(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Dzieje literatury polskiej w zarysie"







ffil 



m 



& 



OikHanbtt Bciicfnec 




Sieje literatury 

P0l$iitj w ptysie 



Wybanit brugte 



tom \\ 



XOate$avoa GV> (^ebet^ner i Wolff 
trafów GVo <£>♦ (Bcbet^ner i @p* 



^ 



DZIEJE LITERATURY 
POLSKIEJ W ZARYSIE 



ALEKSANDER BRUCKNER 

J/l 



DZIEJE LITERATURY 
POLSKIEJ W ZARYSIE 



TOM II 




WYDANIE DRUGIE 



WARSZAWA 
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA 
KRAKÓW - G. GEBETHNER I SPÓŁKA 

1908 



1oix> 

E67 
1901 




791)58? 



KRAKÓW — DRUK W. L. ANCZYCA i SPÓŁKI. 



SPIS RZECZY. 



Str. 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY. KLASYCYZM WARSZAWSKI. 

Nowy wiek i jego widoki. Oznaki życia. Puławy. Wilno; Śniadeccy. 
Krzemieniec; Czacki. Warszawa; Towarzystwo Przyjaciół Nauk. Kierunki 
i przedstawiciele literatury: w poezyi (Koźmian) i w dramacie (Feliński); 
Woronicz. Niemcewicz. Fredro. Romans. Historya; sympatye słowiańskie; 
Lelewel; historya literatury. Istotne zasługi »klasyków« 1 

ROZDZIAŁ JEDENASTY. POCZĄTKI ROMANTYZMU. 

Brodziński. Mickiewicz w Kownie i w Wilnie; ballady i romanse; 
Dziady. Sonety. Konrad Wallenrod. Naśladowcy. Szkoła ukraińska: Go- 
sławski, Malczewski, Goszczyński, Zaleski, Padurra. Walka z klasy- 
cznością 48 

ROZDZIAŁ DWUNASTY. LITERATURA NA WYCHODŹ- 
TWIE. ADAM MICKIEWICZ. 

Emigracya. Mickiewicz. Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego. Dzia- 
dów część trzecia. Pan Tadeusz. Towiariski i Towiańsczyzna. Znaczenie 
Mickiewicza. Otoczenie jego: Garczyński. Zaleski. Goszczyński, Witwicki 
i inni 93 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY. JULIUSZ SŁOWACKI. 

Dzieła młodzieńcze. Na wychodźtwie w Szwajcaryi, Włoszech i Paryżu; 
tragedye i »Beniowski«. Mesyanizm i »Król Duciu. Znaczenie Słowa- 
ckiego ... 132 



VI 

Str. 

ROZDZIAŁ CZTERNASTY. ZYGMUNT KRASIŃSKI. 

Próby młodzieńcze. »Nieboska« i » Irydy on «. Filozofia polska, Hoene- 
Wroński i następcy; Krasińskiego filozofia: »Przedświt« i »Psalmy przy- 
szłości*. Inni pisarze emigracyjni; publicyści; Hoffmanowa; Czajkowski; 
Gaszyński. Młodsza generacya: Chojecki; Kalinka; Klaczko 173 

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY. SPOŁECZNA LITERATURA 
W KRAJU. (1831-1863); TŁO JEJ. POEZYA. 

Stan umysłowy i warunki rozwoju w Galicyi , w Poznańskim , w Kró- 
lestwie i w Krajach Zabranych. Ożywienie badań historycznych i ludo 
znawczych. Wybitni poeci; epicy: Pol, Syrokomla; lirycy: Ujejski, Le- 
nartowicz . • 205 

ROZDZIAŁ SZESNASTY. DRAMAT I POWIEŚĆ 
(1831-1863). 

Dramatycy: Fredro, Magnuszewski, Romanowski. Powieściopisarze : Ko- 
rzeniowski i Kraszewski, Rzewuski i Chodźko, Kaczkowski i inni. Autorki, 
Gabryella i Deotyma. Tłumacze. Wyniki ogólne 260 

ROZDZIAŁ SIEDMNASTY. LITERATURA PO ROKU 1863; 
JEJ TŁO. 

Rozwój umysłowy w Galicyi, w Poznańskim i w Królestwie. Historya, 
dzieje literatury i krytyka 311 

ROZDZIAŁ OŚMNASTY. POWIEŚĆ, OD KRASZEW- 
SKIEGO DO SIENKIEWICZA. 

Na wychodźtwie: Kraszewski i Jeż. W kraju: powieść społeczna i ten- 
dencyjna, Zacharyasiewicz i Pług, Lam i Jordan, Morzkowska i Orze- 
szkowa. Prus i Sienkiewicz 346 

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY. POEZYA. 

Wyczerpanie chwilowe poezyi; epigonowie romantyzmu, Sowiński, Asnyk, 
Faleński, Marya Konopnicka. Przypływ nowej fali poetyckiej ; modernizm ; 
Tetmajer, Kasprowicz 392 

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY. DRAMAT. 

Warunki rozwoju. Dramat historyczny, Józef Szujski i Adam Bełcikowski. 
Komedya, Narzymski, Lubowski i Bliziński; Sarnecki, Zalewski, Bałucki, 



VII 

Str. 
A. Świętochowski. Dramat modernistów, historyczny, symboliczny, ludowy. 
Dramat ideowy, St. Wyspiańskiego. St. Przybyszewski 436 

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY. POWIEŚĆ NAJ 
NOWSZA. 

Rozmaitość jej kierunków. Reymont. Żeromski. Nasze powieściopisarki. 
Zakończenie 467 

Spis Osobowy 493 



ROZDZIAŁ DZIESIĄTY. 
KLASYCYZM WARSZAWSKI. 



Nowy wiek i jego widoki. Oznaki życia. Puławy. Wilno; Śniadeccy. Krzemieniec; 
Czacki. Warszawa; Towarzystwo Przyjaciół Nauk. Kierunki i przedstawiciele lite- 
ratury: w poezyi (Koźmian) i w dramacie (Feliński); Woronicz. Niemcewicz. Fredro. 
Romans. Historya ; sympatye słowiańskie; Lelewel; historya literatury. Istotne zasługi 

»klasyków«. 

Ponuro wschodził wiek dziewiętnasty. Po upadku Rzeczypo- 
spolitej, w Warszawie zagospodarowali się Prusacy, mądrze a ener- 
gicznie ku właściwym celom zdążając, nie drażniąc niepotrzebnie, 
przedwcześnie; we Lwowie oddawna, a świeżo i w Krakowie, rzą- 
dzili Austryacy, nie ceremoniując się z nikim i niczym, lecz 
w gruncie rzeczy samymi pozorami się zadowalając i zawsze 
drugie kroki przed pierwszymi stawiając; tylko w Wilnie nie tykano 
dawnego samorządu w pewnych granicach. Po rozgorączkowanym 
życiu lat 1788 — 1794 nastąpiła cisza cmętarna; w zupełnej pro- 
stracyi leżał naród, niby nie pomny dziejów i znaczenia; on cały 
teraz, zdawało się, żył wedle owej maksymy: niech drudzy za 
łby chodzą, ja się dziwuję. Kataklizm, co Francyę dojgóry dnem 
wywrócił, ominął go; cieszyła się szlachta, że ani Jakobini jej wy- 
właszczeniem, ani farmazoni kultem mądrości grozili, że, choć kłótni 
i bójek sejmikowych a klamki pańskiej już nie było, przy prawach 
nad chłopem, przy religii, przy majętnościach ją utrzymano. I uży- 
wały jednostki; Berlin dostarczał lekkomyślnym kredytu, ile żądano; 
bawiono się w Warszawie i we Lwowie do upadłego. Wyrok 

DZIEJE LITERATURY POLSKIEJ T. II. , 



— 2 — 

śmierci naród sam ratyfikował. W istocie nie było śmierci, ani 
letargu nawet, tylko chwilowe odrętwienie; niby narkoza, w której 
organizm amputacyę przeboleje i w nowe warunki się włoży; na- 
wet Pod Blachą nie o zabawach tylko myślano. 

I ruszało się niebawem życie wszędzie. Niby na wiosnę, 
porysowały się skorupy śniegu i lodu, zaczęły się sączyć nici 
wodne, aby się coraz wzmagać i spływać. Samo przyjęcie, jakiego 
wędrująca teraz trupa Bogusławskiego we Lwowie, Warszawie, 
Poznaniu na święty Jan doznawała, entuzyastyczne, choć rzeczy 
wystawiane pod żadnym względem na entuzyazm nie zasługiwały, 
dowodziło, jak ceniono na razie choćby słowo narodowe. Prawda, 
literatura milczała, publicystyka upadła zupełnie, po roku 1795 
i marne ksiąźczyny przestały wychodzić. Nie odezwała się litera- 
tura na ostatnie wypadki nigdzie: tylko w rzadkich odpisach krążył 
Czartoryskiego (syna) »Bard Polski «, wymowna nie tak opowieść 
chwil kilku, jak skarga, zwrócona przeciw Opatrzności, ukojona 
korną ufnością, przekonaniem o własnych błędach i winach, na- 
dzieją osobliwych, górnych przeznaczeń. A podobnych głosów, acz 
mniej wymownych, a bardziej wymanierowanych, było więcej: inny 
anonim farbami i tonami Junga malował przejścia od nadziei do 
rozpaczy i zwątpienia, i ciskał bardon, aby za broń chwycić. 

Za broń chwytało rzeczywiście wielu. I niedobitki dawnego 
wojska i młodzież gorętsza śpieszyli pod znaki francuskie, zwiastu- 
jące ludom europejskim wolność; powstały więc we Włoszech za- 
wiązki i kadry legionów polskich i wypełniały się coraz nowymi 
szeregowcami. Literatura, z kraju niby spłoszona, jak ptak wędro- 
wny, na ich spuściła się znaki i, jak przed trzydziestu laty między 
Barszczanami, powstała teraz poezya legionów, anonimowa, bez 
kunsztu, naiwna, patryotyczna, bez cechy religijnej jednak, bez 
kultu Maryi — w wojskach dyrektorjatu nie było już miejsca dla 
niego; przed legionami samymi spadły te piosnki do kraju; między 
nimi jedna, ów marsz Dąbrowskiego, elektryzująca, wyzywająca 
jak fanfara bojowa, pełna otuchy i siły. Nie brak jednak zupełnie 
nazwisk tej literaturze: najbardziej znany to Cypryan Godebski, 
poległy pod Raszynem roku 1809; wydający w Mantui »Dekadę«, 
mieszczącą nie tylko rozkazy dzienne i wiadomości polityczne; po 
powrocie do kraju pisywał więcej, powieść o »Grenadyerze - filo- 
zofie«, niby o sobie samym, rozczarowany co do Francuzów, któ- 



— 3 - 

rym rzeczywiście w stroju republikańskim i dziś jeszcze nie bardzo 
do twarzy, wynosząc tym wyżej Szwajcarów; powieść ciekawa 
tym, że zamiast bujań sentymentalnoerotycznych przejścia i myśli 
zgorzkniałego spostrzegacza dawała. Wznowił » Zabawy przyjemne 
i pożyteczne « (samymi tytułami nawiązywano porwane nici prze- 
szłości), bez powodzenia, jak wszystkie inne ówczesne próby lite 
rackopublicystyczne; zamieszczał tam wiersze satyryczne i czułe, 
czy się do »legiów« czy do niewiast polskich zwracał; im bardziej 
mężczyźni sami zawiedli, tym więcej rosło znaczenie ogniska do 
mowego, rola kobiety. 

W kraju obok Warszawy zdetronizowanej, schodzącej do 
rzędu miast prowincyonalnych, wybijały się inne ogniska ruchu 
literackiego i ducha narodowego. Puław kataklizm ogólny nie do- 
tknął: jeżeli już za czasów Stanisławowskich odrębnym życiem 
stały, teraz wpływ ich wzmógł się nadzwyczaj. Młodzi książęta 
bawili oddawna w Petersburgu, gdzie między cesarzewiczem - na- 
stępcą tronu a księciem Adamem zawiązywały się stosunki szczerej 
sympatyi; generał ziem podolskich pisywał, jako Dantyszek, cenne 
uwagi o autorach i pismach polskich; panie zwracały się i ku li- 
teraturze ojczystej dla dzieci, kobiet i chłopków, i ku zbieraniu 
pamiątek ojczystych. Świątynia Sybilli, domek gotycki, mieścił 
rzeczy najrozmaitsze, cenne nieraz tylko nazwiskiem czy pamiątką, 
jakie z nimi łączono; ważniejsze były zbiory rękopisów i książek 
puławskie, które później, pomnożone zakupnem Poryckich, w osobie 
Łukasza Gołębiowskiego znakomitego miały pozyskać bibliotekarza. 

Myśl, zwrócona ku przeszłości, ocalająca jej resztki, cecho- 
wała ludzi, jakby odwróconych od teraźniejszości, żyjących wspo- 
mnieniami; Jan Tarnowski w Dzikowie, Tadeusz Czacki w Porycku, 
a na jeszcze większą skalę Józef Maksymilian Osoliński we Lwo- 
wie, oddawali się ze znawstwem i zapałem bibliomanii, tym po- 
trzebniejszej, skoro największy księgozbiór krajowy, bibliotekę 
Załuskich, za zbiorami Nieświeskimi, Kodeńskimi i innymi, do Pe- 
tersburga wywieziono. Obok tych utytułowanych zbieraczów krzą- 
tali się drobniejsi, ks. Juszyński, radca Chyliczkowski i inni. 

Puławy przedstawiały typ staropolskiego dworu magnackiego, 
Białostoku, Nieświeża czy Wołczyna, chociaż sarmatyzm obcy był 
Czartoryskim już od dwu generacyi; już kanclerz i wojewoda, 
którzy » familię* na szczyt jej znaczenia wynieśli, we francuski się 



— 4 - 

polor włożyli, tym bardziej generał ziem podolskich i feldmarszałek 
austryacki; najmniej w najmłodszej generacyi, u synów i córki. 
Nowego nabrały Puławy znaczenia, gdy syn najstarszy został mi- 
nistrem spraw zewnętrznych i kuratorem okręgu naukowego wileń- 
skiego. Wprawdzie karyerę dyplomatyczną książę Adam rychło 
skończył, lecz urząd kuratorski przez lat dwadzieścia sprawował, 
skarbiąc sobie największe zasługi. 

Młody cesarz, którego wstąpienie na tron, jakby rozkwit 
wiecznej wiosny, witano, otoczony szeregiem mężów wolnomyśl- 
nych i patryotycznych, sam uczeń republikanina i najszczytniejszych 
marzeń pełny, zaniedbanemu zupełnie szkolnictwu nadzwyczajną 
przypisywał wagę. Osobnemu ministeryum oświaty poddano okręgi 
naukowe, między nimi wileński, obejmujący szkoły na Litwie, 
Wołyniu, Podolu i Ukrainie. Pod kuratorem stanął uniwersytet 
Wileński na czele magistratury, łącząc obok szkoły uczonej obo- 
wiązki nadzoru szkół świeckich i liczniejszych klasztornych, bazy- 
liańskich czy dominikańskich, czego wizytatorowie jego dopilno- 
wywali. Był to czas najwyższego blasku i znaczenia szkoły 
wileńskiej, czas krótki, lecz płodny w następstwa. 

Reformy Komisyi edukacyjnej, w braku drugiego Kołłątaja, 
nie przyjęły się należycie w Wilnie; musiała i nowa reforma wal- 
czyć z dotkliwym niedoborem sił umiejętnych; niektóre katedry 
nie były obsadzone, np. historyi (po zgonie sędziwego ks. Husa- 
rzewskiego, co historykiem nawet nie był) lub polszczyzny; uczo- 
nych ziomków, jak Jundziłł (botanik), było mało, i uniwersytet 
rozszczepił się dlatego na polski i łaciński f(obcy). Życie jednak 
naukowe w murach szkoły Batorowej, oddziałałoj^na młodzież, sku- 
piającą się już roku 1805 w Towarzystwie (pierwszych) filomatów, 
później nawet na szerszą publiczność — zjawiali się i sędziwi 
wiekiem i damy na wykładach. Między uczącymi byli, szczególniej 
na wydziale medycznym, liczni Niemcy, Lobewein, Szpicnagel, 
Becu i inni; Groddeck, znakomity znawca filologii klasycznej, 
a niezgorszy polszczyzny, służył godnie nauce, odradzającej się 
świeżo z polihistoryi i antykwaryuszostwa do prawdziwej umiejęt- 
ności; najznakomitsi i najbardziej wpływowi byli dwaj Wielkopo- 
lanie, bracia Sniadeccy. 

Publicznie występował starszy, Jan, matematyk, astronom, 
geograf (jego podręcznik geografii tłumaczono i na rosyjskie), na- 



- 5 - 

tura energiczna, nieco arbitralna — tak sarkano nań w Krakowie, 
gdzie przy reformie Kołłątajowej się odznaczył. Większe dowody 
sprężystości złożył, jako rektor wileński, przez lat osiem, repre- 
zentujący szkołę i wobec Aleksandra I i Napoleona, wprowadzając 
w życie nową ustawę, czuwając nad szkołą i kierunkiem. 

Inaczej, niż koledzy krakowscy, dbał on o poprawną, nawet 
wytworną formę nie tylko przemów oficyalnych, ale i prac nau- 
kowych; umysł nieco suchy i formalistyczny, w myśli filozofii 
oświecenia i sensualizmu, wielbiciel jasności, wróg wszelkiej mgli- 
stości, mistycyzmu, a choćby metafizyki, przynajmniej niemieckiej. 
Brat Jędrzej roli Jana w życiu publicznym sobie nie uzurpował, 
chociaż jako samodzielny, głęboki uczony, chemik i fizyolog, 
w dziejach umiejętności o wiele więcej zaważył, a i sprawom spo- 
łecznym pióro swe oddawał. 

Mimo przerwy, jaką zaburzenia wojenne wywoływały, w pracy 
nie ustawano; całe wychowanie szkolne nabrało jednolitości, spój- 
ności, kierowane w duchu narodowym i lojalnym zarazem. Aby 
stanąć o własnych siłach, wysyłano młodzież, rokującą nadzieje, 
za granicę dla dalszego kształcenia; drogą konkursów wynajdy- 
wano w kraju zdolniejszych, Euzebiusza Słowackiego, Lelewela 
i innych; obok generacyi starszej stanęli rychło ci młodsi, profesor 
poezyi i wymowy (Słowacki, potym Borowski), historyk Lelewel, 
filozof Gołuchowski i inni. Gdy we Lwowie był, niekompletny 
zresztą, uniwersytet niemiecki, gdzie dopiero w dwudziestych la- 
tach za podnietą Osolińskiego katedrę literatury i języka polskiego 
ustanowiono i licho obsadzono; gdy się w Krakowie uniwersytet 
czas jakiś między niemieckim a polskim nauczaniem ważył i wobec 
szczupłości środków i niepokaźności sił naukowych siły przyciąga- 
jącej nie wywierał; gdy się w Warszawie tylko na liceum, nie na 
uniwersytet, zdobyto, stanęła szkoła wileńska, jako ognisko wiedzy 
europejskiej na Litwie i skomplikowanemu zadaniu swemu znako- 
micie wydołała. 

Obudzenie duchowe nie skupiało się tylko w murach uniwer- 
syteckich, szerzyło się na miasto i prowincyę; wzmagały się za- 
jęcia literaturą i teatrem (owacye dla Bogusławskiego); pojawiły 
się czasopisma, Dziennik i Tygodnik wileński; zawiązało się to- 
warzystwo Szubrawców«, niby les gueux, mających kraj z zastoju, 
z przywar i nałogów: nietolerancyi, ignorancyi, dumy rodowej, 



- 6 — 

próżniactwa i t. d. oczyszczać. Byli to »farmazoni«, — nazwa, co 
od nas i do Rosyi przeszła; ale, jak wszystko w Polsce, nawet 
Jezuici, tak i wolnomularze przybierali cechy narodowe, co ich od 
kosmopolitycznej braci, niemieckiej i rosyjskiej, wyróżniało; ostrze 
kierunku nie przeciw kościołowi ani wyznaniu zwracali, lecz prze- 
ciw » obskurantyzmowi*, łącząc z tym cele humanitarne i filantro- 
pijne. Były to już ostatnie lata znaczenia wolnomularstwa: począt- 
kami sięgało ono jeszcze czasów saskich, Mniszków i Bruhlów; 
za rządów »brata masona* (Stanisława Augusta) rozwielmożniło się, 
mimo zakazów papieskich i interwencyi nuncyuszów, nie tylko 
w stolicy, gdzie niemal jawnie występowało, lecz i w dalekiej pro- 
wincyi, gdzie loże, nawet z kobiet złożone, powstawały, w Żyto- 
mierzu i t. d.; garnęło się niegdyś i pod imieniem Katarzyny; 
główną podporę w Potockich miewało. W literaturze znamiennie 
nie wystąpiło, poezye i przemówienia mularskie drukowano rzadko; 
polemiki żywej nie toczono; ani liczne ani zbyt ostre napaści du- 
chownych paraliżowało jawne niemal podtrzymywanie » sekty « 
przez ludzi najwybitniejszych i najpopularniejszych. 

Szubrawcy uderzali na zastój, pod jakąkolwiek się formą 
ukrywał: czy pod pychą z drzewa genealogicznego, sięgającego 
fantastycznie w niebiosy, a zacieniającego wszelkie faktyczne nie 
dobory, czy pod gorliwą opieką propinacyi i jej Żydków, czy 
w pastwieniu się brutalnym lub głupim nad służbą i poddanymi, 
czy w bezmyślnym trawieniu zasobów i czasu; wydawali »Wiado 
mości Brukowe«, bronią satyry, nieraz dowcipnej (bibliotekarza 
uniwersyteckiego Kontryma, Jędrzeja Śniadeckiego i in.) zwalczali 
»obskurantyzm«; naśladowali Krasickiego i Swifta, Monitora i Spe- 
ktatora, wkońcu nadto się powtarzali albo i od osobistych zacze- 
pek nie stronili; wydawnictwo nagle zawieszono (1822 roku). Prze- 
ciw wolnomyślnemu kierunkowi wileńskiemu oddziaływał tylko 
słabo »Miesięcznik Połocki«, organ Jezuitów białoruskich, ocalałych 
z pogromu pod egidą Katarzyny i Pawła. I zdawało się, jakby 
oświata, nauka i literatura przeniosły penaty nad Wilię. 

Obok Czartoryskiego i Jana Śniadeckiego stanął Tadeusz 
Czacki, pisarz polityczny za czasów Stanisławowskich, uczony pra- 
wnik i historyk o szerokim widnokręgu, stylista tylko nie bardzo 
szczęśliwy. Samoistny, nie harmonizował zupełnie z kierunkiem 
wileńskim; roku 1803 zamianowany wizytatorem szkół wołyńskich, 



— 7 — 

podolskich i kijowskich, w urządzeniu ulubionego swego »liceum« 
w Krzemieńcu kierował się zasadami własnymi i radami Kołłątaja. 
Jak u sensualistów XVIII wieku, jak u Staszica, przeważał u niego 
kierunek praktyczny w wychowaniu, nie dla szkoły, lecz dla życia 
obywatelskiego, do którego młodzież winna się natychmiast sto- 
sować; więc Krzemieniec jego uwzględniał »talenty« towarzyskie, 
tańce i języki obce, nie odcinał młodzieży od świata, ją w świat 
wprowadzał, i rozszerzał kurs gimnazyalny o przedmioty nauki 
uniwersyteckiej; dobór nauczycieli, hojne środki, szafowane na bi- 
bliotekę (dziś uniwersytetu włodzimierskiego) i gabinety, odległość 
od Wilna, zapewniły mieścinie wołyńskiej świetną kartę w dziejach 
umysłowości polskiej; z nauczycielami i uczniami spotkamy się 
jeszcze nieraz. 

Obok » kuratora « Czackiego, niby pieszczącego się gniazdkiem, 
jakie dla nauki za pomocą obywatelstwa i rządu uwił, był jednak 
niestrudzony uczony Czacki, znający, jak nikt inny, wewnętrzne 
dzieje Polski, jej prawodawstwo, jej różne warstwy, aż do Żydów 
i cygnanów. O nim myślano w pierwszym rzędzie, gdy przerwane 
dzieło Naruszewicza dalej prowadzić miano. A na to zanosiło się 
w Warszawie. 

Warszawa Stanisławowska nie zdobyła się na uczone towa- 
rzystwo czy akademię, chociaż krzątał się około tego już referen- 
darz koronny, Załuski, urządzając to »akademie«, gdzie odczytywano 
własne prace (ich płodem niby był jego »Zbiór wierszów żyjących 
pisarzów«), całkiem na wzór włoskiej Crusca i t. p., to towarzy- 
stwa miłośników książek, sprowadzających je z zagranicy i korzy- 
stających z nich po kolei. Jabłonowski, historyk, heraldyk (próżności 
własnego domu) i wielbiciel Kopernika, niefortunną obroną histo- 
ryczności Lecha zrazić się nie dał i formował uczone towarzystwo, 
chociaż nie w Warszawie, lecz w Gdańsku; wkońcu założył i wy- 
posażył je w Lipsku, gdzie do dziś istnieje; do takich secesyi za- 
granicznych Polacy zawsze skorzy, na szkodę własną. Mimo tych 
prób nie przyszło do zawiązku akademii w Warszawie; nie zastą- 
piły go ani obiady czwartkowe, skupiające pod przewodnictwem 
królewskim najwybitniejsze siły umysłowe dla dyskusyi i odczytów; 
ani Towarzystwo literatów, które w ciągu lat kilku kilkanaście 
bardzo pożytecznych książek, tłumaczeń autorów klasycznych, Mi- 
nasowicza, gramatyki Szylarskiego i t. d. wydało, powstałe również 



- 8 - 

za inicyatywą jeszcze Załuskiego; ani podręczniki rozmaite, podjęte 
pracą zbiorową, np. »Historya polityczna państw starożytnych, od 
pewnego towarzystwa napisana« (r. 1782, na którą się Wyrwicz, 
Naruszewicz, Skrzetuski i in. złożyli); najbardziej towarzyscy z ludzi, 
najmniej jednak zdolniśmy do pracy zbiorowej. Dopiero rozbiory 
dokonały, czego za kwitnącej Rzeczypospolitej nie przeprowadzono: 
chęć ratowania się, ocalenia, języka od zagłady, wspomnień dawnych 
od zatracenia, połączyły grono ludzi dobrze myślących; za inicya- 
tywą byłego podstolego koronnego, Stanisława Sołtyka, popiera- 
jącego gorliwie i interesy ekonomiczne krajowe, ujęto dyskusye 
nad sprawami literackimi i naukowymi, odbywające się na zebra- 
niach u Sołtyków, w karby pewne, i 1 listopada roku 1800 zgro- 
madziło się po raz pierwszy »Towarzystwo Przyjaciół Nauk«, 
liczące 30 członków, wykluczające z zasady dyskusye polityczne 
i religijne, obejmujące wszystkich niemal członków byłej Komisyi 
edukacyjnej. 

Celem Towarzystwa były: »przykładanie się do rozszerzenia 
nauk i umiejętności w polskim języku« — literatura figurowała 
tylko między innymi w dziale ostatnim; przedruki, dzieł dawnych, 
tłumaczenia dzieł dobrych, samoistne artykuły i prace, odczyty- 
wane i omawiane na posiedzeniach, drukowane w Rocznikach, wy- 
sławianie pamięci członków zmarłych, przypuszczanie młodzieży, 
zaprawiającej się do nauk, i szerszej publiczności na posiedzenia 
publiczne — to były środki do dostąpienia owego celu. Między 
członkami wyróżnił się Tadeusz Mostowski, który drukarnię własną 
urządził i najdotkliwszemu brakowi, uniemożliwiającemu poznanie 
skarbów dawnej literatury, zaradził, drukując od roku 1803—1805 
»Wybór celniejszych pisarzów polskich « (Kochanowskiego, sielan- 
kopisarzów, Górnickiego, historyków) i dając tym początek później- 
szym wydawnictwom podobnym, choćby Gałęzowskiego, Bobro- 
wicza, Wójcickiego, Turowskiego, Wierzbowskiego, Akademii 
krakowskiej, wobec rozproszenia, rzadkości ksiąg polskich, dla nas 
nadzwyczaj ważnym. Najzasłużeńsi byli obaj przewodniczący, 
najpierw historyk, ks. biskup Albertrandi, pochodzenia włoskiego, 
pomocnik niegdyś Naruszewicza i w wydawaniu Zabaw i w zbie- 
raniu materyałów historycznych, malutki i szczuplutki staruszek, 
nadzwyczaj ruchliwy i wytrwały w zyskiwaniu coraz nowych środ- 
ków i członków, choćby między wysoką biurokracyą pruską ich 



szukając, w kreśleniu programów, w nawoływaniu do pracy, w wy- 
stąpieniach publicznych, gdzie zawiłą i ciężką polszczyznę efekto- 
wnymi cytacyami ze starożytnych autorów przeplatał; po jego 
śmierci Stanisław Staszic, łożący znaczne ofiary materyalne dla 
Towarzystwa, nudzący może odczytywaniem ustępów z prac po- 
etyckich własnych, z ciężkiego przekładu »Iliady« i z jeszcze cięż- 
szego wykładu »Rodu Ludzkiego«, w zamian udzielający Towarzy- 
stwu nieco swej własnej niezmordowanej czynności, nie unikający 
kolizyi, nie ustawający w budzeniu ospałych i leniwych. Dalej 
Stanisław Potocki; ks. Aleksander Sapieha; jego hojny dar stwo- 
rzył podwaliny cennego zbioru ksiąg i rękopisów, przewiezionego 
po r. 1831 do Petersburga. 

Od wydawnictwa jakiegoś czasopisma (prócz Roczników), od 
krytyki bieżącej uchylało się Towarzystwo z zasady, nie narażając 
autorytetu swego na żadne szwanki, komunikując się z szerszą pu- 
blicznością tylko na posiedzeniach publicznych. Na tych wyróżniły 
się, prócz referatów fachowych, pochwała Szymanowskiego (zmar- 
łego r. 1801) przez Stanisława Potockiego, nadzwyczaj wymowna, 
przypominająca świetne stanowisko polskie w gronie narodów sło- 
wiańskich, upominająca się gorąco za nauką i językiem; pochwała 
Krasickiego przez Dmochowskiego, pierwsza sprawiedliwa i tkliwa 
ocena zasług jego, znakomita formą i myślą, kończąca świetnym 
porównaniem Naruszewicza i Krasickiego; głównie zaś rozprawa 
Jana Śniadeckiego o Koperniku, odczytana przez Czackiego 16 li- 
stopada roku 1802, odpowiedź na temat konkursowy, ogłoszony 
przez Towarzystwo: pierwszy wielki sukces literacki wieku; posie- 
dzenie »było całe w uniesieniu, a ledwo połowa przytomnych 
znajdować się na nim mogła, dla niezmiernego ścisku«; rzecz 
samą, pierwszy znaczny postęp w ocenie i biografii Kopernika, 
tłumaczoną rychło na obce języki, zakończył Śniadecki przypo- 
mnieniem zasług Komisyi edukacyjnej. 

Nie brakło Towarzystwu i zaczepek, np. od »przyjaciela roz- 
sądku*, w drukowanej odezwie »Do prześwietnego Towarzystwa«, 
ironizującego oportunizm i lojalność Albertrandego; większe tru- 
dności sprawiało, prócz początkowego braku sił i środków, ulega- 
lizowanie Towarzystwa, stworzenie dla niego urzędowego, dyplo- 
mowanego stanowiska, co się jednak wkońcu udało. I zogniskowano 
rozstrzelone dotąd usiłowania; znaleźli się na spólnym gruncie Ta- 



— 10 — 

deusz Czacki, Szaniawscy, Skrzetuscy i inni zasłużeni mężowie 
z epoki poprzedniej, a grono ich miały niebawem nowe, młode siły 
powiększyć. 

Towarzystwo nie wytykało sobie celów wyłącznie naukowych: 
chodziło mu tak samo o popularyzacyę i o przystosowanie nauk, 
jak o wynalazki pożyteczne i podniesienie gospodarstwa domo- 
wego; dzieje ojczyste i język wysuwały się jednak mimo woli na 
plan pierwszy. Więc postanowiono dzieło Naruszewicza poprowa- 
dzić dalej i dla rychłego a pewniejszego uskutecznienia rozdzielono 
między członków okresy; niewielu uiściło się z zobowiązania, 
Niemcewicz i inni; z tych zajęć wynikły i podręcznik dziejów pol- 
skich i Śpiewy historyczne Niemcewicza; podejmowano i inne plany, 
historyę legionów i t. d. Nad postępami wielkiego słownika Lin- 
dego, który całą przeszłość języka Rzeczypospolitej miał objąć, 
czuwano z niekłamanym zajęciem; w ostatnich latach przystąpiło 
Towarzystwo nawet do uregulowania pisowni, która i dziś jeszcze 
nieco u nas chroma — nie jedyna rzecz, jakiej Towarzystwo wy- 
kończyć nie zdążyło. Rzetelne te trudy nie wydały same nic ge- 
nialnego, ale stworzyły środowisko, z jakiego geniusze nauki i li- 
teratury wychodzą. Gdy Towarzystwo nowy, Staszicowy, gmach 
zajęło, a mimo protestów niemieckich posąg Kopernika przed nim 
stanął, stanęła stopa polska silniej w gmachu nauki europejskiej. 

Rozbudzenie życia umiejętnego wyprzedziło właściwy ruch 
literacki. Dmochowskiego a później Osińskiego »Nowy Pamiętnik 
Warszawski« walczył z obojętnością ogółu i nastąpiły lata, gdzie 
w szczęku broni, ruchu marszów i kontrmarszów, w ściąganiu kon- 
trybucyi i dostarczaniu furażu Muzy umilkły, a jeśli się odzywały, 
to tylko na nutę oficyalną: stawiano bramę tryumfalną z napisami 
na mieście, sztukę okolicznościową w teatrze galowym, odę gratu- 
lacyjną na posiedzenie Towarzystwa: w tym kunszcie celowali 
Osiński i Koźmian; ze zmianą akcesoryów na scenie zapomniano 
jednak o tym entuzyazmie robionym, we fraku i żabotach, i tylko 
jeden z tych wierszów okolicznościowych przetrwał wszystkie oko- 
liczności: hymn do Boga Woronicza. 

Szlachta i mieszczanie nie czytali nic, prócz gazetki, kłamią- 
cej często z urzędu, prócz nakazów płatniczych i liwerunkowych, 
prócz manifestów, goniących jeden drugiego, pruskich, austryackich 
i innych; nie było czasu i interesu dla rojonych dramatów i ro- 



— 11 — 

mansów, gdy wstrząsały Europą, a raziły świeżutkie Księstwo 
Warszawskie tragedye, jakich świat nie widział, choćby moskiewska 
roku 1812. Wkońcu jednak minęły te burze; z Księstwa wyłoniło 
się, w kontr dyplomacyi europejskiej, dzięki inicyatywie cesarza 
Aleksandra, Królestwo Kongresowe, autonomiczne i konstytucyjne. 
Kraj, zawsze ubogi, teraz całkiem wyniszczony, ze zrujno- 
wanymi finansami, ze strzępami armii, z zadłużonym po uszy oby- 
watelstwem i jego sumami bajońskimi, bez rękodzieł, przemysłu 
i fabryk, bez zbytu dla swych produktów surowych, należało po- 
dnieść, zaludnić, oświecić; należało stworzyć dogodniejsze warunki 
życia społecznego i umysłowego, a że tego dokonali warszawscy 
»klasycy« i »sensualiści«, to najwalniejsza ich zasługa. Dowiedli, 
co Polacy potrafią, jakie ich ziemia, w stałym związku z ogólną 
kulturą europejską, wydaje płody. 

Oni postawili szkolnictwo wysoko; odezwały się trądy cye 
dzieła Komisy i edukacyjnej, ocenianego chlubnie i przez Prusaków; 
teraz rozszerzono pieczę i na szkoły początkowe, do czego Ko- 
misy a nie wy dążyła; niezapomniane zasługi położył Stanisław 
Potocki, co ministeryum oświaty sprawował z takim skutkiem, 
jakim niełatwo inny minister mógłby się poszczycić. Gęstą sieć 
szkół i szkółek, liceum warszawskie, szkoły prawnicze (nieodzowne 
wobec zaprowadzenia kodeksu Napoleońskiego i trybu biurokracyi 
francuskiej) i lekarska (choćby dla felczerów w armii), uwieńczył 
uniwersytem aleksandrowskim: brakło wprawdzie Śniadeckich, tra- 
dycyi, zasobów na razie, ale rychło rosła biblioteka (zasilana bi- 
bliotekami klasztornymi, zwożonymi do Warszawy, ocalonymi, gdy 
biblioteki klasztorne poznańskie zmarniały zupełnie; rękopisy war- 
szawskie, każdy z kartą, wyliczającą obszernie a sumiennie zawartość 
rękopisu, pisaną drżącą ręką bibliotekarza Gołębiowskiego, są dziś 
w Petersburgu), a niebawem pojawiały się i siły, których i Wilno 
zazdrościćby musiało; Linde, Bandtkie, Lelewel, Brodziński, Skarbek, 
Hubę, Maciejowski. 

Dzieło oświaty prowadził mądrze, uprzejmie i energicznie 
zarówno, Stanisław Potocki sam, zarazem wyrocznia smaku, książę 
mówców, zawołany »patryota« z czasów Sejmu Wielkiego, gorliwy 
spółpracownik Towarzystwa; na własną rękę rozpoczął w War- 
szawie kampanię przeciw obskurantyzmowi, prowadzoną w Wilnie 
przez Szubrawców; w «Listku Krytycznym« ustawiał między innymi 



— 12 — 

statuty smorgońskiego orderu niedźwiadkowego od zaciemniania 
kraju a w »Podróży do Ciemnogrodu« (1820 roku) biczował całą 
Smorgonię, feudalną i zabobonną, z jedyną księgą uczoną — ka- 
lendarzem, jedyną drukarnią — inkwizycyi, z Alwarem i Arystote- 
lesem. Gniewy duchowieństwa, oburzonego kasatą niepotrzebnych 
klasztorów, wybuchły w skardze do króla; minister otrzymał na- 
tychmiast dymisyę. I w dziejach wolnomularstwa znacząco wystą- 
pił: nikt inny gorliwiej i poważniej nie służył tej sprawie, niż 
wielki mistrz wielkiego Wschodu polskiego — mimo to, przeciw- 
nikiem duchowieństwa z zasady nie był, losem i szkołami np. Pi- 
jarów szczerze i skutecznie się zajmował. 

Z ożywieniem umysłowym nie szedł jeszcze w parze ruch 
publicystyczny; Bentkowskiego »Pamiętnik Warszawskie zawalony 
rzeczami obszernymi, nudnymi, unikający aktualności, nie potrafił 
wcale rozruszyć publiczności; ale i próby niezrażonego żadnymi 
niepowodzeniami hr. Kicińskiego, tłumaczącego wszystko, nawet 
Byrona i Waltera Skota, i in., nie udawały się; wybitnej gazety 
politycznej naturalnie nie było; na te czasy przypadają tylko na- 
rodziny »Kuryera Warszawskiego«, Dmuszewskiego, z powołania 
aktora i autora, jak niegdyś Bogusławski; o farsach jego dawno 
zapomniano — lecz Kuryer przetrwał generacye. 

Teatr warszawski, dzięki Bogusławskiemu i zięciowi jego, 
Osińskiemu, który z dyrekcyą berło krytyka, a później i profesurę 
uniwersytecką (literatury porównawczej) połączył, dalej dzięki 
Dmuszewskiemu, Żółkowskiemu (uprawiającemu komizm nie tylko 
na scenie, ale i w literaturze) i in., podniósł się znacznie i zajął 
żywo publiczność, ziewającą na tragedyach klasycznych, garnącą 
się na melodramaty i sztuki grubosensacyjne, w rodzaju bandyty 
Abellina i t. p. Repertuar obejmował wszystko możliwe, od Wol- 
tera do Szylera, od Moliera do jednoaktówek albo fars Dmuszew- 
skiego i Jasińskiego, ale i »Barbara« Felińskiego czy »Geldhab« 
Fredry znajdowały tu pierwszą a nieraz i najlepszą interpretacyę. 
W Warszawie, nabierającej powoli znowu dawnego, dominującego 
znaczenia, cała ówczesna literatura skupiać się poczęła. 

Inne miasta i prowincye z Kongresówką i Warszawą spółza- 
wodniczyć nie mogły. Lwów wydano na łup germanizacy i : w nie 
mieckim uniwersytecie, przed niemieckimi dziennikami i niemieckim 
teatrem polska katedra literatury, polskie »Rozmaitości«, polski 



- 13 - 

teatr, tolerowany raczej, niż protegowany, ustępowały całkiem. 
Galicya spała snem błogosławionych; tylko jednostki podtrzymy 
wały jakiś ruch: zasłużony Kamiński, jako dyrektor teatru, mniej, 
jako tłumacz, najmniej, jako pisarz ballad i sonetów; Chłędowscy, 
bibliografowie i poeci; świeża instytucya narodowa, Osolineum, po 
oślepnięciu i zgonie fundatora, walczyła o byt z gubernium lwow- 
skim i z własnym niedostatkiem, a dyrektor zakładu, ks. Siarczyń- 
ski, historyk, energią nie celował. Kraków uzyskał niepodległość, 
jako Rzeczpospolita en miniaturę, licząca się na każdym kroku 
z reprezentantami ościennych mocarstw; zwrócony ku przeszłości, 
stawał się miastem drogich pamiątek, przechowywał trądy cye; 
i uczeni jego je pielęgnowali, Sołtykowicz w obrębie dziejów uni- 
wersyteckich, Jerzy Bandtkie porządkując, opisując, publikując 
z dawnych zabytków jej książnicy; i tu zawiązało się, za przy- 
kładem warszawskim, Towarzystwo Naukowe, z zakresem działania 
w pierwszych dziesięcioleciach nadzwyczaj skromnym; uniwersytet 
sił wybitnych na razie nie liczył. Poznań chyba ze Lwowem ry- 
walizował o palmę w ospałości; literaturę przedstawiał ks. Gorczy- 
czewski, z czasów Stanisławowskich jeszcze, przerabiający obce 
satyry na ład polski; publicystykę — »Wiarus« i »Mrówka«, co 
w ciągu kilkuletniego istnienia uzbierała niemało cennych artyku- 
łów, poświęconych przeszłości i jej zabytkom. 

Tak rozstrzelała się literatura; za to duch jej był jednolity, 
jak rzadko: duch francuski, klasyczny. W burzach rewolucyi roz- 
trącone na zawsze formy dawnego świata, odżyły w literaturze, bro- 
dzącej jeszcze ciągle po pustyni klasycznej, w powijakach reguł i tra- 
dycyi, — poczwarka, nie motyl. Dla francuskiej, a za nią i dla literatury 
polskiej, jak dla niejednego autokraty niemieckiego, nie istniał 
olbrzymi przewrót; nawiązywały do ancien regime, jakby Wersale 
i Ludwiki z strzyżonymi parkami i perukami, z menuetem i ety- 
kietą dworską, z berżerami i pejzażami rokoko, niepodzielnie pa- 
nowali: literatura, wybiegająca zwykle przed wiekiem, tu się o cały 
spóźniała. W porównaniu ze Stanisławowską zubożała raczej, zwę- 
żyła się, powtarzając te same tematy na ten sam ład; straciła 
jeszcze bardziej na sile wyrażenia, zato gładkość, jasność wyrobiła 
nadzwyczajną. Chociaż dworu nie było, była to literatura dworska, 
arystokratyczna, dyletancka; żaden z jej przedstawicieli nie uważał 
jej za cel czy pracę wyłączną; każdy był ministrem, referendarzem, 



— 14 — 

generałem, dyrektorem, profesorem i tylko chwile wolne poświęcał, 
jeden dumaniu, drugi pisaniu; tylko ośmieszeni lub śmieszni, Molski, 
autor Stanislaidy, lub Marcinkowski, autor wszystkich możliwych 
poematów, od Rzek polskich do Gorsetu i dramatów, byli wyłą- 
cznie poetami. Spółzawodnictwo, zawiść, walki ustawały w przed- 
sionku tych muz; wstępowano tam w stroju i minie odświętnej; 
witano się grzecznie, roztaczając i odbierając hołdy, racząc się 
przydomkami polskiego Rasyna, Kornela, Horacego, Wergila, De- 
lila; na tę manię chorował zresztą już wiek Stanisławowski, pol- 
skim Pindarem był wtedy Trembecki i t. d.; zachwycano się na- 
wzajem gładkim zwrotem, antytezą, porównaniem, rymem dobranym, 
chociaż dla rytmu słuchu jeszcze nie miano; jeden list poetycki, 
oda a sama zapowiedź epopei czy poematu opisowego upoważniały 
do wstępu na Parnas; z niewyczerpaną cierpliwością, radząc i po- 
magając nawzajem, ciesząc się z każdego nowego wiersza, cze- 
kano na »Ziemiaństwo« Koźmiana, unoszono się nad »Barbarą«, 
delektowano się odami Osińskiego. Retoryka, nie śmiesznie wy- 
dęta, mimo to próżna, zastępowała uczucie i prawdę; reguły na- 
tchnienie; sucha opisowość wszelką malowniczość; pokost jedno- 
stajny dla wszelkich indywiduów i sytuacyi; w żalu bezbrzeżnym 
i w upojeniu najwyższym sadzono się na te same, mdłe i płaskie, 
ale poprawne zwroty. Najbardziej, nie zapalonym, gdyż ta litera- 
tura wykluczała wszelki zapał, lecz zacietrzewiałym stronnikiem 
tego klasycyzmu, nie skłonnym nigdy do żadnych ustępstw — Wę- 
żyk i Osiński zdradzali nieraz w teoryi klasycyzm, chociaż w pra- 
ktyce przy sztandarze jego niezłomnie wytrwali — był radca stanu 
i kasztelan - senator, Kajetan Koźmian, pracujący nad referatami 
lirycznymi, wedle »szymla« — aby użyć wyrazu biurowego — fran 
cuskiego, wedle Russa i Etienna; zasłużony na tym polu przeszedł 
do biura poezyi opisowej i dwadzieściapięć lat nad dwutysiącami 
wierszów Ziemiaństwa strawił, nad Georgikami polskimi, jak satyry 
Horacego lub Boala do polskich stosunków naciągano: z góry za- 
rzekał się rymotwórca oryginalności, jaką przecież materya sama 
wymagała i w pewnej mierze nawet Koźmian osiągnął, w epizo- 
dach mianowicie, nie pozbawionych siły i wdzięku, choć wołał: 

Nie powstał nigdy we mnie zamiar tak zuchwały, 
Bym chciał sięgać po wieniec Wirgilego chwały; 



15 



Żaden mu z śmiertelników nie wyrównał w rymie, 
I dla świata on śpiewał, kiedy śpiewał w Rzymie; 

były pożyczki z Delilla, L'homme des champs, a nawet z arcy- 
nudnego » Rolnictwa* Tomaszewskiego; autor sam przyznawał, że 
w całości znać więcej dzieło pamięci, niż ducha własnego, chociaż 
tylko zbytnia skromność to twierdzić mogła. »Ziemiaństwo« miał 
jako ostatnią kotwicę, miotany burzą romantyczną klasycyzm roku 
1830 wyrzucić, lecz pojawiło się dopiero roku 1839 (gdy o kla- 
sycyzmie i o autorze już zapomniano), gdyż »poważnej klasyczności 
nie przystoi galopować«. Żeby przeciwdziałać » Wallenrodowi «, 
znienawidzonemu (»nie chcę Polski nabytej ofiarą honoru « mówi 
Czarniecki), a strofować młodzież niemęską, pisał poeta w długo- 
letnim zaciszu piotrowickim epopeę narodową w guście francuskim, 
jakby nie dosyć było nieskończonych tłumaczeń »Henryady«, 
»Wojny Chocimskiej« Krasickiego, »Pułtawy« Muśnickiego, »Jagiel- 
lonidy« Tomaszewskiego, którą to w literaturze uwieczniło, że się 
na niej początkujące pióro Mickiewicza zaprawiało, chociaż spół- 
cześni poezyę Targowiczanina nad jej zasługi ocenili. Tomaszewski 
łapciastą Litwę na bohaterów starogreckich wystrajał, igrzyska 
i pienia olimpijskie w Trokach urządzał, porównań od bitwy lip- 
skiej zaciągał; smak Koźmiana był wytrawniejszy. Ale i dla niego 
pozostała »cudowność, główną sprężyną tego rodzaju poematu «, 
i tak powstał »Stefan Czarniecki, poemat w dwunastu pieśniach«, 
urobiony wedle reguł »mistrza sztuki rymotwórczej«, toczący się 
w czasie nieprzerwanym (lat pięć!), na jednym miejscu (Polska 
w swych granicach! raz wychyla się bohater i poza tą jedność, 
lecz przykład Eneasza i Henri Quatre rozgrzeszał autora), z jednym 
bohaterem — poemat mimo starannej i zwięzłej dykcyi nużący, 
chociaż dla tendencyi jego patryotycznych Krasiński nim się za- 
chwycał i do wydania naglił. Starzec był siły niespożytej, jeszcze 
w 83 roku życia pisał z równą »siłą« jak za młodu i w odzie jego 
na zgon Osińskiego r. 1853 »Pindar wieńczy bohatera«. W litera- 
turze pozostaną po Koźmianie tylko pamiętniki jego, obfite 
w szczegóły, stronne w sądzie (np. o pedancie - jakobinie Lelewelu), 
sięgające z wielkimi przerwami, całkiem luźne przy końcu, aż do 
roku 1855. 

Nie Wergil polski, lecz Rasyn zyskał najgorętsze poklaski. 



— 16 - 

Alojzy Feliński, wsławiony autor hymnu narodowego, przyjętego 
oficyalnie z woli naczelnego wodza W. Ks. Konstantego, (»Boże 
coś Polskę«), tłumacz Delila i tragedyi francuskich, porwał publi- 
czność warszawską, zachwycił i krytykę, » Barbarą Radziwiłłówną«, 
wypełniającą tak gruntownie reguły rzemiosła, że się sama, nie 
tylko jej przedmiot, » uleżała jak tytoń, jak figa ucukrowała«, nim 
na świat wyszła. Nie był to ani pierwszy ani ostatni pomysł 
udramatyzowania nieszczęsnych ślubów Zygmunta Augusta, z któ- 
rych tylko srogim pogwałceniem prawdy (biernego oporu króla, 
a naturalnej śmierci Barbary), konflikt dramatyczny wykrzesać 
można. Pogwałcił więc i Feliński historyę; olśnił za to publicz- 
ność szlachetnością dykcyi i maksym — o palmę pierwszeństwa 
w niej ubiegali się wszyscy jego bohaterowie, wystawieniem gło- 
śnych postaci z czasów najświetniejszych Rzeczypospolitej, obro- 
bieniem tematu narodowego w guście najwytworniejszym, stwo- 
rzeniem polskiego Cyda czyli Cinny raczej; pięknie utoczone 
wiersze, mądre sentencye okupiły brak życia dramatycznego i nie- 
jasność zawikłania. 

W sali zamkowej dowiadujemy się tylko z relacyi posłów 
i innych osób o akcyi, toczącej się zewnątrz, o zamachu Kmity 
i rozprawach sejmowych; i akcya i osoby wymyślone najdowol- 
niej, historyczne były tylko ich nazwiska; konwencyonalność, wy- 
muszoność, nienaturalność osób i ich uczuć (najfałszywiej pojęta 
bohaterka sama, ona, jej familia, ich dzieje, urojone zupełnie, 
z bajki tysiąca i jednej nocy, nie z Gasztołdowego Wilna po- 
wzięte), pokryto grzmiącymi frazesami i nieskończonymi tyradami, 
ciągłymi zwrotami do Polski, od pierwszych słów Izabeli »o Pol- 
ski przeznaczeniach aż do ostatniego okrzyku Zygmunta: »o Pol- 
sko, jakże trudnej wymagasz ofiary !« 

Nie brakło nawet aluzyi politycznych, jeśli np. Zygmunt go- 
dził się na myśl »Zbracić pod słodkiem berłem naszej Katarzyny 
Niepodległych Polaków z bitnymi Rusiny«. Szlachetnością tryskały 
wszystkie postaci rodzime, tylko cudzoziemka (Bona), to wcielony 
fałsz i obłuda, mściwość i podstęp; Barbara nawet otruta pociesza 
się: »ginę zbrodnią, lecz ginę nie z Polaka ręki«; nawet Kmita, co 
się Bonie za nos wodzić daje, na jej »anszlaki« się wzdryga, bo 
> Polak nie jest zrodzonym do nikczemnej zbrodni« i dumne czoło 
przed królem schyla, przyjęty okrzykiem Zygmunta: »król z tobą 



— 17 — 

i ty zawsze bądź z królem i krajem«. Wszystko więc toczy się 
w najprzyzwoitszym, najpatryotyczniejszym duchu, od nieco dzi- 
wacznej inty tulący i * Szanowna Izabelo« aż do ostatniego, króciut- 
kiego aktu, wedle najlepszej recepty dramatycznej, wymagającej 
nawet w każdym akcie jakiejś całości. Szczyt poezyi — bo wedle 
kanonu estetycznego tylko tragedya go tworzyła — był nareszcie 
osiągnięty; taką to najcelniejszą tragedyę klasyczną, i dziś dla 
popisu w deklamacyi i giestach odgrywaną, odumarł jednak rychło 
jej autor, i na teatrze i w Krzemieńcu jak meteor, nie jak gwiazda 
stała, zabłysnąwszy. 

Koźmian i Feliński podzielili się wawrzynami; inni, Osiński, 
Wężyk, próbowali sił na polach rozmaitych. Osiński zaczął ka- 
ryerę literacką jeszcze w wieku ubiegłym, za przykładem Karpiń- 
skiego, Zabawkami wierszem, sielankami i satyrami; lirykę uprawiał 
i później, z ramienia i w duchu Towarzystwa Przyjaciół Nauk; 
przekładał tragedyę francuskie, Cyda, Horacyuszy, Cynnę i t. d.; 
próbował się w publicystyce, wydając » Pamiętnik Warszawski*, 
czym ugruntował sławę krytyka, a wkońcu, jako profesor, i teoryę 
literatury zgłębiał: nic gruntownie ani samodzielnie, wszystko z ele- 
gancyą i smakiem. 

Przewyższał go znacznie talentem i pracą Franciszek Wężyk; 
zaczął tłumaczeniami, np. Eneidą (wydaną po śmierci, najlepszą, 
jaką posiadamy, mimo braku siły i mimo kucia słów niezwykłych) 
i i.; wsławił się pieśniami patryotycznymi, »Rzymem Wyzwolonym«, 
jaki zamiast Osińskiego napisał, z aluzyami do Godebskiego i Ra- 
szyna. Posypały się tragedyę, historyczne, skoro innych nie uzna- 
wano: Barbara, mniej »salonowa« i frazesowa, niż Felińskiego, 
bardziej historyczna; Wanda; Gliński, z silnymi tyradami patryoty- 
cznymi, więc pierwotnie zabroniony; Bolesława Śmiałego ducho- 
wieństwo po dwu przedstawieniach ze sceny usunęło, nie znosząc 
na niej św. Stanisława. W teoryi zrywał Wężyk z francusczyzną; 
skrytykował ostro a słusznie Atalię Rasynową, ku zgorszeniu Ko- 
źmiana i Osińskiego, i nie wydrukowano w Rocznikach Towarzy- 
stwa tej rozprawy jego, jako ^powstającej przeciw uznanym już 
powszechnie prawidłom*. W praktyce trzymał się jednak wzorów 
francuskich. Zapomniano więc rychło o jego tragedyach i kome- 
dyach; najtrwalszego uznania dobił się jego poemat opisowy, 
Okolice Krakowa, gdzie » ojców ziemię ojczystym chce uwielbiać 

DZIEJE LITERATURY POLSKIEJ T. II O 



- 18 - 

pieniem «, co słusznie za nadzwyczajną nowość uchodziło. Jak Ko- 
źmian, i on, nawet u schyłku długiego życia, pracy literackiej nie 
rzucał, kusił się o nowe próby dramatyczne, podobał się nieraz 
w wierszu okolicznościowym, zachwycał się jeszcze Deotyma i z nią 
rywalizując arcynudnego Piasta napisał; najtrwalszy po nim po- 
mnik, nie w księgach, w murach pozostał — jak Staszic Warszaw- 
skiemu, tak Wężyk Krakowskiemu Towarzystwu Naukowemu gmach 
wystawił. 

Od »poetów«, takich i gorszych, roiło się na Parnasie: byli 
to najczęściej tłumacze, kierujący się i w wyborze przekładów ró- 
wnież »uznanymi powszechnie prawidłami«, czy do opisowej, czy 
do dramatycznej sięgali literatury; z oryginalnych prac chyba się 
»Ludgarda« Kropińskiego wyróżniała. Lepiej powodziło się na niwie 
poezyi drobnej — bo poezya klasyczna stopniowała produkcyę 
literacką — w stylu lirycznym i komicznym. Wobec sztywności 
muzy poważnej uciekano się chętnie do sielanek i dum, do dumek 
i śpiewek i melancholiczne czy rzeźkie ich nastroje znachodziły 
poklaski. Odznaczyli się tu i Krakowianin przybrany, dzielny żoł- 
nierz Wincenty Reklewski, ofiara wielkiej kampanii, z »pieniami 
wiejskimi«, z Krakowiakami między nimi, gdzie maszkarada sielan- 
kowa zbliżała się poraź pierwszy ' do życia prawdziwego, wychy- 
lając się ostrożnie z pod zwojów mitologii, różu i fałszu; i inna 
ofiara tej kampanii, Andrzej Brodziński (brat starszy Kazimierza 
z Królówki), z Zabawkami wierszem i prozą, echami sielanki nie- 
mieckiej, Gesnera i Kleista; inny żołnierz, Antoni Górecki, Wileń- 
czyk, którego imię żywe »Krakowiaki« najdalej rozniosły, piszący 
i dumy i elegie, żołnierza polskiego z pod Samosierry, jako Szu- 
brawiec w satyrycznych i politycznych bajkach szczególniej cięty; 
Kantorbery Tymowski wreszcie, kolega po broni i piórze, później refe- 
rendarz stanu, czy to dumał »w starożytnym zamku Maurów nad 
Tagiem* i chwałę legionów opiewał, czy też pieśń do porteru lub 
odę do brzucha (o niepokonanej mocy głodu, naśladując niby sła- 
wną odę do bizuna Bohomolca jeszcze) układał; tłumaczył i liryki 
Szylera i ody Horacego i domagał się prócz rymów wierszów mia- 
rowych. Kwestye prozodyi i rytmiczne, mianowicie zaś rymu mę- 
skiego, wdzierającego się do śpiewek, do liryki, nie uznawanego 
z początku, potym dopuszczonego, traktowali Królikowski, Okra- 
szewski i muzyk Elsner. 



— 19 — 

Zgłaszali się i pierwsi poeci prowincyonalni, melancholiczny 
Tymon Zaborowski, wieszcz miodoborski, sławny swoimi, w gruncie 
bezbarwnymi całkiem, dumami podolskimi i również bezbarwnymi 
tragedyami, wystawianymi w Kamieńcu, Krzemieńczanin, w kwi- 
czeniach Naukowych« prace samych niemal Krzemieńczan skupia- 
jący; nie odbiegający od rutyny klasycznej, chociaż głębokie, 
nieukojone uczucie miłosne życiem przypłacił; przyjaciel jego, Sta 
nisław hrabia Starzyński (Staś z Zamiechowa), liberał i demokrata 
więc w ciągłych kolizyach z duchownymi i sąsiadami, których do 
wcipnie wyśmiewał, teatroman, słynny satyrycznymi piosenkami 
(Niech się żeni, kto bogaty; Co już przeszło, to nie wróci; Pacio 
rek, niby zeznanie wiary, gdy go o libertynizm oskarżano i t. p.). 

Ubiegając się za couleur locale, mimowoli odświeżali oni 
zatęchłą klasyczność, chociaż utartych torów nie rzucali ostatecznie 
Takich zaściankowych znakomitości bywało więcej, np. polski Be- 
ranger, marszałek zasławski, Jakób Ciechoński, sławny piosenkami 
humorystycznymi, i inni. Wydostawali się jedni na szerszą widow- 
nię, np. Ferdynand Chotomski, z niezrównaną werwą parodyujący 
(nicujący) »Eneidę«, nie w krótkim wierszu Blumauera i Kotlarew- 
skiego, lecz w aleksandrynach, wplatając przysłowia, słowa prze- 
starzałe, najstraszniejsze anachronizmy, igrając z dźwiękiem słów: 
o Kumie swojej (t. j. sybili z Kum), co w piwnicy miała wina, 
węgra i maderę, które w głowie sprawiały zaraz czeremere; Ene 
asz sam zaczynał smutną opowieść: infantko (infandum etc.) chociaż 
może na śmierć się zapłaczesz i t. d. Inni ugrzęźli w prowincyi, 
np. Jan Onoszko, słynny satyrą o wódce (Pijem, kiedy się żenim, 
kiedy się rozwodzim, Pijem, kiedy się bijem, pijem, gdy się go- 
dzim i t. d.); Rysiński i inni. 

Dla zwiększenia efektu komicznego używano już i gwary 
ludowej, np. sowietnik, później wicegubernator Mańkowski pisał 
»Enejdę na iznanku« (wywrót), gdzie białoruski Eol na słowa Ju- 
nony »zatknuw za pojas kacatych (druty do łapci), Zwaliwsia 
z pieczki w adin mih« i t. d., sławną przed wiekiem po wszystkich 
jarmarkach mohilewskich i witebskich. 

Do przeszłości sięgał Rajmund Korsak; bezecnik Bakę z śmieci 
odgrzebał, o własne rymy tegoż kroju powiększył i w świat pu- 
ścił; również »Bibejdą« się wsławił; inni innymi epopeami humory- 
stycznymi. 

2* 



— 20 - 

Po nad rojami niesfornej tej dziatwy Apolinowej wznosili 
się wysoko, otoczeni czcią powszechną, w której i nieco późniejsi 
romantycy szczery udział brali, ludzie wyższego natchnienia i więk- 
szego talentu, Woronicz i Niemcewicz; nad nimi stanął najmłodszy, 
jedyny wielki talent czy geniusz komiczny, wtedy i długo jeszcze 
niedoceniony, Aleksander Fredro. Ci trzej, w nierównej mierze 
i dla przyczyn całkiem odmiennych, przetrwali i epokę warszawską 
i cały klasycyzm, a jeden z nich żyje i błyszczy do dziś, i na 
złożenie jego z tronu komicznego wcale się nie zanosi. 

Jan Paweł Woronicz, typowy syn polskiego wieku odrodze- 
nia, eksjezuita i ksiądz, jak inni, dążył i w literaturze torami Na- 
ruszewicza, w sielankach, jak odach, sławiąc panów i króla; rychło 
jednak spoważniał proboszcz liwski, wymowny kaznodzieja war- 
szawski, trafiający jeszcze wymowniej do serc maluczkich; po 
rozbiorze kraju w sferze puławskiej przebywał, z niej zewnętrznych 
pobudek- do nowych tworów czerpał. Katastrofa dziejowa zasępiła 
mu umysł, wyrobiła w nim pesymizm, nieufny i ku zwrotom ; po- 
myślniej szym, wszędzie dopatrujący źródła nowych^ zawodów. 
W ciężkich, bolesnych rozmyślaniach doszukiwał się Woronicz 
przyczyn upadku: 

Więc gdy Bóg nas nie może karać bez przyczyny, 
Los nasz być musi płodem własnej winy; 

stąd wynikała otucha, że pokutą, skruchą, poprawą błogosławień 
stwa niebios znowu okazem się godnymi. Od poniżającej teraźniej- 
szości ulatywał wzrok jego w przeszłość świetną i ogarniał coraz 
dalsze przestwory, gdzie Polska się rozlewała w Słowiańszczyźnie, 
z pomroków dziejowych występującej. Osobliwsza historyozofia, 
wysokie wymagania moralne, silna nuta słowiańska stanowią cechę 
niezwykłej poezyi Woronicza; w myślach i formie styka się nieraz 
ze Staszicem; język twardy, obfitujący w nowotwory: po długim 
zastoju sadzili się wszyscy klasycy, aż do »księcia wymowy« Sta- 
nisława Potockiego, na zbogacenie języka: niektórzy błądzili prze- 
ciw najprostszym regułom składni, inni pisali raczej z francuska 
lub zakrawali na łacinę, mimo to kuli wszyscy nowe, nieraz: wcale 
niekształtne wyrazy. 

Historyozofię wykładał Woronicz w obszernych, pseudoepi- 



- 21 — 

cznych poematach; wykończył (a później i wydać pozwolił) tylko 
»Sybilę«, tytuł jej i wstęp od »Sybili puławskiej« zapożyczywszy. 
Prócz wstępu i zakończenia, poświęconemu domkowi gotyckiemu 
i Czartoryskim, jest to historya polska, włożona w usta Kazimierza 
Wielkiego, idealnego, i Jana Kazimierza, wieszczącego proroczo 
przyszły upadek, skreślony w pieśni czwartej. Krócej a dobitniej 
wyłożył to samo ksiądz biskup w » Hymnie do Boga«, który usu- 
nięto z programu publicznego posiedzenia Towarzystwa, »ulegając 
okolicznościom teraźniejszym i stosunkom« (pruskim, r. 1805). 

Od tak silnych zwrotów odwykła była poezya polska, od- 
hartowana w miękkiej dłoni Krasickiego. Coraz bardziej zatapiał 
się Woronicz w obrazach wielkiej, bajecznej przeszłości; nie wahał 
się sięgnąć aż do kolebki narodów, w »Assarmocie«, mitycznym 
Sarmatów praszczurze, wieszcząc rozrodzenie plemion, gdzie »cnota 
naszym żywiołem, a rzemiosłem sława«. Zstępował potym do 
»Lecha«, ażeby, osadzając go w Gnieźnie a wywodząc z Henetów, 
dzieje bajeczne, mity i podania wyłożyć, wplatając wszędzie gro 
źne proroctwa i przestrogi. W »Sejmie wiślickim« znowu Kazimierza 
Wielkiego i panowanie prawa, nie człowieka, wysławiał; w »Jagiel- 
lonidzie« już tylko plan epopei nakreślił. Obok tych obszernych 
dzieł poetyckich myślał Woronicz o pieśnioksięgu, choćby dla 
ludu, moralnym (złożonym z psalmów i t. d.) i historycznym, coby 
i same pieśni ludowe obejmował, ów skarb, »który w ustach nie- 
wygubnych pokoleń nie boi się pożaru i oręża...; aby nie tylko ję- 
zyk, ale i sławę narodową niepoźytym narzędziem na rozwalinach 
świata wyźłobić«; wychodził z jedynie słusznej zasady, »źe odmiana 
rządu i składu politycznego bynajmniej narodów nie umarza*. 

Gdy cesarz Aleksander listem do prezesa Ostrowskiego 
o przyjęciu tytułu króla polskiego doniósł, odezwał się Woronicz, 
niebawem biskup krakowski, owym »Hymnem do Boga«: 

Panie Zastępów, Twa święta opieka... 
Dziś nam się w całej swej pełni stawia, 
Polskę objawia... 

Zesłałeś Panie Twego namiestnika... 
Co razem łączy dwa bratnie narody, 
Które świat poznał i z męstwa i cnoty... 
Niech mężnych Słowian pobratymskie plemię 



- 22 — 

Nieszczęsnej Polski odtąd broni ziemię... 
Władca zaś, co nas pod swój puklerz kryje, 
Niech wiecznie żyje! 

Wtórował mu Staszic: »jeden tylko (z władców Europy) bło- 
gosławiony od wszystkich ludów, wzór sprawiedliwości i ludzkości, 
w sercach Polaków nieśmiertelnej pamięci Alexander I stanął 
obrońcą praw tego narodu i zachował mu właściwą, nadaną od 
samego Stwórcy narodowość, a przez tę łącząc go z pierwotną 

jego słowiańską rodziną w braterstwie z Rosyanami, w złączeniu 

się w wielkiej naszej pierwotnej słowiańskiej rodzinie, nie zapomi- 
najcie nigdy, kochani współrodacy, tych moich do was słów osta- 
tnich: łączcie się i oświecajcie się«. »Opiekuna i Przyjaciela « 
(słowa Cesarza na przemowę Węgrzeckiego), witały hymny i adresy; 
od Towarzystwa Przyjaciół Nauk przemawiał Staszic, na ten sam 
temat o »dwuch braciach starszych wielkiej Sławian rodziny«. 

Nie było danym Woroniczowi wytrwać w pracy poetyckiej; 
sławnego kaznodzieję za czasów Księstwa, czy przy poświęcaniu 
chorągwi polskich, czy przy otwarciu pierwszej sesyi sejmowej, 
obowiązki urzędu od niej oderwały; lecz jeszcze, jako biskup kra- 
kowski, polecał Stachowiczowi odtworzenie przeszłości narodowej 
w obrazach dla pałacu biskupiego. Znękanego wiekiem i cierpie- 
niami głos coraz słabiej się odzywał; jako prymas, zszedł już po 
roku do grobu. 

Rzewna miłość świetnej przeszłości, głęboki żal za jej zmar- 
nowaniem, otucha niezłomna w wyroki Opatrzności, okupowały, 
co obrazom jego poetyckim barwy i wyrazistości, słowom wdzięku 
i harmonii brakowało; ze czcią dla poety łączyła się cześć dla ka- 
płana i człowieka, gardzącego »pajęczymi pasmami bezsilnych skarg«, 
cnotą, rozumem i męstwem zdobywającego niebo. 

Równie popularny i czczony, nierównie wszechstronniejszy 
i żywszy, a głównie aktualnością swą uznanie zdobywający, to 
Julian Ursyn Niemcewicz; nadmierna wrażliwość stanęła mu nawet 
na przeszkodzie, nigdy wszystkich sił nie skupił, nie zdobył się 
na cierpliwość i wytężenie środków artystycznych; zadowalał się 
pierwszym rzutem, do żadnej pracy nie powracał; wykończoną 
byle jak, od niechcenia, na zawsze zarzucał. Talent był nadzwy- 
czajny, rozległy; umysł głównie ku potrzebom chwili zwrócony; 



— 23 — 

z zawodu polityk i publicysta, nawet w poezyi, bajką, satyrą, 
komedyą, romansem, aktualności służył. Adjutant Kościuszki, to- 
warzysz niedoli z pod Maciejowic i w twierdzy petersburskiej, 
obywatel amerykański wracał do kraju z głośnym nazwiskiem lite- 
rackim, wplecionym w wawrzyny wielkiego sejmu; odtąd rosła 
tylko jego popularność, w Puławach i Warszawie, szczególniej 
między damami, w Towarzystwie Naukowym, którego prezesem 
po Staszicu został. Najobfitsza czynność jego przypada właśnie 
na te czasy, od r. 1807 do 1830; na emigracyi, w Paryżu jeszcze 
lat dziesięć spędził, lecz już tylko »Pamiętniki czasów moich« 
układał, sięgające aż do lat dziecięcych, chociaż dawno przedtym 
historyę spółczesną (np. Księstwa Warszawskiego) spisywał, rzeczy, 
co dopiero teraz się do druku dostają. 

W Towarzystwie odkrył talent czy zamiłowanie do dziejopi- 
sarstwa; nie tylko wykonał obraz panowania Zygmunta III, spół- 
zawodnicząc z ks. Siarczy ńskim, lecz pierwszy zabrał się do zbie- 
rania i ogłaszania autentycznych zabytków przeszłości, mów, relacyi, 
opisów podróży, pamiętników, wierszów historycznych; wydał pięć 
tomów takiego »Zbioru pamiętników historycznych o dawnej Pol- 
sce« (1822 — 1830) i przysłużył się tym nadzwyczaj, zainaugurował 
cały bogaty, ważny dział piśmiennictwa historycznego, wyprzedził 
Grabowskich (Ambrożego i Michała), Raczyńskich, Przeździeckich, 
Balińskich i tylu a tylu innych, co, w jego ślady wstępując, pa- 
miętniki i inne źródła ogłaszali. Z prób ówczesnych (przed rokiem 
1830) należy choć »Sandomierzanina« wymienić, co pod redakcyą 
Ujazdowskiego w dwu tomach bynajmniej Sandomierzem i Chęci- 
nami się nie ograniczył, lecz dla dawnej literatury i historyi wiele 
cennych przyczynków źródłowych ogłosił. 

Przed tą systematyczną pracą dziejopisarską, nie obliczoną 
na szersze warstwy, wykonał Niemcewicz, o czym Woronicz tylko 
zamyślał, ów pieśnioksiąg marzony — w »Śpiewach historycznych«, 
pisanych za Księstwa, wydanych roku 1816; już roku 1819 wyda- 
wano je po raz trzeci, i popularność ich nie ustała, chociaż, jak 
dla »Bajek« Krasickiego, zmieniła się ich publiczność i tylko mło- 
dzież je czyta. Z formą ballady i pieśni historycznej, nie istnieją- 
cej dla kodeksu francuskiego (pseudoklasycznego), zapoznał się 
Niemcewicz w literaturze angielskiej, gdzie Percy'ego ballady hi- 
storyczne (ludowe) nadzwyczajnej zażywały sławy; tłumaczył i »du- 



- 24 - 

mami« przezywał ballady angielskie, przeróbki sławnej królowy 
Ballad, Lenory, aż trzy, »Alonzo i Helena«, »Malwina«, »Cień Ewe- 
liny*; zachwycał Towarzystwo Przyjaciół Nauk r. 1804 »Michałem 
Glińskim«, potym innymi, »Zamkiem Jazłowieckim« i t. d., ale naj- 
dawniejsze i najpiękniejsze, Dumę o Żółkiewskim, na której nutę 
Mickiewicz improwizował, i o Stefanie Potockim, utworzył jeszcze 
w XVIII w., 1786—1791 r., zawsze rycerskość uwielbiając. Z ta 
kich zawiązków urósł plan, odtworzenia jakiegoś ciągu, uwiecznie- 
nia świetniejszych czy rozstrzygających chwil dziejowych pieśniami 
o czynach i mężach, od Lecha aż do odsieczy Wiedeńskiej. Tak 
stworzył Niemcewicz poetycki podręcznik dziejów polskich, w no- 
tach uzupełniając tok wierszów; tak spławił pierwszy szlachetny 
kruszec tych dziejów i na monetę obiegową przekuł. Echem od- 
biło się to i w Rosyi, gdzie Rylejew na ten sam ton swoje »Dumy« 
w duchu obywatelskim wyśpiewał. Wierności historycznej było 
mało, poezyi jeszcze mniej; jak »Barbara« Felińskiego, jak ryciny 
dodane pseudoklasycyzmem tchnęły, z widokami wystylizowanymi, 
ze zbrojami i postaciami teatralnymi, dekoracyjnymi, pseudorzym- 
skimi, podobnie i tekst charakterystycznych różnic, odcieni, rysów 
nie uwydatniał; w tych samych barwach i słowach czasy pogańskie 
i Czarnieckiego lub Sobieskiego wystawiał; w sentymentalność 
wpadał, na same przemowy bohaterów, na ich patos retoryczne, 
główną kładł wagę. Za to popularyzował po raz pierwszy dzieje 
ojczyste, jak nikt inny dotąd; nuty i śpiewność zapewniły to po- 
wodzenie, jakiego rzecz, choć w patryotycznym najbardziej duchu 
wykonana, dla samego wykonania mniej zasłużyła; żadne inne 
dzieło nie wywarło równie silnego wrażenia, nie podtrzymało tak 
ducha, nie zbudziło tak miłości ojczyzny. 

Na wielki poemat epiczny nie porywał się, trafnym instyn- 
ktem wiedziony; za to od dydaktycznego nie stronił i obszerne 
»Cztery pory życia ludzkiego« (nie drukowane dotąd w całości) 
zostawił; o wiele piękniejsze były »Dumania w Ursynowie«, gdzie 
z obserwacyi świata roślinnego i zwierzęcego (np. mrówek), poró- 
wnania i obrazy wysnuwał, tęsknotą, marzeniami je przetykając, 
niewymuszone, naturalne i tkliwe. 

Celował w bajkach, do tradycyi Stanisławowskich nawiązując. 
Inaczej niż Krasicki, uprawiał bajkę pełną aluzyi aktualnych, poli- 
tycznych, towarzyskich (na Ledy, co już nie łabędzi, lecz indyki 



- 25 - 

na amantów biorą); czasem data sama świadczy, w co, a raczej 
w kogo Niemcewicz mierzył, np. na wojska sprzymierzeńców, 
ogładzających kraj; koty, zamiast szczurów, tępią zasoby spiżarni — 
niby tłumaczenie z niemieckiego; umyślnie podawano rzecz ory- 
ginalną za tłumaczenie z nieistniejących obcych autorów lub dzieł, 
aby zacierać poszlaki; robili tak np. i Rylejew i Puszkin. Inne 
bajki zwracają się przeciw cudzoziemskiemu wychowaniu (bobrów 
u papugi, na co to wyszło); przeciw fircykom, pysze nadętej, głu- 
pcom bezczelnym, krytykom niepowołanym, gasicielom światła; 
»Mrowisko« z roku 1815 radziło święcie a mądrze kontentować się 
małym, rzucać niepłodne, marzenia, dziękować królowi za niespo- 
dziewaną łaskę i brać się do pracy. Szkodzi bajkom nadmierna 
rozwlekłość; są, jak i u Lafontaina, powiastki, nieraz bardzo nie- 
moralne, inne smutne i tragiczne, owe przeróbki Lenory i t. p. 

Jak pseudoklasycy, i Niemcewicz muzie dramatycznej naj- 
usilniej hołdował: komedye pisywał, chłoszcząc przywary naro- 
dowe (małpowanie francuszczyzny, politykomanię i t. p., »Pan 
Nowina' czyli dom pocztowy«; »Samolub«; "Podejrzliwy «); tragedye 
wybierał nie ze wschodu i starożytności, lecz wyłącznie z dziejów 
narodowych, a więc Władysława pod Warną; Jadwigę; Piasta; 
Zbigniewa; Kiejstuta; Bohdana Chmielnickiego, strasznie romanty- 
cznego, skoro konflikt aż Macedończyka naśladował, chociaż nie- 
nawiści przeciw Polakom nie ukrywał. Temperament nawskroś 
polityczny i w dalekiej przeszłości aluzyi do stosunków warszaw- 
skich nie unikał, rewolucyę potępiał, jakby fatalny rok 1830 prze- 
czuwał; na zausznych doradców i pochlebców sarkał, jakby o ko- 
teryi na Zamku myślał; Kiejstut umierający dowiaduje się, iż 
»pospólstwo, sprawiedliwą zemstą uniesione sprawców wszystkich 
swych nieszczęść skarało śmiercią«, i wybucha: 

Jakaż praw świętych ohyda! 
Za czyimże wyrokiem? Jakże zapalczywość 
Pełni, co pełnić winien sąd i sprawiedliwość! 
Jestem obrońcą ludu, lecz lud często błądzi — 
Nie uniesienia jego, niechaj prawo rządzi! 
Śpiesz (do Witolda), niechaj twoja czujność zuchwałość ukraca, 
Niech tron będzie bezpiecznym, niech spokojność wraca! 

Dotkliwsze są aluzye do » prędkiej odmiany niepewnej młodości«, 



— 26 — 

do prawideł ludzi władzy chciwych (oddalać od rządzących prawdę 
i poddanych skargi) i t. p. Ze wszystkich prób dramatycznych 
podobały się najbardziej wodewile, »Giermkowie króla Jana«; »Jan 
Kochanowski w Czarnym Lesie«, gdzie w ustach dworzanina, pra- 
wiącego o Janie, poeta siebie samego miał na myśli: poeta, wedle 
niego, 

Jest to stworzenie, niby coś nakształt człowieka, 
Z tym wszystkim różniące się zupełnie od ludzi, 
...Patrzy przez godzinę na kwiat jasnej róży... 
Rzuca łoże, by widzieć, jak jutrzenka wstawa... 
Rozpamiętywa przeszłość, lub w przyszłości ginie, 
Wielbi wdzięki natury, ustronia osobne, 
Jakąś wolność, swobodę, i głupstwa podobne. 

O przyszłości miewał dziwne pojęcia czy obawy, np. gdy 
»Rok 3333 « kreślił i w nim Warszawę - Moszkopolis, gdzie ostatki 
chrześcijan, potomki Zamoyskich, Żydom wodę i cegły wożą. Po- 
wieściami i romansami wpływał, obok » Śpiewów historyeznych«, 
najbardziej na publiczność; lecz o tych wspomnieć należy osobno. 
Pisarzem politycznym okazał się w »Listach litewskich«, omawia- 
jących wypadki roku 1812, budzących patryotyzm, nawołujących 
gorąco do skruszenia jarzma, do pójścia pod znaki »posłańca Bo- 
żego«. Swą ziemię przebiegał w dłuż i szerz i opisywał, co wi 
dział, w »Podróźach historycznych po ziemiach polskich między 
rokiem 1811 a 1828 odbytych* (wydanych później); o pamiętni 
kach własnych, z bardzo ciekawymi ustępami, mówiliśmy już wy- 
żej. Nie ubiegał się wyłącznie o górne wawrzyny; od patosu 
przechodził aż do komiczności, nawet w owych Listach Litewskich 
folgował żyłce satyrycznej, tworzył pyszne sylwetki czynownicze 
i inne. 

Niemcewicz, acz już »za życia kanonizowany na Parnasie «, 
jak doń Mickiewicz pisał, ani u spółczesnych ani u potomności, 
jak dotąd, zupełnej, sprawiedliwej oceny nie doznał. Spółcześni 
znali go za mało, najpiękniejsze utwory jego, dla treści drażliwej, 
do druku się nie nadawały; później, smak i moda całkiem innemu 
hołdowały kierunku; miejsca dla śpiewaka z Ursynowa nie było. 
Uderza w nim najpierw nadzwyczajna wydatność pracy niestrudzo 
nej; z poematów wymieńmy tu jeszcze dwa: Prometeusz (1826, 



— 27 — 

wydany 1854), alegorya - satyra, kpiąca z ludzi i panujących, z mi- 
tologii i bożków — z znakomitym portretem np. Aleksandra I.; 
Moje Przemiany (rękopis z r. 1829), w czteru częściach, niby pen- 
dant do prozaicznej Historyi Krasickiego: wędrówka przez dzieje 
powszechne, od wieży Babel aż do Bolesława Chrobrego, o wiele 
ciekawsza, acz całkiem luźna, bardziej urozmaicona niż owa Hi 
storya, poważna i humorystyczna na przemiany. Rzeźwość pióra 
zachował do dni ostatnich; jeszcze 1839 r. zaczął powieść o dniach 
listopadowych, skierowaną przeciw demagogom, klubistom, Lele- 
welowi i Krukowieckiemu, polemiczną, ale 82-letni już jej nie wy- 
kończył. Najwybitniejszą cechą całej jego czynności literackiej, 
zespalającą ją mimo zupełnej rozbieżności przedmiotów i form, 
jest duch polskości i z największym prawem mógł o swoich »zbyt 
.mnogich, w zalety ubogich« pismach twierdzić, »że zawsze dobro 
Polski było moim celem«. Nieskalaną tę służbę literacką pełnił 
w przekonaniu, że przyczyni się do zachowania, spotęgowania 
życia narodowego, i już spółcześni mu to świadectwo wystawiali. 
O jakim zasklepieniu w »klasyczności« nie było i mowy; jemu za- 
wdzięczał wiele Mickiewicz a starzec-Litwin młodego Litwina wy- 
soko cenił. 

Od obu tych powag uznanych odbijał ten, co najmniej ów- 
czas na uznanie mógł liczyć, już dla rzeczy, jakie pisał, skoro 
muzie komicznej służył, t. j. podrzędnej w kanonie klasycznym. 
Ale scena narodowa oparła się nie o Barbary ani Wandy: jej ka- 
mieniem węgielnym są komedye Aleksandra hr. Fredry. 

Po licznych, dzielnych, w żelazo zakutych rycerzach - granicz- 
nikach, co Podola i Rusi piersią swą strzegli, wysilił się ród 
znakomity w wieku XIX na generacye nie mniej dzielne, mniej har- 
towne, artystyczne bardzo, obdarzone niezwykłą bystrością obser- 
wacyi, czym już antenat - statysta, Andrzej Maksymilian, celował — 
nie próżno też z »Przysłów« jego praszczur późny motta do swych 
komedyi dobierał; dalej wyobraźnią plastyczną; niewyczerpaną vis 
comica, lubującą się i w śmiechu dla śmiechu; jowialnością staro 
polską; sercem złotym i tendencyą najzacniejszą. 

Gdy oręż Napoleoński bracia zawiesili na kołku, gdy »święte« 
przymierze pokój nie święty, lecz zgniły Europie zapewniło, gdy 
w Galicyi prócz wspomnień z kampanii, zdobyczy serc niewieścich, 
polowań, hulanek i gospodarstwa trzypolowego, niezmiennego, nic 



— 28 — 

nie nęciło ani zajmowało, wylał się temperament żywy młodego 
Aleksandra na tworzenie scen i postaci; żyłkę dramatyczną, obu- 
dzającą się wcześnie, wierszomanię już obozową wzmogły po- 
chwały i zachęcania przyjaciół, a kierunek im nadał wpływ, jaki 
na nieobeznanego dotąd z teatrem, muza dramatyczna w Paryżu 
wywarła, nie tragiczna, Talmy, z patosem i przesadą, lecz Talija, 
ludzi żywych łudząco, wiernie a charakterystycznie, na scenie 
w ruch wprawiająca; usilna lektura Moliera i Goldoniego dokonały 
reszty. 

Próba pierwsza, napisana od niechcenia, zachęciła do dalszych; 
gdy teatr lwowski, walczący z kłopotami finansowymi, w nich nie 
gustował, udał się Fredro do Warszawy, i leniwy do nowych 
rzeczy i autorów Osiński wystawił nareszcie »Geldhaba« w lulym 
roku 1821. Odtąd miał Fredro zapewnione powodzenie u publicz 
ności, trafiając u dyrektorów teatru na obojętność, u recenzentów 
i krytyków na złą wolę. Borykał się z nimi, t. j. nie dawał się 
im odstraszać, i do roku 1835 wyroiło się z dworku szlacheckiego 
w Jatwięgach i Bieńkowskiej Woli sztuk ze dwadzieścia. Chociaż 
już w Paryżu przekonał się Fredro, że utwór sceniczny dopiero 
w przedstawieniu wykończenia i życia nabiera, o wystawienie 
swych sztuk sam nigdy nie dbał, za kulisy nigdy nie chodził, te- 
atrowi obcy pozostał. Również unikał »aktualności« fabuły czy 
osób; nigdy żywych portretów na scenę nie wyprowadzał i sztuki 
chętnie w Warszawie wystawiał, aby w Galicyi nie dobadywano 
się oryginałów; tylko w »Jowialskim« Bogu ducha winnego sta- 
ruszka z sąsiedztwa sportretował, w którym późniejsza krytyka 
niewiedzieć co za bohatera czy symbol upatrywała. 

W roku 1835 dał się, niestety, Fredro, na całe lat piętnaście, 
zrazić od swego powołania, nie tak głupiej krytyce Goszczyń- 
skiego, oskarżającej go o niemoralność i płochość, o ślepe naśla- 
downictwo, o niedołężne cieniowanie charakterów; jak absolutnemu 
milczeniu powołanych, z których nikt się słówkiem za ciężko 
skrzywdzonym nie ujął; jak u nas zawsze bywa, wybryk jednostki 
odcierpiał ogół; tym razem skrupiło się na literaturze narodowej. 

Niechęć krytyków demokratycznych obudzał Fredro już samą 
sferą, gdzie się jego komedye głównie obracały, salonową i szła 
checką — jakby on inne znał, malując, co na około widział! Nie- 
chęci tej nie rozbrajały zacne, obywatelskie tendencye autora. 



— ' 29 — 

Fredro nie pisał tylko dla śmiechu, nie żeby »dudków bawił«, 
i gniewało go, gdy sztuki jego tylko dla ich wesołości ceniono; 
i on uważał się za satyryka i występował świadomie przeciw naj- 
bardziej zakorzenionym wadom owej sfery, przeciw jej cudzoziem- 
sczyźnie bez ładu i sensu; przeciw marnotrawstwu i karciarstwu, 
grasującemu strasznie właśnie w Galicyi; przeciw płochości męź 
czyzn i kobiet; przeciw dorobkiewiczom i ich pysze nadętej, owym 
Geldhabom, porosłym w pierze na liwerunkach, i ich Florom, polu 
jącym na mitry książęce, a dostawało się przytem i owym mitrom 
samym; żyłce do satyry folgował i w powiastce. I krytykę i pu- 
bliczność zbijało chyba z tropu, że obok takich zakusów satyry- 
cznych wystawiał Fredro i farsę najpocieszniejsze, gdzie wybuchy 
nieco grubego, rubasznego śmiechu wszystko zagłuszały, a nad- 
zwyczaj żywe tempo akcyi i dyalogu z góry powagę rozbrajało, 
porywało widza, myśli głębsze płoszyło. 

O temat, intrygę, genialny dyletant nie dbał wiele; brał, jak 
Molier, co się nawinęło, czy nowelę niemiecką, czy »Don Kiszota« 
czy »Sarmatyzm« Zabłockiego; nad zawikłaniem i rozwikłaniem 
węzła dramatycznego głowę tym mniej łamał, skoro trzymał się 
z zasady reguł francuskich, jedności akcyi, miejsca i czasu; nawet 
subretkami - pokojówkami nie gardził; nie przebierał i w materyale 
komicznym, z qui pro quo, z głuchoty i t. d. korzystając. Typy, 
coraz odmienne, brał z obserwacyi. 

Od typów roiło się około niego: na wsi dogorywały niedo- 
bitki sarmatyzmu, przedpotopowcy jacyś, trzymający się święcie 
nie tylko wiary i zwyczaju przodków, ale i ich przesądów; inni 
zrzucali już ze strojem polskim narodowość samą, przebijającą 
jednak z pod obcych naleciałości; nowe pokolenie wyrobiło się 
w epopei napoleońskiej, oficerowie starsi, do rygoru nawykli, bar- 
dzo drażliwi na punkcie honoru; młodsi, używający świata, z ener- 
gią niewyczerpaną, szarżujący wczoraj Samosy erę, dziś serca nie- 
wieście; podkomendni, słuźbiści wąsale, z politowaniem czy pogardą 
na wszystko, co nie wojskowe, co nie służba, patrzący; były 
i pasorzyty, owi Geldhaby i inni. Damy sentymentalne, do miło- 
stek skłonne, niewiary tragicznie nie biorące, wyrażające się fra- 
zesami, dziś niemożliwymi, z tkliwych romansów ówczesnych wy- 
krojonymi. Obok złotej młodzieży, fircyków Zabłockiego, hulaków, 
poczciwych z gruntu, serca najlepszego, wykolejonych pobłażaniem, 



— 30 — 

wyłamujących się z każdego rygoru, i mężowie nie lepsi, z amo 
rami w głowie, i żony również płoche, ale poważnych zawikłań 
nie znosi scena; czasy ciężkie, na wyrzuty już nie pora, więc choć 
na scenie rzuca się troskami o ziemię i bawi w najlepsze. Tak 
pojmowała to przeciętna publiczność i z nadzwyczajną wdzięczno 
ścią witała śmieszka, niewyczerpanego w coraz lepszych pomysłach. 

Śmieszek ten wyrósł pod ferułą pseudoklasycyzmu; od Fran- 
cuzów zatrzymywał nazwy konwencyonalne, Orgonów i t. p.; lub 
etykiety, Raptusiewiczów, Milczków i t. d.; za Francuzami popisy- 
wał się w wyłącznej komedyi typów, chociaż sam najlepiej czuł, 
że nowoczesna scena czegoś innego już wymaga. W »Jowialskim« 
prawił przecież poeta przez usta Ludmira, że »komedya Moliera 
koniec wzięła, skąpiec dawniej w przenicowanej chodził sukni, 
trzymał ręce w kieszeni, teraz sknera sknerą tylko w kącie, tro- 
skliwość o mniemanie przemogła miłość złota i ubogiego hojnie 
obdarzy, byle świat o tym wiedział... niema wydatnych zarysów... 
w każdym człowieku dwie osoby «. 

Mimo słusznej teoryi stoją komedye Fredry tylko »wyda- 
tnymi zarysami «; zazdrosny u niego tylko zazdrosny, cudzoziem- 
sczyzna tylko cudzoziemsczyzną. Zrywał się jednak Fredro do 
nowego lotu i pod innym względem: rozdarcie nowożytnego czło- 
wieka, pragnienie niezaspokojone ideału, rozdźwięk ze smutną, 
płaską, podłą rzeczywistością, odczuwał i wystawiać umiał, choćby 
w krótkim szkicu, przełamując wąskie szranki komedyi francuskiej, 
w »Odludku i poecie« najbardziej, za Szylerem już krocząc, gdzie 
publiczność tylko dawną sentymentalność odczuwała, niby gruchanie 
Filona do Laury, chociaż to się nowy świat, romantyczny, otwie- 
rał. Z komedyi francuskiej zachował Fredro nawet jej sentencye 
i tyrady nieskończone, rywalizując z Felińskim. Ale ani Molier, 
ani Kotzebue nie wyczerpywali jego zasobów; do wzorów, ramek, 
treści obcej przystępowała własna werwa, żyła komiczna niewy- 
czerpana, genialna; duch czyli instynkt nadzwyczajny swojskości. 

Tak stworzył Fredro jedyną, jak dotąd, komedyę historyczną 
polską. W »Zemście« historycznych nazwisk i akcyi, miejsca i cza- 
sów, niema żadnych, ale i Cześnik i Rejent, Raptusiewicz i Mil- 
czek, to dawne typy polskie w dawnym otoczeniu, do których się 
i ociężały Dyndalski i frant Papkin dostrajają; szarży komicznej, 
czy to w scenie, gdy wobec im skrytszego, tym niebezpieczniej- 



— 31 — 

szego Milczka hardy Papkin ciszej wody i niżej trawy się odmie- 
nia, czy to, gdy mozolisty kułak Dyndalskiego z piórem i sensem 
się boryka, prześcignąć nie można. A w repertuarze Fredry nie 
jedyne to sceny komiczne; dziwaczny ż pomysł w »Pierwszej le- 
pszej*, — wziąć za żonę, która się nawinie, by, wybierając, nie 
wpaść gorzej, ale wobec Litwinki ze śpiewnym akcentem i przed- 
potopową karetą i Heraklit-by dalej płakał, tym razem od śmiechu. 
Cóż mówić o »Damach i Huzarach«, z ich licznymi kontrastami 
od owych herodów bab aż do kapelana wojskowego z niezmiennym 
»Nie uchodzi«, o owym nieprzewidzianym wtargnięciu świata dam- 
skiego w tryb kawalersko -wojskowy, kapitulujący po nieudałej 
obronie; i w naj marniej szej farsie, takim »Nowym Don Kiszocie«, 
są sceny tak komiczne, że zapomnieć ich czy oprzeć się im nie- 
podobna. Ale pióro Fredry nie tylko dla szarży i farsy stworzone; 
już w »Męźu i Żonie«, gdzie cztery osoby trzy akty wypełniały 
i temat drażliwy najdyskretniejszej akcyi, wyłącznego dyalogu, 
wymagał, zajaśniał kunszt Fredry w prowadzeniu tego dyalogu 
i w cieniowaniu jego; temat był ten sam, który niegdyś Lipski 
aż w dwu komedyach traktował, kończył się również pomyślnie, 
chociaż obnażał płochość nadzwyczajną, francuską, nie sarmacką: 
że wszyscy z ogniem igrali, że wszyscy się nawzajem oszukiwali, 
że najgrubiej oszukany mąż sam sztuki oszukiwania przyjaciela 
uczył, bawiło widza nadzwyczaj i głębszego namysłu nie dozwalało. 
Prześcignął się Fredro w »Ślubach Panieńskich czyli magne- 
tyzmie serca«, przyciągającym przeciwne bieguny, chociaż wątpić 
można, czy ckliwy i miękki Albin energicznej Klary nie znudzi, 
a łagodna Aniela nie uprzykrzy się tak dalece szaławile Gusta- 
wowi, że on — tym razem na seryo jednak — listy do Klary sam 
pisywać zacznie; lecz i takie skrupuły nie powstają w widzu, za- 
jętym typowymi, kontrastowymi okazami młodzieży polskiej, głó- 
wnie serdecznym, pustym, prędkim, szlachetnym w gruncie Gu 
stawie, który w Radosta, srogiego na zewnątrz, miękkiego istotnie, 
z czasem się przerodzi; w widzu, olśnionym żywością i błyskotli- 
wością? dyalogu, wytwornością i finezyą słów i uczuć; porwanym 
scenami genialnymi, np. owym pendant do listu Dyndalskiego, 
listem dyktowanym przez Gustawa, najbardziej ujmującą sceną 
z całego 'repertuaru Fredrowego, szukającą równia w literaturze 
dramatycznej świata całego. W »Panu Jowialskim«, pomysł pra 



- 32 - 

stary, jeszcze przez Barykę niegdyś próbowany, urozmaiciła para 
staroświecka, obywatelska, również niemal do typów historycznych 
należąca. 

Teatr Fredry nierówną ma wartość. Przeważają farsy, melo 
dramaty, drobiazgi, gdzie jedna scena lub jeden typ widza zabawi; 
pierwszy lepszy pomysł wykonany jakby od niechcenia; żeby się 
uśmiać do syta, nie waha się autor przed niemożliwością czy nie- 
prawdopodobieństwem. Ale komik, z którymby tylko Gogola mię- 
dzy Słowianami porównać można, gdyby sfera ich nie była tak 
odmienną, gdyby Gogol zbyt, choć mimowoli, nie narabiał satyrą, 
obcą w tej mierze Fredrze i jego czasom; komik ten ma serce 
tkliwe, więc ubolewa nawet nad niskim stanem ówczesnej literatury; 
ust mu nie wykrzywia sarkazm, nie karci, tym mniej znęca się 
nad płochymi, słabymi, nierozumnymi; nie przeciąga więc zawikła- 
nia nigdy aż do groźnego konfliktu — »nie wódź mnie na poku- 
szenie, ojców moich wielki Boże«! woła niby i on sam, jak jego 
Raptusiewicz. I wieje od jego dzieł, nawet mimo nazw obcych 
i wzorów, duch szczeropolski, objawiający się nie tylko w języku, 
którego wszystkie tajniki znał, jak ongi p. kasztelan lwowski, choć, 
jak ów od łaciny, tak ten od galicyzmów wcale nie stronił, ale 
w samych postaciach, w ich sposobie myślenia i działania, z ich 
słabostkami i dzielnością, przymiotami i przywarami. Narodowej 
tragedyi, rzeczy łatwiejszej, nie stworzyła klasyczność warszawska; 
daremnie próbował się w niej i inny Fredro, Jan Maksymilian, 
który naturalnie i » Wandę « popełnił; narodową komedyą za to 
uwieczniła się pamięć doby »warszawskiej« w dziejach literatury. 
O polskości tej typów świadczą choćby obaj bohaterowie »Zrzę- 
dności i Przekory«: Fredro lubił ten sam typ, skąpca, zrzędy, an- 
glomana i t. d. w podwójnych okazach wystawiać i mimowoli je 
indywidualnie zabarwiał. Za dowcipem słownym się nie uganiał, 
kalamburów unikał, za to na śmieszności w myślach używał, szcze- 
gólniej sławny jego angloman Radost. 

Nawet zagranica uznawała zalety Fredrowe, i przyswajały 
sobie jego rzeczy scena niemiecka i francuska, czeska i rosyjska; 
nie zawsze się nawet do tego przyznawano, i »Labiche«; figuruje, 
gdzieby »Fredro« położyć należało. Wobec komedyi Fredry (przed 
rokiem 1835) inne jego próby literackie całkiem ustępują, tak 



- 33 - 

samo jak wobec jego komedyi komedye innych, dziś całkiem 
zapomniane. 

Do śmiechu Fredro w komedyach był skłonny, chociaż sam 
nie tylko pustym i płochym nie był, ale jak Gogol, jak inni wielcy 
humoryści, głębokość uczucia, tkliwość serca, wrażliwość nawet 
nadmierną (czego rok 1835 dowiódł) pod maską komiczną ukry- 
wał; z uczuciem nie wylewał się na zewnątrz, ogrzewał nim, prócz 
niektórych postaci swych sztuk, kółko najbliższe, rodzinne, a niby 
trzpiot na scenie był najprzykładniejszym obywatelem w życiu, 
publicznym i domowym. Dzieło, poczęte przez Zabłockiego, dalej 
i wyżej poprowadził; jemu zawdzięcza teatr polski pierwsze i na 
długi czas jedyne, trwałe sukcesy — naturalnie, cały jego reper- 
tuar nie utrzymał się, poodpadały rzeczy błahe i słabe, ale w dzie- 
jach teatru u Słowian stanął na wyżynach; mimowoli nasuwają się 
podobieństwa i jeszcze silniejsze kontrasty między nim a Gogolem, 
kontrasty sięgające o wiele głębiej, niż wszelkie indywidualne 
różnice. 

Drugi, coraz potężniejszy czynnik literatury pięknej, przez »kla- 
syków« jeszcze mniej ceniony, skoro »reguł« dla niego wcale nie 
było, spółzawodnik teatru, co z nim razem wydziedziczyć miał 
i usunąć zupełnie wszelkie do niedawna tak cenione rodzaje, i li- 
rykę i satyrę i epos i poema opisowe — romans, teraz dopiero 
pierwsze kroki stawiać poczynał. Wiek XVIII obywał się nie zbyt 
nawet licznymi tłumaczeniami; w XIX i te poustawały i rozpierała 
się szeroko francusczyzna, rugująca książkę polską z rąk szczegól- 
niej czytelniczek, wychowaniem samym na pastwę francusczyźnie 
wydanych, odwykających od polskiego pisma, a nieraz i języka. 
Pierwsze romanse polskie wywołała niemal wszystkie chęć patryo- 
tyczna przeciwdziałania zgubnemu nałogowi; miały one dowodzić, 
iż i nasz język zdolny wydać »tkliwe uczucia delikatnej miłości «, 
że monopolu na to francusczyzna nie posiada; miały dać zasma- 
kować w rodowitej mowie i tym ją ochronić od przemożnego 
wpływu obcego języka, za czym i inna obczyzna się wciska. Naj- 
większe zasługi zaskarbił sobie i na tym polu Niemcewicz. Prawda, 
jego » Nieszczęścia Występnej Zalotności « nie ujrzały światła 
dziennego — wrażliwy nad miarę autor dawał się byle jakim ko- 
lizyom z Szaniawskim odstraszać: romans, w listach naturalnie, 
w formie od Russa i »Nowej Heloizy« uświęconej, odgrywał się 

DZIEJE LITERATURY POLSKIEJ T. II. 3 



— 34 - 

na tle wypadków roku 1812, wolny od ckliwej senty mentalności, 
zalewającej karty Kropińskiego, ks. Wirtemberskiej, Bernatowicza, 
chociaż i on »występną zalotność « Herburta dla Poraj owej, »ka- 
nalską słabość« Chapkiewicza dla swej Puttchen, stałość i wierność 
głęboko skrzywdzonej Herburtowej, prawą miłość Mieleckiego 
i Zofii kreślił: niegodziwy Chapkiewicz, Biurowicz, sprzedający się 
plus offerenti, Puttchen, wojująca z ortografią i gramatyką, panie 
zcudzoziemczałe tworzyły kontrast do galery i patryotycznych męż- 
czyzn i niewiast, owej Zofii np., której właśnie Mielecki pisanie 
romansów dla ćwiczenia języka polskiego polecał — niby Niem- 
cewicz sam księżnie Wirtemberskiej. Również nie wydał »Włady- 
sława Bojomira«, romansu - pamfletu w formie dziennika z czasów 
Królestwa kongresowego (do roku 1825), nicującego nielitościwie 
»możnych zuchwalców i żebrzących łaski ich słuźalców«, Nowo- 
silcowa, Zajączka, Roźnieckiego, Szaniawskiego. 

Były to więc pierwsze polskie romanse obyczajowe; pierwszy 
historyczny, jeszcze przed wpływem Walter Skota, to — »Dwaj 
Panowie Sieciechowie« (1815), paralela dwuch pokoleń, dziada sar- 
maty z czasów saskich, gardłującego za Liberum Veto i niepła- 
ceniem podatków, a wnuka-letkiewicza z czasów Księstwa, sfran- 
cuziałego napoły, lecz przytomniejącego, gotowego do ofiar 
pieniężnych i poświęcenia osobistego; każdy z nich prawił o sobie 
swoim właściwym językiem. 

Publicysta i kwestyę żydowską, gdy na porządek dzienny 
wypłynęła, w romansie omówił: »Lejbe i Siora« (1821, znowu 
w formie listowej) kreśliły walkę, prześladowania, nienawiść orto- 
doksyi żydowskiej przeciw oświeceńszym spółwiercom, którzy je- 
dnak nie ulegają i hasła postępu, obywatelskości, ogłady przykła- 
dem swoim szerzą. Najgłośniejszy, chociaż najsłabszy w gruncie, był 
romans historyczny, pierwszy narodowy, przykładem czyli epidemią 
naśladowniczą (Waltera Skota) wywołany, »Jan z Tęczyna* (1825) — 
niby »Barbara« romansu, akcesoryami, nie duchem i treścią histo- 
ryczny, nęcący samą epoką świetności jagiellońskiej, doniosłością 
nazwisk, choćby Kochanowskiego; powodzenie »Jana z Tęczyna« 
zagłuszało niemal rzetelniejsze zasługi. Niezmordowany publicysta, 
satyryk (bajkopisarz), historyk i beletrysta należał do tej generacyi, 
jeden z najświetniejszych jej przedstawicieli, której wysoka kul- 



- 35 - 

tura i niewyczerpane zasoby, fizyczne i moralne, Hercenowi tak 
imponowały. 

Romanse Niemcewicza rychło tłumaczono; obok nich stanęła 
roku 1816 » Malwina czyli domyślność serca «, księżny Maryi 
z Czartoryskich Wirtemberskiej, chciwie pożerana, często tłuma- 
czona, nie dla przebłysków obserwacyi, sytuacyi spółczesnych, lecz 
dla sentymentalności pary kochającej i nadzwyczajności jej awan- 
tur. Tej samej sentymentalności, narzuconej jednak XVI wieku, 
hołdowali Ludwik Kropiński (autor »Ludgardy«) i Feliks Bernato- 
wicz; pierwszego » Julia i Adolf czyli nadzwyczajna miłość dwojga 
kochanków nad brzegami Dniestru«, napisane już roku 1811, wy- 
dane zbyt późno, 1824, i wtedy już bez uroku świeżości; drugiego 
»Nierozsądne śluby« (1820) mniej fantastyczne, więcej urozmaicone. 

Kobiety nie stawały do zawodów literackich w odzie, eposie 
i tragedyi, rzucały się zato na łatwiejsze pole popisowe, powie- 
ściowe; jeszcze przed księżną Wirtemberską próbowała sił w opi- 
sywaniu strasznych przygód Mostowska; o sentymentalną powieść 
kusiła się i Łucya z Giedrojciów Rautenstrauchowa (Emmelina 
i Arnolf, 1821, z zawikłaniami najniedorzeczniejszymi), więcej za- 
służona opisami podróży krajowych i zagranicznych; celowała 
w nich Elżbieta z Krasińskich Jaraczewska (»Zofia i Emilia«, 1827; 
»Wieczór adwentowy«; »Pierwsza miłość — pierwsze uczucie«, 
1828), o skutkach wychowania, temperamentu, pierwszego nazawsze 
rozstrzygającego uczucia, trafnie i mądrze rozprawiająca; dotyka- 
jąca stosunków na wsi i miasteczku, krusząca nawet kopie za 
ludem; malująca charaktery nie zbyt wybitne; wolna od przesady, 
tkliwa, jednak przed rozczarowaniem ostrzegająca. 

O wiele głębsze ślady wyryła działalność, nie tylko literacka, 
ale i pedagogiczna, innej autorki, Klementyny z Tańskich Hofma- 
nowej. Panna Tańska, własnym doświadczeniem, przez wychowanie 
wyłącznie francuskie, i radą mądrej matki kierowana, przykładała 
się do usuwania braków, w wychowaniu zcudzoziemczałym, niepra- 
ktycznym, na polor zewnętrzny, na »talenty to warzy skie« (t. j. fran- 
cusczyznę i garstkę wiadomostek, choćby z mitologii; na robótki; 
na muzykę i tańce) się wysilającym. Na razie oddawała się panna 
Tańska pracy pedagogicznej; stworzyła pierwsza literaturę dla 
dzieci i panienek, wydając i »Pamiątkę po dobrej matce« (prze- 
róbkę z niemieckiego) i »Rozrywki«, czasopismo dla dzieci (1824— 



— 36 — 

1828) i rugując nimi, za natchnieniem Brodzińskiego, »Wieczory 
zamkowe« i powieści pani Genlis; gruntu tradycyjnego, rodzimego 
trzymała się oburącz, myśli o emancypacyi były jej obce, chociaż 
sama się wyemancypowała, uzyskawszy posadę rządową, jako in- 
spektorka zakładów żeńskich. W beletrystyce zasłużyła się »Listami 
Elżbiety Rzeczy ckiej« (1824) i »Dziennikiem Franciszki Krasińskiej« 
(1825) — pamiętnikami, na poły autentycznymi, życia polskiego 
XVIII wieku, po dworach i dworkach, żywymi i barwnymi, traf- 
nymi, choćby autorka nie wszędzie jeszcze znaczenia kreślonych 
objawów dopatrywać się umiała; z szacunkiem i miłością dla prze- 
szłości, nie zakrywając przecież jej wad. Były to skromne napozór 
i drobne, nieco szare (gdyż od wszelkiej fantastyczności i nadzwy- 
czajności stroniące), powieści, więcej jednak historyczne, malujące 
trafniej obrazy nie zbyt dawnej przeszłości, jaką się Tańska z tra- 
dycyi i listów przejęła, niż wszelkie inne spółczesne romanse hi- 
storyczne, od »Jana z Tęczyna« począwszy. 

Walterskotyzm szerzył się gwałtownie; po tłumaczeniach 
barda szkockiego przyszła kolej na produkcye oryginalne w tym 
samym guście. Pod piórem Waltera Skota odmienił się dawny 
antykwarski romans, zapychany najnudniejszą uczonością, zupełnie; 
pogłębiono wymagania »historyczności« do szczegółów życia, oby- 
czajów, ubioru, do charakterystycznej mowy, do prawdziwości kra- 
jobrazów, do prawdopodobieństwa fabuły, nawiązywanej do dat 
i imion historycznych, chociaż bohaterów dziejowych na pierwszym 
jej planie nie umieszczano. Liche bywały próby oryginalne po- 
wieści pseudohistorycznej, np. Tadeusza Bułharyna, zachowującego 
wraz ze swoim Piladesem, Greczem, do roku 1830 jako tako po- 
zory przyzwoitości, powieści o Esterce (on pierwszy obrobił tę, 
dotąd, szczególnie po dramatach grasującą baśń o żydowskich 
miłostkach ostatniego Piasta), pseudohistoryczne zakusy Kropiń- 
skiego i in. 

Po »Janie z Tęczyna« wzniosła się najwyżej »Pojata, córka 
Lezdejki albo Litwini w XIV wieku, romans historyczny w czte- 
rech tomach przez Feliksa Bernatowicza« (1826). Żmudzin mimo- 
woli dał się pokierować w wyborze przedmiotu ściślejszą ojczyzną, 
zacofaną wobec Polski, jak Szkocya wobec Anglii, mimo to na- 
rzucającą jej swych władców, malowniczą; jak bard szkocki, wy- 
silił siei on na oddanie najdokładniejsze tła, nie poskąpił na to 



- 37 - 

trudów, zwiedził pieszo, z ołówkiem w ręku, okolice Krewa, Trok, 
Kowna, wschłuchiwał się w mowę ludu, chwytał cienie jakiejś tra- 
dycyi; nie rzucając stylu retorycznego, cechującego, jak spółcze- 
snych wszystkich, autora »Nierozsądnych ślubów«, stworzył całość, 
bardziej łudzącą historycznością i plastycznością, niż dzieła spół- 
czesnych, chociaż i ona się bez wymysłów ultraromansowych 
(obraz Jadwigi i t. p.) nie obywała, przypominając »Jagiellonidę« 
Tomaszewskiego. Jeszcze roku 1898 przedrukowano ją po raz 
szósty; tłumaczono ją na cztery języki. 

Na mniejsze powodzenie zasłużył, i słusznie, bo nie wyko- 
nany z równą starannością, »Nałęcz« jego (1828 r. i częściej), 
z Kazimierzem Wielkim i nieodzowną Esterką; dalszej czynności 
(w powiastkach i romansie, tym razem z XVII wieku i najazdu 
szwedzkiego) położył kres rozstrój umysłowy; tkliwość nadmierna 
przerodziła się w melancholię i apatyę. . 

Ku powieści historycznej zwracali się i starzy i młodzi, i swoi 
i obcy: Franciszek Wężyk, klasyk niezdecydowany, sprzeniewierzał 
się Parnasowi, uznającemu tylko tragedyę historyczną, »Władysła- 
wem Łokietkiem« (1828) i »Zygmuntem z Szamotuł « (1830), chociaż 
ani czasów zbyt odległych i zbyt mało znanych, ani charakterów 
kreślić nie umiał; Zygmunt Krasiński i młodzi jego spółpracownicy 
jaskrawością tematu zagładzali braki historyczności i wątku, prawdy 
dziejowej i psychologicznej; nawet uczony profesor ekonomii po- 
litycznej w uniwersytecie Aleksandrowskim, hrabia Fryderyk Skar- 
bek, hołdował tej manii (Tarło; Damian Ruszczyć, 1827, jeden 
z czasów saskich, drugi Sobieskiego), chociaż naturalny dowcip, 
dar spostrzegawczy, przykład angielskich powieściopisarzów oby- 
czajowych, Fieldinga, Goldsmitha i Sterna, na pole powieści hu- 
morystycznej, satyrycznej, społecznej go przewabiły. Największy 
sukces odniósł też jego »Pan Starosta « (1826), dziewosłęb ubo- 
giego szlachcica, nadstawiającego braki imienia i majątku boha- 
terską służbą wojskową: obrazy życia szlacheckiego wiernie tu 
oddane; w innych (»Podróźy bez celu«) bawił się profesor to w sen 
tymentalność, to w humorystykę, a nawet i w filantropię, skoro 
nawet do więzień jego »Pan Antoni « trafiał; w istocie był to ga- 
wędziarz, mądry a nawet dowcipny (objaśniał i przysłowia naro- 
dowe), nie powieściopisarz. 

Obok swoich i obcy łatwe tryumfy święcili, głównie Ale- 



- 38 - 

ksander Bronikowski, oficer pruski, polski, saski, w Dreźnie osiadły 
i romansami z historyi polskiej Niemce zawadniający: wszystkie 
z nich pojawiały się równocześnie w przekładach polskich; niektóre 
dożyły do naszych czasów, np. przedrukowywany nieraz »Jan III 
Sobieski i dwór jego, czyli Polska w XVII wieku*. Bronikowski 
bujał po wszystkich czasach i dzielnicach polskich, od Gopła 
i Myszej Wieży aż do Marysieńki; najlepiej udawały mu się rze- 
czy XVI wieku, z konfliktami wyznaniowymi, w »Hipolicie Bora- 
tyńskim « i w »Zawieprzycach«, dwukrotnie na polskie tłumaczonych. 
Opowiadał żywo i zajmująco, historyi nie fałszował, wprowadzał 
najrozmaitsze charaktery, stąd sukcesy jego u Niemców i w Polsce. 
Zainteresowanie się historyą, podawaną w sosie romantycznym, 
było tak wielkie, że się i do fałszerstw, acz niewinnych, udawano, 
np. Kajetan Majeranowski w »Pszczółce Krakowskiej« umieszczał 
niby ze starych rękopisów opisy zabaw, wesel, święconych, co jako 
autentyczne za nim Gołębiowski i Wójcicki powtarzali; jego opis 
»Konika zwierzynieckiego« i wytłumaczenie romantyczne zwykłej 
zabawy cechowej reminiscencyami z napadów tatarskich dotąd kursu 
nie straciły. Gorsze były fałszerstwa innych, kronik średniowiecz- 
nych Prokosza, Kagnimira i tym podobnych luminarzów, przypo- 
minające fałszerstwo aryańskie jeszcze, listu Połowczyka, Smery, 
o chrześcijaństwie, lecz nie miały powodzenia. 

Jak za czasów Krasickiego, podejmował się i teraz pseudo 
romans szerzenia lepszych pojęć o gospodarce i obowiązkach 
obywatelskich; »Pan Podstoli« wywołał »Pana Podstolica« Massal- 
skiego, kreślącego w pięciu tomikach stan wiejski, czyli nędzę jego, 
szlachecki czyli bezmyślne trwonienie wszelkich zasobów, miejski 
czyli właściwiej brak jego i »ideały« czyli możliwość poprawy 
i reformy: »romans administracyjny« ten, a nawet ortograficzny — 
gdyż Massalski uzasadniał w przedmowie nową pisownię — mimo 
formy dyalogicznej i kilku obrazów romansem nie był; równie jak 
i wzór jego, prowadził tylko dalej postępowe i obywatelskie dą 
źności »Dziennika Wileńskiego«, a w przypiskach zrywał zupełnie 
z formą powieści i najlepsze i najnowsze wynalazki, maszyny, 
doświadczenia (agronomiczne) z przytoczeniem źródeł i opisów 
wykazywał. 

Klasycyzm tolerował romans, chociaż go nie uznawał — nie 
wymyśliliż przecież reguł dla niego ani Arystotel i Horacy, ani 



— 39 — 

Boileau i Dmochowski; tak samo podkopywał on podstawy swego 
istnienia, forytując, z przyczyn wcale nie literackich, historyę i jej 
badania. Rzecznicy klasycyzmu, w Towarzystwie Przyjaciół Nauk, 
pielęgnowali, jak język, tak i dzieje, w celach patryotycznych; sam 
Albertrandi, chociaż o narodzie, już w inne bryły przetopionym 
mawiał — zwrot ten niefortunny silnie zaczepiano — głównie na 
tym polu pracował i Towarzystwo do kontynuacyi »Naruszewicza« 
skutecznie nawoływał; badania jego i członków Towarzystwa obra- 
cały się zawsze jeszcze w kierunku XVIII wieku, poświęcone pa- 
nującym i dziejom zewnętrznym, uwzględniające raczej ubocznie 
dzieje kultury, szczyt dziejopisarstwa w wykładzie pragmatycznym 
wzrostu i upadku państw uznające; romans historyczny miał to 
uzupełniać kreśleniem obyczajów, życia sfer niższych i t. p. 

Osobliwsze tory, jakimi się dzieje polskie potoczyły, należało 
uzasadniać plemiennymi czy rasowymi właściwościami, i mimowoli 
wciągnięto w dzieje polskie czynniki pierwotne, prasłowiańskie, 
i odwojowano dziedzinę, dotąd tylko poetom, Trembeckiemu 
i Woroniczowi, przystępną; wyrozumowano na tle nowym i nowe 
sympatye słowiańskie. Rzecznikiem ich na polu politycznym, idą- 
cym najdalej, był Staszic, biadający nad rozerwaniem wyznanio- 
wym, nad wzajemnym nieznaniem się, rwący się dla antagonizmu 
przeciw Niemcom ku punktowi ciężkości słowiańsczyzny, wyno- 
szący z uwielbieniem niekłamanym monarchę słowiańskiego; i Wo 
ronicz skłonny był nawiązywać legendowe dzieje polskie do sło- 
wiańskich; wyprzedził ich archeolog Jan Potocki, piszący po 
francusku, śledzący Słowiańsczyznę aż do Marchii i Meklenburga, 
skąd nową seryą fałszywych bóstw prylwickich świat uczony 
uszczęśliwił, zasłużony jako specyalny a znakomity badacz czarno- 
morza i jego dziejów pierwotnych, scytyjskich i greckich. 

Podróżnik i naturalista, ks. Aleksander Sapieha, skierował swe 
kroki na Bałkan, wtedy jeszcze terra incognita dla Europy; zasłu- 
żony pracownik w Towarzystwie Warszawskim, wydał roku 1811 
pierwszą część swych »Podróży po krajach sławiańskich, odby- 
wanych w latach 1802 i 1803«, zajęty nie tylko własną specyal- 
nością, geologią, lecz i gościnnym szczepem, nietkniętym wtedy 
w swej pierwotności, i literaturą jego ludową: on pierwszy z Euro- 
pejczyków, po abbate Fortis, na większą skalę spisywał dumy, 
jakie w XV i XVI wieku ponury Serbin rzępolił w Polsce, co nie 



- 40 — 

mając żadnych własnych, serbskimi (o Warneńczyku) i ruskimi się 
zadowalała. Niestety, drugi, ciekawszy tom jego Podróży jeszcze 
do dziś nie ogłoszony. Linde w Słowniku uwzględniał wszystkie 
języki i narzecza słowiańskie, od cerkiewnego do »windyjskich« 
i »iliryjskich«, z wielkim mozołem, i dzieło jego stanowiło epokę, 
nie tylko w słownikarstwie polskim, lecz w słowiańskim, służąc 
jeszcze Miklosiczowi, po pół wieku, za niewyczerpaną kopalnię. 

Znamiennym było wystąpienie ks. biskupa wileńskiego, Kossa- 
kowskiego, jeszcze za czasów pruskich, z uświetnieniem i przypo- 
mnieniem roli Czechów dziejowej i literackiej w odczycie o literaturze 
czeskiej i związku języków słowiańskich (1803); tego odczytu do 
Austryi bano się przewozić. Odkrycia, a raczej pseudoodkrycia 
czeskie witano radośnie; Dobrowski, znakomity filolog czeski, ojciec 
slawistyki, Hanka, w patryotycznym uniesieniu fałszerstw ad maio- 
rem Bohemorum gloriam się dopuszczający, należeli od dawna do 
Towarzystwa, wraz z uczonymi i literatami rosyjskimi, Dzierżawi- 
nem, Karamzinem i in.; Towarzystwo popierało badania początków 
słowiańskich, i członkowie jego odznaczali się na tym polu niepo- 
miernie; Walenty Skorochód Majewski, »0 Sławianach« (bo wtedy 
i długo popłacała ta mylna, grecka, nie słowiańska forma) i ich 
pobratymcach, 1816, przed Franciszkiem Boppem, ojcem lingwi- 
styki aryjskiej, wykazywał blizkie związki języka »samskredam 
skiego« (sanskrytu) ze słowiańskimi i innymi europejskimi; Rako- 
wiecki w dwu tomach »Prawdy Ruskiej« (1820 i 1822), nie tylko 
objaśniał tekst tego najdawniejszego pomnika prawodawstw sło- 
wiańskich, lecz wciągał do dzieła i teksty staroczeskie (Hankowe) 
i staropolskie; Wawrzyniec Surowiecki, autor cennych dzieł z dzie 
dżiny ekonomicznej, dawnej i dzisiejszej, wydał i »Śledzenie po- 
czątków narodów słowiańskich« (1824), które, większy od niego, 
Czech P. Szafarzyk na niemieckie rychło wyłożył i później , 
we własnych » Starożytnościach Słowiańskich « , pogłębił i roz- 
szerzył. 

Zwrot ten ku dziejom pierwotnym wywołał z konieczności 
zwrot ku badaniom ludowym, początki etnografii naszej. Program 
jej kreślił Kołłątaj jeszcze roku 1802, zwracając uwagę na zna- 
czenie różnic i osobliwości w narzeczach, obyczajach, ubiorach 
i t. d., żądając ich zbierania: pojawiały się też pierwsze tego 
próby; wszystkie prześcignął entuzyasta - romantyk, Adam Czar- 



— 41 — 

nocki (Zoryan Dołęga Chodakowski), należący do etnografii pol- 
skiej i ruskiej. Rozprawka jego »0 słowiańsczyźnie przedchrześci- 
jańskiej« z roku 1818 była i sygnałem bojowym i odkryciem 
niespodzianym, czarownym; zapatrzony w swój przedmiot, w za* 
chwyceniu niemal, kreślił w śmiałych, wielkich rysach niewyczer- 
pane, dotąd nieznane, pomiatane jako baśni bogactwo starej tra- 
dycyi słowiańskiej, głęboko w narodzie uśpionej, istotnej cechy 
jego, powołanej przez badacza do życia, jakby za dotknięciem 
laski czarodziejskiej, po zdarciu obcej, narzuconej gwałtem, wszystko 
rodzime zakrywającej szaty chrześcijańskiej. 

Słowa natchnionego apostoła tradycyi słowiańskich oblokły 
się niebawem w czyn; zasilony przez Czartoryskiego i Rumiancowa 
(kanclerza państwa, wielkiego miłośnika słowiaństwa i jego zabyt- 
ków), odbywał pielgrzymki od sioła do sioła, od horodyszcza 
jednego do drugiego, zbierając pieśni i podania, dobadywając się 
pierwotnej organizacyi słowiańskiej, opierając ją o »stare-sta«. Nigdy 
już potym nie odznaczały się u nas badania słowiańsczyzny równą 
intensywnością; nigdy nie dostarczały one równie bogatej podniety 
i płodów zarazem; nawet historyę prawa polskiego, którą Bandtkie 
(na podstawie tekstów łacińskich), a Lelewel (polskich), traktowali, 
rozszerzono w pracach Kucharskiego, wysłanego umyślnie dla tych 
badań do braci Słowian, do Pragi i na Południe, wydającego po 
raz pierwszy najdawniejsze pomniki prawne słowiańskie; w roz- 
prawach Maciejowskiego i Hubego dano jej te niezbędne podstawy 
porównawcze, do których ona dopiero dziś znowu w pracach 
O. Balcera powraca. Rok 1831 przerwał i ten kierunek, jak 
inne prace. 

Rok 1831 rozłamał i intensywną czynność Joachima Lelewela 
na dwie nierówne co do treści i znaczenia doby. Poseł żelechowski, 
a potym niefortunny członek rządu rzucał z krajem i bogate swe 
zbiory i prace o historyi polskiej; pozbawiony ich i bibliotek pol- 
skich opracowywał na emigracyi, gdy niewdzięczną politykę 
wkońcu porzucił, obce rzeczy średniowieczne, Numismatique du 
moyen-dge, Geographie du moyen-dge i t. d., rzeczy wielkiej źró- 
dłowej wartości, dowód nadzwyczajnej erudycyi i bystrości; do- 
piero po roku 1841, za wezwaniem księgarza poznańskiego, Żu- 
pańskiego, wrócił do rzeczy polskich, ale w wielotomowym ich 
zbiorze (»Polska, dzieje i rzeczy jej«; ostatnie tomy wydano już po 



— 42 — 

śmierci autora) umieszczał rzeczy, przed rokiem 1831 napisane, 
teraz chyba dopełniane i poprawiane; lecz znalazły się tu i nowe 
przyczynki, treści politycznej, humorystycznej (Wieca królowej 
polskiej w Sokalu), autobiograficznej (Przygody) i historycznej 
(np. Narody na ziemiach sławiańskich). 

Już przed rokiem 1831 powstały więc owe prace, w których 
Lelewel nowy pogląd na dzieje polskie, obowiązujący niemal przez 
pół wieku, z którego się Moraczewski, Szmitt i inni nie otrzęśli, 
przeprowadził. 

Warszawianin — »Mazurem« się stale przezywał i do Litwy 
(Wilna) ekspatryować się nie zamierzał — od lat chłopięcych tra- 
wiony głodem historyi, z początku badaniom antykwarskim, o Ed- 
dzie skandynawskiej albo o »dawności litewskich narodów i związ- 
kach ich z Herulami« (roku 1808), się oddawał, chociaż Adam 
Czartoryski od tego go nawoływał »do filozoficznej części dziejów, 
aby zostać dziejopisem... do czego nikt u nas dotąd nie doszedł«. 
Zwrócił się do badań kronik dawnych, szczególniej mistrza Win- 
centego (Wzmianka o nim i Uwagi nad Mateuszem herbu Cholewa, 
przetłumaczone na niemieckie przez Lindego; w owym biskupie 
krakowskim, rozmówcy z trzech pierwszych ksiąg Wiecentego, 
widział ich autora, co mylne, uprzątał za to bajki o Lechach i t d.), 
i rozwinął czynność zdumiewającą. Porzucił wąskie tory dotych- 
czasowej nauki, sięgał do sag północnych i do relacyi pisarzów 
arabskich, do geografii i numizmatyki, do genealogii i heraldyki, 
do historyi prawodawstw i ich zabytków, polskich i litewskich, do 
kronik średniowiecznych i pisarzów starożytnych; już wcześnie 
uwydatnił ten uniwersalny zakrój swych badań, którym dotąd nad 
naszymi historykami góruje, zasklepiającymi się z reguły w dzie- 
jach domowych. Nie rychło zabierał się do tworzenia większej 
całości, chyba w wykładach uniwersyteckich (wileńskich), ogarnia- 
jących całość dziejów starożytnych i nowszych; chętnie zapuszczał 
się w kwestye metodyczne, o Historyce, o rozgałęzieniu i meto- 
dach badania. Ogłaszał najrozmaitsze opracowania (»Dzieje staro- 
żytne Indyi« i in.), i z nauk pomocniczych, np. i dziś jeszcze cie- 
kawe » Bibliograficznych ksiąg dwoje « i » Dzieje powszechne 
bibliotek«; nikt mu nie dorównywał w uczoności i bystrości; styl 
był niefortunny, chropawy, z nowo kutymi »dziejbami« i »zdzieł- 
cami« — trzebaby je tłumaczyć na język polski, żartował kolega 



— 43 — 

wileński, Daniłowicz. Oprócz rzeczy specyalnych, np. »Badań sta- 
rożytności we względzie geografii«, chlubnie ocenianych — w tłu- 
maczeniach — przez mistrzów nauki, Rittera i Humboldta, należy 
wymienić zwięzłą a wyborną »Historyczną paralelę Hiszpanii 
z Polską w XVI, XVII i XVIII wieku«, tłumaczoną na obce języki, 
i »Dzieje Polski« potocznie opowiedziane (czyli Dzieje, które stryj 
synowcom opowiedział, doprowadzone do roku 1795, później do 
roku 1831, dziewiąte wydanie r. 1859). Pogląd jego na dzieje pol- 
skie różnił się dyametralnie od dotychczasowych, był w oczach 
klasyków, jak autor sam, jakobińskiej, rewolucyjno-republikańskiej 
natury: sympatye ludowe, do gminowładztwa słowiańskiego, repre- 
zentowanego przez gminowładztwo szlacheckie, nienawiść ku ary 
stokracyi, nieufność ku monarchizmowi. Całości, ani dziejów uni- 
wersalnych ani polskich, Lelewel, walczący po r. 1831 ze strasznym, 
chronicznym niedoborem materyalnym dobrowolnie i z zasady, nie 
stworzył; w szczegółach nieraz się mylił, np. w wywodach etymo- 
logicznych, słabej stronie badań naszych staroźytniczych po 
dziś dzień. 

Za to zgłębił dzieje polskie, jak nikt przed nim; do prawdy 
docierał niezmordowanie; zebrał materyał olbrzymi, zużyty i w dzie 
łach, które jego nazwiska nie noszą, czy to w »Zbiorze praw 
litewskich« Działyńskiego, czy to w pierwszym tomie »Herbarza« 
(Niesieckiego, wydania Bobrowicza — spis dygnitarzów chronolo- 
giczny jego pióra). Niepodzielny, półwiekowy autorytet jego u nas 
(tylko Róppel się z pod niego wyłamał) był więc rzetelnie zasłu- 
żony; w przywiązaniu do kraju i dziejów jego nikt go nie prze 
wyźszył. 

Gdy etnografię i studya słowiańskie dopiero za czasów war- 
szawskich wskrzeszano, historya literatury, już jako część historyi 
kultury (np. w Obrazie Siarczyńskiego), początkami swymi aż 
w czasy saskie, Jabłonowskich i Załuskich, sięgała. Ograniczała się 
wtedy wyliczaniami poetów i dzieł ich drukowanych (u Jabłonow- 
skiego w przedmowie do »Placyda«; w »Musaeum« Załuskiego); 
potym głównie historyków uwzględniali Dubois w książce francu 
skiej, Mitzler w Bibliotece Warszawskiej (niemieckiej, dającej wy- 
ciągi z »Fasti Radiviliani« i podobnych dzieł), i Załuski sam w swej 
białym wierszem pisanej Bibliografii, z której właśnie tylko część 
o historykach z przypisami Minasowicza Muczkowski roku 1834 



— 44 - 

ogłosił: rzecz bardzo ciekawa i ważna mimo niemożliwej formy 
Inni, Krasicki i t. d, dawali krótkie rysy pojedynczych działów 
aż Feliks Bentkowski w dwu tomach »Historyi literatury polskiej « 
całokształt jej objął (1814), chociaż i tu bibliografia rozumowana 
z nadto pochlebnymi wzmiankami, lwią część dzieła zajęła; Bent 
kowski charakteryzował tylko całe epoki ogólnikowo; zresztą wy 
liczał dzieła, swojskie i tłumaczone. Dykcyonarz poetów polskich 
wydał ks. H. Juszyński, przytaczając, prócz prób tekstowych, 
szczegóły bibliograficzne: materyałem rozporządzał olbrzymim; 
niejednego, z czego korzystał, najciekawszego (pieśni średniowie- 
cznych, dyalogów pobożnych), dziś już nie posiadamy. Najwyżej 
stanął Osoliński, w czterech tomach »Wiadomości historyczno - 
krytycznych* (dwa poświęcił Orzechowskiemu), omawiając z nad- 
zwyczajną erudycyą i gruntownością szereg ciekawych postaci, 
innowierczych (Aryanów), uczonych (lekarzów) i innych, w języku, 
choć ciężkim i nieco dziwacznym, ale poprawnym; lecz nie wśród 
poetów wybierał bohaterów, raczej między historykami i teo- 
logami. 

Zamiast prac historycznych (teoretycznych było nadzwyczaj 
mało, najobszerniejsze Stanisława Potockiego o wymowie, w czte- 
rech tomach) sprzyjała doba wydawnictwom dzieł samych, szcze- 
gólniej poeci Stanisławowcy doczekali się wydań zbiorowych, od 
Krasickiego aż do Dmochowskiego, w którego ślady syn wstępo- 
wał, nie bez powodzenia, z tłumaczeniami, tragedyami i recenzyami, 
aż Mickiewicz jego kredyt poderwał. 

Czasopiśmiennictwo nie zdobyło się na próbę wybitną, roz- 
praszało się w ponawianych coraz przedsiębiorstwach, najliczniej- 
szych, choć nie trwałych, w Warszawie; większość pism tych, 
» Pamiętników «, »Ćwiczeń«, »Sybil«, »Astrei«, czy jak się tam na- 
zywały, hołdowała umiarkowanemu klasycyzmowi; przynosiła roz- 
prawy estetyczne, moralizujące, historyczne; beletrystykę reprezen- 
towały w nich i noworocznikach, almanachach, wiersze. Pisma fa- 
chowe, jurydyczne (Temidę i t. p.) pomijamy. 

Tak dobiegał klasycyzm do schyłku, ale nie było mu danym 
zamrzeć w spokoju ani zdawać służby publicznej na wdzięcznych 
dziedziców; łuna nocy listopadowej zaświeciła nad jego straceniem 
doraźnym. 

W czasach, kiedy panował, najpierw niepodzielnie, potym, po 



— 45 - 

roku 1820, z coraz liczniejszymi i znaczniejszymi uszczerbkami, 
zmieniła się postać literatury, warunki jej i kierunki, doszczętnie. 
Najpierw zeświecczyła się; gdy za Stanisława dziewięć dziesiątych 
piszących byli duchowni, teraz wycofali się duchowni z literatury, 
przynajmniej z nadobnej; utrzymywali się między historykami, bio- 
i bibliografami, a zasilali głównie teologię; wyjątkowo w polemikę 
się wdawali, np. fanatyczny Surowiecki (Karol) napadał na »Podróż do 
Ciemnogrodu« w »Świstaku wygwizdanym*; inni przeciw wolnomu- 
larstwu wojowali. Ich monopol gruntowniejszego wykształcenia 
dawno ustał; ze szkół, coraz wyłączniej świeckich, szczególniej 
w Królestwie, wychodziła młodzież świecka, zdolna i ruchliwa; du- 
chowny panis bene merentium, niegdyś tak obfity, teraz skur- 
czony i obcięty strasznie, potrzeby samego kościoła opędzał, nie 
służył więcej jako nagroda za satyry czy sielanki. Pozbywała się 
literatura tonu moralizującego, kaznodziejskiego najzupełniej i co- 
raz się w niej uszczuplało miejsca dla księdza. 

Jeszcze rychlej i gruntowniej pozbyła się nastroju panegiry- 
cznego. Nie było dworu, nie było i poetów-szambelanów; uznanie 
i nagrody rozdawała wielka publiczność; krytyk czy recenzent by 
wał jej organem. I po dworach magnackich zabrakło domowych 
poetów; magnat podtrzymywał odtąd literaturę, gromadząc zbiory, 
dla których potrzebował uczonych bibliotekarzów, łożąc koszta na 
wydawnictwa, których księgarz-przedsiębiorca podejmować nie 
mógł. I zdemokratyzowała się literatura; literat zaczął nawet ma- 
rzyć o tym, by żyć z pióra, nie kłaniając się nikomu, by oddać 
się zupełnie zawodowi swemu, nie obciążając się zbyt inną, zy- 
skowniejszą czy tylko pewniejszą pracą obowiązkową, i przesta- 
wał Parnas być miejscem swobodnej towarzyskości, wzajemnej 
admiracyi, najgładszego obejścia; walki koteryjne przybierały odtąd 
mimowoli ostrzejszy charakter. Ale zawód był każdemu otwarty; 
w miarę ustępowania duchownych wzmagała się liczba mieszczan 
i szlachty najdrobniejszej; literatura pospolitowała się i rubaszyła, 
a zyskiwała na przypływie sił nowych, oryginalnych, choćby nie 
zawsze wysoko kulturalnych. I wydzielali się powołani od rze 
mieślników, a choćby partaczów, i krytyka czuwała nad tym, wy- 
różniała jednych od drugich, chociaż na razie sama z powijaków 
pseudoklasycznych oswobodzić się nie mogła. 

Literatura stawała się coraz bardziej potrzebą, nie rozrywką, 



- 46 - 

już nie niepróźnującym próżnowaniem. Od razu straciła najwybit- 
niejszą cechę poprzedniego okresu, satyryczną; zamiast pisania 
satyr zabierano się do raźnej pracy na każdym polu. Osiągano za- 
dziwiające rezultaty; nawet w najniekorzystniejszych warunkach, 
za Księstwa Warszawskiego, podskoczyła np. liczba szkółek ele- 
mentarnych miejskich i wiejskich ze 137 (w roku 1807) na 1491 
(w r. 1814), zasługą Dyrekcyi Edukacyjnej i Stanisława Potockiego. 

Ileż to przybyło potym szkół wyższych i specyalnych, — 
uniwersytet Aleksandrowski, szkoła agronomiczna w Marymoncie, 
leśnicza, górnicza, instytut czyli szkoła politechniczna (ze Staszicem 
naturalnie, jako prezesem), wojskowa i t. d. — tak raźnym krokiem 
postępowało oświecenie. 

Czynność spotęgowana ogarniała wszelkie pola, brakowi prze- 
mysłu i rękodzieł miały zaradzić sprowadzanie obcokrajowców, 
nęconych przywilejami, wysyłanie zdolniejszych za granicę, budowa 
fabryk (Żyrardów), ułatwianie kredytu wszelkim przedsiębiorstwom; 
szczególniej zakrzątnięto się około górnictwa; nawoływania Sta- 
szica, składającego w Towarzystwie Przyjaciół Nauk wyniki swych 
badań geologicznych, nie pozostały bez skutku; utworzono i upo- 
sażono w Kielcach Dyrekcyę główną górniczą i dodano jej szkołę. 
O gospodarce finansowej Lubeckiego świadczą najwymowniej cy- 
fry: skarb niemal już zbankrutowany, z niedoborem strasznym, wobec 
kraju wycieńczonego i wobec moratoryum, jako ostatniego ratunku, 
przy końcu r. 1830 i deficytów się pozbył i sumą 50 milionów złp. 
rozporządzał. A wszystko szło drogą jawną, legalną i lojalną. 

To są istotne zasługi »klasyków« warszawskich, nie na polu 
literatury nadobnej zdobywane; energia jednostek wysoce kultural- 
nych zbudziła poczucie obywatelskości, otrząsła społeczeństwo 
z marazmu i zastoju, postawiła je na własne nogi, zaczęła skute- 
cznie pracę organiczną na każdym polu, zreformowała administracyę, 
sądownictwo i szkołę, zreorganizowała i postawiła wysoko młodą 
armię. Wzorowała się na instytucyach francuskich, z kodeksem 
napoleońskim i biurokracyą, z jej departamentami i porządkami; 
ujmowała w karby całe społeczeństwo. Cóż dziwnego, że przenosiła 
metodę, tak zbawienną w życiu publicznym, i na rzeczy »przyjem- 
ności i smaku«, że nie opuszczała mody paryskiej i w rzeczach lite- 
ratury, że w błogim poczuciu doświadczeń z dwuch tysiącoleci, 
metrem francuskim, jednościami, wymierzała płody »geniuszów« 



47 



i, nie czytając, zasądzała wszystko, co się z pod metru francu- 
skiego wyłamywało. 

I spała szczęśliwie literatura piękna, naśladownicza, przesta- 
rzała na obie uszy, przez sen tylko odganiając muchy niemieckie 
i angielskie, niestety coraz dokuczliwsze! A przecież i na tym polu 
zdobyła zasługi, niegłośne, ale trwałe: przerwane trądy cye Stani- 
sławowskie nawiązywała, stworzyła znowu publiczność dla książki 
polskiej; oświata, jaką szerzyła, spulchniła twardą dotąd rolę, 
i ziarno już było rzucone: ze szkół klasyków zawziętych wyszli 
bohaterowie romantyzmu. m 

Wyprzedziło też Królestwo Kongresowe wszystkie dzielnice 
polskie, i Warszawa, jakby za czasów Stanisławowskich, znowu 
środowiskiem literatury, gustu i smaku zajaśniała, nie umiejąc na- 
wet zawsze z przywileju tego należycie korzystać — czego np. 
nieszczęśliwy Malczewski doświadczył. 

Zabiegliwemu konserwatyzmowi i wydatnej jego pracy oby- 
watelskiej, coraz płodniejszej i ważniejszej, zarówno jak i nieru- 
chomej klasyczności wykopały nagły grób utopie rewolucyjno- 
polityczne i romantyzm literacki. 



ROZDZIAŁ JEDENASTY. 
POCZĄTKI ROMANTYZMU. 



Brodziński. Mickiewicz w Kownie i Wilnie; ballady i romanse; Dziady. Sonety 

Konrad Wallenrod. Naśladowcy. Szkoła ukraińska: Gosławski, Malczewski, Goszczyński, 

Zaleski, Padurra. Walka z klasy cznością. 

Mimo wszechmocy klasyczności coraz się mnożyły zjawiska, 
obce i swojskie, wieszczące rychły jej upadek; z obcych literatura 
niemiecka, a w dalszym rzędzie angielska, pozbawione od dawna 
więzów pseudoklasycznych, musiały działać na ościenną, polską, 
skoro i Francuzi sami, przez usta pani de Stael, na nią uwagę 
zwracać poczęli, a szkoły pruskie i austryackie z oryginałami za 
poznawały. I zaczął się po raz pierwszy objawiać wpływ literatury 
niemieckiej na polską. 

Dotąd nie znano go zupełnie. Uczono się u Niemców (ich 
przedstawicielami byli tacy ludzie, jak bracia Bandtkowie, Linde, 
Grodeck, Kaulfuss i inni), tłumaczono ich dzieła, agronomiczne albo 
lekarskie (Hufelanda), lecz i w podręcznikach przeważały francuskie; 
nie znano zupełnie ani ceniono ich poezyi i prozy; w przekładach 
utykano na Hallerze i Kleiście, na Gellercie i Gesnerze, na grama- 
tyce Gottscheda; teatr tylko, głównie niedzielny, nie zamykał się 
przed nimi; Kotzebue grasował w Warszawie, jak w Petersburgu; 
o Lesyngu, Szylerze i Getem — prócz rzeczy dramatycznych, 
nic nie wiedziano. Późno zaczęły się i z nich pojawiać przekłady, 
luźne, nie zapowiadające jeszcze żadnego przewrotu. Nawet o me- 
tafizyce niemieckiej zaczęto rozprawiać, i już Józef Szaniawski 



- 49 - 

polecał (r. 1805) czytanie filozofów niemieckich, a krakowski pro- 
fesor filozofii, Jaroński, śmiał nawet Kondy Hakiem i jego logiką 
pomiatać. 

W obronie filozofii szkockiej i encyklopedyi francuskiej wy- 
stąpił Śniadecki (Jan) z rozprawą »0 metafizycec (1814), którą ku- 
glarstwem literackim nazywał, o prawdziwym spisku na zaćmienie 
umysłu ludzkiego prawił, wprowadzającym na miejsce myśli pro- 
stych i jasnych język ciemny, niezrozumiały i mistyczny. Nieba- 
wem miał Śniadecki, na polu mniej sobie znanym, wiele ostrzej 
wystąpić. 

Klasycyzm sam grób swój wykopał, choćby tylko powtarza- 
niem szablonu, datującego od lat niemal dwutysięcy, zakuwaniem 
ducha żywego w formy martwe. Gdybyź ten szablon i te formy 
zadowalały w czymkolwiek wymagania uczucia i fantazyi! Świat 
nowoczesny odmienił się najzupełniej: osadzonym wyłącznie na 
ziemi i bycie doczesnym ideałom poganina, gardzącego ręczną 
pracą, jako poniżającą człowieka, przewodzącego niemiłosiernie 
nad niewolnikami i nad kobietą, uznającego wśród otoczenia tylko 
ziomków najbliższych za ludzi i bliźnich, wśród władz umysło- 
wych — rozum jedyny, przeciwstawiał on ideały chrześcijańskie, 
braterstwa ludów, swobody i równości płci i stanów, poszanowania 
pracy, uznania praw uczucia i serca; odrywał się od więzów ziem- 
skich; upadały szranki antyku, roztkliwiały się serca, delikatniały 
uczucia, np. honoru; obok człowieka wystąpiła i przyroda, dla 
której antyk zmysłu nie posiadał, traktując ją wyłącznie jako de- 
koracyę. Na miejsce szablonu antycznego, kosmopolitycznego i je- 
dnostronnie intelektualnego, realistycznego, domagały się ludy czy 
indywidua, psychicznej analizy głębszej, poszanowania przeszłości 
własnej, zniesienia klątwy, ciążącej na wiekach »średnich«, urozma- 
icania cechami swojskimi myśli, obrazów i mowy, skruszenia bał- 
wanów płytkiego realizmu i mądrości zdawkowej, dążenia ku ide- 
ałom choćby nieziemskim, ku celom wszechbytu, badaniu rzeczy 
niezbadanych. Samym wyrafinowaniem kultury, ujednostajniającej 
wieki i strefy, dawno gardzono: oddalano się od niej do niewy- 
muszonej, naturalnej prostoty i szczerości; sama miłość ojczyzny 
przybierała inne formy, z miłości kraju i ziemi przetwarzała się 
w miłość ludu i gminu, niedawno nieuznawanego za ludzi, w miłość 
trądy cy i i języka własnego. 

DZIEJE LITERATURY POLSKIEJ T. II. 4 



— 50 - 

Wzbierały krępowane uczucia i fantazya; klasycy, jak Russo 
i Makpherson, jeszcze w połowie niemal wieku nowe wskazywali 
tory; za nimi wychylał się Szekspir i Włosi, a z klasyków nawet 
oryginalni, Grecy, zasłaniali i przyćmiewali zupełnie Rzymian — 
naśladowców. Zwrot ku narodowości, niezadowolenie formami ży- 
ciowymi, pragnienie ideału, rozdarcie i tęsknota duszy nowoczesnej, 
tęskniącej ku sferom nadziemskim, obce i wrogie równowadze 
spokojnej a płytkiej antyku, musiały się wynurzyć w literaturze 
pięknej. I sprzeniewierzyli się wszyscy ruchliwsi, gorętsi, głębsi, 
bożyszczom klasycznym, rychlej czy później, bez walki lub po 
walce zaciętej, której starzy choćby środkami policyjnymi (np. we 
Francyi petycyami do króla o ochronę Parnasu), napróźno tamę 
przeciwstawiać chcieli. 

Najłatwiej porzuciła literatura niemiecka, nie szczycąca się 
pseudoklasycznym Rasynem ani Popem, ten kierunek na zawsze 
i stworzyła w Getym i Szylerze, niemówiąc o Lesyngu, ich zwia- 
stunie krytycznym, nową klasy czność, szczytniejszą, bardziej naro- 
dową, chociaż na greckich wzorach wyrosłą, a tym samym wy- 
wołała kroki dalsze, do zupełnego rozwichrzenia romantycznego, 
do przesady fantastycznej, do uczuciowości nadtkliwej, do jedno 
stronnego uwielbienia wieków średnich, do szukania ideałów, 
»kwiatu niebieski ego «. 

Ważniejszym stawał się wpływ innej literatury germańskiej, 
angielskiej. Ani rwący się ku ideałom Szyler ani Olimpijczyk 
Gete, unoszący się w pozornej harmonii wszechbytu, głusi na 
krzyk sumienia i ślepi na otaczającą nędzę, niesprawiedliwość i po 
dłość, oddzielający ściśle świąteczną sferę dumań i pragnień od 
życiowej, codziennej, nie mogli zhołdować natury słowiańskiej, go 
rętszej, rwącej się do czynu, nie zaspokojonej owym rozdziałem 
pedantycznym między rzeczywistością a marzeniem. Oddziałał na 
nią głębiej, wszechstronniej Byron. Barwność i tajemniczość opo 
wiadań jego, piorunujące wzywania do boju w imię ideałów, szy- 
derstwa i skargi na ospałych i obłudnych, jawne rozdarcie duszy, 
niezadowolenie straszne, do pesymizmu ostatecznego i zwątpienia 
prowadzące, porwały młodzież, odczuwającą głęboko to rozdarcie 
i tę tęsknotę czy to dla przejść i walk osobistych czy dla jawnych 
niesprawiedliwości społecznych i politycznych, gardzącą spokojem 
i równowagą stróżów porządku i rozsądku, czcicieli jedynej ma 



— 51 — 

ksymy: miary. Szyleromania ustąpiła byronomanii, tkliwa idealizacya 
namiętnym wybuchom skarg i żalów, lecz najazd ten na warszawski 
Parnas klasyczny dokonał się nie bez przygotowania, przechodził 
pewne fazy. 

Nie ze szkół poznańskich, lecz z galicyjskich wyszli obaj 
Brodzińscy, znawcy i miłośnicy literatury niemieckiej, od Hallera 
i Herdera ją datujący. Starszy, Andrzej, tłumacz »Dziewicy Orleań- 
skiej*, poległ już roku 1812, lecz młodszy, Kazimierz z »Królówki«, 
został Janem Chrzcicielem romantyzmu: i jego głos przebrzmiewał 
na puszczy, gdy zjawił się ten, któremu nie był godzien rozwiązać 
rzemyków obuwia jego. 

Tkliwy, sentymentalny Brodziński, niby spotęgowany Kar- 
piński, za wpływem brata i Reklewskiego oraz ich sielanek, wcze- 
śnie do poezyi się zwrócił i wierszem na pogrzeb księcia Józefa 
Poniatowskiego ogólną uwagę wywołał. Potym pisywał do »Pa- 
miętnika Warszawskiego« wiersze oryginalne i tłumaczone; pierwsze 
poświęcał świeżym jeszcze dziejom (Legionista i in.), lub wsi pol- 
skiej (Pieśni rolników; sielanka Oldyna, gdzie tylko imię jest kon- 
wencyonalne, skarga włościanki zaś bardzo realna, — za męźem- 
źołnierzem, co z rąk braci zginie); uj mywał się o skarb najdroższy, 
mowę ojczystą (Żal za polskim językiem, gdyż my »po francusku 
spór wiedziem o polskich pisarzów«). »Wiesławem« (1820 r.) u sta- 
rych i młodych entuzyazm wzbudził; była to największa i najdo 
skonalsza sielanka polska. Od wczesnej młodości znał i kochał 
Brodziński lud wiejski i po innych próbach w »Wiesławie« go 
wyidelizował: niby to »Herman i Dorota« Getego, przeniesiony 
z miasteczka nadreńskiego na wieś krakowską, zniżony o kilka 
tonów, więcej zmanierowany; uchylał poeta wszystko, coby »pro- 
stactwem« tchnęło, z Maćków Wiesławów robił i tym uznanie kla- 
syków zdobył; tworzył jednostronne wskutek tego, a przecież 
piękne i rzewne obrazy, oddychające swojskością i rodzimością, 
cechami, za którymi wyłącznie się ubiegał. 

