(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Juliusz Słowacki: jego życie i dzieła w stosunku do współczesnej epoki"

This is a digital copy of a book that was preserved for generations on library shelves before it was carefully scanned by Google as part of a project 
to make the world's books discoverable online. 

It has survived long enough for the copyright to expire and the book to enter the public domain. A pubHc domain book is one that was never subject 
to copyright or whose legał copyright term has expired. Whether a book is in the public domain may vary country to country. Public domain books 
are our gateways to the past, representing a wealth of history, culture and knowledge that's often difficult to disco ver. 

Marks, notations and other marginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journey from the 
publisher to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commercial parties, including placing technical restrictions on automated ąuerying. 

We also ask that you: 

+ Make non-commercial use of the file s We designed Google Book Search for use by individuals, and we reąuest that you use these files for 
personal, non-commercial purposes. 

+ Refrainfrom automated ąuerying Do not send automated ąueries of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a large amount of text is helpful, please contact us. We encourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attribution The Google "watermark" you see on each file is essential for informing people about this project and helping them find 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just 
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can't offer guidance on whether any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
any where in the world. Copyright infringement liability can be ąuite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's Information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps readers 
discover the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli text of this book on the web 



at |http : //books . google . com/ 




Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznych pólkach, zanim została troskliwie zeska- 
nowana przez Google w ramach projektu światowej biblioteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 
dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 
dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony 
dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając 
długą podróż tej książki od wydawcy do biblioteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady użytkowania 

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prace takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostarczać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 

Prosimy również o: 

• Wykorzystywanie tych plików jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w niekomercyjnych 
celach prywatnych. 

• Nieautomatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysyłanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tłumaczeniami maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dostęp do dużych ilości tekstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny "Google w każdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowych 
materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać. 

• Przestrzeganie prawa 

W każdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana książka została uznana za część powszechnego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób traktowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych krajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej używać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Search 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 



tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem http : //books . google . com/ 




7/^3. 2j. 8^^o 



HARVARD COLLEGE 
LIBRARY 




BOUGHT FROM THB 

AMEY RICHMOND SHELDON 
FUND 



> 




(^ 



n* 



JULIUSZ SŁOWACKI 

JEGO ŻYCIE I DZIEŁA 
w STOSUNKU DO WSFÓŁCZESNŹJ EPOKI. 

TOM PIBlŁWBSr. 



¥ 



J.A^JLIKOWSKIEGO 
v;e lwowie 



mmi mmm 



JEGO ŻYCIE 1 DZIEŁA 



w STOSUNKU DO WSPÓŁCZESNEJ EPOKI. 



PRZEZ 



ANTONIEGO MAŁECKIEGO. 




Tom pierwbst. 



NAKŁADEM AUTORA. 

Z DRUKARNI ZAKŁADU NARÓD. IM. OSSOLIŃSKICH. 
Pod bespoir. san|dein uprzyw. dzierżawcy Alex. Yofl^la. 

1866. 



\/5iu' 7.-.-'j. ;.. ecc 



HARVARD 

|UNrVERS1TY| 

LIBRARY 

SEP 21 1959 



ł 'i ** ■ ■ i 



SPIS RZECZT 

W TOMUE PIERWSZYM ZAWARTYCH. 



•trona 
Przedmowa \ . . • • IX 

ROZDZIAł. h 

UrodseDie poetj — słów kilka o j^^ rodzicach — szkolne cza- 
sy-^ pierwsze objawy poetyckiego usposobienia. Pierwsza 
przyjaźń i pierwsza miłośd. Bajronizm. Pierwszy krok 
w świat rzeczywisty — urzędowanie w Warszawie. KsiąAc 
Lubeeki, Dominik Liaiedii, Niemcewicz. Powstanie Li- 
stopadowe — pierwsze wyst^ienie Juliusza jako poety. 
Wyjasd z kraju 1 

ROZDZIAŁ U. 

Rok 1831 i pierwsza połowa 1832go. — Przybycie do Wrocła- 
wia, a stąd do Drezna. Odyniec — okolice drezdeńskie. 
Wyjazd do Londynu. Teatr londyński — Westminster — 
Niemcewicz. Przeniesienie się do Paryża — niekorzystny 
sąd o Francuzach — cmentarz Pere -ja - Chaise — teatra — 
Lelewel i inni Polacy przybywający na emigracyą. Poeta 
zamierza ogłosid zbiór swoich poezyi — wiadomość o pró- 
bach jego nąjpierwszych — trudności znalezienia nakład- 
cy — romans w języku francuskim. Druk rozpoczęty — 
wiele obieci^ca znsjomośó — panna Kora — owacye i na- 
dzieje wielkiego powodzenia. Lafayette — X. Praniewicz — 
Skil)ieki. Dzieła wychodzą z pod prasy. Mickiewicz w Pa- 
ryiu — pierwsi^ powód niesnasek pomiędzy nim a Sło- 
wackim — wspomnienie pewnego zdarzenia w Wilnie. . 37 



strona 



ROZDZIAŁ IH. 



Poesya polska przed rokiem 1830 — j^j stosunek do literatur 
zachodnich — jdj główne wewnętrzne znamię. Odrcbnoś<S 
wyobrafteń Juliusza Słowackiego — niepopulamośd jego 
pierwszych publikacji. Czas pracy nad każdym z utwo- 
rów ogłoszonych w r. 1832. Uwagi o poemacie Hugo 
ł o dramacie Mindowe, — rozbiór Maryi Stuart. 62 

KOZDZIAŁ IV. 

Dalszy ciąg rzeczy zaczęta* w poprzedzającym rozdziale. Nieco 
o powieści poetyckiej jako now^* formie poezyi. Biele- 
cki — Mnich — Arab — Żmija. Ogólny^ wniosek. 
Bąjronizm ,i jego ślady w poezyi polskiej 102 

ROZDZIAŁ V. 

Druga połowa roku 1832. Ukończenie poematu Lambro. 
Smutne doniesienia z domu, ISTówb niesnaski z Mickiewi- 
czem. Dziady. Nagły wyjazd z Paryża. P. Lenormand 
i podróż do Genewy 181 

ROZDZIAŁ VL 

Rok 1833. — Pensy onat na przedmieściu genewskićm i jego 
gospodynfe. Tryb życia Słowackiego w Grenewie. Nowe 
stosunki i znajomości. Wrażenie francuskiej recenzyi jego 
Poezyi. Teatr genewski. — Wiadomość o zgonie Zienko- 
wicza. — Lambro oddany do druku, przedmowa do 
niego. — Życie towarzyskie roku owego dośó zajmujące. 
Boston — Eglantyna — Eliza. — Wiosna — różne figury 
z dalekicb krajów sąsiadujące teraz z Słowackim — ro- 
dzina Uwarow — Potopów — hrabina Seidwitz — misyo- 
narz Wolf itd. — Wycieczki w góry okoliczne. — Uroczy- 
stość szkolna — imieniny Juliusza. — W jesieni praca 
nad Kordyanem 164 

ROZDZIAŁ VII. 

Zdanie o poemacie Lambro. Czy narodowość poezyi na tćm 
polega, ażeby obrabiać materye brane Jedynie ze sfery 
własnćj ? — Rozbiór Kordyana — kilka uwag o Dzia- 
dach Mickiewicza i o (tarczyńskiego Wacławie . . 177 



0trona 
ROZDZIAŁ Vni. 

Bok 1834 i 1835. — Wiura ^przeczucia. Śmierć babki. — 
Egiantyna. Przykrości wygnania dają się czuć pod ka- 
żdym względem. Smutne usposobienie. Skromne życzenia, 
bez nadziei ich osiągnięcia. — Wieczorki genewskie. Pra- 
ce i studya: Filozofia — Biblia — Georges Sand. W al- 
ias — Mazepa — Balladyna — Horsztyński. — 
Lepsze chwile — Nowa znajomość — Marya W. — Po- 
dróż w mił^m towarzystwie i dalsze z tego następstwa. — ' 
Rozczarowanie — -trzy miesiące samotnego pobytu w gó- 
rach. Przesilenie i no we^ ideały. ,W Szwajcaryi* — 
Anhelli . 204 

ROZDZIAŁ IX. 

Rok 1836 do połowy 1837. — Przygotowania do podróży wło- 
skidj — trudności pasportowe. Wyjazd do Rzymu — wra- 
żenia — nowe znajomości , Krasiński. Neapol — Sor- 
rento — poemat „Wacław". Podróż na Wschód. Gre- 
cya — Egipt — Kairo — piramidy — spotkanie z przy- 
jaciółmi koło Dendery. Teby — jazda na widUądach 
ku Palestynie. Kwarantanna w £l-Arish. Jerozolima — 
noc u grobu Chrystusa. Ruiny Balbe^u — Klasztor or- 
miański na Libanie — spowiedź — „Ojciec Zadżu- 
mionych**. Bajrut — powrót okrętem do Liwurny . . 248 



PRZEDMOWA. 



Oddając do rąk publiczności tę książkę o Juliuszu 
Słowackim, uważam za poteebne wytłómaczyć się, 
skąd mi przyszło na myśl pisać tak obszernie o czło- 
wieku, który w społeczeństwie zajmował tylko skro- 
mne stanowisko pisarza, a którego dziełom przy ca- 
łej ich genialności sam nieraz niedostatki wytykam, 
2e mnie z tej strony będzie zaczepiała krytyka, o 
tem wcale nie wątpię. Niechże przynajmniej — jeżeli 
nie rozbroi, to bodaj złagodzi surowość jej zarzutów 
szczere i otwarte opowiedzenie, jak ta praca moja 
powstała i w jakim celu była podjęta. Dała mi do 
niej główny powód oddana do rąk moich w odpisie 
korespondencya Słowackiego, prowadzona z róźnetni 
osobami, z Zygmuntem Krasińskim, z Teofilem Janu- 
szewskim, wujem poety, z Komelim Stattlerem, zna- 
komitym niegdyś profesorem malarstwa w Krako^e, 
a przedewszystkiem z matką. Do matki swojej pisy- 
wał poeta nasz w stałych i częstych terminach i 
zwykł jej był przez cał^ czas życia swego na emi- 
gracyi szczegółowo zdawać" sprawę ze wszystkiego, 
% czego się^tylko to życie jego splatało. Rozczytując 



X 

ten nader znaczny zbiór listów (jest ich tyle, że za- 
pełniłyby dwa spore tomy), nie mogłem się oprzeć 
w pierwszej chwili urokowi, jaki wywiera to rzeczy- 
wiście bezprzykładne bogactwo wyobraźni, strumie- 
niami rozlanej w owych potocznych i poufnych roz- 
mowach nieznanego zupełnie dotychczas z tej strony 
wieszcza; i porwany myślą, że to prawdziwy pamię- 
tnik wewnętrznego życia poety, że to istna fotografia 
najskrytszych poruszeń serca — zamierzyłem nakło- 
nić koniecznie krewnych jego do bezzwłocznego ogło- 
szenia tej całej korespondencyi Dalsze czytanie je- 
dnakże d^o mi uczuć niebawem niestosowność tego 
żądania. Nie tylko bowiem czas obecny zdaje się być 
cokolwiek jeszcze za rychłym, żeby wszystko, co się 
w niej mieści, bezwarunkowo można było drukować; 
ale i tego nie mogę zataić, że kiedy się odczytuje 
zbiór listów cały w jednym ciągu jeden po drugim, 
doznawać się zaczyna z czasem przy tak wielkiej ich 
obfitości -^ znużenia. Ostatecznie bowiem każdy list 
jest tylko listem, choćby go pisał i genialny poeta! 
Doniesienia o bieżących potocznościach życia, o zdro- 
wiu, kłopotach, powodzeniu itp. zajmują tu zawsze 
miejsce sobie właściwe; a nawet i najpoetyczniejsze 
ustępy nie mogą się nie powtarzać w podobnym cią- 
gle sposobie. W skutek czego czytający te wynurze- 
nia pou&e trąd coraz bardziej zmyri dla rzeczy pra- 
wdziwie niepospolitych, ginących w tym nawale po- 
wszednich konwencyjności. 

Nie uważając zatem jak na teraz za pożądane, 
żeby korespondencya ta była drukowana w całości, 
a nie mogąc z drugiej strony i tego z przekonaniem 



XI . 

swojem pogodzie 9 żeby pojedyncze z listów urywki, 
wyjęte na chybi trafi ze związku, było wl»ściw6m 
dawać do rąk pttblicanosci w sposób, jak ło uczynio- 
no na przykład z listami Krasińskiego lat temu kilka : 
wzi^em sobie za zadanie zużytkować ten materyał 
inaczej. Postanowiłem z osnowy Kstów rozwinąć wą- 
tek autentyczny życia Słowackiego tak mało komu 
znanego dotąd dokładniej; a zapomocą lepiśj rozwi- 
dnionego poglądu na tegoż życia koleje, rzucić też 
nieco światła i na jego dzieła. I oto w taki to sposób 
powstała książka niniejsza , poświęcona zarazem i bio- 
grafii poety i krytycznemu rozbiorowi piam jego, 
w odniesieniu do całego ogółu ówczesnych usiłowań 
w literaturze nacaej, stanowiących jakby tło dla wy- 
łącznego uwag moich przedmiotu. Przyznaję otwarcie, 
że kiedym się zabierał do tój roboty, nie wystawia- 
łem sobie, że się ona do tej objętości rozciągnie. Nie 
ręczę nawet za to, czybym się był zabrał do niej, 
gdybym to naprzód był wiedział. Ale zabmąwszy raz 
w rzecz i spostrzegłszy się, w co ja wszedłem, iro- 
chę zapóźno: nie chciałem się jiiż cofać po caiasie. 
Prowadziłem tedy coraz dalej naprzód pracę zaczętą, 
pocieszając się. nadziegą, że cokolwiek się stąd wy- 
wiąże, nie będzie bez pewnego interesu a może i po- 
żytku. Mianowicie zaś towarzyszyło mi w tern zajęciu 
to przekonanie, że warto jest przypatrzeć się choćby 
też raz jeden z bliska... życiuPoety! Warto poznać 
. w tym autentycznym , z własnych świadectw utwo- 
rzonym obrazie, z czego to u natur wyjątkowych, 
noszących to chlubne miano, zazwyczaj splata się ów 
Wątek uczuć, szałów, rzadkich pociech, częstszych 



xn 

bokści) mebiańskich natchnień i cierpień nieraz nąj*- 
dotkliwazych, który tium ludzi, stojący u ich piede- 
stalą, nazywa później sławnem żydem geniahiego ozlo- 
wieka . . . Tyle o tem już pisano w romansach ! Każdy 
wystawia sobie stan duszy tych ludzi nadzwyczaj- 
nych — po swojemu. Prawdy bezwzględnej nie może 
byc mgdy w takich wymarzonych i tylko z własnej 
głowy branych opisach. Otóż zdarzyła się sposobność, 
sposobność w literaturze naszej do tej przynąjnmiej 
pory jedyna, że przy pomocy takiego zapasu własno- 
ręcznych zwierzeń, wyrzeczonych w chwilach zawsze 
stanowczych, pod wpływem uczuć zbyt świeżych, że- 
by praypuszczać , że ten, co to pisał, fałdy swej togi 
drapował sztucznie i^ stawał w postaci cdowieka któ- 
ry pozuje... możemy krok w krok, jak cień za cia- 
łem towarzyszyć jednemu z podobnych ludzi przez 
cale pasmo dni jego i mieć jak na ^oni przed sobą 
całą genezę i dziejów jego jako człowieka i natchnień 
jego jako artysty. Dlaczegóż nie mielibyśmy korzy- 
stać z tej sposobności? Nie miaiżehj wizerunek taki 
mieć przynajmniej tyle wartości, co obrazy charakte- 
rów i opisy przygód wymarzonych w fantazyi? 

Ale odeprze niejeden na to : przecież Słowacki nie 
był największym naszym poetą! jeżeli więc o to cho- 
dziło: to należfidlo sobie wybrać kogoś takiego, któ- 
ryby sprawiedliwiej mógł tu duźyć za pomnikowy 
posąg wieszczego usposobienia. — Prawda! Autor Lilii 
Wenedy niewątpliwie miał coś w duchu swoim choro-^ 
bliwego. Między dziełami , których ostatecznie dokoneJ!, 
a tą potęgą jego poetyckiej zdolności, którą w poje- 
dynczych tylko miejscach bije u niego całym, blaskiem 



xin 

łtnjdtaościy gdrieindziój zaś już tylko „dyini przez 
fiłowa^^y nie ma należytego stosunku. StemwBzystkiśm 
i ta anormalnośóy która nas w osobie jego uderza^ 
nie byłto symptom oderwany i czysto osobisty. Tc^ 
było znamię typowe czasu, to było cierpienie właści- 
we mniej więc6j całśj tej generacyi , do którśj Juliusz 
naleźi^. Już przeto dla tej jednej przyczyny uważam 
życie j^o za przedmiot pod każdym względem godny 
głębszego rozpatrzenia. 

A zresztą — należy zawsze korzystać ze sposo- 
bności , jaka się właśnie nadarza. Mickiewicz nie zo- 
stawi po sobie takiego materyału do odtworzenia wi- 
zerunku całego swego żywota; dlatego też niejedno 
z źródeł jego natchnienia na zawsze dla potomnych 
pozostanie zagadką. 

— Obok Słowackiego, stawionego na pierwszym 
planie, umieściłem w obrazie moim cały chór osób 
różnych współczesnych, z którymi łączyły go bliższe 
lub dalsze stosunki i o których często mówi w swp- 
jój korespondenci^. Zdawało mi się, że nie mogą być 
obojętne szczeg^y dotyczące ich doli, wpływów na 
nich działających i okoliczności, śród których żyli. 
Ścńąga się to gównie do tych pisarzów naszych, co 
życie spędzili na yrjrgnamn. Jeżeli wreszcie szczególe 
podobne wydają się może dzisiaj jeszcze ponmiejszej 
wagi, nie będąc tak dalece nieznanemi rzeczami dla 
. pokolenia dzisiejszego: to rozumiem, że nie będą bez 
interesu dla późniejszych, do których tradycye żyją- 
ce pomiędzy nami, dojdą tylko w drobnych okru- 
chach. Cóżbyśmy dziś za to daJi, gdybyśmy tyle wie- 



/ 



dj$ieć mogli na -pmjlfUęA o KiaaJcomito^oiach Ba»jdi 
z zygmuntow^kiej epoki! Byłaby to melogiczBość, ivz- 
bijać się za, mióclrobiuejazeini wiadomoetkanu, jeżeli 
4akowe dotycĘi^ od dawoa zgari:ycl;Ly a j» nie waayć 
sobie wspomniema dotyczące osób^ któryd^ mogiły 
jeszcM w aaemi nie zaklęsły i zaledwie 'darnią poro- 
simy. Przyjdzie czaa^ że i te grobowce znikną z przed 
oczu żyjąc^cli, a wtedy będzie tern droższą wiado- 
mość o wszystkich, którzy w gołębi ich spoczęli... 

— Ze stroną opisową i historyczną dzieła mojego 
połączyłem i część krytyczną. I wytłómaczyc się mu- 
szę, dlaczego rozwodzę się tak obszernie nawet nie- 
raz nad takimi utworai!ai Słowackiego, którym sam 
wielkiego znaczenia artystycznego odmawiam. Dzieła 
tego poety, niesłusznie przez ogół mało poszukiwane, 
zaczęty od lat kilku tu i owdzie prawie znowu nad 
zasługę i miarę entuzyazmowaó pewną liczbę czytel- 
ników, zwłaszcza pcnniędzy młodzieżą. Według wszel- 
kiego podobieństwa do prawdy, będzie się to z cza- 
sem jeszcze powiększać. Przy takiej sprzeczności są- 
dów i punktów widzenia — bardzo wiele zależy na 
tern , ażeby sobie zdać raz sprawę oa usikiąjszydi 
studyach opartą, tak ze zalet jako i przywar właści- 
wych Słowackiemu. Krótkie wyroki na nic się tu nie 
przydadzą, Doraźnie wypowiadane mniemania nikogo 
jeszcze o niczem nie przekoni^y. Zresztą wszelkie 
krytyczne rozbiory zdaniem mojem wtedy tylko mo- 
gą być prawdziwie pożyteczne, kiedy nie ogranieiia- 
jąc się do tego, żeby czy to naganą czy pochwałą 
wi^ynąp na dalsze roboty krytykowanego pisarza, po- 



rofisają pjtaoift dięgująoe dottDśnoścsi mró^ ineco po 
za zakres 2)OT«£RSonego wlasiiie pr:(idd!imo<$u. Kieóh im 
8ię tu woliK) będzie odm>ia6 do "Wi^lMój w takich 
rzecsfiach powagi. Erytyki Łessyng* w jego „Hainbur- 
skiej Dramatargii* objęte, s^ ciągle jeszcae pouczar 
jące, chociaż mało która ze sztuk przez niego tam 
Tozbi^*anycłL bywa jeszcze grywaną, a dio6by tylko 
czytywaną {»^ez kogo . . . Daleki jestem od cŁęd przy* 
pisywania moim krytycznym wywodom znaczenia, któ^ 
reby je zbliżać mogło do mistrzowskich rozbiorów 
Łesssmga; ale godzi się każdemu iść w ślady za czło*- 
wiekienx> ^rego sposób się uznaje za godny naśla- 
dowsmda. 

— Na zakończenie powiedzmy słówko, czy się go- 
dziło robić użytek, przeznaczony dla wiadomości całej 
publiki, z listów prywatnych. Poruszył to pytanie co 
do Mickiewicza niedawnymi czasy znakomity nasz 
krytyk Julian Klaczko i bardzo się stanowczo wy- 
razi! za tóm, że „ogłaszanie poufiiych pism i listów 
znakomitych w narodzie ludzi nie jest rzeczą ani tak 
iuechybm'e godziwą, ani tak nad wszelką wątpliwość 
pożyteczną, jak się to niejednemu wydaje." Rozró- 
żniając pomiędzy łudź mi czynu, do których poli- 
czył polityków > wojowników i dyplomatów, a mi- 
strzami słowa i sztuki: uważa szanowny autor, 
że tylko pierwszych uważany być może i prywatny 
nawet żywot za godziwy przedmiot badań powsze- 
chnych; podczas gdy osobistość drugich radby on 
usunąć ile tylko być może z przed oczu ciekawych 
natrętów , a to dlatego że biografia artystów i poe- 
tów bywa prawie zawsze mikrografią ducha. 



XVI 

'BrzyzDAję chęime, że mogą niewątpliwie zdarzać 
się wielkie przesady w nieoględnem traktowaniu pry-< 
watnych stósonkow czyidlikolwiek , czy tam kto wal- 
czył na świecie bronią, czy wreszcie pioitem. Stern- 
wszystkiem zdaje mi się, że jednak podnosio do re*- 
guły powszechnej zaleconej tu dyskrecyi nie móźna. 
Koniec końcem, trudnoby było zaprzeczyć teniu, źe 
pospolicie dzieła poetów wtedy dopiero zaczynają być 
należycie zrozumiałe i pożyteczne dla wszystkich, kie- 
dy się wie dokładnie, wśród jakich okoliczności one 
powstały, to jest kiedy się dobrze zna przebieg życia 
ich autora. A już to samo upoważnia do tego , aby 
się starać zbogacić biografią jego szczegółami jaknaj- 
doUtadniejszymi skądkolwiek bądź. Zresztą i iiajszczy- 
tniejsza poezya, ażeby nie była próżnym blichtrem i 
tumanem dla niedoświadczonych , powinna być popar- 
tą życiem poety. Mam to przekonanie, że narodowi 
służy wszelkie prawo do dochodzenia tego, co mu 
poeta daje: czy to szych, czy złoto szczere? czyprze- 
dewszystkiem wierzył on też w to wszystko, co sło- 
wami swemi wygłaszał, i czy sam żył podług tego? 
Gdzie bowiem rozdzirf nieprzeskoczny między pismem 
a czynami, tam zwykle i czyny liche i pisma wielce 
podejrzanej wartości !... A nakoniec nie zapominajmy 
i o owem odwiecznem zdaniu, że mUura horret vacuum 
Jak w świecie fizycznym, tak też i w biografiach zna- 
komitych ludzi aż nadto często się zdarza , że się nie- 
zapełnione niczem próżnie lubią zapełniać czemkolwiek. 
bądź: w rzeczach fizycznych zapd;niają się wiatrem, a 
w ludzkich — ploteczkami; a te nie zawsze wypadają 
na korzyść osób, do których się ściągają. 



ROZDZIAŁ PIERWSZY. 



Urodzenie poety — słdw kilka o jego rodzicach — szkolne czasy — 
pierwsze objawy poetyckiego usposobienia. Pierwsza przyjaźń i pierw- 
sza miłoic. Byronizm. Pierwszy krok w świat rzeczywisty — urzę- 
dowanie w Warszawie. Książę Lubecki, Dominik Lisiecki, Niemce- 
wicz. Powstanie Listopadowe — pierwsze wystąpienie Juliusza jako 
poety. Wyjazd z kraju. 



^ Wśród litewskiego grodu, w ciemnej szkolnój sali 
Siedziało dwoje dzieci — niezmięszani w tłumie. 
Oba we współzawodnój wykarmienł dumie, 
Oba wątłój postaci, marmurowo biali. 
Młodszy wiekiem nadzieje mniejsze zapowiadał'. 
Pierś mu się podnosiła ciężki^m odetchnieniem — 
Włos na czole dzielony na ramiona spadał 
I po nich czarnym, gęstym sypał się pierścieniem. 
Widać, że włos ten co dnia ręką dziewic gładką 
Utrefiony, brał blaski dziewiczych warkoczy. — 
Ludzie nieraz, „on umrze'' mówili przed matką: 
Wtenczas matka patrzała długo w dziecka oczy 
I przeczyła z uśmiechem. Lecz w smutku godzinie, 
Kiedy na serce matki przeczuć spadła trwoga. 
Lękała się nieszczęścia, i myśląc o synie 
Mie śmiała wyrzec: niech się dzieje wola Boga! 
Bo w czarnych oczach dziecka płomień gorączkowy. 
Przedwcześnie zapalony, trawił młode życie...** 

i 



2 

,»MłodaZ7 wiekiem**, o którym mowa w tym wiersza, to wła- 
6nie nasz poeta. Powyższemi słowy sam on siebie opisał w wier- 
szu zatytułowanym ^Godzina Myśli^, zamieszczonym na koń- 
cu in tomu Poezyi paryskiego wydania. Godzina Myśli poświę- 
cona jest wspomnieniom lat szkolnych, wspomnieniom pierwszych 
marzeń, pierwszych rozczarowań, pierwszej przyjaźni i pierwszej 
miło&ci. Wiersz ten stanowi między materyalami, które mam 
przed sobą, najważniejsze źródło do skreślenia wewnętrznego wi- 
zerunku Juliuszu w tój życia jego epoce. Opowiadania osób, któ- 
re pamiętają te czasy i patrzały na młodość jego, jakkolwiek 
ciekawe i zajmujące, nie potrafiłyby zastąpić tych zwierzeń z pierw- 
szój ręki podanych; dostarczają bowiem tylko szczegółów do 
zestawienia samej zewnętranój strony tego obrazu. 

Odbywał więc Juliusz szkoły ^wśród litewskiego grodu^, 
w Wilnie. Tutaj także spędził najrychlejszy poranek życia, nim 
jeszcze został do szkół oddany. Jednakże właściwym jego krajem 
rodzinnym, krajem, który tyle razy w pismach swoich z wylą- 
cznóm przywiązaniem wspomina jako swoje krainę, 
„Gdzie po dolinach moja Ikwa płynie , 
Gdzie góry moje błękitnieją mrokiem"* — 
nie byłato Litwa, lecz Wołyń. Urodził się w Krzemieńcu, dnia 
23 sierpnia 1809 roku — z ojca Euzebiusza Słowackiego i matki 
Salomei z domu Januszewskiój. 

Ojciec jego zajmował wtedy jeszcze posadę profesora języka 
polskiego w liceum krzemienieckiem , którą z rąk założyciela te- 
goż zakładu, Tadeusza Czackiego, otrzymał był już w chwili 
tójże szkoły otwarcia. Nie długo potem zamienił ją na profesurę 
uniwersytecką. Właśnie bowiem w tymże roku 1809 ogłoszono 
w akademii wileńskiej konkurs na katedrę lustoryi literatury, 
czyli, jak to naówczas tam nazywano, na katedrę wymowy i po- 
ezyi. W dowód stosownego uzdolnienia do objęcia tój profesury 
zażądano rozprawy „O sztucj^dobrego w języku polskim 
pisania**. W skutek tego — po upływie dziesięciomiesięcznego 
przeciągu czasu, tyle go bowiem dozwolono do wykończenia żą- 
danój pracy — zostało do Wilna nadesłanych kilka rozpraw tój 
treści. Była pomiędzy niemi i praca profesora z Krzemieńca. Po 



rozpoEnaniii wad i zalet wszystkich pism nadesłanych , komisya 
rozpoznawcza, z profesorów akademii złożona, do którćj przede- 
wszystkióm należeli sławny Grodfried Grodek, profesor filologii, i 
rektor nniwcrsyteta Jan Sniadecki, pnyzn^ła, stanowcze pierw- 
szeństwo Enzebinszowi Słowackiemu. W skutek tego nastąpiło 
w roku 1811 ostateczne powołanie j^o na tę katedrę i przeniesie- 
nie się rodziców poety naszego do Wilna. 

Zawód Słowackiego jako profesora wszechnicy był tern uiy- 
te(»niejszy, że przypadł na czasy, gdzie konieczna potrzeba t^j 
profesury coraz dotkliwiej czuć się dawała. Przez cały oiroioletni 
ciąg trwania odrodzonego pod kuratoryą X. Adama Czartory- 
skiego uniwersytetu 'wileńskiego aż do owój chwili, przez cały 
czas od r. 1803 do łSłl, katedra poezyi i wymowy ciągle tam 
wakowj^a. Nauk tych nie wykładał tam aż pótąd żaden nawet 
zastępca profesora. Wzywano wprawdzie ze strony uniwersytetu 
od czasu do czasu różne ^co sławniejsze 'w epoce owój znakomito- 
ści literackie i naukowe do objęcia rzeczonój posady : powoływano 
na nią najprzód Kopczyńskiego, późniój Klarpińskiego , a dalój 
Niemcewicza, nakoniec Fr. Xaw. Dmochowskiego i Woronicza. 
Lecz wszystkie te kandydatury rozbijały się, o jakieś już to po- 
lityczne, już osobiste i uboczne trudności, tak iż dopiero więc 
w r. 1811 zasiadł na tój katedrze po raz pierwszy Słowacki. Był 
to mąż wielce oczytany i światły. Wprawdzie więcej on wykształ- 
cenie swoje zawdzięczał własnym swoim usiłowaniom, aniżeli mi- 
strzom jakim i zakładom naukowym głośniejszo] sławy. Za grani- 
cą bowiem za młodu na żadnych akademiach nie bywał. Krajowe 
zaś szkoły, w których się kształcił, w tamtych jeszcze czasach 
zbyt wysoko nie stały. Pomimo tego wszelako, przy gorliwóm peł- 
nieniu obowiązków, przy rzetelnóm zamiłowaniu tak powierzonego 
sobie przedmiotu, jako i młodzieży, działał Słowacki w zakresie #« 

swoim z wielkim dla niój pożytkieln. Co większa, starał się i po- 
sunąć dalój sarnę naukę, którą miał sobie poruczoną, jak o tóm 
najlepiój świadczą pozostałe jego pisma*). Jak wiadomo, próbował 



*) Pisma Euzebiusza Słowackiego wyszły w 4 tomach, w kiika- 
nttftcie^Iat po sgonie autora, w Wilnie r. 1824 — 26. 



on sił swoich nawet i na pola poezyi. Mianowicie wiele tłóma- 
czył, np. Henryadę Woltera i różne ustępy z dzirf kilku- poe- 
tów łacińskich. Ułożył wreszcie dwie tragedye oryginalne niezgor- 
szym wierszem, t. j. Mendoga i Wandę. Sztuki te pisane są 
wprawdzie zupełnie jeszcze na sposób dawny francuski, czyli jak 
to zwykle nazywamy, klasyczny ; steinwszystkiem pamiętać tu na- 
leży, że takie to już wtedy były u nas w tej- mierze powszechne 
wyobrażenia. Nikt w tym rodzaju literatury nie pisał inaczej za 
Księstwa Warszawskiego. W każdym razie tedy działanie takiego 
profesora w&ród grona dzielnej litewskiej młodzieży obiecywało 
W^ilnu jeżeli nie takie plony, jakie się — dzięki innym okoli- 
cznościom — okazały w późniejszych latach, kiedy to liczył się 
do uczniów uniwersytetu. Zan i Mickiewicz: -- to zawsze jednak 
zapowiadało ono rzetelne i ważne, diociaż skromniejsze korzyici. 
Do ziszczenia ich zupełnego atoli nie przyszło ; we trzy już bo- 
wiem lata po przeniesieniu się swojóm dó Wilna t. j. w r. 1814 
zakończył profesor życioi Umarł przedwcześnie w czterdziestym 
drugim roku wieku, na piersiową słabość, któta o wiele rychlój 
wycieńczała już siły jego. 

Tyleśmy mieli do powiedzenia o ojcu. 

Co się tyczy matki, to opowiadania wszystkich, którzy ją 
znali, wtem się zgadzają, że jeżeli które z rodziców mogło uspo- 
sobieniem swojóm wpłynąć na ów wyższy i exoentryczny nastrój 
ducha Juliusza, to rozumieć to należy właśnie o matce, która 
też w nim całe swoje szczęście widziała, dla której był on jedy- 
nym celem życia, jej dumą, jój nadzieją, jej wszystkióm na zie- 
mi. Ze strony syna także uiemniejsze było przywiązanie do matki. 
Od pierwszego dziecięctwa swego aż do zgonu ^— przez wszystkie 
życia koleje, czy to pod jej okiem wzrastając, czy trawiąc na 
^% wygnaniu długie lata samotne, zawsze on ją z głębi serca, rze- 

wnie , wyłącznie i niemal bym Tzekł religijnie czcił i miłował. Już 
samo listy jego do niój pisywane przekonywają, że nie miał on 
przed nią nigdy nic skrytego, nic coby zakrawało na tajemnicę. 
Z szczerą ufnością dziecięcia i ze swobodą przyjaciela zwierzał 
on jój się zawsze z każdej pociechy i nadziei, z każdój boleści i 
troski j ze wszystkich uczuć , rojeń , a nawet czasem i szaleństw 



5 

drażliwego swego usposobienia. Ale bo była też to osoba rzadki^ 
giętkości ducha. Łączyła w sobie własności, ktArych harmonijne, 
miłe dla wszystkich otaczających połączenie wjednój osobie tylko 
się rzadko kiedy i chyba wyjątkowo spotyka. Łatwa, potoczna, 
nadzwyczaj żywa , a jednak i czująca głęboko i z natury jakiegoś 
już tęskniejszego nastroju — pociągiiiła ona ku sobie każdą szlachetniej- 
szą naturę. Zawsze potrzebując czegoś takiego koniecznie, coby 
j^. myśl żywszćm napełniało zajęciem , brała udział we wszyst- 
ki^m, co tylko ją otaczało, i znajdywała w«obie nawet dla rzeczy 
małych dość t^j skrzętnej drobuostkowości , która naturze niewie- 
ściej dodaje tyle powabu , jeżeli się z nią kojarzy zmysł i głębsze 
wyrozumienie także i dla spraw wyższych, dla spraw wynikają- 
cych z obowiązków matki, obywatelki,- chrześcijanki... Matka 
Juliusza wszystko to w sobie godziła. Sercem i wykształceniem 
stawiona zupełnie na równi z duchowóm stanowiskiem syna, od- 
gadywała mimowiednie, a czysto i pojmowała świadomie tajne 
nieraz intencye jego poetyckich utworów. I nie tylko nie ukry- 
wała przed ńira swojego zdania owszystkićm, cokolwiek jój prze- 
łożył ; ale niekiedy nie szczędziła mu i wyrainój nagany , jeżeli 
coś nie zupełnie smakowi jej zadość czyniło. Nagany takie przyj- 
mował Jułiusz od ni^j — może od niej jednej — z bezwarunko- 
wem poddaniem... Słowem, była pomiędzy temi dwiema natura- 
mi jakaś tajemnicza a szczególnie ścisła sympatya. Wielu zaś 
dostrzegało nawet pewnego wręcz podobieństwa pomiędzy matką 
a synem, które im też tłómaczyło niejedne stronę skądinąd dzi- 
wnie uderzającą w charakterze poety. A jeśli w dalszych ustę- 
pach życia Juliusza rysy tego podobieństwa znacznie się zatarły, 
a wyszły natomiast na wierzch pod niejednym względem różnice: — 
to byłoto skutkiem dyametralnie odmiennych życia kolei , jakie 
każde z nich przechodziło. A dalój było to następstwem i tój je- 
szcze okoliczności, że poetyczne usposobienie matki było oczywi- 
ście więcój biernóm , a kierowało nióm przedewszystkióm serce, 
swobodnie i miłościwie na świat zewnętrzny zwrócone; podczas 
gdy fantazya poetyczna syna, w sobie zamknięta, twórcza, lecz 
dumna, brała raczej z siebie samej pęd ku temu wszystkiemu, 



vr czem się miała objawić, nie wiele dbając o ńwiat i ładzi i o 
całe otoczenie zewnętrzne. 

Po zgonie £nz. Słowackiego osierociała wdowa opuściła Wil- 
no i przeniosła się z jedynćm dziecięciem swojem, pięcioletniem 
naówczas, napowrót w strony swoje rodzinne. Osiadła na nowo 
w Krzemieńcu, w doma rodziców swoicłi Januszewskich, którzy 
stale w tćmże mieście zamieszkiwali. Po upływie trzech lat je- 
dnakie poszła powtórnie za mąż. Oddała rękę doktorowi Becu, 
znowuż profesorowi uniwersytetu wileńskiego w wydziale lekarskim. 
Dr. Becu był takie wdowcem i miał dwie córki niedoroste, po- 
trzebujące macierzyńskiej opieki. Przybył tedy do Krzemieńca (r. 
1817), umy&lnie dla odnowienia znajomości, i połączył się związ- 
kiem małżeńskim z wdową po zmarłym swoim koledze. Tak na- 
stąpiło tedy powtórne przeniesienie się onój rodziny na Litwę. 
Juliusz znalazł teraz w pasierbicach swój matki, Hersylii i Ale- 
sandrze, dwie przywiązane siostry, obsypujące go pieszczotami, 
jak rodzonego brata. Do nich to więc odnosi się owa wzmianka 
w przytoczonym wyżej ustępie z Godziny Myśli, o dziewicach 
^gładkiemi dłońmi trefiących co dnia czarne włosów jego pier- 
ścienie.** — 

O szkolnych czasach i pierwszój młodości Juliusza niewiele 
mam do powiedzenia. Tyle mi tylko wiadomo, że miało to byó 
miłe dziecię, o pięknej ale bladój twarzyczce — nikłe ciałem i 
zawsze słabowite. W czwartym roku życia odbył ciężką, kilko- 
miesięczną, nader niebezpieczną słabość, z którój go ledwie przy- 
wrócono do zdrowia. Tóm rychlój się za to obudzać w nim za- 
częły duchowe siły i niepospolite jak na wiek jego zdolności. Za 
życia jeszcze ojca zaczęto go uczyć czytać. Elementarzem j^o, 
t. j. książką w dosłownym znaczeniu pierwszą, w którój poznawał 
litery, była Iliada Homera przekładania Dmochowskiego. Dziwili 
się wszyscy, że to czytanie sprawiało temu dziecku przyjemność 
i że wyobraźnia jego zdążała za tymi obrazami wieszcza staro- 
żytnego. W następnych latach, poduczony w początkowych przed- 
miotach prywatnie w domu, został — za powtómóm przybyciem 
do Wilna — oddany do szkół publicznych. Tu znowu się obja- 
wiała we wszystkióm pewna przedwczesność calój jego organizacyi 



duchowej. Objawiida się zai nie tyle v postęiMu^h naukowych, 
chodai i pod tym względem liczył się zawsze młody Słowacki 
do celujących uczuiów. Ale dateko więcój uderzała każdego jakaś 
dziwna skłonnoić do samotnych marzeń , jakai tęskna fantasty- 
czność chłopczyny . . . 

Jak wiadomo, lata 1818—1824 w obrębie akademii wileń- 
skiej — stanowić będą na zawsze w dziejach umysłowoici naszćj 
czasy opromienione urokiem najpiękniejszych wspomnień i nigdy 
niezapomnianych zdarzeń. Zdarzenia te sięgały daleko po za za- 
kres urzędowej że tak powiem instrukcyi naakowej. Byłto brzask 
nowij ery w myślach i pieśniach — świtanie nowego życia, ży- 
cia rdzennie narodowego. Co tylko z młodzieży żyło duchowo, 
podzielało ten prąd powszechny. Promienie jego dosięgały 'i niż- 
szych szkół, z wysokości katedr akademickich. Poezya była jak- 
by symbolem tych wszystkich uczuć , które młodzież ' łączyły. 
Świeża sława Mickiewicza i jego rówienników silnie działała i na 
najmłodszych wychowańców szkolnych zakładów litewskich. A je- 
żeli na kim wywierało to wszystko potężne, wstrząsające wraże- 
nie, to na Juliuszu. Oddźwiękła w sercu jego ta struna poety- 
czna, która i bez tego już w duszy jego była napięta. Żądza 
wielkiój autorskiój sławy zaczęła go już nawiedzać w dzieciństwie. 
Niejednokrotnie on sam o tóm wspomina w listach swoich do 
matki, pisanych już w późniejszym wieku na emigracyi. — „Droga 
moja — mówi do niej np. w liście z d. 25 stycznia 1845 — ja 
ośm lat mając przysiągłem Bogu w kościele katedralnym, że nie 
będę przed grobem moim niczego żądał — a za to za grobem o 
wszystko się upomnę.^ Albo w innym liście : — „W dzieciństwie, 
kiedy byłem exaltowanie nabożny, modliłem się do Boga często i 
gorąco, żeby mi dał życie poetyczne, choćby zresztą najnędzniej- 
sze , — żebym był pogardzony przez cały wiek mój — i tylko że^ 
by mi za to dał niekniertelną sławę po śmierci**... A w owym 
poemacie, z którego ustęp daliśmy na czele obecnego rozdziału, 
wręcz wyznaje mówiąc o sobie, że 

„Dziecko z czamemi oczyma, 
Młodsze wiekiem, natchnieniom dało myśl skrzydlatą 
I wypadkami myśli żyło w siódmóm niebie. 



Więc przeczuł, że marzeniom da kiedyś wyrazy, 
Ze się zapozna myślą z myślnym ludzi tłumem , 
Ma przed sobą krainę duchów do zdobycia*"... 

W ogóle tedy cały tryb spędzonego jego dzieciństwa , wszyst- 
kie jego zabawy, zajęcia, stosunki i zapędy okazują nam się 
w obrazie, który jak upoważniał do najpiękniejszych nadziei o 
tóm dziecku, tak też mógł wzbudzać i pewne obawy o jego dal- 
.sze koleje... Jeżeli bowiem dumnie i poetycznie to brzmi, po- 
wiedzieć o kim, że cały jego życia poranek nie był taki, jak 
zwyczajnych ludzi : to z drugiej strony wiele prawdy i w tóm być 
mogło, co później sam on wyrzekł o sobie z goryczą w jednym 
z listów do matki (Paryż r. 1832): — ^Darujcie mi, bo ja w dzie- 
ciństwie kształciłem się tak , abym nie był podobnym do ludzi — 
a teraz dopiero pracuję nad sobą, aby być podobnym do człor 
wieka"... 

Teraz trzeba nam tu wspomnieć o dwóch okolicznościach na- 
der ważnych w jego wieku młodzieńczym i bynajmniej też nie- 
przepomnianych przez poetę w Godzinie Myśli. Jedną okoli- 
cznością taką była przyjaźń najściślejsza, idealna, dozgonna, ja- 
ką był zawarł od pierwszych ławek szkolnych z pewnym star- 
szym od siebie kolegą. Pamięć jego często mu była przytomna 
w późniejszym nawet wieku , na emigracyi. Nieraz w listach o 
nim wspomina. Jego to też i wtedy właśnie miał na myśli , kiedy 
mówił o owem dwojgu dzieci, niezmięszanych w tłumie,- 
w szkolnój sali obok siebie siedzących. Jednóm z tych dzieci był 
to, jak już wiemy, sam Juliusz. Drugiem zaś był ów j^ przy- 
jaciel. Imię mu było Ludwik. 

„Włosy miai jasne, kolor oczu lazurowy. 
Ludzie na nim nadzieje budowali szczytne. 
Pożerał księgi, mówił jak różne narody. 
Do licznych nauk dziwnie palące czuł głody — 
Trawił się. — Jego oczy ciemne i l)łękitne. 
Jak polne dzwonki, łzawym kryształem pokryte 
I godzinami myśli w nieruchomość wbite, 



Tonąc w otchłań marzenia, szły prostymi loty 
Za okresy widzenia, za wzroku przedmioty^... 
A zatóm i usposobienie Ludwika uie było takie, jak reszty 
uczniów, których oni obydwaj nazywali tet — tłumem. Miało 
ono wiele podobieństwa do natury Juliusza, tylko że tu senty- 
'mentalizm jui wyraźnie był chorobliwy. Kiedy bowiem młodszy 
przyjaciel, Juliusz, jako poeta snuł sobie rojenia jakiei napo- 
wietrzne i tylko w sferze idealnej: tymczasem „jego towarzysz 
większy nauką i laty,** odnosił się w swoich nieokreślonych cier- 
pieniach duszy bezpośrednio do otaczającego go świata rzeczywi- 
stego, czyli jak się wyraża nasz autor, „nigdy od krain my- 
śli nie odłamał życia, sprzągł razem i powiązał dwa 
niezgodne światy.^ Z czego atoli takie tylko wynikały nastę- 
pstwa, że 

„Jako posągom nieraz braknie w rysach duszy. 
Posągom jego myśli brakowało ciała; 
Więc nieraz go śmiech ludzi, śmiech, co czucia głuszy. 
Budził — i rzeczywistość zimna roztrącała.^ 
Byłto zatem najzupełniejszy Werteryzm, czyli owato sen- 
tymentalna schorzałość i wycieńczenie ducha, które szczególniej 
Niemców za młodu nawiedza i które oni technicznym terminem 
zwykli nazywać Weltschmerz. — Młodzieńcem tym był Ludwik 
Spitznagel, podobno syn jednego z profesorów wileńskich. Rychły 
koniec jego życia był bardzo smutny, a nastąpił z przyczyn ró- 
wnie niedocieczonych , a przynajmniej nieokreślonych, jak i posę- 
pność całego życia nie miała właiciwie żadnego określonego powo- 
du. Po ukończeniu szkół wileńskich Ludwik zapragnął słuchać 
„wieków tajemnicy, wymówionój niepewną twarzą 
hieroglifów,** to jest odbyć podróż na Wschód, zwłaszcza do 
Egiptu. To mu poddało myśl poświęcenia się służbie publicznój 
w zakresie dyplomacyi. Udał się przeto do Petersburga dla do- 
kończenia nauk i przykładał się tam przez trzy lata szczególnie 
do oryentalnych języków. Przygotowany wreszcie najzupełniój do 
rozpoczęcia karyery, jaką sobie sam obri^, przydzielony już do 
poselstwa jadącego „w piramid krainy** w charakterze dra- 
gomana tegoż poselstwa — zajechał jeszcze na Litwę, ażeby się 



10 

połegnac^ z rodziną i przyjaciółmi. Załatwiwszy ju& wszystkie 
sprawy, bawiąc na wsi , w pewnym domu zdawna sobie znajomym 
i całej rodzinie jego życzliwym , kiedy po kilku dniacłi miłój za- 
bawy już był na samom wsiadaniu, kiedy powóz, który go miał 
uwieść daleko, właśnie co tylko się zatoczył przede dwór... od- 
dalił się Ludwik niepostrzeżenie do jednego z oddaleńszych poko- 
jów 1 — zastrzelił się. O rzetelnych powodach samobójstwa, jak 
już wspomniałem, ani najbliżsi nawet przyjaciele nigdy się nie 
dowiedzieli. 

Ale bo też wnosząc z wszystkiego, zdaje się, że nie było 
do tego żadnój rzeczywistój pobudki. Ogólny niesmak życia, excen- 
tryczny rozstrój w umyśle, zwątpienie — a bezpośrednio może i 
brak odwagi do rozstania się na czas nieokreślony z tą miłą zie- 
mią rodzinną, która go właśnie z takim urokiem w domu przy- 
jacielskim żegnała — oto prawdopodobnie najwłaściwszy powód 
rozpaczliwego postanowienia, jakie Ludwik przywiódł do skutku, 
skoro tylko mu przyszło stawić pierwszy krok w zakresie rzeczy- 
wistego świata i praktycznego zawodu. Taki brak odwagi korzy- 
stnie wprawdzie świadczy o rzewności serca, o głębi uczuć, o 
idealności całej natury tego nieszczęśliwego młodzieńca. Dowodzi 
zarazem jednak i tego , że mimo tych wszystkich zalet , właści- 
wych wprawdzie głębszym tylko umysłom , odłogiem tam zalegała 
i zeru się musiała równać ta męska praktyczna zdolność , ta ener- 
gia woli, ta chęć dokonania czegoś pożytecznego w świecie, coby 
go zbliżyć mogło do wymarzonego ideału, słowem ta cała druga 
siła umysłu, bez rozwinięcia której sentymentalizm najpoetyczniej- 
szy, najczystszy — ani ludziom ani sobie na nic się przydać nie 
może. 

Że ścisłe, codzienne, nierozdzielne pożycie z rówiennikiera 
tak excentrycznego usposobienia, i to jeszcze w latach, gdzie 
wszelkie wpływy najsilniej się w umysł wrażają, nie mogło być 
bez następstw dla towarzysza młodszego laty i niniejsze, 
jak sam o sobie rozumiał, zapowiadającego nadzieje: to 
pojmie każdy. — 

Trwalsze jeszcze ślady w nastrojeniu duchowem naszego po- 
ety mogło zostawić po sobie inne uczucie, uczucie donioślejszego 



jeszcze znaczenia, aniżeli przyjaźń, a któr6 zaznał także już 
w latach szkolnych — miłość. 

Przez owe trzy lata, gdzie się Ludwik poświęcał w Peters- 
burgu nauce języków wschodnich, „dziecko zczarnemio- 
czyma 

„Poznało miłość. •— Pierwszą i ostatnią była — 
I najsilniejsza z uczuć.... '^ 

Ale nim przywiodę dalsze wyrazy poświęcone temu wspo- 
mnieniu, nie od rzeczy będzie udzielić tu kilka szczegółów, bez 
wiadomości których dalsze opowiadanie nie byłoby zupełnie ja- 
snem. Owoż rzetelne fakta co do tego epizodu pierwszój miłości 
były następujące. 

Bodzina profesora Becu zostawała w najściślejszej zażyłości 
z domem Jędrzeja Śniadeckiego także profesora akademii. Przy- 
jaźń mianowicie między córkami jednój rodziny a drugiój była 
tego rodzaju, że czy to w mieście, czy na wsi (podczas waka- 
cyi)^ było to jakby jedno grono prawie nigdy nierozdzielne. Ju- 
liusz, młodszy wiekiem od panien, do grona tego oczywiście na- 
leżał i tóm swobodniój się w nióm poruszał, że był niejako Be- 
niaminkiem pomiędzy niemi wszystkiemi. Wiedzieć zaś trzeba , że 
jak V tylu innych względach okazywała się w chłopcu pewna 
przedwczesność , tak też i to jeszcze w nim uderzało, że piękne 
rysy twarzy kobiecój sprawiały na nim już w owych latach czar 
jakiś niewysłowiony. Był on zdolny godzinami całemi siedzieć u 
stóp jakiej choćby też niekoniecznie młodej osoby i wpatrywać jej 
się w oczy, jeżeli te oczy miały dla niego urok. Widać wrodzo- 
ny ma już był pewien idealny, artystyczny, platoniczny pociąg do 
niewieścich piękności, bez względu na wiek i tym podobne oko- 
liczności uboczne. Otóż jedna z córek owego domu zaprzyjaźnio- 
nego z rodziną Juliusza, Ludwika, zaczęła sama może o tóm nie 
wiedząc, obudzać w nim coraz żywsze zajęcif. Zajęcie to było 
oczywiście bez wzajemności; panna była bowiem podobno od nie- 
go starsza, więc uważała go w porównaniu ze sobą za dziecko, 
A j^o zapały za dzieciństwo, za dziwactwo, za szał poetycznój 
fantazyi, którym się w najlepszym razie czas jakiś pobawić mo- 
żna, ażeby go pótóm zimną przyjacielską perswazyą przywołać 



12 

do równowagi. Nie przeszkadzało to wszelako bynajmoićj zarodowi 
nczaćy raz w sercu chłopca zbudzonych, rozwijać się coraz wię- 
cej, tak iż w 17 roku życia rozgorzał całą namiętnością rozko- 
chanego po raz pierwszy młodzieńca. 

Jeżeli się godzi polegać na opowiadaniach^ podług których 
przedstawiam te stosunki: powierzchowność osoby, o którój mo- 
wa j nie miała w sobie nic tak nadzwyczajnego. Była to twarz 
pełna wyrazu i życia — miła, świeża,. o czarnych oczach przy 
płci białój i delikatno] — lecz z resztą, jak wiele innych. Ale 
duchowo łączyła w sobie panna Ludwika wiele własności, zna- 
mionujących głębszą naturę i zdolnych właśnie przeto sprawić 
na drugim żywsze wrażenie. Tkliwa, czuła, ruchliwój wyobraźni, 
wykształcona starannie, trochę nawet sawantka, nie bez skłon- 
ności do poetycznych zachwytów i posuniętych czasami aż do ex- 
centryczności uniesień — nic dziwnego, że wywierała ona jakiś 
urok niepokonany na umyśle młodego poety naszego, którego po- 
ciągało ku niój nie samo tylko to pokrewieństwo ich duchowego 
nastroju, ale jeszcze i ta okoliczność w dodatku, że był on wte- 
dy dopiero właśnie dążącym ku temu ideałowi , na wysokości któ- 
rego tamta, jako doskonałość skończona, już mu się być zdawała. 
I dalsze życie panny Ludwiki Ś. zawsze w niój okazywało osobę 
mniój zwyczajnego usposobienia. Lecz mówić o tóm nie byłoby tu na 
miejscu. — Owoż właśnie to wszystko działało silnie na wyobraźnię 
Juliusza: pokochał, ubóstwił, i zdawało mu się, że kiedy on pod- 
niósł się sercem na wysokość uczuć Abelarda albo Romea , to też 
powinien być, równie jak tamci, i wzajemnie kochanym. Ale po 
drugiej stronie nie podzielano bynajmniej tego przekonania. Tam 
nie zapominano ani na chwilę, że odgrywać rolę Heloizy albo też 
Julii w obec chłopca, który ledwie dzieckiem być przestał, na- 
rażałoby tylko na^śmieszność. Przy całej tedy przyjaźni i życzli- 
wój wyrozumiałości dla romantycznych uniesień młodego entuzya- 
sty, nie chciała go panna ani łudzić ani też w nadziejach, jakie 
powziął, utwierdzać; choć z drugiej znowu strony nie zdawało 
jój się stósownóm doraźnie i wręcz niweczyć te nadzieje. Trwał 
tedy przez czas jakiś pomiędzy nimi ten szczególny stosunek, to 



q9rawiając w młodym marzycielu z&chwyty szczęścia, to go praej- 
mając bolenia; to ma z ost wyrywając wyrazy awielbienia, 
to znown gorzkie skargi i złorzeczenie. I w tć) też chwiejnoiei 
pomiędzy jedną ostatecznością a dragą widzimy go i w później- 
SEydi jeszcze^ latach , czy to kiedy w listacli do matki wspomina 
mimocliodera o owycłi czasach i miejscach i stosunkach, czy kie- 
dy je poetycznie malaje w Godzinie My&li. W nader czę- 
stych wzmiankach listownych mówi zwykle o Ludwj^ tonem obra- 
żonego, tonem niby obojętnym i chłodnym; ale widać ze wszyst- 
kiego, że tam zupełnie co innego kryło się na spodzie serca, jak 
sama tylko pamięć — minionej przeszłości. W Godzinie My- 
śli zaś, pisanej w sześć albo pięć lat po czasie, gdzie się to 
działo, wspomina o t^m w następujących wyrazach: 
„Dziecko z czamemi oczyma 
Poznało miłość. — Pierwszą i ostatnią była, 
I najsilniejsza z uczuć, uczucia przeżyła. 
'Widziałem go przy stopach dziewicy - anioła : — 
Czamemi weń oczyma patrzała i bladła. 
Myśląc o życiu dziecka, bo z wielkiego czoła 
Przyszłość mu nieszczęśliwą jak wróżka odgadła. 
Więc odwracała oczy, a wtenczas łzy lała. 
Przed nią duszą dziecięcia jako karta biała 
Czerniła się na wieki miłością daremną. 
Ona go chciała wysłać na tę ziemię ciemną 
Ze wspomnieniami szczęścia — chciała zbroić niemi 
Przeciwko własnój duszy i czczym chwilom ziemi. 
Więc kładła w niego marzeń i myśli tysiące, 
A riowa jój tak były łagodne, tak drżące, 
Że we wspomnieniach dziecka zlane, dały dźwięki 
Podobne do miłości zeznanój wyrazu"... 
Ale rzeczywiście — zeznań ój miłości ^oiniędzy nimi nie 
było. Skończyły się tedy te sny urocze młodości rozejściem się 
obojga^, każdego w inną stronę. Juliusz poszedł w swoje z uczu- 
ciem zranionój dumy, cały zgorzkniały, z bajronicznóm rozczaro- 
waniem i zwątpieniem o wszystkióm. Rozczarowanie to nie inając * 
żadnego rzetelnego powodu i przypadając na wiek bardzo rychły, 



14 

inotoby jako prosty tylko objaw oiedojrzałoici moralD^j, nie za- 
fiłogiwało wcale na wzmiankę w biografii autora Balladyny, gdy- 
byśmy go i w kilka jeszcze lat późnićj, joż na emigracyi, nie 
widzieli patrzącego na te rzeczy ciągle pod wpływem tychie sa- 
mych ujemnych nsposobień. Tak np. powiada, ie po ow^j rozmo- 
wie stanowczej, która koniec położyła wszystkiemu pomiędzy ni- 
mi, M^IMidł bladą twarzą do ziemi, jak zabity słowami, domnym 
wstydem drżą^ir, gdyż miał już wtedy dumę wielkiego człowieka"^... 

.... „Wtenczas lat tysiące. 
Wtenczas mu w oczach przyszłość stanęła daleka, 
Świetna okrzykiem ludzi: — a z tymi obrazy 
Obecna chwila czarnym łamała się cieniem. 
Odrzuconą miłością, dumą, oburzeniem... 
Serce jak kryształ w setne poryło się skazy, 
I tak wiecznie zostało — 
I nie było w nim wiary w szczęście ani Boga; 
Ludzie w nim mieli druha , w myślach świat miał wroga! 
On, w głębi duszy słysząc krzyk szczęścia daremny, 
Mścił się, i gmach budował niedowiarstwem ciemny; 
Ta budowa ciężkiemi myślami sklepiona. 
Stała otworem ludziom; lecz by się w nią dostać, 
Musieli wprzód, jak wielcy szatani Miltona,. 
Zmniejszać się i myślami przybrać karłów postać... 

— Grdyby teraz , obok tój tak posępnej barwy wewnętrznych 
dziejów młodości Słowackiego, postawić obraz rzeczywistych sto- 
sunków, w jakich wzrastał i wśród których przebiegał szkoły wi- 
leńskie: okazał by się zaprawdę kontrast niemały pomiędzy wy- 
marzonemi cierpieniami tego złamanego serca a istotną dolą, ja- 
kiój zażywał! 

Rzeczywiście bowiem zewnętrzne powodzenie młodego bajro- 
nisty było jedno z najszczęśliwszych. Nie zbywało mu na niczóm. 
Wszystkie jego potrzeby opatrywała matka, odgadując najskry- 
tsze życzenia jedynaka. Nie zaznał, co to sieroctwo, co to życie 
pośród obcych, co to samotność i tęsknota za domem rodzicie!* 
skim, co to wreszcie niedostatek... Miał rodzeństwo przybrane, 



które go^ kochało jak rodzonego brata, i tyk oMe najszczęiliwi4J 
w otoczenia swojóm codziennym. Na łonie miłającłj, dobrej ma- 
tki dano nm było przepędzić cały życia poranek. Co się tyczy 
wychowania — i tntąj cznwano opatrznie i troskliwie nad wszyst- 
ki^m. Czego go nie nczono w szkołach publicznych, to ma było 
ndziehme za pomocą lekcyi prywatnych. Środków na to wszystko 
było w tym doma dostatkiem. Uczył się mazyki; dawano mu 
lekcye języka angielskiego , rysonka , tańca; malował, — miał 
książek, ile tylko chciał i jakich tylko żądał. W szkołach ota- 
czało go grono miłych towarzyszy, pomiędzy którymi był liczony 
do celujących. Wakacye, spędzał rok rocznie na wsi, w rozko- 
sznych Mickanach, położonych nad Wilejką niezbyt daleko od 
Wilna. Była to majętność krewnych jego ojczyma, czy też na- 
wet własność samego doktora Becu. Z jakąż Itibo&cią, jakże tę- 
sknie rozpamiętywał nieraz Słowacki w listach do matki pisanych 
w póżniejszóm życiu, o tych cudnych okolicach, o tej upajającej 
woni lasów sosnowych , o kwiatach polnych i łąkach zielonych owój 
ukochano) wioski litewskiój , w której mu lotem błyskawicy w ta- 
kiej swobodzie duszy ubiegały wakacye !... Gdyby, powtarzam, poró- 
wnać więc młodość jego z dziejami młodości innych — gdyby ją 
porównać z losem na przykład Brodzińskiego . . . Kiedy Brodziński 
był jeszcze drobnem dzieckiem, srodze poniewierała go macochai. 
Ojciec o niego nie dbał wcale, tak iż tylko chyba w czeladnicy 
pomiędzy służbą, albo na wsi pomiędzy dzieciakami wiejskiemi był 
dla niego jakiś przytułek. Kiedy się już chłopcem podniósł nieco 
od ziemi , bito go w szkółce parafialnój rózgami , za to że sobie 
z owym nieszczęśliwym katechizmem niemieckim nie umiał nigdy 
dać rady. Kiedy chodził do gimnazyum, morzooo go głodem, bo 
go niedt)ały i niezaradny ojciec na stanoyi zawsze najniefurtnn- 
niój umieszczał. A w wyższych klasach morzono go znowu innym 
głodem — głodem duchowymi Boć zabraniano mu pod najsurow- 
szą karą wszelkich książek nieobjętych w ciasnym ówczesnym re- 
gulaminie szkolnym; a to, czego dozwalano, takie było jałowe, tak 
dalekie od wszystkiego, czego serce pragnęło, że na przykład dzieła 
Kochanowskiego już były kontrabandą, za którą trzeba było od- 
siadywać kozę... Żył więc ciągle w niedostatku, biedzie, pcmie- 



16 

widFcd — w updu»7eniu i sieroctude . . . Mie z&ał co to ukisk 
rodzicielski, co to kierunek życzliwej ręki, co to pragnienie — 
najskromniejsze, najałoszniejsze a zaspokojone! Wzrastał jak ta 
płonka polna, wystawiona bez opieki na wszelkie słoty i wia- 
try. Do wysokoici tego wszystkiego, w co Słowacki codzień opły- 
wał, Brodziński się nie wznosił ani marzeniem! A przecież — 
miał i autor Wiesława dosyć tij tkliwości serca i tżj żywAj wy- 
obraźni, ażeby czuć boleśnie, w jakich żyje stosunkach!... 

\ W r. 1824 nawiedziło dom rodziców Juliusza nieszczęście: 
,Li,. i •^^^'^' ojczym jego, profesor Becu, wśród dziwnego zbiegu okoliczności 
uderzony piorunem zakończył życie. Smutny ten wypadek nie 1^7- 
warł jednak zbyt niekorzystnych następstw na dalszą dolę 151e- 
tniego już natenczas jego pasierba, ani też na los żony i córek 
zmarłego. Pozostały bowiem majątek wystarczał dostatecznie na 
przyzwoite utrzymanie caiój rodziny; a opieka takiej matki spra- 
wiała, że brak głowy domu czuó się dotkliwie nie dawał. Szło 
więc i potom wszystko swoim trybem, prawie równie pomyślnie, 
jak przedtóm. Po skończeniu gimnazyum przeszedł Juliusz do uni- 
wersytetu. Jego siostry powychodziły za mąż. A pani Becu, cho- 
ciaż jój od czasu śmierci męża z wielu przyczyn bardzo posmutnia- 
ło na Litwie, a wielce ją ciągnął ku sobie rodzicielski domek 
w Krzemieńcu, mieszkała jednak i nadal w Wilnie przez cały 
czas studyów syna uniwersyteckich , ażeby go tam nie pozostawiać 
samego. Jego ciągła słabowitość i ta niewprawa w radzeniu o sa- 
mym sobie, która mu już była wrodzon%, wiązały ją do miejsca. 

Zresztą w r. 1826 przerwał Słowacki na czas jakiś kursą 
uniwersyteckie i odbył kilkomiesięczną podróż nad morze Czarne, 
do Odessy. Odbył ją już to dla rozrywki i roztargnienia, już 
ażeby użyć kąpieli morskich, poleconych mu przez lekarzy z po- 
wodu jakichś dolegliwości piersiowych. Pokrzepiony na siłach, 
powrócił potom jeszcze do Wilna, ażeby dokończyć nauk, cho* 
daż nie zdaje się, żeby był wtedy zamierzał poświęcić się ja- 
kiemu zawodowi, któryby wymagał studyów akademickich u- 
wieńczonych ezaminami albo patentem doktorskim. Jeszcze i 
następnego roku pisał list do stryja Erazma Słowackiego, adwo- 



ii 

kata w Żytomierzu i właściciela dóbr w okolicy, (ogłoszono list ieH 
w Gazecie Codziennej warszawskiej 1860), w którym o dalszych 
planach swoich w niepewności przemawia , to skłaniając si§ myślą 
kn projektom- kilkoletniój podróży do Włoch, w którymto kraju 
moźeby i na stałe zamieszkał, to zno^u marząc o nabyciu jakiój 
wsi na Wołyniu w okolicy Earzemieńca, z którego biblioteki lice- 
alnćj spodziewał się korzystać, jeżeliby miał jaki stały pobyt 
w pobliżu. 

Dopiero wreszcie rok następny (1828) rozstrzygnął onę nie-, 
pewność, jakby się pokierować dalój na świecie; rozstrzygnął ją 
zaś w taki sposób, jaki, ile się zdaje, nie wchodził wcale w da- 
wniejsze plany. Stanęło bowiem na tóm , że się Słowacki zdecy- 
dował oddać służbie rządowej i to w zakresie administracyjnym. 
Z t^o powodu i syn i matka pożegnali się teraz z Wilnem; 
pierwszy, ażeby się przenieść do Warszawy; matka zaś, ażeby 
odetchnąć tem ożywczóm powietrzem, które dla niój wiało już 
tylko od stron rodzinnego Wołynia. Żyli tam jeszcze — w Krze- 
mieńcu samym — jej sędziwi rodzice i tęsknie jedynaczkę swoje 
przyzywali do siebie. I bracia jej obydwaj , Jan i Teofil Janu- 
szewscy, byli także w tamtych stronach osiedli. Co większa — żo- 
ną jednego z nich, Teofila, była od niejakiego czasu właśnie je- 
dna z pasierbic matki Juliusza, Hersylia Becu. A zatem i część 
wileńskiój niegdyś rodziny oczekiwała już teraz na nią w Krze- 
mieńcu. To wszystko skłoniło tedy panią Becu do powzięcia po- 
stanowienia, że się ze synem po raz pierwszy w życiu na czas 
nieco dłuższy rozstanie, puści go do Warszawy samego, a sama 
obierze dom rodzicielski za miejsce tymczasowego pobytu, pókiby 
się Juliusz jako nie rozporządził i ostatecznie nie ustalił losu 
swojego na świecie. 

Nastąpiło tedy w rzeczonym r. 1828 rozstanie się z stolicą 
Litwy. Podróż do Krzemieńca odbyli jeszcze oboje razem. Pra- 
gnęli bowiem dziadostwo osobiście pobłogosławić wnukowi przy 
tym pierwszym jego kroku w zakres praktycznego zawodu. Przy 
tójto więc sposobności odwiedził Juliusz raz jeszcze owo miasto, 
w którem się zrodził i przepędził pierwsze lata dziecięctwa. Kie- 
dy po kilku tygodniach wesołego i pełnego rozrywek życia wśród 
Tom 1. 5 



18 

grona całój rodziny, które mu jak sen słodki spłynęły, przyszło 
mu nareszcie w świat daleki z murów Krzemieńca wyjeżdżać, to 
się rozstawał z temi wzgórzami, które go znały cłiłopięciera , i 
z krewnymi i z ukoclianą matką niewątpliwie ze łzą w oku i 
ciężkiem sercem; ale tego w tój rycliłej wiośnie życia swojego nie 
mógł on biedny przypuszczać, że to była ostatnia jego bytność 
w tych stronach... że z tych wszystkich drogich osób nie zoba- 
czy jednych już nigdy , drugich zaś miał wprawdzie raz jedyny 
jeszcze w życiu swojóm oglądać, ale w okolicznościach tak smu- 
tnych i na ziemiach tak odległych i przez ciąg chwili tak krótkiój, 
że i z niemi to jego żegnanie się ówczesne było rzeczywiście jak- 
by ostatniem pożegnaniem... 

Za przybyciem do Warszawy, przedstawił się księciu Lube- 
ckiemu, naówczas ministrowi skarbu, i wszedł w poczet bezpła- 
tnych pracowników w będącym pod jego sterem wydziale rządu 
ówczesnego królestwa polskiego. Książę przyjął go dobrze i był 
już korzystnie uprzedzony o osobie młodego aplikanta. Przyobie- 
cał mu swoje protekcyą, i w rzeczy samój okazywał się zawsze 
dla Słowackiego dosyć życzliwym. Bezpośrednim naczelnikiem biu- 
ra, do którego przydzielono Juliusza, był Dominik Lisiecki, pi- 
sarz znany w literaturze z nieźle dokonanych tłómaczeń niektó- 
rych autorów francuskich. Byłto zwolennik klasycyzmu, raianowi 
cie wielbiciel Kornela i Woltera, którychto właśnie w latach 
młodszych przekładał. Ale miał on zmysł i dla nowszych poja- 
wów literatury; zaczem poszło, że spolszczył i Lamartina utwory 
niektóre, a wreszcie i inne rzeczy, np. Nieszpory Sycylijskie 
Delavignego. Ta żyłka poetyczna dyrektora wydziału ułatwiła 
Juliuszowi serdeczniejsze zbliżenie się do niego. Zawiązały się te- 
dy między nimi przyjacielskie stosunki, tyle pożądane dla niedo- 
świadczonego młodzieńca, rzuconego w sam wir nieznanego mu 
świata i obcych zgoła żywiołów. Za jedną znajomością poszły i 
drugie. Odszukał Odyńca , z którym , lubo młodszy, miał zapewne 
jakąś znajomość już z Wilna. Odyniec bawił wtedy od lat już 
kilku w Warszawie; jako poeta zażywał już pewnój wziętości, 
dawszy się poznać publiczności z rozmaitych wierszy i ballad, 
których zbiór we dwóch tomach był wydał jeszcze roku 1825. 



19 

W owym czacie, kiedy Słowacki do Warszawy przybył, był on 
zajęty właśnie drnkiem swojej Izory (1828). O ile wnosić można 
z listów, później z emigracyi pisanych, musiało ' i ze Stefanem 
Witwickim zajś<5 poznajomienie już w owych czasach warszawskich. 
Ale nie przypadli sobie jakoś do serca, przynajmniój Słowacki 
zawsze o nim wspominał zlekceważeniem i w sposób, który prze- 
konywa, że go nie lubił. Czy znalazł sposobność zbliżenia się do 
Brodzińskiego, tego powiedzieć nie umiem. Również niepewną jest 
rzeczą, czy się widywali z Lelewelem, choć go dobrze znać mu- 
siał z wileńskich jeszcze czasów. Najwięcej wrażenia sprawił na 
nim Niemcewicz, sędziwy patryarcha pomiędzy całą ówczesną in- 
telligencyą warszawską , prezes Towarzystwa Przyjaciół Nauk , je- 
den z najzasłużeńszych i najpopularniejszych ludzi nie tylko w sto- 
licy, ale i w całym narodzie. Złożył mu Słowacki pierwszą swoje 
wizytę w jego wiejskićm mieszkaniu w Ursynowie, małój pod sa- 
mą Warszawą wioseczce, która jak wiadomo, była aż do r. 1831 
Niemcewicza własnością i jemu też zawdzięczała tę nową swoje 
nazwę. Zawiózł tam Juliusza do niego hr. Tomasz Potocki. Było 
to w miesiąca wrześniu 1830 r. Ponieważ to pierwsze zbliżenie 
swoje do czcigodnego starca sam on szczegółowo matce w dni 
kilka potom listownie opisał, i list ten — jedyny z przedemigra- 
ćyjnych czasów — odszukany został pomiędzy ich papierami: 
miło więc pewnie będzie czytelnikom moim odczytać tu dosłownie 
z niego cały ustęp dotyczący rzeczonej okoliczności. 

...„"W tych dniach wiele bardzo miałem chwil nadzwy- 
czaj przyjemnych. Pamiętasz kochana Mamo, że dzień 23 
sierpnia jest dniem moich urodzin. Wymówiłem się z tóm 
kiedyś dawniej przed jednym z moich znajomych, i zdzi- 
wiłem się bardzo, kiedy mnie w ten dzień zaprosił na wie- 
czór kawalerski. Nie spodziewałem się, żeby kto w War- 
szawie myślał o moich urodzinach ; przyjemnie mi więc było, 
gdy młodzież zebrana przypijała do mnie szampanem. Sta- 
ruszek jeden po polsku ubrany siedział w końcu stoła; zda- 
wało mi się, że kochany Dziadunio był na jego miejscu. 
Winogrona — kawony — melony Wołyń mi przypominały 
i jeszcze bardziój dopomagały illuzyi.— W kilka dni potem, 
jednego poranka przyjechał do mnie Potocki, prosząc że- 
bym z nim jechał do Ursynowa , maleńkiej wioseczki Niem- 
cewicza. Muszę więc Mamie opisać obszernie tę wizytę. Ur- 



20 

synów leży o maleńką milę od Warszawy za Mokotowem. 
Śliczny był ranek — trochę zimny — i mgła lekka jesienna 
pokrywała rozległe i piaszczyste równiny Mazowsza. Myśl, 
że jadę do starego poety, który wiek Stanisława Augusta 
z naszym wiekiem łączy, zajinowała mnie bardzo; nad!to 
niepewny byłem , jakie mnie tam spotka przyjęcie , bo Niem- 
cewicz przez kobiety popsuty, bardzo się zrobił kapryśny. — 
Nareszcie stanęliśmy u celu podróży — pojazd nasz zatrzy- 
mał się w alei, w której z daleka widaó już było dom po- 
ety — nie kazaliśmy jechać dalej , bo Niemcewicz stał przed 
gankiem — podobnio więc jak L. do Częstochowy, zbliżali- 
śmy się pieszo z sercem skruszonem. Przywitał nas dosyć 
obojętnie — zaczął rozmowę o Wilnie rąbiącym tonem Jana 
Śniadeckiego. O źle ! pomyślałem sobie , na toż przyjecha- 
łem tutaj, żebym mu potakiwał? Szczęściem że rozmowa 
ta prędko się skończyła. — „Panie Hrabio, rzekł do Poto- 
ckiego, wszak znasz mój Ursynów, oprowadź pana Słowa- 
ckiego po piękniejszych miejscach — ja się muszę tymcza- 
sem przebrać.** To mówiąc, ukłonił się nam i wszedł do 
domu , a my poszliśmy chodzić po ogrodzie. — Śliczny sta- 
rego Ursynów, zarosły wielkiemi drzewami, bardziój do dzi- 
kiego lasu niż do ogrodu podobny — w wielu miejscach 
małś widać łąki, na których wybiera paszę jedyna krowa 
Niemcewicza. Z tój krowy, jak mi sam mówił — ma dwa 
złote na tydzień przychodu. Przyszliśmy wkrótee do małej 
altanki z kory, na której wszyscy podróżni piszą wrierszyki 
na pochwałę Niemcewicza; żaidnego jednak napisu nie wi- 
dać, bo je staraszek zdzierać każe przez skromność. Usia- 
dłem w altanie — Potocki stał nademną, a widząc że je- 
stem nadzwyczaj smutny i blady, zapytał ^nie o przyczynę. 
Myślą odpowiedziałem mu, iż szczęśliwy, kto może tak pi- 
sać, jak Niemcewicz — słodko i przyjemnie, bez triEtwienia 
się własnym ogniem ! Szczęśliwy... odpocznie na starość w tak 
cichym domku, wtenczas gdy na grobach młodszych od nie- 
go ludzi trawa porastać będzie! — Wtóm lokaj przysłany 
od Starego zaprosił nas na śniadanie. Właśnie trzeba było 
śniadania, żeby przer^'ać bieg marzeń!... Usiedliśmy po 
obu bokach Nienicewicza , i podano herbatę z pasztetem na 
zimno. Wymówiliśmy się od jedzenia i przestaliśmy na sa- 
m^j tylko rozmowie. Przy nogach Niemcewicza siedziały 
dwie maleńkie dziewczynki; są to córki jego kamerdynera, 
którym często pozwala swawolić z sobą. Jedna z nich przy 
gościach kilka razy mu mówiła: „Pan jesteś tak głupi jak 
ja** — a stary z uśmiechem przyjmował ten grzeczny kom- 
plement. — Przy śniadaniu Potocki zaczął omie prosić, że* 



21 

bym co przeczytał Niemcewiczowi. Staruszek oświadczył mi 
także cłięć słyszenia moicli robót, chociaż wprawdzie dosyć 
obojętnie. Kazał zdjąć herbatę — kazał się jednój dziew- 
"fczynce w twarz pocałować, a zapytana od niego: kto je- 
steś? — odpowiedziała: żona Panów a. Potom kazał im 
odejść i cicho się sprawować. Opatrzyłem się na przypadek 
w trzeci akt tragedyi Mindowe. Na wezwanie powtórne 
staruszka czytać zacząłem. Niemcewicz słuchał z początku 
siedząc t)okiem odwrócony; gdy przyszło do drugiój sceny, 
w którój Mindowe zrywa z Krzyżakiem : obrócił się nagle — 
i czoło jego pomarszczyło się — widać było znacznie natężo- 
ną uwagę — patrzał mi w oczy, jakby chciał mnie całego 
przeniknąć, a oczy ma szare, przenikliwe i wielkiemi naje- 
żonę brwiami , jak oczy Jana Śniadeckiego. Przy końcu dru- 
giój sceny wykrzyknął głośno: ach! czemuż tej tragedyi 
grać nie można ! Ten wykrzyknik bardziój mi pochlebił , niż 
wszystkie potem dawane pochwały. — Czytałem dalej — 
słuchał cierpliwie; kiedy skończyłem, powiedział: „Cie- 
szę się, iż przed śmiercią widzę, że jeszcze zostanie w Pol- 
sce poeta, co ma tak wielki talent i duch obywatelski utrzy- 
ma." Potem dodał: „przepisz Pan tę tragedyą na kilka 
rąk — warto , niech czeka szczęśliwszych czasów ! . . . Chciał- 
bym ją całą czytać** Odtąd stary przypatrywał mi się 

z uwagą— ^a przy pożegnaniu powiedział mi jeszcze: — „Cie- 
szę się, iż' poznałem takzacjiego młodzieńca." — Prawda, jak 
to po staropolsku ?" 

Z powyższego listu wynika, że miał tedy Juliusz i w War- 
szawie przyjaciół, którzy mu daWali serdeczne dowody przywią- 
zania, i że zdarzały musie chwile, które go przenikały uczuciem 
szczęścia. Jednak w ogóle stolica nie podobała się naszemu poe- 
cie. Zrażała go do Warszawy szczególniej ta okoliczność , iż przy- 
wykły do pięknych okolic Wilna i Krzemieńca, tutaj już nie znaj- 
dywał nic podobnego. Często o tóm w późniejszych nawet listach 
wspominał. Dla zwyczajnego człowieka obojętną to jest rzeczą, 
jakie tam jest położenie miejsca, w którem się życie spędza; ale 
w oczach poety ma to ważność niemałą. Prócz tego nie mógł też 
Słowacki zasmakować w tćj robocie suchej biurowój , która z obo- 
wiązku miała stanowić pierwszorzędne jego zajęcie; ile że go za- 
przątano samemi prawie pracami mechanicznemi , to jest kazano 
po prostu przepisywać... Drażliwy umysł Juliusza przyjmował to 
jako umyślne upośledzanie, które miało być następstwem jego 



22 

nie dotó dostojnego położenia towarzyskiego. Uważał zaś to sobie 
za tem dotkliwszą krzywdę, że wszakże pracował w biórze ró- 
wnie bezpłatnie , jak ci wszyscy, którzy byli protegowani . . . ^Mój 
wielki niegdyś protektor — mówi uszczypliwie o księcia Lubeckim 
w jednym z późniejszych listów — zaraz mi chciał dać pensyą: 
nie przyjąłem jej. Cóż to pomogło? byli tam hrabiowie — ja 
przepisywałem!... Nie zostawiono mi nawet przekonania, że by- 
łem użyteczny, lub że nim kiedyś byc mogłem*. . . 

Tymczasem nadeszła jesień 1830, a z nią i koniec Listo- 
pada, i wypadki listopadowe. Wywarły one zaraz w najpierwszój 
chwili na Słowackim wstrząsające wrażenie. Dał się porwać tym 
entuzyazmem, który całą ówczesną ludność stolicy, a mianowicie 
młodzież ogarnął. Wyrazem tego usposobienia było kilka liry- 
cznych jogo utworów, na przykład Oda do Wolności, Hymn 
do Bogarodzicy, Kulik, wreszcie Pieśń Legionu litew- 
skiego, które tak ściśle rymowały z powszechnym zapałem 
w chwilach owych pamiętnych. Obiegając w licznych odpisach, 
podawane z rąk do rąk — one to dopiero rozsławiły w, najdal- 
szych kołach imię nowego poety, którego talent znali przedtem 
najbliżsi tylko znajomi. Ogłaszane w pismach peryodycznych , a 
niektóre drukowane i w osobnych broszurach*) — pieśni te sta- 
wiały Słowackiego w obec całego kraju w szeregu idących przo- 
dem ,. powołujących cały naród do czynu . . . 

Po upływie atoli pierwszych tygodni listopadowego powstania, 
zaczęły owe pełne ognia popędy u niego stygnąć i ustępować 
miejsca innym uczuciom. Nadzieje z razu tak jasne, zaczęły się 
ćmić i osłaniać chmurami — trudno wyrzec stanowczo , czy chmurami 



*) Tak na przykład wyszła osobna broszura pod tytułem „Oda 
do Wolnośei i Hymn przez Słowackiego. W Warszawie w dru- 
karni stereotypowój przy ulicy królewskićj w pałacu Dembowskich 
Nro. 1066. r. 1830. ** Format ćwiartkowy, stron 8 i 2 nieliczbo- 
waue. Tę Odę do Wolności zamieściłem w HI tomie Pism pośmier- 
tnych. Hymn (do Bogarodzicy) jest w cdycyi lipskićj. — Również 
znany mi jest jako osobne pisemko: „Kulik Polaków przez Ju- 
liusza Słowackiego. Warszawa, 1831.'' 8o, stron 8 nieliczbowanych. — 
To więc były nąjpierwsze poety naazego publikacye. 



23 

trwogi o przyszło&ć kraju , czy tylko osobistego Wstrętu do wszyst- 
kiego, 00 się tam działo. .Zwątpienie, niesmak, niemożność jakaś 
dłuższego wytrwania wśród stosunków, w jakich się widział, bra- 
ły odtąd coraz więcej górę nad eicentiycznem usposobieniem po- 
ety. Przyszło nareszcie do tego , że powziął już na początku mar- 
ca zamiar porzucenia Warszawy — i zaopatrzywszy się w for- 
malny pasport ze strony ówczesnego rządu polskiego, rzeczywiście 
wyjecbał za granicę już dnia 8 marca 1831 roku. 

Byłto krok, który jak się okazało później, miał być wżyciu 
jego stanowczym. Owato chwila, ów wyjazd tak rychły z kraju, 
rozstrzygnął nie tylko 6 calem dalszem życiu jego jako człowieka, 
ale i o powodzeniu jego w zawodzie, któremu całe szczęście oso- 
biste poświęcił, w wzniosłym zawodzie poety... Gdyby Słowacki 
był pozostał w kraju , lutnia jego byłaby niezawodnie strojniejsza ; 
niebo jego poezyi byłoby niewątpliwie mniej chmurne. I cóż go to 
wyprowadziło z ojczyzny? Co go rzuciło na niepewne fale wy- 
gnania? Dlaczegoto przyszło jemu rozpoczynać już wtedy to bo- 
lesne życie bez celu, wśród żywiołów obcych, w okolicznościach 
które tak rychło zdarły z oczu jego wszelkie one illuzye, które 
lubo ułudne, przecież niezbędne są człowiekowi poniekąd, ażeby 
sobie nie obrzydzał tych znikomych kształtów istnienia? Czyż mu 
przewodniczyła, kiedy się na tułactwo sam wskazał, owa myśl 
podno^ąca i wielka, która w kilka miesięcy póiniej tylu innych 
miała prowadzić na zachód? czy szła powtarajam przed nim ta 
gwiazda wiary, że to jeszcze jedyny, że to ze wszystkich, jakie 
były, ostatni sposób 'spełnienia w obec świata i Boga obowiązku, 
który jest najwznioślejszym na ziemi? — Nie! W tej myśli Sło- 
wacki z krajem się swoim nie żegnał. Byłaż to zatem tylko chi- 
mera poetycka, która go pchnęła w nieznane obszary świata, za- 
ludnione ideałami nieokreślonych pragnień ? Czy wreszcie kazało mu 
tak sobie postąpić życzenie matki, trwożnej może o swego jedy- 
naka wśród niebezpieczeństw otaczającej go wojny?.. 

Na te pytania trudno jest odpowiedzieć stanowczo. 

Pierwszy list Słowackiego, z zagranicy pisany, od takich się 
słów zaczyna: 



ii 

-Kochana Mamo! zadziwisz się zapewne odbierając ode 
mnie list datowany z Wrocławia. Dop^niając woli kochanej 
Mamy, która aż nazbyt z moją chęcią zgadzała się, wyje- 
cłiałem za granicę''... 

Z tych słów zdawałoby się wynikać , że zatóm matka to ka- 
zała mu oddalić się z Warszawy. Ale dodatek, że się to życze- 
nie matki i z jego chęcią zgadzało, nasuwa przekonanie, że mieć 
musiał Juliusz jednak i inne jeszcze, swoje własne powody do wy- 
jazdu za granicę.' Nakoniec i życzenie matki musiało być chyba 
kiedyś tam dawniej i bez żadnój nalegliwoścf, więc nawiasowo 
tylko wypowiedziane, kiedy tak dalój ciągnie Juliusz zdanie to 
na początku listu owego stawione: 

^I teraz z wielkim strachem oczekuję listu od Mamy, 
czy Ci się mój wyjazd podoba, czy nie. (Z listu z d. 17 
marca 1831 , pisanego z Wrocławia)." 

Dalój w tymże liście spotykamy znowu takie wyrazy: 

„Wyjechałem w podróż 8 tego miesiąca — wyjecha- 
łem w nocy — smutno mi było — zdawało mi się, że 
uciekam: i teraz jeszcze często się kłócę z mojem sumie- 
niem" .... 

W liście następnym (z dnia 12 kwietnia) powraca znowu do 

dziwnego wyjazdu swego z Warszawy i tak się tłómaczy: 

„W biurze nie było żadnych widoków — nawet to 
biuro , gdzie byłem , zaczęło być źle uważane, z powodu .... 
Trzeba było iść do wojska, miałem aż nadto do tego chę- 
ci — Los jakiś rządzi moją karyerą i widzę, że zawsze 
będzie mi na przeszkodzie stawał"... 

W innych miejscach korespondencyi jego z owych miesięcy 
spotykają się wyrażenia, które dowodzą, że mu żal, że go na- 
wet wstyd było, że wśród takich okoliczności, jak ówczesne, wy- 
dalił się z Warszawy. Były chwile, gdzie się wahał, czyby nie 
wrócić... Zdaje się, że i rodzina w Krzemieńcu z frasunkiem i 
nieukontentowaniem przyjęła wiadomość o tóm. Do nmtki pisał 
Juliusz (d. 6 lipca 1831) :v 

^Dzięki Ci Matko, za wszystko, co robisz dla syna, 
który czuje, że nie jest godzien teraz, aby kto o nim pa- 
niiętał i jeszcze go kochał. O Mamo moja, nie gadaj teraz 
przed nikim o mnie, aby mnie teraz zapomniano. Może 
potom znajdę sposób zyskania szacunku w moim kraju... 



i* 

tmię moje nie moie hj6 teraz na żadnym groHe wyryid-^ 

ale przyjdzie chwila"* •.. 

Wujowi zaś swemu, który snąć tę ucieczkę Juliusza czy 

żartem, czy seryo kładł na karb nieodwagi albo wstrętu do służby 

w wojsku, odpowiedział, jak następuje: 

„Teofilu kochany, jeśli mi chcesz wiele zgryzot oszczę- 
dzić, niech w twoich listach nie przebija taka ironia, jak 
. w ostatnim przy pisku. Chciałem — nie mogłem być uży- 
tecznym Ojczyźnie"... 

Wszystkie te u»tępy z listów Juliusza sprawiają w pierwszój 
chwili wrażenie, jakby mu ciężyła na sumieniu jakaś wina upo- 
karzająca. Wyjazd jego z Warszawy wygląda jak tajemnica, na 
dnie którój ukrywa się coś, czego niemiło wyrazić po właściwóm 
imieniu. Pozory wszystkie mówią przeciwko niemu. Jakakolwiek 
była to sprawa, która go spowodowała do porzucenia kraju w ta. 
kiej chwili, w jakiój go rzucał, w każdym razie było to coś, 
z czem nie do twarzy autorowi Bogarodzicy i Kuliku... 

Taką się ta rzecz wydaje, jeżelibyśmy sądzić o niój mieli 
wedle pozorów. A jednak — 

Ja nie mam bezpośredniego faktu, na mocy którego mógł- 
bym tu stanąć w obronie Słowackiego. Rzetelny powód jego wy- 
jazdu pozostał tajemnicą na zawsze. Zdaje mi się jednak, że 
przenikam tę tajemnicę. Byłato okoliczność, która przynosi raczój 
zaszczyt sercu, aniżeli ujmę sile charakteru młodego poety. Po- 
mimo tego, tak się wtedy rzeczy złożyły, że nie mogła ona 
żadną miarą być powiedziana ani matce, ani krewnym. Powody 
dostateczne nie dozwalają mi zagadki tój wytłómaczyć już na tóm 
miejscu. Znajdzie ją czytelnik dopiero wyłuszczoną między zda- 
rzeniami z r. 1832. Gdybym to, co tu mam w myśli, wypowie- 
dział już teraz, wyglądałoby to tylko na luźną hipotezę i na nic 
więcej. W tamtym rozdziale domysł mój się okaże podparty tylu 
przemawiającemi za trafnością jego okolicznościami, że zdaje mi 
się, iż nikt o istocie prawdy wątpić wtedy już nie potrafi. 

Bądź jak bądź, tymto więc krokiem, tym wyjazdem wcze- 
snym z Warszawy Słowacki w 22 roku życia zamknął nieroz- 
myślnie pierwszą połowę zawodu swego na ziemi. Pierwsza ta ży^^ 
Tom Ł 4 



cia jego epoka, fip^ona na ojczystej ziemi — upłynęła mu mię- 
dzy swymi, poiród stosunków normalnych i godzi się dodać: pod 
wielu względami nader pomy&Inych. Od owćj chwili poczęła się 
epoka droga: życie na wygnaniu, poniewierka między obcymi, 
wieczna tęsknota do ojczyzny, nieustająca świadomość czczości 
życia bez celu , gorzkie zawody przy każdym kroku , ciągła walka 
z przeciwnościami , niekiedy z niedostatkiem— i ten cały długi sze- 
reg tysiącznych cierpień, z jakich się splata smutna dola tułacza, 
Takieto życia .koleje otwarły się teraz dla naszego poety — na 
zawsze, aż do samego zgonu I Czy exystencya wśród takich oko- 
liczności wpłynęła na podniesienie czy na spaczenie tój potężnój 
poetyckiój zdolności, jaką go obdarzyła natura, to się okaże w dal- 
szych rozdziałach. z' 



BOZDZUŁ DRUGI. 

Bok 1831 i pierwsza połowa 18d2go. Prsybjcie do Wrocławia, a 
stąd do Drezna. Odyniec — okolice drezdeńskie. Wyjazd do Londy- 
no. Teatr londyński — Westminster — Niemcewicz. Przeniesienie się 
do Paryia — niekorzystny s%d o Francuzach — cmentarz Pere-la- 
Chaise — teatra ^~ Lelewel i inni Polacy przybywający na emigracyą. 
Poeta zamierza ogłósid zbiór swoich poezyi — wiadomość O próbach 
jego nąjpierwszyeh — trudności znalezienia nakładcy — romans w ję- 
zyku fisncuskim. Druk rozpoczęty — wiele obiecująca znajomości — - 
panna Kora — owacye i nadzieje wielkiego powodzenia. Lafayette — 
X. Praniewicz — Skibicki. Dzi^ wychodzą z pod prasy. Mickiewicz 
w Paryża — pierwszy powód niesnasek pomiędzy nim a Słowackim — 
wspomnienie pewnego zdarzenia w Wilnie. 

Od pierwszo] chwili wydalenia się Słowackiego z kraju roz- 
poczyna się jego korespondencja z matką. Korespondencya ta re- 
gularna, szczegółowa, prowadzona bez przerwy aż do ostatnich 
dni życia, leży w całej zupełności przedemną. Od tój pory może- 
my tedy iść za poetą naszym krok w krok i nawet własnemi je- 
go słowy opowiadać o niejednóm zdarzeniu. 

Wyjechał z Warszawy dnia 8 marca 1831 r. Wyjechał 
smutny i bez dtudzeń co do sprawy publicznój. 

^Nudną miałem drogę — pisał w pierwszym liście, z d. 
17 marca datowanym z Wrocławia — czas dosyć brzydki; 
wyjechałem w nocy — smutno mi było — zdawało mi się, 
że uciekam; teraz jeszcze często się kłócę z mojóm sumie- 
niem. Mamo moja, śliczny kraj opuściłem, i może już do 
niego nigdy nie będę mógł powrócić**... 
Jechał właściwie ku Dreznu, ale trzeba było przejeżdżać 
przez terytoryum pruskie. Kiedy się przez granicę przeprawił, 
odebrano mu pasport, który micd wystawiony od rządu warszaw- 



skiego, i kazano zatrzymać się w Wrocławiu, obiecując dać nowy 
pasport, pruski. Czekając na ten dokument, przepędził Słowacki 
w Wrocławiu dwa tygodnie i dni kilka pod ścisłym policyjnym 
nadzorem. Stał w łiotelu Goldene Gans i nudził się w tóm mie- 
ście niemiłosiernie; do czego się w części i ta przyczyniała oko- 
liczność, że prawie nie znał wcale języka niemieckiego. 

„Nie lękajcie się jednak o mnie (pisał żartobliwie w je- 
dnym z listów ówczesnych); mówię już i ja trochę tym ję- 
zykiem i nie jestem przymuszony , chcąc jeść zaglądać do 
rozmówek, jak nasz poczciwy Kł. A propos rozmówek, 
książeczka, którąś mi kochana Mamo przy moim odjeździe 
z Krzemieńca do tłómoka włożyła, nieraz mi tu usługuje; 
ale uczę się pierwój frazesu, a potem go recytuję w ksią- 
żeczkę nie patrząc. To jest bardziej honorowo**.... 
Wseszcie dano mu pasport praski, wystawiony do ^rancyi. 
Słowacki wyjechał jednak do Drezna, w zamiarze dłuższego tam 
atrzymania się. Przybył do Drezna w sam wielki Piątek. Stanął 
w hotelu pod złotą Koroną. Pierwszóm miejscem, do którego 
się za przybyciem do miajsta udał, był kościół. 

„Zaraz wyszedłem na miasto — pisze w liście z dnia 
12 kwietnia — albowiem mówiono mi, że w katolickim 
kościele ma być ładna muzyka. I słyszałem śpiewy. Trafi- 
łem właśnie na psalm śpiewany przez Tarąuiniego na jakąś 
bardzo smutną nutę. Pier^^szy raz słyszany głos tego rodza- 
ju — wreszcie cichość kościelna (bo była to właśnie chwila, 
kiedy księża gaszą po jednaj trójkąt obstawiony palącemi 
się świecami), wszystko to niewypowiedziane na mnie spra- 
wiło wrażenie... Po obiedzie znowu .wyszedłem na miasto, 
w nadziei iż chodząc po ulicach, napotkam gdzie Odyńca*). 



*) Odyniec przedtem miesekał w Warszawie i tamto aię z nim, 
jak już wyżćj nadmieniłem, bh'żej zapoznid Słowacki. W r. 1829 
puścił się atoli autor Izory razem z Mickiewiczem w podróż do 
Włoch; a właściwie podążył do niego nasamprzód do Petersburga, 
gdzie (w miesiącu maju) wsiedli obydwaj na okręt i puścili się mo- 
rzem bałtycki to do Lubeki „ stamtąd do Berlina (tu pierwsza znajo- 
mość z Garczyńskim) , a ą Berlina na Pragę , na Wejmar i przez 
Szwąjcaryą — do Włoch. Zimę z 1829 na 1830 przepędzili razem 
w Rzymie. W maju (1830) zrobili wycieczkę do Neapolu, a stąd 
zwiedzili i Sycylią. W ciągu lata zwrócili się do Włoch północnych, 
a wreszcie nawiedzili powtórnie Szwąjcaiją, tak iż w sierpnia już 



20 

Błądząc różnejni drogami, zachodzę na wielki rynek. Spo- 
strzegam jakąi najpiękniejszą cukiernię — Baldioiego; nad 
drzwiami napisano: Cafć de 1' Europę. Ha! myślę sobie, 
Odyniec musi być w Europie... Wchodzę na pewno, i za 
pierwszym rzutem oka postrzegam naszego poetę, który mi 
zaraz na moje zapytanie To Cz^^tyrdach? odpowiedział 
Aa!...*) I nie prZez jedno tylko Aa!., wyraził niepospo- 
lite zadziwienie. Krótko mówiąc, ucieszyli&my się oba ze 
spotkania , i zaraz wziąwszy się za ręce poszliśmy do Odyń- 
ca kwatery. Tam wyrządził mi wielką przysługę, bo zaraz 
przez swojego gospodarza, który jest wielkim przyjacielem 
Polaków, wynalazł dla mnie prywatną stancyą, która tak 
jest niedroga, iż po warszawskich mieszkaniach zdaje mi 
się, że mi tu za darmo przychodzi. Za 6 talarów na mie- 
siąc mam* ładny salonik o pięciu oknach (a przez każde 
okno, jak powiada Odyniec, inną widzę panienkę). Salonik 
cały umeblowany I)ardzo ładnie', nawet z lampą alabastro- 
wą, tylko trochę zapyloną; słowem że mogę wieczorami 
lampę zapalać i bajronizować. Żeby zaś o wszystkich przy- 
jemnościach mieszkania dać wam wyobrażenie, donieść mu- 
szę, że oprócz ładnego widoku na plac wielki, na kościół, 
znajduję przyjemność patrząc na ładną córkę mojój gospo- 
dyni. Panienka mówi po francusku, i ładnie gra na forte- 
pianie. Waryacye Czernego zawsze mi Wilno i was wszyst- 
kich przypominając... 

Cały ton tego listu przekonywa, że pierwszy czas pobytu 
w stolicy saskiej nie był dla Juliusza zbyt przykry. 

-Bardzo mi się to miasto podoba, bo przez długi po- 
byt w Warszawie stęskniony byłem po pięknych okolicach; 
tutaj zaś są prześliczne.^ — 

Oprócz Odyńca znalazł w Dreźnie kilku innych jeszcze ro- 
daków: Platera, Chwaliboga, Mikulicza; pannę Czacką, dobrą 
matki swojój znajomą; Komara, jenerałową Dąbrowską, panią 

stanęli w Genewie. (Tu pierwsza znajomość Mickiewicza ze Zygmun- 
tem Krasińskim). W wrześniu dopiero czj październiku (1830) roz- 
stali się ze sobą obydwaj towarzysze podróży. Mickiewicz powrócił 
znowu do Kzymu, któreto miasto dopiero w r. 1831 na wiosnę opu- 
ścił; a Odyniec prosto z G-enewy udał się do Paryża. Po upływie 
kilku miesięcy spędzonych w Francyi przeniósł się do Niemiec i jui 
od początku 1831 r. stale przemieszkiwi^ w Dreźnie. 

*) Zakończenie jednego z najpiękniejszych Sonetów Krym« 
• kich Mickiewicza. 



30 

Szymanowską z doma Poniatowską i t. d. Niektórzy baidli w Dre* 
źnie z oałemi rodzinaihi i byli już znani Słowackiemn z War- 
szawy. Szczególniej uprzejmie był przyjmowany w domu pani 
Dobrzyckiój. 

Poczciwa ta staruszka Polka, są własne słowa Juliu- 
sza, ma córkę, która jest pierwszą damą dworu. Ta odda- 
wna zachwycona hymnem Bogarodzica, przyjęła mnie 
z otwartemi rękoma; a nad moim Kulikiem, któi-ego je- 
szcze nie znacie — płakała." 

W towarzystwie poufalszych znajomych robił wycieczki do 
saskiej Szwajcaryi i przeglądał celniejsze ciekawości drezdeń- 
skie. Grunes Getvdlbe nie sprawiło na nim takiego wrażenia, jak 
mu to obiecywano. * • 

Wszystko ładne, bogate, ale bez gustu; tak że mi nic 
nie zostaje w pamięci. Ostatnia tylko sala mocno mnie za- 
jęła. Widok tylu brylantów razem zgromadzonych nosi na 
sobie cechę jakiójś wielkości, jako szczególny w swoim ro- 
dzaju Ciekawszym jest daleko zbiór zbroi starożytnych 

(Bustkammer)\ znajduje się w nim dwóch rycerzy na ko- 
niach, doskonałe dających wyobrażenie o ówczesnych wal- 
kach. Widzieć to dla poety i dla malarza bardzo potrze- 
bne — Śliczne są okolice Drezna! Wczoraj panna Dobrzy- 
cka i pani Asthon Angielka zaprowadziły mnie do Brysnitz 
nad Elbą. Nie widziałem, jeszcze w życiu piękniejszego miej- 
sca. Siedzieliśmy z pół godziny na płaskim szczycie świąty- 
ni podobnój do chłodnika Tetydy w Zofijówce. Byliśmy za- 
wieszeni nad Elbą. Z drugiej strony rzeki śliczne równiny, 
z prawej strony w odległości ładne Drezno, a okna domów 
przy zachodzącóm słońcu paliły się jak tysiączne lampy. 
Kilka statków z rozpiętemi żaglami płynęło po wodzie, i 
kilka czółen rybackich. Oto jest obraz, który tak wprawia 
w smutne zamyślenie, że. przez cały czas pomimo etykiety 
słowa do dam nie przemówiłem.... Najczęściój chodzimy 
z Odyńcem do Wielkiego Ogrodu na spacer; dziwimy 
się tam często, jak Niemcy mogą cały dzień przepędzać 
nad szklanką piwa, z cygarem w gębie. Gdzie się tylko 
zbliżyć do tłumu, wszędzie o nas gadają, i lubią nas. Go- 
spodyni, u której mieszkam, i córka gospodyni także bar- 
dzo mnie kochają. Pierwsza mówiła , iż chciałaby mnie mieć 
przez całe życie w swoim domie — druga, iż jeżeli by 
chciała mieć brata, to takiego, jakim ja jestem. Pierwszy 
raz w życiu jestem ideą doskonałości**.... 



31 

"Wkród takich tedy rozrywek i zB,ję6. i^ynął rott czas w Dre- 
źnie — na pozór niby doić przyjemnie. Wieczory przepędzał w to- 
warzystwie, albo też na operze włoskiej, w której bardzo sma- 
kował. Dni zapełniał pracą, jeżeli go nie odrywało od niój zwie- 
dzanie jakićj pięknej okolicy lub różnych miasta tego osobliwości. 
Praca jego ograniczała się w owych tygodniach do samego czyta- 
nia, gdyż to było lato. Trzeba zaś wiedzieć, że była to już taka 
j^o właściwość, iż dopiero z jesienią poczynała się dla niego po- 
ra zapału do pracy twórczej. Przez wiosnę zaś i lato (podobnie 
jak niegdyś Kniaźnin) nie czuł w sobie zazwyczaj żadnój chęci 
do pisania, I nie przymuszał się też do tego. Było mu to wła-i 
ściwe przez całe jego życie i często też o tern i sam później wspo- 
minał. I wtedy także pisał te słowa do matki: ^Przeczytałem 
wiele ważnych dzieł. Nic teraz nie piszę — to mój zwyczaj 
w lecie"... 

W gruncie rzeczy wszelako było już i w owej porze niejc;- 
dno, co ma zamącało ten tryb życia pozornie tyle uprzyjemnio- 
ny. Żal, że wyjechał z kraju, trapił go ciągle, i to z biegiem 
czasu w coraz wzrastającej progresyi. W pierwszych dniach by- 
tności swojój w Dreźnie wyrażał się tylko: — „Źle jest trochę, żem 
wyjechał za granicę . . . Prz^z czas jakiś miałem zamiar do Was 
powrócić." Ale już w półtora miesiąca późniój (dnia 6 lipcaj znaj- 
dujemy natomiast owe wyżój już przytoczone utyskiwania: 

„O* mamo moja , nie gadaj teraz przed nikim o mnie, 
aby mnie teraz zapomniano.... Tmię moje nie może być 
teraz na żadnym grobie wyryte — ale przyjdzie chwila!" 

Drugie, co mu dokuczało, była to niespokojność o to, co 
się tam dzieje z matką i z resztą rodziny. 

„Gdyby nie ta niespokojność, która nmie dręczy o 
Was, kochani moi, byłoby mi bardzo dobrze w Dreźnie." 

Wyrozumiemy ten zabijający niepokój, jeżeli wystawimy so- 
bie stosunki, w jakich oni tam wtedy żyli. Słowacki wyprawiał 
do nich list za listem, a nie odbierał od nich przez długie czasy 
ani litery. Przez całe cztery pierwsze miesiące, od chwili wyją- . 
zdu swego z Warszawy, nie otrzymał ani jednego słowa od ma- 
tki! Tymczasem wiedział aż nadto dobrze o niebezpieczeństwach^ 



LJLf 



32 

Jakie im groziły i ze strony grasującej wła&nie na Wołyniu cho- 
lery i z powoda wojny, kt4Sra z wszystkiemi swemi okropnościami 
zdawała się wisieć już po nad prowincyami owemi. 

A trzecia troska była o siebie — o swoje własną przyszłość, 
o której nasz dobrowolny tułacz nie umiał sobie utworzyć ani 
nawet wyobrażenia... Natura jego, skądinąd tylu uposażona da- 
rami, ale nad wszelki wyraz niepraktyczna — cala przeszłość je- 
go, przebyta pod kierunkiem życzliwej l)0 macierzyńskiej ręki, 
lecz zawsze ręki obcej , więc biernie: wszystko to stawiało teraz bie- 
dnego tego młodzieńca na rozdrożu, na którem radzić sobie nie 
umiał. Z otuchą podjąć walkę życia, ażeby przezwyciężyć tru- 
dności: — to było nad jego siły. — „Napiszcie mi, co ja mam ro- 
bić? gdzie się obrócić? jaki jest stan naszych interesów?" — oto 
takiemi słowami przemawiał do rodziny, w zupełnym braku wiado^ 
mości, co z sobą począć. Stan interesów, o który się dopytywał, 
byłby bardzo pomyślny, gdyby byli oboje z matką mogli żyć ra- 
zem i tworzyć tylko dom jeden ; a w razie rozłączenia, gdyby by- 
ły choć widoki, że Juliusz zajmie z czasem pozycyą, której ko- 
rzyści przyjdą w pomoc dochodom z prywatnego majątku. Ale 
widoków takich teraz nie było . . . Sława literacka — wprawdzie uśmie- 
chała się do niego, choć w pewnój jeszcze oddali ; ale na materyalne~ 
korzyści % tego tytułu, w okolicznościach jak ówczesne, bynaj- 
mniój liczyć nie było można. Otóż, co mu szczególniój odbierało 
otuchę. Wprawdzie miał żyć z czego chwilowo, gdyż mu matka 
dostarczała, czego potrzebował na utrzymanie. Ale, myślał sobie, 
co będzie dalój? 

Były tedy przyjemne, ale też były i gorzkie, a nawet bar- 
dzo gorzkie chwile w owem drezdeńskióm życiu młodego emigran- 
ta i pozostały też tego ślady w korespondencyi. Tak na przykład 
po pierwszym liście nareszcie odebranym od matki , pisał jój mię- 
dzy innemi, co następuje: 

„W przytomności Odyńca czytałem list Twój, kocha- 
na Mamo. Nie mogłem się wstrzymać od płaczu, czytając 
list o Twoim nagrobku. Ponieważ łzy te miały świadka, 
nie chcę ich zataić, tak jak wiele innych łez, wylewanych 
samotnie*^. . . 



I 



Koniec końców, w lipcH (1831) układał sobie dakzy platt 
taki, iż cliciał czafi jaki6 zabawić jeszcze w Dreźnie, a potćm 
z dziwnymi projektami pojechać dalój. 

„Wyjadę przez Szwajcaryą do Nei^olu, tam znajdę 
w jakim klasztorze, jak mi mówił H. za małą cenę mie- 
szkanie i jak najmniej&zćm obchodzić się będę starał. Przy- 
jemność zaciszy wszystkie mi przyjemnoćci zastąpi — czuję 
że mi j^j potrzeba." 

Rozpaczliwe postanowienie I pomyśli sobie czytelnik. I poeta 
nasz czuć musiał tosamo, skoro przerwał list na tych wyrazach, 
a nazajutrz , wśród dnia jasnego , tak pisał dalćj : 

-Niech Was to bardzo nie obchodzi, co tutaj, napisa- 
łem; albowiem pisałem to wieczorem, a w wieczór zawsze 
jestem w stanie gorączkowym. Żeby nie te myśli, bardzo 
by mi było dobrze w Dreźnie**... 

Kiedy się zatóm tak bił z myślami i układał sobie wyjazd 
na południe, nastąpić mający za kilka dopiero miesięcy: zaszła 
nagle okoliczność, która go rzuciła nie na południe, lecz na za- 
chód i północ; i nie za kilka miesięcy, ale natychmiast. Całego 
więc pobytu Słowackiego w Dreźnie było tylko 4 miesiące nie- 
spełna. 

^Dnia 25 lipca spokojnie sobie siedziałem w Dreźnie, 
i zrana zapijałem niemiecką kawę. Wtem drzwi się otwie- 
rają, wchodzi nieznajomy Jegomość i powiada mi, że przy- 
wiózł listy z kraju , z którymi jak najprędzój do Paryża i do 
Londynu mam jechać*". (Były to zatem listy dyplomatyczne, pi- 
sane w sprawie publicznój do rządów francuskiego i angielskie- 
go. Do listów dołączono i fundusz na podróż , co wszystko Sło- 
wacki opisywał matce w dalszej osnowie listu figurycznie, 
ażeby jój nie skompromitować. Ten ustęp pomijamy. Dalój 
pisał tak:) „Zaraz jeden z moich przyjaciół ofiarował mi 
bryczkę na resorach krytą, i tak w trzy godziny po ode- 
braniu listów, extrapocztą ruszyłem do Paryża. Wszystko 
koło mni^ mijało jak cienie latarni czarnoksięskiej — po- 
dróżowałem dzień i noc, jak Gryzomir Krasickiego, i nie 
wiele więcój od niego widziałem. Były kraje, przez które 
ze strachem przejeżd^łem — płaciłem po królewsku! O go- 
dzinie 12 w południe wyjechałem z Drezna — nazajutrz 
rano byłem w Lipsku, wieczorem 26go byłem wWejmarze — 
interesowało mnie to miasto, jako będące miejscem pobytu 
Grothego — bardzo ma ładną postać... Przez noc przeje- 
Tom I. 5 



84 

chałem pnez Erfurt — Saxgotha — a nad ranki^n piłem 
kawę w Eiienach... śliczne miasteczko, a jeazcze pięknięj- 
fiza droga, która z niego dalćj prowadzi między ogromnemi 
górami. W Fałdzie zatrzymałem się godzinę, dla naprawy 
powozu — znalazłem tam w oberży chłopca, co pisze hi- 
storyą terażniejszój wojny — czyli biografią generałów — tmr- 
dzo dobrze. Dnia 28 z )rana byłem w Frankfurcie , tam ba- 
wiłem godzinę dla zmienienia moich wexlów. O południu 
byłem w Mognncyi — śliczny Ren — jaka szkoda, że na 
niego dłużój popatrzeć nie mogę!... Potem przeleciałem 
śliczne prowincye reńsj^ie — dnia zaś 29 wieczorem wje- 
chałem do Metz. Co za przepyszny widok ! Miasto uillumi- 
nowane, jako rocznica rewolucyi francnskiój. Lud tysiącami 
tłoczy się po ulicach. Miałem interes do Prefekta Departa- 
mentu — był na balu. Zabłocony i bez koszuli prawie, bo 
kołnierz schowałem pod chustkę, poszedłem na bal. Może- 
cie sobie wystawić zadziwienie i jeszcze inne jakieś uczucie, 
z któróm byłem przyjęty. Krótki interes, który miałem do 
Prefekta, odbywszy pojechałem dalój. Szkaradna Francya — 
miasteczka gorsze od naszych miasteczek— nędza !. . W po- 
łudnie minąłem Yerdun — wieczorem w Ghalon sur Mar- 
ne złamał mi się powóz — zostawiłem go tam i kazałem 
przedać na rzecz sUadek zbieranych. 31 lipca o godzinie 12 
w południe wjeżdżałem do Paryża. Postylion mój wiózł mnie 
najpiękniejszemi ulicami, i jemu winienem, żem widział 
Paryż. Zajechałem do pani Ł. P. Prosiła mnie, żebym po- 
szedł spać. Usłuchałem jej rady i przespawszy 4 godziny, 
piątą mego pobytu w Paryżu obróciłem na zwiedzenie Pa- 
lais Royal i na posilenie żołądka, co uskuteczniłem w pierw- 
szym paryskim traktyerze. Prawda że z pożytkiem wojażu- 
ję?... O godzinie 5tój wieczorem już siedziałem w chaise 
de poste i leciałem do Londynu. Przez całą noc widziałem 
uilluminowane miasta i miasteczka, bo jeszcze ciągnęły się 
fety. Nic mi się szczególnego nie zdarzyło, oprócz (jak mó- 
wił świętój pamięci S.) oprócz powtarzam, że tylko co się 
nie spaliłem. Chwała Bogu, że się skończyło na szlafroku, 
który leżał podemną i zupełnie spłonął, na pole od surdu- 
ta i na kawałku kołnierza od płaszcza. Wszystkiemu temu 
winne cygaro, odtąd też ani cygarów ani lulki nie palę — 
ale nie tak z bojaźni, jak dla nadzwyczajnej tego drogości 
w Londynie. Ale wróćmy do podróży. Nazajutrz wieczorem 
po wyjeździe z Paryża, to jest 1 sierpnia przejeżdżałem 
przez Boulogne sur m^r — widziałem morze — przyjemne 
przypomnienie Odessy. 11 godzinie w nocy wjeżdżam do 
Calais — z Paryża mil 37. Śliczny ten widoki latami mor- 



skich, bo każda inaczej się pali dla rozróżnienia. Stanąłem 
w hótd de Bourbon. Okropnego mi wypłatali figla! Pa- 
qnetbot ń vapeur odszedł bezemnie. Nająłem więc statek, 
co mnie niezmiernie kosztował, ale za to byłem panem 
okrętn, i wszyscy byli na moje rozkazy. Musiałem zaś ko- 
niecznie nająć statek, bo czekać była niepodobne do jutra. 
Wjeżdżając do Dover, kazałem zatknąć francuski pawil- 
lon — i miło mi było, kiedy pytającym się i tłumnie ze- 
branym na brzegu Anglikom majtkowie odpowiadali, kto i 
skąd jedzie. — Śliczna Anglia! murawa zieleńsza, a pia- 
sek czerwieńszój farby, co pejzażom oryginalny nadaje wi- 
dok. Każda garić ziemi uprawiona — śliczne miasteczka! 
Kanterbury jak mały Łondynik wygląda. O godzinie 5tćj 
z rana dnia 3go sierpnia stanąłem w Londynie^.... 

Kiedy po tylu trudach podróży i ł>ezwłocznóm oddaniu listów, 
gdzie należało, rzucił się Słowacki w hotelu na łóżko, nie prze- 
budził się aż na trzeci dzień dopiero , tak był zmęczony ! Prze- 
budził się z fluxyą. Ale doznawał pocieszającego uczucia, że i 
on teraz był pożyteczny sprawie; a doznawał go tern bardziój, 
że sprawa ta, jak mu się wtedy zdawido, w skutek interwencyi 
dworów, do wywołania którój i on się w maleńkiój części przy- 
czynił, miała niebawem wziąć obrót wcale pomyślny. Nie dziw 
więc , że znajdujemy też w liście z Londynu wyrazy, jak na przy- 
kład te: 

„Mogę teraz doznawać przyjemności , bo zrobiłem rzecz 
wielkiej wagi — to co było w mojój mocy... O moi mili, 
rodzina nasza będzie zdrowa!*^ 

Będąc już w Londynie, nie chciał go porzucać, nie poznaw- 
szy miasta choć powierzchownie ; najij^ sobie tedy na caij miesiąc 
mieszkanie prywatne wraz z umeblowaniem i wiktem. Płacił za 
to wszystko razem póltrzeciej gwinei na tydzień, to jest polskich 
złotych 105. Przepędził- w stolicy Anglii czas od 3 sierpnia do 
pierwszych dni września. Uczył się języka angielskiego, którego 
początki były mu już udzielane w Wilnie. Bywał też często na 
teatrze i zachwycał się grą sławnego naówczas artysty dramaty- 
cznego, niezrównanego w rolach zwłaszcza szekspirowskich, na- 
zwiskiem Kean. W ogóle podobał mu się bardzo sposób, w jaki 
Anglicy przedstawiają tragedye. O teatrach paryskich zdania te- 
go późniój nie wyrzekł, kiedy je poznał. — Między innemi zna- 



omościami zawiązał też z niektórymi literatami londyńskimi sto- 
sunki. Jeden z nich namówił go do napisania broszury o wypad 
kach warszawskich , które świat polityczny tyle naówczas zajmo 
wały, a nie były dokładnie znane nikomu z cudzoziemców. Sło 
wacki napisał ją po francusku, Anglik przetłómaczył na angiel 
skie i wydał pod swojem imieniem. Tytuł broszury nie jest mi 
wiadomy, ani też nazwisko owego Anglika. Przyniosło to nasze 
ma autorowi 50 dukatów dochodu, właśnie więc tyle, ile go po 
byt w Londynie kosztował, zliczywszy wszystko. Miał tedy to po 
cieszające przeświadczenie, że to dłuższe zatrzymanie si^ jego 
w Londynie nie przymnożyło matce wydatku, jako i podróż do 
Anglii także nie zrobiła żadnego uszczerbku skromnym jego fun- 
duszom. — Londyn bardzo mu się podobał. 

„Wiele miałem w nim — powiada w liście już po wy- 
jeździe z Anglii pisanym (z d. 10 września 1831] — chwil 
zachwycających. Przyjemne miasto ! Wszedłszy na sam^* ku- 
lę wieży św. Pawła , rzuciłem okiem w około i pomimo nie- 
zmiernej wysokości wieży, z żadnej strony końca miasta nie 
było widać. Domy aż za horyzont się rozciągały, i pyszna 
Tamiza z ogromnymi mostami, i za ostatnim mostem las 
ogromny masztów, i nad brzegami Tamizy do obelisków po- 
dobne kominy machin parowych, z których wylatują kłęby 
czarnego dymu — wszystko to* tworzy widok zachwycający. 
Groby w Westminster zwiedzałem także, ale dla przygoto- 
wań koronacyjnych nie mogłem dobrze widzieć kąta poe- 
tów, który mnie najwięcej interesował. Dziwny ma pozór 
dziedziniec Westminsteru , brukowany grobowymi kamienia- 
mi — i widok tych ludzi, co sobie bez uwagi' stąpają po 
napisach i czasem zastanawiają się, czytając je pod noga- 
mi... Takie groby mają ci, którym sława nie otworzyła 
' drzwi kościoła, a którzy chcą jednakże jak najbliżej sławnych 
ludzi spoczywać.** — 

Przy końcu pobytu Słowackiego w Londynie przyjechał tam 
i Niemcewicz (a zatóm ku końcowi sierpnia). 

„Widywałem się ze staruszkiem — mile od niego przyj- 
mowany. Wyrzucał mi, że mojej tragedyi litewskiej (Min- 
dowe) grać nie kazałem. Staruszek trochę chory — smu- 
tny — i niepewny przyszłości. Ale Bóg czuwa nad nami*"... 

Kiedy przyszła godzina wyjazdu i pożegnania się z gospo- 
darstwem domu, jako też z innymi mieszkańcami jego, którzy 



37 

^rezyscy pod -tymiż co on warankami zasiadali z nim razem do 
wspólnego stołu: miał Juliusz znowu miłą chwilę. Przekonał się 
bowiem, że i pod obcem niebem, że i w krajach okrzyczanych 
za materyalne, można znaleśi* serca poczciwe i niewątpliwe sym- 
patye dla doli narodu, którego był członkiem. 

^Nie możecie sobie wystawić, powiada, z jakióm wy- 
laniem się, z jaką czułością żegnali mmc Anglicy. Ręka 
mnie bolała od ściskania się — wszyscy wstali od stołu, 
co u Anglików jest niesłychaną rzeczą , aby mnie odprowa- 
dzić do powozu. "* 

Podróż joi^o 'skierowana była do Paryża, ale nie odbyła się 

tym razem bez przygód. 

„W nocy wyjechałem z Londynu. Nad rankiem staną- 
łem w Dower — tam cały dzień czekać musiałem na odej- 
ście statku parowego. O 4tej po południu puściłem się na 
bardzo wzburzone mor/e. Im dalćj płynęliśmy, tern było okro- 
pniej. Calais choć mała cieśnina, ale niezmiernie burzliwa. 
O godzinie iOtej w nocy ciemność była okropna i (aUi tak 
wzburzone, że przelatywały przez pokład. Znużony i drę- 
czony morską słabością, poszedłem do kabiny czyli do sa- 
lonu. Dziwny widok, ze czterdzieści osób leżało na sofach 
i na podłodze — szczęściem miejsce maleńkie na sofie zna- 
lazłem — skurczyłem się i zasnąłem. A jednak pomyślałem 
sobie przed snem, iż się może gdzie indziej przebudzę. O 
godzinie I2tej w nocy obudzono miUe rozmową. Dowiedzia- 
łem się z rozpaczą prawie, iż do portu Calais wpłynąć by- 
ło niepodobień8tw(»m , bo tegoż ranka przy wejściu do por- 
tu rozbił się okręt i nocą niebezpiecznie było cjraijać go. 
Znów więc kilka godzin morskiej słabości. Wracamy do 
Dower, lecz nimeśmy wrócili, wiatr ustał, i napowrót ka- 
pitan skierował do Calais, dokąd o godzinie 8mej z rana 
przybyliśmy. Śliczne było słońce wschodzące na morzu, mia- 
łem więc wyobrażenie burzy.** 

Po tych przeprawach, bez żadnych już przeszkód dostał się 
do Paryża. Przybył tam w zamiarze stałego na czas jakiś zamie- 
szkania — około 6go albo 7go września i zaraz urządził się w wła- 
snym kąciku, po swojemu. Miał, jak mówi w liście do matki, 
śliczny mały pokoik, z mahonio^ł^mi meblami i marmurowym 
kominkiem, który mu wielkie przyjemności obiecywał na zimę. 
Dopytywał się zaraz o znajomych; ale okazało się, że nie zastał 
tych, których najwięcój widzieć życzył sobie. Mickiewicz miano- 



38 

wicie i Górecki byli wprawdzie czas pewien przedtem w Paryżu; 
ale przed jego jeszcze przyjazdem opuścili Francyą i bawili na- 
tenczas w Dreźnie. 

Paryż nie zrobił na Słowackim przyjemnego wrażenia; równie 
i Francuzi wcale nie odpowiedzieli jego oczekiwaniom. Porówna- 
nie z Londynem i z Anglikami, które się mimowolnie samo przez 
się nastręczało, wypadło już w pierwszój chwili na niekorzy^ 
Francuzów. 

„Londyn jest zupełnie oryginalnym, Paryż podobny do 
innych miast, do Warszawy... W Paryżu piękne pałace i 
ogród Tuilleryjski z swemi drzewami bardzo piękny; ale 
cóż za podobieństwo do ogromnego parku James w Londy- 
nie, gdzie po obszernej murawie rozrzucone olbrzymie drze- 
wa i pasą się najpiękniejsze trzody, i naokoło ogromne pa- 
łace z drzewami pokazują się wpół zamglone tą atmosferą, 
która dodaje wielko&Ci i nieskończoności widokom angiel- 
skim**. . . 

Równie niekorzystnie sądził i o mieszkańcach Paryża. 

„Wiele zbiegłem świata, pisał w jednym z późniejszych 
listów (20 października 1831) — żyłem z Anglikami, bo mi- 
sie podobali, z Francuzami nie żyję. Mam do nich jakąś 
nieprzezwyciężoną odrazę. Taka nieszczerośó . . . i tak wiele 
gadają! Samotny prawie przepędzam dzień cały." ...„Jeden 
najmilszy z wieczorów, który miałem w Paryżu, był na 
cmentarzu Terę la Chaise, Nic nie widziałem piękniejszego 
w tym rodzaju. Za miastem wzgórze bardzo rozległe, któ- 
rego' pochyłość cała gęsto okryta grobami i zarosła cyprysa- 
mi, przez które z trudnością przedrzeć się można. Rożne 
drogi krzyżują się w tym lesie — w cyprysach mnóstwo 
róż miesięcznych, bladych ale kwitnących wiecznie. Czasem 
ognistym kwiatem błyśnie geranium. Groby wszystkie podo- 
bne do siebie , najczęściej małe kolumny z białego marmuru. 
We środku na górze jest mała kaplica. Stamtąd wzrok po 
murawie, z wierzchołków cyprysowych utworzonej, spada 
na dół i z dala w dymie błękitnym pokazuje się cały Pa- 
ryż ze swymi gmachami. Nad nim, gdy byłem, zachodziło- 
słońce. — Czarne wozy ciągle tam przez główną ulicę prze- 
jeżdżają — ale pogrzeby tu bardzo ciche — u nas tak Ży- 
dów chowają. — Dochodząc do cmentarza , pełno ogródków i 
sklepików, obwieszonych wiankami z świeżych i z sztucznych 
kwiatów. To charakteryzuje Francuzów. Każdy za kilka 
groszy dobrze pokaże innym swoje boleść, a kiedy da kil- 



3d 

kanale 9 to kwiaty z płótna aż po roku dopiero trzeba 
będzie odmienić.^ 

Takisam wyrok potępiający znajdujemy i o teatrach paryskich. 
„Byłem na kilku teatrach — nie możecie sobie wysta- 
wić, jak Francuzi szkaradnie grają tragedyą. Każdy wiersz 
przez nadprzyrodzone głosu przechodzi gamy. W publiczno- 
ści żadnego gustu, na piękne kawałki świszczą — nic nie 
lubią, tylko małe komedyjki. W każdej musi być Dej al- 
gierski. Tego wiecznie dręczą, i zdaje im się, że to jest 
sława narodowa. Byłem na takim wodewillu — zupełnie 
podobny do Siedem razy jeden. Francuzi rozpływali 
się.** 

Takie to były pierwsze wrażenia , które na naszym wędrowcu 
sprawiła stolica Francyi i stosunki tamtejsze. Z ui^ywem jakie- 
goś czasu sądy jego o tem wszystkiem zmieniły się cokolwiek. 
Pobyt w Paryżu zaczynał być przyjemniejszym dla niego przy- 
najmniój o tyle, że nazbierało mu się wiele znajomości. — tak 
między rodakami już dawniej zamieszkałymi w Paryżu, jak przy- 
bywającymi coraz licznićj dopiero za jego tam bytności — na emi- 
gracyą. Został też wprowadzony do domu XX. Czartoryskich i 
szczegółowo matce w listach swoich opisuje poniedziałkowe ręce- 
pcye w hotelu Lambert, na których bywał przyjmowany gościn- 
nie. Za jedną znajomością szły drugie. Do hr. Platerów (Ludwi- 
kostwa) był zamówiony raz na zawsze na wieczory czwartkowe; 
oprócz tego pełno w listach jego wzmianek o różnych Polakach, 
z którymi już w pierwszych miesiącach pobytu swego w Paryżu 
znajomości albo pozawięzywał albo poodnawiał. Leonard Chodźko, 
Antoni Górecki, Lelewel, Władysław i Cezary Platerowie, Mi- 
chał Podczaszyński , Oleszczyński rytownik, Michał Skibicki, — 
oto kilka nazwisk więcej znanych z pomiędzy większej liczby ro- 
daków, których znał, widywał i o których w listach swoich 
wspomina. — 

Co się tyczy Lelewela, który przybył do Paryża zaraz po 
upadku powstania i spotykał się ze Słowackim przy różnych emi- 
gracyjnych uroczystościach, widzę się tu zmuszonym dodać, że go 
nasz poeta nie lubił. Wyrażał się w listach o nim zawsze z wiel- 
ką goryczą. Oto na przykład, co o nim pisał z okazyi rocznicy 
29 Ustopada obchodzonej w Paryżu w r. 1831. 



40 

^Rej wodził na tym wieczorze znajomy niegdyA w Krze- 
mieńcu tancerz,- dzisiaj zjedzony przez mole biblioteczne, 
cbudy, z dwoma czerwonemi plamami na policzkach, które- 
mu do ozdoby jeszcze wąsy przybyły." (z listu z d. 10 gru- 
dnia 1831). 

Przy innój sposobności, z powodu polecenia ,* które mu przy- 
słano z domu , ażeby się kłaniał Lelewelowi : 

„ELłaniałem się , powiada, kutasom u botów, które 
mile to przyjęły. Wy je uwielbiacie, szczęśliwi! Nie wiecie, 
Co to jest bliższe poznanie ludzi. Jestto U prophctc voiU 
de Korashan, tak go nazywamy ze Skibickim." {d. 7 mar- 
ca 1832). 

Niesnaski podobne pomiędzy pierwszemi naszemi znakomito- 
ściami niewarteby były wspomnienia, i chętniebym je był pozo- 
stawił ^w letejskich zapomnienia falach", gdyby nie okoliczność, 
że mi się później przyjdzie w rzeczy nader ważnćj do tego, co 
tu teraz powiedziałem, odwołać. W tymto celu — lubo ze wstrę- 
tem — wypisałem pcmyższe miejsca z korespondencyi Juliusza; 
i konstatuję niniejszem fakt stanowczej niechęci, już w owym 
czasie mającej miejsce , pomiędzy tymi dwoma pisarzami naszymi. 

Stosunki te z emigracyą nie wystarczały jednak idealnym, a 
raczój exaltowanym pragnieniom Słowackiego. Źródłem ostatecznem 
takowych była tęsknota do kraju, choć może zupełnie świadomie 
sam sobie wtedy jeszcze nie zdawał z tego sprawy. Dlatego też 
usposobienie jego ówczesne bardzo było niejednostajne. Czasem 
znajdujemy go rozpływającego się w jakichś błogich uczuciach 
szczęścia i miłości ku ludziom;* a bywały znowu chwile, gdzie go 
nudziło i ziębiło śmiertelnie całe owo otoczenie jego paryskie. 
Wtedy sądził o niem z lodowem szyderstwem, z odtrącającóm,^ 
pogardliwóm lekceważeniem! To też oczywiście pozostały i w li- 
stach ślady to jednych uczuć, to drugich. Są wprawdzie miejsca 
w korespondencyi (zresztą tak rzadkie, iż to śmiało do ustępów 
wyjątkowych zaliczyć można) gdzie pisał: 

^Mamo! Nie śmiem Ci napisać, że mi teraz lepiej na 
świecie, niż kiedykolwiek było; bo sobie wyrzucam, że ja 
mogę być bez ciebie, kochana matko, szczęśliwy! Ale wi- 
dząc, jakto wielu ludzi teraz lubi ranie i kocha i mogę 



41 

pomedzieó uwielbia, nie wstydziłabyś się swegO syna.*' (list 
z d. 7 marca 1832 r.). 

Jednakie obok podobnych zwierzeń , daleko więcćj dałoby się 

przywieść ustępów, w którycli zupełnie innym tonem przemawia. 

„Wiele mam teraz znajomych (pisał na przykład d. 
10 grudnia 1831); ale żadnego miłego , żadnego z którymby 
mi było żyć przyjemnie. I chciałbym jak najprędzój wyrwać 
się z Paryża do jakiego cichego miasta Włoch, żeby samo 
miasto mogło przemawiać do mojej wyobraźni; bo Paryż 
bardzo prozaiczny — szkaradny — ani tak świetny, jak był 
kiedyś dawniój. Trzyma mię w Paryżu jedynie nadzieja, 
że będę mógł drukować. Ale już tyle moich nadziei 
na niczóm spełzło." — 

Albo weźmy inne miejsce (z listu z d. 24 stycznia 1832 r.): 

„Towarzystwo moje w Paryżu bardzo się powiększyło. 
Wielu mam nawet szkolnych kolegów; ale wszystko nie ci, 
• którychbym sobie życzył. Słowem, że nie mam prawie to- 
warzystwa. Życie moje bardzo jednostajne , i gdybym go so- 
bi» literaturą nie urozmaicał, nudribby było. Najlepiój je- 
stem z jednym Anglikiem, z którym często wieczory prze- 
pędzam 1 chodzę na spacer. Temu winienem, iż po angiel- 
sku już trzepię, a rozumiem wszystko doskonale. Jedną 
więc z moich największych przyjemności jest, to, jeżeli się 
jaki romans nowy Coopera albo Walterscota pokaże — 
Życie moje, jak mówiłem, jest więc bardzo jednostajne; 
zrana wstaję o godzinie lOtej — piję herbatę w domu — 
potom piszę — potom idę czytać gazety — o czwartój idę 
na obiad , gdzie się schodzi wielu Polaków. Tam się zawsze 
widzę i gawędzę z godzinę z A. Góreckim, dawniój pierw- 
szym poetą (?). Jest on teraz w Paryżu, przyjechał z Dre- 
zna — i zrobił mi wielką przyjemność , przywożąc mi ukło- 
ny od ładnój Saxonki, córki mojej gospodyni..." 

Dwa te wyjątki z korespondencyi wystarczą, ażeby zrozu- 
miał to czytelnik, że Paryż Słowackiego niczóm tedy w murach 
swoich nie więził; i że jeżeli w nim bawił, to tylko w nadziei, 
że może znajdzie tu dla dzieł swoich nakładcę, albo też jakim 
innym sposobem te dziecięta duszy swojój, jak był zwykł płody 
swoje nazywać, potrafi wyprawić pomiędzy ludzi. 

A było w owym czasie kilkoro już tych dzieciąt w samotnej 
Słowackiego pracowni. Dotąd nie miałem jeszcze sposobności po- 
Tom I. Q 



42 • 

wiedzenia cbo6 główka o autorskich jego zajęciach. I w t^m miej- 
scu także jeszcze nie pora rozgadania się o nich. Tyle jednakże 
nie zawadzi już tutaj mimochodem nadmienić, że zaczął poeta 
nasz sił doświadczać w tym zawodzie wymodlonym sobie od Bo- 
ga , już w rychłym wieku. Z rzeczy napisanych na szkolnej jeszcze 
ławie nie pozostało ani śladu, choć było to tam tego pewnie nie- 
mało. Co powstało po wyjściu ze szkół — w latach uniwersyte- 
ckich i za pobytu jego w Warszawie — z tego dopiero to i owo 
przechowywid u siebie w tece. ' Małą próbę tój najrychlejszej Sło- 
wackiego poezyi zamieściłem na czele tomu Igo pism jego po- 
śmiertnych, których wydanie staraniom moim udało się przywieść 
do skutku. Duma ukraińska była pisana w Wilnie w roku 
1826. Na rok 1827 przypadają cztery Sonety, widocznie utwo- 
rzone pod wpływem wydanych właśnie rokiem pierwój sonetów 
Mickiewicza. Owocem roku 1828 był poemat pod napisem Szan- 
fary — blada kopia owój poezyi oryentalno - angielskiój , która 
wtedy dostarczała natchgienia i starszym od SłowackiegS pisarzom 
w kole mianowicie literatów litewskich (Al. Chodźko, Julian Kor- 
sak itp.). — Wszystkie te próby były dość słabe, jak na mło- 
dzieńca już kończącego uniwersytet i udającego zajaśnieć kiedyś 
takim blaskiem poetyckiój potęgi. W Warszawie dopiero zaczął 
się ten olbrzymi talent raźniój rozwijać. W roku 1829 napisał 
poemat Hugo i dramat Mindowe. W 1830 przybył do tego 
Mnich, Bielecki, Marya Stuart, jako też cztery owe 
wspomniane przezemnie już przy innój sposobności liryczne jego 
utwory (Kulik — Oda do Wolności — Bogarodzica — Pieśń Le- 
gionu litewskiego), zaimprowizowane w skutek politycznych zda- 
rzeń zaszłych na końcu owego roku i ogłoszone drukiem. Na 
początku roku 1831 powstała pieśń pierwsza Żmii... 

To są wszystkie prace lat jego młodocianych, o których do- 
szła do mnie wiadomość*). Wnosić jednak należy, że musiało ich 



*) Wła4nie kiedym miał te arkusze pisma mojego* odesłać już 
do drukami, przjmiesiono mi numer 32 (z r. 1866) Kłosów war- 
szawskich, w któiym zamieszczona jest bezimiennego autora kore- 
spondencya z Brukselli, a w nićj szczegóły o odszukanym rękopisie 



43 

hj6 i więcej jeszcze: jeśli choć w części tylko jest prawdą to co 
pisał do matki swojej żartobliwie Słowacki przybywszy do Wro- 
cławia w roku 1831 zaraz po wyjeździe z Warszawy za granicę: 



jakichś młodzieńczych poezyi Słowackiego, których między pośmier- 
tnymi poety mego papierami ja nie znalazłem. — « Autor Lilii We- 
nedy — pisze autor rzeczondj korespondencyi — zagubił przypad- 
kowo w pTząjeździe przez Niemcy najpierwsze (?) poezye swoje, pi- 
sane w Warszawie 1829 roku. Póśni^ przez cały eiąg życia napró- 
ino szukał tego rękopisu. Dopiero po śmierci poety, przed niedawnym 
czasem dostała się ta książeczka w ręce , które zapewne będą umiały 
zrobid z ni^j użytek. Szacowna tę puściznę stanowi niewielki zeszyt 
(stron 154, format 16kowy), oprawny w czerwony, złocony, safiano- 
wy papier, zapisany w całości własna ręką poety, z rysunkami, esa* 
mi i floresami jego własnej ręki. 

yNa końcu t^J książeczki znajduje się następująca notatka: 

9 9 Warszawa 15 listopada 1830 r. 

,, Oddałem dó cenzury, a wkrótce oddam do druku moje wier- 
sze: Maryą Stuart tragedyą, Jana Bieleckiego powieś<^, Hu- 
gona, Ifnicha i Araba. Jakiż będzie mój zawód literacki?''" 

jy Niezmiernie ciekawe (mówi dal^j autor korespondencyi) są w t^j 
książeczce notatki pod napisem: Wydatki i przychody z dzieł 
moich: 

9 9 Za wydrukowanie Bogarodzicy zapłaciłem złp. 200. Wy- 
płacili mi księgarze Gałęzowski, Zawadzki i Węcki, Merzbach, Hu- 
gues i Kerman, Brzezina i Kenkel, razem wszyscy złp. 144. Straci- 
łem na Bogarodzicy złp. 56. 

9, Za wydrukowanie Kulika zapłaciłem złp. 263. Wypłacili mi 
księgarze złp. 163. Strachem na Kuliku złp. 100.*'' — 

Wreszcie donosi korespondent, że się w rzeczonej książeczce 
mieścid mają elegie, melodye, dumania, sonety, urywki i rozmaite 
drobne wiersze; i udziela w Kłosach na próbę „Piosnkę dzie- 
wczyny", która zdaje się byd ustępem z jakieś dłuższój całości. 

Skoro tylko (dawniój jeszcze) się dowiedział^n z pism peryody- 
cznych o eiystencyi tego zbiorku poezyi, udałem się listownie do oso- 
by będącój w ich posiadaniu, prosząc o pozwolenie wcielenia ich do 
powszechnego zbioru pism Słowackiego pozgonnych, których wydanie 
ta we Lwowie właśnie się wtedy przeprowadziło. Gdyby tego po- 
trzeba była, ofiarowałem się złożyd i honoraiyum, byleby tylko za- 
pewnić tym rzeczom ocalenie, a wydaniu mojemu nadać zaletę isto- 
tn^i kompletności. Nie wiem, czy list mój nie doszedł owych „rąk, 
które (jak się autor brukselskićj korespondencyi wyraża) będą umiały 
zrobić z odszukanego rękopisu użytek"; czy też raczćj tam osądzono, 
że ten użytek koniecsnie moBi być zrobiony. viribas separatlB: — dość 



44 

„Wszystko moje z sobą niosę , to jest mały tłomoczek, 
a w tłomoczku trochę bielizny i... mnóstwo wierszy. Szka- 
radne wiersze ! wagę mego tłomoka do 46 fantów podniosły**.*. 

Dajmyż na to, że w tych słowach było wiele przesady. Ja- 
kikolwiek jednakże mógł być stosunek między ową trochą bielizny 
a wierszami: zawsze przypuścić można, że było tam pewnie ma- 
teryału zadosyć , ażeby czem zapełnić parę tomików. — Od owego 
czasa upłynęło znowu kilka miesięcy. Minęło lato — i jesień ; na- 
deszła zima, na początku której, jak to wyżej już powiedziałem, 
u Słowackiego zazwyczaj krynice poetyczne wzbierały. Dawne za- 
soby warszawskie zapewne pomnożone zostały znowu jakim świe- 
żym przybytkiem. Było tedy co drukować, i gorąco tego pragnął 
młody poeta. Ale życzeniu temu stał na przeszkodzie brak fun- 
duszu potrzebnego na pokrycie kosztów z tego wynikających. Na- 
dzieja znalezienia nakładcy pomiędzy wydawcami z rzemiosła roz- 
biła się bardzo rychło o nieprzezwyciężone trudności. Pomiędzy 
rodakami było wprawdzie niemało takich, którzy robiłi Słowa- 
ckiemu wyrzuty, iż niczego nie drukuje; ale takiego, któryby 
się ofiarował z materyalną pomocą do ogłoszenia dzieł jego, ta- 
kiego między nimi nie było! Szukać go i wyciągać rękę po datek, 
jakby po jałmużnę — tego Juliusz nie chciał. Wynikło tedy ze 
wszystkiego bardzo rychło to smutne przeświadczenie, że jeżeli te 
dzieła miały kiedy być ogłoszone, to chyba własnym nakładem. 
Ale skądże go było wziąć, kiedy autorowi zaledwie wystarczało 
na życie? Przez czas jakiś, zaraz za przybyciem do Paryża, no- 
sił on się z myślą , że może na innej drodze trafi do celu. Najdo- 
nośniejszą i najprędzój wynagradzającą pracę autorską gałęzią 
w literaturze francuskiój było już i w owych latach powieściar- 
stwo. Słowacki władał nieźle językiem francuskim; ułożył sobie 
zatem napisać romans po francusku , pomyślany na tle stosunków 



ie starania moje pozostały bez skutku. Wcale nie racsyła osoba do- 
tycząca odpowiedzieć na mój list. Skończy się pewnie na tćm , ie te 
rieczy albo przepadną, albo kapaniną pojawiać się będą w pojedyn- 
czych numerach jakiego dziennika emigracyjnego, który tu w kraju — 
przy i tak juA zbytecznej masie najrozmaitszych pism peryodycznych — 
mało przez kogo b§dzic^ czytany. 



45 

pokkich. Honorarynm, któreby za niego od Franciusów otrzymał, 
zamierzał włożyć w wydawnictwo swoicli poezyi. Chociaż się za- 
wsze wzdrygał przed myślą pisać coi, że tak powiem, na obstalu- 
nek, za pieniądze i dla pieniędzy: wtedy jednak przez wzgląd 
na to, że nieraz wiele robi miłość kochającego ojca dla swoich 
dzieciąt, potrzebujących sukienki, w którójby się narwiecie 
ukazać mogły, — wziął rzeczywiście pióro do ręki i zaczął pi- 
sać powieść francuską. Było to w styczniu 1832 roku. Znaj- 
dujemy o tim w jednym z listów z owego ^ czasu następującą 
wzmiankę : 

^Kręcą mi się po głowie teraz wszystkie anegdoty; bo 
powiem wam pod sekretem, iż piszę romans po francu- 
sku — z naszych oryginałów. Scena na Ukrainie — głó- 
wnemi osobami są ś. p. szlachcic, co obchodził święta Ce- 
rery (podobno jakiś Marchocki) , i drugi co podróż do Tur- 
cyi czy do Anglii odbywał (Rzewuski), a trzeci geometer 
Zszantyr, znajomy wam ze sztuki śpiewu i iunych dosko- 
nałości. Wszystko sprzężone z wielu fikcyami i z długiemi 
rozmowami w guście Walterscota, i z dhigimi obiadami — 
w guście tegoż autora i Niemcewicza i w guście Polaków. 
Słowem będzie to chef d'oeuvre, za które mi powinni za- 
płacić jako za takie. Mam już 5 rozdziałów i tylko mi 
jeszcze 25 nie staje — to bardzo niewiele! Ale nie mówcie 
o tern nikomu, bo wystawiając żywe oryginały, można się 
kiedy z nimi spotkać. J* aurai cependant la prócaution de 
faire pórir mes personnages h la fin de la pi^ce — pour 
qu'on ne puisse plus les retrouver dans le monde; stąd 
możecie sobie wystawić, że będzie wiele krwi rozlewu — 
uniknę tego, połowę osób wieszając^... 

Z samego tonu baraszkującego, jakim tu sam autor o dzie- 
le swojóm przemawia, wynika, że nie przywięzywał doń żadnego 
znaczenia i traktował je jako robotę rzemieślniczą. Jakoż zdaje 
się, że się na owych pięciu rozdziałach rzecz też podobno urwa- 
ła; ani bowiem nic takiego nigdy z druku nie wyszło, ani też 
nie wspomniał już drugi raz o tem Słowacki w korespondencyi. 
Ziściło się zatem i przy tej sposobności, co był już dawniój na- 
pisał: ^za pieniądze pisać nie mogę zupełnie; ile razy o tem my- 
ślę, imaginacyą mam zupełnie skrzepłą, "" itd. 

Skoro tedy znikąd nie było widoku otrzymania zasiłku na 



46 . 

owo przedsiębiorstwo, udał się po pomoc ostatecznie do matkL 
Zapytywał rodzinę, czyby nie można podnieść jakiego kapitału — 
i pisał w tym interesie jak następuje: 

„Za kilka tysięcy wdzięczny wam będę. Widzicie sami, 
że dla mnie nie ma innego widoku, jak te nieszczęśliwe 
poezye. Czyż mnie ta' nadzieja, jedyna nadzieja w mojem 
życiu, zawiedzie? Innych snów wielkości nigdy nie miałem. 
Innój nie spodziewałem się karyery. Kiedy z małego ułom- 
ku znany byłem wszystkim Polakom w Paryżu i Dreźnie; 
kiedy jeszcze dotąd każdy poznając się ze mną wykrzyka: 
a! to autor Bogarodzicy: czegóż spodziewać się mogę 
na przyszłość? Przynajmniej nie zapomnienia! Oskarżajcie 
mnie więc, iż trzymam się tego, co mi najwięcej w życiu 
zrobiło przyjemności. Jeżeliby mi się szczęśliwie z wydaniem 
poezyi powiodło, to mam zamiar pojechać do 'Hiszpanii — 
a stamtąd do Neapolu morzem, a przez Rzym i Wenecyą, 
Tryest, Wiedeń wrócić kiedyś do Was, jeżeli będzie można. 
Jakbym był szczęśliwy, gdyby mi się te projekta udały!**... 

Powiedzmy jednak już w tśm miejscu nawiasem, że ta myśl 
powrotu do ojczyzny nasuwała mu się wtedy tylko przelotnie, 
W istocie bowiem nie wchodziła ona wtedy w stałe jego projekta. 
W innych listach, pisanych około tegosamego czasu, budował on 
sobie zupełnie inne plany. 

„Wasz kraj tak mi się pięknym teraz wydaje, kiedy 
nie mam prawie nadziei widzieć go kiedy. O powrocie ani 
myśleć, bo powiedzcie, cobym ja teraz tam robił? Różnica 
kosztów bardzo mała, czy tam, czy za granicą"... 
I w innóm miejscu: 

M Często sobie myślę, jeżeli mi Bóg w moim zawodzie 
poszczęści, jeżeli będę miał jakie przychody, co wynosić bę- 
dą z 5000 franków na rok: wtenczas matko, przyjedziesz 
do Drezna — tam życie bardzo tanie — najmiemy sobie 
jaki wiejski domek pod miastem — i może będzie nam do- 
brze! Drezno bardzo lubię i radbym tam wrócić.** — 

Matka poczciwa zrozumiawszy żądanie syna, dotyczące ow^j 
sumy na druk poezyi, uczyniła niezwłocznie j co tylko mogło, tak 
iż już list Juliusza z d. 7 marca 1832 r. zaczynał się od słów: 



„Mamo kochana ! nie uwierzysz , jak teraz jestem szczę- 
śliwy! I tobie to, Matko moja, winienem jedynie szczęście 



47 

jakiego jeszcze doświadczać mogę. Od tygodnia zajęty 
jestem drukiem moich poezyi. Za dwa miesiące bę- 
dziesz je Mama miała. To taksamo^ jakbyó mnie zobaczy- 
ła — bo ja nie jestem niczćm innóm, jak mojemi poe- 
zyami**... 

Z dalszego toku listu dowiadujemy się o wszystkich niemal 
okolicznościach ubocznych, które towarzyszyły oddaniu pod prasę 
owych poezyi. A że wiąże się z tóm i inny jeszcze szczegół, o 
którym w biografii Juliusza zupełnie pnsemiłezećby nie można: — 
przytaczam tedy rzecz tę całą własnemi jego słowami: 

^W poniedziałek , d. 22 lutego , siedzę rano u siebie; 
aż wchodzi jakiś człowiek z worem pieniędzy na plecach i 
oświadcza mi , że ma mi do wypłacenia 3000 franków. I na- 
tychmiast składa mi na stole całą sumę w biletach, razem 
z listem od Mamy. Od tej chwili inne zaczęło się dla mnie 
życie.... Zaraz nazajutrz rano poszedłem do drukami Pin- 
nard o druk się układać, i tam zastałem bardzo ładną pan- 
nę Pinnard (najstarszą), której narzeczony zawiaduje dru- 
karnią. Ten narzeczony był bardzo grzeczny dla mnie. Uło- 
żyłem się o druk, i dwa tomy będą mnie kosztować nie 
tak wiele, jakem się spodziewał. (Kosztowały go 2000 fran- 
ków, jak w innem miejscu nadmienia). Potom zostałem 
z panną Pinnard i z tą długo gadaliśmy. Chodźko mówił 
mi, iż odemnie o trzecią część biorą taniej, niż brali za 
dzida Mickiewicza. Widzicie, że dobrze to poznawać się 
z panienkami — dobrze się zostać przy kominku i o czóm 
innem niż o interesach pogadać""... 

