(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Korespondencya Józefa Bohdana Zaleskiego"

KURESPONDENCYA 

JÓZEFA BOHDANA ZALESKIEGO. 



KORESPONDENCYA 



JÓZEFA BOiANA ZALESKIEGO 



Wydał 



Dyonizy Zaleski. 



f(& 



^ TOM I. 



P 




LWÓW 

Nakładem Księgauni H. Altknherga 

1900. 



y 



./'? ', 



Korespondencya Józefa Bohdana Zaleskiego dzieli się na dwie 
części. Pierwsza z nich obejmuje listy przez ś. p. Ojca mego pisane, 
które udało mi się zebrać po długich poszukiwaniach i zabiegach. 

Z listów tych wypuściłem tylko to, co nie przedstawia inte- 
resu ogólnego lub tyczy się stosunków familijnych. Z licznych listów 
do rodziny uraz z dzienniczka, spisywanego nieregularnie przez poetę, 
niektóre tylku poczyniłem wypisy. Doda-łem kilka notatek, kilka mów 
i przedmów oraz kilkanaście listów Józefa Zaleskiego, przybranego 
brata i nieodstępnego towarzysza ś. p. Ojca mego na wygnaniu. 
Te listy uważać można jako dopełnienie listów poety, który często 
używał wytrawnego i cenionego pióra brata, a sam tylko kilka słów 
dodawa-ł. Ponieważ w młodości Józef Bohdan Zaleski podpisywał się 
Józef Zaleski, dodaję ostrzeżenie przy każdym liście pisanym przez 
przybranego brata. Zachowałem w listach porządek chronologiczny, 
w jakim wychodziły z pod pióra piszącego, by tym sposobem, mimo 
przerw i l)raków, stanowiły jakąś całość. Nareszcie wypada nadmie- 
nić, że te listy, pisane najczęściej z pośpiechem i bez brulionu, nie 
były przeznaczone do druku i że kreśląc je, poeta nie miał jtubJiczności 
na myśli. Są one raczej wynurzeniami uczuć wewnętrznych piszą- 
cego, a mając to na uwadze, starałem się, ogłaszając je, zachować 
wszelkie względy delikatności i dyskrecyi, wiedząc dokładnie, jakie 
były wahania ś. p. Ojca mego co do drukowania tych listów. 

Druga część korespondencyi zawiera wybór najw iżniejszych 
listów pisanych do Zaleskiego. Niepodobna było wydrukować całej 
tej korespondeneyi, zresztą dość znaczną liczbę tych listów zniszczył 
sam poeta. Musiałem się ograniczyć na tych, które przedstawiają 
interes bądź literacki, bądź polityczny. I^isty z młodości aż do 1831 r., 
które Józef Bohdan Zaleski zostawił w kraju przed wyjazdem za 
granicę, zupełnie zaginęły, tylko część listów Micłiała Grabowskiego 

Korespondenrya J. R. Zalrskiogi. [ 



2 

została mi zwrócona przez p. profesora Nehringa. Osobno ogłoszę 
listy Stefana Witwickiego i hr. Dyonizyi Poniatowskiej, gdyż stano- 
wią odrębną całość i mają niezaprzeczoną wartość pod względem 
literackim. 

Składam najszczersze podziękowania łaskawym rodakom, którzy 
zasilili mój zbiór listami i raczyli odpowiedzieć na moje wezwanie. 
Nie tracę nadziei, że odnajdą się jeszcze inne listy dotychczas ukryte 
i że braki i przerwy niniejszego zbioru nieco się zapełnią. Poszuki- 
wania, które czyniłem, dowiodły, że niektóre korespondencye są, 
niestety, zupełnie stracone, inne zaś tylko przechowane. I tak listy 
Zaleskiego do Micliała Grabowskiego, zawierające, jak można sądzić 
z korespondencyi tego ostatniego, tyle ciekawych szczegółów litera- 
ckich z okresu młodości, były w posiadaniu księdza Jana Koźmiana, 
ale nie zdołałem odkryć, w czyje ręce się dostały po jego- 
śmierci. Listy do Stefana Witwickiego, ważne z powodu czasu i sto- 
sunków% do których się odnoszą, spalił brat jego, Antoni Witwicki. 
Ten sam los prawdopodobnie spotkał listy, pisane do hr. Dyonizyi 
Poniatow^skiej, w których poeta otwierał przybranej siostrze głębie 
swej duszy; ledwie kilka listów udało mi się odszukać z tej kore- 
spondencyi. Żałować też należy zniszczenia listów, pisanycli do Jó- 
zefa Zaleskiego, do pułkownika Karola Eóżyckiego, do księdza Duń- 
skiego, do Seweryna Gałęzowskiego i do tylu innych przyjaciół, 
szczególnie z czasów młodości. Istniał też Pamiętnik, napisany dla 
syna przez Józefa Zaleskiego, ale i ten uległ zniszczeniu, ledwie 
kilka kartek zachowano. 

Nie moja przeto wina, że ten zbiór nie jest bogatszym ; czy- 
niłem wszelkie starania, by go uzupełnić. Jakikolwiek jest, zawiera 
dość treści, by świadczył, jako źródło najlepsze o pracach poety, 
o jego usługach dla sprawy narodowej, o uczuciach jego i charakte- 
rze. Listy te przytem, jeśli nie są komentarzem do poezyi Józefa 
Bohdana Zaleskiego, rzucają jednak sporo światła na szczegóły mało 
lub wcale nieznane jego życia. Z powodu wszakże wyżej wymienio- 
nych braków w korespondencyi, zwłaszcza z czasów młodości, ko- 
nieczną jest, mojem zdaniem, rzeczą, dodać krótkie objaśnienie, 
tyczące się tej epoki. 

Józef Bohdan Zaleski przejął się nawskróś życiem i pieśnią 
Ukrainy. Kto nie zna Ukrainy, kto nie przejeżdżał przez to morze 
zieleni traw i złota kłosów, wśród którego wysterczają ogromne mo- 
giły, kto nie zatrzymywał się w tycli wioskacb, ukrytych wśród jarów, 
nie może sol3ie zdać sprawy, jak silne wrażenie ten kraj wy- 
wiera. 



Mickiewicz powiedział, że: „Ukraina jest to ziemia nieodga- 
dnionych przeznaczeń, plac pośredni, neutralny między Polską a Mo- 
skwą, na którym i o który rozpoczęli najprzód bój poeci dwóch 
narodów." . . . „Tu wziął początek lud wojenny, znany pod nazwi- 
skiem kozaków, złożony ze Słowian, Tatarów i Turków. Na tej ni- 
wie, końskierai kopytami zrytej, ciałami poległych utłuszczonej, 
kośćmi ich zasianej, a drobnym deszczem ciepłej krwi zroszonej, 
bujnie porósł smutek ; smutek i tęsknota głownie znamionują poezyę 
tych okolic •' ^). 

To uczucie tęskne jest eecLią kraju, odbijającą się wszędzie. 
W poezyi uki'aińskiej jest jakby głos przeszłości, głos nieskończony, 
tajemniczy ludu, opiewający dawne chwały i szczęście, smutki i bo- 
leści. Co było dzikie, krwawe w dziejach tego ludu, przybiera w poe- 
zyi fantastyczne postacie. Smutna i rzewna nuta, odbijająca się 
w pieśni ludowej, wiernie oddaje stan duszy mieszkańców tego kraju. 

„Część Polski zwana Ukrainą, pisze Goszczyński -), odbyła po- 
wołanie w ogólnem powołaniu narodowem niejasno dotąd pojęte 
i wyłożone, ma ona właściwe sobie, swoim dziejom duchowe piętna, 
które ją bardzo wyszczególniają między innemi częściami i stawią 
wyżej nad inne, krótko mówiąc, tam spoczął najwidoczniej duch 
wolności ludu polskiego . . . Owo uczucie wolności w ludzie ukraiń- 
skim objawiło się w postawie za dzikiej może dla dzisiejszych cza- 
sów, że w końcu przyprowadziło go do zbrodni przeciwojczystych, 
lubo część ich spada na złość jego braci; nie usprawiedliwiamy 
złego, bierzemy tylko myśl ogólnie. Wszakże, mimo wszelkich za- 
rzutów, jakie Polska Ukrainie zrobić może, pewnem jest, że jej życie 
kozacze dostarczyło prześlicznych czynów chwale ojczystej, najpię- 
kniejszych kart ojczystym dziejom." 

Osierocony przez matkę wkrótce po urodzeniu, Józef Bohdan 
Zaleski tuła się po domach krewnych i powierzony zostaje wreszcie 
opiece wieśniaka Zuja w Czuczynce, wiosce położonej nad brzegami 
Dniepru. „Dziecię ^), pisze Goszczyński, . . . rzucone przez opatrzną 
mądrość na łono ludu . . . jego sercem zapładnia swoje uczucia, 
w jego pieszczotach zaczyna się kochać, przy jego pieśniach zaczyna 
marzyć, pod jego oddechem zaczyna żyć ciałem i duszą, zdała od 
zwyczajnego świata, jakby za światem zw3'czajnym. I cóż mu po 



^) Kur.s Literatury słowiańskiej. 

^} Demokrata Polski, rok IV., część lY., marzec-kwiecień 1842. 
(Poezye Bohdana Zaleskiego przez Sew. Goszczyńskiego). 
■■') Demokrata Polski, marzec-kwiecień 1842 r. 

1* 



tym świecie? On się urodził dla innego, już go ma w sobie, w je- 
dnej tylko iskierce. Przez nią jest dzieckiem Polski innej, przyszłej, 
doskonalszej, dzieckiem wybranem, poświeconem, ale w podziemiach 
tylko narodu może się przygotować do swojego kapłaństwa, to pod- 
ziemie wystarczy jemu. Wiara ludu, serce ludu, pieśni ludu, step 
bezbrzeżny z niewyczerpaną muzyką swoich wrażeń, mogiła samo- 
tna z rycerską marą przeszłości, otóż i wszystkie ziemskie zapasy 
na drogę życia, resztę ma z nieba : może dalej się puszczać. Odtąd 
w jakichkolwiek znajdzie się kolejach, jakiekolwiek nastręczą się 
z zewnątrz wpływy i skutki tych wpływów, będą to tylko chwilowe 
przeszkody albo podrzędne pomoce : promień życia, zaczepiony o lata 
dziecinne, będzie wciąż błyszczał jedną główną myślą, jednem na- 
tchnieniem wypiastowanem w objęciu Ukrainy. A dziecię to pozosta- 
nie już na zawsze narodowym poetą Bohdanem." 

Poljyt u znachora Zuja w Ozuczynce silnie wpłynął na młodą 
wyobraźnię Zaleskiego. Opowiadania rycerskie, pieśni dziewcząt ukraiń- 
skich, wbiły się w jego wrażliwą dusze. Dziecko wybiega-ło rankami 
opodal do Iwanhory, z której widok rozlegał się z jednej strony na 
step bezbrzeżny, z drugiej na srebrną wstęgę Dniepru, na zielone 
ługi, na wzgórza okoliczne pokryte lasami. Tam to Bohdan zachwy- 
cał się tymi czarownymi widokami, tam nad swoją głową widział 
przemykające stada stepowych ptaków, o których śpiewał: 

„Po nad Ukrainą, 
Wskroś okolicą jarzącą się, siną, 
Boże śpiewaki ciągną w różne strony, 
Aż echo klaszcze, taki gwar zmącony" ^). 