Z idyli życia wiejskiego, ozłoconego słonkiem, omajonego 
zielenią, rozbrzmiałego śpiewem ptasząt, wybrał moment najdra- 
matyczniejszy, — zrękowiny, pozwalający wystawić lud w śpiew- 
kach i tańcach, ochoczy do zabawy, zapominający o ciężkiej 
trosce i pracy ; wprowadził cały szereg znamiennych postaci , 
drużbę Jana, bywalca, z miodopłynną wymową, godzącego 



- 52 - 

zwaśnionych; dziarskiego Krakowiaka, Wiesława, co i wojakowi 
z drogi nie zejdzie, a jak pokocha, to całym sercem; poważnego 
Stanisława, hamującego wymowę babską, Bronisławy i Jadwigi; 
uroczą, zapłonioną, zadumaną Halinę; nawet fabułę dramatyczną, 
z uprowadzonym dziecięciem, wśród zaburzeń krajowych, i roz- 
wiązanie jej szczęśliwe wymyślił. Cały obrazek tchnął spokojem, 
łagodnym i cichym, wieczoru wiejskiego; żadna fałszywa nuta nie 
mąciła ładu wsi wesołej, wsi szczęśliwej. 

Z sielanki tej biła skrycie, w innych wypowiadana jawnie, 
jedyna namiętność Brodzińskiego: przywiązanie do rodziny i ziom- 
ków. Już w liście do Dafny o poezyi (r. 1816) sformułował pro- 
gram, któremu życiem i pismami wiernie służył: 

Na jakiej ziemi, z jakim ludem żyjesz razem, 

Takiego twoje pienia niech będą obrazem. 

Niechaj inni śpiewają arkadyjskie gaje... 

Ty, ceniąc wszędzie piękność, własną śpiewaj ziemię... 

W ziomkach ucz się znać ludzi, z nich czerpaj natchnienie, 

Ich uczuciem wzbudzone im poświęcaj pienie... 

a w kilka lat później, gdy z Włoch wyjeżdżał (1826), nie nęciły 
go ani przyroda, ani dzieła sztuki auzońskie: 

Nie zajrzę wam swobody ani wonnych gajów: 
Pójdę żyć wspomnieniami do rodzinnych krajów, 
Pójdę żyć jej nadzieją i dla niej poddany... 
Choćby przyszło z trapiącym kochać ją milczeniem — 
Byle w niej, byle dla niej z czystym umrzeć tchnieniem; 

zrezygnowany żołnierz wielkiej armii powtarzał: 

Czulej w naszej północy kochają swą ziemię, 
Choć tam skąpiej natura posaży swe plemię; 
Mniej darów, ale duszę więcej mają tkliwą, 
Rzewniej się jakoś kocha matkę mniej szczęśliwą. 

Jak u spółczesnych, od Staszica i Woronicza aż do Choda- 
kowskiego, szerzyła się ta miłość ziemi i ludu mimowoli na całe 
»jednoszczepne plemię«; wtórował on Czechom, Kollarowi i Czela- 
kowskiemu, dawał się natchnąć sniełkom (sonetom) » Sławy dcery« 
i w wizyi »Pobytu na górach karpackich «, »długoramiennej straży 



53 



sławskiej niegdyś ziemi«, »bard« (osyańskiej pamięci, przeniesiony 
bez braku na piewcę » sławskiego), Bojan, zawodził skargi: 

Już nad Labą, Wezerą i wśród tylu krajów 
Przebrzmiał język, ślad starty dawnych obyczajów; 
Jeszcze przestwór ogromny północy i wschodu 
Uchował bratni język i znamiona rodu, 
Lecz i ten wrychle cechę naszorodną straci, 
Jeśli zapomni spólnych i ojców i braci. 

I uwielbiał i okraszał Brodziński ten świat słowiański; jako 
przymioty jego, upatrywał »miłość natury, umysł pogodny i we- 
soły, rezygnacyę, jedyny entuzyazm, miłość swej ziemi, wrodzoną 
skromność i obyczajność*, a przywarę ich główną: najskłonniejsi 
są do naśladowania szczególniej tego, co im jest najmniej wro- 
dzone i przyzwoite. 

Bolejąc nad zaniedbaniem (u nas) dziejów słowiańskich, przy- 
wodząc długi cytat z Herdera, odnajdywał w rozsypanych kurha- 
nach o nieznanym znaczeniu tkliwsze wspomnienia, niż w klasycz- 
nych rumowiskach, w religijnych i rodzinnych obchodach słowiań- 
skich, niż w igrzyskach rzymskich; miłością przejmowały go 
spokojne ludy, uprawiacze roli, nie znający oręża fanatyzmu i za- 
borów, nie zaś oburzające średniowiecze rycerskie; nawet mitologii 
słowiańskiej obca była krwioźerczość normańska. Nie dziw więc, 
że młodzież gorętsza sarkała na wyłączną idyliczność w tych 
»ciemnikach słowiańskich« i że wybuchnął Mickiewicz cierpką 
satyrą: 

Nasz naród się prostotą, gościnnością chlubi, 
Nasz naród scen okropnych, gwałtownych nie lubi, 
Śpiewać naprzykład wiejskich chłopców zalecanki, 
Trzody, cienie — Słowianie, my lubim sielanki. 

Znając literatury nowsze, inaczej niż klasycy, którzy się sami 
z nieznajomości ich chlubili — szydzono przecież z Koźmiana, 
jakoby mawiał, że po Horacym niczego nie czytał, aby smaku nie 
zepsuł — wiedział Brodziński, że pochód nowej poezyi nie usza- 
nuje blokady warszawskiej i z góry się o porozumienie starał, 
w rozprawie programowej »0 klasyczności i romantyczności, tu- 
dzież o duchu poezyi polskiej« (1818). Wystawiał na pierwszy plan, 



— 54 - 

co i inni przed nim, żądanie narodowości, oryginalności: nie bądźmy 
echem cudzoziemców; dzielił literaturę, zbyt ogólnikowo, na ro 
mantyczną (naiwną, bezpośrednią, bohaterską, mistyczną, ludową) 
i klasyczną (wyrozumowaną i wyrafinowaną, dworską); dowodził 
prawa istnienia i jednej, i drugiej; wykazywał, dlaczego polska, 
zrywając z przeszłą, narodową, ani jedną ani drugą wyłącznie być 
nie powinna; zwracał uwagę na znaczenie ludu i pieśni jego. Pro 
testował przeciwko narzucaniu poezyi polskiej, fantastyczności, 
mistyczności, okropności, kultu rycerstwa — bo wszystko to obce 
i dziejom i gustom polskim; przestrzegał równocześnie przed 
wpływem francuskim, dla nas nieodpowiednim, przy naszych skro- 
mniejszych obyczajach, serdeczniejszym charakterze, swobodniej- 
szym języku. Pytał, czyż prastary szczep słowiański, najobszerniej 
ziemię osiadający, »nie powinien równie odznaczać się duchem 
właściwym w guście i płodach geniuszu, tak jak się od niepamię- 
tnych wieków językiem i charakterem nigdy nieodmiennym pię- 
tnuje? Czuć powinniśmy nasze przeszłość, nasze potęgę słowiańską«. 

Rozprawa ta wywabiła rzecz Śniadeckiego: »0 pismach kla- 
sycznych i romantycznych* w Dzienniku Wileńskim, 1819, sławną 
przez to, że wyrazy jej niektóre powtórzył niebawem Mickiewicz 
w »Romantyczności«. Bał się były rektor, że Brodziński nie dosyć 
stanowczo potępił »polubienie i naśladowanie przywar sąsiedzkich« 
i wystąpił z haty szeryfem sułtańskim: romantyczność, wedle niego, 
chce bawić przywołanymi z XVI wieku bredniami zabobonu i wy- 
wietrzałymi dubami prostactwa. Uciekajmy od romantyczności, 
jako od szkoły zdrady i zarazy. Przedrzeźniając Szekspira, cofamy 
oświecenie o dwa wieki, niszczymy smak i naprowadzamy ludzi 
na niedorzeczności. Śniadecki myślał albo raczej udawał, że do- 
pełnia zamiaru Brodzińskiego, kiedy ten w istocie coraz ostrzej 
przeciw klasyczności stawał, z całym spokojem twierdził, że np. jej 
tragedye, sławne dla swych tyrad, »w oczach myślącego żadnej nie 
mają ceny«, a nowy (romantyczny) kierunek, mimo naśladowania 
Niemców i Anglików, witał, jako mający »w sobie coś więcej 
wzniosłego, coś nawet więcej narodowego; przebija w nim duch 
filozofii i religijność, bez której niemasz poezyi, przebijają szła 
chętne uniesienia, wynoszące człowieka nad zmysłowość«. 

Teoryi Brodzińskiego nie odpowiadała praktyka; wiersze wła- 
sne, nawet sielanki i późniejsze fraszki, w stylu klasycznym pisane, 



— 55 - 

przypominają Karpińskiego; tłumaczył sam właśnie tragedye, nie 
mające » żadnej ceny«, Ducisa i Raynouarda; z Szylera i Getego 
wybierał rzeczy sentymentalne i zmanierowane, rycerza Toggen- 
burga w Alfreda i Malwinę przechrzcił, za to i » Cierpienia mło- 
dego Wertera « przełożył; wyżej wzniósł się w przewierszowaniu 
»Księgi Hioba« i »Pieśni nad pieśniamk W tej powodzi tłumaczeń 
ginęły wiersze własne: najciekawszej, idyli szlacheckiej, pendant 
do Wiesława, »Dworu w Lipinach«, nie wykończył. Zasłużył się 
w poezyi, prócz Wiesława, najbardziej tłumaczeniami pieśni ludo- 
wych, najrozmaitszych, aż do litewskich, szczególniej naturalnie 
słowiańskich, które »prędzej na prawdziwszą drogę poezyi napro- 
wadzić zdołają, aniżeli podania romantyczne, niż pieśni ludów 
■germańskich«. 

O wiele większe zasługi położył, jako teoretyk i historyk 
literatury, co najpierw u Pijarów na Żoliborzu, potym w uniwer- 
sytecie wykładał. Licznych słuchaczów nie zwabił, szeroko nie 
działał, z uszczerbkiem dla przedmiotu; gdyby wykłady te wcze- 
śniej ogłoszono, historya literatury, nie bibliografia, dawnoby po 
pewniejszych torach kroczyła, tak sumiennie i umiejętnie traktował 
były porucznik artyleryi swój przedmiot; spółcześnie drukował 
tylko krótsze rozprawki, listy i t. p. 

Życie literackie pojmował wyłącznie w związku z politycznym 
i z oświatą; »działać przez literaturę na pomyślny stan narodu jest 
to przez miłość ojczyzny wszystkich ludzi ukochać«; literatura była 
mu i zwierciadłem i żywicielką narodowości; miłość ojczyzny 
winna poprzedzać miłość sztuki. Przy tak szczytnym pojęciu lite- 
ratury, jako służby narodowej, usuwał nawet kwestyę oryginalności 
na drugi plan; na pierwszy stawiał użytek i szerzenie się oświaty 
najdalsze: »nie życzyłbym nigdy narodowi swojemu ani mnóstwa 
filozofów Grecyi, ani erudytów niemieckich, ani wierszopisów pa- 
ryskich, niech ma kiedyś imię, jako naród zamożny i moralnie 
wykształconym Więc odstręczała go klasyczność już jako poezya 
dworacka, zabawa klas uprzywilejowanych, co nie stanie się uciechą 
ani wyobrazicielką całego narodu; »posuwać naród do rzetelnej 
oświaty«, nie mogło być jej dziełem; osiągało się je w zespoleniu 
religii, kultury, narodowości, w ich rozłączeniu upadła Polska; gdy 
się zaś osiągnie kiedyś cel nauki i kultury, prostotę, oszczędność, 



— 56 - 

miłość pokoju, mądrość praktyczną, odrzuci się księgi, jak balast 
nieużyteczny, jak masy aktów po ukończeniu długiego procesu. 

Nie dziw więc, że się od klasyczności ku romantyczności 
skłaniał; kazał jej szukać, nie w fabułach minstrelów i minezynge- 
rów, nie po ponurych zamkach ze zwodzonymi mostami, nie 
w harcach wiedźm i szatanów, lecz w kościółkach naszych mo- 
drzewiowych, śpiewach dziewic i modłach kapłanów, w cichym 
chrzęście kłosów dostałych, pod czerwonymi dachówkami miaste- 
czek naszych. 

Romantyczność jednak kroczyła swoimi, odmiennymi torami, 
i coraz bardziej oddalał się od niej, z coraz większą cierpkością 
wyrażał się o niej Brodziński. »Jak dawniej mierni poeci tworzyli 
nudnosłodkich idealnych pasterzów, tak dzisiejsi tak zwani roman- 
tyczni tworzą najwięcej jakichś ludzi, z Bogiem i światem, a po- 
dobno rzeczywiście z rozumem pokłóconych... wolałbym z mniejszą 
hojnością bogactw poetycznych i w mniej krzykliwych farbach 
widzieć w poematach Żółkiewskiego, Chodkiewicza, Czarneckiego, 
niż wszystkich Nalewajków, niż Tatarów, którzy walczą dla roz- 
bojów, kochają wolność, ale tak jak dzikie zwierzęta«. Najbardziej 
potępiał umyślne egzaltowanie młodzieży; widział w tym jaskrawe 
nadużycie poezyi i oskarżał recenzentów romantycznych: »zjawiło 
się w Warszawie od niejakiego czasu kilku, zapewne młodych, za- 
pewne z prowincyi przybyłych pisarzów, którzy ogłaszają wyobra- 
żenia o poezyi tak nowe i górne, że miejscowym prostakom w tej 
sztuce pozostaje tylko usta otworzyć i milczeć... teraz kto ma 
rozum, ten tylko rymuje, kto zaś nim gardzi, jest poetą«. Sam 
dotknięty taką krytyką przerwał wydawnictwo pism swoich kry- 
tycznych na pierwszym tomie; wiersze już dawniej pisać za- 
przestał. 

Było w tym wiele nieporozumienia; i jego, schorzałego i zła- 
manego, porwała noc listopadowa, już nie do broni, lecz do pióra, 
i zsolidaryzował się z tą młodzieżą, niedawno oskarżaną, i sam 
ją przepraszał. Wystąpił jeszcze na mównicy, na ostatnim publi- 
cznym posiedzeniu Towarzystwa Przyjaciół Nauk i, chociaż z emi- 
gracyą nie wyszedł, duchem do niej należał: tęskno mi do muz 
waszych, sam pisał. Owa mowa jego o narodowości Polaków 
i późniejsze posłanie do braci, improwizowane w Krakowie, dzielą 
pojęcia o wybranym losie wybranego ludu, Kopernika świata mo- 



— 57 — 

ralnego, co odkrył, że nie świat około narodu, lecz narody około 
wyższego celu w porządku moralnym się poruszać winne; posłanie 
nastrojone całkiem na ton « Ksiąg pielgrzymstwa«, w stylu biblij- 
nym, z przypowieściami, z idealizacyą, z mistycznym wykładem 
znaczenia ofiary. 

Powstawał tu silnie na waśni emigracyjne, na tych, co u ob- 
cych z niedorzecznymi na szlachtę polską rozwodzą się słowy... 
biada wam, czyniącym rozbrat z . . . przeszłością, co o jakimś jej 
przerodzeniu marzycie. Zestawiał, jak nieco później Krasiński 
w »Przedświcie«, stan ludzkości dzisiejszy z poprzedzającym przy- 
bycie Mesyasza. 

Nim rzecz tę Witwicki w Paryżu wydrukował, zgasł jej autor 
przedwcześnie. Należał do tych, co wedle własnych słów jego, 
»przy skąpszych darach natury odebrali od niej piękne wynagro- 
dzenia: serce, bijące dla wszystkiego, co dobre, i tę jedyną wyż- 
szość nad miernych, że nie tracą nadziei przyłożyć się w jakiej- 
kolwiek cząstce do ogólnych dążeń cnotliwych ludzi «. Jego wiersze 
obudziły w Tańskiej chęć służenia mowie ojczystej; jego nawoły- 
wania do poezyi ludowej, tej krynicy odmładzającej, nie prze- 
brzmiały bez echa; jego prace literackie były wzorem zrówno- 
ważonego sądu, uwzględniały warunki tworzenia, tło dziejowe 
i obyczajowe, wpływy obce; wszędzie biły tylko na fanatyzm, 
nawet u Skargi, którego on lepiej oceniał, niż późniejsi wielbiciele. 
W rzeczach estetycznych radykalnie sobie nie poczynał nigdy; 
wprawdzie żądał w dramacie zarzucenia jedności; z komedyi chciał 
uchylić satyrę, jako scenie polskiej mniej odpowiednią po kata- 
strofie narodowej; i stawał się rzecznikiem farsy, bo śmiech w cięż- 
kich czasach potrzebny i zdrowy. 

Te i inne zapatrywania bywały nieco jednostronne, zbyt 
utylitarne, ale dyktowały je i miłość braterska i doświadczenie 
niezgorsze i instynkt trafny. Czasy nie były po temu: brakło mu 
energii, wielkiego talentu, żeby porwał za sobą niechętnych czy 
uprzedzonych; we wrzawie polemicznej cichy, równy głos jego 
łatwo zakrzyczano. Sympatye młodzieży, antypatye starszych kie- 
rowały się tam, gdzie nie teoryą teoryi zwalczano, gdzie zwycięsko 
zatknięty sztandar wabił każdego, co to wolał wcale nie być kla- 
sykiem, 



58 



Jeśli mam to przytłumiać, com otrzymał w darze, 
Jak głupie echo dawne przedrzeźniać pisarze... 
Ukraść wiersz Horacemu lub myśl Tacytowi. 



Tego, czego się Brodziński obawiał i o czym marzył, dokonał 
wieszcz litewski. On sam, jak Mojżesz, patrzył tylko tęsknym 
okiem w kraj obiecany, w literaturę narodową i ludową zarazem; 
nieraz zwątpił: » chcemy narodowości, ale to jest duch, o którym 
wszyscy mówią, a który się nigdzie w swojej postaci nie poka- 
zuje... wszystko jest narodowym prócz narodowością lecz już się 
zbliżał Jozue tej narodowości, i runąć miały mury Jerycha klasy- 
cznego, pogrzebały jednak nie klasyczność samą; i sprawdziły się 
przestrogi, że płody romantyczne, co Niemców ledwie rozruszają, 
w Polsce gorejący wzniecą pożar. 

Litwa wydała Adama Mickiewicza, w którym obie cechy na- 
rodowości, polskiej i litewskiej, dziwnie utemperowane, do kresu 
doskonałości docierały. Potomek szlachty drobnej, okolicznej, ma- 
zowieckiej pochodzeniem i dopływem krwi, osiadłej na ziemi 
czarnoruskiej, w rdzenną Litwę klinem wpadającej, łączył spokój, 
powagę, głębokość, namiętność Litwina, wzgardę wszystkiego, co 
błyskotliwe, krzyczące a próżne, zaciętość jego i upór przy ser- 
deczności i dobroci, słodyczy nawet, przy zaparciu się i poświę- 
caniu, — z polską ruchliwością, werwą, fantazyą, z głęboką reli- 
gijnością, z miłością ojczyzny, z wielkim poczuciem obowiązku. 

Rozwijał się jak najprawidłowiej, na łonie rodziny, w zapa- 
dłym kącie litewskim, śród żywej trądy cyi narodowej, w którą się 
już dziecko chciwie wsłuchiwało, w owe opowiadania starszych, 
o ludziach i zwyczajach, głęboko zapadające w poniku, aby po 
wielu latach potężnym zdrojem napowrót wybuchły. 

Życie szkolne, u Dominikanów nowogródzkich, szczerych 
przyjaciół młodzieży, upływało podobnym, tradycyjnym trybem, 
i, choć nauka nie kwitła, kwitły cnoty; otwierała się myśl w chło- 
pcu, stroniącym od zabaw hałaśliwszych, zatapiającym się w du- 
maniu i czytaniu »Eneidy« czy »Jerozolimy Wyzwolonej«, próbu- 
jącym niebawem własne wrażenia stylem owym wypowiadać; 
przewierszował nawet trybem ówczesnym »Numę Pompiliusza« 
Floryana — Staszica. 

Przeskok od dzieciństwa »sielskiego, anielskiego«, do mło- 



— 59 - 

dości »górnej i chmurnej « był nieco nagły; dokonał go w Wilnie, 
dokąd dla przygotowania do stanu nauczycielskiego, najpierw na 
dziale fizykomatematycznym, potym na odpowiedniejszym, filolo- 
gicznym, wyruszył. 

Wpływ nauczycieli, zawołanego filologa Groddecka, młodego 
historyka Lelewela, profesora wymowy i literatury Borowskiego, 
umiarkowanego klasyka, nie hołdującego wyłącznie francusczyźnie, 
oczytanego w obcych autorach, działał korzystnie; nie zrywał 
młody uczeń z dawnymi zapatrywaniami, z dawną estetyką i wy- 
mową, uczył się cenić mistrzów słowa, Trembeckiego przede- 
wszystkim, i w ślady jego rychło wstępował. 

Poezya opisowa nastręczała' najłatwiejsze tryumfy, więc opi 
sywał »zimę miejską», jak ją spędza salonowiec, w przeciwstawieniu 
do głuszy wiejskiej, ze starannie dobieranymi parafrazami poety- 
ckimi, co właśnie poezyę stanowić miało, gdyż tylko w formie jej 
szukano, owe »z chińskich ziół ciągnione treści «(herbataj i » wyto- 
czone słonie« (kule bilardowe). 

Brał się i do rzeczy większych; nie darmoź obowiązujący 
i w Wilnie Cours de litterature Laharpa, uwagę nowoczesnych 
poetów ku wyprawom Kolumba kierował, więc powziął myśl poe- 
matu heroicznoopisowego, w dwu częściach: pierwsza, poważna, 
poświęcona, na ziemi, wyprawie samej, wystawiała upadek serc 
u załogi, niezłomność i ufność wodza, na niebie zaś, walkę o tę 
wyprawę; wytaczała argumenty za i przeciw, aż rozstrzygnął po 
żytek, jaki kartofla amerykańska ludzkości przyniesie; więc w dru- 
giej, opisowej części, uprawa jej i sceny wiejskiego życia treść 
wypełniały; mitologia chrześcijańska zastępowała klasyczną. Z tych 
samych poglądów wynikały i prace prozą, ocena »Jagiellonidy«, 
świadcząca o korzyści, jakie recenzent z kursu literatury wyniósł; 
powiastka (»Żywila«), niby w guście Floryana, tylko bardziej 
zwięzła, w szatę dawnego języka ubrana i nadzwyczaj patryoty- 
czna a romansowa. 

Gdy tak z lekcyi uniwersyteckich głowa się zasobiła, na życie 
wewnętrzne wywarło koleżeństwo wpływy nierównie głębsze; 
i Mickiewicza świetlane apostolstwo Tomasza Zana za sobą po- 
ciągnęło. Spotykali się i na niwie literackiej, gdzie Zan w wier- 
szach opisowych i komedyjkach wrażenia z otoczenia poetyzował 
i dramatyzował, nie stroniąc nawet od Olimpów i Jowiszów; roz- 



- 60 — 

strzygało zaś zbliżenie i zespolenie na gruncie życiowym, przejęcie 
się tymi samymi zasadami, czcią cnoty, miłością ojczyzny, szacun 
kiem pracy. Równie dostroiło się kilkunastu innych z młodzieży 
i spotykania ich przyjęły wkońcu — czas sam parł ku różnym 
związkom — formy towarzystwa, filomatów, zjednoczonych w imię 
braterskiej przyjaźni i pożytecznej pracy; zebrania wypełniali pie- 
śniami, odczytami, dyskusyą, obok Zana i Mickiewicza, Jan Cze- 
czot, białoruskich śpiewek znawca i naśladowca, Jeżowski, klasyk, 
jurysta Malewski i in.; program poetycki związku nakreślił Mickie- 
wicz w aleksandrynach, tchnących jeszcze Trembeckim, chociaż 
niebawem rewolucyi literackiej dokonał. 

W zaśniedziałej i zaskorupiałej klasyczności wytrwać nie było 
sposobu dla tych, co w Wilnie literaturę Burgera, Szylera, Getego 
i Jean Paul'a znali i przykład Żukowskiego, melancholicznego śpie- 
waka »Ludmiły«, przed oczyma mieli; wołanie Brodzińskiego o na- 
rodowość w poezyi, o wyrażanie własnej treści i własnego ducha, 
musiało również oddziałać. Królowa ballad (Lenora, Burgera, sama 
z obcego źródła wzięta) stoi u podwojów nowej rosyjskiej i pol- 
skiej literatury; opracowywał ją Żukowski, jego tłumaczył Zan; 
z nią spadała się »Ucieczka« Mickiewicza. 

Właśnie w latach po wyjściu z uniwersytetu (1819), tworzył 
poeta ballady i romanse, chociaż bynajmniej nie zerwał odrazu 
z dawnym trybem: pisywał wiersze dydaktyczne, w » Warcabach « 
rywalizując z »Szachami« Kochanowskiego i Widy, nie kusząc się 
nawet o dotworzenie do nich ramek powieściowych; albo (r. 1822) 
»Wiersz do Joachima Lelewela« (gdy po raz drugi w Wilnie na 
katedrze zasiadł), o zadaniu i znaczeniu historyi, tchnący znowu 
Trembeckim, od samych wierszów początkowych (O długo naszym 
modłom będący na celu, Znowuż do nas koronny znidziesz Lele- 
welu); odwdzięczył się i Lelewel, piastując, ku największej zgrozie 
klasyków, romantyków, ile sił stawało. 

Pierwszy tomik »Poezyi Adama Mickiewicza* (1822) zawierał 
owe ballady i romanse. W kraju, nie znającym ani teatru, ani 
epiki ludowej, poezya romantyczna tylko w balladach i romansach 
objawiać i zaczynać się mogła; formę dawały wzory obce, treść 
podania ludowe. Należało i przed publicznością się usprawiedliwić 
i nowy program wygłosić; stąd urosły przedmowa prozaiczna 
i wiersze o pierwiosnku i romantyczności. Pierwszy to alegorya: 



— 61 - 

sama poezya ten pierwiosnek, któremu »lepsza w kwietniu jedna 
chwilka, niż w jesieni całe grudnie«, boć to »wiosny młodej anio- 
łek^ drugi kruszył kopie przeciw Śniadeckiemu, jego prawdom 
martwym, ufności oku i szkiełku, za prawdami żywymi, za cudem 
i sercem. Następowały ballady, fantastyczne i humorystyczne, le- 
gendy i romanse, czułe aż nadto. 

Ludowymi ich nazwać nie można; treść tylko — i to nie 
zawsze — od ludu pożyczona, dowolnie rozszerzona i zastosowana, 
z przewagą elementu erotycznego, w romansach całkiem senty- 
mentalnego; ton ich był zupełnie nie ludowy; poeta igrał z przed- 
miotem; w Tukaju Fausta przypominał (wielka mądrość wielkie 
imię, wielkie nic, rozum czczy dymie); w »To lubię« używał mo- 
tywu (wzruszenia kochanki), którego w »Historyach rzymskich« czy 
w »Bokacyuszu«, nie u ludu dosłyszał; w »Świteziance« próbę 
wierności nadto naiwną ułożył. Ależ już to samo było niesłycha- 
nym pronuciamento literackim, występywać, nie z przyczesanym 
i przebranym ludkiem sielanek a la »Wiesław« czy »01dyna«, lecz 
z jego klechdami, baśniami, straszydłami; upiorów i zbójów wpro- 
wadzać; nie dbać w języku o gładką poprawność, lecz o wyrazi- 
stość; nie pytać, co kumoszki oświecenia o tych dubach i bredniach 
pomyślą, lecz wystąpić śmiało w imię fantazyi i czucia. Stąd to 
wrażenie głębokie, nie na »starych«, lecz na młodych; krytyka mo 
gła o tomiku przemilczeć, lecz balladomania rozsroźyła się natych- 
miast, Witwicki, Odyniec, Chodźko i in. aż sprofanowali i skary- 
katurowali cały gatunek, zniecierpliwili mistrza, uradowali klasyków; 
sami niebawem z siebie szydzili, jak w owej balladzie Odyńca 
i Słowackiego o psie i biesie. 

Przewaga żywiołu erotycznego, skargi na niewierność czy 
chłód, nie były przypadkowe; już w »Pierwiosnku« zabrzmiało, 
a powtarzało się w innych imię Maryli. Poznał i pokochał poeta, 
skromny nauczyciel kowieńskiej szkoły powiatowej, romansową 
pannę z zamożnego domu obywatelskiego, która się nim również 
zajęła, lecz wkońcu rękę hrabiemu oddała. Epizod ten przebolał 
i przechorował poeta; życie mu zbrzydło i obowiązki i z myślą 
o śmierci się nosił i równowagi straconej odzyskać ani chciał 
ani umiał. 

I on, jak Gete, zawody i bóle odtworzył w poezyi; lecz inaczej 
niż Gete, nie pozbył się ich tym; nurtowały w nim tylko tym głębiej. 



- 62 — 

Hasło ludowości odbiło się jednak i na poemacie namiętności 
osobistej, na »Dziadach« drugiego tomiku (1823); dramat fantasty- 
czny, jaki poeta planował, wstawił w ramki ludowe. »Cierpienia 
młodego Wertera*, »Walerya« pani Krudener, uśmiercały bohaterów; 
więc i »Gustaw« Mickiewicza na życie się targnął, lecz pojął go 
prawowierny polski poeta, jako przestrogę młodym; kazał mu się 
więc po śmierci objawić, przybyć upiorowi w noc »Dziadów«, 
kiedy duchy powstają i na ziemi przelotnie goszczą, podejmowane 
i raczone przez lud; przeżyć godziny szału, obłędu i kary dla 
siebie, przestrogi dla innych. 

Pomysł nie był najfórtunniejszy; część czwarta wyłamuje się 
zupełnie z ramek ludowych; między »drugą« a »czwartą« (zamiast 
I i II) nie brak niczego, a ballada wstępna o upiorze dowodziła 
chyba, że poeta obawiał się zbytnio, czy też go publiczność nale- 
życie zrozumie; sam obrzęd ludowy, służący za tło, aż nadto roz- 
szerzył, stypę dla umarłych przekształcając w rodzaj sądu nad 
umarłymi, egipskiego raczej, niż białoruskiego; obrazek męczarni 
pana, dla którego niema litości po śmierci, gdyż on jej za życia 
nie znał, odpowiadał humanitarnym nawoływaniom »Szubrawców«. 
Przy końcu tej sceny ludowej, stawał niepoddający się żadnym 
egzorcyzmom upiór, który w głównej (czwartej) części, dzieje serca 
i życia opowiada, w olbrzymim monologu, przerywanym modlitwą, 
westchnieniem, prośbą czy radą księdza-nauczyciela, przyjmującego 
tę spowiedź byłego ucznia, całkiem jak w eposie byrońskim, tylko 
nie w celi zakonnej, pozgonną. 

Ten monolog, z ciągłymi przejściami, od samooskarźań do 
biczowań kobiety i ludzi, od urojonego upojenia krótkotrwałym 
szczęściem do skarg, rozdzierających serce, od ekstazy do zwąt- 
pienia i rozpaczy, stawał w kontr całej dotychczasowej literatury 
polskiej, bladej, niemej i bezsilnej wobec tej namiętnej spowiedzi 
i skargi, tych zachwytów i upadków, tej rzewności, smutku, niena- 
wiści. Takiego hołdu dotąd żaden poeta swej bogdance nie skła- 
dał; tak srogich przekleństw i żalów nie rzucał żaden ani na zni- 
szczone marzenia ani na sprawczynię mąk i boleści; była to pieśń 
nad pieśniami miłości i jej zawodów; wobec dotychczasowej ckli 
wej sentymentalności Laur lub pustej zalotności Chloi anakreonto- 
wych — innych tonów erotyk polski jakby nie znał, był to roz- 
dzierający krzyk uczucia osobistego, targającego się na wszystkie 



- 63 — 

konwenanse: w obywatelskiej poezyi polskiej, szanującej ogół 
i jego pożytki, pierwszy to silny, namiętny protest indywidualny. 

Składał więc młody poeta ofiary i na ołtarzu »ludowości«, 
mamiony »narodową«, ludową sztuką, chociaż ta wcale powołaniem 
jego nie była, i wy stępy wał, niesłychanie silniej, w poezyi egoty- 
cznej. Jakby antidotum tego szału rozhukanej namiętności, tej 
powodzi skarg i żalów, dołączył do prób lirycznych i niby drama 
tycznych, epiczną, siląc się na spokój, dokładność, pełnię — cno 
ciąż wzór sam (powieść poetycka byrońska, w literaturze polskiej 
dotąd w przekładach prozaicznych tylko znana) cechy te właściwie 
wykluczał; wobec wygórowanego egotyzmu Gustawa, dla którego 
ojczyzna i sława, to tylko słówka piękno brzmiące, niby groch 
o ścianę miotany, poświęcała Grażyna bez namysłu szczęście 
i życie, swoje i męża, tym słówkom piękno-brzmiącym. Temat, 
jakby w owej »Żywili«, tylko tam kara za popełnioną zbrodnię 
i zdradę, tutaj już katastrofa, nim jeszcze do zbrodni przyszło: 
zbrodnią zaś tu i tam — mszczenie uraz i zniewagi osobistej o ka- 
żdą cenę, nawet łączenia się z wrogiem. 

Zarazem występy wała po raz pierwszy Litwa w poezyi: kiedy 
niedawno nie umieli Litwini nic innego prócz »Wandy« i po litewsku 
o niej śpiewali, teraz Litwin śpiewem o swoich bohaterach poklaski 
zrywał: jak ze Szkocyi, balladami i powieściami szkockimi, angiel- 
ską poezyę wskrzeszono i unarodowiono , podobnie Litwa na 
widnokrąg poezyi polskiej wypłynąć miała. 

I stworzył poeta pierwszą powieść polską, z ludźmi średnio- 
wiecznymi, z krajobrazem nowogródzkim, z oświetleniem ponurym; 
znowu jednak obawiał się, czy nie przygotowana publiczność »w żmu- 
dnym zaplątaniu wątku nie schwyta«, zniżył się do jej poziomów 
i dodał — zbędny — epilog wydawcy, gdzie luki byrońskiego 
opowiadania szczegółami z Floryana podopełniał. Kontrast był 
nadzwyczajny: w »Dziadach«, młodzieniec, którego niegdyś ze snu 
budził tryumf Milcyada, strawił się najmarniej sam w sobie, jako 
lampa w rzymskim grobie; »piękna« (Grażyna), poświęciła się za 
ojczyznę i wieki przetrwała pamięć Litewki, niewiasty z wdzięków, 
bohatera z ducha. Od żywiołowego wybuchu liryzmu »Dziadów« 
odskakiwały epicki, chociaż pozorny, chłód i linie poprawnego ry- 
sunku; Grażyna silnego wrażenia też nie wywołała. 

Muza Mickiewicza święciła i na innym polu tryumfy. Wyjazd 



— 64 — 

do Kowna nie zerwał stosunków wileńskich, gdzie koło filomatów 
pierwotnych rychło się rozszerzyło. W »promienistych« i ich ma- 
jówkach brały udział tłumy młodzieży, chociaż nie wszyscy do 
teoryi promionkowej Zana (o własnym afekcie, promieniem wzroku 
trafiającym do serc czułych) i jego wzniosłej etyki się dostrajali; 
tworzyły się nowe kółka filaretów. Jak dla filomatów, pisywał 
Mickiewicz wiersze programowe i dla filaretów na temat ojczyzny, 
nauki i cnoty, a najznamienniejszym z nich to »Oda do młodości«, 
wyzwanie martwych porządków świata w imię tryumfującej mło 
dości, wylatującej nad poziomy, przenikającej ogromy ludzkości, 
jednością silnej, rozumnej szałem, z orlą lotów potęgą, z ramieniem 
piorunowym, sięgającej, gdzie zwrok nie sięga, łamiącej, czego ro 
zum nie złamie, bryłę z posad świata nowymi pchającej tory; 
pieśń wobec idealizmu Szylerowego, z którego wypłynęła, który 
miejscami przypomina, iście rewolucyjna, o najwyższym napięciu 
ducha i uczucia. 

»Prysnęły nieczułe lody«, zawitała jutrzenka poezyi ludowej 
i romantycznej zarazem. »Poeci narodowi« lubili, wedle twierdzenia 
przedmowy do tomiku pierwszego, ballady gminne zbierać, popra- 
wiać albo na ich wzór podobne tworzyć, nie oddalając się od ich 
naturalności i prostoty; poszedł za nimi Mickiewicz, w »Dziadach« 
do najtajniejszych i najoryginalniejszych objawów tej ludowości 
docierając. 

Proteusz poetycki nie zadowolił się naśladowaniem tonu 
gminnego i w tychże »Dziadach« z Werterem rywalizował, potęgu- 
jąc cierpienia miłosne do szału, do którego pan Jeruzalem, znie- 
chęcony światem i dla innych jeszcze przyczyn, dostępu nie miał: 
samym wyłączeniem wszelkich względów ubocznych, samym skon- 
centrowaniem jednego uczucia, żar jego wzmógł się niesłychanie. 
Jednocześnie, niby dla klasyków, »Warcaby« ogłaszał, a w »Gra- 
żynie« ton i koloryt czasów średnich i ludzi litewskich utrafiał, 
przenosił się, na co klasyków nigdy nie stawało, zawsze wiernych 
tylko sobie samym, w zamierzchłe doby i z nich żywych ludzi, 
uczucia, walki wykrzesał. Pieśni filareckich narazie poza Wilnem 
nie znano. 

I podważył Mickiewicz od jednego zamachu, od tych dwu 
szczupłych tomików, cały gmach klasy czności z jej dwutysiąco 
letnim doświadczeniem, i nie pomogła trusia jej polityka, jaką nasi 



— 65 — 

konserwatyści zawsze uprawiają, nie tylko w literaturze. Klasycy 
warszawscy publicznie ignorowali inwazyę litewską na Parnas, 
chyba na obiadach u jenerała Krasińskiego, w korespondencyi pry- 
watnej, po salonach wreszcie, mścili się czy protestowali zasądza- 
niem w czambuł, parodyowaniem wierszów, wytykaniem prowincya- 
lizmów czy usterek językowych. U młodzieży samym milczeniem 
wszelki kredyt tracili i ku zgrozie Koźmianów i Osińskich prze- 
nosiła się młodzież do obozu romantycznego, który niebawem 
w samej Warszawie w najlepsze się roztasował. 

Że natchnienie było szczere i głębokie, że studya poważne 
spoufaliły poetę z ludźmi i wiekami dawnymi, że używał umie- 
jętnie kontrastów światła i cieni, że, i instynktem wiedziony 
i w pocie czoła pracując, ludowości szukał, że przemawiał językiem 
nowym, śmiałym, barwnym, że próbował z powodzeniem dróg naj- 
rozmaitszych, a nie zasklepiał się w żadnej — na to klasycy nie 
zważali, a zapominała o tym młodzież, naśladująca, co najwięcej 
w oczy padało, okładki wydania, rymy męskie, wykrzykniki 
i dźwięki naśladowcze. 

, Poeta sam zdawał się obojętnym na sukces literacki. Trawił 
go dalej zawód miłosny; sam jątrzył ranę sercową, wyolbrzymiał 
swe cierpienia, oddany melancholii, niesmakowi życiowemu, pod- 
trzymując się w nich lekturą rzeczy Byronowych, odpychając 
i starania przyjaciół i widoki pogodniejsze; umysł spustoszony, 
niby las od pożaru, zatrważał czuwających nad nim, podejmujących 
starania o urlop dla niego. i wyjazd. Wyleczenie przyszło skąd 
inąd. Gdy się jeszcze Czeczot 19 maja roku 1823 przed Malew- 
skim na stan nienaturalny Mickiewicza, nadwerężone zdrowie, skrzy- 
wiony umysł skarżył, dostał się nauczyciel kowieński 23 paździer- 
nika t. r. do celi bazyliańskiej i tu odnalazł zdrowie i pogodę 
umysłową; tu zapomniał Gustaw o Maryli, odrodził się Konradem. 
Pomimo, że Zan, Czeczot i Suzin główną winę na siebiejprzyjmo- 
wali, że wszyscy poetę jak najmniej obarczali, i on musiał kraj 
na zawsze opuścić, 24 października 1824 roku. 

Lata wędrowne Mickiewicza liczą rozmaite etapy; naj pierwsze 
były najkrótsze; Petersburg i Odessa, Odessa i Moskwa, Moskwa 
i Petersburg zmieniały się szybko; 27 maja roku 1829 za granicę 
podążył. Plon tych półpięta roku na liczbę był nieznaczny, prze- 
wrót umysłowy olbrzymi: z nowogródzkich wspomnień, kowień- 

OZIEJE LITERATURY POLSKIEJ T. li. 5 



- 66 — 

skiej doliny i sal wileńskich, z jednostajności i ograniczoności 
wrażeń, rzucono poetę w świat daleki, nowy, i same porównania 
ludzi, stosunków, zbogaciły niesłychanie wrażliwy umysł. 

Niedoszły nauczyciel odeski a czynownik moskiewski poznał 
Rosyę wdłuź i wszerz; pozawiązywał stosunki, z rodakami, z kla- 
sykiem, tragikiem, Chodkiewiczem, bolejącym, że » Konrad Wallen- 
rod« ani liczby ksiąg, ani stałej rubryki estetycznej nie zna; 
z jeszcze liberalnym na pół Bułharynem; z Rzewuskimi, hrabią 
facecyonistą i piękną siostrą jego; z Rosyanami, począwszy od 
przyjaciół w Petersburgu, młodzieży-idealistów, Rylejewym i Be- 
stuźewym, aż do literatów moskiewskich, z Puszkinem, Wiaziemskim 
i Polewy m, i do mecenatek, jak księżna Wołkońska, i Polek arty- 
stek, jak Szymanowska. Oderwany od tła litewskiego zapomniał 
o piosenkach gminnych i poezyi ludowej, a oddał się całkiem 
indywidualnej. Krystalizowały się najrozmaitsze wrażenia: życie 
»paszy« odeskie; widoki Krymu, imponujące, wobec których bladły 
krajobrazy litewskie, drobne i smętne; przejścia myślowe i do- 
świadczenia życiowe, a ślady wszystkiego pozostały w poezyi. 

Pamięć miłości litewskiej wygluzować się nie dała, choć głu- 
szyły ją miłostki odeskie: z obu spowiadał się poeta w »Sonetach«, 
jeszcze i w Wilnie pisanych, a dołączył do nich odeskie i krym- 
skie. Sonety miłosne utrzymywał w zwykłym ich tonie, obowiązu- 
jącym od czasów Petrarki, którego naśladował i przekładał; różniły 
się od siebie co do siły i szczerości, niektóre z nich żartobliwe, 
aż do satyry, inne płoche, aż do swywoli, inne pełne żaru i bólu — 
nowe były raczej formą, od której poezya polska dawno już od- 
wykła. Za to krymskie i treścią całkiem odmienne, niezwykłe, 
podziw wzbudziły i, jak przed paru laty Ballady balladomanię, 
tak sonetomanię ostrą wywołały. Niepospolity był to artyzm, 
w ciasne ramki sonetu wtłaczać imponujące krajobrazy, widoki 
i wrażenia, lądowe i morskie, a wszystkie nie trafem zebrane, lecz 
do walk i przejść wewnętrznych dostosowane, wyrażające je z mocą 
niesłychaną, czy o myśli - kotwicy w niezmierność głębiny ciśnio- 
nej, czy o falach - namiętnościach, roniących za sobą nieśmiertelne 
pieśni, czy o polipie - hydrze pamiątek, w sercu spokojnym zata- 
piającym szpony. Sonety te wprowadziły oryentalizm do literatury 
polskiej. 

Pomimo styczności Polski ze Wschodem, choćby przez Or- 



- 67 — 

mian własnych, znajomości języków, walk ciągłych, osiadania 
nawet licznych Tatarów, od czasów Witoldowych, co cudem, nie- 
pojętym dla Polaków, w szlachtę się wkońcu przedzierzgnęli, nie 
oddziaływał dotąd Wschód na literaturę polską; wczesne i piękne 
tłumaczenie »Giulistanu« pozostało bez wpływu i śladu. 

Jak z literaturą niemiecką przez Francy ę, tak przez Anglię, 
Byrona i Moore'a, zapoznawała się poezya polska ze Wschodem 
i zdobywała nowe środki, miary i treści, lecz przykład Mickiewicza 
dopiero, i tam i tu, porwał nieufnych. »Polski Walter-Skot« — bo 
po balladach i »Graźynie« na ten epitet zasłużył — otworzył wi- 
doki piękna wschodniego; na razie sam poeta myślał, że »Sonety 
Krymskie«, to niby tylko wysiane na zwiady, że jak za »Balladami« 
ukazał »potworne Dziady«, podobnie za Sonetami miał zamiar »coś 
obszerniejszego w guście oryentalnym wypracować« i już się ko- 
pał w Hammerze i zabierał się do »Indyi« Schlegela — nie przyszło 
jednak do tego, choć poeta i później do ołtarzów wschodnich 
przystępował, obleganych zresztą przez Witwickiego i Chodźkę. 
Sonety były jednak i dla klasyków tryumfem: o »Grażynie« mogli 
powiedzieć, że »Gryzelda« (jakby Litwinka-poganka bez włoskiego 
chrztu obejść się nie mogła), »nudna«; mogli »Dziady« ośmieszać, 
»głupio było, głupio będzie«, albo na »a kysz« wyjeżdżać, albo 
z cienia cieniów drwić; teraz mieli jawną racyę za sobą: »wszystko 
bezecne, podłe, brudne, ciemne; wszystko może krymskie, tureckie, 
tatarskie, ale nie polskie«, pienił się stary Koźmian; »paskudztwo«, 
wołał Mostowski; należy to na polskie tłumaczyć, abyśmy rozu- 
mieć mogli, drwił Andrzej Koźmian; tylko Franciszek Morawski, 
z żywszym uczuciem każdego piękna, unosił się wobec Koźmiana 
nad wierszami, godnymi Byrona, np. w jego (morza) szumach gra 
światło jak w oczach tygrysa, lub (o świątyni w gruzach): gdzie 
już Bóg nie chce mieszkać, a ludzie nie śmieją. _j 

Poeta sam, gdy go swoi i obcy (Sonety znalazły właśnie 
w Moskwie gorące uznanie), wielbiciele i wrodzy, w jakim nowym 
wschodnim przebraniu odnaleźć się spodziewali, rzucał, jeszcze 
w Odessie, i minarety i mułłów; na obczyźnie do Litwy, do pytań 
dręczących, do koncepcyi wielkich, powracał. Muzie jego skrzydła 
w Kapui - Odessie opadły, lecz otrząsł się poeta i choć na wy- 
jezdnym, ślubował sobie: lećmy i nigdy odtąd nie zniżajmy lotu; 
ślubu dotrzymał do zgonu! 

5* 



- 68 - 

Jak w »Balladach«, »Dziadach«, «Sonetach«, znowu o sobie 
śpiewał, najbardziej egotyczny ze wszystkich poetów i przez to 
najbardziej prawdziwy, o własnych uczuciach i myślach, marząc 
tylko o tym, aby »własne ognie przelać w piersi słuchaczów «. 

Rzecz świeżo podjęta kosztowała wiele mozołu; nad »Konra 
dem Wallenrodem« pracował poeta nie wiele krócej, niż nad »Pa- 
nem Tadeuszem«; ukończył go na początku roku 1827. Ułatwiał 
i pracę i przedostanie się jej na widok publiczny nacisk na histo- 
ryczność tematu. Powoływała się przedmowa na słowa Szylerowe: 
co ożyć ma w pieśni, ginie w życiu, i zapewniała, że Litwa jest 
już całkiem w przeszłości, więc poeta, opiewający dawne jej dzieje 
» samym tylko przedmiotem historycznym, zgłębieniem rzeczy 
i kunsztownym wydaniem zajmować się musi, nie przywołując na 
pomoc interesu, namiętności lub mody czytelników«; więc i motto 
skombinowane na początku i wkładanie w usta wajdeloty tego, 
co sam poeta od siebie prawić zamierzał, odnosiły do przeszłości, 
usuwały posądzenia. 

Wszystkich nie usunęły, i doczekali się klasycy nowego 
tryumfu, że o Wallenrodzie i Mickiewiczu - Herostracie dyskusyi 
publicznych zabroniono, dyskusyi tym gorętszych, im dłużej Kon- 
rada oczekiwano, coś wyższego nad »Iliadę« zapowiadano — u nas 
bez hyperbol nic się nie obejdzie; Osiński zawyrokował: z wielkiej 
chmury mały deszcz, i obaj Koźmianie temu przyklasnęli; jak 
»Gryzelda« nudna była, tak »ani Konrad ani Aldona nie wzbudzają 
interesu«; ma poema »mniej poezyi, ale też mniej dzikości, mniej 
szusów, może być nawet chwalone «. O »poezyi« sądził inaczej 
znawca wyborny, Puszkin, tłumacząc kawałki »Konrada«. 

Jakiż był plan i zamiar poety i jak go wykonał? 

W kronikach i dziełach niemieckich o historyi zakonnej na- 
tknął się autor » Grażyny* na postać niejasno, dziwnie oświetloną, 
zagadkową, mistrza wielkiego o pięknie brzmiącym nazwisku, na 
Konrada Wallenroda, oskarżonego o przyczynienie się do walnej 
klęski zakonnej, otoczonego podejrzanymi przyjaciółmi, na zgon 
jego tajemniczy i złowieszczy. Wskrzesała ta postać w rozpamię- 
ty waniach celi bazyliańskiej i nie opuszczała już poety; czy tra- 
fem, czy umysłem, odnalazł (czy stworzył) poeta klucz tej zagadki, 
wallenrodyzm. 

Tajemnica Wyjaśniła się mu: Wallenrod umyślnie gubiąc 



- 69 - 

Krzyźactwo, nie był Krzyżakiem; Litwin, przybrawszy imię obce 
został mistrzem, i nowy Samson obalił sklepienia krzyżackie, po- 
grzebał moc zakonu i życie własne pod nimi. Grażyna użyła 
podstępu — pierwszej i ostatniej zdrady — i przypłaciła to życiem, 
ocaliwszy męża i kraik; Konrad poświęcał wszystko, szczęście 
własne i istot najdroższych, wiarę i sumienie, cześć i spokój, aby 
od ojczyzny zgubę oddalił; uczył więc, jak kochać ojczyznę — po 
nad wszystko, miłością choćby pogańską. 

Dziś jeszcze odzywają się głosy, oskarżające Mickiewicza, 
jakoby idealizował zdradę — jakby »Dziady« idealizowały sztylet, 
którym się Gustaw zabija, jakby ^Intryga i Miłość* apoteozowała 
truciznę! Rosyanom, zachwycającym się tym poematem — Puszkin 
nie był jedyny, nawet myśl taka nie przyszła, raczej oskarżali 
poetę o bajronizm, o naśladownictwo; nawet stary Koźmian, szy- 
dzący z »waryata i pijaka« Konrada, ośmieszał tylko głowę pińską, 
rojącą, »w jak szlachetnym sposobie Litwini kochają ojczyznę«. 
Nie zdradę i jej tragiczność apoteozował Mickiewicz i nie zdradę 
chciał wszczepiać w piersi słuchaczów. Ale była to miłość ojczy- 
zny, wygłoszona tak namiętnie i porywająco, z takim czarodziej- 
stwem słów i obrazów, że pozostawiała daleko za sobą i hymny 
i skargi miłości, wyśpiewanej w Kownie; wyżej nie wzniosła się 
już poezya polska; cudowi poezyi nawet zaskorupieli klasycy od- 
mówić nie mogli uznania. 

Żar, bijący z poematu, sam Mickiewicz przygaszał; kończył 
okrzykiem Aldony - Paryzyny, jakby pieśń jego była o Aldony 
losach: niechaj ją anioł harmonii w niebiosach, a czuły słuchacz 
w duszy swej dośpiewa, jak we wstępie: » serca kochanków złączą 
się znowu w pieśniach wajdeloty«; w całym poemacie czułe skargi 
kochanków wobec grozy położenia zbytnie zabierały miejsce, cho- 
ciaż i służyły za przestanek, niby wypoczynek przed burzą i ka- 
tastrofą. 

Byrona przypominał nie tylko ów okrzyk Paryzyny; były 
i inne oddźwięki, w postaci bohatera, w prowadzeniu powieści, 
urywanym, zbywającym krótkimi napomnieniami główną akcyę, 
w rozlewie liryzmu. Kompozycya, dla względów od poety nie za- 
leżnych, niedomagała; uczta jedna pochłonęła niemal połowę po- 
ematu i nadto wiele w nią zbito: skazy drobniutkie, okupione so- 
wicie cudownymi pięknościami, rozsianymi hojną garścią rozrzutnego 



- 70 - 

poety, od wstępu z apostrofą do Niemna, od pieśni Halbana 
o Wilii, od pieśni Aldony z wieży, aż do pieśni przy uczcie Hal- 
bana i Konrada; do pochodu wojska upiorów, tonącego w zaspach 
śniegu (rok 1812!); do skarg i wyrzutów Konrada Pomysł był 
nadto romantyczny, śmiały, nadzwyczajny; wykonanie prześcignęło 
oczekiwania. Wiek minie i nikt od Konrada zdrady nie przejął, ale 
kto wyliczy, ile się z nim górnych chwil przeżyło? 

Mickiewicz, chociaż niebawem od Konrada dla siebie imię 
miał pożyczyć, nie był Wallenrodem; poprzestawał dla siebie na 
roli wajdeloty, który żyć zapragnął, aby ze sławą tego czynu 
obiegł Litwy wsi, zamki i miasta — gdzie nie dobiegę, pieśń moja 
doleci. Potęga tej pieśni olbrzymiała i w skardze Konrada: 

Jeszcze w kolebce wasza pieśń zdradziecka 
...wlewa w duszę najsroższe trucizny, 
Głupią chęć sławy i miłość ojczyzny... 
Słuchałem pieśni za nadto niestety! 

najcudowniej wyśpiewał ją sam poeta, w owych wierszach o wieści 
gminnej, którym równia w literaturze świata niema. 

Jej wysławieniem miała się powieść poczynać, od tej straży 
narodowego pamiątek kościoła, przylegającej do gruzów, wywołu- 
jącej kształty i dźwięki; piastunką jej pierś poety, gdzie tlą iskry 
zapału, strzelająca brzmiącymi słowy do serca spółbraci — uczcie 
się Litwini! Następowało opowiadanie o porwaniu Alfa na rejzie 
zakonnej i wychowaniu w zakonie, gdzie go Halban od zniemczenia 
ustrzegł; jak Walter-Alf zbiegł na Litwę, Aldonę pojął i, gdy wi- 
doki obrony wszystkie runęły, myśl piekielną powziął. Każdy 
szczegół był u różnych osobistości historycznie umotywowany: 
z Montego i chrzest nie zmył nienawiści ku zakonowi; poeta na 
jedne osobistość wszystkie rysy skupił. Następował obiór; sceny 
u wieży; uczta, gdzie Konrad, podniecony przez Halbana, w balla- 
dzie mauryjskiej inny przykład zemsty nad wrogiem wystawił; 
wojna i pożegnanie. 

Zmieniał się ton, rozmiar, rym wiersza; zmieniały się obrazy, 
nastroje, szczegóły, co raz inne, co raz piękniejsze; sztywność czy 
chłód, wiejące od Grażyny, ustąpiły już nie ożywieniu epicznemu, 
ale liryzmowi, wybuchającemu skrami, kolorami, tęczą; uczucia mi- 
łosne, wykluczone z Grażyny, rycerskie, patryotyczne, aż do in- 



— 71 — 

wektyw szyderczych przeciw duszom podłym, znalazły wyrazy 
potężne: obrazowość poety, dźwięczność wysłowienia, panowanie 
nad formą wiersza walczyły o lepsze z bogactwem fabuły, uroz- 
maiceniem tła, pogłębieniem uczucia, i znowu pozostawiał daleko 
w tyle poeta naśladowców wierszem i prozą. 

Zresztą tworzył mało, rozpraszał siłę w licznych improwiza- 
cyach, tworzących i całe dramaty (o Zborowskim; z niego zryso- 
wał Puszkin improwizatora swych »Nocy egipskich«); zbierał wzorki 
do satyrycznego »Ustępu«, którego część wielka na miejscu po- 
wstała; pisywał wiersze okolicznościowe, z których najpotężniejszy — 
»Farys«, elegia (kasyda), poświęcona emirowi Rzewuskiemu, niby 
oda do młodości, transponowana na nutę Arabistanu. Dziwny czło- 
wiek i dziwna poezya. Bohater, syn Targowiczanina, mąż osoby, 
nienawidzącej jakobinizmu i »wolności« (jej matka padła ofiarą 
»terroru«) uciekał przed hańb*ą ojcowską i nienawiścią żony do 
Arabii, między szejchów i ich namioty, zbierając księgi i pieśni, 
broń i wierzchowce, słynny jako jeździec nieustraszony, prowadzący 
potym na Ukrainie, hetman złotobrody, między swoimi kozakami 
żywot niby atamana-mołojca. 

I wystawił Mickiewicz takiego jeźdźca szalonego, wyzywają- 
cego i żywioły i sępa złowrogiego i samum - niszczyciela do walki, 
kruszącego wszelkie zapory, głuchego na przestrogi, pędzącego 
coraz w dal, niepowstrzymanego, dumnie ku gwiazdom patrzącego, 
myśl w otchłaniach błękitu zatapiającego, pean żelaznej woli i siły 
ludzkiej, któraby i świat z posad ruszyła. 

Vous nous Vavez donnę fort et nous vous te rendons puis- 
sant, twierdził słusznie ślepy poeta - romantyk, Kozłów (jemu owa 
kasyda poświęcona), o Mickiewiczu do Odyńca. Ważniejsze jest 
świadectwo Puszkina, po latach złożone, gdy katastrofa polityczna 
przepaść nieprzebytą między obu poetami wyżłobiła: > wśród nas 
żył, śród plemienia obcego; w duszy swej ku nam nie żywił złości, 
myśmy go kochali; cichy, błogo usposobiony odwiedzał nasze zebrania. 
Z nim podzielaliśmy i czyste marzenia i pieśni — natchniony był 
z nieba i z wysoka na życie spozierał. Nieraz mawiał o czasach 
przyszłych, kiedy ludy, zapomniawszy o waśniach, w wielki ród 
się zjednoczą. Chciwie słuchaliśmy poetę. Ku Zachodowi uszedł 
i błogosławienie słaliśmy za nim«. Nie mniej uczcił Polak pamięć 
wieszcza rosyjskiego, duszy wyższej nad ziemne przeszkody. Gdy 



— 72 - 

go przyjaciele w Moskwie, od Wiaziemskiego do Polewego, że- 
gnali, dzielili jakby tęsknotę i drżenie serca jego; otwartością, 
szlachetnością postawy i mowy, myśli i serca jednał wszędzie zwo- 
lenników i wielbicieli; teraz rwał się, jak Farys, za słońcem na 
Zachód. 

Na Parnasie polskim panował już niepodzielnie, otoczony 
zgrają naśladowców, dyskredytującą chyba mistrza, jak ów zasłu- 
żony dyrektor teatru, a niefortunny sonecista, Kamiński; możnaby 
o nim chyba myśleć, że parodyował sonety (od parodyi, nawet 
Farysa, Baszy i t. d. roiło się i wtedy i później), gdyby słynne 
» Wypiłem duszą duszę kałamarza« albo »Okropny powóz jedzie 
w mojej duszy« nie w najlepszej intencyi się skleiły. 

A takich prób czy przedrzeźniań było więcej. Witwicki, Krze- 
mieńczanin, sam niebawem tępił dwa tomiki » Ballad i romansów*, 
co roku 1824 jeszcze zbroił, przesadzając w przesadzie; potym 
»Edmundowi« kazał, jak Gustawowi, ginąć z własnej ręki, tylko tło 
romantyczniejsze, bo szwajcarskie wybrał, za to umotywować 
i deklamacye i cierpienia zapomniał. 

Drwiliź klasycy z tych dziwolągów, i romantyczność odpo- 
wiadała za szaleństwa »gąsiąt i osiołków«, a Mickiewicz, wysta- 
wiany jako mistrz »szkoły litewskiej«, co z niego wyszła, choć się 
do niej wcale nie przyznawał, zaczepki, krytyki, insynuacye milcz- 
kiem pomijał. Po czasie dopiero, jakby zazdroszcząc wawrzynów 
Byronowi, zerwał się do odpowiedzi »0 krytykach i recenzentach 
warszawskich«, gdzie właściwie plac ostrzelał, bo przeciwnika nie 
zastał i na najmniej winnym z klasyków, na Franciszku Dmochow- 
skim, wenie polemicznej pofolgował; Dmochowski też obszernie, 
całą książką, odpowiedział, ale w niej nie klasyczności, tylko pa- 
mięci ojca bronił. 

Dowcip, tryskający z listów poety (i z utworów spółczesnych 
prozą, lecz te zaginęły), i w tej polemice zwyciężał: miał to być 
wstęp do rozpraw; poeta to chciał szerzyć myśli, cudze wprawdzie, 
ale u nas nowe, to rozbierać zasługi różnych chwalonych autorów, 
przestraszony zacofaniem warszawskich mydlarzy (»Kleinstadters«> 
gorszym, niż w literaturze ościennej. Wyjazd zagranicę temu prze- 
szkodził; pozostał ów niby wstęp, chłoszczący nieuctwo, jałowość, 
powtarzanie oklepanych frazesów i etykiet, »hatiszerif literacki, na- 
pisany z dziwną zarozumiałością , z impertynencyą nawet — już oni 



— 73 — 

(klasycy) podeptani od Litwinów wraz z Potockim« wołali Koźmianie. 
Lecz na sukurs nikt nie śpieszył. 

Nie od Litwy jedynej i »szkoły litewskiej« szło romantyczno- 
ludowe odrodzenie literatury; i Ruś, ukrainna i podolska, kijowska 
i kozacka, stawiła się na Parnasie z niewyczerpanymi zasobami 
podań i pieśni, szczegółów i motywów, barw i dźwięków. Na Rusi 
tej, obfitej w ziemię, bogatej w dostatki, toczyło się życie polskie 
innym torem, niż na piaskach wielkopolskich i mazowieckich, czy 
na błotach pińskich — »bywszy w Rusi, do domu musi«, mawiano 
o »dniach Aranźuezu«, »i na Rusi robić musi« pocieszano się filo- 
zoficznie. 

Życie to polskoruskie, im dalej ku Ukrainom i stepom, tym 
silniejszego, oryginalniejszego nabierało rozmachu; nie zmiótł go 
nawet huragan »ruiny«, nie zatopiły fale hajdamaczyzny. Składały 
się na nie tradycye świetne kozactwa; jego urokiem pociągnięci 
nawet magnaci zbliżali się albo całkiem zlewali z ludem. Panie 
Kochanku na Litwie chyba szlachcie imponował; Starosta Kaniowski 
jest dziś jeszcze bohaterem ludowym, umarł przecież unitą w celi 
bazyliańskiej, a sroźył się za życia przeciw pankom i Żydom; 
Dymitr Jabłonowski schłopiał zupełnie, a Emir z kozakami swymi 
pod Daszów pociągnął; tradycye kozackie, obce zupełnie ludowi 
polskiemu i litewskoruskiemu, żyły wśród Rusi; bandurzyści śpie- 
wali o siczy, o Chmielu i Nyczaju, jak walczył z Polakami, z Pa- 
nem Potockim, o Goncie i Żeleźniaku: wobec spłowiały eh legend 
litewskich, głuchych podań i mętnych bajan, biło tu żywo, ja- 
skrawo, w pierwotnej dzikości i smętku, źródło poezyi ludowej; 
należało się tylko schylić do niego, ukochawszy przyrodę bogatą, 
lud dumny, ziemię uroczą. 

Za to też antagonizmy, narodowy, wyznaniowy i socyalny, 
występowały tu nieskończenie silniej. Na latifundyach wielkopań- 
skich rozsiadła się drobna szlachta — komisarze, dzierżawcy, pisa- 
rze, ekonomowie, za nimi Żydzi po arendach i karczmach; panowie 
bawili za granicą lub w Warszawie; wyzyskiwano więc niemiło- 
siernie lud, a to prowadziło do strasznych wybuchów, obcych 
innym ziemiom. 

Po ich stłumieniu popłynęło życie dawnym trybem, na dwo 
rach wielkopańskich (stąd ruszyli Targowiczanie) i po dworkach 
szlacheckich. Targowiczanie nie wracali, za to ich adherenci: ów 



— 74 - 

Tomaszewski, sam autor manifestu, w wierze najlepszej działający, 
potym niemogący wyrzutów sumienia ukoić, najmniej w pobliżu 
swego pana, rozjeżdżającego bezcelowo albo dumającego ponuro 
w Hamburgu — pracujący literacko, nad przekładami i oryginal- 
nymi tworami, z powodzeniem; nad rehabilitacyą Targowicy, bez 
powodzenia; witający nową erę; albo ów Hulewicz, »bard polski« 
(Henryka Rzewuskiego), bezecnik w mowie i facecyach, wstydliwy 
i skromny w życiu, niezdarny tłumacz Owidyusza. Były i orygi 
nały: Ścibor Marchocki, zaprzątający fantazyę Słowackiego, pan 
Ladawy, czciciel Cerery i konstytucyi ladawskiej; niefortunny sta- 
tystyk Podola, Marczyński, i inni. 

Dla romantyka otwierały się tu widoki poetyckie, innej do- 
niosłości i rozmaitości, niż litewskie; za przykładem od Wilna, pod 
ożywczym promieniem Krzemieńca i szkół humańskich, powstawał 
tu nowy ruch poetycki. Po pierwszym, tonącym w powijakach 
klasycznych, z Zaborowskim i Starzyńskim, nastąpił romantyczny, 
lecz nie ujęty żadną silną ręką — Ruś czerwona i ukraińska anar- 
chią od XIII wieku żyła — rozprószył się; mówią wprawdzie 
o »szkole« ukraińskiej, ale »uczniowie« jej szli całkiem luzem, tło 
wybierając spólne, »ukraińskie«, lecz pielęgnując każdy swoje 
odrębność. 

Krzemieńczanin Maurycy Gosławski, zdawało się, nie żywił 
wyższych aspiracyi, miał powiększyć grono pisarzów prowincyo- 
nalnych, pozostać piewcą Podola. Zrazu pisywał humorystyczne 
i satyryczne piosnki, bajki, w »Balladzie i ja« wyszydzał poecików 
i recenzentów, opisywał kary, jakie ich w piekle czekają, wyśmie 
wał Marczyńskiego; sentymentalizmowi folgował, tłumacząc tra 
gedye sentymentalne Ozierowa. Rzeczy te jednak, tracące piżmem 
klasycznym, tak zarzucił, że ich między swe dzieła później nie 
włączył. 

Nęciła go idyla Wiesława, ale jeszcze bardziej rozdarcie ro- 
mantyczne, skargi na utraconą młodość, miłość i wiarę w ludzi. 
Więc wyśpiewał, łącząc oba motywy, swoje »Podole«, najpierw 
jego piękności, i krajobrazy; potym, całkiem na etnografa schodząc, 
ludowy dramat weselny, obrzędowy, ze śpiewkami i zwyczajami; 
trzecią pieśń poświęcił » klęskom Podola«, podaniom o dżumie, 
o napadach tatarskich; powtarzał nieraz sam tekst pieśni ludowej, 
każdy szczegół obrzędowy, aż do mieszania »korowaja«; czwarta 



- 75 - 

pieśń odskakiwała całkiem od tego tła sielskiego spowiedzią autor- 
ską, o niewinnym dzieciństwie, o burzliwej młodości z jej altru- 
istycznymi zapędami, owianej byronowskimi zwątpieniami i gory- 
czami, tęsknotą i smutkiem. 

I później »szukał z dziedzin ojczystych pokrewnych utworów«, 
wiódł swe wzroki »na zarosłe, na bezdroża, na czahary, na obłoki, 
to na synów Zaporoźa«, żałując »błogich czasów «, śpiewał »Dumę 
o Nyczaju«, » Oblężenie Niemirowa*, »Bondarównę« (zaginione po 
części). Wypadki wykoleiły ułana i obrońcę Zamościa z Podola 
i poezyi podolskiej; po pieśniach lirycznych tworzył powieści ro- 
mantyczne, dawniej jeszcze »Tęsknotę«, niby pendant do Kordyana, 
gdzie wieść o wojnie rozpaczającego nad zmarłą kochanką w żoł- 
nierza przeradzała; potym »Odstępcę«, wieszczącego i usprawiedli- 
wiającego przyszłych Sadykbaszów, z wycieczkami przeciw poetom, 
»co za Polskę walecznie umierali w rymach, bez rozlewu krwi 
drogiej, po Dreznach i Rzymach«; osobnoż wzywał i Mickiewicza 
do walki; »Banko«, z gryzącą ironią o wojnie i wodzach, z wy- 
cieczkami przeciw cnocie, knutowi ludzkości, której bałwochwalczo 
łzy - ofiary znoszą, bo trzy młode piękne serca, co dla szczęścia 
biły, owiał oddech trucizny w święte imię cnoty (Władysław, mimo 
zmienionego uczucia, w imię cnoty wytrwać musi przy niekocha- 
nej). Czynny, jak Goszczyński, zgorzkniały i zwątpiały, umarł nie- 
bawem, i tylko kilka »Podolanek« i pieśni (»Gdyby orłem być, 
lot sokoli mieć, lotem orlim lub sokolim Unosić się nad Podolem«, 
duma z »Odstępcy«) przeżyło pamięć, co rozwiała się, jak ów 
wiatr, opiewany tylokrotnie przez niego. Dziwaczna, ultraromanty- 
czna była i forma owych utworów, mieszana, liryczne i opisowe 
kawałki z »działaniami«, t. j. z dyalogami; gryząca ironia i szały 
uczuciowe wikłały się kolejno; brakło artyzmu, nie siły. 

Od etnograficznego Podola Gosławskiego odbijała zupełnie 
»Marya«, acz »powieśćukraińska«, Antoniego Malczewskiego: Ukraina 
tu, mimo wiersza pierwszego, z pędzącym na szybkim koniu ko- 
zakiem, i ostatniego (»I pusto, smutno, tęskno w bujnej Ukrainie«), 
była tylko tłem i akcesoryami, lecz bohaterem i treścią ani ona, 
ani kozacy, czy boje tatarskie, czy duma magnacka, czy złość 
ludzka: śmierć za to, co »na tym świecie wszystko zmiecie«, ro- 
bak, co »się lęgnie i w bujnym kwiecie«. Wszystko tu smętne, po- 
sępne: i autor i poemat — samo imię Marya, fatalnie wróżące, 



- 76 - 

umyślnie dobrane, wedle znanego przesądu, kołującego już w XVI 
wieku - lecz śmierci fizycznej oszczędził los nienawistny Wacła- 
wowi, aby go wydać męce stokroć gorszej. 

I nie wiedzieć, z kogo boleśniej los zadrwił, z człowieka, 
z pisarza, czy z bohaterów jego? Bogaty i urodziwy młodzian, 
wykwintnie wykształcony, bywalec w świecie, Don Żuan rozmaitych 
romansów, schodzi przedwcześnie do grobu, nieznany, w najwięk- 
szym niedostatku, z obcą żoną kamieniem u szyi; pisarz, lecz 
o nim nawet i ten się nie odezwał, któremu poemat — ostatnią 
nadzieję, jedyną deskę zbawienia — poeta ofiarował; i milczała 
o nim krytyka, a publiczność ani słyszała nawet; a jakie dzieje 
autora-człowieka, takie i pienie jego. 

I Malczewski, jak Gosławski, jak Mickiewicz, na ład klasyczny 
zaczynał, lecz sam do Byrona trafił, którego i znał osobiście, i, jak 
powiadają (bajek krąży u nas co niemiara), temat do Mazepy mu 
nasunął. Krzemieńczanin, którego sam Czacki ufnie władzom pole- 
cał, starszy w szkole dopiero ślady domowego, francuskiego wy- 
chowania, czuł pociąg do pióra, a po różnych opisach i próbach, 
gdy nad nim samym horyzont życiowy groźnie się zasępiał, wziął 
przed się kanwę smutnego wypadku, aby na niej tym smutniej- 
szych refleksyi dosnuwać. 

W domu Targowiczanina — Targowicy zawdzięczał ojciec 
szlify jeneralskie — młodzieńcza awantura Szczęsnego i Gertrudy 
była dobrze znana: awantura komiczna, gdyby się przypadkiem nie 
kończyła arcytragicznie. Instynkt, takt i smak artysty odrzuciły 
wszystko co osobiste i anegdotyczne, płaskie i trywialne fabuły; 
cofnęły ją o wiek cały, podłożyły tło heroicznych walk Polski, 
przedmurza chrześcijańskiego, zmieniły okolicę, pogłębiły różnice. 

Wacław, tu byrończyk się zdradzał, ze zniechęcenia i nie- 
smaku życiowego wypłynął, zyskawszy serce i rękę Maryi, córki 
miecznika, »równego« szlachcica; lecz ojciec, dumny wojewoda, 
stracił syna, cel życia, niesyty coraz nowych honorów i koligacyi 
świetnych, i postanowił swobodę jego odzyskać i ze zdradą sza- 
tańską, obcą polskiej naturze, plan wykonał; udał pogodzenie, 
syna z teściem na taniec tatarski wyprawił, a niewczesnej nieco, 
bo kulikowej, zapustnej, nie letniej, maszkaradzie - czeredzie Maryę 
porwać i utopić kazał, licząc widocznie, że syn stratę przeboleje 
i sam mu kiedyś wdzięczny będzie: o miecznika nie dbał, kto ani 



- 11 - 

króla ani prawa się nie obawiał, a wkońcu, gdyby nadto krzyczał, 
można mu było wiosczyną jedną i drugą gardło zatkać. 

I nie omyliły wojewody rachuby: w życiu i w dramacie 
wszystko gładko poszło; miecznik ani się porwał do zemsty, tylko 
na Wacławie się zawiódł. 

W czymże piękność, znaczenie »Maryi«? i jakim prawem 
mógł w parę lat później Mochnacki, krytyk romantyczny, od niej 
przegląd nowej poezyi zaczynać, nazywać ją »ofiarą nieumiejętnej 
krytyki, jednym z najśliczniejszych i największych utworów tego 
czesnej literatury polskiej«, a przed nim jeszcze Grabowski twier- 
dzić: gdybyśmy tylko mieli »Maryę« i »Grażynę«, mielibyśmy już 
oryginalną literaturę? Nawet Goszczyński, kruszący nielitościwie 
maczugą demagogiczną pseudoreputacye i zasługi prawdziwe, nie 
wahał się położyć »Maryi« między dziełami, »jeźeli nie zupełnie 
narodowymi, to zbliżającymi nas wielkim krokiem do czystopolskiej 
literatury«, a sądy te podziela publiczność, skoro ani wyliczyć 
wydań, tłumaczeń, ocen tego brylantu poezyi polskiej, chociaż nie 
najlepiej osadzonego. 

Otóż stworzył poeta bez domieszek fantastycznych, nie wy- 
wołując ani średniowiecza strupieszałego, ani upiorów czy demo- 
nów, ani błyskotliwego oryentu czy południa — bez czego Byron 
się nie ruszał, czym »Grażyna« i »Dziady« stały — z materyałów 
ojczystych dramat wzruszający, prawdziwy, prosty; osób nie wiele, 
trzy — bo wojewoda ledwo od ciemnego tła odbija; akcya sku 
piona, jakby jedność czasu i miejsca zachowywał; tętno przyśpie- 
szone, kontrasty najsilniejsze, a w szczupłe ramki — nawet »Gra 
źyna« liczy tylko o parę set wierszy mniej — wstawiono tyle 
najrozmaitszych kolorów, rysów i przejść, że i fantazya Byrona 
Malczewskiemu zazdrościćby mogła. 

W szczegółach mógł się Byron w »Maryi« zwierciedlić — 
nigdy w całości, w duchu. Styl jego przypominała pogoń Mal- 
czewskiego za przenośniami i alegoryami, dziś najbardziej czytel- 
nika rażącymi: czapka na lewym uchu, zniszczenie w prawicy; 
gdy patrząca czujność nadzieję utracą; zapylona sława upięknia 
zniszczenie; przyszłość jeszcze otruta rozczochrana idzie, i t. p. 
Z Byrona łaski pojawiło się owo tajemnicze pacholę, co za ryce- 
rzem w świat pogoni, nieodstępny duch jego losu, czy anioł, czy 
szatan, co komentatorom tyle domysłów naraił: jest w druku 



- 78 — 

i wytłumaczenie jego całkiem alegoryczno polityczne — na losy 
Czerwonej Rusi! Nawet Wacław przypominał miejscami ulubieńców 
Byrona, nadludzi, z duszą zagadkową, wyolbrzymiałych nad oto- 
czenie, z nim niezgodnych. 

Już »Wacławem« różnił się Malczewski od Byrona; ów skoń- 
czył, gdzie ten byłby zaczął; dla Byrona byłby Wacław istniał 
dopiero od chwili, gdy w zwiędłej twarzy zamieszkała bladość, 
gdy w zdziczałej duszy wypleniono radość, powstała ta ponurość 
dzika, ta chciwość szalona krwi, krzyku, dzwonów, co zbrodnią 
karze zbrodnię — poeta polski ani się ważył uchylać tej ciemnej, 
skrwawionej zasłony. 

Jeszcze więcej różnił się samą Maryą. Na bohaterów Byron 
nie wybierał kobiet, nie występowały one u niego po za kresy 
istot czy niewinnych, czy namiętnych, zawsze niewolnych, hare 
mowych branek czy sułtanek; pierwszy ideał kobiety stworzył 
Malczewski. Nie znała takiego dawniejsza poezya polska, wyłącznie 
męska, obozowa, obywatelska, księża; chyba »Barbara« Felińskiego 
za taką uchodzić mogła, wahająca się między miłością i pragnie 
niem szczęścia osobistego, a obowiązkami wobec ojczyzny, do 
ofiar gotowa, podtrzymująca męźa-króla: lecz nad całym gronem 
idealnych doskonałości ona jedna nie nadto się wznosiła. »Gra- 
żyna« przypominała nieco amazonki, bohaterki Tassa, Tomaszew- 
skiego, Niemcewicza (Jadwigę), chociaż słabe jej ramię źle mieczem 
władało, i nie zrównoważała namiętnych skarg i przekleństw, jakie 
miotał zawiedziony Gustaw na kobietę, »puchu marny, ty wietrzna 
istoto, Postaci twojej zazdroszczą anieli, a duszę gorszą masz... 
niżeli...«. Pierwszą idealną niewiastę stworzył Malczewski; jego 
Mary a, wiotka i słaba na ciele, blada i smętna, godna ojca i męża; 
sama słaniająca się, jak trwoźna gołębica, i ojca podtrzyma i męża 
na boje pożegna, spokojna i zrezygnowana, chociaż mu właśnie 
powtórzyła wyznania miłości, tak gorącej, tęsknej, jedynej, że się 
aż sama lęka, bo może Pan Bóg skarze tak żywe kochanie; roz- 
mowa jej z ojcem, gdy sama ciężko zraniona jego smutki koi, 
żegnanie z mężem, należą do największych ozdób literatury i oku- 
pują wysłowienie miejscami twarde czy niejasne, i pożyczki u By- 
rona i rysy nieco sentymentalne, nie z kresowej niewiasty zdjęte. 

Lecz na kogoby się Byron najmniej zgodził, to na Miecznika; 
tej rezygnacyi chrześcijańskiej nigdyby nie pojął: ten bohater, ca 



- 79 - 

gotów »skrzesać ognia w pałasze, gdy przyjaźń ściemniej e«, mignąć 
choćby wojewodzie pod oczy święconym w szabli obrazkiem, ten 
postrach tatarski i szwedzki, co liczy na raźną młodzież okoli- 
czną — teraz: ni żalu ni skargi 

Nikomu nie zwierzyły wypłowiałe wargi, 

Ni łez w hardym spojrzeniu nie było oznaki, 

Mniej z ludźmi, więcej z Bogiem, a zresztą — jednaki 

— może byłby on i u Byrona na pozór taki, lecz pewnieby Ta- 
tarów wojewodzie w gości sprowadzał, niby nowy Bielecki. Nie- 
zmiennym wyrokom poddaje się bez szemrania, klęczy nad mogiłami, 
aż uśnie na wieki. 

Smutek i rezygnacya, to nie udział Miecznika tylko; wieją 
one z każdej karty, przemawiają z każdego obrazu: na los swój 
nie zasłużyli, nie zarobili bohaterowie powieści, zacni, szlache- 
tni, bujni: 

Ach! pytaj raczej na co dobroć się tu przyda, 
Gdzie co czułe, szlachetne, tylko chwilę świeci, 
Gdzie rola wzniosłych chęci zawsze się nie uda! 

Świata kołacze gorzkie i zatrute, twierdzi ów paź, co, kiedy się 
rozśmieje, to jak za pokutę, a kiedy będzie śpiewał, to na smutną 
nutę. Nuta ta przebrzmiewa ciągle; pierwszą pieśń kończy wiersz: 
i pusto, smutno, tęskno, jak gdy szczęście minie, a drugą: 

I cicho, gdzie trzy mogił w posępnej drużynie, 
I pusto, smutno, tęskno w bujnej Ukrainie. 

Słusznie też, w przedmowie (do Niemcewicza), mówi poeta 
o »posępnym malowidle, tęsknym i jednostajnym, jak nasze pola 
i jak mój umysł ciemną tylko farbą zakryśla Wam niewykończone 
obrazy«. Stąd te smutne przeczucia; Marya nawet szczęśliwa 
^szczęściem niewiast, dla których słodkie w życiu chwile są, jak 
pogodne niebo, gdy piorun grzmi w tyle*; ona odczuła: ach, z jak 
okropną trąby zagrały żałobą; w Wacławie samym brzmi glos 
straszliwy: zdobędziesz ty trumnę i w serca głębi pisk taki, jak 
gołębia pod dziobem jastrzębi. Ta ponura a tak wymowna, przej- 
mująca jednolitość była nowym, nadzwyczajnym przymiotem dzieła. 



— 80 — 

Mimo to podnosiło ono i krzepiło ducha. Wskazywało Boga; 
nawet szczęście nasze pełnym nie będzie nigdy, i człowiekowi 
» tylko wtenczas błogo, gdy westchnie do nieba«; Mary a sama do 
nieba należała, do aniołów grona dążyła: w ciężkich kajdanach 
ziemi dla nieba istota. Ucznia Czackiego i Krzemieńca wydawała 
i miłość ku ojczyźnie: jej i jej rycerstwa chwała brzmiała z zwy- 
cięskiej wyprawy tatarskiej, z ojcowskiego poświęcenia się i za 
parcia siebie samego; jej imię czystym gorzało ogniem, a serce, 
jak w wiośnie ptak do słońca, do niego skakało radośnie! Do 
poematu rycerskiego, szlacheckiego, lud nie wchodził, tylko syl- 
wetka kozaka, co »wśród wiodącej go zgrai (służalców) jak władca 
wygląda«, nakreślona z widoczną lubością. Wobec takiej całości, 
z jednego kruszcu ulanej, ginęły drobne skazy, głównie językowe, 
parę anachronizmów o »grafie« Wacławie i »szwadronach« tatar- 
skich; lecz Warszawa, która roku 1825 wszystkim, tylko poetycką 
nie była, na pięknościach się nie poznała: »u nas nikt tego nie 
czyta«, rzucił literat warszawski rozentuzyazmowanym Lwowia 
nom w oczy. 

Prędzej się poznali na pięknościach powieści hajdamackiej. 
Jak »Marya« ludu ukraińskiego nie wprowadzała na widownię, tak 
»Zamek Kaniowski « Seweryna Goszczyńskiego bez panów się ob- 
chodził, chyba o ich winach prawił i na smętny finał Maryi od- 
huknął donośnie: 

Piekła za wojną zatrzaśnięto bramę: 
Znów tenże pokój i zbrodnie te same, 

— tak uzupełniamy niedociągniony wiersz. »Zamek Kaniowski« — 
jedyne w swoim rodzaju nokturno poezyi polskiej, oryginalne, jak 
jego autor. Malczewski i Goszczyński, »Marya« i »Zamek Kaniow- 
ski — większych sprzeczności i pomyślećby nie można, chociaż 
dzieli je tylko lat parę (1825 i 1828): panicz przystojny i bogaty, 
poeta rezygnacyi smętnej, aż ponurej, a »hajdamak« ciałem i du 
chem, nieugięty żadną nędzą, ni głodem ni zimnem, jak z żelaza 
wykuty, wiecznie biedą gnany, na łonie natury raczej, pod wpły- 
wem chłopki-babki (nie stanem, lecz życiem) wychowany, niż na 
ławach szkolnych, na których z Padurrą, Zaleskim, Grabowskim 
zasiadał, choć nie zbyt wiele z nich wyniósł, przejęty duchem pro- 



— 81 - 

testu, rzucający się w wir agitacyjny, już od ławy szkolnej tro- 
piony przez policyę. Temuż celowi i poezya jego służyć miała; do 
niej się na tłumaczeniach i erotykach zaprawiał, nim na swój ton 
trafił, i długo go nie rzucał. I ten ton był ponury i posępny, 
skargi jednak wybuchały gwałtowne i namiętne, na twardy los 
własny, na ludzi, ich wady i winy; spotęgowany lekturą rzeczy 
smętnych, Junga; obrazowością poety, lubującą się w dzikich, po- 
szarpanych rysach — nawet natura nie kojąco, raczej drażniąco 
działa; fantazyą, piętrzącą okropność na okropnościach. Pierwszy 
demokrata czy demagog na Parnasie polskim przekuwał wrotki 
swoje na broń twardą i ostrą, o estetykę nie dbał i sam się 
w kilka lat później (1834) uniewinniał: 

O moi bracia, wam się nie podoba, 

Żem wybudował poezyi bożyszczu 

Świątynię , w której kapłanem żałoba, 

A płomień śmierci na ofiarnym zgliszczu... 

Szemrzecie na mnie, że po jej sklepieniach 

Ustawna burza mroczy się lub błyska, 

Że dzikie tylko wiatry brzmią w jej pieniach, 

Że w niej okropność i nieład, zwaliska, 

Że się w niej roją same grobów larwy, 

Ze w jej obrazach same czarne barwy... 

O! póki ciemne słońce milionów, 

Poty o bracia! niech mię nikt nie wini, 

Że tak ponuro w mych uczuć pustyni... 

Najtrafniejsze to motto i dla »Zamku«, gdzie poeta bez litości 
odkrył ranę, jątrzącą od wieków. Ze smutnych dziejów wybrał 
epizod, jeden z naj dramaty czniejszy eh, rzezi hajdamackiej. Ogólna 
treść jasna, ale takie ciemności zalegają obraz, że szczegółów nie 
wszystkich dopatrzeć się można, że pozostaje i domysłom wiele 
miejsca; tu-by raczej, niż w »Grażynie«, czytelnik epilogu, obja- 
śnienia się domagał. Główne postaci, kozak pański, dzielny Nebaba, 
ze strony pańskiej na hajdamacką się przerzuci, gdy mu Orlikę 
jego rządca odebrał; on nieczynnego pijaka, Szwaczkę, z dowódz- 
twa usunie i hajdamaków na zamek poprowadzi; Orlika, ślubująca 
rządcy, aby brata od śmierci niechybnej ocalić, porywa się do 
noża, zabija męża, goniona przez kozaków, okrwawionymi rękami 
ślady niestarte po murach zostawia; Ksenia wreszcie, uwiedziona 

DZIEJE LITERATURY POLSKIEJ T. II o 



— 82 — 

przez Nebabę, co z przesądu o latawcu skorzystał, i pozbawiona 
zmysłów z hukiem nieludzkim, sioła i pola przebiega za swoim 
latawcem, aż go na palu odnajdzie. Obok tych trojga, inni: Szwa- 
czka, krótko, lecz po mistrzowsku skreślony; lirnik stary, ślepy, 
w istocie szpieg, co Nebabę śledzi i, jego wróg osobisty, prze- 
śladuje, jakby o Ksenię i pomstę za nią mu szło, śpiewający 
o niej, i inni. 

Postaciom, dzikim, pierwotnym, namiętnym; akcyi, przyśpie- 
szonej, gwałtownej, okropnej, odpowiadały czas, miejsce i akce- 
sorya, styl, porównania i obrazy. Przed oczami czytelnika przesu- 
wały się trzy nocy; słońca w tym poemacie nie było, prócz 
w owym pięknym przywitaniu zachodu jesiennego na początku, 
i w zakończeniu, gdy wbitych na pal oświeca. 

Roztoczył poeta przed oczami wszystko groźne i straszne, 
co fantazya ludu ukraińskiego wyśniła: od sceny pod szubienicą, 
gdzie chichot pijanych szatanów kozaka otumania, z duszami nie- 
chrzczonych dziatek, jęczącymi w górze, z wiedźmami, zbierającymi 
z rosą pożytek, z upiorami, ssącymi krew; za uciekającą Orlika 
rzuca Szwaczka nóż poświęcony: »rzuć go na wicher, co tańczy 
po drodze, a gdzie się kręcił, świeżą krew zobaczysz«; Nebaba jako 
latawiec z Ksenią, a Orlikę całuje z takim żarem, jaki upiór w drze- 
wie wypieka, gdy niedowiarek zeń szydzi (!). To znowu mowa 
o górach dzikich, jak rozpaczy czoło, a nawet w pysznym ustępie 
o olbrzymim dębie - gadule, który i do »Pana Tadeusza « się dostał 
(bo » kozackiemu wieszczowi tyle cudów śpiewa«), gdy Nebaba nań 
się wdrapywa, by lirnika - szpiega śledził, i dalekie widoki odkrywa: 

jak w duszy jego, posępno w tym lesie, 
jak żądze jego, kraj tu coraz nowszy. 

Nadmiar ten cieniów zgęszczonych, fizycznych i moralnych, 
trącił Byronem, szczególniej gdzie poeta w Nebabę inną już duszę 
wlewał: 

Grom namiętności mgłę spojrzeń rozświeca, 
Szyderski uśmiech kazi hoże lica, 

albo gdzie o sobie samym prawi, tułaczu »obojego bytu, ze wstrę- 
tem przesytu«: »losy piorunowały tyle, obyłem się ze zgrozą ich 



- 83 - 

ciosów — i serce tyle wichrzyło, że już omdlało, czczość, mgłę 
zostawiło«. Nie dziw więc, że po kilku latach, w owej recenzyi 
o nowej epoce poezyi polskiej, sam autor wyrzekał się »Zamku«, 
jako jednego z licznych grzechów poezyi, spłodzonego pod nie- 
szczęśliwym wpływem czarnej fantazyi Byrońskiej. 

Spółcześni romantycy zachwycali się utworem; nawet Mo- 
chnacki policzył go »do rzetelnych ozdób literatury polskiej«, 
a prawdziwe tryumfy piał Grabowski, nie mogący wysławić dosyć 
i prologu i opisu nocy, rywalizującego z scenami »Makbeta« 
i »Fausta«; w pieśni do latawca upatrywał ową prawdziwą poezyę 
ludową, o jakiej w naszym wieku niemal już zwątpiliśmy, a kogo 
rozmowa puhaczów raziła, temu od bielma klasyczności, nie zdję- 
tego przy chrzcie romantycznym, nałajał. Żegnali się klasycy, na- 
wet justemilieu Morawski sarkał, że »po lirycznych strofach pędzi 
brodacz Donu... puszy się Hajdamak w epopei«, że nie Kochanow- 
skiemu »mruczały sosny piosenek żeglugi ni szczekały wiatry* 
i wołał patetycznie: 

Przebóg, pókiż nam będą wasze głosić dźwięki 
I czułość tylu zbójców i wisielców wdzięki ? 
Kiedy już wszystkie wasze zliczycie bożyszcza, 
Mogiły, mogilniki, kurhany i zgliszcza ? 

i skarżył się na ciemności, że w nich nie rozróżnić »poety z opę- 
tańcem i z szaleństwem pieśni «. Zapomniano o nadzwyczajnej, nie- 
polskiej (jak Mickiewicz słusznie zauważył) energii wyrazu i ry- 
sunku, tak odbijającej od zwykłego rozmazywania (i romantycznego); 
o trafnej charakterystyce, choćby Szwaczki i Nebaby, dumy, na- 
miętności, a choćby i nieopatrzności, lekkomyślności, wobec gro- 
żących zasadzek; o prawdomówności autorskiej, rzucającej z ust 
hajdamackich i Nebaby najstraszniejsze i najsłuszniejsze skargi na 
polskie rządy i pany, nie cofającej się przed niczym. Język był 
szorstki, miejscami nie polski — co choćby dla couleur locale 
uchodzić mogło; rysunek aż do karykatury przesadzony, lecz całość 
była tak jednolita, jak »Marya«, choć w innym rodzaju. 

Ani szlachecko - pańska Ukraina tęsknoty, ani hajdamacka 
protestu, nie wyczerpywały poetyckich jej zasobów: inne skarby 
roztaczał rówieśnik i towarzysz Goszczyńskiego, mentor jego 



- 84 - 

poetycki, Józef Bohdan Zaleski, nienawidzący niczego tak, jak wła- 
śnie Bohdana (Chmielą). W dziecięcych latach przesiąkło pacholę 
lasze poezyą stepową: 

Z teorbanem wyrósł ja. Dniepr, Iwanhora, 

Chata gdzieś w gaju starego znachora... 

Śpiewałoż ptactwo tam, byle dzień biały, 

I znów dziewczęta z majdanu śpiewały, 

To znowu męski głos wojennej chwały 

W cześć atamanów, mąciły się społem 

W pieśń jedną żywą — i pieśń tę połknąłem! 

Nie było to przesadą: spotykał on nieraz owych »zgarbionych 
wiekiem, białowłosych dziadów, co na wzmiankę o siczy iskrzyli 
oczyma, odgrażali się zaciskając pięści... nasłuchałem się do syta 
barwnych opowiadań i pieśni... mógłbym niemal dosłownie powtó- 
rzyć rapsod po rapsodzie z tej opłakanej epopei domowej «, a dum 
tych wtedy było więcej, i skarżył się później poeta: 

Gdzie to naszych dum połowa? 

Zaporoskich dziś tak mało, 

A miłosna, ta lub owa, 

O trzech zorzach, trzech krynicach, 

Siedmiu wodzach, stu dziewicach, 

Rzekłbyś, że te dumy z laty, 

Przenuciwszy błogie chwile, 

Z ludźmi głuchną gdzieś w mogile. 

Z poezyą słowa zawodniczyła sama poezya bezbrzeżnych 
stepów i głębokich jarów, Iwanhory i Humania (z Zofiówką); roz- 
kosznie bujał chłopiec po ustroniach, cichych, pięknych, tak uro- 
czych niemal, jak późniejszy wiersz jego harmonijny. Do wierszy 
rwało się wtedy, co żyło, już na ławkach bazyliańskich w Huma- 
niu; w Warszawie, dokąd się poeta z Goszczyńskim rychło prze- 
niósł, gdzie pod wpływ Brodzińskiego na razie podpadł, a z Wit- 
wickim najściślej się połączył, wezbrała wena i niebawem »fantastyk, 
żył tylko wierszami i dla wierszów«; w antypoetyckiej dobie życia, 
gdy praca nauczycielska w domu Szembeków skupiania się nie do- 
zwalała, pogłębiał i urozmaicał choć lekturą wrażenia. 

Po próbach kilkuletnich wpadł na własną nutę, odrębną od 
każdej innej, niezmienną. Już w owych próbach, począwszy od 



- 85 — 

humańskiej jeszcze »Dumy o Wacławie«, parafrazował tematy czy 
teksty ludowe, niezawsze szczęśliwie, rozwlekle, z akcesoryamr 
w tonie klasycznym, słuchając rad i uwag Brodzińskiego, rozglą- 
dając się po Słowiańsczyźnie, tłumacząc czeskie, sposobiąc się do 
pieśni serbskich. Fantastycznemu i romansowemu, kapryśnemu, mło- 
dzieńcowi nie było jednak przeznaczone ugrzęznąć w parafrazach 
i przeróbkach, dobrych dla Szyrmy i Brodzińskiego; nadto silny 
był talent, nadto wielkie poczucie samodzielności; dziedzicowi oby- 
czajów i dziejów ukraińskich, na którego pieśń ludowa niby natu- 
ralną spuścizną spadała, użycza poezya sokolich skrzydeł »i jak 
czarnoksięskie pryzma na pochmurne, nagie i bezcelne dni moje 
sieje blask świetlny idealnych omamień i promieni się wszystkimi 
barwami tęczy — błogo mi w śnie oczarowania«. 

Na poezyę tę składały się i tradycye dawne i liryzm własny. 
Nęciły Zaleskiego dzieje rodzime, poetyckie; w nie wsłuchał się 
od dzieciństwa; na ich wzór tworzył, nieśmiało w »Januszu Bie- 
niawskim«, coraz pewniej siebie w »Czajkach«, w »Dumce Mazepy «, 
»Dumce hetmana Kosińskiego «, »Zołotareńku w Warszawie«, »Da 
mianie księciu Wiśniowieckim«. Jego » Kozacy i Ukraina« całkiem 
odrębni, z historyą nie zupełnie zgodni, dostrojeni do ideału poety, 
nie znającego żadnej waśni plemiennej, odnajdującego Polan kijow- 
skich w grodach lechowych, łączącego w pieśni, co wieki w dzie- 
jach rozdzieliły. 

Kozacy jego nie żyją własnym życiem, wierni to, oddani 
słudzy Rzeczypospolitej, marzący o swym posłannictwie, nadsta 
wiający piersi za jej całość, walczą, piją i śpiewają, bez trosk, 
planów, myśli — z dziejów ich znikł Chmiel, pozostali serdeczny 
Konaszewicz, Mazepa i mityczni ich na poły poprzednicy; dlatego 
ci kozacy jednostajni nieco, zbyt wymuskani, ogładzeni. Tym szczę- 
śliwiej oddane są szczegóły; wyraziściej, pełniej animuszu tych 
postaci nikt nie skreślił, obrazów barwniejszych, powabniejszyćh, 
nikt nie roztoczył, czy to czajki na morze spuszczają, czy Zoło- 
tareńko Laszkę namawia w step bezludny a zielony, czy słudzy 
Damianowi »dmą w piszczałki, w kotły biją i śpiewają i miód 
piją«; od tego »huku, zgiełku i parady « odbija smętny nastrój 
Damiana (u sąsiada ładna żona... mnie jednemu wieczna biada), 
i złowróżbne słowa starca, łaknącego śmierci, jak dżdżu kania, 
pytającego z trwożnym sercem, czemu zachód wciąż się krwawi, 



— 86 - 

»czemu w stepie poświst dziki, popłoch szpaków, wrzask źórawi 
i huczące w noc puszczyki ?« 

Piękniejsze, rzewniejsze, chociaż wtedy może mniej cenione, 
byty J e g° liryki* J uz wtedy odznaczające się tęsknotą za stronami 
rodzinnymi — »wzrok, jak pieśni... daleko, wiecznie w jednej tkwi 
stronie, ku niej tęsknię z wieczora, z jutrznią tęsknię i płaczę, 
bom pożegnał nie wczora i nie jutro obaczę«, chociaż o możli- 
wości powrotu, blizkości nawet jego, poeta wtedy ani wątpił. >Ej 
tyś tu tabun przypędził kozacze, i tęsknisz nazad w step zasumo- 
wany« — mawiał do niego Malczewski; miłość zawiedziona do- 
pełniała melancholijnego nastroju, i coraz silniej odczuwał poeta 
potrzebę »w stepu głuszy tam na bujnych traw kobiercu, rozśpie- 
wania w młodej duszy, zakochania w młodym sercu«. Rozśpiewania 
dokonał sam, w »Rusałkach«, lśniącej przędzy z barw stepowych, 
w słówkach pełnych woni, krasy, zostawiając daleko za sobą 
wzory, Uhlanda i Schultze'go, unosząc się, jak motylek od kwiatka 
do kwiatka, z czarem niewysłowionyin wiersza rytmicznego, pie 
szczotliwego, napraszającego się do śpiewu, jakiego dotąd poezya 
polska nie znała. 

I Zaleski wprawdzie nie uniknął wszechpotęgi Byronowej; 
epilog Rusałek nawet całkiem nastroił na nutę mizantropijną, pra- 
wił o głębokich zmarszczkach na czole, — od nich kochanka 
wzrok odwraca, o twarzy ponurej, o pochodni pamięci, rozświeca- 
jącej noc wieczną, dzikich marzeń potępieńca. Za te wybryki by- 
roniczne raczył poeta czytelnika cudami i fantazyami zaczarowanej 
Rusałek krainy, roztaczał perypetye miłosne w wątku, lekkim, 
tęczowym, pociągającym wyobraźnię i serce; rzucał pęki poezyi 
i kwiecia na ołtarzu »Róży-Zoryny, i jej, nie lica, ale róży, czystej 
czystej czarownicy: mnie kąpała matka w mleku, nauczała cza- 
rów siła, i co zechcę zrobię z ciebie«, odgrażała się bogdanka. 

Obok tej cząstki »z długich poety w świecie fantastycznym 
marzeń«, pisały się i inne urywki, » Ptaszę lasze«, opowiadające 
dzieje z chaty Zujowej; * Kwiat paproci«, gdzie przyroda nuci 
w głos tęskny sierocy, a żóraw kwiat paproci — dumę rodzimą 
spuszcza. Do całości zrywał się liryk nieraz, lecz nie wykonywał 
czegoś większego, nie kończył nawet i »Wiśniowieckiego«, zosta- 
wiał go przy przygotowaniach do ślubu niewczesnego; inne plany, 
»poema okropnie czułe, wojenne i dziwaczne« (o Konaszewiczu 



- 87 — 

i Daniłowiczu), dramat Coreggio, nie przybierały wcale kształtów. 
I już zaczynał się poeta niby unieruchomiać; cały świat młodości 
otacza go dłoń w dłoni czarnoksięskim kołem; pod nim zielone, 
szumiące stepy Ukrainy, a nad nim jej jasne, błękitne niebo, 
i odurza się i upija wirem tych najrozkoszniejszych i najsmutniej- 
szych obrazów, w dziwnym, błękitnym świecie fantazyi, gdzieś 
za siedmiu górami, za siedmiu morzami. Ostrego zgrzytu rzeczy- 
wistości nie słyszy; wprawdzie protestuje słusznie przeciw utoż- 
samianiu Ukrainy z Hajdamaczyzną: sześciu milionów ludzi, co 
mieli długo swój byt, prawa, obyczaje, pieśni, swoich bohaterów 
i dziejopisów — hajdamakami przecież zwać nie można; sam je- 
dnak zasklepia się zbyt wyłącznie w jednym kierunku, i tylko nie- 
słychana muzykalność słów jego i nieporównane wdzięki jego 
barw a miękkość jego rysów ratują manierę: kozacy jego zastygli 
już, niby figurki na etażerce, w wdzięcznej pozycyi, z uśmiechnię- 
tymi oczkami. 

Z tej plejady wieszczów ukraińskich najbardziej oryginalny, 
bo i szatę polską zrzucił, spółpowietnik, Tomasz (Tymko) Padurra, 
urodzony w tychże Ilińcach, gdzie i Goszczyński, Krzemieńczanin, 
rychło wsławiony »Łyrnykiem«, »Kozakiem«, innymi ruskimi dum- 
kami, zjawiający się po dworach, w Sławucie u Sanguszków, 
w Konstantynowie u Rzewuskich, w ńumaniu u Potockich, aż 
ugrzązł w Sawraniu, przy Emirze, w charakterze nadwornego 
poety. W tych jazdach swoich pogłębił znakomicie, badając ar- 
chiwa, wsłuchując się w podania i pieśni, znajomość kraju i ludu; 
czerpał nawet ze zbiorów i wskazówek metropolity (kijowskiego) 
Eugeniusza (Bohowitynowa). 

I posypały się dumki historyczne ruskie, i drużyna Emira 
wyśpiewywała je i teorbanista Witort roznosił: Konaszewycz, Ro- 
żyńskij, Sirko, Tetera i coraz inne »Ukrainki«, jak »Lejstrowy«, 
»Zaporoźeć«, »Czarnomoreć« i t. d., żywe i barwne, a przejęte 
taką tęsknotą, takim smutkiem za tą świetną przeszłością matki- 
Ukrainy: 

Tak tut buło; jak mynuło, 

Pytajte witra stepom. 
Jak dywluś sam — zdajutsia nam 

1 diji i prawda snom; 



- 88 — 

snem też rozwiały się jego obrazy: w dzień Daszowski pogrzebał 
marzenia i cel życia, pana i poezyę. 

Pieśni jego, jakby prawdziwego Bojana, po ustach krążyły, 
niektóre głęboko w pamięć wszystkich zapadły, inne po dworkach 
tylko dłuższe życie wiodły, o większej części zapomniano. Do- 
piero roku 1844 wyszedł ich zbiór (Ukrainki i s nutoju), po rusku 
i polsku, z muzyką Lipińskiego, przypisany (Sanguszce) Romanowi. 

Wiatr, co od lasów i jezior nadniemeńskich odświeżał litera- 
turę, łączył się z wichrem od stepu i służyła Ukraina w nowej 
służbie; to nieodrodne plemię dzikich stepów, potrzebne zdaje 
się naszej poezyi, jak przedtym w usługach Rzeczypospolitej od- 
ganiało od dziadów naszych postrach tatarskich i nogajskich na- 
jazdów, mawiał Mochnacki. Z romantyzmem zawitała wreszcie 
i krytyka do Warszawy, a z nią i polemika literacka. 

O polemice głucho było od dawna: zwierały się w polemice 
literackiej stronnictwa, religijne jeszcze (Orzechowski z Frycem 
i Stankarem), polityczne (w coraz nowych przejściach, za sejmu 
wielkiego po raz ostatni); były już i starcia gramatyczne, tylko 
estetycznych nie było, klasycyzm ich nie znosił. Nie było również 
i krytyki: powtarzanie z kursów Laharpa i innych Francuzów sza- 
blonowych sądów, ocen i definicyi nie zastępowało krytyki; nawet 
teatralna, mimo prób Iksów warszawskich, nie kwitnęła; wywołał 
ją dopiero romantyzm. Nie przez Brodzińskiego, stawiającego 
eklektycznie, zbyt oględnie, ogólnikowe nieco żądania; ani przez 
Dmochowskiego (syna, zrąbanego przez Mickiewicza od niechcenia), 
chociaż w »Uwagach nad teraźniejszym stanem, duchem i dążno- 
ścią poezyi polskiej« (niepodpisanych, z roku 1825) literaturze 
Stanisławowskiej miana narodowej odmawiał; chwalił Mickiewicza 
(prócz używania wyrazów zdrobniałych), Zaleskiego i Odyńca (ten 
tak w dumę urósł, za tak »narodowego« się uważał, że na seryo 
do spółzawodnictwa o »narodowość« z Mickiewiczem i Zaleskim 
stawać zamyślał, aż się Kozak z brata Litwina naigrawał); tylko 
poprawności żądał, aby uchronić od szkodliwej dla literatury 
skrajności. Najmniej jej u klasyków: ci, zamiast udowadniać pu- 
blicznie zgubę języka, zatratę sensu, zrywanie jednolitości, przez 
wygórowanie prowincyonalizmów, fantastyczności , separatyzmu, 
tylko prywatnie szczypali romantyków: ojca wszelkiego skażenia, 
Smorgończyka czy Pińczuka; jego Patrokla, Odyńca; Ordyńca, 



— 89 — 

drukującego romantyków w swym »Dzienniku«; Zaleskiego, któ- 
rego Dmochowski również polecał na polskie przekładać; Witwi- 
ckiego, odcinającego się klasykom dosadnie w artykule »0 repu 
tacyi autorów za ich życia « (w Gazecie Polskiej, również 
romantycznej «, roku 1828), nazwisk nie wymieniając, ale koteryj- 
ność piętnując i ten dziwny stan, że szczycił się kraj sławnymi 
autorami, rozróżnianymi wedle etykiet (polskim Rasynem i t. d. 
»w rodzaju osobliwszej maskarady«), lecz ani miernych dzieł nawet 
nie posiadał. 

Najwyższy ich tryumf, to była bajka Dmochowskiego (»Cie- 
lęta« z rozbrykanym osłem), lub Franciszka Morawskiego ^Ko- 
gutek i gąsięta«, zachwycone »lubą niepewnością, czy się sam 
rozumie«), ale Dmochowski i w klasyków epigramami godził, 
a Morawski w upragnionych długo dwu listach (Do klasyków 
i romantyków polskich, przypisanych sprawiedliwemu sędziemu 
Niemcewiczowi, napisanych już roku 1825, wydanych roku 1829) 
choć geniuszkom, z infimy czy z pieluszek do grobów wzdycha 
jącym, ostro przyciął, srożej z sennym »Parnasem się obszedł, 
gdyż na nim Feb, co się zaledwie raz na wiek przecucił, skar 
ciwszy Osyana i Szekspira zbrodnie, chrapiącą klasycznością za 
rządzał swobodnie«, i zazdrościł tylko ich pewności, że nawet bez 
czytania potraficie sądzić. On godził zwaśnionych: 

Jedno macie prawidło: bratnie kształcić plemię, 
I jeden tylko rodzaj: polską śpiewać ziemię. 

Uwagi nawet słuszne klasyków (łączyć trzeba, nie rozdwajać, 
nawet w literaturze) i trafne przeczucia ginęły na posadzkach sa- 
lonowych; Osiński np. przestrzegał: jeśli szczególniej dziś młodzież 
podziwia i sławi, czego my nie rozumiemy, czy ta ich mowa 
i poezya nie jest jakimś umówionym językiem, nam tylko nie- 
zrozumiałym? Niemcewicz tego rozgłaszać nie radził. 

Z romantyków dopiero wyszli zawodowi krytycy i estetycy: 
Michał Grabowski, do trójki z Zaleskim i Goszczyńskim jeszcze 
w szkołach się dostrajający, chociaż »Francuzik« najmniej z »Ne- 
ronem humańskim« sympatyzować mógł i jako poeta w »Melo- 
dyach Ukraińskich « powodzenia nie miał; chłodny i rozważny, 
»przeciwny grozom, radzący rzeczy wziąć na rozum« i dlatego 



- 90 — 

z konspiratorami na czas zrywający, wystąpił pierwszy poważniej 
w »Myślach o literaturze polskiej« (Dziennik Warszawski, 1828); 
skonstatował, że piszą się arcydzieła (Grażyna i Marya), lecz kry- 
tyka milczy dyskretnie; rozprowadzał ideę pani Sand, że literatura 
jest wyrazem społeczeństwa, dlatego pod każdym niebem i w ró- 
żnych czasach jest inną; określał poezyę wedle syntezy niemieckiej; 
znosił podziały jej sztuczne. 

Przed Grabowskim występywał Maurycy Mochnacki, filozofi- 
cznie wykształcony, na razie nieco górnolotnymi ogólnikami sy- 
piący, nim (roku 1830) wydał dziełko »0 literaturze polskiej 
w wieku XIX«. Żądał, aby naród w literaturze i w umiejętności 
»do uznania samych siebie w naszym jestestwie« dochodził, czego 
tylko refleksyą dopnie. Kreślił pochód w naturze, od materyi aż 
do jej pojęcia i stosował to do narodu; nam brak idej, zaskoru- 
pieliśmy w empiryzmie; z odrętwienia budzi nas walka romanty- 
ków, tak wszędzie głośna, że nawet autor pisemka o nadużywaniu 
merkuryuszu, w przedmowie o pogoń za oryginalnością zagorzal- 
ców romantycznych gromi. Omawiał nasze tytuły do literatury 
narodowej, »Maryę«, »Grażynę«, »Dziady«; »Konrada« stawiał niżej — 
nie wdając się w » głębokie i polityczne rozumienie« jego, dla 
kompozycyi błędnej, dla jego sentymentalności — cóż za ana- 
chronizm!, dla afektacyi Aldony, » Konrad « to upiór miłosny 
z >Dziadów«; dążył ku ustaleniu literatury narodowej, nie roman- 
tycznej; Mickiewicza na pierwszy plan wysuwał. Sądy jego i spo- 
strzeżenia, mimo wszelkiego entuzyazmu, są trafne; wykład, mimo 
wpływu dziwackich poglądów Kamińskiego na » filozoficzność 
języka polskiego «, jasny i dobitny. Było to pierwsze, gruntowne, 
z wyższego stanowiska wychodzące ocenienie literatury narodowej. 

Była to też po raz pierwszy literatura narodowa, a raczej 
płodne jej zadatki. Literatura dawna, płód kultury europejskiej 
i najwymowniejsze jej świadectwo, dążyła za Zachodem, razem 
z nim wzory, formy, myśli ze starożytności czerpała: zależność 
główną od augustejskich poetów łagodziły wpływy baroku wło- 
skiego i regularności klasycznej francuskiej. Nawet ci, co najwięcej 
rodzimej treści w obce formy wlewali, Potocki i Kochowski, za- 
wisłości od obcych się nie zapierali, nią się niemal szczycili. I po- 
zostało w całej sile dawne świadectwo, swoich i obcych, Kromera, 
Nideckiego czy Ruggiera, że Polacy chętniej za gotowym wzorem 



— 91 — 

idą, lenią się do torowania dróg własnych, raczej naśladują, niż 
tworzą. 

Klasykom warszawskim, pomimo ciągłego ich szermowania 
»narodowością«, wystarczała zewnętrzna szata, pozór narodowości, 
i duch obywatelski, ożywiający treść i formy pożyczone. Teraz 
dopiero zaczęto wyrażać znamiona i cechy odrębne, słowiańskie 
i polskie. Nie obeszło się bez myłek i przesady: »narodowe« po- 
mieszano z »ludowym«, chociaż i u ludu bywają takie same obce, 
napływowe motywy, jak w piśmiennictwie; ballady, czerpiące z »po- 
wieści gminnych*, przez to narodowymi się nie stawały; roman- 
tycy sami uznali, że nie odpowiadają ballady smakowi narodowemu. 
Również nic narodowego nie wnosił oryentalizm, pomimo zasługi 
niewątpliwej, rozszerzania horyzontów poetyckich; nie tylko oryen- 
talizm z Arabami i minaretami, nawet motywy kozackie »narodo- 
wymi« nie bywały. Dramat fantastyczny, choćby i w obrzędy 
»Dziadów« się stroił, był również naśladowniczym. 

Obok tych naleciałości obcych zrzucał jednak romantyzm 
zużyte formy, szukał i próbował dróg nowych, rozszerzał treść, 
a zbogacał formy, językowi straconą już niemal wyrazistość, świe- 
żość i oryginalność przywracał; domagał się praw indywidualizmu, 
burzył przeciw kosmopolityzmowi, w imię fantazyi i uczucia po- 
wstawał na prerogatywy martwej prawdy i zimnej refleksyi, roz- 
sądkiem przezywanej; zrywał wszystkie baryery i sztuczne po- 
działy; wypowiadał wojnę w poezyi jej brakowi; pomiatał poezyą 
opisową i dydaktyczną, sielanką i anakreontykiem; szukał zamiast 
retoryki prawdy; domagał się wierności czasom i miejscom, histo- 
ryczności i malowniczości. 

I nie sprzeciwiał mu się klasycyzm na sery o; walka nie przy- 
brała ostrego charakteru; klasycy zwinęli chorągiewkę i ustąpili 
z placu; nie podtrzymali nawet należycie swego Cuviera-Śniade- 
ckiego i walki literackie traciły na gruncie polskim obcą zaciętość; 
w Rosyi ruchawka romantyczna zwyciężyła jeszcze łatwiej. 

Burzenie uczucia i fantazyi przeciw rozumowi, entuzyazmo 
wanie młodzieży, egzaltacya jej nie ograniczały się estetycznymi, 
literackimi, szrankami. Czasy były osobliwsze, rozgorączkowane: 
na Zachodzie udawały się rewolucye, grecka, lipcowa w Paryżu, 
belgijska; na półwyspach i w Niemczech roiło się od spiskowców 
i »węglarzy«; dekabryści w Rosyi się zaawanturowali; powietrze 



— 92 — 

przesiąkało elektrycznością, burza musiała się wyładować. Stan umy- 
słów, napięty, niespokojny, podniecała literatura romantyczna, apote- 
oza wszelkich zakusów buntowniczych w imię praw jednostki czy ludu; 
najwybitniejsi przedstawiciele romantyzmu w Warszawie, Goszczyński, 
Mochnacki, Zaleski, byli i najzagorzalszymi spiskowcami: gdy Zaleski, 
niedawno sam fanatyk wierszów, ze Słowackim się spotkał, już go 
raziło, że » Juliusz żył całkiem w świecie poetyckim, śnił jeno o wier- 
szach — my starsi śniliśmy już o czym innym«. Stąd wycieczki mło- 
dzieży romantycznej przeciw Brodzińskiemu, z czego się Mickiewicz 
później tak szczerze spowiadał. »Chciałby on widzieć Polskę, cichą, 
spokojną, oddaną rolnictwu; odczarowany, strwożony, znękany wido- 
kiem ostatniego losu Napoleona wyrzeka przeciw entuzyazmowi, po- 
tępia egzaltacyę , sam nie wiedząc o tym, że przez to szkodzi sprawie 
narodowej... stał się przedmiotem pocisków młodzieży, wymierzonych 
czasem niesprawiedliwie, zawsze jednak z przeczucia, że w jego dzie- 
łach brał górę pierwiastek niebezpieczny «. Jak bladą wydawała się tej 
młodzieży rozegzaltowanej jego i klasyków zasada: wzrastać w mo- 
ralne oświecenie i godność narodową, by innych, co nas wyprzedzili, 
doścignąć, by stać się ogniwem niezbędnym w łańcuchu społecznym, 
»to święte, spokojne, a razem najzbawienniejsze powołanie nasze !« 

Tak zwyciężyła romantyczność na całej linii w literaturze i w po- 
lityce. Rewolucya literacka zmiotła Osińskich i Koźmianów; polityczna 
pochłonęła naród i instytucye, autonomię i szkoły, Towarzystwa i bi 
blioteki, majątki i wojsko, klasztory i kościoły, a zrobiło ją pięciu stu- 
dentów, czterech podchorążych, trzech poetów i trzech oficerów — co 
potym, sam Bóg wie — krajowi kopią grób; tak pisał jenerał Krasiński 
do syna. Z eskapadą początkową, zamiast ją zgnieść w zarodku czy 
zatuszować, zsolidaryzowało się wkońcu całe społeczeństwo, aż do 
Czartoryskich, generałów, sejmu; wybuchła nierówna walka i nie pod- 
trzymywana z nikąd, prócz przez Węgrów, którzy 30.000 huzarów — 
obiecali gębą, musiała skończyć, jak skończyła, mimo brawury młodego 
wojska, zdolności Prądzyńskiego, poświęcenia Sowińskiego i tylu 
innych. 



ROZDZIAŁ DWUNASTY. 

LITERATURA NA WYCHODŹTWIE. 
ADAM MICKIEWICZ. 



Emigracya. Mickiewicz. Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego. Dziadów część 

trzecia. Pan Tadeusz. Towiański i Towiańsczyzna. Znaczenie Mickiewicza. Otoczenie 

jego; Garczyński. Zaleski. Goszczyński, Witwicki i inni. 

Wychodźtwo roku 1831 jest jedynym w swoim rodzaju wi- 
dowiskiem dziejowym. Jako żywy protest przeciw dokonanemu 
faktowi, wojsko zwyciężone broni nie składa, lecz wyrusza za gra- 
nicę, a z nim Rząd i Sejm, inteligencya i duchowni, literaci i uczeni, 
obywatele i urzędnicy, biali i klubiści. Wraca wojsko, szeregowcy; 
nie wraca inteligencya, oficerowie i studenci, ludzie skompromito- 
wani politycznie i nie znani zupełnie; kwiat narodu, do dziesięciu 
tysięcy, przekracza w tryumfującym pochodzie Niemce, witany 
wszędzie z gorącym zapałem, i dąży do Francyi, teraz dopiero 
spłacającej długi, dawno zaciągnięte. Emigracya, przeważnie mło- 
dzież, nie liczy wcale na dłuższy pobyt za granicą: ptaki to wę- 
drowne, co wrócą na wiosnę, przy ogólnym, niechybnym przewrocie, 
przy blizkiej walce połączonych ludów o niepodległość i swobodę; 
złudzeni tym oczekiwaniem nie nawiązują stosunków nowych, nie 
przysposabiają się do nowego życia i odmiennych warunków. 

W Paryżu, a potym po »zakładach« (depot) na prowincyi, 
żyją więc, marząc o powołaniu sejmu do przerwanej reprezentacyi 
i akcyi, o utrzymywaniu kadr wojskowych, o przyciąganiu i mu- 
sztrowaniu nowych zastępów, nowych legionów. Wybuchają między 



— 94 - 

nimi spory, kłótnie, zawiści, partyjne i osobiste, jakie ich już 
w Warszawie dzieliły; od Honoratki i Dziurki przenoszą się do 
Taranu, do Towarzystw, Ogółów, Związków niesnaski i walki; 
tworzą się partye białych i czerwonych, arystokratów i demokratów, 
Polaków i Litwinów, wojskowych i cywilnych, z narzucającymi się 
na przewodników Gurowskim, Krępowieckim, Grzymałą. Trawiąca 
bezczynność, nędza albo kłopoty materyalne rozgoryczają walki 
rozmaitych chorążych bez szeregowców: coraz się wzmaga żal za 
utraconym; winę niepowodzenia składa jeden na drugiego, mnożą 
się insynuacye o zdradę, niedołęstwo, brak odwagi; to znowu po- 
daje każdy niechybne środki ozdrowienia, postępywania nadal, po- 
zyskania gabinetów czy ludów; ten liczy na akcyę mocarstw za- 
chodnich i gwarantów traktatu wiedeńskiego, ów na węglarzów 
i masonów; ten na szlachtę, ów na lud, i wzbiera istna powódź 
mniemań, spierających się coraz goręcej, ustnie w nieskończonych 
debatach, na piśmie w niezliczonych świstkach, drukach, gazetkach: 
istna wieża Babel, gdzie każdy tylko siebie słyszy, gdzie niebawem 
»zdań tyle, ile nóg — dzięki Bogu, że tylko po dwie mają«, aż 
z polityko, — adreso — , programomanii, aż z tych » niewczesnych 
zamiarów, zapóźnych żalów, potępieńczych swarów — utraciwszy 
rozum w mękach długich, plwają na siebie i żrą jedni drugich«. 

Męki miały się strasznie przedłużać. Rozchwiały się ułudy 
i marzenia; pokazało się, że ani na porywy niemieckie, ani, co 
ważniejsza, na interwencyę Francyi i Anglii liczyć nie sposób; że 
z każdym dniem nadzieja nowych walk, czynnego w nich udziału, 
uchodzi. Wysilano się daremnie na dziwaczne kombinacye, sabau- 
dzkie, niemieckie i in.; podejmywano naj fatalniej sze próby i w kraju 
samym, kończące się coraz groźniejszymi represaliami: tylko 
w Belgii,, Portugalii, Afryce walczyć nie chciano, w obawie zapó- 
źnienia się na nowy sygnał do boju za ojczyznę, chociaż z każdym 
rokiem wyjawiało się coraz bardziej, że sygnału już nie będzie. 

Na taką odmianę, naj naturalniej szą, właśnie emigracya naj- 
mniej przygotowana, bardzo powoli oswajać się zaczęła z trapiącą, 
jak zmora, myślą, że wychodźtwo czasowe utrwali się; że należy 
pożegnać się z nadzieją zobaczenia swoich, wrócenia do kraju 
i obowiązków; że wykolejeni i wypchnięci, śród obcych, nie znając 
nawet ich języka, muszą się chwycić niewdzięcznej pracy; próby 



- 95 - 

dalszego wychodźtwa, do Stanów Zjednoczonych, odstraszały albo 
zawodziły. 

Wobec tych stosunków należy tylko podziwiać hart moralny 
wychodźców; jeżeli kogo gorszyli, to tylko siebie samych swoimi 
swarami, a i o tych zapominali na widok nędzy bratniej i dzielili 
się ostatkami; jeżeli targnęli się na czyje życie, to tylko na własne; 
nawet ci, co chętnieby się pozbyli »nieproszonych gości«, najpię- 
kniejsze im wystawiają świadectwo; wysoko trzymali oni sztandar, 
nie splamili go nigdy i niczym; najcięższe ich przewinienia, to wła- 
sne ich złudzenia, hart ich i nieugiętość spartańska. 

Złudzenia te podzielał i kraj. Sam fakt istnienia emigracyi 
i ciągłych jej manifestacyi, adresów do izb angielskich i francu- 
skich, debat, artykułów, audyencyi, kombinacyi, drażnił i denerwo- 
wał; przy głuchym milczeniu, jakie w kraju panowało, zdawała się 
emigracya, nie uprawniona przez nikogo, jedyną właściwą jego 
reprezentacyą; ona uzurpowała przewodniczenie narodowi; w jej 
obozie, t. j. w jej klubach i fakcyach, była Polska; ona decydo- 
wała o przyszłym ustroju, wybierała króla czy władze republikań- 
skie, uwłaszczała chłopów i kasowała przywileje. Fatalniejszym, 
niż to potrząsanie autorytetem, niezachwianym, choć utopijnym, 
niż to zakłócanie układającego się powoli porządku coraz nowymi 
spiskami i wybuchami, był sam fakt emigracyi, t. j. opuszczenie 
kraju przez jego inteligencyę, kwiat jego talentów i młodzieży; 
zubożenie jego przerażające, w chwili, gdy najwięcej sił i zasobów 
umysłowych potrzebował; strasznej klęski materyalnej po r. 1831 
dopełniła klęska moralna i intelektualna; co zdolniejsze, niezawi- 
słej sze, gorętsze, opuściło kraj i zjadaczy chleba. 

Na emigracyi znalazło się wszystko, co dotąd w kraju rej 
wodziło: uczeni, przeważnie historycy: Lelewel, Sienkiewicz, Szyrma, 
Hofman; krytycy, Mochnacki, co się natychmiast do publicystyki 
emigracyjnej rzuci; literaci, belwederczyk Goszczyński, żołnierze: 
Zaleski, Pol, Garczyński, Gaszyński, Czajkowski; senatorowie i po- 
słowie: Niemojowski, Ostrowscy i inni; na czele kolumny sędziwy 
Niemcewicz, nieprzejednany; książę Adam Czartoryski, skazany 
z Lelewelem na śmierć, a potępiany równocześnie przez emigran- 
tów samych, choć czynny wśród nich i zasłużony; »hrabiowie«, 
których Lelewel tak nienawidził, Zamoyscy, Sapiehowie i inni. 
Z emigracya łączyli się i ci, którzy w niczym udziału nie brali, 



- 96 - 

ani w spiskach, wojnach czy rządach: Mickiewicz, Słowacki, Szo- 
pen, Witwicki, Jański i tylu innych; Brodzińskiemu tylko śmierć 
przeszkodziła; łączyli się i najprzeciwniejsi jej robotom, Zygmunt 
Krasiński i in.; obok swoich stawali i obcy, synowie najzaciętszych 
»Polenfresserów«, np. Reitzenheim. Sama ta nadzwyczajna siła przy- 
ciągająca, czysto moralna, dodawała tej emigracyi uroku niemal 
magicznego — a potęgowały go dzieła literackie, coraz liczniejsze 
i wznioślejsze, odbijające coraz jaskrawiej od apatyi i prostracyi, 
panującej w kraju. I wzniosła się literatura emigracyjna na wy- 
żyny, dotąd niedostępne; poza krajem, na obczyźnie, jedynym 
w dziejach umysłowych ludzkości przykładem, stworzyła ona lite- 
raturę prawdziwie narodową, arcydzieła świata, nie tylko polskiego 
i nie tylko słowiańskiego. 

Same stosunki nałożyły tej literaturze cechę patryotyczną. 
Jeżeli emigracya łudziła się, że nada czy narzuci ruchowi narodo- 
wemu kierunek i przywódzców, źe zdecyduje o przyszłości naro- 
dowej, nie łudziła się jej literatura w najznakomitszych przedsta- 
wicielach co do swej roli i zadania. Podtrzymywać i wzmacniać 
ducha w upadłych i zwątpiałych, lać balsam w ich rany, wskazy- 
wać ideały, dać odpowiedź na dręczące pytania, objaśnić znaczenie 
wszystkiego, co zaszło, wyłożyć tajemnicę przyszłości i przezna- 
czeń — to stało się jej celem i dążeniem. W nowych tych zapa- 
sach, gdy się walka orężna skończyła, przewodniczył ten, którego 
już dawniej za wodza uznano. O budzenie uczuć estetycznych, 
o sztukę dla sztuki, nie szło; tracił wpływ, jak Zaleski, lub nie 
zdobywał rozgłosu i znaczenia, jak Słowacki, kto igrzyska tylko 
poetyckie zawodził; poeta-sztukmistrz przemieniał się w wieszcza- 
proroka; czemu nie podołali wodzowie, dyplomaci, rząd pięcio- 
głowy, sejm o nowych litewskich i ruskich posłach, to brali na 
siebie poeci. Stąd rola i znaczenie tej poezyi, dominujące, wszech- 
władne; zwraca się ona nie do sytych i ospałych, aby drażnić 
i łechtać ich zmysły, lecz w poście i umartwieniu, w tytanicznych 
zapasach z niebem samym, wydziera mu tajemnice, tłumaczy je, 
a dufna w potęgę słów wykreśla tory przyszłości. 

I budzi się w niej inna cecha, przygłuszona dawniej zupełnie: 
religijna, i potęguje się aż do zachwytów mistycyzmu. Jak Kon- 
rad, mogła i emigracya o sobie powiedzieć: »dawno nie wiem, 
gdzie moja podziała się wiara«; ale, jak w wielkich nieszczęściach 



— 97 — 

mimowoli, szukając pociechy czy nadziei, zwracamy się do Boga, 
tak i z katastrofy narodowej wyłoniła się w emigracyi samej 
nowa wiara, wychodzili z niej byli sęsymoniści i farmazoni apo- 
stołami, ów Bohdan Jański, ów poeta Celiński, obchodzący zakłady, 
wzywający do pokuty i poprawy, głoszący między poróżnionymi 
hasła miłości i pojednania; z łona emigracyi wyszedł nowy zakon, 
Zmartwychwstańców, a założyciele jego, Semeneńko i wymowny 
Kajsiewicz, z niewierzących i libertynów wyrośli. 

Podobnemu przejściu uległ i Mickiewicz. Zagranicą zwiedził 
Berlin, gdzie go mędrkowania Hegla odstraszały, Wejmar, gdzie 
go chłód panteistyczno filozoficzny Getego ostudzał; osiadł w Rzy- 
mie, zajęty rozległymi studyami, historycznymi i estetycznymi, 
nad pisarzami starożytnymi, nad Winkelmanem i Niebuhrem. W Rzy- 
mie ludzie tracą lub zyskują wiarę na zawsze; jak Krasiński i Go- 
gol, tak Mickiewicz odnalazł tu swoje. Głębokie jej podkłady 
przeczuwała dawno instynktem natura pokrewna malarza peters- 
burskiego, mistyka Oleszkiewicza, odgadującego w poecie naczynie 
łaski wybrane, przez które na innych spływać miała; przenikała 
ona od dawna spokój »kryjący burzliwą duszę i dumę obojętną, 
pozłacającą obłokiem wnętrzne pioruny*; do tego przyczyniały się 
teraz stosunki z księdzem (eksźołnierzem) Stanisławem Chołoniew- 
skim, żarliwym katolikiem, głęboko wykształconym, ascetą filozofem 
na gruncie staroszlacheckim, tradycyjnym; z domem Ankwiczów, 
gdzie pobożność panny i p. Łempickiej nie bez wpływu nań pozo- 
stała; lektura wreszcie, od Dantego do księdza reformatora, idealisty 
Lamennais'go, Coraz nowe wrażenia, artystyczne i towarzyskie, krajo- 
brazy i ludzie, zapadały w umyśle, nastręczały porównania, np. po- 
sągu Marka Aurela a Piotra Wielkiego, lecz nie budziły narazie 
twórczości, która tylko w małych lirycznych arcydziełach, o we- 
wnętrznych przejściach świadczyła. 

To skupianie się, wchłanianie barw i rysów spokojne, prze- 
rwała nagle i na zawsze noc listopadowa. Ani na chwilę dał się jej 
uwieść poeta, co świeżo poznał i nieskończone zasoby i konse- 
kwentną politykę państwa i prawdziwe usposobienia ludzi; potężną 
fantazyę wyładowywał Litwin w poezyi, w życiu fantastą nie był; 
realista w polityce, nie łudził się np. parlamentaryzmem i wartością 
jego debat, jak inni; co w Paryżu widział, nim do granic kraju 
dojeżdżał, przygnębiło go do reszty. Gdy dojechał, wojna już do- 

01 EiE LITERATURY POLSKIEJ T. II. 7 



— 98 — 

gorywała, i z Poznańskiego, gdzie pozawiązywał nowe stosunki, 
gdzie poznał i »pruskich« Polaków w rodzaju pana Buchmana 
i życie tradycyjne, podobne litewskiemu, ruszył z pierwszymi emi- 
grantami do Drezna; tu przebywał od marca do czerwca r. 1832 
i wpadł w ten »ferwor poetycki«, w jakim od czasu pisania »Dzia- 
dów« (kowieńskich) nie był. W kościele, podczas modlitwy, uczuł, 
»jakby się nad nim bania z poezyą rozbiła... stałem się Schreib- 
maschine i przez całe te kilka tygodni pióra z ręki nie wypuszczamy 
20 maja nowe » Dziady « wraz z »Ustępem« były już ukończone. 

Z Drezna przenosił się poeta do Paryża, aby je drukować; 
przed nimi jeszcze wypuścił w świat »broszurę w stylu biblijnym«, 
»Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego «, przetłuma- 
czone na wiele języków, nawet na hebrajski i litewski; na fran- 
cuski przez hrabiego Montalamberta, ucznia Lamennais'go — 
Lamennais sam naśladował je w Paroles d'un croyant, potępio- 
nych, jak i sam wzór, przez papieża; niemiecki przekład dedykował 
Mickiewicz narodowi niemieckiemu w oznakę szacunku i wdzię- 
czności za braterskie przyjęcie nieszczęśliwych pielgrzymów. 

Redakcya »Pielgrzyma polskiego« (w numerze z 7 grudnia 
roku 1832) wypowiedziała o »Księgach» swe zdanie, »że równego 
użytku książki dotąd literatura polska nie ma«. Była to szczera 
prawda. Już w Dreźnie obijały się o uszy poety spory i waśni; 
w Paryżu, wpadłszy w sam wir żalów, kwasów i wyrzutów, napi- 
sał te książki, bezimiennie, i rozeszła się »Ewangelia Mickiewicza«, 
jak ją nazywano, w tysiącach egzemplarzów, rozsyłana bezpłatnie 
między wiarusów. I jeżeli były słowa w świecie, które w bezprzykła- 
dnym nieszczęściu, po zawodzie wszelkich nadziei, zwątpiałych, 
nędzarzów, wyrzuconych na obcy bruk, szarpanych wzajemną nie- 
zgodą, podnosić i pocieszać, krzepić i uzdrawiać mogły, musiały 
one być takie, jakich Mickiewicz użył; że słowa te plonu nie wy- 
dały, nie jego wina, lecz ludzi i stosunków. Natchnienia do nich 
czerpał i z siebie i od przyjaciół, najbardziej od mistyka Olesz- 
kiewicza. 

Większego ukojenia, więcej balsamu gojącego, żaden poeta 
narodowi swemu podać nie umiał; co my w nich dziś znachodzimy 
przesady, poetyczności, nawet chełpliwości narodowej, a poniżania 
zasług czy znaczenia obcych — w chwili paroksyzmu bólu i szału 
niezbędne było, jeżeli działać miało. Lecz i dziś jeszcze, gdy pro- 



— 99 — 

roctwa chybiły, losy świata innym potoczyły się torem, — i dziś 
jeszcze książka to odświeżająca, czysta, jak modlitwa i westchnie 
nie. Składają się na nią dwa nierówne działy: jeden, w stylu bi- 
blijnych ksiąg rodzaju, kreśli drogę rozwoju ludzkości, dążącej do 
swobody, zwichniętą służbą bałwochwalczą mamonowi i polityce, 
gdy wyparto się poświęcenia i braterstwa; w tym zaprzaniu się 
Polska udziału nie brała, w imię tych zasad ją podzielono. Na py- 
tanie, dlaczego to wszystko, różne były odpowiedzi; Woronicz na 
własne winy składał; po roku 1831 dla rekryminacyi miejsca nie 
było. I odpowiadali Brodziński, Mickiewicz, Krasiński niemal w je 
dnym duchu, tymiż niemal słowami, mieszając politykę i moralność, 
porządki boskie i ziemskie, nie pomni błędów naszych, widząc 
tylko cierpienia niezasłużone, równowagę moralną zakłóconą, pewni, 
że przywróconą być musi; wspominali mimowoli o innej ofierze, 
o innych cierpieniach, niezasłużonych, niezbędnych w ekonomice 
boskiej, i porównywali jedne z drugimi i podobnych się skutków 
domyślali i tryumfująco, w co uwierzyli, głosili. 

Stawała się więc Polska nową ofiarą krzyżową i niosła między 
narody ewangelię polityki chrześcijańskiej i wysuwała swe czyny 
poświęcenia dla innych, pod Warną, gdzie ją Węgrowie niecnie 
zdradzili, pod Wiedniem, za co jej Niemcy czarną niewdzięcznością 
odpłacili; swe rozszerzania, nie mieczem, lecz unią, przymierzami, 
nie na papierze i woskiem, lecz krwią grunwaldzką opieczętowa- 
nymi. Druga obszerniejsza część odnosiła się wyłącznie do piel- 
grzymstwa, uczyła je postępowania, miłości, wyrozumiałości jednego 
dla drugich; i gdy pierwsza stylem Starego Testamentu, narabiała 
ta porównaniami, parabolami Nowego; przypowieści poety należą 
do najpiękniejszych, najgłębszych, jakie kiedykolwiek stworzono, 
tchnące mądrością wieków, powagą i spokojem wschodu; właśnie 
ta część uroku swego do dziś nie straciła, gdy pierwszą dowol- 
ność wykładu historyozoficznego, szermująca nawet przedrzeźnia- 
niem imion i ich znaczenia obniża znaczniej. 

W kilka tygodni po owej książeczce bezimiennej wyszły: 
»Dziady, poema (część trzecia)«, pierwszy akt trzyaktowej całości; 
do dalszych części, mimo podjazdowej pracy autorskiej nad nimi, 
już nie przyszło. Autor miał na myśli całość dziejów porozbioro- 
wych i ich katastrofy; zaczynał od własnych, wileńskich, i bohatera 
ich, siebie samego, Konrada, łączył z Gustawem Dziadów kowień- 

7* 



— 100 — 

skich, których »część druga i czwarta« w przetopionej całości część 
drugą stanowić rniała; na pierwszą przypadałyby dzieje młodości 
i miłości Gustawa i dziewicy. Z Dziadami kowieńskimi łączyła 
drezdeńskie mimo zmienionego kompletnie tła, przedmiotu i formy, 
mimo scen, tryskających realizmem, zaprawionych ironią i satyrą, 
o zacięciu pamfletowym niemal, tak obcych niepolitycznym, fanta 
stycznym, egotycznym »Dziadom« dawniejszym, — nie tylko głó- 
wna osoba ich bohatera, lecz i sama ich podstawa: wiara we wpływ 
świata niewidzialnego, niemateryalnego na myśli i czyny ludzkie; 
tylko wobec owej mieszaniny tradycyi pogańskich i wierzeń chrześci- 
jańskich, grubej nieco, chłopskiej, ludowej, tkanka świata nadprzy- 
rodzonego teraz idealniejsza, lżejsza, ze snów i wizyi, mniej z wi- 
dzialnych »materyalizacyi« złożona. Wiara ta nie była więc świeżą 
naleciałością; wypowiadał ją poeta już przywłaszczając sobie dla 
»Ballad« motto z Szekspira o widzeniu duchowym — tak usłyszała 
Mollisonowa krzyk syna przez najgrubsze mury; sam znał potęgę 
natchnienia, jak nikt inny, które nań schodziło, niezawiśle od jego 
woli — dlatego tworzył tak nierównomiernie; sam miewał widze- 
nia, głosy prorocze, dziwnie się sprawdzające, wywierał wpływ 
magnetyczny — więc wiedział czy przeczuwał rzeczy, o których 
się »fiIozofom« nie śniło. Z tą wiarą w światy nadziemskie łączyła 
się niezłamana wiara, górna, o sile myśli i czucia: 

Człowieku, gdybyś wiedział, jaka twoja władza... 
Ludzie, każdy z was mógłby, samotny, więziony, 
Myślą i wiarą zwalać i podźwigać trony; 

o nią wsparty wyzywał Konrad i Stwórcę, sam czując za miliony, 
nie sobie, lecz im szczęścia pragnąc, burząc się przeciw Najwyż- 
szej mądrości: 

Jeśli miłość jest na co w świecie Twym potrzebną, 
I nie jest tylko Twoją omyłką liczebną..., 

żądał w jej imię władzy sercem nad duszami, aby stworzyć pieśń 
żywą, szczęśliwą. I gdy głuche milczenie wyzwanie to skarciło, 
posunął się Konrad aż- do bluźnierstwa i upadł wysilony. Impro- 
wizacyą, o sile niewyczerpanej, niesłychanej, stanął Konrad tuż 
obok Hioba i Promoteusza starożytnych, obok Fausta i Kaina no- 



— 101 - 

woźytnych, chociaż różnił się od nich zasadniczo, gdyż nie badał 
zagadek istnienia, dla zaspokojenia dumy czy ciekawości, dla zmie- 
rzenia sił tytanicznych czy demonicznych z boskimi, dla usunięcia 
sprzeczności nierozwikłanych: tylko miłość wszechludzka, litość 
nad udręczonymi, uczucie dyktowały ten protest serca, nie rozumu, 
i wyniosły Konrada na wyżyny nadziemskie, postawiły go oko 
w oko z Stwórcą. Tu jednak nastąpił przełom: od buntu niesfor- 
nego, od pychy demonicznej, poeta sam do kornej, ofiarnej rezy- 
gnacyi odbieżał. Co niedostępne mędrkowi, otwiera się prostocie, 
upokorzonej, błagającej; nie dumny Konrad, z którym czarci 
igrają, lecz klecha pokorny, którego się czarci boją, ksiądz Piotr, 
dostępuje łaski, objawienia, schodzącego nań z wizyi; jej szczegó- 
łów apokaliptycznych później poeta sam tłumaczyć nie umiał albo 
nie chciał: »on ślepy, lecz go wiedzie anioł pacholę«, niby To- 
wiański później; »z matki obcej, krew jego dawne bohatery, 
a imię jego czterdzieści i cztery« — niby Adam Mickiewicz sam, 
jakby wizya podobna ze ścisłością matematyczną zgadzać się mo- 
gła; i tu występowała Polska, jak w »Księgach narodu i pielgrzym- 
stwa«. Od fantastycznego dramatu, odgrywającego się między du- 
chami dobrymi a złymi, między aniołami a szatanami, skreślonymi 
z dosadnością misteryów średniowiecznych; od snów błogich, spo- 
kojnych, niewinnych, do łechceń i udręczeń spodlonego sumienia, 
katowanego biczami wyobraźni, odbijały szerokie, epiczne opowia- 
dania niesłychanej dotąd dobitności, wyrazistości, nasiąknięte krwią 
i łzami. W samych kontrastach toczyły się luźne całkiem sceny 
więzienne, balowe, śledcze; jeszcze silniej odskakiwali ludzie, od 
klasyków warszawskich i spiskowców rosyjskich począwszy; nad 
wszystkie wyłaniała się imponująca, prosta, niewzruszona, w ufności 
boskiej nieugięta postać księdza Piotra, wizyonera i proroka, coś 
z Marka, coś ze Skargi. Rym i rytmy, ton i słowa, zmieniały się 
ciągle, od bezwstydnej piosenki, od dwuznaczników, pamfletów 
i wyzwisk aż do marzeń, z kwiatów i dźwięków czystych utka- 
nych , aż do modlitwy kornej , przypowieści groźnej , wizyi 
szczytnej. 

I bladła dotychczasowa poezya polska wobec tych hymnów, 
szałów, szyderstw i próśb: »jakimi słowy odmalować złotą nić, 
która przechodzi przez środek tych różnych zdarzeń i uczuć — na 
klęczkach czytałem drukowane i niedrukowane części poematu«, 



— 102 — 

pisał Bohdan Zaleski; »j est to śliczne dzieło, szczytne, słowem 
wyższe nad wszystkie pochwały «, pisał stary klasyk, Niemcewicz. 

samych zdarzeniach, które za tło posłużyły, należy pamiętać, że 
widział je i opisywał poeta przez pryzmat roku 1831. 

Obok wybuchów najwyższego liryzmu cechowały »Dziady« 
opisy mistrzowskie; próby ich składał poeta już dawniej, po frag- 
mentach; kunsztu dowodził »Ustęp«, dodany do »Dziadów«, kalej- 
doskop obrazów i wrażeń z podróży do stolicy i pobytu w niej. 
Była to opisowość, jak u klasyków; lecz u nich były rymy, tu 
poezya; co wrażliwe oko widziało, wypowiadały wiersze nabrzmiałe 
uczuciem, coraz innym; przeważała nuta satyryczna; najgorsze 
cięgi spadały na Francuzów i Niemców. Wrażenie »Ustępu« przej- 
mowało i Rosyan; zachwycał się jego malowniczością i Aleksander 
Hercen, szczególniej opisem lasu, śniegów i burzy. 

Po tej wyczerpującej pracy, od tych wybuchów goryczy 
i żalu, gdy swary emigracyjne coraz przykrzej dokuczały, poeta 
»drzwi od Europy zamykał hałasów i dumał, marzył o swojej 
krainie « z lat dziecinnych, szczęśliwej, ubogiej i ciasnej, gdzie 
wszystko do nas należało, gdzie każdy kącik ziemi był znajomy. 

1 przyjaciele (Witwicki, Zaleski, Domejko) pomogli rozmowie, i do 
pieśni rzucali mu słowo po słowie: jak żórawie nad zaklętym pa- 
łacem przelatując wiosną, każdy ptak chłopcu jedno pióro rzucił, 
on zrobił skrzydła i do swoich wrócił. Odnawianie to pamiątek 
tradycyjnych, zaczęło się w Rzymie, gdzie facecyonista Rzewuski — 
a i syn miecznika koronnego, Chołoniewski, tradycye znał i cenił — 
barwnymi opowiadaniami odświeżał ów świat staroszlachecki. 
W Paryżu wzmógł się, mocą naturalnej reakcyi, gdy powrót był 
zamknięty, a ostatnie resztki tego świata się zawalały, ten zwrot 
ku niedalekiej — a tak dalekiej i niepowrotnej przeszłości, zwrot 
nawet ściśle wyrozumowany, gdyż ducha narodowego wedle poety 
szukać należało w »domowej tradycyi«: »jak w osłabionym ciele 
krwi koło serca szukać, ożywiać, stamtąd na całe ciało, znowu 
rozprowadzać należy, tak z tradycyi musi wywinąć się i nie- 
podległość kraju i przyszła forma rządu«. Tak powstał »Pan Ta- 
deusz*. 



Ach! czyjeż usta śmią pochlebiać sobie, 
Że znajdą dzisiaj to czarowne słowo, 



— 103 - 

Które rozczuli rozpacz marmurową , 
Które z serc wieko podejmie kamienne, 
Rozwiąże oczy, tyla łez brzemienne? 

pytał poeta. Sam tego cudu dokonał i stworzył te »Księgi narodu 
polskiego«, wolne od wszelkiej przesady i przywary, nieśmiertelne, 
szczyt poezyi epicznej i opisowej, nie u Polaków, nie u Słowian 
tylko. 

Praca nad nimi postępowała nadzwyczaj raźnie, mimo wielu 
fatalnych przeszkód, podróży i pielęgnowania śmiertelnie chorego 
przyjaciela (Garczyńskiego), mimo prac literackich (przekład »Giaura«, 
dawno zaczęty, teraz dokończony) i publicystycznych, mimo rozma- 
itych zgryzot i kłopotów. Już 8 grudnia 1832 roku »ukropił tysiąc 
wierszów z poematu szlacheckiego w rodzaju Herman i Dorotea«; 
swoje »poema wiejskie* bardzo lubił, było jego pieszczonym 
dzieckiem; gdy pisał je, zdawało mu się, że w Litwie siedzi, żyje 
w lasach, karczmach, ze szlachtą, Żydami; w maju roku 1833 
czwartą księgę ukończył, potym nastąpił ów wyjazd z Paryża 
i poeta, »nie tylko pisać ale i myśleć odwykł«; dopiero we wrze- 
śniu zabrał się ponownie do »Szlachcica« i w lutym roku 1834 go 
ukończył, »pieśni ogromnych dwanaście (dziesięć tysięcy wierszów), 
wiele marności, wiele też dobrego — co tam najlepsze, to obrazki 
z natury kreślone naszego kraju i naszych obyczajów... ledwiem 
skończył, bo mnie już duch porywał gdzie indziej... moźebym go 
był zaniechał, ale był już blizki końca«. 

Tak małą wagę przypisywał autor na razie swemu dziełu; 
oskarżał się nawet, że należało » podnieść nastrój o jakie półtonu, 
poprawię się, da Bóg w innej powieści, bodaj w synu »Pana Ta- 
deusza«, a najprawdopodobniej w dalszych częściach »Dziadów«. 
I na innych wrażenie nie odrazu wywarł poemat imponujące. Lekce- 
ważył go zrazu Krasiński, pisał o nim w grudniu 1834 roku: jest 
epopeą drobnej szlachty naszej, jest wiecznym jak »Don Quichote«, 
jak » Poliszynel we Włoszech«, przenosi o cztery głowy »Mona- 
chomachię« (znawca ten, zresztą znakomity, ma nieraz sądy, jakieby 
ledwie Tańskiej-Hofmanowej uszły; tym razem musiał być strasznie 
roztargniony) — r. 1840 spotykamy jednak u niego całkiem coś 
innego, zdanie jedynie prawdziwe: odczytałem niedawno »Pana 
Tadeusza«, to epopea, znam trzy epopee wielkie; jedna z nich 



- 104 - 

»Pan Tadeusz«. Słowacki, choć i przeciw poecie (z powodu za- 
czepki ojczyma, doktora Becu — w »Dziadach«) i przeciw poema- 
towi uprzedzony, od pierwszej chwili go słusznie ocenił. Innym 
praca zdawała się lekką, jak niegdyś w »Trenach« Kochanowskiego; 
znowu Krasiński radził Gaszyńskiemu: napisz co w rodzaju »Pana 
Tadeusza«, np. uniwersytet warszawski ze wszystkimi śmieszno- 
ściami swymi (jakby tu o » Porwanie wiadra« czy »Pulpit« cho- 
dziło!). Innych raziło, źe poemat polski od inwokacyi Litwy-ojczy- 
zny zaczynał; pytali, czy kto inny od powiatu lub miasteczka 
podobnej rzeczy nie zacznie. Nęciło naśladowanie, ale próby nie 
udawały się, np. »Dworzec mego dziadka*, Franciszka Morawskiego, 
napisany w Wielkopolsce, dokąd generał i minister wojny z Wo- 
logdy powrócił, chociaż temat był bardzo wdzięczny; na j walniej szą 
część poematu stanowił szczegółowy opis dworca, rzecz niepoety- 
czna; do niego przypięto akcyę bardzo tragiczną, fragmentarycznie 
raczej rozwiniętą. Ostatnia z prób podobnych wyszła z pod pióra 
Ludwika Mizerskiego: »Lucyan Doręba«, powieść poetyczna w dzie- 
sięciu pieśniach, osnuta na tle stosunków wielkopolskich (rok 
1862 — 1865). 

Pochód tryumfalny »Pana Tadeusza« przekroczył granice lite- 
ratury polskiej. Posypały się tłumaczenia na wszystkie znaczniejsze 
języki, na niemiecki, aż trzy rozmaite, Spaziera, z roku 1836, chlu- 
biącego się jakimś spółudziałem poety, o czym ten nic nie wie- 
dział; Weissa z roku 1882; najlepszy, Lippinera, z roku 1884; 
roku 1891 przerobił nie najgorzej Rehbronn epopeę na dramat 
pięcioaktowy, »Junker Thaddaeus«, zachowując, ile się dało, dosło- 
wnie przemowy osób; dalej na język francuski (Przeździeckiego 
i Gasztowta), włoski, hiszpański, angielski, czeski pani Krasnohor- 
skiej, rosyjski, »Gospodin Tadijo«, chorwacki, Maretića; niektóre 
przekłady wydano tylko częściowo, małoruski, białoruski, Marcin- 
kiewicza (Wilno, 1859; inny przekład przez A. J. we Lwowie, 
1892, pierwsza księga), zaczyna: 

Litwa, majd ajczyzna, ty zdarauju rouna, 
Takwiela toj ciabie acenić chto pażyuszy pouna, 
Ciabie utraciul Ciapier krasu twaju ja lepiaj znaju, 
I apiszu, bo ciażka pa tabie skuczaju i t. d.); 

litewski księdza Baranowskiego nie wydany wcale. Na emigracyi 



- 105 - 

(Worcell w Londynie) zanoszono się od płaczu nad księgą; »La- 
tarnik« zapomniał nad nią o bożym świecie. 