W pięć dni później opisywał Słowacki matce bytność swoje 
na obiedzie u panien Pinnard, na który był proszony, i. powiada 
ćo następuje: 

„Znalazłem tam Chodźkę (Leonarda). Średnia z pa- 
nien, których jest trzy, nazywa się Kora. Śliczna 1 zupełnie 
taka, jak sobie wystawiałem Korę, heroinę Mohikanów. Dziew- 
czynka młoda, ma lat 15 i coś hiszpańskiego w twarzy. 
Ale ja nieszczęśliwy więcój daleko podobałem się pannie 
Pinnard najstarszój, która coś nasawantkę zakrawa. A po- 
nieważ mam dobre uszy, podsłuchałem jój rozmowy z Chodź- 
ką. Mówiła mu, że mnie znajduje bardzo do rzeczy i z do- 
wcipem. A on jej na to odpowiedział: maiSj les Polonais 
ne sofit pas betes! Zaśmiałem się skrycie z jego odpowie- 
dzi. Widzicie więc, że zdarzają się chwile, kiedy wasz Ju- 
lek dowodzi, że Polacy nie są głupimi! — Po obiedzie zo- 



4d 

stałem dam 2 tMumami, i panna Kora ipiewała mi i^licsne 
romanse. Siedząc tak przy kominka, słuchając muzyki, 
przypomniałem sobie ciche domowe wieczory w Wilnie. Na- 
zajutrz posłałem Korze kilka ładnych romansów, które na 
teatrze słyszałem.^ — 

W niespełna miesiąc potom, znowu pisał matce tyle jeszcze 
o tejże okoliczności. 

^ZacząłeiQ dziś rano pannę Korę po polsku uczyó. Dzi- 
wne prawddwie moje lekcyel Starsza siostra bardzo z tego 
kontenta. Przypominam sobie, że raz, kiedy jój mówiłem, 
jak miłość chłopców ukształca, odpowiedziała mi, że i pan- 
ny się kształcą. Chce więc zapewne, aby się panna Kora 
uformowi^. Bardzo dobrze. Zdaje mi się jednak, że na zły 
wpadła sposób; panna Kora płakała cały ranek, nim ja 
przyszedłem. Dziwna dziewczyna! Mówiłem wam, że Hi' 
szpanki ma zakrój. Wieczór razem ze Skibickim na wło- 
skiój operze pierwszych w Europie słuchałem śpiewaków: 
a jednak — nudziłem się... 

I jeszcze raz, w tymże liście — wraca do ow^j dziewczynki 
z okazyi innego zdarzenia. 

„W Paryżu cholera! Z rana przyszedłszy do drukarni, 
zastałem całą skonsternowaną. Chłopiec mały I51etni umarł 
na cholerę. Musiałem pójść do salonu cieszyć i upewniać 
panny, aby się nie lękały. Wystawcie sobie, że kiedy chło- 
piec konał, kiedy wszyscy rzemieślnicy stali w około bladzi 
i przerażeni, tak że nikt się tknąć chorego nie. ważył — 
moja kochana Kora sama otworzyła mu usta i dawała le- 
karstwo. Gdy się o tern dowiedziałem, chciałem gwałto- 
wnie w obecności wszystkich chwycić ją i ucałować — szczę- 
ściem że rozwaga przybyła mi w porę." 

W ciągu tego wszystkiego, druk poezyi postępował raźnie 
naprzód. Uwaga rodaków na emigracyi żyjących zwracała się co- 
raz więcój na młodego poetę i zdarzały się różne okoliczności,, 
które go zachęcały w jego zawodzie, ośmielały w rozumieniu o 
sobie, a częstokroć też niestety bałamuciły i psuły. Podsycały 
bowiem tę próżność i dumę i miłość własną, którą mu wprawdzie 
wszyscy chętnie wybaczymy, był to łwwiem bardzo młody czło- 
wiek natenczas, ale która ostatecznie nie należała bynajmniój do 
warunków jego powodzenia autorskiego w przyszłości. Raczój prze- 
ciwnie! Jedne okoliczność taką sam szeroce opisał. Byłto dzień 



40 

25 marca, przeznaczony na obchód uroczysty roczni<iy litewskie* 
go powstania. * 

JL rana odebrałem list z wielu podpisami , między któ- 
rymi ZDaidował się podpis JuUieoa starego (wydawcy Reyae 
Encyclopódiąue, znanego z życzliwości dla naszych), list za- 
klinający mnie, abym na posiedzeniu literackiem czytał. 
Siadłem więc do roboty i w kilka godzin napisałem odę, 
w której nmiećciłem kilka myśli z różnych poematów. Przy- 
szedł wieczór — ogromne zgromadzenie — nmóstwo dam 
polskich i francuskich, młodych i ładnych. Lafeyette prezy- 
dował — wszyscy czytali po francusku -^ Lelewel także. 
Czytano wiersze francuskie ~ potom na końcu Wicepre- 
zes obracając się do zgromadzenia rzekł, że towarzystwo 
uprosiło największego z poetów polskich (?!), aże- 
by po polsku deklamował, a stąd wzywa Pana Słowackie- 
go, aby zasiadł miejsce. Pan Słowa<;ki nie zasiadł, lecz 
stojąc mówił — co? trudno opisać. Rzucałem całem zgro- 
madzeniem — potom rozłamałem wiersz ody, i powiedzia- 
łem jedne śliczną historyczną powieść w trzydziestu wier- 
szach, — znów wróciłem do ody — i zakończyłem myślą 
z Lambra wyjętą. Wypiszę ją tu: 

„Ja będę śpiewał i dążył do kresu, 
Ożywię ogień, jeśli jest w iskierce.... 
Tak Egipcyanin w liście z aloesu 
Obwija zwiędłe umarłego serce: 
Na liściu pisze zmartwychwstania słowa — 
Chociaż tern liściem serce nie ożyje, 
Lecz od zepsucia wiecznie się zachowa, 

W proch nie rozsypie Godzina wybije, 

Kiedy myśl słowa tajemną odgadnie; 
Wtenczas odpowiedź będzie w sercu — na dnie**. . • . 
„Po skończeniu Prezes ściskał mnie za rękę i gadałem 
z nim przez chwilę — starzec interesujący! Francuzi mó- 
wili, iż z taką duszą deklamowałem, że wszystko rozuinie- 
li prawie. Kiedy po skończeniu spojrzałem na tłum dam — 
pbaczyłem oczy jednój śiicznój tak irapertynencko zwrócone 
na mnie, że moje musiałem odwrócić — i znów spojrzałem, i 
jeszcze tosamo spojrzenie. Żeby tak długo, tobym zwaryows^. 
Potom słyszę głos jednój damy po polsku pytającej się wszy- 
stkich o mnie. Byłato pani B. którą w Dreźnie znałem. Ta skoro 
mnie spostrzegła, przyleciała z krzykiem: „Ach! serce Pa- 
na!" Odpowiedziałem, że się cieszę, jeżeli się jój moje ser- 
ce podoba. Potźm wymawiała mi, że u niej nie byłem. Pa- 
tom pytała mię , czy mam przy sobie pugilares , bo mi chce 

Jon I. 7 



M 

2apisa6 swój adres. Gdybym go był miał, to ręczę ie wpn^ 
gilaresie znalazłbym potóm coi ciekawszego nii adres, bo 
to sawantkaj Ale ja z najzimniejszą krwią wziąłem ze sto- 
łn pióro i kawałek papieru i dałem te materyaly nieroman- 
tyczne, co znacznie zapał jej osłabiło, tak iż tylko o mie- 
szkaniu samom dowiedziałem się. Potom w kilka dni byłem 
na wieczorze u Platerów, gdzie znów nowe obojój płci zbie- 
niem pochwały, gdzie pan JuUien znów się do mnie przy- 
siadł i upewniał, że Odę zrozumiał^... 

Podobnie odurzały go także dochodzące ze wszech stron 
wieid o recenzentach, o tiiómaczach itd. już gotowych do rozsławie- 
nia imienia jego na wszystkie końce świata i tylko oczekujących 
t natężoną niecierpliwością wyjścia drukujących się poezyi. 

^Dowiedziałem się — pisał z niezachwianą ufnością w ich 

C)Wodzenie, w tymże samym liście — że już jeden z Po- 
ków temperuje pióro, aby rozbiór moich poezyi pisać.... 
Mam już mojego księgarza, który będzie moim księgarzem 
na zawsze, tak jak Murray Byrona — i będzie mnie oszu- 
kiwał... Lemaitre, jeden z francuskich poetów, wziął do 
tłómaczenia mego Mnicha i Araba. Skibicki pisze do 
Revue Encyclopódiąue o moich poezyach, i tam będą umie- 
szczone dwa Łemaitra tłómaczenia... Sienkiewicz (Karol) 
dowiedziawszy się, że ja wydaję teraz poezye, pisał do Bł. 
z Anglii, każąc mi się kłaniać i prosząc, abym mu jak 
•-najprędzój poezye moje przysłał, bo je 4hce na angielski 
język tłómaczyć. Widzisz, kochano matko, jak to ja będę 
zaraz w dwóch językach figurował. Sienkiewicz spodziewa 
się wziąć za to znaczne pieniądze, i pewny jestem że 
wszyscy moi tłómacze lepiój niż ja wyjdą. Miło mi wre- 
szcie, że to Sienkiewicz tłómaczyć będzie — i mimowolnie 
przypomniałem sobie Mikulskiego, który mi radził niegdyś 
poezyi zaniechać, mówiąc że Sienkiewicz daleko większym 
odemnie był poetą, a przecież tęgo błahego i głupiego rze- 
mioda zaniechał. Wykolę kiedyś oczy Mikulskiemu, posy- 
łając mu po angielsku tłómaczone moje poezye.^*) 



*) Nie od rzecsy może będzie już w tćm miąjscu nadmienić, że 
oprócz przekładu na jęsyk francuski Bogarodzicy i Araba, 
dokonanego przez Łemaitra, żadno z tiómaczeń tu zapowiedzianych 
do skutku nie przyssło. Skończyło się to więc na niedossłych pro* 
jektach s jedn^' strony — a na płonnych nadsiąjach z dmgićj. . — 
Przekład Łemaitra wyszedł 1833 r. w Beyne, i takie w osobn^ 
odbitce. 



Al 

Przytoczone nst^y wystarczą, aleby czytelnik powźi^ wyo- 
brażenie o stopnio Uogiego upojenia, jakióm odarzi^ poetę — 
przed ogłoszeniem jeszcze poezyi — ryczałtowe pocliwały ze stro- 
ny osób bezpośrednio go otacząjącycli, osobiście jemu życzliwycli, 
zresztą oUnionycti nowowscliodzącą gwiazdą jego poetyckiej sła- 
wy. Cieszył on się t^j sławie swojój, jak dziecko cacku, za 
którem dawno, za którćm długo goniło, a teraz ma je już tak 
blisko przed sobą, że dość wyciągnąć rękę, ażeby je pochwycić. 
Było to jedyne pragnienie jego na ziemi, jedyna namiętność, po- 
wiedziałbym: jedyna sprawa, która go przywięzywała do świata. 
Dla tej marnój sławy potomnój wszystkiego się wyrzekał. Teraz 
zdawało mu się — po raz pierwszy w życiu, w życiu tak jeszcze 
młodóffl, że ją posiadł nareszcie. Przebaczmyż mu, że go tu 
zdybujemy na rojeniacli, które tchną taką dozą miłości własnój 
i dumy. Coby to było, gdyby się te rojenia były ziściły od 
razu!. . • 

Były jednak chwile, gdzie się Juliusz w tóm wysokióm ro- 
zumieniu o sobie i cokolwiek miarkował; gdzie mu na myśl przy- 
chodziło, że ani na uwielbieniach ludzkich, ani też na własnych 
o sobie samym mniemaniach tak bardzo nie należy polegać. Opo- 
wiada w tymże samym liście matce np. następujące zdarzenie. 

„Byłem na mszy żałobnój , którą jeden z moich przy- 
jaciół kazał odprawić za duszę zmarłego ojca. Celebrował 
X. Praniewicz, Polak ze Żmudzi, który aż po Ameryce 
wałęsał się i od 5 lat w Paryżu, usługę ołtanową pełni, 
wielki oryginał I Potom ksiądz zaprosił nas na śniadanie. 
Ksiądz jest poetą — pisze — drukuje, czyli sztychuje 
z muzyką swoje wiersze — i te nam śpiewał przy forte- 
pianie. Nic dziwniejszego, jak ta melodya! Najwięcój mi się 
podobała strofa, w której książę Poniatowski mówi do 
przechodnia: 

Jakom marszidek francuski 

Narodowi temu wiemy, 

Z mojemim szedł na kraj pruski 

Przez Sasy, ów naród mierny. 

I ja i Skibicki otrzymaliśmy po exemplarzu dzid, 

przy których Baka byłby tak mierny, jak kraj saski. Ksiądz 

sądzi, iż jest wielkim poetą. Pochwały nasze utwierdziły 

go w tóm mniemaniu. Była to jednak scena dla mnie na- 



ucsająca, aby mniój ufać railoici mrławj^ — mm^j pochwa- 
łom cudzym — scena bardzo potrzebna; bo czy uwierzycie, 
że dowiedziawszy się o śmierci Gothego, pomyślałem sobie, 
^iż Bóg go wziął z tego świata, aby dla mnie wydającego 
Ipoezye zrobił miejsce na świecie?... Matko moja, widzisz 
jak szczerze piszę ten dziennik . — piszę nawet ^upie ipoje 
marzenia^... itd. 

Wreszcie nadeszła chwila (było to d. 12 kwietnia 1832 r.), 
gdzie leżały już przed nim gotowe obydwa tomy „Poezyi Ju- 
liusza Słowackiego** i gdzie matce przesyła radosne do*- 
niesienie : 

„Mam poezye moje! I pierwszy dzień ich wyjścia był 
dla mnie źródłem niewysłowionych przyjemności. Matko mo- 
ja, cóż Ty, cóż wy wszyscy o waszym Julku powiecie? 
Matko moja , zdaje mi się , że Ciebie tei poezye nie zmar- 
twią — chyba zasmucisz się tymi kilku błędami drukar- 
skimi , których Twój szalony Julek uniknąć nie mógł. Zwła- 
szcza pod koniec Żmii błyszczą te omyłki straszliwym bla- 
skiem. — Dziś obaczyłem u Pinnard regestr ludbu idawnych, 
zawarty w biografii Gontemporains , a pod literą S. taki 
porządek: Skrzynecki Jan, Słowacki Euzebiusz, Słowacki 
Juliusz, Smuglewicz Franciszek, Sniadecki Jan, Śniadecki 
Jędrzej itd. Widzicie, że w dobrom jestem towarzystwie. 
Ucieszyło mnie to bardzo. Jestto najsławniejsza biografia. 
Ciekawy jestem, co o mnie piszą — będę się starał dostać 
jój. To dziwniejsza, że ta biografia wyszła wprzód, nim za- 
cząłem drukować moje poezye ; a stąd niewiem , z czego mnie 
tam sławnym zrobili ? . . . Posyłam Wam exemplarze z pod- 
pisami. Nie wielu osobom posyłam [było takich exemplarzy 
13J, a to dlatego, aby moich podpisów nie pospolitować, 
aby te osoby, które odemnie dzieło otrzymają, wiedziały, 
że ja je szczególniój szanuję i kocham.... A Tobie, kocha- 
na Mamo, jakimże sposobem mógłbym dać poznać, że Cie- 
bie jeszcze z pomiędzy tych wszystkich osób odróżniam? 
Czy Ty nie odgadniesz. Matko, co czułem podpisując dla 
Ciebie exemplarz?... Na drugi dzień po wyjściu źlzieł, 
Oleszczyński , sławny sztycharz , prosił mnie, abym mu por- 
tret mój zrobić pozwolił. Jak wyjdzie, przyślę go Wam. 
Wiesz , kochana mamo , że tyle tu mam uwielbienia od mo- 
ich rodaków, że mię już krytyki nic nie obchodzą. Martwię 
się tylko błędami druku; ale spodziewam się, że będę mógł 
prędko drugą edycyą wydać i te błędy zginą"... 



58 

W tym sensie list ten nieco się jeszcze' przedłoia; nakonieo 
kończy go Jnlinsz temi słowami; 

„Bądźcie zdrowi i szczęśliwi — ja jestem szczęśliwy. 
I gdyby nawet 2000 franków, wydane na druk dzieła, nie 
wróciły się, to powiem, żem nie drogo szczeńcie knpił.^ 

To wydawanie dzidl, te róine zajęcia, jakie z tego wynika- 
ły w dalszych następstwach, wyczerpywi^ i czas i całą my&l 
młodego poety do tego stopnia, że wszelkie inne względy zupeł- 
nie im ustępywały miejsca na pierwszym planie. Znajomoió z pan- 
ną Korą, tyle zrazu obiecąjąca , zeszła z czasem do rzędu rzeczy 
ubocznych, obojętnych. Minął miesiąc cały i więcej, odszedł list 
jeden i drugi, i ani słówkiem nie donosił w nich matce, co się 
dzieje z panną Korą. Ale matka była zaciekawiona — skłaniała 
się ku przypuszczeniu, że milczenie właśnie dowodzi, iż uczucie 
żyje i wzrasta... w końcu wzręcz zainterpellowała jedynaka 
swojego, jak ta rzecz jest? Na interpellacyą otrzymała odpowiedź 
taką (d. 4 lipca 1832): 

„Milczenie moje nie dowodzi, abym się szczerze zako- 
chał Kie! Wszystko, jak było, wiernie opiszę, choó może 
śmiesznym się wam wydam. Przez grzeczność kiedyś powie- 
działem pannie Korze, że ją kocham. Ona mi się także 
przyznała, że mię kocha — a wtedy zapytałem ją, co zro- 
bi, jak ja ją kochać przestanę? Odpowiedziała mi, że się 
otruje, albo że się utopi; a z tćj odpowiedzi widać, że się 
urodziła na brzegach Hiszpanii. Od tego czasu postanowiłem 
dowieść jój, że się ani zab^e ani utopi, chociaż ją kochać 
przestanę. I zacząłem kaprysić i przyprowadzałem ją do 
gniewu ; dawałem uczuć , że jeszeze dziecko — słowem mści- 
łem się na niój za wszystko), co kiedykolwiek od wietrznie, 
jak mówi B. Zaleski , ucierpiałem. Nie wiem , z jakiój przy- 
czyny, ale wpadła w goirączkę-~w gorączee miała deliryum, a 
z tego siostry musii^ się tajemnicy jój serca dobadać. Widmie, 
że nadto zły byłem w mojóm postępowaniu, postanowiłem 
aby mnie zapomniała. Powiedziałem jój to, i przez miesiąc 
nie poszedłem do nich. Pozaprzeszłój niedzieli przechodząc 
przez aleję Tuilleries ogrodu, wśród tłumu wyelegantowa- 
nych dam ujrzałem znów pannę Korę z siostramL Ukło- 
niłem się z daleka i przeszedłem. Ale pani Barateau , także 
jój siostra, posłała swego kuzyna, żeby mię szukał i przy- 
prowadził. Wróciłem więc do miejsca, gdzie damy siedzia- 
ły—z bardzo wesołą twarzą; si(i,dłem przy nich na krześle — 



54 

gadałem przez godzinę — panna Kora czerwieniła się i bla- 
dła. Potom damy wstały — musiałem pani Barateau ofia- 
rować rękę i odprowadzić do domu. Przecłiodząc przez most 
królewski, Kora, która szła naprzód, zatrzymała się i za- 
pytała, z którego to mostu la ducłiesse de Guicłie rzuciła 
się w Sekwanę. Uczułem, że to zapytanie było delikatnem 
przypomnieniem mojój niestało^i i uśmiecłinąłem się, kiedy 
pani Barateau, która kiedyś znała księżniczkę de Gaiche, 
zaczęła długo na zapytanie Kory odpowiadać. Od tego cza- 
su widziałem je znów kilka razy w ogrodzie — siadam przy 
nicli czasem na kwadrans... Ale dość o tem, już i tak 
czuję, że się Wy ze mnie śmiać będziecie." 

W dalszych listach nieraz jeszcze napotykają się dorywcze 
w/niianki o tym stosunku. Wynika z nich, że Słowacki bywał 
w tym domu potem znowu często, i siadywał pomiędzy panienka- 
mi nie kwadranse, ale nieraz długie godziny. 

„Bawi mnie otwartość Kory — pisał krótko potem 
w jednym liście — wszystko mi gada jak pacierz." 
Albo w innóm miejscu: 

„Smutno mi — ale co robić? jutro pójdę do Kory. 
Może kiedy mi zacznie patrzeć w oczy i uśmiechać się, 
może ten smutek rozproszy; choć dalibóg, nie kocham jej..." 

I bez tego zapewnienia okazuje się jasno , że o miłości pra- 
wdziwój nie mogło być mowy co do jego osoby. Być może, że 
gdyby mu Kora przy własnościach, jakie miała, była zaimpono- 
wała czómś wyższóm« niepospolitóm , a choćby wreszcie i samą 
tylko niewzajemnością : byłaby może wzięła znajomość ich inny 
obrót. Bo młody nasz autor zajmował się wprawdzie łatwo i l)ar- 
dzo lubił wiedzieć o tóm , że sprawił na kim wrażenie ; ale ażeby 
się u niego odezwało i serce, do tego potrzeba było siln^;o wzru- 
szenia wyobraźni , a tę rozbudzały tylko twarde , uporczywe i nie- 
pokonane trudności, które bodły dumę. Takimto sposobem wzro- 
sło u niego przywiązanie ku Ludwice, choć odpłacane niewzaje- 
mnością, do rozmiarów może nie takich, jak je wystawia w Go- 
dzinie Myśli, ale zawsze niepospolitych. Pod tymiż warunka- 
mi byłaby może trwalsze sprawiła wrażenie i ta I51etnia dziew- 
czynka o hiszpańskich rysach twarzy przy naiwności francuskiej. 
Ale Kora zbyt skwapliwie przyznała się do uczuć, jakie w niej 



55 

wzbudził. A to wystarczyło, ażeby wspomnieniom pierwszej miło- 
ści zapewnić i nadal wyłączne miejsce w wyobraźni Juliusza. 

To też właśnie do tegoż listu , w którym w taki sposób mó- . 

wił o Korze, dołączył Słowacki z powodu ogłoszenia dzieł swoich < 

i bilet do Ludwiki S. Przerwał nim kilkoletnie milczenie, jakie 

trwało pomiędzy nimi jeszcze od czasu wyjazdu z Litwy. Matce 

zaś przesłał takie zlecenie: 

^Mamo moja, choćbyś miała dwa exemplarze,*) tp 
jeden poślij Ludwisi — koniecznie! koniecznie!... List ten 
odeślij, ale tak, żeby pewnie doszedł i żeby go przeczyta- 
ła... O gdyby ona odpisała do mnie! Ale nie spodziewatioi 
się..." 

Przez cały ciąg czasu, gdzie się to wszystko działo, Adama 
Mickiewicza nie było w Paryża. Autor Walenroda bawił naten- . 
czas w Dreźnie, następnie przez tygodni kilka w Poznańskióm; 
a potom... po zajęciu przez Rosyan Warszawy, znowu wrócił do 
Drezna. Tu osładzał sobie owe chwile bolesne towarzystwem Odyń- 
ca i Stefana Garczyńskiego , do którego się szczególniej przywią- 
zał. W miesiącu czerwcu czy lipcu roku 1832 opuścił wreszcie 
stolicę saską i przyłączył się dobrowolnie do tego zastępu wy- 
gnańców, którzy w nieprzerwanym szeregu , różnemi drogami przez 
Niemcy ciągnęli coraz dalej na zachód. Z końcem lipca stanął 
w Paryżu. 

W listach Słowackiego dawniejszych, datiyących z pierw- 
szych miesięcy jego pobytu we Francyi, znachodzą się nieraz 
wzmianki, że nie znalazł i że nie znajduje ciągle tych osób około 
siebie, którychby sobie najwięcój życzył. Kogo mianowicie przez 
to rozumiał, tego nigdy nie powiada. Ale imię Mickiewicza pra- 
wie zawsze tam bezpośrednio potom następuje wspomniane, z do- 
łączeniem doniesienia, gd^ie właśnie wtedy przebywał. Godzi się 
tedy ze wszech miar wnosić, że z Adamem to głównie pragnął 
spotkać się gdzie na czas trwalszy Słowacki, i że zatóm nie miał 
wtedy jeszcze żadnych uprzedzeń przeciwko jego osobie. Przytacza 



*) Mówi o tych exemplarzach dzieł swoich, których był kilka- 
naicie wyprawił dla rosdania pomiędzy znajomymi. 



"n 



56 

Czasem wiersz, wyfaz, myil jaką, wyjętą z dzid Adama, i to 
tonem, który dowodzi, że go za potęgę poetycką oznaWał. Ale 
po upływie kilku miesięcy, już w stolicy Francyi spędzonych, uro- 
sła wziętoSif Juliusza. Nazwano go ńa publicznćm rodaków i Fran- 
cuzów zebraniu — największym poetą polskim. Pojawiły się dwa 
tomy jego PoezyL Pierwsze wrażenie, jakie te poezye na emigra- 
cyjno) czytelników masie sprawiły, było dla autora bardzo po- 
cłilebne. Nie dziw zatóm, że po tóm wszystkióm nie był to już 
zupełnie tensam Juliusz, który za przybyciem swćm do Paryża 
skarżył się na to wlistacłi, że nie zastał tam Mickiewicza. Owoż 
więc spełniły się teraz owe jego niezbyt dawne jeszcze życzenia: 
miał Adama wreszcie w Paryżu! Jakiż się zawięzuje pomiędzy 
nimi stosunek? 

W liicie z d. 30 lipca tyle tylko o tćm matce sucho i na- 
wiasowo donosił: 

i ^Mickiewicz dziś przyjechał do Paryża. Ale nie pójdę 

! pierwszy do niego. Jeżeli się zechce poznaó ze mną, to 
I dobrze."" 

W tydzień potom zapisywał sobie w dzienniku, co nast^uje: 

nOd kilku dni przyjechał Mickiewicz. Żaden z nas nie 
chciał zrobić pierwszego kroku do poznania się; a było kil- 
ka osób, którym mówił, że mnie chciałby widzieć. Starano 
się więc sprowadzić nas gdzie razem i poznać. Dzii zeszli- 
śmy się na wielkim obiedzie. Mickiewicz improwizował — 
ale dosyć słabo. Po obiedzie, kiedy chodziło towarzystwo 
po ogrodzie , Mickiewicz przystąpił do mnie^ [a zatóm pierw- 
szy krok zbliżenia zrobiony był według tego świadectwa 
przez Mickiewicza!] ^i zaczęliśmy sobie nawzajem mówić 
komplementa. Mówił mi, że mnie znał dzieckiem... przy- 
pomniałem mu owę jego , wizytę u nas, /gdy się zszedł tak 
nieszczęśliwie z Janem Sniadeckim.*) Śmiał się z przypo- 



*) Zdarzenie, do którego się ta wsmianka odnosi, było nastę- 
piU%ce. Wiadomo, ie w pierwszych czasach pojawienia się romanty- 
zmu w naszćj poezyi , do najżarliwszych przeciwników tego kierunku 
należał Śniadecki, profesor astronomii i wysłużony rektor akademii 
wileńskićj. W skutek rzetelnych i wielkich zasług położonych przez 
niego w poprzednich czasach, było znaczenie tego męża i naówczas 
jeszcze w akademii takie , jak żadnego drugiego profesora. Jego zda- 
nia nadawały niq*ako ton i kierunek zachowania się względem t^ 



mnienia. Potem przypomniał mi, że intt Malewski mojd 
wiersze za granicę przysłał... Kiedyśmy zabmęli w kom* 



kwesty! i innym profesorom. Zacz^m poszło, źe jak n^odzież imiwe]> 
sytecka garnęła się bez wyjątku pod sztandary nowych pojcd w tój 
walce literacki^ : tak znowu profesorowie , a mianowicie starsi , stali 
uporczywie po stronie klasyków. Otói wiSród dośd naprężonych sto- 
sunków między jedną stroną a dmgą, pojawił się r. 1822 pierwszy 
tomik Poezyi Adama Mickiewicza. Zawiers^ głównie ballady, oprócz 
ballad także kilka poezyi ulotnych , a między niemi i wiersz zatytu- 
łowany RomantycznoiSd, w którym poeta wręcz rzucił rękawicę ,, , 
kierunkowi reprezentowanemu przez Śniadeckiego , i nawet jego osobę ^, 
dośd wyraźnie pod figurą mędrca ze szkiełkiem w osnowę rzeczy '■> 
wprowadził. Zdarzyło się , że włainie po odczytaniu tego tomiku Śnią- 
decki nieukontentowany i cały pod wrażeniem niesmaku rzeczy, któ- 
rych piękności nie pojmows^ , odwiedzi kolegę swego Dra Becu, któ- 
ly jak wiadomo był ojczym Juliusza. I zastaje u niego przypadkowo 
liczniejsze towarzystwo, a między innymi także i Mickiewicza! Cóż 
robi? Udaje, że go nie spostrzegł; że nie wie wcale, iż on tutaj 
obecny. I zaczyna mówić o niedorzeczności i śmiesznościach poezjri, 
których tom włainie rąk jego doszedł — w sposób nie tylko sarka- 
styczny, ale i w najwyższym stopniu upokarzający dla autora, a to 
tóm bardzaój , że i gospodarz domu , rozochocony tóm niby nieporo- 
zumieniem, dopomagał Śniadeckiemu w tym niewczesnym zapędzie, 
wyzywając go do coraz dalszych uszczypliwości. Mickiewicz milczii. 
Był on wtedy jeszcze w towarzystwie osób starszych nieśmiały, i 
znajdywał się nadto o tyle w położeniu arcyfałszywóm , że miał przed 
sobą sarnę hierarchią w zawodzie nauczycielskim, do którego i sam 
wtedy jako profesor szkół kowieńskich należał. Oprócz tego był on 
z różnych przyczyn i osobiście zawisły od tćj starszyzny; nie śmiał 
zat^ wręcz wystąpić w własnój obronie. Milczał .więc: i tak skoń- 
czyło się owym razem na jego tylko upokorzeniu. Ale im tego nie 
zapomniał! Wziął ten objaw literackiego antagonizmu ze strony Śnia- 
deckiego i gospodarza domu za coś więcój , bo za jeden z licznych 
dowodów usposobienia ich nieprzyjaźnie zwróconego przeciwko 
rozbudzeniu ducha w ogóle w gronie litewskiój młodzieży. 
Że się w tćm mylił, tego mógłby nam dowieść sam żywot Śniade- 
ckiego w całości wzięty — żywot poważny i do samego zgonu bez 
skazy. Ale w sporach ówczesnych grały namiętności i rozdrażnienia. 
Życzliwego pobłażania ani wyrozumienia nie było ni z jednćj strony 
ni z drugićj. — Takie więc wrażenie wyniósł ze sobą Adam z owego 
wieczoru. I zachował je długo w pamięci, i nie darował. W trzeciej 
części Dziadów objawił sąd swój o ludziach owego obozu niemiło- 

Tom I. 8 



plementa, kiedy mu mówiłem, że go uważam za pierwszego 
poetę, jeden z Polaków stojący za mną i podchmielony za- 
pewne, powtarzał jak echo: nadto jesteś skromny — i temi 
słowami pomieszał zupełnie nasze rozmowę . . . Podczas obia- 
du Cezary PI. biegał i zapraszał nas na wieczór artystów 
do siebie. Byłto wieczór z męszczyzn samych złożony. Chopin 
sławny fortepianista grał nam... gadaliśmy różne poezye, 
słowem że dobrze nam zszedł wieczór... Wielu było Wo- 
łynianów — wiele wypiliśmy szampana. Wieczór ten był 
naśladowaniem świetnych wieczorów, które tu dają artyści 
francuscy. Na takich wieczorach muzycy najpierwsi grają, 
malarze przy stolikach rysują karykatury i często korzy- 
stają z twarzy przytomnych sawantek — wojaźerowie opo- 
wiadają swoje podróże — uczeni swoje odkrycia, itd 

W kilka dni potem u Straszewicza był drugi taki wieczór, 
ale jak zwykle z długich przygotowań nic się nie klei , tak 
też na tym wieczorze nudziliśmy się śmiertelnie od 10 do 2 
w nocy. Pod koniec jednak Chopin upił się Ji prześliczne 
rzeczy improwizował na fortepianie...** 

Przy podobnych sposobnościach widywali się zatem obydwaj 
poeci. Znajomość ich byłaby się może powoli zamieniła w zaży- 
łość coraz ściślejszą, tóm bardziój, że nie było i bez literackich 
stosunków, które ich ze sobą utrzymywały w jakimkolwiek związ- 
ku. Założone zostało w łonie emigracyi Towarzystwo Literackie. 
Prezesem tego towarzystwa był Mickiewicz. Miał sobie do pomo- 
cy przydanych kilku radców towarzystwa. Jeduym z nich był 
Juliusz Słowacki w skutek wyboru kolegów. A więc były stałe 
pewne dni takie, gdzie się obydwaj schodzili i gdzieby się ko- 
niecznie byli powinni zrozumieć i zbliżyć do siebie. A przecież — 
pomimo tego wszystkiego — do zbliżenia między nimi nie przy- 
szło! Nieprzebytą tamą pomiędzy nimi, na długie czasy, stanęła 
pogłoska przyniesiona przez niewiem kogo skwapliwie Słowackie- 
mu o Mickiewiczu , jakoby on w gronie swoich przyjaciół miał był 
zganić poezye jego. Pisał Juliusz o tóm do matki (pod datą d. 
3 września 1832), jak następuje : 



Biernie, i przynajmnićj co do niektórych pomiędzy nimi niedprawie*' 
dl iwie. Lecz to miało naati^pić dopiero późnićj. W czasie, kiedy roz- 
mawiał z nim o tćm Słowacki , tćj części Dziadów jeszcze nie było. 



50 

n Jeden z Polaków mówił mi zdanie, jakie dał Mickie- 
wicz o moich dwu tomikach... powiedział, że moja poe- 
zya jest śliczna.... że jest to gmach piękną ar- 
chitekturą stawiany — jak wzniosły kościół... 
ale w kościele Boga nie ma!.. Prawda że śliczne i 
poetyczne zdanie? podobne do jego sonetu pod tytułem Re- 
zygnacyal"... 

Od tego czasu już się Juliuszowi nic w Mickiewiczu nie po- 
dobało. Raziły go wszystkie właściwości jego indywidualizmu, tak 
te, które dotyczyły powierzchowności, jak i wewnętrzne. 2 po- 
wodu pewnego wieczoru u XX. Czartoryskich, donosił na przykład 
takie szczegóły (w liście z d. 4 października): 

„Na wieczorze był i Mickiewicz. Nie możecie sobie 
wystawić, jak po liderlichosku wygląda — z pomiętym od 
koszuli kołnierzem i we fraku zasmolonym! Zbliżywszy się 
do mnie, powiedział: jeżeli teraz co porodzę, to będzje coś 
zapewne o oku dziecięcia, które dziś widziałem. Na oku 
tóm jest napis Napoleon Empereur — i to oko ciągle tkwi 
w mojój pamięci. — Zdziwiłem się niezmiernie, że się jego 
imaginacya tak tem okiem, zapewne udanóm, a może szkla- 
nóm, dla wyłudzenia pieniędzy wsadzonem, zapaliła. Wo- 
l^bym, żeby pisał o dziecku ze złotymi zębami . . . Strasznie 
mnie zaczynają nudzić moi ziomkowie..." 
Niemniój ciekawa jest wzmianka, rzucona w liście o miesiąc 
późniejszym (z d. 9 listopada): 

„W tych dniach wychodzi z pod pras panien Pinnard 
tom czwarty Mickiewicza, zawierający trzecią część Dzia- 
dów. Jeszcze jój nie znam. Ale Mickiewicz bardzo już 
ostygł w poezyi. W rozmowach ciągle religią na plac wy- 
prowadza — uniewinnia Papieża, nawet bullę! Słowem, że 
mi się jako obecnie żyjący człowiek nie podoba" . . . 

Że zdanie o tóm ostygnięciu Mickiewicza w poezyi nie ze 
wszystkiem było prawdziwe, a mówiąc wręcz i otwarcie, że było 
fałszywe nawet: o tóm przekona czytelnika sama uwaga, że 
były to czasy, gdzie Adam pracował nad największóm swóm 
dziełem, nad Panem Tadeuszem! Ale pozornej prawdy mogło je- 
dnak być nieco w owem spostrzeżeniu Juliusza. Weźmy na przy- 
kład list Mickiewicza do Odyńca z dnia 8 grudnia 1832 r. a 
zatem około tychże czasów pisany,*) a znajdziemy w nim nieje- 

*) Listy te ogłoszono w warszawek i (^j Gazceiu Codziennćj 
1860, i także w Czasie 1860, Nr. 165 i nast. 



60 

dno, co za komentarz posłotyóby mogło do powyższego sądu o 
jego naówczas niepoetyczności. Mówi w nim Adam o sobie na 
przykład jak następige: 

^Pifizę teraz poema bzlacheckie, w rodzaju Herman 
i Dorotliea (Gotłiego); już ukropiłem tysiąc wierszy. Po- 
doba się bardzo szlachcie tutejszej. Duch poetycki czu- 
ję wsobie; ale tyle miałem zgryzot z wiadomej 
tobie przyczyny, tyle kłopotów korrekty (około 
trzeciój części Dziadów, i Ksiąg Narodu), i prócz tego 
tyle różnych bazgrań, rozprawek, artykułów, 
projektów, że sam nie wiem, jak czasem mogę 
kilkanaście wierszy skleić.'' 

A w miesiąc późoiój pisał jeszcze tak ; 

^Ja tu żyję niemile śród żywiołów obcych. Jedni mnie 
nienawidzą, drudzy krzywo na mnie patrzą — doktrynery 
mają za waryata. Wszyscy głupi solennie, krzykliwi i nie- 
dołężni... Paryż tak obrzydziłem, że ledwie już mogę wy- 
trzymaó** itd. (Mick. do Odyńca - Paryż 28 stycznia 1833). 

Był zatóm Mickiewicz w owych czasach rzeczywiście na 
wskroś skwaszony i zgorzkniały. I jeżeli się to jego usposobienie — 
jak jest prawdopodobnóm — dawało czuć całemu jego otoczeniu, 
to szczególniej raziło oczywiście naszego poetę. Ten bowiem ani 
sam już wtedy sympatycznie na Adama nie spoglądał, mając 
osobiste swoje żale do niego, ani też nie był i przez niego sym- 
patycznie widziany. Kierunek bowiem ówczesnój -autorskiój czyn- 
ności Słowackiego nie podobał się Mickiewiczowi. Był tedy po- 
między nimi mniój więcój tensam stosunek, co w pierwszych 
czasach między Schillerem a Gróthem, kiedy ten ostatni powró- 
cił z podróży włoskiój i żył cały w ^przypomnieniach owój har- 
monijnej, niczóm niezamąconój , posągowo spokojnój klasyczności 
starożytnych arcydzieł, jakich się tam napatrzył, — a tu mu 
przyniesiono z wielką wrzawą uwielbienia Ardinghello Hein- 
sego, Zbójców Schillera i inne początkowe utwory tego poety 
właśnie co tylko wydane. Aż mrowie przeszło GSthego na ten 
zgrzyt t)olesnych, żywotnych, genialnie wypowiedzianych — ale 
zawsze dyssonanc ! Poznanie się jego z Schillerem odbyło się bar- 
dzo ozięble. I wiele czasu upłynęło, nim się ostatecznie zbliżyli 
do siebie i pojęli i polubili. Otóż mutatis mutandis — podobny 



61 

zachodził stósnnek i teraz pomiędzy obydwoma poetami naszymi. 
Ziozumieć się oni nie mogli. Każdy z nich szedł inną drogą. 

Ażeby się o tern przekonać, że w samój rzeczy szedł jtiż 
wtedy każdy z nich drogą odmienną, trzeba nam o tćm nieco 
szczegółowiej pomówić. O Mickiewiczu wszelako rozwodzić się tn 
nie będziem. Czego on żądał i pragnął, jak pojmował wtedy za- 
danie swoje, emigracyi i naroda naszego: to każdemu z czytelni- 
ków moich byćby powinno wiadomem. A ktoby mniój jasne miał 
o tem wyobrażenie, niechże weźmie do ręki jego Księgi Narodu 
i Pielgrzymstwa , a znajdzie w nich cale wyznanie wiary tak po- 
litycznej jak społecznój tego genialnego poety. Pismo to powstało 
właśnie w r. 1832, a żatóm słuszme uważane być może za zwier- 
ciadło i że tak powiem, za manifest jego ówczesnych przekonań. — 
Juliusz Słowacki nie miał wtedy jeszcze, ile mi się zdaje, 
tak jasno wytkniętych ' kierunków przed sobą. I wiek jego nie 
był jeszcze po temu i cała natura jego więcój była jakaś nierze- 
czywista, irracyonalna. Mickiewicz przy całej swój podniosłości 
nieskończenie przewyższał go realizmem. Mickiewicz szukał wszę- 
dzie żywiołów pozytywnych, dodatnich; szukał pewnika, dogma- 
tu: — Słowacki marzył, poetyzował... Pierwszy wiedział zawsze, 
do czego dążył i co zamierzał: — drugi łatwiej byłby podobno 
z tego zdał sprawę, czego nie chciał; sformułować zaś dobitnie 
żądań i pragnień swoich dodatnio: — tego w żadnój porze życia 
swojego, a tóm mniój wtedy nie byłby pono potrafił. Stemwszy- 
stkióm instynktowo miał i on jednak swoje kierunki przed sobą. 
Szedł pewną drogą i w owym już czasie; i jakkolwiek nie łatwą 
jest rzec%ą oznaczyć, w jaką stronę pęd jego natchnień się 
wtedy najprzeważni^j skłaniał, niepodobieństwem to jednak nie 
jest. Inaczej tego wszelako dokonać nie zdołamy, jak jedynie 
przez szczegółowy rozbiór jego dwutomowej ówczesnój publikacyi. 
Sądzimy przeto , że nie nadużyjeray cierpliwości czytelnika , jeżeli 
w następnym rozdziale przystąpimy do tego krytyczno - estety* 
cznego zajęcia i na czas jakiś przerwiemy opowiadanie o dalszych 
kolejach jego żywota. 



ROZDZIAŁ TRZECI. 



Poezya polska przed rokiem 1830 — j^j stosunek do literator sa- 
chodotch — j^j główne wewnętrzne znamię. Odrębność wyobrażeń 
Juliusza Słowackiego — niepopolamość jego pierwszych publikacji. 
Czas pracy nad każdym z utworów ogłoszonych w r. 1832. Uwagi 
o poemacie Hugo i o dramacie Mindowe, ' — 
rozbiór Maryi Stuart. 

Podejmujemy trudne zadanie. Sądy o dziełach Słowackiego 
są do tój pory nieustalone. Są tacy, którzy się nad niemi entu- 
zjazmują i radziby je położyli w literaturze na pierwszym miej- 
scu. Ale też nie brak i na my&lących inaczej. Ci je odkładają 
po przeczytaniu bez szczególnego wrażenia, a często z pewnym 
niesmakiem. Tak jest dzisiaj , tak było od pierwszój chwili ich 
ogłoszenia. Przytoczyli&my powyżój z listów autora kilka ustępów, 
z których widno, ile dowodów uznania odbierał on od podobnie 
my&lących za to zbogacenie poezyi polskiój swemi iwieżo wydanemi 
dziełami. Zanosiło się zrazu, wedle własnych ,poety świadectw, 
na różne przekłady i krytyczne onych rozbiory. A przecież po- 
mimo tego, w dalszóm kole czytelników ani w emigracyi ani w kra- 
ju — nie sprawiły wielkiego wrażenia te pierwsze tomy Słowa- 
ckiego Poezyi. W ogóle przeszły one poiród głębokiego milcze- 
nia. Nie wiemy o żadnój takiej w pismach tamt^o czasu recen- 
zyi, o którój by warto było pamiętać i dzisiaj jeszcze. Utwierdza 
nas w tóm i sam poeta, kiedy późniój — na czele przedmowy 
do tomu ni— gorzkiemi słowy skarżył się na tę obojętność^ ogółu: 
^Nie zachęcony pochwałami, nie zabity dotąd krytyką, rzucam 



63 

iom trzeci w tę otchłań milczącą, która pierwsze tomy połkną 
la.*" — NieakontentowaDy z powodu, te do pierwszych tomńw 
wkradło się kilka pomyłek drukn, wspomniał był poeta w jednym 
z ówczesnych listów, że ma nadzieję poprawić takowe w dmgiój 
edycyi. Przypuszczał więc, ie potrzeba tójże da się uczuó nieza- 
długo. I to go takie zawiodło. Do powtórnego dzieł tych wydania 
nie przyszło wcale za życia autora, pomimo że się sprzedawały 
późniój nawet za cenę znacznie zniżoną... 

Jestże to wszystko okoliczno&cią, któraby bezwarunkowo 
iwiadczyła przeciw artystycznej wartości pierwszych jego utwo- 
rów? Mniemanie takie — zdaje mi się — byłoby mylnóm. Ale 
trudno jednak nie wyprowadzić stąd wniosku, że poezya Słowa- 
ckiego snaó nie odpowiedziała ówczesnój czy potrzebie czy też 
smakowi narodu. Musiał być więc między jego poezyą a tóm wszy- 
stkióm, co literatura nasza wydała poprzednio, jakiś rozstęp, ja- 
kiś brak związku a raczój ciągu, dla którego się to nowe jój 
zbogacenie nie wydawało zbyt ważnóm. 

Dla wyjaśnienia tej rzeczy, uważam tu za potrzebne rzucić 
kilka uwag, które się będą może niejednemu wydawały zbocze- 
niem od właściwego przedmiotu. Sądzę jednak, że mi czytelnik 
zboczenie takie wybaczy przez wzgląd na ważność rzeczy, o któ- 
rą chodzi. (Chodzi bowiem o poszukanie sobie w naszych sądach 
o Słowackim takiego punktu wyjścia, któryby był i sprawiedli- 
wym względem niego i dalekim od tój znowu poUażliwości , któ- 
raby uwłaczała inn3rm naszym pisarzom. 

Uważam za pożądane, ażebyśmy jak najdokładniój uprzy- 
tomnili tu sobie, jakieto czasy pierwszy występ Słowackiego ja- 
ko pisarza poprzedziły i jakichto zastał on na niwie swojój ry- 
chlejszych pracowników. 

Poprzedziło go owo dziesięciolecie (1820 do 1830), które 
tak świetnie rozpoczęło epokę naszój nowój, naszój narodowój 
poezyi. Epoka ta płjmie jeszcze i za dni naszych, chociaż wno- 
sząc ze wszelkich oznak zdaje się , że prawdziwa płodność i wiel* 
kość tego literatury okresu już przeminęła. Czasy jój wypełniły 
się — o ile to poezyi, a nie prozy dotyczy, już z rokiem 1848. 
Boć późniejsi , młodsi pisarze— to już tylko Epigonowie starszych..* 



64 

Wciąga rsecxooego dziesięciolecia przyłączył się do pozosU' 
łego z dawniejjazych jeszcze czasów Niemcewicza nasamprzód — 
długo pizedtóm zapoznawany Kaźmierz z Rrólówki. Potćm 
zajaśniał w całój pełni blasku umiłowany od wszystkich Adam. 
A za nim odezwał się od stepów ukraińskicti ów „słowiczek"' po- 
ezyi polskiój, Bohdan ZaleskL A potem nadszedł smętny 
Maicseski; a niebawem wjego ślady ponury, groźny, ale pocią- 
gająco] energii — Goszczyński... Równocześnie z nimi zajęli 
pod przeważne panowanie swoje — . na długo — dzielnicę poezyi 
przez tamtych wcale nietkniętą dwaj równie znakomici pisarze, 
Korzeniowski i Alexander Fredro. Ci siedmiu, zdaniem 
mojóm , stali przez rzeczonych lat dziesięć na czele ruchu w za- 
kresie poetyckiego działu literatury. Niektórzy z nich przeszli 
prędko i. szli samotnie : był takim naprzykł^ niezapomniany po 
zgonie, choć mało znany za żydia, autor Maryi. Inni działali 
otoczeni całą drużyną duchów pokrewnych, chociaż niższych ta*' 
lentem. Około Mickiewicza gromadzili się Odyniec i Zan i Chodźko 
Alexander i Korsak. Nieco opodal stał skłaniający • się więcój 
ku Brodzińskiemu Witwicki^-^a jeszcze dalój Tymon Zaborowski, 
Godawski, G^Srecki itd. itd. 

Równocześnie niemal poczęte i bez przerwy dalej tn^^ające 
działanie tylu naraz znakomitych talentów zl>ogaciło poezyą na- 
sze niejednym takim utworem, że każdy z nich byłby na się 
przez długi czas ściągał uwagę wyłączną, gdyby się nie był mu- 
siał dzielić rozgłosem z tylu innymi utworami pierwszego rzędu, 
przybywającymi rok rocznie do skarbów literatury. 

W roku 1820 pojawił się Wiesław. W 1821 odegrano 
w Warszawie pierwszą komedyą Fredry, Geldhaba. W 1822 
¥ryszły Ballady Mickiewicza. Dumy Zaleskiego także przypa- 
dają na owe lata, choć w całym zbiorze pojawiły się znacznie 
późniój. W 1823 ukazała się Grażyna i pierwsze ' części Dzia- 
dów. W 1825 Sonety Mickiewicza, Mary a Malczeskiego, 
Od yń ca zbiorek poezyi; wreszcie pierwszy nasz romans histo- 
ryczny, Jan z Tęczyna przez Niemcewicza. W 1826 pierwsze 
dramatyczne utwory Korzeniowskiego; Pojata Bernato* 
wicza; pierwsze dwa tomy Komedy i Fredry. W 1821 przybył 



u 

zamek Kaniowski Goszczyńskiego^ W 1828 I^onrad Wal- 
lenrod. W 1830 Mnich Korzeniowskiego; trzeci tom komedyi 
Fredry; T. Zaborowskiego Damy Podolskie; nakoniec wdzię- 
ciae Witwickiego Pieóni Sielskie i Biblijne. 

Taki jest poczet dzieł pierwszój dani w dziejach odrodzonej 
naszej poezyi. Te są imiona i czyny bezpośrednich Słowackiego 
poprzedników. Dalsza kol6j obejmuje już prace i tych co tylko 
wąx>mnianych, i świeżych znowu sił poetyckich, które wystąpiły 
na scenę dopiero po wypadkach r. 1831. Pierwszyin co do czasu 
był w szeregu tych nowoprzybyłych, tych młodszych, władnie 
nasz poeta, Juliusz Słowacki. Inne znakomitości pierwszego rzę- 
du, a tejże generacyi — to zwrócony tęsknóm okiem w prze- 
szłość narodu Wincenty Pol (od r. 1833), wyjątkowo prze- 
dłużający trwanie tego okresu aż do dni naszych; a dal^ zgasły 
przedwcześnie i dlatego nmiejszój sławy Stefan Garczyński 
(także od 1833); nakoniec proroczy, pod kolizejskim krzyżem 
natchnienia szukający wieszcz Irydyona i Komedyi Niebo- 
skiój (1834). 

Szereg prawdziwych mistrzów słowa nie kończy się oczywi- 
ście z SLrasińskim. Zajaśniała i po nim jeszcze niejedna gwiazda 
na niebie poezyi polskiój. Lecz mówić o nich nie należy już do 
naszego przedmiotu. Nam chodzi o porównanie poezyi naszój tak 
zwanej romantycznej przed rokiem 1831, ze stanowiskiem i ar- 
tystycznym sposobem Słowackiego w owymże czasie. Powiedz- 
myż więc choć w kilku słowach, co stanowi owój poezyi odrę- 
bne znamię i zasługę około sławy narodu. 

Jednóm z Równych następstw wystig>ienia Mickiewicza i in- 
nych jemu współczesnych było podniesienie poetyckiój literatury 
polskiój na wysokość europejskiego znaczenia. Od tegoto dopiero 
czasu weszła poezya nasza znowu w bezpośrednie zatknięcie z tra- "^ 
dycyami* postronnych literatur, zajmąjących odpowiednie wiekowi 
stanowisko. Pisarze nasi dawniejsi z małym wyjątkiem byli wię- 
cój naśladowcami, i-to wzorów, które i same słabo, nawet ko- 
'szlawo już tylko odtwarzały starożytny klasycyzm. Świat staro- 
żytny zbyt się już był odsunął; studya nad nim w przeszłym 
wieku , mianowicie we Francyi , zeszły do nicości zaponmianój pra- 
Tom L 9 



6« 

wie nauki. Najzagorzalsi niby wielbiciele mistrzAw rzymskich i 
greckich nie mieli trafnego wyobrażenia o istotnych wamnkach 
wielkości tych niegdyś niedościgłych potęg artyzmu. Pomimo nie- 
ustającej gadaniny o konieczności trzymania się We wszystkiem 
przekazanych przez starożytność przepisów — literatura francu- 
ska nigdy nie zbliżyła się do tych wzorów choóby tyle tylko, ile 
się u nas w XVI wieku zbliżyó do niej potrafił Kochanowski. 
Śmiech wzbudza patrzeć na lękliwośó i zarozumiałość tych dwo- 
raków wersalskich , kiedy na usprawiedliwienie swoich małodusznych 
nowostek odwołują się ciągle to do Arystotelesa, to do Horacego 
lub Quintyliana, to wreszcie do tragików greckich, których dzie- 
ła znane im były chyba tylko z urywków, z przekładów lichych, 
a najczęściój zaledwie pewnie z powieści. Literatura poetycka 
Francuzów była więc właściwie tylko karykaturą klasycyzmu; 
stanowiła począwszy mianowicie od połowy przeszłego wieku , w ob- 
szarze nowoczesno) europejskiój poezyi , jakiś zacofany, wyjątkowy 
zaścianek ; i nie byłaby mogła ani na chwilę nosić nazwy wielkiej 
literatury, gdyby nie była własnością narodu, który pod innym 
względem nadawał ton całemu społeczeństwu i imponował. 

Mimo to wszystko — kierunek tójto właśnie literatury wy- 
tykał więc drogi naszyn( pisarzom z epoki księstwa warszawskie- 
go i poprzedzających ją czasów stanisławowskich, którzy po wię- 
kszój części na tój roli naśladowców i cudzego powodzenia admi- 
ratorów poprzestawali. Nie ściągam tego, co tu mówię, oczywi- 
ście do Krasickiego, który zatrzyma w piśmiennictwie na zawsze 
niopoślednie znaczenie; ale Krasicki góruje tylko albo dowcipem 
albo rozumem; nigdy uczuciem i wyobraźnią. Inni jego współcze- 
śni, lubo czasem nie bez znamion wyższój poetyckiej zdolności, 
wystarczali — że tak powiem, na miejscowe i tylko tymczasowe 
potrzeby. Naród własny nucił ich piosnki: dalszy świat i wtedy 
i potom mało kiedy co o nich słyszał. Nie miano bo też u nas 
wtedy jeszcze żadnych do szerszój słaWy uroszczeń i chętnie po- 
przestawano na chlubie, że się komu zdarzyło napisać coś takie- 
go, co żywo przypominało jakiego zawołanego rymotwórcę z za 
Renu, albo w razie szczęśliwszym jaką tiradę z umianój wtedy 
przez wszystkich literatów naszych na pamięć Eneidy... 



67 

Od roku 1820 począwszy, wszystko się to zmieniło. Poeci 
nasi młodsi, dostrajając — pod artystycznym względem — lutni 
swoicli na wysokość tonu, jakim brzmiała wtedy prawdziwa 
poezya w krajacli postronnych , zaczęli czerpać natc^niąń z własnej 
krynicy narodu. Po^ raz pierwszy w mówię polskiej odżyły wtedy 
po&taci dawno minionych wieków, wskrzeszone z całą świeżością 
narodowej prawdy i siły; pieśń gminna — ta skromna, ale wie- 
kuiscie zielona bluszczu gałązka, wiążąca dzień dzisiejszy z epo- 
ką pierwszych pokładów rodzimej cywilizacyi , rozwinęła się w po« 
emat i wyśpiewała niejedne z tajemnic sztuki, o których się da- 
wniej nie marzyło poetom; wrące uczucia piersi własnej teraz do- 
piero znalazły wyraz rymujący i z stanem duszy poety i z wyją- 
tkowem położeniem narodu. Pękły skrzepłe skorupy bezdusznej 
konwencyjności — natura wzięła górę nad sztuką — retoryzm 
ustąpił miejsca sile połączonej z prostotą — sentymentalną czu- 
łość zastąpiła rzewność i łzy gorące: po raz pierwszy od czasu 
Kochanowskiego stała się pieśń polska znowu prawdziwem zwier- 
ciadłem doli społecznej, i dyktowały ją idee w narodzie naszym 
wykołysane i będące dzisiaj pokarmem, wiarą, przyszłością naszą... 

Właśnie z tego powodu zajęła poezya polska względem współ- 
czesnej europejskiej stanowisko nietylko równej między ró- 
w n em i , ale co większa : okazała się jej najistotniejszym dośpiewem 
i niejako uzupełnieniem. Jestto jakby ton w akordzie niezbę- 
dny dla dokonania jego harmonii — ton trzeci, ostatni... 

Pierwszorzędne potęgi poetyckie w dawniejszych epokach 
pojawiały się prawie zawsze z osobna. Społeczeństwa całe, wieki 
całe składały się na wydanie mistrza, któryby uwagę więcej niż 
swego tylko narodu zwrócił na siebie. W trzynastym wieku Dan- 
te, w czternastym Petrarka, na początku dopiero szesnastego 
Ariosto. O pół wieku później słynęli trzej prawie równocześni 
mistrzowie, lecz każdy z innego był narodu: Kamoens Portugal- 
czyk, Tasso Włoch, Koclianowski Polak. Zajaśniał w kilkadzie- 
siąt lat po nich Szekspir — to był Anglik. Na przestrzeń siedm- 
nastego wieku przypadaji^ Calderon i Milton — każdy znowu z in- 
nego końca świata. Potem nastało w literaturze powszechnej dh- 
gie milczenie, pozornie tylko przerywane płonną gędźbą dwora- 



68 

czych , małodusznych , szkolnie adresowanych rymotwórcow. — Od 
połowy dopiero ośmnastego wieku daje się widzieć jedyne w swo- 
im rodzaju zjawisko. Poezya prawdziwa odżyła. Powstał cały za- 
stęp poetów, rowieśnych i coraz młodszych , którzy się do jój 
chóru jeden po drugim łączyli. Najprzód widzimy ich w Niem- 
czech: Klopstok, Lessing, Herder, Wieland, Btirger, Gothe i 
Schiller. C3i siedmiu, otoczeni całą drużyną mniejszych talentów, 
zapełniają wiek ośmnasty i podnoszą w kraju swoim sztukę na 
coraz wyższe szczeble potęgi. A kiedy w r. 1805 zabrakło Niem- 
com Schillera, Gothe zaś już się więcej niż poezyą, zajmować 
zaczął teoryami światła i metamorfozy roślin : odezwał się od gór 
szkockich głos nowy, powszechną na się zwracający uwagę, go- 
dny tamtych antecedencyi i z natchnienia i z całego kierunku. 
I tutaj znowu działało całe grono współczesnych, przodowali mu 
zaś ci trzej europejskiego rozgłosu, wielcy poeci: Walterscot 
(od roku 1805), Tomasz Moore (od 1806), Byron (od 1808). 
To był więc drugi ton w akordzie nowoczesnej europejskiój po- 
ezyi. Między 1824 (zgon Byrona) a 1830 (ostatnie prace Wal- 
terscota) dogasa i w angielskiej literaturze głębsze natchnienie. 
Lecz płonie ono już świętym ogniem gdzie indziój : — Brodziński, 
Mickiewicz i ci wszyscy, którzy ich otaczali, dzierżyli w rękach 
swoich już lutnie. 

W chwilach, kiedy to piszę, zamiera zdaje mi się już i ten 
ton trzeci. A nie słychać niestety nigdzie w świecie, żeby się 
ten akord dalój rozwijał. Na wierszokletach i rymotwórcach nie 
zabraknie w żadnym języku. Będzie sobie rzempoliła muzyczka, 
bez którój obejść się już ludkowie nie mogą. Ale co się tyczy 
prawdziwych poetów, to się zdaje, że na długie czasy w bieżącej 
dziejów epoce zamknięta zostrfa złota ich księga. W rachubach 
zatopiły się dni obecne, społeczeństwa tegoczesne pozbyły się na- 
wet biernej zdolności rozumienia wielkich idei. Turkot fabryk 
przegłusza wszystko na świecie, a posunięta do cynizmu pozio- 
mość teraźniejszych instynktów wybornie rymuje z rytmem tego 
turkotu. Kto wie, czy ów zbióg tylu naraz pierwszorzędnych zdol- 
ności, w literaturach ostatniego stulecia, nie był oznaką jakiega 
przesilenia w duchu społeczeństw? Może się poezya rozstawała 



69 

z rzeczywistokią życia na dłuższe czasy, i właśnie przeto, jak ta 
lampa zgasnąć mająca, chciała na pożegnanie zabłysnąć jainiej- 
szem światłem.... 

W skutek takiego właśnie, jakeśmy go w powyższym okre- 
ślili, stosunku między literaturą naszą a powszechną, poezya pol- 
ska — mimo całój swojej skądinąd odrębności — okazuje się, 
zwłaszcza też w pierwszych czasach, w pewnej zawisłości od tra- 
dycyi celniejszych mistrzów postronnych. Dla tćj teżto właśnie 
przyczyny nazywała się ona wtedy romantyzmem. Sama nie 
wiedząc, jak przychodziła do tej nazwy, składała ona mimowol- 
nie przez to jakby świadectwo swojej solidarności z angielską i 
niemiecką poezyą, które u nas w owych czasach uważano za ro- 
mantyczne. Okoliczność ta nie dowodzi jednak niczego przeciw 
oryginalności naszego piśmiennictwa. Oryginalność bezwarunkowa 
w ogóle może być tylko przymiotem albo literatur tak niepiśmien- 
nych i że powiem samorodnych, jak naprzykład ludowe pieśniar- 
stwo serbskie z czasu walk narodowych z Turkami, albo też ta- 
kiój wyjątkowej literatury, jak starożytna grecka. Tamte nic je- 
szcze nie wiedzą o sztuce dalszego świata. Grecka zaś będąc 
w dziejach naszej cywilizacyi pierwszą artystyczną literaturą, mu- 
siała się z konieczności i sama z siebie i samodzielnie rozwijać. 
Ale o żadnóm z późniejszych a większego znaczenia piśmiennictw 
europejskich tego już powiedzieć nie można; gdyż każde z nich 
mniój lub więcój posiłkowało się zasobami poprzednich. Podobnie 
też więc i nasi poeci brali z zewnątrz- i popęd i pierwszy kieru- 
nek w swojóm że się tak wyrażę uzdolnieniu technicznóm; czer- 
pali z studyów obcych wzorów świadomość artystycznych wyma- 
gań itp. Po za te zewnętrzne względy nie posuwa się jednak u 
nich to ich pokrewieństwo z obcymi pisarzami. Nie sięga ono 
prawie nigdy aż do istotnej dzieł osnowy, która nie tylko brana 
jest zawsze z obrębu rzeczy ojczystych, ale nawet tonem, t)arwą 
i dążnością odpowiadała jak najwierniej powszechnemu nastrojowi 
ducha narodowego, jakim ten nastrój był wtedy. Prace naszych 
poetów sąto prawie zawsze dzieła tchnące jakąś błogą, serdeczną 
i miłościwą pogodą ducha. Ton pieśni polskich wprawdzie jest 
przeważnie smętny i łzawy; mimo to jednak widać tu wszędzie 



70 

silną wiarę w opiekę Opatrzności nad światem — w grunt natury 
ladzkiój ostatecznie szlachetny — w prędzej czy później zapewnio- 
ny tryumf idei dodatnich nad potęgami fałszu i złego, przeczące- 
mi im i czasowo tłumiącemi ich panowanie nad światem. To też 
zwątpienie, rozpacz, bunt ducha, przekleństwa odtrącające, te 
tak przeważne znamiona poezyi nowoczesnej angielskiej, równie 
wtedy były nam obce, jak metafizyczna mglistośó, właściwa nie- 
jednemu z pisarzów niemieckich, i ta skłonność do gubienia się 
w nieznurtowanój ziNumie. Nasze ideały mają zawsze coś realne- 
go — wydobywamy je z pod serca naszego, cierpimy za nie; a 
po nad wszystkióm unosi się religijna miłość Ojczyzny, głębiej i 
czyściój pojęta, niż w którejkolwiek innój literaturze. — 

Na takieto czasy, śród takiej w literaturze dążności i po 
tych zdarzeniach stanowiących jej odrodzenie — przypadło więc 
wystąpienie Słowackiego jako autora dwutomowej jego publikacyi 
z r. 1832. Nim przystąpię do szczegółowego przeglądu rzeczy w tychże 
tomach zawartych, uważam za potrzebne rzucić najprzód i o nich 
kilka ogólnych spostrzeżeń. Określenie to stanowiska Słowackiego 
wobec innych pisarzów wyjaśni nam najdokładniej, dlaczego te 
pierwsze dzieła jego nie zostały tak przez naród przyjęte , jak się 
tęgo autor spodziewał. 

Zacznijmy mówić o tem, poczynając od dobrej strony. — Zna- , 
mieniem znakomitój jego i pierwszorzędnej zdolności, choć nie 
rozwiniętój jeszcze zupełnie, jest w tych dziełach przedcwszystkióm 
zewnętrzną forma. Mimo tak młodego wieku poety — język , styl, 
wiersz, koloryt, obrazowanie i co tylko stanowi zewąętrzną szatę 
poezyi, dosięgło już tutaj takiego wydoskonalenia, że pod tym 
względem nie ustępował początkujący ten pisarz żadnemu z ów- 
czesnych poetów naszych. — Niemniój świadczy o rzetelnych za- 
letach już tych młodocianych jego utworów ta okoliczność, że ta- 
kowe na dłuższej z nimi znajomości nie tracą. Roboty miernych 
talentów ^ykle najwięcej się podotMiją przy pierwszóm czytaniu. 
Biorąc je po raz drugi do ręki , ogarnia czytelnika nuda — i nie- 
podobna już wtedy pojąć, że się to mogło za pierwszym razem 
podobać. Z pismami Słowackiego ma się rzecz po większej .częśc^ 



71 

{irzeciwnie. Im się dhiftćj nad niemi zaAtanawiasz , im je esęiciej od- 
etytojesz, tim więcej w Dich wykrywasz niezaprzeczonych zalet. 
Zalety te są w znacznej mierze na pierwsze spojrzenie jakby nie- 
widzialne dla czytelnika. Zdaje ci się, jakby one dopiero zwolna 
z dzieła występowały i odsłaniały ci się w miarę zajęcSa, zjakUm 
na nie spoglądasz. Najwięcej jednakie to w pracach Słowackiego 
podnieić należy , że je owiewa jakiń nrok tonn , jakiś czar kolo- 
rzu dziwnie poetycznego, który się zresztą nsuwa z pod analizy. 
Nie jestto my&l głęboka, niejestto owa wiessStza mądrońć i intui- 
cyjne znawstwo si&rcA ludzkiego , nie jestto wreszcie v^ni też siła 
woli męskiój, skłaniająda do podziwti w tworach mistrzów pierw- 
szego rzędn. Z tego wszystkiego mało znajdziesz w dziełach, któ- 
re mamy przed sobą. Ale uderza cię w nich natomiast . jakii 
wdzięk nieopisany, jakiś dziwnie melancholijny urok poetyczne- 
go na świat spojrzenia/) Jestto zdaniem mojem, właśnie 



*) Nie potrafię rzeczy t^j lepi^ wyrand, jak przez porównanie. 
Bawiąc w rokn 1864 w Beymie, csęsto lachodziłem do basyliki św. 
Pawła, podiwigni§t^ 9 perzyny, w jaką ją obróeił pożar w r. 1823, 
a będącej właśnie obecnie na dokończeniu. Pomijając zewnętrzną świą- 
tyni t^ powierzchownośi! , która się stósowad musii^a do pierwotnej 
Btrnktoiy i z powodu wielkiej prostoty oczekiwań dzisiejszych nie za- 
spakaja, całe j^ wnętrze — jestto najwspanialszy pomnik wszystkich 
sztuk pięknych w połączeniu, na jaki się tylko zdobyd móg^ w naj- 
wyższym wysiłku swoim wiek obecny. Nie wiedzieć, co tam więc^ 
podziwiał!, czy bogactwa materyi^, czy^ olejne obrazy, mozaiki i 
freski pierwszych mistrzów tegoczesnych , czy rzeźby, ciy las kolumn 
dźwigających dęiar sklepienia, czy zmyślność, z jaką ściany kościoła 
wyłożono płytami marmurowemi najrozmaitszych, a zawsze nąjwyszu- 
kańflzych gatunków. Bazylika ta ma pięć naw. Nawa środkowa otrzy- 
muje światło z góry z przepysznych okien o malowanych szybach. 
Nawy poboczne poprzestają jeszcze na szybach tymczasowych ze 
■akia Ińałego. Otóż właśnie z tęgo powodu szczególny mię tam za- 
wsze udefsfd kontrast Chodaż już i w polMCzaych nawach Iwzyliki 
każdy szczegół, ile wykończony z całym wytworem, zmusza każdego 
do podziwiania tylu w jednóm miąjsea nagromadzonych arcydzieł: — - 
to kiedy się jednak dojdzie aż do nawy środkowej , wtedy piękność tak 
całości, jak pojedynczych przedmiotów przybiera rzeczywiście jakiś 
urok nieopisany ! Światło lejące się tęczami z różnołiarwnych okitn 
t^j nAwy, idealianje nieskończenie tę część kościoła. Wszystko zdije 
się być onriane jaki^mś tohnieBiem błogićm dla oka i dla ducha. 



Ii 

'■ strona talentu Słowackiego, która go naj wybitniej odróioia od 
wszystkich innych naszych poetów, która stanowi najistotniejssą 
cechę jego oryginalności, która mu zapewnia nawet wobec wię- 
kszych od niego mistrzów stanowisko wyjątkowe w literaturze. 
Piped jego okiem widne są wszystkie barwy tęczowe poezyi roz- 
lanój po rozłogach życia ziemskiego. Najnikłejsze, najtajemniejśze 
objawy jój przytomności pomiędzy nami, mówią do jego wyobra- 
źni : jesteśmy ! Gdzie wzrok zwyczajnego usposobienia . pie widzi 
nic, jak pospolite kształty żywota, gdzie ucho najczulsze nie sły- 
szy, jak tylko rytm powszedniego toku wydarzeń: Słowacki tam 
umie dopatrzeć i dosłuchać się jakby ostatnich westchnień tęsknych 
tój melodyi , która w poranku dziejów ludzkości była regulatorem 
życia na ziemi, a dziś już prawie zupełnie się wyniosła z obsza- 
rów bytu rzeczywistego. To też za dotknięciem jego ręki prze- 
mienia mu się wszystko jakby w jakiś eter powiewny. Nie tyle 
jeszcze przekonywają o tem autorskie' jego utwory, ile listy, tak 
zresztą od niechcenia pisane, że co tylko po imieniu nazwie, co 
tylko wedle sposobu swego opowie , na czóm tylko spocznie okiem : 
wszystko to przyobleka się w barwy, w kształty, w tony, o ja- 
kich drugim, na tosamo codzień patrzącym ani się marzy. Owoż 
więc, co nazywam spojrzeniem na świat — nie z woli, nie przez 
sztukę, lecz z bezpośredniój natury poetycznóm, w ściślejszóm sło- 
wa tego znaczeniu. — 

Lecz właśnie ten dar oglądania wszystkiego jedynie w cu- 
downych światłach poezyi przyprawił poetę naszego o stratę zdol- 
ności pojmowania rzetelnych świata tego stosunków w ich warun- 
«■ ■ II -.,'«■ 

Sscsegółj aptywajt^c w t^ toni kolorów w jakąś ogromną jedność, 
tworsą harmonią miękką, falistą, krągłą, która dziwnie odhija od 
naw pobocznych, jeżeli się pod wpływem właśnie tego wrażenia, rsu- 
ci teraz okiem w ich wnętrze. Podziwiane co tylko tychże pięknolci 
i najwyższe sstuki wysiłki zdają się byó teraz jakby z innego świa- 
ta ; sprawiają wrażenie , jakby je nnrosiło jakieś zimno północy. Wszy- 
stko się zdaje surowdm, ostróm, twardśm, istniejącym z osobna i 
tylko dla siebie. Owożto kontrast sposobów oświetlenia t W pobocznych 
nawach — to jeszcze koloryt zwyeząjn^ , powszedni^ rzeczywistości ; 

.a tam — to koloryt poezyi , atmosfera nadziemska , stworzona sztuką. 

;Do tegoto więc rodzaju oświetlenia w malarstwie ja przyrównywam 
' ^M yQoA , co w poezyi tak często właśdwóm jest Słowackiemu. 



u 

kach rzeczywistych. Jest on na podobieństwo owych wieszczów 
mitycznej starożytności, którym bogowie w zamian za lutnię do 
rąk podaną i za poetyckie jasnowidzenie, odj^^Ii widzenie przyro- 
dzone i zamknęli oczy na wszystko, co ich zewnątrz otaczało. 
Słowacki nie miał zmysłu dla niczego, co się tylko zowie rze- 
czywistością. Zrażała go ona, bo mu nie była piękną; oburzała 
gd,"^-b(^ nie była mu zrozumiałą. Stanowisko jego względem wa- 
runków, w jakich żyó ludziom wypadło, ponieważ je sobie sami 
tak a nieinaczej stosownie do natury swej ustanowili, było naj- 
zupełniej ujemnem , wszystkiego odmawiającem , zaprzecznóm. Nie 
przyznającym' uprawnienia do bytu^ uważając je za bezwarunko- 
wą negacyą tego, co być ma, w konsekwencyi też upatrywał we 
wszystkióm, co ten normalny porządek świata naszego wstrząsa, 
zakłóca i targa, eo ipso za piękność, za poezyą, słowem za przed- 
miot godny współczucia poety. Nie zdając sobie sprawy ani z po- 
budek ani też z godeł, if imieniu których jedynie Volno jest 
w danój chwili wyzywać do walki ten ład normalny, na zbudo- 
wanie którego składały się pokolenia, narody, wieki całe trudu, 
cierpień i ofiar, poświęcał pióro swoje najczęściej i najchętniej 
takimto właśnie walkom rozpacznym , bez względu czy je wszczy- 
nają siły do tego upoważnione, czy też raczej grzeszna, zbłąkana 
tylko niemoc duchowa, w złudne przyodziana pozory bohaterstwa 
i poświęcenia. I oto właśnie, w czem się pomylił, w czem się 
rozminął nie tylko z duchem poprzedniej poezyi naszój, ale i 
z instynktem lepszój części społeczeństwa narodowego. 

Nie tylko w tej młodzieńczej życia jego epoee, ale i pó- 
źniej dążność ta, choć potem nieco złagodzona, nieraz się prze- 
bija w jego pismach. Nawet kiedy pracował nad Erólem-Duchem, 
ostatniem swojóm dziełem, widzimy go stojącego twardo przy 
takiem przekonaniu. Oto je w tym poemacie wręcz wypowiada 
w następujących wierszach, które tern chętniej tu przytaczam, że 
nie mogły one znaleść pomieszczenia w drukowanym kontexcie tego 
utworu z powodu, iż były rzucone luźnie gdzieś na brzegu jednój 
z kart manuskryptu. 

„Ujrzałem wtenczas straszną tajemnicę, 
Że duchy wszystkie lecą tam, gdzie boje^ 
Tom 1. 10 



b 



u 

Gdzie się trzaskają serca i przyłbice; 

A z miejsc, gdzie dacha sen ma łoże swoje, 
Uchodzą: dziwna w pośmiertnych różnica 

Z tymi, co wieczne tu marzą pokoje 
I chcieliby mieć świat opasły,, zdrowy — 
Piekielni, z których drwi anioł globowy! 

^0! fałszu, ludziom z- ciała niewiadomy, 
Tęsknoto, królów spokojnych "płacząca ! 

Wiedz, że ten lepszy, co na krew łakomy 

Zda óię jak orzeł, lud o lud roztrąca^... it.d. 
Nie podlega wątpliwości, że w tych strofach jest wiele pra- 
wdy. Spokój, sen ducha, nieczynność — to martwośó; bój, ruch, 
prąd naprzód — ^ to przyrodzone prawo duchowe. Ale gdyby to 
zdanie Słowackiego postawić w jego sposobie na czele wszelkich 
prawd innych i zrobić zeń regulatora postępków dla wszystkich 
ludzi: w coby się to wtedy zamieniła ta ziemia nasza i życie 
na niój? 

Ale to jeszcze nie wszystko. Na tóm tle wyobrażeń, stano- 
wiących u Słowackiego przez cały jego zawód to co nazywamy 
pospolicie filozofią poety, daje się widzieć w młodzieńczych jego 
latach jeszcze jedna doktryna, a dzieła jego z roku 1832 są 
prawie wszystkie właśnie wyrazem takowej. Słowacki przypu- 
szczał dwie niejako natury ludzkie. Zwyczajny ogół — mniejsza o to, 
czy z głów koronowanych, czy z nędzarzy złożony — to gawiedż, 
to \, tłum". Po za tym tłumem zdarzają się, wprawdzie rzadko i 
wyjątkowo, ludzie całem niebem różni od zwyczajnych kreatur 
ludzkich. Sąto wedle poety duchy wyższe, jakby przez przypadek 
tylko i nieporozumienie przysłane na ten na&z padół. Czy to są 
istoty dobroczynne dla rodzaju ludzkiego? Czy oni wytykają tu 
bliźnim swoim lepsze drogi żywota? Czy zostawiają po sobie 
w czynach, w śladach lepiój przepędzonego życia, wdzięczną pa- 
mięć po sobie? — Bynajmniój! Nasz autor pojmuje tę ich wyż- 
szość, tę ich demoniczną wielkość w zupełnie przeciwny sposób. 
Są to duchy, z którymi on wprawdzie sympatyzuje calem sercem 
i aż za nadto, które jednakże mimo tego i same są najhieszc^ę- 



75 

śliwsze i dla drngich złowrogie. Między warankami ich szczę&cia, 
a tern co świat zwyczajny poczytuje sobie za szczęście, nie ma 
iadoej wspólności. Co ludzi cieszy, dla nich Jest niczóm; co ludzi 
zaprząta i zaspakaja , ich nudzi ; a czego ' oni pragną , to przy 
tych okolicznościach, jakie są, wcale nie może hyi osiągniętóm 
na ziemi. Są to więc otchłanie uczuć gorejących, góry woli tra- 
wiącej się w sobie, są to tytany: ale postawione po za wszelkim 
stosunkiem ze światem i z tem , co na nim jest. Wielkości takie 
nazwałaby matematyka nieobliozonemi, niewymiernemi 
wielkościami (irrationales , incommensurabiles). Ich życie między 
resztą rodu ludzkiego — jestto zdaniem autora, jedno pasmo ' 
cierpień, zawodów, jęków, krzywd, zbrodni, przekleństw i wszel- 
kiego rodzaju rozdźwięków. Jest jakby jakiś wiszący nad ich gło- 
wami fatalizm, który wszelkiej ich styczności z ludźmi taki za- 
wsze nadaje obrót, że oni sami celu swego nie osięgając , niweczą 
wszystkie warunki spokoju i szczęścia drugich. To też marzą oni 
ciągle o samobójstwie, narzekają na przesyt życia, celu żadnego 
przed oczyma nie mają, nic ich nie wiąże do świata, gardzą 
ludźmi, nienawidzą wszystkiego, na czóm świat stoi: i narobiw- 
szy zamętu i klęsk na całój drodze swego żywota, przeklinani, 
przeklinając, kończą marnie, jako niby ofiary przewrotności świa- 
ta i zwyczajnój natury ludzkiej. ,— Do togoto typu odnieść należy 
i Araba i Mnicha i Mindowę i Bieleckiego i Żmiję i Botwela 
w Maryi Stuart. Tak rozmiłowany był nasz autor w ideałach tego 
rodzaju , że ciągle więc jednego człowieka w dziełach swoich wpro- 
wadza, pod zmienionem tylko zawsze nazwiskiem! Wielka musiała 
być w nim wtedy gorycz dla ludzi , kiedy ten temat mizantropii 
i zwątpienia nie ustępował mu z oczu! 

Oczywista rzecz, że tego rodzaju doktryna, pozbawiona wszel- 
ki(^j podstawy, nie mogła trafić do przekonania powszechnego, 
kiedy się ukazały te pierwsze tomy Poezyi Słowackiego. Ogół nie 
mógł wcale rozumieć, o co autorowi chodzi? Dzieła poprze- 
dnich poetów były im zrozumiałe, bo tchnęły miłością ku ludziom. 
Społeczeństwo polskie jest z natury dobroduszne, optymistyczne. 
Nie raz ono aż zbyt daleko się posuwa, spodziewając się wszy- 
stkiego, co najlepsze; wierząc w dobrą wolę wszystkich; kochając 



76 

to co swoje , co ludzkie -^ nawet z błędami ! W tóm się więc az 
do owego czasu dążność poezyi, która pragnęła podnieść ludzi, 
ale ich wzgardą nie odtrącała, z usposobieniem społeczności' na- 
szśj spotykała na jednej drodze. Punkt wyjścia Słowackiego wcale 

Inie był z takicli przypuszczeń. Miłość ludzi, jakimi są stworzeni, 
nie należała wcale do jego przymiotów. Stawiał jako ideały, jako 
• bohatery w swoich dziełach takie natury, które (choćby indirecte) ^ 
dowodzić miały, jakie to życie jest nędzne, a my sami jacy 
maluczcy i podli! Choćby to była i prawda: — to i jakiż sku- 
tek być może takich dowodzeń? Uderzać na błędy, na głupstwa 
ludzkie... rozumiem. Ale cóż pomoże utyskiwać nad naturą 
człowieka ? My tego nie zmienimy ! Wyrzekać na to — jestto to 
samo, jak kiedyby kto wyrzekał, że w styczniu jest bardzo zi- 
mno, a w lecie znowu gorąco. — I społeczeństwo nasze wie o tern, 
że bywają pomiędzy ludźmi natury wyjątkowe , że się zdarzają cza- 
sem duchy potęgi i zdolności większej , aniżeli zwyczajna. Ale wysta- 
wiamy sobie stosunek onych do reszty ludzi zupełnie inaczój. Prawdzi-[ 
^ie wielki człowiek — to chluba wieku, to największy dar boży, jakiego 
dostępują narody, to dobroczyńca społeczności, która go posiada. 

Przejdźmy teraz do szczegółów i rozpatrzmy się bliżej w tern 
wszystkiem, co w sobie mieściły tomy wydane roku 1832. Na- 
samprzód wypada oznaczyć kolój rzeczy w nich objętych, nie po- 
dług tego jak je autor uporządkował w wydaniu, gdyż to nic do- 
wodzi niczego, ale podług czasu, w którym nad każdem dziełem 
pracował. Miałem przed sobą podręczny Słowackiego exemplarz 
obu tomów. Są w nim zapisane ołówkiem własną jego ręką notki 
dające o tern wiadomość, kiedy i gdzie co było pisane. Można 
zatem z autentyczną pewnością ustanowić porządek chronologiczny 
utworów, o których mowa; był on następujący: 

Hugo był pisany w Warszawie, 1829 roku, w sierpniu. 

Mindowc — także w Warszawie, tegoż roku, w listopa- 
.dzie. Praca nad nim ukończona była w jednym miesiącu. 

Mnich przypada na luty 1830 roku — w Warszawie. 

Bielecki na lipiec tegoż roku — tamże. 

Marya Stuart zajęła, równie -jak Mindowe, jeden miesiąc 



77 

czasu. Była pisana w Warszawie v roku 1830, od 17 września 
do 18 października. 

Arab powstał w listopadzie 1830, tamże. 

Żmija był płodem różnycli czasów. Pieśń pierwsza rzuco- 
na była także jeszcze w Warszawie, w miesiącu lutym 1831, a 
zatem krótko przed wyjazdem za granicę. Druga pieśń przyby- 
ła w Dreźnie, w lipcu 1831. Trzecia w Paryżu, w wrześniu. 
Czwarta tamże, w październiku. A zatem zapełnia poemat ten 
prawie cały rok 1831 , przy pracy nad nim ciągle przerywanej już 
to przez zdarzenia tego roku, odwodzące uwagę autora w inne 
strony, już przez same zmiany pobytu, niemniój przyczyniające 
się do roztargnienia. 

Do SkibicJciego wiersz powstał dopiero w Paryżu w lu- 
tym 1832. 

Nie mam zamiaru wchodzić z równą szczegółowością w rozbiór 
wszystkich tych poezyi. Niektóre z nich nie wytrzymują zgoła 
krytyki i nie ma się co nad niemi rozwodzić. Tak na przykład 
myślę, że i najzagorzalsi wielbiciele Słowackiego zgodzą się na 
to, że najrychlejsza między wyliczonemi powyżej jego rzeczami 
wypadła nader słabo. Ani przez inwencyą, ani przez wykonanie 
poemat ten nie sprawia wrażenia na czytelniku. Charakter Hugona, / / 
głównej osoby, tak dorywczo i ołówkowe tylko' rzucony, że ani 
sądu o nim ani współczucia dla niego mieć niepodobna. Wszy- 
stko zaś psuje do reszty ten brak prawdopodobieństwa , rażący 
przy każdym kroku. Jestto zatem tylko próba młodzieńcza z ro- : 
dzaju tych, któreśmy ogłosili na początku pierwszego tomu dzieł 
Słowackiego pozgonnych. 

Przejdźmy do Hindowy. — Przedewszystkiem najwłaściwszą J 
będzie powtórzyć , co o tej sztuce sam autor rozumiał wtedy, kie- 
dy oddawał ją do druku. — „Niech mi wolno będzie wyznać, 
(mówi on w notach dodanych na końcu sztuki), że sam czuję 
najlepiej wszystkie niedostateczności dramatu Mindowe, a części 
przynajmniej błędów starałem się w Maryi Stuart uniknąć. Mam- 
że jeszcze z szczerszą otwartością postąpić? raamże wyznać, że 
Mindowe jest najmłodszym z płodów w dwóch tomach zawartych, 



] '8 

napisany przed trzema laty^ kiedy autor miał lat — . Ale nie, 
zamilczę o wieka autora, bo to byłaby nadto słaba i bezużyte- 
czna obrona, i możeby słusznie jakie z pism peryodycznych powie- 
działo, iż kiedy nie na tytule dzieła, to przynajmniej w przypi- 
sach o przywileje małoletnich upominam się.*) I tak: Mindowe 
powinien był w t^e dziecinnej pozostać. Wiecznieby w niej po- 
zostid , gdyby nie dziecinne moje przywiązanie do kilku scen pierw- 
szego aktu, i do całego aktu trzeciego'' 

Że to, co tu mówi Słowacki, było jego przekonaniem rze« 
telnem, a bynajmniej nie pochodziło z jakiejś udanej skromności, 
którato skłania niekiedy autorów do spowiadania się przed czy- 
telnikiem z tych lub owych uchybień częściowych, aby krytyka 
tóm pewniej pochwaliła całość ich dzieła: o tćm świadczy i ta 
jeszcze okoliczność, że się w tymsamym sensie o tej sztuce wy- 
raził i poufnie w liście do matki. Zdaje się, że musiała ona coś 
zganić w układzie tego dramatu. Na to jej tedy odpowiedział po- 
eta słowem krótkióm ale dobitnym: — „Tragedya Mindowe wiem 
że bardzo daba — oprócz kilku scen." (Z listu z d. 30 lipca 
1832 r.) 

C Na tym wyroku i mybyśmy mogli najzupełniej poprzestać. 
Miejsc pojedynczych wyższym nacechowanych talentem nie brak 
wprawdzie tej sztuce , wrażenia odpowiedniego jednakże całość nie 
sprawia. Co samo już świadczy albo o jakiómś niefortunnem za- 
łożeniu całego pomysłu, albo o jakiejś wadliwości w jego przepro- 
wadzeniu, albo o obojgu. Wadliwe przeprowadzenie rzeczy — jest- 
to innemi słowy pewien niezwiązek pojedynczych części, choćby 
z osobna najpiękniejszych, pomiędzy sobą i w stosunku do cało- 
ści. Że dzieło niniejsze zarzutom pod tym względem podlega, te- 
go nie ma co dowodzić. Sam autor to już przyznał. Za to nie 
wiem , czy by się był zgodził — w owej chwili przynajmniej — na 
to, coby powiedzieć należało o głównym pomyśle tego dramatu, 
r- Z nazwą tragedyi wiążą się zawsze wysokie wymagania. 



*) Miał lat wtedy właśnie 20. A zatćm prawie tyle, ile ich 
miał Schiller, kiedy pisał pierwszą swoję tragedyą, die Bduber. Zre- 
sztą wzmianka, że to był najmłodszy z płodów wtedy wydanych, o 
lyle jest niedokładna, że Hugo napisanie jego poprzedził. 



Zapewne ażeby tego aniknąć, nazwał po^ta obecny swój ntwor 
skromniejszóm mianem obrazu historycznego. Nie na wiele 
ma się to jednak przydało. Najprzód bowiem, jeżeli czóm nie 
jest Mindowe, to właśnie obrazem wieku. Do tego musiałby był 
Słowacki podejmować zupełnie inne stndya. A potćm, jak nada- 
nie nazwy tragedyi takiemu utworowi, który nią nie jest, nie 
czyni go jeszcze tragedyą: tak też odwrotnie zatytułowanie sztu- 
ki jakiój poematem dramatycznym, obrazem history- 
cznym itp. nie przeszkadza jój bynajmniej być tragiczną kreacyą, 
jeżeli tylko ma po temu wewnętrzne i prawdziwe warunki. Rzecz 
się ma podobnie i w tym razie. Mindowe nie może być inaczój 
przedmiotem krytycznych uwag, jak tylko właśnie jako tragedyą, 
do rodzaju którój najwięcej się zbliża. 

Powiedzmyż, co jest, co ma być tragicznym w obecnóm 
dziele? — W ogólności otrzymuje każdy utwór znamię tragiczne 
albo przez odpowiedni tok zdarzeń, stanowiących to co pospo- 
licie nazywają bajką dramatu, albo przez charakter działa- 
jących w nim osób. Zazwyczaj jedno nie może być bez drugiego, 
bo gdzie jest pierwsze, tam się znajdzie samo z siebie i drugie; 
jednakże bywa zazwyczaj pewna po tój alba po owój stronie prze- 
waga. Stosując to do Mindowy, zdawać się wprawdzie może na 
pierwszy rzut oka , że poeta oparł się tu głównie na przedmiotowój 
stronie osnowy; że wyrazem i przeprowadzeniem tój idei, która 
kierowała jego wyobraźnią kiedy obmyślał układ dzieła, chciał 
mieć mniej więcój następujący przebieg wydarzeń: 

Mindowe porzucił wiarę ojców. Z pobudek politycznych, 
dla zaspokojenia dumy swojój , dla powiększenia granic pań- 
stwa , wdał się w związki z Krzyżakami , przyjął koronę kró- 
lewską, a z nią (wprawdzie obłudnie i tylko na pozór) i 
chrześcijaństwo. Naród oburzył się nad taką wzgardą bo- 
gów ojczystych. Stanął przeciw wiarołomcy. Własna matka 
rzuciła na głowę jego przekleństwo. Na nic się nie przy- 
dało, że potom Mindowe odrzucił maskę przybraną, do po- 
gaństwa powrócił i Krzyżaków zdradził. Przekleństwo matki 
musiało się dopełnić. Zerwany węzeł wierności narodowój 
nie mógł być powetowany. Mindowe ginie, a z nim i całe 
potomstwo jego. Na jego tronie zasiada Trojnat, wiemy re- 
ligii narodu. 



8Ó 

Po głębszem zastanowieniu jednak upada przypuszczenie, żęty 
z tego punktu widzenia dała się wskazać główna waga tej sztuki. 

Najprzód bowiem bezpośredni cios, spadający na głowę kró- 
la, nie pocliodzi ze strony zbuntowanego ludu, ale od Dowmunta. 
Dowmunt mści się za krzywdę osobistą, a nie z religijpych po- 
rodów. Co większa — ów Trojnat, który ostatecznie obejmuje 
rządy nad Litwą po strąceniu Mindowy, nie ma co do głównój 
rzeczy żadnej nad tymże wyższości. Nie jest on typem dążeń 
przeciwstawionych roli, jaką stryj jego odegrał. Chociaż bowiem 
jest poganinem i być nim nie przestaje , to i on jednak osięga 
tron książęcy także nie inaczój, jak tylko przy pomocy Krzyża- 
ków: jest z nimi sprzymierzony, przyrzeka, „że się nie będzie 
nigdy wdzierał do pruskiej dzielnicy**, że „usługę Krzyżaków 
w wiecznej zachowa pamięci**. Nic się zatem przez jego na tron 
wstąpienie na Litwie nie zmieniło. Tak przed katastrofą, jak po 
katastrofie — białe habity z czarnym krzyżem na piersiach z ró- 
wnym wpływem występują na scenie przy każdej sposobności. 

A zatem okazuje się , że tragiczność tej sztuki nie może po- 
legać na akcyi. Tok zdarzeń nie zawiera w sobie żadnej idei tra- 
gicznej. Szukajmyż przeto, czego nam trzeba, gdzieindziej — 
"w charakterach. 

Charakterów w tej sztuce jest kilka z pewną siłą i konse- 
kwencyą rzuconych. Plastyczna, marmurowa postać Rognedy 
jest jak z jednego odlewu. Posągowy to pomnik macierzyńskiej 
miłości na tle szorstkiego wieku i nieogrzanej uczuciem chrześci- 
jańskióm dzikości. Lecz to osobistość stawiona w tój tragedyi 
na drugim planie. — Wybornym typem staroHtewskiój siły jest 
także Lutuwer. Mistrzowska scena jego skonania (w akcie czwar- 
tym) jestto jeden z najszczęśliwszych ustępów w całym dramacie 
i nie pozostawia nic do życzenia. Ale i z Lutuwerem tylko się 
mimochodem zapoznajemy i spotykamy go zaledwie trzy razy 
w całym przebiegu sztuki. — Z wielkim wdziękiem rozpoczęta rola 
nieszczęśliwój Aldony zrazu obiecuje wiele; od połowy Illgo 
aktu jednak i ta postać przestaje zajmować widza, spadłszy na 
poziom prostój kopii szekspirowskiój Ofelii. — Heidenrich, 
Wojsiełko, Mindowe — są to typy jednego stępia, ale 



81 

llindowe przerasta ieh wszystkich p^ekcyą w swoim i^idząja i 
zarzuca cieniem cały obraz dramatu. W teku Mindowy zbiegają 
się wszystkie nici rozbiegłych zdarzeń. Oo niemi kieruje, on je 
wszystkie porusza. Jego wola, jego czyny, jego cierpienia — oto 
punkt, okdo którego się wszystko gromadzi. 

Rozbierzmyż teraz rolę, jaką autor dał odegrać bohaterowi 
sztuki. Przyznając z góry, że takowa ma w sobie wszelkie tragi- 
czności pozory, starajmy się wyrozumieć, czy te pozory nie są 
złudne ; czy W charakterze Mindowy daje się dostrzóc coi takie- 
go, coby jego działanie w tym kierunku jak się ono rozwija, upo 
ważniało i dawało mu prawo do walki, jaką jest całe człowieka 
tego życie? 

Tragiczno^ roli Mindowy nie jest wynikiem jego położenia, 
jego stosunku do świata, śród którego żyje. Ona wynika z jego 
własnej natury, ona jest w nim i tylko w nim samym. Jestto czło- 
wiek , jakby na. to zrodzony, ażeby cie poszanować niczyjego pra- 
wa na świecie , ażeby zdeptać wszystko , co dla drugich miłe i 
drogie, ażeby uważać za igraszkę rąk swoich wszystko, co go 
tylko otacza — i piętrzyć zbrodnie na zbrodniach — i wiedzieć 
że to źle — i l)oIeć nad tóm i cierpieć, — a jednak nie móc 
czy też nie chcieć zejść z tój drogi fatalnój. 

Czy tacy ludzie zdarzają się na świecie? Bywają pono nie- 
kiedy — dzięki Bogu , że bardzo rzadko ! W utworach poetyckich 
można się częściej z nimi spotykać. Dzieła Byrona przedewszy- 
stkióm w nie obfitują. Byron też dopiero jest właściwie ojcem po- 
dobnych typów w poezyi jako natur upoważnionych do 
bytu. 

Sąto niby półbogi w p(»'ównaniu z zwyczajną małością ludz- 
ką. Ale -ta ich półboskość nie sięga po za własne rozumienie o 
sobie, a w najlepszym razie nie sięga po za pewną, błyszczącą 
jak szych, wspaniałość słów, uczuć i pragnień, których jedynem 
źródłem bezdenna egoistyczna duma. Sąto^ zatem olbrzymy w za- 
chceniach, a w działaniu prawdziwe karły! Burzyciele szczęścia 
ludzkiego za życia, a w godzinie zgonu szatany. Zdaje im się^ 
że cały ich zawód na ziemi byłato jedna nieustająca krzywda^ 
Toml. 11 




82 

jakiej doznawali od ludzi : podczas gdy w rzeczy sam^j 
dręczycielami drugich. 

Czy Słowacki widział swogOMindowę wtakiem świetle przed 
sobą? Czy wiedział o tóm, że jego bohater nie jest niczym wię-^ 
cój, jak demonem upadłym? Otóż właśnie w tern cały obłęd po- 
ety, że tego nie wiedział; że owszem rozumiał, i^ w nim prze- 
ciwstawia zwyczajnej naturze ludzkićj osobistość doskonalszej "or- 
ganizacyi, \9łaśnie przeto upoważnioną do zakłócania szczęściem 
wszystkich i każdego na ziemi... 

Zresztą gdyby się można zgodzić na wprowadzenie postaci, 
jakem ją tutaj określił, w zakres dzieła osnutego na najdawniej- 
szych dziejach Litwy pogańskiej : — przyznać trzeba ku pochwale 
poety, że ją i z konsekwencyą przeprowadził i nieraz umiał uwy- 
datnić tę abstrakcyjną wielkość, jaka niewątpliwie jest jednym 
z przymiotów podobnych demonicznych osobistości. 

Dążność ta otrzymała w dziele obecnem tyle nawet po nad 
wszelkim innym względem przewagi , że czytelnik nieraz — mimo 
woli i mimo wiedzy — sympatyzuje z jego bohaterem! Słysząc 
dumne, niekiedy prawdziwą potęgą tchnące odzywania się j(f o, 
skargi jego zaprawione dojmującą goryczą, rozkazy jego wyda- 
wane głosem, przed którym wszystko się korzy, — zapominamy 
niemal o czynach, na któreśmy własnem okiem patrzeli, o czy- 
nach zadających kłam owój wyniosłości, owej poezyi wyrazów. 

Jeżeli naprzykład Mindowe (w akcie I) przemawia do Krzy- 
żaków: 

„Kiedy nie będę królem, będę księciem Litwy, 

Będę was darł i palił, rabował i łupił. 

I teraz nadtom drogo tytuł króla kupił. 

Jeśli miałbym pochlebiać i ważyć w umyśle 

Słowa , które wymawiam , mówiąc to co myślę. 

Ci wolno nie gadają, których jarzmo gniecie. 

Ale mnie kto da prawa? kto mi zwiąże mowę? 

Czy jest gdzie jaki drugi Mindowe na świecie? 

Albo może wasz Papież jest drugi Mindowe?" 
Albo kiedy się (w akcie II) skarży na posępne przeznaczę' 
ue swoje: 



83 

^Sam więc jestem , sam jestem ! Walczyć, szerzyć mordy, 
Śledzić spiski — trucizną chłodzić spiekłe wargi, 
Wędzidłem krwawem ściągać dzikie ludu hordy t- 
To moje życie... usta nie wydadzą skargi... 
Nie wiedzą, że ja cierpię"... 
Albo kiedy przewidując bliską zagładę, obsaczony zbunto- 
wanym narodem (w akcie V) mówi do Rognedy: 

„Matko, czujesz? — przez okna tij gotyckiej sali 
Kwitnących jodeł płynie balsamiczne tchnienie... 

Litwo moja, syn twój na ciebie się żali! 
Zdradzasz go" . . . 

Albo wreszcie , kiedy (w akcie ^) żegna się ze swoim zamkiem: 
„O zamku, co przetrwałeś długie wieków burze. 
Ciebie naprzód powita jutro słońce jasne , 
Ja ciebie żegnam.,. Zamku! na wysokiój górze, 
Byłeś ty gniazdem orła, orzeł ciebie wsławił, 
W tobie zasypiał, w tobie zwykł łupy pożerać 

1 nieraz cię krwią ofiar niewinnych zakrwawił; 
Ale czyż orzeł w gnieździe powinien umierać?" 

Któżby nie słuchał słów takich z pewnóm współczuciem i 
nie rozumiał, że ma głębszą naturę przed sobą? A tymczasem 
złóż, oblicz, oceń całe pasmo j^o działania — rozważ, co ten 
bohater w jaśniejszych chwilach sam o sobie i to bez najmniej- 
szej mówi przesady, — naprzykład w pierwszój scenie aktu Illgo. 

„I któż się odważy 
Zajrzeć w głąb tego serca, w tę przepaść rozpaczy 

I zbrodni? 

Ja sobie nie przebaczę, nikt mi nie przebaczy, 
Najmniejsza z moich zbrodni, a wielka z pozoru, 
Żem się krwią zmazał — 

(pokazując sztylet) 

Patrzaj, tą krwią wypisane 
Wszystkie są moje czyny na tej rdzawój stali... 
Ty chcesz czarniejszych zbrodni ? ty chcesz duszę ciemną 
Przejrzeć aż do dna? patrzaj! pod berłem z żelaza 



84 

Lud po^, ciemny, dziki czołga się pode mną. 
Przycisnąłem go całym ogromem ciemnoty, 
Bojaiń już nosi w sercu, chytrość yr miejscu cnoty. 
Patrz, jak ów ciemny Litwin na moje skinienie 
Ucłiyla korne czoło, piersi krzyżem znaczy, 
Cłio<5 wolałby przy piersiacłi czuć węża pierścienie, ^ 
Niż ten krzyż nienawistny... Któż mi to przebaczy?" 
Jeżelić tak: to jakże jemu mówić do ojczyzny z wyrzutem: 
„O Litwo moja I syn twój na ciebie się żali, 
Zdradzasz go"*. 
W innóm miejscu (w akcie Vtym) powiada o sobie: 

„Bezbożny — zbójca — tyran — obłudnik — morderca. 
Jedna z tych zbrodni ludzkie wypali sumienie : 
Jam wszystkie spełnił — zimno I Znużony po zbrodniach 
Głębiej teraz spać będę i w grobowe cierie 
Przejdę , przy jasnych wiosek krzyżackich pochodniach. 
Ach matko, ciężkie, ciężkie było moje życie! 
. Czułem, choć twarzą boleść wskazywałem rzadko. 
Nikt mnie nie kochał** ! . . . 
Ta skarga: nikt mnie nie kochał! nie jestże to istne 
szaleństwo w ustach takiego człowieka? 

Owoż — przeprowadzenie zawodu takiej demonicznej natury, 
takiój że powiem irracyonalnój wielkości ducha, powołanój 
do czynu w rozległym zakresie działania władcy narodu — zdaje 
mi się że było artystycznym zamiarem autora Mindowy. Zadanie 
wielkie, zadanie godne znakomitego poety. Ale trzeba sobie było 
zdać z tego sprawę, czy się kreśli wizerunek demona, czy ide- 
ału. — Nie chodzi wprawdzie o to, ażeby bohaterami dramatów 
były same idealne postaci. I ujemne żywioły mogą niekiedy no- 
sić na sobie znamiona wielkości. Poezya złego nie wyklucza z swe- 
go obszaru. Bohaterem szekspłrowej tragedyi Ryszard Illci jest 
niemal szatan wcielony. Ale Szekspir wiedział o tem, że to bicz 
boży, na to tylko tutaj przysłany, żeby wyprzątnąć plac z nie- 
przydatnych do niczego rumowisk. Nie wzbudzał w widzach dla 
niego ani współczucia ani uwielbienia. Nicość moralna nie jest 
tam zatóm bynajmniój osłoniona wszystkimi urokami poezyi, aż 



85 

do sladnego pnsybrania pozorów tego, czćm nie jest, i przemie- 
nienia się w przedmiot zachwytu poety. U Słowackiego tfii w tćm 
dziele ma się rzecz właśnie przeciwnie. 



Pomiędzy utworzeniem Mindowy a dokonaniem Kąryi Stoart 
upłynęło trzy kwartały czasu, zapełnionego innemi robotami poe- 
tyckiemi. Bierzemy jednakie pod rozbiór ju£ w tem miejscu ten 
późniejszy ntwor * Juliusza , ponieważ je forma dramatyczna do 
siebie zbliża; a dalej ponieważ chcielibyśmy pod bezpo&redniem 
wrażeniem uwag rzuconych co do Mindowy, ocenić . — sprawdzić 
niejako te słowa poety w domówieniu do rzeczonego dzieła po- 
wiedziane: „Sam czuję najlepiej wszystkie niedostateczności Min- 
dowy, a części »przynajmniój błędów starsdem ńę w Maryi Stuart 
uniknąć.*^ 

W rzeczy samój przyznać to poecie należy, że drugie jego 
dzieło sceniczne z wielu miar od tamtego jest wyższe. Już sam 
początek jego wzbudza wielkie oczekiwanie. Zawiązanie intrygi 
zręczne. Nakreślenie charakterów zdaje się być szczęśliwe, wyko- 
nane ręką pewną i wprawną. Wstępne sceny przemawiają dora- 
źnie do wyobraźni i coraz więcej obudzają zajęcia. Csij akt pierw- 
Ay, równic jak dragi, prowadzone są w sposób chlubnie świad^ 
czący, że się talent poety przez ten czas rozmógł, dojrzał, spo- 
tężniał. Uchybień, jakie wytknąć należało Mindowie, nie znajdu- 
jemy tu ani śladu. Go krok miejsca silne, porywające, przesil- 
enie pomyślane, wyrażone najcudniejszym wierszem, jakim kiedy- 
kolwiek pisano po polsku. Już pewność czytelnika ogarnia, że 
ma przed sobą utwór pierwszego rzędu , jedne z j)ereł dramaty- 
cznój poezyi naszej. Wtem — rozpoczyna się akt III., a w nim 
coś się akcya zaczyna wikłać — ogniwo łańcucha zdarzeń, dotąd 
prowadzonego tak dzielnie, pęka — charaktery owiewa jakby 
mgła jakaś, która nie dopuszcza dojrzeć aż w samo ich wnętrze — 
coś się w nich paczy, zdaje się, jakby się ich role poprzemienia- 
ły — współczucie widza chwieje się . . . lecz nie uprzedzajmy sądu 
czytelnika naszego. Zacznijmy raczej rozbiór, od czego go rozpo- 



86 

czą6 nalepy, od wyjaśnienia głównej intencyi antoni, od zdania 
sobie sprawy z roli pierwszorzędnej w dramacie, z charaktem 
Maryi. 

Jestto młoda, żywych uczuć, luźnych zasad i wątłej woli 
kobieta, stawiona ironią losu na tronie narodil, z którym oprócz 
prawa do dziedzicznój nad nim władzy, żadna ją wspólność nie 
łączy. Obyczajami zbliżona do Francyi, gdzie jój upłynęły naj- 
rańsze lata młodo&ci; sercem najściślej złączona z Rzymem, któ- 
rego religijną zwierzchność uznaje ; gorących katolickich przekonań — 
objęła rządy nad krajem, który się od jedności kościoła oderwał, 
uporczywie obstaje przy nowych wyobrażeniach, w posępnym ry- 
gorze swego purytanizmu spoziera z oburzeniem i wzgardą na tę 
miękkość obyczajów zamorskich, co ton nadają na dworze Maryi 
Stuart. Pospólstwo stolicy w zapędzie fanatycznym nie tylko Iży 
publicznie wyznanie swojój monarchini, ale i czynnie znieważa 
przybytek „papistycznego** jej nabożeństwa. Jeden z sekciarzy, 
przywódca ludu , posuwa się i dalej jeszcze. Oto namawia już ga- 
wiedź do stanowczego wypowiedzenia jej posłuszeństwa nawet ja- 
ko panującej, do otwartego buntu. „Zburzcie, zburzcie to 
gniazdo, woła wskazując na jój pałac królewski, a odlecą 
kruki!** — A wyższe stany? Wyższe stany patrzą na to wszy- 
stko obojętnie. Nie widać w nich żadnego współczucia dla znie- 
ważonej. Czują mniój więcej tosamo, co pospólstwo; tylko że 
miarkują uczucia swoje rozsądkiem i jeszcze trzymają się w kar- 
bach uległości pozornej. 

Ale poeta nie poprzestał na odsłonieniu tój tylko jednej tru- 
dności w zawodzie swój bohatórki. Droga Maryi nie z tej tylko 
przyczyny prowadzi po nad krawędzią przepaści, że ją widzimy 
w przedmiotowo) kolizyi, gruntująoój się na okolicznościach poli- 
tycznych, zewnętrznych, na okolicznościach, których ona nie wy- 
wołała. Jest jeszcze inny szkopuł , o który się rozbić może łódka 
jej spokoju i bezpieczeństwa, a tym szkopułem jest jej własna 
osobistość. Tamte trudności dotyczą jej tylko jako królowój; te 
jój dotyczą jako kobiety. 

Marya jest młodą, dobrą, a nadewszystko — ona jest pię- 
kną! Wywiera urok i pociąg jakiś nieopisany na wszystkich, któ- 



1 



87 

nj bliższy, którzy częstszy przystęp do ni^j znajdują* W tej mie- 
rze jest jakai jakby fatalność przywiązana do j6j osoby. Wpra- 
wdzie ogół naxt>da nie podlegU tćj sile jej niewieściego nroku. 
Przesądy, sekciarstwo, niechęci z jednój, a brak nfnoici z dru- 
giej strony utrzymują zbyt wielki przedział między krajem a tro- 
nem. To też mało ma przyjaciół królowa szkocką. Ale kto się 
liczy do jej otoczenia, do jej przyjaciół — rycerze jej orszaku — 
dworzanie wierni, którym serce jój lepiej jest znane, ci wszyscy 
pod wpływem jej czarującój osobistości muszą się żegnać z spo- 
kojem ducha ! Marya zapala miłość , na kogo tylko z nich spojrzy. 
Wszakżeż nawet najmłodszy w całem ich gronie , paź królo- 
wej — niedorosłc pacholę i prawie dziwię jeszcze — rozmarzo- 
ny tóm słodkiem upojeniem, jakiego w jej otoczeniu doznaje, 
z uniesieniem, w bezwarunkowóm oddaniu całego swego jestestwa 
na usługi swej pani, takiemi oto słowy maluje uczucia, jakie ona 
w nim rozbudziła: 

„Czy ja kocham królowę? Jakież dam dowody? , T 
Kocham ją jako matkę, siostrę, jak anioła. 
Taki jestem szczęśliwy! dzień cały od rana 
Przepędzam przy jej stopach, — nieraz na kolana 
Spadnie mi róża napół uwiędła z jej czoła; 
Nieraz jej twarz ochładzam złocistym wachlarzem, 
Twarz spłonioną jasnymi rmnieńca szkarłaty; 
Nieraz schylonej kornie przed boskim ołtarzem 
Trzymam książkę modlitwy, lub niosę kraj szaty. 
Szczęśliwy jestem !". . . 

Z takich samych uczuć, tylko w namiętniejszy sposób, mógł- 
by się spowiadać i Rizzio, nadworny lutnista królowej, i nie- 
jeden inny jeszcze, gdyby — byli tyle naiwni, co ów paź mło 
dy, i nie woleli t^o, co czują, tego co sobie roją, do czasu 
zamykać w sercu. 

Wprawdzie za urojenia drugich nikt odpowiadać nie może. 
Ale na Maryą spada jednakże część winy za te jaskrawe uwiel* 
hienia jój powierników. Niekoniecznie to bowiem mimo jój wie- 
dzy i mimo jej chęci zapalają się te płomienie. Marya jest już 



88 

t Datury zalotna. Kienadarefnnie te£ pierwszą życia wiosnę spę- 
dziła nad brzegami Sekwany. 

^Niedawno w kraju Franków na królewskim dworze 
Kochałam wszystkłcłi, równo od wszystkich kochana. 
Z dziecinnym śmiechem nowe widziałam klejnoty^ 
Z dziecinnym ńmiecłiem ciche słyszałam westchnienie, 
Z uśmiechem przed zwierciaidłem trefiłam włos złoty, 
Przeplatając różami trefione pierścienie.'' 
Ka kwiatach tedy, na skrzydłach motylka, jak sen ułudny, 
lekko uleciała j^j przeszłość. Za przybyciem do Szkocyi skończy- 
ły się te dni jasne. Widzi się tu przyjmowaną ozięble, samotną 
i opuszczoną przez naród; czuje, wie nawet o tóm, że jest po- 
dejrzywaną i niemal znienawidzoną. Temci milój, tern wdzię- 
czniój przyjmuje hołdy od tej szczupłej liczby przyjaciół, jaka ją 
jeszcze otacza. A chociaż w tym lub owym odgaduje uczucia ży- 
wsze i śmielsze i gorętsze, niżby może należało: bawi się niemi, 
cieszy się niemi , bo to jej próżności pochlebia , bo tkliwe jej ser- 
ce nie chciałoby odtrącającym słowem nikomu, jego rozkosznych 
marzeń przerywać — a wreszcie, wszakże to już jest wszystko 
„co jej rozjaśnia tę pustynię ciemną,** do którój przy- 
równywa smutny swój zawód na ziemi! 

Z tego zachowania wynikają oczywiście następstwa, które 
szkodzą jój sławie i bynajmniej nie przyczyniają się do umocnie- 
nia jój stanowiska na tronie. Świat wie o tóm, że stosunek mię- 
dzy królową a mężem jej Henrykiem Darnley, jest od pewnego 
czasu bardzo jakoś oziębły. Powszecłme mniemanie oskarża ją o 
miłostki z dorodnym Włochem , z poetycznym harfiarzem nadwor- 
nym, z Rizziem. Mniemanie to podziela także i tytularny król 
Szkocyi, małżonek Maryi Stuart, Co większa, i Hizzio nawet — 
sam rozmiłowany w królowój nad miarę — bynajmniój nie jest 
daleki od uwierzenia temu , że doprawdy osoba jego jest dla kró- 
lowej nieobojętną. Na karb tego, co sobie roi, poczyna też on sobie 
z panami i dostojnikami królestwa z takióm zuchwalstwem , w spo- 
sób jak dla przybylca i człowieka w jego podrzędnóm położeniu 
tak niestosowny, że tóm bardziój jeszcze samochcąc utrudnia pa- 
ni swojój wszelkie porozumienie z narodem. Marya Stuart je- 



8d 

dnakże i tego Wszystkiego za nic sobie nie waży. Poczytując się 

za nietrinną, nie poczuwając się do tego, o co ją posądzają, &mia- / 

ło wyzywa opinią ludzka. 

Wprawdzie przychodzi jój na myśl, £e mogą czasem szko- 
dzić nawet i same pozory, że „czyste zwierciadło skazić 
może i lekkie tchnienie^. Ale duma monarsza co prędzej 
ją napowrót sprowadza na tę pochyło&ć, po którój idzie, gdyż — 

„Któż ma prawo mnie sądzić? ja osądzę siebie! ^,1 J^ ji 

Łndzie są a stóp moich , nademną Bóg w niebie^ ! 
Co najwięcój jednakże w całym tym stosunku jest niebezpiecznóm, 
to że serce Maryi nie jest zajęte żadnym żywszóm, trwalszem, 
rzetelniejszym uczuciem , a koniecznie zdaje się potrzebować głęb- 
szego zajęcia. Jój mąż , Henryk Damley , nie jest człowiekiem, 
któryby potrzebom tego serca wystarczał , któryby je osobą swoją \ 
zapełnił. Niedołężna to natura! Ograniczony, słaby, lękliwy — /^ 
namyila się w nieskończoność nad wszystkióm. Rozbiera po tysiąc 
razy swoje nędzne położenie, swój upokarzający stosunek wzglę- 
dem kraju, względem żony, względem jój zalotników. Szemrze 
pokątnie na jój postępowanie, zazdrości jój władzy królewskiój, 
którą tylko tytularnie z nią dzieli* I w tójsamój chwili drży 

I na same myśl, że się może królowa obraziła o oo na niego! 

i Przyjaciele jego chcieliby w nim rozbudzić jakieś poczucie go- 

dności. Nik, błazen jego nadworny i towarzysz nieodstępny 
(o którym powiedzmy tu choć nawiasowo, że jestto może naj* 
wdzięczniejsza rola w csdym dramacie i najgłębsza natura ze 
wszystkich figur w nim działających), Nik smaga go nielito- 
ściwie dojmującemi szyderstwy. Popychają wszyscy nieboraka 
to w tę stronę, to w owę. Rozdmuchują w nim iskrę zemsty. 
On też nieraz zapala się okrutnie — przyznaje im wszelką słu 
szność — grozi wszystkim zapalczywie.*, ale czómże im grozi? — 
oto że się wreszcie już postanowił, nad położeniem końca temu 
wszystkiemu — namyślećl 

Taka chwiejna kreatura, taka bezwarunkowa nicość męszczy- 
zny nie była oczywiście stworzona na męża Maryi Stuart. Jeżeli 
Henryk znaczył coś kiedy w jój oczach, to te czasy daWno mr 
^^' Zgoda i porozumienie małżeńskie spadły między nimi do 

Tom I. iS 



90 

pustej formy. Darnley rzadko się też pokazuje na pokojach kró- 
lewskich. Trawi czas najwięcej z błaznem swoim, w wiejskiem 
ustroniu. A w sercu Maryi — próżnia nicżem nie zapełniona ! 

W tym stanie rzeczy potrafił zbliżyd się do boku królowej 
człowiek, którego niepospolita, zagadkowa istota od razu zapala 
jój wyobraźnię. Jest on obecnie także rycerzem w jej orszaku; 
nazwisko jego Botwel. Postać zadumana — ponura — smutna, 
o bladej twarzy. Trawią i dręczą go od dawna pragnienia jakiejś 
nieokre&lonój wielkoici, pragnienia przechodzące wszelki zakres 
rzeczy do osiągnienia podobnych. Jeden z tych. typów bajrońskich, 
nigdy niezadowolonych z niczego , którym się .przeto snuje ciągle 
myil zal)ój8twa po głowie. — Oto jakiemi słowy sam Botwel za- 
poznaje nas z sobą: 

„Na wybladłej twarzy 
Qorzkł uśmiech i wzgarda : — nie patrz, co jest we mnie. 
Któż się we wnętrze grobu zaglądać odważy? 
Nie zniszczyły nmie .zbrodnie , jestto sytość życia; 
Gorące serce wrzało we nmie od powicia. 
Teraz jestem znużony, zimny — umrzeć muszę "^ ... 
Z tą tedy tajemniczą joaturą, z tym ducłiem kolosalnych 
zapędów, ale jakby napiętnowanym cechą potępienia na czole, 
spotyka się na drodze życia swobodna, bezpieczna, zalotna żona 
Darnleja. I to spotkanie stawia ją znienacka, niebawem w po- 
łożenia, z którego się bezkarnie wycofać — graniczy niemal z nie- 
podobieństwem. Aż dotąd postępowanie królowej szkockiej mogło 
być w wielu względach niebaczne, mogło upoważniać do krzy- 
wdzących podejrzeń, mogło w oczach rygoryzmu jej purytańskich 
poddanych być i nagannem : — w własnóm wszelako sumieniu nie 
miała ona sobie dotąd do zarzucenia żadnój przewiny. Igrała 
wprawdzie z uczuciami, które być nie powinny igraszką; bawiła 
się miłością, którą tylko w drugich wzbudzała; szła po śliskiej, 
stromój ścieżce, lecz ani przypuszczała, że ta ścieżka może 
prowadzić i ku przepaści. Naraz spostrzega, że się zapędziła za 
daleko. Widzi się w pętach uczucia, które z uśmiechem na twa- 
rzy tylekroć wyzywała bożka rnio. Czuć zaczyna całą wagę, całą 
potęgę tej siły, której się nierozmyślnie poddała. Sumienie wła- 



91 

sne przemawia do niej z goryczą, że to, co dotąd nazywała tyl- 
ko swych nieprzyjaciół potwarzą, może niezadługo i sama o so- 
bie za drugimi powtórzy-. 

Wr^ym pędem toczy się odtąd ten prawdziwie tragiczny 
przebój pomiędzy wzrastającą coraz bujniej w sercu Maryi miło- 
ścią i demoniczną potęgą, którą na niej posępny Botwel wy wie - 
nc, a słabym oporem reflexyi i sumienia, jaki zdolna stawió 
obydwom. Do tragicznego obrotu rzeczy przyczyniają się i ubo- 
czne okoliczności, przypadkowe zdarzenia, następstwa nieprzewi- 
dzianych , obojęttaych założeń dawniejszej daty. Takto i^wykle 
się objawia w zawikłanych sprawaoh ludzkich ironia losu. Pod 
wpływem tego wszystkiego wynikają z nawiązanego ogniwa pierw- 
szej przewiny coraz nowe, coraz fatalniejsze , coraz wręcz wy- 
stępniejsze wypadki, aż wreszcie przychodzi do świadomego i 
umyślnie zamierzonego morderstwa, wykonanego na własnym mę- 
żu, i do wystawienia się na ostatnią wzgardę i ohydę narodu. 
W objęciach zbrodniczego kochanka, przed którego tajemniczą 
istotą w końcu i isama się wedryga, obarczona żalem i wy- 
rzutami sumienia, w ostatniej scenie widzi się Marya zmuszoną 
zstąpić z stopni tronu swojego, w rychłój ucieczce szukać ocale- 
nia przed sprawiedliwą pomstą własnych poddanych. Ustępuje te- ' 
dy z granic ojczyzny. Razem z Botwelem — znienawidzonym, 
idzie powierzyć się niepewnym losom tułactwa między obcymi. A 
ostateczny kres jej zawodu r— smutna dola ofiary, na śmierć z ręki 
kata wskazanej, wśród ciemnych mnrów angielskiego więzienia-^ 
odsłania jej się jak wizya — w dalekiój perspektywie, na tle 
obrazu, który przed oczyma jej ducha niewidoma ręka roztacza. 
To katastrofa i rozwiązanie dramatu. 

Tyle miidem do powiedzenia o głównym zamiarze, jaki au- 
tor dziełu swemu podłożył. Takem pojął charakter bohaterki ^ 
tego dramatu. > 

Ramy obrazu Słowackiego są zatem jak widzimy , dość szczu- 
płe. Nie zamierzał on , jak Schiller w swojej tragedyi tegoż tytu- 
łu, wciągnąć w zakres dzieła swojego całego historyzmu danój 
epoki. W głębi zdarzeń na pierwszym stawionych planie, nie 
•dsłania żadnych przebojów dziejowych ogólniejszego znaczenia, 



T ~ 



92 

których związek z zabiegami ładzi dramatu podnosiłby l)ohaterlLę 
i tych co ją otaczają, na wysokoić prawdziwie historycznycłi po- 
staci. Nie cliciał korzystać nawet z owój kolizyi połityczno - dzie- 
jowej, ukazani} w głębi sceny w sposób tyle obiecujący na sa- 
mym początku sztuki, z kolizyi mówię między narodem a panu- 
jącą z powodu sprzecznych religijnych przekonań* I zaniedbał 
zupełnie wyprowadzić z tej sceny następstw , któreby- w jakiój- 
kolwiek mierze wpływały na tok dramatu w dalszój jego osnowie. 
Zgromadził natomiast całe światło obrazu właściwie na jednej 
tylko postaci. Spoczął wzrokiem swoim ^ na niepospolitych rysach 
jój indywidualnój natury, na nadz^7czajnych kolejach jej życia, 
uważanego z ogólnie ludzkiego stanowiska. I tak stawił przed so- 
bą zadanie, które mimo że sprowadza koronowaną osobistość 
dziejową na poziom pry^^atnej niemal niewiasty, tyle jednak ma 
stron w wysokim stopniu zająć jeszcze mogących wyobraźnię ka- 
żdego, tyle warunków prawdziwej dramatyczności , że krytyka 
patrząca, jak sprawiedliwie, tego tylko, co dać autor zamierzył, 
a nie czegoby sobie kto może życzył; nie ma pod tym względem 
nic do zarzucenia poecie.*) 

Nawet więcój jeszcze o&mieliłbym się powiedzieć na korzyić 
pomysłu służącego tu za główne założenie dramatu. Wspomniałem 
już wyżój o tragedyi Schillera, osnutój na tym samym ustępie 
dziejów szkocko-angielskich. Daleki wprawdzie jestem od rozumie- 
nia, żeby arcydzieło to niemieckiego tragika nie miało być jako 
skończony utwór sztuki, wzięty w całym swoim ogóle, nie- 
porównanie wyższóm od obecnej sztuki Juliusza. Gdyby atoli cho- 
dziło o porównanie ze sobą samych tylko bohaterek w jednym 
utworze a drugim, to zdaje mi się, że porównanie takowe wypa- 
dłoby pod artystycznym względem ostatecznie na korzyść takiój 
Maryi Stuart, jak ją poeta polski w dziele swojóm wprowadza* 



*; To jedno chyba- możnaby tu nadmienić, ie niewłaściwie na- 
zwał autor dzieło swoje, pomimo tak ścieśnionego zakresu, history- 
cznym dramatem. Historycznym nie jest on wcale, chociaż zna i 
historya ludzi , którzy w nim występi^j^. On jest tylko psychologi- 
cznym obrazem serca ludzkiego i jego namiętności. Ale mniejsza 
o tytuł! 



Heroina Schinera jest nierównie mniój dramatyczna. Bardzo mało, 
włiCściwie nic wcale nie przyczynia słę ona osobą swoją do tój 
gorzkiej doli, jakiój doznaje. J6j cierpienia, jćj smutny koniec, 
nie sąto wyniki winy, którąby byłą zaciągnęła sama; sąto wszy- 
stko raczćj, jak wiadomo, następstwa okoliczno&ci od ni^j nieza- 
widycli. O tyle zawód jej tedy jest tylko bierny. CSerpi — jako 
słaba ofiara obcój przemocy; upada — niewinnie. 

^Warunkiem prawdziwój tragiczności w losach cdowieka jest 
nieodzownie pewien własny i umyilny współudział jego w powo- 
dacłi, które na posępny obrót jego doli wpłynęły. W klasycznej 
tragedyi greckiej mogło odgrywać przeważną rolę przeznaczenie, 
fatalizm. Zgodde to było z ówczesnemi wyobrażeniami o warun- 
kach szczęścia i nieszczęścia ziemskiego. Nam. nowoczesnym wsze- 
lako pojęcia takie nie wystarczają. W nas wrażeń prawdziwie 
tragicznych nie wzbudza widok samój tylko bierności cierpienia. 
Nam trzeba i czegoś więcej — własnój współwiny tego, który 
cierpienia te znosi.^ 

Greninszowi tak potężnemu jak Schiller, nie mogły oczywi- 
ście nie być wiadome i najgłębsze tajemnice sztuki, którój był 
mistrzem. Znał on dokładnie warunki tragicznych założeń i roz- 
porządzał samowładnie sposol>ami sprawiania za pomocą dzieł po- 
etyckich, wrażeń, o jakie nam tutaj chodzi. To też bierność roli 
zbyt idealnej Maryi Stuart w jego utworze, była tylko skutkiem 
nieuniknionym samego wyboru rzeczy, samego przedmiotu dzieła. 
Ograniczył się t)Owiem Schiller do samych ostatnich chwil zawo- 
dn swej bohaterki. Kreśląc ujmujący jój obraz na tle posępnem 
angielskiego więzienia, czuł on i. sam najdokładniej pewien brak 
samodzielnego mchu, brak, że tak powiem inicyatywy dramaty- 
cznej w jój roli, jaki z tego nieuchronnie wynikał. Lecz umiał 
go zakryf^ poniekąd, a nawet sowicie go wynagrodził innym spo- 
sobem. Wprowadził bowiem w dziele swojóm Maryą nie tyle jako 
charakter przerastający zwyczajny poziom niewieści pod wzglę^ 
dem ogólnie ludzkim, ale jako postać historyczną, stawioną na 
piedestału jój dziejowego znaczenia, z wszystkiemi znamionami 
wieku i kn^u, na tle których ją zapamiętała historya. Wprowa- 
dził ją jako typ pewnych uroszczeń dynastycznych, pewnych pr^e 



04 

konau religgDyob j któryoh samo pojawienie się w jój osobie na 
ziemi angielskiej, chociaż było przypadkowe i bez żadnych nie- 
przyjacielskich zamiarów, już tu zostało poczytanym za wyj^n^ie 
do boju, i 4ciąga na się nieuchronnie odwet ze strony interesów 
miejscowych, tamtym ideom przeciwstawionych. Tak więc boha- 
terka Schillera, jako katoliczka, jako prawa dziedziczka tronu 
Tudorów, której się lękać osobi^ie musi Elżbieta, a z nią i 
kaAdy jej poddany, jeżeli jest zwolennikiem panującego kościoła, — 
jako przedstawicielka pewnych godeł przywiązanych mimo jej woli 
do jij imienia, występuje w tragedyi przecie wyzywająco i nieja- 
ko zaczepnie. I z tego punktu widzenia uważana, odzyskuje po- 
niekąd to pełne znaczenie dramatyczne, na jakiem jej zbywa ja- 
ko osoblsŁoćci indywidualnej, jaka kobiecie, która zakończyła już 
z światem! nie zamierza mieszać niczyjego spokoju. 

Słowacki wybrał sobie inną chwilę życia Maryi Stuart. Roz- 
winął w ramach swego obrazu właśnie pierwszą połowę jij pełne- 
go przygód zawodu. Ukazał jćj wizerunek z całym urokiem nie- 
wieścim, jakim właśnie w owych czasach tyle jaśniała; z ową 
dumą monarszą, która później dopiero miała doznać upokorzenia; 
z pędem temperamentu niezłamanego żadnymi jeszcze ciosami lo- 
su, pod wrącym skwarem namiętności, jakie się właśnie dopiero 
rozbudzały w jej sercu. Rola tak pomyślana łączy w sobie wszel- 
kie warunki świetnego powodzenia na scenie. Postępki i przeboje, 
uczucia i koleje, .jakie bohaterka jego popełnia, stacza, przecho- 
dzi — są tu wypływem jij własnej inicyatywy. Odpowiedzialność 
za wszystko spada jedynie na nią. Źródło wszystkiego, co czyni, i 
wszystkiego, co cierpi, jest w niój samój. 

Równocześnie zpowyższem uznaniem artystycznych zalet wy- 
boru, poczuwać się musi jednakże krytyka i do obowiązku po- 
stawienia zapytania: Czy z materyału takich czynów i takich 
cierpień daje się stworzyć dzieło, któreby równie zadość 
czyniło i etycznemu także zadaniu dramatu, ile jest 
pewnem teatralnych efektów? Czy przygody indywidualne takiej 
osobistości, jak Marya Stuart w owej życia epoce, są zdolne 
przyjąć na się to znamię głębsz.ój intencyi , tę idealną barwę pra- 
wej poezyi, do znajdywania którój w dramatycznych kreacyach 



95 

jui nas przyzwyczaili -wielcy mistrzoirle dawniejsi na tern polo 
literatury?— Nie śmiałbym żadną miarą rzeczy powyższym zapyta- 
niem objętej zaprzeczyć bezwarunkowo. Rozumiem raczij,- że co 
do tego względu zależało wszystko już tylko od talentu, a raczćj 
od zręcznciści poety w ciągu pracy nad ^zczegółowem wykonaniem 
utworu. Mianowicie stanowiła tu o rzeczy całej owa' czujna ba- 
czność artysty i psychologa, ku temu najusilniej zwrócona, ażeby 
każdy krok na tej przepadzistej pochyłości ku zbrodni był czy to 
odpowiedniemi zajściami poprzedniemi , czy wyjątkowym stanem 
duszy działającego należycie i dostatecznie uzasadniony. Często- 
kroć się i najjaskrawszy występek okaże jako tylko tragiczna, 
nieuchronna konieczność chwili, jeżeli go stawisz na tle okoli- 
czności, które towarzyszyły jego spełnieniu. W ogóle przed try- 
bunałem poezyi łatwiój jest zdać rachunek z przewinień, jak 
przed wszelkimi sądami świata. Prawdziwe są słowa Byrona: 

^Bywają zbrodnie, z których rdzę ohydy 

Zdejmuje chwila — bywają pokusy 

I nieuchroiine i takie potężne, 
- Że z niemi boju naturze nie wszczynać.*) 
Tymto sposobem- może więc nie byłoby niepodobieństwem zreha- 
bilitować w dramacie imię kobiety, nie najlepiój zapisane w hi- 
storyi. Wydatne, usilne, z przyciskiem dokonane odsłonienie w jej 
charakterze gruntu , nie mającego w stanowczy sposób żadnój spół- 
ki z poziomą i powszednią pospolitością kału ziemskiego i — co 
jeszcze ważniejsza — nieustanne a konsekwentne utrz) mywanie 
w widzach przez cały przebieg dramatu wiary w onę lepszą czą- 
stkę jój serca — potrafiłoby zdaje mi się doprowadzić do tego, 
iżby słuchacze — nawet w obec jej przestępstw stanowczego potę- 
pienia godnych skądinąd, byli raczój przejęci współczuciem lito- 
ściwóm i tą czcią wielkiemu przynależną nieszczęściu, aniżeli zi- 
mnym wstrętem oburzenia i zgrozy. 

Ale temu zadaniu poeta nasz , zdaniem mojem , nie sprostał. 
W ogóle" 6 Waga jego nierównie mniej była zwrócona na potrzebę 
pokonania trudności wynikających z etycznych wymagań dramatu, 



*) Byroiia Werner, Akt II, scena 2. 



dd 

jak na osi^gaDie silnych poetyckich efektów. I ta to via4me oko- 
licsDOÓć odebrała utworowi jego ów wdzięk muzyki rzewnie prze- 
mawiającej do serca, owę wspaniałość obrazu, pod któr^o bar- 
wami cziyemy przytomność jakieji wielkiej idei, słowem ono 
znamię wyższćj kreacyi, jakiego brak podobno&my wszyscy uczuli, 
kiedyśmy mieli przed niezbyt dawnym czasem sposobność widzenia 
Maryi Stuart odegranej na scenie. * j 

Cziyę w wysokim stopniu i pociąg i potrzebę nawet popar- 
cia tego, co tu powiedziałem ogólnie, dowodami opartymi na 
szczegółowych takich ustępach dzieła, gdzie pod wspomnianym 
względem kompozycya Maryi Stuart zdaje mi się być niedosta- 
teczna. Odsuwam jednak od siebie pokuszenie, jakiego w tój 
mierze doznigę, a to z przyczyny, ie przewiduję, iż wywody po- 
dobne, jeżeliby być miały wyczerpujące, powiększyłyby za nadto 
objętość tego dzieła i — co gorsza, nadałyby mu mimowolnie ja- 
kąś cechę polemiczną, którą, ile tylko być może, chciałbym usu- 
nąć z uwag dotyczących pisarza, którego nie ma już pomiędzy 
nami. W własnym interesie poety niechaj mi tedy będzie wolno 
tę przynajmniej dołączyć tu tylko jeszcze uwagę, że niedostatki, 
jakie upatruję w praktycznóm przeprowadzeniu tak tego dramatu, 
jak i wielu innych młodzieńczych dzieł Słowackiego, nie tyle mi 
się widzą skutkiem jakiegoś niedopatrzenia, jakiójś, jeślibym miał 
nazwać rzecz po własnóm imieniu, niezdolności techniczno], ile 
raczój wynikiem odrębnego sposobu artystycznego, i prawiebym 
powiedział — maniery, jaka mu w pierwszych latach jego zawo- 
du była właściwa i stanowiła wtedy jedno z najwybitniejszych 
znamion jego ory^nalnoścL 

Jeżeli który z pisarzy naszych, to właśnie Juliusz uważany 
być może zdaniem mojóm za szczególnego wyobraziciela roman- 
tyzmu w poezyL/ Romantyzm — jestto jeden z owych wyrazów, 
o których znaczemu można mówić bardzo dhigo i powiedzieć bar- 
dzo wiele, a jednak nie wyczerpnąć wszystkiego. Na to jednak 
zgodzi się każdy podobno, że przywiązane są do jego istoty i pe- 
wne odrębności co do ducha i pewne właściwości co do formy. 



*) Była dana na scenie lwowski^ dwa rasy w ciągu roku 1862. 



ii 

Pomijając zuprin^m milczemem tamte, a mając w obecnej chwili 
tylko te ostatnie na oku, przyznajmy sobie, że romantyzm 
formy — wprawdzie nie z istoty rzeczy, lecz bardzo często w sku- 
tku, de facto, wychodzi na tosamo, co genialny kaprys, co nie- 
zawisłość najzupełniejsza od wszystkiego, co pozytywne, co jakie- 
mukolwiek rozważeniu podlegające, co przez techniczne wymaga- 
nia kompozycyi warunkowane. \ 

Poeta hołdujący przesadnie temu kierunkowi sztuki, w cią- 
gu pracy okdo szczegółów dzieła rozpoczętego poczyna sobie we- 
dle nąjswobodniejszego widzimi-się swojego; i rzucając jeden rys 
tak, drugi owak, ma zwykle swoje przyczyny, dlaczego w taki 
właśnie je sposób rzucił. Lecz to są tylko jego przyczyny. Zda- 
rza się czasem, że nie ma i żadnych przyczyn; ale mu coś ma- 
jaczy, jakby je miał; i to nieokreślone, jemu samemu niedościgłe 
poczucie wystarcza, aby kierowało już jego ręką. Jeżeli go wqK>- 
maga w pracy prawdziwe natchnienie i wielki talent, to poczucie 
owo go nie zawiedzie. W przeciwnym razie — zawiedzie go nie- 
zawodnie i to na bezdroża dziwactwa, na trzęsawiska marzyciel- 
stwa, na jakich tak często na początku tego stulecia widywano 
owych to poetów niemieckich kuszących się rywalizowali z sławą 
Gothego i Schillera, których w literaturze tój znają pod imieniem 
romantyków i którzy — powiedzieć można — zdyskredytowali 
to godło. 

Com tu powiedział w (^óle, nie zamierzam tego oczywiście 
stosować literalnie do poety, już w pierwszych latach czyi^iości 
swojój pisarskiój tak znakomitego, jak nasz Słowacki. Miał wsze- 
lako i on pewne swoje nawyczki , którychbym się nie wahał kłai^ 
głównie na karb źle zrozumianego romantyzmu. Jego odrębny 
sposób rozwijania osnowy poetyckiój zależał — pod względem te. 
chnicznego artyzmu — natóm, że więcój on zawsze tylko mi 
trącał i napomykał, nawięzywał i urywał, jednóm więc słowem, 
szkicow&ł i fragmentyzował , aniżeli żeby miał był wszystkie przej- 
ścia kreacyi swojój wykonywać szczegółowo, w równój mierze i 
w nieprzerwanym ciągu. 

Gała sztuka jego (w dziełach przypadających na pierwsze la- 
ta zawodu, o tych bowiem tu jedynie mówię), polega na tóm: 

Tom I. 13 



08 

nucwi pełnemi garściami światła na stanowcze tylko momenta, a 
resztę zostawiać w cieniu , jeżeli nie zupełnie po za ramami obra- 
zu. Sprawiać wielkie wrażenia sporadyczne — oto główny cel je- 
go tworzenia. Czegoby zai cało&ci niedostawało, niech sobie tam 
tego ezytelnik własnym przemysłem dopełni I' — 

Byli, trafiają się może jeszcze, wielcy i godni europejskiej 
riawy artyści dramatyczni — tak aktorzy, jak i śpiewacy sceni- 
czni, którzy początkowe sceny sztuk i w ogólQ wszystkie oboje- 
tniejsze ustępy oddawali zazwyczaj z umyślnóm jakiómś zaniedba- 
niem i bezbarwnością, ażeby za to w chwilach rozstrzygających 
błysnąć niespodziewanie całą świetnością talentu i samym kontra- 
stem wrażeń najpotężniój olśnić publiczność. Owoż w podobny zu- 
pełnie sposób występują i w dziełach naszego poety szczegóły wy- 
kończone tóm jaskrawiój na widok, im mniej są podniesione po- 
śledniejsze partye utworu. Te świetne chwile w jego kreacyach 
sprawiają wrażenie jakoby grup rzeźbiarskich, plastycznem dłu- 
tem ciosanych; ale zato przestrzenie pomiędzy jedną taką gru- 
pą a drugą traktowane są od niechcenia, często lekkomyślnie, 
co się zowie, byle zbyć. Owoż - gdyby to zaniedbywanie się, 
gdyby to homeryczne w miejscach niektórych zasypianie odnosiło 
się do wiersza, do języka, do innych tym podobnych zewnętrzno- 
ści poetyckich: — nie byłoby nić zgoła do powiedzenia przeciwko 
przyswojeniu sobie takowego sposobu. Ale najgorsza w tern, że 
się ono — nawet w rodzaju poezji tak realizmem przesiąkłej, 
jak dramat, u Juliusza właśnie do zupełnie czego innego ściąga. 
Albowiem wiersz autora Maryi Stuart jest owszem w każdej czę- 
ści dzieła mistrzowski, język jego zawsze się iskrzy brylantami 
najczystszćj wody? Natomiast niedbałość epizodyczna, o jakiój 
mowa, dotyczy u niego samejże rzeczy, obmyślenia osnowy, doty- 
czy' samój kompozycyi , wiązań budowy, częstokroć samychżę^ fun- 
damentów. I to jest właśnie fatalna strona tej maniery^ wielce 
po^abniSj skądinąd. Cóż bowiem z tego, że stanowczo chwile i 
wydatniejsze ustępy wwiększóm dziele poetyckióm będą w sobie 
oddane z cidą świetnością geniuszu ? Jeżeli tych chwil walnych po wo- 
dy, jeżeli tych ustępów potężnych wiązanie polega na jakichś 
kruchych, wątłych i że tak powiem, uproszonych tylko premisachi 



90 

a luTtycznój próby nie wytrzymuje : w takim razie i to wszystko, 
co na tóm oparte, zawisło jakby w powietrzu i nie może wywie- 
rać prawdziwie głębokiego wrażenia. Uderza i podoba się w pierw- 
szej oliwili: po dłuższem zastanowieniu nie zaspakaja. 

Tak na przykład piękną jest niezaprzeczenie scena YI aktu 
trzeciego w Maryi Stuart, scena, gdzie się Rizzio po raz 
ostatni żegna z królową i gdzie zostaje zamordowanym. Jeżeli je- 
dnak zważymy, że Rizzio miał wedle rozkazu Maryi wyjechać 
niezwłocznie i jeszcze tej nocy, i że były bardzo ważne powody, 
ażeby jak najrychlój odjechał, i że też już stanęło natóm (w osta- 
tniej scenie aktu II) , że się już więcej nie pokaże na j^j poko- 
jach: — to prawdziwie nie wiedzieć, jakiej okolicznoóci przypisać 
to widzenie się jego jeszcze z królową? W pewnój recenzyi uczy- 
niono uwagę,, że się Marya w Włochu kocliała i że dlatego więc 
jako dawnego kochanka, przyjmtye go jeszcze u siebie, ażeby dę 
z nim pożegnać. Ale przypuszczenie takie nie ma żadnej podsta- 
wy. Świat wprawdzie posądzał królowę o te miłostki. W rzeczy 
sam^j nie było ich jednak między nimi. Bo czyż w takim razie 
mogłaby ona mówić w monologu (w scenie YII aktu II): 
^ Wszak z dawna mnie oburoza czarne podęjfaenie, 
Myślą, że kocham Rizzia*"... 

Czyżby wreszcie, w takim razie, mogła się była ostatnia 
scena aktu II odbyć takim tonem pomiędzy nimi, jak jest skre- 
ślona w dramacie? A zatim niepodobna jest wymyśleć sobie ża- 
dnego dostatecznego powodu, dlaczego Rizzio po tóm wszy- 
stkiem, co zaszło, otrzymuje to wezwanie do Maryi, zwłaszcza że 
t^oż samego czasu ma się przecież pojawić w jij komnacie i 
Botwel, także przywołany tam przez nią. Cóż więc jest? Oto 
poeta musiał wprowadzić owego wieczora czy nocy Włocłia do 
pokojów królowój , gdyż u stóp to jój miał być Rizzio koniecznie 
zamordowany. Lecz zupełnie zaniedbał'* uzasadnić tój jego niespo- 
dziewanój bytności o tój porze w tóm miejscu; i cierpi na tóm 
budowa sztuki. — 

Weźmy innyprzykład.— Kiedy po zamordowaniu już Rizzia 
i po oddaleniu się jego zabójców, Marya omdlała odzyskuje przy- 



• 100 

tonino&ć i spostrzega przybyłego tymczasem do jój komnaty Bot- 
wela: wtedy rzuca się rozpaczliwie sama w jego objęcia — 

^0 niech teraz te światła, te pochodnie zgasną! 

Żeby mój wstyd ukryły... Kocham cię Botwelu! 

Nie jest to czas nkrywaó i taić uczucia, 

Rzucam się na twe łono, już jestem zgubiona""! 
To zwierzenie, które wśród takich okoliczności, tak bez ogródki 
czyni Marya Stuart kochankowi swojemu, zdaje się być oparte na 
głębokiój sfnajomości serca ludzkiego. I gdyby tak się rzeczy mia- 
ły, jak je sobie Botwel tłómaczy: 

mW dobrą trafiłem godzinę. 

Wieki trzebaby czekać na takie wyznanie , 

A teraz ją zdradziły rozpacz , obłąkanie^ .... 
zwierzenie to byłoby rzeczywiście , jak tam ktoś o tóm powiedział: 
^psychicznie uzasadnione!"^ Byłaby to wielka exkuza dla bohaterki 
dramatu, ie upada; i wielka zasługa poety, że tój sprawie taki 
dał obrót. Lecz to zwierzenie się królowój, jako i samo przyby- 
cie Botwela o tej porze w to miejsce, nie jest bynajmniej^ przy- 
padkowe. Wszakże on już poprzednio przez pazia królowój zOstał 
tu zawezwany na tę godzinę, na jój wyraźny rozkaz! (Obacz 
scenę n w akcie III.) Dalój Harya Stuart nie teraz dopiero 
rzuca się' w tę przepaść, w jaką się mis^a dla niój obrócić ta 
miłość ku Botwelowi , bo już w scenie poprzedniój (w scenie YII 
aktu II.) widzieliśmy ją, co się zowie, przygotowaną i zdecy- 
dowaną do tego kroku. 

^0 teraz przybądź do mnie! przybądź tu Botwelu! 

Przybądź! nie mam korony i nie mam pierścienia — 

Przybądź I już się nie lękam Boga i potwarzy,"" i t. d. 
A zatem, nie jestto bynajmniój następstwem okropnój do- 
piero chwili owój i ^rozpaczy"" i ^obłąkania,"" że się rzuca 
Marya sama w jego objęcia. Choćby bowiem te okropności wszy- 
stkie i nie były zaszły, choćby był Rizzio jeszcze przy życiu: to 
byłoby się stało i wtedy nawet tosamo. Bo i cóż byłaby powie- 
działa królowa Botwelowi przybywającemu do niój w nocnój po- 
rze i na jej własny rozkaz? — Podobno mniej więcej tosamo, 
GO i teraz z jój ust usłyszał! — 



101 

Albo cały ten pomysł (w akcie Y.) z ową lampą płonącą 
pned ołtarzem, którój Botwel koniecznie uparł się użyć do pod- 
palenia prochów pod Henrykiem Darniejem, ażeby go wysadzić 
w powietrze — . Marya Stuart wzdryga się na taką my&l &wię- 
tokradzką. Czyni, co tylko może, ażeby nie dopu&cić do tego. 
Cała scena dotycząca tćj chwili jest pełna wielkich wrażeń tra- 
gicznych. Jeżeli jednak rozważymy, że wszystek ten opór czynio- 
ny jest przez kobietę , która przed chwilą męża swego już własną 
ręką intencyjnie zamordowała, (boć wiedziała ona o tóm, że 
truciznę zabójczą, a nie napój usypiający leje w czarę podaną 
mu do wypicia, skoro konwulsyjnie drżała jój ręka w chwili, kie- 
dy ją do nićj wlewała ; skoro powiedziała wyrazy : 

-Przeprasza, jakby leżał w imiertelnój pościeli! 
Człowiek, co może jutra, jutra nie zobaczy, 
U stóp moich klęczący błaga przebaczenia**) i t. d. 
jeżeli mówię rozważymy, że taki potwór kol^iecy, jakim jest już 
Marya Stuart po owej piekielnój scenie w wiejskim domku mę- 
żowskim, wzbrania się teraz pozwolić lampy do podpalenia miny, 
gdyż to jest lampa święcona: — to wygląda to wszystko, jakby 
na puste tylko jakieś ceregiele 1 Tragiczność wrażeń na myśl taką 
ulatuje, a natomiast zostaje tylko niesmak i tóm większy wstręt 
do osoby, którój wyobrażenia okazują się tak anormalnie po- 
mieszane .... 

Owoż w takich to niedokładnościach kompozycyi upatruję 
ostateczną i najgłówniejszą przyczynę, dlaczego Marya Stuart 
zaspakajając w tylu najświetniejszych ustępach w tak wysokim 
stopniu wymagania artystyczne, nie czyni jednak zadość 
etycznym dzieła poetyckiego warunkom. ' Jeżeli w którem dzie- 
le , to w tój właśnie tragedyi uderza to ogólne spostrzeżenie co do 
natury całego sposobu, właściwego Słowackiemu w początkowych 
latach jego poetycki^ czynności, że bez porównania więcej jego 
jest rzeczą porywać, zadziwiać i zapalać wyobraźnię swego 
czytelnika czy widza, aniżeli umieć zająć myśl jego i prowadzić 
ją krok za krokiem, jak służebnicę woli swojój — do celu, o który 
chodzi. 



ROZDZUŁ CZWARTY. 

Dalszy ci^g rzeczy zaczętej w poprzedzaj ącym rozdziale. Niec(? o po- 
wieści poetyckiej jako now^j formie poezyi. 'Bielecki — Mnich — 
Arab — Żmija. Ogólny wniosek. Byronizm i jego ślady 
w poezyi polskiej. 

Reszta ówczesnych utworów Słowackiego, Jan Bielecki, Mnich, 
Arab, Żmija — wszystko to ujęte jest w formę tak zwanej po- 
wieści poetyckiej. Jesttó sci&Ie biorąc, mieszany rodzaj po- 
ezyi, w tym kształcie prawie zupełnie nieznany przed wystąpię-' 
nieiu aa początku tego wieku najcelniejszydi poetów angielskich. 
Za głównego twórcę tój formy uważać można najwłańciwiój Byro- 
na, który w tymto sposobie wykonał najznakomitsze swoje i naj- 
więcej europejskiego rozgłosu sprawiające utwory. Za tym przy- 
kładem rozeszła się wziętość powieści poetyckiej niebawem na 
wszystkie literatury postronne. Poeci polscy także ją przyswoili 
sobie niebawem. Oł>ok Mickiewicza Grażyny, była Mary a 
Malczeskiego pierwszym w literaturze naszój stanowczym przykła- 
dem tego rodzaju poezyi i służyć może za jeden z najdóskbnal- 
szydi wzorów kiedykolwiek wykonanych^ w tym kształcie. Prze- 
waża W nim oczywiście pierwiastek opowiadawczy i opiso- 
wy; to też przynależy forma rzeczona głównie dziedzinie Epiki. 
W gruncie rzeczy atoli poemat, o jakim mówimy, mało ma wspól- 
ności z naturą owych plastycznych, szerokióm korytem zwolna a 
majestatycznie się toczących kreacyi, jakich przykłady najwyda- 
tniejsze znajdujemy w rozległych epopejach starożytności, a prze- 
dewszystkiem w Iliadzie i Odyssei. Powieść poetyczna kipi spa- 
dzistóm łożyskiem, na spienionych falach, ujętych w wąslue ko- 



103 

ryto. Nie rozlewając się bynajmniej, jak tamte, na cały obszar 
przedmiotowego życia danój epoki, nie przywięznjąc żadnej wagi 
do wydiEitnego w rzeźbiarski sposób postaciowania szczegółów: pę- 
dzi ona 00 prędzój naprzód w ńlady za jednym tylko pnnktem, 
a tym punktem — osoba samego bołiatera. 

Na pozór wiele w tóm wszystkióm podobieństwa do toku, 
do rytmu dramatycznych kreacyi. Ale bo też je^t w tóm wszy- 
stkie i coś więcój, jak pozór. Jak się w dramacie przed oczyma 
naszemi zlewa zewnętrzno&d zdarzenia i wewnętrzno6ó 
nczncia (namiętność) w genezę czynu, wakcyą: — tak i w skład 
tój nowój, tej romantycznój formy epizmu wchodzi już cały za- 
sób artystycznych potęg liryki. Uczucia osobiste poety, jego smę- 
tnośó, żal, nienawiść, jego zwątpiałość i zrozpaczenie, jego zapał 
ożywczy, i miłość i ogień namiętny, słowem — co tylko wre na 
dnie własnego jego serca — wszystko to znajduje tu wyraz bez- 
pośredni i wplata się jak idealny duchowy wątek w materyalną 
osnowę przedmiotu pieśni. 