Sam poeta opisał później wspomnienia, jakie mu zostawiła 
Iwanhora-): ..Jeśli Bóg da wrócić kiedyś do was, osiedę najchę- 
tniej niedaleko Ezyszczewa, w Czuczyńce, tuż pod Iwanhorą (bo na 
Iwanhorę nie wiem, czy będę mógł wtedy się wdrapać). Cuda się 
tam ongi działy z ośmioletniem dzieckiem. Trudno to opisać w liście, 
opowiem kiedyś ustnie. Dość, że tam zasłyszałem i chór gdzieś anio- 
łów Bożych i Hetmańską Dumę prosto z ust ostatniego może tor- 
banisty: 

,,Z torbanem wyrósł ja. Dniepr, Iwanhorą, 
Chata gdzieś w gaju siwego Znachora, 



1) U nas inaczej (Pisma J. B. Z.), t. 4 str. 188. 

2) List do Ludwika Jankowskiego z 4. marca 1845 r. 



Widzę, — jak gdybym pożegnał je wczora I 
Śpiewało ptastwo tam, byle dzień biały : 
To znów dziewczęta z majdanu śpiewały, 
To znowu męski głos wojennej cliwaly 
W cześć attamanów — mąciły się społem 
W pieśń jedną żywą. I pieśń tę połknąłem." 

„Otóż tam poczułem się piewcą ukraińskim. Zmarnowałem 
wprawdzie na długiem tulactwie wiele darów i łask Bożych, ale po 
dziś dzień żyję tern jeno, com ztamtąd zapamiętał. . ." 

„Duch roli, pisze Goszczyński, co Zaleskiego wznosił, leżał sa- 
morodny w pierwszej iskrze jego życia. On go też po pierwszych 
nieśmiałych próbkach uniósł innymi zupełnie szlakami i wyżej, a ob- 
jawił się w pierwszych zaraz próbach. Z licznych tego dowodów, 
które zapewne po największej części na zawsze zaginęły, możemy 
wymienić jedynie dumę o Wacławie, ogłoszoną około 1821 roku 
w „Dzienniku Wileńskim" ... W tej samej epoce Opatrzność wpro- 
wadza poetę w inną kolej życia. Wyrywa go z nadbrzeży Dniepro- 
wych i przerzuca nad W^isłę, między innych ludzi, w inne życie, 
w świat całkiem inny : stumilową przestrzenią oddziela go od całej 
jego przeszłości, na rodzinne strony pozwala patrzeć przez łzawą, 
tylko zasłonę spomnień. Chciała ona zapewne przez to postawić swo- 
jego posłannika w stanie próby . . . Próba nie była lekka ani na 
zwyczajne siły. Niejeden szturm przypuszczały do duszy poety wszy- 
stkie nędze, wszystkie boleści życia, wszystkie potęgi złego. Próba 
nie była krótka: trwała ona lat kilka i to jeszcze w wieku samo- 
władztwa namiętności burzliwych, przewrotnych, przy stanie duszy 
zranionej świeżem i boleśnem przeszczepieniem w świat tak różny 
od świata macierzystego" . . . 

Zaleski odczuł i zrozumiał ideę, snującą się przez przeszłość 
dziejową, przypominając, że kozaczyzna w ścisłej jedności z Polską 
broniła ją od Turków, Tatarów i Moskali, i że to braterstwo może 
się na przyszłość wznowić, choć dziś do przeszłości tylko należy. 
Spory, które zmąciły te dawne stosunki, powinny pójść w zapomnie- 
nie, a miłość wzajemna powinna na nowo skojarzyć bratnie narody. 
Sam pisał ^): „Polska zadłużyła się wielce Ukrainie. Mogę to tera 
śmielej mówić, że w drażliwej tej sprawie nosiłem częściej i ocho- 
tniej stronom polubowne warunki wiecznego pokoju, niż hasło wo- 
jenne do bratobójczych długich zapasów. Polska jednak młoda, póki 



^) List do Ludwika Jankowskiego z 4. marca 1845. 



jeszcze czas, powinna się zdobyć na szlachetną i podniosłą skruchę. 
Miłujcież tam hid i bądźcie gotowi w każdej chwili do wymierzenia 
mu sprawiedliwości, naj zupełniej szej sprawiedliwości." 
Albo też śpiewał: 

„Jak słowik lat zamierzchłych Bojan, 
Przyszedłem do wiślanych Polan, 
Aby odnowić sojusz ścisły, 
Piosnki z nad Dniepru piać u Wisły 
I dumki moje, dumki, ptaszki 
Wypuszczać na skinienie Laszki. 
Znają mnie stepy, znają ługi, 
Żem piewca ich, żem Bojan drugi, 
Żem kwiat paproci wziął od młodu"' ^). 

„natchnienie wyższej mądrości, pisze Goszczyński ^), kierowało 
Bohdanem, kiedy grał myślą słowiańską; wyższej mądrości, kiedy 
Bojana wskrzesił. W postaci Bojana ukazał nam ideał Avieszcza pol- 
skiego ludu i to ludu, który duchem swoim ogarnie całą słowiań- 
szczyznę. Myśl ta nie wszędzie pomieścić się może. ale godna jest 
duszy Bohdana i opromienia blaskiem niepoślednim jego poezye, 
blaskiem takim, że poetycka jego zorza rozlewa światło Polski po 
za jej granicami ; zbiega się z każdym płomykiem słowiańskiego 
ogniska, gdziekolwiek ten błąka się jeszcze. Postać Bojana mglista, 
niewyraźna. Nic w tem dziwnego. Jest ona jak każda prawda, którą 
czas dopiero wyjaśnia i robi coraz dotykalniejszą. Dla nas Bojan 
Zaleskiego jest najpoetyczniejszem, jak dotąd, uosobnieniem myśli 
słowiańskiej a raczej myśli polskiej, ogarniającej słowiańską rodzinę." 

Miłość Ukrainy, miłość ludu wiejskiego, przywrócenie dawnej 
przyjaźni między narodami bratnimi, oto dążenia pierwszych poezyi 
Zaleskiego. „Bądź pewien, mój drogi, pisze do Goszczyńskiego, 
jak Bogu, nie przeniewierzę się nigdy i ludowi. Z jegom torbana 
ja wyrósł, żywą pieśń jego połknąłem i z nią mi służyć Polsce 
i z nią mi tu żyć i umierać." 

Po upadku powstania listopadowego, w którem bral udział 
jako żołnierz, Zaleski zmuszony był kraj opuścić. „Ta burza, pisze 
Goszczyński, obwinęła i naszego poetę i dotknęła go tem boleśniej, 
że musi cierpieć za siebie i za drugich, że jeszcze zupełniej niż 
wprzódy stargała wszystkie związki jego serca, nie zostawiła bez 
rany choćby jednego uczucia ; że wszystkie źródła pokrzepienia się 



^) Dzieła pośmiertne J. B. Z., t. 1. str. 21. 
'^) Demokrata Polski (marzec-kwiecień ]842i. 



napełniła l^rew najdroższa, a gdzie zażądasz pociecłiy. tam ci jęłi: 
odpowie." W drugim tym ołiresie życia, to jest na wygnaniu, poe- 
zya jego przył^iera inną cechę. Kiedy po Icilliuletnim pobycie w Pa- 
ryżu, przekonał się, że sejmilii. swary i spory emigracyjne mącą 
tyllio umy.sly i nie przynoszą łi:orzy.ści dla sprawy narodowej, opu- 
ścił stolicę Francyi i zamieszliat na pustyni. l)y pieśniami służyć 
Bogu i Polsce. ..Powołanie moje. pisze w notatce, ł^yło od dziecka 
śpiewać w pustyni, pieśnią .służyć Bogu i Ukrainie. Xa pustyni naj- 
goręcej koełiam i Boga i ludzi ; na pustyni i z pieśnią mam wnet 
pokój i pogodę i różnego rodzaju jasnowidzenia, które, skoro żyję 
w świecie, pierzcłiają precz oderanie. Xa świecie staję się nieswój, 
inszy, niepodobny do siebie, roztargniony, smutny, opryskliwy, utrą- 
cam natchnienie i miłość." 

Tęsknota za krajem staje się coraz żywszą, napróżno w wę- 
drówce tulaczej ,.zmienia miejsca, widoki", — z iDrzegów Renu prze- 
nosi się do cichego ustronia nad morze Śródziemne, a potem do 
Fontainebleau, smutek za nim goni. 

Xa pytanie Seweryna Goszczyńskiego, czy doświadcza smu- 
tnych wrażeń, czy to jest rodzaj emigranckiej choroby i czy na za- 
wsze tak zostanie. Zaleski odpisuje: „Czy i ja doświadczyłem tego? 
Przyporanijno, stary mój druhu, że to ja wieczny zadunajski pta- 
szek, że tęsknię tak siódmy rok za Polską a dziewiętnasty za Uki-ainą, 
że tak przebolałem mój żywot i zestarzałem się w smutkach pooj- 
<-zystych, porodzinnych. Przez wiełe łat uczę się, podróżując, piszę, 
a zawsze jednaki : nigdzie i niczem roztargnąć się nie mogę. Owoż 
ta emigrancka choroba drapie mię. kurczy bez ustanku aż w szpiku 
i we wnętrznościach; zmieniła powierzchowność i dumne, jak pa- 
miętasz, czoło wbiła głęboko pod krzyż Chrystusowy." 

Wiara, którą w dzieciństwie się przej%ł, staje się coraz silniej- 
sza; stąd uniesienia religijne, modlitwy, rekolekcye w klasztorach. 
Nosi w sercu żałobę po stracie ojczyzny. „W nierozwiewnej, pooj- 
czystej żałobie, błogo jest służyć starej «ławie Polski, podzwaniać 
przynajmniej pieśnią ojcom w mogiłach. Wydobyłem z pod serca 
dźwięki rozciągłe, przeczyste." Wygnanie jest pokutą zesłaną za 
grzechy ojców : 

„Pomimo smutków śpiewać jednak muszej). 
Bom się urodził na piewcę, bo w ciele 
Wątłem piośnianą jakąś więżę duszę, 
Pokutującą za pokoleń wiele." 



^) Dzieła pośmiertne .J. B. Z., t. I. .?tr. 15. 



8 

Wówczas to Zaleski tworzy nąjgłówniejsze swoje pieśni, śród 
tych dni spędzonych na wygnaniu, w ciągłej nadziei, w ciągiem 
oczekiwaniu cudu, który ma go wrócić do Ojczyzny. „Moja rzecz,, 
pisze do CTOSzczyńskiego, kochać, śpiewać i nie troskać się wcale 
o to, jakim sposolDem dowie się świat o mojej miłości i pieśniach. 
Doprawdy ja piszę, jak modle się, z potrzeby serdecznej i dla moich 
kochanych." Wieszcz musi wiele miłować i boleć, wszelka bolesna, 
miłość jest to ideał, który się wciela. Poeta wskazuje nam, jakie są 
jego ideały: „Pierwszy dla Boga — katolicyzm czysty, prawdziwie 
Chrystusowy, bez przymieszek legitymistowskich i jezuickich, drugi 
dla Ukrainy — hetmańszczyzna, lud wszystek wolny, konny, śpiewa- 
jący i wojenny. Długo byłoby pisać, czego chcę dla Ukrainy. Trzeci 
mój ideał — Polska przedjagiellońska, jaka była przed wynalezie- 
niem polityki świeckiej, materyalnej, Polska Bolesławowska wierząca, 
bez chłopów i t. d. Czwarty ideał — Słowiańszczyzna, msza wcale, 
jak ją marzą sobie moi spółcześni. Te ideały powinienem wcielić 
w słowo, które także jest czynem z Boga, bo Bóg -słowo, powinie- 
nem ideały swoje wcielić bez troski." 