W epopei tej wymyślone wszystko, i fabuła i osoby i miej- 
scowości nawet, Soplicowo, zaścianek Dobrzyński. W pieśni ożył 
kawałek czarnoruskiej ziemi, między Nowogródkiem a Mirem, ży- 
ciem czarodziejskim, wiecznym. Scena, wedle słów poety, dzieje 
się, kiedy jeszcze żyły dawne podania i widać jeszcze było 
ostatki dawnego wiejskiego życia. Treść pierwszych dziesięciu 
ksiąg zaczyna wieczorem lipcowym (ostatniego piątku, roku 1811), 
gdy Tadeusz po letnim kursie wileńskim do stryja do Soplicowa 
na ferye zawitał i Zosię spłoszył, nie spodziewającą się przybycia 
»kuzynka«. Toczy się przez sobotę, gdy próbują przymiotów Ku- 
sego i Sokoła, o co się wczoraj u stołu pan rejent Bolesta z ase- 
sorem kłócili; po śniadaniu grzybobranie; przy stole wiadomość 
o niedźwiedziu. W niedzielę łowy; ksiądz Robak celnym strzałem 
Tadeusza i Hrabiego ocala; uczta w zamku, spornym między So- 
plicami i Horeszkami; kłótnia wybucha, wywołana umyślnie przez 
klucznika Horeszków Gerwazego. Gerwazy namawia Hrabiego do 
zajazdu, czego w poniedziałek dokonują zapomocą szlachty za- 
ściankowej, koty drącej z sędzią, jak to między sąsiadami. Zajazd 
udał się wyśmienicie; spustoszono piwnice, spiżarnie, drób; zato 
we wtorek obudzono się arcy niemile, w dybach, nałożonych przez 
rotę jegrów majora Płuta i kapitana Rykowa, zjawiającą się w So- 
plicowie wraz z odsieczą szlachecką. Gdy źołnierzów spito, pogo- 
dziła się zwaśniona szlachta i na nich uderzyła; zwycięstwo opła- 
ciła śmiercią księdza Robaka i umykaniem za Niemen, do wojsk 
Napoleońskich. 

Dwie ostatnie księgi opisują majowy dzień roku 1812, Matki 
Boskiej Kwietnej, kalendarzom równie nieznanej, jak Soplicowo 
mapom, gdy Soplicowo wita generałów i wojsko polskie ucztą 
solenną, z zaręczynami Zosi i Tadeusza i par innych, z uwolnie- 
niem włościan, ze staropolskim »kochajmy się«: »i ja tam z gośćmi 
byłem, miód i wino piłem, a com widział i słyszał, w księgi 
umieściłem«. 

Życie dawne wiejskie, gospodarka i prawowanie się, przepla- 
tane polowaniami, zabawami, zaręczynami, dostrojone do wyżyn 
roku 1812, roku komety, 



- 106 — 

Z którą wspomnienia wieszczów się splotły, 
Z którą pieśń polska, jak sławne wina, 
Fermentowanie swoje zaczyna. 
O roku, który w samą wigiliją 
Klęsk tęczowałeś barwami tyla 
Nadziei wielkiej, złudnej niestety! 

Już w pierwszej księdze »rzut oka na ówczesny stan poli- 
tyczny Litwy i Europy« właściwe znaczenie drobnych na pozór 
okoliczności odsłaniał; apoteozą roku urodzaju, wojny (i pożarów) 
zaczyna księga jedenasta, a kończy polonezem trzeciego maja 
i marszem Dąbrowskiego. I wyłonił się z ramek życia codziennego 
wielki obraz historyczny i powstał pierwszy wielki, na długie lata 
jedyny romans historyczny, chociaż autor tylko wiek męski, wiek 
klęski na swe dzieciństwo sielskie, anielskie wymieniać zamierzał, 
i niby od niechcenia tworzył, bawiąc się »niezmiernie pisaniem 
tych rzeczy«; i powstała epopea narodowa, ożywiona nastrojem 
oczekiwania, bo Litwa — tak ją chcieli widzieć Niemcewicz 
(w Listach litewskich) i sam poeta-bohater, w pozornym pokoju, 
niby las nieruchomy przed burzą, przeczuwa wojnę i jej pragnie, 
zdolna do największego heroizmu, skoro się zdobywa na takiego 
Jacka Soplicę. 

Epopea ta historycznego znaczenia nie osiągnęła więc przez 
samo zewnętrzne osadzenie na granicie roku 1812; unikała przecież 
wprowadzania osób historycznych; nie widzimy nie tylko Napo- 
leona, królów i marszałków, nie spotykamy się nawet z księciem 
Poniatowskim, a choćby z młodym Dominikiem Radziwiłem. Prze 
pełniona samymi niehistorycznymi osobami: Jankielem, kwestarzem, 
wojskim, klucznikiem, rejentem, podkomorzym, znanymi nam lepiej 
z urzędu, niż z nazwiska; samymi niehistorycznymi faktami, pro 
cesem i zajazdem o stare zamczysko; powszednimi masami szła 
checkimi: Soplicę, Mickiewicze, Zany, Czeczoty; wyróżniają się 
między nimi nieco podkomorzy-marszałek powagą obywatelską 
i wiekiem; hrabia majątkiem i imieniem wielkopańskim, ukształce- 
niem, zdobytym za granicą, sentymentalnością; sędzia duchem 
szczeropolskim (Soplicowo jego to centr polszczyzny, w którym 
się z naleciałości i obczyzny obmyjesz), humanitarnym (w obejściu 
z chłopami); ksiądz — Robak z poświęceniem bez granic, jakim 
maże przewinienie wielkie, gorący, wypróbowany patryota, mę- 



- 107 — 

czennik za sprawę, a potulny i cichy, dla ekspiacyi dawnego za- 
wadyactwa, buty i pychy: właściwy bohater poematu, chociaż 
pokora jego na to nie zezwoliłaby nigdy, ustępujący miejsca na 
karcie tytułowej własnemu synowi. 

Tadeusz, to nie bohater w zwykłym znaczeniu słowa, utrzy- 
many możliwie nizko, młody, krewki a niedoświadczony, zawikłany 
w romansik z nadstarzałą kokietką, z którego wyplątać się nie 
umie, rzuca się, jak ryba w matni — ale to krew lacka, chłopiec 
dzielny, nie bystry, ochoczy i do szabli i do tańca; muśnięty no- 
wym wiekiem, jeszcze w chłopomana się wyrodzi, na zgrozę Ger- 
wazego. Figur ilość jakby nieskończona; każda żyje własnym ży- 
ciem, rozprawia własnym językiem, gestykuluje po swojemu, nawet 
pije i bije się inaczej. A żadna nie wymyślona, wszystko znajomi, 
nawet cymbalista z żywego skopiowany wzoru, spotykanego w Pe- 
tersburgu; i kapitan Ryków, dzielny, rubaszny i prosty, dosłużył 
się z szeregowca rangi generał-lejtnanta i odwiedzał poetę na 
prawdę, nim się do epopei dostał. 

Jesteśmy w świecie staroszlacheckim, to znaczy, poruszamy 
się między samymi mężczyznami; w polowaniu, pieniactwie, pija- 
tyce kobiety udziału nie biorą, zajęte gospodarstwem domowym, 
zabawiają się ogródkiem, dziatwą wiejską, póki własnej nie mają; 
występują tylko dla gości, do stołu i na przechadzkę; co najwyżej 
romansują, a jeżeli z latami i piękność ma się ku schyłkowi, ubie- 
gają się, by nie zestarzały w panieństwie. Tylko Ewunia Horesz- 
kówna inna, słaba, lękliwa, nie jak nasze szlachcianki silne i zdrowe; 
ale Zosia, ale Telimena (z sercem niezłym w gruncie, z kokieteryą 
niewczesną, energiczna pani, nie żona rejenta), do przeciętnych się 
liczą. I niema kobiety Polki, matki obywatelki, w tym poemacie 
męskim, i brak Jackowi czy Robakowi paraleli, niewiasty silnej 
duchem, poczuciem obowiązków, wielkiej miłością, litością, tru- 
dami, Klaudyny Potockiej czy innej — nie nadawał się romans 
sam do takiej roli; Zosia serdeczna, anioł kobieta, ale skromna, 
rządy nie do niej należą. 

O wyidealizowaniu postaci niema mowy. Nie, jak być po- 
winno, — jak było, rzecz swą poeta prowadził; i tak na Radzie 
forytuje się sprawa najbardziej osobista pod płaszczykiem publici 
boni, łatwo szlachta lgnie na ten lep; duma, buta i nieszczerość 
(Stolnika) sprawiają spustoszenia; jak krótkowidzący ci ludzie, co 



— . 108 - 

za optymizm i sangwinizm; jacy oni miękcy, jak opór ich kruszeje: 
Robak — jedyny wyjątek między nimi; Maciek góruje instynktem 
raczej, niż inteligencyą, chociaż radzić nie umie i półsłówkami 
czy kpinami wszystko zbywa, — wyrocznia sąsiedzka, nie wia- 
domo dokładnie, z jakiego tytułu, chyba że milczy, typ u nas 
częsty, po raz ostatni w »Sprawie Dołęgi«, acz w sferach innych, 
wystawiony. Jak ci ludzie, tak i całe ich otoczenie oddane wiernie, 
z życia zdjęte i na wieki utrwalone; wszystko, jako w kraju rol- 
niczym, wedle trybu tradycyjnego, i na niebie i na ziemi zacho- 
wanego. Motywy domowe, aż do piosnek ludowych (o grzybach), 
i powiastek szlacheckich (o Cybulskim, co żonę przegrał w ma- 
ryasza); widoki sielskie, od archi karczmy do stawów z ich rzego- 
cącym na różne tony inwentarzem, z robotnikami w polu, z kwe- 
starzem wjeżdżającym po staromodnemu, z domostwem litewskim, 
nawet ze sernicą jego i muchami, szlacheckimi i innymi, z niebem 
i lasami, z pogodą i burzą; nawet z Żydem, co zachował trady- 
cyjne życie, lecz przejął się ideami patryotycznymi; z urzędnikami- 
szlachcicami, wychodzącymi z wyborów; z duchownym, raczącym 
braci szlachtę i tabaczką i wiadomościami politycznymi, nie wy- 
chowankiem alumnatów, lecz mnichem żebrzącym, z zakonu, co 
nie teologią słynął, ale się na miodzie i winie wybornie znał, ze 
szlachtą się rubaszył, a pod habitem z ogórkami złote serce ukry- 
wał. Z jednolitym tym światem kontrastował chyba hrabia z źo- 
kejami, z płaszczem Almaviva i awanturą z pod Birbanterocca, 
lub major Płut; świat pierwotny w swoim rodzaju, jak Homerowski, 
bez kultury wyrafinowanej, z głowami prostymi, sercami otwar- 
tymi, z czynem prędkim, nierozważnym; ludzie, jak dzieci, nie 
skryci, popędliwi, chwiejni; wierni, dzielni, gościnni; wrażliwi na 
honor i ojczyznę, do poświęceń gotowi, uosobione przymioty sło- 
wiańskie; żyją po staroświecku, patryarchalnie, kochają ziemię, 
mowę, obyczaj, żachają się przed obczyzną, chwalą Boga po da- 
wnemu, szanują więzy rodzinne, ufni w bieg tradycyjny. Kilka lat 
tylko dzieli »Pana Tadeusza« i » Eugeniusza Oniegina «: lecz co za 
szalone różnice! porównawcze ich studyum odsłoniłoby głębie, 
o których obu poetom ani się marzyło; zwróćmy tutaj uwagę 
choćby na jeden punkt: na brak absolutny w »Onieginie« wszelkiej 
tradycyi, wszelkiego momentu historycznego, jakby ludzie jego 
żadnego wczoraj nie znali 



— 109 — 

Historyczność, wczoraj, to najwybitniejsza cecha »Pana Ta- 
deusza* i podnosi go z rzędu sielanek a la Oniegin czy Herman 
i Dorota do Iliady i Odysei, ponad wszystkie epopeje nowożytne, 
romantyczne i klasyczne. Jak w » Iliadzie i Odysei* świat heroiczny, 
zamierający, wskrzesał w fantazyi śpiewaka, tak odżył na wieki 
świat staroszlachecki w »Tadeuszu«. Nie darmoż użył poeta wy- 
razu »Ostatni« zaraz na karcie tytułowej, chociaż zajazd soplicow- 
ski bynajmniej ostatni nie był i on sam w przypiskach o jakimś 
zajeździe z roku 1817 wspominał. Ten wyraz ostatni przewija się 
przez cały poemat; na każdym kroku odbieramy wrażenie, że pa- 
trzymy na świat, odmienny od naszego, zamierający, kamieniejący, 
jak w baśni, ozłocony promieniami zachodzącego, dlań ostatniego 
słońca. I w tym oświeceniu każdy, najdrobniejszy szczegół, staje 
się znamiennym. Ostatni woźny trybunalski rozczulał i rozmarzał 
siebie samego wspomnieniami ostatnich głośnych procesów, a ba- 
wił czytelnika praktykami pozwów i protestów, z narażeniem 
grzbietu wnoszonych; ostatni wojski celował w sztuce rogowej, 
w melodyach, jakich lasy litewskie nigdy więcej słyszeć nie miały; 
ostatni, co tak poloneza wodzi, co tak się pasem okręcać umie; 
i cymbalisty, jak Jankiel, już niema; a któż jeszcze Scyzorykiem 
ciosy Mopanku wywinie? i serwis stołowy, i tajemnice kuchni 
staropolskiej albo staropolskiego panegiryku, z szlachtą i jej sej- 
mikowaniem, nazawsze się w przeszłość zasuwały. Dlatego tęskny 
ton przebija mimo pozornej żartobliwości, ton, jaki Słowackiego 
ucho poetyckie natychmiast uchwyciło, w czym nic »poliszynelo- 
wego« nie było. 

Nie tylko tęsknota za wspomnieniami dzieciństwa pierś poety 
rozpiera i rozsadza, ale i głębsza tęsknota za niebem i krajem, za 
powietrzem i ludźmi, za dźwiękami mowy, za ojczyzną jednym 
słowem, której ceny ten tylko się dowie, kto ją stracił. I wypięk- 
niała i wyszlachetniała ona w całej swej ozdobie dla tej tęsknoty, 
od cichych grusz po zielonych miedzach, od pól wyzłacanych 
pszenicą, posrebrzanych żytem, od ścian dworku, tym bielszych, 
że odbitych od ciemnej zieleni topoli, aż do opisu lasów odwie- 
cznych, z matecznikiem, kryjówką niedźwiedzi, z puszczą, gdzie 
żubr brodacz sędziwy pierwszy raz w życiu, pękającego, niby pio- 
run, granatu się uląkł. 

I wyrastał w oczach poety i czytelnika eden ziemski, bez 



— 110 — 

nadziei powrotu do niego, strzeżony błyszczącymi mieczami, jasny 
i słoneczny, niedostępny tułaczom-nędzarzom, a uczucie trawiącej 
tęsknoty, ciągle hamowanego, zatajonego żalu ożywiało każdy 
opis, tętniło w każdym wierszu. 

Wzniósł się więc »Pan Tadeusz« nad nowożytne epopeje, od 
samego ich Wirgiliuszowego prawzoru począwszy; nad owe 
»Eneidy«, »Jerozolimy« i »Lujzjady«, co utykały na mieliznach wy- 
muszenia, afektacyi i pozy; co rozbijały się o retoryczne ustępy 1 
i romantyczne ułudy i brak prawdy i wiary czy urozmaicenia sa- : 
mego; co wymęczone rozumem, wysilone fantazyą, nie stworzone 
sercem. Nie dbał poeta o żadne »przepisy«; w podwójnej inwo- 
kacyi i Ojczyznę i Pannę Najświętszą, nie muzy wezwał; o bo- 
haterach i walkach bohaterskich ani pomyślał; wbrew Lesyngowi 
wstawiał opis za opisem, jeden cudowniej szy nad drugi; humory- 
stycznie ludzi i ich zabiegi podpatrywał i kreślił z największym 
realizmem, z uderzającą prawdą i barwy i dźwięki, i gesty i tony, 
ludzi i przyrodę naśladował. 

Jak poeta całe serce w swym dziele zatopił, dowodził choćby 
ów epizod o Jacku Wojewódce i konkurach o stolnikównę, skal- 
kowany wedle własnych przejść sercowych (z panną Ankwiczówną 
w Rzymie); nawet kasztelanie witebski nie bez umysłu tu wsa- 
dzony — kasztelanie witebski (Rzewuski) wzmógł przecież swoimi 
opowiadaniami ton jowialny, facecyonisty, weredyka. 

Tak stała się ta epopea staroszlachecka, bez panów i magna- 
tów, bez mieszczan i chłopów, z kwestarzem i Żydem, narodową, 
jak »Iliada« i »Odysea«; bije z niej ta sama woń oryginalna, ziemna, 
odurzająca, której żadna sztuka czy sztuczność nie odtworzy dla 
swych kwiatów woskowych i girland z kartonu. Ale właśnie dla- 
tego, że narodowa, wykluczone jest to jej znaczenie wszechświa- 
towe, którego »Iliada« i »Odyseja«, bynajmniej nie dla wewnętrznej 
wartości, lecz przez humanizm, klasycyzm i szkołę dostąpiły i dla- 
tego »Pana Tadeusza« z pieśniami Homerowymi równać nie można. 
Ograniczony on do czasu, miejsca i ludzi; nawet całej pełni życia 
polskiego nie oddał i nie to było jego zamiarem. 

Dla nas ma on jeszcze inne znaczenie; najsubjektywniejszy 
z poetów, który zawsze i wszędzie siebie, swoje walki, zachwyty, 
cierpienia przedstawiał, okazał się bacznym obserwatorem wszyst- 
kiego, i gwiazd na niebie i leśnych borowików, gry na sercach 



— 111 — 

i głowach szlacheckich Gerwazego i na cymbałach Jankla; z wier- 
nością płyty fotograficznej i aparatu fonograficznego pozdejmował 
wszystko i pokazuje, niby obojętny, co zebrał. Nie gonił za na- 
strojami; przyroda żyje u niego życiem odrębnym, własnym, czy 
to gra chmur, czy ciepły powiew wieczoru wiosennego, czy sza- 
lony rozpęd burzy, znoszącej mosty i zatapiającej drogi, czy urok 
ciszy leśnej; na tle tej przyrody ludzie, nie wydelikaceni, nie sen- 
tymentalni, nie nerwowi, część tej przyrody, z nią zżyci, zdrowi 
i silni, na umyśle (choćby ciasnym) i ciele (choćby niekształtnym). 
Otóż ten nadzwyczajny, w poezyi polskiej nie widziany realizm, 
u poety dotąd tylko częściowo, w epizodach się okazujący, był 
tym nowym objawieniem w sztuce polskiej: realizm nie schema- 
tyczny, suchy późniejszych realistów, lecz wzbierający uczuciem 
tak, że i sam sobie przerwie poeta, i ze łzą, westchnieniem czy 
uśmiechem z za dzieła wystąpi, uczuciu pofolguje, nim do dalszych 
obrazów postąpi. I ciągle widzi się i czuje, ilu nićmi poeta i serce 
splątani z dziełem, nawet bez wybuchów, jak ten: 

Ja ciebie dotąd widzę, piękna maro senna, 

Urodzony w niewoli, okuty w powiciu, 

Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu. 

W pełni swej siły twórczej, ani przypuszczał poeta, że w »Ta- 
deuszu« żegnał się z literaturą narodową. Złożyły się na to oko- 
liczności zewnętrzne i bardziej decydujące, wewnętrzne przemiany. 
Literatura emigracyjna nie żywiła, nie zapewniała egzystencyi, tym 
mniej, skoro w drogim Paryżu i żona i familia przybyła i rozglą- 
dał się poeta za środkami do życia, za pracą wydatniejszą. Uśmie- 
chały się próby w języku francuskim, naturalnie dramatyczne, jako 
najzyskowniejsze; zerwał się poeta do dramatu historycznego, Les 
confederes de Bar, gdzie Francuzom ich sympatycznego kompa- 
tryotę (Choisy) mógł wystawić. Po »Konfederatach« nastąpił zaraz 
i »Jasiński«, z Wileńskich dziejów roku 1794, przeciwstawienie (jak 
w Sieciechach przedtym, a w Listopadzie później) Polski sarmackiej 
i sf rancuziałej ; lecz Jasińskiego i nie dokończył, zrażony niepowo- 
dzeniem Konfederatów, których Porte Saint Martin mimo pole- 
cających pism Georges Sand i Alfreda de Vigny nie wystawiła. 
Dyrekcya może miała ze swego stanowiska słuszność; w technikę 



- 112 - 

dramatyczną poeta się nie wżył, dramaty jego przeznaczone były 
z góry do czytania; więc i długa ekspozycya i nieskończone dya 
logi i brak akcyi żywej i temat egzotyczny nadto odstraszały od 
próby scenicznej; niestety przy wędrówce dramatu od Anasza do 
Kaifasza zawieruszyły się trzy (ostatnie) jego akty; w ocalałych 
dwu liczna galerya osób odznacza się silną charakterystyką w spo- 
sobie myślenia i mówienia. 

Również nie powiodły się próby pisania prozą historyi pol- 
skiej, opowiedzianej przystępnie, trudu nader mozolnego dla poety, 
walczącego z lukami w opracowaniach, z brakiem materyałów na 
wet; w kreśleniu ich doszedł tylko do wieku XIII; szczegóły były 
świetne. Wreszcie chwycił się były kandydat stanu nauczycielskiego 
znowu zawodu profesorskiego; w Lozannie opróżniła się r. 1838 
katedra literatury łacińskiej, o nią ubiegał się teraz poeta i po ro- 
zmaitych przejściach z powodu stanu zdrowia żony ją uzyskał. 
Uczeń Groddecka mistrzowi swemu na katedrze lozańskiej wstydu 
nie zrobił; nie tylko z wielką sumiennością i gorliwością wypełniał 
obowiązki, zyskał miłość uczniów i kolegów, i wykładem samym, 
któremu umiał nadać wyrazistość i soczystość, potrafił zainte- 
resować. 

Ledwie się z pierwszymi trudnościami uporał i w nową zie- 
mię wkorzeniać począł, otworzyły się niespodzianie nowe widoki. 
Dla College de France proponował minister, a uchwalił parlament 
ustanowienie katedry języków i literatur słowiańskich. Coraz dobi- 
tniej wyłaniała się przecie słowiańsczyzna z dziejami i antagoni- 
zmami, literaturą i kulturą, choćby łacińską czy grecką, z prze- 
szłością niejasną a przyszłością zagadkową; elukubracye coraz 
częstsze w języku francuskim, Francuzów, Rosyan, Polaków coraz 
większą budziły ciekawość; rozprawiano coraz częściej o nowej 
rasie i nowym jej słowie; wpływy ks. Czartoryskiego rozstrzy- 
gnęły o projekcie i kandydacie. 

Na katedrę powołał V. Cousin Mickiewicza. Ociągał się zrazu 
profesor lozański; sympatya, jaką go otaczali Szwajcarowie, anty- 
patya, jaką żywił zawsze ku Paryżowi, hałasom emigranckim; 
sama trudność stanowiska, niemożliwość dogodzenia partyom; no- 
wość przedmiotu, luki wiedzy i dotkliwy brak materyałów, odstrę- 
czały strasznie. Równie silnie pociągał jednak i obowiązek; z ka- 
tedry paryskiej można było prawić przed Europą o Słowianach 



— 113 - 

w duchu sympatyi łacińskopolskiej, przeszkodzić, by nie zawładnęły 
nią tendencye przeciwne, nie uznające Słowiańsczyzny poza cyry- 
licą i prawosławiem wcale. Takie to i inne względy rozstrzygnęły, 
i wymienił profesor — poeta milczał od dawna — ciszę i sympatyczne 
otoczenie lozańskie, które biednego emigranta przytuliło, znowu na 
niespokojny Paryż. Jak lekcye lozańskie, pożerały teraz paryskie 
czas i siły — ale zadanie było wdzięczne, ponętne. 

Zrezygnował profesor faire de la fiolitique en slavon\ za 
to podejmował się zadania, jakiego dotąd nikt nie poruszał; studya 
slawistyczne polskie z przed roku 1831 on miał i mógł świetnie 
zaokrąglić. Literaturę polską i rosyjską (przed rokiem 1830) znał 
dobrze — wiersze rosyjskie czepiały się jego pamięci, nie tylko 
Puszkinowskie, które i naśladował, np. w epigramie na Czyńskiego, 
ale i inne; literaturę samą traktował zawsze w związku z dziejami, 
jak Francuzi spółcześni, i sens i znaczenie jej trafnie wyłuszczał; 
jego oceny pisarzów polskich XVI— XVIII wieku i dziś jeszcze, 
słusznie, Tarnowski powtarza; toż samo ruskich, Dierźawina czy 
Puszkina (artykuł francuski przy śmierci poety), dotyczy. Sięgał 
dalej, do dum serbskich, do poezyi staroczeskich (sfałszowanych); 
choć je, jak wszyscy spółcześni, za autentyczne uważał, raziła 
znawcę ich osobliwość, którą trafnie odczuwał. Potym miał dalsze 
zamiary, wciągać i początki czy starożytności słowiańskie do kursu 
swego — lecz temu zadaniu sprostać nie mógł; etymologie, do- 
brze zaimprowizowane w »Księgach narodu«, nie nadawały się dla 
poszukiwań seryo. Braki i luki albo intuicyą zapełniał albo ogól- 
nymi, pysznymi charakterystykami, zapadającymi głęboko w pa- 
mięć, malowniczymi, dosadnymi zastępował. Zresztą audytoryum 
samo, bardzo różnorakie, nie nauki ścisłej, lecz wrażeń pragnęło. 

Czteroletni »Kurs literatur słowiańskich* (wydany nie najle- 
piej, ani w oryginale francuskim ani w przekładzie) nie jest dziełem 
jednolitym ani jednakiej wartości. Najściślej trzymają się przed- 
miotu tylko dwa pierwsze kursy, bogate w szczegóły, kreślące 
w potężnych rysach, z zadziwiającą bystrością, historyę Polski 
i Rusi, polityczną i umysłową; jak trafną jest np. charakterystyka 
XVIII wieku, dążeń Czartoryskich, przewrotów rosyjskich — na 
lepszą ocenę wewnętrznego znaczenia faktów i dzisiaj się nie mo- 
żna zdobyć. Wierny najżywotniejszym poglądom swoim wysuwał 
profesor na pierwszy plan to wszystko, w czym upatrywał wła- 

DZIEJE LITERATURY POLSKIEJ T. II. 8 



— 114 — 

ściwe posłannictwo Słowian, zadatki odrodzenia ludzkości przez 
poświęcenie, entuzyazm; liryka Barszczan, proroctwo ks. Marka 
zajmowały go głębiej, niż dzieła artyzmu, sielanki Naruszewicza 
i satyry Krasickiego; satyra nie zgadzała się, wedle jego zdania, 
z charakterem słowiańskim, wymarzonym nieco; co zapał i wy- 
obraźnię ostudzało, tym pomiatał czy poniżał umyślnie; zbytnie 
poufalenie się ze szczytną przeszłością uważał nawet za rodzaj 
świętokradztwa i piorunował o to na Słowackiego, choć go po 
imieniu nie nazywał; tylko o »Beniowskim« myślał, gdy prawił: 
są pisarze, co, wyszydzając wzniosłą ideę, której ks. Marek był 
apostołem i męczennikiem, piszą poematy na jego pochwałę — ta cześć 
jest większą zniewagą, niż bluźnierstwa współczesnych przeciw niemu 
i t. d. Im bliższy naszym czasom, tym nierównomierniejszym stawał się 
wykład, dowolniejszym wybór dzieł i pisarzów, jednostronniejszą ich 
ocena; profesor przetwarzał się powoli w proroka żyjącego, kamieno- 
wanego przez faryzeuszów (Słowackich), stawiających ozdobne groby 
dla proroków zmarłych. 

Kłopotom domowym i pracom profesorskim byłby stawił 
czoło, gdyby nie inne, ważniejsze zmiany zaszły w umyśle poety, 
w pojęciach jego o posłannictwie własnym i poezyi samej. Już 
gdy kończył »Tadeusza«, przestawała mu być poezya »rozrywką«, 
co »zawsze mnie przenosi w młodość i wyrywa z obecnej biedy«, 
i w lutym roku 1834 zarzekał się poeta, »nigdy już pióra na fra- 
szki nie użyję; to tylko dzieło warte czegoś, z którego człowiek 
może poprawić się i mądrości nauczyć«. 

Wzmagało się coraz uczucie religijne; przewrót, datujący od 
pobytu rzymskiego, zatapianie się w lekturze mistycznej, od dzieł 
Greka Areopagity aż do uwag Bema, Anioła Ślązaka i Francuza 
teozofa Saint Martin, gorliwe praktyki religijne stawiały coraz na- 
tarczywsze żądania skupiania ducha, nie rozpraszania go na mar- 
ności, doskonalenia siebie samego i oddziaływania na drugich. 
Znalazło się drobne kółko spółwyznawców, połączono się w Braci 
Zjednoczonych w grudniu roku 1834: obaj Zalescy, Witwicki, Gó- 
recki; pod wpływem osobistym Mickiewicza nawracali się z ultra - 
demokratów, radykałów, Sensymonistów, Bohdan Jański i Hieronim 
Kajsiewicz. Siły i żar wewnętrzny wylewały się w modlitwach 
i aktach skruchy, w widzeniach, wyjątkowo w urywkach wierszo- 
wanych. Więc »pora wcale nie poetycka u nas«, więc nie prędko 



— 115 — 

będzie się mógł spotkać (z Zaleskim) na lutni, »śpiewaj tymczasem 
za nas mój słowiku« w czerwcu; roku 1841 »opoezyi boję się myśleć, 
chybabym gdzieś głęboko na wsi osiadł, tobym może coś wydumał«. 
W miesiąc później powitał go w imię Boże Andrzej Towiański. 

Towiański, Litwin, jak Kościuszko i Mickiewicz, obojętny na 
świat i jego marnostki, nie rozpraszający swego entuzyazmu, sku- 
piający go na wewnątrz, na udoskonalenie siebie samego, przed- 
stawiał wybitnie ów typ ludzi, twórców religii czy sekt i dzisiaj 
między Litwinami, szczególniej pruskimi, nie wygasły, przypomina 
żywcem owego chłopa, Krzysztofa Kukata, nawróconego apostoła 
swoich »maldininków« (modlących się) i ich zborów, wierzącego 
w swe powołanie i objawienie boskie (i Kukata posadzono do domu 
obłąkanych — najniesłuszniej). Wiary głębokiej, niewzruszonej, 
skryty a energiczny, zatopiony w rozmyślaniach i modlitwie, do 
egzaltacyi religijnej skłonny, w długiej samotności, chorobą oczu 
spowodowanej, starał się Towiański dojść do ładu ze sprawą 
boską, wyanielać swe czynności i myśli, trafiać do tonu, do łaski 
Ducha Św., co w modlitwie nań spływała. Wyrósł w atmosferze 
bardzo religijnej, w modlitwie znajdywał pocieszenie; człowieka 
i czyny sądził i cenił wyłącznie ze strony moralnej, w duszy nosił 
gwałtowną potrzebę poznania prawdy; nie zaspakajał go kościół 
oficyalny, zaciekał się w pismach mistycznych, nawet naukach ta- 
jemnych, Swedenborga; idealista, nadmiernie uczuciowy, począł nie 
tylko w myśli regulować wszystkie stosunki świata wedle nauki 
Chrystusowej, ale tak i działać; gdy się przeniósł na wieś, myślał 
tylko o tym, aby zostać przewodnikiem chrześcijańskim dla tego 
ludu, którego kierunek Bóg mu powierzył. 

I przewodnictwo spełniał z widocznym skutkiem, i nazywano 
go czarodziejem, i upatrzył w tym widomy znak Boży, potwier- 
dzenie jakiejś osobliwszej misyi, nie orężnej, nie filozoficznej; prze- 
czuwał, że wstrząśnie światem, nie jak Napoleon, którego upadek 
(rok 1812 widział jako trzynastoletni chłopiec) do głębi go wzbu- 
rzył, lecz miłością, nie inteligencyą świecką, lecz mądrością rzeczy 
Bożych, drogą serca i prostoty, nie rozumu — ową głupotą dla 
Chrystusa. I coraz bardziej uznawał w sobie tę mądrość rzeczy 
niebieskich, Sprawę Bożą, zdobytą niepospolitą siłą uczucia; dalej 
posłannictwo specyalne w imię tej Sprawy, przygotowane wypad- 
kami postronnymi; w tym nastroju wysokim utrzymywał się coraz 

8* 



— 116 — 

stałej, szedł coraz dalej; stworzył nareszcie własną doktrynę — 
objawienie. Niebawem nie wystarczały mu wieś litewska i kółko 
najpoufalszych zwolenników. 

Doktryna powoli się rozszczepiała; dla niepowołanych nie 
zrywała bynajmniej z kościołem oficyalnym, dopełniała go tylko; 
wobec adeptów szła dalej, rzucała ortodoksyę. Cel ludzkości — to 
raj, to rządy Boże na ziemi; dlatego zstąpił Chrystus, zachwiał 
panowaniem zła na ziemi, lecz czasowo; złe się znowu rozpano- 
szyło; dla naprawy, dla nowej epoki, dla gorętszej ofiary i miłości 
chrześcijańskiej wezwał Bóg Towiańskiego; każda z siedmiu epok 
spełnienia słowa Bożego, wyrażonych w »Apokalipsie«, ma bowiem 
osobnego sługę Chrystusowego, ducha Bożego; idzie zaś nie 
o uznanie tego narzędzia wezwania Bożego, ale o rozeznanie owej 
spółki, komunii w Chrystusie. Więc wszystkie narodowości i war- 
stwy społeczne wzywał do zgody i miłości, którą był przejęty 
sam; głosił wyzwolenie chrześcijańskie kobiety, ceniąc nie jej za- 
kusy emancypacyjne, lecz serce jej i stanowisko w rodzinie. Sze- 
regi, kolumny duchów, jasnych i ciemnych, oblegały mu glob 
ziemski, wcielały się metempsychozą, ścierały się między sobą, 
a wynikiem tych starć były wypadki zewnętrzne. Doktryna roz- 
ciągała się na wszystkie przedmioty i dziedziny, nawet na medy- 
cynę, jak i u »maldininków« dzisiejszych litewskich (pruskich). 

Towiański sam, ideolog i mistyk, do czynnej propagandy 
stworzony nie był; szukał więc, po opuszczeniu stron rodzinnych, 
innego autorytetu, naturalnie najpierw między swoimi, między do- 
stojnikami kościoła, w arcybiskupie gnieźnieńskim Duninie, między 
żołnierzami, w Skrzyneckim — znalazł go dopiero w mężu pióra, 
w Mickiewiczu. Inni, pociągani z początku prostotą, szczerością, 
głębokością człowieka, cofali się później; wytrwali przy nim Mi- 
ckiewicz i drobne kółko na emigracyi. Wybrał Towiański czas 
najmniej stosowny i ludzi najnieodpowiedniejszych. Doktryna jego 
wykluczała z góry wszelkie usiłowania polityczne, a tylko nimi — 
głodnemu chleb na myśli, w śnie i na jawie żyła emigracya; mu- 
siał nawet Towiański pod owym naporem, wbrew własnej woli, 
Sprawę politycznie zabarwiać, i już tu kryło się przyszłe nieporo- 
zumienie między mistrzem a »kołem«, głównie » bratem Adamem «, 
nie zrzekającym się nigdy tej strony zewnętrznej, wzdychającym 
do czynnej interwencyi i roli. 



— 117 — 

Powaga Mickiewicza podtrzymywała w oczach emigracyi ja- 
kiś czas mistrza, nie zasłoniła jednak »Towiańczyków« od coraz 
gwałtowniejszych napaści ultrakatolików, Witwickiego i księży- 
Zmartwychwstańców; dla Towiańskiego zaś pozyskanie Mickiewicza 
było nadzwyczaj ważne, gdyż mógł liczyć na szerzenie swej dok- 
tryny z katedry profesorskiej — i nie zawiódł się. 

Mickiewicz, twierdzący jeszcze niedawno: un professeur riest 
bon a autre chose qu'a faire des lecons, pierwszy poświęcił 
wszystkie osobiste względy i przekształcał powoli profesurę w apo- 
stolstwo Towiańsczyzny. Pozyskał mistrz gorącego adepta nie 
tylko przez dziwny, cudowny niemal zbieg okoliczności: nastrój 
podniecony, w jakim się poeta od grudnia roku 1840, od prze- 
niesienia zwłok Napoleońskich, znajdywał, gdy w jasny dzień miał 
wizyę człowieka, jadącego doń z Litwy na wózku parokonnym; 
cudowne uzdrowienie żony poety, wbrew wszelkiemu prawdopodo- 
bieństwu dokonane; tłumaczenie wizyi księdza Piotra z »Dziadów« 
i innych tajemnic — takie sztuczki czy trafy nad umysłem Mickie- 
wicza nie długoby ciężyły. Ale »moja wiara w słowa Andrzeja jest 
skutkiem całego mojego życia, wszystkich moich usposobień i prac 
duchowych« — sercem, czuciem zwyciężał Towiański tego, który 
przed dwudziestu laty z nowym wtedy hasłem: »Miej serce i pa- 
trzaj w serce«, występywał. 

W niedoli swej, coraz rozpaczliwszej (» coraz mniej we mnie 
energii wytrzymania« pisał poeta w Boże Narodzenie roku 1840) 
spotkał się poeta z człowiekiem, pewnym siebie i misyi swojej, 
wierzącym, że ukoi nieszczęścia wszelkie, głoszącym szczytne pra- 
wdy, hasła miłości, ze szczerym natchnieniem, wyrzekającym się 
dla nich wszystkiego — mienia, ojczyzny, wystawiającym się obo- 
jętnie na szyderstwa, żyjącym tak, jak uczył, dostrajającym 
wszystko, co go otaczało, do tego tonu, od obuwia aż do mie- 
szkania, rozważającym wszystko ze stanowiska Sprawy. Więc nie 
dziw, że już w miesiąc po przybyciu Towiańskiego »u mnie 
w domu kwiaty i wiosna i w sercu i w duchu« i wezwanie gorące 
do Bohdana Zaleskiego, aby najrychlej przybywał, 

Bo wyszedł głos, i padł już los, 
I tajne brzemię lat 
Wydało płód, i stał się cud, 
I rozraduje świat! 



- 118 — 

Wrażenie to z czasem potęgowało się tylko; później pisał 
poeta: »Bóg zesłał nam człowieka nadzwyczajnego, naczynie łask 
dziwnych... to jest w moim przekonaniu największy filozof, mę- 
drzec i polityk wieku naszego«; był mu »składem« cudownych 
tajemnic Bożych; jest to »posłaniec z ramienia Pańskiego« — prze- 
powiadał rychłą, wielką wojnę, zmiecenie porządków starej, bał- 
wochwalczej, zmateryalizowanej Europy, odbudowanie ojczyzny, 
i, gdy poeta do Domejki (do Ameryki) pisał, upewniał go, że, za- 
nim przyjedzie, rozpoczną się wypadki i powieją nasze chorągwie. 

Już w drugim kursie Literatur słowiańskich (1841 na 1842) 
zaczął Mickiewicz przygotowywać umysły słuchaczów do przyjęcia 
doktryny, którą sam mesyanizmem przezwał; kładł główny nacisk 
na wszelkie objawy poświęcenia, zaparcia się, altruizmu; objaśniał 
z tego stanowiska dzieje polskie i ruskie, potępiał samolubstwo, 
materyalizm. 

W następnym kursie wybierał do omawiania te tylko pisma, 
w których ideę mesyaniczną upatrywał: pisma Krasińskiego, » Wa- 
cława* Garczyńskiego; zyskiwał prozelitów, choćby częściowych, 
nawet między kolegami, tracąc coraz bardziej kredytu między 
ziomkami, w Towarzystwie historyczno-literackim, którego był 
prezesem, u księcia Czartoryskiego, Zaleskiego i innych, do nieda- 
wna sobie najbliższych, którzy, w imię ortodoksyi, doktryny się 
wystrzegali. 

Najdalej zaszedł poeta w kursie ostatnim (1843 na 1844), 
gdzie pisemko Towiańskiego, »Biesiadę«, jako na j znamiennie jszy 
utwór szczegółowo parafrazował i słuchaczów do wyznawania tych 
zasad pobudzał: zamanifestowali to Towiańczycy, obecni 19 marca 
1844, a gdy 28 wniósł toast na cześć Napoleona, uniemożliwił 
tym samym dalsze wykłady. Wycieczki jego przeciw strupiesza- 
łemu kościołowi, wystawianie Towianizmu nie jako odnogi czy 
ramienia, lecz jako głównego biegu życia religijnego, wywodzenie 
tonu od Chrystusa i Napoleona, zapowiedź rychłych, koniecznych 
odmian gorszyły i prawowiernych i liberałów i orleanistów; To- 
wiańskiego samego jeszcze przed dwoma laty rząd z Francyi wy- 
dalił; teraz zawiesił wykłady poety, biorącego urlop dla formy, nie 
powracającego już na katedrę. Tak stracił Towianizm ostatnią 
sposobność występywania publicznego, ograniczał się do kółek 
domowych. 



— 119 — 

Lecz właśnie w tych »siódemkach« szła Sprawa coraz trudniej; 
sprzęgli się w niej ludzie najróźnorodniejsi, umysłowo drobni, 
których z największym wysiłkiem należało na duchu — w tonie — 
utrzymywać; jeden drugiego dozorował i podpatrywał, i w tej 
wewnętrznej walce gasł powoli zapał pierwotny. Gasł tym rychlej, 
im widoczniej mistrz od wszelkiej inicyatywy na zewnątrz się 
uchylał, wyłącznie nad udoskonaleniem moralnym, nad podniesie- 
niem się do Ducha, nad odgadywaniem Ducha w siostrze Francyi, 
w bracie Izraelu pracując; zamiast walki i spisków, zgadzał się co 
najwyżej na wysyłanie listów, do Rotszilda, do cara, aby ich dla 
Sprawy nieziemskiej pozyskać. 

Nie poprzestawał na tym Mickiewicz, wywierał »ziemski« 
t. j. piekielny nacisk na mistrza; już r. 1845 przyszło do scysyi, 
roku 1847 do ostatecznego rozejścia się; mimo to — a to jest 
najlepszym świadectwem żywotności Towianizmu, przy »mesyani- 
zmie«, co inni (Hercen np.) z mistycyzmem mieszali, pozostał. 
Tylko starał się go realizować, więc gdy z rokiem 1848 wiosna 
narodów zajaśniała, Włochy Piusa IX w nadziejach swobody się 
upajały, i on do Rzymu wyruszył, aby wznowić formacye słynnej 
pamięci — zawiązek nowych legionów polskich. Ale poeta ska- 
zany był z góry, aby sam grzebał wszelkie nadzieje, i rychło roz- 
wiały się próby, przysparzające mu zachodów i trudów. 

Nie lepiej powiodło się w Paryżu, tym razem z publicystyką. 
Po czynniejszym występywaniu z artykułami politycznymi w »Piel- 
grzymie Polskim« z roku 1833, wycofał się poeta zupełnie z dzien- 
nikarstwa, gdzie dla Towiańczyka miejsca nie było; teraz, po 
wyborze Napoleona prezydentem, on, ślepo wierzący w gwiazdę 
jego rodu, przepowiadający dawno jeszcze przed r. 1848 powrót 
do rządów, liczący na prezydenta, jako na odnowiciela Europy, 
wstąpił do świeżo założonej Tribune des peuples, aby w licz- 
nych artykułach występywać przeciw legityzmowi i konserwatyz- 
mowi, przeciw arystokracyi i hierarchii, przeciw burżuazyi, której 
całym sercem nienawidził, aby ująć się za rewolucyą, za ludem, 
za chłopem, od którego się najwięcej spodziewał: za chłopem sło- 
wiańskim, nie zmateryalizowanym, z wiarą tradycyjną, demokratą 
z krwi i kości, wy stępy wał gorąco jeszcze w kursach literatury. 
Na bankiecie inauguracyjnym (u Chojeckiego, w rocznicę rewolucyi 
lutowej) był i Aleksander Hercen obecny, chcąc wnieść toast za 



- 120 — 

poetę-redaktora i przypomnieć ów toast moskiewski z roku 1844, 
który wniósł panslawista i poeta Chomiakow na bankiecie dla li- 
berała Granowskiego za zdrowie »nieobecnego wielkiego poety 
słowiańskiego«. Widział on poetę po raz pierwszy, jego wyraz 
znużenia, oznakę bólu wewnętrznego, egzaltacyi smutku — niby 
obraz losów polskich. 

Na samym bankiecie zaznaczyły się różnice; Mickiewicz bo- 
wiem życzył pochodu demokracyi i swobody pod orłami napoleoń- 
skimi i przewodnictwem członka cesarskiego rodu, Ramon de la 
Sagra (republikanin, Hiszpan) protestował najsolenniej; chwiejność 
ta cechowała i sam organ, który rząd zawiesił, zanim sam upadł. 
Swemu gorliwemu apostołowi odwdzięczył się bonapartyzm licho; 
nie lubił on ogółem emigracyi, która już od samego początku 
istnienia, 1832, najniepotrzebniej i najfatalniej, stale się z opozycyą 
łączyła, zamiast od wszelkich spraw francuskich jak najdalej się 
trzymać. Eksprofesor kończył żywot, jako bibliotekarz Arsenału, 
ale nie było mu danym zakończyć go w pokoju. Wyrwały go 
z niego zawikłania na Wschodzie: nowa nadzieja wstąpiła w ze- 
starzałego przed czasem; wypracowywał memoryały polityczne, 
o utworzeniu legionu polskiego na Wschodzie i inne; pojechał 
wreszcie na Wschód, żył trybem obozowym w Burgas między ko- 
zakami Sadyka baszy, lecz niebawem uległ organizm jego zarazie; 
umarł w Konstantynopolu 26 listopada roku 1855; z cmentarza 
z Montmorency przeniesiono zwłoki jego 4 lipca r. 1890 na Wa- 
wel, i spoczęły obok trumny Tadeusza Kościuszki. Marzenie poety, 
że mu za »Tadeusza« Nowogródek pomnik wystawi, nie spełniło 
się; pomniki jego zdobią Warszawę, Kraków i Lwów. 

Na wiadomość o zgonie pisał Krasiński, odtrącony za życia 
»czerwonością« Mickiewicza: »on był dla ludzi mego pokolenia 
miodem i mlekiem, żółcią i krwią duchową: my z niego wszyscy. 
On nas był porwał na wzdętej fali natchnienia swego i rzucił 
w świat. Był to jeden z filarów, podtrzymujących sklepienie, zło- 
żone nie z głazów, ale z serc; filar to był olbrzymi, choć rozpękły 
sam... Największy wieszcz, nie tylko narodu, ale wszystkich ple- 
mion słowiańskich, już nie żyje!« 

Na takie wyżyny wstępywał poeta powoli, w rozwoju nor- 
malnym. Szukał najpierw, za wzorami klasycznymi, za Trembeckim, 
nadto dla samej sztuki podziwianym, poezyi w sztuczności, w do- 



— 121 — 

bieraniu rymów, zwrotów, obrazów; niebawem, za swej germano- 
nomanii, za ulubionym idealistą, Szylerem, w poezyi upatrywał, 
zamiast maniery i konwencyonalności, prawdę, uczucie, serce; na 
koniec w samej prawdzie, codziennej, najzwyklejszej, poezyę od- 
nalazł — pierwszy wielki realista u nas. Gardził wszelką napuszo- 
nością i nadętością, chociaż sam szarą prawdę życia cudownie 
godził z najwyższą poezyą i filozofią; uznawał za obowiązek poety 
odtwarzać to tylko, co sam przeżył i przeczuł. Wynikał stąd ego- 
centryzm jego poezyi; mówił zawsze o sobie, nawet w »Balladach« 
występywał ten osobisty pierwiastek i dusił ludowy; w »Dziadach« 
całkiem zewnętrznie utrzymywał związek między dawniejszymi 
a nowszymi; o sobie śpiewał nie tylko w »Sonetach«, ale i w »Panu 
Tadeuszu«; nawet do » Wallenroda* przymycił ustęp o swojej, ko- 
wieńskiej dolinie: ten zmysł rzeczywistości odznaczał go przed 
innymi. Nie wynikało z tego bynajmniej, aby nie podlegał wpły- 
wom obcym; owszem, po klasykach, po Trembeckim i Niemce- 
wiczu, po Getem 1 ), Szylerze i Jean Paulu nastąpiła brytanomania, 
ale nie szedł za »starym Wilem«, lecz za Byronem; i tu podnietę 
stanowiły własne przejścia, zgorzkniałego musiał pesymizm jego 
szataństwa najbardziej przekonywać. 

Samodzielności swojej i wobec Byrona nie myślał się po- 
zbawiać; mógł tłumaczyć »Giaura«, jak tłumaczył »Don Karlosa«, 
»Sen« jak »Rękawiczkę«; do naśladowań nigdy nie schodził, Wschód 
krymski zamknął w sonety, żeby nie rywalizować z Child Harol- 
dem; Wallenroda chciał już rzucać, bo mu Larę czy Korsarza 
przypominał. Gdy wielbiciele jego moskiewscy u stóp lorda go 
szukali, uszedł już niepowrotnie w inne sfery. Od Byrona odstrę- 
czały go: własna, głęboka religijność, choć na razie uśpiona; pa- 
tryotyzm, bolejący strasznie nad ojczyzną własną, — Byron, gdy 
troszczył się o Włochów i Greków, nie o Irlandczyków, o potędze 
światowej Albionu ani wątpił, a jeżeli walczył, to z canfem an- 
gielskim i nie o ojczyznę; potężne uczucie, odmienne od pychy 
dumnej lorda; słownik Byrona terminów pokory i uległości nie 
znał, Konrad nie dumą i walką, lecz skruchą i uniżeniem, jak ksiądz 
Piotr, niebiosa zwyciężał. Miłość narodu, cierpienia, 'co w siebie 



*) Inspiracya poetycka nawiedziła Mickiewicza po raz ostatni, gdy przekład 
Hermana i Doroty synowi dyktować począł. 



— 122 - 

wchłaniał, porwały liryzm na szczyty Improwizacyi; tą samą mi- 
łością i trawiącą tęsknotą nabrzmiała jego epopea; ta miłość skru- 
szyła pióro poety, gdy je na czyny, na życie religijne, udoskona- 
lenie moralne, propagandę mesyanizmu wymienić kazała. I nie były 
to majaki złudzenia, którym poeta dar swój boski poświęcał; co 
on nie ustami tylko, lecz całym życiem głosił, było poezyą, ewan- 
gelią altruizmu, życia dla celów wyższych, dla przeanielenia ludz- 
kości, odświeczczenia jej stosunków. Żądania zniesienia wszelkich 
przywilejów; podniesienia niewiasty, chłopa i Żyda; zrzucenia nie- 
nawiści wszelkiej, nawet narodowej, nadającej przeciwnikowi prawo 
zgniecenia, zdeptania pełzającego, jadowitego gadu, to hasła, które 
się nigdy nie zestarzeją, to hasła, do których przyszłość należy. 
Gdy Mickiewicz żywot poetycki zakończył, został jako człowiek, 
podziwienia i naśladowania godny. 

Okręt poezyi polskiej, zimujący dotąd w obcej przystani, na 
uwięzi ścisłej, on na szerokie morze wyprowadził i z nim do wła- 
snych brzegów dobił. Silny był podmuch jego fantazyi; niezgłę- 
bionym było tylko jego uczucie. Fantazya nie zbyt lotna ani roz- 
wiewna; nawet gdy o widzeniach i snach i marzeniach rozprawiał, 
dokładnych, wydatnych rysów się nie pozbywał; fantazya to cał- 
kiem plastyczna, przypominająca klasyczną, widzi w kształtach 
i barwach wyraźnych. Rozum bystry, również ścisłości i określo- 
ności oddany, ku abstrakcyom ani dyalektyce nie skłonny, i próżno 
Śniadecki o wpływy metafizyki niemieckiej się obawiał: nie Hegel 
logicznością, Towiański uczuciem go zawojował. Wiedza rozległa; 
łatwo oryentował się w najrozmaitszych dziedzinach, rysy charakte- 
rystyczne chwytał w lot. Język nie giętki, wiersz nie śpiewny; 
dbał za to poeta o siłę i prostotę wysłowienia; ani rymów wy- 
kwintnych ani obrazów wyrafinowanych nie szukał; jego poezya 
nie dla smakoszów, estetów, dekadentów; największym jego ży- 
czeniem było: 

O gdybym kiedyś dożył tej pociechy, 
Żeby te księgi zbłądziły pod strzechy... 
Gdyby też wzięły wieśniaczki do ręki 
Te księgi, proste, jako ich piosenki. 

Więc poezya nie celem, ale środkiem mu była, nie tylko w Wallen- 
rodzie; zamiast oręża, piórem w Dziadach szermował; marnował 



— 123 - 

skarby jej — w improwizacyach. I nie wytrwał w rzemiośle poe- 
tyckim; zarzucił je, gdy coraz wyższe wymagania sobie samemu 
stawiał, gdy żądał, żeby poeta-wieszcz wprzód cuda działał, nim 
pisał, nie pomny, że cuda — to właśnie dzieła poety. 

Można poecie zarzucać szczegóły: co do poprawności języ- 
kowej, czym zbyt nie grzeszył — prowincyalizmów w mowie, jak 
akcentu litewskiego, nie wyrzekł się nigdy; co do formy wiersza; 
żyły dramatycznej nie posiadał, — prawdziwy poeta słowiański, 
epik i liryk nieporównany. Niepodobna było przewyższyć jego 
»gołębiej prostoty «, szczerości i otwartości: »ja rymów nie szukam 
i wierszy nie składam, pisałem zawsze tak, jak dziś do was ga- 
dam*; tą zjednywał każdego. Niepodobna czuć głębiej i kochać 
silniej: pogardy dla tłumów, znamiennej dla Byrona i jego naśla- 
dowców (Puszkina np), nigdy nie żywił; na potęgę uczucia swego 
powoływał się jego Konrad, a w osiem lat później powtarzał 
poeta sam: dla poety jedna tylko droga, stąd (od serca) przez mi- 
łość tam do Boga. Niepodobna ściślej połączyć realizm i artyzm, 
niż to w »Panu Tadeuszu« się stało. I przeskoku gwałtowniejszego 
trudno dokonać; on pierwszy stworzył poezyę polską — przed 
nim była literatura; porównaćby go można pod tym względem 
z Puszkinem. I ciągle nasuwa się porównanie tych dwuch olbrzy- 
mów słowiańskich, którzy się tak blizko stykali, a tak daleko ro- 
zeszli — dzielą oni nawet spólne słabostki, np. wyrozumiałość 
zbytnią dla poetów- przyjaciół. 

Szczególniej Mickiewicz przeceniał zdolności, przyszłość, 
znaczenie swych ulubieńców, od wczesnej młodości do lat późnych. 
Zaczęło się to z Aleksandrem Chodźką, któremu prorokował: 
Adam gdy ginie, ty żyjesz; na jego tronie ty kiedyś siędziesz, 
jego się blaskiem okryjesz. Proroctwo spełniło się dosłownie, 
skoro po Mickiewiczu katedrę paryską Chodźko (od r. 1858) pia- 
stował, lecz Mickiewicz o poezyi myślał, którą Chodźko, oryenta- 
lista, potym slawista, rychło na zawsze porzucił. Był niegdyś tkliwy, 
rozmarzony, sentymentalny; te uczucia przelał na swego »Derara«, 
poemat uczony zarazem, gdyż w drugiej jego kasydzie ucztę Be- 
duinów, a przy niej rozmaite próby poezyi i igraszek arabskich 
przedstawił: formy zachował dobrze, lecz nie ducha chyba, skoro 
Derarowi kazał bez walki ukochaną Azzę rzucić i nawet, rozbiwszy 
jej i ojca wrogów, o jej rękę się nie upomnieć; i »Endymion« 



— 124 — 

jego był tkliwym pasterzem litewskiej, nie klasycznej wyobraźni; 
z ballad »Maliny« jego najsławniejsze; tłumaczył i pieśni nowo- 
greckie. 

Jeszcze bardziej przecenił Mickiewicz Stefana Garczyńskiego; 
najszlachetniejszy młodzieniec-uczeń podkupił przymiotami serca 
i umysłu sąd przyjaciela-mentora. Natura refleksyjna, oddany filo- 
zofii, jako uczeń Hegla, pod wpływem Mickiewicza w Rzymie do 
wierszo w się rwał, choć wiersz melodyjności, a umysł fantazyi 
i obrazowości nie posiadał; dzielny żołnierz bił się potym, i jak 
Kórner, sonety wojenne pisał, najcenniejsze z poetyckiej spuścizny 
jego, wygładzonej starannie przez Mickiewicza. Najobszerniejsze 
i najbardziej pretensyonalne dzieło jego — Mickiewicz mu go za- 
zdrościł niemal i na czele poezyi polskiej stawiał, aby tym spo- 
kojniej o »Kordyanie« przemilczeć, to > Dzieje Wacława«. Trzech 
kumów je do chrztu trzymało: Faust, Manfred i Konrad, lecz 
każdy słabostkami swymi je obdzielił. Znaczący sam wybór te- 
matu, dziwnie odbijającego stan duszy wielu ludzi, całkiem z tera- 
źniejszością zgodny: człowiek, wy żarty zwątpieniem, celu życia się 
nie dobadawszy, przeradza się z Gustawa — bo również nieszczę- 
śliwie kocha, nie Marylę, lecz jak Manfred, siostrę — w Konrada; 
wskrzesiła go piosnka chłopska o naczelniku: 

Tak słowo w dobrej ludziom powiedziane chwili, 
Jak trąba archanioła, stworzy ich, czym byli; 

porwał się do czynu, ale w drogę wszedł mu Mefisto-szatan, ro- 
zumny jak u Getego, tylko... Wacław, nie Faust, niestety; więc 
pokazuje mu typy niby polskie, aby mu naród obrzydzić (Faustowi 
przynajmniej Helenę pokazano); więc w imię rozsądku burzy się 
przeciw warszawskim spiskom, bez pieniędzy i wojska; i tu się 
role pomieszały, bo ojciec kłamstwa, najświętsze prawdy prawiąc, 
groch o ścianę rzuca. »Dzieje« (niedokończone) lubują się w ro- 
mantycznej przesadzie, o której Konrad nic nie wiedział, w czar- 
nych płaszczach, nocnych wycieczkach i gromkich krzykach; jest 
improwizacya » Dziadów*, piosnka z Fausta — niema prawdy 
i poezyi; język ciężki, chociaż niejeden zwrot dosadny. Lepsze bez 
porównania są sonety wojenne, z pod Wawru i Stoczka, oda »Do 
ludów «, wybuch patryotycznego uniesienia, dumnego i szczytnego, 
chociaż bez mesyanicznych zakusów; umarł też młodzieniec, pełen 



— 125 — 

wzniosłej ambicyi, gorącej myśli, jak wyśpiewał, w wolności 
wierze. 

Najwyżej z tych, co się do grona Mickiewiczowego liczyli, 
wzniósł się Bohdan Zaleski. Z Mickiewiczem poznał się dopiero 
na wychodźtwie i mimo długich podróży do Alzacyi i nad morze 
(Endoume), ścisłe, braterskie zawiązał z nim stosunki; dopiero za 
Towiańsczyzny rozchwiały się one i mimo późniejszego ochło- 
nięcia Mickiewicza nigdy już nie stężyły. I Bohdana Zaleskiego 
przecenił Mickiewicz, czy to kiedy w liście do Domejki jego »na 
czele naszych poetów« stawiał, czy to kiedy w kursie literatury 
głosił: »Zaleski niewątpliwie jest największym ze wszystkich poetów 
słowiańskich; rzucił on pęk kwiatów na zakończenie igrzyska poe- 
tycznego Słowian i będzie zawsze wprawiał w rozpacz tych, coby 
jeszcze chcieli miłować sztukę dla sztuki samej «. Pozostał Zaleski, 
gdy po dłuższej przerwie do wierszowania wrócił, czym był przed 
rokiem 1831: lirykiem-Ukraińcem, chociaż rwał się do coraz więk- 
szych historycznych, a nawet historyozoficznych kompozycyi; od- 
rywał go od nich, jak niegdyś od Damiana Wiśniowieckiego i Ko- 
sińskiego, byle traf, byle zajęcie nowym przedmiotem, byle roz- 
tęsknienie jakie, i do przerwanego toku już wrócić nie zdążył. 
Ten co »Pana Tadeusza* prześcignąć zamierzał, nie wyśpiewał 
nawet »Złotej Dumy« o Hance Ruźyńskiej, którą Tatarowie, roz- 
gramiając opiekuna jej, pana Szczeniowskiego, w jasyr uprowa- 
dzili, i o poecie-kozaku Maryanie Bukacie, co ją miał odbić i dla 
siebie zdobyć (poetę tego własnymi rysami, autobiograficznymi, 
hojnie obdzielił), chociaż w treść, z roku 1650 wziętą, wsiąkały 
»wesele i smutek narodu — dni moje pogodne i chmurne, wiara 
i miłość, jak w gąbkę i zapachną na milę«; »Zlota Duma« jemu 
»się rozpierzchła w rozjęku«. Dokończył, choć nie wygładził i za 
życia nie ogłosił, »hetmańską dumę* — »Potrzebę Zbaraską«: sam 
wybór tematu charakterystyczny dla Zaleskiego. Mimowoli myślimy 
o heroicznej obronie Zbaraskiej 1649 roku — lecz nie o nią cho- 
dzi; wybrał poeta jakiś zamglony bardzo fakt z początków Koza- 
czyzny, jakąś wyprawę Daszkiewicza i Bohdanka Ruźyńskiego 
przeciw Tatarom pod Zbaraż, rozgromienie ich i uganianie za nimi 
aż pod Belgrad czarnomorski i powrót zwycięski na Ukrainę; żeby 
się zaś ustrzedz własnego liryzmu, bróźdźącego mu zawsze w epi- 
cznych zakusach, włożył całe opowiadanie w usta lirnika-poety, 



— 126 - 

owego Bukata ze »Złotej Dumy«: jak wyprawa owa, tak i ci Ko- 
zacy jacyś fantastyczni, nie historyczni. O najwyższe zagadnienia 
pokusił się poeta w »Duchu od Stepu«, co mu robotę nad » Złotą 
Dumą« na zawsze przerwał: rywalizował niby w poezyi z prozą 
»Ksiąg narodu polskiego«, wystawiał ewolucyę ludzkości, od raju 
przez różne upadki aż do zawitania państwa Chrystusowego na 
ziemi i nowego zwichnięcia świetnych torów, wydeptanych pocho- 
dami krzyżowymi, pod wpływem herezyi, »pychy« rozumowej, nie- 
miłości i niebraterstwa ludów; kończył apoteozą ojczyzny. 

W obrazach tych, po których niecielesne oko poety na 
wichrze od stepu buja — idee platońskie i metempsychoza odgry- 
wają tu rolę, jakby w »Królu Duchu« — są szczegóły imponujące, 
np. pochód barbarzyńców na Romę albo sielanka prasłowiańska 
niby »Stara Baśń« Kraszewskiego, albo wymowny żal nad teraźniej- 
szością, lecz całość zadowolić nie może, dla zbyt ciasnych pojęć 
autora; i tego utworu wartość przecenił Mickiewicz w kursach. 
Mniejsze obrazki i dumy, np. »Lach serdeczny na marach« i inne, 
chociaż nie wolne od owych fata morgana kozackich, odznaczają 
się największym wdziękiem; one to rozsławiły Zaleskiego, wywo- 
ływały (aż po nasze dni) niezliczone naśladowania, aż Mickiewicza 
wkońcu rozgniewały, — mania, grasująca, jak niegdyś ballado- 
mania, » warto żeby ktoś napisał coś o hop! hop!, żeby tych pi- 
sarków z konia ukraińskiego zsadzić* (roku 1835). 

»Pooj czystą i porodzinną tęsknotą« przejęła się poezya Zale- 
skiego, i odtąd dźwięczy ta nuta, roztkliwiona, rozłzawiona, nie- 
ustannie; żalu poety za krajem młodości nic utulić nie może; nawet 
w niebie pragnie swej Ukrainy. Obok tej nuty wzmaga się i wkońcu 
przeważa zupełnie nuta religijna; i Zaleski bowiem znalazł swą 
wiarę na wychodźtwie. Z licznych, nieraz rzewnych i głębokich, 
hymnów i modlitw wyróżnia się sielanka biblijna, ^Przenajświętsza 
Rodzina«, cudne przewierszowanie ustępu z ewangelii o Zbawicielu 
— dziecięciu w kościele Jerozolimskim — tkliwe to i czułe, nie 
wzniosłe ani potężne, na tle przepięknego krajobrazu, choć ukraiń 
skiego raczej, niż palestyńskiego. Jeszcze w późnych latach, około 
roku 1861, zrywał się poeta do większej kompozycyi, do »Wigilii 
godów tysiącolecia« (ochrzczenia Polski), aby opieśnić przymierze 
narodu z Ukrzyżowanym, a rozbrat z czartem i grzechem, lecz 
i jej już nie wykonał; »mniej rozśpiewany, więcej rozmodlony « 



— 127 — 

coraz ku Panu się zwracał i na dźwięki kornej wiary już się tylko 
zdobywał. Zadanie poezyi pojmował zawsze nader wysoko: 

Wieszcz ? to wybrane, przedrogie naczynie, 
To coś z wszechmocy Bożej w kruchej glinie 
Darowanego ludowi na chlubę, 

lecz daru tego na błyskotki zużywać nie dopuszczał i poetów- 
sztukmistrzów (Słowackiego np.) aż do jawnej niesprawiedliwości 
niedoceniał. 

Dziwna jego poezya, rozśpiewana, łechcąca ucho, przymila- 
jąca się, jak owa czarnobrewa, o którą matki-Ukrainy prosił; od- 
zywają się w niej tony, w poezyi polskiej niezwykłe, bo w gęśli 
jego obok »Boga, świata, Polski, Ukrainy« i dla Słowiańsczyzny, 
za przewodem jeszcze Brodzińskiego, osobna struna napięta. Bro- 
dzińskiemu jeszcze obiecał i później dokonał przekładu dum serb- 
skich; twierdził o sobie: 

Lubuję bardzo w słowiańskim ja gwarze... 
Tak, Szafarzyku! tak, tak Kopitarze! 
Pieśni hej dawaj Wuku Karadziczu i t. d., 

ale i jego panslawizm był osobliwszy, nie zgadzał się bynajmniej 
z panslawizmem czeskim; jemu bowiem »ojczyzna lasza to wszech- 
słowiańska królowa«, Polanie kijowscy i kruszwiccy to jedni, więc 
Tarasa Szewczenkę spółpiewcą uznawał i sam nie tylko »ruską 
nutę, polską mowę, jak dwie siostry, dwie królowe w one gody 
wiódł pod ręce«, lecz i pisał po ukraińsku; wsłuchaniu się w nutę 
ludową zawdzięczał też melodyjność własnego wiersza. Jedyny 
z poetów polskich nawiązywał i podtrzymywał stosunki z Rusi- 
nami we Lwowie, ze Słowieńcami w Lublanie, w Pradze i Za- 
grzebiu. 

Tęskne, smutne głosy przeważają w jego poezyi; zawiodły 
nadzieje i wieszczby, 

Mowa nasza głuchnie wszędzie, 
Mowa w sercach wykochana, 
Jak anielskich strun narzędzie, 
Taka strojna i ograna, 
Toż do szeptów służyć będzie ? 



— 128 — 
śmierć nieubłagana przerzadza tymczasem szeregi blizkich: 

Kędy nie spojrzę, świszczą pustki w domach, 
Bracia po pieśni ukryli się w groby, 
Stoję ogromion, jak dąb zgruchotany, 
Chwiejący czołem w step ponad burzany, 

rozwiały się ostatnie złudzenia i wyznaje sędziwy starzec: 

Duma dum moich, och! niewyśpiewana, 
Niewyśpiewana duma tu drga w łonie, 
Żywa, wiecowy dzwon mój po Bojanie, 
W który, tuszyłem długo, że zadzwonię 

w dzień zwycięstwa, lecz ten nie nadszedł. 

Ciosy nie zdołały jednak złamać człowieka ani wyziębić jego 
wiary i miłości, i choć mu cicha, pusta przestrzeń starości nie 
zwabiała już pieśni na wyblakłe usta, nie zwątpił, nie zgorzkniał 
nigdy, zachował serce wrażliwe i czyste, pogody umysłowej ani 
wzrok ugasający nie zakłócił i przetrwał skupiony w sobie, roz- 
modlony, cichy, najdłuższe lata, rozrzewniający w swej powadze 
sędziwej, wzór nieskalany moralnego hartu, jeden z najszlachetniej- 
szych przedstawicieli emigracyi i jej siły moralnej. Rychło stosun- 
kowo wyczerpywała się twórczość, najobfitsze lata to 1836—1841, 
potym coraz rzadziej się odzywał, czy to oskarżając siebie, czy 
ciesząc i kojąc innych, czy błagając w imieniu gromadki polskiej 
tułaczej, bezdomnej, zmiłowania dla Francyi, siostry miłej, miło- 
siernej, czy śląc z daleka krztę polskiej soli na kołacz, co wieźli 
Palacki i Rygier do Moskwy (1867). Do końca zachował ów styl 
brylantowy, rozwiewny przytem, urywany, przetkany wykrzykni- 
kami, który tak łatwo spospolitować, tak trudno utrzymać na tej 
wyżynie artystycznej, jego dziedzinie i tajemnicy. 

Inny druh ukraiński, co z nim razem, choć w stokroć gorszych 
warunkach, wychodźtwo dzielił, Seweryn Goszczyński, z którym 
nawet Towiańsczyzna go całkiem nie rozprzęgła, tworzył jeszcze 
mniej. Gdy jednak Zaleski nie rzucał jednostajnej barwy, jedno- 
stajnego przedmiotu, wypieszczonego języka, kozaków wymuska- 
nych, salonowych, zniewieściałych — wyrzucał mu to wszystko 
ów serdeczny druh a krytyk surowy, rozstał się Goszczyński 



— 129 - 

z Ukrainą na zawsze. Nie z ludem; pod wpływem Tetmajera i po- 
bytu górskiego zbierał, co widział, w »Dzienniku podróży do Ta- 
tro w«, jednym ze znakomitszych przyczynków do etnografii pol- 
skiej, a upoetyzował w »Kościelisku«; z niego jednak tylko część 
pierwszą, »Sobótkę«, wykończył. Z podaniem o nabiegu tatarskim 
(od którego niby Kościelisko nazwanej, związał podania o zbójniku 
najsłynniejszym tatrzańskim, Janosiku, i rozsypał, jak w »Zamku 
Kaniowskim«, jeszcze hojniej tylko, wszelkie wierzenia ludowe, 
dziwoźony jego i węże króle i mnichy tajemnicze, po opisie so- 
bótki tatrzańskiej, nocy świętojańskiej; on pierwszy — po nieu- 
dolnych próbach Tetmajera — poezyę gór i ich przyrody odtwa- 
rzał. Później pisywał powiastki prozą i wierszem, pokrewne sobie 
myślą i treścią; najbardziej odbiegała od jego posępnego sposobu 
tworzenia »Anna z Nabrzeźa«, chociaż i tu rzecz, pozornie misty- 
fikacyą, figlem pachnąca, wcale nie pusto się kończy; najznamien- 
niejszy między nimi jego »Król Zamczyska«, waryat Machnicki, 
pan na Odrzykoniu. Opowiadanie to jest nawet w szczegółach 
symboliczne (o losach Polski szlacheckiej, o jej przyszłości demo- 
kratycznej) i w całości alegoryą gorzką trąci — między materya- 
listami, zjadaczami chleba, pasorzytami i pasibrzuchami, jedyny 
obłąkany rozumny swoim szałem, o duszy i uczuciach królewskich, 
cierpi coraz mocniej i coraz mniej jest w stanie zaradzić złemu, 
morowemu powietrzu zimnego rozumu; on jeden pojął myśl, której 
»oni« pojąć nie mogą; gorzkie są jego słowa, złowróżbne proro- 
ctwa. W spółczesnych jego wierszach lirycznych odczuwa się 
echo pieśni Mickiewiczowej, apoteoza uczucia. W Towiańsczyznę, 
gdzie obok Mickiewicza stanął, wciągnął się najkonsekwentniej; 
zarzucił nawet, wzgardził własną demokracyą, którą do niedawna 
i w wierszach i prozą (»Pszonki«, pisma satyrycznego w Strass- 
burgu, wydawanego z Zienkowiczem , wyszydzającego białych) 
szerzył, bo widział w niej ubóstwienie materyi śmierci na pognę- 
bienie ducha życia i ukorzył się przed słowem Chrystusa, wiodą- 
cym na drogę prawdy. 

Jeśli teraz co pisał, to dla propagandy idei, prozą; lekceważył 
poezyę, zarzucał Słowackiemu - Towiańczykowi, że »co zachwycił 
w chwilach egzaltacyi, tym wzmacniał swoje stronę ziemską«; 
później, gdy Mickiewicza zabrakło, sam Towiański na wiersze go 
rozgrzeszał; i w nich służył idei, lecz rękopisów jego późniejszych 

DZIEJE LITERATURY POLSKIEJ T. II. 9 



— 130 - 

największa część dotąd nie ogłoszona; co znamy, np. »Posłanie do 
Polski« (wydrukowane późno, dopiero w r. 1869), miejscami tylko 
rzewnością skargi i wymową bólu zająć może. Choć obaj, Zaleski 
i Goszczyński pomiatali zarówno bałamutną mądrością świata i taj- 
nie ducha sławili, większych kontrastów ani wymyślić: tam miękki, 
rzewny, tęsknący poeta czarodziej słowa, tu szorstki, namiętny, 
gwałtowny mąż . czynu, prześladujący marzenie, gardzący formą 
i stylem; równą mieli niepokalaność charakteru i miłość ojczyzny; 
nie zgadzali się co do oryginalności, o którą Towiańczyk mniej 
pytał, niegdyś zaklęty wróg wszelkiej obczyzny, chełpiący się nie- 
przebranymi zasobami poezyi naszej ziemi, dziejów, narodu, cho- 
ciaż ich sam wydobywać nie zdążał. 

Do kółka Mickiewiczowego należał również, choć z powodu 
Towiańsczyzny stanowczo przeciw niemu wystąpił, Stefan Witwicki; 
spotkał go ten zaszczyt, że w czwartej księdze Tadeusza jego 
wiersze o mateczniku poeta umieścił. Przed wychodźtwem, do któ- 
rego się dobrowolnie przyłączył, w »Balladach i Romansach«, nie 
tylko za Mickiewiczem poszedł: wpływ Brodzińskiego wykazywał 
choćby taki »Ksenor i Zelina« samymi nazwami, to znowu Żukow- 
skiego »Świetlanę« parafrazował: wszystko wypadło arcy- niefor- 
tunnie, jak i »Edmund« jego. Przerzucał się całkiem na stronę 
Brodzińskiego w » Piosnkach sielskich« i w »Poezyach biblijnych «; 
z Piosnek niektóre rzeczywiście ludowe ton i motywy powtarzały. 
Na emigracyi dopiero trafił Witwicki w swój właściwy ton, gawę- 
dziarza ultrakatolickiego, popularnego, w »Wieczorach Pielgrzyma«, 
wydając bardzo ulubione książki do nabożeństwa (»Ołtarzyk złoty «), 
pisząc niepretensyonalne »GaduGadu«; już jego poezye biblijne 
były w istocie gawędami, prozaicznymi w wykonaniu. 

Nie lepszym poetą, choć brak poezyi górnym o sobie mnie- 
maniem wetował, był i Antoni Górecki, któremu farmazoństwo wi- 
leńskie tak w krew i kości przeszło, że i na emigracyi się z niego 
nie wyzwolił na razie i na ultramontanów zjadliwe, acz nudne, 
bajki i inwektywy pisywał, nim w Towianizm wsiąknął; narodowi 
francuskiemu na oznakę wdzięczności, za przytulenie emigracyi, 
»Kłosek« swój poświęcił, kamieniem więc za chleb odpłacił, tak 
twarde to wiersze, ale że po polsku, nie skrzywdził Francuzów. 

Jak Puszkin, tak i Mickiewicz szkoły osobnej nie stworzył; 
nie stworzyli jej przed nim ani Kochanowski, ani Krasicki, choć 



- 131 — 

naśladowców znachodzili licznych; ruchliwość, indywidualizm sło- 
wiański nie sprzyjają w umysłach nieco niepoślednie jszy eh wyłą- 
cznemu poddawaniu się jednemu wzorowi. Dzieła wpływ wywierały 
olbrzymi, nawet nie ustosunkowany sprawiedliwie, gdyż największą 
wrzawę wywołały najsłabsze, ballady i sonety, jakimi zwyciężały 
nowe kierunki, romantyczno-ludowy i bajronizujący; o »szkole litew- 
skiej* możnaby chyba przed r. 1831 prawić; w Paryżu jej już nie 
było, i grupowały się około mistrza, zrzekającego się niebawem 
poezyi na zawsze, talenty najrozmaitsze; koło to uszczupliła czy 
rozbiła Towiańsczyzna. Nie poderwała znaczenia mistrza; od Kon- 
radów i Tadeusza biło światło z siłą niezwątloną; przed jego bla- 
skiem gasło każde inne — bez wyjątku. Najboleśniej to odczuł, 
napróźno się z tym za życia szamotał, inny arcymistrz słowa pol- 
skiego; dopiero za grobem dane i jemu było zwycięstwo, co 
wielkiego rywala za życia opromieniało. 



9* 



ROZDZIAŁ TRZYNASTY. 
JULIUSZ SŁOWACKI. 



Dzieła młodzieńcze. Na wychodźtwie w Szwajcaryi, Włoszech i Paryżu; łragedye 
i »Beniowski«. Mesyanizm i »Król Duch«. Znaczenie Słowackiego. 

Jeżeli ten szczęśliwy, czyje najgorętsze życzenia los dobro- 
tliwy wypełnia, któż nad Słowackiego szczęśliwszy? I życiem poe 
tycznym obdarzyły go nieba i sławą pośmiertną, wzrastającą 
z każdym lat dziesiątkiem, a tego obojga pragnął jedynie i od 
pierwszej młodości. Dary te okupił trapiącym, nieuleczalnym smut- 
kiem, samotnością dolegliwą, głębokim milczeniem spółczesnych, 
nieraz udanym i umyślnym, przeważnie jednak istotnym. Nie w porę 
bowiem przyszła jego poezya i trudno o większą sprzeczność, niż 
ten czas twardy, antypoetycki, i to wcielenie samej poezyi, jakie 
się Słowackim nazywa, ten »największy artysta«, uznawany wtedy, 
gdy to słowo padło (1858 r.), może przez Klaczkę jedynego. 

Kto od poezyi pożytku czy prawdy, morału czy historyi, 
dokładnego opisu czy refleksyi gruntownych wymaga, zawiedzie 
się na Słowackim; zato wzruszeń i wrażeń, obrazów i dźwięków, 
stylu i nastrojów nigdzie więcej nie znajdzie, niż u niego. I dziwnie 
go skrzywdzili spółcześni: Mickiewicz unikał wymienienia nawet 
nazwiska w Kursach literatury — wspomniał od niechcenia, mówiąc 
o Sybirze i Kopeciu, a napadł gwałtownie i niesłusznie, wprawdzie 
również nie wymieniając nazwiska, lecz wątpliwości nie pozosta- 
wiając żadnej, — z powodu ks. Marka i roli jego w »Beniow- 
skim«; nie ujął się nawet za jawnie, z powodu własnej osoby, 
skrzywdzonym poetą, jakby się z oszczercami jego solidaryzował. 



- 133 — 

Nawet największy Słowackiego wielbiciel, Krasiński, nie zawsze 
go doceniał; ten sam, co roku 1840 do Gaszyńskiego pisał: »Za- 
prawdę, zaprawdę powiadam wam, wy się na nim (Słowackim) nie 
znacie; przyjdzie czas, w którym się poznacie; wszyscy krzyczeli na 
Byrona, wszyscy na Fausta, wszyscy na pana Adama, że ciemny, 
a dziś, dzieci go rozumieją« — napisał o »Królu Duchu« w r. 1847: 
»Nic prawiem nie zrozumiał, jeśli dwadzieścia strof, to najwięcej; 
wiersz prześliczny, ale to jak w kalejdoskopie; rysunki barw pełne, 
lecz bez treści żadnej; dźwięki naj dźwięczniej sze, ale bez myśli, 
albom ja waryat, czytelnik, albo autor, co pisał «; dlaczegóż nie 
dodał jeszcze a la Tańska: »mówią niektórzy, że dwa razy prze- 
czytać trzeba, żeby rozumieć, mnie żal było czasu«, chociaż »Król 
Duch« jest tak samo zrozumiały, jak » Lilia Weneda«, a tą się prze- 
cież Krasiński zachwycał? 

Skądżeź ta chwiejność w sądach albo jawna niesprawiedli- 
wość, gorszące to lekceważenie czy ignorowanie poety, zacięte 
i krzyczące u Zaleskiego, twierdzącego o Słowackim, że »puszy 
się jak indyk, lecz ani śpiewać, ani latać nie umie;., wszystko cu- 
dze i ladaco«; że dawniej błyszczało jakieś byrońskie światełko, 
»potem już tylko kopci knotem dymiącym«; nawet w »Beniow- 
skim« upatrywał Zaleski brak serca i woni poetyckiej, narodowość 
pozorną; i Mickiewicz pisał do Zaleskiego w tonie podobnym 
i podobnie słusznie o biednych pyszałkach-poetach, niby dyktato- 
rach emigranckich, gryzionych troskami władzy najwyższej, której 
rozkoszy nigdy nie użyli; cóż mówić o mędrcach z »Tygodnika 
literackiego« i »Dziennika narodowego«! Winy tych nieporozumień, 
krzywd i obelg, — w ludziach i czasach, po części jednak i w Sło- 
wackim i w jego poezyi, wyprzedzającej wiek swój, szukać należy. 

Syn profesora literatury polskiej w Krzemieńcu i Wilnie, tłu- 
maczącego »Henryadę«, piszącego tragedye »Mendoga« (pierwszą 
litewską, jeśli »Witenesa« Załuskiego, cud z hostyą, pominiemy) 
i »Wandę«, autora teoryi smaku, całe lata po szkołach popłacają- 
cej — odziedziczył po ojcu zmysł i pociąg do poezyi, jak i za- 
rodki choroby płucowej; matka, Salomeą z Januszewskich, była 
kobieta niezwykła, o sentymentalnym nastroju, smaku artystycz- 
nym, pociągu do literatury; urodził się z nich w Krzemieńcu, nad 
Ikwą, 23 sierpnia 1809 r. Całe wychowanie, niewieście (ojciec 
umarł już r. 1814), pieszczone, potęgowało już w chłopczyku 



— 134 — 

skłonności marzycielstwa, zadumy i dumy; z latami to rosło; spo 
tkanie i wpływ innego marzyciela (Spitznagla); pierwszy zawód 
miłosny, w fantazyi potym wyolbrzymiony; unikanie towarzystwa 
rówieśników — podsycały tylko marzenia, jakim się młodzieniec, 
nie znający trosk realnych, z namiętnością oddawał, czy na lekcyach 
uniwersyteckich, czy aplikując w biurze finansowym. I uczył się 
poeta lękać pospolitości, jako święconej duch zły się lęka wody, 
i na każdą rzeczywistość się żachał i żył coraz wyłączniej w swoim 
piękniejszym, poetyczniejszym, świecie wyobraźni. 

Fatalny był pierwszy występ, gdy wydał na emigracyi dziełka, 
pisane jeszcze w kraju, w Warszawie, przed r. 1831, nietknięte 
więc, ani tykające katastrofy narodowej, skazane wtedy z góry na 
najobojętniejsze przyjęcie. Zawierały też cierpkie nieco słowa 
przedmowy do trzeciego tomiku szczerą prawdę: »Nie zachęcony 
pochwałami, nie zabity dotąd krytyką, rzucam tom trzeci w tę 
otchłań milczącą, która pierwsze połknęła«. Inaczej być nie mogło; 
mówiły owe powieści i tragedye o wszystkim, prócz tego, co 
jedynie serca i głowy zaprzątało, a chociaż świadczyły o nadzwy- 
czajnym wirtuostwie formy, o płomiennej wyobraźni, o bogactwie 
nastrojów, biły z nich jednak w oczy i zawisłość, śpiewanie na 
cudzą nutę, i natrząsanie się niemal z rzeczywistości i jej wy- 
magań. 

Młodziutki poeta, bo dwadzieścia jeden lat sobie liczył, gdy 
te utwory (»Hugo«, »Mindowe«, »Mnich«, »Arab«, »Bielecki«, »Marya 
Stuart«) pisał, a »Żmiję« zaczynał, odrzucił słusznie pierwociny 
swego talentu, sonety, dumy ukraińskie i t. d.; w r. 1828 powstał 
»Szanfary«, ułamki poematu arabskiego, i cwałowała mu po gło 
wie tragedya o Mahomecie; ba, jeszcze za pobytu na Litwie mógł 
Mickiewicz pani Becu prób poetyckich jej synka gratulować i wielką 
mu przyszłość przepowiadać. 

Wyobraźni jego dostarczała coraz nowej treści obfita lektura, 
poetów swojskich i obcych, mianowicie Byrona, bo dumny bluź- 
nierca i szyderca najbardziej przyciągał: i on gardził tłumem, 
kłócił się z Bogiem i ludźmi, a poetycznością życia imponował. 
Z Anglików obok Byrona »stary Wil« fantazyę zaprzątał, podsy- 
cając skłonność ku wystawianiu konfliktów tragicznych i wszela- 
kich okropności. Z Francuzów Chateaubriand i Alfred de Vigny, 
później Balzac i pani Sand, ślady w twórczości poety wyryli. 



— 135 — 

Niemców nie znał wiele. Tym bardziej nęcili go Włosi, najbardziej 
Dante. Z autorów swojskich cenił najwyżej Kochanowskich, Piotra 
i Jana, dla języka i ducha; najgłębiej przejął się Mickiewiczem — 
każda stronica »Beniowskiego« o tym świadczy. 

Zawisłość pewna od wzorów obcych, zastępujących mu wła- 
sne doświadczenia i myśli — Byron i Mickiewicz kierowali pierw- 
szymi jego krokami, nie była jedyną cechą, nieodstępną i w dal- 
szej twórczości, bo z książek, marzeń czy rojeń, nie z życia, do- 
świadczenia czy serca, czerpał przez cały swój wiek poeta fanta- 
zyi i »mózgu«, wrażliwy na najlżejsze potrącenie z zewnątrz. Samo 
imię, rzecz więc zupełnie przypadkowa, »uderzało magnetycznie 
na imaginacyę« i wywoływało roje obrazów i myśli. Jak imię 
Wallasa kazało jeszcze małemu dziecku marzyć o »czymś podobnym 
do burzy, która wali lasy«, podobnie, pisząc nawet rapsody »Króla 
Ducha«, Ruś Czerwoną od zalania krwią wywodził, Popielowi po- 
częcie w popiołach przysądzał, a Rzepicę (Rzepkę) Rźe-Pychą tłu- 
maczył i rozsnuwał nieskończone wątki; wzmianka przelotna, drobny 
szczególik, rozrastając się w fantazyi, niby lawiną staczając się, 
porywały na co trafiały, aż wypełniły próżnią czy przepaść; nie- 
raz bez życia istotnego, a powołane do niego, ssały mary fanta- 
styczne zewsząd krew i soki; najróżnorodniejsze, nie zawsze zhar- 
monizowane pomysły tłoczą się, trafnie i mniej trafnie, w niezmier- 
nej obfitości. Uderza to już w obu dramatach młodzieńczych, gdzie 
coraz nowe momenty widza a raczej czytelnika — nie dla sceny 
pisane, z tropu zbijają, wnosząc coraz nowe zawikłania; to my- 
ślisz, że konflikt tragiczny w »Mindowie« na przeciwieństwie starej, 
rodzimej wiary ojców i nowej krzyźaków-przyblędów oparty; albo 
że katolicyzm wietrznicy na tronie o ponury kalwinizm jej podda- 
nych się roztrąci, lecz niebawem przekonywasz się, że poeta dla 
efektu niczego nie poświęcił, że olśniewał widza scenami i dyalo- 
gami, nie pytając o spoistość wiązania, że nie władał sztuką czy 
krytyką skreślania rzeczy choćby najpiękniejszych, jeśli niepo- 
trzebne. 

Z zadziwiającą przenikliwością, z formalnym darem jasnowi- 
dzenia docierał do najgłębszych konfliktów, np. podnosił trafnie 
u Darnleja bolesną, poniżającą sprzeczność między prawami męża 
do żony a bezprawnością »rejenta« do istotnej królowej (sprzecz- 
ność, jaka się w ciągu XVIII i XIX wieku na tronach austryackich 



— 136 — 

i holandzkich nieraz ujawniała) — lecz targnął i tą struną prze- 
lotnie, z motywu najciekawszego nie korzystał i nie pogłębił kon- 
fliktu. W tej pogoni za wrażeniem chwilowym, poświęcającej ja- 
sność, wyrazistość, dokładność rysunku mieniącej się barwie, nie 
brakował poeta również między pomysłami obcymi a własnymi: 
i Słowacki bowiem, jak Moliere, prend son Men ou U le trouve; 
bez najmniejszego wahania dług myśli u Mickiewicza czy Szeks- 
pira zaciągał i do tego się sam w przedmowie przyznawał. Po- 
życzki te rażą jednak czytelnika, dawnych znajomych w nowym 
otoczeniu odnajdującego, posądzającego mimowoli autora, jakoby 
bez szczudeł czy kijów, o własnych nogach, kroczyć nie umiał. 

Raziła czytelnika i jednostajność tych bohaterów, z klasztoru 
średniowiecznego czy z pustyni arabskiej, z lasów litewskich czy 
z gór szkockich wychodzących, pokłóconych z Bogiem i światem, 
wywyższonych nad ludzi, pogardzających tłumami i pastwiących 
się nad nimi, nawet bez celu; Mindowe przynajmniej Litwinów 
swych grozą w rygorze utrzymuje, masę bezkształną w formy 
państwowe ugniatając, ale Arab mści się, maniak jakiś, nawet nad 
naturą nieżywą; zbrodniarze to, przesyceni życiem, nie porzuca- 
jący go przecież, jeden, bo ma królem zostać, drugi, aby mógł 
innych dręczyć; wyzywają swymi zbrodniami Boga (pomysł i »Bal- 
ladyny« i »Króla Ducha« — Słowacki nie tylko innych, lecz i siebie 
samego powtarzał); marzyciele, mszczący się nad niewinnymi za 
rozdźwięk ideałów a rzeczywistości, gniewliwi na nią. I byliby 
tylko kopiami kopii Byrońskich, gdyby nie nowa, specyalna ich, 
a zupełnie nie byrońska cecha, smutek, tęsknota, godząca nas 
niemal z nimi, bo przejmująca nas głęboko. 

Wszystkich nadgryzł robak smutku, nieodstępnego i od autora 
samego, nadającego ową melancholijną, Chrystusową twarz i jego 
postaciom i jemu samemu; niedarmoź on się w »Godzinie myśli« 
spowiadał: »gdy dziecię karmi się marzeniami, jak chlebem po- 
wszednim, to smutno patrzy na świat nieznany !« Nietylko takiemu 
Mindowie smutek żre wnętrze: oto Nick, jeden z błaznów Szeks- 
pira, lecz jakżeż wkońcu od nich odmienny! żaden z nich nie 
zginął z owym rozdzierającym okrzykiem »Matko! jak mi źle było 
na świecie !«. Smutków takich Byron wcale nie znał; na nas czyni 
wrażenie nie Bielecki, poprzysięgający zemstę, do niej wszystko 
przygotowujący, nią się wreszcie upajający — tu Byron kończy, 



— 137 — 

lecz Bielecki z Anną, niby Edyp z Antygoną, uchodzący w smutku 
bezbrzeżnym; i raczej z Malczewskim niż z Byronem spotyka się 
autor. 

»Bielecki«, choć jak wszystko, epizodycznie traktowany, z po- 
mijaniem długich przejść i walk wewnętrznych, podobał się jeszcze 
najwięcej, był najprzystępniejszy; »Żmija« — wysnuty z prostej 
nazwy topograficznej, wału Żmijowego, przedstawiał najwięcej za- 
gadek, dziwną plątaninę fabuły; »Mindowe« i »Marya« rozbijały 
pierwsze u nas zużytą formę dramatu klasycznego, lecz »Mindowe« 
raził niedojrzałością i z teki dziecinnej ruszać go nie należało; 
»Marya« stanęła znacznie wyżej, chociaż i ona, luźno zbudowana, 
właściwej żyły dramatycznej w autorze nie objawiała. Jak Byron 
i Mickiewicz, jak Puszkin i Lermontow, i Słowacki do wymagań 
sceny talentu naginać nie umiał i szkodziło chyba »Balladynie« 
czy »Lilli Wenedzie«, gwałtowne w formy dramatyczne wciskanie; 
z dramatów, drukowanych, najwcześniejsze, »Marya« i »Mazepa«, są 
najlepsze, bo temat sam, szczególnie pierwszej, fantazyę rwącą 
poety - Aryosta w karbach utrzymywał. 

Trzeci tomik zawierał, prócz kilku ślicznych liryków i dum, 
»Lambrę«, »dzieło obcej osnowy« — takim określeniem uprzątnął 
je Goszczyński z drogi krytycznej — znowu nadzwyczaj dla Sło- 
wackiego charakterystyczne. Korsarz i wojownik za niepodległość 
Grecyi, bicz boży na ludzi, przypominał bohaterów byrońskich; 
nawet, jak oni, jak Konrad Wallenrod trunkiem, rozmarzał się ha- 
szyszem, lecz nie, żeby zapominać o życiu: żeby przedłużać sen- 
marzenie, nie stykać się z rzeczywistością, nie wpadać z obrazów 
jasnych w ciemność myślenia; opis tych upojeń, ich gmachów nad- 
obłocznych, tych baniek mydlanych, nieprześcigniony; i tam nawet 
smutek prześladuje marzyciela; roją się mu cienie kleftów pole- 
głych i podobny do szmerów rosnących potoku dobywa się z nich 
głos-wyrzut: czemuś nie skonał, gdy wszyscy konali? Wyrzut ten 
Słowacki sam do siebie stosował. 

Jak z Warszawy, uszedł nagle i z Paryża, gdzie go wszystko, 
nawet klasyczna, to jest nienaturalna gra aktorów w tragedyi ra- 
ziła; miasta samego nienawidził; już w r. 1832 losy r. 1871 mu 
przepowiadał w pysznym wierszu »Paryż«. Osiadł w Genewie na 
lat kilka i tu, szczególniej porą jesienną, jak i Puszkin, tworzył, 
chociaż narazie wydrukował tylko »Kordyana« (na początku r. 1834). 



— 138 — 

Dzieło to w całej spuściźnie poetyckiej Słowackiego wyjątkowe: 
z bujań po niwach obcych i czasach dalekich spuścił się odrazu 
do otoczenia najbliższego. Osobliwsza też przyczyna nagły ten, 
niby nie naturalny zwrot u Słowackiego wywołała; były nią »Dziady« 
drezdeńskie, krzywdzące pamięć ojczyma (doktora Becu); gdy nie 
mógł na rękę, wyzwał autor na poematy domniemanego przeciw- 
nika; żeby zaś zamiar ten nieco zatrzeć, wydał je bezimiennie pod 
tytułem: »Kordyan, Część pierwsza Trylogii. Spisek koronacyjny«; 
przecież i »Dziady« tylko akt pierwszy dawały. 

Dziwnie spotkał się Słowacki z Garczyńskim w obiorze te- 
matu, chociaż przypadkowym może to nie było, a zresztą »Dzieje 
Wacława« i »Kordyan« (nawet imię osobliwsze Słowacki wymyślił, 
gardzący pospolitymi) stworzone wedle szematu »Dziadów«: mło- 
dzieniec, niedoszły samobójca z powodu zawiedzionej miłości, co 
zwątpił w mądrość i wiarę, przeradza się w patryotę, odnajduje 
cel bytu i dąży do czynu; tylko całkiem niezasłużone znaczenie 
przypadło w udziale samemu Spiskowi, co spiskiem wcale nie był, 
lecz pomysłem, stłumionym w zarodku, później dopiero rozdmu- 
chanym. 

O Lambrze swoim Słowacki powiedział, co się do Kordyana 
jeszcze lepiej stosuje: »Jest to człowiek, będący obrazem naszego 
wieku, bezskutecznych jego usiłowań; jest to wcielone szyderstwo 
losu, a życie jego jest podobne do życia wielu teraz mrących 
ludzi, o których przyjaciele piszą, czym być mogli, a o których 
nieznajomi mówią, że nie byli niczym«. Mickiewicz utożsamiał się 
z Konradem; Słowacki Kordy anowi tylko własnej młodości uży- 
czył; potym go od siebie odszczepił, żeby mógł działającego wy- 
stawić. Czynność jego z góry na bezpłodność skazał, bo i wiek 
po temu: sam Bóg ręce założył, wypoczywając; uwijają się zato 
czarci i w nocy przygotowania spuszczają na ziemię przyszłych 
polskich wodzów i mężów stanu, skarykaturowanych niesłychanie, 
jakby piórem Czyńskiego lub Gurowskiego. 

Na takim tle wystąpi Kordyan - entuzyasta, rwący się do 
czynu, niezdolny do żadnego, bo brak mu woli, a rozigrana nadto 
fantazya ubezwładnia mu muskuły. Udzielił mu Słowacki własnego 
smutku, wyżerającego wszelką energię; Kordyan zapewnia wpraw- 
dzie: »wierzcie mi, wierzcie, ludzie, jam jest wielki, mocny «; ale 
sam zaraz dodaje: »robak smutku mnie gryzie, tak, że mówiąc 



— 139 — 

z wami, chciałbym przestać i usiąść i zalać się łzami«; nie dziw 
więc, źe nerwy wypowiadają marzycielowi posłuszeństwo, gdy na- 
reszcie o czyn się kusi. Czy go poeta osądził? czy nie widział 
w nim mimo to wielkości, w jaką Garczyński u Wacława uwie- 
rzył? jakkolwiekbądź, charakter wystawił prawdziwy, a scenę, jak 
rozżarzona wyobraźnia podsuwa zmysłom fantazmagorye najokrop- 
niejsze, z nieprześcignionym wykończył mistrzowstwem. Postęp 
był olbrzymi; wobec bladych mar dawniejszych uderzał Kordyan 
scenami o wybuchowej niemal sile, nie przewyższonymi i później; 
poeta sam niebawem znienawidził swoje pierwsze utwory; czy do 
nich i »Kordyana« zaliczał? 

»Kordyan« zwrócił większą nieco uwagę publiczności na 
autora, bo inaczej, niż poprzednie utwory, odpowiadał »duchowi 
czasu« i piękności mieścił bez porównania więcej; w dawniejszych 
ułamki tylko bywały śliczne, np. ów cytat z »Lambra«, powtó- 
rzony jako motto »Kordyana«. Zaraz prolog, z trzema osobami, 
odbijał od wszystkiego, co poeta dotąd napisał; po raz pierwszy 
stawał tu jego wiersz płomienny, sypiący skrami, a chociaż ciąg 
dalszy nie ze wszystkim dotrzymał, co owe osoby zapowiadały, 
przewyższał ten utwór o całe nieba »Wacława Dzieje«. 

Całej prawdy jednak i ten poeta nie dostrzegał; nie popełnił 
wprawdzie bluźnierstwa, aby jedyne ludzkie, mądre i godne słowa 
szatanowi kłaść w usta, jak to uczynił Garczyński; przeznaczał je 
Niemcewiczowi, skrzywdzonemu i poniżonemu w »Przygotowaniu«; 
i jego więc uniosła fantazya od ziemi i prawdy. Skruszenie jednak 
Konrada jest Kordyanowi zupełnie obce; wiary nie odzyskał, jak 
i poeta, nie wierzący w szczerość religijnej egzaltacyi i u innych, 
co jeszcze w przedmowie do »Lambra« odstrychnął się, nieco szy- 
derczo, od »szkoły religijnej, owej wieczerzy pańskiej polskich 
poetów, do której zasiedli w Paryźu«; on, co wszystko do wier- 
szów wyłącznie odnosił, pytał, czy zwrot ten »nie jest sztucznie 
natchnięty słowami Fryderyka Schlegla, który w religii katolickiej 
źródło jedyne w poezyi upatruje«; wyraźnie nie wierzył, »aby 
szkoła de la Menistów i natchnięta przez nią poezya była obra- 
zem wieku«, i w Mickiewicza tym godził. 

»Kordyan« mieścił, jak »Dziady«, brylanty poezyi opisowej, 
liryzmu wysokiego, scen w szekspirowskim duchu wykonanych, 
mimo to ani dramatem był, ani na rzeczywistości silnej osadzony. 



— 140 — 

Lubował się poeta w epizodach i epizodycznym kreśleniu; prze- 
ważały ozdóbki; całkiem zewnętrzny był i nagły przewrót, doko- 
nywaj ący się w Kordyanie: powietrze Telia i Winkelrieda owiało go, 
lecz wiemy z góry, że nie z nimi mu się równać, chociaż czyn 
Tellów planuje. Zresztą sztukował i tu poeta własną inwencyę 
obcymi łatkami; jeśli »Wacława« pominiemy, »Fausta« przepomnieć 
niepodobna, nietylko w scenie przygotowania, niby parodyi z nocy 
Walpurgi. Lecz nigdzie nie przetopił poeta tak znakomicie obcego 
materyału, jak właśnie w »Kordyanie«; wszystko tchnie jego wła- 
snym duchem: pożyczki, jak stale u Słowackiego, są tylko ze- 
wnętrzne, przypadkowe, zapomina się o nich niebawem. 

Na drodze »Kordyana« jednak nie wytrwał; do zapowiedzia- 
nych dalszych części nie zabrał się nigdy, jak i Mickiewicz: i obaj 
może byliby w ambarasie, jak poprowadzić zaczęte dzieło, przy- 
najmniej w formie dramatycznej. Słowacki, w »Kordyanie« niby 
aktualny, uleciał niebawem napowrót do dziedzin, gdzie się swo- 
bodniejszym czuł panem. Jeszcze tego samego roku (1834) otwo- 
rzyła mu »Balladyna« »nową drogę, nowy kraj, poetyczny, nie- 
tknięty ludzką stopą, kraj obszerniejszy, niż ta biedna ziemia, bo 
idealny «. Nie była to jedyna tragedya płodnej tej jesieni; towa- 
rzyszyły jej »Wallas« (Słowackiemu, gdy jeszcze był dzieckiem, 
imię w pamięci zastrzegło, a w samotności genewskiej wypłynęło), 
dziś nieznany, i »Mazepa«; o tym wprawdzie raz wyraźnie wspo- 
mina, że go spalił w kominku, czy nie przepis tylko na czysto? 
wydał go przecież roku 1840; przypuszczano, że braki czy zała- 
mania w układzie świadczyłyby, iż przy nowym tworzeniu niektóre 
dawniejsze sceny pobróździły, ależ i inne dramaty Słowackiego 
wykazują podobne załamania. Jakkolwiekbądź »Balladyna« była jego 
»faworytką... z wszystkich rzeczy, które dotychczas moja mózgow- 
nica urodziła, ta tragedya jest najlepszą«, i odłożył jej druk tylko 
dlatego, że na razie, wobec niewracających się kosztów, nie miał 
czym posmarować pras drukarskich. 

Sam czuł i przyznawał, że, »ile razy zetknę się z rzeczywi- 
stymi rzeczami, opadają mi skrzydła, i jestem smutny, jak gdy- 
bym miał umrzeć; albo gniewny«. Zato trzymał duszę swą na- 
kształt harfy eolskiej — słowa Krasińskiego z powodu »Balla- 
dyny« — wyżej nad dłonie ludzi, śród powiewów nieba... niech 



— 141 — 

myśli Boga, promienie gwiazd i skrzydła przelatujących aniołów 
grają na niej; nie przesadzał poeta, twierdząc w »Beniowskim«, że, 

. . . kiedy grzebię w ojczyzny popiołach, 
A potem ręce znów na harfie kładnę, 
Wstają mi z grobu mary takie ładne, 
Takie przejrzyste, świeże, żywe, młode, 
Że po nich płakać nie umiałbym szczerze, 
A każda, co chce, z mego serca bierze, 
Sonet, tragedyę, legendę lub odę. 

Tak i »Balladynę« z popiołów ojczyzny wygrzebał; jedna mara 
inne wywołała. Nęciło fantazyę, lśniącą a lotną, aby zakląć cienie 
zamierzchłej, bajecznej przeszłości, coś w rodzaju »Aryosta« z mi- 
tów i legend polskich utworzyć. Pisarzów XVIII wieku, ani ciężkich 
Sasów ani lekkich Stanisławczyków, stać na to nie było; ani »Le- 
chias« ani »Myszeis« nie odpowiadały romantycznym gustom; Sło- 
wackiemu i Makbety i Liry i Hamlety spokoju nie dawały. 

Jak z samego nazwiska wału żmijowego wziął pochop do 
stworzenia zawiło- fantastycznej powieści, podobnie wystarczył mu 
wątek »ballady« ludowej czyli raczej »Malin« Chodźki, a za nim 
niewyczerpane bogactwo innych tematów się przedstawiało. W przed- 
mowie do »Balladyny« wyraźnie to zapowiedział: »Balladyna, wbrew 
rozwadze i historyi, zostanie królową polską, a piorun, który spadł 
na jej chwilowe panowanie, błyśnie i roztworzy mgłę dziejów prze- 
szłości... »Balladyna« jest tylko epizodem wielkiego poematu w ro- 
dzaju »Aryosta«, który ma się uwiązać z sześciu tragedyi czyli 
kronik dramatycznych«. 

Pomysł sam był świetny; za świetne wykonanie ręczył zaś 
talent autora. Musiałaż mieć Polska dzieje bajeczne; rąbek ich 
uchylały podania »narodowe«, o smoku i Wandzie, o Popielu i Pia- 
ście, o pani, co zabiła pana, o siostrobójczyni i inne. Na widownię 
dziejową wyszła przecież Polska cała w zbroi i pod silnym rzą- 
dem Piastowiców: musiałyź jednak być czasy i przejścia, co ten 
rząd wydały: katastrofy, ujarzmienia, wytępiania pierwotnego na- 
rodu, dzikie okrucieństwa tyrana, co z pierzchliwych Słowian naród 
karny utworzył i zahartował — przecież to nie chimeryczne, lecz 
prawdopodobne; przyjmowali to i poważni historycy, np. ujarzmie- 
nie Słowian nadgoplańskich przez Lechów, przez »szlachtę«. Tak 



- 142 - 

wyroiły się za »Balladyną« i »Krakus« i »Lilla Weneda«. W »Balla- 
dynie« i (niewykończonym, niewy danym) »Krakusie«, najwięcej 
obcych wątków, Szekspirowskich; »Lillę« wykonał zupełnie inaczej. 
Pomylił się autor tylko co do formy: aryostowski rozprężny rodzaj 
jego mniej nadawał się do formy dramatycznej i »Balladyna« 
i »Lilla« widocznie pod tą formą nieodpowiednią ucierpiały. 

Skąd to uporne pasowanie się z aniołem dramatycznym? 
W początkach zawodu przeplatał poeta dramaty powieściami, »Lam- 
bro« przyszedł jeszcze po »Mindowem« i »Maryi«; dlaczegóż rzucił 
się poeta po »Lambrze« całkiem na dramat, krępujący go nadto? 
Formę »Kordyana« tłumaczyły jeszcze Dziady — ale potym ? Roz- 
strzygało stałe rozczytywanie się w »Wilu«; jego to sobie Sło- 
wacki tak przyswoił, że nawet przytępił uczucie różnicy między 
własnymi a szekspirowskimi marami, obrazami, sytuacyami; może 
zresztą nęciło go, że właśnie w dramacie nikt z »romantyków« 
(»Izory« Odyńca ani »opowiadań - działań« Gosławskiego Słowacki 
poważnie nie brał), sił nie próbował, że pole było otwarte. 

O »Balladynie« pisał autor do matki/ obszerne, długoletnie 
listowanie jego z ukochaną matką jest najciekawszą i najbogatszą 
kopalnią szczegółów autobiograficznych i autorskich, nęci i formą 
i rzewnym, tęsknym uczuciem i szczerością wyznań. »Cała podobna 
do starej ballady (dlatego imię), ułożona tak, jakby ją gmin ukła- 
dał, przeciwna zupełnie prawdzie historycznej, czasem przeciwna 
podobieństwu do prawdy; ludzie jednak, starałem się, aby byli 
prawdziwymi i aby w sercu mieli nasze serca«, a w przedmowie 
do druku: »Balladyna wychodzi na świat z ary osty cznym uśmie- 
chem na twarzy, obdarzona wnętrzną siłą urągania się z tłumu 
ludzkiego, z porządku i ładu, jakim się wszystko dzieje na świe- 
cie, z nieprzewidzianych owoców, które wydają drzewa, ręką ludzi 
szczepione«. Balladyna, to udramatyzowana klechda i, jako taka, 
ani z ludźmi, ani z czasem nie bardzo się liczy; jej postaci, niby 
chrześcijanie, lecz, jak w klechdzie, świat półbóstw, nimf i dryad 
i duchów, jeszcze się panoszy, chociaż Pioruny i Świętowici już 
zdetronizowani ostatecznie, chociaż te duchy same, jak w klech- 
dzie, na zawsze już nikną; jak w klechdzie, królem zostanie ten, 
co koronę - talizman przyniesie (podobny talizman, harfę, w »Lilli 
Wenedzie«, spotykały próżne zarzuty krytyków, że i ona nic nie 
pomoże Wenedom, więc niepotrzebna — przecie szczęście w Eden- 



— 143 — 

hall było do puharu szklanego przywiązane!); jak w klechdzie, 
niema różnic w stanach, rycerz Kirkor pod słomianą strzechą towa- 
rzyszki życia szuka; jak w klechdzie, głupi Maciuś Grabiec szczęśliwy 
nad zasługi. Lecz w błogi i spokojny świat klechdy wmieszał się 
dysonans, zbrodnia, zabicie siostry, i pociągnie za sobą coraz inne, 
coraz straszniejsze — już nie jak w klechdzie. Balladyna sięga 
wkońcu aż po koronę; wprzód musiała uprzątnąć wszystkich spól- 
ników, zaprzeć się matki własnej, i, gdy nakoniec, zgwałciwszy 
porządki moralne, nad nie się wzniosła, niedostępna teraz nikomu, 
piorun, jak w klechdzie, pomścił wyzwanie Boga i ładu boskiego 
na ziemi; ślepy traf (na początku), ironia losu, niwecząca najlepsze 
zamiary (w całym dramacie), konsekwencye czynu, zbrodni jednej, 
pociągającej koniecznie nowe, coraz większe za sobą, przygoto- 
wały owego Deux ex machina,, ów starej estetyki dignus vindice 
nodus, który wbrew niej zawsze niedramatycznym pozostanie, 
czymś obcym, narzuconym, przypadkowym, nie wypływającym 
z założenia samego i akcyi. 

Obok niedramatyczności zakończenia razić mogło — nadmierne 
bogactwo faktów i motywów, musiało — zbytnie posługiwanie się 
efektami Szekspirowymi, że aż Krasiński o Balladynie twierdził, 
jakoby ją »Szekspir porodził w głowie Juliusza«. Rzecz miała się 
poniekąd, jak z owym Nickiem: pierwszy pomysł bywał obcy, jak 
zresztą i u Szekspira samego; Goplana to Ty tania, ale wykonana 
całkiem w duchu Słowackiego; etery cznością i tęsknotą przewyż- 
sza ulatująca na zawsze sylfida goplańska pierwowzór angielski, 
płaski wobec niej i prozaiczny niemal, i pozostanie zawsze krea- 
cyą poetyczną o niewymownym wdzięku. 

Obok »Balladyny« powstawały w owym płodnym w prace 
i marzenia zaciszu genewskim i inne, niezawisłe od niej i między 
sobą dramaty: »Mazepa« i »Horsztyński« (tytuł, dany przez wy- 
dawcę, nie przez Słowackiego, co i innych wydanych po śmierci 
poety dzieł, np. »Niepoprawnych«, dotyczy), z XVII i XVIII wieku, 
chociaż nie historyczność leżała w zamiarach poety. »Mazepę« wy- 
dał (czy przerobił lub nawet świeżo napisał?) na początku r. 1840; 
tytuł, jak nieraz u Słowackiego, myli; Mazepa dał tylko podnietę 
do stworzenia tragedyi zazdrości, lecz nie jest jej bohaterem, ra- 
czej wojewoda — polski Otello, polska Desdemona- Amelia, a na- 
wet melancholijny Zbigniew Don Carlos, zakochany w pięknej 



— 144 — 

młodej, niewinnej macosze; Mazepa -Don Żuan schodzi do podrzęd- 
niejszych komparsów, jak król-Tartuffe lub kasztelanowa -stręczy- 
cielka: od tych wstrętnych raczej postaci odbijają tamte nieszczę- 
ściem, smutkiem, namiętnością. Jak w każdym dramacie Słowackiego, 
są i w Mazepie dygresye i epizody, nie wiążące się z całością; 
mimo to odznacza się »Mazepa« wysokim napięciem dramatycz- 
nym, energicznym tempo (nie darmoż może napisany »we dni kilka- 
naście*) i wstrząsającymi scenami, chociaż niektóre motywy zapo- 
życzył, zwyczajem stałym, u obcych, jakby fantazyi nie starczyło 
na wymyślanie własnych: charaktery niektóre, również częstym 
trybem u Słowackiego, nie przedstawiają się z zupełną jasnością. 
O »Horsztyńskim«, tragedyi syna, wahającego się między miłością 
ojca -hetmana a obowiązkiem patryotycznym i sprowadzającym, 
a raczej nie uchylającym katastrofy od ojca dla tego wahania, 
skomplikowanej miłością ku nowej Amelii, tym razem Salomei, 
sąd trudniejszy, bo rękopis w rozstrzygających miejscach uszko- 
dzony; tragedya cała nabrzmiała smutkiem i łzami; prozą, prze- 
ciw zwyczajowi, pisana i może dlatego wkońcu zaniedbana, mimo 
głębokości i wdzięczności tematu. 

Z Szwajcaryi, bogatej dla poety wrażeniami — w samych 
krajobrazach uderzał go nastrój, jednolitość, co zamierzał przeno- 
sić odtąd we własne dzieła, wyjechał do Włoch; spotkanie i przy- 
jaźń z Zygmuntem Krasińskim w Rzymie, to najważniejszy epizod 
tego pobytu; stamtąd odbył podróż wschodnią, na Grecyę i Egipt, 
zdążając do Grobu Zbawiciela, i po przystanku w klasztorze 
ormiańskim do Włoch, do Florencyi powrócił, gdzie dłużej zaba- 
wił, poczym się z końcem roku 1838, tym razem na zawsze, do 
Paryża na nowo przeniósł. 

Wynik podróży był nadzwyczajny; zmężniała i spotęźniała 
muza Słowackiego, wchłaniającego coraz nowe wrażenia: ustały 
melancholijne jej skargi; nabrała wielorakości tonu, niesłychanego 
bogactwa i przepychu, iście wschodniego, barw i szczegółów; lu- 
bowała się w kontrastach rażących. 

Płodność poety była niepomierna; lecz tylko cząstka jej wy- 
szła w ostatecznym obrobieniu na sąd publiczny; inne, liczniejsze 
rzeczy, pozostawały, niemal z góry na to skazane, w rękopisach 
i zatracały się, nieraz w najważniejszych partyach. Do takich na- 
leży »Podróż na Wschód«, niby parodya Childe Harolda, nadzwy- 



— 145 — 

czaj obszerna, bo w ciągłych dygresyach odskakiwał poeta od 
ruty turysty i w dziewięciu pieśniach dopiero do wybrzeży grec- 
kich dotarł; błyszcząca i mieniąca się w tysiącznych barwach, to 
poezyą, to wesołością i pustotą, to ironią i przekąsem, to smut- 
kiem i tęsknotą, powagą i żalem. 

I w druku następywały po sobie raźnie rzeczy świeże lub 
dawniejsze (»Balladyna«, »Mazepa«, »W Szwajcaryi«); zgryźliwa kry- 
tyka, czepiająca się jak pijany płota, szydziła z płodności autor- 
skiej. Najpierw wystąpił, po raz pierwszy i ostatni, z prozą, 
z »Anhellim« (1838), świeżo napisanym, z najoryginalniejszym i naj- 
smutniejszym, melancholicznym płodem, niepodobnym do niczego. 
Temat, poruszony w »Kordyanie«, snuł dalej poeta; prozą biblijną, 
jakby wedle Ksiąg Narodu i Pielgrzymstwa Mickiewicza, przed- 
stawiał losy nie narodu całego, raczej jego emigracyi, jej s warów, 
walk i nędzy; — z emigrantów tych wyróżnił siebie, bohatera 
smutku i cierpienia, ofiarę zadośćuczynienia za naród, jak ten na- 
ród sam miał ponieść zadośćuczynienie za grzechy wszystkich; tło 
tych smętków i cierpień wybrał fantastyczne całkiem, nie realne, 
lecz borealne, poezyę lodów i zorzy północnej, Eden melancho- 
lijny, wystrojony w alabastry śniegów i sine oczy gwiazd, ułudę 
dziwną, prześliczną i straszną, okropną i ponętną zarazem, aby 
słów Krasińskiego użyć. Są tu i alegorye, widziadła piekła emi- 
gracyjnego i moralnego zniszczenia ofiar jego, nadzwyczaj dra- 
styczne, chociaż dostrojone do owego śnieżnego tonu całości; są 
i szczegóły historyczne... — zwięzłość poety, niby nowego Dan- 
tego, wymagałaby obfitego komentarza; przeważają i wspomnienia 
osobiste (kochanki pierwszej, nieodstępnej w myślach); jest niby 
i spowiedź własnego życia, niby program jego a zarazem uspra- 
wiedliwienie czy objaśnienie owego smutku, trawiącego poetę; 
wyrażał go nieraz spółcześnie, w owym pysznym wierszu »Smutno 
mi Boźe«, w owej przygrywce i epilogu »Z Szwaj caryi«: 

Bo tu i tam, za morzem i wszędzie, 
Gdzie tylko poślę przed sobą myśl biedną, 
Zawsze mi smutno i wszędzie mi jedno 
J wszędzie mi źle i wiem, że źle będzie... 

Smutek ten, to niby ekspiacya: nie czynem męskim, ofiar- 
nym, nie przykładem świecącym i nauką porywającą, lecz oczeki- 

DZIEJE LITERATURY POLSKIEJ T. II. ]Q 



— 146 — 

waniem biernym, skazanym z góry na milczenie i niepamięć, i ma- 
rzeniem czegoś zaświatowego, porywem za nieuchwytnym, niewy- 
raźnym ideałem, poetyckim naturom właściwym, dokonywa ofiary 
czy odkupienia Anhelli, wybrany na to od młodu, z rysami swego 
pożerającego smutku od samej kolebki, sam o tej ofierze przezna- 
czenia nie wiedzący — gdyż bez tego ofiarąby nie była. Od roz- 
paczliwie ciemnego tła — widzenia wygnańców i ich robót nieroz- 
sądnych, nieludzkich nawet, jak ich postępywanie z Szamanem, 
odbijają smętne, idealne twarze Anhellego i jego towarzyszek; 
czysty, jak lilia, biorąca z wody liście i kolory niewinne, pełen 
miłości i litości, opętany przez anioła, sam niby anioł, jak imię 
dowodzi, chciałby umrzeć, bo nie wie, dlaczego żyje, lecz wszyst- 
kich przeżył, sam został, jak harfa z porwanymi strunami, i ginie, 
wybrany na ofiarę spokojną, ofiarę serca. Doktryna rozpaczliwa, 
lecz z takim urokiem słów i obrazów przedstawiona, że rozbraja 
wątpliwości krytyczne. 

Mimowoli nasuwa się porównanie Konrada, Anhellego, Iry- 
dy ona — bo utwór Krasińskiego nie obcy był Słowackiemu; nawet 
starzec syberyjski, Szaman, nietylko Wirgiliusza (Dantego), ale 
i starca od pustyni, Masynissę, przypomina. Stworzył ich wszyst- 
kich spoiny entuzyazm, ów podkład granitowy całej literatury emi- 
gracyjnej; lecz zadanie swe, jako wodza narodowego, każdy z poe- 
tów inaczej pojmywał i przedstawiał. Niezdolny do czynu, marzy- 
ciel Słowacki, podchwycił zapowiedź, wyrażoną w Irydyonie, lecz 
ją po swojemu wykonał; zamiast czynów ciągłych i bez wytchnie- 
nia, zadowolił się wysychaniem serca w piersiach, zmartwychwsta- 
nia nie zapragnął, nie żądał się ujrzeć wolnym synem niebios; 
w takim położeniu bez wyjścia zapowiadał natomiast Konrad me- 
syanizm Towiańskiego, apostolstwo nowego słowa ducha i wiary; 
godzą się zaś wszyscy trzej poeci w tym, że wypierają się za- 
równo wallenrodyzmu, szamotania się z losem, manowców konspi- 
racyjnych, zemsty i zdrady, spadających na tych samych, co się 
nimi posługują. 

Ze wszystkich utworów Słowackiego »Anhelli« najbardziej 
fantastyczny, aż do mętności i mistycyzmu; zarazem naj zwięźlej - 
szy, a przy tern najwięcej skomplikowany, nęci i tajemniczością 
samą pomysłu i cudownym wykończeniem formy i nadzwyczajną 
jednolitością tonu i kolorytu: chmura gwiazd, białych duchów, 



147 



które lgną na łozy, jak szpaki Danta, rzecz taka ponura a taka 
mleczna, mówi o niej sam poeta. 

W podobnym tonie rezygnacyi i smutku, bez żadnego po- 
rywu do buntu, tak częstego zresztą u ducha rewolucyonisty, utrzy- 
mał i sielankę miłosną, »W Szwajcaryi« (z »Trzech Poematów«, 
roku 1839): »tak prześlicznie idylliczne, a zarazem tragiczne, że 
nic podobnego o miłości marzonej nie znam w żadnym języku; 
są tam takie szklistości, przezrocza, takie bańki tęczane, wieńce 
z świeżych wisien nad główkami śnieżnych gołębi, takie przymila- 
nia się natury szwajcarskiej, nachylania się gór i słupów z lodu 
ku sercu kochającemu, że... trzeba bezczelnym być, by się brać 
do pisania wierszów po wierszach Juliusza«, pisał Krasiński. 

Najpiękniejsza to dań poetycka, jaką naród polski złożył 
Szwajcaryi, — wymarzonej, jak miłość poety, nie realna — prócz 
kilku rysów, zdradzających wspomnienia pierwszej i jedynej miło- 
ści do Ludwiki Śniadeckiej. Na to arcydzieło prawdziwego i głę- 
bokiego uczucia złożyły się i przyroda alpejska, nastrajająca go 
do smutku i kochania, i tęsknota za miłością wielką, niepodobną 
do osiągnienia. Jest to opowiadanie epizodu życiowego, całego 
przebiegu od pierwszego spotkania, od miłości niewinnej, nieziem- 
skiej, duchowej, przez rozbudzenie namiętności i szału, aż do 
równego, spokojnego kochania, przerwanego ciosem losu, zawist- 
nego szczęściu ludzkiemu — podobne do opowiadania Araba o losie 
równie złośliwym, prześladującym niewinnego. Opowiada to poeta 
o sobie, w pierwszej osobie, lecz skoro to miłość wyśniona, więc 
całość na sen nieco zakrawa, nieuchwytny, lotny, a mimo to zdolny 
zwichnąć szczęście na zawsze: 

odkąd zniknęła, jak sen jaki złoty, 
usycham z żalu, omdlewam z tęsknoty, 

za tą »marą srebrnej białości, która na dziwnej zieleni łąk szwaj- 
carskich na odłamie skały stawała przede mną — cicha, czysta, 
biała i spokojna«: odnajdziemy ją taką samą w »Lilli Wenedzie«, 
kiedy, zmartwychwstawszy nad Gopłem, opowie swego poświęce- 
nia historyę, głęboko w serce raniona. Perypetye tego dramatu 
miłosnego, stworzonego na j oryginalniej — tylko pedant najzgry- 
źliwszy, uprzedzony z góry, wypatrzy kilka podobnych sytuacyi 

10* 



— 148 — 

u Wirgiliusza, o Dydonie z Eneaszem w grocie, a inne motywy, 
jeszcze dalsze, u Dantego i Szekspira, a choćby z trenów Kocha- 
nowskiego — oddano z największym mistrzostwem, w najmięk- 
szych, najdelikatniejszych tonach, w konturach rozwiewnych, uni- 
kających wypukłej szego rysu: i wstydliwość pierwszego uczucia 
i bezgraniczny hołd męski, nie zdobywający się na słowa wyzna- 
nia, ośmielony dopiero przez bogdankę do tego, i jak igraszkę 
niewinną, to przezrocze kryształowe dusz, pierwszy powiew na 
miętności zamącił na zawsze, jak w nowej harmonii zespalały się 
dusze, aż ugodził cios nieubłagany. Do miękkich tonów uczucia 
dostrojona jest cała przyroda w ciszy i bieli gór majestatycznych, 
wyidealizowana, jak kochanka-niebianka, wedle zasady poety sta- 
piającego, co widział, z tym, co wymarzył. Nikt cudowniejszej, 
czystszej miłości delikatniej i czulej nie wyśnił, ani wyraził lepiej 
owych przeczuć, co straszą i grożą; pod powiewnymi obrazami 
romansu kryje się smutek bezbrzeżny, jak w życiu poety, niby 
nie wywołany niczym, a wszędzie i zawsze przytomny. 

Jaką siłą i rzeczywiste nieszczęścia oddawać umiał, pokazy- 
wał pierwszy z owych »Trzech Poematów«, »Ojciec Zadżumionych 
w El Arish«, na fakcie oparty, o Laokoonie arabskim, w którego 
oczach potwór -zaraza jedno po drugim z ukochanych dzieci po- 
żera, lecz ojca przy życiu zostawia, aby się na nim tym srożej 
pastwić, nad niewinnym zupełnie, wobec nieruchomej, obojętnej 
przyrody, szydzącej z cierpień, przebiegających całą skalę, od 
pierwszego przerażenia, od namiętnych złorzeczeń aż do zmiażdże- 
nia, utracenia woli i myśli pod piorunowaniem losu - niszczyciela; 
poemat tak wymowny i wzruszający, że nie zadowalano się jego 
sensem dosłownym, że dopatrywano się w nim, jak i w »Ballady- 
nie«, alegoryi. 

W »Wacławie«, dziele wczesnym, napisanym chyba po »Żmii«, 
potknął się poeta; nadto znaną była osobistość »grafa Wacława« 
z »Maryi«, aby nie raziła dowolność, z jaką dzieje jego przekształ- 
cał, fantastyczne dzieje Byrońskiego bohatera, spowiadającego się 
z grzechów własnych i zbrodni cudzych, piętrzących się samymi 
okropnościami. Nerwy czytelnika oszczędzał jeszcze mniej, gdy 
rzucał nań »Poematem Piasta Dantyszka herbu Leliwa o piekle«, 
parodyą Dantego, gdzie w stylu kontuszowym, gawędziarskim, 
o strasznych mękach prawiono. 



— 149 — 

Stylu tego gawędowego, Soplicowskiego, próbował i w opo- 
wiadaniu prozą, od Pana Kochanku, jedynie godnego przedmiotu 
dla takiego stylu, przeskakując ze strasznymi anachronizmami do 
księcia Sierotki i jego pielgrzymki do Ziemi świętej; równocześnie 
w dramacie prozą, z czasów Jana Kazimierza a okolic Krzemieńca, 
kreślącym obrazki cichego, szlacheckiego życia, życia żaków i miesz- 
czan, przerwanego katastrofą ogólną; dramat ten (»Złota Czaszka«) 
niestety nie wykonany czyli raczej zdefektowany, tak, że tylko 
z nadzwyczaj udatnych resztek o znacznej dla literatury stracie 
wnosić wypada. 

Ów odmienny, właściwszy poecie, ponuro -mleczny styl »An- 
hellego« i »W Szwajcaryi« objawił się w nowym dramacie z pra- 
dziejów polskich, w »Lilli Wenedzie«; »Krakusa«, niby Henryka IV 
z innymi kopiami Szekspirowymi, już nie zamierzał poeta ogło- 
sić, imiona z niego powcielał do innych swych rzeczy (Eoliona, 
Ślaza). 

Jak wystarczyło kilka strof »Malin«, aby całą Balladynę prze- 
poić zapachem malin i światłem księżyca, tak kilka wierszów By- 
ronowskich o smutnych losach Julii Alpinuli, poświęcającej się na- 
próźno za ojca, całą tragedyą zawładnęły, powołały do życia po- 
stać niebianki - dziewicy, co, nie zaznawszy innej miłości, wylała 
się cała, Kordelia słowiańska czy Antygona, w prostocie anielskiej, 
dla rodziny nieszczęśliwej, aby — napróżno — uchylić, co losy 
przeznaczyły. 

Z tą tragedyą miłości rodzinnej wiąże się tragedyą naro- 
dowa: Derwid, król Wenedów, ginie z całym ludem, wytępionym 
przez Lecha i jego Lechitów; niby w Meksyku Montezumy i Kor- 
teza, najeźdcy, liczbą drobni, umysłem podli, zwyciężają lud liczny 
i bitny, bo mają energię i serce, czego brak u przeciwników, ro- 
słych i silnych, lecz bladych i białych, pobitych przed samą walką. 

Lechici więc, obdarzeni przez poetę, szydzącego stale z wszel- 
kiej chronologii, cechami późniejszej szlachty, nawet jej gustem 
»do wrzasku, do ukwaszonych ogórków, do herbów*, zwyciężają 
Wenedów. Są widocznie lepiej uzbrojeni (jak Hiszpani), przecież 
mówi Lech karzeł o olbrzymie- Wenedzie: że ja maleńki, to on mną 
pogardza, a wiem, że mego miecza nie udźwignie, jakby w żelaza 
uzbrojeni (Lechici), nieliczni, zwyciężyć musieli i ujarzmić tych, co 
gnącym się bronzem, kijcem i krzemieniem tylko walczyli. Trage- 



- 150 — 

dye, jak owa Wenedów-Lechitów, zakrwawiały pola przeddzie- 
jowe nieraz, i pomysł Słowackiego był, jak tylokrotnie u niego, 
niezwykły, nowy a trafny, genialny, choć złowieszczy i przygnę- 
biający. 

Dla scharakteryzowania Wenedów użył, prócz rysów i barw 
Ossyańskich, wiadomości, podanej przez kronikarzów bizantyń- 
skich o rosłych wenedzkich śpiewakach, daleki pochód bez miecza 
odbywających; z innych, mniej wiarogodnych źródeł, inne szcze- 
góły w najlepszej wierze powplatał, np. o Lelum - Polelum, i na- 
zwą i kształtem (dwuch serc o jednych ręku) zagubę narodu, wy- 
dającego takich bohaterów — a emigracyjni byli wszyscy tej mo- 
dły — z góry wieszczących. Wplątał i chrześcijaństwo, na przekorę 
ultrakatolicyzmowi kółek emigracyjnych, wystawiając przedstawi- 
cieli jego w arcy - niewygodnym oświetleniu; za nich to, obniżają- 
cych nawet koturn tragiczny, przyjaciel od serca (Krasiński) zgromił 
go i słusznie. Jeden z nich, łotr wierutny, podła dusza, drugi 
święty, lecz nie świetny; anioł -Lilia tak jest opromieniona wdzię- 
kami ciała i duszy, że i aureola chrześcijańska uroku jej dodać 
nie może. Siostra jej, krwawo-płomienna Róża, od białej lilii- anie- 
licy odbijająca, to wcielenie żywiołowej siły ginącego plemienia, 
co — za przykładem mitu greckiego, znanego Słowackiemu 
z »Przemian« Owidyuszowych — popiołami przodków zapłodniona, 
Popiela-mściciela wyda na świat; nazwę od włosów, między Sło- 
wianami wcale nie rzadką, pojął dosłownie. Do tych dwu wpro- 
wadził i trzecią heroinę, Gwinonę — Słowacki sam jeden więcej 
typów kobiecych stworzył, niż wszyscy nasi wielcy poeci razem. 
Lech, awanturując się po świecie, awanturnicę - amazonkę germań- 
ską napotkał, rywalizującą z Chriemhildami frankońskimi w krwio- 
źerczości i energii, gardzącą nawet w imię tej zaciętości mężem 
własnym i narodem jego, szydzącą z ramion rycerskich, a głowy 
bezmyślnej. Wobec tych trzech kobiet, mężczyźni, Derwid, Lech, 
Lelum Polelum, schodzą z głównego planu; bohaterka Lilia trzema 
zawodami ojca, ofiarę bierną, niechybnej śmierci, rękom mściwej 
i hardej Gwinony odbija. Zewnętrznej szaty użył chameleon-poeta 
tym razem starogreckiej, nawet chórami się posługując, aby posą- 
gową wielkość osób »prosto a z krzykiem« wystawił; od strasz- 
nych, odrażających scen, od katastrof, wywołanych nie winą oso- 



151 



bistą, lecz przez nieubłagane fatum dziejowe, przygnębiających 
więc tym bardziej czytelnika, odbija styl klasyczny, koturnowy. 

Niestety, nie zadowolił się autor niezbędnymi dla uwydatnie- 
nia idei motywami i osobami: bujnej imaginacyi folgując, przy- 
plątał, pomiatając górnie chronologią, owych przedstawicieli chrze- 
ścijaństwa, pedantycznego Gwalberta i Ślaza (Chilona Sienkiewi- 
cza i Falstaffa Szekspira, nie adepta nowej wiary); wyczytawszy 
bowiem w opisie Alpinuli, że była kapłanką, nałożył najniepo- 
trzebniej na Lilię śluby chrześcijaństwa, szydząc chyba z ich bez- 
użyteczności. Akcesorya te, zbędne całkiem, a psujące ton wynio- 
sły całości; wywody słowne, na które Słowacki lgnął, jak muchy 
na miód (np. Polelum, że po »Lelu« będzie i t. p.), to wilki szko- 
dliwe, z których pień wspaniały okrzesać należało. »Lillą« targnął 
Słowacki za najskrytsze struny jestestwa narodowego i nie przy- 
padkowo dołączył do niej wiersze Grobowca Agamemnona, chłosz- 
czące boleśnie, dotkliwie, poczucie i godność narodową. 

Fantazya Słowackiego, zawsze w okropnościach się lubująca, 
zwracała się i ku obcym tematom, nastręczającym ich stek, więc 
i ku Beatryks Cenci, ojcobójczyni w imię skalanego dziewictwa; 
po Shelley'owej, po dokonanej zbrodni, ją wystawił i nowe zbro- 
dnie, bratobójstwo dodał; dramatu mimo zapowiedzi dziennikar- 
skiej, nie wydał, bojąc się może nowych zarzutów »obcej osnowy«. 
Nie wydał jednak — literatura emigracyjna wracała z trudem ło- 
żone na wydawnictwa koszty — i »Nowej Dejaniry« ^Niepopraw- 
nych*), gdzie do najbliższej rzeczywistości sięgał, do życia wielko- 
pańskiego i ofiar jego: hrabiostwo Respektowie poświęciliby córkę 
bez skrupułów; cios uchyla wmieszanie się osób innych; rozstrzyga 
Czerkies, poświęcając życie również bez skrupułów, ale — własne; 
tragiczny przez to dramat — wmieszaniem scen komicznych w to- 
nie nie utrzymany, mija się niemal z satyrycznym założeniem, go- 
dzącym nietylko w Respektów, ale jeszcze bardziej w Fantazego 
i Idalię (niby Idealię) i ich poetycko sentymentalne turnieje, postaci 
ciekawe właśnie dla romantycznej egzaltacyi główek, nie serc, któ- 
rych »pasz«: może wzgląd i na jawną niedyskrecyę — portrety 
obojga zdjęte z najbliższych, najlepszych znajomych poety-Choch- 
lika, wydania odradzał. 

Chochlik-Słowacki rozigrał się w najlepsze w »Beniowskim«. 
Jak Mickiewicza, przyciągała i jego konfederacya barska, ostatni 



— 152 - 

ruch staropolski o fantazyi szlacheckiej, z malowniczymi szczegó- 
łami i charakterystycznymi osobami, nie na miarę ludzi dzisiejszych 
stworzonymi, zakrywającymi niedołężność samej akcyi; nie Puław- 
skiego jednak bohaterem obierał, lecz księdza Marka, Sawę i wplą- 
tanego w Barsczyznę Węgra, Beniowskiego. Już to rzeczywisty 
Beniowski, co na Kamczatce bunt, a w Madagaskarze królestwo 
wzniósł, chyba nieprzebrańszą kopalnię poetyckich dygresyi przed- 
stawiał, niż sam fantastyczny Don Żuan Byrona; Rulhiere'a, histo- 
ryka owych walk polskich, znał i cenił Słowacki i z niego czer- 
pał, warując sobie, jak zawsze, najzupełniejszą swobodę, w kre- 
śleniu akcyi i charakterów. 

Temat Beniowskiego zaprzątał go latami. Nadawał mu się 
najpierw do stworzenia polskiego Fausta: marzeniem Słowackiego 
było na własną paletę sprowadzać wszelkie barwy i blaski, w jakie 
się poezya świata mieni; Otello i Lir, Makbet i Hamlet, Ossyan 
i Dante, Eurypides i Kalderon mieli mu hołdować czy go zasilać. 
Więc nęcił również Faust-Mefistofel, ale, zamiast Twardowskiego 
i Krzemionek, obrał sobie Beniowskiego i Morskie Oko, przepro- 
wadzając Beniowskiego na płaszczu Pamfila przez Ruś i Litwę. 
Powstawały sceny nadzwyczaj efektowne, ludowe, z Litwinem i Ma- 
zurem, z Panie Kochanku i ks. Markiem — może nadmiar tej fan- 
tastyczności wkońcu go zraził, gdyż nie ulegał się w formach 
dramatu, i przerywał go poeta sam wstawkami epicznymi. Rzucił 
więc formę dramatyczną; fragmenty jej przedstawiają kalejdoskop 
dziwnej piękności, głębokiego czucia, najniezwyklejszych szczegó- 
łów; nie zadowolił go Faust -Beniowski, ścierający motyli pył 
z serca i głowy, nabywający gorzkiego doświadczenia, niewiary — 
wrócił do świeżego i zdrowego Don Żuana niby, rzucającego się 
z dziwną otuchą, z wiarą w gwiazdę przewodnią, w wir walk 
fizycznych, nie myślowych. Z formą odmienił i bohatera, zrobił go 
epicznym, godnym braci Homerowej, tym łatwiej, że okoliczności 
osobliwsze zmusiły do obrania tej epicznej formy, gdzie niezrów- 
nany kunszt najwyższe miał święcić tryumfy. 

Dziwne to były okoliczności. Od dawna drażniły poetę brak 
uznania, milczenie ogółu, obojętne lub uszczypliwe wzmianki sta- 
rych bab krytycznych, ferujących wyroki o rzeczach sztuki naj- 
wyższej, na której się nie znały; »kruszyło się w nim serce smę- 
tne, że nikogo nie miał ze szlachetnych za sobą, że próżno słowa 



— 153 — 

wyrzucał namiętne, pełne łez i krwi i błyskawic świetnych, na 
serca zawsze wstrętne«. Gdy się przezwyciężył, gdy przystąpił 
ze słowami szczerego uwielbienia do Mickiewicza, gdy się do 
niego w świetnej improwizacyi dostroił, przedstawili to niechętni 
jako abdykacyę, poniżenie jego, odmówienie mu tytułu poety, 
i znowu nikt się za nim nie ujął; więc sam sobie sprawiedliwość 
wymierzył. Oktawy Aryostowe nadawały się do ciągłych dygresyi, 
w jakie się wprawił, pisząc »Podróż na Wschód«; jak w niej do- 
tarł nie daleko, podobnie i w pięciu pieśniach Beniowskiego — 
bohatera dopiero na progu właściwych wędrówek i awantur po- 
stawił. 

Wierszem Tassa zaczął epos o czterdziestuczterech pieśniach, 
z góry wiedząc, że go nie skończy, gdyż, jak Byronowi w Don 
Żuanie, i jemu o całość, o Beniowskiego wcale nie chodziło: na 
tej kanwie wysnuwał credo polityczne, religijne, literackie; ścierał 
się z wrogami i koteryami, wyzywał niezdarnych recenzentów, 
krytykę z prymasem Grabowskim na czele, filozoficzność »Ty- 
godnika literackiego « Poznańskiego, dewocyę Witwickiego, »prin- 
cypia« emigracyjne, słabostki narodowe; zmierzył się wkońcu 
z Mickiewiczem samym: 

Długo po świecie, pielgrzym tajemniczy, 
Chodziłem, farby zbierając do dzieła, 
A teraz moja Muza strof nie liczy, 
Lecz złe i dobre gwiazdy siać zaczęła... 
Różnemi drogi mój poemat wiodę... 
Nie wiem, czego chce i czego dowodzi, 
Jako fajerwerk z gwiazd kilku tysięcy, 
Chciałem, aby się spalił, i nic więcej. 

Obok tych wynurzań i wywnętrzań, subjektywnych, złośli- 
wych, gdzie »ten ścięty rym nieraz kąsa was aż do jelitów i pły- 
nie, jako szalone okręty«, sama treść nadzwyczaj poetyczna i po- 
nętna, wystawiona w całej krasie wyobraźni płomiennej a niewy- 
czerpanej, w całym czarze słowa i muzykalnego i malowniczego. 
Postaci zajmują, od dziwaka starego, pana Ladawy, z mitologicznymi 
zakusami; od wroga konfederatów, Dzieduszyckiego, podkradającego 
się do bogatego pana o rękę córki, aż do Beniowskiego, repliki 
Pana Tadeusza fantazyą i sercem, nie dalekiego ni myślą, ni do- 



— 154 — 

świadczeniem, bogatego uczuciem, młodością, siłą; do Sawy, ogrom- 
nego skarbu dla pisoryma, pół kozaka a pół szlachcica; do księdza 
Marka, górującego świętym zapałem, niewzruszoną wiarą, gołębią 
prostotą, energiczną myślą, natchnieniem z niebios nad całym oto- 
czeniem; do obu kobiet, najpiękniejszych, jakie literatura stworzyła, 
do Anieli, wstydliwej i skromnej, energicznej i ostrożnej, gotowej do 
ofiar i poświęcenia, niezłomnej mimo przyrodzonej wiotkości, szla- 
chetnej i czułej; do owej Swentyny, kozaczki - cyganki, z niewy- 
słowionym wdziękiem dziecka natury, niby »Mignon« Goethego: 
wiatr i gołębica, poseł i anioł, ta śpiewna, czarodziejska stepowa 
królewna, jako duch ze mgły na słońcu różany, z ptakami sre- 
brnymi, ubierającymi jej wysmukłe ramiona. 

I mimo ciągłych przerw i odskoków toczy się wartko opo- 
wiadanie, od chwili, gdy Beniowski dom, już nie własny, wierzy- 
cielom zostawia, z Anielą się wita i żegna, aż do napadu na za- 
mek ladawski, zamierzonego przez hajdamaków, a dokonanego 
przez Marka i Sawę, do walk na równinie Barskiej i wysłania 
Beniowskiego do chana krymskiego. Postaci wyidealizował, od 
ks. Marka, mało do prawdziwego ks. Jandułowicza podobnego, do 
Sawy - Calińskiego i jego uroczej siostry; każdą jednak utrzymał 
w swoim tonie, osadził na tym granicie rzeczywistości, czego 
postaciom jego przedtym nieraz brakowało. A do tych lazurów 
wymysłu przymieszał, za radą przyjaciela (Krasińskiego), trochę 
żółci, dał uczuć rękę, rąbał i siekał, aby, zostawiwszy trupy na 
placu, znów poróść w skrzydła i* zawisnąć na niebie i gdzieindziej 
lecieć, »gdzie mnie z widm orszakiem 

Fantazyi czeka muza, świeża, płocha, 
Młodości mojej czarowna pochodnia, 
Błyszcząca, razem smętna, muza wschodnia«. 

Rola nowa satyryka nie odpowiadała poecie; przyznawał sam: 
gdyby miał nie tyle wzgardy tego, co jest i będzie, więcej litości 
nad sobą samym, dawną dumną wolę — 

Być może, lutnię szalonego barda 
Skruszyłbym, wziąwszy pod zgięte kolano, 
I nową harfę wziął niepokalaną — 



— 155 — 

na razie rozkoszował się w dzikiej harmonii gwaru, co czasem, 
jak wąż pośród ruin, syka, a czasem podobna do aniołów swaru — 
odczuwając całą pełnię swej siły poetyckiej, dumny przekonaniem: 

do wiersza mam, jak sądzę, prawo: 
Sam się rym do mnie miłośnie nagina, 
Oktawa pieści, kocha mnie sekstyna. 

I dopełnił, co zamierzał: 

aby język giętki 
Powiedział wszystko, co pomyśli głowa, 
A czasem był, jak piorun, jasny, prędki, 
A czasem smutny, jako pieśń stepowa, 
A czasem, jako skarga Nimfy miętki, 
A czasem piękny, jak aniołów mowa, 
Aby przeleciał wszystko ducha skrzydłem... 

»Child Harolda« swego, »Podróźy na Wschód«, nie przezna- 
czał Słowacki do druku; wcielał z niej całe ustępy i do »Lilli 
Wenedy« i »Beniowskiego«, rozrzucając z hojnością królewską 
skarby nieprzebrane wymysłów poetyckich; Don Żuanem-Beniow- 
skim podzielił się zato poeta z publicznością, chociaż zamiast 
aplauzu — gromy, nawet wyzwanie na pojedynek pozyskał. Po- 
równanie z Don Żuanem o tyle nie wypada na korzyść Słowac- 
kiego, że jego widnokrąg znacznie węższy; że sprawy osobiste, 
literackie, przeciwnicy najmarniejsi, zbyt wiele miejsca i zaszczytu 
zabierają; że apostrofa końcowa nie Boga lub świat, lecz rywala 
na Parnasie wyzywa. Ale olbrzymia siła poetycka występuje 
w szczegółach, w owym liście Anieli, równym listowi Tatyany 
i Elwiry: przejmującą tęsknotą, dotkliwym smutkiem całą sympa- 
tyę naszą zdobył poeta; świetną wyobraźnią, głębokimi myślami, 
choćby paradoksalnymi, nas olśnił; kaprysami nawet swej muzy 
oczarował; widoczną nieraz przesadą nie odtrącił: wszystko oku- 
pywał czarem słowa, harmonią wierszów, przepychem kolorów: 
kto po nim potrafi wiersze pisać, wzdychał Krasiński. 

Do najrzewniejszych ustępów należą skarga do kochanki — 
bo ani w Anhellim ani w Beniowskim o niej nie zapomniał, — 
pierwotnie do matki stosowana; do najwznioślejszych — wyznanie 
wiary, 



— 156 — 

Kto Ciebie nie czuł w natury przestrachu, 
Na wielkim stepie albo na Golgocie, 
Ani śród kolumn, które zamiast dachu 
Mają nad sobą miesiąc i gwiazd krocie, 
Ani też w uczuć młodości zapachu... 
Widzę, że nie jest On tylko robaków 
Bogiem i tego stworzenia, co pełza: 
On lubi huczny lot olbrzymich ptaków, 
A rozhukanych koni On nie chełza... 
Wielki czyn często Go ubłaga, nie łza...; 

są najzłośliwsze ustępy o emigracyi i jej bohaterach, o Jezuitach 
i ich robocie. Poeta był u zenitu swej siły. 

Stworzył arcydzieło w rodzaju Aryosta czy Don Żuana; po- 
łączył rzutkość, giętkość, błyskotliwość wysłowienia z opowiada- 
niem samym, pełnym blasków i życia; lotna fantazya uplotła pasmo 
barwne, chaotyczne, niby z najdziwniejszych epizodów; kontrasto- 
wały »cudowna awantur girlanda*, stek przygód nadzwyczajnych, 
postaci wymarzonych (od Swentyny czarującej do owego milczą- 
cego brytana u Sawy), z realnością rysów i uwag, z ironią iście 
romantyczną, przedrzeźniającą siebie samą, szydzącą z czytelnika, 
autora i wzruszenia, łączącą np. rycerskość ludzi renesansowych, 
bohaterów epicznych, z poziomością owego mamuta Litwina, 
ze słomą w butach, ze sługą Perkunasem i zawijaniem kołdunów. 
Obrazy niesłychanej barwności i drastyczności (scena w zamku 
ladawskim z przygwożdżoną ręką pana regimentarza; pojedynek 
Sawy i Beniowskiego; sceny w dębie, jakiej Aryosto nie przewyż- 
szył, lub w Anielinkach, z ich rzewnym wdziękiem) przetykał poeta 
to wybuchami sarkazmów, wybrykami humoru, docinkami ironicz- 
nymi, czy emigracyę o łatwowierność posądzał, czy o brak w niej 
charakterów (Żeby też jedna pierś była zrobiona nie podług miary 
krawca, lecz Fidyasza i t. d.), czy z jej doktrynerstwa się natrzą- 
sał, czy recenzentów kąsał; to przeplatał je smętnymi skargami, 
żalem nieutulonym, zwolna serca swego rwał kawały, zamieniał je 
w piorun i w twarz ludziom ciskał; hołd, złożony bogdance mło- 
dości, do pereł erotyki wszechświatowej się liczy. 

Z »Beniowskiego« ogłosił pięć a napisał czternaście pieśni; 
od szóstej do trzynastej opiewał głównie (nieudałe) poselstwo do 
chana; tym wyczerpywała się część pierwsza. Z drugiej, z »Iliady 
Barskiej«, tylko pieśń pierwsza wykończona — potym rwał duch 



— 157 — 

poetę do innego lotu. I w następnych pieśniach znachodzimy pięk- 
ności niezrównane; z dygresyi uderza hołd nadzwyczajny, złożony 
»Panu Tadeuszowi*, lub namiętna wycieczka przeciw Hance i mżon- 
kom czeskim; w dalszym ciągu poeta coraz gwałtowniej i niespo- 
kojniej się rzucał, rymy i koloryt stawały się coraz dziwniejsze, 
harmonii było coraz mniej, coraz mniej władania nad inspiracyą, 
coraz fantastyczniejszą. Nie przypadek to był: podziałał tu wpływ 
inny, nie literacki; ten, co niedawno o sobie twierdził, 

żem jest coś, jak grecki antyk, 
panteista trochę i romantyk, 

przedzierzgnął się nagle w Towiańczyka, r. 1842. 

Z mistrzem poufaliło go najpierw wysokie znaczenie, przypi- 
sywane natchnieniu, światłu górnemu, trąceniu Duchem; któż mógł 
je lepiej ocenić, niż on, »syn pieśni, syn królewski«? Nęciła nauka 
o duchach światłych i ciemnych tego, na którego »z grobów 
ojczystych patrzą blade twarze«, a od którego srebrny anioł i złoty 
duch dobrej rady odganiają czarne Cherubinów stada. Kto mit 
o Popielu tworzył, ten w metempsychozę, w wędrówkę duchów, 
w stopniowe podnoszenie się lub spadanie z góry musiał uwierzyć. 
Lecz nie fantazya sama odgrywała tu rolę, kazała mu apostołować 
wszędzie, w łonie własnej rodziny, u Krasińskiego i innych — pod 
wpływem nowej wiary odmienił się cały człowiek, wylinił się 
z dawnych przywyczek czy nałogów. Zapomniał o sobie samym, 
nie dbał już o pozory, wygody, przyjemności; służył innym, po- 
zbył się wszelkiej wrażliwości, tak łatwo dotąd odstręczającej od 
niego, od podejrzliwości i próżności; nie łaknął już sławy osobi- 
stej; wszedł w siebie, spokorniał i skruszał. Przepajał się miłością 
do ludzi, wymagał coraz więcej od siebie, coraz mniej od innych, 
przeanielał się za życia. Wiarą, wyznawaną dotąd raczej ustami, 
fantastyczną i kapryśną nieraz, jak jego miłość ojczyzny, przej- 
mywał się coraz rzetelniej, schrześcijanił się zupełnie. 

W miarę jak zyskiwał człowiek, tracił na razie poeta: umy- 
słowo tym wyłączniej czynny, pożerający co nie miara dzieł filo- 
zoficznych i przyrodniczych, piszący nadzwyczaj wiele, pozbywał 
się zrazu krytyki, rozwagi, puszczał się ślepo za natchnieniem chwi- 
lowym, gorączkowym. Przejęty boskością natchnienia, nie chciał 



— 158 — 

go wcale sprawdzać zrazu, uważał się niby za naczynie, źe prze- 
zeń się to natchnienie tylko przelewa: »jak szalony, piszę prędko... 
pisałem tak, żem się aż zmęczył i lękam się odczytać słów napi- 
sanych, bez ładu bowiem i z przeładowaniem być muszą«. Wy- 
znawał sam, »że ja sobie żadnego z moich utworów teraźniejszych 
wytłumaczyć nie mogę, nie wiem bowiem, skąd przychodzą i do- 
kąd idą«; były to improwizacye raczej, niż rzeczy należycie obmy- 
ślane. Towarzyszyło im tłumaczenie »Księcia Niezłomnego«; do 
mistyka - dramaturga hiszpańskiego przyciągało Słowackiego od 
dawna wiele spólnego, ów żar namiętności, wylewający się w bu- 
rzy słów i porównań, egzaltowane uczucie, nadludzkie charaktery, 
cierpienia i czyny. Formą Kalderona przejął się teraz poeta i w niej 
utworzył »Księdza Marka« i »Sen Srebrny Salomek Wydała je 
Iliada Barska; ciąg dalszy »Beniowskiego« wylał się znowu w for- 
mie dramatycznej; do niej poeta zawsze nawracał. 