Utwór taki sprawia na słuchaczu wrażenie, jak kiedyby kto 
spoglądał na ruch przesuwających się widzeń wywołanych do ży- 
cia czarodziejskim pędzlem malarza, przy odgłosie jakiejś napo- 
wietrznej muzyki, która ten świat kolorów owiewa tonami i uzu- 
pełnia. 

To zespolenie dwóch odrębnych żywiołów poezyi tóm więcój 
jest wdzięczne i dla poety dogodne, że dozwala jego natchnieniu 
najzupełniejszój swobody. Wolno mu tu, kiedy zechce, spocząć 
na pewnym} Jistępie z całóm rozmiłowaniem w szczegółach fla- 
mandzkiego malarza; wolno mu znowu dawać się porwać pędo- 
wi, w którym całe partye obrazu zbywane być muszą kilku za- 
ledwo ogólnymi rysami. Wolno mu snować wątek powieści, jak 
kolój rzeczy wymaga; wolno mu zwikłać go nagle, urwać, rzucić 
zasłonę zagadki na najciekawsze ustępy, i zwracając wyobraźnię 
słuchacza ku innym ogniwom tego łańcucha zdarzeń, wprowadzać 
inne widoki, ażeby— niezadługo i te znowu porzucić. Słowem: im 
więcój rozmaitości, swobody i subjektywizmu autora w rzeczach 
tego rodzaju: tóm też więcej zwykle wrażenia. 

Talentowi Juliusza z samej natury rzeczy odpowiadał nąj- 



Id4 

wła&dwićj ten rodzaj pracy. Ptóby zastósowaiiia tej metody do 
utworów dramatycznych nie zawsze były na miejscu. Natomiast 
w poematach, o których rzecz obecnie, znalazł on się że talŁ po- 
wiem, na własnym grancie. To też bodaj które pomiędzy rychlej- 
szemi jego dziełami tak od razu trafiło do powszechnego czytają- 
cych smakn, jak Jan Bielecki, którego utworzenie przypada 
właśnie na tę przestrzeń czasu poirednią, jaka była pomiędzy 
napisaniem Mindowy a Maryi Stuart. — Lesław Łukaszewicz, 
autor znanego Rysu dziejów piśmiennictwa polskiego,^ 
jak wiadomo, nie był wielkim krytykiem; ale tóm pewniój zato 
znajdujemy w zdaniach jego o dziełach autorskich odgłos wyobra- 
żeń, jakie powszechnie popłacały naówczas pomiędzy czytających 
ogółem. Owoż w edycyi dziełka swego ogłoszonój we dwa. lata po 
śmierci poety (w edycyi z r. 1851), mówi Qn o Bieleckim w ta- 
kich wyrazach: „We wszystkiem, oo muza Słowackiego wyśpie- 
wała, znajdziesz ustępy piękne, a całość zawsze niesmaczną. Po- 
spolicie dziwaczy. Tylko powieść Jan Bielecki udała mu się.^ — 
Tosamo niemal donosił o tój powieści matce i sam poeta, a to 
zaraz po pierwszóm dzieł tych wyjściu z pod prasy. 

„Początek Jana Bieleckiego jest nie do rzeczy.*) Je- 
dnak Bielecki jest najwięcój chwalony przez wielką liczl)ę, 
której takiój cichój poezyi potrzeba^.... 

Równocześnie zdaje się ze słów powyższych i to zatem je- 
szcze wynikać, jakoby autor sam tak wielkiój wagi do tego swe- 
go utworu nie przywięzywał. Że przynajmniej stawiał Żmiję i ' 
Maryą Stuart o wiele wyżej: to nie podlega wątpliwości 
żadnój. 

Przedmiot poematu wzięty jest w części z kronik, w części 



*) Bzecijwiście wstęp ńo Bieleckiego jest niestosowny i bez ża- 
dnego związku z całością. Ale bo też^jestto ustęp późnićj dopiero 
doczepiony. Boć poemat sam pisany był jeszcze r. 1830 w Warsza- 
wie, a. wstęp jest daty o rok cały pÓźniejszćj. We wstępie są już 
zużytkowane wrażetaia, jakich doziwł autor 1831 r. w Londynie, kie- 
dy zwiedzał Westminster , z czego też potćm zdawał w takisam spo- 
sób sprawę matce listownie. Takie przystawki późniejssćj daty za- 
zwyczaj się nie udają. 



m 

z ustnej iradycyi, przywiązanej do głównych miejsc zdarzenia , A 
mianowicie do Brzeżan (w Galicyi wschodniej). 

Współczesny zdarzenia temu Bielski w Kronice Polskiój 
tyle o Bieleckim ^apisał, że kiedy w r. 1589 Tatarzy wwielkiój 
liczbie na Podole i Buś wtargnęli, plądrując z niezmierną szkodą 
dla okolicznych mieszkańców: zaszło z nimi kilka potyczek, mię- 
dzy któremi bitwa pod Baworowem była jedną ze znaczniejszych. 
Bitwy tój wprawdzie pohańcy nie wygrali , owszem od tój dopiero 
chwili Jęli ustępować''. Ustępowali wszelako z niemałą ilo&cią za- 
branego w niewolę ludu i szlachty. Z tych niektórzy złożywszy 
okup niemały, wyszli na wolność po niedługim czasie. „A Kory- 
cińskięgo — są słowa dziejopisa — Bielecki mając z nim z dawna 
przyjaźń, darmo puścjł. Był ten Bielecki Polak Lublinianin herbu 
Jamna, jedna się poturczył i przyjechał z Turek do Polski za 
króla Stefana, i tu chciał mieszkać; jedno że przecie swój wiary 
dej odstąpić nie chciał. Ejról Stefan chcąc go najwięcój do po- 
selstwa zatrzymać, żęto umiał język tatarski i turecki, nazna- 
czył mu był opatrzenie pewne na Podolu; ale król diJ, a pano- 
wie wzięli. O co rozgniewawszy się Bielecki, zbiegł do Tatar i 
Tatary na ojczyznę swą nawiódł.*' — 

^ ' Xiakonf czne wyrażenie Bielskiego: król dał, a panowie 
wzięli, uzupełnia cokolwiek podanie brzeżańskie. Przechowała 
się w nióm pamięć, że jeden z rodu, którego własnością niegdyś 
były Brzeżany, z rodu Sieniawskich , wioskę Bieleckiego gdzieś 
położoną w sąsiedztwie najechał, dworek szlachcica wraz z cha- 
tami włościan puścił w perzynę, a na ostatek całe to miejsce 
pługiem kazał zaorać i w puste pole zamienić. 

Taki więc był surowy materyał poematu. Zdarzenie to przed- 
stawiało różne strony, na których mogła była spocząć wyobraźnia 
poety. I tak ^ najbliższe może , co się tu nasuwało jako wdzięczny 
temat do obrobienia — byłato ta zagadkowa postać poturczonego 
Polaka na tle zygmuntowskiej epoki! Widzieliśmy zadni naszych 
kilka przykładów podobnój zamiany krzyża na księżyc, a poczci- 
wój nazwy polskiej na jakiegoś beja lub paszę. Ale to były ma- 
newra polityczne — komedye, dowodzące nibyto wielkiój dyplo- 
macyi i miłości ojczyzny u tych, co się na owe awantury puścilL ^ 
Tom I. 14 



ió6 

szczęść im tam Boże na tój drodze! Jeżeli jeszcze dzii my&lą, 
że nie popełnili wielkiej niedorzeczności , tóm lepiej dla nich. W 'wy- 
jątkowym naszóm położeniu dzisiejszem wszystko to jednak daje 
się, jeśli nie chwalić, to przynajmniej rozumieć. Ale wtedy! 
W czasach tak normalnych, takiej głębokiej wiary, w cza- 
sach gdzie sobie z religii jeszcze żartów robić nie pozwalano — 
byłto wypadek dziwnie nierymujący ze wszystkiem, na czim tyl- 
ko ta rzeczpospolita stała. Jakichże to chyba nadzwyczajnych po- 
trzeba było kolei losu, żeby się była mogła wyrobić taka osobi- 
stość, jak owa przez historyka odmalowana! Szlachcic polski — 
poturczony — wrócił do kraju — otrzymał od króla opatrzenie, 
jest wolny i niezawisły — i mimo tego nie chce czy nie może 
„złój wiary swojój odstąpić.* Ileż w tóm wszystkióm zagadek! 
Ile domysłów się tu nastręcza względem przeszłości Bieleckiego, 
względem jego związków z drugą ojczyzną, względem jego własnej 
indywidualności, czego wszystkiego historya wcale nie odsłoniła. 
Była wtedy w młodszóm gronie poetów naszych w ogóle wielka 
skłonność do obrabiania przedmiotów oryentalnych. Sam Słowacki 
hołdował tój skłonności. Otóż nastręczała się tu jedyna w swoim 
rodzaju sposobność uczynienia zadość temu pochopowi przejętemu 
od Byrona i Moofa, nie rozmijając się przeto z rzeczywistą tra- 
dycyą i narodową i nawet historyczną. 

Albo rzućmy okiem na inną stronę tejże tradycyi. Autor, 
któryby był obdarzony pewnym zmysłem dziejowym, któryby dla 
natchnienia swego szukał podstaw więcój przedmiotowych, byłby 
się tu uczepił tych słów kronikarza: Król dał, a panowie 
wzięli, i byłby podniósł głównie ów fałsz odwieczny w sto- 
sunku możnowładców dawnój Polski do braci młodszej, do szla- 
chty, która choć z prawa we wszystkióm niby równa magnatom, 
była w rzeczy samój jednak ciągle przez nich traktowana z od- 
trącającym lekceważeniem. Z tegoto fałszu wynikły u nas wszystkie 
klęski publiczne. Wszechwładność panów taka, jak była w da- 
wnej Polsce, nie byłaby mogła mieć miejsca, gdyby prawa im 
przynależne a prawa niższój szlachty były rozgraniczone. Rozgra- 
niczenia tego nie dopominali się możnowładcy, bo zagarniając przy 
każdój sposobności dla siebie wszystko, co się zwało wolnością 



107 

szlachty, więcej posiadali mocy, n\ibj im takowej była dać mo< 
gła mgdalej choćby posanięta fonua rządu oligarchiczna. Bozgra- 
niczeDia t^o nie zażądała i szlachta ^ bo jej milej było znosić i 
nadużycia, a chlubić się dogmatem że szlachcic, na zagrodzie ró- 
wny wojewodzie, aniżeli przyznfić, że ta równość — to tylko 
urojenie, i poprzestać n$K czómś skromniejszem. Ani tedy od je- 
dnych, ani od drugich nie wychodziła imcyatywa do ustanowienia 
stosunku, któryby kładł wreiszcie koniec temu systematycznemu 
przechytrzania się obu stanów. Zamęt pojęć , jaki w tęj mierze 
panowaf, zakończył się dla całego państwa — jego upadkiem, a 
nim jeszcze do tego przyszło, sprowadzał na osoby pojedyncze 
w ciągu wieków bardzo często katastrofy równie jaskrawe , cho- 
ciaż się takowe skrupiały tylko na nich samych i ich rodzinacL 
Przykładów takich dzieje dostarczają podostatkięm. Owoż i w tym 
razie z danego materyaiu dawała się wysnuć kreacya szerszych 
rozmiarów, rdzennie trafiająca w samo serce naszych instytucyi i 
obyczajów, w którój żyłyby i kipiały namiętności, może najdalej 
posunięte i najwięcój też tradycyjne ze wszystkich, jakie tylko 
były znane dawnemu społeczeństwu naszemu. 

Słowacki,- wierny stanowisku, jakie zajął w poezyi, szuka- 
jący wszędzie ideału wedle swego punktu widzenia , pochwycił rzecz 
z innój zupełnie strony. Jego fantazya zajęła się tu tylko wido- 
kiem walki jednego ze wszystkimi, widokiem krzywdy, ja- 
kiej doznaje od świata szlachetny, niewinny, słabszy... W całym 
szer^u ogniw, stanowiących łańcuch zdarzeń , jakie sobie wysnuć 
można z podania o Brzeżanach i o Bieleckim , poecie naszemu naj- 
poetyczniejszym się zdawał — nie tyle jeszcze ów pęd namiętny, 
stromą drogą prowadzący człowieka do zbrodni, byleby tylko się 
zemścić: ile ów nadmiar cierpień, dojmujących po zemście, już do- 
konanej a w taki sposób. Owoż to położenie tragiczne człowieka, 
który nawet po spłaceniu swej krzywdy widzi się pod stopami 
tryumfującej przemocy; ten żal do świata, że go tenże zmusił do 
czynów, których on sam nie może sobie przebaczyć ; to osamotnienie 
na świecie istoty, dla której ani za życia nie ma nigdzie miejsca po- 
między ludźmi, ani nawet po śmierci nie będzie kawałka ziemi 
na mogiłę — to były motiwa w calem onóm wydarzeniu dziejo- 



10Ś 

wóm, dla których zwrócił Słowacki na przedmiot ten nwagę. One 
też jedynie wprowadza w ramy obraza, wykluczając lustoryzm i 
wszystko inne, jako przybory obojętnój treści. 

„Co było w kraju? nie skreślę do razu. 

Jeden cień tylko maluję obrazu**... 
Oczywiście wypadło właśnie z tego powodu niejeden szczegół, 
ze strony surowego materyału podany, przekształcić inaczej, aby 
początki i powody katastrofy odpowiadały założeniu. Rozstęp mię- 
dzy opowieścią poety a podaniem polega głównie na "tem~," źe po- 
danie ukazuje w Bieleckim renegata już od pierwszej chwili jego 
powrotu do kraju; w poemacie zaś był on wprawdzie kiedyś za 
młodu w niewoli tureckiej ] ale wrócił z niej niestorczony. Dopie- 
ro późniój krzywda, jakiój od magnata doznaje, rzuca go na dro- 
\ gi zdrady kraju i wiary. — Wszystkie te premissa zresztą zby- 
wa autor jak najkrócej. Jestto dla niego tylko rusztowanie do 
budowy, którój ostateczne odsłonienie przypada na drugą dopiero 
połowę poematu. Ze słów urywkowych dowiadujemy się tedy w po- 
czątkowych pieśniach tyle jedynie o tern, że działo się to za pa- 
nowania króla Stefana. W brzeżańskim zamku żył możny, dumny 
starosta — mieszkanie jego przepychem nie ustępowało w niczem 
grodowi królów. Ale na czole magnata od niejakiego czasu zawi- 
sła chmura jakaś posępna. Jakaś skryta troska dręczyła go taje- 
mnie , pomimo skarbów i włości i tłumu sług i tej szaty złocistej, 
w którój jaśniał. Od tygodnia poczęły się do zamku jego nieusta- 
jące zjazdy ... W komnatach jego gościnność i uprzejmość i bie- 
siady huczne. Znikła z groźnego możnowładcy oblicza zwyczajna 
duma. Otworzył na oścież serce dla okolicznój szlachty i karmi 
ją i poi i schlebia chodopachołkom. Pozwala się rozlegać fb do- 
mu swoim swobodnie hucznemu gości swoich gwarowi. Po tygo- 
dniu takowój uprzejmości wypływa wreszcie oliwa na wierzch. 

,)Hój! szlachta znacie Bieleckiego Jana? — 

Dawniej w niewoli gnił u Bisnrmana, 

A dziś się z pany w jednym stawi rzędzie, 

Jak król udzielny w darowanój grzędzie... 

A kiedy zamki walą się pod gromem: 

On podparł domu walące się ściany 



10f9 

I tak spokojnie między uiemi żyje 

I tak Bzczęiliwy, że nad jego domem 

Co wiosny bocian nowe gniazdo wije..«. 
Z dalszój mowy wynika, że ten więc szlachcic podły, jak 
n\ę starosta o Bieleckim wyraża, miał z nim jakąi zwadę i wy- 
toczył sprawę przed króla. 

„I jam był winien, winien był Sieniawskil! — 

I oko w oko przed króla obliczem 

Widziałem wroga!.. Nie próżno przychodził: 

Król go pochwalił, zachęcił, nagrodził; 

Nie spojrzał na mnie i odprawił z Biczom 1 . . . " 
Przy łaskawej pomocy życzliwój braci , która właśnie spija wino 
starosty, znajdą się jeszcze jednak sposoby powetowania tej krzywdy... 

^0! dzisiaj ptaka ja wypłoszę z gniazda 

Jękiem i dymem, iskrami płomieni!... 

Bracia — noc widna! niedaleka jazda! 

Słyszałem, dzisiaj Bielecki się żeni; 

Nim wróci, niech mi Pan Bóg dopomoże. 

Dom zrzucę, spalę, grant domu zaorzę^... 
Temu wezwaniu okazuje się zgromadzona szlachta powolną: 

^Miodem i winem i ucztą zagrzany 

Tłum szlachty powstał z ochotnym oklaskiem — 

Już most zwodowy pod kopy ty dzwoni". — 
W drugiój pieini przenosi nas autor w wnętrze kościoła. 
Rzecz się dzieje w Brzeżanach. Dla dopełnienia obrzędu ślubnego, 
staje tu przed ołtarzem Bielecki, Anna i cały orszak weselny: 
tymczasem dom pana młodego — w niedalekiej odległości od 
BrAżan — prawie wyludniony z mieszkańców, nie ma nikogo, 
eoby go bronił przed tą hałastrą, niosącą mu jmiszczenie. Ta 
napaśó nie wchodzi tu w ramy obrazu. Jesteśmy świadkagii tyl- 
ko sceny ślubnój, która zresztą, równie jak poprzednie ustępy, 
zbyta jest ogólnymi tylko rysami. Tak młodożeniec, jak panna 
młoda — ' sąto jeszcze tylko typy powszechne. Do wnętrza ich serc 
nie zazieramy. Co tu o nich słyszymy, ściąga się więcej do ich 
powierzchowności, do ich ubioru, do 4)rszaku, który im towarzy- 
szy. Nawet ich uczucia są tylko zwyczajnym w razach podobnych 



f^ 



lip 

nastrojem doazy. Gdyby nie te kilka Asozegótow, które urywkowo 
w poprzedzającej pieini rzucił był o Bieleckim starosta, to boha- 
ter poematu byłby dla nas człowiekiem . zupełnie nieznajomym, 
diociaź; go w tym ustępie mamy tak blisko przed ^bi|.— Podobnie 
urywkowo opowiedziane jest i przybycie młodożeńców do domu 
Bieleckiego. Domu tego -już nie znajdują. W miejscu, gdzie przed 
kilku jeszcze dniami był dwór i wioska, znajdują tylko rolę &wfe- 
żą zaoraną i głuchoń(^^ Cała ta więc .sytuaeya znowuż naznaczona 
tylko kilku rysami Zdaje* się, jakby poeta słów żałował dla 
wszystkiego , co go dopiero prowadzi do właieiwego tem&tu. Nawet 
burza uczuć, obudzonych w bohaterze poematu tą dojmującą krzy- 
wdą, zbyta jest cała w tych- kilku wierszach: 

^Patrzą, nie wierzą... Sam Jan staje, słucha, 

Blednieje — nagle z tłumu się wyrywa, 

A w tłumie była ci<Aoió straszna, głucha. 

Wkrótce Jan wrócił — prędko jak błysk gromu 

Stanął przed ioną obłąkany, blady. 

Na jego szatach widać krwawe ilady... 

— ^Anno,^ rzekł, ^ Anno wracaj! nie mam domu! 

Nie wrócę z tobą, obelga dotkliwa!' 

Zniósłbym nieszczęńcie , lecz nie zniosę sromu. 

Już mnie domowe szczęście nie omami: 

Wracaj o Anno! ty l>ędzie8Z ą^zęśliwa, 

W twojóm objęciu zalałbym się łzami. 
• Ja nie mam domu!...^ Zadrżał i spiął konia, 

I jak wiatr szybko poleciał przez błonia''. 
I oto już wszystko, co o tern mówi poeta. 

Odtąd Bielecki zupełnie znika ze ^eny. Przez niemały Utesu 
przeciąg ani wie&ci, co się z nim dzieje. Żona po nim już przy- 
wdziana żałobę... Ody wtóm nagle zapowiada się znowu bliska 
jego w stronach owych obecność przez owo tajemnicze zlecenie 
przysłane Annie, ażeby się i ona także znalazła na balu masko- 
wym, który wyprawia w zamku swoim starosta. 

Na tymtp balu — w przedostatniój pieśni — przychodzi do- 
piero do takich zdarzeń, że ów aż dotąd dla nas prawie niezna- 
jomy staje się nieprawdę najwydatniejszą postacią poematu. Tu 



111 

dopiero odsłania się w nim typ tego demonizma, tćf dzielności 
pchniętej na pnepa&cisle' śźlaEi źaguby,' o którSj wizerunek je- 
dynie chodziło autorowi. — Jakich . przejtó w usposobienia duszy 
trzeba było, ażeby z normalnego człowieka przedzierzgnąć się 
w podobnego demona, tego poemat nie odsłania. Ani riowa na- 
wet o tóm, co się zewnętrznie działo z Bieleckim od chwili, 
gdzie&my go stracili z oczu. Ale wynagradza nas za to poeta go- 
towym widokiem tego, czćm on jest teraz, kiedy znowu staje 
przed nami. Cała postać Bieleckiego tak jest zmieniona, '£e za. 
pierwszóm spojrzeniem własna żona go nie poznaje. Podobne prze- 
istoczenie zaszło i w zewnętrznych jego stosunkach. Pokazuje się 
ł)owiem, że aby wywrztó zemstę na magnacie, który go skrzy- 
wdził, człowiek ten wyparł się wiary, ojczyzny i przeszedł na stro- 
nę najż^ętszych jej nieprzyjaciół. Zbratawszy się z Tatarami, 

„Czoła złocistym przysłonił turbanem 
I wiarę złotym księżycem naznaczył." 

Po takim czynie, jako wódz^rdy pohańców, naprowadził na 
Polskę zi^on tatarski. Nie wahał się spławić we krwi tysiąca 
chat i dworków', których mieszkańcy nie zawinili mu w niczóm, 
byleby tylko zawisł ten pioriin zagłady i po nad zamkiem starosty. 
I owoi woli j^o dzieje się zadoić. Znienacka, kiedy się w gro- 
dzie brzeżańskim sproszeni goście bawią w najlepsze, zalały tłu- 
my najezdoów wszystkie sienie i komnaty zamkowe. Bielecki 

„Leci na czele i służbę pom^a,. 

Nikogo dotąd uderzyć nie raczył, 

Miecz j^o w pochwach — on wzrokiem żaby a! 

Już wpadł do sali, zaraz za nim w ślady 

Straszny wiatr zawył na ściany zanikowe, 

Światła zadrżały, zgasły ^ tylko blady 

Świecił się promień lamp w alabastrowe 

Ukrytych głazy... Wpadł jak śmierci. mara 

I wyjście mnogą wartą zabezpiecza.... 

Pan Brzeżan z mieczem stał w obec Tatara. 

Błysnęły szabli obrazy . święcone , 

I padł starosta na twarde granity. — 



112 

ZtAmiai aię Tatar. •• imiechem obadzone 
Zabrzmiało ecbo — był to jęk kobiety".,. 

At dotąd zdrada i luiciiroić wiodły iśieleckiego do celu jak- 
by po drodze różami tylko usłanej. Dosięgnął pragaień swoich 
nakomec. Widzi dumę, która zniazczyła całe szczę&cie jego na 
ziemi, powaloną u stóp swoicłi i skarconą strasznie. Nie będzie 
już ten magnat nikogo krzywdził na świecie I I pierwszy Iiaust 
z podanego do ust zemsty puharu zdawał się słodki. Ale słody- 
cze takich upojeń prędko się przemieniają w truciznę. Na najwyż- 
szym zenicie swoim Bielecki słyszy jęk , jak echo złowieszcze czy- 
nu, którego się dopuścił. Ten jęk przyzywa go do iwiadomoici — 
powiada mu, co uczynił. Ten jęk najdroższej mu na ziemi istoty 
staje się dla niego luisłem cierpień stokroć dotkliwszych, aniżeli 
kfóywdy, które aż dotąd ód drugich znosił. Własne sumienie się 
w nim odzywa i mówi mu, że taka zemsta — ' to sromota, to 
dopiero ze wszystkich upokorzeń — największe ! Teraz dopiero ów 
▼róg jego, nibyto zwyciężony, rzucił go pod stopy swoje — na 
wieki I Dotąd miał on do czynienia z nim jednym tylko *. od tój 
chwili obraca się przeciwko niemu cała ojczyzna, koicioł, rodzina 
własna. "Komu tylko miła cześć prawa, komu tylko święte, co 
jest świętością, gardzi nim i odtrąca od siebie. Jest wymazanym 
z liczby synów ziemi, co go zrodziła. Ze społeczności kościoła 
wyrzuca go klątwa biskupia. Rozbudza się w winowajcy bolesna, 
niczćm nie zagłuszona świadomość zbrodniarza, wywołańca. A mi- 
mo tego, nie przestcK on jednak należeć sercem do tych wszy- 
stkich, którzy go odtrącają — gdyż żyć po za ich sferą nie może I 

Cała ostatnia część poematu, zawierająca w sobie ten obraz 
cierpień człowieka odepchniętego t>ezIitośnie przez całe społeczeń- 
stwo, wykonana jest z taką siłą uczucia, z taką głęboką prawdą 
poezyi, że śmiało ją stawić można na równi z celniejszemi pię- 
knościami naszój literatury. Szczególnie zaś podnosi wartość rze- 
czonego ustępu idealna postać Anny, z dziwnym urokiem stawio- 
na na samym przedzie obrazu w pieśni ostatniój. Jestto niejako 
kontrast serca, przeciwstawionego bezduszności instytucyi, zdol* 
nych tylko potępiać bezwarunkowo. W osobie Anny wcielił poeta 
całe współczucie i że tak powiem, solidarność swoje z tym posę- 



113 

{myn ideiUem , jaki sobie w postaci Bieleckiego wymarzył. , AnnA 
bynajmniej nie tai tego przed sobą, że czyny jćj męża są wobec 
ludzi i Boga występne wielce i grzeszne. Z jękiem rozpaczy, 
mdlejąca, ujrzała go idącego po tój drodze zbrodniczej* Ale ta 
kobieta ma serce ! Przyznając zbrodnię , umie ona wniji&ć i w po- 
budki takowej. Odgaduje kohłecznol<5 , która jij męża skłoniła do 
fiowzięcia takiego postanowienia. Lituje się nad nim i w jego 
upadku,- jako go miłowała za, dni szczęśliwszych. Słowem: Anna 
rozumie Jana. To też porzaca bez wahania i dom rodzicielski i 
kraj ojczysty, byle tylko nie opuścić opuszczonego przez wszy- 
stkiclL I towarzyszy mu wiernie przez całą jego wędrówkę aż do 
samój godziny zgonu. A kiedy mu Awiat na ostatek i grobu na- 
wet w nielito^i swojój odmawia, onato słabemi dłońmi swojemi 
grzebie dla niego mogiłę. I czując wźród tój ostatniój posługi, si- 
ły coraz bardziój mdlejące, nadaremnie do drzwi cerkiewnych po- 
wtarzając stukanie, ażeby Bóg się zmiłował, kiedy ludzie nie 
mają dla niój litości: niknie biedna z wysilenia nad grobem — 
niedokopanym ! Gaśnie w niemej boleści zwolna, Jako w Bogu 
tonące modły — jako daleki śpi^w", i usypia przy zwłokach mę- 
ża — na wieki.,. 

Najpiękniejszy ten ustęp na samym końcu powieści — miała 
to być ze strony poezyi niejako rehabilitacya człowieka, którego 
twardy porządek ziemski potępił nazwiskiem zdrajcy, a nad któ- 
i^m anioł boży w postaci kobiety owej — zapłakał. I te łzy czy- ^ 
ste miłości i zlitowania tak zaważyły na szali onego żywota, do 
połowy złożonego z przestępstw, a do drugiej połowy z cierpień, 
że i my potomni sympatyzujemy ostatecznie z bohaterem tój sta- 
ropolskiój tradycyi. 

Jeżeli jednak z nim sympatyzujemy, to tylko pod następu- 
jącym zastrzeżeniem. Widzę się tu zmuszonym przypomnieć, co 
się już wyżej powiedziało w ogóle o formie powieści poetyckiój, 
że wielką w niej odgrywa rolę owa urywkowość i epizodyczność, 
pozwalająca autorowi dobrą część swego zadania co krok pozo* 
stawiać własnemu domysłowi czytającego. Owoż i w tym razie od 
czytelnika to jedynie zależy, zapełnić sobie własną wyobraźnią tę 
przerwę, jaka przypada na środek poematu, kiedy to Bieleckiego 

Tom L 18 



114 

po zmEZCZ^jnn jego wioski z oczu tracimy, aż do powtórnego jego 
wystąpienia na scenę, w roli przywódcy Tatarów. Doznana ze 
strony starosty obelga i krzywda, a przy niej i ogołocenie z ca- 
łego mienia, jak są opowiedziane przez autora, mogły wprawdzie 
i musiały zrodzić w sercu szlachcica namiętne pragnienie zemsty. 
Jednakże dalekie to wszystko jeszcze jest od jaskrawości pobu- 
dek, jakieby zajść musiały, zanimby się człowiek w położeniu 
Bieleckiego ówczesnóm puścił na takie drogi zapamiętałej żądzy 
odwetu! Wyprzóć się wiary ojców swoich i nie tylko zapomnieć 
0^ ojczyźnie, ale ją jeszcze spławić w powodzi krw'i niewinnej — 
to śą' rzeczy, o które się nie tak łatwo pokusić. Łatwiej to wszy- 
stko pomyśleć i zamierzyć, aniżeli wykonać. Prędzej się kto od- 
waży na wszelką inną zbrodnię^ choćby największą, choćby naj- 
przeciwniejszą naturze ludzkiój , niżeli na to. Doprowadzenie rze- 
czy takiój do końca jest wynikiem długiego pasma planów i środ- 
ków i obmyślonych sposobów, które potrzebują dla siebie i czasu 
długiego, zanim zrodzą ostateczny swój owoc. Owoż właśnie z tego 
powodu szał namiętny, któryby pchnął kogoś na razie ku stronie 
takiego postanowienia , sto razy tymczasem by się ulotnił ł ostygł, 
zanimby dzieło doszło do skutku. 

Jeżeli zatem patrzymy na Bieleckiego i w tój jeszcze chwili 
jego zawodu z pewną wiarą w prawdę poezyi: to chyba już je- 
dynie dlatego, ponieważ wych^odzim z przypuszczenia, iż nie zale- 
żało na tóm autorowi , żeby przedeptać , że tak powiem , krok za 
krokiem tę całą przestrzeń, jaka człowieka dzieli od normalnego 
usposobienia aż do najwyższej burzy wszelkich żywiołów w jego 
jestestwie. Wyobrażamy sobie na przykład, że się Bielecki po- 
przednio w inny sposób i niejednokrotnie kusił o dokonanie zem- 
sty; że wszystkie jogo usiłowania wywarcia jój w granicach, że 
tak powiem, względnie godziwych, były wobec przemocy, wobec 
przezorności magnata nadaremne; przypuszczamy, że tymczasem 
mogła i niejedna nowa obraza zajść ze strony tryumfującego mo- 
żnowładcy, która serce szlachcica już i bez tego zranione, tóm 
zapamiętalszym bólem porwała... Słowem poddajemy się wraże- 
niu, jakbyśmy słyszeli z ust poety, że on tę całą lokale pośre- 
dnich pobudek, 2^ażegających coraz silniój, wiodących coraz nie- 



115 

I aohronniej człowieka do ostateczności, otwiera dla naszej wyobra- 
źni,' ale zakrywa dla oczu naszych, i że im ukazuje wtedy dopie- 
ro znowu swego człowieka , kiedy ten stanął już na samym szczy- 
cie tego szału i opętania, które jak ogień piekący ppzbawia go 
odpowiedzialności za wszystko, co przedsiębierze w tym stanie... 



Rzecz o Kniehu i Arabie zbędziemy krótko. Sąto utwory 
joż z tego powodu mni§ znaczenia mające, że były tylko od- 
biciem wrażeń wzbudzonych obcem natchnieniem. Rozczytywanie 
dzieł poetów angielskich a mianowicie Moora i Byrona, których 
fantazya lubiła się zasilać zasobami wschodniego świata, poddido 
Słowackiemu myśl przeniesienia i swoich także ideałów na tło 
stosunków oryentalnych , chociaż ich wtedy nie znał jeszcze ina- 
tzej, jak tylko z książek. Utworzenie obu poematów było prze- 
dzielone pracą nad innemi rzeczami. Mnich powstał przed Bie- 
leckim, zaraz po ukończeniu Mindowy. A Arab należy do płodów 
najpóźniejszych w obu tych tomach, gdyż tylko Żmija jest jeszcze 
późniejszej daty. Rzecz dziwna, że wartość tych dwóch oryental- 
nych powieści, nieskończenie nierówna, ma się w odwrotnym 
właśnie stosunku do czasów, w których jedno i drugie powstało. 
Arab, pomimo wybornego wiersza i wszystkiego, coby rzóc mo- 
żna na pochwałę o jego zewnętrznój formie, jestto prawdziwy 
lapsus ingenii ; podczas gdy Mnich , pominąwszy pewne nieprawdo- 
podoT)ieństwa w szczegółach, poniekąd wytrzymuje krytykę. 

Głównym tematem jest i tutaj odstępstwo wiary i tradycyi 
ojczystej. Szczególna rzecz, że ta właśnie materya tak często 
zaprzątała wtedy wyobraźnię młodego poety. Między siedmiu jego 
pracami objętemi w obu tych tomach , cztóry obracają się właśnie 
około tego motiwu. Mindowe zmienia religią z rachuby i nieszcze- 
rze. Bielecki z konieczności. Żmija udaje chrzieścijanina z powodu 
przypadkowych okoliczności. Jeden tylko Mnich zostaje apostatą 
z całą wiarą, że dokonywa zmiany na lepsze, i czyni to zwolnój 
woli. Są zatóm, jak widzimy, pewne odcienie w szczegółowym 
przeprowadzeniu tój myśli; ale grunt rzeczy jest zawsze jeden i 



116 

następstwa czynu tesame. Prowadzi to zawsze^ do osamotnienia 
jedńÓBtkf nk tl& tatłój reszty sobie podobnych i do nieuchronnej 
walki z ogółem, ani zdolnym zrozumieć pobudek tój apostazyi, 
ani też skłonnym do przebaczenia takowej. Ta kolizya była tedy 
ciągłym przedmiotem rozmyślań Słowackiego przed rokiem 1831... 
Poeta stawia przed nami zakonnika jakiegoś w klasztorze na 
górze Synai, zdającego spowiedź z całego iycia, spowiedź osta- 
tnią, gdyż wątek życia tego człowieka właśnie się kończy. Mło- 
dość jego, pełna świetności, nie taki zapowiadała mu koniec. Syn 
zwierzclmika jednego z najdzielniejszych pokoleń arabskich, przy? 
wodził i sam za młodu nieraz w napadach na karawany. 
„Niegdyś na czele pokolenia ludu 
Scigidem w piaskach z płócien miasta błędne*^.' 

Nie chodziło mu przy tern bynajmniej o zdobycz, o po- 
mnażanie skarbów dziedzicznych. Szukał niebezpieczeństw, bo 
gardził spokojem życia. Walki miały dla niego urok , bez względu 
na to, jaki ich skutek. Przygody j trudy, niewczasy były potrze- 
bą jego ducha. 

„Niegdyś szczęśliwy wśród nędzy i trudu. 
Pogardy okiem patrzałem na nędzę '*... 



„Marzyła dusza!... Ileż razy w spieki 
Ścigałem w stepach znikome obrazy '^.. 

Gdy więc tak często bez celu zapędzał się ten młody Arab 
w stepy bezludne, zdawało mu się razu jednego y jakby słyszał 
jakieś przeciągłe a melodyjne tony, które mu z daleka wiatr za- 
chodni przynosił. 

„Wypuszczam konia i gonię za śpiewem; 

Śpiew ten brzmiał w niebie, na ziemi, dokoła — 

Góraz doganiam wyraźniejsze tony, 

Wkrótce ujrzałem złoty krzyż kościoła: 

Tym smutnym śpiewem brzmiały wasze dzwony.** 

Prześliczne jest miejsce, gdzie dziki ten syn pustyni opisuje 
^•rwflze wrażenie , jakiego doznał za wnijściem do chrześcijański^ 
iwiątnicy: 



tl7 

^Wchodzę — stanąłem przy ciemnym filarze, 
W oczach się lśniły złociste ołtarze, 
Wyście śpiewali i światła palili. 
Sdana jak niebo gwiazdami okryta; 
Każda kolumna jak palma stepowt,' 
A na jćj 'czole złoty liść rozkwita, 
A pod jej stopą skała marmurowa. 
Promień z barwionych bijąc szyb kościc^a, 
Niósł z sobą obraz na szkle malowany, 
A potem w dymie kadzideł zbłąkany, 
W mglistych błękitach utworzył anioła. 
Nie znałem wówczas sztuki malowidła. 
Widziałem tylko, że anioł nade mną 
Roztaczf^ złotem malowane skrzydła, 
Spływał i patrzał w duszę moją ciemną**...* 

Wrażenia te tak silnie wstrząsnęły duszą Araba, że porzu- 
cił wiarę ojców i został chrześcijaiuuem. 

^ \,Ty mówisz, mnichu, że to dzieło cnotj^? — 
Ale Bóg ciężką zesłał na mnie karę! 
Dni moje gorzkie zatruły zgryzoty: ^ 
Wszyscy odbiegli, bracia się zaparli, 
Sam ojciec przeklął: — ^Idź wyrodne dziecię! 
Idz w świat! i zostań sam jeden na świecie^**... 

Ta klątwa ojca spełniła się dosłownie. Młody renegat, ode- 
pchnięty i nienawistnie prześladowany przez swoich, ziścił nawet 
sam owo straszne przeldeństwo. Zaczepiony przez brata, zabił go, 
nie wiedząc w chwili czynu, komu śmiertelną ranę zadaje. Na- 
padnięty potem przez ojca, uszedł wprawdzie przed jego gniewem 
i przywdziawszy habit zakonny, zagrzebał się w owym samotnym 
klasztorze. Lecz i tam dosięgła go fatalna siła przekleństwa. Prsy 
odpieraniu napadu jiAiejś tłuszczy Aral)ów, którzy w nocy, znie- 
nacka, uderzyli na klasztor, żeby go złupió, jegoto oręż powalił 
tri^lfp herszta owego tłumu. Klasztor został ocalony, ale się oka- 
aało, że tym hersztem — był jogo ojciec... 

Tak więc (nie przeczę, że wielkiw kontem podobi<^twa do 



118 

prawdy!) jaga własna ręka spełniła w całćj grozie owę klątwę oj- 
cowską. 

^I pokolenie płacze- po swym królu; 

A jam ostatni z królów pokolenia, 

Jako pszczół giatka, gdy w wymarłym ula 

Siedzi posępna nad córek grobami, 

I sama szuka grobowego cienia.^ 
Mógłby teraz zażywać spokoju, kiedy wyginęli jut wszyscy, 
którzy mu go zamącali, gdyby,., nie własne jego serce! Onoto 
zaczyna się teraz domagać pray swoich, których zaspokoić nic 
nie potrafi na ziemi. Świat nowy, w który przeszedł , murem opa- 
sany klasztornym, nie odpowiada jego pragnieniom, nie czyni za- 
dość jego ideałom, i nie może być jego światem! Takie życie, 
to śmierć przed zgonem, to martwość! Pod kapturem zakonnym 

„Myśl moja wyschła, jak źródło stepowe, 

Ja sam jak palma usycham i więdnę^... 
Nawet pacierze tych ludzi, których już widzi w myśli snu- 
jących się około trumny, w której go zamkną, gdy umrze: — 
martwe to modły, zimna to boleść! 

„Niosą kir, kobierce 

I światła w rękach i zakryte czoła; 

Modlą się za mnie — lecz nawet pozoru 

Nie ma boleści ! . . . Zimne mnicha serce 

I modły zimne jak mury klasztoru !'^ 
Domierza tedy życia/ w chrześcijańskim klasztorze, ale wi- 
dzi się w nim jakby wygnańcem z innego świata, jakby obcym 
pośród obcych. A tamten świat, do którego myślą powraca „cho- 
ciaż łza jego, pamięć przodków plami:^ już się także 
odsunął od niego przepaścią nieprzebytą na wieki! Ani więc tu, 
ani tam — nigdzie — nie ma dla niego miejsca ! Żył samotnie — 
umiera z uczuciem opuszczonego przez wszystkich, z wiedzą, że 
i za grobem nie znajdzie swojej sfery. Żałuje przeszłości, którą 
zmamow;ał, rozpacza o przyszłości, której nie zasłużył. Ostatnia 
jego wola zaleca, aby mu wykopano gdzie na samotnych stepach 
grot)owiec, wśród jakiej kwietnój oazy, gdzie może drzewa czul- 
sze będą, niżeli serca ludzkie. 



m 

l)rngi poemat, zatjtdoiRrany Arab, nwaiam ta poroniooy 
płód excentryczn6j . . . mizantropii raczej; 'aniiellfaritazyi; "Sło- 
wacki tak 8ię wżył" w ten świat ideałów ujemnych , ii mu się 
udawało, ie doić nienji w ten ton nienstająoój zwady z całym 
rodem człowieczym, żeby zagrać melodyą, icby stworzyć poemat. 
Przesuwa tu przed oczyma naszemi wichrzącego, jak uragan 
stepowy, nie człowieka, ale demona jakiegoS, którego przeszłość 
zgoła niewiadoma, a tómsamóm i powody całój jego w^iekłoici 
zwrSconej przeciwko ludziom. ITTe znam żadnego dżieSa, nletylka 
Sfbwackiego', ale w całej literaturze, naszój i postronych, w któ- 
r^mby treść całij owój wtedy przez niego wyznawanój doktryny 
była wypowiedziana tak wręcz i l)ez żadnej ogródki, jak właśnie 
w tym poemacie. Jestto najlepsza satyra, jaką dla zdyskredyto- 
wania stanowiska takowego tylko było można napisać. Sądzi się 
sama i nie ma potrzeby dłużój się nad tą rzeczą rozwodzić. 



Przystępuję do ostatniego z utworów, które zamierzyłem ro- 
zebrać w tym rozdziale, ^0 Żmii; i zdaje mi się że się nie roz- 
minę z przekonaniem ludzi mających zdrowe zdanie o tego ro- 
dzaju rzeczach, jeżeli powiem, że ten oryentalno- ukraińsko -hi- 
storyczno - fantastyczny poemat o sześciu pieśniach nie tylko z wyż- 
szego, to jest etycznego punktu widzenia, ale nawet i pod wzglę- 
dem artystycznym uważać trzeba za pracę, która się zupełnie nie 
ndała^ autorowi. Pozostawia ona przy czytaniu niesmak jakiś 
,wielce niemiły, którego powody zdaje mi się, nie polegają jedy- 
nie na zbyt rażących nieprawdopodobieństwach, jakie się tu spo- 
tykają , ale jeszcze i na czómś więcój. Autor sądził o tóm wszy- 
skióm inaczój. Nazwał utwór ten romansem poetycznym 
z podań ukraińskich i zamieścił go na samom czele tomu 
pierwszego w przekonaniu, że to jest najdoskonalsze dzieło j^o 
ze wszystkich, które wtedy ogłaszał. Oto, cowtój mierze pisał do 
matki, która jak się zdaje musiała była w ogóle zrobić jakąś 
mniój korzystną uwagę o budowie niektórych jego utworów. 

^Zdanie Mamy jest zupełnie słuszne; ale przeczuwam, 
że postrzegany przez Mamę" brak w całościach jest skutkiem 



120 

rozpierzchłych pie&ni Żmii. Muszę vięc ta wam wyzna-, łe 
ten nieporządek w akładzie jest koniecznym , te Żmija zda- 
niem mojćm i wszystkich jest najdoskonalszym z moich po- 
ematów. 'JM«i z najsławniejszych naszych krytyków {?). po- 
Wl0dztał o mme przeczytawszy Żmiję, że oały naród oiył ' 
^ w pieńni; te tam, gdzie inni z murów cegiełki dobywali, ja 
całe mury wzniosłem. Cieszy mnie, że Żmiję wszyscy znaj- 
dują najlepszym, bo to jest mój ostatni poemat; widać więc, 
że postępuję i kształcę się^. (dnia 30 lipca 1832 z Paryża). 

Ta wzmianka o zdaniu owego „najsławniejszego z krytyków" 
dostarcza tylko jednego przykładu więcój na to, że jeżeli w in- 
nych literaturach krytyka jest wielką dźwignią i dla powodzenia 
pisarzów i do kierowania smakiem czytającego ogółu: — ^ u nas 
rzecz się ma wcale przeciwnie. Tak zwani krytycy nasi — z ma- 
łym wyjątkiem, począwszy od pierwszych czasów, gdzie się zja- 
wili — uczynili wszystko , żeby *iedyś powiedziała o nich ta karta 
dziejów literatury, która tę sprawę podniesie, że gdyby autoro- 
wie i zdrowa częśó społeczeństwa byli poszli za nimi: byłoby się 
wreszcie skończyło na tem, że u nas czarne byłoby białóm, ro- 
zumne niedorzecznóm , chorobliwe szczytnom, oklepane jedynie 
uprawnionóm i t. d. Dałaby się z tego textu napisać bardzo cie- 
kawa monografia i warto, żeby się kiedy kto zajął tym przed- 
miotem. Bajka Krasickiego o Młynarzu, synu jego i ośle mogła- 
by tu służyć za illustracyą do każdój karty; i wyszłyby na wierzch 
rezultaty zabawne i ciekawe, choć niekoniecznie pochlebne, atom 
mniój budujące... Go się tyczy autora Żmii, snąć go łudziła albo 
ta okoliczność, że było to najmłodsze dziecię jego ducha, albo 
mu też może to pochlebiało, że cała osnowa tego poematu by- 
ła jego własnój inwencyi. W notach dodanych na końcu poe- 
matu wyraźnie zwraca też autor na to uwagę, że „romans tu 
tunieszczony jest prawie zupełnie utworem imaginacyi.** Z dal- 
szych' słów wynika, że wszystko, co przejął gotowego z podań 
przeszłości do ułożenia sobie tak rozległego przedmiotu, ograni- 
czało się do następujących bardzo mało ważnych punktów oparcia. 
Jest gdzieś na Ukrainie wał ogromny, nazywany przez lud wa- 
łem Żuui; ten zaś zdaniem niektórych miał być jednym z pierw- 
szych i najdawniejszych wodzów Zaporoża... Wiadomą dalój 



jest rzeczą, ie Kozacy na łodziach swoich, które nazywali czaj- 
kami, podejmowali nieraz dalekie wyprawy morskie, i czasem 
zapędzali się aż pod miiry samego Garogrodu. Oprócz tego jest 
znowa wzmianka w którymś pamiętniku polskim, że razu pe- 
wnego został jakiś Basza turecki wzięty w niewolę przez Ko- 
zaków i był trzymany na pośmiewisko w klatce, jak drugi Baja- 
zet . . . Nakoniec opowiada Beauplan w znanym swoim opisie Ukra- 
iny sposób, w jaki Kozacy i Tatarzy polować byli zwykli na 
sumaka. Tenże pisarz wspomina też o jakichś ruinach zamku, 
wzniesionego niegdyś wysoko po qad wodą na jednej z wysp dnie- 
prowych. I oto już wszystko, z czego samemu dopiero wypadło 
autorowi dosnuć sobie reszty osnowy dla zapełnienia poenxatu o 
sześciu pieśniach. Nie bywszy. zresztą sam nigdy ani w okolicach 
nad Dnieprem, ani też w krajach tureckich, któreto światy 
obydwa służą tu na przemian za scenę zdarzeń, zmuszony był 
puśció wodze fantazyi i ledwie śię tedy owędy wiadomościami 
z dmgiój ręki zasilał, jakich ma dostarczali Beauplan, Grądzki, 
Zaleski, Goszczyński, a głównie poeci angielscy, malujący oryen- 
talne stosunki. 

Powyższe okoliczności oczywiście nie mogły być po temu, że- 
by dzieło tak założone rozlegle, wypadło tak korzystnie, jak się 
tego można .było spodziewać już po autorze Maryi Stuart i Bie- 
leckiego. Z tejto' głównie przyczyny koloryt Żmii jakoś zanadto 
jest mglisty, "^wątpliwy. Sfera tego poematu zanadto jest fanta- 
styczna, jak na poemat tradycyjny w rodzaju na przykład Zam- 
ku Kaniowskiego; a zanadto ma znowu t>arwy historyczno- 
miejscowej, jak na utwór czystój fantazyi w sposobie Aryosta. 
Jest to tak dalece i jedno i drugie zarazem", że ostatecznie czyni^ 
wrażenie rzeczy, o którój się mówi, że jest ni to, ni owo.... 

Ale te wszystkie niewłaściwości nie byłyby mogły Żmii — 
przy talencie poety — tak stanowczo zaszkodzić, gdyby nie inna 
pomyłka, na którą warto zwrócić uwagę. Żeby rzeczy nie prze- 
dłużać, pomijam miłczeniem gwałtowne naciągnięcia i nieprawdo- 
podobieństwa, na które dzieło to laboruje w wysokim stopniu, a 
które zbyt są rażące, żeby potrzeba było je wykazywać. Nie po- 
wiem ani. słowa o chorobliwośd figury odgrywającej tu główną ro- 
Tom I. 10 



122 

lę, bo musiałbym chyba tylko powtórzy(C, com w ogóle o ludziach 
Stowackiego powiedział. Zato podnoszę uchybienie, którego się au- 
tor tylko w samym Żmii dopuścił, a które zdaniem mojóm głó- 
wną jest tego przyczyną , że utwór ten w czytaniu męczy i nuży. 
Uchybienie to upatruję w posiińiętem po za wszelkie granice mia- 
ry rozstrzeleniu pojedynczych ustępów Żmii. Niepodobieństwem 
jest dla czytelnika, aż do środka pieini piątój (a zatóm przed- 
ostatniej), ogarnąć tu okiem wiązania łączącego poszczególne zda- 
rzenia i epizody w całość. — Skądinąd podnosi to wprawdzie ar- 
tyzm dzieł poetyckich, jeżeli miesza się do ich składu i cokol- 
wiek nieprzenikniouój na razie tajemniczości. Wyłożenie wszystkie- 
go od razu jakby na dłoni — z rozmazującą najmniejsze drobnostki 
expozycyą, spospolitowałoby tylko osnowę poematu. Taka zupełna 
ewidencya może być tylko zaletą prozy, a nie poezyi. Ale autor 
nasz przesadził ta w dobrych chęciach, i posunął ubieganie się o 
tę kunsztowną nieprzeniknioność w budowie Żmii do tego stopnia, 
że zamiast czytelnika zaciekawić temi ciągłemi zagadkami, które 
jnn poddaje, raczój go czyni wreszcie obojętnym na wszystko. 

W pierwszej pieśni maluje w obszernych ramach łowy na 
sumaka. Ponieważ wcale. się nie domyślamy, jaki te łowy zwią- 
zek mieć mogą z głównóm założeniem powieści , czytamy je z roz- 
tai^ieniem, życząc sobie co prędzej końca. Następuje pieśń dru- 
ga, a w niój wprowadzenie nowój zupełnie postaci, Xeni. I tu 
znowu ani sposób dorozumieć się, co ta epizoda ma za związek 
z łowami, i co ona znaczy w całości poematu? Dociekamy, kto 
jest ta Xeni? Przypominamy sobie, żeśmy coś podobnego już i 
gdzieindziój widzieli — w Zamku Kaniowskim. Natrętna kochanka 
Nebaby nawet imieniem się nie różni od zagadkowej postaci wtój 
części „Żmii^. Ale Słowacki daje domysłom naszym inny obrót, 
wkładając w sam środek tego epizodu długą „Powieść koza- 
eką" o Rusałce w sposobie dumek Zaleskiego. Tym ustępem 
najmityczniejszej osnowy najzupełniój zbija nąs z tropu, na któ- 
ryśmy już już wpadali. To też przeczytaliśmy całą część drugą 
dzieła i znowu nie rozumiemy nic! W nadziei, że nam zagadkę 
wyjaśnią dalsze karty, przystępujemy do pieśni trzeciój. Ale tu 
zastępuje nam drogę znowu inny obraz, obraz zbrojnój wyprawy 



123 

czajek kozaokieh na morze Czarne. Czujemy się tu wprawdzie 
joż na gruncie głównych wypadków; ale się wychyla znowu inny 
przedmiot nadaremnych dociekań naszych, Zulcma. Wprowadza 
ją poeta tak tajemniczo,, że się o;5lonioną być zdaje całemi war- 
stwami mgły nieprzejrzanej. W pieśni czwartej przychodzi na peł- 
nóm morzu do boju między czajkami Żmii a jalumś okrętem tu- 
reckim. Selim, syn baszy i dowódcy tego okrętu, ginie w tój 
walce, sam basza pierzcha. Lecz kto ten Selim? kto ten basza? 
jakie znaczenie tej potyczki na morzu? czy było to tylko zajście 
przypadkowe, czy też ma bliższy z^^iązek z główną osnową? — 
I to wszystko — jeszcze zagadka! I w piątej nawet pieśni cała 
pierwsza połowa ma znowuż wszelkie pozory ustępu nienależącego 
do rzeczy. Chodzi tu o wzięcie w niewolę jakiegoś baszy natol- 
skiego, które też i przychodzi z wielkim trudem do skutku. Do- 
pito wreszcie od środka tej części Żmii, naraz zaczyna się wy- 
jaśniać, że te wszystkie pasma rozpierzchłe, które w pojedyn- 
czych pieśniach nużyły i niecierpliwiły uwagę, tworzą całość je- 
dnolitą i dopełniają się wzajem. Łowy na sumaka — Xeni ze 
swojóm dziecięciem — powód istotny wyprawy na miasta muzuł- 
mańskie — zapalczywa walka z Selimem — szalona nienawiść ku 
baszy, którego Żmija nareszcie pochwytuje w niewolę — zagadko- 
wa osobistość Zulemy itd. wszystko to nagle staje się teraz zro- 
zumiałem, usprawiedli^ionem 5 dodałbym że się staje i pięknem, 
gd^by było rzeczą ludzką , przeistoczyć naturę wrażeń — już ode- 
branych. Ale wrażenia odebrane należą do przeszłości, a ta stę- 
gła jest i nic działać wstecz na nią nie może. To też przez to 
zanadto późne odkrycie nader sztucznego węzła powieści mało się 
zmienia na lepszo ostateczny sąd czytelnika o dziele, które już 
jest przeczytanym i w ciągu czytania nie bardzo zajmowało. 



Stanęliśmy, u kresu. Znamy teraz już ducha tych pierwszych 

prac Słowackiego, na mocy szczegółowego tychże rozbioru, i poj- 

^srajemy wszyscy podobno, ileto prawdy było w owych słowach 

•Mickiewicza, że poezya tego młodego wieszcza - to gmach, sta- 



124 

wiany piękną architekturą jak wzniosły kościół, tylko ie w ko- 
ściele tym Boga nie ma. Zdanie to na razie oburzyło Juliusza. 
Bo też jprawdopodobnie nie rozumiał on jeszcze wtedy, co ma 
.właściwie Adam zarzucał. Słowa te na pierwszy rzut oka wyglą- 
'tlają iia zarzut bezbożności. Do bezbożności Słowacki ani w ży- 
ciu własnym, ani w pismacłi swoicłi się nie poczuwał. Lecz Mi- 
ckiewicz miał też zupełnie co innego na myśli i wyrzekł to, co 
rozumiał, w formie przenośni, a nie w dosłownym sobaio. Nie 
wytykał on tu Tjraku religii , ale brak rzeczy , która t^msamem 
jest w poezyi, czem jest obecność bóstwa w kościele; wytykał 
brak tego, co stanowi cel wszelkiej sztuki, a tem jest: wiara 
w lepszą cząstkę człowieka i w możność doskonalenia się jego tak 
jako jednostki, jako i w zbiorowości. Skeptycyzm społeczny zabija 
wszelkie popędy działania , a* tómsamem znosi i podstawa samejże 
poezyi, tój najpotężniejszej dźwigni z materyalizmu ku ideałom. 

W kilka lat potom i samemu autorowi Żmii otworzyły się 
oczy na ten brak w początkowych jego kreacyach. Już w trzy 
lata po ogłoszeniu takowych, przyznał si^^ matce, że „znienawi- 
dził swoje pierwsze utwory i że czuje potrzebę, aby coś jasnego 
najpełniało jego karty, aby więcój łez było w słowach". . . A pod 
koniec życia jeszcze surowiej o nich sądził. „Wstyd mi — mówił 
natenczas — wielu melancholii byrońskich. Strach, aby one nie 
zaraziły innych." 

W samćj rzeczy, byłato tylko jakaś naleciałość skądinąd, 
której się w młodszych latach wielki ten talent poddawał. Byro- 
nizm — pojmowany i przesadnie i jednostronnie — oto , co przyjął 
Słowacki nie tylko za regulatora w pracach swoich autorskich, 
ale poniekąd nawet i w życiu. I w życiu swojem , zwłaszcza za mło- 
du, był on w wyobrażeniach i sądach, w nałogach i imaginacyj- 
nych cierpieniach swoich, co się zowie bajronistą. Było w tem 
z razu coś sztucznego; lecz wzrósł młody nasz poeta i dojrzewał 
pod wpływem tego kierunku tak konsekwentnie i systematycznie, 
że mu się to bajronizowanie wreszcie przemieniło w drugą naturę. 

Ale bo też młodość Juliusza przypadła właśnie na czasy naj- 
głośniejszój sławy i największej w świecie umysłowym przewagi te- 



125 

go genialnego człowieka. W7g<Mt>wanie i»zewagi tój pocayna się 
od roku 1824, roku śmierci Byrona. Wprawdzie był Byron już 
i za życia przedmiotem powszechnego podziwu. I wielbiciele jego 
i antagoniici (a było ich pomiędzy Anglikami niemało), w ttm 
jednem się między sobą zgadzali, że był tó geniusz pierwszego 
rzędu. Stemwszystkióm aż do r. 1824 wyjątkowe, niezwyczajne, 
częstokroć gorszące okoliczności jego życia rzucały cień niekorzy- 
stny na wszystko, co tylko wychodziło z pod jego ręki. Oskarża- 
no go o rzeczy, które popełnił i których nie popełnił. Do nieko- 
rzystnych o nim pogłosek, które miały po sobie słuszność, docze- 
piło się — nie powiem drugie tyle, ale nieobliczone mnóstwo 
baśni i potwarzy ohydnych, wylęgłych w bujnej wyobraźni jego 
nieprzyjaciół lub też tych bezmyślnych plotkarzy, którzy choć go 
nie widzieli na oczy, umieli jednak rozpowiadać o nim, jakby go 
znali najlepiej. Z tak mętnych źródeł* wyrobiła się o nim z cza- 
sem opinia — w Anglii i po za Anglią — najbałamutniejsza 
w świecie. I na mocy tej opinii nie tylko ryczałtem potępioiK) ży- 
cie jego prywatne, ale potępiano i cały zawód jego jako pisarza. 
Dzieła Byrona miały rzeczywiśde więcej związku z osobistością 
autora, aniżeli by to powiedzieć można o jakimkolwiek innym 
pisarzu. Rzadko tylko i wyjątkowo podejmował on , przedmioty, 
któreby nie potrącały o zdarzenia rzeczywiste-, których był świad- 
kiem, uczestnikiem lub sprawcą. Dodajmy do tego, że wszystko 
co pisał, lubił otaczać umyślnie jakąś tajemniczością. Przy takich 
okolicznościach ani się było można spodziewać spokojnego i bez- 
stronnego sądzenia jego utworów. Chcąc je rozumieć, trzeba było 
znać wewnętrzne dzieje poety, a te zaledwie najbliższym przyjaciołom 
Byrona były wiadome. Liczba takowych była bardzo mała, wre- 
szcie nikt ich natenczas nie słuchał. To teź- nawet najżyczliwsi, 
pod wpływam ołnegających po eałej Europie plotek, dziwnie so- 
bie tłómaczyli jego kreacye. Przypomnijmy sobie tylko na przy- 
kład, co Gothe w szczególny sposób rozpowiada oznaczeniu Man- 
freda, w rozprawce pisanój w kilka lat po ogłoszeniu tego 
dramatu, ale jelcze za życia autora! Jeżelić więc tak niepodle- 
gły, tak bystry i życzliwie dla Byrona usposobiony umysł nie był 
zdolny ani przeniknąć prawdy, ani też w jej czystem świetle spo" 



126 



glądać na jego twory: oóż dopiera m K7obiraienie mog^ mieć o 
nich cała massa zwyczajnych czytelników? 

Dopiero tedy po śmierci jego nastąpiło, qzego się zresztą i 
sam Byron spodziewał. Znajdują się w pamiętniku jego te sło- 
wa: — ^Sprawiedliwo&ć będzie mi wymierzona wtedy dopiero, 
kiedy ta moja ręka, która to pisze, będzie tak zimna, jak ser- 
ca, które życie moje zatruły.^ — Począł się teraz objawiać na- 
gły a stanowczy zwrot wyobrażeń, w kierunku ku zupełnej re- 
habilitacyi zmariego, ku apoteozie nawet, choć do takowej zno- 
wu nie było dostatecznych powodów. Zwykłe to zjawisko w kole- 
jach sądów ludzkich , zawsze skłonnych do przeskoku z jednój 
ostatecznoici w drugą... Zmiękły serca surowe na sarnę wjleńć o 
zgonie wieszcza. Zgon ten zbyt wczesny, w 37 roku życia, w po- 
rze najwyższej siły jego geniuszu — zgon idealny i prawie boha- 
terski, na klasycznój ziemi Hellady, w chwili jój wybijania się 
z pod barbarzyńskiego jarzma na niepodległoić , wśród usiłowań, 
które odepchnięty od własnej ojczyzny Byron nie tylko majątkiem 
własnym sowicie wspierał, lecz i pieśnią natchnioną to wywoły- 
wał, to unieśmiertelniał — zgon ten mówię pod tylu względami 
chlubny i nadzwyczajny rozbroił zaciętość wszystkich. Teraz do- 
piero — odezwali się wielbiciele poety. Z dokumentami w ręku 
przemówili przyjaciele zraarłega Pojawiły się równocześnie bio- 
grafie, pamiętniki, wspomnienia, listy, rozmowy i tym podobne 
pisma dotyczące Byrona. Odparto fałsze, uchylono potwarze, 
odsłoniono zalety i piękną stronę zgasłego życia. Stanął rzetelny 
wizerunek poety — wizerunek poetyczny nad miarę, uwieńczony 
aureolą cierpień i krzywd, w znacznój części niezasłużenie do- 
znanych — w moralnym względzie daleki wprawdzie od ideału i 
ze wszystkiemi znamionami krewkości ludzkiej , ale dlat^o oie 
gorszy od tysiąca innych, którym pomimo t^o przecie nikt nie 
zamącał pokoju. W miarę takiój rehabilitacyi osoby autora, za- 
częto odtąd w świetle rzetelnój prawdy i o czynach jego poety- 
ckich sądzić inaczój, i to pod względem ich moralnego znaczenia; 
artystycznej potęgi bowiem nie odmawiano dziełom jego i przedtóm. 

Gdy się to wszystko działo w ojczyźnie poety, wzięła i dal- 
sza Europa z zajęciem żywszem na nowo dzieła Byrona do ręki. 



127 

f 

Były OBe jej już znane w pewnej części i dawniej z sporadycznych 
przekładów francuskich i niemieckich, z których najrychlejsze 
przypadają na czasy przed rokiem jeszcze 1820. Ale właściwie 
teraz dopiero zaczęto na wyścigi na najrozmaitsze języki tłóma- 
czyć wszystko, co tylko pochodziło z pióra Byrona. Nie było w Eu- 
ropie literatury, na którejby obliczu w latach owych nie pojawił 
się już mniej, już więcej wydatny odblask natchnień tego poety. 

Temu powszechnemu prądowi nie mogła się oprzóó i nasza 
literatura. Wjrfyw Byronizmu w Polsce, przed rokiem 1830 i 
przez kilka jeszcze lat potem , był w samej rzeczy większy może, 
niż się to dzisiaj niejednemu wydaje. Zestawienie przekładów dzieł 
Byrona na polskie nie daje wprawdzie ani o czasie, ani o sto- 
pniu tego wpływu dokładnego wyobrażenia. Gdybyśmy bowiem 
z nich o tem mieli brać miarę, to wypadłoby wnosić, że przewa- 
ga bajronizmu zaczęła panować u nas na dobre dopiero około r. 
1833; all)Owiem najlepsi nasi tłómacze tego poety wtedy dopie- 
ro wystąpili.*) Tymczasem wniosek taki byłby zupełnie 'mylny. 

*) Notuję tu najcel niej szych : 

Julian Korsak (Więzień Csyllona 1880, L^ra 1883). Adam 
MickiewicB (Giaur 1834). A £. Odyniec (Korsarz 1884, Na- 
rsecsona z Abydos 1838, Niebo i Ziemia 1841, Mazepa 1843). 
Franciszek Morawski (Więzień Czyllonu 1841, Manfred, Ma- 
zepa , Oblężenie Koryntu , Paryzyna 1 853). Józef Paszkowski 
(Manfred, Kaim 1842). Antoni Zawadzki (Werner, Żale Tassa, 
Narzeczona z Abydos, Wyspa 184G). Antoni Czajkowski (Beppo, 
około tegoż czasu; Don Juan, w rękopisie). W. hr. Baworowśki 
(Childe Harold 1856, Don Jnan 1868). Michał Budzyński (Chil- 
de Harold 1857, Proroctwo Dantego 1858). Adam Pajgert (Wy- 
spa 1859). Michał Chodźko (Manfred 1860). 

Pierwsi nasi przekładacze Byrona , Bruno hr. Kiciński (Kor- 
sarz, Oblężenie Koryntu 1820) i Władysław Ostrowski (Dzie- 
wica z Abydos 1821, Giaur 1830), nie mieli sił po temu, żeby dzlS 
jeszcze można było kłaśd jakiś przycisk na ich przekładach. Pierwszy, 
to jest Kiciński , tłómaczył zresztą tylko z francuskiego, a nie z ory- 
ginała — Przed rokiem także jeszcze 1830 spolszczył niektóre pieiSni 
Byrona przecudnym wierszem Mickiewicz (Pożegnanie Childe Harolda—* 
Sen — Eutanazya). Lecz to są rzeczy krótszej objętości. 

Oprócz tych wszystkich co tylko wymienionych , było jeszcze po 
r. 1834 kilku innych mnićj zai^użonych Uómaczów polski^ Byrona. 



m 

Od ozasa bowiem pojawienia się Pie&ni Janusza, Komedyi 
Nieboskiój i Pana Tadeasza, a zatem wła&aie od r. 1833i34 
poezya nasza zaczęła brać taki obrót, ie bajronizowanie , jeżeli 
się kiedy wynurzyło na nowo, to należało już w każdym razie 
do zjawisk wyjątkowych i mniej też cenionych w piśmiennictwie. 
Tem bardziój zato zajmował ten kierunek umysły między 1824 
'a 1833. O czem ażeby się przekonać, nie doić jest dopatrywać 
posępnych barw bajronowskich na Me takich kreacyi pierwszego rzędu, 
jak na przykład Zamek Kaniowski albo Marya; lecz trze- 
ba spojrzeć na płody poetów i rymotworców pomniejszych. Na- 
śladownictwo tych pisarzów przesadne, a wreszcie entuzyazm bez- 
warunkowy dla dzieł Byrona i dla wszystkiego, co tylko tchnęło 
tym duchem , musiał w gronie młodszej mianowicie generacyi prze- 
chodzić wtedy wszelkie granice , skoro jeden z ludzi naszych najwy- 
trawniejszych a zarazem najwyrozumialszych , Brodziński, widział 
się zmuszonym w tym przedmiocie głos zabierać po kilka razy, 
przestrzegając w cierpki sposób przed niebezpieczeństwem grożą- 
cóm z tój strony literaturze. Brodziński zaprawdę nie nal^ał do 
liczby przeciwników nowego zwrotu poezyi. Owszem, onto był, 
który się głównie przyczynił do nadania jój takowego kierunku. 
Z samej zasady byłto zatem w owój kwestyi sędzia bezstronny. 
A jednak w rozprawach jego krytycznych z czasu przed r. 1830 
znajdujemy częste wycieczki przeciw tej manii ogamiającój umysły. 

Oto, co na przykład pisał był o tóm w rozprawie O Exal- 
tacyi i Entuzyazmie: 

^Byron pędzlem najwięcój poetycznym zaciera wszelką poe- 
zyę tego i przyszłego świata. W nieśmiertelności i nieskończono- 
ści same tylko nicość pokazuje i chciałby, żeby człowiek do ni- 
czego nie przywiązany, niczemu nie ufający, wkoło boleścią i ni- 



Wyczerpającą o nich wszystkich wiadomość znaleść można w dobrym 
artykule bibliograficznym przez K. Estreichera zamieszczonym w Roz- 
maitościach Lwowskich r. 1859, Nr. 17 i 18. 

Dzięki usiłowaniom wymienionych pisarzy, posiadamy obecnie 
całego już niemal Byrona przełożonego na polskie. Nie znalazły tłó- 
macza dotąd tylko jeszcze następujące (większe) utwory: Marino 
Faliero, Dwaj Foskarowie i Sardanapal. — 



ooicią zagrożony, sam w sobie piekło wzniecił i w nićm się stra^ 
wił. Nie Wirgiliusz, jak Dantemu, nie Muza, jak wszystkim 
poetom, ale zły duch otwiera mu, równie jak jego Kaimowi, i 
serca ludzkie i indaty nadziemskie, kryjąc we wszystki&m rzą- 
dzącego Boga. Nadto, umiał on słaI)OŚciom ludzkim nadać nie 
tylko powab, ale i pewny pozór wyższoki, którój źródłem i ce- 
lem jest tylko namiętność w sobie ograniczająca człowieka i kłó- 
cą go z sobą samym.... 

^ Czuję, na jak wiele się ważę, mówi dalój Brodziński, czy- 
niąc podobne uwagi o geniuszach tak słusznie wsławionych. Prze- 
cież zważając na pochop do naśladowania poetów, którzy tak 
oddzielnem byli zjawiskiem, godzi się w sprawie prawdziwój poe- 
zyi przemówić. Byron sam tylko mógł być takim , jakim był poe- 
tą. Próżno każdy usiłuje trafić jego drogą do celu. Od niego 
poczęli młodzi poeci gwałcić swoje pogodne uczucia, nosić w ser- 
cu sami nie wiedzą jakie tajemnice, i gorzko marzyć i szukać 
tego, co właśnie w pełności mają. Niknie w nich poetyczna na- 
iwność; wiosnę życia szpecą nienaturalnie, liściem jesiennym od 
zarazy pożółkłym. Miasto tkliwego udziału ze światem, który ich 
nęci do siebie, kłócą się z nim; wyszukują starannie, ażeby tę- 
sknić do czegoś, rozbierają swoje uczucia, jak bohaterowie sceny 
francuskiej swe położenia i w sprzeciwieństwie z własną naturą 
chcą znaleść poezyę^... 

Za te słowa o Byronie gromił późniój Brodzińskiego Mickie- 
wicz z katedry w Ck)ll^ge de France.*) I rzeczywiście zdaje się 
być na pozór wiele przesady w tych sądach Brodzińskiego o 
duchu lorda -poety. Wszelako krytyk nasz nie polemizował też 
z nim samym, ale z jego naśladowcami, o których śmiało po- 
wiedzieć można, że więcej w utworach ich bajronizmu, aniżeli 
w samym Byronie. U tego bowiem zawsze jest takt artystyczny 
i pewna miara we wszystkióm. Są zawsze okoliczności, które 
demoniczność postaci jego albo łagodzą , albo przynajmniój tłóma- 
czą; które pozwalają jój się pojawiać, lecz że tak powiem w for- 
mie koncesyi. Bajroniści przeciwnie przyjęli wszystkie desperacye 



*) Obaci Kurs roku Ugo, lekćya 29, 
T«ni L 17 



130 

bajrońskie za wątek uprawniony sam przez się, 2a materyał go- 
towy — za rudę czystego złota, którą tylko topić i przelewać 
w posągi. I dlatego też miał rozważny autor Wiesława zupełną 
słuszno&ć, kiedy wypowiadał przekonanie, że naśladowanie tego po* 
ety może być dla nas daleko więcej szkodliwym , niż wszelkie inne 
naśladownictwo. Jeżeli zaś co samym skutkiem usprawiedliwiło te 
Brodzińskiego obawy , to właśnie rola w jakiój wystąpił na po- 
czątku swego zawodu oto nasz młody poeta! Bajronizm jestto 
klucz jedyny, za pomocą którego zrozumieć. można, jak człowiek 
genialny, tylu nadzwyczajnymi warunkami usposobiony na pra- 
wdziwego wieszcza narodu, mógł się przez czas tak długi zaprzą* 
tać ideałami, które były po za wszelką wspólnością z grun- 
tem naszego poczucia narodowego. Qzy zwrócimy uwagę nasze na 
ogólne idee podłożone dziełom, któreśmy co tylko przebiegli, jako 
pomysły zasadnicze , czy też na ludzi w nich działających : w je- 
dnym i drugim razie wniosek nasz nie będzie inny, jak tylko 
że te wszystkie typy były odbiciem (dodajmy mocno skrzywio- 
nómJ) tradycyi byrońskich. 



ROZDZIAŁ PIĄTY. 

Droga połowa rol^u 1832. Ukończenie poematu L ambr o. Smutne 

doniesieifia b domn. Nowe niesnaski z Mickiewiczem. Dziady. Nagłj 

wyjazd z Pai7ia.'P. Lenormand i podróś do Genewj. 

Ogłoszone poezye stanowiły przez kilka miesięcy po ich wy- 
daniu główny przedmiot, na który była zwrócona nwaga autora. 
W listach swoich z owego czasu często do tego punktu powraca, 
jułto udzielając matce wiadomości o t^m , co o dziełach jego emi- 
gracja sądziła, już odpowiadając na uwagi, jakie o nich przesy- 
łała mu rodzina jego z Krzemieńca. Były bo też i szczególne 
przyczyny, dla kt<Sryeh pragnął, aby to pierwsze jego wystąpienie 
dobrze było przyjęte. Miał on już wtedy w tece materyału nowe- 
go dosyć na zapełnienie trzeciego tomu. Poemat L ambro już 
był ukończony w r. 18?2 (i to w pierwszyclTifiiesiącaćh). CŁo3zi- 
ło więc znowu o fundusze na pokrycie dalszych kosztów nakładu, 
a miała ich dostarczyć dopiero sprzedaż dwóch tomów wydanych? 
z którą jednak nie wiodło się tak pomyślnie księgarzom , jak się 
z razu autor spodziewał. Dlatego też ogłoszenie trzeciego tomu 
wypadło odłożyć na czas późniejszy... 

Pomiędzy listami, jakie z powodu dzieł ogłoszonych poeta 
nasz od różnych osób odbierał , doręczono mu i słów kilka z Wil- 
na—od Ludwiki Ś. Przypominam, że posłał j^j był w lipcu 
jeszcze exemplarz dzieł swoich w darze, a przytem i list, z po- 
wodu którego równocześnie pisał do matki: „O! gdyby ona odpi- 
sała do mnie! Ale nie spodziewam się**... CM;óż nad spodziewa- 
nie jego, po trzech miesiącach — z początkiem października — 
podziękowanie za pamięć od Ludwiki nadeszło. 



132 

„Ile z listu sądzić mogę, Ludwisia nie gniewa się za 
pamięć moje; owszem gniewa się, że za mało pamięci o 
niój w książkach. Oto są słowa z jej lista: — ^^Miło mi 
było w moj^j cichój samotności przebiegać te odcienie myśli 
i nczuć znajomój mi duszy. W tych tworach poetę tylko 
widać — chował się człowiekr— ; nieraz się jednak człowiek 
zdradził, a ja go poznałam... Żadnej już nie czytam k«iąż- 
ki ; ale poezye Pana jak przyjaciela dawnego, nie jak książ- 
ki przyjęłam, i tak zostaną u mnie, póki ja jeszcze cier- 
pieć będę na ziemi.**" (Z listu z d. 8 Grudnia 1832 r.). 

Na to spostrzeżenie, że się w utworach jego poetyckich ukry- 
wał człowiek, rzucił autor taką uwagę: 

y,Spodziewam się, że jak wydrukuję Lambro, to mnie 
nie będzie obwiniać, że się kryję z mojemi uczuciami. My- 
ślę tylko nad tem, że trudno go będzie tam przesłać, bo 
Lambro straszny"... 

Zresztą ówczesne życie Słowackiego w Paryża nie nabiendo 
wcale w oczach jego powabów. Znajomość z rodziną p. Pinnard 
była utrzymywana, ale jakoś od niechcenia. Z samą panną Korą 
to zrywał, to zawięzywał znowu; lecz stosunek ten nie obiecywał 
długiój przyszłości — mimo jój przywiązania do niego. To też 
wyobraźnia jego łatwo zajmowała się innemi wrażeniami , przy 
lada sposobności — zawsze przelotnie i zawsze w taki sposób, że 
serce jego wtóm wszystkióm wcale nie brało udziału. Więcej ono 
było przystępne dla uczuć przyjaźni, choć i w tym względzie nie 
było ono otwarte dla byle kogo. Z pomiędzy małej liczby osób, 
które wtedy w bliższych zostawały stosunkach z poetą naszym, 
był może jeden tylko, o którym powiedzieć można, że go łączyła 
z« Słowackim prawdziwa przyjaźń. Byłto człowiek cierpiący, scho- 
rzały, nierokujący długiego życia; nazywał się Zienkowicz. Do 
niegoto ściąga się, co tu przytaczam z jednego z listów pisanych 
w owym roku do matki: 

„Odebrałem znów list z Wersalu. Wspominam, o nim 
dlatego, że słowa napisane na końcu, „twój do śmierci**, 
' przez człowieka, który wie sam, że jest jej tak bliskim, 
dziwne na mnie i wstrząsające uczyniły wrażenie. Skąd ten 
człowiek mógł zawrzóć w dwóch słowach tyle poezyi ! . . . O 
godzinie Hz rana wyjechałem do Wersalu, który leży o 
dwie nasze mile od Paryża. Zienkowicz wyszedł na moje 



133 

spotkanie, ale w drodze ominął się ze mną. Przyjechawszy więc, 
nie zastałem go w domu , lecz wkrótce nadszedł. Mieszka- 
nie jego znpehiie wiejskie. Za domem ma niewielki ogródek, 
zarosły trochę dzikimi chwastami i opuszczony, ale bardzo 
miły dla mnie, bo właśnie pisząc moje pamiętniki dzieciń- 
stwa (Godzinę Myśli), tak się rozmarzyłem w przeszło- 
ści, że koniecznie dzień jeden musiałem przepędzić w ci- 
chym wiejskim domu. Ogród piękhym tni się wydawał — 
było tam kilka Winogradów rozpiętych na murze, — morel 
owocem okryty — kilka kwitnących róż — gruszki pachną- 
ce — i naokoło mur szary,* a w kącie ławka z drzewa i 
nadpróchniała , gdzie córka gospodyni musi co dnia szyć i 
pracować, bo koło ławki widać dwie zachowane na pniu 
róże blade i już osj pojące się z liści. Na tój ławce usie- 
dliśmy, i często przerywając rozmowę, zastanawiałem się 
słuchając tój wiejskiój ciszy. Wszystko było zgodne z tą 
ciszą; nawet ten młody człowiek, który siedział koło mnie 
i oddychał ciężko — blady — i za kilka tygodni może 
także cichy i śpiący. — O piątój godzinie siedliśmy z nim 
do domowego obiadu. Jak zwykle u chłopców, było dobre 
wino, porter angielski, a wtenczas rozmowa zacj^ęła się we- 
selsza. Do stołu posługiwała nam córka gospodyni ISletnia 
dziewczyna, bardzo do Hersylki (przyrodniój siostry Juliu- 
sza) podobna. Stawałem w jój obronie, ile razy mój towa- 
, rżysz, jak zwykle, cierpki trochę w chorobie, gniewał się na nią 
za uchybienia w potrawach popełnione, bo c2ęsto widział, 
że nie dopełnili jego rozkazów, gdy chciał aby potrawy li- 
tewskim były zrobione sposobem. Chcąc raz dziewczynkę 
zmieszaną wywieść z ambarasu, poprosiłem ją o pacłmiąoy 
różowy groszek zatknięty w jej pelerynce. Wybiegła do 
ogródka i narwała mi mnóstwo groszków, ale w przyniesio- 
nym bukiecie poznałem groszek, który zniknął z jej pele- 
rynki, bo wszystkie inne może umyślnie przez nią były 
zerwane ciemniejszego koloru. Udając, że tego nie spostrze- 
głem, powiedziałem do ni^j: ja nie o te kwiaty, ale tylko 
o twój różowy groszek prosiłem. Uśmiechnęła się — zaru- 
mieniła i odpowiedziała, pokazując na bukiet: ii est fó, oh! 
Yous le reconnaissez bien. — Bardzo mi się podotuila ta deli- 
katna scena, i bądź pewną moja Mamo, że żadnóm sło- 
wem nie zniszczyłem jej uroku. Potem Zienkowicz oporzą- 
dził litewski kaliszan, taki jakeśmy w Wilnie pijali. Było 
tam piwo, porter, wino, syrop z konfitur, cukier, cynamon, 
cytryna i grzanki, słowem było wszystko, co tylko się mo- 
gło w wazie pomieścić... a tak był dobry, że się nawet 
mojój dziewczynie podobał ... Po obiedzie poszliśmy do kró- 



134 

lewskiego pałacu, a kiedyimy wychodzili, dziewczynka wy- 
szła za mną na ulicę — i patrzała długo: — odwróciłem 
się jeszcze z daleka — uśmiechnąłem się i lekko schyliłem 
głowę. Chodziliśmy długo po parku — i słońca krąg czer- 
wony zachodził za drzewami, tak że nań patrzeć można 
było. O godzinie 9tój wsia<Uem do dyliżansu i tak szczę- 
śliwie, że sam jeden w nim jechałeni. Przez całą drogę ma- 
rzyłem — jeżeli chce Mama wiedzieć o czim — to o dziew- 
czynce. I wkrótce ujrzałem coraz gęściejsze latarnie — 
potom elizejskie pola — a potem ogłuszył mnie huk miasta. 
O godzinie 1 Itćj wysiadłem na oświecono] gazem ulicy Ri- . 
voli. — Wracając do domu, ujrzałem w jednej bra- 
mie starca w porządnym surducie z tak schyloną siwą gło- 
wą na piersi, że twarzy dojrzeć nie można było. W obu 
rękach trzymał kapelusz, ciemność nadawała mu jakąś wiel- 
kość nieszczęścia. Wrzuciłem mu do kapelusza pieniądz 
miedziany, bo mi przyszła myśl, że to może być udana 
wstydzącej się nędzy postać. Stał nieporuszony — milczał. 
Wstyd mi było myśli krzywdzącej starca — wróciłem śię i 
rzuciłem do kapelusza pieniądz srebrny: — milczał... To 
milczenie tak mnie zastanowiło, że gdybym miał pieniądz 
złoty przy -sobie, wróciłbym i chciałbym był, żeby je- 
szcze raz milczał.... Kochana Mamo! nie czytaj nikomu 
tego listu, bo mnie wezmą za głupca, że będąc w Paryżu, 
piszę o dziewczynie, co mi dała groszek, i o żebraku, któ- 
ry milcząc przyjął jałmużnę**... (dnia 30 lipca 1832). 

Oprócz Zienkowicza miał Słowacki w owych czasach w Pa- 
ryżu drugiego jeszcze towarzysza, z którym się świadczył i co- 
dziennie widywał. Był nim wspomniany już wyżej Michał Ski- 
bicki, tensam, któremu przypisane są Arab i Mnich wraz 
z wienzem umieszczonym na czele tych utworów. Oprócz tych 
dwóch; nie ma w listach śladu, żeby był wtedy w emigracyi kto 
inny jeszcze bliższy serca Juliusza. Jest wzmianka (w miesiącu 
lipcu r. 1832) o. przybyciu do Paryża Bohdana Zaleskiego, 
ale oł)OJętna. 

y, Spotkałem dziś rano Boh. Zaleskiego ; zaszedł mi dro- 
gę i poznał z daleka, choć bardzośmy się mało znali przed 
tóm." 

Jest zapisek o Stefanie Witwickim, że także przyłą- 
czył się do grona żyjących na wygnaniu, ale z dodatkiem bynaj- 



135 

mnićj nie iwiadczącym o wielkiej życzliwości. Jest słów kilka o 

Łeleweln, lecz niekorzystnych: 

nC^owiek z kutasami u botów (tak Sł. zwykle Łele* 
wek w tój korespondencyi nazywał) jak antreprener w kło- 
potach, tiuci szacunek u ludzi, bo się ciągle intrygą zaj- 
muje i W' tutejszej babilońskiej wieży pomieszał języki. 
Smutno tu patrzeć na to, co się tu dzieje "".., (list z dnia 
9 listopada 1832). 

Jest notatka o pani Ilofmanowój , ale także sucha, jeżeli 

nie uszczypliwa. 

„Jest tu panna niegdyi Tańska i pisze, jak słychać, 
opisanie Paryża dla dzieci — może to być bardzo ładne. 
Zdaje się, jakoby się tu cała literatura przeniosła, to jest 
literatura młoda — literatura kobieca, garbata trochę — 
literatura kłótliwa trochę, paszkwilowa — a została się 
tylko u siebie literatura klasyczna czyli niema^ . . . 

To też w strony ojczyste, do grona rodziny, w przyszło&ć, 
która go kiedyś ze swymi miała połączyć, najbardziój się lubił 
przenosić my&lą Słowacki z tego gwaru i wiru krzyżujących się 
stosunków, jakie tworzyła ówczesna emigracya. Miło&ć matki i 
przywiązanie rodziny miały go wynagrodzić za wszystko. 

„Gdyby ludzie o wszystkiem nie zapominali — pisał 
d. 9 listopada 1832 — ty matko i mój ojciec zostawiliby- 
ście mi na świecie wielu przyjaciół. Ja... nie powinienem 
ndeć syna, bo nawet dla siebie jednego przyjaciela znaleść 
nie mogę — cóżbym mu więc zostawił?^ — 
Nadzieja, że odzyska kiedyś miejsce straoone przy familij- 
nym stole i że znajdzie wszystkich i wszystko na dawnóm miej- 
scu -- ta nadzieja najwięcój w nim podtrzymywała otuchę. Nie- 
raz i obojętny przedmiot w Paryżu nasuwał mu na myśl to jego 
ulubione marzenie. Oto na przykład pisał razu jednego coś matce 
o wybornych brzoskwiniach francuskich, i to mu przypomniało, 
że niegdyś o nich w Wilnie i Jan Sniadecki z pochwałami wspo- 
minał. 

„Kiedyś i ja na starość z Wami zasiędę do stołu, jak 
Jan — z siwym włosem i z biidemi najeżonemi brwiami. 
Wtenczas będę gadał o paryskich brzoskwiniach**... 
Nadzieje jego atoli zamierały jedna po drugiój — za do- 
tknięciem o twardą rzeczywistość. Listy nadsyłane mu z kn^a 



136 

często były zwiastunami bolesnych zdarzeń. Wyczytywał w nich 
to o tym, to o owym z pomiędzy dobrych znajomych , przyjaciół, 
nieraz i krewnych, że go skrzydła płynącego czasu zmiotły do 
grobu. Prawie równocze&nie doniesiono mu włainie w ciągu owych 
miesięcy o imierci AIexandry, przyrodniej jego siostry w Wilnie 
za mąż wydanćj, i o jego wuju Janie Januszewskim, że powo- 
dem długiego niepowrotu jego w r. 1831 z obozu powstańców po- 
dolskich nie była, jak zrazu przypuszczano, niewola, lecz zgon 
w jednój z potyczek. Po rozstrzygnięciu w taki sposób długiej 
niepewnoici o losie męża, wdowa po nim pozostała (Julia) zdro- 
bnóm dziecięciem (Stasiem) ściągnęła także do Krzemieńca z Wierz- 
chówki, w którój aż dotąd mieszkali. Cała tedy reszta rodziny 
zgarnęła się w jedno miejsce, obsiadła jedno ognisko. 

nJak Wam teraz dobrze być musi (pisał w liicie z d. 
3 wrze&nia) tak wszystkim razem w waszym spokojnym 
Krzemieńcu! Wystawiam sobie Wasze koło domowe, i Me- 
lankę maleńką, kręcącą się koło smutnego Stasia. Jak Wam 
teraz dobrze być musi! Ale jak mi okropnie myśleć, że 
kiedyś, powróciwszy do was, nie zastanę tylu osób. A tak 
często marzyłem, jakto ja kiedyś będę w domu Olesi, jak 
będę z Julka odwiedzał podrosło Julinki. Nie możecie sobie 
wystawić, jak to jest trudno oddalonemu o mil kilkaset 
pomyśleć sobie, że to wszystko snem nie jest— Wilno bez 
Olesi! Wierzchówka bez Julki!..." 

W miesiąc póżniój otrzymał doniesienie, że i tój Melanki, 
którą sobie wystawiał kręcącą się w familynóm kółku w Krze- 
mieńcu, nie ma już w domu rodziców! Była to jego siostra cio* 
teczna, córka drugiego jego wuja, Teofila Januszewskiego; dzie- 
cina przez całą rodzinę, a azczególniój przez naszego poetę bar- 
dzo umiłowana. W żadnym prawie liście on tej maleńkiój nie 
pomijał milczeniem; lubił się przypominać jój dziecinnój pamięci i 
zawsze zapytywał, co tam porabia? Z Drezna jeszcze (1831) list 
jeden pisząc, żartobliwie jój obiecywał, że jak powróci do Krze- 
mieńca, będzie ją uczył po niemiecku, „bo ładny to w ustach 
dam język." A teraz mu doniesiono, że to dzieciątko zgasło... 

Wyjmuję kilka ustępów z listu pisanego pod bezpośrednióm 
"^ttOffakm dfawilj (d. 4 października 1832): 



ni 

-Wczoraj rano o godzinie dtój położyłem si^, aby za* 
snąć. Zaledwo zamykałem oczy, usłyszałem stukanie do drzwi 
— list od Was — senny siadłem do czytania -^ list ten 
spadł cięitarem na rozigrane i drżące prawie zmysły... O! 
bo też nigdy nic podobnego nie czytałem, jak ten list Ma- 
my. W nim taka ogromna poezya smutku, że nikt, nikt 
z żadnych pisarzy do niej się nawet nie zbliżył. Matko mo- 
ja! tyle w liście twoim prawdziwej boleści -r- tak wiemój^ 
że płakałem, czytałem -^ i znów płakałem. Potom na ka- 
wałku papieru leżącym na stoliku napisałem trzy nagrobki 
i posyłam je — nie przemienione. 
Nagrobków, o których tu mowa, żądano od niego w Kicie. 

Jeden miał byd dla Melanki, drugi dla Ołesi, a trzeci dla Jana 

Jamiszewskiego. 

„Gdybym ja był szczęśliwszym (pisze dalej, zwracając 
mowę do rodziców umarłej), tobym Wam może przywiąza- 
nie dzieci zastąpił. Ale ja złym jestem kaznodzieją szczę- 
ścia. Te dni mną całym zatrzęsły, a kiedy to piszę, zalany 
jestem łzami i czuję, że uczucia moje są skrzywione, bo 
wstrząśniony smutkiem, znajduję w nim jakąś głupią, poe- 
tyczną , exaItowaną rozkosz . . . Darujcie nu — bo ja w dzie- 
ciństwie kształciłem się tak, abym nie był podobny do lu- 
dzi-— a teraz dopiero pracuję nad sobą^ aby być podobnym 
do człowieka"... 

„I znów na wasz list spojrzałem — i wiersz na- 
pisany przez kochanego Dziadunia zdaje mi się najsmutniej- 
szym, bo on mi się wydaje, jak jakiś anioł-duch z tamtego 
już na wpół świata wyglądający, który wśród (baczących 
zawsze jedne i znane mi napisał słowa: „Ja ciebie mój ko- 
chany wnuku pozdrawiam i powodzenia życzę." Ta jedno- 
tonność słów robi te słowa tak uroczystemi, że mi się zda- 
ją błogosławieństwem Boga... Więc Dziaduniu kochany, 
klękam przed Tobą i przyrzekam Ci, że wnuk twój będzie 
umiał kiedyś, jak twój syn starszy, dhig wypłacić, którego 
Ty dla starości wypłacić nie mogłeś... I Ty, koełiana Ba- 
buniu, nie wstydź się wnuka wierszoklety » bo on oprócz 
wierszy ma jeszcze do rozrządzenia życie -^ a może Bóg 
mu pozwoli skonać, jak skonali — 

„Mamo kochana, czuję jak Tobie teraz smutno! 

List Twój Mamo zasmucił mię, ale razem piękność jego 
jest tak zachwycająca, że prawdziwie dumny jestem. List 
ten, jeśli kiedyś o mnie pisać będą, wykryje tajemnicę ca- 
łą, że jeżeli miałem jaką poezyą w sercu, to ją od Ciebie 
wziąłem. Zwłaszcza to wyrażenie: „Mama powtarza, 

Tom I. 18 



188 

biech się dzieje wola Boga; ja zaś wspomnia* 
wszy na ciebie, niezdolna do wyrzeczenia słów 
tych** itd. jest ogromnym obrazem Matki, która nawet 
przed Bogiem dzieci swoje zakrywa — i Bogn nawet, je- 
i^liby miał syna jej zabtó ,- broni. Te słowa miłości i przy- 
wiązania Twego do mnie, z dnszy wyrwane, słowami moje- 
mi zapłacone byó nie mogą, lecz całóm życiem**... 

Ale przejdźmy od tych smutnych rzeczy do więcej obojętnych, 
do potocznych szczegółów w Słowackiego korespondencyi. 

„Żebyście Wy wiedzieli — pisąj do krewnych dnia 9 
listopada 1^32 — jak ten świat nudny! Zupełnie inny, niż 
nam się wydaje. Zwłaszcza Paryż — jestto prawdziwe wię- 
zienie dla człowieka bez wielu pieniędzy. Bo w innóm mia- 
steczku, a nawet mieście, cudzoziemiec wchodzi zaraz do 
dobrych towarzystw. Tutaj zamknięte są domy. Trzeba mieć 
kabryolet własny, żeby się otworzyły. Zwłaszcza teraz no- 
blesa wyniosłą się prawie z Paryża — la bourgeoisie, ta 
brylantowa poczwara, która zajęła jój miejsce, nie przypu- 
szcza do siebie, tylko bogatych. Chcąc zainteresować jaką 
damę, trzeba po angielsku gadać — udawać Anglika, bo 
widzą, że Polacy nie mają pieniędzy. Udawać zaś Anglika, 
jestto udawać głupca i oryginała, bo takimi są Anglicy. 
W jednym tylko względzie Paryż mi się lepszym wydał, 
niż o nim marzyłem. Gdy t)owiem do nas kto z Paryża 
przyjedzie, zaraz ma jakiś dziwny spiczasty kapelusz, jakiś 
frak wywrócony, itd. W Paryżu zaś przeciwnie; nie widzia- 
łem tu elegantów tak jak u nas z połkniętym kijem — z na- 
krochmalonym halsztuchem. Wszyscy skromnie i zgrabnie 
ubrani. Dbierać się zaś można, jak hię komu podoba. Śmia- 
łobym tu wyszedł na ulicę w dziadowskiej lisiurce, którą 
niegdyś jak syn marnotrawny dziadkowi zarwałem. Widzia- 
łem tu nieraz ludzi trochę podstarzałych na modnym spa- 
cerze w jesieni przechadzających się w błękitnym jasno wa- 
towanym szlafroku , na frak zamiast płaszcza wdzianym. — 
Jeżeli chcecie sobie Julka wystawić, chodzi on w dni mniój 
zimne w długim aż po kostki ciemno ceglastym surducie 
krojem angielskim na jeden rząd guzików zapiętym, który 
mi już drugą zimę służy; w dni zimne w granatowym pła- 
szczu z długim kołnierzem i z bobrowym futrem , które mam 
od koehanój Mamy; a w dni ciepłe, w czarnym tużurku 
krótkim** . . . 

Podobne wzmianki nawet o garderobie zdarza się nieraz czy- 
tać i przy innych sposobnościach w jego korespondencyi. Słowacki 



130 

nie był elegantem z profesyi i nie prsynrięzywał 4o odzieży zbyt 
wielkiego znaczenia. Ale była inna przyczyna, dla której nie tyl- 
ko lubił uważać na swoje powierzchowność, ale i chwalić się przed 
matką, że o tych drobnostkach nie zapomina. Oto chodziło mu 
o pewną rehabilitacyą całego rodzaju poetów, oskarżanych cazwy- 
czaj o zaniedbywanie się; a przyczyniało się może do te^o i tro- 
chę opozycyi z powodu znanego antagonizmu... 

„Zostawszy raz poetą — chcę ujść powszechnej nagany, 
która nasz ród wystawia jako opuszczony i niedbały — i nie 
chcę, aby mnie tak jak Mickiewicza, do domu gry (?) nie 
Wpuszczono, bo go służący wzięli za lokaja i dali odpo- 
wiedź, że ma źle zawiązaną chustkę...*" (list z d. 30 lipca 
1832). 

Pomimo ciągłych wyrzekań na Paryż, na Francuzów i na 
Emigraeyą, z którą rad nierad musiał się stykać — za nadej- 
ściem jesieni 1832 Słowacki z konieczności godził się i na dalszy 
pobyt w tóm mieście. Żeby nic ziębnąć w pokoiku swoim przez 
zimę , kazał go urządzić zawczasu więcćj na sposób polski. 

„Dzisiaj zabezpieczyłem się od zimna — pisał dnia O 
listop. 1832. Kazałem sobie piec postawić, bo kominek 
wiele mi zjadał drzewa i ciepła nie dawał, — a pracując 
wieczorami, trzeba było ciągle o ogniu pamiętać, i to roz- 
rywało moje uwagę." 

Plany zajęć i rozrywek na całą zimę także już były zrobio- 
ne. Przy pracach, które mu same płynęły z duszy, spróbował 
wtedy po raz drugi roboty, która mn miała dostarczyć środków 
do ogłoszenia Ulgo tomu Poezyi. 

„W tym miesiącu byłem sześć razy na * tragedyach 
francuskich... dla poznania się lepiej z Francuzami tera- 
źniejszymi i z grą aktorek: albowiem pod sekretem powiem 
Ci Mamo, że piszę tragedyą dla jednego z tutejszych tea- 
trów; nie wiem jednak, czy mi ją przyjmą i zechcą wy- 
stawić, i czy zechcą zapłacić'*...*) ^^ 

♦) Międcy papierami po śmierci poety przez rodzinę jogo przy- 
wiezionymi do kraju , rzeczywiście znaleziono dwa małe urywki z firań- 
cuskiego dramatu pisanego jego ręką, a poprawianego gdzieniegdzie 
innćm piamem, zapewne przez jakiego rodowitego Francuza. Urywki 
te 8% z końca sztuki: jeden z czwartego, drugi z piątego aktu (Mu- 
naktL ona zatćm stanowić kiedyś całość skończoną). Była pisana proią, 



140 

Aieby się uzdolnić do jak najpomyilmejszego dokonama in* 
Bych utworów, które obmy&lal, żądał w tymże lifcie od matki 
niriLtórych książek polskich. 

^Joilibyń mogła, kochana Mamo, to mi przez jadącą 
.siostrę Michała (Skibickiego) przyślij dzieła Jana Kocha- 
nowskiego, które masz w swojej szafce; a jeżeli można, to 
dostańcie także przekładu Jerozolimy przez Piotra, bo 
mi tu te dwa dzieła dla języka bardzo są potrzebne. Teraz 
albowiem nie mam, jak tylko Trembeckiego; i uważam, że 
mój styl twardnieje nieznacznie**... 

Wreszcie donosił rodzinie i o zabawach, jakich sobie w cią- 
gg tój zimy dla urozmaicenia czasu pozwalać postanowił: kiedy 
wtóm nagle zaszło zdarzenie, które te wszystkie jego projekta 
pokrzyżowało stanowczo. 

Niepomału zdziwić się matka musiała, kiedy wyczytała w li- 
fcie Juliusza już w miesiąc później doniesienie następujące. 

-Kochana Mamo! pobyt mój w stolicy naghyla się już 
do końca. Za dni kilkanafcie wyjeżdżam do Genewy. Po- 
trzeba zmusza mnie do wyjazdu, więc i dobrze, że mnie 
przynajmniój w poetyczniejsze krainy posyła. Wiele miałbym 
pisać o tym miesiącu, ale nie wiem, jakiemi słowy^... 
(Z listu z d. 8 grudnia 1832). 

Jaka potrzeba zmuszała go do wyjazdu z Paryża, z tego się 
matce nie tłómaczył. Przytoczył natomiast wiele różnych powo- 
dów, mających niby usprawiedliwić to nagłe jego postanowienie. 

„Przez kilkanafcie dni, które poprzedzą mój wyjazd, 
* będę ciągle zwiedzał teatra, bo mi się zdaje, że do 
Paryża nie prędko, a może i nigdy nie powrócę. 
Bo tu przykro — drogo — niespokojnie. Między nami cią- 
głe zwady — a w tych zwadach wykrywają się tak puste 
głowy, że aż to obraża dumę narodową. A potem, będąc 
w Genewie, między Paryżem a Florencyą, któżby do Pa- 
ryża wracał? Pisałem już, że interes zmusza mnie 



miała za treść sprawę Beatryczy Cen ci, którą później opracował 
Słowacki wierszem po polsku. Ale osnowa polskiego dramatu znpeł* 
nie odstępiąje od. pomysłu, wedle którego, ile wnosić można, rzecz 
ta była przeprowadzona w sztuce francuskiej. — Urywki rzeczone zbyt 
mi się zdały mało znaczące, żeby je zamieszczać w zbiorze pism 
Słowackiego pośmiertnych. 



141 

do wyjazdu. Ale zapewne z własnej woli w Genewie zo- 
stanę na mieszkanie i wiele sobie obiecuję przyjemności, i 
listy moje może ciekawsze będą, jak Wam doniosę o mie- 
szkania Russa, Woliera, a nadewszystko jak pielgrzymkę 
na Mamy ińtencyą odprawię i zwiedzę Coppet, gdzie pani 
Stał^l mieszkała. Może na wiosnę znajdę sobie gdzie mie- 
szkanie nad jeziorem genew^ićm w jakim wiejskim dom- 
ku — i tam oddam się rozmyślaniom nad marnościami świa- 
towemi, bo ja stworzony jestem do życia mniszego, spokoj- 
nego, i w najładniejszych miastacli tworzę sobie samotność — 
ale nudną, przerywaną łiukiem powozów, rozmową nadnycb 
znajomych. Więc mnie nie obwiniaj Matko, że cichszej sa- 
motności szukać l)ędę"... 

I w drugim liście potem pisanym, już datowanym z Gene- 
wy (z d. 30 grudnia 1832) nie wyspowiadał się Juliusz, co ma 
tak zaciężyło na sercu. Rzucił tylko nawiasem wzmiankę o osta- 
tnich chwilach pobytu swego w Paryżu, która tern bardziej mo- 
gła każdego zaciekawić: 

„Powiem Ci jeszcze, moja Mamo, że mnie w jednera 
zgromadzeniu ziomków proszono na klęczkach prawie, aże- 
. bym został. Ale już było zapóźno, przygotowania do podró- 
ży już były porobione*'... 

Dopiero po upływie całego niemal roku dowiedzieli się kre- 
wni rzetelnej przyczyny, która Słowackiego wypędziła z Paryża. 
Świadczy ona może o zbyt daleko posuniętej drażliwości u niego; 
rozważywszy jednak wszystko, przyznać należy, że w jego poło- 
żenia trudno było, inaczej sobie postąpić. Rzecz tak się miała. 

Pod sam koniec roku 1832, w miesiącu listopadzie czy gru- 
dniu^ ^wyszło w Paryżu dzieło, o którego mającóm niebawem na- 
stąpić ogłoszeniu donosił już poprzednio matce swojój Słowacki. 
Pgjawiła się -Dziadów Część trzecia. W jednój scenie tego 
utwora występuje, jak wiadomo, figura, której tam dano ogólną 
naz^jg^^DoJk torą. Zajmuje ona jedno z przedniejszych miejsc na ca- 
łym planie obrazu, ale jest wystawiona w takióm świetle, że 
odpowiedzialność za te wszystkie bezprawia, jakie się działy w Wil- 
nie w latach 1823 i 1824, spada na nią w znacznej części i to 
z tim większą sromotą, że jestto rodak i członek ciała uniwer- 
sytecki^o, którego więc obowiązkiem było zasłaniać od gwałtów 



142 

młodzież niewinnie prześladowaną; a on tymczasem (kiała w po- 
emacie Mickiewicza jako intrygant podżegający jeszcze podejrzli- 
wość Nowosilcowa tak przeciw młodzieży jak profesorom, i nie 
wstydzi się być jego nadskakującym j)ochlebcą, a nawet denun- 
cyantem wręcz oskarżającym profesora liistoryi Lelewela i kura- 
tora uniwersyteta księcia Czartoryskiego o spiski przeciw rządowi 
w gronie uczniów utrzymywane. * 

Mickiewicz wprawdzie nie nazwał w Dziadach po imieniu te- 
go doktora. I stądto może też poszło, że stawiwszy go jako figu- 
rę typową, z wyobraźni wziętą^ a nie z rzeczywistości, pozwolił 
sobie nie tylko intrygi z historypzncmi zdarzeniami rzeczywiście 
związek mające na karb jego położyć, ale dodał do nich jeszcze 
i kilka rysów dokomponowanych , (na przykład owo zajście nie- 
ludzkie z X. Piotrem itp.) które same jedne wystarczałyby naj- 
zupełniój na to, żeby każdego potępić na całą wieczność... 

Wiedział oczywiście każdy, kto tylko z zajściami czasu owe- 
go jakokolwick był obeznany (a któż ich w emigracyi nie znał 
natenczas?), że tą figurą bezimienną był profesor medycyny w uni- 
wersytecie wileóskim Dr. Becu, rzeczywiście od piorunu w roku 
1824 zabity, jak to i w Dziadach jest przedstawione. 

Czy oskarżenie podobne ojczyma Słowackiego było uzasadnio- 
ne i sprawiedliwe? 

Nam późniejszym, oddalonym od czasu i , miejsca zdarzeń, 
w obec takiój powagi jak autor Dziadów — trudno zaiste zaprze- 
czyć temu dzisiaj stanowczo. Sądzę atoli, że był to w każdym 
razie jeden z tych smutnych przykładów, w jakie pierwsze lata 
*po upadku powstania 1831 roku szczególniej były obfite, przy- 
kładów mówię ryczałtowego piętnow^ania ludzi nieraz niewinnych 
znamieniem odstępstwa, zdrady i Bóg wie jakich przekroczeń. 
Chociażby nie żyli jeszcze ludzie, co pamiętają te czasy, a którzy, 
o ile mi się mówić z nimi zdarzyło, po większej części zgadzają 
się na to, że się tym krokiem względem profesora Becu dopuścił 
Mickiewicz grubej przesady: to już samo porównanie rzeczy, jak 
jest dana w Dziadach, ze znanóm pisemkiem Lelewela „Nowo- 
silcow w Wilnie, "^ okazuje, że musiał być Mickiewicz, kiedy 



143 

tikłads^ t§ scenę, w dziwnym jakićm4 ttizdraźnienio. Wychodząc 
z t^o punktu widzenia,^ można i ti^eba wprawdzie wierzyć, że 
wypowiadał autor Dziadów to co pisał, w najgłębszym przekonaniu 
i w najlepszych zamiarach, i że się czuł podniesionym na wyso- 
kość, z któr^ giną przed okiem drobne względy na pojedyncze 
osoby, w oł)ec zamiaru podniesienia pewnej idei; pomimo tego 
wszystkiego zaprzeczyć tego jednak nie można, że przedstawienie 
jego scen wileńskich z r. 1823 więcój było poetyczne, nil zgodne 
z prawdą, a sądy o osobach niektórych" w wysokim stopniu po- 
legły na uprzedzeniu. 

Lelewel był naocznym świadkiem, a nawet jednym z głó- 
wnych aktorów całego tego dramatu. Był on nadto osobistym 
przeciwnikiem stronnictwa w uniwersytecie wileńskim, po którego 
stronie stał Becu. Co większa, i Lelewel miał przekonanie, że 
profesor ten czynnie się i umyślnie przyczynił do oddalenia jego 
z katedry wraz z niektórymi innymi jeszcze profesorami. Nie by- 
ło" tedy powodu , ażeby winę profesora Becu Lelewel zmniejszał, i 
widać też po całym sposobie , jakim rzeczy te opisuje , że mu by- 
najmniój na tem nie zależało , ażeby go od zarzutu oczyścić. Prze- 
ciwnie! sądzi on o nim z uprzedzeniem; o zachowaniu się jego 
opowiada namiętnie. I cóż mu więc takiego zarzuca? Jestże naj- 
mniejsze podobieństwo pomiędzy winą, jaką mu przypisuje histo- 
ryk, a ową rolą, w jakiój go wystawił w dziele swojóm poeta? 
Bynajmniójl podobieństwa, stosunku nawet między jednćm przed- 
staiKeniem a drugióm nie ma żadnego... 

^ WpcMnkie grulw są i Lelewela zarzuty przeciw niektórym" 
procesorom, a między nimi i przeciw Doktorowi Becu. Stern- 
wszystkiem, kto tylko całe przedstawienie rzeczy w wspomnio- 
nóm dziełku Lelewela przejdzie z uwagą i rozwagą bezstronną: 
' niepodobna żeby nie widział, że grzeszyła niewątpliwie jedna 
strona, ale grzeszyła i druga. Tu podejrzliwość — tam zaciekłość, 
tu brak umiarkowania i taktu w*"postępówaniu, a tam przebie- 
riinie znowu miarki w sądach o dążności i postępkach przeci- 
wnego obozu: — takieto były na nieszczęście w ówczesnój inteli- 
gencyi litewifciój przymioty, od których wymówić nie można ani 
ednych ni drugich. 



144 

Starsi nie pojmowali w ówczesnych okolicznoiriach innćj 
drogi ku lepszój, ku upragnionej prźyszłofci: jak drogę jawną, 
pewną ^ bezpieczną -^ drogę. opartą na podwalinach danego stanu 
rzeczy — wiród pracy powolnej wprawdzie i niejaskrawij , ale 
trwałym skutkiem wynagradzającej za trudy. W podziemne kno- 
wania żadnój wzbudzić w sobie nie mogli wiary. Lękali się entu- 
zyazmu, którego kierunek ^nął w mistycznych jakichś sferach 
extazy, a doniosłość przekraczała wszelkie granice rzeczy prawdo- 
podobnych, a nawet możliwych. 

Dla młodszych profesorów i dla całój uniwersyteckiój mło- 
dzieży mało wtedy miało uroku , co nie nosiło piętna tajemmczo- 
ści i nie wiało wonią zakazanego owocu. Niepokonana moc jakaś 
parła całą tę generacyą ku rot)otom, o których ostatecznych na- 
stępstwach bodaj który z nich samych miał wtedy jasne wyobra- 
żenie. Oda do młodości była ich pieśnią. Gorąca wiara w to, 
cz^o wszyscy pragnęli, przy wzgardliwym odrzucaniu na bok 
wszystkiego, oo wyglądało na kalkuł — to była modła postępo- 
wania tego zastępu. 

W owych czasach nazywano to wszystko romantyzmem. Ale 
wiedziano już wtedy dobrze, że się w tej nazwie ukrywało coś 
więcśj, jak same kwestye dotyczące poezyi lub estetyki... 

Takie były dwa stronnictwa w łonie społeczeństwa naszło, 
których głównóm ogniskiem był w owym czasie uniwersytet wi- 
leński. — Stronnictwo gorętsze zwyciężyło. Jego hasła wzięły 
z czasem na całą rozległość kraju zupełną przewagę nad instyn- 
ktami przeciwnój partyi. Go tylko szczytnego posiadamy w litera- 
turze — zawdzięczamy niewątpliwie popędowi i świetnój inicya- 
tywie, jaka była dana z tój strony. I po za literaturą nawet — 
wszystkie pierwszorzędne sprawy nasze publiczne od owego czasu 
począwszy, były prowadzone kierunkiem, jaki narodowi wytknęło 
i ciągle potem wytykało przekonanie tychto zwolenników peryo- 
dy€znte obudzać się mającego w społeczeństwie naszóm zi4>ału i 
wiary w cudowność polityczną. Łatwo tedy było Mickiewiczowi — 
w uczuciu odniesionego tryumfu... wprawdzie tryumfu nie pod 
murami Warszawy, ale tylko w zakresie myśli i niedałej jak 



145 

między swymi — łatwo mu było w roku 1832 na owych f^kooik* 
nych, pneńcigniętyoh, już w mgle zapomnienia ginących przeci- 
wników nięgdyi 9wego zastępu rzucać gromy wzgardy i potępienia ! 
Ale dzić--kiedy dalszy przebieg romantyzmu owego w poli- 
tyce leży już przed nami doprowadzony do ostatecznych kresów, 
i owoce jego dojrzałe jak na dłoni widne są wszystkim : ^ dzii 
zdaje mi się^ ani sam nawet Mickiewicz ani Lelewel nie śmieli- 
by juz w podobny sposób jak dawniej sądzić o ludziach owój 
epoki*.\ 

^' Czas wreszcie powiedzieć to sobie, że może ci starzy i ni- 
by zacofani antagoniści Łelewelowski^' partyi w uniwersytecie wi- 
leńskim nie byli wcale ani tacy obskuranci, ani tacy obojętni 
dla knyu, za jakich ich okrzyknięto wśród walki! Mieli oni ro- 
zum 1 kochali ojczyznę równie dobrze, jak drudzy! A że się nie 
mogli z młodszymi godzić na sposoby, jakimiby jój służyć: — 
za to winować ich nie należy. 

Za to winować by można, tylko znękane, ciężkie i ciągle 
jeszcze chore społeczeństwo nasze, na któróm się ci młodsi prze- 
rachowali potężnie, a które ludzie przeciwnego tamtym obozu 
snąć dobrze znali. Wedle tego, jakiem je znali, miarkowali oni 
swoje postępowanie. Ich przekonaniem było: wprzód ogół narodo- 
wy odrodzić, a potom — przyszłości to pozostawić, co tamci 
czynić chcieli od razu, jakby wszystkie okoliczności już były 
przygotowane do tego. 

Ale wróćmy do rzeczy. Samo się rozumie, że co tu mó- 
wię o profesorach wileńskich umiarkowańszych dążności, ro- 
zumiem o ogólnym kierunku tychże postępowania, 
a nie o pojedynczych krokach bez taktu, jakich się niejeden 
i między nimi pod uciskiem prześladowania dopuścił czasem. Zu- 
pełnie zaś tego , co powiedziałem , nie ściągam do takich zaprzań- 
ców i nikczemników, jak na przykład Pelikan, późniejszy rektor 
uniwersytetu, który zajmował zgoła odrębne stanowisko... 

Go się tyczy doktora Becu, sam Lelewel w jednóm miejscu 

broszury swojej, w nocie dodanej niżój textu na dole, a zatóm, jak jest 

prawdopodobna, dopisanój później , kiedy już był ochłonął z pierw- 

szój niechęci przeciwko niemu, sam Lelewel przyznaje, że byli 

Tom 1. 19 



14« 

kotedsy, którzy rzeczonego profesora dla osobistych 
uraz „zamierzali złośliwie zgubić;^ że nie brakło nawet i 
na takich uczniach uniwersytetu , co dawnićj w domu jego bywali, 
a potćm dostawszy się do kozy, „plątali wesoło i nieszko- 
dliwie** (?) profesora w sprawę, za którą zostali uwięzieni. A 
więc i jego stanowisko było zachwiane. I jemu groziło niebezpie- 
czeństwo. Broniąc się z konieczności przeciw złośliwości jednych, 
a lekkomyślności drugich, może nie trafiał zawsze na sposoby 
najstosowniejsze ; może powodując się zbytecznie osobistóm rozdra- 
żnieniem i żalem, postąpił sobie w czem niezupełnie, jak należa- 
ło; lecz trzebaż było zaraz rzucić bezwarunkowego potępienia ka- 
mieniem na człowieka, który w pracowitym zawodzie swoim cale 
życie przeżył bez skazy, dopędzał późnego wieku wśród czci po- 
wszechno) i miał, jak to sam Lelewel wzmiankuje, i przedtóm i 
wciągu owego śledztwa najściślejszą przyjaźń z Janem Snia- 
deckim?! Ta jedna okoliczność, ta jedna rękojmia, ta jedna da- 
ta o przyjaźni ze Sniadeckim już zdaniem mojem wystarcza, 
żeby mu nie przypisywać winy, o jaką go może wtedy w Wilnie 
posądzano chwilowo. Charakter tak nieposzlakowany, wzrok tak 
bystry, znajomość pobudek ludzkich taka wytrawna, a nadewszy- 
stko owa sarowość zasad, która Śniadeckiego przez cały ciąg 
życia j^o jako osobistość tyle podnosi po nad innych ludzi tych 
generacyi, nie byłaby mu pewnie dozwoliła żyć w poufałym sto- 
sunku z kolegą, któryby stał na jednój linii z intrygantami, jak 
Pelikan albo ta inna hołota, która się obławiała w zyski i ro- 
sła w honory przy owój sposobności... 

Wspominana tu Lelewela broszura, w sposobie pamiętnika 
traktująca o owych czasach i stosunkach wileńskich, obchodzi 
nas tu bliżej z innój jeszcze przyczyny. Została^.onfi ogłoszona 
drukiem po raz pierwszy w Warszawie w ciągu listopadowego 
powstania, w pierwszych mieMącach roku 1831. Zważywszy, że 
w niójto właśnie ojczym Juliusza w takióm świetle jest przed- 
stawiony; dalój, że wyjazd Słowackiego z Warszawy już w mar- 
cu tegoż roku nastąpił nagle, tajemniczo, bez dostatecznych po- 
wodów takich, z którychby się było można wytłómaczyć przed 
matką; dodając do tego i to nareszcie, że we wszystkich listach 



147 

swoich Słowacki odtąd nie wspomina nigdy o Lelewelu inaczej, 
jak tylko w wyrazach świadczących o namiętnej niechgci i z gry- 
zącem szyderstwem : — zdaje się być rzeczą więcej niż prawdo- 
podobną , że tej» jego jakby ucieczki z Warszawy --- bez planu, 
w świat obcy, byle daleko, w ciągu wojny z niejakiem jeszcze 
powodzeniem trwającej — nie mogło być co innego powodem, jak 
wŁaśnie owa broszura! Dla mnie przynajmniej jest to wniosek, o 
którego trafności wcale nie wątpię. Niepodobieństwem było dla 
Słowackiego oddychać dłużej atmosferą miasta, które zdawało mu 
się, że patrzało na bezkarną zniewagę imienia, które jego matka 
nasłła. Nio śmiał jej wyznać, że dlatego wyjeżdża z kraju, po- 
hieważ jeden z mężów składających rząd najwyższy w stolicy, 
człowiek w dniach owych może najpopularniejszy w narodzie, któ- 
rego przeto trudno było niepokoić wtedy o rzeczy czysto prywa- 
tne . . . dopuścił się takiej krzywdy względem dobrej sławy jej mę- 
ża. Dlatego to wtedy wolał osłonić milczeniem, co go właściwie 
wypędziło z Warszawy. Dlatego też i w późniejszych listach tak 
się o tern mimowolnie nieraz wyrażał, że tylko za pomocą ta- 
kiego tej zagadki wytłómaczenia można i wyjazd i dziwne o j^j 
pobudkach napomknięcia i niechęć ku Lelewelowi w korespoo- 
dencyi jego zrozumieć.*) 

Jeżeli go zaś już ta publikacya Lelewela tak boleśnie wtedy 
dotknęła: tómcł bardziój uczuć musiał teraz tę nową krzywdę, 
jaką rodzinie jego wyrządził wDziadach Midkiewicz. Nie prze- 
to tylko, że tu mniemana wina jego ojczyma dosięgała rozmia- 
rów prawdziwie monstrualnych. Lecz wszakże to było dzieło, któ- 
re czytane być miało i odczytywane przez wszystkich! To był 
poemat — to był Mickiewicza poemat ! . . . Pamiętniczek Lelewela, 
szorstkim stylem pisany, mógł ugrzęznąć w rękach samych tylko 
uczonych, samych historyków z zawodu; ani z rzeczy ani z formy 
nie mógł sobie obiecywać nieśmiertelności. Dziady były dziełem poety, 
na którego zwrócone były oczy każdego, kto tylko język polski 
rozumiał. Broszury Lelewela nie znała matka Juliusza i nigdy 

*) Obacz miejsca odnoszące się do całćj tćj sprawy na stronit 
24 i 25, 40 i 135 niniejszego dzieła. 



148 

się ojej exy8teiK5yi nie dowiedziała, jak. o tern wnosić można 
na pewne z milczenia o tóm dziełku w listach do ni^j pisanych. 
Lecz możnaż było przypuszczać, żeby i Dziady rąk jij dojść ni- 
gdy nie miały? Lelewel wreszcie, w czasie kiedy drukował swoje 
książeczkę, był zupełnie obojętnym człowie^kiem dla Słowackiego. 
Ani wiek, ani stosunki, ani zawód nie zbliżał ich obydwóch do 
siebie. Inaczój rzecz się miała z Mickiewiczem. Jeżeli już iKe dla 
innych powodów, to przez sam wzgląd na obecno&ć Juliusza na 
emigracyi w Paryżu, przez wzgląd na to, że to brat jego młod- 
szy po bitni, że z nim koleguje w przełożeństwie nad Towarzy- 
stwem Literackióm — już dla tych mówię przyczyn nie godziło 
się Mickiewiczowi obierać' sobie właśnie jego ojczyma za ofiarne- 
go 'kozła, któryby dźwigał cały ogrom wzgardy poety dla wszy- 
stkich samolubów i zaprzańców, jacy tylko byli i kiedykolwiek 
być mogli... 

• To też łatwo sobie wystawić, co się po przeczytaniu tój 
ksiątki dziać musiało w duszy naszego poety tyle zawsze draili- 
wego, a tak serdecznie przywiązanego do Matki... Oto, co jój 
pisał w rok dopiero po wyjeździe swoim z Paryża , kiedy ona 
wiedziała już skądinąd o wszystkióm : 

„Więc wiecie o Adamie I Och! teraz dopiero powiem, 
ile mię kosztowało przdamanie pierwszego popędu dumy! 
Skórom przeczytał, chciałem się koniecznie strzelać z nim 
i natychmiast posłałem list do Michała fSkibickiego^ przy- 
jaciela mego, aby mi pomocy swojój użyczył. Przyszedł 
MiShid wieczorem, i różnemi radami odwiódł mnie od za- 
miaru. Była to jedna z przyczyn, dlaczego do Genewy 
wyjechałem — i teraz nie uwierzycie, ile męki cierpię, ile- 
kroć ludzie chcą zdanie moje o Adamie usłyszeć. J^ienawi- 
dzę go!... Wyjątek zmojój przedmowy*) on obciął i umie- 
ścił w pisemku, ale tak obciął, że mu dał całkiem inne 
znaczenie — pozór jakiejś uszczypliwości. A przedmowa moja 
jest raczój mojóm usprawiedliwieniem i wszyscy, którzy 
ją całą przeczytają, przyznają, że Adam zo złą wiarą po- 
stąpił. Onto bowiem o dziełach literackich w pisemku pi- 



*) Mówi o przedmowie do Ulgo tomu Poezji, obejmającego 
L ambr o. O utworze tym, który wyszedł w pocztu roku 1888, 
bodziemy niśćj mówili osobno. 



140 

sał. — Nic mi nie pozostaje, jak okryć Ciebie Matko mo- 
ja, promieniami takiój sławy, aby Cię inne ludzi pociski 
dojść nie mogły. I muszę tego dokonać — Bóg mię sam 
natchnął — łw rozwinął w myśli moj6j wielkie dzieło/) 
Część pierwszą za kilka dni posyłam do draka i teraz 
przepisuję. Wierz mi Matko droga, że się nie zaślepiam, 
iem to dzieło osądził po napisania obcego człowieka roz- 
. wagą... i drukuję bezimiennie. Będzie to równiejsza walka 
z Adamem**... (Z listu rokiem później pisanego z Genewy 
d.*"30 listopada 1833). 

— Kiedy już zapadło niecofhięto postanowienie przeniesienia 
się do. Szwajcaryi, rozpoczęto przygotowania do bezzwłocznej po- 
dróży. Wśród najrozmaitszych zajęć, jak to bywa na wyjezdnóm, 
przyszła do głowy myśl Słowackiemu odwiedzić jeszcze sławną na- 
ówczas wróżkę paryską,' pannę Łenormand. Było to w sarnę wilią 
Bożego - Narodzenia. 

^Dwoma dniami przed wyjazdem Michał rano wchodzi 
do mnie i pośród rozmowy wspomina coś o sławnej pannie 
Łenormand. Musisz ją Mama znać z reputacp, bo ona 
niegdyś Cesarzowi wróżyła. — Ułożyliśmy natychmiast pro- 
jekt iść do panny Łenormand. Szczęściem wiadoma nam 
była ulica, gdzie mieszkała; dom zaś, w którym żyje ta 
Sybilla, oznacza napis nad bramą: ^Łibrairie de Mile Łe- 
normand.** Wchodzimy do sieni, wita nas stara duguenna 
pytając, czy przyszliśmy na konsultacyą. Odpowiadamy, że 
tak , i wpuszczeni jesteśmy do pokoju ładnie umeblowanego, 
w którym całe ściany okryte obrazami rozmaitych cudów 
przyrodzenia i śród tych malowideł wisi ogromny portret 
samej wróżki, w aksamitnój czarnój sukni, ze złotą u do- 
łu frenzlą i w zamyślonój postaci odmalowany. Kilka osób 
przybyłych przed nami czekało na kabałę, słychać było 
w drugim pokoju ciągłe mruczenie czarownicy. Wpuściła 
nas nareszcie do swego pokoju. Jak wygląda, opiszę: Jest- 
to baba stara, lat ma ze 60, otyła, niska, z garbem na 
Clecach, ubrana w szarej sukni, na głowie mnóstwo lo- 
ków i na nicfa na bakier aksamitny ogromny czarny beret, 
jak męska czapka; rysy twarzy ma zupełnie polskie, tro- 
chę ciocię P. przypomina. Siadła na krześle z poręczami^ 



*) Stosuje się to do Kordyana, który b^ł napisany w rok 
po wyjściu Dsiadów, w TSenewie. 



150 

przy biurku z wytartem suknem, na biurku leżało mnóstwo 
kart rozmaitej wielkości. Usiedliśmy oba przy biurku. — 
Zapytana, odpowiedziała, źą ceny w:różbj są rozmaite, od 
6 aż do 60 franków. Prosiliśmy o sześciu-frąnkową przy- 
szłość. A więc przyznacie sami, że ludziom, co po O fran- 
ków płacą za głupstwo , nie mogła wielkich cudów przepo- 
wiedzieć. Zadała mi pierwszemu następujące pytanie: „w któ- 
rym miesiącu rodziłem się'/" — „w Auguście;** „którego 
dnia?"* — ^23;** „Jaka pierwsza litera imienia?** — **J.5 
"pierwsza litera kraju?** — „P.** „Jaki kolor najwięcej lu- 
bię w ubiorze?** — „czarny.** „Jakie zwierzę najwięcój lu- 
bię?** — wpsa.** „Jakiego zwierzęcia najbardziej niecier- 
pię?** — „pająka.** „Jaki kwiat najl)ardziej lubię?** — „ró- 
żę.** Na tóm zakończyła, i wziąwszy talią kart zwyczaj- 
nych, ułożyła z nich długi szereg, dwie zawsze karty od- 
rzucając. Potem wzięła ogromne karty, z dziwnymi wize- 
runkami, i kazała mi z nich ¥rybrać jedenaście lewą ręką, 
inne zaś odrzuciła. Potom z trzeciej, równie ogromnój ta- 
lii kazała mi wybrać 23 karty; z wybranych ułożyła ogro- 
mny wachlarz i z wachlarza zaczęła wróżyć, jak excytarz 
jednym głosom i niezmiernie prędko. Wróżby zupełnie po- 
spolite; między innemi powiedziała, że będę się dwa razy 
kochać; że rozpoczynam podróż, której mi rozpoczynać nie 
radzi aż do odebrania pewnych wiadomości; że dopiero 
w dziewięć miesięcy będę miał stałe o losie moim wiadomo- 
ści; że jestem zdatny, ale radzi mi wykończyć to, com 
naszkicował; że między 27mym a 28 rokiem mojego życia 
będę bardzo szczęśliwy, że w tych latach wiele dla mnie 
zajdzie wypadków. Oto są wszystkie prawie przepowiednie; 
ostatnia tylko dosyć interesująca. Michałowi nie powiedziała, 
że zaczyna podróż; a ponieważ jej mówił, że kocha konia, 
wróżyła mu, że się na polu walki odznaczy. — Tumani 
baba i niczóm zbywa chorych na zdrowy rozsądek pacyen- 
tów/) — Po tak przepędzonej godzinie wyszliśmy z Micha- 



*] Ażeby* zaspokoić czytelnika ciekawość i powiedzieć ma o wy- 
padku tych przepowiedni, póki pamięta jeszcze o wróżbie; nadmie- 
niam, że jednak w tym pojedynczym razie niekoniecznie ^baba tu- 
maniła!* Niejedno się z jćj zapowiedzi spełniło rzeczywiście.' I tak, 
co sie tyczy dwukrotnego zakocliania — okaże się niżćj, że w tćm 
było wiele prawdy, chociaż nie trzeba brać rzeczy w zbyt ścisłym 
sensie. Obietnica szczęścia i czasu obfitego w wypadki między 27 a 
28 rokiem życia, ściągn^a się wprawdzie do skromniejszych nieco 
rozmiarów, bo tylko do podróży do Woch i na Wschód, odbytćj 



łem do ogrodu Łnxenibo«rg. Gadaliimy długo drwiiie z sie* 
bie nawzajem, a pot^m mimowolnie wpadliby w długie 
zamyślenie, aż on pierwszy odezwał się : „Wiesz, szkoda, że- 
śmy t>abie nie dali po 60 franków, może by nam oo wię- 
cej powiedziała.^ Odpowiedziałem śmiechem na te jego sło- 
wa, malowały one doskonale łatwowierność człowieka, zdra- 
dzały go aż do głębi serca. Ale ja także wyznać mnszę i 
jemu to wyznałem, że także przez czas zamyślenia na tę 
same myśl wpadłem. "^ (List z dnia 30go grudnia 1832 
z Genewy). 

W wilią wyjazdu pożegnało grono bliższych znajomych Sło- 
wackiego obiadem na cześć jego wyprawionym przez któregoś 
z przyjaciół. A nazajutrz, dnia 26 grudnia, w sa^o więc drugie 
święto Bożego Narodzenia, o godzinie 7mej wieczorem wsiadł do 

dyliżansu. 

„Przyjaciele, z których jeszcze dwóch przy powozie 
mnie czekało, stali wokoło, gadając zo mną przez okna ka- 

w t. 1836 — 37. Stćmwszystkićm , chociaż nie były to czasy bar- 
dzo szczęśliwe, to były one jednak jeszcze stosunkowo naj- 
szczęśliwsze, w ci^ćm życiu poety od chwili wyjazdu jego ua 
emigracyą , a nawet i aąjobfitsze w wypadki , a przynąjmnićj w przy- 
gody. A co ze wszystkiego najdziwniejsza, to że trafiły właśnie na 
wiek jego oznaczony! 

Byronowi, kiedy jeszcze był chłopcem, wróżyła także wieszczka 
jakaś, nazwiskiem Msr. Williams. Przepowiedziała mu, że rok wieku 
dwudziesty siódmy i trzydziesty siódmy będzie dla nie- 
go niebezpiecznym. , Jedno się rzeczywiście sp^iło,*' pisał Byron 
w swoich pamiętnikach , stosując rzecz do swego ożenienia , które 
przypadło właśnie na rok jego 27my. „Nie zapomnę nigdy 2go sty- 
cznia 1815. Było mi, jak gdyby podpisywali mój wyrok śmierci. 
Łady Byron (młoda panna) była jedyną spokojną osobą w ci^ćm to- 
warzystwie. Ksiądz wymówił nazwisko moje ffJszywie; matka narae- 
czonćj wrzeszczała; ja drżałem jak osowy listek, dawałem odpowiedzi 
niedorzeczne i nazwałem żonę po ślubie Miss MUlbank (nazwisko pa- 
nieńskie)*. .. Tak tę rzecz opisywał B3nron w kilka lat po owym 
ślubie złowieszczym, który zatruł mu całe życie goryczą. Nie upły- 
nęło wiele czasu i okazało się , że i druga przepowiednia ow^j wróż- 
ki mii^ się spełnić. Mając właśnie lat 86 i kilka miesięcy, poeta 
zakończył życie. 

Więc wierzyć przepowiedniom ? — Nie zawsze ! Ale zdarzają się 
czasem rzeczy na ziemi i na niebie, o których się nie śniło naszym 
filozofom... Byron w nie wierzył, Walter Scott także, i Rousseau, 
i Gotho, i Napoleon — i wiele innych wielkich łudził 



153 

rety... i przy iwieUe latami dziwnie się Wydawała postać 
wychudła i bkda sucliotnika (Zienkowicza), który się wy- 
wlekł z mieszkania i stał nierochomy na deszczu. Widzę go 
dotąd przed sobą, jak .mówi Szekspir, oczyma duszy mojój, 
choć go mo&e oczyma głowy nigdy jui nie zobaczę. Ruszył 
. dyliżans, to ogromne zwierzę, nadziane różno - narodowym 
tłumem, i jechaliómy długo przez ciemne ulice, potom przez 
pont Neuf, a potom przez ulice, na których nigdy nie 
byłem, choć blisko półtora roku siedziałem w Paryżu. Itak 
zakończyłem paryski epizod mojego życia. W nocy nie mo- 
gąc rozerwać niczóm mojój uwagi, przebiegłem myślą mój 
pobyt w tem mieście — i nic nie znalazłem przyjemnego — 
żadnego wspomnienia, prócz chwili, w którój przyniesiono 
mi pierwsze dwa tomiki moich poezyi.** 

A znajomość z panną Korą? — Nie ma o niój wzmianki 
w tóm rozmyślaniu poety o najbliższej swojćj . przesdości. Poże- 
gnanie się ich obojga było, zdaje się, z jego strony olwjętne; dla 
niej było hurdzo bolesne. 

-Powiem ci Mamo, że mnie kilka osób w Paryżu ża- 
łowało, mówi Juliusz w innóm miejscu tegosamego listu. 
Kora płakała i z drugiego pokoju było słychać łkanie; a 
kiedy wyszła do salonu, czerwone miała tak oczy, że sio- 
stry za rzecz potrzebną uznały mówić przedemną, że ma 
mocny katar mózgowy, nad czóm bardzo ubolewałem.^ 

Ale wróćmy do przerwanego opisu podróży. 

^Przejeżdżałem przez ładną Francyą — ładną nawet 
w zimie, bo pola, choć skrzepłe, zachowują jednak zieloną 
barwę. W dyliżansie, w którym jechałem, znajdowało się 
kilku Francuzów, którzy na górach wysiadali z powozu i 
szli piechotą. Zacząłem ich naśladować i często po całej 
mili uchodziłem. Co dziwniejsza jeszcze, że w towarzystwie 
• naszem znajdował się jeden sławny szybko -biegacz., który 
się w Paryżu popisywid i któremu dotrzymywałem kroku. — 
Towarzysze moi pierwsi znudzili się pieszemi wędrówkami i 
na końcu samotny musiałem je odbywać. Wszedłszy na je- 
.. dnę górę, spotkałem się po raz pierwszy z zimą; murawa 
była cab szronem obsuta, futro u mego płaszcza obmarzło; 
wyprzedziłem z daleka dyliżans i stanąłem sam jeden, a 
widząc naokoło skały, waszemi imionami próbowałem ich 
eclia... Jechałem przez Tonnerre-Dole; wszędzie śli- 
czne okolice. Nakoniec trzeciego dnia , o godzinie piątój z ra- 
na, przyjechaliśmy do St. Laurent, położonego na górze 
Jura, skąd trzeba było wziąć sanki, aby przebyć śnieci 



158 

t^j góry. Sanki dano nam snipełnie do naszych bud podo- 
bne. Towarzystwo dyliźansowe w dwie się budy zabrało, bo 
było już nas tylko czterech. Siedliśmy więc, ja z moim 
ciągłym towarzyszem Szwajcarem w pierwsze sanie, dwódi 
kupców francuskich w dHigie, na trzecie spakowano rzeczy 
i ruszyliśmy z górki na górkę. Go za rozkosz — inióg da- 
wno niewidziany — tu sanna, tu po gołoledzi sanki nad 
przepaścią groią zatoczeniem się. Go za rozkosz jechać na 
południe sankami! — O 7mćj zaczynało się rozjaśniać. Je- 
chaliśmy brzegiem doliny Mijou, która się kilka mil cią- 
gnie. W dolinie między sosnami stcgą opuszczone szalety, 
domki, w których latem pasterze mieszkają. Na końcu do- 
liny widać wielką bramę, to jest górv z dwóch stron spły- 
wają i kończą wąwóz, a w tóm ujścm doliny kawał mgły 
wisiał do ziemi, jak srebrna kortyna. Słońce oświecało ten 
zimny i zamarzły obraz. — W oberży samotnej na górze Jura 
jedliśmy obiad, a po obiedzie pokrzepieni, zaczęliśmy nową 
podróż z góry na dół. Dosyć wam powiedzieć, że prędkim 
kłusem jechaliśmy z tej góry godzinę, i porzuciwszy naj- 
piękniejszy czas na górze, wpadliśmy nagle w krainę mgły, 
tak że spojrzawszy na otaczający naokoło i na ^iący na 
ziemi obłok, nie mogliśmy prawie wmówić w siebie, żeby o 
tej porze na szczycie góry słońce świeciło. Zjechawszy z Ju- 
ra, wpół godziny stanęliśmy na gruncie Szwajcarów, w oj- 
czyźnie Wilhelma Telia. Jechałem koło Ferney; widzia- 
łem z daleka zamek Woltera i kościółek, który Bogu po- 
stawił. — Ferney mnićj na mnie zrobiło wrażenia, niż sama 
droga. Przez 12 godzin widząc śniegi wokoło, o was ma- 
rzyłem, marzyłem o dawnóm dzieciństwie, o dniach prze- 
pędzonych między sosnami. Tak mi było miło i smutno ra- 
zem , że wam t^o wystawić nie potrafię. — O półtor^ mili 
od Genewy znów siedliśmy w dyliżans na kołach i o 5tój 
wieczór wjechaliśmy do miasta. Teraz patrzcie na początek 
listu, a będziecie mieli wyobrażenie, jak pierwsze chwile 
w tej mieścinie przepędziłem.** 

Początek listu był taki: 

„Nie masz smutniejszej dla mnie chwili, jak ta, w któ- 
rej przybywam do obcego miasta. D;(isiaj o 5tój wieczór 
przyjechałem do Genewy, wniosłem się do hotelu pod Wiel- 
kim Orłem i nie mogąc po nocy włóczyć się po niezna- 
nym mieście, kazałem sobie do pokoiku przynieść herlMtty 
i przy ogniu kominka marzę i piszę list ten do kochanój 
Mamy.** (Wszystko z listu datowanego z Genewy dnia 30 
grudnia 1832). 

Tm Ł «0 



/ 



ROZDZIAŁ SZÓSTY. 

Rok 1833. — Pensyoaat na przedmieściu genewskidm i jego gospo- 
dynie. Tryb życia Słowackiego w Genewie. Nowe stósanki i znąjo- 
moćci. Wrażenie francuski^* recenzyi jego Poez3ri. Teatr genewski. — 
Wiadomość o zgonie Zienkowicza. — Lambro oddany do druku, 
przedmowa do niego. — Życie towarzyskie roku owego dośd zajmu- 
jące. Boston — Eglantyna — Eliza. — Wiosna — różne figury z dale- 
kich krajów sąsiadujące teraz z Słowackim — rodzina Uwarow — 
Potopów — hrabina Seidwitz — misyonarz Wolf itd. — Wycieczki 
w góry okoliczne. — Uroczystość szkolna — imieniny Juliusza. — 
W jesieni praca nad Eordyanem. 

Zaraz nazajutrz po przyjeździe do Genewy zoalazł tam Sło- 
wacki kilku ze swoich dawnych znajomych, i ci ma dopomogli 
w wynalezienia mieszkania. W ich towarzystwie i wśród stosun- 
ków genewskich wcale przyjemnych, po niewielu już dniach, owe 
przykre uczucia, jakich doznawał w pierwszej chwili za przyby- 
dem do tego miasta, ustąpiły miejsca usposobienia nie tytko zno- 
jnemu, ale nawet bez porównania swobodniejszemu, aniżeli 
w Paryżu. 

^Genewa jest niezmiernie drogą — pisał dnia 5 sty- 
cznia 1833, w dalszym ciągu listu, z któregośmy dali ustę- 
pów kilka w poprzedzającym rozdziale — i wszyscy, nawet 
najbogatsi cudzoziemcy mieszkają w tak nazwanych pen- *. 
syonatach. Pochodziwszy trochę, znalazłem bardzo pię- ■ 
kny pensyon w wiejskim domu o kilkadziesiąt kroków od"' 
miasta położonym (aax Paąuis Nr. 10 pod Genewą). Ko- 
sztuje mnie na miesiąc 130 franków, bez opału. Szczęśli- 
wie bardzo, że się do tego pensyonu dostałem, bo moi 
ziomkowie mają w nim dobrą opinią. Gospodyni pensyonu 
nazywa się Mme. Pat i eg. Jeżeli zobaczycie Grocholskiego 



m 

lab Kosiebki^ó, powiedzcie im, że zaraz na wstępie za- 
pytała mi się panna Pat t eg, czy ich znam; i odtąd cią- 
głe mi o nich gada. Oni kiedyś mieszkali u tej samej pa- 
ni , trzy razy przejeżdżając przez Genewę : ale wtenczas pen- 
syon był w mieście, dziś zaś zmienił lokal i akrywa się 
w ogrodzie między świerkami i sosnami. 

^ Maszę Wam opisać pensyon Genewski. A naprzód 
dom , w którym się mieści , potem gospodarstwa moich por- 
trety skreślę — potem opiszę mój pokój — a potem mo- 
ich towarzyszy. Dom leży trochę za miastem , ale wyszedłszy 
z niego, w kwadrans można być na drugiej stronie Genewy. 
Bo Genewa mniejsza jest prawie od Kamieńca, tylko domy 
są stare i wysokie. Możecie sobie wystawić, jak jest mała, 
kiedy pomimo największej drogości mieszkań, liczy tylko 
24,000 mieszkańców. Otóż dom, w którym mieszkam, stoi 
w ogrodzie za miastem , wysoki na trzy piętra , szary z zie- 
loneipi okienicami. W ogrodzie najwięcćj jodeł i sosen, o 
kilkadziesiąt kroków jezioro Genewskie, którego jednak dla 
innych wiejskich domów z okien nie widać. — Pani Pat- 
teg — jestto stara kobieta, przyjemnej twarzy i niezmier- 
nie dobra. Przeczuwam , że gdybym kiedy zachorował , w j^j 
domu nie byłbym jak obcy. Córka jej, panna Eglantyna 
Patteg , wszystkiem w domu się trudni. Jest to panna ma- 
jąca około lat 30 — ładną być dawniej musiała — teraz 
pokazują się w nićj wady starej panny. Stómwszystki^m 
bardzo przyjemna w konwersacyi, i dobrze gada o swoich 
znajomych. Czule wspomina Groch, i KosieL, z uśmiechem 
mówi o Ilkiewiczu, którego także znała, a który musiał 
się bardzo zmienić od czasu, jakeśmy go widzieli, — bo 
wystawiła mi go panna Pattek jako nadzwyczaj wesołego i 
miłego w towarzystwie, — Przybywszy na pensyon , zastałem 
w nim familią francuską — starego pana z żoną i synem, 
bo tu i kobiety mieszkają w pensyonach. Ci państwo wczo- 
raj wyjechali — jeden mi tylko więc został towarzysz — 
jestto Francuz, ksiądz protestancki, z którym grywam 
w szachy wieczorami. Mała ta liczba pensyonaryuszów po- 
większa się nieskończenie w lecie. Wtenczas mnóstwo przy- 
jeMża Anglików, często ładne przybywają Angielki — a 
wtenczas pensyon staje się bardzo przyjemną wioską naszą. 
Wszyscy się bez przymusu schodzą w godziny uczt — bawią 
się — wieczorami pływają po jeziorze i późno przy księży- 
cu wracają do domu. — Mam pokoik bardzo ładny, zupeł- 
nie wiejski — z obiciem w kraty zielono karmazynowe — 
biurko czeczotkowe— ogromny, ale ogromny fotel aksamitny, 
w którym jak siędę, to mnie nie widać — i krzesła i sto- 



15« 

lek i piec okrągły — okna, jak zwyczajnie w Szwajcaryi, 
z inałemi szybami — a przed oknami świerki — sosnę — dąb 
stary — wiele krzewów — murawę teraz nawet zieloną — 
i kłąb z róż. Okna moje są obrócone na wschód, będę więc 
miał w -lecie słońce — i w ładny poranek otworzę sobie 
okna i będę miał zapach róż — zapach balsamiczny jodeł. 
Nie awierzysz Mamo/ jak mnie te jodły cieszą, jak mi 
jest przyjemną ta wiejska cisza, która mnie w około ota- 
cza. Zdaje mi się nieraz, że już osiadłem na wsi, abym 
odpoczął po trudach życia. W domu, w którym jestem, zu- 
pełnie mi uczuć nie dają, jakobym był za pieniądze , i to mi 
jest bardzo przyjemnie. — 

„W pensyonacie tym wstają wszyscy o 9tój rano — o 
lOtej schodzą się do wielkiej sali na śniadanie, złożone 
z jajek miękko gotowanych, z mięsa na zimno, z kawy 
i herbaty. Ostatnie te dwa napitki przyprawiają tu dosko- 
le — ale kawa w mieście jest niegodziwa. Potim rozcho- 
dzą się wszyscy. Ja idę najczęściój do miasta, do salonu 
lektury — odwiedzam moich znajomych — i znów o 4tej 
schodzimy się na obiad. Ile razy jem obiad smaczno zgoto- 
wany — dziękuję Bogu, żem się od paryskich traktyerów 
wyzwolił — i czuję , że mi to daleko lepiój na zdrowiu. Po 
obiedzie często ktoś z dam genewskich do piani Patteg 
przychodzi z wizytą — i tak pozawczoraj wieczór przepę- 
dziłem na rozmowie z panną Liną, jest to ładna z czame- 
mi oczyma Szwajcarka — a we czwartek mam pójść do 
jej rodziców na wieczór. O 9tej godzinie pijemy herbatę — 
i potom przy kominku ciągnie się rozmowa, po którój ka- 
żdy do swego pokoju odchodzi.** 

Vf ciągu następnych tygodni i miesięcy przywykał Słowacki 
coraz więcój do miejsca swego nowego zamieszkania, i do ludzi, 
któnsy go otaczali. Ujrzał się tu bez wielkiego zachodu pośród 
nader ożywionych stosunków towarzyskich, na brak których czę- 
sto w Paryżu narzekał. Oto, co swoim Krzemieńczanom o tem 
wszystkióm opowiadał (w liście z dnia 10 lutego 1833 r.): 

^Go do mojego teraźniejszego położenia, bardzo miłe 
życie prowadzę. Mieszkam u ludzi, którzy kazali mi Ma- 
mie napisać, że mnie bardzo kochają i starają się tosamo 
dla mnie uczynić, co chcą aby dla ich oddalonego syna 
czyniono. Stara dama, pani Patteg, ciągle mnie się pyta 
o moje chęci — gusta; wszystkiemu chce dogodzić — nad 
zdrowiem mojóm czuwa — słowem, mogę Wam zaręczyć, 
ż« bardzo godna i uczciwa osoba. Jej córiLa, pamia £glan- 



15ł 

tyiui^ banko mnie takte lubi — stara się bawi<S — w kil* 
ku domacłi mnie zapoznała, a w domach tych przyjmują 
mnie ze znaczną atencyą i rozróżniają od innych. Winien 
jestem pannie £)glantyme, ie wprowadzony zostałem na ka- 
syno i bywam na niem często dosyć. Kasyna tutejsze są 
bardzo świetne. Szwajcarki, ładne blondyidd jak śnićg, 
•mieszają się w kołach walca z zamyślonemi Angielkami, 
których tu jest najwięcój< Tańcują tylko kontredanse, wal- 
ce i galopady. Zaproszony byłem także na kilka balów przez 
nieznajome dawanych osoby — dziwny to wcale zwyczaj! 
Byłem na jednym z nich i z trudnością wyśledziłem prze- 
czuciem prawie gospodynią, której się trzeba było ukłonić. 
Ma takich balach tańcują mazura , i to mi największą spra- 
wia przyjemność. Najprzyjemniejsza jednak część dnia dla 
mnie jest ta, którą przepędzam w domu* Jestem zupełnie 
na wsi — z rana po śniadaniu wychodzę z panną Eglanty- 
ną do ogrodu. Czas tak niamy śliczny, że dzisiaj w lutym 
chodząc w surducie, spotniałem. Ogród zawsze zielony, peł- 
ny sosen i jodeł — niebo błękitne — a na horyzoncie wy- 
soko wznosi się Mont-blanc śnieżny — lekko jak chmu- 
ra skreślony — ; czasem wiankiem białój chmury okryty. 
Wyrysuję Wam kiedyś i przyślę widok domu, w którym 
mieszkam , wzięty z ogrodu. Chodząc tak z rana, często pan- 
nie Eglantynie opowiadam różne przypadki mojego życia i zbie- 
ramy fijołki, które się już pokazują. Kilka dni temu pani 
Patteg umyślnie dla mnie dała wieczór i kilku Polaków za- 
prosiła — kilka było dam ładnych. Bawiłem towarzystwo 
jak mogłem, nauczyłem mazura — z trudnością przypo- 
mniałem sobie z dziesiątek figur — i bardzo były panny 
kontente. Potom ustawiłem wszystkie do angleza, i znów 
im różne nasze figle pokazywałem. Wkręciłem wszystkie 
w długiego gąsiora i tak się rozhasałem, żem im wszy- 
stkie tańce pokazał aż do kozaka. W głębi duszy jednak 
czułem nadzwyczajny smutek, wsponinienia tłumem cisnęły 
się do głowy i napadały puste serce*... 

^Mii^em jeszcze jedne wielką przyjemność. Jednego 
wieczora przyszła do nas pani Morin. Jestto żona jednego 
z pierwszych doktorów — bywam u nich — ona sama Wło- 
szka — trochę sawantka , ale w miarę — ma ładną córkę, 
która się nazywa Lina — i sama śpiewa prześlicznie meto- 
dą włoską. Otóż pani Morin przyszła do nas wieczorem i 
wśród konwersacyi powiedziała mi z uśmiechem : ^Młody N. 
N. mówił mi dziś , że w jednym z dzienników francuskich 
czytał długi i pochlebny artykuł o poezyach Juliusza Sło- 
wackiego. Czy Pan znasz tego poetę? Udałem, że mnie ten 



artykuł mało obchodzi; ale nazajutrz z bijąoćm semeni po- 
biegłem do Sociótć de lecture, gdzie znajdują się wszy- 
stkie dzienniki, i wynalazłem krytykę moieh poezyi w Re- 
vue Europ6enne.*) Bardzo pochlebnie mówią: zaczy- 
nają od wyjlcia na świat Bogarodzicy — dają tłóma- 
czenie tego hymnu — pot^m mówią o Żmii z pochwałami — 
potom przytoczony jest w tłómaczoniu wyjątek wiersza do 
Skibickiego — rozbiór dość obszerny tragedyi , z cy- 
tacyami — pochwała śmierci błazna i charakteru jego w Ma- 
. ryi Stuart. Nakoniec tłómaczenie całego Araba wcale 
niezłe. Jest wszędzie trochę ocukrowanej krytyki — ale 
jest i to, że mam lat 22 i ie rzuciłem podstawy wielkiój 
literackiój sławy, — Widziałem potom w Societó de le- 
cture czytających artykuł o mnie — widziałem, jak jeden 
dobywszy pugilaresu, imię moje zapisywał, nie wiedząc, że 
tak blisko niego stałem -— a to mnie nadzwyczaj bawiło. 
Wczoraj znalazłem w gabinecie czytających samego powa- 
żnego pana Morin, który zapewne przez żonę wysłany, nad 
rozbiorem moich poezyi siedział. Wszystkie damy moje zna- 
jome starają się, aby tego żumalu dostaó — i wiedzieó, co 
ja za jeden?" 