Póki natchnienie jest w duszy, błogo poecie w zaciszu, choć 
smutno. Ale skoro pieśń -pocieszycielka opuszcza go, tęsknota nie- 
utulona za krajem wzmaga się i trapi go bezustannie. ^Tulani się, 
pisze do Siemieńskiego Lucyana, z kąta w kąt: przesiedziałem kil- 
kanaście dni w Paryżu, a reszta zbiegła tu i owdzie po różnych 
lichych mieścinach francuskich. I wszędzie mi nudno, smutno ; co- 
dzień nudniej i smutniej. Od czasu, jak odleciała odemnie pieśń -po- 
cieszycielka, od tego czasu tęsknota za krajem wpadła mi jak ka- 
mień na serce i cięży bez ustanku. Nie mogę sobie dać rady. Tu 
po widomu więdnę, schnę w sobie bez wieści i słychu od moich 
ukochanych, którzy chuchali na mnie, jak na wątłą roślinkę, prze- 
sadzoną gdzieś pod cudze, chłodne słońce." 

Powróciwszy do Paryża, poeta spełnia różne obowiązki obywa- 
telskie i przyczynia się do za-łożenia lub rozwoju różnych instytucyi,^ 
do dziś dnia istniejących, a świadczących o żywotności narodu. 

Ale pokolenie, które wraz z Bohdanem po upadku powstania 
listopadowego kraj opuściło, wygasa, przyjaciele, którzy go tak go- 
rącą otaczali miłością, wymierają. Z licznej gromady zostaje się 
gromadka, a wreszcie poeta pozostaje prawie sam i odwołuje się 
w pieśni i w listach do dawnych towarzyszów: „Żywot od mło- 
dzieństwa tęskny, wciąż tułaczy, zatlony u Dniepru, dogasa u Se- 
kwany. Wierzyłem jednak, miłowałem, spodziewa-łem się wszędzie 
i zawsze. Przy tych żużlach ogrzewam się po dziś dzień. Nie zna- 



lazłem nigdy dobra ni szezt^.ścia. bo ich za nifgo wieku nie było 
i w Ojczyźnie." 

Starzec doczekuje się późnych Jat : do smutiiów piililieznycti 
dołączają się boleści osobiste. Mimo wszystkiego zachowuje wiarę- 
w ideały młodości i w ostatnich latach żywota jeszcze śpiewa : 

..Wiarą, miłością, Dadzieją od młodu ^) 
Eosłcra i z niemi w sercu sie starzałem. 
Tego dziedzictwa rodu i narodu 
Jako źrenicy strzesrłem w życiu calem, 
T teraz, kiedy odleci<ć mam z ciała, 
Znicz we mnie polski po staremu pała." 

I sam nareszcie położył się do snu wiecznego. Spoczął w gro- 
bie tułaczym, daleko od Ukrainy, do kti»rej tak tęsknił i o której 
tak marzył, nie dokończywszy ostatniej pieśni : 

„Urodziłem się w Narodu niewoli -). 
Pieśniami chciałem ulżyć jego męce, 
Dużom z nim bolał, lecz najsrożej boli. 
Ze śród nadziei kostnieją mi ręce. 

Śniłem przez wiek cały wojenne Gody, 
Wyczekiwałem wielkiego Hetmana 
I czekam stary, jakem czekał młody. 
Duma dum moich, och 1 niewyśpiewana." 

Oddając społeczeństwu polskiemu niniejsze listy, zebrane z wiel- 
kim mozołem, czynię to w przekonaniu, że będą one drogą pamiątką 
dla tycłi, którym poezya Zaleskiego nie jest obojętną, teni droższą, 
że pozwalają poznać i ocenie jeo-o czystą a natchnioną duszę. 

Dyonizy Zaleski. 



^) Dzieła pośmiertne J. B. Z., t. I. str. 78. 
2) NiewYŚpiewana. — Pisma Józefa Bohdana Zaleskiego, t. lY. 
str. 226. 



Do Pana Mieliała (rrabowskieso. 

Z Płocka, d. 30. marca 1825. 

Tak się raptem rzuciłem do czytania, do planów, a nawet do 
pracy, tak myśli moje- są skupione w jakiejś abstrakcyjnej sferze, iż 
nie mogę na chwilę od ideałów się oderwać, nie mogę żadną miarą 
pozbyć się trapiącego mnie dziś wieszczego ducha. Siadam n. p. 
z naj mocniej szem postanowieniem pisać do ciebie — a piszę dumy, 
marzenia, aż poczta odejdzie. Spodziewam się, iż wkrótce ten szał 
minie i więcej będę miał czasu. Ja, Michale, i w tem sympatyzuję 
z tobą, że nie mogę żyć jednostajnie, porządnie, jak inni, lecz ciągle 
śnię i kiedyś niekiedyś tylko się ocucam. 

Sądzę jednakże, iż nie tak wiele na tem szkoduję. Mój talent, 
jak się coraz bardziej przekonywam, jest całkiem historyczny, szczero- 
słowiański ; i aby się kiedyś rozwinął, potrzebuje ogromnego zapasu 
wiadomości. Po cóż się spieszyć ? Aby się potem wstydzić, jak wsty- 
dzę się wszystkich dotychczasowych moich poezyi. Dla tych pobu- 
dek, nie mogąc po mojemu pracować około Kosińskiego, odłożyłem 
go do czasu, aż się więcej naczytam, nauczę, aż mi przyszlesz po- 
trzelme książki z Petersburga. Mógłbym wprawdzie przez samą ima- 
ginacyę zastąpić brak i omamić kogo na chwilę, przecież to zawsze 
będzie omamienie, a mój dzisiejszy systemat poetycki szuka prawdy, 
prawdy sumiennej i nie wystarczają już dlań ani ballady, ani wier- 
sze o niczem. Aby wszelako nie próżnować zupełnie, aby chociaż 
pomału oczyszczać smak, kształcić czucie i zbogacać wyoljrażnię, 
wróciłem do Rapsodów. Kończę dość długi o Damianie Wiśniowie- 
ckim, i zacząłem nowy pod tytułem Siryk, czyli wyprawa na czaj- 
kach przeciw Stamljułowi, prócz tego pisze wiele lirycznych. 

Zdaje się, Michale, iż przeznaczenie chce, abyś ty zadecydował 
o moim talencie. Jedziesz tedy niebawnie do Petersl)urga, końc/ysz 



12 

ŻYcie nieczynne ! ! ! Przynajmniej opinia świata, której często hołdo- 
wać musiin, tak je nazywa. Spodziewam się, iż będę mógł ustnie 
cię pożegnać . . . pożegnać na długo. Ja niezawodnie z pułkiem Szem- 
beka przybywam d. 20. kwietnia do Warszawy na garnizon. 

O Szyłlerze chętnie ci udzielę moich myśli później, przeczyta- 
łem bowiem dopiero życie, Z])ójców, Walensztejna i Telia. Wyobra- 
źnia moja jeszcze więcej wróżyła po Szyłlerze. Ale daruj ! czekaj, az 
się usprawiedliwię z tego zawczesnego mego sądu. Officer Płatnik 
Obołski jest w Warszawie i przez niego bądź dobry przyszlij mi 
Eomanse Coopera, Salwandego i co masz ciekawszego, tudzież pie- 
czątkę. My teraz mamy ciągle transporta do Warszawy, a zatem 
w każdym czasie mogę przeczytane książki odesłać. 

Przez dzisiejszą pocztę odebrałem z Puław od Bernatowicza, 
autora Nierozsądnych ślubów, kilka wyjątków z nowego jego ro- 
mansu Pojaty. Prosi on mnie, abym napisał kilka dum dla barda 
łitewskiego. Odpowiadam dziś, iż nie znam Litwy, iż musiałbym 
czytać Stryj kowskiego i innych. Mój Michale, co za głupstwo pisać 
do cudzych romansów dumy, czego też ten człowiek chce odemnie ?? 

Bądź zdrów 

J. B. Zaleski. 

Zapewnie sprawiłeś dla siebie garderoV)ę. Odstąp dla mnie parę 
białych kamizelek i jedną aksamitną, byle nie czarną, albo każ zro- 
bić na prędce i przyszlij przez Obołskiego. On stoi zapewne u Za- 
mojskich albo w Mniszkowskim pałacu. Zresztą prosiłem go, aby 
sie do ciebie dowiedział. Pieniądze zaraz ci odeszlę. 

J. Z. 



Do Pani Antoniny Linowskiej, z domu Zaleskiej. 

20\8 stycznia 1826, z Warszawy. 

Kochana Siostro! Abym nie dat powodu do przykrych skarg, 
tyłekroć już powtórzonych, piszę, lubo rzeczywiście o niezem. Bo 
o czemże donosić? W cichem i swobodnem literackiem życiu nie 
ma w^ypadków zdolnych zająć osoby oddalone i inaczej myślące. 
Powtarzać zaś wiecznie o zdrowiu, powodzeniu nie lubię. Że jednak 
zawsze kocham i spominam rodzinę, zaświadczą kiedyś moje pisma 
i przyjaciele. Gdybyście lepiej mię znali, dostrzegłiścieby dawno, że 
przez mój charakter melancholiczny, tkliwy i smutny często się wra- 
cam i tęsknię do przeszłości. Jakoż istotnie żyję najczęściej przez 



n 

myśl na Ukrainie i z wami. Jest dziś w tamtych stronach Michał 
Grabowski, mój najdawniejszy przyjaciel, pisuję do niego regularnie 
i długo, ależ bośmy razem najpiękniejsze chwile przeżyli, razem 
czuliśmy, kochali, cierpieli, a tak najdrobniejsze wypadki, myśli, 
marzenia nawet obu nas jak najmocniej zajmują i niewyczerpane 
iródło otwierają dla listów. Tymczasem prócz brata Eliasza, ja nie 
znam sposobu myślenia żadnej osoby z rodzeństwa. Bo i raialżem 
czas poznać ? Ciągle rozdzielony, to u nieludzkich ciotek, to w szko- 
łach, nareszcie w Królestwie Polskiem, niedziw tedy, że więcej się 
udzielam obcym niż swoim, bo obcy więcej niż swoi dali mi dowo- 
dów miłości. Mam tu przysposobione matkę, siostry, które mię naj- 
serdeczniej kochają i zapewne nie poskarżą sie na moją niewdzię- 
czność. Ale dosyć. Wpadłem w myśli smutne i bardzo smutne, a to 
dlatego, że nie miałem o czem pisać, a jednak musiałem. 