Ze wszystkich tych prac tylko ów przekład trwałym nabyt- 
kiem dla literatury pozostał, nie dla wierności i dokładności, lecz 
dla znakomitego utrzymania się w tonie namiętno -mistycznym 
Hiszpana, a raczej w prześcignięciu jego. Zato grzeszą oba dra- 
maty, barski i hajdamacki, rozwlekłością dykcyi: wezbrany, mętny 
potok słów wylewa secinami wierszów, rozrywa wszelkie tamy 
dramatyczne; nieprawdopodobieństwem akcyi, piętrzącej okropności 
na okropnościach (odzieranie z pasów, palenie żywcem), lub cudami 
samymi się toczącej, jaskrawej zawsze, przerażającej; dziwaczno- 
ścią albo raczej brakiem motywowania, niekonsekwencyą charakte- 
rów. Beniowski, zdrowy i silny, ustąpił; miejsce jego zajęli wizyo- 
nerzy- prorocy, cudotwórcy i lirnicy-czarodzieje, ks. Marek i Wer- 
nyhora; dalej tłoczą się figury hajdamackie, wrogowie konfederacyi, 
tępiciele buntu; od nadmiaru osób, cudów, dzikości omdlewa uwaga 
czytelnika, bierze go wkońcu niesmak, przesyca się wstrętem 
tych scen nocnych, ginących w półświetle fantastycznym, przele- 
wających się krwią i łzami, ponurych, rozdzierających nerwy. Gi- 
nęły w tym nawale grozy i przerażenia pojedyncze, wzniosłe 
słowa (o wszechmocy miłości chrześcijańskiej), wymowne ustępy, 
porywające sceny o sile niepohamowanej, tajemnicze wywody 
(np. Wernyhory) i myśli głębokie, ukryte raczej, niż jawnie wypo- 
wiedziane, osobliwsze zamiary i cele. 

Najniżej stanął »Ksiądz Marek*, mimo wyniesienia potęgi 



— 159 — 

słowa i ducha, nie znających szrank cielesnych czy materyalnych, 
płodzących cudy; przez ks. Marka i Judytę działają siły nadprzy- 
rodzone, jak i przez słowa poety: jak oni za swe czyny, tak on 
za swe słowa jest nieodpowiedzialny; akcya przybiera więc cechy 
żywiołowej, elementarnej i budzi, właśnie na scenie, porywające 
zajęcie — poemat ten dramatyczny jest sceniczniejszy, niż dra- 
maty autora; sama jego akcya jest bezpośrednią propagandą to- 
wiańszczyzny, wiary w duchów i cudowność, wyrażonej owym 
pysznym językiem poety. 

Niebawem jednak ochłonął z tego żaru i ostro siebie osą- 
dził, pisząc do Krasińskiego, dotkniętego postacią swego przodka 
w tym dramacie: »sama nędza zewnętrzna w wykonaniu świadczy, 
żem w szaleństwie pisał, jak kochanek, który w bezsennej nocy 
list skomponował, a nad rankiem sam się dziwi wczorajszej głu- 
pocie, podobnie ja, aż po napisaniu dramatu, obaczyłem wątłość 
dzieła«. Krótkim wierszem Kalderona, urywanym niby, zawładnął 
poeta znakomicie, lecz dawał się unosić niepohamowanemu rozpę- 
dowi słowa, do którego się godnie dostrajały uczucia najprzesa- 
dniejsze, ekstatyczni ludzie, niby zstępujący z płócien Ribeiry, 
orgie i szały myśli i czynów, wyłaniające się z tła najposępniej- 
szego, tonącego w nocy ponurej, oświetlanej błyskawicami, ogłu- 
szanej grzmotami. 

W ściślejszym, mickiewiczowskim kółku towiańskim nie wy- 
trwał zbyt długo; nie poddawała się harda natura ciągłemu, nieraz 
niewłaściwemu podpatrywaniu tajemnic duchowych, wysilaniu się 
na »ton«, nadmiarowi nauk, przestróg, a choćby upokorzeń; zbyt 
głębokie różnice dzieliły oba duchy. Mimo zerwania z kółkiem, 
nie przestał Słowacki być Towiańczykiem aż do śmierci; jak do- 
tąd, oskrzydlał i nadal Towianizm jego pomysły, coraz dziwniej- 
sze, a nieraz i dziwaczniejsze, chorobliwsze. Pisał nadzwyczaj wiele, 
chociaż nie wiele wykończył; czasem pod wpływem jakiegoś wra- 
żenia, zasłyszanego opowiadania, przeczytanego wiersza, rzucał swe 
nadobłoczne krainy i do rzeczywistości się zniżał, np. w przejmu- 
jącej zgrozą »Rozmowie z Matką Makryną Mieczy sławską«, rywa- 
lizującej z »Ojcem Zadźumionych«, albo w »Wierszu do Autora 
Trzech Psalmów«, zjadliwym pamflecie politycznym. Pisał we wszyst- 
kich formach, wierszem i prozą uroczystą, modlitewną czy pro- 
rocką, np. »Genesis z ducha «, gdzie pogląd na świat materyalny 



- 160 — 

i jego uduchowienie stopniowe najzupełniej wyłożył: wyznanie wiary 
panteistycznej, przeładowane terminami technicznymi i szczegółami 
zbędnymi, obfitujące w znakomite obrazy i myśli, górujące w żą- 
daniu czynu, t. j. ofiary, przypisujące własnemu narodowi rolę 
najwybitniejszą. 

Inaczej niż u Mickiewicza, uderzył Towianizm u Słowackiego 
znowu przeważnie na fantazyę, odczepił ją od jednostki i doby, 
pogrążył w dociekania zaświatowe; i te brał Słowacki za natchnie- 
nia z góry i o prawdzie ich był przekonany i kończył je modli- 
twą: »0 Panie, który kazałeś szumowi morskiemu i szelestowi 
wietrznych pól, bladem kwiatkiem okrytych, aby wiedzę na dnie 
ducha mego uśpioną obudziły, spraw, aby te słowa, westchnieniem 
pisane, przeszły, jak wiatr i szum morski, a przechodząc i mijając, 
mocy duchowe w ojczyźnie mojej uśpione z nieświadomości wła- 
snej na światło wiedzy wywiodły«. Prawem ciążenia tego świata 
był aksy ornat: wszystko dla ducha i przez ducha, a nic dla ciele- 
snego celu nie istnieje, i ciekawym jest śledzić, jak rozmaitymi 
przemianami i trójcami, wykombinowanymi nieraz świetnie, Sło- 
wacki świat i raj słoneczny i utratę jego i powrót do niego bu- 
dował. 

Obok traktatów, a raczej zbiorów aforyzmów, godnych ucznia 
Swedenborga, liczne dramaty, najfantastyczniejsze (np. o Zborow- 
skim), wystawiały bohaterów ducha, narzędzia Opatrzności, dziwne 
symbole. Z dramatów tych najbardziej wykończony »Agezylaus«; 
bohater jego Agis, poświęca siebie, ażeby porządki Likurga, pala- 
dyum Sparty, któremu się sprzeniewierzyła, na nowo urzeczywist- 
nić, jakby porządki Chrystusowe w naszym społeczeństwie chciał 
kto przeprowadzać; Agis ginie w nierównej walce z niechętnymi, 
z wielbicielami materyalnej siły, egoizmu, interesu, ginie ofiarą 
za obce grzechy i winy; obok niego staje godnie niewiasta, nie 
znająca innego obowiązku, prócz poświęcenia się, najpierw za ojca, 
potym za męża. 

Od tych rzutów, scen i pomysłów, z góry zapewne nie prze- 
znaczanych na ostateczne wykończenie, odbija wytężona praca 
kilkuletnia nad rapsodami »Króla-Ducha«. Z głębokiej wiary w du- 
szę nieśmiertelną, w moc Ducha, wyłoni się łatwo wiara nie tylko 
w istnienie owej uśpionej duszy po śmierci, lecz i w przyobleka- 
nie przez nią nowych kształtów, w jej podnoszenie się lub opada- 



- 161 — 

nie przez pokolenia, w urzeczywistnianie idei przewodniej w coraz 
nowych formach bytu. 

Wodzem narodu, jego królem-duchem ten, co najpełniej, naj- 
świadomiej posłannictwem jego się przejmie i wcielać je usiłuje, 
albo, słowami poety samego, »podobnie, jak przed światem stwo- 
rzonym, było słowo czyli duch, mający się formami objawić wi- 
dzialnymi, podobnie poczęcie każdego narodu poprzedzało stwo- 
rzenie idei, dla której następnie ludzie, w formę pewną, tej idei 
właściwą, skrystalizowani, pracowali; z takich to idei powstawała 
pewna forma agregacyjna i ta stanowiła narodowość. Idee takie... 
z całą pięknością ogni, ulatujących nad narodami, przelatywały 
i świeciły — wyobrażone nareszcie mniej więcej, usiłowaniem 
czynnym rasy, dla której były stworzone, przechodziły w kształt« 

Otóż Armeńczyk Her — wzięty z Platona, gdyż jego »idee« 
są podstawą całego pomysłu — wody letejskiej, zapomnienia, nie 
skosztowawszy, ujrzał w zaświcie dwie zjawy, »Królowę«, symbol 
idei najwyższej, ostatnich przeznaczeń ludzkości, i drugą, niby wio- 
dącą do niej, »piękność, córkę Słowa, panią któregoś z ludów na 
Północy «; duchy mu obie pokazały, owę pierwszą jako świt da- 
leki, umiłowaną odtąd i na wieki, śpiewając o niej na harfach wie- 
trzanych: 

Dobrze ją poznaj, bo wkrótce utracisz, 
Jak sny przez dobre duchy malowane; 
Żywot tysiącem żywotów zapłacisz, 
A zawsze jedne tę serdeczną ranę 
Przyciśniesz w piersi rękami obiema, 
Tę jedne smętną ranę — że jej niema! 

Za nią to jego dusza na nowe się wzmogła loty i nowym buchnęła 
płomieniem, odtąd przeznaczona do coraz nowych wcielań, o czym 
rapsody prawić miały: 

Cierpienia moje i męki serdeczne 
I ciągłą walkę z szatanów gromadą, 
Ich bronie jasne i tarcze słoneczne, 
Jamy, wężową napełnione zdradą, 
Powiem, wyroki wypełniając wieczne, 
Które to na mnie dzisiaj brzemię kładą, 
Abym wyśpiewał rzeczy przeminięte, 
I wielkie duchów świętych wojny święte 

OZIEJE LITERATURY P0L8KIEJ T. II. * * 



— 162 - 

— a więc wyznanie wiary Towiańskiego, o kolumnach duchów ja- 
snych i ciemnych i ich zapasach. 

Pierwsze wcielenie Hera, któremu duchy »jutrzenek greckich 
różaną pogodę nagle ręką zasłoniły«, to Popiel, syn popiołów, wy- 
dany na świat przez ową nornę-walkiryę, Różę (Słowacki, jak 
i Krasiński, z upodobaniem z sag północnych czerpał, zastępując 
nimi brak słowiańskich), niby mściciel wytępionych Wenedów, 
w istocie do innych przeznaczony celów, gdyż duch-przewodnik 
bywa odmiennego od narodu, na jaki ma działać, pochodzenia, 
obcego i najniższego zarazem. Popiel wędruje po kraju i poza 
nim, dając poecie osnowę do roztaczania pysznych obrazów (np. pa- 
lenia umarłych w łodzi); dostał się wkońcu do króla Lecha za 
pachołka i niebawem wysoko stanął; kiedy się bowiem z duchami 
ciemnymi sprzymierzył, zamierzywszy się tylko myślą lub ude- 
rzywszy oczyma, usuwał rywalów czy wrogów i wkońcu »w zamku 
cedrowym nad gopłową wodą był najpierwszym złotym woje- 
wodą«. Uwięziony przez podejrzliwego Lecha, uwolniony przez 
córkę jego, ducha czystego, mści krzywdy, najeżdżając z obcymi 
własną ziemię; Lech już nie żył, Wanda śmierć w Wiśle nad upo- 
korzenie wybrała, lud cały strachem ohydnie znikczemniał i Po- 
piela Lechową purpurą okrył. I zaczął się odtąd Popiel nad ludem 
srożyć, prześladować go, wynajdywać coraz okropni ejsze męczar- 
nie — niby. postanowił niebiosa zatrwożyć, zbrodniami przedrzeć 
błękit i kolumnami praw, na których siedzi anioł żywota, zatrząść 
tak z posady, aż się pokaże Bóg w niebiosach — blady; co jednak 
dziwniejsza, że go ukochał lud za siłę i za strach i za męczar- 
nie, — lud owiec, który się ku pasterzom garnie. I piętrzył Popiel 
zbrodnie na zbrodniach, aż miarę przebrał; ogromny znak się uka- 
zał, przyszła z jego zgonem kometa; lecz dopełnił Popiel pierw- 
szego zadania: 

Kupiłem naród krwią i nad jej strugi 
Podniosłem ducha, który śmiercią gardzi... 
Ale przeze mnie ta ojczyzna wzrosła, 
Nazwiska nawet przeze mnie dostała *). 



») Jak chronologią, pomiatał Słowacki i etymologią; Niemen był mu Letą, 
bo » niemego* przypominał, Polska — na »ból skałą « się wydała, stworzoną przez 
Popiela. 



163 



— on niby stworzył, jak duch pierwszej natury, w chmurach i pio- 
runach, z ogni wrzących, dyamenty, bazalty i granity; moc słychać 
było w każdym jego kroku; nad nim była myśl słoneczna, złota, 
do niej wiodły ciemne, okrwawione wschody; on wytknął drogę 
ludowi, ten zawsze zwyciężył, gdy tą mocą błysnął; gdy się zaś 
drugą falą z niej zmieść dawał, wysadzał się tylko w kwiaty ciała 
bezwonne, martwe; owej dawnej trwogi nikczemnej nigdy już po 
sobie nie miał okazywać; okupił to rzezią i pożogami. 

Taka była treść trzech pieśni, stanowiących pierwszy rapsod, 
napisanych roku 1846. Szczegóły czerpał poeta zewsząd, od opisu 
pogrzebu zamorczyka - wikinga, orlich piór husaryi polskiej i t. d. 
Głównie przyświecał Groźny; treść drugiej i trzeciej pieśni z dzie- 
jów jego i Kurbskiego wzięta, nawet ów list sławny i przygwożdże- 
nie nogi posła do kamiennej podłogi: taki Groźny, musiał stać na 
zaraniu dziejów Polski, bo skądżeżby wyszła wszechwładza Pia 
stowska, kiedyżby rozprzęgliwe trzody słowiańskie dały się ująć 
w karby i stworzyć potęgę, skupioną a rzutną, Chrobrego; tego 
czynnika, wszechwładnego na Rusi moskiewskiej, tworzącego pań- 
stwo olbrzymie, zabrakło w dalszych dziejach Polski na własną 
jej szkodę. 

I wrócił Słowacki do myśli, głęboko zapadłej, nasuwającej 
się mimowoli z porównywania dziejów polskich a ruskich, odpo- 
wiadającej na najważniejsze zagadnienie, jak to z jednego, spól- 
nego, słowiańskiego podkładu mogła się rozbiedz ewolucya rozpa- 
sanej anarchii szlacheckiej i nieodstępnej od niej niemocy pań- 
stwowej, a jednowładztwa wschodniego i jego potęgi. Ponurego 
obrazu, tła ciemnego, przeszywanego błyskiem płomieni, odbijają- 
cych się we krwi kałużach, nie pstrzyły ani psuły barwy jaśniej- 
sze; jednolitość nastroju utrzymana w każdym nawet rysie, po- 
równaniu, przymiotniku: jedzie Popiel do zamku Śwityna, w cze- 
rep czarny ołowiany ukrywszy głowę, otoczon tłumem siepaczów, 
tych bladawców zbrodniami bladych wieńcem, sam jak trup jasny 
pijaka rumieńcem. Mimo to niema żadnej nużącej jednostajności: 
niewyczerpana fantazya, artyzm przedziwny, cudownej piękności 
szczegóły, rozsiane po całym poemacie, od opisu wida niebiań- 
skiego aż do opiewania potęgi pieśniarza, dziada ślepego, któremu 
przyroda i groby tajemnice odchylają, lub Zoryana starego i jego 

u* 



— 164 — 

lirenki, i jak ją na stosie do łona tuli i głaszcze, niby zlęknioną, 
białą gołębicę. 

Dla poety była »historya nauką pracy, którą duchy globowe 
odbyły w formach ludzkich, w agregacyach, z ducha wynikłych, 
z formą objawionych, które powtórzyły narodowości z celem kró- 
lestwa Bożego czyli przemienienia ludzkości w przyszłe anielstwo 
globowe«; a więc i historya narodu własnego, jego Króla-Ducha, 
była tylko jednym z symbolów wewnętrznej pracy ducha, dążą- 
cego do wyzwolenia globu z pęt cielesności; nie chodziło o kro- 
nikę rymowaną, o przełożenie Wagi czy Bandtkiego w rymy dla 
dojrzałych, o dzieje zewnętrzne, lecz o zobrazowanie działania sił 
mistycznych, nadziemskich, popychających ludy i ziemię ku celom 
ostatecznym; nie o syntezę historyczno-społeczną, o psychologię 
dziejów, szło o syntezę symboliczną, subjektywną. Dlatego ta nie- 
uchwytność, głębokość, rozprężność symbolów, dlatego wieje od 
nich mistycznością; wedle własnych słów »wyraźniejsze tych rze- 
czy wypowiedzenie wzbronione zostało dotąd poecie, pod trwogą 
Boga zostającemu; trudu doznasz, czytając niniejsze poema, a walkę 
będziesz musiał odbyć, duchu czytelnika, z duchem poety; jeśliś 
leniwy, dzieło odrzucisz«. 

Trudu doznawał przedewszystkim sam poeta; przyznawał się, 
że pierwszy rapsod leciał mu szybko, jak wiatr błyskawicy, inny 
się wlecze, jak wół, pracowitym krokiem, ciężko i poważnie; więc 
coraz zmienia plan i następstwo, więc waha się w snuciu wątku, 
opracowywa jeden po kilka razy. 

Drugi rapsod poświęcony był Piastowi, chociaż nie w nim 
Król Duch się wcielał; i on dzierżał słowo narodu, lecz wiódł go 
innymi, niż Popiel, torami. Pierwotnie krócej się poeta z nim spra- 
wił, w jednej pieśni opowiedział męki Króla-Ducha, skazanego na 
bezczynne przypatrywanie się wykolejeniu narodu za wojewodów 
i Popiela II i pocieszanego błogim za Piasta spokojem. Lecz i ina- 
czej opracował te czasy, skuszony wystawieniem ducha ciemnego, 
Rże Pychy, i walki jego z duchem dobrym i okradania prometeu- 
szowego ognia boskiego, spływającego na Ziemowita, dla syna 
potwornego Wodana — na kraj spada zaklęcie, wszystko kamie- 
nieje — motywy, wzięte ze znanej baśni, z góry Świętopełka (Zo- 
ber!) i snu jego. 

Trzeci rapsod, o Mieczysławie i Dobrawnie, zapełniony po 



- 165 - 

szczegółach obrzędowych, postrzyźyn i t. d., przy końcu wizyami 
obu, symbolami pochodu wszechdziejowego. Chrobrego pominął 
poeta umyślnie, zbyt jasne kontury bohaterskie nie nadawały się 
do przesymbolizowania żadnego, więc powiedział o nim, że 

w małej dziecinie 
Przyszedł ktoś wielki, lecz w wielkiej zasłonie, 
Tej nie odejmę , aż świat się rozwinie 
I zacznie jasno czytać w świata łonie... 

Za to obrał Król Duch Śmiałego, lecz śmierć przerwała pracę nad 
tym rapsodem, pełnym, jak i poprzednie, najdziwniejszych poetyc- 
kich efektów. Upornie łamał się poeta z materyą, sam, jak Pro- 
meteusz,* chwytał światła nadziemskiego i samemu, jak Prometeu 
szowi, sępy wahania i wątpienia pierś rozrywały. Do ziemi obie- 
canej nie doszedł, ale wskazał owe krainy poetyckie, piękniejsze 
od rzeczywistych. I w ostatnich rzutach pióra podziwiamy tego 
języka stal damasceńską, twardą a gibką, połyskującą i ostrą; tę 
fantazyę, niewyczerpaną w pomysłach i obrazach; tę myśl, rozsnu 
wającą po swojemu wątki dziejowe. Wobec niewykończoności 
(ostatecznej) dalszych rapsodów, wobec urwania olbrzymiego dzieła 
na samych niemal początkach, trudno o szczegółach orzekać, kto 
jak się miał wcielać, czy było miejsce i dla innych pieśniarzów; 
że się poeta za owego Króla Ducha uważał, wodza narodu w walce 
duchowej na myśli i słowa, wypływało z przekonania, że właśnie 
w nowożytnych poetów przekształcały się ostatecznie wszelkie du- 
chy dawnych bohaterów; przecież miał się i Jagiełło w Mickiewi- 
czu odradzać! 

Cóż sądzić o tej epopei, jak i o innych, ją poprzedzających 
dramatach (o Zborowskim; o Zawiszy; o dramacie z dziejów Wiel- 
kiego Nowogrodu i i.), o nowych próbach nad Beniowskim i t. d.? 
Zawsze mógł o sobie Słowacki twierdzić: »snem piszę, a z mgieł 
rozjaśnionych biorę«; fantazyą zwał się ten Bóg, co »swoją mocą 
ku mnie nachyloną napełnia pieśnią to maluczkie łono... tak od 
cielesnej uwolnione troski, całe się zdając na moc i duch Boski«. 
Fantastyczne było wszystko dawniejsze, Anhelli jak Balladyna, 
W Szwajcaryi jak Lilia Weneda, Beniowski jak Wacław, bajki 
z tysiąca i jednej nocy, cudowną siłą poety z nicości wywiedzione. 
»Transfiguracya« towiańska nie zmieniła ani zniżyła lotu tej wy o- 



— 166 — 

braźni; owszem, wyżej ją podniosła, górniej, szczytniej natchnęła; 
otworzyła oczy poecie, okazała jawnie, o czym dawno śnił i ma- 
rzył, wieczną ewolucyę ducha-rewolucyonisty; czego się teraz na- 
pewno dowiedział, dobadał, to wkładał w poezyę: wiarę we wpływy 
duchów na świat otaczający (Ksiądz Marek); w siły ducha wiesz- 
cze (Sen srebrny Salomei); zasługę ducha i utratę jej w »dzień 
żywota straszliwy i długi, marnie przebyty bez żadnego plonu«, 
myśl słoneczną, złotą a drogę do niej: moc ciemnych, okrwawio- 
nych wschodów. 

Dawniejsze jednak utwory fantazyi jego były każdemu do- 
stępne, jasne same przez się, o ile się myśl w wykonaniu nie za- 
łamywała; późniejsze już nimi nie są, są poezyą ezoteryczną, dla 
wtajemniczonych, nie dla profanów. Zwykłego czytelnika, nie obe- 
znanego z nowymi poglądami Słowackiego, wszystkie te dzieła nie 
zaspokoją nigdy; olśni go czar wiersza, przepych, niezwykłość 
obrazów — ale właściwego związku, znaczenia nigdy sam nie 
uchwyci, z samych słów autorskich ich się nie domyśli; potrzeba 
dla niego komentarza. Należy być wtajemniczonym w system, 
naukę Słowackiego; inaczej nie wybrnie się z wątpliwości czy 
sprzeczności; niepospolici nawet znawcy Słowackiego zarzucają mu 
niekonsekwencye (np. w pierwszym rapsodzie Króla - Ducha), nie- 
istniejące, jeśli się uważniej napomknieniom poety przypatrzysz; 
podsuwają mu myśli albo raczej wykładają słowa jego w sposób 
zbyt dosłowny i dziwią się potym czy szydzą nawet z jego samo- 
ubóstwiania, krzywdząc go srodze. Ale poezya, co komentarza wy- 
maga, niby traktat jaki mistyczny, choć poezyą nawet cudowną 
być nie przestaje, traci z góry znaczenie, ogółu nie porwie ani za- 
dowoli nawet nigdy, pozostanie zawsze udziałem »niewielu«, wy- 
branych. 

Walkę poezyi ku odrodzeniu się ducha i uczucia ludzkości 
ukończył poeta po chrześcijańsku w dniu 3 kwietnia roku 1840; 
zgon przeszedł niepostrzeżony; dopiero w kilka lat później wy sta 
wił mu pomnik poetycki Kornel Ujejski, sprzęgając wspomnienie 
o śpiewaku »Kordyana«, niespokojnym, samotnym i smutnym, 
z »Wieścią o Adamie Mickiewiczu«: 

Przeszedł chmurny, bolejący, głowę słoniąc połą, 
Aby ukryć w fałdach płaszcza swoje nagie czoło, 



— 167 - 

Próżne wieńca, który ledwie upadł mu na trumnę... 
Geniusz blasków, duch Tytana, serce wielkie, dumne! 
Siewacz skarbów, ciskający klejnoty przed siebie! 
Kto je zbiera? kiedyż naród te skarby wygrzebie? 
Kto z miłością okiem za nim wodził do ostatka? 
Tylko młodych uczniów kilku, tylko stara matka! 

Poeta to innej miary, niż Mickiewicz. Nie dla tłumów jego 
poezya, im ona niezrozumiała, nieprzystępna, rażąca ich i niepo- 
kojąca, nie kojąca ich trosk i bólów, ani piękna ani prawdziwa 
w zwykłym znaczeniu słowa, nierówna, pełna wzlotów górnych 
i upadków nizkich. Poeta to raczej dla wykształconych umysłowo, 
odczuwających subtelniejsze piękno, sztukę większą, natchnienie 
lotniejsze, rezygnujących z wrażeń i wdzięków realnych, nieraz 
grubych i płaskich. Ulubieńcem narodu pozostanie Mickiewicz 
zawsze, z poezyą czerstwą, silną, rumianą, plastyczną, zmysłową, 
nawet gdy w nieskończoności się gubi, z porywającą siłą uczu- 
cia; marzyciel Słowacki z rzeczywistością nie liczy się nigdy, buja 
w krainach urojonych, unosząc tam powolnych sobie na skrzydłach 
potężnego natchnienia, czarując muzyką swych słów, barwą swych 
obrazów, ich nastrojem smętnym, nieraz rozpaczliwym, w pogoni 
za ideałem, nigdy nie zaspokojony na ziemi, smutny. 

Melancholicznej muzy Słowackiego cechą podstawową jest 
właśnie ów smutek, tęsknota, żal głęboki: 

Trochę w tym wina jest mojej młodości, 
Trochę tych grobów, co się w Polsce mnożą, 
Trochę tej ciągłej w życiu samotności, 
Trochę tych duchów ognistych, co trwożą, 
Palcami grobów pokazując kości... 

Młodość przypadała na czasy, kiedy żyło się właśnie w krainie 
marzeń, a zstępowało tylko rzadko na padół ziemski i godziło 
z rzeczywistością tylko chwilowo: u Słowackiego młodość ta za- 
częła się nadzwyczaj wcześnie i przedłużyła nadmiernie. Już dziec- 
kiem »ileż to razy, patrząc na stary zamek marzyłem, że kiedyś 
w ten wieniec wyszczerbionych murów nasypię widm, duchów, 
rycerzów, że odbuduję upadłe sale i oświecę je przez okna ogniem 
piorunowych nocy, a sklepieniom każę powtarzać dawne Sofokle- 
sowskie »niestety«. A za to imię moje słyszane będzie w szumie 



168 



płynącego pod górą potoku, a jakaś niby tęcza z myśli moich 

unosić się będzie nad ruinami zamku«. Marzenia spełniły się, cho- 
ciaż nie rychło. 

W pomniku, jaki sobie Słowacki za życia wystawił, zgadza 



się, że 



Imię moje tak przeszło, jako błyskawica, 

I będzie, jak dźwięk pusty, trwać przez pokolenia, 



lecz kto szlachetny, przyzna: 



Że płaszcz na moim duchu był nie wyżebrany, 

Lecz świetnościami dawnych moich przodków świetny, 

I słusznie chlubi się: 

Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi 
Iść, taką obojętność, jak ja, mieć dla świata? 
Być sternikiem duchami napełnionej łodzi, 
1 tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata? 

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna, 
Co mi żywemu na nic, tylko czoło zdobi, 
Lecz po śmierci was będzie gniotła, niewidzialna, 
Aż was, zjadacze chleba, w aniołów przerobi! 

Bo Słowacki sam to nie Anhelli, nie załamał rąk w bezbrzeżnym 
smutku, w bezsilnej rozpaczy, rwał się do czynu: 

zaklinam, niech żywi nie tracą nadziei 
/ przed narodem niosą oświaty kaganiec, 

i wołał tryumfująco, jeszcze w Beniowskim: przyszłość moja i moje 
będzie za grobem zwycięstwo, bo lud mój, 

Gdy zechce kochać, ja mu dam łabędzie 

Głosy, ażeby miłość swoje śpiewał; 

Kiedy kląć zechce, przeze mnie kląć będzie; 

Gdy zechce płonąć, ja będę rozgrzewał; 

Powiodę tam, gdzie Bóg, w bezmiar, wszędzie. 

W me imię będzie krew i łzy wylewał; 

Moja chorągiew go nigdy nie zdradzi, 

W dzień, jako słońce, w noc, jak żar prowadzi! 



— 169 — 

A w »Królu-Duchu« zstępował wieszcz nowego ducha między nas, 
w płomiennej koronie, z zasłoną na licu, którą oko błyszczące 
przenika, 

Każdy z nas w głosu jego głuchym dzwonie 
Ojczyznę śpiącą gdzieś pod mogiłami, 
Odzywającą się z wiekowej ciszy, 
Słyszał lub sądził wyraźnie, że słyszy... 

Nawet dramaty jego ożyły, o czym nie marzył, stały się podwa- 
liną klasycznego repertuaru polskiego, bo chociaż z warunkami 
scenicznymi nie zawsze się godzą, należą do wielkiej sztuki. 

Od ściśle przedmiotowej i plastycznej, epicznej, zrównowa- 
żonej, męskiej poezyi Mickiewicza odbija w dziwnym rozgwarze 
muzykalno -rozwiewna, podmiotowa, liryczna i nastrojowa, kapryśna 
i fantastyczna muza Słowackiego; jest w niej coś z kobiety, z wra- 
żliwości nadmiernej, istnej mimozy, nie płoszącej tylko weny du- 
cha lekkiego, 

Który na mózgu, jak motyl na róży, 
Usiądzie, aż się kwiat listkami zmruży, 
A potem nagle odemknie swe łono, 
Świeże i jasne, i na okolice 
Roześle wonie, co wszystko pochłoną. 

Ten feminizm Słowackiego był czymś zupełnie nowym, utru- 
dniał jeszcze bardziej uznanie jego natchnień w czasach i stosun- 
kach, antypoetyckich jak rzadko, w literaturze, której kobieta 
i wszystko, co jej jest, pozostawała do niedawna obcą. 

Przecież dopiero w romantyzmie uwolnienie czy rozpasanie 
indywidualności wprowadziło kobietę do literatury, natchnęło ją 
własnym życiem, przestało uważać zabawką czy utrapieniem męż- 
czyzny, odwiązało niewolnicę od pręgierza czy zdjęło pieścidełko 
z etażerki. Taką to emancypacyą hołdował romantyzm kobiecie 
najgłębiej i naj szczerzej; choć się nie rozmarzał przed nią, jak za 
czasów kultu dam i turniejów róż i sądów miłości, uznał w niej 
pierwszy człowieka siostrę, ocenił w niej godność ludzką. Tę 
stronę romantyzmu nie Mickiewicz jednak wyraził; nie stworzył 
znamiennego typu kobiecego, jeśli wyjątkową, amazonkę Tassa, 
Grażynę, albo najpospolitsze, Telimenę przestarzałą i Zosię, którą 
wdzięki świeżej młodości ratują, pominiemy. 



— 170 — 

Już »Maryą« Malczewski stanął wyżej, niż Mickiewicz, malu- 
jący namiętności i skargi męskie; na słońcu przeciwnym stanął 
Słowacki, pierwszy nasz psycholog, malarz czy rzeźbiarz kobiety; 
żaden poeta polski, żaden słowiański, nie stworzył równie bujnej 
girlandy główek kobiecych, od wiotkich, eterycznych niebianek po- 
przez szeregi ziemskich kochanek, niewolnic, sióstr, aż do furyi 
i jędz piekielnych, do Gwinony i Rżepychy, pokrewnych sobie, do 
Balladyny, nie obcej im duchem. Wyjątkiem jest utwór Słowac- 
kiego bez wybitnej roli bogdanki, np. Kordy an; Beniowskiego 
Aniela przewyższa, a Swentyna Sawie dorównywa; w Królu-Duchu 
nawet, przynajmniej w dalszych rapsodach, zrównoważone są nie- 
mal płci obie. Nie przypadkiem też wiele utworów Słowacki od 
heroin nazwał, od »Maryi Sztuart« aż do »Snu Salomei«. 

I w nim samym, jak i w bohaterach, których tworzył, w »Kor- 
dyanie« i innych, było coś kobiecego: bierność zupełna woli, wyo- 
braźnia płomienna, bujająca nad światem, uczucie egzaltowane, 
melancholia rzewna, głęboka — nawet upojenia szczęściem nie wy- 
rażał po męsku, jemu 

wszystkie uczucia gwałtownymi loty 
na serce spadły, jak gołąbi chmura, 
pić łzy i białe w nim obmywać pióra, 
aby się czyste rozlecieć po niebie! 

A były w nim i inne rysy kobiece, próżność, przyrodzona niemal, 
spotęgowana poczuciem własnym talentu, spółczesnym górnym 
mniemaniem o zadaniu i zasłudze wieszcza, więc wybujała nadmier- 
nie, aż do chorobliwej przesady o roli własnej w narodzie... 

Nie wyczerpują rysów i znaczenia Słowackiego ani nieprze- 
ścignione mistrzostwo formy, przepych wiersza, czar słowa, blaski 
obrazowania; ani genialne pomysły, jakich mu każdy poeta zazdro- 
ścić musi; ani feminizm jego; ani obce słowiańskiemu duchowi 
lubowanie się w okropnościach, jakby przykładem Wiktora Hugo 
poddane; ani gonienie za efektem, za ekscentrycznością. Już to 
wszystko było nowe w literaturze polskiej, skromnej dotąd raczej 
(jak niewykwintne np. rymy Mickiewicza i proste jego słowa!), nie 
lśniącej w szatach wzorzystych, nie stąpającej na wysokim kotur- 
nie. Słowacki dawał jeszcze coś więcej. Wierzył głęboko, ale reli- 
gia jego była nie mniej kapryśną, jak jego estetyka; więc nie 



— 171 - 

znał owczych popędów, nie szedł za tłumem, wytartą wiekami ko- 
leją, nie zawahał się Rzymu zgubą Polski nazwać, drogę, ku Tya- 
rze zwróconą, oznaczyć jako kłamną, Jezuitów kąsać. Zato wie- 
rzył, »źe ludy płyną, jako łańcuch żórawi w postęp«, że pochodnię 
oświaty wysoko dzierźeć należy, wierzył w »ducha rewolucyonistę«; 
od klerykalizmu, któremu się tylu poddawało, odstrychał się za- 
wzięcie. Sam arystokrata w myśli, czuciu i słowie, demokracyi się 
nie zapierał, wierzył w respublik jedynaka syna — od konserwa- 
tyzmu Krasińskiego oddalał się najbardziej, poeta postępowy, cho- 
ciaż burźuazyjnymi formami postępu, konstytucyami czy parlamen- 
tami, gardził nie mniej, niż Krasiński lub Mickiewicz; i w jego 
oczach władał nimi tylko pienlądz-interes. Tym się, co do zasad 
społecznych, wyróżniał, bliżej stojąc Mickiewicza, niż Krasińskiego, 
nie dzieląc ich kultu Napoleońskiego. 

Dotychczasowa poezya polska, »obywatelska« głównie, jak 
poezya klasyczna, wyłącznie człowieka na celu miała; u Słowac- 
kiego - odludka łączność ścisłą z przyrodą po raz pierwszy odna- 
lazła. Obrazami przyrody, oddawaniem jej czarów, woni, świateł, 
zwycięża; smętność jego pióra z góry upoważniała, namaszczała 
go na piewcę przyrody: w »Szwajcaryi« np. bohaterem poematu 
właściwym była sama przyroda alpejska. Nawet trawka i robaczek 
ożywały w jego wierszach; wsłuchał się w gwar ptasząt, wpatrzył 
w grę kolorów, wchłonął w siebie powiewy wiatru, szum morza, 
zapachy kwiatów: z niezrównaną siłą, z wdziękiem czarującym 
wszystko to wyśpiewał, wygrał czarodziej-muzyk. Najżywotniejsze, 
najprzystępniejsze w jego poezyi, to właśnie obrazy przyrody, nie- 
spokojne, lecz, jak poeta sam, roztęsknione, albo groźne,* rozhu- 
kane. Nawet w jego utworach filozoficznych, a raczej symbolicz- 
nych, obrazy przyrody przykuwają najpierw i naj trwalej uwagę. 
Lecz właśnie ich czar słowa staje się przeszkodą walną, aby 
i obcy tę poezyę wedle zasługi poznali i ocenili; jak łatwo Mickie- 
wicza, tak trudno Słowackiego tłumaczyć. 

U Słowackiego ześrodkowało się wszystko w samej poezyi, 
żaden z naszych wielkich nie wytrwał przy niej dłużej i stałej; 
jako poeta prześcignął spółczesnych, ale oddźwięk znalazł, nie za 
życia, w dziesiątki lat po zgonie dopiero, oddźwięk, wzmagający 
się coraz, przygłuszający wielkiego rywala. Dziś, kiedy od obrazu 
nie wymaga się ani anegdoty dziejowej czy prywatnej, ani ilustra- 



- 172 — 

cyi etnograficznej czy topograficznej, rywalizacyi z płytą fotogra- 
ficzną, kiedy żąda się emocyi kolorystycznych, nastroju barw- 
nego — i w poezyi raczej to, co Słowacki, niż to, co Mickiewicz 
daje, popłaca. 

Czego się fantazya czarodziejska Słowackiego dotknie, po- 
mysłu »starego Wila«, czy notatki pisarza bizantyńskiego, wspo- 
mnienia z Jaszun i Czerczej, czy grobu Agamemnona i Chrystu- 
sowego, szumu morza, w konchę zaklętego, czy bezbrzeżnej 
tęsknoty stepowej, namiętności przerażających, czy smutku trapią- 
cego: wszystko przetapia w fale i strugi poezyi, mieniącej się, jak 
łuski wężowe i pióra pawie, zawieszonej tęczami nad szarą po- 
wierzchnią ziemską. Słowacki to jedyny poeta, co poezyę dla poe- 
zyi cenił; co jej nie rzucał, jak ją Mickiewicz i Krasiński rzucili; 
jemu pieśni były czynami, a poezya zastępy wała wszystko — 
i uciechy życia i szczęście trwalsze.. 



ROZDZIAŁ CZTERNASTY. 
ZYGMUNT KRASIŃSKI 



Próby młodzieńcze, »Nieboska« i »Irydyon«. Filozofia polska, ;Hoene - Wroński i na- 
stępcy; Krasińskiego filozofia: » Przedświt* i » Psalmy przyszłości*. Inni pisarze emi- 
gracyjni; publicyści; Hoffmanowa; Czajkowski; Gaszyński. Młodsza generacya: Gró- 
jecki; Kalinka; Klaczko. 

Mickiewicz i Słowacki, acz całkiem odmienni, przedstawiają 
typy najzupełniej jednolite: w jednym przeważało uczucie, wkońcu 
zerwał więc z samym kultem słowa i formy, i Towianizm go tylko 
w tym utwierdził, nie oderwał go dopiero od poezyi; drugiemu, 
marzycielowi -fantaście, ten sam Towianizm nowego do rojeń pod- 
dawał materyału. Obaj zespalali się całkowicie z poezyą; żaden 
krytycyzm nie ostudzał ich uniesień; nawet na manowcach mistycz- 
nych imponują głęboką wiarą; poddajemy się czarowi ich osobi- 
stości, ich przekonania niezachwianego, nawet gdy słowom czy 
argumentom nie przyznajemy mocy. Inaczej stajemy wobec Kra- 
sińskiego; tu rozszczepienie między człowiekiem a poetą zupełne; 
on z góry poezyi za swe powołanie nie uznaje, rwie się do czynu 
politycznego; niedowierza nikomu, zwłaszcza sobie; zapatrywa się 
krytycznie, trzeźwo, na świat, oburza się jego podłością i głupotą; 
jest pesymistą, z ciała, chorobami i bólami znękanego, z duszy, 
refleksyą trawionej, wątpieniem wyźartej; konserwatysta i katolik, 
z tradycyi, z wyrozumowania, — czy i z serca ? To wszystko, jako 
człowiek; całkiem inaczej, jako poeta: idealista, wierzący w postęp 
ludzkości, w zbawienie świata, a drogi do tego jasno ma wytknięte; 
zdrowy i silny, wahań nie znający; pokrzepiający zwątpiałych i sła- 



— 174 - 

bych; tylko pod względem narodowości i w życiu i w poezyi sobie 
wierny. Do historyi literatury należy tylko poeta Krasiński, poeta 
refleksyi, uzupełniający poezyę uczuciową i fantazyjną spółmi- 
strzów, na silnym podkładzie myślowym wznoszący się ponad 
szranki narodowości i czasu, poeta o wszechludzkich aspiracyach, 
szczególniej w początkach swego zawodu. 

Gdy Mickiewicz wykazywał — nie w poezyi, chyba wyborem 
swych tematów, ale w życiu, — rysy litewskiego, odmiennego tem- 
peramentu, najzupełniejszym wcieleniem polskości przedstawiają się 
i Słowacki, chociaż kolebka jego przypadkiem na Wołyniu się zna- 
lazła, Krzemieńcowi nieśmiertelnej sławy użyczając, i Krasiński. 

Mazowiecki ród jego piastował od XVI wieku miejscowe do- 
stojeństwa, kasztelaństwa i Województwa, płockie i inne, niby dzie- 
dzicznie, wychylając się rzadziej poza granice ziemicy, w podkan- 
clerzu i biskupie krakowskim czy w podskarbim koronnym, a po- 
nieważ właśnie szlachta im znaczniejsza, tym większym polorem 
się odznaczała, więc nie dziw, że i w literaturze, łacińskiej czy 
polskiej, Krasińscy już od XVI wieku występują, chociaż wybit- 
nych talentów między tymi Korwinami nie było. 

Na szerszą widownię wypłynęli, gdy na czele domorosłego, 
atawistycznego ruchu, katolicko -szlacheckiego, stanęli marszałek 
konfederacyi barskiej, Michał, i znacznie odeń zdolniejszy brat 
jego, biskup kamieniecki; syn Michała, Jan, poseł sejmu wielkiego, 
ożeniony z siostrą Czackiego, jeszcze bardziej zaś wnuk, Wincenty 
hrabia Krasiński, świetny żołnierz napoleoński, niepospolity znawca 
ludzi, praktyczny, nie obawiający się nawet, o co w Polsce naj- 
trudniej, niepopularności, ożeniony z Radziwiłówną (berdyczowską), 
rzucili nowe podkłady znaczenia rodowego. Przejął się nim i Zyg- 
munt, urodzony w Paryżu 1812 r.; ulegający przez całe życie wpły- 
wom ojca, nawet wbrew własnemu uczuciu, nie stawiający mu ni- 
gdy trwałego, energiczniejszego oporu w imię porywów własnego 
serca, sam chwiejny, nie znający miary, ceniący tym wyżej ży- 
ciową mądrość ojca. 

Z dziejów rodzinnych przejął nietylko zasady religijne i kon 
serwatywne, czerpał z nich nawet motywy do własnych utworów, 
dodatkowe (jak w »Nieboskiej« z okopami św. Trójcy) czy zasa- 
dnicze (jak w »Nocy letniej «, przypominającej nieco romans Pu- 
ławskiego i Franciszki Krasińskiej). 



— 175 — , 

Odebrawszy staranne wykształcenie, pod wpływem otoczenia 
(dom ojcowski był rodzajem salonu literackiego, gdzie spierali się 
weterani klasycy z nielicznymi, młodziutkimi romantykami, ku naj- 
większej satysfakcyi pana generała), i kolegów, w czasach, kiedy 
każdy młodzieniec bujał w empireach poetyckich, mając za prze- 
wodników Byrona lub Scotta, Hugo czy Irvinga — zaczął sam 
pisać wyjątkowo rychło; szesnastoletni, roku 1828, uklecił szereg 
powiastek i powieści pseudohistorycznych, spółcześnie (w czasopi- 
smach i oddzielnie) drukowanych, prócz pierwszej, »Pana trzech 
pagórków «; były to: »Grób rodziny Reichstalów« i » Zbigniew* 
czyli » Hanna z Ciechanowa«, ostatecznie jako »Władysław Herman 
i Dwór jego« roku 1830 w trzech tomach ogłoszona; w następ- 
nych latach przybyły: »Zamek Wilczki«, »Teodoro, król borów«, 
»Gastołd«, » Mściwy karzeł i Masław, książę mazowiecki« i t. d.; 
zakończył ich szereg »Agaj Chan«, wydrukowany roku 1834, napi- 
sany trzy lata rychlej, odmienny w tonie. 

Na powieści te złożyli się Walter Scott, Byron i kanibalska 
literatura francuska, »Han Islandyi« i podobne potwory. Rozpasana 
fantazya lubuje się wyłącznie w okropnościach, pomiatając chrono 
logią, historyą, a nawet prawdopodobieństwem; przenosi efekty 
i podania czy baśni Wschodu i Zachodu na ziemie polskie lub do- 
rabia najromantyczniejsze przejścia do znanych faktów dziejowych, 
np. Wallensteina zabija Alan Reichstal — Leslie, mszcząc na nim 
samobójstwa siostry, Minny Reichstal, co się w dzień swych za- 
ślubin z nienawistnym Wallensteinem otruła; podanie węgierskie 
o kobiecie, kąpiącej się w krwi dziewiczej dla zachowania wdzię- 
ków, przenosi na »Joannę z Gozdawy «; Byroński demonizm, dumę 
nieposkromioną i namiętności fatalne uosabia mu Zbigniew, a po- 
wiernik jego, Niemiec, Mestwin (!) z Wilderthalu, przeholował 
zimnym okrucieństwem, pogardą ludzi i Boga, snuciem najokrop- 
niejszej intrygi a la Golo z Genowefy wszystkich potworów By- 
rońskich; najmniejszym jeszcze wykroczeniem przeciw duchowi cza- 
sów owych są opisy turniejów i innych szczegółów niepolskich. 
Najwyżej wzniósł się »Agaj Chan«, ostateczne dzieje Maryny 
Mniszkówny po zabiciu drugiego jej męża, tułającej się z synkiem 
w otoczeniu romantycznego kochanka, kozaka Zaruckiego i jeszcze 
romantyczniejszego rywala jego, Tatarzyna Agaj Chana, szaleją- 
cego z miłości ku Marynie, nie wysłuchanego i topiącego ją i sie- 



f — 176 — 

bie w lodach Jaiku. Nie dla treści fantastycznej, lecz dla barwnych 
obrazów, przepychu wschodniego i dla prozy poetyckiej, połysku- 
jącej wszelkimi ozdobami stylu epicznego, ciekawy ten utwór: 
prozę tę zatrzymał Krasiński, nie rwący się (mimo prób młodzień- 
czych, wcale nie najgorszych) do wierszów i w późniejszych utwo- 
rach, którym właśnie do najwyższej doskonałości tylko formy wier- 
szowanej brakuje, w »Nieboskiej« i »Irydyonie«, sprawiających mimo- 
woli wrażenie, jakby je kto z poezyi na prozę przepisał. 

Pod najrozmaitszymi wrażeniami dojrzewał tymczasem szybko 
młodzieniec, baśni owe daleko za sobą zostawiając; i czterech lat 
nie minęło, kiedy np. uważał swego Hermana »za nikczemne dzieło, 
za płód dzieciństwa, gdzie kilka iskierek ledwo, że tleją wśród pe- 
rzyny i gnoju — dotąd nicem dobrego nie napisał, choć daleko 
lepsze rzeczy od Hermana«. Pobyt zagraniczny poniewolny, losy 
ojczyzny, targały nim boleśnie, nadwerężały słaby organizm, cho- 
ciaż wkońcu sceptyk -marzyciel (Krasiński lubował się w kontra- 
stach) wszystkie wątpienia i pragnienia przezwyciężył, z bezsilnych 
szamotań się i zapasów obronną ręką wyszedł. Walki wewnętrzne, 
duchowe, wylewał na papier, czy to w korespondencyi francuskiej 
z przyjacielem genewskim, Anglikiem Reeve, czy w utworach czę- 
sto ułamkowych, francuskich i polskich, goniących jedne za dru- 
gimi, nie wychodzących z rękopisów, wszystkie gorączką i rozpa- 
czą napiętnowane; spieszył przecież do powstania, całą siłą duszy 
rwał się do Warszawy, ale ugiął się wkońcu przed wolą ojca, co 
sam, z Królewca, nierówne zapasy potępiał. 

Synem miotały najprzeciwniejsze uczucia. To rzucał się gwał- 
townie, przeklinał, nienawidził, mścił się w tyradach »Adama Sza- 
leńca* i innych; to zwracał się do przeszłości, do dni chwały 
ogromnej i wspaniałej, do nieba czystego, gwiaździstego, i z nich 
wysnuwał obrazy dni tryumfu i żałoby, nocy pożogi i pohulanki, 
gdy zapadał się wschodni świat, a na jego zgliszczach zwycięzcy 
rozwijali chciwość i śmiałość Hiszpanów Korteza, niszczyli ten 
świat światła, klejnotów i kwiatów. Na tym średniowieczu boha- 
terskim, gdzie wszystko tchnie siłą, cechującą wędrówki narodów, 
odbijał on klęski spółczesne, a Agajem Chanem zrównoważą! ka- 
pitulacyę Warszawy. I po latach jeszcze kołatały w umyśle jego 
pieśni żałoby i zemsty, i chciał je nawet wyśpiewać z dziejów 
Konradyna i Jana z Procidy. 



— 177 — 

Silniej zaważyły inne wpływy i myśli. W powstaniu i przy- 
wódcach jego rozczarował się rychło; listy i opowiadania, ojca, 
Jezierskiego, Danielewicza (przyjaciela wczesnej młodości), poka- 
zały mu je w całkiem odmiennym świetle i wzgardził robotą klu- 
bów; ojciec o niej twierdził, że wszystko stu (napoleońskich!) dni 
nie potrwa, a co będzie potym, Bóg jeden wie; wie tylko, że grób 
kopie krajowi; przedewszystkim odzierał ją z kolorów narodo- 
wych: »narodowości poznikały, dwa kolory rządzą światem, porzą- 
dek i rozruch, a to na to, aby ci, co posiadają, nie posiadali, a ci, 
co nie posiadają, aby posiedli. Stąd ten ruch nieznośny partyi, 
któren w całym świecie się rozszerza, a przybiera preteksta naj- 
szczytniejsze miłości ojczyzny, by dojść do celu«. Do Genewy, 
gdzie syn bawił, przedzierały się groźne hasła walk socyalnych, 
listopadowego (1831) powstania lyońskiego, gdy czterdziestutysięcy 
wygłodniałych robotników nędza do walk ulicznych pchnęła, gdy 
odzywały się głosy, grożące zalewem ogłady nie przez dziczy 
wschodnie (les barbares qui menacent la societe, sont dans les 
faubourgs de nos villes manufactieres^ słowa St. Marc-Girardina). 
I zwracał się Krasiński do zagadnień ogólno - ludzkich, uchodząc 
zmory ojczystej, usprawiedliwiając się niby, czy zagłuszając wy- 
rzuty sumienia, że w walce o ojczyznę udziału nie brał, a punkt 
wyjścia był — ojcowski. 

Jeszcze Mickiewicz, godzący dziwnie realność szarą życia 
z najwznioślejszymi pomysłami poezyi i filozofii, wyperswadował 
mu w Genewie (1830 roku), że szumność jest głupstwem, że wszyst- 
kie ozdoby i kwiaty stylu są niczem, kiedy myśli niema; że 
trzeba się uczyć i prawdy wszędzie szukać. Starał się nawet, pod 
tym wpływem, szukać prawdy Krasiński w wspomnieniach mło- 
dzieńczych, z Ciechanowa i Opinogóry, ale »Przeora Augustyanów« 
nie dokończył, snu pamięci nie domarzył, prawdy i myśli nie od- 
szukał w poezyi rodzimej; wyrwały go z niej na zawsze okolicz- 
ności życia, miejsca i czasu, co nawet idylę Przeora skrzywiły na 
rapsod nienawiści i zemsty. 

W rozmyślaniach samotnych — choroba ócz przykuwała go 
na długo do zaciemnionego pokoju — wytaczał walkę owych dwu 
»kolorów«, »porządku« i konserwatyzmu z anarchią i »demokracyą«; 
starał się docierać do prawdy, do myśli owych haseł, i ten, co 
z rewolucyą solidaryzować się przestał, przeniósł walkę w przy- 

DZEJE LITERłTURY POLSKIEJ T. II. 12 



— 178 — 

szłość, odczepił ją od narodowości: poeta myśli, przekonany, że 
poezya » tyczy się rodu człowieczego całego, a nie jednego kraju, 
jednego łachmana czasu i przestrzeni: ona wieczność i nieskoń- 
czoność garnie pod skrzydła swoje«, uogólnił, usymbolizował nie- 
mal zasady i ich szermierzy. Do poematu tego, przezywanego naj- 
pierw to » Hrabią Henry kiem«, to tylko »Mężem«, potym »Kome- 
dyą ludzką« w przeciwstawieniu do » Boskiej « Dantego, a wreszcie 
»Nieboską«, wplótł wiele z własnej istności. 

Wobec wybuchów nienawiści społecznych pytał poeta o osta- 
tnie ich cele i środki, a co przemyślał, złożył w fantastycznym 
poemacie dramatycznym, ni to Fauście, ni Manfredzie, gdzie, jak 
w »Irydyonie«, »bardziej idee się naruszają niż ludzie«. Zdawało się 
poecie, że intencyą jego była » obrona tego, na co się targa wielu 
hołyszów, religii i chwały przeszłością ale nie wahał się wyznać, 
że przedstawicielom tej religii i chwały » należy się kara, a po 
karze niepamięć «. Między nimi wszystkimi niema nawet takiego, 
coby godnie umierać umiał: wystraszeni, zbiednieli będą pełzać 
u nóg zwycięzców, darmo żebrząc zmiłowania. Jedyny wyjątek 
stanowi hrabia Henryk, »mąż«, bo nieustraszony i nieugięty, choć 
gardzi tymi, których nie opuści — ale poświęcenie jego wyrozu- 
mowane, nie z przekonania wypłynęło, dla chimery, strzępków ro- 
mantycznych, w co się stroi, jak i w hasło: » Jezus i szabla moja«, 
lub wołanie: »Boźe i Ty Mary o, do której modliłem się tyle!« 

Tak przedstawia się nicość ostatnich zachowawców, garną- 
cych się trwożliwie około Henryka w ostatnim niezdobytym jeszcze 
posterunku, w Okopach św. Trójcy; cóż po przeciwnej stronie? 
w imię jakich zasad staje ona do walk? Wymowny komentarz 
znachodzimy w liście poety do Gaszyńskiego: »ja wiem, że cywi- 
lizacya nasza ma się ku śmierci; wiem, że blizkie czasy, w któ- 
rych zbrodnie nowe przyjdą stare karać i same się potępić w obli- 
czu Boga; ale wiem, że one nic nie utworzą, nie zbudują, przejdą, 
jak koń Attyli, i głucho po nich! Dopiero to, czego ani ty ani 
nikt nie zna, nie pojmuje, nadejdzie, wywinie się z chaosu i świat 
nowy z woli Boskiej, z przeznaczenia rodu ludzkiego zbuduje, ale 
wtedy i moje i twoje kości próchnem gdzieś będą«. 

Na czele tłumów stoi Pankracy, silniejszy od Henryka nie 
sprawą czy zasadą, lecz liczbą ramion muskularnych, do jednego 
celu wytężonych; równie słaby, jak Henryk, niewiarą we własne 



179 



posłannictwo, w hasła, jakimi zwodzi adeptów bezmyślnych i mo- 
tłoch rozszalały. Henryk mu zaimponował, więc pragnie przecią- 
gnąć go na własną stronę, kusząc i jego owymi złudzeniami, ale 
Henryk już się przeświadczył o moralnej wartości tej walki: »ja 
także znam świat twój i ciebie, patrzałem wśród cieniów nocy na 
pląsy motłochu, po karkach którego wspinasz się do góry; wi- 
działem wszystkie stare zbrodnie świata, ubrane w szaty świeże, 
nowym kołujące tańcem, ale ich koniec ten sam, co przed tysią- 
cami lat, — rozpusta, zło i krew«. W tych widzeniach Dantejskich 
dojrzał Henryk, jak Krasiński sam w Genewie, że chodzi o uży- 
cie, że tłumy wypijają wina pańskie, zabijają woły robocze, że 
niebawem zapędzi ich głód do dawnego harowania i dla nierówno- 
ści, fizycznej i umysłowej, wyłonią się znowu dawne »porządki«; 
już teraz kiełkują one wszędzie w zarodzie; pytają np. bracia żoł- 
nierza o plan zdobycia Okopów, ale on odpowiada: »chociaźeście 
moi bracia w wolności, nie jesteście moimi braćmi w geniuszu — 
po zwycięstwie dowie się każdy o moich planach «, i słusznie 
szepce Henryk ku towarzyszowi: » radzę wam, zabijcie go, bo tak 
się poczyna każda arystokracya«. 

Nie łudzi się Henryk, zdolny do szlachetniejszych porywów, 
ofiarujący głowę, gdyby nią okupić można szczęście ludzkości, 
lecz nie, przed sto, dwieście latami, »polubowna ugoda mogła jesz- 
cze... ale teraz wiem, teraz trza mordować się nawzajem, bo teraz 
im tylko chodzi o zmianę plemienia*. Szczęścia na ziemi niema, 
^daremne marzenia, kto ich dopełni? Adam skonał na pustyni, my 
nie wrócim do raju«. 

Inaczej myśli czyli udaje, że myśli, Pankracy; zwycięstwo 
samo go nie cieszy, i odpowiada Leonardowi, wtórując staremu, 
ślepemu Faustowi (z drugiej części): »patrz na te obszary, na te 
ogromy, które stoją w poprzek między mną a myślą moją; trza 
zaludnić te puszcze, przedrążyć te skały, połączyć te jeziora, wy- 
dzielić grunt każdemu, by we dwójnasób tyle życia się urodziło 
na tych równinach, ile śmierci teraz na nich leży, inaczej dzieło 
zniszczenia odkupionym nie jest« — jakby tępienie ludzi było nie- 
zbędnym warunkiem czy rękojmią zaludniania puszcz i przekopy- 
wania kanałów! Nie miał poprostu otwartości owej dziewczyny 
szwajcarskiej, co Krasińskiemu w oczy rzuciła: czas, byśmy wasze 
miejsca zajęli, od ilużto wieków na nich siedzicie! ani też śmiał 

12* 



— 180 - 

się przyznać do hasła: tępmy dla tępienia, dla oczyszczenia te- 
renu, niech potomkowie głowy nad tym łamią, co należy odbudo- 
wać. Przed nim chyba tylko dawny chaos; dodatniego w nim nic 
niema; wyjścia nie znachodzi. A tymczasem wyjście było i jest, 
i musiał się go chwycić Krasiński, nie godzący się nigdy z tym, 
żeby »potępienie wieńczyło dzieło*, stawiający dlatego Byrona 
niżej od Goethego, obejmującego wszechświat, walkę złego i do- 
brego, temu ostatniemu wkońcu przyznającego zwycięstwo«; zo- 
stawił też Goethe na Krasińskim ślady wpływu, głębsze i liczniej- 
sze, niż na innych poetach polskich. 

Krasiński, wzdrygający się po roku 1831 przed wszelką re- 
wolucyą, dostrzegł i wypowiedział, »źe dzisiaj już kierunek społe- 
czeństw na drodze wolności nie uznaje konwulsyi i rzezi, jedno 
uznaje konieczność rozumu i cnoty«. Konieczność tę, rozwijającą 
się z chaosu i nowy świat budującą, usymbolizował w ostatnim 
widzeniu »Nieboskiej«, gdy Pankracy, złamany, upada i ginie: zło, 
obezwładnione zjawieniem się krzyża, symbolu miłości i prawdy, 
uznaje z Apostatą zwycięstwo Galilejczyka. Zakończeniu temu, je- 
dynie i zawsze możliwemu — minęło od napisania owego widzenia 
lat siedmdziesiąt, i wszystkie wysiłki ludzkości nie wydały nic lep- 
szego — zarzucono, że zjawia się niespodzianie, bez należytego 
psychologicznego i artystycznego przygotowania. Takie nie odpo- 
wiadało jednak pojęciom Krasińskiego o zadaniu poety, synte- 
tycznym, nie analitycznym: analiza szkodzi poezyi, poecie wystar- 
czy podnieść ramię i ludziom wskazać: niech oni badają, ile pro- 
mieni w tej gwiaździe, jak szybko jej światło ku ziemi pospiesza. 
Samym wskazaniem drogi, przyszłości, zakończył przecież i »Iry- 
dyona«. 

Ta walka ścierających się plemion i światów wypełniła główną, 
zasadniczą część dzieła, lecz nie zadowolił się poeta symbolami, 
wyindywidualizował choć jednego, sercem sobie znacznie bliższego, 
Henryka. Henryk, nie żołnierz z powołania, stanął przecież na czele 
arystokracyi, powodowany żądzą sławy, mamidłem szatańskim znę- 
cony, i wystawia Krasiński, identyfikując się z Mężem — jeszcze 
wyraźniej czynił to potym z Młodzieńcem — Henryka poetą. W cza- 
sie ogólnego, romantycznego uwielbiania poety, stawiania go nad 
ludźmi, uderza prawdziwość sądu o »poecie«, wypowiadana i w listach 
do Reevego i w Nieboskiej. Tam zaznacza wyraźnie, jakby prze- 



— 181 - 

czuł Słowackiego, że sztuka jest prawdą prawdy, uczuciem uczu- 
cia, ale nie samym uczuciem; artysta sam jest dla siebie wszyst- 
kim; kocha swe arcydzieła, ale niczego więcej nie kocha... dlatego 
nigdzie spełnienia życzeń, nigdzie marzeń kresu nie znajdzie... wielki 
artysta nigdy nie jest ni mężem dobrym, ni ojcem. Tu mówi 
o poetach, »którzy nigdy w danej chwili poezyi w działaniu mieć 
nie będą«; Henrykowi, gdy się unosi, entuzyazmuje, szepce sumie- 
nie: dramat układasz; w pogoni za byle jakim majakiem, piękna 
czy sławy, nie zawaha się zdruzgotać szczęścia rodzinnego, zgubić 
żony kochającej, i wkońcu słyszy wyrok: »zato, żeś nic nie kochał, 
nic nie czcił, prócz siebie, prócz siebie i myśli twych, potępion 
jesteś na wieki«; ginie też wołając: »poezyo, bądź mi przeklęta, 
jak sam będę na wieki !« Wędrówki błędne Henryka przedstawia 
Krasiński; nie wiążą się one z właściwym tematem, przygniatają- 
cym te szczególiki nawet filisterskiego życia, chyba, że w domu 
obłąkanych rozlegają się już hasła, jakie i pod Okopami usły- 
szymy; dziwną kreacyą jest Orcio, któremu Krasiński własne 
nerwy przeczulone i wzrok osłabiony i żar poetycki nadał, na któ- 
rego głowę matka poezyę (jej nie daną, co przyczyną zobojętnie- 
nia jej męża), uprosiła, dar z niebios fatalny. I rozpadała się »Ko- 
medya« na dwa, całkiem zewnętrznie, przypadkowo, zespojone 
dramaty, indywidualny, familijny, i socyalny. 

Poeta myśli, nie fantazyi, narzucił sobie więzy dramatyczne, 
zmuszające go do dykcyi zwięzłej, pełnej precyzyi, ale z luźnych 
scen, dramatu właściwego nie utworzył, nie o dramat też mu cho- 
dziło, i kto później sceny te rozprowadzał (Lord Lytton), osłabił 
tylko ich wrażenie. W dwudziestymtrzecim roku życia zerwał się 
genialny poeta na dzieło, jakiego literatura polska dotąd nie znała, 
skupiona w sobie, w potrzebach i widokach najbliższych. Z prze- 
dziwną intuicyą wznosił się ponad przesądy kastowe: ten, co miał 
»demokracyę« zmiażdżyć, wydał wyrok potępienia i na »arystokra- 
cyę«; do wywodów jego i dziś ani co dodać, ani co odjąć — 
i Biórnson konfliktu lepiej nie wystawił, gdy po tylu latach do- 
świadczony dramaturg, myśliciel niezawisły, ten sam temat obie- 
rał — i retoryka Krasińskiego większe sprawia wrażenie, donio- 
ślejsza, dźwięczniejsza. 

Na tych wyżynach ogólno-ludzkich pomysłów Krasiński się 
nie utrzymał; przed »Nieboską« zakiełkowała inna myśl, »Irydyona«; 



— 182 — 

piszącemu »Nieboską«, i »Irydyon« przed oczyma stawał (oba dra- 
maty zbudowane podobnie, aż do drobnych szczegółów), lecz co 
r. 1832 już w formę słowa się przyodziało, nabrało dopiero pó- 
źniej, za pobytu rzymskiego, właściwych kształtów, pogłębienia tła, 
wypukłości rysunku, malowniczości szczegółów. 

Żaden z poetów polskich nie odczuwał tak poezyi miasta 
wiecznego, jak Krasiński. » Lubię te gruzy — pisał do przyjaciela — 
lubię tę karę, która spadła na miasto wieczne, na miasto ucisku 
i podłości, egoizmu i zbytków, słowem na ten Rzym, co był otchła- 
nią, spoźerającą wszystkie narodowości świata... na jego budowlach 
dziś wyryte dłonią czasu przekleństwo, jak na czole zbrodniarza, 
i Rzym leży zwalony, leży i gnije, leży i nie powstanie więcej... 
Ale razem tu jest świętszy widok, krzyż tu panuje, katolicyzm tu 
stanął po wszystkich wzgórzach, on świat ocali«. Oto i komentarz 
do »Irydyona«. 

Jeszcze za pierwszej bytności w Rzymie, gdy towarzystwo 
Mickiewicza, czytanie dzieł ks. Lamennais, obojętność religijną war- 
szawską naruszało, odniósł najwznioślejsze wrażenie w Kolizeum, 
»gdzie krzyż z drewna — on jeden nieśmiertelny, prosty i boski, 
godło zwycięstwa życia nowego nad starym stoi nad ziemią, która 
go prześladowała, i panuje tam, gdzie nim pogardzano«. Silny na- 
pływ fali religijnej przerwał rok 1831; nienawiść, żądza zemsty, 
misteryum barbarzyńskie wyrugowały chrześcijaństwo, i Anglik 
ubolewał, że nie poznaje przyjaciel, ile przeciwna chrześcijaństwu 
nienawiść, że się upiera przy tym, aby ducha zemsty za użyteczną 
i dozwoloną broń poczytywać. Krasiński bronił się wkońcu tym: 
jakżeż możesz mówić nie kochaj temu, który kocha, a jakoż temu, 
który nienawidzi, nie czyń tego? Ale wezbrane uczucie ulegało się 
powoli; myśl, przecząca dziełom potępienia, brała górę, i w Peters- 
burgu objawiło się duszy poety widzenie tęczy nad przepaściami 
nienawiści i zemsty; »tęcza« ta przyoblekła się w kształty »Iry- 
dyona«. 

Krzyżacy skazali Wallenroda na śmierć, ale to sąd ludzki, 
stronniczy, zaślepiony: najwyższy sędzia nie byłby w nim uznał 
zbrodniarza, byłby mu kazał winę, jaką dla miłości ojczyzny się 
zmazał, zmywać w poświęceniu, pełnieniu obowiązku. Tak dośpie- 
wywał czuły słuchacz losy Alfa, ale bogatszy świeżym doświad- 
czeniem, wątpił z góry, czy ogółem dzieło zemsty na powodzenie 



— 183 — 

liczyć może, czy dzieło to słuszne, boskie, czy nie kieruje nim 
ręka szatana? Zagadnienia teraźniejszości cofnął daleko wstecz, 
w chwilę konania świata starożytnego u stóp krzyża. 

»Z tego świata, co się zżyma i kona, wycisnę myśl jedne 
jeszcze, w niej będzie miłość moja, choć ona jest córą szaleństwa 
i zwiastunką zguby... ona trwa, dopóki ziemia i ziemskie narody, 
ale zato w niebie dla niej miejsca niemasz?« Myśl tę, wraz z ję- 
kiem niesłychanej, tytańskiej boleści, zawodu najświętszych i naj- 
jaśniejszych nadziei* uosobnił w synu Amfilocha i Grymhildy. Na 
ciemięźycielce narodów Grek Amfiloch upadek narodu własnego 
zemścić postanowił, ale z zemstą nie śpieszył, powoli wszystko 
przygotowywał i gdy sam jej wykonać nie zdołał, zlał ją na 
syna, związanego Hannibalową przysięgą. 

Nad synem tym czuwa, jak Halban nad Alfem, starzec Massy- 
nisa, podsycający zemstę. Wybrali i porę najstosowniejszą i za- 
pewnili sobie pomocników i sprzymierzeńców zewsząd. Na tronie 
Cezarów osiadł rozpustnik wschodni, trapiony trwogą przed tym 
Rzymem, co zrzuci niegodnego; do Heliogabala trafia Irydy on 
przez siostrę, co szalejącemu za nią tyranowi brata, jako najpew- 
niejsze ramię, zaleci; w jego ręce odda Heliogabal sygnet mi- 
styczny, palladium Romy. Na Romę godzą w wspólnej nienawiści 
wszyscy wydziedziczeni, wykolejeni, ujarzmieni: niewolnicy, gla- 
dyatorzy, zwyrodnieli potomkowie szlachty rzymskiej; względy ich 
zaskarbia Irydyon hojnością, poufałością, budzeniem nadziei. Spól- 
ników znachodzi między ludźmi, świeżymi, silnymi, nienawidzącymi 
ugniatającego ich Rzymu: z ich krwi wyszła matka jego, jako 
Sigurd • Germanin między nimi się zjawia. 

Najskuteczniejszej pomocy oczekuje od Rzymu podziemnego, 
katakombowego, chrześcijańskiego: prześladowania nie złamały, 
obudziły w młodszych, gorętszych chyba żądzę zemsty, nadzieję 
rychłego zgniecenia antychrysta na tronie, zwycięskim pochodem 
Chrystusowym. Wie to Irydyon i, jako Hieronim ochrzczony, roz- 
żarza namiętności i nie cofa się przed świętokradztwem: działa na 
duszę i zmysły Metelli, wizyonerki, a jej głosu tłumy chrześcijań- 
skie pokornie słuchają; w zachwyceniu sprzeniewierzy się ona oblu- 
bieńcowi boskiemu dla ziemskiego; w obłędzie sama z okrzykiem: 
do broni! poruszy katakomby przeciw Rzymowi. Zwycięstwo tym 
pewniejsze, że Rzym sam rozdwojony: przeciw Heliogabalowi po- 



— 184 - 

wstaje, co w Rzymie dzielnego i mądrego, — Aleksander Severus 
i Ulpian, wyobrażenie i virtus starorzymskiej cnoty, i dzielności, 
i mądrości. A jednak dzieło zniszczenia i zagłady zawodzi zupeł- 
nie, i Irydyon ginie, słysząc zapewnienia Massynisy o niezwycię- 
żoności wroga: »żądałem bez miary, pracowałem bez wytchnienia, 
by niszczyć... jak inni pracują... by kochać i błogosławić przy 
zgonie temu, co kochali za życia — ach, a teraz ty konającemu 
zwiastujesz nieśmiertelność Romy!« 

Przedsięwzięcie Irydy ona rozbija się o opór chrześcijański: 
wystąpieniem zwiedzionej Metelli zwieść się inni nie dali, upamię- 
tali się na wezwania biskupa - męczennika, Wiktora, zrywającego 
maskę obłudy z roboty cielesnej, szatańskiej: nie do nienawiści, 
do miłości ich wzywa Chrystus i państwo jego nie z tego świata, 
nie wcieli się rzezią i mordami. Opuszczają więc Irydyona chrze- 
ścijanie, ich entuzyazm młodzieńczy, na który najwięcej liczył: 
z resztkami sił zamachu nie dokona i dumny, nieugięty sam tylko 
zginie. Nie pomaga mu i Massynisa — szatan, coś z Mefistofe- 
lesa, coś z Lucyfera byronowskiego zarywający; Irydyonem i spi- 
skiem przeciw Rzymowi chciał tylko kusić i rozbić zastępy wier- 
nych, groźnych panowaniu jego; skoro ten zamiar upadł, już nie 
jego rzeczą walka z Rzymem: »o miasto serdeczne moje, błogo- 
sławię tobie! o Roma, w cieniu tych ramion bądź spokojnej my 
śli, zbawiona jesteś dla podłości twojej, zbawiona jesteś dla okru- 
cieństwa twego, żyj i uciskaj, by ciało zepsuło się w mękach, 
a duch zwątpił o Bogu!« Furyami gnana miłość Irydyona była 
więc tylko narzędziem zła i zepsucia; cel wzniosły nie uświęcił 
środków przewrotnych: one potępiły się same. 

Lecz jak w Nieboskiej nie zadowolił się Krasiński przecze- 
niem, tak i tu wystawił i wskazał, co czynić należy, chociaż z dra- 
matem się to nie wiąże, z niego samego wcale nie wypływa, do- 
dane, doczepione luźnie. Zachowane tylko pozory związku: wysta- 
wiona umowa Faustowska; Massynisa łudzi Irydyona obietnicą 
ostatecznego upadku miasta, na co ten przystaje: »mnie Rzym, 
tobie duszę moję!« I przeszły wieki, i zbliżyła się chwila upra- 
gniona, w naszym stuleciu, gdy niewiara najwyżej sięgnęła, gdy 
Rzym cesarski zmarniał w gruzach, a Rzym papieski w najgłęb- 
szym był poniżeniu. Wskrzesza więc Massynisa Irydyona i opro- 
wadza go po ruinach aż do Koloseum, ale widok krzyża, opuszczo- 



- 185 — 

nego, smętnego, znużonego, budzącego litość, nie do tryumfów 
nastraja Irydy ona: budzi się w nim wspomnienie Metelli, żal nad 
krzyżem — z niebezpiecznego miejsca odrywa go zbyt późno 
szatan: on moim, on żył w zemście, on nienawidził Romy; anioł 
woła: on jest moim, bo on kochał Grecy ę — to świadectwo i mo- 
dlitwa Metelli ocalają, jak Fausta, Irydyona-Alfa, który wytrwać 
musi: idź i czyń, choć serce twoje wyschnie w piersiach twoich, 
choć zwątpisz o braci twojej, choćbyś miał o mnie samym rozpa- 
czać — czyń ciągle i bez wytchnienia, a przeżyjesz marnych, szczęśli- 
wych i świetnych, a zmartwychwstaniesz nie ze snu, jako przody 
było, ale z pracy wieków i staniesz się wolnym synem niebios. 

Ani podobieństwa układu: z »Nieboską« — Irydy on, chociaż 
nie poeta, jak Henryk, w imię kultu piękna powstaje, bo syn La- 
tony opromienił mu Grecyę, a czoło jej, upojone myślami, — ani 
podobieństwa z Faustem bliżej wykazywać nie trzeba; zato należy 
podnieść zewnętrzne wykonanie, świetne, porywające wiernym od- 
daniem życia starorzymskiego; alegorya ta mieni się nie pożycza- 
nym światłem, sama przez się żywotna, piękna, mistrzowska; fan- 
tazya uniosła poetę w świat dawny i wyrzeźbił on z miłością 
każdy jego szczegół, stworzył pyszne postaci, kilku rysami nada- 
jąc im wyrazistość, wypukłość zadziwiającą, czy o siostrę Iry- 
dyona, czy o zwyrodniałych patrycyuszów, czy o gorących neofi- 
tów chodzi; trzymał się nawet rysów ściśle historycznych w kre- 
śleniu Sewera, Heliogabala i t. d.; pyszna proza poetycka nawet 
najbłahszą myśl odświętnie przystraja; forma była wykonana naj- 
staranniej, wyszła nieskazitelna, posągowa. W Irydyonie, jeszcze 
więcej niż w Henryku, uwidocznił poeta przejścia własne, własny 
przełom w zapatrywaniu się na świat: z »Irydyonem« jednak poeta 
igrzyska poetyczne zarzucił; przynajmniej, co na ten sam ton 
jeszcze pisał, tego już nie wykończył Znajomość ze Słowackim, 
tegoż entuzyazm dla »Balladyny« i dziejów pierwotnych czy ba- 
jecznych, zaraziły i Krasińskiego: wybrał Wandę, o której Sło- 
wacki narazie nie myślał, ale prócz planu przejrzystej alegoryi 
i pierwszego aktu nic więcej nie wykonał: fragment bogaty w nad- 
zwyczajne piękności, uderza wprowadzeniem figury bardzo skom- 
plikowanej, byrońskiej, zdrajcy ojczyzny; w barwy i rysy zapoży- 
czał się poeta u świata germańskiego, w szczegóły i przenośnie 
nawet (o ptaszku przelotnym), a wprowadzał przeciw chronologii 






— 186 — 

i przedstawicieli chrześcijaństwa i nie wyglądają oni u sceptyka 
świetniej, niż Ślaz i Gwalbert »Lilli Wenedy«; fragment nadzwy- 
czaj efektowny, bo znowu dał się poeta całkiem unieść wyobraźni, 
nie dał się przygnębić filozofii i refleksyi, nie skąpił szczegółów 
malowniczych, poetyzował byt przodków; może dlatego właśnie 
ochłódł poeta myśli ku płodowi fantazyi, gdyż tylko w teoryi 
uznawał on »rozkoszy i poezyę materyalną, którą należy harmo- 
nijnie pomieszać z poezyą ducha, a wtedy stanie na nogi człowiek 
upoetyzowany, wtedy każdy ją pozna i pokłon mu odda«; praktyka 
jego nie wznosiła się nad luźne próby. 

Po tych dwu wielkich alegoryach dramatycznych, społecznej 
i narodowej, następowały jeszcze i powiastki alegoryczne, »Po- 
kusa«, »Noc letnia«, gdzie wprowadzał poeta i siebie i znajomych, 
ale szczelnie zatulonych, tak że zamysł tylko był jasny, osoby 
same ginęły w półmroku; »Pokusa« zwiodła młodzieńca z drogi 
prostej na drogę układów i układności, ale opamiętał się w czas 
i, gdy kroku cofnąć nie zdołał, śmiercią uwolnił się od jego skut- 
ków; w »Nocy letniej « tryumfowała miłość nad wyrachowaniem, 
dziewica ofiarę z siebie dla ojca i cudzoziemca przyniosła, lecz 
z ręki kochanka-rodaka śmierć zbawczą przyjęła. Były to ostatnie 
ustępstwa, czynione fantazyi; potym chyba po przedmowach misty- 
fikował poeta publiczność, dokonał np. dla »Trzech Myśli Li- 
gęzy« tego, co już dla »Nieboskiej« planował. Z > Trzema Myślami« 
znajdujemy się już na pełnym morzu filozofii -alegory i Krasińskiego 
i po jego zaklętych wodach on odtąd nie przestanie żeglować. 

Długo nie miała filozofia miru w głowach polskich; odwo- 
dziły od niej w dawnych czasach teologia i etyka, nawet aryanów 
polskich i Łukasza Opalińskiego czy Lubomirskiego; w nowszych 
czasach zagadnienia społeczne i polityczne, np. Staszica i Kołłą- 
taja; Kant najpóźniej między Polakami znajdywał adeptów, naj- 
mniej wytrwałych. Zmieniło się to dopiero w wieku XIX; Fichte, 
a raczej Hegel i Schelling porwali niechętnych, opornych, najwię- 
cej między Wielkopolanami, wystawionymi na działalność nauki 
i uniwersytetów niemieckich. W dyalektyce Heglowej nie upodo- 
bał sobie Mickiewicz nigdy; filozofować zaczął Słowacki dopiero, 
gdy Towiańczykiem został; jedyny Krasiński miał metafizycznie 
ułożoną głowę; lecz i on nie pojmował filozofii zupełnie abstrak- 



— 187 — 

cyjnie, nie uprawiał, jak Niemcy, tej sztuki dla sztuki, wcielał ją 
w czyn i życie. 

Podobnie postępywali rówieśnicy i poprzednicy jego słowiań- 
scy, od Hoene - Wrońskiego do Augusta Cieszkowskiego, co naj- 
większy wpływ na Krasińskiego wywarł. 

Hoene-Wroński, matematyk większy, niż filozof, był przeko- 
nany o blizkim urzeczywistnieniu królestwa bożego na ziemi, me- 
syanizmu (od niego przejął Mickiewicz swój termin); ten pogodzi 
nakoniec antynomie okresu szóstego, obecnego, i przygotuje na- 
dejście okresu siódmego, ostatniego, odzyskania utraconego raju; 
jego pisma francuskie nie znachodziły jednak u nas odgłosu 
żadnego. 

Popularyzatorowie Hegla, estetyk Kremer (Krakowianin) 
i Wielkopolanin Libelt, krytyk i publicysta, kładli nacisk na rzeczy, 
obce systemowi; Kremer ideę, absolut, przemienił na Boga oso- 
bistego, chrześcijańskiego i duszy również osobowość, nieśmiertel- 
ność, przywrócił; Libelt dobadywał się koniecznie filozofii ludowej, 
rodzimej i na wyobraźni ją opierał. Dalej uszli samoistniejsi, Tren- 
towski, zapomagany przez Krasińskiego, i Cieszkowski; obaj zaczęli 
od publikacyi niemieckich. Obaj przejęli się metodą dyalektyczną 
Hegla (i poprzedników), odnajdywali wszędzie tezę (twierdzenie), 
antytezę (przeczenie) i syntezę, lecz w szczegółach odstępy wali 
mistrza, chociaż Trentowskiego »róźnojednia« w gruncie odmianka 
dyalektyczną, a tylko ciągłe nawoływanie do samodzielności, po- 
stępu, oświaty w dziejach umysłowości polskiej dodatnio go zapi- 
sało; wojował i Cieszkowski tą samą trójką dyalektyczną i różnił 
się tylko naciskiem na znaczenie woli i na przeznaczenie Słowian, 
jak je w »Ojczenaszu« (t. I, 1848) wystawił. 

W całym rozwoju dziejowym upatrywał dwie epoki, przed- 
chrystusową, gdy natura panowała nad duchem, epoka bytu, zmy- 
słu, wrodzonego zakonu natury, mocy, zastoju, Boga Ojca; po- 
chrystusową, gdy duch przemaga nad naturą, ale jej nie pokona, 
epoka wiedzy, przeczenia, ruchu, myśli, wiary, zakonu kościelnego, 
Boga Syna. W trzeciej, przyszłej epoce, wejdzie ludzkość do świą- 
tyni prawdziwego ducha, zbawi ją potęga, zdolna skojarzyć, co się 
rozdzieliło: wola; ona czucie z wiedzą kojarzy i zaślubia z myślą 
byt, z związku tego rodzi się czyn, trzeci świata pan... węgielnym 
kamieniem trzeciego świata, epoki Ducha Św., epoki miłości, jest 



— 188 — 

czyn, wolne dzieło ducha, zakon woli i wolność; w tej epoce naj- 
ważniejszą rolę odegrają Słowianie. 

Duch świata rozwija się bowiem postępowo w różnych for- 
mach duchów ludowych; każdy naród ma swe przeznaczenie na 
ziemi; w każdym okresie pewien lud podejmuje przewodnictwo. 
Przewodnictwo epoki ostatniej przeznaczał naturalnie każdy wła- 
snemu ludowi: Niemiec Niemcom dla ich »obyczajności«; Francuz 
Francuzom dla ich » społecznością Hoene - Wroński, Cieszkowski 
i panslawiści Słowianom, przyczym panslawiści katolickich Słowian, 
jako odstępców, wykluczali. Do roli przodowniczej upoważniają 
Słowian »ich rodzime skłonności i obyczaje, ich pierwiastkowe 
prawa i podania, ich przygotowawcze cierpienia i zasługi... szczep 
już z natury nie swawolny, ale wolny, nie walczący, ale waleczny, 
ani zbrojny, ani rozbojny, ani awanturniczy, ani koczujący, po- 
bożny i spokojny, dobrowolny i gościnny, wesoły i śpiewny, 
w domu zamiłowany, a do ziemi nad wyraz przywiązany, nie tra- 
tujący po jej plonach, ani też pracą około niej gardzący... miłość 
chrześcijańską dotąd prywatną zamienić na publiczną i takową do 
potęgi podniesioną jeszcze, od ludzi do ludów przenieść, jest prze- 
znaczeniem jego«. 

Myśli filozoficzne Krasińskiego nie ustaliły się odrazu, po- 
grążały się jakiś czas to w zwątpieniu, to w panteizmie, nim po- 
płynęły w jednym, historyozoficznym kierunku. Ślady tych wahań 
pozostały i w listach i w pismach, o nich to głosi sam w wier- 
szach »Przedświtu« (bo do rymów wrócił, gdy się z poezyą po- 
żegnał): 

Więc duch mój upadł w tę próżnię zwątpienia, 
Gdzie światło wszelkie w noc wieczną się zmienia, 
Gdzie trupem gniją arcydzieła męstwa, 
Gdzie gruzem leżą wiekowe zwycięstwa; 
I z dni tych wszystkich wybranej kolei 
Wyrasta napis: tu niema nadziei. 

W » Trzech Myślach Ligęzy« (1840) wystawiony na czele »Syn 
Cieniów«, Tytan, odtwarza cały system filozoficzny, niby Genezis 
z Ducha Słowackiego, wierszem prozaiczniejszym, niż proza Sło- 
wackiego, gdyż poezya z filozofią zlewać się mają i razem wy- 
krywać prawa absolutne; końcowa »Legenda« przedstawia upadek 



— 189 — 

kościoła piotrowego, papieskiego, zasypującego w swych gruzach 
wierną do ostatka szlachtę polską; na miejscu jego wzniesie się 
nowy, wyższy kościół św. Jana; środkowy utwór, »Sen Cezary* 
(odbicie rzeczywistego snu poety), odnosi się do własnego narodu: 
jakżeż zmartwychwstaną serca umarłe, jeśli ich nie ukochają żywe 
i krwi im swojej nie udzielą połowy? ta, co zabrała życie twoje, 
oddaje tobie, bo śmierć jej była tylko złudzeniem. 

Jaśniej wyłożył Krasiński swoją historyozofię w »Przedświ- 
cie« (1843), co pierwszy uczynił go popularnym, czego ani »Nie- 
boska« (mimo głębokiego rozbioru, jaki jej Mickiewicz w kursach 
literatury poświęcił), ani »Irydyon« nie zdziałały. Chociaż i » Przed- 
świt tylko widzenie, znaczenie jego wyraźne, pocieszające, wznio- 
słe. Poemat poprzedzał wstęp prozaiczny, wykazujący podobień- 
stwo epoki naszej a przedchrystusowej : tu i tam niewiara, przera- 
finowanie bytu materyalnego, wzajemne zbliżenie narodów (Napo- 
leon je przemieszał, Cezar złączył), poprzedzające przyjęcie nowej 
idei. Nowa idea naszej epoki, to poprowadzenie dalej dzieła Chry- 
stusowego, bez nowego objawienia; jak ludzie już, tak teraz całe 
ludy i ludzkość ; w stosunkach międzynarodowych, muszą schrze- 
ścijanieć; sfera polityki musi się przemienić w sferę religijną; ko- 
ściół Boży na tej ziemi, to nie tylko to lub owo miejsce, ten lub 
tamten obrząd, ale cały planeta i wszystkie stosunki, tak osobni- 
ków jak narodów. 

Rozumowanie prozaiczne przybiera kształty wspaniałego wi- 
dzenia: nowy Dante wy łuszczą swej Beatrice, gdy w harmonii 
światowej jednego im tonu nie dostaje, znaczenie przeszłości, jak 
on w śnie, duchów o to pytał, a Czarniecki mu odpowiedział: 
»Łaska Boża nas wegnała w te bezdroża, niechaj będzie pochwa- 
lona!... raczej umrzeć, jak żyć podle, za to Panu wieczna chwała! 
Ty nie szukaj w ojcach winy, ty nie wdawaj się w szyderstwo«, 
I wyłania się, na potwierdzenie tych słów, z ciszy nocnej, księży- 
cowej cały łańcuch tych duchów i płynie ku przyszłości, ku zwy- 
cięstwu dobrego nad złem, gdy na świecie »wzrosną życia kształty 
trzecie «; nowe widzenie je uzmysłowią. I wznosi się mężnie poeta — 
droga przed nim długa i uciążliwa, ale zorza zabłyśnie, i wylewa 
się w modlitwie dziękczynnej uczucie śmiałe a pewne: »za ból 
ciała, za ból duszy dziękujemy Ci, o Panie! choć my nędzni, słabi, 
marni, z nas wszczęło się Twe na ziemi królowanie. Tak śród 



— 190 — 

przedświtów lepszego poranka marzył wygnaniec, marzyła wy- 
gnanka, co czuli w sercu, rzucili w te słowa «. 

Imponował » Przedświt « pewnością, z jaką występował; nie 
proroctwa to, lecz trzeźwy niby obrachunek pochodu dziejowego, 
co wydać musi taki a nie inny rezultat; nie wdawał się też w ża- 
dne szczegóły czy okoliczności, jakie od wszelkich proroctw nie- 
odłączne. Imponował również bezwzględną apoteozą przeszłości: 
za jej zmarnowanie należała się ojcom wdzięczność! »błogosław- 
cie ojców winie « wołał poeta, naśladując felix culpa św. Augu- 
styna, zapominając, że co w życiu indywidualnym zbawczym być 
może, w narodowym, grzechem nigdy niezmazanym, winą nigdy 
nieodkupioną pozostaje. Trzeźwość była więc pozorna; złudzenie 
takie same, jak u Towiańczyków, chociaż z nimi sceptyk, nie wie- 
rzący w cuda i proroków, ani na chwilę pogodzić się nie mógł; 
odrzucał Krasiński alotria mistyczne, ale w istocie stał na tym 
samym gruncie i przeciwnicy Towiańsczyzny zwracali się z traf- 
nym instynktem i przeciwko » Przedświtowi «, wywierającemu głęb- 
szy wpływ w kraju, niż na emigracyi, rozbitej, znękanej; pozorna 
ortodoksya jego wywodów, nawet domieszka ich erotyczna, prze- 
mycały je tym łatwiej. 

Myśli zasadnicze »Przedświtu«, powtarzał odtąd Krasiński 
w coraz nowych waryacyach, w »Psalmach Przyszłością w »Osta- 
tnim«, w »Dniu Dzisiejszymi, w »Resurrecturi«. W » Przedświcie* 
wołał wprawdzie: zgińcie me pieśni, wstańcie czyny moje, samego 
siebie do trójki zasadniczej dostrajając; pod czynami rozumiał peł- 
nienie zakonu Bożego: »a czyn jest w każdej piersi, łaska Boża 
nie pomoże, każdy wysłużyć go musi; czynu powszechnego zaś 
nie będzie, póki ciało z duszą nie zlane w jednego ducha (znowu 
owa trójka) z siebie samego zmartwychwstanie — oto rozwój 
duchów«. 

O innego rodzaju czynach myślała emigracya, towarzystwo 
demokratyczne, z hasłem » wszystko dla ludu przez lud«; wyłożył 
je Henryk Kamieński w » Prawdach żywotnych narodu polskiego « 
(1844), wydanych pod pseudonimem Prawdoskiego, i w kate- 
chizmie Demokratycznym «, grożąc zagładą szlachcie, występującej 
przeciw uwłaszczeniu włościan. Trzy pierwsze Psalmy Przyszłości 
»Prawdzickiego« były na to odpowiedzią: psalm wiary składał 
wyznanie teo- i historyozoficzne, kreślił je w rozmaitych trójkach 



— 191 - 

i uwydatniał » myśli głębokie «, posłannictwa narodów, polskiego, 
»by o Twą (boską) piękność walczył na ziemi i był śród świata 
anielskim przykładem, aż nie wywalczy wyższego w ludziach po- 
jęcia o Tobie, więcej miłości i więcej braterstwa «; psalm nadziei 
na troistości również oparty: » wszystkim ciała dał Jehowa, duszę 
wszystkim Chrystus dał, a Duch święty żywot chowa, by wraz 
ciało z duszą zlał*. 

Najwymowniejszy — psalm miłości, przeczący w jej imię za- 
kusom radykalnym: »nie jest czynem rzeź dziecinna, nie jest czy- 
nem wyniszczenie; jedna prawda boska czynna, to przez miłość 
przemienienie; hajdamackie rzućcie noże«. Na to odpowiedział 
Słowacki pysznym wierszem »Do autora trzech psalmów «, gdzie 
szydził z jego obaw (krew mu się przyśniła, odbłysk czerwonej 
kotary go tak przeraził) i protestował w imię ducha-rewolucyoni- 
sty przeciw reakcyi. Ten wiersz (drukowany później bez wiedzy 
autora) i rzeź galicyjska wywołały nową odpowiedź Krasińskiego 
w »Psalmie Żalu«, gdzie biadał nad tym, że się jego proroctwa 
ziściły, i wyrzucał Słowackiemu, że bierze ciągle w usta Ducha 
i Chrystusa, ale nie przejął się nimi. W psalmie dobrej woli za 
Cieszkowskim o dar ten najwyższy prosi, w słowach majesta- 
tycznych: 

Błagamy Ciebie, Ojcze, Synu, Duchu, 

Z prostotą dzieciąt, w niewieściej pokorze, 

Przed Tobą dzieci i niewiasty, Boże! 

A światu męscy — Błagamy Ciebie, stwórz w nas serce czyste. 

Odnów w nas zmysły, z dusz wy pień kąkole 

Złud świętokradzkich i daj wiekuiste 

Śród dóbr twych dobro, daj nam dobrą wolę... 

Daj nam, o Panie, świętymi czynami 

Śród sądu tego samych wskrzesić siebie; 

jakimi mają być czyny, określa w »Resurrecturi«: » jedna tylko 
w świecie moc ofiary cicha los gniotący zgniecie, oto dziejów lew« 
Dalej nie sięgnęła już myśl Krasińskiego; polityczne wyzna- 
nie złożył jeszcze w »Dniu Dzisiejszym*, gdzie nad łożem umie- 
rającego odzywają się hasła partyjne, ucichające wobec zjawienia 
anielskiego, a jeden z przytomnych oświadcza: nieboszczyka chwalę 
zato, że komunistą ni arystokratą, ni panslawistą ani demokratą 
ni jakimkolwiek bądź innym przezwiskiem, co z klęsk ojczyzny 



— 192 — 

tylko pośmiewiskiem, nie zwał się nigdy — jeśli jakim znakiem 
znaczyć go chcecie, zwijcież go Polakiem, bo kochał Polskę... serce 
jemu wrzało goręcej w piersiach, niż u innych ludzi «. 

Gdy tak historyozofia Krasińskiego lot swój ograniczyła, wy- 
łącznie sprawami narodowymi zajęta, poruszył jeszcze raz zagadnie- 
nie ogólniejsze w »Niedokończonym Poemacie*, kreśląc fazy, po- 
przedzające wystąpienie Męża z »Nieboskiej«, lata nauki i wędrówki 
Młodzieńca; z nim się teraz zupełnie utożsamił. Mentor nowego 
Telemacha, Aligier (Danielewicz), czuwa nad młodzieńcem, w wizyi 
nocnej przesuwa przed jego oczyma obrazy dnia dzisiejszego, jego 
piekła i czyśćca z wyzyskiem i uciemiężeniem ludu i kobiety — 
nieba niema, lecz zarodki jego uśpione w naszej piersi, wiara je 
obudzi, wola wzniesie, miłość urzeczywistni; przymus, złudy, traf 
nie odkryją innych dróg do tego nieba. W piątej i szóstej scenie 
wtajemnicza Aligier Młodzieńca w znaczenie postępu dziejowego, 
naśladując poniekąd wtajemniczanie bohaterki p. Georges Sand 
w praktyki związku Des Invisibles. Pokolenia, narody i epoki po- 
dają sobie kolejno słowo, objawienie królestwa Ducha, zwąc je 
światłem, potęgą, miłością; od Chrystusa żaden lud, co się stał 
narodem, nie umiera na ziemi; żaden człowiek, co się stał duchem, 
nie umrze w grobie, a Bóg, który duszą (Słowo) był jednemu ple- 
mieniu, ciałem jednego kościoła (Słowo wcielone), duchem będzie 
nad jedną ludzkością. Ale poza kościołem Piotrowym, co zrzymia- 
nił się, oblókł się szkarłatem i sprzeniewierzył posłannictwu (wy- 
rzuty kościołowi oficyalnemu formułował jeszcze goręcej Mickie- 
wicz i panslawiści), szukają nowych dróg, wiodących do kościoła 
powszechnego, sekty i towarzystwa tajne, aż do reformacyi, wy- 
noszącej ciało kosztem ducha, i rewolucyi, niszczącej i burzącej, 
i reakcyi z jej miernością i złością — lecz wypełniły się dnie uci- 
sku, blizki wiek pocieszyciel i godzina dopełnicielka, i Młodzieniec 
wstępuje między żywych duchów, śniących o nowej przyszłości; 
i tu odzywają się przeciw słowom wiary i miłości protesty, gwałtu 
i mordu, Pankracego i Julinicza (Słowackiego), ale im chodzi już 
tylko o szlachtę polską — z widocznym uszczupleniem rozmachu 
»Nieboskiej«. 

Były to ostatnie, słabiejące przebłyski talentu autora, piszą- 
cego listy i broszury polityczne, podającego memoryały Napoleo- 
nowi, zaznaczającego coraz silniej zasady konserwatywne i kato- 



— 193 — 

lickie: u schyłku dni wysuwa on, odmiennie niż w »Nieboskiej«, 
» zbawczą sprawę ojczyzn«, inaczej » sprawa posiadających i niepo- 
siadających pożrze świat« i w katolicyzmie widzi jedyny, ostatni 
hamulec przed rozpłynięciem się w panslawizmie; zresztą pisywał 
wiersze liryczne, nie przeznaczone dla publiczności, pojawiające się 
częściowo dziś dopiero — brak im lotności, przygniata je reto- 
ryka, choć nie obce im silne uczucie i piękne zwroty; liczne mię- 
dzy nimi erotyki są odmienne od zwykłej faktury, nie kwilące, 
męskie; są i wiersze ascetyczne, parafrazy egzaltacyi i wizyi hisz- 
pańskich; i modlitwy, rozmyślania, jakie już dawniej i prozą (» My- 
śli pobożne «) pisywał; są i polityczne. 

Obok epika-klasyka, Mickiewicza, i romantyka-fantasty, Sło- 
wackiego, stanął również »wielki duch Boży i jeden z aniołów 
narodu naszego«, Krasiński, poeta myśli, poeta-anonim (na żadnym 
ze swych dzieł nie podpisywał nazwiska swego, jak niegdyś Rej). 
Nie najpotężniejszymi, najobszerniejszymi swymi kreacyami, »Nie- 
boską« i »Irydyonem«, oddziałał najgłębiej na naród, czerpiący 
raczej ze szczuplejszej, mętnej nieco strugi »Przedświtu« i »Psal- 
mów Przyszłości*. Jeszcze nim się wprzągł w rydwan trójc he- 
glowskich i Cieszkowskiego, już w »Nieboskiej« przeczuwał »źycia 
kształty nowe«, a w »Irydyonie« czyn -ofiarę za rękojmię zbawie- 
nia i odrodzenia uznawał, zawsze przeciw spiskom i rewolucyom 
występując, nie uznając drogi postępu w przewrotach gwałtow- 
nych, z latami coraz trwożliwszy. 

Z poety, jakim za dni młodości był wyłącznie, przeobraził 
się w polityka i, jako taki, nieraz trafne poglądy wykazał, nawet 
wbrew pozorom, świadczącym inaczej, np. co o roli politycznej 
Austryi wobec Słowian mniemał i jak przed przewagą madyarską 
ostrzegał, wytrawniej o tym sądząc, niż politycy z powołania. Inte- 
ligencya nadzwyczajna, niezaprzeczona genialność, widoczna w utwo- 
rach wczesnych, nie dotrzymały w zupełności tego, co zapowia- 
dały; lot jego zwężał i zniżał się stale; wkońcu chyba i mesyanizm 
sam przedstawił mu się doktryną nadto obszerną, wygórowaną, 
niepewną. 

Ściślej, niż z imionami Towiańskiego, Mickiewicza i Słowac- 
kiego, jest związany mesyanizm polski z Krasińskim w •Przedświ- 
cie* i Cieszkowskim w » Ojcze Naszu« (którego tomy następne 
dopiero po roku 1901 wydano). U tamtych bowiem mistycyzm 

DZIEJE LITERATURY POLSKIEJ T. II. 13 



- 194 - 

i mesyanizm, nie związane właściwie z narodowością i jej rolą, 
sięgają daleko poza jej obręb: Towiański, zupełny kosmopolita, 
i między Włochami gorętszych mógł znaleść zwolenników, niż 
między rodakami; Mickiewicz z Francuzami się liczył i dlatego 
z katedry apostołował; Słowacki w systemy kosmiczne i metem- 
psychozy się rzucił; tylko Krasiński i Cieszkowski najściślej, naj 
logiczniej, najpewniej mesyanizm do własnego narodu ściągali. Idea 
sama przepiękna, wiecznie prawdziwa, zato przywiązanie jej wypeł- 
nienia do jednej narodowości dowolne, utrzymać się nie da. 

Inni potym zapominali mimowoli o warunkach, a raczej wy- 
maganiach, jakie mesyanizm na każdego nakładał, wpatrzeni w ową 
tęczę nowego przymierza, tusząc niemal, że blizka chwila, gdy raj 
sam zstąpi na ziemię. To było złudzeniem fatalnym i osłabiało 
raczej, niż hartowało, bo upajało i rozmarzało. Ale co nie było 
złudzeniem, co dziś, jak dawniej, obowiązuje, to ów »czyn«, owa 
»dobra wola«, do czego nawoływał Krasiński, owe ofiary i po- 
święcenia, nie na słowa tylko, nie na chwilę jeno, to wytrwanie 
na drodze przykrej i ciernistej, przyświecanie przykładem, co kiedyś 
poruszyć musi sumienia innych, szczęśliwszych, moźniejszych. 

Łudził więc mesyanizm jednostronną apoteozą przeszłości 
(ofiara musiała być niewinną, jeżeli ofiarą być miała), ale różnił 
się dodatnio od słowianofilstwa, apoteozującego również własną 
przeszłość, tym, że o powrocie do tej przeszłości nigdy nie ma- 
rzył; że nie zakuwał, jak sło wiano filstwo, ludzkości i jej postępu 
w ciasne ramy niemożliwej doktryny; że wierzył w postęp, w udo- 
skonalenie; że cel miał przed, nie za sobą, nie wsteczny ani fanta- 
styczny. Łudził dalej mesyanizm oczekiwaniem rychłego przewrotu, 
wielkiej jutrzni odrodzenia ludzkości — ale któż w przededniu 
wiosny ludów (1848) tak się nie łudził? a zresztą i dla mesyanizmu 
sprawa bywała »tą przegraną, której cel daleki, a która wkońcu 
wygrywa na wieki«. Lecz chociaż dziś szczególniej, widząc jakim 
powolnym krokiem ewolucya dziejowa postępuje, bez przewrotów 
i skoków, iluzyi się pozbywamy, chociaż nie wierzymy już, »źe, 
nim ten jeszcze wiek przeminie, wejdzie ludów lud jedyny«, ani 
że »myśl Boga w twoim łonie i los świata w twym zakonie «, 
przyznajemy żywotność samej idei mesyanicznej, wolnej od owych 
naleciałości, idei postępu świata, zamiaru » wylać ducha na miliony, 
ciałom^wszystkim rozdać chleba, duszom wszystkim — myśli z nieba... 






— 195 - 

do coraz wyższych kół iść przez drugich podnoszenie... bo cel 
światów szlachetnienie «. 

Na tak pojęty mesyanizm piszą się stronnicy najprzeciwniej- 
szych obozów, i ultrakatolicki Jerzy Moszyński nie uznaje innej 
sprawy polskiej, i Wojciech Dzieduszycki (w artykułach » Przeglądu 
Polskiego« z roku 1901 »Messyanizm polski a prawda dziejów«) 
» chwyta się jak deski zbawienia myśli, w której się nauka mesya- 
nizmu streszcza«: strzeżcie sprawiedliwości w życiu narodów i spo- 
łeczeństw, a zwyciężycie wreszcie. 

Nawet Stanisław Szczepanowski (» Piast «, »Idea polska « i t. d., 
1901) stoi na tym samym podkładzie, mimo wszelkiej krańcowości 
wymownych i świetnych aforyzmów, mimo uniesień i potępiań, nie 
zawsze umotywowanych należycie; odwoływa się do takiego »me- 
syanizmu«, do tej ewangelii narodowej moralnego odrodzenia, 
i jemu »mźonki naszych poetów tylko wtedy staną się mżonką, 
jeżeli ich wiara w szlachetność narodu polskiego także okaże się 
mżonką«. 

Zasługą więc było Krasińskiego, wystawiać taki cel, w pło- 
miennych, natchnionych słowach zagrzewać do niego uśpionych, 
w czasach rozpaczliwych, gdy »podłość doszła nieprzebranej miary, 
gdy burakami i pszenicą grób zasypali«, gdy panuje »spokój gro 
bowy, a w grobie fermentacya zgnilizny i robaki, zwane zawiść, 
wściekłość, podłość «; gdy nieprzewidziane katastrofy (1846) ubez- 
władniały wszystkich. Z sztuką dla sztuki zato jego poezya nic 
nie ma spólnego; bywa raczej programem społecznym, artykułem 
dziennikarskim; opisowość usunięta całkiem, ledwie że »Okopy 
św. Trójcy« wedle wspomnień dziecięcych opisze, lub »Przedświt« 
na pyszne tło jeziora podalpejskiego rzuci; akcesorya, epizody 
traktowane, ile do wydania myśli potrzebne, nie istnieją nigdy 
same dla siebie. Zato przywdziewał poeta pomysły swoje w naj- 
świetniejszą szatę słowną; zwykłe zasoby językowe nie wystarczały 
mu; on tworzył coraz nowe słowa, nieraz zuchwale, zawsze szczęśli- 
wie; i u niego roi się od postaci wspaniałych, widzeń przepysz- 
nych, obrazów przejmujących zgrozą, czy marzy o złotej przy- 
szłości, czy zstępuje w teraźniejszość, czy podziwia hart przeszłości. 
Oryginalny to wieszcz; kroczy drogami własnymi, spotykając się 
rzadko z innymi, choćby z Zaleskim w »Duchu od stepu«; walczy 
na wsze strony, zdziera maskę obłudy z czerwonych czy białych, 

13* 



— 196 — 

wykazuje nicość i zbrodniczość zemsty i zdrady; nawoływa do mi- 
łości (» hajdamackie rzućcie noże, by nie klęły na was wieki, że 
cel wieków znów daleki «), przypomina Shelleya, lecz nie dziw, że 
społeczną i narodową stronę musiał zaznaczyć o wiele silniej, niż 
ów Anglik. 

Nie osobą swą, lecz duchem i dziełami należał Krasiński do 
literatury emigracyjnej. Składały się na nią, oprócz dzieł poetów, 
oprócz niezliczonych publikacyi, programów i odezw, jakimi nie- 
spokojna emigracya zalewała francuskie defiots i kraj (fabrykował 
je np. Jan Czyński, napadający gwałtownie na przywileje, na 
szlachtę, na kościół, choćby w formie powieściowej, np. w Jako- 
binach Polskich*); dalej publikacye historyczne i beletrystyczne 
wszelkiego rodzaju. 

Naj pierwszym zadaniem emigracyi było przedstawić dzieje 
dni ubiegłych; ustalić, kto i w jakiej mierze odpowiedzialny za 
dzieło i jego rozbicie i posypały się wzajemne inkryminacye 
i stronnicze relacye o powstaniu i klubach. 

Najznakomitsza między nimi praca Maurycego Mochnackiego. 
Ostatnie lat siedemdziesiąt widziały coraz nowe przyczynki, w kraju 
i zagranicą, nieraz bardzo obszerne, gruntowne, starające się o wy- 
miar sprawiedliwości, od świadków naocznych pochodzące, takie 
np. Stanisława Barzykowskiego, omijające sprawy wojenne, memo- 
ryały Prądzyńskiego i innych, wspomnienia generała Kołaczkow- 
skiego lub Andrzeja Zamojskiego dyplomatyczne negocyacye w Wie- 
dniu, albo kasztelana Leona Dembowskiego wspomnienia (malujące 
zresztą więcej obyczaje, towarzystwo puławskie i t. d., niż sprawy 
polityczne czy wojenne); albo Kaczkowskiego (lekarza en-chef woj- 
ska polskiego) i t. d. W powodzi tej literatury zostałoby dzieło 
Mochnackiego, » Powstanie narodu polskiego «, podjęte za świeża, 
bez głębszych przygotowań, niedoścignionym, gdyby śmierć nie 
przerwała wątku jego. Co napisane, pociąga nadzwyczajną jędrno- 
ścią stylu i malownicznością czy plastycznością obrazów — równie 
barwnie nikt o tym nie pisał, tylko że to publicystyka raczej, niż 
historya. 

Tego samego przedmiotu jął się w dziesięć lat później Ludwik 
Mierosławski (po francusku i po polsku, » Powstanie narodu pol- 
skiego*), imponując obszerną krytyką działań wojennych i skarbiąc 
sobie sławę pierwszorzędnego strategika emigracyjnego, chociaż 



— 197 — 

późniejsze wypadki jej wcale nie potwierdziły; napuszonością stylu 
i drastycznością szczegółów przeholował autor, co poprzednio 
wierszami i powieściami równej faktury zaintrygował publiczność. 
Już to publicystów nie brakło emigracyi, gdzie szczególniej odłam 
jej demokratyczny ruchliwością i talentami adeptów się odznaczał; 
nie przebierali w środkach; szczególniejszą gwałtownością odzna- 
czali się, prócz Czyńskiego, ksiądz Puławski, Krępowiecki, Gurow- 
ski (rychły odstępca), Ostrowski (przechodzący od obozu do obozu), 
Leon Zienkowicz (wydawca »Pszonki«, ciętym władający piórem, 
bardziej kostyczny, niż Ostrowski); przewijają się oni coraz w epi- 
gramach Mickiewicza, w korespondencyach ówczesnych, w strofach 
Beniowskiego, w powieściach francuskich i polskich Krasińskiego 
i Gaszyńskiego; niewinniejszym był zarozumiały o sobie Grzymała, 
niegdyś klasyk warszawski; poważniejszymi Heltman (autor pro- 
gramów Towarzystwa Demokratycznego), Podczaszyński, Alcyato, 
Darasz i inni. 

Równie gorliwej czynności nie rozwinęło ani wydało równie 
licznych publicystów stronnictwo arystokratyczne, białe, Czartorys- 
czyków: najwybitniejsi jego przedstawiciele, Karol Sienkiewicz 
i Karol Hoffman, byli raczej historykami, zbierali i wydawali cenne 
materyały, zagłębiali się w badania form politycznych narodu, lecz 
nie zabierali donioślejszego głosu w sprawach bieżących; najcen- 
niejsza praca Hoffmana (»Historya reform politycznych w dawnej 
Polsce «) pojawiła się znacznie później; historya służyła mu przy- 
tym za mentora, polecającego nadewszystko zbawczość silnego 
monarchizmu. 

Obok struny politycznej odezwała się na emigracyi i reli- 
gijna; z warszawskiej i wileńskiej obojętności czy niewiary bu- 
dzono się, pod osobistym wpływem Mickiewicza, Jańskiego i in- 
nych, za przykładem francuskich neokatolików (Lamennais, Monta- 
lembert, Lacordaire), wśród lektury dawnych i nowych mistyków 
i teozofów, do skruchy i aktów wiary prywatnych; pisano w duchu 
katolickim w » Pielgrzymie « Januszkiewicza (tytuł dał pielgrzym- 
Mickiewicz), łączono się w »Braci Zjednoczonych « i w »klasztorku« 
Jańskiego. Z klasztorku wyroił się wkońcu, w Rzymie, nowy zakon, 
Zmartwychwstańców, za głównym powodem ks. Piotra Semeneńki 
(niegdyś zapalonego adepta Towarzystwa Demokratycznego), szer- 
mującego piórem z niewierzącymi i mistykami, i ks. Hieronima 



- 198 — 

Kajsiewicza, najznakomitszego kaznodziei na wychodźtwie, również 
nawróconego liberała, niegdyś poety -żołnierza (Sonety jego, du 
chem wojennym nabrzmiałe). Ksiądz Kajsiewicz roztrząsaniem sumie- 
nia narodowego, niepobłaźaniem hasłom popularnym, porywającą, 
świetną wymową wznawiał najświetniejsze tradycye kaznodziej- 
stwa polskiego. Ci katolicy, drobna, zwarta garstka, wyszydzani 
przez Czyńskiego, Ostrowskiego, wzrastali wpływem, chociaż nie- 
bawem odszczepieństwo ich samych dotknęło; z łona ich wyszli 
Towiańczycy, nagabywani ostro przez Witwickiego, księży, Nie- 
wiarowskiego i innych: demokraci (Zienkowicz) z obu szydzili. 

Wrzawy polityczne, a raczej publicystyczne tylko, i religijne 
nie zagłuszały innych objawów literatury emigracyjnej; obok wiel- 
kich jej wieszczów odzywały się i głosy skromniejsze, znane już 
dawniej, lub świeże. Pomijamy pamiętnikarstwo, popłacające bar- 
dzo: mimowoliź zwracały się umysły znękane do niedawnej, nęcą- 
cej przeszłości i wystawiały jej obrazy, tak np. Aleksander Jeło- 
wicki, później ksiądz, w swoich » Wspomnieniach « (1839) kreślił 
barwne szkice życia ukraińskiego, nie zapomniał o Krzemieńcu 
i jego »trefnisiach«, uskarżając się na niejakieś zwichnięcie idei 
Czackiego, ani o życiu kąpielowym kaukaskim, o bitwie Daszow 
skiej, o gryzmołach Czajkowskiego, które się u niego (księgarza - 
nakładcy) ruski miesiąc należały, nim je od niechcenia przejrzą* 
i odrazu się do nich zapalił. 

Literatura emigracyjna wydawała za staraniem nieocenionego, 
zacnego Eustachego Januszkiewicza (z »Dziadów«), którego imię 
z » Panem Tadeuszem «, z Słowackim (Wiersz do księgarza) i z »So 
plicą«, z Krasińskim, ze wszystkimi poważniejszymi pracami emi- 
gracyi nierozdzielnie złączone — jeszcze jako »księgarz w odstawce« 
wydawał on cenne dzieła historyczne — i inne dzieła. 

Należała do tej literatury, raczej przypadkowo, miejscem po- 
bytu, nie z ducha ani z treści swych dzieł, panna Tańska, teraz 
żona Karola Hoffmana, nie uprawiająca już literatury dla dzieci, 
ale historycznymi i tendencyjnymi opowiadaniami — bo nazwa 
romansu byłaby dla nich zbyt ciężką — szermująca, jak dawniej, 
za cenieniem swojskości i za rozumniejszymi ideami o powołaniu 
i wychowaniu kobiety; »Jan Kochanowski w Czarnolesiu« ideali- 
zował niewinnie poetę i czasy dawne, ale przyczynił się najwalniej 
do spopularyzowania wdzięcznej postaci poety i Urszulki. Lepiej 



— 199 - 

udawały się powieści, nie wystudyowane tak starannie, powieści 
tendencyjne, gdyż autorka przyznawała sama, że nimi » daleko 
sobie więcej życzy nauczyć, zachęcić do dobrego, niż zadziwić 
lub zabawić «. » Karolina « łączy jeszcze tendencye (o nienaruszal- 
ności małżeństwa — zawiedziona nie do rozwodu dąży, lecz o serce 
męża walczy i zwycięża), z tradycyą świeżą (czasów pruskich 
w Warszawie, dając galery ę obrazów ówczesnego towarzystwa). 
W » Krystynie*, emancypantce, bo stojącej o własnych siłach, mo- 
ralnie i materyalnie, z własnych przejść i doświadczeń najwięcej 
wcieliła, tworząc kobietę rozumną i wykształconą. Hoffmanowej 
nie doceniano nieraz, zarzucano jej ultramontanizm i bigoteryę, 
gdy tymczasem ona wolna od uprzedzeń religijnych i stanowych — 
ona pierwsza nawołuje szlachtę, by » prócz trzech powołań, urzędu, 
szlif i roli« wybierała i inne, choćby rzemieślnika wyższego 
rzędu«, przez co bynajmniej rodu swego nie »upodli«; najbardziej 
ją martwi ciemnota ludu, i byłaby najszczęśliwszą, gdyby choć 
iskierkę światła między nich rzuciła; starała się o wszczepienie 
uczuć obywatelskich — wszystko w formie niewykwintnej, prostej, 
ale serdecznej, miłej; jak jej program, tak jej styl był jasny i ła- 
twy; zasłużona pracownica sensacyi i efektów ani pragnęła ani 
wywołała. 

Tym głośniejszym stał się (wyszydzony przez Słowackiego 
kozak - powieściopisarz, któremu krytycy poklaski zamiast poświ- 
stów dają) Michał Czajkowski, Krzemieńczanin, partyzant Różyc- 
kiego, co w Paryżu na swój genre trafił, powieści głównie ko- 
zackie, jakimi od roku 1837—1844 publiczność obkarmiał, prócz 
mniejszych utworów, »Wernyhorą«, »Kirdźalim«, »Stefanem Czar- 
neckim*, »Hetmanem Ukrainy« (t. j. Wyhowskim i jego katastrofą), 
»Anną« (powieścią z czasów blizkich) i innymi. 

Czajkowski, to niby polski Marlińskij, i stylem napuszonym, 
i bohaterami swymi, zawadyakami i rębaczami, z lulką i łubką, 
pokotem wrogów kładącymi, niezwyciężonymi, z najdziwniejszych 
przygód zapomocą cyganów i wróżek wychodzącymi szczęśliwie — 
bez pogłębienia tła, uprawdopodobnienia zajść, urozmaicenia przy- 
gód; i jego kozacy monotonni, w jedne stronę zapatrzeni, jak Za- 
leskiego, lecz mniej poetyczni, zato hałaśliwsi, prostsi, istna roz- 
kosz dla niewybrednych czytelników i dzieci; wobec ubóstwa 
ówczesnego romansu historycznego szalonym powodzeniem cieszyły 



— 200 — 

się te bójki i bajki i tłumaczono je w zawody na obce języki, nie 
podejrzy wając braku historyczności; dykcya prowincyonalizmami 
napstrzona, rubaszny ton, szumne obrazowanie, straszna żądza bo- 
jów, niedalekich tych bohaterów i fantastyczne ich przygody słabo 
maskowały. Ale sam szczęśliwy wybór tematu, w którym się Czaj- 
kowski z Zaleskim, (w Wernyhorze) z Słowackim i Mickiewiczem 
spotykał; silna nuta patryotyczna, drgająca w każdym utworze 
czy szkicu; niekłamana werwa opowiadacza, co z świeżej kam- 
panii, niby jej szczęk broni i kurz pochodów do powieści prze- 
nosił, sam z natury swoich bohaterów, podkupiły publiczność 
i krytykę. 

Najciekawszy z tych romansów, to »Owruczanin«, nie o ko- 
zackich bojach, lecz o świeższych zdarzeniach (1812) prawiący, jak 
się w szlachcie owruckiej odbijały, częściowo z autopsyi zaczer- 
pnięty. Jak Marlińskiego, przebrzmiała jednak i sława Czajkow- 
skiego, chociaż utrzymał się dłużej w pamięci czytelników; przy- 
pominał on się im coraz nowymi własnymi przygodami, odmia- 
nami, odstępstwami, jako Sadyk pasza i w innych fazach; pycha, 
ambicya, awaturniczość, niejasne kozacko-polsko-słowiańskie ideały 
uniosły go daleko. 

Był on w latach czterdziestych najwybitniejszym przedstawi- 
cielem powieściopisarstwa na wychodźtwie, przemycanego do kraju; 
nie mógł z nim zawodniczyć ani Wincenty Budzyński, czerpiący 
swe powieści z czasów zamierzchłych Lechii IX i X wieków, Bo- 
lesława Chrobrego i Białej Kniehini czy wyprawy pruskiej lub za- 
mieszek po Ryksie; ani Konstanty Gaszyński, przyjaciel Krasiń- 
skiego (spółpracownik niegdyś nad »Hermanem«), co romans 
historyczny porzucił, chociaż się jeszcze na »Kontuszowe poga- 
danki* pod wpływem Paska zdobył; najpierw zdobył imię » Pie- 
śniami pielgrzyma polskiego «, roku 1833, gdzie, trafiając nieraz 
w ton Berangera, rzadziej w ton ludowy, świeże wypadki ze swo- 
bodą i życiem opiewał; powieść, »Pan Dezydery Boczko i sługa 
jego Pafnucy «, dowodziła satyrycznego uzdolnienia — szlachcic 
safanduła przechodzi na emigracyi od »partyi« do partyi; tego 
i w satyrach wierszowanych próbował (najbardziej znana praca 
konkursowa, » Karciarze*, chociaż do wykorzenienia nałogu, grasu- 
jącego w Wielkopolsce roku 1858, nie przyłożyła się skuteczniej); 



— 201 — 

autor zresztą, dbały o formę, gładki, lecz ani płodny, ani silny; 
pisywał, jak Budzyński i inni wychodźcy, i po francusku. 

Zupełnie sfrancuział w Paryżu Karol Edmund Chojecki (jako 
Charles Edmond znany w powieściopisarstwie francuskim), należący 
już do* młodszej generacyi na wychodźtwie. Jeszcze w kraju pisy- 
wał wiersze (i historyczne) i powiastki; w Paryżu wystąpił z pra- 
cami o zakroju publicystycznym (Czechia i Czechowie przy końcu 
pierwszej połowy XIX stulecia; Rewolucyoniści i stronnictwa 
wsteczne w roku 1848, obie party e znał doskonale jako wydawca 
Tribune des peuples i ofiara policyi austryackiej); podróżował 
wiele i zakończył właściwy zawód autora polskiego »Alkhadarem, 
ustępem z życia ojców naszych« (1854), najobszerniejszym swym 
dziełem, kreślącym apatyę galicyjską, a na tle jej owych » Pora- 
jów « (niby »Firlejów« Korzeniowskiego) innego hartu, ducha i my- 
śli, dbałych o włościan, pracą, oszczędnością na nowe tory pcha- 
jących społeczeństwo, wyemancypowanych ze zwykłych przesądów 
towarzyskich, lecz wkońcu się im poddających; powieść o wybi- 
tnie społecznej tendencyi, mądra, lecz nie powabna, ciężka, nie 
naturalna w stylu, miała wskazać, »co i dlaczego ma prawo do 
życia, co i dlaczego powinno i musi ustąpić z pola rzeczywistego 
bytu«, lecz nie czytana, zniechęciła autora do dalszych prób bele- 
trystycznych polskich. 

Publicystyka emigracyjna, niegdyś tak ożywiona, dogasała 
powoli, lecz przed samym zgonem zerwała się na wydawnictwo, 
wartością artykułów, politycznych i literackich, jednolitością tonu, 
wykwintnością stylu przewyższające wszystkie krajowe i dlatego — 
nie czytane w kraju, co i Słowackiego nie znał, i od Żmichowskiej 
stronił, potępiane na emigracyi za obskurantyzm i jezuity zm — 
brak argumentów zawsze szkalowaniem zastępujemy: » Wiadomo- 
ści polskie« (przekształcone z pisemka Wrotnowskiego, tłumacza 
Kursów literatury Mickiewicza) wychodziły od roku 1857 do 1861 
i przeszłyby, gdyby nie wrzawa kilku felietonami podniesiona, zu- 
pełnie bez śladu. 

Spółpracownikami byli Julian Klaczko i Waleryan Kalinka. 
Pierwszy, z Niemieckiej ulicy w Wilnie pochodzący, poeta mło- 
dziutki (trzynastoletni), dopóki go krytyka Skimborowicza nie za- 
gryzła, wykształcony wszechstronnie, oczytany, jak mało kto 
w kraju, w klasycznej i francuskiej literaturze, w Szekspirze i w Dan- 



— 202 - 

tern (studya nad nim), wypłynął, jako krytyk i publicysta pierw- 
szej próby, po kilku poprzednich artykułach, właśnie w owych 
»Wiadomościach«, organie hotelu Lambert. Tu umieścił krytyki 
literackie i (mniej liczne, krótsze) artykuły polityczne, przebrzmiałe 
bez wpływu i znaczenia, choć przewyższały wszystko, na coby 
w kraju i Tyszyński i Lewestam, Rzewuski i Grabowski czy Kra- 
szewski mogli się zdobyć. Wytworny smak artystyczny — tu mu 
nikt nie dorównał; draźliwość godności narodowej i zazdrosne nad 
nią czuwanie ; protest przeciw obniżaniu ideałów, narodowych 
i artystycznych, przeciw rozwodnieniu sztuki, a płytkości morału- 
rozsądku; wielkie poczucie potęgi słowa i odpowiedzialności za 
nią; krewkość temperamentu, unosząca niemal krytyka, w miłości 
i nienawiści niehamującego się nigdy; styl niezrównany, francuski, 
przechodzący od najwyższego patosu do najdotkliwszej ironii, od 
zapału do sarkazmów, zawsze cięty, świeży, nigdy pospolity i blady, 
stworzyły te wielkie arcydzieła krytyczne i publicystyczne, jakie 
w ocenie » Krewnych « i »Gladyatorów«, w Sztuce polskiej, w Ka- 
techizmie nierycerskim, Odstępcach i innych podziwiamy. Przypo- 
minają owe krytyki, spółczesne Czernyszewskiego i Dobrolubowa, 
którzy również z krytyki publicystykę czynili, nie hołdując w niej 
estetyce, lecz uważając ją za zmysł moralny, stosując ją do po- 
trzeb narodowych, do uświadamiania postępu i dobra; nie do- 
równali oni tylko stylowi Klaczki. Krytyka bezlitosna, ale słuszna 
morału bajki » Krewnych « dotknęła boleśnie, głęboko, Korzeniow- 
skiego, który wzburzonemu uczuciu dał folgę, wprowadzając bez- 
sumiennego pismaka, Centaurowicza (Klaczkę) w »Złotych Kajda- 
nach*; jeszcze gorzej znęcał się krytyk nad Lenartowiczem, co się 
tak fatalnie wykoleił, prawiąc duby smalone i o świecie klasycz- 
nym, i o wzajemności słowiańskiej; z błotem zmieszał »Staruszkie- 
wicza« (Odyńca) i » zacnego, serdecznego Chodźkę « — lecz gorzej 
od wszystkich potępił arlekina, Mierosławskiego, niby zapatrując 
się na monomachię Krasińskiego ze Słowackim. Mierosławskiego- 
Papkina nie przebaczyła emigracya, mimo widocznej słuszności po 
stronie Klaczki, protestującego przeciw bezmyślnemu burzeniu mło- 
dzieży, niegodziwemu apostołowaniu rzezi, przeciw głupiej zarozu- 
miałości, deklamującej — jak slawofili — o zgniliźnie Zachodu. 
W tym samym roku (1859) dowodził Klaczko (»Konspiracya i jawne 
działanie «), jak niebezpieczną jest broń spiskowa, że granat to, co 



- 203 - 

pęka we własnych szeregach, przedsięwzięcie napozór wielkie, 
w istocie próżne, i kończył słowami Włocha - patryoty : wyżej nad 
wolność, wyżej nawet nad niepodległość, narody, chcące pozostać 
cywilizowanymi, cenić powinne sprawiedliwość, porządek i mo- 
ralność. 

Na tych artykułach, na wykładach o Mickiewiczu, wydawni- 
ctwie dzieł jego (ze świetnym studyum o nim z powodu Korespon- 
dencyi jego), kończyła się jednak praca polska; od roku 1861 
pisał niemal wyłącznie po francusku, przenosząc rozmach pióra 
polskiego do nienaganności prozy francuskiej. Spółpracownik Re- 
vue de deux mondes poruszał i teraz sprawy polskie, dał np. 
pierwszą trafną ocenę Krasińskiego (La poesie polonaise au 
XIX siecle et le poetę anonyme), pisał o sonetach krymskich, wy- 
stawiał wymowny kontrast zaborczości krzyżackiej, a pokojowej 
unii polsko-litewskiej w Annexion tfautrefois (r. 1869); zwracał 
się coraz bardziej do wielkiej polityki, tworząc arcydzieła analizy 
mężów stanu i ich środków (Etudes de diplomatie contemporaine, 
Deux Chancehers, Gorczakow i Bismark i t. d.), a wreszcie, zra- 
żony polityką żelaza i krwi, do umiłowanego gorąco Dantego 
i do sztuki renesansu włoskiego (Causeries florentines, Romę et 
la Renaissance i t. d.) się zwrócił; okazał się najwymowniejszym, 
niezrównanym tłumaczem i znawcą, bogatą treść w pysznej for- 
mie wystawiając, chociaż nowych momentów nie przysporzył. 
Sława autora francuskiego (artykuły i dzieła wychodziły i wycho- 
dzą w tłumaczeniach polskich) zwróciła uwagę i na owe pierwsze 
występy krytyczne i publicystyczne i, jak Słowacki, zbierał i Klaczko 
wawrzyny zbyt późne. 

Odmiennie ułożyły się losy spółtowarzysza broni, Waleryana 
Kalinki; artykuły jego, silnie duchem katolickim przeniknięte, formą 
nie świetne, spokojne, wywoływały owe okrzyki na jezuityzm. 
Była to druga faza w rozwoju autora » Listów z Londynu « i »Ga- 
licyi i Krakowa pod panowaniem austryackim« (dzieła cennego 
masą dat), co teraz oddał się zasadom hotelu Lambert. Jego wła- 
sne były inne; oddając się studyom historycznym w Krakowie, 
czy poszukiwaniom w archiwach niderlandzkich, tchnął duchem 
demokratycznym, charakterystycznym dla ówczesnej młodzieży; 
wcześnie jednak zwrócił się przeciw spiskom i spiskowaniu, a za 



— 204 — 

pobytu paryskiego przylgnął zupełnie do stronnictwa Sienkiewicza 
i Hoffmana, poszedł na służbę dyplomatyczną i publicystyczną 
u Czartoryskich. Na razie rozpraszał się w artykułach drobniej- 
szych, co gorętszym w kraju, dla trzeźwości, bardzo się nie podo- 
bały; poczytywano je za bardziej rosyjskie, niż artykuły tygo- 
dnika petersburskiego«. Lecz jego służba emigracyjna, to tylko 
działanie przedwstępne. 



ROZDZIAŁ PIĘTNASTY. 

SPÓŁCZESNA LITERATURA W KRAJU (1831 — 1863). 

TŁO JEJ. POEZYA. 



Stan umysłowy i warunki rozwoju w Galicyi, w Poznańskim, w Królestwie i w Kra- 
jach zabranych. Ożywienie badań historycznych i ludoznawczych. Wybitni poeci; 
epicy: Pol, Syrokomla; lirycy: Lenartowicz, Ujejski. 

Poezya emigracyjna, dzięki wyjątkowemu położeniu swemu 
i nadzwyczajnym talentom twórczym, wdarła się odrazu na szczyty, 
niedostępne dotąd nie tylko poezyi polskiej, ale wogóle słowiań- 
skiej, i nikt jej nie prześcignął ani nawet dorównał, ani wtedy ani 
później. Poruszała najżywotniejsze kwestye; czerpała z najbliższej 
przeszłości sił i środków do walki, którą piórem dalej toczyła; 
sama zwracała się do przodków z groźnym zapytaniem: 

Zaco życie w życia chwili 
Z taką pychą roztrwonili, 
Że potomkom nie zostało 
Ni potęgi, ni puścizny, 

i sama odpowiadała: 

Któż, zachwycon zdarzeń ściekiem, 
Nie popełnił nigdy winy ? 
Jakiż naród, jakiż stan, 
Wiekże jaki, z czystym czołem, 
Krzyknąć może: jam aniołem, 
Jam nie zadał drugim ran ? 



— 206 — 

Ona nie tylko tłumaczyła tę przeszłość, ale i przebijała 
zasłonę przyszłości, a nie tylko były to olbrzymie pokłady my- 
ślowe, nie wyczerpane, była to zarazem i sztuka najwyższa, czy 
narodowi obraz własnego życia, tak niedawnego, a już do prze- 
szłości należącego, rozkosznymi barwami w zadziwiającej prawdzie 
wystawiała, czy dobadywała się pracy duchów, ciągłej, wytrwałej, 
od wieków najdawniejszych istnienia aż do dni naszych. 

Lecz literatura ta nie miała wolnego dostępu do kraju, szerząc 
się kryj orno i przypadkowo; nie miała wolnego dostępu nieraz 
i do głów samych. Słowacki zasunął się za obłok mistycyzmu i zni- 
knął za nim dla kraju; Krasińskiego najpotężniejsze alegorye wy- 
magały wysiłku myślowego, i poczciwa Tańska nie jedyna żachała 
się na »tajemniczość« Irydyona; piewca litewski, ukochany od 
wszystkich, zamilkł już po »Tadeuszu« na zawsze. Wielka ta lite- 
ratura, w stroju odświętnym, w blaskach natchnienia i wieszczenia, 
niepokojąca, przerywająca sen błogi, nie zaspokajała potrzeb naj 
bliższych, codziennych; bez granic w przestrzeni i czasie, nie do- 
pasowywała się ku wymogom maluczkich, zasklepionych w sobie, 
ku nizkiemu nastrojowi ogółu. A ogół ten odczuwał co raz od- 
mienne potrzeby. 

W każdej dzielnicy płynęło też życie odmiennym korytem. 
Na przewrót zupełny, najdonioślejszy w swych skutkach, zanosiło 
się powoli w Galicyi, traktowanej dotąd przez własny rząd naj 
bardziej po macoszemu, skazanej na germanizacyę. W pół wieku 
po przyłączeniu do Austryi, prowincya, gdzie praca komisyi edu- 
kacyjnej żadnym echem odezwać się nie mogła, ulegała zupełnej 
germanizacyi; Lwów z niemieckim teatrem i czasopismami (polskie 
kołatały nędzny żywot); kraj z niemieckimi urzędami, sądami, 
szkołą i wojskiem; miasteczka nawet z magistraturą niemiecką 
wywoływały łudzące pozory jakiejś niemieckiej prowincyi. Ducho- 
wieństwo było wprawdzie polskie, ale głęboko poderwane refor- 
mami józefińskimi, osłabło tym bardziej, gdy na czele jego stawali 
i obcokrajowcy, obojętni dla narodowego kościoła. Szlachta została 
niby czym była, miała nawet reprezentacyę stanową i w niej sty- 
kała się z rządem; zresztą nie wstępy wała do urzędów ani do 
wojska, żyła na wsi, po dawnemu, patryarchalnie; za młodu wyje- 
żdżano za granicę, potym polowano i gospodarowano, co przy 
pańsczyźnie trudno nie było; tylko wyjątki rzucały życie ospałe. 



— 207 — 

Ludek miejski wegetował spokojnie, nie uświadomiony jeszcze, ale 
już wybijały się jednostki; nauka, choć niestrawna, choć niemiecka, 
budziła myśl. 

Lud wiejski, polski czy ruski, dzieliła od »panów« pańsczyzna; 
głęboka, wiekowa waśń społeczna nie dopuszczała jakiegokolwiek 
poczucia solidarności; rząd przez to samo, że nieograniczoną nie- 
gdyś pańsczyznę określał i władzę nad życiem i mieniem »chłopa« 
odebrał, chociaż pańsczyzny nie znosił i przez swoich mandataryu 
szów patrymonialnią juryzdykcyę pańską dalej wykonywał, w oczach 
chłopskich aureolą opiekuństwa się otoczył; tylko panów wina, 
jeżeli ojcowskie zamysły jego nie wchodzą w życie; oni to uchy- 
lają czy ukrywają rozkazy cesarskie, mające dobro chłopa na celu. 
Z tego antagonizmu społecznego rząd, przez emisaryuszów emi- 
gracyjnych i roboty podziemne nad miarę wystraszony, skorzystał 
w roku 1846. 

Żyd, stanowiący pokaźny procent ludności, narodowego po- 
czucia mieć nie mógł, od wieków z dala trzymany i sam wszelkiej 
asymilacyi się opierający; stawał po stronie rządu i germanizacyi, 
od polskości stronił. I płynęło życie prowincyi różnymi strugami: 
najpłytsza niemiecka — dzieło kolonizacyi, planowane na wielką 
skalę, albo chybiało zupełnie, albo ważniejszych wyników nie da- 
wało — wylewała najszerzej, po napisach na budynkach i kramach, 
po szkołach i biurach, w wojsku i między kupiectwem: nawet 
w przemyśle górowali obcy. Szlachta ceniła dawne życie trady- 
cyjne najwyżej, szczególniej szlachta podgórska i sanocka; nie 
przypadkiem też pisarze galicyjscy, Pol i Kaczkowski, z idealizacyą 
jego wystąpili; o lud miejski i wiejski na razie nie dbano. Ogólne 
jednak zajęcie narodowościami nie minęło kraju, i właśnie Galicya 
okazała się wdzięcznym polem dla etnografii, łącząc oba odłamy 
świata słowiańskiego, zachodniego i wschodniego; myśli Choda- 
kowskiego znalazły tu najwcześniej oddźwięk. Już »Pielgrzym 
Lwowski* na rok 1822 i 1823 (wydanie profesora Niemca Maussa) 
zamieszczał próby i oceny poezyi ludowej, i z Galicyi wyszły 
pierwsze obszerne zbiory pieśni ludowych. 

Jeden, Wacława z Oleska (Zaleskiego, namiestnika galicyj- 
skiego w r. 1848) »Pieśni polskie i ruskie ludu galicyjskiego «, 
z roku 1833, upatrywał w nich właśnie » najdoskonalszą charakte- 
rystykę narodowością żałował, że mylną poszła drogą poezya da- 



- 208 — 

wna, od Kochanowskich do Krasickiego, ogółowi zawsze obca. 
Drugi, skrzętnego badacza i zapalonego antykwaryusza, Żegoty 
Paulego (»Pieśni ludu polskiego «, 1838, »Pieśni ludu ruskiego«, 
1839), posłużył za kopalnię dla Wójcickiego i jego »Pieśni Białochroba- 
tów*. Nawoływania Chodakowskiego, Lacha Szyrmy i Brodzińskiego 
(śledź zgasłych ojców czyny, łańcuchem niezłomnym sprząż dawną 
miłość kraju z plemieniem potomnym; w ziomkach ucz się znać 
ludzi, z nich czerpaj natchnienie, ich uczuciem wzbudzone im poświę- 
caj pienie), podchwycili August Bielowski, Siemieński, Goszczyński, 
Wincenty Pol, zbierając, tłumacząc, przerabiając pieśni ludowe. 

Różnice narodowościowe na razie nic nie znaczyły; nieliczna 
inteligencya ruska posługiwała się wyłącznie językiem polskim, 
nawet w cerkwiach mawiano kazania po polsku; Iwan Wahilewicz, 
jeden z » trójcy*, co zapoczątkowała w Galicy i nową literaturę 
ruską, odrębną od cerkiewnej i jej martwego języka, pisywał nie 
tylko po polsku, ale i bratał się szczerze z Bielowskim i in.; Mar- 
cyan Szaszkiewicz (wydawca »Rusałki Dniestrowej*, z Wahilewiczem 
i Hołowackim) pisał wiersze polskie i tłumaczył z polskiego; upra- 
wiali na razie patryotyzm miejscowy, galicyjski; powoli wzmagał 
się ten ruch, zagarniał Ukrainę; poetycznej jej restauracyi dokonali 
najpierw polskoukraińscy poeci z Padurrą (cenił go Szaszkiewicz — 
wtedy, dzisiejsi Rusini oddawna nim pomiatają); potym stawał się 
ten ruch coraz bardziej separatystycznym i wrogim, szczególniej 
po roku 1848. 

Nie dziw więc, że właśnie galicyjscy pisarze, obok ludowych, 
słowiańskie tendencye szerzyli, zachwycali się »Rękopisem królowo- 
dworskim«, pieśniami serbskimi, »Słowem o pułku Igorowym«, tłu- 
maczyli je i naśladowali, szczególniej Bielowski, Siemieński, Na- 
bielak. Ta młodzież, z oboma Borkowskimi (Józefem i Leszkiem), 
niebawem zasilona napływem n"owych sił od Warszawy (Wójcicki, 
Magnuszewski, Goszczyński i inni), zakrzątawszy się żywiej, prze- 
rwała nakoniec apatyę umysłową, zadowalającą się całymi latami 
albo bajką Miera, albo jego wlokącym się nieskończenie przekła- 
dem Andromachy. 

Prace ich skupiały się w > Haliczaninie « Chłędowskiego 
i w »Ziewoni«; punktem zbiorowym stało się później Osolineum, 
wieczory literackie tamże urządzane przez dyrektora Kłodzińskiego; 
po »Rozmaitościach«, dodawanych do urzędowej » Gazety lwowskiej «, 



— 209 — 

po almanachach i innych próbach nieudałych wytwarza się nako- 
niec za ich staraniem »Dziennik mód paryski ch« (krawca Kulczy- 
ckiego), jako pierwszy organ literacki. Koło poetów czerwono- 
ruskich rozprzęgło się wprawdzie wcześnie, ale ruch, przez nich 
wzbudzony, potężniał. 

Jedni, jak Nabielak, emigrant-Towiańczyk, rzucali kraj i pracę 
literacką; Augusta Bielowskiego, świeżo wsławionego »Pieśnią 
o Henryku Pobożnym«, wabiła coraz wyłączniej historya, na jej 
też polu miał sobie zaskarbić największe zasługi; i tu nęciła go 
najbardziej przeszłość słowiańsko-mityczna, majaki macedońskich 
i trackich dziejów i bojów; wpadał na najmylniejsze poszlaki; po- 
zostawił jedno, trwałe dzieło: na wzór wielkiego niemieckiego wy- 
dawnictwa (Pertza), małe rozmiarami, znaczeniem wielkie »Monu- 
menta Poloniae historica, Pomniki dziejowe Polski«, obejmujące 
dawne jej źródła, swojskie i obce (kronikę Nestorową w przekładzie 
Wahilewicza), i, chociaż nawet w wydawnictwie kronik dał się nie- 
raz powodować niefortunnymi pomysłami, osadził na pewnej pod- 
stawie dziejopisarstwo średniowieczne. 

Józefa Borkowskiego od pieśni nowogreckich i gazel wscho- 
dnich śmierć przedwczesna oderwała; brat jego, Leszek, sam za- 
rzucił lirykę i przerzucił się do satyry ciętej, literackiej, wierszo- 
wanej, w »Cymbaladzie« (1845), przedrzeźniającej nie tylko niemiło- 
siernie wierszokletę Józefa Pajgerta (ojca) 1 ), lecz nie skąpiącej 
verba veritatis i Polowi, a sympatycznie witającej nowo wscho- 
dzącą gwiazdę, Ujejskiego; »Cymbaladę« wyprzedziła satyra prozą 
na stosunki galicyjskie, »Parafiańsczyzna«; ta wielką wywołała 
wrzawę, gdyż nie parafian, lecz » wielki świat « lwowski zaczepiała, 
małpowanie cudzego ducha i języka, przykładne zasady świętosz- 
ków naszych, a nieprzykładne ich życie, zarozumiałość, pomiatającą 
niższymi, i inne wady towarzyskie; w szeregu luźnych szkiców, 
o nierównej wartości i tonie; niektóre z nich bardzo wymowne 
i ostre. Lecz były to ostatnie występy autora - obywatela na 



*) »Józef z Sidorowa* odpłacił pięknym za nadobne, »Zemstą Wandy* (1846), 
najlepszym co napisał, polską Duncyadą, gdzie nie tylko Breszka-Leszka, ale i całe 
kółko czerwonoruskich pisarzów, z Bielowskim (»Długoszem€) i in., nawet ze zmar- 
łymi, Józefem Borkowskim i Magnuszewskim, pokiereszował; nie uszedł i Kraszewski, 
krytyk i epik (Witoloraudy), najdotkliwszych- uwag. 

DZIEJE LITERATURY PILSKIEJ T. II AA 



- 210 — 

niwie literackiej; przerzucił się potym na pole pracy politycznej 
i społecznej. 

Siemieński porzucił Galicyę i zmienił pole pisarskie: nie pró- 
bował już tonów, jakie w »Trąbach w Dnieprze« zanucił, lecz od- 
dawał się popłacającym gawędom i obrazkom powieściowym 
(Muzameryt), nie zaniedbał tłumaczeń (Horacego, Odysei) i zasłużył 
się najlepszym opowiadaniem dziejów narodowych, » Wieczorami 
pod lipą*, pozostawiającymi daleko w tyle »Pielgrzyma dobromil- 
skiego«, barwnością stylu i ciepłem serdecznym. 

Miejsca ubywających (Magnuszewskiego i innych) zajmowały 
siły młode: powieściopisarz Dzierzkowski, Wincenty Pol, Karol 
Szajnocha, Ujejski, Kaczkowski. Straszny popłoch, wywołany rzezią 
lutową roku 1846, i prześladowania polityczne ubezwładniły chwi- 
lowo ruch umysłowy i propagandę demokraty czno- postępową — 
wszystko wynagrodził rok 1848, wiosna ludów, zapowiadająca po- 
lityczne i społeczne przewroty. Niebawem wprawdzie rozwiały się 
bujne marzenia; zjazd wszechsłowiański w Pradze, witany prozą 
i wierszami, obesłany licznie przez Polaków (zjawił się i Padurra), 
co miał podwaliny wzajemnego porozumienia się, braterstwa ludów 
ułożyć, musiał się rozejść, nie usankcyonowawszy nawet ugody 
polskoruskiej, podpisanej przez Leona Sapiehę, Helcia i innych; 
bombardacyą Lwowa (gdzie spłonęła biblioteka uniwersytecka) roz- 
poczęła się nowa era reakcyi i represaliów. Ale pamiętny rok nie 
przeszedł bez głębokich śladów: można było pozawieszać wydaw- 
nictwa peryodyczne, obostrzać na nowo cenzurę i nadzór nad 
szkołami , wracać do systemu germanizacyjnego , zarzuconego 
w roku 1848, kadry urzędnicze zapełniać Niemcami i jeszcze nie- 
życzliwszymi Czechami: ruchu umysłowego, politycznego i społe 
cznego już nie zatamowano. 

Obudziło się mieszczaństwo; służba w gwardyi narodowej, 
udziały w petycyach, adresach, zgromadzeniach, nawet procesy 
polityczne i zasądzania na śmierć, zamienianą na więzienia Szpil- 
bergu i Kufsteinu, wyrobiły tylko poczucia łączności ze szlachtą, 
służby publicznej: Smolka, Ziemiałkowski, Sznajder i inni o tym 
świadczyli wymownie. 

Uwłaszczenie włościan wyszło wprawdzie od rządu, ale za- 
bliźniło najgroźniejszą ranę w ustroju prowincyi, chociaż przepaść 
społeczną, dzielącą lud a szlachtę, pogłębiło raczej. Ruch ruski 



- 211 - 

zaczął się również wzmagać i samą jednolitością swoją zdawał się 
groźnym, tym bardziej, że lojalność »ruteńców« wypróbowano 
w roku 1848 i 1849 — Polakom nie zapomniano nawet udziału 
w powstaniu węgierskim, gdzie generał polski, Bem, największe 
odniósł tryumfy, nawet przeciw zawiści i niechęci madyarskich 
towarzyszów broni, a legion polski dzielnie do końca się trzymał. 

Na dalszy rozwój Galicy i wpłynęło silnie przyłączenie rze- 
czypospolitej krakowskiej w roku 1846. Miniaturowa rzeczpospolita 
przechodziła wraz z uniwersytetem Jagiellońskim niewesołe koleje 
od roku 1815. Szczupłość rozmiarów, środków, sił, czujny nadzór 
ze strony mocarstw gwarancyjnych, utrudnienie związków z innymi 
dzielnicami nie dozwoliły żywszego rozbudzenia. Nawet jedyna 
Szkoła Główna z wykładowym językiem polskim, jedyne polskie 
towarzystwo naukowe, ruch czasopiśmienniczy nieco większy, wła- 
śnie z powodu braku sił i środków szeroko się rozwijać nie 
mogły. 

Najbardziej zasłużył się Michał Wiszniewski, Krzemieńczanin, 
profesor historyi powszechnej, czynny jako pisarz filozoficzny, 
o kierunku zupełnie od Kremerów i Libeltów odmiennym (wy- 
znawca Bakona, Lockego, filozofii szkockiej, jak Śniadecki), popu 
larnie kreśląc systemy, logikę, pedagogikę; jeszcze większy wpływ 
osiągnął, jako pierwszy historyk literatury polskiej, podjętej na 
najszersze rozmiary. W siedmiu sporych tomach (1840— 1846) 
opracował całość jej do XVI wieku (w pierwszych pięciu tomach) 
i poezyę (polską i łacińską wraz z przekładami wierszem i prozą) 
okresu »złotego« do r. 1648; roztoczył obraz kultury najobszer- 
niejszy, na jego tle nadmiernym wystawiając nieliczne pomniki 
łacińskie i jeszcze o wiele szczuplejsze polskie; w XVI i XVII 
wieku dał się unieść masie napływającego zewsząd materyału dru- 
kowanego i przed analizą bibliograficzną (z licznymi przytaczaniami 
tekstów, zastępującymi niemal późniejsze » wypisy staropolskiej 
cofa się zupełnie wykład historyczny; później wydano z rękopisu 
jego jeszcze dwa tomy, obejmujące resztę literatury Zygmuntow- 
skiej, materyał surowy, nie przerobiony. 

Zasługą pozostało, obok wydobycia nadzwyczajnej ilości fak- 
tów cennych, powiązanie ich z tłem ogólnodziejowym: oświetlenie 
mogło być czasem zbyt jaskrawe, przeceniało się zabytki, uogól 
niało zbyt pośpiesznie zjawiska zachodnie, ale cóż za postęp od 

14* 



- 212 — 

suchych wyliczań Bentkowskiego, Juszyńskiego, a choćby i Oso- 
lińskiego! Ważność literatury dla oceny ducha dziejów dopiero 
z jego dzieła wynikała. 

Niżej od Wiszniewskiego stanęli bibliotekarz (po Bandtkiem) 
Józef Muczkowski, Poznańczyk, zasłużony około dziejów uniwer- 
syteckich żmudnymi publikacyami źródłowymi, i Karol Meche- 
rzyński, specyalizujący swe badania (o historyi łaciny w Polsce, 
autor »Historyi wymowy w Polsce«, trzytomowej). 

Z uniwersytetem łączyło się Towarzystwo Naukowe, wyda 
jące z przerwami swoje »Roczniki«; przewodzili w nim lekarze 
i przyrodnicy, najbardziej zasłużył się długoletni przewodniczący 
jego, uczony fizyolog Józef Majer — tylko Franciszek Wężyk ró- 
wnał się z nim wielką ofiarnością dla celów Towarzystwa, chociaż 
uznania, jako pisarz, i w Krakowie się nie doczekał; ani dramaty 
jego historyczne (»Bezkrólewie«; pierwsze i drugie) ani komedye 
interesowały. Od roku 1852 odłączyło się Towarzystwo od uni- 
wersytetu. 