„Właśnie rok temu, jak drukowałem w Paryżu poe- 
zye. Pobyt w Dreźnie, w Londynie, w Paryżu — zupeł- 
nie inne obrazy i bardzo odcieniami wydatne zostawił w mo- 
jój pamięci. Pobyt w Genewie różni się zupełnie, i spodzie- 
wam się, że utworzy obraz wspomnień najcichszy i naj- 
przyjemniejszy; bo dom, w którym mieszkam, latem 
napełnia się mnóstwem wojażerów. Bardzo to będzie korzy- 
stnie dla mnie, że nie wychodząc z domu, będę się w ro- 
żnych towarzystwach ocierał. Już teraz rozmowa moja ła- 
twiejsza, dosyć mnie w salonie w dobrom świetle wystawia. 
Pomaga mi w tóm rodzaj małój sławy, która rzuca jakiś 
urok na moje rozmowy , a przynajmniój ludzi dobrze o mnie 
uprzedza i często tłómaczy milczenie ftoje, które zgubiłoby 
w opinii innych. I sam nie czując się w potrzebie ciągłego 
gadania, gadam więcej, bo nie doświadczam żadnego przy- 
musu". 

O samóin mieście Genewie takich udzielał spostrzeżeń: 

„Teatr tutejszy jest szkaradny, albowiem wiele jest 
metodystów w arystokraćyi , którzy teatr aui zakasaną i zgu- 



*) Zdaje się, że tento artykuł wyszedł pot^ i w osobn^ bro- 
S2urce, wydao^' r. 1833 w Paryżu p. 1 NoUee tm Um poitki dś 
JuUs Siowacki, podpisani' prses p. Lemaitre. 



IM 

boą nwafają zkbaMę. Obyeząje genewskie zadziwiają. N^^dsiś 

Die ma mnićj intryg — ale wiele jest plotek, jak zwyczaj- 
nie w miJćin mieicie. Zwyczaj tu jest, że panny same 
chodzą po ulicach; zwyczaj także, że przed pobraniem się 
młodzi ladzie kochają się po lat 10. Słowem, wiek tn zło- 
ty trwa dotąd, i z tego względa miasto dziwną ma postać 
moralną. Arystokracya tutejsza złożona z kopców i zegar- 
mistrzów — nudna bardzo i płaska. Oto macie w kUku 
słowach rys Genewy.** (List z dnia 10 lutego 1833, 
z Grenewy). 

Lubo oddalony znaczną przestrzenią od miejsca dawniejszego 
swego pobytu, wiedział Juliusz jednak, co się dzieje w Paryżu, 
odbierając mnóstwo lislów od znajomych tamtejszych; i porówny- 
wając stan rzeczy tam, a około siebie, powtarzał bardzo często: 
„lepiój mi jest w Genewie, niż w Paryżu" 

W listach paryskich donoszono mu nieraz o osobach,^ któ- 
re go szczególniój interesowany, o Zienkowiczu, o pannie Korze, 
o Mickiewiczu i t. d. Wiadomości o Zienkowiczu były coraz smu- 
tniejsze , wreszcie przysłano mu doniesienie o jego zgonie. 

„Pisałem wam o moim wyjeździe — o moim chorym 
przyjacielu.... Okropną odebrałem wiadomość — w kilka 
dni po moim wyjeździe mocno zasłabł — był bez nadziei — 
siedział nieruchomy na łóżku i ciągle powtarzał: „nie ma 
Julka"* — a wymawiając te słowa pUkał. Kilku znajomych 
ciągle go pilnowało — kilkoma dniami przed śmiercią ode- 
braJ mój list — a list był wesoły, szalony prawie, bo nie 
wiedziałem, że się tak źle miał. Czytano mu ten list — 
płakał. Dnia 18 wjnocy o 10 godzinie wszyscy go opniclli 
i został tylko służący. 'W pół godziny potom chory otwo- 
rzył oczy — westchnął trzy razy i skonał. Pochowano go 
na cmentarzu pere la Ghaise, gdzie tyle razy całe ran- 
ki przepędzałem Matko moja, pomódl się za tego, któ- 
ry kochał do śmierci twojego syna i któremu twój syn nie 
w zamian nie dał, tylko łzę po śmierci^, (z Genewy dnia 
10 lutego 1833). 

O pannie Korze pisano ma z Paryża, że go zawsze wspo- 
mina, — rumieniąc się, kiedy go kto inny wspomina. — „DndŁ 
mego L ambra —mówił z tego powodu JuUosz do matki w tym 
samym liście — przypoomi jój , jak niegdyś dmkająo poeaye cho- 
dziłem do nich co ranka i gadałem z nią pi!zez dfaigie godziny. 



MO 

Bedsie j^j troebę smutno^ kiedy to irspoandenie pierwsrtj cichej 
miłoici stanie j^j przed oczyma" .... 

To jest ostatnia wzmianka o pannie Pinńard w korespon- 
dęncyi Juliusza. 

Nie długo potom, w początkach marca (1833), zaczął się 
rzeczywiAcie druk tomu III Poezyi. Korektę mu arkuszami 
z Paryża przysyłano. W maju było już dzieło gotowe i w rę- 
kacli publiczności. Są zamieszczone w tym tomie : poemat w dwóch 
pieiniach p. t. Ł ambr o, i następujące krótsze utwory: Hymn 
do Bogarodzicy — Kulik — Pieńń legionu litewskie- 
go (te trzy rzeczy ogłoszone już były poitizas listopadowego po- 
wstania w Warszawie)— Duma o Wacławie Rzewuskim — 
Paryż — i Godzina Myśli. 

• Dla tego jednego poematu - pisał autor o Godzi- 
nie Myśli"* do matki — chciałbym, abyście tom III czy- 
tali kiedyś. Jestto poemat serca, w którym jest całe moje 
dzieciństwo. Matko moja, kiedyś^ w Westminsterze naszego 
kraju może mi dadzą kąt jaki I Śmiej się ze mnie, ale ja 
czuję, że mam w sobie duszę sławy, która ze mną umrzóć 
nie może"... (z listu z dnia t5 marca 1833). 

Na czele t^o tomu Poezyi położył autor Przedmowę, 
w którój się skarży na obojętność, z jaką przyjęto dawniejsze 
jego publikacye. Między innemi rzeczami są w niój i następujące 
ustępy : 

„Minął ów czas błogi, chociaż mało korzystny dla literatury 
nA6zć|i, kiedy umieszczona w Dzienniku Warszawskim 
oda, duma lub ballada, nadawała imię poecie. Trzydziestu pre- 
numeratorów dziennika (albowiem tylu ich było) rzucało nazwi- 
sko nowe na woskowane posadzki salonów, i romantyczny poeta 
brał chrzest, znajome nadający imię; nadto pisma czasowe dzien- 
ne zamglonymi niemczyzną okresami rzucały z paszcz 8finxowych 
zagadkę sławy autorskiój — szczęśliwy, kto ją zrozumiał, szczę- 
śliwszy, kto w pokorze ducha niezroznmianój wierzył. Dziś dzien- 
nikarze owi, tworzyciele literackich królów, milczą... 

....^Szanuję szkołę religijną, owę wieczerzę pańską polskich 
poetów, do którój zasiedli w Paryżu : — sądzę bowiem , że wypły- 
wa z przekonania; że nie jest sztucznie natchniętą słowami Fry- 



161 

deryka Sdiłegk, który w katolickiej religii źródło jedyne poesyi 
upatruje. Oddaliłem się wszelako od idącyeh tą drogą poetów; 
nie wierzę bowiem, aby szkoła De-Ia-Menistów i natchmęta 
przez nią poezya była obrazem wieku itd.** 

Z powoda onój przedmowy pisał póćuiój — po wyjieiu już 
dzieła — do matki, jak Dastępi]\)e: 

^ .. „Od dni 20 wyszedł na &wiat tom nici moich 

poezyi... Przedmowa krótka i gryząca trochę obraziła Mi- 
ckiewicza. ZeffiSćiT^śię ^ jednSin' z małych plseftiek, ale do- 
s^Tnie^^abrne. PoFakom tu mieszkającym podoba się ten 
tom" bardzo — ale nie wiem , jak u Was sądzió będą lu- 
dzie. O ten tom bardziój jestem niespokojny, nii o dwa 
pierwsze. Napiszcie mi , jeżeli o nim co udtyszyde. Jeżeli 
tak dalój płodną będzie moja iinaginacya, jeżeli co roku za- 
cznę tomy nowe drukować, to wkrótce w waszój małój sza- 
fce będziecie mi musieli poświęcić całą jedne police — a pa 
mojój śmierci ten, co mię poznać zechce, będzie musud 
miesiąc cały ze mną obcować. Takie są teraz sny moje*^... 
(z listu pisanego w czerwcu 1833). 

Cały zajęty planami coraz nowych utworów, czuł na wygna- 
niu swojóm dotkliwie brak sposobności zasilania się ożywczóm źró- 
dłem literatury ojczystój, zwłaszcza dawniejszój. Dzieła Kochano- 
wskich, o które w Paryżu jeszcze prosił, nie nadchodziły. Nie ma 
prawie listu, w którymby o nich nalegliwie nie przypominał. 
Oprócz tych dwóch Zygmuntowczyków, żądadt jeszcze i Obrazu 
wieku panowania Zygmunta III przez Siarczyńskiego. 

„To dzieło wielkim byłoby dla nmie skarbem ! Ta ma- 
ła biblioteka polska wiecznie mi będzie towarzyszyć, i będę 
bogatszym od wszystkich moich kolegów. Co Ci tylko Ma- 
mo wpadnie w ręce ze starych kronik, które się czasem po 
rękach Żydów walają, to mi przyślij."* (list z d. 15 marca 
1833). 

Wśród tych rozmyślań o swojój przyszłój sławie i o drogach, 
któreby go do niój zawiodły, wśród pracy nad pierwszend scena- 
mi nowego dzieła (Kordyana?), której zwykle ranki poświęcał, 
nie stronił w owych czasach Juliusz i od zabaw towarzyskich^ 
A było do nich wiele sposobności w domu pani Patteg.' Dawano- 
amatorskie przedstawienia komedyi *- tańczono na wieczorkach 
wiele, 

Tom L «1 



„Czy wierzycie — pisał w tymże li&de do krewnych — 
ieja ta pierwszy azumuję towarzystwo? Kiedy tańczę, mło- 
dzież iciga mnie oczyma i zgodnie mi pierwszego miejsca 
ustępuje. Na ostatnim wieczorze zdziwiłem ją walcem tań- 
cowanym tak, jak u nas tańcuje wojsko, to jest uderzając 
ostrogami. Ja zaczynam mazura, ja prowadzę kotyliona i 
pokazuję nowe figury, jakoto: z szalem, z czterema królami 
kartowymi i t. p. Często gram do tańca na fortepianie — i 
potem panna Patteg opowiada mi, co o mnie damy gada- 
ją — i bardzo pochlebne rzeczy słyszę, e cz6m Wy z tru- 
dnością wierzyć możecie. Widzieliicie mnie bowiem dzieckiem 
nudnem, teraz zaś umiem czasem grać rolę wesołego chło- 
pca, i tylko domowi widzą mnie smutnym i posępnym. Nie 
odraża ich to jednak odemnie, bo moje położenie oddalone 
od Was i od kraju usprawiedliwia tygodniowe spliny." 
Kiedy nie było tańców, siadano do zielonego stolika i ba- 
wiono się grą w karty. 

-Wiecie jak najczęściój przepędzam wieczory? Oto przy- 
chodzi do nas stara dama, zupełnie do pani Łebrun po- 
dobna, z żywszą trochę imaginacyą. Otóż ta dama — pani 
Patteg — ja — i minister protestancki, który u nas mie- 
szka, zasiadamy do bostona. Gram doskonale w bostona — 
i nieraz staje mi w myśli moje dzieciństwo. Bo pamiętam, 
jak niegdyś jako dziecko leżąc na sofie w Mianowskiego je^- 
szcze mieszkaniu, widziałem mego ojca, Rustema, Bogatkę 
przy zielonym stoliku, i mówiono mi, że grają w bostona — 
że do Słowackiego przyszli na bostona.*) Gra ta nie jest 
tak nudną, jak mi ją wystawiano — owszem, daleko ła- 
twiejsza od wista i ma tysiąc rozmaitości. ** 
Przy takióm zachowywaniu się, przy takiój łatwości w poto- 
cznym towarzyskióm pożyciu—nie dziw, że Słowackiego w cichym 
domku owym na przedmieściu Genewy wszyscy lubili. A szcze- 
gólniój zdaje się, że go lubiła coraz więcój panna Egiantyna 
Patteg. 

„Dobrze z nią żyjemy (pisał w liście z dnia 15 mar- 
ca) — zwierza mi się ze wszystkiego i mówi, że żadnój ze 
swych przyjaciółek tegoby, co mnie, nie wyspowiadała.^ 

W miesiąc późniój uskarżał się gorzko poeta, że mu matka 
pozwoliła tak (Uugo czekać na swój odpis. 



*) Mianowski i Rustem byli koledzy starego Słowackiego, pro- 
fesorowie wileńscy. 



163 

^Dwa miesiące, a racai^j cały miesiąc dragi tortury 
moralne wycierpiałem. Go dnia czekałem posłańca z poczty 
od godziny 1 1 do 2 , a .od drngiój godziny, kiedy już nie 
było nadziei, rozpacz mnie porywała. Dopiero kładąc się 
spać, my61ałem zadwu o godzinacli nadchodzącej poczty, i 
tak było przez cały miesiąc... Kochana Eglantyna cieszyła 
mię, jak mogła. Często cale ranki przepędzała na dziedziń- 
cu, czekając pocztmistrza... Często widząc go mijającego 
dom, biegła za nim lękając się, aby nie zapomniid był 
wstąpić. Nie uwierzysz Mamo, jakito jest mój stróż anioł 
ta Eglantyna. Ale teraz nie ma jój tutaj , wyjechała do 
starój i chorej ciotki w Łionie i dopiero za dni cztema&cie 
wróci.** (d. 24 kwietnia 1833). 

Przez te dni czternaście starała się sama pani Patteg, ma- 
tka Eglantyny, rozweselać rozmową smutnego swego lokatora. Ale 
jój wysilenia, ażeby go rozerwać, nudziły Juliusza. Natomiast 
była inna osoba, która lepiój znała tajemnicę, jak mu skrócić 
chwile przemijające zanadto zwolna. Było jój imię Eliza. Oto, 
co o niój pisał (d. 26 kwietnia): 

« Właśnie teraz wracam z kościoła protestanckiego, 
gdzie słuchałem pilnie kazania. Byłem tam, przyznam się 
tobie Mamo, dla widzenia jednój miłój osóbki, która mi 
wczoraj powiedziała, że będzie na kazaniu. Grdybym sobie 
mógł wystawić, że podróżuję dla przyjemności — gdybym 
sobie mógł każdój chwili powiedzieć: jeżeli zechcę, to Ma- 
mę za dwa miesiące zobaczę, wtenczas obecne życie wyda- 
wałoby mi się bardzo przyjenme. Panny nie opuszczają mię. 
Dawniój Eglantyna chodziła ze mną po całych dniach po 
ogrodzie — dziś, gdy jój nie ma, stokroć ładniejsza od niój 
panienka odwiedza nas co dwa dni z matką. Dlaczego^ nas 
odwiedza?., zapewne nie dla widzenia starój pani Patteg... 
A zresztą, sądi sobie Mamo, jak chcesz, — ale prawdziwie 
zdaje mi się, że glina, z której mię Bóg ulepił, nabrała 
jakiegoś magnetycznego pociągu, który wiąże do mnie serca 
panien... Eliza, tak się nazywa przychodząca do nas czę- 
sto panienka, jestto osóbka mi^a, bardzo podobna do Ka- 
zimiry Niepokojczyckiój — ma czarne oczy pełne iskier, wie- 
le dowcipu i miłości w mówieniu, wiele prostoty i ma lat 
około 24, (więc właśnie tyle, co i nasz poeta liczył ich sobie 
natenczas. Eglantyna miała niestety lat wtedy już około 30). 
Dawniój bywała u nas rzadko, tylko na wieczorach, wten- 
czas podobała mi się bardzo — i ubierałem ją zawsze, gdr 
wychodziła; a dlatego ją ubiendem, że podobał mi się jój 



1«4 

kapelusz . . • Wazystkie dśmy przychodią na moczory w ka- 
pelufisach ogromnych z czarnej lewantyny, z tak wysokim 
przodem, te nie dotyka kapelusz włosów. Kapełasee te na- 
zywają eią caleche, kocze... i szpecą niezmiernie wycho- 
dzące z balów damy. Otóż kapelusz panny Elizy, cboć do 
wszystkich innych podobny, odróżniał się czarną koronką 
szeroką i spadającą na czoło. Gdy się w niego ubrab, po- 
dobna była do świeżój róży rozkwitłój na oknie gotyckióm; 
więc dlatego ubiendem ją, gdy z wieczorów odjeżdżała. Ma- 
tka jej jest wdową i ma córkę przy sobie i syna ładnego 
w Paryżu. Życie jój matki teraz jest bardzo piękne. Grdy 
widzi gdzie dom jalu osierocony śmiercią... dom, od któ- 
rego wszyscy weseli odbiegli, tam najczęściej z córką prze- 
pędza wieczory — u starych — u chorych. Eliza musiała 
się nauczyć bostona — aby grywać w takich domach ze star- 
cami i z nieszczęśliwymi; dlatego twarz jój nosi wyraz do- 
broci i spokojnoścL Często chodząc z Elizą po ogrodzie, 
obrywamy po listku margerytki. Raz gdy nie przyszh przez 
dni cztery, chciałem jój dać do zrozumienia, że mi tęskno 
bez niój: więc wstałem rano, poszedłem do miasta, kupiłem 
śliczne dwa bukiety kwiatów, wróciwszy do domu, ułożyłem 
je luuUadując Twój gust Mamo w układaniu bukietów, a 
petom w ogrodzie zerwałem dwie maigerytki małe— i w śro- 
dek ogronmego bukietu włożyłem. Bukiet ten posłałem Eli- 
zie — ale od pani Patteg. Nie zawiodłem się, przypomnie- 
nie się byłe skutecznóm — przyszła z Mamą wieczorem — i 
mówiła mi, że złą była na margerytki naszego ogrodu, któ- 
re j^ nieprzychylny dały wyrok. Widzisz Mamo, że znala- 
da te dwa mide kwiatki, choć były w tysiącu ukryte. Ja 
zawsze mnóstwo mam po niój riów cichych, łagodnych', smu- 
tnych, z których tak widna miłość, że łój nie chcę zapy- 
lać, ozy umie kocha; bo mówiła noi, że była smutną przez 
4 dni , a ja nie pytałem , dlaczego. Gdy chciałem wiedzieć, 
co robiła wczorajszego wieczora, odpowiedziała: Tak mi by- 
1» smutoio, że położyłam się o godzn[ue 10 i czytałam. Jaką 
kfii%ftkęf zapytałem.— Nowy Testament Kiedy jestem smu 
tair, nic innego czytać nie mogę... i mówiła dalój: dziś ra 
na ofaodiBwszy się, zdziwiłam się, że mi wesołe przycho 
dziły myśli, i przeczułam, że dzień ten będzie szczęśliwy. 
W tym dniu odebrała bukiet — i chodziliśmy po ogrodzie. 
Dobra dsiewezynkAl Nie wi^n, czy Ciebie takie detale in 
twenąją; ale te detak są ixłą rozmaitością mego żyda 
barduUy mnie ząjmąją, niż mój ton md, który za 8 dni 
wyjdzie z droka."* 



IM 

Byłeto rioiro, ktńrego sakdwo się spddiij9v«ć było można 
2 twt Słowackiego j tyl© zawsze sąjętego swojemi pracami poety- 
ckiemi. To też matka to przeczytawszy, pewnie co więcój tam 
sobie pomy4łała o Elijie, jak tylko: «dobra dziewczynka!^ 

A trzeba właśnie było, że mu w dniach owych pisała, czy- 
by nie było dobrze, gdyby sobie którą z tych panien, z któremi 
miid tyle sposobności przestawać, upatrzył na towarzyszkę życia 
i złagodził choć takim związkiem cłerpkotó samotności tułacza? 
Tak praktyczne widoki nie przypadały jednak do myśli poetyzu- 
jącego młodzieńca, 

^Ty mi Matko piszesz o ożenieniu?"— odrzekł jej na to 
w tym samym liście , gdzie właśnie tyle o Elizie donosił. 
^Nie chciałbym niszczyć twoich marzeń — a jednak sdaje 
mi się, że ja wiecznie na samotność skazany jestem, bo 
mojej żonie ciężarem być nie myślę. Dosyć, że mm jestem 
dla Ciebie... 

-Mówią mi czasem ludzie, że ja mam wyżste zdolno- 
ści. Po takich mowach ludzi często myślę z goryczą, że jest 
tylu, którzy z małym talentem utrzymują całe rodziny — 
zasłaniają je od niedostatku; a ja jestem jak niepotrzebne 
ziele! Jestem nawet ciężarem cUa ciebie Mamo mcyal... 
Przebacz mi, że taką drogę obrałem, ale wrócić nie mogę... 

„Wierzę w przyszłe życie, bo to niepodobna, żeby Bóg 
Ciebie nie nagrodził za to, że Ci dał takiego syna! Jedna 
stara dama, przeczytawszy artykuł o mnie w BeTue £u- 
ropóenne, napisała mi bilecik, w którym po wielu po- 
chwałach nareszcie napisała : heureuse TOtre mdre ! Ona tak- 
że jest matką. Więc myślałem sobie, że może ten wykrzy- 
knik zagłuszy nieco słowa mego sumienia, które mi powia- 
da, że Ty jesteś nieszczęśliwą przezemnie." 

Wracając do projektów, jakie sobie matka układała, do pro- 
jektów ożenieiiia Juliusza, te już dlatego były więcej niż tru- 
dne do doprowadzenia do skutku, ponieważ uczucia jego, choćby 
obudzone w sposób wiele obiecujący, zbyt rychło zawsze urywały 
się jakoś. 

O Elizie na przykład nie ma już ani jednój wzmianki w dal- 
szój korespondencyi ! 

Byłoż rzeczywiście prawdą to, co pisał był niedawno przed- 
tóm o sobie; 



166 

mO kochani moi ! smutno mi , smutno czasem ^ i czę- 
sto — bo się już prz^ąbiam na obywatela iwiata! Już ąię 
ani do miejsc, ani do osób, z któremi żyję, nie przywię- 
zuję tak silnie , jak w dzieciństwie — i to jest jedną z wad 
jakiój nabywa serce tułacza""... (d. 30 grudnia 1832). 

...„Szczęśliwy, kto nigdy z oczu komina ojcowskiego 
nie straci — kto jak liść uwiędły padnie u stóp drzewa, 
na którym wyrósł!" (z listu z d. 22 września 1833 r.) 

Byłoż, powtarzam, w samej rzeczy to tułacze jego życie 
przyczyną, że się serdecznie nie był zdolny do nikogo przywią* 
zać? Czy też może przeszkadzał temu ów obraz w pamięci jego 
niezatarcie wyryty. ..obraz, który mimo. wszelkiój dumy i na prze- 
korę najsilniejszym postanowieniom, ażeby zapomnieć o nim, cią- 
gle rau się odnawiał przed oczyma? 

,nKocIiana Mamo (pisał w czerwcu 1833), czy Ludwi- 
ga S. wyjeżdża do Odesy? Spytaj ją, C2y o przyrzeczeniu 
swojóm pamięta.*) Spodziewam się, że mój tom Illci po- 
godzi ją trochę ze mną." — 

Pośród zajęć, rozrywek i melancliolijnych rozpamiętywań, 
któreśmy opisali powyżej, minęła tedy poecie naszemu pierwsza 
zima w Szwajcaryi i nadeszły upragnione miesiące wiosny. Zakwi- 
tły wonne bzy w ogrodzie Eglantyny — w parę tygodni późniój horyzont 
domka jój matki zamknięty drzewami okrył się tysiącem róż — 
nadeszło lato. Z początkiem każdego lata pensyonat pani Patteg 
zwykł był napełniać się mnóstwem różnych podróżnych. Przygo- 
towany na to Słowacki, cieszył się już naprzód owój rozmaitości, 
jaką to w dom wprowadzi. Posłuchajmyż opowiadań jego, roz- 
rzuconych po całój korespondencyi owego roku, o współmieszkań- 
cach, których miał w ciągu lata 1833. 

„W domie, w którym mieszkam, mijają się różne 
cienie, jak w czarnoksięskiój latarni. Najprzód z jaskółka- 
mi przyleciał pewien Anglo- Szkot — niezmiernie cichy i 
nabożny — młody \ dziecinny. . . Kupił zaraz siatkę na mo- 
tyle i cały ranek uwijał się z nią po ogrodowej łące. Jak 
mi to boleśnie przypomniało moje dzieciństwo — Mickuny, 
Wilejkę — lasy sosnowe i jeszcze coś — . To dziwnie, że 



•) Prosił ją z Paryża jeszcze Juliusz o przysłanie sobie portre- 
tu, któiy mu też ona nadesłać obiecała, leci póćnićj. 



MW 

joŁ teraz nie mogę łoirió motylów! Anglik ten po 2 tygo- 
dniach pobytu z nami wyjechał do Lozanny*'... 

„Dom po odjeździe Anglika został pustym przez czas 
niejaki — wtem jednego poranka zwaliła się, jak lawina, 
ogromna familia rosyjska, pani Uwaroff, córka ministra, 
z dziećmi Z początku doznałem elektrycznego wstrzą&nie- 
nia , — teraz bardzo dobrze jesteśmy, niezmiernie grzeczni 
dla siebie. Pani Uwaroff sama już jest w dosyć podeszłym 
wieku, żywa i krzycząca -^ córka najstarsza dosyć roz- 
lana i szeroka, ma twarz przyjemną i ładne czarne oczy. 
Włochy mało się odbiły na jój imaginacyi — została nieo- 
ciosaną statuą. Ma sztambuchy, w których włoscy arty&ci 
stosując się^ do jój gustu, wszystko jaskrawymi kolorami 
malowali. Śpiewa, robiąc zawsze 3 omyłki w aryi każdój — 
nigdy mniój, ani więcój. W notach ma mnóstwo polskich 
teraźniejszych śpiewanych mazurków, które zapewne w ogień 
pójdą za powrotem. — Młodsza jój siostra żywa i piękna, je- 
szcze dziecko. — Synek mały w czerwonój huzarce łiafto- 
wanój złotem bardzo dobry dziewięcioletni dhłopczyk. Przy- 
jaciel syna karzeł lat ma 40,' łokieć i ćwienS wysokości, 
twarz pomarszczoną , ale głowę nie nazbyt wielką ; uśmiecha 
się do -wszystkich i nie jest bynajmniśj gniewliwym.— Przy 
dzieciach guwerner — ze wszystkiego do Szantyra mierzą- 
cego pola w Jaszunach podobny. Przy pannach gnwematka, 
dwie panny służebne i służący. — Oto jest cała familia 
wojażerów — zdaje mi się, że dostatecznie odmalowana. 
Całe 3 piętra domu rozlegają się od ich krzyku; mówią 
różnymi językami i nieraz mi się zdaje, że jestem, w Ba- 
bilońskiój wieży. — Niedawno miałem rozczulającą scenę* z po- 
wodu karła. Doniesiono mu bowiem, że jego ojciec umarł. 
Wystawcie więc sobie tę małą figurkę upośledzoną; przy 
herbacie — wyciągnął z kieszeni mi^ą chusteczkę do nosa 
i ocierał łzy, które mu mimowolnie płynęły. Okropnie było 
•myśleć, że on wracając do kraju, nie znajdzie osoby, któ- 
raby go może jedna tylko nie z urąganiem przyjęła. Zosta- 
ła mu wprawdzie siostra, która w Petersburgu lekcye na 
fortepianie daje i z tego się utrzymT:ge. Po herbacie, kiedy 
odchodził do swego pokoju, gdzie śpi na dwóch krzesłach, 
przystąpiłem do niego i ścisnąłem go za ręce. Widać, że 
mi wdzięczny był za to uściśnienie, ho od tego dnia wsta- 
jąc z rana — i odchodząc wieczór, zawsze zbliża się do 
mnie i biorąc rękę moje w dwie swoje małe rączki, ściska 
z całój siły* — (list z czerwca 1833 r.). 



Familia ta rosyjaka czas tylko krótki zabawiła v Oenewie. 
Po ich odjeździe tyle jeszcze Słowacki donosił o mdi matce: 

... „Z obu stron między nami panowała taka delika- 
tność, żeśmy sobie uczuć nie dali różnicy narodowój. Zda- 
je mi się nawet, że te osoby mnie dosyć polubiły; bo po 
odjeździe w listach , pisanych do pani Patteg , dały mi dłu- 
gie dowody pamięci. A panna Alexandra (starsza córka) 
ocUeżdżając, zostawiła mi rysunek przez siebie zrobiony do- 
mu wiejskiego, w którym mieszkał niegdyś Byron.** 

Kiedy- jeszcze mieadudi ci Rosyame w owym domku gene- 
wskim., urządzali różne wycieczki w okolice. W wyprawach tych 
towarzyszył im czasem i Słowacki. 

«Jeden z tych spacerów najprzyjemniejszy był na gó- 
ry otaczające jedne stronę Genewy — góry, z którj^i^h mniej- 
sza równa waszój zamkowój górze .... Damy jechały w dwóch 
powozach, ja zai dostałem sobie dosyć niezłą szks^kę i tak 
przyjechaliśmy aż do stóp SaHye. Tam wszyscy wsiedli- 
śmy na osły, — moje iswierzątko największe i najmocniej- 
sze prowadziło cały orszak, orszak wesoły, śmiejący się, 
błyszczący różnymi kolorami sukien damskich. ' Na górze 
czekało nas wiejskie śniadanie — na długim stole z desek — 
pod gruszami i jabłoniami. Potom oczy nasze rzuciliśmy na 
ogromną dolinę, po którój płynie kręty Rodan — jezioro — 
w; końcu jeziora najeżona dadbami Genewa i kilkanaście 
innych miasteczek — łąki — drzewa — słowem widok 
ogromny — rozległy — prawdziwie prześliczny! Po górach 
snuło się mnóstwo dzieci, ubranych fantastycznie w pióra, 
1$ chorągwiami i muzyką. Były to dzieci Szwajcarów, ba- 
wiące się w Niedzielę, jak przystoi na potomikow Telia. 
Uformowani w dwa oddziały, snuli się po wąwozach, strze- 
lali z pistoletów — podobni niegdyś do Julka Achillesa 
w zbroi .... Kilka razy pływaliśmy w czółnach na jezierze. 
Majtek, który na;s woziła był niegdyś przewoźnikiem Byro- 
na, i dlatego często z nim wchodzę w rozmowę. Stary 
wioślarz doU^ o niczóm nie gada, tylko o angielskim poe- 
cie — zdaje mu się, że jakaś część sławy przy nim zosta- < 
ła, przy długióm obcowaniu z lordem.... Między innymi 
szcz^ółami opowiada, jak raz z Byronen^ poszli w zakład 
o Iiąjdora, kto z nich prędzój na drugi brzeg jeziora dopły- 
nie. Nie dziw, że mię Lord wyprzedził, powiada Maurycy 
(tak się nazywa majtek), albowiem za Byronem płynęło 
czółno i służący leżącemu na wznak Anglikowi lał do gar- 
dła dobre wino, co nie mało w pływaniu dopomagało. Po- 



wiada dafój, że przegrawszy zakład, oddał Byronowi luj- 
dora, który się dłngo wzbraniał, ale nareszcie przyjąć mu- 
siał. Dodaje wszelako Maurycy, że Byron chociaż dobrze 
trzymsd się w wodzie, nie wiele robił drogi, bo miał ko- 
szlawą nogę, nie większą od jego dłoni. Bardzo czasem 
wielką przyjemność znajduję w rozmowach migtka, — i pa- 
trzę na wielkich ludzi z tój samój strony, z jakiój się na 
nich lud -zapatruje. 

^Patrząc co dnia na szczyt góry Mont-Blanc, 
przychodzi mi często na myśl Malczeski, który po śmierci 
jednym " poematem tak wzrósł, że nawet głową przewyższa 
naszych poetów. Przebiegając opisanie wejścia na górę Mont- 
Blanc, znalazłem na ostatniój karcie między wyliczonymi I 
bohaterami tego trudnego przedsięwzięcia imię Malczeskie- ^ 
gc^ ale J»kąIeczone tak, że gdybym skądinąd o jego wę- 
drówce na tę górę nie wiedział, tobym się był o tożsa- ^ 
mości osoby nie domyślił. Nie wiem, dlaczego — ale myśl 
o Malczeskim została głęboko w moich dumaniach utkwio- 
na; zdaje mi się, że jest coś podobieństwa między nami, — 
ale burza jeszcze mię nie złamała. Wiesz Matko, że teraz 
jedyną modlitwą moją jest prośba, aby mi Bóg pięknie i 
szlachetnie dał umrzóć; bo kiedy pomyślę, że wędrówka 
moja może być długa — że przyjdzie na mnie nędza — że 
mię duma moja zabije: to prawdziwie, że mię okropność 
takiego losu przeraża. ** (z listu z dnia 15 lipca 1833). 

W chwili kiedy to pisał, już familii Uwarow w domu pani 
Patteg nie było. Zmieniły się dekoracye w następujących miesią- 
cach, a raczój wystąpiły na scenę inne osoby, grające jak się 
wyraża poeta, razem z nim tra^-komedyą życia. 

Najprzód przybyła po nich znowoż rodzina Rosyan i na długo 
w Miejscu osiadła. 

Była to, jak u nas nazywają, poczciwa szlachta. 

^Wdowa Potopof, ładna jeszcze kobieta, choć ma 
w Bosyi córkę dorosłą — bardzo dobrego serca, łagodna 
jak anioł i prosto - duszna. Kuzynka jój, panna Aneta, zu- 
pełnie ze wzrostu i twarzy do Maryi Kukulnikówny podo- 
bna — także bardzo dobra i prosta. Kuzyn obu tych dam, 
pan Szaszin — brzydki z twarzy — ale szczery i otwar- 
ty — nie mówi po francusku, tylko po rosyjsku. Z temi 
osobami jestem, jak można najlepiój. Kuzynowi gadam, co 
mi przez ^owę przejdzie — z panią Potopof także często 
po rosyjsku rozprawiam.— Obok mego pokoju ma mieszkanie 
Tom I. %% 



llfO 

la Comtesse Seidwitz, lat 65 — z wszelką grzecznoi^ią 
dla dam to piszę , — trochę uróżowana — co dnia w innój 
sukni — wygorsowana — krzyż dworu wiedeńskiego zawie- 
szony na ogromnej kokardzie nosi przy boku, — za nią 
zawsze lokaj Niemiec z dwoma poduszkami, które kładzie 
gdziekolwiek baba usią&ć zamierza. Stćmwszystkićm jestto 
bardzo dobra osoba — wesoła — przyuczona u dworu do 
grzeczności — każdemu ma coś powiedzieć; bardzo lubi 
kalambury — wozi ze sobą papugę , która kilka słów z okna 
krzyczy, — a oprócz służącego' ma służącą Niemkę, którą 
sama pilnuje i na klucz zamyka przed wielkiemi pokusa- 
mi — a tak zamknięta panna oknem cały dzień wygląda — 
i cały dzień śpiewa nicuczonym lecz • łagodnym głosem, 
z akompaniamentem gitary. Biedna dziewczyna, inrawdziwie 
jak papuga wygląda! Ta pani ta Comtesse' siedzi przy mnie 
u stołu , ciągle mam z nią konwersacyą , ciągle wyciąga 
szklankę, do której wina nalewam, a baba cukru na- 
sypuje, a ja znów trochę wody dolewam — i jestem po- 
dobnym do Ganimeda. — Z drugiej strony mego pokoju 
mieszka Anglik — oryginał — łysy, z ogromnym nosem, 
trochę głuchy, ograniczony i całą sławę swoje ufundował na 
dobrem graniu w wista, i choć tu po 5 sous punkt gra- 
my, on jakby o wielkie sumy chodziło, łaje, jeżeli który 
z grających słowo przemówi. Wiecznie w spodniach nanki- 
nowych i w tabaczkowym fraku ubrany. — Oto są osoby, któ- 
re ze mną zajmują pierwsze piętro domu. Dół jest zajęty 
salonami i pokojem jadalnym ; na drugióm piętrze mieszkają 
gospodynie — dwie Angielki, matka z córką. Córka trochę do 
Julki Michalskiój podobna — naiwna, żywa jak dziecko; 
matka ładna jeszcze, tak że za siostrę córki mogłaby ucho-* 
dzió. Przyjechały ładną karetą, z dwoma służącymi, widaó 
że bogate — nazywają się Donnelan — jaidą na zimę 
do Włoch. Nakoniec mieszka z nami Anglik Hamilton, 
ładny chłopiec, wysoki, zamsze pięknie ubrany, mało nló- 
wiący z powagą i przymusem — oto jest nasze towarzystwo. 
(z listu z dnia 23 sierpnia 1833). 

Nie było to jednak jeszcze całe towarzystwo Juliusza. Przy- 
była bowiem późnićj nieco jeszcze jedna para do domu pani Pat- 
teg — jakiś pan Wolf z żoną, duchowny anglikański, wysłany 
z Anglii, ażeby ludzi na metodystów nawracał. Ten dowiedziaw- 
szy się, że Słowacki jest autorem, przez cały ciąg pobytu wszy- 
stkie osoby zaniedbywał,' a do niego się przyczepiał; posta- 



171 

nowił sobie bowiem wykierowa<5 koniecznie i jego także na meto- 
dystę protestanckiego. 

„O gdybyście widzieli — pisał o nim w liście z d. 22 
września 1833 — jego tłustą, okrągłą postać — przy cha- 
dej żonie — jego uśmiech jezuicki.... Gdybyście widzieli, 
jak przy stule z jezuicką miną spożywa pokarmy: śmiali- 
byście się, jak ci się śmieją, którzy z boku na nas patrzą.** 

Z tem póżniój głównie z Anglików złożonem towarzystwem 
odbywał Juliusz także niekiedy wspólne wycieczki w dalsze oko- 
lice Grenewy. Jeden z nich szczegółowo opisał. 

„Przepłynęliśmy jezioro i na drugiój stronie widzie- 
liśmy dom , w którym mieszkał niegdyś Byron bawiąc w Ge- 
newie. Dom ten teraz zamieszkały przez kogo innego, od- 
dalony o 3 wiorsty od miasta — dom mały, murowany i 
wcale pospolity. Nie wchodziliśmy do środka •— dziedziniec 
nadzwyczaj smutny, otoczony stajniami — z drugiój stro- 
ny ogród na schodzącej do jeziora płaszczyźnie. Wioska, 
w którój mieszkał, nazywa się Cologny.*) Wracaliśmy po 
jeziorze przy świetle księżyca. Nie możecie sobie wystawić, 
co za przepyszne jezioro przy księżycu... z jednój i z dru- 
giej strony błękitniejące brzegi mgliste — a w końcu jeziora 
migające światła i rzędy oświeconych okien — to Genewa! 
Z czwartój strony brzegów nie widać przy świetle księży- 
ca. — Taki spacer byłby zachwycającym z miłemi osobami. 
Ale wy sobie nie możecie wystawić, co to są Anglicy i 
* Angielki! Jest trzech Anglików w naszym domu — żaden 
z nich nawet jednój myśli swojój w głowie nie ma. Angiel- 
ki także nie takie, jak je sobie wystawiałem — wcale nie 
sentymentalne — i nigdy jeszcze z Anglikami nie było 
w naszym domu interesującej rozmowy**.... 

Tak mówił o tóm w liście z dnia 22 września. A w mie- 
siąc późniój, kiedy już wszystko w różne strony porozjeżdżało 
się z owego ustronn^o zacisza na przedmieściu Genewy, znalazło 
się w jego doniesieniach jednak wspomnienie zupełnie innym to- 

•) Pobyt Byrona w tych miejscach nie był długi. Mieszkał on 
tu tylko w ciągu lata 1816, porzuciwszy Anglią i co tylko roz- 
wiódłszy się z żoną. Następnie, w końcu roku tego, przeniósł się 
do Włoch. Wtymto domku powstał wi§c Sen — Więzień Chil- 
lonu — Illda pieśń Childe Harolda i. pierwsze pomysły 
Manfreda. 



172 

nem wypowiedziane o jednaj z osób należących do naroda, który 

tak niekorzystnie wtedy osądzał. 

„Pusty dom nasz — a dla mnie pustynią się zdaje 
od czasu wyjazdu młodój Angielki, która tu mieszkała, 
przez drzwi tylko oddalona odemnie, i z którą po cidych 
dniach szaleliśmy. Prawdziwie, że dziwnie, jak wiele dotąd 
we mnie dziecinnego, a czasem jak wiele splinu.^ (dm'a 
27 października 1833). 

W ciągu jeszcze pełnego lata, w miesiącu sierpniu, kiedy 
cale towarzystwo owo ożywiało jeszcze dom pani Patteg, miał 
Słowacki przyjemną scenę, którą opowiadał matce ze wszystkimi 
szczegółami. Wizytator szkółek miejscowych uprosił gospodynią 
domu, ażeby mu pozwoliła ogrodu swego na wyprawienie dzie* 
dom festynu. 

„Porobiono więc w ogrodzie wielkie przygotowania; 'ja- 
koto zasadzono słup, na wierzchu którego zawieszone były 
cacka dla dzieci — pozaczepiano na drzewach w alei hoj- 
dałki — pozastawiano stoły: i do tak urządzonego ogrodu 
o godzinie pierwszój weszły dzieci ordynkiem z bębnami 
wojskowymi na czele i niosąc mnóstwo chorągiewek. Nie 
uwierzysz Mamo, jaki to ładny widok 400 dzieci ładnie 
ubranych, ubogich, bogatych — z jaką wesołością wchodzi- 
li do ogrodu, jak mrówki rozsypali się po trawie, potem 
znów około chorągiewek zasiedli. Pani Potopoff, która zo- 
stawiła w Rosyi małego synka, chodziła między dziećmi, 
szukając czy którego podobnego nie znajdzie — i łzy mia- 
ła w oczach. Ja także — nie wiem dlaczego , oczy miałem 
łez pełne i coś mię dusiło w gardle. Prawdziwie że nie 
wiem, jakie to było uczucie. Człowiek najszczerzój płacze, 
kiedy płacze nad sobą samym, a ja wtenczas żałowałem 
siebie samego, że mię burza tak gwałtownie od wieku dzie- 
cinnego oddzieliła... Podczas gier — cała nasza kompania 
domowa siadła na ławce między dziećmi. Wtenczas przypo- 
mniałem sobie Czackiego — przypomniałem sobie wła- 
sne uczucia , jakich doznawałem , odbierając oklaski na exa- 
minach — i prosiłem wizytatora, aby mi prezentował pierw- | 

szego ucznia. Natychmiast wizytator przyprowadził mi za ' i 

rękę małego 12 letniego chłopczyka, trochę chorego wten- 
czas; wziąłem go za rękę, powiedziałem mu imię mojój 
ojczyzny — zapytałem, czy ją zna? Powiedziałem mu kil- 
ka pocili ebnych rzeczy i dałem mu ładny medal mój, pro- 
sząc ażeby sobie kiedyś będąc starszym, przypomniał t^ 



178 

chwiW* Wieoia, że podosus ł^ sceny wieła i^sytoamyob 
łzy nńaio w oczach. Mały cUopczyk iciskał mię za rękę i 
nie znalazł słowa na nstacli. Eglantyna mi pot^ mówiła, 
ie chciałaby mię w tój chwili uściskać. — Dr^a Mamo, 
są czasem chwite, w których my&lę, że Tybyś byhi ze mnie 
konienta — (z lista z d. 23 sierpnia 1833), 

Podobnie rzewnych, ale i miłych zarazem nczoó doznał Sło- 
wacki w tymże samym miesiąca przy innój jeszcze sposohnoici. 
Były to jego- urodziny — dzień sierimia 23ci: w dniu owym 
rozpoczynał 25 rok życia. W wilią dnia tego doręczono mu lisi 
z Krzemieńca, „który choó smutny, był mu najmiiszóm wiąza- 
niem.^ Nazajutrz po odebraniu listu, w sam dzień urodzin, obu- 
dził się o godzinie 7mój i spostrzegł rękę, która niq>rzód odchy- 
liwaay firanki, rzuciła na jego łóżko bukiet kwiatów. Zapewne 
bukiet ten będzie od Eglantyny, pomyślał sobie. 

^, Przebudzony tak mile, nie mogłem i nie chciałem 
spać dłużój, choć zazwyczaj do 10, to jest do ćniikdania 
łóżko zalegam; ale pomyślałem sobie, że milój mi będzie, 
pierwsze dwie godziny tego dnia Tobie Mamo poświęcić — 
i oto piszę do Ciebie.* 

Kiedy tak pisał, bukiet dany mu na wiązanie stał przed 
nim — w głębi jednej róży w bukiecie spał sobie spokojnie zie- 
lony żuk. „Zdaje mi się — są słowa Juliusza — że on ma teraz 
los podobny do mnie — który spoczywam cicho w g^ębi pięknego 
szwajcarskiego ogrodu''... Potem zszedł na śniadanie i zastał 
pannę Eglantynę same, która go zniewoliła, aby przyjął od niój 
złotą obrączkę. 

'-"'■ „Obrączka ta otwiera się — i we środku napis: 23 

Ao^t 1B33. — To dziwnie, że tak pamiętria o dniu moidb 
urodzin, o którym kiedyś w zimie jeszcze mówflem — a 
tego miesiąca zapytywany o dzień kilkakrotnie, nigdy nie 
chciałem powiedzieć. Obrączkę tę, z pierścionkiem niegdyś 
od babuni darowanym, na jednym palcu noszę.^ 
W dalszym opisie donosi o powinszowaniach ze strony nie- 
których Polaków w Genewie bawiących, o obiedzie, na którym 
pito jego i matki jego zdrowie, i o wieczorku, na którym tańco- 
wano do 11 w nocy. — 

Zwróćmy teraz uwagę nasze na autorską czynność poety — 
na ile towarzyskich stosunków, któreśmy właśnie poznąlt Zajmo- 



■»>^ ■■ — ^^^^w^^^^^i^^— 



174 

wafy fantazyą jego przez ciąg całego tego rokn pierwsze pomy- 
sły do dzieła, którem, ile wnosi<S można, był wydany póżniój 
poemąi pod tytułem Kordyan. Już w marcu (1633) donosił 
matoe, że ranki poiwięca pracy nad jakimś nowym utworem. 
W lipcu wspomniał o nim w sposób, źe wątpić nie można, iż 
DMał na myśli to właśnie dzieło. Za nadejściem jednak lata, prze- 
suwające się przez dom, w którym mieszkał, coraz nowe osoby 
sprawiały mu tyle roztai^gnienia , że w tym wirze i zamęcie nie- 
podobna mu było przedłużać pracy. Rzucił tedy pióro, z uśmie- 
chom nieco szyderczym zwrócił oczy badawcze na oryginalne te 
typy, z którymi pod jednym dachem się mieścił — i doznając 
już to przyjemności w towarzystwie z tylu żywiołów różnych zło- 
żonóm, już moralnego znużenia , bawił się — nudził — marzył — 
wygrywał na fortepianie — czytał bardzo wiele ; ale nie pisał nic. 
W ogóle nie czuł w sobie żadnego do poważnój pracy przez całe 
te miesiące popędu. 

„Napada mię czasami chęć czynniejszego życia," — 
takiemi słowy opisywał usposobienie swoje w koresponden- 
cyi z czerwca i lipca — „marzę o różnych projektach; ale 
wszystko to napróżno .... Siedzę cicho i spokojnie nad 
brzegami jeziora — i myślę o Was. Czasem jestem tak 
odrętwiały, że potrzebowałbym, aby mię pszczoły Twojój 
Mamo pasieki pokąsały. — Smutno mi, smutno!"... 

Z nadchodzącą jesienią — i cisza w domu z powodu powoli 
rozjeżdżających się gości i wrodzona właściwość, że o tój porze 
właśnie zazwyczaj nawiedzała go jakaś konieczność poetyckiego 
tworzenia — wszystko to zaczęło składać się na to, że owe pierw- 
sze zarysy dzieła, jeszcze na wiosnę rzucone, nabierały w jego 
wyobraźni coraz więcój ciała i kształtów. 

„Tój zimy zamyślam pisać i pisać—mówił o sobie w liście 
z d. 22 września: — jestem jak góra w połogu. Prawdzi- 
wie nie wiem, jaka jest organizacya we mnie, że się tak 
o pewnych epokach ożywia myślami — przepełnia — wy- 
lewa — i znów jestem jak Turek (przez pół roku), po wy- 
trzeźwieniu się z opium, zupełnie zimny i prozaiczny." 
W październiku donosił: 

„Anglicy i Angielki i wszystkie inne narody, które 
przez lato dom nasz napełniały — z przyjściem jesieni unio* 



m 

^7 ^h i^^ jaskółki na południe. W towarzystwie saiuyck 
tylko gospodyń domu możebym się nudził szalenie, gdyby 
nie kraina marzeń i urojeń, która silniój niż kiedykolwiek 
oddzieliła mię od ńwiata. Piszę wielkie ddeło — napisałem 
już 1300 wierszy; ale to jest jeszcze niezóm w p<»ównanitt 
do całój budowy ''•.. (z listu z d. 27go października 1833). 
W końcu listopada mógł już zdać sprawę z dalszego postę- 
pu pracy: 

„Cały ten miesiąc pracowałem nad nowym poematem 
i w dni 20 napisałem 2,200 wierszy. Czuję jakąi pociechę, 
myśląc, że moja młodość nie jest zupinie straconą dla do- 
bra Ojczyzny mojój. Przynąjmniój tak sobie powiadam i 
słodzę tóm wszystko... Kapuiidki K o c| }yiow&ki ch odebrałem 
z taką radością, jak gdybym witał' prz^ac^^ Będę je za- 
wsze chowi^, bo notatki Ojca i Twoje kilka wyrazów, Ma- 
mo, uświęciły je dła mnie. Czytam ciągle teraz oba dzieła 
na przemiany i znajduję, że Treny są niezrównanój piękno- 
ści. Uwagi Ojca mego po większo) części znajduję słuszne; 
w niektórych tylko miejscach widzę, że go gust ówczasowy 
klasyczny, a raczój francuski trochę obłąkał. — W ter a-, 
żuiieijsz^ poezyi Brodziński się najwięcój do Kochanowskiego 
zbliża — ale jest od niego* niższy o trzy wieki. Oprócz tycH" 
d[zieł nirwięcój teraz nie czytam , bo po całych dniach prze- 
pisuję na gwałt mój nowy poemat, który nazywa się Kor- 
dyan. Dziwpe to imię sam dla mego idealnego człowieka 
znalazłem**. . . (z listu z dnia 30 listopada 1833). 
Z^śamój skwapliwości przepisywania widać, ile zależało au- 
torowi na jak najrychlejszóm w świat wyprawieniu tój ksiąiki. 
Temu życzeniu stawały znowu w drodze zwykłe trudności z po- 
wodu braku funduszów nakładowych. Za poprzednio wydane tomy 
koszta zwracały się zwolna, bardzo późno i jak to mówią, tylko 
kapaniną, a pewnój części takowych nawet pozbawiała go nierze- 
telność osób do rozprzedaży użytych albo księgarzy, na których też 
często wyrzeka. 

„Ci, którzy je wyprzedają, tacy są hołysze, że mi 
przycliody moje kręcą — i długo zatajają. Słowem przeko- 
nywam się, że księgarze — jestto najgorsza klasa. Wszy- 
scy do ^awadzki(6go podobni"*. . . (list zcL 23 sierpnia 1833). 

Dało się jednak jakoś wszystko załatwić. W miesiącu sty- 
czniu czy lutym następnego roku pojawił się w Paryżu poemat, 
bez żadnój przedmowy i bez wyrażenia imienia autora, pod ty- 



tliłem: Kordyan, ^Częić pierwsza Trylogii — Spisek 
koronacyjny. Paryż 1834. 12® str. 159. 

Autor dziełem tóm zamierzał rzucić rękawicę Mickiewiczo- 
wi, pójtó w zapasy ze sławą jego: dlatego tet wydał je bezi- 
miennie." -Będzie tak równiejsza walka z Adamem," wyrzekł przy 
.wiadomej nam już sposobno&ci do matki. Stawiał Kordyana wyżij 
nad wszystkie swoje aż potąd ogłoszone utwory. Obiecywd mu 
wielkie powodzenie: ^Wyjicie na świat tego poematu będzie dla 
mnie t)ardzo ważną epoką y"" — pisał mając przed sobą pierwsze 
arkusze druku do korekty sobie przysłane (d. 3gd stycznia 1634). 
I miał przekonanie, że ^osadził to dzieło swoje po napisaniu 
obcego człowieka rozwagą.** 

Nim się dalej zapuścim w rozpowiadaniu o kolejach życia 
poety, zatrzymajmy się na tćm miejscu i pomówmy nieco o tój 
jego świeżo wydanój publikacyi, jako też o utworacłi, które za- 
pełniają wydany przed nią tom III. Przedsięwzięliśmy sobie bo- 
wiem iść w ślady nie tylko za ruchem zdarzeń w życiu jego ze- 
wnętrznych, ale i dopatrywać rozwoju wewnętrznój w nim siły, 
którój miarą były dzieła z kolei wydawano. 



ROZDZIAŁ SIÓDMY. 

Zdanie o poeniaeie L ambr o. Czy narodowośd poezyi na ^m polega, 

ażeby obrabiać materye brane jedynie ze sfery własnej? — Koebiór 

Kordyana — kilka uwag o Dziadach Mickiewicza 

i o Garczyńskiego Wacławie. 

W wydanym w roku 1833 tomie trzecim Poezyi Słowackie- 
go zajmuje główne miejsce „powieść poetyczna^ w dwóch pie- 
śniach naiswana Ł ambro. Rzecz wzięta jest z historyi nowo- 
greckiój , z drugićj połowy zeszłego wieku. Łambro był dowódcą 
Greków, którzy namówieni przez jedno z wielkich mocarstw pół- 
nocnych do zrobienia powstania, zostali następnie pozostawieni 
sobie samym i niesumiennie zdradzeni w chwili stanowczój. Po- 
wstanie naturalnie upadło. Przypłacili je strumieniami krwi wy- 
toczonej najdzielniejsi synowie tego ujarzmionego narodu. 

Podjąwszy jako przedmiot do dzieła zdarzenie wzięte z dzie- 
jów postronnych, poeta rozminął się z praktyką przestrzeganą i 
wtedy i dziś jeszcze w literaturze naszój. To też w przedmowie 
usprawiedliwia to zboczenie swoje z drogi utartój. — „Myli się 
ten, kto sądzi, że narodowość poezyi zależy na opisywaniu naro- 
dowych wypadków; wypadki są tylko szatą, ciałem, pod którym 
trzeba szukać. duszy narodowej lub duszy świata... Łambro jest- 
to człowiek będący obrazem naszego wieku, bezskutecznych jego 
usiłowań; jestto wcielone szyderstwo losu, a życie jego jest po- 
dobne do życia wielu teraz mrących ludzi, o których przyjaciele 
piszą, czem być mogli, o których nieznajomi mówią, że nie byli 
niczóm^. . . 

Powyższe zdanie Słowackiego o warunkach narodowości w po- 
Tom I. 23 



178 . 

ezyi nie przypadło do przekonania pisarzów zajmujących się wia- 
tach owych krytyką. Jeden z najdzielniejszych pomiędzy nimi, 
mający po sobie powagi tóm więcćj jeszcze przez to, że był zara- 
zem i sam znakomitym poetą— Goszczyński , zupełnie się inaczój na 
rzecz tę zapatrywał. On żądał koniecznie, aby w poezyi polskiej 
nawot przedmiot był swój ł własny. To też mówiąc o Słowackim, 
pogardliwie prawie wyraził się o Lambrze: — „Nad dziełami 
obcój osnowy, jak Łambro, nie nasza rzecz zapuszczać się 
w uwagi.'' *) 

Mnie się zdaje, że słuszność tak stanowczo jest po stronie 
Słowackiego, że nie ma nawet potrzeby tego dopiero dowodzić. 
Wprawdzie teorya Goszczyńskiego utrzymuje się dotychczas w pra- 
ktyce. Zacieśniliśmy więcój może, aniżeliby należało, horyzont po- 
ezyi naszej. Przy obecnych stosunkach nie jestto wprawdzie bez 
pewnych ubocznych korzyści. Ale prędzej czy później przyjdzie 
chwila, gdzie się to jednak będzie musiało zmienić. W każdym 
razie godzi się być mniemania, że użyźniłoby to niwę pięknej li- 
teratury naszój, gdybyśmy czasem pomnażali jej plony zasobami 
czerpanymi z przeszłości „przynajmniej innych rodów słowiańskich. 
Może nas dzisiaj odstrasza od podobnych zetknięć pusta mara 
panslawizmu. Byłaby to bardzo nieuzasadniona obawa! Jeżeli już 
nie co innego, to ostatnie sceny Kordyana, o którym nieba- 
wem przyjdzie nam mówić, mogłyby stanąć za dowód, że bez na- 
rażenia się na niebezpieczeństwo obłędów panslawistycznych , mo- 
żna w tych dalszych światach słowiańskich znajdywać nieraz przed- 
mioty godne fantazyi Szekspira. Dzieje nasze są czyste, pod ety- 
cznym względem nieskończenie wyższe od przeszłości nie tylko 
innych słowiańskich plemion, ale i wielu dalszych europejskich 
społeczeństw; ale właśnie^ przeto ogólne ich znamię stanowi pewna 
że tak powiem, beznamiętność. To też rzadko kiedy udaje 
się na tóm tle wznieść dzieło większych rozmiarów, któreby samą 
treścią doraźnie działało na wyobraźnię i tchnęło grą tych pasyi 



*) Obacz besimicmiie ogłoszoną jego rozprawę i^Nowa Epoka 
poezyi polskićj^ w Powszechnym Pamiętniku Nauk i Umiejętno- 
ści krakowskim , r. 1835. 



179 

gwałtownych, bez których pewne rodzaje . poezyi nie mogą się 
obejió. 

Poddając to napomknięcie nawiasoyre pod rozwagę szczegól- 
niej naszych dramatycznych pisarzy, wracam do poemata, o któ- 
rym mam zdanie moje powiedzieć. Podzielam najznpełniój z Go- 
szczyńskim wstręt, który go powstrzymywał od zapuszczania się 
^ w uwagi nad Lambrem. I ja nie mam zamiaru rozpoczynać szcze- 
góTowój analizy tego utworu, któremu z mogo stanowiska jednak- 
że" nie dlatego odmawiam wyższój wartości , że to ^dzieło obcej 
osnowy^, locz że wykonanie i całe przeprowadzenie obranego przed- 
miotu uważam za chybione pod każdym względem. 

CżegD chciał Słowacki, zabierając się do tój pracy? — Po- 
wiada on w przedmowie o swoim bohaterze, że ^jestto czło- 
wiek będący obrazem naszego wiekci i bezskute- 
cznjch jego usiłowań". — Obaczmy, czy to prawda. 

^ Rozebrawszy rzecz z pięknych rymów, wierszy, obrajzów i 
tympodobnych przyborów poetyckich , którym nic zarzucić nie mo- 
żna, bo pod tym względem wykonał autor dzieło z całym prze- 
pychem: ściągnijmy osnowę poematu do jaknajściślejsz^o stre- 
szczenia i okażn^y w suchych słowach, jakito człowiek dostarczył 
tu rysów na skreślenie obrazu naszego wieku... 

Boliaterem poematu jest młody wódz w jednóm z tych li- 
cznych powstań*, jakie poprzedziły wydobycie się ostateczne Gro- 
cyi z pod tureckiego jarzma. Miał on był już w którymś z po- 
przednich ruchów czynny udział; ale wtedy, skoro tylko przyszło 
do walnój bitwy, skończyło się wszystko dla tój sprawy jak najgo- 
rzój. Cały zastęp Greków wyginął. Lambro sam jeden tylko po- 
trafił opuścić pobojowisko przy życiu. Udał on się natenczas na 
emigracyą — ^lecz nie samotny! znalazł się ktoś drugi, co przy 
nim giermka podjął się usługi**. (Byłato Ida, jego ko- 
chanka. Odpowiedzialność za ten pomysł niedorzeczny — musi rad 
nie rad przyjąć tym razem na siebie Byron , protoplasta całej fa- 
milii typów tego rodzaju). — W kilka lat później zaczęło się wGre- 
cyi' zanosić na nowy wybuch. Wystąpił w narodzie natchniony 
poeta Ryga i budził pieśnią swoją ducha z letargu; któreś z mo- 
carstw popierało pomysł powstania: więc przyszło wreszcie do 



180 

pierwszych objawów jawnój wałki między Indnoicią grecką a rzą- 
dem. Na pierwszą metó o tóm wszystkióm Łambro emigrant a^ 
wił się w kraju! Powrócił z daleka z gotowóm postanowieniem) 
odegrania w tym mchu zbrojnym, który się włainie zaczął, roli 
naczelnego wodza. Ale zaczyna i to powstanie bardzo rychło do- 
znawać niepowodzenia: pierwsze starcia Kleftów z Turkami wy- 
padły nieszczęśliwie; co gorsza, ów wieszcz narodowy został uję- 
ty w niewolę, i właśnie przygotowuje się scena straszna, gdzie 
go w skutek zapadłego wyroku mają strącić publicznia 

Wła&nie w przededniu tej ezekncyi, schodzi się Łambro 
w umówionóm miejscu z kochanką. (Ida od niejakiego czasu nie 
dzieliła już z nim wygnania, ale spędzała czas w kraju. Teraz, 
po długióm niewidzeniu, witają się tedy z sobą na nowo). Przy 
tój sposobności zapoznajemy się nieco lepiój z osobą bohatera po- 
wieści. Widzimy w nim rodzonego brata Mindowy, Botwela, Żmii 
itd. z różnicą chyba, bez jakiej nie znaleść i dwóch listków na 
drzewie. Melancholia i skeptycyzm — oto znamiona choroby du- 
szy tego człowieta. Na twarzy przyszłego zbawcy Grecyi „jakiś 
szatan miesza'' rozpacz i śmiech szyderczy i cierpienie; 
a na dobitek, wyczytuje jeszcze na niój kochanka „ostatni sto- 
pień wszystkich nieszczęść... nudę"! — Dalsza rozmowa 
odsłania, że Łambro został (już po oddaleniu się Idy od niego) 
korsarzem, nad czem oboje, i ona i on nawet także, ubolewają. 
Dawniój — mówi Łambro o sobie — byłem innym człowiekiem; 
ale mię nieszczęście złamało ! To też teraz szerzy on śmierć z obo- 
jętnością około siebie, jak daleko tylko działa okrętu jego sięga- 
ją, i z uśmiechem dziwnój radości patrzy nawet na konanie wła- 
snych majtków, którzy wiernie dzielą z nim wszystkie koleje losu... 

Po tym obrazie Łambra, który pomimo wszystkich starań, 
jakie podjął autor, żeby go otoczyć urokiem pewnej wielkości, 
wzbudza jako człowiek odrazę, a jako przyszły zbawca narodu 
najwyższe niedowierzanie : — następuje epizod rzeczywiście oddany 
z niepospolitym talentem — jedyne miejsce w tym poemacie, któ- 
re się może i które się musi każdemu kto je czyta podobać, opis 
wykonania wyroku na wskazanym na śmierć poecie. Postać giną- 



ISl 

eój na azubieniey ofiary oddana jest k bas -relief, niewielu tylko 
rysami; ale te kilka rysów staje za szczegółową opowieić o ca- 
lom jego szlaehetnóm życia i daje wymowne, trynmfająoe iwia- 
dectwo tym ideałom, którym Ryga wszystko na ziemi poiwięcił. 
—Nie podnosi za to bynajmniój w oczach naszych osobistości {^ó- 
wn^o bohatera czyn , jakiego Łambro dokonywa włainie przy tój- 
że exekucyi, mszcząc się nibyto za tę krew niesprawiedliwie prze- 
laną. Jestto brawura — może wylK)rną , żeby dowieić kwalifikacyi 
na korsarza, ale niewiele dobrego rokująca o rozumie wodza na- 
rodowego! Poeta opisywid to wszystko na nieszczęście w innóm 
przekonaniu. 

Po spaleniu w taki awanturniczy sposób tureckiego okrętu, czeka 
Łambro, co powie na to naród, i gotuje się do dalszego działania. Ale 
nim przyszło do tego, żeby się choó był dowiedział, jakie jest usposo- 
bienie ludności: — przytrafiło się na jego korsarskim statku, tój- 
że nocy co nastąpiła po owym akcie brawury, zdarzenie, które 
położyło koniec i karyerze jego jako naczelnika sił zbrojnych po- 
wstania narodowego, i... poematowi. Zdarzenie to bardzo natu- 
ralne, choć dla czytelnika wcale niespodziewane! Okazuje się 
bowiem — w drugiej pieśni — że Łambro, oprócz innych przy- 
miotów niekoniecznie potrzebnych wodzom naczelnym, posiadid 
jeszcze i ten najoiepotrzebniejszy ze wszystkich, iż był nałogo- 
wym... amatorem opiatu. Poeta starał się tę smutną stronę swo- 
jego bohatera ubarwić i osłonić^ ile to tylko być mogło. Zamiast 
powiedzieć otwarcie, że się Łambro lubił zapijać, wyraża się te- 
dy w tych poetycznych słowach: 

ryże Łambro co dnia bledszy o północy 

Szaleje trucizn namiętnóm piciem 

I życie mieni na sen gorączkowy.^ 
Tym razem — po tóm co zaszło, tuż przed czynami , jakich 
się Ojczyzna ma prawo po nim spodziewać — czuje to Łambro, 
że mu jakoś nie wypada brać i tej nocy czary do ręki... Nade- 
szła północ: nasz człowiek trzyma się twardo! łamie się z rudo- 
giem, jak tylko może. Ale ludzie tego rodzaju daleko pochopniejsi 
bywają do walki z całym światem, niżeli ze sobą samymi! Siebie 
zwyciężyć nasamprzód, a potom dopiero zapróbować i z drugimi 



182 

tego flamego: — tój zasady Słowacki w młodocianych robotach 
swoich nie zastosował nigdzie! Tak tei miała się rzecz i z Łam- 
brem. Długo on damał blady samotnie na pokładzie swego okrę- 
tu — patrzał w milczeniu na spokojną powierzchnię morza, oświe- 
coną Wadim światłem księżyca — bladł coraz bardziej i chwiał 
się: nagle upadł bez przytomności. Po jakićjś chwili wróciły siły — 
powstał: — ale teraz gromkim głosem zażądał swojej zwyczajnej 
czary! — Podano mu ją — wypił. Zbieg przypadkowy okoliczno- 
ści sprawił tu nieco zamętu. Zamiast pazia, który obsługiwał 
w razach takich naszego kapitana okrętu, wcisnęła się tym ra- 
zem była do niego przebrana za pazia Ida: ona mu tedy podać 
musiała fatalną czarę "owę, którćj zażądał. Kiedy ją nalewała, 
drżała jćj ręka i kilka kropel trucizny wpadło do czary więcej, 
niż należało. Więc nastąpiło, co musiało: otruł się bohater poe- 
matu. — 

Powyższe streszczenie samśj osnowy Łambra uwalnia mię 
od potrzeby rozwijania uwag i nad artystyczną i nad moralną 
wartością poematu. Zdaje mi się, że byłby to utwór wyborny, 
gdyby był wykonany w formie satyry, parodyi, komedyi dowci- 
pnej i gryzącój, słowem czegoś z dążnością szyderczą. Chodzi tu 
wprawdzie o rzeczy zbyt poważne i wzniosłe, żeby się który z po- 
etów polskich był mógł ośmielić na to. W naszój literaturze ta- 
kie traktowanie podobnego przedmiotu byłoby niepodobieństwem. Ale 
gdyby taki JEeine na przykład, dla którego nie było rzeczy, z któ- 
rejby nie baraszkował, był się zabrał do tego: to jestem pewien, 
że nie potrzebowałby on w całój tój powieści niczego zmienić ani 
też dodać ni igąć, a byłby wystawił^ farsę, któraby stanowiła ka- 
mień węgielny dla jego autorskiój nieśmiertelności. Figura Łam- 
bra — to typ stworzony dla Heinego! Jako ideał — jestto ze- 
ro, ladaco: — ale właśnie przeto, że będąc zerem, chce ucho- 
dzić za wielkiego człowieka, jestto niewyczerpany materyał dla 
komika i humory3ty... 

Na nieszczęście, podług założenia poety, miał to być czło- 
wiek, ^będący obrazem naszego wieku i bezskute- 
cznych jego usiłowań. "" Tak jest, niezawodnie! Usiłowania 



183 

naszego meku są bezskuteczne , ale właśnie tylko dlatego, że 
tacy ladzie, jak Łambro, i w taki sam sposób, jak on, narzaca- 
ją się społeczeństwa na przewodników , a ono daje im się prowa- 
dzić i wyzyskiwać! Nie przeczę tego zatóm, że adało się tu Sło- 
wackiemu dać dość wierny wizerunek jednego z całój legii tycb 
mniemanych bohaterów, którzy są prawdziwą plagą bieżącego stu- 
lecia! Zaszła przy tóm jedna tylko m^i^ pomyłka. Poeta stwo- 
rzył karykaturę, a rozumiał, że stawia ideał! W przekonaniu, że 
ro2t^ćza obraz poetycznej' wielkości , starał on się bohatera swego 
uposażyć w wszelkie warunki zapewniające dla postępków jego 
współczucie i podziw czytelnika : gdy tymczasem odsłania się 
z pod tych sztucznych osłon wyobraźni autorskiej sama tylko nę- 
dza i zgniłość moralna jego człowieka , tóm przykrzejsza dla oka, 
że występuje z olbrźymiemi uroszczeniami i z dumą, której nic 
zgoła nie usprawiedliwia. 



Bazem z poematem Łambro zostawiamy po za sobą okres 
Słowackiego bajroński (a raczój pseudobajroński) , i przechodzimy 
do naturalniejszych natchnień i do więcój przynajmniój samo- 
dzielnych kierunków w jego zawodzie. Bez symptomatów pewnój 
chorobliwości nie obyło się i w tóm drugióm stadyum u niego; 
ale przynajmniój była to już chorobliwość , jakiój w owym czasie 
podlegali tysiące. Zbliżył się więc poeta nasz więcój do usposo- 
bienia ogółu. Pierwszym czynem na tój.nowój drodze był Kor- 
dyan. Pod każdym względem możnaby go nazwać słupem grani- 
"^znym pomiędzy pierwszą dobą poety a drugą. 

Dziwem tóm więcój Juliusz przekonał naród o swóm niepo- 
spolitóm* uzdolnieniu poetyckióm, aniżeli tóm wszystkióm razen^ 
co Wydał poprzednio. Kordyan wyszedł bezimiennie^... Nie od razu 
zddano się domyśleć, kto jego autorem. Byli tacy, którzy w pierw- 
szej chwili przypisywali go Mickiewiczowi.- 

^Mój śpiew ostatni — pisał autor Kordyana niebawem 
po jego ogłoszeniu do matki — jeżeli nie podobał się, to 
zadziwił. W jednóm z pism po francusku wydawanych czyta- 



184 

łem o nim zdanie i rozbiór pochlebny-^ o tyle, ile przeciwna 
partya ganić nie może; a ta przeciwna mi partya, są to 
i nieszczęściem wszyscy pości, na któiych czele Adam. Od 
. t^o bowiem sam pierwszy stronić zacząłem. Wielu jednak- 
że w Paryżu przypisuje pieśń moje Adamowi. Oto wyjątek 
z listu do mnie pisanego: — „Byłem przytomny, jak Ogiń- 
ski atakował Adama, i kiedy ten się wypierał, że nie jest 
autorem dzieła i że nie wie o niczóm, Ogiński rzekł: to 
praynajmniój wiemy, że Pan chce to mieć tajemnicą.^ — 
W. drugim liście (mówi dalój Słowacki) pisze mi jeden ze 
znajomych: — „Z Memla (?), dokąd exemplarze posłedem, 
piszą mi o Kordyanie z wielkióm uniesieniem — i biorą 
to za pracę Adama.** — Z tych dwóch doniesień widać, 
że w wielu miejscach bezimiennie wydaną moje pracę przy- 
pisuje innemu. Znając uprzedzenia naszych w tym wzglę- 
dzie, nie jest mi niemiłą taka pomyłka"... (z listu z dnia 
27 kwietnia 1834). 

Do mniemania takiego przyczynić się mogło niejakie podo- 
bieństwo w zewnętrznój formie pomiędzy Kordyanem a wydaną 
niedawno przedtóm Częścią Illcią Dziadów Mickiewicza. 1 jedno 
i drugie dzieło jest nieregularnym, niescenicznie ułożonym, lecz 
zato wielkiój lirycznój siły dramatem. Jest nawet pewne pokre- 
wieństwo i w całym pomyśle. Na okoliczność tę atoli zbyt wiele 
przycisku kłaść nie należy ; pokrewieństwo to bowiem wynikło zin- 
tencyi, w jakiój Słowacki zabrał się do napisania Kordyana. 
Chciał on , jak to już wyżój okazałem , dziełem tóm — rzuciwszy 
niejako rękawicę Mickiewiczowi, iść z nim o lepszą. Mickiewicz 
stworzył w postaci Konrada wizerunek najszlachetniejszych i zara- 
zem do najwyższego stopnia siły i natchnienia podniesionych wysileń 
właściwych generacyi współczesnej. Bohater jego, póki jeszcze nosił 
imię Gustawa, wplątany był we wszystkie potoczne stosunki świa- 
ta i doznał najdotkliwszych bólów, jakie tylko mogą zranić serce 
zwyczajnój jednostki w społeczeństwie. Przesiliwszy się w duchu, 
czyli jak to poeta wyraża: przetworzywszy się w Konrada, boha- 
ter Dziadów podniósł się po nad poziom tych wszystkich pragnień 
i zawodów osobistych i wyłącznie poświęcił życie ojczyźnie. Pra* 
gnie ją ^dźwignąć i uszczęśliwić;"* lecz nim przystąpi do czy- 
nu, żąda od Boga... rządu dusz! Konrad czuje się nieśmier- 
telnym i jako Bóg sam wszechwładnym mj^iJLa^własną , „którój 



185 

ludzie mu nie dali*, „tą my^lą, co niebiosom pioruny wydarła." 
Czuje się w sobie równym Bogu uczuciem , „co się samo w so- 
bie chowa— jak wulkan, i tylko dymi niekiedy przez słowa.* Ale 
temi dwiema dźwigniami , dopóki one w nim samym tylko zawar- 
te, nie spodziewa on się ani przemóc ani podnie&ć odrętwiałego^ 
ciężaru martwój bryły, jaką mu się być wydaje w danych sto- 
sunkach cała massa narodu. I dlatego żąda od Boga potęgi, żą- 
da bezpośredniój , nieograniczonój , choć niewidzialnój władzy 
nad. dmuchami, ludzkimi... 

„Ja chcę władzy! daj mi ją lub wskaż do niój drogę! 
Tę władzę, którą mam nad przyrodzeniem, 

Chcę wywrzóć na ludzkie dusze!* 
Konrad chce nad bliźnimi władzy doraźnój, i to nie za po- 
średnictwem pieśni, ani wiedzy, ani siły z^brojnej, ani nawet 
cudów : 

„Chcę czuciem rządzió, które jest we mnie. 
Rządzić, jak Ty, wszystkimi zawsze i tajemnie: 
Co ja zechcę, niech wnet zgadną, 
Spełnią, tóm się uszczęśliwią, 
A jeżeli się sprzeciwią. 
Niechaj cierpią i przepadną I* 
Ponieważ zaś tój potęgi nadludzkiój nie otrzymuje Konrad 
od Boga, wpada w szał rozpaczy i zaczyna wątpić o dobrój woli 
stwórcy. O&miela się do bluźnierstwa : 

„Kłamca, kto Ciebie nazwał miłością -^ 
Ty jesteś tylko mądrością!* 
To jest najwyższy zenit, do którego się wznosi bohater Dzia^ 
dów, przynajmniej w wydanój części dzieła. Bóg nie zsyła ną 
niego kary za tę pychę i za takie buntownicze wypowiedzenie 
posłuszeństwa niebiosom, albowiem płynie ona u niego z miłości 
kraju, z nieszczęścia... zresztą modlą się za nim anieli i do- 
brzy ludzie (matka zmarła Konrada, X. Piotr, Ewa). I pozwa- 
la Konradowi — po uznaniu kornóm obłędu — wyjść z tych walk 
ducha czystym, rozgrzeszonym i nawet przeznaczonym w przy- 
szłości do wielkich rzeczy. Ale do spełnienia tych obietnic nie 
przychodzi wt^j części dzieła, tak iż Adama ideał, jaktu jest 
Tom I, U 



186 

dany, ostatecznie nie wychodzi z po za sfery samych tylko za- 
miarów, pragnień i uczuć... r jeżeli walczy, to chyba z Bogiem 
walczy, a nie z temi potęgami ciemności, nie z temi monstrual- 
no&ciami wieku, na powaleniu których właśnie zależy. 

Otóż Słowacki podjął umyślnie w dziele swojóm właśnie tę 
myśl w powyższy sposób wytoczoną przez Mickiewicza, ale za- 
mierzył wykona<S ją po swojemu i o tyle lepiój, że wprowadził 
bohatera swojego właśnie w ten zakres , w jakim Konrada nie 
widzimy, ta' jest w zakres czynów. Punkt wyjścia zatóm jeden 
jest u obydwóch poetów; ale ludzie ich różni i zawody ich ró- 
żne. Słowacki nie mógł spodziewać się osięgnąó wyższości nad 
swoim współzawodnikiem ani potęgą natchnienia, ani artyzmem, 
ani wykonaniem szczegółów; bo to wszystko było tak niezrówna- 
nem u niego, że wszelka chętka do walki z nim na tem polu 
byłaby chyba lekkomyślnością. Słabszą stroną Dziadów jest ich 
ogólny pomysł — niejasno i niecało rzucony! To też w tóm tyl- 
ko mógł upati-ywać Słowacki możność jakichkolwiek korzyści swo- 
ich nad nim, że zamierzył bchatera swego dalój doprowadzić 
w zawodzie podjętych usiłowań , aniżeli się w Dziadach Konrad 
na drodze swojej posunął. A zarzutu, że się przedmiotem zanad- 
to 'zbliża do Mickiewicza, zarzutu tego się autor Kordyana nie 
mógł obawiać. Boć umyślnie A samochcąc i wręcz wyzywając 
Adama do walki. Wytoczył ideę jego. na nowo jakby przed ^y 
drugiój instancyi. 

Skorośmy już wpadli na ten trop uwag dotyczących genezy 
obecnego utworu, niech mi wolno jeszcze będzie zwrócić uwagę 
na inne dzieło, które równie, a może nawet i więcój jeszcze 
wpłynęło na wyobraźnię poety w chwili, kiedy obmyślał układ 
Kordyana. Mówię o poemacie Stefana Garczyńskiego „Wacława 
Dzieje.^ Kto tylko dwa te dzieła zechce porównać ze sobą, to 
niepodobne ażeby go nie miało uderzyć dziwne podobieństwo po- 
między niemi. Wartość artystyczna Kordyana wprawdzie nie- 
skończenie jest wyższa. Ale założenie, główny pomysł i zamiar 
artystyczny w obydwóch tych utworach jest niewątpliwie i oczy- 
wiście — Jfeden tylko. Charaktery wprawdzie głównych figur zna- 



187 

cznie się różnią. Wacław — to filozof, myśliciel; wrodzonńm 
usposobieniem swojćm więcej na Fansta albo na Hamleta zakra- 
wa. Kordyan przeciwnie jest marzycielem namiętnym i entuzya* 
stą, — w pierwszo wiośnie życia podobny do Wertera, w dal- 
sz6j młodości przypomina Manfreda; w głównój zaś akcyi, w sile 
wieku (w nicim akcie) — nie wiem do kogo bym go porównał... 
Snąć jest on ta tylko Kordyanem, jest tem czóm go mieć chciid 
poeta, typem samoistnym i własnym. Przy tak różnych charakte- 
racli atoli, zamiar i , role obydwóch tych liidzi godzą w jedno i 
tosamo. Niemniój szczegóły i postaci podrzędne tak się w oba 
poematach wzajemnie przypominają , że niepodobna, żeby się mia- 
ły rzeczy te spotykać ze sobą zupełnie przypadkowo. Tak na 
przykład cała ta scena na czele Juliuszowego dramatu nazwana 
„Przygotowanie** — to tylko bujne i fantastyczne rozwinię- 
cie idei, która u Garczyńskiegó wcielona jest w jedne osobę, 
w osobę „Nieznajomego.* A ten spisek koronacyjny, 
służący i tu i tam za punkt centralny, za oś, około którój to- 
czy się wszystko! A ta piękna postać starca, jaśniejącego za- 
pałem i srebrnym włosem. tak wydatnie na tern tle ciemnóm ta- 
jemnych obrad . . . Wszystko to są szczegóły, które — trudno przy- 
puścić żeby miały być bez wszelkiej zawisłości wzajemnej. 

Gdyby poemat Garczyńskiegó wyszedł był późniój, aniżeli 
Kordyan, byłby to tylko plagiat, plagiat bardzo blady. Tak je- 
dnak nie było. Wacław jest dziełem rychlejszóm. Czy go Słowa- 
cki znai, pracując nad swoim dramatom ? — Mnie się zdaje, że 
go znać musiał. 

Wacława Dzieje pisane były w Dreźnie, wciągu roku 1832, 
a wyszły z druku w Paryżu r. 1833 w miesiącu czerwcu albo 
najpóźniój w początkach lipca.*) Kordyan zatrudniał myśl Słowa- 
ckiego już w ciągu wiosny tegoż roku (1833). W środku lipca 
już był plan jego gotowy. Rzecz ostatecznie jenak spisana została 
dopiero w Aiesiącach jesiennych. Nie było tedy niemożności fizy- 
cznej, dla którójby mu nie miał być znany utwór wielkopolskie- 



*) Wyr02sttmieć to można z dat listów Mickiewicza do Garczyń 
kiego pisany eh w sprawie drukujących 8i§ właśnie jego poezyi* 



188 

go poety, przed ostatecznym dokonaniem Knrdyana. Niemojmoić 
ta znika do reszty, jeżeli wspomnimy, że Stefan Garczyński 
przez ciąg tegosamego lata bawił w Szwajcaryi, a nawet spędził 
czas uiejaki (miesiąc sierpień) w samejże Genewie wraz z Mi- 
ckiewiczem, który go tu (po raz ostatni. przed jego śmiercią) wi- 
dzieć przyjechał z Paryża. Czy się Juliusz przy tej sposobności 
zapoznał osobiście z Garczyńskim , tego nie wiem i wątpię , żeby było 
przyszło do t^o. Bytność autora Dziadów w mieszkaniu Garczyń- 
skiego nie mogła go do zabrania tej znajomości zachęcać. Zresztą 
Słowacki nie był pochopny do pierwszych wizyt, a Garczyński 
znowu był już natenczas bardzo cierpiący i zapewne także nowych 

• znajomości nie szukał. Stemwszystkiem nie mogło być bez tego, 
/ żeby ta jego bytność w Genewie choćby za pośrednictwem trze- 
,' cich osób nie była miała zwrócić uwagi Słowackiego na niego i na 

• świeżo wydane jego poezye w Paryżu, których excmplarze musiały 
się rozejść wtedy i pomiędzy Polakami bawiącymi wtem mieście. 
W kilka miesięcy po zgonie już Stefana Garczyńskiego (w liście 
z d. 3 stycznia 1834) donosił Juliusz matce o nim w następu- 

: jących wyrazach: 

„Ukazał się był na chwilę nowy talent poetyczny, Gar- 
czyński. Wydał dwa tomiki , w których było wiele pię- 
knych rzeczy, a więcej jeszcze nadziei; ale nie- 
szczęściem suchoty zniszczyły go — i umarł. Ciągle wzdy- 
chał do Nóapolu i miał nadzieję, że tam dojechawszy uzdro- 
wi się; ale nieborak w drodze w Awinionie życie zakoń- 
czył.** — 

To wspomnienie pobieżne, pisane włainie ^ad korektą dru- 
giego arkusza Kordyana, którego mu w ciągu druku dosyłano 
dla kontroli z Paryża — są to, zdaje mi się, słowa człowieka, 
który nie znał się osobiście z autorem i co o nim wiedział, to 
od trzecich osób (inaczój bowiem byłby ciekawych szczegółów 
niewątpliwie więcej o nim udzielił); ale który niezawodnie czytał 
jego poezye. Jeżeli zaś znane mu były takowe w pierwszych dniach 
roku 1834: to dlaczegóż nie miałby ich był znać i jaki kwartał 
rychlój ? 

Nie przeto mówię o tej okoliczności, żebym chciał z t^o 
punktu widzenia uwłaczać w czómkolwiek autorowi Kordyana, 



181 

Mimo to wszystko bowiem konknrencyi pod aitystycznym w^gl^ 
dem z Wacławem to dzieło obawiać dę żadną miaią nie potrze- 
buje. Lecz ciekawą zdaje mi się być rzeczą dochodzić, gdzie 
tylko na to pozwalają okoliczności , niewiadomych zazwyczaj wpły- 
wów, jakie towarzyszyły poczęcia dzieł poetyckich. Ileż światła 
rzucają na tę zagadkę geoiaszu nieraz sccze^&ły wiadome o 
SzeksjHne. 

A krom tego jest jeszcze jedno, czego milczeniem tu pomi- 
nąć nie można. Kiedy Mickiewicz, w Paryżu jeszcze, zajęty był 
właśnie drukiem poezyi Garczyńskiego , pisał on do niego z po- 
wodu Dziejów Wacława, co następuje: 

^Nieza wodnie pokazuje się, że więcej przez twoje gło« 
wę przeszło myśli , niż przez moje , choć ja moje wiele lepiej 
wyrobiłem. Ileż wierszy w Wacławie, nad którymi dumam 
jak nad drogami w Pompei, myśląc o kołach, które mu- 
siały w tył i w przód wyjecłiać, nim tę koleinę wygryzły! 
Nie byłem nigdy zdolny czuć zazdrości poetyckiej ; ale mnie 
się zdaje, że gdyby Wacław był nie twoim utworem, to- 
bym może zazdrościł autorowi : Teraz kocham go, jak gdyby 
wspólne dziecko. Możesz być pewny, że to dzieło zupełnie 
leży w teraźniejszym czasie i dziwnie odbija stan duszy 
wielu ludzi"...*) - 

Że się nie pomylił Mickiewicz, iż myśl dzieła tego leżała 
rzeczywiście w usposobieniu czasu: tego najwymowniejszym do* 
wódem okoliczność, na którą zwracam właśnie uwagę. Widzimy 
bowiem, że w tymsamym niemal czasie zajmował ten przedmiot 
wyobraźnię i naszego poety. W ciągu rozmyślań nad nim wpadła 
mu w ręce praca Garczyńskiego Kreacya ta ożywiła jego imagi- 
nacyą i dorzuciła żywiołów palnych w ognisko, które już i bez 
tego gorzało. Kilka zarodów gotowych wniosła w ramy jego obra* 
zn. Ale zarody te przybrały tu dziwną bujność, pod wrąoóm czu- 
ciem genialniejszcgo duclia. Co u Garczyńskiego jest tylko ^napo- 
mknięto, niedonoszone w wyobraźni, mgliste, niekiedy chorobli* 
we: to się ukazuje w utworze Słowackiego pnyiiuJMiiŃi^j poil ar- 
tystycznym względem rozwinięte do pełni i wykonane plastycznie. 



*) List Mickiewicza do Garczyńskiego z Paryża dnia 12 sty- 
cznia 1888, 



190 

Nawet i po za obrębem względów na artyzm mała jest warto&ć 
Wacława w porówDania z tóm dziełem. Gfarczyński jeszcze w naj- 
lepsze bajionizoje, Słowacki wła&nie się z pod wpływa tego otrzą- 
sa. Garczyńskiema się bohater jego wydaje tytanem — ideałem 
skończonym... a kiedy nie wie, jak nieudolnoió jego usprawie- 
dliwić, radzi sobie w taki sposób, to oto — urywa dzi^o w po- 
środku! Autor Kordyana podobny jest do niego w pierwszćj po- 
łowie swego dramatu. W trzecim akcie. •• spostrzegł się i osą- 
dził swego ezłowieka. 

! Te kilka my&U ogólnych niechaj zastąpi to wszystko, -co 

w dalszym rozbiorze Kordyana zdawać się może będzie nie dość 
dokła4nćm. Są okoliczno&ci — łatwe do odgadnicnia, które nie 
pozwalają na zupełnie swobodne traktowanie tego przedmiotu. 
Zresztą jest to tylko ułamek większej całości , do utworzenia któ- 
rej nie przyszło. Autor zapowiadał trzy takie dzieła, pomiędzy sobą 
związane węzłem trylogii. Trylogia ta, jak z prologu czyli „Przy- 
gotąwania** na czele umieszczonego wnosić trzeba, miała obej- 
mować wypadki z przed r. 1830, z czasu samegoż powstania, i 
zapewne z dalszych lat petem. Kordyan stanowi tylko część 
jMorwszą trylogii Dalszych części nie ma. Materyał części trzeciój 
zdaje mi się, iew^^nął w głównych zarysach w utworzonego nieco 
póżniój Anhellego. Środkowy dramat pozostał niezapełnioną pró- 
żnią. Jego osnowy nawet się domyślić nie można, chociaż suro- 
wy materyi^ jest każdemu wiadomy. 

Jeżeliby się jednak godziło, odgadującym sposobem rzucić 
zarys ogólnój myśli, na tle którój ta obszerna budowa miała się 
wznieść : to napomknienia tu i owdzie spotykane w części pierw- 
szój upoważniają przypuścić, co następuje: 

Żyjemy w wieku materyalnym, karłowatym, upadłym, w wie- 
ku w którym się nic śWiatodziejowego nie dokonywa w ludzkości. 
Jestto dzień wypoczynku stwórcy po pracy, dzień siódmy, sza«^ 
bat myśli bożój w tworzeniu dziejów powszechnych. 

^Bóg przez sześć dni dziejowych stwarzał ziemskie ludy. 
W pierwszym dniu stworzył państwo modlące się Judy: 
To była ziemia — na niój wyrody narody. — 



191 

W drugim dniu — porozlewał wschodnich ludów wody; 
W trzecim — jak drzewa, greckie wyrosły plemiona; 
W czwartym dniu zaświeciło z gór Sokrata 3łońce; 
W piątym — wzleciały orłów rzymiańskich znamiona, 
To były ptaki; — a na dnia piątego końce 
Padła noc wieków średnich, długa, zachmurzona — 
W szóstym — człowieka zlepił Bóg: Napoleona! 
Dziś dzień siódmy — Bóg rękę na rękę założył, 
Odpoczywa po pracy, nikogo nie stworzył**... 

Słowa te znajdujemy wyrzeczone w 6tój scenie aktu Illgo, 
przez figm*^ fantastyczną, która tam 4na nazwę ^Dókitora,** a 
którą'^óczywiście'^ jest S/atan. Przybywa on do szpitala, ażeby i 
knsi(5 Kordyana i naigrawać się z niego. Zdawaćby się wprawdzie 
m^o^, że ponieważ szatan to mówi i to jeszcze w takim zamia- 
rze: nie jest to przeto nic więcój, jak tylko prosty fałsz, sofizmat, 
przypuszczenie przewrotne, nie mające żadnój spółki z rz^czywi* 
stym pomysłem autora. Tak jednak nie jest. Poeci zwykli — jak 
wiadomo, dawać nieraz, i demonom mimowolnie wypowiadać ukry- 
tą prawdę. Są to^zazwyczaj prawdy gorzkie dla łudzi, ale za<* 
wszQ. prawdy. Przypomnijmy sobie tylko Mefistofela w Fauście* 
Ma się rzecz podobnie i w razie obecnym. Doktor Słowackiego 
rzuea wprawdzie w scenie tój wiele i zdań bałamutnycłi, ł)€|zwa- 
runkowo obłędnych. Ta jednakże inyM jego. spływa doskonale z Ca^* 
łóin założeniem poematu, i jeżeli się różni od innych joiejsc po- 
dobnych w „Kordyanie,** to chyba tylko tóm, że rzecz jest tu- 
taj wręcz wyrzeczona i nazwana po właściwóm swójóm imieniu. . 
Taki wypadek wynika też ostatecznie z całego przeprowadzenia 
dzieła, do tego stopnia że bez tego klucza zrozumienie celu je- 
go wcale byłoby niepodbbnóm. 
^ My na ostateczny sens tego dyktu piszemy się. Jest on nie- 

,' stety — de facto co się zowie prawdziwy ! Ale zobaczmy, co 
idzie za tem. 

Kiedy więc w myśl założenia poety ta siła twórcza, doda- 
tnia, boża, która kieruje biegiem świata, obecnie wyjątkowo od- 
poczywa po pracy i nie tworzy nic: poczuwają się do tóm więk- 
szój czynności w wieku obecnym demoniczne potęgi. Pragnienie i 



id2 

zabiegi tych potęg zawsze ku temu zmierzają, ażeby się niweczy 5 
ło w samym zarodzie to wszystko, czego ludzkość pragnie i za 
szczęście swoje uważa. W tym też celu i teraz przystępują one 
do dzie^a. Pierwszy ustęp Kordyana , nazwany Przygotowanie, 
odsłania właśnie te ich roboty. W samej chwili poczęcia się wie- 
ku" obecnie bieżącego, w nocy z dnia 31 grudnia 1799 na 1 sty- 
cznia 1800, zgromadzają się na ustroniu, w chacie niegdyś Twar- 
dowskiego, najprzedniejsze mocy szatańskie i przygotowują zapas 
kierowników narodowych na cały wiek dziewiętnasty: 

^Dziś pierwszy dzień wieku, 

Dziś mamy prawo stwarzać królów i nędzarzy 

Na całą rzekę stuletniego cieku. 

Więc temu narodowi stwórzmy dygnitarzy, 

Aby nimi zapycłiał każda rządu dziurę.** 
Oczywiście wychodzą z tego kotła szatanów same osobistości 
zdaniem poety niedołężne, wsteczne, potrzeb wieku niepojmująoe, 
jeżeli zgoła nie napiętnowane czem gorszóm jeszcze. I tak nasam- 
przód otrzymuje tam sankcyą na wielkiego człowieka XIX wie- 
ku — Chłopicki. Na dalszych kierowników wydarzeń , które mają 
nastąpić, przeznaczeni zostają: Czartoryski, Niemcewicz, Lele- 
wel, nakoniec Krukowiecki. Ol)ok nich jeszcze zostaje przygo- 
towaną dla tem pewniejszej zguby narodu cała zgraja świetnych 
bohaterów salonu i brukotłuków (^wyjnuskani rycerze-ospai* 
cy**)5 niemniej i tłum niezliczony krzykaczy i intrygantów („co 
narodowój chwycą się mównicy — dyplomatycznych 
mówców plemię**)... 

O takich siłach ma się tedy snuć odtąd wątek spraw, doty- 
czących żywotnej kwestyi jednego z głównie w stuleciu tóm do 
działania powołanych narodów, aby się dokonało, co przepowie- 
działo piekło, że „wiek co przyjdzie, ucieszy szatany...** 
W jaki sposób winy tych wszystkich ludzi, tak lekkomyśl- 
nie stawionych na jednój linii ze sobą , zamierzał autor w dziele 
swojóm rozwinąć i udowodnić? — na wyrozumienie tego braknie 
nam wszelkiego punktu oparcia. Ich role przypadają prawie hez 
wyjątku dopiero na czasy, które miały być pomieszczone w ramach 
dalszych obrazów, składających tę trylogią, W Kordyanie — wyją- 



193 

wszy jednego Niemcewicza — kończy się wszystko na tćj ryczał- 
totrdj kondemnacie rzuix»nćj na nich w prologu bez żadnego tejże 
poparcia. Gdyby autor był poprzestał na twierdzeniu, że tak usi- 
łowania Ghłopickiego , jak X. Czartoryskiego i wreszcie Lelewela 
w r. łSSl były nadaremne; że kroki ich były nieodpowiednie 
celowi itd. nie^mielibyśmy nic przeciwko temu do powiedzenia. Ale 
'wystawiać w nich istoty, z piekieł przysłane na zatratę narodu: 
to cokolwiek gruba przesada. Gdyby która z osób nazwanych by- 
ła autorem powstania; gdyby Bię byli okazali chciwymi władzy; 
gdyby ją byli przemocą lub podstępem sobie przywłaszczyli, od- 
trącając od steru innych , zdolniejszych ; . a po tćm wszystkićm 
okazali niezdolność, złą wolę albo złą wiarę: — wtedy możnaby 
składać nft nich odpowiedzialność za wszystko i godziłoby się po- 
ecie wprowadzać ich w dziele swojćm w taki sposób^ jak to jest 
uczyniono w Kordyanie. Tak to jednakże nie było. Na tę genezę 
z kotła szatanów zasłużyli sobie zatćm chyba zupełnie inni! Po; 
wziąć lekkomyślne postanowienie — wykonać je gorzój , niż nie- 
doraecżnie — rozdmuchać pożar — potom niewiedzieć^ co z nim 
począć— w braku lepszej rady przyjść do ludzi , których ani wiek, 
ani stanowisko, ani wyobrażenia ani tradycye nie były potemu , żeby 
mogli uwierzyć w dzieło z któróm nie mieli żadnój wspólności, i 
powiedzieć im na klęczkach i upominając, z prośbą i groźbą: te- 
raz ty prowadzić musisz, bo ty masz zaufanie w narodzie, a my 
go nie mamy! — nareszcie po wszystkiemu winić ich i przekli- 
nać za to, że się ta z góry i w zarodzie samym zwichnięta robo- 
ta nie udała: — to wszystko dziać się może tylko w społeczeń- 
stwie tak zupełnie pozbawionóm zmysłu politycznego, jak nasze I... 
Na obronę Słowackiego wprawdzie powiedzieć można, że takie 
wtedy były wyobrażenia o tóm powszechne. W takito sposób 
odbywały się sądy o rzeczach i o ludziach z r. 1831, przez kil- 
ka jat potom śród całój emigracyi, a nawet po większój części i 
w kraju. Łagodzi to niezawodnie zarzut zrobiony temu ustępowi 
E^ordyana. Ale mylność założenia całego dzieła dlatego się nib, 
ntiprawia. v 

Większój jeszcze niesprawiedliwości dopuścił się autor Kor- 
dyana przeciwko Niemcewiczowi, o którym dlatego tu z osobna • 

"" Tom L S5 



104 

mówię, ponieważ jego jednego tylko wina jest w zupełności niby 
odsłonięta i przeprowadzona w dramacie. — Mówi o nim Słowacki 
w prologu w takicli wyrazacli, że się wierzyć nie chce , żęty się 
to do Ursyna odnosić mogło: 

... „Starzec, jak skowronek 
Zastygły pod wspomnień bryłą 
Na pół zastygłą, przegniłą — 
Poeta — rycerz — starzec — nic , 
Dziewięciu Feba sułtanie >/ 

Eunucli** itd. y' 

Że nie kto inny jednak, pak ten mąż, pod tyJiT względami 
dobrze ojczyźnie zasłużony. Jest tu rozumiany^^U) się dowo- 
dnie okazuje w czwartój scenią aktu Illgo, gdiS^e mniemana jego 
zbrodnia jest skreślona ftmiałyii pędzlem i >ł$ez ogródki. Wysta- 
wiony tam jest«4BnHiliai9ÓaiL0 Prez.^r's knowań (z r. 1829), 
które się odbywają w podziemiach kocioła św. Jana w Warsza- 
' wie... Pomimo wyraźnego zamląrj^ poety, ażeby rola, jaką tam 
wypadło starcowi temu odegrać^ '^'wiekuiście go potępiała: postać 
^dap^ występuje tam po na^i tłumem zebranych zapaleńców tak 
czysto, tak posągowo i z taką szlachetnością, że nie można mu 
było wystawić piękniejszego pomnika, jak ową właśnie sceną 
Kordyana. . 

Ale wrażenie takie sprawia ten ustęp tylko w umysłach głęl)- 
szych. Czytelnik nierozmyślny, z rzeczami najświeższych dziejów 
kraju źle obeznany, rzuca czytając to miejsce, na siwe włosy 
starca tesame g]*omy, jakie na niego myślał że rzuca poeta, kie- 
dy je pisał. I byłże jaki, choćby też najmniejszy powód db tego 
wszystkiego? To już polega na czystóm urojeniu! Nie widzę po- 
trzeby rozwodzić się nad samym spiskiem koronacyjnym, który 
tu stanowi główny przedmiot. Byłto... pierwszy w nieskalanych 
jeszcze wtedy dziejach naszych , szalony — na szczęście nie czyn, 
lecz tylko czynu zamiar. Co o nim nasz autor włożył w usta 
Prezesowi sprzysiężonych , co u Garczyńskiego mówi przeciw 
tój robocie „Nieznajomy", uważany przez tamtego poetę w sku- 
tek dziwnego pomieszania pojęć równie za wroga dobrej sprawy, 
jak nim jest u Słowackiego N iMMIg^j ga^ — wystarcza to zupełnie 



195 

do ocenienia i moralnej. projektu tego warto&ci i nawet prakty- 
cznej j^ pożyteozno&ci w bezpo&rednich i dalszych skutkach. 
T^o jednego wszelako milczeniem ta pominąć nie można, te 
choćby tam sobie zresztą każdy rozumiał o tych zamysłach z r. 
' 1829, co mu się żywnie podoiła: to w każdym razie wmieszany 
ta w nie TnntnłriFinmflnfriir rn się zowie, jak Piłat w credo. Nie 
miał on z niemi nic zgoła do czynienia! Że płany te spełzły na 
niczera , temu Niemcewicz nie winien ! — jedynym tego powodem 
byt brak energii i odwagi, kiedy nadeszła chwila działania, u sa- 
mych autorów tego projektu.*) 
/ / Śmiałb zatćm powiedzieć można, że cała ta czę4ć Eordyana 
; wypadła jak najfatalniej. Autor nie znsi faktów, a pozwolił so- 
\bieVi<Iąc za^utartym przykładem drugich, rzucić (nibyto pro bono 
' Pfiblico!) potępienie na starca, który całe życie poświęcił dobru 
narodu, a w mniemanej ow^j zbrodni żadnego nie miał udzii^ 
Ironia losu zrządziła, że spotkało' to włal^nie człowieka, który 
z taką goćcinnoicią prz]fjmował niegdyś w Ursynowie młodego au-\ 
tera Mindowy. Postąpił więc sobie z nim Słowacki gorzój jeszcze, 
jak Mickiewicz w Dziadach z je{|0 ojczymem. Mogli sobie obaj 
podać teraz ręce do zgody: krzywda nie powinna boleć takiego, 
który ją i sam drogim lekkomyślnie wyrządza. — 

Rzuciliśmy ogólny zarys pomysłu, na którym zdaje się że 
mu^a stanąć cała budowa trylogii. Teraz powiedzmy zdanie na- 
sze o części jój wykonanej, a mianowicie o samymże bohaterze 
utworu. " ^ 

]J7a tle wieku, z góry potępionego za karłowatość i niejako 
wskazanego na to, żeby w dziejach minął bez wieści, stworzył 
poeta postać, która przerasta małość duchową ludzi tych genera- 
cyi, i. czuje nędzę takiego życia, i pragnie je czóm wznioślejszóm 
zapełnić, i rzuca się z jednego kierunku w drugi... ale klątwa 
wieku położyła znamię swoje i na tym duchu. Jestto natura głęb- 
sza, ale chora na duszy; jestto entuzyasta, ale bez charakteru;. 



*) Bliisse szczegóły o tćm wazystkićm pedąje w dsiele swojćm 
Hochnacki. 



196 

jestto bobater, ale o słabych nenracL Reszta thima — najszczę- 
śliwsza ztego kała, w którym brnie — nie ^da i nie chce od ni- 
kogo po&więceń. Ani rozmnie, ani też nie popiera wysileń podo- 
bnych ludzi. Tym— braknie znown tej siły, przelania swego zapału 
w ogół. Gore tedy^ cały ogień w ich własnóm wnętrzu, gore j^o- 
mieniem jaskrawym , ale racowym : to też nim jeszcze nadejdzie 
godzina — cida moc ducha i ciała u natur takich zwęgla się 
w popi(S. 

Kordyan Słowackiego łączy w sobie prawie wszystkie zna- 
miona wielko&ci. Wzgarda życia^ gotowość do ofiar, żądza sławy, 
dzielność i duma szlachetna — sąto niezawodnie warunki niezbę- 
dne człowiekowi mającemu pchnąć sp(rfeczeństwo nowymi tory. 
Pomimo tego wszystkiego, odsłonił w nim umyślnie i z całą świa- 
domością poeta także i własności ujemne, niedostatki, dla któ- 
rych one zarody wyższości *w duchu Kordyana nie dopadają 
się do rozmiarów prawdziwój wielkości charakteru, na jaki 
się niby zanosi. W 'Ogóle jest coś spaczonego, jest i coś z so- 
bą sprzecznego w tym duchu. Szuka on pola szerokich działań i 
nie wzdryga się przed żadnemi trudnościami: a w każdój jednak- 
że sprawie hamują go jakieś pęta, staje mu na przeszkodzie ja- 
kaś siła, którój nie zwalczyć. Te pęta, ta siła jemu na prze- 
szkodzie stojąca — one wynikają głównie z niego samego. I w tóm 
też właśnie tragiczność jego zawodu. 

Jedną z głównych takich ujemnych własności w charakterze 
Kordyana jest melancholia. I^elancholia ma to wspólnego z refle- 
xyą, że jak jedna tak druga, jeśli przemożnie i wyłącznie opa- 
nuje człowieka, zabija w nim wszelką zdolność do ostatecznego 
działania. Hamlet Szekspira przez ciąg całego dramatu morduje 
się ze skrupułami bezdenno] jakiejś reflezyi, i przeto właśnie nie 
dochodzi wcale do powzięcia żadnego postanowienia. Podobnie ma 
się rzecz z melancholią. Komu się smutek wpije aż w sarnę rdzeń 
serca i zamieni w drugą u niego naturę: takiego człowieka dziel- 
ność duchowa jest jakby znurtowana. ELażde silniejsze wstrząśnie- 
nie wystarczy, aby odsłonić niemoc na zewnątrz takiój wiecznie 
w sobie tylko pracującój natury. 

— „Wierzcie mi, wierzcie ludzie I jam jest wielki, mocny^ — 



197 

mówi Kordyań Ir ch^li najwyższego zapahi dt sprzysiętooTcli, 
w soenie owyoh narad prowadzonych w podziemiach kościoła. Kla- 
daiie ma poeta wazelako w nsta natychmiast takie słowa, które 
tó zapewnienie potężnie ograniczają: 

'. ^Jedyną daboió zamknę w sercu tajemniczem — 
Bobak ^mutku mnie gryzie... tak, że mówiąc z wami, 
Chciałbym przestać— i usiąść i zalać się łzami!. ..^ 

W ogóle zdaje się, że byb zamiarem Słowackiego okazać 
jakąś sentymentabą miękko&ć v naturze swojego bohatera. 
Kiedy na przykład już postanowił Kordyan wziąć na się wyko- 
nanie czynu, który zdaniem jego przyniesie dla ojczyzny zbawie- 
nia, ale dla niego śmierć :— widzimy gó w owój chwili w takióm 
oto usposobienia: 

PREZES. 

nNa Boga, Kordyanie, 
Ty masz gorączkę, w oczach dziwne obłąkanie — - 

K<)iU>YAN. 

To nic! starcze. To włos mi siwieje i boli — 
Włos każdy cierpi — czuję zgon każdego włosa; 
To nic. — Na grobie wsadzisz dwie różdżki topoli 
I różę. — Potom spadnie łez rzętistych rosa. 
To mi włosy ożyją. ^ Masz pióro przy sobie? 
Cbciafi)ym spisać imiona płaczących nademną. 
Ojciec w gpobie — i matka w grobie -^ krewni w grobie — 
. Ona — ^jak w grobie. — Więc .nikt po mnie! wszyscy ze mną! 
Ą szubienica będzie pomnikiem grobowym^ itd- 

Jestto prześliczne miejsce i niezawodnie jedno z lepszych w dra- 
macie. Wątpliwości ni^ podlega, że takich rozpamiętywań zdoha 
być może tylko .natura poetyczna, głęboko czująca, najidealniój 
szlachetna. Ale jeżeli to jedno pewne, to równie będzie pewnóm 
r owo, że kto już tak fantazyuje przed czasem, kto tak zołzami 
rozbiera swoje poświęcenie, samotność i ofiarę, zanim jeszcze 
dzi^a dokonał, i z takióm usposobieniem przystępuje do rzeczy: 
ten jój pewnie nie potrafi dopełnić! Entuzyazm, serce, w ogóle 
władze duchowe będą go parły do czynu; ale ciało samo, fizy- 



198 

ezDoić, norwy nudgraoe temu mę opią. A natenczas opadną go 
dokoła wspomnienia, widma, strachy jakieś w wyobraźni rozko- 
łysanej wylęgłe ... i taki zamęt powstanie w głowie takiego czło- 
wieka, ie owo z taką niby pewnością siebie powzięte i zapowie- 
dziane jego postanowienie niepodobna ieby się mogło skończyć ina- 
czej, jak tylko w sposób tćj sceny, co potom następuje w dra- 
macie, w sposób mówię sceny Stej aktu m (w przedpokoju ko- 
mnaty carskiój). 

Są i inne jeszcze strony w charakterze Kordyana, których 
nie podobna nazwać inaczój , jak chorobami jnekn^ a które i sam 
już autor świadomie odrionił jako braki i niedostatki. Patrząc na 
edowieka tego z pewnego oddalenia, biorąc duchowy jego wize- 
runek w całości: każdy powtórzyłby do niego to co mu mówi 
spowiednik j^o w więzieniu: 

„Synu! powstań z prochu 
I leó do Boga, ale przebacz światu! - 
Bóg cię wyrywa z Iwiój paszczy i z lochu, 
W którymbyś uwiądł nakształt mdłego kwiatu""... 
Zważywszy jednak na ten brak miłości ludzkiej , zdradzający 
się mimowolnie w wyznaniu Kordyana, które on składa spo- 
wiednikowi niby to w formie skaigi, że nie ma nikogo na 
świecie, któremu by miał coś do przekazania.... że 
nikt z ludzi nie był dla niego przyjacielem; zważyw- 
szy na to, co mu Kordyan dal^ oświadcza, iż dyszy jakiś 
głos tęskny w głębi ducha swojego, który 

„Pamiątek wda i śladu na świecie:"* 
to w każdym razie niepodobna niewidzieó i tęgo, że wiele w.tój 
naturze jest niekonsekwencyi i jak na bohatera narodowego, za 
jakiego on sam chciałby siebie uważać — nader drobniuchnych, 
acz zresztą wcale ludzkich i poetycznych nawet podnietek. Jeże- 
lić bowiem tacy mu obojętni ci ludzie, że nie obdarzył ani je- 
dnój dnazy na świecie imieniem przyjaciela, to jakież tedy źródło 
zamierzonych jego poświęceń? Na cóż mu też w takim razie ów 
ślad na świecie, którego koniecznie pragnie? i dla kogóż te 
pamiątki, które by rad pozostawił po sobie? — A nadto: czy 
to też tylko świat jedynie tema winien, że Kordyan na nim nic 



190 

miłego dla siebie uie pozostawia? Czy się Kordyan usilnie starał 
zasłużyć sobie na to, na brak czego się teraz skarży? Czy Kor- 
dyan żył w świecie? czy w nim żył w taki sposób , że zasłużył 
na nuło&$ ludzką? Czy ludzi poznał? Czy to potępienie, jakie 
na nich wszystkich ryczałtem rzuca, nie płynie też więcej z ja- 
kiejś dumnej, choć bardzo może poetycznej fantazyi, aniżeli 
z rzeczywistego do&wiadczenia?... 

Wszakże słyszymy w tćjże samćj scenie 1 następigące oto 
jeszcze z ust własnych jego wyznanie: 

«,6dybym był wiedział, że tak bez powrolu 

Ziemię żegnałem: przed chwilą odlotu 

Patrzałbym na kwiat innemi oczyma — 

Dłużej , ciekawiej , a może ze łzami ; — 

Bo tam pomiędzy ogrodu kwiatami 

Jest pewnie piękny kwiat — a ja go nie znam I 

Może diwięk jaki nowy struna daje« 

A jam nie słyszał! — Czegoś mi nie staje I ** itd. 

Powyższa analiza natury, stawionćj jako główna postać te- 
go dramatu , oluizuje w niój zatóm z jednój strony niezawodnie 
szczytny i wyjątkowy fenomen v dzisiejszóm społeczeństwie; z dm- 
giój strony jednakże jest to i fenomen patologiczny, wizerunek 
choroby wieku. Że się czasy nasze zdobyć nie mogą na prosty, 
nmiój czuły i poetyczny, ale zato zdrowy w sobie a potężny or- 
ganizm, ale wydają w najlepszym razie tylko takich Kordya- 
nów: — w tćm całe nieszczęście obecnego stulecia! Słowackiemu * 
zaś poczytuję to za zasługę, że z pewną świadomością wprowa* 
dzlłw dziele swojóm typ taki. Garczyńskiego Wacław jest cho- 
robliwy w wyższym daleko stopniu, a poeta tego nie widzi. 

Wszystko, co dotąd się powiedziało, stosuje się do Eordya- 
na, jakim go widzimy w akcie Illcim. Ta też właśnie tylko 
część dzieła i zasługuje na rozbiór i wytrzymuje go. Ona sama 
jedna stanowi tutaj wszystko. Pierwszy i drugi akt — są to 
tylko przystawki, niezawodnie szczątki dawniejszych planów, ńa 
wiosnę (1833) powziętych , a jesienią odrzuconych. Powleka je 



200 

jeszcze wcałćj sile 6w koloryt źle pojętego bajroDizmai jaki zna- 
mionuje dawniejsze Słowackiego roboty. Z artystycznego punktu 
widzenia węzeł ich z właściwą sztuką jest zgoła luźny. Przy lida- 
łój zmianie jednćj i drugiej sceny Aktu Illgo, mogłaSy się zu- 
pduie obejść architektura t^o dramatu bez tych skrzydeł psuji^- 
cych tylko proporcyą. At|jx>r zdaje się, że dlat^o tylko pozo- 
stawił je przy zrębie nowćj budowy , ponieważ chciał dać czytel- 
> nikowi spojrzeć na rychlejsze koleje życia swojego bohatera. Miało 
to wyjaśnić tę całą stronę patologiczną charakteru Kordyana. Po- 
wody niedostatków w jego charakterze upatrywał autor w jego 
przeszłości w nienaturalny sposób przebytój; daje tedy klucz, w rę- 
kę' czytelnikowi do rozumienia tego wszystkiego. 

W akcie więc pierwszym spotykamy się z Kordyanem 
w jego 15 roku życia. Widzimy go— przynajmniej powiada on to o 
sobie — cierpiącego bardzo! Cierpienia jego jednak nie wzbudzają 
najmniejszego współczucia. Jestto dziecko w karykaturze, prze- 
żyte, strawione czczością życia jak starzec, paniątko jakieś, ze- 
psute widać próżnowaniem i otoczeniem. Leży sobie oto wygodnie 
pod wielką lipą na dziedzińcu swojego dworu i marzy. . . o czóm? 
— o świata tego marnościach!! Już patrzy na rodzaj ludzki 
z piętra, jak geniusz; gacdzi tłumem (wyraz w takich razach 
nieunikniony), i żali się, że nie widzi celu życia przed sobą. 

„Oto ja sam,. jak drzewo zwarzone od kiści! 

Sto we mnie żądz, sto uczuć, sto uwiędłych liści! 

Celem uczuć — zwiędnienie; głosem uczuć — szumy 

Bez harmonii wyrazów. — Niech grom we mnie wali ! 
. Niech w tłumie myśli jaką myśl wielką zapali^ ... itd. 

— Nadaremnie mu stary sługa, dawny wiarus napoleoński, 
prawi o wielkich swojój młodości wspomnieniach. SLordyan cieka- 
wie go słucha, czasami wyznaje sobie: 

„Wstyd mi! starzec zapala we mnie iskrę ducha.*' 
Ale ta iskra płomienia w nim nie wydaje, bo młodzienia- 
szek już zbyt jest mądry, żeby w co dodatniego wierzyć. 

„Gdzie ludzie oddychają, ja oddech utrącam. 

Z wyniosłych myśli ludzkich, niedowiarka okiem 

Wsteczną drogą do źródła mętnego powracam.^ 



Ołówną zai przy<:zyną t^j cał^j biedy jest, ie się tnaloletoid 
paniątko kocha. 

^Jąm się w miłoić nieszczęsną całóin sercem wsączył^I... 
Pr^Mmiotem tój miłoici, dlatego nieszczęsnej, bo niewzaje- 
mnćj; jest Laura, osoba starsza nieco aniżeli kochanek, która 
go też za dziecko — zresztą wiele obiecujące nważa i jako takie 
traktuje. Ta Laura, jestto znana nam jnt z pierwszego roadziatu \ 
pahna Ludwika, a Kordyanem w tym Akcie jest nie kto ini^y ^ ' 
jak Julek Słbwacki z czasów wileńskich. Rzeczywi&cie , cidy ten 
akt ^jakoby około jedynój osi obracający się około miłosnego sto- 
sunku rzeczonój pary, jest to tylko parafraza dramatyczna odpo- 
wiedniego ustępu owój ^Godziny Myśli,** wktórój autor swo- 
ję^^własną młodość opisał. Wiersz ten łączy się tak bezpośrednio 
z aktem Iszym Kordyana, że początek tego ostatniego byłby nawet 
niezrozumiały, gdyby go nie był tamten utwór poprzedził. Go- 
dzina Myśli kończy się tym czterówierszem : 

• ^Oto jest romans życia, nieskłamany niczóm — 
Zabite głodem wrażeń jedno z dzieci kona, 
A drugie z odwróconóm na przeszłość obliczem 
Rzuciło się w świat ciemny! — Powieść nie skończona. **— 
Kordyana zaś początek taki: 

^Zabił się młody. — Zrazu jakaś trwoga 
Kładła mi w usta potępienie czynu ,^ itd. 
Kto się zabił? — tego by się czytelnik wcale więc z Kor- 
dyana nie mógł domyślić, gdyby nie było wskazówki ze strony 
tamtego poematu, że mowa jest o przyjacielu owym poety, o 
Ludwiku Spitznaglu, który zmefancTioIłł sam sobie życie odebrał. 
Wkładając Vlen sposób autor w opowieść dziejów kordya- 
na ustęp z własnej swojój przeszłości, nie zamierzał przeto by- f 
/ j Aąjmniój pod przybranóm imieniem przedstawić w dramacie sie- 
bie samego. Chciał on tu tylko dać wizerunek ifiłodości np^ao- ^ 
n^ nienaturalnie i^tak niefortunnie, że z niój jak z fałszywego 
punCtu wyjścia snuć się jui musld;ł i dalszy wątek życia bez- 
ładnie. Więc podłożył bohaterowi swemu żywcem historyą włą- 
sn^^^YWojjśj młodości, nad którą nie przypuszczał, żeby być mo- 
gło coś jeszcze jaskntirszego. 

Tom I. 26 



• \ 'J t. 



w akcie drugim Eordyan jnż jest dorosłym. Jak się zda- 
je , przebolał on już zawody , jakich w pierwszej wioćnie wieku 
doznał w skutek owych melancholii miłosnych. Wyleczony a^peł- 
nie on jednak z tego wszy$tki^o nie jest. Szuka tedy zdrowia 
duszy pod różnemi niebami. Spotykamy go 'wędrowcem to w Lon- 
dynie, to gdziei^ na skalistym wybrzeżu morza, to na Watyka- 
nie, to na szczytach gór szwajcarskich. Raz go widzimy rzuca- 
jącego się w sam wir zbytku i zmysłowij rozkoszy — to zno- 
wu błądzącego -samotnie z Szekspirem nr ręku, albo oddającego 
komy pokłon głowie kościoła. Kordyan szuka wszędzie leków na 
swoje słabość, szuka trwałości T prawdy w uczuciach, szuka du- 
cha w pozoruj formach, imponujących^ jeszcze ludzkości. Pra- 
gnfr^aleść choć w jednym świata zakątku ten kwiat piękności 
i prawdy, któryby odpowiedział jego złotym marzeniom, a zakrył 
smutną rzeczywistość z przedf oczu. Nadaremnie! JColfiojo miało 
_uleczyćj staje się dla niego nową trucizną. Przekonywa się, że 
wszystko jest na ziemi crzedajne, fałszywe, zewnątrz pozornym 
szychem poszyte, a wewnątrz puste i martwe... 

^Próżno myśl geniusza świat cały pozłaca, 
. Na każdym szczeblu życia rzeczywistość czeka. 

Prawdziwie, jam podobny do tego człowieka. 

Co zbiera chwast po fałach życia — Ciężka praca !^ 
Owoż więc straciwszy siłę ducha do reszty w tych wędrów- 
kach pomiędzy ludźmi w dalekim świecie, rzuca się wreszcie w ob- 
jęcia natury, natury dziewiczój, niepokalanej, dzisiaj jeszcze ta- 
kiój samój , jaką kiedyś wyszła z rąk stwórcy. To jeszcze pię- 
kność — jedyna, ostatnia dzisiaj piękność w stworzeniu ! ^ Wspi- 
na się na sam wierzch najwyższćj góry alpejskiój, ze szczytu jój 
ogarnia okiem cały widnokrąg. I w t6j czystój atmosferze owia- 
nój' wonią lepszych wieków, w atmosferze nie mającój żadnój 
wspólności z tym kałem tchnienia, jakiem oddychają zaludnione 
niziny ziemskie, zapsda się w nim pragnienie zużytkowania tych 
ostatnich niestety szczątków już życia na pożytek czegoś dodatnie- 
go na świecie. " * : . 

„Uczucia po światowych opadały drogach... 

Gorzkie pocałowania kobiety — kupiłem! 



203 

Wiara daecinna padła na papieskich progach — 
, Nic — nic — nic — aż w powietrza błękicie 
Skąpałem się i ożyłem 
I czuję życie!" 

„01 gdyby tak się wedrzóć na umysłów górę, 
Grdyby stanąó na ludzkich myili piramidzie 
I przebić czołem przesądów chmurę 
I być niywyższą myńlą wcieloną! 
;Pomyileć tak — i nie chcieć? o hańbo! o wstydzie! 
. Pomyileć tak — i nie inóc? w szmaty podrę łono! 

Nie móc? to piekło! 
^^^ Mogę — więc pójdę! ludy zawołam! obudzę!** 
W taiiiem Usposobieniu — natchniony, porwany — ale tyl- ^ 
Jto uczadem. i zaprfem .— nie wolą ani też konsekwencyą da- 
wniejszego żywota, powraca Kordyan do kraju i rzuca się w wir 
czyoJw. 2 winy własnej i z winy okoliczności, wśród zawodu — 
upada ... 

^^' !Działania jego, od tej chwili począwszy, zamyka w sobie akt 
trzeci. Rozbierać go szczegółowo nie będę. Wystarczy tylko nad- 
mienić, że jeżeli gdzie, to właśnie w tyc^ kilku scenach, które 
odtąd następują po sobie, okazał Słowacki tyle świetności i po- 
\ t%i prawdziwego talentu dramatycznego , że tylko dziwić się mo- 
fżna, że nie zajął w późniejszych swoich pracach odpowiedniego 
takim j[>oczątkom miejsca w tym rodzaju poezyi. Dramatyczne je- 
pisma późniój' wydane aftt silą,' ani przedmiotowością, ani 
wreszcie samą artystyczną dzielnością nie dorównywają już tym 
kilku mistrzowskim scenom, tworzącym dzieła tego akt ttzeci. 
<\^ ogóle jestto część utworu, którą pod względem artyzmu 
zdaniem mojóm liczyć należy do najpiękniejszych rzeczy, jakie li- 
. teratura zawdzięcza Słowackiemu. 



f zna, 

» / taki 

j ^ F 



^/ 



<;^i^ X/^V 



ROZDZIAŁ ÓSMY. 



c- 



Bok 1834 i 1885. — Wiara w przecsucia. Śmierć babki. — ^Eglantjna. 
Przykrości wygnania dają się cznc pod każdym względem. Smntne 
usposobienie. Skromne życzenia, bez nadziei ich osiągnięcia. — Wie- 
czorki genewskie. Prace i studya: Filozofia — Biblia — Georges 
Sopd. Wailas — Mazepa — Balladyna — Horsztyński. — 
Lepsze chwile — Kowa znajomość — Mary a W. — Podróż w miłćm 
towarzystwie i dalsze z tego następstwa. — Bozczarowanie — trzy 
miesiące samotnego pobytu w górach. Przesilenie i nowe ideały. 
,W Szwajcaryi* — Anhelli. 

Do liczby rzeczy, nad zbadaniem których tysiące już sobie 
głowy łamało, a które pomimo tego na zawsze pozostaną zagadką 
dla filozofów i niefilozofów, należy niewątpliwie i pytanie, czy 
człowiek zdolny jest samym instynktem odbieraó czasem wrażenia 
z zdarzeń, które dopiero w przyszłości spełnić się mają? Psycho- 
logiczną tę wątpliwość rozstrzygnąć dlatego prawie jest niepodo- 
bne, że nader tradno jest zebrać rzetelne w tój mierze fakta. 
Przypadek odgrywa tu wielką rolę. Go zaś najgorsza, to że naj- 
ezęściój się zdarza, iż ci którzy podzielają wiarę w przeczucia i 
radziby zapewnić tój wierze jak najszersze między ludźmi rozpo- 
wszechnienie, sąto albo mistycy, którzy sobie roją że niestworzo- 
nych rzeczy doznają, albo oszuści, którzy wprost kłamią dziwy 
nadprzyrodzone. Bądź jak bądź — przeczyć temu jednak nie mo- 
żna , że zdarzają się niekiedy natury, natury za zwyczaj fizycznie 
wątłe i z zarodem pewnój chorobliwości w sobie, a zato duchowo 
więcej rozwinięte, niż ogół: którym wyjątkowo dany jest ten dar 
przeczuwania zdarzeń dopiero nadejść mających. Że zaś do nich 
należał i Juliusz Słowacki: tego możnaby na podstawie jq(0 ko- 



805 

refipondeneyi dowiei<i najpozytywnićj. Prawie katde aadchodzące 
nieszczęście, czy to w familii czy dotyczące kraju , ąprawii^o w je- 
go omycie jakąi nieopisaną trwogę, z którój sobie oieamiał zdać 
sprawy przed czasem. W listach jego prino na to dowodów, ie 
wysyłane do niego doniesienia o zgonie czyim w rodzinie zasta- 
wały go prawie zawsze, czy to przez sny szczególne, czy bezpo- 
irednim instynktem przygotowanego na to, że się dowie o czómi 
boloMióm. Słowacki sam zastanawiał się nieraz nad tte swojem 
nsposobieniem. Nie nmiał go sobie wytłómaczyć , ale wierzył w prze- 
czncia i często też w dziełach swoich (zwłaszcza za życia nie- 
wydanych) zastósowywał artystycznie ten wypadek spostrzeżeń zro- 
bionych na sobie samym. 

^Prawdziwie, że to jest coi niepojętego — ta magne- 
tyczna władza przeczncia (pisał był z Paryża jeszcze *) 
przypominając sobie, co się z nim, bawiącym wtedy w Lon- 
dynie, działo w nocy przed dniem 15 sierpnia 1831, dniem 
tak posępnie zapisanym w dziejach list(q>adowego powstania). 
Gdy dnia tego zsze^em na śniadanie, Anglicy mnie dopy- 
tywali się o przyczynę pomięszimia. Odpowiedziałem im, że 
musiało się stać coś smutnego wmojój ojczyźnie, i Anglicy 
śmiali się ze mnie. A ja tryumfowałem, kiedy w dni 15 
nadeszły gazety; i Anglicy patrzeli na mnie, jak na czło- 
wieka obdarzonego władzą drogiego widzenia Szkotów.*' 

W jesieni r. 1833 zakończyła życie po kilkodziennój choro- 
bie babka jego w Krzemieńcu. Juliusz nic nie wiedział o jej sła- 
bości; a jednak przez cały ten czas dręczyło go i w tym razie 
jakby widmo jakieś ciągle mu zaglądające w oczy. 

„Niespokojność jakaś dręczy mię ciągle... Często za- 
trudniony czytaniem albo jaką cichą pracą, wstaję nagle; 
jak waryat chodzę z myślami, od których odpędzió się nie 
mogę. Ta niespokojność prawdziwie ma jakąś twarz ludzką 
i bladą, którą widzę nieraz nagle wyrastającą z kart książ- 
ki, którą czytam, i nie rozumiem książki.*" — 

Stan ten duszy przypisywdi on wtedy tylko melancholicznój 
swojój skłonności. Wyjątkowo nie przypuszczał tym razem wcale, 
żeby mu to zwiastowało jaką smutną wiadomość. A takowa już 
była w drodze do niego! 

*) d. 4 paćdsienlika 1832 r. 



206 

^Niespokojno^ tA (pisał dafój w tyniitoiym lUdej cs^ 
sto jak jakaś gorycz odbiera nagle smak pokarmom , które 
do ust niosę. I muszę z nią walczyć, jak z domowym wro- 
giem. Dziwnie to, że imaginacya moja jest jedynem źródłem 
wszystkich moich nieszczęść i wszelkiego saczęśoia- na zie- 
mi !.. Bo prawdziwie, że jestem szczęśliwy często tą władzą 
twórczą urojonych wypadków. Szczęśliwy jestem każdego 
wieczora, kiedy piszę — każdego ranku, kiedy chodzę po 
suchych liściach w ogrodowej alei. Nie możecie wystawić 
sobie, jaki wdzięk ma tutejsza jesień. Dotąd czas najpię- 
kniejszy — słońce świecąc na wpółpożółkłych drzewach, zdaje 
się być bardziój złociste i pięlme. Murawy zachowały tu 
dotąd smaragdową barwę. Kilka dni temu o południu pły- 
wałem czółnem po jeziorze. Wystawcie sobie jezioro czyste 
i równe jak zwierciadło... tak równe, że kiedy koło mnie 
przepłynął z daleka parowy statdc, w kwadrans potem wi- 
działem zbliżający się fałd czarnej rozbitój koł^n parnego 
statku wody — fałd ten posuwiJ się zwolna — wspaniade, 
i czółnem mojóm lekko zakołysał — przeszedł, popłynął 
dalój — a czółno znów stało nieruchome na zwierciedle wo- 
dy. Wystawcie sobie po dwóch stronach jezii^ra brzegi zie- 
lone, nad brzegami w oddaleniu topole pożółkłym liściem 
okryte , jak złote kolumny — wiele drzew zielonych — wie- 
le białych domków i pałacyków, a za tym brzegiem Mont- 
Blanc biały — świeżym śniegiem z przyległemi mu górami 
okryty — podobny do jakiegoś sybirskiego kraju, podobny 
do snycerskiego posągu sybirskiój krainy. . Wśród takiój na- 
tury trzeba być smutnym, albo trzeba się kochać!'' (z li- 
stu z d. 27 października 1833). 

To też był poeta nasz smutny bardzo całój owój jesieni i 
przez ciąg zimy, która po niój nadeszła. Do drugiój zaś alterna- 
tywy, jaką postawił, do zakochania się w kim — nie przycho- 
dziło! Zdaje się wprawdzie, że był on przedmiotem tkliwszych 
uczuć dla osoby, która go widywida codziennie. Chociaż jednak 
może on był kochany, to jednak za to wzajemnością jój nie od- 
trącał. Jeżeli zaś odpłacał, to tylko chyba przywiązaniem brata. Cza- 
sem wprawdzie zdawało się, jakby się już zanosiło i na coś wię- 
cój. Na tój jednak tylko nadziei miłości kończyło się wszystko 
u niego! 

„Fundusze njoje uszczuplają się — pisał 3 stycznia 
1834 r. — rzucę Genewę i pójdę gdzie żyć w wieśniaka 
szwajcarskiego domu. Byle piękną naturą otoczony — nie 



20T 

dbam o zwierzęce wygody życia! Dzii nawet, Mamo moja, 
gdybyś mi szczerze napisała, że interesa nasze wymagają 
tego, dziś nawet uskuteczniłbym ten projekt cichego życia 
w górach. All)Owiem nie widzę w tćm ani upodlenia ani 
śmieszności* Mówiłem raz już o tym projekcie pannie £g!an- 
tynie — a ona ani się śmiała z niego ani go potępiała jak 
szaleństwo, i tylko mię prosiła, abym nie zapomniał, że 
ona mię uważa za brata, a matka jćj za syna.^ 

Zająwszy ten stosunek przywiązanej do niego siostry, dzieli- 
ła GOA szczerze wszystkie jego cierpienia. Lubiła często mówić 
z nim o jego matce, przypisywała się w listach, które on pisał, 
do niej, i miewała też od ni^j listy. Nieraz mu powtaifzała, że 
matkę jego kocha bardzo, że do niej pojedzie i będzie się jój 
starała syna. zastąpić , a przynajmniej ulżyć jej , mówiąc jój o nim. 

. Owoż więC) co i Juliusza do niej coraz bardzićj przywięzy- 

wało. W tój mierze ciekawem jest, co pisał o sobie w czerwcu 

1834, z powodu j^ wyjazdu z domu na 5 tygodni. 

-Panna Egiantyna wyjechała przed 5 dniami do Paryża, 
gdzie na nią jój wuj czeka i dziwy paryskie jej chce po- 
kazać. Odjazd jój bardzo mi smutny — bo ona szczerze 
do omie przywiązana — jak siostra — i bardziój może, 
niż siostra. Nie uwierzysz Mamo, jak smutny mi był ranek 
jej wyjazdu. Miała odjechać o godzinie 4 z rana, przyrze- 
kłem więc, że ją o trzeciej obudzę; jakoż nie pcrfożyłem 
się spać i czytałem leżąc na kanapie do godziny 3cićj. 
Srebrne jakieś światło porankowe oblało drzewa i murawy 
ogrodu, przeszedłem przez pokoje i stukaniem do jój drzwi 
obudziłem ją. Ty wiesz Mamo, jaką posępność ma w sobie 
chwila odjazdu* Ubrała się — wyszliśmy z domu przez 
rozwidniający się ogród — wschód słońca blaskiem złoci^ 
się — ptaszki śpiewały po drzewach i zimno poranku na- 
pełniało jakiómś dziwnem elektrycznóm drżenicnn. O! chciał- 
bym was postawić na wzgórku, na którym staliśmy, czeka- 
jąc powozu. Z tego wzgórka widać było całe błękitne jezio- 
ro, za nióm śnieżne góry, nad któremi wstawał ze snu 
biały Mont -Blanc. Egiantyna {zakała jak dziecię — ja by- 
łem takim, jakim mię często Mama widziałaś, z ponurą n 
walką myśli na czole. Każda teka chwila budzi we mnie | 
jakieś odległe wspomnienia — każda taka chwila smu- i\ 
tna teraz jest jakoby zwierciadłem, w któróm całe moje ) 
smutne życie widsę w mieszanych kolorach. Zaszedł wre- « 
szcie powóz * — wsiadła do niego — a ja zostałem sam je- 1 



den — jak słup na zielonej mnrawie — patrząc ńa ozb- 
cooe iuebo. W kilka chwil potem weszło słońce — naprzód 
jakieś ogniste płomienie wytrysły z ziemi i wahały się — 
przelewały się — aż cały krąg słońca wyszedł na niebo. O 
godzinie dej wróciłem do siebie — pozamykałem okienice i 
dziwcie posępnego wrażenia doznałem, widząc na kanapie 
rozrzucone książki, które chwilą pierwój czytałem i które 
porzuciłem w nieładzie, idąc zbudzić pannę Eglantynę. Zdaje 
mi się, Mamo kochana, że ty pojmiesz, co było smutnego 
w tym powrocie myślą do kilku ubiegłych godzin. Po wy- 
wyjeżdzie Eglantyny smutno mi było Imrdzo. Ona miała na- 
demną jakij^ panującą władzę siostry. Kiedy mię list jaki 
zasfnocił, jaka wiadomość zła zgryzła — ona umiała z twa- 
rzy moj^j wyczytać smutek i zawsze jej się musiałem wy- 
spowiadać — a po spowiedzi Iżój mi było." 

Po jój odjeździe czuł Juliusz więcój jeszcze, niż kiedy, je- 
dnostajną samotność swego życia. Nic mu nie dolegało, było mu — 
jak się wyraża — dosyć znośnie na tym świecie; a jednak zda- 
wało mu się, że żył przez ten miesiąc jak kwiat, na jednóm 
nuejscu — tąsamą rosą i tómsamóm słońcem — dziś jak wczo- 
raj — jutro jak dzisiaj... Jedne tylko listy, które do niego 
Eglantyna podczas tój podróży swojój pisywała, glisty długie i 
miłe,*^ urozmaicały mu trochę tę jednostajność czasu. 

,,Przynąjmniój -- powiada — w godzinę nadejścia poczty ' 
oczekiwałem czegoś; gniewałem się, kiedy pocztylion z pu- 
stemi rękoma przeszedł koło domu, i znów nadzieję obra- 
całem na jutro. Nie myśl, kochana Mamo, żeby te listy 
przynosiły mi nadzwyczajne szczęście. Oczekiwałem każde- 
go, jak małój jakiój nowości. Karmię się już tylko teraz 
ułamkami, czyli obłamkami uczuć i szczęścia." (dnia 13 
lipca 1834). 

Ta trudność, ta jakby niemoc wzbudzenia w sobie silniej- 
szych uczuć, pomimo że się w owych latach tyle osób, godnych 
może aby wywołać takowe, przesunęło około niego, było nieraz 
przyczyną, że Słowacki był sam ze siebie niekontent. 

„Na jednym wieczorze w domu jednego z panów wło- 
skich tańcowaliśmy. Widziałem tam trzy ładne Angielki, 
które wszystkim prawie głowy zawróciły, na mnie tylko nie 
zrobiły żadnego wrażenia. Lękam się , czy już nie umarłem, 
1)0 mi się zdaje, że już nigdy koehać nie będę. W mojój 
głowie utworzył się jakiś obraz, jakieś wyobrażenie ogro* 



209 

' mn^j miłości, niepodobni^ do osiągnienia. Moi snąjonu wszy* 
scy latają za temi Angielkami, jak wróble i bawią się. 
Gzaaem im zazdroszczę*"... (d. 5 Ititego 1835). 

Podobnie niezapełnioną próżnię czuł w sobie Juliusz i ze 
strony innego jeszcze uczucia — przyjaźni. Miał on , w Paryżu je- 
szcze mieszkając , dwóch tdLOchanych przyjaciół. Jeden ż nich atoli 
umarł, drugi późniejsżóm postępowaniem swojóm okazał, że nie 
z&^giwał na zaufanie niczyje. Za przybyciem do Grenewy, nie 
żył poeta ściślój już z nikim. 

^Oprócz moich gospodyń, które mi sprzyjają bardzo, 
(pisał dnia 18 grudnia 1834J nie mam przyjaciela na tym 
aserokiai świecie."^ 

Wprawdzie bawiło wtedy w Genewie, w różnych czasach, 
nieraz po kilku młodych Polaków, z którymi niekiedy się widy- 
wał Słowacki. .Warto tu na przykład wspomnieć o wiejskiej uczcie, 
którą mu razu pewnego wyprawili j^o rodacy, w sam daiei imie- 
nin jego matki, w r. jeszcze 1833. 

^Imieniny twoje, Mamo, musiałem wczoraj obchodzić 
ze znajomymi. Chłopcy młode przyjechali po nmie o godzi- 
nie lOtój z rana i powieźli z sobą na obiad — na wiei, 
pod góry genewskie. Było nas kilkunastu. Kiedy&my jecha- 
li — chmury czarne snuły się po niebie — sam tylko 
Mont -Blanc biały świecił się od słońca, jak posąg Sybiru. 
Potom dószcz lunął rzęsisty — ale po deszczu najśUczniej- 
sza tęcza rozwinęła się nad nami. Wszystko to poruszyło 
aż do głębi serca nasze — . w tój tęczy widzieliśmy jakąś 
wróżbę. Zasiedliśmy do stołu, jeść nie wiele znaleść mogli- 
śmy w wiejskiój oberży, ale szampan wszystko wynagro- 
dził. Na prośbę kolegów pierwszy raz improwizowałem, i 
domyślicie się, że ta tęcza była treścią mojój ody. Koledzy 
klaskali w ręce, a potom ściskali mię ze łzami — a po- 
tom pili moje zdrowie; ą kiedy im powiedziałem, iż Ty 
Mamo, nazywasz się Salomeą — pili twoje zdrowia. Naj- 
bardziój rozczulająca była chwila, kiedy po różnych pie- 
śniach zaintonowaliśmy wszyscy pieśń: Święty Boże! 
święty mocny — święty nieśmiertelny — zmi- 
łuj się nad nami! Ten hymn kościoła naszego nierac 
mię do płaczu pobudzał — a w tój chwili miał w aohię 
coś ogromnego... Młodzi, około stołu oparci na dłoniach, 
podobni byliśmy do dawnych ojców naszych. Wystarcie sobie 
tę garstkę na obcój ziemi, a pewnie ucziąjecie wrażenie, ja- 
Tom I. t1 



kićm nas natchnęła ta pieśń pobokA. Nasze aczty pc^zo- 
ne^są ze smutkiem. Łzy pijemy w naszych kielichach, i 
kielichy są pełne goryczy, dopóki Bóg ich od nas nie od- 
wróci. "" (z listu z d. 30 listopada 1833). 

Takie poważne a miłe jednak chwile, w towarzystwie ziom- 
ków spędzone, były wszelako rzadkiemi zdarzeniami w posępnóm 
życiu wygnańca. Nie mogły mu one zastąpić tego, czego pragnął 
najwięcój. Zresztą przy podobnych okolicznościach powiększało się 
tylko koło jego znajomych. Imieniem przyjaciela — przez 
cały ten czas przepędzony . w Szwajcaryi , nie obdarzył Słowacki 
z nich żadnego. 

„Nie mam teraz nikogo, coby mi najmniejszą chwilę 
życia skrócił przyjazną rozmową — nikogo, coby mi przy- 
jaźnie rękę ścisnął. Wina to mego odludnego życia — wina 
miejsca, w któróm żyję; nakoniec mam w sobie coś, co 
tak na ludzi działa , że nigdy ze mną spoufalić się nie mo- 
gą. Często szukam w głębi serca m^o przyczyny tego, i 
znaleść nie mogę. Bóg mi przeznaczył miejsce w jakim ci- 
chym klasztorze. Dlaczegóż nie dał mi tój mistycznej po- 
chodni, z którą w klasztorze mógłbym się zamknąć i latać 
na skrzydłach wiary w jakąś błękitną krainę nieskończono- 
ści?** (d. 5 lutego 1835J. 

„Ludzie mnie trzymają za żelazo — bardzo zimne! 
Wszak pamiętasz Matko, że jeszcze na Jnlka dziecko mó- 
wiono, że dumny. To wina mojej twarzy — i Boga. Zdaje 
mi się, że Bóg miał włożyć kiedyś moje duszę w orła, co 
śpi na igłach śniegu, nie budząc się, kiedy wicher obrywa 
mu pióra; co nie ma przyjaciół i szczęśliwy, że sam — 
patrzy na słońce! Szkoda, że nie poszedł stwórca za pierw- 
szą myślą , że zrobił ze mnie posępne nic ! Takby mi dobrze 
było ze skrzydłami — i z jękiem ptaka w piersiach! 
Trzeba zpiżyć lot"... itd. (d. 30 czerwca 1835). 

Dawniej — w pierwszych latjM^h młodości i nawet jeszcze 
w Paryżu, kiedyto wydawał pierwsze tomy swoich poezyi — 
zapalała go nadewszystko myśl sławy. Nadzieje jego, na tej pod- 
\ stawie oparte", nie miały granic! Zdawało mu się, że warto wszy- 
stko, co człowiek nazywa szczęściem na ziemi, poświęcić temu 
jednemu ideałowi; all>owiem sława wszystkie rodzaje szczęścia 
w sobie zamyka i jest już sama przez się szczęściem najwyższóm. 
Zwolna, w latach dalszych, o których teraz mówimy, zaczęły 



211 

się przed oczyma poety rozpływać coraz bardziej w nioM ułady 
tego marzenia. W miarę im się więcej zbliżał do sławy, tełn się 
bardziej przekonywał, że w nićj nie znaleśó tego wszystkiego, 
czego się dawniój od nićj spodziewał. Nęciła go ona wprawdzie i 
teraz jeszcze. Kiedy patrzał, jak w r. 1835, na małój jednćj 
wysepce genewskiego jeziora, stawiano pomnik dla Russa, woI)ec 
całćj Indnoici miattta zalegającej brzegi jeziora, przy nieustają- 
cych wystrzidach z armat: wtedy w chwili, gdy wkładano złoty 
wieniec na głowę posągu tego wielkiego pisarza, łzy mu się po- 
lały z oczu. Włainie tego samego dnia z rana był on otrzymał 
wiadomoić z kraju, że jego Kordyan z powszedmym zapałem 
został przyjęty w Krakowie. Ta okoliczność tóm l>ardziej go na- 
srała do rzewnego udziału w całój owój uroczystoici ludowej 
Nie mogła się nie zrodzić myil w jego duszy, że kiedyś... i je- 
mu może które z miast jego ojczyzny będzie oddawało w podo- 
bny sposób dowody czci przynależnej... Uznania tego był Juliusz 
pewien. Wiedział jednak, że to nastąpi dopiero póino, kiedyi-- 
kiedyi długo po jego śmierci! Wiedział, przeczuwał, że życie je- 
go będzie już do końca takie smutne, jak dotąd 9 i że on po- 
zostanie na zawsze taki samotny pomiędzy ludźmi. 

^Tak się już teraz ograniczyłem w moich żądaniach, 
że żadne błyszczące marzenia nie śmieją kłócić mojój spo- 
kojności. Inaczej to było, kiedym był jeszcze dzieckiem! 
Pamiętam, że przez długie godziny nieraz chodząc po po- 
koju, rozwijałem w myślach moich jakieś świetne szczęścia, 
bogactw i sławy obrazy. Niski sufit mego w Wilnie poko- 
iku nie wstrzymywał mojój bujającój myśli. Żal mi dziś nie- 
raz, że ta władza marzeń zagasła we mnie. Jedyna myśl 
mię teraz pociesza w życiu — oto zdaje mi się, że jestem 
tóm, czóm być powinienem. Zdaje mi się, żem nie minął 
mojego powołania, że zapełniam sobą jedne małą kratkę na 
świecie.** (d. 6 czerwca 1834). 

^Czasem chodząc po alei ogrodu przy świetle księżyca, . 
mam jakieś uczucie samotnój dumy, które mię pociesza. Lu- 
dzie, którzy mię teraz zapominają, może będą kiedyś pa- 
miętać o mnie; a kiedy przyślą tutaj wygrzebywać po- 
pioły leżące po zielonych cmentarzach, może także i mnie 
wezmą i zaniosą do mojój ziemi. O takim teraz marzę po- 
wrocie*"... (d. 5 lutego 1835). 



SIS 

JakAe odbijała od tego posępnego obraza, w którym on so- 
bie teraz swoje przyszłość malowtd, jasna) pogodna, prawdziwie 
sield^a dola najmilszego jemu ze wszystkich poety zygmuntowskie- 
go, a nawet obydwóch Kochanowskich 1 

^Prawdziwą rozkoszą dla mnie są oba Kochanowscy. 
Codzień odczytuję ich dzieła. Jak ten Jan Kochanowski był 
spokojny i. szczęśliwy w swej chacie — z żoną — z dzie- 
ćmi! Pod wyniosłą lipą Czamolesia musiał sobie po obie- 
dzie zasypiać — i do tój lipy tak piękne wiersze napisał. 
Prawdziwie mu zazdroszczę jego chaty — lipy — żony — 
dzieci — i czasów szczęśliwych, w których żył"... (d. 27 
kwietnia 1834). 
I Juliusz marzył często o podobnym kąciku własnym, o 

ustronno) chacie takiój, w którójby żył bez troski o jutro, me 
pytając się o świat dalszy, — byle razem z matką, od którój 
rozłączenie tóm l>ardziój coraz stawało mu się przykrzejsze, że 
w tój miłości Synowskiój , jak to sami widzimy, zamykały się 
wszystkie jego uczucia. Rzeczywiście matka zastępywała mu wszy- 
stko na świecie! Była to jedyna osoba na ziemi, którą gorąco 
kochał i w którój miłość ku sobie wierzył. A Słowacki tak ko- 
niecznie potrzebował być choć przez kogoś kochanym! Gdyby nie 
ta matka, gdyby nie listy, które go do niój idealnie przenosiły, 
gdyby nie ta niewidzialna opieka, pod którój skrzydła. myślą się 
tulił: toby mu życie na tóm samotnym wygnaniu było ciężarem 
■ie do zniesienia , niepodobieństwem . . . Ileż on cierpiał , że do niój 
wrócić nie może, że jój — zamiast pociech spodziewanych — za- 
prawił resztki życia goryczą, sieroctwem, osamotnieniem. 

^Mamo moja! tobie Bóg nagrodzi za miłość twoje dla 
syna jakiómś dziwnem i niewymownóm szczęściem- Mu- 
siałem uspokoić i zatrzymać pióro, bo zaczęło pisać łzami*". .. 
(d. 5 lutego 1835). 

. . . „Syn twój z daleka ręce db ciebie wyciąga i pro- 
si cię. Matko, abyś mu przebaczyła, że cię tak samą na 
świecie zostawił, bez żądnych przyjemności życia, pomiędzy 
pomnażającymi się codzień grobami roddny. Mamo moja, 
czyśmy my starzy? czyśmy my przespali wieki lat, że tak 
nam wielu osób brakcge? Gzy nas Bóg złączy kiedyś, dla 
tego abyśmy przed śmiercią mogli sobie powiedzieć, żeśmy 
żyli — abyśmy na zmienionych twaizach naszych wyczytać 
mogli tosamo słowo: Żyliśmy. ...Matko moja, uśmiechnij 



St3 

si«l Mkch Ci pmyjdą wesrie mytti — wesołe maneiuA! 
Wr&cę kiedy 6 — a jeMi me, to znajdę sobie za granicą 
ładną — dobrą — moie nawet bogatą żonę... Będę miał 
synów — córki; wybiorę najpiękniejszego z synów i przyślę 
go na twoje kolana. Tylko Matko odpędzaj go od ksif^ek, 
niech nad Śmiercią Hektora nie płacze, niech się nie uczy 
od Jowisza Iliady zmarszczeniem brwi iwiat wstrząsnąć! 
• Daj mn zimną Eneidę, którćj Jolek częstóm czytaniem nie 
podarł. — Niech ze spalonego miasta uczy się z Eneaszem 
nnosłó Boga, matkę, żonę, dzieci — niech nic nie Z08ta¥ria 
po sobie, czego by mógł żałować'*... (dnia 27 październi- 
ka 1833). 

To były tylko myśli przelotne, wyrzeczone nie na seryo, — 
fkntazye, któremi chciał tylko matkę rozerwać 1 rozweselić. 
Daleko też cżęiciój snnł on sobie marzenia, których celem 
ostatecznym był — nie powrót do Krzemieńca, ani też otoczenie 
się rodziną jako głowa familii, ale tylko maleńki domek własny 
i matka w nim. Nieraz w listach powtarzał, że teraz głównem 
jego zatrudnieniem były marzenia, które się ograniczają do bar-* 
dzo małój rzeczy, to jest do własnego byle gdzie domku. 

n Chciałbym mieć co& swojego na tój ziemi, coś bardzo 
maleńkiego, coś bardzo pełnego kwiatów, drzew i zieloności**... 

Fa^tazya jego już mu go malowała w gotowych kształtach. 
Miała to być chatka biała jak śnieg — z zielonemi okienicami, 
z czerwonym dachem — obsadzona różnofarbnemi malwami. 

^Malwy są to moje ulubione kwiaty. Dziwnie, że je 
tak Fubię, chociaż nie mają zapachu. Sądziliby z tego lu- 
dzie, że jestem zupełnie nieczuły.'' 

