba, zamiast okazałego „wielkiego 
posła'- wysłany, rozgniewał Porte, zwłaszcza przybywszy 
jedynie z żądaniem tego, co wezyr na uprzednie listy he- 
tmana w. Potockiego, kanclerza w. Ossolińskiego i hospo- 
dara Lupuła już był uczynił, a przybywszy nadto w porze, 
kiedy wielkie zaburzenia w stolicy przygotowywały się prze- 
ciw wezyrom i cesarzowi Ibrahimowi. Nie większej wagi 
wysłaniec zaniósł chanowi Islamowi odpowiedź na jego list 
do króla, odpowiedź nie mnićj wprawdzie hardą jak list 
Islamów, ale co do głównej w nim sprawy haraczu, tę wy- 
rokowi konwokacyi pozostawiono. Do sejmu też dzisiejszego 
odroczył senat odprawę posłów kozackich, a całe uspoko- 
jenie Chmielnickiego przypisuje propozycya poleceniu se- 
natu. 

Po wyliczeniu tych nieudolnych czynności następuje 
w propozycyi nie wiadomość o jakimś większym czynie lecz 
krótka, zbawienna rada, która zdołałaby pojednać nasz pro- 
pozycya. Ptozum i serce pochylonego nad grobem starca, 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 29 



kapłana, zastępcy króla, zalecają w niśj narodowi dawną, 
jedyną, przeznaczeniem i gieniuszem Batorych, Żółkiewskich, 
Władysławów wskazaną drogg ratunku, drogę przebaczenia 
Kozakom i spólnej wojny z pogaństwem. „Co do wewnę- 
trznego i zewnętrznego bezpieczeństwa ojczyzny" — słowa 
rady arcybiskupiej— „podaje naprzód Wmść moim Mściwym 
Panom (ks. arcybiskup) do uwagi i prędkiój a nieodwło- 
cznej rezolucyi odprawę posłów kozackich, i jakimby z nimi 
stanąć sposobem. Rozumie jednak z pożytkiem być Rzeczy- 
pospolitej, aby teraz ten występek im przebaczyć, a prze- 
ciwko samym Tatarom wziąwszy się połączonemi siłami, 
Ukrainę uspokoić, w tych zaś prośbach kozackich komisa- 
rzów naznaczyć.'' — Poczem zwrot do Kisiela, który na 
prośby arcybiskupa „zjechać tu raczył" dla informacyi 
Rzeczypospolitej z całój wojny z Chmielnickim, a od wszyst- 
kiej Rzeczypospolitej godzien jest wdzięczności i podzięko- 
wania, że przy łasce bożćj tę straszną chmurę na zgubę 
ojczyzny staraniem swojem rozerwał i tak ciężką klęską 
przygnębionej ojczyźnie dzisiejsze uspokojenie z bezprzy- 
kładną pieczołowitością i szczęściem sprawił." 

Przyjęło zgromadzenie tę pochwałę Kisielową wcale 
ozięble. Osobliwie posłowie bądźto własnem, bądźto swoich 
senatorskich chlebodawców zdaniem wiedzeni, oziębłość Ki- 
sielowi, niechęć całej sprawie kozackiej okazywali. Nie 
umniejszyła się tem przecież ciekawość, z jaką całe koło 
poselskie czekało na zapowiedzianą informacyą Kisiela 
o buncie Chmielnickiego. Skoro więc propozycya po wnie- 
sieniu reszty przeznaczonych do rozwiązania na sejmie 
spraw zamknęła czasem trwania konwokacyi, porą elekcyi, 
podarkami krymskimi, zaciąganiem i poborem na nie, po- 
wtórnem zaleceniem rychłej odprawy posłów, zażądał biskup 
kujawski Gniewosz odczytania przybyłych z posłami koza- 
ckimi listów i pism, po których wysłuchaniu podniosło całe 
zgromadzenie głos do Kisiela, aby dał relacyą o wszystkich 
kolejach powstania Chmielnickiego. Na co w^ojewoda bra- 
cławski rad przyzwoliwszy, opowiedział szczegółowe cały 
przebieg początkowego sporu, dalszej wojny i ostatnich je- 
dnań z Chmielnickim, zwłaszcza przy wzmiankach łagodzą- 
cych winę Kozaków z widocznem niedowierzaniem słuchany. 



30 DZIELĄ KAROLA SZAJNOCHY. 

Pierwszą pobudkę do orędownictwa O. Petroniego w Cze^ 
hrynie przypisuje Kisiel w istocie poleceniu senatu, a dla 
przyspieszenia odprawy posłów kozackich wspomniał o po- 
gróżce rezydującego przy Climielnickim murzy krymskiego, 
iż jeżeli nie stanie rychło zgoda między nim a Koroną, chan 
z Ordą na nowo wkroczy do Polski. Razem uczyniła relacya 
Kisiela tak niekorzystne na uprzedzony stan rycerski wra- 
żenie, iż gdy arcybiskup pod koniec posiedzenia powstał ze 
swego krzesła i złożył wojewodzie publiczne podziękowanie 
od senatorów, koło poselskie nie powtórzyło ze swojśj stro- 
ny tego aktu uznania, i głuchem milczeniem pożegnało 
Kisiela i posiedzenie. Przed pożegnaniem była też wzmianka 
o jakimś Dyaryuszu Chmielnickiego, w którym to Dyaryuszu 
o listach Kozaków do króla Władysława szerzśj ma być 
mowa. 

Sesya jutrzejsza, w sobotę dnia 18 lipca, zaczęła si§ 
daleko wcześniej niż zwyczajne sesye sejmowe. Już w pier- 
wszym dniu konwokacyi wysłali panowie senatorowie dwóch 
kasztelanów z wnioskiem do posłów, aby obadwa stany 
o ósm^j godzinie z rana zbierały się na obrady, co posło- 
wie wdzięcznie przyjęli. Odtąd wszystkie czynności konwo- 
kacyi przybierają z dniem każdym ruchu, pospiechu; widać 
pewną chęć skrócenia dni bezkrólewia. I tak dla przyspie- 
szenia elekcyi ograniczono konwokacyą postanowieniem dzi- 
siejszej sesyi do dwóch tygodni, sama zaś elekcya miała 
się odbyć w czasie zwyczajnym tj. w 6 niedziel po konwo- 
kacyi. Wszyscy czuli gorąco potrzebę nowego króla, wszyst- 
kim król, jak w roku 1646 zdawał się ciężkim i niebezpie- 
cznym, tak w roku 1648 był rzeczywiście pożądanym 
i zwłaszcza w obec Kozaków i ludu nieodzownie potrze- 
bnym. W nim jednym bowiem mieli Kozacy i lud zaufa- 
nie, jako w jedynym wszystkich części narodu opiekunie, 
nie w bezkrólewiu jak dzisiejszy sejm i wszystkie inne, 
które z samej szlachty złożone i czyto z królem czy bez 
króla wszechwładne, o samćj tylko szlachty dbają pożytek* 
Ztąd nieprzyjaciel każdego bezkrólewia, pragnął mu lud 
czemprędzej końca wyborem nowego króla, spodziewając się 
po nim łaskawej naprawy krzywd, a gotów zato poniechać 
buntów, wrócić do uległości. O czem dobrze wiedząc szła- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 31 



chta sejmowa, była i z tej przyczyny rada nowoobranemu 
królowi, starała mu się uprościć drogę do berła uniknięciem 
zbytecznycli na sejmie rozpraw, sporów, wielości słów. Zy- 
skały na tem w szczególności obrady sejmu teraźniejszego, 
nad dawny tryb sejmowania raźne, umiarkowane, osobliwie 
w swoich początkach zgodne. Najbliższym tego objawem 
była sesya dzisiejsza, zagajająca kilkudniowy szereg zdań 
senatorskich, naprzód duchownych następnie świeckich w obe- 
cnym razie głównie rozważeniem sprawy kozacko-krymskiej 
zajętych. Poprzedzając zaś obrady izby poselskiój mogły 
wota senatorskie posłużyć niejako za przewodnie głosom 
poselskim, pociągnąć je przykładem zacnej rady arcybisku- 
piój na drogę przygarnięcia łaską Kozaków, i w dwójnasób 
uróść tem w znaczenie na sejmie. 

Owoż w istocie większa część senatorów oświadczyła 
się przychylnie dla Kozaków. Najświetniej w tym względzie 
wypadł dzisiejszy pierwszy dzień wotów, w którym według 
upewnienia Pamiętników Radziwiłłowskich ,, wszyscy senato- 
rowie", tak duchowni jak świeccy, doradzali odprawę posłów 
kozackich „z kondonacyą" i naznaczenie komisyi. Między 
innymi ks. Łucki, Jędrzej Gębicki, „egzagierując niezliczone 
oppressye, które się Kozakom przez pany ukrainne i ich 
urzędniki działy, i one być przyczyną wojny teraźniejszej 
udając, na amnestyą pozwolił, dodając, że ich potrzeba 
około ich praw zachować." Najchłodniej może przemawiał 
dziś za Kozakami znany ich przyjaciel a niedawny ,.amne- 
styi" dla nich doradca, kanclerz w. kor. Ossoliński, przeciw 
zwykłej kolei wotów dopuszczony do głosu. Uprosił on go 
w szczęśliwej przerwie dręczących go cierpień ciężkiej cho- 
roby, dla których jutro nie mógłby mówić zapewne, a z któ- 
remi łączyły się inne, nierównie sroższe cierpienia, czyniące 
kanclerza w. jednym z najnieszczęśliwszych ludzi tej chwili. 
Oprócz bowiem srogich cierpień kamienia, któremi w tylu 
listach uniewinnia swoich odpowiedzi spóźnienie, oprócz 
strasznych przeciw niemu hałasów po całym kraju za mnie- 
mane podniecenie buntu Kozaków, ugodziła go nadto przed 
miesiącem śmierć jedynego syna Franciszka bydgoskiego 
i lubaczewskiego starosty, w każdym prawie dzisiejszym 
liście kanclerskim opłakiwana jako wieczna „żałoba i strata 



82 DZIELĄ KAROLA SZAJNOCHY. 



jedynych pociech ojcow?;kich". A złomany takiemi ciosami 
osobistemi musiał Ossoliński dla zgrzybiałego wieku arcy- 
biskupa dźwigać cały ciężar publicznych trosk, cale brzemię 
rzj^dÓNY uarodu, który mu nigdy nie sprzyjał a teraz, wła- 
śnie z największem niezadowoleniem nań patrzył. Nie dziw 
więc, że chwilowo upadł na duchu, iż w tegorocznych czyn- 
nościach swoich nie uderzał już dawniejszą samodzielnością, 
a dzisiejsza mowa jego bez ognia głównie własną obroną 
od zarzucanego mu autorstwa buntów kozackich i suchem 
wyliczeniem podrzędnych czynności dyplomatycznych zajęta, 
bardzo nieśmiałą wzmianką zbyła Kozaków. Jedynie w ró- 
wnież ważnej sprawie osierocenia Korony wróciła Ossoliń- 
skiemu dawna gorącość miłości dobra pospolitego, i za 
najpierwszą potrzebę kraju poczytując wybór nowego króla, 
o jaknajbliższy termin elekcyi błagał w swój mowie. 

Następny dzień zdań senatorskich, poniedziałek, 20 
lipca, okazał niemniejszą wyrozumiałość Kozakom. Zwrócili 
na się mowami swemi uwagę zwłaszcza biskup poznański 
Szołdrski, wojewoda podlaski Ciołek Chądzyński, kasztelan 
wojnicki Michał z Tarnowa, zalecając odpuścić winę Koza- 
kom a żądany od chana trybut obrócić na płacę wojsku. 
Dziś też „Pan Sobieski, który idąc z Kudaku w pewnym 
sekrecie do Rzeczypospolitej, dostał się do Chmielnickiego, 
który go z tą kondycyą puścił, aby Rzeczypospolitćj imie- 
niem jego niektóre punkta powiedział. Uczynił tedy relacyą^ 
że Chmielnicki chce się uspokoić, prosi o miłosierdzie, ży- 
czy pokoju, a zachowania przy prawach swoich żąda. Po- 
wiedział pan Sobieski, że na czółny dał mu pieniądze Król 
BIĆ śp. A gdy go spytał pan Sobieski: czemuś sobie z Rze- 
cząpospolilą tak postąpił? — „bom z towarzystwem mojem 
był wielce utrapiony i uciśniony i ukrzywdzony, a sprawie- 
dliwości nie mogłem dostąpić. Nalazłoby się suplik wielkie 
pudło do Króla Bici, ale Król Bić choćby był chciał uczy- 
nić sprawiedliwość, nikt go u was nie słucha. Zaczem kazał 
nam wolności szablą dostawać." Słyszał też to między Ko- 
zakami pan Sobieski (bo był zatrzymany pięć dni u Chmiel- 
nickiego, który wprzód miał radę tajemną z swoimi asa- 
wułami, niż to z nim rozmawiał i konferował), iż oni tej 
nadzieje są, i tak mówili mu: „Wy chudzi pachołcy, co się 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 33 

teraz szlachtą chrzcicie, będziecie bojarami, a tylko pano- 
wie wasi szlachtą będą, a król jedyną głową, którego wy 
i my wszyscy słuchać będziecie samego." A nie wiedzieli 
jeszcze o śmierci królewskiej. — Po tej legacyi Sobieskiego 
z Kudakii „czytano list pod datą ostatniego marca z pod 
Korsunia pana Krakowskiego do króla JMci, dając wielkie 
przyczyny, dla których musiał się przeciwko Kozakom ru- 
szyć." Po tym liście możny na Ukrainie sąsiad Kozaków, 
a ztąd niedawno przyjaznym od nich listem obesłany, mar- 
szałek nadworny kor. Kazano wski wygłosił w swojej mowie 
ów uniewinniający Kozaków ustęp, który z takiej niewoli, 
„jaką niebożęta cierpieli^' — nietylko do Tatarów ale do 
samego piekła zrozumiałą mniemał ucieczkę, a w którym 
przecież nie umie marszałek ofiarować Kozakom nic więcój 
za to nad nowe forum. ,,Zaprawdę dosyć się stało ordyna- 
cyi Rzeczypospolitej na pohamowaniu ich przeszłej swa- 
woli" — ciągnie dalej ustęp Kazanowskiego — ,, kiedy ko- 
misarz Polak, pułkownicy Polacy, załogi na Zaporożu z Po- 
laków ustawiczne były, słusznie też było i ordynacyą Rze- 
czypospolitej uczynić i forum naznaczyć z tymi, którzyby 
byli śmieli Kozaków oprymować i krzywdzić. Co iż się 
wtenczas nie stało, życzę z miejsca mego, aby się Kozakom 
satysfakcya w tern stała..." Tak skromne wyobrażenie o mie- 
rze należących się Kozakom praw i wolności mieli najgo- 
rętsi ich przyjaciele w senacie, a i oni nawet poczytywani 
bywali za pokrzywdzicieli Rzeczypospolitej, za podżegaczów 
do buntu, gdy zaś w kilka dni po mowie Kazanowskiego 
przyszło do rozpraw o postawionych przez Chmielnickiego 
warunkach, mianowicie o żądanem przezeń zwiększeniu 
wojska do 12,000, rozgniewany tem podkanclerzy Leszczyń- 
ski zaprotestował przychylniejszym głosom twierdzeniem iż 
„dla zachowania powagi Rzeczypospolitej dość będzie Chmiel- 
nickiemu jeden tysiąc lub drugi." I na takiem wszakże 
poniżeniu Kozaków nie przestając, groziło im w senacie 
niemało jeszcze przeciwników szkodliwszych, którym żadna 
broń, żadna zdrada, nawet jawne złomanie wiary, nie zdały 
się nazbyt srogiemi ku ich zagładzie. Nim do rezultatu 
obrad poselskich o Kozakach przejdziemy, poznajmy jeszcze 
dwa senatorskie przykłady takich ostatecznych względem 

Dzieła Karola Szajnochy T, X, 3 



:u DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

nich usposobień, jeden przykład mądrej ale nieśmiałćj ży- 
czliwości, druu:i szalonój, sromotnie później skaranśj buty. 
Pierwszym przykładem był nieobecny zwykle dla sła- 
bości zdrowia na sejmach, lubo na teraźniejszym od biskupa 
poznańskiego Szołdrskiego do naczelnćj buławy proponowany, 
wojewoda krakowski Lubomirski, mimo nieobecność swoją 
wiolorako wpływający na konwokacyą. Wielu bowiem mniej 
możnych panów senatu a jeszcze więcej posłów kierowało 
się bezwzględnie senatorską poradą wojewody, którą on 
przed każdym sejmem nie zaniedbywał oświecać sejmiki 
województwa swojego. W obecnym razie mogło to oświe- 
canie większy niż kiedykolwiek przynieść pożytek, usposa- 
biając do łagodniejszego sądzenia sprawy kozackiej, za 
którą pan wojewoda krakowski jak nieraz w młodszych la- 
tach, jak niedawno w listowych radach nieścigania Chmiel- 
nickiego na Niż, tak obecnie w liście do szlachty sejmiku 
proszowickiego pod dniem 24 czerwca przemawia. Ale prze- 
mawia po zwyczaju słowami nazbyt miękkiemi i nieśmiałe- 
mi, aby którego z gorętszych przeciwników Chmielnickiego 
odwieść mogły w Proszowicach od swojćj zawziętości, za- 
wierając tylko następujące rozumowanie na rzecz Kozaków. 
,, Wierzcie i temu, że wojna z własnym ludem różna jest 
daleko od wojen inszych. W tych zwycięztwo sławę i szczę- 
ście rodzi, w tamtćj jak zwycięztwo tak klęska zarówno 
szkodzą. Dać się pobić strzeż Boże! swoich zaś wybić siebie 
zniszczyć. Moderacyej tu wielkiej i prudencyej potrzeba, 
choć do ostateczności exacerbowani jesteśmy...'- I nic już 
więcćj nad to gołe upomnienie do raoderacyi. Jak wymo- 
wną zaś i przedsiębiorczą była owa wspomniona tu exa* 
cerbacya, okaże ów drugi przykład ostateczności senator- 
skich zdań o Kozakach, uosobiony w znanym nam książeciii 
Dominiku na Ostrogu Zasławskim, niedawno spodziewanym 
poskromicielu Kozaków powagą i łagodnością, dziś najgło- 
śniejszym zapowiadaczu wytępienia ich ogniem i mieczem. 
Nie chciał książę z Zasławia obecnością swoją na sej- 
mie rozbudzić na nowo led.vie ucichłych przeciw sobie ha- 
łasów, a chciał surowym ile możności głosem przeciw Ko- 
zakom ująć do reszty opinię sejmu, złożyć senatorskie zdanie 
swoje w sprawie kozackiej. Owocem tego był nie tak list 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 86 

jak raczój piorunujący przeciw Kozakom manifest do całśj 
Rzeczypospolitej, skreślony w Dubnie dnia 14 lipca a od- 
czytany na dzisiejszem posiedzeniu sejmowem 20 t. m. je- 
den z najjaskrawszych napozór aktów możnowładczśj tam- 
tego czasu wzgardy i niechęci dla ludu w ogólności. Od- 
stępując bowiem od zwyczaju odróżniania Kozaczyzny od 
chłopów, stawia manifest zasławski tamtą i tych na równi 
z sobą, co jak niezmiernie mierziło Zaporożców, tak prze- 
ciwnie trafiało do najfundamentalniejszych w tym przed- 
miocie pojęć i życzeń szlachty, pragnącej właśnie powsze- 
chnego zchłopienia tak Kozaków jak wszelkiej ludności 
sielskiój. Gwoli temuż życzeniu rozpoczyna książę swoją 
odezwę zespoleniem właściwój wojny kozackiej pod Chmiel- 
nickim z dalszemi łotrowstwami chłopskiemi w Tulczynie 
i gdzieindziej, i przebiegłszy pokrótce szereg tych spólnych 
gwałtów kozacko-chłopskich ciska swoje pioruny przeciwko 
„chłopom'^ w najogólniejszem znaczeniu, mianowicie przeciw 
ofiarowanej Kozakom przez niektórych senatorów ,,amni- 
styi". — ,?Więc za takiemi zadatkami nakazują sobie pod 
najniegodziwszemi warunkami amnistyą, nie proszą o nią. 
Ale ja jako senator i wolny w ojczyźnie mojej obywatel 
chwalić tćj amnistyej nie mogę, wyjąwszy żeby wszystka 
chwała nasza fałszem była u postronnych narodów. Serce 
bowiem truchleje wspomniawszy, kiedy najplugawszy stek 
ludzi, purgament nasz, na karki nasze obcego i to jeszcze 
barbarzyńskiego wroga zaciągnąwszy, ciężkiej niewoli nas 
nabawiają. A za to jeszcze amnistyą dać sobie każą wolne- 
mu narodowi, tyrańskie prawa dając! Pytam, gdzie jest na- 
ród tak barbarzyński, któryby mógł to wytrwać! Przynaj- 
mniej litość nad taką nędzą i pamięć tćj niewoli, którą 
ucierpieliśmy, nie każą tak sromotnej zgody zawierać." 

A z tej zgody, z tej amnistyi, jakiż pożytek? Naj ucią- 
żliwsze warunki, z których pierwszym 12,000 ludu zbroj- 
nego pod wolno obranymi wodzami, aby z tych 12,000 uro- 
sła niebawem stokroć większa kupa swawolna, ci zaś wolno 
obrani wodzowie, aby ciężarem stali się własnćj ojczyźnie, 
hardymi „lwami", którym wkrótce przyszłoby poddać karki 
w niewolę. Takaż kondycya druga, zażądane przez Kozaków 
zwrócenie cerkwi lubelskiej i sokalskiej. „A chłopskaż to 



36 DZIEŁA KAKOLA SZAJNOCHY. 



kwesty a!" — gorszy się książę z Zasławia — „nie samej że 
o tern mówić należy szlachcie? Albo ta pobożDość nie ma 
z tym buntem konnexyej, albo jeśli ma, jest przyczyną, bun- 
tów, której obawiać się trzeba w przyszłości. O cerkwiach 
chłop się pyta, któremu żadna o Bogu wiedza, żadna wiara. 
Żyją kietylko jako barbarzyńcy ale jako dziki zwierz, Wy- 
soka-to zaprawdę na chłopa teologia; gmin tego wymyślić 
nie mógł." — Gdzieindziej więc szukać źródła tym niesna- 
skom i uroszczeniom duchownym, chłopom takich celów, 
takich środków nie przypisywać. Chłopstw^o, na siebie samo 
ograniczone, daleko mniej silnem jest i niebezpiecznem niż 
powszechne mniemanie, Rzeczpospolita łatwo mu samemu 
sprostać potrafi. „Wierzcie bratu owdzie rzeczy wiadome- 
mu" — woła książę do braci rycerskiej i senatorskiej — ,,aby 
konieczność nieodbyta miała nas zmuszać do tćj zaciągnie- 
nia na się przez amnistyą sromoty. Jeszcze nie tak nawalna 
burza, abyśmy żagle zwijać musieli, nie jesteśmy jeszcze 
w takiem rozbiciu, abyśmy je taką obywatelstwa i miast 
ruiną odkupywali. Strach był z razu, gdy nie wiem za jakich 
losów dopustem padło to niespodziane na Rzeczpospolitą 
nieszczęście. Teraz nie może już ono spaść tak znienacka, 
gdy siły Rzeczypospolitej pokrzepione, gdy jedni już prawie 
w oczach nieprzyjacielowi, drudzy w tyle stanęliśmy, w ta- 
kim zaś stanie, co dla Boga za konieczność zmusza nas do 
amnistyej! Podobno idzie o to, abyśmy się na żołnierza nie 
onerowali..." — Poktórejto próbie zaślepienia narodu pychą, 
omamienia go zgubnem widziadłem materyalnej potęgi, na- 
stępuje próba wtrącenia go w przepaść moralną, jawna za- 
chęta do wiarołomstwa. „Na ostatek jeśli niektórych Ich- 
mość panów senatorów zobowiązanie się jakie o tę amnistyą 
już nastąpiło, i to już jest unieważnione przez samychże 
zbójców. Wszak chcieli zaprzestać wojny, a oni większe 
w tym czasie bunty wznieciwszy tak wiele złego narobili, że 
nie masz w tych krajach familiej szlacheckiój, którejby 
krewnych, rodziców, dziatek, braci i sióstr nie mieli pobrać 
w niewolę, że za ort, za groszy kilka, kilkanaście, chrze- 
ścianina przedają poganinowi, tem samem gorszymi będąc 
nad pogany. Ztąd kto wiarę łamie, temu niech ona wzajem 
będzie łomaną. Frangenti fcdem ftdes frangalur eidem.^'' 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 37 

I jakby niedość jeszcze tych złym duchem natchnio- 
nych rad, tych zgubnych w liście dubieńskim złudzeń, roi 
on sobie nową osobliwszą przyczynę ustijpienia Chmiel- 
nickiego z Ordą, z pod Białejcerkwi, aby mu za nową mor- 
derczą pobudkę posłużyła przeciw ludowi. „Nie szczera to, 
aby ten buntownik z jakichś względów dla ojczyzny miał 
uczynić spoczynek ten orężowi, albo go czyja miała uhamo- 
wać zręczność i dobrotliwość. Rzeczywiście tak było, że 
obciążeni łupami, niesłychanym jassyrem, jakiego od po- 
czątku świata nie mieli, zgromadzić musieli tychże samych 
niewolników i jeńców, których liczba nierównie przewyższała 
wojsko ich. Przeto iż ani godność Rzeczypospolitej tego 
dozwala, ani honor, ani pożytek, ani konieczność, ani mo- 
żna spodziewać się na przyszłość jakiśj ulgi albo pewności, 
jakże niesprobowawszy oręża, nie będąc zwyciężonymi, nie- 
słychane akceptować kondycye? Dlaczegóż za ojczyznę, za 
bracią naszą, których wyciągnięte są do nas ręce i krwawe 
łzy i westchnienia suplikują, wzbraniamy się stanąć do 
walki tak przeciw łotrom poddanym naszym, zdrajcom jako 
i krzywoprzysięzcom, którzy dla Boga i Rzeczypospolitej 
złomali wiarę! — Poczem jeszcze obietnica poświęcenia sie- 
bie i całej fortuny na ołtarzu ojczyzny i uwaga pociesza- 
jąca, iż jeśli Chmielnicki w ciągu wojny zechce się cofnąć, 
natenczas tak daleka droga z Warszawy na Niż Polakom 
jak z Niżu do Warszawy Kozactwu. W którymto razie 
i chłopstwo okaże się nieskorem do spólnćj z Chmielnickim 
walki i klęski, a przy mniejszem niebezpieczeństwie od 
chłopów, przy posiłkach zagranicznych z Moskwy i Wołoch 
któż wątpić będzie mógł o zwycięztwie! ,, Uniżenie tedy na 
wszystkie zaszczyty ojczyzny i przez miłosierdzie Boże pro- 
szę" — kończy książę Dominik swoją odezwę — „nie chciej- 
cie słuchać rad małodusznych, nie odwierajcie rebellizan- 
towi tej drogi w przyszłość, a mnie senatorowi, bratu 
i słudze swemu uniżonemu, w łasce bożej i siłach spólnych 
niedesperującemu, tak wielką hańbę ojczyzny pomścić i za- 
hamować pozwólcie.'* 

Prosił o to Rzeczpospolitą najmożniejszy pan kraju, 
a prośby i życzenia tak możne, rady takich potentatów jak. 
książę na Ostrogu Zaslawski, bywały rzadko niewysłucbane. 



38 DZIELĄ KAROLA SZAJNOCHY. 

Gdy rada warszawska przed miesiącem oddała książeciu po- 
kątnie regimentarstwo naczelne, rozgniewany tern naród 
l)0jął jego nieudolność do tój godności, i zaczął przeciwko 
niej protestować, ale skoro sam książę ozwał się z prośbą 
o co do szlachty, wszystko z małym wyjątkiem odpowia- 
dało mu przytoczonemi dawniśj słowami kanclerza w. Osso- 
lińskiego, iż „chce mieć z nim tężsamą chęć i niechęć, 
unum telle et uniim iioUeJ''' A że w obecnym razie prośba 
książęca o wojnę z Kozakami dogadzała gorącym życzeniom 
większości sejmu, gdy nadto listowne zdanie księcia z Za- 
sławia zamknęło cały dwudniowy szereg zdań senatorskich, 
i miało właściwą każdemu ostatniemu głosowi wagę i dłuż- 
szą trwałość, przeto przy wtórzyły mu tem chętniej obadwa 
stany, zarówno lękliwi zwyczajnie w obec każdśj powsze- 
chniejszej zgody senatorowie, jak rozgrzane listem książęcia 
a zwłaszcza dziś bardzićj od senatorów rozsrożone przeciw 
Kozakom koło poselskie. Zdała bowiem od swoich dóbr 
ukraińskich mieszkający panowie czuli mniej dotkliwie dzi- 
siejszą plagę od Kozaków i chłopów, i głównie nie tak sami 
jak swoimi arendarzami ciężcy ludowi ukraińskiemu; byli 
dlań w ogólności pobłażliwszymi, osiadła zaś na Ukrainie 
część koła poselskiego doznawała bezpośrednio wszelkich 
okropności tej burzy, i śmiertelną ztąd nienawiścią ku jćj 
sprawcom pałając, chciała teraz dać im srogi odwet na 
sejmie. Skutkiem takiej lękliwości senatorów a rozjątrzenia 
izby poselskićj wywarła odezwa zasławska niepośledni wpływ 
na tok obrad, i prędzej, niż się można było spodziewać, 
stanęło pod jćj wrażeniem postanowienie, aby jaknajspie- 
sznićj odprawić posłów kozackich, a w poruczonćj im od- 
powiedzi nie kończyć ostatecznie z Chmielnickim lecz ode- 
słać go do zwyczajnej po wszystkich dawnych buntach za- 
porozkich komisyi, któraby wymagania Kozaków z powagą 
a dostojeństwem Rzeczypospolitej zgodzić umiała. 

Jakoż zaraz na posiedzeniu jutrzejszem, dnia 21 we 
wtorek, zajęto się odpowiedzią, jednocześnie w senacie 
i w kole posłów, zachęcając się w zajemnie do pospiechu. 
Wyszło nawet w tym celu dwóch kasztelanów w poselstwie 
do koła rycerskiego z zawezwaniem do ułożenia natychmiast 
konceptu odpowiedzi, na co izba poselska chętnie przystała. 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 39 

Nie wiedzą-c z razu, azali oba stany jednym i tym samym 
albo dwoma różnemi odpowiedzieć maja lit^tami, wystąijiono 
w senacie i kole posłów z próbami dwóch różnych listów. 
Senatowi odczytał wojewoda braclawski Kisiel skreślony 
przez siebie modelusz listu ze wszechmiar łaskawego, który 
gdy właśnie zbierano się nadesłać do przyjęcia izbie po- 
selskićj, nadeszła od niej wzajemnie próba odpowiedzi zna- 
cznie różnej, mianowicie znacznie surowszej. Ztąd za odczy- 
taniem go senatorom znalazł on pomiędzy nimi niektórych 
kontradycentów, usiłujących jakimkolwiek sposobem utrzy- 
mać pierwszeństwo odpowiedzi Kisiela lecz niezdolnym do- 
piąć zamiaru. Dla ułatwienia sprawy ustanowiono deputacyę 
z 18 senatorów i członków izby poselskiej, mającą, zająć 
się odprawą posłów kozackich i ułożeniem instrukcyi dla 
ściślejszej komisy i do spraw kozackich, która w myśl sejmu 
rokowałaby z Chmielnickim o stały pokój. Po niedługiej 
naradzie deputatów, w liczbie których znani nam biskup 
kujawski Gniewosz, hetman polny lit. Janusz Radziwiłł, 
obaj kanclerze ww. Albrecht Radziwiłł i Ossoliński, Sa- 
pieha podkanclerzy lit., wreście nasz wojewoda bracławski 
Kisiel, przyjętą została próba listu izby poselskiej. Oto jej 
brzmienie, nieco złagodzone echo srogiego manifestu ksią- 
żęcia Dominika z Zasławia. 

„My rady duchowne i świeckie i wszystkie stany Rze- 
czypospolitej tak koronne jako i W. Ks. Litewskiego na 
konwokacyą warszawską zgromadzone. Odebraliśmy od po- 
słów waszych pisanie do św. pamięci króla Im ci pana na- 
szego, które jako ci, do których po zejściu z tego świata 
króla pana naszego mciwego wszystka władza i rząd Rze- 
czypospolitej należy, otworzywszy z nich wyrozumieliśmy, 
że po tak wielkim występku waszym przeciwko Bogu 
i Rzeczypospolitej, Ojczyźnie naszćj popełnionym, łaski 
i miłosierdzia prosicie. Nie potrzeba wam postępków wa- 
szych tłumaczyć, sami się znacie do tego, żeście przeciwko 
przysiędze Bogu uczynionćj i przeciwko wszystkim obo- 
wiązkom chrześciańskim sobie postąpili, kiedyście szable 
śmieli podnieść z pogaństwem na krew chrześciańską, zkon- 
federowawszy się przeciwko garści i to rozdwojonego woj- 
ska Rzeczypospolitćj. Lubo tedy za łaską Bożą miałaby 



40 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



Rzeczpospolita nasza wziąć z was pomstę, i nieomylnie Bóg 
by ją błogosławił przeciwko tym, którzy wiarę złamali, ma- 
jąc jednak wzgląd, aby się dalój krew chrześciańska nie 
lała, tudzież na pokorne i uniżone prośby wasze, do tego 
się skłoniła, i naznaczyła Ichmć pp. komisarzów, ludzi wiel- 
kich, którzy wam dalszą wolą Rzeczypospolitej opowiedzą; 
z tem się teraz deklarując, że jako nie zwykła na krew 
poddanych swoich następować, tak jeżeli za ten wasz wy- 
stępek żałować słusznie będziecie, i onćj dosyć uczynić ze- 
chcecie, nie będzie od tego Rzeczpospolita, aby wam tego, 
czegoście się dopuścili, przebaczyć nie miała; tego po was 
potrzebując, abyście więźnie, którekolwiek przy sobie ma- 
cie, wolno jak najprędzej puścili, o herszty swawolnych 
kup, którzy się teraz na różnych miejscach kupią i domy 
szlacheckie najeżdżają, pilne starania uczynili i onych przed 
panów komisarzów naszych stawili, tudzież abyście z po- 
gaństwem żadnego porozumienia nie mieli i owszem wszyst- 
kie związki, któreście mieli z nimi, porzucili. Już tedy ocze- 
kiwajcie na komisarzów, którzy do was pospieszą, a wtem rze- 
czą samą pokażcie tę Rzeczypospolitej pokorę, abyście się 
skromnie, nieczyniąc dalszych szkód, w państwach Rzeczypo- 
spolitej tak w koronnych jako i W. Ks. Litewskiego zachowali. 
To też wam oznajmujemy, że posłowie wasi żadnych listów 
ani przywilejów, o których vvzmianka w Instrukcyej waszej 
jest, Rzeczypospolitćj nie oddali. Zatem łaskę wam naszą 
ofiarujemy. Dan w* Warszawie 22 Juli 1648." 

Jeszcze trzy miesiące nie upłynęły, jak Chmielnicki 
z Niżu domagał się od Potockiego sprawiedliwości, a Po- 
tocki nie chcąc jej dać pisał w miesiącu maju do króla: 
„Nie ruszyłem się w Ukrainę dla przelania krwi chrześci- 
jańskiej , ale żeby nic dobywszy broni strachem samym woj- 
nę skończyć. '' — I dziś, po bezprzykładnem ukaraniu Potoc- 
kiego z całą Ojczyzną za to złudzenie, staje Chmielnicki 
po raz drugi przed Rzecząpospolitą z żądaniami sprawie- 
dliwości, dawnych swobód, zwiększenia wojska, zwrotu cer- 
kwi i żołdu, a Rzeczpospolita podobnież jak Potocki ,, stra- 
chem samym" zwyciężyć chce Chmielnickiego, i odpowiada 
mu w swoim liście: „Lubo tedy miałaby Rzeczpospolita 
nasza wziąć z was pomstę, i nieomylnie Bóg by ją błogo- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 4i 



sławił, mając jednak wzgląd, aby się krew chrześcijańska 
nie lała, tudzież na pokorne i uniżone prośby wasze skło- 
niła się Rzeczpospolita^'— do czegóż? Do błahego półśrod- 
ka, który zawsze tylko nietrwały pożytek Polsce, długą 
szkodę niósł Kozaczyznie — ,, naznaczymy komisarzów, któ- 
rzy wam dalszą wolę Rzeczypospolitej opowiedzą" — Dalszą? 
a dziś? — Dziś, rj^^^li żałować będziecie i zadość uczynić 
zechcecie, nie będzie od tego Rzeczpospolita, aby wam prze- 
baczyć nie miała". — Tymczasem nie Rzeczpospolita laską 
Kozakom, lecz Kozacy Rzeczypospolitej służyć winni pomo- 
cą, obroną od gwałtów chłopstwa. Zw^łaszcza tćj ostatniej 
posługi domagała się Rzeczpospolita usilnie od Chmielnic- 
kiego, i już ów pierwszy list arcybiskupa do niego tylko 
pod tym warunkiem obiecywa mu łaskę, jeżeli — „od was 
i innego swawoleiistwa, które przykładem waszym włości, 
Rzeczypospolitej plondruje, miasteczek dobywa, ludzie nie- 
winne mordując, zostanie bezpieczna i wolna". Wspólna 
zaś odpowiedź całej Rzeczypospolitej żąda wyraźnie — „o her- 
szty swawolnych kup abyście pilne staranie mieli, i onych 
przed panów komisarzów naszych stawili." Dalej ma Chmiel- 
nicki jeńców wydać, z pogaństwem zerwać i spokojnie pa- 
nów komisarzów wyglądać. O żądaniach zaś Chmielnickie- 
go, o swobodach, większem wojsku, cerkwiach i żołdzie — 
nic. I to w chwili, gdy Chmielnicki przeszło krociowi bi- 
tnego wojska dowodzi, gdy według lamentu zbiegającej z za 
Bugu szlachty ogromne „morze buntu chłopskiego^' rozlało 
się między Dnieprem a Bugiem, Rzeczpospolita zaś przeciw 
tej kozackiej i chłopskiej toni nietylko do dziś 21 lipca, 
ale jeszcze do 13 sierpnia nie więcej nad 9,600 wojska 
w głównym obozie pod Glinianami, a zaledwie kilkanaście 
tysięcy nagromadzić zdołała w calem Królestwie, nie zwra- 
cając bynajmniej uwagi na to, jak Kozakom w tym czasie 
wbrew wszelkim zakazom carogrodzkim narzuca dalszą po- 
moc swoją pogaństwo krymskie. — Owszem za trzy tygodnie 
od dziś, nim jeszcze dzisiejsza odpowiedź sejmu w ręku 
Chmielnickiego się znajdzie, ze wspomnionych powyżej roz- 
ruchów w Carogrodzie wynikłym upadkiem przychylnych 
Polsce wezyra i cesarza a wyniesieniem natomiast innych 
wrogich jej wezyrów i padyszacha upadną wszelkie zakazy 



42 DZIEŁA KAROLĄ 8ZAJN0CHY. 



i przeszkody najściślejszemu braterstwu pogan z Chmiel- 
nickim, najswobodniejszemu wojowaniu Polski spoiną bronią 
kozacką i bisurmauską. 

W takim to stanie rzeczy przyjęła deputacya sejmo- 
wą próbę listu izby poselskiej do przesłania Kozakom, a oba 
stany obradujące uznały ją za jedną spoiną całej Rzeczy- 
pospolitej odpowiedź. Na posiedzeniu jutrzty'szem, u 9 go- 
dzinie z rana, w pełnem zebraniu senatu i koła poselskie- 
go, pod przewodnictwem deputacyi do odprawy posłów ko- 
zackich, miało nastąpić doręczenie im odpowiedzi. Jeszcze 
przed tą sceną atoli zapragnęło koło poselskie dowiedzieć 
się od W7słańców kozackich o listach i pismach Władysła- 
wa na Niż, przyrzekających Kozakom zwiększenie wojska 
i wojnę morską, a wspomnionych w odczytanym przed trze- 
ma dniami liście Chmielnickiego do króla, Kazał więc mar- 
szałek izby poselskiej jeszcze dnia dzisiejszego stawić się 
posłom kozackim przed zgromadzonym stanem rycerskim, 
dla okazania tych listów Władysławowych lub oznajmienia, 
co o nich wiedzą. Napróżno przedstawiał podkomorzy i po- 
seł mozyrski Obuchowicz bezużyteczność takiego śledztwa, 
które znaczyłoby tyle co przed gaszeniem pożaru szukać 
jego przyczyny, przed ratowaniem człowieka, co w studnię 
wpadł, pytać go naprzód, jak się tam dostał. Posłowie 
wszelako nie dali się odwieść od śledztwa, i zawezwali wy- 
słańców Chmielnickiego przed siebie, niemało zatrwożonych 
takiem wezwaniem. Jak bowiem każdy widok świetniejsze- 
go zebrania panów polskich, tych w oczach kozackich nie- 
ograniczonej władzy „królewiąt i królewiątek''. wprawiał 
Kozaków w pewien rodzaj strachu ze czcią, tak zwłaszcza 
dzisiejsze powołanie ich przed stan rycerski zdało- się im 
groźnem i niebezpiecznem, wymagając po nich okazania lub 
oznajmienia rzeczy, których ani mieli z sobą ani ich znali. 
,,Bladzi'' przeto ,,i drżący" stanęli wszyscy czterój w obec 
całego zgromadzenia u progu sali, gdzie marszałek koła 
Leszczyński upomniał ich do rzetelnej odpowiedzi na trzy 
pytania: „Kto pozwolił im ekspedycyą i z jakiego skarbu? 
Listy i przywileje królewskie gdzie są, i czy te mają przy 

sobie?" 

,,Odpowiedzieli Kozacy" — opiewa jedyna o tern spół- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 43 

czesna wiadomość w Pamiętnikach Radziwiiłowskich — ,,iż 
listów żadnych nie mają i nic o nich nie wiedzą, wiadomo 
o nich zapewne starszym jako i o pieniądzach." — Według 
innej nieco późniejszej wieści dali posłowie kozaccy w in- 
nym czasie i miejscu o wiele śmielszą na powyższe zapyta- 
nie odpowiedź. Mieli tedy podczas ceremonialnych odwie- 
dzin u arcybiskupa odpowiedzieć komuś pytającemu, iż od 
króla Władysława IV otrzymali pozwolenie i pieniądze na 
wojnę morską, co ze znanemi nam wypadkami roku 1G46 
porównawszy musiemy uznać prawdziwość twierdzeń posłów 
kozackich. Przy dzisiejszem jednak śledztwie w izbie ry- 
cerskiej nietylko nie odpowiedzieli posłowie tak śmiało jak 
u prymasa, lecz sami owszem postraszeni odeszli, unosząc 
z sobą pogróżkę marszałka izby, iż „Rzeczpospolita w swo- 
im czasie zapyta Chmielnickiego o wszystko". Na szczę- 
ście było to ostatniem postraszeniem posłów w W^arszawie, 
gdyż już nazajutrz, we środę '22 lipca, na uroczystem ze- 
braniu całego sejmu nastąpiła ich ostateczna odprawa, po- 
przedzona ciekawym dowodem hardości sejmu względem 
Kozaków. Bezużytecznym zbywszy ich listem, obawiała się 
Rzeczpospolita ubliżenia swojej godności zbyt szczytną jego 
intytulacyą i zaledwie na taki nadpis pu długiej zgodzono 
się naradzie, z jakim od samego króla listy szły do Koza- 
ków tj. z prosta: „Starszemu atamanowi, assawułowi, puł- 
kownikom, setnikom i wszystkiemu wojsku zaporozkiemu." 
Którymto skromnym napisem list opatrzywszy, podpisali go 
w imieniu senatu arcybiskup gnieźnieński, w imieniu stanu 
rycerskiego marszałek izby poselskiej. Poczem na rozkaz 
eputacyi do odprawienia posłów wprowadzono ich przed 
oba stany zebrane, gdzie sekretarz w. kor. przedłożył im 
przyczynę dłuższego ich zatrzymania w stolicy, i wręczył 
im tak długo oczekiwaną odpowiedź. Wyszli z nią ochot- 
nie z tych kirem i niechęcią ludzką ponurych ścian, i spiesz- 
nie opuścili Warszawę. Przydany im został za przystawa 
znany z nieco późniejszych pamiętników szlachcic, Mikołaj 
Wolski, obecnie rotmistrz pieszy z pod chorągwi arcybi- 
skupa. 

Na temże posiedzeniu postanowiono, aby kandydaci 



44 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

do elekcyi na 30 mil byli oddaleui od miejsca elekcyi. Zjawił 
się także drugi list książęcia Dominika Zasławskiego do sena* 
torów, jeszcze bardziej od pierwszego prywatnym poświęcony 
widokom. Odwołując się do swoich licznych przysług ojczy- 
źnie uskarżał się w nim książę na ciągłych jeszcze kontra- 
dycentów jego regimentarstwu, wzywał usilnie kolegów swo- 
ich do utrzymania go przy niem. Dążyły więc oba listy 
do jednego właściwie celu, pierwszy przesaduem poburza- 
niem przeciw Kozakom, łowiąc podstępnie stronników ku 
obronie buławy, drugi grzmiącym głosem wołając o pomoc 
dla niej. Dopiąwszy pierwszym listem zamiaru, przyczy- 
niwszy się tem sowicie do upadku sprawy kozackiej na kon- 
wokacyi, nie wątpił książę o podobnej skuteczności listu 
drugiego, a znana niestety uległość obudwóch stanów wszel- 
kim „chęciom i niechęciom" przemożnych paniąt jak książę 
na Ostrogu Zasławski, uniewinniała znacznie taką zarozu- 
miałość. Czy nie mogąc czy nie chcąc pojąć, jak niezasłu- 
żonym przyklaskiem manifestowi książęcia przeciw Koza- 
kom tylko jego prywacie stało się zadość, jak posłuszeń- 
stwo dzisiejszćj prośbie o pomoc podobnież tylko prywat- 
nej książęcia posłużyłoby dumie, okazały oba stany wszelką 
gotowość do utrzymania książęcia w naczelnem regimentar- 
stwie, i na jednem z dalszych posiedzeń zatwierdziły wszyst- 
kim trzem hetmanom ich dostojeństwa. Że zaś to słuźal- 
stwo osobistym zachceniem możnowładczym groziło całemu 
narodowi niebezpieczeństwem, że najważniejsza z spraw te- 
gorocznych, sprawa odzyskania wierności i pomocy Koza- 
ków, pokierowaną została fałszywie samolubstwem prywaty 
pańskićj, nie gorszyło, nie frasowało żadnego z ówczesnych 
wychowanków złotćj wolności. 

Owszem jeden błąd wiódł ich powszechnie w drugi. 
Obrawszy nieudolnych hetmanów, musiano wesprzeć ich 
zdolniejszymi pomocnikami, trzem regimentarzom przydać 
wyborem 32 komisarzów wojskowych. Znaleźli się w tćj 
liczbie z senatu znani nam po większćj części wojewodowie 
bracławski Kisiel, ruski Jeremi książę Wiśniowiecki, go- 
dzien pochwały, że nie wzgardził komisarstwem, nie dostą- 
piwszy regimentarstwa; brzeski Szczawiński, ów śmiały 



DWA LATA DZIEJ(')W NASZYCH. 45 



mówca na sejmie roku 1646; podolski Stanisław Potocki 
zwany Rewera; kijowski Janusz Tyszkiewicz; wreście awaj 
kasztelanowie Witowski sendomierski i Jędrzśj Firlej bełz- 
ki. Ze stanu rycerskiego weszli do komissyi z prowincyi 
małopolskiój miecznik kor. Zebrzydowski, trzej Lubomirscy, 
koniuszy kor. Aleksander, generał krakowski Jerzy i sta- 
rosta białocerkiewski Konstanty, podkomorzowie: lubelski 
Firlej, halicki Jan Potocki i bełzki Janusz Prusiński, głoś- 
ny na sejmie przeddwuletnim dyssydent podscdek krakow- 
ski Chrząstowski, i starostowie: lubelski Zbigniew Firlej 
i lwowski Adam Sieniawski, ów bezpłatnie uwolniony je- 
niec Korsuński. Z Wielkiej Polski obranymi zostali smut- 
nej pamięci Hieronim Radziejowski, dziś wielkorządzca ko- 
palń krakowskich, podkomorzy gostyński Marcin Sadowski 
i starostowie wieluński i sokalski, Stanisław i Zygmunt 
Denhoftowie, rogoziński Grudziński, koniński Rozdrażewski, 
warszawski Jan Grzybowski, różański Wessel, wreście „uro- 
dzeni" Ossowski i Karchowski. W. Księstwo Litewskie do- 
starczyło komisyi chorążego W. Ks. Lit. Krzysztofa Paca, 
marszałka oszmiańskiego Zenowicza, stolnika W. Ks. Lit. 
Bogdana Gąsiewskiego i chorążego nadwornego Ogińskiego. 
Uzupełnił tę komisyą wojskową z samych ziemian złożoną 
mąż wyłącznie rycerski, wsławiony w wojnach postronnych 
Arciszewski, dziś staropolskim wyrazem „starszy" nad ar- 
matą koronną. 

Tak hojnie zaopatrzono rządy wojenne szczupłego woj- 
ska; staraniom pokojowym każden serca i trudów skąpił. 
Pierwsze z tych starań dążyć miało do jaknajprędszej elek- 
cyi, jaknajprędszego podźwignięcia kraju rządami nowego 
króla, który jako obrońca i łaskodawca drogim był zawsze 
ludowi, a dziś jako uspokoiciel od ludu cennym jest nawet 
panom i szlachcie, zarówno niecierpliwie oczekiwanym od 
wszystkich stronnictw. Ponieważ jednak ustawy nie prę- 
dzśj jak w 6 niedziel po konwokacyi pozwalały odbyć elek- 
cyą, przeto wszystek prawie sejm teraźniejszy zgodził się 
w pierwszych dniach swoich na projekt takiej ustawami 
przepisanćj elekcyi, to jest otwarcie jćj nastąpić miało dnia 
12 września, jako istotnie w 6 tygodni od przyspieszonego 
zamknięcia konwokacyi w dniu 1 sierpnia. Podobał się 



46 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCTIY. 

ten ani za bliski ani zbyt odległy termin zarówno szlach- 
cie jak i Kozakom, zgadzał się nawet z wolą tak żarliwych 
nieprzyjaciół nagłych elekcyi, jakimi była naprzykład w tśj 
porze szlachta sejmiku województwa ruskiego w Wiśni, 
„gdzie jednostajne wota były" — pisze spółcześnie regent 
lwowski Czechowicz — „żeby elekcya prędzej nie była, jeno 
podług zwyczaju i praw szlacheckich, w sześć niedziel po 
konwokacyi; inaczej — aczby do takiśj przyjść miało osta- 
teczności, żeby nieprzyjaciel nam na barki nastąpił i wszyst- 
kich nas stanu rycerskiego ludzi powiązać miał — nie uczy- 
nimy". Owóż ten najgorętszym miłośnikom wolności nie- 
wstrętny projekt terminu elekcyjnego musiał dziś w prze- 
dostatnim dniu konwokacyi, 31 lipca^ ostatnie w pełnem 
zebraniu stanów przejść odczytanie, które nie znalazło tak 
powszechnej zgody jak pierwsze w dniu 18. Krótki bowiem 
przeciąg między odczytem pierwszym a drugim zmienił 
znacznie usposobienie szlachty sejmowej, srogim listem ksią- 
żęoia Zasławskiego rozzuchwalił ją przeciw Kozakom, ozię- 
bił w nićj życzenie prędseej elekcyi. Przenosząc więc dłuż- 
sze bezkrólewie nad krótsze, przyczyniono bezrządowi prze- 
szło trzytygodniowy kęs czasu, i dopiero dzień 6 paździer- 
nika został terminem rozpoczęcia sejmu elekcyjnego. Bieg 
rzeczy i dalszy ciąg relacyi Czechowicza oświecą nas o szko- 
dliwych skutkach odroczenia elekcyi. 

Podobneż opóźnienie, upośledzenie, padły drugiemu 
z głównych starań o uspokojenie ojczyzny, komisyi do tra- 
ktatów z Chmielnickim. Ustanowioną obok tak licznej ko- 
missyi do spraw wojennych, składało ją tylko czterech, by- 
najmniej tak ,, wielkich ludzi^', jak ich w liście Rzeczypo- 
spolitej do Chmielnickiego nazwano, bo tylko jeden senator, 
niezbędny takim traktatom wojewoda bracławski Kisiel, 
dwóch podkomorzych, Dubrawski ziemi przemyskićj z Obu- 
chowiczem mozyrskim i podstoli poznański Sielski. Nie do- 
strzegając żadnych powodów do poś])iechu, nie kwapiono 
się z wysłaniem komisarzów, a zamknięcie komissyi i ogło- 
szenie natenczas zapowiedzianej Kozakom„dalszśj woli Rze- 
czypospolitej" nastąpić miało dopiero w jesieni 6 września. 
W podobnemże przypuszczeniu, iż Chmielnicki nie będzie 
śmiał ruszyć po raz drugi w głąb Polski, aby w jakiemś 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 



bliższem Warszawie miejscu przystąpić do układów, obrano 
miejscem ku temu własną Kozaków stolicę Kijów. Tym- 
czasem jak niestety we wszystkiem pod t§ porę tak i w tern 
przypuszczeniu łudziły się niezmiernie obydwa stany sej- 
mowe, niezupełnie jeszcze ocknięte z tego (jak przed kil- 
ku dniami młody poseł Fredro w jednym ze swoich głosów 
sejmowycłi) „smacznego snu", w którym śmierć króla Wła- 
dysława IV cały naród pogrążonym zastała. Ani połączo- 
ne z sprawą kozacką okoliczności postronne ani samo uspo- 
sobienie Chmielnickiego i Kozaczyzny nie dozwalały tak 
leniwego , tak zarozumiałego działania. W dalszych 9 ty- 
godniach nieczynności komissyi mógł pożar buntu chłop- 
skiego stać się niepodobnym do ugaszenia, w połowie tego 
czasu nastąpić miał w Carogrodzie nowy, buntem na tron 
podniesiony cesarz Mohamed, którego nieprzyjaźui Polakom 
wezyrowie jeszcze przed terminem rozpoczęcia komisyi na- 
desłali chanowi rozkazy gotowania się do spólnego z Ko- 
zakami burzenia Polski. Między te obie barbarzyńskie rze- 
sze chłopstwa i Tatarstwa wciśnięty, do spiesznego wyboru 
między niemi a Polską zniewolony, mógłże Chmielnicki bez 
najsroźszej niecierpliwości oczekiwać łaskawego lub nieła- 
skawego zawyrokowania Ezeczypospolitej o jego losie, zno- 
sić powolnie długie jej ociąganie się z tym wyrokiem, któ- 
re znana nieufność i podejrzliwość kozacka tłumaczyła so- 
bie złą wolą, przypisywała zamiarowi wrócenia Kozaków do 
ich davvnej niewoli. 

W takiem usposobieniu nietylko dzisiejsza nowa zwło- 
ka do ukończenia komissyi w dniu 6 września, w którym 
panowie komisarze „dalszą wolę Rzeczypospolitój" objawić 
mieli Kozakom, lecz już i samo dotychczasowe zwlekanie 
odprawy posłów w Warszawie, samo próżne przez tak dłu- 
gi czas oczekiwanie ich powrotu na Ukrainę, zniepokoiły 
w najwyższym stopniu Chmielnickiego i całą Iiozaczyznę. 
Od dawniejszego już czasu krążące po Ukrainie pogłoski 
o srogim losie posłów w stolicy, o ich wbiciu na pal, stra- 
ceniu mieczem itp. zaczęły osobliwie za sprawą czerni ko- 
zackiej i chłopów nabywać coraz większej pewności, poru- 
szać umysłu do odwetu, do planów zemsty. Trzeciego dnia 
po nieznanej jeszcze nad Dnieprem odprawie posłów ko- 



4S DZIEŁA KAROLA SZAJl^OCHY. 



zackich przez sejm warszawski, listem z dnia 25 lipca zgło- 
sił się o nich flo książęcia Dominika Zasławskiego ów ko- 
zacko-cliłopski burzyciel Nesterwaru, odtąd przez kilka ty- 
godni z nieprzejrzaną ćmą chłopstwa straszny całemu Po- 
dolu i Wołyniowi grasownik, z samym Chmielnickim ciągle 
w zatargach o to, Krzywonos. Zaczyna jego zgłoszenie się 
od posądzenia sejmu o zgładzenie posłów w Warszawie: 
„Jako z naszych posłów do tego czasu żadnej wiadomości 
słusznej nie czujemy, gdzie się oni obracają; podobno już 
śpią, że się nie ockną". — Potem domaga się Krzywonos 
u książęcia wolnego powrotu posłów, grożąc inaczój spro- 
wadzić Ordę i rozlać się z nią poza Wisłę. „Będzie je- 
dnakże pokój, jako Wmość do tego dnia postawisz posłów 
naszych, a ja mogę się zatrzymać. A jeżeli nie będzie, 
muszę się stawić i bronić z Ordą pospołu. JMĆ pan het- 
man z ludem nastąpi, który Orda na tych dniach już się 
spodziewa, że wam drogę zastąpi, gdziebyście mieli ucie- 
kać. Co i powtóre proszę Wmość miłościwego pana o po- 
sły nasze, żeby byli przywróceni, tedy ja zaraz poszlę do 
Tohajbeja, żeby zatrzymał Ordę. A Żydów aż do Wisły 
W. Ks. Mość raczy zawrócić, bo ta wina zaczęła się z Ży- 
dów, bo oni i was z rozumu wywiedli." 

Wtrącona tu wzmianka o „nastąpieniu Imci pana het- 
mana (Chmielnickiego)'^ nie była wręcz bezzasadną. Po- 
wiodło się Krzywonosowi utwierdzić w Chmielnickim prze- 
konanie o zabitych w Warszawie posłach, skłonić go nawet 
listownie do zamiaru wyruszenia z całem wojskiem ku pom- 
szczeniu ich śmierci, albo na ratunek żyjącym. Domagało 
się tego wraz z Krzywonosem całe wojsko kozackie, oso- 
bliwie gorętsza zawsze w tśj mierze czerń, już w relacyi 
O. Łaska tak usilnie pochodu w głąb Polski żądająca od 
Chmielnickiego. Nad wszystko jednak parł go ku temu 
pewien szereg wypadków, o którym dotąd mówić jeszcze 
nie przyszło, a który zarównie dla Chmielnickiego jak dla 
Polaków, dla tamtego ujemnie, dla tych dodatnio, nader 
niepoślednią miał wagę. Był tym szeregiem zdarzeń za- 
cięty od kilku tygodni między książęciem Jeremim Wiśnio - 
wieckim a zbuntowanem chłopstwem trwający bój, dziwnie 
różnemi siłami, rożnem szczęściem, w różnych stronach Po- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 49 

dola i Wołynia toczony. Dla szczupłości walczącycłi w nim 
chorągwi dworu Wiśniowieckiego i że one nie z Kozakami 
ale z gminem walczyły, nie miał ten bój pierwotnie żadne- 
go znaczenia dla Zaporoża, i dopiero w połączeniu z krzyw- 
dą zabitych lub więzionych w Warszawie posłów, z okaza- 
ną tern Kozaczyźnie złą wolą Rzeczypospolitej, nabył wagi 
dla Chmielnickiego, stał się początkiem nadzwyczaj zgu- 
bnych dla Kozactwa i Polski następstw. Polacy zaś w je- 
dnym z dalszych tegoczesnych omamień swoich poczytali 
dzisiejszą walkę książęcia Wiśniowieckiego z chłopstwem 
za najdzielniejszy objaw ducha wojennego w narodzie, i jak 
Kisiel niedawno uchodził za głównego sprawcę uspokojenia 
ojczyzny potęgą słowa, tak dziś książę Jeremi zasłynął 
powszechnie jako jedyny rycerz, obrońca, zbawca Polski 
orężem. 

I pozostała mu ta sława u wszystkich ówczesnych po- 
etów i krasomówców dziejowych, zachowała się w natchnio- 
nej nimi j)amięci synów i wnuków, ale nie przyniósłszy ża- 
dnego rzeczywistego pożytku swojój teraźniejszości nie przej- 
dzie też zapewne w przyszłość daleką. Ta bowiem błogo- 
sławi tylko mężom twórczego ducha, a Jeremi Wiśniowiec- 
ki nie posiadał najmniejszej iskry twórczości. Świadczy 
o tem najlepiej ciągła szczupłość jego sił zbrojnych, które 
najczęściej zaledwie 6,000 ludzi liczyły, a których on ni- 
czem zwiększyć nie umiał. Zamiast obyczajem wielkich 
hetmanów ściągnąć nieznacznie coraz większą w koło sie- 
bie potęgę, stać się ogniskiem wielkiego wysilenia narodo- 
wego, pozostał on tylko śmiałym, dziwów odwagi i zuchwal- 
stwa zdolnym harcerzem. Chwaliły mu wprawdzie niekie- 
dy głosy życzliwe, iż tem harcerstwem na czele kilkuty- 
sięcznśj garstki junaków rozbijał niezmierną moc hultaj- 
stwa, iż uderzywszy jednego razu w 6,000 koni na 60,000 
dziczy chłopskiej pod różnymi hersztami ubił z niej 10,000 
w pogoni ku Barowi— czem wszystkiem jednak nie osiągnął 
książę Jeremi w rzeczywistości nic więcej nad chwilowe 
połyski szczęścia, nad wysilenia rzadkie i coraz rzadsze. 
Szczupłe siły książęce codziennie umniejszały się w bojach, 
proszony o pomoc od zagrożonych napadem hultajskim 

Dzieła Karola Szajnochy. T. X. 4 



50 DZIEŁA KAKOLA SZA JN OCHY. 



miast, musiał jś] nieraz odmówić, nie mając więcśj nad ty- 
siąc kilkaset ludzi pod bronią, a taka garstka cóż sprawić 
mogła przeciw 60,000, 80,000, nierzadko krociowi chłop- 
stwa, wybornie w tych stronach włożonego do broni. Je- 
dynym w takiem położeniu ratunkiem pozostało nadrabiać 
bezprzykładną srogością, przewyższać dzicz chłopską okru- 
cieństwami, gdy chłopstwo mieczem zwyczajnie ścinało 
szlachtę, mścić się na chłopach sroższą śmiercią na polu. 
Ni-^zczenie włości i miast było codziennym trybem toczenia 
wojny, a jak Moskwa w wojnie za króla Władysława na- 
dała grasującemu ogniem po jój ziemiach Wiśniowieckiemu 
nazwę ,, Paleja", tak i w obecnćj burzy kozacko-chłopskiej 
był on niczem innem, jak tylko takim palejeni, niszczycie- 
lem. Najgłośniejsze jego czyny w tćj wojnie jak wzięcie 
Niemirowa, porażki Krzywonosa u Pohrebiszcz i pod Roso- 
łowicami, były tylko barbarzyńskim odwetem za barbarzyń- 
skie gwałty hultajstvva. Ivaźde opanowanie zbuntowanego 
miasta kończyło się kilkudniową egzekucyą mnogich na pa- 
lu traconych hersztów, a każdćj z tych cgzekucyi przy- 
patrywali się jej autorowie z tak dobrą myślą i tak mści- 
wą chętką przysporzenia mąk potępieńcom, z jaką ów dwo- 
rzanin i towarzysz wypraw wojennych książęcia Jeremiego, 
Maszkiewicz, nadmienia w swoich pamiętnikach o podobuej- 
że scenie w Bobrójsku na zbuntowanćj zgrai chłopskiej, zi- 
mą zdobytym: „Po wszystkie dni mieszkania naszego w Bo- 
brójsku tracono więźniów na pal wbijając; naprzód Poddub- 
skiego, który był na palu od godziny do godziny żyw, 
a gdyby go tak lecie wbito na pal, mógłby być żyw ze 
trzy dni; tak kat wygodził dobrze." 

Słysząc o tylu na pal wbitych w Bobrójsku, a czter- 
dziestu naraz w Niemirowie i Pohrebiszczach, gdzieindziej 
nierzadko więcej, tudzież zważając, iż nie zapisane w księ- 
gach dziejów okrucieństwa górują zwyczajnie liczbą i sro- 
gością nad wpisanenii, nie odmówimy zapewne wMary słowom 
Krzywonosa w liście do księcia DominiKa z Zasławra, wy- 
liczającym okrucieństwa Jeremiego Wiśniowieckiego: „Nie 
chcieliśmy więcćj pustoszyć ziemi polskićj; zajadł się na to 
Jmć pan Wiśniowiecki, że ludzi mordował, ścinał i na pal 
wbijał. Wszędzie w każdem mieście naśród rynku szubie- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 61 

nica; i teraz pokaże się to, że na palu byli niewinni lu- 
dzie, popom naszym oczy świdrem kręcił .." Nie szczędził 
więc książę Jeremi żadnych mąk dla rzucenia postrachu 
i przerażenia na chłopów, lecz przeciw oczekiwaniom nie 
przyniosły one skutku pożądanego. Zastraszyć bowiem, 
przerazić, może tylko mocniejszy, srogie postrachy Wiśnio- 
wieckiego, nie poparte dostatkiem sił do całkowitego zgnie- 
cenia wrogów, drażniły ich tylko bezużytecznie, zamiast 
służyć ku obronie narodu, nabawiały go owszem tem krwa- 
wszych klęsk. Drażniony bez przerwy tłum wybuchał z co- 
raz większą dzikością, rósł w liczbę, rozzuchwalał się wy. 
soko ponad poziom swoich pierwszych zamysłów; zdobywszy 
Tulczyn, Niemirów, zamyślał o Połonnera, Barze, Kamieńcu. 
Przygotowane chłopstwu przerażenie ogarnęło samych po- 
zostałych jeszcze na Ukrainie panów i szlachtę, postrzega- 
jących zapóźno, iż obrończa wojna Wiśiiiowieckiego raczśj 
w większe niebezpieczeństwo wtrąca kraj, niż go broni, iż 
główną przyczyną wzmagania się buntu chłopskiego jest 
ciągłe przez książęcia drażnienie chłopów. 

I oto gdy opinia powszechna w omamieniu swojem 
unosiła się nad bohaterstwem książęcem, szlachcie miej- 
scowej przyszło w rzeczywistości nastawać na niego radą 
i prośbą, aby zaniechał swojej wojny bezużytecznej . Naj- 
czynniejszym w tej mierze okazał się wojewoda kijowski 
Janusz Tyszkiewicz, mąż nietylko nie małoduszny i nie 
nieporadny, lecz przeciwnie tak wysokich zalet rycerskich, 
iż gdy przy mianowaniu regimeatarzów przez senat pomi- 
niono go wraz z książęciem Jeremim, większa część szla- 
chty ujęła się równie gorąco za Tyszkiewiczem jak za ksią- 
żęciem. Kownie też z Wiśniowieckim przeproszony od sena- 
torów za tę urazę, jako wojewoda kijowski wyższy nawet 
godnością senatorską od książęcia wojewody ruskiego, miał 
on wszelkie prawo hamować swego kolegę w jego zapamię- 
tałych bojach z chłopami, gniewając takiem umiarkowaniem 
najbardzićj owego przy dw^orze wiśniowieckim towarzysza 
lekkićj chorągwi Maszkiewicza, który w swych Pamiętni- 
kach kilka ciekawych przykładów odciągania książęcia od 
tśj wojny przez Tyszkiewicza przytacza. I tak np. dowie- 
dział się dnia 17 lipca wojewoda kijowski iż jego od krzy- 



DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



wonosow}xh band opadniętemu miasteczku i zamkowi Ma- 
chnówce spieszy na pomoc w 1000 koni książę Jeremi 
Wiśniowiecki. Czempredzśj więc zabiega mu drogę Tyszkie- 
wicz, dziękując za przyspieszenie ku odsieczy własną osobą, 
ale prosząc zarazem, aby dnia dzisiejszego nie przystępować 
do boju, na co książę Jeremi musiał przystać chcąc nie 
chcąc. Chłopi tymczasem opanowali nocą miasteczko z zam- 
kiem, których dopiero nazajutrz będzie można napowrót 
dobywać na hultajstwie. Zaczem „skoro rozedniało (pisze 
Maszkiewicz), chciał książę iść ku nieprzyjacielowi, ale pan 
wojewoda kijowski bardzo był temu przeciwny, upominając 
na ostatek księcia, aby zaniechał tego nieprzyjaciela, dając 
tę racyą: że będąc zirytowany nieprzyjaciel, będzie mścił, 
powiada, na moich majętnościach, której potem szkody ni 
na kim tylko na waszćj książęcćj mości musiałbym docho- 
dzić *' 

W tydzień później, dnia 25 lipca, chciał książę ude- 
rzyć na tabor Krzywonosów w pobliżu Konstantynowa, 
„którego pewniebyśmy dostali (opowiada dalej Maszkiewicz), 
ale i tego wszystkieuii siłami odradzał pan wojewoda kijo- 
wski, i odradził niebaczny człowiek, i tak nastawszy się 
dowoli odstąpiliśmy nazad po zmroku". — Największą je- 
dnak krzywdę książęcśj i Maszkiewiczowej ochocie tępienia 
chłopstwa uczynił wojewoda kijowski we dwa dni później 
u grzęzkich przepraw opodal Konstantynowa, gdzie ściśnięta 
od kilku chorągwi książęcych i oddziału gwardyi królewskiej 
czerń — ,. porwała już była Krzywonosa, którego chciała 
żywcem księciu wydać, kładąc nań wszystką winę, że ich 
gwałtem do tego boju przymusił. Ale znowu diabeł przy- 
puścił wojewodę kijowskiego z jego niecnotliwą radą, że 
wszystkiemi siłami odradzał księciu kończyć bitwę i dokazał 
tego. Włosy rwąc na sobie książę, odstąpił z wojskiem 
z przyczyny wojewody kijowskiego." — Uczestniczyły w tych 
walkach chorągwie książęcia regimentarza z Zasławia, i spoi- 
nie z rycerstwem książęcia Jeremiego dość szczęśliwą po- 
rażkę zadawszy pod Konstantynowem Krzywonosowi, wielce 
się nią chełpiły w ustnych i pisemnych relacyach. W isto- 
cie jednak były zwycięztwa tego rodzaju tak dalece nic nie 
znaczące, iż do wszystkich zapewne odnieść można słowa 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 53 

jednego z ówczesnych listów obozowych o tej wygranej 
obudwóch książąt: „i to utrącenie chłopstwa pod Konstan- 
tynowem raczej rozdrażnienie nieprzyjaciela przyniosło, nie 
taką jaką to głoszą wiktoryą/' Napróżno zaś zdraźniony 
nią Krzywouos nietylko orężowi obudwóch książąt nie uległ, 
lecz owszem w tych właśnie dniach nader sowitą zdobyczą 
bo warownem miastem Połonnem, za podrażnienie swoje 
odwet sobie uczynił. Połouue było słynną podówczas na 
cały Wołyń fortecą Lubomirskich o potężnych okopach, 
znacznśj załodze, 70 działach dokoła wałów i trzystu beczek 
wina w piwnicach. W obecnej chwili chroniło się w niej 
mnóstw^o ludności okolicznśj, panów, szlachty i Żydów, 
z rodzinami i całem mieniem— wszystko nagle przez dzicz 
krzywonosową bezopornym prawie szturmem wzięte, splą- 
drowane, zniszczone. Wezwany o pomoc Jeremi Wiśnio- 
wiecki sam jej tym razem przeciw zbyt wielkim siłom od- 
mówił. Urosło tem niezmiernie zuchwalstwo zbójeckich band, 
wzmagała się od dnia do dnia ich tłumność, a w niedługim 
czasie miał od ostatnich miedz ukraińskich przybyć im ró- 
wnie liczny a nieskończenie zacniejszy przyrost, całe wojsko 
zaporozkie z Chmielnickim. 

Srogie utarczki Wiśniowieckiego z chłopstwem wołyń- 
skiem, ciągła niewiadomość o losie posłów w Warszawie 
widoczna ztąd niełaska Rzeczypospolitej, wreście żarliwe 
nalegania Krzywonosa i czerni, wymogły na Chmielnickim 
postanowienie wyruszenia z całym wojskiem w głębsze zie- 
mie królestwa. Dnia 30 lipca stał on już w Pawołoczy, da- 
leko za Białącerkwią ku wnętrzom Polski, zkąd pod tąż 
datą wyprawił do książęcia Dominika z Zasławia jako do 
głównego w tej chwili wojsk koronnych hetmana przyjazny 
list z oznajmieniem swego pochodu, dwie mu naznaczając 
przyczyny. Jedną jest książę Jeremi Wiśniowiecki, „za któ- 
rego nastąpieniem musieliśmy poniewolnie ze wszystkiem 
wojskiem wyruszyć'— opiewa dzisiejszy list pawołocki, w in- 
nym zaś daty nieco późniejszej, mówi Chmielnicki, iż książę 
Jeremi chciał mu wtórym stać się Potockim, a swojem dra- 
żnieniem chłopów stał się w istocie sprawcą wtórej w obe- 
cnym roku wojny kozackiej. Drugą przyczyną swego wyru- 
szenia w głąb Polski mieni Chmielnicki zatrzymanie w War- 



64 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



szawie posłów kozackich, którzy skoro \vi'óceui będą, na- 
tychmiast i sam Chmielnicki się wróci i Ordzie toż samo 
uczynić każe i chłopstwo łotrujące poskromi — „o których 
(posłów) wielce a uniżenie prosimy W. Ks. Mość. Gdy się 
jako najprędzej powrócą, tedy sam się ze wszystkiem woj- 
skiem wrócę i Ordzie oraz rozkażę się wrócić, aby więcśj 
we krwi chrześciańskiej nie brodzili, i swych ustawicznie 
od czat i szarpaniny niczem inszera tylko mieczem hamuję, 
aby tego nie było *).'^ Wszędzie więc zatrzymanie posłów 
główną Chmielnickiemu przyczyną, do nowego podniesienia 
oręża, a niekiedy nawet jedyną, jak np. u dwóch najpowa- 
żniejszych świadków i spółuczestuików tych zdarzeń. Jeden 
z nich Kisiel, w liście o dni kilka od powyższego listu 
z Pawołoczy późniejszym, donosi kanclerzowi w. kor. Osso- 
lińskiemu: „Ten zdrajca Krzywonos pisał do Chmielnickiego, 
że posłów na pal powbijano, i sam się tedy Chmielnicki 
ruszył z wielką potęgą i miał słać do Tohajbeja, aby 
z Ordą nastąpił." — Drugi świadek, kanclerz \V. lit. Radzi- 
wiłł, zapisuje w szereg wsporaień swoich tej pory: ,, Chmiel- 
nicki będąc informowany od Krzywonosa, że ich posłowie 
w Warszawie byli potraceni, ciągnął z wojskiem do Kon- 
stantynowa..." 

Do takiego rezultatu nowćj wojny z Kozakami, z po- 
gaństwem i trzecim całkiem nowym nieprzyjacielem, z chłop- 
stwem, doprowadziło Ilzeczpospolitę najpierwej opóźnienie 
odprawy posłów kozackich przez senatorów, następnie od- 
prawienie ich z niełaską przez cały sejm, który jakiemże 
okiem patrzył obecnie na taki działań swoich rezultat? 
Trwając jeszcze przez 9 dni po znanej Kozakom odpowiedzi 



*) Według Rękop. zakładu Ossolińskich nr. 225 kar. Ii2 b. Ten 
sam list wydrukowany w dziele: Pajniatnihi izdanyje wremennnju kommis- 
sieju dla razbora drewnych aktów. Kijow 1845, oddział III Str. 163 ma 
szpetną w tem miejscu lukę, wypuściwszy stanowczej wagi wyrazy: „Gdy 
się jako najprędzej powrócą"... a nieco dalej słowo ,,wyroz imiawszy.'' 
Usterek takicli pełno w obudwóch wydaniach I. tomu Famiatników ki- 
jowskich z r. 1845 i 1848. Gdybyśmy je wszystkie wskazywać mieli, 
przyszłoby do każdej strony tekstu naszego przydać drugą stronę spro- 
stowań takich myłek odpisywaczów, odczytania, drukarskich. 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 55 

t. j, po sam kres opowiedzianych właśnie ruchów chłopsko - 
kozackich, trwał sejm nadal w swojem dawnem ,,sennem" 
niedowidzeniu istotnśj prawdy wypadk<3w, z którego od czasu 
do czasu cuciły go napróżno bolesne uderzenia rzeczywisto- 
ści. Sprawa kozacka pozostała głównym przedmiotem uwagi 
sejmu, lubo już mało czasu zajęła sobą, ust^*pując innym, 
zwyczajnym sprawom każdego sejmu. Pierwszą, z takich pod- 
nieśli zaraz nazajutrz dyssydcnci, zwłaszcza na każdym 
sejmie za bezkrólewia niezmiernie czynni i pełni żądań, na 
obecnym wszakże, mniej fortunni niż na którymkolwiek z po- 
przednich. Mimo czterodniowych wysileń dowcipu i wymowy 
najgłośniejszych obrońców różnowierstwa wszystkich ziem 
polskich, jakimi teraz byli np. w W. Księstwie Litewskiem 
hetman polny lit. Janusz Radziwiłł, w ziemi krakowskiej 
generalny podsędek tejże ziemi Chrząstowski, na Rusi ka- 
sztelan chełmski Goraj ski, nie uczynili coraz surowsi kato- 
licy najmniejszych ustępstw wyznawcom Lutra, wzbroniono 
im odbudowania zboru w Wilnie i wyraźnego orzeczenia 
praw dyssydentów w układanym właśnie akcie konfederacyi 
sejmowej, a całą kilkodniowa kontrowersę o wiarę zamknął 
dnia 30 lipca żarliwy katolik Ossoliński upomnieniem do 
dyssydentów: „Kontentujcie się tem, co macie, i że was 
samych braterską miłością protegujemy, ale wasze wyzna- 
nie nad węża i żmiję bardziej w nienawiści mamy. Pokoju 
żądamy, ale nic więcej nie pozwolimy wam, choćby nietylko 
Chmielnicki ale i całe piekło na ojczyznę naszą powstało." 
Jednocześnie z wytoczeniem sprawy duchownej wniósł 
sekretarz w. kor. kilka ,, punktów" w imieniu owdowiałej 
królowej Maryi Ludwiki. Już na trzy tygodnie przed śmier- 
cią Władysława IV w ciężką wpadłszy chorobę, wstała ona 
z niej dopiero w^ drugie trzy niedziele po jego zgonie, wol- 
na od dalszego bawienia w Polsce, do której krótkim i nie- 
wesołym pobytem nie mogła ani przywiązać się ani nawy- 
knąć. Mimo to nie miała królowa Ludwika ochoty wracać 
. do Francyi, a złożone sejmowi przez jej posła podanie, 
miało właśnie zagnieździć ją stale w Koronie. „Prosiła" 
wdowa królewska 1) o wyznaczenie rezydencyi na czas bez- 
królewia, gdy wszystkie pałace królewskie rozebrali króle- 
wice pomiędzy siebie; 2) o zaopatrzenie dworu, nim śmier- 



56 DZIELĄ KAROLA 8ZAJN0CIIY. 



cią dzisiejszych posesorów opróżnią się zapewnione jśj 
oprawą dobra królewskie; 3) o prowizją pod bezkrólewie; 
4) o dalszą wypłatę 40,000 zł. z żup, która ze śmiercią 
króla ustała. W odpowiedzi sekretarzowi przyrzekł marsza- 
łek izby poselskićj, iż Rzeczpospolita pamiętać będzie o za- 
chowaniu godności majestatu królowej, i pozostała w istocie 
pobieżna wzmianka o naznaczeniu prowizji, lecz w konsty- 
tucje sejmu teraźniejszego nic o tern nie włożono. Mniejsza 
o to, mogła myśleć Marya Ludwika, pocieszając się zapisem 
w innćj nieskończenie większego znaczenia księdze — w księ- 
dze przeznaczeń. Zapisano w niej było głoskami wróżebnych 
zdarzeń, że córka domu Gonzagów mantuańskich przezna- 
czoną jest objąć tron polski, i to nietylko raz z Władysła- 
wem, lecz i obecnie z jego następcą. Wróżebne te zdarze- 
nia sięgały lat jśj młodości, i oto co się teraz o nich 
przypominało królowćj. 

Doszedłszy właśnie roku pełnoletności i słynąc z nie- 
zrównanych wdzięków i cnót, przeznaczoną została ,, księ- 
żniczka Marya," jak ją u dworu paryzkiego powszechnie 
zwano, przez wszechmogącego kardynała Richelieu na mał- 
żonkę królowi polskiemu Władysławowi, którego polityka 
francuzka odciągnąć chciała tym sposobem od związków 
z domem Habsburgskim. Przybył w r. 1635 do Paryża poseł 
polski z wizerunkiem Władysławowym, dostał się wzajem- 
nie królowi polskiemu portret księżniczki, ale licznie odda- 
wna zaprzedani dworowi cesarskiemu magnaci polscy nie 
dopuścili królowi połączenia się z krewną i wychow^anką 
królewskiej rodziny Francyi. Władysław IV pojął w mał- 
żeństwo Rakuszankę Cecylią, a jego brat Jan Kazimierz 
wpadł u Francuzów w podejrzenie o zamysł pomagania 
orężem pokrewnćj Habsburgom i polskim Wazom a woju- 
jącćj z Francyą Hiszpanii, co mu w r. 1638 ściągnęło poj- 
manie na okręcie u brzegów Francyi i przydłuższe więzienie 
w różnych zamkach francuzkich, bardzo pomyślne dla nie- 
doszłej oblubienicy Władysławowśj. Nie chcąc bowiem zrzec 
się myśli zatamowania wpływów rakuzkich w Polsce, nade- 
słał kardynał Richelieu uwięzionemu królewicowi sekretnie 
projekt, aby zaślubieniem mantuańskićj księżniczki Maryi 
Ludwiki wszedł w związek z Fiancyą, któraby bądźto prze- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 57 



ciw Żyjącemu jeszcze królowi Władysławowi bądź po jego 
śmierci dopomagała mu do osiągnienia tronu polskiego- 
Prawie przymusem skłoniono i)rzeciwnego temu więźnia 
do wysłania swego poufałego pokojowca Butlera w celu 
tajnych umów w Paryżu, gdzie i poseł bardzo życzliwe 
przyjęcie znalazł i cała intryga najpiękniejsze u dworu 
przybrała barwy. Po raz drugi więc zabłysnęła korona pol- 
ska nad czołem księżniczki Maryi, ale i tym razem również 
napróżno, stracona przez Maryę stanowczem w końcu od- 
rzuceniem bratobójczego spisku przez króle wica. Zaco jakby 
wynagradzając obojgu, dało niebo księżniczce po kilku 
latach u boku tegoż samego Władysława powetować pier- 
szą stratę korony polskiej, a teraz stawia ją po raz drugi 
w obliczu tego samego Jana Kazimierza, jako najbliższego 
o tron polski spółzawodnika — ,,aby i tę drugą stratę 
odzyskać u jego boku'' — rzekła sobie wieszczym duchem 
królowa. 

I pracując w istocie pokryjomo w tym duchu, nie 
pracowała ona sama, bez potężnćj opieki. Dwór francuzki 
jak w latach 1635 i 1639 bez skutku a w r. 1645 szczę- 
śliwie tak i obecnie r. 1648 wsparł ją po raz czwarty do 
tronu. Posłużyli mu ku temu dwaj wielcy ambasadorowie, 
jeden, margrabia Brćzy de Flecelles, od trzech lat w Polsce 
bawiący, drugi, hrabia d'Arpayon, pierwotnie z ofiarowa- 
nym Władysławowi IV przez młodego króla Ludwika XIV 
orderem Św. Ducha wysłany. Gdy jednak u granic pol- 
skich wiadomość o śmierci Władysławowej powstrzymała 
go w Gdańsku, zażądany ztamtąd nowy rozkaz dworu pa- 
ryzkiego przeznaczył hrabiego posłem na konwokacyą i spro- 
wadził go do Warszawy na sejm. Głównym tu obowiązkiem 
obudwóch ministrów francuzkich było zapewnić Francyi 
jak największy wpływ na niedaleką elekcyą nowego króla, 
ku czemu najbliższym środkiem, owszem najstosowniejszym 
celem pośrednim, mieli obaj owdowiałą królowę polską, 
nieprzeciwną powtórnej koronacyi. Zawiązały się tedy se- 
kretne porozumienia, a jak posłowie francuzcy pragnęli go- 
rąco nadać Polsce króla po myśli Francyi a królowę fran- 
cuzkićj krwi, tak i wielu panów polskich w górnej i dolnej 
izbie oswoiło się od czasu przyjścia Maryi Ludwiki z wido- 



58 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

kiem i obyczajem Francuzów, stało się ich przyjaciółmi 
i stronuikami. Przekonała o tem jawna nieclieć wtórzenia 
dawnym sarkaniom na cudzoziemców u dworu, gdy ktoś 
w pierwszych dniach sejmu z wielkie, nienawiścią, zaczął bić 
na nich — przekonało najwyraźniej uroczyste posłuchanie 
nowego posła francuzkiego w senacie, odbyte dnia 28 lipca 
w obecności izby poselskiej z widocznem spółubieganiem się 
Polaków i Francuzów w wyrzijjdzaniu sobie wzajemnie czci 
i przyjaźni. 

Od dwóch przedniej szych senatorów, wojewody brze- 
skiego Szczawińskiego i kasztelana gdańskiego Kobierzy- 
ckiego, przy licznej assystencyi świetnie przybranej szlachty 
wprowadzony został hrabia d'Arpayon najpierwćj do zwłok 
królewskich w kościele Św. Jana, następnie śród ciekawych 
tłumów na zamek. Tam u progów zamkowych przyjęli go 
dwaj marszałkowie nadworni, z którymi w coraz liczniej- 
szem otoczeniu udał się poseł do górnej sali senatu, gdzie 
sam marszałek w. kor. Opaliński, staruszek tylko przy 
najważniejszych uroczystościach urzęduj^jcy, powitał hrabię 
krótką przemową i zaprowadził do przeznaczonego mu krze- 
sła. Za któreto uprzejmości jakże sowicie odwdzięczył się 
grzeczny poseł obudwom stanom w swojój mowie łacińskiej, 
przetkanej gęsto niesłychaną nigdy od tak potężnego mo- 
carstwa inty tulący ą: ^^Hereaissima Respublica! Najjaśniejsza 
Rzeczpospolita!^' A gdy dalej o wielkości króla i królestwa 
polskiego mówić przyszło posłowi, kiedyż próżność szla- 
checka słodszego doznała podrażnienia jak w dzisiejszem 
zapewnieniu hrabi d'Arpayon, „iż w tem zgromadzeniu tak 
wielu widzi królów jak wielu obywatelów, zkąd tem wię- 
ksza ma być żałość po królu, który nad takimi obywatela- 
mi panował." Po również pochlebnem oznajmieniu Pizeczy- 
pospolitćj faworu swojego króla zakończył poseł wręczeniem 
arcybiskupowi listu uwierzytelnienia. Zaczem dwoma nie 
mnićj pochwalnemi mowami, jedną od arcybiskupa w imie- 
niu senatorów, drugą od marszałka w imieniu izby rycer- 
skićj pożegnany^ opuścił z tą samą uroczystością salę, aby 
poza jćj obrębem tem czynniej forytować królowę. 

W sali zfiś po dniu pochlebstw francuzkicli nastąpił 
dzień strasznych wieści ze wschodu, wywołanych dalszym 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 59 

ciągiem sprawy kozackiej. Od wyprawienia posłów Chmiel- 
nickiego straciła ona wagę cliwilowo i albo innym przed- 
miotom obrad ustępowała, albo traktowaną była ozięble, 
jakby rzecz już skończona. Owe zaś inne przedmioty, lubo 
tak wiele czasu zajęły, ledwie na wzmiankę zasługują, bę- 
dąc głównie sprawami czystśj prywaty. W jednój z nich 
chodziło stronom o dwa starostwa pruskie, Puck i Brodni- 
cę, z których pierwszego mimo przywileju króla Władysła- 
wa wzbraniali Prusacy uchwałą swego sejmiku generalnego 
kanclerzowi Ossolińskiemu, drugie zaś, po świeżo zmarłym 
synu objęte, sam Ossoliński opierającym się temu Prusa- 
kom wydarł zajazdem. Drugą sprawą popierali Sapiehowie 
i Radziwiłłowie swoją dawną prywatę, dawną waśń familij- 
ną, w którśj teraźniejszym ustępie podkanclerzy lit. Lew 
Sapieha nastawał na hetmana polnego lit. Janusza Radzi- 
wiłła, iż za czterech tylko senatorów poradą zaciągnął 
w dzisiejszem niebezpieczeństwie kraju 6000 żołnierza, i pie- 
niądze wybrał na to ze skarbu. Dla zwyczajnój nie- 
zgody nie przyszło do żadnej konkluzyi w obudwóch 
sprawach, a zwłaszcza sprawa o Puck i Brodnicę nażyła 
wynikłą z niej burzą sporów o prawa całśj prowincyi prus- 
kiej, zakończoną dopiero „zahukaniem" głównego jej po- 
dnieccy, prusaka Rakowskiego. Wrócono więc dnia 24 lip- 
ca do spokojniejszych teraz obrad w sprawie kozackiój, to- 
czonych w owej deputacyi do przygotowania komisyi z IvO' 
żakami, a na szkodę Chmielnickiego i Kozaczyzny toczonych 
nadzwyczaj zgodnie. Ponieważ bowiem wszelkie sprzeci- 
wienie się doradzcom surowych kroków przeciw Kozakom 
narażało na sroższy teraz niż kiedykolwiek gniew szlachty, 
przeto żaden z panów deputatów nie odważył się wystąpić 
z przychylniejszą Kozakom radą, a sam „zahukany" tym 
gniewem Kisiel przypuszczał dziś możność nieofiarowania 
Chmielnickiemu zrazu nie więcej nad warunki tej „ostat- 
niój" przed 10 laty komisyi, która Kozaczyznę do dzisiej- 
szych buntów popchnęła. Dopiero gdyby Kozacy tych, 
„ostatnich" warunków przyjąć nie chcieli, możnaby ofiaro- 
wać im korzystniejsze, w żadnym razie więcej niż w Kuru- 
kowie za hetmana Koniecpolskiego. 

Podkanclerzemu kor. Leszczyńskiemu i to jeszcze by- 



60 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

ło za wiele. Gdy więc nawet niepomyśloa dla Kozaków 
koinisya kurukowska 6000 wojska im dozwalała, gdy już za 
rok w Zborowie na 40.000 przystać musiano, on w dzisiej- 
szej toni ojczyzny tylko 12,000 domagającego się Chmiel- 
nickiego zbywał hardo , Jednym lub drugim tysiącem". Bro- 
nił też podkanclerzy surowo wszelkiśj myśli o żądaniu zwró- 
cenia żołdu pięcioletniego, który już łupami tegorocznemi 
hojnie sobie wynagrodzili. Na dalszem 26 lipca posiedze- 
niu niedzielnem przystąpiono owszem do żądania od sa* 
mychże Kozaków zwrotu zabranych Polsce łupów, wyszcze- 
gólnionych przez panów deputatów w instrukcyi dla wrze- 
śniowej komisyi z Kozakami w Kijowie, głównem dziele 
sesyi dzisiejszej. Owóż bądźto wiernie powtarzając żądania 
Rzeczypospolitej w jój odpowiedzi Chmielnickiemu zawarte, 
bądźto innym tłumacząc je sposobem albo nowe przydając, 
zleca deputacya warszawska komisarzom kijowskim nie za- 
wierać inaczćj zgody z Chmielnickim i Kozakami, jak na 
warunkach następujących: 1) aby wszystką pojmaną szlach- 
tę wydali, 2) działa i broń zwrócili, 3) związek z pogań- 
stwem rozerwali, 4) wierność ku Rzeczypospolitej nową 
utwierdzili przysięgą, 5) dalej gdy straże czynić będą u gra- 
nic swoich, 6) fortecę Kudacką w nienaruszonym zachowają 
pokoju, 7) hersztów buntu i sprawców wojny tegorocznej 
przystawią komisarzom, a ci niektórych na miejscu dla 
przykładu pokarzą, resztę do Warszawy odeszła, 8) listy 
króla Władysława wydadzą, 9) zwrotu żołdu niech się nie 
spodziewają, 10) na ordynacyi kumejskiój a najwięcćj ku- 
rukowskiej przestaną. 

Zresztą pozatwierdzauo niektóre dawniej powzięte po- 
stanowienia. Miejscem koraisyi pozostał Kijów, porą jej 
zamknięcia dzień 6 września, trzem komisarzom ze szlach- 
ty przewodzić miał Kisiel senator. Kilka nowo przyda- 
nych postanowień dowodziło najzupełniejszćj spokojności 
o los komisyi, zawierając same nic nie znaczące ogólniki, 
jak np. aby panowie komisarze dbali przedwszystkiem o za- 
chowanie powagi i dostojeństwa, Rzeczypospolitej, nie mielt 
ani zupełnej ani nazbyt ścieśnionćj władzy, nie brali z so- 
bą więcćj nad 2000 assystencyi itp. Żaden opór nie za- 
mącił pogody dzisiejszego zebrania deputatów, całe grono 



DWA LATA. DZIEJÓW NASZYCH. 61 



deputackie rade było ukończeniu przygotowań do komisyi 
kijowskiój, gdy wtem nazajutrz nietylko w deputacyą lecz 
w całe zgromadzenie sejmowe uderzyła wieść strasznej klę- 
ski, ledwie nie ostatniej zguby ojczyzny. Klęską tą było 
srogie od chłopstwa zburzenie miasta Połonne z całym oko- 
licznym Wołyniem, zwiastunem tej klęski znany nam au- 
tor owego w zeszłym tygodniu nadesłanego sejmowi mani- 
festu przeciw Kozakom, naczelny regimentarz wojsk koron- 
nych książę Zasławski, jakby na karę niebios częstszy temi 
czasy zwiastun ciosów podobnych. Już bowiem nazajutrz 
po dzisiejszym liście o pierwszój klęsce, odczytywanym wła- 
śnie z niezmiernym przestrachem w obecności obudwóch 
stanów przyszło książęciu oznajmić sejmowi drugą strasz- 
niejszą, swoją własną, zupełnem rozbiciem wojsk koronnych 
od chłopstwa poniesioną. Uczynił to książę listem z dnia 
30 lipca bardzo spiesznie, ale jak poprzedni list o Połon- 
nem niefortunną ręką wysłany, gdy bowiem ten ostatni 
zaginął w swojej całości i tylko w krótkiej pamiętnikowej 
ocalał w^zmiance, późniejsza wieść o rozbitem wojsku koron- 
nem zginęła podobnież dla konwokacyi, przybywszy dopiero 
po jćj zamknięciu. Wszakże jako tćj samej treści i tuż po 
odczytaniu owego straconego listu połonnieckiego skreślona 
może ta druga relacya własnej klęski książęcej zastąpić go 
w uwydatnieniu rysów wielkiego aktu sessyi dzisiejszśj, aktu 
pokarania narodu za występną prywatę w wyborze książęcia 
Zasławskiego do buławy naczelnej. Oto jak ten jego list opó- 
źniony brzmi w treści i charakterystyczniej szych wyjątkach. 
„Na cóż już Rzeczpospolitą złudną mamić nadzieją, 
gdy ginącym już rzeczom codzień nowych przybywa brze- 
mion. Dla potencyej nieprzyjacielskiej prawie niewysłowio- 
nćj nie mogłem się oprzeć pod Konstantynowem, teraz co 
już ostatnią pachnie zgubą wiedzieć raczcie...." — Poczem 
wzmianka o pomyślnych „exprymentach" z hultajstwem 
Krzywonosowem w pobliżu Konstantynowa, w których i wy- 
party z głębi Wołynia książę Jeremi Wiśniowiecki i tak 
żywo przez Maszkiewicza ganiony w tćj okazyi wojewo- 
da kijowski Tyszkiewicz uczestniczyli, a po których za 
nastąpieniem niezmiernej mnogości chłopstwa nie mogli „na- 



63 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

si Diebożeta" wytrzymać i musieli „radzić o sobie". Na- 
stąpiła tak powszechna rozsypka, iż nieufając skutkowi po- 
wołania zbiegów uniwersałami do Glinian uprasza książę 
zgromadzoną bracią sejmową na całość ojczyzny, „abyście 
nie spuszczając się na powiatowe zaciągi raczćj pospolitem 
ruszeniem i prywatnemi siłami do tego opłakanego ratun- 
ku bieżeć chcieli. Bo w klar piszę, że tu zdesperowany 
stan rzeczy. Jeśli Waszmość miłościwi panowie i bracia 
nie pospieszycie, zginie to wszystkiego chrześciaństwa przed- 
murze, i boję się, żeby nie upadła z wysokości swćj Troja. 
Konwokacyą coprędzćj skończyć życzę, aby się próżnym bra- 
cia nie ubezpieczali pokojem. Więc i to miejsce za rzecz 
pewną, że siły nasze zewszechraiar słabe tak niezliczonćj 
nie wydołają mnogości. Uczynić też chciejcie refleksyą, słu- 
sznieli zaprzeczać można te niebezpieczeństwa i tak wielką 
ruinę wszystkiego..." 

Po owym srogim liście książęcia przeciw Kozakom 
z przed dni dziewięciu jakże rychło nowy tak różnej treści, 
tak pełen poniżenia, małoduszności, rozpaczy! po grze- 
chu mieszania spraw publicznych prywatą jakże rychło 
pokaranie grzeszników klęsKą publiczną! Trudno zaiste 
o ustęp dziejów tak nauczający w tćj mierze jak historya 
naczelnćj buławy książęcia Zasławskiego. Naj pierwszy ma- 
gnat Królestwa zapragną* prywatę ambicyi swojćj nasycić 
jednem z najpierwszych dostojeństw Rzeczypospolitej, a szla- 
checka prywata służalstwa królewiętom jak książę regimen- 
tarz Zasławski skłoniła ją do zadość uczynienia jego zach- 
ceniu, gdy w tem skora zawsze do kontradykowania część 
szlachty protestować zaczęła przeciw nieudolności nowego 
wodza. Chcąc przeto środkiem publicznym zachować od 
uszczerbku swoją prywatę, przybrał książę rolę najżarliw- 
szego nieprzyjaciela i prześladowcy Kozaków, czem w dwa 
jednocześnie błędy wciągnął na swoją korzyść szlachtę złu- 
dzoną. Jeden z tych błędów wiódł ją do szerokiego roz- 
głaszania chwały swojego łaskodawey po kraju, i co gorsza, 
do utwierdzenia mu osobną konstytucyą sejmową jego nie- 
zasłużonćj godności; drugi czynił szlachtę na wzór książę- 
cia nieubłaganą przeciwniczką Kozaków a nawet główną 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 63 



przeszkodą udarowania ich łaską przez Rzeczpospolitą; oby- 
dwa błędy razem zwiększyły znacznie tę już i bez nich 
straszną niedolę dzisiejszych dni, niedolę narzuconśj krajo- 
wi bezbronności brakiem zdolnego wodza i niedolę coraz 
gwałtowniejszych wybuchów swawoli chłopskiej, obudwom 
spółwinowajcom tych nieszczęść, książęciu regimentarzowi 
i szlachcie, zarównie zgubną. Książę regimentarską pry- 
watą ambicyi swojćj ściągnął na siebie wieczną niesławę 
w dziejach, oddaną zasławskiemu dworowi szlachtę pokara- 
ło niebo za prywatę służalstwa panom najprzód bezmiarem 
udręczeń wojennych od chłopstwa w domu, następnie sro • 
motnem obaleniem najdroższych pojęć i zamysłów na sej- 
mie w ciągu dzisiejszego posiedzenia obudwóch stanów, po 
odczytaniu listu książęcia o Połonnem. 

List ten i szybsze od listów wieści odsłoniły sejmowi 
zupełne obnażenie kraju z środków obrony. Przeciw dążą- 
cój już ku murom ćmie chłopstwa i jeszcze liczniśj nadcią- 
gającym za hią od Pawołoczy Kozakom pod Chmielnickim 
nic więcej nad garstkę wojska koronnego w rozsypce, nad 
niezmiernie leniwo wlokące się na , .pożar i popiół lwow- 
ski'' posiłki ziem i powiatów, nad kupy uciekającćj w po- 
płochu z stron zabużańskich ku Wiśle szlachty wołyńskiej, 
podolskiśj, ukraińskiej, W takim upadku przyszło zrzec 
się dawnój pychy i zawziętości, upokorzyć się do szukania 
ratunku w środkach wczoraj za zgubne mianych, u przyja- 
ciół wczoraj okiem nienawiści i podejrzenia mierzonych. 
Stał się dziś sejmowi takim przyjacielem z przymusu w^o- 
jewoda bracławski Kisiel, naprzód za swoje orędownictwo 
u Chmielnickiego przedmiot powszechnej czci i uwielbienia 
bez granic, później za swoją zbytnią wziętość w kraju i u Ko- 
zaków ofiara nąjzjadliwszych prześladowań zawiści i potwa- 
rzy. Słyszeliśmy już dawniej o nader niechętnych posądze- 
niach Kisiela w listach mężów najpoważniejszych jak kan- 
clerz kor. Ossoliński, podczaszy kor. Ostroróg, osobliwie zaś 
książę regimentarz Zasław^ski, który wojewodę w listach 
swoich „lwem panowania głodnym" nazywał, listy mu w dro- 
dze przejmował, posłów więził itp. Sam też Kisiel pisze 
temi czasy o sobie: „Com za to (jednanie o pokój z Koza- 



64 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

kami) wycierpiał przemowisk i tradukcyj, głośno to nietyl- 
ko w Polsce, ale i w cudzych krajach"— a ileż dopiero cier- 
pień sprawić musiało Kisielowi, owo obrażające cofnięcie się 
od wynurzenia mu publicznśj wdzięczności przez marszałka, 
gdy arcybiskup w pierwszych dniach sejmu zawezwał do te- 
go aktu izbę poselską. Nieco późniój obaczymy Kisiela pod 
brzemieniem jeszcze sroższej złśj woli i nienawiści, nie wa- 
hającej się zarzucać mu publicznie, iż za 150,000 talarów 
kupili go sobie Kozacy i wespół z Ordą chcą go na tronie 
polskim usadzić. 

Owóż ten głodny wszechwładztwa lew, ten za pomocą 
Ordy król polski, okazał się teraz jedynym środkiem ratun- 
ku, zdolnym Jak zeszłego miesiąca samem słowem uspokoić 
Kozaków, byle dał się uprosić powtórnie do tćj posługi. 
I zapomniawszy wyrządzonych mu krzywd, nie czując poni- 
żenia swego wobec Kisiela, obawą nieubłagania go zdjęte, 
rzuciło się zgromadzenie sejmowe z tłumną ku niemu proś- 
bą, aby ulitował się nieszczęść ojczyzny i po raz drugi 
podjął „święte dzieło" jćj ocalenia. Toć mianowany już jest 
przewódzcą wrześniowej z Kozakami komisyi, ale nie w wrze- 
śniu lecz tejże chwili zabiedź im należy drogę w głąb Pol- 
ski, i nie według pierwszej instrukcyi komisarskiej układać 
się z nimi mocą ograniczoną, lecz owszem niczem nie skrę- 
powaną, najzupelniejszą, tylko rozumem i sumieniem oszran- 
kowaną. O takićj więc misyi przyjęcie błagał sejm na mi- 
łość i całość Ptzeczypospolitej Kisiela, ale błagał z począt- 
ku bezskutecznie. Rozżalony niewdzięcznością narodu wy- 
mawiał się upadkiem całśj fortuny swojćj za Dnieprem, 
który pozbawił go możności podjęcia połączonych z komi- 
syą kosztów otoczenia się stosowną assystencyą, utrzymy- 
wania towarzystwa zbrojnego itp. Wyrzekał Kisiel dalej 
na stratę zaufania u szlachty i ujmowanie mu czci oszczer- 
stwami, uskarżał się na swoich i Rzeczypospolitej zarazem 
nieprzyjaciół, którzy w usilniejszych staraniach około dobra 
pospolitego stawią mu ciężkie przeszkody, zatrzymując jego 
o losach ojczyzny stanowiące listy do Chmielnickiego, nie- 
dopuszczając pism równśj wagi do Moskwy, traktujących 
podobnież o zabezpieczeniu kraju z tśj strony. I wiele in- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 65 



nych wyliczyćby umiał przykrości, które czy jawną, ku nie- 
mu nie pachną diffidencyą same stany sejmujące niech so- 
bie odpowiedzą. 

Wziął na to głos kanclerz kor. Ossoliński, który ni- 
gdy nie przemawiał na próżno, lubo obecna jego zchorza- 
łość wiele blasku i dosadności ujmowała jego wymowie. 
Nie zabrakło przecież zwyczajnego zapału sercu, skoremu 
przy każdój sposobności rozgorzeć szlachetnym gniewem lub 
poświęceniem, którem i dzisiejsza jego mowa sprawić mia- 
ła niezmierne vf całem zgromadzeniu wrażenie. Zaczął ją 
kanclerz wychwaleniem całego poprzedniego życia Kisiela, 
poczytując mu za największą zasługę iż zawsze sacrosande 
przestrzegał zachowania starodawnej wolności przodków. 
W dzisiejszych niebezpieczeństwach kozackich nie masz sku- 
teczniejszego ratunku dla tej wolności nad koraisyą do je- 
dnania z Iiozakami o pokój a do takiśj komisyi gdzież 
zdolniejszy pośrednik od wojewody Kisiela. Onto bowiem 
niedawną burzę nad krajem w niespełna sześciu niedzielach 
uspokoił swoją dzielnością, za co kanclerz w imieniu wszyst- 
kich składa mu dzięki wnosząc zarazem prośbę aby gwoli 
dobru pospolitemu odpuście raczył doznane temi czasy ob- 
mowiska i krzywdy. Co się tknie braku słusznej assystencyi 
poselskiej — dodał kanclerz w\ kor. ku powszechnej radości 
stanów — ofiaruje on wojewodzie w tym celu wszystkich do^ 
mowych, aczby sam z jednym tylko sługą miał chodzić. 
Podobnież na wspomożenie potrzeb Kisielowych w podróży 
na komisyą deklaruje się Ossoliński odstąpić mu starostwa 
bohusławskiego, które bezpośrednio przed śmiercią króla 
Władysława dostało się kanclerzowi. 

Ostatnie słowa mówcy do łez rozrzewniły zebranie. 
Najgłębiej wzruszony Kisiel z płaczem podziękował Osso- 
lińskiemu, dobrodziejem nazywając go swoim i wieczną tern 
obligacyą na siebie biorąc. Z niebezpieczeństwem też życia 
i ostatków fortuny przyrzekł Kisiel pospieszyć na usługi 
Rzeczypospolitej, czem pocieszone oba stany sejmowe, zwłasz- 
cza ze srogich nieprzyjaciół w kornych dziś czcicielów Ki- 
sielowych przemienieni posłowie zawezwali jednogłośnym 
chórem swego marszałka, aby podziękował Kisielowi w iraie- 

Dziela Karola Szajnochy Tom X. 5 



66 DZIELĄ KAROLA SZAJNOCHY. 

niu koła. Zawezwali go dziś we środę dnia 29 lipca do 
aktu czci, którego w przeszłym tygodniu, dnia 20 lipca, 
sami ze wzgardą wzbronili Kisielowi. Dzisiejsze zawezwa- 
nie do złożenia mu dzięk wywołane było ciężącą, teraz na 
posłach koniecznością stłumienia w sobie dawnego wstrętu 
ku owym Kisielowym zasadom folgowania Kozakom, ko- 
niecznością szukania ratunku ojczyźnie w przyswojeniu Ko- 
zaków łaską i przebaczeniem. Wobec dawnych uprzedzeń 
szlachty wyrządzał taki przymus pobłażania ludowi srogą 
krzywdę jój prawom i intratom, poniżał godność szlachecką, 
i za takąż klęskę na czci i mieniu, za taki akt sromu i po- 
niżenia poczytała dzisiejsza szlachta sejmowa swoje ponie- 
wolne upokorzenie się przed swoim niedawnym wrogiem Ki- 
sielem. Że jednak wróg ten najmilszym ludowi kozackiemu 
był pośrednikiem, a ztąd i najpotrzebniejszym w tej porze 
obrońcą szlachcie, nie Iża więc było uniknąć tego kroku 
wstrętnego, po którym gdyby szlachta mimo ten wstręt 
chciała była w tym kierunku iść dalej, gdyby zamiast przez 
jedną chwilę dzisiejszą chciała była wytrwać przez lata na 
tćj drodze pojednania i miru z ludem, jakże błogo wiodło- 
by się wówczas ojczyźnie, jakże odmiennie rozwinęłaby się 
była jćj przyszłość! 

Ale nazbyt dawnym i srogim gniewem wrzała szlachta 
ku Kozaczyźnie, aby jedno posiedzenie sejmowe, jedna chwi- 
la przymusu do złagodzenia względem Kozaków mogły go 
trwale ukoić. Całe ukojenie dzisiejsze skończyło się na 
owćj zażądanej przez posłów mowie marszałka sejmowego 
ku czci Kisiela i na tegoż odpowiedzi izbie poselskićj. Mar- 
szałek w mowie swojej wyliczył z kolei wszystkie zasługi 
Kisielowe, doradzał i upraszał niezważać na obmow^iska 
złych ludzi, a w końcu zaklął go na miłość i wierność ku 
ojczyźnie, aby czemprędzej pospieszył do ,, świętego dzieła" 
komisyi. Kisiel ponowił zapewnienie oddania się całego na 
usługi Rzeczypospolitej i już nazajutrz odjechać przyrzekł. 
Nie pozostało zatem nic więcej jak przejrzeć i do nowych 
potrzeb zastosować gotową już Instrukcyą dla komisarzów, 
co według prawa stać się mogło jedynie przy zamkniętych 
drzwiach sali. Nim atoli wszystkich nieposłów wywołano 
na ustęp, wyrwał się z głosem podsędek sędomierski Si- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 67 



śnicki, „przyjaciel^' dworu wojewody sędomierskiego, któ- 
rym jak wiadomo był książę regimentarz Zasławski, a któ- 
remu zdaniem podsędka wielce ubliżyła wzmianka Kisiela 
o zatrzymanych mu listach. Zaczął więc kontradykować te- 
mu podsędek, lecz ze szkodą faworu u swego wojewody 
i łaskodawcy nie zdołał rozwieść się dość szeroko w jego 
obronie, uciszony „pokorną" odpowiedzią Kisiela iż nie ma 
żadnćj urazy do książęcia, a całą winę na jednego z sług 
składa. 

Nie lepiój jak ten sługa książęcy na listach zatrzy- 
manych wyszli wzgardzeni, od książęcia Kozacy na zamie- 
rzonem dziś ulepszeniu pierwszej Instrukcyi komisarskiśj 
Ułożoną pierwotnie przed trzema dniami wzięto ją po wyj- 
ściu nieposłów z sali pod nowy rozbiór, który jednak nie 
wzbogacił niczem swobód kozackich. Novvo tym rozbiorem 
umodelowana instrukcya zachowała się dotąd w jedynym 
niezupełnym ułamku, powtarzającym dosłownie 5 punktów 
pierwszej instrukcyi, resztę zaś opuszczonych 5 punktów 
jako bez wątpienia równobrzmiących z punktami instrukcyi 
pierwszej zbywa nasz ułamek zwyczajnym w takim razie 
„etc. etc." We wszystkich też opisach zdarzeń tej pory 
uchodzi pierwsza instrukcya za główną i jedyną, żadnym 
dodatkiem dzisiejszego posiedzenia nie ulepszoną na rzecz 
Kozaków. Jedyną różnicą między pierwszą instrukcya z dnia 
26 lipca a dzisiejszą z 29 t. m. pozostało różne miejsce 
i różna pora komisyi, którą już nie w naddnieprskim Kijo- 
wie lecz nad dążącym ku Wiśle Bugiem i nie w miesiącu 
wrześniu lecz w dniach najbliższych postanowiono na dzi- 
siejszem zebraniu odbyć z Chmielnickim. Gorliwy teraz jak 
nigdy Kisiel przyrzekł odjechać już nazajutrz lecz musiał 
o dni kilka spóźnić swój odjazd, zatrzymany ostatniemi spra- 
wami sejmu. 

Główną z nich była sprawa elekcyi króla. W począt- 
kach bezkrólewia doradzało kilku senatorów odbyć ją w- je- 
dnej z ziem wołyńskich lub ukraińskich, gdzieby elekcya 
swoim tłumem szlachty orężnej raogla oraz być obroną od 
nieprzyjaciół. Dla dzisiejszej burzy chłopskiej w tych stro- 
nach zgodzono się na dawne pole w7borcze pod Warszawą 
a rozpoczęciu sejmu elekcyjnego naznaczony został dzień 



68 DZIEŁA KAROLA SZAJXOCHY. 



6ty października. Temuż sejmowi poruczono ostateczne roz- 
strzygniecie kilku z teraźniejszym sejmem zaczętych^a jesz- 
cze z końcem sejmu niedoszłych spraw, jakiemi np. były 
Znane nam już z pobieżnego napomknienia sprawy dyssy- 
dentów o wiarę, Prusaków o dawne prawa prowincyi pras- 
kiej, tychże o starostwa Puck i Brodnicę. Wszystkie szczę- 
śliwie do konkluzyi przywiedzione, na sejmie sprawy zebra- 
ne zostały przedostatniego dnia sejmu, 31 lipca, w osobny 
akt prawomocny, opatrzony podpisami wszystkich senato- 
rów i posłów, mający nadpis: ,,Konfederacya generalna 
wszystkich stanów Królestwa i w. ks. lit. na konwokacyi 
głównej warszawskiej uchwalona". Ostatni dzień konwo- 
kacyi poświęcono w znacznej części żegnaniu się mowami 
dziękczynnemi, z których jedną marszałek stanu rycerskie- 
go Leszczyński dziękował w imieniu wszystkich królewico- 
wi Karolowi Ferdynandowi za podanie niepośledniej pomo- 
cy zbrojnej, drugą tenże marszałek wychwalał gorliwe pie- 
czołowanie się arcybiskupa Pizecząpospolitą, trzecią gene- 
ralny starosta krakowski Lubomirski na prośbę izby posel- 
skiej uczcił nieprzygotowanem podziękowaniem jej marszał- 
ka za trudy i prace około sejmu. 

Dopiero nazajutrz po zamknięciu obrad jkonwokacyj 
nych, 2 sierpnia, pospieszył Kisiel z kolegami swoimi na 
komisyą za Bug, dokąd i nam za nimi na rozhukane od 
dawna ,, morze buntu chłopskiego" i nowo rozpłomieniający 
się pożar wojny kozackiej. 



XI. Srom Pilawiecki. 



Już po dwóch dniach drogi z Warszawy w nocy z 3 
na 4 sierpnia, stanął Kisiel u brzegów Bugu, w Horodle. 
Trzy tygodnie jego oddalenia z tych stron sprawiły straszną 
zmianę w całym zabużańskim Wołyniu. Po zburzonem Po- 
łonnem legły w gruzach od chłopów^ zamki i miasta Ko- 
rzee, Zasław', Konstantynów Ostrogskich, a wiele odbieźo- 
nych od swoich panów dworów^ i siół stało pustką bezlu- 
dną. „Po sam Bug'' — pisze lusiel do prymasa z Horodła 
4 sierpnia — „żadnego szlachcica nie masz, albo uszedł 
albo łupem został". Na ich mogiłach, na ich opu- 
szczonych siedliskach wrzała jakaś dzika, różnoskładowa 
ludność, jakaś potworna mieszanina zbiegłych od cepa chło- 
pów, samopas łotrujących Iiozaków, przymusem lub ochotą 
pobratanych z czernią rozbitków i hultajów szlacheckiej 
krwi, których jako branych Kozakom jeńców tak często 
wspominają tamtoczesne opisy bitew\ Tłem tego wszystkie- 
go było chłopstwie burzą wojny kozackiej w prąd gwałtów 
swoich porwane, a tak różnobarwnie napływem obcych ży- 
wiołów upstrokacone, iż patrząc na dziwotworny chaos tej 
zbrojnej dziczy zadawali sobie nasi panowie komisarze z za- 
dziwieniem pytanie, czyto jakieś wojsko chłopskie, czy kozac- 
kie, czy rozbójnicze? W ogólności przeważała u wszystkich 
w stroju, języku, obyczaju barwa kozacka, a sam Kisiel w po- 
wyższym liście do prymasa donosi, iż w tej drodze koza- 
ckiój przyjdzie jemu samemu zostać Kozakiem, karmić się 
dynią. 



70 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCIIY. 

I upoiło się chłopstwo zdziczałe do tego stopnia tym 
spotworzonyin ducłiem kozackim, iż w końcu \vyżśj od wła- 
ściwycłi Kozaków, a nawet samego Chmielnickiego zuchwa- 
łością i zamysłami swemi sięgnęło. Gdy Chmielnicki do tej 
pory nie zrzekł się ostatecznie nadziei pojednania z Koroną 
i jedynie dla opóźnionego do dzi^^ powrotu posłów swoich 
i widocznśj ztąd niełaski Rzeczypospolitej wyruszył z woj- 
skiem zaporozkiem w głąb Polski, chłopstwo coraz niechę- 
tni^j odrzucało wszelką myśl zgody z Koroną, coraz gwał- 
towniej parło Chmielnickiego do wojny. Przekonał się 
o tern z wielką boleścią Kisiel, zapuszczając się w swojej 
podróży coraz dalćj w kraj zabużański, witający go niedo- 
gasłemi jeszcze zgliszczami zamków, dworów, kościołów^ 
Między innemi targnęło się chłopstwo i na jego własną 
w tych stronach majętność Huszczę, jedyną po spustoszeniu 
jego zadnieprszczyzn pozostałą mu resztkę fortuny, zni- 
szczoną głównie z zawziętości ku wszystkim jednaczom po- 
koju z Polską, a osobliwie ku najgorliwszemu z nich Kisie- 
lowi. Splądrowawszy mu zamek, miasto, folwarki, dwory, 
piwnice, wyrządziwszy mu w samych sprzętach na 30,000 
szkody, ugodziła go zgraja zbójecka najboleśniej wywarciem 
swojej złości na głównym pomocniku w rokowaniu z Chmiel- 
nickim, na O. Petronim Łasku. Wyprawiony z nowemi 
listami do Chmielnickiego, został O. Łasko zatrzymany 
w Huszczy przez chłopstwo, które odebrało mu listy i mimo 
jego suknię i brodę czerńca greckiego tak nielitościwie na 
ulicy kijmi go zbito, iż musiano obawiać się długo o jego 
życie. 

Jednocześnie z ukaraniem O. Łaska za nadsługiwanie 
pokojowym układom z Polską dała czerń inne nierównie 
większej wagi świadectwo o swojem niezadowoleniu z owych 
układów i nietajonych w tej mierze zamysłów Chmielnickie- 
go. Rozciągając to niezadowolenie na wyprawione przezeń 
poselstwo do Warszawy, było chłopstwo temsamem bardzo 
rade tak długo zwlekanćj, a ztąd zapew^ne niepomyślnej 
odprawie posłów przez Rzeczpospolitą, w końcu zaś zapra- 
gnęło nawet przeszkodzić całkowicie ich powrotowi. Gdy 
więc sam wódz czerni Krzywonos tak usilnie u panów pol- 
skich domagał się tego powrotu, chłopstwo tymczasem sta- 



DWA LATA D/IEJÓW NASZYCH. U 

wiło posłom nieprzebyte zawady \w drodze, zniewalało ich 
szukać sobie dalekiemi uboczami drogi do Chmielnickiego. 
„Swywoleństwo nie życzy uspokojenia" — użala się przed 
Chmielnickim i całem wojskiem zaporozkiem na chłopstwo 
skreślony temi dniami list wojewody Kisiela — tak że i po- 
słowie WWMściów, jako mi słudzy moi dali znać, aż Po- 
lesiem przebijali sie i nie ^Yiem jeżeli się już przebrali do 
WWMościów," Do tak zaciętego zaś oporu zamiarom Chmiel- 
nickiego rozzuchwaliwszy się nie pokoju lecz wojny z swo- 
jemi „królewiętami" żądając, stało się chłopstwo niespo- 
dziewanie tem groźniejszą Chmielnickiemu potęgą, ile że 
oprócz swojej własnej mnogości miało ono jeszcze w samem 
wojsku zaporozkiem znaczny posiłek. Była nim najniższa, 
najpośledniejsza część wojska kozackiego, znana czerń za- 
porozka, licząca w 3 pułkach 40,000 głów, tych samych 
z czernią chłopską usposobień i obyczajów, jak chłopstwo 
pokojowi i panom wroga a ciągłej z nimi wojny, ciągłych 
bojów i rozbojów spragniona. W połączeniu ze sobą prze- 
wyższały obie czernie całą resztę wojska zaporozkiego, 
a chcąc przemocą wymusić coś na Chmielnickim i wojsku 
mogły pewnemi być wygranej. 

Było -to niestety rzeczą jak łatwą do zrozumienia tak 
powszechnie wiadomą, lubo za mało dziś uwzględnianą. Że 
„nie czerń Chmielnickiemu lecz Chmielnicki czerni ulegał"^ 
poczytywa Kisiel w swojej listowej przed arcybiskupem 
spowiedzi z dnia 29 września, poczytywali wszyscy światlejsi 
mężowie kraju za jedną z głównych przyczyn zdarzeń pó- 
źniejszych. I dziś też nieinaczej zdawało się Kisielowi, gdy 
w dalszej drodze na komisyą z nadciągającym od Ukrainy 
Chmielnickim oznajmił listem z dnia 9 sierpnia Ossoliń- 
skiemu, iż przyjęcie komisyi zależeć będzie w równej mie- 
rze od Chmielnickiego jak i od czerni: „Wszedłszy Chmiel- 
nicki w wnętrza królestwa, albo zechce sam, albo dopuści 
mu czerń traktatu ze mną, albo nie. A jeśli sam nie ze- 
chce, albo czerń nie dopuści, jakże to szczupłe \Yojsko na- 
sze wytrzyma tak srogiej potędze kilkudziesiąt tysięcy 
ognistych ludzi!*' W takiej zaś cieśni jedynym ratunkiem 
spieszna komisya, rokowania, do których okrom rzeczyv, i- 
stej potrzeby ciągną Kisiela jeszcze zamiłowanie i nawy- 



72 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



knięcie do trudów dyplomatycznych, Chmielnickiego chytry, 
przebiegły duch. Obaj wi§c gotowi rozpoczą,ć w poblizkim 
czasie układy, i już wstępne ku temu podjęli kroki, Kisiel 
zapytaniem Chmielnickiego przez posłów o miejsce i czas 
komisyi. Chmielnicki chwjlowem zastanowieniem swego po- 
chodu aż do przybycia spodziewanych posłów z odpowie- 
dzią Ezeczypospolitćj, których według Kisiela nie sejm lecz 
chłopstwo zatrzymywało, a którzy nakoniec stanęli temi 
dniami istotnie u Chmielnickiego. 

Szczęściem to było dla nich, gdyż jakby dla przeszko- 
dzenia ich powrotowi rozpasało się chłopstwo w tej porze 
do bezprzykładnej dzikości. Srożej i dalój niż kiedykolwiek 
grasując, ogarnęła swawola chłopska przyległe Wołyniowi 
Polesie i dalszą Litwę, gdzie mianowicie Pińsk i Słucz 
z okolicznemi ziemiami strasznej doznały plagi. Na Woły- 
niu ostatek zachowanych jeszcze w całości miast, jak Mię- 
dzyboż, Tuczyn, Dubno, uległ zniszczeniu, a niektórym po- 
przednio już splądrowanym ponowiono teraz ten los. Spotkał 
on przedwszystkiem niemiłą pospólstwu Huszczę napadniętą 
tym razem przez zhultajonego szlachcica Krasnosielskiego 
na czele kupy chłopsko-szlacheckiej ,,w większej połowie 
ludzi służałych, którzy się puścili na szarpaninę^'. Najsroż- 
sze jednak ciosy padły i groziły jeszcze Podolu. Po zbu- 
rzonym Memirowie, Tulczynie, Szarogrodzie, przyszła kolśj 
na Bar, niezmiernie warowne stanowisko i skład broni dla 
całego Podola i Ukrainy. Kilkudniowym przecież szeregiem 
szturmów zdobyte zostało w piątek, 7 sierpnia, miasto, 
we trzy dni później zamek, i to nie pod wodzą Krzywonosa, 
któremu zwyczajnie wszystkie takie zwycięztwa mylnie przy- 
pisywane bywają, lecz przez ćmę „bohowego i dniestrowego 
hultajstwa" pod rozkazami jednego szlachcica z pod Bra- 
cławia nazwiskiem Kuszka, jednego popa i trzech chłopów 
Habacza, Stępka, Bracławca. Krzywonos dowiedział się 
o Barze dopiero od wyprawionego przez tych pięciu wo- 
dzów posła z żądaniem, aby zapytał Chmielnickiego, co 
mają czynić z zamkiem, armatą, prochami, ołowiami i poj- 
manym synowcem łietmana w. kor. Potockim. Żydów bez 
zapytania starszych miano około 15,000 mieczem wy- 
ścinać. 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 73 

Upadek Baru rzucił niewymowny postroch na garstkę 
obrońców Kamieńca Podolskiego, gdzie według listów je- 
dnego z dowódzców twierdzy, sędziego podolskiego, Łu- 
kasza Miaskowskiego, skreślonych w dniach 4= lipca i 16 
sierpnia „na całą, fortecę 100 piechoty załogą, na całą za- 
łogę jeden tylko jest puszkarz, a w bramie antiquo morę 
(starym obyczajem), po pięciu dziadów na straży stawa*'. 
Drugi z tych listów, w okropnem od chłopstwa oblężeniu 
pisany, zapowiada w tydzień po wzięciu Baru z dziwnym 
spokojem, iż jeśli cud się nie stanie, będą trzymać się mo- 
gli tylko „do środy^\ I cudem też jedynie można było wy- 
trwać w tak zupełnem ogołoceniu ze wszystkich środków 
obrony, lecz że cud tylko dla Kamieńca stał się tym razem, 
wszystkim zaś innym twierdzom i hufcom naszym przyszło 
ponosić skutki swojej nieudolności, paść łupem przemocne- 
mu wrogowi, przeto cały kraj napełnił się zwaliskami i wy- 
gnańcami z tych zwalisk, pałace zamieniły się w gruzy, 
a ich panowie w tułaczów, strącona pycha wczorajszych 
samowładców drżała pod mieczem i urąganiem tryumfują- 
cych dziś zgraj hultajskich. ,,Taki popłoch" — pisze Kisiel 
pod dniem 9 sierpnia do kanclerza Ossolińskiego — , że 
nieprzyjaciel nietylko serce ztąd wziął lecz jeszcze bierze 
patrząc, iż nikt w oczy nie chce pojrzeć. Wszystko co żyje 
podało tył, a chłopi poddani śmieją się, wszystka zaś czerń 
idzie do tych wojsk kozackich, chłopskich lub rozbójni- 
czych". — Podobnież książę Jeremi Wiśniowiecki do pod- 
czaszego kor. w liście z dnia 12 t. m,: „"Widząc chłopstwo 
wojska nasze nie w oczy lecz z oczu sobie idące, zewsząd 
powstało, i nie mając żadnego odporu, postrachu przynaj- 
mniej żadnego, tak ^Yielkich zbrodni dokazuje, zamki tak 
potężne bierze, i co obcemu najpotężniejszemu nie wolno 
było nieprzyjacielowi, teraz najpodlejsze pospólstwo śmiarło 
popełnia". 

W takim upadku ducha, po takim zrębie ruin, dążył 
do głównego sprawcy tych nieszczęść, do Chmielnickiego, 
jedyny w obecnej chwili zwiastun lepszej przyszłości Kisiel. 
Dążył z myślą wyjednania ojczyźnie w obozie nieprzyja- 
cielskim tego cudownego uspokojenia, które przed dwoma 
miesiącami nie Kisiela lecz króla Władysława zasługą spły- 



DZTEZA KAROLA SZAiyOCHY 



B^o Ptrisce, a kt^ema i teraz otworem stałabj droga, 
gdjbf naród chdał, gdyby nmi&ł dopomódz szczęścia wła- 
SBena. I dziś jeszcze działały ostatnie promienie wpływów 
WładjsławowTcfa jeśli joi nie w Stambnle, gdzie w tćj 
właśme porze sierpniowój po zamordowania przyjaznych 
P<^8ce wezyra i cesarza nastał nowy, nieprzyjazny jćj rząd, 
tedy z tem większą mocą w Kozac^rźnie i jej przywiązania 
do pamięci Włady^awa lY., owszem całój Fol&ki Włady- 
sławowej. Znamy pod tym względem nsposobienie Cbmiel- 
nidEiego za króla Władysława, dopiero ligą z pogaństwem 
i pogromem hamanów rozsrożone^ po Białejcerkwi znów 
złagodniałe, tena jedynie z powoda zatrzymania posłów 
i od^wiedzi sejmowćj dawną nieprzyjainią groiące. Skoro 
jednak posłowie z jaką taką wrócili odpowiedzią, skoro 
godzflo aę przypuścić, iż nadciągający z swoimi komisa- 
rzami Kisid znacznie nlepszy tę odpowiedź, czemaż nie 
miałby Oindelnicki ochłonąć z gniewa i nie przypomnieć 
sobie owych przed dwoma miesiącami nadeslanycli ma słów 
Kisielowydi, do których w swojem ciągiem miotania się od 
związkn do związko z Ordą i Tureyą wracał zawrze myślą 
stęsknioną. 