Kraków stworzył pierwsze miesięczniki polskie, poważne, 
»Kwartalnik Naukowy« Antoniego Zygmunta Helcia, »Powszechny 
Pamiętnik Nauk« Zienkowicza i »Pamiętnik Nauko wy « Lesława Łu- 
kaszewicza (autora podręcznika dziejów literatury), lecz dłuższego 
bytu im nie zapewnił. Helcel starał się najusilniej zaradzać brakom 
kardynalnym polskim, brakowi gruntowności i brakowi oryginal- 
ności; pomagał mu filozof- estetyk Józef Kremer, streszczający naj- 
pierw w Kwartalniku Hegela, później podejmujący obszerny »Sy- 
stematyczny Wykład Filozofii «, traktujący równocześnie w »Listach 
z Krakowa « historyę sztuk pięknych, z szczególnym uwzględnie- 
niem krajowej, w formie wcale estetycznej. Na gruncie krakowskim, 
z najpiękniejszymi pomnikami sztuki polskiej, nie tylko historya 
sztuki się rozwinęła: ośmiowiekowa przeszłość miasta, niegdyś 
placówki narodu zachodniej, później stolicy piastowskiej i jagielloń- 
skiej, budziła uszanowanie i zamiłowanie, zwracała myśl ku świe- 
tnej przeszłości; z Krakowa wyszło polskie starożytnictwo i dziejo- 
pisarstwo. Helcel sam, rzucając artykuły krytyczne i filozoficzne, 
zagłębił się w studya dziejowe, ale wiek upadku, XVII, ani listami 
Sobieskiego (do Marysieńki), ani księgą pamiątkową Michałowskiego 
(zbiór materyałów do dziejów roku 1648 i następnych) utrzymać 
go przy sobie nie potrafił: od anarchii rwał się do czasów silnych 



— 213 — 

rządów monarchicznych, do wielkiego Piasta i najznakomitszego 
dzieła jego, Wiślicyi. Jego »Starodawne prawa polskiego pomniki«, 
obejmują w dwu tomach i podstawę ich, ustawodawstwo »wiślickie«, 
rozebrane po Janie Wincentym Bandtkiem krytycznie i wydane na 
podstawie wszystkich rękopisów; i praktykę ich, w zapiskach są- 
dowych krakowskich XIV i XV wieku tkwiącą. 

W tym staroźytniczym kierunku pracowali i inni, źołnierz- 
biskup Łętowski (»Biskupi i kanonicy krakowscy « — w innych 
pismach folgujący stylowi żołniersko-gawędziarskiemu, dosadnemu, 
próbujący bez powodzenia i dramatu historycznego); zbieracz 
i księgarz, Ambroży Grabowski, przejęty głęboką miłością wszyst- 
kiego, co swojskie (już r. 1819 wydał Apoftegmata, anegdoty staro- 
polskie, potym »Starożytności polskie«), przedewszystkim zaś tego, 
co krakowskie, najwymowniejszy Cicerone swego rodzinnego grodu. 
Kraków właśnie stał się kolebką archeologii polskiej, piastowanej 
dalej • godnie przez Łepkowskiego i Łuszczkiewicza, przez Soko- 
łowskiego i Wojciechowskiego, przez Koperę i Lepszego. Z mi- 
łością przeszłości godziły się drobne rywalizacye partyjne, a ra- 
czej osobiste: najwymowniejszy ich pomnik pozostawił Wodzicki 
w swoich pamiętnikach. 

Po włączeniu do Galicyi stał się Kraków nie tylko punktem 
ciężkości dla zachodniej połaci kraju, lecz w przeciwieństwie do 
młodszego, ruchliwszego, skrajniej usposobionego Lwowa, strażnik 
grobów królewskich i chwały narodowej, w imię przeszłości i jej 
wymownych pomników, wyrażał stale zasady konserwatywne. Na 
razie występywały te różnice chyba w teoryi, ale dnie rządów 
absolutystycznych były policzone; klęski włoskie sprowadziły w Au- 
stryi zupełną odmianę, przygotowały powrót do rządów parlamen- 
tarnych, nadawały konstytucyę państwu, a autonomię prowincyom; 
centralistyczne zakusy wiedeńskie odrodzenia narodowego Galicyi 
powstrzymać nie zdołały. 

Odrodzenie publicystyczne i literackie szło w nieprzerwanym 
ciągu od roku 1848, kiedy to wszelkie tamy naraz zerwano, kiedy 
wysypały się, jak z rogu obfitości, dzienniki, broszury, wiersze, 
polskie i ruskie, Pola, Jabłońskiego i innych. Były to jednodniówki, 
ale ślad zostawiły. Teraz nie wystarczały już » Rozmaitości « 
i »Dziennik mód«; Jan Dobrzański, nabrawszy wprawy redaktor 
skiej przy owym dzienniku, stworzył poważniejsze pismo literackie, 



— 214 — 

najpierw »Nowiny«, potym »Dziennik literacki«, w których się 
belletrystyka lwowska znakomiciej prezentowała, i utrzymał zna- 
czenie ich, nim się do politycznego dziennikarstwa zwrócił, nie 
przebierając nawet w środkach, czego »Kółko Rodzinne« doświad- 
czyło, mimo znakomitych spółpracowników, ulegające r. 1860 jego 
bezwzględnej polemice. Kraków podobnego czasopisma nie stwo- 
rzył, zato jego »Czas«, organ ziemiański, zachowawczy, urósł 
w najpoważniejszą gazetę polityczną polską, dzięki zdolnościom 
redaktorskim Manna, później Stanisława Koźmiana. Rolę felieto 
nisty literackiego objął tu eksdemokrata Lucyan Siemieński, co 
o »czerwonej« przeszłości i o poezyi zapomniał i krytyce i studyom 
literackim zupełnie się poświęcił, wprowadzając pierwszy nowy ro- 
dzaj szkiców, sylwetek czy »portretów« literackich; pierwszy zrę- 
cznie i dowcipnie, daty życia, wpływy otoczenia, oceny dzieł czy 
stanowiska połączył, oświetlił i całość, w szczegółach nie zawsze 
ścisłą, ale zawsze zajmującą, ukazał. Nie sięgał zbyt w przeszłość; 
pisarzów spółczesnych — nie zawsze bezstronnie, dawniejszych, 
w znakomitym » Obozie klasyków « , Stanisławowskich wreszcie 
(Trembeckiego i innych) wyłącznie niemal uwzględniał; i dziś 
jeszcze czyta się te studya, pisane nadzwyczaj lekko, z zajęciem 
i korzyścią; bo i .sąd był trafny i smak wybredny; przewyższał 
głębokością studyów Bartoszewicz, ale formą celował Siemieński. 
Czym się Siemieński stał dla historyi literatury, pozbawiwszy 
ją pedanteryi, drobiazgowości, sam jednak nie skupiający sił dla 
wydania całości, myszkujący po różnych jej działach, tym został 
dla historyi narodowej Karol Szajnocha. I historya dotąd poczytną 
nie bywała; liwiuszowska retoryka Naruszewicza, zawiły styl Lele- 
wela, ciężka erudycya »Troga Pompeja« (Bielowskiego, który tylko 
w »Żółkiewskim« swobodniej oddychał, przejęty uwielbieniem dla 
swego bohatera, i w »Szymonowicu« niezgorszy portret życiowy 
wykonał), mogły przeciętnego czytelnika odstraszyć. Popłacały 
wprawdzie studya historyczne, roiły się monografie pojedynczych 
rodów, wypadków, zawikłań; Maurycy Dzieduszycki pisał i »Skargę« 
i »01eśnickiego« i »Lisowczyków«, obszernie i gruntownie, zato 
z silną przymieszką tendencyi ultramontańskich, uwielbiając swoich 
bohaterów i tam, gdzieby na ich zasługi należało wcale scepty- 
cznie patrzeć, bolejąc bardzo, że róźnowierstwa nie zgnieciono 
odrazu; Henryk Szmitt idealizował demokracyę szlachecką w »Ro 



— 215 — 

koszu Zebrzydowskiego« i innych dziełach; Kazimierz Stadnicki ba- 
dał genealogię Jagiellońską; ks. Sadok Barącz dzieje zakonu ka- 
znodziejskiego i Ormian w Polsce, tworząc w ślad za Minasowi- 
czem nieco ryczałtowo z Polaków, spółwyznawców swej nacyi 
oryentalnej; lecz Szajnocha pierwszy historyę poczytną, ponętną 
zrobił, ciężkie rozprawy bez uszczerbku dla treści uczonej, grun- 
townej, lekkimi, nieraz wytwornymi szkicami zastąpił. 

Próbował sił i jako poeta, szczególniej w dramacie, społe- 
cznym i historycznym, zanim do historyi przeszedł całkowicie; 
pierwsze jego »opowiadanie« o Bolesławie Chrobrym (1849) wy- 
kazało zalety pióra, wykształconego na wzorach francuskich, 
Thierry i inni. Szkice jego krótsze i dłuższe i dzieła nawet wielo- 
tomowe (Jadwiga i Jagiełło; Dwa lata dziejów polskich), czyta się 
jak romans historyczny; wprowadzają w epokę samą, między ludzi 
średniowiecznych czy na dwory polskich królewiąt, rozwiązują za- 
gadkę czy nieporozumienie dziejowe (o brodach krzyżackich, uro- 
bionych z buńczuków i t. p.), wytaczają ciekawą kwesty ę, zapoznają 
z sympatyczną czy znakomitą osobistością. Pod jego piórem na- 
bierają te postaci nowego życia; on wmyślił się w nie i odczuł 
je i umie barwnie, zajmująco wyłożyć, co ze źródeł wykombi- 
nował. Poruszał i tematy literackie: on wprowadził pierwszy Wa- 
cława Potockiego (tegoż » Wojnę Chocimską* właśnie bibliograf 
i biblioman lwowski, Stanisław Przyłęcki, wydał) do panteonu oj- 
czystego, oświetlił znakomicie postać Krzysztofa Opalińskiego 
i t. d. W idealizacye nie wpadał, służył prawdzie, hołdował pię- 
knu. Naokół zmieniało się wszystko; nauka polska, po chwilowym 
zastoju, spowodowanym nawet w Krakowie samym przez złożenie 
z urzędu najwybitniejszych profesorów polskich, stawała na sil- 
niejszej podstawie; na katedrze lwowskiej ukazał ' się Antoni Ma- 
łecki i, oprócz monografii literackich, studyom gramatycznym 
wywalczył stanowisko, odpowiedniejsze wymaganiom nowoczesnej 
umiejętności; stawały pierwsze gimnazya polskie i t. d.; ożywił się 
teatr pod nowymi kierownikami sceny (Smochowskim i Nowakow- 
skim); ożyła głównie belletrystyka, wierszem i prozą, i skupiła 
liczne, wyłącznie jej oddane siły. Tak przechodziła Galicya z daw- 
nego odrętwienia w Beocyi i Abderze umysłowej, do ruchu i życia, 
z każdym nowym dziesiątkiem lat na nowy, większy postęp się 
zdobywając. 



— 216 - 

Innymi, zygzakowatymi torami rozwijało się życie umysłowe 
i literackie w dzielnicy poznańskiej, co, jedyny raz w dziejach 
polskich, na chwilę na czele tego życia stanąć miała. Owej zupeł- 
nej prostracyi umysłowej, cechy dawnej Galicyi, nie było tu wła- 
ściwie nigdy; cenzura pruska była łagodniejsza, bo rozumniej sza; 
sprawę włościańską zaczęto już w roku 1820 regulować; nie krę- 
powano z zasady ruchu społecznego; uniwersytety, berliński i wro- 
cławski, oddziaływały na młodzież wielkopolską; po gimnazyach 
nauczyciele Polacy, pracowali i literacko (bracia Poplińscy i Ce- 
gielski, autorowie dobrych wypisów prozą i nauki poezyi). Znaleźli 
się i mecenasi, zamożni, światli, patryotyczni; hrabia Edward Ra- 
czyński nie tylko uposażył i publicznemu pożytkowi poświęcił 
w Poznaniu bibliotekę wielką, bogatą przeważnie w rzeczy polskie* 
lecz łożył znaczne koszty na najrozmaitsze wydawnictwa, źró- 
dłowe (kodeksy dyplomatyczne, materyały XVIII wieku, Paska 
i t. d.), przekłady (klasyków łacińskich), archeologiczne (Wspomnie- 
nia Wielkopolskie), numizmatyczne i t. p. (Gabinet medalów pol- 
skich); szersze plany jednak, szczególniej po roku 1831, trafiały 
na przeszkody niezwalczone. Hrabia Tytus Działyński nie przezna- 
czał bogatych zbiorów kórnickich dla publiczności, jednak równie 
znaczne koszty łożył na wydawnictwa dziejowe (»Acta Tomiciana«, 
sprawy kancelaryi królewskiej Zygmunta I; pisma w sporze polsko - 
krzyżackim, »Lites ac res gestae«; dyaryusze sejmowe); językowe 
(Zabytek dawnej mowy polskiej, najznakomitszy przyczynek po 
wydaniu psałterza floryańskiego hr. Stanisława Borkowskiego i sla- 
wisty Kopitara); na bibliotekę matematyczną i t. d. 

Szczególne zasługi położył bibliotekarz Raczyńskiego, Józef 
Łukaszewicz, badając dzieje umysłowe, w czterotomowej »Historyi 
Szkół w Polsce*, obejmującej całość, aż do upadku Rzeczypospo- 
litej, i w »Dziejach Kościołów wyznań obcych« (braci czeskich, 
Kalwinów, co dotąd Waleryan Krasiński opowiadał — po angielsku); 
uporał się pierwszy z dziejami swego grodu, Poznania (Lwów 
wydawał w lichych przekładach dawne zapiski Zimorowica, nim 
się Rusin Zubrzycki na tendencyjną kronikę zdobył; Kraków i s War- 
szawa do dziś podobnego dzieła nie mają). On też zasilał Leszczeń- 
skiego (albo Lesznieńskiego) » Przyjaciela Ludu«, pismo skromne 
formą, bogate treścią, czerpaną wyłącznie z dziejów ojczystych, 
popularne; sam, szczególniej w rzeczach wyznaniowych, liberał 



r 



— 217 — 

(wróg Jezuitów), zwalczał jednak postępowców, zszeregowanych 
około Antoniego Wojkowskiego i jego »Tygodnika Literackiego«. 
»Tygodnik« hołdował pierwotnie umiarkowanemu postępowi; 
zasilali go historyk Jędrzej Moraczewski (autor »Dziejów Rzeczy- 
pospolitej Polskiej«, doprowadzonych w dziewięciu tomach do ab- 
dykacyi Jana Kazimierza, pisanych w duchu Lelewelowskim, repu- 
blikańskim, i encyklopedyi »Starożytności Polskich«) i filozof-estetyk 
Karol Libelt, zdolny publicysta, znakomity stylista, mniej fortunny, 
jako pogromca filozofii niemieckiej i samowładztwa rozumu, usiłu- 
jący go wyobraźnią zastąpić — opierający się na ludzie, narodo- 
wości, przechowującej pierwiastki przyszłego rozwoju. Lecz od roku 
1841 zwrócił się Wojkowski, któremu dzielnie wtórowała żona 
Julia, pierwsza emancypantka polska, ku skraj niej szym kierunkom; 
jej pieśni ludu wiejskiego dyszały antyszlachecką nienawiścią; 
emancypacyę kobiet szerzyła namiętnie, wysławiając panią Sand; 
zresztą czciła trzeźwy rozum, potępiała egzaltacyę. » Tygodnik « 
upadł wreszcie, nie pod strzałami »Orędownika« (Poplińskiego i Łu- 
kaszewicza); towarzystwo poznańskie odwróciło się od niego dla 
nietaktu redaktorów, dla ich mniemanego odstępstwa. Poważny 
»Rok« Moraczewskiego dłużej nie wytrwał, i po roku 1846 obu 
miera rozbudzony ruch czasopiśmiennictwa poznańskiego; na pierw- 
szy plan wysuwa się organ ultrakatolicki i ultrazachowawczy, 
»Przegląd Poznański« Jana i Stanisława Koźmianów. Zawiązuje się 
wprawdzie jeszcze Towarzystwo Przyjaciół Nauk; poprzedziła je 
wytrwała czynność doktora Karola Marcinkowskiego, założyciela 
Towarzystwa pomocy naukowej (istniejącego do dziś, nader dobro- 
czynnego dla uczącej się młodzieży wielkopolskiej). Tak to Po- 
znańskie tylko przez jedno dziesięciolecie pracy umysłowej naro- 
dowej przewodniczyło, chociaż oryginalnie nie tworzyło; traktowało 
z wielką swobodą kwesty e, których gdzieindziej nawet nie poru 
szano; publikowało u siebie i oceniało krytycznie (przez Małe- 
ckiego i innych) nawet literaturę emigracyjną. Nie wytrwało na 
tym stanowisku; po stłumieniu ruchu 1848 do rozległej, postępo- 
wej pracy umysłowej tu już nie wrócono. Wychodźtwo sił wy- 
bitnych, co się jeszcze w XVIII wieku było zaczęło, powtarzało 
się stale; przenosili się do Galicy i Małecki, Osowski, przed nimi Mucz- 
kowski; po nich Przyboro wski Józef, Węclewski, Mierzyński, powołani 
za Wielopolskiego do Królestwa; w ostatnich lat dziesiątkach, znowu 



— 218 — 

do Galicyi, przechodzili Morawski, Ćwikliński, Milewski i inni; 
osłabiało to znacznie pozycyę umysłowości i nauki polskiej, pod- 
trzymywanej coraz mniej licznymi i wybitnymi siłami; prócz lęka 
rzów i przyrodników, filozof Cieszkowski (długoletni przewodniczący 
Towarzystwa Naukowego Poznańskiego, odwracający się, od dal 
szego ciągu »Ojczenaszu« i słabnącej weń wiary, do badań histo- 
rycznych) i historyk czasów saskich, Jarochowski, byli najznako- 
mitszymi. 

Jarochowski występywał już w latach pięćdziesiątych z treścią 
i myślami, jakim do końca życia wiernym pozostał: niby uczeń 
Moraczewskiego i Lelewela nie sprzyjał królom, panom i Jezuitom; 
podziwiał naród szlachecki i jego zdrowy instynkt, acz nieuświa- 
domiony; czasy Augusta II lub sprawy polskopruskie (Kalksteina 
i t. d.) rzucał wyjątkowo, np. w cennym bardzo studyum o litera- 
turze poznańskiej z pierwszej połowy wieku. Ale zastęp pracowni- 
ków zmalał nadzwyczaj; nie wzmogły go ani panie-powieściopi- 
sarki, Paulina Wilkońska i Emma z Kurowskich Puffke; dzielnica 
cofnęła się niebawem, chociaż jej właśnie największe niebezpie- 
czeństwo groziło i ostatnie siły wytężać należało. Tu bowiem 
uszczuplała się sama podstawa narodowości przez rosnącą po mia- 
stach i miasteczkach germanizacyę, przez przechodzenie majątków 
ziemskich w ręce niemieckie, przez coraz usilniejszą działalność 
szkoły i rządu. 

W zamian za ten ubytek powolny budziło się poczucie naro 
dowe w zapadłych kątach dzielnic piastowskich i pruskich. Śląsk, 
wytrącony od wieków z kolei dziejowej polskiej, zniemczały nie 
tylko w wyższych sferach doszczętnie, lecz i w ludzie samym, 
w dolnej i średniej połaci (stosunki narodowościowe nie zmieniły 
się znaczniej od końca XV wieku), w górnej wykazał siłę odporną 
znaczną, ale zacofany, zapomniany, żył gwarą domową, w kościele 
i szkole, nie wychodząc z nią poza najskromniejsze żądania. Nowa 
szkoła pruska (po przyłączeniu Śląska) stawiała sobie wręcz cele 
germanizacyjne, tak że tylko kościół ostatnią warownią języka na- 
rodowego pozostał, tym bardziej słabnącą, im liczniejszy był ży 
wioł niemiecki w wyższym duchowieństwie: biskupi wrocławscy 
nie znali wcale języka najliczniejszych, najgorliwszych swych owie- 
czek. Z duchowieństwa jednak i nauczycielstwa wyszedł ruch 
nowy, odrodzenie ludności polskiej na Śląsku zwiastujący; prócz 



— 219 - 

najelementarniejszych potrzeb duszpasterstwa odzywały się senty- 
mentalne, romantyczne tęsknoty za zagrodą domową i jej gwarą, 
za wspomnieniami dzieciństwa; sława literatury polskiej, wpływ 
i przykład »Pana Tadeusza« pociągały; zaczęto pracować dla ludu 
w języku piśmiennym. 

Skromne to były początki księży Fietzeka, Bogedajna, 
Bączka, nauczyciela Lompy i innych; kalendarze, czasopisma lu- 
dowe, zbiorki powiastek i t. p. składały się na nową literaturę 
śląską; najwyżej stanął ks. Bączek w »Starym kościele Miechow- 
skim*, opowiadając w stylu epicznym, wzorowanym na »Panu 
Tadeuszu«, dzieje odbudowy kościoła w Miechowicach, prostoty 
wiejskiej, stosunków szkolnych i kościelnych; próbował sił swych 
i w przekładach (z literatury niemieckiej) i w wierszach lirycznych. 
Ruch ten przeniósł się później i na Śląsk austryacki, do Cieszyna 
i Opawy, gdzie odnawiano dawną literaturę polską protestancką, 
wydawano np. w przedrukach postyle Rejową i Żarnowczyka, po- 
starano się o »Kancyonał dla chrześcijan ewangelickich« — naj- 
bardziej zasłużyli się ubodzy nauczyciele, walczący z niechęcią 
władz i brakiem środków, Paweł Stalmach i Andrzej Cinciała, ro- 
dem włościanie; ich »Tygodnik Cieszyński«, późniejsza »Gwiazdka 
Cieszyńska«, stworzyły podstawy dla czytelni i towarzystw pol- 
skich, zapewniły postęp narodowy, broniły go wobec niemieckich 
i czeskich uroszczeń. 

Jak na Śląsku, tak i w Prusiech, wschodnich i zachodnich, 
obudziło się życie. Kolonizacyjny ruch mazowiecki był tu od da- 
wna wstrzymany; Mazurzy pruscy, ewangeliccy, w wieku XVIII 
zaniedbywali język zupełnie. Dopiero wiek XIX przerwał to uśpie- 
nie; duchowni i nauczyciele, Gizewiusz i Giersz na czele, wyda- 
waniem » Przyjaciela ludu łeckiego« i innymi książkami budzili 
miłość i pieczę języka. W Prusiech zachodnich i między Kaszu- 
bami kościół katolicki narodowości ginąć nie dawał; Kaszubowie 
pomorscy, protestanci, zalani falą niemiecką, już nie odżyli; ich 
kronika narodowa zapisuje tylko daty wymierania języka, najpierw 
w szkole, potym w kościele; niedobitki, ostatni Mohikanie, dotrwali 
do dni naszych, i z nimi schodzi do grobu książka, mowa i naro 
dowość polska; za to Kaszubowie pruscy, katolicy, liczniejsi zna- 
cznie, oparci o ścianę polską, o język kościelny, nie ustąpili 
z pola — i między nimi wznowił się ruch, który nawet zapalony 



— 220 - 

demokrata, doktór Cenowa (Wojka syn), seperatystycznie zabar- 
wiał, marząc o jakimś odrębnym języku »kaszebskim«, chociaż od- 
rębność najbardziej w samej pisowni się przejawiała, chociaż już 
w wieku XIV sądownie stwierdzono, że język pomorski i polski — 
to jeden, chociaż już w wieku XI Nestor to samo twierdził. Tak 
wskrzeszało na » Ukrainach « polskich, dawno uważanych za stra 
cone, poczucie przynależności plemiennej i duchowej. Tylko ba- 
dania etnograficzne pozostawały bardzo w tyle; Wielkopolska — 
prócz Berwińskiego — wybitnego zbieracza rzeczy ludowych nie 
miała, a luki tej Lipiński ze swoim zbiorem pieśni nie wypełniał; 
u Mazurów i Kaszubów (prócz Cenowy, zbierającego »frantówki« 
i przysłowia) jeszcze mniej o to się troszczono. 

W Królestwie stosunki układały się znowu inaczej. Zamknięto 
na zawsze Towarzystwo Przyjaciół Nauk, zbiory jego powędro- 
wały do Petersburga; zamknięto uniwersytet Aleksandrowski, zna- 
czna część i jego zbiorów rękopiśmiennych, z bibliotek klasztor- 
nych, zwiezionych niegdyś, za inicyatywą ministra Potockiego, do 
Warszawy, również do Publicznej Biblioteki nadnewskiej się do- 
stała; bogato rozwinięte czasopiśmiennictwo skarlało odrazu do 
najskromniejszych rozmiarów; wszystkie siły wybitne opuściły 
kraj, aby po przerwach, drezdeńskiej czy galicyjskiej, we Francyi 
się osiedlić, uczeni i poeci, profesorowie i literaci; nieliczni pozo- 
stali, jak Brodziński i Gołębiowski, albo ci, co wracali, jak Wój- 
cicki, nie mogli sił rozstrzelonych skupiać. Dziesięciolecie pierwsze 
po roku 1831 przedstawiało największy upadek, zupełne zubożenie 
umysłowe całego kraju. Poważniejszego czasopisma nie było; 
wszelkie próby (Dzieroźyńskiego i innych) zawodziły; noworoczniki 
z wierszami i prozą dam, Jutrzenki, Wianki, Pierwiosnki (Pauliny 
Krakowowej), Niezapominajki i t. d., ciąg dalszy »Meliteli« roman- 
tycznej pamięci, lecz nigdy jej nie dorównywając, zaspokajały 
skromne potrzeby umysłowe; nawet »Magazyny Powszechne«, 
»Muzeum Domowe « (Dmochowskiego), »Panoramy literatury kra- 
jowej i zagranicznej« nie mogły się utrzymywać. Dopiero w roku 
1841 założona » Biblioteka Warszawska«, zasilona znaczniejszym 
funduszem wydawniczym, składkowym (Przeździeckiego i innych), 
pod redakcyą Szabrańskiego, potym Wójcickiego, przy spółpra- 
cownictwie sił najrozmaitszych (Zielińskiego, Tyszyńskiego, Cno- 



— 221 - 

jeckiego i in.) stanęła na czele pism poważnych, belletrystyczno- 
naukowych i do dzisiejszego dnia na nim się utrzymała. 

Do najruchliwszych pracowników na niwie literatury ojczystej 
należał tu Kazimierz Wójcicki, chociaż żadnym z licznych swych 
dzieł i niezliczonych (a powtarzających się) artykułów wybredniej- 
szym wymaganiom nie odpowiadał. Wcześnie nęciła go etnografia; 
pobyt galicyjski utrzymał go w tym kierunku; niebawem skierował 
go na pole historyczne, do tradycyi domowych, do dziejów kul- 
tury, teatru i literatury narodowej. Nie uczony to ani krytyk, 
kompilator raczej, zszywający jako tako uzbierany byle gdzie ma- 
teryał, podający go w najrozmaitszych sosach; dziś nikt bez nie- 
ufności nie korzystałby ani z jego »Pieśni ludu Białochrobatów, 
Mazurów i Rusi« (Białochrobaci, mityczna nazwa, przeniesiona na 
Małopolskę), ani z jego »Klechd, starożytnych podań i powieści 
ludu polskiego i Rusi«, ale jego » Zarysy Domowe«, »Teatr staro- 
żytny «, »Biblioteka starożytnych pisarzów« (wybrana również do- 
wolnie, przypadkowo), zawierały cenne dla rzadkości rzeczy, cho- 
ciaż robiły z nich nieraz straszną siekaninę, zamiast dawać całości, 
popularyzowały (szczególniej też jego »Historya literatury polskiej 
w zarysach«, szereg wypisów) wiadomości o rzeczach i dziełach 
dawnych, budziły dla nich cześć i miłość, zaciekawiały nowelisty- 
cznym zakrojem, dawały obrazki obyczajowe nie bez wartości. 

Najtrwalszą zasługę położył Wójcicki, jako pamiętnikarz; 
znający dawną Warszawę (przed rokiem 1830), zżyły z późniejszą, 
tradycye jej posiadł wszystkie i opowiadać umiał czy o Kawie 
literackiej czy o klasykach i romantykach, czy o towarzystwie 
warszawskim na początku wieku (1800— 1830), czy o nagrobkach 
powązkowskich. Na podobnej niwie, mniej ruchliwie jednak, a głó 
wnie mniej popularnie, trudził się człowiek rozległej wiedzy, wiel 

Ikiej pracy, nie zbyt jasnych myśli, Wacław Aleksander Maciejowski, 
prawnik z zawodu (»Historya prawodawstw słowiańskich«, w sześciu 
tomach, swego czasu bardzo zachwalana), potym historyk literatury 
i kultury, o ile się ona z broszur i druków wyczytać dała. Jego 
»Piśmiennictwo polskie«, czterotomowe, objęło ten sam przeciąg 
czasu co i dzieło Wiszniewskiego, lecz wykluczyło literaturę łaciń- 
ską, nieskończenie bogate w informacye bibliograficzne, w notatki 
i wypiski. 

Od niewykończonej historyi literatury wrócił on do studyów 



— 222 - 

prawniczohistorycznych, lecz nie stworzył już niczego trwałego, 
chociaż się i historyą miast i włościan i dziejami pierwotnymi 
zajmował; najznakomitszym pozostało pierwsze jego dzieło, u wszyst- 
kich Słowian bardzo cenione, dopóki go prace specyalne i nowe 
publikacye źródłowe nie zasłoniły; najbardziej szkodziły zawiły 
styl i ważkość oczywista doktryny demokratyczno-słowiańskiej; 
nie utrzymały się też jego rezultaty, chociaż je nieraz zbyt lekce- 
ważono, zapominając, że on jedyny nie zasklepił się w pol- 
sczyźnie, zachował łączność i baczność na wszystko, co słowiańskie; 
jedyny w Warszawie reprezentował ów kierunek słowiański, co 
nawet w Galicyi niebawem zamarł, cóż dopiero w Królestwie; dla 
tej predylekcyi słowiańskiej nie miał miru u swoich, i Mickiewicz 
nie zawahał się go, obok Gurowskiego i Sękowskiego, postawić 
i mianem zdrajcy napiętnować (w Kursie literatury). 

Dzieła umiejętne pojawiały się ogółem bardzo rzadko; brakło 
pracowników, gdyż szkół nie było; najzdolniejszym i najczynniej- 
szym był Julian Bartoszewicz, najbieglejszy znawca ludzi i czasów 
XVIII wieku, rozszerzający swe badania i na całość dziejów umy- 
słowych; jego »Historya literatury polskiej« stanęła wówczas naj- 
wyżej; niestety, praca jego rozpraszała się zbyt często na luźne 
artykuły i szkice (Znakomici mężowie XVIII wieku i t. d.). Byli 
i mecenasi; najzasłużeńsi z podolskich i ukraińskich stron przy- 
byli, Konstanty Świdziński, nieznużony zbieracz, ratujący od za- 
głady rękopisy i druki; jego zbiory i fundusze stanowią jądro 
Biblioteki Ordynacyi Krasińskich, chociaż dopiero po śmierci urze 
czywistniono zamiary fundatora, uprzystępniając zbiory publiczności 
i podejmując cenne publikacye umiejętne (głównie z działu histo- 
rycznego). Obok biblioteki Krasińskich stanęła druga ordynacka, 
Zamoyskich; lecz Stanisław Zamoyski zbierał tylko, nie myślał 
o wyzyskiwaniu zbiorów. 

Ruchliwszym był hrabia Aleksander Przeździecki, nie tyle dla 
własnych prób powieściowych i dramatycznych, ile dla wytężonego 
ślęczenia nad rzeczami polskimi w domu, w podróży malowniczej 
po Podolu, Ukrainie i Wołyniu (1841 r.), i zagranicą, w Szwecyi 
czy Dreźnie czy Rzymie. Jemu zawdzięczamy trzy wielkie wyda- 
wnictwa: » Jagiellonki Polskie «, w pięciu sporych tomach, krótkie 
charakterystyki i najbogatszy materyał dla historyi obyczajowej 
XVI wieku (Józef Szujski w znacznej mierze do wykonania dzieła 






- 223 - 

rękę przyłożył); dalej wydanie zupełne dzieł Długosza, dług hono- 
rowy, co nareszcie pamięci najzasłuźeńszego patryoty-historyka 
spłacono: myśl rzucił Włodzimierz Plater, zajęty sam wydawaniem 
bogatych materyałów historycznych; wykonanie ciągnęło się przez 
lat kilkadziesiąt; do łacińskiego tekstu »Historyi Długoszowej« do- 
dano i piękne, ale nie zawsze wierne tłumaczenie jej, Żegoty Pau- 
lego; wreszcie razem z baronem Rastawieckim wydał »Pomniki 
Polskie średniowieczne^ Podejmywano i inne prace: kodeks dy- 
plomatyczny średniowieczny, wydanie dzieł Kopernika i t. d., ale 
powstawały one luźnie; ludzie dobrej woli zaprzęgali się do dzieła, 
lecz atmosfery naukowej nie wytworzyli. Przyczyniało się do tego 
i nadzwyczajne rozproszenie sił polskich; najzdolniejszy prawnik 
np., człowiek o nadzwyczaj szerokim widnokręgu, obznajomiony ze 
wszystkimi gałęziami prawa, lecz najbardziej z jego historyą, Ro- 
muald Hubę, wykładał i pracował w Petersburgu; jemu winna 
nauka ocalenie, t. j. spisanie obyczajów prawnych narodów sybe- 
ryjskich wymierających; najbardziej pociągało go prawo polskie, 
Kazimierz Wielki i ustawodawstwo jego; i on badał stosunki sło- 
wiańskie, jeszcze przed Maciejowskim ważność studyum porów- 
nawczego wykazując; jak i Maciejowski dożył w rzeźkiej sile 
umysłowej lat Nestorowych: pierwsze jego rozprawy pojawiały 
się równocześnie z Goethego artykułami w tym samym czasopiśmie 
(»Jahrbucher fur wissenschaftliche Kritik« z roku 1829), ostatnie, 
o sześćdziesiąt lat późniejsze, liczyły się z Brunnerem, Lamprechtem, 
Kowalewskim, chociaż ich poglądów autor nie dzielił. 

Wcześniej, niż naukowe, rozbudziło się życie literackie. Prze- 
ciw »Bibliotece Warszawskiej«; jako konserwatywnej, stanął »Prze- 
gląd Naukowy« Edwarda Dembowskiego (syn kasztelana, autora 
pamiętników swego czasu), odgrywającego w Warszawie rolę Woj- 
kowskiego w Poznaniu, namiętnego adepta filozofii hegelowskiej 
i postępu społecznego, wyniesienia ludu. Pisał bardzo wiele, nie 
szczędził jaskrawości w stylu, stawiał wysokie żądania; jako kry 
tyk, bywał stronniczy w swych ocenach; młody na młodych silnie 
działał; w Poznaniu, dokąd się niebawem przeniósł, napisał pierw- 
szy historyę literatury, »Piśmiennictwo polskie w zarysie«, gdzie 
o dziełach i myślach, nie o ludziach i książkach z wielkim hazar- 
dem rozprawiał. Miejsca jego w Warszawie na razie nikt nie za- 
jął, ani spół wy dawca »Przeglądu«, Skimborowicz, bibliograf raczej 



- 224 — 

niż publicysta, ani młody, uzdolniony Majorkiewicz, co się rychło na 
śmierć zapracował, demokrata, jak Dembowski, lecz wstrzemięźliwy 
w słowie i sądzie; i on, jak Dembowski, wystawił »Literaturę pol- 
ską w historycznym rozwinięciu «, z wiedzą i talentem, chociaż 
uogólniania jego zawodzą. Organ reakcyi katolickiej przeciw »pysze 
rozumu «, »Pielgrzym«, wydawany przez kobietę filozofa, Eleonorę 
Ziemięcką, powodzenia nie miał; »Biblioteka« jedyna utrzymała się 
na placu, przetrwawszy napady z lewa i prawa. 

Krytykę uprawiali głównie Tyszyński, później i Lewestam; 
Aleksander Tyszyński rozpoczął powieścią-krytyką, » Amerykanką 
w Polsce« (1837) i niebawem odzierźał berło krytyki warszawskiej, 
pisując do »Biblioteki« recenzye powieści, poezyi i t. d., z wielką 
bezstronnością, stylem nieco ciężkim; czynił i ekskursye w daw- 
niejsze dzieje literatury, wszędzie znaczną wiedzę ze starannym 
przemyśleniem kwestyi i dokładnym jej wysłowieniem łącząc. 
Mniej systematyczny i gruntowny, zato dowcipniejszy i więcej 
rzutki był Fryderyk Henryk Lewestam, kuszący się i o wielkie 
kompilacye (»Historya literatury powszechnej«), lecz tylko w dro- 
biazgach, w ciętych recenzyach i wycieczkach satyrycznych (» Wolne 
żarty«, z których się wyłoniły czasopisma humorystyczne), znako- 
mity. Lewestam pisywał do dzienników — właśnie dziennikarstwo, 
po długim zastoju, najlepiej się rozwijało. lnicy atywę i przykład 
dał hr. Henryk Rzewuski, zakładając ^Dziennik Warszawski*, sku- 
piając najlepsze siły, starając się o znakomity felieton (Wacława 
Szymanowskiego); początkowej wziętości »Dziennika« sam znowu 
najbardziej zaszkodził, lecz nauka w las nie poszła, > Gazeta War- 
szawska« Lesznowskiego i o belletrystykę i o sprawozdania tea- 
tralne się starała (felieton jej prowadził Niewiarowski, nie pośledni 
powieściopisarz), a jeszcze wyżej stanęła »Gazeta Codzienna« czyli 
» Polska « (za świetnego redaktorstwa Kraszewskiego; jej felieto- 
nista Miniszewski, również powieściopisarz). 

W kraju Zachodnim zniesiono uniwersytet i liceum; Wilno 
i Krzemieniec oddały profesorów, zbiory, wkońcu uczniów innym 
zakładom w Cesarstwie; zasilały się nimi Kijów (z świeżo założo- 
nym uniwersytetem Włodzimirowskim) i Charków (tu uczył prawa 
brat Adama Mickiewicza — inny Litwin filaret, uczył geologii — 
w Chile i t. d., tak obejmywała litewska diaspora cały świat); 
w szkołach nastał odmienny tryb nauczania; unię skasowano. Ruch 



— 225 — . 

naukowy i literacki, jaki bił od Wilna, od »Dziennika Wileńskiego«, 
od publikacyi wileńskich, nagle ustał; »Kuryer Wileński« zawierał 
tylko drobne informacye; po Noworocznikach, rozmaitych Zniczach, 
Borutach, Bojanach, Rusałkach i t. d., kryły się wiersze i proza; 
jedyne » Wizerunki i roztrząsania naukowe* walczyły z obojętnością 
publiczności, nie gustującej w surowym materyale historycznolo- 
kalnym, jakim ją okarmiano. Do nich przybyły później i »Ateneum« 
Kraszewskiego i »Rubon« Bujnickiego, ciąg dalszy jezuickiego 
»Miesięcznika« połockiego, co do treści, ducha i spółpracowników 
(Borchów, Platerów i innych Inflantczyków) — i one żywszego 
udziału nie znalazły. Ten byłby zdobył »Pamiętnik naukowo-literacki« 
Romualda Podbereskiego (1849), zasilany przez postępowych auto- 
rów (od »Gwiazdy« kijowskiej) i prowadzony w duchu liberalnym. 
. . Wpływ uniwersytetu i nauki jego nie ulotnił się jednak od 
razu; pojawiały się obszerne dzieła, poświęcone nie tylko dziejom 
ziemicy; » Obraz Litwy« Jaroszewicza i »Litwa« Kraszewskiego, 
kompilacye raczej, ustępowały wobec Teodora Narbuta olbrzymiej 
»Historyi Litwy«, chociaż i ona co do początków grubo niekry- 
tyczna, uwieczniła pseudo - mitologię litewską nowymi wymy- 
słami. Mikołaj Malinowski zato przekładał i objaśniał kronikę Wa- 
powskiego i brał udział z hr. Przeździeckim w wydawnictwie 
cennych materyałów; Michał Baliński i Śniadeckiego albo Wolana 
biografię obszerną i historyę akademii wileńskiej pisał; etnografią 
i archeologią trudnili się hr. Tyszkiewicze, wyposażając muzeum 
zbiorami, a literaturę opisami wzorowymi, np. powiatu Borysow- 
skiego. Doniosłym było wydanie »Obrazu bibliograficzno-history- 
cznego literatury i nauk w Polsce od wprowadzenia do niej druku 
po rok 1830 włącznie« Jochera; trzy tomy (1840 — 1857) objęły 
tylko filologię i teologię, imponując olbrzymim materyałem, uzbiera 
nym przez Sobolewskiego i innych, wypisami z starych ksiąg i broszur. 
I tu nie brakło owego etnograficznego zamiłowania ku zbie- 
raniu powieści i podań i pieśni ludowych, o czym świadczyły 
»pieśniozbiór« Chrapowickiego i inne, niedrukowane, drukowane 
»Piosnki wieśniacze z nad Niemna« (i Dźwiny, Wilno, 1837 i 1839), 
filomaty Czeczota, »Pieśni ludu pińskiego* Zienkiewicza (z przekła- 
dem polskim), » Bajarz polski« Glińskiego, zastępujący nam Haus 
mahrchen braci Grimmów. Próbowano opisów etnograficznych 
kraju i tworzenia w jego narzeczu (Rypiński na emigracyi i Biało- 

DZIEJE LITERATURY POLSKIEJ T. II. 1 5 



. - 226 - 

ruś opisywał i ballady białoruskie, »Niaczyścik« i in., pisywał); 
najoryginalniejszym produktem białoruskiej ziemi, niby jej Padurrą, 
był Jan Barszczewski, ubogi szlachetka, uczeń szkoły połockiej, 
najpierw klasyk wierszokleta, potym, od dworku do dworku wę 
drując, i piosenki i opowiadania białoruskie tworzył, np.: Pomniu 
ja tyje wieki, Jak żyli panou prędki. Nas u niekruty nie brali, 
Ach szto za pany bywali! Chać na łbie wałos i niet, Da wżoż usy 
na uwieś świet; Dwa rukawa mieli krasnych, Jeszcze dwa z zadu 
zapasnych. Z adnej poły u tych panou Siemioro paszyu sztanou! 
A hety (dzisiejsi panowie) i nas pajeli I sami użo zhaleli; Pały 
sabie abrezali, Chwasty z zadu padsiekali I ciapier użo usiakaj 
Kusoj z zadu i t. d, niby »Pan Tadeusz« białoruski na wywrót, 
jak Eneida Mańkowskiego. Barszczewski bywał i w Petersburgu, 
tam »Niezabudkę« wydawał i "Szlachcica Zawalnię czyli Białoruś 
w fantastycznych opowiadaniach« (od jeziora Nieszczorda, 1844 — 
1846 r., z przedmową o literaturze białoruskiej Podbereskiego): 
w obu są jego naśladowania legend i pieśni ludowych. Równego 
mu oryginału nie było w innych stronach, ale i na Wołyniu i Po- 
dolu opisywano kraj i zbierano materyał ludoznawczy (Steckiego 
»Wołyń«, Marcinkowskiego - Nowosielskiego — »Lud Ukraiński « 
z nieco fantastyczną okrasą i in.) i archeologiczny (Grabowski na 
Ukrainie, Kirkor — Jan ze Śliwna -- w Wilnie i t d.) I na wła 
ściwej Litwie-Żmudzi odzywał się ten ruch i nabierał nawet sepa- 
ratystycznego zabarwienia, mniej u Ludwika z Pokiewia (ks. Juce- 
wicza), co zbierał, upiększał, a w danym razie i tworzył podania 
źmudzkie, więcej u innych, szczególniej u Szymona Dowkonta, 
tłumaczącego na litewskie i piszącego oryginalnie, towarzysza 
pracy księdza biskupa Wołonczewskiego, co po źmudzku historyę 
swego biskupstwa od początków wypisał. Popularniejszym był 
Iwiński, wydawca kalendarzy litewskich. Zanosiło się i na czaso- 
pismo litewskie, prowadzić miał je » chłop z Mariampola«, Akiele- 
wicz, co później na emigracyi znajomość litewsczyzny spożytkował, 
lecz do wykonania zamiaru już nie doszło. 

Wskutek zmienionych okoliczności wyprzedzał teraz Peters 
burg Wilno; Polacy tu, stale czy czasowo osiedli, zaważyli w roz- 
woju literackim całego kraju. Nie możnaby tego twierdzić 
o Tadeuszu Bułharynie i Sękowskim, smutnej pamięci; Bułharyn, 
powieściopisarz i publicysta, odstępstwem swym, jak Puszkin szy- 



- 227 - 

dził, Polaków od łotra uwolnił, a Rosyan przyjaźnią napiętnował; 
Sękowski, oryentalista i publicysta, właściwie klown cyrkowy (ba- 
ron Brambeus), chyba sam nie wiedział, kiedy drwił, a kiedy łgał. 
Gdy publicystyka wileńska upadła, wzmogło się znaczenie tygo- 
dnika Petersburskiego«, założonego przez Malewskiego (przyjaciela 
Mickiewicza) i Przecławskiego; »Tygodnik«, zrazu nikłe pisemko, 
stał się potęgą literacką pod ręką »pentarchii«, gdy prymas kry- 
tyki, Grabowski (gdzieindziej byli wiceprymasi, np. Dobrzański we 
Lwowie), Rzewuski, ks. Hołowiński (rektor akademii teologicznej 
petersburskiej), Sztyrmer i Kraszewski, acz niepewny kantonista, 
to lgnący do »Tygodnika«, to stroniący od niego, nim zawładnęli 
i gromy ciskali na demokracyę i wolnomyślność, na filozofię i re- 
wolucyę, na wszystko, co się wymykało z pod feruły tradycyjnej 
i wszelakiej chińsczyzny. Tego znęcania się nad postępem mło- 
dzież wkońcu nie zniosła; w Petersburgu, później w Kijowie wy- 
chodząca »Gwiazda« (Fisza i Jurkiewicza, z głównym spółpracowni- 
ctwem »Gryfa« — Marcinkowskiego) stawała w obronie myśli, 
filozofii, demokracyi, lecz światło jej rychło zagasło; wkońcu 
upadł jednak i »Tygodnik«, gdy najwybitniejsi, jak Rzewuski, 
zasilać go przestali. 

Przy końcu lat pięćdziesiątych wzmógł się ruch publicysty- 
czny i literacki w Wilnie i Petersburgu; »Kuryer Wileński (re- 
daktor Odyniec) rozszerzył swe łamy, obok niego występowała 
»Teka Wileńska« z poważnymi pracami; miejsce »Tygodnika« zajęło 
»Słowo« — ale oba wydawnictwa uległy rychłemu zawieszeniu, 
i »Pismo zbiorowe « Józef ata Ohryzki zawiera ich pokłosie. Dnie 
tego życia były już policzone. 

Na takimto tle, między rokiem 1831 a 1863, rozwijała się 
literatura piękna. Czyż nie należy i jej wedle dzielnic grupować? 
cyganeryi warszawskiej, demokratów poznańskich, poetów krakow- 
skich nie podobna przecież odrywać od tła jako objawy lokalnej 
natury. Otóż literatura jedyna, jak zawsze, tak i teraz, łączyła, 
nie dzieliła; obok lokalnych przedstawia zjawiska znaczenia ogól- 
nego, to, co było najlepszego, najżywotniejszego; te same prądy 
ożywiały ją; wzory też bywały spólne. Pomimo różnic i granic 
dzielnicowych wymiana myśli, dzieł, nawet ludzi była stała i zna- 
czna; Galicyanina Pola drukował Wolff w Petersburgu, dramaty 
Korzeniowskiego dawano na scenie lwowskiej przed warszawską; 

15* 



- 228 - 

odwiedzano się wzajemnie (Syrokomla; Pol i Ujejski w Warszawie 
i t. d.) lub przenoszono nawet penaty zupełnie; co najważniejsza, 
niektórych pisarzów, Kraszewskiego czy Korzeniowskiego, nie spo- 
sób na tle jednej, jakiejkolwiek dzielnicy wyobrazić; ów, Woły- 
nianin rodem, Litwin wyborem (przez czas niejakiś), zawsze był 
tylko Polakiem; Korzeniowski, choć w Krzemieńcu czy Charkowie 
siedział, zawsze ku Warszawie ciążył. 

Literaturę tę krajową, w przeciwieństwie do emigracyjnej, 
odznacza, pominąwszy miarę i skalę talentów, nierównie węższy 
widnokrąg, mimo całej jej romantyczności. Nie obce jej »rozczo- 
chranie« romantyczne; sadzi się nieraz umyślnie na najdziwaczniej 
sze pomysły, mimo to pełza zwykle po ziemi; ciąży na niej kwestya 
włościańska, nierozwikłana; obarcza ją balast historyczny; wyjąt- 
kowo wystrzeli słowem wieszczym, Skargami Jeremiego. Za to 
kwitnie w niej powieść i komedya, czego wielka poezya emigra 
cyjna ani tykała, czego ludek czytający i repertuar miejscowy 
najbardziej łaknęli; uzupełnia więc poprostu literatura krajowa za- 
graniczną, i w tym jedna jej wielka zasługa: upowszechnia ona 
przez to potrzebę książki polskiej, codziennej, przystępnej każdemu, 
ciekawej; mniejsza jej zasługa dla repertuaru polskiego. Inna za- 
sługa, ujmywanie się za ludem wiejskim, silnie i wprost lub choćby 
nawiasem i oględnie — nie są to już piękne frazesy Krasińskiego 
o szlachcie i ludzie; tu starają się winy wiekowe zagładzać, nie 
zamazywać. Niezgorszą też zasługę położyła ta literatura około 
uświadomienia narodowego; w formie belletrystycznej uprzystępniła 
dawne tradycye, dawne dzieje nawet, a z drugiej strony nie zapo- 
minała o teraźniejszości, o hasłach modnych, o wymaganiach 
chwili. Z chwilą tą przybierała sama charakter rozmaity: gdy się 
wzmogła na siłach po roku 1840, zaczęła powoli zatracać czy 
osłabiać cechy postępowe; w najgłębszą reakcyę ponurzyła się 
około roku 1850, aby się potym znowu powoli wznosić. Tak od- 
bijały się i na niej prądy europejskie. 

Najbardziej typową jej postacią, wyrażającą najpełniej wa 
hania się epoki od stanowiska czerwonych do białych, przejścia 
od samobiczowania do bezwzględnej apoteozy przeszłości, od sze- 
rokich widnokręgów do trwożliwego zasklepiania się w domu śli 
maczym, to Wincenty Pol, niegdyś aż nadto popularny, potym po- 
pularność utrącający; radośnie witany, żegnany obojętnie. Szeroki 






- 229 - 

rozgłos zdobyły mu »Pieśni Janusza« (r. 1833, wydane za namową 
Mickiewicza, Odyńca; im w Dreźnie próby przedstawiał). Nie były 
to pierwsze płody jego muzy, wzorującej się nie tylko na Mickie- 
wiczu, lecz i na Szylerze, próbującej nawet przekładów pieśni lu- 
dowych polskich na niemieckie. Utrapienia sercowe dyktowały 
pierwsze wiersze, erotyczne, sentymentalne, mdłe; koleje życia, 
udział w walce, wszystko, co widział i radośnie lub boleśnie od- 
czuł, skrystalizowały się w »Pieśniach Janusza«, nie wytoczonych 
na ton książkowy, jak pieśni Gosławskiego czy Gaszyńskiego, 
zato jędrnych, dobitnych, śpiewnych, o niewybrednej formie i my- 
śli, tym przystępniejszych dla ogółu, nie dla »ludu«, o jakim poeta 
wciąż mówił: 

pieśń ojczysta, narodowa, 
prosta, rzewna a surowa, 
jak nasz lud i czas... 
więc o Lachu, o orlęciu 
i o krzywej szabli cięciu 
przynosi wam śpiew. 

Nie były to liryki wojenno patryotyczne, jak Kom era i Gar- 
czyńskiego; były to nieraz szkice, obrazki, opowiadania, słowa 
zadumy i żalu, a choćby przymówki ostrej, zwrócone przeciw 
sztabowcom i paniczom, w ustach wachmistrza Dorosza, skarżą- 
cego się: 

oj, nam obu źle tu pono — 
pójdź mój koniu, źle w tej stronie; 
klątwa kraju na niej leży"; 
tutaj piorun w nich uderzy, 
albo ziemia ich pochłonie, 
że tak służą tej ojczyźnie. 

Żywość dykcyi, barwność obrazków, przedstawiających 
wszelkie przygody żołnierskie, aż do smutnego przekraczania gra- 
nicy, bratanie się szczere z każdym, kto kocha szczerze »czy to 
w dworze czy w klasztorze, na słobodzie czy w gospodzie« (rymy 
ks. Baki, to ulubiona forma Pola) zjednały mu serca wszystkich. 
Najwyżej stanął w miłości i szacunku powszechnym »Pieśnią 
o ziemi« (1843); pod względem kompozycyi wszystko, idei prze- 



- 230 - 

wodniczej nic zarzucić nie można. W wędrówkach po ziemiach 
byłej Rzeczypospolitej poznał bystry spostrzegacz , widocznie 
uzdolniony do podchwytywania znamiennych rysów i ludzi i kra- 
jobrazów, wszelakie stosunki i Cicerone poetycki, chciał dać mło- 
dzieży pojęcie o dawnym kraju i jego mieszkańcach, jakaż to ta 

ziemia sławna z zboża, 
z wiary, z męstwa, z gościnności, 
i z nieładu i z wolności. 

Wędrówkę zaczął na Północy, zbiegł szybko ku nizinom, 
wzniósł się ku Karpatom (górali znał blizko, ludzi i przyrodę cenił 
nadzwyczaj), a od nich znowu się spuścił ku równinom krakow- 
skim, sędomirskim, kujawskim; więc nawet całości nie objął, Wiel- 
kopolskę pominął — o Śląsku i Prusiech było i tak głucho. Zbyt 
się w szczegółach nie gubił — chwytał znamienne rysy i śpieszył 
dalej; wysławiał lud i jego zalety, dom staropolski i gościnność 
jego, krasę niewiast polskich; ostro przytykał » szlachcie znarowio- 
nej«, nie zawahał się przed wierszami, jak np.: 

smutna bywa ludu dola, 
bo pan twardy i niewola — 
nie pocieszyć się tym dobrem, 
kędy praca lezie ziobrem; 

w oczach jego »gorszy, niż pan na Wołyniu, jest półpanek na 
Podolu«; to szumowiny narodu, na ich głowach cięży wina XVIII 
wieku. Nic bardziej znamiennego dla późniejszego Pola, jak i wła- 
sna cenzura tych wierszy w wydaniu późniejszym, opuszczonych, 
zeszpeconych, osłabionych (zamiast swobodny czytamy spokojny, 
poczciwy, rycerski — już on nie powtórzy, że wypadnie »nie jedno 
miłejzburzyć, a inaczej odbudować«). W podobnym nastroju, jak 
pierwotna »Pieśń o ziemi«, utrzymane i wcześniejsze utwory, »Hi- 
storya szewca Kilińskiego«, pierwsza »epopeja« mieszczańska, z wy- 
sławianiem bohatera prostego, a piętnowaniem magnatów; »Szejne 
Katarynka«, niby nowe wydanie »Śpiewów historycznych« Niemce- 
wicza, obrazki dziejowe, nie doszły nas w całości. Od tej poezyi 
dydaktycznej, demokratycznej odciągały jednak Pola rychło wspo- 
mnienia młodości i nowe otoczenie. 



- 231 - 

Od rannej młodości nęciły Pola tradycye minionej na zawsze 
przeszłości, z coraz nowych, pełniejszych źródeł czerpane. Chłopca 
okarmiał nimi w zamku złoczowskim, wspomnieniami o Sobieskim, 
kozak stary; w Mostkach odwieczny pasiecznik opowiadał inne 
dziwy; w Tarnopolu, na stancyi u Imcp. Benedykta Winnickiego, 
co to sam niegdyś z Krakowca od pana Cetnera do księcia wo- 
jewody posłował, nie wyczerpywały się tradycye i facecye szlache- 
ckie; staroszlachecki świat ten odżywał w wieczorach kalenickich, 
u Krasickiego, majora Kościuszkowskiego, gdzie się spotykało 
z Załuskim i innymi ludźmi starego autoramentu. I przylgnął Pol 
całą duszą do tego świata, do jego zasad i moralności, jego wiary 
i patryarchalności, gdzie więzy rodzinne, poczucie honoru, szacunek 
klejnotu hamowały najnamiętniejszych, skuteczniej i prawdziwiej, 
niż paragrafy prawne i rygory karne, gdzie kochano się szczerze, 
pito na zabój, rąbano dzielnie, nowości odganiano niechętnie i nie- 
ufnie; świat zasunięty jeszcze dalej w głąb, niż świat »Pana Ta 
deusza«, i w dali tej świecący jeszcze jaśniej. Już w »Pieśniach 
Janusza« trafiał Pol w ów ton rubaszny, jowialny, gawędziarski, 
odznaczający późniejsze opowiadania: »Proklamacya chorążego« 
i »Wieczór przy kominie« (o fantazyi p Puławskiego), fakt w gruncie 
nieznaczny prawiły owym nieporównanym stylem kontuszowym, 
stylem Paska, zamaszystym, nadającym pozorne znaczenie, cieka- 
wość, i błahemu zajściu. Tak powstały (roku 1839 ogłoszone) 
»Przygody Imp. Benedykta Winnickiego w podróży jego z Kra- 
kowca do Nieświeża roku 1766 i powrót w dom rodzicielski; do 
nich przyłączył później »Zgodę Senatorską« i »Sejmik w Sądowej 
Wiszni«. Pierwsza najlepsza, późniejsze (a jest ich więcej, »Stry- 
janka*, »Czarna Krówka« i t. d) coraz słabsze. Dziwni ci ludzie 
•i czasy: młodzika, co trzy lata u Radziwiła, czekając na odpowiedź, 
zmarnował, wita ojciec za nieszanowanie ubioru, figury przydrożnej, 
powagi rodzicielskiej i postu, dyscypliną i kozą; matka nie śmie 
nawet jego gniewu przebłagać, dopiero ksiądz proboszcz przy 
lampce wina p. Benedykta ratuje. Albo szlachta sanocka wojuje 
między sobą, bo Bal-Capulet Mniszchów — Montecchi'ch Mnisz- 
kami (nb. tak się nazywali i nie wiem, kto im owe eh wymyślił) 
przezwał, ks. biskup warmiński kleci zgodę przypowiastką. To 
znowu burda wszczęła się w kościele, gdy opiłej partyi przeciwnej 
zeskamotowali Czartorysczyki rano ubranie spodnie i przekresko- 



— 232 - 

wali ją, lecz ksiądz z sanctissimum rozbraja wrogów. Treść innych 
gawęd jeszcze bardziej błaha i anegdotyczna, ale opowiedziane to 
z takim animuszem, z taką wiarą we wszelkie nieocenione przy- 
mioty tego wieku, z takim zaślepieniem na jego jawne braki 
i grzechy, źe czytelnikom, Paskiem i Soplicą zepsutym, mimo kry- 
tyki i sądu trzeźwego, trafiał autor w uczucia, porywał za serca, 
źe nie zdawali sobie sprawy z nałogów wiekowych, prywaty, bez- 
prawia, tkwiących na dnie objawów, wypoetyzowanych, wyideali- 
zowanych. 

Pol był na tej samej drodze, co Rzewuski, ale mówił obra 
zami, nie paradoksami, i przebaczano mu ostre zwroty przeciw 
czasom i stosunkom nowożytnym, stronnicze wychwalanie prze 
szłości, wystawianie jej maksym (czy bezmyślności), jako panaceum 
dla naszych ułomności, ograniczanie narodowego życia do staro- 
szlacheckiej normy. Powoli jednak ucierpiała i popularność Pola; 
już wcześnie odzywały się tu i owdzie niechętne głosy; Borkowski 
w »Cymbaladzie« nazwał go talentem »lśniącym, jak kwiaty ką- 
kolu; łudzące blaskiem pustych malowideł« i szydził z jego goto- 
wości całowania i ludzi i dyabła, »byle się tylko od przeczeń 
uchować «; inny krytyk wspominał o jego »przesądnej i złośliwej 
niechęci ku postępowi«; najostrzej a najniesłuszniej napadał poetę 
roku 1860 Ujejski (w »Listach z pod Lwowa«), źe się państwem 
oparzył, apoteozował najgorsze przywary szlacheckie, frymarczył 
poezyą, jak towarem, pisał byle co, byle jak dla autorskiego 
zysku! 

Życie nie układało się Polowi pomyślnie; najboleśniej odczuł 
głęboki zawód, jaki go w bliższym obcowaniu z ludem spotkał; 
przejścia osobiste, pastwienie się nad niewinnym rozhukanego 
chłopstwa, dopełniły tylko miary goryczy; już przed r. 1846 stracił- 
wiarę w lud i przyśpieszył tym ów nawrót ku tradycyom i szla- 
checczyźnie. W »Obrazach życia i podróży« wyśpiewał swe zwąt- 
pienie, smutek i gorycz; pierwsza ich część (»z podróźy«) kreśliła 
jeszcze przyrodę tatrzańską i życie górskie, krajobrazy po »Sone- 
tach Krymskich« najpiękniejsze, swojskie, nie oryentalne, z większą 
prostotą wykonane; druga nabrzmiała skargą i łzami, pyta, »czym 
się będzie ten lud bawił, gdy pierwszym krokiem, co w życiu po- 
stawił, juź w dziejach świata wyrósł na Kaina ?« 

Rok 1848 i w nim budził nowe świetne nadzieje: gorąco 



— 233 - 

witał zjazd praski (wierszem »Słowo a Sława«), silnie uwydatniając 
powołanie Słowian; przestrzegając ich przed »cudzymi rozumami«, 
przed tym, »co się z księgi w obcych narodach wyprzędło«; na- 
woływającdo zachowania dawnego trybu, wiary, swobody; wieszcząc 
im przyszłość, nie wojowniczą, ale wprowadzającą w życie słowo 
prawdy i sprawiedliwości. 

Od gawęd staroszlacheckich i rzewnych, ujmujących prostotą 
wysłowienia, a głębią uczucia liryków przeszedł Pol do tworzenia 
epopej. Szereg ich zaczął »Mohortem, rapsodem rycerskim« (1852), 
napisanym za profesury krakowskiej, zaczerpniętym z »wieczorów 
kalenickich« Ksawerego Krasickiego, co bohatera znał osobiście. 
Rapsod zbudował całkiem luźnie; szereg to szkiców z życia ry- 
cerza stepowego, zaciągającego straż na pograniczu, oddanego 
całą duszą tej służbie niewdzięcznej a niebezpiecznej, zrosłego ze 
stadem swym i pasieką, z klasztorem bazyliańskim, gdzie doroczne 
rekolekcye w wielki post odbywał, nie przyjmującego awansu, coby 
go ze stepem i służbą rozłączył. Postać tego rycerza, czujnego 
jak żóraw, silnego jak lew, z gołębią prostotą, z sercem złotym, 
uosabiającego wszelkie cnoty staropolskie, w swej skończoności 
i nieruchomości (dopiero w przedostatnim »obrazie« dowiadujemy 
się o tragicznych przejściach, co go w step, na kresy, wygnały) 
nie nadto plastyczna, wystawiona na potępienie nowego świata 
i jego marnych rycerzów, uczy, jakiej wysokiej bezinteresowności, 
jakiego oddania się czy wylania na służbę ojczyźnie zdolni byli 
przodkowie; na grobli borysowieckiej zasłania bohater odwrót 
wojska i ginie. Około niego wiążą się obrazy i tradycye najroz- 
maitsze; opisy wykonane prześlicznie, rywalizują z opisami »Pana 
Tadeusza«, ale całość epiczna przez to nie powstaje; nie o nią też 
chodziło artyście, co we wstępie do rapsodu zgromił świat nowo- 
czesny z jego fałszywymi bóstwami, z jego wyszydzaniem i ska- 
laniem wszelkich pamiątek i przeszłości; lecz spostrzegł się świat 
w bólu i biedzie, że ta droga nie wiedzie do celu, i wraca do 
wiary, do obyczaju domowego. 

Zwężeniu myśli, zdziwaczeniu morałów towarzyszyło osłabienie 
twórczości, artyzm wykonania, najświetniejszego właśnie w Mo- 
horcie. W »Wicie Stwoszu« (1855) tylko pojedyncze ustępy są mi- 
strzowskie, odczucie piękna gotyku, co Pol pierwszy u nas wyraził, 
trwogi i dreszcze, przejmujące artystę, ale kara, jaka Stwosza, 



- 234 - 

gardzącego przywilejem szlacheckim, spotyka, nieszczególnie umo- 
tywowana. Wszelki zmysł kompozycyi opuścił Pola w »Pacholęciu 
Hetmańskim«; jakby nawracał do owej, szczęśliwie zapomnianej 
maniery XVII wieku, wierszującej zawzięcie wszelkie opisy i kro- 
niki. Bohaterem poematu miał być człowiek, mały wzrostem 
a wielki sercem, siłą i głową, Tarnowski, lecz bał się autor, czy 
pamiętny nieudałego Czarnieckiego (Koźmiana), czy złożonej na- 
turze człowieka Odrodzenia nie dorosły, samego hetmana wprowa 
dzić do działania; więc o nim pacholęciu Różance (był Różanka 
lekarzem hetmańskim) opowiadać każe; ponieważ Różanki pod 
Orszą, Obertynem i Starodubem nie było, niby w aneksach czy 
ekskursach o tych akcyach rozprawia! W istocie ani Różanka, go- 
rący wielbiciel swego starego pana, ani Tarnowski nie są bohate- 
rami tego rapsodu: koń węgierski, co umknął i po roku z dobo- 
rowym stadem wrócił; zegar misterny z obrotami sklepienia nie 
bieskiego i tym podobne ciekawostki antykwarskie, wysuwają się 
na czoło. 

I nie dziw, że ginęło znaczenie Pola, że skarżył się rzewnie, 
wymownie na niewdzięczność, na napaści: Smutno mi Boże! smu- 
tno nad pracą, bo nożem złości świat mi serce kraje, Nie to mi 
dają, co ja z duszy daję, ale zniewagą stare służby płacą! 
A trudu wielkiego właśnie rapsod ów, słusznie przezwany »Dya- 
ryuszem Walentego Różanki, dworzanina niekiedy Imp. Jana z Tar 
nowa«, go kosztował, gdyż starał się i o język archaistyczny 
i wprowadzał wiele osób czyli raczej mask i dekoracyi nie żało- 
wał. Niżej jeszcze zeszedł poeta w »rapsodzie rycerskim z wy- 
prawy wiedeńskiej«, rzeczy okolicznościowej, dla pięciuwiekowego 
jubileuszu uniwersyteckiego napisanej: w Żółkwi, wśród pamiątek 
po Sobieskim, wspomina autor o owym uczniu akademii, o błogo- 
sławieństwie rektora nad ruszającym pod Wiedeń, o suplikacyach 
po kościołach krakowskich — wymienianych, jakby kto Pruszcza 
»Klejnoty« w wiersze przesadzał. 

Powtarzał się poeta: niegdyś w »Pieśni o ziemi« wysławiał 
dom polski, rosnący w miarę, jak gości przybywa, teraz stworzył 
osobną »Pieśń o domu naszym«, tylko bez świeżości owej pierw- 
szej pieśni, z moralizacyą rozwlekłą — morały umieszczał Pol 
zwykle po wstępach i nimi publiczność obruszał, jak Rzewuski 
przypiskami. Wydawał rzeczy dawniejsze, np. »Pieśni Janusza«, do 



— 235 — 

których część drugą (»Szajne Katarynkę« i in.) i trzecią (»Obrazy«, 
»Z Podróźy«, »Z Życia«, »Z Więzienia«) dodał. Próbował się i w dra- 
macie (»Powódź« z tradycyi poleskich, o walce z rozpasanym 
żywiołem). 

Szybko dogasał wzrok jego, duchowy i fizyczny; już ocie- 
mniały, jeszcze do tradycyi, myśliwskich tym razem, nawracał, 
poświęciwszy dotąd tylko pobieżne wzmianki najulubieńszemu 
sportowi narodowemu, w »Staroście Kiślackim« rewolucyę w psiarni 
wybuchłą opisał — przyczynki do ^psychologii* psa, jak przedtym 
konia, przed Dygasińskim dając; prozą »Rok Myśliwca«, zajęcia, 
przygotowania i t. d. wedle miesięcy skreślił. I dawniej próbował 
sił i w prozie opowiadającej i w literaturze naukowej, uważając 
geografię za swą gałęź specyalną, odtwarzając ręką artysty krajo- 
brazy; ciekawsze były jego odczyty lwowskie, szczególniej o now- 
szej literaturze polskiej. 

Obok epika Pola staje Syrokomla Władysław (właściwie 
Ludwik Kondratowicz herbu Syrokomla), jak Pol fanatycznie przy- 
wiązany do ziemi i jej przeszłości, jak on szczery i kochający, 
zresztą całkiem odmienny. Ze wszystkich poetów sam sobą typ 
słowiański najpełniej wyraził Syrokomla. Bez nadzwyczajnych da- 
rów umysłowych, z marną nauką — luki później, jako tako, do- 
pełniał — z sercem złotym, nieopatrzny i lekkomyślny, spuszcza- 
jący się na »jakoś to będzie*, gościnny, z własnym znacznym 
uszczerbkiem, dobroduszny i szczery, skromny jak rzadko, niena- 
widzący form i obłudy wielkiego świata: tak wrosły w swą ziemię, 
że mimo rozpaczliwego położenia ze swej Litwy ukochanej żadnym 
widokom wywabić się nie dał; demokrata z krwi i kości mimo 
herbu; mimo zaściankowości, w jakiej wyrósł, od wszelkiej zaścian- 
kowości daleki; jeśli kogo z obcych przypomina, to chyba Burnsa, 
i życiem i sztuką. 

Pieśniarz to ludowy, jak Burns, ale w odmiennym zna- 
czeniu — lud jego to drobna szlachta, szaraczkowa, okolice szla- 
checkie, odróżniające się mniej trybem życia, raczej mową, wiarą 
i tradycyą od chłopów; uprawiacze roli, jak niegdyś, lecz już nie, 
jak niegdyś, potrzebni panom, więc nieraz na gorzką poniewierkę 
skazani, niewdzięcznością płaceni; jako rolnicy, patryarchalnym, 
tradycyjnym porządkom oddani, wsłuchani w przyrodę, z nią zżyli, 
zrezygnowani, cierpliwi, uporni a przecież pokorni, nie bez smę- 



— 236 — 

tnych wspomnień innych, lepszych czasów. Wyrósł nad nich Syro- 
komla, objął sercem i chłopa, myślą i całą przeszłość i w pieśni, 
co uczuł, wyśpiewał. Nie silił się na bogaty, dziwaczny wymysł: 
pod mikroskop połóżcie, mówił do pieśniarzy, co łaska i wola, 

Główkę motylą lub serce człowiecze, 
Łezkę, co z oczu spłakanych wyciecze, 
Lub kwiat urwany z litewskiego pola, 
A rozpowiedzcie sumiennie a święcie 
Blask każdej barwy, każde serca drgnięcie, 
Każde ruszenie drobnego atomu — 
A pieśń już sama utworzy się snadnie, 
A dobrzy ludzie zbiorą, się gromadnie, 
Posłuchać pieśni, westchnąć pokryjomu, 
A gdy się słuchacz rozczuli, rozmarzy, 
O! wtenczas dobre żniwo dla żniwiarzy! 

Tych zasad trzymał się ściśle; szczerze wyznawał, że inaczej nie 
potrafi: 

kiedy biorę ołówek 
I, nie wiedząc co kreślić, błędne stawiam kreski, 
Zawsze wyjdzie z pod ręki lub litewska chatka, 
Lub kościółek wioskowy lub dworek litewski. 
Nic innego nie umiem kreślić na papierze, 
Tylko to, com ukochał z całej mojej duszy; 
Co innego pragnąłem nauczyć się szczerze; 
Chciałem kreślić gmach pański, — ołówek się kruszy. 

Więc, kiedy mu przyszło gwarzyć »w pieśni czy w dyalogu«, 
zawsze to było »o Panu Bogu, o moich braciach, o mojej ziemi«, 
a przy tern »zawszem miał pamięć na ziarno żywota*; dydaktycz- 
ność, moralizacye cechują jego, jak Pola, chociaż innego one ro- 
dzaju. 

Odczuł brak poezyi domowej, pomników jej uchwytnych, 
zazdrościł szczęśliwszym: 

Ej boleśno, boleśno — czemuż to mój Boże, 

Lirników i gęślarzów miało Zaporoże ? 

Czemu na naszych polach nie zjawią się tacy?... 

My domowe pamiątki kamieniami znaczym... 

Ejże, jako żywo! lirnik miałby tu piękne i bogate żniwo 

Opiewać nasze krzyże, kurhany i groby, 



— 237 — 

Od czasów Mendogowych do dzisiejszej doby... 
Ej, każda taka powieść dla piewcy ciekawa; 
Z każdej ludziom nauka, płacz albo zabawa, 
A pamiątka i pieśnią przywiązana do niej, 
Zawsze duszy litewskiej choć cząstkę odsłoni. 

I był przekonany o niewyczerpanym bogactwie podań litewskich: 

Każdy kopiec na gruncie, każdy krzyż przy drodze, 
Stos łomów na gościńcu, kaplica, gospoda, 
Wszystko tu jest pamiątką i wszystko ci poda 
Jakąś ciekawą powieść o życiu Litwina. 
A ileż się tych podań codzień zapomina, 
Albo, widząc, nie widzi, a słysząc, nie słucha, 
Kto rodzimym powietrzem nie napoił ducha. 

Czego zaniedbali inni, dopełniał poeta, gdy nareszcie w swoje 
powołanie uwierzył. Z wierszami nosił się oddawna, lecz skrom- 
ność nie dawała z nimi występy wać publicznie; rozczytawszy się 
w Literaturze Wiszniewskiego i polubiwszy łacińskich poetów, Jani- 
cyusza i innych, przewierszował ich po polsku, pozostawiając ory- 
ginały daleko w tyle co do kunsztu; wystąpił wreszcie z własnymi 
gawędami. 

Od pierwszych, nieraz nieco niepokaźnych, bladych legend 
i opowiadań gminnych, »Pocztyliona« i t. d., wyroiło się ich mnó- 
stwo; najobszerniejsza, wydana roku 1853, pisana o wiele wcze- 
śniej, » Urodzony Jan Dęboróg, dzieje jego rodu, głowy i serca 
przez niego samego opowiadane, a rytmem spisane « i t. d., naj- 
piękniejsza »Kęs Chleba «. Dęboróg przesiąkł autobiografią; bieg 
szkolnego życia, rozrywki wiejskiego, opisał poeta własne; stąd 
nadzwyczajna świeżość i szczerość tych wierszów; fabuła sama 
nieco romantyczna, o rodach od wieków zwaśnionych, pogodzonych, 
jak w » Stryj ance«, jak w »Panu Tadeuszu «, ożenkiem Dęboroga 
z Brochwiczówną; sens moralny, jak zawsze, jasny: redde quod 
debes; postaci, dobrego, mądrego ks. definitora, starego, upartego 
Dęboroga, skreślone znakomicie, jak żywe; nie brak i tej uwagi, 
że stary »wierzył mocno w katechizm jedyny, że szlachcic stwo- 
rzon z innej, a chłop z innej gliny «. »Kęs Chleba* podyktował 
poecie los własnego ojca: starego Łagodę wykwitowano z dzier- 
żawy i majątku i z torbami puszczono; lecz przyroda sama mści 



— 238 - 

się jego krzywdy, bo gorzkie rodzi się na polach Zabory zboże 
i trująca z niego mąka. Co najpiękniejsze tam, to opisy skrom- 
nego, pobożnego życia wiejskiego i przesiąkł cały poemat urokiem 
stron nadniemeńskich, rozgwarem ich pieśni, aromatem ich łąk; 
morał ten sam niemal, co w pokrewnym treścią, wcześniejszym 
napisaniem »Zaścianku Podkowie«; przygrywek równie piękny, jak 
przed »Dęborogiem« (o Niemnie i sercu Litwina). 

Podania gminne i szlacheckie zlewają się całkiem w » Janku 
Cmentarniku« i w »Ułasie«: Janek z panem na obczyźnie wojo- 
wał, a gdy siły sterał, pana pochował, po czterdziestu latach do 
rodzinnej wioski wrócił, z nowymi ludźmi ładu nie dopytał i na 
cmentarzu dopiero między swoimi się ocucił — alegorya dosyć 
wyraźna; Ułas życie za panów poświęcił, kryjówki Czartowego 
Ostrowu nie wydał, za to Oksenę jego o zdradę posądzili i zabili, ale 
ten Ułas i ta Oksena, to właściwi bohaterowie poświęcenia, i tu 
morał wypowiedziany: łza chłopska i szlachecka spłynęły się ra- 
zem, a w tej łzie (o czym szlachta wątpiła od wieka) był tylko 
jeden, wspólny pierwiastek, człowieka. Inne gawędy i opowiadania 
np. efektowne bardzo » Stare Wrota «, » Chody ka« (i replika jego 
szlachecka, ■ Spowiedź pana Korsaka « — w obu dobrowolne przy- 
jęcie kary za grzech), zahaczają o historyę. Nie koniecznie jednak 
o historyę, znaną z kronik i dziejów; jest inna, nie wciągnięta 
w roczniki i pamięć narodową, a mimo to prawdziwa i żywa, ot 
np. takie przysłowia »historyczne«: wyszedł jak Zabłocki na mydle; 
tłucze się, jak Marek po piekle; wyrwał się, jak Filip z konopi; 
o hrabi na Wątorach i t. p.; ułożył je lud, o Cezarach, Chrobrych, 
Napoleonach nie wiedzący, tym silniej Marków i Filipów pamięta- 
jący — a komentarz dorobił poeta, komentarz dowolny, na który 
się paremiograf nie zgodzi, świadczący najlepiej o sercu i myśli 
poety. Marek za życia łasił się około panów, po śmierci i ci go 
nie przyjęli i swoi odrzucili; Filip za pociągiem głowy i serca 
zawsze się w niewczas odzywał, już chłopcem, gdy chrześcijanin 
przeciw mitologii w szkole protestował, mężem, gdy Żydów prze- 
śladować nie dawał, obywatelem, gdy przeciw kandydatowi służbo- 
dawcy swego wotował, posłem, gdy równouprawnienie chłopów 
i szlachty (i w płaceniu podatków) wnosił, na łożu śmiertelnym, 
gdy księdzu obowiązki zamiast dziesięciny wytykał, wszędzie wy- 
śmiany, wysieczony, wyrzucony i opuszczony. 



- 239 — 

Przeszedł Syrokomla i do dziejów właściwych, nie zawsze 
z korzyścią dla swej sztuki, co wielkich zawikłań, namiętności, 
obrazów wystawiać nie umiała. Przeszłość pojmował inaczej, niż 
Pol, jej wad nie przemilczał, kiedy to: 

Na królów twarde włożono pęta, 
W pasterzach znikła gorliwość święta, 
Senatorowie poili braci, 
Szlachta się ciągle konfederaci, 
Żołnierz jął gnębić tych, których bronił, 
Kupiec przez lichwę bogactwa strwonił, 
Kmiotek niewolnik zmarniał na dworze — 
Anioł zatrąbił na sądy Boże! 

albo: »Długo stare zegary... nad głową waszych ojców biły w eks 
cytarze, budząc ich myśli i czyny, brzęk puharów, gwar śmiechów 
tłumił ich gderanie, aż Pan kazał zegarom jęknąć niespodzianie, 
aż pękły rdzawe sprężyny «. Z przeszłości tej wybierał też mo- 
tywy, o jakieby się Pol nie kusił, wystawiając np. w » Kanoniku 
Przemyskim « (Orzechowskim) walkę między uczuciem a powoła 
niem; w »Zgonie Acerna« (Klonowica) niedolę wieszcza narodo- 
wego; w »Studzieńskim« rozterk między szlachtą a mieszczaństwem; 
nieznośną pychę pańską w »Hrabi na Wątorach«; prywatę możno- 
władczą, gubiącą kraj w » Zofii, księżniczce Słuckiej« (obie ostatnie 
w formie dramatycznej). Całości udatnej jednak nie stworzył; jedne 
rzeczy rzucał niedokończone, np. » Kanonika « (mimo ślicznych 
ustępów) i »Sejm Lubelski*; w innych, » Staroście kopanickim« 
np., głębiej wzruszyć czy zająć nie potrafił. Najwyższego mnie- 
mania był o »Margierze, poemacie z dziejów Litwy «, o obrońcy 
bohaterskim zamku Pullen, pokonanym zdradą, obierającym śmierć 
nad niewolę; poeta cieszył się, że bez uprzedniego zamiaru zna- 
lazło się w poemacie wszystko, czego krytyka od epopei bohater- 
skiej wymaga: inwokacya, jedność akcyi, przeszłość daleka, maszy- 
nerya epicka — wszystko było, prócz ducha epickiego, prócz siły 
słowa i blasku kolorów; Margier z Czarnieckim, nie z Wallenro- 
dem do pary stawał. 

Większy efekt, niż Margierem, wywołał poeta dramatem 
historycznym, »Kasprem Karlińskim«, skuteczną obroną Olsztyna 
roku 1587 przed Niemcami, okupioną śmiercią własnego dziecka, 



- 240 — 

poświęconego przez ojca mimo błagań matki i własnych wahań 
strasznych; dramat uczył miłości ojczyzny. Tegoż samego uczył, 
z mniejszym znacznie powodzeniem » Wyrok Jana Kazimierza « (tu 
własny ojciec zabija syna - zdrajcę) i owa Zofia Słucka w »Możno- 
władcach i sierocie «, poświęcająca się dla zabezpieczenia pokoju 
ojczyźnie. Kwestyi społecznych dotykali > Wiejscy politycy «; pana 
Nowinę (niby z komedyi Niemcewiczowej wyjętego) wywłaszczają 
wierzyciele, lecz chłopi ratują pożyczką dobrych panów; kwestyi 
tych, stosunku do dworu, życia wiejskiego dotykały od dawna 
liczne poezye, np. »Lalka«, której skarży się panienieczka na nie- 
grzeczność chłopów, co tatkowi smaczny sen rykiem o chleb 
przerwali — i słuszne plagi za to wzięli, ale sumienie, obawa przed 
Panem Jezusem, co dla zgłodniałej rzeszy chleb i rybę łamie, 
przed dziadami, co się przyśnią i jeszcze do torby zabiorą, pod- 
szepty wa jej coś innego: 

Już ja, kiedy wyrosnę i mieć będę zboże, 

Póki się cała wioska chlebem nie nasyci, 

Nigdy się spać nie położę. 

Fazy kwestyi włościańskiej śledził poeta pilnie i zawrzał oburze- 
niem na niewczesny akt szlachty wileńskiej: 

Przecież się stało... Kraju mój rodzony, 
Wieniec twej części odarty w tej chwili. 
Ojcowie twoi własnymi imiony 
Kajdany ludu pismem utwierdzili... 

wstyd mi Wilna, nie chcę być Litwinem, 

1 hańba mojej herbowej pieczęci! 

Nie dramaty i epopeje, ale owe serdeczną prostotą tchnące 
gawędy i coraz liczniejsze liryki stanowią zasługę i chwałę Syro- 
komli. Nie udawały się wycieczki po za światek najbliższy, ale 
własne uczucia bólu i zawodu, troski i wątpliwości wyśpiewywał 
poeta, czym bardziej się życie kruszyło, czym nieznośniej bolało, 
tym tkliwiej i głębiej; śmierci pragnąc, zdobywał się na najwy- 
mowniejsze, najrzewniejsze pieśni; » Śmierć Słowika*, to najwier- 
niejszy obraz przejść jego własnych; im głębiej zasuwał się w grób, 
tym wyżej wznosiła się pieśń jego; wkońcu nawet i z siebie 
żartował i pogrzeb własny nędzarza opisywał z humorem. A cho- 



— 241 — 

ciąż fizycznie ginął, dumny, czoła nie ugiął przed nikim: dzieła 
jego, wywołane doskwierającą nędzą, wyśpieszone strasznie, nie 
ogładzone — nie splamiły się żadnym cynizmem, pochlebstwem, 
przymilaniem się do gustów JW. publiczności — mogą być nie- 
doskonałe formą czy kompozycyą, nie wznoszą się na niebotyczne 
wyżyny myśli, nie oślepiają blaskami czy efektami, nic w nich ro- 
mantycznego, ale zawsze czyste, zdrowe, orzeźwiające, jak zdrój 
kryniczny; wyszły z trądy cy i litewskich, przesiąkły powietrzem 
lasów i niw nadniemeńskich, ale obeszły cały naród, i nic w nich 
prowincyonalnego — chyba w języku. Powoli przebojem zdoby- 
wał sobie poeta uznanie i oklaski, ale konał z pieśnią na ustach, 
po śmierci otoczony tą opieką, której za życia zabrakło; i nie 
skarżył się ani miotał nieszczęśliwy. 

Obok formy nowej, utworzonej przez Pola i Syrokomlę, nie 
prześcignionej przez nikogo innego, toczyły się rydwany epickie 
i starymi torami, wyżłobionymi przez Byrona, przez szkołę ukra- 
ińską, przez »Pana Tadeusza«. Ale byronizm krajowy, po r. 1831, 
tytanicznych zapasów się zrzekał, karlał, rozmarzał się w pogoni 
za ideałem; szkoła ukraińska schodziła coraz bardziej na etnogra- 
ficzną zabawkę, na przewierszowywanie nieraz dosłowne całych 
podań czy pieśni ludowych; »Pan Tadeusz «, na pozór tak do na- 
śladowania łatwy, najmniej znachodził naśladowców, przecież nie 
gawędom z nim się mierzyć było. 

Jeszcze przed Polem wystąpił Tomasz August Olizarowski, 
Krzemieńczanin, w obu kierunkach; Ukrainy samej nie znał, ale na 
Wołyniu pokochał » serdeczny lud ruski, z ludzkiej na oko odarty 
cechy«, i w »Zawerusze«, w krótszych powieściach, w wierszach 
różnych obrabiał tematy ludowe. Najobszerniejszy — »Zawerucha«; 
na nim odbiła się znajomość i z »Zamkiem Kaniowskim« i z Go- 
szczyńskim samym: morderstwa, przeczucia chaty i sprzętów, że 
utracą gospodarza, znachor i czarownica, to fantastyczne akce- 
sorya, niezbędne dla powieści ukraińskiej, jak i pogoń za chmurą 
Zaweruchy — podobało się to swego czasu, nawet Grabowski 
przyznawał pomysłowi rozmowy ławki, ścian i t. d. > wykonanie 
zręczne i we wszystkich szczegółach poetyckie*; znamienne było, 
że Zawerucha nie z dali, lecz w teraźniejszości wystawiony; i w in- 
nych powieściach nie przeważał żywioł historyczny; » Wojewoda 
Czjorcz*, z czasów Bony, w tonie Aryosta - Beniowskiego utrzy- 

DZIfJE LITERATURY POLSKIEJ T. II. 16 



- 242 — 

many. Fatalniej wypadł »Bruno«, » dzikich marzeń potępieniec«, 
skłonny do odludztwa, zabijający z zazdrości przyjaciela, potym 
z upiorem najlepszą komitywę wiodący. 

I pieśni nie lepsze, chociaż szczytne miał poeta wyobrażenie, 
tamtoczesne, o powołaniu wieszcza: chodził po nie do nieba i przez 
straże piekła przedrze się do serc i wywoła w nich sprawiedli- 
wości i ludzkości ducha. Sam wyrobił sobie, jak Goszczyński, za- 
sady katońskie, żył ideałem aż do zrzucenia ziemskiej cielesności, 
ale pieśni jego »nic nie mogły lub nie wiele więcej od szumu 
wiatru lub piosnki dziecięcej «. Powstawały one, jaki inne obszerne 
dzieła, niedrukowane po wielkiej części powieści poetyckie (» Złote 
jabłka «) i dramaty historyczne, na emigracyi; tu przełożył wierszem 
polskim prozę francuską ^Konfederatów Barskich«. 

Żywsze nadzieje budził witany przez Grabowskiego, jako 
talent największy, Aleksander Groza, spółuczeń Zaleskiego i Gosz- 
czyńskiego niegdyś, i » Starostą Kaniowskim « (1836) i innymi po- 
wieściami. »Starosta«, zakrojony na większą skalę, opowiadał 
o bondarywnie, co zalecankami starosty wzgardziła, za co ją tenże 
w porywie gniewu zastrzelił — lecz skomplikował poeta prosty 
wątek ludowy, zato w innych trzymał się go dokładniej lub całe 
ustępy tłumaczył. Próbował się i w dramacie ludowym, »Hryć«: 
pan przebiera się za Hrycia, aby poznać życie ludowe; widzimy 
go na dożynkach, przy pieśniach kupalnych; rozkochał w sobie 
dziewczęta, i jedna z nich, straciwszy jego łaskę, ziołami czarow- 
nymi go truje — lecz w dramacie za wiele pieśni i za długie ty- 
rady; po latach napisał »misteryum z podań narodowych*, Twar- 
dowskiego, idąc za klechdą Wójcickiego. Inni ten sam temat 
opracowywali w guście »Fausta«, np. Julian Korsak, żeglujący 
jeszcze ciągle po falach byronizmu, dziwnie jednak płytkich. »Twar- 
dowskiemu« Korsaka życie brzmi w harmonii świata, »jak nuta nie- 
sforna w muzykalnym chórze«, lecz ideały jego nie wysokie, inko- 
moduje on aż szatana, bo »chciałby już pojąć żonę, ją w pożyciu 
tkliwym uszczęśliwić i przez nią żyć potym szczęśliwym !« W po- 
wieściach poetyckich, dawnym »Bejramie«, późniejszym i udatniej- 
szym »Kamoensie« znalazł choć niektóre silne słowa dla odmalo- 
wania losu poety, wlokącego żywot marny. Zresztą tłumaczył 
wiele; pierwszy » Boską Komedyę« całą przyswoił językowi na- 
szemu, chociaż nawet formy oryginału zachować się nie starał 



- 243 - 

i rozwlekłością grzeszył — lepszy późniejszy przekład Stani- 
sławskiego, wierszem białym, zachowującym ściślej kontury ory- 
ginału. 

Prócz Grozy i Korsaka i Gustaw Zieliński »Czarnoksięźnika 
Twardowskiego« w pseudodramatycznej formie wystawiał; poklaski 
zyskał tylko wydany roku 1842 » Kirgiz «, po »Sonetach Krymskich« 
pierwszy oryginalny poemat wschodni u nas — gdyż Derary czy 
Bejramy poza słabe naśladownictwo Byrona czy Moore'a nie wy- 
chodziły. Przypomina na początku poematu szalona jazda Kirgiza 
nieco Farysa, chociaż tło odmienne; i z jego piersi wyrywa tę- 
sknota pieśni » melancholijne, jak te płaszczyzny, dzikie, jak krwa- 
wej zemsty pociski, rzewne, jak tęskność do pól ojczyzny«; burza 
zmusza go do przyjęcia gościnności aułu stepowego Bija, wroga 
swego; pokochał córkę jego, Demelę, i z nią uszedł; gdy po- 
goń ich doścignąć nie może, każe Bij step zapalić; daremne 
ich wysiłki: »i przeszło przez nich morze płomieni, przeszło, 
a w miejsce zgasłych pożarów dziś znowu cisza pośród obszarów 
i jeszcze bujniej step się zielenk Cenność »Kirgiza« polega na 
prawdziwości, dokładności, malowniczości opisów stepu, życia Kir- 
gizów, ich obyczajów; nie salonowi to stepowcy, Demeli włos 
kruczy w siedmiu plecionkach na twarz płynie, Kirgiz, »na ste 
powe bacząc zwyczaje, najlepsze kąski sam w palce bierze 
i z uprzejmością, jak sąsiad blizki, posyła do ust młodej Kirgizki*. 

Opisowość była silną stroną talentu Zielińskiego, wykazał ją 
np. w » Stepach*; ciekawa fabuła; silny wyraz namiętności, nie wy- 
lewającej się w słowach i gestach, lecz milczeniem samym wy- 
mownej, gwałtownej, dzikiej zapewniły »Kirgizowi« powodzenie 
u swoich i obcych (liczne tłumaczenia). Lecz Zieliński talentu dalej 
nie próbował, pracując na roli i między obywatelstwem. 

Jak »Kirgiz« wyróżniał się nowością tematu i plastyką wy- 
konania z całej powodzi powieści poetyckich, legend i dum ko- 
zackich, podobnie wypłynęło w dwadzieścia lat później, chociaż 
dotąd nie tak powszechnie uznane ani wedle wartości ocenione, 
»Dziewczę z Sącza « zgasłego przedwcześnie Mieczysława Roma- 
nowskiego. Pisywał wiersze wcześnie, pozował w nich na byronistę; 
zwątpienia i goryczy pozbył się w otoczeniu kolegów; pod ich 
wpływem pisywał liryki, sonety i t. d., a za przykładem Pola 
i Syrokomli tworzył gawędy, dobierając wątków z czasów walk 

16* 



— 244 — 

Kazimierzowskich, niewyczerpanej kopalni awantur rycerskomiło- 
śnych i dzielnych czynów. Z jego »Łuźeckich« (1856) jeden, 
dumny, wyniosły naraża wojsko na klęskę, siebie na niesławę; 
drugi, cichy i pokorny, walczy na ochotnika, zwycięża i imię 
uświetnia. 

Wyżej stanęło »Dziewczę z Sącza«. Pierwszy to i na długie 
lata jedyny poemat mieszczański, jeśli tendencyjnego wiersza Pola 
nie wliczymy; wobec przewag szlacheckich zapomina się o miesz- 
czańskich zupełnie, a przecież konfederacyę tyszowiecką wyprzedził 
godnie przykład Nowego Sącza, gdzie Szwedzi pierwszy, dotkliwy 
szwank ponieśli. Oficer szwedzki Oskar chce z rzezi uplanowanej 
ocalić kochankę Basię i każe jej Sącz opuścić; Basia zdradza się 
niepokojem wewnętrznym, w ekstazie wykrywa tajemnicę, i miesz- 
czanie (z góralami) wyprzedzają Szwedów; Oskar i Basia giną. 
Całość rozgrywa się — szlachta z Wąsowiczem i górale to tylko 
komparsy — między mieszczanami, w domu i gospodzie, w ko- 
ściele i rynku, między rzemieślnikami (próżno wzdycha cieśla 
Bartek do Basi; potym jej trumnę robi), przy radzie i w bitwie — 
i w tym drobnym światku fakcye i tu wielka rozmaitość charakte- 
rów, uczuć, osób, odmalowana trafnie i dobitnie, chociaż dyskretnie. 

Dramat, »Popiel i Piast« (1862 roku), na scenie nie przyjął 
się, mimo wartości pomysłu i wykonania. Zamierzchłą przeszłość 
ożywił poeta konfliktem, słowiańskogermańskim; kontrastem cha- 
rakterów, zamysłów, sposobów, przeprowadzonym konsekwentnie 
przez wszystkie sytuacye dramatu, zwierciedlącym się w nawra- 
caniu ogniem i mieczem czy w apostolstwie miłości, w zakusach 
despotycznych czy w obronie wolności, w intrygach służalczych 
czy w prostocie szczerej a łagodnej. 

Romanowskiego pociągały te czasy i dzieje; opracowywał 
ich motywy i w balladach i w »Wandzie«. Śmierć bohaterska 
przerwała dalszy rozwój. 

Wobec gawęd i rapsodów ustępywały na dalszy plan ballady 
i legendy, Chojeckiego czy ks. Hołowińskiego, Morawskiego czy 
Siemieńskiego; nie celowały artystycznym obrobieniem; pierwiastek 
ludowy był największą zaletą takiej »Brzozy Gryżyńskiej« czy 
»Baszyny« czy »św. Izydora«; morał górował, nie tylko u księdza- 
autora. Najwięcej legend zebrał Ignacy Hołowiński (jako Kefaliński, 
tłumacz Szekspira, przez Słowackiego wyszydzony; autor i pięknego 



— 245 — 

opisu podróży do Ziemi świętej), ale zebrał je nie tyle z ust ludu, 
ile z Niesieckiego lub kronikarzów. 

Właściwy pierwiastek ludowy wybuchał inaczej; prądy demo- 
kratyczne, nurtujące w Warszawie i Poznaniu, o wiele słabsze we 
Lwowie i Krakowie, wy stępy wały znacząco i w poezyi; odwracano 
się umyślnie od pałaców i dworów, do chat i pól, i powieści poe 
tyckie, dramaty i liryka, przesiąkały pierwiastkiem ludowym. Od 
karmazynów Pola, szaraczków Syrokomli, odbijała sukmana kmie- 
cia innych. 

Naj radykalniej, acz naj ostrożniej, występowała »młoda War- 
szawa« ze swoją »cyganeryą«, przezwaną od paryskiej bohemę, 
chociaż nie wyzywała filistrów w imię sztuki, prawdy, ideałów, nie 
szydziła z ich trybu życia i gnicia, lecz demokratyczna, chłopo- 
mańska chciała utworzyć w literaturze — gdyż w życiu chyba 
krojem ubrania i pogardą rękawiczek czy konwenansów zaznaczać 
się mogła, obok szkoły ukraińskiej i litewskiej, mazowiecką; więc 
wędrowali jej adepci między lud, spisywali pieśni i podania, na- 
śladowali je lub tworzyli oryginalne chłopskie powieści, dyszące 
nieraz nienawiścią stanową. W Poznaniu o »szkole« osobnej nie 
myślano, za to cele demokratyczne, podniesienia ludu z wiekowego 
upodlenia kosztem panów, jawnie wystawiano; otwarcie grożono 
przewrotem, zemstą i karą. 

Najjaskrawiej miotał się wielce uzdolniony, namiętny, zgorz- 
kniały Ryszard Berwiński; wiersze jego ogniste płynęły z inną 
mocą, niż tyrady rymowane pani Wojkowskiej, chociaż nie odrazu 
ultraradykalna nuta w nich zabrzmiała. I on zaczął od wędrówek 
między ludem, spisywania klechd, ogłaszania ich w prozie i wier- 
szem; zapuszczając się jednak w ich krytykę, w czasie dwuletniego 
więzienia, doszedł do nieprzewidzianych, słusznych jednak wyników, 
zwątpił o samobytności zabobonów, gusł, klechd ludowych, sprze- 
niewierzył się zasadzie romantycznej, ceniącej każdy utwór lu- 
dowy, jako objawienie psychy ludowej; w czasach bezkrytycznego 
zachwycania się wszystkim pseudoludowym jego »Studya o litera- 
turze ludowej ze stanowiska historycznej i naukowej krytyki« 
(1854, dwa tomy) były walnym krokiem naprzód, wyprzedzały 
Niemców, Grimmów, Schwartzów i Kuhnów — było to wielką 
stratą dla nauki słowiańskiej, a specyalnie polskiej, że na tory, 
wytknięte już przez Berwińskiego, dopiero po wielu latach na- 



- 246 — 

wraca; narazie przeszło dzieło jego bez wpływu; nieufność, obu- 
rzenie, jakie poeta - renegat wywołał, przeniesiono na badacza. 

W przeczeniu poety tego chyba nikt nie prześcignął. Co pó 
źniej tak znienawidził i wyszydził, poznał najpierw sam, bawiąc 
się w Don Żuana, w rycerza podwiązek, hołdując wierszami bo- 
gdankom; już w tych wierszach wy stępy wał jednak nastrój gwał- 
towny, byroński, i nie wahał się śpiewak wobec swych zawodów 
modlić o jedno, »ażeby sęp pamięci, krwią jego zbroczony, na 
głazie jej serca zaostrzał swe szpony «. Ale z rojeniami miłosnymi 
pożegnał się rychło i na zawsze i w kontr byronowskiemu napisał 
»Don Żuana Poznańskiego«, gdzie silił się na przepych wiersza, 
na malowniczość tła, wydanie harmonii otoczenia, aby podłość 
i śmieszność romansu podstarzałej Hery i głupiutkiego Leandra 
tym niemiłosierniej wyszydził. Nieudałe spotkanie nocne było po- 
zorem, ramką, gdzie wplatał gorzkie zarzuty narodowi samemu, 
jego klasom przodowniczym; zaczynały się w samym tytule (»bez 
końca «), bijąc w ów brak wytrwałości, co go tak strasznie razi: 
»herosi polscy* dnia czwartego skończyli według zwyczaju szla- 
checko-polskonarodowego — bo nie skończyli dla kraju, a było 
ich tam sto razy tyle, co owych synów Hellady... brzydko umierać^ 
gdy pięknie żyjem z cudzych darmochów i danin; żyj więc rao- 
tłochu — ta sama to nuta, co w »Grobie Agamemnona«, jeszcze 
więcej krzycząca, jeszcze niesprawiedliwsza. 

W namiętnych przeczeniach posuwał się Berwiński coraz 
dalej; morzem krwi czerwonej groził szlachcie; zrzekał się wiary, 
ubogim w duchu rzucał w oczy: 

Ty u stopni ołtarza rozściel się w pokorze 
I czołgaj się wśród błota, jak zgniła kałuża; 
Ja chcę być, jak bezbrzeżne i bezdenne morze; 
Myślą moją uragan, a modlitwą burza. 

Najzupełniej przedstawił zwątpienie swe i gorycz w »Ostatniej 
spowiedzi w starym kościele«; wyliczał zawody, szukania szczęścia 
w miłości, szukania prawdy w wiedzy (»wiem, czegom nie wie- 
dział, że między nami a prawdą jest przedział nieskończoności, 
w któren tylu dumnych tyle rzuciło głów wielkich, rozumnych na 
pomost głupstwu !«); wkońcu »duch czasu do serca mu zagadał 



— 247 — 

płaczem tysiąców«, ale i plac walki opuścił, bo któż sił nie straci, 
gdy widzi marność i hańbę i nędzę i podłą gnuśność rodzonej 
braci: 

Znam was i gardzę, lecz tak wami gardzę, 
Że lepiej niechaj zamrą na mej wardze 
Te wszystkie słowa i wszystkie gorycze, 
Którymi plunąć mógłbym wam w oblicze. 

Przenosi się myślą w szczęśliwe lata dziecięce, lata błogiej wiary, 
porównywa je ze stanem dzisiejszym — »i wyż to myślicie, że 
warto żyć, jak żyję, i kochać to życie?«; wystawia przyszłość 
szczęśliwszą (gdy zbytków niewolnik wyrzeknie się dumy, kiedy 
głupcy przestaną walczyć na rozumy i t. d.) i kończy: 

Kiedy nakoniec w ludziach sumienie się wzbudzi, 
Wtedy życie ukocham — uszanuję ludzi. 
Ach! wtedy może nawet z tą piersią rozdartą 
Jeszczeby z wami cierpieć i żyć było warto 1 

Potym kazał na zawsze swym pieśniom zginąć, lecz czynów nie 
wzbudził — nie tylko jego »Don Żuan«, i własne życie jego było 
»bez końca«, »bo serce, co niegdyś złotych pełne omamień, dziś 
samo w siebie nie wierzy«. 

Miniaturowa rzeczpospolita krakowska wydawała i miniatu- 
rowych poetów, zapomnianych od dawna, prócz jednego, co jednak 
popularność swą głównie dźwiękom Moniuszki zawdzięcza. Chociaż 
i oni po motywy ludowe sięgają i w ich oddawaniu są najszczę- 
śliwsi, dalekoź im, »dzieciom szału «, czy do szału Berwińskiego, 
czy do energii byrońskiej, czy do wcielenia poezyi ludowej. 

Z trójki krakowskiej Edmund Wasilewski wzniósł się najwy- 
żej; choć nie Krakowianin rodem, zrósł się z miastem najściślej. 
Łagodnego marzyciela w życiu i pieśni, rozśpiewanego do swej 
»Halki«, odrywali przyjaciele (Gustaw Ehrenberg, drugi z tej trójki, 
poeta i literat) od jej stóp, wskazywali mu ogólniejsze, wyższe 
cele; więc zrywał się poeta i wołał sam na towarzyszów: »Na przód 
z myślą — bo przed wami ludzkość; jak wielki step morza, prójcie 
spienione fale silnymi piersiami, cień nocy rozświeci zorza !« Cał- 
kiem w byrońskiej pozie przedstawia się poeta w »Dziecku szału « 
(1837), historyi, jakich wiele, o zawiedzionej miłości, gdzie dziewica 



— 248 — 

najpierw aniołem, potym szatanem; zawód wypycha go w świat, 
do walki, ginie na wygnaniu, lecz, inny w tym od byrońskich 
bohaterów, siebie samego o złamane życie oskarża, bo nawet 
»czyn mój szlachetny, uroczy, miał swój początek w rozkoszy 
lub szale«: 

zdawało mi się, że ja jestem wszystkim, 
a przecież byłem tylko drobnym listkiem, 
który podmuchy jesieni ususzą «; 

to poznanie własnej marności, nicości — pierwszy krok wyjścia 
z obłędnego koła byronizmu. Zresztą sarkał na świat, na życie 
(chwilę maligny między dwoma śmierciami), groził: rzućmy się na 
świata zręby, do rąk pochodnie i głownie, wściekłymi poszarpmy 
zęby starego świata warownie! 

Od takich uniesień wracał do łagodnej tęsknoty, właściwszej 
jego usposobieniu; nawet do przeszłości i w »Katedrze na Wawelu« 
dawał się duchowi Kmity (osobliwszego cicerone!) oprowadzać po 
błoniach przeszłości, coś w guście Pola czy Niemcewicza, tkliwe 
i wdzięczne, wówczas bardzo cenione. Ludowa nuta, pod wpływem 
Zaleskiego, zabrzmiała w jego najpopularniejszym a zarazem naj- 
oryginalniejszym utworze; w innych, bardzo popularnych, czujesz 
ciągle to »Odę do młodości«, to inny wiersz Mickiewicza, zato 
krakowiaki jego rzewne i śpiewne, ochocze i wdzięczne motywy 
ludowe wydały doskonale, od owego pierwszego: »Wesoły, szczę- 
śliwy Krakowiaczek ci ja«, aż do ostatniego, »Zapomniane skrzypki 
moje«. Trzeci, Franciszek Żygliński, o losie jeszcze biedniejszym, 
walczący z nędzą, śpiewał na tę sarnę nutę rozczarowania by roń - 
skiego, wzdrygał się przed zimnym ziemi szkieletem, po którym 
biegają ludzie - robaki, jak głodny owad po zgniłym kwiecie — lecz 
od tytanicznych porywów był jeszcze dalszy, niż Wasilewski, 
i w melancholijnej rezygnacyi, w łagodności spokojnej, zapatrzonej 
w grób, we wzywaniu świętych dokonał bolesnego, cierniowego 
pochodu życia. 

W Warszawie i poza »cyganeryą« hołdowano temu pierwiast- 
kowi; najlepsze i najobszerniejsze rzeczy, jakie prawnik z powo- 
łania, Antoni Czajkowski, napisał, przerobił z fantazyi ludowej 
(»Madej«; »Baśń o żelaznym wilku «) — przy poezyi jednak nie 
wytrwał; albo Karol Brzozowski, co i piosnki ludowe (z okolic 



— 249 — 

Aleksoty nad Niemnem) zbierał i motywy ludowe (»Męźobój czyni* 
i in.) opracowywał i w gawędzie przy ognisku obozowym (»Noc 
strzelców w Anatolii«, roku 1856) wspomnienia ojczyste, antago- 
nizmu nawet szczepowego (między Mazurem a Litwinem), wywoły- 
wał. Całkiem zanurzali się w ludzie i jego wierzeniach warszawscy 
»cyganie«, Roman Zmorski, z którym się potym Brzozowski na 
Wschodzie spotykał, Włodzimierz Wolski, Seweryn Filleborn, Józef 
Bohdan Dziekoński (medyk) i inni, grupujący się najpierw około 
łagodnego i sympatycznego Filleborna i jego krótkotrwałego 
»Nadwiślanina«, w »Jaskółce«, potym w »cechu głupców« (gdzie 
Wójcicki był poważnie głupi, Czajkowski prawnie głupi i t. d.) 
i około »Dzwonu literackiego« Wilkońskiego. 

Znamionowały ich wszystkich żądza oświaty i podniesienia 
ludu, zwrot ostry przeciw obłudzie pod każdą postacią, szczegól- 
niej religijną; radykalne zakusy i protesty przeciw rzeczywistości 
w tonie Wasilewskiego (»na świat, z chwały obdarty, wyrzućmy 
piorunów ognie «), a raczej Berwińskiego (» Anioł Niszczy ciel« Zmor- 
skiego; »Zapał« Wolskiego; wiersze Anieli Dembowskiej, żony re- 
daktora »Przeglądu Naukowego«); tylko patryotyczną nutą nie 
mogli się odzywać, pole ich musiało być ogólno - ludzkie; ale 
w zastoju warszawskim budzili oni myśl, ruch jakiś. Już oni wpa- 
dali na pomysły, jakie o wiele później dobitniej się zaznaczać 
miały, np. Dziekoński, naśladujący w powieściach swoich nie tylko 
fantastykę Hofmanna; w »Wyzwoleniu zapaleńca* samobójca, co 
przeszedł te same losy, o jakich » Ostatnia spowiedź« Berwińskiego 
prawi, w chwili przedzgonnej »wyjąknął modlitwę do szatana... 
jak błagał czarnego ducha« i t. d., a obok satanizmu wynurza 
się okkultyzm nowoczesny w jego »Sędziwoju« (alchemiście XVII 
wieku, za granicą, np. u Czechów lepiej znanym, niż u nas); al- 
chemista wystawiony tu, szukając wiedzy dla uszczęśliwienia całej 
ludzkości, ale służba jego nie jest bezinteresowna, gdyż i on, jak 
ów »Zapaleniec«, jak »Dziecko szału« Wasilewskiego, hołdował 
»najśliczniejszemu« samolubstwu, »myśląc o innych, dbał tylko bie- 
dak o dogodzenie własnym urojeniom (krytyka byronizmu), czuł 
się wyższym od tłumu, co go otaczał, ale swą dumą tracił tę 
wyźszość«. Wobec Sędziwoja, coraz upadającego dla własnej sła- 
bości i namiętności, staje mag Sethon, tajemniczy syn wieków, 
co wzniósł się do poświęcenia i pozyskał wiarę prawdziwą, gdyż 



— 250 — 

za pomocą miłości odzyskał ów stan pierwotny, »w którym czło- 
wiek sam wszystko rozumiał«, na drodze ciągłych a trudnych 
zwycięstw ducha nad ciałem — istotnie, los owych wybrańców- 
adeptów był nadzwyczaj ciężki, i drogo opłacali oni każde mnie- 
mane zwycięstwo nad materyą. Dziekoński sam wyemigrował, 
pisać zaprzestał; umarł Towiańczykiem. 

Oddalał się może najbardziej od przeciętnego typu »cyga- 
neryi«; ten wyraził najlepiej młody Wolski; jego »Ojciec Hilary« 
(roku 1843, gdy autor lat kilkanaście liczył) uchodził za rodzaj 
objawienia: w guście Byrona, ale przeniesionego ze Wschodu da- 
lekiego na niwy nasze, równie gwałtowny, namiętny i — nieprawdo- 
podobny. Jak w »Giaurze«, słyszymy tu spowiedź przedśmiertną 
mnicha Hilarego z grzechów całego żywota; zacięcie demagogiczne 
już we wstępie silne: 

Ja chłop, niewolnik z imienia i rodu; 

Ojca nie znam, a matka, żebraczka zgrzybiała, 

Psom pana Podczaszego obiady dawała. 

Ja, ojcze, miałem urząd piękniejszy, dwojaki: 

Byłem zwierzę, na które panicz strzelał z łuku, 

I, jak pies, pilnowałem pańskiego ogrodu; 

w podobnym duchu utrzymał powieść o nierównej miłości, o ha- 
niebnym afroncie, zemście nieudałej, zamknięciu klasztornym i osta- 
tecznym wybuchu trawiącej żądzy zemsty; co było nowym, nie 
byronowskim, to że bohaterem owych strasznych cierpień moral- 
nych, gorszych niż fizyczne, był chłop. Później ochłonął Wolski 
z tej nienawiści, ale tematów nie zmieniał; i libretto do »Halki« 
Moniuszki i »Połośkę« na podobnych konfliktach osnuł; lecz dobry 
anioł sprawia, że grzeszna pani mrokiem pokory, pokuty nocą, 
z duszą oczyszczoną, wraca na drogę zbożną, a chłopka przebacza 
straszną krzywdę: opowiadanie samo pełne gwałtownych starć 
i namiętnych skarg, ale ideą litości opromienione i miłością do 
ziemi ojczystej, wyrażoną w przedśpiewie, przejęte. 

Liryk Wolski próbował się w zwykłych naówczas tonach; 
to sławił romantycznie moc wieszcza, to żegnał się z rojeniami 
miłosnymi; niema »niebianki« (Celii), któraby czystym swym świa- 
tłem opromieniła pochmurną duszę wieszcza; zstępuje on tam, gdzie 
panuje ucisku rozpacz blada, jego »życia pieśni... pieśń dla ziemi 



— 251 — 

zaśpiewajcie, pieśń dzielniejszą, zrozumialszą, potrzebniejszą«. Ła- 
godny marzyciel »czynnym ognistym szaleńcem« był tylko w teo- 
ryi, nie miał już natchnienia do tej nowej pieśni, rzucił potym 
poezyę; nowele i powieści pisywał, nieraz bardzo obszerne, wzięte 
z życia mieszczańskiego i rzemieślniczego, np. »Domek przy ulicy 
Głębokiej«, gdzie je bardzo szczegółowo i realistycznie opisywał, 
przedtym w »Bakałarzu« i innych powieściach wiejskie tematy 
obrabiał. 

Nie ochłonął, jak Wolski, z romantycznych i ludowych zapa- 
łów Roman Zmorski, wytrwał przy nich i z równin mazowieckich 
nawet na mokradła łużyckie i płoniny bałkańskie je przenosił, 
panslawista warszawski i ludowiec. W jeszcze dziwniejszy sposób, 
niż Wolski, sprzęgał byronizm pośledniejszego gatunku z ludo- 
wością, nie realną, lecz urojoną w »Lesławie, szkicu fantastycznym« 
(roku 1848 wydanym, napisanym wcześniej), popsutym przez wy- 
mysły z baśni ludowych, czarownice i wodnice, strzygonie i to 
pielce; Lesław, niby hrabia Henryk, rozkochany w Dziewicy- Chmu- 
rze, waha się między nią a ziemianką, Heleną; owej się sprzenie- 
wierzając, tę o śmierć przyprawia i sam w .przepaść piekielną 
skacze; uderzają niektóre niezwykłe myśli, o wszechnienawiści pa- 
nującej w świecie (»wątkiem istnienia jest nienawiść wieczna« — 
cicha walka, »co się w każdej chwili na każdym miejscu ziemi 
z równą mocą nieubłaganej nienawiści toczy «). Gdy w »Lesławie« 
ludowe motywy byrońską się pleśnią pokryły, w innych utworach 
Zmorski ludowy wątek, baśń czy podanie, w całości odtwarzał, 
np. » Wieża siedmiu wodzów«, »Dziwy« i t. d.; po latach tłumaczył, 
wierniej, niż Zaleski, pieśni ludowe serbskie, epiczne, »Lazaricę«, 
o »królewiczu Marku« i inne. 

Obok tej epiki, na poły ludowej, wylewał Zmorski skargi 
namiętne w lirykach, silnych, pełnych dysonansów, jakby się umyślnie 
w nich lubował; ognistym i burzliwym był nie tylko w wierszu, 
ale i w życiu tułaczym. 

Łagodnością i rezygnacyą chrześcijańską, niby drugi Żygliń- 
ski, odbijał od tych namiętnych postaci Karol Baliński, twardym 
życiem samych cierpień i zawodów uczony. Nie tracił nigdy pod 
nogami gruntu chrześcijańskiego; tylko »droga najświętsza Gol- 
goty i krzyźa« zbliża do nieba; z »Męczeństwa Zbawiciela«, ustępy 
drukowano; do koła warszawskiego zbliżała go nieukojona tęsknota 



— 252 — 

za ideałem, wysokie cele, jakie wieszczowi wytykał (»musi, jak 
ogień, sam siebie strawić, rozkosze ziemskie w jeden stos zwalić 
i własną ręką ten stos podpalić«), szczególniej w wierszu -ale- 
goryi »Farys wieszcz« (1844): duch tęsknotą nieba trawiony, ze- 
słany tutaj na ciągłe boje, na ciągłych pragnień żar niezgaszony; 
farysów - gońców ideału zmiótł huragan — głucho na stepach, 
a w stepie życia, ach, smutniej jeszcze — wiatr wszystko wywiał, 
lecz wymodli wieszcz u stwórcy, że jeszcze z ziemi »okrzyk szczę- 
ścia buchnie w niebiosy«. 

Z koła warszawskiego wytrwał przy poezyi ludowej najści- 
ślej Teofil Lenartowicz, lirnik mazowiecki, w głębszym znaczeniu 
»lirnik« swej ziemi, niż Zaleski lub Syrokomla. Syrokomlę dzieliło 
wszystko od ludu białoruskiego i litewskiego; Zaleski przed teraź- 
niejszością w kraju ułudnym się zasklepił, roztęczonym w wyobraźni 
i tęsknocie; Mazur Lenartowicz z ludem się zżył, proste jego 
uciechy dzielił, rzadkie jego łzy ocierał. Nie odrazu znalazł wła- 
ściwą drogę; tworzył, jak »cyganie« tworzyli, t. j. skarżył się, 
pragnął i dumał, wieszczył (np. w »Wierszu do poezyi«, r. 1844). 
Opuściwszy ojczyste Mazowsze (w Warszawie się urodził, lecz i na 
wsi żył i nieco trybem młodocianym Brodzińskiego przypomina, 
lgnąc, jak on, do chaty wiejskiej), sam ożył i ożywił pieśń swoje 
we wspomnieniach wioski i ludu i wiernym im został, powtarzając, 
jak Zaleski, siebie samego, nadto mało urozmaicając i wątki 
i formę. Same wyroki losu dla sieroty nie przeznaczyły nic, jeno 
ubogą skrzy pkę tułacką, a na niej będzie pod niebem brzmiała 
wiernego ludu cicha pochwała... Za młodu z chłopakami nocną 
dobą ponad Narwią konie pasał, pobratał się uściskiem ze spra- 
cowaną Kurpia dłonią. Stąd przynosił »pieśni stare, ale takie 
rzeźkie, jare, że, słuchając, jak we wiośnie, dusza, gdyby ziele, 
rośnie i świat jej się w oczach złoci, aż się cała rozochoci«. Pie- 
śni tworzył sam, nie powtarzał, co lud śpiewa, wdumał się w ton 
ludowy i nań własne pieśni stroił, o Mazurze za wołami; o wio- 
chnie, co na książce czytać umie i »baranka«, jak żywego ulepi; 
o dziewczynie, jak malinie, co ma ręce do roboty, serce do ko- 
chania; o orylu »nad Wisłą«; o starym Józefie, gdy w niedzielę 
skrzypkę stroi; o Jagodzie, z której ust piosenka to żałosna, to 
wesoła nigdy nie schodzi; o Baśce, co jej krowę zajęli; coś tam 
o Kurpiach; jak to na Mazowszu i t. d. 



— 253 — 

W duchu ludowym tworzył i większe rzeczy. Właśnie owa 
»Jagoda«, to cała sielanka o sierocie Jagusi i Janie parobku, jak 
się pokochali i pobrali, jak przykładnie żyją, aż się coraz z piersi 
Cierpiały okrzyk wyrywa: ach, jaki ja chłop, mój Boże! ciężka 
próba jeszcze bardziej nauczy go cenić skarb swój, »źonę, swego 
człeka«. W dalszym ciągu odzwierciedla poeta nawet zaświat, jak 
się w głowie wieśniaczej przedstawia; jego »Zachwycona«, to niby 
wędrówki duszy chłopskiej, niby »Hannele« Hauptmanna; chora 
wieśniaczka opowiada wizye zagrobowe dziecku, jako to w raju 
same jabłonie i wielkie grusze, a na nich dobre duszyczki — owoce 
złote; Pan Jezus owieczki na łące pasie; Najświętsza Panna wy- 
rabia płótno ze srebrnej przędzy, wiatr je jesienią po polach roz- 
nosi; widać z nieba wszystko, co się hen na świecie dzieje; smu- 
tno w czyśćcu, a w piekle i łoże Madejowe i Judasz z trzosem. 
»Błogosławiona«, to dopełnienie »Zachwyconej«, mniej udałe, cho 
ciąż i tu akcesoryów ludowych nie brak, jest przecież i list z nieba 
zesłany i świętych widzimy, jak z obrazków zdjętych. W tym sa- 
mym tonie naiwnej prostoty opisał i Racławice, wkładając opo- 
wiadanie w usta chłopka - uczestnika, z siłą i animuszem, na jaki 
go rzadko stać było. Póki się tego tonu ludowego trzymał, two- 
rzył szczęśliwie, np. w »Szopce« (r. 1849), gdzie występują w pierw- 
szej części zwykłe figury jasełkowe, w drugiej figury z dziejów 
polskich, najlepiej spopularyzowane. 

I nie mógł poeta oderwać oka myśli od swego Mazowsza, 
gdzie »po szerokim polu modra Wisła płynie, pochylone chaty 
drzemią na dolinie* i nie mógł się go dosyć wychwalić: 

śliczna to ziemia to nasze Mazowsze, 

1 czystsza tam woda i powietrze zdrowsze... 
Gdzie mi tak na świecie kto zagra od ucha ? 
Gdzie mi się roześmieje tak raźno dziewucha ?... 
Skąd wam modrej Wisły i białego piasku ? 
Serce, moje serce do tych lasów goni: 

Do Wisły, do Wisły, oj tęskno mi do niej! 

I gdy mu struna »poojczystym brzękła źalem«, płynęły od 
niej wiersze, proste i świeże, »jak ta ziemia zrana we łzach rosy 
wykąpana«; jeśli w jego wierszach »czego niema, tego niema — 
ta swej ziemi pełno«; nie sobie żądał ani śpiewał, przygrywał na 



— 254 — 

zbudzenie miłości dobra i prawdy, cieszył się, źe już coś świeci, 
»juź rozjaśnia się w sercu słowo, nim je człowiek pojmie głową«. 
I w tym skromnym, pobożnym tonie wyśpiewywał szary skowro- 
nek z pod kamienia legendy o świętych robotnikach, o Najświęt- 
szej Pannie Maryi Studziennickiej i widzeniu starego mularza, 
o świętej Zofii i męczeństwie jej trzech córek. 

»Myśl moja cicha, jak moja chata, nad dym ojczystej wioski 
nie wzlata, oko nie sięga dalej i szerzej, jak do tych lasów, jak 
do tych krzyży, jak do tej wody, co płynie srebrna, czyż większa 
mądrość człeku potrzebna?* Mądrości tej starczyło też na kreślę 
nie małych obrazków rzewnych i wdzięcznych, o wierszu nadzwy 
czaj melodyjnym, nieraz skocznym, zawsze śpiewnym (Mazur ci ja 
Mazur, z pod Warszawy rodzic i in.; melodye dorabiał Komorowski 
i przyczyniał się tym do popularności Lenartowicza). Lecz ludo- 
wość Lenartowicza jest jednostronna nieco, wyidealizowana i zma- 
nierowana; jego Mazur a kozak Zaleskiego to niby bracia; wzrok 
toczy po powierzchni, widzi dobrze, ale wszystko różowo, sielan- 
kowo na tym najlepszym ze światów. Ujmujący za serce optymizm 
poety, jego radość życia udziela się każdemu; wyznaje szczerze: 
»co ja będę na złe wróżył, powróżę na lepsze, i znów chata się 
wystawi, opatrzy, podeprze«; z jego piosnki »w szczęśliwej go- 
dzinie może myśl dobra w dobre serce spłynie*; dysonanse rzadkie. 
Z własnych smutków się nie spowiadał, a byłyż dotkliwe i coraz 
dotkliwsze; i on, jak sierota, »całe życie goni słonko, dogonić 
nie moźe«. Wkońcu jednak powtarzają się zbyt te radosne i smę- 
tne tony i obrazki, a jeśli pierwsze większe zbiorki, »Lirenka« 
(1855) i »Nowa Lirenka« (1859) podobały się nadzwyczaj, to dodać 
do nich poeta nie umiał niczego. 

A silił się na rzeczy coraz większe, na co owej mądrości 
prostej nie starczyło. Człowiek z wiarą tak naiwną, że dziwił się, 
iż głowa chrześcijaństwa tyle pogaństwa (pomników rzymskich) 
około siebie cierpi, zabierał się do ilustracyi wielkich dziejowych 
pomysłów lub postaci; zaraz też »Gladyatorami« obruszył na siebie 
Klaczkę, chociaż krytyka była napaścią raczej, gniewała się o re- 
zygnacyę, ton żałosny, na jaki się poeta wyłącznie umiał zdobyć; 
i fantazya o Napoleonie silniej do fantazyi nie przemówiła. Poeta, 
tułający się wszędzie, osiadł wkońcu na stałe we Florencyi, gdzie 
się i rzeźbiarstwu i popularyzowaniu literatury polskiej między 



— 255 - 

Włochami oddawał; wy stępy wał odtąd tylko w dłuższych przer- 
wach z wierszami. Wątków nastręczały i wrażenia włoskie (» Album 
włoskie«, 1870, z refleksyą nie głęboką, z trafnymi za to rysami 
tego, co widział), i rapsody dziejowe (»Ze starych zbroic«, niby 
śpiewy Niemcewiczowskie, o Bolesławach, o Piotrze Duńczyku 
i t. d.; w » Rytmach narodowy ch«, 1861 r., ustępy z epopei o So 
bieskim, » Ostatni Rycerz«, i inne) i motywy ludowe (»Echa nad- 
wiślańskie*, odnowione, rozszerzone dawniejsze) i żale osobiste 
(»Cienie — na przepadłe imię«, 1883) z powodu zobojętnienia pu 
bliczności wobec »dziadory niebogiego, którego kiedyś nazywano 
poetą«: ja snuję, snuję, biedny pająk z siebie, a pajęczynę moją 
wiatr roznosi, i, kiedy innym złoty łan się kłosi, mnie, jak zmar- 
łego, wasza ręka grzebie, słuchać nie raczą, a grzebią mnie żyw- 
cem... Pisywał rzeczy coraz obszerniejsze, wydane po śmierci do- 
piero np. »Sędziowie ateńscy«, (o Sokratesie, dyalog dramatyczny), 
albo wcale dotąd nie wydane. 

Już Lenartowicz nie miał tego epicznego zacięcia, znamien- 
nego dla Pola, Syrokomli, Romanowskiego; w mieszanym, liryczno- 
epicznym wierszu najwyżej się wznosił — ptak małego lotu. Wy- 
łącznie lirykiem, napróźno się o epiczne rzeczy kuszącym, wcześnie 
też zamilkającym, był ostatni znaczny z grupy tych poetów-rówie- 
śników, co i poezyę i wszystkich towarzyszów przeżył, Kornel 
Ujejski. 

W otoczeniu lwowskim, spiskującym, »węglarskim« mimo 
wszelkich rewizyi i represaliów, przejął się poeta patryotycznymi 
ideami; płomienna poezya emigracyjna, »Dziady« i » Kordy an« 
i »Irydyon«, kształciły mu myśl i styl; najbardziej oddziaływał 
Słowacki, i nie zrażał się młody poeta »przeczeniami« jego, jak 
Pol. Popędu do twórczości dostarczyła najpierw miłość, naturalnie 
wzgardzona, rozgoryczenie stąd płynące, wzdychanie za ideałem, 
ale od liryki osobistej oddzielił się Ujejski rychło. Imię dwudzie- 
stodwuletniego poety rozsławił w szczupłym gronie lwowskim, 
»Maraton« (roku 1845), nie dla rozmarzenia w piękności świata 
greckiego: 

wy chcecie pieśni, ni kwiatu do wieńca, 
coby wśród uczty mogła was pochwalić, 
a jabym pragnął wam w ogniu rumieńca 
rozmiękłe dusze, jak zbroją, ostalić, 



— 256 — 

dawnych olbrzymów przed wami postawię 
i z nimi wskrzeszę cały świat zamarły, 
może choć wtenczas przy waszej niesławie 
z wstydem przyznacie, że jesteście karły... 

przemowa Milcyadesa do Ateńczyków, nie walka, zbyta ogólni- 
kowo, zogniskowała w sobie cały poemat. Od świata greckiego, 
od tłumaczeń tragików, odciągała chrześcijanina biblia; ustępy jej 
parafrazował (»Pieśni Salomona*); jej prorocy przejmowali go naj- 
głębszym wzruszeniem, tym bardziej, skoro wedle katechizmu ro- 
mantycznego polskiego wieszcz a prorok, to jedno. Już w roku 
1844 nakreślił swój program poetyczny, »Gęśl Jeremiasza*: kru- 
szył dawniejszą, bo dla siebie już śpiewać nie może, a sięgał po 
nową; zapierał się siebie, a wślad za Konradem wołał: cały mój 
naród jest moją rodziną, łzy z jego oczu, krew z jego ran czer- 
pię, cierpiąc ból jego, chcę śpiewać. Ani przeczuwał, jak rychło 
słowa te ziścić się miały. 

Rzeź galicyjska roku 1846 odbiła się w czternastu »Skargach 
Jeremiego«, napisanych tegoż samego roku. Gdy rozpacz goręt- 
szych, pognębienie wszystkich ogarnęły, wzbił się nagle nad zdręt 
wiałe tłumy młody silny głos, mądry wiarą i miłością, kojący, 
jak balsam, pokrzepiający. Nawiązując czy do modlitwy Pańskiej, 
czy do suplikacyi kościelnych, czy składając akt wiary, rozwiązały 
te psalmy usta narodu, obleciały wszystkie dzielnice, strzeliły 
w górę modlitwą tysiąców. Nabrzmiałe uczuciem grozy i żalu nie 
klęły ludu -Kaina, były dlań wyrozumiałe (»lud nasz dotąd się 
jeszcze nie nazwał narodem; jak liść jesienny, zgromadzony w le- 
sie, tam on ulata, gdzie go wiatr poniesie«); nie rozpaczały mimo 
słów wstępu (o zniszcz nas lub podnieś), wierzyły głęboko, 

żeś nas nad wszystkich upodobał sobie, 
żeś nas zapalił, jak pochodnię nocną, 
by całą ludzkość prowadzić ku Tobie... 
że, chociaż czasem słabymi zachwiejesz, 
jednak nas wszystkich chronisz przed upadkiem... 

mesyanista wierzył w postęp ludzkości, że »miłość i wolność opa- 
szą tę ziemię, jak wiecznie zielone powoje«. Po wierszach emi- 
gracyjnych nikt nie znalazł wyrazów tak wzniosłych, skargi tak 



- 257 — 

głębokiej, nie bluźnierczej jednak, ufności tak wielkiej, nie prze- 
sadnej, korności nie udanej. I wzbił się poeta odrazu po nad ró- 
wieśników i stanął obok mistrzów; w wierszu religijno-patryoty- 
cznym nikt go nie przewyższył. Luźne na pozór ustępy składały 
całość artystyczną, niby »Treny« Kochanowskiego. 

Na wyżynach tych jednak nie utrzymał się. Nie panował 
nad zbyt rozległymi tonami; tworzył bardzo nierównomiernie; 
z owymi wierszami, wrącymi jak lawa, mieszały się mdłe i pro- 
zaiczne w »Zwiędłych liściach« i »Kwiatach bez woni«; tymczasem 
oczekiwano po nim rzeczy coraz większych; gdy mistrzowie pou- 
mierali czy zamilkli, on zdawało się jedyny berło ich dzierżał. 
Nie ze wszystkim zawiódł Ujejski oczekiwania; w »Melodyach 
biblijny ch« (1852 r.), pisanych w ciągu lat kilku, odzywała się gęśl 
Jeremiasza polskiego, bo nie brak w nich ciągłych aluzyi do rze- 
czy polskich, od Jubala począwszy, którego pieśniami gardzą, 
lecz będą go kiedyś prosić o jedne. I siebie wystawił poeta: sławą 
i pieśnią nie wzięci wysoko, ale ma duszę czystą i nie świecką, 
serce do uczuć, do łez skłonne oko... on twoich żalów wiernym 
będzie echem, bo w jego kraju nie mieszka wesele, w narodzie 
jego każdy śmiech jest grzechem... 

Następca Byrona i jego »melodyi hebrajskich« w literaturze 
świata, u nas skromnego Witwickiego i jego »poezyi biblijnych*, 
różnił się od obu; nie przewierszowywał tak czy owak ustępów 
biblijnych, własne natchnienia wylewał w formach zapożyczonych, 
więc największe wywoływał wrażenie, gdzie to natchnienie najsil- 
niej bije, gdzie losy Judei splatają się niby z losami własnego 
narodu, gdzie te pod tamte podkłada. Jedne z tych »Melodyi« są 
to więc artystycznie obrobione sielanki starego testamentu; drugie, 
wyższe znaczeniem, są silne wyrazy religijno - patryotycznego 
nastroju. 

Nosił się poeta z dramatem biblijnym, ale »Samsona« swego 
tylko ekspozycyę, akt pierwszy, napisał: ciekawy i piękny, przy- 
gotowujący wystąpienie bohatera po słowach i zwierzeniach rodzi- 
ców jego i służebnicy, a podejściu zdrajcy. Na nic większego już 
się nie zdobył; prób epicznych, z autobiografii (»Podróż przerwana«, 
niby legionisty, do gniazda Ujejskich w Świerczkowie, » Ustępu 
z powieści sybiryjskiej«, »Po latach osiemnastu« i t. d.) również 

DZIEJE LITERATURY POLSKIEJ T. II. 17 



- 258 - 

nie zaokrąglił poeta - liryk; najlepsze i w tych epikach są ustępy 
całkiem liryczne. 

Większe bez porównania odnosił tryumfy, gdy się znowu 
stawał tłumaczem obcych natchnień, gdy, jak niegdyś muzykę 
chorału Nikorowicza we własny chorał przelewał, teraz melodyom 
Szopena własne słowa podkładał; z »Tłumaczeń« tych (późniejsze, 
Bethovena, znowu słabsze) »Marsz pogrzebowy « najbardziej porywa, 
jako wybuch rozpaczy po śmierci istoty ukochanej. Prócz »Tłu 
maczeń« tylko jeden i drugi wiersz, czy dla idei demokratycznej, 
czy dla poruszającego do głębi tematu roznosił szeroko sławę 
autora, np. ów »Chato polskiego chłopa, zasypana śniegiem, podo 
bnaś do mogiły... w niebie i w myśli jego (gospodarza) noc, a noc 
bez końca, a spłonie świt — w świat, w jasność, w przyszłość 
lepszą wygrzebuje chatę«, albo jego bardziej znane »Za służbą«, 
z wyrazami głębokiego żalu (»o ty ziemio polska, ty zawodna... 
o ty ziemio, ty macocho gminu... a dla większej części dzieci 
swego rodu o nie owoców już ani miodu, ale nie masz nawet 
chleba...); »Pogrzeb Kościuszki «, niby z miarowym odgłosem dzwo- 
nów pogrzebowych, i inne, między nimi i treści osobistej. 

Talent słabł widocznie; poeta umierał za młodu, »z świeżą 
jeszcze pamięcią u mego narodu, co przy ogniu mych pieśni chę- 
tnie się rozgrzewał«, umierał, jako autor »Skarg Jeremiego« — 
gdy ich wtóra część po wypadkach roku 1863 dopisywał, już po- 
słuchu nie znalazł; wytrwał wprawdzie przy swych hasłach, ale 
i siła poetycka już nie dopisywała, i coraz bardziej czuł się poeta 
odosobnionym; świat, wedle słów jego własnych, szybko zmienił 
barwy, przebrał się, pobiegł naprzód, »a ja stoję, jak po wielkiej 
powodzi, gdy opadną fale, zapomniany, samotny zostałem na skale«. 
Odtąd wylewał siłę słowa i żaru nie w wierszach, lecz w rzadkich 
zresztą przemówieniach, czy nad grobem Grottgera, czy w odpo- 
wiedzi na uroczystość Husową, bratając się gorąco z Czechami, 
wnosząc »kielich« szczęścia »dla wszystkich*, czy w rocznicę zgonu 
Goszczyńskiego, czy w wierszu, »Mój Orzeł«, zwalczając grzechy 
narodowe, pychę, prywatę, lenistwo, obczyznę. Roli wybitnej gor- 
liwy obywatel już nie odegrał; nie liczył się ze zmienionymi oko- 
licznościami; nieprzejednany, republikanin, wróg Stańczyków nie 
wchodził w żadne kompromisy, nie paktował z nikim. Lwów uczcił 
pamięć jego, jak i Fredry, pomnikiem. 



259 



Liryków, jak Ujejski, ale słabszych talentem, rychło zapo 
mnianych, liczył ten okres wielu; dla zapełnienia tła należy się 
słowo wzmianki, z dawniejszych, Tadeuszowi Ładzie Zabłockiemu, 
co niegdyś, w stylu na poły klasycznym, niby Wężyk, okolice 
Witebska opisywał, później z za Kaukazu, jak Janiszewski i inni, 
łagodny smutek, rezygnacyę cichą wyrażał. Po tym białoruskim 
poecie, przejętym czcią dla wieszcza litewskiego, można Ukraińca, 
Henryka Jabłońskiego, wymienić, co, rzuciwszy Dniepr i Boh, po 
różnych tułaczkach, jako konsul francuski, w Zanzibarze umarł: 
przy poezyi nie wytrwał, chociaż o znaczeniu sztuki górne roił 
marzenia, szczególniej w swoim »Gwidonie« (1855), muzyku, rzuca- 
jącym dla sztuki rodzinę i kraj, bo »przez nią chce serca napełniać 
jasnością, ją chce uczynić anielskim wołaniem, poznają miłość — 
pójdą za miłością, poznają niebo — i zatęsknią za nim: Ja za- 
znajomię ich z nieśmiertelnością i ziemię niebu w ucisk oddam 
graniem«; gdy próżne jego starania, zniechęcony rzuca świat, lecz 
zato ponosi karę, gdyż sprzeniewierzył się posłannictwu sztuki 
i z dzikiej skały Bohu odgłosem smętnych dum ludowych poru 
szać będzie serca, aż się urodzi mistrz, co go wyzwoli, co »z serca 
wygrzmi pieśń swobodną, godną ziemi i nieba«. I Lwowianina, 
Adama Pajgierta, druha Ujejskiego i Romanowskiego, nie przepo 
mnimy, co lirykami swymi i tłumaczeniami niefortunną pamięć 
ojca - wierszoklety zagładził. 



17* 



ROZDZIAŁ SZESNASTY. 
DRAMAT I POWIEŚĆ (1831—1863). 



Dramatycy: Fredro, Magnuszewski , Romanowski. Powieściopisarce : Korzeniowski 
i Kraszewski, Rzewuski i Chodźko, Kaczkowski i inni. Autorki: Gabryella i Deotyma. 

Tłumacze. Wyniki ogólne. 

Gdy epika i liryka wyrobu krajowego z emigracyjną równać 
się nie mogła, niby okruchami z jej stołu żyła, stawała ta litera- 
tura domorosła niezawiśle, o własnych siłach, w dramacie i powie- 
ści. Już samo istnienie trzech stałych scen, warszawskiej, lwowskiej 
i krakowskiej (rozwijającej się dzielnie za Meciszewskiego), musiało 
na to wpływać; kusiło się też wielu, dla samego choćby naśladow- 
nictwa, o dramat, szczególniej narodowy, t. j. historyczny, lecz 
powołanych było aż nadto mało. 

Najbardziej powołany, Aleksander Fredro, zamilkł zupełnie, 
po kilkunastu latach dopiero, gdy wszelkie rachuby czynności innej 
ponownie zawiodły, gdy po r. 1848 mroźna reakcya ziemię ścięła, 
wrócił do muz młodości; nie zmienił się ani postąpił, o wymaga- 
nia nowej sceny nie dbał; pisał więc po dawnemu, to znaczy, 
o wątek nie starał się wiele, starczyła mu anegdota, pierwszy lep- 
szy pomysł, omyłka; po dawnemu nalepiał na typy, bo do indy 
widuów się nie zniżał, etykiety Jenjalkiewiczów i t. p.; zachował 
dawny humor, bawił się sam w najlepsze, chociaż o nauce, morale 
nie zapominał; zamiast wierszów jednak, ustępując czasowi, prozą 
się częściej posługiwał. Dowcipu wdzięcznego starczyło na stwo- 
rzenie bluetek, jednoaktówek znakomitych (»Świeczka zgasła«, »Kon- 
cert«, »Dwie blizny«); większych pomysłów nie obrabiał jednak 



— 261 — 

należycie; np. w »Godzien litości« wystawił Alwina, poświęcającego 
się na słowo, nie zrozumianego niby, ofiarę losu i ludzi — w isto- 
cie wyzyskującego bezczelnie wszystko i wszystkich, ale typ ten 
opisał, nie przedstawił w działaniu. Lepiej powiodło mu się w ko- 
medyi »Wielki człowiek do małych interesów«: jak Alwin zawsze 
ofiara, tak Jenjalkiewicz zawsze administrator, organizator i staty- 
sta, samodzielny, wszystkim kieruje i niechybnieby siebie i pupi- 
lów na nędzarzów wykierował, — taki w istocie niedołęga, i każdy 
go w pole wyprowadzi; wiele mówi, nic nie czyni ani umie: typ, 
szczególniej między naszymi mężami stanu niestety nie rzadki. 
Nie waha się przy tym autor zapożyczać najdrastyczniejszych i naj- 
bardziej zużytych środeczków jeszcze od »Natrętów« Bielawskiego 
czyli od Les Fdcheux; jeszcze mniej, niż dawniej, skupia siły, 
obmyśla efekty — tworzy przecież nie dla publiczności, nie dla 
sceny, lecz dla zabicia czasu, dla własnej szufladki, pozwalając do- 
piero po najdłuższym życiu na ogłoszenie czy wystawienie spadku, 
krzywdząc siebie, scenę i literaturę. 

Najzabawniejszy, gdzie bez żadnej pretensyi występuje, np. 
w sztuce kolejowej »Z Przemyśla do Przerowa«, gdzie stadło mał- 
żeńskie, rozwiedzione i znowu się łączące, otaczają dobroduszny 
Gamciewicz, coraz wszystko gubiący; Czech Kropaczek, madame 
Stock z podejrzaną bardzo francusczyzną i inne typy komiczne. 
Nie zawahał się nawet przed komedyą zwierząt: »Brytan Bryś« 
wystawiał w typach zwierzęcych ludzkie ułomności. Do satyry cią- 
gnęło coraz bardziej to, co naokoło siebie postrzegał; nawet świeża 
autonomia galicyjska nie wymykała się przed uszczypliwymi do- 
cinkami, dostawało się nie tylko demokratom, ale i braci szlachcie; 
nie brakło nawet wierszów lirycznych — ale wszystko na trzy spu- 
sty zamykał. Pisał i pamiętniki, umyślnie bez ładu, »Trzy po trzy«, 
jakby za przypadkowym kojarzeniem się myśli powstawały, a miał 
co opowiadać — nie każdy pamiętnikarz zaczynał przecież od 
ordynansu przy Napoleonie. 

Repertuar teatralny stał »starym« Fredrą. Obok niego, mimo 
wszelkich zatargów i nieporozumień z dyrekcyą warszawską, ucie- 
kając przed nią do lwowskiej, stanął Józef Korzeniowski, Krze- 
mieńczanin. Po długich wysiłkach dopiero udało się mu pierwszo 
rzędne osiągnąć stanowisko: i w życiu i w sztuce zdobywał 
wszystko przebojem, pracą, usilnością — szczęście mu się samo 



— 262 — 

nigdy nie uśmiechnęło. Pióra próbował przez niemal pół wieku: 
drukował pierwsze swe rzeczy, gdy Mickiewicz jeszcze w powija- 
kach Trembeckiego stąpał, i był naturalnie również klasykiem; ale 
studya niemieckie obznajomiły go z Szylerem również wcześnie, 
jak z Wolterem, i w pseudoklasycyzmie zagrząść mu nie dawały. 
Zaczynał, jak młodzież ówczesna, odami i listami poetyckimi, ale 
przerzucił się rychło na pole, gdzie konkurentów było nierównie 
mniej, do dramatu. I, jako dramaty k, popełnił jeszcze (raczej tylko, 
jako tour de force, wskutek zakładu?) »Pelopidów«, tragedyę de- 
klamacyjną w guście francuskim; ale napuszoność tę porzucił sam 
już dawniej, w dramaciku >>Klara«, w dramatach »Aniela« i »Dymitr 
i Marya« (wątek z dziejów nie samozwańca, lecz »Maryi« Malczew- 
skiego); już tu widoczne zajęcie się Szekspirem, wzorowanie się 
na jego efektach i dykcyi (rażące szczególnie w późniejszej nieco 
»Pięknej Kobiecie«, napisanej prozą, z romansów angielskich); 
zresztą próby te ani żywszą dykcyą czy akcyą ani wybitną cha- 
rakterystyką nie odznaczały się; wszystko toczy się równo, spo- 
kojnie, umiarkowanie. Taką samą była i podniosłość w misteryum 
o »Mnichu«, pokutującym Bolesławie Śmiałym, któremu duch ofiary 
przebaczenie przynosi — pierwszy z nieskończonego dotąd szeregu 
dramatów o Śmiałym. 

Profesor kijowski czy dyrektor gimnazyum charkowskiego, 
a potym warszawskiego, nie ustawał w pisywaniu dramatów i ko- 
medyi, ze sfer obcych i swojskich, historycznych i spółczesnych. 
Z długiego szeregu dramatów wyróżnia się »Andrzej Batory«, 
z dziejów siedmiogrodzkich: bohater rwie się do niepodległości, 
lecz w nierównej walce z przewagą austryacką i niesfornością pa- 
nów ulegnie ten, co z siły ma tylko pozory — rzecz bardzo roz- 
sądnie i starannie obmyślana i wykonana, lecz chłodna i sztywna. 
O wiele wyżej stanął dramat, jakim Korzeniowski niezbędny wów- 
czas dług ludowości spłacił, »Karpaccy Górale«, arcydzieło jego 
(z r. 1843), do dziś wysoko cenione w inwentarzu nie tylko sceny 
polskiej, ale jeszcze bardziej małoruskiej. Hucułów i Żabie, gdzie 
się (najprawdziwsza) tragedya Antosia Rewizorczuka rozegrała, znał 
autor z wycieczek wakacyjnych; zaciekawił go lud rosły, odważny, 
tęskniący za górami, do znoszenia wszelkiej krzywdy i płaszczenia 
się — jak lud na nizinach — wcale nie skłonny; najumiarkowańszy 
z ludzi stanął po stronie uciśnionych, choć się do zbrodni porwali; 



— 263 — 

figury rządowe (mandataryusza i strzelca, Prokopa) przedstawił 
w świetle najgorszym, jako obłudników, pogardy godnych; wyidea- 
lizował Antosia i Maksyma; lud, mowę (również wyidealizowaną — 
o fonograficzną wierność nikt się wtedy, i słusznie, nie troszczył), 
zwyczaje, zabawy, pieśni, temperament wiernie odmalował; szla- 
chetna tendencya, akcya żywa, prawdziwa, zajmująca, charaktery 
utrzymane dobrze — wszystko złożyło się na całość, jakiej Ko- 
rzeniowski już nie przewyższył. 

Na ten sam czas przypadają jego najlepsze komedye »Ży- 
dzi« (1843) i »Panna Męźatka« (1844). W podróżach po prowincyi 
poznał Korzeniowski szlachtę i większą i drobniejszą — powieści 
miały rychło tę znajomość uwydatnić; ze stosunków jej zaczerpnął 
»Żydów«, tak przezywając panów i panków, frymarczących czcią 
i wiarą; Żyd prawdziwy, Aron Lewe, ma więcej od nich serca, 
uczciwości, sumienia, jak w owej pysznej scenie ze Staroświeckim, 
kiedy mu w imię dawnej przyjaźni i wspomnień o niej coraz po 
procencie opuszczał (znakomite pendant do tej sceny aż w staro- 
zakonnym Reutera ze słynnego romansu odnaleść można); hrabia, 
łotr wierutny, jego żona, chorująca na francuzomanię, chociaż jej 
francusczyzna strasznie nieprawidłowa, jego siostra, stara ko- 
kietka — scharakteryzowane znakomicie; intryga sama nieco ba- 
nalna; obok uwag bardzo trafnych są i morały czy aforyzmy wąt- 
pliwej wartości. 

Wyżej, jako całość, stoi »Panna Mężatka«, — Cecylia, uda- 
jąca mężatkę, aby w Fabiuszu Kunktatorze, szczerym, ale nieśmia- 
łym, wiecznie niezdecydowanym wielbicielu jej powabów i umysłu 
żal obudzić i z rezerwy go wyprowadzić, co się znakomicie udaje, 
chociaż dla salwowania przewagi męskiej i Adolf podobną intrygą 
jej odpłaca. To już nie komedya molierowska czy fredrowska, ty- 
pów, lecz charakterów; osoby jej nie uosabiają jakiejś wady, na- 
łogu, to nie ich wykładniki, skupiające wszelkie rysy podobnych 
indywiduów, lecz indywidua same; ludzie, nie skąpcy, obłudnicy, 
tchórze czy fircyki — a do tej zalety przystępywały znakomicie 
zbudowana akcya, dyalog żywy, humor prawdziwy; więc nie dziw, 
że nazwano ją »jedyną i pierwszą na scenie polskiej dotąd przed- 
stawioną komedyą«. 

Przy teatrze jednak Korzeniowski nie wytrwał; i dyrekcya 
i krytyka, nie łaskawe na autora z dalekiej prowincyi, i coraz ja- 



— 264 — 

śniejsze przekonanie, że belletrystyka przyszłości w powieści uto- 
nie, sprowadzały autora do powieści i romansów, szczególniej 
w ostatnim dziesięcioleciu jego pracy literackiej. Sukcesów trwa- 
łych owych trzech sztuk już nie odnosił, ale powodzenie chwilowe 
nieraz jeszcze świetnie dopisywało, czy to sceny z życia rzemieśl- 
niczego odtwarzał, czy na farsę i wodewile się zdobywał (chociaż 
lekkiego dowcipu nie posiadał wcale), czy wreszcie, postępując za 
nałogiem czasu, w roku 1852, jednostronnej idealizacyi karmazy- 
nowej przeszłości (»Wąsy i peruka«, gdzie tylko kilka scen, np. 
z Corticellim, dobrych) się dopuścił; poruszał on i hasła postępowe, 
nowoczesne, ale z o wiele większym sukcesem czynił to w ro- 
mansach. 

W dramacie społecznym próbowali sił i inni; nikt jednak nie 
dorównał Korzeniowskiemu, ani Syrokomla w tendencyjnych "Po- 
litykach wiejskich«; ani hrabia Kossakowski; ani Karol Drzewiecki, 
Krzemieńczanin, w dramatach i komedyach z życia szlacheckiego 
(» Kontrakty «, wołyńskie, i inne, wcale nie wytworne, raczej naiwne 
nieco ale prawdziwe — wydane jednak dopiero po śmierci autora 
przez Kraszewskiego, co i pamiętniki ojca, szefa, wydał); ani Jan 
Chęciński, mimo gromkich aplauzów, jakie tyrady jego »Szlachectwa 
duszy« w roku 1859 osiągły. Rywalizowało ono niebezpiecznie 
z również wierszowaną komedyą Korzeniowskiego, »Majątek albo 
imię«, gdzie panna Aniela, wahająca się między jednym a drugim, 
wybiera za pociągiem serca, nie bogacza ani arystokratę, lecz 
ubogiego artystę — jedno z lepszych dzieł Korzeniowskiego dla 
kilku sytuacyi i charakterów, jak i dla dowcipnego słowa. 

Chęciński, aktor, piszący i dla sceny i pieśni i gawędy, wy- 
brał temat nieco spokrewniony, chociaż o wiele głębiej sięgał, 
broniąc przeciw uroszczeniom rodu czy pieniędzy zasług osobistych 
z nadzwyczajną wymową; pisał potym wiele, lecz aplauzów galerye 
już nie biły, i zemścił się zato autor na recenzentach w komedyi 
»Krytycy«. 

W teatrze krakowskim miał wielkie powodzenie Władysław 
Ludwik Anczyc ze sztuczkami ludowymi, bezpretensyonalnymi, jak 
»Łobzowianie«, »Flisacy« i inne; i z dwiema tendencyjnymi; dzieli 
je przeciąg niemal lat trzydziestu. Na zniesienie pańsczyzny w Ga- 
licyi napisał »Chłopów-arystokratów« (1849), przedrzeźniając fumy 
pańskie i bezradność wiekową, w nagle uwolnionych i uwłaszczo- 



— 265 - 

nych się objawiającą, obchodzących się bez dworu, jego rady 
i pomocy; śpiewki tej krotochwili stały się bardzo popularne. Już 
nie krotochwilę, lecz dramat osnuł na zjawisku niepokojącym, na 
»Emigracyi chłopskiej« (1876), wykazując jej matactwa i sprężyny; 
i Anczyc jednak głębiej nie sięgał; ludowość jego była powierz- 
chowna. 