Z tyłu, za domkiem, miało rość kilka jodeł i kilka brzóz 
drżących. Ścieżki byłyby wysypane żółtym piaskiem, i jaskółki 
gnieździłyby się nad gankieou Wszystkoby w tej chatce było ma- 
leńkie, tylko salonik powinien być dosyć obszerny — 

„abyśmy oboje mogli krążyć i mijać się łatwo; gdyż 
lubię kwiaty, tak jak Ty Mamo, i tak jak Ty powziąłem 
jeszcze i zwyczaj chodzenia długiego w kółku po pokoju* 
Śmieją się nieraz domowi, widząc mię krążącego jak gwia- 
zda około marmurow^o stołu po pokoju. Jedni myślą, że 
agitacyi używam dla zdrowia, inni, że wiersze składam i 
komponuję; a to jest tylko familijny mój nałóg. Tak cho- 
dząc, najczęściój nie myślę o niczóm, dogadzam tylko nie- 



214 

spokojjnoici nerwów mokk. — Kiedyż więc Mamo, obsadzi- 
my mały nasz domek malwami? O! jakieby to szczę&cie 
było!^ (d. 13 lipca 1834). 
. Cel życzeń był tedy sformułowany, gotowy. Chodziło tylko o 
to, gdzieby osadzić na realnym grancie ten obrazek w wyobraźni 
zrodzony? Chodziło o rozstrzygnienie pytania, w którym się kra- 
ju zjechać i osie6ć? Tu mu się na mykl nasuwały różne punkta. 
Lwów — Drezno — Kraków — którekolwiek z miast włoskich — 
wreszcie Genewa, w której już mieszkał... Kaida z tych miej- 
scowości trzymała uwagę jego czas jakiś wyłącznie zwróconą na 
się ; po dojrzalszym jednak namyśle oddaniały się trudności w pra- 
ktycznóm przeprowadzeniu projektu w życie, dla których niepodo- 
bne było łudzić się nadziejami. KUmat Krakowa wystawił mu ktoś 
jako niestosowny dla jego skołatanego zdrowia. 

-Wielu mi mówiło, że tam choćbym największe ostro- 
żności około mego zdrowia przedsiębrał, dłużój nad miesiąc 
nie mógłbym wytrzymać.** (d. 28 września 1834). 

Zresztą tak do Krakowa, jak do Lwowa lub wreszcie do 
Drezna, okazywało/ się przeniesienie zbyt utrudnionym z powodu 
okoliczności politycznych, które nad wszelkie wyobrażenie były 
uciążliwe w tych latach. Wyprawa partyzancka do pewnych, pro- 
wincyi polskich roku 1833, którój intencye i szczegóły dotych- 
czas mało komu w kraju są znane, nie pozwalała ani myśleć o 
wykonaniu projektów, jeżeli takowe dotyczyły powrotu emigranta 
w te strony. To też wyraźnie do tójto okoliczności odnosi się Sło- 
wacki, kiedy powiada: 

„Nieszczęśliwe polityczne wypadki, do których się bynaj- 
mniój nie mieszałem, nie pozwalają mi ani w prawo, ani 
w lewo. Miejsce , gdzie teraz jestem , mogę w pewnym wzglę- 
dzie za rozleje uważać więzienie. Nie pojmiecie tego, jak 
nam źle, jak nigdzie przytułku nie ma*"... (dnia 27 kwiis- 
tnia 1834). 

Co się nakoniec tyczyło zamieszkania wspólnego we Włoszech, 
albo też sprowadzenia matki do bardzo przyciśnionój drożyzną 
życia Genewy: — i takowe okazywało się przy bliższem rozpa- 
trzeniu także niepodobieństwem , a to dla braku dostatecznych fun- 
duszów. Majątek tój rodziny nie wystarczał na to, ażeby mie- 
szkać mogli oboje w rzeczonych krajach. 



2tS 

Ładził się tedy biedny wygnaniec tylko pnyp\iiSZ(Mtikm je- 
dnego jeszcze projekta, który równie był niepraktyczny, jak wszy- 
stkie inne, chociaż miał więcój pozorów. 

Mówiono mi o jednym domku w Danpłtinś we Fran- 
cji, o kilka mii od Grenewy. Domek ładnie umeblowany, 
maleńki, wńród łąk, otoczony małą ł)łękit;ną rzeczką, z ogro- 
dem — słowem ładna mała pustelnia na pustyni. O pół- 
czwarty mili od niej Lyon, miasto wielkie i największe po 
Paryżu we Francyi. Dora^k ten możnaby, jak powiadają, 
mieó za 10,000 franków, to jest za 18,000 złp. Prawda, 
że ziemia przyłączona do niego nic prawie nie przynosi, ba 
mały jest kawał tój ziemi; ale życie w tym domku byłoby 
wcale nie drogie. Jakby mi tam dobrze było z Mamą! Na 
zimę moglibyśmy jechać do Lyonu albo do Genewy, a sko- 
ro tylko słoneczko dogrzeje, uciekalibyśmy do naszej chaty. 
W około najpiękniejsze okolice — śliczne góry — po gó- 
rach zamki, dawne i odnowione. W tych zamkach na lato 
często przyjeżdżają i. mieszkają panowie. — Powiódz mi, 
Mamo, czy Ci się nie podoba ten projekt. Czy może my- 
ślisz, że ja tak, jak Fortunat, zniechęciłbym się prędko 
cicbóm i samotnem życiem? Tobie się może Mamo, wszy- 
stkie takie projekta wydają romansowe i niepodobne do 
uskutecznienia. Ale prawdziwie, że w tym wieku, gdzie 
tyle jest oschłości i rzeczywistości zinmej w wypadkach, lu- 
dzie szukają cichych schronień, jak dawniój szli do kla- 
sztorów. Gdybym wiedział, że jest jaki sposób zgromadze- 
nia i zebrania naszych funduszów, to mówiłbym Ci o tym 
domku z jak najusilniejszóm naleganiem, (d. 7 marca 1835). 

Co niatka na tę propozycyą odpowiedziała, nie wiem. Ale 
i ten projekt upadł. 

Wśród takich niepowodzeń, można sobie wystawió, co się 
dziać musiało w duszy Juliusza, którego usposobienie skłonne 
było do noelancholii już z urodzenia. Sposępniał, zgorzkniał, zo- 
bojętniał dla otaczającego go świata. Był w r« 1834 już zupełnie 
innym cdowiekiem, jak w roku poprzednim. Wtedy, wszystko 
w Szwajcaryi było dla niego jeszcze nowością. Obudzało jego cie- 
kawość, nasuwało nowe myśli, często nawet się podol>ało. Z ja- 
kąż niecierpliwością oczekiwał on był wtedy przy nadchodzącój wio- 
śnie przybycia owych wędrowców z najróżniejszych krajów do do- 
mu Pani Patteg, których mu zapowiedziano na lato I Z jakąż 



216 

doktadaońoią matował potem w Katach ich wieenmki I Była to 
jakhjr jaka zajmująca galerya najrozmaitttćj szkoły ohraiów^ 
które nasz poeta stadyował. Wrok jeden pććniij. nie miało to 
wazysiko joi ładnego interowi dla niego. Dom się icapełnił znowu 
nowemi fignrtimi. Ale Słowacki zaledwie rzucił okiem na tych 
ludzi, którzy z nim żyli pod jednym dachem i zasiadali do je- 
dnego stołu. Kie prawie o nich w. tym roku nie miał już do do- 
niesienia matce. Wszystko, co o nich pisał, zawiera sig w tych 
oto niewielu rysach: 

-Wiele zamorskich figur przemija teraz koło mnie. Ja- 
skółki angielskie rozpoczęły swój przelot na południe — i 
teraz dwie damy i jeden Anglik mieszkają w domu naszym. 
Nie możecie sobie wystawić, jak ci wszyscy wojażerowie są 
głupi, jak wszystkim czegoś nie dostaje! Jeszcze nie wi- 
działem w domu naszym do rzeczy człowieka, ani przyje- 
mno) kobiety. Z żadnym nie można mieć rozmowy intere- 
sująco]. Wielu Anglików nie czytało Byrona! Inni o nim 
jak przez sen gadają. Cóż dopiero zapytać się ich o euro- 
pejskiej literaturze! Damy dwie, które są w naszym domu, 
prześliczne z twarzy i^ z urody; ale już mię piękność ich 
gipsowa doskonale znudziła. Chciałbym, aby przez dzisiej- 
szą noc zbrzydły, a nabrały dowcipu i przyjemności. Ale 
one zapewne nie chciałyby takiój metamorfozy.'' (dnia 6 
czerwca 1834). 

Nie zajmował się tedy żywiój niczym i nikim , nie bywał 
pmwie u nikogo. Przez ciąg całej zimy ostatniej nie przyj- był 
żadnego zaproszenia na bale, bo go nudziły. Zaledwie dał się na- 
mówić pójść na kilka małych wieczorów, na których także nie 
szczególnie się bawił; główną bowiem zabawą, jak powiadał, by- 
ło tam jadło i picie. 

^0 godzinie 7 zaczyna się kolacya — zasiadają damy 
i męszczyżni około stołu pełnego szynek, indyków zimnych 
z truflami i ciast cukrowych, któremi Szwajcarowie nad in- 
nymi narody celują, i przy takiój kolacyi trzeba siedzieć aż 
do godziny 11 czasem.^ — 

Po takiój heroicznej próbie cierpliwości i — apetytu, zaczy- 
nały się tańce, a pomiędzy nimi czasem i mazur. Ależ jak też 
tańczono tego nieszczęśliwego mazura! 

„Dwadzieścia już z górą osób płci obojój uczyłem z ró- 
żnym skutkiem tsu&cowa^ mazura, ale żaden męszczyzna 



217 

Bie umie aai w takt biegać, ani ^ propos nAerzji v pod- 
kówkę.** (d. 20 lutego 1834). 

Owoż pojmie to pewnie każdy, że tryb taki spędzania wie- 
czorów także nie przyczyniał się bardzo do zachęcenia naszego 
poety, ażeby więcej się oddawał towarzystwu, aniżeli samotności. 
A chociaż czuł, że takie wegetowanie, takie trawienie się w so- 
bie samym nie może być dla nikogo korzystnym, i chociaż go 
matka za to strofowała w swoich listach , że nie żyje z ludźmi : • 
rzeczy to wszystko jednak nie zmieniało. Odpisywał jćj w takim 
razie : 

„Czuję sam sprawiedliwość twoich Matko wyrzutów i 
co zimy staram się poprawić. Zaczynam wizyty — i znów 
odpadam w dawny grzech samotności. Widać, że jest coś 
w moim charakterze nietowarzyskiego. Zdaje mi się, że 
gdybym miał władzę ziemską , byłbym okrutnym władcą jak 
wszystkie zwierzęta żyjące samotnie. Szczęściem to dla lu- 
dzi, że nie jestem niczóm**... (d. 28 września 1834). 

Teraz zwróćmy uwagę nasze na wewnętrzne życie poety — na 
jego zajęcia umysłowe, na to co czytał i co pisał w ciągu ro- 
ku 1834. 

Po napisaniu Kordyana oddał się przedewszystkióm stu- 
dyom filozofii, i to głównie filozofii niemieckiej. Wpływu jój w pi- 
smach jego wprawdzie nie widać; że był jednak czas, gdzie się 
nią dosyć zajmował, o tóm wspomina w kilku ówczesnych listach 
do matki. 

„Pracuję teraz ciągle — czytam bardzo wiele — rzuci- 
łem się cały w filozofią niemiecką. Pomimo wielu czczych 
marzeń idealizmu, karmi ona moje imaginacyą.** (d. 3 sty- 
cznia 1834). 

Pomiędzy doręcznemi dzidami, które szczególniój rozczyty- 
wał, stawiał na pierwszóm miejscu i „niewyczerpanóm dla siebie 
źródłem pociechy** nazywdt pisma obydwóch Kochanowskich, i 
Biblią. Wzięcie do rąk pisma św. zawdzięczał przypadkowi. Oto 
ów misyonarz angielski, nazwiskiem Wolf, któregoto w dość 
śmieszny sposób opisywał w przeszłorocznych listach swoich, jako 
sąsiada i prozelitę pracigącego nad jego nawróceniem, zostawił 
mu na pamiątkę już na wyjeadnóm stary i ni»wy Testament, a 

Tom Ł 28 



218 

przytem i kilka innych dzieł teologicznej treści. Tych Słowacki 
czytać nie myi^lał, ale za Biblią był ma bardzo wdzięczny. — „Ta 
księga, są jego słowa, każdemu człowiekowi w życiu towarzyszyć 
powinna.*" — Była ona oczywiście w języku angielskim. Słowacki 
postarał się niezwłocznie o pismo św. w polskim języku i już 
w lipcu (1834) donosił: „Do mojćj polskiej biblioteki przybyła 
mi Biblia w naszym języku, którą często z rozkoszą czytam." — 
Z obcych poetów przenosił nadewszystko Szekspira i Danta. Od 
czasu, jak wyjechał z Paryża, zastąpili oni u niego miejsce da- 
wniój zajmowane prawie wyłącznie przez Byrona. Z francuskich 
nowoczesnych pisarzów najwięcój uderzała go zaczynająca się wła- 
śnie w owych latach dopiero wsławiać Georges S)&nd. 

„We Frąncyi jest teraz nowa autorka, która wkrótce 
panią Stael zaćmi. Jestto rodzaj Byrona w spódnicy, to jest 
Byrona w prozie. Nie wiadomo dotychczas z pewnością, jak 
się nazywa, bo się ukrywa pod męskiem imieniem Georges 
Sand. Ale pewnie jest kobietą. Niektóre dzienniki pisały, 
że się nazywa pani Dudeyant. Napisała trzy romanse prze- 
śliczne, ostatni dziwny i bardziój do poematu, niż do ro- 
mansu podobny. "^ (d. 24 marca 1834). 

W tymże samym liście donosił także o własnóm dziele, któ- 
re miał wtedy pod ręką, a które było więc pierwszą jego pracą 
większą od czasu ogłoszenia Kordyana. Wzmianka ta tóm bar- 
dziój jest ciekawa, że dzieło, o któróm mowa, nie zostało wyda- 
nóm i nawet w pozostałych papierach doszukać się po śmierci 
poety nie można było ani śladu tego utworu. 

„Ponieważ o wszystkich moich czynnościach donosić Ci 
zamierzyłem , otóż donoszę Ci Mamo, że teraz zajęty jestem 
pisaniem nowej tragedyi o Wa Hasie, szkockim rycerzu. 
« Wiesz, co mię do niej przywiodło? Długo myślałem, jaki"" 

w dziejach różnych narodów najczystszy jest bohater i z naj- 
piękniejszą duszą... Przypomniało mi się, że kiedyś w dzie- 
ciństwie, kiedyś mię Mama do uczenia się francuskiego ję- 
zyka zachęcała, mówiłaś mi: „Poznasz Wallasa życie"*. 
Samo imię Wallas uderzyło magnetycznie na moje imagina- 
cyą. Wystawiałem sobie coś podobnego do burzy — która 
Wali lasy. Nie mogę zdać sprawy żutego wrażenia, ale 
czuję je dotąd ... W kilka lat potom czytałem romans : Les 
chefs Ecoesais. Mama wtenczas grałaś na fortepianie smu- 



aid 

tnego niemiecłdego walca. Smutne wrażanie romansu tak się 
pomieszało z tą muzyką, że dzisiaj przez walec tylko ro- 
^ mans widzę, jak we mgle. Tepaz w różnych historyach po- 
znałem się z rzeczywistym Wallasem. Już w tragedyi nie 
r<5Siansowo, ale w historycznej prawdzie^ maluję tego czło- 
wieka; ale układając tragedyą — i pisząc ją teraz, często 
Wstaję od stolika i idę do fortepianu i gram tego samego 
walca — aby koloryt wspomnień smutkiem napduił moje 
karty. Tragedyą tę poświęcę pamięci Jasia.*) zobaczycie, że 
będzie jeżeli nie dobra, to przynajmniej niepospolita. Otóż 
widzisz Mama, że ja zawsze taki sam. Ciągle układam ka- 
myki na własny grobowiec — a życie puszczam mimo siebie. 
Wszystkie przyjemności życia mijają mię — i obchodzą ko- 
łem — mówiąc: nie przeszkadzajmy temu człowiekowi, on 
o przyszłości pogrobowój marzy... O Mamo, ale ja jestem 
szczęśliwym — tak jak jestem ; i czasem nie mogę zrozu- 
mieć, jak ludzie inni bez takich wrażeń żyć mogą! Zdaje 
mi się, że chlób, który spożywają, musi pachnąć nicością.^ 
(dnia 24 marca 1834). 

Byłto zatóm pierwszy płód zrodzony tego roku, owoc mie 
sięcy wiosennych. Przez całe lato fantazya poety potem , jak zwy 
kle, wypoczywała. Z jesienią — znalazło się znowu natchnienie 
zrodziło w ciągu miesiąca października jeden z celniejszyeh utwo 
rów Słowackiego, znowu dramat — Mazepę. OkoHczności towa 
rzyszące powstaniu tej sztuki są opiaane w nasiępujący sposób: 

„Wytańcowawszy się na jednym wieczorze (u pani W., 
Polki bawiącej wtedy z rodziną swoją w Genewie ,— wieczór 
ten dany był w ostatnich dniach września), „wróciłem do do- 
mu, i jak na nieszczęście, ponieważ to zwykła pora roku, 
w którąj mię napada poetyczna kanikuła już od lat czte- 
rech bez wyjątku, gdyż w tój porze rodzę zwykle, na- 
zajutrz po wieczorze przyszła mi myśl jakaś do głowy. Myśl 
ta galopowała tak przez cztery godziny, że stała się długą 
na pięć łokciowych aktów. I nie dziw, żg galopowała, bo 
te^ myślałem ^ogalopującym Mazepie. Jakoż we dni kil- 
kauiaj^ie napisałSin ' tr&gedyą , na której byś płakała Mamo, 
jeSelT nie po Mazepie, to po Julku. Mazepa ten jednak nie 
Wygalopuje na świat tego roku, bo handel przecięty — ' i 
z książkami źle idzie. Więc będę cierpliwy — poczekam rok 
jeden, czy się spusty bibliotekarskie nie otworzą... Tym- 



*) Jana Januazewskiego, wuja Słowackiego. 



230 

czasem niech Mazepa leży w tece; a jeżeliby mię "wicher 
jaki zmiótł z tego świata, nim go wydam, to proszę was i 
zaklinam, abyście się o ten płód n pani Patteg dopomhieli 
i wydali kiedyś na świat — nie zapomnijcie!.. Ale co ja 
bzdurzę o wichrach zmiatających ludzi ze świata, kiedym 
zdrów jak ryba — kiedy nawet krew, co mi nieco do głowy 
biła po napisaniu gwałtowno - krwawój tragedyi, Bóg łaska- 
wy nie pijawkami, ale prosto krwotokiem z nosa sprowa- 
dził na dół — i nawet od lekkiego zapalenia takim prostym 
sposobem mię uchronił."* (d. 7 listopada 1834). 

Po napisaniu Mazepy, jednostajność i bezbarwność życia wię- 
GÓj się Juliuszowi dawała w znaki, niż kiedykolwiek. 

„Nigdy jeszcze tak smutno nie przepędzałem zimy — 
pisał w liście z d. 18 grudnia 1834. Nie wiem, dlaczego, 
ale głębsza niż kiedykolwiek melancholia i obojętność napa- 
dły na mnie... Gdybym się nie lękał nadto romantycznego 
porównania, powiedziałbym, że z myślami mojemi podobny 
jestem do psa, co się sam za ogon chce złapać i kręci się 
długo na jednóm miejscu — nakoniec znużony wywraca się 
i usypia pod kominem.** 

Na taką słabość nie było lepszego lekarstwa, jak rzucić się 
w nową pracę. Tak się też stało. 

„Całe dnie (pisał dalój w tymże liście) przepędzam 
w domu przy moim kominku — ale długie wieczory przez 
te dwa miesiące (od 18 października do 18 grudnia) trawi- 
łem na pisaniu. Od kilku dni dopiero skończyłem moje pra- 
ce , i teraz czuję jakąś odrętwiałość. Zdaje się , że przez ten 
czas natężone władze myślenia rozkręcają się teraz jak stru- 
ny jakiego instrumentu — i za kilka dni powrócę do zupeł- 
nej ciszy zwyczajnego życia. To smutno ! Już wieczorem ża- 
dne mary nie przyjdą mię nawiedzać — żadna idealna pię- 
kność nie uśmiechnie się do mnie! A tyle idealnych figur 
przeszło przez mój pokój, w ciągu tych dwóch miesięcy. 
Niektóre wyszły przez okna — inne spaliły się w żarze ko- 
minka — inne nareszcie zostały zasuszone w papierze, jak 
bratki, albo inne kwiatki niepełne**.,. 

„W przeciągu miesiąca upłynionego napisałem nową 
sztukę teatralną — niby tragedyą, pod tytułem Ballady- 
na. Z wszystkich rzeczy, które dotychczas moja mózgownica 
urodziła, ta tragedyą jest najlepszą, zwłaszcza że otworzy- 
ła mi nową drogę, nowy kraj poetyczny, nietknięty ludzką 
stopą, kraj obszerniejszy, niż ta biedna ziemia, bo idealny. 



^^ 



281 

Zobaczysz kiedyś Mamo kochana, co to za dziwna kraina 
i czasy. Tragedya cała podobna do starój Ballady — ułożona 
tak, jakby ją gmin okładał, — przeciwna zupełnie prawdzie 
historycznej — czasem przeciwna podobieństwu do prawdy; 
ladzie jednak starałem się aby byli prawdziwymi i aby 
w sercu mieli nasze serca... Nie mogę Ci tu dać kochana 
Mamo, wyobrażenia dokładnego rodzaju dramatyczno&ci o 
mojej tragedyi. Jeżeli ma ona rodzinne podobieństwo z któ- 
rą znajomą sztuką, to chyba z królem Lirem Szekspira. 
O! gdyby stanęła kiedy przy królu Lirze! — Szekspir i Dant 
są teraz moimi kochankami — i już tak jest od dwóch lat ; 
im więcej się w obydwóch wczytuję, tem więcej widzę pię- 
kności. Mamo moja! jakże ja byłbym szczęśliwym, gdybym 
mógł z tymi dwoma umarłymi usiąść pod jaką lipą albo 
dębem , przed moją własną chatą — w mojój rodzinnej zie- 
mi — i marzyć — i pisać marzenia — i gwarzyć z tobą, 
kochana Mamo — i opowiadać Ci z zapałem plany moje 
poetyczne , tak jak niegdyś bywało. Tu jestem tak samotny, 
że nikt nie słucha moich marzeń. Jak dobrze Szekspir ma- 
luje ten stan w Richardzie IL Rycerz skazany na wygna- 
nie ubolewa nad swoim losem i mówi: „ Język mój będzie 
mi teraz niepotrzebnym, tak właśnie jak rozstrojona lira 
albo harfa, lub też jak sztuczny instrument, odemknięty i 
podany temu, co nie zna żadnych prawideł harmonii. Uwię- 
ziłeś język w ustach moich. Zanadto już jestem stary, abym 
jak dziecię wziął znowu mamkę. Wyrokiem twoim skazałeś 
taię na bezmowną i niemą śmierć." — Te słowa zawsze czy- 
tam z głębokim smutkiem*^... (d. 18 grudnia 1834). 
Z powodu że Mazepa i Balladyna powstały prawie w je- 
dnym ciągu i czasie, nastręczyło się autorowi mimowolnie po- 
i^wnanie tych dwóch utworów ze sobą. Wypadek porównania tak 
dalece był korzystny dla ostatniego dziecięcia, a niepomyślny dla 
rychlejszego dramatu, że nie wiele brakło, a byłby to życiem 
przypłacił ów płochy pazik Jana Kazimierza. 

K Zakończyłem moje zimowe prace (pisał dnia 5 lutego 
. 1835), i z dwóch tragedyi jedna mi tylko została, bo je- 
dne spaliłem w moim kominku. Mazepę taki smutny los 
spotkał. Druga zaś, Balladyna, jest moją faworytką, i bę- 
dzie czekała, aż będę miał czóm posmarować prasy dru- 
karskie. Zdaje mi się, że mnie moi księgarze haniebnie 
oszukują, bo mi przestali posyłać rachunki i milczą jak 
krety w norze, czekając zapewne mojej osobistej wizyty. 
Prawdziwie, że nikomu na świecie zaufać nie można, a 



222 

mniój, oiż innym, ufać trzeba ladziom, któny nie mają 
pieniędzy. W tern położeniu jest jegomość, który się trudni 
mojemi książkami. Cóż więc robić? Trzeba się spuścić na 
jego grzeczność i sumienie.'' 

Dla braku tedy funduszów nie drukował Słowacki nic zgoł» 
od czasu ogłoszenia Kordyana (1834) aż do r. 1838. Balladyna 
wyszła dopiero 1839. Poeta się wykosztowal na publikacye swoje 
poprzednie, a koszta się nie wracały. 

,W obec stanowczego doniesienia powyższego o spaleniu Ma- 
zepy, ńie wiedzieć, jak sobie tłómaczyć, że utwór ten jednak 
p4źniej wydany został. Albo go poeta w nai^pnych czasacli na- 
pisał powtórnie i lepiej, niżeli pierwszą rażą; albo też miał wte- 
dy tylko zamiar zniweczenia tego dramatu i donosił o zamiarze, 
jakby o rzeczy dokonanój, a później jednak wstrzymał się z do- 
pełnieniem już zapadłego wyroku. Które przypuszczenie w rzecz 
trafia, niepodobne dzisiaj rozstrzygnąć. Mnie się atoli zdaje, że 
więcej ma za sobą prawdopodobieństwa drugie, niż pierwsze. 

Obejmując teraz jednóm spojrzeniem to wszystko, cośmy 
w powyższym opowiedzieli z osobna, widzimy, że przez cały ten 
czas spędzony w Genewie, skierowana była usilność Słowackiego 
głównie ku dramatycznej niwie poezyi. Kordyan (1833) — 
Wallas — , Mazepa — Balladyna (1834) — oto dzieła bez 
przerwy następujące jedno po drugióm, a same sceniczne. Rok 
1834, smutny skądinąd w życiu Juliusza, nie był tedy pod ka- 
żdym względem taki niewdzięczny. Owszem, w zawodzie autor- 
skim — było to jedno z jego lat najświetniejszych; w każdym razie 
był to rok urodzaju, że tak powiem, był to rok trzech żniw... 

W ciągu wiosny 1835 widzimy poetę zajętego jeszcze je- 
dną nową, większych rozmiarów pracą, i znowu dramatyczną. 
Byłato to jedna ze sztuk nigdy za życia jego nie drukowanych i 
niewiadomo, jaki był tytuł tego utworu. Oto, co pisał o tem do 
matki d. 24 maja 1835: 

n Piszę teraz więcej, niż kiedykolwiek, a co dziwniej- 
sza, że piszę prozą. Abym ci dowiódł Mamo, jak Ty jesteś 
zawsze przytomna moim myślom, jak chciałbym wspomnie- 
nie Twoje ze wszystkicmi marzeniami nawet poetycznemi 
połączyć, powiem Ci, że jedna zhoroin mojój nowój 



223 

tifagedyi nazywa się Salomeą. Zobaczysz kiedyś, że pię- 
kna jak IHtaptnfiTeszczęśliwa prawie, jak Ty — 
tylko z innych przyczyn. Bóg wie, dla kogo ja to 
piszę i kiedy to wyjdzie? Zdaje mi się, że piszę zupełnie 
dla siebie — i stąd więcej może będzie naturalności — i 
bardżiój rozwinięte zarysy. Kiedyś to wszystko ktoś wyda 
na świat — może mały Staś , jak dorośnie** . . . 
Sztuką, o którój tu mowa, nie jest Sen srebrny Salo- 
mei, * jak może niejeded z czytelnlkó^t^ moich wnioskuje. Sen 
Salomei jest napisany wierszem, i powstał w czasach później - 
Azych, dopiero w okresie towianizmu. A ta sztuka była pisana 
prozą i w r. 1835. 

Pomiędzy papierami, stanowiącymi cały zapas autorskiój 
pozostałości po Juliuszu' Słowackim do rąk moich oddanej, od- 
szukałem rzeczywiście rękopis zdefektowany, z wydartemi Kilku- 
nastu ksiirikami tak z końca jako też tu i owdzie ze środka, 
z początku zaś tylko uszkodzony o tyle, że mu tu braknie je- 
dnój karty, na którój być musiał tytuł dzieła zapewne i spis 
osób w nióm działających. W tym rękopisie znalazł się dramat 
w 5 aktach, prozą pisany^ o którym nie wątpię, że jest owem 
dżinem dokońanem roku 1835 w Genewie, zwłaszcza że jedna 
z pieiwśzorzędnych figur do niego wprowadzonych nazwana jest 
SaTomeą. ^Wcieliłem go do zbioru pism Słowackiego pozgonnych 
i*^alem inu na chybi trafi tytuł ytnorsztyiiski."* — Wpra- 
wdzie więcój zdaje się byó prawdopodobnóm , że główną rolą w tój 
tragedyi była rola Szczęsnego, tak iż imię to właściwiej się 
nastręczało na tytuł sztuki, niżeli tamto. Nie śmiałem jednak 
dawać w taki sposób domysłowi temu niejako sankcyi; albowiem 
skądinąd powstają wielkie wątpliwości, żeby poeta był się miał 
oprzóć tutaj przedewszystkiem na tej naturze tak pod moralnym 
względem n^jakiój i tak też zresztą biernie tylko działającej w całem 
t^ zawlkłaniu. Ale jestto zawsze jedna z postaci i najstaranniój 
przeprowadzonych i z widoczną predylekcyą autora — prawdziwy 
f typ człowieka ośmnastego wieku, obdarzonego wyższymi instyn- 
ktai^i i przeznaczonego na coś zupełnie innego, gdyby duch czasu, 
' otoczenie i jakiś fatalizm wiszący nad tą całą rodziną nie były 
w nim zwichnęły tych szlachetnych zarodów. — Rola Salomei 



224 

zajmuje także jedno z miejsc niepoślednich w dramacie. Wina 
tej kobiety, gdyby nam był znany koniec catój intrygi, okazała- 
by się zapewne mniejszą, niż się to zdaje w obecnym stanie t6j 
sztaki. Wnoszę zań o tćm ze słów Słowackiego, danych rozstrze- 
lonym drukiem w przytoczonym wyżćj ustępie listu jego do ma- 
tki. Pomimo tego, i Salomeą jednak nie jest osobą, której imię 
mogłoby posłużyć za firmę dla całego utworu. Nawet w razie, 
gdyby się przypuściło, że w zaginionych scenach donośniejssćm 
jeszcze być mogło wszystko, co ona czyni i cierpi: ograniczają 
tę rolę do czegoś tylko drugorzędnego owe słowa poety w kore- 
spondencyi: „jednasz heroin.** — Z tych przyczyn wolałem tedy 
oświadczyć s!ę za Horsztyńskim i zdaje mi się , że w tym szlachcicu 
lepszej przeszłości , imponującym majestatycznie nawet w scenach, 
gdzie nie znajduje w sobie dość siły, żeby się oprzóć rozpaczy, 
zgromadził autor wszystkie promienie dodatnich świateł, kontra- 
stujących z posępnością tego obrazu. 

Ocalone sceny tragedyi, o którój tu mówimy, są nierównój 
wartości. Obok ustępów potężnój siły 'i prawdziwie dramatyczno] 
werwy, znachodzą się i sytuacye przewlekłe , zapełnione tą ckliwą 
melancholią, od* którój poeta nasz w owych latach nie był jeszcze 
1 zupełnie wyleczony. Sądu jednak o tóm wszystkióm dać stanowcze- 
go nie można; z powodu bowiem, że jak na złość przypadają 
na sceny zaginione właśnie najkrytyczniejsze chwile w toku całe- 
go działania: niepodobna wyrzec na pewne, co tu stanowiło głó- 
wny węzeł intrygi i jakie autor dał rozwiązanie jój zawikłania. 
W skutek tego pozostaje więc niewiadomym, jak się części dra- 
matu poszczególne miały do ogólnój całości; i jaki był stosunek 
poety względem figur w nim działających, to jest w jakich mia- 
rach porozdzielał on swoje sympatyą między ludzi, których różne 
usposobienia maluje. — 



Teraz przystępuję do opisania ustępu w życiu mego poety, 
który mocno kontrastuje z resztą dni jego. Sprawia on wrażenie 
podobne do owój chwili, kiedy śród całodziennej słoty błysną 
ukradkiem z za obłoków promienne wróżby lepszego jutra. Wła- 



ime w czasie , kiedy powstawał wspoiUDiaoy powyżej dramat, ti* 
częło się w podobny sposób rozpogadzaó w sercu poety. Świftt za- 
czął mu się zdawać piękniejszym. Były to dni trwając^ włainie 
wiosny. Wiosna sprowadzała zwykle nowe żyde do domil, w kto- 
rym gościł Słowacjii. A\e tym razem nie wiosna była przyczyną, 
że i on teraz godzić się na to zaczynał, że to życie jest piękne. 
Do niego zaczęło się wtedy uśmiecłiać jeszcze co4 więc^ , jak 
samo tylko słoźce na niebie... 

Osoba, którą wtedy się zajął, — o ile z listów jego wno- 
sić — nie bez pewnój wzajemności i i drugiój strony, była mu 
już znana od dość dawnego czasu. I dziwna rzecz 1 z początku 
ani cienia nie*było jakiejkolwiek rodzącej się pomiędzy nimi skłon- 
ności. Przeciwne, rychlejsze wzmianki Juliusza o rannie Maryi 
W. były tego rodzaju, że na pewne wnosićby można, że mu się 
ona w pierwszej chwili raczój nie podobała. 

Rodzina ta polska bawiła w Genewie już od r. 1833. Znajo- 
mość Słowackiego z tym domem datowała od. listopada, tegoż 

roku. 

„W tym miesiącu — pisał byl» zaraz po pięrwszóm 
poznaniu, dnia 30 listopada 1833. — oiiałem kilka wieczo- 
rów. Wprowadzony byłem do domu pani W., która tu mie- 
szka z syfami i z dwoma corkamL' Starsza — dorosła już 
panna, ale ^cale nieładna , gra ślicznie na fortepianie. Field 
będąc tu, dawał j^j lekcye, i gra zupełnie Fłelda metodą; 

•v więc jój granie bardzo mi milem było**... 

Tak więc opisywał poeta swoje Maryą po pierwszem z nią 
się poznaniu. Taki nic zgoła nie obiecujący był tej znajomości 
początek. 

Od owej chwili bywał Słowacki w domu pani W. , ale rzad- 
ko i tylko raczej, że się tak wyrażę, z obowiązku towarzyskie- 
go. W miesiącu sierpniu 1834, zdarzyła się sposobność zawiąza- 
nia bliższej znajomości. Pani W. zamierzyła odbyć z dziećmi po- 
dróż pó najpiękniejszych okolicach Szwajcaryi . i zaproponowała 
Jidiuszowi, ażeby im towarzyszył. 

„Nie mogłem oprzóć się pokusie^ — pisał, za powro- 
tem z tej wycieczki, d. 21 sierpnia. Wziąwszy więc man- 
telzak na plecy, ostatniego dnia zeszłego miesiąca siadłem 
Tom 1. 29 



220 

na statek parowy i ruszyłem przez błękitne jezioro. I^igdy 
w tyciu mojem nie widziałem jeszcze tak pięknycli obrazów 
jak te, które przez 20 dni przemijały przed mojemi oczy- 
ma... Ileż razy chciałbym był trzymać Cię Mamo za rękę, 
kiedy się nachylałem nad przepaściami ! Zmiana ciągła miejsc 
sprawiała to często, że w nich upatrywałem różne z rodzin- 
nemi miejscami podobieństwo. Nigdy tyle cieniów przeszło- 
ści nie stanęło przedemną. Różne twarze znajomych i umar- 
łych stawały po drogach i przeprowadzały mię jak wierne 
przyjacioły . . . różne zapomniane piosnki cisnęły się do ust 
moich — było mi smutno i miło**. ... ' 

Ponieważ wiele obrazów i wiele wspomnień z tej podróży 
weszło późniój, przepuszczone przez idealny pryzmat poezyi i od- 
dalenia — w skład jednego z najpiękniejszych poematów, jakie 
tylko stworzył Słowacki, nie od rzeczy tedy będzie zamieścić tn 
kilka dokładniejszych szczegółów o owej wędrówce szwajcarskiój, 
ile że opis jój dany w korespondencyi poety, zawiera w sobie ustę- 
py, które, jak sądzę, i t)ez względu na tę uboczną ich ważność 
mile będą przez .każdego czytane. 

„Abyś mię sobie Mamo dobrze wystawić mogła, mu- 
' szę Ci opisać tnój fantastyczny ubiór. Miałem płócienną blu- 
•zę haftowaną zielonym jedwabiem, czy też włóczką — pas 
czarny skórzany — białe szarawary — kapelusz ze słomy 
białój i czarnej pleciony, dosyć niski , z ogromnemi skrzy- 
dłami i opasany purpurową wstążką — do tego na grul)ój 
podeszwie trzewiki — i kij wyższy odemnie, biały, z żela- 
znym kolcem, jakiego zwyczajnie górale używają. W ubio- 
rze tym wyglądałem tak młodo, że mi dawano lat 15 wie- 
ku. Towarzystwo nasze składało się z 9 osób. Pani W., 
dwie j6j córki — panna Maryanna, młoda ale nie ładna, 
dosyć jednak miła i mnóstwo mająca talentów, druga córka 
jeszcze dziecko. Przy pannach była guwematka Francuzką, 
panna M., trochę podtatusiała i ciągle zajmująca się bota- 
niką. Trzech synów pani W. i jeszcze jeden młody Żmudzin, 
i ja. Towarzystwo to nie było tak przyjemne, jakbym ja 
żądał; ale też nie było nieznośne; owszem różnica chara- 
kterów podróżujących osób dobrą razem tworzyła harmonią. 
Najmłodszy z synów pani W. był naszym pajacem, ciągle 
nas śmieszył i bawił. Najstarszy, który niedawno stracił i 
pochował w grobie kochankę, l)ył osobą melancholiczną to- 
warzystwa; ja zaś chociaż nie straciłem kochanki, byłem 
także osobą ponurą towarzystwa, — nie zawsze jednak! 



227 

Rano 31 lipca statek, parowy niszył z nami, rzucając na 
miasto kłęby czarnego dymu. Widziałem przemijające jezio- 
ra brzegi — pożegnałem oczyma Paąuis — i Paąuis zni- 
knęło. Koleją wysuwały się z jeziora Coppet, gdzie pani 
Stael mieszkała — potźm Łausanne, Vevay, z drugiej zaś 
strony skały Meilleries, sławne skały, skąd kochanek Heło- 
loizy najpiękniejsze listy pisał. Przepłynęliśmy koło sławne- 
go zamku GhiUon , i nakoniec wylądowaliśmy w YilleneuYe.^ 

Tam czekał na nich najęty powóz i zawiózł ich do Bex, 
gdzie przenocowali i zwiedzili tamtejsze kopalnie soli. Trzeciego 
dnia podróży, powędrowali ku klasztorowi św. Bernarda. 

-Wszyscy męszczyźni szliśmy pieszo dzień cały, drogą 
przez Napoleona wykutą. Z obu stron ogromne góry^ rzeka 
płynie przepaścią pod nogami — chaty nędzne — ludzie ubo- 
dzy. O wschodzie słońca spotkaliśmy w górach pogrzeb ubo- 
giego człowieka. Kilkoro ludzi w łachmanach i ksiądz sta- 
nowili cały orszak, a śpiew pogrzebowy nie mógł przewyż- 
szyć szumu potoków. Mamo moja! jak mi się ludzie wyda- 
wali mrówkami ! O godzinie 5 wieczorem wjechałem na mu-, 
le w krainę śniegów -^ potem między skałami, w ciemnem 
] mglistem powietrzu ukazał się klasztor... Ksiądz Gwar- 
dyan w czarnym habicie stał na ganku — pies ogromny 
leżał na dziedzińcu, jak z marmuru wykuty — za klaszto- 
rem błyszczało oprawione w skalistym brzegu czamo-ołowia- 
nego koloru jezioro. Klasztor ten gdyby nie był przez mni- 
chów zamieszkały, byłby prawdziwie zachwycający! Nieste* 
ty, ludzie nie odpowiadają często wielkości powołania. Ksiądz 
Gwardyan, świecki i światowy, uśmiecha się do dam, a uję- 
cie jego nieźle by się wydawało nawet na dworze Ludwi- 
ka XIV. Spaliśmy w celach zimnych jak lodownie. Refe- 
ktarz wygląda jak salon światO¥ry, a siedzące towarzystwo 
około kominka, śmiechem i żartobliwą rozmową odstrasza 
wszelką myśl wzniosłą i smutną. Blisko klasztoru stoi ma- 
ły domek, gdzie składają się znalezione w śniegach trupy. 
Okropny to widok! w różnych pozycyach zmarli siedzą - 
leżą — jedni do szkieletów podobni — drudzy czarną skó- 
rą powleczeni... okropny to widok!** 

Stamtąd weszli znowu w uśmiechającą się krainę wiosny. 
Po dwóch dniach podróży stanęli u stóp góry skalistej, żółtego 
koloru, nazwiskiem Ghemi. Ta była tak stroma, żeniedogóryi 
ale do sterczącego w niebo muru była podobna. Wnijście na nią 
zatkało im , na mułach jadącym , trzy godziny. Dn^a w gzygzak 



22^ 

wykuta, ciągle widiała nad przepaścią. Po drogiej fitronie Uj gó- 
ry znaleźli przecudną okolicę. Była to dolina z najpiękniejszemi 
drzewami i kwiatami; na pochyłości stoku kaskady srebrne z gór 
spadające i prześliczne szalety. 

„O matko, ileż razy w tych miejscach myślałem o 
Tobie! Ileż razy cisnął rai się do moich ust refrain G6- 
thego: 

^Czy znasz ten kraj? znasz go o moja miła? 
Tam byłby raj , gdybyś Ty ze mną była"... 

Następnie wsiedli do łódki i płynęli jeziorem Thoune- 
Brienz do sławnej kaskady Giesbach. 

^Patrząc na nią (powiada nasz wędrowiec), przycho- 
dziła mi na myśl Zo^ówka, a potem łańcuch myśli rozcią- 
* g^ł się dalój, aż do Wterzchówki . . . Byłem w Julinkach. i 
chciałem głośno wołać zmarłych po imieniu''... 

^Po odwiedzeniu wodospadu Giesbach , damy nasze zmę- 
czone i przerażone podróżą po przepaścistych górach, rzuci- 
ły nas i pojechały inną dro^ do Lu zer n; my zaś chło- 
pcy, trochę smutni z rozłączenia się, trochę weseli z odzy- 
skanej wolności, poszliśmy pieszo przez góry. Tu dopiero 
wojaż nasz zachwycającemi nas zaczął karmić dolinami''... 

Zwiedzili Lauterbrun i podziwiali kaskadę Staubaclt — 
„którój spadająca woda nigdzie się prawie o skały nie odbija, 
ale przez sam lot z takiej wysokości zamienia się na wstęgę mgły 
białój i leci na dolinę. ** Widzieli w niedalekiój oddali Jungfrau 
wiecznym śniegiem pokrytą, ^có stoi jak olbrzym biały.** Prze- 
biegli nieopisanej piękności dolinę Griindelwald. Tu dochodzi- 
ły ich huki spadających z najwyższych szczytów lawin , do grzmo- 
tu dalekiego podobne. Weszli na górę Faul hor n i nocowali 
w oberży na jój szczycie, ażeby mieć nazajutrz z rana sposo- 
bność przypatrzenia się wschodowi słońca. Patrząc na słońce wscho- 
dzące, kiedy ich mgły naokoło owiały, zdawało im się, przedzie- 
lonym temiż mgłami od reszty świata, że stoją na pokładzie 
okrętu płynącego do nieba. Podobny widok mieli i z góry Rhigi 
pncez którą także wiodła ich dr^ga. Idąc tak przez dolinę Ober- 
hassli — Rosenlauen — Grimsel, apotem drogą św. Gotar- 
da, przechodzili przez sławny most-dyabli na niój, i nare- 
Moie po 9 dniach takiej wędrówki, jeziorem czterech kan- 



^^^VB 



320 

tonów, najpiękniejsza ze wszystkidi jezior szwajcarskich, przy- 
byli do Luzern, gdzie na nich damy joż od dni 7 czekały. 

Zwiedzili pot^m jeszcze wszyscy razem kaplicę Wilhelma 
Telia i owę skałę, na którą Tell wyskoczył, odepchnąwszy 
Geslera na jezioro. Nareszcie przez Bern powrócili do domu. — 

Powrót ten dał im się uczik? jakby przejście z poezyi w prozę. 

„Zastałem dom pełny cudzoziemców, i może to z tój 
przyczyny wojaż zostawił mi jakiś ponury smutek i tęskno- 
tę; t>o z ciszy gór wszedłem nagle w gwar ludzi, którzy 
się na chwilę poznają, aby się znów rozłączyć i zapomnieć 
o sobie — gwar zimny, nie bawiący, nie dowcipny, nie 
rozumny, ale on zwyczajny gwar świata. Jedna panna 
Eglantyna tylko oł)aczyła mię i powitała z radością"*... (d. 
21 sierpnia 1834). — 

Czytając cały ten opis podróży w listach Juliusza, zachwy- 
cać się można nieprzebranóm bogactwem najpoetyczniejszych obra- 
zów, które co krok przeplatają opowiadanie. Ale nie ma tam 
jeszcze ani śladu tego wszystkiego, czóm tchnie ów wspomniany 
już wyżej poemat , choć w nim odnajdujemy niektóre sceny i daty, 
podane w korespondencyi że tak powiem, w materyale surowym. 
Była na przykład i w listach już wspominana kaplica Telia i la- 
winy i pokłady lodowe i wreszcie „owa w szwajcarskich 
górach cudowna kaskada, gdzie Aar wody błękitne- 
jni spad a. ^ Ale dopiero poemat dodaje do tego wszystkiego: 
„Tam ją ujrzałem I i wnet rozkochany, 
Że z tęczy wyszła i z potoku piany. 
Wierzyć zacząłem i wierzę do końca; 
Tak jasną była od promieni słońca! 
Tam zakochały się w niej moje oczy, 
A za tym zmysłem, co kochać przymusza. 
Poszło i serce, a za sercem dusza. 
I tak się zaczął prędko romans klecić, 
Że chciałem do niej przez kaskadę lecieć''... 



„Odtąd szczęśliwi byli&ny i sami, 
Płynąc szwajcarskich jezior błękitami — 
I nie wiem , czy tam była łódź pod nami , 



1 



230 

Bom £ dachy prawie zaczynał rif bratać, 
Chodzić po wodach i po niebie latać, 
A ona tak mię prowadziła wszędzie*" itd. 
W ogóle tego kolorytu miło&ci, pozłacającej te wszystkie 
w rzeczywLstem świetle oglądane obrazy — nie ma jeszcze w ko- 
respondencyi, jako go nie było wtedy jeszcze i w uczuciach Ju- 
liusza. Miały się one tą barwą eterycznej błogości rozpromienić 
dopiero później. Fantazyi to więc poetyckiej tylko dziwem jest- 
że tego co nastąpiło potom, znajdujemy już odblask na tle wra- 
żeń przeżytych wtedy. 

W następnych miesiącach stosunek Słowackiego do domu 
pani W. nie zmienił się w niczóm. Bywał on tam rzadko kiedy, 
tak iż mu nawet wymawiano, że tak zaniedbuje swoich towarzy- 
szów podróży. Przyjął jednak zaproszenie na kilka tańcujących 
wieczorów, na których donosi że się I)ardzo dobrze bawił. Pomi, 
mo tego, jeszcze w listopadzie 1834 skarżył się, że mu nudno 
w Grenewio; jeszcze w lutym 1835 wspominał o pannie Maryan- 
nie, że ^ma wiele wdzięku dobrego serca, ale nieładna!'' jeszcze 
w marcu donosił, że skoro tylko nadejdzie wiosna, będzie się 
starał ^wyrwać z tego nudnego miasteczka, gdzie pleśnieje jak 
ostrzygą nad jeziorem. "" W tymże samym jednak już liście (z d. 
7 marca 1835) możnaby schwytać poetę naszego jakby na słów- 
ku mimowolnie rzeczonem, które w nim zdradzało coś, do czego, 
się jeszcze wtedy nie przyznawał przed sobą samym. 

.... -Jestem dosyć sentymentalną figurą i mam cza- 
sem dziwne przeczucia. I tak panna W. zaatakowała mię 
niedawno, abym jój w sztambuchu kartkę białą zabazgrał. 
Zaraz przy stole usiadłem — umoczyłem pióro i te pła- 
czliwe wiersze napisałem mćj towarzyszce po alpejskich gó- 
rach: 

^Byli tam, kędy śnieżnych gór błyszczą korony, 
Gdzie w łąkach smutnie biją trzód zbłąkanych dzwony, 
Gdzie się nad wodospadem jasna tęcza pali... 
Tam byli kiedyś razem — i tam się rozstali. 
A po latach — wróconym ojczyźnie pielgrzymom 
Bławatkami gwiaździste kłaniały się żyta — 
Jechali błogosławiąc chat wieśniaczych dymom, 



281 

Wszyscy pod jeden ganek. Matka, siostra wita 
Synów, braci, przyjaciół. Są wszyscy — są wszyscy — 
Przy jednym siedzą stole — przy czarach nalanych — 
A. wczoraj tak dalecy — a dzisiaj tak bliscy! 
I nikogo nie braknie oprócz — zapomnianych... 
Młoda Marya do tańca każe stroić lutnię 
I usiadła — spoczywa... Nagle do sąsiada 
Rzekła: ach! kogoi braknie''..^ Tu podkówka utnie 
W takt mazurka. „On umarł'' sąsiad odpowiada. 
— „Cichoż na jego grobie?" — „Słowików gromada 
Śpiewa na srebrnój brzozie cmentarza tak smutnie, 
Że brzoza płacze** — — 

W miesiąc, czy we dwa po wpisaniu do sztambucha tych 
wierszy, tak się okoliczności złożyły, że pani W. zamierzając 
w ciągu nadchodzącego lata wyjechać już z Genewy, a nie ma- 
jąc zamówionego mieszkania na te kilka miesięcy, które ją z dzie- 
ćmi jeszcze zatrzymać miały w Szwajcaryi, zajęła kilka pokoi 
w „pensyonie** pani Patteg, a więc w tymsamym domu, w któ- 
rym mieszkał Słowacki. Było to w pierwszych dniach maja. 
Mógł tedy teraz już autor powyższego wiersza w albumie, dono- 
sić matce więcej zajmujące o sobie wieści. 

„Ja teraz w licznem towarzystwie domowem wesoło do- 
syć czas przepędzam — przynajmniej mam z kim pogadać, 
a czasem potańcować . . . Miałem bardzo przyjemną scenę. 
Oto damy tu miały u siebie dzieła mojego ojca, i położyły 
je na stoliku, otwarte na portret jego. Nie mogę Ci opi- 
sać Mamo, jakiego doznałem wrażenia, spostrzegłszy na- 
gle jego wesołą , pogodną i uśmiechającą się twarz. Zdawało 
mi się, że przyszedł do mnie pytać się o moje życie i zo- 
stawić mi naukę spokojności , jeżeli nie szczęścia*" ... (d. 24 
maja 1835). 

Wśród takich cichych, miłych, życzliwie nastrajających zda- 
rzeń domowych, odbywała się zwolna i niepostrzeżenie jakaś 
przemiana w sercu poety. Widując się po kilka razy na dzień 
z paniami, przysłuchując się melodyom, które z dziwną rzewno- 
ścią wygrywała uczennica ulubionego mu Fielda, uczestnicząc 
z ochotą we wszystkich zabawach i wycieczkach, jakie wspólnie 



232 

układali do pobliskich okolic miasta, grał Jaliusz z dziećmi pani 
W, w zająca z pustotą dziecka, a w listach ciągle powtarzał: — 
„Jestem w domu pełnym dźwięku mojej rodzinnej mowy""... ^do- 
syć mi dobrze teraz na świecie"" ! . . 

... ^Koszono siano w naszym ogrodzie. Dziwna i inte- 
resująca nowina , że koszono siano ! Ale wystaw sobie Ma- 
mo, jak to miło .czuć woń przeszłości. Pamiętani, że raz 
, w Mickunach stojąc na łące przy koszących ludziach , wy 
jąłem jakiś srebrny pieniążek, zdaje mi się, że złotówkę, 
i dałem ją chłopu, który wszystkich innych wyprzedzał. O 
laur, o nagroda! Nie byłże ze mnie mały Czacki? — Otóż 
kiedy skoszono siano, wyszliśmy wszyscy po śniadaniu i 
położyliśmy się na kopach rozrzuconych — panie i panny 
i chłopcy — i tak leżeliśmy całą niedzielę, święcąc dzień 
t)0ży, nie myśląc o niczem, odurzeni zapachem umarłej i 
i zabitej trawy**... 

\„List ten noszący cechę mego teraźniejszego usposo- 
bienia, najlepiój Ci Mamo przedstawi mnie w takim hu- 
morze, w jakim teraz żyję. Atmosfera imaginacyi — kraj 
przeszłości — wyspa ideału — przerżnięta rzeką łez — o 
jakże to niemieckie! Ale dalibóg prawdziwe! Panna Marya 
W., która mieszka z nami, także zapłynęła trochę w kraj 
ideału i o niczem nie marzy , jak o pustelniczym domku — 
nad rzeczką, o czarnój sukience — o lekarstwach dla chło- 
pów — o topolach szumiących nad pustelnią — i nareszcie 
o spowiedzi, którą ma odbyć przed pewnym mnichem... 
kiedyS. Tym mnichem kartuzem matn być ja en person- 
ne — nie kto inny. 'Dowodzę jej jednak czasem, że jaki 
pBSi podkomorzyc w krainie Lachów — dobrze opatrzony 
w szlachecką układność, talenta, wąsy, podkówki i ostrogi, 
wybije z głowy pustelniczy domek, a ja nie będę mógł kar- 
tuzówóm wspomnieniem zdobyć łiliowój duszy dla aniołów. 
Młode nasze Polki zawsze przebywają bardzo piękne krainy 
marzeń, aby się kiedyś zamknąć i zakopać w uajnudniejszej 
realności.'* (d. 30 czerwca 1835).— 

Otóż taki był początek i. taki przebieg dziejów tej szcze- 
gólnej w swoim rodzaju miłości. Ppzelotny to epizod w życiu po- 
ety, lak krótki sen! Odbija od reszty życia, jak mała zielona 
oaza, rzucona na rozległe rozłogi spicklego stepu. Miłość ta wzro- 
sła tajemnie — żyła eterycznie, niewyznana, bez nadziei, choć 
może nie bez niejakiej wzajemności — i rychło pogrzebana zosta- 
ła. Z mogiły, w której zamknął jej wspomnienia poeta, wytry- 



aS3 

(inął kwiat — czysty jak HUa wodna, a solętiiy jak t>ła6£. T|lii 
kwiatem był poemat napisany niedługo jpotśm: ^^ Szwaj- 
j caryi**... 

Doskonałym komentarzem, dlaczego te uczucia pozostały, 
jak prawdopodobnie, nawet dla samćj Maryi wprawdzie moto odga- 
dywaną , ale nie wyznaną jej tajemnicą — jest miejsce w jednym 
z rychlejszych jego listów (z d. 24 maja 1835), a które oto na- 
stępuje: 

^01 jak ja się zawiodłem, myiląc kiedyś, Łe pisząc 
zrobię sobie pewny dochód, niezależny od okoliczności; że 
kiedyś będę w stanie ofiarować Ci Mamo przynajmniój na 
rok gościnny pokój za granicą; że kiedyś będę Ci służył 
do ^tohi -^ i całował -ręce Twoje -^ i klękał przed Tobą 
i dziękował za wszystko, coś uczyniła dla mnie^ Nie! Bóg 
mię zapisał w księdze przeznaczenia w wielki^ rodzinie tych 
ludzi,, o których po śmierci powiadają księg|i, że... Nie chcę 
dokończyć, bo już Cię raz droga Mamo, nieuważne słowo 
w liście moim jlrzeraziło. Ale nie jeden ja nie mogę wyła- 
mać z głowy chleba! Oto "SdamTi. y)żemł si^ ~ c<) rok 
dwa wydał dśdiła"*-^' T teraz musiał odprawić sługę, a żo- 
na ^ego sama ijnidni' się kuchnłąt:.. "Czy tam u was ka- 
lendarze zajmują miejsce na jpoticach bibliotek? Trzeba je- 
dnak nie upadać. Walka z obojętnością ludzi podobna jest 
do walki Tytanów... Rzuca mi na czoło wielkie światło 
piorunu — będę pięknym kiedyś**..". 

W ciągu lata zaczęli się państwo W. wreszcie coraz bardziój 
sposobić do podróży; zbliżała się chwila ich odjazdu do kraju. 

^Mąż pani W. przyjechał po nią i ma wkrótce porwać 
stąd całą rodzinę. Szczęśliwi! wracają — wracają uło- 
żyć się i pomieścić w domu rodzinnym na resztę życia — 
usnuć sobie domowe szczęście — żenić synów — wydawać 
za mąż córki — zasadzać ogrody — siać zboże — budować i 
przybudowywać domy — patr^eii na zachód słońca — wy- 
jeżdżać do lasów na herbatę z przyjaciółmi^ z wiejskióm 
sąsiedztwem... Zazdroszczę! choć takie szczęście podobne 
mi się wydaje do kwiatowego cmentarza — bo i nad cmen- 
tarzem chcę często powiedzieć, jak Luter patrząc na groby 
w Worms: Invideo, quia ąuiescunt Zazdroszczę, bo cicho 
spoczywają! Czy też ja kiedy dojdę do przedśmiertnego spo- 
czynku? Pamiętasz Mamo te węże, które widzieliśmy kie- 
dyś na moczarach pińskich, obwijące się koło lilii wodnych 
i grzejące się na słońcu? Chciałbym na rzece żywota znaleść 

Tom L SO 



taki biały kwiat, obwinąć się^oło niego i zaAiąól To bar- 
dzo mistyczne i ciemne, Matko moja! Lilia wodna niech 
się Tobie zamieni w jaką miłą* spokojną i cichą dziewe- 
czkę — a zrozumiesz moje żądanie. O ! o ! o ! z takim wy- 
krzyknikiem konają osoby w moich tragedyach — z takióm 
dhłgićm westchnieniem kona moja nadzieja . . . Byłem n pan- 
ny Lenormand, obrywałem tyle razy maigerytki, zdmuchi- 
wałem cykorye, wiązałem trawy, szukałem czterolistnej ko- 
niczyny: i dotąd nie wiem, co mię na świecie czeka. Zda- 
je się jednak, że* musi coś czekać!^.. 

. . . ^Myilę za miesiąc wyjechać w góry i osiąść na 
kilka miesięcy w jakiej chacie — oberży, aby widzieć 
chmury jesienne łamiące się po skałach, aby się napoić 
piękno^ią natury i mieć ua długo serce pełne myśli roz- 
pływających się w Bogu. Nie uwierzysz Mamo, jak podróż 
przeszłoroczna wpłynęła wielce na wewnętrznego mnie — a 
jak ja często mówię — na wewnętrznego we mnie anioła. 
Zdaje się, że myśli moje odmłodniały^... 
To było pisane d. 30 Czerwca. Projektowany wyjazd w gó- 
ry za miesiąc był niezawodnie w związku z mającym także nie- 
zadługo nastąpić odjazdem państwa W. Myśl rozłączenia dręc^- 
ła go już naprzód. Nie miał odwagi spędzać pierwszych chwil po 
oddaleniu się Maryi, w tych samych miejscach, ^gdzie ją widywał 
i ]gdzie się z nią bawif.** Wszystko w około niego byłoby mu ją 
tu każdój chwili przypominało. Wolał przeboleć stratę i cierpie- 
nie swoje gdzieindziej. 

Zaszły jednak okoliczności, z powodu których jego oddalenie 
się w góry nastąpiło o wiele rychlej , aniżeli iak sobie zamierzał, 
za miesiąc dopiero. Wyjechał jeszcze w pierwszej połowie lipca, 
nie doczekawszy nawet wyjazdu Maryi z Genewy^ 

Oto , co pisał do matki we dwa miesiące potom , już z miej- 
sca nowego swego pobytu: 

„Od dwóch miesięcy już nie w mieście, ale na wsi 
zamieszkałem nad jeziorem Łeman , w najpięknicjszóm miej- 
scu. Długo byłoby pisać, co i jak przeniosło mię w dzikie 
strony. Ludzie różnie o tern sądzą. Jedni mówią, żem się 
był szalenie zakochał w pannie W. i uciekłem. Nie ma 
w tem za grosz prawdy. Ponieważ z Tobą, najdrożsi Ma- 
tko , mówię otwarcie , otóż wyznam Ci , że uciekłem — . a 
..to dlatego ). że biedna córka domu widząc mię dosyć zaję- 
tego panienką młodszą od niej — i widząc tę panienkę do- 



835 

kji mi przyjazną — ' zaczęła schnąć i niebezpiecznie zacho- 
rowała; i matka domySBIa'^ się , o co rzecz idzie — i mą- 
slałefO postąpić sumiennie, to jest odjechać, chociaż *żal mi 
byłcT domu P gdzie 2%"lata mieszUałeni ,• gdzie mi nawet 
w ostatnie dnie było bardzo wesoło^... (list bez daty, ale 
snąć pisany w wrześniu 1835). 

Z dalszego ciągu tegoż listu okazuje się, że odjeżdżał bar- 
dzo smuthy, 1 źe gót^ż i żegnano nieobojętnie". "" 

'^^'^ „Płakałem ocljeżdżając — płakany"... „Przy odjeździe 
taki smiit^,* Taka iftuda mię opadłia, że zakazałem, aby 
mi nie przysyłano książek. Wziąłem tylko kilka moich ulu- 
bionych autorów, z tymi , jako to z Szekspirem i Byronem, 
chodzę po górach — kładę się pod drzewami — i czytam. 
Śliczne trawy — śliczne kwiaty — won wiejska przypomi- 
na mi dziecinne czasy — myślę o Mickunach i Wierz- 
chowce**. . . 

Że nie tylko myślał o dziecinnych czasach, ale i o bieżą- 
cych, i że nie tylko przenosił się myślą do Mickun, ale i do Ge- 
newy, w której owa „dosyć mu przyjazna panienka** ci^le jeszcze 
bawiła : na to dowodów w korespondenćyi nie znaleść. Ąle za to 
zfiajdują się na to dowody między jego poezyami, za życia auto- 
ra nie wydanemi. Znalazło się w pozostałych papierach Słowa- 
ckiego pięć prześlicznych poezyi lirycznych , które choćby nie mia- 
ły wyraźnego podpisu , że tam i wtedy powstały (między 20 a 30 ) 
Bpca 1835), to jużby samą treścią swoją wskazywały dostatecznie,- ^ 
że właśnie przypadają na tę ' chwilę życia poety. Mają tytuły: \ 
FrzekieAstwo, do "', Rozłączenie, Stokrotkf, Chmu- \ 
ry. Ostatnie wspomnienie do Laury. 

^ Dwa pierwsze wiersze odsłaniają szczególnie owoczesne uspo- 
sobienie autora: 

Przeklęta! Ty wydarłaś ostatnie godziny 
Szczęścia mego na ziemi! ty żądłem gadziny 
Wygnałaś na samotność... Bądź wiecznie przeklęta! 
Każdy mój jęk zna ciebie — każda łza pamięta. 

Bo kiedy nieszczęśliwy zaklinałem ciebie, 

Abyś mi dała nieco przyjaźni i ciszy: 

Toś ty mi łzy w powszednim podawała chlebie 

I jęcząc, z jękiem w sercu mówiłaś -— niech słyszy I 



836 

Cierpidein i uległem. I^ aamotny jestem... 
Lecz wi^z, że w damotnoćci, ok)ryty żałobą 
Oczy błędne obracam za każdym szelestem , 
Czekam — ale nie ciebie, tęsknię — nie za tobą! 

Tój czekam omamiony^ tćj ^motny płaczę, 
Która mi była siostrą na wygnania bierni — 
My&ląc, że kiedyś daszy oczyma zobaczę 
Tę, 00 w. duszę oczyma patrzy anielskiemi, 

A nigdy serca mego nie nmiała krwawić, 

A tak się ze mną duszą i myślami dzieli, 

Że już dziś sami boscy nie wiedzą anieli, 

Czy ją dla mnie potępić, czy mnie dla niej zbawić. 

A ty! a ty, co lałaś żółciowe gorycze, 
Skoro się otwierała serca mego rana — 

gorzój niż przeklęta! widmo tajemnicze 

Złej przeszłości... przeklęta bądź — i zapomniana! 

Że się ten wiersz ściąga doEglantyą^^^topo tern wszystkióm, 
co powiedziano wyżej , zdaje się być niewątpliwem. Każdy pewnie 
Bft to się zgodzi. — Obaczmy teraz, jakiemi słowy przemawia 
poetą do Maryi: *" 

Rozłączeni — lecz jedno o drugióm pamięta! 
Pomiędzy nami lata biały gołąb smutku 

1 nosi ciągłe wieści. Wiem, kiedy w ogródku, 
Wiem, kiedy płaczesz w cichój komnacie zamknięta. 

Wiem, o jakiej godzinie wraca bólu fala. 
Wiem, jaka ci rozmowa ludzi łzę wyciska. 
Tyś mi widna jak gwiazda, co się tam zapala 
I łzą różową leje, i skrą siną błyska. 

A choć mi teraz ciebie oczyma nie dostać: 
Znając twój dom — i drzewa ogrodu i kwiaty, 
Wiem, gdzie malować myślą twe oczy i postać, 
Między jakiemi drzewy azukać białój szaty. 



33V 

Ale ty próino KęcUienz krajobrazy tirofzyć, 
Osrebrzać je księżycem — i proimenić świtem. 
Nie wiesz, że trzeba niebo zwalić i położyć 
Pod oknami , i nazwać jeziora błękitem ; 

Pot^m jezioro z niebem dzielić na połdwę 
W dzień zasłoną gór jasnych , w nocy skał szafirem , 
Nie wiesz, jak włosem deszczu skalom wieńczyć głowę, 
Jak je widzieć w księżycu odkreilooe -kirem. 

Nie wiesz, nad jaką górą wschodzi ta perełka, 
Którąm wybrał dla ciebie za gwiazdeczkę - stróża. 
Nie wiesz, że gdzieś daleko, aż u gór podnóża, 
Za jeziorem — dojrzałem dwa z okien światełka. 

Przywykłem do nich — kocham te gwiazdy jeziora 
Ciemne mgłą oddalenia — od gwiazd nieba krwawsze. 
Dziś je widzę, widziałem zapalone wczora, 
Zawsze mi świecą -^ smutno i blado — lecz zawsze . . , 

A ty — wiecznie zagasłaś nad biednym tułaczem; 
Lecz choć się nigdy — nigdzie połączyć nie mamy. 
Zamilkniemy na cliwilę i znów się 'pałamy, 
Jak dwa smutne słowiki,, co 4ię wabią . — płaczem. 

Nad jeziorem Leman d. 20 lipca 1835 r.^ 

Sąto prawdziwe brylanty naszej poezyi lirycznój. — 
Jedyną pociechą w tych samotnych rozpamiętywaniach i cier- 
pieniach jpgnańca, była przepysz^ natura, która go otaczała. 
Wioska, w którój osiadł wtedy Słowacki, nazywała się Vfiut(mx. 
Chociaż to było w górach, w okolicy bardzo ustronnój, wynalazł 
on tam sobie jednak bardzo miłe mieszkanie. 

^Nająłem śliczny pokoik — oudnie umeblowany — 
błękitny; z okna widać winnicę — za. winnicą jezioro, jak 
pół nieba wywrócenie na ziemię — za jeziorem góry 
MeiUerieSy sławne w Heloisie Russa: słowem tmdny do 
opisania widok! Osoby, które Neapol i Hellespont widziały, 
inówią ie ten im wyrówna. Ludzie wszyscy tu pięknie zbu- 



dowani — martwo kobiet pneilicznych — zgrabnych — 
a wszyscy zdają się szczęśliwi. Kiedy to tak będzie zawsze 
i wszędzie?... W dzień pokój mój — jezioro — niebo — 
góry •— wszystko błękitne, ale dziwnie czyste i przezro- 
czyste. Jaskółki przylatują do pokoju i tłuką czasem pier- 
sią o zwierciadło... Prześliczne miałem księżycowe nocy — 
wtenczas wycłiodziłem nad jezioro— siadałem na małym przy- 
lądku wchodzącym do wody. Z jednej strony miałem księ- 
życ, z drugiój strony zamek Chillon, który z okna o 200 
kroków widzę. Pierwszy raz słyszałem w starój wieży śpie- 
wanie puszczyka. Co mi w takich nocach przechodziło przez 
głowę, trudno wypowiedzieć. Czasem żałowałem ludzi i ry- 
cerzy, którzy ginęli niegdyś w tym zamku — a dziś zapo- 
mnieni — i zamek ich tak cichy, stoi w księżycowym bla- 
sku. Potem pytałem siebie, za co ci ludzie ginęli? i odpo- 
wiedź była napisana w światełkach chat wieśniaczych... 
Nigdzie wieśniak nie jest tak szczęśliwy i bogaty, jak 
w tych stronach. Otóż ci rycerze, którzy dawniej ginęli, 
zapewnili zgonem swoim szczęście przyszłych pokoleń. Wi- 
działem więzienie pyszne Chillonu, widziałem filary i pier- 
ścienie żelazne, do których przykuwano więźni. Czytałem 
Byrona patrząc z bliska na mury zamku, i Więzień Chil- 
lonu piękniejszym mi się wydał.** (Wszystko z listu bez 
daty wspomnianego wyżej). 

Pobyt jego na tój uipczój pustyni trwał 3 miesiące — przez 
częśó Hpca, sierpień i wrzesień. W początkach października po- 
wrócił. Gdyby się wnioski w literalnym sensie wysnuwać miało 
z wiersza owego do Eglantyny, zatytułowanego Przekleństwo, 
toby przypuszczać należało, że zerwany został wszelki stosunek 
pomiędzy poetą naszym a domem pani Patteg. Tak się jednakże 
nie stało. Wiersz był pisany pod wpływem chwilowego rozżalenia 
i w rozdrażnieniu. Niejedno też w nim położyć należy na karb 
tylko fantazyi poetyczni, która zawsze rzeczywi8toś4 potęguje 
w bezmiemość i nieskończoność. Zresztą nie obeszło się bez kro- 
ków, które mu ułatwiły powrót do dawnych gospodyń. 

-Jestem bardzo samotny — pisał był jeszcze w Vey- 
Umx mieszk»[}ąe, w wrześniu. Na dole w domu minister 
protestancki, dobry do rzeczy człowiek, świeży wdowiec 
z pięciorgiem dzieci. Z nim czasem gawędzę. Ale smutny 
. jestem^ Pani W. z familią wyjechała do Drezna. Odprowa- 
dzało ją wiele osób. Panna Eglantyna umyślnie "ją odpro- 
wmdzała, aby potem mnie odwiedzić — i była u omie — 



239 

1 płakała — i tysiąc próib, abym wróptt, I matka jej cią- 
gle 'Mę zaklinała. Afó tak mi* znudniało''f&," Cóin ptJrziicił, 
żS^oI^ samotność nad jeziorem: Maszę jednak odwiedzić 
moicłi dobrych ludzi, co mię karmili TlocBali przez 2 lata, 
i dlatego jutro wyjeżdżatn , chociaż ze smutkiem jadę. Ta- 
kiego doznaję uczucia, jak gdyby mi się coi na iwiecie 
przez dwa lata klejonego nie skleiło**... / 

Pojechał tedy na kilka dni do Genewy i „przyjęto go tam,' 
jak się wyraża, jak syna". Potom wrócił jeszcze 9o siebie. Ale 
się już óswąiał z myślą, że następującą zimę przepędzi jeszcze 
pomiędzy niemi, co też i nastąpiło rzeczywiście. 

^'Wsirząśuienia moralne, jjakich. doznał zeszłego lata, mi: 
łońć — może pierwsza rzeczywista, ą nie fantastyczna tylko mi- 
łość w życiu Juliusza, odosobnienie od zewi^trzn^o świata, któ- 
ry go zawsze więcój drażnił, aniżeli myśją głębszą podsycał,* wre- 
szcie dzika, a jeduak pełna uroku natura, w którój objęcia cały 
uę rzucił: — wszystko to sprawiło, że ten trzymiesięczny pobyt 
sad cichymi brzegi jeziora miał stanowić w zawodzie jego porę 
pewuego przesilenia. Czy weźmiemy pod rozwagę dzieła jego, 
które wtedy powstały, czy stan duazy poety, w jakim^ siebie 
wtedy malował, dostrzeżemy, że była to dla niego krisis, ale 
krisis zbawienna. Na okazanie zmiany w duchowóm usposobieniu 
Juliusza, przytoczę tylko następujące słowa, godne pod każdym 
względem zastanowienia: 

.' „Wyznam Ci Mamo, że znienawidziłem moje 

pierwsze utwory. Czuję jpotrzełię " większój doskonałości ; 
rozwinęło się we umie ja^kieś nowe piękności uczucie. Nie 
wiem jeszcze, jak się ono*" przyoblecze w słowa, ale starać 
się t)ędę, aby coś jasnego napełniało moje karty, aby wię- 
cej ^z było w słowach. Mam lat 25, trzeba abym już był 
tem, czem być mam; i dlatego może nienawidzę moich 
pierwszych dziełek. Lułiię jednak więcój nad inne &odzinę 
Myśli. Coś w niój jest, co mię samego kołysze prttscło* 
śći dźwiękiem — jakąś dchą , dawną piosenką. — %sy 
miesiące przepędzone pośród najpiękniejszych widoków pay^ 
rodzenia były wielką dla mnie nauką. Uważałem harmoiiią; 
która wszystko łączy i nalewa jednym kolorem. PostnassN 
głem, że sztuka powinna naśladować tę dziwną wszystkiego 
jedność. Zastanawiałem się długo nad drzewami, kwiatami, 
szmerem i dźwiękami natury — widziałem ją zbUska^ U^- 



I kitną — al6o chmurną. Raz wyassedłszy na wielką górę — 
pod nogami miałem, wielki parów, zarosły sosnami, bardzo 
ciemny, przerżnięty potokiem. Było to w niedzielę rano — 
dzwon kościoła wiejskiego, nadzwyczaj głośny i ponary, na- 
pełniał cdle powietrze — cały ten obraz oitywiony był duszą 
dzwonu, jak ciemny poemat, w którym grzmi imię Boga. 
Nie wiem, dlaczego opisałem tę godzinę, ale zdaje. mi się, 
że Ty sobie Mamo droga lepiej mię wystawiasz w takim 
obrazie. Jestto niby wizerunek symboliczny tego, co czuję 
teraz"", (d. 20 października 1835). 

Nie mniój okazują coś odmiennego — w porównaniu z da- 
wniejszemi dziełami — i pisma jego z owego -czadu. Należą tu 
najprzód owe wyżój już wspomniane liryczne rzeczy, które poeta, 
jak się w liście j^ednym wyraża, spozierając na jezioro napi- 
sał. Dalój powstał niewątpliwie w owymże czasie także poemat 
„W Szwajcaryi**, utwór wyraźnie jeszcze pod wpływem świe- 
żych wrażeń pisany, ale już wrażeń po swojemu przekształconych 
przez wyobraźnię. Możnaby go więc nazwać prawdziwóm Dichłung 
und Wdhrheit owego epizodu życia poety i żywcem zastosować de 
niego słowa , które parę lat rychlój rzucił był Juliusz o podróżach : 
„Wqjaż bardzo wiele daje wyobrażeń, szkoda tylko iż 
wszystko ukazuje mniój pięknóm jak było w inuiginacyi. 
I potom zostają w pamięci dwa obrazy: jeden taki, jaki 
być powinien, oczami wymalowany.; drugi piękniejszy, da- 
wniej utworzony przez imaginacyą. Kiedyś utworzy się 
trzeci — najpiękniejszy — z imaginacyi i z sen- 
nego przypomnienia — i połączy w sobie wszy- 
stko najpiękniejsze z obu obrazów. 
Nakoniec doliczyć należy do prac w owym czasie powstałych 
jeszcze także i Anhellego*). 



*) Go do Anhellego nie ma Wprawdzie pokytywnćj^ pewności , 
ale jest sa to wiele wskasćwek ubocznie prowadzących do wniosku, 
2e i to .dzieło pomyślane , a nawet rozpoczęte być musii^o już w Yey- 
tooZy chociaż ostatecznie wykończonćm zostslo dopiero w Genewie 
w ostatnich miesiącach roku 1835. Wskazówki te są następujące: 
W liście owym jeszcze w lecie z nad jeziora pisanym znajdujemy 
takie miejsce: «To co się po tych (które znasz) dzieciach 
narodzi (= wyjdzie z druku), będzie tysiąc tysięcy razy 
godniejflze Ciebie, moja droga Mamo. Nawet zamy- 
ślam Ci, ofiarować na pierwszćj stronicy nowe, zape- 



$41 

Uai;!^^ £»& ogłoszenie powyżazych prac nastąpiło, o iHeie 
póiliii4j, Anhellego dopiero -w roku 1838, apoematu w Szwaj- 
caryi w r. 1830: na to odpowie najwymowniój następujące i 
skądinąd jeszcze ciekawe miejsce w tymże liście (d. 20 paździer- 
nika 1835): j 

...^Książki moje mało mi przynoszą, bo daleki j od 
Paryża, wystawiony jestem na wszelkie szacfarajstwa lisię- 
garzy. Ci mi przysyłają rachunki, których zrozumieć I nie 
mogę, i czasem po kilkadziesiąt franków dają, kiedy im się 
podoba. Przychód dwóch tomów pierwszych poszedł na druk 
następnych , a te zaledwo się teraz of^acają. Ty moja dro- 
ga , nie będziesz mną pogardzać za to, że ja na moje pióro 
wielkiego odbytu znaleść nie mogę ~Ty nie będziesz z szy- 
derską litością innych, obcych ludzi patrzeć na mnie kopią- 
cego się w ziemi , jak biedna mrówka. Idę nieznany i smutny, 
ale kiedyś może powiedzą ludzie', że wart byłem własnego 
domku — ogrodu i kilku przyjaciół. Dlaczego takie zniechę- 
cenie, zapytasz droga moja — dlaczego? Oto z bardzo ma- 
łój przyczyny. Dziś widziałem jednego z moich ziomków. 



wne tćj simy (co przyjdzie) wylęgłe dzieciątko. Dopiero 
to, zaręczam Ci Matko, będzie Twoim wnukiem; po- 
wićdz, czy Ci to' nie zaszkodzi.* (Nadmieniam, ie w kopii 
lista, którą mam przed sobą, dopisi^ matka Juliusza, do tego miej- 
sca na dole nwagę, że mowa jesl 6 'Anhcllim/ Co też tćm bardzićj 
zdiye' się zasługiwać na wszelką wiarę, że owa obawa, ażeby dedy- 
kacya nowego dzieła matce nie zaszkodziła, szczególnićj do tego wła- 
śnie utworu daje się odnieść). — Nieco póżnićj, d. 20 października — 
spotykamy znowu taką o tćm wzmiankę w genewskićj już korespon- 
deneyi poety. ^Postąpiłem w moim nowym poemacie i 
chciałbym bardzo tćj zimy co wydać.** — Na październik 
zatćm albo listopad przypada dokończenie, a na owe miesiące spę- 
dzone w garach poczęcie i zaczęcie utwon;, którym — mimo to, że 
o kilka lat dopiero późnićj zostf^ oddany do druku — i z tego je- 
szcze powodu zdaje się być Anhelli, pisany stylem biblijnym, że 
przez cały ciąg owego właśnie roku Pismo święte było jedną z ksiąg 
rozczytywanych codziennie i z rozmiłowaniem przez Słowackiego. Peł- 
no o tćm wzmianek w owoczesnych jego listach. „Często wieczorem — 
pisał był na przykład w liście z d. 7 marca 1835 — przed zaśnię- 
ciem czytam głośno rozdział Biblii. Mam ją po polsku. Przedwczoraj 
tak mocno wraziła mi się w imaginacyą męka Chrystusa, że we śnie 
umęczenie całe widziałem i obudziłem się okropnie przerażony*... 

Tom Ł 3( 



M 



któr^ po kilka razy nazywał mię poetą, a naJkOBiac wyznał, 
irnic jeszcze bie cacy tał mojego. Prawda, ie to był han* 
diar^ win, który z próbkami jeździ po iwiecie. i. inteiesa 
domu swego załatwia; bierze kilka tysięcy franków na rok 
pensyi i zamyila się oienić ze starą wdową kupca i łiandel 
winny wziąć w posagu. — Rozsądny człowiek!*" 



ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY. 

Bok 1836 do p<^owy 1837.— Przygotowania.^lo podróży włoski^ —^ 
tradności pasportowe. Wyjazd do Rzymu — mraźenia — nowe zna- 
jomości, Krasiński. Neapol — Sorrento — poemat ^Wacław". 
Podróś na Wsehód. Oreeya *— £;gipt — Kairo -* ptranidy — •pdtkft- 
nie z przyjadołmi koło Dendery. Teby — jazda na wielbłądach kn 
Palestynie. Kwarantanna w £1-Arish. Jerozolima — noc u grobu 
Chrystusa. Ruiny Balbeku — Klasztor ormiański na Libanie — spo- 
wiedź — „Ojciec Zadiumionych*. Bą{nit •— powrót 
okrętem do Łiwurny. 

Do wazystkich tych w. poprzedzającym rozdziale opisanych 
okoliczno&ci, które praez ciąg 1835 rokn naprężały mjohnisd^ 
ale też i niepokoiły mnyet poety jiaszego, doliczyć należy jeazcze 
jedno, o czóm tam nie wspomniałem. Oto otrzymi^ on był w maja 
jeoscze rzeczonego rokn od matki i od krewnydi swoich ' wiado- 
Hioići że się wiąjostwo j^o (Teofil Januszewski z żoną) wybienyą 
w podróż do Rzymn. Na towarzysza tój podróży wzywano i jego, 
awiadanuając zarazem , że projekt ten przychodzi tak niezwłocznie 
do sknAkn, że w dniach, w których on wiadomo&ć o tóm odbio- 
rze, podróżni już będą w drodze. Na rasie zasmuciła Słowackie- 
go dotkliwie myil , że się z nimi w tę podróż nie wybrała i ma- 
tka* Skoro jednak rozważył, że stały temu na zawadzie prze- 
szkody, których jak mu donoszono, usunąó nie było można, po- 
czytid sobie i to za pociechę niemałą, że przynajmniój wuja i 
przyrodnią siostrę swoje zobaczy. 

Wycieczka do Włoch należała od dawna do najżywszych ży- 
e^ń Juliusza. Chwycił się tedy oburącz myili^ jaką mu teraz 
poddano, chociaż przewidywał już w pierwszój chwili, że trzeba 



244 

będzie pokonać niejedne trudność, jeżeliby rzecz ta, dla obu stron 
tak upragniona, nie miała i tym razem pozostać tylko marzeniem. 
Wprawdzie brakowi funduszów, który mu się szczególniój włainie 
w owych czasach nieraz czuć dawał, można było czy tym, czy 
owym sposobem zapobióc. Ale jak tu od władz rządowydi otrzy- 
mać pasport w te strony? Rząd szwajcarski nie wzbraniał emi- 
grantom pobytu w granicach własnego kraju, lecz pasportów ża- 
dnych im nie wydawał do państw obcych. Trzeba się było chyba 
starać o to we Francyi. Słowacki niezwłocznie też napisał do 
przyjaciół swoich paryskich, aby uczynili odpowiednie kroki wtój 
mierze. Czekał na odpowiedź niecierpliwie. Przez kilka miesięcy 
nie było jij wcale ^ wreszcie (we wrześniu) odebrał uwiadomienie, 
że rząd francuski robi trudności, lecz że jest jeszcze nadzieja re- 
zolucyi pomyślnój, ponieważ wdały się w to wysoko położone oso- 
by. Tymczasem krewni nalegali listami , już z Włoch pisywanymi, 
ażeby Juliusz przyjazd przyspieszył, parła go do tego i niecier- 
pliwość własna — ale paeportu z Paryża ciągle nie było. Z powo- 
dów już powyżój wskazanych, były czasy owe dla osób w poło- 
żeniu Juliusza pod względem, o który właśnie chodziło, nad 
wszelki opis uciążliwe. W październiku (1835) otrzymał nowiny, 
które mu prawie wszelką odebrały otuchę. W listopadzie błysnęło 
znowu małe światełko nadziei. Miała się zająć jego sprawą jakaś 
księżna, wiele wpływu wywierająca w sferach rządowych. Ale Sło- 
wacki mało ufał tym obietnicom i uważał już cały ten projekt 
wyjazdu swego za Alpy za rzecz przepadła. Martwił się z tegb 
tóm bardziój, że wzgląd na coraz szczuplejsze jego dochody na- 
kazywał mu bądź co bądź porzucić Genewę jako miejsce zanadto 
drogie dla niego. Nie wiedział, gdzie się obrócić. Do Paryża po- 
wracać sobie nie życzył. Więcej zdawała mu się być dla niego stoso- 
wną Bruxella. Ostatecznie też postanowił przenieść się do tego 
miasta. Czekał tylko jeszcze na powrót Januszewskich i ułożył 
się z nimi , że jeżeli obiorą sobie drogę jakim traktem przez Alpy 
niezbyt od szwajcarskich granic odległym, to i on się tam stawi, 
ażeby się przyńajmniój raz jeszcze w życiu zobaczyć z nimi. Mia- 
ło to nastąpić jednak dopiero na wiosnę. Zimę tedy (z roku 1835 



245 

na 1836) wypadło mu jeszcze przepędzić w domu pad Plitteg 
w Genewie. 

Przez cały ten czas, gdzie się rzeczy watyły pomiędzy na« 
dzieją, że mn pasport przyilą, a obawą, że trzetui sobie będzie 
szukać nowego przytnłkn gdziei tam pomiędzy Brigami, miolid 
nim niepokój, niesprzyjający antocskiój czynnoici. 

^Zlmę tę niewiedzieć jak przepędzam — pisał do ma- 
tki dnia 17 listopada 1835. Ciis^gła mtdzieja wyjediania stąd 
do Teofilów porwała łańcuch moich marzeń. Ja, co zawsze 
w jesieni nawiedzany byłem przez jakąi nową myil poema- 
tu, tego roku głowę mam podobną do niezapalonój latami. 
Więc nudzę się; czczośó myśli jest największą dla mnie 
męką. Nie wiem , o czóm marzyć , a nie mając w głowie ża- 
dnego zmyślonego obrazu, muszę myśleć o nudnój rzeczy: 
wistości. ' 

Od tego listu, pisanego w listopadzie, aż do korespondencyi 
włoskiój, która się poczyna z dniem 28 maja 1836, jest przerwa 
ani jednóm słówkiem nie zapełniona , którój powodu nie umiem wy- 
tłómaczyć sobie zupełnie. Nie wiadomo tedy, ani czy co napisał 
tój zimy (prócz dokończenia Anhellego), ani kiedy mu nad 
wszelkie spodziewanie nadesłano ów upragniony pasport z Paryża, 
ani też jakie były okoliczności towarzyszące godzinie wyjazdu. 
Dość że w miesiącu styczniu czy lutym (1836) opuścił Juliusz 
dom, w którym przez całe trzy lata przemieszkując, tyle dozna- 
wał życzliwój gościnności; w którym mu tyle natchnień przeszło 
przez serce i zrodziło niejeden z celniejszych jego utworów ; w któ- 
rym wreszcie błogie, nigdy przedtem w takiój czystości jemu 
nieznane światełko tego, co poczciwy niegdyś Karpiński nazywał 
najpiękniejszóm szczęściem na ziemi, uśmiechać się zaczęło do 
niego, ażeby tóm prędzej potem ukryć się za obłokiem i — do- 
gasać powoli w cichych wspomnieniach wygnańca. Wyjeżdżał z po- 
stanowieniem spędzenia na włoskiej ziemi przynajroniój roku całe- 
go. Jechał pocztą do Marsylii, stamtąd na statku parowym, mo- 
rzem do Liwurny ; następnie , po trzech dniach wypoczynku w tóm 
mieście, do Civita Yecchia^ a stąd nakoniec lądem do Rzymu , gdzie 
go krewni oczekiwali. Rozpoczynając tę podróż , ^nał już cokol- 
wiek język włoski. Miał on jeszcze w roku 1834 sposobność 



846 

poAieteaU «q j«go w towarzystwie pewnego Włodia^ ktdiy w Ge- 
newie w jednym domu z nim mieszkał i ciągle w tym języku 
rozprawiał ze Słowaekim. 

Bawił w Rzymie razem z Januszewskimi przez trzy miesiące od 
początku marca do końca maja. Mieszkali razem ; w pierwszych tygo- 
dniach , dopóki jeszcze z C^cych wtedy w Rzymie rodaków ma- 
ło kogo znali, był Juliusz nieodstępnym ich towarzyszem. Później 
zaalady się nowe znajomoj&ci 1 to ze wszech miar miłe i zajmu- 
jące; więc trzeba odtąd było poecie dzielić czas swój między nich 
wszystkich, aifceby i jednej stronie i dmgiój zadość uczynić. 

Z całego czasu spędzonego nad Tybrem jest tylko jeden list 
Juliusza, pisany do matki na kilka dni przed wyjazdem do Ne- 
apołu, d. 28 maja 1836. Wypiszę z niego, co tylko rzuca jakie 
światło na życie poety w owych miesiącach; uprzedzam jednak, 
to nie b^ą to szczegóły ani w części tyle dokładne, jak z cza- 
sów genewskich. 

O wrażeniach , jakie na nim^ stolica chrześcijański^o świata 
zr6t)iła, niema w liście żadnój wzmianki. Natomiast znalazło się 
w pozostałych papierach kilka tercynów, wtedy zapewne pisanych, 
które dają odgadnąć uczucia, z jakiemi oglądał Juliusz ostatnie 
szczątki wielkości starożytnego Rzymu. 

RZYM. 

Nagle mię trąoił płacz na pustóm błoniu: 

^Rsymiel nie jesteś ty już dawnym Rzymem''... 
Tak śpiewid pasterz trzód siedząc na koniu. 

Przede mną mroczne błękitnawym dymem 

Sznury pałaców pod Apeninami, 
Nad nimi kościół ten... co jest olbrzymem. 

Za mną był morski brzóg i nad falami 

Okrętów tłum, jako łabędzie stado, 
Które ogam^ sen pod minami. 

I zdjął mię wielki płacz, gdy tą gromadą 

Poranny zachwiał wiatr i pędził dalój 
Jakby girbndę dusz w b^kitność bkidą. 



iii 

1 zdjął mię ^*elki strach, gdy poznikali 

Ci aniołowie fal -r & ja zostałem 
W pustyni sam — z Bzymenii co jui się wali. 

I nigdy w życiu takich łez nie lałem, 

Jak wtenczas, gdy innie spytało w pustyni 
Słońce, szydzący Bdg, czy Rzym widziałem? 

Było zat^ w pierwszych wrażeniach rzymskidi co& przy- 
gniatającego do ziemi smutkiem naszego wędrowca. Usposobienie 
to jednak potom minęło. I dlatego teź pisał na odjezdnóm w liicie 
owym z Rzymu wyBlaBym na pnykład co następpje: . 

„Jak dziwnie powietrze włoskie działa na moje zmysły, 
tego opisać nie mogę. Mam tysiąc zachceń, tysiąc wielkich 
podlotów do nieba, chciałbym tu był przepędzić fK>ję prze- 
szłość," 

Wspomnii^em wyiój o znajomoiciach, które z bawiącymi 
w Rzymie rodakami zawiązał w owym czasie Słowaeki. Oto tu- 
taj to spotkał on się po raz pierwszy w życiu z wieszczem, któ- 
rego imię tak jest przyjaźnią i poezyą z jego imieniem związane, 
jal imię Moora z Byronem , jak Garczyńskiego z Mickiewiczem. 
Mówię o Zygmuncie Krasińskim. Wiekiem prawie rówien- 
nicy (Zygmunt o trzy tylko lata młodszy był od Słowackie- 
go), talentem poetyckim, dla tłumu czytających mało wtedy je- 
szcze przystępnym, tak icińle spokrewnieni ze sobą — zrozu- 
mieli się oni od razu i tak sobie wzajemnie do serc przylgnęli, 
że ten związek ich duchów pozostał dozgonnym, pomimo wstrzą- 
ftbień^ przelotnych , które w ostatnich latach życia Juliusza zagra- 
żały zerwaniem tój idealnój przyjaźni. W czasach pierwszego po- 
znania Słowacki, chociaż autor kilku już dzieł wydanyc^, mało 
jeszcze w kraju był ceniony jako poeta.. O Krasińskim chyba naj- 
bliżsi wiedzieli, że pisze; Agay Han i Nieboska komedya 
były już ogłoszone (1834), lecz bezimiennie; Irydy on przecho- 
"dził właśnie przez prasy paryskie w dniach owych, gdy się ci 
dwaj młodzi ludzie po raz pierwszy ujrzeli na rozwalinach nie- 
śmiertelnego miasta. 



».' 



,|W ostatnich czasach żyłem w Rzymie z kilku 
ziomkami moimi, młodymi, zapalonymi, i' tych towarzy- 
stwo ożywiało mię nieco. Jeden z nich miał wiele podobień- 
stwa do dawnego dziecinnego przyjaciela mojego Ludwika. 
Rozmawiając z nim, przyszło mi na pamięć wiele dawnych 
uczuć i wiele dawnych wyrazów. Chodziliśmy razem na 
. spacery i najczęściej przepędzaliśmy wieczory w wilU Mills. 
Jestto ogród pełny róż i cyprysów, zasadzony na ruinach 
dawnego pałacu cesartów rzymskich.*) Przy świetle księżyca 
kiedy kwiaty wydawały dziwne zapachy, kiedy ruiny ota- 
cziyące tę wiU§ przybierały kształt duchów, a Rzym daleki 
w sinój mgle tonął, z dziwnem rozemdleniem serca myśla- 
łem o przeszłości. Nieraz Ciebie, moja droga, wspomniałem 
cicho i głośno... opowie Ci to kiedyś Zygmunt, mój towa- 
rzysz romansowych wędrówek, Ik) może on prędko Gębie 
widzieć będzie, a obłec^ mi, żęto uczyni, jak będzie mógł 
naj^ieszniój po powrocie z zagranicy. . . Z Zygmuntem biega- 
liśmy po odległych spacerach. Wieczorami tak na żywych 
i pasyonowanych rozmowach czas nam zbiegał, że często 
wrocidem do domu, kiedy się już Teofilowie spać położyli. 
Przeczytałem był wszelkie moje prace Teofilostwu, które 
mę im nie bardzo podol>ały*^ — (to się ściąga, jak mi dobrze 
wiadomo, jedynie do Balladyny) — „i mówili mi za- 
wsze, że szlachta nie zrozumie. Młodzi moi znajomi z chci- 
wością pożerali, cokolwiek im udzieliłem^... 

Z innych osób wtedy w Rzymie poznanych wymienić potrafię 
tylko Alexandra Hołyńskiego, młodego obywatela z Białój 
Rusi z pod Witebska, i Zenona Brzozowskiego zUkrainy, 
którzy obydwaj, jak sądzę, objęci są właśnie razem z Zygmun- 
tem w tem wyrażeniu „młodzi moi znajomi^; dalój rodzinę 
baronostwa Richthoffenów z Poznańskiego, i Alexandra 
Potockiego, który się liczył do Emigracyi. 

O RichthofTenach znajduje się taka wzmianka w listach 

Juliusza: 

... „Mąż Niemiec -r żona Polka, bardzo miła osóbka, 
wiele gadająca, z- rodzaju naszych przymilającyćh się i 
zwinnych kobietek warszawskich. Gdybyś sobie, droga moja, 
wystawić mogła, coto za urok jest dla nas w Polkach! 
jak one zdają się nam z innego świata, lekszego, zgrabniej- 



*) Cudne to miejsce dzisiaj nieprzystępne jest dla publiczności; 
przeszło bowiem w posiadanie zakonu Salezyanok. 



249 

szego stworzeniami: tobyś się nie dziwiła, że słysząc tylko 
o t(frj vpani, lataliśmy jak waryaty z Zygmuntem po willach 
włoskich, aby ją zobaczyć. Ideał utworzony w imaginacyi 
rozprysnął się za pierwszćm spotkaniem tój damy w ogro- 
dzie Borghezychy i teraz została hii w niój tylko milutka 
znajomoóć, bo mnie Alexander Potocki zarekomendował, a 
. moje nazwisko, już trochę znane, pomogło mi do otrzyma- 
nia dobrego nader przyjęcia*^ (dnia 28 maja 1836). 
W pierwszych dniach czerwca rozstał się Juliusz z Krasiń- 
skim i razem z krewnymi wyjechał z Rzymu do Neapolu. Ho- 
łyński. i Brzozowski w kilka tygodni pożnićj także się tam zna- 
leźli. O trybie życia w tćm mieście najlepiój zawiadomi następu- 
jący wyjątek z listu: 

„Od piętnastu już dni siedzę w oknio mojem , na ulicy 
Św. Łucyi*) w Neapolu, patrząc na błękitne morze, na 
Wezuwiusz, na Neapol ciągnący się w półkręgu na lewo, 
w dzień biały, w nocy jaskrawy tysiącem świateł. Mam 
balkonik mały nad morzem, na balkoniku stoi krzesło i 
róży wazon; w tćm krześle siedzę jak śpiący, pławiąc 
różne obrazy na błękitnym dymie tureckiego tytoniu; cza- 
sem podnoszę głowę i widzę... co? Teofila z Gajem (da- 
wny znajomy z Wilna, który z żoną także podróżował 
wtedy po Włoszech) siedzących na drugim balkoniku na 
górze i patrzących na morze. Tak zwyczajnie częśó dnia 
upływ^a w kontemplacyach. Pod wieczór robimy różne pro- 
jekta spacerów, które czasem przychodzą do skutku, a cza- 
sem niezgodnością głosów zerwane, kończą się na tem, że 
każdy z nas idzie w swoje drogę; to jest: Teofilowie na ludną i 
publiczną promenadę prowadzą się jak dwoje gołąbków, Gajo- 
stwo idą skupować lawy i obrazki, a ja wracam :pnów na 
moje siedzenie na balkoniku i przemarzam cały^ wieczór. 
Takie jest życie moje, niech go (jak powiada Adam) słu- 
chacz w duszy swój dośpiewa." 

... „Zachwycony jestem Neapolem, a jednak za dwa 
dni myślę wyjechać na cichsze mieszkanie do Sorrento. 
Dlaczego? wyznam ci moja droga, że już mię przejażdżko- 
we życie dosyć zmęczyło. Myśl moja, która przez trzyletnią 
spokojność przywykła do wewnętrznego i ciągłego życia, tu- 
taj gniewa się na mnie, że ją widokiem różnokolorowym 
ciągle zatrudniam i męczę... Dlatego w Neapolu nie chce 
mi się długo siedzieć, a w Sorrento przywołaniem mocnych 



*) Był to dom położony pod Nrm. 8 na ulicy S. Lucia. 
Tom L 59 



myili będę się starał zapełniiS tę czczoćć, która mię teras 
nadto lekkim czyni i nosi po wierzchu wszystkich marzeń. 
Raz tylko na Weznwiaszn, patrząc na słońce wschodzące, 
odwróciłem się i modliłem się i łzy miałem w oczach. 
Raz tylko od kilku miesięcy coś czułem wiejącego na mnie 
z tamtego iwiata. Ale czy uwierzysz, droga, że Herkula- 
num i Pompei, nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia! Cho- 
dziłem po ulicach Pompei z cygarem w zębach, jak po 
spalonćj wiosce: uliczki małe, brukowane przed wiekami, 
z dwóch stron grobowce, i domki bez dachów i sufitów 
uróżowane jak stare kobiety szczątkami malowideł czer- 
wonych; małe framugi -wy lepione muszelkami, z których, 
niegdyś lały się źródła wody, dziś nie płaczące; świątynia 
Izys mała, z wyrocznią, która dziś restaurowana ledwieby 
na małych dzieciach uczyniła wrażenie strachu; mały cyrk 
teatralny odkryty, ani przy jego kolumnach nie stoją za- 
schłe trupy aktorów, ani po schodach siedzą spaleni na 
węgiel słuchacze. Odgrywał na nim tylko Gaj komedyą, bo 
chciał wziąć z murów mały kamyk marmurowy na pamią- 
tkę, a cicerone odkrył rzecz i pamiątkę wyjął czułemu 
sentymentalizującemu wojażerowi z zanadrza... Ja na to 
wszystko patrzałem siedząc w loży. — Wchodząc do domu 
poety, towarzystwo odezwało się do mnie po polsku, abym 
pierwszy, jako poeta, progi przestąpił. Cicerone nasz prze- 
biegły zaraz zrozumiał, o co rzecz chodzi, zaraz powołanie 
moje wywąchał i dowcipnie się znalazł, bo przystąpiwszy 
do mnie rzekł: Ponieważ Pan jesteś u siebie, więc mi coś 
daj! Na tak zgrabne przymówienie się nie mogłem nic od- 
powiedzieć, tylko brzęczącym słowem, które zaraz imię 
moje poety zamieniło w ustach cicerona na tytuł Eccdlenzay 
i tak uradowany przewodnik zaprowadził mię do najtaj- 
niejszych zakamarków poetycznego domu, pokaztgąc mi ró- 
żne bezwstydne i rozwiązłe obrazki. O! poeto starożytny, 
nie żal, że ciebie niepamięć zasypała, a dom twój po* 
pioł przywalił! — Kiedy patrzę na Wezuwiusz i na białe 
domki u stóp jego nad morzem , myślę że możnaby w je- 
dnym z tych domków szczęśliwe pędzić życie; trzebaby 
tylko z trzykroć majątku. Wtenczas Ty, moja droga, mia- 
łabyś mieszkanie z ogródkiem pełnym róż , tulipanów i ane- 
monów; ja miałbym także cichą i żaluzyami zielonemi za- 
słoniętą pracownię, łódkę z białym żagielkiem na morzu, 
konia, a potem miłą i dobrą żonę, różowe dzieci, a potom 
niechby choć popiół przysypał nasze grobowce!" (dnia 20 
czerwca 1836). 



251 

Owoż dobitny przykład, co to jest człowiek z wrodzonym 
usposobieniem do ciągłych marzeń i przyzwyczajony samemi oko- 
licznościami do żyda w napowietrznej sferze samych tylko idea- 
łów fantażył. Potrzeba pragnień jakichś nigdy nie zaspokojonych 
zamienia się u ładzi takich w drugą naturę. Dopóki żył samotny 
w Szwajcaryi: tęsknił do rodziny, skarżył się gorako, że nie wi- 
dzi nikogo ze swoich około siebie. Po wielkich z trudnoiciaini 
przetx>jach i po długiem czekaniu, ma ich teraz przy sobie... i 
cóż poczyna? Oto zamyśla o wyjeździe do Sorrento , ażeby ich sa- 
mych zostawić w Neapolu ! Marzy natomiast o własnym domku 
nad morzem. Gdyby posiadł, co tu wyraził, szukałby znowu cze- 
go Innego na świecie! Prawdziwy poeta w życiu, jak w pismach... 

Myśl wycofania się ze zgiełku miejskiego w zacisze wiejskie 
w samój rzeczy doprowadził do skutku. Pojechał do Sorrento i 
przesiedział tam cały czerwiec, podczas kiedy Januszewscy ciągle 
w Neapolu bawili. Z końcem miesiąca do nich powrócił i taką 
zdawał sprawę matce z tego pustelniczego miesiąca: 

. . . „Przepędziłem miesiąc cały w Sorrento blisko Ne- 
apolu, sam jeden, bo Teofilowie miasta nie chcieli porzucić, 
ja zaś potrzebowałem przeżyć choć miesiąc jeden między 
drzewami, daleki od zgiełku brukowego, i znalazłem sobie 
mały pokoik, z którego nic widać nie było prócz gaju cy- 
trynowego i morza, za morzem w mgle oddalenia Wezu- 
wiusz. Całe dnie przepędzałem z sobą samym i z Szekspi- 
rem. Zrazu chodziłem się kąpać w morzu , i te kąpiele przez 
miesiąc cały brane nie przyniosły innego skutku , opi;^z cza- 
sowego osłabienia, które ustało, skórom kąpieli za|)rzestał. 
Życie moje wiejskie w Sorrento przypomniało mi. diue sa- 
motne przepvdzone w Veytoux nad brzegiem jeziora; i to 
podobieństwo dwóch chwil błędnego życia miłem mi było. 
Pisałem trochę, myślałem, czasem się modliłem, kiedy 
w bliskim kościółku grający organ dochodził do mojej ci- 
chej celi. Czasem, jak w obrazach włoskich albo flamandz- 
kich , słuchałem oparty na murze grającej na gitarze dziew- 
czyny. Byłato młoda moja gospodyni, która mi ciągle da- 
wała serenady. Zawsze widać mię było nad morzem w go- 
dzinę zachodu słońca, bo lubiłem słuchać powiewu wiatru, 
który ciągle od morza na ziemię wiejący, w chwili zachodu' 
obracał się nagle i gonił za słońcem na morze. I tak prze- 
szedł mi cały miesiąc życia bez żadnej rozmaitości... Je- 



252 

dnostaJDOŚd taka nie znudziła mnie jednak wcale, i byłbym 
dłużej pozostał w mojej zaciszy, gdyby nie bliski wyjazd 
Teofilów i nie chęć przepędzenia z nimi ostatnich dni mo- 
jego tu pobytu, zwłaszcza że dla braku funduszów nie mo- 
gę ich odprowadzić do Florencyi". . . (Neapol, dnia 3 sier- 
pnia 1836). 

Wzmianka powyższa „pisałem trochę"^ nasuwa pytanie, 
które też z dzieł Słowackiego powstało wtedy? Jestto wątpliwość 
trudna do rozwiązania. Już to w ogóle czasy te spędzone we 
Włoszech nie wydały wielkiego plonu. Zbyt wiele przeróżnych 
wrażeń miał do przyjęcia w siebie Słowacki w tym nowym dla 
siebie świecie ; zbyt był zajęty tern wszystkióm , co się działo oko- 
ło niego, żeby był mógł dawać posłuch i wewnętrznym natchnie- 
niom, powołującym go do autorskiej czynności. Pomiędzy niewy- 
danemi za jego życia rzeczami znalazłem zaledwie trzy pomniej- 
sze utwory, które niewątpliwie przypadają na te włoskie miesiące. 
Sąto poezye liryczne, zatytułowane Sumienie (z podpisem: 
dnia 1 maja 1836),*) „Rzym** (przytoczony powyżej w całości), 
i kilka strof mających napis „Ułamki**, podobnież tercynami 
dantejskiemi pisane, jako ten wiersz popi^zedni. To wszystko, jak 
rozumiem, rzucone było na papier w Rzymie. Na ów miesiąc 
w Sorrento nie mam nic, cobym odnieść mógł z pozostałych jego 
papierów. Z dzieł dawniój drukowanych jeden tylko Wacław 
(wydany roku 1839) mógłby być utworem tegoto czasu. I rozwa- 
żywszy wszelkie okoliczności, które tu zbyt długo byłoby szcze- 
%— 

*) Mr wierszu „Sumienie*' zdaje Bi§ ściągać znowu wszystko, jak 
w ói^m przekleństwie**, do Eglantyny. Ażeby jednak czytel- 
nik nie poddawał się mylnym przypuszczeniom, jakie mu się przy 
czytaniu tego wiersza zapewne nastręczają, uważam sobie za obowią- 
zek nadmienić, źa literalnie brać nie można niektórych wyrażeń, ja- 
kie się tam znajdują. Jest w całym tym stosunku poety do Eglan- 
tyny w ogóle wiele rzeczy bardzo trudnych do wyjaśnienia; lecz co 
pewne, to że i potćm byli oni dobrze ze sobą, korespondowali i wspo- 
minali o sobie życzliwie. Słowacki przynnjmnićj w listach swoich do 
matki z tćj epoki mówi o niej zawsze tonem przywiązanego brata. 
„Dobra ^tiostra moja genewska**, „listy siostry mojćj Eglantyny miłe 
mi są, bo sercem pisane**, itp. oto wyrażenia, w jakich o nićj 2a- 
W9ze przemawia. 



253 

g<Uowo rozbierać » przypuszczenie powyższe nabiera tyle prawdo- 
podobieństwa, że co do mojćj osoby śmiałbym nawet na pewne 
twierdzić 9 że poemat ten wtedy musiał być napisany. Była to 
kreacya, jak rozumiem, osnuta na tle tego wszystkiego, czego 
się o ostatkach życia tego bohatera powieści Malczeskiego na- 
słnbhać mógł Słowacki w Rzymie od niektórych rodaków tamże 
bawiący&h & dobrze obeznanych z domu tulczyńskiegp dziejami i 
roisteryarai. Powodu do rozmów o tern dostarczida już sama by- 
tność pomiędzy nimi Alex. Potockiego, który był, jak wiadomo, 
najstarszym z synów Szczęsn^o z żony jego Zofii Greczynki. 

Lecz wróćmy do biografii poety. Zamiarem jego było więc 
pozostać, kiedy krewni odjadą (a miało to nastąpić z końcem 
miesiąca) w Neapolu i nadal, aż do nadejścia funduszów, które- 
by mu pozwoliły udać się potom na kilka jeszcze miesięcy do ja- 
ki^o innego miasta. Tymczasem zaszła na kilka dni przed chwi- 
lą, która ich rozłączyć miała, nagle decyzya inna, i z powodu 
takowój odebrała matka Juliusza niespodzianie następujące donie* 
sienie w liście datowanym z d. 24 sierpnia 1836. 

^Zdziwisz się Mama zapewne, odebrawszy list ten na 
wsiadaniu prawie pisany. Wyjeżdżam na Wschód, do Gre- 
cyi , do Egiptu i do Jerozolimy. Projekt ten od dawna zro- 
biony i kilka razy odrzucony ode mnie, jako nadto straszne 
przedsięwzięcie, przyszedł nakoniec do skutku. Odbędę sze- 
ściomiesięczną wędn6wkę w towarzystwie Zenona Brzozo- 
wskiego i w AIexandryi połączę się z dwoma moimi współ- 
towarzyszami podróży** (Hołyńskimi, z których n^dszy, 
Alexander, poznany jeszcze w Rzymie, głównie gó iamówił 
do Uj^ wyprawy i też dopomógł do wykonania lyojektu). 
-Będzie więc nas czterech żeghijących po Nilu aż do pierw- 
szej katarakty. Nie lękaj się o mnie, moja droga, ani fra- 
suj się ^o sposoby dosyłania mi czego. Mam wszystko za- 
bezpieczone.** 

. . . ^Teofilowie odradzali mi wojaż; ale kiedy się wa- 
hałem , czy go maro przedsięwziąć czy nie : otworzona losem 
biblia zdecydowała mię następującym wierszem: ^Kościoły 
azyjskie pozdrawiają was."* Może to droga moja weźmiesz 
za przesąd, ale wierszowi temu zawierzyłem i on mię pro- 
wadzi w daleką drogę. Dziś wieczór o godzinie 12 w nocy 
wyjeżdżam z Neapolu do Otranto, stamtąd do Korfu , z Kor- 
fu do Aten, z Aten do Alexandryi, taki przynajmniój ma- 



254 

my teraz ułożony plan podróży; jak go dalsze okoliczno&ci 
zmienią, nie wiem. Spodziewam się, że ta podróż będzie 
mi użyteczna; chociażby tylko ustaliła moc charakteru , któ- 
rego potrzeba do przedsięwzięcia i wykonania rzeczy połą- 
czonój z trudami znacznymi: to już dosyć będę z ni^j miał 
korzyici. Obaczę nowe kraje, nowych ludzi; będę żył z ni- 
mi, będzie mię nosił wielbłąd karawany i pomyślę o śmier- 
ci na grobie Chrystusa. Będę się tam modlił za tych, któ- 
rych kocham, a potem z sercem pełnóm pamiątek i obra- 
zów wrócę do jakiej cichej europejskiej samotności.'' 
Ta podróż wschodnia stanowi najwięcej zajmujący, najtre- 
ściwszy i zarazem najpoetyczniejszy okres w życiu Słowackiego'! 
w całej korespondencyi jego do matki. Żałować tylko należy, że 
nie mamy wszystkich listów, w których udzielał swoich wrażeń 
w ciągu owego czasu. Przez ciąg 10 miesięcy — tak dhigo bo- 
wiem podróż ta trwała — wyprawił Juliusz do Krzemieńca w ogó- 
le pięć listów z dokładnemi sprawozdaniami ze wszystkiego, gdzie 
był i co widział. Dwa pierwsze z tych pięciu listów gdzieś po 
drodze przepadły. Jeden z nich datowany był z Aten, z miesią- 
ca września; drugi pisany był w Alexandryi, w jakie półtora 
miesiąca potom. Tych dwóch listów nie ma więc w zbiorze, i 
dlatego też nader niedokładne będą szczegóły nasze o tój piel- 
grzymce poety, o ile takowa dotyczy Grecy i i północnego Egiptu. 
Potom pisał do matki jeszcze trzy razy; to jest z Bajrutu w lu- 
tym (1837) posłał do Krzemieńca dwa listy, niezwłocznie jeden 
za druńm, a trzeci list, który był pisany na morzu śródziemnóm 
na dni kilka przed zawinięciem do portu, w czerwcu rzucił na 
pocztę w Liwumie. Te trzy numera znajdują się w zbiorze i 
z nichto czerpiemy wszystko, co poniżej nastąpi. 

Ażeby zacząć od ogólnego obrazu usposobień wędrowca na* 
ftzego w ciągu podróży, stawię na czele następujące miejsca, wy- 
jęte z listu pisanego d. 17 lutego 1837 w Bajrucie. 

. . . ^Sześć miesięcy włóczę się jak waryat po świecie ; 
widziałem tyle rzeczy, że nie pojmuję, jak oczy moje mogły 
wydołać zmysłowi wzroku; czułem wiele, byłem wesół, zar 
chwycony, płakałem. Miałem całe dni pełne dumań, całe 
miesiące pełne roztargnienia, i dwie wielkie niespokojności, 
to jest niespokój o Ciebie , i drogą niespokojność , że się Ty 
O mnie troskać musisz*". .. 



• •.^tTwaźani jut podróż rooję la •kończoną prawie: 
zwiedziłem Grecyą, Egipt, Syryą, Palestynę, i przybyłem 
do miasta portowego Bajrut, sisyA ruszę prosto do Włoch. 
Czekam tylko, aż piękny czas nadejdzie i podróż moi$ką 
zupełnie bezpieczną aczyni. Na miesiąc Jnb dwa zamierzam 
ndać się .do klasztoru Bel-chesz-Ban. Tam będę pędził 
życie samotne, do szwajcarskiego podobne; towarzystwem 
mojćm będą zakonnicy ormiańscy' i jeden malarz Rzymia- 
nin, który do kościda maluje obrazy. Miejsce, kt^ obra- 
łem na odpoczynek, jest jedno z najładniejszycli w Syryj. 
Spodziewam się, że mi bardzo będzie przyjemnie spędzić 
trochę czasu w zaciszy na rozmyślaniu , łx) chociaż podróż 
ta bardzo mnie zajęła, nieraz tęskniłem za spoozynkiem i 
spokojnoicią donkn w Paąuis. Pomimo wielu niewygód i 
złych przepraw zdrowie moje służy mi przewybomie; i kie- 
dy mój towarzysz (Zenon Brzozowski), silniejszy stokroć 
ode mnie, nie mógł uniknąć lekkiego zapalenia oczu na 
łódce nilowój, ja zupełnie obszedłem się beŁ lekarstw, ja- 
kich nam dostarczył pewny nasz zodak doktor w Kairze. 
Dziesięć dni ciągłój słoty wytrzymałem na koniu , ciągle wę- 
drując ku Jerozolimie. Ale o t^m wszystkióm napiszę Ci 
moja droga obszernie w drugim listku**... 

...^Moja Mamo, do której ja z różnych stron świata 
ciągle wracałem myślą, chcąc się z Tobą podzielić każdym 
widokiem, każdóm wrażeniem; dlaczego Ty nie możesz być 
choć przez kilka chwil ze mną , teraz w tej chwili . . . abym 
mógł płakać położywszy twarz na rękach twoich... Spokoj- 
ności! Byłem nad jeziorem, gdzie niegdyś Chrystus z taką 
spokojną pokazywał się twarzą, choć bardzo cierpiał w głę- 
bi serca**... 

O Grecy i zaledwie tę krótką wzmiankę spotkać można 
w jednym z późniejszych listów: 

...„Grecya pełna ruin przeoudownych podobała mi się 
bardzo, i bardziój niż Rzym mnie zachwyciła. Egipt za- 
tarł Grecyą wmojój pamięcL Nic cudowniejszego nad ruiny 
nad Nilem będące. W liście z Alexandryi pisałem, jakie- 
gom wrażenia doznał, widząc się pierwszy raz w oryental- 
nem mieście, i żałąję tego listu, bo już teraz niepodobna 
byłoby tego opisać.** (d. 11 lipca 1837 z Liwnmy). 

W Alexandryi wylądował Słowacki dnia 21 czy 22 pa- 
ździernika ( 1 836). Dwa dni przedtóm, napisał prześliczny ów „H y m n 
o ZAchodeie słońca na morzu**, zaczynający się od słów: 



i&6 

^Smutno mi Boźd! dla mnie na Zachod£i« 
Rozlałeś tęczę blasków promienistą — 
Przede mną gasisz w lazurowej wodzie 

Gwiazdę ognistą — 
Choć mi tak niebo ty złocisz i morze, 

Smutno mi Boże!** 

Dnia 22 października, w gospodzie alexandr^skiój wypoczy- 
wając po fiiewczasach podróży, złożył drugi wiersz, także dopiero 
drukowany między pośmiertnemi dziełami, „Do Teofila Jann- 
newskiego^. 

W niewiele dni pot^m, nie zatrzymając się dłużój w Ale- 
xandryi, wsiadł na łódkę nilową i pogonił za przyjacielem swoim 
Alexandrem Hołyńskim, który go wyjazdem swoim z Neapolu 
wyprzedził i bawił wtedy gdzieś w głębokim Egipcie, koło posą- 
gów Memnona. Pierwszą stacyą wtój żegludze Nilem było Kair o. 

. . . „Dnia 28 października przybyłem łódką do Kairo. 
Pyszne miasto, piramidy z daleka widać było, pełno lasów 
palmowych, całe przedmieście w ogrodach. Na drugi dzień 
po przybyciu do Kairu odbyłem podróż do piramid. Oba 
(Słowacki i Brzozowski) byliśmy na małych osiołkach, i 
dziwnie na tóm stworzeniu maleńcy wydawaliśmy się przy 
olbrzymich gmachach granitowych. Piramidy jednak nie tak 
mnie zadziwiły ogromem. Beduini w białych płaszczach zbie- 
gli się zewsząd, aby nam służyć za przewodników, i biorąc 
nas za ręce , wciągali przez ciemne , granitem wykładane 
korytarze aż do małych pokoików we wnętrzu piramid bę- 
dących, w których stały dwie niegdyś, dziś tylko jedna 
granitowa trumna. Wyszedłszy z ciemnych piramid, zaczą- 
łem się drzóć po kamieniach aż na ich szczyt, wciągany 
zawsze za ręce od dwóch Arabów. Byłem na szczycie naj- 
wyższo] piramidy. Cudowny widok! Szczyt Faulhoma, ko- 
puła Św. Piotra, Wezuwiusz, piramidy, były to dla mnie 
jak najwyższe gałązki na drzewie, na których ja, biedny 
ptaszek wędrujący, siadałem na chwilę, aby odetchnąć. Wi- 
działem w ięc piramidy! ale' zato straciłem obraz, który so- 
bie o nich jna^oja .imaS&acya tworzyła. W Kairze' uliczki 
małe, mnóstwo sklepów; przed wyjazdem z tego miasta 
pokazano mi w sklepie biały płaszczyk z wełny, robiony 
w Tunisie, a zwany burnus. Wybrawszy najcieńszy, jaki 
tylko był na wschodzie, kupiłem go dla Ciebie, moja droga, 



S53 

myiląc , i^ Ci do przebędzio obwinąć się W niego jAk w iek' 
kie i miękkie prześcieradło i tak leżeć na swojćj maleńkiej 
kanapce. Mój towarzysz obiecał mi, że cię ten płaszczyk 
tanetaiiski dojdzie. Drugi taki płaszcz, ale gruby i pospoli- 
ty, okrywa mnie jadącego na koniu, a w Jeruzalem nada- 
wał mi postać Krzyżaka. Widziałem targ niewolników i je- 
dne ładną Ąbisynkę, za którą dawano joż 1000 fr.'' 

...^6 listopada wziąwszy na miesiąc łódkę z o&miu 
marynarzami, którzy zupinie byli na nasze rozkazy jak 
niewolnicy, puściliśmy się Nilem ku pierwszój katarakcie, 
szukając spotkać się z dwoma Hołyńskimi, którzy nie do- 
czekawszy się puścili się przed nami w tę drogę.'^ I^iczna 
podróż! Rysowałem wiele, słowa ł)owiem były niedoBtate* 
czne do wydania wszystkiego, co uderzało w oczy. Mnóstwo 
żórawi lecących po błękicie, mnóstwo innych ptaków wo- 
dnych, chmury gołębi unoszące się nad wioskami, wiose- 
czki z ziemi bite, najczęściój w lasadi palmowych stojące, 
czasem ogromne skały i sępy wielkości człowieka siedzę 
o zachodzie słońca na górach, nareszcie przy Siut pierwszy 
krokodyl leżący na piasku, dla którego porwaliśmy się od 
stołu, aby mu się z bliska przypatrzeć, wszystko to tworzy 
teraz w imaginacyi sen bardzo piękny^... (z listu datowane- 
go z Bajrutu d. 17 lutego 1837). 

Przerywam to opowiadanie, aby nawiasowo nadmienić, że 
pomimo uwagi o ^niedostateczności idów'' do wydania wrażeń ta- 
kiój podróży, znalazło się jednak kilka rzeczy w pozostałych jego 
papierach, które poeta napisał pod wpływem wrażeń na miejscu. 
Jestto najprzód wiersz „Odwiedziny piramid,*^ z datą dnia 
2 listopada 1836; i drugi pod tytułem „Rozmowa z pirami- 
dami'' (oba ogłoszone dopiero w zbiorze pośmiertnym). Dalój li- 
ryczna pieśń nosząca nazwę „Na Nilu." Nakoniec znany już da- 
wniój, bo dołączony do Lilii Wenedy „List do AlBxandra 
H(ołyńskiego) pisany na łódce nilowój." Już początek 
tego wiersza maluje dokładnie sytuacyą: 

Rozdzielił nas gościniec płynnego szafiru; 
Ty w Tebach, ja dopiero wypływam z Kairu. 
Spodziewałem się niegdyś, że miło nam będzie 
Złączyć na Nilu skrzydła okrętów łabędzie; 
Razem odwiedzać mumii balsamiczne składy, 
Razem oczy w nilowe rzucać wodospady 
Tom I. 35 



256 

I rasem jako dawniej, kończyć spńr zacięty 

O cień Chrystusa z drzewa przez Woltera zdjęty. 

Dziś próżno cię wyglądam i próino mię czekasz, 

Wiatrem, który mię niesie za tobą, uciekasz; 

A twój brak tak mi serce w podróży oziębia, 

2em przedsięwziął do ciebie pisaó przez gołębia."" itd. 

Co się tyczy rysunków wspomnianych w liście powyższym, 
i te się także znalazły . pomięd:zy pozostałymi papierami poety. 
Leżą właśnie przede mną. Są z nich jedne wykonane ołówkiem, 
drugie akwariami. Jest ich wszystkich 15, mają daty począw- 
szy od 27 października do 26 listopada (1806). Niektóre z nich 
wcale się Słowackiemu udały, i może by warto było daó je do 
jakiego obrazkowego ' pisma peryodyczuego. 

Dnia 19 listopada przyszło wreszcie do upragnionego spo- 
tkania się z Hołyńskimi. Wszystkie szczegóły tój miłój sceny tak 
wtedy w pamięci Słowackiemu utkwiły, że jeszcze w rok potom, 
w Florencyi. bawiąc, spisywał owo zdarzenie, jakby się działo 
właśnie przed jego oczami. 

• . . -Wiedząc już, że jakieś łódki cudzoziemskie są 
w pobliżu, wziąłem strzelbę na mmiona i z jednym Ara- 
bem puściłem się przed łódką baszą brzegiem, aby się mie- 
szkańców wiosek o tych cudzoziemcach wypytać. Po godzi- 
nie drogi cgrzałem z daleka ich pawilony w jednym z ka- 
nałów nilowych i spostrzegłem dwóch młodych w europejskich 
ubiorach na na piasku. Pędem bióc zacząłem do nich, młod- 
szy brat skoro mię pbaczył, także zaczął bióc ku mnie i 
rzuciliśmy się w uściski zobopolne, dumni ze spotkania się 
na tój ziemi cudów. Wkrótce nadjechała łódź z Zenonem, 
którego już mój Arab uprzedził, że znalazłem tych, za 
którymiśmy ścigali. Wszyscy więc razem, służącym powie- 
rzywszy straż łódok, poszliśmy do oddalonój o godzinę dro- 
gi Dendery. Największy ten po piramidach gmach w za- 
chwyceniu nas pogrążył. Chodziliśmy między kolumnami, jak 
odurzeni ; siadaliśmy na ziemi , rozmawiając z litością o wo- 
jażerach europejskich, którzy takich cudów wystawić sobie 
nie mogą; słowem nakarmiliśmy oczy, serce i zamknęliśmy 
do serca dzień pamiątek tak cudowny, że nawet przyjaźń 
nasze między nami powiększył. Potom Hołyńscy zaprosili 
nas do łodzi na obiad, a my ich na poncz wieczorem do 



aso 

siebie. O godzinier 12^ w peej roąjeohaliśiay się; toirarzysze 
nasi bowiem już wiaeali z katarakty, my zań dopiero jecha- 
liśmy do nićj. Łódki ich ze śpiewem majtków oddaliły się 
szybko wodą niesione, nasz zaś okręcik przeciwko wodzie 
płynął z trudnością i łamał księibycowe fale.^ (Florencya, 
d. 24 listopada 1837). 

Przyjechawszy do katarakty, wzięH na dziśń jeden osiołki i 

ruszyli, objeżdżając Nil, do Nubii, ażeby widzieć wysepkę Fiteę, 

stawną z ruin i pięknego położenia. Potom skierowali drogę ku 

Tebom i zwiedzili tak ruiny tego miasta-, przechodzące wszystko 

ogromem,** jako i statuy Memnona o wschodzie i o zachodzie 

dońca. Wreszcie — 

^Dnia 10 grudnia to jest po trzydziestokilkodniowej 
podn^y na Nilu, wróciliśmy do Kairu, gdzieśmy zastali 
kilku rodaków już dawniój znajomych, oraz Hołyńskich. 
Pięć dni przepędziliśmy znowu w tóm mieście, i potom 
siadłszy na wielł>tądy« kupiwszy sobie namiot, t dwoma 
służącymi i beduinami, puściliśmy się przez pustynię z Ka- 
im do Gazy. Nie wystawisz sobie, droga, jak to dziwnie 
siadać na klęczącego wielbłąda, jak się to trzeba trzymać 
siodła, kiedy wielUąd się podnosi i trzy razy człowieka 
rzuca w różne strony wstając. na nogi; lecz jeszcze nieprzy- 
jemniój jest siedzieć na nim, kiedy klęka, zdaje się, że 
się dom pod człowiekiem wali. Wielbłądy idąc drogą, pasą 
się wonnym tamaryntem, i beduini pędzili nas jak pasącą 
się trzodę. Życie takie i podróż taka ma dziwny powab. 
Czas był najpiękniejszy. Pierwszą noc spaUśmy w grobowcu 
świętego tureckiego; była to mała biała kapliczka z kopułką: 
święty nieboszczyk leżał po jednój stronie, my po drugiój. 
Cienki mur nas przedzielał, w którym były dwa okienka 
i przez te mieliśmy ze świętym komunikacyą. Wielbłądy 
leżały wieńcem koło ognia przed grobowcem, nad tą kapli- 
cą rosło wielkie czarne drzewo, w którem całą noc śpiewał 
puszczyk. Potom co wieczora rozbijaliśmy nasz podróżny 
namiot, przez osiem dni bowiem jedne tylko widzieliśmy 
wioseczkę. Małe różne wydarzenia takiój podróży stają się 
bardzo znacznemi i urozmaicają się dziwnie. Czy to kilka 
gazeli skaczących po stepie, czy ślad hyenyj czy spotkanie 
karawany, czy widok samotnego beduina, który ze swoim 
wielbłądem przebywa pustynię i obok naszych ogniów swój 
ogień rozkłada — nic z tych rzeczy nie jest obojętnem. 
Zachody riońca pyszne, krzaki cierniowe palące się lekkim 
{Pomykiem jak koronki brabanekie, słowem przyjenma po- 



9M 

drói w ptLstyni. Joteimy przybyli do El-Arisb, gdeie trze- 
ba było siedzieć pod namiotem dni 12 kwarantany. Ale o 
t6m i o dalszój podróży w następującym listka*'. (Z Bajni- 
tu, d. 17 lutego 1837). 

Odsiadi]gąc kwarantanę razem z towarzyszem swoim Brzo- 
zowskim (Hołyńscy bowiem byli pozostali w Kairze), doznał Sło- 
wacki w t^ miejscu pustem, połoionćm na samem pogranicza 
Egiptu a Syryi, rozlicznych przygód, a wcale niespodziewanych. 
Ustęp, który poniżój wypisujemy, t^m bardziej jest ciekawy, że 
wiele z tych obrazów, zdjętych tu z natury, odnajdujemy i w pię- 
knym jego poemacie: Ojciec zadżumionych w El-Arish. 

-Teraz opiszę Ci moje kwarantanę w pustyni przy 
maleńkióm miasteczku El-Arish. Wystaw sobie, droga, 
że po ośmiu dniach podróży w piaskach dano nam na od- 
bycie kwarantany 12dniowćj równinę piasku gładką jak 
stół, otoczoną wzgórkami piaszczystymi do koła, nic wię- 
cój. Wyznaczono tylko miejsce, gdzie miały staó nasze na- 
mioty , okre&lono obręb , za który nie mogliśmy przechodzić, 
i zostawiono na łasce, pana Boga. Wszakże do maleńkiego 
namiociku, który z sobąśmy mieli, przydano dwa drugie, 
jeden dla nas, drugi dla ludzi, ale ten ostatni tak podar- 
ty, że słońce było w nim panem. Dokoła żadnego mieszka- 
nia, gdzieby się było można schronić na przypadek deszczu, 
słowem miejsce smutne, którego cisza przerywana tylko 
była dalekim szumem śródziemnego morza, i po dwóch in- 
nych stronach horyzontu widać było dwa suwtne palmowe 
lasy. Rozlokowaliśmy się nareszcie na tym piasku, wygrze- 
baliśmy w nim kuchenkę, ja wziąłem namiot wielki, mój 
towarzysz w naszym maleńkim rozłożył swoje graty, i tak 
zastała nas wigilia Bożego Narodzenia. Wieczorem towa- 
rzysz mój dob3rwszy zapomnianego czakana, zagrał mi wiej- 
ską kolędę, którój słuchałem z rozczuleniem leżąc na dy- 
waniku w mojój budzie. Podziękowałem mu i wieczór nad- 
szedł... Wtóm nielM) okryło się chmurami^ burza pioruno- 
wa, ale najokropniejsza z wszystkich burz, nadeszła i trwała 
całą noc, to jest 13 godzin. Nie motecie sobie wystawić, 
jaką okropność miała dla nas obu, leżących w osobnych 
namiotach, ta noc bezsenna, którój każda chwila zdawała 
się ostatnią, tak gromy były okropne, bliskie i gęste. Świeca 
kilkakroć zapalona zawsze gada, deszcz przedarł się przez 
płótno namiotu, a kałuże podmywając nasze łóżka pcdożone 
na ziemi, zmusiły naft do zwinięcia wszystkiego w jeden 



861 

pakiet, i sami byliimy parasolami naszych rzeczy. Nako- 
nieć nad rankiem ustała burza i deszczyk lekki tylko po- 
został. Wyszedłem, aby zobaczyć co się z moim towarzy- 
szem stało, i winszowaliśmy sobie wzajemnie. Wtóm pa- 
trzę, aż mała rzeczka płynąca przez dolinę wzbiera, prze- 
rywa brzegi i białemi krągłemi falami bieży prosto na nasze 
namioty. Zrazu nie mogłem pojąć , co to znaczy, tak widok 
nowój inimdacyi nowym był dla mnie. Wkrótce poznałem 
całe niebezpieczeństwo , i za pomocą sług znieśliśmy namioty 
i rzeczy nasze w kwadrans czasu' na mały piaszczysty 
wzgórek, a woda zajęła miejsce nasze w dolinie. Tak więc 
dzień pierwszy świąt pochmurny przeszedł nam smutno 
suszącym się na górze. Głodni, bo o kuchni myśleć nawet 
nie było można, przemokli, bez namiotów, spać musieliśmy 
na wilgotnym piasku, nakrywszy go mokrą rogoża i dywa- 
nem. Potom czas piękny wrócił, i trwał aż do przyjazdu 
naszego do Gazy**. (Bajrut, d. 19 lutego 1837). 

Wartoby było, aby po tym krótkim, sprawozdawczo tylko 
tu rzuconym opisie, odczytał sobie teraz czytelnik cudną przed- 
mowę do powieści o Ojcu zadżumionych. Znajdzie w niój 
tó^mo — ale tam i strojniój i szczególowiój jest wszystko opo- 
wiedziane. 

Kiedy minęły doi kwarantany , uklękły znowu wielbłądy przed 

wędrowcami naszymi i podniosły się z nimi, ^wyciągając długie, 

wężom podobne szyje, ku grobowcowi Chrystusowemu." Wjechali 

na ziemię klasyczną Palestyny. Bardzo krótko bawili w miastach 

leżących im po drodze. Gazie i Jaiie. Bez wytchnienia dążąc ku 

Jeruzalem, stanęli wreszcie u bram miasta d. 13 stycznia (1837) 

o godzinie 9 wieczór. 

. . . ^Zastaliśmy bramy miasta zamknięte: cisza grobowa, 
księżyc, szczekanie psów odpowiadające na nasz stuk do 
bramy— niepewność, czy firmany nasze otrzymają nam wej- 
ście, czy trzeba będzie ną polu nocować — jakieś wspo- 
mnienia krzyżackie... wszystko to pamiętnym mi uczyniło 
przyjazd do Jeruzalem. Nareszcie pa dwóch godzinach 
otwierają się bramy, zajeżdżam do klasztoru. Szpitznagel*) 

*) Alexander Spitznagel , wicekonsul w Jafie , przjjaciel nni- 
wertytecki Słowackiego i zapewne brat Ludwika , bawił wtedjr wła- 
śnie przypadkiem w Jeroaolimie , o czćm nasz poeta dowiedział tif 
po drodze. * 



3»2 

słysząc, .głos cadzozismców , scłiodń na dół; biorę go za 
ramiona, obmcain kn sobie, mówię mu: Oleś! — Nie po- 
znaje mnie... Pytam go po kilka razy: jakto? czy mię 
nie znasz?... Odpowiada mi po trzykro<i: Niecłi Pan da- 
ruje, ale prawdziwie nie przypominam sobie... Nakouiec 
musiałem ze ściśnionem sercem wymówić moje imię i na- 
zwisko... Jeżeli przykrą mi była ta chwila, to jeszcze 
przykrzejsze pożegnanie jego nazajutrz, bo go ani na pół 
dnia zatrzymać nie mogłeo^. .. Przyszedł do mnie i wziąw- 
szy za rękę, powiedział: do zobaczenia. Odda^rszy mu 
uściśnienie, z dosyć gorzkim uśmiechem odpowiedziałem, że 
jeżeli wyjeżdża, to już zapewne nie do zobaczenia żegnać 
się trzeba... Cały ten dzień było mi smutno. — Z dnia 14 
na 15 miałem przepędzić noc u grobu Chrystusa... na 
wspomniepie tej nocy tak miałem rozigrane nerwy, że Izy 
rzucały mi się z oczu. Noc u grobu Chrystusa przepędzona 
zostawiła mi mocne wrażenie na zawsze. O godzinie 7 wie- 
czór zamknięto kościół , zostałem sam , i rzucUem się z wiel- 
kim płaczem na kamień grobu. Nade mną [tonęło 43 lamp, 
miałem biblią, którą czytałem do 11 w nocy; o pół do 
dwunasto) weszła do grobu młoda kobieta i męszczyzna, 
jak sądziłem, małżonkowie, którzy musieli mieszkać w kla- 
sztorze i zrobili wotum odmawiać co dzień pacierz w nocy 
na grobie. Jakoż oboje pomodlili się krótko, pocałowali ów 
kamień, a potein przyszedłszy do mnie oboje, pocałowali 
mnie w rękę. Tak byłem zmieszany, że nie wiedziałem, jak 
się znaleść. Wyszli — zostałem sam. — O północy dzwon 
drewniany obudził w kościele księży greckich. Różne wiary, 
każda mająca swoje mniejszą lub większą zagrodę w tym 
gmachu, budzić się zaczęły na głos tego dzwonu. Grecka 
bogata kaplica oświeciła się lampami, na górze ormiański 
kościółek zapalił także świece i zaczął swoje śpiewy. Kopt 
mający małą drewnianą klatkę, przyczepioną do katafalku 
pokrywającego grób święiy, także (jak widziałem przez 
szczeliny) zaczął w swojej altanie dmuchać na żar i goto- 
wać samotne kadzidło. Katolicy także w dalekiój kaplicy 
zaczęli śpiewać jutrznię, słowem, po północy ludzie obu- 
dzili się, jak ptaszki w gzymsach jednej budowy budzą się, 
świergocąc każdy po swojemu o wschodzie słońca... Grecy 
na grobie odprawiali mszą, potem Ormianie; o drugiój zaś 
w nocy, ksiądz rodak wyszedł ze mszą w imieniu mojej 
ojczyzny, a ja klęcząc na tóm miejscu, gdzie anioł biały 
powiedział Magdalenie: „Niema go tu, zmartwych- 
wstał**, słuchałem całej mszy z głębokiem uczuciem. O 



^ 268 

trzeciej w nocy znużony posźedłom do klasztora, i spałem 
snem dziecka, które się zmęczy łzami. ^ (Z lista jak wyż^j)* 
Zwiedzał potćin wszystkie ważniejsze punkta Palestyąy, wspa- 
minane w piimie kw: Odbywał pielgrzymkę tę konno. Był n mor 
rza Martwego, w Betleem, w wioseczce Jerydio, na Jozefata do- 
linie, w Nazaret i w Tyberyadzie, ciężko nawiedzono nieazcięr 
idem na krlka tygodni przedtćm. W skutek traęsieaia ziemi 
w mieńcie tćm nie zostało ani jednego domu całego i dOO hńń 
zginęło pod minami Oglądał jezioro genezaretańskie i rozpamię- 
tywał sceny biblijne,, przywiązane do tego miejsca. Caia ta zie- 
mia palestyńska wydawała mu się dziwnie urocza, pełna najpię- 
kniejszych kwiatów, podobna do różnobarwnego kobierca. ^Góry 
tylko, na których stoi Jerozolima, dzikie, niepłodne, nadają te- 
ma miastu straszliwą fizyonomią, i okropna jest dolina Jozrfata^... 

Wyjechawszy z Tyberyady, w pięć dni stanął w Damaszka, 
który choó położony w bardzo pięknej okolicy, mało go zajął i 
przypominał mu Kairo. Potom przebył śnieżny Antylibanon i zna- 
lazł się piiędzy ruinami Balbeku (dawnego Heliopolis). Niewypo- 
wiedzianie ruiny te go zachwyciły. Przypomniał sobie, że kiedyś, 
kiedy jeszcze był dzieckiem, leżało w domu rodziców jego na for- 
tepianie dzieło wielkie z ogromnymi sztychami, o rainach Ball>e- 
ku i Palmiry, które on nieraz wtedy przeglądał. 

^Stojąc między kolumnami rzeczywistymi teraz, przy- 
pomniałem sobie te ehwile dzieciństwa, i serce moje było 
pełne sotLutku.*" 

Stamtąd przejechał konno także Łibanon, równie zasypany 
i śniegiem, jak Antylibanon, i zjechał do krainy, w którój zastał 

f najpiękniejszą wiosnę. 

„Jedne drzewa wcale nie straciły zieloności , drugie się 
w nią teraz ubierają. Migdały pruszą kwiatem, słońce py- 
szne, słowem jestto prawdziwie ziemia obiecana! Nie wy- 
ruszę z niój, aż za dwa miesiące* Nie pojadę do Konstan- 
tynopola, bo mię to miasto niewiele interesuje; wolę jeszcze po- 
znać się z Libanem i z chrześcijańskim ludem Maronitów""... 

To było pisane d. 19 lutego 1837 w Bajrucie. Krainą, o 
którój mówi, była nadbrzeżna, wzdłuż morza Śródziemnego cią- 
gnąca się część Syryi, która niegdyś stanowiła kraik starożytnych 



264 

Fenicyań. W kilka dni potćm, w Bajrucic, nastąpiło rozłączę^ 
nie się obydwóch towarzyszów podróży. Zenon pościł się lądem 
do Europy i poprowadził na Konstantynopol konie arabskie, które 
po drodze kupił. Poeta pozostał w Syryi. Wrócił sam jeden w gó* 
ry libańskie i zamknął się tam na 45 dni w jednym klasztorze, 
zwanym w języku syryjskim Spoczynek umarłych (Bel- 
cheshban). Oto, co o nim pisa^ w kilka miesięcy po wyjlciu już 
z tój pustelni: 

„Miejsce prawdziwie bezludne, klasztor zbudowany na 
skale, dobrzy księża ormiańscy, piękne kwiaty rozwijające 
się wiosną na górach, rozległy widok na morze z mojój ce- 
li — wszystko to miłe mi zostawiło wspomnienie. Na dowód, 
'jak pozyskałem przyjaźń księży, opiszę wam tylko mój wy- 
jazd. Dobrzy ojcowie zasmuceni, że ich porzucam, dali mi 
wszelkie prowizye na drogę i wino ; lecz kiedy przyszło osła 
dźwigającego ładować, pokazało się, że ogromnego butla 
wina udźwignąć nie mógł. Radosny byłem z tego zdarzenia, 
bo myślałem, że się zdołam wymówić od przyjęcia poda- 
runku; lecz niestety! księża wysłali za mną człowieka, któ- 
ry na żylastych ramionach przyniósł za mną, trop w trop 
lecąc, butel aż do Bajrutu. Gdybym miał jaki mój własny 
domek w Europie, schowałbym ten doskonały trunek, aż 
się kiedyś zjedziemy ; lecz ponieważ niepodobna mi jest włó- 
czyć się z nim po świecie, więc go spijam, czyli raczej co 
niedzieli częstuję nim sześciu ojców Kapucynów, którzy na 
jednym ze mną okręcie wracają z ziemi świętój , i tym spo- 
sobem zyskuję sobie u nich wielkie poważanie i (ponieważ 
to są Hiszpanie) tytuł Don do mego imienia. — Ale wróćmy 
do klasztoru libańskiego. Przepędzałem dnie całe na duma- 
niu; wieczór szedłem do małego źródła, gdzie dziewczęta 
wiejskie przychodziły czerpać wodę, i rozmawiałem z niemi 
po arabsku, a trzeba wiedzieć, że cały mój arabszczyzny 
zasób składa się ze 200 wokabuł bez spójników i przypad- 
kowych zakończeń. Nieraz matrony syryjskie dawały mi 
rękę, abym je brał za puls, myśląc że jestem doktorem; 
każdy bowiem Europejczyk na Wschodzie uważany jest za 
doktora. To mnie dziwnie bawiło.** 

„Choć życie moje w klasztorze przez 45 dni było do- 
syć niezabawne , wyjeżdżając z niego uczułem dziwną tęskno- 
tę. Ja miałem przed sobą podróż i włóczęgę — ci spokojni 
zostawali w swoich celach . . . dziwnie zazdrościłem im je- 
dnostajności życia! Nie zapomnę nigdy wrażenia , jakie uczy- 



265 

niło na mnie ostatniego ranka ^ kiedym się obudził, stuknie- 
nie do Arrm , które rozbudzało śpiących po celach zakon- 
ników. Tak było tego poranku, tak miało być jutro, tak 
zawsze dla nich — . a ja wyjeżdżałem do Bajrutu, gdzie 
miałem wsiąść na okręt i ruszać do Europy, gdzie nikt nmie 
nie czeka, gdzie się ja niczego nie spodziewam... Siadłem 
Ha koń; przewodnicy i muły z rzeczami szli za mną, po- 
t^ człowiek z butlem na plecach — i cała krotochwUnoić 
takiego orszaku rozweselić mnie nic mogła. Obejrzałem się, 
byłem na dole, klasztor rysował się na niebie, a na dachu 
' klasztornym płaskim stały małe czarne figurki. Byli to 
księża, którzy ninie oczyma przeprowadzali, — Dzień 
Wielkiój Nocy przepędziłem w tym klasztorze, i przyje- 
chał umyślnie ksiądz Jezuita , ofiarując mi się na spowie- 
dnika. Zrazu nie chciałem- tegD uczynić; lecz jego przyja- 
oiehkie nalegania sprawiły, że wyspowiadałem mu się ze 
wszystkich grzecłiów mego irycia. Ale kiedyw szarój godzi- 
nie poranku ukłęknąłefii przśd nim, chcąc wymówić pierw- 
sze słowo: rozpłakałem się jak dziecię, tak mi to przypo- 
. mniało dawne lata , dawną niewinność — wszystko , od cze- 
go mnie potem długie lata oddzieliły ... Po skończonej Spo- 
wiedzi ksiądz wstał, uderzył mię po ramieniu i rzekł: idź 
w pokoju! wiara twoja zbawiła 'ciebie.''^ (Z listu pisanego na 
mórżu, d. 14 czerwcii 1837): ^ 

• Przeszło 6 tygodniowy * ten pobyt Słowackiego w klasztorze 
Bekheshban przypada na miesiąc marzec (1837) i na skrajne ty- 
godnie obu przyległych miesięcy. Czas ten nie był spędzony na 
samom tylko „dnmąpiu,^ jakby wnosić można z ustępu powyżój 
przywiedzionego. W dalszej osnowie tegoż listu znajdują się te je- 
szcze słowa: 

^Na górze Libanu pracowałem trochę, i owoc moich 
marzeń także ze mną wędruje. Myślałem nawet zamknąć 
go w butelce, aby na przypadek rozbicia (okrętu) można 
go rzucić w morze i tak coś po sobie ocalić. Ale potom 
mnie jakaś religijna wzięła filozofia, i myśląc o marności 
rzeczy światowych pomyślałem, że jeśli mnie weźmie, to 
niech i wszystko moje bierze Neptun^... 

Nie powiada poeta, co pisał w owym klasztorze. Mnie się 

zdaje, że mogła to tylko być albo powieść o Ojcu Zadżumio- 

nych w El-Arish, albo też Podróż na Wschód, poemat 

w sposobie Byrona Childe- Harold, zamieszczony w zbiorze po* 

Tpm L 34 



266 

imiartnym. Kiedy jednakże rozważam cały nastrój wpierw wy* 
mienionAj powieści, nastrój nader smętny i poetyczny, i porówny" 
wam z nim ówczesne usposobienie poety, dumającego tak samo- 
tnie w ormiańskim owym klasztorze: to mi się zdaje, jakoby da- 
leko było prawdopodobniejszóm przypuszczenie, że owato powieść 
wtedy powstała, aniżeli żeby tam miał był Jnliosz nad ^Podró- 
żą** pracowad. Ton tego poematu jest zbyt już wolny, szyderczy 
i niepoważny, by to miał być owoc i zarazem odblask tej religgnój 
końtemplacyi autora, w jakiój go tam widzieli&my. Daleko wła- 
ściwszą jest rzeczą odnosić Podróż do czasu spędzonego późniój 
we Włoszech, a mianowicie w Florencyi. 

Jakoś dnia 6 albo 7 kwietnia, pożegndi się Juliusz z za- 
konnikami Libanu i powrócił do portowego miasta Bajrutu. Nie 
znalaBł w porcie, jak się był spodziewał, żadnego okrętu odpły- 
nąć mającego do Europy, i długo musiał czekać na okręt. Z tój 
przyczyny w Bajrucie przepędził z jakie 40 dni w hotelu. Pierw- 
sae dni takiego tam siedzenia były dla niego nieznośne, mimo 
uczynności konsula , który mu książek do czytania pożyczał i nie- 
raz go z uprzejmą gościnnością do domu swege zapraszaŁ Nakoniec 
jednak zdarzył los, że przyjecłiał tam z Jerozolimy staney Ho- 
ły&ski, brat Alezandra, przyjaciela poety. Znajomość Słowackie- 
go z starszym Hołyńskim była dotąd tak mało znacząca i przelotna, 
że zaledwie się mogła uważać za znajomość. Widzieli się tyłka 
raz jedyny wtedy nad Nilem, kiedy to walnie wszyscy oglądali 
ruiny świątyni w Denderze. 

^Nie znałem go i myślałem, że w towarzystwie jego 
me znajdę przyjemności; ale przeciwnie, on sam pierw- 
szy zbliżył się i związał aę ze mną. Całe dni potom prze- 
pędzaliśmy razem chodząc na spacery, rzucając spojrzenie 
ukradkiem na zakryte wschodnie piękności. Ulubionóm miej- 
soem naszem był cmentarz w Bajrucie, gdzie co wieczora 
siadaliśmy razem na marmurowym turbanie, patrząc na 
morze i słuchając płaczu tureckich kobiet, które na grobo- 
wcach znajomych rozścielały bukiety kwiatów, niezmordo- 
wane w oddawaniu czci zmartym , wierniejsze niż nasze kO' 
biety wspomnieniom. Marzyłem kiedyś będąc dzieckiem o 
takich cmentarzach, o takich cyprysach, jakie teraz wi- 
działem na oczy... Słowem dobrze nam było, i mnie do- 
brze, bo znalazłem w nim przyjaciela. Kiedy miałem wy- 



267 

jeidiać, Hołyński my&Iąc, że może moja kiesa wypróżniła 
się, różnymi sposobami starał się wszcząć dyskurs o pie- 
niądzach. Nareszcie jednego wieczora zaczął mówić — za- 
jąknął się i przestał; ścisnąłem go za rękę, kończąc sam 
zaczętą przez niego frazę. Dobry chłopiec, rzucił mi się na 
szyję i rozpłakał się rzewnie łzami, usiłując koniecznie, 
abym Wziął u niego 2000 fr. Z największą trudnością wy- 
mówiłem się od tego i musiałem go przekonać , że mam 
pieniądze wystarczające mi na powrót do Europy... Ale łez 
tych nigdy nie zapomnę, i Ty go, droga moja, za to wiem 
że kochać będziesz. Ostatnie dni przepędziliśmy razem. 
W wigilią mego wyjazdu razem byliśmy na balu u mojego 
konsula. Ładna to, jak na Bajrut, była feta: fajerwerki, 
balon puszczony, dziedziniec zamieniony w salę do tańca, 
kilka kobiet wschodnich w arabskich ubiorach, żony konsu- 
lów itd. Tańcowano przy pozytywku; bo fortepiany choć 
są, lecz aby je nastroić, do Europy instrument posyłać 
potrzeba. — Muszę Ci tu także napisać , że mi rodacy moi 
zrobili reputacyą poety ; więc wszyscy ubiegali się , abym 
z nimi gadał, i od czasu Łamartina naznaczyli mój pobyt 
pierwszą kreską. Dosyć mi to było miło, zwłaszcza że po 
tym balu nazajutrz miałem wsiąść na okręt i puścić się 
w daleką podróż. Była więc w tóm jakaś poetyczaość, któ- 
rej wyrazić nie potrafię**. (Z listu, jak wyżej). 

Nazajutrz po tym balu rozstali się nasi przyjadełe ze 8oł)ą 
i z Bajrutem. Słowacki wsiadł na okręt i pożeglował do Cypru, 
a Hołyński, który nie chciał już w tern mieście zostać potom 
ani godziny bez niego i dlatego też już pierwej był rzeczy 
ftwoje wyprawił naprzód, dosiadł konia i ruszył w góry libańskie 
do cedrów Salomona. Było to jakoś w pierwszój połowie maja. 

W dobry miesiąc pdtóm znajdował się nasz wędrowiec na 
morzu już gdzieś niedaleko włoskiej Liwumy, i pisał list (dato- 
wany z d. 14 i 15 czerwca), list ostatni z podróży, w którym 
udzielał matce spostrzeżeń swoich zebranych na pokładzie okrętu. 

lżycie moje na statku jest bardzo jednostajne. 