Zresztą jestem zdrów jak nigdy. Ivto zaś ma swobodę, wygo- i 
dne a nawet zbytkowe życie, przytem 4000 dochodu, nie może po- * 
wiedzieć, że mu się źle powodzi. Jeżeli zaś moralnie cierpię i cier- 
pię więcej, niż kto inny, winna temu matka - natura, która, nie wiem 
dlaczego, dała synkowi więcej potrzeb... i kaprysów... Kochałem 
się okropnie i byłbym skończył, jak Julian ^), gdyby wiara i mą- 
drość nie szepnęły mi do ucha: „Porzuć niewierną!'' Ale kto wie, 
czy się nie rozkocham na nowo w tej samej, bo sto rzadkich przy- 
miotów, przy pięknych oczach i pocałunkach, są bardzo niebezpie- 
czni doradzcy dla młodzieńca tak namiętnego i g . . . jak twój ser- 
decznie cię kochający brat 

Józef Zaleski. 

Całuję po milion razy twego męża, synów i całą rodzinę. Do 
Eliasza dlatego nie piszę, bo p. Gliicksberg późno wyjeżdża, a zatem 
nie zastanie go w Kijowie. Proszę o ukraińskie nowiny przez tego 
p. Gliicksberga. 

Ja w tym roku wydrukuję moje pisma, jeżeli się zgodzę z księ- , 
garzami, to jest jeśli mi zapłacą tyle, ile zechce, i jeśli jaki kaprys ' 
nie pomiesza zamiarów. 

Brat J. Z. 

Spytaj się, kochana siostro, Gliicksberga, co mówią o moich 
poezyach w Warszawie, bo nie czytasz dzienników itd. 
Listu tego nie pokazuj nikomu i spal. 



^) Julian Zaleski. Skończył życie samobójstwem. 



14 

Do Pana Edwarda Odyńea 

przy ulicy Senatorskiej, w pałacu Zamojskich w Warszawie. 

19. listopada 1826, z Rawy. 
Kochany Edwardzie ! Podchorąży, który byt u ciebie, nie zro- 
zumiał mnie i zrobił wszystko inaczej, niż chciałem. Nie odebrał 
mego listu od kapitana Żarskiego, a po książki, zamiast do Czachow- 
skiego, poszedł do ciebie. Starałem sie nieporozumienie sprostować 
i dlatego pisałem dziś do Warszawy, aby ci natychmiast list ode- 
słano ; do ciebie piszę choć tych kilka wyrazów, abyś nie sądził, że 
milczę naumyślnie. Widzisz tedy, żem nic nie winien. Podziękowa- 
łem ci już i za pamięć twoją i za list Jeżowskiego, i za przypisek 
Mickiewicza i za wszystko. Chciałem więc zacząć literacką dysputę, 
aby czemś list swój zapełnić, ale natychmiast odchodząca poczta nie 
dozwala mi uiścić najszczerszej chęci. Donieś mi co z nowin litera- 
ckich. Czy stanęła jaka ugoda z księgarzami względem dzieł Mickie- 
wicza ? Czy powrócił czcigodny nasz Lelewel ? Co robisz ? Co jest 
w ostatnim numerze Dziennika? itd. Nieskończenie mnie zobowią- 
żesz, jak mi pożyczysz obu tomików Mickiewicza i dasz swój drugi, 
I bo mój egzemplarz zalega u panny Eóży. Masz gotową okazyę do 
Eawy, tylko list i książki odeszlij Witwickiemu. Żukowski od niego 
zabierze i we środę przyjedzie do Eawy. 
Ściskam cię najserdeczniej i t. d. 

J. B. Zaleski. 



Do Pana Stefana lYitwiekiego. 

1. lutego 1827 r., z Bawy. 

Kochany Stefanie ! Pospieszam ci donieść, żem onegdaj powró- 
cił ze Szląska: a pospieszam donieść dlatego, abyś mię niewinił za 
to, żem nie odpisał na list twój dawniejszy, który dziś dopiero tu, 
w Eawie, w ojczyźnie, przeczytałem. Ale powiesz, cokolwiek bądź 
mogłeś napisać do mnie z krajów niemieckich. Nie mogłem. Przy- 
sięgam na Styx, na progi, nie mogłem. Oprócz bowiem wielu pię- 
knych, jak wiadomo, przymiotów, posiadam z łaski Boskiej i ową 
wielką cnotę narodową, leniwstwo. Dolu-ze mi z niem bardzo. Przyja- 
ciele moi, chociaż z tego względu mniej niżeli ja patryoci, wszelako 
są wyrozumiali, a może w gruncie serca i sympatyzują nawet ze mną. 

Nie tę wszakże jedną tylko cnotę narodową posiadam, powie- 
działem już wyżej, oprócz wielu pięknych przymiotów. Na przykład 



15^ 

szczycę się jeszcze najzimniejsza obojętnością, jaką ty pochlubić się 
wcale nie możesz. Cóż powiesz? Czytałem wszystkie krytyki o tobie 
i o mnie. Ale pozwól mi przyjść do narracji historycznej, abym 
o tej obszerniej i jaśniej napisał. Trzeba ci naprzód wiedzieć, że od- 
da wna, oprócz świątobliwej EtoUe, żadnej innej gazety, nawet Ku- 
ryera nie czytam. Xie dbam, czy horyzont literacki i polityczny 
chmurny, czy pogodny, kiedy main ciepły kominek i wesołe okienko, 
otwierające widok na piękne strony rodzinne, i na piękniejsze je- 
szcze strony niebios i księżyca. Przy tym acz bezcelnym, niedokoń- 
czonym widoku, żyję zwykle śród tkliwych pamiątek, lub śnię 
o lepszej, nieziemskiej przyszłości. Tym sposobem zapomniawszy 
o świecie, nie myślę, że są ludzie, co żyją inaczej, co nie mają 
wspomnień, co nie śnią o niczem, ale czuwają za nas i nad nami. 
Zljoczylem od rzeczy. Przy końcu grudnia wyjechałem do 
Szląska. Przebywszy we trzech dniach piaski Piotrkowskie, Sieradz- 
kie lasy, na weselszych Wieluńskich błoniach stanąłem nareszcie na 
nocleg, nb. nie na błoniach, ale we wsi na poczcie. Aby jakoś za- 
bić długie godziny wieczorne, porwałem kilkadziesiąt numerów Ga- 
zety Korespondenta. Przerzucam, znajduję ze starej daty jakąś nad 
podziw nierozsądną recenzyę twego wiersza i przytem smaczny upo- 
minek dla siebie. Patrzę na podpis : siedemdziesięcioletni starzec 
z Lubelskiego. Winszuję mu. Przerzucam dalej, znajduję, lepsze uwagi 
pana A. Wiczera, odpowiedź starca. Przerzucam jeszcze i jeszcze 
głupie kłótnie Dmochowskiego etc, etc. Cóż ja na to? — zapytasz. 
Chwilka cierpliwości ! Nic, niech pi-zą. Marzyłem ja niegdyś za lat 
pacholęcych, jak mi to będzie gorzko, jeśli mię krytyk jakiś wybur- 
czy, a tymczasem dziś surowo naganionemu nie jest ani gorzko, ani 
słodko. Zupełnie dobrze jadłem, piłem i śmiałem się, aż pókim nie 
usnął. Nazajutrz rano żegnani i moją Gazetę i Wieluńskie. Śród 
wielu przyjemnych wrażeń, doznanych na widok kwitnącego Szląska, 
zgadnij, jaka myśl przeleciała takoż mimowolnie przez głowę. Oto 
pomyślałem. Dzięki Bogu, nie jestem już w kraju barbarzyńskim. 
Tu literaci czytają zapewne Szererk, Engiela i wiedzą, co jest Ukraina. 
Wiedzą, iż sześć milionów ludzi, mających długo swój byt, prawa, 
obyczaje, pieśni, swoich bohaterów, dziejopisów, hajdamakami zwać 
nie można itd. itd. Śmiałem się potem znowu i przez cały mój po- 
byt tak na wsi, jak w Wrocławiu, miałem najlepszy humor. Wierz 
mi, ani razu nie pomyślałem o naszych głupich krytykach. Lata- 
łem, trzpiotałem się, kupowałem drogo niepotrzebne rzeczy, aby 
nie zmieniać opinii Niemctjw o Polakach. Jeżeli może zapłakałem 
nad Odrą, to się domyślisz dlaczego. Mój Stefanie, wszystkie recen- 



16 

zye są głupstwa I Ale clic-ialliym, aljy.ś widział \\Toelawskie ko- 
ścioły. Jakie stare, uroczyste. Avspaniale ! Gdyliyś w nich, przy od- 
głosie tamtejszych organów, nie ryczał jak dziecko, miałbym cię. 
nie wiem. za col Miałbym cię za zimniejszego i nikczemniejszego 
od wszystkich stary cli i młodych Arystarchów naszych. Więcej ci 
powiem, jak się wkrótce osobiście obaczym. Około 15 b. m. będę 
niezawodnie w Warszawie. 

Xiech się święcą obojętność i leniwstwo, one mię uszczęśliwiają 
na ziemi ! Z tem wszystkiem, gdyby stary Lublanin lub kto inny 
-gromniał jeszcze raz o hajdamakach, donieś jni natychmiast. Nie' 
mogę być obojętnym dla ziemi, na której rodziłem się, którąm uko- 
chał i której l)ronić obowiązany jestem. I tak gotuję rys historyczny, 
tudzież o obyczajach, zwyczajach i pieśniach ludu ukraińskiego, 
znajdę tedy sposobność do wyłąjania nikczemników. 

Śmiej się z krytyków. 

Całuję cię serdecznie 

przyjaciel 

./. B. Zaleski. 

P. S. Szatobriana ci przywiozę. Donieś mi. czy ci Szlegel po- 
trzebny, bo chciałbym ci go oddać aż w obozie. PoJnische Miscaelen 
zaprenumeruj dla mnie. Xapisz do mnie o nowinach warszawskich. 

Jeśli ten list przeczytasz, możesz śmiało z Szampolionem młod- 
szym decyfrować hieroglify egipskie. Ale cóż robić? Nie miałbyś 
inaczej listu. Znam moje lenistwo. Xosco mc ipsum. Bądź zdrów 
i wesół. 



Do Pana Edwarda Odyńca. 

Z Baicy, cl. 18. hiteyo 1827 r. 

Kochany Edwardzie! Dziś przyjeżdżam do Rawy i dziś na 
prędce przez odchodzącą pocztę piszę do ciebie. Smutno mi bardzo, 
żem was tak nagle opuścił. Zdaje mi się, że kilka chwilek weso- 
łych z wami spędzonych snem tylko było, tak nieprzyjemnie po- 
wrót do Eawy i do zwyczajnych zatrudnień pomieszał wszystkie 
omamienia. Jestem wam nieskończenie wdzięezen za chęć odwiedze- 
nia mnie w Rawie. Chcę jednak być szczerym i otwarcie wyznaję, 
że nie mogę was tu prz};jąć tak. jakby mi nakazywały moje serce 
i gościnność, jakbym was prz3'jął w każdem innem mieście. Ja tu 
żyję samotnie. Z nikim prawie nie mam ściślejszych związków. 



L 



17 

Moglibyście się zatem, prócz kosztów podróży, zaudzić porządnie. 
I dlatego postaram się, abym się z wami widział jeszcze w War- 
szawie. Oto masz moje wyznanie. Umiej zręcznie odwieść twoich 
towarzyszów od wykonania zamiaru, nie narażając w niczem twego 
prawdziwego przyjaciela. Listu nie pokazuj nikomu, najlepiej spal. 
Przez następną pocztę nowy odbierzesz 

J. B. Zaleski. 



Do Pana Edwarda Odyiiea. 