Górował więc Korzeniowski w komedyi i dramacie obycza- 
jowym — naśladowano nawet jego rzeczy słabsze, np. »Wąsy 
i perukę« — zato w dramacie historycznym ustępował innym. Dra- 
mat taki kusił coraz bardziej; próbowali go klasycy i przynajmniej 
na »Barbarę« się zdobyli — romantyków w kraju i na nią właści- 
wie nie stało. Mickiewicz sam swe dramaty czy pierwsze ich rzuty 
palił; Odyńcowi czynili to inni, lecz los, co »Felicytę« roku 1849 
spotkał, należał się »Izorze«, z misteryów zamków średniowiecz- 
nych, angielskich, nie polskich, wyjętej. »Felicyta« z czasów prze- 
śladowań chrześcijaństwa uczyła zbyt wyraźnie pokory i rezygna- 
cyi i musiała studentów dorpackich podrażnić; na moralne autodafe 
naraził się Odyniec z innymi Wileńczykami roku 1859. Nie po- 
wiodło się mu wtedy nie tylko proroctwo o blizkim nadejściu kró- 
lestwa Bożego, ale i wielkie poema dramatyczne w sześciu aktach 
z prologiem i obszernymi dopiskami, »Barbara Radziwiłłówna czyli 
początek panowania Zygmunta Augusta«; bohaterkę wyidealizował, 
podsuwając jej, o czym tylko Jadwiga marzyć zdolna była; anar- 
chię religijną i polityczną wyszydził; z chronologią obchodził się 
byle jak; zato wprowadził osób mnóstwo — niby w powieści dya- 
logowanej, i dramatu nie stworzył. 

Jeszcze raz pokusił się o dramat historyczny, napisał w dwu 
częściach » Jerzego Lubomirskiego czyli wojnę domową w Polsce«. 
Potym dopiero, już jako sędziwy starzec, przysłużył się rzeczywi- 
ście literaturze polskiej swymi »Listami z podróźy« i »Wspomnie- 
niami z przeszłości«: satellita Mickiewicza prowadził dziennik po- 
dróży po Niemczech (Wejmar) i Włoszech i z niego, sztukując 
pamięcią, nieraz zawodną, urobił owe listy, gdzie wynurza się jasno 
i znacząco szlachetna postać wieszcza: zbliżył go nam Odyniec 
i jeszcze więcej cenić nauczył. Poza tym i jako tłumacz Anglików 
i Niemców, literaturze się przysłużył. 

Od długiego zawodu literackiego Odyńca odbija krótkie, me- 
teorem wschodzące, Dominika Magnuszewskiego, Warszawianina, 



— 266 — 

wystawiającego przed rokiem 1831 komedyjki w Teatrze Rozmai- 
tości, potym osiadającego w Galicyi i stawianego na czele czerwono- 
ruskich poetów. Liryki jego tchnęły romantycznością konwencyo- 
nalną — w dramatach naśladował Wiktora Hugo, »Hernaniego« 
zaczął sam tłumaczyć. Spuścizna jego nie bogata; najbardziej znano 
go z »Niewiasty polskiej w trzech wiekach« (1843); składają się 
na nią dwie powieści i jeden dramat. W »Krwawym Chrzcie«, pier- 
wotna kobieta polska, zmysłom i chuciom oddana, gwałtowna i na- 
miętna, występuje w znanej bajeczce o niewierności żeńskiej za 
epizodu kijowskiego. Druga część, dramat »Barbara Radziwiłłówna, 
jeszcze Gasztołdowa żona« przedstawia po kobiecie -płci kobietę- 
duszę, pobożną, czułą, lękliwą Barbarę, którą Bona chciała syna 
tylko zająć, aby sama tym swobodniej panowała, ani przypuszcza- 
jąc, że silna namiętność pochłonie króla, ratując się potym tru- 
cizną; poeta lubuje się w kontrastach najjaskrawszych, sadzi się 
na efekty, nie tylko w akcyi, ale i w samym języku. W trzeciej 
powiastce, »Posiedzenie Baciarellego, malarza«, pokazuje autor ko- 
bietę wyemancypowaną, zagarniającą w swe ręce i króla i kraj; 
walkę dwu kobiet, Grabowskiej i Lulli, o wpływy nad Stanisławem 
Augustem wystawił zręcznie a żywo. 

Pisywał i inne dramaty historyczne, »Radziejowskiego«, » Wła- 
dysława Białego«, »Rozbójnika salonowego « — bo i ten chyba 
w XVIII wieku się odgrywa; i tu nie skąpił najdrastyczniejszych 
efektów, tylko psychologia wszystkich głównych postaci, ambitnego 
Augusta, co mści się odkosza w sposób najbrutalniejszy, lokajski, 
Anieli, ofiary niewinnej, Brunona, to wisusa, to wodza stronnictwa 
patryotycznego, chroma naj okropniej. Mniej zwykły pomysł prze- 
prowadził poeta w »Dramacie w naturze« (r. 1844, już w następ- 
nym umarł): w trzech obrazach, z poranku, południa i wieczofu, 
występują rośliny, motyle, ptaki, żywioły i prawią ogólniki i tkli- 
wości, symbole i podania, ale Magnuszewski nie był dosyć poetą, 
aby podobny temat z wdziękiem wydać. 

W dramacie historycznym próbowali sił najrozmaitsi, i Anto- 
niewicz (»Anna z Oświęcima«, na tle znanej legendy o miłości 
kazirodczej) i Drzewiecki (z obrazem szerokim ludzi i czasów, nie 
bez zalet, w »Wiśniowieckim«) i Szajnocha (w »Jerzym Lubomir - 
skim«) i Przeździecki i Łętowski i Syrokomla i wielu innych, Wę- 
żyk, Kraszewski, Szymanowski i t. d.; najpoważniejsze próby wy- 



- 267 — 

szły z pod pióra wytrawnego filologa, zaprawiającego świeżo na 
przekładzie »Elektry« własne pióro. Antoni Małecki, przeniósłszy 
się z Poznańskiego do Galicyi, profesor krakowski, później lwow- 
ski, napisał »List Żelazny «, tragedyę, i »Grochowy wieniec czyli 
Mazury w Krakowskim«, komedyę, niemal równocześnie (1855); 
jedna z czasów Kazimierzowskich, druga z Pamiętników Paska 
i jego niefortunnej żeniaczki wykrojona, komedya historyczna, jak 
»Wąsy i Peruka*, jak sztuki Kraszewskiego i Bełcikowskiego. Od 
znaczały się staranną dykcyą, dobrze obmyślane, lecz nerw ich 
dramatyczny słaby, chociaż konflikt »Listu Żelaznego«, nadzwyczaj 
efektowny, wdzięczny dla deklamacyi patetycznych, niby na Dy- 
mitra Szylerowego zakrawa: Ciechanowiecki, kraj czy, wojewoda 
potym, w przeddzień ślubu dowiaduje się, że nie jest szlachcicem, 
że jest wymienionym synem wieśniaczki, że więc traci prawa 
ludzkie i w nicość się obraca; dla miłości Heleny i ambicyi wła- 
snej nie waha się wydać matki na śmierć; ponurą tragedyę koń- 
czy piorun, jak w » Balladynie «. Od wiersza rozwlekłego odbija 
»Grochowy Wieniec«, w prozie, swobodniejszy; podobał się bardzo 
i na scenie się słusznie utrzymał. 

Od starannego wykończenia tych dramatów, od języka ich, 
archaizującego szczęśliwie, od wiernego ich oddania ducha czasu 
i szczegółów odskakują fatalniej i owe wymienione wyżej dramaty 
pseudohistoryczne i po rękopisach ocalałe próby rozmaitych nie 
zdar, udramatyzowania również historycznych, ale najświeższych 
wypadków, rzucane na papier byle jak, namiętnie pisane, anoni- 
mowe, przypisywane to Słowackiemu (!), to Siemieńskiemu, np. »Dwa 
akty« (Szymon Konarski, poema dramatyczne, obraz I, śmierć 
ks. Trynkowskiego, 1845); inne niedrukowane, na »Widoki i sceny« 
(w Petersburgu, Rzymie i t. d.) podzielone: są podłe rymy, dobre 
chęci, niema sztuki — podobne ciągną się aż do naszych dni (Szy- 
mon Konarski, 1883, i inne). 

I drama fantastyczne nie ugorowało; poezya mesyanistyczna 
emigracyi wywoływała oddźwięk w kraju; najsilniejszy w »Jordanie« 
Antoniego Sowy (Edwarda Żeligowskiego), w Wilnie r. 1846 dwu- 
krotnie wydanym. Na fakturę oddziałały i »Nieboska« i »Kordyan« 
i Byron: i tu są sceny życiowe, ironiczne i sarkastyczne; w »Sa- 
lonie Marszałka Ćwika«, w »Obywatelskim posiedzeniu«, w »Dekla- 
matorze* piorunuje młody, gorący autor na cynizm, gnuśność, 



- 268 - 

najobrzydliwszy materyalizm spółczesnych wyzyskiwaczów cudzej 
pracy, cudzych darmochów ł danin, truchlejących na samą myśl 
uwłaszczenia włościan — bo, gdy chłop, własnością być tylko 
przestanie, cóżby się wtenczas z całą szlachtą stało? Rozpajają 
chłopa, bo inaczej na wódkę nie będzie odbytu; wszyscy ci Nowo- 
fraccy, Nowoherbscy, Zbutwieńscy, pracują wszechstronnie, »bogom 
ambrozyą gotują w browarach, a smołę dyabłom pędzą z swego 
lasu«; wszyscy prawi ludzie, bo są przeciw chłopom, za browa- 
rami, choć niestety »dziś z prawością nieraz kryć się trzeba«. Mię- 
dzy nimi wyróżnia się Prot, poeta; iskierek uczucia w nim owa 
ambrozyą i smoła nie zalały do szczętu; budzi się z tego letargu 
zgniłego do czynu, na kraju i braci usługę, łączy się z pracującą 
w Pieczarach młodzieżą. Właściwy bohater, idealista Jordan, nie 
wprzęga się do roboty spiskowej; wymaga samoudoskonalenia, 
uduchowienia każdego pracownika, jeżeli czyn nie ma pozostać 
marnym gliny zlepkiem; owocować może tylko czyn z ducha. 

Tak przygotowany miał Jordan przystąpić do czynu; czyn 
ten w owych czasach musiał się objawiać w przeobrażaniu opła- 
kanych stosunków wiejskich; drugiej tej części Żeligowski nie 
wydał. 

Poezyę Jordana i Żorskiego rozmienił na prozę powieści 
»Dziś i wczoraj« (1858); potępiał tu bezowocne marzy cielstwo, 
próżne uniesienia przeciw twardej rzeczywistości, mesyanizm sam 
nawet czyli uważanie siebie za naród wybrany, zato wydobywał 
prawo moralnej grawitacyi, poczucie i pokochanie obowiązku, oży- 
wiającego tych, których rani, bóstwa dusz silnych, zbawcy dusz 
słabych, gwiazdy polarnej duszy ludzkiej: ktokolwiek cię wyznaje, 
bogactwo staje się temu zobowiązaniem, ubóstwo nauką, władza 
trudem, wolność wędzidłem — cała późniejsza poezya i prasa po- 
stępowa warszawska wymowniejszego hymnu pracy i obowiązku 
nie wyśpiewały. W myśl tych zasad pracuje bohater powieści nad 
sobą, nie upada w zawodach, materyalnych i miłosnych, i, gdy 
się nakoniec dobił znaczenia i majątku, w ostatnim rozdziale, z bo- 
lesną ironią »Bajkami« zatytułowanym, kreśli autor jego pracę 
około podniesienia ludu, literatury, sił fachowych a praktycznych — 
jego »pracę organiczną«, » niech każdy niesie swoje ziarno i głos, 
czy to jako mrówka lub pszczoła, czy jako gęś Kapitolu — kto 
kocha kraj swój całą myślą i sercem, staje się, jakby jego du- 



— 269 — 

chowy m królem «. Zaznacza przy tym wyraźnie sympatye słowiań- 
skie. Poetą nie był, język ma twardy, nie wolny od obcych nale- 
ciałości, szczególniej w późniejszych dziełach; pomysły nie poe- 
tyckie, nieraz sztuczne, ale wymowny idealista i gorący zwolennik 
ludu zwraca się pierwszy na nowe tory. 

Nierównie większe tryumfy, niż dramat, święciła powieść; 
właściwą zasługę tej epoki stanowią dzieła, jej poświęcone, Kra- 
szewskiego i Korzeniowskiego, Rzewuskiego i Kaczkowskiego. Do- 
piero pod koniec tej epoki, po roku 1860, stanął niezaprzeczenie 
na czele całej literatury, w kraju i za granicą, Józef Ignacy Kra- 
szewski. I on, jak Korzeniowski, długo i usilnie na różnych polach 
się trudził, nim się uznania dobił; w wieloletniej pracy literackiej, 
czuły na prądy i tendencye wieku, do nich się przystosowywał 
i z nimi barwę zmieniał nieraz, co mu ujmy bynajmniej nie przy- 
nosi, skoroż w najlepszej wierze to czynił: dążył zawsze ku po* 
stępowi, że po różnych torach, cóż z tego? Zawodził często ocze- 
kiwania, to młodych postępowców, to zacietrzewiałych wsteczników, 
ultramontanów i liberałów, arystokratów i demagogów, czerwonych 
i białych naprzemian: gdy się zdawało, że partya czy tendencya 
usidliły go na zawsze, on właśnie do nowego, swobodnego wzlotu 
się zrywał. 

Sarkano więc na jego odstępstwa we wszystkich obozach po 
kolei; sam do żadnego się nie poczuwał; płynął przecież zawsze 
z prądem i czasem; cóż to za wina, że gdy jedni na jakim cyplu 
utkwili, jego prąd rychło dalej odnosił? Czas i doświadczenie le- 
czyły z uprzedzeń czy iluzyi, godziły z przeciwieństwami; że zaś 
każda faza myślowa odbijała się u niego natychmiast w dziełach 
i szkicach, można go było z łatwością z własnych dzieł pomawiać 
o wszelkie skrajności: o domatorstwo, o apoteozę pańsczyzny 
i patryarchalności, o krucyatę w imię wiary, o wycieczki przeciw 
zgniłemu Zachodowi; ale również wykroisz z jego dzieł apoteozę 
spisków, przewrotu radykalnego, zerwania z rutyną, wyrzeczenia 
się przesądów kastowych i wyznaniowych. Każde stronnictwo ha- 
słami i dziełami Kraszewskiego wojować może; sam do żadnego 
nie należy wyłącznie. 

Obok tej proteuszowskiej natury, u naszych pisarzów wcale 
nie częstej, chociaż leży w naszej przyrodzonej bierności, podda- 
jącej się łatwo wszelkim wpływom i właśnie dlatego nie pewnej, 



— 270 - 

nie obliczalnej, cechowała Kraszewskiego nadzwyczajna, fenome 
nalna, ruchliwość umysłowa. Umysł oddziaływał na byle jaki impuls; 
zdawał sobie sprawę, obserwował, porównywał, wnioskował, może 
zbyt pośpiesznie, porywczo; narażał się ciągle na omyłki, poprawki, 
bo światła cźy idei, jaką zdobył, czy mniemał, że zdobył, nie cho- 
wał pod korcem, natychmiast stawiał na świeczniku; nadzwyczajna 
łatwość wysłowienia, pióro wcześnie wyrobione, fantazya twórcza 
nadzwyczaj bogata, chociaż wcale nie głęboka, zamiłowanie do 
pracy nieprzeparte, nałóg pisania, olbrzymia masa spostrzeżeń, 
uwag, faktów, co wyładowywać musiał, złożyły się w ciągu niemal 
sześćdziesięcioletniej pracy na sporą bibliotekę, stworzoną piórem 
jednego, rychło schorzałego człowieka; rozmiarami, płodnością tej 
pracy nie dorównał żaden pisarz nie tylko polski, ale i słowiański, 
Kraszewskiemu, tytanowi pracy umysłowej; trzebaby sięgać w da 
lekie kraje i czasy, żeby coś podobnego odnaleźć. 

Wołyniak, urodzony w Warszawie, a w Wilnie studya koń 
czący, czas jakiś koniecznie za Litwina chciał uchodzić, i dziś 
jeszcze można u naiwnych partykularystów litewskich z dzikim 
przesądem się spotkać, jakoby Polacy Litwinom Kraszewskiego 
(i Mickiewicza) zabrali czy zawdzięczali! Szlachcic, debiutował 
w literaturze opowiadaniami z burżuazyi i małomiasteczkowymi; 
nawet gdy w początkach swych do powieści historycznej sięgał, 
tumulty miejskie, wyznaniowe go pociągały. Domowe wpływy za- 
cisznego, staroszlacheckiego, patryarchalnego, głęboko religijnego 
trybu i wychowania zacierało Wilno ludne i gwarne, wolnomyślne, 
egzaltowane; przewrót przyśpieszała lektura; poddawał się mło- 
dzieniec realizmowi Stendhala i Balzaka, gwałtowności Wiktora 
Hugo, fantastyce Hoffmanna, sentymentalizmowi Jean Paula, swy- 
woli Paul de Koka. 

Przymusowy dłuższy pobyt w Wilnie w roku 1831 wtrącił 
mu pióro do ręki, nie mogącej się na razie jąć niczego innego, 
i posypały się obrazy i szkice Donźuaneryi wileńskiej, knajpiar- 
stwa, orgii małomiasteczkowych w »Panu Walerym« (z roku 1830, 
pierwszej ogłoszonej powieści, gdzie w przedmowie i z klasyków 
i z romantyków szydził); w » Wielkim świecie małego miasteczka«, 
w »Panu Karolu « i t. d., w » Kościele Świętomichalskim w Wilnie« 
(kłótnie wyznaniowe roku 1640) i t. d. Już wtedy pociągały go 
silnie historya, archeologia, bibliografia nawet; zajmowały pomniki 



— 271 — 

dawnego piśmiennictwa; ze studyów tych urosły później cztery 
tomy »Historyi Wilna«, dwa tomy » Litwy «, o ludzie i dzie- 
jach jego. 

Nakoniec wyjechał na wieś i przez lat kilkanaście jej nie 
opuszczał; tu się ożenił i gospodarował, chociaż gospodarka nie 
zbyt się wiodła, ani w Gródku, ani w Hubinie; czego pługiem nie 
wy orał, Pegaz dostarczał. Pierwsze wrażenia pobytu wiejskiego, 
otoczenia szlacheckiego, ludzi, żyjących brzuchem tylko, żyłkę sa- 
tyryczną podniecały; obrazki wiejskie były jeszcze jaskrawsze, niż 
owe miejskie; »Cztery wesela«, »Improwizacye dla moich przyja 
ciół« i t. d., wystawiały w całej nagości brak serca i głowy 
u świeckich i duchownych, karykaturowały te sumienia i mózgi. 

Młody pisarz pozował na satyryka, nie tylko w tych powie 
śćiach, ale i w licznych artykułach, umieszczanych w ^Tygodniku 
Petersburskim^ co go z Przecławskim zbliżyły, a wkońcu do 
Pentarchii wciągnęły. Artykuły owe literackie i społeczne odzna 
czały się młodzieńczą ciętością, autor rąbał wszystko niemiłosier- 
nie; w jednym, z roku 1837, »Jak się robią książki nowe ze sta- 
rych książek, rzecz o kradzieży literackiej*, odmawiał literaturze 
oryginalności, posądzał ją w czambuł o plagiat; w drugim, »Asmo- 
deusz«, potępiał postęp i jego mniemane zdobycze ku największemu 
zadowoleniu redaktora. 

Nie tej satyrze i ironii jednak zawdzięczał Kraszewski pierw- 
szy istotny sukces; powieścią »Poeta i świat«, hołdującą romanty 
cznym przekonaniom o wzniosłej roli sztuki i losie wieszcza, twar- 
dym a niewdzięcznym, zawojował serca (1839). Temat ten sam 
miał Kraszewski nieraz jeszcze i głębiej i lepiej przedstawić, lecz 
większego wrażenia już nie wywołał, gdyż właśnie wtedy Gustaw 
jego, w pogoni za ideałem nie znajdujący w świecie — głównie 
naturalnie w miłości — zaspokojenia, był na czasie, rozdźwięk 
między marzeniem a rzeczywistością był aktualny; wyższy od 
swego otoczenia, niezrozumiany, osamotniony, zamknięty w sobie, 
topi zawody i smutek w trunkach; co autor sam odczuł i przebolał, 
wyraził w Gustawie i porwał głębokim liryzmem, wymownym sło- 
wem, głęboką ironią spółczujących. 

Już wtedy, roku 1840, zastanawiał rozmach jego pióra. Obok 
coraz nowych powieści roiło się od jego szkiców (» Wędrówki lite- 
rackie, fantastyczne i historycznej »Studya literackie*), pisanych 



— 272 - 

żywo i barwnie, i coraz częstszych wycieczek na pole historyi, 
dramatu historycznego i powieści historycznej; nawet w wielkiej 
epopei składał świadectwo głębokiego wrażenia, jakie pseudohi- 
storya litewska i mistyczne uszanowanie podań niby narodowych, 
samej treści i jądra narodowości, na nim zrobiły. Jego »Anafielas« 
(bajeczna góra odrodzenia czy zmartwychwstania) składał się 
z trzech poematów, z »Witoloraudy« (»płaczu« po Witolu), »Min- 
dowsa« i »Witoldowych bojów«; i autor i spółcześni przecenili 
strasznie tę mozolnie wysmażoną epikę; znaleźli się nawet gorliwi 
tłumacze, przynajmniej dla »raudy«, na litewskie i niemieckie, cho- 
ciaż dopiero po latach — Kraszewski sam nie ochłódł w przy- 
wiązaniu do tego płodu poronionego i o nim sobie tuszył, jak 
Syrokomla o »Margierze«. Nas i »rauda«, nie mówiąc o tamtych, 
pozostawia tym obojętniej szymi, że sam materyał, z czego ule- 
piono miłostki Mildy i jej syna Witola, prześladowania bóstw, na- 
rodziny Lizdejki, dowolnie od mitołgów za obcymi, greckimi i fiń- 
skimi, wzorami sklecono. 

Pobyt wiejski podziałał; autor umiarkował się sam i na łonie 
życia patryarchalnego ochłódł znacznie w satyrycznym i ironicznym 
zapale, zato zbliżył się do przyrody i ludu. Poddał się cichemu 
urokowi, ciemnych borów sosnowych z ich tęsknym szumem, gład- 
kich i jasnych szyb jeziornych; uderzyło tkliwe serce ku zgnębio- 
nemu ludowi. Nie zanikł odrazu pierwiastek satyryczny, jeszcze 
w » Latarni Czarnoksięskiej* (1843 i 1844) rozwinął olbrzymi obraz 
ludzi i stanów, ze wszystkich dzielnic, chociaż tylko to znakomicie 
skreślił, na co sam patrzył, kontrakty kijowskie, zabawy i polo- 
wania wołyńskie i t. d. I on teraz hołdował ludowości, i do naj- 
większych zasług jego literackich liczymy jego powieści ludowe, 
między rokiem 1840 a 1850 napisane, od »Historyi Sawki « (1841, 
wcielonej do » Latarni Czarnoksięskiej «), przez » Ulane «, »Ostapa 
Bondarczuka«, » Budnika*, »Jarynę< aż do » Chaty za wsią«, nieco 
późniejszej (1853). 

Wszystkie te powieści wykonane nader starannie, szczegó- 
łowo, z obszernymi opisami przyrody, odczutej znakomicie; nie 
biją wprost na poddaństwo i pańsczyznę — byłyź to czasy, kiedy 
» Chaty wuja Toma« tłumaczyć nie było wolno, bo paralela na- 
stręczała się sama — ale ubocznie; przedstawiają, od jakich ka- 
prysów zależy dola i niedola włościan — Ulane, dziką różyczkę 



— 273 — 

panicz zerwał, niby po drodze dla zabawki, rzucił, gdy się sprzy- 
krzyła; że cała rodzina poszła na marne, nikogo o to głowa nie 
zabolała; ciężki los budnika, ni chłopa, ni wolnego, zawisłego od 
byle grymasu pańskiego; los utalentowanego syna chłopskiego, 
wyniesionego nauką nad sferę rodzimą, nad którym jednak klątwa 
pochodzenia z tej sfery ciąży i t. d.; w » Chacie « ujął się nawet 
za paryasami wsi, za cyganami, za nieszczęsną, co pokochała cy- 
gana, za nim poszła, na wzgardę i pośmiewisko całej wsi. 

Obok ludowości spłacał dań i filozof iczności wieku; zapozna 
wał się z systematami, opierał się Hegelowi i Trentowskiemu; spo- 
ważniał jeszcze bardziej; jak karty ludowych powieści napełniał 
rzewny smutek, tak nabrzmiewają nim i karty w »Pod włoskim 
niebem «, w » Pamiętnikach nieznajomego «, w » Sfinksie «; temat 
w nich niby ten sam, co w powieści » Poeta i świat «, ale pogłę 
biony i rozszerzony; własne doświadczenia i przejścia malują się 
w nich wyraźnie. Idealiście i entuzyaście opadają skrzydła w ze- 
tknięciu ze światem, czekają go same rozczarowania w pogoni za 
szczęściem osobistym; rozumowaniem dochodzi do wniosku, że dla 
uzyskania trwałego szczęścia należy nie zaskorupiać się egoisty- 
cznie, lecz poświęcać dla dobra ogółu. Z kart wieje tęsknota, ból 
ukryty; wiele uwag pięknych; całość zharmonizowana tak dalece, 
że realistyczne postaci utrzymał w półmroku, na uboczu. 

Najbardziej typowym jest » Sfinks*, historya malarza, kończą- 
cego, całkiem jak malarz Gogola, w klasztorze, rzucającego się 
w objęcia sztuki chrześcijańskiej, nazareńskiej (Overbecka i szkoły 
jego), w religijnej twórczości odnajdującego jedyny żywy zdrój 
natchnienia i namaszczenia zarazem. Kraszewski, sam niezgorszy 
rysownik i muzyk, wiele nad sztuką rozmyślał; od romantyczności 
przejął się podziwianiem roli artysty, tytana, posiadającego praw- 
dziwy sens życia, przeciw prozie światowej i takim artystom, co 
tłumowi dogadzając do znaczenia i dostatków przychodzą, gdy 
tamci po ciernistej drodze kroczyć muszą; właśnie w » Sfinksie* 
(symbolu artysty, którego skrzydła z pęt natury zwierzęcej nie 
uniosą) wystawił jaskrawo kontrast owych rzemieślników sztuki, 
a prawdziwego artysty, przeczulonego, słabego, cierpiącego głę- 
boko, męczennika sztuki i talentu. 

Silny nastrój religijny, konserwatyzm coraz bezwzględniejszy 
odznaczał na przełomie owej epoki, około roku 1850, autora. 

DZIEJE LITERATURY POLSKIEJ T. II 18 



- 274 - 

Chociaż, nie dla zasad, lecz dla sprzeczek osobistych, z koteryą 
» Tygodnika « się wkońcu rozszedł, z Rzewuskim wojował i nawet 
księdza Chołoniewskiego do pomocy wzywał, nie oparł się prądom 
reakcyjnym i nawet na własną rękę przeciw postępowcom kijow- 
skim wyruszał; zwrot ten zaznaczał się np. w »Dziwadłach« (1849); 
autor porzucał własne demokratyczne poglądy, znajdował, że wie- 
śniacy niedowarzeni, czytający byle co, psują się, że źli panowie 
dawniej byli wyjątkami. I zwrócił się, zdawało, stanowczo, ku 
uwielbianiu przeszłości z jej niezachwianą wiarą, prostotą obycza- 
jów, patryarchalnym stosunkiem między panem a włością; odkry- 
wał coraz nowe cnoty słowiańskie, źachał się przed zmateryalizo- 
wanym, zźydziałym Zachodem. Wszelkie odstępstwo od toru przod- 
ków wydawało się teraz grzechem, więc bił na panów i półpanków, 
co małpowali cudzoziemsczyznę i wnosili zarodki zgnilizny, a choćby 
tylko niepokoju w błogi zastój domowy; w tym prześladowaniu 
obcego zepsucia i skrzywionej przez to natury dochodził do gry- 
zącej satyry, jak w » Komedy antach«, gdzie hrabiowie Denderowie 
godni stanąć obok owych »Żydów« Korzeniowskiego; już teraz 
formułował poglądy w »Dwóch Światach«, co później świetnie 
w »Morituri« rozwinął, o wyczerpaniu się i niechybnej zagładzie 
tej kasty. Tym bardziej idealizował szlachtę mniejszą; wprawdzie 
i u niej nie wszystko pochwalał, wystawił np. przesąd kastowy, 
zabraniający imania się łokcia i kwarty w » Ostatnim z Siekierzyń 
skich«, przeciwstawiał jej zacnego i mądrego mieszczanina w »Zło- 
tym jabłku«, nie ukrywał jej zepsucia i sobkostwa w »Interesach 
familijnych«, słabości woli i niezaradności w Szarskim z »Powieści 
bez tytułu«, nowej inkarnacyi Gustawów i Janów z » Poety « 
i »Sfinksa«. 

Mimo tych zastrzeżeń wystawiał tę szlachtę, jako nadzieję 
i siłę narodu, już dlatego, że przechowała wiarę, a wiara ta robi 
cuda; więc wylicza te cuda w »Kordeckim«, więc piętnuje odstęp- 
ców od ufnej wiary przodków w »Dyable« — piorunując na roz- 
pasanie obyczajów za Stanisława Augusta, na reformy sejmu 
wielkiego, jako naleciałości cudzoziemskie; ona mu wywołuje prze- 
wrót cudowny w człowieku i stwarza mu świętych. Idealizował 
nawet poddaństwo; w sielankach wierszem i prozą, w »Wiosce« 
i »Jermole« kreślił patryarchalność słowiańską; odnalazł w niej 
»mir« wielkoruski razem z Aksakowem, gdyż siedzą swobodni 



- 275 - 

kmiecie na ziemi, niedzielonej zagonem ni miedzą, gdzie gromad 
wspólnym jeszcze mieniem bogi rządzą kapłanów i starców ski- 
nieniem; kreślił wtargnięcie obcych czynników i rozluźnienie zatym 
pierwotnej karności; w »Ładowej pieczarze« cały ustrój dawny tak 
samo anielskim wystawiał, jak ówcześni »republikanci«, Lelewel, 
Szmitt, Wróblewski, konstytucyę staropolską, veto i elekcyę poj- 
mowali, i przeczył, aby dał się wymyślić lepszy ustrój, niż ów 
słowiański; w » Bożej Czeladce« i w » Staropolskiej miłości < wy- 
idealizował nawet gracyalistów i rezydentów; tylko na wyidealizo 
wanie ekonomów i bizuna tchu mu nie starczyło. 

I coraz jawniej wy stępy wał autor z morałami, z tendencyą, 
dostrajając się do ówczesnego, reakcyjnego tonu z Polem, Kacz- 
kowskim, Chodźką i Rzewuskim; w » Chorobach wieku* i »Meta- 
morfozach« ułudną cywilizacyę materyalizmu tendencyjnie oskarżał 
i wtórował piosence slawofilów, Chomiakowa, Aksakowych i in- 
nych tegoż autoramentu, o Europy »starości niedołężnej, co się 
poi i pobudza, aby żyła potrosze, durzy się i szaleje «, nie pomny, 
że sama teorya slawofilstwa urosła z najniedołężniejszych bredzeń 
starej Europy, że slawofilów nawet na oryginalne głupstwa stać 
nie było, że i w nie się musieli od zgniłego Zachodu zapożyczać. 

Rola Kraszewskiego w tym ruchu — jeśli apoteozę bezruchu 
tak zwać wolno — była tym wybitniejsza, że wymienione właśnie 
powieści do jego najlepszych należą, że nigdy nie opisywał do- 
kładniej, nie komponował staranniej, nie przemawiał rzewniej i ży- 
czliwiej; i dziś te właśnie powieści czytelnika, obcego samej ten- 
dencyi, chwytają za serce, wystawiają mu ów dawny świat w dzi- 
wnie uroczym świetle, rozmarzają go i unoszą. 

Gdy tak Kraszewski szacownej przeszłości, jej cnotom, szcze 
rości, prostocie, braterstwu, węzłom, sprzęgającym rodzinę, pana 
i włościanina, śpiewał dytyramby, dokonywał się w nim przewrót 
zupełny; wycofywał się z ortodoksyi slawofilskiej; przekonywał się 
naocznie, w pierwszej podróży po Europie, że mniemana zgnilizna 
prezentuje się przecież wspaniale, właśnie wobec naszego zacofania 
i niedołęstwa — jeszcze bardziej zaś oddziałał na niego nowy 
prąd reform, reformy włościańskiej przedewszystkim. I zapomniał 
Kraszewski o sławieniu patryarchalnych związków między dworem 
a gminą i wrócił do demokratycznych zakusów z przeszłego dzie 
sięciolecia i działał na umysły współbraci nawet alegoryą, komedyą, 



- 276 — 

żywym słowem w komisy ach. »Historya kołka w płocie« (1858), 
bardzo oryginalnie pomyślana, bardzo ładnie wykonana, przedsta- 
wiała równolegle rośniecie wolne dębczaka i Zacharka, chłopka 
z duszą artystyczną, złamanego poddaństwem, waryata, co z owego 
dębczaka wkońcu wystrugał poczwarę; »Stare dzieje« ze sceny 
przemawiały za zniesieniem poddaństwa, za zbrataniem się stanów; 
w » Jasełkach « (1860) Juras rzucał salony i czuł się dopiero wtedy 
szczęśliwym, gdy siadał z wieśniakiem gwarzyć na mogiłach, słu- 
chać śpiewu w lesie Bożych dzieci — chociaż zarazem karcił ostro 
komedyę chłopomaństwa, nowej formy dawnych nałogów, dawnego 
bałagulstwa; w komisyach występy wał Kraszewski z radykalnymi 
projektami i rzucił pracę niewdzięczną, gdy na opór niechętny 
trafiał. 

Z komisyi włościańskich przeniósł działalność na pole peda- 
gogiczne i umysłowe; jako kurator okręgu żytomierskiego, pośre- 
dniczył w wykonywaniu szeroko obmyślanych planów wydawni- 
czych, urządzaniu czytelń i szkółek, lecz, gdy i tu nie wszystko 
szło po myśli, wycofywał się zrażony i przyjął wkońcu chętnie 
propozycyę Kronenberga, aby w Warszawie » Gazetę Codzienną* 
(»Polską«) redagował. 

Nęciła go Warszawa oddawna nadzwyczajnym rozbudzeniem 
życia umysłowego i społecznego, ścieraniem się rozmaitych prądów, 
głuchym wrzeniem podziemnym. Na razie pochłonęła go nowa 
praca redaktorska; »Gazetę« postawił wysoko, ilością abonentów 
przewyższała inne dzienniki. W niej szerzył Kraszewski te nasady 
właśnie, przeciw którym niedawno jeszcze wy stępy wał, o znaczeniu 
przemysłu dla dobrobytu, oświaty, o równouprawnieniu stanów i wy- 
znań, niezawisłości wiedzy; ideały kontuszowe pogrzebał na zawsze, 
prawda, że już r. 1856 przestrzegał przed ich jednostronnością; 
wołał o samobójstwie, popełnianym przez literaturę, bo » szaleje, 
kto dla miłości zmarłego zakopuje się z nim w jednym grobie, 
chybaby sam chciał umrzeć; inna jest opłakiwać na mogile, inna 
do niej zstępywać* — nie przeszkadzało mu to zresztą najlepszy 
swój utwór dramatyczny, »Miód kasztelański « (1860) właśnie 
z kontuszowej przeszłości zaczerpnąć. 

Jako redaktor, nie stanął otwarcie po stronie Wielopolskiego; 
odstręczała go od niego rosnąca z każdym dniem niepopularność 
margrabiego, u białych, nie przyznających się do niego, u czer- 



— 277 - 

wonych, potępiających go namiętnie; porwany wirem skłaniał się 
coraz bardziej ku skrajnym zapatrywaniom; wydrukował za gra- 
nicą »Sprawę Polską« i złożył wkońcu redakcyę » Gazety «, mu- 
siał nawet opuścić Warszawę (1863) i przesiedlił się do Drezna, 
ani przeczuwając, że już nie wróci. 

Pobyt warszawski w tych latach najgorętszych, dostarczał 
bystremu obserwatorowi najrozmaitszego materyału; widział on 
białych, niedołężnych nie tylko do czynu, ale nawet do skutecznego 
oporu; czerwonych, nie zorganizowanych jawnie, tym śmielszych 
i energiczniejszych, nawiązujących stosunki wszędzie, w kraju i za- 
granicą, łudzących się doniosłością tych związków i poręczeń; po- 
tęgowanie uczucia porywającego i obojętnych; siłę wzruszenia, nie 
liczącego się z rzeczywistością. Nowy ten materyał opracowywał 
dopiero w Dreźnie. 

W tej dobie twórczości Kraszewskiego romans historyczny, 
acz do niego ciągle wracał, znacząco nie występywał. Najmniej 
udawały się rzeczy, sięgające zbyt daleko wstecz, w wiek XVI 
i XVII; ciekawsze było, co zaczerpnął z czasów bliższych, miano- 
wicie Stanisławowskich. Stronę ich obyczajową znał, jak nikt inny, 
czytał w rękopisach i wydawał pamiętniki ówczesne, spotykał się, 
od pierwszych lat życia, z żywą trądy cyą. Nie rywalizował jednak 
z Rzewuskim; nie wskrzeszał ani uwielbał przeszłości kontuszowej; 
tłem jego malowideł była »orgia« warszawska, zepsucie i bziki 
wielkich panów (hetmana Ogińskiego, Poniatowskich, braci kró- 
lewskich, Branickiego), rozwydrzenie, żądza używania, zanik mo- 
ralności u wszystkich. Obrazów historycznych nie roztaczał; »Ma- 
leparta«, »Dyabeł« (jedna z najefektowniejszych jego powieści), 
»Macocha«, skreślone na tle obyczajowym, o walki wewnętrzne, 
reformę i t. d. wcale nie zahaczają; posiłkował się nawet całkiem 
fantastycznymi wymysłami (aryańskie podziemia z ich ofiarami!). 
Wystawił więc wiek przełomowy nieco jednostronnie, zbyt czarno 
go odmalował, na karb moralnego zepsucia zbyt pośpiesznie 
wszystką winę zrzucał; za to charakteryzował świetnie panów 
i panie, obłudników i rozpustników, palestrę ohydną (nienawidził 
jej, jak ekonomów w XIX wieku) i labusiów francuskich; nie uda- 
wały się postaci dodatnie, proroków, wieszczących upadek; jedno 
stek, żyjących starym trybem po Bożemu, ckliwych i nudnych 
(szczególniej w wieszczeniach » Staropolskiej miłości*). 



- 278 - 

Największą zasługą Kraszewskiego było już wtedy nie samo 
budzenie myśli — kołowałaź i jego myśl nieraz po bezdrożach — 
lecz zaszczepienie, rozpowszechnienie książki polskiej. Gdy raz 
w kole Podolaków hrabia Zamoyski powieść jego odczytał, nie 
chciano wierzyć, że mogą być tak ciekawe i dowcipne książki 
polskie; on to, nadmierną choćby produkcyą, choćby zbyt pośpie- 
szną i przez to w niejednym względzie niedomagającą, wyrobił 
uznanie dla literatury i, jeśli francusczyzny nie wyrugował, to, do- 
starczając niemal rok rocznie kilka tomów powieściowych, tworzył 
niby repertuar powieściowy, zapełniał najdotkliwszą lukę piśmien 
nictwa naszego. 

Nie należy jednak zapominać i o jego spółpracownikach. 
Najdzielniejszym okazał się zawołany dramaturg: Józef Korze- 
niowski. 

Epiki nie zaniedbywał on nigdy, powieści poetyckie a la 
Byron pisywał jeszcze za młodu, potym i do prozy się przerzucał, 
ale prócz moralizujących powiastek niczego większego nie tworzył, 
zajęty dramatem. W dramacie spotykały go zawody i utrapienia, 
zamiast zachęty; uśmiechała się mu coraz bardziej powieść, gdzie 
i o powodzenie łatwiej i wzrastające jej rozpanoszenie się zalewem 
ostatecznym, każdej poezyi, a nawet dramatowi, groziło. I, chociaż 
ze sceną zupełnie nie zrywał, od sukcesów »Spekulanta« (1846), 
a jeszcze bardziej »Kollokacyi« (1847) coraz częściej w szeregu 
powieściopisarzów stawał i nawet teoretycznie, przeciw zasadom 
przestarzałej estetyki, racyi bytu powieści dowodził i bronił. Wątku 
do pierwszych powieści dostarczało życie szlacheckie, jakie na 
Podolu i Ukrainie obserwował, potym w Królestwie, w ciągłych 
podróżach po prowincyi wizytatora szkół, nakoniec życie war- 
szawskie, od sfer bankierskich poprzez urzędnicze, emerytów czy 
aplikantów, aż do rzemieślniczego. 

Obserwował Korzeniowski bystro i trafnie; opowiadał dobrze, 
choć nieco rozwlekle; nie skąpił miejsca na opisy, rozmowy, 
myśli; wstrząsających efektów unikał, jak i natur skomplikowanych, 
nie bawiąc się w głębszą analizę psychiczną; dowcipu miał podo- 
statkiem. Trzeźwość, granicząca niemal z suchością; staranność, 
czasem aż do drobiazgowości czy pedanteryi posunięta — mścił 
się bakałarstwa grzech pierworodny — rozsądek wielki i głębokie 
doświadczenie cechowały jego długie powieści. Nie porywał nigdy 



- 279 — 

ani olśniewał czytelnika, za to go prawie zawsze przekonał; wy- 
cieczki fantastyczne zupełnie mu się nie udawały, za to nie wyko- 
lejał się nigdy — jak nieraz u Kraszewskiego — sąd jego o lu- 
dziach i rzeczach. W ostateczności nie wpadał; jeśli w dramacie 
i powieści historyczności hołdował i uprzedzeniu o cnotach daw- 
nego wieku, to i przelotnie to zrobił i na żadne anatema przeciw 
wiekowi XIX i postępowi się nie zdobył. 

W powieści — inaczej, niż w dramacie — uprawiał wyłącznie 
tematy swojskie; kładł nacisk na wypełnianie obowiązków, liczył 
zamiary na siły, trzymał się silnie podstaw wiary; wszędzie zacho- 
wywał miarę, strzegł się egzaltacyi, entuzyazmów, o co u nas nie 
trudno. Wiał więc z jego powieści pewien chłód, odczuwano pewne 
rezonerstwo; ale co dawał, było zdrowe i dobre; nie schlebiał ża- 
dnej próżność^ ani narodowej, ani artystycznej, tym mniej stano 
wej. Nie liczył zwolenników między gorętszymi; za » Krewnych «, 
nie za wykonanie, lecz za tendencye, napadał nań i Siemieński 
i Klaczko, oskarżając o sprzeniewierzanie się ideałom, o moralność 
kuchenną bez ofiary, bez natchnienia, i słuszniej, niż Pol, mógł 
Korzeniowski się żalić: nie to mi dają, co ja z duszy daję, ale 
zniewagą stare służby płacą, chociaż jeden i drugi szczegół mógł 
autora na słuszne zarzuty narazić. 

» Spekulant « wywodził w bohaterze, Auguście, jednego z » Ży- 
dów* i jego zdemaskowanie. Więcej skomplikowaną, w typy bo- 
gatszą, w rysy szczerze komiczne nierównie obfitszą była »Kollo- 
kacya«, malująca ambicyę, zawiść, życie nad stan i inne wady 
szlachty drobniejszej, od małych udziałów do wysokich progów 
się pnącej; prawdziwym bohaterem powieści była mądra a ener- 
giczna Kamilla — takie panny u niego nie rzadkie. Najmniej ba- 
wiły » Wędrówki oryginała« i »Nowe wędrówki oryginała*: ten- 
dencya ostatnich, stworzenia typu pana - obywatela, wypełniającego 
obowiązki wobec społeczeństwa, była bardzo chwalebna, ale Firlej 
raczej był manekinem, Panem Podstolim naszych czasów, niż czło- 
wiekiem. Z artystami i z naturami artystycznymi rozprawiał się 
w »Wędrówkach« (muzyk Klary sz) i w »Garbatym« (malarze), na 
wołując do pracy wytrwałej, do skromności, do zachowywania 
granic w sztuce, niesadzenia się na oddanie tego, czego należycie 
oddać nie można. »Emeryt« stał znakomitą figurą tytułową; w »Ta- 
~deuszu Bezimiennym« ujął się — i to mu przynosi zaszczyt, jeśli 



— 280 — 

zważymy, jak pod tym względem zacofane prawodawstwo nawet 
u najwykształceńszych narodów, losu dzieci nieślubnych; tutaj też 
o Krzemieńcu rzewnie wspominał z własnych, najszczęśliwszych 
lat życia; powieść narażał na szwank heroiną i jej romansem ro- 
syjskim. 

Najobszerniejsze, »Krewni«, wystawiają losy Ignacego i Euge- 
niusza Zabuźskich, synów szlachty dobrej, majątkowo zrujnowanej; 
jak Siekierzyński handlu, chwyta się Ignacy wkońcu rzemiosła, 
nie chcąc od niczyjej łaski zależeć, lecz czasy się zmieniły, rozu- 
mni krewni nie odwodzą go już od pracy, co na własne nogi po- 
stawi; starszy brat, Eugeniusz, wolał się czepiać klamki pańskiej, 
u bogatych krewnych, aż względy stracił i byłby upadał coraz ni- 
żej, gdyby nie zebrał resztek sił moralnych i fizycznych na speł- 
nienie ciężkiej z siebie ofiary; wstąpił do wojska rosyjskiego 
i w rygorze służbowym odzyskał hart woli i tęgość zdrowia i sza- 
cunku się dorobił. Nie lubił Korzeniowski dysonansów, więc w po- 
wieści wszystko do szczęśliwego końca doprowadzał. Tendencyi 
się wcale nie zapierał; uczył chętnie, jakby i w powieści służbę 
zawodową spełniał; mimo to szablonów i abstrakcyi (prócz np. Fir- 
leja w » Nowych wędrówkach «) nie tworzył, wszystkie postaci wy- 
stępy wały wypukłe, jasno; fabuły nie gmatwał. I językowa strona 
powieści jego była wzorowa, odbijała od niedbałości, w której się 
Kraszewski, zresztą wirtuoz języka, nieraz »zabywał«, nie mówiąc 
o innych, o Litwinach, kaleczących język (nawet u Syrokomli rażą 
prowincyonalizmy, wolej zamiast raczej i in.), o poetach, w roman- 
tycznej dowolności z instrumentu językowego wcale nie harmonijne 
dobywających tony. 

Jeżeli Korzeniowski hamował się i swoje wstrzemięźliwość 
aż do pozornego chłodu czy obojętności posuwał, nie wykluczało 
to bynajmniej głębokiego przejmowania się sprawami ogółu, bole- 
snego odczuwania wszelkich zawodów; świadczą o nich wymownie 
twory lat ostatnich. Od roku 1860 nie pisał już dla publiczności; 
nie przeznaczał dla niej smutnych, pesymistycznych »Trenów Przed- 
grobowych« ani »Naszej Prawdy«, poświęconej wypadkom świeżym; 
» Wspomnień z własnego życia «, w Dreźnie zaczętych, nie dokoń- 
czył. W inną strunę, w ton romantyczno-satyryczny, w ton Don 
Żuana i Beniowskiego, trącał Korzeniowski w oktawach » Fortu- 
nata*, poetyzując i ironizując własne przejścia życiowe. Jak Kra- 



281 



szewski, i on się malarstwem i muzyką żywo zajmował, stąd dy- 
gresye o nich w jego powieściach, szczególniej ze świata artysty- 
cznego; o wiele od niego chłodniejszy, trzeźwiejszy, żadnym 
ułudom porywać się nie dał, sprzeciwiał się z zasady wszelkim 
uniesieniom niewczesnym i zapędom; stąd na podejrzenia uwła- 
czające się narażał, jakoby zabawiał go widok naszych błędów, 
jakoby posuwał się aż do zaprzaństwa czy odstępstwa — dziś 
o zarzutach tych niesprawiedliwych zapomniano zupełnie; tym 
wdzięczniej wspominamy o rzetelnych zasługach dramaturga i po- 
wieściopisarza. 

Nie zostawił równie pięknej pamięci po sobie inny, na razie 
przeceniony powieściopisarz, Henryk hrabia Rzewuski: nie potrze- 
bował on, jak Kraszewski i Korzeniowski, dobijać się długo i mo- 
zolnie popularności: pewnego pięknego poranku obudził się jako 
znakomitość literacka, i nie odrazu nawet prysnął ten czar, chociaż 
sam autor, ile go stać na to było, starał się najusilniej, aby ułudną 
swą znakomitość rozwiać i zaprzepaścić, co mu się wkońcu tak 
powiodło, że gdy pan (na Cudnowie) dopiero umierał, autor (Rze- 
wuski) dawno już był pogrzebany. Błyskawicowe wzniesienie się 
i powolniejsze, tym gruntowniejsze opadanie zawdzięczał Rzewuski 
jednej i tej samej tendencyi; pozostał sobie wiernym, czy kiedy 
»Pamiątki Soplicy« kreślił, czy kiedy powrót do barbarzyństwa 
polecał; publiczność wówczas dopiero odwróciła się od niego, gdy 
niepoprawnego »Targowiczanina« bez obsłonek ujrzała. 

Powodzenie » Pamiątek Imcip. Seweryna Soplicy« (wydanych 
roku 1839, niby bez wiedzy autora, a rzeczywiście z poprawą 
stylu jego) było, jeśli nie zasłużone, to konieczne, naturalne. Wiek 
XVIII nie zostawił po sobie żadnego barwnego obrazu, choćby ta- 
kiego, jaki Pasek swojemu wystawił; najmniej mógł brak ten za- 
stąpić pedantyczny Kitowicz. A domagał się ten wiek upoetyzo- 
wania, uidealizowania cnót, dzielności, animuszu, rzeczywistych 
i pozornych; swego ładu i nieładu, ruchu i stroju, prędkiego czynu 
i powolnej myśli, gorącego serca a niedołężnej głowy. Nie wy- 
starczał »Pan Tadeusz«; w nim bowiem świadczyli o sobie już 
tylko ostatni mohikanie tego życia, niedobitki same przeszłości, 
tak bujnej, że nawet kryty czniejszy Syrokomla się nią unosił: 

Bom widział, że ta przeszłość, choć zmarła, nadgniła, 



— 282 - 

Jeszcze przy naszym wieku wyglądała butnie, 
Jak wśród wioski nędzarzów rycerska mogiła. 

Najbliżsi epigonowie tej przeszłości, wytężający ostatnie za- 
soby, aby fatalne jej skutki uchylić czy złagodzić, na jej podzi- 
wianie zdobywać się nie mogli, ale w następnej generacyi, im 
podlej było za życia, z tym żywszym czuciem zwracano wzrok 
tęskny ku tej zamierzchłej krainie. 

Na panegirystę przeszłości wykierowały Rzewuskiego i trą- 
dy cya rodowa (Rzewuscy najdłużej wierzyli w owe arkana, gwaran- 
tujące nieład polski) i otoczenie domowe (ojciec, pan kasztelan 
witebski, mówca i wierszopis dawnego autoramentu, wróg konsty- 
tucyi trzeciego maja) i wychowanie prywatne, jezuickie, wpajające 
nienawiść przeciw hasłom, wstrząsającym Europą. Na razie Rze- 
wuski o literaturze ani myślał, pędził życie wielkiego pana, pozna- 
wał różne typy, ocalałe z pogromu XVIII wieku, wchłaniał w pa- 
mięć życiowe anegdoty i rysy obyczajowe i nawykał do tonu 
gawędziarskiego, staroszlacheckiego, jakim zachwycał Mickiewicza 
w Rzymie, czego dowodem sam »Pan Tadeusz*. Już wtedy nale- 
gano na hrabiego, żeby spisywał, co opowiadał: takie to gawędy 
złożyły się na »Pamiętniki Soplicy«. Mistyfikacyą zaczął i mistyfi- 
kacyą (> Pamiętnikami Michałowskiego«) zakończył swój zawód; 
pierwsze jednak nie nosiły jeszcze wyraźniej tendencyi, uchodziły 
za im naiwniej szy, tym prawdziwszy wyraz całego pokolenia i bu- 
dziły zachwyt ogólny, bezkrytyczny. Zdawało się, jakby ożyła na 
nowo przeszłość owa kontuszowa, hałaśliwa, dzielna, patryarchalna, 
znająca się na sztuce krzyżowej, nie na dyalektyce, gorąca do sza- 
bel, jak i do »kochajmy się«, wierząca głęboko a kornie, ceniąca 
honor i klejnot, z łbami wygolonymi, krzywymi karabelami, pasem 
sztucznie złożonym. W figurach, przesuwanych zręczną ręką autora, 
poznawał każdy coś z własnych antenatów; byli tam barszczanie, 
i palił im ks. Marek niezrównaną filipikę, niby ów pater obozowy 
u Szylera; był tam Panie Kochanku, nowy Bakchus, choć nie 
z Indyi i między tygrysami, zato na beczce Nieświeskiej piwnicy 
wyjeżdżający, otoczony Albeńczykami, bandą, związaną uczuciami, 
jakieby całą brać szlachecką ogarniać miały; były zatargi Koro- 
niarzy z Litwinami, Wołodkowicza z sądami, — wszystko z krew- 
kości pochodzące, a jeśli granice przekraczało, karę winną przyj- 



— 283 - 

mujące same na się; z dworków szlacheckich, krużganków klasztornych, 
arkad trybunalskich, komnat nieświeskich wysypywały się roje 
huczne, buńczuczne; opowiadały swoim dosadnym, malowniczym 
językiem, z humorem i werwą, przygody własne i obce, częściej 
śmieszne, niż tragiczne, a zawsze zajmujące, bo tak odmienne od 
dzisiejszych. 

Zachwycona publiczność nie pytała o odwrotną stronę me- 
dalu; nie skrupulizowała, czy owa pobożność nie wyczerpywała się 
nieraz praktykami zewnętrznymi; czy owa dzielność nie wy szafo- 
wy wała się na burdy i zawady actwa; czy owa równość i wolność 
okrzyczana nie kryła zawisłości zupełnej od magnata i jego hu- 
morów; czy tężyzna fizyczna i umysłowość nieskomplikowana nie 
były jednoznaczne ze strasznym zacofaniem, zupełną nieświadomością 
o świecie i jego biegu; czy owe złote czasy nie były złotymi 
tylko dla bardzo małej liczby wybranych, a odbijały się tym smu- 
tniej na ogóle; tym mniej troszczyła się o rozmaite niedokładności 
i dowolności w opowiadaniu. Głosy krytyczne milczały — tylko 
dla siebie zapisywała Hofmanowa, że, jeśli dawna Polska taką 
była, cóż za dziw, że skonała; pamiętniki rozchwytywano (liczne 
wydania i tłumaczenia) i naśladowano (nawet Słowacki pokusie się 
nie oparł). 

Cześnik parnawski opowiadał niby tak sobie, od serca, ale 
Rzewuski sam, oszołomiony powodzeniem, wystąpił niebawem, aby 
kuć żelazo,* póki gorące, aby propagować te myśli jawnie i kon- 
sekwentnie, jakim w zarodku i jego cześnik hołdował. W » Miesza- 
ninach obyczajowych Jarosza Bejły« (1841 i 1843, co hr. Olizar 
słuszniej » Pomieszaniem Bejły« przezwał) prawił publiczności 
i krytyce (Zielińskiemu) kazania obozowe bez obwijań i zastrze- 
żeń — odwagi cywilnej posiadał autor aż nazbyt, przeradzała się 
ona nieraz w chęć drażnienia, wyzywania nawet najspokojniej- 
szych — niby ks. Marek; mówił o rzeczach najrozmaitszych, wy- 
szydzał inteligencyę miasta prowincyonalnego na wieczorze lite- 
rackim, pasibrzuchów i samochwałów, mówił o świeżym bałagulstwie 
i honorze staropolskim, o literaturze narodowej i » bardach « pol- 
skich, trafnie i dowcipnie (choć nieraz z grubą przesadą, jak wła- 
śnie o »bardach«); o roli arystokracyi, podobnie jak Krasiński, 
tylko do innych docierał wyników: skoro rola jej upadła, upadł 
i naród sam, i próżno trupa galwanizować i daremny ruch wszelki 



— 284 — 

i należy się poddać biernie wyrokom losu i skupiać się dla utwo- 
rzenia potęgi moralnej, opinii publicznej, podniesienia prawdziwej 
oświaty, jedynej katolickiej, około resztek rodów dawnych — pro- 
pagując jakiś legitymizm beztreściowy i bezsensowy. » Mieszaniny « 
podziałały niby uderzenie obuchem, oszołomiły publiczność, tak, 
że nawet nie odzywały się zbyt licznie głosy protestu i oburzenia 
(np. » Artykuł nadesłany « ks. Chołoniewskiego, niedawnego przy- 
jaciela Rzewuskiego, teraz antagonisty); inni znowu, cała koterya 
•Tygodnika Petersburskiego « z Grabowskim na czele nie mogli 
się nadziwić mądrości wołyńskiej. Niebawem okazał się w łamach 
» Tygodnika « romans historyczny » Listopad « i dolał oliwy do 
ognia. 

Romans ten miał, niby Janus, dwa oblicza; jedno, zwrócone 
do przeszłości, do pierwszych lat Stanisława Augusta, uchodziło 
za nienaganne, chociaż przeceniono je, jak i inne rzeczy Rzewu- 
skiego; kilkanaście mniej lub lepiej udałych sylwetek owych cza- 
sów; na dwu braciach (Strawińskich) przeprowadzony kontrast 
staropolskiej i sfrancuziałej natury sarmackiej; opowiadanie choć 
luźne (romans miłosny, walka braci o narzeczoną, o akcyę histo> 
ryczną, uwięzienie króla, wcale nie zahacza), ale obszernie skom- 
ponowane, wprowadzające najrozmaitsze postaci, od króla, od Ra- 
dziwiła, od dewotki — generała Kunickiego aż do najpodrzędniej- 
szych, Wazgirda i Skołuby: to wszystko stawiało » Listopad « nie 
tylko wyżej od luźnych całkiem szkiców » Soplicy «, lecz czyniło 
go najbardziej zajmującym romansem historycznym, opartym o ideę 
wcale głęboką, o ów kontrast dwu światów, temperamentów, 
a nawet kodeksów, honorowych i moralnych. Chociaż autor pre- 
dylekcyi swych nie taił, mimo to Wersalczyka, Ludwika Strawiń- 
skiego, nie ukrzywdził, nawet mimowoli czytelnika układnym 
Francuzikiem więcej zajął, niż sztywnym i drewnianym Michałem, 
perłą atawizmu, katechizmu i republikaństwa; zachował więc miarę 
aż nadto. Nie zachował jej w drugim obliczu, przedrzeźniającym 
postęp, myśl filozoficzną, brak legitymizmu: w przypiskach, nie 
umotywowanych, niepotrzebnych, rozwijał paradoksy i bronił chiń- 
sczyzny. Z powodu tych przypisków wywołał -Listopad* między 
młodzieżą ukraińską żywą opozycyę, grupującą się w piśmie zbio- 
rowym »Gwiazda« (petersburska, potym kijowska); stanowili ją 
Zenon Fisz, Albert Gryf (Marcinkowski), Jakób Jurkiewicz (Do- 



— 285 - 

łęga) — szczególniej ci dwaj ostatni zwalczali ironią i argumen- 
tami rzeczowymi paradoksy Rzewuskiego — dostało się i Kra- 
szewskiemu za stronniczą ocenę pisarza francuskiego; gdy »Gwiazdę« 
zamknięto, przenieśli walkę do » Pamiętnika naukowo-literackiego* 
(»iiieukowym« przezwał go Kraszewski, wtedy właśnie w ortodoksyi 
i konserwatyzmie po uszy zagrzęzły) Podbereskiego, lecz i » Pa- 
miętnik* uległ losowi » Gwiazdy «. Bądź co bądź zaprotestowała 
młodzież z tych samych » stron « w imię żywotności narodu i jego 
literatury, w imię postępu i demokracyi przeciw zbyt bezceremo- 
nialnym uroszczeniom arystokratycznym Rzewuskiego i ciasnej 
ortodoksyi Hołowińskiego. 

Cała ta walka poderwała popularność Rzewuskiego znaczniej ; 
w Warszawie i tak się na nią krytyczniej zapatrywano (Zieliński 
w » Bibliotece Warszawskiej «), niż na prowincyi. Nie podniosły 
znaczenia pisarza późniejsze romanse historyczne, ani » Zamek 
Krakowski«, ani »Adam Śmigielski*, ani »Rycerz Lizdejko«, ani 
»Zaporożec«. Im więcej się Rzewuski od czasów, z żywej tradycyi 
znanych, oddalał, tym bardziej słabł jego talent; jeszcze w » Śmi- 
gielskim* ratował go ton gawędziarski, dopasowany do ludzi i cza- 
sów; we wcześniejszych tracił i tę podporę. Z historyą obcho 
.dził się z lekceważeniem, np. w » Adamie Śmigielskim «, gdzie 
i ojcu- ary aninowi, arcy tchórzowi (tak mścił się za deizm aryański) 
za Sobieskiego wojować kazał i syna z jednego obozu do prze- 
ciwnego przerzucił. Czasów i ludzi bardziej skomplikowanych, 
np. Zborowskich wieku XVI, doceniać nie umiał; najlepiej udawały 
się mu szarże komiczne, np. pojedynek Adasia z p. referendarzem 
przed Sobieskim lub role podrzędne z czasów wojen szwedzkich 
i z otoczenia Bogusława Radziwiła. Kompozycya szwankowała 
stale, Śmigielski np., to biografia, nie powieść; o akcyę się nie 
troszczył. Akcyi niema i w fantastycznym »Paziu Złotowłosym*, 
gdzie wedle starej tradycyi wieku XVIII oryentalna powieść słu- 
żyła wytoczeniu satyry spółczesnej; Skotostan romansu to Wołyń 
i inne szczegóły, o Bibikowie i t. d. nie mniej przejrzyste. 

Powieściopisarza zabił wreszcie publicysta, chociaż i temu, 
jak tamtemu, szczęście z początku sprzyjało. Urzędnik zaufania 
przy boku księcia namiestnika zaczął wydawać » Dziennik War- 
szawski* w roku 1851; postawił go na stopie europejskiej, zgro- 
madził licznych spółpracowników (nawet niedawnych przeciwników 



— 286 - 

z »Gwiazdy«), pozyskał świetnego felietonistę (Szymanowskiego), 
dawał liczne korespondencye, bogate informacye. » Dziennik «, pod- 
noszący czasopiśmiennictwo na niebywały poziom, zyskał wielką 
wziętość i utracił ją, z winy redaktora. Przekonany, że zdobył 
powagę nadmierną, doszedł redaktor w artykułach »Cywilizacya 
i religia « do słupów herkulesowych donkiszoteryi reakcyjnej; wy- 
powiedział wojnę nowoczesnemu rozumowi, którego z wiarą po- 
godzić nie można (o co starał się ks. Chołoniewski); nowoczesnej 
ekonomii politycznej, troszczącej się o bogactwa, potępiane przez 
chrześcijaństwo; za to szlachectwo, o którym w chrześcijaństwie 
głucho zupełnie, apoteozował do wyżyn niedościgłych; kończył 
policzkiem: społeczeństwo winno się wyzbyć cywilizacyi i rozumu 
nowoczesnych, skażonych i nikczemnych, szukać innych przewo- 
dników, chociażby miało to opłacić kosztem nauk, kunsztów, prze- 
mysłu i powrotem do barbarzyństwa. Śmieszność ta zabiła »Dzien- 
nik«, chromający odtąd do końca źywotu (1860 r.); na długo 
przedtym wycofał się autor z publicystyki i powieściopisarstwa. 

Smutny ten finał nie przeszkadza oddania sprawiedliwości 
talentowi Rzewuskiego. Słynął z dowcipu nadzwyczaj kostycznego, 
próby jego mamy i w » Mieszaninach «; najlepsze obiegają dotąd 
w ustnej trądy cyi; narratorskie zdolności miał świetne, chociaż 
epikiem nie był, nad anegdoty i gawędy wznosić się nie potrafił; 
czy te przekonania żywił, co wypowiedział, to nie pewne, chyba 
więcej w tym było przekory, niż otwartości czy szczerości; nadto 
był mądry, żeby monstrualnej paradoksalności nie dostrzegał traf- 
nie, lecz nadto mało cenił ludzi, żeby się do niej przyznawał: 
strawią i tak, myślał — lecz nie strawili; paradoksami jednak za- 
bijał i głębokie i słuszne uwagi, jakich nawet w owym osławionym 
artykule nie brak. 

Przez jedno dziesięciolecie stał na czele literatury krajowej, 
a przykład jego działał nadzwyczaj ożywczo; lecz należy porównać 
właśnie naśladowców: jak odbijają żywo i barwnie od szarego ich 
tła, od banalnej ich konwencyonalności, postaci i sytuacye z opo- 
wiadań Sodalisa-Barszczanina; niema się co mylić, pierwszy występ 
Rzewuskiego był zarazem najudatniejszy; ale ani »Listopad« nawet 
ową żywością i barwnością nie dorównał nowelom historycznym 
Soplicy, najkrótszym a najlepszym, jakie literatura nasza posiada; 
w tych to nowelach ożył naprawdę — nie cały wiek XVIII, ale 



— 287 — 

przeciętne i znamienne typy jego kontuszowców; nie odtworzył 
ich z równą siłą ani Kraszewski, najlepszy znawca tych czasów, 
bo brakło mu owej sympatyi dla czcicieli szkaplerza i klejnotu, 
kordą i antału, jaką Rzewuski od ojca odziedziczył: twierdzili prze- 
cież złośliwi, jakoby Rzewuski nie wysnuwał swoich kreacyi z nie- 
zapomnianego ojcowskiego wątku, lecz że po prostu przepisywał 
pamiętnik ojca. A przyświecało Rzewuskiemu jeszcze coś innego: 
nie wskrzeszał on tych postaci tylko dla rozrywki, własnej i pu- 
bliczności, służyły mu one za coś więcej, bo za potwierdzenie 
w żywych przykładach niezmiennych, wedle jego zdania, prawd 
moralnych i religijnych; stąd to wrażenie, jakiego same anegdoty 
i ilustracye, choćby najbarwniejsze, bez owej i idei i tendencyi, 
wywołaćby nie mogły. 

A wrażenie było wówczas olbrzymie, poddawali się mu ludzie, 
jak Kraszewski, co dla Soplicy gotów był i Jarosza Bejłę uściskać; 
najfatalniejszy wpływ wywarł Rzewuski na Michale Grabowskim, 
co mimo swej trzeźwości i chłodu, nie zawahał się przyprządz sa- 
mego siebie do jego rydwanu i urbi et orbi chwałę Soplicy i Bejły 
wydzwaniać, nawet wtedy jeszcze, gdy dawna wziętość Rzewu- 
skiego ustąpiła już zawziętości przeciwnej. Krytyk, historyk i po- 
wieściopisarz Grabowski odpokutował i swój zapał dla Rzewuskiego 
i niefortunne wystąpienie z ideami ugodowymi srodze za życia; 
niedawny » dyktator rzeczypospolitej literackiej nad Wisłą, Wilią 
i Dnieprem... umysł podnioślejszy i głębszy, niż czyjbądź między 
literatami polskimi* (słowa B. Zaleskiego), pełen zasług istotnych, 
wycofał się w pełni sił z życia literackiego, odosobnił w » samo- 
tności miejsc i oddali serc i myśli bratnich*. Wychowanek powia- 
tówki bazyliańskiej w Humaniu (wraz z Grozą, Goszczyńskim, Za- 
leskim) wyniósł z niej, jak tamci, zamiłowanie do stron ojczystych 
h gdy po pogromie do domu wrócił, wobec przerażającej apatyi 
starszych, bałagulstwa młodzieży, wegetowania literatury domowej, 
żyjącej nędznymi przekładami francuskimi, budził ducha kryty- 
cznymi pracami, oceniającymi » szaloną literaturę « francuską, pie- 
lęgnującymi kiełkującą ojczystą, mianowicie » ukraińską*, podkre- 
ślającymi kierunek religijny, katolicki i obywatelski. Trzy tomy 
> Literatury i Krytyki*, 1839, »Korespondencya literacka «, 1845, 
zawierały wiele ocen trafnych, chociaż sympatye osobiste unosiły 
nieraz sąd krytyczny, a pierwsze wrażenie zbyt pośpiesznie na pa- 



— 288 - 

pier się przelewało; wstręt przeciw wszelkiej rewolucyjności, prze- 
ciw wszelkim zakusom wolnomyślnym, nie liczącym się ściśle 
z konserwatyzmem religijnym i społecznym, zaślepiały go na za- 
lety literatury francuskiej, a wyolbrzymiały jej braki; ale już w kry- 
tykach Grabowskiego wybiegała ocena dzieł całkiem z dawnych 
formuł, uwzględniała historyę, otoczenie, indywidualność autorską, 
pod wpływem Villemaina i Sainte - Beuve'a. 

Ulubieńcem Grabowskiego był Walter Skot; jego przykład, 
silny pociąg ku historyi i tradycyi miejscowej, wpływ wreszcie 
Rzewuskiego popchnęły krytyka ku samoistnemu tworzeniu. Nie 
dopisywała jednak fantazya: powieści historyczne Grabowskiego, 
dziś zupełnie zapomniane, i w latach 1838 — 1852 licznych nie 
znachodziły czytelników. Uznać należy rzetelną pracę kolekcyo- 
nisty, ceniącego każdy szczegół historyczny czy tradycyjny, wszystko, 
co się w okolicach Tajkur, Hulajpola czy Aleksandrówki pochwy- 
cić dało; opisywacza, co koloryt miejscowy, krajobrazy stepowe 
najdokładniej odtwarzał, ale ani »Kolisczyzna i stepy « (o hajdama- 
kach), ani czterotomowe »Tajkury« (r. 1845, życie szlachcica wo- 
łyńskiego za zawieruchy XVII wieku) ani »Stannica hulaj polska* 
ani » Starosta kaniowski « nie wywoływały na czytelnikach innego, 
prócz nieokreślonego wrażenia; archeolog - po wieściopisarz sam za- 
bijał wszelką iluzyę, upewniając czytelnika, że osoby, choć o nich 
tak długo opowiadał, nie żyły nigdy w rzeczywistym świecie; od 
wielkich kompozycyi powracał do mniejszych obrazków, ale i tym 
brakło kolorytu i ruchu. 

Wydawał i pamiętniki obce, Borejki i Micowskiego z życia 
wołyńskiego, nie ciekawe; wydał i »Pana Starostę Zakrzewskiego*, 
powieść czy pamiętniki raczej, niby opowiadanie marszałka Cie- 
chońskiego, ale i te nazwaćby można >sklepem gratów, czerwo- 
nych butów i źupanów*. Nie wiodło się więc »Tarszy«; lepiej za- 
służył się historyk, wydając wraz z Przeździeckim i Malinowskim 
» Źródła do dziejów polskich « (t. I, 1843), szczególniej zaś »Ukra- 
inę dawną i teraźniejszą* (1850, o najdawniejszych zabytkach pro- 
wincyi, wykopaliskach i t. d.). Najwyżej stanął, obok krytyka, 
polityk; oceniał trafnie sytuacye, przewidywał daleko, ale umiar- 
kowany głos jego głuchł w namiętnym gwarze chłopomanów i ra- 
dykałów, zaprzepaszczających sprawę narodową, w której obronie 
on stawał: 



— 289 — 

na mnie szemrały głupich podejrzeń wyrazy, 
z potwarzy rosła dla mnie obojętność głucha..., 
przyszłość, teraz zakryta, komuś z nas dank przyzna, 

lecz na wygranej jeden przed drugim me zyska. 

Nie wzniósł się, jako powieściopisarz, i zacny ks. Stanisław 
Chołoniewski, były żołnierz i dyplomata, czerpiący z szlacheckich 
tradycyi o sodalisach czy o księdzu Marku — te rzeczy ukazywały 
się dopiero po jego rychłej śmierci; za życia »Snem w Pod- 
horcach«, widzeniem, przestrzegał przed pomiataniem etyki w imię 
poezyi i namiętności; w innych rozmowach i listach szerzył mądre 
uwagi, uzupełniając czynność kaznodziejską (kazania wydał po 
wielu latach ks. Badeni) i obywatelską, nie krępując, jak Rzewuski 
i Hołowiński, rozumu, dozwalafąc i jemu przystępu do świątyni 
Pańskiej. Ani Grabowski, ani Chołoniewski tradycyi ukraińskich, 
ludowych czy szlacheckich (tylko te znał Chołoniewski z własnego 
otoczenia), wskrzesić nie potrafili; litewskie zaś nie tylko u Rze- 
wuskiego odżyły. 

Obok » Pamiątek Soplicy* stanęły godniej tylko » Obrazy 
litewskie* Ignacego Chodźki (w pięciu seryach, 1840—1850) 
i »Podania litewskie« (cztery serye, 1852 — 1860). Chodźko, z fa 
milii, reprezentowanej w literaturze ówczesnej wielokrotnie, prze 
chodził koleje umysłowe, podobne nieco do rozwoju Grabowskiego; 
i on nie stanął odrazu, jako apologeta atawizmu, bogobojności 
i trybu przodków, nie przeklinał zawsze » wieku oświeconego z fi 
lozofią z piekła rodem, bezbożnego niedowiarka, co oniemił ziemię 
dla Boga«, lecz sam był niegdyś i wolnomularzem i Szubrawcem 
i w duchu » oświeconego wieku* powiastki pisywał, a przed ro- 
mantycznością uciekał. Dopiero w późniejszych, szczęśliwych latach 
spokojnego życia familijnego na wsi odżyły wspomnienia dziecięce, 
z dworków obu dziadków, Widmonta i Chodźki, niegdyś wynie 
sione; opowiadania, zasłyszane o świetności Nieświeskiej, o Radzi 
wile, Wołodkiewiczu, Łopacińskim; odtwarzając te wspomnienia, 
lubował się autor w roztaczaniu samych pogodnych obrazów, 
w szczegółowym opisywaniu miejsc i ludzi, domóuf i sprzętów, 
dworów i dworków; myśl krytyczną odganiał, oko miał tylko dla 
pozorów barwnych, dla ładu rodzinnego, nie pytając, co się w kraju 
działo; istniały dla niego tylko starożytności prywatne ukochanej 

DZIEJE LITERATURY P0L8KIEJ T. H. 19 



— 290 — 

Litwy szlacheckiej. I zachwycała się publiczność prostym, rzew- 
nym, malowniczym oddaniem czy » Dworku mojego dziadka «, czy 
tBrzegów Wilji«, czy szkoły Boruńskiej i jej Bazylianów, czy Na- 
poleona w Wilnie, czy -Pamiętników kwestarza«, czy »Dworków 
na Antokolu«; i jemu, jak Rzewuskiemu, rzecz udawała się tym 
mniej, w im głębszą przeszłość sięgał i o im większe rozmiary 
się kusił (np. w »Żegocie z Milanowa Milanowskim «), dlatego 
»Podania« nie miały już tego uroku, co »Powieści«. 

Chodźko jaskrawych obrazów, jak Rzewuski, nie przedsta- 
wiał; przeważała u niego tkliwa tęsknota; zapatrzony w świat 
przeszłości, widział go ozłocony słońcem zachodzącym i czytelni- 
kowi błogiego uczucia spokoju udzielał, jakby świat ten nie był 
bez jutra, jakby znowu miały się toczyć jego dni równe, pogo- 
dne, jasne. 

Do tych przedstawicieli dawnej kultury na jej straconych 
posterunkach, świadczących najwymowniej o potężnym jej rozsze- 
rzeniu i żywotności, na pozór niewzruszonej, przybył inny lauda- 
tor temporis acti, główny przedstawiciel powieści historycznej, 
z trądy cyi wysnutej, między rokiem 1850 a 1860, gdy gwiazdy 
Rzewuskiego, Grabowskiego, Chodźki z zenitu już schodziły, Zy- 
gmunt Kaczkowski. Jak u Chodźki, wypłynęły i u niego wspo- 
mnienia dziecięce, zasłyszane np. od babki, pamiętającej doskonale 
Barsczan, od innych »starych bajarzy z nieznanym już dzisiaj da- 
rem obrazowej wymowy «, dopiero później; na razie przygłuszał 
je ruch polityczny, rewolucyjny, w czym młodziutki Kaczkowski 
brał udział. Ochłonął z niego na zawsze, otrzeźwiał; pod wpływem 
strasznego rozczarowania przerzucał się nawet początkowo w drugą 
krańcowość świeży radykał. 

Wykształcony, zdolny, żywy, pociąg do literatury czuł od 
dawna i, gdy droga do każdej innej roboty zamkniętą się zdawała 
(do gospodarstwa brakło powołania i zdrowia), chwycił się po- 
wieści, po rozmaitych próbkach wierszem i prozą, beletrystycznych 
i publicystycznych, na których rękę zaprawił. 

Otwierały się przed nim dwie drogi: miłość trądy cyi, wynie- 
siona z otoczenia sanockiego, podsycana studyami historycznymi, 
którym się w Osolineum gorliwie oddawał, nęciła go przykładem 
i wzorem Pola, Rzewuskiego, Chodźki; powieść spółczesna nada- 
wała się do propagandy nowych, dojrzalszych idei. Kaczkowski 



— 291 — 

puścił się, niemal równocześnie, oboma torami, lecz tylko powieścią 
historyczną zaskarbił sobie trwałe względy czytelników; i dziś 
drukują jego powieści Nieczujowskie, o spółczesnych zapomniano 
rychło; nawet inne powieści historyczne, nie z cyklu Nieczujow- 
skiego, uznania nie znalazły; tylko z owego cyklu bił temperament, 
wybitna cecha indywidualności, jakich brak innym jego powieściom 
zaszkodził. 

Do epoki, którą miał odwzorować, zabrał się po studyach 
wszechstronnych; nosił się z myślą napisania historyi konfederacyi 
barskiej, zarył się w tym celu w literaturze drukowanej i nierównie 
bogatszej rękopiśmiennej, napiętrzył całe stosy notat, lecz ani hi- 
storyi tej stworzył, ani zdecydował się na opublikowanie surowego 
materyału; na razie zamierzał »podmalować tło« tych dziejów, lecz 
i tu zdało mu się »rzeczą najwdzięczniejszą dla sztuki, na tamto 
czesne drobniejsze wypadki, charaktery i obyczaje zapatrywać się 
okiem i sercem tamtoczesnego człowieka, bo dziś tylko on jeden 
mógł je z całą prostotą brać, tak, jak były, i opowiadać z bez 
warunkową miłością« — dla krytyki miejsca nie było. Szereg 
opowiadań Imcipana Marcina Nieczui, zaczęła »Bitwa o chorążankę« 
(1851), epizod z antagonizmów, dzielących pokrewne ziemie czy 
dzielnice; spółzawodniczą tu Sanoczanie a Przemyślanie — walka 
ta na docinki i wyzwiska, na kielichy i krzyżową sztukę, podjęta 
w imię zagrożonego materyalnego interesu (panny posaźnej), nie 
licząca się z prawami gościnności, dufna w przewagę liczebną, dla 
nieco czulszych czytelników mogłaby wydawać się wstrętną, ale 
ani narrator nie skrupulizował w swej »bezwarunkowej miłości«, 
ani czytelnik nie opierał się naiwnie, z duszy idącej apoteozie 
tego barbarzyństwa. Rzecz, treścią i rozmiarami drobniutka, miała 
nadzwyczajne powodzenie i, jak z rogu obfitości, posypały się za 
nią inne »opowiadania Nieczuk 

Nie były one prostą repliką »Pamiątek Soplicy «, z litewskiego 
przeniesionych żywcem na grunt sanocki. Samo tło było inne; nie 
byłoź tu żadnego nieświeskiego słońca, krążącego wśród niezliczo- 
lych płanet i satellitów; Osoliński, Bal czy Mniszek nie mogli się 
>rzecież równać z Panie Kochanku, więc szlachta nie była tak za- 
mkana: w przystępie fantazyi napadła i na zamek samego woje- 
wody; nie było tej jednostajności litewskiej; ponad strychulec 
;zlachecki wystawały liczne głowy; było tu więcej odmiany, od- 

19* 



— 292 — 

rębności, poczucia godności osobistej. Na tym tle kreślił Kaczkowski 
inne konflikty; u Rzewuskiego wytaczały się sprawy publiczne, 
porwanie króla i t. d, u Kaczkowskiego wyłącznie rzeczy poto- 
czne, nawet zabójstwo Wielkiego Kuchmistrza nie przekraczało 
ram sprawy domowej. 

Kompozycya była też o wiele obszerniejsza; nawet drobniej- 
sze opowiadania Nieczui przekraczały znacznie rozmiary Soplicow- 
skie. Nie było też krzywdzących nowsze czasy i ich postęp 
wycieczek; chociaż i Nieczuja moralizować lubił, nie sadził się na 
żadne paradoksy, nie przeklinał filozofii i rozumu » szalonego «, nie 
ubóstwiał głupoty. I Nieczuja wprawdzie nie wzniósł się ponad 
czas, jego nałogi i widzimisię; i on tkwił w atawizmie po uszy, 
ależ autor się z nim nie utożsamiał; miał więc wszelkie prawo, 
nie wybiegać poza widnokrąg przeciętnego szlachcica, patrzyć jego 
oczami; gdzie, jak w »Annuncyacie«, od siebie opowiadał, wypa- 
dał konterfet Barsczan odmiennie, bez aureoli Nieczujowskiej. 
Jeżeli Nieczui otwierały się oczy na straszny upadek kraju, mo- 
ralny i materyalny, winił o to, jak satyrycy XVIII wieku, nie ojców 
i praojców, ale napływ idei cudzoziemskich, sfrancuziałość oby- 
wateli! 

Powieści Nieczui były wcale nie równej wartości. Najobszer- 
niejsza i najciekawsza, to »Murdelio«, ów typ niezwykły, jaki 
Kaczkowski w kilkadziesiąt lat później na innym tle ponownie od- 
tworzył, siłacz fizyczny i moralny, gwałtowny i niepohamowany, 
nie bez instynktów szlachetnych, zagadkowy nieco, wzbudzający 
mimowolny przestrach w człowieku przesądnym, pomawiającym 
go o związki chyba z nieczystym, poświęcający wszystko i wszyst- 
kich dla swego widzimisię, wzór owego rozbujałego indywidualizmu, 
przeradzającego się w proste warcholstwo. Podobny nieco typ 
»Męźa szalonego* (Kitajgrodzkiego) graniczy już z niepoczytal- 
nością: przerzuca się z jednej ostateczności w drugą, od mordów 
i okrucieństw do najgłębszej skruchy czy ekstazy religijnej. 

Inny dziwak -ekscentryk wywiedziony w »Swatach na Rusi«; 
tu i w »Gnieździe Nieczujów« stosunek szlachty do moźnowładz- 
ctwa wystawiony, wzajemne uściski i służby, przerywane wybu- 
chami antagonizmu, łagodzonymi znowu czapką i papką. W »Grobie 
Nieczujów« finał tego świata, miejscami wstrząsający i poruszający 
do głębi, chociaż brak podkładu myślowego głębszego; Nieczuja 



- 293 — 

rozbitek w religii szuka zapomnienia straty i nowej otuchy, modli 
się i akty skruchy odprawia, a w ostateczności porywa się do 
szabli; nie przerodził się, nie przystosował się do nowych okoli- 
czności; on i świat jego muszą zginąć. 

Obok Nieczujowskich pisał Kaczkowski i inne powieści hi- 
storyczne, udatne, kiedy była mowa o tych samych czasach i lu- 
dziach, np. w »Annuncyacie«, historyi o konfederacie barskim, 
znanym partyzancie Bierzyńskim i jego miłości z Annuncyatą, 
niezwykłą bohaterką, ukrywającą swoje uczucia, aż wybrany jej 
godnym się ich ukaże; nieudatne zupełnie, gdy sięgały w czasy 
dawniejsze, np. ckliwa i nieskończenie długa historya o Ożarow- 
skim, w »Sodalis Marianus«, wzorze wszelkich cnót męskich, reli- 
gijności i patryarchalności; refleksye i morały autorskie niszczyły 
tylko iluzyę i przerywały tok opowiadania. 

Ten pierwiastek refleksyjny, nie istniejący wcale w opowia- 
daniach ostatniego z Nieczujów, szkodził powieściom społecznym, 
pisanym niemal równocześnie, lecz o wiele bezbarwniej i sztywniej, 
począwszy od »Katona« (1851), a skończywszy na »Żydowskich« 
(1860) i »Rozbitku« (1861). Powieści te są ciekawe dla stosunków 
galicyjskich zarówno, jak i dla powolnej modyfikacyi zapatrywań 
autorskich, powtórnego jego linienia. Walkę arystokracyi z demo- 
kracyą w »Dziwożonie«, kontrast Kamila i Edmunda, przedstawi- 
cieli typowych obu kierunków, przeprowadził autor tak, że potępił 
demokratę, wzniosłego w słowach, nizkiego w czynie. We » Wnu- 
czętach « wystawił miarowe obniżanie się sił żywotnych w trzech 
pokoleniach: najstarsze najdzielniejsze, mimo przesądów arystokra- 
tycznych (Demboroga) i wygórowanej religijności (szefa Niemiry), 
umie się przynajmniej wyrzec ruchów niewczesnych i jąć się pracy 
około gospodarstwa; w młodszej generacyi przeważają braki, nie- 
zaradność i bierność, wydobywają się na wierzch jednostki wręcz 
niemoralne, szkodliwe; najmłodsza, spółczesna generacya, wysta- 
wiona jako skarłowaciała fizycznie i umysłowo; ludzie nowych 
haseł (demokrata Drabik) nikczemni. 

Jak wybrnąć z tego zgubnego zastoju, ożywić społeczeństwo, 
uczy Kaczkowski w »Stachu z Kępys w »Bajroniście« i » Ro- 
zbitku*: nawrócony ks. wikary przez wiarę wpływa na ulepszenie 
stosunku włościan do pana i księdza; nieszlachcic nabiera wszelkich 
cnót w pożyciu z ludźmi dobrego rodu; w »Rozbitku« wychodzi 



- 294 — 

autor poza ciasne nieco koło doktryny szlacheckiej i ludowej; bo- 
haterowie jego, Karol i Skiba, wytrzeźwieli po roku 1846, uznali 
społeczną rolę szlachty i oddają się pracy gospodarczej, po uwła- 
szczeniu włościan tym bardziej naglącej. Najciekawszą z tych po- 
wieści jest »Bajronista«, kruszący laskę nad marzeniem bezowo- 
cnym, wyżerającym siły moralne (tu spotykał się autor z sądem 
Gabryelli); jego Miron żył, jak Słowacki, od młodu w świecie 
własnym, urojonym i skończył przedwcześnie w obrzydzeniu ludzi, 
książek i świata; miejsce zera tego zajmie przy boku wdowy, 
w majątku zrujnowanym, w gronie obywatelskim, dzielny Stefanek, 
wynoszący się z chłopskiego stanu. Z marzeniami liczył się i w »Kro- 
nice rodzinnej« o »Żydowskich«, godząc w Ujejskiego, ale zarazem 
i w zacofańców arystokratycznych, wyłaniając się coraz bardziej, 
jako apostoł cichej, wytrwałej pracy organicznej, jako wróg dema- 
gogii i rewolucyi, liczący się z rzeczywistością, zrzekający się 
wszelkich fantazmagoryi. W imię tych zasad wystąpił i jako pu- 
blicysta, nie zadowalając się dotychczasową swą belletrystyką 
tendencyjną. 

Z Ujejskim znaleźli się w przeciwnych obozach. Gdy ostatki 
żaru lirycznego Ujejski w listy i przemówienia przelewał, Kacz- 
kowskiego publicystyka wykoleiła zupełnie: odpokutował ją nie 
tylko więzieniem, ale nawet opuszczeniem kraju i zawieszeniem 
wszelkiej czynności literackiej. Wrócił do niej dopiero po latach 
kilkunastu, do publicystyki jak do powieści. Egzulant dobrowolny 
zmierzył się z »Teką Stańczyka« i stronnictwem krakowskim, kon- 
serwatywnym, w »Tece Nieczui, posłaniu Imcip. Nieczui do Małych 
Polaków i Czerwonych Rusinów, a które też i Wielcy Polacy na 
czas sobie czytać mogą dla zbudowania i krotochwili« (1883). Na- 
śladował tu wcale niefortunny pomysł i »Teki Stańczyka« (nie krę- 
pującej się zresztą tym pomysłem) i dawnych »Dyalogów umar- 
łych*, każąc p. Nieczui rozmawiać o rzeczach bieżących z cie- 
niami literatów zmarłych; ale wadę pomysłu nagrodził wykona- 
niem, werwą i plastycznością języka o toku prawdziwie staropolskim, 
nieczujowskim, uszczypliwą satyrą, trafnymi nieraz sądami. 

Jako wróg materyalizmu i socyalizmu, wystąpił Kaczkowski 
już poprzednio, w nowej powieści »Graf Rak« (1878). Początek 
jej obiecywał wiele; zdawało się, że emigrant opisze życie emi- 
gracyjne i wpływ jego na człowieka, lecz niebawem zwichnął się 



- 295 — 

tok opowiadania, wyłoniła się naj zbędnie j sza i najnudniejsza kru- 
cyata przeciw naukom przyrodniczym, torującym drogę materya- 
lizmowi, chęć dowodzenia, że wyniki ich nie przeczą dogmatom, 
dadzą się z nimi pogodzić, i jeszcze przed grafem-egoistą, ubó- 
stwiającym żonę i ginącym dla jej wiarołomstwa, ginie w czytel- 
niku wszelka ochota do czytania tej powieści do końca. 

Pod wpływem, jak mówią, powodzenia trylogii Sienkiewi- 
czowej, wrócił do powieści historycznej; jako jej krytyk, sta- 
wiał żądania zbyt wysokie, jakim Sienkiewicz w jego oczach nie 
podołał; sam się więc o ich wykonanie pokusił w » Abrahamie 
Kitaju« (1886) i w »01brachtowych Rycerzach« (1889). Żądał mia- 
nowicie nie oddawania pewnej tylko strony i szczegółów mniej 
lub więcej barwnych, lecz odtwarzania samej myśli dziejowej, sa- 
mego ducha czasu. » Abraham Kitaj« to nowy Murdelio na tle 
groźnej anarchii, niedołężnego autorytetu państwowego, za czasów 
Sobieskiego; uwydatnić nadmierną wybujałość indywidualizmu, rzą- 
dzenie się owym słynnym od wieków polskim »widzimisię«, fatalne 
jego skutki dla całości, mimo świetnych pozorów, jakimi fantazya 
i energia, buta i siła jednostki rozpasanej łudzić mogą, było za- 
daniem autora, lecz nie podołał mu artysta. 

Lepiej powiodła się druga powieść: i ona doskonałą nie jest, 
robi wrażenie olbrzymiego płótna akademickiego, z masą szczegó- 
łów, wystudyowanych naj sumienniej, wykonanych najstaranniej — 
z całości jednak wieje chłód przeraźliwy; Kaczkowski wciągnął do 
swej powieści wszystkie stany ówczesnej Polski, od króla i ry- 
cerstwa do mieszczan i kupców, dał nawet pieśń miłosną w ów- 
czesnej ortografii, odtworzył niby całą umysłowość epoki, ale ani 
jednolitego, ani żywego opowiadania nie wysnuł, pomimo niektó- 
rych scen świetnych i postaci drugorzędnych, bardzo zajmu- 
jących — te wypadały u niego, jak u Rzewuskiego, o wiele ży- 
wiej, plastyczniej, niż bohaterowie sami, nie tylko tym razem, już 
i dawniej. 

Zakończył Kaczkowski czynność literacką powieściami spół- 
czesnymi, »Wasi ojcowie« (1892), »Zaklika«, »Święta Klara« (1895), 
cennymi dla tendencyi, słabymi w wykonaniu. Ciekawsze były jego 
przyczynki autobiograficzne, malujące stan umysłowy Galicyi 
przed rokiem 1846; cenne jest studyum literackie, » Słowo o ro- 
mantyzmie «, gdzie zerwał z dawnym, wązkim poglądem, potępia- 






— 296 - 

jącym zwodnicze pieśni Mickiewicza i szaleństwa Słowackiego, 
wystawiającym romantyzm, jako szkodliwy i zgubny dla narodu: 
już to my mistrze w zwalaniu win własnych na obce barki! 

Kaczkowski przypomina nieco Kraszewskiego; umysł trze- 
źwiejszy i chłodniejszy chronił go wprawdzie od krańcowości, nie 
występują one u niego tak wypukło, są jednak nie mniej; garnął 
się do postępu, a obawiał się postępów nauk przyrodniczych; 
Stańczyków nienawidził. Od powieści historycznej przechodził do 
spółczesnej, której zbytni dydaktyzm, widoczna tendencya szko- 
dziły najbardziej; talentem znacznie mniejszy, oddał jednak niemałe 
zasługi, właśnie w latach zastoju budząc myśl, nie tylko zabawia- 
jąc czytelnika apoteozą dawnej szlachecczyzny, ale zbyt ściśle 
mierzył naukę katechizmem, zbyt wazko poj mywał udział sił no- 
wych w pracy narodowej. Tylko w opowiadaniach Nieczui wy- 
szedł sam z siebie, dał się porwać wyobraźni, przenoszącej go 
w czasy, umiłowane sercem; w głębszą analizę psychologiczną nie 
wdawał się nigdy, nie zadowoli też czytelnika o większych wy- 
maganiach, chociaż wiele mądrych uwag rozrzucił i rozumnych 
tendencyi przeprowadził. 

Grono tych wybitnych powieściopisarzów, czerpiących i z ota- 
czającego życia i z kontuszowej przeszłości, działających w imię 
rozmaitych idei, powiększał szereg belletrystów drugorzędnych, 
dziś zapomnianych, niegdyś wcale poczytnych. 

Józef Dzierzkowski kreślił z wielkim powodzeniem stosunki 
galicyjskie, w których wyrósł, ujemne ich strony, w barwach ja- 
skrawych i rysach nieraz przesadnych; przedstawiał głównie szlachtę 
i hrabiów galicyjskich, nie oszczędzał nikogo; i figury ludowe nie 
wychodziły lepszymi. Zepsucie młodzieży, jej miłostki i karciar- 
stwo, demoralizacyę ogólną, gonienie za groszem i użyciem, łu- 
dzenie pozorami, niesumienność, nie cofająca się wkońcu przed 
kryminałem, opiekunów, zdzierających niemiłosiernie swych pupi- 
lów, szlachtę, batoźącą chłopów, adwokatów, zdradzających swoich 
klientów, mężów, sprzedających żony, uwodzicieli, świadków fał- 
szywych, intrygantów najnikczemniej szych wystawiają jego »Ku- 
glarze« (1845), »Dla posagu*, » Salon i ulica« (1847), » Szpicrut ho- 
norowy* (1848). 

Nie brak efektów drastycznych, kopiowanych od Francuzów; 
dziś napiętnowalibyśmy niejedne z tych powieści mianem »sensa- 



— 297 — 

cyjnej« i »melodramatycznej«; wówczas służyły one agitacyi de- 
mokratycznej, otrząśnieniu się z nałogów, budzeniu sumień; autor 
stawał się satyry kiem-publicystą i w huku roku 1848 przerzucił 
się całkiem na publicystę, jako najgwałtowniejszy rzecznik demo- 
kracyi w artykułach »Gazety Narodowej« i broszurach osobnych; 
namiętny ton dziennikarstwa lwowskiego, szkalowanie jego i szy- 
derstwo, obrzucanie przeciwnika ostatnimi wyzwiskami datuje wła- 
śnie od Dzierzkowskiego i jego piorunującej prozy, przebiegającej 
coraz wszystkie skale od wzniosłości i patetyczności do kpin i obelg 
najprostszych, do szyderstw najdotkliwszych. Następstwa tego roku, 
udział w kampanii węgierskiej, wycofały Dzierzkowskiego na razie 
z literatury; powrócił do powieściopisarstwa po roku 1850, lecz 
w drugiej fazie swego zawodu sukcesów np. »Salonu i ulicy« 
(pierwszego wielkiego na lwowskim bruku) nigdy już nie dosięgnął; 
nie zrzekł się poglądów demokratycznych, pozostał dlatego ulu- 
bieńcem młodzieży lwowskiej, ale pisał o wiele oględniej, spokoj- 
niej, hołdował nawet powieści historycznej (»Uniwersał hetmański«) 
i poruszał do łez sentymentalizmem »Wieńca cierniowego«. 

Waleremu Łozińskiemu śmierć rozwinąć talentu nie dopuściła; 
strony rodzinne, światek ich drobnoszlachecki, Samborsczyznę, wysta- 
wił w »Szlachcicu chodaczkowym«; już to opowiadanie, prócz wiernego 
kolorytu miejscowego, raziło efektownymi scenami; szczególniej 
lubowały się w nich, dla uciechy wszelkich abonentów wypoży- 
czalni książek, późniejsze powieści, zbójeckie, na poły historyczne, 
»Czarny Matwij«, »Zaklęty dwór«, »Szaraczek i Karmazyn« i inne, 
z sensacyami, nie gorszymi od francuskich. 

W Warszawie cyganerya, z Dziekońskim, Sierpińskim i in., 
rolę Dzierzkowskiego odgrywała; stosunki specyalnie warszawskie, 
»dagerotypy warszawskiej »wizerunki społeczeństwa warszawskiego« 
dawali Bogusławski i Bogucki, naśladując w większych powieściach 
nawet »Żyda Tułacza* i inne powieści francuskie. Największy roz- 
głos zyskali tu jednak dwaj humoryści, August Wilkoński i Albert 
Wilczyński. Wilkoński, Wielkopolanin, gdy strony ojczyste rzucić 
musiał, a na gospodarstwie wiejskim utrzymać się nie potrafił, 
przeniósł się do Warszawy i zaczął kreślić od niechcenia anegdoty, 
szkice, ramoty i ramotki, o wszystkim, o przygodzie szkolnej wła- 
snej (o plagach, odebranych w szkole pruskiej za narodowość Ko- 
pernika — tą ramotą zaczął zawód literacki szczęśliwie »chirurg 



- 298 - 

filozofii i krzyża naturalnego kawaler« r. 1840) i innych przygodach 
ziemiańskiego bytu, nawet o literaturze, o cudzoziemsczyźnie, o czy- 
taniu romansów francuskich, o jarmarku w Łowiczu i jego prakty- 
kach, o ożenku dla grosza i t. d. Były to powiastki, proste, ru- 
baszne, nie przebierające w wyrażeniach; dyktowało je poczciwe 
uczucie (złote to było serce — i dla swoich chłopków i dla nau 
czyciela starego, Królikowskiego, którego przygarnął, a ten do 
»literatury« go nakłonił) i sąd trafny; humoru wiele nie było, za- 
stępywały go nieraz satyryczne wycieczki (np. o pani »literaturze 
warszawskiej« i jej siostrach, p. Drzymlik w Krakowie, p. Nygu- 
sowicz we Lwowie, p. Szczypalska w Wilnie, p. Krzyczkowska 
w Poznaniu, p. Pokutnicka na emigracyi i t. d. — o jej lokach 
filozoficznych z cudzych włosów, o jej chusteczce od nosa z nauk 
przyrodniczych, ale takiej malutkiej i t. d.), i dla tych wycieczek 
obawiano się i obmawiano autora, który wkońcu i »Dzwon lite- 
racki i literaturę porzucił i humor stracił na zawsze. « 

Żywe ujęcie się za włościanami wyróżniało go bardzo ko- 
rzystnie; istny to chłopoman; usprawiedliwiał wybór tematu, »gdy 
obecnie tak mało o chłopkach naszych pisują... kiedy przedmiot 
dla niejednego serca jest drogi«; w humoresce »Kraszewski w War- 
szawie« żalił się, »źe prócz Ulany narodowych poswarków nad- 
zwyczaj skąpo — szkoda, bo Ulana jest najpiękniejsza, przedmiot 
najwięcej żywotny, najwięcej chrzęści jański«; protestował przeciw 
rozpijaniu ich, przeciw pańsczyźnie i t. d.; walczył przeciw prze- 
sądom rodowym: gdy odzywa się przeciwnik, żeć i glina różna 
bywa, na cegły, na garnki, na porcelanę, odcina się: z cegieł ko- 
ścioły budują, w garnkach jeść warzą, a porcelany używają nieraz 
dla bardzo podrzędnych celów. Tendencya zawsze najuczciwsza, 
wykonanie bardzo naiwne, słabe, niemal pedantyczne i suche, 
zawsze powierzchowne. 

Nie z satyrą wystąpił autor »Kłopotów starego komedyanta« — 
tą firmą podpisywał stale Albert Wilczyński jeszcze ostatnie swe 
utwory. Naczelnika komendy inwalidów w małym miasteczku znał 
i lubił Wilczyński, Warszawianin; opisując jego próżne zabiegi 
o marsowy wygląd i rygor napoleońskich (nieraz) eksźołnierzy, 
kreślił życie na partykularzu, tak mało dotąd w powieściach 
uwzględniane. O satyrze nie było tu nawet myśli; dobroduszny, 
jowialny nastrój panował wyłącznie, czy to, gdy porywczego wia- 



- 299 - 

rusa udobruchała żona, czy, gdy mu towarzysze figla wypłatali, 
czy, gdy córkę sierotę pułkownika w domu przytulił; opowiadanie 
czepiało się tych drobnostek cichego życia, dalekiego od głębszych 
kolizyi, lubowało się w szczegółach pogodnych obrazków, nie wy 
biegało poza ów światek malutki. Niezwykłość i tematu i sposobu 
patrzenia nań (chyba u Chodźki nasuwały się podobne obrazy) wy- 
wołały wielkie zajęcie, popularność autorowi, tłumaczenia nawet na 
obce języki, rosyjski i niemiecki. 

Autor sam zmienił potym tryb życia, opuścił Warszawę, 
gospodarował i wrócił ponownie do miasta i biura we Lwowie, 
jak i do zajęć pisarskich po długiej przerwie. Nie zmienił sposobu 
opowiadania, szerokiego nadzwyczaj, rozwałkowywał nieraz roz 
miary prostej anegdoty do powieści całej, zwykle w pierwszej 
osobie przemawiał, z dobrodusznym uśmiechem politowania - już 
nie nad »komendantem«, lecz nad obywatelstwem, zaskoczonym 
rożnymi awanturami, czy to w postaci natrętnych gości, których 
aż opowiadaniem o strachach pozbyć się należy, czy w sroższych 
przejściach strapionych ojców i matek, »dla dobra dzieci« przeno- 
szących się do miasta i nie mogących nawyknąć do odmiennego 
trybu życia, czy w innych opałach majątkowych i sercowych. Te- 
maty wcale nie bywały równie niewinne; to mąż zapóźno flirtu 
niewiernej małżonki dostrzegał, to wyłaniały się fatalne niedobory 
moralne i materyalne, na które nie humor, ale chyba chłosta ciętej 
satyry spadaćby miała; do obywatelstwa przystępywali i urzę 
dnicy, mali i wyżsi, kupcy, mieszczanie; wdowcy słomiani, rywale 
o rękę ładnej panny; niebezpiecznego, młodszego, odsądził starszy 
śmiesznością, na jaką się ów naraził i podobne motywy codzienne, 
drobne. Namiętności autor nie rozruszał, sfery właściwej nie 
opuszczał, — wołów roboczych poświęcających się dla magnifiki 
czy dla krescencyi; mężów, wodzonych za nos przez kochające 
małżonki; wdowców, których wszyscy w zawody swatają. W śród 
kach nie przebierał; najczęściej pisywał niby gawędy, tylko nie 
o dawnych ludziach ani w stylu staroszlacheckim, bez pretensyi, 
z uśmiechem i nad dyssonansami, wcale nie śmiesznymi. 

Niżej stanął Płacy d Jankowski czyli John of Dycalp, poczy 
tywany niegdyś za pierwszego humorystę; o to trudno nie było, 
wobec rażącego niedoboru humorystów w naszej literaturze: humor, 
to produkt przeważnie miejski, a na literaturę składali się zawsze 



— 300 - 

jeszcze ziemianie, bajroniści, ludowcy, pisarze tendencyjni, — gdy 
humor właśnie tendencyę wyklucza. Więc Jankowski, którego ży- 
cie pełne niespodzianek, wcale nie humorystycznego zakroju, dy- 
plom humorysty łatwo uzyskał, skoro śmiesznie pisać się uwziął, 
zaraz na karcie tytułowej dowcipkując (»Komujedzie«, wedle zna- 
nego prowincyonalizmu litewskiego), albo pisząc o rzeczach, któ- 
rych wcale nie rozumiał. Naj wdzięczniej sza jego rzecz, to wspo- 
mnienia własnej młodości, a tej się sprzeniewierzył. 

I zaroiło się od belletrystów; od Dźwiny i od Dniepru szły 
na sukurs coraz nowe siły. Taki Kazimierz Bujnicki np., wycho- 
wanek jezuicki, klasyk jeszcze, jako taki do ironii i satyry skłonny, 
piszący źle wierszem (przekład Psałterza), lepiej prozą, powieści 
i gawędy, w duchu ultrakonserwatywnym, ultrareligijnym, głównie 
spółczesne, rzadko w dawne czasy sięgające (» Pamiętniki księdza 
Jordana«, z apologią Jezuitów) i wielbiące je, może więcej zasłu- 
żony wydawaniem »Rubona« (Dźwiny), pisma zbiorowego, jedno- 
czącego siły literackie prowincyonalne, Borchów, Platerów, Chra- 
powickich i innych Inflantczyków. Albo Krzemieńczanin, Tytus 
Szczeniowski, w »Bigosie Hultajskim« (jako Izasław Blepoński) 
chłoszczący wszelkie zdroźności w otoczeniu ukraińskim, próżność, 
próżniactwo, lekkomyślność, w formie niby powieściowej, rozpra- 
wiający się i z »Mieszaninami« Bejły, jakich filozoficznie wykształ- 
cony, a zarazem praktyczny i patryotyczny obywatel nie strawił, 
przyszłość, nie przeszłość za cel dążenia wystawiając; i on, jak 
Korzeniowski, poświęcał Krzemieńcowi wdzięczne wspomnienia. 

Wśród tych belletrystów i tłumaczów z francuskiego, których 
imię, jak i liryków ówczesnych, legion, wyróżniał się, mniej talen- 
tem, niż wyborem tematów, wojskowy, unikający jednak tematów 
żołnierskich — te uprawiał niezmordowany Adam Kosiński, głó- 
wnie z czasów legionów czerpiąc i niewybredną publiczność nimi 
entuzyazmując, pułkownik Leopold Sztyrmer, pisywał pod imieniem 
swej żony Eleonory. Pierwsza powieść, »Pantofel, historya mojego 
kuzyna« (1841), określiła jego sposób ulubiony: ani opowiadał, ani 
rezonował, ale cieniował subtelniej, wszechstronniej, naturę swoich 
bohaterów, uprawiał ich psychologię gorliwiej i wytrwałej, niż 
Kraszewski i Rzewuski; z nimi przekonania konserwatywne i spół- 
pracownictwo w » Tygodniku petersburskim« dzielił, chociaż, jako 
»Gerwazy Bomba«, właśnie na Kraszewskim ząbki krytyczne ostrzył. 



— 301 — 

Bohater pantoflowy, bez woli i energii, był jego pierwszym typem 
bardzo udatnym; i pomysł i wykonanie opuszczało zwykłe tory, 
celowało oryginalnością. Następne typy wybierał Sztyrmer z do- 
mów zdrowia, »Frenofagiusza i Frenolestów« z domu waryatów, 
»Duszę w suchotach* (analizującą wszystko, oschłą całkiem), »Ka- 
taleptyka« i t. d. Z analizą psychologiczną czy psychopatyczną 
łączył jednak pułkownik wycieczki przeciw duchowi czasu, postę- 
powi, wszechwładzy (mżonkom) rozumu i młodszych do protestów 
wyzywał, a skoro humorystyczny ton jego i satyryczne wycieczki 
braku obfitszego wątku powieściowego zastąpić nie mogły, więc 
popularność jego rychło zblakła; przecież i analiza psychologiczna 
człowieka o umyśle arcytrzeźwym, nie zdolnym do odczuwania 
nieskończonych falowań psychicznych, wybredniejszych nie zado- 
walała; był to coś niby polski Amadeusz Hoffman, tylko o wiele 
uboższy fantazyą, pedant i burżua wobec owego romantyka-cygana 
z płomienną duszą. 

Namiętne obrazowanie, energiczne ujęcie się za prawami ko- 
biet, oswobodzenie instynktów indywidualnych kosztem przesądów 
czy dogmatów, gorące apostołowanie tych nowatorstw przez panią 
Sand zelektryzowało i kobiety polskie; trudno sobie dziś wyobrazić 
wpływ czarodziejski niemal, jaki właśnie męczące nas tyrady i nie- 
skończone jej dygresye na ówczesnych wywierały; romantyczka 
Sand nie mniej, jak Balzak, utorowały drogę kierunkowi realisty- 
cznemu, chociaż wpływ bezpośredni pani Sand w naszej literaturze 
jest nierównie słabszy, niż np. w rosyjskiej; ukazuje się głównie 
w autorkach, nawet takich, co z najzwyklejszego szablonu, w życiu 
i w twórczości, nie wykraczały. Np. taka Paulina Wilkońska, 
wdowa po humoryście, już za życia męża pisująca i redagująca 
z nim » Dzwon literacki*; później próbowała sił na najrozmaitszych 
polach, głównie jednak w powieści, uprawiając ją na gruncie po- 
znańskim; poruszała więc tematy specyalne dzielnicy, np. zaborczość 
germanizacyjną (» Obrazek poznański «, 1857); zresztą opowiadała 
najrozmaitsze przygody, rozwlekle, blado, brak inwencyi opisowo- 
ścią sztukując, przez lat z górą trzydzieści (1841 — 1874): pracę 
jej cenić należy dla uczciwej tendencyi, dla ujmywania się za lu- 
dem, występywania przeciw uprzedzeniom kastowym, sarkania na 
konwencyonalne małżeństwa; cechował ją duch demokratyczny, 
bardzo umiarkowany — antypodem jej była Wojkowska, wielbi- 



- 302 - 

cielka pani Sand, jako tej, co obudziła kobietę do samodzielności, 
wyzwoliła z pod ohydnego jarzma jednostronnej opinii, a nieodarła 
z uroku i poezyi. 

Do autorek dawnego autoramentu należała panna Gunter na 
Litwie, talentu bardzo drobnego; wyżej stanęła Ewa Felińska, 
matka arcybiskupa, chociaż się później pióra chwyciła. W długim 
jej życiu (1793 — 1859) przesunęły się najrozmaitsze odmiany ludzi 
i stosunków, więc gdy » Pamiętniki z życia « kreślić zaczęła, do- 
prowadziła je zaś do r. 1821, umiała opowiadać o życiu dawnym 
domowym na Litwie i Wołyniu wszystkich warstw, wiele znamien- 
nych szczegółów; » Wspomnieniami z podróży do Syberyi« popro- 
wadziła znacznie dalej owę literaturę, umiała patrzeć szerzej i głę 
biej, niż np. Kopeć; przed tymi dziełami, z autopsyi zaczerpniętymi, 
pisywała powiastki i obszerne powieści, osnute na doświadczeniu 
własnym, obfitujące w zacne i mądre myśli, acz nie obrobione 
artystycznie. 

Żywszy ruch wzbudziły »entuzyastki« warszawskie, z najzna- 
komitszą, najoryginalniejszą, najgłębszą Narcyza Żmichowską (Ga- 
bryellą) na czele. Były to »piękne dusze«, jakby je Goethe wyma- 
rzył, uprawiające kult entuzyazmu, idealizowania miłości i sztuki, 
dyskutujące o najwyższych zagadnieniach ludzkości. Publicznie 
występywały z poezyami programowymi w »Pierwiosnku« Pauliny 
Krakowowej, z powieściami i rozprawkami w » Przeglądzie Nauko 
wym«; najwymowniejszą i najwpływowszą ich rzeczniczką była 
właśnie »Gabryella«. Do r. 1850, szła torami Słowackiego z »An- 
hellego«: w marzeniu najwyższy, najpiękniejszy cel pokładała, 
rzeczywistością gardziła, a im bardziej jej samej uczucia miłosne 
niedostępnymi się stawały, tym ogniściej o nich śniła. Zaczęła 
wedle mody ówczesnej wierszami, z nadmiernym kultem poezyi 
i wieszczów; »być poetą to światu wielkiemu dumnie panować 
i gwiazdy nocy, poranku zorze," ciche strumienie, wzburzone morze 
według swej woli kierować*. Potym sławiła potęgę marzenia, jej 
Maina to niby Anhelli czy Mieczysław Słowackiego, śniąca sny 
prześliczne, uśpiona przez dobroczynnego Kościeja, napróźno do 
życia przez siostry, Krasę i Bogutę (niby Martę z ewangelii), bu 
dzona, >bo kto ma serce tylko do czucia, do pieśni, ten niech 
całe życie prześni, tego zostaw w pokoju«; siły Słowackiego je- 



- 303 - 

dnak, aby ten świat marzeń, tę kopułę myśli tęczową wystawić, 
bynajmniej nie posiadała. 

Do najdalszych krańców egzaltacyi doszła w prozie poety- 
cznej »Poganki«. Opowiadanie najfantastyczniejsze, nie liczy się 
z warunkami czasu czy miejsca, narodu czy otoczenia, snu czy 
rzeczywistości, a raczej place wszystko, idealizując artystę, roz- 
grzeszając go z zmysłowości, tworząc z niej »formę najorgani- 
czniejszego wzniesienia się ludzkiej natury w pełność bóstwa 
z duchem i ciałem«. Fantazyi, rojeniom artystycznym i miłosnym, 
związanym nierozdzielnie; kultowi natur demonicznych, wyższych 
nad przesądy i obowiązki; .uczuciu, pochłaniającemu człowieka ca- 
łego, czyniącemu go niezdolnym do życia celowego, moralnego — 
poświęca rozmarzona entuzyastka wszystko; cóż znaczą typy 
płaskie i szare rodziny Beniamina wraz z ich równowagą moralną 
i spokojnością, wobec tych zachwytów, w jakie wpada autorka na 
widok twórcy-artysty (Cypryana), bakchantki miłości (poganki 
Aspazyi), kapłana uczucia (Beniamina)? 

Z gorączkowych tych snów ochłonęła w (niedokończonej) 
» Książce Pamiątek« (1847), chociaż i w niej impuls » Poganki* 
widoczny, przystosowany jednak do Warszawy i jej życia arty- 
stycznego i salonowego, przynajmniej w pomyśle. Tym razem 
Marya Regina, owa egoistka-poganka, w bracie Romualdzie artystę 
kocha i poświęca mu z najzimniejszą krwią ofiary serca, byle ta- 
lent jego nowymi wrażeniami podsycać; ta entuzyastka w teoryi, 
a wyrachowana spekulantka w życiu, mimo całej »piękności duszy*, 
czyni wstrętne wrażenie; Romuald, bez woli, jak Beniamin, a mniej- 
szy, niż Cypryan, artysta, sztucznie się podniecać musi do two- 
rzenia i bez mentorki swej zaraz u wstępu swej karyery artysty- 
cznej zwichnąłby ją na zawsze; inne osobistości to komparsy, 
ciekawsze w istocie, niż bohaterowie sami, szczególnie z wdziękiem 
oddana Helusia, jedna z tych ofiar sercowych. Autorka postąpiła: 
nie roi już z zachwytem o artyście, depcącym wszelkie uczucia, 
co, »źeby wyśpiewać piosenkę miłości, kładzie spokojnie ucho na 
wzburzonej piersi, nastraja do gry krwawe żyły cudzego serca 
i przebiera po nich palcami marmurowymi, dopóty dopóki mu 
artystycznego nie dadzą dźwięku«; wyrzeka już na marnowanie 
uczucia — »piękne dusze« poświęciły świeżość miłości dla swych 
rojeń i przegrały stawkę życiową, zwęziły się i spodliły doszczęt- 



- 304 - 

nie — i kończy wymownym zwrotem: »nie bawię się po dawnemu 
w subtelności romansowe, nie prawię moim słuchaczom o zorzach 
na niebie i archanielskich wizy ach — czuję, źe gwałtowniejsze 
cisną nas potrzeby, rozpaczliwsza dokucza nam nędza«. 

Ten zwrot ku rzeczywistości, uwydatniający się już w nie- 
których ustępach »Książki Pamiątek« (np. w przelotnym obrazku 
z życia złotej młodzieży, kradnącej społeczeństwu procent od 
swoich zdolności, rodzinie utrzymanie kosztowne, kobietom dobre 
imię, a jedni drugim pieniądze przy zielonym stoliku), spotęgował 
się w czasach reakcyi po r. 1850, gdy należało bronić religii prze- 
ciw obłudzie i formułkowości, swobody rozumu przeciw deklama- 
cyom o » pysze jego« i karze za nią, walczyć z rezy gnący ą, 
zobojętniała na wszystko, z brakiem przekonań, z martwotą i apatyą, 
wśród chaosu pomyłek, kłamstw i zwątpień. W nowej tej fazie 
zasługi Gabryelli są istotniejsze, czy to, gdy ze swoim Adeodatem 
fantastycznym, niby z nowym Asmodeuszem, odprawia wędrówkę 
po salonach i domkach, wszędzie na obojętność trafiając, a mimo 
to nie rozpaczając: »bracia moi obojętni i uporni, kochać was będę 
wszystkich, was, co umrzeć zepsuciu, odżyć wyrokiem Najwyż- 
szego musicie «; czy to, gdy podań z przeszłości używa. 

Najciekawszy jej utwór to »Biała Róźa«. I Biała Róża, jak 
Marya Regina, żyje podwójnym życiem: zaskorupiła się w skru 
pulatnym przestrzeganiu wymagań towarzyskich, nie zdradzała 
najmniejszego odstępstwa od comme U faut — bo tego ją od 
dziecięctwa uczono, wyśmiano i wytknięto każdy śmielszy poryw 
jej czucia czy myśli; zrzeczenie się praw człowieczych, tę martwą 
obojętność salonową wynagradzała sobie bujaniem w świecie my- 
ślowym, stworzonym w jej główce, rozświetlonym błyskami sub 
telnej ironii, urozmaiconym najbardziej fantastycznym marzeniem. 
Lecz nie zadowoliła się autorka wystawieniem takiej dwulicowości, 
potępiła błędy towarzyskie społeczeństwa naszego, przesadę, egzal- 
tacyę, romans, i kapłanka niedawna marzenia z największą gwał- 
townością bożyszcze swoje rozbiła: »wolę wszystko, co jest śmie- 
szne, zdrożne, zaczepne«, niż marzenie; marzenie jest »szkaradnym 
nałogiem, jest prostym pijaństwem ze wszystkimi skutkami pijań- 
stwa, lubo z trochę na pozór odmienną przyczyną... marzenie 
w niebezpieczeństwie jest bezwładnością, w nieszczęściu jest nie- 
dołęstwem, w zepsuciu jest zagłuszonym sumieniem... w nas, siostro, 






— 305 - 

jest utratą nieba dla kilku chwil martwej rozkoszy«. »Tyle jest do 
roboty, tyle jest do wyrzucenia z siebie, do odratowania w bli- 
źnich, do wydarcia przyszłości, do odpokutowania z przeszłych 
grzechów, do zasłużenia cnotami... a ludzie marzą!« 

Zdolność wmyślania się w istoty skomplikowane, cieniowanie 
subtelne wszelkich faz uczucia i myśli, nie obserwowanie zewnętrz- 
nego świata i wystawianie większych obrazów, cechują Gabryellę. 
Zwykły element powieściowy ginie u niej zupełnie, chociaż 
i w » Książce Pamiątek* i w » Białej Róźy« nakreśliła ciekawe 
sylwetki osób i wprawiła je nieraz w ruch żywszy; przeważa zu- 
pełnie analiza subtelna, element dydaktyczny, moralizatorski. Czy- 
telnika, rozczarowanego treścią, nie zajmującą w zwykłym zna- 
czeniu słowa, oczaruje styl Gabryelli, oryginalny, pełny finezyi 
i precyzyi zarazem, wyrzeźbiony, zdradzający potężną osobistość, 
budzący swego czasu rzetelny podziw (w entuzyastycznych wier- 
szach Balińskiego np.); zajmą go myśli, głębokie i trafne (np. 
w owym liście brata do siostry na zakończenie »Białej Róży«); 
obrazki, acz drobne, ale dosadne owej martwoty z czasów około 
1850 r.; zajmie wysoki cel, przyświecający późniejszej jej pracy, 
udoskonalenia samego siebie, wypracowania dla swej osobistości 
najbliższego z Bogiem podobieństwa. O porywach emancypacyj- 
nych właściwie nawet mowy nie było; żądania ograniczały się na 
podniesieniu poziomu umysłowego kobiety. 

Około tego pracowały obok Gabryelli i inne, żadna z taką 
siłą i głębią, jak ona; nie brak było i rzeczniczek reakcyi; właśnie 
z szeregu kobiecego piorunowano najgwałtowniej na » pychę ro 
zumu«, w » Pielgrzymie* Eleonory Ziemięckiej, pierwszej naszej 
filozofki, co poznała filozofię niemiecką, aby ją zwalczać, aby ro- 
zum i wiarę pogodzić, aby »Zarysy filozofii katolickiej* utworzyć — 
lecz i ona nie wytrwała w skrajnej negacyi, zdobyła się nawet 
na tłumaczenie dzieła »0 godności rozumu ludzkiego«. 

Do żadnego obozu nie należały inne autorki, których późniejsza, 
długoletnia czynność znacząco już w tym okresie wystąpiła. Naj- 
znakomitsza między nimi — Jadwiga Łuszczewska (Deotyma), 
słynna improwizatorka, bogata w obrazy, rymy i słowa, darem 
tym chętnie się popisująca już od wczesnej młodości. Zbiory jej 
improwizacyi i poezy i wychodziły od r. 1854: tematy ich są ogólni- 
kowe, refleksy a przeważała; z głowy, nie z serca czerpane; brakło 

MUl LITERATURY POLSKIEJ T. II. 20 



- 306 — 

im czucia ciepłego, czego retoryka zastąpić nie mogła. Autorka 
siągnęła niebawem po temat wielki, o co się od dawna, od czasów 
klasycznych jeszcze, zawsze na próżno kuszono: jej » Polska 
w pieśni« miała opiewać przełomowe chwile i postaci dziejów oj- 
czystych. Na nieszczęście jednak siągnęła zbyt daleko wstecz; 
pierwsze dwa tomy (z roku 1859 i 1860) objęły tylko »Lecha«, 
» Wojnę 01brzymów«, »Wyszymira« i »Dwunastu Wojewodów«; re- 
toryczność i fantastyczność tych postaci nie zastąpi braku myśli 
i motywów. I nie o wiele lepszy dalszy ciąg: »Gonitwy w dolinie 
Prądnika«, trylogia dramatyczna o Krakusie i Wandzie (wydane 
dopiero w r. 1887), pomimo wysiłków autorki, nawet tło przyrody 
na podstawie własnych wycieczek górskich, jak najdokładniej oddać. 
Panuje tu ta sama fantastyczność operetkowa i ta sama retorycz- 
ność, szafująca nowożytnymi ideami, aż do emancypacyi kobiet 
i szalbierstwa kapłanów; w jednym punkcie jednak postęp wido- 
czny: ciężkie przejścia, osobiste i krajowe, pogłębiły nadzwyczaj 
uczuciowość sympatycznej autorki, przez słowa jej przebija żal 
i żar sercowy; gorętsze one, namiętniejsze. 

Największe dowody talentu złożyła Deotyma w najpóźniej- 
szych swych utworach, w prozie i wierszu. Powieści, szkice z po- 
dróży, literackie, pisywała od dawna — czytelników zdobyły tylko 
jej wielotomowe »Branki w jassyrze« (1889). Nie o jassyrze ta- 
tarsko-ukraińskim tu mowa, ale o owym pierwszym, mongolskim, 
gdy wylew z Azyi środkowej Wschód europejski zatopił. Studya 
do dzieła robiła autorka bardzo wszechstronnie; dzieje mongolskie, 
urządzenia i t. d. opowiedziała z nadmierną nieraz dokładnością, 
a drogę do Bajkału, jaką jej branki odbywają, sama przecież za 
ojcem poznała: właśnie opisowość stanowi jej siłę. Temat jedyny 
w swoim rodzaju, daleki od ubitych torów naszych powieścio- 
pisarzów, wzniosła myśl przewodnia o cudach poświęcenia i wy- 
trwałości, efektowne opowiadanie o ofiarach zarazy i cudownym 
ich wyleczeniu powieści powodzenie zapewniły. 

A podobnie wzniosła się i w epopei; porzuciła zamierzchłe 
czasy, bo w ich bezbrzeżnej pustyni poeta się mimowoli gubi, 
a zwróciła się do ostatniego przebłysku rycerskiej przeszłości 
i wyśpiewała "Sobieskiego pod Wiedniem«. Całość rozpada się na 
pojedyncze śpiewy, tonem i treścią odrębne; pierwszy przypomina 
Kochowskiego; treść jego waży się »między niebem a ziemią*, 



-- 307 - 

alegorya to walk Wschodu i Zachodu, występują aniołowie-opie- 
kunowie państw przed tronem Wszechmocnego i rozpierają się 
nawzajem: pomysłami teologicznymi nie gardziła poetka. Inne śpiewy 
za to całkiem ziemskie, realne, opisują, stylem niemal gawędowym, 
z makaronizmami w mowie, szczerze a jędrnie, co się >pod Holla- 
brunem« i »w Setteldorfie« działo; nie idealizują przedmiotu, nie 
ukrywają wad i śmieszności i działają tam skuteczniej. 

Wobec Deotymy, jej świetnego języka i wielkich pomysłów, 
wydają się Seweryna Duchińska (Pruszakowa) i Marya Unicka pta 
kami bardzo drobnego lotu. Spoina im praca długoletnia, wytrwała, 
choć skierowana na pola odmienne. Duchińska zaczęła »Powieściami 
poetycznymi« (1855) w guście ówczesnym, reakcyjnym (sarkania 
na pychę naszego skromniutkiego rozumku) i gawędowym, nawet 
kontuszowym; tok języka i wiersza, gładki i poprawny, szlachetne 
zasady, prostota wymysłu i obrobienia ujmowały niewybrednych; 
niżej stały jej »Obrazki dramatyczne « i » Powieści naszych czasów«. 
Potym oddała się literaturze dla dzieci, spoczywającej u nas stale 
w ręku kobiet, i wydawała »Rozrywki dla młodocianego wieku* 
(1856—1863); przesiedliwszy się do Paryża przestała tworzyć 
oryginalnie, oddała się tłumaczeniom z obcych języków, przeważnie 
romańskich (Antologia poetów francuskich XIX wieku i liczne inne) 
i przez długi szereg lat (1870—1900) umieszczała w korespon- 
dencyach z Paryża do »Biblioteki Warszawskiej« obszerne spra- 
wozdania z ruchu umysłowego francuskiego, streszczenia ksiąg 
i t. d., dokładne i obfite, chociaż wybór jej nie zawsze na najwa- 
żniejsze objawy padał. 

Całkiem na redaktorkę wyszła Unicka, prowadząc » Bluszcz* 
od r. 1865, począwszy swój zawód tłumaczeniami z Walter Scotta, 
Longfellowa, Ossyana i t. d., powieściami, wierszem i prozą, dra- 
matami. Obie panie pracowały więc pierwotnie w tym samym 
kierunku: wyszły od życia wiejskiego, z zażyłości między dworem 
a gminą patryarchalną i motywy wiejskie, ludowe opracowywały 
z lubością; Duchińska próbowała własnymi »Jasełkami« zastąpić 
ludowe dramaciki Gwiazdkowe; Unicka w zilustrowanym Skarb- 
czyku polskim« pragnęła dzieło Niemcewicza w tonie więcej ludo- 
wym wznowić. Ideałów nie szukały poza sobą; oddawały się ści- 
słej pracy, Duchińska sama układając materyał powieściowy, histo- 
ryczny, literacki dla swej młodzieży, Unicka dla » anielskiego* 

20* 



- 308 — 

Bluszczu własne pisząc, a obce pociosywając (ad usum Delphini) 
powieści. Nowe prądy ani entuzyastek niegdyś, ani emancypantek 
potym — nie oderwały ich od gruntu rodzimego; nie sprzyjały 
fantazyi romantycznej; czepiały się ziemi, ludu, przeszłości, służyły 
prawdzie, miłości, nadziei. Duchińska stanęła wyżej wykonaniem 
niejednej trafnej sylwetki literackiej, o Druźbackiej, Brodzińskim, 
Maryi księżnie Wirtemberskiej, Zaleskim i in., a w tłumaczeniach 
sięgała nie tylko po pieśni o Rolandzie i o Cydzie, lecz nawet do 
Petófiego i do Kalewali. 

Cały ten okres bogaty właśnie w tłumaczenia, rozszerza 
znacznie ich okrąg. Dotąd wciągano weń tylko literaturę klasyczną 
i francuską; o jedne i tę sarnę tragedyę Rasyna czy Woltera ku- 
siło się kilku naraz tłumaczów, a rzeczy stokroć cenniejsze leżały 
zupełnie odłogiem. Z rutyną tą zerwał romantyzm; jedną z jego 
celniej szych zasług było właśnie rozszerzenie widnokręgu polskiego 
na literatury germańskie, romańskie, wschodnie, na przyswajanie 
rodzimemu językowi skarbów Byrona i Moore'a, Szylera i Goe- 
thego, Petrarki i Dantego, pieśni nowogreckich i gazel arabskich; 
Mickiewicz sam (tłumacz Giaura i ustępów z Szylera i t. d.), Ody- 
niec, Korsak i inni, aż do skromnego ks. Ślązaka, Bącyka, wystę- 
py wali tu raczej dorywczo; inni systematyczniej pracowali, klasy- 
ków greckich przekładali: Małecki, Zygmunt Węclewski, Siemieński, 
Kaszewski; Krajewski i Ludwik Jenike, wydawca długoletni » Ty- 
godnika Ilustrowanego*, tłumacz Goethego (Torąuato Tasso, Ifi- 
genia i in.). Szekspira tłumaczył licho ks. Hołowiński (Kefaleński, 
wyszydzony w »Beniowskim«), lepiej Komierowski i Paszkowski; 
Kalderona Słowacki i Baliński i t. d. — nie mówiąc o tłumacze- 
niach beletrystycznych, rzucających się na wszystko, na Dikensa 
i Takeraja, na Fryderykę Bremer i Andersena, na Azeglio i Ed- 
gara Poej Znajomość literatur obcych wzrastała szybko, chociaż 
duchem ich właściwie się nie przejmywano, od swojskości nie od- 
stępywano; zgorzkniały pesymizm Heinego i Musseta znajdował 
mało oddźwięku, np. u Syrokomli; zbogacały się za to język 
i formy. 

Tak kończył się najświetniejszy okres literatury. Postęp jej 
nadzwyczajny przechodził najśmielsze marzenia; od r. 1801 i jego 
rozpaczliwego położenia, bez wyjścia niemal, wzniosła się ta lite- 
ratura w przeciągu tylko dwu pokoleń, do 1830 i 1861 roku, do 



— 309 - 

niesłychanej wysokości. Pierwsze z tych pokoleń przygotowało 
wytężoną pracą kulturalną, zaczepiającą o najżywotniejsze tradycye, 
ziemię dla bujnego plonu; drugie go wydało. Co zaś było nad- 
zwyczajnym, co się nigdzie w świecie nie powtórzyło: emigranci, 
walczący nieraz z nędzą materyalną, nie podtrzymywani ani za- 
chęcani przez nikogo, na obczyźnie, stwarzają literaturę narodową, 
świetną, jakiej najszczęśliwsze, najbogatsze narody zazdrościć 
muszą, a nie tylko od dzieł, lecz i od samych twórców bije blask 
siły moralnej niespożytej. W kraju, przy mniejszych talentach, 
mniejsza i zasługa, ale rzetelna: z odrętwienia chwilowego, przery- 
wającego pracę owocującą, otrząśnięto się zupełnie i już po po- 
łowie okresu, po roku 1845, przeszła rola dominująca z emigracyi 
napowrót na grunt rodzimy. 

Literatura, dotąd zawsze na cudzym pasku wodzona, zdobyła 
odrazu samoistność; wyraziła ducha narodowego w całej pełni, 
stanęła po raz pierwszy równolegle obok każdej innej literatury 
świata; żeby ten postęp należycie ocenić, należałoby literaturę tę 
porównać z innymi słowiańskimi. W twardej szkole zmężnieli, za- 
hartowali się pisarze nasi; rezygnując ze szczęścia osobistego, 
oddani swej służbie, wytężyli fantazyę i uczucie i stworzyli dzieła 
nieśmiertelne. U podnóża tego Parnasu pracowała literatura w kraju, 
skromniej, bez wysileń tytanicznych; wykuła za to ów podkład 
niezbędny; wywołała i zaspokoiła sama potrzebę książki polskiej, 
czasopisma, dzieła scenicznego; w ślad za literaturą powstawała 
po raz pierwszy i rodzima sztuka polska. 

Żeby uprzytomnić sobie cały ów postęp olbrzymi, należałoby 
porównać stan literatury około roku 1830, ze stanem w trzydzieści 
lat później: guantum mutatus ab illo\ zawołalibyśmy z Owidyu- 
szem! Nie o mnogość wydawnictw, czy autorów, ani o .rozmaitość 
ich stanowiska i form tu chodzi; rozstrzyga to, że ich sztuka 
o najwyższe, ogólnoludzkie zagadnienia się kusi, nie tracąc chara- 
kteru narodowego; że w żywym związku z prądami europejskimi, 
w sztuce i nauce panującymi, nie tylko dla uprzystępnienia ich 
swoim pracuje, lecz sama myśli, tematów, form przysparza; że, 
zacząwszy od naśladownictwa, zawisła od potrącenia z zewnątrz, 
wydaje uczniów, którzy mistrzów w tyle zostawili; że dowiodła 
w nich rasa słowiańska, jakie wyżyny ducha i artyzmu są jej do- 
stępne. Gmach literatury narodowej odrazu wzniesiono do nad- 



— 310 — 

zwyczajnej wysokości, nie prześcigniętej nigdzie; pozostało za- 
danie — rozszerzać go, dobudowywać w szczegółach, stosować 
odmiany, jakich wymagał duch czasu, chronić go od szwanków 
wszelakich. 

Duch czasu zmieniał się jednak szybko. Z szałów i zapałów 
romantycznych otrząśnięto się zupełnie: wypadki same przyczy- 
niały się do tego najbardziej. Co raz wyraźniej zaznaczał się 
przewrót; z pierwszymi jego objawami spotykaliśmy się już w dra- 
macie i powieści spółczesnej, ze zwrotem ku prozie życiowej, ku 
obserwacyi dokładnej, ku stosunkom, ludziom i konfliktom co- 
dziennym, ku realizmowi w sztuce i w poezyi, z tym samym, co 
zawładnął już myślą i wiedzą, gdzie od wielkich konstrukcyi filo- 
zoficznych, od systematów i teoryi, przeszło się do badania życia 
samego we wszystkich jego objawach, do ustalania praw, rządzą- 
cych przyrodą i człowiekiem. Obok pozytywizmu i realizmu, ma- 
teryalizmem przezywanych, zgłaszały się coraz uporczywiej dążenia 
socyalne, polepszenia bytu, podniesienia materyalnego, bez czego 
moralności niema. Nie tylko w nauce i życiu społecznym nurto- 
wały te prądy; wystąpiły i w literaturze pięknej; stanowią też 
cechę doby następującej, najnowszej. 



ROZDZIAŁ SIEDMNASTY. 

LITERATURA PO ROKU 1863. JEJ TŁO; 
PROZA HISTORYCZNA. 



Rozwój umysłowy w Galicyi, w Poznańskim i w Królestwie. Historya: dzieje 
literatury; krytyka. 

Nową katastrofę wywołały polityka romantyczna, wcielająca 
poezyę w życie, nie licząca się z siłami, kusząca się z motyką na 
słońce, idąca łatwowiernie na lep każdej ułudzie; fatalny zbieg oko 
liczności; przyczyny inne, głębsze. Z katastrofą polityczną i jej 
klęskami nieuchronnymi splotła się wielka reforma włościańska, 
zmieniająca odrazu podstawy ekonomiczne społeczeństwa. Wobec 
tych ciosów i zmian musiały, gdy pierwsze przygnębienie minęło, 
wziąć górę reakcya krytyczna, obliczanie się z pozostałymi siłami 
i z nowymi warunkami; rozstanie się z ułudami, z zasadą »im go 
rzej — tym lepiej«; praca, mniej głośna, wy trwalsza zato i wszech - 
stronniejsza; porównywanie, w swym wyniku bardzo smutne, na 
szego rozwoju z rozwojem narodów ościennych, wykazywanie jego 
niedoborów, pragnienie gorące wydobycia się z zastoju i zacofa 
nia. Równocześnie, nieraz w całkiem odmiennym duchu i kierunku, 
odbywa się i rewizya ubiegłego procesu dziejowego, trwa praca 
nad wzmożeniem sił narodowych; literatura naukowa i artystyczna 
walkę tę żywo odczuła, kierowała nią i dotąd się nią przejmuje. 

Wprawdzie zwęziła się znacznie podstawa tej literatury; za 
częła się wycofywać z dawnych kresowych pozycyi, uszczuplały 



— 312 - 

się rozmiary jej pola działania; zato wzmogły się napięcie i wy- 
datność tej pracy. 

Wzmogły się najrychlej i najbardziej w Galicyi. Nowe klęski 
państwowe podcięły w r. 1866 na zawsze centralizm austryacki, 
rozwiały złudzenia hegemonów wiedeńskich, zniszczyły zakusy 
utrzymania blichtru niemieckiego w kraju odwiecznie słowiańskim. 
Pożegnano się więc z nimi na zawsze i wcale szybkim krokiem 
dokonało się za rządów Agenora Gołuchowskiego ukrajowienie 
urzędów, szkoły, administracyi; tylko w wojsku ostała się niem- 
czyzna, chociaż i tu uczyniono ustępstwa konieczne. Obok pol- 
skiego przyznano i językowi małoruskiemu prawa w szkole i urzę- 
dzie, dano mu sposobność i pole do rozwoju. Autonomia prowin- 
cyi, wolność prasy i stowarzyszeń, życie parlamentarne wywołały 
nadzwyczajny ruch polityczny z zabarwieniem społecznym coraz 
wyrazitszym; niebawem zarysowały się ostro party e, konserwa- 
tywna i postępowa; zarodki ich r. 1848 sięgały, z przeciwieństwami 
stanowymi, szlacheckim i mieszczańskim; stronnictwo postępowe 
rozwijało się w coraz bardziej radykalnym, wreszcie socyalistycz- 
nym kierunku, aż się rozszczepiło; wystąpiła samoistna party a 
socyalistyczna, z I. Daszyńskim na czele, nie święcąca jednak 
tryumfów w pierwszych wyborach powszechnych 1907 r. 

Konserwatywne koła krakowskie łączyły się z »podolskimi«; 
przeciw nim stawały głównie Lwów, miasta, gminy wiejskie. Naj- 
zdolniejsi rzecznicy konserwatyzmu, Stanisław Koźmian, Józef 
Szujski, Stanisław Tarnowski, zespolili się w »Czasie« i w » Prze- 
glądzie Polskim «, nie gardząc i bronią satyry, kiedy w boju poli- 
tycznym zakulisowym wodził rej Grocholski. Najznamienniej wy- 
stąpiła trójca krakowska w »Tece Stańczyka «, i od niej całą party ę 
Stańczykami przezwano; szereg to listów luźnych, wydawanych 
w »Przeglądzie Polskim« roku 1867, walczących na kilka frontów, 
tak przeciw demagogom i rewolucyonistom, jak i przeciw karye- 
rowiczom: listy, dowcipnie, nieraz z gryzącą ironią pisane, chło- 
stały i nasze Egerye polityczne i wybryki lwowskie i liberum 
conspiro, pod alegoryą, aż nadto przejrzystą, albo i bez obsłonek. 
»Tygrysów« odgryzał się, jak mógł, ale ciętością nie dorównywał; 
pozycya Stańczyków nie była łatwą do zwalczenia: przemawiali 
w imię rozsądku i rozwagi i nieobawiali się niepopularności, wy- 
zwisk od »straży poźarnej«, od gasicieli ducha narodowego. 

Dziennikarstwo lwowskie walczyło z sobą w imię rozmaitych 



— 313 — 

programów, a raczej rozmaitych osobistych antypatyi; próby za- 
szczepienia liberalizmu w Krakowie samym długo się nie powo- 
dziły, równie, jak i konserwatyzm we Lwowie nie prosperował; 
tu ostatecznie pisma demokratyczno - narodowe, »Słowo Polskie* 
i »Kuryer Lwowski« (ten z odcieniem radykalnym) wzięły górę 
i na czele dziennikarstwa galicyjskiego kroczy dziś »Słowo Pol- 
skie- Dawnej politykomanii, kombinacyi wielkich, nikt już nie 
uprawia; pisma służą wyłącznie interesom krajowym, rzeczy za- 
graniczne uwzględniają mało. Osobnych tygodników ani miesięczni- 
ków (prócz »Przewodnika«, dodatku do urzędowej »Gazety Lwow- 
skiej*), nie stworzono, mimo kilku prób (»Tydzień« i in.), we Lwowie; 
w Krakowie utrzymał się do dziś, pod redakcyą Tarnowskiego, 
potym Mycielskiego, »Przegląd Polski«, bogaty w rozprawy lite- 
rackie, historyczne i ekonomiczne, »Przegląd Powszechny« Jezuitów 
w Krakowie uwzględnia rzeczy wiary i Kościoła. 

Równie, a raczej jeszcze silniej ożywiło się życie naukowe 
przez dwa uniwersytety i do godności Akademii Umiejętności wy- 
niesione dawne Towarzystwo Naukowe krakowskie. Akademia kra- 
kowska warsztatem pracy naukowej polskiej, o czym Szujski 
zawsze marzył, rzeczywiście się stała; wydała po pracy trzydziesto- 
letniej 472 tomy i z 660 instytucyami zagranicznymi stały utrzy- 
mywa stosunek; najruchliwszy w niej wydział historyczny. Wydział 
filologiczny uprawia w pierwszym rzędzie dzieje języka i piśmien- 
nictwa, wydaje bibliotekę dawnych pisarzów polskich i in. Świeżo 
przystąpiła Akademia do wielkiego wydawnictwa zbiorowego, do 
Encyklopedyi rzeczy polskich, obejmującej całokształt historyi, 
literatury, języka i t. d., skupiając w tym celu najwybitniejsze siły 
narodowe. 

Uniwersytet krakowski, chwała niegdyś narodu i zasługa 
jego, znalazł gorliwych zbieraczów materyałów i historyografa: 
skrzętny Żegota Pauli, niezmordowany w gromadzeniu i wypisy- 
waniu zewsząd najcenniejszych rzeczy, przygotował pierwsze tomy 
kodeksu »dyplomatycznego«; po nim Władysław Wisłocki wcią- 
gnął się całkiem w dzieje szkoły, jej instytucyi i magistrów. 
Historyografem jej został Kazimierz Morawski (Poznańczyk); jego 
»Historya uniwersytetu« obejmuje jednak tylko epokę świetności 
szkoły, lata 1400—1520; nie wyczerpała i tu wszystkiego, ale na- 
pisana z taką miłością przedmiotu, z wiedzą i smakiem, na tle tak 



— 314 — 

obszernym, że wznosi się wysoko ponad miarę przeciętnych dzie- 
jów uniwersyteckich. I Lwów zdobył się na dzieje swojej szkoły, 
późnej, skromnej, przez długie lata obcej. 

Największego postępu, przewrotu, doczekały się studya histo- 
ryczne. Młodzi pracownicy — a przyświecali im Helcel w poj my- 
waniu, Szajnocha w przedstawianiu epok — nieraz wyszkoleni 
u najznakomitszych mistrzów zagranicznych, zaciągnęli się w dłu- 
gim, coraz rosnącym szeregu do gruntownego zbadania dziejów 
ojczystych. Nęciły najrozmaitsze widoki: jeśliż historya magistra 
vitae, toć dla zwyciężonych i osłabionych nauki jej, podwójnej 
wartości być muszą; nęciła sama świetność tych dziejów, tym wi- 
doczniejsza, im bliżej je poznawano. Na czele historyków stanęli 
Józef Szujski i Waleryan Kalinka. 

Szujski zerwał się wcześnie do wydania obszernych dziejów 
polskich; w pierwszym tym ich, czterotomowym zarysie nie uwol- 
nił się jeszcze od panującego »republikańskiego« nastroju, od czego 
go dopiero świeże wypadki i pogłębienie studyów odwiodły. Po- 
tępił, jako działacz polityczny, ruchy niepolityczne, wybujały indy- 
widualizm, brak silnego rządu, wszystko, co do katastrofy końcowej 
wiodło — zabrnął nawet zbyt głęboko, bo pociągał do odpowie- 
dzialności, składał winę i na humanizm, co odhartowywał charaktery, 
i na reformacyę, co podkopał jedyną niezachwianą, powagę Ko- 
ścioła. Z nowego, »stańczykowskiego« punktu widzenia całości 
dziejów już nie wyłożył obszerniej, ponieważ jego »Ksiąg dwana- 
ście dziejów polskich« zbyt na to treściwe i zbite; ale w szeregu 
studyów i odczytów myśli nowe przeprowadzał; forma świetna 
porywa, każe zapominać o paradoksie, jednostronności, stronniczo- 
ści. Waleryan Kalinka, już ksiądz (Zmartwychwstaniec), obrał chwile 
gasnącej rzeczypospolitej , »Ostatnie lata panowania Stanisława 
Augusta« i »Sejm Czteroletni « (czego nie dokończył), dla wysta- 
wienia wielkiego obrazu. Zwolennik monarchizmu i katolicyzmu, 
starał się zrehabilitować króla, umniejszyć zasługi przywódców po- 
lityki przeciwnej, sprawdzić wyrok, wydany przez obrońców Kon- 
stytucyi Trzeciego Maja. Dzieło oparte na gruntownych badaniach 
archiwalnych, acz wszystkich tajemnic i sprężyn ukrytych nie od- 
słoniło; acz się ogranicza do skreślenia akcyi politycznej, domowej 
i zagranicznej, a nie bada stanu społeczeństwa; acz się z predy- 
lekcyami nie ukrywa i morałów nie skąpi, — imponuje świetnymi 



— 315 — 

charakterystykami ludzi, spraw i stronnictw, trafnymi wywodami, 
znakomitym stylem; nie oszczędzało ostrej prawdy i niejedne ilu- 
zyę rozwiało. 

Od nich obu — a przyczepiano do nich i niezdarę, Anto- 
niego Walewskiego, niewczesnego obrońcę lojalizmu, chorującego 
na legitymizm i bigoteryę i dyskredytującego tylko Kraków — 
wywodzono początek osobnej »szkoły krakowskiej«, co całą prze- 
szłość rozpatrywała z punktu upadku państwowego, szukała w niej 
tylko momentów, osłabiających wiązadła państwowe, i nie objek- 
tywnie, lecz owym z góry narzuconym kryteryum mierzyła sprawy 
i ludzi. Najjaskrawiej wystąpił, najżywsze też protesty wywołał 
Michał Bobrzyński »Dziejami Polskimi w zarysie« (kilka wydań 
i tłumaczeń); widziałby on chętnie Polskę silną i rządną, więc bez- 
względnie każdy ruch, stronnictwo, osobistość niemal, tylko z tego 
punktu oceniał; jego zarys to nie przedmiotowe przedstawienie, 
jakim Szujskiego zarys być zamierzał: z pod pióra prawnika i po- 
lityka wyszedł akt oskarżenia ludzi i czasów, post festum do tego. 
Dzieła innych historyków krakowskich tych uprzedzeń nie dzielą. 
Tadeusz Wojciechowski większej całości nie utworzył; oddaje się 
badaniom specyalnym, od początków społeczeństwa, śledząc je 
nawet w imiennictwie osad, aż do dziejów katedry krakowskiej; 
studya jego odznaczają się nadzwyczajnym darem kombinacyjnym; 
drobne szczegóły, pomijane przez innych, wiąże autor i rozświeca 
nimi zamierzchłe czasy, szczególniej wiek XI. Stanisław Smolka, 
po pierwszym świetnym dziele (»Mieszko Stary i jego wiek«) pisał 
szkice, ciekawe treścią, wykwintne formą, głównie z przełomowych 
czasów XIV i XV wieku; w »Mieszku« sięgnął w wiek XII i od- 
tworzył, nie dzieje książęce, lecz całą epokę, wyzyskując naj- 
lżejsze napomknienia kronik czy aktów, dorabiając do nich tło 
obszerne, malownicze; od czasów dawnych przeszedł wkońcu do 
XIX wieku i odtworzył postać Lubeckiego, na szerokim tle spół- 
czesnym, najważniejszy i najciekawszy wkład do dziejów Króle- 
stwa kongresowego, celujący nader żywym, barwnym przedsta- 
wieniem. 

Najruchliwszy był Franciszek Piekosiński, niestrudzony wy- 
dawca dzieł heraldycznych i dyplomataryuszów, chociaż imię jego 
rozgłosiła najbardziej teorya najazdu, pokutująca od wieku u na- 
szych i obcych historyków, coraz inaczej po j mywana. Innych za- 



— 316 — 

służonych historyków krakowskich, Wincentego Zakrzewskiego, 
pracującego nad dziejami XVI wieku, nad Batorym i reformacyą; 
Bolesława Ulanowskiego, niestrudzonego wydawcę źródeł najroz- 
maitszych, głównie do dziejów kościelnych; Wiktora Czerniaka, 
zwracającego się w swych »Szkicach« (z czasów Jana Kazimierza) 
i do szerszej publiczności; Karola Potkańskiego, studyującego 
czasy przedhistoryczne i średniowieczne, możemy wspomieć tylko 
pobieżnie. 

Z filozofów wymieniamy Stefana Pawlickiego, niegdyś wolno- 
myślnego docenta warszawskiego, księdza potym, dziś prawomyśl- 
nego profesora filozofii, badacza jej dziejów w starożytności, zna- 
komitego stylistę i głębokiego jej znawcę, nieuprzedzonego nadto,, 
nawet gdy o Renanie pisał; i najzdolniejszego apologetę, ks. Ma- 
ryana Morawskiego, Jezuitę, w »Wieczorach lemańskich« i w »Filo- 
zofii« gruntującego, w poważnej treści i wykwintnej szacie, nieo- 
mylność katolicyzmu, jako jedynej kotwicy zbawienia. Wincenty 
Lutosławski, wychowanek i docent uniwersytetów rosyjskich, póki 
w Krakowie wykładał, zupełnie niezawisłe zajmywał stanowisko. 
On jedyny między filozofami polskimi — bo pomimo obojętności 
rasowej przeciw wszelkiej abstrakcyi i mimo dawnych i modnych 
szyderstw pozytywistów-społeczników i materyalistów-przyrodników 
przeciw wszelkiej metafizyce, dziś o filozofach polskich, nawet 
w Warszawie, mówić możemy — na samoistny zupełnie pogląd na 
świat się zdobył, na system monad wyższych, podnoszących niż- 
sze. Pracuje w dwu kierunkach, to oddany głębokim badaniom 
nad Platonem, cenionym głównie (i wydanym) w Anglii, to szerząc 
»eleuteryę« indywidualistyczną, apostołując dla niej po kraju 
i w Szwajcaryi, godząc niby mesyanistyczne poglądy (w czym 
ze Szczepanowskim Piastem się styka) z kampanią przeciw alkoho- 
lowi; jego »Wy chowanie narodowe«, jego pisma i odczyty, zata- 
czają coraz szersze koła, mimo protestów fachowych ludzi, ale 
»Seelenmacht« jego i w krytyce niemieckiej z uznaniem się spo- 
tykała. 

W historyi literatury, obok zasłużonego monografisty Puław, 
L. Dębickiego (spółpracownika » Czasu «, gromadzącego w »Tece 
Dziennikarza « szkice, barwnie pisane), wystąpił towarzysz jego 
przekonań politycznych i społecznych, Stanisław Tarnowski, zara- 
zem pisarz i działacz polityczny, uczeń niegdyś Klaczki i Kalinki, 



— 317 - 

spadkobierca stylu Klaczki i tłumacz jego » Wieczorów florenckich«, 
po Józefie Majerze prezes Akademii Krakowskiej. Przez politykę 
wszedł do literatury: najpierw badał dawnych pisarzów politycz- 
nych XVI i XVII wieku; opracowywał biografie (Kalinki, Kocha- 
nowskiego, Krasińskiego i in.), pisywał znakomite recenzye (np. o Sło- 
wackim Małeckiego), wygłaszał świetne formą, a poważne treścią 
odczyty (o Fredrze w Warszawie, w Poznaniu o Słowackim i t. d.), 
zanim z obszerną »Historyą Literatury Polskiej* wystąpił. Znako- 
mity stylista; jego dzieło samo jest dziełem sztuki, mimo luźnej 
budowy; opowiada żywo i barwnie, wznosi się do patosu, ale 
używa i ironii; celuje trafną analizą estetyczną i szerokim widno- 
kręgiem. W sądach swych powoduje się autor stale duchem oby- 
watelskim, pyta i bada najpierw, o ile dzieło sztuki moralnym od- 
powiada wymaganiom, jaką odda służbę społeczeństwu i nie olśniewa 
go nigdy samo wykonanie, choćby najświetniejsze; razi go też 
wszelka fantastyczność, Słowackiego czy Wyspiańskiego. Mimo to 
pozostanie »Historya« najpiękniejszym obrazem naszej literatury; 
porywa formą wytworną, uczuciem gorącym, miłością wszystkiego, 
co polskie, urozmaiceniem wykładu znacznym; uczy najlepiej cenić 
i kochać tę literaturę, chociaż jej autor nie zrzeka się bynajmniej 
predylekcyi czy uprzedzeń, głównie politycznych, ale i estetycz- 
nych; Rejowi np. nie przebaczy gorliwego protestantyzmu, Goszczyń- 
skiemu demagogicznych zapędów, na cały modernizm z największą 
spogląda nieufnością. 