Wstaję przed wschodem słońca i obserwuję gwiazdy, w któ- 
rych się teraz głęboko zaciekam, pomagając często oku na- 
szym okrętowym teleskopem. Potim widzę czerwieniące się 
niebo, koguty na rzeź przeznaczone pieją i głos ich dzi- 
wnie się wśród morza wydaje, przypominając spokojność 
życia wiejskiego; kot okrętowy wychodzi igrać ze mną, ży- 



268 

wy i wesoły o godzinie porannej; potem wschodzi słońce, a 
pokład okrętowy czerni się od liabitów sześciu mnidiów, 
rzucających spokojne łoże; potom kawa, ranne godziny za- 
jęte czytaniem, marzeniami— przy obiedzie nieraz mój butel 
budzi wesołość... Po południu o godzinie 5 cały okręt od- 
mawia głośno różaniec do Najświętszej Panny, prosząc ją o 
wiatr dobry... i nakoniec wzywa swoje rodzinną Madonnie 
de Monte Negro, aby się opiekowała nim i o wiatr pomyśl- 
ny prosiła... Wieczerza i obserwacye gwiazd wschodzących 
dzień mój kończą... Czasem z którym z mnichów gram 
w warcaby . . . Nakoniec piszę dziś ten list na mojój szlLatoł- 
ce na kolanach, siedząc na pokładzie okrętowym i ciesząc 
się, że po trzydniowój ciszy zawiał nam wiatr dobry i do 
portu Liwurny prowadzi. 

. . . „Podróż morska miała dosyć dobry wpływ na mój 
charakter. Przywykłem być z kim ciągle, nie mając oso- 
bnego pokoju, gdziebym się mógł zamykać... Przywykłem 
do wielu niewygód, przekonałem się, że obiad bez mięsa 
obejść się może i że należy czasem pościć, tak jak nieraz 
pościliśmy z Zenonem, żyjąc przez dzień cały ryżu garste- 
czką, przy niedzieli tyll^ jedząc kury. Zdrowie moje pra- 
wdziwie cudownie mi :|fei^łó:' Spałem nieraz na wilgotnój 
ziemi pod namiotem M^ jMeibrze, i zdrowszy teraz jestem 
po tóm wszystkióm, niż pfócdtem. Słowem, uznaję nad so- 
bą samym opiekę Boga i ufam, że ją nie tylko nade mną, 
ale i nad Tobą rozciągnie , bo inaczej cobym ja robił na 
ziemi? — Dziwnem teraz będzie bardzo dla mnie przejście 
z życia wschodniego do zwyczajów europejskich: widzieć, ie 
znakiem uszanowania nie jest już nakrycie głowy, a zdjęcie 
trzewików; że obrusa nie kładą pod stołem, ale na stole; 
że ludzie nie jedzą palcami , że pozdrawiając kogo nie przy- 
tykają ręki do ust i do czoła ' ani do serca , jak w zie- 
miach arabskich ... Wczoraj jadłem nową potrawę , był to 
żółw morski, któregośmy ułowili śpiącego na wodzie. Mięso 
jego dobre , wonnością wydawało się trochę do łososia podo- 
bne.' Prowizye nasze wystarczały nam do końca, woda się 
nie zepsuła, kury potłuściały; trzy barany, długo nas swoją 
figurą bawiące na pokładzie okrętowym, już nie ezystają; 
a śmierć ostatniego była opłakana rzewnemi Izami przez 
okrętowego chłopczyka, który się był do zwierza przywią- 
zał jak do braciszka i ze strony barana podobne przywią- 
zanie uzyskał 9 tak że baś biedny, póki żył, jak pies bie- 
gał za nim. — 



269 

.... ^Mam ufnoić, że ta podróż zapełnię bezużyteczną 
nie będzie. Tyle nowych obrazów tkwi teraz w mojój pa- 
mięcL Przyszłoió będzie oię dziwnie w mojój głowie na ta- 
kióm ile odb^aó. Choćby tylko promień takich pięknych 
wapomnień miał upaió na staroić moje, jeżeli dożyję sta- 
ro^.:. Kiedyi, nsiadłszy z Tobą na cmentarzyku krzemie- 
nieckim, l)ędę G opowiadał o grobach dawnych i wielkich 
ludzi , i o pomnikach . starych wieków. A słuchajlgic moich 
wsponmień, będziesz się tak u&miechaó, jak niegdyi słu- 
chając marzeń moich o przyszłoici** . . . (Z listów z dnia 14 
czerwca i 19 lutego 1837). 



c7^^:Aiyo 




JULIUSZ SŁOWACKI 

JEGO ŻYCIE I DZIEŁA 

w STOSUNKU DO WSPCk^fZESNĆ j EPOKI. 

TOK DRUGI. 



mmi mmm 



JEGO ŻYCIE I DZIEŁA 



w STOSUNKU DO WSPÓŁCZESNEJ EPOKL 



PBSBS 



ANTONIEGO MAŁECKIEGO. 




Tom dbugł 



LWÓWT. 

NAKŁADEM AUTORA. 

1 DRUKARNI ZAKliADU NARÓD. IM. OSSOLIŃSKICH. 
Pod b«spo<r. tan^dMU upnyw. dxi«rtawcy Ale«. Vof te. 

1867. 



ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Druga połowa roku 1837 i calj .1838. -^ Przybycie do Łiirorno — 
kwarantana — smatna wiadomość z domu. — Poeta osiada we Flo- 
rencyi — przywij|zane do miasta tego wspomnienia Danta -*- towa- 
rzyskie stósunkL — Wiersz „Do Księgarza* — Poema Piasta 
Dantyszka o piekle — „Podróż na Wschód.** — Znajo- 
mość z księżna Suryilliers — mania mazykalna we Włoszech. — 
Niespodzicwanjr episod w życiu — p. Aniela M. — Sonety. — 
Zygmunt Krasiński wFlorencyi — korespondencya Słowackiego z ma- 
tką na czas dłuższy przerwana — wyjazd jego do Francyi. — Na 
kilka miesięcy przedtem druk Anhellego, jako też Poematu o 
Piekle, — Eozbior krytyczny Anhellego. 

Dnia 17 czerwca 1837 okr#, na ktńrym wracał Słowacki 
ze Wschodu, zawinął we Włoszech do portu. Był to port miasta 
Liworno. Stosownie do obowiązujących tam w czasie owym prze- 
pisów, podróżni przybywający ze Wschodu zmuszeni byli zarae 
po wyjściu z okrętu odbywać kwarantanę. I Słowacki formalności 
tój przykrej poddaó się musiał. Klauzura ta trwała dla niego 
przeszło 3 tygodnie. Dnia U lipca dozwolono mu przenieść się 
wreszcie do miasta. Wtedy kazał się zawieść do tegoż znowu ho- 
telu, w którym nocował rokiem pierwej, kiedy spieszył z Gene- 
wy do Rzymu powitać krewnych, którzy tam na niego czekali. 
Dziwnym trafunkiem, dano mu teraz nawet teńsam znowu pokoik, 
który i wtedy zajmował. Chętnie dał się wprowadzić do numeru 
tego Słowacki. Miło mu było widzieć się przez dni kilka w ką- 
ciku , którego wszystkie sprzęty odświeżały mu w pamięci tę prze- 
szłość tyle jeszcze nie dawną, a tak zupełnie jednak różną od 
cliwil obecnych. Przed rokiem miał przed sobą krainę, o którój 

TomlL i 



piękno&ciach mówiła mn wyobraźnia wszystkimi nrokami poezyi. 
Miał zobaczyć Rzym i wszystkie przepychy jego. Wiedział, te 
w nim oczekoj^ go i coń droższego jeszcze, aniżeli wszystkie prze- 
pychy &wiata — rodzina, przywiązana do niego. Teraz widział się 
opuszczonym przez wszystkich swoich — może na zawsze. Wra- 
cał z iwiata poezyi w stosunki znane sobie, powszednie, rzeczy- 
wiste, Ttregalowane aż do przesytu — pełne prozy, tęsknoty, sa- 
motności — nawet fizycznie blade i wypłowiałe w porównaniu 
z tern wszystkiem, zczóm się poż^ni^,.. 

^Prawda to, co powiadają ludzie wschodni, że kto raz 
tamtego powietrza zakosztował, to jeżeli może, nazad tam 
znów powraca pomimo wszystkich niewygód ciągłej podróży. 
Tak tam dziwnie lekkie jest życie, że mi teraz Europa 
eienmą się wydaje. Poczerniały domy — zgęstniało powie- 
trze — na zwierciadło marzeń ktoś chuchnął i zamglił 
szkło... Chciałbym jeszcze raz być na Libanie.^ (z listu 
« dnia 24 listopada 1837 r.). 

Przez cały czas wędrówki swojój po różnych częściach świata 
, nie miał Słowacki ani jednego listu od matki. Inaczej to być nie 
mogło. Matce Juliusza nie było nigdy wiadomo,, gdzie syn jej 
bawi i jak się długo w którói^ miejscu zatrzyma. Odbierała listy 
od niego zawsze znacznie po czasie. Niektóre z nich ginęły nawet 
po drodze. Nie było zatóm możności utrzymywać z nim jakąkol- 
wiek korespondencyą , dopókiby nie powrócił do Europy. Juliusz 
to pojmował i nie spodziewał się też, dopóki podróż trwała, ża- 
dnych wiadomości z Krzemieńca. Lecz teraz — wychodząc z kwa- 
rantany — niecierpliwie i z bijącem sercem wyglądał chwili, która 
mu przyniesie owe listy, jak się spodziewał, czekające już na nie- 
go w tóm włoskióm portowóm mieście. Trwoga go zdejmowała na 
tę myśl, co w nich wyczyta. Co się tam dzieje w jego kółku 
rodziimem? czy matka zdrowa? czy wszyscy... Nie śmiał nawet 
domówić końca tego pytania. A jednak nasuwało mu się ono po- 
mimowolnie i ciągle, jak widmo jakie, przytomne i nurtujące 
w głębi tajemnych jego myśli. Nadaremnie się opędzał przed cięż- 
kiem jakiómś przeczuciem , które go dręczyło, ilekroć o Krzemień- 
cu pon;iyśIał. 



Pierwszy list, który otrzymał i który w rze$tzy samój jąt od 
kilka tygodni na niego czekał, nie zawierał w sobie nic takiego, 
coby było mogła usprawiedliwić owę trwogę ^ j^^kiej doznawał. Do* 
nosiła mn w nim matka, że się powodzenie i zdrowie wszystkich 
w domu w tymaamym znajdiąje stanie, co dawniój. W dni kilka 
potom doręczono Słowackiemu list drugi — i teraz dopiero na- 
stąpiło, czego się on obawiał i co przeczuciem przewidywał przeć 
cały czas przymusowego pobytu swego w zamknięciu kwarantany. 
W liście było doniesienie o nowym zgonie w gronie rodziny. Za 
tylu innemi drogiemi mu osobami, których nie miał biedny nasz 
tułacz nigdy już w życiu oglądać, poszedł i ojciec jego matki, 
pątryśrciia całej famiKŁ' 

„Więc już i ten starzec w kontuszu, którego pomar- 
^ szczone powieki błyszczały łzami przy moim odjeździe, nie 

przywita mnie wracającego 1 — Nasza rodzina podobna jest 
do żórawi, które widziałem na pustyni egipskiój. Jeden się 
porwał-r- wszystkie za nim poleciały długim szeregiem w hłę^ 
kit — i wkrótce jęku ich słychać nie było.** (Z listu, z dnia 
21 sierpnia 1837, pisanego z Florencyij. 

— Nie mając powodu dłuższego przebywania w miofcie , wa- 
żnem jako punkt handlowy, ale jak wiadomo bardzo mało posia- 
dającym w swych murach takich warunków, któreby zająć mogły 
umysł artysty albo poety, po dwóch czy trzech dniach wypoczyn- 
ku porzucił nasz podróżnik Łiworno i pojechał do stolicy Toska- 
nii. Było to w połowie lipca. — Słowacki nie umiał w owym 
czasie zdać sobie dokładnie sprawy z t^o wszystkiego, co wzglę- 
dem siebie zamierza na przyszłość. Mianowicie nie wiedział zg(da, ^ 
które miasto i któryby kraj obrać sobie za miejsce stałego odtąd 
pobytu. Florencyi, pod tylu najróżniejszymi względami ciekawój 
i zdolnój zająć każdego, kto tylko szuka duchowego pokarmu i 
wielkich wzorów sztuk pięknych, słynącój z cudnego położenia 
w najprzyjemniejszój części Włoch całych, ojczyzny tylu znako- 
mitych pisarzy i w ogóle kolebki całój pięknej literatury włoskiej — 
Florencyi mówię nie znał naówczas wcale jeszcze poeta nasz. 
Owoż właśnie z tego powoda postanowił tam się udać i tam spę- 
dzić przynajmniej kilka najbliższych miesięcy, dopókiby mu oko- 



liczDoici nie pozwoliły powziąć ostatecznych zamiarów nadal co 
do swego losu na świecie. Był w owych latach we Florencyi osia- 
dły od dość dawnego już czasu malarz Polak, nazwiskiem Zai- 
dler, rodem także z Krzemieńca, dobry znajomy całej Słowa- 
ckiego rodziny. Juliusz wiedział o jego tam bytności już przedtem 
i zaraz za przybyciem swojem do miasta dopytał się o niego. 
Przy Zaidlera pomocy wyszukał sobie mieszkanie, składające się 
z dwóch gustownie umeblowanych pokoi, za które płacił mie- 
sięcznie 27 franków. Było ono położone na ulicy Via dci banchi 
pod numerem 4216. Później mieszkanie to zamienił na inne — 
w domu własnym Zaidlera. 

Życie Słowackiego we Florencyi, o ile z listów jego wnosić 
można, nie było połączone z tym pożytkiem i z temi przyjemno- 
ściami , z jakiemiby niezawodnie było połączone nie tylko dla in- 
nych, lecz nawet i dla niego samego — wśród innych okoliczności. 
Serce jego było stęsknione. Piękności natury, skarby sztuki już 
mu nie wystarczały. Raczej przesycony on już był Vrażeniami 
tego właśnie rodzaju, przeżywszy pod ich wyłącznym wpływem 
tyle już czasu samotnie. Potrzebował on teraz raczej towarzystwa 
ludzi, ludzi znajomych, blisl^ich, kochających, kochanych. Silniej 
niż kiedy, tęsknił do kraju i do rodziny. Przenosząc się myślą 
daleko, patrzał na to wszystko, co go naokół otaczało, obojętnie. 
Wśród przepychu rzeczy, które drugich zachwycają, często się 

nudził. 

^O jakżebym chciał usiąść kiedy na trawie przed dom- 
kiem Teofila, wtenczas kiedy Ty matko masz przyjechać 
^ wieczorem I • . Widzieć na drodze pył przybliżając^o się po- 

wozu, który mi Ciebie przywozi— potem rzucić się w Twoje 
objęcie — wypłakać się z wszystkich żalów na Twojóm ser- 
' CU — wyskarżyć się Tobie ze wszystkich zawiedzionych 
nadziei i uspokoić się nareszcie przed słońca zachodem, aby 
widzieć, )ak ta złota gwiazda zachodzi nad Teofila łanami — 
cicha — rozpromieniona — podobna jasnemu żywotowi po- 
czciwego człowieka... Za jeden taki spokojny wieczór, za 
jeden taki zachód słońca oddałbym wszystkie dni zachodnie 
mojego życia**... 

. • . „Od czterech prawie lat miałem zawsze koło siebie 
rodzaj familii. Zawsze kilka godzin w dniu przechodziło 
mi z ludźmi. W podróży nawet zawsze miałem jedne różową i 



uśmiechającą się twarz koło siebie. To też teraz często się 
sam znajdując w mojóm samotnem mieszkaniu , zadziwiony je- 
stem długością cicliycli godzin, zwłaszcza wieczorem. Kilka 
listów z Genewy przyczyniło się do tej nicspokojności. Tam 
przekonani byli , że ja wyszedłszy z kwarantany, zaraz nad 
jezioro Lemanu polecę. Nie widząc mię, dziwią się — pła- 
czą*— nareszcie myśląc, że mi brak pieniędzy przeszkadza, 
nastali mi przed kilku dniami jakąś osobę, która cłiciała 
mi koniecznie pożyczyć na konto pani Patteg tyle franków, 
ilebyni potrzebował. Ujęło mię to, choć nie przyjąłem pie- 
niędzy. Teraz odbywam z sobą wielkie walki, czy jechać, 
czy nie , — i chciałbym mieó kogoś, coby mi tę wątpliwość 
rozwiązał. Nieraz mię wabi mój spokojny kominek w Gene- 
wie, moje drzewa i fijołki kwitnące w złotem zimowem 
słońcu. Nieraz zatrzymuje mię przypomnienie różnych nie- 
przyjemności, od których wyjazdem do Włoch uwolniłem 
się**. .-. 

. . . ,,Nie dziw się , moja droga , że ja niegdyś taki od- 
ludek, dzisiaj się lękam samotności. Dawniej sny moje i 
złote sadzieje na przyszłość otaczały mię w koło — dawniej 
teraźniejszość była dla mnie jakby tylko sienią , prowadzącą 
do czegoś lepszego. Teraz się to wszystko na wspak obraca. 
Ale na Boga, jeszcze się nie poddam zniechęceniu, i Ty 
droga moja , łagodnemi słowy dopomóż mi do tego*". . . (z li- 
stu z dnia 21 sierpnia 1837). 

Długie rozmyślanie, gdzie się na dłuższy czas urządzić, czy- 
by pozostać we Florencyi , czy też raczej powrócić zaowu na brze- 
gi genewskiego jeziora, skończyło się wreszcie na tóm, że się 
pierwszeństwo włoskiemu miastu dostało. Przyczyniły się do tego 
głównie zbyt nalegliwe listy z (jenewy, w których go, że tu. użyję 
jego słów własnych, jak niewolnika naglono, aby ko-, 
niecznie rzucał Flore.ncyą i nad jezioro wracał. 

^Sylka (pani Hersylia Januszewska), protektorka Eglan- 
tyny, wypchnęłaby mię gwałtem i zapakowała na statek pa- 
rowy ; lecz ja odpisałem tak nareszcie , że mi teraz zupełną 
wolę zostawują robić, co mi się podoba. Listy między nami 
rzadsze są teraz. Ona już utraciła nadzieję powrotu mego, 
a ja nie chcę jej ożywiać na nowo. Siedzę więc przez zimę 
tutaj i najmuję mieszkanie w domu Zaidlera*". . . 

^Przepędziwszy tu zimę i popracowawszy trochę, chciał- 
bym na wiosnę pojechać do wielkiego miasta (Paryż) — 
z książką pod pachą , jak student, z suknią splamioDą a.tm« 



mentem , z piórem za nchem — i znów oddaó- wielki ukłon 
inoj6j królowej Sławie, jako wiemy jój do śmierci błazen**... 
(z lista z d. 3 października 1837). 

Zamiar wystąpienia po tak długiem milczeniu na nowo 
w szrankacli publicznycli i odezwania się jako narodowy poeta—- 
nie teraz dopiero zajmował my&I Słowackiego. Już odsiadując 
kwarantanę w Łiworno rozmyślał on nad szeregiem publikacyi, 
które zamierzał niebawem przyprowadzić do skutku. Wiersz żar- 
tobliwy „Boi księgarza*', ogłoszony dopiero w zbiorze dzieł 
Juliusza pozgonnycbj zaczynający się od tej strofy: 

Jeszcze chodzą przed .oczyma 

Róże, palmy, wieże, gmachy, 

Kair, Teby, Tyr, Solima — 
Mój Eustachy! * 
wiersz ten, mówię ^ właśnie wtedy był napisany. Zamawiał sobie 
■w nim wojażer nasz, przybywszy do Europy, wpół żartem a wpół 
na seryo przedewszystkióm względy wydawcy pism polskich we 
Francyi (Eustachego Januszkiewicza), i już naprzód snuły mu się 
przed oczyma owe rozliczne kłopoty, jakich z konieczności dozna- 
wać muszą pisarze, nim płody swoje do rąk publiczności oddadzą. 

Lecz ty wyrwiesz mię z latargu. 
Ty pomieszasz róż zapachy 
Księgarskiego wonią targu. 

Mój Eustachy! 
Będę tobie wdzięczny za to, 
Przypomnisz mi kraj i Łachy 
Zniechęceniem, troską, stratą, 

Mój Eustachy! itd. 

Tai^ księgarski, zniechęcenie, troska, strata i inne tym po- 
dobne rzeczy, same przez się bardzo niemiłe, miały więc dla Sło- 
wackiego teraz po tak długim wypoczynku prawie powab jakiś — 
urok nowości. 

Nimby się jednak odnowiła z temi wszystkicmi praktykami 
dawna znigomośćy chciał poeta nasz pierwój napisać iLOnieczpię 



Coi O podrój^ swojej pó Wschodzie. Miał io hj6 dług , oddany 
najbliższej przeszłoicij którą przebył. Podobnej daniny domagała 
się od niego także i teraźniejszoić , która mu włainie płynęła, a 
raczej miejscowość, w której iył.. Wszystko we Florencyi prze- 
mawiało do niego wspomnieniami wielkiego wieszcza, który się 
w tem mieście narodził, spędził w nióm znaczną część życia, a 
potom ujrzał się w konieczności pójść na wygnanie i tułać się 
daleko od niewdzięcznój ojczyzny — do samój śmierci. 

^Czasem idę do kościoła Santa Croce i staję przed 
pomnikiem Danta, a posąg jego ponury, patrzący ź wysoka 
na mnie, zdaje mi się mówić jakieś wyrazy natchnienia. 
Czasem idę do Galeryi i wpatrogę się w Wenus Medycej- 
ską,' chcąc aby piękność jój przeszła do mojój duszy *^... 

. • . ;, Ulubionym moim księżycowym spacerem jest jeden 
bok katedralnego kościoła. Nieraz marzę sobie, że tak cho- 
dził po tych kamieniach zamyślony Dante. Wyznam Ci je- 
dnak , droga Mamo, że mi często dystrakcyą sprawiają zgra- 
bne i ładne Flórentynki. Nigdzie podobnych figurek nie wi- 
działem i wybrałbym łatwo sto dziewczątek, w które gdyby 
mi Bóg tylko pozwolił włożyć duszę podług mego upodoba- 
nia, to w każdój ze stu mógłbym się dziś zakochać szale- 
nie. Takie, jak są, przyciągają oczy, ale nie serce*^... (z d. 
21 sierpnia 1837). 

Pod wpływem takich więc wrażeń -^ doznając z powodu* sa- 
mego miejsca to roztargnienia, to inspiracyi — pracował Słowacki 
we Florencyi nad dwoma utworami. 

Jeden z nich był mniój rozległego zakresu i został wykonany 
w całości: Poema Piasta Dantyszka herbu Leliwa, o 
Piekle. Pomysł do niego zawdzięczał autor niewątpliwie miej- 
scu, gdz^e bawił, i wspomnieniom do niego przywiązanym. 

Drugi poemat był zamierzony w daleko rozleglejszych roz- 
miarach. Miał on objąć w sobie celniejsze wrażenia i przygody 
zaszłe wciągu kilkomiesięcznój podróży autora poGrecyi, Egipcie 
i Palestynie, opowiedziane tym tonem lekkim jak lot motyla, 
którego z takióm powodzeniem i Byron także użył niegdyś do zło- 
żenia w kształt poematu wspomnień swojój pierwszój podróży. 
Ale nastrój angielskiego poety w poemacie Childe-Harold^ 
zdaje się być więcój smętny... Byłato piórwsza próba Słowackie- 



6 

go w tym rodzaju poezji. Okazuje się tak z tej już pracy, jako 
i z drugiej, znacznie późniejszej, z Beniowskiego, że miał Sło- 
wacki szczególny dar do składania tycli strof dziwacznych, wy- 
powiadających posłuszeństwo wszelkim utartym prawidłom sztu- 
ki, mięsziyących w jedne gmatwaninę wszystkie żywioły poezyi, 
wszelkie uczucia człowieka — a jednak zajmujących i porywają- 
cych każdego w najwyższym stopniu. Gzy się czytelnik z autorem 
zgadza, czy nie; czy przyklaskuje gorzkiej ironii, z jaką tenże 
smaga wszystko, co mu się w stosunkach tegoczesnych widzi 
przewrotnóm , czy się gorszy jego szyderstw zuchwalstwem : 
w każdym razie podziwiacf musi geniusz pisarza, maczającego pióro 
w łzach i żółci z taką łatwością i z takim skutkiem. — Całośó 
poematu, o którym mowa, miała się składać z kilkunastu — są- 
dząc z tego, co zostało dokonanem, przynajmniej z 15 albo 20 
pieśni. Praca nad nim przerwała się już na pieśni szóstej , z nie- 
wiadomego powodu. — Trudno jest oI)ecoie o tym poemacie jako 
całości wyrzec zdanie stanowcze. Ale zdaje się, że gdyby cały 
plan tegoż był przeprowadzony do końca, miałaby w nim litera- 
tura nasza niewątpliwie jedno z celniejszych dzieł poetyckich, 
jakkolwiek niektóre ustępy raziłyby może wybredniejsze umysły — 
i czasem słusznie... 

Sześciopieśniowy urywek poematu, o którym tu mówimy, 
został w całości ogłoszony dopiero w zbiorze pism Słowackiego 
pośmiertnych. Autor w późniejszych latach do druku wcale już 
oddawać go nie zamierzał , co widać stąd , że jeden ustęp z nie- 
go prawie dosłownie jest wcielony do Beniowskiego. — Pierwotny 
tytuł był: Podróż z Neapolu do Ziemi Swiętój. Zamie- 
niliśmy to na nieco ogólniejszy napis: „Podróż na Wschód", 
z powodu że o Ziemi świętej nic jeszcze w tych sześciu pieśniach 
nie ma. — 

Wspomniałem wyżój, że w pierwszych czasach pobytu Sło- 
wackiego w Florencyi było jego zamiarem wyjechać do Paryża 
już z wiosną roku 1838. Do tego nie przyszło. Gały ten rok 1838 
przesiedział poeta nasz ciągle jeszcze w Florencyi, tak iż cały 
czas życia jego w tóm miejscu doszedł ostatecznie przeciągu bli- 
sko 18 miesięcy. Jednym z głównych powodów tego odraczania 



o 

wyjazdu do coraz dalszych miesięcy byłwła&nie ten o Podr^iy 
poemat, a raczej pewien brak natchnienia i zapału, który ukoń- 
czenie jego opóźniał i utrudniał. Oto, co o tern znajdujemy w li- 
kie z dnia 2 kwietnia 1838 r. 

...^Korzystałbym natychmiast z wolnych skrzydełek, 
aby przelecieć kawałek bł^^kitnogo morza, dotknąć piórami 
szczytu Alp śnieżystych i powędrować jeszcze dalój, gdyby 
mię nie zatrzymywały tu jeszcze niedokończone moje ptace ; 
przyrzekłem bowiem sobie, że z próżną teką nie pojadę do 
wielkiego miasta piszących waryatów. Doznaję prawie wy- 
rzutów sumienia, żem dotąd nic ani o piramidach ani o 
grobowcu Chrystusa nie napisał. Ale jak mówi dawna pio- 
sneczka: serce nie sługa — nie zna eo to pany itd. 
tak i ja o mojej imaginacyi powiedzieć mogę. Zrobiłem spo- 
strzeżenie, że dla nas ludzi z pod północnój gwiazdy nie- 
dźwiedzia, Włochy są antyimaginacyjną krainą. Mój starszy 
i wielki Pierwszy (?) bawiący tu dawniój przez lat kilka, 
nic nie napisał — i dopiero przybywszy między błędne żó- 
rawie, zaczął śpiewać i rymy lać obficie. Z tego wnoszę, że 
imaginacyi potrzebne jest ojczyste, a przynajmniej zbliżają- 
ce się do ojczystego powietrze; potrzebna jest także atmo- 
sfera napełniona westchnieniami ludzi czujących i oświeco- 
nych; potrzeba nareszcie trochę poklasków, trochę cienia 
drzew niepospolitych i smutnych , jakiemi są laury, a w nie- 
dostatku tych, sosny i jodły litewskie. Tego wszystkiego 
braknie tu. Więc dobranoc marzeniom^... 

To niekorzystne pod poetycznym a raczej kreacyjnym wzglę- 
dem mniemanie o Włoszech wypowiadał Słowacki już i przed 
wyjazdem swoim do Grecyi , jeszcze w listach z Neapolu pisanych. 
Musiało to zatóm być u niego spostrzeżenie przydłuższóm do- 
świadczeniem stwierdzone. I teraz, we Florencyi, często w tenże 
sposób określał swoje usposobienie. 

„Cokolwiek bądź (pisał d. 19 maja 1838), muszę się 
wyrwać z tej dżdżystpj Florenoyi, chociaż tu raj prawdziwy 
dla ludzi ze szczupłym dochodem, ale raj materyalny — 
prowadzący za sobą dziwne uśpienie władz umysłowych. To 
dziwnie, że ja, co ze łzami prawie wyjeżdżałem z libań- 
skiego klasztoru , gdziem tylko dni 40 jak na pokucie prze- 
siedział » a takiej wyjeżdżając doznałem tęsknoty, jak gdyby 
miło mi było życie z tymi dobrymi mnichami przepędizić, 
czuję, że z Florencyi bez żadnego żalu wyjadę 1 Pierwszy 
raz mieszkanie moje nie przywiązało mię do siebie, choć 

Toma 2 



16 

bardco ładne i poetyczne. Osoby mi przyjazne nie ntonęly 
mi w sercu, słowem, jestto dla mnie dziwny fenomen — 
ta oziębłość dla wszystkiego i dla wszystkich. Czy to już 
starość ? Lecz ja tak mało używałem serca mojego , że je- 
szcze młode być musi. Chciałbym się znów odhartować w ja- 
kiój nauce suchćj i dającój mi codzieó nowe zagadki, jak 
matematyka. Ten kto doznał przesycenia idealnych marzeń, 
zrozumie i pojmie tę żądzę. Tęskno mi prawie za najsuch- 
szemi godzinami życia, za moją niegdyś biurową pracą. 
Zdawaćby się prawie mogło, że władza moich zachceń zwa- 
ryowała. . Lecz dosyć tego , boję się bowiem , abym pisząc 
tak, nie zasłużył na te smutne: ^a dobrze ci tak!^ ^a na 
co...?^ Skończ sama, droga moja, tę wymówkę, na co 
poleciałem jak pliszka nad szerokie morze, kiedy dosyć 
szerokie były dla innie stawy trzciną obrosłe, i na co się 
zakochałem w Wenerze Medycejskiej '? na co się zapatrzy- 
łem na posąg Danta stojący w Santa Croce — dla czego 
pokochałem orły gubiące się w szczelinach lawin szwajcar- * 
skich — na co strząsałem owoce Hesperyd na pomarańczach 
wschodnich rosnące, kiedy mogłem tylko spokojnie iść do 
Źołobów albo pod Łysą Górę i strząsać sobie przezroczyste 
wiśnie w naszych rodzinnych ogrodach? Wyszedłem był na 
szeroki gościniec, i ten mię odprowadził daleko, nie wiedzą- 
cego, gdzie idę; a teraz wędruję przy blasku słońca umar- 
łych • . . Niech mi Twoje błogosławieństwo towarzyszy ! Życie 
jedno stracone jest tak małą rzeczą, że nie warto żałować, 
kiedy stracone na niczóm.^ 

Tak pisywał w napadach melancholii i zniechęcenia. W in- 
nych chwilach inaczej on sądził jednak o kolejach swego żywota. * 

...„Jak mię też Bóg wysłuchał! Ja go zawsze dzie- 
ckiem prosiłem, aby mi dał poetyczne życie. To też on 
wszystko tak klei, żeby serce moje napełnił najpoetyczniej- 
szemi wrażeniami. Prowadzi mię po błękitnych morzach, 
nad brzegami wód spokojnych i na góry chmurami okryte 
i na szczyty piramid^... 

„O! wiele ja miałem cudownych chwil w życiu! Na 
co więc ta gorycz , z jaką czasem piszę o stanie mojój du- 
szy? Gwiazda, co mi świeci, piękniejszą jest od wielu in- 
nych**... (z listów z d. 3 października i 21 sierpnia 1837, 
z Florencyi). 

• — Dodajmy teraz do tego wewnętrznego wizerunku poety 

w ciągu jego pobytu we Włoszech, kilka rysów towarzyskiego 

pożycia, jakie go otaczało. 



11 

Oprócz Zaidlera, z którym się we Florencyi dopiero pozD&ł 
i w domu jego zamieszkał , oprócz Zenona Brzozowskiego, towa- 
rzysza podró?:y, który na czas krótki pojawił się tu znowu, za* 
stał on tu znajomą sobie jeszcze z czasów rzymskicli rodzinę 
hr. Hermanostwa Potockiclu Do tego przybyło jeszcze poznajo- 
mienie się z hr. Zdzisławem Zamojskim. Z Potockimi robił nie- 
kiedy wycieczki w przyległe okolice. Z panem Zdzisławem miewał 
rozmowy — jak się wyraża — podobne do platońskich. Oprócz 
tego bywał też czasem w domu księżnej Surnlliers, i u pani Ko- 
mar, która spędzała tam wtedy zimę z córkami. 

O księżnój Survilliers jest kilka zajmujących szczegółów w li- 
stach Słowackiego do matki, które tu przytaczam. 

„Księżna Survillier8 spotkawszy mię raz na ulicy z Her- 
manem Potockim, żądała aby mię ten ostatni jój prezen- 
tował, i musiałem więc z nią w karecie siedzącą zrobió 
znajomość. Jestto córka Józefa (Bonapartego, brata Napo- 
leona I), a wdowa syna Ludwika — mała osóbka — bar- 
dzo mała — z twarzą dosyć przyjemną — bardzo bogata — . 
bardzo wielka amatorka sztuk pięknych — dosyć dowcipna, 
ale czasem nieśmiała w rozmowie, przynajmniej ze mną. 
Jestto jedyny dom florencki , gdzie bywam**. . . 

„Co środy znajduję tam koło dobrze dobrane, stara- 
jące się dowcipem naśladować paryskie zgromadzenia. Jedni 
rysują szkice, drudzy gadają o literaturze, o sztukach 
pięknych. Muzyka tylko tam nie wchodzi. Dobrze! Bogdzie 
muzyka się wciśnie, zwłaszcza we Włoszech, to zaraz bie- 
rze górę i staje się panem zgromadzenia i zamyka usta i 
głowy zasklepia. U Włochów pierwsza Cantatrice — c' est 
UH (/rand homnie! Innój wielkości nie znają na ziemi, tyl- 
ko wielkość gardła.** ** 
Dalej Słowacki żartobliwie dodaje: 

„Tytuł mój wojażera egipskiego, pielgrzyma do Ziemi 
świętej, bardzo mi teraz pomaga w towarzystwie. Mogę 
czasem poprawiać Lamartina — czasem nadawać sobie tro- 
chę kolorytu i postawy rycerzy Tassa — czasem robić się 
mistyczną anegdotą, rodzajem Giaura — czasem karykatu- 
ruję siebie, włażąc na kark wielbłąda — słowem że wycią- 
gam różnymi sposobami korzyść z odbytych wędrówek, któ- 
re i w samotnych moich godzinach bawią mię, jak sen 
piękny^... (z listów z d. 24 listopada 1837, z 22 lutego 
i 2 kwietnia 1838 r.J. 



n 

z powyżBZ^ wzmianki o przecenianiu muzyki w Włoszech 
możnaby wnosić, że Słowacki był jój nieprzyjacielem. Zapewne, 
nie był on ani entuzyastą ani też wielkim mistrzem w tej sztuce; 
niemuzykalnym jednakże nie był, owszem sam nawet pielęgnował 
muzykę. Miewał w mieszkaniu swojem zawsze najęty fortepian i 
niejedne szarą godzinę wygrywaniem na nim zapełniał; a jeżeli 
kiedy, to wła&nie w pierwszych miesiącach po powrocie z podróży 
wschodnićj wiele czasu na to poświęci. 

-^Gałe godziny teraz gram z nót na fortepianie (dono- 
sił np. w liście z d. 3 października 1837) i bardzo w mu- 
zyce postępuję. Zacząłem ją lubić i nabrałem cierpliwości. 
Wziąłem abonament na noty i coraz nowe przegrywam. 
Muzyka i moje umysłowe prace zabierają mi dzień i wie- 
czór cały*'... 

Kilka miesięcy później (d. 2 kwietnia 1838) donosił, że przez 

ciąg zimy wielkie poczynił postępy w czytaniu nót ; dodaje jednak 

następujące wyrazy: 

„Przeklinam Foka (był to niegdyś jego metr muzyki 
w Wilnie), że mię gamy, prostej gamy nie nauczył. Biegło- 
ści mi płynnój braknie i dla tego ludzie, którzy się na czu- 
ciu nie znają, a tylko sypanie grochu w grze lubią, nic 
nie pochwalą w moim melodyjnym talencie. Czy znacie kon- 
cert z Krakowiaka Chopina? Prześliczny! ale trudny jak 
dyabeł**. . . 

Ale ażeby wrócić do głównego przedmiotu, t. j. do stosun- 
ków Słowackiego z towarzyskim światem florenckim: dodajmy, że 
chociaż mu tam na znajomych domach nie brakło, w których i 
często bywał i mile był widziany, rodzaj ten życia wcale jednak 
mu nie wystarczał. 

„Od niejakiegoś czasu — pisał d. 2 stycznia 1838 — 
dałem się wciągnąć mimowolnie w świat i już od kilku ty- 
godni prowadzę życie pełne roztargnienia, co mię męczy i 
nudzi. Żałuję, żem został na zimę we Florencyi; nic bo- 
wiem nie pracuję i z rozpaczą myślę o moim 28 roku ży- 
cia, kończącym się na marnościach światowych^... 

„Braknie mi tu bardzo towarzystwa młodych ludzi. 
Nie mam z kim żyć po przyjacielsku, a ci , o których wy- 
żej wspominam, choć są bardzo dobrze ze mną, tyle wad 
mają i taki niedostatek w uczuciowych skarbach , że zawsze 
między nami są progi do przejścia i nigdy ich nie przestą- 
pimy."" (d. 24 listopada 1837J. 



u 

Niekorzystne to mniemanie o rodakacli, którzy z nim mieli 
znajomość i życzliwi byli dla niego, w tóm zdaje mi się miało 
głównie przyczynę, że mierzył ich wszystkich podług skali naj- 
milszego sobie ze wszystkich swoidi przyjaciół, podług skali ge- 
nialnego Zygmunta. Często się myślą przenosił w czasy, kiedy 
wspólnie ol)ydwaj bawili w Rzymie. Nie było wtedy Krasińskiego 
we Włoszech — przep^zał zimę z roku 1837 na 1838_w Wie- 
dniu. Stosunki między nimi były utrzymywane tylko listownie. 

„Zenonek czasem mi z Wiednia hieroglifami o swoich 
zabawach pisze. Z tejże samój stolicy przychodzą mi milsze 
listy od przyjaciela niegdyś mojego w Rzymie, który mi 
przypomina przechadzki po willi róż*J, marzenia w Kolize- 
um i wszystkie inne smutne spacery po ruinach Cezarów.** 
(d. 24 listop. 1837). 

„Nie mam tu zachęcenia do pracy, nie mam porady. 
Nie mam nawet jednój osoby, którójbym się mógł zapytaó, 
czy moje dziecko głupie jest czy rozumne; albowiem sobie 
nie wierzę i niespokojny jestem . . . Nie mam nikogo , coby 
mię ożywił — i podniósł trochę. Żalami, że nie mam tu 
Zygmunta K., którego towarzystwo w Rzymie miało dla 
mnie umysłowie mówiąc, lekarskie, uzdrawiające skutki**... 

...„Serce moje znów się napełnia jakiemiś nieograni- 
czonemi zachceniami (pisał w listach z października i z na- 
stępnych miesięcy r. 1837); dziwna jakaś, czcza melancho- 
lia dręczy mię. — Chciałbym się kochad, ale nie wiem 
w kim . . . Teofilowie już Ci musieli powiedzieó, droga moja, 
że to jest jedno z najgłówniejszych ż^dań mojego teraz ży- 
cia! Gadaliśmy z nimi o tem nieraz, siedząc na balkonie 
domu Św. łiUcyi w Neapolu, czekając aby się księżyc po- 
kazał nad Wezuwiuszem i rzucił nam kolumnę światła przez 
morską zatokę. Otóż znów rok przeszedł cały, a ja się nie 
kocham... Co to będzie? — Poznałem tu ładną jak anioł 
Amerykankę, i to był kamień probierczy mojego ostygłego 
serca. Zdawało mi się zrazu , że to była jedna z nimf Nia- 
gary — podobna do tych widm, które Manfred wywoływał 
z tęcz nad wodospadami, i już miałem zachwycić ognia z jej 
błękitnych oczu: kiedy mię odstręczyła od niej jój ciągła 
wesołość — ciągły prawie uśmiech na rozkwitłych ustach. 
Włożyłem więc znowu jak ptak głowę pod skrzydło i po- 
grążyłem się w moje sny melancholiczne**... 



*) Willa Mills na Palatynie. 



14 

Snów tych marzących przedmiotem nie była jui jednak uwiel- 
biana tyle w Genewie przed kilka laty Marya W. Oddalenie i 
co do czasu i co do miejsca, ajęło jój wspomnieniom wiele uroku 
w wyobraźni Juliusza. A mylne doniesienia, którym on dawał 
wiarę, zamieniły życzliwo&ć dla nićj nawet w zupełną oboj^tnoić. 
Już więc zdolny był mówić o niój spokojnie — naj^ret zimno — 
prawie powiedziałbym złośliwie! ^ j. : ' 

...-Mówią, że się Chopin z Maryą W., .a: niegdyi 
moją Maryą ożenił. Może poszła za niego trochę z przyjaźni 
dla mnie, bo mówią ludzie, że Chopin do mnie jak dwie 
krople podobny. Jak to sentymentalnie, pój&ć za człowieka 
podobnego temu, którego się pierwszą miłością kochało! 
Stałość i niestałość harmonizują się w takióm zdarzeniu — 
i podług Suedenborga , już w niebie nie z dwóch, ale z trzech 
dusz robi się jeden anioł po śmierci. Ale w tym przypadku 
niech Marysia na mnie nie liczy. Wolę się do inn^j jakiój 
światłej istoty w niebie przylepić. Dla niej dosyć — Orfeu- 
sza! Skrzydła tego anioła będą z siedmiu pedałów, a z kla- 
wiszów ząbki"... (z listu z d. 2 kwietnia 1838). 
W parę miesięcy potom ocknęły się znowu w Słowackim na- 
dzieje i uczucia, na brak których w sercu swojem tyle się skarżył. 
W ciągu lata r. 1838 przybyła do Florencyi zamożna pewna ro- 
dzina z Podola czy Ukrainy, złożona z czterech osób, z ojca, 
matki, córki i jakiójś już w dojrzalszych latach kuzynki. Córce, 
która nas tu głównie interesuje, było na imię Panna Aniela. Otóż 
do niej to były późniój napisane owe dwa cierpkie Sonety z na- 
pisem: ^Do Anieli M."^ drukowane dopiero pomiędzy pośmier- 
tnerai pismami, w tomie I. Jakkolwiek cały ten epizod w życiu 
Juliusza pozostał bez konsekwencyi , dla samego jednak choćby 
tylko wyjaśnienia rzeczonych sonetów przywiodę tu ustępy z jego 
korespondencyi , mające związek z tą rzeczą. Znajomość z pań- 
stwem M. zrobił Słowacki w czasie, gdzie się już na dobre za- 
bierał do wyjazdu z Florencyi. Wyjazd właśnie w skutek tego 
znowu się odwlekł. Otóż, co pisał właśnie z tego powodu w liście 
z d. 21 sierpnia 1838 r. 

^Znalazłem ludzi, którzy mię lubią, kochają i chcieli 
zatrzymać ; więc jeszcze na jakiś czas zostanę. Tymi ludźmi 
przyjaznymi jest dom M , kuzynów Z. i ta pa- 
nienka, od której on odebrał niegdyś rekuzę, która go w me- 



15 

lancholią i w dalekie kraje zagnała. Sam stary M. dobry i 
wiele gskdający cziowiek, do tyla mi robił grzeczności, że 
nareszcie przełamał mój zwyczaj samotnika i przyzwyczaił 
mię do tego, że co wieczora prawie z nimi na gawędzie 
czas trawię. Żona jego dla interesów pojechała tu stąd na 
Ukrainę i chciała bardzo być w Krzemieńcu, aby Ciebie 
pozna- i o mnie Tobie mówić. Czy jej droga przez nasze 
miasteczko wypadnie, nie wiem ; ale jeszcze kilka dni tema, 
M. mówił mi , że od Ciebie droga spodziewa się upoważnię* 
nia, aby wziął nademną opiekę i rząd samowładny.... 
Nawet pani M., dla ii^szystkich doić zimna, ze mną jest 
dobrze i nawet z szacunkiem. Kuzynka ich, panna Helena, 
w wieku już, nabożna i słaba, także się uśmiecha, kiedy 
przychodzę. Słowem, jakżem miał wyjechać, kiedy może 
w Paryża nie znalazłbym nikogo, coby mi sprzyjał, a tu 
są tacy, co ttdę z otwartemi rękami przyjmują?^ 

O wszystki^m tedy i ó: 'wszystkich matce donosił, tylko nie 
o osobie, któraby była mogła właśnie najwięcej ją zaciekawić. 
Uzupełniając rzecz z ulotnych wzmianek, rozrzuconych po innych 
listach, spróbujemy my z naszój strony dodać tu wizerunek pan- 
ny Anieli. Była to panienka zajmująca — nie tyle piękna, ile 
miła i kształtna — bardzo starannie wykształcona i co nazywają 
myśląca; ale... że użyjemy słów własnych korespondencyi, „stra- 
sznie popsuta**, albowiem była to pani w domu, samowładnie rzą- 
dząca nad ojcem i nad matką. Poecie naszemu okazywało całe jój 
mimowolne postępowanie, że musiała ona nim być zajęta. Uwa- 
żały to i osoby dalsze, bywające w tym domu. Każde jego przyj* 
ście sprowadzało rumieniec na lica panienki. Widząc przychylność 
całego domu ku sobie i tak życzliwe usposobienie w osobie, któ- 
ra i na nim, ile ze wszystkiego wnosić, korzystne od piórwszćj 
chwili sprawiła wrażenie, zaczął się Juliusz panną Anielą coraz 
żywiój zajmować. Że jednak miała ona różne też swoje słabostki, 
których jako baczny obserwator nie mógł nie widzieć, trzymał 
więc uczucia i kroki swoje na wodzy, namyślał się, doświadczał, 
zwłóczył, tak iż postępowanie jego mogło się wydawać chłodnóm 
i chwiejnóm. Mimo wszystkich oznak przywiązania ze strony pan- 
ny, a grzeczności ze strony rodziców, czegoś on temu wszystkie- 
mu, co niby widział, niezupełnie jeszcze dowierzał, choć powin'* 



da, że były wyraźne kroki ze strony trzecich osób, któi^ go za* 
chęcały, ażeby jawnie ł stanowczo w roił konknrenta wystąpił. 

^Może to był sen i przywidzenie z mojćj strony; ale 
jakże było nie śnić, kiedy mi często ojciec gadał przy stole 
nawet i otwarcie takie np. słowa: Popracuj nad sobą, po- 
pracuj i zakochaj się, a ja cię ożenię. Na co panna {to- 
nęła , a ja nie wiedziałem , co myśleć**. . . 

Dalszego wątku tych stosunków nie podejmuję się dopowie- 
dzieć czytelnikowi, szczegóły bowiem w listach o tóro nie dają 
dokładnego wyobrażenia. Zdaje się, że wmieszanie się w rzecz 
nieproszonych przyjaciół, intrygi jakieś, w części może nwięzie- 
, nie wuja JuHusza, które zaszło na Wołyniu właśnie w ciągu tego 
stosunku, a przedewszystkióm owo zbyt wyczekujące zachowanie 
się konkurenta w obec panny z wyobraźnią nieco exaltowaną, 
pozwoliło przeminąć chwili najsposobniejszej i nadało myślom p. 
Anieli taki później kierunek, iż się wszystko między nimi skoń- 
czyło ostatecznie na niczem. Słowacki wyjechał potem do Paryża; 
ona z rodzicami pozostała jeszcze na rok następny pod niebem 
włoskióm i — rzecz dziwna, umarła we Florencyi w kilka mie- 
sięcy po wyjeździe Juliusza. — 

^Może z mojój strony było nadto dumy, która się tćj 
panienek mogła opieszałością wydawać; gdyby jednak miała 
szlachetniejsze uczucia, zrozumiałaby dlaczego tak niena- 
tarczywie starałem się o nią. Ona miała miliony, jam nie 
mógł jój nic dać nawzajem. Ale to już przeszło. Ona mię 
teraz widzi z nieba — bo już nie żyje 1 . . 

...-Przyznam Ci się jednak, droga moja, iż kiedym 
j się o jój śmierci dowiedział, cierpiałem. Bo choćby to było 

p u niój chwilową tylko myślą, aby mię wybrać z tłumu i 

zrobić szczęśliwym, to już jój to nadało w oczach moich 
postać litośnego anioła, a śmierć jej dopełniła obrazu. Ileż 
razy teraz chodząc po ciemnych alejach tutejszego ogrodu, 
zdaje mi się, że mi ona drogę zachodzi, że się jej cień 
rumieni i spuszczając oczy przede mną pyta się: dla cze- 
goś mię nie kochał? Śmierć ją upiększyła w moich oczach**... 
(Z listu już pisanego z Paryża, d. ? listop. 1839 r.). 

Powyższe doniesienia o śmierci p. Anieli przeniosły nas mi- 
mowolnie w czasy Słowackiego paryskie. Jeszcześmy jednak do 
nich nie doszli. Cofnijmyż się zatóm myślą teraz o rok cały na- 



17 

powrót ,. ałeby <łopełniii wisemnktt zajęć jego floredckićh , w ci4' 
ga roku 1838. 

Właioie w czasie pi^rWfisej &woj&j znajomości z rodziną M., 
przystąpił był Słowacki do urzeczywistnienia wspomnianego jul; 
powyżej zaittiant, odezwać się mresKcio znowa jako autor 
puhUcznie wyistcfmjąey i w szybkii^j kolei wydawać teraz jedne 
pracę po drugiej. Od czasu ogłoszenia Kordyana (i834J aż do 
owej pory, czytaj[ąca pul)Iicznośd prawie, zupełnie go była straciła 
z oczu. Głiodaito o to, żeby złożyć teraz prz0d nią cały snop 
plona Hsiłowań czteroletnićłi i nieprzerwanych, cłioć podejmo-. 
wanych w ukryciu , i zająć jako pisarz miejsce sobie należne. 
Słowacki' miał wtedy chwilowy zamiar, przenieść się właśnie z te- 
go powodu do Paryża niezwłotizoie^ i {usał pod' wpływem tego 
postanowienia do inatki dnia 10 liplba (1898), co następuje: 

^Wyjeżdżam 25 tego miesiąca, dp Paryża, :alt>owiem 
wysłałem tam przedemną jedno moje maleńkie dzieciątko, 
które już w tych dniach musiało -się na świecie pokazać. 
Nie wiem, jiiki będzie los jego i bardzo ciekawy jestem, 
czy mu się powiedzie na świecie,' zwłaszcza że mu zamie* 
rzam wkrótce za przyjazdem nowych- dać braciszków. Pier- 
wszy z tych. chłopczyków,., którego już puściłem z opieki, 
nazywa się An heli i. Melancholiczną i trochę chrystusową 
ma twarz — wielką prostotę w ubiorze — . i niepodobny 
jest do niczego. Zaczynam więe Znów życie inniój opasłe. 
Więcćj dla mnie ciekawe będą dni i godziny. Interesują 
mni0 także moi dawni znajomi, których od pięciu lat nie 
widziałem. Jeżeli źle mi będisie pomiędzy nimi, uciekam 
znów w góry alpejskie lub pirenejskie , i osiadam w nich 
na zawsze, jak pustelnik.'' 

Zapowiedziany wyjazd Słowackiego z Florencyi już w ciągu 
lipca, nie przyszedł wprawdzie do skutku, z wiadomycli nam 
już przyczyn; nie przeszkodziło to jednakże wyjściu z pod prasy 
owego dzieła w najbliższym czasie. Imię autora tym razem było 
wyrażone na tytule. Takowy brzmiał krótko: 
I „Anhelli — przez Juliusza Słowackiego." Paryż, 
1838. 12^ str. 108. — Przedmowy żadnój, 
Kiedy Słowacki ujrzał przysłany sobie do Florencyi pierwszy 
exemplarz tój książki, donosU o tóm w wyrazach, które żywo 
Toma ' 



18 

przypominają i rado&S jego i owę przesadnie iBzczę&liwą peimoi^ 
siebie , wzbudzoną w nim za ukazaniem się dwóch pierwszych to- 
mów „Poezyi", wydanych przed sześciu laty w drukami panny 
Kory. 

^Przedwozoraj (powiada wli&cie z d. 21 isierpnia 1838) 
miałem dzień miły dla mnie. ^ Oto przysłano mi z Paryia 
moje ostatnie dziecko, które 11 dni dopiero żyje, w ładną 
sukienkę ubrane, potulne, melancholiczne, prosto mówiące, 
dziecko riowem , które ja kocham bardzo i o któróm zarę- 
czano mi , te mu się dobrze powiedzie. Odebrałem je z rana 
w niedzielę — więc porzuciwszy obojętnie, ubrałem się i 
poszedłem na śniadanie ; ale mię coś ciągnęło do domu i 
do mego dziecka. Więc już chciałem powracać spiesznie; 
ale przypomniałem sobie, że jest niedziela, że kościoły 
otwarte, że Bóg tak jest dobry dla mnie. Więc poszedłem 
do wielkiój, ciemnój, pustój katedry i stanąwszy w po- 
środku, zacząłem myślcó o Bogu, aż oczy moje napełniły 
się łzami. Upokorzyłem się, I)o mi się zdawało, żem tego 
ranka urósł nieco i że B<^ upokorzenie moje widzieć bę- 
dzie, jak gdyby jaka z najwyższych kolumn upadała przed 
nim. Otóż takie były myśli moje, takie uczucia po odebra- 
niu tego nowego jrfodu. Dziwnie, jak we ranie katolicyzm 
jest dumny ! . . . Potom poszedłem do H. pochwalić się , i 
jadłem z nimi obiad, wesoły jak rzadko bywa i dosyć kon- 
tent ze świata. — Chrzciny tego nowego dziecka bez ża- 
dnego kosztu obeszły się, albowiem uprzednie moje na nie* 
go zapracowały ^ — i jeszcze mi coś zostało." 

Już w parę miesięcy potem — w drugiej listopada połowie — 
wyprawiony został do Paryża do druku drugi rękopis. Byłto 
„Poemat o Piekle**, a zatóm ostatnie, najświeższe dzieło ze 
wszystkich, jakie naówczas autor miał w tece. Ofiarował je 
w przypisaniu „Żałosnój ludu polskiego Wdowie**, a 
T02Ximisi przez te słowa miasto Warszawę. Kilka wierszy stano- 
wiących właśnie tę dedykacyą , na piórwszźj karcie poematu, ma- 
ją podpis „dnia 15 listopada 1S38 r. z Florencyi*. Była to nie- 
zawodnie data dnia, w którym rękopis był oddawany na pocztę. 
Książka została odbita i weszła w obieg księgarski zapewne 
z końcem jeszcze tegosaroego roku, chociaż zwyczajem księgar- 
skim położono na tytule cyfrę roku następnego. Cały tyttił był 
taki: 



td 

Poema fiaita Daatyiakft harim LeDwa o Piekle, przez Jn* 
llusza Słowackiego. Buryź 1839. Format 12®. 

Zwyczajem moim nie mogę udzielić czytelnikowi o tóm dziele 
żadnej osobistej wzmianki autora zaczerpniętej z jego poufnych 
zwierzeń. Piórwsza to publikacya, o której najgłębsze milczenie 
w całej jego korespondencyi. Dzieło samo nie było tego powodem, 
lecz zdarzenia uboczne. Listy Słowackiego ukazują w tćm miej- 
scu przerwę i to nader znaczną. Od 21 sierpnia 1838 aż do 24 
czerwca 1830, a zatćm przez całe 10 miesięcy, nie odebrała 
matka poety ani jednego słowa od syna. Powodem tego milcze- 
nia była ta okoliczność, że w jesieni 1838 r. brat jćj Teofil dla 
jakichś podejrzeń o winy polityczne w domu własnym na wsi na 
Wolyiriu został aresztowany, a następnie wyrokiem sądów wojen- 
nych wskazany na wygnanie. Jako miejsce wygnania była mu 
naznaczona Perma w głębokiój Rosyi. Ściągnęło to, jak się samo 
rozumie, i wszelkiego rodzaju nieprzyjemności i niemałe straty 
materyalne na tę całą rodzinę. Pani Becu była z tego powodu 
trzymana przez 5 miesięcy pod śledztwem w Kijowie, i nie mo- 
gła od owój chwili już utrzymywać stosunków z synem. I Juliusz, 
któremu wiadomość o tóm wszystkióm doniesiono z boku natych- 
miast , nie śmiał jako wychodziec listami swymi kompromitować 
matki i zawiesił z tego powodu zupełnie korespondencyą. Tak 
więc niepodobne mi jest udzielić bliższych szczegółów o stosun- 
kach i krokach mego poety, o ile takowe przypadają na przeciąg 
rzeczonych 10 miesięey. 

Pierwszym, który mu przywiózł tę smutną z kraju wiado- 
mość, był Zygmunt Krasiński.' Przybył on do Florencyi w mie- 
siącu październiku (1838) i pocieszał w tój ciężkiój niedoli jak 
mógł, biednego towarzysza swojego, dopóki tenże bawił jeszcze 
we Włoszech. Ile mu wdzięczny był Juliusz za tę jego serdeczną 
przyjaźń, o tem najlepiej przekonywa wiersz wtedy napisany do 
niego, w chwili kiedy wyjeżdżał już z Florencyi. Wiersz ten, 
przez niedopatrzenie niezamieszczony w zbiorze pism jego pozgoa- 
nych, był następujący: 



90 

DO ZYGMUNTA. 

^Żegnaj, o! żegnaj archaniele wiary, 
CoS przyszedł robić z mojem sercem czary, 
Coś w łzy zamienił jego krew czerwoną, 
Wyrwał je z piersi , wziął we własne łono, 
Ogrzał, oświetlił — by nie poszło w tramnę 
Ani spokojne mniej, ani mniój dumne. 



„Więc gdzieś , daleko, u boskiego celu 
Chwała dla ciebie, o serc wskrzesicielu I 
A dla mnie pokój dla ducha i koście 
Bo tym obojgu trzeba — spokojności . . . 
Lecz jeśli ducha nadchodzą mordercę, 
Lecz jeśli walka jest : — dałeś mi serce ! 

Florencya 4 grudnia 1838. 



Na zakończenie ro;:działu, w którym chciałbym ^czerphąó 
wszystko, co tylko miało związek z pobytem r Słowackiego i we 
Florencyi, przejdę od biografii do krytyki. Powiedziało się wyżójj 
ie na czas ten florencki przypada ogłoszenie dwu tomików, na- 
kładem własnym autora drukowanych w Paryżu. Tu pora zasta- 
nowić się nad tóm, co się w takowych mkści. poemat. Pia- 
sta Dantyszka o Piąkle przejdę milczeniem. Nie jestto 
ntwor z liczby celniejszych. Nie daje powodu ani do szczególnych 
pochwał ani też do ujemnych wywodów takich, którychby każdy 
czytający sam sobie nie potrafił utworzyć. Poemat ten i. w pier- 
wszo] chwili małe sprawił wrażenie i później nie potrafił zjednać 
fiobie rozgłosu. W tym razie zgadzam się i ja najzupełniej z wy- 
obrażeniami o tóm ogółu. To jedno mógłbym chyba dodać do 
nich, na podstawie bliższego obeznania się z życiem ówczesnóm 
Juliusza, że praca, o której tu mówimy, była że tak powiem 
okolicznościowa, wywołana samą miejscowością jego ówczesnego 
pobytu, Była to rzecz pisana w stanie ducha mniej podniosłym. 



21 

Natchnienie prawdziwe nie dawało ta poecie tych sbiydd, na 
których w innych czasach wznosił się nieraz w najwyteze sfery 
twórczo&ci. Byłto więcój j^ód woli i rozroyriu, niż bezpośredniego 
rznta fantazyi... To też, włainie z przyczyn powyższych, nie 
nastręczają się z okazyi tego poemata do powiedzenia ani nawet 
takie nwagi, któreby choć abocznie mogły mieć jakąi ważnoić 
przy określeniu kienutku i staoowiaka poety. w. czasie, kiedfy to 
pisał. Inaczój za to ma się rzecz z . dragą . jegp ,pnł]iikacyą 
z czaśćw florenckich, poclKod2V|cą z lat, kiedy przemieszkiwał •je- 
szcze w Genewie. Nad nią warto zastano^ć sięimeco dłalćj. 

Pospolicie spotyka wszystkia Słowackiego atwoty> zarzai,'to 
są zbyt trudne do rozumienia. . Po dokładaem cozpoznaniu osobr- 
stych okoBczności , dotyczących poety, nrniemana niezctaumiało^ć 
dzieł jego okażą się przesądem. Prawdziwie uzassjdnionym pozo- 
stanie powyższy zajrzut tylko W obec jednego poematu. Tym po- 
emąiem jest A n hel I i.. Nie wiem ozy je^t ^ czy był kto dotąd tyk 
szczj^iliwy, żeby się mćgł pochwalić , że w nim na wpikrńś prze- 
niknął cały autora zamiar. Pomimo tego — rzecz .dziwna! — 
nieprzystępność i niejasnoić. WiCi^ytn Anhellego okładzie dDznaje 
w wyjątkowy jakii sposób szczególnej poUailiwoići u wszystkich. 
Cudny język, . dziwnej czystości formy, kilka postaci, wymarzonych 
z niezrównaną poezyą i te ustępy poszczególne ,. tu i. owdzie po 
caiŁm dziele rozsiane., które już same przez się zostawiają jakiś 
smętny obraz w myśli czytającego^ wystarczyły Anheliemu za 
przepustkę w charaktei^ jodnąj z najlepszych kreacyi. 

Zygmunt Krasiński,, kiedy się dowiedział o.śmierei Słowar 
ckiego, pisał do przyjaciół jego w Paryfea. zajętych właśnie po- 
grzebem: ^ ^Połóżcie mu napis . na grobie: .A utworowi An- 
hellego, a ten jeden wystarczy dla zapewnienia mu sławy na 
pokolenia przyszłe.^ — Ze słów tych widać, łe autor Irydyona 
najwyżej stawiał Anhellego między wszystkimi utworami - zgasłego 
przyjaciela. A skoro tak wysoko dzieło to cenił, zdawałoby się, 
że je mnsiał i doskonale rozumieć. Czyje rzec^zywiście rozumiał? 
o tern zdania mogą być różne. Odzywał on się i w rychlejszych 
już latach , za życia jeszcze Juliusza , po kilka razy i przy ró- 
żnych sposobnościach w podobny sposób o. tym otworze. W liście 



■i<^' 



do Romana Z. (iZałiukiegof *) wprost nawet dotknął pnnkta, o 
który nam tataj chodzi. — ^Na żaden sposób (tak się list rze- 
czony zaczyna) nie mogę ozniió za prawdę i słosznoió niespra- 
wiedliwoici wyrządzonój przez pnblicznoóć Juliuszowi. Zapytam 
się: w czem go nie rozumieją? Ty piórwszy powiódz mi, czego6 
w nim nie rozumiał?*^... I mówiąc w dalszych wyrazach z tego 
włabie punktu widzenia o niektórych jego pismach z osobna, 
mianowicie o ^Trzech Poematach^ i Balladynie, tak 
pisze dalój: — „Teraz o Anhellim. Zaprawdę potrzeba po- 
tęgi uroczój, genialno], nadzwykłój, by Sybiru otchłań tak wy- 
stroić w alabastry ńni^ów i sine oczy gwiazd. Grdym czytał, 
wzdychiJem — tęskno mi było, żal się mnie Boże, dO Sybiru! 
Przez kilka nocy Sybir 6nił mi się jakby Eden melancholijny. 
Wiesz ie mówią, . iż czasem duch samobójstwa niesłychane obie- 
cqje rozkosze, szepce do ucha i łudzi i nęci i porywa. Otóż pie- 
kło Sybiru nie przestając być piekłem, przybrało w*2nheTlim 
taką ułudę dziwną, prześliczną i straszną, okropną ł ponętną 
zarazem^. . . 

Gzy te słowa ^ zresztą tak poetyczne , przekonywają o tóm, 
że ten co je pisał, wnikał w wewnętrzną my&l Anhellego: o tóm 
sąd pozostawiam czytelnikowL Podobnie ogólnikowo] tylko treici 
są i uwagi Krasińskiego o Anhellim wyrzeczone rok późniój 
w artykule o Słowackim, danym do Tygodnika**). Więcój 
wprawdzie szczegółowe były myili jego o tern udzielone K. Ga- 
szyńskiemu w roku 1838 z Wenecyi **!)« jednakże i one żadną 
miarą nie wystarczają na to, żeby nam dzi& wytłómaczyć, dla- 
czego Krasiński stawiid tak wysoko poemat, z którego, jak wi- 
dzimy, równie nie byłby umiał zdać sprawy dostatecznój , jak 
wszyscy. 

Był snąć w owóm pokolenia poetów jakiś dziwny pociąg do 
tajemniczoici w artyzmie , tak iż mglista zagadkowoić dzieł poe- 



*) List ten był pisany w r. 1840 doia 13 maja w Rzymie. 
Ogłoszono go w Dodatku Czasu 1859 r. w zeszycie na miesi%c 
marzec. 

**) Tygodni^ Literacki poznański, rok 1841, str. 181. 

***) Obacs Wyj^i z listów Z. Krasińskiego, strona 48. 



tyckich nie była poczytywana za tiłomno&d, lecz raczej przydaira<$ 
miała uroku częńciom obraza więcój wydobytym na iwiatlo. Ck> 
ton^o w pomrokn, ehoć nie przemawiało do oka, mówiło do 
wyobraźni. A ta po swojemu -^ u każdego czytelnika iiiaczćj — 
dopełniała tego, co w obrazie było zakrytóm. Nie chodziło o to, 
co poeta zamierzał, ale co się dawało marzyć nad książką, w du- 
szy własnej. Było to, jak z utworami muzyki , które także wzbu- 
dzają my^dli w słuchaczach, ak zazwyczaj w każdym inne i -aż 
do pewnój granicy zupełnie dowolne... 

Nie stosuję jednakże tego^ co tu mówię, do całej osnowy V 
Anłtdiego. Jest w tóm dziele dobra połowa szczegółów, w któ- 
i^ch się mieid ńwiadomy zamiar poety. Spróbujmy, czy nie po« 
trafimy choć tę część poematu odsłonić. 

Aieby to ułatwić, powiedzmy sobie przedewszystkióm , że 
autorowi bynajmniój nie chodziło w Anhellim o krainę sybirską, 
choć z ni^j zrobił pozorną scenę swojej powieści, ani' i^l d* sto- 
sunki wygnańców i osiedleńców ^ybirskich! Ktoby to wszystko 
chciał brać dosłownie, musiałby co krok sprzeczać się z poetą, V 
wytykając mu to nieznajomość przedmiotu, to brak podobieństwa 
do prawdy. Zaraz na samym początku poematu czytamy, że 
przyszli wygnańcy w liczbie około 1000 osób na ziemię sybirską 
i zbudowali dom drewniany, aby zamieszkać w nim razem w zgo- 
dzie i w miłości braterskiej. A kiedy już dom ów stanął, wtedy 
każdy zajął się swoją pracą, oprócz łudzi, którzy chcieli aby ich 
nazywano mądrymi i zostawali w bezczynności mówiąc: oto my^ 
ślimy o zbawieniu ojczyzny... Słowacki wprawdzie osobiście nie 
znał Sybiru; ale równie jak każdemu z nas, nie m<^ło i jemu 
nie być wiadomóm, że ani pierwsze, ani drugie pomiędzy wy- 
gnańcami zasłanymi do t&j krainy żadną miarą nie mogłoby być 
{Hraktykowanóm. — Również nie miałaby sensu w znaczeniu do- 
słownóm ta cała scena z dziećmi i popem na tatarskim koniu 
siedzącym , która jest opisana w rozdziale Illcim (wydanie lipskie, 
str. 109). To jest obraz rzeczywistych stosunków, lecz nie pod 
niebem sybirskióm. — Podobnie nie słyszał też nikt w Sybirze 
„o turmach i o wtrąconych do nich więźniach, któ^ 
rych tw&rze smutne i blade patrzą się przez kraty 






w nUbo* (rozdział. I V8tr^ IM). Cały ten j^st^p > wcięty jest 
niezawodnie z rzeczywistego, żarcia , Ucz.dosyl^lLtch stosunków 
to me pri&ystaje, ^-, Scena ukrzyżowania trzecłi fanatyków, z któ- 
ryćTi każdy pt^ez własnych ziomków zostaje priybityni jaa krzyż 
za swoje mrzonki (rozdział X str. ,126 i 127) — i to są znowu 
rzeczy, któryd^ na Sybirze nawet rozbij^ała wyobraźnia -poety nie 
będzie imiała umieęzczaó, — chyba w allegorycznóm znac&Eeniu, 
w sensie symbolicznej przeno&ni. — W dcugiój pot^iwie XJgo ustę- 
pu (str. 131 — 133) ukazuje aator wstającą. z ^roba w kastai^ 
cie {rfomienia postać biskupa, którego koici..p0gf£ebane są w śnie- 
gach sybirskich. Że słów, jakie biskup ten mówi ^. Anliellegoy 
widzi każdy, że jbo Sottyk. MieliżbySmy przypića^cztó , że ie fw- 
mf łka poety? Nie mi&tożby byó . i .Słowacj^iema wiadomóm,* że* 
grób Sołtyka znajdąje, się na Wawelu, a .miejsoe^ wygnania jego 
było z tój strony Uralu?,. ^ , . ... i. . 

Mógłbym to dowodzenie znacznie przedłożyć; myślę jednak,:- 
że i to, co powiedziałem dotąd,, wystarcza,, ażeby: przyjąć za* 
punkt wyj&cia w rozbiorze nipiąjszym przypuszczenie, że^w An-^^ 
hellim przez Sybir i. przez wygnańców sybirskich rozumieć ko- 
niecznie trzeł)a co inn^o, jak to co na razie sam brzęk «towa> 
nasuwa. — • n ^ . 

Poeta dąie widocznie w dziele :obecBÓm wizemaek dolijjga- 
e£0_ narodu^ ]^egląd w^ystkich jego stosunków,. .obiaz"i'3Sr« 
pieA,' które znospy od. drugich, i win, jakie sami' przeciw sobie 
£Ogełniainj. Sybirem podobało, mu się nazwać całe.. nasze^ położe- 
nie społecznei Obejmuję więc w tym wynuie kraj nasi dały prze« 
dewszystkióm , a potom emigracyą z r.,16Al, ;nakianiec i wszel* 
kie strony iwkta zaludnione wygmu^ami polskimi ^ nie wyłącza 
jąo zresztą- z liczby takowych także i pustyń sybirskich; . .^ • , 

Upatrywaćby można w tem wszystkióm coś artystycznie nie- 
właściwego, coś... że powiem, naciągniętego. Użyty symbol sła- 
Ik) odpowiada podłożonemu sobie znaczeniu. Odnieść to należy na 
karb osobistych też jedynie okoliczności poety, że użył tój właśnie 
formy. Anhelli był pisany w Genewie. Stała Słowackiemu wtedy 
ciągle przed oczyma owa olbrzymia biała góra, o którój mawiał 
w listaoh swoich, że j^jest podobna do snycerskiego po- 



25 

S^gti sybirskiij krainy". Ten widok codzienny zakntegó 
w lody i śniegi Mont -Blanc, odbity w wyobraźni, przyjął w się 
zwolna wszystkie medytacye poety o ojczyźnie i o rodzinie, o 
szczęściu którego nie zaznał, o samotności, na którą był wska- 
zany... Z czasem w ducha jego tak się jedno i drugie zlało, ie 
nm się już* czuć nie dawała niepokrewnośó i nawet ;8przecznoś<S 
między tłem a obrazem , między formą a rzeczą samą. Obydwie 
strony w fantazyi jego spłynęły w jednośó, nierozłącznie spojoną. 
Owinęło się zaś około tójże jeszcze i coś trzeciego, co także było 
tylko skutkiem przypadkowych owdcześnych osobistych stosun- 
ków: — mówię o stylu biblijnym, jakim jest napisany Anhelli *). 

Odnosząc Ai^ellego w taki sposób do symbolicznego 
rodzaju poezyi, uważam za potrzebne rzucie tu mimochodem 
jeszcze tę ogólną uwagę, że symbolika w sztuce może byó dwo- 
jaka. Mogą w jej zakresie być same takie tylko przenośnie, któ- 
ro ściśle wyobrażają myśl sobie podłożoną i po za granicę tójże 
myśli wcale nie przesięgają. W takim razie ruch i kształty uży- 
tych form symbolicznych stosują się wiernie i niewolniczo do we- 
wnętrznego swego znaczenia. Wszystko w nich tóm znaczeniem 
przesiąkło, a po za okręg tego znaczenia ani krokiem już dalój 
pomysł symboliczny nie idzie. To jest symboliczność ścisła — 
łatwa wprawdzie do odgadywania i przezroczysta, ale skostniała, 
uł)oga w artystyczne powaby i jakby spętana tóm czemś dru- 
gióm, sobie obcóm, co w nią włożono. Bywają znowu utwory 
symboliczne zgoła odmiennej natury. Figury i znaki w zakresie 
tój drugiój symboliki, stworzone pierwotnie na to, żeby coś ta- 
kiego znaczyły, czem same przez się nie są, wprawdzie z razu 
przyjmują na się piętno podłożonego sobie znaczenia, ale na tóm 
bynajmniój nie poprzestają. Zostawszy raz wywołane do życia, 
jako udzielne twory fantazyi, zatrzymują ruch i nadal w wła- 
snym swoim kierunku; skutkiem czego wynikają z nich kształty 
zewnętrzne i sytuacye takie, które nie mają żadnej wreszcie 
wspólności z pierwotnóm, z gtównóm znaczeniem. W takim razie 

•) W tomie I na. stronic 241 wspomnieliśmy, że czytywanie 
pisma Św. było w owych latach codziennym zwyczajem Słowackiego* 



26 

allegorycznoić miesza i wikle się ciągle z bezpośrednią dosłowno* 

ścią utworu. Sc eny i kształty znaczą rzecz, o wyrażenie której 
z założenia głównie chodziło, ale dają też oprócz tego i więcej 
jeszcze, to jest dają i siebie same. Tak powstaje symboliczno&ć 
swobodna, fantastyczna, będąca nieskończenie trudniejszą 
do rozumienia, aniżeli tamten j^j rodzaj, ale wolna od tej mar- 
twoty i sztywności, na jaką z natury rzeczy wskazane są sym- 
boliczne tworzywa poprzednio] kategoryi. Jen drogi rodzaj sym- 
bolicznoici jest najwłaściwszym w zakresie twórczości poetyckiój: 
i do tego jój rodzaju policzyć też należy i Anhellego. 

^ Względna zatóm trudność do rozumienia tego utworu (gdy- 
by się kończyło na takiój tylko trudności), byłaby prostom tylko 
następstwem przyjętój formy, a raczój rodzaju poezyi, w którym 
jest wykonany Anhelli. Taka trudność nie byłaby wadą. Ustępy 
Anhellego jednakże, nadarzające się, jak każdy przyzna, dość 
często, które się całkiem usuwają z pod możności wykładu , oka- 
zują, że autor nieraz zbyt się daleko dawał fantastyczności pory- 
wać i przesadzał niekiedy w dobrych chęciach otoczenia sym- 
bóliczności poezyą i cudownością. W t6m więc całe źródło mgli- 
stości i wszystkich w ogóle wad Anhellego. — 

Przystępuję teraz do szczegółowego przeglądu myśli Słowa- 
ckiego w dziele niniejszćm. 

Poeta daje na samym początku wizerunek widocznie emi- 
gracyi naszej ówczesnej. Exystencyą jej nienormalną, między"^- 
cymi , na tułactwie , zowiąc figurycznie życiem w Sybirze , po- 
wiada: 

„Przyszli wygnańcy na ziemię sybirską i obrawszy miejsce 
szerokie , zbudowali dom drewniany, aby zamieszkać razem w zgo- 
dzie i miłości braterskiej ; było ich zaś około tysiąca ludzi z róż- 
nego stanu.^ Mieli ci nieszczęśliwi między sobą utrzymywać na- 
dzieję, „bo nadzieja przejdzie z nich do przyszłych pokoleń i 
ożywi je^ Mieli czuwać nad sobą, „bo byli jak ludzie sto- 
jący na podniesieniu**... 

I rzeczywiście „przez jakiś czas był pomiędzy nimi wielki 
porządek i wielki smutek; albowiem nie mogli zapomnieć, że są 
wygnańcami i że już nie zobaczą... chyba Bóg zechce — ^ 



27 

Łec2 czasy tego porządku i smtttka nie były dłagie. Nie- 
którzy tylko z nich zajęli się swoją pracą. Niebawem znaleźli 
się między nimi , „którzy chcieli aby je nazywano mądrymi i zo- 
stawali w bezczynnoici , mówiąc: Oto myilimy o zbawienia oj- 
czyzny'... I okazało się aż zbyt rychło, te ten zastęp wygnań- 
ców był tylko jedną plagą więcej dla społeczeństwa, z łona któ- 
rego wyszedł. — „Dobrzy byliby z nich ludzie w szczęściu, ale 
je iiędza przemieniła w ludzi złych i szkodliwych; albowiem ser- 
ca ich były słabe. Byli ludem starym, których wskrzesić na du- 
chu cudem jest**. . . 

To więc wizerunek pierwszy stanu społeczeństwa naszego — i 
w latach, w których był pisany AnhelK. ^ 

Począwszy od rozdziału III do IX ciągnie się cała galerya 
podobnych £egoż stanu obrazów. Jestto niejako wędrówka dantej- 
ska przez cały obszar stosunków exystencyi owoczesnej narodu. 
Figura fantastyczna. Szaman, prowadzi przez to społeczne piekło 
poetę J jak w Komedyi Boskiej Wirgili prowadził włoskiego wie- 
szcza. Ci dwaj spotykali na drodze swojój różne potępione za swoje 
przeszłość osobistości. Anhelli spotyka się z równie potępionemi, 
lecz nie indywiduami, ale stosunkami, spotyka się z cierpie- 
niami kolosalnrmi narodu, które się już zamieniły w stały oby- 
czaj, w panujący i niezmienny stan rzeczy. •• 

Cala, ta część dzieła i najartystyczniój jest wykonana i naj- 
łatwiój poddaje się wyrozumieniu. Nie ma potrzeby zatrzymywać 
się tu nad składającymi ją ustępami z osobna. Wszystkie obrazy 
są wzięte z rzeczywistego życia. Wprawdzie otacza je zawsze pe- 
wna ornamentyka fantastyczna , cudowność, która analizy nie zno- 
si. Zrażać się tóm nie należy, taki już bowiem jest cały sposób 
poematu, który mamy przed sobą. A bardzo zmyślnie też postą- 
pił sobie poeta, że ku końcowi tego przeglądu narodowych cier- 
pień i pokut (na str. 126) od niechcenia rzucił słowo, które ten 
cały szereg obrazów, pod względem ich formy, pozwala uważać 
za rzeczy ukazane że tak powiem na tle widzenia, za sen. 
„I przekonany był Anhelli, że widzenie kopalni snem by- 
ło, albowiem nie wiedział, jak z nich wyszedł.** — 



^^ 



«8 

Na dalszycb kartach, od rozdzudhi dziesiątego począwszy, 
następuje ^ tak po^em, wytłómaczenie, dlaczego dziać sit 
mogą pod okiem bożem takie monstrualności społeczne. Antor 
^raća do owego zastępu tysiąca ludzi mieszkających w wspólnym 
domie, pozostawionych przy woli własnój, od którydi zaczął cdte 
swoje opowiadanie. W obrazach co tylko przeprowadzonych przed 
oczyma naszemi, odgł^nił co naród znosi i cierpi. Wscenacli, co 
terązi następują, przychodzi mu okazać, co to społeczeństwo czyni. 
Ma on tu na oku, jak się już rzekło, przedewszystkióm ówcze- 
sną emigracyą. Ale jak emigracya była tylko odblaskiem tego 
wszystkiego, czem naród cały wtedy był w sobie i co był czynić 
gotów, gdyby tylko na to pozwalały okoliczności: tak tei i całe 
opowiadanie, które tu poeta daje, nie do samych tylko emigra- 
cyjnych stosunków ściągać należy, ale do całej sumy postępowa- 
nia i zabiegów w narodzie, o ile takowe nawet w danem poło- 
żeniu były wynikiem własnych instynktów i jako czyny wolnej 
woli stanowiły o doli społeczeństwa w przyszłości. — Cóż się 
tedy dzieje pośród owej liczby wygnańców, co mieli mieszkać ra- 
zem w zgodzie i miłości braterskiej i czuwać nad sobą , gdyż byli 
jako ludzie stojący na podniesieniu? — Poeta odsłania jeden rys 
tylko w ich usposobieniu ówczesnem. Czy że nie dostrzegał in- 
nych wad , które toczyły i toczą ustrój społeczny nasz , czy że 
nie chodziło mu, jak tylko o symboliczne naznaczenie tego 
stanu chorobliwego, ku czemu wystarczała już i ta jedna ska- 
zówka: — dość że podnosi tylko same nieudolność polity- 
czną owych tysiąca ludzi, jako znamię, które cechuje wszystkie 
ich kroki. Marzycielstwo, fanatyzm, bezmiłość itd. sąto już tylko 
drugorzędne przymioty i wyniki głównój winy, jaką odsłania, 
a którą wedle niego jest ta nieuleczona jakaś zapamiętałość, z ja- 
ką społeczeństwo nasze, jakby fatalizmem jakimś pędzone, chcąc 
ojczyznę zbawić , tylko coraz głębszą dla niej wykopuje mogiłę . . . 
/ Owi wygnańcy tedy, mówi poeta, sobie samym zostawieni, 
po niedługim czasie kłócić się zaczęli pomiędzy sobą. ^I podzielili 
się na trzy gromady; a każda z nich myślała o zbawieniu ojczy- 
zny. Więc pierwsza na czele miała grafa Skir, który utrzymywał 
stronę tych, co się przebiorą w kontusze i nazywać 



się będą szlachtą, jakby z Łachem aa. noiro pczybyli do 
kraju postegp. A draga miała na czele idnierza chadcf^ imię- 
nieią Skartabellę, który diciid ziemię podzielić i ogłosić 
wolność chłopów i równo&ć szlachty z żydami i 
cyganami. A trzecia na czele swojćm miała księdza Bowfata, 
k£óry chciał kraj zbawić jnodlitwą i na ocalenie kraju po- 
dawał sposób jedyny, i&6 i ginąć nie broniąc się, jak 
męczennicy*.. — ., 

W taki więc sposób oznaczywszy hasła, które czasu owego, 
kiedy był pisany Anhelli , rzeczywiste wiele już sprawiały wna- 
wy wteoryi, a w późniejszych latach po kolei od^rały role sm- 
je w praktyce: maluje poeta w dalszem opowiadaniu zadiowanie 
się tych gromad w stosunku wzajemnym jednój do drogiój. 

Gromada Skartabelli, uzbrojona w siekiery, gotuje się do 
rozprawy z drugiemi gronf adami w swój sposób, w. polu. Siła i 
siekiery mająHcdy podpomóc prawdzie. Ale nim przyszło do wal- 
ki, nabożny zastęp Bonifata poddaje radę, iieby ten fśf&r raczej 
przed sądy Boga wytoczyć. Rada została przyjęta, stawiają tedy 
trzy Erzyże, na każdym ma być przybity męczennik swego stron- 
nictwa. nA kto najdłużej żyć będzie, przy tym zwycięstwo.*^ — 
Wystąpili więc trzej rycerze, którzy za swoje przekonanie śmierć 
ponieść chcieli. Nie byli wybrani losem, lecz ^ wła^nój woli. 
Bardzo trafnie, z wielką znajomością stosunków, dodaje do tego 
poeta: — „Nie byli to gromad wodzowie, lecz jedni, z najnmicg- 
szych**. . . 

„I zawieszono na krzyżach ludzie owe obłąkane i przybito 
im ręce ćwiekami; a ten qo był na prawo krzyczał: równość! 
A ten co był z lewój krzyczał: krew! Wiszący zaś pośrodku 
mówił: wiara!** — Nadaremnie, kiedy ich iM?zybijano do krzyża, 
dał się słyszeć głos z nieba wołający: „Go wy czynicie?**... Do- 
piero kied^ było po czasie, kiedy ludzie owi trzej na krzyżach 
swoich skonali, dopiero wtedy tłumy zaślepione przejrzały^ że się 
to nie godziło. Porwane strachem, rozbiegły się wtedy samopas, 
lukżda gromada winną stronę, aby tak brojąc coraz gprz^, osta- 
tecznie rozprząc się do reszty i zatonąć w zgiełku, śmiechu i 
wrzaskach , w szczękaniu kielichów i brudnych pieśniach. 



3ft 

— „Wichry roBsiewają dębu nasiona i roznoszą je po rie- 
mi; lecz wichrj^te będą przeklęte, co wasze mowy i rady do 
ojczyzny zaniosą. Oto obraziIiSeie ludy t^j ziemi ^— i z oszcze- 
pami stoją czyhając na was; psy ich nawet czyhają, aby z was 
którego rozedrzić." 

Te, słowa prawdy wkłada autor w nsta Szamana. Szaman 
/ je wypowiada wygnańcom i zostaje za to przez nich zamordowa- 
i , nym. Prawdy jednak z nim razem zabić oni nie potrafili. Kończy 
"^ się z nimi , jako im było przepowiedziono, *e pomrą mamie przed 
dopełnieniem się czasa. W wielkim dniu zmartwychwstania, 
w chwili trymnfd sprawiedliwo&ci , nie ma już na ziemi aiii 61adn 
po tych ludziach ani po szopie, którą sklecili swemi rękami. Ich 
nienawiści wzajemne, ich smutki, ich rzekoma miłośó ojczyzny, 
ich szamotania się gorączkowe strawiły się same w sobie. Wro- 
gowi nie zaszkodziły, dla nich samych były przekleństwem i 
zgubąj/ 

Poty piórwsza połowa dzieła. 

Ńa ióm cienmóm tle rozpaczliwych stosunków, w przeciw- 
stawieniu do tych typów potępionych w massie i jako massa po- 
zostawionych też w głębi obrazu, 8{)0strzegamy na pierwszym 
planie kilka postaci z osobna zwracających na się uwagę."' Ich 
oblicza także są smętne, ale idealne. Sympatya nasza jest z nie- 
mi. Widać ze wszystkiego, że je wymarzyła miłość artysty. Oto 
w samym środku tój grupy widzimy pogrążonego w zadumaniu 
młodziana, z obliczem ku zachodowi zwróconóm — to An- 
helli. U stóp jego klęczy schylona jak pokutnica niewiasta — 
EllenaL Przed nimi idzie Sz a man,« mędrzec sybirskićh po- 
koleń. A w górze, jak urocze widzenie, wznosi się świetlana po- 
stać anioła — Eloe... O napisanie gorzkiój satyry, ó samo 
tylko potępienie naszego społeczeństwa , nie mogło chodzić poecie. 
Miał on niewątpliwie przed oczyma jakiś zamiar dodatni , wdzię- 
czniejszy, kiedy tworzył ten poemat Obaczmy, czy go nie odga- 
dniemy z oblicza którój z tych czterech przedniejszych figur obrazu. 

Nim powiem o Anhellim, co mam na myśli, niech mi wol- 
no będzie powiedzieć choć słowo o autorze. Słowacki w życia 
swojóm mido zassnał szczęścia. Żył samotny, opuszczony, często 



31 

nawiedzany przez rozpacz. Nieraz zadawał sobie pytanie, dlae£d« 
go cierpi? Szukał przyczyn, rozmyślał nad. celami, dla kt<irych 
dostała mu się taka właśnie rola w podziale ^ lecz — odpowiedzi 
na zapytanie to nie znajdywał. Poeta nasz nie pojmował jasno 
bytu swojego na ziemi. Nie widział przed sobą celu swojego, ani 
nie umiał zdać sobie sprawy ze stosunku, w jakim zostawał do 
reszty społeczeństwa. 

To GO człowieka dręczy jako niedocieczona zagadka, zazwy^ 
czaj bywa nieustającym tematem jego rozmyślań. Żeby się pozbyć \. 
t4j myśli męczącej umysł, zwyczajny człowiek najchętniej o tćm ^ 
gada, « kim tylko może. Badacz rozpoczyna o takiej kwestyi 
dzieło uczone. Artysta, poeta... tworzy sobie z tćj wnętrznćj 
męki serca swojego w wyobraźni ideał i znajduje już przez to 
samo zadowolenie , że go ogląda przed sobą. przedmiotowo, jakby 
to było coś osobnego, w cz^ jak w zwierciedle przejrzeć się 
można. 

Taka praca albo doprowadza do rozwiązania tigemnicy, albo 
przynajmniej do pewnego oswobodzenia się od nićj. Jestto jakby 
zadośćuczynienie popędowi , który dopóki zamknięty, nie daje mi- 
ru. Jestto jak ze smutkiem, jeśli takowy kogo nawiedzi. Samo 
wynurzenie i podzielenie się nim z drugimi przynosi ulgę. Naj- 
dotkliwszą jest boleść, kiedy nie ma się na nią nawet przed Idm 
poskarżyć. Powiernik czyjej zgryzoty już przez to samo, i» słu- 
cha , staje się pocieszycielem. Słowem ^ jest w człowieku potrzeba 
wygadania tego, czóm przepełnione jest serce; a poeta czyni po- 
trzebie tej zadość — tworząc. 

Otóż i autor Anhellego chciał pozbyć się tój ciągłej myśli, 
która go prześladowała pytając : — Dlaczego ty cierpisz ? Na oo 
ty się rodziłeś , jeżeli takie miało być twoje życie ? Czy twoje 
smutki zdadzą się na co? Dlaczego drudzy ludzie, dlaczego bra- 
cia twoi żyją inaczój?... Chciał mówię poeta nasz pozbyć się 
tych trapiących wątpliwości ducha swojego za pośrednictwem twór- 
czój pracy, i miał przekonanie, że stawiając w wyobraźni przed 
sobą człowieka, tosamo co on zajmującego stanowisko na świecie 
i obdarzonego podobnym duszy nastrojem, w idealnym, skon* ^ 



Si 



easonym wuseraoka Uj wymarzonej D&tury znajdzie zwierciadło, 
zddne rozwiązać niejedne i z własnych jego zagadek. 

Bohater jego poematu — nie jestto zat^ra prosta, pochlebia- 
jąca osobisto] próżności kopia tylko osoby autora. Jestto ideał 
i^roTotyp -^ ale wymarzony w tymże kierunku. Jest on pod 
względem położenia swego na zewnątrz także jednym z liczby 
owych tysiąca ludzi, zasłanych na wygnanie. Tęskni do ojczyzny, 
do iwnnalnJj doli społecznej, iniwnie boleśnie, jatońi. Lecz krom 
tój jednój z nimi wspólności , nie ma miedzy Anhellim a' tym 
tłumem wygnańców żadnego podobieństwa. Widzimy w nim czło- 
wieka wyjątkowego. Drogi jego takie, że po nich idzie samotny, 
soiutny... Będąc „czysty jak lilia biorąca z wody liście i kolory 
niewinne^, pozostaje z dala od tych nienawistnych i gorączkowych 
zapędów, na jakich tamci zużywają swoje siły, znajdując prżynaj- 
mniój złudzenie, że coś działają. ^ W duszę Anhellego wlana jest 
miłość serdeczna dla ludzi i litość.*" Pomimo tego jednak, ta jego 
wyższość duchowa nie staje się nikomu do niczego przydatną. 
Anhellemn zbywa na sile, któraby wzięła panowanie fiad resztą 
ludzi i czy to z ich wolą, czy mimo ich woli sprowadziła ich 
z tój drogi błędnój , po którój idą. Anhellego siła nio jest z tego 
świata. Jestto w społeczeństwie poeta. Zamie$skał w nim anioł 
poezyi i zamienił go całego na swoje tylko narzędzie — czyli 
jak to po kilka razy wypowiada w dziele swojem Słowacki: „An- 
helli opętany jest przez Anioła.^ Właśnie przeto, najwznioślejsze 
uczucia jego zużywają się w sobie, nie przetwarzają się w cżyny. 
Crfe życie jego ujrfywa mu więc bezczynnie , w odosobnieniu — 
. w niewysłowionym smutku. Nie widać, że^y z tego wynikał jaki 
owoc — czy to dla niego samego, czy dla pokolenia, pośród 
któr^o żyje, czy dla ojczyzny. 

A jednak powiada o tym człowieku Szaman: — ,,Oddany 
jest na ni^o większy dężar^ .niż mogą unieść inni, aby w nim 
było odkupienie" (str. 107). Jest zatóm konieczność i cel 
takiego życia, tylko że Anhelli tego nie wie o so^bie i nie powi- 
nien, nie może o tóm wiedzieć. Inaczój bowiem cierpienia i smu- 
tek ten nie miałyby już ani tego stopnia ani tego znaczenia. 

To zdaje się być kluczem najwłaściwszym do rozumienia roli, 



33 

w jakiej wymarzył poeta bohatera swego utworu. Ta smutna ' 
exystencya bez pociech i b o z s w i a d o m o ś c i celu, któremu j 
8łuły, przeprowadzona jest od początku do końca tak logicznie, 
jednolicie i z tak wyraźnym zamiarem, źe wątpić wxale nie mo- 
żna, iż o to właśnie autorowi chodziło. 

* AżGl)y się o tem przekonać, zestawmy wydatniejsze momen- 
ta, zapomocą których odsłania się charakter tój idealnej natury. 

— „Oto szafirowe niebo i gwiazdy białe patrzą ca mnie, 
mówi Anhelli o sobie. Sążto gwiazdy tesame , które mię widziały 
młodym i szczęśliwym ? Dlaczegóż nie powstanie wicher , co mię 
z ziemi zwieje i zaniesie w krainę cichą? Dlaczego ja żyję? 

„Oto już jednego włosa nie ma na głowie mojej z tych, któ- 
re były dawniej ; oto się nawet kości we mnie odnowiły : a ja 
zaw^sze pamiętam... A nie ma jednej kawki w powietrzu, któ- 
raby nie j^ała przez jedne noc życia w spokojnóm gnieździe. Lecz 
o mnie Bóg zapomniał. 

„Cł\ciałbym umrzeć. Bo zdaje mi się, że gdj będę umarłym, 
to sam ^g pożałuje tego, co ze mną uczynił.** (str. 130). 

--^' To są uczucia, pod wpływem których widzimy go w środ- 
ku zawodu. — Nie mniej smutne , posępnicjszo jeszcze , są osta- , 
tnie Anhellego chwile na ziemi. Przeżył wszystkich swoich, pa- 
trzał na zgon óbi/listot, które na ziemi b"^ jeclyne, co go ko- 
cKaly^fŚzaman i Ellenai); dożył zagłady i całego owego pokole- 
nia, do którego rodem należał, a które wśród bezowocnych sza- 
motań z losem i pośród przekleństw wzajemnych zmarniało , nie 
pozostawiwszy ani znaku po sobie. Pozostał sam jeden w swoim 
świecie Anhelli — „jak harfa z porwanemi strunami**. I oto cza- 
sy mają się ku dopełnieniu , straszne przesilenie się ważj^i dzień 
odrodzenia jest* bliski. Jeszcze jedna noc, noc długa, okropna, j 
ciemna; „sybirska*^," lecz tylko jedna: a „dzień wielki** pol 
tój „nocy w i e 1 k i ó j" zalwita^- Ale Anhelli o tóm wszystkióm j 
nic nie wie ! Aniołowie, którzy przySio§5są zwiastować mu śmierć, |j 
me" mówią mu ani słowa o tóm, co ma nastąpić w tak bliskim 
czasie. Mówią do niego słowami, których dźwięk taki, jakby się 
wszystko "Skończyło. Opuszczają go, wyrzekłszy co mu mieli zwia- 
stować, jakby nie było żadnój już pociechy dla niego. Wyraźnie 
TomlL ^ 






/ 



34 

cliodzi o to poecie, aby to życie, idealne i ofiarne, zgasło już 
w tym strasznym zmiorzcliu między świtem ufności a nocą roz. 
paczy, w t^m duchowem pólswietle nadziei i beznadziei, które 
jest największą ze wszystkich męczarni serca. Pod tym tylko 
warunkiem będzie z życia człowieka tego ofiara , godna stanąć za 
odkupTenie. .. Dopiero po spełnieniu się y.ycia takiego nastą- 
pić może cliwila... oczekiwana! 

W takito sposób tłómaczę sobie cały ów obraz w rozdziale 
XV, gdzie się znajduje kilka wyrażeń i pomysłów, które z in- 
nego punktu widzenia byłyby albo trudne do zrozumienia albo 
nawet zdolne wykładu, wręcz przeciwnego przekonaniom poety. 
Mianowicie mam tu na myśli to miejsce: 

- „I rzekli mu aniołowie: Oto przyszliśmy ci zwiastować, że 
dzisiejsze słońce wstanie jeszcze, lecz jutrzejsze nie pokaże się 
nad ziemią. 

^Przyszliśmy ci zwiastować ciemność zimową i większą okro- 
pność, niż jakiój ludzie doznali kiedy: samotność w ciemnościacli. 

;, Przyszliśmy ci zwiastować, że bracia twoi pomarli, wście- 
kli od krwi ludzkiej, a ty jesteś ostatni. 

„A jesteśmy ci sami, którzy przed wiekiem przyszli do cha- 
ty kołodzieja i usiedli za jego stołem w cieniu lip pachnącycli. 

„Lud wasz wtenczas był jako człowiek, który się budzi i 
powiada sobie: oto mię rzecz miła czeka o południu i weselić się 
będę wieczorem. 

„Zwiastowaliśmy wam nadzieję, a teraz przyszliśmy zwia- 
stować Koniec i nieszczęście, a Bóg nie kazał nam wyja- 
^tć przyszłości.'* (str. 142). ^ 

— Pomimo skarg, jakiemi odpowiada na te Aniołów słowa 
Anhelli, ciemna zasłona przyszłości nie zostaje mu odchylona. 
Zaledwie mimochodem, w formie pytania, tonem wątpliwego nie- 
jako przypuszczenia, nasuwają mu Aniołowie myśl, która gdyby 
mu była oznajmiona jako pewność zwiastowana z ich strony, by- 
łaby osłodą jego niedoli, a nawet wynagrodzeniem sowitćm za 
wszystkie cierpienia jego: 

„A wieszli ty, czy od spokojności twojój nie zależy żywgŁ- 
jaki, a może żywot i los milionów? 



35 

„Możeś jest wybrany na ofiarę spokojną, a 
(licesz'*'sfę zamienić w' piorun gwałtowny i Łyd rzuconym w cie- 
mność dla przestrachu zgrai?" (str. 144). — 

W ostatnim dopiero rozdziale przypuszczenie to otrzymuje 
piętno prawdy i pewności. Wypowiada je tam poeta powtórnie, 
przez usta Eloi , w sposób dowodnie ukazujący, że to jeden z pe- 
wników w obrębie jego przekonań , i że w tój myśli zawarte byfo / 
całe założenie, jakie podjął w dziele niniejszóm: — „On był] 
przeznaczony na ofiarę, nawet na ofiarę Terca.** I ' 
(str"l47). J 

Lecz w tej formie słów tych już nie słyszał Anhelli, jako 
nic miaf* slyszóć i tryumfalnych haseł, które równocześnie po-] 
\fstawaTy już natenczas na ziemi i „jakoby szum burzy wielkiej*' \ # 
p(5\\olywaly „ludzi silnych do życiar,' a' dd zmartwychwstania na- / ) 
rbdjy Chwila ta przyszła dopiero nazajutrz po "jego zgonie. Ten ', 
zgon cicliy i samotny, po życiu bez żadnych pociech, miał być 
właśnie warunkiem nadejścia czasu, którego obrazem kończy się 
carf"|)demat. 

* Na tóm kończę, com miał do powiedzenia o głównój postaci 
w tym utworze. 

— O Szamanie i innych osobistościach w skład Anhel- 
lego wchodzących, wystarczy i krótkie słowo. Szaman jest 'tylko 
fantastyczną postacią, allegoryą. Zupełnie mylnem byłoby rozu- 
niionio, że w nim uosobiony jest geniusz sybirskich autochtonów. 
O sybirskie mądrości nie chodziło wcale poecie. Że go autor sta- 
wia jako .króla i kapłana ludów tamtejszych, to tak obojętne, 
jak że Szaman jest ubrany w futra i korale, a na głowie ma 
wieniec z wężów nieżywych zamiast korony. Jestto wszystko tylko 
fentastyczny ornament — proste następstwo tego, że w ogóle ta- 
kiej formy i tej przenośni za tło poematu użyto. Skoroć się rzecz 
niby dzieje w Sybirze , toć i mędrzec ów na jej przestrzeniach 
musiał się zjawić. Więcej jednak w fantastycznej jego postaci 
/istotnego znaczenia nie ma, jak że to jest plastyczne uosobienie 
ijtego wszystkiego najwzniośTeJszegó, czego ani w tłumie' 
/owycii tysiąca wygnańców , ani nawet w Anhellim nie ma. Cho- \ 
lodziło o to, ażeby pośród tego pokolenia, przywalonego fatalizmem 



36 

szału i grzechu, dać się czasem odezwać głosowi siły i prawdy, 
cfiociaż jej nikt więcej między nimi nie słuclia, tylko poeta An- 
lielli. Chodziło dalej o oliazanle,'"że lo wszystko hoże i żywotne, 
czego pełen jest Szaman, nie ma za naczynie i za narzędzie 
swoje ow6j generacyi wygnańców, lecz zostaje zewnątrz nich — a 
więc... w obcym człowieku. Szaman jednakże (powiada poeta) 
nauczył się tego wszystkiego o5 ojców naszych, ^których iRnał i 
widział jak żyli bogobojnie" (str. 106). A zatem mądrość jego 
jestto własna nasza tradycy a narodowa, ale nie będąca V posia- 
daniu obecnych pokoleń — tradycya jak dla dzisiejszycŁ ludzi, 
zapomniana. — Rola Szamana w poemacie jest zresztą jedną 
z podrzędnych. • Działanie jego tylko pozornie zdaje się być wy- 
datniejszóm, niżeli nióm jest w istocie. Oprowadzanie bowiem 
owo Anhellego po różnych miejscach kraju, „ażeby mu ukazać 
wszystkie cierpienia ludu jego i wszystkie nieszczęścia tej ziemi**, 
jestto tylko złudzenie wyobraźni czyli środek artystyczny , na to 
użyty, ażeby połączyć z sobą rozrzucone wizerunki narodowej 
martyrologii i nadać im ciąg jakby akcyi jednolitej. Rzeczywiście 
ruch ten odbywa się w duszy własnej Anhellego. Jestto widzenie... 

Ellenai zdaje mi się być w poemacie jeszcze więćój pod- 
rzędnej tylko wagi, Jestto tylko akcesoryum do Anhellego. Wy- 
obraża jedyną z znikomych bslód , która mogła zastąpić temu 
zbolałemu sercu jakiś cień ludzkiego szczęścia. Ellenai idzie za 
Anhellim, podziela jego samotność, kocha go jak siostra i 
więcój... ale to wszystko miało trwać tylko znikomą chwilę. — 
Chodziło widocznie poecie o to, ażeby ukazując, jak u stóp jego 
przedwczesną śmiercią umiera jedyna, która go rozumiała, tem 
posępniejszym jeszcze uczynić obraz smutku pierwszorzędnej w dzie- 
le osoby. 

Uboczne napomknięcia o przeszłości tej niewiasty zdają mi 
się rzeczą dla głównego pomysłu już obojętną. Poeta przedstawia 
w niej pokutnicę. Nie wiadomo, czy dało mu do tego powód ja- 
kie osobiste przypomnienie z życia własnego, czy też może tylko 
biblijny obraz Magdaleny klęczącój u stóp Chrystusa posłużył 
mimowiednie za wzór do odtworzenia go tutaj. Bądź co bądź — 
nie upatrujmy w' tóm wszystkiem niczego więcój , jak tylko przy" 



37 

padkowe, w taki wła&nie przeprowadzone sposób wykończenie 
obfaża. Postać Eirenai miała być wydetaliowana — autorowi si^ 
podobało dokonać tego w tych rysach ; mógł on był użyć do tego 
i innych środków, a wraienie całoici byłoby pozostało tosadio. 

Najwięcej fantastycznym tworem imaginacyi, do tego sto- 
pnia, że niepodobne tu już wchodzić w rozbiór jego znaczenia, 
zdaje mi się być w Anhellim £Ioe. Pierwotnie zapewne przesu- 
nęła się przez myśl autorowi intencya, wprowadzić w skład po- 
ematu uosobienie Sławy. Nie miała to l)yć owa sława rozgło- 
si!*',* Stugębna, z zimną admiracyą po świecie roztrębująca czyje 
wielkość i nieśmiertelność, jak sobie takową zwykle wyobrażamy; 
ale raczój rzewna, cicha , łzawa pamięć po zmarłych, przy- 
wiązana do mogił , gdzie leżą ich kości , i zarazem obecna w ser- 
cach, dla których te mogiły są drogie i swoje. Takiój to sławy 
pragnął dla siebie poeta nasz i taka też tylko jój postać zdawała ma 
się godną znaleść miejsce w jego obrazie. Stworzywszy sobie sym- 
bolicznie wcielenie tego pomysłu, widząc go w kształcie niewie- 
ściego anioła „zbiałemi skrzydłami i ze smutną gwiazdą na wło- 
sach, .który chowa umarłe i strzeże ich grotK^w"^, zadumał się 
autor nad tą cudną postacią. I fantazy a jego twórcza pochwyciła tę 
allegoryą w swój zakres. Myśli poety popłynęły daleko : znalazły się 
całe dzieje, cały rodowód dla tej istoty anielskiej. Symbol szty- 
wny przetworzył się w życie, w imię, w romans i ^pokutę za 
niego, przemienił się w dziewicę "zdolną uczuć ludzkich i spłaca- 
jącą cierpieniem wszystko, co w tych uczuciach bywa niższego, 
sfery czystych aniołów. 

„Oto się zowie Eloe, a urodziła się ze łzy Chrystusowój na 
Golgocie, z tej łzy która wylana była nad narodami. 

„Gdzieindziej napisano jest o Anielicy tćj, jako zgrzeszyła 
ulitowawszy się nad męką ciemnych Cherubinów i umiłowała je- 
dnego z nich, i poleciała za nim w ciemność. 

^ A. teraz jest wygnaną jak wy jesteście wygnani , i ukochała 
mogiły wasze i piastunką jest grobowców, mówiąc kościom: nie 
skarżcie się, lecz śpijcie! 

^Przywyknij do niój za życia, albowiem będzie na mogile 



38 

twojćj stąpać przy blasku księżyca ; przywyknij do glosa jej, abyi 
się nię obudził, gdy mówić będzie.^ (str. 131). 

Owoż więc i cała po^vieść, która się jak bluszcz zielony owi- 
nęła koło. pomysłu ,: nie będącego pierwotnie niczem więcej jak 
tylko allegpryą. Powstał . w taki sposób ideał dziwnój czystości 
w wykonaniu — eteryczny i niebiański, że i pędzel mistrza 
z Fiezoli nie stworzył nic więcój serafickiego. Ale symboliczne zna- 
czenie ulotniło się z tego obrazu. 

I tak pozostaje niejeden szczegół , niejeden inny jeszcze ustęp 
w Anhellim, który analizy nie dopuszcza. Jestto ta treści jego 
połowa, która i wynikła ze samej tylko fantazyi, i nie przema- 
wia, jak do fantazyi. Ubolewać trzeba, że jeśli miało już 
dzieło to w taki sposób być wykonane, nie ma przynajmniój wy- 
datniejszej granicy pomiędzy miejscami tego właśnie rodzaju a 
szczegółami, które coś znaczą. Przez zręczniejsze rozdzielanie 
świateł i cieni, jako też przez baczniejsze przestrzeganie miary 
wszędzie właściwej, mógł był poeta ten dział fantastyczny i tylko 
akcesoryalny . widoczniej odznaczyć od symbolicznych poematu 
ustępów. Tego zupełnie zaniedbał. 

Drugi zarzut możnaby Anhellemu uczynić ze strony wniosku, 
który t niego wynika. Ziszczenie się pragnień narodowych , a 
w najgorszym razie odrodzenie innych społeczeństw, .ma wedle 
Słowackiego bjć więc zawisłem od takich cichych ofiar, od takich 
niekrwawych męczeństw, jakiem byt cały zawód Anhellogo na 
ziemi. Mialożby to rzeczywiście być prawdą? Trzebaż, ażeby naj- 
czystsi i najlepsi w narodzie marnieli w bezczynnym smutku? 
żeby konali samotnie jako nieświadome misyi swojej narzędzia 
przeznaczenia czy opatrzności , domagającój się • . . „odkupie- 
ąia**? Czy społeczeństwu zda się to na co, że ten i ów — wy- 
rzucony z zastępu czynnych — strawi się w samotności i melan- 
cholii? Czy taką idealną protestacyą daje się co naprawić? Czy 
łzami, które tylko^ Bóg widzi, spłaca się wina pokoleń, które 
żyły i które żyją? Czy to wystarcza? 

Są j)ytania, na które i milczenie jest odpowiedzią, a do 
takich pytań niezawodnie należą i obecne. Doktryna ostatecznie prze' 
prowadzona w Anhellim jest mętna i fantastyczna. Gubi się ona 



30 

w nieznnrtowanych głębinach mistycy«mii. Mistycyzm ten w po- 
jęciu o przeznaczeniu swojóm na iwiecie , jako poety, daje się 
wprawdzie poniekąd zrozumieć u Słowackiego. Położenie jego było 
\j owycli"1afacli, kiedy titwor ton pisał, tak smutne pod każdym 
względem, że wcale się dziwić nie można, iż go znajdujemy 
przywalonego takićm brzemieniem moralnego znękania. Bezwzględnie 
i przedmiotowo jednak rzecz biorąc , trudno to inaczej nazwać , jak 
zbł^ikaniem — szukaniem wyjścia z trudności na drodze, która do 
crtn- ni6 w iedzie. - r » 



ROZDZIAŁ JEDENASTY. 

Rok 1839 i 1840. — Poeta osiada w Paryżu i wydaje Trzy Po- 
emata, toż Balladynę. — Rorespondeucya z Krasińskim. — 
Kilka słów mimochodem rzuconych o wartości wydania „Wyjątków 
z listów Z. Krasińskiego^. — Słowa Krasińskiego o Mickiewiczu, 
Słowackim i Cieszkowskim. — Stosunki Juliusza z matką zawiczują 
się na nowo. — Życie jego w Paryżu — stosunek do Emigracyi — 
Amnestya. — Wychodzi z druku Mazepa i Lilia Wenę da. 
Powstają nowe dzieła: Krakus — Wallenrod — Beatryz 
C e n c i — dramat Beniowski i niektóre pomniejsze rzeczy, to 
wierszem , to prozą pisane — 

Niedługo po napisaniu owego wiersza „Do Zygmunta", 
oznaczonego datą dnia 4 grudnia 1838 r., któryimy zamieścili 
w poprzedzającym rozdziale, i w każdym razie zapewne jeszcze 
przed Nowym Rokiem, opuAcił Słowacki piękną stolicę Toskanii 
i przeniósł się do Paryża. Z przyczyny przerwy w jego kore- 
spondencyi do matki, o którój powodach wspomnieliśmy już 
w rozdziale poprzednim , nieznane mi są bliższe szczegóły podróży 
i przybycia poety do wielkiego miasta, jak zwykł był zawsze 
Paryż nazywać. Mianowicie niewiadomo mi, czy jechał przez 
Szwajcaryą i czy po drodze odwiedził dawne swoje gospodynie 
genewskie. 

Stanąwszy na miejscu, Słowacki zajął się zaraz wydawni- 
ctwem dzieł swoich. Trzy poematy, w różnych czasach i różniej- 
szych jeszcze miejscach powstałe, t. j. Ojca Zadżumionych, 
„W Szwajcaryi**, i Wacława', pomieścił w jednym tomiku 
i wydał go pod napisem: 



41 

Tny Poemata, przez Juliusza Słowackiego. Paryż 
1839. 12" str. 121. 
Niezwłocznie potem wyszła: 

Balladyna, tragedya w 5 aktacłi, przez Jalinjsza 

^ Słowackiego. Pary* 18^»d. ł»« stiS-2l2; ^ 

Obydwa te dzieła wyjść musiały z po3 prasy najdalej około 
końca miesiąca lutego. Tygodnik Literacki poznański w numerze 
z dnia 18 marca donosi o nicłi, jako o nowościach będących już 
w rękach publiczności. 

Balladyna była więc czwartą już z kolei Słowackiego publi- 
kacyą w tym drugim jego autorskim zawodzie. Od czasu wydania 
Anhellego minęło już było kilka miesięcy. Napróżno brał poeta 
nasz do ręki różne ówczesne pisma czasowe, czy w nich nie znaj- 
dzie śladu wrażenia, jakie dzieło^to sprawić mogło na czytelni- 
kach. W żadnóm z nich nie .było, czego szukał. Wprawdzie 
pojawiła się recenzya Anhellego niezbyt głęboko w przedmiot wcho- 
dząca w Tygodniku Literackim poznańskim (autorem, jój był Ne- 
pomucen Sadowski); lecz to nastąpiło dopiero późniój, w numerach 
kwietniowych 1839 r. W chwili, kiedy się drukowała Balladyna, 
dochodziły poetę na to najulubieńsze jego dzieło ze strony bliższych 
znajomych same tylko skargi, że Anhellego niepodobno rozumieć. 
A w dalszych kołach zalegało o nim , jak o wszystkiem , co przed 
tem wydał , — milczenie głuche. 

Z t^o to powodu dołączył autor do Balladyny przedmowę, 
ułożoną w kształcie listu do jedynego między ludźmi , o którym , 
wiedział, że słyszy i rozumie głos jego,* 

Cudny ten list zaczyna się od przypowieści, ktdrą miano 
mu opowiadać w Grecyi nad Salaminy zatoką. 

-Stary i ślepy harfiarz z wyspy Scio przyszedł nad 
brzegi morza egejskiego, a usłyszawszy z wielkim hukiem 
łamiące się fale, myślał że szum ów pochodził od zgiełku 
ludzi, którzy się zbiegli pieśni rycerskich posłuchać. Oparł 
się więc na harfie i śpiewał pustemu morza brzegowi, a 
kiedy skończył, zadziwił się, że żadnego ludzkiego głosu, 
żadnego westchnienia, żadnego pieśń nie zyskała oklasku. 
Rzucił więc harfę precz daleko od siebie, a te fale, które 
śpiewak mniemał tłumem ludzkim, odniosły złote pieśni 
Tom II. 6 



42 

narzędzie i położyły mu je przy stopach. I odszedł od har- 
fy 8W0J6j smutny Grcczyn, nie wiedząc że najpiękniejszy 
rapsod nie w sercach ludzi, "ale w głębi fal egejskiego 
mbfza^ufonąl* 

Ntótępnie daje autor kilka prześlicznie, choć nie zbyt jasno 

wypowiedzianych wskazówek, jakby chciał ażeby była rozumiana 

ta nowa jego tragedya;* wreszcie kończy tenii słowami: 

^Rozpisałem się długo, a zamierzyłem był tylko na- 
pisać: 

^Autorowi Irydyona 

~* na pamiątkę 

Balladynę 

poświęca 

Juliusz Słowacki.** 

Odpowiedź, która na to ze strony Krasińskiego nadeszła, 
znajduje się w rękach moich. Stanowi ona pierwszy w szeregu 
dziesięciu listów, przez tegoż poetę do Juliusza « pisanych , które 
się znalazły w pozostałych tegoż papierach. Korespondencya ta całko- 
wita przypada na czas od 23 lutego 1840 do 12 kwietnia 1843 r. *). 

Wydawca powszechnego zbioru listów Krasińskiego, których 
tom pierwszy wyszedł p. t ^Wyjątki z listów Zygmunta 
Krasińskiego"* (Paryż. 1860), wyrażony pod przedmową li- 
terami K. G. (zapewne pan Konstanty Gaszyński), miał także 
już, jak 'się zdaje, przed sobą kopie rzeczonych" dziesięciu listów. 
Dziwną jednakże jest rzeczą, że nie chciał, czy nie mógł, czy 
też wreszcie nie umiał wydawca zrobić z nich ani tyle użytku, 
ażeby ich ogłoszenie zdało się komu na co. W ogóle pojąć nie 
umiem, czego chciał pan Gaszyński czy też rodzina zmarłego, 
wydając rzeczoną ksfążkę? Najprzód bowiem porozrzucano wszy- 
stkie listy poety na różne kategorye, naj(iowolnićj przyjęto, nie 
trzymając się wcale ciągu czasu, w jakim były pisane. Jeżelić 
cały cel oddania do rąk publiczności listów prywatnych wielkiego 
człowieka na t^m jedynie zależy, ażeby to rzuciło jakieś światło 



♦) Nadmieniam, żo kilka wvj?}t.ków, tylko wyjątków, z tych li- 
stów godnych ogłoszenia w całości , dano już w Dzienniku Literackim 
Lwowskim r. 1862 i 1857. 



43 

na jego życie, na genezę jego wyobrażeń i źe tak powiem, na 
cale dzieje jogo wewnętrznego istnienia: toć oczywiście nie można 
objawów tego wszystkiego porządkować iniiczćj, jak tylko w na- 
turalnym ciągu i ładzie, a takim jest jedynie porządek czasu. 
Ale to jeszcze byłaby najmniejsza wada rzeczonej publikacyi. Pan 
Gaszyński pozwolił sobie i okrawać jeszcze listy Zygmunta! i 
jak okrawać! Ź dziesięciu tych listów do Słowackiego pisanych, 
które zńaiti w całości, mogę brać najlepszą miarę o generalnej 
zasadzie , podług której taia rozstrzygano , które ustę[>y są niby 
to stosowne do publikacyi, a które znowu mniej zajmujące. Co 
tylko w liście było prawdziwie ciekawem , co tylko miało jakie 
takie odniesienie czy to do chwili czy też do indywidualności 
obojga osób korespondujących ze sobą, to wszystko podobało się 
szanownym wydawcom właśnie odrzucić! A wcielono do książe- 
czki same tylko miejsca ogólnikowe, filozofematy, loci commitncSy 
sentencyc itp. klóreby mógł każdy do każdego napisać, z tą 
chyba jeduą różnicą, że stylem nie dorównałby Krasińskiemu. 
Na dobitkę zaś, iażeby konfuzya była co się zowie gruntowna, 
uważano tam jeszcze za stosowne, nie tylko zataić chwilę, 
kiedy który taki z listu poety wycihek był napisany, ale i do 
kogo był wyrzeczony! Przecież Krasiński miał zwyczaj 
kłaść na listach swoich dokładne daty i roku i miejsca i dnia 
nawet, kiedy co pisał! A tam tylko miejsce i liczba roku są 
położone. Oznaczenie zaś dnia i miesiąca zmazano, jakby to by- 
ło rzeczą zgolą obojętną, wśród jakich chwilowych okoliczności 
myśl która w duchu poety zabłysła. Zapewne, najczęściej wszy- 
stko to jedno jest , czy kto co powiedział z początku roku , czy 
z końca, szczególniej jeżeli to dotyczy zwyczajnego człowieka. 
Ale kiedy sprawa z wielkimi ludźmi, których żywot prędzej czy 
później będzie przedmiotem szczegółowych dociekań , to, nieraz na 
takiem wskazaniu wszystkich towarzyszących okoliczności właśnie 
najwięcej zależy. A któż je wskazać potrafi, jeżeli nie będzie do- 
kładnie wiedział, gdzie i kiedy się co działo? Kto wydaje czyje 
listy, a zatem matcryały dopiero do późniejszego opracowania: 
ten przewidzieć tego naprzód nie może, który szczegół się okaże 
czasu swojego w ważnych punktach właśnie rozstrzygającym, a 



44 

który jest pobocznej i obojętnej wagi. Wydawca listów pośmier- 
tnych powinien dać wszystko w takiej postaci, jak to jego rąk 
doszło, i uważać wszystkb za nietykalne! Co się tyczy wresz- 
cie osób, do których listy Krasińskiego były pisane, te osłonione 
są taką tajemniczością, jakby to komu zbrodnią było i wstydem, 
że z niin korespondował Krasiński! Tylko o pierwszym dziale li- 
stów wiemy, że były pisane do pana Konstantego , i o ostatnim, 
że do dzieci poety. Dwa zaś pośrednie działy, gdzie właśnie mie- 
8zczą*^się i okruchy rzeczonych dziesięciu listów do Słowackiego, 
te zaległa mistyczna zagadkowość do tego stopnia nieprzeniknio- 
na, że nawet wiedzieć nie można, ile się tam ukrywa osób, któ- 
re odbierały te listy. 

„Pragnąc, aby ta książka — tnówi pan Gaszyński w przed- 
mowie — mogła bez przeszkody krążyć po całym obszarze da- 
wnych ziem polskich , musiano tymczasowo usunąć z- niój wiele 
ważnych i znakomicie pięknych listów. ( — A czemużby takich li- 
stów nie ogłosić osobno?) Ż wszystkich zaś innych zamieszczono 
jedynie główne f?) ustępy, stanowiące pewną artystyczną 
całość.** 

Mnie się zdaje, że o artystyczną całość nie chodzi wcale 
w ogłaszających się zbiorach korespondencyi, zwłaszcza prowa- 
dzonój z różnemi osobami; lecz jedynie o autentyczność i su- 
mienność. Listy Krasińskiego zresztą same przez się całość taką 
będą składały, bylebyście je tylko dali tak, jak były napisane, bez 
użycia nożyc niepowołanej ręki. I pod tym też tylko dopiero warun- 
kiem mogło było nastąpić rzeczywiście to co wyrzekł pan Ga- 
szyński na końcu swojej przedmowy jako nadzieję , to jest : że 
-każdy czytelnik, który dawniej tylko uwielbiał — teraz uko- 
cha autora tych listów i stanie się pośmiertnym jego przyja- 
cielem.** 

Ale dajmy temu już pokój i powróćmy do rzeczy. 

Ogłoszona w r. 1839 Balladyna z ową na czele przedmową 
nie zaraz doszła rąk Krasińskiego. Spotkał on się z dziełem tem 
do[»iero w kilkanaście miesięcy późnićj, za przybyciem swojóni do 
Kzymn w r. 1840. I wtedy t^ż dopiero podziękował Juliuszowi 



45 

za owe aerdeczne słowa wymierzone do siebie 9- listem dhgim i 
zajmojącyta, z którego warto tu przytoczy<S kilka ustępów*). 

.... „Włdad, że Cię nie doszły tiędzne irtersze, ale 
nie nędzne myi^ii pod ich strzępami akryte, któremi przed 
sześciu tygodniami dziękowałem Tobie za twoję pamięć -^ 
za twój list. Wtedy dopiero doszły do mnie dowa twoje, 
chociaż napisane przed rokiem. Com przed laty my&lał o 
siostrze Aliny, tosamo do dnia my&lę. MidsiHnmer nighfs* 
dream!**) Nic doskonalszego, a jednak rzeczy wistszego co 
i0 formy i treści -swojój nie ma na świecie... 

,.. ^W Tobie leży jeden ze znaków, że to, co po*czy- 
tują za umarłe, nie umarło. Życie twoje duchowe jest 
tak wzniosłe, że mi zawsze jest jakoby znaikiem zmar- 
twychwstania. Znam takie trzy duchy, każdego wielkim w swo- 
im okręgu . . . Jeden przeszedł — minął — zostawił za sobą 
' obelisk granitowy wśród pustyni — obelisk stoi — ten co go 
postawił, uczy Szwajcarów, jak nie mają nigdy umieó po 
łacinie... Drugi posiadł wszystko, na. czóm zbywało , pierw- 
szemu — posiadł język polski, tak jak się posiada kochan- 
kę , gotową na każde skinienie ... na śmierć , gdy każesz , na 
życie, gdy spojrzysz — posiadł i objął 'ten język magnetyzera 
cudną potęgą , tak że nie on za językiem , ale język za 
nim goni i prosi się jego i mówi mu: „Ot! cały twój je- 
stem — każ , a posłucham — zawołasz , przybiegnę — mru- 
gniesz w niebo, polecę tam — wskażesz piekło palcem, 
zstąpię do piekła — chcesz bym stwardniał w bryłę ? patrz, 
marmur ze mnie — bym w gaz się ulotnił ? patrz , jakem 
błękitny, 1 znów śniady, a przezroczysty, płynny, prawie 
już nie będący - jednak zawsze twój." — Ten drogi duch 
zagarnął pod siebie wszystkie widnokręgi wyobraźni. To, co 
w pierwszym było jednością — twardą, granitową, w siebie 
garnącą świat , w pewne ciaśniejsze kluby niż sam wszech- 
świat chwytającą — tu się stało rozpłynieniem , powrotem 

*) To co tu daję , może zarazem posłożyd za próbkę , w ja- 
kim to stosunku mąj§ się autentyczne listy Zygmunta do tych okie- 
reszowanych fragmentów, które znamy za pośrednictwem Ich paiy- 
skiego wydawcy. Z ci^ego np.* tego długiego listu dano tam tylko 
urywek 18 wierszowy, zawierający bardzo obojętną dla każdego, 
chociaż skądinąd poetycznie sformułowaną definicyą Poezyi. Wszy- 
stko inne zaś poczytano jakby za niebyłe. Mówię o urywku na str. 
193 i 194, zaczynającym się od słów: „Poezya, mojem zda- 
ni em. ..** 

**) Angielski tytuł sztuki Szekspira „Sen Nocy Letniój.** 



46 

do szerzy, io płynności światła — do gry tęcz — do fal mu- 
zyki — do woni kwiatów — do wszystkiego, co tylko chce 
się rozprysnąć i rozwiać na wszystkie strony, by znaleść 
nioznalezioncgo Boga. Jest forma panteistyczna niezawodnie 
w tym drugim dmhu. On stoi jak szyba mórz wśród 
wszechświata , i odbija wszystkie słońca — księżyce — anio- 
ły — bogi — szatany, co się przesuwają nad nim. W nim 
właśnie jest jedność ich wszystkich. Stąd pochodzi , że cza- 
sem ludzie jego własności nie umieją odkryć, bo im zawsze 
chodzi o to, co mają najbliżej pod nosem, nie o to, co nad 
głowami ich się dzieje — a to jednak dzieje się w niebie . . . 
Ten drugi duch... ty wiesz, że to Ty! — Trzeci... to Au- 
gust Cieszkowski, ale ten należy do Filozofii. Otóż z was 
trzech odgad^uję łacno, że ziemia, co was wydała, zieloną 
jest i że na jej mogiłach kwiaty porosną... 

... ^Zresztą ty lepiej to wszystko wiesz odemnie. Mo- 
jom zdaniem , komu zaraz sypną się wieńce laurowe , ten 
znać że dyablą bufonadę, przystępną, zrozumiałą natych- 
miast wszystkim, powiedział. Kto ma nigdy nie umierać, 
niech poczeka trochę , aż żyć zacznie. Wszystko co tylko 
ra^ styczność z wiecznością, powoli ?ię odbywa. 
... „Julu, zaklinam Cię, nie dbaj o te gwary, co kiedyś 
nawrócą się do Ciebie. Trzymaj naksztalt harfy eolskiej 
duszę twoje wyż^j nad wszystkie dłonie ludzi, wśród po- 
wiewów nieba. Niech myśli Boga — promienie gwiazd i 
skrzydła przelatujących aniołów grają na niej,-- a nie my- 
śli ludzi — rcdakcyo paryskie — zdania — uwagi — naprawy. 
Prźymięszaj trochę żółci do twoich lazurów. Obaczysz , jak 
ten ziemski pierwiastek chemiczny ziemię przynęci do Cie- 
bie. Więcej jest wątrób na ziemi, niż serc. Ach! jakże 
Cię wtenczas będą rozumieć wątroby. Dal^j, niezawodnie 
żółć jest w poemacie tym klejem , co spaja rozerwane 
cząstki jego bytu, co świat cały przeistacza w jego osobę. 
Spróbuj, oni o to się domagają. Dopiero uczują Twoje rę- 
l^^i gdy z gruba na nich uderzysz, gdy im spadnie ciężka 
— koścista na skronie. Dopóki wzniesiona w powietrzu — i 
ku gwiazdom — ku przybytkowi Boga: dopóty oni myślą, 
że to biała lilia rosnąca niewinnie na łąk błękitnych prze- 
strzeni. Do kordą i na sejmik — rąbać mi i siekać — a zo- 
stawiwszy trupy na placu, znów poróść w skrzydła i zawi- 
snąć na niebie** . . . 

Tćj rady Słowacki posłuchał i z dobrym skutkiem, jak się 
to pokazało; ale dopiero po roku. 
List kończy się takim ustępem; 



4t 

„Bądź zdrów — bądź szczęsny — bądi kochany! — nie 
mówię bądź sławny, bo l)cdziesz nim. Nie życzę nikomu 
tego/cb mu bog! dały. Dotąd wiellii artysta, tyllŁO artysta 
Cię obejmie, zgruntuje, zrozumie. Ałe ty zstąpisz niifeój — 
ty wsiąkniesz w serca malutkich. Gdybym miał i ja na- 
reszcie jedne Ci uwagę uczynió, to jedyną tylko bym uczy- 
^ nił: Granit rzuć pod twoje tęcze. Tęcza gdy łukiem 
się zakała po niebie, winna stopy śliczne oprzóć na pod- 
stawie granitowej , to jeszcze ją lepiej tęczą robi. — A te- 
raz myśl o mnie , pamiętaj o mnie . . . Tobie tortury zaczę- 
ły, mnie skończą życie... Oddasz rai kiedyś ten napój pocie- 
chy, który zawsze sączyłem tobie — a nie tak z czary mó- 
zgu mego, jak z serca. Bądź mi sercem kiedyś — kiedyś 
w przyszłości! Ściskam Cię, jak dawniój nad drogą bo- 
lońską**... 

To wszystko wyjmujemy więc z listuj Krasińskiego z dnia 
23 lutego roku 1840, datowanego z Rzymu. Rok ten pamiętny 
jest w życiu tego poety z ogłoszenia „Trzech Myśli Ligęzy" — 

Tymczasem, w ciągu jeszcze poprzedniego lata, rozpoczęła 
się na nowo korespondencya między naszym poetą a jego ro- 
dziną. Ułatwiły się cokolwiek stosunki. Wuj Słowackiego był je- 
szcze trzymany na wygnaniu, ale czujność władz przestała już 
tyle ciężeó na jego krewnych. Zagadnięto tedy znowu Juliusza 
nowinami z Krzemieńca i ośmielono do odezwania się wzajem. 
Pierwszy z listów jego do matki, stanowiących ten drugi, że tak 
powiem, rozdział korespondencyi pomiędzy nimi, ma datę 24 czerw- 
ca 1839 r. — 

Wielka to jednakże już różnica między listami Słowackiego 
pisanymi teraz a dawniej! Pisywał on odtąd już tylko rzadko i 
krótko, i udzielał wiadomości o rzeczach jedynie obojętnych, 
ogólnych. Częstokroć nawet dopiero odgadnąć trzeba, o czem 
właściwie mówi Słowacki, kiedy używa słów zupełnie trywialnych 
i skądinąd zgoła co innego znaczących. Ukryta myśl nawet i ta- 
kich miejsc jest wprawdzie pod politycznym względem bardzo 
niewinna ; ale jemu wyraźnie o to chodziło , ażeby zatarte były 
wszelkie ślady, że te listy pochodziły od niego. Dlatego też uni- 
kał odtąd systematycznie wszelkich wzmianek o zawodzie i po- 
wodzeniu swojem jako pisarza, i nic nie donosił o dziełach, które 



48 

pisał albo wydawał. Ten brak najciekawszej właśnie i najwa- 
żniejszej strony jego korespondeucyi daje mi się czuć bardzo, 
kiedy ten TotAzial piszę. Nawet osobę i imię swoje przez czas 
pewien zastępywał inną osobistokią i inną nazwą. Zaczął pisy- 
wać do matki jako niby jakaś młoda jój przyjaciółka czy też 
wychowanica. Nazywał się więc Zosia; Matkę tytułował: Moja 
kocbana Saily (Salomeą było jej imię). Niekiedy zaś, kiedy 
mu już koniecznie wypadało dobitniej mówić o sobie, wyrażał się 
w taki sposób, jakby mówił o kimś trzecim. Imię tój osoby było 
natenczas Mr. Jules et Arallon, jakiś niby to Francuz. Równie 
też rzadko kiedy dawał datę czasu i miejsca, skąd co pisał. 
Zwykle było to zupełnie pomijane milczeniem; niekiedy Paryż 
był zastąpiony jaką miejscowością krajową; tak np. znajdujemy 
list jeden pisany niby z Podhorzec... 

Niezawsze jednak umiał Słowacki utrzymać się w granicach 
t^j przybranej roli przez ciąg całego listu! Natura jogo zbyt by- 
ła nieprzedmiotowa i zbyt t)ezpo.śrcdnia , żeby się nie był miał 
zapominać niekiedy. Tak naprzykład , począwszy list z razu 
w charakterze Zosi, na dalszych jego stronicach mówił: byłem, 
widziałem, zdrów jestem itp. Często napotykamy i co do 
istotnej nawet osnowy takie nieostrożności i niekonsekwencye. 
Gdyby listy te były ściągnęły na się uwagę urzędowych listowej 
literatury badaczów, pryekonany jestem , że właściwy autor byłby 
łacno odkryty w tej analizie filologicznej. Nam dzisiaj jednak 
pocbopność ta autora do wypadania z roli może być tylko do- 
godną i dla celu naszego najkorzystniejszą. 

' Owoż, na zasadzie tych listów, znajdujemy Juliusza w ciągu 
lata 1839 w tym samym stanie moralnym, w jakimeśmy go 
widzieli w latach poprzedzających. Mieszkał w stancyi najętej na 
ulicy des Piramides pod Nr. 6. Żył samotnie, pracował wiele, 
od emigracyjnych zatargów trzymał się zdała. 

..;. -Byłbym szczęśliwym, gdyby mi nie brakło familij- 
nego życia; żyję bowiem jak mnich — a Ty nie pojmiesz, 
Jakto serce przez takie życie usycha; jak zamierają wszel- 
' kie uczucia . jakby sama natura mściła się , że się od jój 
zwyczajnych dróg oddalamy. Mam teraz na świecie kilku 



49 

przyjacióf takich, którzy mię szacują i bronią; ale ci wszy- 
scy są odemnie dalecy. A tu otoczon jestem ludźmi, do 
których przylgnąć nie mogę. Zazdroini bowiem są — małego 
serca — niezdolni ani.uczuó ani pojąć szlachetnych myśli; 
słowem są to zatarte szeli^, zimne, spleśniałe! Najwięcej 
więc czasu przepędzam sam, pisząc sobie i bazgrząc różne 
awantury i przywidzenia, z czego taka korzyść, że mi ży- 
cie złocą i różnemi okrywają tęczami. Są to miłe mi 
okienka w chacie mojój, przez które widzę wiele rzeczy i 
twarzy znajomych. Czy życie takimi snami zajęte życiem 
jest, nie wiem; ale to pewna, że mię od wielu, rozpaczy 
broni i czasem przyjemność sprawia.*' (z listu pisanego nie- 
wiadomo w którym miesiącu, ale w roku 1839). 

Takich wyrzekań na emigracyą paryską bardzo wiele jest 
w listach Słowackiego ówczesnych. 

-Koledzy moi zepsuci ,są biedą — życie z nimi bardzo 
niemiłe! Wystaw sobie, droga, ludzi znudniałych, którzy o 
niczóm gadać nie chcą i nie umieją, ludzi, którzy się od- 
łączyli zupełnie od towarzystwa jak wyklęci, i żyją między 
sobą, nudząc się wzajemnie. Robią, co mogą, abym ich 
nienawidził! Mam jednak i pomiędzy nimi pewną powagę, 
którą mi nadaje czystość moja wewnętrzna. Wolałbym 
szczerą miłość, ale tej nie ma pomiędzy nami, a stworzyć 
jej nie raogęl** 

„Nuda miejskiego życia, stan pieniężny etc. wy- 
wiera zgubny wpływ na umysŁ Są dnie, których niczóm. 
zająć nie można. Człowiek się rzuca w kraj imaginacyi i 
żyje w nim. Ale są reakcye okropne, w których umysł 
nudzi sam siebie. Wtenczas ani wieczór przepędzony na 
grantu w wista, ani gawronienie się po ludnych ulicach nie 
jest lekarstwem. Świeżość umysłu traci się, a nabycie wia- 
domości, których nikomu udzielić nie można, czyni umysł 
podobnym do spiżarni zawalonój spleśniałymi wiktuałami. ** 
(z listu z d. ? listopada 1830). 

..• „O! gdyby tylko 200 dukatów na rok! Żylibyśmy 
oboje w jakiój willi otoczono) różami i pomarańczami we 
Florencyi. Czasem posłuchałabyś śpiewów włoskich — cza- 
sem i jabym Ci sam za towarzystwo wystarczył. I takby 
nam płynęły dni — niebardzo świetnie, ale miło, z I>łogo* 
sławieństwem bożóm dla obojga. Czyż i tyle skromnego 
szczęścia nie można uprosić u Boga? Myśl, myśl nad tóm, 
droga moja, a choćby przyszło część tego co mamy stra- 
cić, ja tak życie nasze urządzę, że nam wystarczy. Wien 

fon u. 7 



50 

/ 

mi, droga I Ja nie nam żadnych snów wielkości, a i Ty 
może nie bardzo chcesz złoconego szczę&cia^ ... (z iista z d. 
24 czerwca 1839). 

/ Tylko takie miejsca czytając, pojąć można, dlaczego tyle 
talentów, tyle zapału, tyle gotowości do ofiar, ile j^j było 
w Emigracyi ówczesnej , wydało jednak tak roalo plonu dla kra- 
ju pożytecznego i znędzniało, jak ów kwiat exotyczny, pozba- 
wiony ożywczój rosy i grzejącego promienia słońca. W ten tylko 
sposób zrozumieć można, dlaczego Mickiewicz we dwa, najwię- 
cójwe trzy lata po przybyciu do Paryża na emigracyą, tworzyć 
zupełnie zaprzestał ; dlaczego wszystko , czego się tylko tknęła 
ręka tycli biednych wygnańców, przybierało jakiś krzywy kieru- 
nek, wiało tchnieniem chorobllwem i mimo najpoczciwszych chę- 
ci , więcćj szkodziło niżeli pomagało ... 

Byli to ludzie w saraój rzeczy, jak się Słov.*acki wyraża 
zepsuci biedą i samotoo&cią, strawieni nieszczękiem i tą ciągłą 
tęsknotą, która się stawała tóm niecierpliwszą i tern zapędłiwiej 
przechodziła w niewyrozumiałoić wzajemną, posuniętą do wyso- 
kiego stopnia, im bardziój przedmiot bezpokedni działania ginął 
z oczu tych nieszczęśliwych. Ni« naturaIno:ić atmosfery, którą na 
obcój ziemi przymuszeni byli oddychać, i brak celu dalszego ży- 
cia przy ciągłych rozczarowaniach «- oto co nam tłómaczy wszystko... 

A jednak żyli oni w silnom przekonaniu i wierze, że ich 
cierpienia nie będą nadaremne! Stali na stanowiskach swoich, 
jak jaka stracona czata, i uważali sobie za obowiązek dotrwać 
na zajętych posterunkach do końca. 

W r. 1840 zapowiadane były w krajach pod berłem roayj- 
skióm na korzyść pewnych kategoryi wychodźców politycznych 
niejakie ułaskawienia i ulgi. Przy tój sposobności poruszono w gro- 
nie Emigracyi pytanie: czyby z tój amnestyi nie należało korzy- 
stać.? Zdania były różne. Ostatecznie zdaje się jednak, że w sku- 
tek owój amnestyi mało kio powrócił do kraju. 

Ważne jest miejsce w jednym z listów Juliusza, ściągające 
się właśnie do tój okoliczności. Powtórzę je tu dosłownie, zatrzy- 
mując sposób allegoryczny, jakim się w owój porze zwykł był 
wyrażać. 



51 

^Przejeżdżając przez wioskę moje pan Andlej, mówił 
mi, ie widział Ciebie, że gdy widział, płakałaś — i to mi 
serce rozdarło. Ale Ty wiesz, gdybym ja mogła porzucić 
moje kuzynkę ślepą i sparaliżowaną, jaż byłabym dawno 
z Tobą, jaż bym Ci służyła z całą miłością biednój dziew- 
czyny a Twojćj niegdyś wycłiowanki. Nieszczęśliwy ten 
świat, że nie pozwala nam robić, cobyśmy cłicieli, ale nas 
wiąże i krępuje różnemi wymaganiami i obowiązkami! Oby 
przynajmniej Twój brat nie był opuszczony w powszechnym, 
jak słyszę, ułaskawieniu! oby już był przy Tobie! (z Ibtu 
z d. 21 października 1840). 

Z tóm się wiąże ów wiersz Słowackiego Do Matki, ogło- 
szony dopiero w wydaniu pozgonnem, który jeszcze lepiej uczucia 
ówczesno autora wyraża : 

Zadrży ci nieraz serce, miła Matko moja. 
Widząc powracających i ułaskawionych. 

Rląó będziesz, że tak twarda była na mnie zbroja, 
Tak uparte wytrwanie w zamiarach szalonych. 

Wiem, że wróceniem mojóm lat bym ci przysporzył; — 
Wszakże gdy się spytają, czy twój syn powraca? 

Mów " syn twój na sztandarach jak pies się położył 
I choć wołasz -- nie idzie, oczy tylko zwraca... 

Oczy zwraca ku tobie!... Więcój nic nie może — 
Tylko spojrzeniem tobie smutek swój tłómaczy; 

Lecz woli tutaj konać , niż iść na obrożę , 

Bo woli zamiast hańby — pić czarę rozpaczy! 

Przebaczże mu, o moja ty piastunko droga. 
Że się tak zaprzepaścił i tak zaczeluścił; 

Przebacz... bo gdyby nie to, że opuści^ Boga 
Musiałby — toby ciebie pewno nie opuścił! 

— Pomimo wszystkich tych smutków i przeciwności, autor- 
ska energia Słowackiego w owych czasach trzymała się jednak 
krzepko i rosła przy ciągłej pracy. Wydawnictwo dzieł dawniej- 
szych, a teraz przeznaczonych do ogłoszenia, także szło swoim 



58 

^iorto. Na samym początka 1640 (w ciąga miesiąca stycznia al- 
bo latego) wyszedł dramat niegdyś przez autora na spalenie ska- 
zany, a teraz zapewne częściowo przerobiony: 
'' Mazepa, tragedya w 5 aktach przez Jaliusza 
Słowackiego. Paryż. 1840. 12° str. 145. 
Krytyka tój sztuki przez K. Libelta pojawiła się w Tygo- 
dniku Literackim poznańskim już w numerze z d. 30 marca 
1840, okoliczność popierająca powyższy wniosek o chwili wyjścia 
Mazepy. 

Niezwłocznie potćm opuściła prasę praca zupełnie nowa, 
świeżo napisana: 

Lilia Weneda, tragedya w 5 aktach przez Ju- 
liusza Słowackiego. Paryż. 1840. 12° str. 154. 
Była drukowana w ciągu miesiąca kwietnia, jak tego dowo- 
dzi data, położona przez autora pod przedmową. Przedmowa ta, 
prześlicznie napisana, jest znowu w formie listu do Krasińskiego. 
List ten nazwałbym prawie poetyczniejszym , niż sam poemat. 
Dziwnie pięknóm jest mianowicie zakończenie tych kartek: 

„A teraz, kiedym ci się wyspowiadał, usiądź na ułam- 
ku jakiój dawnej ruiny,- albo pod cieniem Wirgilowego lau- 
ru i niech cię gwarząca moja przeszłość otoczy! — Usiądź 
nad kryształową jaką i smętną wodą, abyś z książką moją 
mógł to zrobić, co zamyślona z białą różą w ręku dziew- 
czyna: to jest, oberwać ją liść po liściu, rzucić w wodę 
płynącą i pytać się losu listków o los człowieka. A zni- 
szczywszy tak ciało Lilii Wencdy, odtwórz ją na nowo 
w myśli swojej większym blaskiem odzianą — i piękniejszą 
sto razy — i niech ta postać do nas obojga należy! niech 
będzie jako łańcuch łączący dwóch Wenedów ręce, nawet 
w śmierci godzinie! — A tych dwóch wodzów... czy ty 
myślisz Irydyonie, że tworząc ów- myt jedności i przyjaźni, 
nie łudziłem się słodką nadzieją, że kiedyś i nas tak we 
wspomnieniach powiążą i na jednym stosie postawią? — Ty 
mię wtenczas umarłego będziesz trzymał na piersiach i 
mówił mi do ucha, słowa nadziei i zmartwychwstania, albo- 
wiem za życia słyszaJem je od ciebie jedynie 1** 

Autor Irydy ona był owego lata, w któróm go doszły te sło- 
wa, na ciele chory, a na duchu znękAny. Bawił w Karlsbadzie 



5» 

Dfttenczas. Byłby mógł i wtedy tosamo już powiedzieć o sobie, 
co rokiem późnićj pisał do innój osoby; 

„Sądziłem, żem przeznaczeń do życia w6ród ludzi ży« 
wych; — nie wiedziałem, że ulice z grobów będą domem 
moim, umarli towarzystwem, kościół największy &wiata — 
salą godową; posągi białe mroźnego blasku — koleżeństwa 
dawnego zastępcami; równin mazowieckich — kampania rzym- 
ska przypomnieniem; — r i że młodość moje tak bezczynnie 
strawię, tak chorobliwie zeżrę, tak nikczemnie utracę!...^ 

Odpowiedział Słowackiemu natenczas listem, który w szere- 
gu owych dziesięciu mnie znanych zajmuje drugie z kolei miejsce. 

„Drogi Julu — tak się zaczyna ów list, datowany 
z Rzymu z dnia 10 grudnia 1840 — i Lilia i list twój od- 
dane mi są. O pierwszój, już temu 5 tygodni, dłi^ a 
długi do ciebie wyprawiłem artykuł. Iżaliś go odeturał?*) 
Przeczytałeś skargę białój dziewczyny? Uznałeś w głębi 
serca jój prawo do skargi? i rozfzewniłżeś się nad nią? 
Czy cię zły duch Szekspira nie popchnął do niesprawiedli* 
wego ofnknienia się na klęczącą u stóp twoich ?^ . . • 

Z tych słów godzi się wnosić, że było coś w Łilli Wene- 
dzie , z czego nie zupełnie był zadowolony Krasiński. Może nam 
się uda w przyszłym rozdziale odgadnąć, o co mu też chodziło. 

— A teraz przechodzę do rzeczy, na którój wyjaśnienie nie- 
cierpliwie pewnie czytelnicy moi czekają. Powinienbyin powie- 
dzieć na podstawie listów poety, które dzieła jego nowe powstały 
w tym czasie stałego już odtąd pobytu jego w Paryżu, za po- 
wrotem z Włoch. Na nieszczęście w listach Słowackiego odpo- 
wiedzi na to nie znaleść. Spotyka się w nich tylko, i to po kil- 
ka razy, zapewnienie, że ciągle pracuje, że wiele pisze; ale bliż- 
szych o tóm szczegółów nie ma. 

„Teraz żyję, jak mogę; bazgrzę sobie i czas mi upły- 
wa, a tak prędko, że prawdziwie przerażam się jego szyb- 
kiom znikaniem*' — 

Oto w taki to ogólny i lakoniczny sposób wzmiankował w latach 
owych poeta o swoich literackich zajęciach. 



*) Artykułu, o którym tu mowa, nie znaleziono między papie* 
Ślowaćkiogo. 



54 

Biorąc w pomoc rezaltaty^ do jakich mię doprowadziło głó- 
wnie rozpatrzenie się w pozostałych Słowackiego papierach, obej- 
mujących jużto otwory całkowite za życia jego nie drukowane, 
już szczątki, urywki i fragmenty rozmaitych rzeczy nie dochowa- 
nych w całości: nie waham się stawić na pewne twierdzenia, że 
cały ten szereg lat od 1839— 1842 stanowił w życiu naszego 
wieszcza w ogóle okres kulminacyi jego talentu, energii i dzieN 
noici. Wszystko prawie, co tylko było owocem owej epoki, bez 
różnicy czy było ogłoszonóm już przez samegb autora, czy teraz 
dopiero w wydaniu naszem, okazuje w nim łatwo&ó tworzenia, 
samodzielność, trzeźwość duchową, takt artystyczny i w ogóle 
dojrzałość, do jakićj nigdy przedtóm zbliżyć się nie potrafił. 
W 3© tedy roku życia stanął Słowacki na tój wyżynie a^yzmu, 
jaką w ogóle zająć było mu przeznaczonem w ciągu jego zawo- 
du. Samo się rozumie, że ta wyżyna jego najwyższa nie była to 
doskonałość bezwzględna. Nie mogła ona być nawet ani względną 
jego doskonałością. Boć wątpliwości to nie podlega, że gdyby 
nie te smutpe okoliczności, w jakich ciągle życie jego płynęło, 
gdyby mianowicie nie fatalna owa przyniesiona przez Towiań- 
skiego zaraza ducha i mistyka , która jak prawdziwe dopuszcze- 
nie i kara boża, w roku ,1842 obłąkała tyle znakomitych i 
pierwszego rzędu mężów naszych żyjących na emigracyi, a mię- 
dzy nimi i Słowackiego: — to ciągły postęp jego jako wieszcza 
narodowego idąc takimże torem i dalej, byłby ostatecznie dosię- 
gnął zupełnie innego kresu. W obec atoli tego wszystkiego , co 
zaszło i na czóm się skończyło: czas ów powyżej wskazany — by- 
łato stosunkowo jego najświetniejsza epoka. 

Pomiędzy ogłoszeniem Balladyny (1839) a Beniow- 
skim (1841), powstały w ogóle następujące dzieła nowe: 

Nasamprzód w tym szeregu widzimy wspomnianą już wyżej 
i wydaną w r. 1840 Łillę Wenedę, niejako kontynuacyą pomy- 
słu, na tle którego Balladyna była osnuta Autor zamierzał 
^z Polski dawnej utworzyć fantastyczną legendę, z ciszy wieko- 
wej wydobyć chóry prorockie"..- „Uśmiechnij się teraz Irydyo- 
nie — pisał do Krasińskiego w przedmowie do Balladyny — bo oto 
naśladując francuskich poetów, powiem ci, że Balladyna jest tyl- 



55 

ko epizodem wielkiego poemata w rodzaju Aryosta, któiy m 
iAq uwiązać z sześciu tragodyi czyli krooik dramatycznych.** — 
Otóż drugą taką kronikę dramatyczną, drugą taką przedwieko- 
wej Polski legendę miała stanowić wła&nie Lilia Wencda. 

A trzecią była tragedya Krakus. Według wszelkiego podo- 
bieństwa do prawdy — byłto utwór dokonany niedługo po napisa- 
niu Lilii, i w t>mże samym sposobie. Na nieszczęście, z drama* 
tu tego nie pozostało więcej, jak tylko początek. Między auto- 
grafami poety znalazł się z tój sztuki tylko jed<^D arl^uszyk, li- 
stowego papieru, nader drobnćm zapisany pismem, prawie bea 
żadnych poprawek i z dokładnćm zawsze oznaczepiem nazwisk 
osób. prowadzący eh z sobą dyalog. Z tego wnoszę, że to był już 
odpis na czysto. W brulionie bowiem zwykł był Słowacki nazna- 
czać tok dyalogu w taki jedynie sposób, że przy każdój jego 
przerwie dawał na początku wiersza tylko lingkę , na znak , że 
tu zaczyna mówić kto inny. Zresztą w brulionach jego bywają 
też dość częste przekreślenia i odmiany. Skoro zaś upoważnia 
wszystko do wniosku, że rzeczony arkuszyk mieści w sobie text 
już przepisywany: godzi się w każdym razie być zdania, że 
Krakus był utworem całkowitym, a nie urywkiem; urywków 
bowiem i tylko napoczętych robót nie zwykł był Słowacki nigdy 
przepisywać na czysto. Przeciw twierdzeniu temu nie dowodzi ni- 
czego, że nie ma obecnie z Krakusa więcój, jak tylko te 
cztery pierwsze sceny, które dopiero dało poznać czytającej pu- 
bliczności lwowskie wydanie. W ogóle chcąc sobie to wytłóma- 
czyć, źe między pozgonnemi Słowackiego pismami tyle znalazło 
się fragmentów, wiedzieć należy, że nie miał on nigdy zwyczaju 
używać do pisania poszytów. Czy to komponując, czy też mun- 
dując rzecz już skończoną — zapisywał on zawsze arkuszyk za 
arkuszykiem; a kiedy rzecz była doprowadzona aż do samego 
końca, składały się te pojedyncze arkusze w zwitki, i w tym 
stanie, niezeszyte, składane bywały między plikami najrozmait-. 
szych innych papierów. W wyjątkowych tylko razach i nie ina- 
czej jak z powodu szczególnych chyba okoliczności (np. jeżeli 
ktoś drugi miał się zająć przepisaniem autografu), zwitki takowe 
były zszywane w poszyty i tworzyły całość nie tak już łatwą do 



50 

itMBprószenia. Przy wielkiej poniewierce, jakiej papiery Słowa- 
ckiego później podl^ musiały, (powiedzieć tego nie amiem, czy 
to było po jego zgonie , czy jeszcze za życia , kiedy pod wpły- 
wem Towianizma zmienił kieranek i nie cenił sobie prac 
z przed roka 1842), było to rzeczą bardzo naturalną, ±e z owych 
zwitków luźnych arkuszy ginęły całe partye, a niekiedy przepa- 
dało i wszystko, z wyjątkiem kilku albo jednego tylko arkusza, 
szczególnym ocalonego trafem. Za takito arkusz przypadkowo 
dochowany z całoici, uważam i fragment, o którym tu mówimy. 
A potwierdza mię w tóm mniemaniu i ta jeszcze okólicznoió, że 
arkusz,^ w którym fragment ten się mieici, zapisany jest jak 
najnabiciej aż do samego dołu, i rzecz się urywa w takiem 
miejscu, żo widocznie musiał tu być jakii ciąg dalszy... 