I zaniosło aę w istocie na d: :. _ r - ^:; : e- 

me Ińdocezkiewakie. Nastała chwila . : 7. ienia 

się Głnuetauckiego ka Polsce. Przy d- : 1 in 

przemocy przeciwnego Polsce i wszeii^c 
chk^stwa było to sUonienie się liardzo ^ 
pieonem i jedynie za łaskawem i wyroz 
nienicm się Bzeczypospolitój mogjo przej 
atoli kilka nieobcj0nych kroków Camdek . 
rze świadczą, ii na prawdę zmierzał do t . zyna, z ja- 
wncBi nawet naraiieniem się czerni. 2 :^edział 

Cłnudnidi pomyślną odpowiedź i zjrze. 

kając ma. niebawem przystąpić do łając 

pisenme t^ odpowiedzi, a poidów ^a- 

trzymiiiąC) 00 zniewoliło Kisiela d ^j- 

wyeh liilów za pierwszym. Kastęp :o wyraźną nieła- 

skawość otrzymanej od agmn odpo?' ^nawia Chmiel- 

niki kilkii nderzającemi dowodami : Rzeczpospolitą 

o swojej gotowości oczynienia zadc :l arnnkom. 



nem od siebie w 
mana i pok ::^ 
Chmieli j 



tvC2 



O jej od^ 'ledź. Owoż mając zaźąida- 

wamnkaffh, abj zwrócił szlachtg poj- 

:: w swawoli chłopski^, pnjstąpił 

itu zwrócenia jeńców, zapomnia- 

r - :"ejów ówczesnydL Przeko- 

i ^a Kisiela i Chmielni^e- 

: ' eBców z obozu wojska 

. 7 : : ^ ;.:.:: 1^ : zywouo^ow^i, U Ko- 



1\TT' 



mu, zkąd 
temi czas 

l:oj:v- : ., 

zach k : : 
Chmielnie, 
starsi i e: 
stał, i kto 
puszcza!:-', 
wcale ::;: 
gośdlo : 
zackim : 
v/ k ::;-.:■■■ 
wojny - ; ; 
w r . : - . . 



yru szlachecki 7. 
: kich- O niej io :; 

1 "..:,. fe 113 rozkaz C 



._LC. Cvr. . . 



■.V 



u.:::;t3o", Z 



zy c. 
Zz.s: 



IX 



•rs: izirzonT (pisze 

w 5 175:7 s.ii żjwi jako 

'7 : 1 u rzj z zi £ lók za- 

\j3i jechać, wolnośmT 

i tli jechać^ nie było 

szlachty dobrowolnie 

wiącycl! w obozie ko- 

: k : i e ^ano chętnie 



-"•» 



Vy- L:cvr,_-e. z.'.e Cl 



11 



-. :■. t 



k:-,:A 

CZ7' 
tyci. 

fat: 



i\. 



kijowskiej, zazwyczaj r: vz -: 5 
7 bez różnicy płd do 

eśnie z wyswobc i : r z r z: r z : 
„ ::' V swawoli chłopskiej.^ D&l 
— 2~zjm liście iKisie!?. — "'^i 
. w czem usłcLż i zz 

■ . r-::::;zi zz :> obecni ^v i:: , 
z:z:: ''-iio od :ki::: . - 

V,..;.; -csi.ic ':kzzzlszśj SCĆZ7 s: 



: zi, a„prze- 
^^et i pani: 7 z 
z zstąpiło po- 
izzzif^zicki — 



DZIEŁA KAROLA SZAJNOCIiY 



hersztacli band łotrujacych. Działo się to w dalach wzięcia 
Baru, gdy owi hultajscy jego zdobywscy polecili Krzywo- 
nosowi zapytać Chmieluickiego, co mają czynić ze swoim 
łupem. Chmielnicki zamiast odpowiedzi dał rozkaz przysta- 
wić przed siebie Krzywonosa z 4 najzuchwalszymi jego puł- 
kownikami i wszystkich pięciu w oczach poselstwa Kisielo- 
wego przykuć do dział. Krzywonosowi okręcono szyję łań- 
cuchem, który przymocowano do działa, co podobnież jego 
czterem stało się pułkownikom. Wszyscy pięciu byli w tym 
stanie przez kilka dni publicznem widowiskiem obozu, ra- 
dującem O. Łaska jako wspaniały objaw kary bożśj na 
zbójcach, Chmielnickiego jako najjawniejszy dowód osiągnio- 
nej tem góry nad czernią, dopiętego tern szczytu wszech- 
władzy nad nią. 

Ale jak każden szczyt otoczony jest przepaściami, tak 
i chwilowemu spotężeniu się Chmielnickiego zagroziło naraz 
ciężkie niebezpieczeństwo. Wybuchł rozruch w obudwóch 
czerniach, w chłopskiej za wydarcie jej ulubieńca i wodza 
Krzywonosa, w zaporozkiej za krzywdę spółtowarzyszów, 
współbraci. W niedługim czasie ujrzymy Chmielnickiego 
niezdolnym stłumienia takich buntów zwyczajnymi środka- 
mi, w dzisiejszym ich początku potrafił on uśmierzyć je po- 
wolnością. Kazał po kilku dniach odkuć Krzywonosa z jego 
pułkownikami, łagodząc karę bądźto odroczeniem do dal- 
szego wyroku, bądźto okupem. Z trzech spółczesnych listów 
o całem zajściu, różniących się w oznaczeniu trwania i spo- 
sobu zwolnienia kary, jeden z dnia 13 sierpnia, mniej pe- 
wnym bo wątpliwej daty i nieznanego autora, donosi 
o Chmielnickim, „że nazajutrz (po wykonaniu Krzywonosa 
i jego pułkowników) odkować ich rozkazał, a podobno ra- 
czśj mu się okupili*'. Dwa inne listy, z dni 16 i 22 sier- 
pnia o wiele wiarogodniejsze bo przez Kisiela i z naoczne- 
go świadectwa posłów jego skreślone, znają Krzywonosa 
przez dłuższy czas więźniem u działa, mianowicie ów 
z dnia 16 jeszcze przykutym niewiedzieć od ilu dni. Do_ 
piero drugiemu listowi z dnia 22 sierpnia, wiadome jest 
Krzywonosa oswobodzenie, o którem donosi kanclerzowi w. 
Ossolińskiemu: „Krzywonos był do dział przykowany, po- 
tem przy moim O. Łasce wypuszczony za poręką". Co do 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 



okupienia się, bez tego zapewne nie obeszło się, a niektó- 
rzy spółcześni utrzymują, że Chmielnicki w tym upadku 
ogromne skarby wycisnął na Krzywonosie, zbogaconym bez 
miary swemi łupami. 

Ustąpienie Climielnickiego w sprawie z czernią o Krzy- 
wonosa nie naruszyło nowo zawiązującego się porozumienia 
między Koroną a Kozakami. Nadarzył się owszem bardzo 
znamienity pomocnik dziełu uspokojenia, najwyższa w tycli 
stronach głowa kościoła prawosławnego, któremu podle- 
gali Kozacy, grecko-słowiański metropolita Kijowa Sylwe- 
ster Kossów. Przypominamy sobie z dawniejszej wzmian- 
ki o spółzawodnictwie obudwu obrządków cerkwi wscho- 
dnio słowiańskiej, jak usilnie duchowieństwo grecko - sło- 
wiańskie dobijało się wpływu na Zaporożu, jak chciwie 
szukał tam znaczenia każden jego naczelnik, każden grecki 
metropolita cerkwi kijowskićj. Owóż gdy niektórzy z na- 
czelników kijowskich waśnili chętnie Koronę z Kozakami, 
dzisiejszy jej metropolita Kossów, dopiero w zeszłym roku 
na metropolitę przez kapitułę obrany a przez króla i sejm 
potwierdzony, okazał się gorliwym miłośnikiem pokoju- 
i postanowił nawet użyć wszelkich starań do pojednania 
zwaśnionych stron. Świadczy o tern kilka listów głównśj 
w tym czasie kancelaryi arcybiskupiej do niektórych naj- 
wyższych zawiadowców sprawami Rusi mianowicie do na- 
czelnego regimentarza książęcia Zasławskiego, wojewody 
kijow^skiego Tyszkiewicza i innych, z wiadomością o zamie- 
rzonera przez księdza metropolitę kijowskiego przywiedze- 
niu Kozaków do zgody z Rzecząpospolitą i z zaleceniem 
dopomagania w tern metropolicie radą i wszelkiemi środ- 
kami, zachowując go w szczególności od podejrzeń i fałszy- 
wego tłumaczenia jego zamysłów. List do książęcia regi- 
mentarza z dnia 10 sierpnia zaczyna: „Dotąd po złotym, 
któregośmy w ojczyźnie tej sw^obodnie zażywali, pokoju 
przyszła Rzeczpospolita nasza, że ledwo nie rzec może, nie- 
wolnicy nasi panują nam, i musi różnych do ujmowania 
tego chłopstwa szukać sposobów. Ofiarował tedy jegomość 
ksiądz metropolita kijowski, jako duchowna tejże religiej 
osoba, ochotę swoją w tem, że chce zbuntowanego tego 
chłopstwa powstrzymać albo raczćj rewokować zamysły...." 



DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



Jakoż nie skończyło się na próżnych przygotowaniach. 
Ksiądz metropolita udał się rzeczywiście do obozu Chmiel- 
nickiego, i przez kilka tygodni pracował nad utrzymaniem 
go w dobrych chęciach ku Rzeczypospolitej- Jeszcze dnia 
13 września pisali o metropolicie radzi jego usługom spół- 
komisarze Kisiela, że ,.jest tam w tem wojsku kozackiem 
dysponując ich ku zgodzie". Ważniejszym jednak skutkom. 
usiłowań metropolity przeszkodziła naprzód mała zwyczaj- 
nie u Kozaków powaga wpływów duchownych, następnie 
niechęć Chmielnickiego ku metropolicie za wzbronienie mu 
temi czasy małżeństw^a z podstarościną Czaplińską, znaną 
nam oswobodzicielką Chmielnickiego z turmy swego męża 
podstarościego. Owszem jeszcze przed jej zamęzciem z Cza- 
plińskim znał ją i starał się o nią Chmielnicki, lecz jako 
mni^j okrzesany i mniej zamożny Kozak musiał ustąpić 
gładszemu podpankowi z Czehryna. Dopiero za powrotem 
dawnych uczuć dla więźnia w turmie mężowskiej, za zwy- 
cięzkiem przyjściem Chmielnickiego z pod Żółtych wód do 
Czehryna, przystała Czaplińska na zamęzcie z Chmielnickim 
mimo żyjącego jeszcze męża pierwszego, który nieczekając 
zawyrokowanej mu w podaniach kronikarskich śmierci od 
Chmielnickiego, *) schronił się przed nim w głąb Polski. 
Wówczas to zażądał Chmielnicki od metropolity ślubu z pa- 
nią podstarościną, ale ten odmówił mu go jako z cudzą 



*) S. Wieliczko w swoim Lietopisie I. 63 opisuje szeroko śmierć 
Czaplińskiego, na którą skazać go miał Chmielnicki w maju 1648 w Cze- 
hrynie. Poszli za Ysieliczkiem T. Padalica w swoich Opowiadaniach i 
krajobrazach I. loi, tudzież J. B. w artykule o Chmielnickim w druku- 
jącej się właśnie Encyklopedyi powszechnej. Tymczasem w aktach i li- 
stach urzędowych z r. 1649, jak np. Punkta i suplika W. Zapor. (Jerlicz 
I. 95—95), list B. Chmielnickiego do kr. Jana Kazimierza z dnia ] 7 sier 
pnia 1649 (A. Grabowski Ojcz. Spom. II. 119), Dyaryusz drogi do W. Za. 
por, (Zr. do dziejów pol. 1, 3—17) domaga się Chmielnicki wielokrotnie 
wydania mu Czaplińskiego. List z d. l8 września 1648 (Pamiatn.kom. ar- 
cheogr. I cz. III 283) donoszący o podjeździe ludzi p. chor. kor. Aleks. 
Koniecpolskiego pod Konstantynów „z panem Czaplińskim, człowiekiem 
rycerskim," nadmienia widocznie o naszym podstarościm Czaplińskim, po 
dobnież w służbie chor. kor. A. Koniecp. i podobnież często wraz z Chmiel 
nickim w rycerskich wycieczkach przeciw Tatarom. 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. '9 



małżonką, i do tej pory wzbrania błogosławieństwa. Tera ci 
trudniej przyjmował Ctimielniclvi teraz upomnienia metro- 
polity, a nim jakiś fałszywy patryarclia w Konstantynopolu 
połączy go z podstarościną, on tymczasem skarg O. Łaska 
na pobicie przez hultajów słuchając nadzieją bliskiego uspo- 
kojenia pociesza starca. 

Odniosła takież pocieszenie ze wszystkich jego tera- 
źniejszych liroków cała ojczyzna. Zwrot jeńców szlacheckich, 
stracenie tylu hersztów hultajstwa, zakucie Krzywonosa, 
obecność metropolity w obozie, wszystko to nie mogło być 
świadectwem złej woli Chmielnickiego. Cieszył się więc 
stan szlachecki z tej dobrej woli, lecz nie dlatego, iżby 
ztąd spodziewać się i życzyć sobie miał zgody z Chmiel- 
nickim, któraby go drogo kosztować mogła, a owszem z tej 
przyczyny, że w tćj dobrćj woli Kozaków upatrzyć można 
było gotowość ich do okupienia sobie związku z Koroną 
kosztem daleko większej niż dotąd uległości, daleko mniej- 
szych uroszczeń. Szlachta nie umiała nigdy pozbyć się 
wiary, że Kozacy w głębi duszy uznają jej moralną i ma- 
teryalną przewagę, zkąd niezbędna dla niej potrzeba nie- 
zstępowania z tej podwójnej wyższości swojej, niespoufala- 
nia się w celach podstępnych z ludem, któryby raczej jak 
najświetniejszem roztoczeniem dawnej orężnej potęgi panów 
i szlachty, dawnego ogromu ich fortun i dostatków upoko- 
rzyć, z pychy zbić należało. I równie tem dzisiejszem jak 
owem niedawnem pod Białącerkwią złagodnieniem Chmiel- 
nickiego złudzony, jak wówczas z trwóg korsuńskiej i żółto- 
wodzkiej, tak obecnie z przestrachu buntów chłopskich 
ocknięty — popadł stan szlachecki na nowo w obłęd na- 
drabiania wielką ochotą i gotowością do wojny, jak w^szystko 
co z obłędu pochodzi, szkodliwej, owszem zgubnej w obe- 
cnym czasie. „Dwie rzeczy'^ mieni mądry Kisiel w swoim 
pod dniem -29 września do prymasa skreślonym, liście dwo- 
ma największemi nieszczęściami tych czasów, ,,na które, oj- 
czyzna stękać i narzekać dziś musi", a z których pierw- 
szym jest ów fałszywy zapał do w^ojny, główna przyczyna 
upadku komisyi i jednanego przez nią pokoju— ,, nie powiodła 
się komisya raz, że jej nikt sprzyjać nie chciał, a każdy 
na szalę wojny imprezę Rzeczypospolitej puścić chciał...'" 



bO 



DZIEŁA KAROLA SZAJNOCIIY 



Zaczein ze swawolą prawdziwych wychowanków złotśj 
wolności, rówuie łatwo zmierziwszy sobie komisyą Kisielową, 
jak łatwo wszyscy po owym połoimieckim przestrachu roz- 
gorzeli dla nićj spółczuciem, rzucono się teraz powszechnie 
do przyspieszenia od tak dawna nakazanych a tak niedaleko 
doprowadzonych przygotowań wojennych. Nie postąpiły one 
zaś dalej z przyczyny, źe jak sam zamysł wojny z obłędu 
urósł, tak i podjęte dla nićj starania fałszywemi poszły 
drogami, fałszywe wydały skutki. Pierwszem złem tegoro- 
cznego wybierania się w pole było owo wskazane powyżój 
uiojenie, iż wojna z chłopstwem wymagała jaknajokazal- 
szego wystąpienia panów i wszystkiej szlachty w obozie, 
aby samym widokiem niezmiernych bogactw zdumieć umy- 
sły, zatrwożyć serca prostacze. Już u Żółtych wód i pod 
Korsuniem nabawiło się rycerstwo koronne tern przesądnem 
mniemaniem nieobliczonych strat w nawiezionych z sobą 
dostatkach, które taką samą zachętą stały się chłopstwu 
do korzystnćj wojny z panami, jak bogata w łupy wojna 
turecka wabiła niektórych zyskolubnych rycerzów polskich, 
o czem np. powszechnie znany spółcześuik a może i spółu- 
czestnik tegorocznych uzbrojeń, Pasek: „Miłą i ochotną 
każdemu wojna z Turczynem, nie żal i skóry szczerze nad- 
stawić, kiedy wiem, że zwyciężywszy będzie za co plasterek 
kupić i czem ranę obwinąć." 

Nienauczeni doświadczeniem korsuńskiem panowie 
i szlachta teraźniejszego zaciągu wojennego gotowali sio 
straszyć Kozaków większym jeszcze niż pod Korsuniem 
przepychem, wywołującym we wszystkich spółczesnych opi- 
sywaczach zdarzeń tej pory tak dwuznaczne pochwały wier- 
szem i prozą, jak następne w poecie Twardowskim i pod- 
komorzym lwowskim Miaskowskim: ..Nigfły niewidzianą 
w naszym świecie mnogością i cudnością tych przyborów 
wojennych porazić chcieli nieprzyjaciela i strach mu puścić 
^v oczy" — albo ,, wojsko wszystko świetne, ozdobne poka- 
zowali nieprzyjacielowi, aby go strachem do pokory przy- 
wie-lli'' itp. Przesadzano się tak szalenie w tćj świetności 
i ozdobności wyprawa w pole, rujnowano się tak bez ró- 
żnicy ogromnemi wydatkami na wojnę, iż nawet najgorszej 
sławy obywatelom, jak dzisiejszy krajczy królowej i staro- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 81 

sta łomżyński, po trzech zaś latach zdrajca króla i wygna- 
niec z ojczyzny, Hieronim lladziejowski, przyszło później 
narzekać w swoich testamentach słowami ostatnićj nyoH 
Kadziejowskiego, „iż skarbów żadnych nie zebrał, gdy co 
było trocha, w tych zawieruchach Rzeczypospolitćj ruszyć 
się i stracić musiało," zwłaszcza na teraźniejsze przygoto- 
wania wojenne, w których Eadziejowski „ledwie nie połowę 
dóbr swoich stracił." 

A przywiódłszy tern bezrozumnem marnotrawstwem 
znaczną część szlachty do zubożenia na przyszłe czasy i po- 
trzeby ojczyzny, co gorsza przejąwszy ledwie nie całe woj- 
sko koronne zabobonną wiarą w większą użyteczność złota 
od żelaza na wojnie, i wytępiwszy lem ostatnią iskrę du- 
cha rycerskiego w sercach panów i szlachty, czemże wre- 
ście najgorszem, jakiem drugiem największem złem, zaszko- 
dził narodowi dzisiejszy obłęd fałszywego zapału do wojny 
i fałszywy kierunek przygotowań wojennych? Oto zgubnem 
nad wszelką wiarę spóźnieniem wojny, spowodowanem dłu- 
gością i rozwlekłością tych kosztownych, tak wiele zabie- 
gów i czasu wymagających uzbrojeń w kraju i za granicą. 
Słyszeliśmy już powyżej o konieczniej potrzebie rozpoczęcia 
wojny przed nadejściem Tatarów, a tak niezmiernie powolne 
zbieranie się i nadciąganie posiłków powiatowych odejmo- 
wało wszelką możność przyspieszenia kroków wojennych 
wy^Yoływało tak trudne do zrozumienia dziś żale na plagę 
tej powolności fatalnej, jakie wyczytujemy w liście z obozu 
pod Glinianami z dnia 26 sierpnia. „Racz Wraość odżało- 
wać nas, bośmy zginęli, nie będzieli wielkiej Bożej łaski 
i miłosierdzia. Nie od ręki pogańskiej lub kozackiej zgi- 
niemy, ale od braci naszej nieszczęśliwej, że ratować nie 
chcieli, ani chcą obiecawszy, przyjdą na pogrzeb i popiół 
lwowski. Nie widać, nie słychać nikogo więcej oprócz kilku 
sędomirskich chorągwi gdzieś blisko...'^ 

W tak dziwnym więc stosunku, to nieudolnej chęci do 
wojny w rycerstwie polskiem, to osobliwszej niechęci ku 
jej rozpoczęciu z Chmielnickim, stanęły naprzeciw sobie 
nasze trzy różnego hasła zastępy tej wielkiej walki, która 
teraz na szerokićj od Glinian po Konstantynów i Kamie- 
niec przestrzeni ruskich, wołyńskich, podolskich ziem, w sze- 

Dzieła Karola Szajnochy T. X. 6 



S2 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

ściiitygodniowym przeciągu czasu od połowy sierpnia po 
schyłek września, stoczyć się ma między niemi słowem lub 
mieczem. U Glinian, w głównym obozie, stoi zastęp ko- 
ronny pod naczelnym regimentarzem ksią-żęciem Zasławskim 
i jego obudwoma kolegami Ostrorogiem i Koniecpolskim, 
przy nieb w dniu 13 sierpnia około 9G00 zbrojnego ludu. 
W przedzie, dość odlegle od Glinian, w obozie pod La- 
chowcami rozłożył się książę Jeremi Wiśniowiecki z swoim 
zwyczajnym towarzyszem, wojewodą kijowskim Tyszkiewiczem, 
z nimi dnia 22 sierpnia jedynasto lub dwunastotysięczne 
wojsko. Od Glinian ku zachodowi zbroją się i nadciągają 
leniwo chorągwie wojewódzkie, powiatowe, panięce, razem 
gdy się zbiorą około 25,000 rycerstwa z wielokroć liczniej- 
szym nawałem ciurów. O 5 mil za Konstantynowem, w głó- 
wnym taborze kozackim na uroczysku Janczarycha, czeka 
około 13 sierpnia w 120,000 Kozaków i czerni zaporozkićj 
Chmielnicki, dokoła niego od Łucka po Kamieniec Podolski 
swawolnie wałęsające się kupy chłopstwa w 60 do 80 ty- 
sięcy pod wróconym mu znowu Krzywonosem i tłumem puł- 
kowników. Przy Chmielnickim i chłopstwie tułają się dro- 
bne garstki Tatarów, raczej dla postrachu niż rzeczywiste- 
go pożytku, a zza Dniepru i Dniestru spodziewane są i go- 
tują się istotnie w pochód hordy krymskie, perekopskie,- 
budziackie, pod chanem i Tohaj-bejem. 

Między temi dwoma zastępami ciągnie od Huszczy ku 
Konstantynowi zastęp trzeci, orędowniczy, komisya z trzech 
skromnych urzędników ziemskich i jedynego w całej Rze- 
czypospolitej senatora greckićj wiary złożona. Otacza ko- 
misya dla straży pułk jój naczelnika Kisiela oddany w ko- 
mendę jego „rodzonemu" Mikołajowi cliorążemu nowogrodz- 
kiemu, który szerokim na całą milę obozem ciągnąc przez 
to „morze buntu Chłopskiego", toruje sobie drogę szablą 
i głosem „komisya z pokojem idzie nie z wojną!" — Ale 
trudno było o pokój między zastępami wcale przeciwnych 
dążeń, z których jeden żądał „swobód i wolności", drugi 
wzbraniał ich uporczywie, i ,,na szalę wojny imprezę Rze- 
czypospolitćj chciał puścić". Zkąd od dnia do dnia gasła 
coraz bardziej wiara w komisya, wzmagało się coraz bar- 
dziej żądanie wojny, zwłaszcza w rycerstwie koronnem 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 



i dziczy chłopskiej. Właściwa Kozaczyzna miarkowała się 
z swoim wodzem Climielnickim, wyglądając co Czas przy- 
niesie; Kisiel z swoimi komisarzami musiał do ostatku pró- 
bować środków pokoju, tylko rycerstwo koronne z chłop- 
stwem domagało się ciągle boju, rozboju. Że jednak czerń 
trzymaną była poniekąd na wodzy przez Chmielnickiego, 
rycerstwu zaś koronnemu tegoroczne tak okazałe, tak po- 
wolne i długie zbrojenie się niezmiernie opóźniało drogę 
na pole walki, przeto nie przychodziło długo do istotnego 
wybuchu wojny, i nastał kilkudniowy przeciąg działań bez 
wszelkiej wagi i stanowczości. 

I tak np. stojąc obozem pod Lachowcami tylko o ,, dzie- 
sięć mil" od Chmielnickiego za Konstantynowem, chce ksią- 
żę Jeremi Wiśniowiecki dla prędszego rozpoczęcia kroków 
wojennych ściągnąć ku sobie rozłożony pod Glinianami głó- 
wny obóz koronny pod naczelnym regimentarzem książę- 
ciem Dominikiem Zasławskim. Czyni więc najgorętsze o to 
zabiegi, zwaśniony z głównym regimentarzem znosi się 
poufnie z dwoma innymi, zaprzyjaźnionym sobie podczaszym 
kor. Ostrorogiem i chorążym kor. Koniecpolskim, „szwa- 
graszkiem swoim", ujmując tamtego listowną prośbą z dnia 
12 sierpnia, ,,szwagraszka'^ i kilku rycerskich panów ko- 
ronnych zaprosinami na zjazd poufny w swoim Zbarażu. 
Wszystko przez czas długi na próżno, sam książę Wiśnio- 
wiecki musiał zpod Lachowice wrócić ku Zbarażowi, 
a garstka wojsk koronnych pod wodzą regimentarzów nie 
mógłszy się doczekać leniwo nadciągających krakowskich 
i wielkopolskich posiłków, a odejściem kilku oddziałów do 
szczupłości 19 chorągwi tyle co 1500 rycerstwa przywie- 
dziona, dopiero po kilku tygodniach, dnia 26 sierpnia, wy- 
ruszyła z pod Glinian ku Zbarażowi. Chmielnicki tymcza- 
sem jakby dla powstrzymania wojny odprawił naraz wszyst- 
kich zatrzymanych dotąd posłów Kisiela, których przez 
nadsyłanie jednego za drugim zebrało się w końcu czterech 
w obozie konstantynowskim, a którzy teraz wesoło z listo- 
wnem i ustnem wracali oświadczeniem, iż Chmielnicki go- 
tów jest natychmiast przystąpić do komisyi, a miejscem do 
nićj zaleca Konstantynów. Uradowany powrotem posłów 
i odpowiedzią postanowił Kisiel korzystać niezwłocznie z za- 



S4 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

prosili Chmieluickiego, i jeszcze tego samego dnia wybrał 
się w dalszą podróż ku niemu, nie przeczuwając grożących 
mu w niój niebezpieczeństw. Wszakże już w jednym 
z pierwszych dni drogi, w pobliżu ordynackiego Ostroga, 
spotkał go ciężki od chłopstwa cios, który o mało całśj 
wyprawy komisarskiój nie rozbił. 

Kilkutysięczna kupa zkozaczonych hultajów, pod do- 
wództwem nowego szlacheckiej krwi zaprzańca Głowackiego, 
napadła bogaty Ostróg, splądrowała domy Boże i ludzkie, 
złupiła ludność, wycięła kilku szlachty, dwóch księży i Ży- 
dów kilkudziesięciu. Po spełnionem złoczyństwie wyszła 
pijana winem i ordynacką małwazyą tłuszcza pod kilku puł- 
kownikami, naprzeciw taborowi Kisielowemu, i oświadczyła 
powszechnie znienawidzonym od chłopów komisarzom, iż 
nie będą przepuszczeni przez Ostróg. Dla nietrzeźwości 
hultajstwa odłożono całą sprawę do jutra, a w dniu ju- 
trzejszym powiodło się I^isielowi wymódz na pułkownikach 
dość korzystną ugodę, mocą której nietylko wolność dalszśj 
drogi daną została komisarzom, ale nadto sami pułkownicy 
jako przednia straż bezpieczeństwa przeprowadzać ich mieli 
do Chmielnickiego. Gwoli większćj warowności ugody wy- 
dano sobie wzajemnie znacznych ludzi prawem zakładu, ze 
strony polskiej 10 szlacheckich towarzyszów zpod kilku 
chorągwi pańskich, i tyluż atamanów ze strony czerni 
ostrogskićj. Najwięcćj zakładników dostarczyły chorągwie 
„rodzonego pana wojewody Mikołaja", chorążego nowogrodz- 
kiego, któremu do tej przysługi ofiarowali się panowie 
Małyński, Trypolski, Oraczewski, Krasowski i Trembiński. 
Towarzyszyło im pięciu innych, z których tylko trzej znani 
z nazwiska, panowie Wereszczaka komornik czerniechowski, 
Sośnicki sługa wojewody Kisiela i Bratkowski towarzysz 
zpod chorągwi husarskiej „jegomość pana Sapiehy''. 

Cóż jednak po zakładnikach, gdy według onych słów 
Kisielowych „nikt nie sprzyjał komisyi", nie sprzyjał po- 
kojowi. Zaledwie wojewoda bracławski od pułkowników 
ostrogskich uspokoił komisyą, spadł na nią grom z obozu 
panów koronnych. Obozował kilka mil od Ostroga książę 
Jeremi Wiśniowiecki pod Lachowcami, zkąd na rozkaz ksią- 
żęcia wypadł jego rotmistrz nazwiskiem Sokół z 7 chorą- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 85 

gwiami pod Ostróg, i tuż po wnijściu zakładników do mia- 
sta wszczął harce z wyprawionym przeciw niemu hufcem 
kozackim. Sam książę Jeremi oznajmia prymasowi pod 
dniem 30 sierpnia, iż wyprawił ten podjazd vindictac causa^ 
dla pomszczenia się na hultajstwie za Ostróg, szkoda tylko, 
iż w tak złą porę i z tak niedostatecznemi siłami. Pana 
Sokoła w1vrótce bez trudności odparto, a nie wiedząc wcale, 
że to podjazd książęcia Wiśniowieckiego, wzięła to czerń 
ostrogska za wiarołomny zamach Kisiela, i straszny przeciw 
niemu gwałt oburzenia podniosła. „Tu traktuje, a tu sztur- 
muje!" — w^ołano, żądając krwawej, niezwłocznśj zemsty. 
W najwyższym wybuchu fury i rzucił się gmin na zakładni- 
ków i siedmiu z nich na miejscu zamordował. Byli w liczbie 
ofiar wszyscy towarzysze zpod chorągwi ]t)ułku Kisielowego; 
trzech pozostałych przy życiu bardziój ludzka starszyzna 
przed wściekłością czerni ukryła. Wszakże nawet po wy- 
świeceniu się prawdy, że to nie Kisielów lecz książęcia 
Wiśniowieckiego był podjazd, nie chciano zwrócić komisa- 
rzom trzech ocalonych, i cała w ogólności ugoda między 
Kisielem a pułkownikami upadła. Wzbroniony mu został 
przejazd przez Ostróg, pozbawiono go przyrzeczonej straży 
bezpieczeństwa w dalszym pochodzie, musiał ubocznym tra- 
ktem zwrócić się ku obozowi książęcia Jeremiego pod La- 
chowcami. Wszystkie nadzieje Kisielowe łatwej drogi do 
Chmielnickiego, rychłych układów z nim, spełzły na niczem. 
Wówczas z głębi smutku i żalu swego ozwał się wo- 
jewoda bracławski do Chmielnickiego listem w części suro- 
wym, w dzień Wniebowzięcia najświętszśj Panny, greckim 
kalendarzem 25 sierpnia, skreślonym, a przez „sługę" Ki- 
siela p. Kopystyńskiego przesłanym. Po westchnieniu do 
matki Boskiej, „królowej niebios a wszystkiego narodu sło- 
wiańskiego jedynćj opiekunki'^, aby „serce Chmielnickiemu 
sprawiła", przychodzi wojewoda do przypomnienia swojej 
niezmiennej nigdy gorliwości o dobro Chmielnickiego i ca- 
łej Kozaczyzny. „Ani syn w sprawie ojcowskiej ani sługa 
w pańskiej chodzić tak mógł gorąco, jakom ja chodził 
w tem nieszczęsnem krwawem zamieszaniu WMci i wojska 
zaporozkiego z Rzecząpospolitą. Dnie wszystkie i nocy 
moje od tego czasu, jakom wziął tę krwawą tęczę między 



gg DZIELĄ KAROLA SZAJNOCHY. 



Wmościami i ojczyzDą moją, jest Bóg na niebie świadkiem, 
strawiłem harując i pracując ze wszystkićj duszy mojćj".— 
A za to „harowanie" ileż cenzur i obmowisk w ojczyźnie, 
po wszystkim świecie , na które przecież nie zwracając 
uwagi, sprawił Kisiel wszystko dla Kozaków na sejmie. 
Wtem za powrotem na Wołyń znachodzi go wojewoda cały 
w zgliszczach od chłopstwa, swoje dzieło uspokojenia burzą 
chłopską zniszczone, i chce już wszelkich trudów o przy- 
wrócenie zgody zaniechać. Na zapew^nienie wszelalvO Chmiel- 
nickiego, że to wszystko bez jego wiedzy się stało, daje 
Kisiel mu wiarę, i powtórnie przezeń wezwany jedzie na 
komisyą z Chmielnickim. Jedzie, aby w jego oczach złupio- 
no Ostróg, dalszą drogę zamknięto, zakładników wymordo- 
wano, wszystkie pakta, przysięgi w śmiech obrócono! 

„Czegóż tedy już niedostaje do jawnej nieprzyjaźni 
(uskarża się dalej Kisiel), sam Wmść chciej uważyć a re- 
koUigować się, że jest Bóg na niebie, który wojska najpo- 
tężniejsze wszechmocną ręką swą znosi za takową złamaną 
wiarę i krwi niewinnej wylanie. Ołtarze Bogu poświęcone 
sprofanowane polskie i ruskie, płeć białogłowska i niewin- 
ne dziatki zamordowane i wszystkie okrucieństwa, jakich 
nie czynią Turcy i Tatarowie nam chrześcianom, od chrze- 
ścian poddanych Rzeczypospolitej popełnione, wszystko to 
woła pomsty do nieba. Ja tedy już gorzko zapłakawszy na 
moje trudy stracone, zawaloną sobie drogę mając trupami 
z posłów moich własnych, obracam się do wojska Rzeczy- 
pospolitćj, a tam zbliżywszy się stanę z kolegami mymi 
i z assystencyą moją z osobna, i czekam prędkiej od WMości 
ostatniej rezolucyćj. Pokaż WMość Panu Bogu i światu, 
jeśli się to wszystko zdradziecko od zdrajców działo bez 
woli i rozkazania Wmości, niechaj krwią swoją krew nie- 
winną, a łupy niewinnych domów^ naszych, a czci bardzićj 
domów Bożych pieczętują, a Wmość upadłszy na oblicze 
swoje upokorz się majestatowi Bożemu, a nie życz ostatnie- 
go wylania krwi chrześciańskiej. Iżali nie masz Boga na 
niebie, który wszystko widzi? Cóż wżdy ojczyzna nasza win- 
na, która cię wychowała? co domy i ołtarze tego Boga, 
któryć dał żyć na świecie? co my, którzy jedni Wmości 
i wojsku zaporozkiemu chęci nasze zawsze oświadczaliśmy. 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 87 

a drudzy przyDajmniej nic nie winni? Nie masz na świecie 
człowieka bez sumienia i bez westclinienia do Boga, stwórcy 
swojego, Wmości pogotowiu, któryś się urodził chrześciani- 
nem, musi przeniknąć serce i duszę to, co się stało, co się 
dzieje, i co za koniec ma być tak wielkiego pospólstwa na 
krew zgromadzenia. Niechże sam P. Bóg i przeczysta matka 
jego, której dziś dzień chwalebny cerkiew św. obchodzi, da 
Wmości takową myśl i skruchę, jakoby się to wszystko mo- 
gło w lepsze obrócić. Dni sześć od daty tego listu dzisiej- 
szej będę czekał na rezolucyą Wmości tam, gdzie pobliżu 
w^ojska Rzeczypospolitej, a proszę chcićj mnie resolwować 
i Ich-mość Panów kolegów moich, żebyśmy dali znać Pize- 
czypospolitej albo to, że trwasz Wmość w pokorze twojej, 
albo że już Pizeczpospolita przed P. Bogiem od poddanych 
swoich w niewinności swojej tak utrapiona ma puścić to 
wszystko na dekret Boży i od niego pomsty oczekiwać. 
Czegom ja nigdy nie życzył i nie życzę, prosiłem i proszę, 
aby P. Bóg oddalił tę plagę swoją i miecz od nas domowy. 
Tem list mój kończę, chęci Wmości oddając się..." 

Na tę gorącą odezwę z dnia 25 sierpnia odpowiedział 
Chmielnicki już 28 t. m., a co więcej odpowiedział bardzo 
przyjaźnie. Zaczynając od wzmianki o dzisiejszem odpra- 
wieniu wszystkich ostatnich posłów Kisiela, dodaje uprzej- 
mie, iż przybyły wczoraj p. Kopystyński mógł był zabawić 
jeszcze „z dzień jaki." Najazd hultajstwa na Ostróg stał 
się bez jego wiedzy, i był tylko zwyczajnem u Kozaków 
„podżywieniem się" kilkuset ludzi, ukraińską nazwą boro- 
sznem. Nierównie większą winę przypisuje Chmielnicki pod- 
jazdowi Wiśniowieckiego na Ostróg, w ogólności całemu jego 
drażnieniu zbrojnego ludu, którego niech Pizeczpospolita 
surowo wzbroni książęciu, nazwanemu za to od Chmiel- 
nickiego sprawcą wtórej wojny kozackiej. O wyrządzeniu 
zaś sprawiedliwości komisarzom za wymordowanie ich za- 
kładników w Ostrogu pisze sam Kisiel w jednym z swoich 
listów tej pory: „posłał pułkownika Kaniowskiego, aby 
sprowadził tę kupę z Ostroga i odebrał (pozostałych przy 
życiu zakładników) a tych zdrajców, którzy pozabijali, przy- 
prowadził". Co się zaś tknie komisyi, tę życzy Chmielnicki 
rozpocząć jaknajprędzej w Konstantynowie i zaprasza na nią 



8S DZIEŁA KAROLA SZAJNOCIIY. 

Kisiela. Ukojony tą „deklaracyo; łaskawa" odpowiedział Ki- 
siel wysianiem nowego posła, szlachcica Głębockiego, z ró- 
wnież nprzejmcm oznajmieniem, iż „wiedząc jak siła Rze- 
czyi)ospolitej na ugaszeniu tój domow^ćj wojny należy", 
będzie się starał jaknajprędzej stłumić jćj pożar, związać 
co się miało rozerwać, i wyruszy niezwłocznie z kolegami 
swoimi na komisyą w Konstantynowie. Otrzymał też jedno- 
cześnie radosną o tern wieść arcybiskup, nadesłaną mu 
w liście Kisiela z dnia 31 sierpnia. Tu jednak u prymasa 
spotkał się list Kisiela z inną wieścią listową wcale od- 
miennćj treści, o dzień ^^cześnićj, bo 30 sierpnia, przez 
książęcia Jeremiego skreśloną, po raz drugi wszelkie na- 
dzieje Kisielowe podkopującą. 

Donosił w nićj Wiśniowiecki o nowym podjeździe swoim 
na Ostróg. Była też owa poprzednia w^zmianka i o podjeź- 
dzie dawniejszym, ale w obecnćj chwili ten drugi na głó- 
wną zasługiwał uwagę. Nastąpił on w kilka dni po owćj 
uroczystej protestacyi ICisiela przeciw zamordowaniu jego 
zakładników w Ostrogu z przyczyny pierwszego podjazdu 
książęcia Jeremiego na Ostróg — nastąpił w tym samym 
28ym dniu sierpnia, w którym Chmielnicki podpisywał swoją 
przyjazną odpowiedź na ową Kisiela protestacyę z dnia 
Wniebowzięcia. Chcąc tym drugim podjazdem pomścić nie- 
fortunność pierwszego, tudzież jakimś głośnym gwałtem 
wojennym zamieszać Kisielowe rokowania o pokój, uzbroił 
książę nową wyprawę na znacznie większą stopę od dawnej, 
poruczył ją dw^óm znanym wojownikom panom Hołubowi 
i Aksakowi, dał im przeszło dwakroć tyle chorągwi, ile miał 
Sokół, bo 19 czyli półtora tysiąca ludzi. Jakoż dość szczę- 
śliwe z razu uderzywszy na Ostróg spalił podjazd przed- 
mieścia, nie małą część nieprzyjaciół ,,zbił na ucieczkę", aż 
w dalszym ciągu harców górę wzięli Kozacy, i wielu na- 
szych ,,uastrzelali, nazabijali". W końcu jak pierwszy przed 
kilku dniami tak i ten drugi zagon książęcy uszedł z ni- 
czem z Ostroga, okazał się bardziśj ziomkom niż nieprzy- 
jacielowi szkodliwym. Pierwszy dał powód do wymordowania 
komisarzom ich zakładników, drugi zgubił samą komisy ę, 
samo uspokojenie ojczyzny. 

Na pierwszą jednak o nim wiadomość nie przypisywano 



DWA LATA DZIEJÓNY NASZYCH 89 

mu tyle zgubności. Jedni owi tak przeważnie liczni przeci- 
wnicy komisyi a przyjaciele wojny byli radzi nowemu pod- 
jazdowi, mniemając go przydatnym aktem cićiyłego strasze- 
nia chłopów. Innych, szczupłą garstkę stronników zgody 
z Chmielnickim, uspokajał widok jego dziś złagodnienia dla 
Polski, jego dzisiejszój skłonności ku niej. I gdybyśmy nie 
wiedzieli już o Chmielnickim, w jak wysokim stopniu ule- 
gała jego władza dzikiój przemocy czerni, moglibyśmy przy- 
zwolić zdaniu ufających dobrym chęciom niedawnego po- 
gromcy Rzeczypospolitej. Tymczasem i on w porze ostatnićj 
znachodził dość powodów do zobojętnienia dla Polski, 
i czerń im bardzićj hamowana tern gwałtowniej wzbraniała 
pojednania się z nią, tem namiętnićj parła ku wojnie. Co 
do własnych żalów Chmielnickiego ku Polsce, tym do słu- 
sznego lubo dyssymulowanego niezadowolenia z niełaskawćj 
odpowiedzi Rzeczypospolitej i do skarg na książęcia Jere- 
miego namiętność prześladowania Kozaków, przybyła w osta- 
tnich czasach otwarta nieufność do Chmielnickiego, kilku 
ważnemi poszlakami jego nieszczerości wzbudzona. I tak 
między innemi dostał się Chmielnickiemu czy to przejęciem 
w drodze czy nadesłaniem z Moskwy list Kisiela do cara, 
jako ohydnych wiarołomców malujący Climielnickiego i Ko- 
zaczyznę. Zkądinąd, z Polski „daje mi pewny zacny pan 
zawsze znać o tem" — mówi Chmielnicki w relacyi sier- 
pniowćj podróży Kisiela na komisyą — „że pan wojewoda 
bracławski tu się nam ofiaruje liozakom, a tam co inszego 
w Warszawie robi przeciwko wojsku zaporozkiemu". Lada 
wreście zwaśniony z Lachami Kozak podżegał swego he- 
tmana przypomnieniem zaprzysiężonej Pawlukowi przez Ki- 
siela całości i wolności, tak zdradziecko sejmowym sądem 
wydartych. 

Nie brakło więc powodów do zobojętnienia ku Polsce, 
ale bez stanowczego nacisku ze strony czerni nie sprawiły 
one żadnej zmiany w Chmielnickim. Ustnie odgrażał się 
on Kisielowi przez jego posłów, ale w postępkach swoich 
okazywał umiarkowanie, pragnął widocznie utrzymać pokój 
z Koroną. Ztąd przyjazna jego odpowiedź na Kisielów la- 
ment z powodu zamordowania jego zakładników w czasie 



90 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



pierwszego podjozdu książęcego. Nawet i drugi podjazd, 
lubo dla swojćj powtórności i zuchwalstwa mnićj godny 
przebaczenia, byłby chętnie puścił mimo siebie Chmielnicki 
gdyby nie ciągła podejrzli^Yość, ciągłe nad nim czuwanie 
czerni. Dlatego widząc ją niezmiernie oburzoną drugim gwał- 
tem ostrogskim i pomszczenia go żądającą, kazał Chmiel- 
nicki ostatniego z posłów Kisiela, ostatnich jego zaprosiu 
do traktatów oddawcę, Głębockiego, dla schlebienia czerni 
postraszeniem komisyi, wtrącić pod straż. Ośmielona tem 
czerń zażądała równego postąpienia z dwoma dalszymi po- 
słami, czego jednak uczynić nic chciał Chmielnicki, otrzy- 
mawszy trzecicm poselstwem tak stanowcze oświadczenie 
Kisiela, iż żadną miarą nie należało mu zbyt porywczej da* 
wać odprawy. Oświadczał Kisiel w tym trzecim liście, iż 
to ostatniem jego słowem do Chmielnickiego, którem po 
raz ostatni wzywa go do komisyi, a na które nie dłużćj 
czekać będzie nad tydzień tj. do dnia ligo września. Jeśli 
Chmielnicki do tej pory nie wróci mu wszystkich trzech posłów, 
nie naznaczy dnia i miesiąca układom, ustąpi Kisiel z odręb- 
nego obozu swego, a złączywszy się z w^ojskiem koronnem 
orężem pomagać będzie do rozstrzygnięcia dalszego sporu. 
Podobała się groźba ta czerni nie Chmielnickiemu. Osta- 
teczne zerwanie z Polską nie odpowiadało ani jego istotnym wi- 
dokom politycznym ani jego skłonnościom narodowym. Wyrze- 
czone doń przed dwoma miesiącami słowa Kisielowe o Polsce: 
,,Nie, drugiej takiej (ojczyzny) naleźć nigdzie w chrześciań- 
stwie ani w pogaństwie!" powiększyły w Chmielnickim zna- 
cznie ten wstręt, którym przejmowała go zawsze myśl za- 
stąpienia związku z Koroną sojuszami z Ordą i Turcyą. 
Tylko ostateczna konieczność, tylko najwyższy przymus, 
mogły przywieść go do odnowienia tych zdrajczych zwią- 
zków z pogaństwem, a na nieszczęście dla Kozaków i Ko- 
rony zaczęły ta konieczność i ten przymus spiętrzać się 
Chmielnickiemu coraz wyżej nad głową. Za urośnięciem 
chłopstwa w dwakroć i trzykroć większą potęgę od właści- 
wego wojska zaporozkiego, słyszeliśmy nie dawno z ust Ki- 
sielowych — „nie czerń już w zawisłości od Chmielnickiego, 
lecz Chmielnicki w zawisłości od niezliczonych tłumów chłop- 



DWA LATA DZIKJÓW NASZYCH. 91 

stwa zostawał". Owoż te niezliczone tłumy naparły się 
obecnie uwięzienia ostatniego posła Kisielowego, który owo 
dniem Iłym września ograniczone uUimaium układów albo 
wojny przyniósł Kozakom, a gdy Chmielnicki nic tylko po- 
sła uwięzić nie dał, lecz owszem zgodą na komisyę odpo- 
wiedzieć chciał Kisielowi , wybuchł powszechny rozruch 
czerni w obozie. Rzucono się na przyzwalającą, radom Chmiel- 
nickiego starszyznę, zabito kilku najgorętszych zwolenników 
pokoju z Polską, sam Chmielnicki w śmiertelnem znalazł 
się niebezpieczeństwie. 

Nieopisujący dziejów swoich Kozacy nie pozostawili 
żadnej wzmianki o tych scenach tragicznych, któreby uszły 
były na zawsze pamięci ludzkiej, gdyby o dwie mile od 
Chmielnickiego nie czuwało było nad obozem kozackim oko 
Kisiela, wyglądając ztamtąd powrotu zatrzymanych trzech 
posłów z odpowiedzią. Wtem zamiast posłów doszła Kisiela 
dziś w poniedziałek 7 września, a zatem w połowie nazna- 
czonego Chmielnickiemu do ostatecznej odpowiedzi tygodnia, 
zabójcza dla komisyi nowina o strasznej w obozie kozackim 
burzy, którą jeszcze tego samego dnia oznajmiając sławne- 
mu wkrótce hetmanowi Potockiemu Rowerze, pisze Kisiel, 
nie wiedząc czy wierzyć czy powątpiewać: „Z podjazdów tę 
przynoszą wiadomość, że po te wszystkie dni srogie zabu- 
rzenia między Kozakami były, a potem nastąpiły i mordy, 
że ścięli kilku i o samym Chmielnickim wątpię, żeby był 
żyw" — poczem stawia sobie pytanie, czy komisya odżyć 
może czy nie i dodaje: ,, Pewniejsza to, już Chmielnicki nie 
żyje i moi posłowie, albo też Chmielnicki już poszedł za 
czernią i posłów zatrzymuje, i taż sama wojna jak dawniej". 
Bliska rzeczywistość sprawdziła przypuszczenie Kisiela, że 
Chmielnicki nie zginął, lecz w istocie poszedł za czernią, 
zmuszony wyborem między życiem a śmiercią. Wybór ży- 
cia zatrzymał posłów Kisielowych w więzieniu, obalił z grun- 
tu komisyą, odnowił wojnę z Koroną, a z wojną potrzebę 
nowych związków Chmielnickiego z pogaństwem. Po szere- 
gu błędów wzbronienia Kozakom swobód przez Polskę po- 
zbawienia się tem pomocy ich przeciw chłopstwu, ulegnię- 
cia nakoniec właściwych Kozaków pod niepowstrzymanem 
przez nich brzemieniem czerni, pozostała Chmielnickiemu 



92 DZIEŁA KAROLA SZAJTNOCHY. 



tylko ta jedna, ta pogańska droga ratunku, która w obecnej 
chwili nierównie dalój zawiodła Kozaków niż przed półro- 
czem. Gdy bowiem przymusowe wówczas ustąpienie Ordy 
zpod Białejcerkwi przekonało o jej zawisłości od Turków, 
przyszło Chmielnickiemu teraz dla uzyskania dalszej po- 
mocy krymskiśj udać się z prośbą o zezwolenie na nią do 
stóp cesarza tureckiego, przyszło samym Kozakom poddać 
się zwierzchnictwu tureckiemu. Jakoż nie mogąc uniknąć 
konieczności takiego czynu, wyprawił Chmielnicki jednocze- 
śnie dwa poselstwa do obudwuch pogańskich ludów, jedno 
do nie opuszczających go nigdy całkowicie Tatarów, którzy 
mu rychłą pomoc przyrzekli, drugie na dwór cesarza tu- 
reckiego, gdzie właśnie (jak sobie z kilkukrotnych wzmia- 
nek przypominamy) po gwałtownej śmierci przychylnych 
Polsce wezyra i cesarza podniesiono w ich miejsce wręcz 
przeciwnych następców. 

Stała się ta zmiana carogrodzka w połowie sierpnia, 
a poselstwo Chmielnickiego do Carogrodu wyruszyło tuż po 
przypomnionym powyżej buncie czerni w pierwszych dniach 
września. Tężsamą porę nowego pobratania się Kozaków 
z pogaństwem krymskiem naznacza główny znaw^ca tycli 
zdarzeń Kisiel, w niespełna 7 niedziel po tych wypadkach, 
donosząc o Chmielnickim, iż „po podjazdach ostrogskich 
(pod koniec sierpnia)... wpadł w recydywę buntownik i stra- 
ciwszy konfidencyą, którą miał do mnie, kazał mi przez 
posły powiedzieć, iż mi dufać już nie chce i dla tego znowu 
do Ordy czynił rekurs". O sposobie zaś przyjęcia posłów 
kozackich u dworu nowego cesarza Muhameda lY podaje 
najlepszą wiadomość list sędziego podolskiego Łukasza Mia- 
skowskiego do brata, podkomorzego lwowskiego Wojciecha, 
skreślony dnia 27 października, a czerpiący z nierównie 
wcześniejszych doniesień hospodara wołoskiego Lupuła: „Po- 
słowie Chmielnickiego źle zrazu byli przyjęci u Porty. 
Ptzekł wezyr: zdradziliście pany wasze i wiarę i nas zdra- 
dzicie! Odpowiedzieli oni, że u Lachów w cięższej niew^oli 
byliśmy niżeli u was więźnie na galerach. Prosimy tylko 
o Tatary, będziem w\im haracz dawać jako z Mułtan i z Wo- 
łoch, więźniów co potrzeba na galery, i na każdego waszego 
nieprzyjaciela stanie nas 10,000, a na znak wiary damy 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 93 

wam do rąk Kamieniec. Dopieroż ich ligę z Tatary appro- 
bowano, kaftany i dobrą odprawę dano." Zapewniona tak 
Chmielnickiemu pomoc tatarska stała się odtąd dla Koza- 
ków przedmiotem najcierpliwszego oczekiwania, dla szlachty 
polskiój najmałoduszniejszćj, bajccznćj trwogi. Równie zaś 
niecierpliwość kozacka jak i trwoga szlachecka miały krom 
swoich prz}czyn zwyczajnych jeszcze inne, niezwyczajne, 
chwilowe. Oczekiwali tedy Kozacy tak niespokojnie Tatarów, 
ponieważ z powodu świeżych pomiędzy nimi zaburzeń i wy- 
górowania ztąd czerni a podupadnięcia powagi Chmielnic- 
kiego podupadł też chwilowo wszystek rząd i duch w woj- 
sku kozackiem, nastąpiło zupełne rozprzężenie w obozie, 
które zdaniem rozsądniejszój starszyzny nie dozwoliłoby 
Kozakom bez pomocy tatarskiej oprzeć się śmiałemu nastą- 
pieniu Polaków. W powszechnem zamieszaniu uciekało nawet 
do obozu polskiego niemało zbiegów kozackich, z których 
jeden dnia 13 września, tj. w kilka dni po owym buncie 
czerni, opisywał Polakom wojsko kozackie jako „bardzo 
zmorzone, bez strzelby dwie części większe, okopu żadnego 
ani ostrożności, wszystko wojsko na każdy dzień pijane. 
Gdy wojsko (polskie) będzie w mili, zaraz przeda się kon- 
spirowanych regestrowych i spraktykowanych więcej niż 
tysiąc.'' 

Takie obezwładnienie bezrządem kazało Kozakom w po- 
gaństwie krymskiem najpożądańszych widzieć przybyszów 
i pomocników, Polaków zaś z innej głębszego źródła przy- 
czyny sama myśl przyjścia Tatarów w większą niż kiedy- 
kolwiek wprawiała trwogę. Straszni oddawna szlachcie, 
przybrali poganie krymscy w ostatnich czasach, zwłaszcza 
po krwawych ciosach cecorskim, Kantemirowych, u Żółtych 
wód i Korsunia, straszniejszą niż kiedykolwiek postać 
w oczach narodu, przejmującą go jakimś dziwnym, niewy- 
tłumaczonym postrachem, jakąś zabobonną jakby w obec 
pół-biesów grozą. Nie umiąc odkryć utajonego źródła te 
grozy, uniewinniała ją szlachta wmawianiem w siebie i druj 
gicb, iż dzisiejsza na sam widok pogaństwa małoduszność 
Polaków jest tylko skutkiem praktykowanych przez pogan 
czarów, z których znajomości słynęli z dawien dawna Ta- 
tarzy. Zwycięztwo to — pisze w liście z dnia 28 września 



94 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

Światły podkomorzy lwowski Miaskowski o jednśj z naj- 
straszniejszych w tym roku klęsk naszych od Kozaków 
i Ordy — ,;dały nieprzyjacielowi grzechy nasze, sroga jego 
fortuna, a osobliwie czary niesłychane, z wielu konjektur, 
cirkumstancyi i znaków widomych postrzeżone." Mniśj za- 
bobonne jednak postrzeżenia budzą w nas myśl, iż owa dzi- 
siejsza groza wobec Tatarów była tylko tajnym głosem su- 
mienia, wyrzucającego szlachcie nieuczynienie zadość zleco- 
nemu jćj przez Opatrzność obowiązkowi, który nakazywał 
Polsce otrząść siebie i chrześciaństwo z obudwóch nad nie- 
mi brzemion pogańskich, a którego niedopełnienie ściągnę- 
ło karę dzisiejszo] małoduszności narodowi tak rycerskiemu. 
Zaczem jako pół-biesów lękając się Tatarów, gorzało 
wojsko kor. chęcią dowiedzenia się o poźniejszem lub wcze- 
śniejszem nadejściu pogan; w pierwszym bowiem razie przy- 
szło mu toczyć nietrudną walkę z samymi Kozakami i chłop- 
stwem, \s drugim ponieść ciężar strasznego boju z potrójną 
przemocą Kozaków, chłopstwa i pogan. Na szczęście je- 
dnak nie nadchodziły aż do drugićj połowy września ża- 
dne pewniejsze wiadomości o przeprawieniu się wielkiej Or- 
dy krymskiej przez Dniepr albo mniejszych budziackiej 
i dobruckićj przez Dniestr; a z pozostałej w czerwcu przy 
Chmielnickim i Krzywonosie trzechtysięcznej resztki pogań- 
stwa dziś ledwie tyleż setek wałęsało się po taborze koza- 
ckim, zwiększonych dla postrachu Polaków kupą z tatarska 
przebranych chłopów. Jak najprędszem więc uderzeniem 
na Chmielnickiego należało korzystać z tak długiej nieobe- 
cności Tatarów, i zachęcano się też w istocie bardzo gorą- 
co do pośpiechu i doraźności słowami, lecz uiszczeniu tych 
zachęt opierało się nie mało mniejszej lub większćj wagi 
przeszkód, trudności. Główną z nich było owo niezmiernie 
leniwe nadciąganie powiatowych i panięcych zaciągów, z któ- 
rych do tćj pory zaledwie połowią stanęła w głównym obo- 
zie regimentarskim pod Wyszogródkiem, o kilka mil za 
Zbarażem. Nie mniejszą szkodę sprawiała całemu wojsku 
i wojnie nieugaszona doti^d niezgoda obu głównie acz od- 
dzielnie dowodzących książąt, Dominika i Jeremiego, nie- 
dozwalająca żadnej spólności działań, mieszająca wszelkie 
porozumienie, wszystek ład i porządek w wojsku, źródło 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 95 

ustawicznych wykroczeń przeciw n^ijpotrzebniejszym przepi- 
som obozowym. Obrażała panów regimentarzów najbardziej 
samowolność nadciągających do obozu pułkowników pani§- 
cych i powiatowych, lUórzy uniesieni prądem ogarniającej 
całe wojsko niezgody obudwóch wodzów książęcych, mijali 
przeznaczony dla swoich pułków i chorągwi główny obóz 
nieulubionych regimentarzów, dążąc połączyć sig z milszym 
sobie książęciem wojewodą ruskim Jeremim. Zdarzało się 
to codziennie, a najzuchwalej postąpił sobie w tćj mierze 
możny starosta i pułkownik lubelski Firlej, który w zna- 
nym nam Dyaryuszu czynności w głównym obozie surowo 
pod dniem 9ym września jest naganiony, ,,źe dla prywat- 
nych związków z książęciem lud kosztem powiatowym za- 
ciągniony własną powagą tam obracał, gdzie nie miał zle- 
cenia od JJMość Panów regimentarzów. I chcieli o to ka- 
rać, ale że jeszcze JJMM. Panowie regimentarze nie przy- 
sięgli, supersedowali od tego." 

Trwało to opóźnione, nierządne ściąganie się wojsk 
powiatowych przez całe trzy pierwsze tygodnie września, 
zajęte w obudwóch obozach czynnościami o wiele pośle- 
dniejszemi, niż tego W7magała pora działań wojennych. 
Naj użyteczniej szą z tych czynności ujrzymy bardzo skrzętne 
starania o połączenie zwaśnionych oddawna książąt z Za- 
sławia i Wiśniowca; jednocześnie z temi usiłowaniami ba- 
wiono się uroczystem przyjmowaniem wjeżdżających do obo- 
zów paniąt z pocztami, zdarzały się wreszcie i bardzo nie- 
uroczyste przyjęcia, jakie np. w obozie głównego czciciela 
wojny, książęcia Wiśniowieckiego spotkało temi czasy naj- 
gorętszego miłośnika zgody, Kisiela. Niepowrotny upadek 
komisyi za sprawą czerni kozackiój uczynił wojewodę bra- 
cławskiego najnieszczęśliwszą ofiarą dzisiejszej zamieszki 
w kraju, przedmiotem najdzikszych zarzutów, oszczerstw, 
posądzeń, równie ze strony miłośników pokoju, którego nie 
był w stanie utrzymać Kisiel, jak ze strony przyjaciół woj- 
ny, którśj ze szkodą kraju nie dopuszczał tak długo. Naj- 
srożej zaś obszedł się z nim w swoim obozie na Czołhań- 
skićj dolinie książę Jeremi Wiśniowiecki, tak bajecznemi 
w publicznem zgromadzeniu obrzucając Kisiela oskarżenia- 
mi, iż tylko słowa naocznego świadka tćj sceny mogą nam 



9G DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

(lać przekoDanic o jój rzeczywistości. Opowiada tedy w re- 
lacyi swego pobytu na Czołbańskiój Dolinie ^\ pierwszych 
dniach września O. Ciekliński zakonu kaznodziejskiego: 
,.Pan Kisiel przyszedłszy z województwem wołyńskiem w ?00 
ludzi, stanął na końcu obozu. Nikt przeciwko niemu nie 
wyjeżdżał ani wysyłał. Panowie komisarze z nim byli. Po- 
słał do niego pan wojewoda ruski, zadając mu trzy rzeczy, 
miedzy niemi te, że publicznie głosił, że mu 150,000 Kozac- 
twa obiecali dać po talerowi twardemu, i Tatar 80,000 
spraktykowali, że go na królestwo prowadzić mają. Justy- 
fikacya jego na-^ten punkt iż nie uczyniła dosyć, opuściły go 
chorągwie wołyńskie, a nastąpiło wielkie wzburzenie wojska." 
Kisiel w uczuciu swojej niewinności cierpliwie zniósł 
tę obelgę i w kilka mil od Konstantynowa z własnym puł- 
kiem rozłożył się obozem, gotów zarówno do kończenia ko- 
misyi jak do wzięcia udziałii w wojnie. Srogi zaś jego 
przeciwnik Wiśniowiecki w kilka dni po szalonćj napaści 
na Kisiela wynagrodził ją jeźli nie Kisielowi tedy dobru 
pospolitemu rządkiem zaparciem'się sw^ojej niesforności i py- 
chy pańskiej, mającem na zawsze długoletnim sporom ko- 
niec położyć. Nasłuchała się cała Polska od lat kilkunastu 
o tych jego sporach z książęciem Dominikiem Zasławskim, 
sporach dwojga najmożniejszych paniąt pod niebem polskiem, 
coraz nowemi bodźcami współzawodnictwa drażnionych. 
W młodości w^spółzawodniczyli obaj książęta o rękę po- 
ślubionej niebawem książęciu Jeremiemu kanclerzanki Za- 
mojskiej, późniój w owym znanym nam sporze nowych 
książąt z dawnemi dostało się przeciągnionemu przez 
kanclerza Ossolińskiego na stronę nowych książąt staro- 
żytnemu książęciu Dominikowi naczelne współzawodnic- 
two z książęciem Wiśniowieckim, głównym starożytnych 
książąt przewódzcą; świeżo na zjeździe warszawskim w czerw- 
cu uczynili nowocześni książęta sprzymierzonego z sobą 
książęcia Dominika szczęśliwym spółzawodnikiem o naczel- 
ną buławę regimentarską, powszechnie książęciu Jeremiemu 
życzoną. W obecnćj chwili zbliżającego się wyboru króla 
nowego nie mogli nasi od tak dawna powaśnieni książęta 
sprzenievvierzyć się swojćj dotychczasowej roli spółzawodnic- 
twa we wszystkiem, i widząc najbliższe prawdopodobieństwo 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 



osiągnienia Korony przez jednego z dwóch starających się 
o nią, braci Władysławowych, Jana Kazimierza lub Ferdy- 
nanda Karola, stanęli obaj swojem wsparciem potężnem po 
dwóch stronach przeciwnych, książę Dominik ze swoim no- 
woksiążęcym sprzymierzeńcem kanclerzem Ossolińskim po 
stronie Jana Kazimierza, książę Wiśniowiecki przy Ferdy- 
nandzie Karolu. Obawiano się w całym kraju wywołania 
tą niezgodną dwustronnością książąt powszechnej na polu 
elekcyjnem niezgody, a nieskończenie jeszcze zgubniejsza 
rozpoczynającym się dziś krokom wojennym była niezgoda 
książąt w ich rozdwojonych obozach, pozbawionych tern mo- 
żności wspólnych działań, spólnego gromienia wrogów, co 
już nie obawę lecz powszechną niechęć, powszechne oburze- 
nie wzbudzało. 

Tak wielki jednak urok wyższej nad wszelką władzę 
potęgi otaczał obud\vóch naj zamożniej szych magnatów kra- 
ju, iż niebezpieczeństwem się zdało zniewalać ich do cze- 
gokolwiek publicznym rygorem ustaw, rady zaś i przedsta- 
wienia prywatne długo żadnego nie miały skutku. I były- 
by one zapewne nigdy się nie powiodły, gdyby nie ów szla- 
chetny czyn zadanego sobie przez książęcia Jeremię upoko- 
rzenia, nad które nic trudniejszego, nic boleśniejszego, nie 
znało żadne z królewiąt owego czasu. Było tym czynem 
ofiary dla dobra kraju pierwsze zgłoszenie się jednego 
z obudwóch przeciwników z przedłożeniem pokoju do swo- 
jej strony przeciwnej, przybierającej tern pozór proszonej, 
niewymownie wstrętny przeciwnikowi. Aby więc pierwsze- 
mu zgłoszeniu się swojemu ująć ile możności tego pozoru 
prośby prywatnej, a nadać mu cechę publiczną, postanowił 
książę Jeremi przy rokowaniach o zgodę puścić wszystkie 
osobiste urazy do książęcia Dominika \\ niepamięć, a głó- 
wnym celem swojej prośby postawić niezmiernie potrzebne 
w tćj chwili połączenie rozdzielonych obozów. Z takiem 
żądaniem i pośrednictwem udał się w imieniu książęcia Wi- 
śniowieckiego znany jego przyjaciel wojewoda kijowski Tysz- 
kiewicz do obozu panów regimentarzów, stojących obecnie 
o kilka mil za Wyżgrodkiem pod wioską Swiatczem. Tam 
dnia 5 września przedłożone zostało książęciu wojewodzie 
sędomierskiemu przez wojewodę kijowskiego żądanie zje- 

Dzieła Karola Szajnochy T. X. 7 



9S DZIEŁA KAEOLA SZAJNOCHY. 

dnoczenia rozdwojonych obozów i podania ręki do pojedna- 
nia, pod dwoma wszakże lekkiemi warunkami. Żąda więc 
książę Jeremi naprzód, aby dwaj pierwsi regimentarze, ksią- 
żę Dominik i podczaszy Ostroróg, złożyli przepisaną na sej- 
mie konwokacyjnym przysięgę, powtóre aby strażnik kor. 
Łaszcz, osławiony banita i gwałtownik, do którego książę 
wojewoda ruski „ma pewne urazy i pretensye", oddalony 
został od wojska i dworu książęcia regimentarza. 

Książęciu Dominikowi wydały się te warunki nazbyt 
ciężkiemi, odrzucił je więc z niechęcią. Książę Jeremi od- 
rzucenie to wziął za urazę, którą za lada sposobnością 
przyrzekł przypomnieć książęciu Dominikowi. Zdarzyła 
się tćż wkrótce sposobność, gdy już trzeciego dnia, w po- 
niedziałek 7 września, przybyli na Czołhańską dolinę dwaj 
orędownicy z obozu panów regimentarzów pod Swiatczem, 
podkomorzy bełzki Janusz Prusiński i pisarz polny Stani- 
sław Koniecpolski, niosąc książęciu wojewodzie ruskiemu 
przedłożenie pokoju od książęcia wojewody sędomirskiego. 
Obecnie temuż odmowna z kolei padła odpowiedź, w którój 
książę Wiśniowiecki oświadczył podkomorzemu bełzkiemu 
i pisarzowi polnemu, iż nietylko nie odstąpi od dwóch swo- 
ich żądań poprzednich, ale przydawa nadto trzecie najśwież- 
szej daty, aby mu zwrócono kilku jego zbiegłych dragonów, 
których poznano między dragonia księcia wojewody sędo- 
mierskiego. Tak rychło zgasło w sercu książęcia Jeremie- 
go pierwsze wspaniałomyślne postanowienie usłużenia oj- 
czyźnie własnem upokorzeniem, a wziął na nowo ^órę chwi- 
lowy narów, nieustępującego w najlichszój fraszce uporu 
wielkich paniąt. Słusznie też ubolewa w kilka dni później 
starosta sokalski Djnhoff w liście do kanclerza w. kor. Os- 
solińskiego — ,,liche to bardzo ale uporne spórki, a ztąd ile 
szkód w teraźniejszej nieprzyjacielskiej zawziętości, rzecz 
sama jasna.^' — Aby więc przynajmniój tę „zawziętość nie- 
przyjacielską" jak najrychlej powściągnąć, gdy onym spor- 
kom domowym tak trudno koniec położyć, uchwalili pano- 
wie komisarze wojenni posunąć się dla przyspieszenia woj- 
ny całym obozem naprzeciw zgromadzonym za Konstanty- 
nowem siłom kozackim, o dwanaście mil odległości od wojsk 
koronnych. Skoro też z jutrzejszym ósmym września mi- 



DWA LxVTA DZIEJÓW NASZYCH. 99 



nęła niedozwalająca wówczas ruchów wojennych uroczystość 
N. Panny, wyruszyły one natychmiast ze swojego dotych- 
czasowego stanowiska pod Swiatczem ku wielkiemu obo- 
zowi książęcia Jeremiego za miasteczkiem Czołhanem na 
dolinie o małą milę od miasteczka odległój, a od jakiegoś 
skaliska Czołhańskim kamieniem zwanśj. Leżał ten obóz 
książęcia Wiśniowieckiego u ostatnich krańców doliny, 
w bardzo warownem miejscu, po drugiój stronie stawu, za 
przeprawą i groblą, zostawiając samą półmilowój rozległo- 
ści dolinę każdemu do zajęcia otwartą. Z czego umyśliwszy 
korzystać, rozłożyli się panowie regimentarze dnia 9 wrze- 
śnia ze swojem wojskiem „w tem półmilu równem" obo- 
zem, tylko o pół mili od obozu książęcia Wiśniowieckiego 
za stawem i przeprawą odległym. 

Tak blizkie teraz sąsiedztwo obu rozdzielonych obo- 
zów poczytywano powszechnie za dobrą wróżbę blizkiego 
ich pojednania. Zachęcał ku temu sam świetny widok obo- 
zów, po niedawnych niepowodzeniach szczęśliwie znowu do 
dawnój liczby i okazałości wróconych. W głównym obozie 
rozłożył się każden z regimentarzów z osobna, wszyscy trzej 
z wielkim przepychem, najświetniej trzeci z nich, młody 
chorąży kor. Koniecpolski, lubo znaczna część jego pocz- 
tów nie zdążyła jeszcze na miejsce. Całe wojsko w głó- 
wnym obozie wzmogło się teraz znacznie nad swoją nie- 
dawną szczupłość gliniańską, licząc oprócz niezmiernśj mno- 
gości ciurów z muszkietem w ręku przeszło 8,000 wybornie 
uzbrojonego żołnierstwa, a ciągłym napływem panięcych 
i powiatowych posiłków rosnąc. Obóz książęcia wojewody 
ruskiego po drugiej stronie stawu był jeszcze tłumniejszym 
od głównego, gdyż okrom również wielu ochoczych do boju 
ciurów liczył 12,000 ludzi rycerskich, a od wojewodzińskiój 
godności wodza i dwóch innych jśj uczestników, towarzyszą- 
cych książęciu przyjaciół Rewery Potockiego i Tyszkiewicza, 
zwano go pospolicie obozem wojewodów. Za przybyciem 
reszty zbliżających się już i wkrótce istotnie nadeszłych za- 
ciągów pańskich i powiatowych, stanowiły oba obozy potę- 
gę 40,000 rycerstwa i do 200,000 ciurów, dostateczną za- 
iste do pokonania Kozaków przed nadejściem tak strasznćj 
Polakom Ordy. Znowuż więc najpierwszą, najniezbęduiej- 



100 hZ\YL\ KAROLA SZA-JNOCHY. 

szą potrzebą okazało się połączenie obozów, a Dieprzewi- 
dziany wypadek jeszcze naglejszą uczynił tę potrzebę. Już 
w pierwszych dwu dniach rozłożenia sig panów regimen- 
tarzów pod Czołhańskim Kamieniem nadeszły dwa równo- 
brzmiące listy od wojewody Kisiela, stojącego teraz swoim 
pułkiem w równój odległości między Czc^haóską dolmą 
a Krasiło wem, miasteczkiem tylko o 4 mile od Konstanty- 
nowa odległem. Oba zgadzały się w doniesieniu, iż Chmiel- 
nicki około 5 września wziął Konstantynów, zkąd w 100,000 
posunąwszy się w głąb lasów Krasiłowskich, stoi mało co 
więcej nad -2 mile od obozu Kisielowego, a 5 do 6 mil od 
przednich straży wojska polskiego. 

Przy dzisiejszym pochopic szlachty do wojny i rozpo- 
częcia jej przed nadejściem Tatarów nie sprawiło nagłe wy- 
ruszenie Chmielnickiego naprzeciw wojskom koronnym, tak 
przeciwnie jego dotychczasowej zasadzie zwlekania wojny 
i oczekiwania pohańców, żadnćj trwogi w obozach polskidL 
RzucoDO się owszem z wielkim zapałem do przygotowania 
nieprzyjacielowi spiesznego oporu połączonemi silami, któ- 
re to połączenie wymagało przedwszystkiem nowćj próby 
połączenia zwav4nionych książąt. Niezważając więc na pierw- 
szą odmowę książęcia Wiśniowieckiego przed trzema dnia- 
mi ani na większą w tym sporze zawziętość ksią^{;ęeia regi- 
men tarza, wymogli panowie komisarze wojenni drugie na 
nim poselstwo orędownicze do przeciwnego obozu po tam- 
t<^j stronie stawu, z posłów znakomitszych niż pięrwazym 
razem, bo z słynnych wojowników Stanisława Witowskiego, 
kasztelana sędomirskiego i Zygmunta DenbofTa starosty »o- 
kalskiego, złożone. „Zaczem tegoż dnia^ — opowiada pod 
lOtym dniem września nieznany urywek Dyaryusza czynno- 
ści w głównym obozie — „za jednomyślną radą JMość panów 
koBisarzów, regimentarzów samych uproszeni JMość pan 
s^omfrski z JMość panem starostą sokalskim, aby jeszcze 
poknaić chcieli fortuny i pomyślili o sposobach 2^czenia 
JMośd książęcia wojewody ruskiego z JMośdą ksią;^em 
wojewodą sędomirskim. Pojechali więc do tego tam obozu, 
poufnie konferowali z książęciem JMośdą wojewodą roskim, 
powrócili mrokiem z dobrą otudią, że ta przez nich zaczę- 
ta sprawa najpomyślni€|szy onągoie skutek.'' I dzięki ró- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. lOl 

wnie gwałtownemu jak szlachetnemu sercu książęcia Jere- 
miego ziściła się w istocie ta otucha. Wzruszony groża- 
cem ojczyźnie od rozdwojonych obozów niebezpieczeństwem, 
ochłonął książę z gniewu za nieprzyjecie jego pierwszej 
próby orędownictwa i po raz drugi postanowił ze swojćj 
pychy i niesforności złożyć dobru pospolitemu ofiarę, o wie- 
le trudniejszą od pierwszej przed pięciu dniami. Wówczas, 
w sobotę 5-go września, skończyła się cała ofiara na pierw- 
szeni poselstwie do przeciwnika pod Swiatczem, dziś, w pią- 
tek ligo września, zdało się książęciu ^YiŚDiowieckiemu 
uczynić nieskończenie boleśniejsze dumie swojej upokorze- 
nie, bo udać się osobiście do obozu książęcia wojewody sę- 
domirskiego pod Czołhańskim Kamieniem, i jakoby zwycię- 
żony złożyć tam w obliczu całego wojska hołd pokoju swe- 
mu nigdy nad nikim zwycięzkiemu przeciwnikowi. Lepiej 
wszakże opowie to autor owego Dyaryusza czynności w głó- 
wnym obozie. 

„Równo ze dniem (w piątek 11 września) przybieżał 
JMość pan starosta sokalski (Zygmunt Denhoff) do książę- 
cia JMości pana wojewody ruskiego wczorajszą sprawę kon- 
tvnować, za którvm w dobra chwile przybył Łakże JMość 
pan sędomirski (Stanisław ^Yitowski) i za łaską Bożą spra- 
wili to, czego sobie ^yszystek obóz i pomyślność ojczyzny 
życzyła. Zmorzone wszystkie kondycye, książę JMość pan 
wojewoda ruski z JMość panem starostą bracławskim (Szczę- 
snym Pacem) i z IchMościami inszymi pułkownikami swy- 
mi pojechał do obozu naszego, którym książę JMość pan 
wojewoda sędomirski i JMość pan podczaszy także i J^Iość 
pan chorąży kor. z czołem ^vszystkiego wojska w pół pola 
zajechał, i po mnogich uściskach z najwyższym wszystkich 
aplauzem wprowadził do namiotu swego, i tam niżeli dano 
obiad mieli IchMoście panowie regimentarze z komisarzami 
naradę ..." — Owocem jej było wyprawienie dwóch potężnych 
podjazdów pod tak blizki już obóz Chmielnickiego pod 
Krasiłowem, z rozkazem powzięcia wiadomości o liczbie 
i rozłożeniu wojsk kozackich. Wiadomością tą miało woj- 
sko koronne kierować się \v powszechnem nastąpieniu na 
siłę nieprzyjacielską, które natychmiast po jutrzejszym lub 
zajutrzejszym powrocie obu podjazdów uchwalono przedsię- 



102 DZIEŁA EAROLA SZAJNOCHY. 



wziąć <v radzie wojennej. Jednocześnie z wyprawionemi na 
wschód podjazdami rozbiegły si§ po zachodnich rprowincyach 
mnogie o szczęśliweni pojednaniu zwaśnionych książąt listy 
i wieści, przejmujące cały kraj wielką radością, całą szla- 
chtę wielkiemi nadziejami pomyślnićjszćj ztąd wojny. Licz- 
ny chór pochwalnych głosów wysławiał po całśj Polsce „to 
przez samego Pana Boga złączenie tych szkodliwych ojczy- 
źnie dyffidencyj" — oddawał dzięki niebiosom, iż dozwoliły 
jednawcom ;,wprawić w jedność do rzetelnej imprezy pusz- 
czone w amnestyą spólne niesnaski i alterkacye." Nietru- 
dno pojąć, o ile głośniejszą była z tego pojednania uciecha 
na Czołhauskiej dolinie, w obu zjednoczonych obozach, 
dwoma przypadkowemi okolicznościami zachęconych do tern 
świetniejszego uczczenia aktu przywróconej jedności serc 
i obozów. 

Niewracające jeszcze nazajutrz po wyprawieniu podja- 
zdy pod Krasiłów dozwoliły wojsku dość czasu do tern 
dłuższćj kolei zabaw, a właśnie w tych dniach jednania i ra- 
dości z doszłej już zgody wezbrał najobficiój napływ spie- 
szących do obozu paniąt i pułkowników powiatowych z więk- 
szą lub mniejszą liczbą nadzwyczajnie bogato uzbrojonych 
i równie okazale witanych w obozie pocztów, pułków, cho- 
rągwi. Każdy taki wjazd możnych panów z pocztami do 
obozu był publiczną uroczystością, obchodzoną długim sze- 
regiem scen okazałych. Od każdego z przybywających do 
obozu paniąt i pułkowników dochodziło panów regimenta- 
rzów ze znacznśj odległości uwiadomienie o ich blizkiem 
przybyciu, na przeciw każdemu wjeżdżającemu umsieli pa- 
nowie regimeutarze z czołem rycerstwa na dobrą staj, na 
„dobre strzelanie z działa", wyjeżdżać z powitaniem za 
obóz. Poczem bądźto w polu, bądź w przeznaczonćj przy- 
byłym na stanowisko części obozu, następowała zamiast sta- 
rożytnego ,, popisu" nowoczesna „prezentacya" przyprowa- 
dzonych przez panów i pułkowników chorągwi i pułków ca- 
łych, z których chorągwie liczyły zwyczajnie 50 do 100 ko- 
ni jednego pana, z ludu różnych panów zebrane pułki mie- 
wały niekiedy, jak np. wprowadzony do obozu w tych dniach 
krakowski, po 3 chorągwie hussarskie, 5 kozackich, 5 dra- 
gońskich, trzy piesze. Wjechali tym sposobem w krótkim 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 03 



pięciodniowym przeciągu od 8 po 12 września do obudwóch 
obozów na Czołhańskiej dolinie z panów i paniąt — dnia 8 
września dwaj panowie Lubomirscy, Jerzy i Aleksander, 
starostowie krakowski i sandecki z urodzonym z Lubomir- 
skiej miecznikiem kor. Zebrzydowskim, po nich starosta 
stobnicki Ossoliński z chorągwią hussarską „porządną i ozdo- 
bną". Nazajutrz we środę 9 t. m. przybyli chorąży kor., 
najmłodszy z regimentarzów, z 22 chorągwiami jezdnemi, 
liczną piechotą pod osłoną 12 dział, po nim chorąży socha- 
czewski Brzozowski z pułkiem książęcia wojewody sędomir- 
skiego i 600 „wybornej piechoty własnej**, wreście starosta 
i pułkownik lubelski Zbigniew Firlej i ostatni z domu Ko- 
reckich starosta robczycki książę Samuel. Dzień następny 
wprowadził do obozu trzech jeśli nie imieniem tedy burzli- 
wym duchem bratanków, z których pierwszy, już po trzech 
latach na infamię za zdradę króla skazany, dziś krajczy 
królowój i komisarz wojenny Hieronim Radziejowski, wy- 
brał się na cześć tego ostatniego urzędu z bajecznym na 
teraźniejszą wojnę przepychem. Jednemu zaś z dwóch to- 
warzyszących mu braci Zamojskich, szlachty herbu Poraj 
w ziemi Sieradzkiej, padła na pierwszym sejmie z roku 
1652 hańba dopuszczenia się w obronie Radziejowskiego 
zuchw^ałej obrazy króla, przez sam sejm surowo pokaranój * 
Ostatnim na Czołhańską dolinę przybyszem zapowiedział się 
znany nam wojewoda brzeski i komisarz wojenny Szymon 
Szczawiński, jako senator z gwałtownych mów, jak np. na 
sejmie roku 1646 przeciw królowi, na tegorocznej konwo- 
kacyi przeciw Kozakom, głośny u szlachty, z podobnym 
swemu komisarskiemu koledze Radziejowskiemu zbytkiem do 
obozu przybyły. 

Tyle w krótkim czasie dostojnych gości, tyle wesela 
z pomnożonej ich pocztami siły wojennej, tyle zdumienia 
nad ogromem nawiezionych przez nich dostatków, uczyniło 
Czołhańską dolinę chwilowym jej mieszkańcom jakiemś ob- 
fitością wszelkich dóbr ziemskich szczęśliwem miejscem, peł- 
nem uczt, biesiad, igrzysk rycerskich, niewidzianego nigdy 
przepychu w rynsztunkach, strojach, rzędach, niezliczonym 
sprzęcie złotym i srebrnym. A warowność tych dziwów wy- 
tworu i zamożności nie kończyła się na samym blasku ze- 



104 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



wnętrziiym, lecz zamierzała działać jeszcze moralnie, posłu- 
żyć wskazanym na poprzednich kartach sposobem za broń 
do złamania na duchu nieprzyjaciela. Jak sobie ztamtąd 
przypominamy, miały te kosztowne przygotowania wojenne 
obecnćj pory oprócz dogodzenia powszechnemu dziś pocią- 
gowi do zbytku jeszcze ten cel, aby roztoczonym niemi wi- 
dokiem dostatków pańskich zdumieć, zwyciężyć chłopstwo. 
Dla uczynienia więc zadość temu dziwnemu urojeniu — „przy- 
byli wszyscy'* — pisze o tem książę kanclerz Radziwiłł 
z mniejszem od Czołhańskich gości upodobaniem, bo mędr- 
szy od nich smutnem doświadczeniem upłynionych tymcza- 
sem dni kilkunastu — „przybyli wszyscy z nieporównanie 
większym zbytkiem bogactw, kredensów srebrnych niż pod 
Korsuniem, świecąc od złota i srebra, namiotów przepysz- 
nych perłami sadzonych, a wszelkim rodzajem swawoli słu- 
żąc Wenerze i Bachusowi." — Zgodnie z możnym książęciem 
Radziwiłłem odzywa się chudy pachołek w dworskiśj i żoł- 
nierskiej służbie książ^cia Wiśniowieckiego, Maszkiewicz 
„Wybrali się panowie koronni z takim przepychem od pur- 
purowych ze złotemi węzłami nietylko rydwanów ale skar- 
bnych wozów, od szat, srebra, złota, klejnotów, obicia itd., 
tak że rzadki towarzysz nie równał się panom wielkim w do- 
statku, by 1 ostatnią substancyą przedać, a dostatnio się 
ustroić." A wszystko to z żadnćj innćj jak z owćj wyżej 
nadmienionćj przyczyny, w żadnym innym zamiarze, jak 
tylko aby tem swoim żądzom zbytku dogodzić i trwogę 
chłopską wzbudzić w Kozakach, czyli według znanych słów 
Twardowskiego i innych o tym błędzie „porazić nieprzyja- 
ciela i strach mu puścić w oczy". 

I jakby w istocie jakiś duch wrogi utwierdzić chciał 
wszystko wojsko koronne w tym nieszczęsnym obłędzie, 
nadarzyła się po dwakroć bardzo złudna pokusa do coraz 
głębszćj wiary w jego prawdziwość. Z końcem drugiego 
dnia po wysłaniu wróciły wyprawione ku obozowi kozac- 
kiemu podjazdy, i skończył się szereg dotychczasowych po- 
jednawczych i powitalnych godów na Czołhańskiój dolinie. 
Przybyłe z podjazdami ,,awizy" o Chmielnickim pod Kra- 
siłowem przywiodły radę wojenną do uchwały niezwłoczne- 
go ruszenia przeciw Kozakom, które też rzeczywiście zaraz 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 105 

nazajutrz, dnia 13go ^Yrześnia w niedzielę, nastąpiło, zosta- 
wując Czołbański kamień i Czołhauską dolinę swojój da- 
wniejszej samotnoi^ci a z czasem zupełnemu zapomnieniu 
u ludzi. Znana przez jakiś czas poetom i dziejopisom jako 
miejsce pojednania długiej waśni najmożniejszycłi w Polsce 
dwóch książąt, popadła ta ustroń niedbałością blizkich po- 
koleń o dzieje przodków w najsmutniejszą niepamięć, bo 
wraz z przyległym sobie miastem Czołhanem straciła na- 
wet swoją nazwę odwieczną, przez jedną z rozmiłowanych 
w imieniu swojem dziedziczek w dzisiejszy „Teofilpol" zmie- 
nioną. I gdybyż ta niepoczesna zmiana padła była przy- 
najmniej miejscu, do którego cały niezmiernie urosły już 
,, ogrom'' wojska koronnego w swoim złudami zaścielonym 
pochodzie poniewolnie zdążył nakoniec. Pierwszej z tych 
złud nabawili się panowie regimentarze z całem wojskiem 
zaraz nazajutrz w obozie Kisielowym o dwie mile za Czoł- 
hauskim kamieniem, gdzie ich doszła wiadomość od woje- 
wody, iż Chmielnicki cofnął się nagle z pod Krasiłowa. 
Owóż uroiło się zarozumieniu panów regimentarzów i ko- 
misarzów wojennych, iż ten odwrót Kozaków był rzeczywi- 
stą ucieczką, spowodowaną rozgłosem blizkiego nastąpienia 
wojsk polskich. Tymczasem stałym Chmielnickiego zamia- 
rem było, nie dać Polakom wciągnąć się w wojnę przed 
nadejściem Tatarów i zupełnem stłumieniem trwających 
jeszcze dotąd w obozie kozackim rozruchów czerni, a do- 
piero po złączeniu się z przybyłą Ordą i zgodzie z czernią 
uderzyć przemocnie na wojsko polskie. Zaczem bez żadne- 
go zamiaru wojny, nie wiedząc nawet o blizkości Polaków, 
nadciągnąwszy od Konstantynowa ku lasom Krasiłowskim, 
wrócił na wiadomość o nadejściu wojsk polskich nazad pod 
Konstantynów-, cofnął się owszem o dwie mile wstecz ku 
Pilawcom, trzymając się swego planu czekania Ordy. Ina- 
czej w^szakże przekonani Polacy wierzyli uporczywie w u- 
cieczkę Chmielnickiego i „pychą nadęci^' — prawi kanclerz 
Radziwiłł — „przed zwycięztwem tryumf wyśpiewywali, i są- 
dzili, że już w ręku mieli powiązanych Kozaków." Drugie 
wkrótce złudzenie dopełniło miary zaślepiającego wszystkich 
na wszystko zarozumienia. 

Nie zastawszy Kozaków w Krasiłowie ruszyło wojsko 



106 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



kor. (luiA logo września z wielką ochotni za Chmielnickim 
pod Konstantynów. PosuwająjC się dla trudnych przepraw 
częściowenii przez kilka dni oddziałami ku temu na wpół 
miastu na wpół grodowi, znalazły go najpierw przybyłe 
chorągwie polskie osadzonym załogą kilku pułków kozackich, 
pozostawionych od Chmielnickiego w odwrocie ku odleglej- 
szym Pilawcom. Należało więc wojsku polskiemu wzięciem 
Konstantynowa rozpocząć dzieło wojenne. Do którego też* 
już w dniu 16go września rzucono się z wielkim zapałem 
i z niemałemi siłami, bo z znaczną liczbą posiłkujących się 
i z kolei następujących po sobie pułków panięcych, miano- 
wicie chorążego kor. Koniecpolskiego, księcia wojewody ru- 
skiego Wiśniowieckiego, starostów sokalskiego i wieluńskie- 
go Zygmunta i Stanisława Denhotfów itd. Szturmowano tak 
przez dzień cały do okopów Konstantynowskich, niczego 
jednak dokazać nie mógłszy do wieczora, odstąpiły chorą, 
gwie z niepoślednią stratą od wałów. Wtem nocą bez ża- 
dnej wiadomej potrzeby opuściła załoga kozacka twierdzę, 
którą nazajutrz rano bez dobycia szabli opanowali Polacy 
przypisując w swoim dzisiejszym obłędzie i to drugie ustą- 
pienie Kozaków jedynie chłopskiemu strachowi na widok 
złotego blasku wojennej potęgi polskiej. — „Puścił Pan Bóg 
wszechmogący taki postrach nieprzyjacielowi w oczy'' — do- 
nosi podkanclerzemu kor. Leszczyńskiemu pod dniem 18 
września drugi z regimentarzów Ostroróg — „że w nocy 
z tak mocnej fortecy wszyscy uciekli, około której pewnie 
byłoby zabawki, czasu i krwi siła stracić". Opanowawszy 
zaś Konstantynów bez straty czasu i krwi, samą z nieba 
puszczoną trwogą, należało korzystać czemprędzój z tego 
cudownego postrachu, uderznjąc wszelką siłą na niedaleki 
obóz Chmielnickiego pod Pilawcami, zamieszany rozprzęże- 
niem wewnętrznem i (jak Polacy sądzili) dwóch ucieczek 
popłochem. Ale cała rada wojenna ku temu jedynie użyła 
mniemanśj małoduszności Kozaków, aby tem swobodniej od- 
dać się umiłowanemu pociągowi do jaknaj dłuższych, naj- 
głośniejszych nad wszystkiem rad, narad, obrad, niezbęd- 
nych zarówno wszystkim zgromadzeniom obywatelskim jak 
w obozach kołom rycerskim. Pewni „związanych już w rę- 
ku swoim Kozaków", nie widzieli panowie regimentarze, 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. lo7 



komisarze i reszta członków rady wojennój żadiiój nagłój 
potrzeby spieszenia z wojną,, i cały też dwudniowy czas 
pochodu wojsk swoich z pod Czołhańskiego kamienia pod 
Konstantynów i również długi przeciąg pobytu pod tem 
miastem strawili na radach próżnych, nawet dwuznacznych, 
całą dalszą wojnę, podając w zwłokę, w wą-ti)liwość. ,, Pa- 
nowie książęta" pisze podkomorzy lwowski Miaskowski do 
jednego z przyjaciół — „trzy dni się pod Swiatczem jednali, 
trzy dni pod Czołhańskim Kamieniem, a 4 dni deliberowali, 
jeżeli bić Kozaków nim Ordy przyjdą,". — Podobnież Kisiel 
w liście do arcybiskupa: „(W drodze ku Konstantynowu) 
nastąpiły częste konsultacye, ale najczęściej, a zgoła zawsze, 
bez konkluzyi. Przyszedłszy pod Konstantynów miano roz- 
strzygnąć się, czy iść czy nie iść na wojsko nieprzyjacielskie". 
Odbyła się w tym celu ostatnia walna rada wojenna 
złożona ze wszystkich trzech regimeutarzów, wszystkich ko- 
misarzów, w których liczbie książę Jeremi Wiśniowiecki 
i Kisiel z wielą pułkowników przedniejszych. Głównym 
dzisiejszćj rady przedmiotem miało być owo przez dni czte- 
ry napróżno roztrząsane pytanie o ruszeniu lub nieruszeniu 
za Konstantynów przeciw Chmielmckiemu pod Pilawcami, 
dozwalające dwóch wcale różnych lubo równie ważnemi po- 
wodami Wzmocnionych odpowiedzi. Ruszenie bowiem za 
Konstantyiiów dozwoliłoby uprzedzić wyglądane codzienni, 
przez Kozaków pogaństwo i ułatwić sobie z samymi Koza 
kami wygraną, pozostanie zaś w Konstantynowie zabezpie- 
czało wojskom koronnym bardzo warowne stanowisko, 
z któregoby częstemi wycieczkami można było niszczyć 
nieprzyjaciela. Przemawiała nadto za pozostaniem w Kon^ 
stantynowie niedogodna dla ruchów wojska miejscowość 
między Konstantynowem a Pilawcami, poprzerzynana w swo- 
jej czteromilowej rozległości mnóstwem jarów, chaszczów, 
stawów, nieprzebytych bagnisk i przepraw, które tysiącem 
przeszkód groziły pochodowi, żadnego dogodnego nie na- 
stręczając obozowiska, a w razie niewychylenia się Kozaków 
w bój groziły wojsku polskiemu najniebezpieczniejszym 
z Kozakami rodzajem wojny, bo obleganiem Chmielnickie- 
go w niedostępnym taborze. Przyszło więc dzisiejszćj ra- 
dzie wojennej obierać między wojną zaczepną a obronną, 



108 DZIEŁA KAKOLA SZAJNOCHY. 



a taki wybór w obecnym usposobieniu radzących był pra- 
wie niewątpliwym. „Nie dawszy miejsca nas kilku zda- 
niu" — donosi Kisiel arcybiskupowi w niespełna dwa tygodnie 
po radzie — „przemógł powszechny głos ruszyć się dalój 
lubośmy życzyli stanąć przy Konstantynowie, i okopawszy 
się na swoje raczej nawodzić fortele nieprzyjaciela niż na 
jego napadać." Gdj kolej głosowania stanęła na książęciu 
wojewodzie ruskim Jeremim, wszyscy przeciw zwyczajnemu 
uszanowaniu bez wielkićj ciekawości oczekiwali głosu ksią- 
żęcia, ze znanćj jego namiętności dla każdój wojny kozac- 
kiej domyślając się odpowiedzi. Domyślano się jćj owszem 
z taką pewnością, iż jeden z najpoważniejszych dziejopisów 
onego wieku, Kochowski, we 20 lat po wypadku opisując 
radę dzisiejszą piorunującą mowę przeciw pozostaniu pod 
Konstantynowem włożył w usta książęciu. W pewniejszemi 
świadectwami stwierdzonej rzeczywistości doradzał Wi- 
śniowiecki usilnie całemu zgromadzeniu nierzucania kostek 
o los ojczyzny i do trzymania się konstantynowskich oko- 
pów wzywał. 

Ale jakiś fałszywy, bo jak się nakoniec okazało, nie- 
trwały zapał do wojny ogarnął wszystkie umysły, obalił 
wszystek rząd i porządek, wzgardził nawet powszechną 
wziętością książęcia Wiśniowieckiego. Nie słuchano jego 
rad ani próśb, uchwalono postąpić za Konstantynów, i za- 
raz też nazajutrz po Wnijściu do tćj twierdzy rozpoczęto 
w istocie pochód z wielką ochotą. Nie odłączył się od nie- 
go nietylko przeciwny mu Wiśniowiecki, lecz nawet tak żar- 
liwy miłośnik pokoju Kisiel, po niepowrotnem ,, skonaniu 
już komisyi" (jak sam temi dniami wyraża się w liście do 
arcybiskupa) gotów spełnić dziś własne do komisarzów woj- 
skowych w tym samym czasie skreślone słowa: Jeśli bę- 
dzie traktat, niech będzie, jeśli wojna, wtedy w imię pań- 
skie na ^v^oga!" Jakoż wszystko co żyło jednało się dziś 
tern spólnem hasłem ruszenia naprzód, wszystkiemi droga- 
mi, pomostami błotnistćj Słuczy, przeprawiały się na drugą 
stronę od 17go do 19-go września niezliczone zastępy zbroj- 
ne, „ogromne a ozdobne", ,,jakich nigdy świetniejszych, ani 
w ludziach i koniach świat nasz wytworniej szych nie znał 
przedtem" — słowa ówczesnych poetów i podkomorzych. Lubo 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. i09 



znaczny poczet chorągwi pańskich i powiatowych, jak np. 
panów Wejherów, Myszkowskich, Koniecpolskich , mimo 
przeszło trzechmiesięczny przeciąg zbierania się i pochodu 
nie stanął jeszcze do tej pory w obozie, zgromadziło się 
nakoniec w całem wojsku do 40,000 rycerstwa konnego 
i piechoty, przeszło 200,000 ciurów z muszkietem w ręku, 
nieprzebrana moc koni i nad 100,000 wozów ładownych. 
Na którymto wszystkim tłumie ludzi zbrojnych, rumaków, 
sprzętów na wozach widziałeś (według powyżśj przytoczo- 
nego poety - dziejopisa ze Skrzypny) ,, wskroś złotem pała- 
jące tarcze, puklerze, rzędy, forgi i buńczuki, pałasze i kon- 
cerze, od srebra zaś namioty, kredensy i stoły.'" W każdą 
setkę, w każdą kopę setek tych ludzi, koni, wozów, poskła- 
dali ich właściciele, jak ów w testamencie uskarżający się 
na to starosta łomżyński Radziejowski, niekiedy całą po- 
łowę swoich małych lub wielkich fortun. Od czwartku 17go 
września do środy 23go roztaczała szlachecka i pańska Pol- 
ska w ten sposób cały blask i przepych swoich skarbów 
w złocie, srebrze, klejnotach, mniemając tem do zdumienia, 
strachu i pokory przywieść Kozaków, którzy w oddaleniu 
dwóch małych mil, z swego mocno pod Pilawcami obwa- 
rowanego taboru, z lichej rezydencyi Chmielnickiego w za- 
meczku czyli według szyderskiej mowy polskiej „kurniku" 
pilawieckim, wywiadywali się o dziwach zamożności króle- 
wiąt polskich. 

Nie jednem wszakże i temsamem uczuciem zasięgali 
wszyscy wieści o takich skarbach. Chmielnicki miał gardzić 
wojskiem koronnem, kładąc je tylko na 10,000, ,, reszta Ży- 
dów tak wiele". Niemała jednak część wojska zaporozkie- 
go, tym razem przeważnie czerń, bądźto znanym nam bra- 
kiem wszelkiej karności w terazniejszem wojsku kozackiem 
znarowiona, bądźto przez zbiegłego przed k}lku dniami do 
Polaków Kozaka Zabuskiego „spraktykowana", bądź rzeczy- 
wiście strachem przejęta, straciła ducha wobec tak wielkićj 
potęgi polskiej, zamyślała zmusić Chmielnickiego do złoże- 
nia oręża. ,, Chciała już czerń wydać starszyznę, o miłość 
prosząc" — upewnia dobrze z wypadkami tej pory obezna- 
ny podkomorzy lwowski Miaskowski w liście o 10 dni od 
dzisiejszych zdarzeń późniejszym. „Nagłe postąpienie wojsk 



110 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCIIY. 

polskich" — powtarza z innych źródeł jeden z najwiary- 
godniejszych dziejopisów tego cza^u, Pastoryusz — ,,tak 
przeraziło Ivozaków, że już zabierali się do odwrotu. Sły- 
szałem również, że ledwie nie wszystka czerń o poddaniu 
się już zamyślała, niemogąc chłopskiera sercem znieść po- 
strachu zbliżających się panów". Niemało też innych ska- 
zówek poświadcza możność zwycięztwa Polaków nad Chmiel- 
nickim, gdyby umieli byli korzystać z jego srogićj cieśni 
w Pilawcach, gniotącój go nienadciąganiem dotąd niezbę- 
dnych dla niego posiłków krymskich i zupełnym nierządem 
czerni i właściwych pułków kozackich, nieliczniejszych zre- 
sztą od wojsk koronnych, liczących do 40,000 ludzi służą- 
łych z nieprzejrzaną ćmą ciurów. Dzisiejsze jednak zaśle- 
pienie wodzów polskich nietylko z nastręczających się for- 
telów żadnego pożytku odnieść nie dozwoliło, lecz owszem 
u samego wstępu na pola pilawieckie zgubną całemu wojsku 
zgotowało przeszkodę. „Stanęło wojsko nasze, kwiat rycer- 
stwa naszego, tuż nad nieprzyjacielem" — pi-sze dnia 29go 
września pewien konfident lwowski do swego konfidenta 
w Warszawie — ,,w miejscu dla nas najniegodziwszem, któ- 
rego żaden był niewiadom z tych, którzy się tam obozem 
położyć kazali. Było obozu naszego na milę polską w cir- 
kumferencyi, a piechoty ledwie na połowice stawało. Były 
do koła obozu różne doliny, parowy, stawy i tym podobne 
zawady, które okopane żadnym sposobem być nie mogły, 
a chytremu nieprzyjacielowi do wtargnienia okazyą czyniły''. 
Podobnież Kisiel w liście pod tą samą datą co powyższy 
skreślonym: ,,Przyszedłszy zaś pod wojsko nieprzyjacielskie 
nie znaleźliśmy miejsca sposobnego na obóz, tylko w takich 
srogich halkach i wertepach musiał stanąć, i zaraz o wodę 
za łeb chodzić; jakoż na Pilawce rzece trzykroć i brali 
i traciliśmy jedną groblę i szańc na nićj, aż jazdą przyszło 
oczyścić brzegi". 

Na tak niegościnnym znś gruncie przewodzić mieli 
mężowie, których samo obranie do tego urzędu z powsze- 
chnem przyjęte zostało niezaufaniem, a którzy dotąd niczem 
zatrzeć go nie zdołali. Przydanych im kilkudziesięciu komi- 
sarzów wojskowych nie zalecało się żadną zasługą i raczćj 
zawadą niż pomocą było sprawom wojennym. Sam nawet 



DWA LAT.4 DZIEJÓW NASZYCH. iii 



ulubieniec ludzi rycerskich, książę Jeremi Wiśiiiowiecki, 
radą niepostąpienia za Konstantynów stracił wiele z swojej 
wziętości i nie mógł już powszechnego poshichu spodzie- 
wać się swoim wezwaniom. Nie było nikogo, coby godnym 
był rozkazywać, i równie ztąd nikogo, coby chciał słuchać; 
każdy swoim własnym, swojego powiatu obyczajem pragnął 
wojować. „Rozkazowali trzćj regimentarze, każdy swym ro- 
zumem'* — narzeka dalej ów konfident lwowski do swego 
kolegi warszawskiego — „a co większa albo na emulacyę 
albo na przepych wzajemny, jako to pospolicie w wielości 
rządców być musi, a zwłaszcza w naszych polskich animu- 
szach, czego Stany koronne nie upatrywały naznaczając ten 
tryumwirat nieszczęsny. Nie chciały powiatowe chorągwie 
posłusznemi być rządom regimentarzów, ale każdy pułk 
odzywał się do swego pułkownika, a zatem za wyzuciem 
się z posłuszeństwa rozkazom ani słusznej straży ani po- 
rządnych podjazdów nie było". — Toż samo w liście z obozu 
z dnia 19 września: „Komisarzów siła, rady mało, emulacje 
wielkie i prywaty. Obserwancyej wodzów nie masz, każdy 
w swą. Chorągwie, które dopiero przyszły do obozu, już 
niektóre służbę wypowiadają, nazad się kwapiąc do do- 
mu". — Zgodnie z owym konfidentem Rusinem, z Radzi- 
wiłłem Litwinem pisze Twardowski Wielkopolanin: ,,Pierw- 
szym znakiem nieszczęścia był obóz źle zatoczony, który dla 
nierychłej przeprawy wozów niezliczonych, po górach nie- 
dostępnych, bez szyku i ordynku, ani końca swojego nie 
miał ni początku, i kto gdzie chciał tam stanął. Ni pod- 
jazdów ani szpiegów żadnych nie było, prócz że się hetma- 
ni z komisarzami znosili przez kartki o tem, jakimby spo- 
sobem zawarty miał być obóz tój wielkości, których (kartek) 
zanim kolej obeszła, wszystka w tem do czynienia okazya 
ubiegła, i czas próżno upłynął. Owoż nic prędszego, nic 
uprzednio przez wszystkich nierozważnego stanąć mogło". 

Oprócz tej nieszczęsnój słabości odwlekania każdej 
sprawy do jutra, mnożenia w nieskończoność narad o wszyst- 
kiem, nie przeszkadzało już nic wydaniu jaknajrychlój bitwy 
Kozakom, a bliskość obiecywanych codziennie przez Chmiel- 
nickiego Tatarów i widoczne zniecierpliwienie się chorągwi 
powiatowych do domu nagliły gorąco do tego czynu. Jakoż 



112 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



skoro pierwsze dwa dni rozłożenia się obozu polskiego na 
polach pilawieckich minęły, zaczęto od dnia 19 września, 
soboty, zapowiadać codziennie bitwę na jutro, wskazywać 
jej tę porę w doniesieniach listownych. „Jutro czyli 20ma 
praeaenlts przestąpimy się" — oznajmia w sobotę 19 wrze- 
śnia żołnierskim stylem pewien towarzysz pancerny swojemu 
panu chorągiewnemu. — „W tych dniach jutro albo poju- 
trze (w niedzielę 20go albo w poniedziałek 21go) przyjdzie 
się nam pocić, daj Boże szczęście" — pisze tego samego 
dnia inny nowiniarz obozowy w chwili wolnćj od służby, 
nie dowierzając jutrzejszemu dniu bitwy, zapewne do poju- 
trzejszego poniedziałku zwleczonej. Ale i poniedziałek dla 
fatalnćj powolności nieskończonych namysłów rady wojennej 
minął bez boju, nad czem tak żałośnie ubolewa ów podko- 
morzy lwowski Miaskowski, donosząc w tydzień późnić) wo- 
ewodzie bełzkiemu Krzysztofowi Koniecpolskiemu : „Już 
w poniedziałek miano dać ze stu dział salwę i dobywać ta- 
borów i kurnika tamtego, ale nieszczęśliwa tiunktacya, pro- 
longacya czyli niezgoda zaszła i zajrzała nam tego szczęścia!" 
I w istocie rozminiono się ze szczęściem niemałym. 
W poniedziałek bowiem nie wisiała jeszcze nad niezmiernie 
drażliwą co do Tatarów wyobraźnią szlachty i panów pol- 
skich ta mniemana burza zniszczenia, która dnia jutrzejsze- 
go, \^e wtorek, ziszczonem wreście nadejściem oczekiwanych 
przez Chmielnickiego posiłków chańskich tak niewymowną 
trwogą zdjęła Polaków. Była to wprawdzie tylko mała gar- 
stka Tatarów budziackich i dobrudzkich, tylko przednia 
czata spodziewanej za dni kilka ogromnśj Ordy, ale prze- 
rażonym umysłom polskim i to już było za wiele. Gwoli 
większemu ich postraszeniu przyjął Chmielnicki przybyłą 
o zachodzie słońca garstkę pogaństwa z nadzwyczajnym roz- 
głosem, długiem strzelaniem z dział, całonocną wrzawą 
w obozie, jak gdyby przyjmował samego chana z wszystkiem 
pogaństwem, lubo według własnych słów Chmielnickiego 
niał on nazajutrz po nadejściu dzisiejszych Ordyńców za- 
dniestrzańskich nie więcej nad 3000 Ordy przy sobie, a do- 
piero w piątek cała potęga krymska przybyła. Mimo to 
już dnia dzisiejszego, we wtorek, padł ciężki strach, ,, poszedł 
huk na naszych", ([ńsze Miaskowski) a sami panowie regi- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 113 



mentarze i komisarze wojskowi zwiększyli go znacznie prze- 
sadnerai wieściami swemi. Osobliwie drugi z regimentarzów, 
Ostroróg, mąż znanej nam wymowy i uczoności, a ztądjak 
pierwszy regimentarz książę Dominik miłośnik wygód, 
pierzyną, trzeci, Koniecpolski, dla młodości swojśj dzie- 
ciną, tak on szyderczo przezwany od Kozaków łaciną, 
okazał się najlękliwszym duchem w obec przybyłycłi dziś 
poliańców. W radzie wojennćj, w obozie, w listach, wynosił 
on wielką ich mnogość, chwalił się najpierwój powziętą 
o nich i rozgłoszoną przestrogą, sarkał na przyjmujących 
jego przestrogi z niewiarą lub pośmiewiskiem. Ponieważ 
jednak niewielu takich było w obozie, przeto znalazły po- 
strachy uczonego regimentarza szeroki rozgłos w wojsku 
koronnem i niemało mu ducha ujęły. 

Przekonał o tera dzień następny, środowy, 23 b. m., 
najmałoduszniejszy ze wszystkich w dziejach naszych. Po 
bezskutecznem to na niedzielę to na poniedziałek zapovvia- 
daniu dwóch wstępnych z kolei bitw nie słyszymy we wto- 
rek o żadnych ze strony polskiej przygotowaniach do takiój 
walki, a dzisiejszej środy nieszczęsnćj nie już wojsko ko- 
ronne lecz Kozacy zamyślali o wstępnym boju. Kano 
o pierwszym świcie przyniosły straże wiadomość regimen- 
tarzom, że Chmielnicki z całem wojskiem swojem i Ordą 
zmierza ku obozowi polskiemu, na nieszczęście z najniedo- 
godniejszej dla naszych strony, gdzie obok siebie stały dwa 
pułki o kilkudziesięciu chorągwiach, jedna kosztem powia- 
tów sędomirskich wysłana, druga dotychczasowego orędo- 
wnika pokoju, dziś pierwszego sztandaronoścy tej wojny, 
Kisiela. Nim książę naczelny regimentarz zdążył na pole 
walki, zawiązał się między obudwoma pułkami a Kozactwem 
i Ordą zacięty harcerski bój, który obudwom przeciwnikom 
zawsze od czasu do czasu ściągał posiłki, czem nadspodzie- 
wanie rozszerzała i przedłużała się walka. Nieśli w ten 
sposób na czele swoich chorągwi osobiście pomoc walczącym 
pułkom znani nam książę Jeremi i jego „szwagraszek" 
Koniecpolski, nie mogąc jednak przeważyć szali zwycięztwa 
na stronę polską, i ustępując zwolna coraz bardziej prze- 
magającym siłom kozackim i coraz głośniejszym Ałła! ałłal 

Dzieła Karola Szajnochy. I. X. ^ 



114 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

okrzykom Ordy. Nawet przybycie owego szerzycie! a po- 
strachów tatarskich w radzie lecz najdzielniejszego rycerza 
w obliczu wroga „zawsze (jak sam o sobie donosił) w prze- 
dzie chodzącego'', wtórego regimentarza Ostroroga, nie 
zmieniło biegu wypadków , „skoczył ze swoim pułkiem 
w środek skrzydła nieprzyjacielskiego jak w ogień", ale 
mimo żądań nieposiłkowany od swoich, „musiał odwrócić". 
Wstrętne starcie się z Ordą, widok coraz gęstszego 
mnóstwa Tatarów, w rzeczywistości nie Tatarów lecz z ta- 
tarska przebranśj, po tatarsku Ałła! ałła! pokrzykującej 
ćmy chłopstwa, odjęły wojsku koronnemu w niedługim cza- 
sie w^szelką chęć posiłkowania braci przeciw pogaństwu. 
Uległ też niedostatkowi takiej pomocy bratnićj wyparty 
z pola książę Jeremi Wiśniowiecki ze swoim „szwagra- 
szkiem" Koniecpolskim, uległy nareście jeden i drugi pułk, 
naprzód Kisielów, następnie sędomierski, oba mimo najwa- 
leczniejszego dotrzymowania placu rozbite. Po ich rozsypce 
przyszła kolśj na piechoty u szańców, na oba szańce nad 
groblą, te i tamte po zaciętej obronie wyścinane, zburzone 
ku wieczorowi. „Niewiem co dalej nastąpiło" — kończy 
Kisiel pierwszą, dzienną, jaśniejszą połowę swojej w liście 
z dnia 29 września opisanej arcybiskupowi tragedyi pila- 
wieckiśj" — Wiernie pisząc, to napisać muszę, co i każdy 
])rzyznać mi musi, że ledwie nam połowica wojska została 
w polu, a wojsko serce zgoła straciło. Nastąpiła tedy nagła 
w polu na koniach rada, co dalćj czynić. Tam różni różnie, 
jako zwyczajnie w takim razie..." 

Zgodzono się jedno z trojga uczynić, albo ostatnią 
rezolucyą uderzyć o nieprzyjaciela, albo okopać się pod 
Konstantynowem i na wytrwałą iść z wrogiem, albo wreście 
ustępować taborem. Owoż pierwsze z tych postanowień jako 
zamysł rozpaczy zostało natychmiast odrzucone. Okopanie 
się pod Konstantynowem znalazło najwięcej zwolenników, 
w liczbie który cli osobliwie naczelny regimentarz i wojewo- 
da sędomierski książę Dominik przyrzekał stać mocno przy 
obronie w okopach. Wszakże czy tylko do Konstantynowa, 
czy dalej dążąc, przyszło w każdym razie wybierać między 
dwoma różnemi sposobami pochodu, taborem, wśród spię- 
tych ze sobą wozów, lub komunikiem, konno, bez wozów. 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 115 

Największa część zgromadzenia radziła pochód taborem, 
najgłośniój wojewoda bracławski Kisiel i drugi z regimen- 
tarzów, Ostroróg, ten ostatni opierając się głównie na zda- 
niu wielkiego hetmana Żółkiewskiego, który przenosił ustę- 
powanie taborem, gdyż bez ochrony wozów rozbiegną, się 
zawsze Polacy. Tylko owemu staroście łomżyńskiemu i ko- 
misarzowi wojennemu Radziejowskiemu, który według wła- 
snych słów w testamencie miał większą połowę swoich 
fortun na wozach, zdał się milszym pospiech ucieczki komu- 
iiikiem niż leniwy pochód taborem, i dlatego jaknajusilniój 
poświęcenie wozów zalecał, ,,boć lepiój (mówił) stracić 
wszystek sprzęt i mobilia niż tak wiele szlachty, kwiat 
młodości, na jatki wydać". Stanęła jednak zgoda ruszyć ta- 
borem, a że urządzenie takiej twierdzy wozowśj wiele czasu 
wymagało i trudu, przeto zawezwali panowie regimentarze 
do zajęcia się przez noc całą tem dziełem, sami zaś z pa- 
nami komisarzami wojskowymi knowali co innego tym- 
czasem. 

„Zszeptawszy się więc cicho, w ciemności nocy" — 
słowa w kilka dni po wypadku skreślone — uknowano najo- 
hydniejszą zdradę, jakiój kiedykolwiek możni wodzowie na 
swoim zbrojnym dopuścili się ludzie. O pierwszą myśl tej 
zdrady oskarżali się wzajemnie po niespełna półroczu w obee 
całego sejmu dwaj innemi jeszcze grzechami skalani wino- 
wajcy, książę Dominik Zasławski ze starostą łomżyńskim 
i komisarzem w^ojennym Radziejowskim, z których tamten 
poburzenia narodu do obecnćj wojny był sprawcą, ten nie- 
bawem naprowadzeniem nieprzyjaciół na kraj zawinił. Dzi- 
siejszej nocy doradzili oni sekretnie zwołanym regimenta- 
rzom, komisarzom i przednim pułkownikom opuścić tajemni© 
wojsko, uprowadzając cichaczem wozy z najdroższym sprzę- 
tem, zwłaszcza książęciu regimentarzowi Zasławskiemu tak 
ciężące na sercu, iż niektóre czemprędzćj wyprawił już 
przodem z obozu. Równie prędko wybrali sie dwaj mniejsi 
regimentarze z większą częścią komisarzów, pułkowników 
i pod zasłoną nocy poczęli „wszystką siłą uciekać, (pisze 
podkomorzy lwowski Miaskowski) odbiegając chorągwi bez 
znaków, armat, taborów, ostatka wozów " nie mogących dla 
swojej wielości towarzyszyć ucieczce. Mimo chęć utajenia 



116 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

tśj zdrady spostrzegło ją rychło całe wojsko w głównym 
obozie, i w części oburzone tak szpetnem przeniewierstwem, 
w części szałem niepojętej trwogi własnych wodzów porwa- 
ne, jęło „rzucać o ziemię zbroje, kopie, pancerze" wszystek 
oręż, gnać ślepo za pierwszym prądem ucieczki. U obu- 
dwóch brzmią wywoływane w ciżbie najświetniejsze imiona 
mężów poważnych i kwiatu młodzi ojczystćj, niegdyś za 
przodków nawykłe jaśnieć na poświęconych im pomnikach 
rycerskiej i obywatelskiój chwały w narodzie, dziś za pila- 
wieckich dni wnuków powtarzane w mnogich wierszowa- 
nych wybuchach wzgardy, zniewagi, urągania ich skalanćj 
pod Pilawcami pamięci, z których szczególniej jeden, naj- 
dowcipniejszy i najsurow^szy, wymienia niemało zbiegających 
tej sromotnej nocy z obozu paniąt i szlachty, na ich czele 
książę Dominik z swoimi dwoma spólnikami buławy Ostro- 
rogiem i Koniecpolskim, trzech wojewodów, podolski, ki- 
jowski z brzesko-kujawskim, kilkunastu starostów, między 
tymi generalny krakowski, sądecki, wieluński, sokalski, ko- 
niński, różański, rogoziński, czerski, warszawski itd. 

Ten podwójny prąd zbiegostwa z naczelnego obozu 
regimentarzów udzielił się także kilku pomniejszym, mia- 
nowicie obozowi książęcia wojew^ody ruskiego Wiśniowie- 
ckiego. Stanęła wprawdzie przed nim garstka nieupadłych 
całkiem na duchu śmiałków, błagając o przyjęcie tak sro- 
motnie odbieżanój buławy, w jego przecież ręku zdolnej 
jeszcze dźwignąć niechybnie ojczyznę. Ale książę Jeremi nie 
miał ani zdolności dźwigania ginących spraw ani chęci 
przyozdobienia się poruczonym od właściciela zaszczytem^ 
którego mu odmówiono, gdy ten zaszczyt mniej ciężył a ja- 
śniej świecił. Nie przyjął więc książę buławy i pewnej z nią 
śmierci męczeńskićj, lecz po staremu na lepsze zachowując 
się ojczyźnie czasy, zebrał szczątki swoich chorągwi, i z ca- 
łem pierzchającem wojskiem dał się unieść pochłaniającemu 
wszystko wirowi dzisiejszej nocy. Porwany został tym wirem 
i wojewoda bracławski Kisiel, dopiero o świcie uwiadomio- 
ny w swoim odosobnionym obozie o sromotnćj rozsypce 
wojska, w której nie miał odwagi nie wziąć także udziału. 
„Bieżą w świat wszyscy" — pisze z dziwnym spokojem 
z swojej drogi tułaczej ~ „i ja w mojem zdrowiu okale- 



DWA LATA DZIEJÓW KASZYCH. 117 

czonem bieg§ za nimi, a nie wiem kędy." — I wszyscy też 
rozbitkowie dzisiejsi biegli równie nieświadome, rów^nie błę- 
dnie przed siebie w świat, nietylko ,,kędy" nie wiedząc, ale 
nawet i przed kim? Spytajmy o nich któregokolwiek z ów- 
czesnych poetów, listopisów, pamiętnikarzów, najlepiej obe- 
znanych z powszechnem wrażeniem przygody pilawieckiej, 
a każdy odpowie nam z Twardowskim, Maszkiewiczem, 
Miaskowskim: „Taka trwoga ogarnęła wszystkich bez żadnej 
znanej przyczyny, iż lubo ich nikt nie ścigał, uciekali 
wszyscy co im sił stało." — „Znacznie ich Pan Bóg poka* 
rał, bo od wszystkiego uciekali, choć ich nikt nie gonił." — 
„Taki strach, taka konsternacya wszystkich naraz objęła, 
że cwałem, dopokąd konie mogły, bieżeli, mniemając, że 
tuż za nimi pędzą w kopyto Tatarowie^'. 

Owoż to widmo tatarskie, ten głos sumienia wyrzu- 
cającego narodowi zaniedbanie nakazanej mu wojny z po- 
gaństwem, były tym w przywidzeniu szlachty zastępem du- 
chów piekielnych, w rzeczywistości tłumem po tatarsku 
przebranych i z tatarskiem Ałłab! ałłah! przeciw polskim 
hufcom pędzonych chłopów, przed którym nasi panowie 
i szlachta tak zabobonnie pierzchali w bitwie środowej, 
i który w całej dalszej ucieczce tuż za sobą goniącym wi- 
dzieć mniemali. Kozacy zaś w takiej żadnym napadem nie- 
przyjacielskim, żadnym pościgiem niespowodowanej rozsypce 
wojsk koronnych nie tak rzeczywistą ucieczkę jak raczej 
jakieś dziwne upatrywali zniknięcie, przez nikogo w obozie 
kozackim nieprzewidziane, niedostrzeżone, na kilka nawet 
godzin dość zręcznie zamaskowane. Arciszewski mistrz arty- 
leryi i wódz piechoty Osiński, ten po stracie nie mało puł- 
ków, tamten yy niemożności uwięzienia armaty, musieli 
o północy z pozostałym sobie żołnierzem ustąpić także 
z obozu, a chcąc przynajmniój jakiemś podobieństwem stra- 
ży przy działach i na placówkach złudzić Kozaków, kazali 
pozostawiać w tych miejscach liczne drzewca z zapalonemi 
lontami, w czem Kozacy aż do późnego września rozświtu 
żywe upatrywali postacie. Dopiero rano z żywnością na 
targ do obozu przybyłe chłopstwo ujrzało go ze zdziwie- 
niem opróżnionym z ludu zbrojnego i coprędzej znać o tern 
dało Kozakom, którzy tłumnie zbiegłszy się do obozu dłu- 



,18 DZIKŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



go Z razu wierzyć nie chcieli widokowi. Podejrzywano ja- 
kiś podstęp w tćj bezludności, pozostawione skarby zdały 
sie netą jakiejś zasadzki, którśj jednak nie wyśledziwszy 
nigdzie w obozie ani w sąsiedztwie, ośmielono się do bliż- 
szego rozpoznania obozu. Wówczas pozostały przy koniach 
wozach służby obozowej ostatek legł od miecza albo po- 
szedł w niewolę, a całą uwagę tłumów kozackich pochłonął 
ogrom rozpostartego przed nimi łupu, bezmiar odbieżanych 
skarbów i kosztowności. 

W porównaniu z ogromną stratą polską w dostatkach 
jakże małą była ta strata z obojej strony w liczbie ludzi 
poległych. Zarówno w wojsku polskiem jak i kozackiem 
bardzo niewielu poniosło śmierć, a jeńców prawie żadnych 
nie brano. W wczorajszym dniu głównej bitwy, we środę 
23 września, z 40,000 konnego i pieszego żołnierstwa a bli- 
sko 200,000 ciurów w całem wojsku koronnem tylko 300 
ludzi zginęło. Za to ileż dostało się bogactw polskich lvo- 
zakom, ile padło im skarbów w złocie i srebrze, nad wszel- 
kie nasze wyobrażenia dzisiejsze, nad wszelką wiarę dzi- 
siejszą większych! Bo Polska za Władysława IV to jeszcze 
Polska cała, żadnem z tylu wielkich w bliskim czasie łu- 
pieztw nietknięta, ,, złota'' w istocie, jak jej wiek zwany 
był „złotym." Zdumiewające nas bogactwa niedalekich lat 
króla Jana III zdały się niczem w porównaniu ze skarbami 
czasów Władysławowych, w których jak sam król Jan III 
z żalem w pamiętniku o rodzinie swojej nadmienia, tak 
pełne sreber były skarbcy dworów pańskich na Kusi. W ca- 
łej owszem Polsce obfitowały dwory pańskie w niezwycznj- 
ną mnogość złota i srebra, i lubiono okazywać ją światu 
zbytkiem niezmiernym, przeciw któremu na zeszłorocznym 
sejmie powstawał gwałtownie biskup kujawski Gniewosz, 
perorując swoim jowialno-surowym trybem: „Srogi zbytek 
opanował tu u nas wszystkie prowincye państw W. król. 
Mści. Soboli tych czasów naszych widzę tak wiele, iż się 
wszystkie kuny w sobole poobracały, koty zaś leśne wszyst- 
kie się w rysie obróciły. Dyamentów znać, że się jakaś 
góra sroga otworzyła, bo ich jest tak pełno w państwach 
W. król. Mści, że wszędy po Polsce już świecą lepićj niż 
gwiazdy na firmamencie.'' Z których to sreber, sobolów, 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 119 

pereł czyż nie najwigcśj dostało się teraz Kozakom, rzuca - 
ją-cyin się właśnie do plądrowania odbieżanycli namiotów 
polskich? „Jakową tam Kozacy mieli zdobycz" — dziwi się 
w pamiętniku swoim Maszkiewicz — „któż wypowiedzieć 
może, bo panowie koronni wybrali się z takim przepychem, 
od purpurowych ze złotemi węzłami nietylko rydwanów ale 
i skarbnych wozów, od szat, srebra, złota, klejnotów, obi- 
cia itd., tak że rzadki towarzysz nie równał się panom 
wielkim w dostatku, by i ostatnią substancyą przedać, a do- 
statnio się ustroić, takowy to tam był zbytek, za który 
Pan Bóg ich znacznie pokarał ./' 

Pokarał ich za chłopów i przez chłopów. Wypowie- 
dział to publicznie kanclerz w lit. Albrycht Radziwiłł na 
bliskiem posiedzeniu sejmowem z dnia 12go października 
1648. „Pozostawiliśmy wozy nasze Ivozakom" — rzekł — 
,,gdyż były mieniem chłopów naładowane, i chłopom też 
dostały się napowrót". Dzieje-to w pierwszych rozdziałach 
opowiadań niniejszych rozpoczęte, teraz do smutnego za- 
kończenia dążące. Za ojca Władysławowego króla Zygmunta 
Wazy i za samego Władysława IV ogarnęła panów i szla- 
chtę gorąca chęć wydobywania wielkich bogactw z ziem 
ukraińskich, do czego potrzebując wiele pracowitej ludności 
sielskićj starali się panowie przywieść zwolna i lud ko- 
zacki do pracowania na roli, owszem wszystkich Ivozaków 
obrócić w chłopów. I stało się zadość życzeniom pańskim, 
znaczna część Kozaczyzny musiała chodzić za pługiem, 
a lubo przez to straż od pogaństwa upadła, i dalsze roz- 
szerzanie granic chrześcijańskich ustało, mnożyły się pod 
ręką schłopionych Kozaków role i sioła, rosły w nieskoń- 
czoność dochody pańskie, zwyczajnie mieniem samych chło- 
pów zwiększane. W krótkim czasie niczem innem jak tylko 
pracą ludu i jego mieniem wzmogli się panowie w bajecznćj 
zamożności bogaczów, zaczęli przesadzać się zbytkiem, \yy- 
stawuością, przepychem, a coraz cięższą pracą, coraz sroż- 
szą niewolą za pługiem i na Zaporożu gnębiony lud zaczął 
coraz niecierpliwiej znosić swe jarzmo. Nakoniec w prze- 
niewierczćj spółce z pogaństwem wybuchł lud kozacki stra- 
sznym na Zaporożu i włościach buntem, rozgromił pod 
Korsuniem i Pilawcami wojska koronne, i zabrał na nich 



120 DZIEŁA KAROLA SZA.TNOCHY. 



dwakroć wozy z beriniarem skarbów, jedynie z pracy i mie- 
nia ludu urosłych. Oto według Radziwiłła i rzeczywistości 
dzieje tych wozów pilawieckicłi, dzieje zcbłopienia naprzód 
Kozaków przez ogół szlacbty wyzuciem ich z dawnych wol- 
ności, zmuszaniem do coraz nowych prac i ciężarów — na- 
stępnie zcbłopienia samych panów i szlacbty przez rozchci- 
wienie się ich w bogactwach pługiem chłopskim nabytych, 
przez zaparcie się dawnych cnót rycerskich i obywatelskich, 
a tern samem tak głębokie utonięcie w bezrząd dzisiejszy, 
w dzisiejszą, niemoc i nicość zupełną, pod Pilawcami, iż jak 
niedawno panowie ze szlachtą, samym strachem wróżyli so- 
bie zwalczyć Kozaków, tak dziś oni sami nie czem innem 
jak próżnym strachem dali zawojować się chłopom, wrócili 
im dobrowolnie naładowane ich mieniem wozy, i „bieżą, 
wszyscy w świat, nie wiedząc kędy". 