Józef Tretiak, autor pięknego dzieła o młodości Mickiewicza, 
kowieńskiej i odeskiej, szkiców literackich, głównie XVIII i XIX wie- 
kowi poświęcanych, stanął najwyżej w znakomitym dziele o Sło- 
wackim, zajmującym, jak romans psychologiczny, nie wolnym 
jednak od uprzedzeń na niekorzyść poety, zbyt obniżanego w po- 
równaniu z Mickiewiczem. Maryan Zdziechowski, jedyny u nas 
niemal znawca literatur słowiańskich, kreślił szerokie obrazy, Me- 
syanizmu i Słowianofilstwa, albo wpływu Byrona na literatury sło- 
wiańskie; odznaczał się pięknością formy i przejęty ideą religijną 
»przeczeniów« nie znosił, szukał ducha wierzącego w literaturze 
francuskiej i entuzyastycznie go witał. 

Dalej Józef Kallenbach, autor znakomitego studyum psycho- 
logicznego o Mickiewiczu, wydawca spuścizny literackiej i ko- 
respondencyi po Zygmuncie Krasińskim, biograf jego młodości. 



— 318 - 

Potym znakomity badacz dziejów teatru, Stanisław Windakiewicz, 
dawną literaturę na najszerszym tle europejskim studyujący, bystry 
spostrzegacz i wytworny stylista. Tadeusz Grabowski, znawca lite 
ratury francuskiej, od niej styl i metodę przenoszący na sylwetki 
literackie polskie (Krytyków naszych), studyujący poezyę nową 
i dawnych różnowierców. 

Obok historyków literatury i estetyków stanął Karol Estrei- 
cher, po lwowskiej i warszawskiej wycieczce w Krakowie osiadły, 
i po pracach o teatrze polskim, po przyczynkach do biografii Pola 
i innych, olbrzymim wydawnictwem » Bibliografii Polskiej« zasłu 
żony. Pierwsze jej tomy obejmywały wiek XIX, następne przygo- 
towały główne dzieło, wyliczenie wszystkich druków polskich XVI 
do XVIII wieku; dzieło nieocenionej korzyści dla każdej pracy 
z dawnej literatury; niniejszy zarys gorliwie się z niego zasilał. 
Nie jest to bowiem suche wyliczenie tytułów i wydań; przy każ- 
dym autorze czy dziele podana cała literatura o nich, poruszone 
wszelkie wątpliwości, powydobywane z przedmów i tekstu ciekawe 
szczegóły, tak że nabiera się pojęcia i o dziele samym, co przy 
nadzwyczajnym rozproszeniu dawnych ksiąg polskich studya znacznie 
ułatwia. 

Z historyków sztuki, po Ambrożym Grabowskim, Kremerze, 
Łepkowskim, po dziele Niemca, Essenweina, o pomnikach krakow 
skich (1866 r.), zasłużył się Włodzimierz Łuszczkiewicz badaniem 
zabytków architektonicznych, szczególniej kościelnych, zdejmywa- 
niem planów, odtwarzaniem całości; jeździł w tym celu po całej 
Polsce. 

W Krakowie samym przystępywano do restauracyi, dawniej 
jeszcze biblioteki jagiellońskiej, potym Sukiennic i tumu maryac 
kiego; dziś przychodzi kolej na Wawel. Miłośnicy zabytków i mia 
sta wydają »Rocznik Krakowski« z cennymi rozprawami fachowymi 
(Kopery, dyrektora Muzeum Narodowego; L. Lepszego z historyi 
nie tylko sztuki złotniczej i t. d., lecz i z życia i kultury miej- 
skiej; Kutrzeby z dziejów handlu i mieszczaństwa) i popularyzują 
w mniejszych wydawnictwach dzieje miasta i zabytków jego; 
S. i M. Cerchowie i dr. Kopera wydają pyszne formą »Pomniki 
Krakowa«. 

Szersze badania podejmywa Maryan Sokołowski, od przedni 
story czny eh czasów do nowszych sięgając, głównie historyą rzeźbiar- 



- 319 — 

stwa i malarstwa dawnego, stykami z Bizancyum i sztuką ruską, 
wpływami zachodnimi (od Norymbergi i Pragi) zajęty. Jerzy My- 
cielski bada malarzów polskich za granicą, np. Lubienieckich; 
przedstawia w pięknej książce »Wiek malarstwa polskiego«, uprzy- 
stępnia nam obcych, np. Van Dyka: szeroki podkład historyczny, 
smak i znawstwo w rzeczach sztuki nadają tym studyom znacze- 
nie wybitne. Na pograniczu sztuki, kultury i literatury rozwija Ka- 
zimierz Chłędowski wielkie obrazy kultury włoskiej: Siena i Ferrara, 
sztuka, życie i historya odrodzenia włoskiego, promieniującego i do 
Polski Zygmuntowskiej, znalazły w nim wytrawnego znawcę i wy- 
mownego opowiadacza, idącego o lepsze z powieściopisarzem. 

Za Krakowem i Lwów nie pozostaje wtyle, mianowicie co 
do ścisłej wiedzy; zdobył się na Towarzystwo popierania nauki 
polskiej, zasłużone szeregiem cennych wydawnictw źródłowych 
i opracowań naukowych, Między historykami jego zaważył Ksa- 
wery Liske nadzwyczajną energią; większych dzieł sam wprawdzie 
nie napisał, ale żywym słowem umiał cały zastęp młodszych pra- 
cowników zespolić, około wydawnictwa lwowskich »Akt grodz- 
kich i nadzwyczaj cennego »Kwartalnika Historycznego«, czaso- 
pisma, rozprawami i recenzyami ruch wiedzy historycznej popiera- 
jącego. 

Z licznych współpracowników i uczniów należy wymienić 
prawnika Oswalda Balzera, nadzwyczaj czynnego, autora pomnikowej 
»Genealogii Piastów«, wydawcy aktów i konstytucyi; Aleksandra 
Semkowicza, redaktora »Kwartalnika Historycznego«; Ludwika Fin- 
kla, autora znakomitej »Bibliografii historyi polskiej«. 

Ze starszej generacyi najwybitniejszą siłą jest Ludwik Kubala 
specyalnością jego wiek XVII; w znakomitych monografiach (o Orze- 
chowskim, Osolińskim) i szkicach (nadzwyczaj barwnych, przewyż- 
szających mocą słowa i plastyki szkice Szajnochy) do znajomości 
dziwnych tych czasów i ludzi najbardziej się przyczynił; pod ich 
wpływem powstało »Ogniem i Mieczem«. 

Historya Lwowa specyalnie zajmuje się Władysław Łoziński, 
dawną świetnością miasta, stosunkami jego handlowymi, dziejami 
jego sztuki czy jego patrycyatu, ale jest to nie tylko historyk 
obyczajowości, lecz i belletrysta niepospolity (jego »Madonna Bu- 
sowiska« to jedna z najlepszych naszych nowel, a nie jedyne to 
jego dzieło, celuje on i w popularnych opowiadaniach, np. o Ha- 



— 320 — 

nuszu Bystrym i innych); jego też zasługą powstał »Przewodnik 
naukowy i literacki «, jako dodatek do »Gazety Lwowskiej«, jedyny 
lwowski miesięcznik, dziś pod redakcyą Adama Krechowieckiego; 
z badań lwowskich przeszedł Łoziński do czerwonoruskich i złożył 
w dziele »Prawem i Lewem« najbarwniejszy a zarazem najsmutniej- 
szy szkic, jak to się bito i krzywdzono za Zygmunta III: Djabeł 
Stadnicki doczekał się oceny słusznej. Osolineum zaprzestało wy- 
dawnictwa Biblioteki, łoży zato koszty na monografie i na wyczer- 
pujący katalog swych rękopisów; wielce zasłużony dyrektor jego, 
dr. Wojciech Kętrzyński, nieznuźony szperacz za zabytkami histo- 
ryi średniowiecznej i wydawca ich niepospolity; kustosz, Aleksan- 
der Hirschberg, po monografiach o Łaskich przeszedł do niezmier- 
nie ciekawych i ważnych dziejów Samozwańców i opublikował 
wiele pierwszorzędnego materyału, jak i znakomite opracowania 
głównych postaci tych dziejów. 

Historyę Kościoła polskiego, od najdawniejszych czasów, ba- 
dają kanonista lwowski, prof. Abraham, i ks. Jan Fijałek, niezmiernie 
czynny; monografie np. o Jakubie z Paradyża i in. jemu zawdzię- 
czamy; najbardziej cenimy u obu swobodę badania, brak uprze- 
dzenia i stronniczości, np. w traktowaniu dziejów Kościoła wscho- 
dniego. Nie moglibyśmy tego powtórzyć o pracach dr. A. Prochaski, 
poświęconych wiekowi XV i XVI, ultrakatolickich i ultramonarchicz- 
nych, przysparzających jednak wiele materyału i niejednego no- 
wego punktu widzenia: poblizkim czasom oddaje się Papee (Kazi- 
mierzowi Jagiellończykowi) i zmarły przedwcześnie A. Lewicki. 

Nad historyą Lwowa dawnego, nad związkami z Wołoszczyzną 
pracuje archiwaryusz lwowski, dr. A. Czołowski; liczne źródłowe 
publikacye (wielotomowe Aktów grodzkich XV wieku; dyplomata- 
ryusza lwowskiego) rzucają pożądane światło na oryginalne sto- 
sunki dawnej czerwonoruskiej ziemicy, na której rozmaite narodo- 
wości, wyznania, ustroje państwowe się stykały i ścierały. 

Historyę Jezuitów w Polsce, na tle nadto obszernym, opra- 
cował ks. Załęski, autor historyi masoństwa. 

W historyi literatury i w filologii polskiej (zaniedbywanej 
w Krakowie, gdzie dopiero Lucyan Malinowski lukę zapełnił i cały 
szereg uczniów przygotował), zajaśniał we Lwowie Antoni Małecki. 
W wykładach obej mywał całokształt literatury; rozprawy poświę 
cał postaciom Morsztyna i Fryca; monografia jego o Słowackim 



— 321 — 

(wydał i listy jego do matki i pisma pośmiertne), była u nas pierw- 
szą, znakomitą, wyczerpującą, wzorową pracą tego rodzaju, oce- 
niającą i poszczególne utwory i faculte - maitresse pisarza, uwy- 
datniającą szczegóły, lecz nie gubiącą się w nich. Jego gramatyka 
polska przełamała lody: przed Małeckim gubiła się ta gramatyka 
co najwyżej w płonnym filozofowaniu o języku lub pełzała na 
samych nizinach szeregowania faktów codziennego użycia; on 
pierwszy u nas skorzystał z postępów filologii słowiańskiej, z prac 
Miklosicha > powiązał z nimi historyę języka i wykreślił jej tory. 
Gdy katedrę lwowską złożył, nie wykonał dzieła, któregośmy się 
po nim spodziewali: badając życie średniowieczne, wdał się w szcze- 
góły, odwodzące go od dziejów literackich coraz bardziej do po- 
czątków narodu, do kwestyi lechickiej, do studyów heraldycznych 
(tu zajął odrębne od Piekosińskiego stanowisko) i ekonomicznych; 
na tym polu zdobywał Nestor naszego piśmiennictwa coraz nowe 
zasługi. 

Uczeń jego, Roman Piłat, z monografiami, nie licznymi ani 
obszernymi, cennymi krytycznym opracowaniem nowego matę 
ryału, przewodniczył Towarzystwu imienia Adama Mickiewicza, co 
wydało szereg tomów »Pamiętnika«, z najcenniejszymi przyczyn- 
kami do genezy i historyi pomysłów i dzieł wieszcza; potym 
przystąpiło do znakomitego, iście pomnikowego wydania jego 
dzieł, rywalizującego z pomnikami ze spiżu i kamienia, a wkońcu, 
w duchu tego, co najchętniej o sobie samym milczał, przekształ 
ciło się w Towarzystwo literackie, pielęgnujące w swoim »Pa 
miętniku«, w rozprawach i recenzyach, całość dziejów literatury 
narodowej. Uczniowie Piłata, Bruchnalski, Heck, Czarnik, Gubry- 
nowicz, Pini, Wojciechowski (K-) i inni, monografiami krytycznymi 
i cennymi wydawnictwami wiedzę nasze pogłębili i rozszerzyli. 
E. Porębowicz, romanista, świetny tłumacz arcydzieł literatury ca- 
łego świata, po raz pierwszy »Boską Komedyę« — po mniej uda- 
łych próbach Korsaka i Stanisławskiego — godnie spolszczył 
a w »Don Żuanie« (Byrona) z hr. Baworowskim szczęśliwie zawo 
dniczył; skarby poezyi ludowej, północnej czy prowansalskiej, rów- 
nież naszej poezyi przyswaja. 

Poza uniwersytetem, znawca niepospolity i stylista, Z. Wasi 
lewski, Warszawianin, redaktor »Słowa Polskiego«, z cennymi stu 
dyami o modernistach, szczególniej o Kasprowiczu, o romantykach, 

DZIEJE LITERATURY POLSKIEJ T. II. 



— 322 — 

szczególniej o Goszczyńskim, wystąpił, uwagi głębokie w piękną 
strojąc szatę. Biegeleisen, zadziwiający szybkością i energią pracy, 
zerwał się, po kilku monografiach, po wydaniu pism Mickiewicza 
i Słowackiego, na wystawienie olbrzymiej »Historyi literatury pol 
skie j « ; w czteru sporych tomach do połowy XVIII wieku ją do- 
prowadził, uwzględniając badania najnowsze; nie przetrawiwszy ani 
zharmonizowawszy należycie szczegółów tysiącznych, gubi się nie- 
raz w nich, nie trafia do równowagi i spokojnej, wszechstronnej 
oceny. 

Do starszego pokolenia wybitniejszych krytyków-felietonistów, 
należy Kazimierz Bartoszewicz, autor niejednego cennego studyum 
literackiego; zasłużył się i ogłaszaniem bogatej spuścizny histo 
rycznej po ojcu i publikacyami przygodnymi a walczył z obo- 
jętnością publiczności w wydawnictwach peryodycznych. Między 
młodszymi krytykami wyróżnia wielkie uzdolnienie W. Feldmana, wy- 
dającego od kilku lat modernistyczną i radykalną »Krytykę« w Kra- 
kowie, dokąd się ze Lwowa przeniósł, autodydakta, radykał, wy- 
rosły w najzacofańszym otoczeniu żydowskim, małomiasteczkowym, 
którego tajemnice i walki w dramatach (»Cudotwórca«, »Sądy Boże«) 
i powieściach wystawiał. Jego »Piśmiennictwo polskie ostatnich lat 
dwudziestu« (cztery tomy), napisane świetnie, objektywności sądu 
zrzeka się z góry; tendencyjne, obniża jednych aż nadto, wręcz 
krzywdzi np. Tarnowskiego, innych, modernistów, zbyt wywyższa; 
bada dzieła i idee, wiąże je w całość organiczną; nie troszcząc się 
o formułki estetyczne, sięga wszędzie w głąb rzeczy i myśli; że 
z lubością traktuje »naj młodszych «, że nie wszyscy, w tej historyi 
umieszczeni, tym samym już i do historyi należą, nie czyni ujmy 
bystrości sądu, u bojownika, walczącego w pierwszym szeregu, 
broniącego się — wobec dzisiejszych separatystycznych zakusów 
nowego ruchu, syonizmu — od dwu frontów. Krytyka jego staje 
się sama sztuką. U pokrewnego mu I. Stena (»Dusze spółczesne«, 
1902) schodzi całkiem na impresyonizm, nie bada nawet formy 
i myśli, oddaje tylko wrażenia. 

Rozwija się życie na polu badań historycznych i literackich, 
jak i na polu krytyki i publicystyki. Ospałość umysłową starto 
dawno, czego liczne wydawnictwa fachowe; czasopisma specyalne, 
filologiczne, pedagogiczne, prawnicze i inne; prosperujące uniwer- 
sytety ludowe, dowodzą. Nie rozszczepiają ani osłabiają ruchu 



— 323 — 

i życia tego nowe waśni narodowe, wyznaniowe, społeczne; ani 
Rusini, ani syoniści, ani socy aliści nie zagrażają na sery o, owszem, 
wzywając do odporu, budzą nowe siły. Również rozwija się sztuka — 
Akademia sztuk pięknych krakowska zaważyła w rozwoju naszego 
malarstwa, za Matejki niegdyś, potym za Fałata; teatr krakowski 
stoi wysoko, prowadzony znakomicie przez Stanisława Koźmiana, 
stańczyka, Egeryę Badeniego, publicystę znakomitego, tylko histo 
rykiem — mimo »Roku 1863«, źle ułożonego — nie jest; potym 
przez estetę i modernistę Tadeusza Pawlikowskiego, brata satyryka 
i wydawcy liberalnego organu krakowskiego, »Kraju«, Mieczysława; 
przez Kotarbińskiego, gdy Pawlikowski do nowego teatru lwow- 
skiego swe zasoby materyalne i wymagania estetyczne przeniósł, 
walcząc o samą sztukę na opornym gruncie lwowskim. 

Prowincya więc, najbardziej zacofana, wysuwa się, mimo za 
niedbania ekonomicznego i innych niepomyślnych warunków, coraz 
energiczniej na czoło i przodownictwo, a wyróżnia się od innych 
dzielnic tym, że nie w jednym ognisku skupia się jej ruch. Kra- 
ków, jeszcze przed pół wiekiem miasto wspomnień i grobów, 
ciche i senne mimo całej swej kultury i tradycyi, przoduje dziś 
w ruchu modernistycznym i reprezentuje na zewnątrz najpoważniej 
naukę i sztukę polską; Lwów, przed pół wiekiem stojący kilku 
ludźmi i jedną, od założenia swego mało ruchliwą instytucyą, 
z rozpanoszonym żywiołem napływowym, obcym — dziś rozbu- 
dzonym życiem umysłowym, umiejętnym, skupiającym się w licz- 
nych towarzystwach i wydawnictwach, zdobywa zasługi, jakich za 
najświetniejszych czasów dawniejszych miasto handlowe i przed- 
murze przeciw inkursyom nie dorobiło się nigdy. Od dwu miast 
głównych szerzy się ruch i na mniejsze, Tarnów, Tarnopol, Stani- 
sławów i Drohobycz, gdzie tworzą się kółka i grupy, mnożą wy- 
dawnictwa peryodyczne, a Macierz polska rozrzuca między ludem 
tysiące egzemplarzów swych książek, np. dziesięciocentowego »Pana 
Tadeusza«! 

Na ziemi galicyjskiej spotykają się od wieków światy sło- 
wiańskie, zachodni i wschodni, dwie narodowości, dwa obrządki, 
dwie kultury; stąd wynika znaczenie tej ziemi, jako pola naj- 
wdzięczniejszego dla badań etnograficznych, antropologicznych, 
a nawet archeologicznych. Podejmywano je też tutaj od dawna; 
ożywiły się teraz pod wpływem Akademii; znakomite wykopaliska, 

21* 



— 324 — 

sięgające czasów scytyjskich (posąg z łożyska Zbrucza »Świato- 
wit«, może nie słowiański, kumański raczej; skarb michałkowski) 
i bogaty materyał ludowy do badań i porównawczych wywodów 
same pobudzają. 

Archeologią zajęli się Sadowski, Poznańczyk, rozkopy wając 
grodziska, cmentarzyska i jaskinie, i Demetrykiewicz; w ludoznaw- 
stwie odznaczył się Oskar Kolberg. Należy do dawniejszej gene- 
racyi; ruszał w tory Wacława z Oleska czy Wójcickiego jeszcze, 
zbierając pieśni ludowe i ich melodye; niebawem rozszerzył pro- 
gram, ogarnął wszystko, co »ludowość« stanowi, chatę, ubiór i po- 
żywienie, pieśni, bajki i język, wierzenia, przesądy i gusła, co sam 
uzbierał, wędrując po kraju, i co wyczytał w dziennikach, kalen- 
darzach i dawnych broszurach. Tak powstały zbiory, wydawane 
pod tytułem »Lud«, w nieskończonej ilości sery i i tomów; tylko 
Śląska i Prus nie uwzględnił. Akademia ogłasza i inne zbiory, 
antropologiczne i etnograficzne, nie tylko polskie, jak Świętka »Lud 
nadrabski«, ale np. Federowskiego »Lud białoruski« (i czarnoruski, 
bardzo obfite i staranne); we Lwowie istnieje towarzystwo ludo- 
znawcze i wydaje w czasopiśmie »Lud«, prócz materyału surowego, 
studya i szkice naukowe; z Muzeum hr. Dzieduszyckich wychodzą 
również ważne publikacye, np. Huculszczyzna Szuchiewicza, Skarb 
Michałkowski i in. 

W porównaniu z rosnącym z roku na rok bogactwem umy- 
słowego życia Galicyi, zasuwa się coraz bardziej w głąb Poznań- 
skie, zubożone wychodźtwem wybitnych sił, uczonych, literackich 
(Kasprowicz, Przybyszewski), publicystycznych (Rabski, Czechow- 
ski); wystawione na najcięższą walkę z górującym żywiołem obcym, 
rozporządzającym olbrzymimi zasobami i wszechpotęgą państwową; 
w tej nużącej walce codziennej zużywa najlepsze siły. Kurnik, 
choć właściciela zmienił, mecenasuje po dawnemu literaturze; dy- 
rektor jego, Zygmunt Celichowski, wydawca nieznuźony, acz prze- 
ciążony pracą, nie tylko literacką; zawdzięczamy mu dalszy ciąg 
Tomicyanów i publikacye rozmaitych skarbów biblioteki kurnickiej. 
Dalej rozwija swą czynność Towarzystwo Przyjaciół Nauk, po 
przewodniczących Stanisławie Koźmianie i Auguście Cieszkowskim 
dziś przez historyka Kościoła (dziejów Unii), ks. biskupa Likow- 
skiego, prowadzone, z kustoszem zbiorów muzealnych, Bolesławem 
Erzepkim, ruchliwym, szczęśliwym zbieraczem i wydawcą cennych 



>— 325 - 

rzeczy filologicznych i literackich, odkrywającym nam po raz 
pierwszy całkowitą spuściznę poetów Stanisławowskich, Zabłockiego 
i Trembeckiego. Zbiory Towarzystwa obejmują i galeryę obrazów 
i wykopaliska przedhistoryczne, uwzględniane w bogato ilustrowa- 
nych publikacyach jego; w »Rocznikach« przeważają nieraz przy- 
czynki lokalne, np. o dziejach Gniezna. Z jego ramienia wyszło 
znakomite, wzorowe, studyum ks. Warmińskiego o Seklucyanie, 
bogate w nieznane fakty, istny tryumf metody historyczno -filolo- 
gicznej. Nowe zbiory powstały w Rusku (hr. Z. Czarneckiego). 
Wyłącznie historyi prowincyonalnej poświęca się Towarzystwo 
Naukowe w Toruniu, wydające miejscowe materyały historyczne. 
Między kanonikami kapituły gnieźnieńsko-poznańskiej znachodzimy 
pracowników naukowych, ks. Korytkowskiego, autora cennego 
dzieła o arcybiskupach i prałatach dyecezyi, i in.; o budzącym się 
życiu naukowym wśród duchowieństwa świadczy korzystnie »Prze- 
gląd Kościelny« ks. Okoniewskiego. W historyi pracował głównie 
Kazimierz Jarochowski, w tym samym duchu, a nawet zakresie, — 
prócz cennej monografii o literaturze poznańskiej, w jakim swój 
zawód rozpoczął. Jako historyk literatury i filolog, niespożyte po- 
łożył zasługi Władysław Nehring, profesor wrocławski; wydawał 
najcenniejsze dawne zabytki, psałterz floryański i kazania gnieźnień- 
skie (najlepsze studyum o pomnikach staropolskich wydał po nie- 
miecku), a studya i szkice literackie poświęcał różnym; trafna ana- 
liza estetyczna i myślowa, uwzględnianie prądów obcych, obszerne 
tło, włączające i literatury słowiańskie, czeską i ruską, znamionują 
każdą z jego prac. 

Wobec drobnych zasobów prowincyi ani teatr, ani publicy- 
styka należycie rozkwitać nie mogą; kierunek i publicystyki i spo- 
łeczeństwa samego pozostał ultrakatolicki, zachowawczy aż do 
lękliwości przeciw każdemu wolnemu słowu i sądu. Postępuje 
jednak znacznie uświadomienie narodowe, zdobywa klasy, nie tylko 
miejskie, ale i wiejskie — chłop wielkopolski staje na tej arenie, 
gdzie szlachta, duchowieństwo, mieszczaństwo, dla drobnej liczby, 
roztrwonionych zasobów, słabej energii, na zwycięstwo liczyć nie 
mogą. To uświadomienie ludu, mimo zaciętego oporu szkoły i urzędu, 
a nawet czasami i duchowieństwa samego, kierowanego od Wro- 
cławia przez Niemców, robi postępy walne i na Śląsku; zmieniły 
się czasy; ze skromnego posiewu pierwszych działaczów rosną 



- 326 — < 

coraz bogatsze plony, czasopisma polskie liczą tysiące odbiorców 
(»Katolik« Bytomski do 25.000) i ruch coraz się wzmaga; wystę- 
pują poeci ludowi i budzą miłość języka ojczystego, unikając 
gwary ludowej; większych talentów dotąd jednak nie było. 

Na Śląsku austryackim niema przeszkód, stawianych od 
rządu — na przeszkodzie stoi brak sił, szczupłość środków, ale 
posłowie, nauczyciele (Miarka, Cieńciała, ogłaszający wiele mate- 
ryału ludowego), księża (ks. Londzin), krzątają się raźnie około po- 
trzeb duchowych. Na innych Ukrainach, w Prusiech Wschodnich 
(między Mazurami protestantami) i Zachodnich (z resztkami kaszub- 
skimi, które dalej na Zachód, na Pomorzu, zupełnie wymierają) 
w walce nierównej siły się bardzo chwieją; niezawsze udaje się 
zdobyte stanowisko — a takim jest już wydawanie dziennika dla 
ludu — utrzymać dłużej; wpływy duchowieństwa i tu jeszcze 
zawsze wszechmocne. Na Kaszubach próbowano nawet pisania 
w narzeczu miejscowym, dla spotęgowania efektu, kolorytu miej- 
scowego; udało się to wcale dobrze H. Derdowskiemu w pieśni 
o »p. Czorlińscim co do Pucka po sece jachał«, owianej smętnym 
urokiem nadbrzeżnych sośnin i piasków kaszubskich; po nim A. 
Majkowski śpiewał, jak »w Koscerzne koscelnygo obrele, abo pięć 
kawalerów a jedna jedyno brutka«. 

Przez wychodźtwo i obieźysasów tworzy się dyaspora polska 
daleko poza kresami; dawniej wsiąkali nieliczni wychodźcy bez 
śladu w otaczające tłumy obce; dziś, w olbrzymim centrum Berli- 
nie, na czerwonej ziemi Westfalii, nawet za oceanem w Ameryce, 
szczególniej północnej, łączą się i organizują coraz liczniejsi wy- 
chodźcy, starają się o utrzymanie cech narodowych, zwracają się 
w poezyi emigracyjnej (ludowej) z tęsknotą do ojczyzny, zakładają 
nie tylko szkółki, ale i kościoły, wydają czasopisma; przyszłość 
okaże, czy w walce o byt to pielęgnowanie ideałów ojczystych 
przejdzie i na generacyę młodszą, czy zdoła i ona utrzymać swą 
narodowość. Czasopiśmiennictwo na obczyźnie jest zresztą jeszcze 
dosyć prymitywne; w amerykańskim dba o czystość, poprawność 
języka, wystawionego na straszną konkurencyę angielszczyzny, 
czym łatwiejszej tym niebezpieczniejszej, ks. Goral w Orędowniku 
Językowym. 

Innymi torami kroczy życie umysłowe Królestwa, t. j. War- 
szawy, monopolizującej, drugi Paryż, to życie; — miasta prowin- 



— 327 — 

cyonalne, nawet Łódź, bogata w obce siły i zasoby, o rozwoju 
bajecznym, amerykańskim, odrębności czy samoistności nie zazna- 
czają. Wobec braku życia politycznego przez najdłuższy czas i za- 
nikającego ruchu naukowego, prądy literackie i artystyczne, kry- 
tyczne i społeczne zawładnęły publicznością i publicystyką, mie- 
sięcznikami i tygodnikami, nawet organami codziennymi, chociaż 
najpopularniejszy z nich, to »Kuryer Warszawski«, o charakterze 
tak lokalnym, że poza rogatkami warszawskimi wartości jego ani 
docenić. 

W latach siedmdziesiątych na gruncie warszawskim rozegrała 
się właściwie walka między »młodymi« a »starymi«, chociaż pierw- 
sze jej strzały w Galicyi, we Lwowie, w artykułach Kaz. Chłę- 
dowskiego, Pawlickiego i innych padały. Wychowańcy Szkoły Głów- 
nej — niema w dziejach przykładu drugiego, żeby tak krótkotrwała 
instytucya, tylko siedm lat istnienia licząca, wydała tak znakomity po- 
siew, zaznaczyła się tak głęboko w dziejach umysłowości — gdy kraj 
ochłonął, stanęli w imię postępu, wiedzy, wolności myśli, do boju. 
Zacofanie było straszne; mścił się teraz trzydziestoletni brak wyż- 
szego wychowania, studyów uniwersyteckich; postęp nauki i myśli 
europejskiej był olbrzymi, a o nim nie wiedziano w kraju, rozma- 
rzonym i sennym, stającym bezradnie wobec przykrej i niemiło- 
siernej konieczności; sama przecież reforma stosunków włościań- 
skich wywoływała przewrót olbrzymi. I wzięła ta młodzież stanowczy 
rozbrat z tradycyą porywów i wystawiła przeciw niej zasadę od- 
radzania się przez rozwój cywilizacyjny; najgłośniejszy i najwy- 
mowniejszy jej rzecznik, Aleksander Świętochowski, autor słynnego 
manifestu »My i Wy«, formułował jeszcze w r. 1882, gdy siła no- 
wego prądu już się znowu wyczerpywała, program jego w tych 
słowach: ^marzenia o odzyskaniu samoistności zewnętrznej ustąpić 
dziś winny staraniom o samodzielność wewnętrzną; samodzielność 
ta zaś może być tylko wynikiem wzmocnienia sił umysłowych 
i materyalnych, wszechstronnego rozwoju narodowego, skojarzo- 
nego z postępem ogólnym, oraz demokratyzacyi społeczeństwa, 
powołującej do działania w nim pierwiastki nierozbudzone«. Pro- 
gram »pozytywistów« warszawskich stykał się więc miejscami 
z programem stańczyków krakowskich; różnił się zato zasadniczo 
łamaniem, burzeniem, wszystkiego, co zastarzałe, tradycyjne; wiarą 
w hasła najnowszej nauki, zamiast wyznaniowego konserwatyzmu. 



— 328 — 

Najbardziej wojowniczym organem pozytywistów był »Prze- 
gląd Tygodniowy «; najbardziej zacięte walki toczyły się w latach 
1871 — 1874. Młodzież, kształcąca się na dziełach obcych, wypo- 
wiadała walkę poglądom tradycyjnym na religię, na świat i na 
dzieje własne, na wszystkie kwesty e aktualne; w imię trzeźwości 
i pracy organicznej burzyła ołtarze romantyczne i szranki patryar- 
chalne i biczowała obskurantyzm i zacofanie, na każdym polu; 
ubóstwiała rozum i pracę i postęp. Bożyszczami jej byli Anglicy, 
Francuzi i Niemcy: historyk-determinista Buckie, kultowi jednostek 
przeciwstawiający znaczenie mas; przyrodnik Darwin, dopełniający 
kręgu ewolucyonizmu przez niewylączanie z niego człowieka osob- 
nym aktem tworzenia; pozytywista Comte, chociaż nudnego, 
ciężkiego, rozwlekłego Francuza znano raczej tylko z jego popu- 
laryzatorów; Renan, oblekający wywody Niemca (F. D. Straussa) 
w szaty naj ponętni ejszego wysłowienia; strasznie przecenieni ma- 
teryaliści niemieccy, dziś zapomnieni, Buchner, Moleschott i Vogt. 
Szerzeniom nowych, »trzeźwych« poglądów oddawali się wojowni- 
czy, wymowni przodownicy w tej walce, Świętochowski, Ochoro- 
wicz i inni; wywoływali u przeciwników, zagłuszonych i nieśmia- 
łych, bo zaskoczonych z nienacka, im mniej treściowe, tym złośliwsze 
i jadowitsze repliki; walki programowe obniżały się nieraz do za- 
czepek i wyzwisk osobistych. Powoli stygnęły zapały, lecz burza 
oczyściła powietrze; do zaśniedziałości i zardzewiałości dawnej 
nikt nie miał odwagi powracać jawnie i otwarcie. Wynik ostateczny 
był nieco połowiczny; i »pozytywiści« nie zawładnęli ani krajem, 
ani młodzieżą nawet; szczególniej po r. 1880 uwidoczniało się co- 
raz bardziej, że zakrzyczeni, oszołomieni »zachowawcy« nie stracili 
przecież ziemi pod nogami, że odzyskali niemal stracone pozycye; 
popłacały hasła najbardziej nawet stronnicze i wsteczne, np. anty- 
semityzm; po drugiej stronie hasła coraz radykalniejsze, przemy- 
cane głównie z Cesarstwa, od socyalistycznych aż do najskrajniej- 
szych, między młodzieżą coraz liczniejszych znachodziły wyznawców. 
Znacznie później dopiero, w ostatnim dziesięcioleciu, i te hasła, 
z natury swej całkiem kosmopolityczne, ustępują nowemu ruchowi, 
przeczącemu kosmopolityzmowi z zasady, walczącemu pod sztan- 
darem demokracyi narodowej. 

W zapasach tych umysłowych, odegrały, prócz nauk, później 
społecznych, przedtym przyrodniczych, w które przez jakiś czas 



— 329 — 

jedynie wierzono, filozofia, historya, krytyka, publicystyka rolę 
naj główniej szą. H. Struve, filozof Szkoły Głównej, idealista-realista, 
zwracający się z lubością do podstaw narodowych, szukający od- 
rębnych cech filozofii polskiej, uczniom Wundta, admiratorom Hae- 
ckela, przesadzającego Darwina i darwinizm, imponować na razie 
nie mógł; głuchły i głosy tych, co poważali się krytykować auto- 
rytet Buckla; pozostało zasługą Struvego obudzenie zajęcia dla 
dociekań filozoficznych; obszerny jego »Wstęp do filozof ii« docze- 
kał się trzeciego wydania; pojawiają się wydawnictwa peryodyczne 
filozoficzne (»Przegląd« Weryhy), biblioteka filozoficzna (tłumacze- 
nia arcydzieł), prace Mahrburga, Massoniusa, Wł. M. Kozłowskiego 
(filozofa -publicysty, autora książki »Co i jak czytać« i wydawcy 
»Poglądu na świat«). 

Ruch zapanował i w dziedzinie historyi, leżącej w Królestwie 
dawniej odłogiem, chociaż przystęp do niej łatwiejszy, niż do filo- 
zofii, wymagającej przygotowania i uzdolnienia, nie zawsze będą- 
cego udziałem publicystów, szczególniej prawowiernych. Od bada- 
nia faktów zewnętrznych, czym do niedawna wyczerpywała się 
u nas historya, przeszedł Adolf Pawiński, historyk Szkoły Głównej 
(obok Plebańskiego), uczeń Waitza w Getyndze, jak Smolka, do 
intensywnego badania dziejów wewnętrznych. Miał poprzedników 
i w kraju, np. ks. T. Lubomirskiego, historyka stosunków włościań- 
skich, ale przewyższył ich ruchliwością nadzwyczajną, metodą wy- 
doskonaloną, pogłębieniem. Zwrócił się — a jako dyrektor Archi- 
wum korzystał z jego niewyczerpanych zasobów pełną ręką — 
ku badaniom ekonomicznym i prawnopaństwowym; w »Polsce 
XVI wieku«, wydawnictwie olbrzymim, dokonywanym i z pomocą 
innych (A. Jabłonowskiego dla ziem ruskich), badał ilość ludności, 
rodzaj jej prestacyi i wszelkie inne stosunki; szczególniej pocią- 
gały go dzieje Batorego, badał skarbowość jego czasów, kreślił 
w znakomitym szkicu jego chwile ostatnie, albo jego łowiectwo; 
dalej ustrój i wpływ sejmików ziemskich, instytucyi, pomijanej 
przez historyków naszych milczeniem, skupiających uwagę na sej- 
mie walnym, gdy instrukcye sejmikowe właśnie obowiązywały 
i posłów i sejm koronny; w ustroju niby federacyjnym rzeczy po- 
spolitej sejmiki te ważny stanowiły czynnik. Podejmywał kwestye 
specyalne, np. o Ostrorogu; jego »Młode lata Zygmunta Starego« 



— 330 — 

są nieprześcignionym wzorem analizy psychicznej i kreślenia strony 
obyczajowej. 

Pokrewny kierunek uwydatnił się w pracach Tadeusza Korzona, 
Władysława Smoleńskiego i Aleksandra Rembowskiego. Korzon 
wyłożył »Dzieje wewnętrzne za Stanisława*; w kilkutomowym 
dziele wykazał liczbami i tabelami, jakie były zasoby krajowe 
i jak się wzmogły za Stanisława, jak bogate były wyniki tej pracy 
cichej, organicznej. Innymi dziełami dowiódł jednak Korzon, że 
nęcą go i osoby; pomijamy jego studya o Staszycu i o Lelewelu, 
ale »Dola i niedola Sobieskiego«, tak bogate w szczegóły, malow- 
nicze, charakterystyczne, że czyta się je, jak powieść zajmującą — 
najpiękniejszy to pomnik, dotąd wzniesiony marszałkowi i hetma- 
nowi wielkiemu koronnemu: autor urywa na koronacyi; również 
zasłużył się wystawieniem pomnika - biografii Kościuszce. 

Specyalnością Smoleńskiego są czasy Stanisława Augusta: 
przełom w narodzie, wyjście z odrętwienia saskiego, wielki proces 
obyczajowy odrodzenia duchowego. Szereg barwnych szkiców 
Kuźnicy Kołłątaj owskiej i samemu Kołłątajowi, lożom wolnomu- 
larskim i księdzu Markowi, Komisy i edukacyjnej i opinii publicznej 
poświęcił autor; doprowadził dzieło Kalinki, »Ostatnim rokiem 
sejmu wielkiego« do końca. 

W przeciwieństwie do niego bada Szymon Askenazy dyplo- 
matyczną stronę dziejów XVIII i XIX wieku; stylista niezrównany, 
w antytezach zamiłowany, charakteryzujący ludzi i programy, 
ideały ich i praktyki z nadzwyczajną dosadnością, łączy przymioty 
francuskiego essayisty z gruntownością niemiecką: całości, jak 
i Smoleński, dotąd nie stworzył, ale każde jego studyum czy przy- 
czynek, od elekcyi Augusta III i pojedynku Tarły aż do kampanii 
dyplomatycznej r. 1831 (nierównie mniej znanej, niż wojskowa), 
przedstawia ludzi i czasy w nowym osobliwszym oświetleniu; wzrok 
jego nie ogranicza się na korespondencyi szyfrowanej, wydoby- 
wanej z archiwów, lecz dociera do przyczyn ostatnich, do uogól- 
niań wielkich; daru spostrzegawczego i wysłowienia dowcipnego 
mógłby mu najzdolniejszy powieściopisarz pozazdrościć. Aleksan- 
der Rembowski, ostatni magister Szkoły Głównej, oddał się stu 
dyom prawnopaństwowym i historycznym; wszelkie plany reformy, 
pomysły polityczne w dawnej Polsce, od Modrzewskiego począwszy, 
rozmaite strony dawnego ustroju państwowego, nawet rokosze, zna- 



— 331 — 

lazły w nim sumiennego badacza, posługującego się chętnie me- 
todą porównawczą, obznajomionego gruntownie, na czym u nas 
często zbywa, i z literaturą obcą i z dziejami postronnymi. Dzielna 
siła Stosława Laguny zeszła niespożytkowana do grobu; w dro- 
bniejszych przyczynkach i w pracy redaktorskiej przy »Ateneum« 
rozproszył skarby wiedzy, przenikliwości, jasnego wykładu. Ale- 
ksander Kraushar, co i z piersi bolejącej wydobył strofy silne 
i piękne, z dziejów tyle zapomnianych postaci odtworzył, że zło- 
żyły się na bogatą galeryę. Najbardziej pociągała go Warszawa; 
najobszerniejszą też monografię poświęcił »Towarzystwu Królew- 
skiemu Przyjaciół Nauk, 1800— 1832«, ogłaszając protokóły jego 
posiedzeń. 

Czym Kraushar w Warszawie, był Antoni J. (lekarz kamie- 
niecki, Rolle) na Podolu i Ukrainie; dyletant, zwabiony ciekawością 
podań, żałujący butwiejących lub rozprószonych archiwów, jeżdżący 
po prowincyach południowych, obeznany z żywą tradycyą, z oso- 
bami i miejscowościami, co wyczytał lub usłyszał, o Malczewskim 
czy o pani Delfinie Potockiej, o Stachu z Zamiechowa czy o »bar- 
dach« polskich, Hulewiczu czy Tomaszewskim, czego się doszukał 
po Niemiryczach, po Chmielniczeńce i tak dalej wstecz aż do 
XVI wieku, opowiadał, zawsze bez pretensyi, czasem i bez kry- 
tyki, zato zajmująco i żywo: to »obrazy ukraińskie«, niby litewskie 
Chodźki, i także coraz nowymi seryami wydawane; życie kresowe, 
»ruinę«, hajdamacczyznę opisał jak najbarwniej — z jakimiż to 
oryginałami nie zapoznawał czytelnika: od filozofów domorosłych 
i mistyków (Grabianka) aż do rozmaitych awanturników i warcho- 
łów; ileż to wspomnień uratował od zagłady! 

Żywą tradycyę z tych samych stron skupił Bobrowski w swoich 
wspomnieniach, w pierwszej chwili, jako zbyt niedyskretne, okrzy- 
czanych; malują one społeczeństwo szlacheckie, od niedobitków 
XVIII wieku, panów i podpanków aż do chłopomanów kijowskich; 
galerya jego portretów bardzo osobliwa, są i literackie wielkości, 
np. Rzewuski, przeważają prowincyonalne; brak nam podobnie 
wydatnego źródła dla dziejów innych ziem i prowincyi. 

Uzupełniają je najrozmaitsi; cały wiek XIX, a nawet i czasy 
dawniejsze obejmywał Eug. Heleniusz, kuszący się o historyozofię, 
zniżający się jednak i do prostej silva rerum staroszlacheckiej; 
bliższym czasom poświęcił barwne wspomnienia i studya mieszka- 



- 332 - 

jacy we Lwowie Franciszek Rawita Gawroński, zasłużony i jako 
nowelista, opowiadający i o Sadykbaszy i o r. 1863 na Rusi, sta- 
wiający pomnik i Chmielnickiemu — odmienny od kijowskiego. 
W inne czasy i strony sięgają dwa pamiętniki zasłużonych paste- 
rzy naszych, nierówne zresztą co do wartości i obszerności, bi- 
skupa Krasińskiego, urywający rychło, i Szczęsnego Felińskiego, 
bogaty w szczegóły niesłychanej drastyczności, wstrząsający 
głęboko. 

Wracamy do Warszawy; jej ruch naukowy posiada cechy 
obce galicyjskiemu. Pomijamy uwzględnianie dziejów wychowania 
(niwy, od czasów Łukaszewicza, mimo prac Galicyan, Karbowiaka 
i Majchrowicza, leżącej odłogiem), gdyż jubileusz uniwersytetu 
jagiellońskiego wywołał szereg publikacyi, J. K. Kochanowskiego, 
dr. Bielińskiego, Aleksandra Jabłonowskiego, o dziejach Akademii 
zamojskiej, wileńskiej, kijowsko -mohilańskiej. Rozstrzyga dążność 
popularyzowania nauki, ułatwiania pracy; taki np. »Poradnik dla 
Samouków«, obmyślający cały kwestyonaryusz nauk (historycznych, 
filozoficznych, społecznych i t. d.), charakteryzujący całkowitą lite- 
raturę ich, dzieje myśli ludzkiej, kultury, nauk, jest zupełnie orygi- 
nalnym przedsięwzięciem. 

Ruch ten cechują coraz liczniejsze tłumaczenia, dzieł Spencera, 
Tylora, Hettnera i t. d.; wydawnictwa zbiorowe »książek dla wszyst- 
kich* (Arcta); wypisy z literatury: »Złota Przędza« i » Obraz litera- 
tury« Chmielowskiego, znakomita Historya literatury polskiej (dla 
młodzieży) Ign. Chrzanowskiego, »Myśl polska XIX wieku« t. j. wielo- 
tomowe wypisy tej literatury, ułożone bardzo starannie i in. Popiera 
ten ruch pożyteczna instytucya, Kasa imienia Mianowskiego (rektora 
Szkoły Głównej); w znacznie skromniejszych rozmiarach, niby Aka- 
demię w Warszawie wyręcza, chociaż sama podniety do badań 
i pracy naukowej nie daje, tylko gotowe prace czy wydawnictwa 
krajowe wspiera. Rzeczy oryginalne, w całej produkcyi warszaw- 
skiej ustępują na plan dalszy dla braku uczonych specyalistów. 
Przeważają encyklopedye, ogólne i fachowe, od teologicznej i pe- 
dagogicznej aż do rolniczej, i wypełniają się braki naszej litera- 
tury zawodowej. 

Do najcenniejszych wydawnictw warszawskich, oprócz Wiel- 
kiej Encyklopedyi, należy »Słownik Geograficzny ziem polskich«, 
wielotomowy, wydanie Sulimierskiego, dokończone przez Br. Chle- 



— 333 — 

bowskiego, znanego chlubnie i na polu krytyki i historyi litera- 
tury (w studyach o Kochanowskim, Janie i Piotrze, o Reju, 
o Szymonowicu, Twardowskim, Pasku i t. d.) — śledzono tu 
dzieje każdej miejscowości na podstawie źródłowej i wyprzedzono 
ogromnie dawną pracę Lipińskiego i Balińskiego. Dalej pomnik 
biograficzny, » Album zasłużonych Polaków i Polek wieku XIX«. 
Nie wspominamy o »bibliotekach wyborowych«, dawniejszej, wy- 
dawanej pod redakcyą P. Chmielowskiego, mieszczącej w sporych 
tomach arcydzieła obcej i naszej literatury; nowszej, w dwustu- 
kilkudziesięciu numerach, nowe i dawne, obce (»Don Kiszot« i t. d.) 
i nasze, powieści, poezye, studya, szkice. 

Równocześnie pobiją Warszawa Galicyę miesięcznikami i ty- 
godnikami. Ilustrowane w Galicyi (»Strzecha« i inne), nigdy się 
utrzymać nie zdołały; w Warszawie, prócz »Kłosów« (już nie wy- 
chodzących), »Tygodnik Ilustrowany « i inne, dziś szczególniej 
»Świat« Krzywoszewskiego, prosperują. Z miesięczników najstarszy, 
»Biblioteka Warszawska«, programowi swemu nie sprzeniewierzył 
się nigdy, chociaż redakcye się zmieniały; w latach 1870—1890 
zastój pewien dawał się odczuwać : kierunek silnie zachowawczy 
(aż do pisowni) odznaczał np. czasy Plebańskiego; podrywało zna- 
czenie »Biblioteki« »Ateneum« pod redakcyą Chmielowskiego, Pa- 
wińskiego, Laguny; dział belletry styczny pozostawiał w obu mie- 
sięcznikach wiele do życzenia. Po r. 1890, pod nową redakcyą 
Wł. Bogusławskiego, podniosła się »Biblioteka« znacznie, właśnie 
dzięki działowi belletry stycznemu; wystarczy wspomnieć, że tu się 
drukowały takie powieści, jak »Połanieccy«, »Fermenty«, »Dołęga«, 
»Pan Balcer« Konopnickiej. »Ateneum« tymczasem, po zmianie 
redakcyi, widocznie upadało i dopiero pod redakcyą Ignacego Chrza- 
nowskiego wracało do dawnego znaczenia, gdy je nagle sami wy- 
dawcy (Spasowicz i inni) uśmiercili (r. 1901). Dziś »Biblioteka« — 
wydawcą jej Krasiński, wnuk poety, spuścizną dziada gorliwie 
zajęty — wiekiem i trądy cyami sędziwa, doborem coraz nowych 
sił odświeżana, czoło publicystyki niepodzielnie zajmuje. Z tygo- 
dników »Prawda« pod redakcyą Świętochowskiego najdonośniej 
występowała — dopiero w ostatnich latach, gdy kredyt pozytywi- 
stów dawno się poderwał, zmalał jej wpływ. Zdobyła się War- 
szawa i na rozmaite fachowe, teatralne, muzyczne pisma i t. d., 
a w » Książce « stworzyła pierwszy przewodnik bibliograficzny 



- 334 - 

i organ krytyczny zarazem, dostępny wszystkim, byle literackim, 
kierunkom. 

Krytyka posiada w Warszawie wielu przedstawicieli, chociaż 
nie wielu wybitnych. Wytrawnym i wytwornym krytykiem jest 
Wł. Bogusławski, coraz wyłączniej krytyce teatralnej (dawniej 
w »Kuryerze Warszawskim«, dziś w »Bibliotece« i w »Tygodniku 
Ilustrowanym«) się oddający; styl i smak wykwintny, sąd trafny, 
bez uprzedzeń jakichkolwiek, chociaż nieraz podmiotowy bardzo, 
cechowały jego artykuły, np. o Prusie, świetną rzecz o »Bez 
Dogmatu« i tyle innych. Starszy od niego, Kazimierz Kaszewski, 
znawca (i tłumacz) arcydzieł klasycznych, jest sędzią oględnym, 
łagodnym. Między młodszymi wyróżniają się Ignacy Matuszewski 
(redaktor »Tygodnika Ilustrowanego «), autor znakomitego studyum 
o » Słowackim i Nowej Sztuce«, wykazujący, co łączy twórczość 
wieszcza z estetyką najnowszą, z Młodą Polską, z Wagnerem 
i Nietzschem: szeroki podkład porównawczy cechuje tę pracę, jak 
i poprzednie autora (»Dyabeł w poezyi«; »Swoi i obcy*)- Cezary 
Jelenta (Hirschband) łączy krytykę z filozofią i poezyą; i jego 
rzecz o Słowackim, acz nieco przesadna i nieuchwytna, świadczy 
o nadzwyczajnym wzmożeniu się znaczenia poety. 

Są krytycy z wybitnymi cechami partyjnymi, np. Antoni Sy- 
gietyński, apostoł naturalizmu niegdyś (»Powieść spółczesna we Fran- 
cyi«), nie tylko w teoryi, ale i w powieściach własnych, dziś raczej 
referent fachowy; Teodor Jeske - Choiński, antysemita, dziś »neo- 
konserwatysta«, niegdyś postępowiec, typom i ideałom belletrystyki 
pozytywnej dość nawymyślać nie mógł; Józef Tokarzewicz (Hodi), 
sam powieściopisarz, jak Sygietyński i Choiński, nieraz nader sub- 
jektywny. Objektywniejsi, Józef Kotarbiński, niegdyś aktor, potym 
dyrektor teatru krakowskiego, więc głównie na prace dramatyczne 
baczący, chociaż i o »Beniowskim« i o »Panu Tadeuszu* pięknie 
pisywał; zawdzięczamy mu obszerne studyum o Wyspiańskim, 
trzeźwe aż nadto, a raczej nieprzychylne, obniżające i istotne za- 
sługi; Bn Chlebowskiego, głowę bardzo pomysłową, subtelną, by- 
strą, właśnieśmy wymienili; dalej A. Drogoszewski (studyum o Syro- 
komli i in.); H. Galie, nieraz może zbyt ostry w sądach; W. Go- 
stomski, czuły na pierwiastek narodowy i in.; najzdolniejszym między 
młodymi, przypominającym najlepsze siły krakowskie, zdawał się 
Antoni Potocki (Jerzy Grot), nie krytyk, lecz twórca raczej całości 



— 335 — 

estetycznej i organicznej, w studyum o Konopnickiej i o Wyspiań- 
skim, trzeźwym w zamiarze, entuzyastycznym w wykonaniu, autor 
wytwornych nowel (»Martosia i my« i in.). Wreszcie St. Brzozow- 
ski, napadający z nadzwyczajnym temperamentem, unoszącym go 
zbyt daleko, w imię hasł społecznych, na Sienkiewicza; wymowny 
marksista przeniósł się do Lwowa i tu ogłasza studya społeczno- 
filozoficzne o powieści i krytyce, stawiając im cele najwyższe 
etycznego oswobodzenia naszego. 

Krytyków z działu sztuk pięknych przerósł wszystkich Sta- 
nisław Witkiewicz, sam artysta, polemista, nie ustrzegający się od 
skrajności w wymaganiu od sztuki nie tematów i treści, lecz 
sztuki -techniki przedewszystkim , wywołujący więc nieraz ostrą 
opozycyę, o nadzwyczajnej bystrości sądu i siły odczuwania; jemu 
zawdzięczamy świetne studyum, jedyne w swoim rodzaju, o Mickie- 
wiczu, jako koloryście, i znakomite inne, o Kossaku, Gierymskim. 
On i Jasieński, apostoł japonizmu, budzą nowe, głębsze pojmywa- 
nie sztuk pięknych, wojując z filisterstwem; Witkiewicz sam staje 
się apostołem i stylu narodowego, na razie zakopiańskiego. 

Kry tycy - recenzenci zaprzęgają się i do felietonów. Wielu 
krytyków i autorów od nich zawód literacki zaczynało, np. Bogu- 
sławski, Litwos Sienkiewicz, Prus Głowacki (rubrykę tę i dziś jeszcze 
prowadzący), Krzywoszewski (w felietonach paryskich) i inni. Cał- 
kiem na felietony i krytykę teatralną rozprasza swe siły Włady- 
sław Rabski (Poznańczyk), redaktor niegdyś »Przeglądu Poznań- 
skiego* postępowego, co się więc utrzymać nie mógł, autor dra- 
matyczny, wkońcu w »Kuryerze Warszawskim« felietonista, słusznie 
ceniony i wpływowy, nie tylko w ocenach dramatycznych. Felie- 
tonów wierszowych, Baniek mydlanych, w tymże »Kuryerze« poeta 
prawdziwy, Kazimierz Laskowski, dostarcza. 

Krytycy -recenzenci i felietoniści uprawiają i historyę litera- 
tury. Zawodowych jej przedstawicieli niema Warszawa; jedyny, 
profesor uniwersytetu, Tadeusz Wierzbowski, historyk z powołania, 
materyały do dziejów literatury gromadzi, zbieracz nieznużony, 
oddający wielkie przysługi opisywaniem i wydawaniem listów, bro- 
szur, druków. Przygodnie próbowali sił swych na tym polu naj- 
rozmaitsi, i poeci (Faleński w pięknym studyum o Szarzyńskim 
i Trenach) i krytycy i publicyści. 

Wszystkich przerósł wydatnością i metodycznością pracy 



— 336 — 

Piotr Chmielowski, uczeń Szkoły Głównej, walczący niegdyś w sze- 
regach pozytywistów, potym całkowicie dziejom literatury, spół- 
czesnym i dawniejszym, i bieżącej krytyce beletrystycznej oddany, 
szczególniej jako redaktor wieloletni w »Ateneum«. Metody czność 
i trzeźwość, z suchością i chłodem graniczące, przeniósł pozytywi- 
sta na pole literackie; żelazną siłę pracy systematycznej, nie opuszcza- 
jącej żadnej godziny na marne, zastosował do olbrzymiej produkcyi 
historyczno - krytycznej, i pytamy zdziwieni, gdzież znalazł czas, 
żeby to wszystko przeczytać, gdzie czas, żeby to wszystko napi- 
sać? Żadna powieść, utwór dramatyczny czy liryczny ostatniej 
ćwierci wieku nie uszły jego uwagi, o każdej wydał swój sąd — 
a że sądy bywały trafne, pokazało się, gdy mógł bez zmian ze- 
brać w jednej książce, co w ciągu owej ćwierci wieku o Sienkie- 
wiczu pisywał; książka-składanka obok podobnej składanki Tar- 
nowskiego utrzymać się mogła niezgorzej; uznano ją za najlepszą 
rzecz o Sienkiewiczu. Składane roboty u niego częste; tytuł, zapo- 
wiadający niby całość, zawodzi, gdyż to zbiór luźnych artykułów, 
wyjątkowo na cienką nitkę nanizanych (np. historya dramatu pol- 
skiego). Sędzią był wymagającym; pięknością czy oryginalnością 
formy nie dawał się podkupić; stąd jego sceptycyzm wobec mo- 
dernizmu; pozytywista i altruista nie mógł się z wygórowanym 
indywidualizmem, egotyzmem, mistycyzmem pogodzić; sąd jego 
o Wyspiańskim, Rydlu i innych, bywał ostry; nie odznaczał się 
przytym ani wrażliwością na piękno, ani formą ponętną. Trwalszą 
wartość mają też jego studya, zwrócone ku przeszłości, badające 
ją najintensywniej w ciągu jednego wieku, 1760—1860. Przygoto- 
wanie filozoficzne, oczytanie olbrzymie, nadają dziełom, studyom 
i szkicom, o Adamie Mickiewiczu, o Kraszewskim, o Krasickim, 
o naszych powieściopisarzach (o Rzewuskim i Sztyrmerze) lub 
autorkach (o Żmichowskiej), o walce liberalizmu i obskurantyzmu 
na Litwie i Rusi, o dziejach naszej krytyki znaczenie stałe. Spokój 
i wstrzemięźliwość tonu, rzetelne docieranie do dna prawdy, obmy- 
ślenie głębokie przedmiotu, wszechstronne jego zbadanie zalecają 
każdą z tych prac. Przeszedł Chmielowski i do całokształtu dzie- 
jów naszej literatury: wydał go w sześciu tomikach, którym »Zarys 
literatury najnowszej« (w każdym nowym wydaniu — r. 1898 wy- 
szło już czwarte — coraz bardziej rozszerzany) za dopełnienie 
służy; dwie trzecie tej pracy przypadły na lata 1800—1864. 



— 337 - 

Zamiłowanie do nowszej literatury odznacza Ferdynanda Hó- 
sicka, biografa Słowackiego i Szopena, Klaczki i Tarnowskiego. 
Ale jego biografia Słowackiego nie jest »psy etiologiczna «; anegdo- 
tyczna, wyczerpała w trzech obszernych tomach szczegóły ży- 
ciowe — chyba jeden Mickiewicz w dziele syna równie obszernego 
doczekał się przedstawienia. 

Do dziejów starszych zwraca się R. Plenkiewicz, zasłużony 
pedagog; jego inieyatywie zawdzięczamy jubileusz Kochanowskiego, 
t. j. uświęcenie jego wydaniem pomnikowym dzieł, gdzie góruje 
najobszerniejsza biografia, na jaką się u nas dotąd dla pisarza 
dawnego zdobyto. Pomijam innych pożytecznych pracowników, 
np. zasłużonego pedagoga i krytyka, dbałego o poprawność języka 
G. Bema, aby wymienić Ignacego Chrzanowskiego, pracownika 
o wykształceniu fachowym, jakich Warszawa coraz mniej liczy, 
o wiedzy rozległej, sądzie trafnym, nieuprzedzonym, o duchu 
prawdziwie obywatelskim, nie zaprzęgającym się do usług żadnej 
koteryi; oprócz wyczerpującej monografii o Marcinie Bielskim pisał 
liczne studya i przyczynki do XVIII i XIX wieku. Mimo braku sił 
naukowych zawdzięczamy Warszawie prace naukowe wielkiej wagi. 
Karłowicz, Kryński i Niedźwiedzki przystąpili do wydania »Słow- 
nika języka polskiego«, zapełniając lukę, dotkliwie odczuwaną od 
dawna — po Lindem i słowniku wileńskim (Orgelbranda) obywa- 
liśmy się przez pół wieku byle czym, a raczej niczym, jeśli pracę 
biskupa Krasińskiego o synonimach polskich pominiemy. Karłowicz 
zasłużył się nadto, niestrudzony w pracy obywatelskiej, postępowy, 
o szerokim widnokręgu, umiejętnym traktowaniem rzeczy ludo- 
wych, gwarowych, szczególniej zaś wydawnictwem »Wisły«, organu 
ludoznawczego, i szkołę stworzył, bo i rosyjska »Żiwaja Starina« 
i czeski »Lid« i lwowski »Lud« »Wisłę« za przykład wzięły. Tu 
należą: » Księga Przysłów« S. Adalberga, obejmująca po raz pierw- 
szy systematycznie, nadzwyczajne ich bogactwo polskie; prace 
St. Ciszewskiego, studya porównawcze w dziedzinie etnografii; 
prace znakomitego etnologa L. Krzywickiego, czującego się, jak 
w domu, czy między Kurpiami czy Algonkinami, myśliciela by- 
strego, oryginalnego, nie zadowalającego się popularyzowaniem 
wiedzy zagranicznej, lecz posuwającego ją naprzód, badającego 
dawne ustroje i przeżytki, np. na Żmudzi. 

Warszawianin (uczeń Szkoły Głównej), Baudouin de Courte- 

OZIEJE LITERATURY P0L8KIEJ T. II.) „ 

22 



— 338 — , 

nay, pracował poza krajem, w uniwersytetach rosyjskich i innych, 
pisywał też głównie w obcych językach; oryginalny badacz, zwra- 
cał się z zamiłowaniem raczej ku ogólnym, psychologicznym pod- 
stawom i prawom, niż ku historycznym, konkretnym objawom 
życia językowego. H. Łopaciński (Lubicz), skrzętny badacz i zbie- 
racz rzeczy ojczystych, głównie zabytków dawnego piśmiennictwa, 
ale i rzeczy ludowych, aż do przemysłu domowego, złożył szcze- 
gólniej w »Pracach Filologicznych« liczne cenne przyczynki. 

Osobne stanowisko zajął Zygmunt Gloger, uczeń Szkoły 
Głównej, już od ławy szkolnej zbieracz rzeczy dawnych i ludo- 
wych i popularyzator ich szczęśliwy. Najbardziej przysłużył się 
wydawnictwem »Encyklopedyi Staropolskiej Ilustrowanej«, niewy- 
czerpanej skarbnicy informacyi o dawnych ludziach i czasach, ubio- 
rach i zabawach, życiu i mieszkaniu i t. d.; z iście synowskim pie- 
tyzmem, z wiedzą bogatą, z ciepłym słowem kreśli szczegóły, 

jakie powieść nasza historyczna tak często potrąca, a o czym 
czytelnik przeciętny zwykle bardzo niejasne miewa wyobrażenia. 

1 w innych pracach (»Pieśni ludu polskiego« i t. d.j występywa, jako 
głęboki znawca i miłośnik rzeczy ojczystych, i umie dzielnym pió- 
rem wzbudzać ku nim zajęcie. 

Badaczy rzeczy ojczystych spotykamy i między duchowień- 
stwem, choćby w dalekiej prowincyi; taki np. ks. Józef Rokoszny 
w Sandomierzu, po nieodżałowanym ks. Ludwiku Piotrowskim 
i tradycye sandomierskie i dawne księgi zbierający. Osobno wy- 
mienić można uczonego prałata, ks. Chodyńskiego, poświęcającego 
dyecezyi włocławskiej (jak ks. Kujot peplińskiej), niestrudzone pióro, 
jej szkołom i t. d.; dalej ks. Zygmunta Chełmickiego, zasłużonego 
wydawnictwem »Biblioteki dzieł chrześcijańskich«, obejmującej rze- 
czy obce i własne. 

Rzeczy litewskie nie doznają w Warszawie opieki; jedyny 
A. Mierzyński, profesor Szkoły Głównej, pracami nad archeologią 
i mitologią litewską tradycye Narbutta podtrzymuje; i na tym 
polu zastępuje Kraków Warszawę. W litewskim społeczeństwie 
samym odzywają się głównie między młodzieżą silne separaty- 
styczne tendencye; hasła narodowościowe, panujące dziś wszędzie, 
rozbudzane nawet między Żydami (przez syonizm, zakreślający 
coraz szersze koła i w Królestwie), musiały i na Litwę oddziałać, 
t. j. na Żmudź, gdzie jedynie żywioł litewski jest silny. Młodzież 






- 339 — 

odwraca się od polskiej mowy i kultury, pielęgnuje własną, stara 
się wykreślić wspomnienia przeszłości polskiej. Traci więc i na 
rdzennej Litwie element polski grunt pod nogami; jeszcze bardziej 
daje się to odczuwać w dalszym obrębie Krajów Zabranych. Dwory 
po wsiach, zaścianki, ludzie wykształceńsi zachowali tryb dawny 
niezmieniony, lecz po miastach, gdzie element żydowski przeważa, 
zmieniał się ten tryb coraz widoczniej, nawet w Wilnie, nie mó- 
wiąc o mniejszych i dalszych; brak wydawnictw peryodycznych, 
osłabienie ruchu umysłowego, życia duchowego — mimo pracy 
jednostek — objawiały się coraz groźniej w swych skutkach. 

Obok Warszawy Petersburg swą polską publicystyką i wy- 
dawnictwami zdobył pozycyę, jaką już niegdyś, przed rokiem 1848, 
posiadał. Nie mówimy tu o pisarzach pochodzenia polskiego, co 
się zupełnie zruszczyli, jak noweliści Jasiński lub Barańcewicz, lecz 
o gronie, około »Kraju« zsolidaryzowanym. Pomijamy Czesława 
Jankowskiego (poetę, rzeźbiącego z nadzwyczajnym kunsztem swe 
arabeski, monografistę powiatu Oszmiańskiego); i redaktora »Kraju« 
E. Pilca, aby zatrzymać się na najwybitniejszej postaci Polaków 
petersburskich, Włodzimierzu Spasowiczu. Należy on właściwie do 
dwu literatur, do rosyjskiej i polskiej. Dzielny profesor prawa, 
potym adwokat wymowny — o fachowej jego pracy tym łatwiej 
zamilczymy, skoro głównie w języku rosyjskim się wyrażała, i jako 
polityk-publicysta i jako krytyk-historyk literatury, ruskie i polskie 
tematy opracowywał; przeważały polskie. Nie napisał niczego rów- 
nie obszernego, jak »Historyę literatury polskiej«, doprowadzonej do 
r. 1863, głównie poezyi poświęconej (przynajmniej w XIX wieku), 
albo jak ocenę działalności »Margrabiego«; studya o Puszkinie lub 
Lermontowie, albo ocena Kawielina im nie dorównają; z pamiętni- 
ków wydawał tylko polskie, Matuszewicza dla Litwy XVIII, Bo- 
browskiego dla Rusi XIX wieku; zaczął nawet zawód literacki tłu- 
maczeniem łacińskich dziejopisarzów krajowych (dla wydawnictwa 
Wolffa). Nie poruszamy tu strony politycznej, zasad i przekonań — 
o nie Spasowicza najczęściej i najzawzięciej napastywano, podej- 
rzywając go o wszelkie możliwe odstępstwa, o czym mu się ani 
śniło, płacąc mu niewdzięcznością za wszystko, co działał, pisał 
i mówił. Jego występy w literaturze, bo tylko o nich tu mowa, 
cechuje świeżość, brak szablonów literackich, samoistność sądu 

22* 



- 340 - 

człowieka głęboko myślącego, bardzo wykształconego, o najszer- 
szym widnokręgu umysłowym, któremu — o co u nas tak trudno, 
wszelka zaściankowość obca, ocierającego się ciągle o wielki świat 
(myśli i wiedzy), wolnomy sinego, demokratę, więc z góry przeciw 
Polowi np. uprzedzonego. Każde jego studyum literackie, czy Ham- 
leta lub Wallenroda, czy Szylera i Goethego lub Połanieckich i Do- 
łęgi dotyczę, pomija kwestye filologiczne, bada jądro myśli i treści, 
z dzieła nie tylko autora, lecz społeczeństwo i epokę charaktery- 
zuje. Jego historya literatury polskiej, przed czterdziestu laty na- 
pisana i rozmiarami nie wielka, przewyższała wszystkie inne, głę- 
bokością i trafnością sądu, całością ujęcia, wykładem zajmującym 
i żywym; coraz nowe jej wydania polskie (tłumaczenia Bema) do- 
wodzą najlepiej jej niezachwianej powagi. 

W Petersburgu wyróżnia się Stanisław Ptaszycki, badaniami 
nad dawną literaturą, wielce zasłużony; prace jego uwzględniają 
z zasady i inne literatury słowiańskie, czeską i rosyjską. Wymień 
myź i adwokata Belmonta-Blumenthala, poetę celującego w wierszu 
satyrycznym, epigramatycznym, znakomitego tłumacza (on pierwszy 
Oniegina Puszkinowego w godną oryginału szatę polską przyo- 
dział), nowelistę — on pierwszy u nas typ młodziutkiego »schył- 
kowca«, o rozigranych nerwach, a braku woli, i ofiarę jego nie- 
szczęśliwą subtelnie wystudyował (»W wieku nerwowym «), talentu 
widocznego jednak dalej nie kształcił; przeniósł się wkońcu do 
Warszawy. Uczonych księży akademii duchownej pomijamy. Roz- 
prószonych po zachodnich guberniach pracowników (w Wilnie), 
zbieraczy (hr. Tyszkiewiczów lub Czapskich; najbogatszy, Stańkow- 
ski, hr. Czapskiego, zbiór medali i książek, przewieziono do Kra- 
kowa — podobnie zbiory Przeździeckich do Warszawy), nie wy- 
mieniamy, jak i wołyńskich lub podolskich; archiwum w Sławucie, 
jak i w Nieświeżu, pracę wydawniczą na nowo podejmuje, ale 
wydawnictwa to ściśle historyczne. 

W ostatnich dopiero latach uległy stosunki w Królestwie jak 
i w Krajach Zabranych zmianie podstawowej. Klęski zewnętrzne 
i zaburzenia wewnętrzne zachwiały dawną Rosyą; pod ich wpły- 
wem opuściło nareszcie państwo tory Katkowa i Pobiedonoscewa, 
polityki hr. Berga i Gurki, kuratora Apuchtina i cenzorów jego 
»okręgu«. Upadły więzy, uniemożliwiające dotąd najlżejszą niemal 
inicyatywę prywatną; można się skupiać i łączyć w celach nauki 



- 341 - 

i oświaty; organizować wydawnictwa, wykłady, szkoły; podej my- 
wać zbiorowe starania około muzeów i bibliotek, w czym wszyst- 
kim kraj, o bogatej dawnej, własnej kulturze, pozostawał w nie- 
słychanym zaniedbaniu. Upadła i dawna cenzura, uniemożliwiająca 
wszelką poważną i poczciwą pracę narodową, wykreślająca każde 
żywsze słowo, każdą myśl wolniejszą; zabraniająca Robinsona, Gulli- 
wera i Chaty wuja Toma; dopuszczająca Słowackiego (Mazepę) 
tylko z inicyałami (J. S.) na afiszu teatralnym. Runęły więc zawady 
i szkopuły, o jakie się każda praca roztrącała. 

Na dłuższą metę jednak sama inicyatywa i ofiarność prywa- 
tna, dobra wola i siły jednostek wystarczyć nie mogą, szczegól- 
niej wobec dzisiejszych warunków pracy umysłowej, wymagającej, 
jeśli ma owocować, niepomiernych nakładów i zbiorów. Prywatne 
więc szkółki i szkoły, uniwersytety wolne (bez pracowni, klinik, 
seminaryów!), towarzystwa uczone (historyczne i in.), nie zastąpią 
nigdy wielkiej, skutecznej inicyatywy państwowej, szczególniej 
u nas, trzymanych tak długo i ściśle na pasku niemowląt. Że pu- 
blicystyka, że literatura wolniej oddychać mogą, że przedrukowują 
w Warszawie rzeczy dawno znane, acz zakazane niegdyś surowo, 
to samo nie stworzy jeszcze bogatej kultury umysłowej, chociaż 
znaczy już wiele. Miejmy nadzieję, że uda się dla kraju pozyskać 
coś więcej, niż samo wyjęcie z ust knebla cenzurowego; że szkoły 
jego wrócą do stanu dawniejszego; że odnowią się świetne czasy 
Szkoły Głównej; że jakaś autonomia Królestwa weźmie w karby 
ruch umysłowy, społeczny, polityczny, na razie chyba tylko anar- 
chią grożący, wzajemnym tępieniem się żywiołów narodowych 
a socyalistycznych. Te walki uniemożliwiają spokojny, normalny 
rozwój, zamiast coby go budzić miały; chwilowo obniżył się tylko 
stan literatury warszawskiej, wobec kryzysu społecznego, mate- 
ryalnego i politycznego. 

Drobne te ustępstwa, i o tym zapominać nie należy, wywo- 
łały już postęp, odmiany korzystne. Takie Wilno np., gdzie języ- 
kowi ojczystemu (Wilno prócz polskiego żadnego innego nigdy 
nie znało), odebrano wszelkie prawa, wraca odrazu do dawnego 
stanu (z przed r. 1864), z prasą polską, teatrem i t. d.; ślady pol- 
skości, zacierane w Krajach Zabranych starannie, jakby samą ich 
przeszłość raz na zawsze wykreślić zamierzano, poprzez wszystkie 
możliwe zakazy, ograniczenia, egzekucye, wystąpiły znowu wszę- 



— 342 — 

dzie z siłą żywotną i nie myśląc o jakim wynarodowieniu, zupeł- 
nie niemożliwym, Białej i Małej Rusi albo Żmudzi, domaga się 
tylko żywioł polski lojalnej swobody umysłowej, nietępienia go, 
za to tylko, że polski, uznania jego praw, zdobytych wielowie- 
kową pracą na tych kresach. 

Dzieje nasze porozbiorowe przedstawiają istny kalejdoskop: 
widoki odmieniają się ciągle. Co stało się np. z dawną emigracyą? 
z ową Polską poza obrębem Polski, wiodącą niegdyś rej umy- 
słowy? »Naród w miniaturze« zeszedł, wobec zmienionych warun- 
ków, dawno już na coraz skromniejszą kolonię polską, tracącą 
dawną spoistość, łączącą się jeszcze w celach głównie dobro- 
czynnych, podtrzymywającą z największym wysiłkiem tylko, dawne 
fundacye — z niejednych chyba nazwa pozostała. Na tę odmianę 
radykalną, na to unicestwienie niemal zupełne dawnego emigracyi 
znaczenia, złożyły się najróżnorodniejsze stosunki i wpływy. Same 
szeregi wychodźców przetrzebiała śmierć; amnestye Aleksandrow- 
skie nowe w nich czyniły szczerby; nie zasilał ich napływ nowych 
przybyszów, nawet nie po wypadkach 1863 i 1864 r.; ci rozpra- 
szali się raczej, po Szwajcaryi, Włoszech, Anglii, nie skupiali się 
więcej w Paryżu samym. Tu dogasali tylko Mohikanie emigra- 
cyjni, np. Zaleski, ale druh jego Humański, Goszczyński, wrócił do 
kraju i in. Z młodszych należy się osobne wspomnienie znakomi- 
temu poecie -malarzowi, Cypryanowi Norwidowi (pomijamy brata 
jego, Ludwika, co pisywał mało, obrazki satyryczne głównie, co 
»choć z piersią rozdartą śmiał się z ludzi, bo płakać nie warto«). 
Z cyganeryi warszawskiej, z kółka Wolskiego, Dziekońskiego i in., 
przeniósł się Norwid do Paryża, gdzie po rozmaitych podróżach, 
w Ameryce i t. d., życia w wielkim ubóstwie, w szpitalu, dokoń- 
czył. Jak poezyę, tak dzieli i losy Słowackiego — niezrozumiany, 
wyszydzany chyba za życia, pośmiertne dopiero uzyskał uznanie 
i moderniści nasi, Miriam w Chimerze przedewszystkim, uprzy- 
stępniają ogółowi skarby jego puścizny literackiej. Za życia nie 
znalazł nawet Krasińskiego jednego, coby »niezrozumiałego« słusznie 
ocenił. 

I on, jak Słowacki, fantasta, symbolista i mistyk; mistrz 
słowa, nie formy; serce czyste, idealne, o popędach altruisty cz - 
nych silnych; wierzący głęboko, sztuce swojej najwyższe zakreślał 
zadania. Nie tworzył więc dla dnia, dla mydlarzy i ich wymagań; 



— 343 — 

smagał je owszem zasłużonej satyry biczem, opowiadając np. w cię- 
tym wierszu, jakto »reduktor« rzeźbę męczenników, aby ją łatwiej 
sprzedać, w apoteozę kapitalizmu przerobić kazał; stronił od mia- 
sta, serc i kwiatów grobu, wielmożna świetność kłóła i mroczyła 
wszędzie oczy jego »chłopskie«. Pociągało go wszystko wielkie, 
tajemnicze, czyste; zwracał się do najgłębszej przeszłości narodo- 
wej, do misteryów o Krakusie, o Wandzie; znakomicie odżywał 
jednak świat starożytny pod jego piórem, np. w Kleopatrze (nie- 
dokończonej); do arcydzieł poezyi zaliczamy jego wizyę połu- 
dniową w Pompei; i jego przypowieść »Quidam« (z czasów Ha 
dryana) w piękności obfita. Towiańczyk, jak Słowacki, słowo 
z czynem utożsamiał; goniec przyszłej, narodowej sztuki, broniący 
jej przeciw Klaczce, natchnień czystych, służby bezinteresownej, 
nie tylko wymagał, ale i sam dopełniał, niezrażony milczeniem 
grobowym, jakim rzadkie jego występy przyjmywano; jak Sło- 
wacki, wyczuwał w słowach i nazwach osobliwsze tajemnice, wska- 
zówki. Zchodził i do życia codziennego, i w niektórych drobnych 
utworach (noweli i in.), znakomicie a głęboko je odtwarzał. Ale 
kapłan to sztuki wielkiej i czystej, do Nazarejczyków między ma- 
larzami się liczący, wymagający od czytelnika, by się dostrajał 
do jego głębi, by dosnuwał z siebie, czego nie wypowiedział cał- 
kowicie poeta. Więc dla przeciętnego czytelnika zbyt »tajemni- 
czy« — nie dla zjadaczów chleba jego poezya, »kawiar dla tłumu«, 
jak i Słowacki. Igrzyska poetyckiego emigracyjnego najgodniej, 
na j wzniosłej dokończył. 

Miejsc dawnych nie zajmywali nowi przybysze; czynność 
Towarzystwa literackiego wyczerpała się; »Bulletin polonais« za- 
silał głównie Gasztowtt tłumaczeniami »Pana Tadeusza«; kolonia 
sama liczy więcej artystów -malarzów, niż literatów. Najczynniej- 
szym jest Władysław Mickiewicz; nie tylko dla Francuzów skreślił 
biografię ojca, ale z nadzwyczajnym pietyzmem zebrał w cztero- 
tomowym dziele polskim wszystko, co z papierów i wspomnień 
po ojcu ocalało, wydał jego korespondencyę i pisma francuskie. 
Obok niego wymieniamy Stanisława Rzewuskiego, kosmopolitę, 
piszącego po francusku dramaty historyczne, a po polsku powie- 
ści, jakby je z francuskiego tłumaczył, np. »Hr. Witolda« ze świata 
arystokratycznego, sfrancuziałego raczej, i jego etyki osobliwej. 
Rozległe pole, z nierównym powodzeniem, uprawia K- Waliszewski: 



— 344 — 

od polskiej pracy archiwalnej przeszedł do monografii i biografii 
historycznych, pisanych po francusku i z francuska, niby felietony, 
o Piotrze Wielkim i Katarzynie II, o Marysieńce i o Iwanie Groź- 
nym — rzeczy, nieraz bardzo trafne, nawet (psychologicznie) głę- 
bokie, ale nie wyczerpujące przedmiotu, ujmujące go ze strony, 
raczej anegdotycznej; zwłaszcza Marysieńką, obniżającą jej boha- 
tera do roli kobieciarza, niesmak u nas wywołał, chociaż cudzo- 
ziemców wykończeniem pastelowym portretu zajął. 

Liczba Polaków, piszących po francusku, nie najmniejsza; 
taki Wyżewski np., artykułami »Wyzewa« w »Figarze« i tłumacze- 
niami uprzystępniający Francuzom literaturę polską, głównie Sien- 
kiewicza, albo antropolog i etnolog Zaborowski, badający początki 
słowiańskie i in.; dawniej odznaczył się, jak niegdyś jeszcze 
A. Cieszkowski, i Michał Wołowski, celnymi pracami z dziedziny 
ekonomii politycznej. Na polu historycznym opracował Kazimierz 
Stryj eński, w monografiach, postaci XVIII wieku; na polu beletry- 
stycznym opowiadała pani Poradowska Francuzom o społeczeń- 
stwie polskim, już nie owe duby smalone z fabryki pp. Cherbou- 
liez i X. de Montćpin; hr. Wodziński, poddawał dusze polskie i ich 
marzenia bezpretensyonalnej krytyce w swej powieści. 

Emigracya tym bardziej na znaczeniu straciła, że się do 
jednego centrum nie wiąże, rozprószona we Włoszech, Anglii (nie- 
gdyś Sewer, dziś Wierzbiński stąd nowelle pisuje), Danii (Stanisław 
Roźniecki dawne dzieje bada i »myłki pamięciowe « Paska popra- 
wia). W Szwajcaryi, obok Jeża, obok Muzeum Raperswilskiego, bo- 
gatego w rzeczy polskie, najbardziej w emigracyjne, zasilanego 
niegdyś hojnie przez równie ofiarnego, jak skromnego radykała, 
Katona w życiu, antykwaryusza w narzuconym przez okoliczności 
zawodzie, H. Bukowieckiego ze Sztokholmu, należałoby wymienić 
Bolesława Limanowskiego, co się tu z Galicyi przeniósł, radykała, 
badacza dziejów nowego ruchu społecznego. 

Już z podanego tu wyboru imion pracowników i tytułów 
dzieł, można się przekonać, jak potężnieje u nas ruch naukowy 
i krytyczny, jak się przejmuje nowymi metodami i ideami, jak 
się nie zaskorupia trwożny i oględny, w dawnej szlachecko -wyzna- 
niowej jednostronności. Uwzględnia on w pierwszym rzędzie i teraz 
jeszcze rzeczy polskie, ale sięga i poza nie, nawiązuje je do ruchu 
europejskiego, wychodzi z dawnego odosobnienia, z patrzenia na 






— 345 — 

rzeczy wyłącznie pod kątem swojskości; dąży do trafniejszej i ogól- 
niejszej oceny. Nie zaciera jednak cech narodowych, owszem stara 
się je uwydatnić i styka się na tym polu ze sztuką i literaturą 
piękną, wydającymi, z coraz większą samowiedzą, ducha naro- 
dowego. Jak się to w powieści, dramacie, liryce, wyraziło, przed- 
stawią następne rozdziały. Zaczynamy powieścią, gdyż na czoło 
jej wysunęli się jeszcze dwaj pisarze, co kraj na zawsze opuścili, 
których jeszcze do emigracyjnych zaliczyćby można, gdyby ta 
cecha podstawową była; w istocie straciła już znaczenie, stała się 
zewnętrzną, niemal przypadkową. 



ROZDZIAŁ OSIEMNASTY. 

POWIEŚĆ, 
OD KRASZEWSKIEGO DO SIENKIEWICZA. 



Na wychodźtwie: Kraszewski i Jeż. W kraju: powieść społeczna i tendencyjna, Za- 
cha ryasiewicz i Pług. Lam i Jordan. Morzkowska i Orzeszkowa. Prus i Sienkiewicz. 

Jeszcze bardziej, niż w okresie poprzednim, po dotkliwych 
klęskach i zawodach bolesnych, poczuwali się powieściopisarze nasi 
do służby publicznej, obywatelskiej, w nawoływaniu ku skupianiu 
sił, w szerzeniu poglądów postępowych, w zwalczaniu wszelakich 
uprzedzeń i przesądów, w przestrzeganiu przed czynnikami rozkła- 
dowymi, wciskającymi się z zewnątrz, czy tworzącymi się w łonie 
własnym. 

Czoło ich zaj mywał jeszcze przez długie lata Józef Ignacy 
Kraszewski, co po śmierci czy zamilknięciu Korzeniowskiego i Kacz- 
kowskiego, rywala więcej nie znachodził. Opuściwszy kraj, zbywszy 
się ostatecznie kłopotów redaktorskich, gospodarczych, urzędowych, 
oddał się z olbrzymią, wręcz nieprawdopodobną rzutkością umysłu 
a wydatnością pracy, literaturze, uprawiając obok niej i muzykę, 
nie zaniedbując rysunków i malarstwa, prowadząc olbrzymią kore- 
spondencyę. W kilkanaście dni wykończał całe tomy powieściowe — 
złośliwi powtarzali dawne koncepty o maszynce do pisania; po- 
chłaniał, co wychodziło, nie tylko w polskim języku; w korespon- 
dencyach, rozrzucanych po dziennikach i tygodnikach, zdawał 
sprawę z ruchu artystycznego i beletrystycznego zagranicznego, 



- 347 - 

szczególniej niemieckiego, gdy w Dreźnie osiadł na stałe. Praca to 
była fenomenalna: trzeba sięgać do literatur obcych (francuskiej) 
lub do starożytności, żeby dla podobnie wytrwałej, wszechstronnej, 
obfitej a długoletniej przykład odnaleźć, a zdobywał się na nią 
człowiek fizycznie coraz ułomniejszy, trapiony dotkliwymi cierpie- 
niami; życie stawało się jemu chorobą, praca lekarstwem. Nie 
zawsze odnachodził Kraszewski dróg właściwych, podej mywał się 
rzeczy, obcych jego organizacyi umysłowej, np. odegrania roli po- 
litycznej; wrzenie warszawskiej pracy redaktorskiej i emigracyjnej 
nie odrazu się uspokoiło; następywały najrozmaitsze próby, to kie- 
rowania z Drezna lwowskim dziennikiem politycznym, to spółpra- 
cownictwa w krakowskim organie postępowym (»Kraju«), a gdy się 
to nie kleiło, wydawał sam przeglądy roczne, »Rachunki«, z życia 
politycznego i społecznego ziem polskich. »Rachunki« te, jak i cała 
działalność polityczna Kraszewskiego, nabierają rysów, charaktery- 
stycznych dla całego wychodźtwa: obok nieznajomości, a nieraz 
i umyślnego nieuwzględniania stosunków i potrzeb dzielnicowych, 
ferowanie surowych wyroków, przywłaszczanie sobie roli Pityi po- 
litycznej — z tytułu oddalenia i bezparcyalności, żółciowość i zgry- 
źliwość wobec nieuznających tej powagi; stronnicze napady na je- 
dnych (Krakowian — stańczyków, Szujskiego, Popiela), zbytnie po- 
błażanie innym, np. ziemianom poznańskim. Lecz uczuł Kraszewski 
niebawem sam niewłaściwość takiego mieszania się i mentorowania 
i zwijał polityczne placówki; kusił się o wydawnictwo organu nie- 
politycznego, co wkońcu, pochłonięty coraz intensywniejszą pracą 
belletrystyczną, zarzucił. 

W pracy tej po roku 1864, Kraszewski na razie, jakby się 
rozszczepił; inne rzeczy pisywał Bohdan Bolesławita z motto: AU 
is true, inne I. J. Kraszewski. Katastrofa i, co ją poprzedziło, wy- 
trąciły z równowagi umysł nadmiernie wrażliwy: w podnieceniu 
gorączkowym ujrzał się Kraszewski w obozie czerwonych, solida- 
ryzował się z nimi, miotał się na obojętnych i zimnych; niebawem 
brał górę zmysł rzeczywistości, ostudzały się zapały, wracała zdol- 
ność krytyki, i ten sam, któremu imponowały demonstracye uliczne, 
bratanie się stanów, sympatye rewolucyonistów obcych, co nie ską- 
pił ostrych porównań, zaczepek i oskarźań, a wielbił ducha -rewo- 
lucyonistę, przeradzał się w białego, w stańczyka niemal i prote- 
stował już tylko — i słusznie — przeciw potępianiu całej emigra- 



— 348 — 

cyi w czambuł, odmawianiu jej przytułku i chleba, on, co sam 
zawsze był gotów do poświęcania sił, czasu i środków, aby ulżyć 
obcej niedoli; stanowisko jego nie odbiegało wkońcu daleko od 
stanowiska »straźy pożarnej « krakowskiej, gasicieli ducha — oddalał 
się głównie w kwestyi religijnej postępowiec, zwalczający, ile sił 
stało, dogmat nieomylności; raziło go również zbyt trwożliwe uchy- 
lanie się z wszelką »polakieryą«, owe wygórowane obawy narażania 
się komukolwiek i gdzieśkolwiek. 

Powieści Bolesławity, im namiętniej pisane, tym bardziej chro- 
mają w układzie i szczegółach; szkice to raczej, rzucane w gorą- 
czkowym pośpiechu na papier, w urywanych zdaniach, w urywko- 
wym opowiadaniu i charakterystyce fragmentarycznej; przewijają 
się na ich kartach i propaganda czynu, i masowe ruchy uliczne 
i rozgorączkowanie młodzieży i chwiejna bierność i nieporadność 
starszych; są typy najrozmaitsze — sięga autor nawet do dawniej- 
szych pokoleń i przeprowadza dzieje całej rodziny na tle analo- 
gicznych wypadków. Wszystkie te powieści, ciągnące się do roku 
1875, bez większej wartości literackiej, ciekawe, jakc >znaka czasu, 
jako przyczynek do psychologii ludzi i autora. 

Od powieści Bolesławity przedostał się namiętniejszy ton i do 
powieści społecznej Kraszewskiego, i zdawał się wracać dojrzały 
autor do usposobień satyrycznych, w jakich niegdyś »Cztery we- 
sela* i podobne rzeczy pisywał. Nie były to już jednak chwilowe 
uniesienia kapryśnego pióra artysty, pokłóconego z jałowością 
i ospalstwem duchowym braci herbownej, uniesienia, coby znowu 
w apoteozę dawnej patryarchalności odmieniać się mogły; autor 
pogłębił swą znajomość owych kół, zasiadał przecież sam z Woły- 
niakami w komitetach włościańskich, obserwował zdała rolę stań- 
czyków, obszarników, polityków na posadzkach Burgu, zblizka 
paniczów rozmaitych, goniących resztkami ojcowizny po rozmai- 
tych badach, typy polskiego hrabiego za granicą. I urosły z nich 
wzory dla »Morituri«, jednej z najlepszych jego powieści: wybo- 
rowi między nimi, owi książęta Brańscy, z godnością chyba tylko 
umierać umieją; przeważna część lekkomyślnie trwoni grosz swój 
i obcy; wierzy w bogaty ożenek lub miejsce zyskowne; zna się 
na kartach, koniach i metresach; ceni tytuły, ordery i koligacye; 
odurza się frazesami zdawkowymi o roli i powołaniu szlachty, go- 
towa do zdrady własnych przekonań, do ustępstw i kompromisów 



- 349 - 

najbezecniejszych za byle cenę, pogardzana i wyśmiewana przez 
własnych braci, pod maską cynizmu ukrywających resztki dumy 
rodowej i godności ludzkiej. Stan, jako taki, zmarniał, racyi bytu 
nie ma, wyginąć musi; z niedobitków ratują się ci nieliczni, co 
przesądy zawiesiwszy na kołku, jęli się oburącz pracy, owi Resur- 
recturi, raczej wymarzeni w teoryi, niż zaobserwowani w rzeczy- 
wistości; dlatego też ustępuje nowa powieść dawniejszej pod wzglę- 
dem wyrazistości, realności, konsekwencyi. Czasy Bożej Czeladki 
minęły na zawsze; wyczerpywała się jednak i bezpośrednia obser- 
wacya, Kraszewski sztukował ją coraz bardziej fantazyą i pamięcią. 

Nie zadowalał się apostolstwem nowych haseł, kreśleniem 
figur z jednego stanu, obrazowaniem przejść i transformacyi roz- 
maitych Siekierzyńskich. Chcąc rywalizować z romansem francu- 
skim, spopularyzować książkę polską, budzić zajęcie ogólne, nie 
wahał się wkraczać na niwy, uprawiane przez romans sensacyjny 
i policyjny pp. Gaboriau i spółki, i zapełniał swe karty najroz- 
maitszymi figurami intrygantów, fałszerzów, rycerzów przemysło- 
wych, demimondek, graczów, obłudników; opuszczał światek polski 
i bujał nad Sprewą i Dunajem; właśnie za granicą natrafiał nieraz 
na najciekawsze, najchorobliwsze okazy dusz polskich, n. p. owe 
»Chore dusze« nad Tybrem, prototypy Płoszowskiego, rozpróżnia- 
czone i przeczulone, jak on, dla byle katarku żołądkowego wytacza- 
jące proces Opatrzności, zrezygnowane ze wszystkiego i zrozpaczone 
na zawsze, chociaż byle wąsik lub zgrabna nóżka ze wszystkich 
smutków i pesymizmów ich wyleczy. Nie zawahał się nawet przed- 
stawiać dziejów rodzin polskich w ten sposób, że gałęź, osiadła 
w Gdańsku, zniemczała, wydała ludzi zamożnych, porządnych, po- 
żytecznych; ci zaś, co w kraju zostali, zbankrutowali moralnie i ma- 
teryalnie. 

Po r. 1870 zajął w twórczości Kraszewskiego romans histo- 
ryczny bardzo wybitną rolę. I to było nawrotem do pierwszej mi- 
łości, do romansów historycznych dawniejszych. Zmieniło się teraz 
stanowisko; tendencye zarzucił; zaciekawiały go czasy i ludzie, 
szczególniej to, co znał najlepiej, z trądy cy i rodzinnej, z pamię- 
tników (ogłaszał Ochockiego i innych), ze studyów, jakie na sze- 
roką skalę podej mywał; jego »Polska w czasie trzech rozbiorów*, 
dzieło trzytomowe, jest najpoważniejszym ich świadectwem; zna- 



— 350 - 

komita monografia o Krasickim, chociaż bardziej człowieka, niż pi- 
sarza uwzględnia, inny tegoż dowód. 

Tak dopełnił rozpoczętego już dawniej (por. str. 276) szeregu 
powieści z czasów saskich i Stanisławowskich. Jeżeli historyk R6- 
pell »Pamiętnikom Soplicy« Rzewuskiego wartość dokumentalną 
przyznawał, należy się ona w równej mierze i powieściom Kra- 
szewskiego. I on nie wytaczał spraw pierwszorzędnych, jak Rze- 
wuski, i on trzymał się na uboczu od duchów-wodzów epoki, omi- 
jał nawet Augusta Mocnego, syna baryłę i eleganckiego stolnika 
litewskiego. Ale czy o Hrabinie Kozel mówił, czy »kawał literata« 
w Warszawie Poniatowskiego wystawiał, czy życie na dworze het- 
mańskim w Białym Stoku, imponował znawstwem epoki i ludzi, 
ich myśli i mowy; najmniejsza nawet z tych powieści, odchyla 
jakiś ciekawy, znaczący szczegół tych czasów. Nie przedstawił on 
nigdzie ich całości; zbyt nęciło go samo wystawianie rozpasania, 
rozbestwienia ich moralnego, zbyt często wystawiał kontrast świę- 
tego party kularza i sodomy warszawskiej; zbyt często nęcił go też 
książę Panie Kochanku. 

Nadzwyczajna popularność tego bezmózgowca nie najpochleb- 
niej świadczy. Jak Sienkiewicz zgrzeszył przeciw przeszłości, sta- 
rego błazna Zagłobę na czoło szlachty ówczesnej wysuwając, po 
dobnie pokutuje, niby trup wyschły Sicińskiego w Upicie, ów naj- 
głupszy z Radziwiłów. Kościuszki nikt dotąd w romansie czy dra- 
macie nie wystawił należycie, Panie Kochanku zato przedrzeźnia 
się coraz rozumowi z powieści i sceny; widzieliśmy go i strzela- 
jącego do liter z abecadła i przyjmującego »Pana stolnika« w Nie- 
świeżu, siedzącego bez spodni na beczce wina i kapiącego od dya- 
mentów i złota, w posiadaniu dwunastu apostołów i żyjącego na 
kredyt obcy, rozbijającego się po nietrzeźwu z Albeńczykami 
i umierającego samotnie. 

W komedyach wystawił go Kraszewski; dramatyczne jego 
popisy (jak i liryczne), są wogóle rzadkie; najlepszy z nich »Miód 
kasztelański*, komedya kontuszowa, jeszcze z roku 1860. Najtrafniej 
przedstawił Radziwiła w »Ostatnich chwilach księcia Wojewody«: 
rzucał blichtry konwencyonalne i nieciekawą prawdę odsłaniał. 

Powodzenie owych romansów historycznych, z bezprzykładną 
ilością figur coraz nowych, nie zbyt pogłębionych, co prawda, uję- 
tych jednak żywo i barwnie (aż do stronników Trzeciego Maja, 



— 351 — 

wcale nie schlebionych) i przykład niemiecki (»Przodków« G. Frey- 
taga, zstępujących od pradziejów w Ingu i Ingrabanie aż do pru- 
skopolskich stosunków XVI wieku), skusiły Kraszewskiego do wy- 
stawienia olbrzymiego cyklu powieści historycznych polskich, od 
prasłowiańskiej » Starej Baśni « aż do XVIII-go wieku. Tylko taki 
chalkenteros, jak Kraszewski, mógł się tej pracy podjąć i wykonać 
ją w dwudziestuośmiu powieściach o siedemdziesięciudziewięciu 
tomach. 

Lecz właśnie ta robota w dorobku literackim Kraszewskiego 
przedstawia pozycyę najwątpliwszej wartości. Świetne oczekiwanie 
rodził wstęp, owa idyla starosłowiańska »Starej Baśni« — tłuma- 
czona, i słusznie, na inne języki słowiańskie, najbardziej poetyczna 
apoteoza ludu cichego, rolniczego, gościnnego, patryarchalnego; 
ciąg dalszy dopisywał coraz mniej. Słabły siły; nie wystarczało 
i znajomości głębszej odległych czasów i ludzi; psuł wykonanie 
efektowniej sze zadawniony pesymizm, nurtujący, jak słabość nie- 
wy leczona, organizm autorski; bez głębokiej miłości owej prze- 
szłości, rzewnego zatopienia się w niej, rzecz taka nigdy się udać 
nie może; nie zastąpi ich sucha, antykwarska i kronikarska metoda 
autora i każda nowa powieść przynosiła chyba coraz nowe rozcza- 
rowanie, omijanie stron świetnych, ludzi wielkich, jakby lubowanie 
się w kreśleniu scen ujemnych. 

Jak w społecznych, sięgał i w historycznych romansach Kra- 
szewski wyjątkowo do obczyzny: klasyk z zamiłowania, tłumacz 
np. Plauta w więzieniu magdeburskim, Rzym chyba obierał i czasy 
Cezarów; właśnie jego »Rzym za Nerona« (1865), to jedna z najlepiej 
skomponowanych i najstaranniej wykończonych powieści, przyczym 
unikał własnych refleksyi, moralizacyi, porównań, niszczących za- 
zwyczaj wszelką iluzyę, których romans historyczny najbardziej 
wystrzegać się winien, chociaż przeciw tej kardynalnej zasadzie 
grzeszą nawet najwięksi, np. Tołstoj w »Wojnie i pokoju«, i mniejsi, 
np. Gomulicki w »Mieczu a łokciu«, cytujący, jak w dysertacyi uczo- 
nej, późniejszych pisarzów i krytykujący siebie samego. 

Pośpiech w wykonaniu, »robotę maszynową« wyrzucano Kra- 
szewskiemu stale, ależ pieszczenie się kilkuletnie z jednym tematem, 
przegładzanie każdego zdania a la Flaubert nie zgadzało się wcale 
z organizacyą artystyczną Kraszewskiego; metoda ortopedyczna, 
stosowana do jego powieści, nie wychodziła im na dobre. Nadmier- 



— 352 — 

nie wrażliwy i nadmiernie ruchliwy, skupiać się ani umiał, ani chciał; 
rzucał od niechcenia, pospiesznie, sylwetki i epizody i nie zawsze 
je należycie spoić potrafił; opracował stosunkowo najlepiej począt- 
kowe kartki, jakim ciąg dalszy nie dorównywał zazwyczaj; wprawa 
mistrzowska, niby owego sławnego czy osławionego Fa presto 
w malarstwie, bogactwo myśli i obserwacyi, śledzenie tętna czasu, 
sprawiały, że każda, i najmniej oszlifowana, i najbardziej surowa 
bryła jego powieści, piętno Kraszewskiego nosiła, piętno indywi- 
dualności potężnej, bogatej, myślącej: głębszą naukę czy myśl 
wszędzie zawierał; każda z jego wybitniejszych postaci nadaje się 
do uogólniań, ot choćby ów Floryan Małdrzyk herbu Wąż (»Na 
tułactwie«), gdzie już samo nazwisko charakterystyczne; człowiek 
nie z kruszczu, lecz z sera, dobry na Lasocinie, marniejący w nie- 
szczęściu. W każdej sprawie zabierał Kraszewski głos natychmiast: 
ledwie zaczęły się rugi pruskie, i już odezwała się jego »Czarna 
Godzina* i nie obszedł się teraz tak gładko ze szlachtą wielko- 
polską, jak niegdyś w »Rachunkach Bolesławity«. Do ostatniej 
chwili, póki nabrzmiałe i skostniałe palce pióro utrzymać mogły, 
nie schodził z placówki, z obserwatoryum społecznego. 

I nie było przesadą, gdy w Krakowie roku 1879 obchodzono 
z nadzwyczajną uroczystością jego jubileusz, pierwszy obchód tego 
rodzaju u nas. Nie był Kraszewski geniuszem sztuki czy myśli, 
chyba geniuszem pracy; chociaż nęciły obce sprawy i dzieła (za- 
miłowanie Dantego np.), z setek jego dzieł i pism, z milionów 
wierszów drukowanych wszystko do kraju i spraw jego, choćby 
pośrednio, się odnosiło, nawet »Rzym za Nerona« nie bez takiej 
myśli pisał. Przekonań jednolitych, któreby od kolebki do grobu 
wyznawał, nie miał — tylko głupcy się nie zmieniają, jeszcze 
przed Bismarkiem Puszkin twierdził. W ciągu niemal sześćdziesię- 
cioletniej pracy, popadał w sprzeczności i z samym sobą i z oto- 
czeniem; nie byłoby trudno, układając własne jego zeznania, bia- 
łego i czerwonego, ultramontanina i postępowca, arystokratę i lu- 
dowca, wyznawcę sztuki dla sztuki i sztuki dla propagandy idei, 
marzyciela i pozytywistę, slawofila i nieprzejednanego wroga sla- 
wofilstwa, z niego urobić; mogliby do niego rościć prawa Rze- 
wuski (Henryk) i Jeż, Veuillot i Btichner, prerafaelita i naturalista — 
tylko słowa i prozy się nie puszczał; w wierszu wyjątkowo mu 
się powodziło, mianowicie w rzewnych skargach, łzami i goryczą 



— 353 — 

nabrzmiałych. Łodzią duchów sterować nie mógł, gdyż na przewo- 
dnika powołanym nie był; płynął z biegiem, nigdy mu się nie 
opierał; z nim jednak omijał rafy i mielizny; z wszelkich ostate- 
czności i krańcowości wycofał się zawsze i, gdy myślano już, że 
zagrążył się w odmęcie stronnictwa czy doktryny, gdzieś daleko 
znowu głowę wychylał swobodny. 

Napadali więc na niego po kolei i młodzież i starcy, postę- 
powi i zacofani, biali i czerwoni. Cechowała go nadzwyczajna wra- 
żliwość na każdy nowy powiew czy prąd, czy go w tył rzucał, to 
naprzód popychał; starał się wszystko sobie przyswoić, a innym 
wyłożyć, od ludzi do tendencyi, od najdawniejszych do najśwież- 
szych. Istotą należał jednak do spółczesnych, do otoczenia; powie- 
ściom o kraju, a szczególniej o jego młodzieży postępowej, o eman- 
cypantkach (»Szalona«), pisanym bez ich naocznej obserwacyi, po 
roku 1863, brak świeżości, powietrza rodzinnego, co dawniejsze 
odznaczało — chyba, że o Polakach na obczyźnie prawią; tym 
łatwiej cofał się teraz w czasy coraz dawniejsze. Potężnych, wstrzą- 
sających dzieł nie stworzył wcale; nie od święta ani od parady 
pisał; zaspokajał potrzeby dnia. Jego to zasługą książka polska 
wszędzie dostęp znachodzić poczęła, w salonie i na poddaszu; on 
budził u całych pokoleń zamiłowanie do czytania polskiego; on 
gallomanię czynem najskuteczniej zwalczył; jego chleb, może i ra- 
zowy, ale pożywny, ciastka francuskie wypierał. Rewolucyonistą 
w prozie, jak Mickiewicz w poezyi, wcale nie był, ale ojcem prozy 
polskiej moźnaby go nazwać; trzebaby porównać stan tej prozy, 
kiedy zaczął pisać, a kiedy z pola strudzony schodził, bo na 
zmianę ku lepszemu nikt tak nie wpłynął, jak on właśnie. 

On budził wytrwale umysły; on niósł przed narodem oświaty 
pochodnię; światło jej mogło nieraz przyćmiewać się bardzo — 
nigdy nie zagasło; każdą nową siłę witał on pierwszy, najchętniej, 
i na stare lata jeszcze, np. Konopnicką; nigdy się nie zaskorupił, 
ani w teoryi, ani w tendencyi; eklektyk, wybierał, co go nęciło, 
z każdego ruchu, poglądu, myśli. Fantazya jego nie szybowała 
nigdy w lotach nadgwiezdnych, ziemi i rodziny trzymał się ściśle; 
dzieło jego — »Omnibus«, nie dla smakoszów i znawców; on na- 
starczać wszystkiego ledwie zdążał; jak ta sól Wieliczki, którą się 
odrazu czystą dobywa, nie wyczerpana. Nie wiele po niej dla wy- 
kwintniej szych podniebień; w codziennym trybie, dla wszystkich, 

OKEJE LITERATURY POLSKIEJ T. II. __ 

23 



— 354 — 

nic jej nie zastępywało. Czas, jak te dzieła ożywiał, tak je grubą 
warstwą pyłu nałożył; w olbrzymiej spuściźnie nie wiele znakomi- 
tych rzeczy, jest ich jeszcze najwięcej między dawniejszymi; jak 
z pożytecznymi działaczami bywa, gdy pora ich przeszła, rychło 
się o nich zapomina — i dzisiejszym jednak nie tylko dla języka, 
dla wielości figur, trafności rysów, miłości swojsczyzny polecać 
go należy. 

Żadnego chwiania i wahania się nie zaznał nigdy T. T. Jeź 
(Zygmunt Miłkowski), wykuty z jednej bryły, to też wielu nie ko- 
niecznie miły, pisarz, co pisma i poglądy własnym życiem pieczę- 
tował, życiem ciekawszym nieraz, więcej awanturniczym i poświę- 
cenia a hartu pełnym, niż u bohaterów powieści jego. Jeż, to pi- 
sarz bez porównania więcej tendencyjny, niż Kraszewski, w tema- 
tach powieści dużo mniej pomysłowy (udają mu się właściwie 
tylko opowiadania z rodzinnych stron i dziejów rodzinnych), i nie- 
równie niższy, jako artysta. 

Życie upływało mu w walce ustawicznej z losem i nędzą, 
w Londynie czy na Bałkanie; późno chwycił się pióra, może oto- 
czenie literackie w Konstantynopolu, gdzie się z Berwińskim, Brzo- 
zowskim, Zmorskim i Jabłońskim stykał, najbardziej na obudzenie 
żyłki autorskiej wpłynęło. Przedtym pisywał chyba artykuły poli- 
tyczne — tych nie porzucał do ostatniej chwili, np. nawołując 
i prostując drogę do zgody z Rusinami w Galicyi (1902 r.), albo 
korespondencye, ale właśnie te barwne opisy z Dobrudży, Bułga- 
ryi, Konstantynopola, umieszczane w Dobrzańskiego »Dzienniku 
literackim« lwowskim p. t. »Wyjątki z pamiętników włóczęgi« (1856 
i 1857 r.) zjednały mu imię rozgłośne; szczęśliwy debiut powie- 
ściopisarski z sympatycznym »Wasylem Hołubem« (1858), pseudo- 
nim spopularyzował tern bardziej. 

Z długoletnich wędrówek po Turcyi i Serbii, z kampanii wę- 
gierskiej przedtym, odbytej z honorem, wyniósł Jeż tematy, litera 
turze polskiej dotąd obce. Dziś, kiedy u Bułgarów J. Wazów (tłu- 
maczony i na polskie), u Kroatów A. Szenoa i inni czasy niewoli 
tureckiej, ruchów chłopskich i t. d. opisują, zapominamy, że pierw- 
szy między Słowianami nasz Podolak ciekawe te i barwne i pou- 
czające tematy historyczne uprawiał, że on Bułgarom i Serbom 
dawał pierwsze dobre próby ich rodzimego romansu historycznego. 
Kraje przewędrował wdłuż i wszerz; lud, obyczaje i mowę poznał 






- 355 - 

znakomicie; patryota i demokrata spółczuwał tym ruchom; tak po- 
wstały jego historyczne powieści, sięgające od czasów »Asena« 
i powstania bułgarskiego przeciw Bizancyum, od XII wieku, poprzez 
walki z półksiężycem XIV wieku, poprzez »Uskoków« (najpiękniej- 
szą z tych powieści), »Narzeczoną Harambaszy« i t. d., aż do po- 
czątków XIX wieku (»Dachijszczyzna«) i do walk węgierskich roku 
1848; jego »Szandor Kowacz« (pierwszy czasowo z tego cyklu) 
przedstawiał Madyara, wyrosłego między Serbami, wynarodowio- 
nego, co dopiero w odgłosie walki narodowej poczucie rodowe 
odzyskał. Mniej szczęśliwe są podobne powieści z dziejów pol- 
skich, »Za Króla 01brachta«, »Dersław z Rytwian« i inne, chyba 
gdzie mowa o stosunkach i stronach ruskich, n. p. »Z burzliwej 
chwili«, wznosi się autor do opisów barwniejszych i scen efekto- 
wniej szych. 

Obok tych nieco egzotycznych, historycznych powieści — 
i one nie obywały się bez tendencyi, uczyły przecież, jak się dla 
wolności żyje i ginie, uczyły o obowiązkach narodowych — praco- 
wał Jeż systematycznie i wytrwale na polu powieści społecznej, 
ściśle tendencyjnej. Wybierał, w czasach jeszcze pańsczyźnianych, 
chłopa na bohatera swych powieści, aby w nim człowieka ukazać, 
np. ucieka Wasyl Hołub w step przed uciskiem pańskim, ale w bi- 
twie daszowskiej jemu jeden z tych panków życie uratował; w »Hi 
storyi o pra-pradziadzie« wystawiony dzielny chłop, co nobilitacyi 
nie przyjmuje, chcąc zostać między swoimi, tracący przez to uzna- 
nie szlachty; w »Historyi o pra-prawnuku« harmonia pożycia mię- 
dzy dworem a gromadą wystawiona na tle stosunków, jakie u Mił- 
kowskich istotnie panowały: nawet Żyd wciągnięty w owę atmo- 
sferę, i w karczmie odprawiają boruchy za pana Naczelnika, 
jakby za jakiego patryarchę izraelskiego rodu. Posiew wprawdzie 
zawiódł wszelkie oczekiwania — dlaczego, kto zawinił, o tym 
i w »Hryhorze Serdecznym« czytać można — podobnych tematów 
nikt u nas zresztą nie tykał, specyalność to Jeżowa, słabe echo 
dawnego chłopomaństwa. O sentymentalnej idealizacyi nie było tu 
nawet mowy, chłop wy stępy wał realny, z przymiotami i przywa 
rami, ale szanowało się w nim człowieka, a przygotowywało oby- 
watela. 

Jeszcze ważniejsze zadanie czekało Jeża między bracią. Z do- 
mów szlacheckich, z wychowania ówczesnego wychodzili próżniacy, 

23* 



- 356 - 

letkiewicze, niewieściuchy, wyrodki wszelkiego rodzaju — kobiety 
nielepsze, przeczulone, sentymentalne, najczęściej gąski, czasem ku- 
kułki albo sowy; w obywatelstwie samym najdotkliwszy brak po- 
czucia obowiązków. W nawoływaniu do obowiązku, przykładami 
z życia, satyrycznymi i idealnymi, wyczerpywał się Jeż; o zacho- 
wanie miary mu nie chodziło; niełatwo o potworniejszą karykaturę, 
niż np. młodego księcia pana z »Ofiar«, słonia chyba czy hipopo- 
tama, któremu piękną, bogatą pannę narzucają; cóż może być 
śmieszniejszego nad wiece szlacheckie, tym razem z Litwy, o go- 
towości wojennej, w roku 1831, w »Drugim przykazaniu«? Szereg 
tych utworów bardzo długi; podniesiono tu wszelkie kwesty e, od 
emancypacyi kobiet począwszy; tu należą »Pamiętniki starającego 
się«, »Pani Komisarzowa« i t. d. 

Wszystkie te powieści szwankują pod względem kompozycyi; 
gdyby istniała szkoła powieściopisarska, możnaby na niejednej 
z nich, np. na »Ostapku, kartach z dziejów emigracyi«, uczyć, jak 
powieści pisać nie wolno. Wady kompozycyi, przemowy od autora, 
dygresye, rozrywające i wątek i psujące wszelką iluzyę, wynagra- 
dza żywość opowiadania i dobitność stylu: jak gdyby się autor 
zaprawił na literaturze rosyjskiej, tak lubuje się w dosadnych 
zwrotach, w alegoryach — nie mających z klasycznymi nic spól- 
nego, w nieceremoniowaniu się z obrazem i wyrazem. Celuje w sa- 
tyrze; uczuciowość nie jego dziełem, gruchania gołębiąt nie wyrazi, 
a przecież np. w takiej »Historyi o pra-prawnuku« głęboko wzru- 
szyć potrafi. Sam się z tego spowiada: »poświęcić majątek, czas, 
życie, rozum, dla wszczepienia w ogół szlachetności przekonań, to 
mi ideał, który warto bohaterstwem zaszczycić, ale nie idealizowa- 
nie jakichś miłostek, salonowych lub alkowianych intryg i artysty- 
cznych rojeń«. 

Brak samodzielności; sobko wskie instynkty; nie szanowanie 
narodowej godności; gnuśność i wszelkie inne wykroczenia prze- 
ciw »Dziesięciorgu społecznemu«, oto tematy jego wycieczek saty- 
rycznych, obrazów powieściowych, przez lat czterdzieści. Teraz, 
kiedy zasłużony starzec, czcigodny, osiemdziesiątki w rzeźkimjzdro- 
wiu, fizycznym i umysłowym, dobiega, wyczerpała r się inwencya 
i satyra, wstają w pamięci dawne czasy, dzieciństwa Saracejskiego, 
szkoły Niemirowskiej, późniejsze z »centralizacyi« londyńskiej o Da- 
raszu czy Worcelu i kreśli je autor z dziwną drobiazgowością. 



— 357 — 

Beletrystyka emigracyjna, jeżeli nie o własnych, tułaczych 
losach rozprawiała, rolę mentora czy satyryka mimowoli przybie- 
rała; nie łatwo było w kraju jej dogodzić; splin emigracyjny karcił 
może nieraz zbyt obcesowo, zbyt mało liczył się z warunkami, 
niecierpliwił i srożył. Tym spokojniej toczyły się fale belletrystyki 
krajowej; reprezentowali ją, żeby o mniejszych, zapomnianych, 
np. o Władysławie Sabowskim (Skibie), pisującym nie bez humoru 
o »Kanarkach rozmaitych« i t. d., albo o kobietach, np. Emmie 
z Kurowskich Puffke, dzielącej z Paulina Wilkońską popularność 
poznańską, nie wspominać, Jan Zacharyasiewicz i Adam Pług. 

Jan Zacharyasiewicz wprowadził nową nutę do powieściopi- 
sarstwa krajowego, mieszczańską. Występy jego sięgają daleko 
poza rok 1864 wstecz; rówieśnik to Kaczkowskiego, dzielił z nim 
tryb wychowania gimnazyalnego i prześladowania polityczne — 
dwoma nawrotami odsiadywał więzienie dłuższe, skąd wynosił 
oczytanie w niemiecczyźnie, zniemczenie na razie języka i upodo- 
banie w małostkowości, sentymentalizmie i marzycielstwie niemie 
ckim. Jeżeli mimo to dopiero tutaj go wymieniamy, usprawiedliwia 
nas wziętość, jakiej nabył właśnie w latach 1865—1880; potym 
gwiazda jego, nigdy pierwszej wielkości, bladła wobec słońc, po- 
jawiających się na horyzoncie polskim, Prusa i Sienkiewicza, do- 
szczętnie; imię jego cieszyło się już tylko tradycyjnym rozgłosem, 
pojawienie nowej powieści czy zbiorku nowel, godzących nieraz 
zbyt wyłącznie w prostą humorystykę Quiproquo i innych przy- 
padków, nie wywoływało więcej żywszych oczekiwań; szczególniej 
zwrócili się przeciwko niemu najmłodsi, o wiele ostrzej nawet, niż 
przeciw Kraszewskiemu, posądzając go o wsteczność i inne zbro- 
dnie, ponieważ im do ładu nie wtórował; wyrzuty te widoczną 
stronniczością nacechowane. 

Wyszedł Zacharyasiewicz ze sfery miejskiej, galicyjskiej, 
i wcześnie zaczął, zapalony demokrata niegdyś, niby radykał czy 
socyalista w oczach wystraszonej szlachty, stosunki społeczne, jako 
tło do powieści, dobierać; tu zdobył sobie może najrzetelniejsze 
zasługi. Po kilku próbach, wykazujących, jak zasklepić się może, za- 
skorupieć i wyziębić dla wszystkiego prócz swego fachu » Uczony «, 
niegdyś entuzyasta; albo niecność Tartuffe'a galicyjskiego w »Sie- 
rocie wielkiego świata «; albo potrzeby oświaty narodowej i kto je 
zaspokajać winien — zdobył większy rozgłos powieścią »Na kre- 



- 358 - 

sach« w roku 1860. Jak Zacharyasiewicz pierwszy, w »Boźem Dzie- 
cięciu*, dzwonił na gwałt dla potrzeb oświaty, tak, w ćwierć wieku 
przed Bismarkiem i komisyą kolonizacyjną, wykazał w powieści 
topnienie ziemi wielkopolskiej, kresowej, przechodzącej do rąk 
obcych, potęgę niemiecką i opieszałość czy bezradność polską — 
przed nim tylko Paulina Wilkońska na podobny temat w małym 
» Obrazku Poznańskim* się odważyła. Piekącą właśnie wtedy, około 
roku 1862, kwesty ę ruską w Galicy i obrał za tło » Świętego Jura«, 
a w następnych powieściach coraz inne, również niewesołe tematy 
poruszał: w »Marcyanie Kordy szu « rozdźwięk między górnymi 
wzlotami fantazyi a marną rzeczywistością życia, w » Zakrytych 
kartach « sprzeczność między zasadami na pokaz a postępowaniem, 
w » Złotym interesie « spustoszenia gorączki złota; tylko w » Czer- 
wonej Czapce « (czyli »Nemezys«) wystawił na tle galicyjskim hof- 
ratów-polenfresserów, których synowie kierują się na wzorowych 
obywatelów krajowych, ku zgrozie wszelkim Minnom i Laurom 
i ich tatkom. 

Obok tych powieści społecznych, ciągnących się do r. 1875, 
nie zaniedbywał Zacharyasiewicz innego działu i potym wyłączniej 
mu się oddał, sprawom sercowym, ku uciesze tkliwych panienek. 
Marzyciele i marzenia — prawdziwych namiętności unikał, ideały 
i wizye we śnie i na jawie, cierpliwa wytrwałość nieuznanej czy 
wzgardzonej, rwanie się za ułudami dalekimi i wracanie korne do 
zapoznanej ofiary serca, jak w »Wiktoryi Reginie «, wynagrodzonej 
za to ręką hrabiego — oto konflikty i tematy owych powieści, 
»Mąż upatrzony «, » Milion na poddaszu «, » Zakazane owoce «, » Wi- 
doki familijne«, »Opinia parafialna« i t. d., między którymi »Wi- 
ktorya Regina« choć mniemaną tęgością charakteru się wyróżnia. 

Cechą tych powieści Zacharyasiewicza było lubowanie się 
w kreśleniu stanów duszy, rozwoju psychologicznego, w malowa- 
niu drobnych rysów, drobnych nieraz charakterów. Ale zamiłowa- 
nie autora do swego drobnego światka i nas porywa; on kocha 
maluczkich i chętnie z nimi obcuje, chociaż tyradami humanitar- 
nymi nie szafuje; stała ta mieszczańska, dickensowska obserwacya, 
w kontraście żywym do Kraszewskiego, co pod lupę niczego nigdy 
nie brał, jednała autorowi sympatye czytelników. 

Mniej udawały się powieści historyczne z czasów Stanisła- 
wowskich; najlepsza między nimi najkrótsza, » Konfederat «, o mie- 



— 359 - 

szczaninie-patryocie, dobywającym obcych papierów szlacheckich, 
aby móc tylko walczyć w szeregach barskich: nie było w nich 
miejsca dla powolnego przekształcania się charakteru, jakie się 
w zetknięciu z realnością dokonywa — ulubiony Zacharyasiewicza 
temat, przyczym wiele iluzyi odpada. Tej szkoły życiowej nie wy- 
stawiał jednak nigdy w owych grubych, nieraz aż karykaturalnych 
rysach Jeżowych: wybuchów namiętności i sarkazmów zbytnich nie 
dopuszczał jego temperament chłodny; bladością sylwetek a roz- 
wlekłością akcyi i dykcyi grzeszą najbardziej jego powieści, choćby 
ostatnie, up. » Tajemnica Stefanii «, naturalnie miłosna. 

Żywiej występywał drugi Nestor piśmiennictwa warszawskiego, 
Adam Pług (Antoni Pietkiewicz), po zawodzie pedagogicznym re- 
daktor » Kłosów « warszawskich, potym » Wielkiej Encyklopedyi Ilu- 
strowanej* i fejletonu »Kuryera Warszawskiego «, jedyny, co uni- 
knął gromów, jakich Kraszewskiemu, cóż dopiero Zacharyasiewi- 
czowi, »pseudopostępowcom«, najmłodsi nasi nie skąpili. Prawda, 
zbytnio się nie eksponował nigdy, i jego dorobek literacki obję- 
tością nie dorównywa wcale okazałemu pocztowi liczb u tamtych. 
Rówieśnik to jeszcze i przyjaciel Syrokomli, chociaż litewskie 
strony wcześnie na kijowskie zamienił; wiązał się potym z » Gwia- 
zdą Kijowską« i w szeregi chłopomaństwa wstępy wał. To demo- 
kratyczne zacięcie nie opuściło jego prac wierszem i prozą, z ży- 
cia ludu i z kontrastów stanowych czerpanych, ciągnących się od 
roku 1847 jeszcze — ale w późniejszych latach czynność reda- 
ktorska głównie mu siły pochłaniała. 

W szóstym dziesiątku, przed uwłaszczeniem, gdy kwestya 
chłopska nie schodziła ze stołu, tendencyjne pisywał powieści, 
wierszem i prozą, w »Dzieciobójcy«, »Marcinie Futorniku«, w »Du- 
chu i Krwi« (1859 roku), akcie oskarżenia przesądów arystokraty- 
cznych, uwielbienia szlachetności serc i myśli u niższych i ludu; 
» Piastunka « była obrazem bezwzględnego poświęcenia kobiety 
z ludu dla rodziny szlacheckiej. Te kontrasty społeczne, mniej ja- 
skrawe, przenosił i do innych sfer, w »Oficyaliście« i w » Bakała- 
rzach*, między panów, nieraz grubo niesprawiedliwych dla swych 
oficyalistów, i kreśląc smutny stan nauczycieli prywatnych, z któ- 
rych bytu i nowsi powieściopisarze (Stanisław Grudziński »Pod 
szczęśliwą gwiazdą«; Józefat Nowiński »Świat i marzenie«) nieje- 
dno efektowniejsze wynieśli opowiadanie. I powieści Pługa grzeszą 



— 360 — 

nieraz rozwlekłością w opowiadaniu i dyalogu, przesadzają w liry- 
zmie i sarkazmach. Najpiękniejszą pozostanie idyla drobnoszlache- 
cka, zaściankowa, » Sroczka*. 

Zresztą występywali z powodzeniem gawędziarze, Berlicz Sas 
(hr. Strutyński), opowiadający naj wymowniej o ludziach »Ze starego 
autoramentu «, w » Mozaice* o panu Mokosieju Denisku, co ze słu- 
gami »komediju ihraje« i na kurhany szeptów słuchać chodzi, 
z tradycyi rodowych, sięgając i w najświeższe czasy i konflikty, 
bez większej sztuki, po domowemu, z szlachetną tendencyą; albo 
Bodzantowicz-Suffczyński, wybierający » zawsze ich«, bohaterów 
barskich i kościuszkowskich, zarzucający nieraz całkiem formę po- 
wieściową. 

Gawędziarzem w gruncie był i Jordan (Julian Wieniawski), 
z satyrycznym zacięciem w » Wędrówkach delegata « (Towarzystwa 
Kredytowego między bracią szlachtą dla nowego otaksowania po- 
siadłości): satyra i humory styka to jeszcze bardzo prymitywna, po 
Blichtrowach, Łgarzewach i Kuf lewach siedzą, piją i procesują się 
Pływalski, Pieniacki, Szczujski i t. d.; w późniejszych jego utwo- 
rach — a przeszedł Wieniawski nie bez powodzenia i na scenę 
komiczną — satyra mniej zgryźliwa, humor większych praw na- 
bywa, obserwacya dokładniejsza, obfitsza; komedye jednak nad 
farsy nie wznoszą się wiele, ze śmiechem zdrowym, dobrodusznym, 
pogodne. 

Nierównie wyższym talentem wyposażyła natura Jana Lama, 
kronikarza niegdyś »Gazety Narodowej «, potym z jej redaktorem, 
Dobrzańskim, co niedziela staczającego boje w kronikach » Dzien- 
nika Polskiego*. W tej pracy dziennikarskiej, urozmaiconej przez 
stałe konfiskaty c. k. prokuratoryi, wyszafował Lam nieoględnie 
swój talent, chociaż zdobywał się obok niej na skupianie siły twór- 
czej, najpierw w krótszych obrazkach, potym w pretensyonalnych 
nieco powieściach. Najudatniejsze, najkomiczniejsze, jedna z pereł 
humory styki polskiej, to » Panna Emilia czyli wielki świat Capowic«, 
przerażenie, z jakim Wencel Precliczek, wzór c.-k. urzędnika, »be- 
cyrkowego* dawnego, bachowskiego autoramentu, córkę na kon- 
szachtach z »powstanckim« łapie; całe otoczenie tej biurokracyi 
na party kularzu oddane znakomicie. Już »Koroniarz w Galicyi*, 
temat pokrewny, był znacznie słabszy. W większych powieściach, 
»Głowach do pozłoty « i t. d. rozwadniał nadto Lam i rozprowa- 



— 361 — 

dzał przebłyski swego talentu satyrycznego, i fabuły nie były naj- 
szczęśliwiej obmyślane i idei zasadnicze nie zbyt ważne; do ruchu 
politycznego i społecznego w Galicy i w latach 1870—1880 zna- 
mienne są tam przyczynki; nie wtajemniczonego w te dzieje nie 
bardzo wzruszyć potrafią. O wiele niżej, jako powieściopisarz, pró- 
bujący sił w historycznym, społecznym, satyrycznym romansie 
stanął jego kolega dziennikarz, Józef Rogosz, tworzący szybko, 
łatwo, bez trwałych sukcesów. 

Z autorek- kobiet, coraz liczniejszych, uprawiała pani Walerya 
Marrene-Morzkowska niwę, na której już Zachary asiewicz pracował, 
tematy erotyczne w coraz nowych waryacyach, w » Auguście*, »Mężu 
Leonory« i t. d. Talent jej niewyczerpany, głębokich tragedyi i kon- 
fliktów jednak unikał; z czasem dochodziła autorka do coraz bardziej 
pesymistycznych wywodów, pokazując, jak niemiłosiernie » Świat 
Rzeźbiarz « z charakterami i iluzyami się obchodzi, chociaż romans 
względnie szczęśliwie się kończy, Numa przy Pompiliuszu zostaje, 
ależ jak obskubano oboje! Pani Morzkowska przeszła od powieści 
na pole folkloru i popularyzowania nauki. 

Najwyżej wzniosła się Eliza Orzeszkowa. Losy jej autorstwa 
podobne są nieco do losów Konopnickiej. Nie dano było obiem 
zabłysnąć odrazu wielkim talentem; zamiast przedmiotowości, uczu- 
cia, poezyi, zdawało się, że gruba nieraz tendencya zapełniać bę- 
dzie ich karty, zabije ich zdolności; gdy poetka za organicznikami 
i ludowcami dążyła, pochłaniała powieściopisarkę walka o emancy- 
pacyę kobiety. Małym dzieckiem już objawiała popędy artysty czno- 
twórcze, uprawiała z siostrzyczką udramatyzowanie rozmaitych te- 
matów; zwykły tryb wychowania i życia córki obywatelskiej za- 
głuszały chyba te próby i zajęcia; miały odżyć, gdy panna Pa- 
włowska za mąż wyszła. Były to lata przełomowe na Litwie; 
uwłaszczenie włościan poruszało umysły, wychodziły na jaw sprze- 
czności, łączyli się jedni i drudzy, w imię stanowych interesów czy 
w imię sprawiedliwości i ludzkości. Za emancypacyą włościan i za 
katastrofą polityczną poszły nowe: zniesienie pańsczyzny obniżyło 
strasznie wartość dóbr i stopę życia szlacheckiego; darmochy wszel- 
kie ustały, » dusze « należały do siebie, nie do panów, i każdą ich 
robotę należało opłacać; dawna patryarchalna gospodarka wypro- 
wadzała chyba z torbami, a do innej, postępowej, nie nawyknięto. 

Dowodzi to niezwykłych zasobów kulturalnych szlachty, że tę 



— 362 — 

społeczną katastrofę, spotęgowaną inną, polityczną, nieraz o wiele 
straszliwszą, niszczycielską wręcz przetrwała, ale na j fatalniej odbił 
się przewrót na kobietach. Wychowane dawnym trybem, z » talen- 
tami towarzyskimi, żadnych nie posiadały, o samoistności marzyć 
nie mogły, a tu wymykały się wszelkie widoki wyjścia za mąż, je- 
dynej karyery dla córki obywatelskiej, skoro nie tylko wobec znie- 
sienia pańszczyzny życie coraz trudniejszym, założenie nowego 
ogniska domowego coraz ryzykowni ej szym się stawało, lecz po- 
prostu całe okolice z młodzieży męskiej się wyludniały. 

W takich warunkach chwyciła Orzeszkowa za pióro i po pró- 
bach, ogłoszonych i nieogłoszonych, wydała w przeciągu paru lat 
(1869 — 1872) kilka obszernych romansów i nowel - powieści i wy- 
sunęła się odrazu na czoło piszących, wywołała entuzyazmy i naj- 
surowsze oceny. Nie o artystyczną stronę tych dzieł walkę toczono, 
szło o rzecz sarnę — znaczne braki techniczne tych powieści w ni- 
czym nie uszczupliły ich olbrzymiego wrażenia, niektóre. z nich sta- 
wały się niby ewangelią w nowej walce i działały za granicą ró- 
wnie silnie; »Marty« używały niemieckie emancypantki poprostu, 
jako środka agitacyjnego. Powieści biły przeciwko tradycyjnemu 
unieruchomieniu kobiety, stworzonej na to, aby cierpliwie, poszcząc 
i odprawiając wotywy, czekała na upragnionego Adonisa, co ją 
przed ołtarz zaprowadzi, aby potym przy nim wieku dokołatała, 
bez względu na to, że Adonis się bydłem albo łotrem odsłoni: to 
nazywało się w teoryi uświęceniem ogniska domowego, a hasła 
jej były: kochajcie i wytrwajcie. Orzeszkowa pytała: a jeśli się 
niema nikogo do kochania? a jeśli wytrwać nie można? 

Dziewczę, któremu » dobre wychowanie « oczu na świat nie 
otworzyło, nieświadome, niewinne, wyszło za »Pana Grabę «, co jest 
też tylko niewinnym produktem modnego wychowania; od dzie- 
ciństwa wkładano mu w serce miłość blasku i próżności a siły 
sposobiono do próżniactwa; matka, dama światowa, na wybryki 
synka groziła mu filuternie, oj, ty figlarzu! a ojciec, filozof użycia, 
wtajemniczał go chyba w tę filozofię; i stał się z niego szuler, 
nikczemnik i do niego przykuta na całe życie osoba czysta, szla- 
chetna, wzniosła, a gdy śmie się świętemu ojcu Innocentemu po- 
skarżyć i o poradę pytać, nawymyślają jej od buntowania się 
przeciw woli Bożej. » Wacławie*, tak samo wychowanej, pod wpły- 
wem zawodu otworzyły się wcześniej oczy; nim się w kajdany 



— 363 — 

niegodne zakuła, zerwała z narzeczonym, a gdy ją bogata krewna 
za sprzeciwianie się jej zamiarom matrymonialnym wydziedziczyła, 
zarabia własną pracą na utrzymanie matki i swoje, jako nauczy- 
cielka; staje się pożytecznym, godnym członkiem społeczeństwa; 
z towarzyszek jej jedna zakłada introligatornię, te zaś, które nie 
miały siły czy odwagi dla torowania sobie drogi własnej, giną 
fizycznie lub moralnie. Ale obu powieściom szkodziła rozwlekłość 
<»Dziennik Wacławy«, to cztery tomy!) i widoczna przesada, np. 
w malowaniu pana Graby, którego dosyć oczernić nie mogła au- 
torka, aby tym pełniejszym blaskiem odbijała jego ofiara. Tym 
skuteczniejszą była »Marta«. Krytyka mogła wzruszyć ramionami 
na ten fakt z kroniki policyjnej, nie układający się w żadne ramy 
estetyczne; dla spółczesnych był to czyn społeczny, wyzwolenie, 
wypowiedzenie tego jawne, co wszystkim myślącym od dawna cią- 
żyło. Marcie, wychowanej znowu, jak tamte bohaterki — Orze- 
szkowa odmienia przez wszystkie przypadki i liczby swój temat — 
szczęśliwej żonie i kochającej mateczce, mąż nagle umiera, żywi- 
ciel; ona niebawem, bez środków do życia, rzuca się na wsze 
strony, dawałaby lekcyi muzyki, francusczyzny, rysunków, niczego 
jednak dobrze nie posiada, chwyta się wkońcu najmarniejszego 
zarobku, ale i z niego ani sama wyżyje, ani wyżywi i wyleczy có- 
reczki chorej; ze wstrętem odpycha wstrętne propozycye i, oszalała 
z bólu, bez pamięci, instynktowo, chwyta za obce pieniądze i ucie- 
kając, ginie pod kołami. Tak samo Monika (»Na dnie sumienia«), 
chodzi, łamiąc ręce, po tym Bożym świecie i rozpaczliwie woła: 
nic nie umiem, poszukiwa darmo pracy, gdy jedynaczka wypiesz- 
czona i ojca i narzeczonego odrazu straciła; autorka przedstawia 
ojca takiej familii, jako karyatydę, dźwigającą całą gromadę osób 
i odzywa się do nich: a zleźcież niedołęgi i pochodźcie choć tro- 
chę o własnych siłach, lecz dodać musi: a dlaczegóżeś niedołęgo 
nie nauczył ich chodzić na własnych nogach? 

Nie wymagała Orzeszkowa rzeczy nadzwyczajnych, nie bu- 
rzyła ołtarzów, nie odrywała kobiety od familii, sawantek nie chciała 
(żadnej też do swoich powieści nie wprowadziła nigdy), ale obu 
rżała się przeciw zaślepieniu umyślnemu, przeciw silnym, dbałym 
o »świętą nienaruszalność słabości niewieściej*, bo im z tym wy- 
godnie; przecież już mistrz krakowski, Andrzej Glaber, twierdził 
roku 1535, jakoby mężczyźni, bacząc, iż rozum płci panieńskiej 



— 364 — 

»ku nauce i wyrozumieniu wszelkiej rzeczy ostry a prędki, więcej 
niż otroczy (gdyż nawet dzieweczki rychlej się imują mówić, niżli 
chłopeczkowie), przeto oni, bojąc się swej sławy utracić, aby białe 
głowy rozumem ich nie przechodziły, chcąc wiele umieć, bronią 
im czytania pisma głębokiego, chyba modlitw a paciorków«. Wo- 
łała więc głównie o poprawę, pogłębienie wychowania, nie dla ja- 
kichś zachcianek emancypacyjnych, lecz dlatego, że tylko wykształ- 
cona prawdziwie kobieta zostanie dzielną pomocnicą męża- obywa- 
tela; tylko ona zaszczepi głębsze myśli i uczucia w nowym poko- 
leniu; dlatego nie wahała się wystawiać co raz ofiar zgubnego wy- 
chowania, a winę tego kładła nie tylko na karb rodziny, ale po- 
woływała do odpowiedzialności i całe społeczeństwo. Na to śmiałe 
apostolstwo idei humanitarnych obruszano się tym bardziej, że po 
drodze chłostała ona wszelką hipokryzyę niemiłosiernie; że dosta- 
wało się i zewnętrznym oznakom nabożeństwa (»modląc się... po- 
trzebowała koniecznie widzieć malowane świętych twarze«); że do- 
wodziło się, iż wiara bez miłości prowadzi do oschłego, nielitości- 
wego, nierozumnego ascetyzmu. Niechęć konserwatystów towarzy- 
szyła jej odtąd stale. 

Taką była pierwsza faza twórczości Orzeszkowej, całkiem 
tendencyjna, obracająca się w dosyć ciasnym kółku. tych samych 
pojęć, stosunków i ludzi, które dotąd jedynie znała. Przesiedliwszy 
się do Grodna, widziała się otoczoną nową szarą niedolą — ude- 
rzyła ją najpierw moralna i materyalna nędza źydowstwa, zapy- 
chającego nasze miasteczka. I wystąpiła Orzeszkowa znowu, jako 
wymowna rzeczniczka, pokazywała wybijające się przez lodową 
skorupę wieków poniżenia i spodlenia, pędy odrodzenia i wysta- 
wiała z lubością obrazki poetyczne z życia tradycyjnego, ze szcze- 
gólną siłą, np. w noweli o »Silnym Samsonie« — krawcu nędznym, 
opromienionym przecież w oczach własnych i obcych rolą Samsona, 
którą raz odegrał, podobnie, jak Urbanowa (w noweli Konopnickiej), 
nie zapomni nigdy o purpurowej szacie Heroda, co jej Jaśka raz 
okryła. 

Z romansów jej żydowskich, ważniejszy i znamienniejszy, niż 
»Eli Makower*, gdzie się chrześcijanie z Żydami stykają, jest 
»Meir Ezofowicz*, gdzie Żydzi szybowscy tylko z sobą żyją. 
Zaznajomiwszy się z trybem wychowania żydowskiego, przerażona 
fanatyzmem średniowiecznym, nienawiścią wyznaniową i rasową, 



— 365 — 

w jakiej po chederach hodują się przyszli pobożni chusyci przez 
ciemnych mełamedów na wrogów zawziętych gojów, synów tej 
samej ziemi, wystawiła w młodym, szlachetnym Meirze, ograniczo- 
nym jeszcze do literatury własnej, do wpływów Majmonidesa, pro- 
test przeciw tej zaślepionej jednostronności, niesprawiedliwej, po- 
żerającej w nienawiści najlepsze siły. Temat więc niby ten sam, 
co Niemcewicz przed sześćdziesięciu laty w »Lejbie i Siorze« opra- 
cował, ależ jak odbiegła od suchości » klasy ka« plastyka i poezya 
Orzeszkowej; z jaką siłą skreślona była namiętna, rwąca się do 
światła, tęskniąca za innym światem dusza bohatera; jak bogatym, 
miejscami natchnionym, zawsze podniosłym był język, jak bogate 
w szczegóły malowidła! 

Zajęły autorkę te dzieje żydowskie tak silnie, że dla nich 
ekspatryowała się niby; ona, co nigdy do przeszłości polskiej nie 
siągnęła, zwróciła się ku czasom rzymskim i wydobyła z nich mię- 
dzy innymi krwawą sielankę, o Mirtali, Żydówce, wahającej się 
między Rzymianami a własnym plemieniem i jego bohaterem, Jo- 
natanem; w gminie stają przeciw sobie zwolennicy fanatyka Sza- 
maja i łagodnego Hillela, a otacza ją zawiść i nienawiść i pogarda 
Rzymian. 

Nie powodziły się jedynie — równie jak Kraszewskiemu (» Sza- 
lona*) — wycieczki w świat młodzieży spółczesnej, odzywającej 
się już na hasła kosmopolityczne, z cesarstwa płynące, idącej mię- 
dzy lud, przywdziewającej czerwoną bluzę robotniczą, oddającej 
się propagandzie nowych idei, straconej dla własnej ziemi, kocha- 
jącej wszystko, prócz najbliższych, obojętnej na rzeczy ojczyste, 
pochłoniętej rzeczami » ważniejszy mi «, egzaltującej się dla mżonki, 
oschłej zresztą albo nawet pod płaszczem górnych haseł służącej 
własnej próżności, mściwości społecznej. Same tytuły tych powie- 
ści, np. »Bańki mydlane« lub »Widma« pouczają o stanowisku au- 
torki, kreślącej te postaci, jak Kraszewski lub Turgeniew swoje, 
raczej z wyobraźni, niż z bezpośredniej obserwacyi. Nie poznała 
się w nich młodzież. 

Życie miejskie, »Ongrodu« czy »Onwilu«, nastręczało jej głę- 
bokim sympatyom ku wszelkim upośledzonym coraz nowe tematy, 
od zaniedbanych dzieci (»Z różnych sfer«) aż do owej znakomitej 
» Jędzy* — niesłusznie tak przezwanej, tylko dlatego, że sobie na 
nosie grać nie pozwalała, ofiarnej, dobrej, pracowitej, cichej, na 



— 366 - 

którą jednak to szczęście spada, co tak rzadko bohaterów Orze- 
szkowej nawiedza. Już ta nowela, bez wszelkiej tendencyi pisana, 
swoją szczerością podbijająca czytelnika, świadczyłaby o nadzwy- 
czajnym talencie realistycznym autorki. Świadczyły o nim najlepiej 
nowe jej powieści wiejskie, o obserwacyę chłopa, o miłość przy- 
rody silnie oparte. 

I tu nie dosięgła autorka odrazu wyżyn. Pisywała je już 
dawno, przed wszystkimi innymi, i wróciła do nich na nowo. Za- 
częła od takich, gdzie tendencya jeszcze może i przeważa, np. »Ni- 
ziny«, z doradcą prawnym, podłym wyzyskiwaczem ciemnego 
tłumu, z ofiarami jego, matką nieszczęsną, coby tak rada chorego 
syna żołnierza blizko siebie zatrzymała. Coraz wyżej jednak pory- 
wała ją poezya przyrody i coraz głębiej śledziła uczucia dusz pro- 
stych, dobrych; w »Dziurdziach« wystawiła z nadzwyczajną siłą 
owę Pietrusię, hożą i dobrą, jak nierozum, zawiść, fatalny zbieg 
okoliczności piętno czarownicy na nią nakłada, jak się daremnie 
temu opiera i jak ginie, niewinna całkiem, ofiarą strasznego obłędu, 
okultyzmu sielskiego. 

Jeszcze ciekawsze i głębsze studyum » Chama «, rybaka, co 
przygarnął Frankę, wietrznicę miejską, co nie odepchnął nieszczę- 
śliwej, gdy skuszona dawnym życiem jego samego znowu opuściła 
i znędzona strasznie wróciła kornie, aby się znowu buntować całą 
swą niesforną, zepsutą z gruntu naturą przeciw pobłażaniu i dobroci 
niewyczerpanej męża. Od chłopów rozejrzała się Orzeszkowa mię- 
dzy zaściankami, żyjącymi, jak chłopi, lecz wynoszącymi się nad 
nich trądy cyą odwieczną, gardzącymi nimi stale. Na konflikcie 
serca i dumy oparta powieść »Bene Nati«, jedna z najlepszych, 
cudowna przedewszystkim i opisami przyrody i zwięzłością, wstrze- 
mięźliwością słowa, tak u niej niezwykłą, i świetną charakterystyką 
postaci, Osipowiczów i ich koligatów, aż do dziewosłęba z wytrza- 
skaną gębą i jego mazgaja -klienta; Salusia pokochała Jerzego, 
»szlachcianka« — chama, ale nie dopuści rodzina, by za niego wy- 
szła, rodzinę i siebie na wieki skompromitowała; i podda się Sa- 
lusia ciągłym namowom i wyrzutom, ale serce jej pęknie. 

Odtąd bierze Orzeszkowa rozbrat z Żydami, mieszczanami, 
chłopami i zaściankami, chyba przygodnie, w nowelce czy obrazku, 
do nich wróci, jak i do samej przyrody się uda, ukochawszy głów 
nie świat roślinny, nieznużona jego obserwatorka. Pozatym odda 






— 367 - 

się całkiem światu szlacheckiemu, z którego wyszła, którego pod- 
stawy głęboko zachwiane, przyszłość groźna, odstępcy coraz licz- 
niejsi. I coraz natarczywiej budzą się pytania, co będzie, jak nie- 
bezpieczeństwu zaradzać, czy mająż nasze hasła siłę ożywczą, nie 
strupieszałyż one, czy miejsca ich nie winny zająć inne, ponętniej- 
sze, wygodniejsze; czy opłaci się jeszcze nużąca robota, bez wi- 
doków lepszej przyszłości? Tym pytaniom są poświęcone jej ro- 
manse i nowele, od najobszerniejszego »Nad Niemnem«, do osta- 
tniego, »Ad astra«, pisanym do spółki z p. Romskim (Zdziechow 
skim). 

Długi ich szereg, nie równa ich wartość; linia ich spuszcza 
się od jednej wyżyny, »Nad Niemnem«, dosyć nizko, aby się 
znowu wznieść w natchnionych dytyrambach przyrody i kraju 
w »Ad astra «. 

»Nad Niemnem «, epopea teraźniejszości litewskiej, jak »Pan 
Tadeusz« jej przeszłości, nastrojona smętnie, nie beznadziejnie je- 
dnak; splecione w nich dzieje i tradycye zaścianku, Bohatyrowi- 
czów, szlachty, Korczyńskich, arystokracyi, Różyców. Sfer arysto- 
kratycznych unikała Orzeszkowa, chyba w celach satyrycznych 
zwróciła się -do » Czółno Don Don Pompalińskich«, przypominają- 
cych jednak dawną jej manierę z »Pana Graby « i » Dziennika Wa- 
cławy* rozwlekłością i jaskrawością stylu. »Nad Niemnem « celuje 
opisowością, krajobrazy oddane z taką wirtuozyą, tyle ciepła 
w nie włożono, że ustępują chyba tylko obrazom puszczy biało 
wieskiej z »Ad astra«; z równą dokładnością skreślone najroz- 
maitsze typy od zblazowanego nieco artysty - ary stokraty, aż do 
pełnego życia i sił Bohatyrowicza, co rękę pięknej i bogatej panny 
osiągnie — a obok nich najrozmaitsi, kobiety -histeryczki, utrapie- 
nie własnych i obcych nerwów, mężczyźni zrezygnowani, złamani 
losem, podtrzymujący machinalnie ład zewnętrzny i w nim zasko- 
rupieni, młodzi, rwący się przeciw temu składaniu rąk. I wyłania 
się gorące napomnienie skupiania sił — gromada rzecz wielka — 
i trzymania się ziemi -matki, w imię świętych tradycyi, mimo wszel- 
kich drągów, kładzionych w szprychy wozu. I Orzeszkowa posłu- 
giwa się z lubością mową alegoryczną, jak Jeż. 

Odtąd temat przywiązania do swego i swoich będzie zasadni- 
czym; odzywa się wymownie w zbiorach nowel i szkiców pod ty- 
tułami: »Pierwotni«, »Melancholicy«, »Iskry«, »Chwile« (tu najmniej). 



- 368 — 

» Pierwotni «, to ci, co dla egoizmu wyrzekają się wszystkiego, kos- 
mopolici, dla własnej wygody depcący, co się z najpierwotniejszymi, 
brutalnymi instynktami nie zgadza; »Melancholicy«, to rozczarowani, 
znachodzący sens życia i ujście przed groźnymi widmami śmierci 
i unicestwienia w miłości bliźniego; »Iskry«, zasypane od lat wielu 
popiołem z rozmaitych »pasztetów źyciowych«; przypadek jakiś, 
wspomnienie, obrazek, melodya, rozdmuchał je i w ich świetle do- 
chodzą bohaterowie do poczucia tego, czego się wyzuli, ci złamani 
przez życie, zobojętnieli dawno, i odwracają się z przerażeniem od 
pustkowia, co dotąd życiem nazywali; »Chwile« uniesienia, zapo- 
mnienia zdziałają, na coby się życie całe nie zdobyło. 

Z takich to pierwotnych, melancholików, kosmopolitów, łow- 
ców zachłannych wszelakich »pasztetów», co odrzucili i myśl o ma- 
lowanych czerepach i cerowanych skarpetkach (o przynależności 
jakiejś do ludu, ziemi, rodziny; o sumieniu, honorze, obowiązku), 
wychodzą bohaterowie ostatnich romansów Orzeszkowej, tenden- 
cyjnych, jak jej pierwsze, w obserwacyę bezpośrednią nie boga- 
tych, nieraz znowu rozwlekłych i jaskrawych, nawianych nawet 
literaturą, nie zawsze życiem samym. 

»Dwa bieguny « powtarzają, w Gronowskim i Sewerynie, Pło- 
szowskiego i Anielę z »Bez Dogmatu «, tylko Seweryna, to nie 
bierna ofiara splinu i nudów sybary ty - ary stokraty, rozpróżniaczo- 
nego od samego wychowania: świadoma obowiązków, poświęci im 
miłość jałową Gronowskiego i odda się owocnej pracy, budząc 
u młodego pokolenia uczucia, snując nici trądy cy i. »Australczyk« 
Roman zbogacił się za granicą, lecz bogactwa nie wypełnią mu 
próżni istnienia, i wróci do swoich, do Darnowa; tam przejęli się 
Tołstowską chyba ewangelią pracy fizycznej, Bożej: on ich nie ro- 
zumie zrazu, i romans kreśli przełom, jakiego w nim ich przykład 
dokonywa. Darwid goni za złotym runem milionów; nowożytny 
»Argonauta« celu dopiął, lecz po drodze zaniedbał rodzinę zupeł- 
nie, stał się jej obcym, jak ona jemu; każde z nich ugania się, za 
miłością występną, za użyciem o każdą cenę, za pieniądzem, za 
najnowszymi wymysłami obcymi; serce Darwida wysycha, żyje 
jeszcze miłością ku najmłodszej córce, i, gdy mu ją śmierć od- 
biera, nie widzi Darwid celu dalszego życia; gdy tamci nie rozu- 
mieją wcale jego tęsknoty i pragnień, ginie samobójstwem. 

W »Ad astra « uczony poświęcił się zupełnie badaniom i nauce; 






— 369 — 

z wyżyn jej i ewolucyi światowej spogląda z lekceważeniem i lito- 
ścią na czepiających się w Krasawcu wszelkich ułud dawnych, ale 
i on samymi abstrakcyami, zdobyczami myśli nie wyżyje; i u niego 
odzywa się boleśnie organ szczątkowy serca* i daremnie odgania 
on swe pokusy, trapiące go najbardziej w chwilach reakcyi i apa- 
tyi; nawraca go romantyczka, co cel życia w miłości swoich i swego, 
na pysznym tle przyrody, znalazła. 

Tory powieści Orzeszkowej są dziwnie jednolite; poczęły się 
w tendencyi i nie wyrzekły się jej nigdy. Sztuka jej rozwijała się 
powoli, jak i jej widnokrąg obejmywał na razie otoczenie naj- 
bliższe; pytania wstrząsały autorką samą, nie od fantazyi, lecz od 
życia ku swym powieściom kroczącej; pytania te dotykały mał- 
żeństwa, rodziny, wychowania, losu kobiet. Powoli obejmywał wi- 
dnokrąg coraz nowe okolice i widoki, miejskie, żydowskie i siel- 
skie; tendencye humanitarne, opieka nad słabymi, uciemiężonymi 
przez niedolę, przesądy, zacofanie; gorąca miłość bliźniego, prze- 
mawiały z nich coraz śmielej i wymowniej. 