Co się tyczy pytania, jakie przedmioty zamierzał Słowacki 
opracować w dalszych dramatach, to jest w kontynuacyi Lilii 
Wenedy, Krakusa i Balladyny : na to odpowiedzieć nie umiem. 
Miejsce n^ianowitie czwarte i piąto musi pozostać na zawsze nie- 
zapełnionóm, braknie tu bowiem hawet dla domysłów wszelkiego 
punktu oparcia. Ostatnieni ogniwem tego fantastycznego łańcucha 
pielni, z szeiciu złożonego dramatów, mógł być utwór osnuty na 
dziejach dogorywającej Litwy pogańskiój, który także dochował się 
tylko w urywku i dany jest w wydaniu Iwowskióm pod nazwiskiem 
WaHenrod. ^a trafność tój nazwy nie zaręczam, w rękopisie poety 
^bowiem żadnego tytułu nie było, gdyż Sztuce tój w ogóle braknie 
początku ; i oświadczam z góry, że jeżeliby kto twierdził , iż tu 
dzielny Witołd więcój na bohatera sztuki zakrawa, niż melan- 
cholijny z rozdartem sorcem Wallenrod, to i ja bardzo pojmuję 
powody takowego mniemania. Patrząc atoli fi& rzecz tę ze stano- 
wiska naszego poety, zdawało mi się , że większa , a przynaj- 
mniój głębsza i poetyczniejsza rola do odegrania była tu prze- 
znaczona znurtowanemu nieszczęściem charakterowi mistrza Krzy- 
żaków, aniżeli normalnej i doraźnie działającej naturze Kiejstuto- 
wicza. Takieto jedynie powody skłoniły mię do nazwania sztuki 
tój „Wallenrodem.'' Spis osób, dany na czele tego fragmentu, 
jest także tylko dodany przez wydawcę, a nie przez poetę; ja- 
koż ani wątpię, że na tej małój ilości figur nie kończyło się 



&1 

w całym organizmie dramatu. Zaprzeczyć nie móźóa, że biefkt^r^ 
z charakterów są nader silnie rzucone. W ogóle ujmuje w tym 
urywku kompozycya pełna prostoty i prawdy, ciągły rucłiakcyi, 
zawikłanie różnostronnych interesów prowadzone z dramatyczno-* 
ścią i życiem, sceniczność bacznie przestrzegana w całym ukła« 
dzie — słowem zalety, na jakicli nieraz dawniej zbywało nawet 
ogłoszonym Słowackiego dramatom. Nieodżałowana szkodit, że i 
ta praca nie. doczekała się lepszycłi dla siebie czasów inacsój^- 
jak tylko w tym stosunkowo tak drobnym już tylko azczątkal 
Szczątek ten stanowiłby pierwszą połowę całej sztuki, gdyby, 
nie brakło początku aktu pierwszego. Rękopis, w którym si^ 
znalazły te sceny, jest własnoręczny; stanowią go dwa arliusee 
listowego papieru, zapełnione równie drobnóm pismem, jak w Kra^ 
kosie. Pierwszy arkusz, nieodszukany w pozoetałycti papierach,, za^ 
wierał w sobie expozycyą i niewątpliwie to wszystko, czego 8Zta*( 
ce braknie obecnie z początku. Ocalone dwa arkusze szły zarae 
po nim. A zdaje się, że być kiedyś musiały i te ^3 lub 4 dalsze 
arkusze, które mie&ciły w sobie drugą połowę tragedyi; cała bo- 
wiem powierzcliowność ocalonej części manuskryptu jest tego. ro- 
dzaju, że koniecznie przypuścić trzeba, iż to jest tylko wyrwany 
środek z całości. 

Co się zaś tyczy drugiego urywku, który w wydaniu 
Iwowskiem dołączony jest do Wallenroda, jako dodatek pod na- 
pisem Walter Stadyon: uważam go za robotę zgoła odrę*' 
bną, w innym jakimś czajsie pisaną i nie mającą I)liższego 
związku z tamtym utworem, nad przypadkową tożsamość osoby 
bohatera. Byłto, zdaje mi się. pomysł luźnie rzucony od r^ i 
nigdy już potem nie prowadzony dalej. Znalazłem go między ly*. 
siącem innych rzeczy — w książeczce, w którój zapisywał sobie 
Słowacki różne noty i spostrzeżenia. 

Po Lilii Wenedzie, Krakusie i Wallenrodzie, wymieniam jako 
czwartą pracę Słowackiego na te lata przypadającą, dramat pod tytu- 
łem ;, Jan Eazinuerz.'' Daje o nim wiadomość P. Reitzenheim w Bro- 
szurze swojej francuskiej o Juliuszu Słowackim, wydanój w Paryżu r, 
1861. Autor broszury, jeden z bliższych niegdyś znajomych poety, 
mówi o dramacie niniejszym w sposób, który dowodnie przekonywa, 
TomlL 9 



58 

ie ora takowy był znany jako całoić Akończona i zupełna. Przy t^m 
robfliwagę, że w żadnym innyiil Slowackiogo utwofzcrtiTe^docho- 
dziła dosadno&ć i dokładno&ć artystyczna do t^i^go stopnia , co la- 
taj. ' Hianonicie charaktery Jana Kazimierza, Czarneckiego, toż 
obojga Radziejowskich miały być oddane w sposób prawdziwie 
godny Szekspira. Te pochwały P. Roitzenheima wzbndzają tćm 
więoćj żalu, że i ten Utwór tak znakomity przepadł prócz kilka 
scen, któreimy odszukali w zamęcie papierów pozostałych i wcie- 
lili do fragmentów dramatycznych, objętych w trzecim tomie 
pism po&miertnych. Sceny rzeczone przypadają prawdopodobnie 
lia akt Iszy, w każdym razie na pierwszą połowę sztuki; znala- 
zły się pisane drobniuteńko, własną ręką poety, i zapełniały 
wszystkie jeden arkuszyk takiegoż papieru, jaki był użyty do 
Krakusa, do Wallenroda i w ogóle do tych wszystkich rzeczy, 
które w owych latach powstały. To rozstrzyga o czasie, w któ- 
rym być musiał napisany Jan Kazimierz. Cały zewnętrzny pozór 
arkuszyka, o którym tu n»ówimy, przekonywa dostatecznie, że 
stanowił pierwotnie tylko częić rękopisu, złożonego niegdyś z kil- 
ku podobnych arkuszy. Przy wyraźnóm świadectwie p. Reitzen- 
heima niepodobna o tóm wątpić, że i ten tedy (Iraniat czasu 
swego byt dzieFem doprowadzonóm do końca i dopiero w później- 
szym czasie podległ zniszczeniu. 

Piątą pracą dramatyczną, powstałą w tymże ustępie życia, 
była ]leatryx Cenei. Była pisana w roku 1840, w pierwszych 
miesiącach.'^)— iTragedyą tę oddano mi w rękopisie w nader cha- 
otycznój postaci, ani nawet nie przypuszczając, żeby w tych 6 
arkuszykach, w których się ona mieściła, miała znajdować się 
caioić. Arkusze były i tutaj rozicciałe, nieponumerowane. Zapeł- 



*) Wiadomoić tę można uważać za pewną. Między papiorami 
Słowadtiego amlasła się luźna karta, ■ napisem jego ręki: |,Trage- 
dya -* Beatryz Cenei —napisana— 1840 roku.** W Tygodniku 
Poina&skim donossono w r. 1840 już dnia 18 maja, że się dramat 
Słowackiego pod tym tytułem właśnie dmkt^'e w Paryżu. Doniesie- 
nie to było 00 do głównćj rzecz-, t j. co do druku, przedwczesne, 
a nawet sapcie mylne. Ale nasuwa wniosek eo do czasu powstania 
tći sstoki. 



5t 

«iał je dyalog, którego roslożenio między mówi%Qe imlhy 
done było oajcsęicfój samemi tyłko kreskami. Żadnydi odiOift- 
czeńy gdzie się scena jaka końcsy a zaczyna nowa. Słowem rę- 
kopis ten był w takim stanie ^ tie po długich nadaremnycli osilo- 
waniacli złożenia szeicia arkuszy owych w taki sposób, teby się 
necz dała powiązać z sobą w ciąg jakiś: nabrano joi przekona* 
nia, te i to tylko są urywki, a raczej szczątki niestanowiące 
eałoici, z powoda że kilka arkuszy widocznie braknie. Miaoowi- 
eie sprawiało to trodnoić w zoryentowania się w rękopisie, że nie 
można było dopatrzeć, gdzie wlaiciwie jest początek tragedyi. 
Byłto bowiem dopiera pierwszy koncept utworu, bralton, w któ- 
rym nie tylko dużo byio ustępów przekreślonych, a potem zastą- 
pionych nowymi pomysłami, rzuconymi na papier w miejscu nieraz 
l>ardzo odległem od sceny, do której rzecz należała, ale nawet 
zdarzały się tam czasem wsunięte i kawałki zgoła do tego 
przedmiotu nienależne, np. pochodzące z Lilii Wenedy itp. -^ 
Pnsj troskliwóm staraniu udało mi się przecież wniknąć w plan 
budowy całej tej sztuki. Uznawszy dwie sceny — niedokończone i 
zgoła też nie wiążące się z żadnem miejscem właściwego textu 
Beatryczy — za przelotne tylko projekta do pomysłów, w ciągu 
już pracy uznanych przez autora za mniej właściwe, i usunąwszy 
takowe na bok: zrekonstruowałem cały pozostały materyał tego 
dramatu w taki sposób, iż nie dodając ani słowa od siebie, 
złofyłem objątek wszystkich 6 arkuszyków w jeden nieprzerwany 
ciąg akcyi. — Wspominam tu o tćm wszystkićm tak szczegółowo 
z tej przyczyny, ponieważ pozór i stan rękopisu sztuki niniejsaój 
rzuca światło na te wszystkie arkuszowe urywki ocalone z in- 
nych utworów, o których wspomniałem wyżej. Miała się niewąt 
pliwie i z nimi rzecz zupełnie, jak tutaj, tylko że przypadek 
był dla Beatryczy Cenci łaskawszy i sprawił, że z rozproszonych 
arkuszyków tą rażą ocalały wszystkie.. 

Na ostatek odnoszę, z pomiędzy prac Juliusza dramaty- 
cznych, do tejże pory owe dwa urywki, które pod nazwą Fra- 
gmentów z dramatu o Beniowskim zamieściłem na samym końcu 
tomu trzeciego. Te urywki zapełniają w rękopisie dwa osobue 
arkusze, nie mające jeden z drugim żadnego związku. Format i 



«0 

todcaj papieni , to^ całą powierzchownoić pisma i ta znowu zu- 
pinie je«t taka sama, co w utworach wymienionych powyżej. 
Na t^od też opieram domysł, te i ten dramat musiał być owo- 
cem czasu między 1839 a 1841. Zato nie śmiem nic rozstrzygać 
co do pytania, czy i obecny utwór stanowił kiedyi całość zupeł- 
ną. Moftnaby przytoczyć waine powody, mówiące za t^m i prze- 
ciw tenra. Przedw przypuszczeniu całości dramatn^^Beniowski*' 
przemawia sama exystencya poematu wydanego pod tymże ty- 
tułem. Zdaje się^ że poematu tego nie byłby rozpoczynał Słowa- 
cki , gdyby był miał w tece ukończony dramat ,* osnuty na przy- 
godach tejżesaroej osoby. Z drugiej znowu strony sama już powierzcho- 
wność ocalonych tych dwóch arkuszy, w których się urywki ni- 
niejsze mieszczą , wskazuje na to , że i to musiały być części ja- 
kiegoś dłuższego manuekryptu. Niemniej potwierdza ten domysł i 
ów wiersz, w kształcie Parabazy wstawiony pomiędzy aktem 
drugim a trzecim , w którym autor w własnój swojej osobie prze- 
mawiając do czytelnika, wspomina o takich scenach jako jnż 
'przeprowadzonych, których nie znaleść ani w jednym ani 
w drogim fragmencie. Oczywista rzecz zatóm, że w każdym ra- 
zie kreacya ta musiała być przynajmniej większych natenczas 
rozmiarów i że była dalój posunięta ku końcowi , aniżeli się to 
obecrae zdaje, wnosząc z ocalonych ustępów. Szkoda wielka, że 
ntwor tak zupełnie od wszystkiego odmienny, co tylko Słowacki 
kiedykolwiek napisał, i w ogóle wyjątkowego rodzaju w całej li- 
teraturze naszćj, nie doczekał się czasu publikacyi w zupełniej- 
fizój postaoi! 

Tyle o pracach Słowackiego ówczesnych w scenicznym 
zakresie poezyi. — Na owe także lata przypadają niektóre poezye 
krótsze ) częstokroć niemałśj artystycznej wartości. Mianowicie 
„Wiersz na sprowadzenie zwłok Napoleona,"^ ,,Do 
Matki, "" i „Pogrzeb Kapitana M.^*) zaliczyć można do 
najpiękniejszych rzeczy, jaluo liryką polska wydała. 



*) Byłto kapitan Józef Meisner, zmarły w Paryżu dnia 23 
października 1840, w 39 roku swogo życia. Emigracyjne pisma do- 
nosiły z wielkim żalem o zgonie tego znakomitego oficera z czasu 
powstania 1831 roku. 



61 

Nakoniec cho6 krótki^m dowem wspomnied tu jeszcze nale- 
py o dwóch urywkach napisanych prozą, które były czasu swego 
drukowane w poznańskim Tygodniku Łifierackim , przez kilka 
numerów roku 1840 i 1841. Jeden z nich był tam zatytułowany 
„Święcone u J. O. Ks. Radziwiłła Sierotki;** drugi 
„Preliminaria peregrynacyi do ziemi, śv. J. O. Ks. 
Radziwiłła Sierotki."* Pod tym drugim napisem złączyłem 
je oba w jedno i zamieściłem w tomie Iszym IHsm poimier* 
tnych pomiędzy rzeczami prozą. Jestto tylko rzut jakii 
urywkowy. Ile wnosić można, autor zapewne więcój w tym 
przedmiocie nie pisał, jak tylko, to co dano w Tygodniku. 

Jak wiadomo, rozgłośne „Pamiątki Soplicy^ pojawiły 
się po raz pierwszy z druku w Paryżu w roku 1839. Zrobiły od 
razu wiele wrażenia. Witwickiego przedmowa, dana na czele tej 
publikacyi, postawiła talent nieznajomego jeszcze naówczas auto- 
ra od razu na jednym z najwyższych szczytów wziętości litera- 
ckiej. Każdy gawędy te czytał, każdy je pod pierwszóm wraże- 
niem uroku opowiadania podziwiał. Sowizdrzalska i na tle dzie- 
jów przesdego wieku niezbyt mądrze się malująca postać księcia 
Karola Radziwiłła, w obrazie Rzewuskiego przybrała wszelkie 
pozory genialnego magnata, który żył nibyto tylko na usługi 
braci szlachty i dla dobra rzeczypospolitój. Nie wiedzieć skąd i 
naco, ale od tego czasu książę Panie Kochanku liczony 
być zaczął powszechnie do najpopularniejszych ludzi i do najpoe- 
tyczniejszych figur naszej przeszłości, do czego się później tem 
więcój jeszcze przyczynił tegoż autora Listopad. 

Pośród tójto więc admiracyi powszechnój tak talentu (na co 
zgoda), jak i dążności autora „Pamiątek**, chwycił za pióro Sło- 
wacki. Sprólx)wał stworzyć coś także w tymże rodzaju. Nie 
umiem sobie wprawdzie w sposób stanowczy z tego zdać sprawy, 
czy rzeczywiście w dobrój wierze puścił się drogą wskazaną i 
był na moment niczóm więcej, jak tylko naśladowcą pana Sopli- 
cy: czy też raczój, jak rozumiem, dlatego tylko wziął pióro 
Rzewuskiego do ręki , ażeby własnym jego językiem , rubasznym 
i staropolskim, i w tymże samym idąc kierunku, w którym on 
sobie zdobył wawrzyny, w kierunku mówię bezwarunkowego uwiel- 



62 

bienia pieczenia rstwa dawnój s/Jaclity w i^tósll^1i^ do mngnatów, 
a obłudy tych ostatnich w stósanka znowu do szlachty — napisać 
niejako komentarz o etycznej wartości tego wszystkie- 
go, co siv tak bardzo w osobie Radziwiłła i otaczającej go hała- 
stry podobało naszej publice. Ubolewać nad tern jedneu[i tylko 
należy, że sobie obrał Słowacki za bohatera tej parodyi fiie już 
księcia Karola, ale inną osobistość z tejże rodziny, to jest księ- 
cia Mikołaja Krzysztofa Radziwiłła Sierotkę, który żył w XVI 
wieku, i że na tę świątobliwą, prostoduszni i prawdziwie moris 
antiąui postać dziejową przeniósł stylem i sposobem Rzewuskie- 
go ws/jstkie owe sowizdrzalskie fantazye i wybryki magnackie, 
w puste pozory dewocyi i dobroduszności przybrane, któremi 
ośmnastowiekowy Radziwiłł ^panie Kochanku^ umiał tumanić 
łatwowiernych do tego stopnia, że go nic pozbawiła tej sztucznej 
popularności ani bitwa pod Słuckiem , gdzie nienajzaszczytniej 
hetmanił , ani konfederacya radomska , w której w tak prawdzi- 
WT3 sromotny sposób dał się nadużyć do odegrania roli figuranta- 
marszałka. • . 

Ten tedy zamiar wydrwienia rogatej dumy, schowanej pod 
płaszczykiem bouomii, był zupełnie na miejscu wobec^ mroszczeń, 
za których wyraz można było uważać już owę pierwszą książkę 
późniejszego Jarosza Bejły. Lecz sposób, jakim zamiaru tego 
chciał dokonać wtedy Słowacki, uważam za chybiony. Mikołaj 
Krzysztof Radziwiłł nie zasłużył sobie na taką profanacyą. Zre- 
sztą zdaje mi się, ile sobie przypominam, że ówczesna publiczność 
odczytała te urywki w Tygodniku Literackim, nie domyślając 
się wcale, w jakiej dążności one były pisane. Przyjęła rzecz za 
dobrą monetę. — 

Dla dopełnienia obraza całej tej części życia^ aatora Balla- 
dyny, nie pozostaje, jak tylko przywieść jeszcze jeden wyjątek 
z jego korespondencyi owego ozasu. Nie zaszkodzi, jeżeli będzie- 
my też jeszcze mieli wyobrażenie, jak poeta obdarzony tak potę- 
żną zdolnością, pisarz tak płodny, właśnie w porze największej 
dojrzałości i twórczości swego geniuszu, był urządzony w swojóm 
mieszkaniu. Warto doprawdy, żeby na podstawie własnych słów 



63 

Słowackiego, tchnących zreastą takiim godseniem aię na ten los 
opłakany, jakiego wtedy załywał, zrobił aobie czytelnik w wła- 
anój my&li porównanie między dolą autora Polaka, a Francuza, 
Niemca albo Anglika* Porównanie to nie bardzo będzie pochle- 
bnem dla apołeczooSci naszój, tyle zawsze skłonnej wierzyć w swoje 
zamiłowanie rzeczy ojczystych... 

Aieby było zrozumiałem, co tu przytoczę, muszę nadinie* 
nió, że w owych czasach Słowacki otrzymał od maiki jakąi 
częhó majątku ojczystego w kapitale od razu sobie przysłanym, 
zainiast co dawniój bywały mu dostarczane od czasu do czasu 
tylko kwoty pomniejsze, rozcłiodzące się natychmiast na bielące 
potrzeby życia. Ta możnoAć rozrządzania znaczniejszym na raz 
funduszem, poddała mu mysi sitrawienia własnych sprzęcikuw i 
najęcia sobie mieszkania rocznego. Otói: właśnie z powodu rze- 
czonej okoliczności udzielał w liście z d. 12 kwietnia 1840 roku 
następujących szczegółów: 

•,Nasz znajomy pan d' Avallon') mieszka teraz na 
me Castellane Nr. 11. Jeżęlibyś chciała droga od niego 
jakich sprawunków, to pisz do niego pod tym adres^^m. Co 
się mnie tyczy, przyszła mi teraz myśl osiedlić się trochę 
fitalój w miasteczku, gdzie panna Kora była mi niegdyś 
przyjaciółką. Potrzebowałam , aby mię coi powstrzymało od 
ciągłego włóczenia się po świecie, zrobiłam więc — co? Już 
może myślisz , że twoja Zosia poszła za mąż. Nie , bynaj- 
mniej! Kupiła sobie tylko meble i mieszka niby u siebie, 
a nie w -zajezdnym domu. Wypadnie z tego jakaś oszczę- 
dność, a zawsze większa daleko jest wygoda i przyzwoi- 
tość. Do kopienia gratów pomagał mi dobry Gaszyński. 
(Mówi o p. Gaszyńskim malarzu, przebywającym teraz 
w Galicyi). Z nim razem włóczyliśmy się po magazynach i 
licytacyach. Bawiło mię to urządzanie sję i wejście we 
własne gospodarstwo: a Gaszyński notował wszystkie moje 
dziecinne uniesienia i będzie ci je kiedyś czytał z książki. 
I tak nająłem sobie mieszkanie na 6 piętrze (niedi ci to 
dowiedzie, że mam dobre piensi i nogi). Na 6 piętrze na- 
jąłem więc malutkie 2 kłateczki, ale czyste i porządne 
. z widokiem na cudzy ogród, co Jest tu rzeczą prawie cu- 



*) Mówi tu Słowacki o sobie samym i daje sobie to naswisko 
francuskie s olmwy, ieby matki nie kompromitować, gdyby wysyłała 
listy do niego pod własnem jego imieniem, 



«4 

downa, bo mało jest ładzi, \it6ny z okien mogą miz\e& 
^hrzewa, zielono- i rozległy lioryzont niebieski, a dla mnie 
to wizystlu) było nieodUde pcknebnem, zwłaszcza hory- 
zont, w kt^ utopiwszy oczy, czujf jakii cicłiy smutek i 
dalełiie wspomnienia, tak miłe mi teraz, odkąd wszystko, 
co kocham, jest w przeszloici. I ty, Sally moja! Ileż razy, 
gdy w ostatnią błękitną widokręga zapatrzę się liniją, zda 
mi się, ie w t^j mgle jest coi twojej istoty i myUi o to- 
bie rozlanych. Nie dziw się, że dziwnie piszę. Mówiłam Ci, 
że z okien moich widzę drzewa: wiosna je teraz rozwija, 
słońce złoci, ptaszki w nich świergocą; dziś dzień moich 
imienin, dzii ladzie z palmami chodzą po ulicach, wszy^ 
stko mię rozrzewnia, aż ^i łzy zalały oczy. O moja!... 
Świat ten, do któregom się niegdyś z taką niespokojnością 
wyrywała z twoich ramion , nie dopisał mi , nie zaspokoił. 
Żadne moje uczucie nie wyrosło! strudzona chcę wrócić do 
Ciebie — nie mogę... 

„Przerwałam pisanie tego listu, aby się uspokoić i 
skończyć weselszemi myślami. — Chciałbym*) ci opisać moje 
apartamenta, abyś ty się choć myślą czasem do mnie 
przenieść mogła. Otóż wchodzi się do mieszkania mojego 
przez maleńką kuchenkę, która mi nie jest wcale potrze- 
bna, all)Owiem nie mam własnego gospodarstwa. W tój ku- 
chence stoi machinka drewniana z robinetami, napełniona 
wodą; i to nazywa się: une fofUmne, sprzęt dla tak wy- 
soko mieszkającój koniecznie potrzebny. Petem następuje 
salonik prostokątny, mający sześć kroków długości, a 5 
szerokości. Na kominku lustro w złotych ramach, przed 
kominkiem kanapka szafirowem suknem pokryta i para po- 
dobnych krzeseł... Używane już, ale jeszcze dobrze wyglą- 
dają te sprzęciki — stoliczek mały mahoniowy, zielonóm 
suknem pokryty, na którym piszę, dwa brązowe lichtarze na ko- 
minku... i oto całe umeblowanie mojej pierwszój klatki! 
W sypialnym pokoju, dwa razy większym od pierwszego, 
mam paradne łóżko z dywanikiem wschodnim pod nogami, 
z kapą szafirową — komodę — mały tobie de ntUt okrągły, 
i parę krzeseł takich jak w pierwszym pokoju. Wszystko 
to koniecznie było potrzebne i n>c nie ma zanadto... Ale 
wszystko porządne i cieszy mię, albowiem mieszkanie naj- 
więcej wpływa na humor. Płacę za nie 25 dukatów na 
rok, co na tutejsze strony jest bardzo małą kwotą. Od- ' 



•) W liście istotnie jest chciałbym: nasz poeta często wy- 
pada z roli. 



di 

dżwiemy lui usługuje, to jest czyAci pokoje i ściele łóżko, 
i dostaje za to 13 złot. na miesiąc. Tak uregulowawszy 
się, jestem cichą i spokojną w mojej klateczce ptaszyną, 
pracuję, rozmyślam, a Gaszyński teraz namówił mię, żem 
się wzięła do malarstwa. Nie uwierzysz Sally droga, jak 
mi papier naklejony, pędzel w ręku i kolory roztarte przy- 
pomniały dawne dziecinne lata"*... 



T«mlL 



ROZDZIAŁ DWUNASTY. 

Zdanie o wierssn ^W Szwaj c ar.yi" — uwagi o Wacławie — 
granica aż do którdj słażj poecie prawo traktowania historyi podług 
swojej fantazji. — Myśl autora w ^Ojcu Zad żumiony ch« — 
niewłaściwoód wykładu dzid poetyckicli z allegorycznego punklU wi- 
dzenia. — Mazepa: dawniejsze s^dy o tym utworze — jego wpro- 
wadzenie na scenę — jego rozbiór. Niejednokrotna nad nim praca 
odbija się w jego budowie — brak tragiczności w roli glównćj daje 
powód do mylnego pojmowania tego dramatu. Rzut oka na Szekspi- 
rowego Otella — na Lira. — Cechy i konieczne warunki charakteru 
bohaterów tragicznych — z tego punktu widzenia rozbiór roli Amelii. 
Konkluzya o wartości całego dzieła. 

Wyliczyliśmy w poprzedzającym rozdziale cały szer^ dzieł 
Słowackiego, wydanych w ciągu kilku miesięcy. Trzy Poemata 
— Balladyna — Mazepa — Lilia Weneda. Można do nich dołożyć 
i Beatryx Cenci, jako sztukę napisaną w owymże czasie. Sąto 
stosunkowo najlepsze jego i zarazem najniezawiślćj od obcych 
wpływów wykonane utwory. Odrębność spobobu Juliuszowego naj- 
widomićj w nich się odsłania. Tymtp rzeczom przedewszystkióm 
zawdzięcza poeta nasz to świetne w literaturze stanowisko, jakie 
ostatecznie zająć potrafił. , 

Przystępuję w rozdziale niniejszym do udzielania kryty- 
cznych spostrzeżeń moich o pomienionych publikacyach , jako też 
do rozwinięcia przy tój sposobności kilku myśli o poezyi w ogó- 
le, o ile ciasne granice zadania mego na to pozwolą. 

W tomiku zatytułowanym „Trzy Poemata* były objęte 
trzy odrębne powieści: Ojciec Zadżumionych , W Szwajcaryi i 
Wacław. Była to po Kórdyanie pierwsza książktf Słowackiegb, 
którą publiczność od razu uznała za jedno z najwdzięczniejszych 



07 

zbogaceń narodowej poezyi. Szczególnie podobał si^ wszystkim 
pierwszy poemat. 

Ażeby się nie rozmijać z porządkiem czasu, którego się tu 
ciągle trzymamy, zwróćmy nasamprzód nwagę nasze na utwór 
zajmujący w tej publikacyi pośrednie miejsce. Wiersz ^W Szwaj- 
cary l" pochodzi z roku 1835, którego okoliczności i w nich po- 
łożenie poety staraliśmy się w swoje n miejscu uprzytomnić czy- 
telnikowi. W taki sposób odsłania się niejedno, co ułatwia wni- 
knienie w skład tój z niezrównanym wdziękiem wykonanej sielan- 
ki. Budowa jój i całe przeprowadzenie nie ustępuje w niczem naj- 
lepszym kreacyom Słowackiego. Owiewa ją wprawdzie pewna ta- 
jemniczość a raczój zagadkowość, nie dozwalająca czytelnikowi 
wnijść w sam środek dramatu uczuć, które się w dalekiej odle- 
głości przed oczyma jego malują. Ale to wynika z zamierzenia 
poety. Tego że tak powiem odstępu między opowiadaniem a ty- 
mi, co opowiadania słuchają, chciał autor: i wszystko na to jest 
obliczone. 

Osnowa wiersza tego jest nieskończenie prosta. Spotykamy 
się z parą, którą łączy miłość, następnie i przysięga: oba te 
węzły rozrywa los jakiś — nienazwany nawet z imienia, niweczą- 
cy to szczęście w samym zawiązku. . . I oto cała już treść sie- 
lanki — mimo prostoty i najzupełniejszej zużytości przedmiotu, 
przeprowadzonój jednak z taką świeżością barw, w sposób tak 
zgoła nowy i z tak dokładną a mistrzowską genezą tych wszy- 
stkich przejść, z jakich się sprawy tego rodzaju między ludźmi 
kojarzą, że opowieść dziejów tak krótkich urasta na poemat, a 
zajmuje jak dramat. Że się z tego materyału udało Słowackiemu 
stworzyć coś podobnego, w tóm główną oczywiście była przyczy- 
ną poetycka jego potęga^ zdolna i na najmniejszej rzeczy wyci- 
snąć znamię wyższości. Przyczyniło się może do podniesienia 
przedmiotu i tło, na którem rzecz osadził, uwite z najpiękniej- 
szych rysów przyrody, jakich tylko dostarczyć mogły góry, łąki, 
jeziora i wodospady Szwajcaryi. Najwięcój jednak ułatwiła osią- 
gnienie takiego skutku ta okoliczność, że poeta podobnie jak 
Góthe w Werterze, Mickiewicz w Dziadach itd. odtwarzał tu 
sdarzenia rzeczywiste, uczucia własae. Wprawdzie powieść jego 



68 

w porównaniu z teto wszystkióm*, co do niój dało powód, miećci 
w sobie więcej szczegółów wymarzonycŁi aniżeli istotnych. Tylko 
sam bowiem początek i zawiązek stosunku, tylko pierwsze kiroki 
na tej różanój , promiennój drodze mogły być i zapewne były 
przedstawione wedle tego, co zaszło. Dalszy przebieg, środek 
dramatu był już dosnuty z wyobraźni. Równie też i koniec jego, 
jeżeli chodzi o szczegółowe rysy, nie by^. dosłownie takim w rze- 
czywistości. Obudzenie z tego słodkiego snu na jawie odbyło się 
w duchu poety i inaczej i rychlój, niż w poemacie. Grunt rze- 
czy jednakże nie był już wymarzony w tej części. Zakończenie 
sielanki podyktowała istotna , wewnętrznym stanem duszy popar- 
ta prawda. Stan ten żywcem odbił się w dziele - - bez domiesza- 
nia uczuó zmyślonych. Poeta czuł całą boleść usposobienia, któ- 
re właśnie malował. Czerpiąc z osobistój przeszłości, nie potrze- 
bował przyzywać tu do pomocy tój siły, która tworzy z niczego, 
lecz spisywał, co dyktowało zbolałe serce, niezdolne pogodzić się 
z tem, co zaszło... 

Prawda zatem i zmyślenie, rzeczywistość i poezya, miłość 
człowieka i geniusz artysty podały tu sobie ręce, ażeby złożyć 
utwór, w którym nie wiedzieć, co wprzód i oo więcej podziwiać, 
czy idealność całej inwencyi, czy realizm i swobodę naiwną, 
z jaką najmniejszy szczegół jest opisany. Każdy rys zdaje się 
być wzięty z natury, całość obrazu jednak ma w sobie coś nad- 
ziemskiego. Nie znam w żadnej literaturze dzieła, w którejby 
przedmiot miłosny był traktowany z takim platonizmem, a prze- 
cież tak plastycznie*). 



*) Dołączam tu zdanie o poemacie niniejszym , Zygmunta Kra- 
sińskiego. — ^Jestto tak prześlicznie idylliczne a zarazem tragiczne, 
tak oderwane a zarazem prawdziwe , że nic podobnego o miłości 
marzon(^j nie znam w żadnym J9zyku. S% tam takie szkllstosci, 
takie przezrocza , takie bańki tęczane , takie wieńee świeżych wisien 
nad główkami śnieżnych gołębi , takie przymilania się natury szwaj- 
carskiej , nachylania się gór i slupów z lodu ku sercu , które kocha 
i szczęsnem jest, że czytając zdarzało mi się wykrzykiwać po sto 
razy w duszy: „Niech go dyabli porwą! Kto po nim potrafi wiersze 
pisać? Trzeba bezczelnym być, by się brać do pisania wierszy po 



69 

Niżćj już nieco stawiłbym Waeława. Był to poemat rokiem 
póŹDiejszy od wiersza, który właśnie zostawiamy za sobą. Napisał go 
Słowacki w ciągu pierwszego swego pobytu we Włoszech, jak sfę 
zdaje ze wszystkiego, mianowicie w Sorrento (1836). Jeieliby- 
śmy mieli go cenić według samej tylko zewnętrznej i artystycznej 
wartości , zasadzając takową na wdziękach stylu , na sile kolory- 
tu, na zdolnej zaciekawić osnowie, na umiejętnym wprowadzaniu 
kontrastów (szczególniój w pierwszój polowie), na mistrzowskióm 
rzeźbieniu szczegółów itp. to sąd nasz o Wacławie wypadłby 
świetnie. Pod tym względem nie ustępuje on najlepszym utwo- 
rom w tymże rodzaju Byrona. Pomimo tego jest coi jednak 
w tej całój rzeczy, co wrażenie jej osłabia i przy czytaniu spra- 
wia uczucie... prawie powiedziałbym niesmaku. Byron podejmu- 
jąc rzeczy podobne, poczynał sobie bardzo trafnie, że je przeno- 
sił albo w czasy znacznie odległe, albo na' dalekie gddeś końce 
świata. Zwyczajnie sceną jego powieści jest Wschód — Maureta- 
nia — wyspa jaka nieznanego nazwiska — okręt na falach jakiego 
morza itp. Inaczój rzecz się ma 2 dziełem naszym. Słowacki da- 
je tu przedmiot oznaczony, narodowy, bliski, świeży — przedmiot, 
który każdemu z nas już skądinąd jest znany. W tóm upatruję 
właśnie cały powód, dla którego — nie można inaezłj powiedzieć, 
jak tylko, że zaszła jakaś pomyłka w samym wyborze tematu. 
Najprzód bowiem jest coś przeciwnego uczuciu, Wiciskać się w czy- 
je sprawy domowe. Przezwyciężenia potrzeba, żeby publicznie prze- 
trząsać winy i anormalności czyje, jeżeli się takowe (jak tu po 
większej części) tylko własnej jego osoby tyczą , a nie oddziały- 
wały na sprawy szersze, niż obręb murów jego pałacu, niż za- 
kres stosunków jego familii. Jeżeli przekroczenia i monstrualnośt^i 
tego rodzaju mają w sobie warunki zajęcia powszechnej uwagi 
w imię ogólnie ludzkich względów: artysta ma wszelkie 
prawo podejmowania takich przedmiotów; lecz takt i jakiś in- 
stynkt wymaga, żeby rzecz w tej ogólnie ludzkiej sferze została, 
a nie plątała się w osobiste, domowe, familijne szkandały. 



przeczytaniu wierszy Juliusza!..*^ (Obacz Ust Krasińskiego do R. Z. 
udzielony w Dodatku miesięcznym Czasu, tom 13ty, strona 520). 



70 

Mary a Bfąlczeakiego niezmiernie na tóm zyskała, że zdarzenia, 
które zagzły krótko przed piórwszym rozbiorem Polski, w wiado- 
mym punkcie dzisiejszej wschodniej Galicyi, w domu znanym i 
głoinym , przeniesione zostały przez poetę i w jakiei czasy dale- 
kie, kiedyto jeszcze zdarzały się napady tatarskie, i w miejsca 
równie nieoznaczone , szeroko dla wyobraźni otwarte, w miejsca 
że tak rzekę mityczne-- na Ukrainę. Zajmuje tam więc czytelni- 
ka tylko sam jedynie wypadek, tylko charaktery osób, wmie- 
szanych w sprawę, i osób tych namiętno&ci. Ale kto te oąoby? 
gdzie ich szukać? kiedy żyły? o tern u Malcz^iego ani sFowa. 
Bo że dziwaj cTottadnie wiemy, jakaTjest historyczna podstawa 
tój okropnój powieki: to skutek późniejszych dopiero komentarzy. 
Poeta z nimi nic nie miał do czynienia i pozostają też one po 
za ramami poematu. Inaczój.to wszystko u Słowackiego. Podej- 
mując przedmioty właibie w skutek sławy dzieła rychlejszego 
poety obłożony wszystkimi przyborami osobistości i historyzmu*. 
mii^ tu do pokonania już zupełnie inne trudności. Z jednej stro- 
ny miał do liczenia się z ustalonymi faktami; z drugiój wkra- 
czał w zakres kroniki że tak powiem rodowej, w sprawy domu 
zanadto znanego w kraju, żeby to był dość swobodny i dość 
właściwy zakres dla twórczości prawdziwie poetyckiój. Nawet 
gdyby się był najstaranniój trzymał rzeczywistych wydarzeń, a 
w niczem nie popuszczał wodzów fantazyi: nawet wtedy poemat 
jego mii^by pozór jakichś plotek , pamfletu *).". . Tóm gorzej zaś 
dfa Słowackiego, (i to jest drugi' ztóut', który przeciw „Wa- 
cławowi*" podnoszę), że zamiast obliczać się z historyą, owszem 
aż zanadto się rozmijał z faktami rzeczywistości! W "krótkiej 
przedmowie autor wprawdzie zapewnia, że ;,od prawdziwych 
nie odstępując podań, stan^ się tylko ile możności zidea^ 
lizować rzecz pdną czarnych mętów i okropności.^ Ale ani po- 
dania nawet nie usprawiedliwiają niejednego rysu, znajdującego 



•) W tym też sensie wspomniiJ oWacławie Krasiński w liście 
do GasKjńskiego w roku 1889. — „To znakomity poeGrVl[)owiada o 
Słowackim. Jednak w Wacławie potkn^ pi^ — Malc^ęc kigmu ice do- 
trzymał kroki^Uie" jestto poemat ^ raćzćj pasztwil ; nie jeettó^^oe- 
zym — raczćj anekdota".,. 



71 

się w poemacie, a sprzecznego z t^m vszystki^iQ| co jest skąid* 
inąd wiadomym o tych stosunkach. 

Tak np. sędziwy wiek kochanka niegdyi Maryi, a późnićj 
założyciela Targowicy, mamy skreilony między innymi w nastę* 
pujący sposób: 

nNiegdyi widziano go w gromadnym kole* 
Jak trap iród lodzi, jak npior przy stole. 
Zimne po sercach praechodzito mrowie, 
Kiedy co mówił, gdy pił jakie zdrowie; 
A gdy wziął kielich w rękę trupią, siną, 
W kielichu krew się zdawała, nie wino. 
Każdy co z gości do stołu zasiadał, 
Nie znał go prawie, nigdy z nim nie gadał; 
Gdy wszedł— nie wstawał nikt przed tym człowiekiem. 
Choć orderami był srebrny i wiekiem** itd. 

Że tu jest wiele przesady, że w wierszach ostatnich braknie 
nawet na wewnętrznem podobieństwie do prawdy: to zapewne 
czuje każdy, kto tylko miejsce to czyta. 

W ustępie szóstym poeta wprowadza, jako jedynego to- 
warzysza samotnych chwil togo starca, syna jego z pierwszo] żo- 
ny, któremu on jednemu ufa i sprzyja. 

^Nareszcie uciekł od ludzi i słońca. 
A przy nim tylko jak anidt obrońca 
Maleńki, blady i nierozkwitniony 
Był smutny synek jego pierwszój żony. 
To jedno dziecko przy nim czuwa , tleje , 
Jako różyczka przy cedrze, więdnieje*' . . • itd. 

Usuwam zupełnie na bok uwagę, że cała erystencya t^o. 
syna z piórwszój żony nal#y do fikcyi. ^Eażdy wprawdzie, kto 
t^^fó "czytał Maryą (a kto jój nie czytał?) pomyili sobie prze- 
biegając ten ustęp, że to nie może być prawdą I Lecz jak po- 
wiedziałem, nie robię z tego jeszcze Słowackiemu zarzutu. Tego 
wszelako zbyć milczeniem nie można, że odstępując tu autor od 



72 

Aki r;^ecr7wistyefa , zaplątał się w sprzeccnokiach nie tylko 
z Malczeskiui, ale nawet z© sofeepsantyiii. Wszakże j^owiada sam o 
Wacławie , źę kiedy lenie był kochankiem^ nię&em Maryi , był 
wtedy młodym. ^^Znałem ja grafa Wacława za młoda'' itd. 
(ostęp Xin). Teraz go przedstawia, jako starca już przyprószo- 
nego siwizną, jako człowieka -srebrnego orderami i wie- 
kiem.^ Jeżelić tedy pomiędzy tamtym czasem a obecną chwilą 
tyle wody upłynęło : to jakżeż może synek jego piirwstój żony 
być i w tej jeszcze porze \„dzieckiem maleńki^m i nie- 
rozkwitnionóm*^t.. Jestto oczywiście nie tylko zboczenie od 
faktów po^rszechirić znanych, lecz i w sobie niepodobieństwo. 

Podobnie wiele jest rysów, sprzecznych z powszechną a uza- 
sadnioną o tćm wiedzą powszechną , w tóm wszystkióm , co Sło- 
wacki o starym wojewodzie natracą. 

W ustępie XIV powiada: 

„Mówią, że ojciec Graf w turmę zamknięty 
Umarł przed sądem — a drudzy, że Ścięty 

(za utopienie Gertrudy czyli Maryi) — 

„Niktże tij śmierci pomścić się nie umie 
Na krwi wysokiej, na wyniosłej dumie? 
Niktże — prócz syna, co za te popioły 
Ojcowi musiał miecz pokazać goły"*... itd. itd. 

W ustępie XXIV powtarza się to raz jeszcze i to nie tyl- 
ko szczegółowiój, ale i pewniój, bo już nie w formie głuchej wie- 
ści (,,mówią^), ale sam syn starego wojewody, sam Wacław 
w zeznaniu przed spowiednikiem tó opowiada. Tymczasena" rzecz 
jesrwiadóma^ Że^ani podobnego upokorzenia ojciec Wacława za 
występek swój[ nie doKnał, ani też Wacławowi ^kt śmierci^ ojca 
jako zbrodni przez niego popełnionej nie wytykał. Od tego^a- 
ftutu wolny tyl zupełnie Szczęsny Potocki. 

■ Nieiuniój niestosownym się zdaj% cały ów wymysły jakoby 
Wa<4aw został otfuty — i to jeszcze popiołami swych antena- 
tów (?1). — "Miłostki^ żony jego z jakimś „Greczynem w Amanta 
stroju**, który samowładnie domem ich trzęsie i wcale się nie tai 
2 władzą tą swoją, także zgoła nie przystają do tego, co..* 



73 

rzeczywikie było. Wreszcie i sam zgon nagły grafinej , czy lo 
w bkatok trucizny, podanej jej nie wiedzieć dlaczego i przez ko- 
go , czy z innych przyczyn , nieodsło(iionyc]i — zdaje się być bar- 
dzo słabym szczegółem w ci\\ó} inwencyi. Słowem, pełno jest rze- 
czy, które w czytelniku wywołują niezadowolenie i protestacyą, 
nosząc na sobie znamiona zbyt oczywisto zmyśleń. To, co się 
w tym domu działo, teizo poeta po większej części nie zużytko- 
wał/ Co dał natomiast, tego nie było. Ma się tedy rzecz z ca- 
łyin tym poematem , jakby z obrazem jakiejś flRastrofy skomp li 
kowanój, która — bez podpisu, nie wiedzieć co przedstawia, a jak 
powiesz, co ma znaczyć, to każdy uł)olewa nad brakiem podo- 
bieństwa do rzeczy albo też nad nieznajomością przedmiotu. 

Ażeby nie być fałszywie rozumianym, tłómaczę się wyra- 
źniej, że nie to za niewłaściwość w dziele tem poczytuję, iż so- 
bie autor pozwolił, traktując zdarzenia rzeczywiście zaszłe, czer- 
pać i z własnej wyobraźni; lecz raczej, że sobie tej swobody po- 
zwolił w tych właśnie szczegółach, w tych właśnie miej- 
scach obraza. — W teoryi i abstrakcyjnie rzecz biorąc, nie chciał- 
bym ja hołdować ani zasadzie tych, którzy poecie w pracach za- 
czerpniętych z historyi żadnej nie dozwalają wolności, ani też 
wyobrażeniom przeciwnego obozu, według których artysta z sie- 
bie tylko czerpie , a materyalem historycznym samowładnie się 
posługuje. Tych ostatnich wyobrażeń najdalćj może posuniętym 
przedstawicielem był Gothe, który mówiąc o jednój z sztuk 
Manzouiego (Carmagnola) wyrzekł owe słowa przez tylu innych 
już powtórzone: — „Flir den Dichter ist keine Person historisch; 
es t)eliebt ihm seine sittliche Welt darznstellen und er erweist 
zu diesem Zwecke gewissen Personen aus der Geschichte die 
Ehre ihren Namen seinen Geschopfen zu leihen.** — Przy całej 
czci dla powagi GoUiego, śmiem tu być innego przekonania. 
Prawdziwe warunki powodzenia artystycznego ;Aaniem mojem 
niezawodnie zajmują między obydwiema ostatecznościarai pośre- 
dnie miejsce. Poecie służy bez wątpienia prawo puszczania się 
w ślady swego natchnienia, które go unosi w krainę ideałów, 
w sferę prawd wiekuistych, w świat ogólnych dążności, mających 
do czynienia raczej z przyszłością, niż z ubiegłym i stęgniałyra 
Tom 11. 10 



u 

jvA czasem. Badanie mozolne kronik i lękliwo rozmierzanie cyr- 
klem tego wszystkiego, co mu służy za materyał, nie jest zada- 
niem artysty. Hołdowanie przesadne arciieologii zabija wszelką 
poezyą, równie jak i kopiowanie obecności z fotograficzną wier- 
nością nie stanowi bynajmniej sztuki. Ą zatem z zasady byłbym 
za pozostawieniem wszelkićj wolności fantazyi poetyckiej , kosztem 
nawet prawdy dziejowój. Z drugiej strony jednakże jest okoliczność, 
która tę wolność fantazyi potężnie ogranicza, a to w interesie 
samejże sztuki. 9rtysta i pisarz pamiętać powinien o tóm, że 
illuzya jest pierwszym wszelkiój sztuki warunkiem. Właśnie prze- 
to nie może dzieło jego treścią swoją stawać w sprzeczności 
z poczuciem, ze świadomością, z wiedzą i wreszcie instynktem 
tych wszystkich, dla których się właśnie pisze. Złe bardzo było- 
by dla nowego utworu, gdyby takowy na samym wstępie spoty- 
kał się z opozycyą z powodu samój już swojój materyaln^j osno- 
wy. A opozycyą taka niezawodnie zajdzie mu drogę w każdym 
razie, gdzie autor nie poszanował uświęconej prawdy dziejowej. 
Na nic się nie zda poecie przyoblóc coś choćby we wszystkie « cu- 
da natchnienia, jeżeli czytelnik sprawę wytoczoną zna już skąd- 
inąd i widząc, że się takowa miała w rzeczywistości inaczej, jak 
w jego opowiadaniu, czuje przy każdym kroku, że ma przed so- 
bą nie prawdę ale bajkę, nie wskrzeszenie tego co żyło, ale 
uurzonki bujnej imaginacyi, więc... sfał^wanie^ j:^eczy wistoki. 

Stądto, nie tylko przez cze^" ola aziejów, ale*^ze W^l^n 
na ściśle artystyczne potrzeby, są rzeczy, których pod żadnym 
warunkiem niewolno przeistaczać poecie, jakoto charaktery osób 
powszechnie znanych w narodzie, wypadki stanowczej doniosłości 
w następstwach, pewien ogólny koloryt i nastrój wieku, słowem 
wszystko to, co nawet niebadaczowi z zawodu znanóm jest 
w zakresie pewnego społeczeństwa. 

Natomiaslri^^olno poecie bujać na skrzydłach wyobraźni w tych 
przestworach pobocznych i mniejszej wagi , które historyi w jej 
podwalinach nie tyczą. Wolno mu zmyślać artystycznie, jeśli 
dzieło jego powstaje w zakresie historycznie niei^ozja śnionym. 
Ujdzie nm nfwet minąć się niekiedy z wiedzą przeszłości udoku- 
mentowaną studyami, jeśli tę przeszłość po 6Woj'*mu odtwarsa 



76 

w języku naroda, stojącego nieco opodal od ae^oy zdmeń opo- 
władanych i wła&nie przeto mało lub przynajmniej nie sbyt 
szczegółowie obeznanego z istotnym tych^ zdarzeń przebiegiem. 
Dlategoto łatwiej toż jest zawsze poetom obrabiać rzeezy, wzięte 
z dziejów postroDnych, aniżeli przedmioty narodowe*). W pier- 
wszym razie publiczność przyjmuje bez oporu i mniój wierny wi- 
zerunek czy to charakteru jakiej historycznej wielkości , czy ja- 
kiej katastrofy dziejowej, jeżeli tylko artystycznym warunkom 
kreacya czyni zadość. W drugim razie przeciwnie kontroluje go 
w najmniejszym nawet rysie ta cała suma miejscowej znajomości 
stosunków, która w mniejszej lub większój cząstce jest własno- 
ścią każdego wykształconego członka t^j społeczności. Najmniej- 
sze tedy w razach takich uchybienie już wywołuje niesmak. Naj- 
nicznaczniejszy rozdźwięk między wyobrażeniami o tem ogółu a 
przedstawieniem artysty sprawia ferment w duchu czytającego, 
a ferment taki żadną miarą nie należy do warunków korzystnie 
nastrajających do sądzenia nawet i o artystycznej wartości dzieła. 
Oczywiście nie idzie za tem, żeby pisarz schlebiał popłaca- 
jącym w publice przekonaniom. Do najwznioślejszych jego obo- 
wiązków należy, stawać gdzie potrzeba i w wyraźnej nawet 



*) Niew^tplivrie mniej trudu kosztowało Schillera obmyślenie 
planu Dziewicy Orleańskićj lub Don Earlosa, aniżeli wynalezienie 
tragicznćj osnowy do - Wall ens teina. W niemieckim jfzyku, dla 
Niemców, jest Dziewica Orleańska wyborną sztuką, podobnie i Ma- 
rya Stuart i w ogóle wszystkie tragedye tego poety, zaczerpnięte 
z dziejów obcych. Przełóżmy je na dotyczące języki., albo co gor- 
sza, każmy im być utworami oryginalnymi każdćj w swoim naro- 
dzie, Dziewicy Orleańskićj w. francuskim, Don Karlosowi w hiszpań- 
skim itd. a przekonalibyśmy się, że ty łeby tam zaraz dało się sły- 
szeć ujemnych uwag o samćj stronie ich zewnętrzni i przedmioto- 
wej inwencyi, że i podziw dla artystycznej doskonałości t^msamćm 
doznałby potężnego ograniczenia. Nie ma rzeczywiście większej tru- 
dności, ani też większego tryumfu dla poety, jak obrabiać czy to 
dla teatru czy w iuuej poetyckiej formie rzecz historyczną, narodo- 
wą, a zadowolić publiczność. Rzadko to tylko zdarzyć się może. 
I właśnie też dlatego życzy ćby należało, ażeby się pisarze nasi przy 
wyborze przedmiotów tak wyłącznie nie zamykali w samym tylko 
narodowym obrębie. 



76 

sprzeczności ź ogółem. Lecz niech to będzie w tych tylko razach, 
gdzie poeta może być pewnym , że prędzej czy później będzie 
wygrana po jego stronie. Czyli innemi słowy: tylko lepsza znajo: 
mo&J wypadku, o który chodzi, tylko chęó większego zbliżenia 
się do prawdy, tylko cel wzniosłej szego postawienia wytoczonój 
idei upoważnia artystę do wystąpienia z nowymi pomysłami. 

Wywód powyższy nie daje się wprawdzie zastosować dosło- 
wnie do poematu, leżącego właśnie przed nami. Koleje życia 
człowieka, którego młodość tak idealnie w powieści swojej wysta- 
wił Malczeski , a którego dalsze czyny tak posępnie się odbijają 
na tle dziejów ojczystych — koleje te, mimo to wszystko, nie 
dosięgają sfery istotnie historycznój. Późniejsze dni jego płynęły 
bez publicznego' rozgłosu. Starość jego dogasała w ponurem choć 
złocistóm wnętrzu pałacu, zapełnionego chyba tylko ciżbą rezy- 
dentów i pieczeniarzy, wyzyskujących próżność magnata. Po za 
Targowicą (która w obrazie Słowackiego ginie gdzieś w głębi i 
nawet w spowiedzi zbyta jest kilku tylko słowami), mamy 
w Szczęsnym Potockim osobistość raczej prywatną, chociaż ród, to- 
warzyskie położenie , majątek itp. nadawały mu jakieś cechy 
wyższości nad zwykły poziom. Z tóm wszystkiem, właśnie z przy- 
czyny tych wyjątkowych okoliczności, i koniec tego człowieka i sto- 
sunki jego domowe znane są prawie każdemu. A Słowacki wy- 
stawiając z nich niejedno w sprzeczności z tem , co rzeczywiście 
było, postawił się mimowolnie na jednej linii z pisarzem, który 
się dopuszcza przeistaczania historycznych pewników. — 

Przychodzi mi teraz słów kilka powiedzieć o wierszu umie- 
szczonym na czele tego tomiku, o ^Ojcu Zadźumionych**. We- 
dług wszelkiego podobieństwa do praw^," byJa fo puuuęclzy trze- 
ma poematami najpóźniejsza praca poety, owoc samotnych jego 
dumań w pustelniczym owym klasztorze na szczycie góry Libanu 
(rok 1837). 1 ani wątpić, że niejeden rys rzeczywisty zawiera 
się w owej strofie, gdzie autor kładzie w usta skarżącemu się 
ojcu po stracie wszystkich, którzy go otaczali, owe słowa ^roz- 
paczy : 



7t 

Wracam na Liban, do mojego doma -« 
W dziedzińcu moim pomarańcza dzika 
Zapyta: starczp! gdzie są tmje dziatki? 
W dziedzińcu moim córek luoieh kwiatki 
.Spytają: starcze! gdzie są twoje córki? 
Naprzód błękitne na Libanie chmmrki 
Pytać mię będą o synów, o żonę , 

dzieci moje — wszystkie, pogrzebione 

Tara pod grobowcem tym okropnym Szecha — 

1 wszystkie będą mię pytały echa, 

I wszyscy ludzie, czy wracam ze zdrowiem 
Pytaó 'się będą. — Cóż ja im odpowiem?! 
Trudne je^t zadanie krytyki wobec rzeczy, mającej pod 
każdym względem prawo nazywać się arcydziełem w swoim ro« 
dzaju. O pochwały trywialne i o wykazywanie zalet, dla każdego 
widocznych, w razach takich chodzić nie może. Do zarzutów nie 
ma żadnego pola. Nie pozostaje tedy i przed »Ojcem Zadżumio^ 
nych*', jak tylko schylić czoło i odkładając pióro na bok jK>wie* 
dzief, że am między Słowackiego tworami ani w całej naszej li- 
teitTturze nie ma rzeczy, któraby wykończeniem, zwięzłością, si- 
łą, '^yrawdą, wreszcie mistrzostwem niezrównanem w urozmaice- 
niif^^śzczegółów przewyższała ten strasznej grozy poemat. Gzom 
posąg^aokoona, czem grupa Nioby w rzeźbie, tem to w poezyi. 
Jeżeli chodziło o przedstawienie ciosów nieszczęścia, walącego się 
na głowę upatrzonej istoty, dopóki takowa nie wyda z siebie 
ostatniej łzy, ostatniego jęku , i przestając już prawie czuć po 
ludzku, nie zamieni się w marmur, z suchą powieką zdolny roz- 
pamiętywać swoje boleści: to tego zamiaru zupełnie tu dopiął 
poeta. Taki zaś zdaje mi się był właśnie wszystek cel jego 
w dziele obecnem, usprawiedliwiony dostatefcznie okolicznością, 
że tego rodzaju zdeptanie całego szczęścia czyjego zdarza się 
nieraz na ziemi naszej — nie pytając o przyczyny, dlaczego 
się zdarza? Przyczyny te pozostaną niedocieczcme , mimo wszy- 
stkiego, jak je tam sobie każdy tłómaczy.*) 

*; Z powyiszćui sforinułuwanicin zamiaru autora w tym poema- 
cie wiem że nie wszyscy się zgodzą. Przedmiot jego bywa i inaez^ • 



18 

Załatwhttty nea % poanatami, piediodsc do lottńoni dia- 
matów, a nasani^^sód do rodbiora MaHfy, który między nimi 



wykładany. Zacny i ntalentowanj nasz płsara, p. Józef Szujski, od- 
czytał niedawno tema na posiedzenia Towarzystwa Kaokowego kra- 
kowskiego rozprawę, w której Ojca Zadiamionydi rozbiera, niepo- 
wszednie piękności tego dzieła podnosi i z Kochanowskiego Trenami 
je porównywa. Rozprawa ta była pot&n i drukowana w Rocsnikach 
Towarzystwa. (Roczników poczet trzeci, tom XI, w roka 1866). 
Pomimo niepospolitych zalet, jakie w pracach rzeczonego pisarza 
wszędzie ozDigę, a bez Ictórych żadną miarą nie jest i rozbiór, o któ- 
rym ta wspominam: znajduję w nim jedoakie i takie zdania, na 
które nie móf^bym przystać. Mianowicie nie sadzę, żeby między 
treścią Ojca Zadżumionych a naszym półcieniem narodowem oł>e- 
cote był jaki istotny związek. Szanowuy Aator rozprawy zdaje się 
khSU 'nsL to znaczny przycisk. — „Przymuszeni jesteśmy, są jego sło- 
wa, pomimo w(^ usiać w poemacie Słowackiego więc^ , jak Canta- 
sfycmego ijrcia Wschodu ołirazek, więećj jak skończone dzieło sztu- 
ki liryczno - epicsnćj treści ; — bo wieszcze przeczucie wypo- 
wiedziane w roku 1837 o bezprzykładnego s i er$.c twa' Cza- 
sach'*^.'. . ^ŻMbk jego trzeba nam szukać w myj&ch wieszczych 
safofis o drogiej jego sercu spiawie narodowo). Tam zrodziła się 
konieczność utworzenia tego strasznego poematu; stamtąd pochodzi 
jego natchnienie, jego twurwa, j^o właściwości''... ^Aisb sierocy 
Słowackiego jest nie czem innem, jak jcdnem z strasznych marzeń 
o domowych sprawach , jednćm przeczuciem wieszczćm więc^ , jedną 
diwilą k izy iowć j drogi, Ict^ serdeczną luwią serca oznaczył poeta 
siedząc w namiocie pustynnym, a sięgając myślą Ojczyzny. Rodzina 
jedna, rodzina wielka odbywa pielgrzymkę ku światu przyszłości — 
ale nim go zobaczy, prawo świata każe jej odbywać kwarantanę 
zdrowia — prawo świata postawSo jej straż , lekarza i sędziego . . 
Tymczasem powićw morowćj zarazy owiał rodzinę. Może to z t^ tę- 
sknoty za światem przyszłości, może z braku bliskich, chwytnych 
celów życia — może na widok tego lekarza i straży. Umiera więc 
jeden po drugim z członków rodziny dotknięty zarazą. A za każdym 
wypadkiem przedłuża się środek ostrożności — kwarantana . . . Takie 
marzeoie mogło nawiedzić autora w pust3nfinym namiocie. 1 z tego 
marzenia wyszło widmo, ofiara kwarantauy i cywilizacyi — starzec 
bez dzieci , bez przyszłości — bez nadziei. Bóg stanął przed pot* ta 
w postaci pogańskit^J , w postaci niszczyciela, sojasznika gwałtu i fi- 
zycznego zwycięstwa. I zawołał poeta do tego Boga: 

O bądżże ty mi pochwalony Allah 
Szumem pożaru, co miasta zapala, 
Trzęsieniem ziemi, co grody wywraca, 



wszystkimi jest najrychlejszej daty. Wyszedł on z drakti dopiero 
w roku 1840, przyjęty został przez publiczność doś<5 zimno, 



Zarasą, ktdra daieci me wytraca 
I bierze syny z łona rodzicielki, 
O Allahl Akbar Allah ! jesteś wielki 1 « — 

Przytoczyłem dosłownie cały przy dłuższy ten wywód głównie 
z tćj przyczyny, ażeby omawiające go po swojemu w skróceniu , nie 
skrzywió w cz^m mimowolnie myśli szanownego autora. Przyznaję, 
ie jest w tóm wszystkićm , cośmy przywiedli , wiele zmyślności. Nie 
przeczę, że jest i pewien pozór trafiiośei w takim wykładzie aamiant 
Słowackiego. Pomimo tęgo jest moj^ nąjgłębszóm pnekonaniem^ 
że się pan Szcgski za daleko posunął. Podkłada poematowi znacze- 
nie, o którdm zdaniem mojćm nietylko nie marzył poeta wtedy, kie- 
dy go pisał, ale którego nawet trafunkowo, to jest po za świadomą 
wiedzą poety, w tóm dziele nie ma. Tłómaczyć tak Ojea TaMa^ 
miony eh , jcstto robid z niego allegoryą Zyskiye niby to na tem 
znaczenie poematu, że się pod jego widzialną że tak powiem osno- 
wą odsłania druga , i głębsza i żywotniej sza , niż tamta. Ale korzyśd 
ta w gruncie jest wielce wątpliwej natury. Skoro się bowiem z tego 
allegorycznego punktu widzenia zacznie saozogółowo eianaiowad wszy- 
stko w utworze naszym : okaże się , że wiele i bardzo wiele rzeczjr 
nie odpowie zgoła założeniu , o jakie chodzi. Z czegoby wyniknął 
ten chyba tylko wniosek , że się dzieło niniejsze . . . wcale nie udało 
poecie. 

Gdyby szanowny krytyk był się ograniczył do następt^ącega 
twierdzenia : że między obrazem , jakiemu jest poświęcony poemat, 
a usposobieniem osobistem i narodowo • społecznym Słowackiego była 
niejaka analogia — a to o tyle, że poemat przedstawia ciągły szereg eto- 
sów w jednego csłowicka b^ących , chód tenże nic takiego nie po- 
pełnił , żeby można było rozumied , dlaczego mimo wielkości Bo- 
ga czuwającego nad nami dzieje się taka krzywda nieszczęśliwemu, 
— poeta zaś jako członek swego narodu nieraz i nie dziesięd razy 
z punktu wejścia Innych premissów dochodził w samotnych swoich' 
dumaniach do tegoż rezultatu , i właśnie przeto teraz , przy zdatzo- 
ndj sposobności, z namiętnością oskarżyciela i z prawdziwdm eon ccmore ar- 
tysty maluje tę jaskrawą bezopatrznośd i bczlitośd, w małych i wielldcb 
rozmiarach praktykującą się wszędzie w świecie . . . gdyby powtarzam' 
takie tylko było twierdzenie p. Szujskiego : nie 'miidhym nić przeciw 
temu do powiedzenia. 

Ale jego dowodzenie idzie o wiele daldj i odsłania między po- 
etą a Arabem nic pokrewieństwo stanowisk, lecz allegoryą. 

Tłómaczenio utworów poetyckiej literatury naszdj w sposób al- 
l^goryczny jest w ogóle między nami doiyd swycząfną ns6CS|. 



86 

przyDajmiiićj nie sprawił tego wrażeaia, co np. Rordyao, ADhelli 
albo Trzy Poematy. Niebawem po pojawienia się Mazepy, wystą- 
pił poznański Tyi^oduik Literacki z krytyką (obacz rok 1840, 
Nr. 1.3). Była to krótka wprawdzie i nre wdająca się zbyt 
w szczegóły krytyka, ale znakomitego pióra. Autorem jej był 
Karol Libelt. Lubo 'niejedno w dramacie na korzyść poety pod- 
niesiono, T' uznano w Mazepie zalety, dające powód do chlubnych 
o autorze nadziei na polu dramatycznej poczyi: ogólny rezultat 
jednakże rzeczonego rozbioru uie był zachęcającyDi do dalszych 
na tój drodze usiłowań. Z wytkniętych błędów, największa częić 
rzeczywiście sąto miejsca najsłabsze w t^j kompozycyi: nie brak 
atoli i na zarzutach takich, do których wytknięcia nie byłoby 
pewnie przyszło, gdyby krytyk miał był sposobność wysłuchać, 
co na obronę swoje byłby f)Owiedział poeta: albo gdyby przynaj- 
mniój poeta już w owym czasie był uważany za tę znakomitość . 
w swoim zawodzie, za jaką go w późniejszych dopiero latach 
uznano. — Podobnie mni^j korzystnie musiał też czasu swego są- 
dzić o Maze|[>ie \T. Krashis^i. 'Wyrażając' się "tylekroc i w li- 
sTabh-i publicznie z pochwałami o celniejszych utworach Słowa- 
ckiego, nigdy on do ich liczby nie dołączył tego dramatu. Wzię- 
tość obecna tój tragedyi była tedy wynikiem dopiero czasów pó- 
źniejszych. Zdaje się, że dopiero przedstawienie Mazepy na sce- 



Każdy uŁwor głębszej treści, Nieboska Eomedya, Irydyon, Król-Duch, 
nawet Lilia Weneda itd. spotykają cz^^telników, którzy zamiast za- 
stosować do nich to, co tdc trafuie wyraził Schiller: 

„ Welchen Leser ich wUnsche ? — Den unbefangeneu , der sich , 
Mich und die Welt vergis8t und i a dem Werke nur lebt"^, 
raczćj w dzieła te wnoszą swoje pojęcia i ideały, pospolicie im podkłada- 
jąc to co ich boli. A że boleści i utrapienia nasze są ci%gle jedne, więc 
schodzi na to, że się najrozmaitszym dziełom prawie ci^le jeden temat 
podsuwa, jakby się one wszystkie kręciły w jakićmś kole zaczarowanćm, 
około jednego tylko punktu. Byłaby to dziwna jednak jednostronność i 
ubóstwo naszćj narodowćj poezyi, gdyby się rzeczywiście tak rzeczy mia- 
ły. . . W ogóle uważam przypuszczenie allegoryzmu za ostatni i w razach 
tylko rozpaCzUWycfi właściwy klucz do dobierania sic ' w 'Tifbeiic^e 
dzieł w.szclkiej sztuki. Czasem trzeba zrobić użytek i z niego , jako 
i jam sobie tego pozwolił przy Aabełlego rozbiorze Lecz im rza- 
dzićj się tćj metody chwytamy, teui lepiej. 



61 

nie ewróciło nań powszeclmiejszą uwagę. Była to pierwsza Aaa^e^ 
ge poety sztuka, która się doczekała tego zaszczytu ze strony 
naazycli teatrów. Odegrano ją po raz piórwazy w roku 1851 (a 
więc we dwa lata po zaszłej śmierci jój autora) w Krakowie, 
na benefis panny Cenecki^j. Przyjęcie było dobre, w skutek cze- 
go też Mazepa nieraz potćni był powtarzany, lecz tylko na sce- 
nie krakowskiój. Następnie grano go w tłóroaczeniu gdzieś w Niem- 
czech, a nawet zdaje się, że reprezentacya niemiecka o lat kil- 
ka wyprzedziła owę piórwszą krakowską.*) Na scenie lwowskiej 
przyszło do przedstawienia Mazepy dopiero w roku 1861. Teatr 
publicznością był przepełniony, a coraz powtarzające się tak 
w ciągu aktów, jak w przestankach oklaski i wywoływania cel- 
niejszych artystów, wymownie świadczyły o powszechnóm zadowo- 
leniu widzów, choć gra aktorów tylko w niektórych rolach czyni- 
ła zadość słusznym wymaganiom. Od tego czasu i we Lwowie 
weszła ta sztuka w poczet rzeczy częściój grywanych. Najsilniej- 
sze wrażenie sprawiła ona jednak dopiero w trzy lata później, 
kiedy na tejże scenie wyśląpił* w roli Wojewody znakomity arty- 
sta warszawski Richter, którego znakomity talent miało wtedy 
miasto nasze sposobność poznać w kilku występach gościnnych. 
Gra wyborna i mistrzowska p. Richtera oddziaływała .korzystnie 
i na bnych artystów, uczestniczących w rzeozonój re|mzentacyi. 

Tak więc Mazepa ze wszystkich prac dramatycznych Słowa- 
ckiego nie tylko byt pierwszym, który sobie zdobył miejsce i 
uznanie na scenie , ale onto dopiero utorował do niój drogę i dru- 
gim niektórym tegoż poety sztukom: Maryi Stuart, Balladynie, 
a nawet i Mindowie. Próba z Mindową jednakże się nie udała: 
sztuka jest słaba (i była zresztą odegrana tylko przez grono ama- 
torów). Reprezentacya Balladyny, raz tylko jeden dotąd , lecz 
przez artystów z zawodu, w teatrze lwowskim doprowadzona do 
skutku, także nie wypadła bardzo korzystnie — nie tyle z powo- 
du braku warunków po temu w sztuce samej, ile dla innych 



*) Przekład niemiecki dokonany był przez Augusta Dracke 
i jeirt drukowany ¥r BUknen-Re^erioir dea Attblandes, Berlin 1842 — 46, 
tomik XJV, numer 111. 

ToinlL 11 



przyczyn, które w swoj^m nii(^jscTi wskażę. Marya Stnarfutrzy 
maje się w repertoryach teatralnych, cho<5 nie z takióm powo 
dzeniem, jakiegoby się można spodziewać po mistrzowstwie jij 
autora. Lilii Wenedy nie ośmielono się grać dotąd nigdzie. O dra 
matach, które dopiero wydanie dzieł pozgonnych przyniosło, w t^ 
mierze trudno dziś jeszcze przesądzać. Słowem , okazuje się , że 
jak obecnie rzeczy się mają , Mazepa jest głównym filarem sławy 
Słowackiego jako scenicznego poety, i godzi się wnosić, 
że zapewne nim pozostanie i nadal; w żadnym bowiem dmgim 
jego utworze nie ma już tyle zawikłanój i bogatej w niespodziane 
zwroty intrygi, tyle ruchu i prądu dramatycznego, tyle scen 
wstrząsających najwyższą tragicznością; co. większa, w żadnej 
drugiej scenicznój swojój pracy nie potrafił się Słowacki tak utrzy- 
mać w karbach utartej i zwykłej rutyny teatralnej, z wyłącze- 
niem wszystkich owych własnych swoich w sposobie właściwości, 
do których się publiczność powszednia chyba dopiero przyzwyczaić 
będzie musiała . . . 

Na tćm przyznaniu scenicznych zalet Mazepie jednak zada- 
nie moje poprzestać mi nie pozwala. Przedsięwziąłem sobie mó- 
wić o Słowackiego dziełach, nie wedle tego, jakie do nich zna- 
czenie z tój altM) owój przyczyny przy widuje dzisiejszy ogół, ale 
ze stanowiska prawdziwych wymagań sztuki. Pod tym względem 
jest o Mazepie niejedno do powied^cjąiąs ^ Całej osnowy utworu 
tym razem brać pod rozbiór nie ma przyczyny. Są zato niektóre 
ustępy jego, o których już to w obronie poety, już wytykając 
mu uchybienia, niech mi będzie wolno rzucić kilka uwag afo- 
rystycznych. 

Rzućmy okiem na dzieło to przedewszystkiem jako na ca- 
łość. Tu krytyka znajduje najwięcej dla siebie pola. Główna wada 
w kompozycyi tej tragedyi zdaje się polegać na tóm, że jest 
pewna czy niejasność czy też niejedność w całóm tejże przepro- 
wadzeniu , że jest pewien niestósunek między aktem piórwszym 
a dalszymi. Niestósunek ten widać w całym sposobie wprowadze- 
nia intrygi: widać go w długo trwającej wątpliwości, kto boha- 
terem sztuki? widać gfi nawet w niestósownóm jój nazwania — 



83 

według imienia osoby, którą tylko podrzędne w porównania z drą- 
giem! zajmuje miejsce. 

Wszystko to ma zaś taki ścisły związek ze sposobem » jak 
dramat obecny powstał , źe niepodobna mi nie powrócić ta raz 
jeszcze do togo punkta. 

Przypominam więc, o czem się już w tomie pierwszym mó- 
wiło, że Mazepa byłto płód pracy Słowackiego jesiennej w r. 1834. 
Dnia 7 listopada rzeczonego roku donosił autor nasz matce, ie 
tę sztokę właśnie ukończył. W kilka zaś mienęcy później, 5 In- 
tego 1835, wspomniał w liście, żo ją spalił... 

Pomimo to, po kilku latach przyszło jednak do tego, że 
się Mazepa przecie pojawił w druku. 

Byłoby tu ważneni rozstrzygnąć pytanie, czy dzieło, które 
mamy przed sobą, było nowym utworem, a tamten Mazepa rze- 
czywiście został rzucony w ogień ; czy też jest ono owym Biazepą 
z roku 1834, ocalonym w jakim brulionie, albo zgoła nie odda- 
nym na pastwę płomieniom, lecz tylko może chwilowo zagrożo- 
nym podobną katastrofą? 

Za pierwszeni przypuszczeniem t. j. za rzeczywistem zni- 
szczeniem piórwszego rzutu Mazepy, przemawia następująca wzmian- 
ka o Juliuszu Słowackim , dana w jednym z ostatnich numerów 
poznańskiego Tygodnika Literackiego z r. 1839: — ^^Pan J. Sło- 
wacki pracuje, jak nam donosi, nad nowym dramatem 
polskim pod tytułem Mazepa. Jego życzeniu, abyśmy odwo- 
łali pogłoskę, iż i on należy do redakcyi Pszonki, czynimy ni- 
niejszem zadość. "^ 

Doniesienie powyższe, mające wszelkie cechy pochodzenia 
z autentycznego źródła, poprzedziło wyjście z druku Mazepy o 
miesiąc albo najwięcej o dwa miesiące. Zdaje się przeto pod ka- 
żdym względem zasługiwać na wiarę i najzupełniej rozstrzyga 
wprowadzoną tu wątpliwość co do czasa powstania sztuki w j^j 
obecnej postaci. Przyjąć tedy można za rzecz zupełnie pewną, że 
dany do druku Mazepa był czemś innem, jak ów pisany w Gre- 
newie dramat z roku 1834. Czy jednak nie weszły do tej nowój 
redakcyi jakie ustępy z dawniejszego Mazepy, odszukane w pa- 
pierach i bynajmniej nie zniszczone , to w każdym m^e inne 



84 

pjtafDC. Co do mme: kiedy się zapatrajc lu^ obecny skład nimej- 
sKgo ntwoni, zdaje mi aię, źe w nim odkrywam częid pocho- 
dsąjoe niezawodnie z czasów g en ew sk ich. Żeby rzeczy zbytecznie 
nie pizedłniać, zwrócę nwagę dla p^Mrcia mojego sdania na 
jedno tylko tego właśnie rodzaju miejsce. 

Gzy przypomina sobie czytelnik zakończenie drogiego akta 
w Mazepie? Jestto owa scena, dość niejasna w obecnym okładzie 
sztoki, gdzie do zamyślonego Zbigniewa zbliża się niewidziana 
przez niego Amelia i stając przed nim , oderza go lilią po twarzy. 

AMEUA* 

„Cót tak smotny? 

ZBIGNIEW. 

Nic — głowa mi cięży jak ołów. 

(Amdia daje Zbigoiewowi lilię — lecz Ksiądz, którj saecB sa nią i 
stoi obecnie przy ni^j , wyrywa kwiat z reki Amelii i mówi srogo:) 

KSfĄDZ. 
Daj do kościoła — lilia jest kwiatem aniołów.*^ — 

Otóż wcale o tern nie wątpię, że to całe miejsce wcielone 
ta zosiało z pierwszej redakcyL 

W jednym z listów Słowackiego, pisanych w temże miejscu, 
gdzie powstał pierwszy „Mazepa**, i w czasie o mało oo później- 
szym (w liście z dnia 30 czerwca 1835), znajduje się wyrażenie, 
które świadczy, że obraz użyty za osnowę w powyższej scenie 
dramatu, był i wtedy jeszcze obecny w pamięci Słowackiego. Pi- 
sze on tam matce pół żartobliwie, pół smętnie o osobie, do 
której całą sympatyą swego serca w tym czasie był przywiązany, 
o p. Maryi W., i powiada, że i ona także n^Apłyof^^ troclię 
w kraj ideału i że o niczem nie marzy, jak o pustelniczym dom- 
ku , nad rzeczką — o czarnej sukience — o lekarstwach dla chło- 
pów — o topolach szumiących nad pustelnią — i nareszcie o spo- 
wiedzi , którą ma odbyć przed pewnym mnichem . . . kiedyś. Tym 
mnichem kartuzem mara być ja, nie kto inny. Dowodzę jej je- 
dnak czasem , że jaki pan podkomorzyc w krainie Lachów — do- 
brze opatrzony w szlachecką układność, talenta, wąisy, podkówki 



1 ostrogi, iryhiJB z gkwy pmlełmezy dototk, a Ja nie będ{ 
mógł kartaxov£iii wspomnieniem sdobyć liliowej 
duszy dla aniołów^... 

To miejsce w liicie posłużyć może poniekąd za komentarz 
do zbyt może symbolicznej sceny, co tylko" przytoczonej z Mazepy. 
Równocześnie za& może stanąć i za dowód, że w tym dramacie 
znajdują się niewątpliwie ustępy z redakcyi jego z- roku 1834 
całkowicie zatrzymane w składzie jego obecnym. Boć trudno uwid- ^ 
rzyć temu, żeby np. scena powyższa była mogła w roku jeszcze 
1840 być wykonaną na tle tegoż samego obrazu, który przesunął 
się był przelotnie przez wyobraźnię poety pięć laty piórwój. 

Owoż wnoszę z tego wszystkiego, że Słowacki w końcu roku 
1839 i początku .1840 Mazepę nie tworzył, ale tylko prze- 
rabiał. Nad robotami tego ród^h lutety zwykłe j&kJł'iiataiiam^ 
^iDawby"^, zamiar poety nie daje się zupełnie pogodzić z nowym. 
Dawne niedostatki kompozycyi ustępują zwykle miejsca . . . nowym 
znowu niedogodnościom. Rzecz się naprawia i psuje równocześnie. 
Zdaje się, że i ówczesna praca naszego wieszcza nie stanowiła 
wyjątku od tój tak powszechnej reguły. Szczegóły dramatu zy- 
skiwały może na wykończeniu : jednolitość, ucierpiała z powodu 
takowego przelewu. 

Stało się z Mazepą, jak z Don Karlosem Schillera, o któ- 
rym sam autor jego przyznawał, iż widać to po nim aż nadto, 
że to nie płód jednej wiosny, ani odlew jednego rzutu. W pierw- 
szej połowie dramatu niemieckiego poety toczy się wszystko 
około postaci infanta hiszpańskiego, w dragicj stanowczo mu wy- 
rasta nad głowę jego przyjaciel (Markiz Poza), gromadzący w roli 
swojej odtąd całą wagę intrygi, jakby był bohaterem tragedyi. 

Na teuto karb wyjątkowych okoliczności, dotyczących same- 
go już sposobu, w jaki powstała sztuka któm mamy przed soł>ą, 
kłaść więc wypadnie niedostatki, które wytknąć zamierzam. Zda- 
je się, że w pierwotnym kształcie Mazepy najznaczniejszą rolę 
w całym przebiegu intrygi dzierżył w rękach paź królewski , któ- 
rego też imieniem dramat został nazwany. Z tej redakcyi najwię- 
eój pozostało w obrębie dwóch pierwszych aktów. Mianowicie 



M 

godzi sifi wimmM, ie akt pierwszy pozostał z tii^ prawie nietknięty 
V obecnym składiie. Stądto też -na początek wlaźoie otworu, na 
eipozycyą, przypadło najwięcej takich nstępów, które słusznie 
zaczepiać' może krytyka, jako psujące przejrzystość akcyi. Są to 
szczegUy, nie tylko nie należące do rzeczy, ale nawet rzucające 
na nią iwiatła fałszywe i zwodnicze. 

Tak np. zapytać można, co znaczy w Mazepie to zaraz na 
samym wstępie dane wprowadzenie figury kasztelanowej Robron- 
ckiój, która się zupełnie gdzieś zapodziewa w dalszych aktach? 
Rola ta w dramacie jest co się zowie zbyteczna, a spotykamy 
ją tu nałożoną kolorami , jakby to był jeden z piórwszych całego 
zawikłania czynników. Jest to żuk, co nie widzi dla siebie ży- 
wiołu jak tylko w kale, i radby wszystko, co jeszcze kałem nie 
jest, w brud i zgniliznę zamienić. Pomijam, ie taka kasztelano- 
wa jest ze strony dziejowej prawdy anachronizmem. Nie można 
Bobie wprawdzie wieku Jana Kaźmierza wystawiać jako czasów 
co się zowie arkadyjskiej czystości. Działy się i wtedy już rzeczy, 
o których się naszym tuzinkowym epoki tej wielbicielom ani nie 
śniło. Lecz był przynajmniej zawsze wtedy na tem, co się zdro- 
żnego tu albo owdzie dziać mogło, jakiś pokost przyzwoitości i 
dekoracyi pozornej, która dopiero w drugiej ośmnastego wieku 
połowie ulotniwszy się w nicość , odkryła zepsucie w cał^j nagości. 
Takiejto bezczelnej otwartości typem skończonym jest właśnie 
pani Robroncka. Autor przeniósł tę paskudnicę wielkiego świata 
żywcom z epoki Poniatowskiego i niesłusznie ją umieścił na tle 
czasów o całe sto lat rychlejszych. ' Ale jak rzekłem, dajmy tu 
pokój historyi i nic zaczepiajmy tej figury z powodów, które nie 
mają bezpośredniej wspólności z sztuką. Lecz właśnie-to względy 
sztuki najsilniej protestują przeciwko wprowadzeniu roli tej w dra- 
mat. Jestto w nim co się zowie piąte koło u woza. To też to- 
czy się OBO przy nim tylko przez ciąg pierwszego aktu — a potom 
odrzucone zostaje na bok, żeby darmo nie zawadzało biegowi dal- 
szój osnowy. 

Wątpić wcale nie można, że w pierwotnej postaci ,>Mązepy" 
musiała Kasztelanowa zajmować o wiele ważniejsze miejsce. Poeta 
zdaniem moj^m zbłądził, że w przerobieniu nie przydzielił jej 



8Y 

SB^ezniejn^j roli , jeili ją już koniecznie choial zatrzymać w dra- 
macie. Chodziło tu widocznie o owo tak jaskmwie rzucone zare- 
komendowanie pazia królewskiego przed Amelią (a zarazem i 
pized widzami), włożone w scenie Sciej i 4t^j pierwszego aktu 
właśnie w usta pani Robronckićj. Do t^j fuokcyi nie nadawał się 
snadnie żaden inny z ludzi tragedyi , któryby tu mógł godnie za- 
stąpić Kasztelanową. Nie moina tego jednak uznać za dostateczną 
przyczynę, zatrzymania t^j figury w obecnym kształcie dramatu. 

Równie uważam za niefortunny tylko wynik dwukrotnie po- 
dejmowano) pracy nad niniejszym utworem owę przydłuższą sce- 
nę opowiadaną (drugą w akcie I), w którój dowiadujemy się od 
pana Chrząstki o śmiesznóm zajściu zakulisowóm pomiędzy jaki- 
miś Marszałkami dwóch stronnictw sobie przeciwnych, wjeżdżają- 
cymi równocześnie w bramę zamku Wojewody. Chodziło widać au- 
torowi o odsłonienie obłudy, o skonstatowanie dumy zawistnój, 
przywdziewającój zawsze płaszczyk populamój w obec drugich it- 
niżoności, jako cechy owego wieku w ogóle, a rzeczonych dwóch 
naczelników szlachectwa w szczególności. Może dążność taka wła- 
śnie w pićrwszój redakcyi Mazepy wynikała ze założenia. (Wszakże 
i sam Wojewoda nie zdaje się być wolnym od podobnego przy- 
miotu. Klęka w akcie I przed królem i zabiera się do ściągania 
mu z nóg obuwia. . . A potom jaka duma odchyla się w tym czło- 
wieku nawet i przeciwko królowi!) Owoż opowiada pan Chrząstka, 
jak żaden z owych Marszałków wziąć kroku przed drugim niby- 
to nie śmiał. I jeden krzyczał : niegodny ! i drugi — niegodny ! 
A skoro tylko kooiec końcem jcd^n poważył się wreszcie ruszyć 
z miejsca i wjeżdżać do zamku jako piórwszy, to się drugi tak 
tóm oburzył, że przyszło do bijatyki... W obecnym składzie Ma- 
zepy cała ta scena nie ma najmniejszego związku ani z główną 
osnową sztuki, ani nawet z żadnym ubocznym jej szczegółem. 
Tych dwóch Marszałków wcale nie spotykamy na scenie. Ar- 
tystycznie wklejony jest ten epizod niezręcznie, bo za pośre- 
dnictwem przydłuższego tylko o nim opowiadania, które zawbze 
dramatyczność oziębia. Pomysł sam , kulminujący w obrazie utknię- 
cia w ciasnym korytarzu dwóch tych szladiciców „brzuch z brzu- 



cbem, nos i nosem*, także jest i niesmacioy i nawet bodUij 
prawdopodobny. Słowem jestto scena pod każdym względem tak 
niepotrzebna, że w interesie repatacyi ^ Mazepy^ życzyć wypada, 
ażeby przynajmniej kiedy się daje rzeez tę na sceme, czynili ta 
reżyserowie, co do ich obowiązku należy.*) 

Najbardziej jednak niefortannem następstwem tój w różaycli 
czasach podejmowanej pracy nad sztuką obecną, będzie nieza- 
przeczeaie szczególna niejasność włożonego w nią zamiaru. Czy- 
telnik widzi się przez cały ciąg Mazepy w niepewności, o co ta 
głównie chodzi? Ani sposób znaleść tu sobie ów punkt konieczny 
widzenia, z któregoby cała budowa dzieła we wszystkich zaką- 
tkach swoich dała się okiem przejrzóó na wylot Niemała trudno- 
ścią okazuje się co do Mazepy nawet wyrozumienie, którój z fi- 
gar w nim działających przydzielono rolę bohatera lub bohaterki 
dramatu?... Pod tym właśnie względem chwiejność jest szcze- 
gólnie uderzająca! W pierwszym akcie tak sobie postępąje Sło- 
WAoki, jak gdyby mu chodziło raczój o zamaskowanie rzeczywisto] 
intencyi Opowiadanie starój Kasztelanowej , co się. zowie szcze* 
gółowe o tym ^złotyąi sowizdrzale'', który wszystkim głowy za- 
wraca, jeszcze nim się Mazepa w zamku Wojewody pojawił; 
zaraz potśm awuitumicze przyjście tegoż na scenę oknem i ta 
pieznużona rudiliwość, z jaką on od piórwszój chwili wszystkie kąty 
domu WDJewodziński^o osobą swoją zapełnia — wszystko to da- 
ne jest w taki spwóh , i tak wydatnymi rysami , że kto nie zna 
dalszój historyi, ani chwili wątpić o tern nie może, że w tójto 
figarze gromadzi się cały interes. Równie prawie ważnym czynni- 
•Ucm akcyi jest Mazepa i w akcie drugim. Zuchwałe spotkanie 
aię jego z młodą żoną W<gewody rankiem w ogrodzie — skarga, 
z jaką ona właśnie z tego powodu zaraz potom występuje przed 



*) W rzeczy samćj dawany był we Lwowie w r. 1864 Mazepa 
po ras pićrwBsy z wykluczeniem zupełnym cał^ t^* sceny, z niewąt- 
pliwa korzyścią dla ogólnego wrażenia. — ŻiUować należy, że ża- 
dną miarą przez wigląd na związek pozwolić sobie nie można podo- 
bano wyrzucenia lab dioćby tylko skrócenia tyeh sceny gdzie wy^- 
st^piye Kasztelanowa. 



89 

Is^ófein — bezpolre<]iiie tpj*c skargi następstwa — wreszcie ztj- 
icie między Zbigniewem a Mazepą w wybornej owej scenie, 
w której z razu obaj walci^ że' sobą, a potem się godzą i przyjaźń 
zawierają: są to właśnie najcolniejsze tego aktu ustępy. Na mocy 
scen powyższych , widzowie tworzą sobie od razu pewne wyobrażeniem 
o wzajemnym stosunku osób do sztuki wprowadzonych. Kolę MasSe-- 
py poczytując za pierwszorzędną, właśnie przeto rozumieją, t# 
sciiwycili ^ui. w ręce tę nitkę Aryadny, która ich ł)ędzie wiodłai 
przez wszystkie przeguby dalszej zawikłam^j intrygi. Rozpoczyna 
sig^akt trzeci. Mazepę' zamurowują w alkowie Wojewodzin^j. Mnie* 
manj bohater^., zo sclsny na dfogo znika. Pod koniec Czwirtego 
aktu zjawia się wprawdzie na nowo. Lecz — tylko już w roli 
sprawozdawcy i pomocnika w sprawie, która nie z nFego idzie, 
nie jpgo najgłówniej tyczy 1 nie óA niego zależy ! . . Natomiast 
wydostije się na wierzch, od trzeciego aktu począwszy, inna po 
s6i(5. Postać ta w aktach początkowych zajmuje miejsce j)oślednid. 
skośnie ona i tam już wprawdzie przed oczyma naszemi , )ecz 
tak zwolna, tak gdzieś stojąc pa drugim planie obrazu, tak pod 
osłoną cienia rzuconego przez inne około ni^j figury, że kiedy^ 
wreszcie w owej pełnej dramatycznych efektów scenie, w którij 
przychodzi do zamurowania alkowy, spotykamy się z Wojewodą 
oczy w oczy, jako z demonem bezlitoki i grozy, który cały 
ruch akcyi porywa w swoje ręce, ażeby tego władztwa nie oddać 
odtąd już nikomu drugiemu aż do samego końca dramatu*- — to 
doznajemy uczucia jakby... jakiegoś zawodu. Widząc się tu zmu- 
szonymi do powiedzenia sobie , że więc Wojewoda jest tą naj- 
dramatyczniejszą ze wszystkich figur, której patos ma stanowić 
właściwy tragedyi przedmiot : doznajemy niemiłego uczucia , żeśmy 
się tego domyślili tak późno i że wrażenia nasze, otrzymane aż 
dotąd, trzeba że tak powiem przestawiać na inne miejsce... 

Ale co ze wszystkiego najgorsze, to że i ten drugi, ten 
nowy punkt widzenia nie długo zaspakaja! Przebiegłszy tragedyą 
całą myślący czytelnik żadną miarą zgodzić się na to nie może, 
4eby wszystkie włókna jł^ osnowy zbiegać się miały w ręku sta- 
rego męża Amelii. Są charal^tery w tym dramacie, są motywa 
Tom II. 1 i 



w calćm jego rozprowadzenia ^ w które wniknąi! z tego punlta 
widzenia wcaleby było niepodobieństwem. Zat^m nie pozostajei 
jak chyba powiedzieć sobie, że jedno z, dwojga: albo dramat ten 
zapełnię eię autorowi nie udał, albo kto.4 .lany chyba ma«i być 
w. nim charakterem centralnym... Jeśliby o to tylko chodziłO| 
kto w Mazepie ma nąjczynuiejszą rolę, kto najja&niej wybucha 
n|kmiętno6ciami , kto najwięcej ze wszystkich huczy i drugich ty- 
ranizuje, wreszcie czyja rola dla aktora jest najwdzięczniejszą 
do odegrania itp. to nie przeczę, że na te wszystkie zapytania 
odpowiedŁiećby tylko można wyrazem: Wojewoda! Pokazuje się. 
wszelako właśnie z obecnej sztuki , że na definicyą tego, co to jest 
być botuiterem utworu scenicznego , nie wystarczają te zewnętrzne 
kryterya. Nieijczęściój one wprawdzie spotykają się z przyjętą rze- 
czy tój definicyą ; prawdziwa wszelako istota takowej na czćm in- 
nćm polega. Boliaterem drainatu jest ta jedynie figura , która 
idealnie zajmuje sam jego Arodek : tak iż wszystko,, co^ Jy.lko do 
treści dzieła należy, okazuje się być promieniem wynikającym 
z tójto rołi centralnej. JRola Wojewody ż^dną miarą nie mą tego 
stosunku ani do innych figur, ani do całości sztuki. Ze stanowi* 
ska ¥rytkniętego przypuszczeniem, jakoby Wojewody namiętność 
była tu głównym tematem , na podobieństwo szekspirowego Otella, 
tylko z tą od niego różnicą, iż tu~ta monstrualna zazdrość roz- 
wija się na tle dawnego obyczaju polskiego — z tego mówię stano- 
wiska niepodobną jest rzeczą wcale rozbierać Słowackiego Mazepy. 

W Szekspira sztuce wszystko się na to składa , ażeby Otella 
krok za krokiem wprowadzić w ten szał tragiczny, który całe 
szczęście jego niweczy i przywodzi go do tego, że żonę niewinną 
i którą tak serdecznie kocha , morduje. Okoliczności nadzwyczaj 
ne, mające miejsce przy zaślubieniu Desdemony — przekleństwo 
ze strony jej ojca — niemniej rodowe, a raczej rasowe pocho- 
dzenie Otella — jego osobista przeszłość, szpetność jego powierz- 
chowności — nareszcie przewrotna niegodziwość Jaga, który się 
uwziął na to, żeby małżonków powaśnić: — wszystko to obiega 
się w tym jednym punkcie, żeby wzbudzić w Otellu tę kolosalną 
uamiętność, pod którój władzą go oglądamy w drugiój polowie 



01 

utworu. W dziele Słowackiego nic się 2goła na to nie skhida, 
ieby obudzić w głowie Wojewody podejrzenia i nienawitó prze- 
ciw ĄmeliL Ani jej przeszłość?, ani teraźniejsze jij zacliowauie, 
ani nawet skryte skłonności nie dają do tego wcale powodu. Nie 
ma podżegacza, któryby sztucznie obudzał podejrzliwość w j^j 
ińężu. Calem źródłem zazdrości w Wojewodzie jest jego własna 
zapatłczywośó , jego zaślepienie , upór , duma — i trochę fatalizmu 
w zbiegu samych przypadkowych okoliczności. Te momenta żadną 
miarą nie wystarczają na to, żeby z tego charakteru utworzyć 
figurę, którójby cierpienia i postępki były dostatecznym materya- 
łenJ^ do stworzenia trag^dyi :;". "^ ' ,...-•-. 

Okazuje się tedy, że można przeczytać z natężoną uwagą 
całą tę sztukę Słowackiego, można ją widzieć kilka razy ode- 
graną na scenie — i być w prawdziwym kłopocie, co odpowie- 
dzieć na to, jeżeliby kto zapytał: o czyje namiętność w niój 
głównie chodzi i kto w niej jest pryneypalną postacią? Był rse- 
cJiywiście już nawet spór o to w lwowskich piłonach czasowych, 
po odegraniu tam po raz piórwszy Mazepy. W jednym dzienniku 
dano wzmiankę o tej reprezentacyi , rozwiniętą z założenia, że 
główną rzeczą jest w tym dramacie rola Amelii. Drugi dziennik 
wystąpił przeciwko 'temu twierdzeniu, dowodząc, że nie Amelia, 
lecz Wojewoda ma w Mazepie pierwszorzędne znaczenie. Nie by- 
łoby dziwu, gdyby się był odezwał jaki głos trzeci, forytiyący 
znowu na protagonistę tej sztuki szlachetnego, pełnego najwznio- 
ślejszych instynktów, a tak nieszczęśliwie kończącego w niej swój 
zawód Zbigniewa... Sam ten takt, że mógł być spór taki wzglę- 
dem tego pytania, upoważnia do wniosku, że założenie autora 
w Mazepie przeprowadzone być musi w sposób jakiś nieodpo- 
wiedni celowi. Nieodpowiednlość ta., o ile się nazwać daje chwiej- 
nością jakąś w prowadzeniu wątku dramatycznego, mogła być 
tedy, jak się to już rzekło powyżej, skutkiem samego sposobu 
pracy autora nad tyra utworem. 

Jest jednak i druga jeszcze przyczyna , dla której Mazepa 
pod wskazanym wyżej względem nie czyni zadość koniecznym 
wymaganiom krytyki. Za przyczynę tę poczytuję brak znamion 



\ 



92 

rztezywii^cle tragicznych w roli, która w tragedyi naBfij 
stanowić miała włainie sam środek jeśli nie działania, to 
przynajmniej cierpienia tragicznego. Taką jest rola Amelii. 
O czem ażeby się przekonać, chciejmy choć jednym rzutem oka 
spojrzeć na całą rzecz sztuki naszej z punktu widzenia poety i 
w jego duchu. 

Słowacki miał wprawdzie cale współczucie dla cierpień, dla 
boleici, dla łez, dla pra^ień serca ludzkiego. Kochał istotę czło- 
wieczeństwa, ale... kochał ją i pojmował tylko w szczególnych, 
w upatrzonych i wyidealizowanych jednostkach. Dla ogółu, dla 
„tłumu** — poeta nasz nie miał serca. \\ itlką liczbę odsuwał od 
siebie z wzgardą. Połowa jego poezyi — jest to nieustanna walka 
z człowiekiem, jakim tenże jest w massie, w rzeczywistości, 
w obowięzujących społecznych formach, słowem w tej rzeszy ty- 
siącogłow^j, która najszlachetniejsze indywidua pochłania, zamie- 
niając im życie na jeden szereg nieprzerwanych goryczy, przykro- 
ści, rozczarowań, a w danym razie i udręczeń. 

Zamierzył sobie i w obecnej sztuce wystawić dolę ziemską 
biedn^ takiej jednostki, osobistymi przymiotami upoważnionej do 
lepszego losu , niż jaki ją spotyka w jej otoczeniu. Tą jednostką^ 
tą jedyną postacią w całym dramacie , z którą autor bezwarun- 
kowo sympatyzuje , jest Amelia. 

Przypadkową i obojętną zupełnie to jest rzeczą , że ją umie- 
ścił na tle stosunków naszych XVII stulecia, zą panowania Jana 
Kaźmierza. Cały akt pierwszy Mazepy w wielu względach prze- 
znaczonym wprawdzie zdaje się na to, żeby nam przewrotność 
wiekowi temu właściwą w różnych napomknieniach naznaczyć. 
O wiek siedmnasty jednakże i o jego w narodzie naszym zdro- 
żności bynajmniej tu nie chodziło. Jakiekolwiek czasy byłby au- 
tor rzucił za tło utworowi swojemu, w każdym razie byłby on 
w nich ze stanowiska swego odsłonił złe przemagająco nad do- 
brem. Pessymistą był nasz poeta. Że tu z przypadkowych przy- 
czyn miał należeć do działających osób Mazepa, którego przygody 
w pierwszej redakcyi sztuki zapewne traktowane były dosadniej : — 
(Stało się mimowolnie, źc owa właśnie epoka posłużyła obrazowi 
za ramy, przez co ten obraz otrzymał pozory historycznej trągedyL 



Rzeczy^iiiie nie ma tu zgoła • hbtorycznych żywiołów i z tego 
punktu uie można autorowi czynić żadilych zarzutów. 

Biorąc rzecz w tym duchu , jak jest dana , przypatrzmy się 
z bliska bohaterce dramatu. Widzimy ją od pi^rwsz^j chwili posta- 
wioną w położeniu nader trudnóm. Jest żoną człowieka, do którego 
nie zbliża jej ani wiek ani serce. Cało usposobienie Amelii, tkli- 
we i potulne, a ile wnosić, nawet i stosunki towarzyskie dawniej- 
sze, nie rymują z jej położeniem w tym domu. Wojewoda — to 
magnat, starzec, człowiek popędów impetycz ych i samowładnych, 
dumy twardej i samolubnej. Popędliwośd jego zdolna jest wysta- 
wić na szwank życie nawet najdroższych osób.*) Zaślepienie jego 
nie zna granic, jeżeli raz weźmie zapęd w pewnym kierunku. 
Nie jest on wprawdzie wyzuty z uczuć ludzkich , które na spo- 
dzie serca ukryte, lepsze są niżeli jego postępowanie; ale się 
wstydzi okazać, że je ma! 

^Ba! pańskiemu czołu 
Coh cięży, coś dolega — wstyd samego siebie. 
Ja go znam. On się prędzej pod zamkiem zagrzebie, 
Niż przyzna się do żalu (lego co uczynił). 

To panisko dumne ! 
Ja go znam: taki dzieckiem był i pójdzie w trumnę. 
Ja go znam — to dotkliwy jest pan na honorze.** — 

Tak go opisuje stary sługa, który nie na to te słowa mówi, 
żeby Wojewodę oskarżać, ale raczej żeby go uniewinnić; dobiera 
więc słów ile możności eufemistycznych na określenie tej szorstkiej 
i samolubnej natury. 

A Amelia? — ['osłuchajmy co o niej trzepie stara Kaszte- 
lanowa, kiedy ją widzi raz pierwszy: 

„Cóż to jest za dzicwecyka? Ze skrzydeł motyla 
Trzewiczki ma — na głowie bez żadnego ftocha — — 



*) Powiada mn Zbigniew w akcie III: — , Ojcze, o! będzie 
ae mnij tak jak z moim brutem , Którego ty zabiłeś przed laty nia- 



»4 

2BrGNIBW. 

To Moi^ia Dobrodziejko, jest moji^ macocha. 

KASZTEXA?10WA. . 

Ta młodziutką? To jeszcze dziecko! — A proszę cię 

Bądiże ini przyjaciółką, moje piękne dziecię! 

Uważaj mię jak swoję. — Cii? jaka ty ładna! 

A to panie Zbigniewie cad! Z sąsiadek żadna 

Nie wyrówna. — Nie płoń się, starej wolno mówić"... 

Takto więc dobrane jest ono stadło. Kto je złączył?— Bogu 
wiadomo. Poeta o tem nie mówi. Łatwo odgadnąć, że wzaje- 
mna skłonność nie była tu dziewosłębem. Groźny rozkaz rodzi- 
ców, albo krewnych lub opiekuna — ^ to była niezawodnie cała 
przyczyna, dla której znalazła się biedna sierota w objęciach 
możnego pana. Po takim ślubie, jakie być może pożycie? Amelia 
wprawdzie ani słowem nie skarży się na swą dolę, gdyż ją po- 
czciwie, ulegle, cierpliwie znosi. Ale podobno bynajmniój nie 
rozuija się stara llobroncka % istotną prawdą, kiedy powiada 
jtiż w chwili pierwszego poznajomienia się z młodą Wojewodziną: 

„Tobie tu jak białemu gołębiowi w klatce, 
Ten zamek bardzo smutny, tobie trzeba słońca. '^ 

Owoż w takichto stosunkach postawioną kobietę wprowa- 
dza Słowacki w zawikłania, które jako wyjątkowe, nieprzewi- 
dziane i nie od jej woli zawisłe, trudność jej położenia przemie- 
niają w zawód pełen okropności i męki. Widzimy w Amelii 
przedmiot pokuszeń i ubliżeń , posądzeń i oskarżeń , nakoniec 
ofiarę brutalnej bezlitoścl — i to ze strony osób, którycfi rze- 
czą właśnie było bronić czci 1 pokoju takiej istoty — jeżeli już 
nie ńa mocy praw i wynikających z nich obowiązków w sferze 
rodziny, to z mocy najwyższej politycznej władzy nad społe- 
czeństwem. Król, i^ystawiony tu w całej szkaradzie cynizmu — 
dworzanin jego, lekkomyślny, niesumienny, zepsuty światem .""choć 
nie bez szlachetnych usposobień, które niekiedy dają się z ust 
jpgo słyszeć — pasierb, rozmiłowany i niby idealny, gotów życie 
dla Amelii poświęcić i nawet poświęcający je w końcu, ale l)ez 



d5 

najmniejszego pożytku , gdyż roiloić jego jest występną , a 2 ta- 
kich, źródeł wynikają same' tylko zgubne na!stęp»twa ,, choćby Jbyły 
zamierzane w najlepszej myśli . « ^ nareszcie sam Wojewoda , w za* 
ilefKeniu dochodzący zadanej sobie obrazy — nie tam , skąd ta 
obraza wyszła, ale na osi^bie najboleśniej właśnie oną obrazą do- 
tkniętej : — oto najgłówniejsze typy w dramacie , których działania 
samowiednie i bezwiednie składa się na to,' żeby intrygę rozpo- 
czętą tak zgmatwać, tak splątać, tak zwikłać w jeden labirynt 
nierozdzierzgnionych nieporozumień , iż życie na takim świecie 
staje się dla tej bezbronnój, niewinnie potępionój kobiety nie- 
podobieństwem i zmusza ją do przecięcia tego pasma za[wikłań. — 
samobójstwem. 

Otóż: tiastręcza się pytanie , czy natura z takich stworzona 
żywiołów, czy rola w taki przeprowadzona sposób, nadawała się 
na charakter, zajmujący to główne miejsce w dramacie, jakie 
zapełnia nasza heroina w Mazepie ?" 

*^'^e tyłebym tu jeszcze był skłonny kłaść przycisk na tóm, 
że rola Amelii, jako przeważnie bierna , ni^ zdaje się być w na- 
leżytym stopniu dramatyczną w ogóle. Przyzai^ę wpra- 
wdzie, że utarte nasze o poezyi pojęcia, czy takowe -są wy- 
snute z teoryi sztuki, czy w praktyczny pozyskane sposób z roz- 
patrywań najcelniejszych arcydzieł, żądają tego koniecznie, ażeby 
z rąk bohatera dramatu wychodziła rzeczywista inicyatywa t^łego 
przebiegu sprawy, która się toczy. Pierwszorzędne role bywają 
i powinny być nie tylko najsympatyczniejsze dla widzów, ale i 
najwięcój czynne. Na tern polega głównie cała ich waga jako 
dramatycznych czynników. Od tej reguły jednakże w sferze poe- 
tyckiej praktyki zdarzają się przecież czasem wyjątki. Król Lir 
Szekspira na przykład przeprowadzony jest przez całą sztukę jako 
zupełnie biernie tylko zachowująca się osobistość. Z wyjątkiem 
pierwszój sceny, gdzie Lir d/leli królestwo swoje między dwie 
córki najstarsze, a trzecią niesprawiedliwie wydziedzicza i od 
serca swego odtrąca, cały dalszy przebióg tragedyi jestto już 
ciąg nieprzerwany samych ciosów niewdzięczności i prześladowań, 
które na starca tego spadają. Mimo lak przeważnej bierności 
bohatera tragedyi, zaliczają przecież W9zyscy rzeczony utwór 



06 

największego z dramatycznych wieszczów europejskich do jego 
najgenialniejszych robót ... 

Na mocy tak wymownego przykłada ze strony dawniejszej 
dramaturgii, byłoby tedy to uszło i naazemu poecie, f.e stwo- 
rzył heroinę w t<^j sztuce w aposób, jak ją wid«iray przcprowa- 
ctzbną. Jego Amelia choć nierównie więcej znosi, aniżeli czy- 
ni, zajmuje przecież już przez to sam .4rodek w rozbiegu akcyi, 
że działanie innych osób bez wyjątku do niej i tylko do niej się 
/^iąga. W jej roli tedy mamy węzeł, łączący w jedno wszystkie 
szczegóły. A brak dramatycznej .czynnoici może tu być tłóma* 
czony uwagą , że przecież to postać niewieścia. . . 

Natomiast upatruję stanowcze uchybienie poety co do cha- 
rakteru Amelii w innej okoliczności. Bohaterka Słowackiego ni- 
czym się sama nie przyczynia do tego, że z jednej strony prze- 
wrotnoś(i i namiętności otaczających ją osób , z drugiój sam na- 
wet zbieg przypadkowych okoliczności przeciwko niej się obraca. 
Amelia nie wyzwała rzeczywistości do walki; nie zaczepiła jój 
wcale ! — Be^ zaciągu ieuia samochcąc winy, żądna rola nie spr&c. 
wia prawdziwie tragicznego wrażenia. Kara i cierpienia mogą być 
nierównie " sroższe niż ^zeii^ihiehie : owszem, im nierówniejszy 
jest ten stosunek, t^m więcej na tóm zyskuje dotycząca osobi- 
stość tragiczna. Ale jakiś powód do tego wszystkiego, co jej 
znosić przychodzi, koniecznie musi być przez nią dany. Cierpienia 
i gorzkie rozczarowania Lira nie byłyby miały miejsca, gdyby 
nie własna jego wola, z niesprawiedliwością i ślepotą i uporem 
Wyzywającym w czyn zamieniona na samym wstępie tragedyi. 
Wszystko, czego tenże potom od dzieci swoich doznaje, są to 
tylko następstwa jego własnego czynu. Dał do nich powód, wy- 
wołał je: chociaż dopiero nieprawość drugich. jest źródłem, z któ- 
rego wszystko z jaskrawością wynika... 

Podobnego przyczynienia się do cierpień, jakie w naszym 
dramacie znosić przychodzi Amelii, żadną miarą dopatrzyć się 
nie można w calem jój postępowaniu. Rola jój tak jest przepro- 
wadzona , że j^j nigdzie nic ^rzucić nie można. Są wprawdzie 
w pierwszych scenach aktu Igo, są i w dalszym toku sztuki ta- 
kie miejsca, które — jeżeli się po raz piórwszy dramat ten czy- 



07 

ta -^ zdają sig na razie być zdolnemi wykładu, ile aprzecbcA- ' 
jącego o tej osobie.*) Wykład takowy prostuje się jednakie .oa 
jćj stanowczą korzy&i, w dalszym toku działania. — Nawet w stó- 
sunku Amelii do Zbigniewa, nie można nic takiego upatrzyć, 
coby ją potępiało. On nią zajęty od pićrwszćj chwili, to prawda. 
Ona jednakże ani nie podziela tych uczuć, ani się nawet nie do- 
myśla, że jest kochaną. Stąd też ta naiwna swoboda, z jaką 
się z pasierbem swoim obchodzi (np. na końcu aktu U, w owij 
scenie z lilią). Dopiero w akcie trzecim, kiedy słyszy od Zbi- 
gniewa, że odjeżdża i to na zawsze — kiedy go widzi przed 
sobą walącego się bezwładnie na kolana i na pożegnanie żąda- 
jącego błogoaławieństwa — uA całą wieczność: — wtedy dopićro 
otwierają się przed oczyma Amelii widoki, równie jAj dotąd nie- 
znane, jak uczucia, które i w niej samej teraz dopićro się rodzą^ 
Po mistrzowsku przeprowadził Słowacki tę skalę psychicznych 
odkryć, tę rosnącą stopniowość usposobień, słowem tę genezę 
miło&ci zapalająćój się w wolnóm aż dotąd sercu jak prochy 
iskrą dotknięte — niby z nienacka, raptownie, nagle, doraźnie, 
a jednak nie bez tych przejść pośrednich , niewidomych zwykłemu 
oku , bez których nie ma potężnych wzruszeń w naturze ludz? 
kiój. Przychodzi więc w taki sposób jakoby do wyznania miłości. 

W tój scenie j^t perypetya roli Amelii , a razem .z nią 
byłby tedy i pozór winy, którą niby popełnia i za którą poku- 
tuje następnie. 

PcRzór rzeczony atoli złudnym się okazuje natychmiast. Bez- 
pośrednio po wyrzeczeniu mimowolnem pierwszych słów zdradzają* 
cyeh jój stan wewnętrzny, odzyskuje matka Zbigniewa świadomoić 



*) Mam tu na mjlli np. owe słowa: „O Boże, król!* które 
wymawia Amelia, słysząc wystnuU armatni zwiastujący przybycie 
Jana Kaźmierza. Podobnie wątpliwymi zdawać się mogą i wyrazy 
,0 Boże I**.. «Tak mi coś na sercu smutno!** z którymi się odzywa, 
kfedy Mazepa z natręctwem jćj się narzuca. Nie są to jednak objawy 
niepewności siebie sam^ w obec tych ponętnych ułud i stąd trwogi 
o przyszłość, ale przeczucia możliwych nieprzyjemności, uzasadnione 
świadomością okoliczności 

TouiIŁ 13 



da 

obowi^ka jnrojego i silną wolą nie tylko broni si^ przeciwko 
uczucia , "które ją ^'oieoacka już' owiadywać poczęło, ale je na- 
wet i ZBtrząsa z siebie. 

...^Jaka plama 

Dla mojój czystej duszy tak z Waópanem gadać! 

Jak gdybym rozumiała! — Nie chcę o nic badać — 

Ja będę wiecznie Boga za ciebie prosiła. — 

Nie bój się: my niewinni! Bóg cierpienia zsyła, 

Ale moina spokojnoić wyprosić u Boga. 

Ja Pana żegnam wiecznie*". . . itd. itd. 

Gdyby Amelia odkrytą miłość pasierba od razu tym to- 
nem była odsunęła od siebie, byłoby to wprawdzie może jeszcze 
chwalebniój, niż jak się stało. Czyby to jednak było z j6j stanowiska 
takim aktem heroizmu, jak się to komu może wydaje? — to mi 
się widzi inne pytanie. Stoicyzm taki tegoby tylko dowodził, że 
Amelia nic nie czuła dla Zbigniewą; że go odprawiła... bo ją 
to nic nie kosztowało. Niema wtóm wielkiego tryumfu, być tam 
zwycięzcą samego siebie, gdzie nie ma żadnój walki, gdzie na- 
wet pokuszenia nie było. Doznać całój potęgi ułudnego na l)ez- 
droża pociągu , a jednak ten pociąg stłumić szlachetnie i na ra- * 
zie: to dopiero i chwała i zasługa prawdziwa. 

Okazuje się zatćm , że nawet w tych zawikłaniach z pa8iert)em 
nie podlega postępowanie Amelii żadnym zarzutom, z zwyczaj- 
nego moralnego stanowiska ją sądząc. Lecz właśnie ta jój 
wyższość nad wszelkie z tego względu zarzuty nie odpowiada ko- 
niecznym żądaniom sztuki. Warunki tragiczności wymagały cze- 
go innego. Im doskonalszą w ogólności jest jLp[iełia_ kobietą ^tóm 
jest rial)szą . Heroiną dramatu. Bo wśrócl wszystkich tych cier- • 
pień , które jój przychodzi znosić w dalszój osnowie tragedyi itż .. 
dp ostatniój sceny, widzimy w niój tylko niewinną ofiaję, 
poluitiyącą za zdrożno^i , których' nie) było. A tragedyi celem 
nie jest bynajmniój wystawiać ofiary i męczenniki , lecz namię- 
^ tności ludzkie,' na tle którycK nawet wiekuiste ideje przybierają' 
kierunek doczesny i ku ziemi ciężący... 

Nie tylko ze strony wymagań sztuki, ale i z etycznego 
punktu widzenia rzecz ta nie może być nazwaną inaczój, jak 



Od 

zbłądzeniem poety. Cierpienia ani nie zaałjiłojne^ Aoi.pi^, wyna- 
grodzone -^ to najwyższy faTsz w świecie ducha! W doczesnej rz^ 
ezywistoi^i wypadków takich wprawdzie niestety aż nadto. Ale 
doczesna rzeczywistość — to ustęp całoici, której tak początek 
jak koniec idzie po za granicę ^ridnokręgu śmiertelnych. Nie 
dziw tedy, że jój nie rozumiemy. Poezya jest odbiciem nieskoń- 
czoności. Poezya nie jest na to, żeby powtarzała ułomności n^- 
dznój naszej exystencyi na ziemi. 

Desdemona w sztuce Szekspira, w której także zazdrość 
męża stanowi główną sprężynę akcyi, ma na pozór wiele podo- 
Ueństwa do naszej bohaterki. I ona Jiończy smutnie, a zupełnie 
niewinnie. Ale z jakąż to starannością baczny był na to ten 
niezrównany mistrz w swojej sztuce, ażeby usunąć od nieszczę- 
śliwój żony Otella tę woń i aureolę idealnój doskon^ości, która 
w dramacie równie jest nie na miejscu, jak skończone i bezwa- 
runkowe zbrodniarstwo. Cały akt pierwszy Otella temu jest po- 
święcony, ażeby przeprowadzić przed oczyma widzów w roli Des- 
demony antecedencye , w obec których dalsza jój dola jest tylko 
logiczną wynikłością własnych jój . . . jeśli nie lekkomyślnych , to 
zawsze nierozmyślnych, jeśli nie płochych, tO w każdym razie 
excentrycznych i na oślep popełnionych postępków. Mianowicie 
oddanie ręki takiemu człowiekowi — jest tam nie tylko aktem 
jój własnój woli, ale mu towarzyszy jeszcze jaskrawe nieposłu- 
szeństwo przeciwko ojcu, z którego domu podstępnie i obłudnie 
ucieka. Rzuca się tedy na to burzliwe morze, które ją ma po- 
chłonąć, samochcąc i przy niebłogosławieństwie rodzicielskióm. A 
Amelia w Słowackiego Mazepie i z tój strony jest bez zarzutu.* 

— Ujmując pod jeden widok wszystko, com w powyższóm 
o obecnej sztuce powiedzieć za potrzebne uważał , przyznaję jój więc 
z jednój strony niepospolite zalety scenicznoścłT^dla których 
też dramat ten na zawsze pozostanie townie dla widzów jak dla 
utalentowanych aktorów pożądaną pozycyą w repertoryach ; obok 
tego jednak zarzucam jej rażącą niejasność co do zamiajsa, 
dlą, którego była pisaną. Wydobywszy zaś z pomiędzy różnych 
możliwych założeń 9 jakie się nastręczają, to jedno, w któróm się 



100 

ostatecznie mieścić zdaje rzeczywista myil autora, przychodzimy 
do aznania, źe przeciw niejednemu w tćj dążno&ci protestować 
koniecznie trzeba. — 

'^ Rozmiar dzieła tego nie pozwala zastanawiać się nad poje- 
dynczymi ustępami Mazepy, o których byłoby wiele do powiedze- 
nia. Są w tej sztuce wielkie piękności, na które wartoby było 
zwrócić uwagę. Są też i mniej szczęśliwe już to wiązania scen 
między sobą, już rzuty charakterów (np. Jana Kaźmierza), któ- 
reby koniecznie wytknięte być powinny. Lecz zbyteczna rozwle- 
kło^ nie byłaby tu na miejscu; poprzestaję zatem na rozpatrze- 
niu powyższem samych tylko ogólnych względów. 

Rozbiór BalUdyny i Lilii odkładam do osobnego roflcdziało. 
Dla urozmaicenia rzeczy rozdział ten nastąpi na dalszych dopiero 
kartach. Teraz zaś przeprowadzam czytelnika znowu do u&tępu 
9 biografii poety. 



ROZDZIAŁ TRZYNASTY. 

Rok 1841 i pierwasa połowa 1842go.— StÓBunek między SłowMikini 
a Mickiewiczem Słowackiego zdanie o Pana Tadeuszu. — Mickie- 
wicz profesorem w Lozannie. W r ISiO otrzymuje katedrę w Col- 
lege de France w Paryżu. Wieczór artystów i poetów -^ improwiza- 
cye — wymówki. Nowa uiechcc^ z okazyi ofiarowanego Mickiewiczowi 

puharu bezimienny artykuł w Tygoduikii Pouui6«kim — od* 

powiedz w Trzecim Maju — - Beniowski. Wrażanie tćj publi- 
kacyi — dalsze takowdj następstwa — pojedynek. Artykuł Krasiń- 
skiego w Tygodniku Poznańskim burzę poniekąd ucisza. — Wracają 
spokojniejsze stosunki — otucha i rezygnacya — czynnośd autorska 
wzrasta. Dalszy ciąg Beniowskiego — Niepoprainii — 
Złota Czaszka — Książę Niezłomny. 

Na samym schyłku roku jeszcze 1840 zaszło zdarzenie, któ- 
re przeważnie wpłynęło na rodzaj i na dążność niektórycti robót 
Słowackiego w roku następnym. Mówię o zajściu pomiędzy nim 
a Mickiewiczem na owej uczcie na cześć Adama wyprawionej 
w Paryżu po pierwszej tegoż prelekcyi. Okoliczność ta — znana 
każdemu , kto tylko czytał Beniowskiego, lecz tylko w najogól- 
niejszych zarysach — zasługuje, ażeby ją tu podjąć szczegółowo 
i opisać w duchu rzetelnej prawdy. Były wprawdzie czasu swego 
artykuły o tem w pismach czasowych. Zdarza się też niekiedy 
słyszeć i dzisiaj jeszcze ustne opowiadania o owym pamiętnym 
wieczerze, i to od osób, które utrzymują, że były na nim obecne. 
Ponieważ atoli w pierwszych więcej przebija stronniczości jak do- 
brej wiary, a w drugich, to jest w ustnych opowiadaniach, dale- 
ko więcej bywa znowu bujnej fantazyi , aniżeli wiernej pamięci : — 
nie dziw zaten} , że to tak niedawne zdarzenie zasunęło się już 
prawie w krainę mytu. Do istotnych faktów przymieszało się 
wiele zmyśleń i niepotrzebnych ubarwień. Obaczmyż tedy, ile 



102 

w t^m wsasystkiem , co sobie dzisiaj o t4m rozpowiadają, mieici 
się wątku rzeczywistego. 

Znane joż fiam są dokładnie nieporozumienia pomiędzy dwoma 
tymi poetami naszymi, o ile takowe odnoszą się do czasów dawniej- 
szych, kiedy to jeszcze Słowacki mieszkał w Paryżu w pierw- 
szych latach po rewolucyi. Przypomibamy sobie, że pochodziły 
one z różnych pobudek. Wrodzona drailiwośó, będąca zawsze 
słabą stroną Juliusza — współzawodnictwo — różno&ć kierunków — 
sausznictwo nierozsądnych przyjaciół — nakoniec rzeczy niektóre 
w Dziadach : oto okoliczności , które wtedy napełniały serce młod- 
szego wieszcza coraz większą przeciwko Adamowi goryczą, aż 
go wreszcie taką ku niemu nienawiścią uniosły , że obrzydziwszy 
sobie całe otoczenie swego antagonisty i nie mogąc już wysiedzieć 
na miejscu , ujechał z Francyi nad jezioro genewskie. Od tego 
czasu stosunków pomiędzy Juliuszem a Adamem nie było wła- 
ściwie żadnych. Co sobie o tem wszystkióm myślał wtedy Mickie- 
wicz, nie wiem. Sądzę, że siedząc dumnie na swoim tronie jako 
pierwszy narodowy poeta — ignorował co zaszło i uważał to. 
wszystko za dzieciństwo. Juliusz — ile namiętniejszy i młodszy, 
a do tego w jednym punkcie skrzywdzony w samój istocie, za- 
trzymał niechęć przeciwko niemu i nadal. Przedmową do Lam- 
bra, Kordyanem — rzucał to wręcz, to ubocznie rękawicę Mickie- 
wiczowi do boju: Mickiewicz nie widział żadnój potrzeby, ażeby 
ją podnosić. Potem między nimi ucichło wszystko. W dziełach 
drukowanych Słowackiego nie ma już ani siaduj tego co wrzało 
u niego w sercu. Ale odzywały się za to od czasu do czasu 
w listach jego wybuchy żywionej nienawiści przeciwko autorowi 
Dziadów. W r. 1834 pojawił się nowy Adama poemat — Pan 
Tadeusz. Słowacki mieszkający wtody jeszcze w Genewie, nie 
otrzymawszy go jeszcze do rąk i tylko z saipój wieści wiedząc 
o jego wyjściu, donosił matce (d. 13 lipca 1834) w tych słowach 
o tóm: 

^Adara wydał poema nowe pod tytułem Pa a Tade- 
usz. Nie znam jeszcze tego dzieła, bo w kurs nie puszczo- 
ne. Wiem tylko, że Pjmi Tadeusz jostto szlachcic na Litwie, 
który się awanturuje między 1811 a 1812 rokiem''... 



108 

W daleko jeszcze uszczypliwszych wyrazach udzielał późnij 
wiadomoici o Mickiewiczu, 2e się ożenił (w li&cie z d. 7 listo- 
pada 1834). Dopiero w końcu tegoż roku złamało się wreszcie 
ostrze tego gniewu^ i uprzedzenia. Był juź wtedy w stanie pisać 
o^im Słowacki nie tylko hienamiętnie, ale nawet z uwielbieniem. 
Tego cudu dokazały . . . czary prawdziwej poezyi ! Dokazało go 
mistrzowskie, pogodnym i miłościwym ducłiem owiane dzieło Ada- 
ma"— właśnie ów Pan Tadeusz, który jeszcze w lipcu „awan- 
tu^rował się" tylko! Przeczytał go autor Eordyana, wszedł 
w siebie , schylił czoła przed geniuszem : i zapomniawszy wszel- 
kich uprzedzeń , w duchu i sercu — myślą — podał rękę ze łzą 
w oku wieszczowi, który mu dawniój tyle dokuczył... Byłto tryumf 
dla tego poematu — największy może tryumf ze wszystkich, ja- 
kie mu się kiedykolwiek odnieśó^zdarzyło. Było to zarazem nie- 
mniój chlubne świadectwo i o szlachetnych , wyższych instynktach 
natury Słowackiego... 

-Wszystko, co zniknęło w przeszłości — pisał d. 18 
grudnia 1834 -> ma dla mnie teraz anielską twarz i aniel- 
ski głos. Adama nowy poemat obudził także we mnie wiele 
dźwięków praeszłości. Bardzo piękny poemat! podobny do 
romansu Walterscota , Wierszem napisana. *I>om szlachcica 
maluje się wybornie — heroioa poematu choć gęsi pasie, 
ma jakąś w sobie świeżość dawnych opisów — coś dziwnie 
zachwycającego prostotą! Wiele opisów miejsc, nieba, sta- 
wów, lasów jest mistrzowską ręką skreślonych t- natura 
cała żyje i czuje. Poemat raczój żartobliwy niż smutny; a 
jednak często z najweselszych na pozór miejsc smutek uj- 
muje człowieka. Jestto poema zupełnie innego rodzaju, niż 
wszystkie dotąd Adama utwory. Nadewszystko jest w tym 
poemacie opis łowca dmącego w róg myśliwski — cudowny 
opis ! Trochę mi przypomniał pana Jakóba trąbiącego w le- 
sie. I drugi opis żyda grającego na cymbałach, także prze-, 
śliczny. Chciałbym, abyście ten poemat prędko czytać mo- 
gli. — Co dą samego autora, piszą mi z Paryża, że żyje 
dobrze z młodą żoną, a żona ta ma być piękna i ładnie 
gra na fortepianie. Nie dziw, bo córka Szymanowskiój. Co 
wieczora mnóstwo naszych ziomków schodzi się do mieszka- 
nia poety i bawią go ; a on ciągnąc dym z cybucha — słu- 
cha i uśmiecha się. — Co za sprzeczność z moimi samotny- 
mi wieczorami ! Niech będzie ze mną , jak Bóg chce ^ w tój 
samotnej wędrówce życia]"... 



104 

Od tćj pory w korespondencyi naszej nie znaleść już ani 
cienia uprzedzeń przeciwko. ^Mickiewiczowi. Przeciwnie, wspoihinał 
zawsze o nim Stowacki z wyraźną życzliwością; i jeżeli mu wy- 
padło donosić o nieDajpoihyilniejszćin jego powodzeniu (a do ta- 
kich doniesień na nieszczęście najczęściej zdarzała się sposobność): 
mówił o tern zawsze ze współczuciem i żalem. Z oburzeniem 
udzielał np. w maju 1835 wiadomości, że pierwszy poeta polski, 
mimo dwóch co rok dzieł wydawanych, do tego stopnia niedosta- 
tek cierpi w Paryżu, iż nawet sługę odprawić musiał... „Czy 
tam u was (zapytywał) miejsce na policach bibliotek kalendarze 
zajmują?** — Z równóm ubolewaniem w trzy lata później (w r. 
1838 wFlorencyi) wspominał o ;, rzemieślniczej'' i upadłej też pró- 
bie Mickiewicza, napisania dramatu francuskiego dla której ze 
scen paryskich , do czego tenże był zniewolony jedynie brakiem 
środków niezbędnych na wyżywienie rodziny. ^ 

Za przybyciem swoj^n powtórnóm da Francyi (w samym 
końcu t. 1838), poeta nasz nie zastał Mickiewicza w Paryżu. 
Mało co przedtóm tenże przeniósł się był do Szwajcaryi. Objął 
tam w akademii lozańskiój katedrę literatury łacińskiój, powie- 
rzoną sobie wiainie z końcem tegoto roku. *) Nie można tedy 
owych skarg Słowackiego' na małość , na zawiść , na sekciarstwo 
polityczne i osowiałość Emigracyi, które w małój tylko części 
przytoczyłem w poprzedzających rozdziałach, żadną miarą tak 
tłómaczyić, jakoby się cobądź z tego wszystkiego stosować znowu 
miało do osoby Adama. Do innych zgoła ludzi to odnosić należy. 

Dopiero w r. 1840 w miesiącach jesiennych nastąpił przy- 
jazd Mickiewicza do stolicy Francyi celem objęcia co tylko utwo- 
rzonej katedry historyi literatur słowiańskich w College de France. 
Była to jedna z najświetniejszych chwil w jego życiu. Miał zająć 
stanowisko, do którego w piórwszych czasach przywięzywano wa- 



•) Z tćjto przyczyny więc owo o Mickiewiczu wyrażenie w przy- 
toczonym powyżdj liście Krasińskiego, że «aczy Szwajcarów, jak 
nie mają nigdy umieć po łacinie*. Ale dla czego to „ni* 
gdy nie mają"? tego sobie w ustach Krasińskiego wcale wytłó- 
maczyć nie umiem. 



ios 

iuoiA ogromną, ważnoić daleko sikającą po za zakrM ickoły, 
naaki i tylko literackich zagadnień. 

Była to pierwsza sposobność dla Francuzów, a przez nich i 
dla całego zachodu, zajrzeć w samo wnętrze tego olbrzymiego 
plemienia, którego przeszłość i położenie obecne, stósnnki wza- 
jemne i dążnoAć, słowem cała tak fizyczna jak dachowa natura 
była dla reszty Europy aż do tój chwili prawdziwie „krainą nie- 
odkrytą**. Zdawało się to być rzeczą nieobliczonój wagi, który 
z członków t^j wielkiej rodziny ludów powołany zostanie na tłó- 
macza tych wszystkich światodziejowych zagadnień, jakie się 
wiążą z kwestyą słowiańską. Przez czas pewien, czas krótki 
wprawdzie, ale dostatecznej długoici, aby interesowanych do ży- 
wego zaniepokoić , ważyło się w gabinecie francuskim , komuby 
tę katedrę powierzyć. Czy miałby być powołany na to stanowisko 
który z uczonych czeskich, czy Rosyanin jaki, czy Polak? Pol- 
ska a Rosya — to dwa przeciwne sobie bieguny, czy spojrzym 
na przeszło&ć odwieczną obojga tych narodów, czy też na ducha, 
co je obecnie ożywia i dalszą im przyszło&ć wytyka. Od tego, 
w jakim ducha i z jakiego punktu widzenia będzie wyrzeczone 
piórwsze słowo tej polityczno - naukowój analizy Słowiaństwa: od 
tego zależeć miała cała przyszłoić i polityki rządu i opinii na- 
rodu francuskiego w stosunku do wschodu Europy. Z natężoną 
tedy uwagą patrzała Emigracya polska na te szale chylące się 
przez czas jakii w niepewności pomiędzy względami już to na 
narodowość, już też i na osobistość przyszłego profesora. Wre- 
szcie namysły ministeryalne co do tego wyboru zostały rozstrzy- 
gnięte. Zostały rozstrzygnięte na korzyść narodu, który w Sło- 
wiańazczyźnie najwięcój dotąd położył zasług około cywilizacyi. 
Z otuchą i radością najżywszą doniosły pisma emigracyjne krajo- 
wi, że Polak i to mąż tak znanego patryotyzmu, tak wielkiój 
nauki i natchnienia, ma w stolicy cywilizowanego świata odkry* 
wać, tłómaczyć i nauczać, co to jest Słowiańszczyzna. Wielki 
wieszcz, mówiono sobie, często jest nie tylko nauczyciel^n , ale 
i prorokiem. Może on będzie zachodnim ludom odkrywał nie tyl- 
ko przeszłe ale i przyszłe skarby tych ludów... 

TomlL 14 



106 

W takieh-to więc wyrazach pisały o t&m na&wczas pUma; 
tak sobie zadanie tój katedry tłómaczyli wszyscy, którzy pojmo- 
wali ważność tćj sprawy i znali Mickiewicza. 

Nie brakło wprawdzie i na takicli w Emigracyi , którzy 
nie I)ardzo tema dowierzali, żeby się wiotki ten poeta zdołał 
okazać równie wielkim i w sferze ścisłój nauki , zwłaszcza że 
prelekcye miały być dawane w języku obcym. Bądź jak bądź — 
tak ci, co wierzyli w jego uzdolnienie do tego, jako i owi co 
utyskiwali, że siły swoje przecenił przyjmując taki ciężar na 
siebjo, w tóm jednóm pomiędzy sobą nie różnili się wcale, że 
patrzeli na MicKiewicza w dniach owych , jako na człowieka któ- 
rego irfowo może rozstrzygać będzie o kierunkach przyszłości umy- 
fltowój w ci^ym iwiecie słowiańskim* — 

Pierwsza prelekcya odbyła się d. 22 grudnia 1840. Druga 
miała nastąpić — z przyczyny świąt Bożego Narodzenia — w ty- 
dzień dopióro potem. W tójto więc chwili, pomiędzy pierw- 
szóm wystąpieniem a drugiem, z powodu otrzymanej katedry i 
z okazyi urodzin i imienin Adama, przypadających jak wiadomo 
na dzień 24 grudnia, była wyprawiona owa uczta, o której tu 
pomówić zamierzyliśmy. 

W sam tedy dzień Bożego Narodzenia p. Eustachy Janu- 
szkiewicz, ziomek i przyjaciel poety z czasów jeszcze uniwersy- 
teckich, zaprosił na wieczór do siebie solenizanta i oprócz nie- 
go około 40 innych osób. Byli to sami prawie rodacy i przyja- 
ciele, wielbiciele, koledzy szkolni albo towarzysze Adama w ja- 
kimkolwiek zawodzie sztuki. Oprócz muzyków Chopina, Szcze- 
panowskiego, Fontany i Edmunda Larissa, znaleźli się tam pra- 
wie wszyscy znaczniejsi pisarze nasi emigracyjni, kilku generałów 
polskich i wiele innych znakomitości już to stale, już chwilowo 
w Paryżu wówczas przebywających. Znaczna liczba z pomiędzy 
osób przytomnych na tóm zebraniu nie żyje już dzisiaj, że tu 
tylko wsponmę Ludwika Platera, Chopina, Izydora Sobańskiego, 
gen. Michała Mycielskiego itd. Rozmawiano, grano, śpiewano, 
słowem l)awiono się wybornie, wreszcie zasiedli do stołu i na- 
pełniły się kielichy ... 



tOT 

Niebawem zaczęto wnosić zdmwia — improwizowano. 

Poirńd ró^ych improwizacyi , któremi przeplatano biesiada 
;Kdaje się łe najprzód się ze swoją odezwał właśnie Słowacki.*} 
Głównym celem jego przemówienia byio oddanie należnego hołdu 
pierwszemu z wszystkich wieszczów słowiańskich. Do tego je* 
dnakże uznania jego pierwszeństwa przymiesuiało się mimowdoW 
i cokolwiek goryczy. Zaczął bowiem Słowacki zwycs^ajem swoim 
niówrć też nieco i o samym sobie, o swojem piórwszóm wystą- 
pieniu i o zlmneni przyjęciu ^ jakiego i wtedy i ciągle jeszcze 
doznaje. To go rozgrzało, wzburzyło. Jękła struna w J€^o sercu, 
w którą uderzyć > piórwszej chwili właściwie nie zamieczał. Z uwi^ji- 
bienia wywiązała się skargą . . . Nic obeszło się też przy tem i 
bez przymówki zwróconej wprost do samego Adama , któremu 
.wytykał, że zbyt jest doniDy i zanadto zwykł lekceważyć swoich 



*) Dlatego używam ta tego zwrotu, nie ręczącego za pewność 
faktu , ponieważ rzecz to byłaby bardzo ważoa , wiedzieć na pewne, 
kto też pierwszy kogo- zaczepił, a bałamutne źródła, z których 
głównie zmuszony jestem czerpać o tćm wiadomość, okoliczność tę 
bardzo sprzecznie ze sobą przedstawiają. Wymieniam ta z źródeł 
rzeczonych niektóre tylko ważniejsze : Artykuł pod (yti^em ^I m- 
prowizatorowie"^ w Tygodniku Literackim poznańskim, rocznik 
IV, str. 60, pełen najbujniejszćj przesady, a jak sądzę, i fakty- 
cznych przekręceń. Inny artykuł, zatytułowany lyKrasiński o Sło- 
wackim^, ogłoszony przez R. Z. w Dodatku Czasu 1859 tom 
XIII, str. 515, był pisany, jak to widać ze wszystkiego, dopićro 
w kilkanaście lat później i dlatego też jest pełen mylnych dat co 
do czasu, a może równie nie ze wszystkićm pewny i co do reszty 
osnowy. — Dalćj przypominam zakończenie Ytdj pieśni Beniow- 
skiego, jako też Rzecz o Nocy Letnidj przez Krasiń- 
skiego, pióra samegoż Słowackiego. (Rzecz o Nocy Letnićj jest 
wcielona do I tomu Pism pośmiertnych; pierwotnie pcyawiła się 
w Trzcciiff Maju, nr. z d. 29 kwietnia 1841). I te nawet au- 
tentyczno wspomnienia nie są pisane w taki sposób, żeby liezpie- 
cznie można było na nich polegać. Nakonicc należą tu listy Juliu- 
sza do matki, wprawdzie bardzo ważne i zajmujące co do tego 
przedmiotu, ale niezupełnie zgodne z tćm wszystkiem, co w pićrw- 
sz^j chwili sam on o tem drukował, a zat^ui także wymagające wiel- 
kićj ostrożności w czerpaniu z nich. Tylko z połączonej porówna- 
wczej baczności na te wszystkie świadectwa razem da się wyrozu- 
mieć rzetelna prawda I a przynajnmićj to co się do nićj nąjwiccćj zbliża. 



108 

towarzyszów w zawodzie. ^Łnbo wiersze z ust Słowackiego — 
mówi jeden z świadków owego zdarzenia — wydobywały si« 
w przerwach, z niejaką trudno&cią i przyciskiem, wszaki^e wzno- 
siły się do najwyższej poezyi. Były wprost i od razu z duszy je- 
go wylane, wyrzeczone z wielkim zapałem. Że się jednak zbyt 
wyraźnie w nich przebijała dama i zaroznmiało6ć: wrażenie jakie 
sprawił w ogóle, nie wypadło na jego korzyić. Nie znalazł w&ród 
obecnych** w t^j chwili tego uznania, nai jakie skądinąd genialny 
jego talent zasługiwał i któreby nieochybnie był pozyskał, gdyby 
namiętność mniej była jaskrawo odzywiJa się z jego zresztą mi* 
strzowskiej improwizacyi.'' ' 

Ze słów samegoż Słowackiego, wyrzeczonych w Benio- 
wskim, można wyprowadzić wniosek, który potwierdza, że 
w takimto duchu rzeczywiście wypowiedziana być musiała owa 
miana natenczas przezeń do Mickiewicza improwizacya. 

^Jam ci powiedział, że jak bóg litewski, 
Z ciemnego sosen wstałeś uroczyska; 
A w ręku twem krzyż jak miesiąc niebieskie 
A w ustach' słowo , co jak piorun błyska. 
Tak mówiąc — ja syn .pieśni , syn królewski, 
Padłem**. . . 

W dalszój jednak strofie uderza zaraz w inne tony, w tony 
twarde i wyzywające. Powiada: 

^Jam zwolna serca mego rwał kawały. 
Zamieniał w piorun i w twarz jemu ciskał, 
A wszystkie tak grzmią jeszcze, jako skały, 
Jakbym ja w niebie na sztuki rozpryskał 
Boga, a teraz kawałki spadały. 
Jam zbił — lecz cóżem dziś u ludzi zyskał? 
Za błękitami był bój i zwycięstwo — 
Ludzie nie widzą we mnie, tylko męstwo. 

Zaprawdę! Gdybyś mię widział, narodzie, 

Jak ja samotny byłem i ponury. 
Wiedząc że jeśli mój grom nie przebodzie, 

Litwin z Litwinem mię chwycą w pazury! 
Już przypomniawszy gniazdo me na wschodzie, 

Wołałem ręką krzemienieckiój góry, 



Ateby weszhi roz|)ędsić tę ciemną 

Zgraję i stanąć za mną — lub podćmną. 

Bo się kruszyło we mnie serce smętne. 

Że ja nikogo nie m&in ze szlachetnych 
I próżno słowa wyrzucam namiętne, 

Pełne łez i krwi i błyskawic świetnych, 
Na serca, które zawsze dla mnie wstrętne- — 
Ja, co mam także kraj... łąk pełen kwietnych, 
Ojczyznę, która krwią i mlekiem płynna, 
A która także mię kochać powinna!"* 

Owoż na takie mniej więcój przemówienie Jnłinssa powstał 
z miejsca swego Mickiewicz. ^Twarz jego przybrała anielską po- 
stać, bo dusza z głębi tajników na wierzch wystąpiła. Zdało się 
nam *- słowa artykułu w Tygodniku poznańskim — iż ja- 
kaś dziwna, niepojęta światłość skronie jego otoczyła. Niebawem 
wychodzi z ost jego potok słów, najpiękniejszych myili i rymów, 
z taką siłą , gwałtownością i mocą , jak wody Wisły lob Dunaj- 
ca, kiedy przerwawszy zapory z przepełnionego wylewają się ko- 
ryta. Był to pęd niewstrzymany, który nam oddech tamował''... 

Improwizacya Adama trwała bez przerwy blisko pół godziny. 
Z nalanym puharem w ręku , zaczął od podzięlowUnia obecnym 
za ich życzliwe uczucia. Potem przeszedł do ogólniejszego przed- 
miotu. Biorąc asnmpt ze spełnionego kielicha, jako symboln ofia- 
ry, bez której niema ani wiary ani miłości: wskazywał, na czem 
zawisła siła poezyi, gdzie jej źródło prawdziwe i co powołaniem 
poety. Wytłóraaczył przytomnym, dlaczego to błogosławił mu Bóg 
w jego zawodzie Między innemi zapamiętano naatępn^pi^^ wiersze, 
które miał wtedy powiedzieć: 

^Ja rymów nie dobieram i wierszy nie składam : ■ 
Takem wszystko napisał, jak tu do was gadam. **/ 

^Oto jeszcze niedawno (miał ciągnąć dalejj, kiedym się za- 
bierał mówić o literaturze słowiańskiej przed obcymi, żaden na- 
wet z moich przyjaciół w słowa moje nie wierzył. Wszyscy mię 
odbiegli , odstąpili — rozumiejąc żem się porwał na rzecz , której 
nie podołam. Jednym się zdawało zuchwalstwem gadać w obcym 



języku^ iani o zbytek miłoćci i^iasn^j mię obwiftiaii, « nie wie- 
dzieli, że oto tu (pokazując na serce), ta Bóg złożył słowa pra- 
wdy, które ja moceu jestem na wszelkie języki tJóniaczyó. . .^ 

W ciągu tej improwizacyi zwrócił mowę i z osobna do Sło- 
wackiego. Wyrzucał mu podobno jego grzechy poetyckie, wskazy- 
wał, cz^' dachowi jego braknie i dlaczego to on doznaje od 
narodu ciągłe tak zimnego przyjęcia. Trzeba — mówił mu — 
pozbyć się zbytecznej dumy, trzeba koniecznie wzbudzió w sobie 
miłość i wiarę, te jedyne źródhi poeźyi , i puścić się oną drogą, 
która jest naszą. . . 

„Wiedzcie, że dla poety jedna tylko droga: 

W sercu szukać natchnitnia i dążyć — do Bogat** 

Z drugiej jednakże strony przyznał mu także i to, co mu 
się należało. Kie przepomniał nawet owej okoliczności, że-kiedys, 
dawno, dawno, bo w Wilnie jeszcze, kiedy matka Jdliusza po- 
kazywała mu pierwsze skromne próby jego poetyckiego talenta, 
że on (Adam) już jej wtenczas był przepowiedział, że wielka i 
świetna przyszłość czeka jej syna. . . 

f nTćm wzi^ mię za serce** — są własne słowa Juliu- 
^ sza w liście jego z d. 10 listopada 1841, pisanym do pani 

"Becu, w ustępie gdzie dotyka szczegółów owego zajścia. 

^l t^go wieczora byliśmy z sa^^^ \^^ dwaj 

bracia. Ściskaliśmy sfę VM:iit>Sz}iSmy opowiadając sobie 
. n&s^ przeszłe zataigi... Gdyby nie ladzie, którzy to wszystko 

popsuli, byłoby dotychczas między nami zupełnie dobrze.^ itd. 

Na pamiątkę dnia tego i improwizacyi, która wszystkich 
najżywszem napełniła uwielbieniem dla Mickiewicza, ofiarowano 
mu w kilka dni potom przepyszny puhar srebrny. Oprócz różnych 
emblematów, symbolicznie wskazujących na rodzaj zasług poło- 
żonych przez wielkiego poetę, był na nim napis: „Adamowi 
na pamiątkę d. 25 grudnia 1840 r. 

Otóż tento puhar srebrny miał stać się znowu powodem, te 
owa zgoda pomiędzy poetami co tylko zawiązana, rozerwała się 
wkrótce. Zapaliła. się na nowo w Słowackim niechęć najpiórw do 
wszystkich wielbtoMi AdMna , n pośrednio i do niego samego^ 



iii 

«yą Wliczył ów pukM" Mtcfciewicsowi. Stpwaclui się ito obraził, 
pro]>oz]rcyą odtrącił. Tiimaciył aoUe tąfimie w ta^i sposób , i|S 
chodzflo" — jak się sam w lińcie wyżej już nadimeBiODyin wyra- 
ził — ^zyjaciołam j^c aniagoiiisty o to , .ab^y go zbić i atrą- 
e\6 z pozycyi i ukoastaŁować owym krokiem nzjianie jego 
wasalstwa.^ Odrzucenie propozyeyi — nie bez cierpkich z&^ 
pewne uwag z jedn^ jak i drugiej strony — powiększyło kwa/»y 
między Słowackim a pewną frakcyą Emigracyi. Wielcy lud^ie do 
małych interesów pochwycili rzecz w swoje ręce* Nowiniarze i 
obnosijciele plotek ujrzeli się na płodnym pola dj^iąlanią. Wre^^cie 
ażeby dokuczyć do żywego i hez tego już zb](t drażliwemu poe- 
cie, napsał któryś z nich ów artykuł pod oapiaem ^Impro- 
wizatorowie'* dla Tygodnika poznańskiego, podpisany li- 
terami N. O. (litery jak rozumiem, fałszywe, zwykły manewr 
ludzi tego rodzaju). W tym artykule wieczór ów wyprawiony 
przez Januszkiewicza opowiedziany był nie tylko stronniczo, ale i 
z różnymi przydatkami, opromieDió nibyto mającymi poezyi i 
cudowności urokiem owę północną godzinę. Wiarogodnoió tych 
przydatków nie zdaje^ się być wielką. I wyimiał je też późniój 
Słowacki, kiedy w Trzecim Maju parodyiąjącym tonem -przy- 
pominał czytelnikom , oo w Tygodniku czytali , ,,0 jednój sławnój 
nocy zimowej, o improwiząjących dwóch poetach, o łzaoh sła* 
chaczy, o słaboici nerwów i mdłemu krytyków, o uzdrowieniu 
chorych , i że miała nawet rozlać się w sali woń konwalii i ró- 
żane światło jutrzenki. ..^ Owożtakimto poetycznym aiby jpoty- 
tyzmem ubarwiony był ten pana N. O. artykuł w Tygodniku. A 
wreszcie z zbytecznej poetyczności wkradło się do tMgs^ i ogi je- 
szcze, czego nie można inaczój nazwać jak pozytywnym iałszen. 
Oto miał Adam w swojej improwizacyi oiwiadcejć 
wręcz Juliuszowi „że od wcale nie jest poetą.^ Na 
mocy tistu Słowackiego z d. 10 listopada 1841 do matki, w któ- 
rym on punkt ten „wielkióm kłamstwem'' nazywa, i 
woI)ec porównanych z tóm różnych innych okoliczności, śmit^o 
twierdzić można, że tego Mickiewicz nie powiedział. 



I IB 

Przed pojawiMiwBi si^ jeucse reecconego artyknhi w Tygo- 
dniku poznańskim (znajduje on aię tam w N. 8mym z d. 32 
lutego 1841 r.), kręcił jut Słowacki bicz niemiłosierny na wszy- 
stkich , na których miał z jakiegokolwiek powodu ansę. Uderzyć na 
Mickiewicza samego, zdaje się , te nie bylo> bynajmniej pierwo- 
tnym jego zamiarem. Ale inni, mniejsi, hałaśliwi, niedorzeczni 
i śmieszni, i zresztą kto tylko broił, ci mieli wszyscy przy t^' 
zdarzonej sposobności dostać pro memoHa na długie czasy. 

Owa uczta grudniowa, a raczej dalsze takowój następstwa, 
przypomniały mu słowa, które do niego był rokiem pierwej pisał 
oddalony jego przyjaciel. Odmtał list ten Krasińskiego na nowo 
i bardzo trafiały mu teraz do przekonania owe wyrazy: 

„Przymieszaj trochę żółci do twoich lazurów. Obaczysz, 
jak ten ziemski pierwiastek ziemię przynęci do ciebie! Wię- 
cój jest wątrób na świecie, niż serc. Ach, jakże cię wten- 
czas będą rozumieć wątroby ! . . . Dopiero uczują twoje rękę, 
gdy z gruba na nich uderzysz, gdy im spadnie ciężka, ko- 
ścista na skronie... Do kordą 1 na sejmik! rąbać mi i 
siekać ! a zostawiwszy tropy na placu , znów poróść w skrzy- 
dła i zawbnąć na niebie !^.. 

Leżała czasu owego na biurku Słowackiego rozpoczęta nie- 
dawno temu robota, o której już nadmieniłem powyżój, djpamat 
fantastyczny z czasów konfederacyi barskiej, osnuty na przygo- 
dach Maurycego Beniowskiego. Zaniecłiał więc teraz autor dalaz^ 
pracy nad tym utworem , odłożył na twk sceny, które już były 
zrobione, i podjął tensam przedmiot na nowo, ale już w innym 
tonie i w inn^j formie, w formie poematu. Połączył z aoł)ą tra- 
dycye sztuki Ariosta i Byrona Co tylko było polotu i rocbujałój 
fantazyi w Orlandzie, co miękkiój melancholii i głębokości w Ghiłdo- 
Haroldzie, co żółci i wzgardy szydnój w Don Juanie: to wszystko 
zlał on po swojemu w jakiś epizodyczny, uskakujący i dziwny, 
ale genialny i sobie tylko właściwy sposób i zamknął w swoich 
oktawach. Tak powstał ów szczególny poemat , którego piirwsie 
'pięć pieśni miały wkrótce potom wyjść niespodziewanie z pod pra- 
sy, jako osobny tomik. 