Z Rmcy, 22. lute f/o 1827 r. 

Jak wiatr bez śladu, bez znaku przewinąć się, pokręcić po 
Warszawie i zniknąć ! . . . Nie prawdaż, kochany Edwardzie, że żyję 
poetycznie. Wszelako dotychczas mi jeszcze smutno, żem was tak 
na krótko widział i tak nagle pużegnat. Cóż robić? Musimy nawy- 
kać do ciągłej zmiany wrażeń i uczuć. Jestem znowu w Rawie. 
Siedzę przy stoliku zadumany o moich stepach i żyjącemi imagina- 
cyi marami zaludniam głuchą dokoła samotność. Mógłbym się tu 
bawić, jak inni, ale powszednia rozrywka, jak powszednie życie, nie 
zawsze dla każdego wystarcza. Ja potrzebuję daleko żywszych, da- 
leko mocniejszych roztargnieu. Czczość życia najlepiej ideałami za- 
stąpić. Czytałem kilkakrotnie nowe poezye Mickiewicza. W kilkuna- 
stu początkowych sonetach, mimo więzów bardzo niewdzięcznego 
wiersza, widać jak najjaśniej to wzniosłe, egzaltowane jego własne 
pojęcie miłości, które mu niegdyś Dziachj natchnęło. Krymskie są 
może jedyne w literaturze europejskiej. Prócz wielu pięknych myśli, 
prócz bajroiiskiego charakteru pielgrzyma, wspaniałą już samą przez 
.się naturę Tauryki uolbrzymia nasz poeta obrazami kolorytu pra- 
wdziwie wschodniego. Gdybyś nie wiedział, ile szacuję i kocham 
Adama, posła-łbym ci świetny panegiryk jego talentu, tyle mnie dzi- 
siaj zachwyca. Ciekawy jestem, z jakiego stanowiska Moehnacki je 
osądzi? Na nic tu estetyka, to świat wcale nowy. Przyszli] mi to, 
co o nim napisze Moehnacki. Co do kilku sonetów, na które tak 
utyskiwał, te trzeba bez ratunku poświęcić na pastwę klassykom. 
I)la wielbicieli jego talentu wystarczą same już lvryraskie. Przebaczy 
nni chętnie chwilowe zapomnienie się każdy, kto tylko badał i pojął 
tę smutną moralną prawdę, że ciągle wzniosłe, nieziemskie uczucia, 
geniuszu nawet nie są stalą dziedziną. Jest, nie wiem, w sercu czy 
umyśle naszym jakaś dziwaczna i szyderska władza, co wprost roz- 
miata najpiękniejsze twory natchnienia i niejako musem spycha nas 

Korespondencya J. B. Zaleskiego. 2 



18 

z nieba omamień na poziom bezplennej i zimnej rzeezj^wistości. 
Zapomniałem, że list pisze i że nie pisuję nigdy długiego. Mój 
Edwardzie, przyszlij mi, jaiieś obiecał, dwadzieścia egzemplarzy so- 
netów, prędko tu je rozprzedam. Czcigodnemu Lelewelowi nie zapo- 
mnij dać jeden egzemplarz w zamian za ten, który u niego wzią- 
łem. Przyszlij mi teraz bilet na poezye Kułakowskiego, tudzież poe- 
mat Puszkina i pozwolony przez Lelewela nr. Telegrafu. Wszystkie 
te książki dobrze opieczętuj i czekaj, aż je od ciebie zabierze Edward 
Bieliński, officer inżynierów, mój ziomek i przyjaciel. Juliana Ivor- 
saka najserdeczniej odemnie ucałuj i oświadcz, że zachowam na 
zawsze wdzięczną pamiątkę za dowody przyjaźni i pochlebne słowa,, 
jakiemi ranie podczas bytności mojej w Warszawie zaszczycał. 
Uściskaj także Ordyńca i przypomnij, że oljiecał do mnie pisać. 
Zresztą wyglądam na literackie z Warszawy nowiny. Wszystkim 
znajomym oświadcz ukłony i nie martw się Florą romantyczną ... 

J. B. Zaleski. 



Do Pana Edwarda Odyńca. 

Z Bawy, 26. marca 1827 r. 

Kochany Edwardzie ! Przez jutrzejszą pocztę miałem już nieza- 
wodnie napisać do ciebie, gdy tymczasem dziś mnie uwiadamia Żu- 
kowski, że natychmiast wyjeżdża do Warszawy i chce ci sam wrę- 
czyć list odemnie. Korzystam na prędce ze sposobności i zasyłam 
ci jak najprzyjaźniejsze pozdrowienie. Żem nie napisał do ciebie- 
wcześniej, winny temu, mój Edwardzie, Sonety. Chciałem ci za nie 
jak najspieszniej odesłać pieniądze, ale dama, która się podjęła 
sprzedaży na prowincyi, dotychczas mnie nie uwiadomiła, ile rozku- 
piono egzemplarzy. Czekałem tedy i wstrzymałem się z listem. Co- 
kolwiek jednak liądź, wyjeżdżający około czwartku do Warszawy 
nasz płatnik półkowy przywiezie ci za sonety pieniądze. Stendhala 
nie posyłam, bo dotąd nie wrócił z pożyczki. Byron zamówiony, ale 
ponieważ do tej pory nie przychodzi, widać, że go nie mają księ- 
garze wrocławscy, musicie więc poczekać, aż sprowadzą z Lipska 
albo z Berlina. Mogę jednak zaręczyć, że prędzej lub później nade- 
słany wam będzie. Cóż tam, kochany literacie, dzieje się na waszym 
burzliwym świecie? Jaki jest obecnie stan umysłów? czy się co 
przecież ustala? albo też ta sama zawsze anarchia? Jakie interesa 
występują? jakie przemagają mniemania? która wreszcie sekta pa- 
nuje? i t. d. Donieś o wszystkiem odludkowi, który nawet gazet 



19 

wasz3T'h nie czyta. Udarowanj od natury wysokim stopniem oboję- 
tności, nie będę zapewne nigdy walczył pod chorągwiami którego- 
kolwiek stronnictwa, ale powinienem znać zewnętrzne okoliczności, 
wpływające współcześnie na dobro liib szkodę literatury krajowej. 
Kto wie, jeśli mi kiedy nie przyjdzie być historykiem obecnej re- 
formy literackiej ? a wtedy ' tem łatwiej, tern bezstronniej potrafię 
skreślić jej obraz, id sam nie działałem czynnie, ale czujnie na 
wszystko i na wszystkich Ijaczyłem . . . Mój Edwardzie ! Tylem ci 
za jednym pociągiem pióra zrobił zapytań, że gdybyś tylko odpo- 
wiedział na jedno, już więcejbyś uczynił, niż krótka moja z tobą 
zażyłość ma prawo wymagać. Zresztą donieś mi zwyczajnym spo- 
sobem o wszystkiem pokrótce, a i tak będę nieskończenie obowią- 
zany. Juliana Ivorsaka uściskaj i oświadcz mu, że najmilej by mi 
było zawiązać z nim korespondeneyę. Czekam tylko na pierwszy 
krok ze strony jego i ni wiadomość, dokąd mam adresować do niego 
listy. Życzę sobie czytać dumę Gosławskiego o Niczaju. Czybyście 
jej nie mogli dla mnie przepisać? Bo gazety, dzienniki czytać do- 
piero myślę w obozie. Wystaraj się dla mnie o dwa tomiki poezyi 
dawniejszych. Ja już cztery kupiłem, ale mi zawsze kobiety zabrały. 
Te chcę mieć jedynie dla siebie. Jak masz co nowego, to przyszli] 
mi także. Przypominam o bilet na poezye Kułakowskiego. Czcigo- 
dnemu Lelewelowi zasyłam ukłon. Eobertsona za kilka dni odbierze. 
Mochnackiego i Ordyńca ściskam i pozdrawiam. 

Całuję cię jak najserdeczniej. J. B. Zaleski. 

Do Pana Jana Joachima Lelewela. 

Z Rawy, 2. kwietnia 1827 r. 

"Wielmożny Mości Dobrodzieju! Czajkowski wręczył mi do prze- 
słania W-nemu Panu Dóbr. Historyę Karola V-tego przez Eobert- 
sona, za którą jak najuprzejmiej podziękować polecił. Prosi jeszcze 
o Historyę Duńską Malleta lub o Wenecką p. Daru. Ja z mojej 
strony upraszam o poema Igor Swiatosławowicz Pragskiej edycyi 
i o inne oraz nowości, jakie sam dla mnie wybrać raczysz. 

Słychać, iż dopiero około 10-tego czerwca wyruszymy z Eawy 
i musimy więc zaopatrzyć się w książki na dwa długie miesiące. 
Nie wątpimy, iż \V-ny VAn Dóbr. i nadal nie odmówisz nam swoich 
łaskawych względów. 

Jestem z najgłęljszym szacunkiem W-nego Pana Dobrodzieja 

Wielce obowiązany 

Zaleski. 
2« 



20 

Do Pana Edwarda Odyiiea. 

Z Rawy, 1. maja 1827 r. 

Kochany Edwardzie! Posyłam ci 10 niesprzedanych egzem- 
plarzy Sonetów, a za drugie 10 pieniądze, t. j. 12 rubli srebrnych. 
Jużbyś je był dawniej odebrał, gdyby jeden z moich, któremu ten 
interes poruezyłem przed wyjazdem w Krakowskie, nie zwlókł go 
dotychczas. Drugich 10 egzemplarzy nie mogłem wcale rozprzedać. 
Z małej tu liczl)y czytających, jedni nabyli je pierwej w Warszawie, 
drudzy u mnie, a reszta żywi się pożyczaniem. Donieś mi, jak się 
masz ? Co słychać o Adamie ? Ozy pisał do ciebie ? Spytaj się Moch- 
nackiego, czemu dotąd nie odpisał na list mój ? Czy list pod jego 
adresem przyłączony oddał Lelewelowi^ Bądź także u Lelewela 
i spytaj, czy nie zechce do mnie kilka słów napisać? Jeśliby ci dał 
jakie książki, opieczętuj i oddaj Chotomskiemu, w jednym z tobą 
mieszkającemu domu. On miewa częste sposobności do Eawy. 

Całuję cię serdecznie i t. d. 

J. B. Zaleski. 

Do Pana Edwarda Odyńea. 

Sochaczew, 25. listopada 1827 r. 
Kochany Edwardzie ! Aż do dnia dzisiejszego spokojnie ocze- 
kiwałem odpowiedzi tv\rojej na list mój jeszcze d. 5. b. m. posłany 
do Warszawy. Zaczynam się jednak obawiać, czy nie zaginął na 
poczcie. Dla tego co prędzej posyłam ci rewers powrotny pocztamtu 
warszawskiego, na którym w imieniu twojem podpisał się jakiś 
Krawczyiiski. Jeśli nie znasz tego jegomościa, pójdź natychmiast do 
Widulińskiego, aby ci kazał mój list wyszukać. Takie rzeczy nie po- 
winny się dziać bezkarnie. Po wyszukaniu listu, bądź łaskaw napisz 
do mnie zaraz. Przy liście były : Legenda Grabowskiego i Fantazya 
Kozłowa. Przeproś za zwłokę Ordyńca. Proszę o nowiny literackie. 