Do tak zupełnego przewrotu rzeczy, przewrotu obu- 
dwóch głównych odłamów narodowych, szlachty i ludu, 
przywiódł opór odłamu szlacheckiego zamierzonójw r. 1646 
wielkiej wojnie Władysława IV o bezpieczeństwo Polski od 
wschodu. Wówczas oparciem się tern złomany został z kró- 
lem Władysławem główny z jego spodziewanych pomocni- 
ków w tej wojnie, lud kozacki, a panowie i szlachta wzbili 
się w nieznaną, dotąd przewagę nad ludem i jego opiekuń- 
czą władzą królewską — dziś w r. 1648 padło Kozakom so- 
wite wynagrodzenie, ledwie nie wolność czynienia z Polską, 
co chcą, szlachtę przeciwnie pokarał najgłębszy upadek, 
najcięższy srom. Co do Kozaków, ci obecnie świecili naj- 
bardziej blaskiem wziętych Polakom w pilawieckiej rozsyp- 
ce łupów, których pełno wkrótce było po całej Ukrainie, po 
wszystkiej nawet Moskwie przyległej, chciwie onych dobija- 
jącćj się po targach ukraińskich. Z cząstki tych skarbów 
polskich kazał Chmielnicki kilkanaście beczek napełnić 
srebrem i zakopać w Czehrynie, gdzie też w szatnych jego 
komorach 24 skrzyń przechowywało mnóstwo najkoszto- 
wniejszych szat polskich. W tej samćj bogactw studnicy 
czerpiąc, nabywali kupcy kijowscy całe wory srebra „na 
chłopa" po 100 talarów, a srebrną misę ze stołów pańskich 
kupiłeś za talara albo mniej. Nawet w miasteczkach jak 
Zwiahel ugoszczono posłów polskich na srebrze, co np. sta- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. I2l 



ło się im w domu pewnój kuśnierki i pułkownikowej ko- 
zackiej, która głośno łajała Chmielnickiego przed gośćmi, 
iż dość wystawnie nie żyje, gdy mu Pan Bóg dał wsiolio 
mnoho. 

Do złotych łupów mnogości dostało się Chmielnickie- 
mu jeszcze panowanie nad całą Polską zachodnią, całą Ko- 
roną. Dostało mu się barbarzyńskiem prawem przemocy, 
opartem na jego potędze trzech kroci zbrojnego chłopstwa, 
Kozaków i dopiero w piątek, dnia 25 września, przybyłej 
do Pilawiec Ordy ogromnćj. Z tą potrójną potęgą zabierał 
się Chmielnicki iść kolejno pod Lwów, Zamość, Warszawę, 
osadzić załogami swojemi całą Koronę, ogołoconą z wszel- 
kich środków rządu i obrony. Całym rządem, całą obroną, 
dwaj zgrzybiali starcy, prymas Łubieński i marszałek w. 
kor. Opaliński, dwaj zwaśnieni koledzy w kanclerstwie 
większem i mniejszem, chory wciąż Ossoliński i hardy po- 
dwójnem dostojeństwem biskup Leszczyński, trzej hetmani 
bez buław cwałem pierzchający z pobojowiska, wojsko ich 
w pełnej rozsypce, ani za pół roku zdolne zebrać się w zimie. 
Nic zgoła w całej Koronie, coby dźwignąć mogło z takiej osta- 
teczności, tem trudniejszej do ratowania, iż to drugi już 
upadek w obecnym roku, nierównie sroższy od pierwszego 
na wiosnę. Wówczas bowiem jak Polska żadnym nie zło- 
maną była upadkiem, tak i Kozaczyzna żadnym nie rozu- 
chwaloną tryumfem, a Chmielnicki ani swoich tłuszcz chłop- 
skich, ani opieki Turcyi, ani jej zezwolenia na pomoc chań- 
ską nie mając, stał jeszcze u dalekich granic białocerkiew- 
skich, cofnięty ztamtąd nie zgasłą jeszcze u Turków powa- 
gą Władysława IV. Dziś Chmielnicki ze swoją dziczą po- 
trójną obozuje w pośrodku Polski, stanie wkrótce pod 
Lwowem, a nad Polską po raz drugi w ruinie nie czuwa 
już w Carogrodzie żaden duch opiekuńczy pośmiertnym 
wpływem Władysław^owym. Bez Władysława zaś nie zja- 
wiż się żaden inny stróż anioł, któryby skrzydłami opieki 
swojśj osłonił Polskę? 

Da Pan Bóg zjawi się. Dzieje nasze jak wszystkich 
innych narodów, stają zawsze pod strażą niebios, pod ste- 
rem bożym. Oto nie cudem, nie przypadkiem, lecz prze- 
pisanym starożytnemi ustawami biegiem spraw życia naro- 



12 2 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCIIY. 



dowego, otwiera się narodowi w upadku zwyczajna pora 
zjawienia się takiego ducha opiekuńczego, pora jednania 
prze/eń wszystkich waśni w narodzie, śmierzenia sporów 
między różnemi jego działaniami, szczególnićj między coraz 
cięższą ludowi szlachtą a pragnącym ulgi w tej mierze lu- 
dem. Tą porą szczęśliwą jest wybór nowego króla, tym 
zjawiającym się wówczas duchem opiekuńczym król nowy 
Boć jeźli gdzie tedy w Polsce należy się miano to królom 
od świtu dziejÓY/ naszych założycielom, apostołom, często 
zbawcom, a co najwięcćj, spójniom wszystkich różnolitych 
nierzadko spornych a nawet zwalczających się części naro 
du. Nie takiemiż spójniami, jednaczami narodu, obroń- 
cami ubogich od ciemiężców , ludu od szlachty , byl 
ojczyźnie Bolesław Chrobry, Kazimierz Sprawiedliwy, Ka 
zimierz W., wynagrodzeni za to głęboką miłością i czcią 
ludu dla swoich królów, owszem dla całśj władzy królew- 
skiej. Za Jagiellonów, zjednoczeniem się. Kazimierzowskiej 
Polski z Litwą i Ptusią, wybujały fortuny pańskie, pogor- 
szył się znacznie stan ludu, a ostatni przyjaciel spójni i je- 
dności narodu, Władysław IV, tylko przyrzeczeniem wojny 
z pogaństwem i dawnych swobód zdołał chwilowo uspokoić 
zbuntowaną uciskiem najdzielniejszą część ludu, lud zapo- 
rozki. Przyrzeczenie to przywiązało Kozaków jeszcze mo- 
cnićj do króla Władysława, w ogólności do tronu, lecz prze- 
ciwLi kiólowi i ludowi magnaci z szlachtą oparli się gwał- 
townie zbawiennym zamysłom wojny i pojednania z ludem 
kozackim, a cała dzisiejsza ruina kraju, obie w tym roku 
pochłaniającego tonie, oto skutki tego oporu. 

Doznał naród tern boleśniśj tych skutków, iż one tra- 
piły go w przeciągu bezkrólewia, w osieroceniu od opieki 
królewskiej. Ale oto bliski już nowy król, jak żaden z da- 
wniejszych pożądany obudwóm walczącym z sobą częściom 
narodu. Ostatnie bowiem zamysły Władysława IV utwier- 
dziły Kozaczyznę w jej dawnem przekonaniu o najlepszych 
dla niśj zamiarach królów polskich, i takich też zamiarów 
spodziewano się po przyszłym królu, prawdopodobnie jednym 
z rodzonych braci Władysławowych. Nie odstępując do te- 
go od swojej znanśj chęci pozostania choćby pod najskro- 
mniejszemi warunkami w związku z Koroną widział Chmiel' 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 123 



nicki z Kozaczyzna w przyszłym elekcie upragnionego po- 
średnika między nim a narodem, wyglądał pod nim swobo- 
dnego używania odzyskanych wolności, i gotów był złożyć 
mu za to oręż u stóp. Co ze słuszną zmiarkowawszy po- 
ciechą, powziął i ogół szlaclity przyjaźnicjsze serce ku ocze- 
kiwanemu królowi, i wbrew swojej zwykłej oziębłości dla 
tronu, swojemu zwykłemu upatrywania w królach jedynie 
szafarzów łask, jedynie miody sączące mu pszczoły bez żą- 
dła, uznał go teraz najzbawienniejszym środkiem ratunku 
w dzisiejszej toni, i jeźli nie jednogłośnie to licznym chó- 
rem począł wołać o jaknajspieszniejszą elekcyą. Obudwom 
więc pasującym się z sobą działom narodu wydał się przy- 
szły król tym duchem opiekuńczym, jakim rzeczywiście był 
narodowi, a bliski dzień jego zjawienia się na elekcyjnem 
błoniu pod Wolą na 6 października zapowiedziany, rozświe- 
cił nagle jaśniejszym niż się spodziewano promieniem dzi- 
siejszą czarną noc nad ojczyzną, wszystkim oczy — Chmiel- 
nickiemu i kroki ku Warszawie skierował. 



XIL E 1 e k c y a. 



Chmielnicki po środowćj rozsypce Polaków z pod Pi- 
lawiec strawił tam kilka dni na wysyłaniu co lepszych łu- 
pów polskich do swojego Czehryna i godach z przybyłą 
nareszcie w piątek wielką Ordą pod Tohaj-bejem, poczem 
z całym taborem wybrał się w niczem niehamowany po- 
chód w głąb Polski, jak daleko będzie miał wolę. Pierw- 
szym znamienitszym celem ruszenia był warowny Lwów, 
dokąd przed Chmielnickim i jego przeszło trzykroć stutysię- 
czną rzeszą Kozactwa, chłopstwa i Ordy pierzchały niezli- 
czone tłumy obnażonych ze wszystkiego rozbitków pilawiec- 
kich — rzekłbyś, przed nadciągającą z poza Dniepru ćmą 
pogaństwa krymskiego wzlatujący ku siołom nawał wypło- 
szonych ze stepów stad dzikiego zwierza i ptactwa, osobli- 
wie złowrogiego w tym względzie ludowi ruskiemu chmury 
kawek i wron. I z szybkością w istocie lotu ptaszego 
chcąc ujść urojonćj pogoni krymskiej, ,, uchwalili zbiegowie 
pilawieccy uciekać wszyscy ku Lv;owu" — donosi regent 
lwowski Czechowicz — ,,a tak uciekać, że się trzeciego dnia 
we Lwowie oparli, a na miejsce tam jadąc za pół roku le- 
dwie stanęli". Jakoż w nocy z 23go na 24go września 
zbiegłszy z obozu, znaleźli się najmożniejsi panowie dzięki 
swoim najszybszym koniom już dnia 26 wieczorem u bram 
lwowskich, w odległości 40 mil od Pilawiec. Naj pierwszy- 
mi zwiastunami rozsypki wojska byli jego dwaj naczelni 
wodzowie i dwaj główni sprawcy ucieczki, książę Dominik 
i podczaszy kor. Ostroróg, tamten do tego stopnia przejęty 
strachem, iż nieczując się dość bezpiecznym w obronnym 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH 125 

Lwowie, ujechał czeraprędzej do swego dalekiego Tarnowa. 
Przybyli natomiast wojewodowie ruski Jeremi Wiśniowiecki 
i kijowski Tyszkiewicz, starostowie łomżyński Hieronim Ra- 
dziejowski, lubelski Zbigniew Firlój, lwowski Adam Sie- 
niawski, różański Wojciech Wessel, rogoziński Karol Gru- 
dziński, opoczyński Zbigniew Oleśnicki, z wielu pułkowni- 
kami, rotmistrzami i niższych stopni rycerstwem. 

Miasto okazało wielką, radość swoim gościom rycer- 
skim. Mogli oni dać mu mocną, obronę od nieprzyjaciół, 
z każdym dniem oczekiwanych przed miastem. Największem 
zaufaniem i spółczuciem przejmował książg wojewoda ruski 
Jeremi, sromotną, nieudolnością swoich rywalów regimentar- 
skich tern większą, cześć, zupełną, ruiną swoich dostatków 
pod Pilawcami powszechną litość i życzliwość \vzbudzając. 
„Osobliwie wojewoda ruski komiseracye od wszystkich go- 
dzien" — donosi podkomorzy lwowski Wojciech Miaskowski 
w pierwszych dniach zjechania panów do Lwowa — ,,bo 
wszystko co miał na świecie stracił, i sługi nawet i dra- 
gony z piechotą, kilkanaście tylko z nim rgkodajnych zosta- 
ło. Z towarzystwem na przedmieściu stanął, Ormianin je- 
den sprawił mu obiad i pościeli dał. Mimo takie ogołoce- 
nie garnęło się wszystko do walecznego książęcia, kijow- 
ski przyjaciel jego Tyszkiewicz z resztką rycerstwa, urzędnicy 
miejscy z mnogiem mieszczaństwem, prosząc o nieopuszcza- 
nie ich w tak nagłym razie, ofiarując wszelką pomoc i po- 
słuszeństwo, byle książę objął władzę hetmańską. Zupełne 
zniknięcie dwóch regimentarzów z widowni zdarzeń, ksią- 
żęcia Dominika w oddalonym Tarnowie, chorążego kor- 
Koniecpolskiego w ojczystych Brodach, pozostawiło schro- 
nionemu w murach Lwowa trzeciemu, podczaszemu kor. 
Ostrorogowi, obowiązek ratowania upadłej sprawy wojennej, 
czemu on zadość pragnąc uczynić, powołał obecnych we 
Lwowie senatorów, komisarzów wojskowych i pułkowników 
na wojenną radę dnia jutrzejszego, w poniedziałek, 28go 
września. Nie mogło jednak od nikogo niefortunniejsze 
wyjść hasło nad dzisiejszą odezwę Ostroroga, obarczonego 
mnóstwem zarzutów niezdarnego wodzostwa pod Pilawcami, 
ciianowicie szerzenia tam płonnych pogłosek o Tatarach, 
dawania zachęt do ucieczki z obozu, potwarzania innych 



126 DZIEŁA KAROLA 8ZA.TT;0CHY. 



O tęż samą sromotę. Z niechęcią więc przyjęto żądanie 
uczonego regimentarza, odnowi] \' się świeże jeszcze narze- 
kania przeciwko niemu, zwłaszcza z ust o też same grzechy 
obwinionego starosty łomżyńskiego, Radziejowskiego, a je- 
dynym pożytkiem zaprosin Ostroroga było rzeczywiste na- 
zajutrz zebranie się walnej narady, co dalśj czynić, głównie 
staraniem stronników książęcia wojewody ruskiego, Jere- 
miego złożonej. Aby przecież i podczaszemu kor. nie za- 
gradzać drogi do służenia ojczyźnie, nastręczyło się kilku 
panów z wojska i obywatelstwa miejskiego do pośrednicze- 
nia między podczaszym a jego przeciwnikami, i szczęśliwem 
orędownictwem wymogli na nich zaproszenie podczaszego 
na jutrzejszą obradę. U pośredników miejskich przemawia- 
ło za podczaszym kor. najbardzićj smutne porównanie jego 
przed kilkunastu dniami świetności z opłakanym stanem, 
dzisiejszym, „na który teraz tak żałośnie patrzymy z pła- 
czem rzewliwym" — pisze jeden z przyjaciół Ostroroga — 
„wspominając sobie owe applauzy i okrzyki nasze, któreśmy 
JMości na wyjeździe do obozu czynili." 

Zapowiedziana narada, inną właściwą nazwą. „koło 
wojskowe", odbyła się w obszernym 00. Franciszkanów ko- 
ściele, natenczas w pobliżu zamku niższego. Odbywając się 
zaś w poniedziałek 28-go września,^przypadła dzisiejsza (in- 
ną jeszcze nazwą) ,, schadzka wojskowa" w wigilię św. Mi- 
chała archanioła, patrona wszystkich ludzi rycerskich a szcze- 
gólniej rycerskiego własnem i ojcowskiem imieniem Micha- 
ła Jeremiego Wiśniowieckiego, w czem powszechnie niepo- 
ślednią wróżbę pomyślności dnia upatrzono. Wielką nadto 
ważnością obrad, dostojnością głównych obradujących, nie- 
zmierną bo 8000 głów przechodzącą mnogością zgromadze- 
nia, stał się ten dzień jednym z najpamiętniejszych aktów 
przeszłości Lwo^Ya, opisanym przez dwóch naocznych świad- 
ków i spółdziałaczów w dwóch doniesieniach listowych, 
z których jedno tegoż samego dnia skreślił tylekroć przy- 
pominający się nam podkomorzy lwowski Miaskowski, dru- 
gie pewien konfident lwowski przesłał koledze swemu w War- 
szawie nazajutrz ])0 naradzie „nadedniem". Uzupełniając 
się wzajem, posłużą nam oba listy kolejnie przytaczanemi 
ustępami do najprawdziwszego, najbezpośredniejszego obra- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 127 



zu pięknśj sceny dzisiejszej, szkoda że tak niepoczesnemi 
skutkami uwieuczonej. — „Dziś przed południem było koło 
u Franciszkanów w kościele" — zaczyna podkomorzy Mia- 
skowski. — ,,Ze trzy godziny czekaliśmy panów, potem z pół 
godziny jednali o mowy i o plotki płonne. Nareszcie za- 
siedli panowie wojewodowie kijowski z ruskim, i)an podcza- 
szy kor. i panowie komisarze i starostowie: lwowski (Adam 
Sieiiiawski), łomżyński (Hieronim Radziejowski), różański 
(Wojciech Wessel), bracławski (Szczęsny Pac), gródecki 
(Władysław Myszkowski), strażnik koronny (Samuel Łaszcz), 
rotmistrze, porucznicy, towarzystwa około 8000. Przed 
wszystkiem innem dyrektora wojska chcieli mieć i widzieć. 
Mianowany książę J Mości pan wojewoda ruski..." 

Dalej konfident lwowski ze słusznem uwzględnieniem 
o tyle żywszej wówczas nie tylko w ludziach pojedynczych 
lecz w całych nawet zgrom-adzeniach tkliwości: ,, Płakało 
rzewnie wszystko wojskowe zgromadzenie prosząc, aby ksią- 
żę JMość regiment przyjąć i ostatniemu upadkowi ojczyzny 
chciał zapobiedz. Wymawiał się i opierał długo, wkłada- 
jąc regiment na JMści pana podczaszego, któremu Rzeczpo- 
spolita urząd ten poruczyła. Nastąpiły wielkie hałasy i wo- 
łania przeciwko JMości panu podczaszemu, kontradykiijąc 
regimentowi JMości i naganiając jego rządy fatalne, jakto 
pospolicie w tłumie rozzuchwalonym." — ,, Przyszło wreście 
do tego" — kontynuje podkomorzy lwowski Miaskowski — „że 
już waledykował urzędowi swojemu i złożył go JMość pan 
podczaszy kor. i przywilej jutroż prymasowi odesłać obieco- 
wał, że go znowu proszono i panowie wojewodowie z resz- 
tą obecnych. Długo się wymawiał, nakoniec przyjął ciężar 
za grzechy''. — Dopieroż całe zgromadzenie ,,zalane łzami" — 
przejmuje głos podkomorzemu lwowskiemu konfident lwow- 
ski — „poczęło nalegać na książęcia JMości o przyjęcie na- 
czelnego regimentarstwa. Rzecz do księcia uczynił JMość 
pan wojewoda kijowski, wlazłszy na ławę dla wielkiej mno- 
gości ludu, na miłosierdzie Boże prosząc, ażeby się nie 
wzbraniał. Ustępując ich prośbom przyjął wielkie hetmań- 
stwo płacząc rzewliwie, a na kolegę przysposobił sobie 
JMość pana podczaszego kor., któremu przez kilka godzin 
kontradykowano powszechnie, w różne sposoby. Na ostatek 



128 DZIEŁA KAROLA S2AJN0CHY. 



Zgodzili się. Wyszły zaraz uniwersały zwołujące rozsypane 
wojska pod Lwów". — „Okrom tego stanęła w kole konklu- 
zya" dodaje Czechowicz w swojśj relacyi — „którą wszyscy 
primatores wojskowi tamże będący przyjęli przy Lwowie 
jako przy stolicy ruskiego państwa i ostatniem asylum 
w tycłi tu krajach szturmom i rozhukanej dzikości szalone- 
go chłopstwa i bisurmańców mężnie się opponować, i do 
dalszćj dewastacyi Korony polskiej drogę zamknąć.^' 

Na tak zbawienny dla Lwowian zapał rycerstwa do 
bronienia piersiami swemi stolicy ruskiój odpowiedzieli Lwo- 
wianie również skorą chęcią dostarczenia całej drugiśj po- 
łowy środków pomocniczych dziełu spólnej obrony, t. j. do- 
starczenia najpotrzebniejszych każdej wojnie środków pie- 
niężnych. Świadczy o tój chęci gorliwy jej spółuczestnik, 
nasz konfident ze Lwowa, pisząc w jednym z ustępów swo- 
jego listu: „Nastąpiła ochota w obywatelach naszych, ka- 
zano brać wszelaki rynsztunek u rzemieślników, u kupców 
materye i sukna rozmaite w kramach. Szacowaliśmy się 
wszyscy pod przysięgą i od każdego sta majątków naszych 
po kopie dajemy. A iż przytem wielka ochota i w innych 
kupcach nastąpiła, niektórzy od głowy po kilka set złotych 
i talarów składają, kościoły i klasztory srebra swoje ofia- 
rowały ochotnie, a między inszerai pani Słoniowska od pa- 
nien Karmelitanek srebro przyniosła i pod nogi księcia Wi- 
śniowieckiego vv kościele u 00. Franciszkanów rzuciła, pro- 
sząc ratunku" — „Ksiądz Krzyżanowski, bosy Reformat, po- 
krewny nasz" — słowa to podkomorzego lwowskiego Mia- 
skowskiego — „przyniósł także srebro swoje do koła, i da- 
wał smętnym płaczącym żołnierzom po czerwonemu złote- 
mu, przyjmowali z dzięką, wielka miłość i cnota jego". — 
Osobliwie tśż duchowieństwo zakcmne wszelkich obrządków 
poczęło od pierwszćj chwili przybycia rozbitków pilawiec- 
kich ubiegać się z duchowieństwem świeckim, z mieszczań- 
stwem, w najhojniejszem niesieniu ofiar. Co dziś według 
relacyi regenta lwowskiego Czechowicza ten błogi wydało 
owoc, iż „ubogie klasztory ozdoby swoje, depozyta kościel- 
ne, złoto, kamienie drogie, i co mogą kruszce i wnętrzno- 
ści morskie z siebie wydać najkosztowniejszego, ogołociw- 
szy żałosne ściany? ołtarzom wspaniałym okrasę odebrawszy. 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. i29 



cudowne obrazy przenajdostojniejszej rodzicielki słowa wcie- 
lonego obdarłszy, z ochotą, dobrowolnie oddali, i do nóg 
panów rzucili." 

Tern składaniem kosztownych darów w kościele i ban- 
kietem dla najdostojniejszych gości w pobliskim zamku niż- 
szym zakończyła rada dzisiejsza. O bankiecie nic nie wia- 
domo, złożone pobożną ręką złoto skusiło do wydzierania 
złota łupieżców. Pod koniec posiedzenia wystąpiło kilku 
komisarzów wojskowych, na czele ów jeśli już lichej dotąd 
przeszłości, tedy stokroć sromotniejszej niebawem przyszło- 
ści Radziejowski, z nieżądanem od nikogo z obecnych oświad- 
czeniem, iż ,,z wszelką na jaką, ich stało gorliwością i pra- 
cą zajmą sig zgartywaniem pieniędzy.'' Jak zaś mianowicie 
wskazany tu główny z książęciem Dominikiem spółautor 
ucieczki pilawieckiej postępował sobie w tern zgartywaniu 
swoich miejskich i klasztornych poborów, przekonywa naj- 
lepiej pozew o najście domu obywatelki lwowskiej Grajew- 
skiej i wydarcie jśj sumy wielkiój wartości, bez żadnego 
skryptu prawnego, złożony przeciw Radziejowskiemu naj- 
pierwej w sądach lwowskich, następnie na sejmie elekcyj- 
nym w Warszawie. Tylko panująca w kraju zamieszka 
ocaliła tam sprawcę od wiszącej nad nim kary sejmowój, 
we Lwowie nie tylko jemu lecz wszystkim jego spółzgarty- 
waczom pieniędzy uchodziły bezkarnie takie gwałty w imie- 
niu dobra pospolitego. Zebrano niemi znaczny niestety 
przyczynek do mnogości ow7ch ofiar pobożnych, zebrano 
razem z tych datków^ dobrowolnych i zdzierstwem ogromny 
w kilku dniach skarb, liczony w relacyi Czechowicza na mi- 
lion złotych pieniędzmi, 300,000 w złotych i srebrnych ko- 
sztownościach, do przetopienia na bitą monetę przeznaczo- 
nych. Nim to jednak się stało, powzięli dw^aj głównie teraz 
wodzowie, książę Jeremi i podczaszy Ostroróg w tydzień 
po naradzie poniedziałkowej sekretne doniesienie o bliskiej 
pod Lwowem Ordzie i niewymownie przestraszeni tem jedy- 
nie dla nich niespodzianem niebezpieczeństwem, postanowili 
w niespełna dwie niedziele po pilawieckiój ucieczce dopu- 
ścić się powtórnie tego czynu sromoty. 

Chcąc go ochronić od przeszkód ze strony mieszczan 

Dzielą Karola Szajnochy, T. X. 9 



130 DZIELĄ KAROLA SZAJNOCIIY. 



przygotowano w jaknajwiększój skrytości wyjazd z bram 
miejskich, która też w istocie jeszcze tegoż samego dnia 
przebyli uciekający panowie z małą, resztka rycerstwa i z ca- 
łym skarbem uzl)ieranycli we Lwowie sum w złocie i sre- 
brze. Dopiero w drodze ku Zamościowi otarłszy się rze- 
czywiście o zagon Ordy, wyprawił pan lictman w. kor. do 
mieszczan Iwowskicłi list z przestrogą, o Bisurmańcach (tak 
jedynie Tatarów krymskich a nie Osmanów nazywano) i rot- 
mistrza Cichockiego z pocztem 50 dragonów ku obronie 
miastu lwowskiemu. „Hetmanem w. kor." nazwaliśmy ksią- 
źęcia wojewodę Wiśniowieckiego z przyczyny, że do „zgar- 
nionych*' we Lwowie skarbów przybrał tam na fundamen- 
cie dorywczój nominacyi u 00. Franciszkanów ten od mło- 
dości upragniony tytuł hetmański, towarzyszący odtąd 
wszystkim jego podpisom przez cały dalszy ciąg bezkróle- 
wia, z przydanem jednak zawsze oszrankowaniem szumnego 
„lietman w. kor." skromnem „na ten czas". Za któryto 
znamienity we Lwowie przyrost najpożądańszy życia swego 
godności i uprowadzonych z tamtąd dostatków przywiódł 
książę stolicę ruską najprzód złupieniem następnie odbieźe- 
niem do stanu zupełnego prawie ubóstwa, zupełnego ogoło- 
cenia ze wszystkich środków wojennych, ograniczonych dziś 
na kilkanaście działek, źle okrytą chorągiew dragońską z p. 
Cichockim i nie więcój nad 1000 zbrojnych mieszczan, ma- 
jących w blizkim czasie stawić czoło trzem krociom Koza- 
ctwa, chłopstwa i Ordy. Owszem, nie w bliskim czasie, ale 
jutro, pojutrze. Już bowiem nazajutrz po ucieczce panów 
hetmanów, we wtorek, 6go października, okryły się wszyst- 
kie pola do koła Lwowa hordami Tohaj-beja, już przez ca- 
ły wtorek dzisiejszy i całą środę następną płonęły wszyst- 
kie sioła okoliczne ogniem tatarskim, trwały napady tatar- 
skie na wszystkie niemal przedmieścia. „W nocy (z dnia 
7go na 8my, pisze w swojój urzedowśj relacyi burmistrz 
i komendant LNTowa Groswajer), pokazały się bardzo wiel- 
kie ognie nad Lwowem i rozumieliśmy, że Tatarowie blis- 
kie jakie miasteczko zapalili, ale pokazało się potem, że 
tabor wojska zaporozkiego gromadnie nadchodził, a we 
czwartek rano stanął Chmielnicki na Wilczej górze (w po- 
bliżu wsi Lesienice) ze wszystkiem wojskiem swojem w licz- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 131 



bie 200,000, pod 35 pułkownikami, z czernią bez liczby." 
Jeszcze tegoż samego dnia objeżdżał Chmielnicki miasto na 
białym koniu, jakoby upatrując dogodnego miejsca do sztur- 
mu, o którym jednak prawdopodobnie nie myślał wcale. 
Chodziło mu głównie o znaczny okup. 

Od miasta Lwowa domagał się Chmielnicki o wyda- 
nie regimentarzów jakoteż i innych panów koronnych z resz- 
tą rycerstwa, mianowicie książęcia Jeremiego Wiśuiowiec- 
kiego i chorążego kor. Koniecpolskiego, powszechnem zda- 
niem kozackiem ciągle jeszcze obecnych w mieście i obronę 
mu gotujących. O tych więc nieprzyjaciół swoich dostawie- 
nie mu na Wilczą górę zgłosił się Chmielnicki natychmiast 
po objeździe warowni listem ruskim do rady miejskiój, któ* 
ra w tym razie z łatwością uchylić mogła jego żądanie, 
odpowiadając jeszcze tego samego wieczora oznajmieniem 
w języku polskim, iż wszyscy panowie koronni już przed 
kilku dniami potajemnie ujechali ze Lwowa. Chmielnickie- 
mu sromotne to zbieżenie nowym pilawieckim wydało się 
popłochem i rozdał na noc dzisiejszą hasło setnikom: „Strach 
Boży bije Lachy", okoliczną zaś ludność ruską upomniał 
owym ruskim listem do mieszczan, aby w cerkwiach swo- 
ich szukała bezpieczeństwa przed wojną. Co ona też chęt' 
nie spełniając, chroniła się najtłumniej w warowny obręb ' 
cerkwi św. Jura, na przeciwległej wysokiemu zamkowi gó- 
rze nad miastem. 

I okazała się zaprawdę wielka tego potrzeba, gdy 
przez kilka następnych dni, od piątku do poniedziałku, za- 
częły bić potężne szturmy kozackie i tatarskie do przed- 
mieść, zrządzając w mnogich tam kościołach, klasztorach, 
dworach pańskich straszne spustoszenie i rzeź. Uległy tej 
klęsce zarówno świątynie łacińskie jak cerkwie ruskie, a je- 
źli w dniu llym października, w niedzielę, 15 zakonników 
w klasztorze 00. Karmelitów na ulicy garncarskiej ponio- 
sło męczeńską śmierć od Kozaków, tedy zaraz nazajutrz po 
rozłożeniu się Chmielnickiego na Wilczej górze zaścielił 
miecz kozacki całe wnętrze cerkwi św. Jura trupami schro- 
nionego ludu, cały cmentarz od rozlewu krwi ruskiój stał 
się według słów ruskiego poety Zimorowicza „jeziorem cie- 



^32 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCIIY. 

płem". AVyciąganym z kryjówek cerkiewnych starcom rus- 
kim na odwoływanie się do swojćj ruskićj rodowitości od- 
powiadali Kozacy z pośmiewiskiem, iż ,, niedoszłymi wy Ru- 
sinami, kotuchy! bo łąckiem mięsem ruskie obrosły wam 
kości", nad wziętym zaś na męki dla wykrycia utajonycłi 
skarbów cerkiewnycli igumcnem, który przypomnieniem spól- 
ućj wiary zmiękczyć chciał swoich oprawców, pastwili się 
oni dałśj bez litości, wołając: ^,71 ec koczem twoi wirij^ bjsze 
(hłczych hrosz}f\ Owóż mając na względzie taką niepe- 
wność życia wszystkich jakiejkolwiek wiary mieszkańców 
przedmieść, i widząc nadto opanowane przez obudwu nie- 
przyjaciół kościoły i klasztory przedmiejskie najlepszemi 
stanowiskami do wypadania z nich na wały i mury miej- 
skie, postanowiło miasto uwolnić się od tego ciągłego nie- 
bezpieczeństwa zupełnem zniesieniem przedmieść i już w pią- 
tek dnia 9go października, wykonało heroicznie ten zamysł. 
,,Na ostatek przyszło nam do tćj odwagi" — zdaje sprawę 
burmistrz lwowski Groswajer — ,, żeśmy przedmieścia zapalić 
kazali, obwoławszy sowitą nagrodę temu, ktoby to uczynił. 
Naleźli się takowi, co na różnych miejscach ogień założyli, któ- 
ry górę wziąwszy, wszystkie budynki zewsząd ogarnął i w po- 
piół obrócił, a nieprzyjaciel z ognia ustępować musiał". 

Jednocześnie z tym aktem determinacyi wysłał Chmiel- 
nicki do mieszczan list drugi w języku polskim, zwalniają- 
cy ich od wydania mu panów, których jak zapewniają w swej 
odpowiedzi, niema już w mieście. Natomiast domaga się 
Chmielnicki wydania Żydów, którzy przyczyną są całej woj- 
ny, pożyczali bowiem pieniądze panom polskim na zaciągi 
przeciw Kozakom. Miasto odpowiedziało, iż jak panów tak 
i Żydów wydać nie może, gdyż Żydzi są poddanymi króla 
nie miasta, które podobnież tylko Rzeczypospolitej oddawać 
chce posłuszeństwo. Zaczem szablą popierając wojnę listo- 
wą rzucili się Kozacy w wymienionych powyżśj dniach lOym 
i llym b. m. po spaleniu przedmieść tem zapalczywiej do 
szturmowania Wyższego zamku i wałów, podkopali się już 
byli pod zamek za zdradą kilku do Chmielnickiego zbie- 
głych Rusinów z krakowskiego przedmieścia i odjęli miesz- 
czanom rzeczkę. Z podkopów jednak zamkowych musiał 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 133 

nieprzyjaciel ustąpić, a wodę rzeczną, zastąpiło sobie miasto 
studzienną, i w ogólności tak stałą wołg bronienia się do 
ostatka okazywało, iż przy niewielkiej ochocie Chmielnic- 
kiego do tracenia ludzi w szturmach bezużytecznych, przy 
jawnej owszem chęci przestania na samym okupie i zwy- 
czajnem kozackiem ,, odżywieniu'* wojska czyli borosznie 
można było niedalekich i nietrudnych spodziewać się mia- 
stu układów. 

Poświadczył to trzeci list Chmielnickiego, nadesłany 
dnia lOgo b. m. w sobotę, przez osobę wcale poważną, bo 
świaszczennika greckiego Teodora Radkiewicza, który ka- 
pelanem, spowiednikiem i szwagrem był Chmielnickiemu. 
Zstępując coraz niżej w swoich żądaniach nie domagał się 
już Chmielnicki w tym liście wydania Żydów, a natomiast 
żądał od nich i od miasta 200,000 czerwonycłi złotych oku- 
pu, nie dla siebie lecz dla przyjaciela swego Tohaj-beja 
perekopskiego, który we wszystkich potrzebach obecnej woj 
ny służył mu wiernie i szczęśliwie ze swoją Ordą. Dla do- 
dania większej wagi listowi podwojono „impety" na Wyższy 
zamek, do takiej nakoniec przywiedziony ostateczności, iż 
sam burgrabia z ostatkiem załogi ustąpił ciemną nocą do 
miasta, ol^oło tysiąc schronionej w zamku ludności sielskiej 
pozostawiając na pastwę nieprzyjacielowi. Od którego to 
losu pragnąc dalszą mnogość ofiar ocalić, postanowiła rada 
miejska wejść w przedłożone ostatnim listem Chmielnickie- 
go zażądanie okupu, wymagające wszakże bliższych poro- 
zumień, bliższych układów o niepewną jeszcze sumy okupo- 
wój w7sokość. W tym celu na duchowne poselstw^o ks. 
Teodora Radkiewicza odpowiedziało miasto nazajutrz, ligo 
października, w niedzielę, wyprawieniem również ważnej 
Chmielnickiemu osoby, bo kanonika lwowskiego, ks. An- 
drzeja Weli Mokrskiego, który czy to jako nauczyciel wje- 
zuickiem kollegium Iwowskiem, czy jakimś innym stosun- 
kiem zaprzyjaźnił się w dawniejszych latach z Chmielnic- 
kim. Obecnem udaniem się swojem do obozu Kozaków 
miał on większemu grcnu posłów wyjednać u Chmielnickie- 
go glejt bezpieczeństwa, dla ułożenia jak najrychlej warun- 
ków okupu a tem samem i ustąpienia sprzymierzonych nie- 
przyjaciół z pod Lwowa. Chmielnicki nie czynił dawnemu 



134 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCIIY. 

znajomemu żadnych trudności w wydaniu glejtu, który też 
jeszcze tego samego dnia wrócił z ks. Marszałkiem do 
Lwowa, gdzie na zgromadzonćj niezwłocznie radzie obrani 
zostali trzój główni posłowie miejscy do Chmielnickiego. 
Byli nimi z narodu polskiego rajca Wachlowicz, z ruskiego 
Lawrysiewicz, z Ormian Zachnowicz , obdarzeni zupełną, 
władzą i mocą do traktowania z wojskiem kozackiem i ta- 
taiskiem. Wybrali się nazajutrz rano 12go b. m. w nie- 
daleką lecz niebezpieczną drogę do stanowisk nieprzyja- 
cielskich na przedmieściu krakowskiem i w Lesienicach, 
mając dla assystencyi kilku kolegów, z których jeden, bur- 
mistrz Groswajer, w zajmującym szkicu poniższym upamię- 
tnił całodzienne rokowanie dzisiejsze. 

,, Jechali tedy posłowie naszy w same przedmieścia, po- 
zadzie ze dwiema assawułami aż do samego szlaku, gdzie 
w lewśj stronie gromadna Orda tatarska stała, a w prawćj 
miał swą gospodę Chmielnicki z Tohaj -bojem pospołu. Zsie- 
dliśmy z koni a samego tylko Ostapeja pułkownika zastaw- 
szy, za radą jego do Lisienic mila ode Lwowa pojechaliśmy, 
i przez gromadne pułki tatarskie i kozackie przeprawując 
się, i plony chrześciańskie żałośnie widząc, stanęliśmy w ta- 
borze nieprzyjacielskim. Do Chmielnickiego przypuszczeni, 
ochotnie i ludzko przyjęci, gorzałką od samego poczęsto- 
wani, mówiliśmy z nim szeroce, prosząc aby na miasto sto- 
łeczne ruskie miał respekt, więc i na nas, którzyśmy się 
już od żołnierza naszego wniwec obrócili. Zapłakał na mowę 
naszą, i przełożył nam wszystkie krzywdy, które i on sam 
cierpiał i wojsko zaporozkie od różnych osób, mianowanej 
jednak sumy okupu żadnym sposobem odstąpić nie chciał, 
odzywając się na pułkovvniki swoje, a na ostatek kazał nam 
wrócić się do Ostafieja, i tam z responsem samego siebie 
oczekiwać. Jechaliśmy nazad przypatrując się i armacie 
i wojskom gromadnie na polach leżącym. Stawił się potem 
Chmielnicki pod i)asieką lobertową, a z Tohajbejem długo 
w polu rozmawiając, wjechał na podwórze, przeciwko niemu 
wyszli wszyscy pułkownicy, którzy z nami pospołu siedzielii 
nam zakazawszy wychodzić. Naj pierwej przyszedł Tohaj-bej 
do izby z Gałgą (najstarszym bratem chauskim) i Pyri-agą 
(mistrzem obozownictwa), a po nich Chmielnicki z swoimi 



D^yA LATA DZIEJÓW NASZYCH. l3; 



piiłkownikami; wszyscy buławy złocifite i kamieniami sadzo- 
ne w r§ku mając, siedzieli za stołem, na pierwszem miejscu 
Tatarowie. Przekładał potem przyczynę przyjazdu naszego 
przez tłumacza Tobaj -bejowi, który na wolą Chmielnickiego 
wszystko puszczał. Po wielkich mowach i rozmowach sta- 
nęło na tem, abyśmy onemu na pewną sumę tak \w pie- 
niądzach''jako i różnych towarach złożyli. Na odliczenie 
sumy i odebranie towarów pojechał z nami pospołu do mia- 
sta (ów do Kozaków zbiegły szlachcic wołyński, pustoszyciel 
Ostroga w relacyi Czechowicza „przedni zdzierca i bibant'', 
dziś pułkownik wojska zaporozkiego) Głowacki, z nim Pici- 
aga Tatarzyn, i tu dopiero następowania i impetus z oby- 
dwu stron ustały." 

'\Yziecie opuszczonego od załogi swojej zamku Wyż- 
szego i zamordowanie schronionego w nim tysiąca bezbron- 
nej ludności sielskiej było ostatnim kozackim i tatarskim 
gwałtem wojennym, właśnie w porze układów popełnionym. 
Trwały te gwałty przedukładowe zaledwie tydzień, dalszy 
zaś pobyt Kozaków i Tatarów przeciągnął się trzykroć tak 
długo. Po siedmiodniowym boju nastąpiło trzechtygodniowe 
wybieranie okupu i pogłównego, w pieniądzach, srebrach, 
towarach, od klasztorów, mieszczaństwa, żydów i najuboż- 
szego gminu miejskiego. Główny okup przeznaczony był 
dla Tohaj-beja, który zwożone mu codziennie dostatki i ko- 
sztowności z największą ścisłością ważył, i Chmielnickiemu 
jednakże z wielu znaczniejszych pułkowników dostały się 
kęsy obfite. Ogólna suma okupu, nader zmienna w poda- 
niach obcych, najwiarogoduiejsza w relacyach dwóch nao- 
cznych, jednozgodnych świadków wypłaty, Czechowicza re- 
genta i Groswajera burmistrza lwowskich, naznaczoną zo- 
stała w ilości 20,000 czerwonych złotych, na stopę ówczesną 
miliona i 200,000 złotych polskich zwyczajnych. Że jednak 
w urzędowych obliczeniach ówczesnych najwyższa suma 
wypłaconego okupu nie dosięga ściśle wskazanej powyżej 
wysokości, przeto prawdopodobnie nie wypłaciło miasto 
całkowicie nałożonej sumy okupu, a najgórniejsze mniema- 
nia o jeg^ ogromie podnoszą ją tylko w przybliżeniu do 
miliona złotych zwyczajnych. Według nadmienionych wyżej 
obliczeń urzędoYy^ych wypłacono obudwom głównym wodzom 



136 DZIEŁA KAROLA SZAJ^OCIIY. 

i większo; (Z§ści podrzędnych naczelników najrozmaitszym 
sposobem i as^ępiijące należytości. Tobaj-bej z Galgą i wszyst- 
ką resztą Tatarstwa do dnia 19 Października otrzymał w go- 
tówce 16,000 zł., w towarach 136,784 zł. 24 gr., w bława- 
tach 91,050 zł., w płótnach 11,346 zł., w szatach różnych 
4,314 ?ł., w futrach 4,880 zł., w pieprzu 500 zł., w safianie 
3,000 w srebrze 57,546 zł., w złocie i czerwonych zł. 3,702 
zł., w kożuchach i opończach 60 zł. — razem 329182 zł. 
24 gr. Chmielnickiemu na jego osobę dostało się lOO tala- 
rów, 307 czerwonych złotych, łańcuch złoty, 360 zł., zau- 
sznice dyamentowe 1,500 zł., krzyżyk rubinowy 150 zł., 
ferezya sobolowa 2000 zł., gotowizną odkupując juchty 
i czamloty 5,800 zł., juchtowe szory na konie 300 zł., pas 
sakiwski 90 zł. — razem 13,342 zł. 

„Zdzierca i bibant" Głowacki za swój urząd poborcy 
odniósł w złocie i srebrze 840 zł., w zausznicach rubino- 
wych, w dwóch pasach drogich, w dwóch szablach złoci- 
stych, w czekanie srebrnym i buzdyganie złocistym — ra- 
zem 1,501 zł. Inni niższego rzędu obdarzeni mnićj nas 
obchodzą. Razem okup i dary kosztowały miasto 365,429 zł. 
24 gr., co atoli dopiero jedną mniejszą połową wszystkich 
w ogólności było wydatków, do których całe nadto trzy- 
niedzielne ugoszczenie takiego bezliku wojsk zniewoliło 
mieszkańców Lwowa. Prócz ogromnych bowiem wysileń na 
przymusową dań w złocie, srebrze i kosztownościach mu- 
siało miasto dostarczać codziennie żywności wojskom, spra- 
wiać Kozakom przez 3 niedziele ich ulubione „podżywienie 
się,'' po kozacku boroszne, dogadzać im różnemi przysma- 
kami. „Lonherya (urząd pobierania dochodów miejskich 
i zawiadowania niemi) umie powiedzieć jakie expensas po- 
niosła'' — uskarża się regent lwowski Czechowicz — ,;gdy 
obszernemi baryłami gorzałek, miodów "półbeczkami, wina 
półkutkami, malwazyi i perticymentów butlami, niepoczesne 
chłopstwo, ludzie do pługa urodzeni, tu w mieście przeły- 
kali, a potem znowu na przedmieścia, gdzie mieli stancye 
swoje, brali i przenosili. '^ — W aktach dawnej lonheryi 
Iwowskiśj istnieją po dziśdzień dwa różne wykazy takich na 
utrzymanie wojska wydatków, z których jeden, nie wcho- 
dząc w obliczenie ubocznych kosztów i szkód, przestaje na 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 137 

mniejszej sumie 528,544 zł. 6 gr., drugi zaś wykaz zwła- 
szcza wartość zabranego po przedmieściach bydła mając na 
względzie, podniósł cała stratę lonlieryi do 546,076 zł. Za 
który ctito kroci do owej ogólnej sumy okupu i podarków 
przydaniem okaże się najogólniejsza od miasta Lwowa przez 
Kozaków i Ordę wyciśnięta suma 911,505 zł. 24 gr., którą 
ostatni dziejopis miasta dołączeniem strat z pożarów i ra- 
bunków nieprzyjacielskicił zwiększa do bliskości miliona, 
zawsze nie sięgającej zażądanego przez nieprzyjaciół milio- 
na i dwóch kroci. 

Boć i Chmielnicki coś więcej od dwunastu kroci miał 
w myśli. Całe wojsko kozackie wierzyło, iż wódz jego z pod 
Lwowa wyruszy z nim najpierwej ku Zamościowi, następnie 
pod Warszawę. Sam Chmielnicki przestawał na zatrzymaniu 
się u Zamościa, zkąd potężnie ciężyć mógł wolą swoją na 
niedaleką Warszawę, na zagajony tam właśnie sejm ele- 
kcyjny. A zarównie mocen jak żądny tego, zaciężył rzeczy- 
wiście na wybór nowego króla nieznanem wprawdzie brze- 
mieniem wpływów i środków, lecz powszechnie wiadomym 
i niemałą liczbą uajwiarogodniejszych świadectw stwierdzo- 
nym skutkiem. Znając Chmielnickiego życzenie jak najry- 
chlejszej elekcyi, a z pomiędzy wszystkich pretendentów do 
berła dwóch jedynie widząc bliskimi tronu królewiców Jana 
Kazimierza i Ferdynanda Karola, snadno było przewidzieć, 
za którym oświadczyłby się Chmielnicki. Pierwszeństwo 
wieku, rycerskie serce, osobliwie zaś stanowcza okoliczność, 
iż najgorliwsi stronnicy króle wica Karola, jak książę Jeremi 
Wiśniowiecki, podkanclerzy Jędrzej Leszczyński, obaj gene- 
rałowie krakowski Jerzy Lubomirski i wielkopolski staro- 
sta Leszczyński, gorąco nienawidzili Kozaków, gdy prze- 
ciwnie Jan Kazimierz sprzyjał im szczerze, wszystko to dało 
temu ostatniemu w Chmielnickim, w jego trzech krociach 
zbrojnego ludu, w jego zbrojnem obecnie jednowładztwie, 
we wszystkich Małej Polski prowincyach, potężniejszą od 
całego pod Warszawą zgromadzenia szlachty wyborczej, 
lubo nieupoważnioną do głosu, na milczenie skazaną, niemą 
podporę. Dopiero po dokonanym czynie zaczął głos prawdy 
o wpływie Chmielnickiego na elekcyę warszawską rozbrzmie- 
wać na czas niedługi, bo ciągiem uprzedzeniem przeciw Ko- 



13S DZlEł.A KAllOLA SZAJNOCllY. 

żakom i nieszczęśliwym zwrotem wypadków zagłuszony cał- 
kowicie w bliskiej przyszłości. Nam jednalv głównie obe- 
cnością, zajętym, przypomnieć tu kilka najważniejszych o tym 
wpływie ŚNYiadectw niniejszćj pory. 

Pierwszy z nich wyczytujemy w urzędowej relacyi po- 
bytu Chmielnickiego pod Lwowem, dokąd w pierwszćj po- 
łowie października, a zatem o przeszło miesiąc przed wy- 
borem nowego króla — „przyjechali posłowie od cara 
moskiewskiego i od Rakoczego, żądając promocyi i mocy 
na Ivrólestwo polskie, których tak odprawił (Chmielnicki), 
że prerogatywę rodowi królewskiemu, a zwłaszcza królewi- 
czowi Kazimierzowi, na którego stronę skłania się snąć, 
przyznał.'' — Drugie z tych wspomnień pozostawił nam 
wojewoda kijowski Kisiel w liście z dnia 14go kwietnia 
1650, wzywającym Chmielnickiego do wspareia usługami 
swojemi króla Jana Ivazimierza „jako Pana tego, któregoś 
sam chęcią swoją, aby nam wszystkim szczęśliwie panował, 
dopomógł widzieć ukoronowanego"— najważniejszemi jednak 
świadectwami są dwa listy samego króla Jana Kazimierza 
tuż po elekcyi skreślone, z których pierwszy z dnia 27go 
listopada przywodzi Chmielnickiemu i Kozakom na myśl, 
,.iż pomnąc na dobrodziejstwa ś. p. najjaśniejszych królów 
JMości pana ojca i brata naszego pana. Boga prosiliście 
i życzyli tego, aby nie kto inszy ale my z tejże krwi kró- 
le wskiój idący na to Królestwo obrani byli" — drugi zaś 
z dnia Igo grudnia b. r. powtarza „że nas pomazańca Bo- 
żego a króla pana waszego, któregoście i sami panem mieć 
życzyli...^' 

Zaczem w nadziei świetniejszych zysków odżałowawszy 
niewielkiej reszty okupu stolicy ruskiej, odstąpili zbratani 
czciciele krzyża i półksiężyca w dwóch różnych od niej 
kierunkach, w trzech różnych dniach. Najpierwćj tegoż sa- 
mego dnia 23go w piątek, wyruszył ze swoją Ordą i ogrom- 
nym koszem łupów i plonu sułtan Gałga, brat hański ku 
Kamieńcowi, z całą resztą Tatar^twa Tohaj-bej szlakiem 
zamojskim. Nazajutrz, w sobotę, kazał Chmielnicki ze swoich 
kilkudziesięciu dział nieużywanych dotąd przeciwko miastu 
dać 20 strzałów na pożegnanie i poczęły wychodzić pierwsze 
pułki kozackie, za któremi dnia następnego ruszył ostatek 



D^VA LATA DZIEJÓW NASZYCri. 139 



wojska pod Zamość. Dopiero nazajutrz \w poniedziałek 26go, 
wybrał się za nimi sam Chmielnicki z Krzywonosem pułko- 
wnikiem i ks. Mokrskim, sekretarzem jego odtąd i poufni- 
kiem, zostawiwszy natomiast stryjecznego brata swego Za- 
charjasza z garstką. Kozaków czyto załogą czy w zakład 
miastu. Za połączeniem sie Chmielnickiego z pułkami 
i Tohaj-bejem ciągnęła wszystka potęga kozacka, chłopska, 
tatarska przez cały tydzień ku Zamościowi. — ,,Szli wielkim 
tłumem jeńców zagarnionych w niewolę okrążeni, stadami 
nieprzeliczonemi koni a bydła rogatego przyległe pola na 
mil ośm okrywając." W dniach 5go i 6go listopada rozlał 
się nieprzejrzany kilkukrociowy, według podań przesadnych 
w bajeczną mnogość ośmiu kroci urosły potop zbrojnego 
i niewolnego ludu dokoła murów Zamościa, aby tam w od- 
ległości dwudziestu kilku mil od stutysięcznego, już od mie- 
siąca obradującego pod Warszawą obozu szlachty na ele- 
kcyą zebranej, założyć obóz drugi, dziesięćkroć ogromniej- 
szy, przemocą chłopskiej i pogańskiej dziczy nad szlache- 
ckim ciężący. 

Tegoż samego 6go października rozpoczęło się szlache- 
ckie sejmowanie pod Wolą i kozackie oblężenie stolicy 
ruskiej. W miesiąc później skończył Chmielnicki swoje złote 
dzieło okupu i darów lwowskich, i zabierał się do złupienia 
nieskończenie słynniejszej od Lwowa pod względem bogactw, 
za obronny skarbiec nagromadzonych skarbów miejscowych 
i okoliczych poczytywanej twierdzy zamojskiej, sejmująca 
zaś pod Warszawą rzesza panów i szlachty nic dotąd nie 
uradziła na rzecz głównej ze swoich spraw, owszem jedyne- 
go celu swojego, wyboru króla. A opieszałość taka była 
tern cięższą krzywdą ojczyźińe, ile że sejm obecny samem 
nad przepisy prawa opóźnieniem się swojem straszną klęskę 
na kraj ściągnąwszy winien był za spóźnionem otwarciem 
naprawić ją narodowi tem gorętszem przyspieszeniem głó- 
wnćj czynności swojej, elekcyi, której zwleczenie poczytane 
zostało powszechnie za kardynalną owej klęski przyczynę. 
Gdyby sejm elekcyjny (rozumowanie nie bez słuszności) na- 
stąpił był w^ przepisanym prawami czasie, t. j. dnia r2go 
września jako w 6 niedziel po konwokacyi, gdyby już wów- 
czas stanął był w obliczu ludu ukraińskiego ów upragniony 



u . DZIELĄ KAROLA SZAJNOCHY. 

przezeń duch opiekuńczy, król nowy, nie byłoby przyszło 
do coraz sroższej nieufności między dzisiejszym nieudolnym 
rządem koronnym a Kozaczyzna, do nowych jśj związków 
z pogaństwem, do sromotnej dnia 23go września rozsypki 
pilawieckiej, do obecnej wreście zawisłości losów Polski od 
Chmielnickiego. „Ale tak uporno przy tym zwyczaju stali" 
— sarka znany nam regent lwowski Czechowicz na nieszczę- 
sny zwyczaj opierania się szlachty sejmowej i sejmikowej 
każdemu przyspieszaniu elekcyi — „że na ten czas o miłej 
całości Rzeczypospolitej i o spustoszeniu srodze brzydkiem, 
na które się zanosiło Królestwu polskiemu, zapomniawszy, 
psom bisurmańskim i szalonemu chłopstwu, tyranom i mor- 
dercom niepohamowanym na łup i rozszarpanie, nad czem 
wieki pozostałe muszą nieraz zapłakać, zostawili ojczyznę 
a jak mówią na jatki ją wydali." 

Przynajmniej więc w tym upadku należało sejmowi 
pospieszyć z wyborem króla a jednocześnie z oblężeniem 
Lv\^owa przez Chmielnickiego rozpocząwszy swoje czynności, 
nie dać mu po całomiesięcznem obozowaniu pod Lwowem 
posunąć się pod Zamość ku Warszawie. Tymczasem sejm 
obecny przez ten cały miesiąc nietylko nic nie uradził, lecz 
zaledwie zebrał się w zupełności, wierny w tem zwyczajowi 
wszystkich sejmów ostatnich lat. Przypominamy sobie skargi 
sejmu r. 1646 na „pustynię" sali sejmowej; tegoroczny sejm 
konwokacyi z ogólnej liczby 160ciu i kilku senatorów zgro- 
madził przy otwarciu tylko 25 wraz z ministrami, teraźniej- 
szemu sejmowi elekcyjnemu zarzucano „całych niemal wo- 
jewództw ławy opróżnione." Zapełniały się one tak zwolna, 
iż n. p. hetman polny lit. i starosta żmudzki Ptadziwiłł 
z wojewodą smoleńskim Chlebowiczem przybyli dopiero dnia 
Igo listopada ; ani Lwowa ani Zamościa nie broniący od 
Chmielnickiego książę Jeremi Wiśniowiecki stanął dopiero 
3go t. m.; osławiony książę regimentarz naczelny Dominik 
zjechał z wielką pompą jeszcze później, bo 4go b. m.; 
^,książęciem" powszechnie zwany starosta Kałuski i ordynat 
Zamojski, młodzieniec dwudziestoletni zjawił się pod sam 
koniec elekcyi, 16go t. m.; jakby tylko dla powitania króla 
nowego. Wiele nareście panów wstrzymało się całkowicie 
od zjechania bogdaj na ostatki rozpraw sejmowych, unie- 



DWA Lx\TA DZIKJÓW NASZYCH. Ul 

wiuniając się ogromnemi kosztami tegorocznych przygoto- 
wań ^Yojennycll i stratami na wojnie, co zaś do winniejszój 
jeszcze pod tym względem od panów, bo powszechnie wy- 
nagradzanej za swoją funkcyą szlachty poselskiej, i ta do 
tego stopnia leniwo wybierała się z domu na sejm, że w dru- 
gim już dniu zagajająca go zwyczajnie mowa do tronu, czyli 
tak zwana propozycja za życia króla przez kanclerza wiel- 
kiego, w^ bezkrólewiu przez arcybiskupa, a w zastępstwie 
jego przez sekretarza w. kor. odczytywana, na teraźniejszym 
sejmie dla początkowej szczupłości posłów do dni kilku od- 
roczenia doznać musiała. 

A raziła ta szczupłość zebrania sejmowego najbardzićj 
tem, iż sejm obecny odbywał się w otwartem polu elekcyj- 
nem pod Wolą, po części w owśj piastowskiej szopie dla 
senatorów, po części w owem szeroko między szopą a oko- 
pami rozpostartem okolu dla posłów i dobrowolnie przy- 
byłej szlachty województwami uszykowanej, gdzie prawie 
całkowicie znikała z oczu dzisiejsza garstka sejmowa. Scie-' 
śniały ją do większej jeszcze szczupłości częste deszczowe 
i śniegowe słoty pory jesiennej, w której z czterech osta- 
tnich elekcyj musiały niezbyt pożądanym przypadkiem od- 
być się trzy, Stefana Batorego w grudniu 1575, Władysła- 
wa IV, w listopadzie 1632 i tegoroczna. W takiej porze 
i takiem miejscu przyszło kołu poselskiemu zaraz pierwsze- 
go dnia, we wtorek 6go października, po rozpoczynającem 
sejm nabożeństwie w kościele św. Jana, zająć się spiesznym 
dla zabieźenia ambicyom wyborem do laski marszałkowskiej, 
przypadającej tym razem z kolei gronu posłów litewskich. 
Za instancyą więc poprzedniego marszałka Leszczyńskiego 
obrany został marszałkiem wojski mozyrski, Obuchowicz, 
„mąż wielkiego rozsądku i zadziwiającej wymowy, poczem 
dopiero we trzy dnie, w piątek 9go b. m., odczytał sekre- 
tarz w. kor. ową propozycyą arcybiskupią, zawierającą sze- 
reg punktów do traktowania na sejmie. Dwoma jedynemi 
punktami były dwie najnaglejsze potrzeby, spieszna elekcya 
i nowy zaciąg wojska, bądź z wracających pod chorągwie 
szczątków pilawieckich, bądź ze świeżych posiłków woje- 
wódzkich. Drugi z tych punktów wiązał się nierozłącznie 
z dwoma kardynalnemi sprawami sejmu, z sprawą o nowy 



142 DZIKLA KAROLA SZAJNOCIU'. 

zaciąg i z wyborem nowych hetmanów, z których trzśj sro- 
motnie pod Pilawcami rozbici stracili prawo do swoich bu- 
ław, przez żołnierzy zaś we Lwowie obrany Wiśniowiecki 
z niepowołanych do tego rąk przyjął buławę, i przynaj- 
mniej pozornie >Yiuien był otrzymać ją na sejmie. Prócz 
tych głównych punktów pozostało niemało innych pomniej- 
szaj wagi, a tem samem mniej uciążliwych sejmowi, ile że 
proponowane punkta zwykle wracały w tym samym kształ- 
cie, jak np. punkt o nowych paktach konwentach, o uspo- 
kojeniu róźnowierców i wiele innych. Prócz owych do roz- 
trząsania podanych przez arcybiskupa punktów propozycyj- 
nych, usłyszano w rzędzie dzisiejszych rozpraw radę również 
zbawienną ojczyźnie jak ową przed ćwierćroczem na sejmie 
konwokacyjnym — ^YÓwczas radę nieodmawiania łaski Koza- 
kom — obecnie zajęcia się jaknajspieszniejszą elekcyą. 

Ale jak przed ćwierćroczem tak i obecnie nie słucha- 
no zbawiennych rad. Kozaków zbyła konwokacya pozorną 
nadzieją pojednania się z nimi, komisyą, w istocie pognę- 
bienia im pragnąca elekcyą do większego zjazdu senatorów 
i posłów zwlókł sejm dzisiejszy. Natomiast ozwały się po 
dawnemu gorące zachęty do dalszej obrony ód nieprzyja- 
ciół, do nowych z większem szczęściem uzbrojeń i wysileń 
wojennych, do przysporzenia im środków moralnych i ma- 
teryalnych, dzielniejszych wodzów i większych sum na za- 
ciągi wojskowe. Jakoż od takich starań o niepodobną po 
obu tegorocznych pogromach wojnę rozpoczęły się czynno- 
ści pierwszych wspólnych posiedzeń obudwóch stanów, za- 
jętych odpowiedziami senatorów na propozycyą arcybiskupią, 
zwyczajną nazwą wotów, których główną treścią stały się 
teraz senatorskie i poselskie obietnice datków na wojnę 
i takież rozprawy o nowych wodzach. W obecnym jednak 
upadku narodu na duchu i fortunach okazało się wkrótce 
niepodobieństwem zdobyć się na wielkie wysilenia i dziwnie 
też nieodpowiednio niezmiernemu brzemieniu potrzeb wy- 
padł szereg nietylko rzeczywistych ofiar na wojnę ale na- 
wet próżnych obietnic, nigdy (jak się wkrótce okaże) nie- 
uiszczonych. Bezpośrednio po propozycyi wystąpił arcybi- 
skup z ofiarą 150 najlepszej wówczas piechoty, węgierskiej 
nazwy, zbroi, a najczęściej i krwi „hajduków", za co dy- 



DWĄ LATA DZIEJÓW NASZYCH. 143 



rektor poselski publicznie mu podziękował. Za przykładem 
arcybiskupa poszedł biskup kujawski Gniewosz, spodzie^Ya- 
ny niebawem dawca 50ciu pieszych i 40 dragonów^ ale sam nie- 
fortunny przykład swemu następcy, gdyż biskup łucki Jędrzój 
Gębicki, obiecał tylko 20 pieszych, na co wszystko zgroma- 
dzenie się roześmiało, a marszałek do jutra tak licho uspo- 
sobione deklaracye odłożył. Posiedzenie następne w sobotę 
lOgo października, nie przyniosło plonów hojniejszycb. Po- 
dziękowano wprawdzie biskupowi poznańskiemu Szołdrskie- 
mu za 100 dragonów, lecz biskup krakowski Gębicki Piotr 
odmówił wszelkiego datku, tłumacząc się obowiązkiem utrzy- 
mywania 700 piechoty ku obronie Krakowa. Z innych jesz- 
cze dostojników ojczyzny oświadczył się jeden, biskup żmudz- 
ki Tyszkiewicz, z obietnicą 12,000 zł., drugi biskup cheł- 
miński i podkanclerzy kor. Jędrzej Leszczyński ofiarował 
100 zbrojnych pod warunkiem, jeśli inni też dadzą, trzeci 
wojewoda mazowiecki Warszycki chorągiew pieszą. 

Po jutrzejszym (w niedzielę ligo października) wy- 
poczynku, w poniedziałek 12go b. m., nastąpiły wcale nie- 
zwykłe deklaracye. Biskup chełmski Pstrokoński „coś ze 
swego ^Yorka'^ obiecał, dwóch innych kasztelanów wynurzy- 
ło wątpliwość, czy z ich zrujnowanych fortun mógłby sta- 
nąć „pułk rzymski", kasztelan chełmski Gorajski radzi na 
wiarę Rzpltej zaciągnąć dług, on zaś ze swego krwią się 
wypłaci. Czterej dawcy następni więcćj ofiarowali, bo dwóch 
w. w. marszałków kor. i lit, zgrzybiały Łukasz Opaliński 
i Aleksander Radziwiłł załogę znaczną miastu Warszawfe, 
kanclerz w. kor. Ossoliński w tym samym celu 600 żołnie- 
rzy, kanclerz w. lit. Albrycht Radziwiłł ICO dragonów i 100 
pieszych. — Po tym trzecim dniu ofiar, słuszniej obietnic, 
nic prawie więcej nie czytamy o nich w dyaryuszach sej- 
mowych, spotykamy się tylko nader często z gorżkiemi wy- 
rzutami nieuczynności publicznej, rozpaczliwemi wezwania- 
mi do wysileń publicznych. Jedno z umiarkow^ańszych wo- 
tów teraźniejszych żądało od niewielu obecnych na sejmie 
senatorów, aby swojej do tysiąca ludzi liczącej assystencyi 
ustąpili na usługi ojczyzny, czemu panowie senatorowie 
chętnie uczynić zadość przyrzekli i głośne za to podzięko- 



14 4 DZIELĄ KAROLA SZAJNOCIiY. 

wanie otrzymali od posłów. Dwa nierównie gorętsze gło- 
sy żądania ofiar i skarg na ich wzbranianie ozwały się dnia 
ITgo b. m. z ust Andrzeja Maksymiliana Fredry, dziś mło- 
dego dworzanina J. król. Mości, wkrótce \vysokich dosto- 
jeństw senatorskich piastuna i sędziego wschowskiego Jana 
Szlichtynga. „Fredro taksować począł skąpstwo senato- 
rów" — słowa dyaryusza książęcia Albrychta Radziwiłła — 
„że nie chcieli ojczyzny swojej konającej ratować. Ja tedy 
dobrym przykładem poprzedzę, i łubom wszystko stracił, 
i resztę dóbr moich przedam i na subsydyum Rzpltej obró- 
cę. Sędzia wschowski przedstawia, jak pięknaby rzecz by- 
ła, gdyby panowie naczynia srebrne znieśli do mennicy na 
monetę dla płacy wojska." Piękna zaiste rzecz, gdyby nie 
na samej kończyła się obietnicy, często nietylko zaniedba- 
nej od przyszłych dawców, lecz owszem nieraz całkowicie 
cofniętej. Gdy panowie senatorowie zwlekali przyrzeczone 
oddanie swojćj assystencyi w służbę Rzeczypospolitej, wy- 
prawił stan rycerski poselstwo do senatu z żądaniem, aby 
panowie dotrzymali zobowiązania. Na omijającą odpowiedź 
senatorów, że jeszcze nie naradzili się dostatecznie, pow- 
stał w izbie tak straszny hałas przeciw niedotrzymującym 
przyrzeczeń senatorom, odmawiającym ginącśj ojczyźnie 
wszelkich środków ratunku, za których próżne dotąd ocze- 
kiwanie tak głośno dziękowało im koło poselskie. Dopiero 
obawa stracenia wszelkiej wziętości u braci młodszej skło- 
niła panów senatorów do oznajmienia izbie poselskiej przez 
dwóch kolegów, iż są gotowi spoinie dźwigać Rzeczpospoli- 
tę, i krom innych środków pomocy ofiarują jćj ostatek swo- 
ich zbrojnych pocztów nadwornych — za co marszałek izby 
po raz drugi szumne panom senatorom wynurzył dzięki. 
„Dyrektor podziękował za obietnice" — utyskuje w opisie 
innój podobnćj sceny teraźniejszego sejmu światły i pobo- 
żny kanclerz lit. Albrych Radziwiłł — ,,ale słowa to tylko 
były, które żadnego skutku nie miały." — „Jedni pieniądze, 
drudzy srebra i stoły swe ofiarowali'' — wtórzy możnemu 
panu ubogi, prawdomówny poeta z Skrzypny — „przecież 
kiedy do czego, wszyscy nic nie dali; nawet ani na podjazd 
nie mogli się zebrać, który najpotrzebniejszy był...." 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 145 

Tak licho wynagrodziła się dotychczasowemu ciągowi 
sejmu pierwsza połowa usiłowań wojennych, mianowicie 
pierwsza, główna połowa starań o nowy zaciąg wojska. 
Podobnież i równocześnie spełniająca się druga, obraniem 
hetmanów zajęta część starań wojennych, nie przyniosła 
trwałych owoców. Jedynym w tśj porze godnym buławy 
wodzem zdawał się całemu sejmowi książę Jeremi Wiśnio- 
wiecki, potrzebą czasu uniewinniony z przyjęcia samowolnie 
przez nieupoważnioną garstkę rycerstwa narzuconćj mu we 
Lwowie władzy hetmańskiój, skoro ta garstka była wówczas 
jedyną obroną Rzeczypospolitej. Myśląc więc raczśj o uka- 
raniu niż przywróceniu zbiegłych z pod Pilawiec regimen- 
tarzów, nieprzystając na przydanie we Lwowie dawnego re- 
gimentarza Ostroroga za spóluika książecia Jeremiemu, 
umyślili „wszyscy" uznać książecia wodzem naczelnym i na 
posiedzeniu w dniu 13ym b. m. dopełniono tego aktu za 
przyzwoleniem powszechnem, z wyjątkiem jednego kontra- 
dycenta, wojewody bracławskiego Kisiela. Przypomniawszy 
sobie zaś ową przez książecia Wiśniowieckiego w obozie na 
Czołhańskiej dolinie rzuconą mu w oczy straszną potwarz 
zaprzedania się za 90,000 talarów Chmielnickiemu i dąże- 
nia za pomocą 80,000 Tatarów do posięścia tronu polskie- 
go, zrozumiemy niestety teraźniejszą w Kisielu mściwą 
chęć obalenia powszechnej zgody nie dość silnemi zarzuta- 
mi, iż 1000 żołnierza niema prawa obierania hetmanów, że 
wyborem takim czyni się krzywdę ogółowi nieobecnemu, 
i że raczej o prędkiej nominacyi króla niż hetmanów my- 
śleć należy. Jakie tylko przeciw Kisielowi coraz częściej 
w tych czasach brzmiały hałasy, taki jeden w obecnój chwili 
przeciw jego potępieniu nadanej książęciu Jeremiemu buła- 
wy zagrzmiał. Jakby przedgromowe wężyki błyskawiczne 
godziły w wojewodę jedne po drugich ,, haniebnie go szczy- 
piące" strzałki zatrute, słówka zelżywe, pełne jadowitych 
połajań i urągań mu nazwami „szpieg Chmielnickiego'^, 
przeniewierca uczynionym przezeń obietnicom pokoju, głó- 
wny sromu pilawieckiego sprawca. „Zahukany nareście, 
musiał przystać na uznanie zleconśj książęciu Jeremiemu 
władzy hetmańskiej, którą od wszelkićj skazy uchronić pra- 
gnąc obydwa stany, ogłosiły książecia wodzem przez całą 

D%ieła Karola Szajnochy Tom X. 10 



146 dZiela Karola szajnochy. 

Rzeczpospolitą obranym. Wyszedł o tem nazajutrz uniwer- 
sał do wojska i list do łietmana nowego, który w dniu ju- 
trzejszym miał powtórnie być odczytanym. Wówczas je- 
dnakże, na wspólnem zebraniu obudwóch stanów w piątek 
16go b. m., już nie przeciwko Kisielowi a owszem prawdo- 
podobnie za jego sprawą, wybuchł nowy hałas w kole po- 
selskiem, domagający się rzeczy przeciwnśj powadze ksią- 
żęcia Wiśniowieckiego lecz zgodnśj z narodowym wstrętem 
ku wszelkiemu jedynowładztwu, t. j. wodza drugiego i oso- 
bnego doń listu. Zwłaszcza Kisiel przemawiał za tem gor- 
liwie, domagając się usilnie dwóch równój władzy hetma- 
nów, którzy by obaj przysięgę złożyć musieli. Najgodniej- 
szym drugiej buławy zdawał się wszystkim Jędrzój Firlój 
kasztelan bełzki, mąż wielkich rycerskich cnót, wielkich 
zasług i doświadczeń wojennych, zkąd zarówno w obozie 
znany jak i u dworu, gdzie król Władysław nierzadko w ry- 
cerskich kołach z niezwyczajnem mawiał o nim uznaniem. 
On też jeszcze w pełnem zgromadzeniu dzisiejszem, dnia 
l6go b. m. uczczony został drugą buławą i postanowieniem 
przesłania mu osobno listu na wzór owego, który z nim 
razem otrzymać miał książę Jeremi. Jakoż zaraz nazajutrz 
wysłuchał sejm połączonych obudwóch listów zgodą po- 
wszechną lecz z zwyczajnem w takim razie zakłopotaniem, 
jaką intytulacyą dać odbiorcom listów w nadpisach. Przez 
wzgląd na hetmanów w pętach pogańskich wzbraniało bar- 
dzo wielu dozwolenia ich tytułów komu innemu, a niewie- 
dząc, czem je zastąpić, wahano się między nazwami regent 
lub rządca wojska itp. Zatrudniły te wątpliwości wynikłe- 
mi z nich radami i sporami bez żadnćj w końcu konkluzyi 
większą część dwóch posiedzeń w dniach 17ym i 20ym b. 
m., a tymczasem nadeszło sejmowi kilka listów z przestrasza- 
jącemi wieściami o postępach Kozaków, o ich na dwudzie- 
stomilową odległość zbliżeniu się ku Warszawie, o srogiem 
przez nich spustoszeniu w tćj odległości wielu miast i mia- 
steczek. Wieści te odjęły wszelką wagę tak niedołężnie 
przez sejm podejmowanym dotąd usiłowaniom wojennym, 
próżnym jego zabiegom o zbieranie ofiar na zaciągi wojen- 
ne i wybór wodzów dla wojsk nieistniejących, razem stara- 
niom do nicości czczych marzeń wątłym i żadnego cienia 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 147 



obrony niezdolnych dać narodowi. Natomiast powiodło się 
tym wieściom skierować wszystką szlachtę sejmową ku prze- 
mocnie w pojęcia i pragnienia jej wnikającemu środkowi 
zbawienniejszemu, spieszniejszćj elekcyi króla nowego, któ- 
ryby samą powagą uskromić zdołał zbliżające się ćmy nie- 
przyjaciół. Ustały więc dary na wojsko i spory o tytuł 
wodzów, książę Wiśniowiecki zachował przybrane po swojćj 
nominacyi Iwowskićj miano „hetman w. kor. na ten czas^', 
a ściśnione koniecznością ratowania się nowym królem sta- 
ny sejmowe z znacznie mniejszą ochotą do kontradykcyi, 
a znacznie większą niż dotąd pobłażliwością zachętom do 
pospiechu poczęły zajmować się sprawą elekcyi. Nie bra- 
kło bowiem i do tćj pory nieobojętnych deliberacyi o po- 
trzebie lub zbyteczności spiesznego wyboru króla, a nim 
one pod spadłą temi dniami na sejm trwogą kozacką żyw- 
szym poźnićj rozgorzały płomieniem, godzi się i tym po- 
czątkowym rozprawom słuszniój niż owym niedoszłym skład- 
kom i wodzom chlubne wspomnienie. 

Już w propozycyi arcybiskupiej przed dni dziesiątkiem 
słyszeliśmy pierwsze upomnienie do niezwłocznej elekcyi, 
na które przez kilka następnych dni mieli w obecności po- 
słów odpowiadać najpierwej senatorowie duchowni, po któ- 
rych świeccy, poczem nastąpiły obrady stanu rycerskiego 
tćj samej treści we własnćj izbie. Zawiązała się tym spo- 
sobem przeszło pięciotygodniowa, a tem samem cały prawie 
sejm zapełniająca rozprawa ebudwóch stanów o nowym kró- 
lu, bardzo leniwo i opornie w swojćj pierwszśj połowie aż 
do nadmienionych wyżćj trwóg Kozackich toczona, bardzo 
nieśmiało przez doradzców spiesznćj elekcyi, zuchwale i zwy- 
cięzko przez stronników zwleczenia wyboru popierana. W rzę- 
dzie pierwszych dawali swoje wota z kolei nazajutrz po 
propozycyi naprzód biskup kujawski Gniewosz, po nim bi- 
skup chełmiński i podkanclerzy kor. Jędrzśj Leszczyński, 
doradca wcale spiesznćj elekcyi, bo już za dwa tygodnie 
przypaść mającej. Dnia 12go października wotował zgrzy- 
biały marszałek w. kor. Opaliński, nazajutrz marszałek iz- 
by poselskićj Obuchowicz, w dniu następnym zabierało głos 
niezwyczajnie wielu senatorów i posłów. W dniu 17ym 
i 19ym b. m. przemawiali Jan Szlichtyng, sędzia wschow- 



148 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

ski i po raz drugi marszałek poselski Obuchowicz z kilku 
senatorami. Największe wrażenie podarzyło się odnieść we 
wtorek, 13 b. ui. generałowi wielkopolskiemu Leszczy.uskie- 
mu wymownym głosem o skaraniu Polski odjęciem rozumu 
starcom, serca młodzieńcom, czemu jedynie jak najrychlśj 
wrócona ojczyźnie głowa, król nowy, zaradzić zdoła — kan- 
clerzowi w. kor. Ossolińskiemu skargą na powszechną znie- 
wieściałość panów i szlachty, z którćj podobnież szybki wy- 
bór rycerskiego króla mógłby ich zbudzić. Przybyłe w dniu 
21ym b. m. od pozostałych szczątków wojska poselstwo do- 
magało się między innemi od sejmu spiesznćj elekcyi, „któ- 
re Pan Bóg po świeżem za grzechy nasze rozgromieniu 
wojsk naszych, czego zresztą tak wiele przykładów w dzie- 
jach, okaże nam po dawnemu łaskę i pomoc, dając nam 
króla, wodza nowego." Przeciwnicy nagłćj elekcyi mieli 
całe poselstwo to za zmyślone, a jego przewodnik i orator, 
ów sprawca ucieczki pilawieckiśj a za lat 4 infamis i ba- 
nita z ojczyzny, dzisiejszy krajczy królowśj Hieronim Ra- 
dziejowski, był w ich oczach samozwańcem bezwstydnym. 
Publicznie, w kole sejmowem, zaczęły takie przeciwne 
pośpiechowi wyboru zdania odzywać się nieco późni ćj od 
zdań przychylnych, obudzone właśnie doradzeniem pośpie- 
chu. Obudziły się zaś głównie w gronie posłów województw 
zachodnićj Polski i całćj litewskiśj połowy sejmu, z której 
pośrodka przemówił najpierwćj, w dniu 17ym b. m. jeden 
z najznamienitszych mężów stanu i obrońców swojćj pro- 
wincyi, podkanclerzy W. Księstwa Litewskiego, Lew Kazi- 
mierz Sapieha, chwalony na obudwóch sejmach w obecnym 
roku, iż trzema tysiącami swego zaciągu skuteczniejszą 
obronę dawa granicom Litwy, niż obaj hetmanowie:Z całem 
swojem wojskiem litewskiem. Przyspieszaniu jednak elek- 
cyi sprzeciwił się podkanclerzy żarliwie wraz z inną Litwą, 
mniemając rzeczą niechwalebną obierać króla nie w swoim 
czasie, osobliwie w nieobecności panów litewskich. Niektó- 
rzy w tem niebezpieczeństwie nie mogliby stanąć w porę 
na placu elektoralnym. Następnćj sessyi poniedziałkowej, 
w dniu 19ym b. m. jak i poprzednie w pełnem zebraniu 
obudwóch stanów odbytćj, jeszcze goręcćj kontradykowano 
radom pospiechu. Za wystąpieniem marszałka poselskiego 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 149 

i niektórych senatorów z radą w tym duchu zniecierpliwio- 
ne koło przeciwne zerwało się tłumnie do wyjścia, tylko 
zaklinającym do pozostania głosem wojewody bracławskiego 
wstrzymane. „W dwie części podzielona jest Rzeczpospo- 
lita" — zabrzmiało po sali z ust Kisielowych — , jedna niet- 
knięta od nieprzyjaciół, druga utrapiona wszelkiemi plaga- 
mi wojny: tamtćj nie zależy na przyspieszeniu elekcyi i nie 
chce skrócić jśj czasu; my zaś uciśnięci musimy koniecznie 
podźwignąć nieszczęście nasze, i jeśli woli waszój nie zgo- 
dzicie z naszą potrzebą, sami bez was o elekcyi radzić bę- 
dziemy.'* — Powstało na to oburzenie powszechne, podkomo- 
rzy różański Potrykowski nazwał mowę Kisiela imperator- 
ską i dyktatorską a gdy wojewoda począł się z niśj unie- 
winniać, posłowie rzucili się hurmem „na dół'' do swojćj 
izby, poczem i senatorowie rozprószyli się z sali. 

Za powrotem koła poselskiego do izby ponowił mar- 
szałek po raz któryś swoje wezwanie do obrad nad spiesz- 
niejszą elekcyą, posłowie ponowili swoje przeciw temu za- 
rzuty. Najmocnićj uderzyło przyjaciół rychłości przypusz- 
czenie, iż w razie przedwczesnego wyboru króla przez jedną 
część braci sejmowój mogłaby druga, późniśj przybyła 
obrać króla drugiego a ten może byłby nawet ważniejszym. 
Nie mogąc rozwiązać tćj wątpliwości, rozpuścił „dyrektor" 
poselską izbę, aby ją nazajutrz, we wtorek 20 b. m. zgro- 
madzić do obrad równie spornych lecz nierównie smutniej- 
szych. Nadbiegła bowiem dnia wczorajszego pogłoska o zdo- 
bytym i śród najdzikszych gwałtów zburzonym przez Koza- 
ków Brześciu litewskim, przy wiadomem już oblężeniu Lwo- 
wa przez Chmielnickiego i Tatarów z południa, drugiem 
jednocześnie brzemieniu nieszczęść od strony wschodniej, 
o całą połowę odległości lwowskiej bliższem polu elekcyj- 
nemu. Zwiastował tę straszną nowinę posłom, kolega ich 
Wilanowski, poseł brzesko-litewski, będący oraz „sługą*^ 
dworu marszałka w. lit., Aleksandra książęcia Radziwiłła 
i podobnie chlebodawcy swojemu gorliwym stronnikiem 
spiesznśj elekcyi. W charakterze posła brzeskiego czuł on 
tem boleśniśj tę klęskę, a poczytując ją głównie skutkiem 
ociągania wyboru króla, użył tej sposobności do gwałtowne- 
go uderzenia na swoich przeciwników w sprawie elekcyi. 



150 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

„Służalcami za myto, jurgieltnikami jesteście" wołał z za- 
pałem— „którzy nadużywacie głosu wolnego, aby nowemu 
królowi jakuajdłużćj opóźnić drog§ do tronu".— Na co z obu- 
rzeniem pisarz żmudzki Stankiewicz: ,,Nie nam obrońcom 
swobód ojczystych, godzi się nazwa służalców pańskich, lecz 
sobie samemu, służalcowi za myto, jurgieltnikowi, który po- 
lewkę pańską wyjadasz.^' 

Jeszcze sroższą burzą, zawrzało posiedzenie jutrzejsze, 
w dniu 21go b. m. Wywołał ją znany nam z tylu innych 
najsłuszniejszych podejrzeń przewodnik owego poselstwa od 
resztek wojska, starosta łomżyński Radziejowski, w tśj wła- 
śnie chwili ścigany ze Lwowa nie już nowem podejrzeniem 
lecz pozwem obywatelki Iwowskiśj Grajewskiej, w którym 
ona oskarża go przed sejmem teraźniejszym o złupienie jój 
w własnym domu ze znacznćj sumy, a któremu jedynie na- 
wał ważniejszych spraw sejmowych niepamięć i bezkarność 
zapewnić zdołał. Na posiedzeniu dzisiejszem uznał on za 
rzecz godoą swego patryotyzmu wystąpić z głośnem upo- 
mnieniem do przynaglania elekcyi, zakończonem słowami: 
„Świadczę się Bogiem, że zguba nasza następuje; wszyscy 
zginiemy, jeśli głowy nie będzie". Wówczas na zapytanie 
marszałka Obucbowicza podniósł głos stolnik litewski i ko- 
misarz wojskowy, Wincenty Korwin Gąsiewski.*) ,,Nie po- 
dobna rzecz aby jedna głowa choćby była dyamentowa, mo- 



*) w nieocenionym dziele X. Niesieckiego zwie się ten wojen- 
nymi czynami i straszną od swoich śmiercią słynny w późniejszych la- 
tach hetman polny i podskarbi W. Ks. litewskiego z całym rodem swo- 
im Gosiewskim nie Gąsiewskim. Sprzeciwia się to wszystkim 
autentycznym świadectwom, a mianowicie własnym podpisom hetmana 
w Suffragiach na eleRcyę Jana Kazimierza i w kilku znanych nam 
listach, jednostajnemu brzmieniu jego nazwiska we wszystkich wymie- 
niających je konstytucyach sejmowych, we wszystkich opisach dziejów 
i pamiętnikach ówczesnych, gdzie wszędzie bez wyjątku Gąsiewski. 
Tak więc brzmiało tem niewątpliwiej nazwisko naszego wojownika, iż 
sam ks. Niesiecki w swoim spisie hetmanów polnych, podskarbiów i mar- 
szałków izby poselskiej, zwie naszego Wincentego Gąsiewskim, 
Zresztą jak nazwisko zmianie uległo, tak i herb nowy nadało dzieło 
Niesieckiego domowi, licząc go do Ś 1 e p o w r o n ó w, gdy sami Gą- 
siewscy pisali się Korwinami. 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 151 

gła uas ratować i temu tyranowi (Chmielnickiemu) oprzeć 
się, żadną miarą tedy nie pozwalam na skrócenie cza^ju 
elekcyi. Mam po sobie prawo, tego bronię, i nie dopuszczę 
ekskludować tak wiele województw nieprzytomnych od tćj 
ozdoby wolności". — „I lubo rumor powstał" — kończy kan- 
clerz Hadziwiłł w swoich pamiętnikach relacyę sesyi dzi- 
siejszśj — ,,wspomożony jednak od drugich nieprzełomany 
stał. Dyrektor tedy upraszając, aby uporu swego odstą- 
pili, odłożył tę dysputacyę na dzień jutrzejszy.*' — Dopieroż 
na tćj jutrzejszej „dysputacyi" zajaśniała pomyślniej sza 
gwiazda sprawie elekcyi. Przybyli do izby z poselstwem 
dwaj kasztelani, Stanisław Koniecpolski sieradzki i Zbi- 
gniew Gorajski chełmski, donosząc urzędowo o strasznych 
spustoszeniach Kozaków około Brześcia a Tatarów w oko- 
licach Leżajska. Jeszcze tej samćj sesyi oddany został mar- 
szałkowi izby list od starosty grabowleckiego, Sarbiewskie- 
go, brata poety, na przeszłorocznym sejmie podobnież pia- 
stuna laski poselskiej, dziś podjazdowo ucierającego się 
z Kozakami, których czemkolwiek od Warszawy powstrzy- 
mać radzi 

Żadne rady i zaklęcia stronników blizkićj intronizacyi 
nie mogły tak wiele serc przeciwnych pojednać z chęcią 
skończenia raz bezkrólewia jak te oba upomnienia złowro- 
gie. „Czemkolwiek powstrzymać od Warszawy' — czemże 
innem jeźli nie nowym królem i nowem wojskiem? królem 
od wojska wspartym, wojskiem w królu najdzielniejszego 
z wodzów i hetmanów mającem? Już od początków sejmu, 
od zalecania tych obudwóch potrzeb w propozycyi arcybi- 
skupićj, starano się uczynić zadość obudwom, ale działo 
się to dotąd nader mdło i niesfornie. Ciągłem kontrady- 
kowaniem przeszkodzono oddaniu komukolwiek korony. 

Teraz więc po odczytaniu listu starosty grabowieckie- 
go, gdy marszałek koła rycerskiego wniósł, iżby skrócić 
elekcyę, zamilkli wszyscy, którzy się dawnićj temu sprzeci- 
wiali i jednomyślnie naznaczono dzień 4go listopada na no- 
minacyę króla, zaś dnia 6go listopada wszystkie już tego 
sejmu czynności miały być zamknięte. 

Po załatwieniu tćj kwestyi poczęto znowu radzić o bez- 
pieczeństwie Rzeczypospolitćj. Narada ta była tak burzli- 



152 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

wa, że marszałek koła nie widział innego sposobu ułago- 
dzenia umysłów spierających się stronnictw jak tylko zam- 
knięciem posiedzenia dnia tego, chociaż jeszcze było dość 
wcześnie. 

Po obraniu regimentarzów mianowicie Jeremiego Wi- 
sznio wieckiego, wojewody ruskiego na miejsce wielkiego 
hetmana, zaś Jędrzeja Firleja, wojewody bełzkiego na miej- 
sce hetmana polnego, i wysłaniu do nich listów oznajmu- 
jących, po wydaniu uniwersału do tych, którzy w zaciągu 
będąc do obozu nie doszli, w każdym punkcie, którego się 
tknięto była niezgoda. Co atoli w obradach tych najwięcój 
raziło, to ta okoliczność, że kwestye sporne, które już za- 
łatwiono, raz poraź się poźnićj wznawiały i nie można by- 
ło przyjść z niemi do ładu. Marszałek koła wniósł dnia 
23go października, iżby się zajęto oznaczeniem liczby woj- 
ska, gdyż jako krawiec musi najpierw wziąć miarę nim się 
do krajania materyi zabierze, tak też trzeba nam najprzód 
wiedzieć liczbę wojska, aby opatrzeć dla niego wcześnie od- 
powiednie fundusze. Gdy się nad tem dłuższy czas nara- 
dzano, wystąpił nagle z innym wnioskiem Potrykowski, 
podkomorzy różański, aby ubiegający się o koronę obaj kró- 
lewice z pod Warszawy o dwie mile ustąpili, bo tak prawo 
każe, a przytomność ich pod bokiem sejmujących wolnej 
elekcyi ubliża. Innego zdania w tśj mierze byli senatoro- 
wie. Wysłany od nich raz i drugi z sekretarzem referen- 
darz koronny Zaleski prosił aby w takićj potrzebie, prawo 
uchylając, królewice w Warszawie mieszkali dla większego 
bezpieczeństwa. Zarazem oznajmił, że senatorowie skłania- 
ją się do życzenia posłów dawniśj im oznajmionego i na- 
dworne chorągwie swoje na potrzebę publiczną oddadzą, byle 
też i oni ze swój strony deklarowali się wspomódz Rzecz- 
pospolitę. Podziękował dyrektor senatowi. Po odejściu 
tych posłów czytany był list starosty lubelskiego o niebez- 
pieczeństwach koło Lublina, a ta wiadomość wraz z podo- 
bnemiż z innych stron nadlatującemi wieściami nieszczęśli- 
wemi sprawiła wielki popłoch. Jedni gotowali się do po- 
dróży, gotowsi już nawet wozy, skuty i dubasy z rzeczami 
wyprawiali; w kole wszakże radzono śmiało nad sposobami 
obrony i dawały się słyszeć przysięgi i zaklęcia „że się do 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 153 

gardł nie odstąpimy". Posiedzenie trwało do wieczora; 
w końcu czytaną, była asekuracya grafowi Magnusowi na 
100,000 złotycti pożyczonycłi Ilzeczypospolitśj. 

Na posiedzeniu następnem dopiero uskuteczniono obli- 
czenie wojska przez dyrektora dniem pierwćj zaproponowa- 
ne. Deklarowały się województwa te, które jeszcze przez 
nieprzyjaciela nie były spustoszone i okazało się, że ogół 
wojska uchwalonego czyli tak zwanych subsydyów około 
20,000 ludzi wynosił. 

Przerwał obrady dzień niedzielny 25go października, 
w którym to dniu zarazem uroczystość św. Stanisława Kost- 
ki przypadła. Posiedzenia wprawdzie nie było, przecież ży- 
wo wszystkich zaprzątały sprawy publiczne. Zrana śród 
nabożeństwa wystąpił z kazaniem ksiądz Pigłowski. Do- 
brawszy tekst stosowny z ewangelii, habe palientiam super 
me et omnia reddam tlbi^ założył sobie okazać jakich to 
szafarzów Rzeczypospolitćj w tych nieszczęśliwych czasach 
potrzeba. Wywodził więc, że do kierowania sprawami pu- 
blicznemi potrzeba dziś takich styrowników, którzyby się 
zbytnie nie ubezpieczali i nie dali uwieść zarozumiałości, 
ale zawsze z obawą pewną do czynów przystępowali. Cu- 
dnym uznali wszyscy ten jego wywód i zewsząd obsypano 
go pochwałami. Po nabożeństwie zajęto się 'pogodzeniem 
królewiców srodze między sobą powaśnionych. Z licznej 
niegdyś Zygmunta III rodziny, jak to już wyżćj nadmieni- 
liśmy, dwóch ich tylko dziś było: Jaii Kazimierz i Karol 
Ferdynand, obaj dojrzali wiekiem i żądzą osiągnienia tronu 
zapaleni. Niepospolite względy silnie za Kazimierzem prze- 
mawiały. Starszy wiekiem miał już sposobność okazania 
rycerskiego ducha i położył zasługi w wojnie moskiewskiej. 
Zdobił go też tytuł króla szwedzkiego przypadły mu po 
Władysławie, a nie był bez pewnych dla Rzeczypospolitój 
korzyści: zrzeczeniem się bowiem tytułu tego przez Kazi- 
mierza jako jój króla, mogła ona korzystne zawrzeć ze 
Szwecyą przymierze i na długi czas zapewnić sobie pokój 
z tój strony. Za Kazimierzem odzywały się też przychylnie 
niektóre dwory sąsiednie mianowicie cesarz niemiecki i król 
francuzki, nakoniec Krystyna, królowa szwedzka, a w kraju 



154 DZIELĄ KAROLA SZAJNOCHY. 



popierało wybór jego wielu senatorów i szlachty, szczególniej 
Litwa cała i Ruś z Chinieluickim na czele. Nie był bez za- 
let i Karol: pobożny, ludzki i hojny łatwo sobie serca uj- 
mował; miał też w kraju zasługi, w tej bowiem vvłaśnie 
wojnie walczyło 900 żołnierza uzbrojonego jego nakładem; 
sam on atoli nigdy boju nie widział. Im jaśniśj dostrzegał 
w tej mierze wyższość brata swego nad sobą, tym gorętszą 
zapalał się żądzą osiąguienia przed nim korony i zewsząd 
garnął do siebie stronników. Mieszkając w Jabłonnój nie- 
daleko Warszawy wzniósł nad Wisłą obok pałacu swego 
gospodę dzień i noc otworem stojącą dla szlachty, gdzie 
każdy gość zuachodził bezpłatnie wszelkie wygody i tak 
hojnie raczony był przez właściciela, że ogół tego rodzaju 
wydatków na milion dwieście złotych obliczano. Jakoż miał 
on silnych tak między panami jako i szlachtą zwolenników, 
którzy wybór jego z zapałem popierali, ale klęska pilawie- 
cka wielce ich w zapale tym ostudziła. Gorącą wszakże żą- 
dzę osiągnieuia tronu w nim samym nie podobna było naraz 
zniweczyć. Ow^oż rady i przedstawienia robione mu dnia 
tego, nie były wprawdzie przezeń przyjęte, utkwiły jednak 
w jego umyśle i wywarły swój skutek w czasie później- 
szym. 

W dwóch dniach następnych obradowano nad zebra- 
niem wojska i sposobami dostania pieniędzy. Wysłano uni- 
wersały do rozproszeńców, aby pod karą w 6ciu tygodniach 
po tem wezwaniu gromadzili się do wojewody ruskiego 
Wiszniowieckiego. Wybrano też deputatów, mających ozna- 
czyć wiele wojska i jakićj broni potrzeba. Śród tych obrad 
wszedł ksiądz Sarnowski prosząc o audyencyę posłowi Ka- 
zimierza króia szwedzkiego. Ponieważ nazajutrz dnia 28go 
października przypadało święto Szymona i Judy, za poro- 
zumieniem się tedy z senatem wyznaczono dzień 29go paź- 
dziernika na posłuchanie temuż posłowi. W dniu świąte- 
cznym udali się znowu niektórzy z senatorów do Jabłonnej, 
siedziby królewica Karola, a gdy po uczcie wszczęła się 
mowa o elekcyi i wznowiono kwestyę zrzeczenia się współ- 
zawodnictwa, wicekanclerz litewski Sapieha, nie bez zrę- 
czności do królewica zwracając się, ozwał się ze zdaniem. 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 155 



Że chwalebniej sza rzecz tworzyć króla niż królem zostać. 
I tym wszakże razem jeszcze królewic nie dał się odwieść 
od swego postanowienia. 

Posiedzenie z dnia 29go października zajęte było głó- 
wnie słuchaniem poselstwa Kazimierza, króla szwedzkiego. 
Sprawował je Jerzy Tyszkiewicz, biskup żmudzki, a towa- 
rzyszyli mu: Krzysztof Koniecpolski bełzki, Stanisław War- 
szycki mazowiecki wojewodowie, Lubomirski koniuszy ko- 
ronny, Naruszewicz referendarz litewski, Gębicki krajczy 
koronny, Aleksander Koniecpolski koronny. Lubiński sie- 
radzki, chorążowie, Sieniawski starosta lwowski i Tomasz 
Sapieha pokojowy królewski. Orszak ten poprzedzony 300 
jazdy stanął na placu, na którym w dwóch półkręgach 
zajęli miejsce senat i szlachta. Stronnicy królewica Karola 
niechętni byli temu posłuchaniu i pod różnymi pozorami 
mieszali porządek, dobierając sobie niby miejsca, jakoby dla 
lepszego słyszenia mowy. Poseł oddał najpierw list wierzy- 
telny prymasowi, a po jego odczytaniu, gdy się wszystko 
uciszyło przemówił w ten sposób: „Król szwedzki, Kazi- 
mierz wielce ubolewa nad śmiercią najukochańszego brata 
swego Władysława IV, osobliwie gdy widzi teraźniejszy 
opłakany stan ojczyzny którą jako matkę swoją prawdziwy 
syn kocha. W tern smutnem położeniu pomny na słowa, że 
nie masz nic chwalebniejszego, nic zaszczytu iejszego dla 
księcia jak litość nad nieszczęściami narodu, oznajmia on, 
że jeśliby nastąpiła wola Rzeczypospolitej i prawa ojczyste 
upoważniły go ku temu, wystąpiłby natychmiast jako mści- 
ciel krzywd narodu, jako wykonawca sprawiedliwości, gotów 
mienie sw^oje poświęcić i krew swoją przelać, aby ugasić 
ten pożar i skarcić wrogów zuchwałość. Wie bowiem jego 
królewska mość, że pierwszym jest obowiązkiem syna ko- 
chającego ojczyzno, iżby zagrożoną ją widząc, wszystko wa- 
żył, na wszelkie narażał się cierpienia, podobien pelika- 
nowi, który krwią własnych piersi karmi swoje pisklęta. Do 
tej gotowości służenia Rzeczypospolitej jako swojćj macie- 
rzy, dodaje mu bodźca doświadczona narodu ku domowi 
królewskiemu przychylność jakićj jego królewska mość do- 
tąd z przyjemnością doznaje. Nie przychodzi on z obcego 
świata, ale domowy jest, ciało z ciała, kość z kości królów 



156 DZIELĄ KAROLA SZAJNOCHY. 

naszych, którzy tą Rzecząpospolitą, tak wiele lat rządzili. 
Oświadcza swoją gotowość 'Rzeczypospolitej, w którój jest 
zrodzon i wychowań, a do zasłużenia się jśj pobudzają go 
tak dawne jako i nowe przodków swoich zasługi w tćj 
Rzeczypospolitej położone. Opuszcza Jagiełłę pierwszego 
i jego potomstwo, mija rodzica swego Zygmunta III pra- 
wdziwego ojca ojczyzny, króla pobożnego, łaskawego i ro- 
stropnego. Nie spomina Władysława IV pierworodnego swe. 
go brata i przedziwnych czynów jego, którego zwłoki dotąd 
nie pogrzebione smutny nam widok przedstawiają. Wiadomo 
bowiem całemu chrześcijańskiemu światu jak ród ten chwałę 
bożą mnożył, rozszerzał swobody, wznosił szlachectwa za- 
szczyty. Ani też tajne są owe przodków zasługi samemuż 
narodowi, który w jego królewskiej mości widzi swego spół- 
obywatela. Nakoniec oświadcza król szwedzki przed Bogiem 
i stanami narodu, że nie dumą żadną, lecz jedynie miłością 
ojczyzny powodowany stara się o koronę i berło w tem bez- 
królewiu i wpisuje imię swoje między spółubiegających się, 
upewniając wszystkie stany, że w pomnożeniu wolności, 
w zachowaniu publicznego pokoju, w skarceniu wszelkich 
bezprawiów i nadużyć, i w ogólności w przywiązaniu do 
ojczyzny nikomu wyprzedzić się nie da. Tę chęć swoją skła- 
da jego królewska mość najpierw pod wolę i rozporządzę* 
nie Boga który daje królom i odbiera korony, potem pod 
wolne głosy panów i zgromadzonej tu szlachty obojga na- 
rodów." Po tój mowie tak prymas jako i marszałek koła 
poselskiego ozwali się z pochwałami cnót króla, odpowiedź 
samą do objawienia woli wszystkich odkładając. 

Upływał już czwarty tydzień obrad, i tylko kilka dni 
obradujących od terminu do zamknięcia elekcyi przeznaczo- 
nego oddzielało, a załatwienie spraw pilniejszych wlokło się 
powoli i mnóstwo jeszcze zostawało do zrobienia. Otwiera- 
jąc tedy marszałek koła posiedzenie dnia 30go października 
zagaił je przedstawieniem, że o rzeczach najpotrzebnieszych 
dla kraju, mianowicie: o obronie, o pieniądzach i o ludziach 
tak opieszale radzimy, jakoby we dwóchset mil od nas był 
nieprzyjaciel, a deputacya którąśmy od kilkunastu dni po- 
stanowili, tak idzie, że o nićj żadnśj wiadomości nie mamy, 
nie tylko czy co już uradziła, ale nawet czy zasiadała do 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 157 

obrad. Na oświadczenie chorążego brzeskiego, że deputaci 
odbyli dotąd dwa tylko posiedzenia, a wina tego cięży 
głównie na senatorach, którzy się nie zjeżdżają, posłano do 
senatorów z prośbą, iżby odtąd powinności na się włożonśj 
pilnićj zadość czynili. Nastąpiło posłuchanie posła Królowćj 
szwedzkiój Kanterstroma. W liście swoim, który publicznie 
czytano, radziła królowa pokój, a przedewszystkiem usunię- 
cie przeszkody ku temu, zrzeczeniem się tytułu króla szwedz- 
kiego, obudwóch zaś królewiców na tron zalecała. Odpra- 
wowała się potem legacya przez Widmana od książęcia 
kurlandzkiego, który oświadczył swoją kondolencyę nad 
nieszczęściami Rzeczypospolitój, i życzenia szczęśliwśj ele- 
kcyi. Po krótkich jeszcze nad sposobami obrony kraju za- 
stanowieniach i sporach niejakich zakończyła posiedzenie 
dnia tego wiadomość przez Michałowskiego, stolnika różań- 
skiego obradującym udzielona, źe Chmielnicki w 40,000 
komunika idzie wprost ku Warszawie, gdzie we środę lub 
czwartek spodziewać się go można. 

Jak dzień ten spełzł w największej części na posłu- 
chaniu posłów królowej szwedzki śj i księcia kurlandzkiego, 
tak następnego dnia posiedzenie zajęte było głównie posłu- 
chaniem nuncyusza papieskiego Jana de Torres *). Marsza- 
łek koła poselskiego i książę Albrecht Radziwiłł na czele 
swoich chorągwi dodali orszakowi jego świetności, a posło- 
wie francuzcy przysłużyli się karetami. Wprowadzony w pół- 
kola przez senatorów i szlachtę utworzone oddał prymasowi 
od papieża dwa listy: jeden do senatu, drugi do szlachty. 
Osnowę listów stanowiło upomnienie do zgody i zalecenie 
obu królewiców do tronu, jako tych, którzy z dobrze za- 
służonego rodu Jagiełłów pochodzą. Na co tak prymas jak 
i marszałek stosownie i z godnością odpowiedzieli. Po skoń- 
czonem posłuchaniu dziękował marszałek podkanclerzemu 



*) Idę tu za dyaryuszem Albrechta Radziwiłła, który posłucha- 
nie nuncyusza pod dniem 3 Igo października kładzie. W dyaryuszu sej- 
mu elekcyjnego zamieszczony w Księdze pomiętniczej Jakóba Micha- 
łowskiego na str. 219 i dalszych tak posł' chanie nuncyusza jak wszyst- 
ko co się na temże posiedzeniu odbywało, zapisane jest pod dniem 5go 
listopada 



158 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

» ■ " ■ 

litewskiemu, że 3000 żołnierza kosztem własnym wysta- 
wiwszy wielkie księstwo litewskie od najazdu nieprzyjaciel- 
skiego ochronił. Wzruszony tern publicznem podziękowaniem 
kanclerz oznajmił, że gotów jest nietylko całe mienie, ale 
i życie swoje oddać na obronę ojczyzny. Przedstawiał po- 
tem referendarz koronny, że na utrzymanie 30,000 żołnierza 
8 kontrybucyj nie wystarczy. Wzywano więc Litwę, aby 
w tej mierze koronie dopomogła; ale się wymówiła swojemi 
potrzebami. 

Po uroczystości wszystkich świętych w dzień niedziel- 
ny przypadłśj, w czasie którśj ksiądz Pigłowski kanonik 
poznański znowu ze świetnem do spraw publicznych zasto- 
sowanem kazaniem wystąpił, otworzył marszałek dnia 2go 
listopada posiedzenie wezwaniem, iżby przystąpiono do 
paktów konwentów. Województwa zniesione i te, które naj- 
bliższe były niebezpieczeństwa, zażądały iżby pierwćj obro- 
na była p(, stanowiona. Wzięto więc pod obrady ten przed- 
miot i po niejakich sporach poczęto zgodnie uchwalać, że 
województwa stawić mają ludzi, tyle co przedtem, wnosić 
do skarbu w przeciągu dwóch tygodni kwotę dwojgu po- 
dymnemu odpowiednią i gotowe być do pospolitego rusze- 
nia. W pół posiedzenia wszedł Jan Kazimierz Krasiński, 
wojewoda płocki, prosząc o audyencyę dla posłów króle- 
wica Karola. Podobnaż prośba nadeszła od posłów króla 
francuzkiego i księcia najburskiego, na które stosowne dauo 
odpowiedzi, wyznaczając dzień jutrzejszy na te posłucha- 
nia. Na posiedzeniu tedy dnia 3go listopada kończono naj- 
pierw uchwały województw co do obrony i wszystkie nie- 
mal zgodne były z tem co dnia poprzedniego ustanowiono. 
W tem dano znać, że posłowie królewica Karola jadą. 
Przyjęło ich pod gołem niebem koło rycerskie z senatem 
połączone. Składali je pod przewodnictwem Stanisława z Ka- 
linowy Zaręby, biskupa kijowskiego, sami prawie koronia- 
rze i małopolanie, żaden zaś Litwin poselstwa tego podjąć 
się nie chciał, a chociaż na liście posłów wymienione było 
imię chorążego mozyrskiego, Chodkiewicza, ten jednakże 
nie przybył. Po oddaniu prymasowi listów wierzytelnych 
i ich odczytaniu zabrał głos biskup Kijowski starając się 
jak najbardzićj zalecić swego kandydata: rozwiódł się z po- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. ló9 

chwałami Władysława, wyliczył piękne przymioty Karola, 
podniósł nadewszystko zasługę jego w wysłaniu na tę woj- 
nę swoim kosztem 900 ludu ognistego, a w końcu oznajmił, 
że królowie chce teraz wystawić na obronę Rzeczypospoli- 
tej 10 tysięczne wojsko i takowe przez pół roku utrzymy- 
wać swoim kosztem. Gdy atoli dla większego tój ofiary pod- 
niesienia dodał, że książę chce sam na czele wojska wyru- 
szyć przeciw niedrzyjacielowi i albo zwyciężyć lub zginąć, 
na te słowa prawie się wszyscy rozśmiali wiedząc, że kró- 
lewic był wychowany raczćj do nabożeństwa a nie do 
wojny. 

Po odejściu tych posłów zwrócił na siebie uwagę po- 
wszechną wojewoda ruski, wielki regimentarz, Jeremi Wi- 
szniowiecki. Zdawszy on obóz pod Zamościem na margrabię 
Myszkowskiego i Grodzickiego pospieszył na sejm. Właśnie 
dnia 3go listopada w licznój asystencyi do Warszawy przy- 
bywszy stanął w zamku królewskim, oddał cześć zwłokom 
Władysława, powitał królowę i udał się na pole elekcyi. 
Tu stanąwszy prosił o posłuchanie aby zdać sprawę ze 
swego przybycia. W środek koła zapraszała go szlachta dla 
lepszego słyszenia słów jego. Nie zdało się to zgadzać 
z godnością senatorską: obiecał więc jutro stawić się w kole, 
teraz zaś ku senatorom zwrócony złożył dzięki za dane 
sobie regimentarstwo najwyższe, przedłożył niebezpieczeń- 
stwo ojczyzny i żądał 60,000 wojska. Oznajmił nakoniec, że 
nie przybywa bynajmnićj aby mieszać obrady, lecz chce 
mieć jedynie udział w obieraniu króla wolnymi wszystkich 
głosami. Wdzięcznie odpowiedział mu na to prymas, a nie- 
bawem ujrzano zbliżających się w licznym orszaku posłów 
francuzkich. Byli nimi Ludwik hrabia de Arpajon i Briggi; 
złożyli od króla swego dwa listy: jeden do senatorów dru- 
gi do szlachty i zgodnie też z treścią tych listów przemó- 
wił hr. Arpajon. Wynurzył ubolewanie nad śmiercią Wła- 
dysława; życzył pomyślnego przeprowadzenia elekcyi, radził 
obrać króla obeznanego dobrze z rzemiosłem rycerskiem, 
któryby niebezpieczeństwom Rzeczypospolitej podołał, przy- 
jaznego Francyi a wrogom ojczyzny strasznego. Te słowa 
wymawiając dodał poseł wyraźnie imię Kazimierza, króle- 
wica starszego, chociaż zamilczano je w listach królewskich. 



160 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



Nastąpiły odpowiedzi prymasa i marszałka, jak zwykle rzecz 
całą oddając pod roztrzygnienie narodu. 

Nazajutrz kończono najprzód deklaracye województw 
co do obrony, i na jedno zgodzili się z dawniejszemi. Da- 
no potem posłuchanie posłom księcia najburskiego i księ- 
żnej najburskiój infautki polskićj, którzy w mowach swoich 
zalecali między innemi, iżby w elekcyi dano szczególną 
baczność na krew królewską. Po skouczonem posłuchaniu 
wezwał marszałek, iżby przystąpiono do samejże elekcyi, 
gdyż to jest dzień na to przeznaczony poprzednią już uchwa- 
łą. Chrząstowski, podsędek krakowski nalegał, iżby pier- 
wej załatwiono exorbitancye i pakta konwenta ułożono, bez 
których do wyboru króla przystąpić nie można. Zapytał 
tedy marszałek, azali chcą słuchać sprawozdania wojewody 
sandomirskiego, dlaczego wojsko tak zelżywie uciekło. Po- 
wstał spór o to czy ma zdać sprawę w samem kole rycer- 
skiem lub też w połączeniu z senatem; nim atoli rozstrzy- 
gnienie sporu nastąpiło, senatorowie tymczasem pojedynczo 
rozeszli się. Musiał tedy marszałek rzecz tę na inny dzień 
odłożyć. 

Dnia 5 listopada wielka była niepogoda i mało sej- 
mujących zeszło się. Marszałek wniósł jeszcze raz przy- 
stępowanie niezwłoczne do samejże elekcyi, gdyż zgodą 
powszechną postanowione było, iż dnia 4go miał już być 
król obrany a dnia 6go zakończone wszystko co do elekcyi 
należało. Wszczęły się wielkie spory, a gdy obradujący, 
jak powiada Albrecht Radziwiłł „wewnątrz od Bachusa 
a zewnątrz od dżdżu byli polani" przeto wołali na mar- 
szałka słowami pisma świętego: demitte populum^ rozpuść 
ludl i rad nie rad uczynił to marszałek. 

Dnia następnego chociaż takoż z powodu niepogody 
było zebranie nieliczne niemnićj jednak burzliwe. Wniósł 
marszałek aby czytane były pakta konwenta dla ułatwienia 
elekcyi. Z głosów przeciwnych najmocnićj ozwał się Chrzą- 
stowski podsędek krakowski, nastając na to, iżby najprzód 
zająć się egzorbitancyami. Czytano potem w głos zeznania 
jeńców kozackich, a po ich odczytaniu Ostroróg Mikołaj, 
podczaszy koronny, który był drugim wodzem wojska, uspra- 
wiedliwiał się i prosił aby jeśli ma być wojsko ukarane, 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 161 



tedy niech pierwej zrobione będzie rozpoznanie śledcze 
i winni od niewinnych zostaną odróżnieni. Dano potem 
posłuchanie posłom elektora brandeburskiego, którzy od- 
dawszy listy obiecali 2000 żołnierza na potrzebę Rzeczy- 
pospolitśj. W końcu prosił prymas obradujących, iżby pa- 
miętali, że termin na obranie króla wyznaczony upływa, 
zaleca więc brać rychło pod rozwagę pakta konwenta 
i przystępować do głosowania. A że już zmierzchać poczy- 
nało oznajmił senat, że lubo nie proszony, sam jednak 
z własnego popędu złączy się z bracią szlachtą, byle tylko 
raz już do rzeczy głównój, do obioru króla przystąpić. Do 
tej ze wszechmiar chwal ebnćj gorliwości swojój dodał po- 
gróżkę, że jeśliby nie byli przez koło rycerskie przyjęci 
i mieli dłużćj czas marnować, tedy założą protest i rozja- 
dą się. 

Zgodnie z tern co oznajmili, przyszli nazajutrz senato- 
rowie sami do koła rycerskiego z takim pospiechem, że 
dopiero później krzesła tam dla nich wnoszono. Zasiedli 
też nie tym porządkiem jak zwykle, lecz każdy senator 
przy swojem województwie. Prymas zabrawszy głos prosił, 
iżby przystępowano do obioru króla, zaręczając ze swojej 
strony kapłańskiem i biskupiem słowem, że mianować go 
pierwej nie będzie, aż życzeniom wszystkich zadość się sta- 
nie. Daremna była ta ich gorliwość. Chociaż bowiem ozwało 
się w tejże myśli kilka ważnych głosów poselskich, wię- 
kszość jednak zbaczała raz po raz do innych jjrzedmiotów. 
Podnoszono więc to obronę, to exorbitancye; uderzano na 
starostę łomżyńskiego, zwalano główną winę nieszczęść na 
wodzów, sarkano na regimentarzów, a śród tego rozgwaru 
dał się słyszeć głos Potrykowskiego Walerego, podkomo« 
rzego różańskiego, pod pozorem nieprzeciążania ziomków 
licznemi kontrybucyami wcale niedwuznacznie przemawia- 
jący za królewicem Karolem, ale był naganiony. Ku wie- 
czorowi już przybył biskup krakowski, tłumacząc się, że 
dla niesposobnego zdrowia na posiedzenia dawniej stawić 
się nie mógł, ale gdy oto doszła go wiadomość że Tatarzy 
palą już o dwie tylko mile od Sandomirza, przybywa więc 
acz słaby, i radzi szybkiem króla obraniem położyć tamę 
tym klęskom. Zamykając posiedzenie dnia tego marszałek 

Dzielą Karola Szajnochy T. X, 11 



162 DZIELĄ KAROLA SZAJNOCHY. 



zaklinał wszystkich, aby, gdy z powodu dnia niedzielnego po- 
siedzenia jutro nie będzie, przynajmniej na poniedziałkowem 
posiedzeniu do elekcyi przystąpiono. 

Nadszedł wreszcie 9go listopada. Posiedzenie otworzył 
marszałek jjowtórzeniem prośby, iżby przystępowano do ele- 
kcyi. Trojakie ozwnły się zdania między obradującymi. Je- 
dni nalegali iżby wprzód obronę dostateczną obmyślano: 
na deklararye województw spuszczać się, zdaniem ich, nie 
można; żołnierz nie rychło będzie zwołany; dwojgiem po- 
dymuego nie wiele się wspomożem: w^ pospolitem ruszeniu 
słaba nadzieja. Drudzy byli za niezwłocznem do elekcyi 
jtrzystępowanieni. Inni nakoniec, a tych było najwięcej, żą- 
dali iżby pakta konwenta elekcyę poprzedziły. To zdunie 
przeważyło. Aby zaś szybciej postępowano w tej uprzedniej 
czynności, zgodzono się iżby nie układać nowych paktów 
konwentów, ale czytać stare, a coby w nich zmienić za sto- 
stosowne uznano, zdać to na obrane ku temu deputaty 
Nastąpiło więc czytanie i trutynowanie paktów konwentów 
spoinie z senatorami, którzy o godzinie 3 weszli do koła 
rycerskiego. Nie wiele już dnia tego na czytanie zostawało, 
a gdy prócz tego wszczynały się spory, i dłuższe nad po- 
jedynczymi punktami rozprawiania, zaledwie więc kilka 
l)ierwszych punktów jako tako na posiedzeniu tem zała- 
twiono. Z większym jeszcze oporem szły obrady nad dal- 
szymi punktami. Raz po raz robiono jakiś dodatek i wzna- 
wiano spory które nie mało czasu zabierały. Tak zaraz lOgo 
listopada poruszona kwestya różnowierców przeprowadzana 
była z taką zawziętością, że na nićj spełzło niemal całe 
dnia tego posiedzenie. 

Dzień Św. Marcina ligo listopada przyniósł nie małe 
w głównćj czynności ułatwienie. Zwykle zajmowtino sie 
rozjemstwami w dniach świątecznych; widziano więc dnia 
tego wielu senatorów z kościoła udających się do króla 
szwedzkiego. Dość długo trwała u niego narada i uczta, 
a wieczorem biegł wielkim pędem do Karola królewica Ka- 
zimierz, dziękując mu serdecznie za dowód braterskiego przy- 
wiązania. Ten bowiem książę rady swoich przyjaciół usłu- 
chawszy, ustąpił dziś właśnie pretensyj swoich do tronu 
Kazimierzowi jako bratu starszemu. Na\Yzajt lu t<:dy Kazi- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 163 

mierz ustiipił mu księstwa opolskiego i raciborskiego a oprócz 
tego obiecał mu wyjednać konsens na dwa opactwa. Uła- 
twiała się tedy coraz więcej droga do tronu Kazimierzowi, 
zwłaszcza że już wcześnićj nadeszła do Polski wiadomość, 
iż stary książę siedmiogrodzki, Jerzy llakoczy, który syna 
swego na tron polski forytował, i miał takoż między szlach- 
tijj swoich stronników dnia ligo października tegoż roku 
umarł. 

Posiedzenie dnia 12go listopada rozpoczęło się czyta- 
niem listu Krystyny królowćj szwedzkiej, która uzupełnia- 
jąc niejako rzecz niedawno wyprawionego od siebie posel- 
stwa wstawiała się teraz listownie do stanów Rzeczypospo- 
litej za obiorem I^ardmierza. Ledwie czytanie owo ukoń- 
czono, NYytoczyły się na nowo różu orodne kwestye jakie od 
początku przystąpieniu do samejże elekcyi w drodze stawa- 
ły, i mimo uadchodzącycłi raz po raz wiadomości o coraz 
większycłi niebezpieczeństwach od nieprzyjaciela popierane 
były ze wszelką gwałtownością. Nastawał tedy wojewoda 
miński, iżby różnowiercy w żądaniach swoich byli uspoko- 
jeni; wojewoda wołyński, iżby ci, co przez kozactwo z ma- 
jątków zostali wyzuci, wynagrodzenie u Rzeczypospolitćj 
znaleźli. Gdy śród tych sporów donosi sekretarz wielki 
w imieniu prymasa, że kozacy przedmieście lubelskie opa- 
nowah; chorąży brzeski piosi o pomoc i ochronę dla woje- 
wództwa brzeskiego; wojewoda ruski Wiszniowiecki Jere- 
miasz oddaje list Chmielnickiego do Zamościan pisany i pro- 
si o takąż pomoc dla obrony tej twierdzy; tymczasem Ra- 
dziejowski, starosta łomżyński wnosi rzecz swoją przed 
obradujących: że go sąd kapturowy skazał na zapłacenie 
czternastu tysięcy kilkuset złotych Grabiauce, które bez 
żadnego ku temu upoważnienia gwałtem mu wziął, i oświad- 
cza, że do niczego nie przystąpi i dopokąd od wyroku tego 
zwolniony nie będzie. Gdy zaś sędziowie kapturowi przy 
słuszności wyroku obstają, spór toczy się aż do wieczora 
i bez rozstrzygnienia go sejmujący się rozjeżdżają. 

Trochę pomyślniój wypadły obrady dnia 13go listopa- 
da. Sprawę starosty łomżyńskiego po długich sporach za- 
łatwiono. Sposób zaś w jaki ją załatwiono, z powodu za- 
chorowania prymasa publikowany nie był. Nadeszły tym- 



161 DZIELĄ KAROLĄ 8ZAJN0CHY. 

czasem smutne z sandomierskiego i z lubelskiego o spu- 
stoszeniach wiadomości. Gdy Sandomierzanie i Lublinianie 
co pr^dzśj rzucić się do obrony radzili, inni popierali pa- 
kta kou wenta. Trafił do przekonania wszystkich głos roz- 
sądny Kisiela, wojewody bracławskiego, iż wypada czemprę- 
dzćj skończyć już pakta konwenta i króla obrawszy z nim 
razem do obrony przystąpić. Poczynano już umawiać się 
z różnowiercami. W tem nadjechał poseł cesarski margra- 
bia di Grana i dano mu posłuchanie. Po złożeniu listów 
wierzytelnych wystąpił z mową: w nićj wyraził najprzód 
w imieniu monarchy swego ubolewanie nad śmiercią Wła- 
dysława i smutnym stanem Rzeczypospolitej, potem zalecał 
do tronu Kazimierza jako starszego z pozostałych braci 
królewskich. Nastąpiła zwykła w takich razach odpowiedź 
od senatu i koła rycerskiego. Po odejściu posła czytano 
niepocieszne nowiny, że chorągwie narodowe z Bełza i Hru- 
bieszowa wypędzone zostały. Z tego powodu zabrawszy 
głos kanclerz koronny Jerzy Ossoliński przed zamknięciem 
posiedzenia, zaklinał na wszystko, iżby nietylko eksorbitan- 
cye ale nawet i pakta konwenta na bok odłożywszy zgo- 
dzili się obradujący na to, że jutro do elekcyi przystąpią, 
bo tym sposobem i obrona w przytomności króla skutecz- 
niejsza będzie i mocniej wszystko się postanowi. 

Dnia 14go listopada roztrząsano dalćj pakta konwen- 
ta i przyszła kolej na żądania różnowierców, które przez 
deputatów już ułożone odczytywano. Wolność wykonywa- 
nia obrzędów religijnych w koronie i Litwie przez wszyst- 
kich innych różnowiercom przyznana znalazła mocny opór 
u Mazowszan, którzy zasłaniali się wyłącznymi w tćj mierze 
swoimi przywilejami. Śród tych rozpraw wszedł ksiądz 
Rakowski, kanclerz królewica Karola i oddał w ręce sekre- 
tarza wielkiego list swego księcia z Jabłonny dnia 13go 
listopada pisany, w którym oznajmia, że ustępuje od spółu- 
biegania się o koronę, na korzyść brata swego Kazimierza, 
nie zmieniając atoli przywiązania swego do ojczyzny, na 
którćj obronę 800 żołnierza od siebie posłać przyrzeka. 
Zrobiło to dobre wrażenie na większości obradujących 
i chciano złożyć księciu szczególne podziękowanie; znalazł 
się atoli jeden z posłów, ów znany już naszym czytelnikom 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 265 

Z hałaśliwości swojśj Potrykowski Walery, podkomorzy ró- 
żański, który w tym szlachetnym czynie królewica widział 
uszczuplenie wolności w wyborze króla, i skończyło się tyl- 
ko na prostej, grzecznój na list księcia odpowiedzi. Wnet 
wrócono żwawo do kwestyi o różnowiercach, i ledwie ku 
wieczorowi ją załatwiono. Zgodzono się na to, iżby zosta- 
ło tak jak dawne prawa mieć chciały. Na samem zamknię- 
ciu posiedzenia nadeszły nowiny, że oblężeni w Zamościu 
soli, chleba i piwa nie mają. Chmielnicki stoi tam na cze- 
le ogromnej armii; chorągwie narodowe, których było po 
różnych miejscach kilkanaście umknęły się przed nieprzyja- 
cielem ku Wiśle. 

W niedzielę dnia 15go listopada nadeszła wiadomość, 
że Kobryń wyścinano i chorągiew Gąsiewskiego. stolnika 
księstwa litewskiego na stanowisku tamże będącą. Miało 
być posiedzenie jeszcze dnia tego w izbie poselskiśj, ale je 
do jutra odłożono. 

Kiedy już spór z różnowiercami wszyscy za skończony 
uważali, a dnia 16 listopada marszałek posiedzenie otwie- 
rając wezwał do rychłego kończenia paktów konwentów, aż 
oto odzywają się różnowiercy, że na wyjątkowość Mazowsza 
nie pozwalają. Oburzyli się na to wszyscy, a Jerzy Osso- 
liński kanclerz koronny głos zabrawszy rzekł: ,,Z młodych 
lat w usługi Rzeczypospolitej wstąpiwszy, nauczyłem się, 
iż co się dziś podobało tego pernoctata znieść nie mogła. 
Wczoraj zgodziliście się z księstwem mazowieckiem, dziś 
już rwać tćj zgody nie możecie". Józef Klonowski kaszte- 
lan witebski oznajmia, iż za nieprzyjaciela ojczyzny chce 
mieć tego, któryby chciał odwlec elekcyę. Toż i drudzy 
oznajmili. Nic to wszakże nie pomogło. Do właściwych 
dysydentów przyłączyli się i Aryanie ze swojemi domaga- 
niami. Spór toczył się coraz zawzięciej a Janusz Radzi- 
wiłł, hetman polny litewski oznajmił, że żadną miarą wy- 
jątkowości Mazowsza nie dopuści „bo gdy nas (powiada) 
cała Rzeczpospolita przyjmuje do łona braterskiej miłości, 
za co ma nas odtrącać jedno województwo?" Koryciński 
Adam, starosta oświęcimski przypomniał, że według prawa 
następuje jutro ostatnia konkluzya sejmu, którego tak on, 
jak i całe księstwo litewskie ani na godzinę jedną przedłu- 



w;r. DZIKI. A KAROLA SZAJNOCIIY 



żyć nie pozwoli. Życzy więc aby spory porzucić, kończyć 
natychmiast pakta konwenta i przystępować do głosowania 
na króla. Potem zaś za pośrednictwem deputatów ułożyć 
z posłami królewskimi drugie pakta osoby samegoż króla 
dotyczące. Na tych sporach zeszedł dzień cały bez sta- 
nowczego kwestyi spornój rozstrzygnienia. 