Rosnące niebezpieczeństwo zwróciło baczność autorki po- 
nownie i ostatecznie ku sferom najbliższym, tracącym coraz grunt 
pod nogami, materyalny, przez straszne uszczuplenie ojcowizny; 
idealny, przez straszne zubożenie, wyczerpanie się siły odpornej; 
nowi przybysze zabierają ziemię, nowe idee głowy i serca — cóż 
będzie? I nachodzi nieraz zwątpienie autorkę, ale otrząsa się ona 
rychło: temperament to męski, wojowniczy, nie darmo zawsze 
w pierwszym szeregu występywała. I hasła jej ożywcze, słowa mą- 
dre a ciepłe, rada zdrowa i rozumna. I długo czerpać będą z jej 
powieści pokrzepienia i otuchy wszyscy znużeni, wątpiący. 

A sztuka jej? Nie wypiera się kobiety i jej słabości. Więc 
chętnie idealizuje, nawet Jerzego może z »Bene nati«, nie mówiąc 
o heroinach z ostatniej (z »Ad astra«); więc retoryka, patetyczność, 
deklamacya raziły wręcz w utworach początkowych, w owych 
zwrotach autorskich, morałach i niby dopiskach; nawet w scenach 
miłosnych w retorykę wpada stale — otrząsa się z niej w niewielu 
dziełach zupełnie; więc wielkich obrazów, silnych konfliktów nie 
tworzy, brak jej dziełom rozmachu czy powiewu epickiego. Za to 
obserwuje, bada, pilnie, uważnie; nie gubi się w drobnostkach; jest 
realistką, ale od wszelkiego poziomego naturalizmu daleka, nie 
skala niczym wyobraźni, nie ubliży uczuciu — u naszych autorek 



D2IEJE LITERATURY POLSKIEJ T. II. nt 



— 370 — 

rozumie się to samo przez się, tylko u Niemców najwyuzdaniej 
autorki pisują. 

Charaktery tworzy dzielne, silne, skupione — maluje i prze 
ciwne udatnie. Uwielbia przyrodę, widoki jej nadniemeńskie, z ży 
cia łąk i pól, albo białowieskie, należą do najpiękniejszych krajo 
brązów naszej literatury. Litwinka ona, jak Mickiewicz lub Syro 
komla Litwini; wrosła silnie w swą ziemię, z niej czerpie sił i so 
ków; wyrosła wysoko, znana i ceniona za granicą, w Rosyi 
i u Niemców, kiedy o Sienkiewiczu było jeszcze głucho, a Kra 
szewskim imponować nie mogliśmy. Z Orzeszkowej i Konopnickiej 
dumną być może nasza literatura; im równia nie każda literatura 
choć wielka, posiada; społeczeństwo szlacheckie, co takiego demo 
kratę, jak Orzeszkowa, wydało, nie zmarniało. 

Humorem nie obdarzają muzy autorek; przymiot to męski 
niedostaje go w uczuciowych dziełach Orzeszkowej, jak go ogó 
łem w naszej literaturze nowej — inaczej było w dawnej, jowial- 
nej — niewiele; posiada go »Pan Tadeusz «, obcy on Słowackiemu. 

Na humorystę o wysokiej skali kierował się długi czas, tak 
przynajmniej się zdawało, Bolesław Prus (Aleksander Głowacki). 
I to pozytywista, jak wszyscy znakomici uczniowie Szkoły Głó- 
wnej, Świętochowski i inni; i on wprzęga się rychło do pracy 
dziennikarskiej, jako kronikarz ceniony i wytrwał aż do końca na 
tym stanowisku, na tym obserwatoryum społecznym, ręki od pulsu 
społecznego nie odrywając, ciągle licząc, zbierając, badając liczby 
i fakty, nie pobłażając swoim dilektom, coraz wyżej swe ideały 
społeczne stawiając. Od kronikarza zawodowego do humorysty 
przeskok nie był nagły; z humorystycznymi nowelami i opowia- 
daniami wystąpił na pole belletrystyki. Pisarz to nie zbyt płodny; 
dopiero późniejszy dorobek literacki obej mywał dzieła większe, 
i całe lata je przegradzały. Obserwacya humorysty rozpraszała się 
wszędzie; pyszną humoreskę, z owym fatalnym: »Taty szlug« (»Na 
pograniczu«) utworzył nawet na tle przemytnictwa; bohaterami jego 
bywały dzieci i podlotki; awansowały na nich i zwierzęta, prze- 
mądry Kurta, tak dzielnie -śpiący i przez sen nawet filozofujący, 
koniki; ożywiała się cała przyroda, nawet chmury i wiatry natrzą- 
sały się u niego z nieporadnych i opuszczonych. » Przygoda Sta- 
sia* i krótki tryumf pana sędziego z ojcowstwa mogły jeszcze 
całkiem za humorystyczne uchodzić; w innych już tylko poszczę- 



— 371 - 

gólne figury czy epizody humorystycznymi bywały (np. w preten- 
syonalnych nieco » Duszach w niewoli «); jeszcze w innych ulatniał 
się całkowicie humor, nasuwały się i dopełniały ciche, tym bardziej 
dojmujące tragedye, np. w »Antku«, nie do roli stworzonym, natu- 
rze raczej artystycznej, czego nie tylko jego wyroby ręczne, lecz 
jeszcze bardziej wizy a wójtowej dowodzi; albo w skazanej na 
śmierć przedwczesną, ofierze lekkomyślności ojcowskiej, »Anielce« 
i jej nieszczęśliwym piesku. Przeciwnie, niż u Orzeszkowej, nie 
istnieją dla niego krajobrazy; przyrodę zna tylko w bezpośrednim 
stosunku do człowieka, osobnego zmysłu dla niej, jak i Dickens 
lub Dostojewskij, wcale nie posiada. Pochłania go całkowicie czło- 
wiek, miłość bliźniego, sympatya ku małym, antypatya ku możnym, 
niepomnym przykazań boskich i ludzkich. Więc konflikty takie, jak 
fabrykanta, wyzyskującego robotników i dotkniętego srogą karą 
losów (»Powracająca fala«); konflikty, a raczej brak wszelkiej 
łączności między dworem a chłopem; między sferą rozpróźnia- 
czoną a pojmującą życie seryo; między postępem a rutyną i wstecz - 
nictwem. 

W kreśleniu tych walk nie zawsze nawet miarę artystyczną 
zachowa, skupi światło i cienie nie równomiernie. Przekonanego 
rzecznika postępu, nie uznającego kompromisów, prawd dotkli- 
wych nie skąpiącego, witają z uniesieniem młodzi i dla tendencyi 
wybaczają mu wszystkie niedobory, wyolbrzymiają postaci i ich 
znaczenie. 

Pierwszy donośny tryumf, to tryumf »Placówki« i jej Śli- 
maka. Nazwisko bohatera fatalne, i on sam nie lepszy, ale za to 
prawdziwy chłop słowiański, między Niemcami, posiadającymi już 
przyległe grunty, czyhającymi na jego spłacheć, niezbędny im dla 
przeprowadzenia racyonalnej melioracyi. I po dobremu i na udry 
idąc, wyzuliby go za pieniądze z ojcowizny, ale Ślimak nie ustąpi, 
a gdyby jego upór osłabnął, upór baby zwycięży. Przymioty jego, 
chyba nieporadność, atawistyczny brak energii, potrzeba spoczynku 
nieodzowna w najniestosowniejszej chwili, niespokojne rzucanie się 
na wsze strony w razie przypadku; już baba jego i ruchliwsza 
i sprytniejsza i wygadana, i tylko respekt przed jego kułakiem 
każe się jej hamować. Zawiśli oni od przyrody, matka- ziemia ma 
ich całkiem we władzy, instynkt każe się im jej trzymać do ostat- 
niego wysiłku. Jakżeż marniejsi od nich ci z dworu, letkiewicze, 

24* 



— 372 - 

próżniacy, apatyczni; o ileż nieszczęśliwsi te popychadła wiejskie, 
idyotka Zośka z dzieckiem, nad którym się chyba Maciek pastuch 
zmiłuje, nędza nad nędzą jeszcze dotkliwszą. Była to na długo naj- 
lepsza powieść chłopska, ale jednostronna, jak gorączka emigra- 
cyjna niebawem pokazała. 

»Placówka«, to raczej nowela. Pierwszy wielki romans, to 
»Lalka«, z chybionym bohaterem i nie ciekawym problemem. Wo- 
kulski -inżynier, dobijający się o rękę krasawicy -arystokratki, z po- 
wodu marnej pannicy ginący dla tych zadań, do których całe ży- 
cie dostrajał, to romantyczny chochoł, nie synteza nadzwyczajna, 
kreacya znamienna, jak Płoszowski czy Judym, to nie typ, lecz 
słabeusz, i bardzo się dziwimy, że taki dzielny Rzecki nie poznał 
się lepiej na ptaszku nizkiego bardzo lotu, Rzecki, o wiele od 
niego, Wokulskiego, sympatyczniejszy, tęższy, wyższy, chociaż były 
żołnierz z kampanii węgierskiej ponad subjektostwo w sklepie 
Minclowym nie wyszedł. I »Lalka« wcale nie ciekawa, ot sobie 
konwencyonalna. Szczegóły, epizodyczne postaci czytelnika zachwy- 
cają. Jako całość, jeszcze mniej następny, jeszcze obszerniejszy 
romans, » Emancypantki «, zadowolić może; o kompozycyi nawet 
i mowy niema; zato pyszny typ kobiecy, owa Madzia, nie inteli- 
gencyą, lecz sercem wyższa od wszystkich i dlatego im obca, je- 
den z najpiękniejszych, najgłębszych typów kobiecych, jakie kie- 
dykolwiek powieść polska stworzyła. I znowu epizodyczne obrazy, 
z nadzwyczajną nieraz drastycznością skreślone, porywają czytel- 
nika. Tytuł chyba w błąd wprowadza, gdyż najmniej o » emancy- 
pantki « chodzi. Odsłania tu Prus najgłębsze koncepcye filozo- 
ficzne — żaden z naszych powieściopisarzy nie filozofował tyle 
nad światem, życiem i śmiercią. 

Jednolitością kompozycyi odznacza się » Faraon «, z dzie- 
jów — staroegipskich, rywalizujący z Ebersem, zostawiający da- 
leko za sobą »Uardę« i inne, wysmażone w tygielku profesorskim 
pseudoromanse. Powieść nadzwyczaj zajmuje awanturami swoimi; 
zyskałaby nawet, jeśliby autor mniej erudycyą szafował, liczenie 
miesiącami egipskimi nam podarował, jak i owe przypiski o auten- 
tyczności tekstów przytaczanych, niby ostrzegające czytelnika, że 
wszystko inne to blaga. Ale »Faraon« to nie tylko powieść zaj- 
mująca, ma ona podkład głęboki, — tacy bowiem, jak Faraon, sie- 
dzieli na tronach nieraz; niedaleko chodząc, pierwszy samozwaniec 



— 373 - 

mógł za model służyć, letkiewicz, kobieciarz przedewszystkiem, 
energiczny, wojowniczy, odczuwający — przed innymi — koniecz- 
ność radykalnych reform, krępowany istniejącym »boskim« porząd- 
kiem, zżymający się na autorytet obcy, ciążący mu dotkliwie, po- 
stanawiający się z niego bądźcobądź zrzucić i ginący w nierównej, 
przedwczesnej walce, z winy, a raczej nieopatrzności własnej. Lecz 
ofiara jego nie bezowocna; ci sami, co w imię zagrożonego po- 
rządku jego zwalczali i zwyciężyli, zaczną wykonywać, co on za- 
mierzał, nie tak nagle i hałaśliwie, lecz nie mniej radykalnie; ofiara 
postępu ginie, postęp tryumfuje. Ten szlachetny optymizm Prusa 
nadaje tej powieści, nie licującej pozornie z całym jego trybem, 
od przeszłości wszelkiej odwróconym, piętno osobliwsze, czyni ją 
niby alegoryą, niby hymnem na cześć prawdziwego postępu, nie 
wstrzymanego żadnymi kruczkami, zboczeniami, katastrofami. Ostat 
nie to większe dzieło powieściowe Prusa, oddającego się coraz 
wyłączniej dydaktyce społecznej, mentorującego publiczności w fej- 
letonach, artykułach wstępnych i odczytach, kreślącego katechizm 
moralny o bardzo wysokich wymaganiach. 

Powieść polska dokonała już była kilka zwrotów. Za Kra- 
szewskiego i Zacharyasiewicza zabarwiał, mianowicie społeczną, 
idealizm — bohaterowie jej mogli błądzić, a nawet ginąć, saty- 
ryczne przebłyski mogły się pojawiać, niejedna scena tchnąć rea- 
lizmem, mimo to nie zapierał się autor idealizowania, i bohaterów 
i rozmów, jakie toczyli. Za Jeża i Orzeszkowej była ta idealizu- 
jąca powieść całkiem tendencyjną; tylko wrodzony Orzeszkowej 
artyzm i zmysł prawdy wzbijał się nieraz wysoko ponad wszelkie 
programy i dydaktykę dla społeczeństwa; tworzył, bo odczuwał, 
piękno; realistycznym z zasady nie był. Takim stał się dopiero 
u Prusa; ale od tendencyi i Prus nie wolny, chociaż u niego ona 
raczej ukryta, nie narzuca się ani bróździ coraz, jak u poprzedni- 
ków; ona zabarwia tylko, rozpływając się sama, owę falę obser- 
wacyi z jej rozpędem ku realizmowi. 

Na wyżyny obrazowości i artyzmu wznosi się ta powieść u Hen- 
ryka Sienkiewicza. I on zaczął, uczeń Szkoły Głównej, jak koledzy, 
od pracy dziennikarskiej, od fejletonów i kronik w »Gazecie Pol- 
skiej «, gdy pierwsze jego debiuty powieściopisarskie, »Humoreski 
z teki Worszyłły« i powieść ze studenteryi kijowskiej, »Na marne«, 
uwagi ogółu nie zwróciły. Litwos, obok kronik, zaczął ponownie, 



- 374 — 

od r. 1875, nowele pisywać i one to zdobyły mu pierwszą popu- 
larność, na razie między młodymi. 

W nowelach tych (» Szkice węglem « i inne), mimo na ogół 
pesymistycznego ich nastroju, uderzała łatwość, z jaką się autor 
na rozmaitych polach poruszał, czując się wszędzie, jak w domu; 
uderzała pewność i zamaszystość rysunku, a soczystość słowa, od- 
bijająca od bezbarwności naszych »idealistów«, Kraszewskiego czy 
Zacharyasiewicza, od rubaszności Jeża, od wielomówności autorek. 
Ta siła słowa, szczerość uczucia, humor znakomity nadawały, czy 
» Staremu słudze « i »Hani«, czy ustępowi z » Pamiętników nauczy- 
ciela poznańskiego «, czy niezrównanemu » Bartkowi Zwycięzcy «, 
nadzwyczajnego uroku; przeważały nuty tęskne i wyrzuty, w » Janku 
Muzykancie«, w losach Rzepowej; nawet Bartek, co się pod Gra- 
velotte tak odznaczył, strasznie zmalał w domu; wyrzuty te go- 
dziły ostatecznie w inteligencyę, trwożliwą, sobkowską, nieopatrzną, 
obcą ludowi i nie umiejącą z nim iść. 

Nie ugrzązł jednak autor w owym tanim pesymizmie orga- 
nicznika i postępowca; wyrwał go z niego sam wyjazd do Ame- 
ryki, skąd świetne »Listy z podróży «, docierającej do Kalifornii, 
Litwos pisywał, otrząsnąwszy się z brukowego życia warszawskiego, 
filisterskiego. Po długiej nieobecności wrócił wprawdzie do dzien- 
nikarstwa, wziął znowu do rąk » chochlikową lutnię «, ale do taczki 
kronikarskiej już się nie dał zaprządz. Próbował sił w dramacie 
(»Czyja wina«; »Na jedną kartę«), bez powodzenia; coraz bardziej 
uwydatniało się przeobrażenie byłego postępowca i pozytywisty 
w konserwatywnego szlachcica; ku szlacheckim ideałom, ku dawnej 
świetności, od obecnej szarzyzny i marności, ku bohaterom od ota- 
czających liliputów odrywało go coraz bardziej. 

Szkice Kubali dolały oliwy do ognia; już roku 1880 pojawiła 
się nowela historyczna, »Niewola Tatarska«, w której Imp. Zdano- 
borski o regulusowej swojej wytrwałości opowiadał — nie zwró- 
cono na nią uwagi, chyba krytyka postępowa odmówiła autorowi 
zdolności do... odtwarzania przeszłości!... Ależ nie krytyki rzeczą, 
przepisywać autorowi, co ma a czego nie ma robić — wie o tym 
tylko autor. 

W maju roku 1883 zaczęło się w odcinku »Słowa« warszaw- 
skiego i »Czasu« krakowskiego pojawiać »Ogniem i Mieczem«; 
w krótkich odstępach potym dalsze części trylogii, »Potop« i »Pan 



— 375 - 

Wołodyjowski «. Były to właśnie czasy zupełnej prostracyi romansu 
historycznego, owego bastarda romansu i historyi (owej » prawdzi- 
wej « kawy figowej), to obrażającego poczucie prawdy, to scho- 
dzącego na suchą kronikę, i nie Kraszewskiego stać było na oży- 
wienie martwej formy. Powodzenia więc nowej powieści nikt nie 
wróżył, litowano się nad nieopatrznym przeliczaniem się z siłami, 
nad płochym zamiarem wskrzeszania spopielonej przeszłości, nad 
marnowaniem sił daremnym. 

Przepowiednie jednak krytyczne sprawdzają się nieraz, jak 
meteorologiczne, t. j. na wspak. Zajęcie powieścią rosło z dnia 
na dzień, przybierało niesłychane u nas dotąd nigdy rozmiary, roz- 
gorączkowało poprostu czytelników, zasypujących autora listami, 
prośbami, wskazówkami, radami; zapał, wzniecony » Ogniem i Mie- 
czem «, przetrwał nawet » Potop « i »Pana Wołodyjowskiego«, prze- 
kroczył szranki literatury polskiej, udzielił się zagranicy, która try- 
logię, mimo jej przerażających rozmiarów (po cztery, sześć i trzy 
tomy) z radością wita. W czymżeż polega tajemnica tego niesły- 
chanego sukcesu u nas i obcych? 

Dotychczasowy nasz romans historyczny grzeszył przede- 
wszystkiem wyborem tematu i opracowaniem jego. Romans histo 
ryczny, toć to epos, a epopei nie wypełnią nigdy losy różnych 
filistrów i dusigroszów czy fircyków i pędziwiatrów XVIII wieku— 
takimi zaś bawili nas przeważnie Kraszewski i Rzewuski. Trafny 
instynkt odwiódł Sienkiewicza całkiem w inne strony, w wiek XVII, 
jedyny u nas bogaty w najdramatyczniejsze przejścia, w kataklizmy 
niesłychane, w awantury heroiczne, utrzymany stale w duchu i to- 
nie epicznym. 

Poprzednicy zadowalali się czasami Poniatowskiego głównie, 
rzadziej saskimi; ale z munchhauzyad Panie Kochanku, ze strzelania 
do bab kukających Starosty Kaniowskiego, nawet z krwawych sza 
łów hajdamackich nie sposób romansu wykrzesać, wątku tu starczy 
chyba na szkice czy nowele a la »Pamiętniki Soplicy«, i nie wy- 
czerpało się bynajmniej życia staropolskiego kruczkami adwokac- 
kimi, cięciami serpentyną, libacyami alkoholicznymi, liweryą bandy 
albeńskiej, biczowaniem wielkopiątkowym. Tym bardziej nęci wyo 
braźnię artysty ów czas między r. 1648 a 1683, pełny głębokich 
upadków i wielkich wzlotów, heroizmu i podłości, klęsk niesłycha- 
nych i niespodziewanych tryumfów, zdrajców i męczenników; za- 



— 376 — 

głuszany nieustannym szczękiem broni, grożący na przemiany osta- 
tecznym upadkiem Rzeczypospolitej i pocieszający zupełnym roz- 
biciem wszystkich jej wrogów. 

Na bujnych, bogato zaludnionych polach Ukrainy, gdy pług 
polski coraz głębiej w stepy się wżerał, fortuny wielkopańskie co- 
raz olbrzymiały, a wychodźtwo z przeludnionej Wielkopolski czy 
Mazowsza nowe etnograficzne stwarzało warunki, powstaje odrazu 
groźne widmo upadku państwa szlacheckiego, a gdy je zażegnano 
spustoszeniem, ruiną Ukrainy i hekatombą miliona ludzi, wznosi 
owa hydra swe łby jeszcze groźniej od Północy, nie napotyka już 
jednolitego oporu, i niebawem widzimy cara Aleksego w Wilnie, 
Karola Gustawa w Krakowie, Jana Kazimierza z drobną garstką 
wiernych na wygnaniu, szlachtę z Radziwiłami i Opalińskimi w ły- 
kach u najeźdcy. 

Ale fortuna variabilis, Deus mirabilis, woła Szymon Staro- 
wolski przed Szwedem; nie był jeszcze porażony szpik pacierzowy 
narodu, nie wysuszyłyż go czasy saskie i budzi się ten naród 
z chwilowego letargu; jednym uderzeniem prawicy roztrzaskał pol- 
ski lew chciwego łatwej zdobyczy Rakoczego, zrzucił obce jarzma, 
spojrzał aż od Danii Szwedom w oczy, a Litwę wyswobodził i sam 
inwazyą Moskwie zagroził. 

Klęskom i tryumfom ukraińskim poświęcił Sienkiewicz pierw- 
szą część trylogii; następną walkom szwedzkim, nie wciągając do 
niej drugiej »północnej potencyi«; oblężenie Zbaraskie w owej, 
w tej Częstochowskie, osią powieści; w trzeciej oblężenie Kamie- 
nieckie. Więc coraz nowe bitwy i oblężenia wypełniają karty try- 
logii, i zdawałoby się, że sztuka artysty nie uchroni czytelnika od 
znużenia a nawet zniechęcenia. Stało się inaczej, dzięki nadzwyczaj- 
nemu talentowi twórczemu, igrającemu z przeszkodami, piętrzącemu 
samowolnie trudności, ażeby je tym pewniej pokonać. Atawistyczny 
chyba animusz rozochocił Sienkiewicza do kreślenia bojów, jakie 
przodkowie z równą fantazyą sami toczyli; wyobraźnia jego nie 
wyczerpana, nie powtórzy nigdy tych samych rysów czy szczegó- 
łów; każde jego oblężenie odmienne; każdy jego pojedynek nawet 
inny, czy między Zagłobą, podszytym tchórzem, a olbrzymem 
Burłajem, czy między równymi graczami na szable, Bohunem 
a Wołodyjowskim się odbywa; każda ucieczka swój właściwy ma 
przebieg, czy to Zagłoba z Heleną przez morze płomieni się ra- 



— 377 — 

tują, czy Skrzetuski między trupami w moczarach brodzi i lasami 
do króla umyka, czy Basia do męża ucieka przez stepy. Nic się 
nie powtarza; odmieniają się ludzie, krajobrazy, czasy, ale na ca- 
łym przeciągu olbrzymiego dzieła nie ustaje ów rozmach epiczny, 
właściwa tajemnica powodzenia trylogii nawet u obcych, którzy 
surmy bojowe mimowoli w niej słyszą. 

Nie Walter Skot to z opisywaniem turniejów, więzień, ucie- 
czek, ze zbójami, rycerzami, damami, z chłopem anglosaskim, żoł- 
dakiem miejskim, przekupniem żydowskim; ani to Dumas z wyper- 
fumowanymi muszkieterami, ze strojnisiami Ludwikowymi, intrygami 
pałacowymi, zazdrosną grą kardynałów i królowej: wielka burza 
dziejowa rozszalała się w trylogii, w jej wściekłym podmuchu nie 
ostać nikomu, wszystko porywa, druzgoce; jeśli trafem szczęśliwym 
nie zapadniesz w jakie ustronie, nie przetrwasz burzy. Od takiego 
tła płomiennego i krwawego — a zapowiadał je wymownie po- 
nury prolog — odbijają efektownie i drobne przejścia; potężnieją 
namiętności, urastają ludzie do rozmiarów posągowych, epiczny eh; 
olbrzymią falą porywa ów potop dziejowy wszystko i przewala 
się niewstrzymany przez kraje i lata. 

Wobec takiego tła nie trzeba było wcale wysuwać jeszcze 
jakichś historycznych osobistości na pierwszy plan; » Jarema « 
znika już w pierwszej części trylogii; o innych bohaterach głó- 
wnych, spółcześni nic nie wiedzą albo wspominają ich pobieżnie, 
kobiety wszystkie wymyślone. Nie krępowały więc autora żadne 
względy, on liczył się z kilku faktami, Zbarażem czy Zborowem, 
zresztą był absolutnym panem swych postaci. I to im wyszło na 
dobre. 

Wszystkie one, jak i całe tło, nadzwyczaj są malownicze 
i plastyczne; sztukę tę wykazywały już dawniejsze próby, teraz 
podniosła się ona do idealnych rozmiarów: więc w opisach prze- 
dewszystkiem, w zewnętrznej malowniczości nikt Sienkiewicza nie 
przewyższył; widzisz i słyszysz jego walki, narady, uczty, czy 
u Janusza Radziwiła, czy na zapustach Chreptyjowskich; domy 
i jary; ubiór i minę; ruch masowy czy jednostki opisze on i przed- 
stawi, jak żywe, bo myśli samymi obrazami i tak je na papier 
przelewa. Posiadł on wszystkie skarby języka; umyślnie nie ar- 
chaizuje, mimowoli trafia w sposób myślenia i mówienia owych 
ludzi. Każdy z nich przemawia swoim właściwym językiem — 



— 378 — 

kunszt, obcy naszym dawniejszym powieściopisarzom; kto się nieco 
w powieść wczytał, odgadnie ze słów samych, czy je mówi bła- 
zen -pieczeniarz Zagłoba, czy potulny a chciwo -przebiegły Rzędzian, 
czy ów łycar kozacki Bohun, ze swą tęskną nutą ludową, czy 
krewki Wołodyjowski, czy ów sentymentalny seladon- żołnierz, czy 
rezolutna Basia, czy namiętny Tatarzyn; nikt u nas nie charakte- 
ryzował subtelniej tylu postaci tylu językami. I nikt tylu prawdzi- 
wych nie wystawił. 

Mógł ich Kraszewski liczyć więcej, ależ jak słabo wrażają 
się one w naszą pamięć; z Sienkiewiczowych żadnej nie zapomnisz. 
Sztuką kontrastów włada on znakomicie i przez te światła i cienie 
uwypukla każdą postać; tracą one natychmiast na wyrazistości, 
skoro same światła na nich skupia, jak na Skrzetuskim czy na 
Oleńce; w nadmiarze tego światła zacierają się rysy indywidualne, 
po których człowieka jedynie poznajemy. Oto Podbipięta, Litwin, 
uparty, małomówny, wzdrygający się fizycznie na uprzykrzone ga- 
dulstwo koroniarza, lgnący do niego mimo to, olbrzym wzrostem 
i siłą, z duszą niepokalaną dziecka, z żarem rycerza krzyżowego, 
ciężki na ciele i myśli, stały i niewzruszony. To znowu grzeczny 
kawaler, gracz na szable niepospolity, pełen animuszu, zwinny, 
drobny raczej, śmieszy nas i wąsikami i zalotnictwem niepopra- 
wnym. Jego przeciwnik z całkiem innego kruszcu ulany: otwarty 
i skryty (Wołodyjowski niczegoby ukryć nie potrafił); szczery, korny 
i hardy, namiętny; słodki i mściwy; wróg Polaków, bo tak wypa- 
dało, im stokroć bliższy, niż chamom, którym przywodzi. Albo 
Zagłoba, zdaleka niby Falstaff, stary, gruby, facecyonista, piecze- 
niarz, egoista, tchórzem podszyty, łgarz, warchoł jakich mało, ale 
bieda i trwoga dobywają z niego i animuszu rycerskiego i niewy- 
czerpanych zasobów przebiegłości, sztuczek i figlów; starzejąc się, 
nawet pozory powagi patryarchalnej przybierze; drastyczna ko- 
mika słów jego, wzorowanych na Pasku, na innych spółczesnych — 
Sienkiewicz zna ich wszystkich — ratuje każdą sytuacyę; w opisy 
o grozie tragicznej wplata ów kontrast — nutę jasną, wesołą, 
świadczącą o niewyczerpanych zasobach optymizmu, animuszu, 
buty szlacheckiej. 

Tak dokonywa się w naszych oczach moralne odrodzenie 
Kmicica -Babinicza, z wywołańca i bandyty przez szereg nadludz- 
kcih niemal pokus i prób do oczyszczenia klejnotu dążącego. Nie- 



— 379 — 

słychane bogactwo postaci, nawet drugo- i trzeciorzędnych, wyra- 
zistość ich ruchów i mowy; malowniczość i plastyczność opisów; 
tło nadzwyczajne; przygody i przeprawy aż nadto romantyczne 
zapewniły trylogii owo powodzenie niesłychane, które od jednego 
razu zdyskredytowany zupełnie romans historyczny do nowego ży- 
cia powołało 

Trzy części trylogii nie są równej wartości. Najwyżej stoi 
bezsprzecznie pierwsza — nie tylko dla nowości wystąpienia. Jest 
ona najbardziej epiczną, nie waha się nawet autor środków stylo- 
wych prawdziwej epopei używać; w niej tłoczy się najwięcej, naj- 
ciekawszych postaci, kontrastów, faktów. »Potop« rozwlekłością 
niepomierną nuży: są tam już tylko sceny niezapomniane, od owej 
uczty Radziwiłowskiej począwszy przez perypetye oblężenia Czę- 
stochowskiego. Najbardziej zacieśnia się interes w »Panu Woło- 
dyjowskim«: sam tytuł charakterystyczny dla dzieła, sielanki histo- 
rycznej dwu ludzi na tle kamienieckim, nie wielkiego malowidła 
dziejowego, jakim były poprzednie; zato najlepiej skomponowany 
i pełen scen nadzwyczajnego czaru, od jaskrawego tła tym bar- 
dziej odbijających. 

Rozmaite czyniono Trylogii, głównie » Ogniem i Mieczem «, 
zarzuty. To oskarżano autora o jednostronne uwzględnianie samych 
bojów, jakby one wyczerpywały życie narodowe — ależ na Rusi 
rzeczywiście wtedy tak było, nie z winy Sienkiewicza przecież. 
Oskarżano go o niesprawiedliwe szafowanie światłami i cieniami, 
jakby kosztem kozaków i czerni wywyższał Lachów — samym 
Bohunem, ba i Chmielnickim, mógłby się Sienkiewicz przeciw tej 
stronniczości obronić; najelementarniejsza sztuka epiczna nie do- 
zwalała przecież zbytniego poniżania przeciwnika, a jeśli on nie 
docenił wszystkich momentów, rozstrzygających w owej krwawej 
waśni, toć i nie jego było zadaniem zastąpić pracę wyczerpującą 
historyka - gdzież zresztą ten historyk, któryby bez uprzedzeń, 
bez stronniczości do kreślenia tych walk nie przy stępy wał; czy 
może Kostomarow lub Kulisz? 

Innym nie dawały spać reminiscencye mniemane z » Trzech 
Muszkieterów« — ależ najbardziej znaczące to chyba liczba ta 
sama — albo od Szekspira nawet, trzebaźby tylko dowieść, że 
Podbipięta Francuz, a Zagłoba Anglik; to znowu żalono się na 
usterki chronologiczne i geograficzne, jakby one w powieści coś- 



- 380 - 

kolwiek znaczyły; to znowu na osobistości, np. na Jaremę i na 
owę imponującą scenę u krzyża, jedne z najbardziej wzruszają- 
cych, — ależ magnat mógł wtedy jeszcze żywić, choćby przemi- 
jająco, podobne uczucia, dowodem nieco później Sobieski; to na- 
wet zarzucono, że w owym starciu na słowa Skrzetuskiego 
i Chmielą argumenty ich nie odsłaniają całej prawdy — ależ wza- 
jemne inkryminacye mają zawsze na celu zgnębienie przeciwnika, 
nie wyłuszczenie prawdy, czego kiedyś, gdzieś, inni dopiero do- 
konają. 

Trylogia ma pewne błędy, w kompozycyi, w szczegółach, 
w oświetleniu. Grzechem było przeciw przeszłości błazna Zagłobę 
przedzierzgać w sam kwiat rycerstwa polskiego, w jego wyrocz 
nię, w uosobienie jego powagi i miłości ojczyzny. Kozak Bohun 
i Tatarzy n Azy a przypominają bohaterów romantycznych, z »Agaj- 
chana« Krasińskiego i z »Tarasa Bulby« Gogola: obaj rozkochani 
w Laszce, dla niej ginący i usychający — nie taka była to rasa 
i nie takie były to czasy; kozak i Tatarzyn to nie kobieciarze 
przecież, nie podwiązkowi rycerze; ale efektowni oni nadzwyczaj 
właśnie w tym kontraście, chociaż kosztem prawdy historycznej 
osiągniętym. Umyślnie czy nie, wyeliminował autor zupełnie stronę 
religijną, która w tych walkach niepoślednią odgrywała rolę. 
Chmielowi i Bohunowi był obrządek obojętnym, kozacy na szczu- 
płość rejestru zgodzić się nie mogli, lecz w głupią czerń rzucili 
oni hasło religijne; czerń wierzyła ślepo, że bat/ko Bohdan krasną 
chorągiew z archangełom rozwinął za stare błahoczestje i gnała 
naprzód, zawalać okopy cielskami, przekonana, że każda ofiara 
jeszcze tego samego dnia do raju wejdzie; strach Boży bije La- 
chy — otrąbiano w obozie kozackim; groza nie oszczędzała Ru- 
sinów -unitów; wieszano księży; Żydów przemocą — daremnie — 
nawracano. 

A podobnie i w »Potopie« przemilczano sprawę wiary, pro- 
testantyzm Radziwiłów, tryumfy aryanów i kalwinów polskich, wi- 
tanie ich uniesione króla tegoż wyznania, zdradzanie ojczyzny 
w imię religii. W tych i innych szczegółach czuł się Sienkiewicz 
widocznie krępowanym i wolał lukę zostawić, niż ją byle jak za- 
pełniać; ponieważ nie mógł wszystkiego wypowiadać, więc słusznie 
wielu rzeczy nie tykał wcale. 

A że Polska nie tylko bojami żyła; że w Krakowie i Po- 



— 381 — 

znaniu dyabła dbano o to, co się na Ukrainie dzieje, nie mogło 
to wpłynąć na opowiadanie, które się właśnie tylko na Ukrainie 
toczy. I nie stracą nigdy na wartości te jaskrawe wizye dzielnej, 
hartownej, cudownej przeszłości. 

Odczuwał Sienkiewicz potrzebę skąpania się, po brudach 
i mętach codziennego trybu, w owym odmładzającym zdroju ofiar 
i poświęceń innych czasów i ludzi — pisał je dla pokrzepienia 
własnego ducha i w tym samym celu myśmy je czytali; aureolą 
bohaterstwa opromienił tę szlachecką przeszłość, więcej zdziałał 
dla jej spopularyzowania, dla wydobycia z niej ożywczej treści, 
niż którykolwiek inny z naszych pisarzów dramatów i powieści. 
Poprzedników miał tylko w »Panu Tadeuszu «, co poetę też od 
mętów i kwasów chwili leczył i chronił, i w »Śpiewach historycz- 
nych«, co również wznosić i krzepić miały umysły stroskane, zwąt- 
piałe, niepomne dawnej chwały. 

Prawo kontrastu wywołało u autora reakcyę; od burzliwej 
fali walk i katastrof, od bohaterów z siłą woli niemal nadludzką, 
od tłoku postaci, zgiełku czynów, szczęku broni, jaskrawości barw, 
widoków coraz nowych, niebezpieczeństw coraz innych, zwrócił 
się poeta ku szkicowi psychologicznemu, zgłębieniu jednego osob- 
nika; rozszczepianiu włosów«. Bohaterem »Bez dogmatu« jest de- 
kadent, neurastenik, znużony odprysk znużonego rodu, wykluczony 
siłą stosunków ze zwykłego trybu życiowego szlachty innych kra 
jów, skazany na bezczynność zgóry, oddający się zajęciom naj- 
nieproduktywniejszym, bo zawsze tylko dyletanckim, zawsze tylko 
dla zabicia nudy i czasu, czy się odda zachciankom artystycznym, 
czy zakusom umiejętnym, filozoficznym i religijnym — jeśli nie 
machnie ręką na wszystko i w koniach, kartach czy kobietach je- 
dynego poważnego celu życia nie upatrzy. 

Z rodu, pędzącego od kilku pokoleń takie denerwujące życie, 
wyszedł Leon Płoszowski; wychowany za granicą, młode siły i lata 
strawił, żadnego punktu oparcia nie zdobył, stracił wszelką możli- 
wość wydobycia się z życia sennego, próźniaczego, nabawił się 
w kuchni cudzoziemskiej kataru żołądka, ciągłej autoanalizy, zda 
wania najdokładniejszej sprawy o sobie, sobie samemu i przerafi 
nowania estetycznego mimozy, odczuwającej ze wstrętem wszelką 
gminność i płaskość; oddany kaprysom i śnieniu, zaniedba ostatnią 
sposobność, by stać się człowiekiem i wydobyć się z zaczarowa- 



- 382 - 

nego koła snobizmu, blagi i nudy, kultu próżniactwa; gdy już za 
późno, gdy nie odstanie się więcej, czemu nie zapobiegł, póki 
mógł, jak dziecię uparte, bo głupie, wzdrygać się będzie przed 
koniecznością nieuniknioną, i wszystko, co najnaturalniejsze, najpo- 
spolitsze, najstraszniej go trapić i razić będzie, póki tego życia 
bez celu i sensu, bez dogmatu, kula rewolwerowa nie przerwie. 
Pamiętnik jego nas z nim zapoznaje. Prawdziwym mistrzostwem 
było czytelnika przez trzy tomy raczyć takim minimum faktów, 
a maximum rozmyślań i analiz i nie zbrzydzić mu tej rudery ludz 
kiej i tej wiwisekcyi ciągłej każdego pół- i ćwierć uczucia — na 
całe uczucie żaden Płoszowski się nigdy nie zdobędzie; właśnie to 
malowidło duszy zjednało Sienkiewiczowi najpierw, przed trylogią, 
uznanie zagraniczne. 

Dla naszej powieści było to ' nadzwyczajną nowością; takiej 
subtelnej, nielitościwej, ciągłej analizy psychicznej ona nie znała — 
dawna nasza »psychologiczna« powieść obszerniejszych obserwacyi 
nie podejmywała nigdy. Postać sama polskiej ziemi wcale obcą 
nie była. Płoszowski, natura wyposażona talencikami, pozbawiona 
zato woli, chwiejna, żadnymi zewnętrznymi karbami nie ujęta, więc 
rozpryskująca się na wsze strony, aż się nigdy już skupić nie po- 
trafi, skazany z góry na to, by za jaką Klarą Hilst po koncertach 
się włóczyć, jak Turgeniew za p. Garsias, lub w Monako od 
jednej Laury Davis do drugiej przechodzić; wmawia w siebie mi- 
łość ku Anielce, lecz wtedy dopiero, kiedy Kromicką została, i roz- 
pacza zamiast dziękować niebiosom, że najnierówniejszej pary nie 
sprzęgły w jarzmo; byłby od jej chłodu po pierwszych trzech 
miesiącach uciekł, lecz teraz życie jego nabiera jakiegoś celu, 
i gdy śmierć Anielki i tę zabawkę, odrabiania tego, co się odro- 
bić nie da, przerywa, ustaje ostatnia racya, dla której taki Pło- 
szowski żyje. 

W kreśleniu »Płoszowskiego« zetknął się Sienkiewicz z »Hra- 
bią Augustem* (» Notatki i wrażenia c, wydał Aleksander Mańkowski, 
1890 roku); najobszerniejszą tegoż ocenę dał Kazimierz Kaszewski 
w »Bibliotece Warszawskiej« (1891 r.), a możnaby ją dosłownie 
powtórzyć i o »Bez Dogmatu*; należałoby tylko nazwiska kobiece 
pozmieniać, Anglika zamiast Kromickiego, Augusta zamiast Leona, 
pomieszanie zmysłów zamiast kuli rewolwerowej wprowadzić. Ale 
Płoszowski i hr. August, idą obaj od »Oniegina« Puszkinowego; 



- 383 - 

Tanie odtrąca zblazowany Oniegin, gdy sama mu miłość wyznaje, 
a interesuje się nią dopiero, kiedy została bohaterką salonową 
i prawdopodobnie zginął Oniegin, jak Płoszowski lub August; lecz 
Oniegin to jeszcze romantyk, płaszcz Byronowski w malowniczych 
składkach na nim zwisa, tamci już dekadenci. Podobnych kobie- 
ciarzów odtwarzał i Turgeniew; »Graf Rak« Kaczkowskiego, zresztą 
od Płoszowskich wyższy, w słabości swej »babiej< również ich 
przypomina; tak mści się kobieta za wzgardę, jaka właśnie u Sło- 
wian »babom« w udziale przypadła od wieków. 

Sienkiewicz swojego Płoszowskiego generalizuje; spycha oso- 
biste jego konto na jakąś »nieproduktywność słowiańską«, chociaż 
jego »geniusz bez teki« tylko do tych ludzi należy, co z siedmiu 
dni tygodnia powszednie skreślili, siedząc na terasach, dyskutując 
o sztuce, literaturze, kobietach, obcy temu życiu u dołu, przewala- 
jącemu się, jak morze, tej realnej walce o byt, o kawał chleba, 
życiu pracy mrówczej, potrzeb zwierzęcych, chuci namiętnych, wy- 
siłków codziennych. Wyodrębniwszy się od tego życia, poza jego 
nawiasem, zniechęceni do wszystkiego, zużyją wkońcu bogate 
środki, by sobie i innym życie do reszty popsuć, nie uznając, prócz 
kodeksu towarzyskiego, żadnych dogmatów, prócz szlifowania 
paznokci, żadnych obowiązków. 

Gdy Płoszowskiemu brak poprostu organu czy instynktu ży- 
ciowego, nadmiarem zdrowia i siły, ruchu i woli wetuje bohater 
»Rodziny Połanieckich «, wszelkie biadania nad nieproduktywnością 
słowiańską; od szlachcica -schyłkowca przeszedł Sienkiewicz do 
szlachcica -przemysłowca. Nauki pozytywizmu warszawskiego nie 
poszły więc w las, i, chociaż późno trochę, zerwał się autor na 
skreślenie i wyidealizowanie swego »organicznika«. 

Powieść przyszła nie w porę — byłaby, jako kontrast, do 
»Morituri« jeszcze się zeszła i spółczesności swej z roku 1895 nie 
dowodziła wstawkami modnych haseł neochrystyanizmu, slawofil- 
stwa i innych teoryjek. Mimo rozmiarów najmniej to znaczące 
z dzieł Sienkiewicza, chociaż i tu niebrak pysznych postaci, od 
owego egoisty i sybaryty starego, poświęcającego się wszystkim 
i wszędzie na słowa, a samymi poświęceniami innych, np. córki, 
żyjącego (typ niegdyś przez Fredrę już stworzony), albo owej 
dziecinki, Litki, rozwiniętej chorobliwie, zazdrosnej o swego przy- 
jaciela, owych artystów, owych pań z towarzystwa i t. d., dowo- 



— 384 — 

dzących znowu niesłychanego mistrzowstwa w kreśleniu coraz no- 
wych, coraz odmiennych postaci. Marynię wyidealizował; martwą 
nieco Anielę Płoszowskiego, chorującą na owo zimno, ów brak 
temperamentu u kobiet polskich, na które się już znawcy XVI 
i XVII wieku, Stanisław Łaski i Jędrzej Morsztyn uskarżali, oży- 
wił, chociaż i Marynia nadzwyczaj w sobie skupiona, nie działa, 
czasowi i losom wszystko zostawiając, za dumna, by nawet o męża 
walczyć, choć głęboko dotknięta. Połaniecki jej chyba nie godzien, 
rychło znudzony jednostajnością, pewnością posiadania skarbu, 
więc go lekkomyślnie traci a skutkami przerażony, wraca pokor- 
nie — czy na długo? Jak w stałość jego miłości, wyrozumowaną 
bardziej, niż wyczutą, wierzyć się nie chce, można i o jego prak- 
tyczności powątpiewać i pytać, czy go i tu jednostajność i pewność 
wkońcu nie znużą, czy nie pofolguje fantazyi i temperamentowi 
właśnie tam, gdzieby je najsilniej hamować należało. Wkońcu może 
i zbytnią rozwlekłość wytknąćby można, dorzucanie coraz nowych 
słów i rysów, w gruncie niczego nowego nie dodających; i tu 
byłoby mniej, więcej. 

W odstępach pisywał autor nowele, np. humorystyczną ze sfer 
artystycznych warszawskich (»Ta trzecia«), albo epizod z » Poła- 
nieckich* w bardzo podkasanym szkicu (»Na jasnym brzegu«) roz- 
prowadzał; pisywał nowe »Listy z podróży«, tym razem z Afryki 
i celował znowu sztuką malowniczego i plastycznego zarazem od- 
dawania każdego wrażenia; przygotowywał powoli nowe dzieło. 
Bo artysta to nadzwyczaj sumienny: jak do trylogii przewertował 
wszystkich historyków, pamiętnikopisarzów, całą spółczesną litera- 
turę, tak oddawał się teraz archeologii i topografii rzymskiej i stu- 
dyom nad klasykami. 

Rzym nęcił go zawsze, klasyków uwielbiał od młodości, od- 
czytywał ich coraz, więc kusiło go zmierzenie się z ziomkami 
i z obcymi, z Kraszewskim i Bulwerem, w wystawieniu obrazów 
antyku, zmysłowości jego orgii, artyzmu jego wybrańców. To jedna 
strona wizerunku; sam zmysł kontrastu, tak silnie u niego wyro- 
biony, wywołał przeciwstawienie Neronowi, histryonowi na tronie, 
panu świata, co się dlań w cyrk przeobraża, a on sam jego reży 
serem i aktorem, póki wygwizdany pseudoartysta nie uśmierci Ce- 
zara — owego starca, ubogiego, wątpiącego, prostaczka, któremu 
niegdyś cały świat w udziale przypadnie. 



— 385 — 

Powiew neochrystyanizmu, coraz bardziej w Europie i Ame- 
ryce odczuwany, mógł go tylko w tej myśli utrwalić. I, jak nie- 
gdyś przed trylogią opowiadanie Zdanoborskiego w świat wypuścił, 
tak wysłał na zwiady »Pójdźmy za nim«, i poklask, jaki zyskał, 
do »Quo Vadis« tym raźniej go pobudził. Romans ten to jedno 
z największych powodzeń, jakie nie literatura polska, lecz litera- 
tura całego świata zapisać może; sama Anglia i Ameryka spotrze- 
bowały w parę lat dwa miliony egzemplarzów, we Francyi dosiągł 
on r. 1900 cyfr, jakimi ani Zola ani Ohnet poszczycić się nie 
mogli; tłumaczenia na trzydzieści kilka języków, próby udramaty- 
zowania, włoskie i francuskie, goniły jedne drugie; typy, np. Pe- 
troniusza, stawały się przysłowiowymi na bulwarach paryskich, tak 
niechętnych przeciw wszystkiemu, co niema marki paryskiej. A ta- 
jemnica tego powodzenia? 

Złożyły się na nie i warunki zewnętrzne, prócz wartości 
dzieła samego. Przyszło, kiedy publiczność znużyła się doszczętnie 
naturalistycznymi brutalnościami i psychologicznymi analizami, kiedy 
zapragnęła wielkich obrazów, porywających efektów, myśli pod- 
niosłej. I dostarczył jej autor, czego żądała, i nie wytłumaczymy 
powodzenia jego ani samą chęcią odmiany, zaskoczeniem niespo- 
dzianym, tendencyami reakcyjnymi; jak trylogią krzepił Sienkie- 
wicz serca ziomków, tak podawał teraz, w formie bardziej kun- 
sztownej, niby w amforze o cudnych kształtach klasycznych, napój 
orzeźwiający dla wszystkich, co zwycięstwa dobrego nad złem, 
sprawiedliwości nad uciskiem, miłości nad nienawiścią pragną czy 
czekają, bez względu jakiej są narodowości czy wyznania. 

Sztuka artysty dosięgła zenitu. Znowu imponowała nadzwy- 
czajna łatwość i bujność tej niewyczerpanej wyobraźni; jeżeli my- 
ślisz, że niepodobna nowej orgii odmalować, nowych zapasów 
w cyrku wystawić, następne opisy przekonają cię, że niemasz nic 
niemożliwego dla Sienkiewicza - malarza. Przeciwstawia Rzymowi 
Cezarów, okrutnemu i lubieżnemu, rozwiozłemu i cynicznemu, sza- 
lejącemu w zbytkach i ucisku, pijawce i pasorzytowi świata, Rzym 
podziemny, Rzym miłości bliźniego, gardzący światem i światowo - 
ścią, nie uznający niewolnictwa ani poniżenia kobiety, nie brzydzący 
się pracą ręczną, zapatrzony w życie przyszłe, głęboko wierzący, 
aż do ekstazy i mistycyzmu — rosa boska na spiekłe łono ludzkości. 

Te przeciwieństwa wyraża cały romans i każda jego osobi 

OZIEJE LITERłTURY POLSKIEJ T. II. 0,5 



— 386 - 

stość, i nabierają one krwi i ciała, jakich nie widzimy w licznych, 
słynnych powieściach Newmana, Farrara i innych. Najznakomitsze 
owe dwie pary, jedna uzmysłowiająca antyk, umierający w piękno- 
ści: sy bary ta, esteta, stoik, Petroniusz, arbiter elegantiarum, naj- 
bardziej wyrafinowany produkt kultury starożytnej, wraz z Euniką, 
upostaciowanym jej wdziękiem zmysłowym, tęskniącą do tego 
swego ideału męskiego, za nim bez wahania w ciemne wrota Ha- 
desu zstępującą. Druga para, Winicyusz i Ligia, urocza jasno- 
włosa Słowianka, z królewien północnych, on, Rzymianin srogi, 
brutalny, z instynktami zwierzęcymi, nizkimi, nie umiejący, nie 
chcący się hamować; przeobraża się powoli pod wpływem nowej 
wiary; [opadają zeń te chuci, instynkty, i wraz z oblubienicą do 
nadziemskich dąży i tęskni przestworów, zrezygnowany, pokorny, 
miłosierny, bo sam miłosierdzia pragnący. 

Obok nich, cóż za galery a portretów, od Cezara, Poppei i Ti 
gellina aż do tłumów najniższych, katów i niewolników. Oto Ursus, 
oddany królewnie swego rodu, broniący jej, jak niedźwiedź roz- 
srożony, najpierw przed chuciami Winicyusza, potym przed kopy- 
tami żubra — w niesłychanym, nadludzkim wysiłku, od którego 
cyrk oniemiał, oddech się zaparł, bijące serce pierś rozpierało. 
Chrześcijanin Glaukus, korny, litościwy, z przebaczeniem na ustach, 
nawet gdy na sprawcę mąk okrutnych zwisając patrzy, lecz Cri- 
spus klnie i z krzyża matkobójcę i prześladowcę spółwy znawców. 
To znowu ów Grek, potworny w swej podłości, szpieg, donosi- 
ciel, wszystko wiedzący, złośliwy, tchórzliwy, opasły nikczemnik 
Chilon; odzywa się i w nim sumienie na widok owych nieszczę- 
snych; przypadnie do ziemi, posypując nią głowę, klnie Nerona, 
i z prześladowcy wyznawca i męczennik, chrzest na śmierć straszną 
przyjmuje. I tłoczą się obrazy ręki mistrzowskiej, coraz inne, kon- 
trastem swym coraz bardziej wzruszające, i nie wiesz, co podzi- 
wiać, czy barwne szczegóły, rysy plastyczne, mowy charaktery- 
styczne, typy przepyszne, czy wzniosłość idei, architektoniczną 
piękność całości. 

Z nadzwyczajną miłością i znawstwem wykończony właśnie 
świat gasnący, wdzięk i kultura antyku; Petroniusz i Eunice arty- 
stycznie bardziej pociągają, niż Winicyusz i Ligia. Sumienność 
historyka czy archeologa wprowadziła niektóre szczegóły zbytnie, 
jak już w trylogii ustępy wał czasem poeta uczonemu; protestan- 



- 387 - 

tów dotknęło boleśniej upośledzenie Pawła wobec Piotra. I myślał 
świat, źe nie opuści Sienkiewicz tak rychło tych czasów i dziejów, 
że znęcą go Mark Aureli czy Julian Apostata, że zapomni o swej 
Północy, o kraju Ligii i Ursusa. Ale Sienkiewicz nam zawsze nie- 
spodzianki gotował. 

Wrócił do swoich, i znęciły go czasy naszego szarego jedno- 
stajnego średniowiecza, nie urozmaiconego podaniami, literaturą, 
sztuką, niemego więc — lecz czyż autor nie czarnoksiężnikiem, co 
zaklętym moc słowa i ruchu przywróci? I nie zawahał się w wy- 
borze tematu: jeden, najdramatyczniejszy ustęp z dziejów od- 
wiecznych bojów między światem słowiańskim a germańskim, 
kiedy po jednej stronie ufność w dobrą sprawę, kipiączka sił 
młodych, gorące pragnienie odwetu, z chęcią nowych grabieży do 
boju stanęły, kiedy na polach grunwaldzkich kości, czyja lepsza, 
rzucano. I znowu wybrał autor postaci, o jakich dzieje nic nie 
wiedzą, a które nam dziś bardziej poufałe i blizkie, niż wszystkie 
rzeczywiste. 

Temat leżał długo odłogiem; genialny malarz uprzedził lite- 
raturę, gdzie chyba barwne dzieje Szajnochy o wielkim królu 
i większej królowej uczyły; powieść Kraszewskiego, mimo scen 
efektownych, nie zrobiła wrażenia. Trudności napotykał Sienkiewicz 
znaczne, inne, niż w utworach poprzednich. Dla trylogii miał 
wszystko w swych źródłach gotowe, mógł pełną ręką czerpać 
ze spółczesnych; czytał ich listy, mowy, kazania; miał ich por- 
trety, literackie i malarskie; miał gotowe »patrony«, wedle nich 
kozacy gniewy Tuhaj Beja przedrzeźniali, albo sentymentalny 
Szkot Krzysię ubóstwiał. Podobnie z »Quo Vadis«; o Petroniuszu 
mógł się z własnego jego dzieła, o każdym innym z tysiącznych 
źródeł pouczyć; Pasek i Horacy, Tacyt i kronikarze ukraińscy, apo- 
kalipsa i Morsztynowie byli źródłami. Teraz inaczej : sztywna łacina 
Długosza zakrywała linie polskie pod gęstymi składkami togi kla- 
sycznej, rzucała obce, nienaturalne światło na te posągi o średnio- 
wiecznej nieruchomości; brakło wszelkich źródeł w języku narodo- 
wym, pouczających o mowie i myśli ówczesnej. I te trudności 
przezwyciężył Sienkiewicz. 

Już w trylogii tryumfowało jego uzdolnienie językowe, zdol- 
ność wyrażania wszelkich cech i odcieni mowy ówczesnej, osią- 
gnięta samym szykiem słów, doborem stosownym, acz miernym, 

25* 



— 388 - 

słówek łacińskich, używaniem zwrotów i terminów dawnych. Naj- 
trafniejsza kombinacya zwróciła go teraz ku skarbom gwary ludo- 
wej, mianowicie zakopiańskiej, jaką oddawna w ustach Sabały po- 
dziwiał: przy nadzwyczajnym konserwatyzmie naszego języka 
mogła mu dzisiejsza gwara ludowa zastępy wać przeciętny typ języ- 
kowy około r. 1400. Tak powstał język, którym nasi w »Krzyźa- 
kach« rozmawiają. I ludzi tworzył autor na podobieństwo dawniej- 
szych, więc znowu przeważa, jak w trylogii i romansach spółcze- 
snych, sama szlachta; te jedynie Sienkiewicz przedstawia i wyraża, 
wyjątkowo po komparsów skądinąd sięga. Większego uwzględnienia 
domagało się teraz duchowieństwo średniowieczne; typów jego 
liczniejszych nie przedstawiał dotąd Sienkiewicz, w trylogii wystę- 
pywał tylko Kordecki w Częstochowie, natchniony i mistycznie 
w niebo wpatrzony; w innych jej częściach, może i ze szkodą 
dla prawdy historycznej, duchownych, jako to w bitwach i oblę- 
żeniach (prócz epizodycznego ks. Jaskulskiego, zerkającego w pro 
cesyi z muru na lichą pukaninę kozacką), nie wprowadzał. 

W » Krzyżakach « dopiero wystawił galeryę znamiennych od- 
cieni duchowieństwa średniowiecznego, od owego szlachcica opata, 
gwałtownego, hulaszczego, otoczonego wagantami i jigrcami, ufnego 
w siłę i zasoby, składnego raczej do miecza, niźli do brewiarza; 
przez ks. Wyszonka, pokornego sługę Bożego, cichego, gorliwego 
w nabożeństwie, stroniącego od zgiełku i zabaw, nie od ludzi, peł- 
niącego z przejęciem obowiązki kapłańskie; aż do soli ziemi naszej, 
do owego wizyonera i mistyka, Kaleba, płonącego w miłości nad- 
ziemskiej, przesłańca ks. Marka. 

Mieszczanie i chłopi występują znowu przygodnie; na pierw- 
szym planie rozpiera się szlachta polska, może nadto, jak na 
wiek XIV, wyłącznie. Ale znowu nie właściwi jej przedstawiciele, 
magnaci mało- i wielkopolscy, co Węgierkę, Loisównę, na tronie 
utrzymali i za Litwina wyswatali i Szkołę Główną dźwignąć po 
mogli, lecz ów drobiazg bezimienny, ci Gradowie i inni, niby 
przesłańcy późniejszych dopiero tłumów z Woli i rokoszów; mo- 
źnaby nawet pytać, czy takie wysunięcie owego drobiazgu na 
pierwszy plan -— dalecy śmy przecie od sejmikowania i warcholstwa 
późniejszego — nie narusza właściwej cechy tych czasów. Zato 
uchwycił autor nadzwyczaj trafnie znamienne rysy tej braci, jej 
głód ziemi i jej gotowość wojenną. Jesteśmy w samych począt- 






389 



kach owego dziejowego procesu, co rycerzów we włodarzów prze- 
mienił, szlachtę zbogacił a Polskę zubożył; głód ten przybiera 
osobliwsze formy: ziemi jeszcze podostatkiem, raczej brak rąk do 
karczunku i uprawy; nie sama ziemia, lecz chłop osiadły i nie- 
wolny bogactwo pańskie stanowią. I tą kolonizacyą i gospodarką 
skrzętną nabrzmiał sam romans, i słyszymy niemal ów stuk nieu- 
stanny siekier, przetrzebiających lasy odwieczne, gotujących nowe 
sadyby, nowe gniazda dla coraz rozrastających się »gniazdowiców«. 

Rodami szlacheckimi stoi ziemia, więc obok dbałości o gnia- 
zda czuwanie nad rodem, by nie wygasł i nie szczezł, czujność 
na poły pogańska, jakby przodkowie wymagali koniecznie od po- 
tomków pieczy grobowej, jakby wygaśnięcie rodu dopiero ich cał- 
kowicie umarzało. Stąd więc ta obawa Grada Maćka o Zbyszka, 
bo na jego głowie ród polega, i wymieniłby on swą siwą za tę 
młodą, jeśliby sędziowie dopuścili. Obok głodu ziemi i dbałości 
o ród, popycha i pobudza żądza sławy, poj mywanej bardzo mate- 
ryalnie, w formie sutego obłowu, czy to z drogich materyi i tka- 
nin i złota zachodnich kupców, czy to z rumaków, niewolników, 
broni, specyałów wschodnich. A z żądzą zdobyczy i sławy idzie 
nieodzownie w parze lekceważenie, pogarda śmierci: w przeddzień 
egzekucyi rozmawiają najspokojniej Zbyszek i Maciek; Maciek 
chwali się, że kupił nowe sukno, że nie spadnie głowa Zbyszkowa 
tam, gdzie już mieszczańska spoczęła, i dziękuje mu Zbyszek za 
tę delikatność! Więc do miecza skorzy, ale nie tylko w zwadzie 
karczemnej, jak to później bywało, lecz i na granicach przeciw 
wrogowi, i, gdy się miarka cierpliwości przebierze, rozbrzmi Pol- 
ska jednym »Na koń« od końca do końca, i ze stutysięcy ust 
»Bogurodzica-Dziewica« do nieba się wzniesie. 

I znowu, jak »Ogniem i Mieczem*, nie przedstawiają » Krzy- 
żacy « tylko zbioru anegdot, epizodów i awantur średniowiecznych, 
jakieby Walter Skot równie dobrze lub jeszcze lepiej, oparty 
o jeszcze głębsze studya archeologiczne, strzegący się anachro- 
nizmów jak ognia, opisał. Już sam tytuł nadaje całości tło i zna- 
czenie, wyższe od wszelkich indywidualnych, przemijających przy- 
gód; takiż gwałtowny podmuch epicki, jak w »Ogniem i Mieczem«, 
porywa i tu wszystkich i pędzi ku ostatecznemu kresowi. 

Osobistości historyczne występują tu jeszcze rzadziej i kró- 
cej, niż w trylogii: Jadwiga sama, jak wizya niebiańska, na ciem- 



- 390 - 

nym tle tumu gotyckiego; sztuka artysty polega właśnie na tym, 
źe w wyobraźni naszej, jak w Zbyszkowej, ta wizya się nie zatrze. 
I znowu imponuje nieskończony szereg postaci, tym razem bardziej 
jednostajnych, bez sprzeczności wszelkich, owych wielkich dzieci, 
ciekawych wszystkiego, co obce, jaskrawe, nowe, od powolnego, 
rozmyślnego, przebiegłego i nieubłaganego wkońcu Maćka aż do 
wybuchowego, nieposkromionego Zbyszka; do owego Juranda, 
właściwego bohatera duchowego tej epopei, z wrącego mściciela 
ciężkiej krzywdy, własnej i narodowej, przemieniającego się w apo- 
stoła miłości, utrącającego z rozkazu nieludzkiego mnicha -rycerza 
wzrok doczesny, aby nadziemski odzyskać i do Jerozolimy niebiań- 
skiej z padołu tego dążyć. 

Obok Juranda Danusia jego, poezya wcielona ziemi polskiej, 
mistyczna, powiewna; sama przyroda, zdaje się, opłakiwa jej zgon, 
i nie przeboleje jej Zbyszek; aleśmy nie w wieku sentymentów, 
więc nie traci rubaszniejsza Jagienka, nie cofając się przed ni- 
czym — przecież spółcześnie i kobietę-zbója powieszono, mimo płci 
i rodu szlachetnego — nadziei, źe wróci go ziemi i zdobędzie jego 
serce — przez zmysły. Epizodów olśniewających, jak orgie Nero- 
nowe albo pożar Rzymu w »Quo Vadis«, nie mają » Krzyżacy «: 
ani czasy ani ludzie, ubodzy na duchu, silni na ciele, ani szare 
i ciemne strony północne po temu; nie zatrą się jednak w pamięci 
liczne sceny, pełne życia. 

I stanął Sienkiewicz u szczytu chwały, ulubieniec narodu, wdzięcz- 
nego za pokrzepianie serc, za roztaczanie wielkich obrazów chwały 
narodowej, za służbę obywatelską. Matejko prozy naszej dotarł do 
najdalszych, najbardziej zapomnianych kresów, na Śląsku nawet 
i w Prusiech, i w budzeniu ducha narodowego nowe pozyskał za 
sługi. Zasługi artysty uznała wdzięcznie i zagranica (akademia 
Nobela). 

Wyżej czy dalej jednak Sienkiewicz już nie postąpił. Narzu- 
cono mu, wymuszono na nim jeszcze jedne powieść — chwałę, 
Odsiecz wiedeńską; ale jak w historyi czyn sam mało owocował, 
niewdzięcznością, nieuznaniem spłacony, podobnie i w dziejach 
sztuki nigdzie się trwale nie zapisał, nawet nie w twórczości Ma- 
tejki. Zaczął Sienkiewicz nową trylogię, »Na Polu Chwały«; lecz 
dotąd tylko pierwszy jej epizod wykonał — króla już w Krakowie 
żegnamy, w pochodzie samym nie uczestniczymy. Wrażenia silniej- 



— 391 - 

szego już nie wywołał; ludzie i czasy powtarzały się z pierwszej 
trylogii, nie zyskały nic w tym powtarzaniu. Są sceny efektowne, 
ręką mistrzowską skreślone, z dawnym rozmachem; całość nie 
przykuwa wyobraźni; na bohaterów jej obojętniej spoglądamy; ani 
Quasimodo szlachecki ani polski Don Kiszot prawdziwego zajęcia 
nie obudzili. Podziwiamy łatwość tworzenia, bujność imaginacyi, 
wprawę w wikłaniu i rozwikłaniu sytuacyi, język niezrównany, ale 
nie odczuwamy ciepła serdecznego w kreacyach, owego porywa- 
jącego wichru dziejowego; bardziej obojętni, przyglądamy się spo- 
kojni malowniczym obrazkom, jakie kunszt autorski roztacza. Więk- 
szy rozgłos, niż powieść owa, budziły wystąpienia autora publiczne 
w sprawach publicznych, szczęśliwe i mniej szczęśliwe; jubileusz 
jego pracy autorskiej był największym jego tryumfem: w tym 
chórze uwielbienia nie było rozdźwięku. 

Dał się jednak niebawem usłyszeć; podnosiła go nie sama 
zawiść zawodowa; odzywały się w młodszym pokoleniu literackim 
i głosy krytyczne, chociaż przygłuszały je coraz namiętniejsze 
(jak to u nas!) i coraz niesprawiedliwsze zaczepki: gniewały »szla- 
checkość«, konserwatyzm, religijność, optymizm, powierzchowność, 
płytkość i chciano na gwałt obniżyć wielkiego pisarza, niewygo 
dnego, bo protestującego i czynem, własną twórczością, i słowem, 
przeciw jednostronności nowej sztuki, przeciw »rui i porubstwu«. 
Herostraci krytyczni obudzili w publiczności niesmak; autora, co 
zbytnie im znaczenie przypisywał, zniechęcili do dalszej pracy 
twórczej; jak u nas stale bywa, najniewinniejszy, tym razem lite- 
ratura, najwięcej ucierpiał 



ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY. 
P E Z Y A. 



Wyczerpanie chwilowe poezyi. Epigonowie romantyzmu: Sowiński, Asnyk, Faleński, 
Gliński, Marya Konopnicka. Nowy przypływ fali poetyckiej, modernistycznej: Tetmajer, 

Kasprowicz, Staff. 

Zdawało się jakiś czas istotnie, że ziszczą się przepowiednie 
Korzeniowskiego, że wylew powieściowy zatopi całkiem niwy lite- 
rackie. Najrychlej i najbardziej odczuła to poezya, nie tylko u nas, 
chociaż właśnie u nas sprzeczność między romantyzującą przeszło- 
ścią a »trzeźwą« czy wytrzeźwioną teraźniejszością najbardziej 
rażąco wystąpiła. Pora poetycka, rozmarzona, uszła w dal wieków; 
w stuleciu pary i węgla, nauk przyrodniczych i społecznych, matę 
ryalizmu i walk ekonomicznych (gdy dawniej umierali ludzie z głodu 
cierpliwie i przykładnie), rozwiewały się ułudy, burzyły ołtarze poe- 
zyi. Teraz bojowano nie w imię hasł romantycznych, lecz w imię 
»pracy organicznej « od podwalin; jeżeli uznawano poezyę, to chyba 
tendencyjną, zwalczającą przesądy, broniącą wydziedziczonych, sze 
rżącą kult światła i prawdy, druzgocącą dawne powagi. Huk mło- 
tów, świst pary i zgrzyty niezadowolenia zagłuszały poezyę; zda 
wało się, że niebawem zatrzasną się podwoje sztuki za ostatnim 
poetą. 

Naszą specyalnością było jeszcze domowe, polityczne ban- 
kructwo romantyzmu, okupienie strasznymi zawodami i ofiarami 
niewczesnego porywania się z motyką na słońce. Jeźeliśmy nie 
mieli we własnej krwi spłynąć ostatecznie, należało spojrzeć w oczy 
rzeczywistości, nie bujać chimerycznie; leczyć rany; wybrnąć z za- 



- 393 — 

cofania; ratować, utrzymywać dla lepszej przyszłości, co pozostało. 
I nie chciała już młodzież powtarzać hasł ody romantycznej ani 
chciała słyszeć o kulcie piękna, sztuki, ideału estetycznego; szy 
dziła nielitościwie z spóźnionej romantyczności. W słynnym arty- 
kule (»Przeglądu Tygodniowego« z r. 1867), »Groch na ścianę*, 
wydrwiła »czułych śpiewaków róży, makolągwy i gila, karmiących 
się lazurem i esencyą lilio wą«, potępiła w artykule ks. Krupiń- 
skiego (popularyzatora Comtek), » Romantyzm i jego skutki«. Po- 
zytywiści, jak Asnyk śpiewał, »przypasali miecz Darwina, mściwi, 
groźni i zajadli, i do gaju Apollina na drzemiących wieszczów 
wpadli « i tryumfowali, że odtąd »poezya zdradziecka umysłów wy- 
trzeźwionych oczadzać nie będzie«, i ludzkość »nie będzie roiła 
o cudach dziwacznie «. Było też to dwudziestolecie najjałowszym 
dla poezyi, uprawianej po dawnemu; nie znajdywała po prostu 
słuchaczów; wiersze liryczne ukazywały się chyba po czasopi- 
smach, z osobnymi zbiorami mało kto występywał. Lecz nie 
umarła poezya, przetrwała mrok zwątpień i świeżym ogniem wy- 
buchła. 

Prawdziwe talenty nie zrażały się zresztą nigdy obojętnością 
powszechną, tacy epigonowie romantyzmu, jak Sowiński, Faleński 
i Asnyk, co zawód poetycki jeszcze przed r. 1863 pozaczynali. 
Najmniej między nimi był zrównoważony, najbardziej romantycz- 
ność rozwichrzoną przypominał Podolanin, Leonard Sowiński, de- 
mokrata z urodzenia i przekonań, jak niegdyś Goszczyński, chłopo- 
man, jak jego koledzy kijowscy, wielki czciciel Tarasa Szewczenki 
(tłumacz jego »Hajdamaków«), silny i namiętny. Zaczął od wyśpię 
wywania wrażeń odmiennych, z podróży włoskiej, od dzieł sztuki 
chrześcijańskiej; od >Widziadł« o ciernistym zawodzie poety; od 
» Satyry «, potępiającej zepsucie, zarozumiałość rozumu i wiedzy, 
materyalizm, ale potępiającej w słowach gwałtownych i opieszałe 
sługi kościoła (» Kurzawo brudna Bożego domu, oprawcy ducha !«), 
w imię krzyża, poświęcenia i wcielania królestwa Bożego w czyny. 
Sile nawoływań nie odpowiadała plastyka wykonania; raziło to 
szczególniej w »Satyrze«, rozprawiającej się z bohaterami myśli, 
Hoene Wrońskim; sztuki, Michałem Aniołem; czynu, Napoleonem, 
półbogiem w wyobraźni, nędznym w swych natchnieniach kaino- 
wych; gardzącej tym bardziej kapłanami, których dziełem » pustki 
w gruzach sterczącej wiary i społeczeństwa skrzepłe sumienie «, 



— 394 - 

i poetami, pasącymi się dymem hołdów; przeciwstawiała im kor- 
nych sług piękna, owego Fra Angelico, lub owego bohatera, co 
»piersią własną, w sukmanę strojną, miłością ludu kmiecego zbrojną«, 
przykrył rodzinne progi. Bezwzględniej, niż w tej »Satyrze«, na- 
tchniętej przecież ideałem chrześcijańsko - społecznym, dążącej do 
»szczytności«, rozprawiał się poeta w »Fragmencie Powieści « z ko- 
bietą i miłością, oskarżając je, ilu to » nadziejami wielkich za 
młodu« znieprawiły i złamały; spowiedź to osobista, namiętna więc 
i wybuchowa, pisana krwią i łzami. 

Sowiński, targany niepokojem, płynącym z niezadowolenia 
sobą i ludźmi, próbował sił na wszystkich polach; najcenniejszą 
rzecz stworzył w dramacie »Na Ukrainie«, z wichury r. 1863, wy- 
danym r. 1873. Pofolgował tu nienawiści przeciw »panom« (przecież 
i znany wiersz o »psubratach arystokratach « jest jego słowa), wy- 
stawił tu rozmaite typy, trwożliwych, nieopatrznych, jeśli nie gor- 
szych; dalej antypatye społeczne, szczególniej w »Prologu« do 
tego dramatu, rozgrywającym się o dwadzieścia lat wcześniej, 
mieszczącym straszne dzieje i wyrzuty straszniejsze; antypatye 
narodowe, antagonizm między Polakami a Rusinami; szlachetne 
tendencye młodzieży z jednej i drugiej strony; zakorzeniałość prze- 
sądów, kastowości, nieufności wzajemnej u starszych; łatwość pod- 
dawania się podszeptom obcych lub własnej wygody; lekkomyśl- 
ność, ale i rzetelne poświęcanie siebie samego, a oddał to wszystko 
z wielkim temperamentem. Nie całość dramatyczna to, lecz luźne 
sceny, nieraz bardzo silne i piękne; język zbyt jednostajny, autor- 
ski, nie charakterystyczny; sama świeżość tematu, wstrząsający 
epilog, wymowa gwałtowna i tendencya szlachetna, a przytym silny 
zmysł krytyczny, którego żadne frazesy i hasła przeciw rażącej 
prawdzie nie otumania, wznoszą ten dramat wysoko, i mimo braku 
prawdziwej sceniczności (co się i przy wystawieniu w Krakowie 
okazało), sztuka wzrusza głęboko. 

Nie on jedyny na tym polu tworzył, a chociaż ołówkowi 
Grottgera moc słowa polskiego dotąd nie dorównała, mamy o tym 
i wiersze, epiczne, Aurelego Urbańskiego; próby dramatyczne, sym 
boliczne i nie symboliczne, miejscami naiwne, ale o rwącej sile, 
Rusina, Pereświta, talentu lirycznego, wprowadzonego świeżo i cał 
kowicie do literatury polskiej, z iście ukraińskim smętkiem, a na- 
miętnością; były również powieści, od Bolesławity aż do »Maskoffa«; 









395 



ale Sowiński najpierw, a na swej ograniczonej scenie i najpełniej 
wystąpił, wszystkie momenty najsprawiedliwiej ocenił, złudzeń ża- 
dnych nie żywił. 

Mniej wiodło się mu w epice, w »Grafie Jaroszu« o miłost- 
kach pańskich, i w »Praźniku«, obrazku ludowym o kolorycie lo- 
kalnym, podolskim; obszerny romans prozą, »Na rozstajnych dro 
gach« (1886) zaciekawiał sylwetkami osób, jakby żywcem z pa- 
miętników Bobrowskiego wyjętych, księżną »Brykabrak«, bijącą 
się z córką, grafem - kozakiem Petruchą, ekspedagogiem i kutwą 
Czubem, parami niedobranymi, ale osoby główne i dalszy wątek 
romansu (na włoskiej ziemi) naiwną melodramatycznością zrażają — 
dziwne, jak na Sowińskiego, potępienie agitatora Horna, odruch 
może własnego krytycznego zmysłu. 

Do sarkań na materyalizm nowoczesny wracał w lirycznych 
wierszach, zwątpiałych, gorzkich, we »Fragmentach Satyrycznych « 
przeciw wiekowi naszemu, co zostawi po sobie »stos węgli, ' mar- 
twych ksiąg i kłamstwa nowy krój i wielki grób w ostygłym po- 
tomności łonie«; napaści jego na miałką, bezduszną, pozorną naukę 
mogli pozytywiści warszawscy na swój karb przenosić. Ale gorycz 
i zwątpienie nie wystudziły w nim wiary; i on się do stóp krzyża 
rzucał i ku szczytom sumienia lot pieśni skrzydlatej zwracał. Tem- 
perament, siła, aż do szorstkości, były; brakowało prostoty, har- 
monii, rzewności, a ponieważ czasy poezyi nie sprzyjały, mijała 
i jego bez wrażenia i uznania — niedoceniano go, a raczej nieo- 
ceniono wcale % 

Równy niemal los przypadł w udziale Felicyanowi Faleń- 
skiemu, chociaż większa sprzeczność dwu poetów dzielić nie może: 
wielki artyzm, temperament spokojny, sceptycyzm pogodny, coś 
z ducha antyku, odznaczają Nestora poetów warszawskich, dale- 
kiego od burzliwości, namiętności i sarkazmów Sowińskiego. Zna 
on i podziwia Kochanowskiego i Szarzyńskiego i w ślad za nimi 
»sobie śpiewa, nie komu« i wyróżnia się od »nieznacznego« (banał 
nego) tłumu. Gdy Sowiński zawsze sobą zostaje, wciela się Faleń- 
ski z lubością we wszelkie możliwe typy poetyckie, naśladuje 
i tłumaczy z nieporównaną łatwością Petrarkę i Wiktora Hugo, 



x ) Jego obszerny »Rys dziejów literatury polskiej* jest kompilacyą, pouczającą 
tylko tam, gdzie mówi o spółczesnych. 



— 396 — 

Dantego i »Stary Testament«; Orlanda (wyjątkami) literaturze przy- 
swajał, igrając z trudnościami włoskiej oktawy (dla Polaka), tra- 
fiając w ton rycersko -awanturniczo -drwiący oryginału. 

Taka sama wielostronność wzorów i wpływów cechuje jego 
dramaty, nie dla scenicznych efektów układane, nie wymaganiom 
etycznym hołdujące, psychologiczne zato, o wytwornym dyalogu, 
wzorujące się i na Szekspirze i na Kalderonie, lecz chłodne i reto- 
ryczne; tendencyi, przystosowania do potrzeb chwili bieżącej uni- 
kał, jak wszędzie, tak i tutaj, i tym na wielką niełaskę u pozyty- 
wistów zasłużył; w jednym z tych dramatów, nie najlepszym, 
»Królowa«, poświęca siebie i swe uczucia dla sprawy wiary i ojczy- 
zny Jadwiga, zaślubiająca Jagiełłę. Tym samym artystą wytwornym, 
panującym nad własnym wzruszeniem, unikającym pospolitości 
nie mniej, jak patetyczności, władającym świetnie słowem i rymem 
i popisującym się nim nawet w zwalczaniu wszelkich trudności, 
jest Faleński w zbiorkach swoich poezyi, wychodzących pod róż- 
nymi tytułami, ze znacznymi przerwami czasu, od pierwszego, od 
»Kwiatów i kolców« jeszcze z r. 1856, odpowiadających coraz 
wyższym wymaganiom estetycznym autora. Stronienie od senty- 
mentalności, od wszelkiej uczuciowości wyradza się u niego w pe- 
wien chłód: przeważa refleksyjność, porwać czy olśnić czytelnika 
poeta nie zdoła. Istny Proteusz poetycki, w nowelli humorystycznej 
i w farsach scenicznych największe sukcesy u tłumu odnosił; cie- 
kawe jego dramaty fantastyczne, ironią i humorem zaprawne (coś 
niby polski Faust, ale części drugiej), uznania nie znalazły. 

Popularnością i sławą cieszył się, między wszystkimi poe- 
tami jedyny, EL.y (Adam Asnyk); i jego wykoleiły wypadki r. 1864 
i zżył on się odtąd z Krakowem i w liberalnej jego publicystyce 
wytrwale pracował. Epigon romantyzmu, przejął się żywo Słowac- 
kim, którego kult właśnie między młodzieżą po raz pierwszy silnie 
się szerzył, Słowackim-satyrykiem z »Grobu Agamemnona« i misty- 
kiem, o czym jego »Sen Grobów«, pełen sprzeczności i niejasności, 
naj wymowniej świadczy. Później przeważały tony dowcipne i scep- 
tyczne, od Heinego i Musseta nawiane; one to, niby dla tenden- 
cyi, drwiącej z uczuć i miłości, największą mu zjednały wziętoś< 
Drażliwie czułej duszy-mimozie poety właśnie one najmniej odp( 
wiadały; wesołość ich ukrywała smutek, płynący z wewnętrznegc 
rozdarcia, z sprzeczności jawnej między marzeniem - ideałem a rz( 



- 397 — 

czywistością, przybierającej coraz ostrzejsze kształty, gdy mate- 
ryalizm ideom i ideałom hardo urągał, a myśliciel - poeta ani od- 
wagi, ani woli nie miał, by mu czoło stawić. 

Marzyciel łagodny ukojenia, a raczej złagodzenia tego smutku 
i rozterku doznał dopiero na łonie przyrody; i wyśpiewał poeta 
osobliwszy urok Tatr, odczuł całą potęgę ich ogromu i grozy, 
nocy przepaści i odmętu rozpasanych żywiołów; pojęcie ewolucyi 
doprowadziło go do panteizmu, do zlewania się z przyrodą, do 
zapominania o swym odosobnieniu, o swej bezsilności. Więc po- 
żegnał Asnyk satyryczne i mistyczne dźwięki, roztoczył obrazy 
przyrody, ale się w niej nie rozpłynął; znalazłszy opokę pod no 
gami, schodzi z pod Wysokiej między ludzi i lud i nowe cele, 
uspołecznienia narodu, szerzenia światła i prawdy, poezyi wymierzał. 
Nimi to i filozoficznością swojej poezyi odróżnia się Asnyk najzna- 
mienniej od Faleńskiego, dzieląc z nim czar słowa i kunsztowność 
formy; unika pospolitości; głęboka rzewność, uczuciowość, wyschłe 
niemal u Faleńskiego, biją żywym zdrojem u Asnyka. One to 
sprawiają, że nie gubi się w abstrakcyach ewolucyjnych i filozo- 
ficznych, że odczuwa silnie, co go z własną ziemią i bracią wiąże, 
gdyż każdy na własnej tylko niwie zakwita silnie i szczęśliwie, 
tam tylko »kształt i barwę właściwą przybiera, na czas dojrzewa 
i na czas umiera«. 

Liryk czarujący formą, imponujący poważną, głęboką myślą, 
coraz wyżej ku światłu dążący, większych kompozycyi nie stwo 
rzył, chociaż i w dramacie, jak Faleński, nie z wiele większym 
powodzeniem, sił próbował. Fars nie pisał; komedyjka »Gałązka 
heliotropu« zato szczerym się wdziękiem odznacza, lecz po wyższe 
wawrzyny sięgał, tragedyi historycznej, w »Cola Rienzi« (prozą), 
w »Kiejstucie« (wierszami; jest to historya Wallenroda, syna Kiej 
stutowego, na pierwszym etapie » zdrady «, jeszcze mniej fortunnej, 
niż późniejsza mistrza wielkiego), i w innych. Deklamacya piękna, 
tendencye szlachetne ratują te utwory; autor unikał wszystkiego, 
co poziome i brudne, więc nawet • Przyjaciół Hioba « pogodnie 
zakończył: artysta, przeciw któremu świat i przyjaciele się sprzy 
sięgli i własna, kochająca żona ostyga, zdobywa napowrót i mi- 
łość żony i oklaski świata (w rzeczywistości takiemu Grabbemu 
np. toż samo nie powiodło się wcale). Społeczną stworzył kome- 
dyę w »Braciach Lerche«, w dziejach rodziny niemieckiej na ziemi 



- 398 - 

wielkopolskiej, gdzie w walce narodowościowej staje Stefan Lerche 
po stronie uciemiężonych, gdyż nie zechce do ciemięzców należeć 
i sprawie służy, która przykuwa cierpieniem swym miłość jego; 
szlachetność jest wybitną cechą i bohaterów i autora. 

Nie wojownicza to natura, — złamało ją życie; co ukochał, 
co tyle czcił, zdeptane w pyle padło bez sił; rozpacz i hańbę wi- 
dząc po drodze, stanął w trwodze, widział klęski duchów i ciał, 
więc obłąkany boleścią chodzi we łzach i trwodze i nie wie teraz, 
w co wierzyć ma, jak dzień swój przeżyć w ciemności sam. Odzy- 
wają się więc i tony ironii dotkliwej na lutni jego: potrzeba śmiać 
się narówno z wami, wszystko szlachetne zdeptać, sponiewierać, 
potrzeba śmiać się, śmiać się i umierać; lecz nie ugrzązł ani za- 
stygł w tej ironii, gdyż hasłem jego, wbrew naszym pesymistom, 
było: trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe. Więc 
tylko mimochodem pieśń jego gromem wstydu obojętnych pali, 
że, w nikczemności pędząc żywot marny, płazowe szczęście, nie 
wielkość, obrali i jałmużną pogardy płaci ich rodowi, szczęsnemu, 
cierpliwemu i karnemu; uczy zato stałości (miejmy odwagę, nie tę 
jednodniową, tchnącą szałem); nie każe zrywać — wobec pozyty- 
wistów na nieśmiały protest się zdobywając — z ideałami, z ołta- 
rzami przeszłości, którym winniśmy cześć: 

Przestańmy własną pieścić się boleścią, 
Przestańmy ciągłym lamentem się poić: 
Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią... 
Lecz nie przestańmy czcić świętości swoje 
I przechowywać ideałów czystość. 

I cicha, smutna rezygnacya kryje się pod jego wierszami; 
lecz spokój i równowaga jego są pozorne raczej, i napróźno je 
w nas iw siebie wmawia, duch nie z tego świata; zbyt łatwo 
znowu zapominamy my o złotych jego słowach, »nie marzmy 
o łatwym cudzie «, o życzeniach jego »rozumu, niezgiętej woli, 
prawdziwej duchowej siły i serc czystości — i z naszej skromnej 
mogiły dzieci się będą uczyły, jak żyć w przyszłości «. Nie na 
spółczesne, na następne dopiero pokolenie wywarł Asnyk wpływ 
wielki; ono naśladuje kunsztowną formę i przejmuje się jego ideami; 
bądźcobądź przedstawia on najwyższe artystyczne wcielenie epoki 
pozytywistycznej. 



- 399 - 

Ptaków małego lotu, to onieśmielonych szyderstwem pozy- 
tywistów, to zrywających się do pieśni na ich nutę, sławiąc pracę, 
postęp i wiedzę, było w tych latach wiele, najrozmaitszych, z mia- 
sta (Ordon-Szancer i Miron-Michaux) i ze wsi (Marya Bartusówna, 
nauczycielka ludowa), studentów i synów obywatelskich, i próbo- 
wali oni tonów najrozmaitszych, lirycznych i satyrycznych (w tonie 
Heinego i Musseta, szczególniej Miron), epicznych i dramatycz- 
nych; naśladowali przeważnie, nieudolnie, Słowackiego, jak roz- 
wichrzony romantycznie Buława (Władysław Tarnowski w »Poe- 
zyach Studenta«), wcześnie zgasły Maryan Kochanowski (w »Po- 
śmiertnych i Ostatnich Poezyach«), Bogumił Aspis, wyższy od nich 
sztuką, próbujący sił na najrozmaitszych polach; Karol Świdziński, 
poeta tendencyjny, jak Bolesław Czerwieński, autor »Czerwonego 
Sztandaru «, i inni. Nawracano i na dawne tory, choćby gawędziar- 
skie, np. Stefan z Opatówka — Giller — w »Krótkim curriculum 
vitae Matyasza, co zwań był Kobeźnikiem«. 

Kuszono się nawet o odtworzenie i połączenie w sztuczną 
całość baśni ludowych: Wojciech Dzieduszycki, filozof - estetyk, 
badacz dziejów pierwotnych (jako geograf i archeolog), działacz 
polityczny i mówca znakomity, obszerną, bo dwutomową »Baśń 
nad baśniami* ułożył, gdzie w dwunastu pieśniach bajeczne dzieje 
kilku pokoleń, niby Kraszewski w »Anafielasie«, wyśpiewał, czer- 
piąc treść, o babie Jadze i jej pasierbach, o Żywię i synu Piaście, 
o Lechu i Czechu morskim, z pseudopodań i pseudobajek (Gliń- 
skiego). I nie brak takich pseudoepopej, prasłowiańskich nawet 
albo historycznych, » Borys* Julii Terpiłowskiej albo »Kniaziowie 
Różyńscy« Bronisława Komorowskiego, i ciągną się one do na- 
szych dni, pojawiając się nieraz po wielu latach dopiero, np. Lu- 
mira »Gwiazda Wschodu*, »poema dramatyczne słowianopolskie«> 
poświęcone »Polakom, Czechom, Rusom i wszystkim braciom sło 
wiańskim«, wystawiające walkę rodzimego pogaństwa z napierającą 
falą chrześcijańsko -germańską, którego drukowanie jeszcze Kra- 
szewski odradzał. 

Z nierównie większą pewnością mógł wiersz epiczny liczyć 
na powodzenie, jeśli się z satyrą i ironią łączył. I pojawili się saty- 
rycy z powołania; pisma humorystyczne, polityczne, jak lwowskie 
»Szczutek« i »Śmigus«, krakowski »Dyabeł«; niepolityczne, jak 
»Kolce« i »Mucha«, warszawskie (z nieporównanym ilustratorem 



- 400 - 

Kostrzewskim), satyryków-humorystów i potrzebowały i płodziły; 
jeden z nich, Liberat Zajączkowski (od »Szczutka«) przeniósł się 
do Wiednia i jego humory styki bardzo podkasałej. 

Najwybitniejszymi humorystami w wierszu (proza liczyła zna- 
komitszych) byli Rodoć (M. Biernacki), Włodzimierz Stebelski (Ru- 
sin) i Włodzimierz Zagórski, Lwowianie, tragiczną śmiercią, samo- 
bójstwem, czy w szpitalach warszawskich życie kończący. Rodoć 
celował w fejletonach humorystycznych, listach wierszowanych, 
charakterystykach filistrów (Pan Karol), lecz z latami ubywało mu 
werwy i zacięcia; do późniejszych wydań swych pism nie włączał 
nawet najjadowitszych wycieczek przeciw klerykałom i konserwa- 
tystom; uczuciowość ukrywana wybuchała i w lirykach, przejściom 
osobistym poświęconych. Stebelski wiecznie niedolą gnany i od 
niej złamany, wzorował się niby na Berwińskim jeszcze i* »Don 
Żuanie« poznańskim; powieść jego o artyście — nieudałym aman- 
cie, w tym tonie utrzymana. Zagórski - Chochlik, jeden z filarów 
Szczutka i jego typów (Goga, Gogątek i innych), nie tylko Florci 
(Ziemiałkowskiego) i Koło polskie zwalczał, lecz z lwowskiego 
bruku barwne a żywe opowiadania czerpał, z satyrycznymi ten- 
dencyami (» Pamiętniki starego parasola «; » Wilcze plemię« i inne — 
potym w nowellach z mniejszym powodzeniem sił próbował); 
później filozoficzno pesymistyczne nastroje w pieśniach »Króla 
Salomona« wyrażał, w namiętność »Pieśni nad Pieśniami« z gory- 
czy »Koheletu« czy Eklezyastesa bardzo nagle i niespodzianie 
wpadając; nie musiał ten pesymizm być tak straszny, skoro głos 
niewieści rozwiać go mógł. I rozkoszuje jego Salomon w szale 
zmysłowym, ale i w nim nie ginie: drogę do Boga znachodzi 
w tęsknocie do Niego, najpiękniejszym hymnie, jaki się z pióra 
liryka wylał. »Król Salomon « z oboma tonami, pesymizmu i zmy- 
słowości, i z owym wspaniałym hymnem »Tęsknoty«, to najznacz- 
niejsze Zagórskiego dzieło; nie dorównają mu ani liryki jego ani 
transskrypcye ballad burszowskich Scheffela i innych Niemców. 
Był to mistrz słowa i formy, mianowicie sonetem władał znako- 
micie i w sonecie też jego budowę określił; zajmywały go nawet 
głębokie, muzykalno rytmiczne studya nad wersyfikacyą polską. 

Wszystkich spółczesnych poetów, młodszych i starszych, za- 
ćmił największy talent poetycki drugiej połowy XIX wieku, Marya 
Konopnicka. Nie odrazu weszła ona na drogę właściwą; i ją znę 



- 401 - 

ciły syrenie dźwięki pozytywizmu, i ona tendencyi hołdowała 
i sztukę - deklamacyę do wymagań aktualności stosowała. W pierw- 
szych występach poetyckich raziło i romantyczne naśladownictwo 
Słowackiego i służba hasłom nowym, i zdawało się jej, że »pieśń 
nasza — to ludów wrzawa, huk młotów i turkot maszyn, nie ta 
łzawa słodka melodya niebieskich ptaszyn«, a modlitwa nasza »to 
nie to mgliste, tęskne za lepszym światem wzdychanie — to wie- 
kuiste, łączne miłości z wiedzą działanie« (coś niby »romans dwuch 
komórek, w pacierzowym tkwiących rdzeniu«). Lecz już w tych 
pierwszych jej występach było i coś więcej nad hasła i tenden- 
cye: ona miała serce i patrzyła w serce, i pieśń jej, chodząc po 
ziemi i łzy zbierając, zawsze leciała skrzydłami drżącymi, gdzie 
duch omdlewa i tęskni i płacze, kędy niedola zasiada u progu i nie 
czczym frazesem zostało jej godło: 

Nie wam, słowiki, wtórzyć przychodzę, 

Nie z tobą, różo, kwitnąć przy drodze, 

Którą przemija smutnych tysiące, 

Niesionych burzą od wieku; 

Nie z tobą w blaskach budzić się, słońce, 

Co świecisz równie cicho i jasno, 

Czy duchy płoną, czy w walce gasną — 

Lecz z tobą płakać, człowieku! 

Ta głęboka sympatya dla niedoli ludzkiej — jeszcze po wielu 
latach odczuła ona rzewny głos Ady Negri i spolszczyła cudow- 
nym wierszem jej Niedolę - Burzę (r. 1901) — i dziwnie czułe przy- 
wiązanie do ziemi rodzinnej, do krain, »kędy na dnie progu świt 
we łzach cały, długo wyprasza się Bogu, by mu patrzeć nie kazał 
na stary ból świata« — niby daleki odgłos Brodzińskiego — rychło 
ją wzniosły. nad pozytywizm i tendencye; nie darmoż fale poezyi 
jej potrąciły pierwsze wrażenia z przyrody ojczystej, jakie w Ta- 
trach odniosła. 

Na razie cofnęły się te obrazy wobec retorycznych wierszów 
»Do Kobiety« i »Do Braci«, wobec miękkiego zwątpienia i kobieco- 
tkliwego bólu, wobec dręczących pytań » Dlaczego i Czemu «, roz- 
sadzających jej pierś, wstrząsających błękity swym protestem, 
i coraz skarżyła się ona, nie za siebie, ale za te » twarze blade 
i serca złamane, i w każdej ludzkiej piersi jakąś ranę i w każdym 

DZIEJE LITERATURY POLSKIEJ T. II, 26 



— 402 — 

oku jakąś łzę tajemną« i latała ona, »jako ptak zraniony, nizko 
nad ziemią tą, co w bolach kona«, a jeżeli się wzniosła, to z no- 
wym wyrzutem: 

O Panie, przebacz mi, tyś Bóg, tyś wielki... 
Łzy ludzkie cóż są? — ach, rosy kropelki, 
A przecież wszystkie masz je policzone... 
Co? policzone? — co? i ; — nieotarte? 

Lecz ani się gubiła poetka w tych » naiwnych rekryminacyach«, 
jakie jej krytyka zachowawcza wyrzucała, ani zaciągała się osta- 
tecznie pod chorągiew coraz modniejszą pesymizmu, i dziwną była 
jej wiara niezłomna, uparta, że ludzkość »znajdzie prawdę i Boga«, 
to przekonanie, że z »z ciemnic więzienia, ze stosów męczeństwa 
myśl ulatuje żywą i skrzydlatą, by śpiewać hymny zwycięstwa«. 

W programowych niby jej wierszach, zapełniających pierwsze 
serye jej poezyi (z r. 1881 i 1883), było jeszcze nadto sztuczności, 
napuszonych tyrad i frazesów; większa nierównie prostota, niewy- 
muszona, głęboka a rzewna, przemawiała już z ówczesnych jej 
pieśni ludowych, z cyklów »Z łąk i pól«, »Na fujarce«, »Łzy i pie- 
śnią gdzie ujrzały oczy poetki »lud nasz posępny i cichy i nędzne 
chaty «; ona » rodzinnych swoich pól zna wymowę — łzy i ból«. 
I tu nie brakło przecież owych nawoływań i owej dydaktyczno - 
ści: uściskiem bratnim przyciągnijmy blizko pierś ludu skrzepłą; 
owych skarg, że nic »sennych chat, gdzie lud, gdzie brat, rozbu- 
dzić nie może«; owych zwątpień: a kiedyż my doczekamy takiej 
zorzy, takiej doli, że nam wzejdą złote kłosy na tej naszej czar- 
nej roli? 

Tak tworzyła szereg »Obrazków« z czarnej doli chłopskiej: 
Wolnego Najmitę, któremu wolno, gdzie chce — z głodu umie- 
rać; pytała, Co pocznie nędzarka, podrzucająca niemowlę; Czy zgi- 
nie dziewczę wiejskie na bruku miejskim; pytała, O bracia, czy 
w was wcale niema winy, że słonka Jaś nie doczekał; uczyła, że 
nie Przed sądem, ale do szkoły stawać dzieciakowi, jeśli nie ma 
zbłądzić i t. d. 

U Syrokomli (prócz » Lalki*), u Lenartowicza, nie było jeszcze 
takich » Obrazków « z takim zgrzytem i dysonansem, z aktem obwi- 
nienia przeciw społeczeństwu; dopiero teraz różowe ułudy sielanki 
wiejskiej rozwiały się na zawsze; nie wesołeź to » Obrazki « z na- 






— 403 — 

szej wsi wesołej, wsi szczęśliwej. Wrażenie psuje tylko ta zbyt 
natrętna, zbyt widoczna tendencya; ale pozbędzie się rychło tej 
domieszki niepoetycznej poetka, szybując coraz wyżej i coraz 
wzniosłej. Również nie udawały się próby dramatyczne, jeśli miano 
takie dyalogowanym fragmentom »Z przeszłości «, o różnych ofia 
rach ciemności, przesądu i gwałtu, nadawać wolno. 

W trzeciej seryi »Poezyi« (z r. 1887), mieszczącej i świetne 
przekłady z Heinego, Heysego i innych poetów, najpiękniejsze, 
najrzewniejsze tony znowu z fujarki sielskiej się dobyły, czy 
w »Dzwonach«, co chłopskim trumnom w drogę żałosną dzwonią, 
czy » kiedy mi przyjdzie zagrać w polu dziewczynie, da! dana!«, 
czy w onej niezrównanej pieśni o tęsknocie, co nie puszcza poetki 
za wiatrem, czy za bystrymi wodami w świat daleki, na kraj 
świata, bo »mi cię żal, ty chato, pod tą lipą rosochatą, pod tym 
sadem pełnym rosy, pod błyskami jasnej kosy«. 

Ale motywy sielskie nie wypełniały twórczości; to odrywało 
ją wzburzone uczucie poetyckiej parafrazy »Wojny« Grottgero- 
wej — sztuka Konopnickiej lubuje się stale w »transpozycyi« wra 
żeń, obraz i rzeźbę ona na słowa przełoży, jak nikt inny; to pró 
bowała sił w luźnych oktawach »Imaginy«, epopei symbolicznej, 
niedośpiewanej dotąd, rozgrywającej się w sennych marzeniach 
Lucyla, tęskniącego za ideałem, za Imaginą, przybierającą jednak 
rysy coraz bardziej ziemskie: oktawy Imaginy z obrazami pysznymi 
miały tylko przygotować poetkę do opanowania misternej, nowej 
formy. Przeszła do prozy i w nowelach, jeszcze wyłączniej, niż 
w wierszach, tematy sielskie obierała, dusze proste a głębokie, czy 
Wojciecha, wiarusa Napoleońskiego, co w znajdka Antka zapały 
swe napolijońskie przelewał; czy Banasiowę, co do dzieci umierać 
ściągła i wstyd jej i markotno, że nie umiera; czy starą matkę, 
co wszystko synkowi na pochów własny, nie szpitalny, wydała, 
co nic dla siebie nie schowała; Hankę z »Pod prawem«, dopowie- 
dzenie obrazku »Czy zginie ?«; dzieci, zasądzone o kradzież »z wła- 
maniem* i Przed sądem tym nie ma już owej, dawniejszej wyma- 
rzonej wyrozumiałości; staruszkę - pątnicę U źródła, dla której 
mistycyzmu niema żadnych tajemnic na świecie; głupiego Franka, 
co »Miemcom« i tę modrość niebieską, ten krzyż przy drodze, te 
mogiłki sprzedawać każe; Mendla Gdańskiego, co się »w to mia- 

26* 



— 404 — 

sto urodził «, za swego, nie za obcego, się uważał, aż mu nagle 
» umarło serce do tego miasto «. 

I coraz silniej wyodrębniała się jej indywidualność poetycka, 
pomiędzy pesymistami i erotomanami naszymi; i mężniała jej pieśń 
wbrew owym parnasistom zniewieściałym i coraz doniosłej rozlegał 
się jej głos. Na wierszach jej uczono się znowu czcić i cenić 
poezyę. Symbolizmowi epoki spłaciła dań w dyalogach » Prome- 
teusza i Syzyfa«: jak każda głębsza alegorya, i ta o lotnym duchu 
Excelsior i o tępym niewolniku pracy fizycznej, różnie da się za- 
stosować, gdy np. Syzyf duma: »mówi (Prometeusz) »bracie« — 
piękna to rzecz, ale nie jest prawdziwa... ile razy ci tam w górze 
pomocy naszej potrzebują, to nam mówią: bracie; nie dowierzam 
ja ci, ptaszku«, albo znowu Syzyf komunę paryską ci przypomni — 
a te cudowne słowa o nowym, piątym żywiole, bólu, co ma sił 
i treści za tamte, za wicher jęku i łez morze i ogień męki i zie- 
mię mogilnych prochów — na tej co stanie, wieczne jest, a co 
łzy napoją, żywe jest, a co ogień męki wypali, twarde jest, a co 
jęk wyśpiewa, miliony zmocni. Uderza nadzwyczajna siła tej prozy 
poetyckiej, prozy Krasińskiego. 

Powoli wyczerpały się dawne motywy, przybywają nowe, od 
wrażeń pod obcym niebem, ale i na obczyźnie pozostaje poetka 
nawskróś polską. Więc wzmaga się — w czwartej sery i »Poezyi« 
z r. 1896 — nuta tęsknoty za krajem, nie rozpaczliwej, namiętnej 
(obcej kobiecie), lecz rzewnej: nigdy o was nie zapomnę, pola 
moje przefaliste, lasy moje przeogromne, wody moje bystre, czy- 
ste; wzmaga się siła plastyczna i talent malarski, kreślący coraz 
nowe obrazy, z dalekich stron, z niezrównanym wdziękiem; wzmaga 
się poczucie obowiązku (ja com winien sobie) i wlewa go poetka 
w przyszłego człowieka: niech się uczy, jak ma uczcić »dolę 
kmiecą i zgrzebną sukmanę*, jak ma nosić »zbroję ducha nieśmier- 
telną, co się zowie wolą, cnotą, a za oręż stoi«. 

W przebytek samego piękna wdziera się poetka w cyklu 
» Italia « (1901). W » Sonetach Włoskich « rywalizuje z »Krymskimi« 
w sile i malowniczości wyrazu; i tu nie brak tęsknej nuty; pod 
niebem auzońskim, wobec madon włoskich, z których jedna »iśćby 
mogła między pola nasze, między nasze płoty, a nie zlękłoby się 
nawet ptaszę, nie zlękłyby się i sieroty« i pogląda ona »na liche 
i zapadłe chaty, na czarne, uciszone bory, na cierniem zarosłe 



— 405 — 

ugory «. Dzieła sztuki, »W Sykstynie« i indziej, natchnęły te obrazy 
o liniach klasycznych, pełnych blasku słonecznego; szum morza 
»rozperlił toń jej myśli na dźwięki i głoski* i nadał im rytm bo- 
ski; coraz nowe widoki czy myśli, Nad Ticinem duch Barbarossy, 
w Zatoce Baji postać Cycerona, to garibaldczyk jakiś, to mnich 
w Zakrystyi na Murano, lub stary ksiądz w Bagnasco — w mar- 
murze tego słowa na wieki wykuci, słońcem południowym prze- 
świetleni na zawsze. 

Spółcześnie pisało się, rozpoczęte r. 1892, największe dzieło 
poetyckie naszych czasów, jedyne godne stanąć za »Panem Tadeu- 
szem* i »Królem Duchem«, »Pan Balcer w Brazylii*. Literatury 
świata znają wszelkie możliwe epopeje, rycerskie i heroiczne, fan- 
tastyczne i symboliczne, mistyczne i religijne, narodowe i żeglar- 
skie, mieszczańskie nawet — nie znały epopei ludowej. Konopnicka 
ją utworzyła, a utworzyła tak, że pierwszych, największych dosię 
gła. Epopejom północnym szczęście nie przyświeca tak, jak połu 
dniowym; ich bohaterom laury zwycięskie skroni nie wieńczą — 
i »Pana Tadeusza « nagle urwać wypadło i rzucić zasłonę na straszny 
rok klęski. Więc walka tragiczna, o siłach strasznie nierównych, 
wypełnia cudowne strofy i tego eposu ludowego i wychodźczego 
zarazem. 

Niesłusznie biadano, że poetka oderwała chłopa naszego od 
gleby rodzinnej, że puściła go w wielki świat, w niezwykłych wa- 
runkach go postawiła: że na własnej ziemi chłopa tego mogła peł- 
niej, realniej, wszechstronniej wyobrazić. Ależ, jeżeli »Pan Tadeusz «, 
nabrzmiały tęsknotą., w uśmiechu z poza łez skrytych, nieutulo- 
lonych pisany, tym samym ów czar nieśmiertelny wywierał, któ- 
remu się nie oprzesz, toć i »Pana Balcera « gna takaż sama żywio- 
łowa tęsknota, przez Sawanny i Andy, ku morzu, za morze ku 
zagrodzie, ku łanom i ruczajom, gdzie przez błonia słychać, jak 
na Anioł Pański dzwonią i aż od Częstochowy zalatują echa; żadne 
zmiany zwykłej doli wiejskiej, walki czy o kawał chleba, czy 
o miedze, czy o dziewuchy, nigdyby tła wielkiej epopei nie za 
pełniły. 

Febra wychodźcza, febris — nie aurea, lecz terrestris za- 
trzęsła organizmem ludowym, jak daleko polskie niwy, już nie- 
wdzięczne, niegościnne temu ludowi, się rozległy; nie bada Kono 
pnicka, co się na to złożyło, co z tego będzie, ale pyta o przej- 



- 406 - 

ścia samej duszy mazurskiej w owych strasznych opałach, gdzie 
wszystko, i dal niezmierzona, i klimat zabójczy, i wąż przyroda 
zaprzysięgły zgubę obcym włazom. Stajemy od pierwszej strofy 
poematu między wychodźcami na okręcie, płyniemy przez dalekie 
morza; nowość, niezwykłość przedstawia się jeszcze nieraz i z okrasą 
uśmiechu, humoru, tak rzadkiego u Konopnickiej gościa, lecz gdyśmy 
nareszcie na ląd ów wyrojony i wyśniony wysiedli, zasępia się, 
raz na zawsze, a coraz groźniej, to niebo obce nad tą gromadą 
naszą, topniejącą strasznie w uściskach chorób, nędzy i głodu; 
srogo, nieludzko zawiedzeni, gdy się siły wyczerpały, rzucają oni 
wszystko i gnani strachem panicznym, niedobitki, potym już tylko 
szkielety, nie ludzie, w nadludzkim wysiłku, a zawsze korni i ufni, 
podtrzymywani wiarą — cudem brną przez lasy, stepy i rzeki, do 
morza, do morza, »i jedna tylko moc porusza nimi: iść a iść, póki 
nie dojdą swej ziemi«, chyba, aby złożyli kości na niej, którą 
rzucili dla faty morgany, wabiącej nadmiarem żyznych pól, wy- 
datnej pracy. Opowieść tej zgrozy włożyła poetka w usta »pana« 
Balcera, z waszeci, kowala; nową trudność tym sobie stworzyła, 
bo należało tę powieść utrzymać w tonie, nie książkowym, autor- 
skim, lecz odpowiadającym szczerej a prostej myśli, wiedzy dzie- 
cinnej, uwagom naiwnym, choć trafnym mędrca wiejskiego. 

I dokonała autorka cudu prawdziwego, i płyną jej oktawy 
w ustach Balcera, jedna piękniejsza od drugiej, i w najżywszych 
barwach skrzą się opisy przejść i miejsc, jakich sama ani doznała, 
ani widziała autorka, dziwną intuicyą odgadła, z nadzwyczajną siłą 
wykonała; mnożą się obrazy nieśmiertelne, burzy, czy na oceanie, 
czy w lesie podzwrotnikowym, i ognia na morzu i stepie i spusto- 
szeń śmierci — zarazy i targań głodu i rozpaczy, na tle dziewi- 
czych lasów i spiekłych stepów zamorskich. 

Nie mniej bujna gal ery a żywych osób, sylwetek chłopskich, 
od mistyka Horodzieja, patryarchy niby słowiańskiego, wodza du- 
chowego, rozmodlonego, tej gromadki, aż odlatywa sytemu trudów, 
duchem zasłuchanemu w dzwony, dusza - gołąbek ku ojcu niebie- 
skiemu — do poleszuka Lucia, urządzającego się po domowemu 
wśród błot amerykańskich, do filuta Opacza i tylu innych. Nad 
mrowiem postaci — i niemieckie scharakteryzowane krótko, lecz 
misternie — góruje Pan Balcer, sprytem i duchem, siłą i wolą, 



— 407 — 

wiedzą i zdolnościami i krystalizuje się w nim wszelka cnota Sło- 
wianina, bez jego słabości. 

I, znowu niesłusznie, skarżono się na poetkę, że jej epopei 
brak bohatera, »a w każdej epopei wątek i bohater być muszą 
i są od czasów co najmniej Homera«; gdzież bohater Pana Tadeu- 
sza? Tam Litwa szlachecka, z przyrodą i ludźmi, tu lud wychodź- 
czy, a potym wygnańczy — bohaterami, nie ta lub owa osoba, 
jak i w »Iliadzie« nie Achil, znikający na liczne pieśni zupełnie, 
lecz Grecya — heroiczna — bohaterem. A co najważniejsza, ani 
na chwilę nie utyka akcya i powieść, ciągleśmy z naszymi boha- 
terami w ruchu, od pierwszej strofy, kiedy muskularny kowal — 
a styl jego równie żylasty, jak pięść — » stanął na owym pokła- 
dzie; na pewnych nogach i szeroko w kroku c aż do ostatniej — 
bez nużących dygresyi i epizodów nieciekawych, ciążących na tylu 
sławnych epopejach. 

Mylił się więc Asnyk, gdy biadał, że »przeminął czas tęczo- 
wej powieści, niezrozumiałym już się stał orężny szczęk epopei 
dla znikczemniałych smutnych ciał bez męstwa i bez nadziei!* 
Z postaci najzwyklejszych, z przejść codziennych — cóż niestety 
częstsze, niż takie wychodźtwo i takie jego zmarnowanie — wskrze- 
siła Konopnicka epopeę bohaterską, acz ludową; uderzyła, wedle 
rady jej Syzyfa, » człowieka o Zeusa — jeśli człowiek wytrzyma, 
to będziesz miał z tego taką jasność, że to ha!« I niczego nie brak 
tej epopei; jest inwokacya, acz późna: 

Zaś wymaluję lud ten i wypiszę 
Aż do. ostatka tułaczów tych drogi... 
Mar, z których każda wspominania żąda 
1 śniadą twarzą skroś fali przegląda, 
A ja, na mary owe patrząc z góry 
I jęku głosów miawszy pełną duszę... 
... ile chwycić i unieść mam mocy, 
Tyle ich fali wyrywam i nocy, 
Lecz one, wisząc u piór moich końca..., 
Wołają: Ty nasz zbawca, Ty obrońca, 
Ty imię nasze zachowasz na ziemi, 
Iż wygładzone nie będzie z pod słońca... 

są porównania, choćby i chłopskie, jak np. 

Nie tak słonecznik obraca łodygi, 

Gdy słońce nad nim podstąpi pod Raka, 



— 408 — 

I nie tak na wiatr latają w krąg śmigi, 
Gdy młynarczyki popuszczą wiatraka; 
Nie tak cygany wiercą mamałygi, 
Kocieł nad ogniem zwiesiwszy u haka, — 
Jakem ja kręcił te łby kędzierzawe... 

są walki nadludzkie i z chorobami i z głodem i z murzynami, 
kiedy rozszalały od bólów, zawodów, wściekłości lud: 

Tak jednym wichrem i w jednym rozpędzie 

Lecim mordować, bić, co się nawinie. „ 

Niech się zapada świat! niech wszystko ginie!... 

Zmizerowani krzywdami i głodem, 

Jak piorunowa pędzim nawałnica, 

Kto ranny, nie wie nawet, że ma ranę, 

A wszystkie twarze, oczy, krwią pijane — 

drogę zastępuje im ksiądz z krzyżem w ręku... dopieroż my tu 
w płacz, jak w te organy... dopieroż hukniem razem litanią, jakby 
zawieja zerwała się sroga dusz, co gdzieś w niebo lecą pod gwia- 
zdami: Kirye eleison, zmiłuj się nad nami! A cóż powiedzieć 
o języku, pełnym archaizmów i prowincyalizmów, cudownie pięk- 
nym, cudownie silnym, wyrazistym, typowym; skaz niema na nim 
żadnych, skaz, jakich może w szczególe opowiadania, nie stłu- 
miającego zawsze sentymentalności kobiecej, i w zwrocie myśli, 
nieraz dla »Pana Balcerat nadto górnej i wyszukanej, wykazaćby 
się dało, gdybyśmy na słońcu plam szukać chcieli. 

Lecz nie wywodzi się ta epopea od »Pana Tadeusza«; błogi 
jego spokój, jasne promienne obrazy rażą od tej łuny krwi i po- 
żogi, od tych przejść wstrząsających, rozdzierających serca, i nie 
»aleksandrynami« jego poważnymi, lecz wartką oktawą » Beniow- 
skiego « i « Króla- Ducha «, barwami z palety Słowackiego, tonami 
marszu pogrzebowego Szopena, lśnią i brzmią te strofy. I nic, 
prócz może jakiego przeczulonego rozjęku, nie zdradza pióra ko- 
biety, i zawstydzeni ustępują poeci; przenosi ich poetka wyo- 
braźnią i siłą iście męską, widnokręgiem szerokim, wiarą nie- 
złomną. 

Brak na lutni Konopnickiej struny erotycznej. Pisała wpraw- 
dzie i ona wiejskie zalecanki i tworzyła repliki pełne wdzięku do 
»Szwajcaryi« mistrza, lecz wobec rozpanoszenia się, to jawnie 



— 409 — 

bezwstydnego, to lubieżnie ukrytego, erotyki w poezyi nowej 
i najnowszej — jakby ludzie innych myśli, trosk, uciech nie znali — 
bije od wierszów Konopnickiej ta rzewność i świeżość, jaką przy- 
roda łąk i lasów nas wita, gdy rzucamy wązkie ulice i ciemne 
komnaty, pełne odoru wstrętnego i perfum ckliwych. I mogliby 
znowu koledzy poeci brać przykład od poetki. 

Nie wyczerpał się tym dorobek literacki Konopnickiej; jaśnieją 
w nim jeszcze znakomite przekłady czy mistycznych zachwytów 
»Hanusi« Hauptmana, czy rycerskości » Cyrana de Bergerac« Ro- 
standa; jaśnieją jeszcze bardziej studya krytyczne, o Mickiewiczu 
czy o »Krzyżakach«, o Asnyku czy o B. Zaleskim, o studyach 
Klaczki renesansowych czy o Lenartowiczu. Krytyka to nie profe- 
sorska; nie uwzględnia trwożliwie wszelkich dat, fakcików, dziełek; 
nie pyta o metrykę, paszport, filiacyę; daje się tu i owdzie unosić 
potężnemu tchnieniu poetyckiemu; są to wzory nieprześcignione 
krytyki syntetycznej, twórczej, sięgającej intuicyjnie w sam głąb 
natur, pokrewnych natchnieniem; lecz i subtelnej analizy im nie 
brak (np. w owej miażdżącej krytyce podkładów myślowych, z ja- 
kich »Duch od stepu « powstał). 

I znowu olśniewa poetka świetnością prozy, silnej i jędrnej 
zarazem i tak rytmicznej nieraz, że się aż w wiersze układa czy 
prosi. A wybiera i dla tych studyów wzory i rzeczy, od czego 
światło bije — nigdy nie wodzi nią prosta ciekawość, studyum 
byle jakiego zajmującego zjawiska. 

Najbardziej przyciągają ją te » proste, mierne dusze « — gdy 
o nich myśli, to się sercem kruszy i wielkim ludzi kochaniem 
przejmuje; nie zaślepia jej jednak to kochanie, umie ona wybuchnąć 
i w najostrzejsze skargi: o rodzie ludzki, o plemię Kaina! w gnie- 
wie ty jesteś i w pomście poczęty, z dziada na ojca, a z ojca na 
syna siew starych zbrodni upada przeklęty, i własna matka ziemia 
cię przeklina... takich obrazów nie brak i w »Panu Balcerze* na- 
wet. Lecz nie nienawiść jej pieśnią, i właściwe drogi swej twór- 
czości określiła trafnie, na nie niegdyś wkraczając: 

Przez pola puste, przez czarne te role, 

Po nad którymi dzień wschodzi przyszłości, 

Idę i rzucam siew bratniej miłości 

Dla tych, co słabi, i dla tych, co prości... 

Ja ducha mego, ja krew moje sieję, 



— 410 — 

Ja pragnę wstrząsnąć tą ziemią zoraną, 
Jak grzmot wiosenny, aż jutro z niej wstaną 
Ludzie, godniejsi piastować to miano... 
... mój kamień mogilny 
Mieć będzie napis: braterstwo i zgoda. 

Szlachetność tej pracy, ożywczą tej poezyi siłę, górność jej 
natchnień, swojskość jej ducha uczczono też godnie, gdy w obcho- 
dzie jubileuszowym zespoliły się wszystkie stany, płci i wieki, od 
drobnej dziatwy począwszy, dla której ona tyle słów pięknych 
a mądrych znalazła. 

Jeżeli poezya ludzi przeanielić zdolna, to tylko taka, jak Ko- 
nopnickiej; testamentu Słowackiego ona — najgodniejszy wyko- 
nawca; nieść przed narodem światła kaganiec — nikt z nowych 
poetów, tak jak ona, nie potrafił — serc królowa, co wstrząsasz 
myśli, uczucia i wolę i na błyskawic pełnym nosisz czole znamię 
geniuszu, który jest kometą na ciemnym wieków i narodów 
niebie! 

Obok Asnyka i Konopnickiej stawiano Wiktora Gomulickiego 
na czele nowej poezyi, nie dla ilości produkcyi, lecz dla mister- 
nego wykonania i dla nowej treści; on to » przeniósł sielsko szla- 
checką dotąd poezyę polską w nowożytne ognisko życia i fla- 
mandzkim swym pendzlem nadał jej charakter miejsko-mieszczań- 
ski«. Gomulicki, to poeta Warszawy, nawet w nowelach (drobnych 
rozmiarami, misternych w wykonaniu, choćby takie »Pod paraso- 
lem*, z samego dyalogu uwite) i w romansie historycznym (»Miecz 
a łokieć«, z czasów rokoszu Zebrzydowskiego, potrzeby Chocim- 
skiej i początków Warszawy — stolicy) z jej dziejów i stosunków 
czerpiący, chwałę śpiewający » grodu swawolnego, lecz dobrego«. 
Bynajmniej nie pesymistycznie, chociaż przyzna, że wśród miej- 
skiej mgły, wlokącej się brudno po ziemi, trudno »znaleźć drogę 
do nieba«; ani też tendencyjnie, chociaż bogaczowi, nieczułemu na 
nędzę, bardzo energicznie sumienie roztrząsa, a z innego skupi- 
grosza szydzi: cóż zyskał za serca martwotę, za dni w mroku 
pędzone i ciszy? do wygodnej trumny wieko złote! a wszystkim 
w uszy i serca kładzie: 

Niechaj ofiary biorą od was wszędzie 

Miłość i rozkosz, piękno i uciecha, 

Lecz wprzód — niech głodnych pośród nas nie będzie! 



411 



Dla niego ma miasto »upojenia, jakich nie dają wiejskie 
wczasy, gdy się ulica rozpłomienia, szumią koronki, atłasy, idziesz, 
niesiony ludzką falą, jakbyś sen roił gorączkowy, świat ci biesia- 
dną zda się salą i ze krwią bije szał do głowy «; jemu »z każdego 
głazu dramat ludzki huczy, oto jestem«. I takich dramatów i sie- 
lanek miejskich pełno u niego, najpiękniejsza owa »E1 mole rach- 
mim«, kiedy » żenił się Icek, waciarz, z tandeciarki córką, a goście 
i ciekawi zalegli podwórko — i miejsce było szpetne i ludzie zwy- 
czajni... zdawali się ludźmi zwykłymi, co strzegą z równą pilnością 
bród swych, jak wiary i mienia... żaden nie nęcił twarzą natchnioną 
lub smętną*, ale pod wpływem słów chazena (kantora) do oblu- 
bienicy-sieroty i pieśni za umarłych, płynącej spokojnie, potym 
rosnącej w moc i rwącej się coraz namiętniej, aż do szału rozpa- 
czy, już »nie raził mnie strój Icka ani Icka imię, i stałem się, jak 
człowiek, co na jawie marzy... podwórko, nie, to była już kwietna 
dolina kędyś u stóp Libanu « i t. d. 

Nawet poza Warszawą zajmują go miasta, czego dowodem 
obszerna, żartobliwo - ironiczna »Pieśń o Gdańsku « z obrazkami 
z Sopot i Kaszubii; w Warszawie samej oddał się nawet lokalnym 
badaniom, i o każdej kamienicy staromiejskiej opowiadać umie, 
wedle aktów czy tradycyi. Wzroku mu jednak mury i dachy nie 
tamują; w powieściach społecznych szerokości swego widnokręgu 
nieraz dowodził; pisuje i artykuły literackie, zbiera i ogłasza rze- 
czy zapomniane, np. spuściznę poetycką po Zanie. 

Mówiąc o Gomulickim, nie sposób przemilczeć o Or ocie 
(Arturze Oppmanie), młodszym o lat dziesięć od Gomulickiego, 
o liryku, już do Młodej Polski się liczącym, co prócz wyśpiewy 
wania smutku-tęsknoty za życia wiosną, »tętniące prostą nutą staro 
świecką pieśni, mieszczańskie dziecko poświęcał dziecku mieszczan 
skiemu«. Or-ot rzadziej do starych dziejów myśl zwracał; częściej 
nasuwała mu się Warszawa z emerytami, bakałarz jej, pan Balta 
zar Podbipięta, z surdutem tabaczkowym i umiłowaniem klasyków 
łacińskich; trzy boginie, schodzące się na kawę z plackiem i plot- 
kami; dziaduś przy kominie, opowiadający o lempererze i legionach; 
facyaty staromiejskie i ich lokatorowie odwieczni; lecz nie wpro- 
wadza ich w akcyę, zadowala się samymi obrazkami. Siłą słowa, 
głębokością myśli, polotem wyobraźni bez porównania niższy od 
Gomulickiego; rzewny, szlachetny i szczery, nigdy namiętny. 



— 412 — 

Całkiem romantykiem starej szkoły jest Kazimierz Gliński. 
Zaczął zawód poetycki od liryk i ballad i dziś jeszcze ich nie 
rzuca, w »Spiźowych dźwiękach« (1902 roku) wrażenia arcydzieł 
naszej poezyi wyraża, do turniejów poetyckich stawa, ale bardziej 
go nęcą, prócz powieści, romans i dramat historyczny, w roman- 
tycznym, nie realistycznym duchu uprawiane. Więc pisze »Cecorę«, 
gdzie więcej historyi, niż romansu, i »Imc. Pana Filipa z Konopi«, 
tylko romans, choć ten sam wiek i ta sama szlachta, z nadto 
sentymentalnym bohaterem z łaski Syrokomli, co zająca (bo ów 
Filip z Konopi nigdy czym innym nie był) w szermierza przed- 
wczesnego altruizmu przerobił; hula ten Filip (bez filipa w głowie — 
wedle innego, nie gorszego przysłowia) po świecie, i z grozą od- 
trąciłby go od siebie Pasek i Zagłoba; główną romansu zaletą 
jest fabuła romantyczna; tą odznaczają się i inne liczne jego ro- 
manse »historyczne«. 

Równie wymarzone postaci, liryczno romantyczne, przewijają 
się i w jego dramatach, w »Żydach« np., gdzie naturalnie bajka 
o Esterce i wymiłowanym przywileju Kazimierza Wielkiego dla 
Żydów główną rolę odgrywa, bajka, tak zakorzeniona, jak owa 
o złamaniu przysięgi przez Warneńczyka; dramat sam tylko kilka 
piękniejszych, silniejszych scen daje. »Żydów« wyprzedziły inne 
dramaty, »Anna Firlejówna«, mogąca w niehistoryczności rywali- 
zować z »Filipem z Konopi «, z fabułą całkiem romantyczną; albo 
»Almanzor«, bohater mauryjski, od szczęścia opuszczony, gdy go 
żeniaczką, nie orężem, dobywać się kusił; albo »Bolesław Śmiały «, 
gdzie najmniej romantyczności, bo konflikt wywołało starcie wła- 
dzy świeckiej i duchownej; duchowna zwycięża, król musi opu- 
ścić kraj. 

Nie brak żadnej z tych sztuk efektów, najczęściej podnio- 
słych scen lirycznych, czasem, np. w »Almanzorze«, nawet wielkich 
scen ludowych; brak im tylko istotnego życia dramatycznego. 
Dlatego też zaliczamy poetę do liryków i pieśniarzów, mimo że 
się tylokrotnie do przeszłości zwraca, i pierś jego »oddycha ośmiu 
wieków tchnieniem«. Z liryki jego, choć poeta z większą prawdą, 
niż inni, skarżyć się może przed Bogiem, »źe mi tak bardzo smu- 
tne dałeś życie «, chociaż nie brak tonów zwątpienia, zgrzytu nie- 
dowiarstwa, niepewności męki, bije jakaś »młodość powrotna i za- 
pach róż świeży « i hasłem jego zostaje: sto złudzeń przeżyć lepiej, 



— 413 - 

niż skonać z rozpaczy. Więc wychowanek romantyzmu, na Sło- 
wackim formę wyrobiwszy, śpiewa o ziemi rodzinnej, ukochanej 
nad wszystko, o młodości i miłości, o smutku i tęsknocie i zawsze 
na szczere zdobywa się słowa, bez efektów, bez zbytniej sztuczno- 
ści; oddaje nawet szczęśliwie tony ludowe; poezyę ukochał głę- 
boko a szczerze. 

Nie przeszkadzało to mu, zupełnie jak i Faleńskiemu, do pi- 
sywania i fars najpospolitszych (»Hop, hop!« i inne) — nawet jego 
»komedya historyczna«, z cyklu »Panie Kochanku« (jak i »trylogia« 
Kraszewskiego; u nas albo »Pasek« albo »Radziwił«, jakby innych 
tematów nie było), była tylko farsą, jak to rezolutna Baśka prawa 
serca zdobyła. W całej tej pracy, niby wyrobniczej, marzeń roman- 
tycznej młodości, o wielkiej epopei historyczno-narodowej, o jakimś 
pieśnioksięgu, nigdy całkiem nie rzucił; chyłkiem, mimojazdem 
wracał do niej i chociaż planowanej całości nie utworzył, wyśpie- 
wał przecież obszerną »Pieśń królewską«, o heroicznych zapasach 
Polan z Germanami, bardzo efektowną. 

Nowy kierunek naszej poezyi, Młodej Polski, objawia się 
widoczniej już około r. 1890, a w pięć — sześć lat później staje 
w całym rysztunku do walki, przeciw krytykom, potępiającym tę 
poezyę w czambuł, nie mogącym jej odczuć, przeciw publiczności, 
odwykłej od wierszów, przeciw brakowi owej nici sympatyi, jaka 
była dawniej, między ogółem, głuchym teraz dla poezyi, a poezyą, 
wzamian obojętną na pragnienia tego ogółu. Na jej pojawienie, 
cechy i losy złożyły się wpływy najrozmaitsze, rodzime, a jeszcze 
więcej obce. 

Jak niegdyś, w odrodzeniu poezyi romantycznej, barwny step 
ukraiński i ciche lasy i jeziora litewskie, tak ożywiły nową poezyę 
Tatry i sioła nasze, kujawskie czy krakowskie, i nimi dopiero sta- 
nęła ona na ziemi własnej, i nowemu Anteuszowi sił coraz nowych 
przybywa. Już Seweryn Goszczyński wierszem »Sobótki« i prozą 
^Dziennika podróży do Tatrów« z poezyą ich i ludem zapoznawał, 
ale »Tatromania« wybuchła dopiero w pół wieku później. Przyczy- 
niali się do niej i lekarze, Chałubiński, w Warszawie kult Zakopa- 
nego szerzący; i krytycy - malarze, najbardziej, cięty Stanisław 
Witkiewicz, słowem i ilustracyami dzieła swego »Na Przełęczy«, 
energiczną propagandą stylu i zdobnictwa »zakopiańskiego« (razem 
z Matlakowskim); znaleźli się i entuzyaści, co z zakopiańskiego 



- 414 — 

osobny styl polski wyprowadzali, sukniom damskim nawet go na- 
rzucając; sprawę Morskiego Oka rozdmuchano r. 1902 do nieby- 
wałych rozmiarów. 

W tatromanii przodowała poezya. Hasło dał cykl Asnyka, 
»W Tatrach « (r. 1879) — pomijamy bowiem zapomniane rzeczy 
Steczyńskiego, Maniewskiego i jeszcze dawniejsze innych — cho- 
ciaż właściwych opisów przyrody i wrażeń tatrzańskich w sone- 
tach i wierszach jego mało, chociaż przeważały roztrząsania filo 
zoficzne i alegorye: poczucie kojące łączności z ziemią ojczystą, 
gojącą dobrotliwie rany, spędzającą z duszy palący ból życia, ma- 
jącą dla swoich dzieci zawsze miłością promienne oblicze; albo 
zanurzanie się w źródle wiecznie — żywym, poruszającym wielkie 
koło bytu, uczucie się jednym łańcucha ogniwem, rozciągniętego 
przez otchłań błękitu. Za Asnykiem Konopnicka »W Górach « swój 
talent odnalazła, chociaż całkiem jeszcze w retoryce zastrzegły. 

Najwyżej stanął Franciszek H. Nowicki, w »Tatrach« (1886), 
naśladując i zawodnicząc z »Sonetami Krymskimi«, wyolbrzymia- 
jąc, jak i Mickiewicz czynił, wrażenia i obrazy przyrody, spla- 
tając z nimi rzeczy uczucia i myśli, np. sonet, poświęcony Sikla- 
wie, kończył: 

Siklawo! ty, huk gromom wyrwawszy zuchwale, 
Wiecznie w jedne głębinę staczasz się kipiąca, 
Gdy rozbijasz wyjące z rozpaczy swe fale. 

Tęsknoto! ty, żrąc ogniem, skradzionym u słońca, 
Wiecznie strącasz łzy moje w jedne głąb bez końca, 
Gdzie na nutę odwieczną serce płacze żale. 

I on ma nieodstępnego »towarzysza podróźy«, ból swój, go- 
niący za nim w swobodę gór; o społeczeństwie i tu nie zapomina, 
słów mu jędrnych a gromkich nie skąpi, imponujący między mło- 
dymi siłą wyrażenia; od dawna umilkł. Za Nowickim staje cały 
legion innych: Kazimierz Tetmajer, Podhalanin, od młodości 
w Tatry zapatrzony, trądy cye dziada wznawiający, Rydel, Kaspro 
wic z i t. d.; jak o ukraińskiej czy litewskiej, tak o szkole tatrzań- 
skiej mówić możemy. Całkiem do niej należy syn tej ziemi, ma- 
lowniczej a twardej i niewdzięcznej, Władysław Orkan, liryk, dra- 
matyk i nowelista, nie wahający się przemawiać do nas w malow 
niczym, charakterystycznym narzeczu wirchów i turni, gdzie »śmierzć« 



— 415 — 

głodowa czyha na ludzi, gdzie bohaterom jego (»Komornicy« ; 
»W Roztokach«) tylko »zczeznąć« przyjdzie. Minęły dobre czasy, 
my ich nie zaznali — słonko jaśniej świeciło, chleb się ludziom 
darzył — teraz ucisk i nędza; rozpaczliwe ich obrazy kreślą jego 
powieści, odsłaniając »nagą duszę« chłopską, dramat »Skapany 
świat«, o macosze i pasierbach, o nieszczęsnym weselisku i zachłan- 
ności okrutnej. Zżył się Orkan z jałową ziemią tą i z szarym jej 
ludem, nie oszczędza nam żadnego jej smutku i żalu, przygnębia 
nas tą masą cichych cierpień, jakich świadkami te skały nieużyte. 
Obok Orkana, odtwarzającego z wielką siłą i plastycznością nie 
idylle, same katastrofy, jakto gazdowie - kapitaliści wyzyskują 
ostatnich biedaków - komorników, staje Stopka, etnograf tego Pod- 
hala, biograf niezapomnianego Sabały, Homera -Zagłoby tych gór, 
powtarzający pysznym językiem Sabały klechdy i anegdoty tych 
stron; i pojawiają się po raz pierwszy próby gwarowej, góralskiej 
literatury. 

Lecz nie od Tatr tylko, i od równin, od Krzemionek i Bro- 
nowie, czy od Gopła lub Wisły, motywy ludowe — ale cóż mo- 
tywy, raczej sam język, myśl i instynkt chłopski, jaskrawa bar- 
wność krakowszczyzny, smętność cichych wielkopolskich łanów, 
mazowieckich lasów poszumy przepoiły czy przewiały lirykę nową, 
a jeszcze bardziej nowy dramat i powieść. 

Lud odgrywa rolę, jakiej literatura dawniejsza, choćby Le- 
nartowicza, zupełnie nie znała; już Konopnicka pożegnała się z ma- 
rami sielankowymi, wiecznie uśmiechniętymi; może nawet nadto 
jednostronnie tylko czarną dolę tego ludu wyśpiewała; teraz wkra- 
cza lud, jaki jest, niedzielno-barwny i codzienno-szary, rolny i fa- 
bryczny, zamożny i nędzarz, do literatury z własną mową i myślą, 
ze łzami i uśmiechem, tradycyami i nadziejami, przymiotami i przy- 
warami. I uludowia się nasza poezya niesłychanie głębiej, niż to 
dawniej bywało, i braci się istotnie z najmłodszymi, a oraz i naj- 
starszymi, z ostojami narodu, z widoczną przyszłością jego, kiedyż 
z pola »uszli magnaci, szlachta i mieszczanie«. 

Ludowa nuta jednak nie wyłączna w tej poezyi i nie zlewają 
się z nią inne w pożądany akord. Góruje, już nieco zbyt podsza- 
rzany pesymizm, ów dawny wyjałowiony, z romantyzmu, od mio- 
tań bezsilnych, rozpaczliwych, do rezygnacyi buddystycznej, do 
unicestwienia, nirwany, schodzący; rzucający odwieczne zagadnie- 



— 416 — 

nia na wiatr, zrzekający się ideałów, bluźniący im lub szydzący. 
Tylko skok jeden dzieli ten pesymizm od zmysłowości: pogrążyć 
się w niej, zapomnieć dla niej o bożym świecie, żyć a raczej gnić 
dla niej, skoroź innych rozkoszy niema: to nęci młodych, i wysa- 
dzają się na sofistyczne jej obrony i przesadzają w wyrafinowaniu 
jej obrazów. Erotyzm dźwięczy tu aż nadto natrętnie, więc wkońcu 
przykro; instynkt, pociąg, namiętność przerodziły się w szał, wyu- 
zdanie, manię chorobliwą — w śnie i na jawie trapi ta zmora nie 
jednego z poetów, zawładnęła wyobraźnią i uczuciami i, jak nało- 
gowiec do wódki, wraca do »kobiety« i wmawia w siebie, słabość 
woli maskując, jakiś fatalizm erotyczny, jakąś nienawiść żywio- 
łową obu płci, jakieś rozdarcie pierwotnej androgyny i nieziszczalne, 
zawsze daremne pragnienie złączenia się napowrót: wymysł Plato- 
nowy w krew i ciało przyoblekając, zwodząc głupich i maluczkich, 
idących naiwnie na ten lep, szerząc kult chorobliwy samej choroby, 
gardząc zdrowiem ducha i ciała. 

Inne tory prowadzą od pesymizmu do marzeń, do umyślnego 
rozpajania się ich haszyszem, do odtrącania gniewnego rzeczywi- 
stości; z rozkoszą odbijają od jej brzegów i krążą po morzu omi- 
jając przystanie, lub nadgwiezdne noclegi odbywają. Albo upra- 
wiają poezyę refleksyjną, filozoficzną, chociaż tendencyjnej unikają, 
zdyskredytowanej, czy na zawsze? I coraz częściej hołdują sztuce 
dla sztuki, i fala powracająca — jak dalekośmy od piasków pozy- 
tywizmu! -— porywa ich na morze pięknej formy, choćby... bez 
treści istotnej. 

W tym rozgardyaszu — a namnożyło się u nas poetów o wiele 
więcej, niż np. w sąsiedztwie, gdzie wyłącznych poetów, pisują- 
cych tylko poezye, nie dramaty czy powieści, coraz mniej — 
wszystkie możliwe tony się odzywają; brak na razie wybitnego 
zwrotu ku religijności; co u nas religijne pozory przybiera, legendy 
czy Dies irae, od każdej prawowierności dalekie i rezolutnie, nie 
Bogu, lecz grzechom się kłania, wywołując ów dawny satanizm 
(lucyfer — zło tryumfuje nad dobrem; on tylko życiem, myślą, 
ruchem, postępem, walką) i uwielbienie grzechów, jakiemu jeszcze 
w XVI wieku włoscy sektanci i u nas się oddawali — ale nie 
w wierszach. 

Coraz częściej też podstawiają się tej poezyi symbole i ale 
gorye. Sztuka, w szkole naturalizmu niedawnego zbyt wychłodzona 



— 417 — 

i wyschła, pchnęła się odruchową siłą kontrastu w nierealność; 
realizm zbytni, jednostronny wywołał dążenia zaświatowe, mistyczne; 
rzucają więc poeci wiotkie mosty nad przepaści, łączą brzegi dwu 
światów, naszego i nieziemskiego, duchowego, astralnego; pogłę- 
bia się niezmiernie sztuka, lecz... ulatnia się treść; chcąc oddać 
słowami i barwami, co chyba dźwiękiem napomknąćby można, za- 
cierają wszelkie granice wyrażalnego. Nie wystarczają im więc 
słowa i rysy, jasne, określone; rozlewność, mglistość wyrazu i obrazu 
im wdzięczniejsza; słowem, jak muzyką, budzą raczej nastroje, 
wymagają od słuchacza dosnucia, dośpiewu, i poezya traci obo- 
wiązującą niegdyś jasność, dostępność, przestaje być udziałem 
ubogich na duchu, staje się ezoteryczną, nie dla profanów, dla 
adeptów tylko kabały poetyckiej. 

Rwą więc stare formy, sadzą się na dziwaczne sploty wyra- 
zów, wyginają zwrotki w niemożliwe, pozbawione rytmu układy 
t i rzucają wkońcu wiersz dla prozy jakiejś miarowej. I ulatuje pro- 
stota, naturalność z tych wierszo w — przeładowane myślą, jej nie 
wyrażające, a częściej bezmyślne, chociaż myśl udające, każą się 
podziwiać, jak obrazy »secesyi« lub jej ornamenty, gdzie dziwacz- 
ność jedyną nieraz bywa zasługą. 

Związek między sztukami pięknymi dziś widoczniejszy, niż 
kiedykolwiek; przy wierszu Kasprowicza i rzeźbie Flauma, przy 
obrazie Okunia i halucynacyi Przybyszewskiego pytamy mimowoli, 
czy zapożyczyli jeden od drugiego pomysłu czy też bezwiednie 
w jednym pomyśle się zetknęli? Różnica między secesyonistą 
a sztukmistrzem słowa polega raczej na tym, że ów technice swej 
po prostu nie podoła, nie opanowawszy jej tajemnic, że pomysł 
dobry w szkicu, w wykonaniu tylko zmitręźy, gdy ten właśnie 
techniką, wykończeniem swoich cacek błyszczy. Od Wagnera i mu- 
zyki znowu przyjęło się powtarzanie niby »leitmotiwu«: dla uwy- 
datnienia i wzmacniania nastroju zdanie czy wiersz, nieraz bez 
wszelkiej potrzeby, nieraz z lekką odmianą coraz wtaczają; to nęcą 
zabawki alliteracyi; to urywają się słowa — niby trącanie z lekka 
w struny. Granice między zmysłami się znoszą, barwy dźwięczą, 
sennie lub krzykliwie; głos mięknie i zgrzyta, zapach słuch trafia. 
Szafuje się bez braku kaskadami światła, falami dźwięków, splo- 
tami ciał, orgiami barw i kształtów; potworne wizye, obrazy 
przerażające filistrom sen odejmują. 

DZIEJE LITERATURY POLSKIEJ T. li. 

27 



— 418 - 

Podziwiają oni coraz nowe wyrafinowanie sztuki, doszukiwa- 
nie bogatych, niezwykłych rymów, najmisterniejsze układy zwro- 
tek, przepych słów, unikanie płaskich, zwykłych, tworzenie nowych, 
wyławianie starych i gwarowych. I rosną wymagania myśli coraz 
odmiennej i wzbogaca się forma i język. Więc obok ubóstwiania 
przyrodywszechmatki, prałona, z którego wychodzimy, aby w nim 
się znowu unicestwić; obok panteistycznych zakusów; obok nuty 
ludowej, coraz silniej dźwięczącej; obok molocha erotyzmu, poże- 
rającego swoich czcicieli, staje poezya filozoficzna, alegoryczna, 
symboliczna; poezya marzeń, przeczuć i nastrojów, oddźwięków; 
poezya, bujająca po mitach indyjskich i egipskich, po zaświatach, 
w prabycie, fantastyczna, mglista, przesadna. Nie zapiera się ona 
poetycznej, idealnej tęsknoty, lecz góruje w niej jałowy smutek, 
gorzki ból, nadmiar cierpienia i przypominają się nieraz zjadliwe 
słowa Morawskiego w liście do romantyków z r. 1827. Lecz wy- 
zwalają się z nich w imię mocy, snów o potędze, o zapasach tyta- 
nicznych, nadludzi i hegemonów; nowi ci zbawcy - wieszcze od- 
mienni jednak zupełnie od tytanów mesyanizmu. Egotyzm, odno- 
szenie wszystkiego do siebie wyłącznie, wypowiadane jawnie lub 
tające się skrycie, główną ich sprężyną się staje; jednostka o spo- 
łeczeństwie, a raczej o zjadaczach chleba i słyszeć nie chce, prze- 
aniela się sama, zamiast cierpienia za miliony lub ich ukochania, 
odpycha ich od siebie, przedrzeźniając Nietzschego, dumna z cech 
antyspołecznych. 

Ekonomii nie zachowuje żadnej, rozrzutna bogactwami; gdy 
spotykamy strofę (u Staffa): 

Morze rozpęka rozziewem zachłannym, 
Grzmi rozpęd wichrów w fal podniebne skoki, 
Pięści bałwanów zamachem orkannym 
Druzgocą w wodzie odbite obłoki, 

ani przypuszczamy, że tu tylko mowa o »odjeździe w marzenie«, 
z papierosem w ustach, na sofie. Przesada ta razi: ogłuszające 
fanfary (np. w strofach kunsztownych »D-mol«) o rzeczach mar- 
nych. Nie zachowuje się miary nawet w języku: chwali się tej 
poezyi rezolutne sięganie do gwar i starożytności, zawodniczenie 
niby z Matlakowskim, którego proza nabrzmiała niezwykłościami, 
ale zgadzając się na wirchy i turnie, na swarnych i żleby, nie ro- 



— 419 — 

zumiemy, dlaczego piomię miałoby być lepsze, niż płomień, a ha- 
ście, niż chaszcze? a już wcale nie rozumiemy np. takiego wiersza: 
a po brózdach czarnych wszerz przez ugorny drętwy ścieź śmierć 
wędruje do ogniska i t. d, (z »Opali« Edmy Mierz); z drętwym 
spotykamy się często, a wyrób to — Jacka Przybylskiego! W prozie 
znowu szafują, np. Kisielewski albo Nowaczyński, tylu nowotwo- 
rami i słowami obcymi, na polską miarkę przykrajanymi, że wy- 
chodzą nieraz dziwolągi, styl jakiś całkiem »precieux«, nienaturalny, 
wymuszony — oby tylko naśladowców nie znachodził. 

Lecz dalecyśmy od niezadowolonego »ględzenia«. Imponuje 
liczba i siła tych talentów; nie wiemy, jaki ta ewolucya przybie- 
rze wkońcu kierunek, nie wątpimy jednak i teraz o szczerości jej 
natchnień i prawdzie wynurzań. Męty opadają; płaczliwy pesymizm 
umilka na całej linii, kwasy zwątpienia, zgorzkniałości, rozczaro- 
wania przed użyciem jeszcze, sceptycyzmu przed życiem, ulatniają 
się; pragnienie siły, czynu, nowej syntezy, po orgiach zbytniej 
analizy, niedowierzającej niczemu i nikomu, wytwarza się coraz 
dobitniej; opary błota zmysłowego wiatr halny zdmuchnął; a co 
się wyłania, widzimy z sonetu Staffa: 

Całą bezkształtną masę kruszców drogocennych, 
Które zaległy piersi mej głąb nieodgadłą, 
Jak wulkan z mych otchłani wyrzucam bezdennych 
I ciskam ją na twarde, stalowe kowadło. 

Grzmotem młota w nią walę w radosnej otusze, 
Bo wykuwać mi trzeba dzieło wielkie, pilne, 
Bo z tych kruszców dla siebie serce wykuć muszę, 
Serce hartowne, mężne — serce dumne, silne. 

Lecz gdy ulegniesz, serce, pod młota żelazem, 
Gdy pękniesz, przeciw ciosom stali nieodporne, 
W pył cię rozbiją dłoni mej gromy potworne. 

Bo lepiej giń, zmiażdżone cyklopowym razem, 
Niżbyś żyć miało własną słabością przeklęte, 
Rysą chorej niemocy skażone, pęknięte. 

I nie puste to frazesy, a chociaż melancholia i smutek ofiar 
swych nie wypuszczają, chociaż oczy błądzą po bezbrzeżnej pustce, 
w dali milczącej modrosinej, przybiliśmy już do nowego lądu, 

27* 



— 420 - 

przemawia do nas już nie dusza, co »jest z operetki aryą, którą 
śpiewa człowiek cierpiący na zęby« (Wł. Perzyński); ani »suchotni- 
czy anemii czar, co stopą senną depce łąki zielone w żywicznej 
ustroni«; ani »oczy moje, jak lustra, dziwnie obojętne na wszystko, 
co zoczywszy odbiją w swej toni« (Jan Pietrzycki), to raczej sztuka 
zdrowa i rodzima, o formach doskonałych, o języku cudownym — 
jak blednieje język nawet Asnyka wobec byle którego z naszych 
»dekadentów«! 

Umyślnie użyliśmy obcego terminu, gdyż nowe te prądy nie 
tylko z wirchów i lasów, zawiały one do nas i z obcych sfer 
i stref. Wyprzedzili nas Francuzi i Belgowie; ich parnasiści i sym- 
boliści; dekadenci i mistycy; Baudelaire; Verlaine; Maeterlinck 
i Anglik O. Wilde; przyłączyły się nuty północne, Strindberga spo- 
wiedź głupca, pomruki muzy niemieckiej i przechwałki Nietzsche'go, 
burzliwe protesty nihilizmu, czy przez Tołstego czy przez Kra- 
potkina wzniecane. 

Jak nad początkami romantyzmu naszego Szyler i Goethe, 
Herder i Jean Paul, Szekspir i Byron panowali, wywodzą i dzisiejsi 
adepci Młodej Polski od Francuzów i Germanów myśli i formy, 
symbole i natchnienia, i nigdy nie było większej spójni, łączności 
duchowej, między polskim a obcym światem umysłowym; nigdy 
nie przyswajaliśmy sobie tak gorliwie ani z taką sztuką płodów 
obcego piśmiennictwa, jak dziś. W dziełach Miriama, Kasprowicza, 
Langego, tłumaczenia z francuskiego, czeskiego (Zeyera, Vrchlic- 
kiego), duńskiego, holandzkiego i t. d. przeważają własne utwory; 
ze studyum nad Maeterlinckiem i Belgami rozpoczął Miriam teo- 
retyczną kampanię, skuteczniejszą, niż jego publicystyczna w »Ży- 
ciu« warszawskim. » Młoda Polska« wytworzyła sobie organy spe- 
cyalne; warszawskie »Życie« Miriama odżyło w krakowskim »Ży- 
ciu« Szczepańskiego i Przybyszewskiego, po części i w »Krytyce« 
Feldmana, a przeniosło się do »Chimery« warszawskiej Przesmyc- 
kiego (Miriama), arystokratycznej, artystycznej, ezoterycznej, szatą 
i treścią. I rośnie liczba jej adeptów; dosięgliśmy już z nimi do 
»połowy wielkiego sta« czyli do kopy i w tłumie tym, nieraz bar- 
dzo jednolitym, śpiewającym na jeden ton, powtarzającym siebie 
samych, drukującym z nadzwyczajnym pośpiechem, żeby nic z na- 
stroju nie uronić, nadzwyczajnie wiele, trudno się dokładnie rozej- 
rzeć, uchwycić rysy indywidualne, nie mieszać Qui Amant z Anima 



— 421 — 

lachrimans, jednego Dies Irae z drugim, Chrystusa z Legendami, 
Rokitę z Borutą czy Arfem. Brak tylko kobiet — po rychłym 
zgonie Zawistowskiej chyba »A. M-ski« (tłumaczka »Lujzyad« i in- 
nych rzeczy), a przedewszystkim »D-Mol« (Maryla Wolska) w pięk- 
nych, nieraz zbyt rozśpiewanych, strofach wierszem i prozą, z silną 
obrazowością, wrażenia z dziejów (Kleopatra), z przyrody i z życia 
duszy - mimozy, tęsknotę za czymś nieziemskim, niejasnym, za świa- 
tłem i ideałem oddaje; udział kobiet tu słabszy, niż w noweli 
i romansie, ale mnożą się już i ich nazwiska, egzaltowanej nadto 
Komornickiej, Arnszteinowej, Ostrowskiej (Mierz), tonącej w wi- 
zy ach i mrokach »Opali«, i innych. 

Niepodobna odmówić zasług »Młodej Polsce«; pomijamy 
pierwszorzędne jej siły, już teraz w dziejach literatury zapisane; 
fakty świadczą, że przełamała ona obojętność publiczności, że zre- 
habilitowała poezyę, podniosła smak czytających, wstrząsnęła nimi, 
że poruszała nowe kwestye, próbowała nowych form, odświeżyła 
język: otóż i z języka Mickiewicza natrząsali się niegdyś klasycy, 
od pińczuków i barbarzyńców łając i tylko samych siebie na wieki 
ośmieszając; że z niejednym Zoilem »Młodej Polski« to samo się 
nie powtórzy, zawdzięcza on tylko krótkiej pamięci naszego, chyżo 
naprzód pędzącego czasu. 

Jeśliby nic innego nie zdziałali, już się im wdzięczność na- 
leży i uznanie; skarg na niezrozumiałość, na uchylanie się od hasł 
społecznych i pracy organicznej, na naśladownictwo obcych, na 
orgie zmysłowe i rozpaczliwy pesymizm, na powtarzanie się i prze- 
sadę, czasem i częściowo słusznych, uogólniać się nie godzi. Ni- 
gdy nie zapomnimy, że oni odwojowali dziedzinę poezyi, że od- 
wiązali ją od pręgierza tendencyi, od katechizmu życiowego dla 
vulgus profanum, że oddali ją sztuce. 

Na czele siłą talentu i szczerością uczucia i gwałtownością 
skarg staje Jan Kasprowicz. Czas jakiś zdawało się, że to »ludo- 
wiec«, że wspomnień skarbem bogatym są dla niego: 

szare chaty, nędzne chłopskie chaty! 
jak się z wami zrosło moje życie, 
jak wy proste, jak wy bez rozkoszy! 

w liryki, wiersze epiczne, skoro nazwiska ballad już się nie godzi 
używać (»Z chłopskiego zagonu« i dodane do »Anima lachrymans«), 



— 422 — 

w dramaty wnosił zawsze, co »Z Chałupy« wynosił. Jego »Świat 
się kończy«, to sukces naturalizmu czy weryzmu polskiego ze wsi 
wielkopolskiej, gdzie słabość Mięty, nędza Cierpika, lichwa Wró- 
bla, porywczość Walka splotły się w taki węzeł, źe go tylko mor- 
dami i samobójstwami rozerwiesz. 

Do motywów wielko