Całuję cię serdecznie 

./. B. Zaleski. 

Do Pana Pułkownika X. ^) 

Z Bawy, 1827. (?) 

Przepraszani jak najmocniej, że osobiście, podczas bytności 
.mojej w Warszawie nie odniosłem książek. Pułkownik Szembek tak 

^) Zo zbioru autografów K. Jabłońskiego. List bez daty i bez adresu. 



21 

się spieszył do Eawy. że mimowolnie musiałem je opiecz«;tować 
i polecić jednemu ze znajomych, aby odesłał do mieszkania Pana, 
Pułkownika. Dowiaduję się wszelako, że doszły zaraz rąk Jego. Dziś 
przez kapitana Żarskiego odsyłam resztę książek, oprócz dziel de 
Gerande. 

Od niejakiego czasu czytuję tu po gazetach kłótnie o Eomanse. 
Biedny Skarbek!... Xie wiele wart jego Tarło, ale też i krytyka 
jakiejś N. . . . , pomimo że wiele trafnych uwag zawiera, jest zanadto 
uszczypliwa; prócz tego napisana źle, bez ładu i nie po polsku. 
Jaka szkoda, że nikt się dotąd u nas nie zjawia, coby zdolnie użył 
krytyki dla dobra literatury ! 

Jeśli Pan Pułkownik posiada dzieło Małte Brun : Precis de 
Geographie Unirerselle, to proszę o pozwolenie rai tomu 3-go i 4-go, 
takoż o Pamiętniki Lascazesa lub Montholona. wreszcie co z nowych 
historyi, n. p. historyę Normandów przez Thierry lub Lacepeda, 
chociaż tom 1-y. 

Jestem z wysokim szacunkiem, obowiązany 

./. ZnUsiri. 

P. S. Pani Szembekowa dziękuje za Dziennik Mód, poleciła 
mi, abym się zapytał P. Pułkownika, co się należy za prenumeratę. 
O książki wynotowane przez P. Pułkownika pisałem do Prus i co- 
dziennie spodziewam się odpowiedzi. 

Do Pana Jana Joachima Lelewela. 

Z Sochaczewa, U. stycznia 1828. 
Wielmożny Mości Dobrodzieju! Jak najuprzejmiej dziękuję 
W-nemu Panu Dobrodziejowi za użyczone mi łaskawie książki. Od- 
syłam je w całości, lubo (i sam się przyznaję do winy) nieco zapóźno. 
Nie powinienbym wprawdzie wciąż nadużywać Jego dobroci ; 
zepsuty jednak niezasłużonymi dotychczas dla mnie względami do- 
potąd myślę się naprzykrzać, dopokąd go nie znudzę lub nie znie- 
cierpliwię. Upraszam jeszcze o historyę Władysława lY. p. Kwiat- 
kowskiego, o 1-y chociaż tom Wojen krzyżowych przez 31ichaud 
lub o inne dzieło, jakie sam Wny Pan Dobrodziej dla mnie wybie- 
rzesz. Wolałbym wszelako co z nowszych dziejów europejskich, t. j. 
od Reformacyi. 

Zostaję z najrzetelniejszem poważaniem 

W-nego Pana Dobrodzieja 

uniżony 

J. B. Zaleski. 



22 

Do Pana Edwarda Odyńea. 

Sochaczew. 30. marca 182S. 

Kochany Edwardzie I Dziękuje ei za twoją pamięć o umie i za 
przyjacielskie życzenia. Czytałem, czytałem Wallenroda razy naj- 
mniej dziesięć od deski do deski. Długiego trzeba listu do ocenienia 
wszystkich piękności w tem arcydziele Mickiewicza zawartych. Wła- 
śnie w tym przedmiocie pisałem onegdaj obszernie do Grabowskiego. 
Nie chcę tu powtarzać litanii pochwał, my bowiem wkrótce będziemy 
mogli ustnie o Wallenrodzie pomówić. Co do heksametrów, nie są 
to takie jak innych narodów, ale takie, jakie w naszym języku mieć 
możemy. Mickiewicza są łatw^e, pełne, rozmaite. Szkoda tylko, że 
urojenia Królikowskiego, mianowicie co do jednozgłoskowych wyra- 
zów, brał często Adam za dobrą monetę. Ztąd to postrzegać się 
dają: czasem chropowatość, czasem wątpliwość, a niekiedy i zupeł- 
nie fałszywa miara. Akcent i prozodya, rzeczy wcale różne. Ale nasz 
wielki kochany poeta nie dosyć zastanowił się nad tą różnicą. Dzię- 
kuję ci za nowiny literackie, ale. mój Edwardzie, częściej mi je 
przesyłaj. We środę lub we czwartek po Wielkiej nocy odbierzesz od 
Witwickiego pakę z książkami. Bądź łaskaw, odeszlij ją do czcigo- 
dnego Lelewela. Proś także o egzemplarze poezyi Massalskiego i za- 
płać za mnie. 

Bądź zdrów, kochany Edwardzie ! 

J. B. Zaleski. 

Do Paua Jana Joachima Lelewela. 

Z Socliaczeica, 21. kwietnia 1828. 

Jaśnie Wielmożny Mości Dobrodzieju ! Zaczynam ten list od 
powinszowania nowego dostojeństwa, które przynosi zaszczyt równie 
Jaśnie W-nemu Panu Dobrodziejowi, jak i wyborcom jego. Nam zaś 
nawykłym oddawna uwielbiać Jego literackie zasługi i cnoty oljy- 
watełskie, najżywszą sprawia radość to spółuczucie zacnych Podla- 
sianów. Czajkowski przed kilkoma dniami przysłał do mnie z Płocka 
Fergiissona i Zylhca, z przykrem poleceniem, abym Jaśnie W-nego 
Pana Dobrodzieja przeprosił o spóźnienie się. Nie chcę go uniewin- 
niać, bo istotnie książki te za długo przetrzymał. Historyę Włady- 
sława lY., w czasie zapust nie zastawszy Jaśnie W-nego Pana 
w Warszawie, zostawiłem u Maurycego ^iochnackiego. Spodziewam 
się, że już ją dawno odesłał. Nie wiem, ozy Pan Ordyniec wydaje 



9Q 



ciągle Dziennik Warszawski. Alam tu dla niego parę arkuszy ła- 
dnych poezji, przysłanych mi z Ukrainy przez autora legendy : 
Wmcrztjnicc PoicodowsJci. 

Mam jeszcze wielką prośbę, tyczącą się trzeciej osoby. Znam 
dobroć serca Jaśnie W-nego Pana Dobrodzieja i jestem pewny, że 
się do niej chętnie przychylisz. Zanoszę ją jednak warunkowo w na- 
dzieji. że sam lub przez kogo może.sz raiec wpływy do kasztelana 
Eielińskiego, syna wojewody, prezesa sądu sejmowego. Jan Ludwik 
Żukowski, Podlasianin, autor umieszczonego przed kilkoma miesią- 
cami w Gazecie Polskiej artykułu o tłóm a cze niach i świeżo 
dla tejże gazety napisanej rozprawy o sztuce, będącej w cenzu- 
rze, tudzież wielu ważnycli rozpraw dotąd nie drukowanych : znany 
mi od lat siedmiu jako ubogi, ale światły, utalentowany i najza- 
<;niejszy pod wszystkiemi względami człowiek, zostaje w powołaniu 
najsprzeczniejszem z istotnem jego przeznaczeniem. Zdarza się spo- 
sobność wydźwignienia go z toni i zachowania dla literatury krajo- 
wej. Kasztelan Bieliński ma syna w Instytucie Drezdeńskim, utwo- 
rzonym na wzór Pestaloeego, i potrzebuje tak on, jako i inni tam 
pomieszczeni Eodaey, nauczyciela do języka literatury i historyi 
polskiej. Oprócz tego, że Żukowski jest istotnie biegły w tych przed- 
miotach, rodzaj taki życia, w bliskości ogniska germańskiej oświaty, 
wpłynąłby naj dziel niej na udoskonalenie jego przyrodzonych talentów. 
Dla tego z naj ży wszem uniesieniem pragnie otrzymać to miejsce. 
Brodziński zrobił już krok pierwszy w tym interesie i sam preten- 
dent h\l osobiście u Bielińskiego, ale nie odebrał stanowczej odpo- 
wiedzi. Boję się, aby cicłia i potulna powierzchowność jego nie zro- 
biła na kasztelanie jakiego nieprzyjemnego wrażenia. Trzebaby cią- 
gle kołatać, Ijy jaki szczęśliwy nie uprzedził zdatnego, z tego 
powodu śmiem upraszać Jaśnie W-nego Pana Dobrodzieja o powa- 
żne wstawienie się za poczciwym Żukowskim. Bieg tej sprawy mo- 
cno mię obchodzi i będę nieskończenie wdzięczen za uwiadomienie 
o dalszym jej toku. Eadbym, ażeby się jak najpomyślniej skończyła, 
tern bardziej, że biedny Żukowski sam jej dopilnować nie może, 
zostając w obowiązkach o mil kilkanaście od "Warszawy. Ze reko- 
mendacya i pochwa-ły moje jako przyjaciela mogłyby być podejrzane, 
proszę o zasiągnienie świadectwa od Brodzińskiego. Skarbka, Broni- 
kow.skiego, R. G. P. Ivazimierskiego, którzy go lub znają osobiście, 
lub czytali jego dziełka, będące w rękopiśmie: 1) o Pnuszczłjżme 
IV Polsce, 2) Pieśni ludu zebrane nad Pilica, poprzedzone obszerną 
i bardzo piękną rozprawą o pieśni gminnej. 



24 

Zostaję z najrzetelniejszym szacunkiem i poważaniem 

obowiązanym 

J. Zaleski. 

P. S. O poezye Massa! slfiego, jeśli jeszcze pozostał jaki egzem- 
plarz, bardzo proszę Jaśnie W-nego Pana Dobrodzieja. Edward Ody- 
niec zapłaci za mnie prenumeratę. Nie mogę się nasycić Wallenro- 
dem. Niezaw^odnie jest to arcydzieło Mickiewicza. Ciekawy jestem 
bardzo zdań o nim Koźmiana i Osińskiego. 

Zaleski. 



Do Pana Stefana Witwickiego. 