Na dzień ł7go listopada jako obiorowi króla przezna- 
czony kazali panowie pułkom swoim prywatnym, które pod 
chorągwiami rozwitemi dotychczas o kilka mil od Warsza- 
wy stały, zemknąć się pod sam plac elckcyi. Zrobiło to 
wielką wrzawę między szlachtą, która widziała w tem za- 
mach na wolność głosów szlacheckich. Wrzawą o to roz- 
jioczęło się posiedzenie dzisiejsze. Oburzenie wzrosło do 
tego stopnia, że kilku posłów, a miedzy nimi Chrząstowski, 
podsędek krakowski chwycili za broń oświadczając, iż wolą 
raczej zginąć natychmiast niż dać sobie wydrzeć z rąk prze- 
kazane od przodków i święcie dotąd zachowywane prawo, 
mocą którego każdy i najmniejszy szlachcic wolno głosować 
może. Folgowali panowie tym naleganiom i kazali odstą- 
pić pułkom swoim od kola, nie tak jednak daleko jak tego 
żądano, i nie obeszło się bez niejakich zamieszek. Gdy 
hałas o to trwa jeszcze, tymczasem różnowiercy wytaczają, 
znowu kwestyę wczorajszą domagając się od Mazowszau 
zrzeczenia się wyjątkowych praw swoich. Silnie sprzeci- 
wili się temu Mazowszanie, i postanowiwszy bronić się do 
umoru, oznajmili, że nigdy nie dozwolą, „aby komornica 
wiary, tak starodawnćj gospodyni: wierze świętśj katolickićj 
by najmniejszym sposobem uwłaczać i z nią rów^nać się 
śmiału''. Nie biali udziału w tych swarach mazowieccy 
kapłani, co postrzegłszy świeccy niektórzy gorliwcy poczęli 
doskwierać własnemu duchowieństwu ostrymi przygryzkami. 
Jeszcze się spór o to nie skończył, gdy Prusacy poczynają 
się dopraszać, aby wakanse u nich rozdawane były tylko 
obywatelom ich jirowincyi, stosownie do konstytucyi z roku 
1G47. liyły długie zachody z różnowiercami: i prywatnie 
i publicznie z nimi traktowano. Dali się przecież ułagodzić 
nieco, a Gorajski kasztelan chełmiński oznajmił w końcu 
imieniem wszystkich, iż potrzebom nagłym Rzeczypospolitej 
folgując ustępują na teraz ze swemi żądaniami i konten- 



DWA LATA DZIKJOW NASZYCH. 1G7 



tuj^ si§ dawnemi ustawami królów, i)(»nio\vaż więcćj wy- 
módz iii(.' mogą,. Spodziewają się wszakże po miłości' brn- 
torskiój, że na przyszłym da pan Bóg sejmie kuromtcyjiiym, 
jako bracia będą zasi)okojeni. Po takiein oznajmieniu kil- 
ka tylko słów rzekłszy klęknął arcybiskup gnieźnieński 
z biskupami, senatorami i ze wszystkiem kołem rycerskiem, 
i pomocy ducha świętego dla natchnienia wszystkich jedno 
myślnością wzywając począł śpiewać Veni crealor aby przy- 
stąpić do głosowania. Alić te modły przerwały krzyki I^ru- 
saków, którzy zewsząd cisnęli się do prymasa protestując, 
że ich wolności gwałt cierpią. Oświadczają więc, że wolą, 
raczej oderwać się od Rzeczypospolitej niżeli dłnżćj to zno- 
sić. I już porwali się wychodzić wszyscy z koła, aż sko- 
czyli ku nim senatorowie aby ich nłn godzić. Śród nader 
poważnego nastrojenia umsłów jakie zdarzenia te w ogóle 
zgromadzenia wywołały, nie brakło też szlachcie i na hu- 
morze. Na widok rzucających się nagle ku arcybiskupowi 
Prusaków, aby go od intonowania Veiii crealor powstrzy- 
mać, Brochowski chorąży sochaczewski wołał w głos: ,, ksiądz 
arcybiskup Maciej się zowie nie Wojciech, panowie Prusacy 
nie zabijajcie go!" Powstrzymani tedy Prusacy wyłożyli 
słuszność swoich żądań przez usta Leszczyńskiego warmiń- 
skiego biskupa, który do Jerzego Ossolińskiego koronnego 
kanclerza zwracając się, prosił, aby dla uspokojenia Rze- ' 
czypospolitej chciał ustąpić pretensyi i prawa swego które 
miał do starostwa puckiego. Kanclerz odpowiedział, iż 
z miłości ku ojczyźnie zaraz prawa swego ustępuje i krom 
tego 800 żołnierza obiecuje na obrouę jśj przysłać pod rząd 
Jeremiego Wiszniowieckiego wojewody ruskiego. Wdzięcz- 
nie to przyjęli nie tylko Prusacy ale i cała Rzeczpospolita; 
Przeto tak arcybiskup imieniem senatu jak ,i wszyscy ser- 
cem i językiem dzięki mu winne oddali. Upewnił ora-c 
wszystkich sekretarz większy, że arcybiskup nie wprzód 
będzie mianował króla, aż pakta konwenta będą ukończone. 
Znowu tedy przyklęknąwszy, arcybiskup i wszyscy za- 
czynają Ve7ii creaior. Ale przerwali mu znowu panowie 
pruscy oświadczając, że na ustnem przyrzeczeniu kanclerza 
nie poprzestają. Wstał tedy kanclerz i przywiódł im sta- 
ruszka arcybiskupa, który im to ustuie zaręczył. Trzeci 



168 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



tedy raz prymas i wszyscy senatorowie i szlachta poklękli 
i zmówiwszy Veni creator przystąpili do głosowania. Każde 
województwo uformowało koło osobne ze swoimi senatora- 
mi. Odbierali głosy od szlaclity wojewodowie oddając je 
najstarszemu każdego województwa senatorowi. Czytał po- 
tem marszałek koła rycerskiego ordynacye województw, 
a każdego województwa starszy senator oznajmiał imieniem 
szlachty kogo chcą mieć królem. Wszyscy, bez żadnego 
wyjątku zgodzili się na Jana Kazimierza polskiego króle- 
wica a dziedzicznego króla szwedzkiego. 

Przez trzy dni następne dopełniano jeszcze reszty for- 
malności elekcyjnych: mianow^ano deputatów do ułożenia 
paktów osoby samegoż króla dotyczących, którzy też z po- 
słami królewskiemi zasiadłszy niebawem takowe do skutku 
przywiedli. Przeznaczono dzień 15go stycznia 1649 na po- 
grzeb Władysława IV; dzień 17go tegoż miesiąca na wjazd 
nowego króla do Warszawy; dzień zaś 19go tego miesiąca 
na rozpoczęcie sejmu koronacyjnego którego trwanie na trzy 
tygodnie ograniczono. Dnia 20go tedy listopada złożyli 
posłowie królewscy w środku koła przysięgę w imieniu kró- 
la na pakta konwenta, a gdy tym sposobem wszystkie prze- 
szkody, które usunąć pierwej sobie zastrzeżono, zostały już 
istotnie usunięte, mianował prymas dnia tegoż Jana Kazi- 
mierza królem polskim. Mianowanie to przyjęto z po- 
wszechną radością i zaraz wszyscy według dawnego zwy- 
czaju z odkrytemi głowami na polu elekcyi w śnieg na 
kolana padłszy jednem sercem acz różnym głosem^ T^ Deum 
laudamus odśpiewali. Nazajutrz rano 21 go listopada szedł 
nowo obrany król w uroczystym pochodzie przez zamek 
do kościoła św. Jana. Prowadził go pod prawą rękę kró- 
lewic Karol, pod lewą legat papieski a towarzyszyli mu 
posłowie: cesarski, francuzki, szwedzki, najburski, pruski. 
Po odprawionem nabożeństwie przez prymasa, złożył król 
w ręce jego przysięgę i otrzymał dyplom elekcyjny, przy 
hucznym odgłosie dział. 

Obiór ten jak był dla naszćj ojczyzny niesłychanie 
ważny tak też dziwny poniekąd w swych skutkach. Pol- 
ska, jak to już z dotychczasowego opowiadania dostatecznie 
wiadomo, znajdowała się w stanie najopłakańszym: rozbite 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 169 



i zdemoralizowane jśj wojska, złupione lub zburzone mia- 
sta, wsie i dwory popalone przerażający, godny politowania 
widok przedstawiały. Gdy o rychłem zebraniu rozproszone- 
go żołnierza, o wynalezieniu środków dostatecznych do jego 
utrzymania najdzielniejsi z pozostałych jeszcze wodzów i mężów 
stanu zwątpili, stoi oto główny tych nieszczęść sprawca, 
wodzów i szlachty polskiśj wróć:, Chmielnicki, na czele dwu- 
kroć stutysięcznej armii już tylko o kilka mil od Warsza- 
wy oddalony i wszystko w około siebie trwogą przeraża. 
Za ukazaniem się, jak powiada w pamiętnikach swoich Ra- 
dziwiłł, jednego tylko pułku kozaków pod Warszawą, wszyst- 
koby było pierzchnęło, a w samej stolicy znajdowali się ło- 
trzyki, którzy zamierzali podpalić miasto i zrabować je pod 
pozorem jakoby im to Chmielnicki nakazał. W takich to 
chwilach moralnego upadku naszego, z którego wróg ko- 
rzystając, mógł się wzbijać w tym większą hardość, tym- 
czasem on na pierwszą wieść o przychodzącej do skutku 
elekcyi, na jedno ledwie co obranego króla skinienie, zwi- 
ja oblężenie Zamościa, cofa zwycięzkie wojska na wszyst- 
kich punktach a życzenia swoje w rodzaju prośby królowi 
pokrótce przedłożywszy, w spokoju na Ukrainę powraca. 

Jaka myśl przewodniczyła mu w tym kroku? jakie go 
uczucie przeważnie do takowego postanowienia skłoniłu? 
Byłoż to owo, coś boskiego (jak mówi Kisiel) według 
wyobrażeń kozactwa w sobie zawierające słowo „król'* co 
tak cudowny urok na umyśle Chmielnickiego w7warło? Czy 
zdziałała to w nim istotna do ojczyzny miłość i nad opłaka- 
nym stanem politowanie, z którem się w liście do Zamo- 
ścian wynurzył? Lub też może ozwało się silniej w jego 
piersi poczucie „grzechu'', poczucie „występku przeciw ma-, 
jestatowi boskiemu i królewskiemu" popełnionego, do któ- 
rego w listach swoich po kilkakrotnie sam się przyznaje, 
i przemknęła się w jego umyśle groza odwetu i kary? Bądź 
co bądź, w każdym razie stało się widomem, że jak dotąd, 
tak też i teraz czuwał duch opiekuńczy nad Polską pognę- 
bioną. Przez obiór na błoniach pod Wolą dokonany stanął 
oto ów^ pożądany od wszystkich pośrednik między ludem 
a szlachtą, między kozaczyzna a resztą Pizeczypospolitej — 
i Polska została nagle jakby cudowną ręką opatrzności 



170 DZIELĄ KAROLA SZAJNOCliY. 



uwolniona od wrogów, aby jeśli jeszcze nie trwałym cieszyć 
się pokojem, toć przynajmniej odetchni|,ć woluiśj i zebrać 
siły do nowych zapasów. 

Jeszcze jako tylko królewic polski i król szwedzki 
pis tł Kazimierz nie bez wiedzy i życzenia panów do Chmiel- 
nickiego. *; Wstąpienie swoje na tron obwieścił mu nie- 
zwłocznie przez posłów swoich: Stanisława Oldakowskiego 
rotmistrza chorągwi kozackiój i Śraiarowskiogo. Był to 
ostatni czas skutecznego odezwania si§ Kazimierza jako 
króla. Wysłany od Chmielnickiego z pod Zamościa parą. 
dniami wprzód ksiądz Mokrski do K^azimierza jeszcze tylko 
polskiego królewica i króla szwedzkiego w drodze .się z ni- 
mi rozminął. Posłowie królewscy zastali Chmielnickiego 
w Zabunkach o milę od Zamościa. Właśnie słał pułki ko- 
zackie pod Lublin, a Tohajbeja perekopskiego w 40000 Ta- 
tarów pod Warszawę, i już były gotowe pod ich armatę 
zaprzęgi. Skoro mu oddano list królewski, cofnął dany 
wojsku ordynans, kazał bić z dział na wiwat, powściągnął 
kozackie łupieże i rozpoczął odwrót ku Ukrainie. Towa- 
rzyszył temu odwrotOwi Chmielnickiego Oldakowski poseł 
królewski, który go aż pod Pawołocz do Białopola odpro- 
wadził i spoinie z nim pierwsze pokoju umawiał warunki. 
Łagodność i wyrozumiałość ze strony króla, a ze strony 
Chmielnickiego uległość i powściągliwość pewna w swoich 
żądaniach charakteryzują to pierwsze zbliżenie się, zamy- 
kając ostatnie z 1648 publiczne czynności, i napawając nie- 
jaką otuchą, że cała ta sprawa tak groźna spokojnie zała- 
twiona być może. Prosił Chmielnicki o przebaczenie dla 
siebie i dla wszystkich, żądał zniesienia unii i przywróce- 



*) „Prosić królewiców ichmość, żeby postali imieniem swem do 
Chmielnickiego" mówił publicznie na posiedzeniu dnia l3go października 
generał Wielkopolski. Księga p a m i ę t n. str. 241. List Chmielni- 
ckiego do Kazimierza jako tylko króla szwedzkiego pisany, o którym 
wzmianka w Księdze pamiętn. str. 359 zdaje się być odpowie- 
dzią na list królewica Kazimierza. O jego to odebraniu przez 
Chmielnickiego w chwili gdy od Zamościa miał odstąpić, mówi prawdo- 
podobnie Radziwiłł w swoim dyaryuszu sejmu elekcyjnego pod dniem 
23go listopada. 



DWA L\TA DZIEJÓW NASZYCH. 171 

nia kozakom dawnych wolności, a ich hetmani aby odti^d 
pod wyłączną samegoż króla władzą zostawali. Tak z re- 
lacyj Oldakowskiego i Śmiarowskiego jako też z listów sa- 
megoż Chmielnickiego widać, że mu na chęci pojednania 
się z Ezecząpospolitą nie brakło. Chciał nawet sam, jak 
powiada, udać się do Krymu i uwolnić hetmanów Potockie- 
go i Kalinowskiego, byle mu ci obrazę swoją przebaczyli 
i z nim odtąd żyć chcieli. Wolę króla spełniając oddalił 
od siebie ordę, wracał ku Dnieprowi, rozpuszczał jedną 
część wojska i rozsyłał po wszystkiój Ukrainie uniwersały 
aby chłopi panom swoim wszelakie posłuszeństwo i poddań- 
stwo oddawali, prosząc i zaklinając z drugiej strony, iżby 
tak panowie sami jako i słudzy ich nie kwapili się do ka- 
rania poddanych swoich, i obrazy dawniejsze przebaczyli. 
Takie miał on podówczas chęci i życzenia; ale wypadki 
same nad jego barki urosły. Jeżeli buta kozactwa pomyśl- 
nemi walkami podsycona stawiała mu opór w pojedynczych 
pułkownikach, którzy niekiedy bez wiedzy i wbrew woli 
jego działali, toć daleko trudniejsza była sprawa z tak zwa- 
ną czernią, z rozhukanymi tłumami pospólstwa, zaprawio- 
nymi do rozbojów i łupieży. Jak łatwo było niegdyś 
Chmielnickiemu urazy prywatne z publicznemi mieszając 
podburzyć tę czerń przeciw panom i Rzeczypospolitej, tak 
powstrzymać w nadużyciach, owładnąć ją i w karby da- 
wniejsze ująć było już nie podobna. Sam wywołaną przez 
siebie siłą porywany, a nieufnością i podejrzeniami drażnio- 
ny, nigdzie silnego, bezpiecznego oparcia nie znachodząc 
chwiał się w zamysłach, przerzucał to na jedną stronę to 
drugą— i w tern leżała cała późniejszych zdarzeń fatalność. 



KONIEC 



z R o D Ł A. 



30. 

Do IMX. Arcybiskupa Gnieźnieńskiego 
od IMP. Kanclerza koronnego. 

Przed doniesionym sobie pisaniem WMMPana, swoje 
przez posłańca JMX. referendarza koronnego do WMMPana 
dirigowałem. To oraz WMMPanu intimując i onego usil- 
nie prosząc, abyś tu do Warszawy przybyć raczył, i IcbM. 
PP. senatorów pobliższycb województw, utpote mazowieckich, 
łenczyckich, sieradzkich konwokow^awszy, spoinie z nami za- 
biegać raczył już prawie desperat is rebus wszystkićj Ukrai- 
ny Co et ad praesens WMMPanu namieniam, życząc abyś 
od tego poniedziałku za tydzień czas konwokacyej prefigo- 
wawszy podał IchMciom tam lugubrem jadem ojczyzny, al- 
bowiem consilia nasze mogą być w kilku dni następujących 
konklud )wane, a zatym IchPP. senatorowie, których naten- 
czas praesentia reąuiritur na sejmiki uniwersałem WMMPana 
złożone, wcześnie powrócić, i tamże nohilitati niebezpieczeń- 
stwa perimentia^ także i media sahandae Reip. proponować 
będą mogli, rzuciwszy się do pieniędzy po powiatach in 
hunc casum zachowanych: ponieważ żadna insza gotowość 
w tak prędkim razie obmyślona być nie może. Co się tknie 
pisania JMKs. biskupa kujawskiego, którego ta mens jest, 
aby posłowie cudzoziemscy intra reirtiurn będący, byli eks- 
kludowani, także i resideuci na dworach cudzoziemskich 
panów zostająay rewokowani. Na tę propozycyę takowe 
WMMPanu suhjungo rationes. Naprzód co do posiów o ża- 
dnym inszym nie wiem prócz o francuzkim dawniejszym re- 
sidencie, a teraz świeżo przyjeżdżającym ekstraordynaryj- 



176 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

Dym. Ten dowiedziawszy się de fatis ś. pamięci króla Imci, 
rozumiem że dotąd napisał dając znać panu swemu, aby 
ztąd tu był nazad rewokowany. Ów zaś dawniejszy ponie- 
waż negotia Hempub. concernentia ze Szwedami traktuje, 
i onycli auctoritate pana swego zatrzymywa, o czem z IMKs. 
podkanclerzym kolegą moim dnia dzisiejszego znosiłem się. 
Satius przeto zatrzymać go, ełiam sub hoc tempus interre- 
gni^ abyśmy koc periculum^ któreby nam od nich imminere 
mogło,, emtaremus^ a niżeli disgustaium excludere, aby snąć 
nie był okazyą rozdrażnienia niebardzo chętnych animu- 
szów. Co do rewokowania residentów juzem ja z miejsca 
mego przez pisanie moje każdemu z nich ^-nggessi, żeby 
podtenczas mcissitudinis, która na ojczyznę naszą padła, 
w żadne nie ważył się wdawać consilta i korespondencye, 
ale in qvanium by na miejscu który zostawać chciał, tan- 
quam pritatus mieszkał, 'ponieważ już każdego z nich offi- 
cium cessatil. JMKs nnnciusz, ten rozumiem, że jest extra 
opinionem JMKs. biskupa, ani censetur między posłami in- 
szemi; będąc nie tylko do JKMci ś. pamięci a sede apo.sto- 
lica nunciuszem, ale też do wszystkićj Ezpt6j, ani spraw 
żadnych traktuje, status tylko religionis, zaczym WMMPP. 
authoritas słusznie go zaszczycać powinna. To tak krótko 
WMPanu namieniwszy, samego przytym siebie łasce WM. 
Pana jako najlepiej oddawam. Z Warszawy d. 1 Juni 1648. 
(Rękp. Ossol. nr. 225 k. 52, nr. 231 str. 153.— Dwa lata 8i). 



40. 

Jaśnie Wielmożny Mój Panie Wojewodo Bracławski 
Mój wielce miłościwy Panie i Bracie! 

Pisanie WMści MMPana zostało mię inter publicas 
calamiłates, a ledwie nie oczy zawierającego umarłemu sy- 
synowi mojemu*). Przy takowych tedy tak publicznych 



*) Księga pam. str. 25 ,,die 6ta Jnuii p. Sta Bydg Ossol., syn 
p. K. K. umarł." 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 177 



jako i prywatnych affikcyach in quanta anirni zostawam 
perłurbatione snadnie WMMPan uważysz, a zatym wybaczyć 
będziesz raczył, że nie swą ręką do WMfPana piszę, ani 
mu na ten czas pvolixior być mogę. Oznajmując WiMMPa- 
nu, że to wszystko cokolwiek mętu listu WMMPaua regui- 
rehał^ od JMCI księdza arcybiskupa tu będącego przesyłam 
WMści MMP. O dwie tylko rzeczy, o którem w przeszłym 
pisaniu moim W^IMPana prosił i teraz per amorem patriae 
et per sacra 077tnia onegoż prosić nie przestawam. Pierwsza 
abyś WMMPan tę armorum coniunclionem moskiewską oel 
maxime zatrzymywał, i perswazyą swoją wodzów ich eo de- 
ducere raczył, żeby teraz Krym wojowali, mając tak pogo- 
dną okazyę, kiedy 'cires tatarskie na nas obrócone są, a za- 
tym Krym w ludzie ogołocony snadniejszy ad expugnandum 
być musi; i tamte miejsca będą im perma. Druga, żebyś 
WMMPan sua auctoritate et prudenłia tak przez duchowień- 
stwo swoje jako i sam przez się tego bezecnego Chmielnic- 
kiego zawziętość jakokolwiek mógł retrahere^ ne saeciat na 
ojczyznę i krew chrześcijańską. Więc i to efficere raczył, 
żeby ligę z pogaństwem rozerwał, obiecując mu imieniem 
Pizptej delicti amnestiam, jeżeli za perswazyą WMMPana 
grassan poprzestanie. Utrumąue to jeżeli WMość pan 
praestabis^ saLvahis Rempublicam. Na ostatek co się tknie 
elekcyi pana przyszłego, nierozumiej WMMPan o nas tego, 
abyśmy i w tym zapale mieli (strzeż Boże) libertałum nos- 
traram i onego bez WMMPana et confrairibus nostris obie- 
rać. To jednak niepodobna, żeby opus electionis w tamtych 
krajach miał designan. Snadniój się albowiem WMMPa- 
nów tamtych województw obywatelów z niebezpieczeństwa 
ad securiorum iwgrare sedem^ aniżeli od Pucka i z innych 
miejsc nohilitałem w tamte wyciągnąć kraje. Jako to W. M« 
Pan perspicaci judicio snadnie penetrare możesz. Taki je- 
dnak terminus na przyszłej konwokacyi namówiony będzie, 
żeby każdy ex nobilitate zjechać mógł, który zechce być 
praesens na tejże elekcyi. Tymczasem myśleć będziemy 
abyśmy WMMPanom ifi Iwc periculo zostawającym mogli 
suppetias ferre jako najprędszym zebraniem ludzi, ile ich 
nasza niegotowość i perturbatus modernarum rerum status 

Dzieła Karola Szajnochy. T. X. 12 



ns DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

conscribere dopuści. A że iriter łoi dolores pisać szerzśj 
do WMMPana nie mogę, abyś wybaczyć raczył i powtóre 
proszę. 

J. O. K. W. K. 

(Rękp. Ossol. nr. 231 k. 160. — Dwa lata. 23). 



41. 

Ordynans z czym kozaków posłańcy przyjechali. 

1. Proszą miłosierdzia za występek swój przeciwko 
Rzeczypospolitej dając justyfikaeyą źe icłi do tego nieznośne 
krzywdy przywiodły, tak albowiem byli oppressij że nil 
proprii mieć mogli, wszystko in manibus tenutariorum było. 

2. Od żydów jako od pogaństwa srogie angarye cier- 
pieli, sprawiedliwości gdy szukali, kłopot większy na głowę 
swoją zaciągali, u których nie mając czym płacić horyłki, 
metca, doczki zastawiali, gdzie zbachorowały się. , 

3. Że JMPan krakowski fundilus zniósł miast dwie 
własnych. 

4. Cerkwie ritis graeci spalił kilka, drugie bliższe 
Białćj Cerkwi i Kijowa ad unitorum manus tradidit cum il- 
loruni summa iniuria. 

Petita. 

1. Aby byli zachowani penes pristinas libertates et 
concessa a serenissimis regibus primlegia. 2. Żeby Chmiel- 
nicki był liber. Żeby ich 12000 było na usługę Rzpltśj 
według ordynansu et praescriptum primlegii serenissimi 
piat memoriae ipsis dali in anno 1645, Ł Aby sami obie- 
rali de medio sui oficerów. O Chmielnickim też powiadają 
że dtssipacit exercitum, i sam się re tir o wał w swoje krainę; 
tak jednak, że na głos jeden może mieć we dwa dni 30000- 
Chłopów nie przyjmuje i owszem odsyła do domu caatiga- 
t08^ to pisze KsJMPan Wda sandomirski. 

(Ręk. Ossol. nr. 225 str. 172. — Dwa lata 2i). 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH, 179 



42. 

Kopia listu od JMĆ Pana Wdy Ruskiego Ks. Wi. 
śniowieckiego do JMO Pana Kanclerza Koron- 
nego. 

Jaśnie oświecone Mści Ksże Mci P. Kanclerzu najwyższy 
koronny, Mój wielce Mci Panie i Bracie. 

Wziąłem ja też już żałosną nowinę o śmierci JKMci 
pana naszego a raczśj ojca ojczyzny, którą jako fulmine 
ictus zostałem, a tym bardziój wspomniawszy sobie in hoc 
procella in ipso prawie tak dobrego i szczęśliwego pana 
occasu emergenti, słodkiego pokoju zażywanie, którego już 
teraz równo i z panem iratum nam wzięło coelum. A luboć 
to tak feralis fama przeraziła mscera moje et łotius Reipu- 
blicae^ commumłer przecie ja jednak mam to sobie za znak 
nieodmiennego WKs.Mci pana i brata affektu, gdy in com- 
miini calamitałe żal swój zemną na ten czas po straconym 
panu consociare i mnie go participare raczysz. Czym jako 
mnie WKsMć do znacznego podziękowania tak też i do zu- 
pełniejszej coraz sposobiasz i obligujesz konfidencyej, któ- 
rąm ja tak WKsMci conserv>are gotów, jako mnie uprzejma 
WKsMci chęć sacrificabit i sacrificamt afektowi. A że in tali 
casu patria orhata do pospolitego dobra eget swoich rad 
i zgodnych animuszów cimum, to ja z WKsMcią moim miło- 
ściwym panem commune facere gotów jestem i do tego się 
applikować, coby tym cnym narodom koronćj naszój i sta- 
nom jej było gloriosum et proficuum. Lecz że na ten czas 
pairiae fluctuanti^ patriae armis et consilio adesse potrzeba, 
wprzód rozumiałbym do uspokojenia takich, które Ukraina 
patitur tempestatum obrócić nasze usiłowania. Snadniej abo- 
wiem post sedatos moius będziem mogli in tranqvila mała- 
cia zażyć potrzebnej ku dobru pospolitemu deliberacyej, do 
której na ten czas wielki to obex^ gdy in msceribus regni 
tot hostes mamy, gdy custodes granic deplorata sorte zginęli 
i ojczyzna, onini destituta praesidio tak ciężko periclitatur, 
Inter est tedy WKsMci namówić i promdere modum^ jakoby 



180 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

naprzód łanto obciare mai o i Dieprzyjaciel aby dalszśj z braci 
iiaszśj krwie nie odnosił korzyści, w której i tak już irre.- 
parabile sentimus damnum. Dałem ja o tern prolixius w pier. 
wszem pisaniu mojem WKsMci wiedzieć. Alem jako wyro- 
zumiał, że przy ordynowaniu tój do mnie WKsMci poczty 
jeszcze nie doszło było. Teraz jednak iterum z moją- do 
usługi Rzpltśj oświadczam się ocliotą i przebywszy już cum 
aumma difftruUate (dla ubieźonycłi przepraw) Dniepr, zbli- 
żam się z ludźmi memi ku temu nieprzyjacielowi, azali pan 
Bóg przy ochotnych IchMciów posiłkach zdarzy szczęśliwszy 
z onym congres. Sałius jednak będzie, gdy Rzplta applica- 
bit mres stias ad reprimendam iantam molem, która jako jest 
ciężka na nas, edocuit żałosne wojska zgubionego exemplum. 
Do takiój tedy granic koronnych obrony, że WKMć zosta- 
wać będziesz Ich Mść stanom koronnym incitamentum i ad 
sedandos motus podasz efficacia remedia nic nie wątpią. 
W dalszych zaś ojczyzny terminach gotowem correspondere 
zawziętćj ku mnie WKsMMMPana konfidencyej, któremu za- 
tem uprzejme moje zalecam służby. W obozie na Budach 
królewskich die 18 Juni 1648. WKsMci MMPana uprzejmie 
powolny brat i sługa Hieremi Michał Kory but książę na 
Wiśniowcu. 

(Rękp. Ossol. nr. 225 str. 80. — Dwa lata 3). 



43. 

Jllustrissime et Excellentissime Princeps Domine 
Domine et Frater obsewantissime, 

In ea orbitale patriae^ kiedy z woli bożój duplici per- 
cussa tabescit ictu^ że i na WMMMPana podobnój afflikcyej 
cecidit sors, gdy wprzód miłą. synową, potym jedynego syna 
ś. pamięci JMść pana starostę bydgoskiego na zawołanie 
śmierci, wydałeś ad mlam beatiorem. Jako Ojczyzny satis 
dotere nie mogą, jacWram, tak i WMMMPanu compati, wie- 
dzą-c jaki jest samej natury żal, z tak ciężkiego pochodzący 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. I8l 



dotknięcia ręki pańskiśj. Trudno wyroki odmienić boskie, 
w którym jedyna tylko nadzieja, że titramque tak publkam 
jako i pricatam WMMMPana calamitatem clupltcatum dolo- 
rem sowitymi nagrodzi pociechami i Ojczyźnie i WMMMPa- 
nu. Czego WMMMPanu praesentem oświadczywszy condolen- 
tiam^ uprzejmie apprecor. A powróciwszy trochę ^/ 6? y;tóZ'//c'a, 
to mi się nie zda, że książę JMĆ. Wiśniewiecki, i JMci 
pan wojewoda kijowski obadwaj męztwem et potentia ^\di.w^m, 
oddaleni są a regime wojsk koronnych. Obawiam się aby 
tego pogardzenia nie mieli pro contemjttu, i gdy ich desi- 
derabitur pomoc z założonemi więc w swojej potędze nie 
stali rękami. Trzeba ich jakokolwiek do naznaczonych trzech 
Ich Mść assuere. Co do uwagi WMMMPana podawszy, po- 
wolne moje etc. W Janowie die 19 Juni 164«. 

Andrzśj Gembicki biskup ł. 
(Rękp. Ossol. nr. 231 k. 169 — Dwa lata lO). 



44. 

Wielmożny Mości Panie Starosta Lwowski Mój wielce 
Miłościwy Panie i Siostrzeńcze! 

Jedyną ochłodą i ulżeniem żalów serca mego in hoc 
mole et hyade malorum na ojczyznę naszą ingruentium^ szczę- 
śliwie w dobrym zdrowiu WMMMPana z rąk pogańskich 
stanęło mi wyswobodzenie, i tę żałobę ojcowską, a stratę 
pociech moich po zejściu jednego syna mego ten powrót 
WMMMPana kochanej et paterno affecta ulubionśj krwi 
mojćj ad instar redicim temper avit. Czego omni nomine win- 
szuję i wszystkiej congratulor Rzeczypospolitćj, biorąc ztąd 
przy łasce Bożej pewne aagurium^ że t^fata acerbioris for- 
tunae na Ojczyznę, lubo z wielkim puhlicae salutis niebez- 
pieczeństwem, i dispendio zdrowia i dostatków WMMMPa- 
na jako dur nie sua^ exercuerunt: tak też na wielką pocie- 
chę i ozdobę Pizeczypospolitej, i domu zacnego WMMMPana, 
conservarunł. Jest i będzie Rzpta WMMPanu. jako owi 
amantissimo za co ręczę wszelako wdzięczna. Pisałem do 



182 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

WMMMPana antę hanc funestam cladem zaraz po zejściu 
królu JMci Pana naszego alić ten casus pisanie powrócił, 
co teraz powtarzając tym bardziśj i goręcej WMMMPanu 
publtcam zalecam necessitatevi, Jakosz to teraz sam na so^ 
bie wyraził odważnie, ąuantum honori urodzenia swego wy- 
sokiego i miłości spólnój matki naszśj ojczyzny powinien 
abyś niechciał dcesse pod to osierocenie, i ze mną jako 
z życzliwą krwią swoją we wszystkim się znosić raczył, co 
tylko commune bonum zachodzić będzie. Uznasz WMMMPan 
non alienum a totis suis candorc.m^ i szczerą we wszystkim 
korespondencyą. Posyłam przytym list od JMKsiędza Pri- 
masa ex senatus consulto do WMMMPana pisany. Z które- 
go vota nas wszystkicłi przeciwko sobie uznać będziesz mógł. 
Żałosną i gorącą moje do WMMMPana wnoszę interpozy- 
cyę, nietylko przez tę miłość obsecrando, którą religiose 
dom WMMMPana ku stanowi szlacheckiemu zachowywał, 
ale też pei' mscera samego miłosierdzia boskiego, abyś ra- 
czył przy tćj summie Tohajbejowi na okup pozwolonćj 
JEMci pana Stanisława Gniewosza brata mego na swoją 
wziąć porękę, i wydźwignąć; bo jego PP. pokrewni nie mogą 
na jego majętność tak prędko pieniędzy dostać, a dziesiątka 
tysięcy potrzebuje poganin. Assekuruję WMMMPana, że za 
trzy niedziele jeżeli nie prędzej pewnie w dom WMMMPana 
odwiozą pieniądze. Za co ręczę i tym listem moim jako najwa- 
rowniejszym zapisem obowiązuję się. Zniewolisz WMMMPan 
hoc heroico actu nas jego krewnych i tego utrapionego wię- 
źnia do wiecznój usługi, a do wspaniałśj i nieśmiertelnćj 
sławy imienia swego, po kronikach polskich irradiantia glo- 
riose gestorum amplitudinem przydasz nitorem. Powtóre po- 
kornie proszę st quid merui i mogę mereri non repellas 
gemiium tćj duszy chrześciańskiej i tćj u nieba przysługi. 
Do czego że wrodzona ku krwi szlacheckiśj miłość WMMM. 
pana pobudzi tćj zostawam nadziei. A przytym się z służ- 
bami memi łasce WMMMPana jako najpilnićj zalecam. Dan 
w Warszawie die 19 Junt, Jerzy Ossoliński K. K. 
(Rckp. Oasol. nr. 231 str. 165. — Dwa lata 32). 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 183 



45. 

Kopia listu od JcliMMPP Senatorów do JMP. 
Wdy Kijowskiego. 

Za pierwszym nas senatorów tu do Warszawy przed 
niedziel póltrzecią. zjazdem, w teraźniejszym nieszczęściu 
Rzptej uważając straszną nieprzyjaciela z pogaństwem złą- 
czonego potęgę, a przytym niegotowość naszą i w terazniej- 
szem osieroceniu trudną bez pana obronę, za spoiną radą 
naszą, et ex senatus consuUo zleciwszy JMP. Wdzie bra- 
cławskiemu, i prosiliśmy, aby JMć. wziął przed się staranie, 
jakoby albo ten związek między pogaństwem i kozakami 
quam dexterrime rozerwał albo samego wodza kozackiego do 
jakich środków przywiódł, podając mu to i upewniając, że 
Rzpta, i przyszły da P. Bóg król JMć. przy wszelakiej amni- 
stiej, w tych które ma pretensyach, jego i wojsko Zaporo- 
wskie ukontentuje. Poczyna się nadawać ojczyźnie ta rada 
nasza, bo jako mamy od tegoż JMP. Wdy wiadomość chę- 
tnie są tsta tentamenta pacis od wojska Zaporowskiego przy- 
jęte, o to tylko idzie, aby za postąpieniem dalszym z woj- 
skiem ku nieprzyjacielowi WMciów, którzy dla ojczyzny 
zdrowia i dostatki swoje odważacie, nie rozdrażnił się bar- 
dziej nieprzyjaciel i zaczętych traktatów majori hostililate 
nierozerwał. Przetoż WMci MPanu, i inszym IchMciom za 
tę odwagę i miłość ku ojczyźnie podziękowawszy, pilnie 
prosimy, abyś ani WMMMPan, ani inszy IchMć. nie chcieli 
się podmykać i zbliżać ku wojsku nieprzyjacielskiemu, ale 
raczej gdzie in centro od nieprzyjaciela daleko plac, gdzie- 
by się wojsko gromadziło, sobie obrali i tam duraniibus 
tractatibus czekali, aż też subsidia^ które ubigue parantur 
do WMciów nadejdą. Co też WMMPanu, i inszym IchMciom 
nietylko prośba nasza et aura pacis ^ ale i same tenues mres 
nostrae nec kostium potentiae et multitudini pares persua- 
derę mogą. My też tu oczekiwać będziemy, co tam z nimi 
JMPan Wda bracławski postanowi, aby się to ordinibus na 
przyszłej da P. Bóg konwokacyej do uwagi podało. A że 
posłani od tegoż wojska Zaporowskiego posłowie kozaccy do 
króla JMci ś. pamięci i którzy tę przedsięwziętą drogę do 
Warszawy kończyć mają, są niewierny gdzie zatrzymani, pil- 



184 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCIIY. 

nie prosimy, jakoby do nas niemieszkanie odesłani byli, aby 
i czas rei agendae nam nieupływał, i nieprzyjaciel za krzy- 
wdę to sobie wziąjWSzy, majorem hostilUatem contra Hemp. 
non ed-erceat. Miejsce które WMMMPan z inszymi IchMM 
do postanowienia obozu sobie obierzecie, jeszcze niewierny, 
wprawdzie już było obrane pod Gliniany, i nam się to zdało 
sposobne, ale jeżeli WMć. pod Konstantinowem albo Zasła- 
wiem insze wypatrzycie, prosimy, jakobyśmy uwiadomieni 
byli, żebyśmy wiedzieli dokąd ludzie te, które tu zbierają 
obrócić. Kiedybyśmy niewiedzieli, że WMMMPan tak u sie- 
bie kładziesz całość Rzptej, iż zdrowie ojczyzny nad wszyst- 
ko w czym się kochasz przekładasz, obawialibyśmy się, aby 
to WMMMPana nieuraziło, żeśmy do tego krótkiego czasu 
rządu wojska WMMMPanu z inszemi IchMciami niezlecili. 
Mieliśmy pewnie WMMJMPana in magna consideratione, ale 
żeśmy o W]VIMMPanu niewiedzieli, dokądbyś się w tym za- 
mieszaniu obrócił, a periculum in mora fuit, przyszło nam 
do tego, tych IchMci zażyć, o których że lud swój groma- 
dzili wiedzieliśmy, czym abyś się WMMMPan nieurażał i tę 
braterską justifikacyę naszą przyjąwszy, zwykłą swą ochotą, 
dzielnością, czułością chciał omni postposila aemulatione ra- 
tować Hempub. znosząc się poufale z IchMciami których do 
rzędu wojska użyliśmy, pilnie o to WMMMPana prosiemy, 
osobliwą obrony i zatrzymania ojczyzny nadzieję kładąc 
w zjednoczeniu chęci, przyjaźni i konfidencyi WMciów MM. 
Panów, którym P. Bóg dał to, że pod tę nieszczęśliwą chwilę 
hempub. ratować możecie. Łasce przytym WMMMPana z po- 
wolnością służb naszych oddajemy się. W Warszawie die 
24 Juni 1648. WMMPana etc. 

(Rękp. Ossol. nr. 225 k. 66— Dwa lata 16). 



4:6. 

Eespons na ten list *). 

Jaśnie Wielm. MP. Wdo Bracławski a nasz wielce 
miłościwy Panie i przyjacielu. 

Jako to za spoiną radą naszą et ex aenalus consuUo 
stało się, że JWX. arcyb. gniez. nasz prymas napisał do 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 185 

WMMMPana, i prosił, abyś WjyOOIPan wodza kozaków za- 
poroskich z sam siebie jako mediator ujmował i wyrozu- 
miawszy intencyą i pretensye nam oznajmił ich, tak teraz 
dowiedziawszy sig z listów W]VIMMPaua do JX. arcybiskupa 
pisanego, że w tym z miłości swój ku ojczyźnie pracować 
począłeś i dobrego dokci liczenia tśj sprawy otuchę czynisz, 
wielce WMMMPanu i bratu dziękujemy, pilnie prosząc, abyś 
i dalej w tym nieustając kończyć to raczył. To co nam 
WMIMPan oznajmisz, do czego się będzie tamta strona 
skłaniała, podamy do uwagi ordinibua na blisko przyszłej 
konwokacyej, gdyż WMMPan wiadom będąc slalum Rtipub. 
baczyć to dobrze możesz, że my sine Jiet/j. consensu nic 
w tym zawrzeć nie możemy, i choćbyśmy co takowego uczy- 
nili, byłoby to irritum et inane. Nie wątpiemy o tem, że 
WMMPan mając u nich konfidencyą sprawić to jako medya- 
tor możesz, że się interim ab omni hostilitate zatrzymają, aż 
my tu cum ordinibus zniesiemy się o tem, i uczynimy sta- 
ranie, aby wojsko Zaporowskie przy dawnych wolnościach 
zachowane było. Znosić się i dalej z WMMPanem będziemy, 
pilnie prosząc abyś nas wiadomymi czynił o dalszym pro- 
gresie tej zaczętej prace swej. Ta będzie wszystkiej Rzpltej 
wdzięczna i nowemu panu da P. Bóg do nagrody bez nas 
zalecona. Łasce się zatem WMMPana pilnie oddajemy. Dan 
w Warszawie die 24 Juni 1648. 

Maciej Łubieński arcyb. gniez. 

Andreas de Leszno Leszczyński epise, culm. et 
pomesaniae^ mcecancelL regni. 

Stanisław z Kalinowy Zaręba, biskup kijowski, 
opat sulejowski. 

Stanisław z BużeninaPstrokoński, biskup chełmski, 
opat tyniecki. 

Mikołaj Radziejowski, kasztelan łęczycki. 

Łukasz z Bniua Opaliński, marsz. kor. 

Antoni Tyszkiewicz, marszałek nadworny w. ks. 1. 
(Rękp. Ossol.. nr. 225. k. 64 — Dwa lata 23). 



*; List, do którego niniejszy odnosi się Respons, zamieszczony 
jest w t. I, str. 89. Pamiatnykow izdannych wremennoju komissieju- 
Wilno 1845. 



186 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

Illine et Rvdme Dne Dne Frater Observantiss{me. 

Że WMMMPan piiblicae calamitatiy a oraz i doinowćj 
aftlikcyśj mojśj compati raczysz uprzejmie WMMMPauu dzię- 
kuję, biorąc to solałium fraternmn pro praesentissimo anti- 
doto dolorum meorum; która tym większą, przynosi mi medel- 
hm alleciationemgue doloria^ im ochotnićj wszystkie ad- 
tersitates meas i tę paciftcam hosliam Bogu memu uiosę za 
całość ojczyzny, którój beneoelle jest rzecz każdemu ada- 
mantita onę cmum należąca i powinna. Q,uoad publica to 
jest że książę JEMść pan wojewoda ruski i JEMść pan wo- 
jewoda kijowski ad regimen przyszłych wojsk, nie są w uni- 
wersale specyfikowani, ta nie insza była racya, jedno że 
się żaden z IchMściów nam nieodezwał, aniśmy wiedzieli 
ubi sinł podówczas locorum^ z różnych relacyj różnie infor- 
mowani; pisaliśmy już jednak do IchMciów, żeby przez to 
nietracili ochoty do usługi Ojczyzny, i tąż dzielnością i od- 
wagą, którą zawsze słynęli ne desit wspólnśj Ojczyźnie et 
bono conwiuni. W ostatku na tym tu placu publicorum eon- 
siliorum WMMMPana praesentem intueri^ i onego fraterne 
amplecti pragnę. Którego się przytym etc. w Warszawie 25 

Juni 1648. 

J. O. K. K. 

(Kękp. Ossol. nr. 231 k. 166. — Dwa lata lO). 



48. 

Kopia listu od JMci Seweryna Karpińskiego Ko- 
tmistrza JMci Pana Sędziego Podolskiego. 

Chłopska swawola począwszy od Humania taką górę 
bierze jakoby drugie wojsko Chmielnickiego, miasta, w któ- 
rych się szlachta i żydzi zaparli niesłychane mordy czyniąc 
ploadrują. Die 21 Juni pod Tulczyn podstąpili, w którym 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 187 

mieście nie mało szlachty, a prawie pod kilkaset zaparło 
się i żydów bardzo wiele, do których oblężeńcy w pole wy- 
szedłszy, bili się z nimi, i po trzykroć potężnie tę swawolij. 
chłopską wspierali, nie małą w nich szkodę uczynili. Prze- 
możeni od wielkości chłopów, bo im zewsząd posiłki przy- 
bywały, prawie na nich samych do miasta wjechali, bronili 
się potym w zamku przez dni półtora, i tam już nie mając 
prochu, niewytrzymali, zdrowia i substancye swoje w tyrań- 
stwo chłopskie oddali, między któremi Xźe P. Janusz Cze- 
twertyńskie i z żoną tam zasiadł, także i pan Ihornicki 
z żoną i z dziećmi pani Ołdakowska, pani Bajbuzina Sene- 
nowa, pan Mikołaj Bajbuza z żoną, a wiele innych obywa- 
telów bracławskich, których i wypisać nie może; słudzy 
JMPana wojewody czerniechowskiego, którzy tamkolwiek 
byli, jednych żony a drudzy i z żonami tam zasiedli, czego 
panie Boże się pożal, że niemasz z kim dać odporu takiej 
swawoli chłopskiej. Tego żołnierza któregoście WMMciwie 
państwo uchwalili, posyłajcie teraz żebyśmy się skupiwszy 
mogli dać jaki wstręt tej swawoli chłopskiej, u którśj star- 
szym jeden Handzia z Humania, a drugi Tryfon z Uszczecka 
Bersady, ztamtąd największa swawola chłopska, i to pewna 
jako językowie powiedają, że tę zdobycz uprzątnąwszy na 
Bar aibo na Szarygrod chcą iść. Chmielnicki pułk jeden 
osadziwszy w Białćj Cerkwi sam poszedł do Korsunia, 
insze wojsko za Dnieprem się położyło, a o tej swawoli 
chłopskićj niewie co się tu dzieje, i jeżeli jej wstrętu prę- 
tkiego nieuczyni, siła domów szlacheckich w niwecz się. 
obróci. Tym odpowiadają i grożą, iż oni do Tatar o posiłki 
chcą posłać. W Barze die 25 Juni 1648. 

(Ręk. Ossol. 225 k. 87. Dwa lata 15). 



Wielmożny Mości Panie Podkomorzy Poznański 
Mój Miłościwszy Panie i Synowcze. 

Dziękuję uprzejmie WMMMPanu, że in ista calamiiate 
publica compati raczysz prywatnśj afflikcyej mojćj, biorąc 



188 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



sobie to iśolaUam WMMMPaua z pokrewnego affektu pocho- 
dzące, pro praeuentisaimo antidota et niedela dolorum meo- 
rum, i tym skuteczniejsze bydź sobie uważam, im ochotniej 
i tę pacificam liostiam Bogu memu o/ferro za całość ojczy- 
zny, którą i swoim własnym gotów jestem zaszczycać zdro- 
wiem. Życzę zatym i pana Boga proszę, aby podobne ictm 
od zacnego domu WMMMPana exulent. Co się tknie dyre- 
kcyi concocationis, radbym z dusze przed wszystkiemi eo 
loco WMMMPana widział, i lianc pabnam onemu życzył. 
Lecz że JMść x. podkauclerzy MMPan i brat przed kilką, 
niedziel ze mną w tej materyi znosił się proponując na tę 
funkcyą JMść pana generała wielgopolskiego i na JMść tę 
zaciągając prowincyę. W czym przyobiecałem JMści manum 
opponere. Przetoż tutiiis bydź rozumiem, abyście się WMMM. 
Panowie uterque z sobą znieśli, żeby z tój okazyi in pvncto 
pomienionej konwokacyej niezachodziły jakie między WMMM. 
Pany kontro wersye i aemulationes: gdyżbym onych pro ajfe- 
ctu meo nie życzył, aby (strzeż Boże) emergere miały. Nao- 
statek moja uprzejma chęć i powolność zawsze jednostajna 
patebit WMMMPanu. O której abyś optime był permasus 
i liberę zażywał ad secundanda vola aua wielce i gorąco 
WMMMPana proszę, którego przytym łasce etc. W War- 
szawie 26 Juni 1648. 

(Rękp. Ossol. ur. 231 k. 167 Dwa lata 28). 



Eespons od Chmielnickiego na list IMci Pana Wo- 
jewody Bracławskiego do niego pisany. 

Jaśnie wielmożny Mści panie wojewodo bracławski 
a nam wielce Mci panie i dobrodzieju. Za tak wielką młciwą 
łaskę i przyjaźń, którą WM. nasz Młciwy pan tak zdawna 
przeciwko nam sługom swoim oświadczać raczysz, jako 
i teraz w^e wszystkich sprawach i dolegliwościach naszych 
od Rzpltej, młciwą przyczyną swą być obiecujesz, wielce 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 189 

a uniżenie dziękujemy WM. swemu Młciwemu panu. Strony 
ordy oznajmujemy WM. swemu Młciwemu panu, że już od 
tegoż czasu, jakośmy zaraz po tśj porażce wojska polskie- 
go, wziąwszy wiadomość pewną o śmierci ś. pamięci JKMci 
Pana naszego Młciwego, nieżycząc daU^j zniszczenia i zguby 
ojczyźnie naszśj, od Białśj Cerkwie zaraz nazad się powró- 
cili, i orda musiała się wrócić, czego tak bardzo żałujemy^ 
że choć nie z naszćj przyczyny krwie chrześciańskiój tak 
wiele się rozlało, i w niewolę bisurmańską poszło co daj 
panie Boże, aby już na tym dosyć, ale jako dochodzą nas 
wiadomości, że znowu z niektóremi IchMMciami pany sena- 
torami pod Łuckiem wojsko ściga się na nas wojować, po- 
niewoli znowu musiemy o swoich głowach przemyślać, czegj- 
byśmy nie życzyli, aby do gorszej zguby nieprzyszło, gdyż 
my już uniwersały swoje rozesłali po wszystkićj Ukrainie, 
aby wszyscy tak z wojska naszego Zaporowskiego, jako 
i innych z poddanych szlacheckich tej zamieszaniny i szar- 
paniny poprzestali pod srogiem karaniem, życząc tego, 
abyśmy przy pierwszej łasce JKM., którego nam pan Bóg 
z łaski swój ś. zechce ")odac, i wszystkićj Kzeczyptej zo- 
stawać mogli. Jednak, że wierząc przezacnemu pisaniu 
WMMMPana, że nas sług swoich Wiel. Wasza upewniać 
pokojem i przebaczeniem od Bzeczyptej raczysz, nikomu 
inszemu niedufamy w tym, jako WM. swemu MPanu i do- 
brodziejowi, w czym i do końca wielce a uniżenie upraszamy 
Wasz. pańskiśj wielmożności abyś WMMMPan pokazawszy 
tę miłość swoje nad nami dawnemi sługami swemi do wszyst- 
kiśj Rzeczyptćj powagą swą włożyć się raczył, jakobyśmy 
przy dawnych prawach i wolnościach naszych wojskowych 
mogli zostawać. A coś WMMMPan pomyślić był raczył 
z łaski swćj pańskiej nas sług swoich bytnością nawiedzić, 
barzobyśmy temu radzi, patrzyć na dobre zdrowie WMci 
swego MPana od któregobychmy mogli sobie wziąć ustną 
radę jako z sobą mamy postąpić. Za miłościwy podarunek, 
który nas według pisania od WMMMPana przez ojca Zaska 
doszedł, wielce a uniżenie WM. swemu MPanu każdego 
czasu na wszelakie rozkazanie Wielmoż. Wasz. odsługować, 
i wszystkim dobrym zadziaływać gotowiśmy. Do którśj się 



190 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

Z najniżBzemi służbami swemi jako najpilniśj oddajemy. 
Dan z Czechryna 27 Juni 1648. 

Wielmoż. Wasz. Pana NM. wszego dobra 
życzliwi słudzy i podnoszkowie 

Bołidan Chmielnicki starszy z wojskiem 
Zaporowskim ręką, swą. 



Ceduła. 

Dla Boga mój MPanie proszę WM., abyś mię WMM. 
Pan słowami i obietnicami swemi zawieść w tym nieraczył, 
bom się na słowo WMMMPana ubezpieczywszy, ordzie ka- 
załem z ziemi naszśj powrócić i samem się z wojskiem 
wrócił, aby według poprzysiężonego słowa i paktów WMMM 
Pana dosyć się stało, boby to właśnie, strzeż Boże czego, 
na duszy WM. zawisnąć miało. W czym wszystkim nadzieja 
w panu Bogu. 

(Rękp. Ossol. nr. 225 k. 84, nr. 231 k. 176.— Dwa lata 18). 



51. 

Do Wezyra tureckiego. 

Illusirissime Princeps Domine et Arnice honorande. 

„Litterae ab Excellentia Vestra ad supremum exercitus 
nostri ducem missae (qui in Scythica modo captivitate de- 
tineturj mitii redditae sunt, ąuibus pro munere officii mei 
apertis et perlectis intellexi Excellentiam Yestram omni 
studio laborasse in conservanda veteri amicitia inter sere- 
nissimum imperatorem vestrum et Rempublicam nostram, 
eamąue constanter et sincere retinere voluisse. Ceterum 
contrarium omnino a Tartaris modo patratum esse. Dum 
etenim duces nostri cum parva militum manu iu extremis 
regni finibus excubias peragerent nihiląue hostile contra 
Tartaros meditarentur, immo in id vel maxime intenti es- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 191 



sent, ut oram ii lam Borysthenis qua Cosaci pontum Euxi- 
num inyadere solent pacatam, tranquillamque redderent, 
eodem tempore Tartari cum rebellibus Cosacis qui dominia 
turcica infestaturi erant inito foedere non modo contra 
pacta, contra veteris amicitiae jura, sed etiam contra om- 
nem rationem et aequitatem, sociatis armis et viribus 
cum Cosacis hostili irruptione contra dominia nostra facta 
inopinate exiguam partem illam exercitus nostri oppresse- 
runt, ducesque ipsos nihil tale metuentes captivos abduxe- 
runt. Et quod majus est majoremque nobis parit admira- 
tionem, quod ipse Tartarorum han talem fuisse mentem et 
mandatum serenissirai Imperatoris vestri affirmet. In cujus 
rei fidem exemplar litterarum ipsius Excellentiae Yestrae 
mitto. Quare si id quod Tartarorum han asserit veritati 
Dontrarium sit Excellentiae Yestrae intererit perpendere 
diligenter, quanta temeritate sacrosancta pactorum fides 
a Tartaris sit violata; quantaqne damna conditionibus no- 
stris illata, et quemadmodum anteacto tempore Excellentia 
Yestra sacrosanctae amicitiae nexu omni constantia obser- 
yaturam se esse promittebat. Ita modo magnitudine facino- 
ris perpensa strictam rationem a Tartaris repetere, autho- 
ritateque sua apud serenissimum imperatorem efficere velit- 
quatenus duces nostri caeterique captivi liberę dimittantur, 
praedaque omnis ablata nobis a Tartaris restituatur, con- 
dignasque facinoris referant poenas. Quo facto renovabit 
Excellentia Yestra sacrosanctae amicitiae foedus, et Rem- 
publicam nostram ad conservandam m utuam amicitiam sum. 
mopere reddat obligatam. Cui interim prosperos rerum suc- 
cessus animitus precor." 

(Rękp. Ossol. nr. 231 k. 176. — Dwa lata 28). 



Do Baszy Sylistryjskiego. . 

Po zejściu z tego świata ś. pamięci Króla JMści Pana 
NM. my (przy) których rząd i regiment Rzeczypospolitój 
zostawa, za rzecz słuszną i przystojną poczytaliśmy ztwier- 



192 DZIELĄ K.\ROLA SZAJN'OCHY. 

dzić przyjaźń naszą z najjaśniejszym cesarzem ottomauskim, 
a przytym ouemuż się uskarżyć na tych, którzy z rebelli- 
zantami naszymi kozakami złączywszy się i wtargnąwszy 
w państwa Rzeczypospolitej naszćj świątobliwe pada i da- 
wną przyjaźń rozerwali. Gwoli czemu imieniem wszystkiój 
Rzeczypospolitej jaśnie oświecony JMść Kdz arcybiskup gnie- 
źnieński wyprawił gońca do porty ottomańskiej, przez któ- 
rego ja Wielm. W. osobliwie oświadczam przyjaźń raoję 
prosząc abyś i sam do tego był powodem najjaśniejszemu 
cesarzowi ottomańskiemu, aby swawoleństwo tatarskie było 
pokarane i od dalszej zawziętości pohamowane. Gdyż ina- 
czej gdyby tak wielka krzywda Rzeczypospolitej nie odniosła 
sprawiedliwości, i więźniowie jeźliby nie byli wypuszczeni, 
tedyby z tej okazyśj pada wzruszone bydź musiały, i nie- 
miałyby żadnego poszanowania. O czym wszystkim szerzćj 
do najwyższego wezyra, prosząc teraz, aby posłaniec ten 
wolno i bezpiecznie przez państwa najjaśniejszego cesarza 
ottomańskiego był przepuszczony za listami wielmożności 
twojej. Wzajemnie też w państwach Rzeczypospolitej naszśj 
przejeżdżającym posłom od porty ottomańskiej obiecując 
przejście wolne i wszelkie bezpieczeństwo. 

(Rękp. 03sol. nr. 231 k. 177. — Dwa lata 28). 



^3. 

Relacya ojca Petroniego Łaska Zakonnika, 

który był posłany do Climieinickiego od JMPana 

Wojewody Bracławskiego. 

Wyjechał z Huszczy 18 Jtini^ przyjechał do Gnoina 
die 7 Juli. Ten ojciec las terbis relacyą czynił JMPanu 
Wdzie bracławskiemu. Naprzód w dzień Ś. Jana był w Bia- 
łój Cerkwi u pułkownika nazwanego Hyra, który na zało- 
dze położony we czterech tysiącach kozaków i strażą ma 
wszędzie; potym jecłiał przez wszystkie półki i miasta pół- 
kowe, w każdśm jest po kilka tysięcy kozaków. 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCU. 19 



Die 27 Juni stanął w Czehrynie u Chmielnickiego. 
który tam z koszem i armatą stoi, przy nim 10,000 wojska 
i dział 74 

W dzień ś. Piotra i Pawła 29 Juni była rada. W tój 
radzie ten ojciec Łasko naprzód o-Idawał list oJ JMci pa- 
na wojewody bracławskiego i podarki posłane na wojsko 
Zaporowskie. Przyjęli wdzięcznie list i obiec-jili we wszyst- 
kim słuchać JMPana wi.jewody, to tylko przydawszy, żeby 
to niebyło na zdradzie, ponieważ mają wiadomość, że woj- 
ska się kupią, a JMPan wojewoda obiecuje im uspokojenie 
i przebaczenie występków od Rzeczyptej. Czym (mówią) 
my ubezpieczeni i samiśmy powrócili, i orde, która i^ć 
chciała głębiej, powściągnęli, tak się im deklarowawszy. iź 
sami mając już kilkadziesiąt tysięcy wojska bić się z niemi 
chcieli. giJzieby mieli iść w ziemie dalej.... 

Tegoż dnia w tejże radzie czerkiescy posłowie byli 
ofiarując się z siedmią tysięcy przyjść Chmielnickiemu, przy- 
jęci i ci wdzięcznie, ale jako odprawieni bęią, jeszcze nie- 
wiedzieć. Tegoż, do tejże rady [irzyszli bojarowie z Mo- 
skwy czy oi samego cara, czy od dumnych panów, tego 
nie mó^ł wiedzieć z czym, tak jednak \\yrozumi«ł że przy- 
jacielska jakaś ceremonia, i snadź Moskw^a chce wiedzieć 
co się dzieje z offertami tylko przysłali. Kolliguje z tych 
słów ojciec Łasko, że Chmielnicki rzekł u stołu potym: My 
ne worohy carstwu moskowskomu. nas niepotrzeba obawiać 
się, i miał u siebie na obiedzie i czerkieskich posłów i mo- 
skiewskich i tego ojca Łaska. Sułtan Murza młody we stu 
koni Tatarów mieszka przy tym Chmielnickim, który tam 
jest zostawiony od hana, i cokolwiek się tu dzieje, o wszyst- 
kim daje znać. Han poszedł do Krymu ze wszystkim jas- 
syrem, a Tohaj Bej tatarski hetman koczuje na sinych wo- 
dach, do którego z Czehrvnia wieści wszystkie idą od suł- 
tana Murzy, a od niego zaś do Krymu. 

Tatarowie (jako mógł wyrozumieć ten zakonnik) pudusz- 
czają Chmielnickiego, żeby nie wchodził w żadne uspokoje- 
nie, obiecując mu się ultimis dkbus August i. Drugi sposób 
taki podaje han, że jeżeliby niechcieli wojować z Polską, 
tedy obiecuje im od cesarza tureckiego żołd dobry, ażeby 

Dzieła. Karola Suijnochy T, X. 13 



194 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCm'. 

wybrali się z Zaporoża na morze jak najwięcćj ich być 
może, by i sto tysięcy żeby wsiedli, a pomogli Wenetów 
wojować. To z ust ich słyszał ten ojciec, lecz oni nieprzy- 
padają na to, obawiają si§ zdrady. Przy tymże ojcu przy- 
prowadzono za Dnieprza kilku swawolników, których ze- 
brawszy się 15,000 z włości Kscia JMci Wiśniowieckiego 
i z włości Pereasławski, także i z Niżyńskich i innychj 
Łubaie szturmem wzięli, splondrowali, ojców Bernardynów 
wysiekli, i wiele szlachty i szlachcianek; kazał Chmielnicki 
dwom szyje uciąć, a dwóch albo trzech posłał do Kscia 
JMPaua wojewody ruskiego, oświadczając, iż nie kozacy to 
robią, ale poddani właśni Kscia JMci pobuntowani. 

Ciż zdrajcy pobuntowani powiedzieli na kwestiach, że 
Czerniejów spalić i splondrować mieli. Nosówkę, Sosnią, 
Miane i Batoryn, a za starostami uchodzącemi iść w po- 
gonią aż do Nowogródka. Szlachty coś miało się zamknąć 
w Miance i na zamku czerniejowskim, tedy i tych dostawać 
mieli. Znow^u drugie swawolne kupy 10 albo 12 tysięcy 
po Bracławczyźnie poplądrowali. Trzecia kupa swawolna 
w Chwastowie którśj dragoni chwastowscy i z inszych oko- 
licznych miast, miasteczek zebrawszy się, najechali Nowo- 
siółkę i zameczek wyłupili. Pana wojewody bracławskiego 
co było, wszystko wzięli, bydła, stada, prochy, strzelbę, na- 
mioty, na ostatek sarnek kilka żywych, i te do Chwastowa 
z sobą pobrali. A potym w Motowiłówce, w Białogrodzie 
gumna pomłócili i zamki popustoszyli. 

Na te kupy swawolne Chmielnicki publice mówił, iż 
którzyby posłowie do Warszawy wysłani odprawieni byli 
dobrze, zechce nastąpić i znosić, a teraz posyła do nich 
uniwersały swoje, ale oni na to nic nie dbają i owszem tak 
słychać że ci swawolnicy, co się zbuntowało chłopstwo, do 
kupy wszyscy za Dniepr iść mają, i drugiego obrać sobie 
starszego. Owo zgoła wszystka Ukraina zadnieprska, ki- 
jowska i bracławska powstała, ani orzą ani sieją, tylko in 
armts chodzą, rozbojów pełno, a przytym głód srogi, bo się 
nic nie urodziło; i to co było wyniszczono, i z ziemią zmie- 
rzono. 

Coby za zamysły dalsze były Chmielnickiego niemógł 
doskonale wyczerpnąć. Ta jest ich wszystka nadzieja, że 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 195 



JMPan wojewoda bracławski przybędzie do nich i uspokoi, 
i posłów ich że Rzpta dobrze odprawi. W żywność fundu- 
ją się potężnie, i co jeno było po zamkach, miastach gum- 
nach pańskich, to wszystko już w wozach u nich. Jednych 
jest ta intentia^ gdzieby mieli posłyszeć o wojsku polskim, 
przysiąc do siebie i te swawolne kupy, i na ostatek chłop- 
stwa zawołać i Tatarom dać znać, aby przybyli i bitwę 
zwieść. 

Druga senientia ta jest osobliwie starszyzny jeśli nie 
nastąpi uspokojenie, pójść na Zaporoże z tą wszystką ży- 
wnością, i ztamtąd traktować z Polską i z Turkami; passim 
mówią że być nam na morzu tego lata, albo wojując Turki, 
abo na służbie tureckiej, ale czerń wszystka buntuje, żeby 
Chmielnicki szedł na włość, a wszystkie te kupy do siebie 
ściągnął. 

Die 1 Juli odprawiony z listem od Chmielnickiego 
ten ojciec Łasko, któremu coraz świeże pojazdy dawali ko- 
zacy do Nowosiółek, i stanął w Gnoinie 7 Juli. List przy- 
niósł od Chmielnickiego, którego ta jest summa, że pana 
wojewody oczekują i posłów swoich z Warszawy. 
(Rękp. Ossol. Nr. 225 str. 85. — Dwa lata li). 



54. 

List do Kozaków P. Jerzego Ossolińskiego K. W. K. 

Panowie Mołojcy! 

Oddany mi jest list od was przez posły wasze, któ- 
rycheście do ś. p. króla JMści PNM. wyprawili, dając w nim 
teraźniejszego nieuważnego i porywczego postępku swego 
(do którego żal się Boże że kiedy przyszło) justyfikacyą. 
Przyjąwszy tedy to pisanie od was, i zrozumiawszy dosta- 
tecznie wszystkie pretensye wasze, przypominam to wam 
naprzód, że jakom zawsze za żywota ś. pamięci króla 
JMści życzliwy i przychylny wojsku waszemu Zaporowskie- 
mu zostawał, zalecając częstokroć królowi JMści dzielność, 



196 DZIELĄ KAROLA SZAJNOCHY 



wiarę, cuotę i odwagi wasze, i sławicie, imię wasze na któ- 
reście przez wiele lat u królów i Rzeczypospolitej zarabiali, 
tak teraz nie mogę bydź tylko wielce żałosny z tego, że 
zapomniawszy wiary i sławy swojój. którąście u Rzeczypo- 
spolitój mieli, do takicheście środków w dochodzeniu krzywd 
i pretensyj swych udali, które nietylko wszystkiemu chrzo- 
ściaństwu żałosne, ale i obrzydłe bydź muszą, złączywszy 
się z pogaństwem tym zwłaszcza którzy waszemi i Rzeczy- 
pospolitej zawsze głównerai nieprzyjaciółmi zostawali. Bliż- 
sza wam zaprawdę droga była udać się do obrony króla 
i pana swego, któregoście zawsze uznawali miłościwą łaskę 
i dobrotliwość, aniżeli do Krymu i pogaństwa. Otom i ja, 
jakom zawsze zwykł, tak i ten czas z urzędu mego dopo 
mógłbym był, żebyście byli dostateczne we wszystkim odnie- 
śli ukontentowanie z pokaraniem rzetelnym tych którzy was 
krzywdzili i wolności wasze łamali, o ile że jeszcze na po- 
czątku roku tego z kancelaryi mojćj wydałem ja komissyą 
na uznanie wszystkich krzywd waszych, i na dosyć uczy- 
nienie wam vr tym coby się było pokazało uciążenia wasze- 
go. Atoli że się już to stało, co sami sobie za grzech (lu- 
bo go to poniewolnym czynicie) poczytacie, ponieważ się 
z tą pokorą do wszystkićj Rzeczypospolitej wyznawając na 
się grzech uciekacie, aby wam to odpuściła, niezaniecham 
przyczyny mojćj do stanów koronnych na przyszłą konwo- 
kacyą da P. Bóg zgromadzonych, i starania takiego za który m- 
byście zmazawszy ten teraźniejszy występek swój mogli po- 
wetować cnotą i wiarą sławy waszej. Natenczas życzę wam 
przy upokorzeniu skutecznym dobrego od Pana Boga zdro- 
wiu, w Warszawie die 9 Juli 1648. J. O. K. K.*) 
(fickp. Ossol. 231 k. 173.— Dwa lata, 26). 



•j W księdze pamiętniczej Michałowskiego na str. 86 podany 
tenże list pod datą 26 Lipca i z wielu innemi różnicami. 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 197 

Jaśnie oświecony Książę MPanie Wdo Sandomirski Mój 
wielce Mści Panie i Bracie- 

Dałby to był P. Bóg, żeby to osierocenie nieuchron- 
ne ojczyzny naszój na taką, napadło było chwile, żebyśmy 
tu WKsMść tanti nomiws senatora circa pw^lica consilia 
praeaentcm mieć mogli. Iż jednak w takowej burzy, ex per- 
tur bało rerum noslrarum słał u ^ nielza jeno każdemu z nas 
to arripere^ co sama ininnca consilita imponit necenaitan^ 
i do czego wrodzona wiedzie kogo sposobność, i to nie 
mniejsza jest orbiłałis nosłrae fełkitas^ kiedy WKsMść etiam 
ex łonginąao znosić się z nami raczysz i zdrową radą wspie- 
rasz consilia nasze. Wczym żeś WKsMść przez JMci pana 
Czechowskiego dawnego i miłego przyjaciela mego frałtrne 
ze mną communicare zechciał, mulłia nominibus \YKsMści 
podziękowawszy wzajemnie na tegoż JMci cale się referuję. 
Upewniając przytym że zawsze unum telle et unum nolle 
z WKsMcią MMP. i bratem mieć chcę. Gratulor przytym 
miłej ojczyźnie naszej, żeś WKsMść cołis publicis dosyć czy- 
niąc wziął na się regimcn obrony salułis publicae i że 710- 
men wielkich niegdy Ostrogskich zacnych przodków swoicłi 
retines i w^ unych wstępujesz stj zeraię, biorąc ztąd nieomyl- 
ne augurium^ że sah auspictis WKsMści assurgeł nieśmier- 
telna sława narodów naszych a oraz tak znaczna Rzeczypo- 
spolitej ; krzywda 7>/6/a///^ odniesie cindicłarn. A naostatek 
moją iłerato WfisMci donosząc obsercanłiarti samego siebie 
przytym łasce etc. etc. w Warszawie die 9 Juli 1648 J. 
O. K. K. 

(Rękp. Ossol. nr. 231 str. 173.— Dwa lata 9). 



Kopia listu Paaa Wojewody Saiidomirskiego 
na konwokacyą. 

Jaśnie wielmożni, moi wielce Mściwi PP. i bracia. 
Tak się podobało panu Bogu, że powierzone Rzptej od ja- 



198 DZIELĄ KAROLA SZAJNOCHY. 

Śnie przewielebnego JMci księdza prymasa MMPana traktu- 
jąc arma podtenczas osierociałśj ojczyzny, gdy prawa śmier- 
cii], pańską obumarłe tioram mtam desiderant^ nie jestem 
in gremio WMMMPP. i braci, że przecie res et praestdiuin 
commune cognił^ ile podtenczas zawieruchów nagłych, in re 
irepida, co kto może in medium adferre^ tedy ja jako sena- 
tor, brat i sługa WMMMPP. de sialu ściany ukrainnej no- 
liiiam WMMMPP. przesyłam, i moje oraz rzucam in dęci- 
sioncni WMMMPP. zdanie. Jaka tempestas od Chmielnic- 
kiego kozaka jednego pereasławskiego zwierzchności Rzptćj 
zdzierającego się, napadła nagle i oppressił nasze obłąkane 
kraje, głośna jest o tym nietylko po wszystkich ojczyzny 
naszój kątach, ale i obcych narodów trąba. Niedopiero so- 
bie ten buntownik zasmakował zdobycz Ezptśj, dawne jego 
z bejem perekopskim były kointellegencye niewiem jakiemi 
czarami, czy też fatali necesdlate niedojrzane, fingebat za- 
tym sobie occasiones\ a gdy się już moc pogańska wygoto- 
wała, w niśj się utopiwszy wstąpił w luki, i niespodzianie 
do takiśj sromoty naród polski przywiódł, że po dwakroć 
pogromione obozy, zabrani in captizilalem cum numerosis 
cimbus hetmani, signa militiae nostrae nieoparły się aż 
u Porty, i lantum malorum inveclum esl że ich ad tabulam 
rewcare niepodobna. Miasta potym przyległej sze jako Bia- 
łą Cerkiew depredował, i sobie w niśj magistralus kreo- 
wał, a zmyśliwszy pokorę peniteucyej swojśj, sam na łupach 
padłszy, wrzkomo miłosierdzia prosząc pod Czechrynem 
z przebranym hultajstwem osadził się, a Krzywonosa i Gą- 
dzę z większemi jeszcze pułkami puścił na drugie miasta, 
do których utrapieni cives z dziatkami i fortunami swemi 
zbiegli. Ci nowem tyraństwem tn hanc usgue dtem od mia- 
sta do miasta pomykają się ferro et igne longe obma guae- 
que niszcząc, w niewolę zabierając, świeżo Winnicę, Neste- 
war i cokolwiek w tym trakcie było fraude et dolo deprae- 
darunt^ ztamtąd do Humania, gdzie zniosła nohililas supeł- 
lectilem suam i w Kalinowszczyznę ciągną, i tam sobie se- 
dem helli czynią, do których idzie z tamtych krajów wielki 
confluxus plelńs. To in hanc diem actum^ co dalój będzie 
scriptum est in coelis. Więc za takiemi 7.adatkami iniquiR- 
stmis conditionibus non pelitur sed imperator ąmnistia^ któ- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 199 

ra i na sejmiku łuckim pod niebytność moje wlazła w in- 
strukcyą, qno nomine nie cenzuruję ja ullius in Rempubli- 
cam animum^ ale jako senator et cims patńae pro mea li- 
berlate chwalić tej amnistyćj nie mogę, wyjąwszy żeby fal- 
sum decus nasze było u postronnych narodów, serce bowiem 
truchleje wspomniawszy kiedy fere liominum purgamentum 
nasze niewoli naszej na karki nasze peregrinum eum(\ue 
harbarum hosłem zaciągnąwszy narobili, tot urbium funera^ 
lot hominum lanienas^ hetmanów cum chihus jako bydło 
jakie zapędzili w ręce pogańskie, lamenta, kwesty, płacze, 
łzy krwawe, urągania tyraństwa, ani językiem wysłowionych, 
ani piórem ocerklowanych dokazawszy złości, w miastach 
swych podawszy urzędników, osobną sobie Rzpltą uczyniw- 
szy jeszcze {proh dolor) tanlorum flągiliorum ammstiam im- 
peranŁ wolnemu narodowi super bissima jura dając. Pytam 
gdzie jest gens tam bar bar a pod słońcem, któraby to wy- 
trwała. Możeli być angor większy i ciężki in mrilli et ge- 
ner oso pectore jako ztąd że sublimi animo etiam salus pro- 
pria inmsa dla takowej wzgardy, jeśli nie wstyd, jeśli nie 
pośmiewisko, jeśli nie sromota u wszystkich narodów wiecz- 
na, przynajmnićj miseratio tam aflictae rei, i tej, którćj 
cierpiemy sermtutis rnemoriam niekaże tak turpiter pacisci, 
wszak exitiale in omni Republicam vel minima mtia salva 
et integra patij tym bardziej deterius est titia ąuaems com- 
probare est stabilire^ więc pozwolone, quae utilitas amni- 
stici podobno spes meliorum temporum^ a jeszcze jako? We- 
źmy wrzkomo jedno, dane per supp licem libellum do amni- 
styej kondycye, o które principum senatorum^ których sobie 
obierać chcą obligare capite wojska naprzód regestrowego 
aby 12,000 to hultajstwo miało, którzy nie referując się ad 
supremam hetmanów koronnych potestatem^ ani też komisa- 
rzom, pułkownikom podlegając, swoich sobie kreować chcą 
hetmanów. Owóź ju sta conditia^ owóż secura ąuiesl pozwo- 
lić na to, było incen dium quo nunc ardemus alere^ et matę- 
riam igni addere, byłoby to bellum mtando allere. Jestże i mo- 
żeli być równa kwarcianego wojska potentia^ a iż więc to 
jest tak płodna hymera że wraz do tych 12,000 infinita plebis 
multitudo ściągnąć i rzeczy o upadek przywieść by mogła. 
Więc na to się zdzierając ex potestate ordinaria, aby za 



2U0 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



lada okazyą popów nawet poburzeniem do tegoż znowu 
przyszło terminu, pogotowiu in Hepub, corrupta nie trudno 
o takową głowę, do której populus insolens eon fi u er e może, 
snadno w tych widzę krajacłi o takowego, który mając 
u tego chłopstwa existimacyą, uczyniwszy sobie in rebvs 
primtis in Republica offensam wzburzyłyby proeellam. Jeśli 
tedy takowego lwa in Republica tolerare pozwolemy, gotuj- 
my się mu ad aermendum, pamiętając na to, że potentia 
mortalium instar venli jest, qui Licet fa^eat noslris cursibus^ 
tamen uhi motiis vehemens est^ nos submergit. Tak ja rozu- 
miem że to pondus nie sustentowałoby, ale obaliło ojczy- 
znę. Podobną tśj drugą kondycyą o przywrócenie cerkwi 
lubelskiej i sokalskićj, a chłopskaż to kwestya, nie samejże 
o tym mówić należy nobilitati? Albo ta pieias niema z tym 
buntem konnexyej, albo jeśli ma, jest przyczyna buntów el 
in futurum timenda. O cerkwiach chłop się pyta, któremu 
nutla o Bogu cognilio, nulta fides^ żyją nietylko jako har- 
}>ari ale jalio dziki zwierz, wysoka to zaprawdę na chłopa 
theologia, ]debs tego wymyślić nie mogła, multUudo omnis 
ut natura maris per se immobils esf, ut tenti aut aureae 
cient, ita uut łranquUlum aut procellae tn illis svnt^ et cantsa 
alque origo penes autores esf. Subtelna to suplika niezno- 
śna kondycyą, teraz cerkiew uniackich a principia będących 
et jurę prioritatJs uprzywilejowanych, potem i kościołów 
upominać się będą, scilicet {gua.si cero) pieta lis est ten ze- 
ius tych, którzy mimo insze tyraństwa w osobach ducho- 
wnych popełnione, że po sztukach kapłanów katolickich uci- 
nając w koło rynku obwodzą, zakonników pro libitu mar- 
tyryzując, ale jeszcze świeżo w Winnicy w kościele ojców 
jezuitów dobywszy s-acrilega manu puszki z przenajświęt- 
szym sakramentom, sam przenajświętszy sakrament na jhi- 
mment kościelny wyrzucony nogami deptali, a puszką go- 
rzałkę jeden drugiemu spełniał, scilicet tania pietas tych, 
od których umarłym nutla cuies, tych dla łupów z " robo w 
dobywają, oddzierają, ptactwu, psom i innym bestyom na 
żer i pnstwę wyizucają. Iladrm zgoła pietate cerkwie pc- 
lUnlur^ qua Hepublica depraedala^ honeslas putdica w panien- 
kach i pocziwych mitr'^»ri(:h dt^faedata. et tantum mali in- 
ventuin esl, jako meas palona nietylko cierpieć ale i słyszeć 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 201 

nie przywykła? Płacić jeszcze w drugich kondycjach kaźa 
sobie, a nietylko sobie, ale i Tatarom, czym ostatnie już 
z głowy naszej zbierają derus, dolo rem augenł luaihrio^ ubi 
roiiare dtbmt conciciinn faciunf, zkąd indigwtas nulla uti- 
lilaa, ale i owszem fraus jakaś ducilur, I tego ja wiedzieć 
nie mogę, i owszem nie dajcie sobie WMMMPanowie i bra- 
cia, nie dajcie proszę dla Boga perswadować (wierzcie bra- 
tu owdzie rzeczy wiadomemu) aby necessifas nie odbyta 
miała noscoiierf ad tam zaciągnienia na się przez amnistyą 
sromoty. Jeszcze nie tak na walna temj)estas^ ut si letanda 
nobia sint celOy non in eo jeszcze jesteśmy nanfragio, abyś- 
my illud łanłd cicium. et urbium rmna odkupowali. Strach 
był zrazu, gdy mscio qun eo^enle fato padło to niespodzia- 
nie na Rzeczptą nitszczęście, teraz nie może już tak pe- 
remptorie malum irruere^ gdy już rires Heipublicae recoUe- 
clae, gdy jedni ju? prawic w oczach nieprzyjacielowi, dru- 
dzy w tyle stanęliśmy, en rerum slatu co dla Bogu za ne- 
re.s6-ł/f/.s nos en^if do amnistyej? Podobno idzie o to aby- 
śmy się na żołnierza nie onerowali, at')ue to już faelum^ 
uczyniliśmy raz zaciągi, i jako rozumiem tak kosztowne, że 
na drugie takie potym wątpię aby nas stać mogł(>, bo ultra 
ordinarium województw militem, wiele padło iwpens na eha- 
ritalinim milittin^ t<> jest na ochotnika. Jeśli o kraje tam- 
te idzie, już odżałowane i zniszczonemi już będąc, nie bo- 
ją się dalszego zniszczenia, o rekufteracyą, nie o zasługę pro- 
szą. Jeżeli też mtlu.s jest, że żołnierz przechodząc casuta- 
tern uczyni, a zaś nie milszy od żołnierza swego niewczas, 
niźli żebyśujy te kraje w koczowiska pogańskie obrócić do- 
l)UŚciliV Wiyc jako się bez żołnierza obędziemy, gdy paj- 
omn'no impossUdlis, uważywszy kondycye tatarskie, obawia- 
jąc się perftdiam^ i żołnierzowi naszemu nihitus sal przez 
ten czas /// acie trzeba na ostatek; jeśli niektórych JMM. 
1*P. senatorów autlwritas jest już jaka o tę amnistię inlcr- 
potdta, i ta już jest reseita przez samychże zbójców, wszak 
chcieli arma .suspendrri' a oni większe w tym czasie bunty 
wznieciwszy tak wiele złego narobili, że nie masz w tych 
krajach familiej szlacheckiej, którejby ^-oeina, coi^natos^ pro- 
}'inf/uoA\ rodziców, dziatek, braci, sióstr i cokolwiek z tych, 
które carisóima pi^nora zowiemy, nie miały deffidare. 



202 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



Z teini zaś których tak przedtym, jako i teraz codzień za- 
bierąjąj w uiewolę, jako postępują, że za ort, za groszy kil- 
ka, kilkanaście cbrześcianina przedają poganinowi, tem sa- 
mem gorszemi będąc nad pogauy, ztąd frangenti fidern^ fides 
fningatur eidem. Nie szczera mu to, aby ten buntownik 
aHquo in patriam respectu miał uczynić has armorum feriaa 
albo go czyja miała uchamować dextei'ilas et eątianimitas^ 
to było in re^ że onusli praeda niesłychanym jassyrem ja- 
kiego od początku świata nie mieli, zgromadzić musieli tych- 
że samych niewolników i jeńców, których /iww^;'W6' nierównie 
superebal wojsko ich. Przeto iż ani dignitas Reip. patitur^ 
ani honestas^ ani utilitas^ ani neeessiłas^ ani in futurum mo- 
że sperari^ jakie Itnimentum cel certitudo i non facto ex- 
perimento^ non dictis niesłychaną akceptować kondycyę. 
Quali tedy ratione za ojczyznę, za bracią nasze, których 
exłensae do nas manus^ i krwawe łzy et suspiria supplikują 
sumere arma, negamuś? Tak przeciwko łotrom poddanym 
naszym, przewodnikom zdrajcom jako i krzywoprzysięzcom, 
którzy dla Boga i Rzeczyptej złomali wiarę zuiewieściejemy 
non imminulae no bis jeszcze neque exliaustae mres. Ja pierw- 
szy nietylko te, które są w rękach nieprzyjacielskich zni- 
szczone, ale i te wszystkie, któremi Bóg nad moje zasługi 
dzielił fortuny 5 i nad to zdrowie moje miłej ojczyźnie mo- 
jój w ręce consecro et dedoveo, gotów jestem fata et agęre^ 
et pali. Jeśli krzywoprzysięzca cofnąć się zechce, nie masz 
racyej żeby nie tantum było Thebis Athenas^ ąuantum Thę- 
ba.s AtheniSy a pewnie w ziemi pogańskiój najdziemy jeszcze 
noslras munus^ niestraszna mi i multitudo plębis sine ratio" 
ne furentis^ nie tak bowiem rozumieć trzeba, aby i ta ich 
się wszystka in rebęlltonem puścić miała, nie wszystek ten 
vapor in procellam dęsiit jako causa tak progressus przy 
samych tylko jest autorach, caeteri contagione insaniunt^ aby 
tylko nasza nastąpiło cum Deo ręsolutio^ puścić się też faex 
liominum do pługów a motoribus samym in fuga tylko spes 
zostanie, wyjąwszy żebyśmy solo amore sordidae pacis eo 
inertis et obiec ti^ signum enim est^ nie chcieli rebelles cortt- 
pescere ale woleli notabili piaculo ze wstydem ojczyzny od- 
stąpić. 

Więc jeśli jest jakoż jest in mann Dei mctoria^ pe- 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 203 



wniejsze są tśj łaski bożój prawdziwi chrześcianie, niżeli 
krzywoprzysięzcy, tyranowie, rebellizantowie, zbójcy, aacro. 
rum invasores et profanatores, których m Ula turba faex et 
collumes zostaje pogoda do tśj rezolucyej, gdy Moskwicin 
niechybnie dotrzyma conjunclionem armorum^ dla samćj ty- 
ranizowania zemsty expediU tylko obesłać go raiificatlone fi- 
dei^ jakowój z Wenetami porozumieć sig życzę. Bo Porta 
ottomaiiska nie może w tej mierze ingnorantiam excu- 
sare. To tedy moje judicium^ a iże w ręku WMMMPP. do 
których maje staś Reip. rediit tantae rei decisio^ uniżenie 
tedy przez wszystkie decora ojczyzny i miłosierdzie boże 
proszę, niechciejcie sur dis auribus głośno utrapionych braci 
ad scopulum sermlis patientiae pozykrępowanych słuchać, 
nie odwierajcie tćj m futurum rebellizantowi drogi mllitis 
jubentisij) mnie senatorowi, bratu i słudze swemu uniżone- 
mu w łasce bożej i siłach spólnych niedesperującemu tak 
wielką ojczyzny ignomiiiiam mndicare et arcere. Oddawam 
ect. w Dubnie 14 Juli 1648. 

Książę Dominik 
(Rekp. Ossol. nr. 225 str. 139. — Dwa lata 35). 



Kopia listu Chmielnickiego do JMPana Strażaika 

koronnego. 

Wielmożny Mści panie strażniku koronny, a nam wiel- 
ce miłościwy panie i przyjacielu. Pan Bóg na to świad- 
kiem żeśmy tego nigdy nie życzyli, aby się krew chrześci- 
jańska lała, jednak że to musiało być, za nastąpieniem 
z wojskiem pana Potockiego na nas z przejrzenia bożego, 
usłyszawszy my jako najniższe sługi JKM. i wszystkićj 
Rzeczy pospolitśj o zejściu z tego świata ś. pamięci króla 
JMści rzewnie tego odżałować niemogąc, ordę zawróciwszy, 
i posłów naszych do JKM. i wszystkiej Rzeczypltćj oświad- 
czając wierność i poddaństwo swoje wyprawiliśmy, życząc 



204 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



sobie tego pod taki żałosny czas korony polskiśj, aby przy 
całości i my jako wierni słudzy JKjM. i wszystkiój Rzeczy- 
pospolitsi będąc nieodaiieuuemi przy spokojnem życiu zo- 
stawać mogli, który nie \v pokój i wojnę pod inUrregnnm 
Ksżę Wiśniowieckie, nie respektując na to, żeśmy go jako 
w rękach mając z za Dniepru obesławszy listami naszemi, 
upewniając go tak na zdrowiu, jako i wszystkich majętno- 
ściach i sług JM wszczął, pono chce być naśladowcą i)aaa 
Potockiego, jakośmy zrozumieli z listów od Ks. Wiśnio- 
wieckiego do Moskwy ])isanych, azali jego zamysł i)an Bóg 
inaczćj obróci. Jako i WMNaszego wielce MPana na sta- 
łość lat i krwawe zasługi w różnych ekspedycyach JKMci 
i wszystkiej Rzeczy pltćj nastąpiwszy, z dziedzictw i starostw 
WMMMP. oraz wprzód do niełaski JKM. i wszystkiej Rze- 
czypltej wypędził. O czym tak rozumiejny, tego w krót- 
kim czpsie pan Bóg skarze. Jednakże my na to pamięta- 
jąc, że WMMMPcn i przyjaciel nasz, pod nieszczęśliwy upa- 
dek i udanie nasze do pana chorążego koronnego, gdy już 
przyszło było nam do pożegnania tego świata przyczyną 
być raczył, za co pan Bóg WMNaszemu MPanu i doł)ro- 
dziąiowi nadgrodą wieczną niech będzie, żem j^'szcze z ła- 
ski bożćj zdrów, tedy my mając taką miłość od WMM]\lPa- 
na usługami naszemi odwdzięczać gotowiśmy, a względem 
nieprzyjaźni wielkićj Kscia W;śninwi(^3kiego prztciwko nam 
i wojsku Zaporowskiemu jako i WMMMPanu nieprzyjacie- 
lem jest, życz} my sobie te^o, abyś WMMMP.-fU i dobrodzićj 
na starość lat swoich krwawe zasługi i odwagi przy spo- 
kojnem życiu na odmianę dziedzictw i starostw swoich na 
Lubniach i wszystkim Zadnieprzu majętnościach Kscia Wi- 
śniowieckiego jako pan zostawać raczył, i do nas ]»rzyja- 
cioł swoich wiecznych pośpieszał się, gdyż my dodamy 
WADDlPanu tak kozak()w goflnych z wojska naszego z ar- 
matą jako i ordy ilebyś WMMMP. })Otrzebował, aby ten 
nieprzyjaciel WMMMP. i nas Ks. Wiśniowiecki, który si'; 
nad wszystką Rzecząpltą i IcbMMPP. senatory wynosi, po- 
ciechy zdradą swą nie odnosił, a ponieważ tak wiellca mi- 
łość jaśnie oświeconego Księcia JM. Zasławskiego wojewody 
s:indomirskiego PNM z przodków JM. przeciwko nas naj- 
niższych sług swoich, jakośmy zrozumieli z listu Kscia JM. 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 205 



we wszystkich prośbach naszych, racz WMMP. z łaski swej 
pańskiej do Kscia JM. być przyczyną, i cokolwiekby Ksżę 
JMPNM. miał zamysłu pod taki czas, żeby się z miłościwej 
łaski swej ])aMskiej z nijniższemi sługami swomi raczył się 
znosić, i z nami nie zawod/ić, gdyśmy w takim doznaniu 
łask i przyjaźni z przodkijw Kscia JMPN^i. za najmniejszym 
pisaniem listowem gotowiśmy na usługę KSJM. A w ostat- 
ku wielce a uniżenie prosiemy, abyś WMMMPan był przy- 
czyną za JMPanem Ivołontajem, który [josłeni do nas od 
Kscia JM., którego zawsze wdzięcznie jako przyjaciela przyj 
mujemy, aby był na onego łaskaw, gd\śmy uniwersały na 
wszystkie majętności Kscia JMci za żądaniom JMPana Ko 
łontaja wydać surowie rozkazali, aby w całości majętności 
zostawały, prócz Makarowa, i powtóre uniżenie prosiemy, 
abyś WMMMPan nie wątpiąc nic z osobą by i samo wtór 
raczył się pośpieszać, nie powierzając wszystkiego w liście 
naszym, gdy pan Bóg WMMMP. do nas przyjaciół swoich 
raczy przyprowadzić, wtenczas się o wszystkiem naradzimy, 
bo już kilka listów do WMMMP. przez różne osoby pisali- 
śmy, tak rozumiem, że żaden nie doszedł Ale teraz skoro 
to pisanie moje WMMMP. oddane będzie, tedy się racz po- 
spieszać do nas sług swoich i Kscia JM. PNM. racz pro- 
sić, aby w nieodmiennej łasce swej pańskiej chować raczył, 
i łaskawym był jako i przedtym. A przytym oddając z naj- 
niższemi usługami naszemi życząc te^ro , aby pan Bóg 
WMMMPana w dobrym zdrowiu według zamysłu naszego 
i wszystkiego wojska Zaporowskiego do nas przyniósł. W^ Pa- 
wołoczy 29 Juli 1648. 

WMMMPanu i dobrodziejowi cale życzliwy 

przyjaciel i najniższy sługa. 
Bohdan Chmielnicki hetman z wojskiem 
Zaporowskim ręką swą). 
(Rękp. Ossol. nr. 225 k. 1 13. —Dwa lata 54). 



206 DZIEŁA- KAROLA SZAJNOCHY. 



5S. 

Kopia listu od JMści pana Podczaszego koronnego 
do JMści Ksdza Arcybiskupa Gnieźnieńskiego. 

Dnia wczorajszego przysłał do mnie JMość hospodar 
wołoski sekretarza swego z kredensem, który ja odsyłam 
\VM. panu. A co mi przy tyra kredensie powiedziano, krót- 
ko /ic/e solita wypisuję. Naprzód że po pierwszycłi emirach, 
o których pisał, wyszły i drugie surowo nakazując, jaby 
żadną miarą nie ważył się han do polskich państw wtar- 
gnąć, abrenuncyował przymierzu z kozaki i żadnój /idsti- 
liłalem państwom koronnym nie wyrządzał. Z tym wtorym 
poselstwem posłano własnego rezydenta jego z Kapidzi Pa- 
szą. Potem die 18 Juli posłano znowu do Porty i' znacznego 
człowieka Kapidzi Kilanę po to, aby IchMMPP. hetmanów 
i innych więźniów odebrano od hana i inszych Tatarów, 
także zakazano wszędzie i w Konstantynopolu, aby nie ku- 
powano więźniów uasz>.^, i silistrzyńskiemu Paszy rozka- 
zano, aby ich brał gwałtem od Tatarów, co on już począł 
exequi. Sprawuje to dexteńtas hospodara JMci, który uka- 
zuje Turkom, że wojska wielkie ściągają się, że pericuLum 
jest, aby poskromiwszy kozaków, albo się z nimi uspoko- 
iwszy, nie obróciliśmy arma na Turki, będąc tak enormiter 
lae.śi od Tatarów, r^^ez których nam się tak praejudtciosum 
stało w przymierz^ poprzysiężonym. Powieda że posłał 
listy moje do siebie pisane w tój materyi do Porty, które 
jeśli taki effekt uczyniły, jako daleko więcój od WMMMP. 
irimaie Regni uczynić by mogły in eundem sensum pisane: 
a przytym kiedyby si eż potwierdziło było, wcześnie przez 
posła człowieka jakiego sprawnego i spraw tureckich wia- 
domego, którego kiedybyście WMMMPanowie wyprawili byli 
dawno, jakom o to prosił, ledwo nie assekuruje hospodar 
JMć, że Tatarów od tego związku z kozakami oderwalibyś- 
my byli, żeby nam więźniów co przedniejszych wydali byli 
i żebyśmy byli ab hac parte assekurowali Hempublicam, co 
jako wielka rzecz jest, uważyć każdy może. Ten pan Ka- 
zuba młody słyszę człowiek, i tureckich rzeczy niewiadomy, 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 207 

jeśli jako poseł jechał parum dignitalis to poselstwo będzie 
miało, jeśli jako goniec, tymże kosztem albo mało^co więk- 
szym, odprawiłby był te tu poselstwo człowiek, coby był 
par negotio huic, bo się tu tacy znajdują, co już takie fnnk- 
cye nieraz odprawowali szczęśliwie. To najgorsza żeśmy 
eu tarditate wyprawy posła to sobie sprawili, że emiry nie 
tak prędko hana dojdą, a on już na koniu siedzi, i jeżeli 
Dniepr przejdzie, już go pewnie zakaz od Porty nie zatrzy- 
ma. Atoli przecie in omnem ecenlum życzymy wyprawić te- 
go posła i listy dać do hospodara JMci, który zaprawdę za 
takową fidem in Rempublicam godzien wielkiego podzięko- 
wania. Naszych zaś rzeczy statu.s z tymi rebellizantami co 
raz to gorszy, bo lubo we dwóch potrzebach pod Konstan- 
ty, owem poszczęściło się znacznie naszym, że jednak coraz 
to większej potęgi przybywa tym zdrajcom, musieli nasi re- 
tirować się, a oni Konstantynów w oczach ich wzięli, i po- 
tym Zasław, Korzec i co dalej to bardziej serpit ten can- 
cer cum extremo Reipublicae mało. Jam tu pod Gliniany, 
nie mamy obaj tylko siedmset człowieka z księciem JMPa- 
nem wojewodą sandomirskim, który nie mógł do swego woj- 
ska przybyć aż tu pod Gliniany; do inszych województw 
kędy piszemy wymawiają się, że nie gotowi, lubelskie cho- 
dzi tu widzę od wioski do wioski, tu pod Gliniany nie chce; 
wszakiem prosił przez listy swe, aby zaraz na początku 
konwokacyćj decydować, kto ma hetmanem być, by już tę 
ambicyą przeklętą i te fakcye praecidere i skończyć, bo je- 
żeli tak każdy powiat takiego sobie będzie obierał regimen- 
tarza jako zechce, będą scopae diss'olutae., a my zginiemy. 
Lwów koniecznie opatrzyć trzeba, powiat joden dosyć temu 
nie uczyni, rozumiałbym abyś WMMMPan cum ordinibus 
Regni zlecił to regimentarzom wojska, aby po jednej kom- 
paniej z pułku każdego województwa dali na osadzenie Lwo- 
wa i Kamieńca, bo uchowaj Boże zgubić te dwa miejsca, 
a nakoniec kiedyby Lwów zginął, nie wiedzielibyście WMMM. 
Panowie co się z nami dzieje, i posiłki by do nas dalsze 
nie mogły przychodzić, i z listami nawet już bezpiecznego 
by nie było przejazdu, ale coby ze Lwowa zginęło, prochy, 
działa, pieniądze, których tu privati dosyć nawieźli, łacno 
uważyć, uchowaj tego Boże odjęliby wojsku naszemu wszyst- 



208 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY 

kie prochy i óu/zsif/tu, i swemuby tak wiele przyczynili 
wszystkiego, że o tym pisać trudno. To wszystko pro fide 
mea oznajmiwszy WMMMP. przed Bog:iem moim oświad- 
czam się, że cokolwiek muli prafcidi w ojczyźnie, tom wcze- 
jśnie i podobno do uprzykrzenia oznajmował, łubom respon- 
sów na to albo nie miewał, albo bardzo nierychło. To już 
kilkanaście razy sine elfectu przypominam, że pieniędzy 
i szeh^ga na wyprowadzenie armaty do obozu nie masz, 
i choć tu pan Siemianowic przyjechał, nie przywiózł pienię- 
dzy tysijjca złotych spelna, lubo jnko słyszę, pan Arciszew- 
ski wziął dwadzieścia tysięcy kwarty, których nie mi^ł za- 
prawdę obracać na co inszego, jeno na tak G^wałtowną 
Rzeczy pitej potrzebę; jam teraz musiał dać znowu kilka 
tysięcy złotych swoich panu Siemianowiczowi na furmany, 
bobyśmy byli i żadnego działa w obozie nic mieli. Dałem 
był pierwej dla armaty co z panem Osińskim przyszła czte- 
ry tysięcy, które mi już pan i)odskarbi wrócił z łaski swój, 
ale że wziął membran mój na to, proszę abyście WMMM. 
PP. kazali fuitm meam eliberownć panu Arciszewskiemu. 
Wczora znowu dałem trzy tysiący złotych, które proszę, 
aby mi pan Arciszewski wrócił, i przysłał więcej pieniędzy, 
wszak to wódz doświadczony, i w tym kunszcie około ar- 
maty dobrze wyćwiczony, wie dobrze jakiego sumplu potrze- 
ba do armaty w obozie. Proszę wielce o te trochę pienię- 
dzy, bo ja tego nie wiele mam, bym miał jako nie mam, 
jeśli vilam et sami^uinem dla ojczyzny nie żałuję, i pieniędzy 
bym nie żałował, kiedybym ich miał. A o to ]}ei' salutem 
omnium nn^^trorum proszę, raczcie WMMMPP. chorągwiom 
powiat-jwym kazać się pośpieszać, bo kiedy nie rychło przyj- 
dą, daremny to będzie zawód tak wielki lizeczypltćj n.iszśj, 
i piorwój nieprzyjaciel wszystką Ruś opanuje, niźli oni nas 
posiłkują, i sami nakoniec zginąć będą mogli. A zatym 
się łasce WMMMPana pilnie oddaję. Pod Glinianami die 
4 Augusli 1648. 

(Rękp. Ossol. 225, k. 102.— Dwa lata 28). 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 209 



Kopia listu od JMci pana wojewody bracławskiego 
do JMKsdza Prymasa. 

lllmłrissime et Reterendissime Princep.s Domine Domine 

et Benefactor. 

Krótko pisze jako w ciężkim i nagłym razie; kozacy 
albo raczej plehs niezliczona już Korzec, Huszcz i Tejków 
przeszedłszy plondrują, igne ferro grassantur\ zamki, mia- 
sta wszystkie po sam Bug puste i Dubno odbieżałe, tak że 
żywej duszy nie masz. Nasi od Konstantynowa widząc, że 
już przebyć tego mnóstwa cłiłopów ani suhsisicre mogą, 
poszli ustępując nazad, a coraz głębiej idą w ziemie, cho- 
rągwie błąkają się tu po mm^i^.czkd.ch. nulla spes praesidiiy 
po samy Bug już żadnego szlacłicica nie masz, albo uszedł, 
albo trupem został. Cłimielnicki na swych miejscach i woj- 
sko jego. Posłowie wież to Bóg jeśli się przedobyli przez 
też congeriem armatae plebis. Przy mnie dwaj są PP. pod- 
komorzowie, co mamy począć? nie wiemy; passus wszystkie 
zawalone nieprzyjacielem, już tedy co przyniesie czas, to 
w ręku wszechmocności boskiej zostaje. Co się i nam sta- 
nie, jeśli będzie possihile przejechać ku Chmielnickiemu i je- 
śli i z tem swawoleństwem simulando ich być kozakiem 
przyjdzie jako witać się albo nie. Denigue nam samym 
żyć, albo zdrowiem tę ojczyźnie usługę pieczętować. Niech 
tym wszystkim pan Bóg dysponuje; WMMMPanu oznajmuję 
t7i quo statu ojczyzna. Ptadźcie jej, i sobie consulere, a z na- 
mi niech to pan Bóg uczyni, co jego ś. wola, niechże czuj- 
niej pilnują wszyscy etc. W Horodle o północy z ponie- 
działku na wtorek die 4 Augusti anno 1648. 

WMMMPauów i braci uniżony brat i sługa 
Adam Kisiel wojev;oda bracławski. 
(Rękp. Ossol. nr. 225 k. iio. — Dv,-a lata 68;. 



Dzieła Karda Szajnocky 7. IX 14 



210 1>ZIELA KAROLA J>ZAJXOCiiY. 



GO. 

Jaśnie Oświecony Książę Mości P. Wojewodo Sandomirski 
Mój wielce Miłościwy Panie i Bracie. 

Dotąd po złotym, któregośmy w ojczyźnie tćj swobo- 
dnie zażywali pokoju, przyszła Rzeczpospolita nasza, że le- 
dwo nie rzec może servi nostri dominantur nobis, .1 musi 
różnych do ujmowania tego chłopstwa szukać sposobów. 
Ofiarował tedy Ksdz metropolita kijowski, jako duchowna 
tejże religiej osoba ochotę swoją w tym, że chce zbuntowa- 
nego tego chłopstwa cohibere albo raczej retocare zamysły. 
Co jakośmy sam od JEMości wdzięcznie przyjęli, tak zara- 
zem i W. Ks. Mości tego kommunikujemy abyś i wiedzieć 
o tym raczył, i gdy się z nimi zetrze JMKs. metropolita 
mieć będzie koiuteligencyę lub przez listy, lub przez posły, 
lub też sam ab omni susptcioms nota był dacuus, ale jako 
na dobro ojczyzny naszej czyniący wolne miał z nimi tra- 
ktowanie, i w czymby mu conńlia WKsMości potrzebne 
były, abyś mu onych denegare WKsMść nie raczył. Łasce 
się przytym WKsMści jako najpilniej zalecam, die 10 Augusti^ 
1648. 

(Rękp. Ossol. nr. 231 k. 187. — Dwa lata, 77). 



ei. 



Kopia listu od JMści Paiia wojewody bracławskiego 
do Chmielnickiego die 12 Augusti 1648. 

Panowie starsi wojska Zaporowskiego Ptzeczypltej, PP. hetmani, 

assawułowie, pułkownicy, setnicy i wszyscy mołojcy 

mnie wielce mili panowie przyjacielowie. 

Przypominać nie clicę, tylko samym majestatem bo- 
żym oświadczam się, jaki mój był i jest affekt dawny zwy- 
kłśj przyjaźni ku wojsku WMściów. Posłowie przytym 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 211 

WMm. według swego sumienia mogę powiedzieć, jakom za- 
wziąwszy między Rzecząpltą, a WMm. uspokojenie na sej- 
mie pracował, i za łaską bożą. do tego przyprowadziłem 
cale że wszystka Rzeczpospolita postanowiła na słuszne 
uśmierzenie tej nieszczęsnej domowćj mieszaniny komisyą, 
i mnie samemu powierzyła traktatu tego z W^I., dawszy 
mi IcliMMMPP. kolegów, aby mi dopomogli tej pracy życz- 
liwej i na obiedwie stronie pożytecznej. O czem ja pisa- 
łem cztery listy do WMM. dając znać o tern wszystkiem 
lecz kiedy zastałem tu teraz do Łucka złączywszy się 
z IchMMMPP. kolegami mymi, nowe zamieszanie i niespo- 
dziewane miast, zamków i domów naszycłi splondrowauie, 
gdzie i moja już niemal ostatnia majętność Huszcza i za- 
mek są wyrabowane, zbiór mój wszystek zabrany, a ci któ- 
rzy to zrobili, do wojska WMM. powTÓcili, jako mi wiado- 
mość jest dana. Tedy nietylko ciężko zabolałem na własną 
szkodę moją, ale też i jeszcze więcej na to, że W^M. słowo 
swoje mnie daliście i upewnienie do zwrócenia posłów swo- 
ich zostawać w pokoju, a ja zaś Rzeczypospolitej ślubowa- 
łem; teraz nowe zabójstwa, mordy, zamków i miast poplon- 
drowanie, krwie chrześciańskiej rozlanie zastałem, i domów 
bożych nietylko polskich ale i naszych ruskich spustoszenie, 
zostawać muszę u wszystkiój Rzeczypospolitćj w niemałeni 
rozumieniu, o czem da pan Bóg z WMMść szerzej mówić będę. 
Lecz na ten czas rzecz moją do tego prowadzę, że za rzecz 
mam podobną, iż moje listy nie doszły WMM., bo nie wiem 
jeżeli i posłańców moich nie pozabijano i listów moich nie 
poodejmowano, gdyż tak u nas słychać, że swawoleństwo nie 
życzy uspokojenia, tak że i posłowie WMM., jako mi słu- 
dzy moi dali snąć aż Polesiem przebijali się, i nie wiem 
jeżeli się przebrali do W^MM. Przetoż w tak ciężkim opa- 
le będąc, inaczej nie mogłem postąpić sobie, tylko tak że 
tu w Łucku z IchMMPanami kolegami mymi zatrzymywam 
się, posłów wysławszy, jeden list mój spoiny z IchMMPa- 
nami kolegami moimi dałem, a ten drugi list osobny od 
samego siebie posyłam. Przez moje wszystkie zadatki chę- 
ci i przyjaźni od tak wielu lat wojsku Zaporowskiemu, a na 
ostatek przez wiarę świętą prawosławną mnie z WMM. 
spoiną żądam WMM., nie chciejcie WMM. do końea wydać 



212 'JZULL\ KAROLA SZAJNOCIIY. 



mnie w słowie wszystkićj Rzeczypltćj, a na tein miejscu, 
gdzie zajdzie przez pany posły to moje pisanie WMM. sta- 
nąwszy z wojskiem tern, którzy plondruja i poplondrowali 
dobra Rzeczypltój, rozkazać poniechać takowej wyuzdanej 
swawoli, i odprawiwszy tych panów posłów, oznajmić mi, 
gdzie mam pospieszyć z IchMMPanami kolegami do WMM. 
Ja bowiem przywiodłem do tego Rzecząpltą, i wziąłem to 
na się, żeby wojska koronne i W. Ks. L. na osobne miej- 
sce zgromadziły się, a ja sam z IchMMPanami kolegami 
mymi mam traktować z WMM. za pomocą bożą a wierną 
pracą moją, dalszego krwi rozlania nie dopuszczając, tę 
nieszczęśliwą krwawą tęczę, która nieoymlnie jest plagą 
bożą nad nami wszystkimi rozwieść jako najprędzćj. By- 
wają i w pogaństwie i niedawno były wnętrzne zamiesza- 
nia, prędko jednak obaczywszy pogaństwo, iż tu jest zguba 
ich, sami między sobą wskok miarkują się, i tak więc ogień 
gaszą. Toż co perswadowałem Rzeczyptśj toż i WMM. per- 
swaduję, nie dajmy oczom pogańskim paść się naszą mie- 
szaniną i rozerwaniem, a co większa obc3'm wszystkim, na- 
ostatek i pogańskim narodom; gdy wojsko WMM. dało kie- 
dyś swoje rycerskie słowo, zawsze dotrzymało, nie może to 
tedy być jedno z wielkim żalem i podziwieniem, że teraz 
takie się rzeczy podziały i po dziś dzień dzieją, gdyście 
W^MM. posłów swoich do Kzeczypospolitćj wysłali, i ubez- 
pieczyliście wiarą swoją i pokorą a potym przez instrukcyą 
wyraziwszy od wszelkicłi nieprzyjaznych podstępków zatrzy- 
manie się takowe WMM. ponowę uczynili. Niechże sam pan 
Bóg przeniknie wierne poddańskie serce WMM., żebyście 
się WMM. obaczyli, a ja łubom już szwankował na maję- 
tnościach moich, żebym przynajmniśj nie szwankował na 
cnocie i wierze u wszystkiej ojczyzny, i wolałbym sam paść 
trupem, niżeli za takową odmianę na takowy przychodzić 
Rzeczypltej termin. AVięcej mi żal pisać nie dopuszcza. 
Tym list mój kończę i mocno dufam, że ani swojćj ani mo- 
jćj wiary u wszystkiej Rzeczypltćj nie zechcecie WMM. do 
końca zmazać, ale jako najprędzćj przy PP. posłacłi na- 
szych i swoich posłów przeciwko nam posłać. Mocny jest 
Bóg wszechmogący, że w jednej godzinie poprawi wszystko, 
gdy ja do WMM. z wiernym i życzliwym moim affektem 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 213 



pośpieszywszy, sam ustnie to, co mam od lizeczypltćj zle- 
cono sobie opowiem, i to co za tym uieszczęsnem zamie- 
szaniem następuje przełożę, a teraz szerszeni pisaniem nie 
uprzykrzając się za WMM. pana Boga proszę, abym jako 
najprędzój w^szystkich WMM. moich dawnych i życzliwych 
przyjaciół oglądał w dobrem zdrowiu, których sie zalecam 
życzliwój i dawnej miłości i przyjaźni. 

(Rękp. Ossol. Nr. 225 str. llS.— Dwa lata 69). 



die 13 Augustu 

Z relacyi protopopa jednego z Konstantynowa to ma- 
my, że Chmielnicki w przeszły piątek, t. j. 8 praesentis 
obozem się położył z ludem swoim pod Markuszami pięć 
mil od Konstantynowa, do którego expedito consilio miał 
się ze swymi sam zaraz ruszyć i tam nieco pomieszkać. 

Assaw^ułowie jego rachują wojska 150,000, ale my 
doszli prawdy, że nie masz więcej nic prócz 118,000, a 600 
Tatarów między tymi pułków 70,000 pancernego żołnierza, 
16,000 Krzywonosa, zaś czerni trzy pułki, których rachują 
ludzi 40,000. Naszego zaś wszystkiego wojska tak Rze- 
czy pltćj, jako i panięcych ludzi 9,600. 

Krzywonosa z pułkownikami jego czterma miał dać 
do dział przykować, o to że mimo jego zakaz ważył się 
miast dobywać, kościoły łupić, panny gwałcić i inne eno?'- 
mia czynić, aleć nazajutrz odkować ich rozkazał, a podobna 
raczej mu się okupili. Konstantynowscy i Międzyboscy 
o powrócenie koni do Chmielnickiego przychodzili suppli- 
kami, którym kazał powrócić wszystkie, jednak nie bez 
okupu. Z obozu pod Gliniany die 13 Augusti 1648. 

Tuteczny obóz gliniauski wszyscy mijają. Lubelskie 
chorągwie pod Tarnopolem, idą pod Lachowce do szwagra, 
szkody w Złoczowie poczyniwszy srogie. Kamieniec na cien- 
kićj nici, Lwów także, jeżeli ratunku i odsieczy nie będzie, 
a potym miłosierdzia Chmielnickiego, die 13 Augusti. 
(Rękp. Ossol. 225 k. 12'. — Dwa lata 76, 82). 



214 DZIELĄ KAROLA SZAJNOCUY. 



63. 

Kopia listu od JMP. Łukasza Miaskowskiego sę- 
dziego podolskiego do JxMP. podkomorzego 
lwowskiego. 

Przed kilką dni namieniłem krótko WMMMPanu przez 
pocztę trembowelską co się z Barem stało, teraz oznajmuję 
iż się zła nowina albo nigdy albo rzadko odmienia. A to 
już Bar tak wielkie miasto z potężnym murowanym zam- 
kiem, z armatą Rzeczypltćj, i ze wszystkim w poniedziałek 
przeszły przepadło wprzód dla diffidencyój, a potym dla 
nieostrożności niemieckiego regimentarza, który na raku 
wlokąc się z Warszawy dokoła, krążąc ode Lwowa na Ło- 
siaszą. Skałę, Orrainy, Dunajgród, zaś na Burkowce, na 
Szelechów, die 3 praesentis przyszedł do Baru; nazajutrz 
zaraz o południu zebrawszy się w Żółtuszkowie nastąpiło 
na niego to bobowe i dniestrowe hulstjstwo; wysłał Kul- 
czego w kilkudziesiąt koni z swoimi, a potym i Niemców, 
ale zaraz potężnie nastąpili, i na nich w bramę wjechali 
i za pierwszym impetem strzelając, ujeżdżając, miasto 
Czemeryskie wzięli. Niemcy niebożęta, którzy przez wszystek 
czas jako odważni kawalerowie dobrze stawali, odstrzeli- 
wając się, jedni mostem zrzucając go za sobą, drudzy wpław 
do Lackiego miasta uchodzili. We środę i we czwartek 
pułki przychodziły, i do koła miasta obtoczywały, szańcami, 
sztakietami, hulaj grodami. We czwartek nasi wypadłszy 
odjęli im jedną czerwoną chorągiew, w piątek rano uczyniła 
się taka mgła, że jeden drugiego nie widział pod którą ze 
wszystkich stron przypuszczali do szturmu; nasi wszystko 
pracsidium obrócili ku grobli, ku młynom gzie w^ału nie 
było, jedno ladajaki parchan; oni za zdradą Rusi, tam 
okrzykiem i ostępem następując, tu od zamku między zam- 
kową a iwanoską bramą, gdzie naszych nie wiele było, 
i jeden od drugiego daleko stał, bo najlepsze fosy i wały. 
po drabinach i po sękowatych okrzesanych (po których po^ 
spolicie z najwyższych dębów krogulce i gołębie zbierają) 
drzewach na wały weszli, i tył naszym od zamku wzięli, 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 215 

bez respektu Rusina nie Rusina ścinali, tak iż i dwudziestu 
Niemców z JMPanem Potockim nie uszło do zamku. Na- 
pełniwszy miasto plondrowali i częścią szturmowali do 
zamku, zkąd icłi armatą rażono, częścią na złąchodę Nvołali, 
i na mieszczan}', aby szli do miasta, a ieść dla nich wa- 
rzyli. W sobotę rano wysłał do nich JMPan Potocki wprzód 
popa z listem, potem Kulczego traktując, i sam in fidem 
ich po drabinie wyszedł do nich, i dostał się do opieki 
i warty pułkownika Bracławca. Obiecali byli zdrajcy wszyst- 
kich z zamku wolno puszczać, gdy rano w niedzielę wycho- 
dzić i wyjeżdżać poczęli, aż widząc że obrawszy ze wszyst- 
kiego ścinają i mordują sine discrimine wszystkich, znow^u 
się zawarli kilkanaście Niemców z Żydami i z niektóremi 
obywatelami, i cały się dzień potężnie rażąc z armaty bro- 
nili, ale tych z obudwu kościołów i dzwonicy dominikań- 
skiej bardzo psowano. Tandem w nocy fosy opanowawszy, 
i z niektórą Rusią w zamku będącą porozumienie mając, 
w poniedziałek kilka godzin na dzień zamek częścią przez 
moc, częścią przez zdradę Rusi opanowali, bo chociaż za- 
mek wzięty, przecie jednak ci kilkanaście Niemców z sto- 
łowej izby i z pokojów wielkiego gmachu tak się bronili, 
że jeden na drugim poległ. Bieleck. mój woźny, któregom 
był posłał ztąd z listem JMP. chorążego koronnego do 
mnie pisanym do pana Kalińskiego i p. Broniewskiego (bo 
JMPan starosta swego do nich nie posłał) aby się byli 
z Baru nie ruszali, nie mogąc przejechać z JMPanem Po- 
tockim, tak przybył i był przy nim, aż się dostał Bra- 
cławcowi, a sam się wychylił przysięgając iż go za lazukę 
nie mając na drodze pojmali, i ten mi tę relacyą czynił, to 
przydawszy, czego ja vvypisywać czasu nie mam, jakie uci- 
ski, jaki łoskot, jaki krzyk, jakie lamenty były, kiedy 
w miasto wpadli i z chorągiewkami po rynku wywijali. 
Kiedy zaś ostatnim szturmem zamek wzięli, cokolwiek ge- 
nera na świecie tyraństwa i okrócieństwa i bestyalstwa tego 
zażywali: na koło miasta i po mieście po wszystkich uli- 
cach pełno trupów, zdrajców było więcej, potym w^ziętemi 
w zaniku porównywali. Pułkownikami Kuszka szlachcic 
bracławski, drugi pop, trzeci Habacz, czwarty Bracławiec 
piąty Stępka; posłali zaraz do Krzywouosa pytając o zda- 



216 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



nie Chmielnickiego, co mają czynić z zamkiem z armatą 
(ową znaczną): z prochami, ołowiami i z panem Potockim. 
^Vczora burmistrz późno przyszedł ztamtąd, toż wszystko 
potwierdza, bo to infeticiłas nasza, iż podjazdy we stu, 
w półtora set koni nasze, nic nie przynoszą, jeno wsi łupią, 
poddanych depaktują, i to mpertum genus drażnią, sami 
myśląc o zdradzie, gdyż JMPana halickiego poufały jego 
szlachcic zdradził. My tu w takiój machinie, dopiero kiedy 
na onych przychodzi, widzimy, iż źle bez piechoty, iż w ko- 
pikach, w łuczkach nulla spes^ dopiero do nas do muru. 
ale po Hobie patrząc sążmy rarinanies in gurgite vasio^ 
i rachując się dobrze między sobą, gdy lacki urząd przy- 
szedł do nas, iż jest pod pięć tysięcy w mieście Rusi co 
im nie ufają, i między dawną 200 piechoty 140 najwięksi 
zdrajcy. Jużeśmy się sprzysięgli stać przy sobie do środy, 
najdalej do powrotu naszych PP. Strzyżowskich, bo jeśli na 
nas nastąpią^, bronić tak wielkich ruin ani sposobu ani po- 
dobieństwa nie mamy, co WMMMPan z listu, którego tu 
posyłam przepis, raczysz wyrozumieć. Powolne zaczym i uni- 
żone posługi moje oddaję w łaskę WMMMPana i dobro- 
dzieja. W Wonkowcach wyrzucili kości pana Zamiechwskie- 
go i bestyalsko się nad nimi pastwili, i p. Czermińskiego 
kościorn i innych umarłych nie przepuścili. Zbytkowali się 
Lachy nad nami żywemi, a my też teper nad kościami 
i nad ditamy waszemi budem. W Baru zaś horrenda paira- 
bant w kościo]kach, na ambonach i przy ołtarzach. W Ka- 
mieńcu die 15 Augusti 1648. 

Czekałem na okazyą, ale dziś rano dla tego, iż straży 
nie masz i nie było dobrej, nic a nic nie słychać, aż dano 
znać iż już pułki walą się przez Niedbor i następują, a my 
gotowości i ratunku nie mamy. Już podobno ostatni raz 
piszę mój dobrodzieju do WMMPana, bądź łaskaw na żonę 
i na dzieci jeśli ujdą. W Kamieńcu die 17 Augusii 1648. 
(Rąkop. Ossol. nr. 225 k. 128. — Dwa lata 60). 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 2 17 

« — . — . -^— . 

64. 

Z obozu pod Glinianami 25 Augusti 1648. 

Nasi Major es Poloni spadli z sławy i reputaty swojej, 
kiedy nas tak długo ratować nie chcą, kiedy na raku idą. 
Już ztąd jutro ruszamy się wszyscy nie cało 2000 ku nie- 
przyjacielowi prosto. Aza przynajmniej sandomirskie cho- 
rągwie pogonią cnotliwego kasztelana i pułkownika swego. 
Kuszył tutecznych PP. regimentarzów pan wojewoda kijow- 
ski i Jeremiego proroka prośba, na co panie Boże daj 

szczęście. 

Woj. MP. L. mpp. 

(Rękop. Ossoł. 225 k. 131. — Dwa lata 84). 



GS. 

Die 26 Augusti nad Glinianami w obozie przed 
pobudką i ruszeniem 1648. 

Com pisał wczora do JMci l^^siędza poznańskiego nie 
dobrze, to dzisiaj gorzśj jeszcze, racz WM. przeczytać, a już 
odżałować nas bośmy zginęli, niebędzieli wielkićj bożej ła- 
ski i miłosierdzia, nie od ręki pogańskiej kozackiej zginie- 
my, ale od braci naszej nieszczęśliwej, że ratować nie 
chcieli, ani chcą obiecawszy. Przyjdą na pogrzeb i popiół 
lwowski. Już idzie wojsko ztąd w dziewiętnaście chorągwi 
naszych dobrze rachując 1,500 do boju, nie widać nie sły- 
chać nikogo więcej oprócz kilku sandomirskich chorągwi 
gdzieś blisko. Od pana starosty krakowskiego wczora były 
listy z Dąbrowy od Wisły samej. Z traktatów nic tylko 
śmiech, rozkazał do pana Kisiela Chmielnicki że we Lwo- 
wie z nim traktować będzie. Idem ąiii supra. 

W kilka godzin po W7prawieniu posłańca WMMMPana 
przyszły mi listy z Konstantynopola z tą wiadomością, iż 



218 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

9 Ałtguófi janczarowie w Konstantynopolu wielkie motus 
bardzo wzruszywszy cesarza ottomauskiego ad perpeluum 
carcerem wtrącili, a za cesarza sobie obrali syna jego imie- 
niem Sułtan Mechmeta, któremu tylko lat ośm jest. Wezyra 
przeszłego na szablach roznieśli: rozumiem iż z tćj odmiany 
cesarza tak ladajakiego lepiśj rzeczy pójdą; t§ ja wiadomość 
jako potrzebną WMMMPanu tego momentu posyłam. Znowu 
dano mi dziś znać jako hau Kapodzilas Kihaje odprawił. 
Ten gdy IchMMP. hetmanów rekwirował, odpowiedział mu 
han, iż PP. hetmani nie w mocy mojćj są, ale murzowie 
ich trzymają, którzy wojsko polskie z kozakami gromili, 
i hetmanów pojmali. Gdy zaś do murzów przyszło, murzo- 
wie mu calhegorke odpowiedzieli, że hetmanów nie wyda- 
dzą, bo tak wiele braci swoich w Polsce mają w więzieniu, 
których póki nieodiszczą, tych uwolnić nie mogą, a Porta 
ottomańska niech sobie postępuje z hanem jak chce. Teraz 
za tą odmianą cesarza, jako Porta z hanem dalój postąpić 
zechce, nie wiem. W tym też przestrogę WMMMPanu daję, 
iż han teraz do Tatarów budzi ackich posłał, aby gotowi 
byli, i skoro się miesiąc ten pokaże, aby się ruszyli. 
(Rękop. Ossol. nr. 225 k. 181, — Dwa lata 82). 



Punkta komisyi z Kozakami. 

Frimum punclum. Komisarze zjadą pro die 23 Augusti 
do Kijowa, i tam non 'obsianie umus pluriumque absentia 
przystąpią do komisyej, która we dwóch niedzielach expe- 
dielur najdalej na dzień G września. Assisienlia PP. komi- 
sarzów 2,000 ludzi p ropie r securilalein PP. komisarzów et 
decus Reipublicae. 

1. Więźniów którychkolwiek u siebie mają dimtUanl. 

2. Armatę wszystką w tym pogromie dobytą restiluani, 

3. Którekolwiek między niemi a ordą zachodziły kon- 
juracye abiurent i no^um Heipubltc-ae sacramenlum dicanl. 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 2 19 

4. W przysiędze to im dołożono będzie, że sie do ża- 
dnej fakcyej tak foris jak i infus nie będą łączyć, ale excu- 
bias agent na granicach swoich. 

5. Jeżeliby Rzeczpospolita potrzebowała operam ich 
albo na Tatary albo na morze, cum consensu jej excurrent 
i znaczną przysługą diluent admissum cri?nen. 

6. Chodak żadną miarą nie ma od nich r?'^/«;7' jakim- 
kolwiek sposobem, lubo na Tatary, lubo na morze, kiedy- 
kolwiek ich opera Rzeczpospolita utełui\ ale eiim siio prae^ 
sidio przy dispozycyej Rzeczypospolitej zostawać będzie. 

7. Których między sobą znajdą hersztów tych tumultów 
wydadzą komisarzom, z których PP. komisarze częścią tam 
ad exemplum poenas suraent^ częścią tu do Warszawy za- 
chowają na karanie. 

8. Supliki kozackie ex duplici causa originem ex facto 
et fundo infactum trudno może inąuiri za śmiercią tych 
którzy mogliby inculparl, albo już poginęli. 

In causis fundi będą moderowali PP. komisarze, co 
któremu z kozaków decessit niesprawiedliwie, aby to mogło 
restitui, Przytym się upominają listów ś. p. króla JMci 
o których oni powiadają, jako mieli na aukcyę 12,000 woj- 
ska sobie dane. 

9. Żołd oddano im, jako to interiit w tem zamieszaniu 
sami lepiej wiedzieć mogą, ale luboby ich nie doszedł, per- 
fidia stracili go, i nadto sobie spoliis nagrodzili, jednak 
jako już in abseąuium Reipublicae przez przysięgę redibunt 
nową służbę, stipendium pozwolą. 

10. Wolność do kumejskiej komisyej restringent, a jeże- 
liby nie mogli induci ad eandem disciplinani^ odstąpią PP. 
komisarze pereasławskiej i kuryko wąskiej komisyej. 

11. Datur potestas PP. komisarzom agendi z niemi, co- 
kolwiek będą mogli pro dignitate Reipublicae uczynić, pilnie 
tego postrzegając, aby inłestinum jako najprzędzej bellum 
uśmierzyli, a żadnego in Republicam udziału ani awulsiej 
jakich dóbr nie pozwolę. 

12. Po skończonej komisyej regestr kozaków spiszą i to 
cacebunt aby prócz tych regestrowych żaden nie śmiał sobie 
kozaka assumere. A jeżeliby IchMMPP. komisarze mutatio 
nem jaką in statu kozaków, w którym się teraz znajdują, 



oo„ DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

znaleźli, chociażby na Zaporoźe ujść mieli, prosequantur 
PP. komisarze fimctionem suam, aby do szczęśliwego skutku 
przywieść mogli. 

(Rękp. Ossol. nr. 225 k. 135. — Dwa lata 60). 



G7. 

Kopia listu JMPana Wojewody Bracławskiego do 
JMPana Wojewody podolskiego pod Karczówką 

7 Septeiribris 1648. 

Czekając na lepszą, konstelacyą i rezolucyą od Chmiel- 
nickiego, trzymałem posłańca JMPana podczaszego podol- 
skiego. Lecz że się dotąd ztamtąd z swoich nikt nie pojawił 
i z podjazdów tę przynoszą wiadomość, że po te wszystkie 
dni srogie mntus między kozakami były, a potym nastąpiły 
i caedes^ że ścięli kilku, i o samym Chmielnickim wątpią 
żeby był żyw, tedy żadućj wiadomości nie mając resumen- 
dae commissioms expedio tego posłańca i to pisanie moje 
daje do WMMMPana z niskim pokłonem moim. Oznajmuję 
i o tym, iż IchMMPP. kolegowie moi już o powrocie my- 
ślą funkcyą swoje widząc frustrałam, toż i mnie nietylko 
aftekcyiŁ moja podagryczna, która mię in dies barzićj oppri- 
mit, każe, ale też dolor anlmi, gdy exclusus zostawam a eon- 
siliis et confiderilia votis\ tedy prosequar teraźniejszą ojczy- 
zny naszej ticissitudinem^ a sam na dalszy czas jeśli mi 
pan Bóg zaszczędzi zdrowia zachowuję się; wiadomości już 
odemnie i od IchMMPP. kolegów moich nie wiem jakich 
dalszych WMMPP. oczekiwacie, aperta hostilitas, choćby to 
pan Bóg uczynił, żeby się miały powrócić traktaty, kiedy 
dotychczas żadnćj wiadomości nie było. Pewniejsza to, że 
już Chmielnicki nie żyje i moi posłowie, albo też Chmiel- 
nicki już poszedł za czernią swawolną i posłów deiineli taż 
hoslililas monet. Dziś albo jutro że się mieli ruszyć kozacy 
ku nam tak którzy w^ ich taborze byli powiedzieli. Umo- 
horyczyłem ja jednak jeszcze jedną osobę, która mi się 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 221 

podjęła być w taborze kozackim, dowiedzieć się o Chmiel- 
nickim i o posłach, a jutro powrócić, naco czekam. Siebie 
przytym łasce WMMMPana pilnie zalecam. 

(Rękp. Osscl. nr. 225 k. 156.— Dwa lata 91). 



GS. 

Kopia listu JMPaua Starosty sokalskiego do 
JMPana Kanclerza koronnego de data 13 

Septemhris 1648. 