Jak już powiedziałem , chodziło znuEU Słowackiemu jedynie 
o wyszydzenie w nim tych wszystkich drobnych niedorzeczności, 



nu 

które się działy w jego najbliższym otoczenia i których iąd^ka 
i jemu samemu niekiedy czuć się dawały. Szczególniój wziął na cel 
całą owę znienawidzoną sobie frakcyą emigracyi, której organem 
było katolicko-cłemokratyczoe pismo czasowe, Vycłiodzące wtedy 
w Paryżu pod tytułem Młoda Px)lska. Zabiegi jego przeciwni- 
ków pomiędzy Emigracyą uderzały nań też niekiedy i ze strzelnic 
poznańskiego Tygodnika Literackiego, w rubryce donie- 
sień literackich. Drugim z kolei tedy grzesznikiem , który miał 
zostać osmaganym w Beniowskim , drugitn kozłem odamym, Wska- 
zanym na pokutę za siebie i za drugich, miał być „ filozoficzny** 
Tygodnik. 

Redaktor Tygodnika . Antoni Woykowski był i z natury i 
z zasad swoich człowiekiem aż nadto zgodnym z takiemi usposo- 
bieniami, jak te, pod których wpływem powstawał nowy Słowa- 
ckiego poemat. Ale jak każde do fanatyzmu posunięte sekciar- 
stwo, czy ono tam jest religijne, czy też społeczne, podlega pe- 
wnemu rodzajowi ślepoty: — tak też i zaciekłość redaktora Ty- 
godnika, w gruncie moż^ poczciwa, .ale zbyt namiętna i bardzo 
przesadna , nie była zdolna spokojnem okiem spoglądać na to, co 
się działo na świecie. Stąd też widziała ona krótko, a potykała 
się aż zbyt często. Prace współpracowników Tygodnika poznań- 
skiego były po największój części wysokiój, znakomitej wartości 
i nie bez słusznój przyczyny miało też czasu swego to pismo wie- 
le rozgłosu po wszystkich prowiocyach kraju. Redaktor sam ze 
swój strony mało co kiedy pisał. Zapełniał on tylko rubrykę wia- 
domości literackich bieżących. Chwytał bez braku, cobądi mu 
tam kto z nowinek podsunął, byleby tylko każde słowo wiało 
silną wonią tego co nazywał „postępowością''. To też na ostatniój 
stronicy Tygodnika pojawiały się w rzeczy samój dość często ar- 
tykuliki szczególne w swoim rodzaju, które mogły już drażnić, 
już też rozśmieszać Słowackiego. Innego byłyby one tylko śmie- 
szyły; ale Słowacki przy znanój swojej drailiwości i aż zbytecznój 
skłonności do obrazy, jeżeli chodziło o jego autorstwo, brał te 
rzeczy na seryo i bardzo był niełaskaw. na te ryczałtowe, jednym 
pociągiem pióra dokonywane krytyki , jakich sobie tam pozwalano. 

Tom Ił. 1^ 



114 

Tak np. wyczytał on w Nr. 17 Tygodnika z r. 1840 o je- 
dniffl z najpiękniejszych dzieł swoicłi, przed jego jeszcze 
wyjściem, następującą krytykę: „P. Juliusza Słowackiego tra- 
gedya ^Łilla Weneda"" wyjdzie wkrótce z druku. Jest ona 
(jak nam jeden z szanownycli literatów donosi), równie jak i 
piórwsze płody tego autora, raalo zrozumiała dla czytającego.** 

W 20 numerze tegoż roku takie rzeczy znalazł znowu o so- 
bie: ;, Słowacki wydrukował nową tragedyą Beata Cenie (»ic)^ 
Trudno (pisze jeden z najszanowniejszych korespondentów) wyo- 
brazić sobie większego steku zbrodni, pominąwszy tę dążność, 
która dziś i samym Francuzom obrzydła. Cóż Polak ma wspól- 
nego z Włochami? Autor ten posiada szczególniejszą łatwość; 
w dniach kilkunastu buduje dramat, a Witwicki powiada o nim, 
że ledwie się tytułu jednej jego tragedyi na pamięć nauczy, to 
już druga wychodzi; stąd też wszystko mu przez głowę, a nic 
przez serce nie przechodzi , utwory jego nie absorbują mu jak 
innym pisarzom życia. ^ 

Było w tóm jednóm może trochę prawdy, że się Słowacki 
zanadto kochał w przesiąkłych okropnościami tematach do dra- 
matycznego opracowania. Ale pomylił się jednak bardzo ów „naj- 
szanowniejszy z korespondentów'', kiedy oceniał tę sztukę, jak 
gdyby ją był czytał, i donosił że ją autor wydrukował. A naj- 
fatalniój się potknął, kiedy zarzucał razem z Witwickim poecie 
budowanie całych sztuk dramatycznych przez same tylko głowę i 
w dniach kilkunastu. Chociaż bowiem Słowacki drukował wtedy 
jeden utwór za drugim , to były to rzeczy dawniejsze ^ w różnych 
latach życia pisane. 

W lazym numerze Tygodnika r. 1841 takie znowu było 
g^iachne doniesienie o jednym Z najgenialniejszych utworów 
Krasińskiego, o Trzech Myślach Łigenzy: „Po Henryku 
Łigenzie, zmarłym w Morreale, pozostałe pisma, wyszłe w Pary- 
tu, zawierają: 1. Syn Cieniów, 2. Legenda, 3. Syn (sic) Cezary. 
W przedmowie wydawcy pana Mielikowskiego uderzył nas dziwny 
dziś już podpis: Mielikowski przydomku i herbu Go- 
zdawa. ** 



115 

Po tćm wszysŁkióm akazał się w piimie Woykowskiego ów 
już nam znany artykuł o zajkiu między Słowackim a Mickiewi- 
ciem na wieczorze u p. Januszkiewicza. A w kilka tygodni pó- 
źniój przybyła do tego jeszcze taka znowu wzmianka o Nocy 
Letniej, którą Krasiński l)e£imiennie ćo tylko wtedy był wy* 
dał: „W Paryżu wyszło dzieło Noc Letnia. Słabe naśladowa- 
nie stylu Krasińskiego! Bez myźli i ładu.'' (Obącz Tygodnika Li- 
terackiego Nr. 14). 

Tego już było Słowackiemu zanadto! Stawiał on dxieło to 
przyjaciela swojego bardzo wysoko, a przywięzywał do niego tóm 
więcej ceny, że je i lepiej niż ktokolwiek inny rozumiał. Bo jak 
wiadomo, w każdym prawie utworze autora Irydyona są rzeczy 
najściślejszy mające związek z własną osobistością poety. Jeżeli 
zaś gdzie daje się szczególniej spostrzegać ten reflex osobistych 
cierpień i zmartwień: to właśnie w tejto kreacyi. Słowackiemu 
były znane cokolwiek tajemnice serca Zygmunta. Wied^jał on, 
że ten wieniec poetycki na jego czole drogo przezeń był okupiony 
i że też nie ze samego lauru był on uwity, jak się to światu 
zdawało. Pod laurami wpijały mu się w ciało nieraz kolce cier- 
niowe... To też kiedy dostał do rąk ,,Noc Letnią'', zrozumiał 
od razu ten jęk bolesny szlachetnego człowieka, którego życie 
było ciągłą walką z fatalizmem okoliczności. W czóm jedni wi- 
dzieli tylko tkankę brylantowej fantazyi, a inni politycznój szu- 
kali allegoryi: to dla Juliusza było bolesną skai^ą, protestacyą 
pełną żywotnej rzeczywistości... Opisał więc zaraz po przeczyta- 
niu powieści w poufnym liście autorowi wrażenia i mniemania 
swoje o Nocy Letniej. Otrzymał na to odpowiedź, która właśnie 
leży przedemną. Stanowi ona trzeci z porządku list Krasińskiego 
w szeregu owych dziesięciu pisanych do naszego poety. 

;,Skąd ten akord? (taki początek listu). Gdzie się ta 
harfa odezwała? Kto dał wieszczom wzrok sztyletowy, się- 
gający w głąb dusz ludzkich i odkrywający, co te dusze 
kryó chcą, pragną — nie zdołają? — Są straszne prawdy, 
raczej rzeczywistości — wzorem lekkich motyli igrające po 
murawach tćj ziemi, a pełne jadu wewnątrz, a rojące się 
z samej dłoni przeznaczenia... 



iid 

. . . ^Dzięki sercu twojenm za list twój i szczegóły w nim 
zawarte, duchowi twemu za wzrok przepikliwy, który on 
rzucił w samą iściznę ducha mego — tam, aż tam, gdzie 
z niewidzialności zaczynają powstawać owe krzygztałki my- 
śli — czucia — natchnienia, z których długie całkie zra- 
stają się struny harfy wewnętrznój w człowieku! Dotknąłeś 
palcem każdego z tych wymoczków krzyształowych — poło- 
żyłeś dłoń całą jako szeroka na duszy mojej , tak że dusza 
odjęknęła: — „prawda!" I jedynąś może nagrodą, jaką tu 
wezmę, nagrodził mi za tyle cierpień w jedne pieśń zwią- 
zanych"... 

... „Ale teraz , o poeto , nie dotykaj rany śmiertelnej, 
którą krew nasza się wylewa wiecznie , aż kropla po kropli, 
• cała z nas wypłynie i w cudze serca się wcieliwszy, nas 
samych bezżywotnemi^ marami zostawi!... Nie próbuj też 
zanadto niezgłębionych serc! Gdy puścisz w morze kotwicę, 
nie widzisz gdzie poszła , bo głąb morska ciemna. Ale czy 
wiesz, czyś tam czasem na co żyjącego żelazem nie trafił 
i tego nie rozdarł, nie rozranił, tiie przebił? Długo czekać 
musisz, aż krew z przepaści wzniesie ci się aż nad fale i 
krzyknie: ;,okrutnyś!" Może nie doczekasz jej się nawet — 
odejdziesz wprzódy, nigdy nie dowiesz się o ranie, którąś 
zadał. Wierz mi, bądź raczej jak anioł światła i dźwięku, 
a experymenta zostaw staremu Wilowi *) i anatomikom. 
Rozwiedź tęczę cichą a promienną nad tymi, dla których 
życie gorzką było rzeczą... 

„Ściskam Cię z głębi duszy. Każdy list twój będzie 
mi smętnym a białym gołębiem." (Data listu: Rzym, d. 16 
marca 1841). 

Kiedy te wyrazy Krasiński kreślił , znane mu już były świe- 
że zajścia między Słowackim a Mickiewiczem. Doniósł mu o nich 
był sam Słowacki, donosili także i inni. Nie było mu niewiado- 
mem, że improwizacya jego przyjaciela sprawiła w ogóle nieko- 
rzystne wrażenie i że sądy o nim paryskie po większej części 
tego były rodzaju, że uwłaczały i jego znakomitej zdolności poe- 
tyckiej i jego już położonym około literatury zasługom. Z tego 
powodu zasiadł, czy też zamierzył właśnie wtedy zasieść do na- 
pisania rzeczy krytycznój o Juliuszu Słowackim toż znaczniejszych 
jego utworach, i właśnie przeto rzucił w liście, który tu mamy 
przed sobą, następujące jeszcze słowa godne uwagi: 

*) Szekspirowi 



117 

„Jeili macie tam z Księstwa dzienniki, tak około 
kwietnia- maja i aż do połowy czerwca: pilnuj , czy w nicłi 
nie znajdziesz pewnych mySIi bratnich a szczerych , a już 
nie w biurku zatęchłych, lecz wolnem okąpanych powie- 
. . ' trzem. Gdy je czytać będziesz , nie myśl © ich treści , bo 
to, co w sobie masz, znasz przecież, a tam o tern tylko 
mowa; ale pomyśl, że w willi róż było niegdyś dwóch 
ludzi , co sobie ślubowali przyjaźń i dochowali jej. A wte- 
dy to może rozwidni twoje niektóre marzenia o niestałości 
uczuć w ludzkich sercach.** 

Owoż po takichto właśnie antecedcucyach co do Krasiń- 
skiego i Nocy Letniej, wpadł więc w ręce Słowackiemu ów nu- 
mer Tygodnika poznańskiego z d. 5 kwietnia , w którym poczci- 
wy Woykowski rozstrzygał jednym zamaclrem , że owa powieść — 
to ramota i słabe tylko naśladowanie stylu Krasińskiego, zresztą* 
bez myśli i ładu... 

Był już prawie na ukończeniu wtedy Beniowski , a przy- 
najmniój ta część jego, która miała wtedy być drukowana. Po- 
wplatane już były po różnych poematu tego ustępach wycieczki 
pełne szyderstwa przeciw krytyce poznańskiój. Po przeczytaniu 
jednakże rzeczonego numeru, za długo zdawało się Słowackiemu 
cierpliwie czekać chwili , gdzie dzieło jego będzie do rąk publi- 
czności oddane. Zapragnął rychlejszego odwetu. Poczuwał się do 
obowiązku odezwać się natychmiast w obronie otworu przyjaciela. 
Chwycił tedy za pióro i nie już jako poeta, lecz w roli zwy- 
czajnego fejletonisty wystąpił w Trzecim Maju (numer z d. 
29 kwietnia 1841) z artykułem prozą pisanym, w którym wy- 
powiadając całe swoje uwielbienie dla tój tak obosiecznie powi- 
tanej przez Tygodnik kreacyi, dał w końcu należną temu pismu 
odprawę za wszystkie uchybienia. Artykuł ten Słowackiego był 
podpisany początkowemi literami nazwiska: J. S. Miał zatem 
wszelkie cechy otwartego wystąpienia osobistego. A ponieważ na- 
darzała się przezeń sposobność pomówienia bez ogródki o tern i 
owem, rzucił w nim przeto pogrom i na to grono niepowołanych 
Adama wielbicieli, z którego rozchodziły się tylko baśni i pod- 
niety do dalszych pomiędzy nimi niesnasek. Jakkolwiek słowa te 
jego wprost ku Mickiewiczowi nie były wymierzone, nie obeszło 



118 

się tam jednak niim(ywoli bez cierpkich wyrateń takich, które 
można było iciągać pośrednio i do niego samego. 

To były tedy pierwsze słowa, publicznie i wręcz wyrzeczone 
w tej sprawie. Słowacki oczekiwał, że Adam po takim kroku, 
uczynionym z jego strony nie bez goryczy, ale też i nie bez szcze- 
rości, uzna za słuszne zaprzeczyć plotkom, roznoszonym na ró- 
żne strony bez jego woli i wiedzy. Ale i Mickiewicz nie był teraz 
już zupełnie po nad poziomem pewnego uprzedzenia. Nie uczynił, 
czego się Juliusz spodziewał, i trwał i nadal w uporczywem mil- 
czeniu, jakby niem upoważniał wszystko, co zaszło, i przyjął so- 
lidarność w odpowiedzialności za wszystko. 

Terazto dopiero powstały owe dumne, namiętne i tak nieo- 
ględnie wyzywające do walki strofy^ umieszczone na samym koń- 
cu pieśni piątój poematu , który się właśnie wtedy pojawił w księ- 
garniach pod tytułem: 

Beniowski, poema przez Juliusza Słowackiego. 
Lipsk (właściwie Paryż), 1841, I2o str. 176.*) 

Wrażenie, jakie ta nowa publikacya w pierwszej chwili w emi- 
gracyjnych kołach sprawiła, i dalsze zajścia z tego wynikłe naj- 
lepiój poznamy, jeżeli tu przywiodę własne opowiadanie o tóm 
autora, dane w jednym z listów jego pół roku późniój pisanych. 

^Ost&tni mój maleńki (Beniowski) zły jest; ale był 
potrzebny, był konieczny. Celu swojego dopiął — i więcój 
jeszcze, bo zwrócił wszystkich oczy i stał mi się teraz 
strażą. Z j^go powodu miałem zajście, o którem dawniej 
pisałem — nie z Adamem, ale z jednym mniejszym. Lecz 
wszystko to od Adama poszło. . . Trzeba Ci wiedzieć , że 
Adam o tem kłamstwie dla niego uczynionem niby mig 
wiedział; przynajmniój tak mi to teraz mówił. Ale powi- 
nien był medzieć — i odepchnąć!.. 

Tu opisuje Słowacki, jaka rzeczywiście była owa grudniowa 
Mickiewicza improwizacya , o ile się takowa do osoby jego ścią- 
gała. Ustęp ten opuszczam , gdyż to już znamy. 



*; Drukował się Beniowski w Paryżu i to w ciągu pierwązych 
20 dni miesiąca Maja, jak to wyrozumieć można z donieś ień o tćm 
w numerach Trzeciego Maja i d, I^ i 21 maja 1841. 



119 

„Po t^m tłómacseDiu obwiDiaj mię droga, Łem nie 
był — podług Twego w liście dawnym frazesn , zupełnym 
aniołem. Ale pomyU, że żar leży w lutach moich i że ja 
nie mogę nigdy scierpieć niesprawiedliwości. Zresztą lądź 
pewną, że moja biografia będzie kiedyś zupełnie szlachetną, 
choć teraz, kiedy idę po wschodach ciągłych ir górę, czę- 
sto muszę być w niektórych chwilach niepodobnym do sie- 
bie. Dosyć, że przed malutkim moim uchylili czda ci, któ- 
rzy nigdy przedtóm nie oddali mi pokłonu. A ronie smu- 
tno, żem zej&ć musiał z mojój podstawy, aby właśnie wten- 
czas przyznano mi , żem jest na niej. Opisuję Ci to z wiel- 
ki^ znudzeniem, bo te rzeczy już od kilku miesięcy uci- 
chły w móm sercu i teraz doskonale jestem usadowiony 
w moim krześle ze słoniowój kości. Rzadko przede śmier- 
cią otrzymać, aby się ludzie sami za niesprawiedliwych 
uznali. Wydrzóć im to siłą jest bardzo miło. ■— Tymcza- 
sem, kiedy się mój malutki pokazał, a ja byłem we Frank- 
furcie, gdzie przepędziłem całą wiosnę,*) zrąbani anta- 
goniści moi zrobili kollegium , co ze mną robić : i prze- 
konani, ż^ ja w nlebytności mojej dlatego wystawi- 
łem na harc mego chłopczyka, aby strzałów uniknąć, po- 
stanowili... wyzwać mię na pojedynek. Wiedziałem to bar- 
dzo dobrze, i przepowiedziałem nawet wyjeżdżając z Frank- 
furtu osobie, którą pomimo wszystkiego los mój cokolwiek 
interesował. Jakoż skórom tylko powrócił do mego pustego 
domku, stawił się. poseł od jednego z wyśmianych w Illciój 
pieśni, podając mi albo do podpisania bardzo głupio zreda- 
gowany papier, albo wyzywając na bój śmiertelny. ) Możesz 



*) Wzmianki tćj o bytności Słowackiego w owjm ezaaie we 
Frankfurcie nie umiem bliżćj wyjaśnić czytelnikowi Ściąga się do 
nićj kilka podobnych natrąceń w listach z owego czasu, ale takowe 
zawsze są tylko doryweze. 

**) Zdaje się , że ma tu Słowacki ną myśli tę mianowicie strofę 
w Illci^ pieśni Beniowskiego: 

„Imię krytyki? — nie, krytyków. — A bal 

Któż z nich ma imię? Z. K. — S. K. — E. K. 
Mówią, że młodą Polskę pisze — baba! 

Ale ja widząc, jak kąsa i szczeka , 
Sądzę że jezuita — a ma draba, 

Który tłómacsy na język człowieka 
Hymny, przestrogi, pacierze i lekcie 
W dyabelskim napisane dyjalekcie.* 



120 

się droga spodziewać , żem przyjął z najzimniejszą krwią to 
ostatnie. Antagonista mój wtenczas uczul, że ma cokol- 
wiek słabe nerwy. Naprzód zwlekał; a gdy ja nagliłem, 
przywieziono go nareszcie, bo bawił na wsi; ale przywie- 
ziono podobnego do trupa i zupełnie zdezorganizowanego, 
kiedy ja pr^ez 5 dni bawiąc się jak zwykle z kolegami 
w cerklu naszym, tak dobrze pokryłem do ostatniego mo- 
mentu pięciodniową niespokojno&ć- , że potem — gdy się 
dowiedziano, każdy się dziwił, iż ze mnie bynajmniej tego 
nie spostrzegł. A jednak wyznam Ci, że te 5 dni, w któ- 
rych pisałem do Ciebie, do niej (?) i do Zygmunta, 
były mi bardzo gorzkie. Nakoniec dnia naznaczonego , prze- 
spawszy się najspokojniej, wstałem o 5 z rana — ubrałem 
się — zjadłem kilka ciasteczek i wypiłem szklankę stare- 
go wina. Pot^m wyszedłem sam, bo mię mój sekundant 
miał czekać aż za miastem. Ponieważ miałem dosyć czasu, 
szedłem więc piechotą. Przechodząc przez targ kwiatów, 
kupiłem sobie różę za grosz , aby ją mieS przez cały czas 
w ręku i potem w złym lub dobrym wypadku zrobić z niej 
prezent mojój dręczycielce. Potom wszedłem do kościoła, 
gdzie trafiłem^ na samo po skończonój mszy ł)łogosławień- 
stwo. Nie czekałem więc dłużej i wesoły poszedłem dalej. 
Szczerze ci mówię, że ta rzecz miała dla mnie jakiś po- 
wab rycerski i piękność. Ale los mię zawiódł u kresu.. Al- 
bowiem przez traf nadzwyczajny jeden z przyjaciół sędzi- 
wych mego antagonisty dowiedziawszy się o tóm, wpadł 
naprzód do mnie i mnie już nie zastał. Pobiegł więc do 
nich i widząc, że bynajmniój nie mają ochoty, otrzymał 
łatwo , że od rzeczy odstąpili. Kiedy ja więc c2ekam ich, 
widzę przybywających parlamentarzy, którzy najprzód mię 
chcą wypróbować i jeżeli można , do exkuz jakich namówić. 
Ale wtenczas nie stało mi zimnój krwi: zacząłem łajać 
wszystkich, tak że nawet sekundantowi memu dostało się. 
Wtenczas oświadczyli mi nareszcie temi słowy: „z kimże 
ty się chcesz bić? czy z wiatrem? — oni odstępują..." 
Na takie słowa uśmiechnąłem się tylko. Poznałem, że do 
końca byli lisami, i zapaliwszy cygaro, porzuciłem ich 
wszystkich z wielką wzgardą. Ale tak się nie skończyło, 
t)0 wszyscy razem zaciągnęli mię do jednego z parlamenta- 
rzy, gdzie mi podczas śniadania nadskakiwano jak zwie- 



A zatćm zapewne któryś z tych panów K. albo też sam reda- 
ktor Ifiodćj Polski uczuł się obrażonym i ż^dał sat^sfakcyi od Sło- 
wackiego. 



iń 

momi dzikiemu, którego tneba vhg<Mii, PnffWmAMMÓ 
takż« mego antagooiątę^ któremu rosjrfakaneina podając r«- 
kę , powiedziałem: do, jeśli mamy się pogodzić izapoinoieć 
o tim , to trzeba zapomnieć na zawsze. — Zapomnieliśmy 
więc i jesteśmy z sobą dość dobrze. Inni także, którzy go 
do' tego podżegali , teraz robią pierwsze awanse — słowem 
wyszedłem; z tego zupeipie czysto i przekonałem ich , że 
zawsfe jestem gotów poprze<^ całą osobą to co usta moje 
wyrzekną. -^ F%Bzę to z takimi szczegółami tylko dla Cie- 
bie, albowiem szlachetność każe mi o tern wazystkióra mil- 
czeć i nigdy nie wspominać, chybaby z jch strony jakie 
kłamstwo wywołało otwartość mojęi, — Teraz pozostawałoby 
mi opisać moje wypadki , dotyczące się serca mego', ale na 
ten ra% zamilczeć muszę , bo prawdziwie nie wiem , o czem 
pisać i jak pisać. Wszystko było snem smutnym-, dość po- 
dobnym do wszystkich snów ludzkich. Ale dobre to: wy-' 
rwało mię z odrętwienia. Kiedyś, droga moja, i o tem Ci 
napiszę -r ąle tylko dla Ciebie. Oiciałbym, ażebyś, droga 
schowała ważniąjsze z listów moich, bo to będzie najszczer- 
szy ślad życia mojego. Dziennika nigdy pie pisałem, a mo- 
^ że jeszcze Bóg da, że samemu miło mi hcińe odczytać to 
wszystkie bez awantor pnsygody.'' (Z fiita z d. 10 Hstopa* 
. da 1841 Ę ParyżaJ. 

Właśnie w daga tyeh zatargów pomiędzy Słowackim a ea- 
1^ gronem .jego antagonistów zasala skądinąd okoliczność, októ< 
rój warto ta wspomnieć, zdaje się bowiem, że znacznie ona 'Wftj* 
nęła na takie właśnie zajścia owego rozwiązanie* Oto zaraz po 
wyjścia .Beniowskiego pojawiła się w Tygodniku Łitei^aeUm po* 
znańskim bezimienna, ale znakomicie napisana rozprawa, pnes 
3 numery rzeczonego pisma idącA* p« t. -Kilka słów o Ja* 
liaszu Słowackim*" (1841 Nr. 21 — 29). Była to neca 
niezawodnie pochodząca z pióra antora Irydyona i niewątpliwie 
tasama, której wyjście na miesiąc kwiecień lub maj zapowie- 
dziane było Słowackiemu jeszcze w liście KrasińAiego z d. 16 
marca , któryśmy prawie cały przytoczyli powyżój. *) 



*) Twierdzenie moje co do autorstwa Krasińskiego w^gdem 
rzecspnego artykułu opieram na wewnętrznych tylko poszlakach* Je- 
fteli bowiem porównamy myśli w nim rozwinięte , a nawet i wyra- 
żenia, stćm wszystkićm, co Krasiński w owymże czasie pisał do 
pana tL Z. (w liście, który ogłoszono w Dodatku Czasu 1859 r. 

Tom II. . i« 



Owofc artykuł ien^ dioć pisany o kilka, a moie kilkana^i^ 
tygodni pierwej, nim jeszcze opalił był prasę Beniowski, tak 
się dziwnie nadawał do danej chwili, j^e prawdziwie mógłby być 
uważany, za komentarz do owycli słów, na samym końcu tej czę- 
6d Beniowskiego neozonycli do Mickiewicza: 

^Bądź zdrów wieszczu! 

Tobą się końcsy ta pieiń, dawny Boże! 



Bądź zdrów! — A tak się żegnają nie wrogi, 
Lecz dwa na słońcacłi swycli przeciwnycli — bogi.^ 

Główna osnowa ł)Owiem owycli „Słów o Juliuszu Sło- 
wackim** obraca się włainie około porównania ze sobą sprze- 
cznych stanowisk tyoh dwóch poetów. Krasiński wychodzi od za- 
łoftenia, że oddzielnie pojąć nie można nikogo i niczego na świe- 
cie; albowiem -każdy szczegół choćby wyglądał na całość, jest 
tylko płynącą częicią wyższej całości*". Zatem też i Słowackiego 
wtedy tylko spodziewa się ocenić należycie, jeieli w nim okaże 
krok że tak powiem dalszy w rozwoju poezyi po Miekiewiczu. 
Charakterystyki Mickiewicza ostatecznym wynikiem jest wedle 
niego to, ża „czem Alp ogromy, csóm piramidy pustyni, czóm 
wszystko, co niepomszpne i wieczne : tern dzieła tego poety. Prze- 
nMga w nidi nadewazystko siła dośrodkowa, siła wcie- 
la- i twierdzeń — wola i czacie i wiara. One są gra- 
nitowi jądrem naszój literatury.*' — Lecz świat nie na jednój 
tyiko sile std, nie jednem tylko twierdzeniem i wciele- 
niem żyje. -Gdyby przestał na tym jednym wyłącznie kierunku, 
stałby się nierozdzielnością, skupiłby się w punkt jeden.^ Trzełia 



Totaie XIII str. 519), jeżdi postawtm oł>ok tego i słowa, które 
wyrzekł był o Słowackim dawnić| Krasiuski w listach do niego, 
któreśmy w części przytoczyli powyżćj : — to okazuje się oczywiście, 
iż to wssjstko masialo z jednego tylko pióra wypłynąć. Zresztą 
stwierdaa ten wniosek i sama zgodność czasu i miejsca , w którćm 
się rzeczony artykuł pojawił, z zapowiedzią Krasińskiego wyrzeczoną 
o kilka miesięcy pierwej. Nakoniee i styl , tak odrębny, jak Krasiń- 
skiego, rozstr^rga do reszty wątpliwość, jeśliby jaka miaia być je« 
sscse co do tćj okoliczności. —• 



łfiS 

taia tedy dmgi^ij jes^tee sUy, siły pnedWD^j ^ odirodkow^j , która 
ma przypomina, że s nieskończonoici jest i w nieskończonotó 
wrócić ma. Ta siła droga rozdziela w 6wieeie fizycztiym to co 
płynne i lotne, od tego co zsiadłe i twarde; przemienia go po 
połowie w atmosferę i na jej wysokośdaeh coraz go lotniój grą 
iwiatła, p^em elektryczności rwie i rozbiera. Tak czyniąc, ^ z re- 
publikańską ironią pisze światłem błyskawic na wierzchołkach 
granitu, na płanety skroniach: fHori^tirti^.''— Ponieważ w kaidój 
aferze istnienia te dwa kienmki razem istnieó muszą: znajdojemy 
je zat^m i w królestwie sztuki , poezyi. Piórwszą siłę , doirodko- , 
wą, wyobraża w poezyi polskiój przedewsźystkióm Mickiewicz: 
siły odśrodkowój wyobrazicielem piórwszorzędnym jest Słowacki. 

I mając już teraz widocznie te dwie tylko osobistości poe- 
tyckie na względzie, tak mówi dalej Ejrasiński^ o antagonizmie 
sił owych przeczących sobie w każdym obrębie istnienia: ' 

,,[ch harmonia zowie się życiem, ich sprzecznoiei są 
tylko złudzeniem j mogą wprawdzie w danym czasie na da- 
nćm miejscu przybrać pozór walki; ale to zawsze docze- ' 
sBÓm, nie wiecznóm; cząstkowóm, nie powszecłmóm zjawi- ( 
skiem. Całość albowiem jest zgodą, nie bójką; pojednaniem, ^ 
nie rozdziałem; dobrem i prawdą, nie złem i fałszem. I to ^ 
co walczy z sobą na tym padole , tam — po nad wszystki- 
mi padoły, w górze i niebie ducha, wiąże się i zlewa ra- 
zem w wielkie światło i w pokój serdeczny.** / 

Mickiewicz, zdaniem autora, wyobraża w literaturze naszej 
głównie pierwiastek rzeźbiarski; podczas gdy Słowacki urodził się 
w niój muzykiem, w którego muzyce płyną farby Correggia i 
Rafaela, niesione Bethowena tonami. 

n Jeśli wam Michała Anioła potrzeba, czeinuż go żą- 
dacie, czemuż go wyglądacie — wy, wśród których on już 
się objawił? Nie patrzcie naprzód, nie zazierajcie w przy- 
szłość, alo owszem odwróćcie się ku dniom co ubiegły, a 
wasz Michał Anioł ukaże się wam. Jodna z rąk jego spo- 
czywa na posągu Litawora, a droga zawieszona w górze 
nad ciągiem postaci umarłych , narodowych , przekutych już 
także w posągi wiecznego wspomnienia. Tym uwiecznionym 
na imię: Pan Tadeusz! Na równie ogromną epopeję 
żaden s nowożytnych narodów dotąd się nie zdobył**... 



/ 



^SkfWMdd w logicnćm raewuama mę ntaki p^lski^ 
jpst drugiai momeDtem. Objawiła się wnim odirodkowa 
siła, mła odwcielań i zaprzeczeń, której pęd po- 
częty z doła a bijący ka górze, stara się jak muzyka cią- 
^^m drgaaiem cząstek i roztapianiem kształtów wyrazić 
westchnienia wszystkich ciał natury i rwania się wszystkich 
myili dadia ku niewidzialBemn iinata nieskończonoćcL Za- 
prawdę w kierunku tej siły ooś panteistyczncgo przebija. 
Onaby chciała, gdyby przemóc mogła i jedyną stać się pa- 
nią, wszystko we wszystkiem stopić i porownać; samaby 
się rozwiała własnemi skrzydłami — utonęłaby i zagiaęia 
w tćm, ku czemu dąży^ wszelkie stworzenie tatradłaby 
w Bogu, jak w otchłani. To co ona ukochała, nigdy przy 
niej, nigdy z nią nie przebywa, ale coraz wyżćj i tAędnioj 
i dalej ciągnie ją za sobą. Ka2de stanowisko ona musi 
jprzekroczyć , katdą formę podnurtować i do pry&nięcia przy- 
musić — i jój samój ostateczną formą jest jej treść wła- 
sna, jest to co stanowi formę oceanu, to co rozprężIiwośĆ 
światu, to co falistość elektryczności ^ iądza wieczną 
ruch nieskończony. 

„Gzem więc w naturze płynność i rozmdlewanie się, 
czóm chmury co chwila zmienne, płynące nato, by prze- 
paść i znłeznacznieć , ale nie w nicości, jedno w niebie; 
czóm przewrotność barw na tle opałowej białości, czem 
szmery rozmarzonych strumieni i szum daleki morza, czóm 
owe melodye śpiewu, które gasną oddalając się coraz wy- 
i^j i szerzój : — tóm jest po^zya Słowackiego w literaturze 
'naszój. KaidA j^j cząsteczka misternej , filigranowej roboty, 
jak ^bny kwiateczek. Jój ogół zaś przez to właśnie, że 
siły odwcielań jest formą, ma za formę ciągłe pojedyn- 
czych cząstek stawianie i znoszenie, tworzenie i niszcze- 
nie — i utrzymuje się następstwem tych znoszeń; raczej rtt- 
chem niż postacią — tak jak muzyka. Stąd ciągły pozór 
ironii i kaprysu, stąd pęd niewstrzymany, ale lekki, przej- 
rzysty na wskroś, idealny.** 

W końcu przechodzi autor do ocenienia stylu Juliusza i 
nim właśnie upatnąje najgłówniejszy objaw jego potęgi. 

^Styl jest najogólniejszą formą każdego utworu sztuki; 
nim jak przędzą, i z niego jak z materyału, snuje pasmo 
swoje całe poeta. Siła odwcielań, panująca i przemagająca 
w Słowackim , w tę tylko najpowszechniejszą ostateczną 
formę dokładnie wcielić się może. Styl Słowackiego, to on 
ham , to ducha jego kierunek , roztapianie się nieustanne na 



ttS 

mtyn^l^ie śteońj. Nikt też takamakle, gibko, finteatyeko 

po polsku nie pisaL Chyba tak ŁUct gra, jak on wiersaB 
pkze.' Biegną kniemu .tłdmem miary, rymy, obrazy, a on 
je despotycznym kaprysem posyła, gdzie chce — każe im 
- płynąć, ą płyną — wić się powoH,~a pełzną — urzlecieć, 
a irzlatują i lecą, jak orły. J^yk pod jego twórcs6m telraio- 
niem musi rozrabiać ąię i przerabiać bez końc^ » musi vwy- 
stkie kształty przybr^ać^. .. itd. 

Słowem, konkluduje autor: 

,,W czamoksięstwie stylu Słowacki stanął titk wysoko, 

ie nikt wyższym nad niego, a równym r- rzadko kto."* 

To są najważniejsze nly&li w owej rozprawie. Rzucił w ni^j 
Krasiński jeszcze także kilka uwag o niektórych Słowackiego 
utworach z osobna wziętych; takowe jednakże mają za zftdanie 
facz^j objainić tylko to, co t> nim powiedział w ogólnio&ci , aniżeli 
wdawać aię w aiczegółowy rozbiór nad nimi. 

W ten sposób tedy miał być ze stanowiska bezstronnej, 
umiejętnej Irytyki rozwiązanym ów antagonizm pomiędzy Mickie- 
wiczem a Słowackim — z korzystnym i pochlebnóm dla obydwóch 
uznaniem. A więc i na mocy tegoto sądu dwaj ci poeci stanęli 
aiejako przeciw sobie, jako sprzeczne a jednak uprawniona potę- 
gi, j^jak dwa na słońcach swych przeciwnych bogi.* 
Słewacki, lubo tu nazwany drugim, a zatóm dalszym momen- 
tem po Mickiewiczu, nie został przeto przez Krasińskiego po- 
stawiony wyżój nad niego, Przeciwnie, W4>ó}i8tnienie i wzaj^ftona 
konieczność obu stawia ich niejako na jednój linii ze sobą. Prz^&ć 
ma dopiero trzeci moment, który ich obu zawrze w sobie i s^o* 
dzi. Ten tylko i ten dopiero będzie wyższy od nich obydwóch. — 

Gdybym miał wyrzec zdanie moje o powyższej charaktery- 
styce poetów: rzekłbym, że piszę się na nią, ale pod. tóm za- 
strzeżeniem, że co tu o nich powiedziano, ani nie jest znpcłnem, 
ani też nie wynika bynajmniej z logicznej konieczności. Był ta- 
kim J. Słowacki, to prawda! ale był dlatego, bo był; a nie — że 
takim być musiał. Odsunąwszy zatćm z twierdzeń autora na bok 
to wszystko, co wygląda na formułkę i co trąci dyałektyką, mo< 
żnaby bez trudności zgodzić się ną te zresztą tak poetyczaio 



IM 

WyMee^MM gpoetnełenia o niektórfch wła4eiwokUćh {brmy (tyl- 
ko fotmj !) Słowackiego. O jego zato ideack , o jego ie tak po- 
wiem filozoficznym stanowisku w poezyi nie rozwiódł wcale uwag 
swoich genialny autor roeprawy. Na tejto aai wewnęinui^j dzieł 
poetyckicli istocie, zdaje mi się, ie odr^noid kaftdego pisarza 
przedewszystki^m polega. Styl i forma bowiem — to rzecz oso- 
bista i prawie powiedziałbym prywatna, skutek tysiąca czyn- 
ników, z których przynajmniej połowa moie iió na karb przy- 
padka. Przeciwnie dąhiości i ideały — to jufc nie przypadłości 
indywidualne, ale ^je rodzi z siebie wiek, a piastunem ich naród, 
w łonie którego się iyje. Można je podjąć i umiłować i być ich 
głosicielem w&ród braci; można być na nie głuchym i ilepym; 
można być ich wrogiem i w miarę sił opóźniać ich przechodzę- 
nie w żyde. Według tego, jak sobie kto pod rzeczonym wzglę- 
dem poczyna, zabieramy to albo owo stanowisko w arenie spo- 
łeczeństwa. Tu się tedy kierunki sił pojedynczych najwybitniój 
znamionują i ważą — bez różnicy, czy kto do narodu przemawia 
pie&nią, czy z mównicy sejmowej, czy z katedry akadeniickió], 
czy wreszcie ze stopni tronu, lub z konia... 

Bądź jak bądź, publiczne owo odezwanie się o Słowackioi, 
choć b}io bezimienne i nie ze wszystkiem dokładne , zaważyło je- 
dnak na szali. Było to pierwsze rozumne i bezstronne słowo o 
naturze jego poefliyi, wyrzeczone przez ówczesną krytykę. To mu- 
siało pokrzepić energią ducha poety. Godzi się wnosić, że podo- 
bnych dowodów uznania mieć on w owym czasie musiał i więcój* 
Autor Beniowskiego przestał być nawet dla ogółu zwyczajnych 
odczytywacey nowoici literackich obojętną i odosobnioną od reszty 
literatury figurą. Zaczęto teraz więcej niż kiedy przypominać so- 
bie i o dawniejszych jego pracach. Rozchodziły się one z półek 
księgarskich żywiej teraz na różne strony, niż kiedykolwiek przed- 
tem. — „Po dziesięciu dopiero latach (licząc od r. 1832) 
— pisał poeta do jednugo z dalszych krewnych *) — książki mo- 



•) Do BtryjecziiPgo brata swego Władysława Słowackiego Liet 
ten pisany r. 1845, zainteBzczono prsed kilku laty w Gazecie Co- 
dzie na ćj n$nmw Aiif (r. 1860). 



HI 

j# saeKęły, iAk jak twój^ łanyt aiiarBO ai posie* 
wane oddawać.** — Ten odbyt na jego^ dEieła był dla auto- 
ra pocieszającym. Kie przeto tylko, że aię tym sposobem popra- 
wiła i roateryaloa jego exy$teiicya. Szlachetniejszą nad tamte 
wzgl^y i wyiszą nieskończenie pociechę sprawiało mu to wyni- 
lujące stąd przekonanie, że wi^ nie nadaremnie znosi wygnanie, 
samotnością esasem i niedostatek, i że nie jest już podobnyna 
do owego harfiarza na wyspie Chios , który przemawiał tylko do 
głachydi naorza egejdiiega l)aiwanów..» 

To też począwszy od ow6j chwih', czerstwiejszy jnż jakii 
stan duszy przebija w jego korespondencyi. Miejsc z niej takich, 
jak np. oast^pttjące, mógłbym teraz wiele przytoczyć: 

..•,»Gdyby mi trzeba było wytłóinacsyó^ dlaczego mi 
lepiej na tym świecie dziś niż wczora, nie miuałbjm wcale 
t^o uczynić. Są lata napełnione nudą i troską, w których 
się człowiekowi zdaje , że przebywa pustynie. Kie na wten- 
czas w porę nie przychodzi. Dobro każde na złe mu wyeho- 
dzi. Usiłowanie żadne skutku nie bierze. Są to lata dąże- 
nia, gorączki, podróży, upragnień; zachceń, boIu — złe 
słowem i bezsenne lata! Lecz nagle, jeżeli Bóg nam sprzy- 
ja, oczuwamy, że wszystko się ojhniema, że życie staje się 
pełniejszóm, że jedni bidzie zupełnie się przeciw nam de* 
klangą, drudzy są naszymi przyjaciirimi. Jest co4 w sercu, 
co nas o tóm ostrzega. Ifoże to zmiana jakaś w zdrowiu, 
w systemacie nerwowym; ale dobrą ona jest i mnie teraz 
weselój. Tak dawno nie widzieliśmy siebie, że gdybym cię 
listem chciał o stanie mego serca, o zmianach otiaral(tery- 
stycznych mego humoru uwiadomić, potrzebaI>y list zrobić 
dziennikiem dni prawie i wypadków. Bo rozważywszy rze- 
czy, nic dla mnie bardzo szczęśliwego nie zdarzyło się. Je- 
stem jak zawsze dość samotnym, pracuję, dumam, ale ta 
czczość jakaś, która mi prace i dumania mo^ obrzydzała^ 
zniknęła. Widzę, że mnie Bóg nie zapomniał w niebie, i 
to mi daje dziwną damną spokojność. (Z listu ż d. 15 lu- 
tego 1841). 

...^0 ! ileżbym ja rzeczy miał Tobie do powiedzenia, gdy- 
byśmy się kiedyś spotkać mogIL Jak często płakałaiiyś i 
uśmiechałabyś się radośnie, słuchając o moich przygodach! 
Wierz mi, że tak żyłem, abym o wszystkióm szczerze 
' m<^ mówić z Tobą, jak z Bogiem. I potrzeba mi, aby to 
wszystko, co we ronie dźwięk jakiś wydało, odbHo sif cho^i 



IM 

fąi m Mfcu Twojćm , abyA Ty nie my&tała , «e ^foki od 
oc^a Tw(Hch, inną drogą niż należy posiedłem. Prayjediy 
droga moja, a zapozDamy się na nowo, i kodiaó 8i§ bę- 
dziemy na wieki. W szczęśliwych nawet chwilach życia mo- 
jego^ gdzie powinieobym był o wsżystkićm zapomnieć, 
my&l o Tobie zachmursała roi czoło i wtiącała iiiię w tę* 
aknotę. Trzeba ipi koniecznie , aby£ położywszy tekę Twoje 
na mcyćj schylonćj słowie, rozgrzeszyła mię z moich win 
dawnych i z tćj ciągle trwając^) winy, że nie jestem przy 
Tobie. Jeszcze CS raz powtarzania*^ bo wiem że Ci to nerce 
rozraduje, że roi teraz na AwiiBcie lepiej i szoięiliwiój , a 
ja nie jestem jak ci ludzie nierozsądni, którzy nigdy tera- 
źniejszego dobrze nie czują i Bogu nie są«ań wdzięczni. 
Cierpliwy, spokojny i. smutny, przeżyłem nudne chwile ży- 
cia, teraz z ninriechero patrzę na to, co minęło, — i Ty 
się, droga, u&miechnij r kochaj mię wesoło i z nadzieją. "^ 
(List bez bliższego oznaczenia daty, ale niezawodnie pisany 
w miesiącu sierpniu lub wrzeinin lokn 1841). 

Słowa, któm teraz przywiodę,- malują jesscie wymowniej 
ówczesne usposobienie poety, pełne pegOdnćj rezygnacyi, a na- 
wet — o ile to w jego położeniu by(^ mogło — zadowolenia ze 
swego. Io«at 

M.nCóżbyimy dssiaj robili siedząc pitzy wiejskim komi- 
nie, gdyby nas los nigdy był nie toaiączył? Możeby&my 
utyskiwali na zimno i dym w pokoju i na inne cierpkie 
życia trudności t a teraz wiemy, że Bóg o nas pamięta i 
jest naszym dłużnikiem... Może Ci się te wssyatki^ ^razy. 
dziwnymi zdadzą? Może nie będziesz wieddała, że ja tę 
prostą filozofią pisząc łez mam pdne oezy i łkaniem zadła- 
wiony oddech. Ale z tego papieru wydobędzie sięco6 także, 
co Ci płakać każe...*" (d 10 listopada 1841). 

To spojrzenie pełne otuchy w przyszłoóó, ta łzawa wprawdzie, 
ale oimieebnięta pogoda, dawniój tak rzadka na czole naszego 
wieszcza, sądzę że nie byłaby mogła i teraz gościć na nióm dłn- 
żój nad chwilę, gdyby była pochodziła jedynie z powodzeń ze- 
wnętcznych, z tryumfów już odniesionych. Z powodzenia — już 
doznanego i- przyznanego j radują się w nieskoiczonoió chyba tyl- 
ko błahe umysły. Wyższe natury najprędzej same o nióm zapo- 
minają. W zawodzie autorskim, a pewnie i w każdym innym, 
nie to sprawift istotną rozkosz duchową, czego tam kiedyi ^zczę- 



iliwto się dokonało, ale ćz^m władnie mykl jest oWcnie zajęta, 
jeżeli instynkt mówi poecie, że powstające dzieło olate się go- 
dnym dawniejszych. Sama ta rozkosrz tworzenia, ta pewnołć siły 
swojej wewnętrznej, ta bezpośrednia świadomość, stwierdzająca 
się każdym pociągiem pióra, że w zapasach z trudnościami sztu- 
ki ciągłe się idzie naprzód : — oto zdaje mi się , co stano^^i naj- 
większe , a nawet podobno jedyne prawdziwe źródło tego zado- 
wolenia w duchu, bez jakiego aniby pojąć można, że się ktoś 
jetócze temu powołaniu poświęca. 

Owoż godzi się z tego wszystkiego, co się z listów przyto- 
czyło , wnosić i o Słowackim , że czynność jego autorska szcze- 
gólniój być musiała ożywioną w ciągu owego czasu, i że snąć 
był kontent więcój niż kiedy z porozpoczynanych ^ prac swoich, 
skoro doznawał wtedy tyle zadowolenia "w samotnój swojej pra- 
cowni. 

Z żalem jednak przychodzi mi tu wyznać, że tylko bardzo 
niedokładną dać potrafię wiadomość o tóm wszystkióra, co Słowa- 
ckiego zajmować mogło w r. 1841 i 1842. Jak wiadomo, listy 
jego z całego tego jego życia okresu nie zawierają w sobie ża- 
dnych szczegółów t^j właśnie treści. Jedynym, śladem rzeczy, o 
którą nam chodzi, sąto już tylko chyba pisma, po zgonie poe- 
ty znalezione w jego papierach, a niedawno dopiero temu publi- 
kowane. Takowe wszelako nie stanowią ani połowy tego wszy- 
stkiego, co być niewątpliwie musiało. 

Jedną tedy z prac takich niezawodnie na owe lata przypa-, 
dających, był to ciąg dalszy Beniowskiego. Poemat ten cał- 
kowity miał się składać z czterdziestu czterech takich pieśni, jak 
owe pięć, co wyszły z druku w roku 1841. Tyle ich przynaj- 
mniej autor zapowiedział w jednój ze zwrotek pieśni trzeciej. Po 
jego śmierci znaleziono kilkanaście arkuszy, zapisanych nabitóm 
i drobnóm pismem , zawierających dalszy ciąg poematu , o któ- 
rym mowa. Byłto dopióro pierwszy rzut, często przemazywany, 
z różnymi dopisami po bokach karty, słowem brulion. Tworzy 
ol)ecnie ten autograf dwa zeszyty, zapewne dopióro po śmierci 
autora spojone, i pewną ilość kart luźnych, które są oczywiście 

Ton u. ^'^ 



130 

już tylko szczątkami znaczniejszej liczby arkaszy stano\i[iących 
niegdyś jeden ciąg nieprzcrwar>y, a w późniejszej poniewierce 
poniszczonych do tego stopnia, źe to co z nich zostało, już 
się nie daje spoić w wątek ciągły i jednołity. Z takichto ar- 
kuszy i kartek luźnych , częstokroć nawet podartych, złożyłem na 
domysł pieśń VI tą, XItą, XIIItą i XlVtą, nadstawiając pró- 
żnie texteni niezapełnione krótkiera streszczeniem prawdopodobnej 
osnowy, dniem na wstępie każdój z tych pieśni. Za porządek i 
kolej tych urywków ręczyć atoli, nie mogę, gdyż skazówek do ze- 
stayrienia ich należytego zupełnie braknie w rękopisie. Inne pie- 
śni t. j. Yllma do Xtej ocalały w zupełności, bo się mieściły 
w zeszytach. Pieśni XIItój braknie początku. 

Mając obecnie przed sobą wydobytą w taki sposób z pod 
rumowiska ruinę poematu i częściowy abrys jego całości , żałować 
tego przcdewszystkiem należy, że właśnie te części dzieła, na 
które przypadają same tylko urywkowe ustępy, obejmowały (jak 
wnosić można na pewne) najciekawsze zdarzenia. Ambasada krym- 
ska, ocalona prawie w całości, mniej się za to może podobać. 
Czy całe dzieło było kiedy dokonane? czy stanowiło całość wy- 
mierną? — rozstrzygnąć tego nie mogę. Myślę wszelako, że na 
zupełnem zaokrągleniu brakowałoby Beniowskiemu, choćby on 
nawet w całej swojój zupełności był do nas doszedł. Przyczynę 
pewnej niewymiern^ci tego poematu, w samym już planie, upa- 
truję w tern, że się poeta zbyt często odrywał od pracy nad 
nim. Porzucał go, żeby przedsiębrać i wykonywać tymczasem in- 
no rzeczy; a straciwszy w taki sposób pęd wzięty z początku, 
przy ostudzonym zapale odtwarzał go tylko sztucznie w sobie, 
kiedy wracał znowu do prowadzenia dalszych pieśni Beniowskiego. 

W ogóle praca nad tym utworem przeciągnęła się dobrze 
aż wczasy towianizmu, przynajmniej do r. 1844. Tak np. w je- 
dnem miejscu wspomina poeta z ironią o Trentowskiego Cyber- 
netyce. Takowa wyszła, jak wiadomo, w roku dopióro 1843. 
A zatem w tymto dopiero czasie najrychlej mógł być pisany ten 
ustęp. Z takiego zaś traktowania przedmiotu w różnych chwilach 
i W coraz innych usposobieniach ducha wynikło, jak naturalna, że 



131 

autor zmieniał co do niektórych części dawniejsze swoje postano- 
wienia. Obalał i niszczył nieraz to, co już i^talo; a natoniiast 
dopisywał lub projektował ustępy nowe. Wszystko to zaś robiło 
się na osobnych, ulotnych arkuszach. Dziś trudno baidzo odga- 
dnąć, jak to wszystko atitor spoić ostateczuie zamierzał, zwła- 
szcza że jak się rzekło , bardzo wiele z tego i poginęło. To też 
nie dziw, że przedstawia się dzisiaj cały ten utwór w bardzo 
chaotycznój postaci. 

" Powyższe spostrzeżenie usprawiedliwiają też najzupełniej dy- 
spozycye cząstkowe, jakie znalazłem w trzech różnych miejscach 
manuskryptu, rzucono wzglydem wykonać się mających dalszych 
pieśni poematu. Porównywając te projektowane dyspozycye ze 
sobą, okazuje j>ię, że nie tylko się one pomiędzy sobą nie zga- 
dzają, ale i ta część Beniowskiego, która ostatecznie została 
wykonaną, nie odpowiada żadnej z nich w zupełności. 

Na drugiem miejscu, jako pracę niewątpliwie napisaną tak- 
że w r. 1841, ale dopiero po ogłoszeniu Heniowskiogo , wymie- 
niam dramat napisany wierszem rymowym , w 5 aktach ^ który 
odbito pod^ tytułem ^Niepoprawni* w Ul tomie Pism pośmier- 
tnych. Jestto znowu jeaen z^t^cTT rzadkich Słowackiego utworów, 
które się wyjątkowo zachowały w całości, pomimo że się to dzie- 
ło znalazło tylko w brulionie. Obiegające po różnych rękach od- 
pisy niniejszego dramatu, w kilka lat dopiero po śmierci autora 
z tego brulionu zrobione, nosiły napis „Nowa Dejanira**. Kto 
tę nazwę pierwszy sztuce tej nadał, powicHzlcc ' tego nfe umiem; 
ale co jest niezawodna , to że nic dał go sam poeta ; w brulio- 
nie bowiem własnoręcznym^ mc ma żadnego tytułu. Uchyliłem 
przeto napis ten nie wiedzieć skąd narzucony, w przekonaniu że 
takowy nie tylko nie wyraża rzeczy, o którą chodzi, ale nawet 
utrudnia trafne spojrzenie na dążność tego dramatu, przeważnie 
satyryczną. Głównemi figurami są w nim oczywiście owe cztery 
śmfeszne ^PY^ wzięte z wyższej warstwy naszego s]»ołeczeń*twa, 
która obok przykładów, przynoszących jej pod każdym wzgłędem 
zaszczyt i chlubę, niestety bynajmniój nie cierpi braku i takich 



132 

typów jirzewrotiiych , do których pomiiuo wszystkich klęsk , jakich 
i ogół narodu .i dotyczące nawet indywidua osobiście doznały, 
w zupeinoki daje się zastosować owo wyrzeczenie Napoleona o 
Bnrbouach, żesic niczego nic nauczyli. i niczego nie zapomnieli. — 
Zawikiauie kończy się wprawdzie z zadowoleniem wszystkich osób 
działających w dramacie: ale tcu koniec przyjemny jest okupiony 
iyciem człowieka, który przy całej swojój gburowatej uieogładzie 
zawstydza tak pscudopocfyczne uniesienia pana ł^^antazego , jak 
sit^lanRową niby bezinteresowność hrabiny Respektowej. Mamy tu 
, zatem przeciwstawioną półdziką bezpośredniość Czerkiesa wykwin- 
towi naszej rzekomej cywilizacyi , a sens moralny komedyi bardzo 
rymuje ze znanemi słowami autora Pieśni o Ziemi naszej, wyrzc- 
czonrmi o „półpankach podolskich**. — 

Trzecią kreacyą, którą odnoszę do tegoż czasu, jest dramat 
ocalony zaledwie w mniejszój swojej połowie, niewiadomego tytu- 
łu, na domysł tylko przezwany Złotą Czaszką i pod tym też na- 
pisem ogłoszony w wydaniu Iwowskiem. Znalazł on się tylko 
w brulionie, na trzech arkuszach stanowiących jeden zeszycik, 
ale ze wszystkiemi oznakami, że zeszycików takich musiało da- 
wniej bye więcej. Odmienny format i gatunek papieru, jako też 
cokolwiek większy kształt pisma, upoważniają do wniosku, że to 
utwór z innych czasów, jak wszystkie te poety naszego pra- 
ce, o których mówiliśmy w rozdziale jedenastym (Wallenrod, 
Jau Kaźmierz, Beatryx itd.): h znowuż sama forma ^Złotej 
Czaszki** zdaje mi się być ska/.ówką dostateczną do bliższego 
jeszcze oznaczenia okresu życia autora, w którym mogło to być 
pisane. Albowiem prozę przeplatają tu ustępy wykonane wier- 
szem krótszym, ośmiozgłoskowym, którego Słowacki dawniej ni- 
gdy nie używał w dramatach,*) tak iż godzi się wnosić, że wla- 



*) Fragmenty diamatn Beniowski wprawdzie mają już tenże 
fiam rodzaj wieruza; ale to uŁwor fantastyczny, którego wcale liczyć 
nie można do robót scenicznych , o których tutaj mówię. Zresztą być 
mogło, że już i rzeczone fragmenty otrzymały ten rodzaj wiersza 
w skutek jakiego impulsu ze strony studyów nad Kalderonem, 



193 

ściwie dopiero praca nad przekładem Książęcia Niezłomne- 
go mogła go naprowadzić na my4i spróbowania tego rodzaju wier- 
sza i w oryginalnych utworach. W dalszych latach, jak wiadomo, 
zupełnie ou się ku tej formie wiersza przechylił (X. Marek, 
Sen srebrny). Że zaś rzeczony przekład Kalderona, jak się to 
poniżej wskaże, przypada na lata, które tu mamy przed sobą: 
wnoszę zatem, że i Złota Czaszka była owocem czasu mię- 
dzy r. 1841 a 1842. 

Jeżeli się godzi wnosić o całości , z ocalonego tejże początku, 
zdaje mi się, że Złota Czaszka bałaby należała do najle- 
pszych dzieł Słowackiego. Pozostałe z niej sceny są pełne życia i 
nfóhu, a co naj^żmejsze, nawskróś narodowej fantazyL Poeta 
przenosi nas w czasy owe pamiętne z różnych i klęsk narodowych 
i wysileó bohaterskich za panowania Jana Kaźmierza. Miejscem 
zdarzeń jest rodzinny jego ELrzemieniec. Tu więc wprowiCdza nas 
do jednego z dworków szlacheckich , gdzieś w zaciszu na przed- 
mieściu leżących, i zawięzuje sprawę na tle domowego życia 
obyczaju ówczesnej szlachty. Ale dworek ten prywatny domoro 
slego szlachcica przypiera, że tak powiem, do wielkiego gmachd 
sprawy powszechnej. Składają się tedy i zdarzenia publiczne 
zajścia familijne na zadzierzgnięcie w tcij sztuce węzła dramaty- 
cznego. Duszą wszystkiego, co się dzieje, jest pan Strażnik krze 
nuei)l(;cki, szlachcic niezamożny, ale dzielnej fantażyl. To też nie 
tylko od równych sobie jest on powszechnie szanowanym, ale 
nawet i panowie tralić do niego umieją, kiedy chodzi o posłu- 
żenie rzeczy pospolitej. Stawał on za młodu już w niejednych 
terminach. Bywał, jak to mówią, i na wozie i pod wozem i już 
z niejednym nieprzyjacielem wiary świętej miał do czynienia. Dał 
on im się tam wprawdzie wszystkim dobrze w znaki, ale i oni 
oddali mu dobre za nadobne! Z jednej jakiejś bardzo goiącćj 
przeprawy uniósł pan Strażnik z placu czerep tak pokiereszowany 
szablami , że okazała się potrzeba nadłożyć chyba już złotą bla- 
chą te dziury w głowie, na których połatanie już się skorupek 
czaszki nie było można doszukać. Nosi tedy od tego czasu na 
głowie czaszkę złotą... i właśnie przeto sąsiedzi go też zesty- 



1S4 

my pod tym jat tylko przydorokiem znają. Serdeczna, dzielna 
to postać! jak się zdaje, główna osoba w dramacie. - 

Nie mogę pominąó. tu milczeniem jednej uwagi, która mi 
się nasuwa z powodu sztuki niniejszej. Dramaty Słowackiego 
w ogóle nie grzeszą nigdy przesadą realizmu. Przeciwnie, właści- 
wą im jest jakaś poetyczność czy idealnośó, posunięta czasem o 
wiele dalej, niżby sobie można życzyć. Są to nieraz — powie- 
dzioćby można — więcój zajścia między ludźmi wyjątkowymi, któ- 
rzy i gadają i myślą jakoś jak Słowacki — po poetyckn : aniżeli 
przeprawy między ludźmi, jakimi ich Pan Bóg stworzył. Drama* 
ty Juliusza mają pewne podobieństwo do obrazów Guido Reniego 
z tym koloi7tem eterycznym i oświetleniem srebrzysto -błękitna, 
wem, które więcój przypomina lazury niebios, oblane światłem 
księżyca w pełni wśród pogodnej jakiój nocy czerwcowój, niż 
pełnobarwne rozłogi ziemskie o godzinie południowej pod gorący- 
mi promieńmi słońca. Otóż warto zauważyć, że zgoła inaczej 
rzecz się ma ze Złotą Czaszką. Tu wyjątkowo realizmowi 
otworzono wrota na oścież: i weszło go do dramatu, ile go się 
tylko dało pomieścić. Okazuje się zatem, że i w ten ton nie tru- 
dno więc było uderzyć Słowackiemu, jeżeli tylko uważał to za 
'Stosowne. Że zaś do togo przyszło właśnie tym razem, tozda- 
. Tiiem mojem stąd ] ochodziio, że wprowadził tu autor same figury 
i J^ wzięte z życia i niezawodnie osobiście sobie znajome. Chodziło tu 
widocznie o oddanie choć "raz w życiu ,' swemu rodzinnemu mia* 
stoczku tego honoru i hołdu, jaki zazwyczaj odbierają od poetów 
ich kąciki ojczyste. Miał spożytkowany tu być artystycznie Krze- 
mieniec i te wszystkie reminiscencye poety, które się wiązały 
z krzemieniecką jego przeszłością. Ani zatem wątpię , że ten pan 
Milewicz, ten Gwardyan ze Zakrystyanem , ten Strażnik z całą 
swt^ją rodziną, nawet ten Skopek i Jankiel — byli to wszystko 
sami dobrzy niegdyś znajomi autora. Wszakże nawet ów tylko 
po imieniu tam wspomniany organista franciszkański Fok mu- 
siał Kobie tego imienia pożyczyć od człowieka, który żył rze- 
czywiście i był . . . Słowackiego metrem muzyki ! I tak się rzecz 
miała zapewne ze wszystkimi nie tylko charakterami działającymi 



*. 



135 

w ićj flstace, ale i miejscami, rzeczami, zwyczi^atni da ni^ 
wprowadzonemi. Był więc tym razem Słowacki podobny do ma- 
larza, który komponując jaki karton historyczny, przedstawiający 
sceny z dawno ubiegłych wlesków, umieszcza na nim same tylko 
twarze znajome, same portrety rodziny swojej, przyjaciół ,> zna- 
jomych, słowem osób najbliższych swego serca^ — 

Nakoniec odnoszę takie jn2 do lat owych przekład jednaj 
z najcelniejszych sztuk Kalderona, „El Trindpe^cónstante^^ 
Eiiąłę Iffiezlómny, chociaż tenże dopiero we dwa lata póiniój 
{ rW4);"jui po ogłoszeniu 'Księdza Marka, wyszedł z druku. — 
Słowacki od dawna czuł w sobie pewien pociąg ku Kalderonowi. 
Jeszcze za pierwszego swego pobytu w Paryżu w r. 1831, wtrącił 
byt taką wzmiankę o Kalderonie do jednego ze swoich listów: 

,,Brałem teraz lekcye hiszpańskiego języka i jui teraz 
doskonale rozumiem Donkiszota. Nic równego, jak Don 
Quixote! Uczyłem się po hiszpańsku jedynie dla Kalderona 
tragedyi, ale dotąd ich nie skosztowałem. Coto dla ranie 
będzie za źródło! Jest ich kilka set!^... (z d. 20 paździer- 
nika 1831). 

W późniejszych latach, kiedy przebywał we Włoszech, zno- 
wu sobie przypomniał o Kalderonie. 

^Czasem chodzę rano do biblioteki (donosił o sobie 
z FlorencyiJ^ czytać po hiszpańsku Kalderona i usypiam się 
jego brylantową i święto&ci pełną imaginacyą.** (d. 3 pa- 
ździernika 1837). 

Z tóm wszystkiem w owych czasach zajmowanie się tym hi- 
szpańskim poetą musiało być tylko jednak dorywcze; nie widać 
bowiem w ówczesnych dziełach Słowackiego żadnego jeszcze wpły- 
wu tej ^brylantowej imaginacyi''. Język jego wprawdzie zawsze 
był bujny, i barwny i kwiecisty, ale nie w kalderonowym rodza- 
ju. Zresztą widne były w pracach jrgo dawniejszych studya nad 
innymi wzorami: zrazu nad Byronem, później przeważnie nad 
Szekspirem. 

Dopiero utwory z lat najpóźniejszych. Ksiądz Marek i 
Sen srebrna Salomei, okazują przejęcie się zupełne duchem 




m 

dramatargit hiszpańskiej. To mi fAutj xa skazówkęi £e blilsźa 
ZDajomo&d 2 najpotężniejszym w tej dramatnrgii mistrzem przy<* 
paść musiała na cisasy, które napisanie obu tych co tylko nazwa- 
nych dzieł Słowackiego bezpośrednio poprzedziły, a zat^m na lata, 
któryek dzieje kreślimy w tym rozdziale. A jeżeli w którym , to 
w tymto czasie. także dokonany być iDusiał i niniejszy przekład 
sztuki El principe cm^łafiłe.-^Je&iio praca, godna pod każdym 
wzjględem pióra autora Lmj Weniejyr 2bliłeni«^ ńfc do oryginału 
czy to' pod względem dostownóścrw szczegółach , czy artystyczne- 
go odtworzenia całój te tak rzekę fizyonoraii tej tiUzpańskićj kra- . 
acyi, nie pozostawia nic do życzenia. A pomimo tej wierności 
przekładu , taka tam wydatność każdej myśli , takie zaokrąglenie 
każdego zwrotu, taka w każdym pociąga pióra doraźność [.wy- 
razistość, że ażeby należycie ocenić zalety tego przelewu, trzeba 
tylko wziąć do ręki jakie w innym języku tłómaczenie tegoż dra- 
matu. August Wilhelm Schlegel np. uchodzi, jak wiadomo, w li- 
teraturze swojej za jednego z najszczęśliwszych tłómaczy arcydzieł 
olMsyeh. A jednak kiedy jego przekład t^j saaój sztuki kaldero- 
now^j porównywamy z naszym, to się pokazuje, że u Schlegla 
sens wnętrzny textu bywa bardzo często jakby zamglony, tak iż 
niełatwo cały tam pomysł autora jednóm objęciom ogarnąć : pod- 
czas gdy dykcya Słowackipgo wnika w umysł, jakby to był ory- 
ginał, nie tłómaczenie. 

Dla tychto właśnie też zalet niniejszej pracy, zdało mi się, 
że ją odnieść należy do czasu przed opętaniem się poety naszego 
roglistemi mrzonkami towianizmu; ho potem — nie sądzę, żeby 
się jeszcze był potrafił Słowacki utrzymać w karbach tych przed- 
miotowych warunków, które razom wzięte stanowią zadanie i obo- 
wiązek tłómaczącego autora. W przeciwnym razie byłby choć od 
czasu do czasu ów duch nowy i niespokojny, co w nim M owej 
pory zamieszkał, targał gwałtownie osnowę piorwotworu i prze- 
kształcał ją po swojemu. 



ROZDZIAŁ CZTERNASTY. 

Rosinor Ballady 117. ^-* Ską4 poebop <]o po(\iceia pofoysłu tali^i^j 
lrag;e<)yi ? Analogie z tragikami BUirożytuyun — o ile duch wiek6w 
naszych przedhistorycznych żyje w płodach wyobraźni ludowej ? ^Ma- 
liny" A. Chodźki i „Lilie" Mickiewicza. — Główne idee w Balla- 
dynie—jak się takowe zbiegają w octateożnym Wfźle dramatu.? Zna- 
oaente ustępów fantastycznych — jaki ich zwi^eł^ z całością sztuki? 
Ezut oka na „Sen Nocy Letniej ^ Szekspira. Bozhior charakteru bo- 
haterki dramatu — rozwój j^j roli — kolej działających na jój wolę 
pobudek. Analogie Balladyny z Lirem Szekspira — zapożycz>enia 
z Makbeta. — Ogólne sdanle o iĄ sztuoe. 

Wracam teraz do rozbiorą dzieł Słowackiogo i podejmi^^ 
w^k, przerwany z końcem przedoatatoiego rozdziała. Pomówmy 
pr^ed^wszystki^m o Balladyaie. *"^ 

~2r Krasiński, ktory^^l sTę sly9zeć z zoniem swoj^m o tym 
utworze przy różnych sposobnościach , a zawsze w takich ało^acb^ 
IŻ wątpić nie można, że obok Ąnhellego stawiał Balladynę ną|- 
wyiej mi^zy wszyatkiemi dziełaii)i przyjaciela swojego,*) wyraził 
się w jednej ze Swoich korespondencyi (w liście do K« Giaazyń- 
skiego), że jestto dzieło, które „w głowie Słowackiego duch Szeks- 
pira porodził.** Nie przeczę temu bynajmniej, że niekfore szcze- 
góły tragedyi obecnej przypominają mistrza tego utwory. Jeżeliby 
jednak chodziło o ścisłą odpowiedź na zapytanie, kto piórwsze 
pulsy pomysłu do Balladyny że tak powiem, poruszył i rozwinął 



*> Obaez mianowicie artykuł jego o Słowackim w Tygodnika 
poznańskim Literackim rok IV, str. 181. — List do B. Z. 
zamieszczony w Dodatku Czasu r 1859 Marzec str. 523. — 
W dziele „Wyjątki z Listów Z. K.« strona 60 i 51. — Listy 
jego do Słowackiego, dotąd w cidości nie ogłoszone drukiem, 2 któ* 
rych udzieliłem wyimków dotyczących w poprzedzających rozdziałach. 

Tom II. 18 



188 

w wyobraźni Juliasza, to byłbym zdania, te ta inicyatywa wy- 
szła od dawniejszego niż Szekspir a jednak bliższego nam wszy- 
stkim wieszcza. Niewątpliwie był Słowackiemu przewodnikiem 
na t6j drodze nasz Kochanowski, ' autdr .Odprawy Posłów, 
a za jego pośrednictwem starożytna grecka tragedya. 

Mieliśmy już sposobnośii przekonania się na podstawie wła- 
snych zeznań Juliusza , do jakiego stopnia posunięte u niego było 
rozmiłowanie w tym zygmuntowskim ojcu poetów, i jak mianowi- 
cie w owych latach, które Balladynę zrodziły, zwykł był nasz 
młody romantyk rozczytywać niemal codziennie klasyczne twory 
starego piewcy „Sobótek^. Czyżby nie był on miał zwrócić na to 
uwagi, że jedna lutnia, że właśnie piórwsza i taka lutnia w na- 
rodzie naszym, umiała wydać tony tak na pozór sobie przeciwne? 
że piórwsze umnicze spożytkowanie świętojańskiej pieśni ludowej, 
i piórwszy odiów w słowie polskióm form greckich, były dziełem — 
tójsamój ręki?.. W Balladynie są obydwa żywioły. Go większa, 
są tam ustępy, z EEórych 'doraźnie bjje woń , orwiewająca w tak 
właściwy sobie sposób mianowicie owę piórwszą polską próbę dra- 
matu, ów epizod homerowój tradycyi, wskrzeszony do życia pod 
czarnoleską lipą, przy pisanym dzbanie miodu staropolskiego, na 
wesele autora łacińskiój książki o rzymskim senacie i przytóm... 
Hetmana wielkiego koronnego. Nie w myślajch ąni pojedynczych 
szczegółach to podobieństwo w Balladynie do Odprawy Posłów 
uderza. Słychać je w rytmie , w tonie , W cdłym że tak rzekę 
nastroju ducha i lutiii. 

Próba Kochanowskiego przeniosła myśl Juliusza w owe wieki 
sofoklesowe, których „Odprawa Posłów" była słabym tylko je- 
szcze odbłyskiem. Nie umiem powiedzieć, o ile tragicy greccy 
znani być mogli autorowi naszemu. Dokładnej ich znajomości 
oczywiście on nie posiadał. O czytaniu ich w pierwotworze nie mo- 
że być nawet mowy. Bogdaj nawet i przekłady takowych na jaki 
język nowoczesny, np. na francuski, mógł on mieć przed sobą 
w Genewie. Nie ma tego ani śladu w jego ówczesnych listach. 
Nie ma też i w dziele samem żadnój zgolą skazówki na to, żeby 
pod bezpośrednim przywodcra starożytnych fantazya J^^^była 



139 

miała kształty nadawać Balladynie. Mimo to wszystko śmiem 
twiehlzi<5, że miał on tu przed oczyma tradycye Eurypidowe, a 
dowodzą tego i "wyrazy niektóre rzucone w przedmowie do Lilii 
Wenedy. Czyto więc dalekie przypomnienie rzeczy słyszanycłi 
albo czytanych niegdyś w kraju kierowało tu jego myślą, czy też 
wpadło mu teraz właśnie dopiero w ręce jakie pismo przygodnie 
traktujące o dramaturgii greckiej : — dość że zaczął on rozmy- 
ślać nad kwestyą, czyby z sfery, z którój starożytni mistrzowie 
wydobywali owe kreacye taki urok wywierające na całym naro- 
dowym ogóle, nie dały się i w dzisiejszej jeszcze epoce wywoły- 
wać postaci i powieści, równie silnie działające na wyobraźnią? 

Dramat grecki mieści się cały w obrębie stosunków heroi- 
cznych , więc przedhistorycżnyclT , ^bajecznych. Z t^j tylko kopalni, 
przez orjca wszystkich poetów, przez Iłom era Jeszcze otwartej, 
wynosili Grecy materyał do przelania go na arcydzieła sceniczne. 
Świat rzeczywisty i codzienny, nawet i świat dziejowy, o ile go 
dosięgała pamięć opatrzona w daty i dokumenta — była to kra- 
ina, której wyobraźnia tragików starożytnych nie nawiedzała wcale. 
Na tyra stałym , suchym lądzie , ubitym stopą zwyczajnych śmier- 
telników, oni ani nie widzieli ani nie przypuszczali poezyi. Wy- 
biegali myślą swoją tylko na otwarte i wolne morze przedbytu 
historycznego, którego nie krępowały żadne więzy konwencyi ani 
w mniemaniach ani w ustanowieniach... 

Czyżby nasze narodowe podania , po za widokręgiem pewnych 
dziejów leżące, miały być dla poety mniej wdzięczną niwą? Mia- 
ły żby zamglone naszych herosów postaci , żyjące do tój pory w po- 
etycznej ludu pamięci, być zdolne tylko wspomnień w piosence 
gminnej ? Nie jestże to kruszec .surowy, który i dzisiaj jeszcze , i 
u nas także, dałby się odlać na dzieło szczerozłotej, artystycznej 
poezyi , byleby tylko jęła się tój pracy ręka prawdziwie powołana 
do tego? Napróżnoż zdaje się gminowi naszemu, że słyszy i te- 
raz jeszcze po lasach tętent łowca niewidzialnego i psów łajanie 
po nocy; że go dochodzą z pod przezroczystych fal Gopła albo 
Bałtyku dzwony pokutne miast potępionych; że się wydobywają 
w pewnych dniach roku, z pod porosłych mchem odwiecznym 



grii/.ów kruszwickich, jęki jak gdyby wzywające litości; że dzie- 
wica . ujęta sneiu nieprzespanym — tani pod mogiłą niedaleko 
Krakusowego grodu — kiedyś zbudzi się jeszcze i powróci na 
ziemię , żeby zaznać , co to szczęście , co to luby . . . swojego 

rodu 

Skutkiem takichto rozmyślań nad znaczeniem nie zużyte- 
cznionycli dotąd podań naszych raytycznych — z punktu widze- 
nia pokrewieństwa takowych ze sferą tragedy i starożytnej, wpadł 
poeta nasz na kierunek praktyki poetyckiej, w którym wydatni('j 
niż we wszystkiem innem, miała się odsłonić oryginaUiość genial- 
niej jego tantazyi. Powziął zamiar, stworzyć na tle podań rze- 
czonych cały cykl dramatycznych otworów. Miał on si^* składać 
z sześciu odrębnych tragedyi. Pierwszą pracą na tej drodze była 
właśnie łBalladyna, dzieło rzeczywiście tego rodzaju, że mógł »i£ 
autor oniem Vliścte do matki wyrazić, że otwiera ono noWy kraj 
poeiyctmy^ nietknięty ludzką stopą; że jest całe podobne do st«- 
rój ballady^ — ułożone tak, jak gdyby gmin jo ukła- 
dał, — przeciwne zupełnie prawdzie historycznej — czasem 
(słowa autora) przeciwne podobieństwu do prawdy, ludzie jednak 
w niem są prawdziwi i mają w sercu nasze serca . . . 

Ta ludowość, widna w całym sposobie przeprowadzenia 
Balladyny, nie byłto jednak cel, o któryby poecie było chodziło 
jako o rzecz najgłówniejszą. Było to raczej mimowolne tylko na- 
stępstwo wyłwra przedmiotu , a raczej wyboru stery, w którą 
zamierzał wlać życie. Odtwarzać u nas wieki my tyczne — jestto 
w ostatecznym skutku tosamo, co malować kolorami wyobraźni 
gminu naszego. 

Starożytnym tragikom łatwiej było radzić sobie w tój trudnej 
pracy przelewania mglistych przeddziejowych wspomnień w kształty 
plastyczne. Najprzód bowiem wiek, w którym żyli, nie tyle był 
odsunięty od czasów, z których ów materyał czerpali. Wyznawali 
tę same religią , co ich bohaterowie bajeczni ; kierowali się w ży- . 
ciu temi samemi pojęciami, wierzyli w tenże wymiar sprawiedli- 
wości, w tenże rodzaj opieki ze strony niebios nad światem. A 
{K>tóm, leżała przed nimi otwarta księga Jlomora! W księdze 



Ul 

tój widziały kanon wiary i tradycyi ojczystej tak dobrze owe po- 
kolenia ; które wojnę pelopóneską toczyły, jak genoracye , z łona 
którycli wyszła Ilias i Odysea. Platon, wyobraziciel epoki Bajpic- 
kniejszego myśli greckiej rozkwita, co cliwila się poslugaje przy- 
toczeniami z tych narodowych rapsodyi , rozstrzygając niemi nie- 
raz najzawilsze i najoderwańsze zagadnienia filozoficzne. 

My takiego zabytku, takiego przedchrześcijańskiej Polski 
zwierciadła nie posiadamy. W historycznym względzie bardzo 
juaało, w obyczajowym nic nam wcale o niej nie jest wiadomo. 
.Czujemy to wprawdzie wszyscy, że wyobrażenia nasze, choćby 
były urobione na tle stosunków nawet najdawniejszej naszej h i- 
gtoryczuej epoki, nie mogą przystawać do tych wieków za- 
mierzchłych, które od czasów bolcsła^rowskich przedzieliła cała 
nieskończoność różnic tak wiary jak powszechnej kultury. Uznajemy 
zatem nieodzowną konieczność wyszukania sobie do tego barw i 
kształtów zgoła odrębnych. Lecz skąd je wziąć ? jak je sobie uro- 
bić? — w tern właśnie trudność niepokonana! 

Jedyną drogą, jaka się tu nastręcza, jest chyba pójść w śla- 
dy za Chodakowskim i bznkać u ludu ostatnich śladów tej cywi- 
lizacyi rodzimej , która w wyższych warstwach równocześnie 
z przyjęciem chrześcijaństwa ustąpiła miejsca obcej ducha ogła- 
dzie. Tą drogą puścił się też tutaj Słowacki. 

Wprawdzie i ten sposób nie koniecznie wiedzie do celu. Od 
czasu wystąpienia właśnie wspomnianego entuzyasty dla wszy- 
stkiego, co tylko gminne — mija już oto-połpwa wieku. Pomi- 
mo usiłowań tak pierwszych jak późniejszych zwolenników tego 
kienmku^ pomimo tak nieznużonego zbierania pieśni ludowych, 
skazek, przysłowi itd. prowadzonego systematycznie przez lat do- 
brze 30 po wszystkich kraju zakątacb, nie otrzymaliśmy żadne- 
go promienia światła, któreby potrafiło przedrzóć zasłonę tćj kra- 
iny zaczarowanej i uczynić ją widną dla oczu naszych. Co gorsza, 
. trzeźwe i umiejętne badania zgromadzonych w ów sposób materya- 
łów odebrały nawet w zasadzie kredyt wynikom poszukiwań 
w tym zakresie podejnrowanych. Szacowna książka Berwińskiego 
niepomału zachwiała wiarę w możność odszukania klucza, o któ** 



142 

ry chodzi , w zasobach t^j tak zrazu przeceuioDĆj spu&sizny. Tra- 
dno się już po dziś dzii*ń łudzić nadzieją, żeby choć nawet 
w przyszłoś! okazać się miała pomoc jaka dla badań naszych — 
z t^j strony. 

Mimo to wszystko, aczkolwiek więc nie d!a historyi, to dla 
poezyi mają poszukiwania rzeczone wszelako wielką doniosło&ć. 
Natura pieśni gminnej ma w sobie zawsze CQŚ ożywczego. Sposób, 
w jaki nieuczona , tradycyjnym tylko instynktem powodująca się 
wyobraźnia warstw sielskich wystawia sobie rzeczy, może być dla 
artysty przydatnym już dla lego samego , że się różni od sposobu 
pojmowania takowycli przez wyższe klasy. Jest w tym sposobie 
ludowym zawsze jakaś cząstka rodzimych , samorodnych pierwia- 
stków. Aczkolwiek wobec bezwzględnej prawdy nie można go po- 
czytywać za autentyczny i nieomylny wizerunek pierwotdości 
słowiańskiej , to konwencyjnie wszelako on .za takowy dość po- 
wszechnie uchodzi i ma prawo zastępować go w sztuce. Historyk 
z dokumentami w ręku wykaże w wyobrażeniach gminu później- 
sze albo obcego pocliodzenia naleciałości. Ogół narodu, biorący 
rzeczy mniej ściśle, uczuje w nich woń wieków będących dla 
uczonego zagadką, i efekt poetyczny będzie więc osiągnięty. 

Takimto więc instynktem świadomie czy mimowiednie, lecz 
w każdym razie trafnie wiedziony Słowacki, zamierzył w obe- 
cnym dramacie swoim zawrzeć obraz świata i tego „co się na 
nim tak dziwnie plecie^ w duchu fantazyi gminnój. Postawił się 
myślą jakby w położeniu naiwnego prostaczka, co snuje swoje 
skazkę na tle popielowych stuleci nie znając wcale kronikar- 
skich o tychże czasach powieści. Za punkt zarodny wziął sobie 
myśl kilku ballad ^ a raczej kilku piosnek ludowych, których su- 
rowy materyał w części już był wtedy przerobiony artystycznie 
przez współczesnych poetów. Głównie dostarczyła mu treści zna- 
na O' a, bo na całej przestrzeni kraju naszego przez lud śpie- 
wy wana powiastka o dwóch córkach prostej wieśniaczki, w ró- 
wnym stopniu pokochanych przez jakiegoś wielkiego pana, które 
wysiano na maliny, ażeby samo szczęście rozstrzygło, która 
z nich ma zostać żoną rycerza. Powiastka ta, słabiuchno przela- 



143 

ta, w kształty ballady przez Al. Chodikę, była wcielona jnŁ 
wtedy do zasobów piśmiennej literatury. Dragióm źródłem, z któ- 
rego mógł zaczerpnąć autor Balladyny niejedno, były Lilie 
Mickiewicza. W Malinach Chodźki mowa tylko o zewnętrznych 
zdarzemacii. W Liliach odsłania się i wewnętrzny stan daszy 
owój zbrodniarki, ,»ktÓrćj nie ial było rozl>oja, ale tylko strach 
kary.** 

;,Ach pójdę aż do piekła, 

Zniosę bicze, pochodnie: 

Byleby moje zbrodnie 

Wieczysta noc powlekła ! " — 

Na tóm tle zewnętrznych zdarzeń i wnętrznych usposobień, 
wiklących się w jeden ciąg zbrodniczo przebytego żywota, stawił 
poeta i inne jeszcze figury. Ten pustelnik siwy, co zna siłę ka- 
żdego ziela i leczy wszystkie słabości, a za młodu władał l)erłem 
jako dziedziczny król ludu — ten dobry rycerz od stóp do głów 
w zbroję zakuty, po całym świecie jeżdżący, żeby karcić wystę- 
pek, a podawać rękę pokrzywdzonemu — ta matka uboga, któ- 
rój się własna córka zostawszy wielką panią wyparła — ten ku- 
siciel w postaci niemieckiego przybłędy — ten król dzwonkowy, 
czarodziejskim sposobem przemieniony z prostego chłopa — ten 
piorun z nieba, uderzający w winowajcę, którego przymusiły oko- 
liczności do wydania na samego siebie wyroku... wreszcie te 
nadzmysłowe, cudotwórcze, fantastyczne istoty, żyjące między lu- 
dźmi i niepomału wpływające na ich postanowienia: — wszystko 
to są rysy ze wszech miar odpowiednie wyobrażeniom ludu na- 
szego, a nawet i żyjące z osobna w jego powieściach. 

Poety dziełem — że je natchnął pełniejszóm życiem, że otwo- 
rzył wnętrze ich serc, że je połączył, że z połączenia tego stwo- 
rzył świat nie tylko nowy, ale zdolny w najwyższym stopniu zająć 
uwagę człowieka stojącego na wysokości dzisiejszego usposobienia 
warstw wykształconych. Podłożył bowiem zawikłaniu. na pozór 
wymarzonemu przez dziecięcą fantazyą, ideje wiekuiście prawdziwe. 
Pod osłoną stosunków, mateiialnie biorąc miejscowych i zniko- 
mych, ukrył filozofemat ogólny, wynik długich ro7myślań swoich 



114 

imii tokiem^' sfśm i kćM Jadzkicfa , nad tjrm c^teroiwkraeem ta^^ 
uialnym wtosaoza ozamdleskiego : 

„Wszystko się dzit^nife plecie 

Na tym tu biednym świecie! ' 
A ktoby chciał róznraem wszystkiego dochodzić, . 
r zginie, a nie będzie limiał w to ugodzić.** ' * 

Ten problemat nierozwiUuny) tę niepojętą .dla rozumów na- 
szych zagadkę , to godło powtórzone i przes Malczeskiego na cze- 
le Maryi , pokusił się w Balladynie nasz Juliusz poddać pod ana- 
lizę. Jeśli przełożymy stworr.one przezeń plastyczne kształty 
poezyi, na język myślącego rozumu, wypowiemy całe przekona- 
nie poety w tych kilku słowach: Ostatecznie składa się wpra- 
wdzie wszystko na ćwieeie podług woli Of^atrzności. Oną jedna 
ostatecznie wsżystkióm i wszystkimi kieruje. Ale opatnaiość bez- 
pośrednio nie działa. Są siły, czy raczej prądy, z osobna i na}- 
różniejszemi drogami i w najrozmaitszych kierunkach działające 
na to w*szystko , co zowieroy przędzą życia czyjego. Błocąc wpły- 
wy te poszczególnie, okaztije się, że nigdy rfę to nie. iści, ku 
c^mu niŁWodzi i pr;5e i popycha moment taki osobny. Rezultat 
dopiero i suma zawikłania tych wszystkich sprężyn razem : — to 
jest co ostatecznie kieruje światem. W tern tei właśnie ppłąeze- 
niu ich wszystkich objawia się Opatrzność — 

A jakież są te poszczególne impulsa, ktoryiti podlegają 
uczynki nasze? 

Nasamprzód nasze własne zamiary, rachuby, słowem posta- 
nowienia ludzkie. 

Jeśli nie prawie zawsze, to nader często ślepy przypa- 
dek, ten niewinny figlarz mieszający nam szyki. 

Nie mniój znaczy tu i dem on izm, ta potęga' wy iltsza nie- 
raz nad wolę i nad rozum człowieka — już to w wbisu^m. sercu 
brojąca, już kusząca nas z otoczenia. 

Dalej: logika zdarzeń^ nieodzowny fatalizm czy* 
nów, któreśmi spełnili sami. Co tak trafnie wyraził Schiller s-^ 
„Das ist der Fluch der bósen That, dass sie fortzeugend Boses 
niuss gcbaron.^' 



i4^ 

NakoDiec — Wprawdzie bardzo rzadko i wyjątkowo: t^ale^ 
boży, ta bezpośrednia interwencya niebios, działająca, kiedy 
wszystkie stopniowania pośrednictw ludzkich zawiodły... 

Pospolicie w życija kładziemy przycisk wedle usposobienia 
naszego to na tt\j , to na owej, ale zwykle. na jednój tylko. z po* 
między pięciorga potęg , w połączenia tu wyrażonych. Człowiek 
praktyczny i racyonalny, wierząc w bezwzględną prawdę przysło- 
wia, ^jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz^, składa aazwyczaj 
wszystko na własną wolę. ludzką. Umysł lekki lub Dpiaieryalny 
wszystko odnosi do przypadku. Zabobonni w każdem zdarzę* 
niu widzą utajoną władzę złego, lub wreszcie w pewnych razach 
dobrego, . któreto. władze prowadzą klientów swoich prostym 
go^ińcem do piekła alt)o do nieba» Fataiiści koją zmartwie- 
nia domowe i publiczne rezygnacyą, i prawią że co się stało, 
stać się musiało — nie^^pytając wcale q to, skąd wychodzi ten 
ślepy przymus. A religianci, w mnlój wzniosłem znaczeniu tego 
wyrazu, upatrują we wszystkićm &uda i wszystkiego dobrego 
się <^podziewąją tylko od cudów. 

Autor Balladyny przyjął wszy&lkie pięć wyobrażeń za pra* 
wdziwe , a raczćj uczynił je^dópiero prawdziwemi właśnie przeto, 
że żadnego z nich nie wykluczył. Pojednał je i połączył je wszy- 
stkie, i ustopniował jako piętrzące się władze, na obraz i podo- 
bieństwo corą^ wyższych instancyi rządzących światem... 

Przeprowadzenie tego pomysłu stanowi właśnie mistrzowską 
htronę dzieła leżącego przed nami. 1 tylko z tego punktu widze- 
ni£ Balladyna , mimo wszystkiego eoby w ni^j wytknąć można 
jako niedostatek, a rączej jako nadmiar (z tej właśnie strony 
najwięcej bowiem możnaby dziełu temu zrobić zarzutów), okazuje 
się rzeczywiście najgłębszą może kreacyą Słowackiego, w każdym 
razie utworem godnym jfgo geniuszu. 

Żeby się o tim przekonać : przejdźmy do szczegółów. 

Przedewszystkióm określmy sobie chwilę dziejową, na którą 
przypada zmyślenie, służące za osnowę dramatu. 

Dzieje nasze zapamiętały przesilenie się czasów 9 dokonane 
w skutek upadku dynastyi Popielów na rzecz Piasta i jego rodziny. 

TomlŁ 19 



U6 

Ńa tę to. chwilę ostatnich rządów rodu popielowego, j)rzed, powo- 
łaniem jeszcze Piasta do tronu, przonosi fikcyą swojg^ Słowacki. 
Byłyto czasy posępne. Przekleństwo i jego skutki , jak woń zło- 
wieszcza przenikająca powietrze, obejmowały kraj cały. Ostatni 
z Popielów, czwarty tego imienia, dostał się do właclzy nad na- 
rodem zdradą i zbrodnią. Zepchnął z tronu starszego brata, a 
po ujściu tegoż z stolicy, pozostałe po nim sieroty okrutnie zgła- 
dzi! ze świata. Od iego czasu minęło lat 20. Dawniejszy książę 
już zapomniany przez wszystkich, pędzi życie w głębokich lasach 
jako pustelnik. Nikomu nie wiadomo , kto się ukrywa w osobie 
tego pustelnika, ale chatka jego często bywa nawiedzana przez 
ludzi potrzebujących dobrój rady czy to w chorobie, czy innój 
jakićj przygodzie. Od czasu objęcia rządów przez nowego monar- 
chę , zlewają się na Polskę w;szelkie nieszczęścia. Popiel IV pa- 
nuje po tyrańsku. Co gorsza, dawniejszy książę usuwając się na 
wygnanie, potrafił unieść z sobą koronę królewską. Była to ko- 
rona cudowna, od czasów Lecha z błogosławieństwem noszona 
przez wszystkie pokolenia dziedziczących rządy nad Polską. Przy- 
wiązał do jój dziejów poeta myt, zaczerpnięty zwłasn(5j fantazyi, 
niepospolitój piękności poetycznój^ myt sięgający jeszcze oddaleń- 
szój przeszłości, bo aż kołyski Chrystusa... Skutkiem nadzwy- 
czajnych kolei, jakie klejnot rzeczony kiedyś przechodził, miał 
on władzę cudowną. 

„Korona Lecha sławną niegdyś była! 

W niśj szczęście ludu, w niój krainy siła 

Cudem zamknięta". . . 

Korona fałszywa i podrobiona, której przywłaszczycie! uży- 
wał, nie miała żadnój mocy, a przekleństwo nań rzucone pr7.ez 
ojca dzieciąt zamordowanych działało. 

Nie tylko przeto nękały naród pomory, głód, szarańcza i 
nieznane nigdy dawniej okrucieństwo panującego, ale zepsucie do- 
stało się i do serc ludzkich. Ludzie w całem królestwie stawali 
się coraz gorsi . . . 

Na tóm tle poczyna się akcya dramatu. — 



147 

W przedmowie powiada autor, że jego tragedya^ że jego 
Balladyna ^^ wychodzi na świat z aryostycznym uśmiechem na 
twarzy, urągając się z porządku i z ładu, jakim się 
wszystko dzieje na świecie.'' Wyrażenie to ściąga się 
głównie do aktu pierwszego, w którym zamiary ludzkie i ironia 
ślepego przypadku dziwnie się z sobą krzyżują. 

Oto s^oi^ grzęd nami młody, dorodny i dzielny rycerz , pan 
warownego zamku i licznych do kola włości. Zaniyśla poszukać 
sobie żony. Chciałby uczynić wybór jak najszczęśliwszy. Nie za- 
ślepia go ani żądza wielkości ani ponęta bogactw. Nie uwodzi się 
nawet samymi powabami urody. Pragnie znaleść dziewicę 

^ Białą, jak w ręku anielskiego, stróża 
Kwiat lilijowy: niech jój słowik śpiewny 
Zazdrości głosu, a synogarlica 
Wiernością zrówna. Gdzie taka dziewica?'' 

Nie ufając własnym zabiegom, ogląda się za pewniejszym 
sposobem ustalenia swojego szczęścia. Udaje się do pustelnika, o 
którym słyszał, że mu nikt nie zrówna rozumem, i prosi go, 
ażeby mu albo wskazał taką dziewczynę, albo przynajmniej po- 
wiedział, co czynić, żeby ją znaleść. Obydwaj wspólnie układają, 
co im się widzi najlepsze. Stanęło na tóm , że nie ma Kirkor 
szukać sobie kochanki ani pod złocistymi dachami królów, ani 
nawet w pańskich pałacach. Po za tymi wysokimi progami, mó- 
wi Popiel trzeci, owym pustelnikiem będący, rzadko kiedy prze- 
mieszkuje to, czego Kirkor pragnie. 

„Tylu ludzi biegło 
Z pierścionkiem ślubnym za marą wielkości , 
A prawie wszyscy wzięli kość niezgody. 
Zamiast straconej z żebra swego kości.*' 

Więc ty postąp sobie inaczej. Niech cię złocista kareta wie- 
zie do jakiej niskiej lepianki. Szukaj prostoty, a resztę zostaw 
losowi. 

„Ani się wahaj, weź pannę ubogą, 
Źeń się z prostotą, i niechaj ci błogo 



148 

I lepiej będzie, niżbyi miał z królewną. 
Do biednej chaty idź synn na pewno! 
Niechaj ci pierwsza jaskółka pokaże , 
Pod jaką belką gniazdo ulepiła. 
Gdzie okienkami błysną dziewic twarze^ 
A dach słomiany — 
tam czeka na cię żona karna, miła, niewinna^... 

Jak widzimy, rozum ludzki uczynił tedy w sprawie tej wszy- 
stko, co tylko zrobić mógł, ażeby się nie pomylić. Postanowienie 
Kirkora zapadło z zachowaniem wszelkich ost^ożnoici — odwołał 
się do doświadczenia — kierują nim chęci najlepsze: — i do 
czegóż go to doprowadziło? — Oto przypadkiem wywraca 
się i łamie powóz jego na jakimś mostku. Niedaleko tego mostka 
jest sioło, a w niem oczywiście różne ubogich ludzi chatki pod 
strzechą ; ale przypadek chciał , żeby Kirkor szukający noclegu 
zajechał do tej właśnie między niemi , w którój mieszkała matka 
Balladyny i Aliny. Trzeba byJo znowu szczególnego przypadku, 
że się uaszemu rycerzowi oba dziewczęta porówno sfodobały 
Przypadkiem, ni stąd ni zowąd, przyszło starej wdowie do 
głowy, żeby wybór, która z jej córek ma zostać jego małżonką, 
zrobić zależnym znowu od. przypadku , t. j. od zbierania, owych 
malin, na które wysłano obie dziewczyny... Postanowienie 
więc Kirkora i pustelnika w to godziło, żeby się wyrzćc wszel- 
kich świetności i mieć za to poczciwą, choć biedną żonę. A śle- 
py, bezmyślny, psotny przypadek podsunął mu . . . Balladynę ! 

Ale poecie naszemu nie wystarczało, okazać ironią tego nie- 
winnego psotnika w samych tylko tejże ironii objawach. 
Chciał on go okazać i w widomych jego kształtach. Cho- 
dziło o nadanie ciała temu abstrakcyjnemu słowu: przypadek... 
W tymto celu wprowadziła on tu w sam środek rzeczywistych 
działań ludzkich, świat fantastyczny. Współdziałanie świata cza- 
rodziejskiego pierwotna wyobraźnia ludowa wszędzie przypuszcza. 
Moment ten zatem wziął autor Balladyny, jak wszystko w tym 
dramacie, od ludu. Ale wycisnął na nim swój stempel. Podłożył 
mu, wprawdzie w fantastyczny sposób, znaczenie, które może 



149 

być zrozamiałóm i dla dzisiejszej reflexyi; Goplana, Skierka, 
Chochlik i cały ten świat — lekki, jak bańka mydlana,' powiewny 
jak' fiid ajern, znikoiny jat barwy' fyczy, krzySujący czasem szko- 
dliwie aczynki ludzkie , a w grancie dobroduszny i nigdy ze złym 
zamiarem — to tylko więc poetyczne , po aryostowsku pomyślane 
uosobienie przypadku/ 

*llozamie się samo przez. się, że w pomyśle tak eterycznie 
powiewnym, jak cały ten dział obecnego dramatu, nie można 
spodziewać się , żeby każde poszczególne w nim dowo, każdy .rys, 
każdy że tak powiem puls rozigranej imaginacyi autora wytrzy- 
mywał rozbiór rozkładającej krytyki. Niepodobna zagadywać ka- 
żdego tutaj szczegółu: a na co ty tutaj? a co ty znaczysz?.. 
Pedanterya przesadna psuje wszystko w razach podobnych. Szty- 
wnej i na szczudłach samych tylko rozsądkowych pojęć kroczącój 
allegoryi Słowacki dawać tu nie zamierzył. Dobrą połowę ruchu 
w tem falowaniu złudnój fantazraagpryi zdać trzeba, na karb bu- 
jań fantazyi, która się nie poczuwa do ścisłego rachunku z tego, 
co czyni. Lecz weźmy tę fantastyczność współdziałającą w na- 
szym dramacie w całym onej ogóle : a przyznamy, że tylko w ta- 
ki sposób można jźj znaczenie wykładać. 

^ Cała postać Goplany, wszystko co tylko ona czyni, wszy- 
stko czego nawet sama"^ doznaje : to tylko zmysłowe uwidomienie 
przypadka. Istotii ta napowietrzna, uwiana z zorzy 1 woni, lek- 
ka jak chmurka płynąca niebem — ' poetyczna do przesady, po- 
czciwa o.d stóp do głowy, cały świat duchów i daszków mająca na 
rozkazy, słowiki ucząca piosnek, jaskółki z wiosną zbudzająca 
z topieli, zaścielająca niw7 tęczami kwiatów;., taką istota 
rozmiłowuje się w prozaicznym pijaku, w rumianym, głupkowa- 
tym i sprośnym Grabcu ! Nie jestżeto prawdziwa ironia losu ? 
Oto ją i^dzifny wychodzącą za piórwszym wiosny pot^iowem 
z pod toni Gopła, na dnie którego spędziła zimę. Nie marzy o 
niczóm, tylko o piękności człowieka, który tój zimy w jeziorze 
owem się topił. Niewymownie tęskni do niego. Pragnie co rychlój 
ujrzeć go znowu i być od niego kochaną, tak jak go sama ko- 
cha. Goplana nie wie ^ kto jej kochanek ? Nie zna go jeszcze. 



150 

Nie była zdolna obją(S. wzrokiem należycie cal&j jego postaci , kie- 
dy był zanurzony w przerębli. Trwało to krótko — zresztą była 
to pora martwćj niemocy i jakby skamieniałej sennoik^i, której 
Goplana przez ciąg zimy podlega wraz z całą przyrodą poddaną 
pod jój rozkazy jako królowej jednego z działów natury. Był to 
więc dla niój stan snu i jawy na poły. K,ochankiem Goplany 
będzie zatem każdy człowiek , który pierwszy zajdzie jej teraz 
difogę ... I oto przyszedł był na to miejsce młody pasterz , figura 
lywcem wykrojona z jakiej sycylijskiej*8ielariki ; " sentymeritalny, 
westchnieniami tylko żyjący Filon. Nienasycony w tęsknocie, 
cały zatopiony w łzawych dumaniach, wędruje on przez świat 
cały i szuka wymarzonej kochanki. Ale ideał jego pozostaje ^uie- 
znalezionym, jak się wyraża, obrazem** w sercu tylko jego żyją- 
cym. Ani żniwiarki) ani naw^ królewny nie potrafiły poetycznej 
jego dusz}fc natchnąć zachwytem. Mie ma dla niego szczęścia na 
ziemi. Chyba tajemnicze łono wód wy^a kiedy taką istotę, jakiej 
on szuka. Chyba mgły powiewne zrodzą dla niego kochankę. Do 
mgieł takich stosując to co extatycznie maluje, powiada FUon: 

„Nieraz poglądałem 
Na białe płótna, łąk jasną zielenią 
Słońcu podane , rojąc serca szałem 
Że z bieli płócien, jako t morskiej piany 
Alabastrowa miło&ci bogini 
Wyjdzie na słońce**. . . 

Otóż nakouiec wyszło w samćj rzeczy z głębi Gopła coś bar- 
dzo podobnego do tej „alabastrowej bogini.** Goplana — to stwo- 
rzona dla Filona kochanka! Filon — to wymarzony kochanek 
dla niej. 1 cóż? czy się pokochali wzajemnie? Czy się znaleźli? — 
Bynajmniój ! Jedna chwila popsuła wszystko. Filon wprawdzie 
przechodził przez owo miejsce, ale niestety przyszedł na nio za 
wcześnie i — przeszedł. Zaledwie odszedł, wynikła z wód fanta- 
styczna królowa Gopła. I spotyka na swojej drodze — kogo na- 
samprzód ? Spotyka gburowatego parobka , który j^j niilość odpy- 
cłia ! Ona mu mu szepce o czystości dziewiczej , o malinach i 



ISI 

poziomkach, które będzie dla niogo rwała, o rozłogach łąk i ga** 
jów, które wieczorem wspóhiie nawiedzać mają. 

M Będziemy błądzili,, 
Kiedy księżyc przyświeca, kiedy słowik kwili, 
Nad falą szklistych jezior, pod wielkim modrzewiem 
Będziemy razem marzyć przy księżycu . . . 

A Grabiec ani rozumie tego wszystkiego 1 Nazywa Goplanę 
rybą, gaTaretą, szklaną zmorą, koczkodanem . . . a jej poetyczne 
expektoraćye^dpłaca , cliwaląc sobie karczmę i gorzałkę , dziewuchy 
wiejskie przy sianóżęcm itp. Nie jestże to wszystko prawdziwą 
igraszką losu , którą tak powszechnie uwa)»my za synonim z przy- 
padkowością? Nawet ów nieodłączny od wyobrażenia przypadku 
przymiot, ślepotę, widocznie chciał poeta przedmiotowo^Wy- 
stawió w roli Goplany, kiedy jej każe do osmolonego, „w czer- 
wonej umazganego rudzieT^ same sprosności gadającego pijaka, 
mówić takie słowa, jak ^piękny młodzieńcze!*' — „słowa 
jego wonne przynosi wiatr wfosenny do mojego ucha**, — 

„Niech zorza różana 
Pierwsze mu blaski na oblicze rzuci; 
Lecz niech się zorza na poły zasmuci 
I płaczem rosy słońce .tak przesłoni , 
Aby łagodne, powiek nie raziło"* itd. 

Kontrasty te sprawiają wrażenia śmiószne; ale z «punkta 
widzenia saroój tylko humorystyki nie mogłyby być dostatecznie 
wytłómaczone. 

Podobnie uwidomieniem zrządzeń samej tylko przypadkowo- 
ści nazwać należy całą tę interwencyą, jakiój się Goplana wzglę- 
dem działań ludzkich dopuszcza, Grabiec nie chce przychodzić 
wieczorem do Goplany, gdyż właśnie wieczorami czeka na niego 
za borem Balladyna, z którą on ma znajomość. Ażeby go skłonić 
ku sobie, widzi się Goplana w konieczności usunąć stąd owę 
dziewczynę. Usunięcie to nie może być ze szkodą dla Balladyny, 
bo Goplana jest dobra , szkodzić nikomu nie chce. Lecz można 
ją z tych stron oddalić w jaki inny sposób, bez szkody dla niój. 



Oto wła&nie szuka Rirkor dziewic po ciecie , co mieszkają w ut)0* 
gicb chatkach. Ntecliże^ zajedzie do chaty Balladyny! niech ona 
właśnie zostanie wielką panią ... Na rozkaz krófowej swojej, spra- 
wia to Skierka, że się załaiuaje ów mostek pod powozem Kir- 
kora! Ale Kirkor mógłby i 2 tego jeszcze miejsca do niejednej 
innej lepianki trafić. Skierka go tedy wiedzie echem napowietrznej 
muzyki, właćnie do mieszkania matki dw^óch dziewczyn, które 
mu pani jego wskazała. Skutkiem okoliczności, że Skierka nie 
zrozumiał dokładnie danego sobie rozkazu, zlewa on czary miło- 
sne zamiast na jedne, na obie siostry. Tak więc jego to sprawa, 
że pokochał nasz rycerz i Balladynę 1 Alinę porówno. Z tego 
wynika nowa trudność, nowa zawiłość. Z obiema niepodobna - się 
żenić, trzeba koniecznie wybrać sobie jedne tylko, -r a jak to 
zrobić, kiedy obie krasawice porówno nęcą ku sobie? Myśl wy- 
słania córek na malinowe wyścigi wychodzi znowu od Skier- 
ki. Uosobienie przypadku szepnęło starej wdowie do ucha, 

I żeby rzecz zdać na przypadek: i tak cały ruch akcyi, w zakre- 

sie piórwszego aktu, kierowany jest, Jak widzimy, przeważnie tą 
właśnie sprężyną przypadkowości, przyodzianej w kształty fanta- 
stycznego świata. 

I Upatrując takie znaczenie w fantastycznych, ustępach Balla- 

I dyny, wiem o tóm, że inni inaczój je sobie tłómaczą. Według 

ich zdania powodował «się tu poeta chęcią uzupełnienia cha- 
rakteru epoki , na tle którój sprawa się dzieje, przez doło- 

I lenie do osnowy dramatu, i tego czarodziejskiego wątku, tak 

integralnie należącego do tkanki wszystkiego, co tylko sobie o 
tych czasach snuje wyobraźnia lidu naszego. Oprócz tego miało 

' i o to chodzić tu Słowackiemu, ażeby cudownością złago- 

dzić okropność właściwej akcyi. Na akcyą tę, według 

1 zdania dawniejszych recenzentów , istoty fantastyczne wewnętrzne- 

go wpływu w tóm dziele bynajmniej nie wywierają; gdyż co tyl- 
ko się w nióm dzieje, dzieje się z czysto ludzkich pobudek; a 

^ moment czarodziejski wszystko to tylko jakby dla ozdoby samój 

owiewa . . . 

Obydwa te powody nie zdają mi się tu wcale wystarczające. 
A twierdzenie, jakoby między fantastycznym a ludzkim światem 



15.1 

w tym dramacie nie miało być żadnego przyczynowego związktL, 
wydaje mi się wręcz mylnóm. W początkowej części Balladyny 
ze sfery tej wychodzą włainie najważniejsze powody. W dalszych 
dopićro częściach moment ten cofnięty zostaje w głąb obraza i 
zastępują go inne sprężyny działania. A nawet i tam jeszcze dzia- 
ła niekiedy przypadek (np. w scenie czwartćj aktu Illgo, ^dzie 
za sprawą czarodziejskich tych istot dostaje się zaginiona korona 
królewska na głowę Grabca). W ogóle w pierwszym akcie daje 
iwiat fantastyczny impulsa prawie do całego nawiązania wyda- 
rzeń. Jest on ta jakby tym wietrzykiem albo ptaszkiem maleń- 
kim na najwyższym wierzchołku góry, co niechcący porusza ku- 
leczkę śniegu, mającą się niezadługo przemienić w lawinę zni- 
szczenia i okropności. Zbrodnie dramatu niniejszego rodzą się 
wprawdzie z innych zasobów i urastają w monstrualności własną 
siłą, jako i lawina toczy się z góry własnym ciężarem. Ale jak 
nie byłoby lawiny, gdyby coś nie było stworzyło piórwszego onój 
zawiązku , tak i Balladyna nie byłaby przyszła w pokuszenie za- 
bicia siostry, a w następstwie dalszóm popełnienia i innych wy- 
stępków, gdyby sam przypadek nie był jśj do tego dał sposobno- 
ści i zewnętrznej potrzeby. 

Co większa, utrzymuję; że nie chdeć związku rzeca^negg 
widzieć w budowie Balladyny, jestto odmawiać jój wszelkich* za- 
let artystycznego przyprowadzenia! Mamy tu przed sobą jakby 
dwie wstęgi, dwie melodye równocześnie płynące. Historya Balla- 
dyny i tych którzy ją otaczają, to jedno. Romans Goplany 
zTjrrabcem — to drugie. Przypuszczać bytność tych dwóch zawikłań 
w* sztuce — bez wzajemnego 'oplatania się jednego wątku w drur 
gi — byłoby to odmawiać dziełu temu jednolitości, bez którój 
nie ma ani piękności ani nawet logiki. Według naszego zaś wy- 
kładu, cała rola Goplany nie tylko spływa z główną osnową 
dramatu, lecz owszem stanowi jedno z wewnętrznych własnych 
jój włókien. 

Nastręcza się tu samo przez się porównanie Słowackiego 

z Szekspirem , który w jednym z utworów swoich w bardzo podobny 

sposób sceny ludzkich działań przeplata zajściami mającemi miejsce 

pomiędzy istotami nadzmyslowenii. Ani wątpić o tem nie można, 

Tom u. 20 



154 

ie „Sen Nocy Letniój" był w tym piędzie dla Słowackie- 
go wzorem ^ a jeżeli wreszcie nie wzorem^ to skazówką i matę- 
ryałem przydatnych dla poety spostrzeżeń. 

Pod jednym tylko względem zacliodzi zupełne podobieństwo 
między Balladyną a rzeczoną angielskiego wieszcza komedyą. Ja- 
ko tam , tak i w Śnie Nocy Letniej faijtastyczne istoty wpływają 
na sprawy ludzkie w sposób istotny. U Szekspira okazuje się to 
nawet o wiele, oczywiściej , aniżeli u Słowackiego. Role ludzi 
tćj komedyi są w ogóle tylko podrzędną i akcesoryalną jej czę- 
icią. Postępowanie tychże tak dalece jest kierowane wolą tój nie- 
widzialnej dla nich czarodziejskićj machiny, że czynią co ta wola 
im każe, nie tylko w obrębie owój nocy, przez którą się ta cala 
fantazmagorya jak sen jaki przesuwa, ale nawet sięgają nastę- 
pstwa wpływu tego czarodziejski^o i po za granice rzeczonej no- 
cy. Doprowadzają bowiem do zdarzenia, trwać mającego na za- 
wsze^ do któregoby nigdy nie było przyszło, gdyby się nie był 
wmięszid ten ńwiat elfów wzawikłanie ludzi pomiędzy sobą. (Dy- 
mitr odzyskuje dawną swą skłonność ku odepchniętej Helenie, 
w skutek czego przychodzi do ich pobrania się). 

Natomiast nie ma żadnego podobieństwa między obydwiema 
sztukami co do rodzaju i oo do wagi takowych. Sen Nocy Łetniój 
może sobie uchodzić za arcydzieło, jako utwór mistrza , który czego 
się tylko dotknął, wycisnął na tókn znamiona swego geniuszu. Ale 
nie zamierzał on w tym razie nic innego, jak napisać krotofilę i 
fraszeczkę lekką jak puch, bez uroszczeń do znaczenia sztuki 
z głębszą i na seryo intencyą. Zamiar Słowackiego, podłożony nawet 
fantastyczno]* części Balladyny, okazuje się nieskończenie więcej 
poważnym. Rezultat ostateczny współdziałania jego Groplany przy- 
czynia się do tragicznego obrotu zdarzeń , pomimo że pozorna po- 
stać i jój samój i Otaczających ją istot bez porównania rzucona 
jest poetyczniój, powiewniej i idealniej, niż szekspirowska Ty ta- 
nia aibo 01)eron i służebne ich elfy. 

Jeżeli tedy pomysł ten przejęty był z Szekspira, to wyna- 
grodził nasz poeta tę poniekąd nieoryginalność pomysłu zupełnie 
nowóm i głębszóm jego przeprowadzeniem. — 



156 

-* Dalsze części Balladyny l>ez porównania są prostsze; nie 
ma tedy potrzeby zastana^^iaó się już tak szczegółowo nad wszy- 
stkiem. 

dowiedziałem już wyżej, że zamiarem było poety, przepro- 
wadzić genezę zbrodni. Jej zaród , jej piórwszy objaw, jej rozwiel- 
móżenle się w zakresie całej woli człowieka, j^j następstwa nie- 
uniknione , jój wygórowanie nad całóm otoczeniem stosunków przy 
niepodobieństwie zatrzymania nad nimi władzy, jej wreszcie obró- 
cenie się w nicośó, zniesienie siebie przez siebie sarnę: — oto 
w krótkich słowach streszczenie całej osnowy tragedyi , którą ma- 
my przed sobą. 

Przedstawicielką tej akcyi ujemnej jest przedewszystkióm 
Ballaffyna. Charakter czarny, demoniczny, ale włożony w natura 
wyższą , niż zwyczajny poziom ludzi w jej położeniu. Czu6 to 
przez całą tragedyą , że istota ta ^odną była lepszego losu. Stara 
jej matka, która instynktowo czując tę wyższość, przenosi ją 
we wszystkiem nad młodszą córkę, wręcz wypowiada: 
„Wszak ona piórwsza w kościele, i wszędzie 
Piórwsza — - z organem piosenkę zaczyna**... 

A i Balladyna sama, przy końcu swego zawodu, rzuca po- 
dobne o sobie zdanie: 

„Ja o sławę . 
Nie dbam, a wyższa teraz nad sąd ludu 
Będę, czem dawno byłabym, zrodzona 
Pod inną gwiazdą**... 

Pod złą więc gwiazdą urodziła się Balladyna i wzrosła! 
Astrologicznie tego poeta oczywiście rozumieć nie mógł. Chciał 
on tylko wyrazić, że zewnętrzne okoliczności od pierwszego dzie- 
ciństwa, i coś wichrzącego w niój samój na spodzie własnego 
serca, zwichnęły i rozstroiły tę skądinąd kolosalną naturę. Psuła 
ją ślepą swoją miłością niemądra matka. Zarody de mon izmu 
w niej samej przyszły jój od pierwszój chwili istnienia — może 
w skutek ciężącój nad wszystkimi w narodzie naówczas klątwy — 
i rosły bujnie razem z ciałem urodziwóro , razem z siłami jej nie- 
pospolitego skądinąd ducha. 



156 

Na poozątka zawodu objawia się - w Balladynie ten zaród 
złego przez pomniejsze jeszcze przywary. Egoizm i zarozumiałość 
— lekceważenie matki — zawiść i prawie wzgarda w stosunku 
do siostry — brak miłości ku ludziom , nadający całemu j^j za- 
chowaniu co4 szorstkiego i opryskliwego w obejściu — swywolne 
miłostki z Grabcem po za plecami matki, w których ite wnosić 
moina, dość jui daleko zabrnęła — chęć wyjścia z biednego sta- 
nu, posunięta do namiętności — kiedy trzeba, obłuda i serde- 
czność udana, np, w stosunku do Ktrkora: — to są kolory, któ- 
rymi odmalowano bohaterkę tragedyi już w expozycyi. 

Goplana słysząc od Grabca, że on tą dziewczyną zajęty, 
wręcz wypowiada , że Balladyna „złe ma serce^. Grabiec tego 
nie przyznaje. Podobnie nie przenika tego jeszcze i matka, z za- 
ślepieniem rozmiłowana w swój córce starszej. Ludziom zwykle 
instynkt nie mówi tego, co czują nawet niższe twory w naturze. 
Iści się to i w tym razie. Kiedy Alina wyjdzie z chatki, to ja- 
skółki domowe okrążają ją jak wiankiem, i świegotaniem radosnem 
już z oddalenia zapowiadają jej powrót: a przed Balladyną lśnią- 
ca jaskółka „kryje się pod słomą i cicho siedzi"... 

Przypadkowa sposobność, o którój mówiliśmy już tyle na 
poprzedzających kartach , stawia Balladynę znienacka na rozdrożu 
strasznej pokusy. Maluje się przed jej oczyma widok wielkiego 
szczęścia. Osięgnie je, osięgnie je natychmiast, będzie je miała 
tylko dla siebie i tylko sobie je zawdzięczając, jeżeli zostawi 
wolne ręce i pełną władzę demonizmowi, który nurtuje w jej 
sercu. Zachowa ręce czyste od zbrodni, jeżeli zniesie, że się to 
szczęście dostanie siostrze ... W tej chwili strasznego boju ze 
sobą samą, nie odgrywa u Balladyny żadnej roli ani miłość, 
ani nawet chęć wyjścia na wielką panią. Balladyna nie czuje te- 
go, co młodsza siostra. Balladyna nie mogłaby powtórzyć za Aliną : 

^Bo widzisz siostro, że ten malin dzbanek 
To moje szczęście, mój mąż, mój kochanek, 
Moje sny złote i mój ślubny wianek 
I wszystko moje. — Ja kocham Kirkora! 
Ach! nie dla tego, że Kirkor bogaty. 



157 



Że wielki rycerz, pan możnego dwora, 
Że ma karetę złotą, złote szaty"". .. 



Balladyna jeszcze wczoraj kocliała Grabca, a teraz jest go* 
towa p6rzuci<5 go dla drogiego tylko przeto, że ten drugi ^cbo- 
dziw złocie i ma miecz jasny i służebnych krocie. '^ Balladyna 
wyjdzie z tej sfery poziomej, wktórój się urodziła, i wtedy, kie- 
dy Kirkor nie ją same, ale Alinę poślubi. Bo słusznie zagaduje 
ją siostra: 

^Bo widzisz rybko, są inni rycerze! 
Jak będę panią, to ci znajdę męża^. .. 

A więR nie oneto znajdujące przystęp i do serc słabszych 
uczucia powodują Balladyną do wyboru drogi, którą się puszcza. 
Nie- miłość to ją uwodzi, nie żądza to pozioma i pospolita, żeby 
tylko wydobyć się z barłogu, wiedzie ją na pochyłość występku. 
Najdemoniczniejsza ze wszystkich namiętności — zawiść i duma — 
to jest sprężyna, która wyrzuca z jój ust owe słowa pełne gnie- 
wu i szału, wymówione do Aliny już znożein zabójczym w ręku: 

„Ty będziesz panią? ty? ty!**... 

Ale prócz zawistnej dumy była tu i inna jeszcze sprężyna 
w ruchu. Deroonizm jest w stosunku swoim do człowieka dwoja- 
ki : w jego własnem wnętrzu — i na około niego. Ten drugi , że 
tak powiem: z zewnątrz działający demonizm, czynny jest za 
pośrednictwem złych ludzi , którzy nas otaczają. Jakoż jest i to 
zużytkowane w tej sztuce, a mianowicie mamy przeprowadzenie 
tego momentu w Kostrynie.' Lecz ze stanowiska ludowej wyo- 
braźni rzecz biorąc (a trzeba brać niejedno w Balladynie konie- 
cznie i z tego stanowiska) , wywiera działanie swoje demoniczna 
potęga także i bezpośrednio: przez niewidome, właściwe swoje 
narzędzia, w bezpośredniem tychże ze światem ludzkim zetknięciu. 

Pustelnik, zamieszkujący tesame puszcze, które były sceną 
katastrofy wydarzonej między dwiema siostrami, napomyka przy- 
godnie, w jednój z późniejszych sytuacyi, że miejsce to nawie- 
dzają złe duchy. 



158 

— ^W lesie są szatany. 
Ja znam się z nimi: nieraz mi do celi 
W okna stukając — 

Otóż zdaje mi się, że było zamiarem poety dać widzieć akt 
zamordowania Aliny z takiej strony widzowi, iżby temoż ani to 
było wątpliwem, że w tćj sprawie nie sama tylko działała złość 
Balladyny: że w niój miało swą cząstkę i piekło w dosłownym 
sensie/) Powtarzam raz jeszcze, że chodziło o przeprowadzenie 
tego ustępu w duchu ludowych wyobrażeń!,. 

Tu zagadnąć by mię można: jeżeli taki tu był zamiar poe- 
ty, to dlaczegóż Pustelnik, dlaczego wreszcie Alrn|i nie podle- 
gają ten^u szatańskiemu wpływowi, skoro się znajdują w tómże 
miejscu, gdzie rzeczonemu opętaniu Balladyna uległa? 

Nie ma w tej pozomój sprzeczności żadnej niekonsekwen- 
cyi! Na pokuszenie wystawione są z prawdziwym niebezpieczeń- 
stwem tylko natury do tego usposobione. Jak w fizycznym świe- 
cie ton wydobyty z jednego ciała, wywołuje oddźwięk przez sam 
fakt swojego brzmienia, tylko z tych ciał okolicznych, które 



*) Balladyna 0zakaj%ca malin po lesie, okazuje się jak gdyby 
w obłąkaniu. Widzi, czego drugie oczy nie widzą; a nie widzi tego, 
co jest. Nie ma w owdj chwili w nidj. jeszcze myśli zabicia siostry. 
Ta myśl rodzi się w niej dopićro późnićj — w ciąga rozmowy z Aliną. 
(^GMybym cię siostro zabiła?**...) Jest ona tam jeszcze sama, bez 
skadnego złego zamiiara , a jednak już rozumieć siebie nie może . . . 
' ,» Jak mało malin ,ajakio czerwone! 

By krew,.. Jak mało! — W którą pójdę stronę? 

Nie wiem... A niebo jakie zapalone — 

Jak krew! — Czemu ty słońce wschodzisz krwawo? 

Noc wolę ciemną niż taki poranek; 

Gdzie moja siostra? Musiała na prawo 

Pójść i napełnid malinami dzbanek ; 

A ja wśród jagód chodzę obłąkana 

Jakąś rozpaczą i łzy gubię w rosic.^ itd. 
Po dokonaniu już zbrodni , piórwszc słowa Balladyny są jakby 
człowieka, który się budzi ze snu: 

^Co moje ręce zrobiły? — 01—* 



„Któż zab^'a za malin dzbanek siostrę? t^ itd. 



159 

zdolne gą zajęknąó takimże tonem : tak i w dnchowydi sferach 
przewadze demonizmu poddane bywają tylko natury, noszące za- 
ród jego i w wlasnóm serca ... 

Wybornie rzecz tasama jest przepro\^adzona i w szekspiro- 
wskim Makbecie. Wszakże z czarownicami na ustronnym pustko- 
wiu spotyka się tam nie tylko Makbet, ale i Banko. Jednemu i 
drugiemu te kuszące istoty oznajmiają wielkoi(S w przyszłości. 
Jednego i drugiego starają się zludnemi obietnicami wciągnąć 
w to zaczarowane koło występku, z którego nie ma wyjścia. 
Go większa: i Makbet i Banko daje ucho, i wiarę nawet, cza- 
rodziejskim tym przepowiedniom. Obaj całą myślą grzęzną w tym 
widoku wyniesienia , jakie ich rzekomo czeka ... A jednak — 
tylko sam Makbet staje się w skutek tego zbrodniarzem. Natura 
Bianka stawia go po za praktyczną doniosłością władzy, która 
tamtego nieuchronnie pod moc swoje . zagarnia .. . 

Wróćmy do naszej tragcdyi. — Zbrodnia zostaje więc doko- 
nana — Balladyna zabiła siostrę. Ten czyn daje jój w ręce 
wszystko, czego pragnęła. Opuszcza wioskę jako żona rycerza; za- 
mienia chatę na pyszny zamek. Postanawia sobie... zapomnieć o 
wszystkióm co się stało, i nie dbać o nic. — ^Na niebie jest Bóg. 
Zapomnę, że jest. Będę żyła, jakby nie było Boga**... 

...„Więc mam już wszystko — wszystko. — Teraz trzeba 
Używać — pańskich uczyć się uśmiechów 
I być jak ludzie , którym spadło z nieba 
Ogromne szczęście. — Wszakże tyle ludzi 
Większych się nad mój dopuściło grzechów, 
I żyją**. . . 

To są znowu — postanowienia ludzkie. W tym kierunku so- 
bie Balladyna swoje przyszłość wytyka. 

A cóż na to potęgi, kierujące życiem człowieka? 

— Powstaje właśnie z pomiędzy nich najstraszniejsza, naj- 
więcej nieuchronna: Fatalizm. Nie ten ślepy i nierozumny fata- 
lizm , jak go sobie w postaci Przeznaczenia wyobrażali poganie. 



160 

albo jak iaik wierzy w niego islainizm. Fatalizm przez Słowa-* 
ckiego użyty za dźwtgaią zawikłania -— jestto ta wewnętrzna i 
przedmiotowa logika czynów z naszej własoój woli wynikłych, 
którój rozkazom wolność nasza odtąd — mimo żalu , mimo 
wstrętu, mimo oporu przeciw tćj sile coraz wyżój nam po nad 
głowę rosnącój — z konieczności poddać się musi. Wobec tój 
władzy, tćj potęgi samych stosunków — świat ludzki rzeczywiście 
nie więcćj znaczy, jak w starożytności wolność pojedynczych 
śmiertelnych, porównana z niecofnioną w wyrokach swoich 
Ananką. 

Jeżeli w akcie pićrwszym tragedyi główne pole działanii^- 
przydzielił autor przypadkowości krzyżującój zamysły ludz- 
kie; a w drugim akcie stawił na pićrwszym planie demonizm: 
to począwszy od trzeciego najważniejszą sprężyną akcyi staje 
się właśnie ta fatalność zbrodni, płodzącój z siebie coraz 
nowe występki. Nie przestają być czynnemi i tamte dźwignie, 
ale działają odtąd już tylko pomocniczo. 

Niewidzialna ręka zbrodni prowadzi Balladynę dalój, mówiąc 
do nićj jój własnym głosem, głosem sumienia... 

— ^ Wiatr goni za mną i o siostrę pyta. 
Krzyczy: zabita — zabita — zabita I 
Drzewa wołają : gdzie jest siostra twoja ? 
Chciałam krew obmyć: — z błękitnego zdroja 
Patrzała twarz jój blada i milcząca''... 

Takie są uczucia Balladyny, bezpośrednio po dokonaniu czy- 
nu. Nie przestaje ścigać ją sumienie i na zamku Kirkora. 

. . . ^Rankiem głos sumienia nudzi — 
Nad wieczorami dręczy i przeraża , 
A nocą ze snu okropnego budzi . . . 
O I gdyby nie tol". .. 

Fantazya ludu lubi temu wszystkiemu, co się kryje na spo- 
dzie serca , dawąi^ i wyraz zewnętrzny. Na czole Balladyny pozo* 
stała od owój chwili okropnej w lesie', plama krwawa, którój 
zmyć w żaden sposób nie można. Balladyna zadnia ją na j:azie 



161 

obwiązką^ którą jak przed Kirkorem powiada, czoło swoje pai^* 
aibniifa z powoda jakiegoi ilubu. Ale to fortel -- tylko do cza- 
sa skuteczny! Mąż domaga się koniecznie, żeby ta wstęga była 
jul zdjęta z białej jćj skroni , kiedy on wróci z wyprawy, którą po- 
dejmuje zaraz nazajutrz po ilubie, nie chcąc żonie wyjawić, jaki 
powód tego wyjazdu. Balladyna podejrzywa, że on jedzie szukać 
Aliny, którój ciało zostało w lesie. Z swojój strony i matka, 
przy córce mieszkająca w Kirkorowym pałacu, dręczy Balladyaę 
ciągłemi pytaniami, co to za plama czerwona?.. Ten wyjazd ta- 
jemniczy męża, te zagadywania matki, to nal^liwe żądanie, że- 
by zrzucić z czoła przepaskę — wszystko to niepokoi zbrodoiar- 
kę. Trzet)a koniecznie co6 wymyślić, żeby się pozbyć spojrzeii 
matki; żeby przed mężem — jeśliby t^ była potrzeba, zna- 
leźć jaką4 obronę ... w trzeci^ osobie. 

Nastręcza się kusiciel, pochlel)ca, kłamca, szatan wcielo- 
ny — w Apostaci niemieckiego przywłokL Ku czemu Balladyna 
dopióro dąiy, na tym punkcie stoi już dawno ten prototyp skon* 
czonej nikczemno&ci. Genezy złego żadnój dla niego już nie ma ! 
Jednem spojrzeniem zrozumiały się te dwie dusze pokrewne. Przed 
K ostry nem nie ma Balladyna potrzeby taić ani swego pocho- 
dzenia," którego z dumnój próżności żadną miarą nie chciałaby 
się^wać domyślać ludziom oo ją otaczają, ani występku, któ- 
rego krwawe świadectwo nosi wypisane na czole. W oczach Ko- 
stryna taka przeszłość, jak Balladyny — to właśnie najpożą- 
dańsza rekomendacya! Następuje tedy, co w danóm położenia i 
ze strony takiej natury prawie musiało nastąpić: zdrada i 
wiarołomstwo przeciw mężowi — nielitość i niepo- 
czciwość przeciwko matce, której się jako matki wypie- 
ra'! na jakiejś ją samotnój wieży osadza, ażeby nie mieć jój 
ciągle na oczach. > 

" Ale sumienie — w postaci strachu kary wichrzące w my- 
ślach zbrodniarki, nie usypia, nie milknie... Te środki ostro- 
żności, te nowe zbrodnie — obiecujące skuteczność, nim zostały 
przedsięwzięte — po dokonaniu, nie zdają się dawać żadnój rę- 
kojmi. Były to tylko półśrodki! Trzeba koniecznie znaleść sku- 
teczny sposób na zmycie owój krwawej skazy na skroni I Może 
Tomu t\ 



m 

))ti8telnik^ znający s9ę wszech roślin i rozdający- leki nA wszelką 
ttłabotó , potrafi nastręcrzyć jaką radę i na to. Biegnie tedy do 
pustelnika. Ńio zastanawia się, co czyńł,' — na oślep, jakby ją 
pędziła jaka siła tajemna, bieży na miejsce, w pobHżn którego 
{dopełniła morderstwo... 

Przekora wszelkich rachub , przypadek ,*) i sama natura rze- 
czy sprawiają, że ta bytność u pustelnika właśnie sprawę pogorszą. 
Pustelnik wie już o zabójstwie popelnionćm t^ tym lesie. Widział 
ofiarę . . . Własne serce Balladyny wydaje teraz , czyjój to ręki 
ofiara!.. Jest tedy odtąd t^złowiek na świecie, który wie niewąt- 
pliwie, co zaszło! Aż dotąd trwożyła Balladynę obawa że mąż, 
albo matka, ją może — podejrzywają o sprzątnięcie sio 
stry ze świata. -Teraz powiedziano jój to otwarcie i wręcz: Za- 
biłaś siostrę! Ten, kto to wyrzekł, często widuje się z Kirko- 
rem^.. 

"Jeżeli już powyższa okoliczność sprawia wielki przewrót 
w duchowym t^j kobiety nastroju: nie mni^j posuwa się naprzód 
geneza sprawy i z innój strony. Balladyna rzuciła się w objęcia 
Kostryna, nie z pociągu ku niemu, ale z rachuby. Oddała mu 
się, iiżeb^'feo zróbió swojem narzędziem; ażeby' "iirteć w nim wy- 
konawcę czynów, które wskaże jako konieczne. Ale ten demon 
wcielony nie poprzestaje na t^j roli podrzędnej! Rzecz się obraca 
na odwrót — i raczej to Balladyna staje się posłusznóm narzę- 
dziein w jego rękach. Nowy mord , dokonany na goócu Kirkoro- 
wyrt, ńa przysltoym z darami do Balladyny Gralonie'— to już 
czyn tylko głowy Kostryna, choó go spełniła ręka Balladyny 
owładniętej przez jego wolę. 

Teraz wszystkie już węzły z mężem zerwane! Nie ma na- 
wrotu ! Choóby nawet rzecz co do Aliny i co iio krwawej plamy 
na czole pozostała tajemnicą na wieki: zamordowanie Gralona 
stawia żonę względem męża w tóm położeniu, że albo on albo 
ona — zginąć musi. 



*) Pustelnik przywołany został na miejsce zbrodni, zaraz po 
dokonaniu takowej , przez Skierkę i na rozkaz Goplany ; obacz stro- 
na 50 wydania lipskiego. 



Idą 

Podobnie 4«je Kostryn pobndke i do ostatecznego wypędze- 
nia matR' z żimkti kirkorówego. Dotąd wydawała ją Ballady oa 
przynajmniej za^ swoję mam^ , i cierpiała osadzoną w ustronnej 
części pałacu. Na wielkiej uczcie — zagadnięta przez króla o herb 
swój i pochodzenie, kiedy si§ jeszcze wałia, co na to odpowie- 
dzieć : podkuwa jej co prędzej ówto powiernik złowrogi tę kłamli- 
wą odpowiedz jHktórą "daje jfozpoWładając", jakoby tyła wypędzoną 
pfSeT^irtijd ^ego księżniczką z dalekiego gdzieś świata. Wobee, 
takiej genoalogli , stara matka, która się właśnie w tejże chwili 
zja\via pomiędzy biesiadnikami z dojmi:gącymi wyrzutami prze- 
ciwko córce, musiała juz doznać loscjj jaki j^^^^sępnie owó] 
spotyka. 

Tak więc, i to jaskrawe sponiewieranie matki i stanowcze t 
zerwanie z mężem , sąto czyny wynikające właściwie z inioyatywy ( 
Kostryna. Pomimo tęgo nie można ich uważaó za uczynki tylko ) 
narzucone woli bohaterki dramatu. Kostryń został' przez Ballady- \ 
nę dobrowolnie przypuszczony do uczestnictwa w jej tajemnicach 
i w jej występkach. "Wybrała go sobie za powiernika właśnie 
przeto, że go przenikła jako czarną naturę. Wszystko tedy, do 
czego 0Q się przyczynia, pada w zakres odpowiedzialności jej 
sam^j. — 

Jesteśmy na początku czwartego aktu. Aż dotąd, wszy- 
stkie winy popełnione przez Balladynę wiążą się z sobą jako 
opiwa jednego łańcucłia, jako wyniki, coraz nowe, jednej przy^ 
czyny. Z osobna biorąc, każdy krok na tej drudze występnej 
wzbudza w widzach wprawdzie odrazę: w związku wszelako spra- 
wiają one wszystkie razem wrażenie tragicznego toku wydarzeń, 
a sprawiają jo dlatego, że sąto same nieuchronne następstwa 
pierwszej przewiny. 

Począwszy od tego miejsca, urywa się jednakże ten ciąg 
organiczny tragicznego dotąd działania. Zaitiordowanie bezbronne- 
go Grał)ca, przemienionego w czarodziejski sposób w króla t ko- 
roną Lecha na głowie, nie może już w żaden sposób uchodzió 
za wynik poprzednich zdarzeń. Jestto zbrodnia nowa, zgota do- 
browolnie przez Balladynę postanowiona i wykonana. Zbrodnia ta. 



IM 

otoczona całą szpetnofeiii czyna , dokonanego podstępnie i nocną 
porą, z pogwidoeniem goAcinnoici i wazystkich praw natmy, od- 
biera charakterowi bohaterki ostatnie znamię tego czegoi, oo ją 
podnońło w oczach widzów ai do tej chwili. Zresztą łączy się 
z całym tym pomydem tyle różnych, mniój jasnych i w ogóle 
mniój szczęśliwych okoliczności, £e od tej pory tmdno jnl nam 
iić w ilady za autorem w taki sposób, iiby6my się godzili — 
I choćby nawet z jego własn^o stanowiska — na rzeczy w akcie 
czwartym zawarte. 

Ałeby zacząć włainie od tych okoliczno&ci ubocznych: rozu- 
miem ja wprawdzie i uznaję za dhszne, powody, dla których się 
podobało autorowi uczynić Grabca właśnie, a nie kogo innego, 
przypadkowym posiadaczem korony wykradziono) pustelnikowi. 
Jestto figura bezmyślna i prawie zawsze pijana. Tacy ludzie naj- 
lepiój się do tego nadają, żeby zostawali pod szczególną i nigdy 
nieustającą tak protokcyą jak ironią przypadkowości. Kto się ni- ^ 
gdy własnym nie kieruje rozumem , tego popycha w prawo i w le- 
wo lada zewnętrzne zdarzenie; a suma zdarzeń takich, pozbawio- 
nych wewnętrznój wstęgi, stanowi właśnie co zowiemy ślepym 
trafunkiem. A zatóm postąpił sobie autor Balladyny zupełnie od- 
powiednio poprzednim założeniom, że właśnie Grabcowi fantasty- 
czne owe uosobienia przypadku kładą na głowę odszukaną ko- 
ronę Lecha, za czćm poszło całe owo humorystycznie przedsta- 
wione przemienienie tegoż w króla dzwonkowego. 

Mniej zato jasnym jest już powód: dlaczego ton król 
czarodziejski, ten Grabiec od stóp do głów przekształcony w po- 
stać siwego starca w koronie, przybywa na zamek Balladyny?... 
Zapytuje go Skierka zaraz po dokonanój przemianie: — 

„Gdzie król jedzie? 

GRABIEC. 

Na uczę ślubną do Kirkora.^ 

Na jaką „ślubną"" ucztę? dlaczego właśnie naucztę w. do- 
mu Rirkora? — o tem ani słowa w dramacie! Tak więc po- 
zostawił poeta własnemu widzów przemysłowi uzasadnienie jednój 
ze scen najważniejszych w całój tragedyi! 



m 

Csy Grabca do tych odwiedzin ciągnie dawna skłonno^! la 
Balladynie? Zdawałoby się, że tak jest. Przynajmniej trudno te- 
mu inny powód podłożyć. Ale w takim razie równie też trudno jest 
pojąć, dlaczego w żadnój scenie następnój nie widzimy wcale t^ 
roli dawnego kochanka w starym królu dzwonkowym? Postępuje 
on tu sobie, jakby był i wewnętrznie przeczarowanym , jakby 
w duchu wcale już nie był Grat)cem, jakby Balladynę wsdzied 
piórwszy raz w życiu... Ona tern mniój wiedzieć może, kogo 
gości w swym domu. Cała tedy tożsamość osoby Grabca z tą 
ukoronowaną postacie nie została przez poetę wcale spożytko- 
waiią7 w zadl^m ^ierunkla."'^ A kiedy potśm , po ukońcsonćj już 
uMDie^ Wnocy^przychodzi wreszcie do zamordowania tego bez- 
bronnego i pogrążonego we śnie człowieka: to okoliczność, że nim 
jest dawny Balladyny kochanek, sprawia — pomimo nieświado- 
mości w jakiej czyn ten ona spełnia, prawdziwie monstmalm^ 

odrazę!.. -^ 

''^e dość na tern. Słaby ten ustęp znmiejsza wartość całój 
tragedyi i z innej jeszcze przyczyuy: z przyczyny zbyt daleko ^ 
p6ś&Di^tego tu podobieństwa naszego autora z Szekspirem ! Cała \^ 
ta scena nocna — to żywcem zdjęta kopia tylko i parafraza owe- 
go ustępu w Makbecie 9 w którym Makbet i żona jego zabgają 
w tenże sam sposób w domu swdm króla, który do nieh przybył 
w gościnę ... 

Daleki ja wprawdzie jestem od chęci robienia komu z tęgo 
zarzutu , że się w dzieło jego wkradło przypadkowym sposobem 
jakie podobieństwo do wyrażenia, do obrasu, a choćby WresiBeie 
i do pomysłu , użytego już przez którego z dawniejszych autorów. 
Minęły dzięki Bogu już czasy, gdzie na słowach, na rymach, na 
zwrotach i tym podobnych drobnostkowych szczegółach pokładano 
całą wartość dzieła poetyckiego. Dzisiaj ideje nowe , ctUość pomy- 
słu , sposób całego prowadzenia osnowy — to jest , co rozstrzyga 
o samodzielnój oryginalności poety. Przypadkowe podobieństwa 
między późniejszymi utworami a dawniejszymi, jośli dotyczą tyl- 
ko samych szczegółów, ani dziwić ani razić zbytocznieby nie po- 
winny. Niezmiernie trudną jest rzeczą, żeby ludzie genialni w swo- 
ich obserwacyach życia ludzkiego nie mieli się niekiedy spotykać 



na jednaj drodze. Pod tym względem stanowislM) póiniij żyjących 
wielkim podlega trudDoiciom W obec mistrzów, co mieli szczęście, 
wiekiem lub kilką wiekami pierwej przyjść na świat. A im cza- 
sa więcćj upłynie , tom bardziej ta dla młodszych tak niedogodna 
niekorzyść będzie wzrastała, tak iż przyjdą nakoniec czasy, gdzie 
t)ędi&ie to prawdziwą sztuką, być rzeczywiście oryginalnym! 

Co się tyczy Balladyny, zrobił to spostrzeżenie sam już Sło- 
wacki , że można w niój upatrywać podobieństwo do szekspiro- 
wAich utworów. W jednym z listów swoich do matki wskazuje 
OD mianowicie na króla Lira, jako na sztukę, którąby mogła 
piiftypomiBać jego tragedya. ^ ;, Jeżeli ma ona rodzinne podobień- 
stwo z którą znajomą sztulą, to chyba z królem Lirem Szeks- 
pira. O! gdyby stanęła kiedy przy króhi Lirze!'* -^ W samój 
istdde są miejsoća i w nseczonóm dziele starego mistrza, kt<^ 
się mimawoinie nasuwają pamięci, kiedy się czyta Balladynę.*) 



*) Podobieństira te daji^ się aćiagnąc do następujących punktów. 
Lir na samym początku sztuki zapytuje córki swoje,, jak go kocba« 
j%: i otrzymm'e od każdćj z nich odpowiedź — odpowiednia ich 
nSturom. Podobnie pyta i' Kirkor objdwie siostry, która x nich 
bardzićj go kocha? Odpowiedź jednak Aliny stanowczo odstępu- 
je od tego, co tam powiada o miłości ^swoj^j Kordelia. Jest za- 
t^m i sbliienie się doSsekspira w tóm miejscu/ i jednak niezawi* 
slośd od niego.--* Podobnie Tsecs się ma i eo do następującego sscse- 
gółu: Niowdzięcznośd obu starszych córek Lira przeciwko ojcu za> 
pełnie rymuje z niegodziwo^cią , z jaką Balladyna matkę swoje z domu 
swego wyrzuca. Ale w sztuce Słowackiego jestto szczegół podrzędny, 
a tain stanowi władnie główny przedmiot tragedyi. — Dalój: Wypę- 
dzony z domu dzieci swoich król u. Szekspira, błądząc po burzy i 
nocy, z oburzenia i rozpaczy utracą roznm. Matka Balladyny, 
wyrzucona w równie nielitosny sposób na słotę, traci wzrok. Alo. 
pTÓcs t4J mikroskopiczn^j analogii , zbll^jąc^j losy tych dwóch osób 
ku sobie, nie mają dwie te postaci ikodn^j zgoła między sobą wspól- 
ności. Każda z nich w całości sztuki znaczy zupełnie co innego, -r^ 
Przewrotna Gonet)'! zdradza męża swojego, zawiązując poufałe sto- 
sunki z bękartem i podłego charakteru człowiekiem , t. J. z Edmun- 
dem. Podobne stosunki mają ze sobą i Balladyn^i z Kostryncm. Kzecz 
jest tasama; ale powody takowdj w każdej sztuce są przedstawione 
iracz^j — Wreszcio zachodzi większe, niżby sobie życzyć można, 
podobieństwo w owtlj zresztą podrzędnego znacsenia scenie, w której 



167 

Imakowe jednak dotyczą zawsze rzeczy ubocznych, i nie dostrzeże 
ich nikt inaczij, jak tylko w zewnętrznym sposobie wysta- 
wienia tego lab owego szczegółu. Ani co do założenia, ani co do 
sprężyn działania, ani wreszcie co do charakterciw celniejszych 
dostrzec bym ja nie potrafił pokrewieństwa między Lirem a Bal- 
ladyną. W każdym razie nie jest ono większe , jak między Snem 
Nocy Letniej a fantastyczną czepią naszój tragedyi, którato 
część , jakeśmy to wykazali już wyżej , wewnętrznej zawisłości od 
wzoru szekspirowego nie ma w niczym, i tak się różni od niego, 
jak się duch wyob«żeń gminnych w angielskim narodzie różni 
od naszój ij^olMUŹni ladowój. 

Za to przyznaję ,- że trndnoby było nie widzieć wprawdzie 
tylko częściowój, ale też zato bardzo uderzającój zawisłości 
Balladyny od innój sztuki Szekspira — od Makbeta. Pomijam 
zbliżenie obu tych dranaalów do sieMe przez całą dążność. Utwór 
angielski wyłącznie , pol^i przeważnie polega na tej prawdzie 
ogólnej, żę.zfarpdni^r raź dokonana prowadzi zbrodniarza dalój, i 
nie dozwala, md .prędzej spocząć na tój drodze pochyłej, dopóki 
nie przemierzy całój skali występków. Ale takie zbliżenie, takie 
sam^j tylko idei abstrakcyjnie w dzieło włpżonój dotyczące po- 
krewieństwo pomiędzy dwoma utworami czy to poetyckimi, czy 
rysunkowój sztuki — nie ubliża, ani zasłudze późniejszego arty- 
sty ani wartości dzieła dotyczącego. Prawd ogólnych i wiekui- 
stych, na których założone są węgły świata, szczupła tylko jest 
liczba. A objawów prawd takowych na tle rzeczywistych stosun- 
ków czy to w sferze dziejowej czy potocznej nieskończona j«st 
ilość i nie ma dnia, w którymby mnogość ona nie powiększała 
się jeszcze . . . Pomijam zatóm zupełnie tę właśnie stronę analogii 
między tragedyami, które tu porównywamy. Natomiast nie m<^ę 
przejść milczeniem nad podobieństwami w pomykach poszczegól- 



u Szekspira Regan z nienacka mleczem przesaywa sługę, potykają- 
cego się z jćj mężem, z tyła napadając na niego. Zupełnie tymże 
Bposobem ginie u Słowackiego Gralon , w plecy ugodzony śmiertelnie 
przez Balladynę ,. w chwili kiedy z przodu nacierał na niego Róstryn. — 
To sa wszystkie długi w sztuce niniojszĆj zapoJ^yczone z Lira, je- 
śliby je kto koniecznie chciał za takowe uważać. 



m 

liych, konkretnych, całym scenoiri Ralladyny za Osnowę słoią- 
cych: a do takich liczę najprzód cały natęp uczty w Balladynie, 
pod niejednym względem ułoitonój na wzór i podobieństwo sła- 
wnej uczty w trzecim akcio Makbeta, gdzie duch Banka, tylko 
zabójcy swemu widzialny, między biesiadnikami zasiada; a po- 
tom — w wytszóm jeszcze stopniu poczytuję za zapożyczenie 
się takie leżącą włainie przed nami scenę skrytobójstwa doko- 
nanego na Grabcu. W szczególowcm przeprowadzeniu uczty są 
przynajmniej częściowe ustępy, dokonano samodzielnie i z niezró- 
wnaną poetyczną pięknoicią. Ale w tóm miejscu zbliżenie się do 
wzoru szekspirowskiego zdaje się być posunięte daleko po za 
granice właściwe. 

Tym ^ustępem rzeczywiście ubliżył soł)ie Słowacki I €ała ta 
sytuacya, wszystko co tę sytuacyą otacza, dekoracyjne do niój 
przyrządy itd. taką samą są reminiscencyą tylko i niczóm więcój, 
chociaż je powleka własna słów szata, jak jest re- 
miniscencyą nawet co do wyrazów ów wiwsz, wtójże scenie 
w usta Balladyny włożony: 

„Świecy I — mój cały zamek za błysk świecy 1" *) 

Wierzę temu mocno , że w powyższych miejscach , kiedy one 
były pisane, ani marzyło się Słowackiemu, żeby to były rzeczy 
niegdyś czytane w Szekspirze. Zapożyczać on się u niego nie 
chciał , i wcale nie potrzebował tego. Niosła go fantazya , jak 
uragan niepowstrzymany/: — i czując jój potęgę poeta , nie wglą- 
dał, z jakich ona zasobów czerpie, czy z krynic własnego du- 
cha, czy z światów — tylko studyami nagromadzonych w pa- 
mięci... Wskazuję na to rzadkie w rodzaju swoim zjawisko , al- 
bowiem ono u Słowackiego i niejedne inną anormalność tłómaczy. 
Siłą fantazyi pifzewyższał on niewątpliwie wszystkich naszjch, po- 
etów. Że jednak fantazyi tój nie miarkował reflexyą, nic przeni- 
' kal rozumem , nie kiełznał , nie badał , nie karcił zastanowieniem : 
dał przez to przodek przed sobą owym wybranym, co łączyli 
w sobie obojgo ... 



*) „ Konia t konia! Cale królestwo moje za konia 1** w Ujsisa- 
dsie m Ssekspira. 



169 

Wracając do głównej rzeczy, zauważyć tu muszę, iena karb 
tójto właśnie nierównowagi między silą twórczo&ci a instynktem 
krytycznym u Słowackiego, zlofyć należy i ten nadmiar zawikła- 
nia, to przepełnienie okropnościami, od którego wymówić żadną 
miarą niopodobno końca sztuki obecnej. Przepełnienie to razić 
stanowczo zaczyna w ciągu aktu czwartego. Autor zapomniał, 
że miał przed sobą daleko bardziej obowiązek utrzymywać w wi- 
dzach współczucie dla bohaterki , aniżeli malować cjEarność jćj już 
na całą wieczność zwichniętego sumienia. I ażeby wymżbić w ca- 
łej posągowej plastyce te jej słowa rzeczone do pusteloil&a^ kiedy 
tenże podsuwał jój myśl żalu , nadzieję zmazania zbrodni , życze- 
nie powrotu do życia zabitój siostry — słowa mó\^ię nastę- 
pujące : 

„Gdybym miała trzy wybladłe twarze, 

Na każdój twarzy trzy straszniejsze plamy: 

Wolę je znosić aż do Boga sądu, 

Niż "" 

uwidamia autor zaciętość i niepoprawność tój demoDicznój natu- 
ry w taki sposób, że przy zdarzonych podobnych okolicznościach 
— pomimo że Balladynę w ciągu rodzenia się w jój głowie tego 
występnego zamiaru widmo Aliny jak anioł hoij przestrzegający 
od złego nawiedza w ciągu owój biesiady i przeraża dotykalną 
grozą kary przewidywano] — każe jój iść przebojem i dalój dro- 
gą poczętą i popełnić raz jeden jeszcze tęsamę zbrodnię , jakiój się 
dopuściła na siostrze. 

Akt piąty wypełniają zdarzenia, ściślój znowu powiązane 
z poprzeduiemi zajściami, niż sceny czwartego aktu. Jest to akt 
samych już zgopów. Mnogość ludzi padających ofiarą, mianowicie 
jeżeli się do niej doda tyle już zabójstw dokonanych w poprze-; 
dzających aktach, upoważnią^ dQ..;w!zutu. niedt^rowanój^ przesądy 
w nagromadzeniu jaslirawych okropności. Skądinąd przyznać je- 
dnak trzeba po