D. 27. maja 1828 r. Sochaczew. 

Kochany Stefanie ! W nadziei widzenia się z tobą, zwlóczyłem 
odpowiedź na dwa twoje listy. Jak sójka za morze, od miesiąca wy- 
bierałem się do Warszawy. Wybrałem się nakoniec onegdąj, wyle- 
ciałem, ale po drodze klassyczna moja wyobraźnia poczęła marzyć 
o gajach, słowikach, strumieniach itd. Przemogła tą rażą poetycka 
natura nad gorącem życzeniem uściskania ciebie, i zamiast do wa- 
szycti brukowych kamieni, roztoczyłem skrzydła ku cienistym gro- 
tom i gajom Arkadyi. Pomyślałem sobie, Stefana, mimo że się do 
wód wybiera, djabli nie wezmą, a Arkadyę tymczasem zniszczy do 
szczętu Ibrahim Pasza, jak zniszczył Liwadyę i ]\Ioreę. Brat sokół 
białozor był moim pegazem przewodnikiem. Wznieśliśjny się w obłoki 
i w mgnieniu oka ujrzeliśmy, choć z daleka, stf^py, tawol, kaliny, 
porohy i limany dnieprowe. Bliżej, pod nami, szumiał Dniestr burz- 
liwy, pędził Prut po skalach, jaśniały złocone dachy naddunaj- 
skich minaretów, dalej i dalej wojska, Serby, Albańczyki etc, etc, 
etc. Jakoż po dwugodzinnej podróży, bez unużenia stanąłem na no- 
gach w Arkadyi. Po śniadaniu, włożywszy okulary na nos, pośpie- 
szyłem w gaje ulubione od bogów i poetów pogańskich. Jakie uczu- 
cia? Widziałem mnóstwo świątyń, wystąpiłem do przybytku Dianny,. 
i rzetelnie bardzo jest piękny i czysty. Apollo i Merkury ukłonili mi 
się grzecznie, zdjąłem kapelusz nawzajem i w uniesieniu przebie- 
głem wszystkie łączki, pagórki, zwiedziłem wszystkie zakątki. Lecz 
niestety ! przy jakimś sarkofagu napotkałem dwa bóstwa, których 
razem nigdy nie życzyłem widzieć. Leżący plackiem kopio wa^ły jakiś 
nędzny wierszyk napisany ołówkiem, mówię nędzny, bo nie było 
pod nim podpisu Moscha ni Biona, nie było nawet sensu. Bóstwa 



2& 

te były Synipatya i Aiitypatya. pierwsza w postaci Pani Tańskiej, drugi 
w skórze Lisickiego. Odczarowany, urakną-lein od nich prędko, a wycho- 
waniec Sofiówki, jeszcze prędzej i bez żabi pożegnałem arkadyjskie 
gaje i bóstwa. Dziś ocblonąlem nieco i mogę zawołać, jak przyjaciel 
nasz Gustaw, co z oczu, to i z myśli. Jednakże, kochany Stefanie^ 
jak przeczytasz w Rozrywkach opis Arkad3'i, umieść zaraz w gaze- 
tach, że i ja byłem towarzyszem t^j klassyeznej wędrówki na owe 
exaltowane wyrażenia Szyllera: Auch ich nur i n Arka di en peboren^ 

Czytałem twój aitykul w Gazecie o RejDutacyi autorów_za_jch 
życia. Bardzo mi się spodobał Charakter poezyi i pisarzy naszych 
skreśliłeś z wielką prawdą i dowcipem. Istotnie tego rodzaju ogólne 
uwagi byłyby wielce pozy tyczne dla literatury polskiej, stokroć po- 
żyteczniejsze od niegrzecznych lub stronnicznych sarkaii, jakich 
pełno jest w naszych dziennikacli. I?adbym bardzo wiedzieć, jakie 
wrażenie sprawi twój artykuł na głowacłi Ivoźmiana. Morawskiego 
i t. d. Sąd potomności objawiłeś im za życia. 

W dawniejszym twoim liście łajałeś mię, że ci się nie wypła- 
cam wzajemną ufnością. Przysięgam, iż nic nie mam, aohj godne 
było twego czytania. łvocłiany Stefania, do właściwej dla mnie 
pracy, potrzeba swobodnego stano duszy, nieprzerywanej samotności, 
potrzeba długiego zapoznania się i niejako zamieszkania w przeszło- 
ści, potrzeba wielu rzeczy, któi-ych ja dziś nie posiadam. W mojem 
antypoetyckiem życiu i to już nazywam szczęściem, kiedy mogę wy- 
kraść jedną godzinę dla marzeń milszych i wznioślejszych. Musia- 
łem więc rad nierad pożegnać się z kochanką młodości, z Poezyą, 
i mimo tęsknot, urządzić czas mój inaczej. Najwięcej czytam i uczę 
się, ałe czytam dzieła ważne i uczę się rzeczy pożytecznych. Co da 
mojej historycznej powieści, tej już od trzech miesięcy nie tknąłem. 
Nie mam pod ręką książek źródłowycli i nie mogę ich mieć prędko. 
Chcę jednak za prz3;jazdem do Warszawy zmienić plan dumny na 
skromniejszy i szczerze zająć się tą pracą. Masz tedy ufność za 
ufność. Przyjdzie zapewne czas, że nie same exkuzy moje czytać 
będziesz, przyjdzie, łecz kiedy? 

Kochany Stefanie, dla czego o Wallenrodzie tak głucho. Miał- 
żeljy ? ale odpowiesz mi na to pytanie przy pierwszem widzeniu się. 
Niezawodnie przyjadę do Warszawy 13. czerwca i już na długo. 

Całuję cię serdecznie 

twój 

J. B. Zuhski. 

X. B. Taijakierki twojpj używam ciągłe. 



26 

Do Pana Stefana Witwiekieso. 

D. 4. listopada l'S2'S )■., z Sochaczewa. 

Kochany Stefanie! List i rękopis m od ciel)ie odebrałem w nie- 
dzielę. Po kilkakrotnein odczytaniu Tolnasza i podkreśleniu czerwo- 
nym ołówkiem wierszy, które mi się zdały mniej szczęśliwe, zajęty 
wtedy inną pilniejszą robotą, odłożyłem napisanie nwag moicli na 
dzisiejszy wieczór, jako wilię dnia pocztowego. Właśnie zabierałem 
się do ostatniego odczytania, gdy niespodzianie uwiadamia mię Szem- 
bek, że jutro o 4-tej rano wyjeżdżamy w Krakowskie. IMuszę więc 
razem rachować bieliznę, targować czapkę od Żyda, który, mówiąc 
między nami, całkiem się odrodził od Tobiasza, i prócz tego, pisać 
do ciebie. Byłoby półbiedy, gdyljym Jiie miał do załatwienia innycli 
jeszcze korrespodencyi. Taka to fatahiość, kochany Stefanie ! Prze- 
dewszystkiem muszę ci napomnknąć o śnie, jaki miałem przedosta- 
tniej nocy. Śniłeś mi się razem pięknie i okropnie. Najwyższy tryumf 
poetycko -moralny i śmierć. Nigdy na jawie nie doświadczyłem po- 
dobnego wrażenia, obudziłem się śród łkania i religijnej exaltacyi. 
Zanotowałem sobie dziwne szczegóły, bo chcę ci je kiedyś opowie- 
dzieć. Pamiętam osnowę, niektóre wyrazy i porównania z mowy 
mianej przez ciebie na jakiemś urociystem zgromadzeniu, zupełnie 
w twoim stylu. Dotąd na wspomnienie tego snu strasznego serce 
mi bije mocniej. Dalibóg, nie wiedziałem sam, ze cię tyle kocham. 

(O godzinie IV j.^). Wracam do Tobiasza. Treść religijna tego 
dialogu jest ai'cy - wzniosła i godzieneś najwyższej pochwały za wy- 
bór przedndotu. Exekucya bardzo mi się spodobała, oprócz w miej- 
scach podkreślonych czerwonym ołówkiem. jMiałem zamiar w oso- 
bnych uwagach usprawiedliwić się z każdego takowego podkreślenia, 
lecz widzę, że dzisiaj ani w części nie mógłbym tego uskutecznić. 
Powiadam więc tylko w ogólności, że wiele z tych wierszy zmienić 
koniecznie wypada, bądź że niedość jasno malują uczucie, bądź że 
są słabe, bez kolorytu i prozaiczne. I tak, wiersze od miejsca: „Tyś 
w swój dom dzieci wdowy" itd., wszystkie sześć są słabe dla je- 
dnostajnego zakończenia na ł i ustawicznych czasów przeszłych. 
Nie kontent takoż jestem z rymów jediiozgłoskowych. takich n. }». : 
złe — swe ; mnie — tchnie ; ma — twa ; lio to nie są wcale rymy, 
poradź się ucha, w ogólności jednozgłoskowe rymy jaknajrzadziej 
na samogłoskę etc. etc. etc, drobiazgi, głupstwo. 

O niewłaściwości niektórych wyrażeń i kolorytu i innych wa- 
dach tego stylu potrzeba koniecznie obszerniej napisać, lecz już l^Ya 
godzina, mam jeszcze dwa Hsty wykoncepować, choć na pół śpiący, 



27 

nie jestem w stanie dokończyć porządnie jednego do ciebie. Za 3 
^•odzinj wsiadam do powozu. 

Bądź więc zdrów 

twój 

J. B. Zaleski. 

Za przyjazdem Odyuca, oddaj mu list tu przyłączony. Nie pisz 
do mnie, aż z powrotem będę w Sochaczewie, t. j. około IG. b. m., 
a może i później. 

Obowiązuję się za przyjazdem o Tobiaszu powtórnie i lepiej 
napisać. Wszelako i tak możesz go już drukować, ale popraw nie- 
które wiersze. 

Przyłączone obwieszczenie o Zgubie poślij do Chrząszczewskiego, 
aby umieścił w Kurjerze. 



Do Pana Edwarda Odyiiea. 

Sochaczew, 4. listopada 1828 r. 

Kochany Edwardzie ! List twój pisany do mnie z Litwy, dopiero 
18. z. m. odebrałem od P. Lelewela, a ponieważ na 1. listopada 
miałem powrócić do Warszawy, za późno już było posyłać odpo- 
wiedź. Dziś wyjeżdżając na miesiąc w Ilrakowskie, piszę na ręce 
Witwickiego, bo nie wiem, czy cię list mój zastanie z powrotem. 
Poezya przyrzeczona do almanachu leży gotowa w Sochaczewie. Nie 
chcę, aby chodziła po ręku przed wydrukowaniem, i dla tego nie 
po.sła^łem do Warszawy. Sądzę przy tera, że się już nie uwiniesz z ry- 
cinami i drukiem almanachu przed Novvym Eokiem i że zawiesisz 
projekt do czasu. Wierzaj mi, kochany Edwardzie, nie źle to bę- 
dzie. . Wszystko jedno, czy almanacli wyjdzie zimą czy na wiosnę, 
a zyska i pod względem wartości przedmiotów i pod względem ze- 
wnętrznych ozdób. Jeśli potrzel)ować będziesz moich wierszy, napisz 
do Sociiaczewa list pod moim adresem, a na odwrotnej stronie wy- 
raź swoje nazwisko. Osoba, odbierająca moje listy z poczty, uskute- 
czni twoje żądanie. Niech ci Witwicki udzieli swoich myśli wzglę- 
dem almanachu; mówiliśmy już o tem. Powtarzam jednak, kochany 
Edwardzie, że lepiej zrobisz, jeżeli się z drukiem wstrzymasz do 
wiosny . . . 

Pozdrawiam cię z podróży. 

J. B. Zaleski. 



28 

Do Pana Stefana Witwickieso. 

Z Sochaczewa, d. 1. grudnia 1828 r. 