My tu stoimy obozem milę małą za Czołhańskiem Ka- 
mieniem w tę stronę ku Konstatynowu obóz dotąd biparti- 
tus, bo książę JMść Wiśniowiecki z panem wojewodą kijow- 
skim, podolskim księciem Koreckim i z JMci panem starostą 
bracławskim (lubo ten opttmarum partium) osobno pół mili 
małej przez groblę i przeprawę. Tego okazya dotąd była 
prłmła książąt JchMci to o Łaszczą to o hajduków zbie- 
głych, liche bardzo ale uporne simultales. A interim quan- 
tum detrimenti w teraźniejszej nieprzyjacielskiej zawziętości 
rzecz sama jasna, potężne podjazdy kozackie splondrowali 
Łuck, Ostróg, Satanów, a sam. stojąc Chmielnicki od nas 
nic nie będąc turbowany między Konstantynowem a lasami 
mil pięć od obozu naszego oczekiwa (jako powiadają języki) 
oczekiwa ordy. Wczora sam pan Bóg złączył te diffidencye 
ojczyźnie szkodliwe; nomine JchMMPP. komisarzów posła- 
niśmy byli, JMPan Sandomirski i ja za pomocą bożą spra- 
wiliśmy in unum do rzetelnej imprezej puszczone w amni- 
styą spólne diffidencye. Szczęśliwie stanęła ta konzultacya 
pierwsza i ex voło całego wojska ^Yyprawione nasze zaraz 
potężne podjazdy, gromić puszczone ku Wołyniowi zagony, 
jako dotąd z łaski bożej szczęśliwie się nadawały, poszedł 
i jeden do samego wojska dla pewnego języka, które dziś 
oczekiwamy. Bo tak nieprzyjaciel w okopie swoim wojsko 
wszystko zawarł, że dotąd nie było possibbile mieć z sa- 
mego wojska regestrowego oprócz chłopstwa i buntowników 



22*2 DZIEŁA KAROLA iSZAJNOCHY. 

a jednego z pułku kaniowskiego przez ludzie księcia JM. 
Pana wojewody ruskiego pojmanego. Ten to twierdzi, że nie 
wiedz^i dotąd o naszem zgromadzeniu wojska, lubo tak bli- 
sko od nas. Jutro w imię pańskie ruszamy się ku nieprzy- 
jacielowi, nocleg pierwszy być ma ku Krasiłowi we dwóch 
milach od przeprawy jednój krasiło wskiej a od Chmielnic- 
kiego okopu drugie dwie, które snadź wyprawił przed nami, 
chcąc ubieżeć Konstantynów znowu opuszczony. Ruszenia 
naszego okazya list pana wojewody bracławskiego, który 
posyłam WMPanu i dobrodziejowi. Gdy to piszę przybiegł 
dopierusieńko w namiocie moim do JMPana chorążego, 
Zabuski kozak, który dziś uciekł z taboru Chmielnickiego, 
że Chmielnicki stoi od Konstantynowa w mili z tamte 
stronę, w^ojska jego na sto tysięcy, ale takiego zezmorzo- 
nego, bez strzelby dwie części większe, okopu żadnego ani 
ostrożności, wszystko wojsko na każdy dzień pijane, w tern 
upewnia, że gdy w mili będzie wojsko, zaraz przeda się 
konspirowauych regestrowych i zpraktykowanych przez nie- 
go więcćj niż tysiąc, nie rychłego tego ale dobrego dał pan 
Bóg języka, za którego relacyą (ale i bez tego) ochotnie 
rusza się dziś wojsko do tego nieprzyjaciela. Tenże Zabu- 
ski kozak o temże zapewnia, że ordy w tym tygodniu wy- 
glądają pewnćj, która gdyby ich omyliła dla prędkiego Ja- 
cesanu (?) przychodzićby im musiało, trwożyć z sobą, bo 
ten Zabuski drogo montonowany (?) przez ten czas zostawał 
w obozie kozackim od JMPana chorążego koronnego. 
(Rękop. Ossol. 225 k. 165. — Dwa lata 98), 



GO. 

Kopia listu JMPana Wojewody Bracławskiego 
w mili 0(1 obozu będącego do IchMMPP. Wo- 
jewodów Podolskiego i Kijowskiego i do 
IchMMPP. Komisarzów, 

Wziąłem wiadomość ze szlachcica Ihnatowskiego któ- 
rego mój podjazd wziął pod Krasiłowem i jam nie podej- 
rzanym widząc, ów potrzebnego widząc wypytawszy puścił, 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 203 



i że był nieborak skrępowany kazałem ukontentować i da- 
łem kartkę dla ochrony. Teraz go znowu wzięto i w wię- 
zieniu jest i mnie żem dał tę kartkę i wypuścił go nie 
mają za dobre. Dla Boga, długoż ta będzie diffidencya mię- 
dzy nami. Jednako ojczyznę miłuję, jednako mię nieprzyja- 
ciel petit, jednako wszystką substancyę moją zniósł, przecie 
reprobus nie ustawa rerum semus. l^roszę WMMPP. niech 
mi się to nie dzieje, bo porzucę wszystko. Oznajmię przy- 
tym WMMPP. iż zostając tu na sparzy już trzy nocy imi- 
gilare musiałem według języków potężnego obawiając się 
nieprzyjaciołów nastąpienia, i dlategoż posyłałem i tśj nocy 
na trzy nocy podjazdy do przepraw, które powróciły z ję- 
zykiem takim, że jakby wczora miał być sam Chmielnicki 
w Konstantynowie, jakoż bito z dział w nocy i u mnie sły- 
chać było, albo nad kuźmiuskim stawem już taborem stanął 
albo wszedł sam w Ivonstantynów, kozaków zaś zegnano 
zewsząd i sprowadzono, że ich nigdzie nie znajdzie, a wia- 
domość taż i wczora że ksiądz metropolit zatrzymany i po- 
słowie moi, snadź tymi irritatus^ i wczora przyszło coś 
kommunika przed wieczorem do Konstantynowa. Alterutrum 
spodziewać się albo odprawy księdza metropolity, albo ich 
zatrzymawszy potężny jaki podjazd wyszle. Mnie nie godzi 
się ustępować, jako pan Bóg pobłogosławi, tak się \vstrzy- 
mywać będę. Ta jednak WMMPanów procra&tinatio ruszenia 
się żeby nie była szkodliwa, stabtt alto judicio WMMPa- 
nów, jeżeli praeocmpamt nad kuźmińskim stawem Chmiel- 
nicki z swym taborem, nam wody nie masz, tylko pod 
Rosołowcami, i tak do położenia obozu. Mym zdaniem nam 
komisarzom zapytać go: traktujesz czyli nie? odprawujesz 
posłów, czyli nie? WMMPP. z wojskiem nastąpić. Jeżeli bę- 
dzie traktat, niech będzie, jeżeli wojna, tedy w imię pań- 
skie agoredi, ponieważ się wojska Rzeczypospolitej już do 
kupy zgromadziły. 

(Rękop. Ossol. nr. 225 k. 16S. — Dwa lata 108). 



2-24 DZIELNA KAROLA SZA.TNOCHY, 



TO. 

Po napisaniu listu wczorajszem do WMci oznajmuję 
WM. że tu wczora po odjeździe pana wojewody sandomir- 
skiego do Tarnowa przybyli PP. wojewodowie kijowski 
z ruskim i PP. starostowie różański, opoczyński, łomżyński 
i kilku inszych mizernie bardzo, osobliwie ruski komisera- 
cyi od wszystkich godzien, bo wszystko co miał na świecie 
stracił i sługi nawet i dragany z piechotą, kilkanaście tylko 
z nim rękodajnych; z towarzystwem na przedmieściu stanął, 
Ormianin jeden sprawił mu obiad i pościeli dał. Posyłał do 
nich pan podczaszy inwitując na dzisiejszą schadzkę i radę 
do Franciszkanów, ale się zaraz ozwali PP. wojewodowie 
obadwaj i łomżeński z disgustami swymi przeciwko niemu 
o mowy i plotki, że się bić nie chcieli, że de /uga inszych 
widzieli, do czego się nie zna pan podczaszy; idziemy z pa- 
nem podsędkiem i pisarzem jednać ich i prosić do koła. 
Multui7i accederet Lwowu, kiedy by tu ruski został i podjął 
się regimentu, czego się zbrania niedostatkiem, stratą wszyst- 
kiego wymawiając, wielkie serce do niego ma wszystko ry- 
cerstwo, wiele ich ożywa się zostać, jeżeli on zostanie i re- 
gimentować będzie. Pan margrabia i pan Koniecpolski Ale- 
ksander powrócili tu do Tarnopola z całemi chorągwiami 
swymi, bo niedochodzili wojska. Dla Boga żywego zagrzejcie 
tam pana wojewodę ruskiego listami, i pieniędzy co dajcie 
aby tu został, i do Zamojścia, gdzie małżonka jego jest, nie 
odjeżdżał. Jużby tu dla Boga i kościelnych skarbów ruszyć 
trzeba, bo i kościoły giną. Ksiądz Itayżanowski bosy re- 
format pokrewny nasz przyniósł wczora srebro swoje do 
koła, i dawał smętnym płaczącym żołnierzom po czerwone- 
mu złotemu, przyjmowali z dzięką, wielka miłość i cnota 

jego. 

{Rękop. Ossol. nr. 225 k. 176. — Dwa lata 125). 



71. 

Nie doczekałeś się WMMMPan wesołych awizów, czego 
panie Boże się pożal. Już z gruntu na głowę praectpilatur 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 



et pericliłałur ojczyzna miła. Ruunus in ruinurn^ in casum 
et occasum^ prędzej Cbinielnicki doczekał się Tatar, których 
wy wróżył przecie pau sędzia rodzony mój i postrzegał usta- 
wicznie nawet i sam hospodar JMci pana podczaszego ko- 
ronnego, ale kolegowie wiary nie dawali. PP. książęta trzy 
dni się pod Swiatczem jednali, trzy dni pod Czołhańskim, 
a cztery dni deliberowali, jeśli bić Kozaków, niżeli ordy 
przyszły, bo budziacka i dobruska we środę tylko przyszły, 
krymska do łupu do podziału tak srogich odbieżanych do- 
statków i armaty. Piechota wszystka zginęła. O panu Osiń- 
skim jedni twierdzą, że żyw, drudzy że w okowach. Pano- 
wie wojewodowie już tu są,, kijowski z ruskim. Pan podcza- 
szy koronny, PP. starostowie lwowski, lubelski, rogoziński; 
rotmistrzów, poruczników kilkanaście, towarzystwa kilka 
set. Jutro znowu connilium będzie rano. Małśj rzeczy nie- 
dostaje, pieniędzy dla połatania i pożywienia towarzystwa, 
bo wojska dobrego, kiedy by te dwoje były rekwizyta. Ta- 
tarów z chłopstwem in momenła wyglądamy. Lwowu ratunku 
nie chcecie dać, ani chcecie, zginęła i gwardya królewica 
JMci Karola, która nie chciała przy Lwowie zostać. JMPan 
Michał Firlej dopiero tu przybieżał ranny samowtór, stracił 
chorągiew, dobrą ma sławę, do ojca bieży w Podgórze do 
pana starosty trembo wolskiego nepos i pronepos ^YM. ze 
Lwowa die 27 Septembrus 1648. 

(Rękp. Ossol. nr. 225 str. 176. — Dwa lata 106). 



f^iT^ 



Dzisiaj przed południem było koło u Franciszkanów 
w kościele, ze trzy godziny czekaliśmy panów, potym z pół 
godziny jednali, o mowy i o plotki płonne. Tandem zasiedli 
panowie wojewodowie kijowski z ruskim, pan podczaszy ko- 
ronny i PP. komisarze i stai;pstowie lwowski, łomżeński, 
różański, bracławski, gródecki, strażnik koronny, rotmistrze, 

Dzieła Karola Szajnochy 7. X. 15 



220 



DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



porucznicy, towarzystwa około 3,000. Antę omnia dyrektora 
wojska chcieli mieć i wiedzieć, mianowany Ksże JMPan 
wojewoda ruski, podjął się non graiathn condiUonalitei\ je- 
śli wojsko będzie i pieniądze mu dadzą, jeśli pan podczaszy 
regimentu swego ustąpi, na którego wielkie aklamacye kon- 
tradykcye przez trzy godziny były, tandem przyszło do tego 
kiedy już catedixerat et deposuerat urząd swój regimea- 
tarski i przywilej jutroż primasowi odesłać obiecował, że ga 
znow^u proszono i panowie wojewodowie cum caeteris. Długo 
sie wymawiał, tandem suscepit onus pro peccatis. Deklaro- 
wali się obadwaj maxtmts studiis totis viribus służyć ojczy- 
źnie, aciae gratiae od wojska, komisarze PP. starostowie 
łomżyński z różańskim zostając tu obiecali omnimodam cu- 
ram et operam conquirendae pecuniae^ tylko żeby rotmistrze^ 
porucznicy komputy kompaniej swoich podali, dzisiaj zara- 
zem aby hetmani widzieli z czym w pole wyniść i na pod- 
jazdy posłać. Zatym na bankiet praecipui do zamku poszli. 
O Tatarach nie słychać, twierdzą że ich tylko 5,000 było 
i ci praeda onusti odeszli. Kozacy na tymże miejscu. Pana 
Osińskiego zdrowego z tysiącym piechoty idącego ku Lwowu, 
twierdzi że widział w drodze pan Kochanowski, pieszy 
rotmistrz. We Lwowie 28 Seplembris 1648. 

Wojciech Miaskowski. 
(Rękp. Ossol. nr. 225 k. 175. — Dwa lata 126). 



73. 

Jan Kazimierz z bożej łaski obrany król Polski, wielkie książg 
Litewskie, Ruskie, Pruskie, Mazowieckie, Żmudzkie, Inflandz- 
kie, Smoleńskie, Czerniechowskie i Szwedzkie, Gotski i Wan- 
dalski dziedziczny król. 

Oddawszy już powinne dzięki majestatowi boskiemu, 
który królom wszystkim do rąk oddaje sceptra i kładzie na 
głowy korony, że zgodnymi i wolnymi głosami wszystkiej 
Fizeczy pospolitej sadza nas na tronie królestwa polskiego 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 227 



i wielkiego Ks. lit. także księstwa ruskiego i wszystkich 
państw do nich należących. Za najpierwsze to królewskie 
staranie nasze być poczytamy, aby wnętrzne zamieszania, 
które z dopuszczenia bożego po zejściu z tego świata ś. 
pamięci króla JMci pana brata naszego powstały jako naj- 
skuteczniej uśmierzone i przy wszechmocnej boskiej opa- 
trzności królewską powagą naszą ugaszone były, Jakośmy 
tedy już przez pisanie nasze przed szczęśliwą elekcyą naszą 
wysłane afekt nasz wojsku Zaporowskiemu i wodzowi wojska 
tego oświadczyli, nagradzając życzliwe chęci wasze iż pomnąc 
na dobrodziejstwa ś. p. najj. królów JMPana ojca i brata 
naszego pana Boga prosiliście i życzyli tego, aby nie kto 
inszy ale my z tejże krwie królewskićj idący na to króle- 
stwo obrani byli, tak i teraz już zostawszy królem i panem 
waszym, ku większćj pociesze waszej o tym boskiego maje- 
statu zrządzeniu oznajmujemy i łaskę naszą któlewską wo- 
dzowi i wszystkiemu wojsku naszemu Zaporowskiemu opo- 
wiadamy. A przy tem to wszystko cokolwiek w teraźniejszem 
krwawem nieszczęśliwem zamieszaniu działo się między 
wojskami Kzeczypospolitej a wojskiem Zaporowskim, chcąc 
zgasić a spoiny wojsk naszych spólne siły na nieprzyjaciół 
państw naszych obrócić, wkładamy powagę osoby naszej 
królewskićj i jakośmy wodzom naszym koronnym i W. K. L. 
przykazali wszelkiego poniechać zamieszania, tak i was pil- 
nie napominamy i rozkazujemy, abyście jako wierni poddani 
nasi poniechali wszelkich wojennych zapędów, a powróciw- 
szy na miejsca pułkom waszym z dawna naznaczone i po- 
gaństwo od siebie precz odesławszy do nas jako najprędzej 
posłów swoich wyprawili, wierne poddaństwo swoje oświad- 
czyli. A my w tem upewniamy, iż cokolwiek do potwierdze- 
nia wolności, swobód i przywilejów wojsku naszemu Zapo- 
rowskiemu będzie należało, to wszystko przez tych posłów 
z obfitą przytem łaską naszą wam oświadczymy, a do grun- 
townego uspokojenia komisarzów naszych imieniem naszem 
i wszystkiej Rzeczypospolitćj ludzi wielkich, uważanych 
pokój miłujących zarazem naznaczamy, życząc tego, aby 
żadna pamiątka tego zamieszania nie zostawała, a zakwitł 
znowu pokój i błogosławieństwo boskie państwom naszym 
przywrócone było. Z tą łaski naszej królewskiej deklaracyą 



DZIEŁA KAROLA SZAJNOCIIY. 



urodzonego Stanisława Chołdakowskiego wysyłamy i jako 
najprędzej z nim wespół posłów waszycli do nas bytności 
oczekiwamy. A teraz wam wiernym poddanym naszym łaskę 
naszą królewską wodzowi i wszystkiemu wojsku naszemu 
Zaporowskiemu ofiarujemy. Dan w Warszawie 27 Novemhra 
1G48 roku. 

(Rękp. Ossol nr. 225 k. 103. — Dwa lata 138). 



74. 

List do Climieluickiego i wojska Zaporowskiego. 

Pierwsze oddanie wiernego poddaństwa waszego, któ- 
reście już nam za łaską bożą na tronie siedzącym przez 
wielebnego księdza Andrzeja Mokrskiego oddali, wdzięcznie 
przyjmujemy. Nie zaniecłialiśmy i my podług dawnych zwy- 
czajów obwieścić was według elekcyej naszśj i łaskę naszą 
królewską przez umyślnego posła naszego urodzonego Sta- 
nisława Chołdakowskiego już oświadczyliśmy. Gdy tedy 
i majestatu naszemu już oddana jest wierność poddaństwa 
waszego, i wam pokazana jest łaska nasza królewska, słusz- 
na aby łaski naszej ku wam i wiernego poddaństwa wasze- 
go ku majestatowi naszemu wyraźny następował skutek, 
który ten pierwszy po was mieć chcemy, żeby posłowie 
wasi przy poddaństwie wiernym z tym o co do nas suppli- 
kować będziecie, jako najprędzój przybyli. My zaś zaczy- 
nając szczęśliwie władzę naszą królewską przykładem naj- 
jaśniejszych przodków naszych idąc, buławę i chorągiew 
wiernemu wojsku naszemu Zaporowskiemu należące do rąk 
waszych jako starszego wodza tego wojska naszego poszle- 
my, a przytym dawnych rycerskich wolności waszych przy- 
wrócenie uczynić obiecujemy. Co się zaś dotyczy zamiesza- 
nia, które dotychczas (żal się Boże) trwało z niemałym 
spustoszeniem państw naszych i krwi niemniój chrześcijan - 
skiśj rozlaniem, że z przyczyn w liście waszym wyrażonych, 
a nie z wojska naszego Zaporowskiego był początek, sami 
to poniekąd widzimy. Lubo tedy z wielkim żalem naszym 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 229 



tego wszystkiego co się stało zażywamy, już niebu zagai c- 
wanemu i boskiemu jego ś. wyroku dopuszczeniu przy czy - 
tawszy, gasić ten ogień a nie szerzyć chcemy. A jako pan 
Bóg pokorą każdego ubłagany bywa, tak i my będąc po- 
mazańcem jego pokorę waszą przyjmujemy. A to cale po 
was i wojsku naszym zaporowskiem obiecujemy nam i Rze- 
czypltćj że występek ten cnotą, wiarą, dzielnością i ochotą 
w rycerskich usługach przeciwko każdemu nieprzyjacielowi 
nagradzać będziecie. Co zaś do drugiego punktu proźby 
waszśj, aby wojsko nasze Zaporowskie pod władzą majesta- 
tu naszego królewskiego zostawało a nie PP. starostów 
ukrainnych, nie chcemy i my inaczćj i dostatecznie wyro- 
zumiawszy przez posły w'asze to słuszne żądanie przez ko- 
misarze nasze obwarować jako najlepiej zechcemy. Także 
w trzecim punkcie względem uniśj skłonić się do suplik 
waszej i słusznemi ukontentować środkami zechcemy. Z tym 
tedy wszystkim, czego po nas wojsko nasze Zaporowskie 
affektuje, jasną łaski naszej deklaracyą do was przez wie- 
lebnego księdza Mokrskiego bez wszelkiego omieszkania 
odprawić kazaliśmy. Zaś po was to mieć chcemy i pilnie 
żą^damy, abyście mile uważywszy, iż to wszystko co się sta- 
ło, łaską naszą królewską pokrywamy, i powagą naszą uspo- 
koić gruntownie obiecujemy, abyście jednak na zwykłe miej- 
sce swoje natychmiast powrócili, zgromadzenie pospólstwa 
rozprawili, Tatarów^, aby się dalsze nie działo państw na- 
szych spustoszenie, odprawili, a do nas posłów waszych jako 
najprędzój wysłali i komisarzów naszych oczekiwali. Pe- 
wniśmy tego, że tak przychylną łaskę naszą uznawszy, ma- 
jestatu bożego i nas pomazańca jego a króla pana swego, 
któregoście i sami mieć panem życzyli, już więcej urażać 
nie będziecie. Łaskę naszą przytym królewską wam i wszyst- 
kiemu wojsku Zaporowskiemu obiecujemy. Dan w Warsza- 
wie die 1 Decembris 1648. 

(Rękp. Ossol, nr. 225 k. 192.— Dwa lata, 139). 



230 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



Mnie wielce miłościwy Panie Podczaszy sandomirski, 
miłościwy Panie i Przyjacielu! 

Czeladnik waszmości miłościwego pana powracając się 
z Zawichostu od jegomości miłościwego pana Żorakowskie- 
go wstąpił do Słupczy chcąc zasiądź wiadomości od rot- 
mistrza książęcego, który jeździł z panem Smiachowskim 
do Chmielnickiego, który mnie o to prosił, abym to wypi- 
sał waszmości miłościwemu memu panu. Co z relacyej te- 
go rotmistrza waszmości miłościwemu memu panu oznajmu- 
je. Pana C'hmielnickiego zastali w Łabunkach, mila za Za- 
mościem, który już ordynował półki kozackie pod Lublin 
a Tohajbeja ze 40,000 pod Warszawę, i tak go zastali, że 
już było i pod armatę zaprzężono. Skoro mu jedno dano 
list króla jegomości, zaraz się kazał wracać pod Czermin 
ku Brodom i ku Podhorcom, dawszy się słyszeć, że i w Bro- 
dach kamień na kamieniu nie zostawię i z ziemią poró- 
wnam. Książęcia jego mości wojewody ruskiego tak wspo- 
mniał, że ten kniazik nie długo mi będzie regimentował; 
sam do Krymu pojadę i oswobodzę hetmanów za asekura- 
cya^, jeżeli mi ten eksces odpuszczą, i będą ze mną w przy- 
jaźni żyć. Sin minus, to onym tam każę szyję poucinać. 
A ten kniazik niech mi się za Dniepr nie ukazuje. Księdza 
Mokrskiego posłał do króla jegomości, który się minął z ni- 
mi i ci kozacy którzy się wracali od tego księdza spalili, 
Kraśnik, Turobin, Potok, Zaklików. Do w^szystkich tedy 
Chmielnicki posłał zaraz aby się wracali ubezpieczając na- 
szych, że każdy do domów swoich bezpiecznie wracać się 
może. I to wspomniał, żeby wojska nasze nie następowali 
daićj Konstantynowa, bo dalej Białocerkwie nie puszczę. 
Wesół był z nimi, pił, z dział kazał bić, mówiąc, że gdy- 
byście byli na konwokacyój króla obrali, tedyby nie było 
tego co się stało; a choćbyście też byli kogo inszego obrałi 
jabym szedł pod Kraków i dałbym koronę, komubym ro- 
zumiał. Zatym się łasce waszmości miłościwego mego pa- 
na polecam. 

W Słupczy w wilią ś. Jędrzeja (29 listopada) roku 1648. 

Martyn Dembicki. 
(Wypisy Augusta Bielowskiego k, -ii.— L»wa lata 170). 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 231 



7^6. 

Anno 1648 die 4 Decembńs. 

Wczora pan Śmiarawski który był posłem od króla 
jegomości przyjechał i był u mnie id^c do jegomości pana 
kanclerza. Ten za pewnie powiada, że poszli przy nim 
w^szyscy kozacy ku Białejcerkwie, ale powiada, że niechcą 
minąć Brodów, mając zadatki dobre w przyjaźni od pana 
chorążego i chcą poprawić fabryki. Co on Chmielnickiemu 
disswadował ukazując że to poddany królewski. Na komi- 
syą za niedziel trzy jechać mają, pan wojewoda bracławski, 
pan bracławski, pan podkomorzy lwowski i pan podczaszy 
bracławski. Ten Śmiarawski powiada, jakoż i głupi może 
się domyśleć, że traktaty bez wojska naszego nie mogłyby 
dobrze stanąć, i widzę że to intent aby po Białącerkiew 
nasze panięta tam nie postali, dalej i Zadnieprze wszystko 
aby przy nich zostało, a mianowicie tego dokładają, aby 
Wiśniowiecki i chorąży nigdy tam nie postali. Jeśli jaki 
szlachcic, ziemianin, człek dobry, ma majętność jaką, niech- 
że do nićj przyjedzie, ale żeby zwierzchności żadnej nie 
pretendował sobie. 

(Wypisy Augusta Bielowskiego k. 43.— Dwa lata, 170). 



List Stanisława Oldakowskiego do pana starosty 

lwowskiego *). 

Wielmożny Mości Panie Starosto lwowski mój miłościwy 
Panie i Dobrodziejn! 

Za łaską bożą i szczęściem jego królewskiej mości pa- 
na mego miłościwego powróciłem się od pana Chmielnickie- 
go starszego wojska Zaporowskiego (z) zapewnieniem i po- 



*) Adama Sieniawskiego. 



232 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 



Stanowieniem pokoju, którego odprowadziłem aż pod Pawo- 
łocz do Białopola, gdzie przy mnie jedne wojsko rozprawił, 
a drugie w Kijowie rozprawić miał. Armatę jedną miał 
położyć w Kijowie, a drugą w Pereasławiu. Tom z nim 
postanowił, aby szlaclita bezpiecznie w domacli swoicli 
mieszkała, gdzie uniwersały swoje po wszystkiej Ukrainie 
rozesłał, aby wszędzie chłopi panom swoim wszelakie po- 
słuszeństwo i poddaństwo oddawali. Zaczem racz Wasz- 
raość mój miłościwy pan bezpiecznie sług swoich na Ukra- 
inę posyłać, I to postanowiłem z nim, o co i sam bardzo 
prosił, abyście waszmość miłościwi panowie wszystkie prze- 
przestępstwa i zbrodnie, któremi majestat boży i jego kró- 
lewskiej mości obrazili, przebaczyć raczyli. Da pan Bóg co 
po komisyćj może każdy zdrajcę swego karać. I powtóre 
wielce proszę waszmość moich miłościwych panów, racz 
waszmość mój miłościwy pan tak sług swoich jako i inszych 
napomnieć waszmość, aby się nie skwapiali na poddanych 
swoich karanie, gdyż na tem wszystkim rzecz należy, wszak- 
żeś waszmość mój miłościwy pan doznał, że nas Rzeczpo- 
spolita w tak ciężkim razie nie chciała ratować, zaczem 
nam samym potrzeba pokoju zachować. Wojska nasze ukra- 
inne nie powinni dalćj stać, tylko po Winnicę i Bracław, 
nie pomykając się dalej pod nich, gdyż nam jeszcze nie 
dowierzają. Także i waszmość miłościwy pan PP. wojsko- 
W7ch racz ichmość przestrzedz, żeby ichmoście jak najle- 
piej tak w ciągnieniu jako i na stanowisku bez pomsty ob- 
chodzić się raczyli, gdyż i od jego królewskiśj mości o tem- 
że uniwersały wyszli. Przy tem oddaję się łasce waszmość 
mego miłościwego pana. 

W Sokalu 2 Januari ąnno 1649. 
Mam nadzieję w panu Bogu, że ten pokój stanie bez 
szkody Ptzeczypospolitćj, tylko tego potrzeba, abym ichmość 
panów komisarzów informował. Tohajbeja nie zastałem, list 
przy Chmielnickim ostawiłem, orda wszystka po nad Dnie- 
przu koczuje. 

Waszmość miłościwego mego pana dobrodzieja 

sługa powolny 
Stanisław Oldakowski. 
(Wypisy Augusta Eielowskiego str. 35.— Dwa lata, 170 . 



OPOWIADANIE. 



11. Odprawa posłów kozackich. Żądania przedło- 
żone przez posłów Chmielnickiego były istotnie bardzo umiarkowane mi. 
Uznali ją takiemi zgromadzeni w Warszawie na radę senatorowie. Lecz 
zamiast odpowiedzieć bezzwłocznie i przychylnie Kozakom, zatrzymali 
posłów aż do konwokacyi, która o sposobie ich odprawy ostatecznie 
orzec miała. Równocześnie upoważniony przez prymasa i kanclerza 
Kisiel starał się o zawiązanie coraz przyj aźniejszych z Chmielnickim 
stosunków, co sprawę pojednania w znacznej ułatwić mogło mierze. 
Tymczasem nadszedł czas konwokacyi. Szlachta mniej od senatorów 
okazała się rozważną. Niechęć do buntu przemogła w niej wszystkie 
najważniejsze, za łagodnością względem Kozaków przemawiające wzglę- 
dy. Nie wiedząc dokładnie co właściwie na drodze zwycięztw pow- 
strzymało, sądziła szlachta mylnie, że to jego rzeczywista niemoc i po- 
tęga kraju, o której najfałszywsze roiła wyobrażenia. Przyczynił się 
znacznie do tego książę Dominik na Ostrogu Zasławski. Niedawno 
przez radę senatorów mianowany regimentarzem, chciał książę oprzeć 
godność swoją na popularności u szlachty, i dla tego przysłał na kon- 
wokacyę list, pisany zupełnie w myśl nierozsądnych zachcianek szla- 
checkich. Wzywał w nim do pomsty nad zbuntowanem chłopstwem, 
które niczem na łagodność i miłosierdzie nie zasłużyło, przechwalał 
siły narodu i z lekkomyślnem zaślepieniem ofiarował się sam zasłonić 
ojczyznę. List ten wywarł wpływ ogromny; wbrew rozsądnym zdaniom 
senatorów uchwalono ostrą odpowiedź Kozakom, wzywając ich surowo 
do posłuszeństwa, grożąc w razie przeciwnym, i punkta żądań kozac- 
kich zupełnem pomijając milczeniem. Zasłużony wojewoda Kisiel, jako 
główny przeciwnego zdania obrońca, doznał publicznej zniewagi. Wy- 
znaczona komisya otrzymała instrukcyą, na podstawie której układy 
z Kozakami były wręcz niemożliwemi. I jakby na pokaranie tego no- 
wego grzechu zarozumiałości i nierozsądku, zaczęła się znacznie zmie- 
niać postać całej sprawy. Nowy sułtan i jego ministrowie cofnęli dany 
hanom krymskim rozkaz powrotu, i polecili im owszem sposobić się do 



234 DZIELĄ KAROLA SZAJNOCIIY. 

wielkiej wojny z Polską. Chmielnicki na czele ogromnych hufców czer- 
ni, czuł sie w obec postępowania Polaków do dalszej zmuszonym wal- 
ki. Pierwsze kroki wojenne odsłoniły zupełną bezbronność kraju, a po- 
słowie, wyrządzający niedawno publiczny despekt Kisielowi, ujrzeli się 
teraz zmuszonymi prosić go najgoręcej, aby wpływem swoim zasłonił 
ojczyznę przed zgubą • str. 2o. 

12. Srom Pilawiecki. Kisiel wyrusza na komisyą, za- 
wiązuje stosunki z Chmielnickim i wywiera na nim wpłyv/ rzeczywisty. 
Przy pomocy O. Laska i metropolity Kossowa uzyskuje najpierw uwol- 
nienie jeńców polskich, dalej poskromienie czerni chłopskiej. Chmiel- 
nicki chętnie przykładał rękę do skromienia chłopstwa, które napły- 
wem swym stanowczą w jego obozie wzięło przewagę, i której rzeczy- 
wiście ulegać musiał. Tymczasem zaczęły się ściągać hufce koronne. 
Chcąc samym blaskiem potęgi i bogactw niezliczonych pobić wroga, 
mniemając, że sam widok tej potęgi i bogactw przejmie strachem czerń 
zbuntowaną, przywróci ją do posłuszeństwa i uległości, wybrano się na 
wojnę z niesłychanym dotąd przepychem, zabrano ze sobą do obozu co 
najprzedniejsze skarby i kosztowności wszelkiego rodzaju. A wybraw- 
szy się z taką okazałością, uważano niegodnemi dalsze traktaty 
z Chmielnickim, które skutkiem ustawicznych podjazdów i napadów 
tak księcia Wiśniowieckiego jak i czerni, z dniem każdym stawały się 
niemożliwszemi. V" końcu urwały się stanowczo. Niezwykły zapał wo- 
jenny hufców polskich z jednej strony, domaganie się czerni z drugiej, 
wreszcie pomoc tatarska spiesząca Kozakom— wpłynęły na jednogłośne 
zewsząd pragnienie i wołanie o wojnę. Pcozpoczęto ją pod bardzo nie- 
korzystnymi dla Kozactwa wróżbami. Wojsko polskie po pojednaniu 
/ połączeniu się księcia Dominika z księciem Jeremiem wynosiło prze- 
szło 40,000 rycerstwa i 200,000 ciurów, ogrzane było najlepszym du- 
chem i żądzą walki; równocześnie Kozacy wewnętrznymi z czernią roz- 
ruchami ubezwładnieni, bez pomocy tatarskiej, która dopiero z dala 
nadciągała, widzieli się stanowczo zagrożonymi. JS^iech tylko Polacy 
natrą odważnie, a zginęła Kozaczyzna i Chmielnicki. Lecz Polacy za- 
miast nacierać, radzili, jednali się i wadzili, trawiąc nadaremnie naj- 
lepszy czas boju. Kiedy wreszcie po długich radach ruszono ku Pi- 
lawcom, zamiast wydać natychmiast bitwę, zwlekano bez żadnego po- 
wodu tak długo, dopóki nie nadeszła Kozakom pomoc tatarska. Wów- 
czas panicznym, chociaż niczem nieusprawiedliwionym zdjęty przestra^ 
chem, za przykładem głównych wodzów, księcia Dominika i Ostroroga, 
rozsypał się obóz w najhaniebniejszej ucieczce. Uciekano nie wiedząc 
nawet dla czego, nie widząc nieprzyjaciela, pozostawiając Kozakom nie- 
słychanie bogate łupy w obozie, otwierając Chmielnickiemu znowu na 
oścież wrota do całej Polski str 69. 

13« Elekcja. Z pod Pilawiec zbiegano głównie do Lwowa, 
gdzie na zebraniu wojskowem powierzono tymczasowe dowództwo księ- 
ciu Jeremiemu- Skoro jednak Chmielnicki z Tatarami ruszył pod 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 235 

Lwów, opuściło wojsko miasto, pozostawiając mu szczupłii załogę. 
Chmielnicki z Tatarami ruszył pod Lwów, zmusił go do okupu, i ru- 
szył potem pod Zamość, Ilównocześnie zjechała się szlachta na elek- 
cyę pod Wolą,. Chmielnicki żądał wyboru Jana Kazimierza. Szlachta 
jednakowoż niebacząc na niebezpieczeństwo ojczyzny, dawnym zwycza- 
jem zwlekała elekcyę, i przeszło miesiąc czasu na daremnych strawiła 
rozprawach. Kiedy wreszcie skutkiem nowych zwycięztw kozackich 
zajęto się nieco energiczniej sprawą elekcyi, stanęło jej w drodze 
współubieganie się o koronę królewiców Jana Kazimierza i Karola. Do- 
piero po zrzeczeniu się kandydatury przez królewicza Karola, poszła 
gładziej sprawa elekcyi, i dnia 17 listopada obrano jednogłośnie Jana 
Kazimierza. Obiór ten był niesłychanie ważnym i niesłychanie potrze- 
bnym. Polska stała nad brzegiem przepaści; wszelkiej obrony pozba- 
wiona i zdemoralizowana, oczekiwała z ostateczną trwogą dalszych ru- 
cliów Chmielnickiego jako nieochybnej i strasznej nowej klęski. Przed 
tą klęską zasłonić mógł ją dzisiaj chyba ów pożądany pośrednilc mię- 
dzy szlachtą i ludem, między Polską i Kozaczyzna— chyba król. I rze- 
czywiście na proste wezwanie nowo obranego króla cofnął się Chmiel- 
nicki bezzwłocznie z pod Zamościa na Ukrainę, hardy zwycięzca pro- 
sił pokornie o przebaczenie i nakazał czerni posłuszeństwo i poddań- 
stwo oddawać panom. Dobre słowo królewskie zdziałało to, czego nie 
umiały zdziałać żadne komisye i orężne wystąpienia szlacheckie str. 124. 



Ż R Ó JO Ł A. 



str. 

39. List do księdza arcybiskupa gnieźnieńskiego od p. kanclerza 

kor. z Warszawy i czerwca 1648 175 

40. List kanclerza Ossolińskiego do wojewody bracławskiego bez 
daty 176 

41. Ordynans z czym Kozaków posłańcy przyjechali 178 

42. Kopia listu p. v/ojewody ruskiego "\Viśniowieckiego'do p. kan- 
clerza kor, z obozu na Budach królewskich 18 czerwca 1648 179 

43. List ks. biskupa łuckiego do kanclerza kor. z Janowa 19 
czerwca 1648 180 

44. List kanclerza koron, do p. starosty lwowskiego, z Warsza- 
wy 19 czerwca 1648 181 

45. Kopia listu pp. senatorów do p. wojewody kijowskiego, z War- 

szawy 24 czerwca 164 > 183 

46. Respons senatorów na list wojewody bracławskiego z War- 
szawy 24 czerwca 1648 184 

47. List kanclerza Ossolińskiego do niewiadomego, z Warszawy 

25 czerwca 1648 186 

48. Kopia listu rotmistrza Kalińskiego do p. sędziego podolskie- 
go, z Baru 25 czerwca 1648 186 

49. List niewiadomego (prawdopodobnie kanclerza Ossolińskiego) 
do p. podkomorzego poznańskiego z Warszawy 26 czerwca 
1648 187 

50. Respons Chmielnickiego na list p. wojewody bracławskiego, 

z Czehrjna 28 czerwca 1648 188 

51. Do wezyra tureckiego, bez daty -190 

52. Do baszy silistryjskiego, bez daty 191 

53. Relacya ojca Petroniego Łaska zakonnika, który był posłany 
do Chmielnickiego odp. wojewody bracławskiego, od !8 czerw- 
ca do 7 Lipca 1648 192 

54. List kanclerza Ossolińskiego do Kozaków, z Warszawy 9 
lipca 1648 195 

55. List tegoż do p. wojewody sandomirskiego, z Warszawy 9 
lipca 1648 -197 

56. Kopia listu p. wojewody sandomirskiego na konwokacyę, z Du- 

bna 14 lipca 1648 19 7 



DWA LATA DZIEJÓW NASZYCH. 23: 



sir 

57. Kopia listu Chmielnickiego do p. strażnika koron, z Pawło- 

czy 29 lipca 1648 203 

58. Kopia listu p. podczaszego kon do ks. arcybiskupa gnieźń., 

z Glinian 4 sierpnia 1648 206 

59. Kopia listu p. wojewody bracławskiego do ks. prymasa, z Ho- 
rodła o północy z poniedziałku na wtorek 4 sierpnia 1648 . 209 

60. List niewiadomego do p. wojewody sandomirskiego lo sier- 
pnia 1648 210 

61. Kopia listu p. wojewody bracławskiego do Chmielnickiego^ 12 
sierpnia 1648 - . . 210 

62. Z obozu pod Glinianami dnia 13 sierpnia 1648 213 

63. Kopia listu Łukasza Miaskowskiego do p. podkomorzego 
lwowskiego, z Kamieńca 17 sierpnia 1648 . • . ... 214 

64. Z obozu pod Glinianami d. 25 sierpnia 1648 217 

65. Z obozu nad Glinianami d. 26 sierpnia 1648 przed pobudką 

i ruszeniem 217 

C6. Punkta komisyi z Kozakami 218 

67. Kopia listu p. wojewody bracławskiego do p. wojewody po- 
dolskiego pod Karczówką, 7 września 1648 220 

Kopia listu p. starosty sokalskiego do p. kanclerza koron., 

z 13 września 1648 • . . . • 221 

Kopia listu p. wojewody bracławskiego w mili od obozu bę- 
dącego do pp. wojewodów podolskiego i kijowskiego i do pp. 
komisarzów bez daty 222 

70. List niewiadomego ze Lwowa bez daty 224 

71. List niewiadomego ze Lwowa 27 września 1648 224 

72. List Wojciecha Miaskowskiego ze Lwowa 28 września 1648. 225 

73. Uniwersał Jana Kazimierzu do Koziików z Warszawy 29 li- 
stopada 1648 22G 

74. List króla do Chmielnickiego i wojsk Zaporowskiego z War- 
szawy 1 grudnia 1648 228 

75. List Martyna Dembickiego do pana podczaszego sandomir- 
skiego, ze Słupczy 29 listopada 1648 230 

76. List bezimiennego z d. 4 grudnia 1648 • . 231 

77. List Stanisława Oldakowskiego do p. starosty lwowskiego, 

z Sokala 2 strcznia 1649 231 



ŻYWOT 

KAROLA SZAJNOCHY. 



KAROL SZAJNOCHA. 



Plutarch by nim nie, wzgardził. 
Franc. Morawski <> Staszj/cu. 



I. 



Mam mówić o jednym z ulubieńców narodu, otoczo- 
czonym słusznie powszechną miłością, czcią I uwielbieniem, 
lubo nie zawsze w miarę wielkości i zasługi cenionym przez 
literackich arystarchów, przez mniej szczęśliwych pracowni- 
ków na tej samej niwie. 

Zwykle tak jednak bywało, że myślący ogół wprzód 
odczuwał i pojmował mistrzów, zanim ich uznał w szkolar- 
skiśj rutynie zagrzęzły trybunał ofMcyalnej krytyki, z natu- 
ry swój konserwatywny, broniący się uporczywie przeciw 
wszelkiej nowości, poszukujący skrzętnie drobnostkowych, 
prawdziwy cłi czy urojonych uchybień, lecz rzadko zdolny 
wznieść się na stanowisko pisarza, torującego nowe drogi 
w literaturze czy w umiejętności. 

Z taką, w pozornie naukowe kształty strojną opozy- 
cyą, spotykały się największe geniusze świata — nie dziw, że 
mimo nadzwyczajną wziętość, doznał jej człowiek, który 
byłby ozdobą i zaszczytem każdego piśmiennictwa, chlubą 
każdego kraju, a w rzędzie najznakomitszych dziejopisów 
literatury powszechnój czestue zajmuje miejsce. Nie zaćmił- 
by go blask, bijący od koryfeuszów nowoczesnej historyogra- 
fii, Macaulay'a i Augustyna Thierrego, duchów pod nieje- 
dnym względem blizkich mu i pokrewnych. 

Równie głęboki, poetyczny i obrazowy, jak znakomity 
dziejopis Merowingów, równie też jak on wygórowaną żą- 

Dzieła Karola Szajnochy Toin X. 16 



242 KLEMENS KAN^TECKI 

dzę wiedzy przypłacił utratą wzroku, a lubo pozbawiony 
tego najdroższego dla badacza skarbu, nie przestał wzbo- 
gacać literatury uajpigkuiejszemi owocami świetnego talen- 
tu, równie jak on po utracie wzroku, w ukochanćj kobiecie 
znalazł intelligentuego i ochoczego pomocnika, który dla 
wygodzenia mu nie wahał si§ podejmować żmudnych stu- 
dyów. 

Do króla historyografii nowoczesnej, genialnego auto- 
ra wspaniałego fragmenta Hiatonji Anglii^ zbliża go szeroki 
widnokrąg dziejopisarski, przepyszna plastyka w przedsta- 
wieniu, mistrzowskie panowanie nad przedmiotem, idące 
w parze z rozległą erudycyą, artystyczne wykończenie 
i przejrzystość obrazów, osobliwy dar ożywiania martwego 
szkieletu kronikarskich zapisków potęgą własnej twórczości, 
bez ujmy dla historycznej prawdy, — niezrównana krasa i uj- 
mujący wdzięk opowiadania. 

Nie brak nadto iunych punktów stycznych między 
dwoma wielkiemi umysłami. Obaj obdarzeni żywą imagi- 
nacyą, składali wpierw hołdy poezyi, zanim ujęli dziejopi- 
sarskie pióro, obydwaj mimo wrodzoną poetyczność nie gu- 
bią się w metafizycznych mrzonkach, lecz oparci na real- 
nym gruncie, celujący darem psychologicznej obserwacyi, 
subtelnym zmysłem pojmowania najdelikatniejszych uczuć 
i popędów natury ludzkiej, przedstawiają życie jednostek 
i narodów z całą jego wszechstronnością, co im nie prze- 
szkadza wbrew materyalistycznemu duchowi czasu widzieć 
w zamęcie zdarzeń błogosławionego palca opatrzności — obaj 
lubo w głębi religijui, dalecy od wyznaniowych uprzedzeń 
i namiętności, od występowania w charakterze popleczników 
jakiegokolwiek kościoła, tem mniej od podżegania niechęci 
i nienawiści w tym kierunku— obaj zwolennicy umiarkowa- 
nej, szanującej przeszłość i tradycyą demokracyi w pięknem 
i szlachetnem znaczeniu wyrazu, oddzielonej całem niebem 
od krzykliwej i niesfornćj demagogii, obaj noszą w duszy 
nieskalany niczem ideał cnoty, i;iękna i prawdy, owo wy- 
sokie poczucie moralne, nakazujące im płonąć czcią dla 
wszystkiego co wzniosłe i szlachetne, a wybuchać oburze- 
niem przeciw uikczemności i zbrodni. 

Utwory ich, jako dzieło ręki ludzkiój, nie wolne od błę- 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 243 

dów a i te błędy bywają iin wspólne. Zarzucano obydwom 
zbyteczne idealizowanie bohaterów. Nie tu miejsce wyka- 
zywać, o ile Macaulay dopuścił si§ przesady we wspania- 
łym wizerunku Wilhelma Orańskiego, lub o ile wierny hi- 
storycznej prawdzie Szajnocha w portretach swych postaci, 
zwłaszcza niewieścich. Nie pobłądzimy jednak podobno, 
mówiąc, że obydwaj miłując swój kraj szczerze i gorąco, 
lecz bez zaślepienia, wedle słów jednego z badaczy naszych 
„między Scyllą poniewierania wszystkiego co swojskie i da- 
wne, a Charybdą poklaskiwania wszystkiemu, co własne, 
szczęśliwie umieli przepłynąć." Moralny upadek Anglików 
epoki Karola II. i Jakuba II., maluje historyk Wielkiój Bry- 
tanii z rówuą rzetelnością i boleścią patryotyczną, jak au- 
tor DlcócIi lat z dziejów Polaki smutną porę rozprzężenia 
i aDarchii w połowie XVII wieku. 

Rzecz dziwna, jak sprzeczne uroszczenia mieli różni 
ludzie do Szajnochy. Jedni, i tych najwięcej, uwiedzeni 
poetyczną szatą opowiadania, zarzucali mu poetyzowanie, 
bądź co bądź, wygórowaną skłonność do idealizowania — 
podczas gdy drudzy pomawiali go o odwrotną ostateczność, 
o obniżanie ideałów, o zdzieranie aureoli z postaci, cieszą- 
cych się miłością całego narodu. Trudno jednak przyznać 
słuszność Balińskiemu, gniewającemu się na niego, że por- 
tret pięknej żony Zygmunta Augusta dopełnił rysem ambi- 
cyi — bo rys ten, czyniąc Barbarę postacią więcej ludzką, 
więcej ziemską, nie zmniejszył sympatyi dla niej; trudniej 
jeszcze zrozumieć dąsy Pola i biskupa Zętowskiego z po- 
wodu, że autor Jadwigi i Jagiełły pierwszy wyświecił grun- 
townie stosunek szlachetnej prawnuki Łokietka do Wilhel- 
ma, co mu nie przeszkadzało żywić najgorętsze uwielbienie 
dla królowej — lub gniewy tych, co nie mogli przebaczyć 
krytycznemu pisarzowi, że zburzył rzekomo poetyczne la w isto- 
cie wcale nie piękne podania o romansowych stosunkach 
między bratem a siostrą, o myszach Popiela i t. d. 

Powinny by też wreście ustać owe zużyte a bezzasa- 
dne zarzuty, mianujące Szajnochę raczej poetą, niż history- 
kiem. Był on niezawodnie poetą-historykiem, co mu się 
liczy jako zaletę, nie wadę. Jeśli zaś mowa o poezyi w uje- 
mnem znaczeniu, stali się winnymi takowej właśnie poprze- 



244 KLEMENS KANTECKI. 

dnioy jego, lubo w rzeczy samój tak mało poetyczni! On 
zaś, wedl**. trufnych słów Szujskiego, przejąwszy od pravvo- 
witój córy niebios ,jój prawdę ludzką, jój tęczowe barwy,'^ 
wydobył historyografią naszą, z pod słiiżebnictwa poezyi 
jKditycznej, która narzucała j(j doktrynę, okryvvającą prze- 
szłość gazą ułudy. 

Zestawiając podobieństwa uiiędzy Macaulay'em a Szaj- 
noclią, nie myślimy pomijać różnic, jakie icli rozdzielają. — 
Widoczna tu przedewszystkiem rasowa różnica usposobienia 
i temperamentu. Mieszkaniec północnćj wyspy mimo nieza- 
przeczonego ognia, posiada jednak nierównie więcej chło- 
dnćj refleksyi, więcej panuje nad porywającym go zapałem, 
niż miększej natury Słowianin. Ztąd o u pierwszego góru- 
je retoryzm, oratorska wena, u drugiego bierze przewagę 
poezya, zdobiąca swemi blaskam.i piękne owoce żraudnycłi 
poszukiwań. Charakterystycznem jest, że owe mozolne ba- 
dania zmniejszyły w Angliku wrodzoną poetyczność, w Po- 
laku nadały jćj tylko odmienne kształty. Przyczyniła się 
zapewne do tego różnica kolei życia: Macaulay w swych 
pismach przypomina często wymownego męża stanu, świę- 
cącego tryumfy w parlamencie— Szajnocha natchnionego po- 
etę, patrzącego na potok dziejowych zdarzeń z olimpijskićj 
wysokości Ani wątpić, że polityczna rola, odegrana przez 
pierwszego, zapewniła mu wyższość nad drugim, że ustępu- 
jąc mu pod względem zachowania barwy (zasu, kolorytu, 
w czem autor Jadntiri jest niezrównanym mistrzem, pj'ze- 
wyższa go rozumem politycznym, nie dającym się osiągnąć 
wśród czterech ścian naukowej pracowni... 

Napomknąwszy o cale odmiennem położeniu społecz- 
nem obu historyków, przechodzimy już na pole icli indy- 
widualnego charakteru i przebiegu życia. Widzimy w nich 
z pociechą umysły pod każdym względem wyższe i szlache- 
tne, uchylamy z czcią czoła przed wzniosłą prostotą i za- 
cnością serca, przed prawością duszy, przed chwalebną wier- 
nością wyznawanym zasadom. Ale o ileż wyżćj godzi się 
cenić te przymioty w naszym historyku, zważywszy, jak da- 
lece trudniejszem było jego zadanie! Równie skromny oby- 
dwom padł początek: nie w złoconych kołyskach, ani w pań- 
skich komnatach ujrzeli światło dzienne. Ale Macaulay 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 245 



w nierównie korzystniejszych narodowych warunkach wystę- 
pując na widownię publiczną, doczekał się wkrótce godności 
para Anglii, 10,000 funtów szterlingów rocznćj pensy i, a po 
śmierci spoczął w westminsterskieni opactwie pośród wiel- 
kich ludzi, będących chlubą i zaszczytem kraju — równie 
szczęśliwy po zgonie, jak za życia, spędzonego w „słonecz- 
nej pogodzie", zamąconśj chyba złośliwą demonstracyą sfa- 
natyzowanych mieszkańców Edynburga. 

Łatwiej mu zaprawdę przyszło zachować czystość du- 
szy i nieposzlakowany charakter, niż człowiekowi, prześla- 
dowanemu od losu przez wszystkie dni, więzionemu niemal 
w pacholęctwie, pozbawionemu dobrodziejstwa edukacyi pu- 
blicznej, nękanemu często przez chorobę i niedostatek, 
A przecież dzięki niezłomnśj sile ducha z tej vvalki strasz- 
nej, rozpaczuej, v\'yszedł zupełnie zwycięzko, jako wielki 
pisarz i jako wielki charakter, nieskalany, czysty, jak zło- 
to po ogniowej próbie. Ze szlachetną dumą, jednem z wy- 
bitnych znamion tej piękućj postaci, mógł wyrzec, że nie 
zawdzięcza nic, ani społeczności, ani państwu, ani instytu- 
cyom publicznym, że wszystko wydobył z siebie ku wymo- 
wnej nauce dla współczesnych i potomnych, ile zdoła doka- 
zać hart ducha i żelazna wytrwałość w pracy, połączone 
z prawdziwym talentem — że wedle słów jednego z młodzień- 
czych swych utworów „w walce z tw^ardym losem" 

Mojżeszowym istnie ciosem, 
Wykuć umiał zdrój w granicie... 



II. 



Zamiarem naszym nie jest, ani być może skreślenie 
monografii o Szajnosze. Stają temu na przeszkodzie zaró- 
wno szczupłe ramy niniejszej pracy, mającśj służyć za do- 
pełnienie zbiorowego wydawnictwa pism znakomitego liisto- 
ryka— jak niemnićj inne ważniejsze względy. Przekonany, 
że w porze, gdyśmy się jeszcze nie zdobyli na gruntowne 
studya nad pojedyńczemi dziełami jego, niepodobno jedne- 
mu człowiekowi podjąć się specyalnego rozbioru wszyst- 
kich, nie myślę rzucać się na tak trudne, a dzisiaj wprost 
do spełnienia niepodobne przedsięwzięcie. Ocenić owoce 
literackićj czy naukowej działalności jakiegoś pisarza, wy- 
kazać ich doniosłość, zalety i wady, można i późnićj, a im 
dłużćj poczekamy z krytyką, tern szerszą uzyskamy podsta- 
wę, tem więcej przygotowany znajdziemy grunt i utorowa- 
ną drogę. Inna rzecz z biografią. Słabą i wątłą jest pa- 
mięć ludzka: oddalone wypadki w niepewnych i dowolnych 
przedstawia kształtach, a razem ze zgonem świadków wy- 
padku, wpada nieraz w otchłań zapomnienia sam wypadek. 
Doświadczyliśmy tego w ciągu troskliwych i usilnych za- 
biegów o jak najdokładniejsze poznanie przebiegu życia 
nieodżałowanego autora Jadwigi: wiele szczegółów z da- 
wniejszych czasów wraz z ś. p. Bielowskim zstąpiło do gro- 
bu— starzy znajomi, przyjaciele, nawet blizcy krewni Szajno- 
chy podawali nam o młodych latach jego częstokroć sprzecz- 
ne wiadomości, które zaledwie baczna kontrola zdołała roz- 
wikłać, coby się już może nie udało w kilkanaście lat pó- 
źnićj, gdy niejedaej z interesowanych osób zabraknie, a prze- 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 247 

chowana do dnia dzisiejszego korespondencja ulegnie bodaj 
częściowej zagładzie. Wszakżeż już dzisiaj tu i owdzie da- 
remne czyniono poszukiwania za listami, które istniały do 
niedawna, jeden zaś z najpierwszych pisarzy w odpowiedzi 
na prośbę naszą żalił się, że mu kucharka około tysiąca 
listów oddała na pastwę płomieni... 

Z tych więc powodów nie poczytają mi czytelnicy za 
złe, że zamiast rozrywać ich uwagę pomiędzy koleje życia 
i dzieła naszego autora, zajmę się wyłącznie pierwszemi, 
uwzględniając drugie jedynie o tyle, o ile się przyczyniają 
do odtworzenia moralnój fizyognomii człowieka. Dla osią- 
gnięcia tego celu okazały mi się nierównie przydatniej- 
szemi te z pomiędzy pism Szajnochy, które rozproszone po 
największej części bezimiennie w różnych czasopismach, nie 
doczekały się dotąd osobnego wydania, lubo na takowe ze 
wszech miar zasługują. To też dołożyłem wszelkich sta- 
rań, aby nie pominąć żadnego, choćby najdrobniejszego ar- 
tykułu; nieraz bowiem w nic nie znaczących na pozór uryw- 
kach zdarzało mi się zuachodzić charakterystyczne rysy. 

Jeśli żywoty znakomitych ludzi bywają zwykle ciekawe 
i pouczające, to życie Szajnochy posiada ten przymiot 
w wyższym od innych stopniu. Wielki nauką, talentem 
i charakterem, wyszedł zwycięzko z krwawych zapasów z ży- 
ciem, pokonał trudności olbrzymie o własnych jedynie si- 
łach, osięgnął zdumiewające rezultaty, a idąc na przebój, 
nie popełnił nigdy nic takiego, czegoby się potrzebował 
wstydzić — ^jeden z tych nielicznych wybrańców, o których 
powiedzieć można, że poza książką stoi zawsze człowiek, i że 
ta spółka nie zadaje sobie wzajem kłamu. Szczerością i praw- 
dą tchnęło każde wyrzeczone przezeń słowo; ztąd też uwa- 
żamy to za niepowetowaną szkodę, że uproszony przez ko- 
goś o skreślenie autobiografii, ograniczył się na rzuceniu 
kilku słów pobieżnej notatki. Zaczyna ją, odpowiadając 
niejako na propozycyą owTgo znajomego czy przyjaciela, 
aby napisał coś w rodzaju wspomnień Góthego. Rada ta 
nie przypadła naszemu historykowi do smaku. Pićrwszy 
tytuł Gothego: aus metnem Leben^ wydawał mu się zbyt 
ogólnikowym — na drugi: Wahrheit und Dichtung („Prawda 
i poetyczne zmyślenie") tśm mniśj się mógł zgodzić. „La- 



248 KLEMENS KANTECKI. 

i>ka Boża — mówi z przejęciem — dała mi kochać prawdę, 
brzydzić się zmyśleniem po koniec życia mego. Życie to 
było po części pochmurnym dniem letnim— czasem świeciła 
promienniejsza pogoda — jedynie poranek mego życia był 
najczarniejszym mrokiem." Szczegóły życia genialnego pi- 
sarza stwierdzają prawdziwość porównania. Szajnocha jak- 
kolwiek Polak duszą i ciałem, podobnie jak tylu innych 
naszych pisarzy, jak Lelewel, Pol, obcego, lubo słowiań- 
skiego był pochodzenia. Dziad jego urodzony w Melniku 
w Czechach, pełnił obowiązki burgrabiego u księcia Lob- 
kowitza — ojciec, imieniem Wacław, przybywszy w charakte- 
rze lekarza wojskowego do Galicyi, gdzie wówczas Czechom 
dobrze się działo, osiadł tutaj, porzuciwszy praktykę, wstą- 
pił do służby rządowej jako mandataryusz, czyli sędzia do- 
minialny i zaślubił Maryą Łozińską, rodzoną stryjankę oby- 
dwu powieściopisar:iy: Walerego i Władysława. 

Z małżeństwa tego, zamieszkałego nasamprzód w Ko- 
marnie, miasteczku wschodniej Galicyi, niedaleko Sambora, 
urodził się syn Karol, a gdy ten umarł niemowlęciem, przy- 
szedł na świat przyszły historyk na dniu 20 Listopada 
1818 roku. 

Czesi jako urzędnicy w Galicyi smutną po sobie zo- 
stawili sławę — byli oni prawdziwą plagą kraju, oddanego 
w ich ręce. W^acław Scheinoka Wtelensky*) — bo tak isto- 
tnie brzmiało jego nazwisko — stanowił w tćj mierze wyją- 
tek: przywiązał się do nowej ojczyzny, władał wybornie ję- 
zykiem polskim, pisał nim nawet lepićj, niż rodowici Pola- 
cy a dzieci kształcił w mowie krajowćj. Było ich pięcioro: 
prócz wymienionych już dwó^h. jeden jeszcze syn, imieniem 
August i dwie córki; z całego rodzeństwa żyje dziś tylko 
jedna niezamężna siostra ś. p. Karola, imieniem Paulina, 
mieszkająca w Przemyślu. 

Znakomitego w przyszłości badacza cechować miały 



(1) w teu sposób podpisał lię na poświadczeniu urzędowem / dnia 
31 crudnia 1826 r. w Koniuszkach bierni anowskich, „przy wyciśnięciu 
rodowitej pieczęci," która jednak tak się wykruszyła, że niepodobna 
dojrzeć kształtów herba. 



ŻTWOT KAROLA SZAJNOCHY. 249 

od lat najmłodszych: gorąca żądza wiedzy i pewien hart 
męzki, zadziwiające w pacholęciu. Opowiadają, że troskli- 
wy ojciec czuł się zaniepokojonym, widząc kilkuletnie dzie- 
cko, ślęczące całemi dniami z najwyższem zajęciem nad 
książką, podczas gdy jego rówieśnicy oddawali się młodzień- 
czej pustocie i właściwym swemu wiekowi zabawom. 

Pan mandataryusz, sam miłośnik literatury, posiadał 
znaczną bibliotekę, złożoną jednak wyłącznie z dzieł nie- 
mieckich, a głównie z w^szystkich sztuk ulubionego podów- 
czas komedyopisarza, Kotzebuego. Karol dorwawszy się do 
którśj z ojcowskich książek, zasiadał z nią gdzieś w kącie 
i czytał z tak wielkim zapałem, że oderwać go od nićj po- 
trafił chyba ojciec, nie zadowolony bynajmniej z tego przed- 
wczesnego pociągu syna do lektury. 

Wyciągnięty raz przez małych towarzyszów na śliz- 
gawkę a z natury niezgrabny, zwichnął rękę. Nie chcąc 
martwić rodziców, mimo dotkliwe cierpienie zataił smutną 
przygodę, a gdy rzecz się wydała, zniósł odważnie opera- 
cyą składania w nieobecności matki, która przez czułość 
macierzyńską nie mogła na nią patrzeć. Przykuty ztąd na 
kilka tygodni do łóżka, spędził ten czas, jak później sam 
zapewniał, nietylko korzystnie, lecz naw^et przyjemnie, za- 
bawiając się czytaniem Don Kiszota, Gil Blas'a i Kose- 
gartena. 

Początki nauk odebrał w domu, to jest w Wołoszczy, 
i w Koniuszkach Siemianowskich, dokąd się z kolei prze- 
nosili rodzice. Kilka lat spędzonych w drugiój miejscowo- 
ści, zwykł był zaliczać do najszczęśliwszych w życiu; szko- 
da że je w swój notatce określił tylko następnemi słowy: 
,, Przyjazne wspomnienie o właścicielce i jej córkach, z któ- 
rych jedna bardzo miłosierna — w dworskich zabawach, mia- 
nowicie teatralnych przedstawieniach, konieczny często współ- 
udział małego chłopca — najmilćj wspominany otrzymany 
Robinson." 

Na szczęście mieliśmy przyjemność poznać osobę, któ- 
ra posiada klucz do rozjaśnienia tego nie wiele mówiącego 
ustępu, gdyż między 1825 a 1829 rokiem widyYv'ała codzien- 
nie zamyślonego i poważnego nad lata chłopczyka, bladego, 
o śniadśj twarzy „Karolka", jak go powszechnie zwano. 



ijóo KLEMENS KANTECKI. 



Jest to owa „miłosierna" córka państwa Siemianowskich, 
obecnie pani Grossowa. 

Stosunek pomiędzy domem mandataryusza a dworem 
był w Koniuszkach bliższy, niż gdzieindziśj. Państwo Sie- 
mianowscy polubili szczerze zdolnego i miłego w towarzy- 
stwie pana Wacława, powierzyli mu nawet swoje interesa 
majątkowe, i nigdy tego nie żałowali. Małego jego synka 
kochali i podziwiali wszyscy. We dworze lubiono się ba- 
wić, a pan mandataryusz wesoły, dowcipny, pełen zawsze 
pomysłów, bywał duszą każdśj zabawy. Ulubionym wów- 
czas sposobem rozrywki bywały żywe obrazy, zwykle na te- 
mat mitologiczny, lub dziejów starożytnych. Gdy brakło 
potrzebnych ku temu przyborów, pomysłowość mandataryu- 
sza zastępowała niedostatek środków. I tak, troskano się 
raz bardzo, zkąd dostać urnę, na którćj miał płonąć świę- 
ty ogień Znicza. Zrozpaczone Westalki zamyślały już wy- 
rzec się obrazu, aliści pan Wacław przynosi z kuchni łu- 
dząco do urny podobny — moździerz, a nikomu przez myśl 
nie przeszło, by wieczysty płomień mógł goreć na innćm 
naczyniu... 

W niewinnych tych zabawkach przypadała zwykle i Ka- 
rolkowi jakaś wcale nie podrzędna rola. Jeśli panny Sie- 
mianowskie występowały jako boginie, lub bohaterki — on 
brał na siebie postać geniusza lub aniołka, a przedwczesna 
powaga chłopca ułatwiała niemało zadanie, bo nigdy pu- 
stotą nie zepsuł podniosłego wrażenia. 

Ale niezadługo przyozło Karolkowi opuścić ulubione 
Koniuszki. Dobiegał mu rok jedynasty, pora rozpoczęcia 
publicznej edukacyi. Rodzina Siemianowskich z żalem że- 
gnała ulubionego chłopca, mającego po raz pierwszy wyru- 
szyć w świat z rodzicielskiego domu. Sama pani przy roz- 
staniu ofiarowała mu na pamiątkę tak czule wspominanego 
Robinsona Kruzoe. 

Była jednak nadzieja częstego widywania się, gdyż 
Karol dla zaczerpnięcia światła nie wyjeżdżał za morze. 
Celem podróży był mu poblizki Sambor; mimo to odbyła 
się wyprawa z przeszkodami. Gdy bowiem z powodu wiel- 
kiego wylewu wód zatamowała się komunikacya, a nie chcąc 
się narażać na trudności ze strony dyrekcyi, wypadało pil- 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 251 

nować terminu, przeprawił się p. Wacław z synem łodzią 
,, przez rodzaj zaimprowizowanego morza" koło Koniuszek. 
Stanąwszy szczęśliwie w mieście, złożył Karolek egzamin 
z wiadomości, jakich wymagano w trzech ówczesnych kla- 
sach normalnych i został wpisany do gimnazyum. Rzecz 
dziwna, że na pierwszym tym popisie wywiązał się świetnie 
z wszystkich zadań, z wyjątkiem — języka polskiego... Czło- 
wiek, który w dwadzieścia lat późnićj w tak niezrównany 
sposób miał władać ojczystą mową, miał ją podnieść do nie- 
znanśj przedtćm piękności, w r. 1829 otrzymał w niój pre- 
dykat: mittelmaessig (mierne). Trudno dziś dociec, po czy- 
jćj stronie była wina; jeśli bowiem w ówczesnych galicyj- 
skich szkołach uczono języka polskiego w sposób godzien 
litości, a pytania zadawano nawet po niemiecku, nie nale- 
ży rów^nież zapominać, że jedynastoletni uczeń dotąd nie 
czytał prawie innych książek, prócz niemieckich. Sam Szaj- 
nocha zapisawszy sucho fakt, dodaje skromnie: „a przecież 
ten język posłużył mi w dalszym zawodzie moim." 

W Samborze, jak nas zapewnia pan Niedzielski, poczt- 
mistrz z Rudek a rówieśnik szkolny Szajnochy, był Karol 
zawsze celującym uczniem. Gdy zjeżdżał do domu na świę- 
ta i wakacye, uważano w nim toż samo, jak dawnićj uspo- 
sobienie. Małomówny, stroniący od rozrywek, zatapiał się 
długiemi godzinami w czytaniu, a gdy raz bawiąc u wujo- 
stwa w Rozdole, znalazł u burmistrza poblizkiego miastecz- 
ka, Mikołajowa, jakąś starą księgę in folio i uzyskał po- 
zwolenie zabrania z sobą na pewien czas tćj cennćj zdoby- 
czy, nie posiadał się z radości, i siedział nad nią dzień ca- 
ły bez przerwy — tak go paliła ciekawość i żądza wiedzy. 

Po upływie czterech lat, w skutek zmiany miejsca 
pobytu rodziców, przeniósł się Karol z Samborskiego do 
lwowskiego gimnazyum. Położony w obwodzie lwowskim, 
a z kilkunastu wsi złożony klucz Szczerzecki, stanowił jesz- 
cze w czwartym dziesiątku bieżącego wieku własność kra- 
ju, był tak zwanem państwem kameralnem. Siedzibą za- 
rządu tego państwa, czyli jak z niemiecka mawiano ,,ver- 
walteryi" nie było miasteczko Szczerzec, lecz wieś Siemia- 
nówka; Wacław Szajnocha, równie jak dawniej w Wołosz- 



252 KLEMENS KANTECKI. 



czy i w Koniuszkach Siemianowskich, pełnił tu obowiązki 
sędziego dominialnego. 

Opis tej miejscowości, leżącej w pięknej okolicy nad 
brzegami Dniestru, zawdzięczamy powiastce Karoht-, p. t. 
^^SlaroścŁunka, opowiastka z podania ludu''. — „Kilka mil 
ode Lwowa, — czytamy w tym młodocianym utworze — leży 
wioska Siemianówka — równą i jednostajną, otoczona okoli- 
cą, przypiera na północ do niewielkiego, piaszczystego pa- 
górka. Na jego szczycie rośnie kilka starych dębów; po 
bokach: na prawo szeroki staw się rozlewa — na lewo niz- 
kie wzgórze wybiega. Pagórek zaś, jakby strażnica tśj zie- 
mi, rzuca niby skrzydło obrończe, długi cień na całą wio- 
skę, a ta ze swemi chatami i ogrody, ze swoim kościołem 
pośród starych jaworów i przezroczystym pod wierzbami 
potokiem, umajona zieleni się jakby w lesie łąką leżała.'" 

Podrastający gimnazyasta przyjechawszy do Siemia- 
nówki na wakacye, obok zamiłowania do książek zdradzał 
już pewien zmysł poetyczny, wielką wrażliwość na powaby 
natury. Wedle własnego opowiadania „we dnie biegał po- 
między starami lipami, wieczorem wychodził na pola, aby 
z pod jednej lub drugiśj figury przypatrywać się różowćj, 
wieczornój zorzy." Raz podczas takiej wycieczki zaszedł 
na cmentarz do kościoła, a w końcu do kruchty, gdzie 
w jednej z trumien ujrzawszy głowę kobiety, oddzieloną od 
re^zty ciała, z ust dziadka kościelnego posłyszał straszną 
historyą o srogim staroście i nieszczęśliwej starościance, co 
zakazaną miłość przypłaciła życiem. 

I we Lwowie należał do najpierwszych uczniów, naj- 
mniej zapału okazywał do matematyki, lubo i w niej po- 
stępował. (1) Świadczą o tern programy dominikańskiego 
gimnazyura, do którego uczęszczał. Ówczesne gimnazya gar 
licyjskie składały się nie z ośmiu, jak dzisiaj, lecz z sze- 
ściu klas, których ukończenie uprawniało do uniwersytec- 
kich studyów. W r. 1833 jako uczeń czwartćj klasy ode- 



(l) Mam tę wiadomość od towarzyszów szkolnych Karola, pp. 
Piotra Grossa, dyrektora towarzystwa zabezpieczeń we Lwowie i An- 
drzeja Józefczyka, dyrektora seminaryum nauczycielskiego w Kra- 
kowie. 



ŻYWOT KAHOLA SZAJNOCHY. 253 



brał trzecią, w następnym znś roku jako piątoklasista di li- 
gą nagrodę. Rzecz godna uw;i,ui, że pisownia nazwiska Ka- 
rola w przeciągu roku uleg/n zraianie; w pierwszym bowiem 
programie czytamy: .^Schej/nn/id de Wtellensky", w drugim 
zaś y.Szejnołia de Wtellensky". 

Zdaje się, że sprawcą tej metamorfozy nie był nikt 
inny, jak sam Karol, który czując się coraz silniej krajow- 
cem, pragnął zatrzeć wszelkie ślady obcego ])ochodzenia. 
Poczucie to pchało go do poznania przeszłości narodu, co 
wówczas bardzo źle było widzianem przez władze i spro- 
wadziło smutne dla niego następstwa, które możemy opo- 
wiedzieć z całą ścisłością, bo po większej części własnemi 
jego słowy, uzupełnionemi zaciągniętą po raz pierwszy urzę- 
dową informacyą. Już pod koniec r. ]834 jako ucznia dru- 
giego kursu humaniorów cznH sześcioklasistę, zaglądającego 
także z ciekawości do uniwersytetu, (1) pociągano do śledz- 
twa za próbę zawiązania między gimnazyalną młodzieżą to- 
warzystwa starożytniczego, celem badania pomników arche- 
ologicznych w Galicyi. Byłu to oczywiście niewinniejsze 
jeszcze stowarzyszenie, aniżeli założony dwódziestoma laty 
przedtem w Krzemieńcu przez Karola Sienkiewicza ,,Klub 
piśmienniczy", w którego skład wchodzili Antoni Malczew- 
ski, Tymon Zaborowski i inni. 

Odtąd miano już myślącego chłopca na oku, a nie dość 
rozważny młodzieniec wkrótce podał władzy broń przeciw 
sobie. Pod koniec! 835 r. znaleziono kartki podburzającej 
treści. "W kilkanaście dni później 04 grudnia- podniósł 
ktoś upuszczony w kościele Bernardynów brulion wiersza 
Karola i oddał go policyi. Kiewiuny i słabiuchny ten 
utwór studenckiej muzy, złożony było z trzech zwrotek. 

Przedtem jeszcze wykryła policya kartki ze spisem 
imion studenckich, opatrzonych w tajemnicze uwagi. Na 
jednej z kartek poznano pismo Szajnochy, znane policyi 



(1) Ks. Kanonik Kitrys ze Szczurowej przypomina sobie, że wi- 
dywał Szajnochę v. r. 1S35 na prelekcyach o Listoryi krajów koron- 
nych austryackich słynnego profesora Mausa. Iśotował on skrzętnie, 
podczas gdy inui słuchali. 



254 KLEMENS KANTECKI. 

Z pierwszego śledztwa. Zabrane wówczas u niego skrypta, 
posłużyły do sprawdzenia tożsamości charakteru. Skutkiem 
odkrycia było zarządzenie śledztwa u S/ajnochy i u studen- 
tów, których imiona były wypisane na owśj kartce z taje- 
mniczemi uwagami, a mianowicie u Konstantego Gajdy, 
Franciszka Gnatkowskiego, Józefa Śmiałowskiego, i u trzech 
braci Bolberitzów, Niemców. „Ciemnym jeszcze rankiem — 
opisuję katastrofę w trzynaście lat późniśj sam Szajno- 
cha (1) — zajechał komisarz policyi przed moje ustronne 
mieszkanie i zabrał mnie z plikiem zakazanych broszur 
i rękopismów — do kozy." 

Wśród rękopisów znalazł komisarz przy rewizyi „Kalen- 
rzyk dat historycznych" układu właściciela, co dowodzi, że 
już na szkolnój ławie z żywem zajęciem poświęcał się nau- 
ce dziejów ojczystych — kilka znanych pieśni, poemacik: Na- 
sze szczęście i jakiś utwór dramatyczny. 

W nadziei jeszcze ważniejszych odkryć zarządzono re- 
wizyą i u Eustachego Kylskiego, z którym bardzo często 
przestawał Szajnocha. Prócz dwóch odezw z powodu rocz- 
nicy, pisanych rzekomo ręką Karola, znaleziono u niego 
jeden z pierwszych utworów literackich ostatniego p. t. 
Krótki rys historyi polsldej\ ułożony podobno dla Eylskiego, 
W dalszym toku dochodzeń aresztowano Żegotę Paulego. 
zatrudnionego podówczas przy administracyi Gazdy Lwow- 
skiej i Leandra Pawlikowskiego. Pociągano także do od- 
powiedzialności znanego później gramatyka Henryka Su- 
checkiego. 

W jakim nasiroju umysłu zastała młodzieńca chwila, 
w której dostał się „za kratę'' opowiada nam z wielkim 
wdziękiem. „Byłem — mówi — bardzo młody — miałem ledwie 
lat siedemnaście; kochałem namiętnie wszystko co piękne, 
a cały świat zdał mi się pięknym, i lubiono też mnie na- 
wzajem — ileż barw do jasnego obrazu wiosny i szczęścia. 



(l) Opowiadanie ~ to wydrukowano w r. 1848 w ,,Dzienmku mód 
-paryzkich^ bezimiennie pod nieznaczącym tytułem: Cipcia^ pod godłem 
wziętem z ust !Nowego Amadisa Gótliego: 

„Ais ich noch ein Knabe war, 

Sperte man mich ein...." 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 255 

do wspomnień, które urokiem swojój pory, bywają najdroż- 
szemi z całego życia.*' 

Niestety „z owych barw jasnych osnuł się obraz mro- 
ku, dostatecznego do zaćmienia całego życia ponurym cie- 
niem, a te najdroższe wspomnienia, są to wspomnienia cier- 
pień i więzień/' 

Oddany najprzód do zwyczajnego więzienia, po kilku 
tygodniach dostał się do osławionych Karmelitów. Straszna 
pomsta za młodzieńczą nierozwagę padła kilkunastoletnie- 
mu chłopcu; nieosądzonego traktowano jak zatwardziałego 
zbrodniarza. Gdy wszedł do nowej celi, „stróż z latarnią 
popchnął go do środka, wskazał goły siennik na ogromnym 
tapczanie, konewkę z wodą, zatrzasnął drzwi i zamknął je 
dwoma clbrzymiemi kłodami." Zaledwie wyszedł z osłupie- 
nia, aliści rozwarły się drzwi na nowo, i założono mu kaj- 
danki na ręce i nogi. 

We dnie i w nocy otaczała więźnia grobowa ciemność. 
Jeden z towarzyszów niedoli poradził mu podejść do okna 
i wszcząć rozmowę. Ale nowy, niedoświadczony gość cie- 
mnej siedziby, po kilku krokach runął z tapczanu na zie- 
mię, a dzięki krótko ściągnionym łańcuszkom potłókł się 
do krwi. Gorycz i zwątpienie ogarnęły młodocianą duszę 
i rozogniły bujną imaginacyą. Niewymowną ulgę sprawiły 
skołatanemu i przygnębionemu umysłowi sympatyczne dźwię- 
ki pobożnej pieśni, dochodzące z za muru: ,. spłynęły one 
religijną pociechą w młode serce — smutek ustąpił uroczy- 
stemu rozrzewnieniu.'^ 

Posępnie zbiegały biednemu wyrostkowi dni wśród 
stęschłości powietrza i wiecznój wilgoci więziennćj, z któ- 
rej miał wynieść zaród przyszłych chorób. Celę jego, krom 
tapczanu zaopatrzoną tylko w dużą konew^ i miotłę, zale- 
gał ponury mrok; nie dawano mu ani światła, ani książek. 
Pomiędzy trzecią godziną z południa a dziewiątą z rana 
nie można było nawet chodzić po kaźni „nie chcąc sobie 
głowy o mur, a nóg o tapczan ustawicznie otłukiwać.^' — 
Aby nie być skazanym na rozpaczną bezczynność, wydłu- 
bywał dziurki we drzwiach i w koszu u okna, wyrabiał 
igły z kostek i drutu siatkowego również u okna, snuł nit- 
ki z prześcieradła, szpilką na ścianach spisywał poemata; 



256 KLEMENS KANTKCKI. 

CO Z powodu mroku panującego w celi, osłabiło silny przed- 
tem ^vzrok. 

Po pewnym przeciągu czasu zaczął się czuć bardzo 
źle, zarówno pod fizycznym jak moralnym względem. Nie 
mogło być inaczej chłopcu, wrzuconemu między cztery sple- 
śniałe ściany, darzonemu strawą niegodziwą „którśj zwy- 
klomi przysmakami były wpadłe w nią przy hurtowem ko- 
tłowem warzeniu świerszcze, stonogi, niekiedy całe my- 
szy..." Nie dziw więc, że na wspomnienie tych okropnych 
chwil mówi z goryczą: „Wiecież wy grzeczni panowie i pa- 
nie, co to głód, kilkomiesięczny głód? głód zaostrzony pio- 
łunem niewoli samotnej, nie dozwalającej niczem oderwać 
myśli od obecnego cierpienia zwierzęcego, przyprawicnćj 
wilgocią i smrodną stęchłością zamkniętćj, na wpół pod- 
ziemnej celi..." 

Wystąpiły niebawem na jaw bolesne skutki tak opła- 
kanego położenia. Więzień dostał szkorbutu, „zaczął uczu- 
wać okropne łomanie w kościach, przy którem nieustająca 
fluksya z bólem zębów jeszcze najmniejszą okazała się frasz- 
ką." Na dobitek przywołany przez chorego lekarz „ofu- 
knął się, że go bez potrzeby trudzi..." 

Zawrzała w' nieszczęśliwym dziecinna wściekłość, aby 
ustąpić niebawem szlachetniejszym uczuciem. Rozbudził ją 
,, promień religijności" wyniesiony z pod rodzicielskiego da- 
chu. Z nienaśladowanym wdziękiem opisuje Szajnocha tę 
ważną w życiu swem chwilę. „Wyłoniwszy się — mówi — 
w skruszeniu całego jestestwa na wierzch, oświecił mię ten 
promień nagle nieznanym dotąd, jaskrawym, prawie pora- 
żającym blaskiem. Upadłem pod jego przemocnem wraże- 
niem. Odszedłem niemal od zmysłów. Po całych dniach 
leżałem na kolanach, w modlitwie, we łzach nieustających. 
Książka religijna zdała mi się zbawieniem. Prosiłem o nią; 
nie dozwolono mi żadnej. Miałem z sobą jedyną książkę, 
gramatykę francuzką. Umieszczone na pierwszych kart- 
kach po polsku i po francuzku Oj{:ze nasz i Zdrowaś Ma- 
rija, stały mi za całą Księgę żywota. Rzuciłem się na nie 
jak umierający z głodu potępieniec na pokarm zbawczy. 
Pokarm ten pokrzepił mię zaprawdę. Wzmocniony nim, 
oparłem się pokusom okupienia sobie łaskawego obejścia 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 257 

się ze mną, ulgi w głodzie, jako tćż innych cierpieniacli, 
przez wyjawienie tajemnic koleżeńskich, jakie były w mej 
mocy." 

Pocieszony natchnieniem z góry, przez kilkanaście dni 
z rzędu modlił się na klęczkach wśnkl łez pobożnych i re- 
ligijnej extazy, po czem nastąpił błogi spokój. „Jaskrawy 
blask otwartych niebiosów cofnął się w górę, a na dole 
została tylko ozłocona nim fantastyczna postać Cipci, świę- 
tej dla biednego, obraz więziennej patronki, odmalowany 
dowolnemi rysami młodzieńczej wyobraźni." 

— Któż to owa „Cipcia"? zapyta zdziwiony czytelnik. 

To Anioł-Stróż Szajnochy, równie jak wielu innych 
więźniów, to tajemnicza autorka słów, zachęcających go do 
wytrwania — to słowem szlachetna Amalia Radziszewska, jak 
się później dowiedział — osoba, której pseudonim posłużył 
mu do opowiadania, mającego za przedmiot smutny epizod 
z młodości. 

Pokuta przeciągała się — sąd kryminalny nie pospieszał 
z wyrokiem. Wreście na dniu 3 czerwca 1836 skazał ob- 
źałowanego na sześć miesięcy ciężkiego icięzienia{X) ale na 
domiar nieszczęścia więzienie to liczyło się dopiero od 27 
grudnia 1836 r.! dla tego, że rekurs, wniesiony do sądu wyż- 
szego i do najwyższego trybunału, został rozstrzygnięty 
na niekorzyść skazanego dopiero 10 stycznia 1837 r. a ka- 
rę zaczęto liczyć dopiero od chwili prawomocności wyroku. 

Daremnie wprzód dokładała wszelkich starań w celu 
uwolnienia syna pani Marya Szajnochowa, piękna i ogólnie 
lubiana kobieta. Gdy przyszła do dyrektora policyi, zna- 
nego Sacher-Masocha, ojca głośnego ostatniemi czasy pam- 
flecisty, któremu Revue de deux moiides na wstyd dla po- 
ważnej literatury, otwarła swe łamy, nieodmykane dotąd podo- 
bnym skrybentom — pan dyrektor zamiast wysłuchać jej 
prośby, zasypał biedną grzecznościami, nie chcąc jakoby 
dać wiary, aby tak młoda osoba mogła być matką doro- 
słego młodzieńca... 



(1) „Wegen Yerbreitimg aufruhrerischer Schraahscliriften, ais 
des Yerbrccliens der Stórung der offentlichen Ruhe." 

Dzieła Karola Szajnochy J. X. 17 



2ÓS KLEMENS KANTECKI. 



Nie lepiej powiodło się strapionej matce u prezydenta 
gubernialnego, Kriega. Figura ta, należy do najwybitniej- 
szych typów w galeryi niemieckich urzędników Galicyi. 
Wybornie odmalował go w odwet za jakąś krzywdę profe- 
sor Tatzauer w zręcznym wierszu, mającym niby to przed- 
stawiać figurycznie postać wojny. Ale przy wierszach: 

„Es lebe der Frieden, es sterbe der Krieg!'* 

każdemu stawał przed oczyma pan prezydent gubernialny, 
a uderzające podobieństwo biło z wyrazów: 

„Sehet auf dieses grinsende Gerippe!" 

Złośliwa satyra przeszedłszy szczęśliwie przez nader suro- 
wą cenzurę, pojawiła się w beletrystycznem piśmie niemie- 
ckiem p. t. Mnemosyne. 

Nie znalazłszy łaski w obliczu urzędowych matado- 
rów, przyszło Szajuosze ośmnaście z górą miesięcy spędzić 
zdała od ludzi. Od chwili skończenia przydłuższego śledz- 
twa, stała się dola jego znośniejszą: zaczęto go lepiej 
żywić, zdjęto mu kajdanki, latem dozwolono co kilka dni 
przechadzać się przez godzinę „po 36-krokowej ścieżce" 
w ogrodzie. Na cały pokarm umysłowy w głuchej ciszy 
więziennej otrzymawszy kilka gramatyk, (1) oddał się z za- 
pałem studyom językowym, a owocem tej pracy było grun- 
towne wyuczenie się mowy francuzkiej i angielskiej; w ję- 
zyku hiszpańskim wykształcił się dopiero w wiele lat pó- 
źniśj, gdy badającemu dzieje „Słowian w Andaluzyi" wy- 
padło czytać w oryginale hiszpańskie źródła. Z wdzięczno- 
ścią wspomina, że gramatykę angielską zawdzięczał towa- 
rzyszowi niedoli, Henrykowi Dmochowskiemu. Niedługo 
zresztą cieszył się towarzystwem — bo niemal cały rok spę- 
dził sam jeden. Wów-czas dla rozerwania umysłu, jak opo- 
wiada w rozpoczętej autobiografii, zaprowadził na białćj 
ścianie drucikiem do słońca kalendarz — rył na niój obszer- 
ny poemat, w którym opiewał swe uwięzienie. Kozrywki tej 



(1) Z autobiograficznej notatki dowiadujemy się, że w końcu 
dostawał niektóre książki i gazety z r. I812. 



. ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 259 

wraz z nauką języków nie wyczerppvały całego czasu, ja- 
kim rozporządzał młodzieniec myślący, zdolny, przywykły 
do ruchu i ciągłej umysłowej pracy. Odłączony zupełnie 
od społeczności ludzkiej, w chwilach nie poświęconych gra- 
matyce pogrążał się w tęsknśj zadumie. Zwykł on był wów- 
czas „leżeć bez ruchu na pryczy, lub, co najmilej było, 
przykucnąć na przyzbie i puścić wodze błędnym dumaniora, 
lub w zupełnej ciszy i zaćmie duchowej i cielesnej przy- 
słuchiwać się różnym gwarom więziennego milczenia."(l) 

Półtora roku, spędzonych w tak młodym wieku wśród 
tak niezwykłych warunków, nie mogło pozostać bez wpły- 
wu na dalsze życie młodzieńca. Groziło mu tu niemałe 
niebezpieczeństwo, inna to bowiem rzecz więzienie w doj- 
rzałych a inna w młodzieńczych latach. W tak wczesnej 
epoce — mówi sam Szajnocha, „wszelka czerstwość, młodość, 
wszelkie znamiona charakteru i temperamentu grają naj- 
swobodniej w sercu młodzieńczem"; ztąd każda boleść dot- 
kliwiej czuć się daje. „Starszy wiek — mówi dalej — sprawia 
często uwięzionemu korzyść takiem osamotnieniem — wcho- 
dzi on bowiem głęboko w siebie samego, uczy się pozna- 
wać swoje uczucia, pojęcia, wyobrażenia, charakter, czego 
nie daje wiek w siedmnastu latach." Wielu z pomiędzy 
jego rówieśników o mniej silnej i żywotnej organizacyi zła- 
małaby tak ciężka dola — jego przed dwudziestym rokiem 
uczyniła mężem w całem znaczeniu tego słowa. Ponura, 
przymusowa samotność, rozwinęła w nim wrodzoną skłon- 
ność do zadumy, do zgłębiania każdego przedmiotu — doda- 
ła mu hartu i męzkiej siły, uczyniła go więcej j^eszcze mil- 
czącym i zamkniętym w sobie — słowem rzuciła pierwsze 
podwaliny pod ten charakter niczem nie zmożony, nie ugię- 



(1) Rozpowszechniło się mylne przekonanie, jakoby do towarzy- 
szów więziennych Szajnochy należał pan Aleksander Morgenbesser — 
jakoby czytał Karolowi swój wiersz humorystyczny p. t. Obrona Sohoło- 
rca i doznawał z jego strony zachęty. Pan M. na piśmienne zapytanie 
nasze donosi nam łaskawie, że więziony znacznie później (od r. 1S41 — 
1S45' z dzisiejszym ministrem Ziemiałkowskim i Smolką, znał Szajno- 
chę tylko z widzenia, a „nie zostawał z nim w żadnych, nawet piśmien- 
nych stosunkach.'- 



260 KLEMENS KANTECKr. 

tv, pełen siły i szlaclietnej dumy, o woli niezłomnój, wy 
trwałości niespożytój— dążący zawsze do skupienia się w so- 
bie, do ukrywania w swem wnętrzu sziaclietnych popędów 
i niezrównanycli skarbów ducha, zamiast je rozsypywać nie- 
bacznie dla popisu przed tłumem... Nieraz późniój mawiał, 
że więzienie stało się dlań dobrodziejstwem, że odtąd do- 
piero ukochał pracę całą duszą i zaślubił ją na wszystkie 
dni swoje. Tak to zbawiennie wpłynęło na niego nieszczę- 
ście; wyniósł z niego jednak nieznane sobie przedtem uspo- 
sobienie nerwowe i nadzwyczajną drażliwość, a w dodatku 
niestety zaród śmiertelnej choroby^ która go w następstwie 
miała przyprawić o ślepotę i zgon przedwczesny. 



III. 



Nareście odzyskał swobodę, lecz jak bolesne okolicz- 
ności towarzyszyły tój upragnionej chwili! Już dawniej 
doszła go wiadomość o smutnej przygodzie, jaka spotkała 
ojca — lecz większego bólu miał doznać po wyjściu na wol- 
ność. W późniejszycłi już latacłi nieraz opowiadał, że pe- 
wnego razu zwracając uwagę strażnika na ogrom kłódki, 
strzegącej jego celi, usłyszał straszną nowinę, że jeszcze 
większa zamknęła się za p. Wacławem Szajnocha... Nie- 
szczęśliwa matka objąwszy wolnego wreście syna, powie- 
działa mu wśród łkania, że nie posiada już ojca, który 
zmarł \w więzieniu — że wzbroniony mu raz na zawsze przy- 
stęp do wszystkich zakładów naukowych państwa austrya- 
ckiego, że nawet Lwów kazano mu opuszczać bez zwłoki, 
wytrącając go tak nietylko ze zwykłej kolei prawidłowego 
kształcenia, lecz nawet odbierając ubogiemu najlepszą spo- 
sobność zarabiania dla siebie i dla podupadłej rodziny 
w stołecznem mieście, gdzie łatwiej było o pracę, niż gdzieś 
na dalekiej prowincyi. 

Zbyt silne były to klęski, zbyt dotkliwe ciosy dla 
ośmnastoletniego serca, a jednak mimo wysoce rozwinięte 
uczucie, nie uległ im, nie poddał się zwątpieniu, pomny na 
prawdę, wyrzeczoną później z powodu śmierci żony Augu- 
sta Bielowskiego, że ,,w dusze wznioślejsze, jak w wynio- 
słości fizyczne, najczęściej biją pioruny..." Nie upadł, nie 
porzucił raz uchwyconego sztandaru nauki, lubo odtąd je- 
den cios za drugim godził w tę praw^dziwie wzniosłą du- 
szę, lubo padło mu żyć w ciężkim niedostatku, opłakiwać 



262 KLEMENS KANTECKL 

później obłąkanie siostry i samobójczy zgon brata Au- 
gusta... 

Napróżuo starał się obarczony polityczną klątwą o po- 
zwolenie uczęszczania bodaj na kursą chirurgii, aby co ry- 
chlój być w możności wesprzeć osierocone rodzeństwo. Sta- 
nowczo i nieodwołalnie odrzucono jego prośbę, w którćj 
przypominał, że zasługuje na niejaką pobłażliwość, przy- 
znawszy się bez uporu do winy. Są, co utrzymują, że gdy- 
by skończywszy szkoły zwykłym trybem, był się dobił ja- 
kiego praktycznego stanowiska w świecie, zostałby straco- 
nym dla literatury. Nam się zdaje, że twierdzenie, czy 
przypuszczenie podobne, nie dowodzi wielkićj bystrości — że 
człowiek tćj miary, tej wytrwałości i żądzy wiedzy, wjakim- 
bądź zawodzie nie byłby się sprzeniewierzył swemu talentowi 
i posłannictwu, a przy niepraktykowanej pracowitości, obok 
zajęć obowiązkowych byłby znalazł niechybnie dość czasu 
dla naukowych studyów. Wszakże, jak to sam Szajnocha 
mawiał do jednego z swych bliższych znajomych, każdy 
stan, każdy zaw^ód znajduje najpiękniejszy swój wyraz w li- 
teraturze, a czy to żołnierz, czy prawnik, czy rolnik lub 
lekarz, jeśli rzeczywiście miał powołanie i zdolności, skła- 
da kwiat swej pracy i doświadczeń w jakiemś dziele lite- 
rackiem. 

Prosto z więzienia wypadło Karolowi udać się do Ży- 
daczowa, gdzie pani Szajnochowa trzymała niewielką dzier- 
żawę. Widząc, że • podupadłej przez proces i więzienie mę- 
ża grozi zupełna ruina, lubo nie czując najmniejszego po- 
ciągu do gospodarskich zatrudnień, starał się stać matce 
pomocnym. Równocześnie jednak postępował dalćj ener- 
gicznie na drodze samodzielnego kształcenia umysłu, a przy- 
tem należał przez pewien czas do związku Młodej Sarma- 
cyi, z którego wkrótce wystąpił. Szczęściem zbytnią śmia- 
łość syna równoważyła oględność niezmiernie doń przywią- 
zanej matki. Drżąca z przerażenia na samą myśl, że Ka- 
rol przecierpiawszy już tyle, mógłby po raz drugi dostać 
się do Karmelitów, przestrzegała go serdecznem słowem 
i śledziła tak pilnie jego kroki, że chcąc uniknąć podejrzeń, 
musiał się widywać z towarzyszami za miastem, lub też 
porozumiewać z nimi piśmiennie sposobem sympatycznym. 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 263 

Mimo surowy zakaz, niedługo wytrwał w matczynym 
^omu. Widząc pogarszające się interesa rodziny, nie chciał 
jej być ciężarem, pragnął owszem stać się podporą, a czuł 
doskonale, że na nie wiele zda się jego pomoc przy gospodar- 
stwie; rwał się przeto do Lwowa, gdzie mając kolegów i zna- 
jomych, spodziewał się znaleść jakie takie zajęcie, szczu- 
płym dochodem dzielić się z matką i młodszem rodzeństwem 
a usilną pracą kończyć własną edukacyą. 

W tym podwójnym celu, jechał do stołecznego mia- 
sta Galicy i. Pierwsze jego pismo jakie posiadamy, wysto- 
sowane do matki, podobno w domu krewnych, z drogi do 
Lwowa, pozbawione na nieszczęście daty, jak niemal wszyst- 
kie wcześniejsze listy, daje wymowne świadectwo obawom 
zacnej matki: (1) „Proszę Mamę jeszcze porzucić wcale 
niepotrzebną niespokojność, bo i ja muszę być o Mamę nie- 
spokojnym, a będąc takim, nie można iść za radą zdrowe- 
go, spokojnego rozumu. Zaufanie mamine w mój rozsądek, 
wróci mi go istotnie zupełnie... Co się mnie tyczy, jeszcze 
raz ręczę, że żadnej przyczyny do niespokojności Mamie nie 
dam..." Treść powyższego ustępu powtarza się nieraz pó- 
źnićj na różne tony: matka ciągle się obawia i niepokoi 
o ukochanego syna— syn wystawia jśj płonność obaw, a gdy 



(1) Sądzę, że najlepiej dopełnię wydawnictwa dzieł Szajno chy, 
z najwłaściwszej strony dam poznać tę piękną postać i czytelnikom 
największą sprawię prz3'jemność, okraszając niniejszą pracę przytocze- 
niem ważniejszycli i charakterystyczniej szych ustępów z listów history- 
ka, które mianowicie w dojrzalszych latach autora ujmują swym powa- 
bem, wdziękiem i prostotą- Trudno byłoby odmalować go traftiiej, jak 
się sam maluje w tych doraźnie rzucanych zapiskach, nieobliczonych 
na efekt, nacechowanych przedewszystkiem tak rzadkiemi dziś w li- 
stach znakomitych ludzi zaletami szczerości i prawdy, tchnącemi z każ- 
dego słowa. Nie powinnoby mi, mniemam, poczytanem być za złe, że 
wtajemniczam czytający ogół w różne drobne szczegóły potocznych 
stosunków pisarza — należy on bowiem do tych nielicznych znakomito- 
ści, które z blizka niemniej są wielkiemi, jak z daleka, a dzięki tym, 
na pozór zbyt może drobnostkowym szczegółom, występuje barwnie 
i plastycznie. Zdaje mi się, że powinnibyśmy wreście pójść w tej mie- 
rze za przykładem zagranicy, mianowicie Francyi, a biografie nasze 
przestałyby być tak przerażająco blademi, i z po za autora widać-by 
w nich było człowieka... 



264 KLEMENS KANTECKI. 

nie ustają, czyni wymówki i niecierpliv/i się, dając obok te- 
go dowody najgorętszego przywiązania. 

Przybywszy do Lwowa, pod względem literacko-nau- 
kowym doznał chętnych rad i serdecznych wskazówek ze 
strony dwóch znanych już wówczas zaszczytnie literatów: 
Augusta Bielowskiego i Lucyana Siemieuskiego — pod wzglę- 
dem materyalnym znalazł arcyskromne wprawdzie oparcie 
i zatrudnienie w domu ś. p. Pawła Rodakowskego. „Pa- 
miętam — pisze znakomity estetyk w przesłanej mi łaskawie 
notatce — że w roku, jeśli sie nie mylę 1837, pierwszy raz 
Szajnochę widziałem. Przyszedł on do mnie jako skromny 
student, niedawno wypuszczony z więzienia, z prośbą, abym 
mu wskazał książki, na których mógłby się uczyć języka, 
oraz zapoznawać się z historyą i literaturą. Rozmawialiśmy 
dość długo, i tyle pamiętam, że mu dałem do czytania Reja 
Zyicot poczciwego człowieka^ kronikę Bielskiego, Górnickie- 
go, a potem i inne w^skazałem dzieła. Kilka razy tak przy- 
chodził na literacką pogadankę, ale wkrótce gdzieś się po- 
dział a ja także musiałem Lwów opuścić.'^ 

Widać ztąd, że Karol łaknący światła a zostawiony sa- 
memu sobie, pozbawiony rady i pomocy, odwołał się do 
znajomości literatury i doświadczenia cenionego już podów- 
czas pisarza — Siemieuski bowiem dał się poznać przed ro- 
kiem ze znakomitego talentu w świetnym przekładzie tak 
zwanego ,,Królodworskiego rękopisu". Serdeczna uprzej- 
mość w przyjęciu, szczera rada i umiejętna wskazówka uję- 
ły chłopca, gotującego się do zawodu, w którym młody po- 
eta tak piękne zajął był już miejsce a nadto miał za sobą 
przeszłość polityczną, gdyż po wypadkach listopadowych 
Jako jeniec wojenny przez rok przebywał w Żytomierzu 
i Kijowie. Po wyjeździe Siemieńskiego nie widzieli się 
przez całych jedenaście lat, natomiast późnićj zawiązała się 
między nimi serdeczna przyjaźń, lubo spotykali się zawsze 
krótko i przelotnie. ,,Do szczęśliwszego więc widzenia się 
z Tobą— pisze Szajnocha wiosną roku 1859 — Kochany bra- 
cie, z którym na przeszło dwadzieścia lat pamiętnej dla 
mnie znajomości, skazanej na chwilowe spotkania a długo- 
letnie rozstania, nie dał mi Pan Bóg ani dwudziestu godzin 
bawienia swobodnie w jednym ciągu." Cenił on zawsze 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 265 



wysoko piękny talent przyjaciela a w r. 1848 w redagowa- 
nem przez siebie piśmie nader trafnie i sympatycznie okre- 
ślił literacką jego indywidualność. „Stosunek mój z Szaj- 
nocha, — pisze ze swej strony autor Portretów literackich — 
bardzo był miły dla mnie^ nigdy żadna rozterka nie za- 
krwawiła nam serca, ani liumoru." 

Jak wiemy, jeszcze przed pójściem do więzienia, roz- 
począł Karol próbować sił w piórze; gdy jednak w owćj 
porze nawet znakomitym pisarzom nie płacono honoraryów, 
poczynającemu, niewprawnemu, powiedzmy otwarcie, arcy- 
słabo jeszcze niem władającemu, niepodobna było marzyć 
o utrzymaniu siebie i swoich z literackiego zarobku. Dla 
dopięcia tego celu poświęcił się prywatnemu nauczaniu 
a obowiązek, przyjęty w domu Rodakowskich, uwolnił go 
choć w pewnej części od troski o byt, zaspokajając przy- 
najmniej naj pierwsze skromne potrzeby. 

Pan Paweł Piodakowski, adwokat zażyły z hr. Stanisła- 
wem Skarbkiem (redagował akt fundacyi Skarbkowskiej 
i przyczynił się niemało do wprowadzenia jej wżycie), czło- 
wiek powszechnie ceniony i szanowany a bardzo światły, 
pragnął wykształcić swoje dzieci w przedmiotach, zaniedby- 
wanych w ówczesnych szkołach galicyjskich, a mianowicie 
w historyi. Ktoś z uczonych zalecił mu na ten użytek wy- 
daną niedawno vi Paryżu metodę chronologii Antoniego 
Jaźwińskiego; chodziło więc tylko o nauczyciela. Ułatwił 
mu wybór starszy syn, Zygmunt, przemawiając gorąco za 
ubogim przyjacielem i szkolnym do niedawna towarzyszem. 
Ujęty oddawanemi młodzieńcowi pochwałami powołał 
go Rodakowski na nauczyciela syna i córki, nie troszcząc 
się wcale o policyjny zakaz, dość bowiem posiadał w mie- 
ście znaczenia, aby byłego więźnia uchronić od prześlado- 
wania; dla większej jednak pewności umieścił go we wła- 
snem mieszkaniu przy ulicy ormiańskiej, w domu pani Ka- 
bogowej. 

Jednemu z najpierwszych uczniów Szajnochy, panu 
Józefowi Rodakowskiemu, obecnie generałowi brygady w Pecs, 
w południowych Węgrzech, zawdzięczamy ciekawe szcze- 
góły o wstępie w nowy zawód i o ówczesnym trybie życia 
zaimprowizowanego pedagoga. „Od roku 1837 do 1841 — 



266 KLEMENS KANTECKI. 

pisze generał — udzielał mi przez dwie godziny dziennie lek- 
cyi historyi prawdziwie po mistrzowsku. W przeciągu tego 
czasu przemieszkiwał u nas kilkakrotnie. Latem jeździł 
z nami na wieś do Pałaicz (był-to majątek Rodakowskich 
w Stanisławowskiem). Przypominam sobie bardzo dobrze, 
iż sam nad sobą bardzo usilnie pracował i wiele sig uczył. 
Miał zwyczaj wychodzić o wschodzie słońca do ogrodu i czy- 
tać, przechadzając się po alei wielkićj tak pilnie i regu- 
larnie, że wydeptał osobną ścieżkę, nazwaną później ściesz- 
ką Szajnochy. Jako nauczyciel, odznaczał się głęboką wie- 
dzą, niezmierną pilnością, lecz także niecierpliwością nad- 
zwyczajną." 

Niecierpliwość ta objawiała się w przykry dla uczniów 
sposób. Rozgniewany nieuwagą malca, zwykł był pociągać 
go nie żartem za ucho, przy czśm zdarzało się, że dolna 
jego warga, już wówczas wyschła i blada przedwczesnem 
cierpieniem, wzdymała się, czasem nawet zabarwiała się 
szkarłatem... Jeśli w ogóle przykrem i trudnem bywa zadanie 
wlewania nauki w głowy roztargnionych i swy wolny eh pa- 
choląt (a sam generał przyznaje, że bardzo często grzeszył 
nieuwagą), tedy dla schorzałego, znękanego Karola była to 
rola przykrzejsza, niż dla innych. „Przydłuższe mówienie 
przy lekcyi— pisze w r. 1860 do Maurycego hr. Dzieduszy- 
ckiego — wieloletnićm doświadczeniem tego doznałem, zawsze 
mnie, niewymownego z natury, natężało a nawet sprawia- 
nemi tem kongestyami do głowy, nie mało się z czasem 
do mojej ślepoty dzisiejszej przyłożyło.^' „Zna Mama mój 
wstręt do tego guwernerowskiego niewolnictwa'^, — i;isze 
zwięźle, lecz wymownie około 1840 roku. 

Ową drażliwość i pewną szorstkość, zachował i w doj- 
rzalszych latach i to nie tylko względem uczniów. Chara- 
kterystyczny to jednak i znaczący objaw, że tak oni, jak 
inni, starsi znajomi i przyjaciele Szajnochy, nie zrażeni jego 
niekiedy odpychającą na pozór oziębłością, jego odrębno- 
ścią, nacechowaną pewnym odcieniem szlachetnego dziwac- 
twa, otaczali go niezmienną życzliwością i serdecznem przy- 
wiązaniem. I nie mogło być inaczej, gdyż pod szorstką 
powłoką krył się duch czysty i szlachetny, „pełen rzewne- 
go uczucia", że użyjemy słów jednego z najbliższych jego 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 267 

przyjaciół; pełen ognia i zapału, miarkowanego rozumem 
i rozwagą. Serdecznością swoją, idealną prawością, rzadką 
dobrocią i uczynnością, prawdziwie złotem sercem zdobywał 
sobie przyjaźń ludzi, którycłi odstręczać mógł nierównością u- 
sposobienia; to też z łatwością rozbrajał wywołaną chwilowo 
niechęć. Yi/łaściwość to była temperamentu, owoc smutnych 
kolei życia, a jeszcze przeważniej choroby długićj i dotkliwśj. 
Przywykano też do niej tak dalece, że długoletni towarzy- 
sze i przyjaciele jego nie tylko do dziś dnia mówią o nie- 
odżałowanym druhu z najgorętszćm uwielbieniem, lecz na- 
wet w księdze swych wspomnień znajdują jego portret ide- 
alniejszym, niż go maluje rzeczywistość, w którśj świetle 
przedstawia się zresztą jako jedna z najpiękniejszych po- 
staci, jako mąż nie dzisiejszego wieku, ale raczej model dla 
Plutarcha. „Jego słodycz w pożyciu — mówi jeden z nich — 
humor, powaga nauki, czyniły go najmilszym towarzyszem." 
Nic dziwnego, że taki nauczyciel mimo wielką suro- 
wość był kochany przez uczniów — rodzice cenili go dla su- 
mienności i gruntownych zalet pedagoga. Nie pozwalał on 
uczniowi płużyć w lenistwie, jak tylu dzisiejszych Mento- 
rów, mnićj troskliwych o Telemaka, niż o zapłatę, a gdy ten 
jeszcze z chęcią do nauki łączył zdolności, postęp sta- 
wał się zadziwiającym. Uczniowie jego okrom samej treści 
dziejowych zdarzeń, musieli znać dokładnie chronologią. 
Z panem Józefem Rodakowskim, obdarzonym doskonałą 
pamięcią, mimo często z jego strony powtarzaną a tak 
skwapliwie karaną nieuwagę^ dokazał prawdziwych cudów. 
Po dwóch bowiem latach doprowadził tak daleko, że chło- 
piec, który się przedtem wcale nie zajmował nauką histo- 
ryi, umiał na pamięć wszystkie daty dziejów greckich, 
rzymskich, polskich, francuzkich, niemieckich, angielskich 
i rosyjskich. Nadzwyczajny skutek gorliwości młodego pe- 
dagoga tak zachwycił pana Pawła Rodakowskiego, że po- 
stanowił, iżby dzieci odbyły popis wobec znakomitych osób 
czśm chciał dać świadectwo nauczycielskiemu talentowi, 
Szajnochy. Dostojni sędziowie — a znajdowali się między 
nimi Fredro i Skarbek — nie szczędzili mu wyrazów dobrze 
zasłużonego uznania; pochlebne zaś zdanie ich uczyniło Ka- 
rola przedmiotem poszukiwań dla ojców i matek. 



268 DZIEŁA KAROLA SZAJNOCHY. 

Po pewnym przeciągu czasu, dzięki staraniom wpły- 
wowych znajomych, uzyskał wygnaniec raz i drugi kartę 
wolnego pobytu, lecz jedynie na niewiele tygodni. „Przy- 
jechawszy do Lwowa — donosi matce— zastałem już u mego 
gospodarza pozwolenie bawienia dalój we Lwowie — ale tylko 
znowu dwa miesiące. Z tych krótkich pozwoleń widać, że 
mnie chcą trzymać na wodzy.. .'^ Zaleciwszy dalej matce 
,, spokojną ufuość w lepszego od ludzi Boga" zwraca się do 
młodszego brata, Augusta, aby mu przyrzec na wakacye 
podarek, jeśli pomślnie zda egzamin, na przyszły zaś rok 
zobowiązuje się dostarczyć wszystkich materyałów szkol- 
nych. Żałując, że teraz przynajmniej nie może na wy- 
chowanie rodzeństwa łożyć tyle, jakby pragnął, wypowiada 
nadzieję, „że jak nie zawsze pogoda, tak i słota ciągle 
trwać nie może." 

Na mieszkanie wyszukiwał sobie zwykle zdała od 
wiejskiego gwaru jakąś ustronną, samotną siedzibę. ('*') 
Do takiego mieszkanka wprowadza nas jeden z naj- 
dawniejszych towarzyszów Karola. Byłto pochylony dziś 
wiekiem dworek pod Pohulanką, tćm milszy dla lokatora, 
że w zamian za różne niedostatki, zapewniał mu tyle pożą- 
daną taniość i świeże powietrze. Wybór miejsca świadczył 
o wyrobionym zmyśle estetycznym; otaczały domek zielo- 
nym wiankiem drzewa owocowe, bzy i wierzby, bramkę 
ocieniała rozłożysta lipa, nęciły nieopodal rozkoszną wonią 
łąki i szumiał lasek wtjgleński. Tak przyjemne sąsiedztwo 
Avynagradzało poecie brak wszelkich wygód w samem mie- 
szkaniu. Nie dbał on o to, że dość obszerna izba nie mia- 
ła podłogi, że cały jej sprzęt i ozdobę składał tapczan, 
pokryty siennikiem i kilimkiem, długa ława do siedzenia 
i stół, pełen rozrzuconych w nieładzie ksiąg i rękopisów. 



(*) Pani SzajnocliOY/a wyszła wkrótce za mąż za komisarza ob- 
wodowego Kierkę, nie z miłości, bo był to człowiek dobry, ale mól 
biurowy, u którego urząd i „yerordnungi'- stanowiły alfę i omegę ży- 
cia — ale żeby znaleść oparcie na świecie i nie sj^ożywać dłużej szczu- 
płych owoców krwawej pracy syna; wybór zaś swój mogła o tyle na- 
zwać szczęśliwym, że byłto człowiek nadzwyczaj poczciwy a dla pa- 
sierbic i dla Augusta Szajnochy stał się prawdziwym ojcem. 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 269 

Spojrzyjmy na te stosy papierów, jedyną własność 
ubogiego literata-pedagoga, aby się dowiedzieć, co wówczas 
czytał, o czem myślał i nad czem pracował. Leżała na 
wierzchu rozłożona, sławna księga Montesquieu'go: Esprit 
des lois, a abolv niej różne utwory płodnego umysłu, któ- 
re po najwięl^szej części miały utonąć w młodzieńczej tece, 
a więc: co dopiero dol^onane tłómaczenia BUwy na Kosse- 
wem polu i spory, zupełnie wykończony tom Hisłoryi Gre- 
cyi i Rzijmu^ przeznaczony dla młodzieży, ułożony nawet 
w tym celu w formie opowieści, pozbawionej wszelkiej chro- 
nologii, którą młody autor uważał za naukę odrębną. Spło- 
nęły one później na kominku, podobnie jak cało-tomowe 
powieści i poemata, nieżałowane przez duchowego rodzica, 
który wbrew powszechnemu u młodych zwyczajowi, nie kwa- 
pił się zbytecznie do druku, lubo zachęcany przez starszych 
daw'ał drobniejsze prace do czasopism. (1) Pierwszym z dru- 
kowanych jego utworów prozą jest podobno umieszczony 
r. 1840 w^ Dzienniku mód; ,,Eomans na własne oczy widzia- 
ny" — wierszem pełne uczucia Milczenie^ rozpoczynające 
się od słów: 

Nie śmiem przybliżyć kroku, 
Zdaleka od ciebie stoję; 
Choćbym dał życie za spojrzenie twoje, 
Nie śmiem go szukać w twem oku... 

Gdyśmy już poznali siedzibę młodego pisarza i wspo- 
mnieli o jego literackich przedsięwzięciach, nie od rzeczy 
będzie przyjrzeć się powierzchowności człowieka, tem wię- 
cśj, że wszystkie wizerunki pochodzą z późniejszego wie- 
ku. Nakreślmy portret słowami pana Władysława Zawadz- 
kiego tak, jak mu się przedstawił r. 1840, gdy ujrzał Szaj- 
nochę po raz pierwszy. „Był — mówi — wzrostu nizkiego, bu- 
dowy krępćj, nieco pochylony, a pochyłość tę uwydatniały 
jeszcze więcćj naprzód wydane ramiona. Głowę miał dużą, 
twarz śniadą, starannie ogoloną, z czarnym, nieco podstrzy- 



(1) w jednym z listów do matki czytamy: ., Pracuję po dar/ne- 
mu i mam nadzieję, że nareszcie w tym roku będę mógł wydać część 
prac, które mi się po pogorzelisku zostały." Pogorzeliskiem nazywał 
dobrowolne spalenie młodocianych prac, szczególniej dramatów. 



270 KLEIMENS KANTECKI. 



żonym wąsem, oczy ciemne, wyraz oblicza łagodny i po- 
ważny, przybierający często uśmiech ironii, gdy mu się co 
nie podobało. Włosy, już wówczas bardzo rzednące, miał 
króciutko przy samśm czole ostrzyżone, aby dalszemu za- 
pobiedz wypadaniu, co jednak nie pomogło, gdyż w kilka 
lat później, w bardzo młodym jeszcze wieku, prawie zupeł- 
nie wyłysiał." 



IV. 



Epoka, w którćj Szajnocha występował na widownię 
literacką, była porą nagłego i świetnego rozkwitu piśmien- 
nictwa, miesiącem ,,róż i słowików" dla polskiej poezyi. 
Wybujała ona nad miarę, a obok niej znalazło się miejsce 
tylko dla historyi. Ta nadzwyczajna przewaga dwóch dzia- 
łów piśmiennictwa nie powinna nas dziwić. Pracownicy peł- 
ni zapału rwali się do przedmiotów, otoczonych najwięk- 
szym urokiem, jak ludzie mający tylko za sobą gdzieś 
w dal zapadłą przeszłość i przyszłość, pełną kuszących 
obietnic — żyjących tylko wspomnieniem i nadzieją... Wy- 
razem pierwszych była historya, drugą wieściła poezya. 

Wśród najmniej sprzyjających, najcięższych warunków, 
powstał cały szereg znakomitych pisarzy, mężniał i dojrze- 
wał o głodzie i chłodzie, ślubując wiarę przedmiotowi mi- 
łości z najwyższą bezinteresownością. Podobnie jak Szaj- 
nocha, oddawał się niejeden przez dzień cały mozolnemu 
i męczącemu zajęciu dla chleba, by tą ofiarą okupić swo- 
bodę poświęcenia literaturze wieczorów i nocy — ale nikt 
podobno nie przewyższył go w tej gorliwości. Świadczą 
jednozgodnie głosy współczesnych, że, aby sprostać wy- 
tkniętemu sobie celowi wiódł niemal żywot anachorety, że 
dziś zaciera się już tradycya podobnie wielkićj i namiętnej 
pracy. 

To tćż jeśli do kogo, to do niego odnosiły się w ca- 
łćj pełni wyrzeczone przezeń później słowa (r. 1848): 
„U nas każdy pojaw literacki ma podwójną wagę czynu: 
raz ponieważ nam przedewszystkiem myśl jest życiem, a sło- 



272 KLEMENS KANTECKI. 

wo ciałem— powtóre że u nas każdy czyn literacki jest zwy- 
czajnie tylko potężoiejszego charakteru dowodem." 

Podczas świąt i wakacyi zamknięty w swej izdebce, 
bywał całemi dniami niewidzialnym, nigdzie nie wychodził, 
widując sie tylko z posługaczem, gdy mu raz na dzień przy- 
nosił wodę i skromny posiłek. Czasem przez miesiąc i dłu- 
żej skazywał się na dobrowolną samotność, gotując się po- 
ważnie, gruntownie i w wielkićm skupieniu ducha do pi- 
sarskiego zawodu, pojmowanego przezeń po obywatelsku, 
jeśli nie po kapłańsku, niechętny często wesołym towarzy- 
szom, gdy go pragnęli wyrwać z jego pracowni, z ulubio- 
nego mu towarzystwa książek i myśli. 

„Jestem zdrów*' — pisze do matki — „i bardzo dobrze 
się bawię w mojej izdebce. Mógłbym to sobie do zasług 
policzyć, ale nie czynię tego, bobyto kłamstwo było. Nie 
bawię się po balach, bo mię bale nie bawią i dziwię się 
nawet, czemum taki nieciekawy na nie!..." „Jestem wesel- 
szym i spokojniejszym" — donosi inną rażą— ,,ale całą ozna- 
ką tego jest tylko większe zamiłowanie w robocie. Wszy- 
scy mnie tu mają za mruka, pustelnika, a ja sobie siedzę 
cicho i czytam..." 

Trzeba też było prawdziwie olbrzymiej pracy, aby 
w krótkim stosunkowo czasie, bez czyjejkolwiek pomocy, 
dojść do takiego ogromu wiedzy i do tak znakomitego mi- 
strzowstwa formy. Ci, co się rozkoszują świetnie utoczo- 
nemi okresami późniejszych dzieł Szajnochy, co podziwiają 
plastykę jego obrazów i żywość kolorów, nie pojmują, ile 
to trudu, ile pracy kosztował go ten artyzm. Ale kto po- 
równa autora Stasia (1) z autorem Bolesława Chrobrego^ 
kto zechce się przekonać, jaka przepaść oddziela artykuły 
z r. 1842 (w Lwouńaninie Ludwika Zielińskiego: Kontrakty^ 
powiastka i Starościanka^ opowiastka z podania ludu) pod 
każdym względem bardzo wątłe i słabe, od arcydzieł, jakie 



Cl) Sztukę tę daremnie usiłowali ocalić: w r. 1843 Dawison, 
a w dwadzieścia lat później pełen talentu i artystycznego zmysłu V> o- 
lesław Ładnowski. Rzecz jasna, że tylko głośne imię history- 
ka skłoniło dyrekcyą teatru lwowskiego do wydobycia tej sztuki z pod 
pyłu zapomnienia. 



ŻYWOT KAEOLA SZAJXOCHY. 273 

Z pod tego samego pióra miały wypłynąć zaledwie w sześć 
lat później: ten z podziwem i czcią uchyli czoła przed czło- 
wiekiem, co takich cudów dokonał. 

Mimo wysoką swą wartość, należał Karol do najskro- 
mniejszych ludzi, w niczem niepodobny do tych niepozna- 
nych geniuszów, w^ kolebce jeszcze roszczących prawo do 
wielkości, waNYrzynów i hołdów. Moglibyśmy na to tysiące 
przytoczyć dowodów; tymczasem, zanim dalsze opo^Yiadanie 
potwierdzi nasze słowa, przytoczmy tu świadectwo osobisto- 
ści nader wybitnej a do pochwał wcale nie skorej. „Szaj- 
nocha — pisze Leszek hr. Borkowski, w udzielonej nam ła- 
skawie krótkiej notatce, — należał do późniejszej warstwy 
literatów^ niż Bielowski; ale zaszedł dalej, bo szybciej zu- 
żytkowywał uzbierane materyały. Zaczynał on'dopiero swój 
zawód, kiedy my, starsi literaci, już mieliśmy się za coś 
lepszego dla kilku drukowanych artykulików, które miały 
łatwe powodzenie. W początkowych zetknięciach z nami 
był on do przesady skromny, może nawet nieśmiały, Xie 
zapuszczał się, jak zw7kle młodzi, w literackie dyskusye 
i spory, nie upierał się przy swojem zdaniu, jakby mii bra- 
kło pewności przekonań i krytycznego ducha. Pokazało sie 
wkrótce, iź posiadał rzadki talent odgadywania całości z po- 
jedynczych wypadków i za pomocą szczególnych napom- 
knień dokumentu czy kroniki odżywiania całych okresów 
przeszłości-'* 

Dotykając „pięknych stron^' Szajnochy, wyznaje autor 
Farafia?iszc żyzny, że ,, miłość własna nigdy go nie zaślepia- 
ła, że próżności nie można w nim było dostrzedz. W roz" 
mowach nie zwykł wspominać o sobie i trzeba już było 
wyraźnie ciągnąć go za język, aby coś o pracach swoich 
powiedział." 

Jak wiadomo, pierwszą obszerniejszą (w r. 18^3) dru- 
kowaną i graną pracą Szajnochy był Stasio, dramat, co- 
kolwiek powiedziano na jego obronę współcześnie i w pó- 
źniejszych latach, nie wytrzymujący nawet pobłażliwej kry- 
tyki. Wykazał to w Dzienniku Mód (Xr. 13 r. 1843.) 
Borkowski w sposób zarówno zręczny, jak złośliwy, co je- 
dnak nie rozgniewało karconego bezwzględnie autora. ,,W kil- 

Dzieła Karola Szajnochj T, X, IS 



274 KLEMENS KANTECKI. 



ka dni''— mówi krytyk — „po ukazaniu się zbyt surowego 
sprawozdania mego o Stasiu, przyszedł do mnie a nie 
wspominając o tćm, naprowadził rozmowę na sztukę dra- 
matyczną, z której widziałem, że pilnie studyował Szekspi- 
ra, i podnosił w nim piękności, właśnie najtrudniejsze do 
naśladowania. Znacznie zaś późniśj mówiąc o początkują- 
cych pisarzach w ogólności, zauważał, iż duch ich niespo- 
kojny, szuka jakby z zawiązanemi oczyma odpowiedniego 
zdolnościom zajęcia. Krytyka nie zawsze im wskaże drogę 
właściwą, ale zwraca ich często z niewłaściwój." 

Tę szczerą skromność, zwłaszcza wobec czytającój pu- 
bliczności, zachował w czasie, gdy imię jego należało już 
do najpopularniejszych w kraju. Wówczas pisuje feiletony 
do Czasu w zamian za przesyłanie pisma, a gdy prenu- 
merata na drugie wydanie Jadwigi szła z początku tępo, 
pisze do Siemieńskiego: „Nie m.yśl, żebym się miał skar- 
żyć na to. Zważywszy wszystko, niepodobna wymagać wię- 
cej. Powiedziałbym owszem, iż bądź co bądź otrzymujemy 
daleko więcej od publiczności, niż jej dajem wzajemnie. 
Nie mamy żadnych arcydzieł zapoznanych, a ileż-to ladaja- 
kich piśmideł znachodzi wziętość!" 

Skromne o sobie rozumienie, brak pretensyi do ludzi 
i świata nie przeszkodziły, że w niewiele lat potśm docze- 
kał się powszechnego uznania ze strony myślącego ogółu, 
że nawet w porze, gdy się jeszcze nie dał poznać publi- 
czności, ceniły go już wysoko znakomitsze osobistości z po- 
śród znajomych. Józef Borkowski mawiał nawet między 
1840 a 1843 rokiem, że „za lat sześć będzie Szajnocha zna- 
komitym pisarzem w zawodzie historycznym", a zapowiedź 
ta spełniła się dosłownie, jak proroctwo. Nim jednak mło- 
dy autor dobił się znaczenia i powagi, jakżeż krwawo przy- 
chodziło mu zarabiać na chleb i na laury, z jak ciężkim 
borykać się niedostatkiem! Daleki od chęci wywołania skar- 
gą zdawkowej monety współczucia, nie zwykł on był pó- 
źniej rozwodzić się nad ubiegłemi dniami niedoli; ale pewna 
mimochodem rzucona aluzya, rzuca ciekawe światło na ro- 
dzaj jego zatrudnień, podejmowanych dla chleba. W ser- 
decznem wspomnieniu o zgasłym przedwcześnie ciotecznym 
bracie, Walerym Łozińskim, opowiadając, jak dziewiętna- 



ZY^YOT KAROLA SZAJNOCHY. 275 

stoletni młodzieniec 1855 r. przyjechał do stolicy Galicyi 
w celu poszukaijia sobie literackiego zajęcia, dodaje: „Było- 
to moje własne położenie za przybyciem do Lwowa przed 
laty kilkunastu. Ale od tego czasu znacznie na korzyść lite- 
ratów odmieniły się rzeczy. Nie potrzebował już daicaó 
lekcyi po kilka groszy^ alho tłómaczijó dla księgarzom nie- 
mieckich książek kucharskich^ jakto moim i najszanowniejsze- 
go z przyjaciół (Bielowskiego) było udziałem..." Przy tak 
ciężkiej pracy przychodziło jeszcze nieraz padać ofiarą, wy- 
zyskiwaczy. „W położeniu mojem'^ — pisze do matki — „nic 
się nie odmieniło; tylko, źe mnie zawsze oszukują, i tylko 
bardzo powoli do rozumu przychodzę." 

Pomiędzy r. 1843 a 1847, nie uczestniczy Szajnocha 
prawie wcale w ruchu prasy peryodycznej. Oddany zupeł- 
nie mozolnym studyom, żyje wyłącznie dla nauki i przyszło- 
ści; toruje sobie drogę z ogromnym trudem wśród nadzwy- 
czajnych przeszkód, jakie na każd3^m kroku spotykają, samo- 
uka—czasem tylko, jakby dla odetchnienia poświęca kilka 
chwil literaturze nadobnej. ,,Ja nic prawie nie wiem, co 
się na świecie dzieje" — zaręcza matce — ,. nowinami przeto 
listu zapełnić nie mogę. Wszak-to już rok minął, jak nie 
byłem w teatrze. Trudne-to do uwierzenia, a jednak tak 
jest w istocie. Za to, gdy się znudzę po kilku tygodniach 
żmudnej a prawie zawsze daremnej, uczonej łacińskiej pra- 
cy, zabieram się na kilka dni do teatru... na papierze — do 
klecenia jakiój sztuki na piśmie, gdy w rzeczywistości ża- 
dnej prawdziwój sztuki dokazać nie mogę..." 

Pisał wówczas Szajnocha niezawodnie, wydrukowany 
znacznie później i to tylko w urywku dramat p. t. P a- 
nicz i Dziewczyna (Biblioteka Ossolińskich r. 1847 
zeszyt YII), a zapewne Jerzego Lubomirskiego 
(tamże r. 1847, zeszyt III). Pićrwszy utwór, zbliżony te- 
matem do Ulany Kraszewskiego, napisanej niemal współ- 
cześnie, bo w r. 1842 — różni się od niej, o ile sądzić mo- 
żna z fragmentu, wybitnym realizmem w wykonaniu i od- 
mienną dą,żnością. Zonia Szajnochy, postawiona obok głę- 
boko namiętnej i uczuciowej poleskiej wiochny, wygląda 
jakby na rozmyślną, antytezę. Słysząc, jak ta kochanka pa- 



KLEMENS KANTECKI. 



nicza, przyjąwszy najspokojniej wiadomość o bliskiem mał- 
żeństwie ukochanego z inną kobietą, pociesza się w wiel- 
koświatowy sposób, mówiąc: 

Niech Emcia się cieszy 
Twojero imieniem! Tego jej nie bronię; 
Dla niej twe imię, twój dom, twoje konie, 
Pisane śluby, płatne ceremonie! 

gotowibyśmy mniemać, że ta postać wiejskiej „filozofki" 
wystawiona nie w innym celu, jeno dla wyleczenia nas z sie- 
lankowych pojęć o podniosłości uczuć ludzi z pod slomianćj 
strzechy. Aliści poważniejsze zastanowienie wskazuje, że 
autor czegoś innego pragnął dowieść — że Zonia ma uczyć, 
jak lud przez zbliżenie się do klas wyższych traci swe przy- 
mioty, jak sobie przyswaja nieznane wpierw wady — jak 
z tego powodu najlepsze nawet chęci obywatelstwa wiej- 
skiego (szambelanowa Nurska) wprost odwrotne przynoszą 
skutki. 

Wspomnieliśmy tu o paniczu i dzieioczynie tylko dla 
wydobycia z dramatu myśli przewodniej, jako wyrazu ów- 
czesnych przekonań społecznych autora. Nie w innym celu 
będziemy nadal mówili o niektórych późniejszych utworach 

jego. 

Troskliwa o zdrowie ukochanego syna pani Szajnocho- 

wa, słysząc ciągle, że wśród niedostatku oddaje się nie- 
zmordowanej, nieustannśj pracy, pragnęła, aby na czas pe- 
wien wytchnął i odpoczął, aby pisanie sztuk dramatycznych 
nie staaowiło jego jedynej rozrywki. Rada przy tej spo- 
sobności uczynić zadość potrzebie macierzyńskiego serca, 
zaprasza go wielokrotnie usilnie do siebie. Karol nie chcąc 
rozstawać się ze swemi ulubionemi studyami, odpowiada 
zwykle odmov/nie, czasem nawet szorstko, jak gdyby chcąc 
się uwolnić od podobnych namów. „Donoszę" — czytamy 
w jednym z jego listów — „że jestem nieco zdrowszy — lecz 
ciągłe siedzenie w domu i nadaremne ślęczenie przy robo- 
cie, uczyniło mnie niesłychanie na duszy i ciele drażliwym... 
Proszę więc nie męczyć mnie niepotrzebnymi lamentami." 
Inną znów rażą zamiast tak lakonicznego przycinku, 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY, 



szczegółowo uzasadnia odmowę, broniąc się energicznie 
przeciw zbytniej, jak sądził, czułości: 

„Mam wielką prośbę do mamy. Jestem aż nadto prze- 
konany o przywiązania mamy do mnie — wierzę, iż każdy 
list mój Mamie przyjemność sprawia i że Mama chętnieby 
mnie u siebie widziała. Ale ponieważ wszystko to wiem 
i w to wszystko wierzę, niechże mi Mama, tęsknoty swej 
za mną nie opisuje — bo naprzód ulegając tśj zbytniej sła- 
bości, rozwodząc się nad nią w każdym liście, przyczynia 
się Mama sama do coraz większego wzmagania się jej w so- 
bie, a każda słabość, każdy zbytek, choć i w miłości, są 
szkodliwe. A po wtóre, czyż mnie to przyjemnie być może. 
czytać w każdym liście Mamine pragnienia mojego przyja- 
zdu, Mamin smutek z powodu odwłoki i t. p., kiedy ja 
przyjechać do Mamy nie mogę! Nie mogę zaś nie dla za- 
baw i przyjemności, które mnie tu zatrzymują, lecz dla 
ciężkiej, w dzień i noc prawie nieustającej pracy, która je- 
dynie może mi na przyszłość przynieść jakąś pomoc, bez 
której chybaby mi zginąć przyszło... Jest-że to słusznie, 
jestże-to dowodem miłości robić mi taką przykrość ciągłe- 
mi lamentami — nie być owszem spokojną, kiedy ja pracuję 
a pracuję w jakiejś nadziei — nie być owszem radą z tego, 
że mam dość sił do zajęcia się robotą około mojej przy- 
szłości, a nie zakładam rąk za pas i nie przyjeżdżam, nie 
tracę darmo czasu u Mamy... Nie są to próżne słowa, któ- 
remibym się chciał pozbywać Maminych zaprosin — ale naj- 
szczersze uwagi rozsądku, najusilniejsza apellacya od wy- 
magań matki, szczerze dobra swego syna pragnącćj. Dla 
mnie jestto moje obecne zatopienie się ^y pracy najmilszą po- 
ciechą i nadzieją i spokojnością; nie rozumiem więc, jak 
Mama tej pociechy może nie chcieć podzielić ze mną, jak 
dla Mamy powodem smutku być może, co dla mnie jedy- 
nćm jest szczęściem..." 

Co się nas tyczy, rozumiemy jedno i drugie: zarówno 
zapał do pracy i żądzę wiedzy syna, jak troskę biednej 
matki, drżącćj bolesnem przeczuciem, że nadmierna praca 
zabije jej Karola, tak dobrego, tak szlachetnego przy swej 
zewnętrznej szorstkości. Jest coś tragicznego w tój go- 



KLEMENS KAISITECKI. 



rączce, w tój namiętności młodzieńca do nauki i w tym 
zmyśle zacho\Yawczym kobićty, której obawa o syna nie da- 
je spokojnśj chwili. Rzadkim w świecie przykładem sym- 
patya nasza rozdziela się między obie strony: żałowalibyśmy, 
gdyby Szajnocha dając posłuch wezwaniom, puszczał się na 
częste i długie wycieczki do Matki i zdała od swych ksią- 
żek pędził żywot swobodny, bo w takim razie nie stałby 
się tem, czem go widzimy — a pragnęlibyśmy wraz z nią, 
by syn więcój dbał o zdrowie, które już nie do niego sa- 
mego, lecz do kraju należało. 

Rzecz to godna uwagi, że podczas gdy matka z uspo- 
sobienia słaba i miękka, widząc smutne położenie syna, 
niepokoi się, dręczy i rozpacza — syn zamiast poddawać się 
zwątpieniu, dodaje biednej odwagi i otuchy, pociesza i za- 
chęca do życia, wyrzuca jej brak wiary w przyszłość i uf- 
ności w Boga. Donosząc raz, że niebawem zawita do niśj 
do Tarnopola, pisze: „Tak więc same przyjemności mnie 
czekają, i niesłusznie byłoby doprawdy marszczyć się na to 
życie, jak Mama..." Inną znów rażą odpowiada na list pe- 
łen rozpaczliwych wyrzekań: „A przecież sama wdzięczność 
dla Boga, który nas od tylu powszednich klęsk ochraniał 
i ciągle ochrania — powinnaby nie dozw^olić Mamie takićj 
prawdziwie grzesznej nieufności w Opatrzność, takiego cią- 
głego szemrania na jakieś dopiero przewidywane przypad- 
ki. Ze szczerym smutkiem piszę to, bo podobną chorobę 
moralną mam za nieszczęśniejszą od fizycznej..." 

Ciekawy proces między uczuciami dwojga serdecznie 
kochających się ludzi, trwa zresztą dalój. Matka statecznie 
donosi, że liczy „nie tylko godziny, ale i minuty'^ oddzie- 
lające ją od spodziewanego przybycia syna. Ten poczuwa 
ztąd wielką ochotę „do napisania surowej krytyki" przeciw 
wezbraniu macierzyńskiej tkliwości, zaręcza, „że to znowuż 
rzecz zbyteczna i przekonywa go tylko, że z paniami w ka- 
żdym razie trudna sprawa..." A uzasadniając to zdanie, mó- 
wi: „bo nie przyjeżdżać wcale, to oczywiście źle, przyjeż- 
dżać czasem i przyjeżdżać często, to także nie dobrze, bo 
przez to Mama tylko niecierpliwszą dalszych odwiedzin się 
staje i naturalnie sama sobie niepokojem i rozdrażnieniem 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 279 



szkodzi. '^ Kończy się wreszcie list ucinkiem, wypowiedzia- 
nym żartobliwie: ,,Mamina kobiecość jest zdolna zrobić 
mię dozgonnym nieprzyjacielem kobiśt." 

Słów powyższych nie pisał on z pewnością na seryo; 
głęboko uczuciowy, umiał niechybnie cenić to wzniosłe uczu- 
cie przywiązania, ten piękny rys „kobiecości", nazwany 
przez Goethego tak trafnie ,Mas eidg Weiblicke'\ a szorst- 
kiemi nieco wymówkami mniej się może broni od matczy- 
nśj natarczywości, jak od własnych chęci i popędów, które 
rozum i obowiązek każą mu powstrzymywać. Szlachetny 
rys zaparcia i poświęcenia widnieje w duszy obojga. Syn 
pracuje dzień i noc, odmawia sobie wszelkich przyjemności, 
aby się kiedyś stać podporą dla rodziny, matka bez namy- 
słu oddaje rękę niekochanemu przez siebie człowiekowi, aby 
się syn nie zabijał pracą dla przyniesienia jćj ulgi — lecz 
owszem aby jemu być poniekąd pomocą. Gdy już jako 
pani Kierkowa stała się do pewnego stopnia zamożną, roz- 
pacza znowu, że Karol mimo usilnej prośby, niczego od 
niej nie żąda, na co tenże odpowiada: „To wcale niepo- 
trzebna desperacya, lubo zawsze się powtórzy, ile razy Ma- 
ma coś mi od siebie żądać każe, bo ja od nikogo niczego, 
nawet od żadnśj panny... serca nie żądam, ale w^szystko 
przyjmuję, co mi kto z serca daje. Więc niech Mama, co 
chce przyśle — a ja za wszystko należycie podziękuję i bę- 
dziem radzi oboje.'^ 

Oświadczenie to pojednało matkę z synem, który od- 
tąd przyjmuje i spożywa różne specyały, jak ciasta, szynkę 
i t. p. Dziękując za te dary, rzuca niekiedy Karol chara- 
kterystyczne rysy lub podaje szczegóły o swym trybie ży- 
cia. W jednym z listów, pisanych w owej porze mówi: 
„Jeśli Mam.ę listy moje istotnie tak obchodzą, tedy nie chcę 
ich Mamie odmawiać i pisuję tak często, jak tylko mogę. 
Będzie to może najlepszy sposób odjąć Mamie tak zbytnią 
ochotę do nich. A naprzód muszę powtórzyć podziękowa- 
nia za ciasta. Właściwie jednak nie powinienem dziękować, 
ale narzekać na nie, gdyż jeśli nie zachoruję, będzie wielki 
cud boży! Nie umiałem nigdy poskramiać się w jakichkol- 
wiek moich rozkoszachJ" 

Inną znowu rażą nadesłała pani Szajnochowa synowi 



2S0 KLEMENS KANTECKI. 



spory zapas kawy z troskliwćm upomnieniem, aby jej nie 
uży^^nł w wielkich porcyach, szczególniej zaś wieczorem. 
Karol lubił ten napój namiętnie; dlatego tłómaczy matce, 
że musi go pić prędko, aby ziarna nie wietrzały, i że nie 
może się powstrzymać od niego wieczorem. „Niech mi Ma- 
ma nie zakazuje pić kawy wieczorem. Nie zaszkodzi to 
zdrowiu memu, a sprawia mi teraz jedyną przyjemność 
i rozrywkę. To, com już nieraz powtarzał, sprawdza się 
dzisiaj tóm mocnićj. Jak wtedy, gdyśmy razem u Benedy- 
ktynek mieszkali, tak i dzisiaj jest mi pilna robota naj- 
milszą zabawką, która, skoro się tylko głębiej w nią za- 
puszczę, otacza mnie swojemi wymarzonemi figlami, zasła- 
niając przez to wszystko, co w zwyczajnem życiu kłopoce. 
To też oddaję się tej zabawie zupełnie, pracuję, jeśli już 
nie dla kogo, nie dla świata, to przynajmniej dla uwesele- 
nia siebie samego i jestem tśż istotnie w nieco lepszym 
humorze..." 

I pod innymi względami stara się zastosować do ży- 
czeń matki— gotów nawet zjechać do niej pod warunkiem, 
że będzie wolny od wszelkiego towarzystwa z obcymi ludź- 
mi. „Przyrzekłem już wprawdzie" — pisze, jak widać, w le- 
tniej porze — ,, wyjechać na kilka tygodni w bardzo ładną 
okolicę i do bardzo dobrych ludzi — lecz właśnie, iżby 
z ludźmi bawić i przestawać wypadało, a ja bardzićj, niż 
kiedykolwiek sambym być pragnął, przeto nie dotrzymam 
zapewne przyrzeczenia i albo zostanę w domu we Lwowie, 
gdzie teraz nie widuję się z nikim a nikim^ albo przyjadę 
do Mamy, jeśli naprzód: jest jaki ogródek przy pomieszka- 
Diu, a powtóre: jeśli się z nikim widywać nie będę potrze- 
bował.,.''^ 

"W posępnćm więc osamotnieniu przepędzał Karol naj- 
piękuiejsze dni młodości; w czasie letnich, w^akacyjnych 
miesięcy zupełnie swobodny, lecz dla braku lekcyi w więk- 
szym niż zwykle pogrążony niedostatku — w zimowćj porze 
natomiast poświęcając długie godziny w ciągu dnia na nie- 
znośnćm a licho opłacanśm nauczycielstwie, dla siebie pra- 
cował nocą. Jeśli to było na wiosnę, chodził o świcie na 
Wysoki Zamek, aby tam przyjrzeć się wschodowi słońca, 
i powróciwszy dopićro udawał się na krótki spoczynek. 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 2Sl 

Ale podobny tryb życia nie mógł trwać długo, jeśli 
nie miał strawić sił młodzieńczych. Karol lubo nie miał 
zwyczaju skarżyć się, uczuwał głęboko przykrość swego 
położenia. „Nic mi się nie składa i nie rymuje w świe- 
cie" — pisał w owćj epoce do jednego z przyjaciół — „całe 
moje życie białym wierszem pisane." 

Zbrzydziwszy sobie rodzaj dotycliczasowych zajęć dla 
chleba, postanowił się z niego wycofać, gotów choćby wię- 
kszą pracę wziąć na swe barki, aby tylko uniknąć biega- 
niny za lekcyami. Tak usposobiony, szukał jakiegoś stałe- 
go zajęcia po za dotychczasowym miejscem pobytu. „O tern 
jedynie myślę"— pisze do matki — ,. jakby się ze Lwowa usu- 
nąć, bo mimo wszystkich korzyści, jak to tysiąc razy mó- 
wiłem, nie dla mnie takie rozerwane żvcie". Zresztą w nie- 
których latach bywało mu i o lekcye w mieście trudno. Za- 
równo dla użycia świeżego powietrza, jak dla uwolnienia 
się od troski o chleb powszedni, zajmował się nauczyciel- 
stwem na wsi, np. w oddalonych o trzy mile od Lwowa 
Uhercach, u państwa Niezabitowskich. Wyjeżdżał jednak 
tylko na czas bardzo krótki; zapraszany na kilka miesięcy, 
odmawiał, tłómacząc się, że ,,przy tem wiejskiem gościn- 
nem życiu i aczkolwiek krótkićj nauce z młodym, trudno 
o wolną chwilę do roboty dla siebie, a bawić się wciąż i niego - 
dzi si^ i nie bardzo zabawnie..." To też ,, przewietrzy wszy 
się należycie, ślęczy znowu w książkowym i miejskim pyle...'' 
Wycieczki na wieś do osób przyjaznych bardzo go nęcą: 
„Otrzymałem drugie i bardzo miłe zaprosiny od młodego 
(Kornela) i starych Ujejskich do ich bardzo ładnie położo- 
nej siedziby w Brzeżańskiem, i żałuję doprawdy ominąć tak 
przyjemnej gościny.*' 

Był to czas, w którym jak sam mówi, ,, zasmakował 
w przejażdżkach*', ale dłuższe zabawienie na prowincyi, po 
powrocie do Lwowa dotkliwie mu się dawało we znaki. 
Widać to z następnego listu: „Byle to tylko tak łatwo 
było znaleść lekcyę, aby jej módz nie przyjąć, jak szukać 
jej nadaremnie! Od lat kilku, kiedy raz wyjazdem na wieś 
i dłuższym tamże pobytem przerwałem dość liczny dawnićj 
szereg lekcyi, stało mi się nabywanie nowych dość tru- 



282 KLEMENS KAŃTECKI. 

dnem, zwłaszcza że tymczasem pojawiło się kilku nauczy- 
cieli, którzy lubo drożój nawet płatni, lecz bardziej obrotni 
i więcśj ze światem i ludźmi komunikujący się, wszystkie 
lepsze lekcye z przed nosa biorą, tak że ja, jak wszędzie, 
tak i tu za późno przychodzę i albo nic nie dostaję, albo 
coś takiego, co więcćj przykrości, niż korzyści przynosi." 

W takim składzie okoliczności arcypożądaną stała mu 
się, nie bardzo zkąd inąd miła posada, dająca jednak pe- 
wną stałą, acz nader skromną płacę w zamian za spokoj- 
ne, choć żmudne zajęcie. Było to miejsce współpracownika 
przy Gazecie lwowskiej, wówczas prywatnój własności Krot- 
terów, a raczej przy Rozmaitościach czyli tygodniowym do- 
datku do Gazety^), Za czterysta złr. roczuój peusyi miał 
Szajnocha obowiązek przetłómaczyć co tydzień z niemiec- 
kich almanachów i tak zwanych „Lesefriichtów" arkusz ści- 
słego druku najzabawniejszych powiastek, anegdot i stra- 
sznych historyi kryminalnych wyboru redaktora, słynnego 
J. N. Kamieńskiego. Nie najmniejszą z przykrości, jakich 
na tej posadzie doznawał przez trzy z górą lata, stanowi- 
ły kaprysy w najwyższym stopniu podejrzliwój cenzury. 
„Sam Kamiński", jak opowiada współpracownik tychże 
Rozmaitością p. Franciszek Waligórski, ,, raz dla dogodzenia 
swym filozoficznym teoryom o języku a powtóre dla uni- 
knienia wszelkićj kolizyi z policyą, smagał tak niditości- 
wie rękopis tłómacza, że ten nie mógł następnie poznać 
swej pracy." 

Jak oględnym i bacznym należało być na wszystko, 
świadczą następne słowa Kamieńskiego, pisane wówczas do 
Szajnochy: „Dzień dobry, Panie łaskawy, daruj, że się na- 
przykrzam, ale mnie pędzi obawa. Chciśj mi co masz przy- 
słać, z tłómaczonćj Maski genueńskiej^ aby mnie zecer nie 



(*) Współpracownikiem Rozmaitości został Szajnocha pod ko- 
nie r. 1843; mylnie więc utrzymuje p. Wł. Zawadzki, jakoby uzyskał 
to zajęcie bezpośrednio po propozycji ze strony księgarza wrocław- 
skiego Schłettera i jakoby nawet dlatego ją odrzucił — zamiar bowiem 
przeniesienia się do Wrocławia powziął dopiero W jesieni roku 1846, 
na rok przed wystąpieniem z redakcyi. 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 283 

naglił. Mogłyby tśż bądź z Pańskićj, bądź z mojój strony, 
bądź z gazety jakie zajść zdarzenia, wypadki; dlatego miej- 
my się raczej zawczasu na ostrożności! — jak to mówią licho 
nie śpi!^' 

Bądź co bądź uzyskane za mozolną robotę 400 złr., 
stanowiły dla skromnego w swych wymaganiach młodzień- 
ca znaczną kwotę, a co najważniejsza, uwalniały go od 
uciążliwego obowiązku nauczycielstwa. To tśż listy jego 
tchną odtąd znacznie innym, niż dawniej duchem, uka- 
zują nam go nierównie swobodniejszym i mniej przygnębio- 
nym, mniój stroniącym od ludzi i świata. Jeden z nich 
skreślony bezpośrednio po wstąpieniu do redakcyi, zawiera 
ciekawie i ważne ustępy. 

,,Nie wiem'^ — pisze — „czy będę mógł przyjechać na 
święta; wątpię jeduak, mam bowiem tyle zatrudnienia i to 
zatrudnienia, wymagającego mej obecności przy redakcyi, 
że osobliwie w samym początku kilkodniowa podróż pra- 
wie niepodobieństwem. Zresztą jestem dość kontent z no- 
wego miejsca. Zabezpieczając mi przecie jakiś dłuższy po- 
byt w tych samych stosunkach, nadaje ono jakiś pewny 
także kierunek wszystkim myślom — jak w ogólności wcale 
odmienny teraz sposób życia wieść muszę. Im większe za- 
trudnieuie, tćm tćż mniej z samym sobą a więcej z ludźmi 
przebywam. Ztąd niejedna przykrość, ale tćż i przyjemność 
czasem w7Dika. Do takich przyjemności, z towarzystwa 
ludzkiego pochodzących, należą miauowicie stale zaprowa- 
dzone wieczory u pp. Wasilewskich i Kłodzińskich, gdzie 
dwa razy na tydzień z pewnością mile się zabawić i nowych 
znajomości nabrać można. Co osobliwie dla tego i wtedy 
najbardziej bywa przyjemne, jeśli się nic na tćm nie budu- 
je, jak ja nie budowałem, i budować nie myślę." 

W dalszym ciągu listu mówi, że najmilój spędza czas 
w towarzystwie „poety Pola, który tu od kilku tygodni 
bawi'' a przy każdćj sposobności okazuje mu „największą 
przyjaźń' — poczćm dodaje z rozwagą: „Otóż więc niemała 
różnica od życia, jakie prowadziłem przed kilku miesiąca- 
mi; czyli zaś na lepsze? wątpię, albo też zobaczymy..." 

Dzięki powiększonym dochodom, mógł już sobie po- 



284 KLEMENS KANTECKI. 

zwolić nawet pewnych zbytków. To też pisze z uczuciem 
nietajonego zadowolenia: ,,Nie należy także zapominać, że 
piszę z cygarem w ustach i choć mię to kilka sorokow- 
cóic"^) na miesiąc kosztuje, mam prawdziwą przyjemność, 
iż mi się przecież prócz niezbytkownego jedzenia i picia, 
czasem jeszcze czegoś zachciewa, czego sobie łatwo pozwolić 
moźna.'^ 



(*) Sorokowiec około 35 en. dzisiejsz^^ch. 



V. 



Wyjrzawszy raz ze swśj samotnój pustelni na świat 
szeroki, zabierał Karol coraz nowe znajomości, zwłaszcza 
z drułiami po piórze. Nie potrzebował icłi szukać po mie- 
ście; bywając u Wasilewskich i Kłodzińskich, stykał się nie- 
mal z całą ówczesną literaturą, gdyż w tych dwóch do- 
mach, jakby w ogniskach naukowych, gromadziły się wszyst- 
kie literackie i naukowe, młodsze i starsze siły Lwowa. 
Tu, jak widzieliśmy, zapoznał się z głośnym już wówczas 
Polem, tu ujrzał po raz pierwszy młodszego, lecz pełnego 
siły, ognia i natchnienia poetę, Kornela Ujejskiego. 

Było- to w r. 1845 we wtorek, na zwykłym literackim 
wieczorze u Kłodzińskiego. Przyszły śpiewak Skarg Jere- 
miego święcił w tym dniu jeden z najpiękniejszych swych 
tryumfów. Dwudziestoletni, dziwnie ujmującćj powierzcho- 
wności młodzieniec, czytał z zapałem świeżo ukończony 
utwór, porywający uczuciem, obrazowością i potęgą słowa 
Maraton. Liczne i doborowe zgromadzenie słuchało 
w religijnćm skupieniu, zdumione i zachwycone; dotąd bo- 
wiem znało autora tylko z romansowego wiersza, p. t. 
„Gdyby". 

Gdy Ujejski skończył i z oczekiwaniem powiódł okiem 
po obecnych, powstał książę Henryk Lubomirski. Książę 
za młodszych lat podziwiany dla męzkićj urody, stanowił 
teraz typ piękności starca. Średniego wzrostu, o pięknych 
regularnych rysach, szczupły i pięknie zbudowany, o bia- 
łym włosie, w polskim stroju, pełen wdzięku i powagi 
w ruchach, samą postawą nakazywał uszanowanie. Wzru- 



286 KLEMENS KANTECKI. 



szony poematem, podszedł ku młodemu poecie żywszym, 
niż zwykle, krokiem, uściskał go i pobłogosławił. Za tym 
niezwykłym u księcia Henryka wyrazem uznania, poszły 
gorące pocliwały innycłi. Szajnoclia nie przywykły do gło- 
śnego objawiania swych uczuć, lubo może silniej od innycłi 
odczuł zalety utworu, nie kwapił się z wyrażeniem uwiel- 
bienia; zbliżył sie tylko do niego i uścisnął mu dłoń przy- 
jaźnie. Ale ten uścisk ręki mówił więcśj, niż pochwalne 
dytyramby innych. Odtąd serdeczna przyjaźń złączyła ich 
dusze. Przez dłuższy czas żyli z sobą jak rodzeni bracia. 
Ilekroć Ujejski przyjechał ze wsi do Lwowa, zajeżdżał do 
skromnego mieszkanka Szajnochy na franciszkańskim pla- 
cu*), a wówczas nie mogli się z sobą dość nacieszyć i na- 
rozmawiać. Historyk tak skąpy zawsze, gdy o drogi czas. 
chodziło, dla poety odkładał na bok książki i skrypta, zdej- 
mował z siebie powłokę zimnej obojętności, słuchał z przy- 
jemnością i zajęciem gorących wylewów poety. Lubiącemu 
światek i jego rozkosze, dawał się nawet wyciągać ze swój 
samotni, choć prawda, że kilkakrotnie wybrawszy się z nim 
i kilku innymi towarzyszami, w drodze dręczony myślą stra- 
ty czasu, w chwili, gdy towarzystwo zajęte żywą rozmową, 
nie zwracało nań uwagi, przystawał nagle i— znikał. Roz- 
targniony poeta spostrzegł fortel dopiero po niewczasie, nie 
wracał jednak zwykle po zgubę, wiedząc dobrze, iż po raz 
drugi nie skłoniłby już samotnika do nowój wycieczki. 

Dziwną wydać sie może tak ścisła zażyłość między 
młodzieńcem żywym, wylanym, serdecznym, zapalonym, go- 
rączkowo rwącym się do życia a mizantropijnym, zamknię- 
tym w sobie ekscentrykiem. Ale właśnie ta sprzeczność 
usposobień pociągała ich wzajem ku sobie, zamiast odpy- 
chać. Nie była to przyjaźń we właściwćm znaczeniu wyra- 
zu — był to raczój romans ze wszystkiemi dramatycznemi 



(*) Szajnocha często się przenosił z miejsca na miejsce; zdaje 
się że do siedziby na Franciszkańskim placu odnoszą, się następne sło- 
wa: ,,Tenii dniami obchodziłem pamiętną dla mnie rocznicę— to jest 
rocznicę mojego mieszkania wjednem i tem samem pomieszkaniu; cze. 
go jeszcze przez cały czas mego pobytu we Lwowie nie doświadczy- 
łem. Sam nie wiem, jak sobie to nadzwyczajne zjawisko tłómaczyć.*' 



ŻYWOT KAROLA SZAJKOCHY. 287 

przejściami, jakie mu zwykły towarzyszyć. Starszy i doj- 
rzalszy moralnie Karol, uważał młodszego Kornela za swe- 
go Benjaminka, kochał go, jak się kocha kobićtę. Jeśli 
pierwszy miewał chw^ile szorstkości i występował niekiedy 
w roli mentora, drugi drażliwszy jeszcze, a duchowo miększy, 
dokuczał mu kaprysami i fochami kochanki. Następowały 
ztąd nieporozumienia i romansowe kłótnie, kończone zwykle, 
jak w dziejach każdćj prawdziwćj miłości, tśm silnićjszćm 
zawiązaniem serdecznego węzła. Szajnocha miał słabość do 
Ujejskiego i dlatego nie zrażał się jego młodzieńczemi wy- 
brykami — Ujejski pokochawszy piękną, głęboką duszę Szaj- 
nochy, zapominał prędko o szorstkości przyjaciela. Karol 
przejmował od Kornela niektóre obce sobie dotąd zwyczaje. 
„Obaczyłem się" — pisze do matki — „po półrocznem niewi- 
dzeniu z Ujejskim... Nauczył mię nawet cygara palić, a po- 
nieważ teraz dla niedostatku czasu dość mało sypiam, więc 
przy Maminej czarnćj kawie, którą lubię jak Turek, spra- 
wia mi to chwilowe palenie dobre skutki..." 

Wkrótce miał się przekonać o mylności tego mniema- 
nia; to też donosi później: „Wziąłem się do ścisłej kura- 
cyi oczu. Jakoż fajka i cygara na zawsze zarzucone." 

Szajnocha z powodu smutnych, wyjątkowych kolei ży- 
cia nie zaznawszy sam swobody, powabów i rozkoszy mło- 
dości, rad był odnaleść w gorącym i wrażliwym poecie ten 
nieprzeparty czar lat młodych, za którym w późniejszym 
wieku musiał w głębi duszy uczuwać żal mimow^olny, jak 
za niepowrotną utratą nieznanego skarbu, do którego prze- 
cież i on miał prawo, a los zawistny skosztować mu go nie 
dozwolił. W autorze Maratonu miał on jakby bijące źró- 
dło tej niczem nieopłaconej młodości, mógł się w niem ską- 
pać choć duchem, myślą i wyobraźnią — i to stanowiło dlań 
niezrównany urok tego stosunku. Wszystkie niemal nielicz- 
ne chwile młodzieńczej swobody i wesołego humoru z nim 
razem spędził. Jedna z chwil takich przypada na lato r. 
1846. Liszt wówczas przyjechał do Lwowa. Nie dziw, że 
wypadek ten poruszył całe miasto— nie dziw, że świat lite- 
racki podejmował go serdecznie i gościnnie. Kłodziński 
urządził dlań wieczór w gmachu Zakładu Ossolińskich 
Uświetniło zebranie sto z górą osób. Deklamowali Pol 



2SS KLEMENS KAXTECKI. 

i Ujejski; drugi inelodją, biblijną p. t. Izrael w Egipcie,— 
maestro grał, ale nie bawił długo. Towarzystwo przeniosło 
sie wkrótce do pokojów zamieszkałego również w Zakładzie 
Ossolińskicłi Szlachtowskiego, gdzie si§ znalazły szampan 
i przekąska, a potćm hurmem wyruszyło na przechadzkę 
ku Wysokiemu Zamkowi. Noc była księżycowa, prześlicz- 
na, — literacka drużyna w ożywionem usposobieniu, w wy- 
bornym nastroju i humorze. Wprawdzie na szerokiśj ulicy 
postradano jednego ochotnika z szeregu, znanego bibliogra- 
fa, Przyłęckiego, którego energiczna małżonka wywołała 
oknem i skłoniła do zaniechania spóźnionej wycieczki — ale 
ten tragiczno-komiczny wypadek podniósł tylko ogólną we- 
sołość. Xa Szkarpach Pol i Dzierzkowski nie wiadomo 
czego wziąwszy pochop, zaczęli rozprawiać o menuecie 
jako o doskonale znanym sobie tańcu. 

— To z was staruszkowie — zawołali Ujejski i Szaj- 
nocha — bo my nie widzieliśmy już tego zabytku dawnych 
czasów, o którym wkrótce tradycya zaginie. 

— Możemy wam dowieść, że nie zmyślamy, — odparli 
miłośnicy choreograficznego kunsztu. 

I to mówiąc, o północy przy blasku księżyca, jak du- 
chy z niemieckiej ballady, znany powieściopisarz i autor 
Pieśni Janusza, rozpoczęli pląsy... 

Szajnocha spowiada się zwykle z podobnych wycie- 
czek, z każdej niemal godziny spędzonej po za domem, 
w wesołem gronie przyjaciół młodych, których swobodna 
myśli jemu się udzielała, a z rzuconych mimochodem słów 
widać, jak gorąco kochał tę matkę, dla którćj bywał nie- 
kiedy napozór szorstkim: „Po niedospanśj nocy — donosi 
raz— „jednak niedospanej nie przy pracy, lecz w bardzo mi- 
łem, przyjacielskiem towarzystwie, mając ledwie kilkana- 
ście minut do ósmćj godziny, o którym-to czasie list gotów 
być musi, piszę te słów kilka, donosząc jak zawsze, zawsze 
to samo, żem zdrów i że mi nawet niedospanie nie tak ła- 
two zaszkodzi, i że od jakiegoś czasu, zapewne głównie dzięki 
Maminej troskliwości, jakiś żywszy duch we mnie wstąpił. 
Bywam znowu weselszy, ochoczy i chociaż nie bez kłopo- 
tów, przecież nie tyle zważający na nie, pracuję z prawdzi- 
wą przyjemnością — i może po wielu latach jakiegokolwiek 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 2S9 



pocieszenia się dopracuję. Byle tylko Mania szanowała swe 
zdrowie i pamiętała o tóm, że Mamie-to głównie winien 
jestem wszelkie pokrzepienie w przykrościach i że cierpie- 
nie i słabości Mamine pozbawiałyby mnie najszczerszego 
i najtrwalszego przywiązania na ziemi... 

Ale podobnego marnotrawstwa czasu, jak nocy spędzo- 
nej w wesolem gronie, pozwalał sobie i teraz bardzo rzad- 
ko. Owszem, ilekroć stracił kilka godzin w towarzystwie 
choćby najprzyjemniejszem , tyle razy jakby za pokutę, 
zmniejszał sobie chwile spoczynku. Obok naukowych stu- 
dyów oddawał się znów teraz gorliwćj twórczości poetyc- 
kiej. Jak trafnie powiedział Władysław Łoziński, poeta 
staczał walkę z historykiem, a w zapasach tych ani nauka, 
ani poetyczne natchnienie nie poniosły szwanku; „przeciwni3 
polot poety połączył się z ścisłością historycznego badacza 
w jedne harmonijną właściwość pisarską, której tyle uro- 
czym wyrazem były późniejsze dzieła jego.'^ 

W następnych latach przywiązywał Szajnocha bardzo 
małą wagę do swych prac dramatycznych; bez najmniejsze- 
go żalu oddawał je naw^et na całopalną ofiarę ku wielkiemu 
zgorszeniu swych przyjaciół, np. pana Józefa Jakubowicza, 
utrzymującego, że były między niemi utwory znakomite, 
świetne zarówno pod względem budowy artystycznej, jak 
wybitnśj charakterystyki i piękności wiersza np. dramat 
lico. Teraz na odwrót przeceniał je, żyjąc w błogiej ułu- 
dzie, że mu zapewnią stanowisko w literaturze — przesłał 
nawet kilka z nich przez p. Zawadzkiego dyrekcyi war- 
szaw^skich teatrów. Dość też często rozpisuje się ze swemi 
nadziejami i zawodami w tej mierze. Eaz donosząc, że je- 
dna ze sztuk jego, którój nie wymienia tytułu, przeszła 
szczęśliwie przez czyściec cenzury, dodaje z westchnieniem, że 
nie tu kres trudności, jakie ma do zwalczenia. ,.Jest jesz- 
cze inna trudność"— mówi — .,to jest dyrekcya teatru czyli 
właściwie mój szanowny przełożony Kamiński — a zatćm 
cierpliwości!. .'' 

Ale że i cenzura stawiała nielada zapory poetyckićj 
wenie dramaturga i że odrzucała niekiedy ukochane dzieci 
jego muzy, widać ze słów następnych: „Sztukę moje po- 

Dzieła Karola Szajnochy Tom X. 19 



290 KLEMENS KANTECKI. 



dałem do ceDZury, ale chociaż podczas pisania jój wszel- 
kich dokładałem starań, aby się do wymagań cenzury za- 
stosować, przecież zdaje się. że i tą rażą cenzura nie będzie 
na mnie łaskawą, lecz owszem pozbawi mnie nagrody kilku 
tygodni pracy../' 



VL 



Któż nie kochał mając lat dwadzieścia lub dwadzie- 
ścia kilka? Es ist eine alte Geschichte—^o^si^^ziBl Heine — 
dock bleihł sie ewig neu.., 

Szajnocha widząc się skazanym na życie twardej pra- 
cy i gorzkiego niedostatku, stronił od świata i ludzi, tłumił 
w sobie żywsze popędy — ale temu uczuciu zapobiedz nie 
zdołał, bo miał serce młode, szlachetne, mimo przeciwne 
pozory pełne miłości i zapału. Do zawodów, doznanych 
w różnych sprawach i kierunkach życia, miał się przyłączyć 
i zawód w miłości; nie brakło więc niczego dla złamania 
tój pięknój duszy, która się jednak ani złamać, ani ugiąć 
nie dała. 

Dzieje tego stosunku sercowego, smutne i tragiczne, 
krył Szajnocha jak świętą pamiątkę lat młodych, nie po- 
wierzając tajemnicy serdecznym nawet przyjaciołom. To 
też byłaby może utonęła w „zapomnienia fali", bo wzmian- 
ki w listach zbyt pobieżne i ogólnikowe, gdyby nie szcze- 
gólna uprzejmość i łaska jedynej może żyjącej osoby, po- 
siadającej klucz do wyjaśnienia spraw7 a w najwyższym sto- 
pniu wiarogodnej. 

Mniej więcej w dwudziestym czwartym roku życia za- 
jął się Szajnocha gorąco kobietą, godną pod każdym wzglę- 
dem jego serca. Łatwo zrozumieć, że, lubo doznawał ser- 
decznej wzajemności, familia panny, szczególniej głowa fa- 
milii, nie chciała słyszeć o podobnym związku. Tak nie- 
pewny stosunek trw^ał lat kilka, w którym- to czasie życzli- 
wsza część rodziny i pewność wzajemności, podtrzymywały 



292 KLEMENS KANTECKI. 



kruche nadzieje. Ztąd w miarę otrzymywania miłych lub 
przykrych nowin, przy wrodzonśm usposobieniu do samo- 
tności, spokoju i pracy, następują, naprzemian to chwile 
zupełnego osamotnienia, usunięcia się od towarzystwa, za- 
topienia się prawie w pracy, to znów wyjaśniał się hory- 
zont a tem samćm „żywszy duch wstępował." 

Ten stan duszy maluje się w listach, szkoda że po- 
zbawionych zwykle daty. Szajnocha miał wówczas dwa 
pragnienia, dwie nadzieje: otrzymania ręki kochanej osoby 
i pozyskania posady w Zakładzie Ossolińskich. Obydwa te 
widoki łączyły się i uzupełniały nawzajem, bo niepodobna 
było myśleć o założeniu domowego ogniska, nie mając ja- 
kiegoś bodaj najskromniejszego oparcia, jakiegoś stałego 
zajęcia i pewnego stanowiska. Obydwa go zawiodły; chciała 
bowiem Opatrzność, aby upragnioną posadę otrzymał do- 
piero w dziesięć lat późniój i wówczas tćż dopiero zaślubił 
nie tę wprawdzie osobę, którą ukochał pierwszćm uczuciem 
młodości, lecz z pewnością, najgodniejszą, stać się jego mał- 
żonką. 

Z listów widać, że nieraz uśmiechała mu się'nadzieja, 
lecz że przywykły do rozczarowań, nigdy jej zbyt nie ufał. 
W jednój z pomyślniej szych chwil pisze do matki: „Teraz 
mogę Mamę pocieszyć doniesieniem, że jestem znów spo- 
kojniejszym i powinienem nawet, przynajmniej chwilowo, 
być zadowolonym, gdyż otrzymałem wreście nadzwyczaj mi- 
łą, choć tylko od starszych osób pochodzącą odpowiedź 
i wiadomość, że mimo niedawnego cofnienia swej pierwszej 
obietnicy — będą przecież goście po nowym roku przez kil- 
ka tygodni we Lwowie. Dlatego zaczekam spokojnie i nie 
zerwę się nigdzie na święta, tćm bardziej, że jak Mama 
z dodatku do ^^Gazetif" wyczytać może, ogłoszony jest wre- 
ście konkurs na owo miejsce przy bibliotece Ossolińskich 
i muszę się do tego przez napisanie górno-uczonćj rozpra- 
wy i odczytanie wielu ksiąg przygotować — poczćm, również 
po nowym roku, nastąpi rozstrzygnienie, które dotąd wcale 
niepewne a nawet niewielkie dla mnie rokuje nadzieje. 
Z tćm wszystkićm mam próbować, a tak zwraca się cała 
moja uwaga na te rozstrzygające wypadki po nowym roku — 
bo i w tamtym powyższym interesie musi wówczas nastąpić 



ŻYWOT KAROLA SZAJKOCHY. 293 

jakaś stanowcza zmiana. Jeśli zaś mam szczćrą prawdg 
powiedzieć, tedy nie spodziewam si§ pomyślnej zmiany. Ta- 
ki temu wszystkiemu bgdzie zapewne koniec, lecz będzie on 
dla mnie dość znośnym, o ile przynajmniój sądz§ — a zatem 
na wszystkom gotów... Przez całe życie powinienem już 
dosyć być oswojonym z wszelkiemi zawodami, aby i te dwa 
nowe, czekające na mnie, znieść bez wielkich lamentów..." 
Szczęściem-to było dla niego, że się uzbroił w męstwo 
i rezygnacyą, bo nie omyliły go przeczucia. Zdaje się je- 
dnak, że nie zdobył się na tak wielki spokój, o jakim mó- 
wi raczej dla utulenia matczynego żalu i współczucia. 
Utrzymuje nas w tem przekonaniu jeden z późniejszych 
widocznie listów, który opatrzony wyjątkowo datą, daje nam 
możność oznaczenia czasu tak ważnych dla naszego bohate- 
ra wypadków. Pisze on pod dniem 4 listopada r. 1844: 
,,Dziękuję za życzenia. Czy jednak tegoroczne urodziny 
będą milsze od wszystkich poprzednich^wątpię bardzo. Ja- 
koś mi się tutaj należycie nie wiedzie. Nadzieja moja uj- 
rzenia gości w zapusty, spełzła na niczem. Już więc i inne 
przyjemności, jakie sobie obok tego obiecywałem, nie ba- 
wią. Podobnież i z nową sztuką rzecz idzie bardzo opo- 
rem. Bóg wie, czy nawet kiedy przyjdzie do przedstawie- 
nia, gdyż tysiące okoliczności stoją na zawadzie. Do tego 
utrzymują mię w ciągłem spodziewaniu się i zwątpieniu 
względem owego miejsca przy bibliotece Ossolińskich. Na 
pozór zdaje się, jakoby wyraźnie życzyli sobie nadać mi tę 
posadę. Tymczasam nie przychodzi do stanowczego kroku 
a tak jeszcze gorzej, jak gdybym wcale nie miał nadziei, 
lubo zapewne na niczem się skończy wszystko. Myślałem 
na święta wyjechać w Stryjskie do Rylskiego a z nim prze- 
jechać do Żurawna (do ś. p. Żebrowskiego), lecz i to nader 
trudne do uskutecznienia. W ten sposób zajmują mię mno- 
gie nadzieje, plany i widoki, które w końcu wszystkie tylko 
powodem tyluż gorzkich zawodów i nieprzyjemności się sta- 
ną. Prócz tego cięży ogrom różnej pracy na głowie tak, 
że z jednej strony nie mam wolnej chwili do myślenia 
o ozem innćm, z drugiej zaś nie mam ani chwili spokoju 
do swobodnego pracowania. Nie bardzo więc miłe życie 
w takich okolicznościach... Już nawet nie łudzę się zwodną 



294 KLEMENS KANTECKI. 

nadzieją piękniejszych czasów na przyszłość, lecz zimno 
a prawie obojętnie powtarzam wciąż: Zobaczymy, co z te- 
go będzie." 

Kiedy wreście po kilku latach próżnego oczekiwania 
przyszło zrzec się wszelkich nadziei, zerwać zupełnie, odczuł 
to głęboko Szajnocha, „chociaż rozumem sądząc, nie można 
było spodziewać się czegoś pomyślniejszego.*^ W smutnćj 
tśj porze zamiłowanie w pracy i ukochana matka były mu 
całą pociechą, co nawet przebija się tak pięknie w później- 
szym wierszu do nićj: 

Mnie, gdy bywało, ranne już życie 
Wczesnem dojęło cierpieniem, 
Ty do swej piersi tuląc mię skrycie, 
Byłaś mi skrzydłem i cieniem... 

Wspomnienia po zerwanych stosunkach pozostały na 
długo; to tśż później usilne nalegania matki, „aby miał ko- 
goś Oak pisała), coby go po jćj śmierci kochał", nie mo- 
gły skłonić Karola do ożenku. Był jednak czas (w r. 1848), 
gdy zdrowie matki coraz więcej podupadało, że z serdeczne- 
go przywiązania synowskiego zdecydował się uczynić za- 
dość ponawianym coraz goręcej prośbom. W onćj-to po- 
rze donosi: „Ostatnim razem wzmiankowana sprawa zdaje 
się na prawdę dojrzewać. W razie przyjścia tego do skut- 
ku, spełniłbym wreście życzenia Mamy i musiałbym się 
w przeciągu roku ożenić. Proszę przedewszystkićm o zu- 
pełne wyzdrowienie na dzień wesela!" 

Gdy matka pochwyciła te słowa, jak zbawczą dla swe- 
go Karola deskę ocalenia, zapewnia, że uczyni wedle zapo- 
wiedzi, lecz radby jeszcze odwlec chwilę stanowczą i dlate- 
go prosi o cierpliwość: „Na pociechę Maminą powiedzieć 
mogę, iż życie nazbyt samotne coraz więcej czuć mi się da- 
je a zatem w Bogu i słabości ludzkićj nadzieja, że się pod- 
dam prozaicznemu losowi wszystkich śmiertelnych. Ale 
prawdę wyznawszy, nie bardzo mi się z tćm spieszy... Ja 
zaś tak bałwochwalczo do niepodległości jestem przyzwy- 
czajony i przywiązany..." 

Mimo to coraz skłonniejszym się czuje do spełnienia 
życzeń matki. „Na -zapytanie, czy palę cygara, odpowia- 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCIIY. 295 

dam, że Dietylko cygara, które mi najlepićj smakują, lecz 
i fajkę, bo tańsza... Dziękuję mocno za zaprosiny do po- 
dolskićj Szwajcaryi, a jeszcze bardziśj za termin przedłużo- 
ny, gdyż w końcu tego miesiąca będę tu miał niezbędne 
interesa w sprawie, która matkę najbardziej obchodzi, 
w sprawie znalezienia sobie czy odszukania żony, czy na- 
rzeczonej, czy jak tam ludzie mówią... Więc spodziewam 
się, iż mi Mama czasu na to dozwoli...'* 

Nalegania ucieszonśj matki rozwiały w końcu wszelkie 
wahanie się i zwłoki. Karol stał w przededniu oświadczyn; 
w jakićm zaś usposobieniu przystępuje do tego kroku, pod- 
jętego tylko z miłości dla matki, wskazują następne słowa: 
„Piszę dniem wcześniśj, niż zwykle, aby list mój mógł dojść 
Mamę w dzień samych imienin. Prócz zwykłych najszczer- 
szych życzeń, nie mam Kochanśj Mamie wiele do powiedze- 
nia w tym względzie, chyba że ją może pocieszę nadzieją 
niezbyt dalekiego spełnienia tego, co jeśli nie tak gorąco 
mojem własnem, tedy przynajmniśj usilnóm życzeniem jest 
Maminćm. Prawdopodobnie ożenię się nie długo — ale z naj- 
zimniejszą krwią w świecie, bez strzelistych afektów miło- 
snych, idąc głównie za przyjacielskim głosem rozsądku. 
Z czego jednak niechaj Mama nie wnosi, że o tak zwanśm 
rozsądnćm, to jest majętnćm ożenieniu się myślę. Owszem 
osoba, z którą taki bezmiłosny a przynajmniśj beznamiętny 
kontrakt chcę zawiązać— jest panną ubogą, młodą, przystoj- 
ną, ukształconą i pracowitą — chociaż najszczerzćj mówię, 
główny jćj wdzięk w moich oczach stanowi właśnie jej sie- 
roce, samotne położenie w świecie, przemawiające najgłośniej 
do mojego uczucia, które zanadto o świat już otarte, aby 
się dać uwieść mamiącym pozorom piękności, egzaltacyi, 
nawet zewnętrznej błyskotliwości rozumu i dowcipu... Zre- 
sztą jestem wcale spokojny, ledwie nie obojętny przy nićj 
i bez niej... Dla tych przeszkód odwlecze się to może dni 
kilka a potćm znowu może za kilkanaście— chciałbym jak 
najwięcej tygodni, przyjadę zaprezentować Mamie zamiast 
przyrzeczonego munduru gwardyjskiego, konstytucyjną sy- 
nowę.'' 

Przestraszona powyższym listem matka, nie przyjęła 
naturalnie ofiary syna. Ustały zatem nalegania, a w listach 



296 KLEMENS IvAN'TErKL 

Karola pojawiają sie natomiast żartobliwe odezwy do sióstr: 
,, niech tylko choć jedna siostra nie opuszcza brata starego 
kawalera, który nie może sobie dać rady z traktyerniczym 
uiktem" — „niniejszym listem proszę o rękę Pauliny, jeżeli 
już umie dobrą zupę gotować." 

Tak przeszło lat kilka. W tym czasie umarła panna 
a wkrótce potćm i matka. Po jćj zgonie dopiero, z wła- 
snego już natchnienia i pod wpływem uczucia wstąpił 
w stan małżeński. 

Na zakończenie tego niedokładnego wspomnienia 
o młcdzieńczćj miłości Szajnochy, nie od rzeczy będzie 
przytoczyć list, pisany w r. 1844 do pana Eustachego Ryl- 
skiego, jako charakteryzujący dosadnie w początkowych 
wierszach głębokość uczucia Karola do ukochanej osoby, 
nadto zaś rzucający ważne światło na ówczesne jego wyo- 
brażenia i poglądy, na metodę pedagogiczną młodego nau- 
czyciela, w końcu dający najlepsze świadectwo, jak był 
uczynnym dla sw7ch przyjaciół, jak ich wspierał radą i po- 
mocą w literackich przedsięwzięciach. Dodać tćż wypada, 
że z całego obszernego pisma ocalał tylko pierwszy arku- 
sik, do wykonania traktowanego w nim zamysłu wcale nie 
przyszło „a to najpierw dla tego— pisze p. Rylski— że nie 
znalazły się dopatrywane przez Karola zdolności, częścią 
zaś, że zajęciu temu stanęły przeszkodą ówczesne stosunki 
życia publicznego i najróżnorodniejsze kłopoty." 

„Kochany Stachu! Nie byłbym szczćrym, gdybym ró- 
wnież nie wyznał, że mi nasze ostatnie rozstanie przykre 
zostawiło wrażenie. — Nie jesteś w stanie pojąć, jak mnie 
wtedy dotknąłeś! Nie wspominałbym wcale o tern, gdybym 
w owem dotknięciu nie widział więcej, niż tylko czysto 
osobisty docinek — czego ci żadną miarą bez wyrzutu prze- 
baczyć nie mogę. O osobie, która mi ze wszystkich ludzi 
na świecie, najwięcćj szczerego ludzkiego udziału i współ- 
czucia, a może poświęcenia dowiodła — wyraziłeś się w naj^ 
nieprzychylniejszy sposób! Mniejsza o to— wolno każdemu 
mieć swoje własne, chociaż często a tą rażą niechybnie 
mylne zdanie;— lecz w twojćm wzgardliwóm wyrażeniu się 
,,.... panna B....!!" objawiło się tyle ukrytej w głębi serca, 
bezczelnej szlacheckićj zarozumiałości markiza z czasów 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCIiY. 297 

Ludwika XY., lub naszych zagrodowych pretendentów do 
Korony, którą przepili i przehulali, tej bezwstydnej szlach- 
ty z czasów naszego ogłupienia— że gdybym cię był odtąd 
przez dłuższy czas nie widział, nie byłbym się bynajmniej 
zdziwił, widząc cię z powrotem na tym samym stopniu wy- 
obrażeń, na jakimeś stał wtedy, gdyś— podług twego wła- 
snego wyznania — herbowe bilety pomiędzy metrów rozda- 
wał i pogrążał się w dumach o sławnym Ściborze pana 
Wagi. FalszywT-to, niecny dyabeł Chochlik, ta nasza ludz- 
ka natura. Zdaje się, jak często bywa na wodzie, że pły- 
niemy najdzielniej naprzód, a to tymczasem woda coraz 
dalćj nazad nas cofa. Tyle słów mojej złości do ciebie — 
teraz przystąpmy do przeproszenia. Otóż gdybym jeszcze 
nie taką, lecz tysiąc razy jadowitszą złość miał do ciebie, 
byłby ją twój ostatni list zupełnie udobruchał i wytępił ze 
szczętem we mnie. Niech ci Pan Bóg na twoich dzieciach 
odpłaci tę szczerą radość, jaką mi swoim listem spra^Yiłeś. 
Zapominając już o wszystkich docinkach— byle nie powta- 
rzanych — i o wszystkich Ściborach, w^idzę tylko dawnego, 
raźnego Stacha, równie sztywnie, niezgięcie spiczaste- 
go w^ duszy, ostrego w^ myślach, jak są spiczaste i ostre 
ow^e runiczne haki twojego pisma. Twój pomysł jest 
wyborny. Nie myśl, że robię, jak wszyscy młodzi bracia 
projektowiczów, którzy każdy podbity sobie przez tych 
ostatnich projekt, już dawno w swojej własnej głowie 
ułożonym być mienią, jeźli ci powiem, że przed dwoma la- 
ty i ja to samo zamyślałem. Co więcej— ułożyłem już był 
z 10 arkuszy podobnych krótkich chronologicznych powia- 
stek z dziejów polskich— obnosiłem tę próbkę po księgar- 
niach, lecz każdy się składał cenzurą, która, jeśliby już nie 
zabroniła, toby przynajmniej przez długie lata, podług ich 
zdania cenzurowała. Pokazywałem to erudytom, wszyscy 
chwalili i zachęcali — ja jednak musiałem się żywić lekcya- 
mi, a w rzadkich wolnych chwilach wolałem oczywiście ma- 
rzyć o niebieskich migdałach uniwersalno-historycznych obro- 
tów^ Boga i Ducha, Ducha i Boga, niż zajmow^ać się nie bar- 
dzo zajmującą dla mnie robotą, która nie mogła mi przynieść 
owoców, aż Bóg wie, kiedy — i po jakich kłopotach. A tak 
szlachetnych pobudek do wykonania mojej myśli, jak twoje 



29S KLEMENS KANTECKI. 



Żywe pobudki, uie miałem. Tak więc poszła cała ocliota 
do czarta, a pisana próbka zagrzęzła wreszcie w Żurawnie 
i tam gdzieś jeszcze w zapomnieniu spoczywa. Rozwiodłem 
się tutaj tak szeroko nad moim dawnym planem, ponieważ 
to właśnie był mój dawny plan, a o dawnycłi planach, jak 
o dawnych kochankach, miłe wspomnienia, i rozgadać się 
łatwo. Zresztą możesz ztąd powziąć wyobrażenie, że je- 
stem przygotowany zupełnie do ocenienia twego zamiaru 
i do dania ci istotnie niektórych wskazówek przy twojśj 
pracy. Bo spodziewam się, iż nie zechcesz poprzestać na 
samśj dobrśj chęci, lecz wykonasz istotnie myśl swoje. 
Jestto istotnie tak piękna i pożyteczna myśl, że mając juź 
ochotę, grzechbyś popełnił, gdybyś przy wszelakiej swojćj 
możności i zdolności, nie wziął się szczerze do jćj urzeczy- 
wistnienia. Mówiąc tu o twojćj do tćj pracy zdolności, nie 
używam czczego wyrazu, lecz rozumiem pod tą zdolnością 
twój pewny, energiczny sposób myślenia, który czy to wszel- 
ki powszedni stosunek życia, czy jakikolwiek wypadek z dzie- 
jów, bierze bez długie^^o a często mylnego mądrowania, 
zaraz z jego najbardziśj uderzająco], praktycznej, a przez 
to samo moralnśj strony, i pisząc go, jak go widzi, potrafi 
go równie dobitnie, po prostu, stosownie dla prostego, dzie- 
cinnego rozumu, przedstawić i wyobrazić. Taki jędrny, do- 
bitny ton wykładu jakiejkolwiek nauki, a zwłaszcza naro- 
dowćj, ojczystój historyi, zostawia ważniejsze skutki w umy- 
śle dziecka po sobie, niźli sam przedmiot nauki. Dlaczegoż- 
to my po 15 latach nauki szkolnćj, przy ogromie wbija- 
nych sobie w głowę wiadomości, mamy tak słabe pojęcie 
o wszystkich szkolnych umiejętnościach? ponieważ cały wy- 
kład tych umiejętności jest tak tępym i ospałym, iż tym je- 
dnostajnym pomrukiem najrozmaitszych rzeczy, raczej uśpiono 
nasz umysł i odurzono, niż go do dzielnego myślenia a potćm 
i żywego działania pobudzono. Wszak ty sam najlepiej to 
uczułeś, jak dobroczynnie surowe, poważne towarzystwo na 
wykształcenie w najmłodszym wieku działa— podobnież zba- 
wiennie wpływa na naśladowiczy umysł podrastającego 
chłopca taki surowy, dobitny sposób wykładu czy opowia- 
dania historyi — a jeżeli kto, to ty masz dar podobnego 
ostrego szkicowania, co-to niezatartemi ślady powinnoby się 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 299 

wryć w delikatny mózg twoich potomków. Obok tego do- 
bitnego tonu wykładu, który zresztą, sam z siebie temu, co 
go uchwycić zdolen, przychodzi— wypada mieć główne sta- 
ranie o język czysty— nie ten nasz galicyjski, lub w ogól- 
ności dzisiejszy polski, niegodziwie francuzczyzną i niemiec- 
czyzną, rozpuszczony, język wodnisty i bezbarwny, lecz ję- 
zyk zbliżający się, ile możności, do owego jędrnego, obra- 
zowego języka naszych kronikarzy. W tym celu należało- 
by nieodbicie mieć bądź Bielskiego, bądź tłómaczenie Kro- 
mera przez Błażowskiego pod ręką. Nie uwierzysz jak — 
pominąwszy niektóre przestarzałe wyrazy, które mimo za- 
miłowania w starym języku, zaniechać trzeba— jest prosty, 
poczciwy, zawsze prawie energiczny, a przez to właśnie naj- 
bardzićj odpowiedni dzieciom, ten kronikarski styl naszych 
starych. Nie szkodzi wcale, że będzie cokolwiek odmienny 
od dzisiejszego — owszem może on się komuś jak chce, prze- 
sadnym wydawać — dla dzieci, dla twoich i dla naszych ce- 
lów, będzie on bardzo przydatnym. Gdybyś się zgodził na 
to, mógłbym ci się tu wystarać o podobną kronikę i prze- 
słać ci ją na zimę, byle pewną, okazyą. To zaś prowadzi 
nas dalój do porozumienia się względem książek, jakieby ci 
były potrzebne. Do pierwszej połowy Dziejów do 15 wie- 
ku, jest ich liczba wcale nie wdelka. Głównemi dziełami 
z tój liczby są mojem zdaniem następujące: 1). Nieocenio- 
na historyjka mała przez Lelewela (opowiadana dla synow- 
ców), będąca najtreściwszym zbiorem najważniejszych wy- 
padków; 2). nie wiem, czy ci świadome Dzieje rzeczypospo- 
lit ej Polskiej do końca 14 wieku przez Jędrzeja Moraczew- 
skiego, wydane roku zeszłego w Poznaniu, Książka-to nie- 
wielka, lecz z wielkim rozsądkiem napisana i lubo jej 
zasadnicza myśl nie jest zupełnie nową, jednak z niemałym 
pożytkiem dawne lepszych czasów wyobrażenia odnawiająca, 
przy tern wielu szczegółami pięknemi, z kronik wyjętemi ry- 
sami ozdobiona; 3). Roppels Geschichte von Polen; 4). jeśli 
zechcesz — lecz niekoniecznie — jednakowoż nie zawadzi za- 
glądać do Historyi Naruszewicza, która istotnie coraz mniej 
potrzebną się staje, lecz przecież, osobliwie w ostatnich to- 
mach wiele przydatnych szczegółów i wiadomości zawiera — 
wreszcie; 5). jakąś kronijię, np. Błażowskiego, Kromera lub 



300 KLEMENS KANTECKI. 



Bielskiego — uie tyle dla czerpania stamtąd wypadków, jak 
raczej dla przejęcia si§ ich duchem, stylem a jeśli można, ich 
nawet wyobrażeniami — dla przedstawienia ich sposobem/a czę- 
sto nawet ich własnemi słowami, wydarzeń, które podług 
powyższych krytycznych dzieł w swoje opowiadania zacią- 
gnąć zechcesz. Tych kilka książek wystarczy mojem zda- 
niem do ułożenia zamierzonego obrazu, który oczywiście 
nie będzie miał pretensyi do wykrywania nowych prawd 
nieznanych, lecz chce być po prostu zbiorem ile możności 
prawdziwych, jędrnie ugrupowanych obrazków historycznych. 
Ponieważ zaś na nicby się nie zdało wyliczenie tych dzieł 
bez ułatwienia ci sposobności, a przynajmniej wymienienia 
sposobu, jakimbyś mógł ich dostać, tedy powiadam ci, że 
(jeśli nie masz już) Lelewela i Moraczewskiego mogę ja 
sam Szanownemu Stachowi ofiarować— Roppla, który bar- 
dzo potrzebny, a którego nigdzie w księgarni nie kupisz, 
ani z nikąd we Lwowie na dłuższy czas nie pożyczysz, mo- 
żesz, również jak i Naruszewicza— dostać z łatwością w Żu- 
rawnie, gdzie będą nawet radzi twej prośbie. O kronikę, 
jak wspomniałem, spodziewam się wystarać od którego z tu- 
tejszych jaśniewielmożnych literatów. Tak więc mógłbyś 
mieć najpotrzebniejsze posiłki, tylko żebyś dwa do trzech 
tygodni zaczekać musiał. Napisz mi zatćm, czyli na to 
przystajesz i jaką drogą — pocztą lub żydem — mógłbym ci 
odesłać, czem ja się tobie przysłu?:yć mogę. W końcu — 
porozumiawszy się już o stylu i o książkach potrzebnych, 
słówko jeszcze o treści i formie jej rozłożenia. Treść ta 
powinna, jak sądzę, być urobiona w kształcie powiastek 
krótkich, przedstawiających w chronologicznym porządku 
^Yszystkie główne wypadki dziejów. Liczba tych powiastek po- 
^^inna być ile możności mała. Im mniej takich wypadków, 
to jest powiastek w jednym wieku naliczysz, tćm one będą 
treściwsze: tem mocniej wbiją się przeto w pamięć. W pierw- 
szych wiekach dość będzie po 15—20 wypadków w jednóm 
stuleciu. Z postępem czasu pomnaża się ich liczba sama 
z siebie. Jeśliby dzieci umiały wtedy rachować, dobrzeby 
było, gdyby obok opowiadania im tych powiastek z książ- 
ki, pokazywać im na tablicach Jaźwińskiego miejsca, to jest 
rok, w którym się te a opowiedziany wypadek wydarzył. 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 30i 

W razie ogłoszenia publicznego takiśj pracy — a tu fałszy- 
wy wstyd i pruderya literacka nie na swśm miejscu: to do- 
bre, co ty dla swoich chłopców robisz, będzie trzykroć tak 
dobrem, jeśli wiedziony nie na żarty wymyśloną myślą. 
Dobra Ogółu, zrobisz je wszystkim polskim chłopcom przy- 
stępnóm. W razie tedy publicznego ogłoszenia, potrzebaby 
koniecznie połączyć te powiastki z wyborną metodą Jaźwiń- 
skiego — co zresztą bez żadnych odmian, przez dodanie tyl- 
ko kilku tablic, uczynićby się dało. Potom, gdyby dzieci 
zbyt małe do rachowania na setki były, można podług upo- 
dobania, trzymać się tój metody albo nie trzymać. Na za- 
łączonej kartce udzielam ci spisu najgłówniejszych wypad- 
ków pierwszych wieków historyi polskiej. Twoją pracą byłoby 
dorobić do tego, dowolnie wszakże przez ciebie skróconego 
lub rozszerzonego spisu, tyleż krótkich powiastek, ile tam 
zdarzeń — uważając jednak, aby tak krótką powiastką objąć nie 
tylko główny, w tym lub innym stanowczym roku wydarzo- 
ny wypadek, lecz także i równie poprzedzające, jak nastę- 
pujące potem pomniejsze wydarzenia, które grupując się 
jako przyczyny i skutki około jednego głównego czynu, nie 
po winne być odrywane od niego, lubo wcześnićj lub później 
zaszły, lecz krótko razem przedstawione być mają. Tak 
na przykład przypadają za Mieczysława I. luźne wojenne 
wyprawy, podejmowane w celu posiłkowania Cesarzów prze- 
ciw ludom słowiańskim; nie mogąc tego pominąć, a nie 
chcąc powtarzać się niepotrzebnie, najlepićj sądzę, wziąć 
jako przykład, jedną taką główną wyprawę dokładniej, 
a o innych tylko napomknąć..." 



VII. 



Nadeszła katastrofa r. 1846. Żałoba pokryła kraj; 
widmo rzezi sprawiło wrażenie piorunujące. Z owćj-to smu- 
tnej pory pocliodzi następny list, pisany w dniu św, Karo- 
la: „Nikt o tańcującój zabawie ani pomyśleć nie śmie. To 
tśż ja nie bywszy w życiu na reducie, ani na źadnćj kar- 
nawałowćj zabawie, spostrzegam z pociechą, że jeśli nie ja 
na wiarę świata, to świat na moje wiarę przechodzi." Czy 
to z powodu swych imienin, który-to dzień „zawsze go ja- 
kimś zamyślonym humorem nawiedza", czy z innśj przyczy- 
ny, czuje się Karol tęsknym i zadumanym. Nie jest-to by- 
najmniej smutek, „lecz owszem w pewnym względzie stan 
przyj emny'S usposobienie marzycielskie, zwykle mu obce. 
Wyznaje więc, że „tak miło dumać po zwyczaju Mamy 
o wszystkiem, co było i nie było, co będzie i nie będzie..." 
Me ubogiemu nawet dumać nie wolno: „chcąc nie chcąc, 
trzeba sie będzie na gwałt do redakcyjnćj pracy rozochocić, 
a wszelkim dumkom dać pokój." 

Wkrótce miał mu się usunąć z pod nóg i ten grunt, 
dający przynajmniej w zamian za męczącą pracę pewien 
stały dochód. Gazeta Lwowska była dotąd prywatną wła* 
snością Kratterów, lecz już podobno w r. 1846 toczyły się 
układy o nabycie jój dla rządu. 

Szajnocha, jeśli nasza wiadomość prawdziwa, uważa- 
jąc, że w takim składzie rzeczy nie godziłoby mu się dłu- 
żej zostawać w redakcyi, szukał sobie innego zajęcia; po- 
nieważ zaś nie znajdował go w rodzinnćj prowincyi, gdzie 
nadto z każdym dniem pogorszały się stosunki, przeto zgo- 
dził się na przyjęcie ofiarowanćj przez księgarza wrocław- 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 303 

skiego Schlettera, posady tłómacza i korektora do polskich 
jego wydawnictw. Rzecz była już jakby skończona; histo- 
ryk starał się o paszport i gotował do wyjazdu, o czóm 
sam donosi przyjacielowi pod dniem 5 listopada r. 1846 
listem, pisanym widocznie pod wrażeniem świeżo doznanych 
zawodów: „Traktuję legalnie o wyjazd za granicę i już 
główne kroki w tśj mierze uczyniłem, a za kilka tygodni 
będę tłómaczem i korektorem u Schlettera. Ale ponieważ 
u nas właśnie wszystko trybem najdziwaczniejszych niespo- 
dzianek się gmatwa, więc łatwo być może i najprawdopo- 
dobniój, że nic z tego. Jednakowoż postawiłem na loteryą 
i gotówem wygrać, to jest za kilka tygodni ostatni pyłek 
tutejszego błota w starej Piastowskiśj— dziś już ach! ku- 
pieckiej, niemieckiej — drogiój dziedzinie, z wędrowczćj sto- 
py otrząść.. .'' 

Gdyby ówczesny zamysł Szajnochy był się urzeczywi- 
stnił, literatura nie byłaby z pewnością poniosła na tem 
straty, bo żmudne, rzemieślnicze zajęcie nie byłoby mu 
przeszkodziło korzystać z obfitych bibliotek i zbiorów wro- 
cławskich. Nie wiadomo, co go skłoniło do pozostania we 
Lwowie; może nadzieja, że Gazeta nie wyjdzie z rąk pry- 
watnych, może nalegania przyjaciół, może wreście trudność 
w ostatecznśm porozumieniu się z Schletterem. Za osta- 
tnićm przypuszczeniem przemawiają słowa, pisane do matki 
widocznie na schyłku 1846 r. lub na początku 1847,— 
w każdym razie po 5 listopada 1846 r. „Temi dniami roz- 
począł się nowy interes między mną a moim wrocławskim 
księgarzem. Tak ztąd i z owad rozmaite widoki. Szkoda 
tylko, iż to dotąd były prawie same złudzenia. Może też 
przecie coś kiedy się ziści! Mam nadzieję, którą i Mamę 
cieszyć się proszę.'* 

W r. 1847, kiedy za popęd-em danym przez Pola, Cza- 
sopismo Zakładu n. im. Ossolińskich uległo reformie i otwo- 
rzyło gościnnie przystęp młodszym, lubo jeszcze nie gło- 
śnym pisarzom, Szajnocha przyjął w niem gorący współu- 
dział. Pojawiła się zaraz w pierwszym zeszycie pierwsza 
jego historyczno-naukowa praca p. t. Pogląd na ogól dzie- 
jów Polski, zdradzająca ówczesny kierunek znakomitego 
wkrótce pisarza, wskazująca, po jakich manowcach się błą- 



304 KLEMENS KANTECKI. 



kał, zanim dobił do stałego lądu obrazów dziejowych, opar- 
tych na gruntownych źródłowych badaniach, a owianych 
urokiem poezyi — świadcząca, że miał wówczas pociąg do 
systematyzowania historyi, do filozofowania apriori, do 
upatrywania pewnych zewnętrznych podobieństw i bu- 
dowania na nich pseudo historyozoficznych zasad. Na szczę- 
ście zawrócił się bardzo wcześnie z tej falszywój drogi, 
a w odwrotnym kierunku postąpił tak szybko, że w r. 1848. 
stworzył już takie arcydzieło, jakiem jest niewątpliwie Bo- 
lesław Chrobry. Foo^ląd ?ia ogół dziejów Polski, płód zre- 
sztą bardzo jeszcze nie wyrobionego pióra, lubo drukowany 
w r. 1847, został napisany co najmniej o dwa lata wcze- 
śniej. Powstał on z pewnością znacznie prędzśj, aniżeli 
pięknie i artystycznie już skreślony szkic p. t. Wiek Kazi- 
mierza Wielkiego, drukowany (w Bibl. Ossolińskich) dopie- 
ro w r. 1848., choć już na początku r. .1846 znajdował się 
w cenzurze. Mamy w ręku pierwotny manuskrypt tej pra- 
cy z fatalnym dopiskiem, datowanym '11 stycznia 1846 r.: 
Non admittitur ad imprimendum. Nosi on tytuł: Obraz Eu- 
ropu za czasów Kazimierza W. Późniejsza redakcya różni 
się od niego jedynie poprawniejszym i nieco ozdobniejszym 
językiem; tylko kilkanaście wierszy wstępu opuszczono zu- 
pełnie w druku. Oto ten zbyt okolicznościowy i dlatego 
zapewne pominięty następnie początek: „Dziś kiedy dola 
ubogich, ludu, chłopków, tak żywo myśli ludzkie zajmuje, 
na czasie byłoby przypomnieć sobie owego z naszych kró- 
lów, który przed wszystkimi innymi zasłużył sobie na po- 
dwójny przydomek , .Wielkiego'' i ,, króla chłopków", a któ- 
rego czasy nad wszystkie inne okresy nowożytnych dziejów 
przedsta\Yiały powszechne podnoszenie się ludu." 

Jeśli poruszając ogólnie dziejowe zagadnienia, gubił 
się zrazu Szajnocha w błyskotliwych mrzonkach, to przed- 
stawiając historyczne postaci w dramatycznych utworach, 
lubo sam przyznaje, że ,, dramat zły jako dramat, nie bę- 
dzie lepszym jako historya", — kusi się przedewszystkiem 
o rolę „historycznego malarza'' i dlatego-to w Jerzym Lu- 
bomirskim^ z którego ustęp znajdujemy w trzecim zeszycie 
z r. 1847, spotykamy się z usilnem staraniem o historyczną 
wierność — dlatego znajdujemy w nim u dołu uczone notaty, 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 305 

jak w rozprawie, w tekście zaś całe frazesy, wyjęte z Paska, 
z wierszy współczesnych, z przypowieści Rysiuskiego i t. d. 
Cały ten arsenał erudycyjny nie przeszkadza jednak, że 
Jerzij Lubomirski jest jednym historycznym fałszem, że apo- 
teoza rokoszanina, wynik republikanckich sympatyi autora, 
nie ma najmniejszćj rzeczywistej jiodstawy, co tćż Szajno- 
cha sam późni śj przyznał; ochłonąwszy bowiem z gorączki, 
oddawszy się specyalnym badaniom nad tą epoką, spostrzegł 
niebawem, że ultra-republikancki pogląd na przeszłość za- 
wiódł go na manowce, każąc mu wielbić anarchiczne wy- 
bryki takich wichrzycieli, jak Zebrzydowski et tutti ąuanti. 

Żałujemy natomiast, że z „ Wojewodzanki sandomiT' 
skie)'' znamy tylko drobne wyjątki; bo w sztuce tej wi- 
dnieje już znaczny postęp, a o ile wnosić można z ^lubnijc/i 
Godów Maryny (zeszyt III z r. 1847), jest-to płód prawdzi- 
wego talentu. Poeta wyrzekł się tu chęci uczenia historyi — 
pojął, że głównem jego zadaniem odzwierciedlić psychiczną 
grę niezmiennych namiętności ludzkich, i wybrawszy mo- 
ment wysoce dramatyczny, z wielką siłą, żywemi, zbyt ja- 
skrawemi nawet barwami, oddał grozę sytuacyi. 

„Bawię się" — donosi matce — „moją Wojewodzanką 
i właśnie dziś rano jedne z głównych scen napisałem. Bę- 
dzie to jeden z rzadszych dramatów b ez miłości, lecz nie 
mniej przeto powinien być zajmującym. Głównem jego uczu- 
ciem ambicya bez granic." 

Jak wielką wagę skromny zwykle pisarz przywiązywał 
do Wojewodzanki i jak go łączył w myśli z pamięcią o uko- 
chanej matce, widać z następnego listu do matki: ,,Nie 
wychodzę nigdzie, chyba już późnym wieczorem, gdy oczy 
ślepiąc już nie zdołają, a na dworze tak pięknie, jak wła- 
śnie temi dniami, gdy miesiąc przyświeca... Zajmuje mnie 
teraz po największej części ta nieszczęśliwa Wojewodzanką 
sandomirska^ która wplątawszy mię raz w swoje sidła, nie 
daje mi po całych dniach spokoju, lecz w całem znaczeniu 
tego wyrazu, jak zaklętego bez pamięci o rzeczywistym 
świecie i rzeczywistych kłopotach i rzeczywistych śmieszno- 
ściach, w swojem urojonem kole mię trzyma. To też listy 
Mamine prawdziwemi zesłaniami bywają... I jeśli też kiedy 

Dzielą Karola Szajnochy I. X. 20 



306 KLEMENS KANTECKI. 



ta Wojeicodzianka ludziom się spodoba lub nawet do po- 
tomności przejdzie, czego jój szczerze życzę, chociaż się nie 
spodziewam: tedy dowie się publiczność, że to jedynie dzię- 
ki protekcyi — nie miłośników narodowśj literatury — ale pro- 
tekcyi Maminśj, mogła ona spieszniej i swobodniój być wy- 
kończoną, niżby to się inaczćj stać mogło." 

Wojewodzanka sandomirska przechodziła ciekawe ko- 
leje. Miał ją drukować w redagowanym wówczas przez 
siebie Dzienniku mód Dobrzański, lecz zerwano układy; ku- 
pił ją w r. 1849 za pośrednictwem Balińskiego Żupański, 
lecz zwlekał z drukiem tak długo, że autor w wiele lat pó- 
źniśj wydobył swój utwór z niewoli, zwracając otrzymane 
wynagrodzenie — obecnie zostaje ona w ręku pani Szajno - 
chowej, która podobno zgodnie z ostatnią wolą męża, nie 
myśli jej wydawać na widok publiczny. 

Z Dobrzańskim zerwał Szajnocha stosunki literackie 
na początku r. 1848. Widać to z jego listu, pisanego pod 
dniem 31 stycznia, z którego się dowiadujemy, jakie wów- 
czas pobierał honorarya. Wojewodzanka razem z Paniczem 
i dziewczyną miały mu przynieść sto złr. i 50 egzemplarzy 
odbitek; pozostałem! z rachunku pięciu reńskimi oświadcza 
się zapłaconym za ośm (!) artykulików, dostarczonych do 
Dziennika mód. Wielce charakterystyczny początek listu 
daje niejakie pojęcie o stosunkach, jakie łączyły Szajnochę 
ze znanym dziennikarzem i agitatorem, jako-tćż o okolicz- 
nościach, wśród których nastąpiło zerwanie: „Bądź łaskaw 
przeczytać to tak spokojnie, jak ja spokojnie to piszę. Po- 
nieważ z czyjejkolwiek winy porozumienie pomiędzy tobą, 
gorączką a mną, spazmatykiem, długo utrzymać się nie 
może, przeto odsapajmy obaj znowu przez czas jakiś nasze 
cholerę — a tymczasem uporządkujmy nasze stosunki." 

Równocześnie z zagrodzeniem sobie drogi współpra- 
cownictwa przy Dzienniku^ zaskoczyło Szajnochę „nie doj- 
ście spodziewanych układów z Biblioteka^ Ossolińskich i „kil- 
kotygodniowa niemożność dawania lekcyi^', a ubył mu tak- 
że stały dochód z Rozmaitości, gdyż w r. 1847, Gazeta 
lwowska przeszła istotnie w ręce rządu, a Szajnocha usunął się 
z redakcyi. To tćż na schyłku stycznia ujrzawszy się ogo- 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 307 



łoconym z wszelkich zasobów, ze względu „na jutrzejszą, 
z początkiem miesiąca potrzebę jakiegokolwiek zasiłku" do- 
maga się wypłacenia przypadającej mu kwoty. 

Tem skwapliwiej umieszczał w Bibtlofecp Ossolińskich 
różne artykuły, z których jeden, drukowany późniój w zbio- 
rze Szkicóic — „Wiek Kazimierza Wielkiego" zapowiada już 
znakomitego pisarza. 



VIII. 



Ideje społeczne i polityczne, jakie w r. 1848 wstrzą- 
sły światem, nie mogły nie oddziałać i na Szajnochę, ale 
znalazły go już o tyle dojrzalszym, że dążeniom swoim 
umiał nadać kierunek pełen rozumnej i szlachetnej miary 
i tćj głębszćj wytrawności, jakiój podówczas zbywało wielu 
niepospolitym nawet umysłom. Znajdujemy się na szczęście 
w miłćj możności stwierdzenia zdania naszego autenty- 
cznemi dowodami; nasz historyk bowiem w chwili, gdy we- 
dle jego własnych słów „wśród niesfornego gwaru publicy- 
styki politycznćj cichym tylko i skromnym głosem odzy- 
wała się literatura, ulegając powszechnemu prądowi," za- 
czął poruszać różne polityczne kwestye we wstępnych ar- 
tykułach Dziennika mód czyli Tygodnika polskiego. 

O objęciu redakcyi tego pisma donosi w jednym z li- 
stóv/ do matki, gdzie również spotykamy inne ciekawe 
szczegóły: ,, Coraz mniej mam czasu, albowiem prócz Dzien- 
nika narodowego zostawił mi Dobrzański cały Dziennik 
Kulczyckiego w opiekę, a nadto jeszcze muszę pełnić służbę 
gwardzisty. I tak przedwczoraj stałem wraz z sześciu ko- 
legami przez całą noc na straży przed Zakładem Ossoliń- 
skich, a wczoraj byłem z całą pierwszą kompanią częścią 
na dziedzińcu ratuszowym przy najpierwszych ćwiczeniach, 
częścią na rynku przy najpierwszćm naszćm wystąpieniu 
publicznćm pod bronią/* 

Starano się wciągnąć Szajnochę we wszelkie działania 
ówczesne, lecz z małym skutkiem. „Wymówiwszy się*' — do- 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 309 



nosi matce— „przed dwoma tygodniami, zostałem w ponie- 
działek wraz z Bielowskim wciągniony do Ilady obywatel- 
skiej." 

Owa „Rada" pragnęła widzieć Karola głównym kie- 
rownikiem swego organu— chciano go nadto innemi urzę- 
dami zaszczycić— ale wymówił się stanowczo od udziału 
w sprawacłi publicznych, „boby mi to— mówi— bez zupeł- 
nego zadowolenia przekonania mojego, wszelką swobodę 
czasu odjęło a swoboda i niezawisłość były mi oddawna 
nadewszystko drogie." (1) 

Zostawiając innym pole działalności politycznćj, sam 
występuje tylko w skromnej roli publicysty, jako redaktor 
Tygodnika polskiego. Tutaj daje ciągłe dowody umiarko- 
wania i politycznej dojrzałości. „Nie dajmy sobie wytrą- 
cić—woła niejednokrotnie— tćj najpotężniejszej dziś broni, 
broni spokoju, powściągliwości, spokojnej otuchy w blizkie 
zwycięztwo dobrej sprawy." Na tym jednym punkcie zga- 
dzał się z wstrętną sobie szkołą wieszczów^ zatopionych po 
uszy w mistycyzmie: „W tej mierze— wołał— nasi zmisty- 
czeni poeci mają słuszność!" {Wojny czy spokoju). 

Umiarkowany, daleki od demagogicznych zachcianek, 
dążący do harmonii wszystkich warstw społeczeństwa, z obu- 
rzeniem odtrąca od siebie myśl, aby „na zdrowy pień na- 
rodowego drzewa, to po dziś dzień pełne zasług i poświę- 
cenia ziemiaństwo, to dawne i teraźniejsze umysłowe i orę- 
żne rycerstwo nasze, szaloną targnąć się śmiał ręką." {Ko- 
niec sporowij ale nie sporom). 

Koztrząsając wydawane wówczas z różnych stron „ode- 
zwy", wykazywał w jednych „terrorystyczną przewagę do- 
brych chęci nad rozsądkiem" — w innych podawał na zasłu- 
żone pośmiewisko radykalnych Filipów z Konopi, najwięk- 
szą może wagę przywiązując do „broni naukowej." Histo- 
ryczno-polityczne wyznanie wiary złożył w 22 numerze Ty- 
godnika polskiego (z dnia 27 maja), gdzie przypomniawszy, 



(l) Szajnocha przeczuł wypadki, pisze bowiem w lipcu r. 1848... 
„dopóki nas czcigodna reakcya po konstytucyjnym zwyczaju zbombar- 
dować nie zechce*'... 



310 KLEMENS KANTECKL 



że „Z małśj nadgoplańskiej krainy zarzuciła Polska cywi- 
lizacyjną sieć swoj-śj narodowości" daleko i szeroko, gubi 
się w przypuszczeniach o niedalekiej przyszłości... 

Na innćm miejscu w odwet parlamentowi frankfurc- 
kiemu za to'^, że potwierdził uznanie Poznania miastem 
niemieckiśm, „upomina się dla Słowiańszczyzny u „gabinetu 
historycznego^' o jśj ,, odwieczne siedziby lutyckie i pomor- 
skie, dopiero przed pięciu wiekami zgermanizowane a obej- 
mujące połowę Niemiec, właśnie po żelazne słupy Chro- 
brego w Sali''... Mimo to idea słowiańska nie nabawiła go 
bynajmnićj zawrotu głowy; bystry umysł poznał się na rze- 
telnej wartości popularnego hasła i trafnie je osądził: 
„Przewaga sprawy słowiańskiej w Europie byłaby odnowie- 
niem średniowiecznego zamętu po starożytnej cywilizacyi 
rzymskiej, z którego chyba po długich latach doskonalsza 
zakwitłaby oświata.^' {Pierwszy akt). 

Pod tym, jak pod niejednym innym względem zga- 
dzał się Szajnocha z najznakomitszem pismem ówczesnem 
Przeglądem poznaiiskim. Przytoczywszy też jego zdanie, że 
„pierwszą naszą powinnością jest wierność oświacie łaciń- 
skiej Zachodu", pierwszym obowiązkiem „pamięć o katoli- 
ckiej przeszłości", dodaje, że w wielkopolskim organie 
„ozwał się głos sumiennej rozwagi; będący niejako wyra- 
zem całej owego starożytnego węgła Polski— opinii." Kil- 
kakrotnie jeszcze zwraca uwagę, ,,że nie powinniśmy się ze 
sprawą słowiańską, a w^łaściwie czesko-kroacką gamracić." 

Tak niedw^uznacznie wypowiedziane opinie dają nam 
wszelkie prawo do twierdzenia, że odrzucając mandat de- 
legata na zjazd słowiański w Pradze, uczynił to Szajnocha 
raczej z zasady, niż dla bólu oczu, który mu się zresztą 
już dawniej od czasu do czasu dawał we znaki. Od zapa- 
trywań swoich w kwestyi słowiańskiej odstępował tylko 
w jednym punkcie; wychodząc ze stanowiska raczśj teore- 
tycznego, niż praktycznego, objawiał chęć zaprowadzenia 
w kościele katolickim na ziemiach polskich liturgii sło- 
wiańskiej dla tego, że „słowiańskie nabożeństwo odpra- 
wiało się do późnych wieków w Krakowie." {Język naro' 
(Iowy w nabożeństwie.) 

Nie odmawiając Niemcom uznania za wytrwałość 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 31 1 



W nauce, za krytyczność, nie bije przecież czołem przed 
„narodem inteligencyi^'. Kazi go w nim „samowładctwo 
krytyki, gołe przeczenie wszelkiego natcłinienia," brzydzi 
si§ Heglem, jako ,japostołera militarnej monarchii pruskiśj 
dawnego autoramentu/' Widząc w średniowiecznym kościele 
katolickim dzielnego obrońcę wolności przeciw „świeckiemu 
despotyzmowi", staje po jego stronie przeciw uroszczeniom 
niemieckiego cesarstwa. Przeciwnik reformacyi, zwie ją „go- 
łem zaprzeczeniem Kzymu/' zarzuca jej, że „powstrzymała 
cały organiczny rozwój oświaty,'^ że „pogrążyła świat w bar- 
barzyństwo tyloletnich wojen i prześladowań religijnych we 
wszystkich krajach,'^ że „nie dawszy światu żadnego orga- 
nizacyjnego żywiołu, umiera dziś na swoje czczość we- 
wnętrzną...'^ Oburza go ateizm uprawniony przez w^spół- 
czesną liberalną ciżbę niemiecką, „swoboda nie wierzenia 
w żadna wiarę, zupełna niezawisłość od Boga.'* {Naród in^ 
telligencyi). 

W sprawie Rusinów galicyjskich, zajmuje stanowisko 
pośrednie. Radzi im zapewnić wszelkie godziwe ustępstwa 
i swobody {Strach ruski), lecz daje też bardzo wyraźnie do 
poznania, co trzyma o tym ruchu. {Narodowość urzędowa). 

Z trybuny polityka schodzi niekiedy nasz improwizo- 
wany publicysta na katedrę filozofa i moralisty. {Prywata 
i publika — Literatura i życie). Nie mogąc iść tutaj za nim 
krok w krok, przytoczymy tylko jeden charakterystyczny 
ustęp. Sam wierny wyznawanym zasadom, żąda on tej 
wierności od innych a wykazawszy w przeszłości brzydką 
praktykę, urągającą się pięknej teoryi, pyta z głębokiem 
przejęciem: „Nie maż teorya, literatura, nigdy bezpośredniej- 
szego udziału w życiu osiągnąć? Nie maż nastąpić kiedyś 
ta od tak dawna upragniona jednia między teoryą a pra- 
ktyką, między literaturą a życiem? to przymierze między 
duchem a ciałem? ten przez poetów, filozofów, opowiadaczy 
słowa Bożego zwoływany spokój zwaśnionych żywiołów^ 
świata?" {Literatura i życie). 

Szajnocha z czystem sumieniem mógł się domagać 
podobnej harmonii, sam bowiem nigdy się jćj nie sprzenie- 
wierzył. 

Uwolniony od obowiązku zapełniania Rozmaitością wzią- 



312 KLEMENS KANTECKI 



wszy silny popęd do tworzenia, okazał się w tej mierze nie- 
zwykle płodnym. Oprócz wymieniony cli już prac, oprócz 
licznych artykułów czasowych, wykończył cały szereg in- 
nych, a między niemi takie, które pozostania na zawsze 
w literaturze. Prawda, że trudno określić dokładnie, kiedy 
co pisał, z powodu, że nie tylko rozprawy historyczne, ja- 
kieśmy to widzieli, ale i beletrystyczne utwory długie lata 
spoczywały w tece, zanim je mógł czy chciał podać na wi- 
dok publiczny. I tak nawet wiersz Baj r ato wic zanim ^ który 
ze względu na okolicznościowy tytuł,(l) gotowibyśmy uważać 
za zrodzony dopiero w r. 1848., powstał już na kilka lat 
przedtem, tylko pod innym napisem. Oto pierwsze zwrot- 
ki tćj satyry, pełnćj goryczy i oryginalności: 

O panie! trzech chłopów, trzech chłopów mi dajl 

A będę na ziemi miał szczęście, miał raj! 

Trzech chłopów na nieba! Trzech chłopów mi trzeba! 

Trzech chłopów, trzy dymy! trzy dusz! 

O panie! jam liochał, jam wielbił, jam czcił! 

Jak robak kochance u nógem się wił! 

A moja bogdanka, Bajratowiczanka! 

Odrzekła mi smętnie— i cóż? 

Odrzekła mu, że kto chce powieść ją na ślubny kobierzec, 
ten musi mieć przynajmniej— trzech chłopów... Przytacza- 
my Bajratowiczankę jako rzecz charakterystyczną; o ile by- 
ła zaczerpnięta z rzeczywistego wypadku — nie wiemy. 

Koroną działalności piśmienniczej Szajnochy w r. 1848 
był Bolesław Chrobry^ wspaniały obraz dziejowy, dokonany 
już ręką mistrza. Po napisaniu go, znalazł się autor w kło- 
pocie o druk: nie mógł go umieścić w redagowanćm przez 
siebie piśmie, a o nakładcę dla poczynającego pisarza, było 
wtenczas trudno. 

Wydaniem pięknego poemaciku jego p. t. Jan III 
w tumie św. Szczepana zajął się był świeżo kustosz Zakła- 
du Ossolińskich Jan Szlachtowski, ale nakład dzieła prze- 
chodził już siły niezamożnego człowieka. 

To tćż pragnął jak najrychlćj ujrzeć wydrukowaną 



(l) „Beirath", rada ustanowiona w r. 1848 przy gubernatorze. 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCIIY. :M3 



pierwszą swą większą pracę. Karol, lubo ubogi, nie rościł 
pretensyi do wysokiej zapłaty, gotów owszem przyjąć jak 
najskromniejszą — tem więcój, że odebrał już odmowną od- 
mowną odpowiedź od Franciszka Pillera, któremu pod dniem 
28 listopada r. 1848, tak zaleca Bolesława CItrobrego'. „Pra- 
wie zupełnie nieznana świetność tćj epoki i potoczny, ile 
możności powieściowy, aczkolwiek na ścisłej erudycyi hi- 
storycznśj oparty wykład, rnialijbjj może niejaki powab dla 
publiczności...'''' 

W niewiele dni późnićj do księgarni dzisiejszćj Wilda, 
wówczas szwagra jego, Edwarda Winiarza, wszedł mężczy- 
zna jeszcze młody ze sporym rękopisem, pytając, czyby nie 
zechcieli podjąć się nakładu. Winiarz, nie należał do znaw- 
ców literatury; wziąwszy przeto manuskrypt, oddał go szwa- 
growi do przejrzenia i ocenienia, autorowi zaś przyrzekł dać 
stanowczą odpowiedź za dni kilka. 

Wildowi podobała się książka; ujęty wdziękiem formy 
i płynnością opowiadania, przeczytał ją z zajęciem, lecz 
młody, nie dość jeszcze obyty z literaturą, nie poznał się 
na wielkiej wartości dzieła. Uważając Bolesława Chrobrego 
za utwór przeznaczony dla młodzieży, uznał go godnym 
druku: ztąd-to pochodzi mały format książki. W oznaczo- 
nym czasie stawił się autor, ciekawy, jaki los padnie dzie- 
cięciu jago ducha. 

— Ile pan chcesz za swą pracę? zapytano bez ogródek. 

— Ile dacie — odparł spokojnie zagadnięty. 

— Możemy dać pięćdziesiąt złr. — zaproponował Wi- 
niarz. 

— Dobrze — odpowiedział autor, szczęśliwy, że owoc 
jego bezsennych nocy ujrzy światło dzienne.... 

Odtąd widywał się Szajnocha z Wildem codziennie, 
a wkrótce zawiązała się między nimi ścisła przyjaźń. Zwią- 
zek ten rozerwała dopiero śmierć, a o jego szczerości i mo- 
cy świadczą własne słowa historyka. W lutym r. 1858 
w liście do Kraszewskiego wyraża się z tak gorącym zapa- 
łem o przyjacielu, że znakomity powieściopisarz, źle uprze- 
dzony względem księgarzy, jako prostych spekulantów i wy- 
zyskiwaczy, odpowiada: „Jakże-to dobrze, że ten Wild jest 
wyjątkiem! Za to samo go kocham, że kochać umie..." 



314 KLEMENS KANTECKL 



Przez wiele lat był Wild jedynym nakładcą dzieł zna- 
komitego pisarza, a jak widać z ich korespondencyi, jeśli 
się kiedy między nimi zdarzyły targi, to w sposób odwro- 
tny zwyczajnym: autor chciał mnićj, księgarz dawał więcej. 
To tćż Szajnocha, lubo nagabywany przez innych wydaw- 
ców, dochowywał Wildowi wierności dopóty, dopóki nie za- 
leżne od obudwu okoliczności nie przerwały tego stosunku. 
„Aż dotąd — pisze w jedenaście lat późniśj do Aleksandra 
Grozy — miałem tu gotowego zawsze nakładcę w księgarzu 
Wildzie, z którym oddawna w najściślejszej żyję przyjaźni. 
Nie ustała wprawdzie przyjaźń ta i obecnie— stoi wprawdzie 
i dziś księgarnia Wilda — lecz nadeszły u nas czasy powsze- 
chnćj ruiny pieniężnej i handlowćj, nie^dozwalające nikomu 
myśleć o nowych przedsiębiorstwach. Długoletnią zaś poprze- 
dnią przyjaźnią moją z Wildem utrudniłem sobie stosunki 
z księgarzami innymi — gdyż ilekroć dawnićj zgłaszał się do 
mnie czy to Wolff, czy Gliicksberg, czy Żupański, czy nie- 
dawno Orgelbrand, wymawiałem się zawsze związkami 
z Wildem." 

Po ukończeniu Bolesława Chrobrego miał Szajnocha 
zamiar ogłosić kilkudziesięcio-arkuszową Historyą ludów sło- 
wiańskich, „którćj — pisze dalej w liście do Pillera — od lat 
kilku w materyały do niśj przysposobiwszy się, mógłbym 
w dość rychło po sobie następujących zeszytach dostarczyć.^' 
Późnićj wyrzekł się dokonania dzieła, które widocznie mia- 
ło być napisanćm popularnie: ,, Byłaby to pierwsza praca 
tego rodzaju, a powszechnie teraz na ludy słowiańskie zwró- 
cona uwaga zyskałaby jej może odbyt w kraju i zagranicą.^' 

Zamiast rozrywać uwagę w różne strony, wolał nasz 
historyk trzymając się ziemi ojczystój, kreślić jej dalsze 
dzieje — a owocem tego kierunku było następujące wkrótce 
po Chrobrym: Pierwsze odrodzenia stę Folski. 

Szczęśliwy instynkt uczonego i artysty sprowadził go 
z niestosownej dlań drogi dziennikarskićj, na którćj byłby 
się niewątpliwie wyróżnił zaszczytnie od innych, nie bez 
ujmy jednak dla prac naukowych. Dwukrotnie zaś w krót- 
kich odstępach groziło mu podobne niebezpieczeństwo — 
prawda, że zawsze w dobrom towarzystwie. Bezpośrednio 
po ogłoszeniu konstytucyi marcowćj razem z Bielowskim 



ŻYWOT KAKOLA SZAJNOCHY. 315 



i Polem, założył dziennik polityczny, wydawany pod odpo- 
wiedzialną redakcyą, Leona Koreckiego; usunąwszy się je- 
dnak niezwłocznie od współudziału w tśm piśmie, objął, 
jakeśmy widzieli, redakcyą Dziennika mód^ którego wydaw- 
cą był Dobrzański. Ale nie był-to człowiek, z którymby 
Szajnocha mógł był zostawać w dłuższych stosunkach. Z go- 
ryczą mówi o nim w liście do matki: ,,Na zaspokojenie 
posyłam Mamie Augusta (brata)... Chgtniebym i ja przy- 
jechał, ale po prostu musz§ sobie szukać chleba nowego, 
jużto w zawodzie nauczycielstwa publicznego, które mimo 
wszelkich zajść, jak wprzódy stój otworem, jużto gdziein- 
dziej, do czego zawsze osobistej obecności potrzeba. Gdyż 
nie wypadki polityczne, ale brudny charakter, korzystają- 
cy z owych wypadków, osadził mnie najniespodzianiej na 
koszu. Wybrawszy, jak zwykle, prenumeratę naprzód do 
końca roku-, a wybrawszy ją za pismo pod moją redakcyą, 
przeto niejako na moje imię, pochwycił szanowny obywatel 
sposobność tymczasowego zawieszenia pism czasowych, aby 
wcale już do końca roku nie wydawać". 

Jeszcze również r. 1848, stanął plan wy davvania' inne- 
go dziennika z poetycznym tytułem: Krzyż a miecz. Mieli 
go redagować: Szajnocha, Ujejski i Karol Baliński, związa- 
ni wówczas węzłem prawdziwego braterstwa. Wkrótce wy- 
padki udaremniły przedsięwzięcie, a zamiast pisma, w nocy 
po bombardowaniu powstał jednym tchem na papier rzuco- 
ny wiersz Ujejskiego z tymże samym napisem, wydrukowa- 
ny później na czele/dziennika, który trzeci z tój spółki, 
Baliński, w roku następnym założył w Poznaniu. 

Wj mienieni wyżej pisarze stanowili w tój porze zwy- 
kłe towarzystwo Karola, w którego skład wchodził nadto 
przez pewien czas Zygmunt Kaczkowski. Mieszkał wówczas 
Szajnocha przy ulicy Kopernika pod numerem 11, w ma- 
łym domku naprzeciw Wydziału Krajowego, a obok ogrodu 
Potockiego, w oficynie na pierwszem piętrze. Pracował jak 
zwykle, ogromnie — po skromnym objedzie dla wypoczynku 
czytywał Walter-Scotta w oryginale— gdy znużony ciągłem 
siedzeniem uczuwał potrzebę ruchu i przechadzki, wycho- 
dził zwykle w jakieś odludne i samotne miejsca— najchętnićj 
zdążał^-na^Wysoki Zamek lub na łyczakowski cmętarz. 



316 KLEMENS KANTECKI. 



Dla przekonania się, kiedy najlepićj pracować, robił 
ciągle próby i doświadczenia, dzień w noc a noc na dzień 
zamieniając; najczęściej jednak kładł się spać wczesnym 
wieczorem a wstawał niedługo po północy, aby pracować 
twórczo, jak mawiał, z myślą świeżą, z siłami pokrzepione - 
mi kilkugodzinnym wypoczynkiem. Argumentami temi i wła- 
snym przykładem, zachęcił do podobuegoż trybu życia zna- 
komitego ekonomistę, Józefa Supińskiego, dziś równiż dot- 
kniętego ślepotą. Przekonali się niestety po niewczasie, że 
oczy świeżo ze snu wypoczęte, wystawione odrazu na rażą- 
cy blask sztucznego światła, słabną bardzo szybko. Ale na 
ulicy Kopernika wypadło się koniecznie urządzić w ten spo- 
sób, aby w ciągu pracy nie doznawać przeszkody ze strony 
zamieszkałego na dole szewca; przez szczupły bowiem sufit 
dochodził jak najwyraźniej przykry dla uszu odgłos młot- 
ka. Rozlegał się on tak donośnie, że i usnąć przy nim było 
trudno, i dopiero recytowanie z pamięci tabliczki mnożenia, 
sprowadzało wreście błogi sen na znużone powieki biedne- 
go historyka. 

Nienawidząc wszelki ć) konwencyonalności, nie znajdo- 
wał bynajmniej upodobania w rubasznych nawyczkach ,,nie- 
żenowanych'^ którycli później napiętnował tak energicznie. 
Wiedząc dobrze, iż przesada w formach prowadzi do śmie- 
szności, pojmował również zwłaszcza w dojrzalszym wieku, 
że zupełny brak form wiedzie na odwrót do zdziczenia. 
„Jak piękność plastyczna — mówił — pewnych kształtów, mu- 
zyka skali chromatycznej, poezya wierszowa zewnętrznej 
miary sylab, tak i życie towarzyskie pewnej zewnętrznćj 
miary, skali, kształtności— form potrzebuje.'^ 

Wrażliwy na wszelką piękność, lubił bardzo muzykę, 
szczególnićj Chopina. Gdy mu gra czyja przypadła do gu- 
stu, zwykł był zasłoniwszy oczy dłonią, słuchać z głębo- 
kiem zajęciem. Z natury poważny, zamiłowany w życiu 
saraotnem, do wesołości nie pochopny, nie stronił jednak 
już teraz od ludzi, jak mniemano, ale nie lubił towarzystw 
konwencyonalnych. O ile wśród bliższych przyjaciół, ogrza- 
ny ciepłem serc życzliwych, sam się ożywiał i nabierał na- 
wet humoru, o tyle znów w towarzystwie obcem lub złożo- 
nem z dalszych znajomych, nie przestawał być chłodnym, 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 317 

niemal surowym. Ztąd-to, podczas gdy pierwsi mienią go 
(przed utratą wzroku) wesołym, swobodnym i żartobliwym, 
drudzy widzą ciągłą chmura na jego czole, milczenie na 
ustach. Jeden z ostatnich, Leszek Borkowski, pisze w swćj 
notatce: ,, Szajnocha był zwykle poważny i surowy, zagłę- 
biony sam w sobie i nie łatwo sie wynurzający. Uśmiech 
bywał rzadkim gościem na bladśj twarzy i ledwobym nie 
rzekł, iż sprawiał przykre wrażenie. Żartów słuchał chło- 
dno i bez zajęcia. Raz tylko słyszałem go żartującego i to 
jeszcze z właściwą mu posępnością. Le.... nakłaniając go 
do współpracownictwa w piśmie peryodycznćm, które miało 
wychodzić pod redakcyą, jeśli się nie mylę, Elżanowskiego, 
rozwijał dążność i charakter, jakie pismu temu nadać za- 
mierzano. Szajnocha słuchał tych wywodów w głębokiem 
milczeniu, ale snąć utkwiły w jego duszy, bo chociaż roz- 
mowa przeszła na inny przedmiot, skorośmy zostali sami, 
odezwał się do mnie, jakby od niechcenia, jakby wypowia> 
dał dalszy ciąg swoich myśli: — „chcą podobno pisma dla 
dewotek...'' 

Milczenie zachowane wobec pana L., należy do rysów 
charakterystycznych u Szajnochy. Weredyk, nie oglądający 
się na żadne względy, przekonawszy się jednak z czasem, 
że moralizatorstwo nie przynosi pożądanych owoców, jego 
zaś samego nie potrzebnie drażni i drogi czas mu zabiera, 
unikał starannie wszelkich sporów i dyskussyi, tak częstych 
w owśj epoce, a niemiłych sobie rzeczy słuchał zimno i mil- 
cząc uporczywie. Niektórzy z interesowanych, w myśl ła- 
cińskiśj maksymy: qui tacet^ consentire videtui\ powoływali 
się później na powagę historyka, przeciw czemu wtedy pro- 
testował uroczyście. W podobnem położeniu znalazł się 
wobec jednego z głośnych pisarzy, który jego zdaniem po- 
pełniwszy „szalony wybryk" w dobrój wierze, utrzymywał, 
że Szajnocha podziela jego zdanie. Oburzony tem histo- 
ryk napisał do redaktora pisma, gdzie się drukował arty- 
kuł, ,,grożąc publicznóm oświadczeniem, jeśli nie zaprzesta- 
ną tych plotek", rzecz zaś całą opisał w liście do Siemień- 
skiego. Nie chcąc odświeżać przykrego zatargu, z pisma 
tego podajemy tylko wyjątki, imię głównej osoby zastępu- 
jąc znakiem: „Targany zewsząd X, widzi się w położeniu 



318 KLEMENS KANTECKI. 

owego państwa, co to w kłopotach w około szuka aliantów, 
i nie mogąc znaleść żadnego, wmawia w pierwszego lepsze- 
go chętkę ku temu. Miał biedak rozgadać o mnie, że po- 
cLwalam jego artykuł, ponieważ słucliałem go spokojnie, 
gdy mi nadmieniał o nim ogólnie przed napisaniem. Lecz 
od lat kilku nie jest już X. tym człowiekiem, któremuby 
można wybić z głowy cokolwiek... W wielkićm rozumieniu 
o sobie, nie pojmuje, nie słucha, nie ceni nic innego prócz 
swego „Ja'^ Napróżnoby tedy starał mu się ktokolwiek 
wybić co z myśli — i ja tóż nie zachęcając do rzeczy, nie 
chciałem sprzeczki napróżno. Ztąd przecież nie mam wca- 
le ochoty należeć do chrzestnych ojców dziecięciu, o któ- 
rćm któż zresztą mógł się spodziewać, iż się takim dziwo- 
lągiem urodzi?" 

Milcząc, gdy nie mógł potakiwać a nie miał nadziei 
przekonać, składał tylko Szajnocha dowód większćj niż za 
młodszych lat pobłażliwości i względności dla ludzi, a już 
w r. 1852, skarży się na nieżenowamjch, co ,, każde uniknię- 
cie powodu do niepotrzebnego sporu, do przykrej dysputy, 
kończącej się zwykle na wzajemnćm przeciw sobie rozdra- 
żnieniu, uważają za obłudę../' Nie chcąc sobie zrażać ni- 
kogo, szedł zwykle ulicą szybko ze spuszczoną głową, nie 
poznawał bowiem znajomych częścią dla słabego wzroku, 
częścią tćż, że nawet wtedy zadumany, myśląc o swych pra- 
cach, nie; zwracał uwagi na to, co się wokół działo. 

Wspomniawszy powyżój o humorze i dowcipie czło- 
wieka, którego główny rys charakteru stanowiła powaga 
zarówno w pismach, jak w życiu, winniśmy to zdanie po- 
przeć dowodami. Uczynią to za nas późnićj mnogie jeszcze 
wyjątki z listów; tu zaś przytoczymy tylko próbkę jego hu- 
moru, w wierszu napisanym około r. 1853, do pani W., 
a wymagającym pewnego wyjaśnienia. Szajnocha bywał 
w owćj epoce u państwa W. codziennym gościem, ale mło- 
dśj|a uprzejmćj gospodyni sprawiało to niewymowny kło- 
pot, że;, znakomity historyk, którego schorzałe już wówczas 
ciało znosiło tylko niektóre pokarmy, nie chciał w jćj do- 
mu nic jadać, wymawiając się zawsze obawą o zdrowie. 
Ale że wedle francuzkiego przysłowia, czego kobićta chce, 
tego Bóg chce, więc i pani W. udało się wynaleść coś, co 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 319 

odtąd szanowny przyjaciel zajadał z wielkim apetytem. Do- 
wiedziawszy si§, że czuje szczególną słabość do powideł, 
przyrządziła mu je tak po mistrzowsku, że uszczęśliwiony 
gość nie mógł się odjeść przysmaku. To też gdy pani W. 
poprosiła go razu pewnego o odczytanie którego z utworów 
poetyckicłi, Szajnocha lubo odmawiający zwykle podobnym 
zaprosinom, przepisał dla nićj kilka swycłi poezyi pod skro- 
mnym tytułem: Próbki szpargałów^ a jako dedykacyą do- 
łączył pełną dowcipu odę do ulubionych powideł i tćj oso- 
by, która niemi raczyła poetę. Przytaczamy cały ów wiersz, 
dodając tylko, że „Muzą tonów'^ nazywa autor panią W. 
za jej artystyczną grę na fortepianie, którćj słuchał zwykle 
z wielkiem upodobaniem, wsunąwszy się czasem niepostrze- 
żony do pokoju, gdy młoda gospodyni mniemała, że nikt 
prócz domowych nie jest obecnym: 

Cóż z interesu nie uczyni człowiek! 
Od piersi matki do zawarcia powiek 
Rządzi nim chciwość. Jeden-głodny złota, 
Drugim — serc pięknych pożądliwość miota, 
Trzeci — próżności łakomy świecideł — 
U mnie nad wszystko — łyżeczka powideł! 

Powideł polskich smaku tajemniczy! 
Cudna harmonio kwasu i słodyczy! 
Niech inni wielbią, jakie chcą raelodye— 
Kto sobie wonnych powidełek podje, 
Temu zamało śpiew eolskich dzwonów — 
Ten nawet Twojej— miła Muzo Tonów! — 
Serca i słuchy czarującej ręki, 
Powidło-twórcze głównie ceni wdzięki... 

Za takich tedy przysmaków wspomnienia— 
Za błogie — pozwól! — o przyszłych rojenia — 
Gdy Cię szpargałów chętka zdjęła pusta— 
(Dziwne bywają na tym świecie gusta!) 
Wyciągam chętnie szpargały z zakątów 
Niech pod retortę służą zamiast lontów — 
Jak Ikar w słońcu pragnął spalić skrzydła, 
Tak ja rad spłonę w ogniu na— powidła! 

Sądzę, że nic tak nie maluje usposobienia Szajnochy^ 
i nie dopełnia skreślonćj wyżćj charakterystyki, jak słowa, 
pisane w kilka lat późnićj przez bystrego obserwatora, Wa- 



320 KLEMENS KANTECKr. 

lerego Łozińskiego w liście do rodziców: ,, Karol to dziwny 
człowiek. Przy najszlachetniejszym charakterze i najlepszem 
sercu, jest w niektórych znowu drobnostkach tak dziwny, że 
nieraz pojąć tego nie można. Trzeba się oswoić pierwej 
z pozorną jego oziębłością. Nie jest on ciągle jednaki; 
owszem, czasami bywa nadmiar oiywionum i tak serdecznym^ 
te i od najlepszego rodzonego brata większej przyjaźni wy- 
magać hym nie mógł. Są znowu chwile, gdzie zamyka się 
w taką jednosłowność i lodowatą oziębłość, iż mimowolnie 
czuć się trzeba zrażonym..." 



IX. 



Zaprzestawszy redaktorstwa, wypadło znów powrócić 
do nauczycielskich zajęć. Były one zawsze dla Szajnochy 
uciążliwe, ale obecnie przykrość zawodu słodził serdeczny 
stosunek, zawiązany z domem, w którym przez dłuższy 
czas udzielał lekcyi. Węzeł szczerej przyjaźni połączył go 
wkrótce z p. Józefem Jakubowiczem, ojczymem dwóch jego 
uczniów: ś. p. Antoniego Jabłonowskiego, późniejszego pre- 
zesa towarzystwa agronomicznego i hr. Władysława Kali- 
nowskiego. Państwo Jakubowiczowie nie uważali młodego 
historyka za nauczyciela, lecz za członka rodziny, a jak 
on nawzajem umiał cenić doznawaną od nich uprzejmość, wi- 
dać z następnego listu: „Natomiast donoszę Mamie tylko, 
iż mi się dobrze dzieje, iż jestem wesół i dobrój myśli, 
gdyż w domu rodzinnym nie mógłbym przyjemniejszego 
obiecywać sobie pobytu nad ten, jaki mi się teraz niespo- 
dzianie na kilka miesięcy lub dłużśj, w przyjacielskim do- 
mu pp. Jakubowiczów otwiera. Właśnie jutro mam się tam 
zupełnie przeprowadzić. Za dni dziesięć wyjeżdżają gospo- 
darstwo do kąpiel a ja z młodzieżą do Bakowiec, gdzie 
jak w ostatnim liście wspomniałem, najprzyjemniejsze ocze- 
kuje nas mieszkanie." 

Na Szajnochę działały ożywczo: serdeczność szano- 
wnych gospodarstwa i jowialność pana Józefa, który do 
dnia dzisiejszego zachował humor i wesołość a niegdyś tak 
sypał dowcipami, że jeden z głośnych pisarzy znajdując się 
w jego towarzystwie, z\\7kł był notować te lotne słówka 
i okraszać niemi swoje powieści. 

Wyjazdowi państwa Jakubowiczów za granicę (latem 

Dzieła Karola Szajnochy T. X, 21. 



322 KLEMENS KANTECKI. 



r. 1849) zawdzięczamy szczegółowe nowiny o ówczesnym 
trybie życia Szajnochy; zostawiony bowiem w domu jako 
kierownik i opiekun swych uczniów, dla zaspokojenia ro- 
dzicielskiej troskliwości, w kilka dni przesyłał im obszerne 
relacye, których czgść szczęściem ocalała. Podajemy pierw- 
szą z kolei (14 lipca) jako malującą wybornie rodzaj pe- 
dagogicznej metody autora: 

„Mój kochany Józefie, przyrzekłem pisać do Krakowa, 
więc dotrzymuję słowna. Lecz czynię to z boleścią — z bole- 
ścią wprawdzie nie serca, lecz wszystkich części ciała, mia- 
nowicie krzyżów, goleni, kolan, etc etc. — tak srodze dała 
mi się pierwsza próba ekwitacyi we znaki. Nie myśl prze- 
cież, abym spadł z konia. Kilko-bo już sześcioletnie od- 
wyknienie od siodła, i chętka wynagrodzenia sobie tój 
przerw7 serdecznem przetrząśnieniem się, gdyż nowu w strze- 
mionach się znalazłem — złomały, zgruchotały. skruszyły mię 
do szczętu na całśm ciele, że ledwie ruszyć się mogę. Zre- 
sztą, mamy się wszyscy dobrze — ^jak najlepiej. Zajechaliśmy 
we wtorek szczęśliwie, i mimo pożegnawczego rozczulenia 
się, wesoło o ^'2 do 11 do Bakowiec. Nazajutrz rano roz- 
mieściliśmy się i urządzili w ten sposób, że chłopcy mie- 
szkają w pokoikach obok sali królewskiej, a ja w bocznym 
po lewej stronie pokoju z abrazami. Sama sala królewska 
służy nam za akademią, jadalnią, salon recepcyjny etc. 
Jestto nam wygodnie i przystojnie. A równie jak z miej- 
scowością, tak też staraliśmy się urządzić przyzwoicie z cza- 
sem. Wstajemy — za wspólną dobrowolną uchwałą o 6-śj 
z rana, o 7 kawa. Potem mała hulanka po ogrodzie — około 
samotrzasku, pod i na wiśniach i t. d. Później krótkie 
przygotowanie do lekcyi — które potąd niestety nie dłużśj 
jak 2-8 godzin trwać mogą. Niebawem gdy się przyje- 
mności wakacyjnych przebierze, spodziewamy się przedłu- 
żyć trochę naukę. Po nauce około Ićj znowu kilka susów 
w ogrodzie, a przy obiedzie i po nim krótka, poważniejsza 
rozmowa. Po południu ja z Władziem palimy fajkę po sta- 
remu. Tośko rysuje— czyta nam czasem co z Wójcickiego 
wypisów literatury — gra ze mną w szachy — poczóm, około 
4ej dopieroż walna uciechn!— jazda konna! Przez pierwsze 
dwa dni jeździli chłopcy z Hirszlerem — wczoraj musiałem 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 323 



i chciałem ja towarzyszyć im, Wyhasaliśmy się dowoli— 
oczywiście bez narażenia siebie i koni, dotąd i na przy- 
szłość. Ja i Władzio nabawiliśmy się tylko bólu krzyżów — 
Tośko, trzymający się swojemi długiemi nogami wyśmieni- 
cie na huculskim koniku, nie czuje niczego prócz wyborne, 
go apetytu przy podwieczorku i kolacyi— po którćj jeszcze 
chwilę przegawędziwszy, przespacerowawszy się, lub w sza- 
chy zagrawszy, idziemy spać około lOćj. Żyjemy, więc jak 
widzisz, wprawdzie nie bardzo pracowicie, lecz za to tćm 
przyjemniej, a nawet rozsądnie i nie bez pożytku — gdyż 
staramy się, prócz ścisłej nauki lekcyjnej, uczyć się i po- 
ważnie, nawet w pośród zabawy. Przytćm bawiąc sie przy- 
jemnie, uczymy się żyć zgodą i miłością, co zwłaszcza mię- 
dzy Tośkiem. a mną z łatwością do skutku przychodzi. Po- 
kochaliśmy się prawdziwie. Najlepszym tego dowodem, iż 
radby zawsze być zemną — zkądkolwiek przyjdzie, ilekroć 
w ogrodzie mnie obaczy, zaraz do mnie. Ja też bar- 
dzo często, nie tyle z potrzeby doglądania go, ile z afektu 
za nim chodzę. Polubiłem go tćm więcej, iż czego we Lwo- 
wie nie dostrzegałem, ma żyłkę do pustoty." 

W podobny sposób schodziły Szajno sze następne ty- 
godnie a schodziły bardzo mile, bo jak wyznaje, każdy po- 
byt na wsi, bywał dla niego prawdziwą rozkoszą. Jak zaś 
czułym był na sielskie powaby, widać z następnego listu: 
„Żyjemy, jak widzisz, po bożemu — a w szczególności ja ży- 
ję prawdziwie życiem rajskiem. Te stare, cieniste pachnące 
lipy— to bezpośrednio za ogrodem dojrzewające pole, które 
ledwie jeszcze nie przyjemniejszy nad sam ogród nastręcza 
widok — ta dolina z olszyną, zdaje mi się najpiękniejszą 
w świecie okolicą," 

O ile jako nauczyciel zwracał uwagę na wyrabianie 
charakteru w uczniach, pokazuje ten ustęp: „W rozmowach 
poważniejszych staram się osobliwie przejąć Tośka hartem, 
odwagą — ^jest bowiem niesłychanie nerwowy, drażliwy, lę- 
kliwy, czułostkowy. Nadzwyczajną sprawia mi przyjemność 
widzieć go z najgorętszą chęcią biorącego się za pasy z tą 
swoją nerwowością, zmuszającego się najserdeczniej do 
uwagi po śmiechu, do poskramiania niecierpliwości i tym 
podobnych mistrzowstw w roli żywota.'^ 



324 KLEMENS KANTECKI. 



Używanie świeżego powietrza, życie pełne ruchu i swo- 
body, po nieustannym ślęczeniu przy stoliku, musiało zba- 
wiennie wpłynąć na zdrowie i na humor Szajnochy. To też 
l)isze w niewiele tygodni później, że jego „policzkom kresu 
nie masz" — dalćj zaś podaje treść zamierzonych a po naj- 
większej części późnićj nie napisanych artykułów i nader 
charakterystyczny szczegół z lat najmłodszych: ,,Do nowych 
większych prac zbywa w obecnej chwili, z powodu tak wa- 
żnych zaburzeń świata (wojna w Węgrzech) na dostatecznćj 
spokojności umysłu. Zresztą bez materyałów bibliotecznych 
pod ręką i mając ledwie kilka tygodni na jednćm miejscu 
bawić — można chyba dorywcze fraszki smarować. 1 owo 
tedy bazgrzę obrazki o Zygmuncie Auguście, o Lachu Go- 
ślickim, w którego przez Tatarów zamordowanego, krwi 
hordyńce sobie broń i szaty maczali, aby się jego sławną 
odwagą i bohaterskością przejąć — o polskiej kancelaryi 
Zamojskiego, w którój pod Byczyną nie można było znaleźć 
na prędce pióra i atramentu, tak że arcyksiążę Maxymi- 
lian ołów^kiem spisane warunki poddania się w niewolę pod- 
pisać musiał— o mgle Wiślanej, która— jak to Kopernik 
w swojćm, dla całej dzisiejszćj filozofii naturalnćj zasadni - 
czem dziele uskarża się, planetę Merkurego na polskiem 
niebie zasłania, a przeto pozbawiając Polaków astrologi- 
cznego wpływu tćj gwiazdy, patronki kupiectwa i szacherki, 
czyni ich tak niezdolnymi do handlu, rozrzutnikami złota 
i krwi ofiernej i t. d. Rozmyślając nad takiemi rzeczami, 
bawię się w Bakowcach — sami to przyznać musicie — przy- 
najmniej równie dobrze, jak Państwo tam na Badeńskich 
possach niemieckich. Mam się przytśm wprawdzie częścićj 
zum jweinen^ niż zum lachen^ ale już to moja niańka, sta- 
ruszka Woźniacka w Koniuszeckich oficynach z zielonemi 
kaflowerai piecami, o cudnych na każdym kaflu malowi- 
dłach, piękniejszych bezsprzecznie od fresków Rafaelowych? 
przepowiadała, ocierając mi oczy z płaczu, że będę miał 
żywot płaksiwy, bo jak mawiała, „bardzo miętkie mam 



serce". 



Po r. 1848, gdy bujnie rozrośnięte dziennikarstwo 
w skutek reakcyi znikło, naukowe i literackie siły Lwowa, 
nie mając pola do popisu, a żądne wymiany myśli, groma- 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCIiY. 325 



dziły się w prywatnych kółkach, gdzie panował niezwykły 
ruch i życie. Rozpoczęte wówczas wieczorki literackie prze- 
trwały długie lata, z biegiem czasu przeobrażały się, od- 
mienny przybieraji^c charakter; wówczas miały wybitnej, 
i odrębną, fizyognomią. Nie były to naukowe posiedzenia 
z odcieniem sztywnój powagi i pedanteryi, od jakich często 
nie wolne stowarzyszenia reprezentantów literatury i umie- 
jętności. Nie prowadzono na nich uczonych a suchych dy- 
sput, ale rozprawiano z gorączkowym nieraz zapałem, z ży- 
wością, i swobodą młodości o tśm, co wszystkich zajmowało, 
co było na porządku dziennym w piśmiennictwie, w nauce 
i w życiu, a każde zebranie zaprawiał dobry humor i nie- 
kłamana wesołość, choć czasy zbyt wesołemi nie były. Je- 
śli do czego możnaby porównać owe zgromadzenia, to do 
dawnych zjazdów w Rzeczpospolitśj, na których brać szla- 
checka prawiła wprawdzie o najżywotniejszych sprawach 
publicznych, ale przytem strzelała facecyami i baraszko- 
wała... 

Niejakie wyobrażenie o tych posiedzeniach da ustęp 
z listu Szajnochy do Kornela Ujejskiego — pisanego w porze 
pobytu Liszta we Lwowie, 24 kwietnia roku 1847, ustęp 
wysoce zajmujący a malujący wiernie sytuacyą: ,, Wreszcie 
przychodzi mi nadmienić o najważniejszej, jak sądzę kwe- 
sty! — o przyjęciu Antigony. Według twego życzenia złoży- 
łem areopag literacki z członków wczorajszego wieczoru 
czwartkowego u Dzierzkowskiego, to jest samegoż Grubasa, 
(Dzierzkowskiego) Wincentego (Pola) Bielowskiego vulgo 
Troga Pompeja i Dobrzańskiego, czyli jak Wincenty go 
zwie, Vice-Grabowskiego — w obecności niemo zasiadających, 
a przynajmniej chyba tylko pozwolenie chwalenia mających 
ławników: Przyłęckiego, Mo., i— jeśli mi tak rzec wolno, 
Z. Leszek (Borkowski) cierpiący, nie przybył. Wszakże i bez 
niego była areopagująca Polonia dość liczna, aby w areo- 
pagu jednomyślność chyba w tćm etymologicznem znacze- 
niu swojem się objawiła, według którego ten wyraz nie jest 
zdaniem wszystkich, lecz każdego jednego jednomyślnością — 
z których pojedynczych jednomyślności razem babilońska 
wieża zdań się buduje. Ale nie przesadzajmy a referujmy 
sumiennie i rzetelnie. Najprzód zgodzono się powszechnie 



326 KLE:\rENS KANTECKI. 

W Dajpochwalniejszćm uznaniu piękności i wielkich piękno- 
ści tłumaczenia, do którśj to wstępnćj akcyi sądowój zo- 
stali także przypuszczeni ławnicy, ile że nie zabroniono im 
w ciągu wybornego odczytania pod sąd poddanycli wierszy 
przez Dzierzkowskiego, wielokrotnem „piękne! śliczne!" po- 
dziwu swego wynurzać — podczas gdy samiż sędziowie po- 
ważnie tylko głową niekiedy przyzwalając, kiwali. Skoro 
zaś po odczytaniu wezwałem ich do wyrzeczenia swego sta- 
nowczego sądu, wszczęła się zawzięta dysputa o stosowność 
lub niestosowność rymów w tłumaczeniu greckich drama- 
tów. W szczególności: Wincenty oświadczył, iż ci już 
uprzednio zdanie swoje o niestosowności rymów wyraził, 
a tłumaczeniem tw^ojćm o mylności tego zdania się nie prze- 
konał. Bielowski przeciwnie był bezwarunkowo za rymami, 
oświadczając, iż nie pojmuje dziś poezyi bez rymów. Dzierz- 
kowski, człowiek praktyczny, jednał ten spór wnioskiem 
żądania od ciebie tego samego ustępu, przetłumaczonego 
nierymowo. Dobrzański potępiał i rymy i prozę czy (chcę 
mówić) wiersz miarowy, pragnąc aby rymy i nierymy wy- 
rzucić, a natomiast wprowadzić assonancyą, w chórach 
jednakże rymy zachować, lecz nadać wierszom więcej po- 
wagi, co jego zdaniem, najlepiej dłuższemi osiągnąć mo- 
żna wierszami. Ja (jeśli i mnie do sędziów liczyć się 
wolno) zgadzałem się po części z Polem, to jest, nie 
chciałem przyzwalać na teoryą bezw^arunkowego wyklu- 
czania rymów, ale uznawałem je w twoich chórach za 
niestosownie użyte. Tu niepowołany M. ozwał się, gło- 
śno zdanie Wincentego popierając, a kompetencyą swoją do 
tego udziału w sądzie zasadzał na okoliczności iż tyś z je- 
go Sofo kiesa sporny ustęp tłumaczył... Na moje powtórne 
żądanie o rozwiązanie właściwej kwestyi i zadecydowanie: 
czy masz dalej tłumaczyć, czy nie? Wincenty ścisnął ra- 
mionami — wszyscy inni — wraz ze mną byli za tłumacze- 
niem, przyczem tylko jeszcze wyszczególnić należy: a) że 
cię Bielowski przestrzedz kazał, abyś ani dla rymów, ani 
ogólnie w żadnym razie nie używał w tłumaczeniu owych 
nowomodnych poetycznych kwiatków i przenośni, jak n. p. 
dztwieczych ust kwiecie^ śmierci skrzydło i t. d. a starał 
się raczej o jak najnaiurainiejszą prostotę— również jak 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 327 



i O to: b) że ja głosując za dalszśm tłumaczeniem, czyni- 
łem to nie tyle dla miłości samegoż tłumaczenia, ile ze 
względu pomyślnych skutków, jakieby chlubne na każdy 
wypadek pasowanie się z tak trudnśm zadaniem na twoją, 
znacznie tern shartować i spotężeć się mogącą, umysłowość 
wywarło. Na zakończenie przytoczono niemieckie przysło- 
wie folgę meinem Rath und thue was da willst — co zgor- 
szony tym niemieckim cytatem Przyłęcki sprostował odpo- 
wiednią przypowieścią z Rysiuskiego (w pierwszóm wydaniu 
r. p. 1587 w Krakowie u Ungera in 4o str. 73 z dwoma 
kartkami nieliczbowanemi, tytułem i dedykacyą) Radź stę 
wszystkich, a miej swój rozum. Cóż tu doprawdy mędrsze- 
go nad to powiedzieć!" 

W poniedziałek schodzono się zwykle u Leona Ko- 
reckiego, potomka podobno kniaziów Koreckich, zmarłego 
w przeszłym roku w Krakowie — we wtorek u adwokata 
Tomasza Rajskiego, w czwartek u Bielowskiego, w sobotę 
u Supińskiego, Danie bywało naturalnie jak najskromniej- 
sze, czasami nawet, jak się to zdarzało u Koreckieg(», za- 
miast herbaty nasypano do czajnika tytoniu, z czego uro- 
sła najzabawniejsza scena, bo jowialny Jakubowicz spłoszył 
całe towarzystwo, krzyknąjwszy, że ten czarny, obrzydliwy 
napój, to nie herbata, ale trucizna! Wszyscy też nagle 
dzięki bujnej imaginacyi uczuli gwałtowane bole w żołądku, 
a poważny Bielowski uląkł się na seryo o swoje życie... 

Szajnocha, rozweselony ogólnym nastrojem towarzy- 
stwa, czasami rej wodził w tern gronie, czasem jednak sie- 
dział w kącie zadumany i milczący. 

Raz zachowującego się tak biernie zagadnął Bielowski, 
czemu milczy, mając tyle ciekawych rzeczy do powiedzenia. 

— Bo układam w myśli artykuł kierujący w kwestyi, 
którą roztrząsacie — odparł z właściwą sobie szczerością Szaj- 
nocha. Było to już w r. 1852, gdy redagował Dziennik li- 
teracki. Podnosił on wówczas niejednokrotnie kwestye, po- 
ruszane na wieczorkach, obrabiając rzecz samodzielnie, nie- 
raz dochodząc do wprost przeciw^nych wyników, aniżeli 
wieczorkowi towarzysze, podczas gdy Dobrzański brał zwy- 
kle żywcem, co słyszał. 

Rok 1849 przeszedł Szajnosze z dala od współudziału 



328 KLE.MENS KANTECKI. 



W pismach czasowych, na gorliwćj opiece nad uczniami 
i na pracy przygotowawczej do dalszych dzieł, przedsiębra- 
nych z tym większym zapałem, że pierwsze szły właśnie 
pod prasę. Do redaktorstwa czuł się na razie tak dalece 
zniechęconym, że zaproszony przez Wilda, aby kierował pi- 
smem, które on chciał wydawać, odmówił stanowczo. Zna- 
lazł się natomiast inny ochotnik w osobie p. Widmana. 
Z początkiem r. 1850 zaczął tedy wychodźcie Tygodnik 
lwowski. Rozpoczynał go niesmaczny artykuł z pretensyą. 
do humoru {Rok 1849 w jasełkach)^ następne numera nie 
rokowały pismu powodzenia. To tćż Szajnocha nie chciał 
z razu należeć do współpracowników i tylko z przyjaźni 
dla wydawcy dał kilka artykułów, jak: Opanowanie Rusi 
Czerwonej przez Kazimierza W. Sw, Kolumban — O bohater- 
stwie Folaków za granicą — Dzisiejsza poezija polska^ gdzie 
występuje energicznie przeciw „apokaliptycznemu wieszcz- 
biarstwu", przeciw „proroczemu rozpasaniu dzisiejszśjpoezyi." 

W Tygodniku (w numerze 14) złożył Szajnocha wyraz 
swćj czci dla Lelewela — w Tygodniku wespół z panem Jó- 
zefem Jakubowiczem (J. J.) wystąpił przeciw zakładowi 
nar. im. Ossolińskich, czem ściągnął na siebie niegodziwy 
paszkwil ze strony zastępcy dyrektora, Jana Szlachtowskie- 
go, gruntownego uczonego, lecz jak się późnićj okazać 
miało, nieszczególnego człowieka. 

Czynny współudział głośnego już i wysoce cenionego 
pisarza, nie ocalił pisma; nie dociągnąwszy do roku, umarło 
biedne z wycieńczenia. Za najlepszy dowód, jak wielkiej 
wziętości i wysokiego poważania zażywał wówczas Szajno- 
cha w naukowym świecie, posłużyć może fakt, że w r. 1850 
podawano go jako kandydata na katedrę historyi powsze- 
chnej w uniwersytecie krakowskim wraz z Ropelewskim 
z Paryża i Kulawskim, profesorem gimnazyalnym z Kra- 
kowa. „Nie dostał żaden z nich tćj posady,— są słowa Bar- 
toszewicza—dla tego, że rząd austryacki pragnął wynagro- 
dzić pana Antoniego Walewskiego 1)." 



(1) Wiadomość tę zawdzięczamy Bartoszewiczowi; zkąd jej za- 
czerpnął, nie wiemy. 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 329 

W tymże roku przystąpił Szajnocha na dobre do pra- 
cy nad Ja^żz^/^/^ i Jo-giall^u lubo i wcześnićj badał już tę epo- 
kę, co widać z często powtarzanych słów, że znakomite to 
dzieło kosztowało go dwanaście lat pracy. W kilka lat 
później sam w liście do Wilda podaje bliższij, datę, mówiąc: 
„W Lubieniu w r. 1850, a więc nie bardzo dawno rozpo- 
czynałem studya do Jadwigi.''- Pozorne te sprzeczności 
można pogodzić w ten sposób, że właściwe studya przygo- 
towawcze rozpoczął znacznie wcześnićj, o czem przwalają 
sądzić okruchy z badań nad wiekiem XIV, np. napisany 
w r. 1845 Wiek Kazimierza W. — pracę zaś nad samom dzie- 
łem, w r. 1850. 

W następnym roku kształtował już owoce swych po- 
szukiwań w obrazy, jak to widać z pięknego listu jego do 
Ujejskiego (14 maja), gdzie obok wiernego odbicie ówcze- 
snego usposobienia autora, znajdujemy prześliczny obrazek 
Zygmunta Luksemburskiego, tak żywo, tak dosadnie, a za- 
razem tak prawdziwie odmalowanego w Jadwidze i Jagielle. 

„Kochany Kornelu! Roku pańskiego 1417, dnia 12 
lipca, na soborze w I^^onstancyum, stali przed cesarzem Zy- 
gmuntem, jako sędzią polubownym, z jednćj strony posłowie 
polscy, z drugiej Krzyżacy. Cesarz Zygmunt, w oczach 
współczesnych świadków istny Don Kiszot, rósł w niebo pa- 
wią pychą z poruczonej sobie roli Jowisza, rozstrzygającego 
na scenie świata z prawdziwie teatralnym patosem spory 
narodów. Aby tem zupełni ejszej użyć rozkoszy, zagaił spra- 
wę pytaniem: czy strony sporne uznają zwierzchnictwo świę- 
tego państwa rzymskiego i zwrócił się po odpowiedź naj- 
przód do posłów polskich. Ale ci, rubaszni prostacy, wy- 
patrzyli się z najnieceremonjalniejszym podziwem na cesa- 
rza, i ściskając zimno ramionami odrzekli: 

— Broń Boże! Nasi królowie byli zawsze wolni i nie- 
zawiśli panowie, a cesarz dla nas — sąsiadem, jak każdy 
inny sąsiad. 

— Kiedy tak, to dobrze — odezwał się z niespodziewa- 
ną łagodnością imperator, bo pretensyonalności jego równał 
się tylko jego brak odwagi, jego spazmatyczna lękliwość, 
dla którćj o sto kroków każdą groźną niine, groźną odpo- 
wiedź omijał. Poczćm obrócił się do Krzyżaków i zapytał: 



330 KLEMENS KANTECKI. 

— A w>? Toć o was słychać, żeście wierutni oszu- 
ści, i stojąc przed papieżem, uznajecie się wasalami cesa- 
rza, a przed cesarzem, papieża — cóż wy na moje słowa? 

— My, wielki mocarzu?! począł mówca krzyżacki z od- 
powiednią, teatralności cesarza emfazą komedyancką — my 
i papieża i cesarza rzymskiego i wszelkie od Boga ustano- 
wione na ziemi władze szanujemy i cenimy i wszystkich 
sie chętnie hołdownikami uznajemy, oprócz króla Włady- 
sława polskiego... 

Cesarz odżył. Zwinięte po odpowiedzi Polaków koło 
ogonu pawiego, znów się w całym przepychu roztoczyło 
i połyskiwało. Podał uszczęśliwiony rękę Krzyżakom do 
pocałowania, mówiąc z miną ojca teatralnego: 

— Oto mądra i luba i święta odpowiedź! Das war 
eine Kluge und Hebe und heilige Antwort! Sie wird euch 
mehr frummen^ ais wenn ihr einen mdchtigęn Sieg gewonnen 
hdUet!"' Owóż sam cesarz Zygmunt — aby już raz przejść do 
applikacyi tej niespodziewanie nazbyt dłu giej alluzyi kroni- 
karskiej — sam Zygmunt, nie był tak uszczęśliwiony odpo- 
wiedzią krzyżacką, jak ja twoją ostatnią odpowiedzią. Ko- 
chasz mię bogdaj małym palcem twojego serca — napisałeś 
obszerny poemat — i nie wyjeżdżasz nigdzie z Pawłowa. Toć 
to jak Bóg miły, mądra i luba i świętobliwa odpowiedź! 
I więcćj ci w moich oczach pomoże, niż gdybyś o 1000 
korcy owsa więcej miał do sprzedania. A będąc, według 
Szyllerowskiego: Die WeltgeschichU ist das Weltgericht — 
jako niby-historyk największym sędzią świata, który dobre 
nagradza a złe karze, chcę też twoją cnotę sprawiedliwie 
nagrodzić i oznajmiam ci: że dnia 7 czerwca rano, w sobo- 
tę przed Zielonemi świątkami, o wschodzie słońca powia- 
dam: Od tej chwili, przez siedm następnych słońc, jestem 
Kornela. „Kochanku pierwszych dni, znów jestem twoim!" 
I jeśli w tej chwili zjawi się przedemną jaki zesłany z Pa- 
włowa orzeł wierzchowy św. Jana — albo płomienisty ry- 
dwan Eljaszów, a choćby nawet prosta szlachecka bryczka — 
to — mając dzięki Bogu to, czego aniołowie nie mają, to 
jest: siąść o czem, kiedy kto prosi siedzieć — siadam i jadę, 
pędzę, lecę jak nowy Farys do Pawłowa!... Spytasz może, 
zkąd ten kochający i farysowy humor w moim liście? 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 331 

Na to, sądzę, byłoby dość odpowiedzieć: Piszę do Ciebie— 
więc jestem liochający i wesół. Ale nienawidzę obłudy, 
udawania, i wyznam Ci szczerze, iż powyższa przyczyna 
jest tylko jedną z kilku, jedną, z trzech, które dopiero 
w ścisłem z sobą zespoleniu tak dziwaczny skutek wywarły. 
Otóż drugą przyczyną jest, że jestem bakałarzem, który 
wyjeżdża na wakacye!! Wy co nie jesteście, co nigdy nie 
byliście niczem więcej, jak tylko nic nieuczącymi się stu- 
dentami, wy nie wiecie, co to wakacye — co to być bałaka- 
rzem, mającym przed sobą kilka tygodni w^akacyi! Jaka to 
wtedy pogoda w jego umyśle, jaka dobroć i miłość w ser- 
cu! W tern zielono- świątkowem rozwonieniu uczucia pytam 
nieraz żałośnie Boga, czemu też wszystkich ludzi bakała- 
rzami nie zrobił, aby im dać uczuć słodycz tego bakałar- 
skiego jubileuszu — wakacyi? czemu całej ludzkości nie po- 
dzielił na bakałarzy i żaków— i nie spuścił bogdaj na krót- 
ki czas, na cały świat razem wakacyi! I niewątpliwą rze" 
czą — przynajmniej dla każdego wakacyującego bakałarza, że 
spodziewana powszechnie pora szczęścia rodu ludzkiego zi- 
ści się kiedyś tylko po wzmiankowanym podzielę narodów 
na narody bakałarzów i żaków, w kształcie powszechnych, 
nieskończonych wakacyi... Więc druga przyczyna wesoło- 
ści. Trzecią mój bracie, jest ciągły, od dwóch tygodni nie- 
ustający śmiech, w jaki mnie wprawiły pocieszne słowa 
twego listu o chętce osięścia w Pawłowie jak Karpiński — na 
puszczy! Na puszczy — mając wieś i młodą żonę!! Wieś, 
w której po 800 korcy owsa bywa na sprzedaż — i żonę, 
która ustawicznie papiloty na cygara ci zwija! O Kordjanie 
już wcale przepomniałem,.. ^ Wiesz, wybornyś Kornelu! Na 
to mogę tylko nasze dawne kawalerskie: Jakiś ty śmieszny! — 
powtórzyć... Więc powtarzam to sobie od dwóch tygodni, 
i od dwóch tygodni od śmiechu i wesołości nie odchodzę. 
I chyba myśl o biedaczysku Karolu B.(alińskim), któryby 
nam tak miłym do trójki był przybyszem, gotowa jest wy- 
bić mnie i tobie z głowy śmiech i wesołość. Otrzymałem 
wczoraj świeży list od niego. Wypędzają ich wszystkich 
z Prus. Karol musiał już rozstać się z bratem i z kąta 
w kąt po nad granicą się tuła. Wspomina ciągle rozmai- 
cie o tobie. Mnie tu w nierozważnej chwili przez myśl 



332 KLEMENS KANTECKI. 



strzeliło, czy by go tu jakim ludzkim sposobem ściągnąć nie 
można. Lecz pono nadaremnie. Mówiąc o różnych niepo- 
dobieństwach, wpadniemy też w rozmowie z tobą i na to. 
A twój poemat jestże w istocie realnością? ciałem? praw- 
dziwym manuskryptem? Jeśli to gruby zwierz, to ci po- 
wiem, żem go się spodziewał, lecz nie tak prędko. Z wami 
poetami -krytykami -nieukami, ma się rzecz dziwnie. Jak 
uczucie, natchnienie, broń wasza, porozrywanemi, fragmen- 
tarycznemi zygzakami błyskawic, bez widomego ciągu i ła- 
du strzela, tak też i wy po jednćm płomienistem, błyska- 
wiczuem rozwarciu niebios, gotowi jesteście zamilknąć, za- 
ćmić się na czas długi — i stracić sami nadzieję nowego za- 
błyśnięcia i dać światu zapomnieć o sobie i rozgniewać 
przeciwko sobie ludzi rozumu, ludzi myśli — a wara panie 
lekceważyć mi myśl! i to też ogień! otóż rozgniewać na sie- 
bie, iż na pozór nie widzą w was ciągłego ruchu, nieprzer- 
wanego pasma postępu, iż muszą niekiedy zwątpić o was. 
A chmura tymczasem wyrobiła w sobie, w ciszy, w spo- 
czynku sennym, nowy zapas ognia i światła i ni ztąd ni 
zowąd znów zagrzmiało — błysnęło. Ztąd nie ma dla was wido- 
mych śladów^ przeobrażania się, drogoskazów przebywanćj 
przez was szkoły, nauki, nie ma prób. Każdego razu roz- 
słauiacie się zupełni już, całkowici, gotowi— byle jeno ka- 
żdego razu w nowej sukni — byle owa senna, tajemna spra- 
wa wewnętrznego przeobrażenia się w zupełności dokonała 
się. Nic nie stracone, choćby ona przeto dłużćj się prze- 
ciągn^'ła. Otóż jeśli to nowy zwierz, myślałem że nie tak 
rychło z piersi wyskoczy. Jeśli nie nowy, policzym go do 
dawnych — a bedziem czekać nowego. Jestem prawdziwie 
ciekaw''. 

Jak jednak podrzędną rolę odgrywała sama dostojna 
para królewska, Jagiełło i Jadwiga, w pierwotnym pomy- 
śle „historyi dwóch wieków Jagiellońskich", widać z listu 
Szajnochy, pisanego do Łepkowskiego 7 sierpnia roku 1850, 
gdzie również występują na jaśnią ówczesne zapatrywania 
i ujmująca skromność Szajnochy. Uznawał on snąć z cza- 
sem coraz więcćj prawdziw^ość wypowiedzianej późnićj wła- 
snej zasady, że „najlepiej ścieśniać o ile możności ramy 
a potem dawać w nich jak naj więcćj obrazu". 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 333 

,, Dziękuję ci — pisze — szanowny Kolego, najserdecznićj 
za Twoją literacką odezwę. Głos Twój spotkał się zupeł- 
nie z moją myślą. Zgadzając się w ogólności z podobnem 
jak Twoje zapatrywaniem się na dzieje nasze, zgadzam się 
w szczególności najścislćj z Twojem pojmowaniem postaci 
Zebrzydowskiego. Co więcój — dotknąłem już nawet tej po- 
szczególnej kwestyi, prawie słowami Twego własnego listu, 
z przytoczeniem tego samego cytatu z „Pamiętników do 
pan. Zygmunt. III.", który i ty przytaczasz — w przedmowie 
do ogłoszonej niedawno pracy dramatycznej, Jerzy Lubomir- 
ski. Żal mi, że nie mając tu na wsi żadnego egzemplarza 
tśj pracy, nie mogę ci jój, jużto dla naocznego prześ\Niad- 
czenia się o tern, już to w przyjazny upominek naszej tak 
ciekawym dowodem najściślejszej zgodności zdań zagajonój 
znajomości, natychmiast przesłać. Może jednak spotkasz 
się z nią kiedyś w Krakowie i znajdziesz w jój krótki ój 
wzmiance o Zebrzydowskim, zaród sw^ej własnej myśli. Tylko 
że ja na kilku pobieżnych wyrazach poprzestać musiałem, a Ty 
myśl sw^oją szerzej rozwijasz. W tóm szczegółowem wyłu- 
szczeniu przedmiotu odkryłeś mi istotnie nową w nim stro- 
nę, na którą dotąd nie zwróciłem uwagi — to jest pokutniczą 
stronę Zebrzydowskiego. Ona to dopiero uzupełnia w samej rze- 
czy cały tragiczny zawódjnaszego wojewody. W tej dwustronnej 
całości swojej jest to zaprawdę nadzwyczajnie ciekawy zawód — 
nadzwyczajnie powabny do przedstawienia przedmiot. Z tem 
wszystkiem — mimo mojego własnego uznania jego piękności, 
mimo Twego odsłonienia mi nowych jego stron i powa- 
bów — nie mogę, szanowny przyjacielu, zająć się w tćj chwili 
skreśleniem historyi Zebrzydowskiego. Zacząłem już bo- 
wiem inną pracę, która mnie zanadto blisko obchodzi, i za- 
nadto długo zajmuje, abym się teraz od niej odrywał. Jestto 
potoczne opowiadanie historyi dwóch wieków jagiellońskich. 
Nie potrzebuję ci nadmieniać, jak ważną byłaby praca tego 
rodzaju, należycie wykonana. Staram się też odpowie- 
dzieć jej godnićj, niż to z mojemi dotychczasowemi pra- 
cami się stało. Wszakże znaczna masa materyałów, o ile 
z jednćj strony więcej kolorów przedmiotowi nadać pozwa- 
la, o tyle z drugiej spieszny postęp hamuje. Zaledwie vv na- 
stępnym roku będę w stanie ogłosić część tego opowiada- 



334 KLEMENS KANTECKI. 

nia: panowanie Władysława Jngiełły i Warneńczyka. Mam 
zamiar podzielić całą pracę na trzy części, z którycłi dwie 
dalsze zawierałyby czasy Kaźmierza Jagellończyka i jego 
dwóch starszych synów — i wreście czasy Zygmuntowskie. 
Dopiero późniśj radbym skreślić jeszcze dwa historyczne 
obrazy to jest właśnie historyą Zebrzydowskiego i obraz 
wojen kozackich. Ale daleko do tego. Przeto^ szanowny 
przyjacielu, przyjm wezwanie za wezwanie i przystąp sam 
do pracy, do którćj mnie zachęcasz. Zapewne nie mówisz 
seryo, wymawiając się brakiem zdolności. W takim razie 
byłoby powoływanie mnie do tśj pracy— mimowolnym z twśj 
strony żartem. Kilką swemi pracami, z których naprzy- 
kład Ogłoszenie tajnych listów Zygmuntowskich więcój niż 
artystyczną, popularną, bo ściśle naukową, źródłową ma war- 
tość — położyłeś większą zasługę, niż ja wszelkiemi memi 
pismami — które chyba swoją intencyą zalecać się mogą. 
Chciej ty, szanowny bracie, m.ieć tę intencyą, a niewątpli- 
wą rzeczą — kto weźmie górę. Ale dajmy pokój tej wzaje- 
mnej skromności, temu wzajemnemu przyznawaniu sobie 
zasług, które \v obec ciężących na nas wszystkich obowiąz- 
ków, a zapewne i wobec chęci na przyszłość, są jeszcze ża- 
dne. Da Bóg, będziem mogli na starość istotniejszemi 
wzajemnie się pochwalić. Tymczasem daj nam Boże jak 
największą swobodę i łatwość materyalną w dokonywaniu 
obowiązku a pokrzepiajmy się wzajemnie przyjaznem sło- 
wem. ." 



X. 



w roku 1850 spotkał się Szajnocha w Tarnopolu 
z Kaźmierzem hr. Dzieduszyckim. Znali się z sobą już 
dawniej; p. Dzieduszycki bowiem, człowiek inteliigentny, 
czynny i rucłiliwy, żył w ścisłych stosunkach przyjaźni z wy- 
bitniejszemi osobistościami ówczesnemi, jak Augusteui Bie- 
lowskim, Hugonem Wiszniewskim, Leonem Bilińskim, z któ- 
rym go łączyła jedność w politycznych dążnościach. Była 
to wedle zapewnienia jednego z współcześników, konfrater- 
nia, oparta nie na szumno brzmiących przyrzeczeniach, da- 
leko sięgających zobowiązaniach — ale na głęboko odczutej 
potrzebie zgodnego zdążania do jednego celu, wzajemnego 
wspierania się środkami, jakie każdy posiadał. 

Szajnocha potrzebował spokojnego na pewien czas ką- 
ta, gdzieby bez troski o chleb powszedni mógł zasiąść do 
naukowej pracy, do swoich studyów nad Jagiellońską epo- 
ką; dla tego też owo schronienie nie mogło być zbyt od- 
dalonem od źródła materyałów, z których czerpał obficie: 
od Lwowa i Zakładu Ossolińskich. Słysząc o tern p. Dzie- 
duszycki, ofiarował mu gościnnie i ochoczo swój dom, ale 
Szajnocha nie przyjął propozycyi w tćj formie, oświadcza- 
jąc, że „nie chce być pieczeniarzem", gotów jednak za mier- 
nem wynagrodzeniem podjąć się udzielania jego synom lek- 
cyi historyi i języków. 

W Niesłuchov/ie znalazł nasz uczony to, czego pra- 
gnął: życie spokojne, niemal klasztorne, zdała od gwaru 
ludzkiego, w chwili wolnój miłą i swobodną pogadankę, 
a gdy chciał być samotnym, nic mu nie przerywało rozmy- 



336 KLEMENS KANTECKI. 

Siania i pracy z piórem w ręku. Miał poddostatkiem czasu 
do studyów, miał łatwość sprowadzania sobie książek z bi- 
blioteki i znoszenia się z literatami we Lwowie, dokąd 
często dojeżdżał, bo Niesłuchów tylko o cztery mile od 
Lwowa odległy. To tćż w niejednym z ówczesnych jego 
listów do matki, przebija się zadowolenie z pobytu u pp. 
Dzieduszyckich: ,,Tak ja, jak i mój gospodarz mamy re- 
putacyą dziwaków i wszystkim się zdało, że trzech dni 
z sobą spokojnie nie przebędziemy, a tu przeciwnie okazu- 
je się, że ci dziwacy są najpotulniejszymi ludźmi, starają- 
cymi się usilnie dogodzić sobie wzajemnie. Ta chęć dogo- 
dzenia mi posunęła się u mego gospodarza do tego stopnia, 
że z oczywistą swoją niedogodnością chciał mi całe przed- 
południe zupełnie wolne zostawić'^ 

Niejednokrotnie jeszcze donosi, że mu „tu wśród do- 
brych i światłych ludzi bardzo ciepło i przyjaźnie" że się 
tutaj czuje „spokojniejszym i szczęśliwszym, niż kiedykol- 
wiek". 

Obowiązki nauczyciela pełnił z właściwą sobie sumien- 
nością, spędzając dzień po dniu w sposób jednostajny. 
Wstawszy rano przed dziewiątą, poświęcał dwie pierwsze 
godziny lekcyi wykładowi przedmiotów — poczem czytał we 
własnym pokoju, co wpadło pod rękę, zwykle rzeczy lżej- 
sze. Po obiedzie rozmawiał przez godzinkę w kole rodzi- 
ny, która go cenić umiała, i wychodził na przechadzkę, 
a rzecz charaktery styczna^ że przez cały czas pobytu w Nie- 
słuchowie, podobnie jak w Pałaiczach, chodząc po najwię- 
kszej części w tym samym kierunku, wydeptał także ścież- 
kę. Prowadziła ona przez miejsca, gdzie miłośnik samotno- 
ści nie spotykał się z żywą duszą. ,,Dla pracy około żniwa — 
pisał latem do matki — ^jest mi wiele ścieżek jeśli nie zam- 
kniętych, tedy przynajmnićj nie bardzo miłych, bo w tych 
bł(^dnych wycieczkach nie lubię ukłonów i pozdrowień^'. 

Zamyślony wracał do domu, aby rozpocząć jednogo- 
dzinny egzamin czekających już na niego uczniów, którzy 
go trwożliwie szanowali, ale i kochali serdecznie. Egzamin 
to był surowy, jeśli bowiem uczeń nie dokładnie odpowia- 
dał na pytania, lub tylko recytował z pamięci, spotykał go 
zarzut, że kłamie, bo udaje że wie więcej, aniżeli wie 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 237 



W istocie. Robił to, jak powiadał z umysłu, ażeby przy 
nauce zaszczepiać w malcu zamiłowanie do prawdy. Do- 
piero po zachodzie słońca zasiadał do ulubionćj pracy — 
w dzień sliarżył się, że dla wrażliwości słuchu z trudno- 
ścią przychodzi mu oddawać się studyom. Badania nad sta- 
remi dokumentami podejmował, rozłożywszy je na stolikach, 
przy świetle lampy i świec kilku. Pracował zwykle do 3-ićj 
rano, czasami do 4-tej i 5-tćj. Do przeczytania nawet wła- 
snego pisma potrzebował już wówczas okularów. 

Mile i korzystnie przebył tak u państwa Dzieduszy- 
ckich rok z górą czasu, choć mimo ułatwienie ze strony 
Bielowskiego, dawał mu się tu przecież dotkliwie we znaki 
brak podręcznego księgozbioru. Pierwszy z kolei list, pi- 
sany z Niesłuchowa, nosi datę 4 lutego roku 1851. Odpo- 
wiada wtedy Szajnocha na pismo Bielowskiego, robiące mu 
widocznie widoki albo na jakąś posadę, może już w Zakła- 
dzie Ossolińskich, albo może na redaktorstwo, które istotnie 
w niewiele miesięcy przyszło do skutku: (1) „Za wiado- 
mość szczerze dziękuję. Za jaką taką nadzieję również. 
Jest mi ona teraz pożądańszą, niż kiedykolwiek, gdyż go- 
spodarz i pryncypał moj zamyśla z nowym rokiem szkol- 
nym osiąść z dziećmi we Lw^owie. Przeto stosunek nasz — 
i bez tego dla niepodobieństwa pracowania umiejętnego na 
"wsi, bez potrzebnych co chwila materyałów, nadzwyczaj tru- 
dny dla mnie— zapewne jeszcze przed upływem roku szkol- 
nego rozwiąże się". 

Zniewolony rozpocząć za kwadrans lekcyą, pisze krót- 
ko, korzysta zaś z okazyi, aby świeżo na posadę zastępcy 
dyrektora posuniętemu przyjacielowi odesłać wypożyczone 
sobie^ z Zakładu książki: Froissarta Kronikę, Schroeckha 
Historyą kościelną i Yoigta Historyą Prus: ,, Ledwie tedy 
mogę Ci powinszować z duszy czy to już zupełnego, czy 
niezupełnego dyrektorstwa. Lubo jednak nie pora rozsze- 
rzać się słowami, bądź przekonany, że Ci nie mniej szcze- 



(1) utwierdza mnie w tern przypuszczeniu początek jednego 
z następnych listów: .,Dziękuję serdecznie za książkę i za wiadomość. 
"Wiadomość poruczam z rezygnacyą rozstrzygnięciu przeznaczeń...." 

Dzieła Karola Szajnochy Tom X. 22 



338 KLEMENS KANTECKI. 

rze, jak Ty mnie, wszystkiego dobrego życzę i ze swojśj 
strony do wszelkiej gotów jestem pomocy^'. 

Ostatnie zapewnienie odnosi się niezawodnie do współ- 
udziału przy zamierzanóm już wówczas rozpoczęciu wyda- 
wnictwa ,,Mouumentóvv'^ 

W Niesłucliowie zabawił istotnie do września; pisuje 
ztąd do Bielowskiego jeszcze kilkakrotnie, a pod datą 21 
lipca dziękuje za pożyczenie czwartego tomu Polski icieków 
średnich Lelewela. Dzieło to tern żywićj go zajęło, że zna- 
lazł w niem krytykę Wstępu krytycznego do dziejcie Polski 
Bielowskiego. Wypisujemy tu ustęp z listu, odnoszący się 
do tćj sprawy, aby dać poznać, jak szczerym był w ocenia- 
niu pracy przyjaciela: 

,,Co do artykułu o Twojem dziele, wypadł on, sądzę, 
pomyślniej niż się można było spodziewać po uczonym, ca- 
łą swoją egzystencyą literacką w przeciwnej wierze zako- 
rzenionym — i jest z tego względu równie zaszczytnym dla 
krytyka, jak dla autora. Z podniesionych przez starego 
wątpliwości — jedna dotycząca Księgi III. i osoby Ziemowita, 
spotkała się z moją własną; druga, co do Księgi II i ro- 
dowodu Lestków, przechodzi granice kompetencyi mojego 
zdania, które przy zupełnem prawie nieobe znaniu z specyal- 
nością przedmiotu, może chyba tylko potakiwać; trzecia 
wątpliwość, zadająca ci w Księdze I. względem Miorsza, (str. 
384) pytanie: czemu kontynuacya Miorsza ma też same ce- 
chy, co sam Miorsz, a przez ciebie przecież w cale odwrotnym 
stosunku do Mateusza jest uważaną? jest ponoć celnym 
strzałem, od którego niełatwo ze skutkiem się zasłonić. 
W ogólności jednak — niezaprzeczenie zwycięzki w swoim 
głównym pomyśle — dożyłeś krytyki, jakiej ledwie który au- 
tor dostąpił, jakiej świetniejszej życzyć sobie nie można — 
przywiodłeś pisarza, jak Lelewel, w końcu 4:01etniego zawo- 
du w ostatnim rozdzielę ostatniej publikacyi, do uznania, 
iż po twojej pracy przychodzi mu całą swoją tylu lat i wy- 
tężeń mozolę, albo za straconą uważać, albo w ,,myśl two- 
ją" wznav.'iać. Z tem w^szystkiem nie składaj jeszcze zbroi. 
Godzi ci się jeszcze, choćby po kilku latach po wysłucha- 
niu wszelkich innych wschodnio- i zachodnio-słowiauskich, 
i^apewne długo przeciwnych sądów— wystąpić z ryczałtową 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 339 



obroną, wyświecającą, w interesie twoich własnych następ- 
ców, co ty sam w dziele swojćm za myłlcę uznałeś, a co 
w probierczem przetopieniu krytycznego rozbioru niewąt- 
pliwie czystym okazuje sig kruszcem. Dla tego — gdyby 
odemnie zależało — wstrzymałbym się na wszelki wypadek 
od jakiej pojedynkowej doraźnej repliki na ten lub ów po- 
jedyiiczy głos polemiki peryodycznej — ale nie dawałbym ni- 
gdy ostygnąć przedmiotowi w twej głowie. Czego Ty zre- 
sztą nawet sam chcąc, dopuścić byś jeszcze nie mógł.'' 

Wytrwałą pracę, naukę i talent Bielowskiego cenił 011 
zawsze wysoko, wyrażając tylko w oczy i za oczy szczery 
żal, że ten niepospolity pisarz wybrał sobie niemal wyłą- 
cznie epokę tak odległą, gdzie zamiast wznosić gmach z pe- 
wnych faktów, przychodzi historykowi tonąć w odmęcie 
sprzecznych domysłów. Echo tego żalu odzywa się w liście 
do Aleksandra hr. Przeździeckiego z r. 1852: „Tak Bie- 
lowski, jak i Wagilewicz oprócz pracy nad Monumentami 
(Wagilewicz daje tłómaczenie Nestora z komentarzem) tru- 
dnią się głównie udowodnieniem teoryi Wstępu krytycznego 
i zanurzają się coraz głębiej w swoje badania trako-illy- 
ryjskie. Jakkolwiek muszę cenić wszelkie śledzenie praw^- 
dy, z żalem przecież przysłuchuję się zawsze ich niezrozu- 
miałym dla mnie rozprawom, od których z całej duszy rad- 
bym przeciągnąć Bielowskiego na pole dziejów widniej szych. 
Jeżeli kto, tedy on byłby w stanie wzbogacić literaturę hi- 
storyczną ustępem gruntownie i pięknie opracowanym, któ- 
ryby nawet w razie objęcia małej tylko przestrzeni chrono-- 
logicznej, mógł mjeć tę nieocenioną w umiejętności zasługę, 
iżby godzien był stanąć całemu pokoleniu literackiemu wzo- 
rem erudycyi i artystycznego układu. Tymczasem całe ży- 
cie upłynie mu zapewne śród usiłowań przetrzebienia tej 
nieprzejrzanej puszczy trybalskiój a stworzony od natury 
historyk narodu, skojiczy badaczem epoki przedhistorycznej". 
Wkrótce po powrocie Szajnochy ze wsi, stanął zamiar 
wydawania od nowego roku 1852 pisma literacko naukowe- 
go, a w połowie grudnia wyszedł już pierwszy numer. W li- 
ście jego z dnia 16 grudnia do Siemieńskiego wyczytujemy 
następną wiadomość o „świeżem redaktorstwie, którem go 
Pan Bóg pobakałarstwie pobłogosławił": „Wiesz może już 



340 KLEMENS KANTECKl. 

<?d Augusta, że od nowego roku ina tu wychodzić jeduo- 
arkuszo wy co tydzień Dziermik liieracki^ który ja razem po- 
AYOzić mam i ciągnąć. ..'' 

Szczerej, prawdziwej skromności dowodzą dalsze slo- 
^va: ,,Czy możnaby mieć Wasz Czna od Nowego Roku, w za- 
mian {sit cenią vcrbo) za nasz Dziennik? Ponieważ szala 
nierówna, więc dla jakiegokolwiek zrównoważenia, dorzucam 
listowy od czasu do czasu artvkuł. ^Vipc może zjjcoda? Je- 
śli tak, tedy adres czasowy: K. Szajnocha, ul. szeroka 
nr. \Ł" 

Zaj)ewnia w końcu, że polemizować z Czasem nie my- 
śli, byle go wzajem zostawiono ^v spokoju: ,,a mniemam — 
dorzuca — że się zgodzimy, bo acz w tej albo w owej kwe- 
styi różnego zdania, stykamy się w bardzo wielu niepopu- 
larnych zdaniach, które nas łączyć będą*^ 

W rzeczy samej skorzystał Szajnocha z swego redak- 
torstwa, aby rozwinąć wiele poglądów, wprost sprzecznych 
z ówczesnem zapatrywaniem ogółu. 

Możemy śmiało powiedzieć, że Dziennik lite- arki pod 
redakcyą swego założyciela, nie tylko był bezwarunkowo 
najlepszem pismem polskiem, lecz że nawet ^v rzędzie lite- 
rackich pism zagranicznych, jeśli nie pod względem rozma- 
itości, to przynajmniej wewnętrznej wartości i doboru przed- 
miotów, zajmuje jeddo z miejsc pierwszych. Począwszy od 
pełnego wdzięku i prawdy, pierwszego z kolei artykułu p- 
t. Droga prostotu aż do ostatniego numeru, przebija w pi- 
śmie nauka bez pedanteryi, połączona owszem umiejętnie 
z rozrywką, znakomity kunszt pisarski i takt redaktorski. 
S am redaktor szkicami, mniejszemi i większemi artykułami 
różnej treści, recenzyami i t. p. wypełnił, jeśli nie trzy 
czwarte, to co najmniej większą połowę 418tu kolumn szczu- 
płego druku; udział współpracowników bowiem był szczupły, 
lubo należeli do nich: Biclowski, Dzieduszycki, Supiński, 
Zepkowski i inni. 

Jak wielki ciężar pracy spoczywał na barkach Szajno- 
chy w porze redaktorstwa, jak olbrzymią i różnostronuą 
działalność rozwinął on \vówczas, widać z odpowiedzi jego, 
danej 10 listopada roku 1852, na zarzuty Łepkowskiego: „To 
co Dziennik zawiera, zwłaszcza w ostatnich 4—5 miesiącach, 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 341 

jest wyląjCzuic praca mojego plóni. Wstydząc si; sam sie- 
bie, muszę otl kilku miesięcy w każrlym numerze o^I^rywać 
komeilyą przestrajania się co chwila z tego, czem mie Bóg 
stworzył, ^Y rozprawiacza (Izieiiuikarskiego, z rozprawia- 
cza \v powieścią rza, z powiościarza w krytyka albo ko- 
respondonta. Arkusz druku Dziennikowskiego czyni przy- 
najmniej 2 arkusze druku zwykłój ósemki. Dać co miesiąc 
ośm do dziesięciu arkusze druku, nb. różnorakich przed- 
miotów, przedmiotów prawie bez wyjątku obojętnych a na- 
wet niekiedy wstrętnych samemuż piszącemu— to Bóg widzi, 
nie znaczy być leniwym i opieszałym. Że oprócz tego nie 
mogę uganiać się za nowemi książkami, siedzieć nad pierw- 
szym lepszym romansem do napisania recenzyi, natchnąć 
korespondentów ochotą do pisania, której nie mają (boć 
ileżto czasu potrzeba było, aby od was kilka słów dzisiej- 
szych otrzymać?!!), że nie mogę opłacać współpracowników, 
to wszystko winą nie moją, lecz położenia, mianowicie oko- 
liczności, zupełnego braku spółpracownictwa, a strasznego 
braku prenumeratorów. W pierwszym kwartale, kiedy jesz- 
cze miałem cokolwiek nadpływającej z zey/uątrz pomocy, 
mogłem, miałem czas, zajmować się staraniami o korespon- 
deucye, tj. rozpisywać się z prośbami na wszystkie strony, 
pisać korespondencye za korespondencye, podejmować się 
za nie różnych kwerend literackich i t. p. Teraz, kiedy le- 
dwie mam dość czasu do nastarczenia koniecznego żeru 
drukarni, Lie jestem w stanie, absolutnie nie jestem w stanie 
znaleść drugie tyleż czasu do podobnych zabiegów korespon- 
dencyjnych, recenzeuckich i t. d. Wlokę tylko jak mogę 
do końca roku, a potem zdaję komukolwiek ten ciężar, któ- 
rego barki jednego człowieka w^ należyty sposób dźwigać 
nie zdoh^ją. Podejmując się z przeszłym nowym rokiem 
redaktorstwa, ani śniłem o takiej pustyni literackiej, jaka 
mnie otoczyła, jaka w obecnej chwili otacza każde literacko- 
dziennikarskie przedsięwzięcie w Galicyi. Przekonanie się 
o tem opłaciłem ofiarą zupełnego zizeczenia się na rok ca> 
ły własnych zamiłowań, studyów i prac literackich. Ofiara 
ta — zważenie wszelkich okoliczności, które ponoś w Ivrako- 
wie nie przedstawiają się w jaśniejszem świetle niż u nas — 
powinnoby Cię było ostudzić cokohviek w zapale dawania 



34-2 KLEMENS KANTECKI. 

mi tych nauczek redaktorskich, t}xh burczących dowodów 
kochania i szacunku. Młodyś, mój drogi bracie, i gorąca 
chęć tego, coby powinno być, nie dozwala Ci widzieć, co 
być może, co jest. Ale dajmy sobie już pokój wzajem^'. 

Dość pożytecznym nie jako pisarz wprawdzie, lecz ja- 
ko obfite źródło naukowych materyałów, był dla redaktora 
Dzientiiha Wagilewicz, ex-ksiądz ruski, nazywany „Ojcu- 
niem", człowiek nadzwyczajnie uczony, z którego erudycyi 
korzystali Bielowski, Szajnocha i inni, lecz tak niewprawny 
do pióra, że artykuły jego trzeba było na wskroś przera- 
biać i niejako na polskie tłómaczyć, jeśli do czytania prze- 
znaczone być miały. Ile trudu przyczyniało redaktorowi 
niewdzięczne zadanie opracowywania obcych utworów, osą- 
dzi każdy, kto porówna pierwotny tekst rozprawy Wagile- 
wicza o św^ Metodym, z tekstem, przerobionym przez au- 
tora Bolesława Chrobrego, Pierwszy rozpoczyna się od na- 
stępnych wTrazów: ,, Czytałem żywot Św. Metodego, wyda- 
Ey z rękopisu przez Szafarzyka. A iż w przekonaniu, że 
rękopis, który lubo, iż znajduje się w Moskwie, jednakże... 
itd.^', drugi nosi już na sobie cechę poprawności i jasności, 
którą zawdzięcza poprawkom redaktora: ,, Niedawno wy- 
szedł z druku żywot św. Metodego, apostoła Słowian, wy- 
dany z rękopisu jedynego synodalnej biblioteki w Moskwie 
z XV. wieku, przez Szafarzyka. W przekonaniu, że ręko- 
pis ten był skreślony przed upadkiem państwa morawskie- 
skiego, albo raczej przed śmiercią Świętopełka w Pannonii, 
ogłosił go wydawca prawie tak surowo, jak był spisany, 
zaledwie klka błędów rażących sprostowawszy". (1) 



(1) Nie brak nam dowodów, że nie samego Wagilewicza trzeba 
było poprawiać. W liście z tegoż czasu znajdujemy zaraz następne słowa: 
„Oprócz Św. Metodego mam dostać dziś nareście przygotowywany przez 
siedra miesięcy artykuł Piłatów o pięknem piśmiennictwie. Polecił mi 
go autor z prośbą, o wygładzenie i ^ilotnienie miejsc przycięższych, cze- 
go on sam z braku czasu dotąd uczynić nie mógł. Bądź jak bądź bę- 
dzie zapełnić czem wstępne kolumny dwóch albo trzech numerów, je- 
śli zamiast zostawienia artykułu, jak zapowiedziano, na swoim biórku, 
nie wziął go zacny estetyk jeszcze na kilka miesięcy z sobą do Stryja". 

O Wagilewiczu czytamy tutaj: „Teraz zabiera się Ojcunio, do 
"wydrwienia, jak mó,vi, warszawskiego ortykułu o Swewach (Maciejów- 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCIIY. 34 3 

Jakie na od^^TÓt pretcnsye i wymagania spotykały re- 
daktora ze strony czytelników, wskazuje dowcipnie a trafnie 
redakcyjne kłopoty malujący artykuł, napisany p. t. O za- 
bawie 10 d zimni kar st wie lilernckitm: Dziennik literacki isto- 
tnie „na tej samćj gałęzi wyścielał jedno gniazdo nauce, 
a do dwóch radby był zwabić płodne ptaszę zabawy." Da- 
remne to jednak usiłowania: „gdy naukę wsadził na gnia- 
zdo, zabawa z przestrachem trzepotała skrzydełkami i wzno- 
siła lament rzewliwy — gdy ptaszę zabawy już-już spuścić 
się mając na gniazdko, wszczynało swój świegot powieścio- 
wy, bardzo szanowni dostojnicy nauki narzekali na dzien- 
nik..." 

To pewna, że nasz redaktor, w stosunku zwłaszcza do 
niekorzystnych warunków materyalnych, potrafił uczynić za- 
dość wszelkim rozumnym i uprawnionym żądaniom czytel- 
ników, że obok nauki dostarczał im i zabawy, ale „zabawy 
literackićj", nie troszcząc się „o tych, dla których po wy- 
gaśnięciu dawnych Sowizrzałów i trefnisiów nadwornych, 
świat tegoczesny nie ma już ucieszenia...^' 

Jak dalece Szajnocha umiał zainteresować szerszą pu- 
bliczność, widać z listu Bielowskiego, pisanego doń w chwili, 
gdy wyjechawszy do Tarnopola, musiał zdać tymczasowo 
redakcyą w ręce przyjaciela. Poważny autor Wstępu kry- 
tycznego pisze pod dniem 20 czerwca: „Aby ratować stro- 
nę romansową dziennika, która z klęską najdotkliwszą 
wszystkich serc czułych bardzo się z Twym odjazdem po- 
chyliła, wyciągam z zakamarków różne pamiętniki , te 
zwłaszcza, w których sceny miłosne zachodzą, i podpieram 
jak mogę, zachwianą u płci pięknej reputacyą dziennika — 
alebyś nie zgrzeszył, gdybyś sam jaką powiastkę napisał 
i przysłał.^' 



skiego). Do nieszczęsnego lakonizmu przybyła mu teraz, bogdaj czy 
nie':przez ciebie zaszczepiona chętka pisania drwiącym sposobem i ma- 
nja używania w artykułach co chwila wyrazu referat, zamiast: rozbiór, 
recenzya, sprawozdanie". Inną rażą dawszy Szajnosze artykuł, rozpo- 
częty słowami: „A'a ■początku muszę dodać'' — nie chciał wierzyć, że nie 
uchodzi zagajać w ten sposób rozprawy — uważał owszem zarzut za 
czczy kaprys ze strony redaktora... 



344 KLEMENS KANTECKI. 

Przytoczony powyżej list mieści wiele ciekawych spo- 
strzeżeń i szczegółów. Bawił wówczas wo Lwowie zasłu- 
żony współautor Starożytnej Bols/fi, Tymoteusz Lipiński. 
Opowiadał on, jak żywe uwielbienie wzbudziły w Warsza- 
wie i w całem królestwie Bolesław Chrobrij i Pierwsze od- 
rodzenie się Polski, Bielowski tak go charakteryzuje: „Miły 
człowiek, mowny, facecyonat — siedzi za stolikiem , jak 
w szańcach, ledwie nos od czasu do czasu nad stosy bro- 
szur wychylając/' 

Bielowski wyjechawszy później na wieś w Sanockie 
do Holuczkowa, przesyła przyjacielowi krytyczne uwagi nad 
Dziennikiem lilerackim^ na które tenże odpowiada dość ob- 
szernie, zaprawiając swe listy pieprzykiem dowcipu; dnia 
17 sierpnia n. p. tak maluje postać zacietrzewionego De- 
szkiewica: „Piszę dziś poważnie i krótko, bo korrekta po- 
południowa przytrzymała mię aż do wieczora; pod wieczór, 
jak wiesz, nie pozwalają mi oczy długo czytać a tem mnićj 
pisać— a chciałbym dziś jeszcze list wyprawić. Nie brak mi 
jednak ani przedmiotu, ani ochoty do humorystyki. Toć 
mamy tu od tygodnia gramatykarza z Łańcuta! Przywiózł 
z sobą całą tekę polemik z Warszawą, Krakowem i Lwo- 
wem i szuka na nie nakładcę, wymawiając wszystkim księ- 
garzom i drukarzom, iż nic masz dziś tak pokupnego to- 
waru, jak polemiki a zwłaszcza gramatykarskie... Na szczę- 
ście dla wszystkich Żochowskich, Piłatów, Sucheckich i t. d. 
nie chce nikt polemik, obejmujących przeszło 20 arkuszy 
druku. Czćm rozgniewany, oburzony, na całe grono litera- 
tów galicyjskich, którzy nie umieli upowszechnić zamiłowa- 
nia w tego rodzaju pismach, wyrzekający gramatyk rzucił 
się zupełnie w świat płochy, w towarzystwo nadobne, i nie 
może dać rady swoim tryumfom romantycznym. Ale nie- 
tylko że córkom głowy zawraca, jeszcze i ojców i matki 
zachwyca. Z ojcami rozprawia o budowaniu pieców, których 
nowy sposób wymyślił i natychmiast do każdego pieca — 
szczęście że lato— zastosowywa. Matkom wykłada sztukę 
gotowania kołdunów litewskich — dla zupełnego zaś oczaro- 
wania córek skomponował mazura, który przy towarzysze* 
niu własnego śpiewu ślicznie na gitarze wygrywa i nawet 
dla jakiejś wybranej umyślnie na fortepian ułożyć kazał. 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCIIY. 345 

Wszystko też za nim przepada, a on tylko hardo głową 
w tył ku niebiosom potrząsa i powiada niedbale, że do 
zakończenia zawodu w świecie pozostaje mu jeszcze tylko 
jedno, t. j. wytłumaczyć światu tajemnice Messyanizmu 
Mickiewicza, do czego on, jako były towarzysz szkolny Ada- 
ma, ma prawo i obowiązek.'' 

Nie myślimy wyliczać całego szeregu rozpraw i arty- 
kułów Szajnochy, drukowanych w Dzienniku literackim, (1) 
zostawiając tę czynność bibliografom; wybierzemy jedynie 
z całego rocznika kilka poglądów, rzucających światło na 
ówczesny sposób myślenia znakomitego pisarza, wskażemy 
kilka zapatrywań, wówczas istotnie, jak pisał do Siemień- 
skiego, mimo swą trafność niepopularnych. Zbytecznem by- 
łoby wymieniać płody jego pióra, bo się wyróżniają od in- 
nych właściwościami stylu i obrazowym sposobem ujęcia 
przedmiotu a nadto i tem, że posiadając niewielu współ- 



(1) Ciekawą; zapewne dla wielbicieli genialnego Grottgera, będzie 
wiadoraość, że pierwsza wzniiankę o ,,czteriiastoletnim artyście-ryso- 
wniku"' dał nie kto inny, jak Szajnocha w 18 numerze Dzl^jinika z dnia 
1 maja 1852 r. p. t. Wczesne talenta w następnych wyrazach: j.Artur 
Grodker, (sic) syn obywatela ziemskiego w Brzeżauskiem, celuje nie- 
zwyczajnym darem obrazowania, dzięki któremu bez żadnego prawie 
na wsi poprzedniego przysposobienia naukowe._'o, robi ołówkiem i ak- 
warelą nader trafne rysunki osób, koni, scen wiejskich, ruchów wojen- 
nych, wzbudzając podziw znawców i coraz liczniejszych tak szczęśli- 
wego talentu wielbicieli. •'•' Przy tej sposobności godzi słQ zauważyć, że 
biografowie sławnego malarza mylnie podają, jakoby odmalował wjazd 
cesarza Franciszka Józefa do Lwowa w r. 1851— podczas gdy się to 
stało w dwa lata później. Możemy nawet podać ciekawy szczegół z tej 
pory. Gdy matka młodego artysty udała się do hr. Agenora Gołuchow- 
skiego z prośbą, aby dla jej syna wyjednał stypendyum, ś. p. namiest- 
nik poddał sam myśl ujęcia ceiarza wizerunkiem jego wjazdu do Lwowa 
i umieścił w tym celu Artura w jednem z okien hotelu George'a. Go- 
łuchówski odprowadzał następnie Franciszka Józefa na Bukowinę 
a otrzymawszy utwór Grottgera w powrocie, zawiesił go w cesarskiej 
sypialni w Stryju. Cesarz spostrzegłszy obraz, zapytał zkądby pocho- 
dził; wówczas namiestnik wymienił nazwisko liilkonastoletniego malarza 
i wyprosił stypendyum dla niego. lir. Gołuchowska posiada dotąd je- 
den z najwcześniejszych utworów Grottgera, przedstawiający „Porwanie 
Abdelkadera przez Francuzów-' a wiadomość powyższą powziął p. Włady- 
sław Łoziński z ust samego ś. p. Gołuchowskiego. 



346 KLEMENS KANTECKI. 

pracowników, podpisywał starannie ich imiona lub cyfry, 
sam występując bezimiennie. Podpisał się tylko raz jedyny, 
gdy gromiąc energicznie, clioć tonem umiarkowanym, nau- 
kowe wywody jednego z głośnych pisarzy— nie chciał wy- 
mierzać ciosów z za wep:ła. 

Najwybitniejszym może rysem charakteru Szajnochy 
obok idealnój prawości, była jak wiemy niezawisłość w prze- 
konaniach i w życiu, męzki hart ducha, brzydzący się 
wszelką słabością. W epoce, gdy jego druhowie po piórze, 
nawet znakomici talentem, życiem prywatnem zadają kłam 
głoszonym publicznie zasadom, gdy nie posiadając dość sił, 
aby wyjść zwycięzko z walki, ulegają pokusom i sprzenie- 
wierzają się wysokiemu posłannictwu, wedle słów wieszcza 
„z rąk Bożych wychodzą kwiatem, a świat ich rzuca łach- 
manem," — Szajnocha z Bielowskim mimo twardą szkołę nę- 
dzy i niedostatku, wychodzą z tćj walki czyści i nieskalani, 
szlachetni i moralnie piękni. Gdy pierwszy stawia społe- 
czeństwu za ideał życzenie rzymskiego republikanina, chcą- 
cego mieszkać w szklannym domu, nie jest-to u niego 
czczą deklamaeyą. 

Szajnocha stojąc o tyle wyżćj nad poziom swego oto- 
czenia, mógł je karać i moralizować, a czynił to z właści- 
wym sobie taktem i rozumem. Sara pełen greckiej prostoty 
i jasności, wytrawności i trzeźwości umysłu, siły woli i cno- 
ty wytrwania, idący bez wytchnienia w raz wytkniętym 
kierunku, wymaga tych przymiotów od innych, nawołuje 
ich do skupiania ducha i niezmordowanej pracy. „Pozbądź- 
my się — mówi — zgubnego rozpierzchania się w tysiączne 
pomysły i projekta, słowem nabierzmy charakteru.*' Wyt- 
knąwszy społeczeństwu „dziwną draźliwość nerwów, wzdry- 
gającą się na każde skrzypnięcie drzwiami," woła z zapa- 
łem: ,,A nam przecież na wewnątrz i zewnątrz tyle hartu 
potrzeba!" 

Gniewa go to, że literatura zamiast przewodniczyć 
narodowi po tej drodze, zamiast przemawiać silnym, męz- 
kim głosem, to kwili płaczliwie, to znów zapada w misty- 
czną extazę. Surowo nieraz karci ,,szał wieszczbiarstwa", 
..zdrożną regułę ubóstwiania narodu", dziwnie odbijającą od 
sentymentalnego rozmazgajenia synów Apolla. Oczekuje on 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCUY. 347 

od nich rozbratu z proroczeniem, ,, przebicia się przez łza- 
wą, bezkresną, powódź uczuciowości do hartownego lądu cha- 
rakteru, potężnej indywidualności, którą z czasem oby za- 
miast minstrelowego służkowania narodowi, zapanowali mu 
dzielnie, chrobrze, choćby i surowo''... 

W chwili, gdy rozgorączkowany ogół szedł bez zasta- 
nowienia na lep poetyczności, wielbiąc bez wyboru zaró- 
wno natchnione arcydzieła, jak płody głów szalonych, gdy 
w tym kierunku nikt jeszcze nic szkodliwego nie widział: 
głębszy umysł Szajnochy przewidywał już niebezpieczeń- 
stwo. A trudno go zaprawdę posądzić o materyalistyczną 
lub jakąkolwiek nieszlachetną dążność. Sam poeta ,,co do 
wielkiej wagi poezyi w życiu, co do jśj coraz szerszego 
w przyszłości blasku, zgadza się z najśmielszymi marzycie- 
lami" — wierzy owszem „w^ przyszłe wszechkrólestwo poezyi." 

Powstaje tylko przeciw chorobliwym objawom złśj, 
niebezpiecznej poezyi, po której zamiast korzyści, szkody 
się tylko spodziewać można — wskazuje, że natchnienie fał- 
szywych proroków „kierowane kadencyą uprzedzenia, prze- 
wagą obrazu rzeczy nad rzeczą samą, optycznem mgły od- 
ległej złudzeniem, słabością do śmiałego, niezwyczajnego 
rymu, poglądając z pogardą na każdą łatwą do uskute- 
cznienia pospolitość, potrąci swoim wpółsennym zawrotem 
głowy resztę gnuśnych dusz niewątpliwie do czynu, który 
w jednej chwili więcej obalij niż wszelki rozum w ciągu 
nowego półwiecza odbudować jest zdolny... Jeśli ich pisane 
złe rymy byw^ają udręczeniem redakcyi, ich złe rymy dzia- 
łane, gubią nieraz kraj cały.'' Z żalem spostrzega i wypo- 
wiada, że „obałamucenie uczuciowości fantazyą, odurzenie 
rozumu zawrotem serca, rozprzężenie wszelkiego hartu 
charakterów\ to owoce barwistego kwiatu wierszomanii, fał- 
szywej poetyczności w rymie i w życiu". Nieubłagany, gdy 
chodzi o nadużywanie darów uroczej wyslanki niebios, wzy- 
wa „od złego rymu do prozy, od fałszywej poetyczności 
do rozumu, od naśladowania natchnienia i entuzyazmu, do 
oryginalnej rozwagi i trzeźwości"... 

Za źródło braku tej rozwagi i trzeźwości uważając 
słusznie bezwzględną apoteozę młodości, występuje silnie 
przeciw temu zgubnemu kierunkowi: „Zatem w literaturze 



34S KLEMENS KANTECKL 



nie romansować nam o młodości, jako jedynćm źró dle cno- 
ty i krasy moralnej. W życiu publicznem i dom owem — 
nie wracać nam do omamienia lat niedawnych, gdzie pa- 
nująca dziś przedwczesność wieku pieczę o dobro powsze- 
chne w ręce niedorostków fizycznych i niedorostków mo- 
ralnych kładła, a starcy młokosom schlebiali"... 

Widząc z żalem zamęt i chaos w literaturze, ma Szaj- 
nocha na celu „wypogodzenie umysłowe", przekonany bo- 
wiem głęboko, że „do wzrostu wszelkiej moralnej budowy, 
jak przy wszelkićj fabryce materyalnej, potrzeba przede - 
wszystkiem pogody'^ Wierząc silnie, że „lament niczego 
nie zdziałał/' przenosi uśmiech nad łzę, gdyż ,,ta usypia, 
tamten ożywia." W słowach tych czuć siłę i czerstwość du- 
clia, nie zarażonego manją naśladowanych cierpień i sztu- 
cznej exaltacyi. 

Z żalem też i niesmakiem spoglądał na niektóre „ma- 
jaki poezyi", wylęgłe ,,w półsennym mroku wyobraźni." 
Zaliczał zaś do nich przedewszystkiem bardzo rozpowsze- 
chniony na Parnasie ., gorzki rankor do złota," połączony 
zwykle z nienawiścią „ku wszelkim złotowładcom dni na- 
szych, wszelkim bankierom, kupcom, a w następstwie na- 
wet kupiectwu.'^ „Giełdy i targów godzina — mówi — to we- 
dle wyobraźni takich poetycznych snowidzów — przedsmak 
sądu ostatecznego, z wszełkiemi jego zjawiskami grozy i po- 
tępienia"... 

Wróg wszelkiej pozy, obłudy i wspinania się na ko- 
turn, „fałszu o anielskich skrzydłach natchnienia, głupstwa 
w wieńcu laurowym," stara się wykazać, że prawdziwa, 
zdrowa,, wszelkiemi siłami umysłu władająca poezya, ma 
głęboki rozum i trafne pojęcie wszelkich spraw tego świata, 
że ,,żal i gorycz przeciw kupiectwu, rankor do złota, sta- 
wią go od razu niż^j od przedmiotu jego zniewagi, bo oka- 
zując go w postaci lamentującego pod przewagą tćj władzy, 
nad którą panować winien," zdradzają, że ., wstręt w tym 
razie jest w najbliższóm powinowactwie z pożądliwością.'^ 

Jeśli surowo karcił przesadny wstręt do pewnych wa- 
runków życia, niemniej silnie gromił przesadną sympatyą, 
widniejącą w literaturze dla pewnych stosunków towarzy- 
skich. Wyrzucał wiec energicznie powieściopisarzom, że 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCIIY. 349 

W Świetle nienaturalnej aureoli, z jakiemś szczególnćm upo- 
dobaniem wystawiają, miłostki chudo-paeholków z dostoj- 
nemi i posażnemi jedynaczkami: ,, Ilekroć autor wprowadzi 
na scenę chudzine-bohatera, rozmiłowanego na śmierć 
w księżniczce, tedy prawie zawsze czyni on to w intencyi 
oświetlenia jego miłości blaskiem pewnego heroizmu, w świa- 
domej lub nieświadomej chęci ośmielenia czytelników do 
podobnego bohaterstwa, mającego być jednym z najskute- 
czniejszych środków ku udoskonaleniu społeczeństwa na za- 
sadzie postępu." Nasz pisarz wychodząc z przekonania o ró- 
wności ludzi, wyznaje słusznie zdanie, że człowiek niżej 
stojący ^v hierachii społecznej wtedy istotną niższość swą 
okazuje, gdy się wspina wyżej, „gdy romantyczna sukman- 
ka, patrząc z niesmakiem na równą sobie kochankę, wzdy- 
cha do paniątek gronostajnych." Ztąd też domaga się, aby 
miłość nad stan ni3 była przedmiotem szacunku przesądne- 
go, zastrzegając, że nie chodzi tu o stosowanie się do prze- 
pisów „skromnego, uniżonego rozsądku," ale na co zawsze 
szczególny kładzie nacisk, ,,o sprawę męzkićj w takim ra- 
zie śmiałości i dumy." „Gdzie oświata naprawdę świeci — 
czytamy w końcu — wszędzie tam nie nasza romantyczna 
przesadna duma, lecz duma własnego swego stanu czyli ra- 
czej swej własnej godności kwitnie... Każdy tam rad i har- 
dy samym sobą, a romantycznego odstępcę ^Yłasnej strze- 
chy, księżycowego kochanka z dala ubóstwionych gwiazd 
za obłokiem, okrywa śmieszność i wzgarda" 

Dla irzcglądu poznańskiego żywił Szajnocha podo- 
bnie, jak przed czterema laty, uczucie szacunku, życzliwo- 
ści i szczerego uznania; przyznając bowiem, że między jego 
organem a Frzeglądem ,, zachodzą niektóre różnice wyobra- 
żeń," dodaje: „są zaś mnogie strony, nakazujące nam usza- 
nowanie dla zasad i piór pisma tegoż, zbliżające nas szcze- 
rze ku niemu. '^ Gdy pan August Mosbach w^ koresponden- 
cyi z Wrocławia rzucił na to szanowne pismo niegodne po- 
dejrzenie, a redakcya upomniała się o krzywdę, nie omie- 
szkał Dziennik dać jćj zadośćuczynienia — wydrukował bo- 
Y.iem reklamacyą, w której ,, widzi powód do tern chlubniej- 
szćj opinii o Przeglądzie.''^ Uważamy to za rzecz, nie ule- 
gającą wątpliwości, że owa insynuacya korespondenta zo- 



350 KLEMENS KANTECKI. 



Stała wydrukowana bez wiedzy głównego redaktora, który 
zwykle umiał powściągać jego polemiczne wycieczki. I tak 
pod nieobecność Szajnocby, nadesłał p. Mosbach nowy ar- 
tykuł, w którym ,, rąbie Przeglądy i nie przeglądy poznań- 
skie, jak się nawinie.*^ Z obawy, aby redakcya nie ze- 
chciała poskromić jego napastniczej weny, ,, prosił na miły 
Bóg, aby ani słowa nie kreślić." Bielowski jako zastępca 
redaktora zapowiada, że mu zrobi tę przyjemność, clioć na- 
paść musiała być bardzo silną, skoro dodaje w liście z dnia 
20 czerwca: „niech się jak koń przedniemi i tylnemi no- 
gami wybryka.'* 

Ale umiarkowańszy i wytrawniejszy od starszego przy- 
jaciela Szajnocha, nie był tego zdania, aby się godziło fol- 
gować polemicznej żyłce krewkiego człowieka z uszczerb- 
kiem jednego z najlepszych pism czasowych, jakie posiada- 
liśmy kiedykolwiek; to też wbrew zdania Bielowskiego, ko- 
respondencya poszła do kosza... 

I w późniejszych latach utrzymały się przyjazne sto- 
sunki pomiędzy Przeglądem a Szajnocha, co widać z listu 
Ujejskiego do Karola z dnia 19 maja r. 1855: „Wezwanie 
Koźmiana przestraszyło mnie. Wyraża on się w swym li- 
ście, iż my dwaj reprezentujemy dla Poznańskiego talent 
i czynność umysłową młodszego pokolenia w Galicyi. Pod- 
pierajże Ty tę reprezentacyą, bo moje siły za słabe.^' 



XI. 



Wspomniany powyżej wyjazd Szajnochy do matki, 
do Tarnopola, a raczej pod Tarnopol, nie miał na celu wy- 
tchnienia po trudach, lecz tylko swobodniejsze zajęcie się 
pracą nad ukochanym przedmiotem, artystyczne już kształ- 
towanie Jadicigi i Jagielhj. Widać to z listu, pisanego 1 
czerwca r. 1852 do Aleksandra hr. Przeździeckiego: „List 
Pański zastał mię na wyjeździe \v kilkomiesięczną wyciecz- 
kę wiejską. Z tej przyczyny nie byłem w stanie odpowie- 
dzieć natychmiast. Wszakże zaledwie jako tako w zielo- 
nym letnim zakącie do swobodnego oddania się przerwane- 
mu od niejakiego czasu opisowi dziejów naszej Jadwigi^ 
osiedliłem się — rozpoczynam prace moją od najserdeczniej- 
szego ściągnięcia i umocowania tej korespondencyi z Pa- 
nem^' i t. d. 

Zajęty tak gorąco wielkiem dziełem, nie zapominał je- 
dnak o Dzienniku literackim^ dla którego napisał wówczas 
piękny szkic o Barbarze. „Wlazłem znów po uszy — odpo- 
wiada 23 czerwca na wezwanie Bielowskiego — w opis cza- 
sów Jadwigi i niepodobna mi zająć się w tej chwili czem 
innem. (1) Zaledwie o własnym Dzienniku myśl do głowy 



(1) Wyjazd ze L"^o'^a tak skutecznie przyczynił sie do posunię- 
cia naprzód Jadwigi i Jagiełły, że pierwszy tom był już gotów v/ jesie- 
ni, a tylko czterotygodniowa obłożna choroba, sporządzenie kopii ręko- 
pisu i porównanie jej z oryginałem sprawiły, że autor dopiero 2 sty- 
cznia wyprawia tę pierwsza część swego dzieła do Warszawy. (List 
Szajnocliy do barona Rastawieckiego pod tą datą). Pobyt u matki 



352 KLEMENS KAKTECKI. 



przypuszczam. Dzieje si§ to przecież uiekiedy — a gdy jesz- 
cze killia dni ukończeniu rozdziału Jagiellońskiej pracy po- 
święcę — zrobię sobie kilkodniowa przerwę, w którćj urośnie 
zapewne powieść, a przynajmniej powieściowo-historyczny 
obraz bardzo czulej materyi, to jest dziejów Barbary Ra- 
dzi^Yi}lównej — według materyałów w Famiętnihach Balińskie- 
go. Myślę przywieść ten artykuł niezadługo sam do was. 
W pierwszych bowiem dniach lipca będę przejeżdżał przez 
Lw^ów i kilka dni tam zabawię. Z tejże przyczyny nie 
wskazuję drogi przysłania mi przedmiotu desperacyi pani 
Becu, ile że wtedy sam go odbiorę.'' 

Wymieniona tu pani Becu jest matką Słowackiego. 
Gdy przebywała we Lwowie nieutulona jeszcze w żalu po 
stracie syna, zyskał z jej strony nadzwyczajną przychylność. 
Uczyniła go powiernikiem swego bólu matczynego, udzieliła 
mu zbioru listów Juliusza, zużytkowanych późniśj przez pro- 
fesora Małeckiego, pozwoliła wydrukować w Dzienniku lite- 
rackim niektóre nieznane poezye, jak skargę lirnika konfe- 
derackiefro, Wschód słońca nad Salaminą^ wyjątek z pierw- 
szćj pieśni Podroży na wschód. Jak wielką serdecznością 
otaczała go pani Becu, widać z listu Szajnochy do matki, 
pisanego na samym schyłku roku 1851. „Jak widzę, zaczy- 
na mię Pan Bóg pieścić. Oprócz niespodzianki od własnćj 
matki, spotykają mnie różne grzeczności od matki cudzój, 
od mojej sąsiadki, matki poety Słowackiego, która mię co 
chwila to śmietanką, to wiejskiemi plackami, to czem in- 
nćm obdarza. Biednej zdaje się, że własnemu synowi do- 



trwał jednak bardzo krótko; już bowiem 2 sierpnia pisze ze Lwowa do 
Przeździeckiego: „Po kilkutygodniowej gościnie i pracy swobodnej na 
"wsi, musiałem wrócić z gorzkim żalem do Lwowa i nieszczęsnych roz- 
targnicń dziennikarskich, które mnie przemocą, odrywają od milszych 
a ponoś i pożyteczniejszych zatrudnień.'- Jakie następstwa sprowadza 
pisanie biograficznych wspomnień z pamięci, okazał p. Władysław Za- 
wadzki, gdy wydanie Jadwigi i Jagiełły kładzie przed objęciem redak- 
cyi Dziennika mówiąc: „W r. 1852 rozpoczął wydawać Dziennik litera- 
cki, ŁatAiej mu to by/o, niż dawniej — miał bowiem pozyskane już 
imię i wysokie stanowisko w świecie uczonym napisaniem Jadwigi i Ja- 
giełły.'' 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 353 

gadza, a nie jestem za stary na jśj syna, bo nieboszczyk 
był o jakich 9 lat starszym odemnie..." 

Wdzięczny za tyle życzliwości, chciał uczcić pamięć 
Juliusza, co widać z listu do Ujejskiego, 3 marca, 1852 r., 
gdzie donosi, że pojedzie na kilka tygodni do Ubienia, do 
Januszewskiego, wuja poety, „dla napisania kilku arkuszy 
wiadomości biograficznych o Juliuszu S., a raczej ułożenia 
po\\ieści autobiograficznej z jego listów, w których się obe- 
cnie pogrąża.'^ Nie wiadomo, co go późnićj skłoniło do po- 
rzucenia tćj myśli. 

Początek przytoczonego listu do Bielowskiego, humo- 
rystycznej natury, daje smutne świadectwo, jak mało po- 
płacały redakcyjne trudy i zabiegi Szajnochy. „Drogi przy- 
jacielu mój! Biskupićm witam Cię pozdrowieniem, z wdzię- 
czności za Twój wesoły list. Dobry jego humor i mnie tćż 
wprawił w lepszy, niż zwykle. Osobliwie cieszy mię, iż reda- 
ktorstwo, jak widać, nie nabawiło Cię splinu. Byłoby to 
tern smutniejszą rzeczą, iż obaj ponoś bez wielkiego mozo- 
liliśmy się i mozolimy się skutku. Podczas całego pobytu 
mego w tych stronach, nie spotkałem się z Dziennikiem 
naszym nawet u literackich i osobistych przyjaciół. Ledwie 
tyle go znają, ile się z Czasu o nim dowiedzieli. (1) Jeśliż 
jeszcze pan Wacław Aleksander, ten gigas Masomae, natus 
mb aquis, światełko jego umbrą swojej dyktatury literac- 
kiej przytłumiać będzie, cóż za nadzieja żywota dla nas!..." 

Myśl o największśm dziele, nad którem pracował, tak 
dalece zajmowała w tym czasie Szajnochę, że wszystko 
odnosił do niego, jako do wspólnego mianownika. Gdy Bie- 
lowski w podróży zapadł na zapalenie oczu, pisze doń już 
ze Lwowa 28 lipca na pół żartobliwie, przedrzeźniając eru- 
dycyjny sposób pisania Wagilewicza (Ojcunia), który ina- 
czej pisać nie umiał: „Twoja rubigo oculorum, bardzo czę- 
ste zjawisko za czasów' królowej Jadwigi, od którego nawet 
bardzo zacny arcybiskup gnieźnieński, Djbrogost Nałęcz, 
communi apellatione Wydrzyoko (co to znaczy? wydrze oko 



(1) W Krakowie do dnia 6 lutego pozyskał Dziennik literacki 
dziesięciu prenumeratorów. 

Dzieła Karola Szajnochj T. X. 23 



351 KLEMENS KANTECKI. 



czy CO innego?), był zwany (Długosz Vilae episcop. w ręko- 
pisie)— niech Cię bynajmniej nie frasuje. Jestto najprawdo- 
podobnićj chwilowy skutek podróży ^YŚród żaru słońca, wia- 
tru i pyłu — albo jak Ojcunio twierdzi, skutek ogolenia bro- 
dy i wąsów, którego on sam na sobie doświadczył, gdy da- 
wuiejszemi czasy postrzygł był długie włosy A jak po- 
wszechnie wiadomo — każe on Ci dla tóm pewniejszego uspo- 
kojenia się zrobić dalej uwagę: .,mam pomimo tego ataku 
oczywiście zdrowe do tego czasu i przenikliwe i piękne 
oczy.(l) Więc dobrze robisz^ jeśli nic nie robisz oczyma... 
lecz za symptom dalszych dolegliwości brać tego nie po- 
trzeba'^. To wszystko usłyszałem odeń w dodatku do naj- 
niegodziwiej oczywiście napisanego artykułu o Św. Meto- 
dym.'' 

Męczącćj a niewdzięcznej pracy redakcyjnej oddawał 
się Szajnocha nie diużćj, jak przez rok jeden; w następnym 
oddał Dzienwk w ręce Aleksandra Batowskiego i Felicyana 
Lobeskiego. 

Jaką, rozkosz sprawiło mu uwolnienie od przykrych 
obowiązków, widać ze słów, pisanych do Przeździeckiego 
4 stycznia r. 18.33: ,, Rzuciwszy z siebie iiędzotę redaktor- 
ską,, stoję znowuż na jakiś czas w progu ulubionych, wyłą- 
cznych studyów". 

W dwadzieścia kilka dni późnićj objął Szajnocha po- 
sadę zastępcy kustosza w Zakładzie nar. im. Ossolińskich, 
opróżnioną po ustąpieniu Edwarda Komankiewicza. 

Kilkoletnie urzędowanie w Zakładzie stanowi tak wa- 
żną epokę w życiu naszego pisarza, że godzi się poświęcić 
mu nieco obszerniejsze wspomnienie. 

Około r. 1850, dziwnym trybem szły sprawy w Zakła- 
dzie Ossolińskich; na urzędy w instytucyi, słuźącćj litera- 
turze i nauce, powoływano ludzi, nie mogących rościć pra- 
wa ani do tytułu uczonego, ani literata. Taki kierunek gro- 
ził smutnemi następstwami; to też Bielowski w liście do 



(l) Odnosi się do żarciku, jakiego sobie pozwolił autor Parq/?ań- 
sztzy^ny, zapev,'niając Wagilewicza, że kobiety podziw iaj^ piękność jego 
oczu, v/ co dobroduszny uczony wierzył świecie. 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCIiY. 355 

księcia Jerzego Luboiniiskiego, jako kuratora pisze pod 
dniem 12 grudnia 1850 r. z nietajonem oburzeniem: „Zai- 
ste godne to uwagi, że kiedy u narodów cywilizowanych 
literatów przed innymi do wszelkich w kraju urzędów po- 
wołują — u nas przeciwnie autorstwo jest niejako winą, jest 
przeszkodą do osiągnięcia jakiegokolwiek urzędu w narodo- 
dowych polskich zakładach. We Francyi i Anglii nie ma 
prawie ministra, któryby nie był wprzód literatem. Lite- 
ratom tedy, autorom, poruczają zwykle ster państwa; u nas 
autorów, pod pozorem uiepraktyczności nie tylko odpychają 
od kredytowjch i agronomicznych urzędów, ale nawet chcą 
wykluczyć od steru naukowego Zakładu." 

Pojmując trafnie potrzebę obsadzenia wszystkich posad 
w Zakładzie ludźmi naukowymi, Bielowski jako zastępca 
dyrektora nie już ze względów przyjaźni dla Szajnochy, ale 
z dobrze zrozumianego interesu instytucyi, życzył sobie go- 
rąco, aby autor Bolesława Chrobrego zajął miejsce p. Ro- 
mankiewicza, o którym nie dziw, że nie będzie wiedziała 
potomność, skoro o jego zasługach około dobra literatury, 
czy nauki, nic zgoła nie wiedzieli współcześni... 

Za natchnieniem i radą przyjaciela podał się Szajnocha 
na kandydata ustnie pod dniem 6 października 1852 r., lubo 
jako politycznie skompromitowany z nie wielką otuchą 
i wiarą w skutek swej prośby. 

W cztćry dni później ówczesny zastępca kuratora, Mau- 
rycy hr. Dzieduszycki, w piśmie wystosowanem do Namie- 
stnictwa, porusza kwestyą obsadzenia wakującćj posady. 
Memoryał ten szczególne dziś budzi wrażenie. Autor, ma- 
jąc wszelkie prawo do stanowczego oświadczenia, kogo na 
tern stanowisku chce widzieć, zdradza szczególną wstrzemię- 
źliwość; podawszy bowiem dwóch kandydatów, nie przechyla 
się ani na jedne, ani na drugą stronę, zostawiając tak rzą- 
dowi wybór między nimi... 

Podobny sposób postępowania byłby zrozumiałym, gdy- 
by współzawodnicy w równćj mierze zasługiwali na uwzglę- 
dnienie. Nie od rzeczy więc będzie poznać tego, kto rywa- 
lizował ze znakomitym już wówczas historykiem. Był nim 
p. Antoni Łuczkiewicz, dzisiejszy dyrektor żeńskiego semi- 
naryum nauczycielskiego. We własnem podaniu i w kura- 



336 KLEMENS KANTECKI. 



torskiem piśmie rośnie on istotnie w niezwyczajną znako- 
mitość. Podczas gdy Szajnocha oświadczył tylko po prostu, 
że pragnie się ubiegać o miejsce zastępcy kustosza, współ- 
zawodnik jego rozwodzi się szeroko i długo nad swą uczo- 
nością i rozlicznemi talentami; to tćż Dzieduszycki nie sta- 
wiając go wyżój nad cenionego powszechnie pisarza, kładzie 
przecież nacisk na jego rozległą i \Yielostronną naukę. Na- 
uka ta przez długie lat dziesiątki kryła się skromnie 
w szczupłym obrębie szkoły; dopiero przed sześciu laty 
wyszła na jaw w dziele, dającem smutne świadectwo o niz- 
kim poziomie umysłowym autora, któremu nawet znajomości 
pierwszych zasad gramatyki przyznać niepodobna... 

Wyrzeczenie opinii o piśmie hr. Dzieduszyckiego po- 
ruczone było Ivazimierzowi hr. Stadnickiemu, jako komisa- 
rzowi rządowemu. Ostatni wytknąwszy, że w podaniu ku- 
ratorskiem brak decyzyi, brak wniosku, co utrudnia jego 
zadanie, gdyż przekroczyłby zakres praw swoich, stawiając 
ze swćj strony wniosek samodzielny — przemawia pośrednia 
bardzo wyraźnie za Szajnocha, gdyż powiada, że, jeśli Za- 
kład ma wzrastać w powagę i spełnić wytknięte przez fun- 
datora cele, powinien nawet podrzędne stanowiska obsadzać 
ludźmi, którzy już sobie zdobyli imię w literaturze. (i) 

Jak widzimy — nie wymieniając imion, usunął komisarz 
rządowy wszelką wątpliwość co do osób kandydatów; jeśli 
bowiem chodziło o imię zasłużone w literackim świecie, mo- 
żna było mieć na myśli jedynie Szajnochę... 

Mimo tak niedwuznaczne oświadczenie wpływowego 
urzędnika, ważyła się sprawa przez trzy z górą miesiące. 
„Jedni — mówi Wład. Łoziński — nie chcieli się zgodzić na 
to, aby człowiek karany za polityczne przestępstwo, wszedł 
do Zakładu, zostającego pod nadzorem rządu— drudzy, a mia- 
nowicie sama kuratorya, nie mogli przebaczyć Szajnosze, że 
niedawno występował energicznie przeciw Zakładowi, kiedy 



(1) „A uch ist wohl die weitere Auseinandersetzung dessen iiber- 
flussig, wie sehr das Ansehen des Instituts gehoben und die Widmung 
desselben ihrem Ziele niiber geriickt werden miisste, wann es gelingen 
konnte, selbst untergeordnete Stellen durch Individuen zu besetzen, die 
bereits einen Kamen in der literarischen Welt sich erworben haben". 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 



ten Z powodu niedołężnego kierownictwa chylił się ku upad- 
kowi." Aż wreście sprawa wzięła pomyślny obrót: pod 
dniem 22 stycznia r. 1853 uwiadomił rząd krajowy kurato- 
ryą, że zezw^ala na umieszczenie Szajnochy przy Zakładzie 
w charakterze tymczasowego zastępcy kustosza z pensyą, 
roczną 600 złr. monetą konwencyjną, a niebawem nastąpiła 
nominacya. 

Szczęśliwy, że wreście zdobył sobie jakieś odpowie- 
dniejsze zajęcie, przynoszące skromną wprawdzie, lecz stałą 
i pewną płacę— rozpoczął Karol urzędowanie z dniem 1 lu- 
tego. Odtąd z właściwą sobie gorliwością zabrał się do 
spełnienia obowiązków nowego zawodu, a jak je pojmował 
i spełniał, zobaczymy poniżćj. 

Z powodu zajęć bibliotecznych późnićj, niż zwykle, 
mógł się puścić na letnią wycieczkę dla poratowania nad- 
wątlonego pracą zdrowia. Otrzymawszy sześciotygodniowe 
uwolnienie od służby, wyruszył 1 lipca do truskawieckich 
kąpiel. Z pory wakacyjnej, tak w tym roku, jak w na- 
stępnych, posiadamy o Szajnosze najwięcej wiadomości, bo 
jeśli w ciągu jesieni, zimy i wiosny, zajęty ciężką pracą, 
a mało za murami Lwowa mając znajomych i przyjaciół, 
rzadko dawał znak życia, w ciągu lata natomiast od- 
bywając kąpielową kwarantannę — mniej z interesu, jak 
raczej z potrzeby serca dość często się do nich odzywał. 
To też z Truskawca mamy aż trzy obszerne listy, pisane 
pomiędzy 6 a 11 lipca do pp. Wilda, Dra Marcelego Ma- 
dejskiego i Bielowskiego, z których ostatni wprawdzie sil- 
nie uszkodzony wskutek właściwego wydawcy Monumentów 
otwierania przesyłek pocztowych... 

Cała ta korespondencya wskazuje, że nasz uczony 
wśród niezbyt ponętnych warunków nie stracił wcale hu- 
moru i fantazyi, a na śmieszności i niedorzeczności ludzkie 
spoglądał łagodnem i pobłażliwem okiem. „Na świeżem 
powietrzu — pisze do autora Wstępu /crf/ft/cznego—^otrzeh^ 
swobodnej samotności albo przyjemnego towarzystwa, a tu 
o jedno i drugie nadzwyczaj trudno. Cóż dopiero, gdy u sa- 
mego wstępu wycieczki kąpielowćj powita Cię, jak mnie, 
pięciotygodniowa (chcę mówić pięciodniowa— bo tćż każdy 



KLEMENS KANTECKI. 



dzień stał rzeczywiście za tydzień) ulewna, chłodna, wietrz- 
na niepogoda bez przerwy!" 

Podobny stan powietrza mógłby rozstroić mnić.j nawet 
nerwowy organizm; wytrwały gość Triiskawca znosi go je- 
dnak z wielkim spokojem umysłu. ,,Nie mogąc ciągle czy- 
tać w owej stancyi, musisz chcąc nie chcąc przypatrywać 
się na sali dziwnemu zbiorowi nudzących się i nudnych fi- 
gur. Szczęśliwy z literatów, który wtedy nie zaniechał 
jeszcze pisania obrazków powieściowych! Nadarzyłoby mu 
sie tu niemało ku temu wzorów." 

Szczegółowiej i ciekawiej opisuje swój pobyt w Tru- 
skawcu i towarzystwo tamtejsze, panu Marcelemu Madej- 
skiemu: 

„Najprzód, kochany mój Marceli! muszę upewnić, iż 
nie mam splinu, zatwardzenia wątroby, nie stetryczałem, 
nawet nie nudzę się— co wszystko w należytej potrzeba mieć 
uwadze, chcąc uwierzyć, że mój list dzisiejszy nie patrzy 
na świai i nie widzi przedmiotów chorem okiem żółci i me- 
lancholii. Dość Ci jednak powiedzieć, iż od dwóch godzin 
po naszem pożegnaniu się na poczcie w sobotę aź do dnia 
dzisiejszego we środę, nie widziałem się z Boźem słońcem 
a nie mogę pozbyć się na chwilę najnudniejszego z natrę- 
tów — deszczu. Towarzyszył mi do Mikołajewa— nie odstą- 
pił mnie w Stryju, dokuczał ma w Drohobyczy, naprzykrza 
się czwarty już dzień w Truskawcu, gdzie całe nieliczne, 
niezabawne, nietowarzyskie towarzystwo żałuje, że nie ma 
ogona, jak niedźwiadek, aby się z nudów i dąsów ukąsić 
w niego... Co do mnie, mimo deszczu i zaraźliwości ziewa- 
nia, nie kwaszę się, ani złorzeczę memu losowi. Mam ci- 
chy, schludny pokoik, z miłym, zielonym widokiem, w tak 
zwanych nowych łazienkach na pierwszem piętrze, dokąd 
wyziewy kąpielowe wcale nie przedzierają się. Do południa 
siedzę w domu przy książce albo w wannie. Po obiedzie, 
spożytym przy osobnym stole, nie mogąc dla deszczu wyjść 
na przechadzkę, a nie chcąc czytać więcćj, zostaję aż do 
wieczora w salach traktyeruiczej i cukierniczćj, przypatru- 
jąc się z niemałą przyjemnością chodzącemu ąuodlibetowi 
nudzących się albo jeszcze nudniej rozrywających się figur. 



ŻYWOT KAROLA JSZAJNOCIIY. 359 



Czasem gram partyę szachów z Wojną, albo gawędzę ze 
starym komornikiem Pogłodowskim. Ten ostatni jest mi 
tu najszacowniejszem towarzystwem. Zresztą — pustki. Z po- 
między gości umiałbym wymienić tylko państwa Michałów 
Starzyńskich, Cetnarskich, starą Skarbkową w okularach ze 
Lwowa, kilka zresztą nieznanych mi kobiet, kilku księży, 
jakiegoś bankiera z Brodów, kilku pojazdowych mandata- 
ryuszów, i kilku skrofulicziiych albo dychawicznych pani- 
czów... A panien? za))ytasz. I owszem, są,— i nawet wcale 
dojrzałe — czem jednakże bynajmniej nie powiększają efektu 
swojój egzystencji na świecie i w Truskawxu. Tem cieka- 
wszą uwagę obudzają jakieś dwie ładne niedojrzałości, pan- 
ny Gu bawiące pod nadzorem surowej guwernantki, nie 

chcącej mimo różnych insynuacyi w'prowadzić ich na salę, w ko- 
ło pierwszego reunionu Truskawieckiego. Bo musisz wiedzieć, 
że wbrew radom i dziwnój jak zwykle nietowarzyskości, 
manifestującej się osobliwie w obec literata, mieliśmy dziś 
reunion— sproszony, zwieziony, zepchany gwałtem i wymę- 
czony przez Pasynkowskiego i Krula... Skończyło się atoli 
na półgodzinnem obejrzeniu się wzajem, obejrzeniu zim- 
nem, milczącera, zagłuszonem nadto piekielną wrzawą Lu- 
cyperowskiój muzyki cygańskiój, która chyba tyle czy to 
starego, czy też nowego umie, ile ją Pasynkowski przyświ- 
stywaniem dawnych polonezów nauczy. Mimo tych wszyst- 
kich przyjemności i zabaw nie wytrzymam tu długo i my- 
ślę często o naszym projekcie Żórawińskim"...(l) 

Niektóre ustępy późniejszego listu do Wilda, uzupeł- 
niają przytoczone powyżój pismo. Wspomniawszy o powta- 
rzanych co wieczór tańcach, mówi: ,,Ta ostatnia okoliczność 
jest prawdziwym kłopotem dla niektórych rzeczywistych pa- 
cyentóvv, ile że mieszkający nad nimi na wyźszem piętrze 
Żydzi i Żydówki uczą się z tego powodu po całych nocach 
kadrylów, mazurów i t. d., nie dając spać sąsiadom i otrzą- 
sając wszystek tynk z świeżo pobielonych sufitów, a nawet 
same budynki do niemałego przywodząc niebezpieczeństwa." 



(i) Wspomniany tu projekt odnosił się do zamierzonych odwie- 
dzin państwa Żebrowskich w Żórawnie. 



360 KLEMENS KANTECKI. 

Dosadnie maluje dalej autor stanowisko literata, w obec 
zwykłych gości kąpielowych: „Od dni dziesięciu— mówi — 
kąpię się tutaj, piję wodę tutejszą, podobną nieco do ma- 
ryenbadzkiśj; a ile niebo niepogodne pozwala, używam 
świeżego powietrza lasów i pól. Wszystko to byłoby znośnem 
poniekąd, gdyby nie ciągłe prawie deszcze i niezbędna potrze- 
ba styczności z niezabawnśm dla mnie towarzystwem kąpie- 
wem. Już to ono wprawdzie stara się ująć mi połączonych 
z tą potrzebą przykrości, unikając pilnie wszelkiego spot- 
kania się z literatem. To niefortunne stworzenie, niezbyt 
pożądane w każdym czasie i miejscu, jest zwłaszcza w ką- 
pielach, przedmiotem prawdziwego lęku i wstrętu. Jak 
gdyby bowiem wszyscy goście kąpielowi spoczywali tu po 
olbrzymich wysileniach i znojach umysłowych— nie usłyszysz 
tu trzech słów, z których jedno nie zawierałoby przestrogi 
najsurowszej: nie wytężać nmysłu! Ztąd sam widok litera- 
ta grozi poniekąd niebezpieczeństwem i bywa starannie omi- 
jany. Z tem wszystkiem niepodobna uniknąć spotkania 
i rozmowy przy źródle, u stołu objadowego, na spacerze — 
a to nie dodaje bynajmniej smaku ani obiadowi, ani prze- 
chadzce. Wracam tedy zawsze coprędzśj do swego pokoiku 
ustronnego, cichego, z przyjemnym zielonym widokiem i prze- * 
glądam Szkice /ii story czne, które mam drukować.'^ 

Wśród tak nudnego i przykrego otoczenia obok „sa- 
mozwańczych paniczów i niezbyt powabnych panien" zna- 
lazło się jednak w późniejszych tygodniach kilku „rozumniej- 
szych spółuczestników niedoli truskawieckiej." Należeli do 
nich przede wszystkiem: wspomniany już stary komornik Po- 
głodowski i obywatel z Samborskiego, p. Sokołowski. Po- 
ciąga go ku sobie szczególniej drugi, ,, interesujący się lite- 
raturą, lecz na nieszczęście blizki postradania wzroku przez 
kataraktę, a ztąd od niejakiego czasu wszelkiej możności 
czytania pozbawiony." Nie przeczuwał wówczas piszący, że 
i jego za lat kilka spotka los tak smutny... 

Jedną z licznych zalet Szajnochy była jak najściślej- 
sza słowność i punktualność. Dla dogodzenia Bielowskiemu, 
puszczającemu się na wieś, przyrzekłszy wrócić nieco rychlćj, 
stawił się w słowie: „W sobotę rano - pisze 15 sierpnia — 
jak to obiecałem, stanąłem we Lwowie i byłem już na 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 36 1 



miejscu w kancelaryi." Tutaj czekały go mnogie i różnoro- 
dne zajęcia— przyszło bowiem pracować za siebie i za przy- 
jaciela, a w gmachu, z powodu restauracyi, panował nieład 
i zamęt: „W kancelaryi zastałem rumowiska. Za kilka 
jednak dni wróci wszystko w czytelni, w muzeum i t. d. 
do dawnego porządku. Przez kilka pierwszych godzin urzę- 
dowania w sobotę byłem tak wyłącznie kilku niewczesnemi 
wizytami bibliotecznemi i robotą mularską zaprzątnięty, iż 
nie mogłem jeszcze rozpatrzeć się w programie czynności 
moich w czasie oddalenia Twojego.'^ 

Czynności te były liczne i nużące, jak widać z listu 
pisanego pod dniem 9 września, ukazującego przytem w pię- 
knem świetle koleżeńską uczynność Karola: ,,Temi dniami 
kurator (hr. Dzieduszycki) na zapytanie kogoś w mój obe- 
cności: kiedy powrócisz ze wsi, odpowiedział spokojnie, iż 
zapewne dopiero z końcem miesiąca. Tymczasem ja tu 
wjistocie po uszy mam roboty, od której jednak i Twoja 
obecność nie uwolniłaby mnie. Z aktu skontrowania powy- 
mazywałem już wszystkie książki z rewersów, z muzeum, 
kancelaryi i t. d.— i nie mogąc spuścić się żadną miarą na 
stypendystę, odpisuję saiti akt skontrowania na czysto. 
Prócz tego wciągnięcie nowo kupionych książek do inwen- 
tarza i katalogu — taż sama operacya z 80-ciu starcmi to- 
mami, darowanemi w tych dniach przez Ks. arcybiskupa 
Łukasza, które potrzeba dopiero sprawdzać z dawnemi ka- 
talogami i egzemplarzami — ciągłe układy z różnerai dru- 
karniami o druk Lindego — dość częste kwerendy i odwie- 
dziny gości bibliotecznych, zabierają mi tyle czasu, że za- 
pewne nawet do twego przybycia nie uporam się z odpisem 
aktu skontrowego. O posiedzeniu publicznem 12 czy 13 
października kurator ciągle wspomina." 

Z rzadką w istocie pilnością pełnił Szajnocha obo- 
wiązki kustosza; to tćż śmiało powiedzieć możemy, że w cią- 
gu iat trzech dokonał więcćj, niż inni w kilkunastu. Pi- 
szący ma prawo wypowiedzieć to zdanie, będąc sam urzę- 
dnikiem Zakładu i mając na stwierdzenie swych słów wia- 
rogodne dokumenta w aktach urzędowych. „Jego gorliwość 
przyspieszyła ukończenie skontrowania biblioteki" — mówi 
najwłaściwszy w tej mierze sędzia, bo zastępca kuratora 



3-2 KLEMENS KA^sTECKL 

hr. Dzieduszycki, nie szczędzący zasłużonych pochwał pra- 
cowitości i sumienności urzędnika—w sprawozdaniach. Je- 
go trudom zawdzięczamy uporządkowanie głównego katalo- 
gu kartkowego i założenie części przedmiotowego czyli 
realnego. Ostatnia praca jest rzeczą nader wielkiej potrze- 
by i doniosłości, lecz zarazem tak olbrzymiej skrzętności 
wymaga, że po ustąpieniu Szajnochy nikt jój nie odważył 
się prowadzić dalej; obecna zaś dyrekcya, zajęta porządko- 
kowaniem rękopiśmiennych zbiorów, nic tak prędko jeszcze 
będzie mogła dokończyć rozpoczętego przezeń dzieła. 

Z początku sam mozolił się nad tem przedsięwzię- 
wzięciem, przerastającem siły pojedynczego człowieka; do- 
piero po kilku miesiącach przekonawszy się o niepodobień- 
stwie sprostania zadaniu, przedłożył kuratoryi wniosek 
względem przyspieszenia pracy. Kuratorya 'uznawszy słu- 
szność uwag kustosza — bo był w nim w samćj rzeczy, lubo 
do końca nie przestaje w aktach figurować jako ,, zastępca", 
wyznaczyła mu fundusz na opłacenie pięciu dyurnistów, 
którzyby pracowali wraz z nim i pod jego kierunkiem do 
czerwca r. 1854. Była-to ZL\pewne znaczna pomoc, lecz nie 
trzeba jej przeceniać; zmniejszała bowiem jśj wagę nie- 
wypowiedziana ignorancya, i nieuwaga, z jaką ci pomocnicy 
zbywali swoje powinności. Bezmyślność niektórych z tych oso- 
bistości przechodziła wszelkie granice; biedny kustosz widział 
się ztąd zniewolonym naprzód napominać, potem przekła- 
dać kuratoryi najniedbalej i najniedorzeczniej spisane kart- 
ki; w końcu zaś oddalać niepoprawnych, tracąc przez to 
czas drogi i zdrowie, gdyż każdy zawód podobny srodze go 
dotykał. 

Mimo tak niefortunne warunki, raźnym krokiem po- 
stępowała robota. Cały katalog kartkowy był gotów r. 
1854, lubo od czerwca zaprzestano używać pomocy dyurni- 
stów; wówczas bowiem pozostawało tylko 8000 kartek do 
spisanii. Do dnia 8 czerwca rozgatunkowywał Szajnocha 
24,000 kartek polskiego katalogu w 61 pudełkach, pomimo 
że równocześnie odrywały go od tćj pracy rozliczne inne 
zatrudnienia, jak nadzór i wskazówki dla kopistów, co- 
dzienne żmudne zajęcia kustoszowskie, częste, bo nieraz 
całotygodniowe, zastępowanie dyurnisty w czytelni, oraz 



ŻYWOT KAROLA SZAJNoCIIY. 303 

nieustająca, wielce mozolna korrekta Lindego, którćj wy- 
łącznie trzy dni w tygodniu przychodziło poświęcać. Zwy- 
kle klasyfikował na dzień po 140 kartek, często, jak sam 
mówi: „nad jedną książką o niezrozumiałym tytule, bliższe- 
go ztąd wglądnięcia w samo dzieło wymagającą, całe kwan- 
dranse trawiąc." Pamiętać tćż należy, że przygotowując 
realny katalog w'edle metody słynnego bibliotekarza Deni- 
sa, rozdzielał bibliotekę na dwanaście działów, które razem 
z poddziałami, tworzyły około stu rubryk. (1) 

Znużony tak uciążliwą, pięciogodzinną robotą, wracał 
z biblioteki, aby po krótkiem wytchnieniu w południowej 
porze, zasiadać znów do zajęć nauczycielskich, do badania 
i tworzenia, lubo wzrok wysilony i męczony głównie korre- 
litą maczkowego słownikowego pisma, coraz więcćj nie do- 
magał. „O drugiej godzinie— pisze do matki — idę z kan- 
celaryi na obiad do traktyerni, gdzie się przy gazecie 
i dwóch lub trzech cygarach (rano nie palę) przesiedzi aż 
do trzeciej. O trzecićj do domu na krótką chwilę, od 4-ój 
do 8 ój dwie lekcye z pogadankami, po czem do domu na 
noc, aby się z rana około czwartćj obudzić i do Dój dla 
siebie popracować.'^ Już z tego opisu widać, jak był pra- 
cowitym, a należy pamiętać, że przeznaczał go dla matki, 
aby uspokoić troskliwą o zdrowie syna i wyrzucającą mu 
zawsze, że pracuje zbyt wiele. Szajnocha ciągnął to jarzmo 
nadmiernych trudów cierpliwie, pocieszającą się nadzieją 
zwykłego spoczynku w letniój porze. Miał zaś tern wię- 
ksze prawo do takich wakacyi, ze kuratorya kontraktem 
z drukarnią o przedruk Słownika Lindego, zastrzegła sobie 
przerwę przez miesiąc sierpień. Tymczasem Bielo wski nie 
wytlómaczonym dla nas wypadkiem nie zważając wcale ani 
na zwyczaje, praktykowane w Zakładzie, ani na smutny 
stan zdrowia przyjaciela, któremu tem słuszniój należały 
się wakacye, „wyjeżdżając na kilka tygodni ze Lwowa, za- 
dysponował ciągły druk w tym miesiącu", zwalił więc na 
zastępcę kustosza cały ciężar podwójnych^ bo własnych i dy- 



(1) Szczegółowiej o tem w sprawozdaniu z r. 1854, w publika- 
cyi M. hr, Dzieduszycldego, ogłoszonej w r. 1857, na str, 43. 



3tu KLEMENS KANTECKI. 

rektorskich obowiązków. Dotknięty tak bezwzględuóm po- 
stąpieniem Szajnochfi, wystosował do kuratoryi energiczny 
protest przeciw temu zamachowi. „Nieobecność pana Bie- 
lo wskiego — czytamy w jego memoryale — przez miesiąc sier- 
pień, stawi główną przeszkodę wydawnictwu w tym czasie. 
Jest bowiem p. Bielowski redaktorem i kierownikiem całego 
przedsięwzięcia, które bez jego nadzoru, bez przygotowa- 
nych dostatecznie, ile mi wiadomo, materyałów, nieprzer- 
wanie kontynuowane przez sierpień, będzie musiało uledz 
koniecznym niedostatkom, usterkom, niekonsekwencyom — 
za jakie niżój podpisany żadnej przyjąć nie może odpowie- 
dzialności." 

Wystawia następnie rozliczność i uciążliwość spływa- 
jących na siebie obowiązków: „Sama korrekta druku dla 
osłabionych oczu, W7magających częstego odpoczywania 
i dla koniecznój potrzeby kolacyonowania sam na sam(!) 
przedruku z oryginałem", zabiera mu prawie cztery dni 
w tygodniu — odrywają go różne inne bieżące sprawT, nie 
mówiąc już o realnym katalogu. „Przez całe dwa miesiące 
nieobecności p. Eobeskiego, byłem zamiast niego zajęty usta- 
wicznie w Czytelni. Obecnie wyjazd p. Bielo wskiego zmu- 
sza zastępować go w wielu W7padkach, często z niemałą 
stratą czasu. Nadesłanie Zakładowi przez Prezydyum lwow- 
skie i krakowskie przeszło 680 sztuk nowych druków, ry- 
cin i t. p., przydało kilkutygoduiowćj pracy około uporząd- 
kowania i wpisania tylu numerów." 

Napomknąwszy dalćj, że w razie nie wstrzymania dru- 
ku, niepodobna będzie skończyć katalogu polskiego, jak się 
spodziewano, do dnia 12 października, to jest do dnia do- 
rocznego posiedzenia, kończy z goryczą: ,,Wreście zachodzi 
jeszcze okoliczność, która im obojętniejszą jest dla kurato- 
ryi Prześwietnćj, tćm ważniejszą natomiast dla mnie. Osła- 
biony i ciągle cierpiący wzrok mój ledwie podołać może 
korekcie. Spodziewana przerwa sierpniowa byłaby mi ja- 
ką taką ulgę przyniosła. Bez niej nie jestem zgoła w sta- 
nie powiedzieć, jak długo będę mógł ciągnąć jeszcze pracę 
tak zabójczą dla oczu, jak korrekta drobnego słownikowego 
druku.'* 

Powyższa odezwa skutkowała: hr- Maurycy Dzieduszy- 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 365 

cki zalecił w myśl kontraktu, zawieszenie druku z końcem 
20 arkusza, na cały miesiąc sierpień. Uwolniony więc przy- 
najmniój od korrekty, musiał jednak Karol spędzić całe la- 
to w murach miasta i wśród bibliotecznego pyłu. To też 
wkrótce dały mu się we znaki bolesne skutki tego natęże- 
nia sił; wiosną następnego roku trzeba już było co rychlej 
myśleć o kuracyi. Nauczony smutnem doświadczeniem po- 
przedniego roku, wcześnie już, bo pod dniem 12 maja wy- 
stosował do kuratoryi prośbę o kilkutygodniowe uwolnie- 
nie od obowiązków: ,, Nadwątlone zdrowie, mianowicie wzrok 
osłabiony i cierpienia reumatyczne, które mi się upłynionćj 
zimy dotkliwie uczuć dały, zmuszają mię podjąć przydluż- 
szą kuracyą w porze letniej. Z polecenia lekarzy wypada 
mi użyć przynajmniej czterdziestu kąpieli siarczanych, co 
z podróżą i potrąceniem zwyczajnych dni niepogodnych, 
wymaga do ośmiu tygodni czasu. Upraszam tedy Prześwie- 
tną Kuratoryą o łaskawe udzielenie mi dwumiesięcznego 
urlopu od dnia 15 czerwca r. b." 

Lubo mając wszelkie prawo do względności, nie my- 
ślał z nićj korzystać. „Nie chcąc — mówi — oddaleniem swo- 
jćm sprawiać Zakładowi trudności w jego pracach bieżą- 
cych, szczególniej zaś w należącej do mnie korrekcie prze- 
druku Słownika Lindego, porozumiałem się w tej mierze 
z zastępcą dyrektora w taki sposób, iżby druk ciągły ża- 
dnej zwłoki nie doznał z mej przyczyny.^' 

Mówiąc jaśniej , Szajnocha zobowiązał się opłacać 
z własnej szkatuły zastępcę; był nim bardzo biegły znawca 
języków słowiańskich, znany nam Wagilewicz. 

Dzieduszycki, przychylając się chętnie do prośby ku- 
stosza, „wynurza życzenie, aby kuracya i odpoczynek przy- 
wróciły mu siły, które tak zaszczytnie umie poświęcać dla 
dobra Zakładu i dla umiejętności." (1) 



(1) Szajnocha wyjechał do Lubienia w oznaczonym czasie, lecz 
w kilka dni później odebrał od kuratoryi wezwanie, aby z powodu 
przyjazdu cesarza znajdował się w kancelaryi Zakładu na dniu 22 i 23 
czerwca. Dopiero wiec po dwudniowej przerwie mógł wrócić na miejsce 
kuracyi. 



XIL 



Rok 1855 należy do najważniejszych w życiu Szajao- 
chy; spotykały go w nim wielkie radości i smutki wielkie. 
Dość powiedzieć, że w tym roku drukował Jadwigę i Ja- 
gielle (1) i zaślubił kobietę, która mu się miała stać praw- 
dziwym aniołem opiekuńczym, a zarazem, że w nim stracił 
ukochaną matkę. 

Dotkliwy ten cios spotkał go na wiosnę, jak -widać 
z następnych, pełnych głębokiej boleści słów, pisanych do 
Kornela Ujejskiego, 8 maja: „Tobie Bóg odebrał dziecko — 
mnie to, czego mi nie dał, co przed ujrzeniem świata było 
moją własnością — wziął mi matkę. To też, jakbym jakieś 
nowe, smutniejsze i samotniejsze życie rozpoczął od tej 
straty. Zdaje mi się, że o cały wiek postarzałem się w du- 



(i; Wild był zawsze nader sumiennym w wynagradzaniu prac 
Szajnochy. Tak wysokich honoraryów, jakie on płacił przj^jaci elewi, nie 
brał podobno żaden z prozaików ówczesnych. Walery Łoziński pisze 
w jednym z listów: „Za Jagielle i Jadwiga wziął Karol 3758 złr. mon. 
konw,'' Sara autor donosi w cztery lata późniig Karolowi Kaczkow- 
skiemu: „Wild za 75 arkuszy Jadwigi w 1000 exemplarzach wypłacił 
mi 13,300 zł. pol. t. j. po 180 zł. pol. od jednego arkusza druku." 
Przeliczywszy złote polskie na reńskie, otrzymamy kwotę, wymienioną 
przez Łozińskiego. Sumienny nakładca wyszedł zresztą wcale dobrze 
na Jadwidze-^ już bov/iem przy wydaniu tomu trzeciego rozsprzedał był 
wszystkie exemplarze pierwszego tomu. Ostatni tom wyszedł w pierw- 
szych miesiącach r. 1856; w październikowym zeszycie Biblioteki tcar- 
szawskiifj z roku poprzedniego spotykamy wiadomość o ukończeniu 
druku dwóch pierwszych tomów, w grudniowym następny wyjątek z li- 
stu Szajnochy, pisanego zapewne jeszcze w październiku: „Tom drugi 



ŻYWOT KAROLA J^ZAJ^'OCHY. 367 

szy!'' Poeta pragnąłby rozerwać stroskanego przyjaciela; 
sądzi, że \Yeselej byłoby mu na wsi wśród wiosennych po- 
wabów natury. „Projektowałbym Ci — odpowiada 19 m^ija — 
przejażdżkę do mnie, gdybym wiedział, że ona nie rozrani 
serca Twego — wszak tą drogą złoczowską zwykle do matki 
jeździłeś— a teraz?" 

Ale Opatrzżność sprawiedliwa — po smutku gotowała 
Karolowi pocieszenie. W Lubieniu, dokąd podążył dla ku- 
racyi, miał znaleść żonę, jakich mało na świecie. Poznał 
ją dopiero w pierwszych dniach lipca; to tćż nie mógł do- 
nosić o niój w liście z 2go tego miesiąca, pisanym do pana 
Madejskiego, który podajemy w całości: „Potrzeba było uro- 
dzić sie pod tak figlarną konsteliacyą, jak Ty, aby pisać li- 
sty podobne twojemu do Lubienia. Tu w Lubieniu jednakże 
i twoja szczęśliwa gwiazda nie wystarczyłaby, bo Lubień 
to chodzący — ba, gdyby jeszcze chodzący! ale to — łażą- 
cy, czołgający się, na wózkach wożony, szczudłami podtrzy- 
mywany — reumatyzm — a ten jest wprawdzie od wieków ro- 
dzonym bratem, ale rodzonym Ivaimem dobremu humorowi. 
I nawet tak dalece posuwa się ta antihumorystyczna wła- 
ściwość miejsca, że najboleśniejszych jej paroksyzmów do- 
znają właśnie stworzenia najprzeciwniejsze zresztą reumaty- 
zmowi i reumatykom, to jest panny, panienki, panniska — 
którego to ziela rośnie i tu w Lubieniu tyle różnych ga- 
tunków i podgatunków, ile ani Linneusz, ani Jussieu nie 
wymyślili w swoich podziałach roślin. Co do mnie, który 
na szczęście nie jestem ani panną, ani doskonałym naw'et 
reumatykiem — ja tylko z grzeczności dla towarzystwa lu- 
bieńskiego dla świętej zgody jestem w złym humorze i nu- 
dzę się. Gdyż szczerze mówiąc, nie czuję ani jednego, ani 
drugiego — zwłaszcza gdy porządna słota na dworze— o co 
teraz dzięki Bogu nie trudno. Siedzę bowiem natenczas 



Jadtcicji i Jagiełły oddawna skończony w druku. Teraz czeka mnie kil- 
kotygodniowa praca około uporządkoY.-ania rękopismu ostatnich arku- 
szy tomu trzeciego, który w obecnej chwili postąpił już do dziesiątego 
arkuszu w druku. Po ostateczaem sprawieniu się z Jadwigą upoiząd- 
kuję rękopisma do d.ugiego tomu Szhicóip historycznych." 



36S KLEMENS KANTECKI. 

w domu — w pierwszym murowanym domu w Lubieniu — 
w Stancy i po 1 fi. na dzień i albo biję pchły, które z wszy- 
stkich fałdów i przegubów sofki oblażą, njnie uprzejmie — 
albo robię expcrymenta fizykalne z świecą, i tym niezna- 
nym wcale — nie podobnym do znalezienia kątem, w któ- 
rymby ona nie gasła od przeciągów, albo zrzekłszy się 
przyjemności i rozrywek miejscowych — wracam de facto do 
zabaw miejskich, to jest czytam i piszę do południa i po 
południu. Po obiedzie zdarza się zawsze jakaś gawędka — 
z księdzem Kiejnowskim o Chrystianizmie, z Mizesem o he- 
braiźmie — z garbuskiem Ochockim o muzyce — z dawnym to- 
warzyszem więziennym Garnyszem o Karmelitach — i t. p. 
Ten ostatni ma (szkoda tylko że o mil 30 i kilka na Po- 
dolu) dwie córeczki, z których jedna dojrzewa już w córkę 
16 letnią, a według zdania znanych mi przyjaciółek małoco 
starszych — a zatśm najbezstronniejszych zazwyczaj sędziów — 
dojrzewa w dziw wdzięków i mądrości. Otóż to nadobne 
i wonne ziółko — bardzo rozmiłowane w^ muzyce, pisuje do 
ojca po muzykalia, między któremi także jakaś „Polka Ma- 
zurka czy Mazurka-Polka przez Madejskiego.'^ Ojciec na- 
wzajem zgłasza się do mnie o to — ^ja następnie odnoszę się 
z tem do Wilda a na domiar chcę tćj obiecującej pokrzy- 
weczce przesłać nasze miłe feuilles aolantes par Richter. 
Bądź więc łaskaw doręczyć twój egzemplarz jak najrychlej 
(bo tylko kilka dni termin temu) Wildo wi, którego osobno 
proszę, aby mi go dał przepisać i tu nadesłał. Ty zaś — 
gdybyś sie kiedy w lipcu, przy pogodzie nudził we Lwo- 
^Yie— nie źlebyś zrobił, gdybyś tu i mnie i twojego przyja- 
ciela Ochockiego — i drugiego i trzeciego ze znanych i nie- 
znanych czcicielów odwiedził bogdajby na kilka godzin. Ma- 
my tu jaki taki fortepian, mamy pannę Grabińską ze Lwo- 
wa, śpiewającą a spragnioną akompaniamentu na fortepia- 
nie i po za fortepianem — mamy serca, które Cię dawno 
kochają... Mein Liebchenf was willst du noc/i mehr?l 

Pod tą samą datą w^ liście do Wilda mówi, że dla 
niego im dłuższa niepogoda, tem przyjemniejsza samotność— 
„bo samotność wcale nowych, wcale zachwycających mię 
studyów." Przypomina; że tu przed pięciu laty rozpoczynał 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 369 

pracę nad Jadwigą i Jagidlą^ że ztąd znosił się ze s^Yym 
nakładcą, listownie w sprawie Szkiców. ,,Dziś — dodaje 
z uczuciem zadowolenia — Szkice w schyłku, a Jadwiga na 
>vylocie. Dobrze więc sobie i o dzisiejszych tu nowych stu- 
dyach lubieńskich i kąpielowych wróżę. Gdy zaś przyjdzie 
pora wydania, czyli skromniej mówiąc, da Pan Bóg, nie 
lOOO, ale 5000 egzemplarzy drukować będziem— bo to nie 
Jagiełło — i nie archidyakon gnieźnieński, i nie autor pasu- 
jący się dopiero z doświadczeniami, nabytemi w ciągu pra- 
cy około Jadwigi — ale czasy Paska a bohaterem"... 

Tym bohaterem chciał historyk zaciekawić swego wy- 
dawcę — my dziś wiemy, że miał nim być Jan III, a żału- 
jemy jedynie, że później skończyło się tylko na świetnym 
prologu do wspaniałej epopei. 

Myśl o nićj wyrugowała w tej porze inne projekta, 
a mianowicie spowodowała odłożenie na późnićj dzieła 
„o historyi przedhistorycznój'' t. j. o lechickim początku 
Polski; autor bowiem „40ty rok życia, do którego już tyl- 
ko niespełna cztery lata, chce zakończyć tą nową, pracą, 
skończoną," a zamiar ten uzasadnia w żartobliwy sposób: 
„Rosyjskie przysłowie każe w latach 30 być żonatym, 
a w 40 bogatym. Jeśli mi tedy rok 30ty nie dopisał, pa- 
miętajcie panowie nakładcy, aby 40-ty przynajmniej funk- 
cyą, trzydziestego zastąpił"... 

Nie było zapisane w księdze przeznaczeń, aby Szaj- 
nocha miał dostąpić kiedykolwiek zamożności— lecz myśl 
ożenku, lubo znacznie po trzydziestym roku, nawiedziła go 
już w kilka dni potem. Szczęśliwćm zdarzeniem znajdujemy 
się w możności podania genezy i przebiegu uczucia naszego 
historyka, dzięki przechowanemu pomyślnie listowi jego do 
pana Józefa Jakubowicza z dnia y października 1855 r. 
Pismo to, nacechowane ujmującą, prostotą i szczerością nie 
tylko nie grzeszy patetyczną przesadą, w jakąby może po- 
padło wielu na jego miejscu, lecz owszem zaleca się raczej 
zbytniem umiarkowaniem, nie będącem bynajmniej wyni- 
kiem szczupłego zasobu uczucia. Czytając te słowa, tchnące 
swobodą i wesołością, wypowiadane niemal humorystycznym 
tonem, czujesz, że w piersi ich autora tętni coś więcej, niż 

Dzieła Karola Szajnochy T. X, 24. 



370 KLEMENS KANTECKI. 



okazują wyrazy — że on wychodząc ze swego szczęścia, 
na własne uczucie spoglądał z pewnej historycznćj perspe- 
ktywy, a wolał nie domówić, niż powiedzieć za wiele, 
stwierdzając prawdę zdania, wyrzeczonego przed kilku laty 
do jednego z przyjaciół, że ,, wszelkie wynurzenia uczuć, 
im mnićj obfite w słowa, tćm zwyczajnie bywają głębsze 
i szczersze/' (1). 

Ów list, nieoceniony swoją charakterystycznością, 
brzmi jak następuje: 

,, Dziękuję ci serdecznie za twoją ciekawość przyja- 
zną. Jużci jeśli kogo, to Ciebie pragnąłem zrobić powier- 
nikiem moich projektów. To też niejednokrotnie dopytywa- 
łem się o Ciebie i rodziców Twoich, zaglądałem do ciemnych 
zawsze okien ich mieszkania. Tylko do pisania nie mogłem 
jakoś zebrać się w braku czasu. Twój list jednakże nie 
pozwala odwlekać dłużój. Piszę więc— i piszę dokładnie, 
gruntownie a osobliwie od samego początku. 

Rzecz tak się miała. Przed trzema czy czterą laty 
słyszałem raz narzeczoną moją nadzwyczajnie chwaloną 
z różnych zalet i wdzięków, osobliwie zaś z nader szczę- 
śliwego daru ".noszenia najbiedniejszego losu z jakąś oso- 
bliwszą pogoa^ i wesołością. To byłoby coś dla mnie— po- 
myślałem — lecz nie mając sposobności spotkać się z nią bez 
umyślnego szukania— zapomniałem. Po półroczu zdarzyła 
mi się wycieczka w miejsce, gdziebym mógł ją był widzieć — 
i niezmiernie tćm ucieszyłem się — ale gdy nadzieja zawio- 
dła, musiałem znowu zapomnieć. Po drugiem półrocza ze- 
szedłem się w towarzystwie z pewną nieznaną mi matką 
i córką, które przez dziwaczne nieporozumienie wziąłem za 
panią i pannę Bilińskie — z niezmiernym moim żalem — po- 
nieważ ujrzałem pannę strasznie powszednią, wymuszoną, 
nieładną. Przez kilka dni gniewałem się na siebie, jak mo- 
żna było tak długo robić sobie najpiękniejsze wyobrażenie 
o stworzeniu, które w rzeczywistości nie warte rzutu oka. 



(1) List z dnia 2 czerwca 1852 r. do pana Marceleg-o Madej- 
skiego. 



ŻY^YOT KAROLA SZAJNOCIIY. 371 



Po trzeciem półroczu dowiedziałem się, żem się wtedy 
omylił był w nazwisku, i że mój piękny obraz jest zape- 
wne i w rzeczywistości równie nadobnym, jak w mojśj 
głowie. W tym samym czasie znalazłem się w możności 
wyświadczyć rodzicom mojój panny, wielce podówczas zgry- 
zotą i niefortuną znękanym, dość pożądaną przysługę. Głó- 
wnym może bodźcem do tego było życzenie: otworzyć sobie 
tym sposobem przystęp do rodziców i córki — lecz po speł- 
nieniu przysługi^ ogarnat mię wstyd prawdziwy^ wyrzuca- 
jący viiy iż ze smutku rodziców^ z prostej materyalnej po- 
mocy^ chcialcm uczynić sobie stopień do przychylności osoby) 
która musiałaby była okazać mi się uprzejmą^ chociażby mo- 
że w duszy miała była wstręt ku mnie. Odepchnąłem więc 
z niechęcią możność zbliżenia się do mojej oddauna znajo- 
mej — nieznajomej^ i znowuż zapomniałem był o niej— aż 
oto bawiąc od dni kilkunastu w Lubieniu, słyszę z bardzo 
poczciwych ust, iż za kilka dni nadjedzie panna, która 
wszystkie dotychczasowe piękności lubieńskie przyćmi. 
Któż to? pytam ja i kilku innych gości. Niejaka panna 
Bilińska — odpowiada zacny Walewski z Kłodna. Ha! nie- 
ma rady — pomyślałem w duchu, widać los koniecznie 
uwziął się na moją starokawalerską łysinę. Za kilka dni 
przyjechała w istoście chora matka z ładną, hożą i wielce 
energiczną panienką, nad któremi — jako dwiema samotnemi 
osobami, przywłaszczył sobie opiekę ich dawny dobry przy- 
jaciel, stary, siwy Walewski. Wkrótce poznaliśmy się, za 
tydzień odjeżdżający Walewski zdał mi opiekę nad pupil- 
kami, a w tydzień od wyjazdu Walewskiego zgłosiłem się 
z prośbą o rękę — i otrzymałem ją z bardzo miłym uśmie- 
chem. Dziś jesteśmy po wszystkich trzech zapowiedziach, 
a za dni kilkanaście będziem po ślubie. Co dalej będzie — 
niech los, który nas zbałamucił, troszczy się to. Co na 
watach (we Lwowie) obaczysz, nie wiem, lecz w domu 
moim — (na Syxtusce, w kamienicy niegdyś Ramasettego, 
przed Darowskimi, w oficynie na 2-giem piętrze, ostatnie 
okna w tyle) — poznasz w żonie mojej osobę ładną, żwawą, 
nieuczoną, nieco sztywną, cokolwiek hardą, ale szczerze 
mi przychylną i ufającą, gotową i umiejącą znieść w^szel- 



372 KLEMENS KANTECKI. 

kie kłopoty i troski życia — bez stracenia fantazyi i uśmie- 
chu na ustach. Zresztą kończy temi dniami rok 20-ty, 
jest szatynką, rumianą, i choć nie dość ładną, aby być 
w całćm znaczeniu piękną, zawsze jednak zanadto ładną 
i piękną— dla mnie. Masz więc dagerotyp— prawdziwy 
a przynajmnićj tak szczery, jak to pozdrowienie serdeczne, 
którćm tu kończę — prosząc z nieśmiało spuszczonemi oczy- 
ma o błogosławieństwo.'* 



XIIL 



Za ciężkie próby i całe lata gorzkiej niedoli, nie mo- 
gła Opatrzność hojniej wynagrodzić naszego historyka, jak 
darząc go dziwnie szlachetną, i pełną poświęcenia towarzy- 
szką życia. Wszyscy, co mieli szczęście znać tę niezwykłą, 
wyjątkowej dobroci kobietę, wyrażają się o nićj z uczuciem 
najwyższego uwielbienia, przyznając jednomyślnie, że, jeśli 
ona nie mogła znaleść zacniejszego męża, on nie mógł mieć 
lepszej i szlachetniejszej żony. Jak wysoką wartością mo- 
ralną odznaczała się ta ze wszech miar niepospolita para, 
okazują słowa listu Walerego Łozińskiego, pisanego wkrótce 
po ślubie Szajnochy: 

„Pani Karolowa, „,, smukła, nadobna, z drobną rącz- 
ką'^ ", jak ją opisywano w Warszawie, to jedyny egzem- 
plarz na całym Bożym świecie... Jak prócz Karola nie ma 
ludzi, tylko stare dzieci, tak nad panią Karolowa nie ma 
idealniejszego charakteru kobiety. Serce, umysł, piękność.., 
wszystko, wszystko... idealne... a nadto to serce, ten ro- 
zum! Ona warta Karola, a Karol wart jej... Dobry, po- 
czciwy, boski Karol rozkoszuje teraz przynajmniej... ach! 
bo on też biedował, biedowałl Na samo opowiadanie dreszcz 
przechodził Ktoby słyszał, ile razy on mnie złaje za naj- 
drobniejszą rzecz, za najmniejsze nierozważne słówko, za 
jeden niestosowny uśmiech, nie pojąłby nawet, że go ubó- 
stwiam! Bo wiem, czuję, wierzę, że z każdego jego słowa 
bije mądrość i zdrój najszczerszych chęci, najgorętszej ży- 
czliwości ku mnie..." 

Kto mimo zewnętrzną oziębłość i szorstkość w bystrym 



374 KLEMENS KANTECKI. 



i utalentowanym młodzieńcu umiał wzniecić tak gorące 
uwielbienie, ten doprawdy musiał należeć do wyjątkowych 
postaci, jakich w każdem społeczeństwie nie wiele. Owo 
wspomniane przez Łozińskiego „rozkoszowanie" trwało nie- 
długo. Nawet po dostąpieniu tak wielkiego szczęścia, ja- 
kiem było poślubienie ukochanej osoby, nie chciał Szajno- 
cha płużyć w bezczynności. Uważał zresztą, że mu więcej, 
niż dotąd, pracować potrzeba, by założonemu świeżo ogni- 
sku domowemu nie zabrakło ożywczego światła i ciepła. 
Pojmował on szlachetnie swoje nowe obowiązki, i jeśli jesz- 
cze przed poznaniem późniejszćj żony widzieliśmy go przy- 
chodzącego jćj rodzicom z chętną pomocą, tern skwapliw- 
szym okazał się w tej mierze późniój... 

Aby być w możności uczynienia zadość popędom ser- 
ca, aby zapewnić przyszłość nowćj rodzinie, zabrał się do 
pracy rychło i ze zwykłą energią. W niewiele dni po ślu- 
bie ciotecznego brata, pisze \Yalery Łoziński do rodziców: 
,, Karol zakończył już dnie miodowe i wrócił do dawnego 
trybu życia, to jest kładzie się spać o 8-mćj godzinie wie- 
czór, a wstaje o 2-giej rano i pracuje to u siebie, to w biurze 
do 6-tej wieczór. Człowieka z tak żelazną wolą, tak nie- 
zmordowaną pilnością, niepodobna napotkać nigdzie." ' 

Była to pora prawdziwego szczęścia w życiu Szajno- 
chy — pora, w której rozwijając znane nam z autobiografii 
porównanie, mówił z uczuciem błogiego zadowolenia: 

— W Polsce wiosna bywa zwykle zimna i ostra. Nie 
dana jej ta łagodność i pogoda, jaką nęci pod obcem nie- 
bem — ale za to jesień na naszej ziem.i bywa piękna i po- 
godna, jak nigdzie. I moje życie podobne do polskiego 
klimatu... 

Czemuż ta pogoda jesiennćj pory trwała tak niedłu- 
go—czemuż zamiast jasnych i łagodnych promieni słonecz- 
nych, ponura ciemność zasłoniła mu wkrótce spracowane 
oczy!... 

W r. J856 zawezwał hr. Gołuchowski Szajnochę do 
objęcia redakcyi Rozmaitością pragnąc z nich zrobić coś wię- 
cej, aniżeli za czasów Ivamińskiego. Nasz historyk wy- 
dawszy szczęśliwie Jadwigę i Jagielle a mając tylko kilka- 
set złr. stałego dochodu, nie odrzucił propozycyi. Dzięki 



ŻYWOT KAROLA SZAJ^^OCIIY. 37ó 



temu pismo, którego przeznaczeniem było wkrótce popaść 
znowu w stan pierwotnego niedołeztwa i w końcu upaść, 
miało swą, świetną erę od lipca r. 1855 do lipca r. 1857, 
to jest przez czas, gdy zostawało pod jego kierunkiem. Sam 
on wprawdzie pisał w nićm niewiele {O najnowszej litera- 
turze polskiej. Półrocze literackie), ale umiał pociągnąć do 
współpracownictwa znakomitsze siły młodego i starszego 
pokolenia piszących, począwszy od Walerego Łozińskiego, 
który go stale wyręczał w redakcyi, a skończywszy na tak 
rozgłośnym pisarzu, jak Korzeniowski. (1) Autor Spekulan- 
ta usposobiony jak najserdeczniej dla autora Jadwigi, umie- 
ścił tu kilka drobuiejszycłi prac swoich — nie skąpili współ- 
pracownictwa i inni znani autorowie. 

Posiadamy z końca roku 1856, bo z 27 grudnia list 
SzaJDOchy do Jana Zacharyasiewicza, poświęcony głównie 
'Rozmaitościom^ wskazujący, jak się interesował pismem. 
"Wpadając od razu in medias res^ mówi, że ,, chodzi o jaki 
artykuł, artykulik, artykulątko do szanownych Rozn.ailości'\ 
a proponuje „zamianę, facyendę". Sądząc, że przykład, da- 
ny z góry, sprawi dobry skutek, donosi: ,,W" tej właśnie 
chwili otrzymałem bardzo ładny humorystyczno-moralny 
ustęp od Korzeniowskiego, który śmiertelnie chory, jak mi 
kto inny pod tą samą datą pisze z AYarszawy, a przecież 
mimo starości i bólu w kiszkach nadsyła mi cztery bitych 
pisanych kartek własnoręcznego listu i artykułu. Nie bądź- 
cież wy młodzi mnićj uprzejmymi." 

Końcowy ustęp listu na inną nastrojony nutę i wielce 
charakterystyczny: 5,A jeśli mi nie dacie, to gdybym przy- 



(l) Było naszem gorącem życzeniem odszukać listy Szajnochy, 
pisywane do Korzeniowskiego; w nich bowiem mieliśmy prawo spodzie- 
wać sie ciekawszych, niż gdzieindziej wynurzeń, , zwłaszcza literacko- 
artystycznej natury. Córka sławnego powieściopisarza, pani Falkenha- 
gen-Zaleska oświadczyła się łaskawie z szczerą gotowością uczynienia 
zadość naszej prośbie, lecz doniosła zarazem, że tak pożądane przez 
nas listy mogą się znajdować tylko pomiędzy papierami, pozostałemi 
po nieboszczyku, a powierzonemi przed kilku laty za pośrednictwem 
p. Lewestama p. Lowenthalowi pod warunkiem zwrotu. Udaliśmy się 
w tym celu do p. Lewestama— lecz nie odebraliśmy odpowiedzi. 



376 KLEMENS KANTECKI. 



najmnićj mógł być tam kilka dni z Wami razem. Bierz 
czai'ci toNYarzystwo ladajakie!— daj Boże każdemu towarzy- 
stwo poczciwśj, kochającćj istoty w postaci żony— ale i ka- 
walerskie towarzystwo kilku przyjaciół i kolegów ma swoje 
słodycz. Tymczasem cóż robić! Kon omnes possumus omnia\ 
a ja musz§ do korrekty Lindego, i co jeszcze gorsza, do 
kompozycyi artykułów bez ochoty.'^ 

Jestto z naszego zbioru ostatni list, pisany od począt- 
ku do końca własną, ręką i to piórem, a więc przy udziale 
oczu. Na wiosnę roku następnego tak już zaniemógł, że 
musiał się powstrzymać od pracy i nie uczęszczał ztąd do 
Zakładu. „Nowonarodzonego syna — mówi Wład. Łoziński — 
obaczył już tylko przez mgłę, zasuwającą gasnące źrenice." 

Pod dniem 25 maja 1857 r. obcą już ręką prosząc 
o czteromiesięczny urlop, mówi: „Dotknięty ciężką niemo- 
cą wzroku, nie pozwalającą mi od niejakiego czasu pełnić 
obowiązków posady mojćj, muszę z polecenia lekarzy po- 
djąć kilkomiesięczną kuracyą po za obrębem Lwowa." 

Spieszył on naprzód do Brukseli, dokąd wówczas zwo- 
łano kongres oftalmiczny. Daleka podróż i utrzymanie zo- 
stawionój w domu żony z dzieckiem, wymagały znacznego 
zasiłku, a ze szczupłćj pensyi przypadało jeszcze '20 złr. 
miesięcznie Wagilewiczowi za udział w pracy około druku 
Lindego; to też w dwa dni późniój oświadczył ustnie Bie- 
lowskiemu, jako zastępcy dyrektora (wszystko jeszcze wów- 
czas w Zakładzie miało charakter tymczasowości i zastęp- 
stwa), że wyręczyciela swego w robieniu trzecićj korrekty 
Lindego opłacać nadal nie może. 

Pierwsi okuliści europejscy, zgromadzeni w Brukseli, 
nie przynieśli choremu spodziewanćj pomocy. Było-to już 
za późno... Widząc, że o przywrócenie ostatecznie straconego 
wzroku darmoby się kusili, przepisali środki na wzmocnie- 
nie starganych nerwów. Sam później mówi w liście do 
generał-lekarza, Karola Kaczkowskiego, że ,, zbyli go ni- 
czem, zalecając morskie kąpiele, wypoczynek, pijawki za 
uchem'* i t. p. 

Jeśli narada z lekarzami nie szczególną choremu przy- 
niosła pociechę, już wówczas bowiem wiedział, jak srogie 
czeka go nieszczęście, i tylko przez niezrównaną delikatność, 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 377 

jak zapewnia pani Szajnochowa, nie wyjawiając tej okru- 
tnej pewności, na prośby żony i przyjaciół podejmował dal- 
szą kuracyą — wielką natomiast radość sprawiło mu osobiste 
poznanie koryfeusza historyografii polskićj, tak zasłużonego 
i tak zacnego Lelewela. Spotkanie między tymi dwoma 
ludźmi, wielkimi nauką i charakterem, długo upragnione 
przez Szajnochę, miało być nad wyraz rzewne i radosne. 
Na nieszczęście prócz głucliego echa tradycyi, nie posiada- 
my żadnego innego współczesnego świadectwa w tćj mierze, 
ale godzi się sądzić o rzeczy z jej skutków. To pewna, że 
jeśli już wpierw łączyło nieznanych uczucie szacunku i sym- 
patyi, wzrosło odtąd do wysokiego stopnia. Szajnocha je- 
dynie dla Lelewela zabawił przez dwa dni w Brukseli, 
a osobiste poznanie szanownej postaci uczonego starca li- 
czył do najmilszych chwil w życiu. Lelewel pisze don po 
niejakim czasie: „Alboż się tu kto z Waszych stron zja- 
wi, co mi powie, czy możecie podejmować trudy z pomocą 
cudzego wzroku? Tymczasem przyjmijcie rzewne, czułe wy- 
razy a zachowajcie mnie we wzajemnem sercu." 

Za tak przyjazne usposobienie odpłacał Szajnocha nie- 
mniejszą serdecznością. W znak najżywszej czci dla starca, 
poświęca mu tom Szkiców^ który się właśnie wówczas dru- 
kował, a w kilka lat późnićj daje wyraz swemu oburzeniu 
przeciw jakiemuś krytykowi ukochanego pana Joachima, pisząc 
do p. Bernarda Kalickiego (bez daty) słowami, nie obwi- 
janemi wcale w bawełnę: ,,Z miłości i czci dla Lelewela, 
którego żądanemi dziś książkami bronić chcę od zarzutu 
jakiegoś błazna w Tygodniku pozna?iskijn^ chcićj mi Pan 
nie odmówić uważnego poszukania następnych dzieł..." 

Po zgonie Lelewela dał Szajnocha pochop do odpra- 
wienia za jego duszę żałobnego nabożeństwa w Starem mie- 
ście, gdzie sam przebywał dla kuracyi. Nabożeństwo od- 
było się przy zgodnym współudziale duchowieństwa obu 
obrządków — i wobec nader tłumnie zgromadzonej rzeszy 
pobożnych, jeden z kapłanów powiedział kazanie „przenika- 
jące wszystkich gorącością swego ducha i słowa", a autor 
Jadwigi i Jagiełły pod dniem 26 czerwca 1861 r. prze- 
słał jednemu z pism lwowskich piękny opis budującego 
obrzędu... 



37 S KLEMENS KANTECKI. 



Z Brukseli, stosownie do rarly lekarskiej, podążył Szaj- 
nocha do kąpiel, jakkolwiek wzywano go usilnie do Pary- 
ża, gdzie wśród emigracyi znajdował się ktoś, kto miał na- 
dzieję wzrok mu przywrócić. O ciekawym tym szczególe 
objaśnia wyjątek listu Karola Sienkiewicza, pisanego jesz- 
cze w lipcu do Bielowskiego: „Bardzo tu bolejem nad sta- 
nem zdrowia pana Szajnochy. Jest tu w Paryżu cudowny 
doktór na oczy, nasz rodak ks. Kowalski. Po najlepszych 
okulistach chorzy udają się do niego, i on uzdrawia. Mię- 
dzy takimi był książę Hieronim Napoleon. Niechże się tu 
pan Szajnocha wybierze. Między nami znajdzie się jak 
w domu — kosztów poniesie nie wiele." 

Ale chory przez szczególny wstręt do metropoli cywi- 
lizowanego świata, mimo wszelkie ułatwienia, odmówiwszy 
zachętom, pospieszył wprost do Ems. Sienkiewicz pisze 
jeszcze pod dniem 22 sierpnia: „Pana Szajnochy nie ma 
dotąd w Paryżu, Bohdan Zaleski miał od niego wiadomość 
z Ems. Kwatery gotowe w dwóch miejscach czekają na 
niego. Stanie zapewne u doktora Gałęzowskiego. Tam mu 
wygodniej będzie. Boję się tylko, czy doktor klasyczny nie 
będzie mu odradzał ks. Kowalskiego.'* 

Wody Emskie nie posłużyły choremu, wyjechał więc 
wkrótce d) Spaa — ale i tutaj nie zabawiwszy długo, podą- 
żył do Ostendy. W Spaa prędko schodziły mu dni, jeśli 
nie na kuracyi, to w miłem towarzystwie rodaków, których 
tam poznał wielu, a między nimi ks. Jełowickiego, ks. Kaj- 
siewicza i dra Gałęzowskiego. Najwięcej jednak przestawał 
tu ze znakomitym filozofem, Augustem hr. Cieszkowskim. 
Głównym przedmiotem zajmujących rozpraw między tymi 
niepospolitymi ludźmi, była sprawa norraandzkiego pocho- 
dzenia szlachty polskiej. Kwestyą tę poruszył był już Szaj- 
nocha w artykule, umieszczonym, w ,, Kalendarzu stanisła- 
wowskim", a zamyślał ją właśnie uzasadnić naukowo w ob- 
szernem dziele. „Mile sobie przypominam — donosi nam 
łaskawie hr. Cieszkowski— parę tygodni spędzonych z Szaj- 
nocha w Spaa, gdzie liczne i długie po górach odbywaliśmy 
przechadzki i po kilka godzin na żywych rozmowach tra- 
wili. Nosił on się wtedy z myślą swoich Lechicliich począt- 
ków i rozpowiadał mi eon amore zasadnicze szczegóły za- 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCIIY. 379 

mierzonego dzieła, które ja znowu z całą względnością a ra- 
czśj z należną tak żywotnemu badaczowi pielate starałem 
się zbijać, usiłując mu dowieść, że co u Augustyna Tbierry 
było rzeczywiście genialnym poglądem i przyczyniło się nie- 
poraału do rozgmatwania dziejów Zacbodu, u nas owszem 
byłoby obłędem, i choćby pod piórem jasno widzącego i su- 
miennego pisarza nie zamąciło pierwiastkowych dziejów, to 
przecież niebawem servmn pecus mniej krytycznych, a ten- 
dencyjnych naśladowców zapędziłoby na wierutne manow- 
ce... Kto z nas miał słuszność i czy który z nas w jaki- 
kolwiek sposób wpłynął lub nie, na przekonanie drugiego, 
w to tutaj nie wchodzę; przypominam sobie tylko, że i szczu- 
pła nasza korespondencya była głównie tą kwestyą spowo- 
dowana i około niej się obracała." 

Dziś nie podlega już wątpliwości, że Szajnocha mimo 
całą genialność i erudycyą, dał się uwieść łudzącym pozo- 
rom lingwistycznych wywodów. Żałować należy, że nie po- 
siadamy wspomnianych co dopiero listów Szajnochy, których 
wyszukać nie dozwoliło sławnemu myślicielowi chroniczne 
zapalenie oczu. Potwierdza jednak słowa Cieszkowskiego 
jedyny list jego, pisany do Szajnochy: 

„Niepotrzebnie obwarowywasz Pan przyszłe dzieło 
swoje przeciw wszelkim uprzedzeniom z mej strony. Uprze- 
dzenia nigdy do umiejętności przystępu mieć nie mogą. 
Dlatego też, choćby się najmocniej wzdragała we mnie du- 
sza polska na samo przypuszczenie stanowczego dualizmu 
w pierwiastkach naszego narodu, wezmę dzieło Pańskie do 
ręki, skoro nas Pan niem obdarzysz, z całą trzeźwością 
umysłu i objektywn ością sądu, na jaką tylko zdobyć się 
mogę, a Pan zasługujesz. Wyznaję, i Pan przyznasz, że 
do ustalenia przekonania potrzeba będzie więcej, niż hipo- 
tecznych dowodów i wywodów\ Ciężka sprawa. Nie mogło 
się jej zaiste nic szczęśliwszego zdarzyć, jak dostać się na 
Pańskie ramiona.'- 

List ten pisał hrabia z Trouviłle, pod dniem 8 wrze- 
śnia, w odpowiedzi na pismo Szajnochy, donoszące, że mu 
Ostenda służy i że spotykają go w niej niespodziewane i za- 
dziwiające owacye. ,.Zawszem więcej rokował dla Pana — 



330 KLEMENS KANTECKI. 

pisze autor Ojcze nasza — po kąpielach morskich, aniżeli po 
Spaa. Upraszamy oboje o wytrwanie przy nich, o ile tyl- 
ko pora dozwoli. Różnorodne odwiedziny i dopytywania, 
które skromność Pańską, zdumiewają, mnie bynajmniój wzglę- 
dem Pana nie dziwią. Nie pojmowałbym owszem, żeby mia- 
ło być inaczej. Co pani de Stael mawiała o płci, równćm 
prawem zastosować można do narodowości. Wobec wiel- 
kich znakomitości zacierają się jój różnice. Cóż dziwnego, 
że obce gubernatory i pułkownik! w Ostendzie podzielają 
to zdanie?..." 

Słowa powyższe mogą służyć za miarę europejskiego 
rozgłosu, jakim już wówczas cieszył się autor Jadwigi i Ja- 
gielłij, któremu w sześć lat późnićj jako jednemu z naj pier- 
wszych pisarzy współczesnych złożył uszanowanie korespon- 
dent słynnego pisma angielskiego Daily i\eicsj pan Souther- 
land Edwards. 

Jeśli cudzoziemcy tak się zajmowali naszym uczonym, 
cóż mówić o ówczesnem polskiem towarzystwie w Ostendzie. 
Bawiła tam pani Pruszakowa, dziś pani Duchińska, Ale- 
ksander Groza i wielu innych, a wszyscy osobliwszą czcią 
i najwyższćm uznaniem otaczali Szajnochę. Do ciekawych 
epizodów z czasu pobytu jego w Ostendzie należy często 
przezeń wspominana scena z Leszkiem hr, Borkowskim. 
Polska kolonia dowiedziawszy się o przyjeździe głośnego 
autora Parafiańszczyzny^ zapragnęła gorąco poznać go oso- 
biście, co posłyszawszy nasz historyk, przyrzekł sprowadzić 
dawnego znajomego. Borkowski dogodził wprawdzie zja- 
wieniem się pow^szechnój ciekawości, lecz zabrawszy głos, 
dał nowy dowód swej złośliwości — zarówno bowiem Szajno- 
sze, jak całemu zgromadzeniu sprawił niespodziankę... 

Kuracya u wód nie przyniosła pożądanych skutków. 
Świadczy o tem list, pisany wkrótce po powrocie do hr. 
Borkowskiego. Prosi go historyk o kilka słów własnorę- 
cznych, gdyż „dla zrobienia przyjemności komu innemu, 
wdał się w konszachty ze zbieraczami autografów, i nie 
ma teraz od nich spokoju." „Po kąpielach belgijskich— 
pisze dalćj — nie doznaję żadnćj ulgi. Ze wzrokiem coraz 
gorzśj, a o studyach dawnym trybem nie ma już mowy. 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 381 

Chyba tyle mi pozostało, ze cudzą ręką korespondować 
mogę ze zbieraczami autografów. Nie chciejże tedy psuć 
mi u nich kredytu..." 

Nieszczęścia, jak wiadomo, nie zwykły chodzić poje- 
dynkiem. Równocześnie z największą klęską, jaka spotkać 
może pisarza, równocześnie ze zmiejszającą się możnością 
zapewnienia rodzinie bytu literacką pracą, zmniejszył się 
i stały dochód, pobierany z Zakładu Ossolińskich. 

Szajnocha już od wiosny nie mógł pracować w biblio- 
tece, między ustawami zaś instytutu znajdował się paragraf 
39-ty z kolei, opiewający jak następuje: „w przypadku nie- 
zdolności przez chorobę trwałą, bez winy osobistej, dyre- 
ktor, kustosz lub pisarz zachowa tylko połowę pensy i^ a ma 
mu być przydanym zastępca, pobierający drugą połowę". Na 
mocy tego paragrafu kuratorya poczuła się wedle własnych 
słów „do przykrego wprawdzie, ale w obec rzeczy publi- 
czDŚj nieodzownego obowiązku uprzedzić p. Szajnochę, że, gdy- 
by stan zdrowia nie pozwolił mu przed dniem ostatnim 
stycznia r. 1858 powrócić do zwykłych zatrudnień, przyto- 
czony paragraf musiałby być zastosowanym z dniem 1 lu- 
tego." 

Uchwała powyższa zapadła na dniu 30 grudnia r. 1857, 
w miesiąc zaś późniśj oznajmił Szajnocha, że istotnie „dla 
ciągłej choroby oczu nie zdolen jest pełnić dotychczasowych 
obowiązków w Zakładzie." 

Odtąd pobierał tylko 350 złr. stałej pensyi — ociemnia- 
łemu już niemal i schorzałemu pisarzowi groził więc znów 
niedostatek. Szczęściem znalazł się ktoś, co chciał i umiał 
wesprzeć nie skorego do przyjmowania pomocy od kogokol- 
wiek. Był-to jeden z najzacniejszych obywateli kraju, go- 
tów zawsze do ofiary na rzecz dobra publicznego, Włodzi- 
mierz hr. Dzieduszycki. Dzięki usilnym naleganiom, udało 
mu się nakłonić znajomego od dawna historyka, do przyję- 
cia drugićj połowy pensyi. Aby usunąć wszelkie skrupuły, 
użyto niewinnego fortelu: zaręczono Szajnosze, że będzie się 
mógł wywzajemnić szlachetnemu mecenasowi udzielając lek- 
cyi dzieciom jego. 

Nie teraz to dopiero pragnął hr. Włodzimierz zape- 
wnić byt człowiekowi, którego charakter i naukę cenił na- 



3S2 KLEMENS KANTECKI. 



der wysoko. Jeszcze w r. 1S47 widząc, jak utalentowany 
pisarz walczy z nędzą, nosił się z myślą wsparcia jego usi- 
łowań, a wiedząc doskonale, że nie przyjmie darowizny, 
znalazł sposób przyjścia mu z pomocą, bez dotknięcia szla- 
chetnej jego dumy. Oto, co o tem pisze do matki sam 
Szajnocha: „Jak długo w Tarnopolu zabawię, nie wiem 
w tej chwili; dowiem się o tćm jutro w drukarni, gdzie 
właśnie przed kilku godzinami rozstrzygnął się bardzo wa- 
żny dla mnie interes. W tój samej sprawie byli u mnie 
przed chwilą adwokat z młodym Dzieduszyckim, który wresz- 
cie formalnym prawnym układem, położenie moje chwiejące 
się dotychczas między różnemi propozycyami zadecydował 
stanowczo, przynajmniej na lat kilka= Stanęło tedy na zo- 
bowiązaniu si(^ z mojój strony dostarczenia co roku trzech 
tomów historyi i zobawiązaniu się przeciwnej strony, do za- 
płacenia mi za każdy tom 500fl." 

Układ grzeszył niepraktycznością, z trudnością bowiem 
przychodziłoby dostarczać rok rocznie, jakby na zamówienie 
,, trzech tomów historyi", rozwiązał się też z czasem; dał 
on jednak bodaj chwilową możność zasilenia chudej kiesze- 
ni literata, który jak nas zapewnia pan Eustachy Rylski, 
Bolesława Chrobrego pisał przy bladćm świetle łojówki. 

O tych dawnych ,, układach wydawniczych", udaremnio- 
nych „przez jakieś dziwne nieporozumienie", wspomina 
Szajnocha w kilka lat później odpowiadając na oświadcze- 
nie hrabiego, wyrażające gotowość do wydania Jadwigi i Ja- 
gielłij, gdyby się księgarze nie chcieli podjąć nakładu. Au- 
tor miał wówczas zamiar najznakomitsze swe dzieło, owoc 
długoletnich studyów drukować własnym kosztem, zdecydo- 
wany sprzedać następnie cały nakład „chociażby tylko za 
koszta druku...'' „Przez to— dodaje — ryzykuję wprawdzie 
całe lub prawie całe honoraryum, lecz tę przynajmniej ko- 
rzyść odnoszę, że moja własna praca przestanie mi być 
ciężarem." 

Propozycya Dzieduszyckiego ujęła Szajnochę: ,,Nie 
potrzebuję rozwodzić się nad tćm, jak pocieszającą musia- 
ła być ta wiadomość dla literata, który podobnie jak wię- 
ksza część jego kolegów, nie przywykł do odbierania zbyt 
częstych oznak życzliwości ze strony towarzystwa." 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCIIY. 383 

Mimo to i teraz nie korzystał z uprzejmości zacnego 
mecenasa, jak zrazu nie chciał również korzystać z dobrych 
chęci Wilda, wyrażając się szhichetnie i skromnie: ,, ogra- 
niczone środki jego, nie pozwalają mi zachęcać go do wy- 
datków, za których odzyskanie ręczyć nie mogę." 

Z tej-to przyczyny pierwsze kilka arkuszy drukował 
na swój koszt tylko w 500 egzemplarzach, poczem gdy sta- 
nęła ugoda z Wildem, przyszło je tłoczyć raz drugi, gdyż 
nakładca uznał za potrzebne odbić tysiąc. (1) Był-to z je- 
go strony bardzo szczęśliwy pomysł, bo książka wyczerpa- 
na wkrótce, w drugiem wydaniu stała się dość obfitym za- 
siłkiem dla ociemniałego już autora. 

Zamiast opowiadać szczegółowo, jak i kiedy przyszło 
do zupełnćj utraty wzroku, wolimy przytoczyć piękne sło- 
wa naocznego świadka, Wład. Łozińskiego i wyjątek z wła- 
snego listu Szajnochy. „Wzrok jego— mówi autor Opowia- 
dań JAIC Fana Wiła Karwoja — gasł na pozór powolnie, ale 
niepowstrzymanie. Przepędzając letnie miesiące w Korczy- 
nie, w Stryjskiem, czuł Szajnocha ubytek, który każdy dzień, 
każda godzina niosły światłu jego źrenic... 

„Były-to zapewne najboleśniejsze chwile w jego życiu, 
gdy z każdym wsciaodem słońca zamiast światła dziennego, 
czuł coraz gęstszą, coraz ciemniejszą mgłę przed wzrokiem, 
gdy uważając to stopniow^anie się zmroku, obliczał naprzód, 
kiedy zagasną ostatnie źrenice, i zajdzie na zawsze przed, 
okiem jego słońce, gdy oblicze ukochanej małżonki i ma- 
łego synka, ginęły przed wytężającym się napróżno ^Yzro- 
kiem w coraz gęstszych, nieprzeniknionych już cieniach... 

„A jednak chwile te przetrwał Szajnocha z tą żelazną 
siłą swego charakteru, z tą szlachetną rezygnacyą, która 
nawet skardze nie dała ulecieć z ust jego. Widząc jeszcze 
trochę, począł się z góry przygotow7wać do zniesienia cze- 
kającej go niedoli: usiłował przyzwyczaić się do życia 



(1) Nie brakło i innych propozycji: ze strony księgarza peters- 
burskiego, Wolfa i "warszawskiej „Spółki nakładowej", co widać z li- 
stów Szajnochy do hr. Przeździeckiego i barona Rastawieckiego a mia- 
nowicie z pisma, wystosowanego do pierwszego z nich pod dniem 17 
kwietnia r. 1S54. 



3S4 KLEMENS KANTECKI. 

W ciemnościach. Próbował więc nieraz w nocy ubierać się 
i rozbierać, szukać rozmaitych przedmiotów, chodzić, speł- 
niać bez pomocy obcego oka rozmaite czynności codzienne...'* 

Sam Szajnocha pisze, a raczej dyktuje na schyłku ro- 
ku 1S59, bo pod dniem '21 grudnia, do generał-lekarza ś. p. 
Karola Kaczkowskiego: „Teraz kilka słów najserdeczniej- 
szej wdzięczności za łaskawe współczucie dla mojego cier- 
pienia. Nie ma nań niestety innśj rady nad rezygnacyą. 
Od połowy życia chorzałem zawsze na oczy, a od lat dzie- 
sięciu zaczęło mi w zatrważający sposób ubywać wzroku. 
Mimo to nużyłem oczy namiętną pracą z zamiłowania, cią- 
głą pracą obowiązkową, ciągłemi korrektami, które od lat 
piętnastu należały do moich zajęć codziennych. Przyczyniło 
się do tego długie życie siedzące, a dwa najpiękniejsze lata 
młodości, 18-ty i 19-ty, przesiedziałem za kratą. In summa: już 
przed laty pięciu, po ukończeniu właśnie Jadwigi i Jagiełły^ 
nie mogłem pracować codziennie więcćj, nad trzy do czte- 
rech godzin. Przed trzema laty straciłem wszelką władzę 
czytania. Tego roku w jesieni straciłem możność chodze- 
nia bez przewodnika. Zaledwie w pokoju zoryentować się 
zdołam. Prawe oko całkiem już ociemniało, lewe dogasa. 
Konsultowani przed dwoma laty okuliści w Brukseli zbyli 
mię niczśm... Przejeżdżający tędy niedawno okulista ber- 
liński utwierdził mię w tćm, o czem ja dawno wiedziałem, 
to jest, że co już utraciłem, wrócić się nie da, a dla ocale- 
nia tej słabćj reszty dobra byłaby może zwłoka, którą zno- 
wu inni lekarze mniemają nader szkodliwą dla mnie. Có- 
mi tedy pozostaje innego nad rezygnacyą, którą nieba łaż 
skawe obdarzyły mnie istotnie w znacznej mierze. Jakoż 
przestaję wdzięcznie na tćm,. co Pan Bóg dał — mówię 
o mojej biedzie jedynie, ponieważ żądałeś tego, Szanowny 
Panie, — a o przyszłości znowuż Panu Bogu pieczę poru- 
czam. ." 

Były-to słowa dobrego chrześcijanina i szlachetnego 
człowieka— była-to rezygnacyą, godna lepszego losu. 

Wiadomość o nieszczęściu, jakie spotkało autora Ja- 
dwigi i Jagielbj, rozbiegła się po całym kraju, witana wszę- 
dzie jako klęska publiczna, i nie było-to zaprawdę czczym 
frazesem, gdy pisze Kraszewski (25 lutego r. 1858): „nie- 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 385 

znajomych tysiące proszą, ó przywrócenie Ci wzroku, jakby 
się modliły o to dla siebie lub rodzonego brata...'' 

Sławny powieściopisarz przejęty serdeczną życzliwo- 
ścią dla nieszczęśliwego podaje, mu rady celem odzyskania 
wzroku, a stawiając go wysoko jako głębokiego badacza 
i wielkiego artystę w jednej osobie, wskazuje, o ile wyżej 
stanął od wszystkich poprzedników: „Nie zbywało nam na 
pracownikach, aleśmy nigdy nie mieli człowieka, coby mar- 
twym materyałom umiał dać życie i tchnąć w nie ducha... 
Myśmy dotąd święcie szanując każdy ziomek naszej drogiej 
przeszłości, nie mieli odwagi nic opuścić, nic odrzucić, ui-^ 
czego się domyślić, i jak zbolałe dzieci, w izdebce utraco- 
nej matki, pył i proch nawet zamiataliśmy jak relikwie." 



Dziełu Karola Szajnochy Tom X 



L'ó 



XIV. 



Lękając się „ostatecznej przerwy zatrudnień," jak sam 
mówi w kilkowierszowej przedmowie, ogłosił Szajnocha 
tylko „sumaryczny rzut spostrzeżeń," zamiast wyczerpują- 
cego dzieła o „lechickim początku Polski," a pragnąc sam 
przynajmniśj w najważniejszycłi rozdziałach dopilnować 
korrekty, wydrukował je niezwykle grubemi czcionkami. 

Na szczęście dla literatury nie było-to ostatnie dzieło 
pisarza, który mimo utratę wzroku, przywykłszy do nieu- 
stannćj pracy, nie przestał wzbogacać piśmiennictwa pło- 
dami, jeśli nie swego pióra, to ducha. Oprócz własnój, ol- 
brzymiej pamięci, nieśli mu pomoc: zacna małżonka i ró- 
żni lektorzy. Byli między nimi ludzie intelligentni i zdolni, 
później utalentowani pisarze, jak obaj Łozińscy, Tatomir, 
Kalicki i inni — lecz nie brakło i takich, co nadużywali 
cierpliwości ociemniałego badacza, czytając, jak sam po- 
wiada ,, sejmik turecki," zamiast ,,łucki^' — przy tym liście 
„cebula" zamiast ,, ceduła/' w dodatku zaś „po całomiesię- 
cznem wertowaniu w Niesieckim, szukają Żółkiewskiego 
w pierwszym tomie, z pow^odu, że go się tam raz znalazło 
w rzędzie hetmanów." 

Lechicki początek Polski wyszedł z druku na wiosnę 
roku 1858 Autor niezadowolony z tego pobieżnego szkicu, 
nosił się z myślą uzupełnienia go z czasem i dla tego my- 
ślał o gromadzeniu nowych materyałów, a z jakim zapałem 
to czynił, wskazują następne słowa, pisane do Wilda 
w lipcu: „Bądź łaskaw wiadomym Ci sposobem zrobić kwe- 
rend w Lipsku, czy u antykwaryuszów niemieckich nie do- 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCIiY. 



stanie przypadkiem starego dzieła Duchesne^ Scriptores 
rerum iiormannicarum in folio, wydanie znajdziesz w każdym 
leksykonie bibliograficznym. Badi to bądź muszę przed 
śmiercią poznać to dzieło. Gdyby się gdzie znalazło, ^upro- 
siłbym którego z właścicieli bibliotek lwowskich, aby je 
nabył dla siebie, a w najgorszym razie, wziąłbym je na 
mój własny rachunek. Dlatego, zapytaj, zapisz i sprowadź — 
jeśli mię kochaszl''^ 

Jestto wyjątek z listu, pisanego z wód korczynskich, 
a obejmującego nadto i te wyrazy: „Mimo słoty i niewy- 
gody, nieźle mam tu w Korczynie. Bo też to w istocie je- 
den z naj szczęśliwi ej położonych zakątków kraju. Żętyca, 
kąpiele rzeczne, powietrze, temperatura codzienna — wszy- 
stko w naj wybór aiejszym gatunku. Na rok przyszły, jeśli 
Pan Bóg planów nie zmieni, będę was namawiał usilnie 
wraz z nami do Korczyna. Zwłaszcza dla dzieci, jestto 
prawdziwka kraina zdrowia. Rzecz osobliwsza— lud dorosły 
wygląda tu prawie tak biednie i mizernie, jak wszędzie 
indziój — dzieci w^szystkie hoże, rumiane, pyzate, aż miło 
patrzeć. Jak im bieda z pracą dokuczy, zmizernieją i one... 
Lechicki początek Polski, czy wyszedł już z cenzury w War- 
szawie? Do połowy czerwca jeszcze to było nie nastąpiło. 
Tylko Maciejowski miał jeden egzemplarz i zabierał się 
pisać recenzyą— czy w^łaściwie replikę." 

Ptównocześnie 10 lipca pisał Szajnocha do Włodzimie- 
rza hr. Dzieduszyckiego: 

„Pobyt w Korczynie znajduję istotnie bardzo przyje- 
mnym i zdrowym. Żętyca mi wprawdzie nie służy, a rze- 
cznych kąpieli mam używać dopiero późnićj, lecz świeże, 
orzeźwiające powietrze jest w każdej chw^ili prawdziwą roz- 
koszą piersi. Korzystam też dosyta z tego daru bożego 
i, ile możności siedzę na dworze, dokładnićj mówiąc na 
słońcu, gdyż z wielu innemi niedostatkami łączy się tu 
prawie zupełny brak cieniu. Na szczęście mamy codziennie 
deszcz, który chłodzi powietrze, ale też przeszkadza dal- 
szym wycieczkom w okolicę. Lubo mieszkania wszystkie 
zajęte— w jednym z dwóch dworów mieszkają państwo Sta- 
r żeńscy, w drugim pani Żebrowska, prawie nie widać go- 
ści i cisza zupełnie wiejska. Nie brak przecież ciekaw7ch 



388 KLEMENS KANTECKI. 



niekiedy spotkań i pogadanek. I tak np. w właścicielu 
małej cząstki Korczyna, p. ^Vojciecllu Podliorodeckim, zna- 
lazłem dawnego kolegę szkolnego, z którym nie widziałem 
się od lat 24ecli, a który kilka lat ostatnich (1848—1857) 
spędził na wojaczce w Węgrzech i w Turcy i, w końcu jako 
kapitan Kozaków Sadyka baszy. Wiele też opowiadać mi 
umie. Chciałbym nie wrócić do Lwowa, aż z końcem 
sierpnia." 

Mimo wyrażoną, na początku r. 1858 obawę, nie za- 
przestał ociemniały Szajnocha obdarzać publiczności coraz 
nowemi utworami swego pióra. Jak dobry gospodarz, zbie- 
rający w dniach urodzaju zapasy na czarne godziny nie- 
dostatku, posiadał on tak wielkie zasoby nauki, nagroma- 
dzone dawniejszemi laty, że mógł z nich czerpać długo, 
nie rozpoczynając nowych badań, a używając tylko dla kon- 
troli ręki i wzroku pomocników, z których, jak wiemy, często 
miał powód być niezadowolonym. Od czasu bowiem do 
czasu spotykamy się z następnemi wzmiankami: „Ale bie- 
daż-to dzisiaj z temi studyami mojemi. Od dwóch dni sie- 
dzę bezwładny i bezczynny, bo opuszczony od lektora mo- 
jego, który raz po raz skazuje mnie na takie nieznośne 
przerwy, lubo pieniądzmi i przysługami dobrze sobie pła- 
cić pozwala." 

Ale użytkowanie z dawniejszych materyałów, spoży- 
wanie owoców dawniejszycli poszukiwań, nie odpowiadało 
szlachetućj ambicyi Szajuochy. Wolał on, choć z cięższym 
niż kiedykolwiek trudem, ])odejmować nowe badania źró- 
dłowe; niestety zaledwie z cząstki tych studyów było mu 
dane korzystać. ,, Zostawił nam wielką spuściznę po sobie — 
mówi Łoziński — a przecież drugie tyle wziął z sobą w grób 
przedwczesny." 

Do przedmiotów, którym po utracie nieocenionego 
zmysłu poświęcił się z żywćm przejęciem i gorącą miłością, 
a z których urósł nam jedynie wspaniały prolog do wiel- 
kićj epopei, n-ileżą ,, Opowiadania o królu Janie III." 

Wiemy już, że z ulubioną tą myślą nosił się dawno, że 
nęciła go w porze, gdy jeszcze mógł czytać własnemi oczyma, 
że wedle własnych jego słów „zajmowała go od lat kilku," ale 
do urzeczywistnienia jej przystąpił dopiero z końcem r. 1858. 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 389 

Zimą tegoż roku przyrzekł dać ^lotcu ustępy z tój pracy, 
a w czerwcu roku następnego rozpoczyna układy z żyto- 
mirską spółką, księgarską, właściwie zaś naprzód ze zna- 
nym sobie z Ostendy członkiem spółki Aleksandrem Grozą. 
Z pierwszego listu, noszącego datę 10 czerwca, dowiadu- 
jemy się o całym planie, rozkładzie i o treści dzieła: Opo- 
wiadania o królu Janie lU, napisane przystępnie, lecz 
umiejętnie — zamierzone na kilka tomów, czyli kilkanaście 
opowiadań. I{ażde opowiadanie stanowić będzie w pewniej 
mierze skończoną dla siebie całość i mogłoby przeto wy- 
chodzić jako osobny zeszyt lub tomik. Pierwsze opowiada- 
nia mają napis: 1) Mściciel (historya rodziny Sobieskich 
i Żółkiewskich), 2) Burza szwedzka. 3) Rokosz Lubomir- 
skiego. 4) Elekcya króla Michała. 5) Konfederacya gołą )- 
ska. 6) Droga do tronu i t. d. 

Jak wiadomo, tylko pierwszy ustęp dzieła doczekał 
się opracowania, a łatwo pojąć, jak niepowetowaną stra: ę 
poniosła literatura na tym ubytku. O doniosłości pracy tek 
się wyraża znany ze swej skromności autor: „Przy studyac (i 
i krytyce da się bardzo wiele nowego powiedzieć o te a 
wszystkićm. Obraz króla Jana III. zyska niezmiernie prr.y 
bliższem obeznaniu się z nim. Tęż samą korzyść odniesie 
w Opowiadaniach moich wiele innych figur, mianowicie 
królowa Mary a Ludwika." 

Jak żywo interesowała go ta epoka, widać z listu pi- 
sanego kilku miesiącami wpierw do Lucyana Siemień- 
skiego: 

„Co do Morsztyna— spotkaliśmy się w głównym punk- 
cie widzenia rzeczy. I mnie zajmuje mocno wielki projekt 
Maryi Ludwiki. Nie obchodzi mnie wprawdzie sam Mor- 
sztyn, ale znam jego udział w tej sprawie. O dwuznacznym 
stosunku z Lubomirskim nie przypominam sobie inućj 
wzmianki, jak chyba tę, którą czyni agent Kondeuszowski 
w r. 1662 (Sienkiewicza ..Skarbiec' t. II. str. 383 i Ra- 
czyńskiego Portofolio M. L.) Wszakże ten memoryał znałeś 
Ty zapewne o wiele dawniej odemnie. Zawarte w nim sło- 
wa o Morsztynie zdają mi się dostateczncmi do zrozumie- 
nia jego stosunku z W. marszałkiem. Zbytniej delikatności 
sumienia nie mniemałbym zdolnym pana referendarza, czło- 



3UU KLEMENS KANTECKL 



wieka uader elastycznego. Wszybcy oni brali pieniądze, 
a późniejsza rola Morsztyna nie łatwo da się usprawiedli- 
wić. Gdybym w dalszych studyach moich trafił na coś ta- 
kiego, coby rzucało światło na dotkniętą przez ciebie kwe- 
styą, z największą przyjemnością dałbym Ci o tćm wiado- 
mość.^' 

Wkrótce i z łatwością przyszedł do skutku układ mię- 
dzy Szajnocha a żytomirską spółką,; ta bowiem umiała go- 
dnie oszacować wysoką wagę prac historyka, a historyk ce- 
nił obywatelskia pobudki, jakie nią kierowały. Widać to 
z listu jego, pisanego do Grozy na dniu 23 czerwca, a roz- 
poczynającego się od pięknego zwrotu: „Jeśli ociągałeś się 
długo z pisaniem do mnie, w chęci przesłania mi kilku słów 
niepospolitych, tedy udało oie to Panu nojzupełniej. Napi- 
sałeś mi Pan w istocie coś niezwyczajnie pięknego — nad 
wszelką bowiem myśl piękną, układającą się w rymy, ja- 
kiemi zapełniają się karty albumowe, idzie myśl pożytecz- 
na, przeprowadzona w czyn, o jakim donosisz mi w swoim 
liście, mówiąc o wydawnictwie tanich książek w tysiącach 

egzemplarzy." 

Wówczas nie tylko ,, stanął już pakt solenny^' wzglę- 
dem Opowiadań o króla Janie II 1^ lecz nawet ofiarowała się 

,Spółka" z gotowością podjęcia zbiorowego wydawnictwa 
wszystkich pism autora Jadwigi i Jagieify —któi-ą^-to jednak 
propozycyą odrzucił z powodu związków z Wiłdem.(l) 



(i) Około tego czasu (21 sierpoia 1859 r.) pisał do Szajnochy 
Bielowski z Marienbadu: 

„Na list Twój wczoraj wieczorem odebrany odpowiadając, dono- 
szę Ci, że poczciwy kasztelan {Fr. Wężyk) bardzo się ucieszył, gdym 
mu dziś rano na przechadzce ukłony od Ciebie oświadczył. Dziękuje 
on Ci serdei:znie za pamięć, a co do Wolfskrona waiósł na piśmie swą 
propozycyą, którąby mógł ukazać członkom zebranym i powiedzieć, że 
oto pan Szajnocha wniosek ten robi. Zasługi y>^ydawcy legendy o Ja- 
dwidze zupełnie on uznaje, chociaż jej podobno nie widział, a usłyszał 
dopiero o niej odemnie. Czy formalność ta jest koniecznie potrzebna, 
w to nie wchodzę, dość że staruszek życzy solie tego*' i t. d. Nie 
dość zrozumiałe słowa tego listu, wyjaśnia ustęp z pisma Szajnochy do 
Lepkowskiego 7 maja 1859: „Mam tu we Lwowie towarzyszem ślepo- 
ty znakomitego archeologa Niemca, "Wolfskrona, wydawcę szacownych 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 391 



Stosownie do przyrzeczenia nadesłał Szajnoclia Mści- 
ciela w październiku r. 1859, aby przed porą, kontraktową 
mógł ujrzeć światło dzienne. Ale chciało przeznaczenie, aby 
zgromadzona na kontrakty w Żytomierzu szlachta ziem ru- 
skich nie skosztowała jeszcze takiego przysmaku, bo ma- 
nuskrypt uwiązł gdzieś w drodze. „Wiele na tem cierpi- 
my — skarży się 26 listopada prezes spółki, dr. Kaczkow- 
ski — że nie możemy na kontrakty poszczycić się pracą 
Pańską". Wypadło więc po raz drugi słać Mściciela, o co 
się wcale nie gniewał autor, lubo mu to przyczyniało ro- 
boty: ,,Bądź jak bądź — nie ma nic złego, coby na dobre 
nie wyszło. Przygoda z manuskryptem, zmuszając do po- 
wtórnej onego kopii, daje mi powód do ulepszenia rzeczy. 
Jakoż chociażby teraz znalazł się pierwszy manuskrypt — 
skoro raz minął termin wydruliowania go na kontrakty, 
proszę stano^Yczo o wydanie początku naszej pracy z przy- 
gotowującej się kopii powtórnej." 

Przewidziany powyżej wypadek nastąpił istotnie, a su- 
mienny, troskliwy o jak najlepszy kształt swego dzieła au- 
tor nie przestał się domagać wydrukowania książki wedle 
powtórnej poprawnej kopii, która go kosztowała trzy tygo- 
dnie pracy i do stu złotych polskich wydatków na lektora 
i przepisywanie. 

Ale nie tu kres kłopotom. W styczniu r. 1860 doszła 
do Lwowa wiadomość, że Spółka żytomirska ukazem rządu 
rozwiązać się miała. Zaniepokojony tą wieścią Szajnocha, 
pragnie ,, uporządkować pokrzyżowane tem plany", proponuje 
odstąpienie niepotrzebnego już Spółce, jak mu się zdaje, 
manuskryptu, Kraszewskiemu do Gazety codziennej^ lub 
zwrócenie go za zwrotem remuneracyi. Powziąwszy też za- 



Bilder der Hedwigslegende. Bardzo poczciwy i miły człowiek. Mieszka 
tu od niedawna jako dyrektor loteryi. Od roku zaniewidział prawie 
zupełnie. Za jego wydanie św. Jadwigi powinnibyście mu nadesłać dy- 
plom na członka towarzystwa naukowego. Aktem takim przyznajemy 
się jawnie do własności wydanych przezeń pomników sztuki, które 
w najpełniej szem znaczeniu słowa są polskie, o rzeczach polskich 
i w Polsce wykonane." 



392 KLEMENS KANTECKI. 

miar zajęcia sie innym przedmiotem, wyraża teraz po raz 
pierwszy chęć uwolnienia się od obowiązku ,, kontynuowa- 
nia Opowiadań o królu Janie III, w pewnych wymierzonych 
terminach i w kształcie kilkoletniego dalszego ciągu. " 
Chciałby przeto Mściciela ogłosić jako odrębną całość, dal- 
sze zaś części „wypracować w dowolnym czasie i kształcie/' 
Odpowiedź dra Kaczkowskiego uspokoiła obawy Szaj- 
nochy. Wspominamy o tych na pozór drobnych szczegó- 
łach, gdyż one charakteryzują człowieka. Czyż bowiem nie 
malują pięknego charakteru następne słowa, pisane do ge- 
nerał-lekarza na dniu 10 lutego, a tłómaczące powody ob- 
jawionego poprzednio niepokoju: „Z całej duszy żałuję 
i przepraszam, jeśli ostatnim listem moim sprawiłem Pa- 
nom najmniejszą nieprzyjemność. Nic miałem żadnćj a ża- 
dnej myśli po temu — i bardzo się cieszę, iż pod jakąkol- 
wiek firmą zostawać mogę nadal w stosunku z Panami, któ- 
rzyście mi okazali tyle współczucia. Jedyną pobudką mo- 
jego szybkiego listu była obawa, abym przy rozwiązaniu 
Spółki nie musiał pozostać długo w takiejże samej niepe- 
wności co do moich dalszych z nią związków i obrachun- 
ków, w jaką przed rokiem wprawiło mię również niespodzia- 
ne rozwiązanie redakcyi Słowa, Podobnież, jak ze Spółką, 
byłem także w rachunkach ze Słowem^ ale że dostarczony 
a jeszcze nie wydrukowany rękopis był na nieszczęście nie- 
co mniejszym od nadesłanego honoraryum, więc znalazłem 
się w bardzo przykrym kłopocie, co z tego będzie. Osobi- 
ste zawieruszenie redaktora nie pozwalało mi zgłaszać się 
własnym listem do niego— a en sam przez kilkanaście mie- 
sięcy żadnej o naszym zaplątanym stosunku nie dał mi wia- 
domości—co mi jeszcze po dziś dzień niesmak obudzą. Te- 
goż samego i ze Spółką obawiając się, chciałem jak naj- 
prędzej mieć od niśj absolutorium — i dla ułatwienia Panom 
wygodnćj ze mną seperacyi, sam jeden i drugi sposób zu- 
żytkowania mojej nieprzydatnej już (jak mi się zdało) pra- 
cy wskazałem. Skoro jednak rzeczy inaczej stoją, skoro 
n)ożecie i chcecie być dalej nakładcami moimi— zgoda i sto- 
kroć zgoda i najserdeczniejsza wdzięczność za przyjaźń 
Waszą w dodatku.^' 



ŻYWOT KAROLA SZAj:J^OCnY. 393 



Na dowód zaś, źc owa trosidiwość o interes wydaw- 
ców, była szczerą i serdeczną, nic od rzeczy będzie dodać, 
jakie niepokoje dręczyły go wpierw w stosunku z redakcyą. 
Słowa- zanim jego praca została ogłoszona w ,, piśmie zbio- 
rowćm" Oliryzki. 

W listopadzie r. 1858 zgłosił si§ do Szajnocliy Oliryz- 
ko z prośbą o w^spółpracowuictwo. Odebrawszy życzliwą 
odpowiedź, nadesłał mu nieproszony — w styczniu zaliczkę 
wysokości 200 rubli. Z końcem tegoż miesiąca wyprawił 
Szajnocłia kilkoarkuszowy, znany szkic p. t. Słowianie w An- 
daluzyi^ który do kwietnia nie ukazał się w druku. Pro- 
szony więc o artykuł dla Dodatku do Czasu a przypuszcza- 
jąc, że Sioico nie odzyska możności wycliodzenia, proponuje 
nabycie szkicu od Okryzki. Domaga się rychłój decyzyi, 
bo udałby się jeszcze gdzieindziej, „aby nie mieć na sumie- 
niu lionoraryum za artykuł nie zużytkowany.'* 

Z tego listu dowiadujemy się, z jak wielkim mozołem 
przychodziła mu teraz twórcza praca; „Zachodzi w^szakże 
kwestya o miarę honoraryum od arkusza. Od Ohryzki za- 
żądałem takiej ceny, jaką mi tutaj ofiaruje Dziennik litera- 
cki za każdy arkusz druku, gdybym chciał pisać dla nie- 
go, to jest 50 firn. Jakoż w dzisiejszem kalectwie mojem, 
kiedy każdy arkusz źródłowej pracy kosztuje mnie miesiąc 
czasu i więcej, a samemu lektorowi płacić muszę miesię- 
cznie 15 fl. sreb., niepodobnaby mi było przestać na mniej- 
szem honoraryum, z którego uzupełniam niezbędne potrzeby 
życia/' 

Wracając do źytomirskich wydawców, gotów im Szaj- 
nocha przesyłać co kilka miesięcy coś do druku, byle po- 
zwolili, że wobec zmiany firmy i co za tem idzie, układu 
wydawniczego, on również zmieni plan swych pism: „Nie 
upierajcie się przy tem, aby to, co Wam od półrocza do 
półrocza nadsyłać będę, stanowiło zawsze bezpośrednią kon- 
tynuacyą moich Opowiadań o królu Janie III. Nadeszlę ja 
w swoim czasie Opowiadania, drugie, trzecie i coraz dalsze, 
ale niech mi zostawiona będzie wolność przeplatania onych 
innemi publikacyami, które może nawet większej będą war- 
tości, a do których chwilowo pociąga mię niepowstrzymana 



394 KLEMENS KANTECKI. 

miłość autorska. Widzicie Panowie, iż to wymaganie z mój 
stroD}' nie w czem iunem, jak tylko w czysto literackióm 
zamiłowaniu ma swoje źródło — przeto tćż słusznie pobła- 
żliwość mu okazać wypada. Dla Panów zaś wyrozumiałość 
taka byłaby tern łatwiejsza, iż moje rozpoczęte Opowiada- 
nia o królu Janie, stanowiąc zawsze pewną, skończoną w so- 
bie całość, mogą snadnie przerywane być publikacyami in- 
uemi, które nadto też samg epokę malują i wyjaśniają. Mam 
też wszelką nadzieję, iż kochani Panowie przebaczycie mi 
żądaną tu modyfikacyą i przyjmiecie w maju lub czerwcu 
z niemniejszą życzliwością rękopis spory, lubo nie będzie dru- 
giem z kolei opowiadaniem o królu Janie. Gdyby spółka 
istniała dotąd i nie chciała była zezwolić na proponowane 
tu zboczenie od pierwotnego układu, byłbym musiał zape- 
wne dźwigać jarzmo zaw^artego z nią ślubu — ale przy tera- 
źniejszej zmianie stosunków, nie wiem doprawdy, jakbym 
się oparł sercu, ciągnącemu mię chwilowo do pracy innej, 
gdybyście Panowie w roli surowych opiekunów przeszkadzali 
temu romansowi między autorem a dorywczo ukochanym 
przedmiotem. Wybaczcie więc łaskawie staremu kochanko- 
wi wyszperanych przypadkiem, a wielce ciekawych szparga- 
łów i źródeł...^' 

Myślący czytelnik odgadł już niezawodnie, o jakiej-to 
pracy mowa. W następnym liście (20 marca 1860 r.) po- 
daje sam autor tytuł i plan dzieła — oba z biegiem czasu 
zmienione: „Będzie to więc książka około trzydziestu arku- 
szy druku, pod napisem: „„1646 i 1648. Ustęp z dziejów 
Ptzeczypospolitćj polskićj. Opowiadanie i Źródła. Napisał 
i zebrał Karol Szajnocha"-'. Składać się będzie ta publika- 
cya z dwóch części. W pierwszej pod tytułem „Opowiada- 
nie'' dam mój własny obraz wypadków r. 1646 i 1648 — 
w drugiej pod tytułem: „Żródła^S umieszczę zbiór niedru- 
kowanych dotąd, a bardzo ważnych materyałów historycz- 
nych do pomienionych dwóch lat— z różnych rękopisów Za- 
kładu Ossolińskich i innych księgozbiorów tutejszych. Opo- 
wiadanie moje uczyni 12 do 15 arkuszy druku— źródła przy- 
najmniej 15. Sądząc po zapale, z jakim wziąłem się do 
tej pracy, mam nadzieję, iż to będzie jedno z lepszych 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 395 

dzieł moich. Wykończę ja w maju lub czerwcu. Raczcie 
mi tedy donieść, czy ją przyjmujecie lub nie." 

Szanowni v;ydawcy z Żytomierza wyrazili najżywszą 
chęć nabycia Dwóch lat z dziejów Polski i przysłali nawet 
w tym celu zaliczkę, ale blizka już przyszłość miała okar 
zać, że Szajnocha podjął się pracy przy braku wzroku zbyt 
uciążliwiej, aby ją mógł ukończyć tak wcześnie. Zapowie- 
dziane tu dzieło miało go kosztować daleko więcej trudu, 
aniżeli mniemał pierwotnie; przyczynił go też sobie, zmie- 
niając układ książki, której, jak widzieliśmy, zrazu prze- 
znaczał kształt, przyjęty w kilka lat potem przez Kalinkę 
w Ostatnich latach panowania Stanisława Augusta. Jak zaś 
piękne i chwalebne pobudki wpłynęły na zwłokę wydania, 
widać z ostatniego z kolei listu, pisanego do Dra Kaczkow- 
skiego pod dniem 17 maja r. 1860: „Teraz o rublach. 
Wdzięczny jestem z całej duszy za to uczucie przychylności, 
które Was, kochani i łaskawi Panowie, przywiodło do na- 
desłania przydatnej w każdym razie pomocy, bez zażąda- 
nia jej z mojej strony — ale z samemi pieniędzmi kłopot 
prawdziwy. Jakże bowiem przyjąć, kiedy, gniewajcie się, 
nie gniewajcie! nie mam nic w tej chwili do ofiarowania 
Wam wzajem. Powtarzam: gniewajcie się, kochani Pano- 
wie, czy nie gniewajcie! Pracuję w mojem kalectwie, jak 
mało kto z najzdrowszych, a jeśli mi praca nie idzie tak 
sporo, jakby tego Wasz i mój własny interes żądał lub 
jeśli nie mogę przenieść na sobie, abym dawał do druku 
pracę nie całkiem jeszcze dojrzałą i przetrawioną — nie 
chciejcie poczytywać mi tego za winę. Gdyby właściwa 
Spółka była istniała, byłbym zapewne w pocie czoła wlókł 
moje jarzmo — teraz za Waszćm własnem przyzwoleniem 
oddychając swobodnićj, lubo z własną stratą materyalną, 
niech też mam wolność wypracowania przedmiotu z taką 
swobodą i dokładnością, jaka potrzebna jest każdćj książ- 
ce uczciwszćj. Miałem niestety nadzieję uporać się z ową 
wzmiankowaną Wam pracą o latach 1646 i 1648 przed za- 
mierzonym wyjazdem na wieś — tymczasem okazało się ina- 
czej. Nie tylko nie mogłem jej wykończyć, lecz nie mogę 
jój nawet ciągnąć dalćj bez tysiąca książek i materyałów 



396 KLEMENS KANTECKI. 



na wsi. Musze więc odłożyć ja aż do zimy, a na wsi za- 
jąć sie czemś łatwiej szćui. Jeśli więc clicecie i możecie 
czekać do zimy, przyjmuję Wasze ruble jako zaliczkę. Je- 
śli nie, odbierzecie je sobie proponowanym przez Was sa- 
mych sposobem. Wzywałeś mię, Drogi Panie, poprzednim 
listem do nadesłania liilkunastu biletów na drugie wydanie 
Jadirigi. Posyłam tedy 20, których wartość równa się bez 
mała otrzymanćj zaliczce. Tak i rachunek nie poszwankuje 
i miłość całfj; zostanie." 



XV. 



w roku 1860, jak wiemy, przerwał Szajnocha studya 
nad Dwoma latarnia głównie dla tego, aby przysposobić do 
druku trzeci tom Sz/cicóto i nowe wydanie Jadwigi i Ja- 
gieł/t/. Nie brakło mu wówczas innych propozycyi z ró- 
żnych stron, a były mi§dzy niemi i takie, z któremi nie 
bardzo wypadało przystępować do pierwszorzędnego pisarza. 

Mieszkał wówczas w Warszawie p. Adam Dzwonkow- 
ski, który zwinąwszy księgarnią w Norwegii, kupił Zakład 
litograficzny Pecka i pragnął na szeroką skalę rozwinąć 
wydawniczą działalność. Wydawszy wizerunki królów pol- 
skich z tekstem Juliana Bartoszewicza, chciał on jeszcze 
pozyskać drugi tekst do mniejszej edycyi tychże wizerun- 
ków, a sądził, że tćj pracy podejmie się pierwszy z histo- 
ryków polskich — że zarzuci źródłowe badania, aby uczynić 
zadość jego życzeniu. Czując jednak całą śmiałość podo- 
bnego kroku, umyślił p. Dzwonkowski użyć pośrednictwa 
pani Eleonory Ziemięckiśj — ta zaś znowu pośrednictwa Win- 
centego Pola... 

Wybór pośrednictwa nie był najszczęśliwszy; stosunki 
pomiędzy Szajnocha a autorem Mohorta oziębiły się osta- 
tnimi czasy z powodów nie tylko nam, ale i samemu histo- 
rykowi nie zupełnie wiadomych. ,,Cieszę się bardzo— pisze 
do Siemieńskiego na dniu 19 marca 1859 r.— z nadziei oba- 
czenia się z Tobą na wiosnę. Radbym sobie wynagrodzić 
ten dziwny kaprys Pola, który po najprzyjaźniejszem nie- 
gdyś pożyciu ze mną, bez najmniejszego kiedykolwiek powo- 
du do nieporozumienia z mojćj strony, przez cały zeszło- 
roczny pobyt we Lwowie nie chciał się widzieć ani razu ze 
mną, ani z Bielo wskim/' 



39S KLEMENS KANTECKI. 



Pol odesłał list pani Ziemięckiej z krótkim własnym 
dopiskiem. Do\Yiedział się z pierwszego Szajnocha, że ,, idzie 
o skreślenie całych dzieiów w sposobie biografii królów, śre- 
dniej rozciągłości", i że wydawcy zależy na tem, aby te 
biografie wyszły z pod pióra „naszego nie widomego^ a tak 
wzniosie patrzącego historyka../' 

Ale ten historyk nie należał do ludzi próżnych, czu- 
łych na pochlebczą frazeologią, a bardzo nie lubił, gdy kto- 
kolwiek wbrew duchowi jeżyka, ociemniałego nazywał ,,nie 
widomym '. Wyraz ten niemile podrażnił jego nerwy, bo 
wkrótce potem w liście do Dra Madejskiego prosi z prze- 
kąsem, aby „ludzie widomi (jak Warszawianie mówią), nie 
chcieli rachować się zbyt surowo z nie widomymi. ^.^'^ 

Odpowiedź brzmiała oczywiście odmownie, lecz nie zra- 
ziła p. Dzwonkowskiego, który przez usta szanownej filo- 
zofki oświadcza ponownie, jako ,,nie może się wyrzec słod- 
kiej nadziei, że pióro Karola Szajnochy, a raczej wielki je- 
go umysł przewodniczyć będzie ważnemu przedsięwzięciu...*' 

Równie jak od podobnych propozycyi, trudno się było 
znakomitemu pisarzowi u\volnlć od usilnych nalegań, aby 
powrócił do tak dawno zarzuconego a wstrętnego nauczy- 
cielstwa. Niektóre mamy i ciocie pragnęły rozgłośnej jego 
sławy użyć dla dogodzenia swej ambicyi; schlebiała im bo- 
wiem myśl, że ich córki i siostrzenice „słuchać'' będą wy- 
kładów genialnego człowieka— jak gdyby ten człowiek nie 
mógł lepiej zużytkować swych sił i swojego czasu... 

Jak księgarz warszawski, tak i one za pośrednictwem 
osób wpływowych, kołatały do ociemniałego uczonego. Mo- 
glibyśmy wymienić imiona niektórych z tych pań; zamiast 
tego wolimy przytoczyć ciekawy wyjątek z odpowiedzi, da- 
nej Maurycemu hr. Dzieduszyckiemu, nie wiadomo przez 
kogo uproszonemu za pośrednika. Było-to w jesieni r. J860. 
Szajnocha, który przez ciąg urzędowania swego w Zakładzie 
z zastępcą kuratora zostawał w jak najlepszych stosunkach, 
tłómaczy się obszernie, dlaczego musi odmówić wezwaniu: 

,, Wydanie Jadwigi i trzeciego tomu Szkiców (otrzy- 
manem za ten tom honoraryum opłacam druk i papier je- 
dnego tomu Jadwigi) tyle mi pracy zadaje, że jej codzien- 
nie poświęcić muszę przeszło 7 godzin t. j. od 9^2 do 12 



ŻYWOT KAROLA SZAJKOCHY. 399 

rano, a od 2^2 do 7 i dUiżej po południu, przez który-to 
wszystek czas mozole się z dwoma lektorami, Kalickim 
i Sośnickira, nad rewizya i bardzo gęstą poprawką manu- 
skryptów, studyami nowych źródeł, korrektą kilku arkuszy 
druku co tydzień, szeroką korespondencyą względem prenu- 
meraty i t. p. i t. p- Podjęcie się jednogodzinnej /e/fc//i t. j 
przynajmniej dwugodzinnej przerwy co drugi dzień, ujęłoby 
za nadto wiele czasu tym zatrudnieniom bieżącym, a ponie- 
waż druk obydwóch dziel już się zaczął i musi iść nieprzer- 
wanie, więc nie ma sposobu zrobić sobie folgę na chwile. 
Ale ta jedna przeszkoda jest dopiero przeszkodą mniejszą. 
Nierównie większą trudnością jest mi stan zdrowia/' 

Wspomniavvszy, jak szkodliwie zawsze wpływało na 
jego zdrowie udzielanie lekcyi, dodaje, że dawniej zaradza- 
ły po części złemu i wiek młodszy i przechadzka na świe- 
żem powietrzu z lekcyi na kkcyą— wykazuje dalej, że obe- 
cnie zupełnie inaczej i z wzruszającą prostotą maluje swoje 
smutne położenie: 

„Dziś, kiedy przy ustawicznem siedzeniu w domu, 
(a jakże używać mam wiele ruchu zwłaszcza w zimie?) przy 
ciągłej przy tem pracy, (a jakże mógłbym siedzieć ciągle 
bezczynnie?), wreście przy tem niezmiernie trudnem i natę- 
żającem życiu przez cały dzień po omacku a robieniu stu- 
dyów ustawicznem informowaniem i pytaniem i odbieraniem 
fałszywych odpowiedzi, stałem się tak drażliwym w tej mie- 
rze, iż lada żywsza rozmowa pozbawia mnie na kilka go- 
dzin snu w nocy, a lada bezsenność umęcza na cały dzień — 
dziś częstsze dawanie lekcyi, lubo na pozór tak łatwe dla 
mnie i materyalnie przydatne, byłoby mi niestety zajęciem 
najuciążliwszem.'^ 

Nie mniej dokuczliwem, jak tamte, stawało mu się 
natręctwo dziennikarzy i literatów lwowskich, którzy świe- 
tnego imienia byliby radzi użyć za parawan. Podobnego 
wykroczenia stał się winnym prócz innych p. W., o czem 
świadczy następny liścik pisany do Wilda w r. 1858: ,,Xa 
żądanie W. zostawiam u Ciebie odpowiedź moje na list od 
niego. Wmawia we mnie poczciwiec, iż w obecności Two- 
jej, jego i kilku innych osób. po dwa razy zobowiązałem 
się przyjąć redakcyą nowego pisma, i jako dawny justicya- 



400 KLEMENS KANTECKI. 

ryusz chce dowieść tego świadkami. Nie pojmuję, zkąd mu 
przyszła chętka do tój napaści. Chciój go więc zreflekto- 
wać, bo nie można przewidzieć końca tćj szpetnćj sprawy." 

Ale natręctwo towarzyszów po piórze, rażący brak 
względności dla ociemniałego badacza, szły jeszcze dalój, 
bo aż do chęci wykierowania go na — kolportera... Że zaś 
nie przesadzamy, świadczą słowa z listu do Siemieńskiego, 
z dnia 16 kwietnia r. 1860: „Pisał do mnie onegdaj G., 
iż mi przysłać masz 500 (!!) biletów prenumeraty na jego 
pisma. Bój się Boga, nie czyń tego, Kochany Bracie. Zbie- 
raniem prenumeraty, ani cudzćj ani własnćj, nigdym się 
nie zajmował, a w dzisiejszym stanie kalectwa mego, kiedy 
nigdzie bywać nie mogę, i tylko tyle komunikacyi mam 
z ludźmi, ile ich do mnie zaglądnie czasem, obowiązek ta- 
ki stał mi się wręcz niepodobieństwem. Do tego za jakie 
trzy albo cztery tygodnie wyjadę na kilka miesięcy na wieś 
i rad będę nie wiedzieć nic o Lwowie i interesach księ- 
garskich. Ogłosiłem wprawdzie moje własną prenumeratę, 
ale zdawszy ją całkowicie na księgarzy i pisma, które sa- 
me z gotowością się oświadczyły, nie robię z niej przed- 
miotu osobistych zabiegów w kole znajomych i żadnemu 
z przyjaciół nie proponowałem ani biletu, ani kollektorstwa." 

Spuśćmy zasłonę na te objawy niedelikatności i nieu- 
szanowania dla znakomitego człowieka, choć było ich zna- 
cznie więcej, aby podążyć za nim na miejsce zwykłej wy- 
cieczki letnićj, do Korczyna. Pisze on ztąd 3 czerwca do 
Siemieńskiego: 

„Bazgrzę dziś do Ciebie na mojój tablicy z Korczyna 
w Stryjskiera— miejsca, o którem zapomniało wasze towa- 
rzystwo balneologiczne i które też wzajemnie zapomniało 
o ludziach i najpowszedniejszych potrzebach ludzkich, nie 
mówiąc już o wygodach a zwłaszcza umysłowych. Niebo 
tu dziwnie łagodne, powietrze górskie, żętyca dobra, ką- 
piele w Stryju wyborne, ale żadnego towarzystwa, dla mnie 
żadnych spacerósY, żadnego nawet sąsiada, coby trzymał 
gazetę. Jeśli więc przydał Ci się mój artykulik, tedy każ 
mi przez czerwiec i cały kwartał następny przysyłać Czas 
do Korczyna— ostatnia poczta Skole, a za powrotem do Lwo- 
wa odsłużę się nieco dłuższy m ar I ij kulikiem!'^ 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCIIY. 40l 

Pióro swoje oceniał Szajnocha tak skromnie, że za 
nadsyłanie krakowskiego dziennika, jak w późniejszym li- 
ście donosi, „gotów co roku odpłacić jakim artykułem lii- 
storycznym około arkusza druku." Te usilną, chęć posiadania 
gazety tłómaczy w następny sposób: ,,Przy coraz trudniej- 
szej komunikacyi między ślepcem a światem, czy to towa- 
rzyskim czy literackim, bardzo pożądana jest każda nitka, 
dająca świadomość tego, co człowieka zawsze obchodzi. 
Lubo więc niegłodny jestem polityki, wielce mi na rękę 
powtarzające się dość często nowości literackie i inne." 

Z pełnych goryczy dalszych słów listu widać, jak się 
zapatrywał na ówczesne polityczne i literackie dziennikar- 
stwo lwowskie, a zdanie to możnaby i dzisiaj podpisać co 
do joty: „^Yiesz już zapewne, że Kaczkowski podał o kon- 
cessyą na wielki dziennik polityczny z odcinkiem litera- 
ckim, pod szumną nazwą: Trybuna. Nasze swarliwa piśmi- 
dełka lwowskie, słyszę, mocno nosy pozwieszały. Nie spo- 
dziewam się przecież wielkich rzeczy po tej Trybunie. Stra- 
szny brak głów a w łych, które niby głowami są — rozumu. 
Zarozumiałość^ zuchostwo^ granie, na pokiask — oto icszystko. 
Nte wielki żal doprawdy^ że już nic nie widzę tej ko- 
medyi."" (1). 

Tryb życia w Korczynie kreśli Wildowl w niebardzo 
ponętnych barwach: „My uchwyciwszy tu jedyne wygodne 
pomieszkanie i nie utrapieni jeszcze dotąd zbyt wielkim 
niedostatkiem żywności a cierpliwie ulegli niezmiennym 
wyrokom słotnych niebios, pędzimy tu życie jakie takie, 
ciesząc się pociechą bujającego po dworze syna i widokiem 
znacznego polepszenia zdrowia niektórych znajomych i zna- 
jomiątek.^' 

Lubo w złem zdrowiu — oddawał się gorliwie litera- 
ckiej pracy: ,,Ja sam nie bardzo zdrów— ale nie prożen 
przyjemności pobytu ulubionego, zwłaszcza, gdy jak roku 



(1) Podobnie wyraża się w liście do Siemieńskiego z dniźl 7 
grudnia 1862: ,,Dwa ostatnie lata znacznie głupich głów przymnożyły, 
a nadcłiodzący Nowy Rok, daj Boże, aby szczęśliwszym był w tej 
mierze." 

Dzieła Karola Szajnochy T. X 26 



402 KLEMENS KANTECKI. 



zeszłego, tak i teraz, więcćj niemal pracuję tu, niż we 
Lwowie.'' 

Że kuracya w Korczynie nie przyczyniała się do po- 
lepszenia jego zdrowia, widać z następnych słów, wypowie- 
dzianych z rzewną,, jak zwykle, rezygnacyą: „W ciągu każ- 
dorocznego pobytu w Korczynie tracę znacznie na wzroku 
a tego lata ostatek straciłem i nic a nic już nie widzę. 
Wszakże od lat blisko dwudziestu zmierzając do tego kre- 
su, można się było jakoś oswoić. Toż przy Bożćj pomocy 
pociągniemy dalćj pociemku"... 

Cały niemal rok 1861 zajęła Szajnosze praca około 
now^ego wydania Jadwigi i Jagielłi/y wydania znakomicie 
dopełnionego i poprawionego. Miał ztąd autor tyle do czy- 
nienia, że późnićj, niż zwykle, mógł puścić się na letnią 
wycieczkę. Jeszcze 11 czerwca, kilkanaście dni przed wy- 
jazdem, pisze do Siemieńskiego ze Lwowa: „Tysiączne za- 
jęcia około wyprawienia w świat kończącego się właśnie 
drugiego tomu Jadwigi i wyprawienia siebie samego na 
\vieś, odejmują wszelką swobodę do pogadanki listowej.'^ 

Niezrównane to arcydzieło, jedyne w naszej literatu- 
rze historycznej, nie doznało ze strony bezmyślnego dzien- 
nikarstwa takiego przjgęcia, na jakie ze wszech miar za- 
sługiwało. Dla wskazania, z jak dalece niedowarzonemi 
krytykami się spotykało, dość powiedzieć, że jeden z prze- 
mądrych Arystarchów, przytoczywszy pierwsze zdanie książ- 
ki, zaczynające wspaniały obraz kraju tóm ujmującój pro- 
stoty zdaniem: „Świat zdawał się mniejszy'^ — zawyrokował 
poważnie, że styl autora suchy... a p. W. A. Maciejowski 
narzucał mu usilnie missyą popularyzowania historyi, tłó- 
macząc sobie nawet dość naiwnie, że Szajnocha urw^ał opo- 
wiadanie z początkiem XV wieku, bo do tej pory mógł się 
zasilać jego pracą... 

Wyszedł teraz tom pierwszy po raz drugi, ulepszony, 
pomnożony, uposażony tym przepysznym wstępem, który 
tak świetnie tłómaczy p. Maciejowskiemu i innym, dla cze- 
go dzieło nie doprowadzone do zgonu Jagiełły. Za granicą 
pojawienie się takiej publikacyi byłyby wszystkie dzienniki 
i przeglądy powitały jednogłośnym chórem — u nas towa- 
rzyszyło mu jednogłośne — milczenie. To też oburzony tćm 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCUY. 40 3 

badacz, na doniesienie p. Bernarda Kalickiego, że zwróci 
uwagę publiczności na wydane już dwa tomy, pisze z go- 
ryczą, lecz dziwnie trafnie i prawdziwie: ,,Na artykuł o dru- 
gim tomie Jadwigi ani dzwonić zachętą, ani hałasować 
z góry nie mogę. Rzecz to zwyczajna, nawet rzecz obo- 
wiązku dziennikarskiego, której zaniechaniem do dziś dnia 
dzienniki miejscowe nie tyle o książce mojśj, ile o sobie 
samych niekorzystnie wyrzekły. Bo już o tomie pierwszym 
godziło się było coś wspomnieć. Pan wiesz najlepiej, czym 
kiedykolwiek najmniejszą w tej mierze okazał pożądliwość^ 
czy w ogólności pragnę reklam; ale gniewa prawdziwie, że 
w naszój martwej atmosferze literackiej jedynie temu od- 
powie jakie takie echo, co się da traktować z miną pro- 
tekcyonalną, albo co do sprzeciwiania się i wybuchu żółci 
pobudza, albo co jakiekolwiek inne prywatne i osobiste 
wpływy ma za sobą lub przeciw sobie. Taki zaś wstęp do 
Jadwigi bywa mi przez literatów i nie literatów w listach 
i ustnie chwalony przesadnie jako rzecz zajmująca, trafna, 
odpowiednia porze obecnćj, a opinia literacka, jak głuche 
ściany studni, w którą wpadł kamień. Jakże dziwić sig 
w takim razie, że i autorowie i publiczność lekceważą so- 
bie nakoniec tę opinią, która nic z góry zdecydować nie 
umie, tylko za gotowym już sukcesem bieży z tyłu cie- 
lątkowato— jeśli się czasem nie podoba poszczekać z tyłu. 
Co Pola tak nieprzyjaźnie dla literatów i krytyki usposo 
biło? Oto najbardziej to, że się pierwej całego narodu stał 
ulubieńcem, nim opinia literacka słówkiem o nim pisnęła. 
Wiem to z własnych jego napomknień. Podobnież i całe 
pierwsze wj danie Jadwigi pierwćj się wyczerpało, nim się 
tu i owdzie z krótkiemi o nićj potrąceniami spotkałem"... 

Ktokolwiek znał Szajnochę, wie doskonale, że słowna 
powyższe nie wypłynęły z dotkniętćj miłości własnej, bo 
jej nie miał, bo nigdy nie okazy^Yał się, jak sam mówi, 
chciwym reklamy, a jak przyjmo\vał przesadne pochwały, 
okazuje list pisany również do pana Kalickiego, rokiem 
pierw^ćj: „A cóżto stało się Kółku rodzinnemu^ że mu nie 
zależące od redakcyi przeszkody zatamowały bieg numeru 
16go? Zacnym redaktorom pozdrowienie i korne dzięki za 
premium w numerze 15tym, w którym oprócz nadmiaru 



4u4 KLEMENS KANTECKL 



cudzysłowów, uderzył mnie prawie do krwi frazes oburza- 
jący chwalonego i innych: Dopiero Szajnocha... dopiero ten 
a teul... To raczćj innym dziennikom i recenzyom przysta- 
łoby do twarzy''... 

Lubo nadzwyczaj cierpiący — pisze bowiem 31 maja 
do Łepkowskiego: „głowa jeszcze jako tako się trzyma 
i ochota do pracy zawsze ta sama, ale reszta w anarchii" (1) 
n-^ kuracyą zjechał jednak nie prędzój, jak w lipcu— i to 
nie do Korczyna, jak zwykle, ale \w Samborskie do Starego 
miasta, w sąsiedztwie Smolnicy, siedziby wujowstwa, pań- 
stwa Jjoziuskich. Pisał wówczas do Siemieńskiego: „ta ku- 
racyą świeżego podkarpackiego powietrza dla mnie jest nie- 
stety ostatnią już możebną, dla mojej rodzinki dzięki Bogu 
jedyną dotąd potrzebą," a przypominał też nadsyłanie 
Czasu „tak pożądanego bawiącym na wsi przy tegorocznej 
niepogodzie w świecie Bożym i w świecie politycznym." 

Podczas tśj rezydencyi w Starem Mieście napisał do 
Wilda list bardzo ciekawy z humorystycznym wstępem: 
^.Geie^rcnkeil mac/d Diebe. lecz tvlko z Niemców, z Pola- 
kó»v okazya tern pamiętniejszych o sobie przyjaciół czyni. 
Dowodem tego list niniejszy. Zdarzo. mi się okazya do na- 
pisania listu, więc zamiast zbyć się kilku nudnych listów 
z intruzami, wolę odezwać się do Ciebie, lubo Ty właści- 
"wie powinienbyś odezwać się pierwej do mnie, mając od- 
powiedzieć mi na ów olbrzymi Ust o Szujskim (2). Ale nie 
chcę się wdawać z Tobą w rachunki, bo zapłaciłeś mi so- 
wicie za 30 arkuszy Szkicó/r, a nie ma ich tylko 28. '^ 

Następnie zapoznaje przyjaciela z samą okazya i opi- 
suje swój i „rodzinki^' swćj pobyt w Starem Mieście: 
„Wielki odpust w Pacławiu! w Pacławiu koło Dobromila, 
na cześć Wniebowzięcia N. Panny we czwartek. Od dni 



(1) Pod dniem 10 marca zaczyna list słowami: ,.Jestem w tej 
chwili tak cierpiącym fizycznie, iż nie umiem sobie poradzić inaczej, 
jak zabierając się do pisania"... a kończy go: „Dobrze w istocie zro- 
biłem, żem się wziął do pisania— jakiś dziwnie przykry ból reumaty- 
czny czy atrytyczny, ustąpił jak na zaklęcie, i bodaj nigdy nie 
■wrócił". . 

(2} Listu tego szukaliśmy nadaremnie. 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 405 



kilku roje pielgrzymów góralskich aż z tamtój strony Kar- 
pat ciągną poprzed iiaszemi oknami na Kalwaryą packiw- 
ską. Osobliwość różnojęzycznych i różnostrojnych Rusinów, 
spieszących na odpust polski, skłoniła mnie do zachęcenia 
kilku młodzieńców tutejszych, między którymi i mojego le- 
ktora Sośnickiego, w drogę na odpust za pielgrzymami, dla 
przypatrzenia się ciekawemu w swoim rodzaju widowisku. 
Gdy jednak lektor mój w tę naukową intencyą wchodzi, 
kucharka żony mojej z iutencyi pobożnej w też samą ru- 
szyła drogę— przez co pozbawiony pomocy i lektora i żo- 
ny, zmuszonej do^'iądać kuchni, pozostałem na dłuższy czas 
samotnym z moją tablicą do bazgrania — panem okazyi do 
nagryzmolenia kilku listów, z pomiędzy których najpowab- 
niejszym okazał się do Ciebie. A więc witaj! witajcie! jak 
się macie! daj Boże, aby lepiej, niż my! Bo z nas niewiele 
lato i pobyt wiejski mają pociechy. Tylko nasz malec uży- 
wa ogrodu i świeżego powietrza. Ja ani razu ani nawet 
siedzieć na dworze lub na ganku nie mogę a bezemnie 
i żona-przyczepa niełatwo do wychylenia za próg da si§ 
namówić. Trafiliśmy tu na mieszkanie bardzo porządne 
i dogodne dla zdrowych, ale nieprzydatne dla charłaka, jak 
ja — bo nic, tylko cień i cień wszędzie— cień i zmrok cią- 
gły od mnóstwa nie czyszczonych dokoła drze\^ — a ja za 
słońcem i suszą przepadam. Więc wyszedłszy na ganek ka- 
mienny i posiedziawszy kilka kwadransów w jego cieniu 
odwiecznym, wracam natychmiast z reumatyzmem do łóż- 
ka — a zabawiwszy cokolwiek dłużej w chłodnym jak pi- 
wnica, pokoju żony, uciekać muszę wpół skostniały do sie- 
bie, a u mnie dzięki ścianie, komunikującej z kuchnią^ 
ścianie porysowanej od gorąca tysiącem szpar, dym i swąd, 
jakby od najgorszego zagaru w zimie. Tak na ganku reu- 
matyzm, u żony jak w lodowni, u mnie katar i ból głowy 
od swędu, a na dworze słońce i pogoda, jak w raju— ale 
nie dla tych, co łazić nie są w stanie.^' 

Ezecz jasna, że w takich warunkach pobyt na wsi, 
zamiast pomagać— szkodził. To też jak dalece podupadłym 
fizycznie był już w lipcu r. 1862, widać z piśmiennej od- 
powiedzi, danej wówczas deputacyi studentów krakowskich, 
którzy pełni zapewne dobrych chęci, lecz nie bardzo stoso- 



406 KLEMENS KANTECKI. 

Wilie prosili schorzałego i ociemniałego historyka, aby się 
starał o docenturę na Jagiellońskiej wszechnicy. Piękna ta 
odpowiedź brzmiała wedle Łozińskiego, jak następuje: 

,,Kochani przyjaciele, wzywacie mnie, abym wam opo- 
wiadał dzieje ojczyste. Bóg widzi! chciałbym — nie mogę! 
Nie z braku chęci, lub innych względów — nie mogę, sił 
mi nie staje. Postradałem wzroku^ piersią ruchu^ wszystkie^ 
go, prócz serca do pracy, która dotąd jedyną, ulgą moją, 
celem jedynym. I dziś jeszcze bez światła, z ołówkiem 
w ręku, cudzą ręką źródła wertując, pracuję mozolnie 
i zwolna dalśj, i nie hetman, jak mi piszecie, ale szerego- 
wiec, postępuję jak mogę naprzód. Toż samo, kochani przy- 
jaciele, i wam też czynić, kierując się w pewnym względzie 
moim przykładem. 

„Tak mili bracia! jest pewne podobieństwo między 
nami. I mnie i wam brak światła. Mnie w moich źrenicach 
ociemniałych, wam na waszój katedrze jagiellońskiej, któ- 
rąbyście chcieli ozdobić jakiem imieniem upodobanśm, ja- 
kiemś rzeczy wistem, czy urojonem światłem wyższego rzędu. 

„I błogo zaiste źrenicom bogatym w światło, i kate- 
drom wielkimi imionami promieniejącym! Ale jak moim 
oczom zgasło już światło słoneczne, tak i uczonym kate- 
drom naszym trudno o większe światło — niepodobna by 
było zajaśnieć wszystkim równie promienno. 

„Razem więc ze mną bez słońca, przy jakim takim 
kaganku pracującym, zabierzcie się i wy przyjaciele do 
pracy o własnych przedewszystkiem siłach, korzystając 
z każdej pomocy, jaka w położeniu naszem znaleźć się 
może. 

„Prawda dostepniejsza wszystkim, niż wam się zdaje. 
Nie potrzeba jej koniecznie głośnych imion, świetnych po- 
glądów, błyskotliwych ogólników. Mieści się ona głównie 
w zdarzeniach, szczegółach, a te przy pracy wszystkim 
przystępne. Praca przyniosła mi zaszczyt dzisiejszych od- 
wiedzin waszych. Słowami błogosławieństwa do tej pracy 
żegnam was, kochani przyjaciele w kalectwie mojem. Wasz 
brat i przyjaciel.^' 



XVI 



z każdym dniem odtąd zwiększała się niemoc Szaj- 
nochy i wzmagały się cierpienia. W r. 1863, zabronili mu 
lekarze puszczać się na doroczną wycieczkę w górskie oko- 
lice. Mimo to nie przestawał pracować — pracować z dawną 
gorliwością i energią. Od pierwszych miesięcy roku 1862 
podjął na nowo studya nad zaniechanemi dawnićj Dwoma 
latamy pod dniem bowiem 3 maja pisze do Siemieńskiego: 
,, Dłubię nad pracą obszerniejszą, która oddawna z przymu- 
su odkładana, doczekała się wreście nieco swobody i żywo 
mnie dziś zajmuje.'^ 

Naukowe to zajęcie pochłaniało wówczas całą jego 
uw^agę. Mało się nawet z kim widywał, jak sam mówi: „Co 
inni robią, co w ogólności nowego w naszym tu świecie^ 
nie wiem, bo u nikogo i nigdzie bywać nie mogąc, obcy 
jestem wszelkim nowościom. Nawet z Bielo wskim nie wi- 
działem się już od kilku miesięcy." 

W pracy nad Dwoma latami z powodu wypadków 
krajowych więcej, niż kiedykolwiek, doznawał przerw krót- 
szych i dłuższych, o czem często wspomina. I tak 22 kwie- 
tnia r. 1862, donosi Siemień skiemu, że mu zamknięto le- 
ktora do aresztu „ponieważ śpiewał w kościele^' — potem 
nastąpiły ferye świąteczne „z podobnąż przerwą czytania 
€udzem okiem, zwłaszcza łaciny". Smutne to położenie na- 
suwa mu szyderczą uwagę: ,, Pozostało mi, jak memu pię- 
cioletniemu synowi, tylko pisanie — bo „pisać nie wielka 
rzecz'', mawia on na zapytanie, czy umie pisać. „Tylko 
przeczytać tego nie umiem, co napiszę"— dodaje. 



40S KLEMENS KANTECKI. 



W kilka miesięcy później, w porze jesiennej dał dobrą 
radę profesorowi Małeckiemu. Znakomity ten pisarz, we- 
zwany przez margrabiego Wielopolskiego na katedrę litera- 
tury do Warszawskiej szkoły głównój, gotów już był porzu- 
cić uniwersytet lwowski. Szajnocha dowiedziawszy się o tóm, 
napisał don piękny, szkoda, że zagubiony list, w którym W7- 
rażajac żal z powodu zamierzonego ustąpienia tak niepo- 
spolitej siły naukowej ze Lwowa, starał się odwieść go od 
zamysłu i zapowiadał, że nie WTÓży mu szczęścia w War- 
szawie, bo miasto to zwodnicze, nie darmo ma w herbie 
syrenę... 

Wkrótce okazały W7padki, jak zdrowa była przestro- 
ga i jak przykrego zawodu doznali ci, co posłuchali syre- 
niego głosu... Małeckiego wprawdzie inne względy skłoniły 
do pozostania na miejscu, niemniej przeto Szajnocha pierw- 
szy zachwiał silnem wpierw postanowieniem. 

Pod koniec lutego następnego roku pisze do p. Józe- 
fa Łozińskiego, kustosza biblioteki Włodzimierza hr. Dzie- 
duszyckiego, łącząc żart z goryczą: „Odsełam z podzięko- 
waniem Piaseckiego, a proszę natomiast o Klimaktery Ko- 
chowskiego. Przy czem racz Pan wybaczyć, że oddanie 
kroniki X. biskupa przemyskiego powierzam posłańcowi 
w spódnicy. Czynię to z musu, gdyż mój były lektor w nie- 
woli, niestety tylko w koszarach, podobno na Żółkiewskiem, 
gdzie zbiera materyały do Historyi wyprawy nowego Czar- 
nieckiego — wprawdzie nie morskiej, lecz zawsze takiej, któ- 
raby mu na sucho ujść nie powinna. Dawny Czarniecki 
przeczuł swego następcę, ciesząc się, iż mu Bóg nie dał sy- 
na, bo byłby pewnie ciemięgą! Nasz Czarniecki przewyż- 
szył jego oczekiwania. Na szczęście jednak nie Czarniecki- 
to, lecz Czarnecki, co wcale innćm nazwiskiem." 

W kilka tygodni później (15 marca) w chwili lepszego 
humoru obdarza prof. Zepkowskiego nader pięknym listem: 
„Po owym tak miłym mi do tej chwili trójliście wielkopol- 
skim od Ciebie, żony Twojej i teścia (Karola Libelta), nie 
zgłosiłem się dotąd żadnem słowem wzajemności. Nie uczy- 
niłem tego natychmiast, wątpiąc, żebyś jeszcze w tśm sa- 
mem bawił miejscu, a dokądbyś się ztamtąd miał udać, 
także wiedzieć nie mogłem. Nadto i ja wyjeżdżałem wtedy 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 409 

na czas dłuższy ze Lwowa, a tak rozminęły się drogi na- 
szój majowej korespondencyi. Dziś bliska uroczystość św. 
Józefa i położenie Wasze nad brzegiem tego morza, które 
tak obficie krwią płynie, zachęciły do winnego Wam słowa. 
Przyjmcie więc radzi nieradzi słowo najżyczliwszej pamięci 
naszój, a Ty w szczególności życzenie wszelkich łask i po- 
wodzeń, jakie tylko dać może imionnikom swym św. Józef. 
A toćto cieśla, mąż od warstatu: zkąd dziś tyle wróżb bło- 
gich, tyle nadziei. Niechże i Tobie i nam wszystkim po- 
szczęści i wyciosa z swoją czeladzią dom trwały, acz dre- 
wniany i trwalszy z czasem od onego starożytnego modrze- 
wia i pełniejszy błogosławieństwa wewnątrz, niż wiele domów 
z ciosu i pałaców książęcych. Ale ja tu bezwładny, bezu- 
żyteczny niedołęga igraszce słówek folguję, a Wam do uszu 
może echo gromów armatnich bije. Ha! Bóg z Wami i z na- 
mi w każdej dobie.^' 

W chwili, gdy był zajęty redakcyą drugiego tomu 
Dwóch lat^ wyszła staraniem krakowskiego towarzystwa na- 
ukowego, a pod kierunkiem Z. A. Helcia, tak zwana Księga 
pamiętnicza J, Michałowskiego czyli zbiór i listów i doku- 
mentów z epoki, nad którą właśnie- pracował Szajnocha. To 
tóż z w^łaściwą sobie sumiennością przerwał swoje dzieło, 
dla prze wertowania krakowskiej publikacyi. 

Ow^ocem tego wertowania był znany Przegląd hrijUj- 
czny, wydany z druku w marcu r. 1865. Wspominając o nim, 
dotykam kwestyi wielce drażliwej, której poruszenie dziś 
jeszcze, gdy obadwaj przeciwnicy nie żyją, gotowo wydobyć 
iskry z pod popiołów... 

Nie myślimy całej sprawy wytaczać na nowo przed 
kratki; nie myślimy stawać bezwarunkowo po jednej, ani 
tćż po drugiej stronie. Nie roznamiętnieni zapałem walki, 
spoglądamy na nią chłodno i bezuprzedzenia, żałując tylko, 
że ją toczyli ludzie stojący nad grobem, fizyczni Łazarze 
i męczennicy; postaramy się też wypowiedzieć o tym zatar- 
gu zdanie o ile możności bezstronne. 

Przyznajemy, że Przegląd krytyczny^ napisany w to- 
nie zbyt ostrym, zdradzającym stan chorobliwy; lecz obsta- 
jemy przy tem, że go natchnęła najszczersza miłość nauki 
i prawdy, że nadto zarzuty w nim czynione, z bardzo nie- 



410 KLEMENS KANTECKI. 

znacznym wyjątkiem, słuszne i sprawiedliwe. Przyszliśmy 
do tego przekonania po dojrzałćm rozważeniu sprawy, po 
uważnśm odczytaniu książki Helcia, grzeszącej nie tylko 
większą, niż Przegląda szorstkością tonu, lecz nadto pełnej 
osobistych obelg, od których tenże zupełnie wolny... Kra- 
kowski uczony śmiał pisarzowi znanemu ze szlachetnego 
charakteru wyrzucać „obłudę aż do cynizmu posuniętą'^ 
wiedząc o jego chorobie, nazywać Przegląd „płodem nie- 
szczęsnćj jakićjś maligny", mówić ,.o konwulsyjnem miota- 
niu się w ukropie własnych namiętności" i t. p., w odwet 
za udowodnienie, że „nie historyk pracował nad wydaniem 
Księgi pami^lniczej, lecz jakiś w swoim własnym, nie histo- 
rycznym zawodzie mistrz..,'''' 

Nikt bezstronny nie zdoła obronić Księgi pamiętniczej 
od zarzutu wielkiój niedbałości, która się objawiła nie tyl- 
ko w przedrukowywaniu rzeczy kilkakrotnie nawet wyda- 
nych, lecz także w wysoce niekrytycznym sposobie ogła- 
szania dokumentów. Kie są-to doprawdy wykroczenia dro- 
bne; to też bądź co bądź zasługiwały na skarcenie... 

Helcel w chorobie nie mogąc dopilnować roboty, po- 
sługiwał się studentami, nieobeznanymi z przedmiotem, sam 
wreście z zawodu uczony badacz prawa polskiego, znał 
przy tem bez porównania lepiej wiek XIV. niż XVII. Są- 
dził on, że przy publikowaniu dokumentów z tej epoki mo- 
żna być mniej skrupulatnym, a dowiódł tego, drukując przy 
dobrom jeszcze zdrowiu i osobiście korespondencyą Jana 
III.; gdyż mając wówczas w pobliżu, bo we Wrocławiu, ory- 
ginały, przewiezione później do Berlina, wolał, wygodniej- 
szą idąc drogą, wydać je z kopii Bandtkiego, sporządzo- 
nych przed pół wiekiem, więc w porze, gdy jeszcze o kry- 
tycznych edycyach bardzo słabe miano pojęcie, a sam zacny 
Jerzy Samuel nie grzeszył umiejętną metodą vv badaniu, 
ani krytycznością... A jakaż nadto bałamutność urosła 
ztąd, że, gdy Bandtkie spisywał listy na luźnych kartach, 
często poginęły środki, początki albo końce tychże listów 
lub zostały pomieszczone na niewłaściwych miejscach. 

Helcel zresztą sam się osądził, wyznając w swoim 
pamflecie, że „krytycznego wydania nie zamierzyło Towa- 
rzystwo krakowskie, takiego też wydania nie byłby się 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 41 1 

nigdy podjął..." tłómacząc się dalćj brzmieniem swćj przed- 
mowy do Księgi, gdzie powiedział, że opjłoszone tu doku- 
menta ,Jrj/c się zdaje, nie są jeszcze w żadnem innóm źródle 
ogłoszone." 

Szajnocha, sam sumienny, oburzony niesumiennością 
wydania ważnej i kosztownej publikacyi, zbyt mocny -wy- 
raz dał swemu uczuciu — lecz nie zasługiwał na wytoczone 
przeciw sobie zarzuty i podejrzenia. 

Nieszczęsnym składem okoliczności, jak gdyby za spra- 
wą jakiejś klątwy, działo się i dotąd dzieje, że pomiędzy 
wschodnią a zachodnią Galicyą, między Lwowem a Krako- 
wem — położona jest tradycyjna nieprzyjaźń, niewytłóma- 
czona dla mieszkańców innych prowincyi Polski. Przy każ- 
dśj sposobności występuje na jaw ta przykra zaściankowość 
i parafiańszczyzna, ponad którą trudno się wznieść ciasnym 
umysłom. I w kroku Szajnochy dopatrywano szykany, za- 
machu, najazdu wschodniej części kraju na zachodnią — 
lubo jeśli kto, tedy on dalekim był od podobnego mało- 
dusznego zasklepienia się w prowincyonalnych antypatyach. 
Z jakiego stanowiska patrzyły na rzecz matadory nauko- 
wego towarzystwa krakowskiego, widać ze słów Siemień- 
skiego, pisanych do Bielowskiego, „Poczciwy Majer ogro- 
mnie zgryziony. Powiada on: teraz, kiedy towarzystwo tak 
ivystawione na dudków, nikt nie będzie robił ofiar, ani do 
muzeam ani do biblioteki^''.,. 

Sam szanoNYuy prezes mówi w liście publicznym do 
Szajnochy: „Krytyka Twoja stała się hasłem zionienia na 
całe towarzystwo publicznie zniewagą..." 

A więc chodziło o praktyczną stronę rzeczy a krytyka 
nie dlatego zasługiwała na potępienie, że była niesprawie- 
dliwą, ale że szkodziła interesom towarzystwa. Ztąd padają 
na Szajnochę najniewłaściwsze insynuacye. Nie wahano się 
podejrzywać go o „zazdrość" i „podbechtanie^"! Niedorze- 
czne te zarzuty znajdują najlepszą odprawę w liście Szaj- 
nochy do Bielowskiego: ,,Co do zazdrości i podbechtania, 
o czćm pisze L., wszakżeż sam mówi, iż mam wyższość nad 
Helclem — czegóż miałbym mu więc zazdrościć? A pod- 
bechtywanie mnie przez kogoś tak sprzeciwia się mojej 



412 KLEMENS KANTECKI. 



Daturze, że chyba trzeba muie nie znać, aby mnie o mo- 
żność podbechtywauia przez kogoś posądzić." 

„Nie znasz mnie, kochany przyjacielu — pisze do .in- 
nego ze swych znajomych — przypuszczając, jakobym dał si§ 
komukolwiek podbechtać — niepodobna to samowolności mo- 
jej w każdym wypadku''... 

Kajszczersza-to prawda — Szajnocha zawsze i wszędzie 
dawał tyle dowodów samodzielności, że zarzut podobny 
sam przez się upada. Gdyby jeszcze potrzeba było wyka- 
zywać, że względem towarzystwa krakowskiego nie żywił 
złych zamiarów, wystarczałoby przytoczenie faktu, że pier- 
wotnie nie miał zamiaru ogłaszania drukiem swej krytyki; 
napisawszy ją tylko z miłości dla prawdy i na użytek to- 
warzystwa wysłał rękopis na ręce jednego z jego człon- 
ków dla przedłożenia jej wydawcom i nakłonienia ich do 
wycofania z handlu publikacyi, ubliżającej sławie polskićj 
nauki. Pod prasę oddał ją wtedy dopiero, gdy uczeni kra- 
kowscy otoczywszy się chmurą olimpijskiego milczenia, nad 
objawem jego dobrych chęci przeszli do porządku dzien- 
nego... 

Aż do roku 1865 mimo wszelkie dolegliwości fizyczne, 
oddawał się Szajnocha, jak wiemy, nieustającej pracy. 
W jaki sposób to czynił, jakim trybem płynęło życie ocie- 
mniałemu i schorzałemu? oto pytania nasuwające się mi- 
mowoli myślącemu czytelnikowi. Odpowiedział na to w ma- 
ło znanym Dzienni/m literackim w r. 1868 Władysław Ło- 
ziński, który niejedną chwilę spędził ze znakomitym histo- 
rykiem. Dla tego też nie możemy lepiej odpowiedzieć na 
powyższe pytania, jak przytaczając jego słowa: 

„Po zupełnej nawet utracie wzroku Szajnocha pisał 
sam ciągle. W tym celu posługiwał się dość prostym przy- 
rządem. Była to tablica nie duża, ujęta z trzech stron 
w nizkie wystające ramki. Na dnie tej tabliczki kładł się 
arkusz białego papieru, a papier ten pokrywał się dre- 
wnianemi linijkami o szerokości odstępu, jaki się zwykle 
robi w manuskrypcie między wierszem a wierszem. Gdy 
linijki te ułożone były jedna obok drugićj, tak że cały 
papier pokryty był niemi, wówczas odrzucał Szajnocha 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCIIY. 413 

pierwszą linijkę z wierzchu i na odkrytym tym sposobem 
pasku papieru pisał prosto i równo. Po napisaniu całego 
pierwszego wiersza, odrzucał drugą linijkę i pisał wzdłuż 
trzeciej i tak aż do końca. 

Tym sposobem napisał Szajnocha Mściciela, Dwa lala 
dziejów naszych i wiele mniejszych szkiców historycznych. 
Manuskrypt jego był czytelnym, dukt pisma pewny i cha- 
rakterystyczny. Tylko czasami zdarzało się spotkać literę 
napisaną na literze, słowo na słowie, gdyż tu już nie miała 
dłoń ociemniałego pisarza, żadnego przewodnika. Tak wy- 
gotow^any manuskrypt odczytyw^ano mu powtórnie, a po 
zrobieniu potrzebnych poprawek^ po docyfrowaniu niektó- 
rych z powyższego właśnie powodu nieczytelnych słów, od- 
dawano go do przepisania. 

Z wyjątkiem chwil obiadowych i spacerowych, i kilku 
godzin wieczornych, spędzanych w gronie odwiedzających 
go przyjaciół, Szajaocha pracował dzień cały, a czasem 
i przez znaczną część nocy, która dla bezsennego a ocie- 
mniałego, nie różniła się niczem od dnia jasnego. Budził 
się bardzo rano i biorąc zaraz leżącą obok łóżka tabliczkę, 
pisał. Następnie ubrawszy się, pracował z lektorem, z którym 
spędzał z rana trzy godziny i popołudniu tyleż. Praca z lekto- 
rem wypełnioną była odczytywaniem potrzebnych materya- 
łów historycznych wyszukiwaniem dat, wertowaniem źródeł. 

Kto miał sposobność pracowania tym sposobem z Szaj- 
nocha, zdumiewać się musiał nad jego ogromną pamięcią, 
nad bystrością umysłu. Ileż to razy on ociemniały, prosto- 
wał pomyłki zdrowych oczu swego pomocnika! Pamięć cyfr 
chronologicznych, nazwisk, szczegółów i dat, często naj- 
drobniejszych, a nawet pamięć lokalna stronnic lub ustę- 
pów książek i rękopiśmiennych foliałów, które miał w rę- 
ku, władając jeszcze wzrokiem, nie opuściła go prawie do 
końca życia. 

Zebrawszy tak za pomocą lektora potrzebne mate- 
ryały, pisał potem przez tyleż godzin, ile pracował z le- 
ktorem — pracował więc razem przez dwanaście i więcej go- 
dzin dziennie. Wyjątki stanowiły tylko dnie, w których 
cierpienia więcćj mu dokuczały. W ostatnich dwóch latach 
pracowoł już bardzo mało, prawie wcale nie. 



414 KLEMENS KANTECKI. 



Było to celem ubiegau się młodzieży akademickić]V 
aby otrzymać posadę lektora przy Szajnosze. Wielu mło- 
dych naszych pisarzy, zawdzięcza mu pierwszą zachętę do 
dzisiejszego swego zawodu, życzliwą, pomoc przy początko- 
wych krokach. Było to bowiem także jedną z zalet osobi- 
stych Szajnochy, że jak nie popadał nigdy na wzór innych 
uczonych w jednostronność i z żywym udziałem zajmował 
się każdym objawem na innych polach piśmiennictwa, tak 
też nie osłaniał się nigdy odtrącającą dumą, choć do nićj 
załugami i Wysokiem stanowiskiem tyle miał prawa, nie 
odgradzał się od młodszych nieprzystępnością. Ś. p. Wa- 
lery Łoziński, ś. p. M. Romanowski, Lucyan Tatomir, Ber- 
nard Kalicki i inni młodzi literaci doznawali takiej mo- 
ralnćj pomocy od Szajnochy, nie mówiąc już o innych 
starszych pisarzach, którzy często zasilali się w swych li- 
terackich przedsiębiorstwach wytrawnym jego sądem i przy- 
jacielskiemi radami. 

W ostatnich czasach Szajnocha nie mógł już pisać. 
Ciężka niemoc, która ubezwładniła mu przedtśm nogi, unie- 
możliwiając wszelki ruch swobodniejszy, odjęła mu także 
władzę ramion, tak że z trudnością poruszał ołówkiem 
po papierze, kreśląc już tylko nieczytelne hieroglify. 

Przedtóm, kiedy jeszcze więcej sił posiadał, ociemnie- 
nie nie przeszkadzało mu spełniać samemu niektórych co- 
dziennych drobnych czynności. Ubierał się sam zawsze bez 
wszelkiej pomocy, a obznajomiwszy się z kształtem swego 
pokoju i rozkładem sprzętów, sam wyszukiwał sobie zawsze 
potrzebny przedmiot. Nie lubił, jeśli mu kto z przesadnćj 
chęci przysługi usiłował pomódz w takim razie, gdyż zwy- 
kle bałamuciło to tylko bardziej ociemniałego. Dobrym 
przewodnikiem była mu laska. Do tej swój laski, która 
mu służyła od czasu ociemnienia, przywiązany był Szajno- 
cha jak Beranger do swój starćj kapoty. Przypominamy 
sobie, jak mocno żałował tćj wiernój swćj towarzyszki, gdy 
raz na przejażdżce wypadłszy z powozu, zginęła bezpo- 
wrotnie"... 

Ostatnie dwa lata życia Szajnochy nie przedstawiają 
ciekawych rysów dla biografa. Ze smutkiem przychodzi 
wspominać o klęsce, jaka spotkała ten świetny umysł, roz- 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 415 



przężony w końcu i zgnębiony fizycznemi cierpieniami. Od 
maja r. 1865 była to już tylko ruina wspaniałego do nie- 
dawna gmachu. „Osłabienie umysłu — mówi Zawadzki — 
wzmagało się wraz z niemocą, paraliżującą, zwolna cały 
organizm. Używał ciągle jeszcze dawnym zwyczajom le- 
ktora, kazał sobie czytać, dyktował, zdawało mu się, że 
pracuje, ale była to już tylko bezowocna zabawka upa- 
dłego umysłu.** 

O jakich pracach marzył w owej porze, wskazuje list 
pisany do Bielowskiego 19 kwietnia r. 1866. Donosi w nim, 
że przystępuje do rozprawy historycznej p. n. Wojna 
szwedzka od r. 1655 do oliicskiego pokoju, ,,Ma to być 
opowiadanie historyczne, głównie według źródeł drugiego 
tomu Klimakterów Kochowskiego." 

Wzdychał też do dalszego ciągu opowiadań o królu 
Janie III, o czem świadczy następny wyjątek z listu do 
Ujejskiego (20 lutego 1865 r.) zdradzający już osłabienie 
władz umysłowych, a zawiłością stylu odbijający niekorzy- 
stnie od dawniejszych pism Szajnochy: „Przyjm życzliwćm 
sercem upominek spóźniony (Iszy tom Diiocli Lat) po któ- 
rym pragnę jak najprędzej uporać się z drugim rokiem 
1848mym, aby po nim natychmiast od Mściciela przystąpić 
do Pokusy^ oczywiście „najdroższej Marysieńki," kuszącej 
go z Paryża do przyjęcia marszałkostw^a pod Ludwikiem 
XIV. i pozostania na zawsze we Francyi, na co z kochanka 
i birbanta bohater, odpowiada ,, Pokusie" pierwszćm wiel- 
kiem, owszem ledwie nie największćm, za swoje własne 
pieniądze wywalczonem, na zawsze w Polsce zatrzymują- 
cem go zwycięztwie Podhajeckira. „Marysieńka" musi rada 
nie rada z nowonarodzonym w Paryżu Jakóbkiem wrócić 
do Polski, a lubo za dług na wydatki wojenne u najgło- 
śniejszego na sejmie po Radziejowskim gardłacza zaciągnio- 
ny, a za niewypłacenie na termin długu uzyskaną przez 
gardłacza trybunalską ukarany banicyą, która mu nie ze- 
zwala zdać sprawę na sejmie ze swego tryumfu podhajec- 
kiego. zwycięża nakoniec bohater i banicyą i sroższą od 
niój „Pokusę," torując sobie drogą Podhajecką a bramą 
Żwaniecką blizki wstęp do tronu własnej ojczyzny." 

Dzień 10 stycznia r. 1868 spełnił to, czego się oba- 



416 KLEMENS KANTECKI. 

wiano od dawna. Wielki historyk umarł (1) opatrzony Sa- 
kranientanu przez X. prałata Seweryna Morawskiego, który 
od lat kilku był jego stałym spowiednikiem. Pogrzeb miał 
królewski. Uczestniczył w nim arcybiskup a za trumną 
szedł wielotysięczny tłum ludności — przedstawiciele wszy- 
stkich warstw, zawodów, wyznań i stronnictw, składając 
hołd charakterowi i pracy; nad grobem przemówił krótko, 
lecz serdecznie druh nieboszczyka, August Bielo wski. 
Wpierw w kościele Bernardynów pięknie i z zapałem mó- 
wił o człowieku i pisarzu, wymowny Karmelita, X. Marcin 
Czerwiński. Wskazywał on, że ,,z Szajnocha runął jeden 
z konarów tego drzewa chwały, które liście swe rozto- 
czyło nad ojczyzną, wypadł jeden z najświetniejszych klej- 
notów z korony duchowej'' — że hasłem jego w życiu była 
,, praca i poświęcenie" — że „stał wyżej ponad codzienne nie- 
snaski, a najzaciętsi przeciwnicy godzili się w szacunku 
ku niemu." 

Staraniem i kosztem stroskanćj wdowy stanął na ły- 
czakowskim cmętarzu piękny pomnik, którego historya 
długa, dramatyczna, ale smutna; wdzięczność narodu 
wystawiła mu pomnik, trwalszy od marmurów i od spi- 
żów: fundacyą imienia Szajnochy — a chwała jego brzmieć 
będzie od pokolenia do pokolenia, dopóki mowy polskiśj 
stanie, lubo nie ogranicza się na sarnę Polskę, już go bo- 
wiem zaczynają znać Rossyanie, Francuzi i Niemcy (2). 



(1) W kamienicy, w której przez dłuższy przeciąg czasu mieszkał 
i umarł (przy ul. Wałowej pod nr. 31), godziłoby się umieścić tablicę 
^e stosownym napisem. 

(2) Tłómaczyłi niektóre opowiadania Szajnochy: Panna de Saint- 
Aulaire, Smolera. Szostakiewicz i inni. 



XVII. 



Skończyłem opowieść o żywocie Szajnochy, którą jesz- 
cze tylko na zakończenie wypadnie uzupełnić kilku chara- 
ktery stycznemi rysami, jakkolwiek w ciągu całej pracy mia- 
łem sposobność przytoczyć niejeden szczegół, uwydatniający 
ten piękny i niezwykły charakter. Pragnąc rzecz moje wy- 
stawić w jak najprawdziwszćm świetle, przyszło powiedzieć 
to i owo, co się nie spodoba pewnym ludziom i pewnym 
koteryom. Uważałem jednak za właściwe stać wiernie przy 
starożytnej zasadzie: Nihil ad milgi opinionem — omma ad 
ronscienfiam—choćhj mnie za to pewne ,,swarliwe piśmi- 
dełka'* tradycyjnym obyczajem, miały obrzucić błotem. 
Tśm więcśj zaś mniemałem obowiązkiem moim nie oglą- 
dać się na żadne uboczne względy, że u nas z małym wy- 
jątkiem zdarzają się tylko dwa rodzaje ludzi: albo samo- 
zwańczy dyktatorowie, indywidua zuchwałe, za nic sobie 
ważące wszelką przyzwoitość i uczciwość, pozbawione wszel- 
kiego hamulca, w obelgach i oszczerstwach nie znające 
granic— albo też bojaźliwi i ostrożni, bezwzględni miło- 
śnicy spokoju za jakąbądź cenę, co w drażliwym wypadku 
gotowi raczej na wzór Tuliusza Hostyliusza wybudować 
świątynię Bladości i Trwodze, niż stanąć odważnie po stro- 
nie sponiewieranśj słuszności. 

Prawda^ że taki tryb postępowania najwygodniejszy 
i najbezpieczniejszy dla jednostek — prawda, że kto schlebia 
królowej Opinii^ a przynajmniej nie narazi się tym, co 

Dzieła Karola Szajnochy T. X^ 27. 



418 KLEMENS KANTECia. 



trzymajij; lejce jej rydwanu, będzie płużył w niczem nie 
zamąconym spokoju, wśród hucznych poklasków i woni 
kadzideł... 

Szajnocha nie należał do ludzi, którzyby taką, ofiara 
chcieli okupować wziętość, dla tego tśż godzi się i biogra- 
fowi naśladować go w tym względzie. Widzieliśmy, że nie 
łaknął łatwych pochwał, ani tanirgo rozgłosu, że mówił 
społeczeństwu gorzką prawdę i prawdą tylko a pracą szedł 
przez świat. Że zaś nie sprzeniewierzył sio nigdy tej pię- 
knej zasadzie, dowodzi fakt następujący. Kiedy Lechkki 
począteii Polski spotkał się z bardzo surową i bezwzględną 
krytyką, a jeden tylko prof. Łepkowski stanął publicznie 
po stronie autora, chociaż prywatnie wielu się z nim zga- 
dzało, (1) zdawałoby się, że zaczepionemu przez wszystkich 
Zoilów, będzie wielce pożądanym każdy sprzymierzeniec. 
W tej myśli donosi mu Lepkowski, że znany, lecz na wskroś 
tendencyjny historyk zamierza skruszyć kopią w obronie 
jego tezy, na co jednak odbiera następną arcy-charaktery- 
styczną odpowiedź: ,, Zdanie Sch. chyba rozgniewać może; 
żyję z Sch. w przyjaźni, i cenię go jako człowieka dobrej 
wiary, ale o uczoność jemu samemu nie chodzi, a z su- 
miennością w ciągłych załepkach uprzedzenie. Sam też 



(1) Pod dniem 7 maja 1859 roku odpowiada na przesłane sobie 
vr rękopisie pismo przyjaciela: „Byłem przygotowany na zdania potę- 
j)iające— sądu tak przychylnego nie spodziewałem się dzisiaj. Zdarzało 
jai się wprawdzie dość często, iż ludzie naukowi a nawet gorliwi pa- 
tryoci, zgadzali się w bardzo gorących wyrazach na moje twierdzenia 
historyczne, lecz działo się to tylko ustnie, poufnie— publicznie niktby 
z tern odezwać się nie poważył. Ty pierwszy zgadzasz się ze mną na 
piśmie i pozwalasz podać to zdanie do wiadomości powszechnej. Dzię- 
kuję Ci za to serdecznie jako przyjaciel i kolega, ale nie mogę korzystać 
z Twojej odwagi i życzliwości. Postanowiłem zachować się całkiem neu- 
tralnie w tej sprawie, nie odpowiadam na najjednostronniejsze re- 
cenzye — z literatem , który w trzech różnych dziennikach szar- 
pał książkę moje, żyję w przyjaznem porozumieniu, milczałbym nawet 
na insynuacje potwarcze, nie mogę więc wywoływać prywatnie głosów 
pochwalnych...." Lepkowski wydrukował później zdanie swoje o Le- 
chichlm początku FoJski w broszurze 2'ra.hjcyach narodowych^'. 



ŻYWOT KAIIOLA SZAJNOCIiy. 4i9 

Sch. jawnie wyznaje, że nauka jest mu jedynie środkiem. 
W takim razie o ]vaźdej rzeczy wydaje sąd z góry, mnie- 
mający się ostatecznym, skoro sobie samemu i swoim spól- 
wiercom zadość uczynił../' 

Znaną jest sumienność Szajnochy i skrupulatność w na- 
ukowych pracach. Dając w Jadańdze i Jagielle pełny 
i wszechstronny obraz epoki, nie o wszystkióm mógł sądzić 
jako śpecyalista, mianowicie w zakresie archeologicznych 
zabytków sztuki wypadło niekiedy pójść za zdaniem obcćm, 
np. zasłużonego w tym kierunku Rastawieckiego, ale spra- 
w^iało mu to zawsze niewymowną przykrość. To tćż na 
propozycyą jednego z przyjaciół, aby drugie wydanie Ja- 
dwigi uposażył wstępem o architekturze z czasów Jagiel- 
lońskich, odpowiada z niechęcią: „Już i tak wiele rzeczy 
napchałera do mojćj książki, o których nie mam wiadomo- 
ści fachowych, a które we dnie i w nocy sumienie mi nie- 
pokoją; na cóż większym ciężarem obarczać duszę?" 

Zbytecznem zapewne po tem wszystkiem, cośmy już 
powiedzieli, byłoby rozwodzić się nad skromnością Szajnochy. 
Dodamy więc tylko, że ten niezrównany stylista nazywał 
Bielo wskiego swym „nauczycielem w stylu historycznym'' , 
że w roku 1853 pisał o Jadwidze i Jagielle-, „na wszelki 
wypadek jest próba obecna, boć zawsze jeszcze czuję się 
w epoce próbowania się, nierównie dojrzalszą i lepszą od 
])oprzednich'' — a w tymże czasie odpowiadał na gorące uzna- 
nie Przeździeckiego: 

,, Umiem ja wprawdzie i w uzyskanćm teraz pomyśl- 
nem zdaniu pańskiem wyróżnić rozsądnie, co w nićm ży- 
czliwćj pobłażliwości, a co rzeczywistej prawdzie należy; 
przecież bądź jak bądź, nie potępiasz Pan zupełnie prac 
moich, a ja Pana za to upewniam, że równie czuję obecnie 
ich niedostatek i z wszelką usiłnością, jedyną zaletą moją 
pragnę i staram się zasłużyć kiedyś w istocie na to, czem 
dotąd Pan i inni w zachętę mnie obdarzacie." 

Do polemiki nie był pochopnym, a tak mało dbał 
o zarzuty niesłuszne, że nie dawał się wyciągać w szranki, 
choć mógł stoczyć bój zwycięzki. Na w^ezwania w tej mie- 
rze odpowiadał nieraz: „taki bałamut, że czasu szkoda'" 



42 , KLKMENS KANTECKI. 



a na zachętę Siemieńskiego, aby dał odprawę biskupowi 
Łętowskiemu, mówi: „Nie replikowałem i replikować nie 
będę, gdyż Bóg widzi — nie warto! Tobie zaś ociągnąłem 
odpowiedź, bo chciałem zapełnić ją czemś użyteczniejszćm 
od tej kłótni niesmacznćj. Otóż zamiast pocisków na bi- 
skupa, przesyłam Ci w załączeniu artykulik/' 

„Rzecz dziwna— mówi Tarnowski o Grottgerze — a do- 
prawdy idealnie piękną, jedyną miłością, jakiej w tćm ser- 
cu nie było, to miłość własna. Gdzie jego zarozumiałość 
jego niechęć do innych? jego zazdrość? Nie ma ich wcale!'' 
Słów powyższych do nikogo nie można zastosować słusznićj, 
jak do Szajnochy. Nie zazdroszcząc niczego nikomu, wyla- 
ny dla innych, pełen był zawsze najżywszych chęci niesie- 
nia im rady i pomocy, choćby z własną szkodą. „Każde 
zwierzenie się z zamiarem jakiejś pracy — mówi Kalicki — 
przyjmował szczerze i serdecznie, pomagał radą, pomysła- 
mi, poszukiwaniami a nawet wyrabianiem całych planów 
piśmiennie. Z gotowością przerywał nieraz najważniejszą 
własną pracę, aby dłuższy czas poświęcić poszukiwaniom 
i sprawdzaniom szczegółów dla zdrowych i młodszych naj- 
częściej oczu. Znamy wiele książek, które za jego powstały 
pomocą i nie mało takich, które za jego wyszły natchnie- 
niem. Młodzież lubił bardzo, a dla młodszych autorów był 
bardzo wyrozumiałym. Każden najmniejszy nawet talencik, 
byle dobremi chęciami i szczerą pracą ożywiony, witał ser- 
decznie i całem sercem gotów był popierać. Rówieśników 
i starszych oceniał z takąż wyrozumiałością i dobrocią, jak 
znowu dla siebie samego był surowym, i rzec można, bez 
miłosierdza..." 

Żałować należy, że Szajnocha nie miał zwyczaju pi- 
sywać listów tak zwanych literackich, że nie wypowiadał 
zdania o współczesnych pojawach literatury swojskiej i za- 
granicznej, bo sąd jego bywał poważny i głęboki. Czasem 
tylko, i to mimochodem, natrącał o jakimś pisarza, lub cy- 
tował z niego wyjątek. Wiemy np., że rozczytywał się 
w Byronie, ale raz tylko jedyny mówi jego słowami w li- 
ście do Ujejskiego z maja 1855 r., w liście tem charakte- 
rystyczniejszym, że przebija w nim odcień melancholicznćj 



ŻYWOT KAROLA SZAJNOCHY. 421 



zadumy i rzewnśj tęsknoty, z któreini nie lubił się zdradzać 
przed ludźmi: ,, Piszę w tćż same świątki zielone, w które 
przed czterą, laty gościłem u Ciebie w Pawłowie, przy ro- 
zmowie pełnój miłych projektów, przy woni i białym de- 
szczu jaśminów w pełnem kwieciu. Z projektów wprawdzie 
mało któren się spełnił, lecz jaśminy — a jeśli nie jaśminy, to 
bzyj'eśli nie w Pawłowie, to gdziekolwiek iudzićj — kwitną jak 
za dni Salomona. Póki zaś nie wygaśnie w nas dawny romans 
z tą porą kwiatów, woni, śpiewu i słońca wiosennego, poty 
stare i gołe i bite od losów dzieci, nie jesteśmy jeszcze 
pozbawieni wszelkiej pociechy, a lubo żałowani od ludzi, mie- 
miewamy jeszcze chwile, w których nie zupełnie źle nam 
na świecie. Ile razy podobne usposobienie mnie przejmie, 
natracą mi się uporczywie przypomnienie ostatnićj przyje- 
mności i pociechy Byrona, tego prototypu wszystkich po- 
szukiwaczy czegoś, czego nie zgubili, ani znajdą na ziemi. 
Proszę Cię, przy pierwszym jasnym promieniu w oknie 
i w duszy, otwórz ostatnią pieśń Child Harolda i poszukaj 
ustępu, w którym się pyta: cóż mi zostało w tem życiu- 
po wszystkich niepotrzebnych trudach i cierpieniach i stra- 
tach. Oto: 

That we can yet fele glad(ien'd by the sun, 

Aad reap from earth, sea, joy almost as dear 

As if there were no man to trouble what is elear... 

Niedbałość, lekkomyślność i nieuctwo ludzi pióra, obu- 
rzały go bardzo: „U nas— powiada raz o jednym z tych pi- 
sarzy, którzy zwykli duże pisać a mało czytać — widać nie 
dość samej szlachcie posełać książki do domu, potrzeba 
jeszcze i literatom, a oprócz tego wskazać i miejsce, gdzie 
mają czytać, inaczśj będzie rzecz od trzech lat napisaną, 
a oni wciąż o to samo sprzeczać się będą, albo co jeszcze 
gorsza, przedrwiwać na nie widziane...*' 

Do ciężko uczonych a jednostronnych i nie produkcyj- 
nych ludzi nie czuł nigdy sympatyi. Wolał, aby dzieła jego 
rozeszły się między „organistów i dyaków", aniżeli „mię- 
dzy uczone i nieuczone kompatury, któreby nigdy nie zaj- 
rzały do książki a bardzo mądrze kiwały na nią głowami...'' 
Słowa te, wypowiedział przesyłając p. Jakubowiczowi egzem- 



422 KLEMENS KANTECKI. 



pi arze diugiego wydania Bolesława Chrobrego „do rozda- 
wania w Kurzanach i okolicy." W liście tym pisze nadto: 
„Toć lubisz rozdawać książki, a masz tam pełno dokoła 
wikaryuszów, organistów, parochów ruskich, a zwłaszcza 
oficyalistów prywatnych, względem których odtąd jesteś 
z urzędu patronem chlebowym i umysłowym- Rozrzuć więc 
pomiędzy nich moją książkę, która lubo nie jest pokarmem 
nader przysmaczkowym dla nich i lekkkim, ma przecież 
wiele takiego w sobie, co rozgrzewa krew i flegmę wy- 
prow^adza..." 

Do albumów, przeznaczonych na ozdobę salonów, nie 
lubił się wpisywać. To tćż zaledwie trzy czy cztery razy 
czyniąc zadość usilnej prośbie i z wyjątkowych względów, 
nakreślił słów kilka. Kiedy księżna Leonowa Sapieżyna 
wiosną roku 1862 przysposabiała taką księgę na cel do- 
broczynny, nie odmówił swego udziału i wpisał co następu- 
je: „Po ciemku trudno o wiele słów. Przypomnę więc 
tylko bardzo dobrćj wróżby przypowieść starą: „Nie bę- 
dzie w Polsce bardzo dobrze, aż będzie pierwśj bardzo 
źle." Mawiano tak za Jagiellonów i Wazów — a dziś dale- 
koż jeszcze do ziszczenia być może?*' 

Nader ciekawe i piękne to album wygrał na loteryi 
fantowej Włodzimierz hr. Dzieduszycki. 

Absolutna bezstronność w historyi pozostanie na za- 
wsze niedoścignionym ideałem, którego spełnienie nie w ludz- 
kiej mocy; można się tylko mniśj lub więcej zbliżać do 
tego ideału, albo też od niego oddalać. Że Szajnocha nie 
szczędził starań w tej mierze, że mu się to w wysokim 
stopniu udawało, że pisał zawsze pod wpływem silnćj wia- 
ry i głębokiego przekonania, powodując się jedynie miłością 
prawd} — to nie ulega wątpliwości. 

Jak dalece nieuzasadnione zarzuty tych, coby chcieli 
dopatrywać się w nim pewnych ubocznych dążności, zby- 
tecznem byłoby dowodzić; nie od rzeczy jednak, sądzę, bę- 
dzie zakończyć niniejszą charakterystykę powtórzeniem od- 
powiedzi jego na płytki zarzut, że wystawiając w Jadwidze 
i Jairielle upadek moralny ówczesnych dostojników kościoła, 
zdradza anti-katolickie tendencye: 

„Zapewniam Pana z głębi duszy — pisze— -iż nie jestem 



ŻYWOT EAEOLA SZAJNOCffi*. 423 



sobie świadom dążności podobnej, w ogólności żadnój innój 
tendencyi, jak tylko dostrzeżenia i wiernego oddania j)ra\vdy. 
Być atoli może, iż praca moja przybiera gdzieniegdzie pozór 
takowy. Zdawałoby mi sie to więc raczśj skutkiem ogromnój 
różnicy czasów — tego, który przedstawiam, i tego w którym 
jestem czytany. Widok spraw kościelnych w tych obudwóch 
epokach jest sobie wręcz przeciwnym. Dziś wróciły się zno- 
wu czasy ecclesiae militantis — wówczas ecclesia triumphans 
była górą, a tryumfująca nie tyle już politycznie, ile prze- 
dew^szystkiem obyczajowo. Stan dzisiejszy, militujący, bę- 
dzie zawsze słuszną sympatyą miał za sobą, stan tryumfu 
daje niestety rzeczywiście do niejednego, mniej przykładne- 
go i budującego rysu okazy ą. Ja — mam wszelką pojętność 
i sympatyą dla stanu dzisiejszego, lecz malując wieki ów- 
czesne zapominam o dniu dzisiejszym, oddaję jaskrawość 
jaskrawością — i być może, przesadzę, lecz Bóg widzi, nie 
z miłości tendencyi. To nawet, co się teutonizmowi u mnie 
dostanie, nie pochodzi z zamiaru. Radbym chętnie udo- 
bruchał się cokolwiek względem niego. Lecz gdy rozpatrzę 
się w mym przedmiocie, gdy dzisiejsza potęga faktu doko- 
nanego, tak naturą swoją pojednawcza, bo już nieodmienna, 
jeszcze nie działa, lecz widzę owszem dopiero zamierzony 
albo dziejący się gwałt, natenczas krew się porusza i pry- 
śnie czasem żółć, czego przecież nie zarzuci mi nikt w spo- 
sobie zapatrywania się na sprawy kościelne. Tam w naj- 
gorszym razie, ktoś najbardziej dzisiejszem okiem patrzący, 
postrzeże chyba tylko czasem lekką może ironią, będpvCą 
(mojem zdaniem), niezbędnym skutkiem kontrastu, zacho- 
dzącego między wówczas a dziś^ między rozmaitem stano- 
wiskiem ówczesnego słońca, które naprawdę dopiekało, 
a słońca dzisiejszego, które nas grzeje. Zanadto zaś jestem 
rozmiłowany w chęci charakteryzowania historycznego, od- 
dawania każdemu okresowi jego właściwej barwy, jego 
prawdy, zanadto mocno przekonany jestem o użyteczności, 
śmiałbym powiedzieć jedynej użyteczności takiego przede- 
wszystkiem trybu pisania dziejów, że nie śmiałbym go ża- 
dnym poświęcić względom, bo sądziłbym, że poświęcam je- 
dyną prawdę, jaką sumiennie dać mogę. Przebacz Panie, 



424 KLEMENS KANTECKI. 

tym kilku słowom obrony, może zarozumienia, do których 
sam dałeś powód. Czując się w duszy wolnym od wszel- 
kicłi wpływów ubocznych, nie umysłowych, rad przyjmuję 
wszelkie zarzuty, pragnę sprostowania, proszę Pana gorąco 
o jego światłe uwagi. Tuzinkowe pochwały (nie mówię 
o naganach) w Doniesieniach literackich warszawskich dość 
mi już krwi napsuły— Pańskie reflexye, choćby najsurowsze, 
wynagrodzą mi to.*' 



KONIEC. 



OD AUTORA. 



Jeśli pracą niniejszą, oddałem literaturze niejaką przy- 
sługę, jeśli piękną postać znakomitego historyka zdołałem 
przedstawić w świetle pełniejszem i prawdziwszem, niż to 
dotąd czyniono — gdyż po największćj części odmalowałem 
go własnemi słowy — zawdzięczam to łaskawój pomocy wielu 
osób, które jej raczyły udzielić z uprzedzającą grzeczno- 
ścią, już to powierzając mi oryginalne listy Szajnochy, któ- 
rych miałem kilka set, już tćż, darząc mnie ustnemi i pi- 
śmiennemi objaśnieniami — za co godzi się złożyć im na tern 
miejscu publiczne, najżywsze dzięki. Raczą więc przyjąć 
wyraz wdzięcznych uczuć następne instytucye oraz panie 
i panowie: Zakład narodowy im. Ossolińskich, Bibliote- 
ka Poturzycka; Borkowski hr. Leszek, Cieszkowski hr. 
August w Wielkopolsce, Dzieduszycki hr. Kazimierz, Dzie- 
duszycki hr. Włodzimierz, rodzina ś. p. Dzieduszyckiego hr. 
Maurycego, Gross Piotr, dyrektor towarzystwa ubezpieczeń 
wraz z żoną; Jabłoński Kajetan; Jakubowicz Józef, w Kurza- 
nach; Józefczyk Andrzej, dyrektor seminaryum nauczyciel- 
skiego w Krakowie; Kalicki Bernard; profesor Łepkowski 
Józef; Łozińscy Walery i Julia; Łoziński Władysław; Łoziń- 
ski Józef; dr. Madejski Marceli, wice-prezydent miasta Lwo- 
wa; Dr. Małecki Antoni; Niedzielski, pocztmistrz w Rudkach; 
Orzechowski Oksza Tadeusz; Poźniak January, radzca; Przeź- 
dziecki hr. Konstanty; Rodakowski Henryk, malarz; Roda- 
kowski Józef, mianowany świeżo feldmarszałkiem-poruczni- 



426 KLEMENS KANTECKr. 

kiera w południowych Węgrzech; Rylski Eustachy, prezes 
wydziału okręgowego tłumackiego i poseł do rajchsratu; 
Supiński Józef; Szajnochowa Joauna; Ujejski Kornel; Wild 
Karol. 

Spis powyższy nie może się nazwać dokładnym i zu- 
pełnym: braknie w nim może jednej i drugiśj osoby pomi- 
niętej przez zapomnienie — braknie przedewszystkiem znako- 
mitego pisarza, któremu już tutaj dziękować nie mogę: 
Lucyan Siemieński, jeden z pierwszych świeczników litera- 
tury naszój, umarł w niewiele dni po przesłaniu mi listów 
przyjaciela. 



OMYŁKI DRUKU. 



(Do stronnicy 287 wiersz 12 od góry). Wyjątki z listów Szaj- 
nochy do Ujejskiego stwierdzają powyższą charakterystykę. Do niego 
jednego pisywał nie przywykły do czułości historyk: „Całuję Cię, mój 
luby, po tysiąc razy"— w obec niego tylko nie taił tęsknoty, której się 
trochę wstydził, jako niemęzkiej słabości; dla tego też pisuje nieraz 
pół-seryo, pół żartem, j»k 4 października r. 1844. „Oczekiwałem Cię 
na sobotę— oczekiwałem na wtorek a teraz pomimo listu nie wiem, 
kiedy cię mam oczekiwać. Nie jestże to boleśnie dlo tak sentymental- 
nego serca, jak moje -zwłaszcza w pierwiastkach zawartej znajomości, 
kiedy to równie w przyjaźni, jak w miłości uczucie na j strzeliściej go- 
reje-'... Na dniu 24 kwietnia r. 1847 donosi, że zniecierpliwiony dłu- 
giem milczeniem poety podarł „najpiękniejszy sentymentalno-romanty- 
czny list" a dalej tak pisze: „Jeżeli w tej chwili już się przeprosiłem, 
tedy nie przypisuj tego bynajmniej owym przesadnym i bodaj szczerym 
komplementom w Twoim liście ostatnim— jedyną mego przebaczenia 
przyczyną jest mój przyrodzony ku Tobie affekt, który aczkolwiek Cię 
od pocisków mego złego humoru nie broni, przecież istotną tęsknotą za Tobą 
prsejmujej^ 

(Do stronicy 295 wiersz 1 od dołu). Panna T., z którą Szaj- 
nocha miał zamiar ożenić się, tak żywo uczuła jego cofnięcie, że wstą- 
piła niebawem do Karmelitanek bosych w Krakowie. 

Na str. 3s4, wiersz 14 od dołu zamiast zwłoka, ma być zawłoka. 



w 



% 



'S^ 







v^ 



r**- *a 



■j 




.5 -^ 



' V 



DK 


Szajnocha, Karol 


402 


Dzie/a. 


.7 


t. 10 


S9 




t.io 





^ ' 



PLEASE DO NOT REMOYE 
CARDS OR SLIPS FROM THIS POCKET 

UNIYERSITY OF TORONTO LIBRARY