Kochany Stefanie! Dziś właśnie dzień pocztowy, jiiżem był za- 
czął pisać do ciebie, gdy mi służący przyniósł z gazetami dwa listy, 
jeden od ciebie, drngi od Odyńca. Dobiłeś ranie, Stefanie, już od 
dwóch tygodni jestem sępny, rozdrażniony, cierpiący, a twoje niezro- 
zumiane dla mnie wymówki sprawiły rodzaj febry, że ledwie pisać 
mogę, tak mi drży ręka. Jeżeli się gniewasz o Tobiasza, to się gnie- 
waj na czas i ludzi, bo ja przysięgam na wszystko, ani odrobiny 
nie byłem winien. Zaprzedawszy moją swobodę, musiałem wszystko 
w kąt rzucić i jechać, jechać, djabeł wie gdzie i po co ? Stąd naro- 
biłem sobie tyle przykrości, niewinny obraziłem na siebie przyjaciół. 
Odyniec takoż musi się gniewać. Wyjeżdżając, zostawiłem rękopism 
dla niego osobie najzacniejszej ; ta wyjechała do Gallicyi nagle, nie 
uwiadomiwszy mię, co się stało z moją poezyą? Byłem pewny, że 
odesłana jest Odyńcowi, zwłaszcza, że list, w którym mi donosił 
o swoim powrocie, rozpieczętowany mi oddano. Zaczynam wierzyć, 
Stefanie, że nieprzyjemności nigdy pojedynczo nie uderzają na czło- 
wieka, ale razeui, aby go całkiem przygnębić. Powracam z Krakow- 
skiego i zastaję kilka najsmutniejszych listów z Ukrainy. Sen mój 
o tobie okropnie się dla mnie sprawdził. Mój krewny i przyjaciel 
młodości, także Zaleski ^), tyle rai co ty drogi, a nawet droższy dla 
szczęśliwszych wspomnień, rozstał się ze światem. Brat mój mi 
chory i kilka osób z familii, które najwięcej kocham, różnego ro- 
dzaju dotknęły straty. Grabowski także contra mc. Zdaje się, że 
wszystko sprzysięgło się na mnie. Popamiętam długo koniec roku 
1828. Jestem tak skłopotany, że nie wiem, co począć. Chciałbym 
ten list do ciebie czemprędzej skończyć. Dziś niedziela, jestem wolny 
od powszednich, głupich zatrudnień i zamykam się na cały dzień 
w moim pokoju. Kochany Stefanie! powiedz Odyńcowi, że jeśli 
w tych dniach na chwilę odzyskani spokojność umysłu, natychmiast 
przepiszę moje wiersze i poszle mu przez pocztę. Dziś bowiem nie 
byłbym w stanie myśłeć, nawet o poezyach Byrona. Zresztą, mój 
Stefanie, byłbym ci nieskończenie wdzięczen, gdybyś wyjednał dla 
mnie uwolnienie. Ja nie wyciągałem nigdy rąk do sławy, a dziś 
mi obrzydła. Ustąpię wszystko ludziom, byle mi dali pokój. A potem 
niekontent jestem z moich wierszydeł. Niech więc drukuje Odyniec 
almanach bezemnie, a jeśli się uprze koniecznie o pisma moje, chcę, 

^) Julian. 



29 

aby wydrukowane były na samym końcu, a jeśli można, na okład- 
kach. Moje PiHsałki zajmą mniej więcej 24 stronnic, licząc po 20 
wierszy na stronnicę. Niech więc drukuje almanach, ale wyproś mię 
z niego, Stefanie! 

Z biletem moim na loterye zrób, co się podoba, ja ci pienią- 
dze odeślę, może dziś nawet, posłałem tylko szukać po mieście bi- 
łetów kassowych. 

Bądź zdrów, kochany Stefanie! 

./. B. Zaleski 

Xa miłość Boga, uwolnij mię od almanachu, bo pewno chyba 
za tydzień mógłbym przysłać poezye. 



Do Pana Stefana Witwickiego. 

Niedziela, Grudnia 1828 r. Sochaczew. 

Kochany Stefanie ! Jestem smutny, wciąż smutny. Dziękuję ci 
jaknajczulej za pocieszenie ! Musiałem dziś w nocy przepisywać Ru- 
sałki, przepisywać z pamięci, tak jak jestem smutny, cierpiący. 
Twojej szczególnej opiece oddaję Busałki, popraw, odmień, dopilnuj 
korrekty. Niech przynajmniej mało wartych myłki druku nie oszpe- 
cają. Jest to cząstka z długich moich w świecie fantastycznych ma- 
rzeń. Przeczytaj ostatnią strofę Epilogu, a poznasz, jaki miałem ceł 
w napisaniu Eusałek. Dałem im tytuł fantazyi, ale wolałbym Myste- 
rium. Wydrukujcie, jak chcecie. 

Kochany Stefanie! Ja w przyszłą niedzielę wyjeżdżam w Po- 
znańskie i do Wrocławia. Chciej mi donieść przed odjazdem, czy 
będą się drukować Eusa-lki, jeżeli nie, odbierz rękopism od Odyuea 
i zachowaj u siebie. Ja zabawię najdłużej miesiąc. 

Całuję cię po tysiąc razy 

twój, twój na zawsze 

Znlcd-i. 

Kochany Stefanie ! Dyliżans zaraz odchodzi do Warszawy. 
Boję się spóźnić. ł%lź dobry, napisz do Kusafek króciuchne olija- 
śnienie. 

Że używana w nich wszędzie pierwsza osoba stosuje się do 
€isława Zorzy, a nie do mnie. 

Że z tym Cisławem fantastykiem kiedyś możi? p u Ij 1 i c z n o ś ć 
więcej się obezna. 



30 

Ze fantazia Eusalki i inne tego rodzaju są niejako arabeskami 
przy większym historycznym obrazie, igraszką imaginacyi razem 
ludu i poety, że Cislaw jest śpiewakiem tego ludu etc. 

Będę ci nieskończenie wdzięczen za tę przysługę. Zrób tylko 
to zręcznie, bo publiczność gotowa mnie i Cisława wziąć za jedną 
i tęż samą osobę, czego nie chcę. 

Bądź zdrów, mój drogi. 

Odyucowi oddaj otwarty bilecik tu przyłączony. Spostrzegłem 
się, że w moich Rusałkach opuściłem dwie strofy i dodałem. Opu- 
ściłem może i więcej, pierwszy mój rękopism był daleko poprawniej- 
szy. Cóż robie? Niech i tak będzie. 



Do Pana Stefana Witwiekiego. 

Sochaczew, 20. y)-udnia 1S2S r. 

Kochany Stefanie! W uczuciu pełnej i. rzewnej wdzięczności 
składam ci podziękowanie za tkliwy i delikatny dowód twojej przy- 
jaźni. W przeciągu czterech dni trzy od ciebie odeljrałera listy, 
a rozlana w nich dobroć i spółczucie o wiele ulżyły moim cierpie- 
niom. Myśl, że w latach, kiedy szukałem t3'lko znośnych w pożyciu 
ludzi, znalazłem takiego jak ty przyjaciela, jest dla mnie pełna nie- 
określonej rozkoszy. Niech zni'knie reszta omamień młodości ! niech 
szczęśliwy orszak rówienników, co dłoń z dłonią uwiązał się niegdyś 
koło mnie, niech mię pożegna, zapomni ! ze łzami, lecz spokojniej 
zniosę te ciosy, bo mię już wynagrodziła Opatrzność. Mój Stefanie, 
mój druhu! świat, stan i uczucia nasze są spólne. My możemy mó- 
wić o wiecznej przyjaźni, bo sympatya dusz naszych z wieczności 
począć się musiała. Prześnijmy więc, przenućmy razem resztę pię- 
kniejszych dni naszych i razem, ale skończę już marzenia bolą- 
cego serca. 

Dziś tedy nocą wyjeżdżam w Poznańskie. Będę w Wrocławiu 
i najpierwiej pobiegnę do kościoła kanoników na "Wyspie. Dokoń- 
czona modlitwa będzie godna dwóch bliźniąt, przyjaciół, bo ją w peł- 
ności najserdecznie^zych uczuć wyjąkam. Około 11. stycznia po- 
wrócę do Sochaczewa, a 13. przyjadę niezawodnie do Warszawy. 
Kochany Stefanie, pochwała twoja Eusalek jest niewątpliwie nad 
wartość tego utworu, ale tak szczęśliwą jaśnieje oryginalnością, że 
radbym ją widzieć wydrukowaną. Zasłużyłbym może na nią później- 
szemi pismami. Mam ja w rękopiśmie znaczniejszą część innej fan- 



31 

tazyi pod tytuleiii Kiriał Paproci i .spodziewam się, że tej koloryt 
i iic-ziK-ie będą daleko świetni^jsze. Zarzut, że trzeba wczytać się 
w Rusałki, aliy w nich zasmakować, jest sprawiedliwy. Wada ta 
wypływa z samego przedmiotu, a może i z jednostajnej miary wier- 
sza, choć przekonany jestem, że oprócz 10-cio zgłoskowej nikt ża- 
dną inną w podobnym rodzaju nie potrafi pisać. Do almanacha nic 
już więcej nie przyszłe, bo nie mara czasu, ani humoru do wybra- 
nia i poprawienia dawniejszyełi dumek. Przyznaję się teraz, że bez 
twego upomnienia nie Ijyłbyin posłał i Eusa-łek. Miałem już na po- 
gotowiu odmowną dła Odyuca odpowiedź. Dla czegóż, jeśli jednemu 
wolno brać pieniądzf^ za cudze pismi, drugiemu nie nia liyć wolno 
dziwaczyć? W dniu, kiedym odebrał twój list przedostatni, Ijyłem 
bardzo smutny: lecz przyłączony bilecik Odyńca pobudził' mnie do 
najserdeczniejszego śmiechu. Żądał, abym dla emulowania z Mickie- 
wiczem i z nim przysłał co narodowego, które rzeczy razem w oso- 
bnym oddziale wydrukuje. Tak mię ta myśl ubawiła, że natychmiast 
siadłem do stolika i zacząłem pisać dumkę Kozaka, najgrawającego 
się z brata Litwina. Żałuję, że jej nie skończyłem, bo ma koloryt 
prawdziwie narodowy. Lepiej może się stało, bo bylljy się obraził 
Odyniec. Wszelako, jak Anglik, pójdę w zakład, że jego dziesięć 
ballad mniej będą narodowe, niż dziesięć moich wierszy. Eadziłeś 
mu, żeby nie szedł na wyścigi z Mickiewiczem, ja bez dumy po- 
wiedzieć mogę, że się go w moim rodzaju nie obawiam, choćby po- 
kradł najpiękniejsze pomysły z Waltera Skota i Moora. Lecz dam 
pokój Odyńcowi. A propos plagiatów, zarzucałeś mi, że się w Da- 
mianie nie przyznałem, że strofka: „U sąsiada ładna żona", wzięta 
jest z pieśni ludu, to co innego, mój Stefanie. Dziedzic obyczajów 
i dziejów ukraińskich, pieśni ludu są naturalną moją puścizną, 
zwłaszcza, że te pieśni są niedrukowane. Jednak byłem ostroźniej- 
szy w Rusałkach i do fit, fit przyzna-łem się otwarcie. 

Krytykę twoją pojedynczych strof i wierszy w Rusałkach bez- 
warunkowo przyjmuję. Wiedziałem ja dobrze o tych Ijłędach, ale 
myślałem, że się niedostrzeżone prześlizną i leniłem się poprawiać. 
Dziś nawet szczerze mi sie nie chce, ale cóż robić? Spróbuję, na- 
przód tedy pozwalam na wyrzucenie trzech strofek, obstaję wszelako 
za wydrukowaniem czwartej. Wiem, co się wam w niej niepodol)ało. 
Zapewnie mg ławy pasek, istotnie głupie wyrażenie. Xa oknie 
leżał Górnicki i przypadkowie natrafiłem na wyraz lepszy i toż samo 
znaczący co mój pasek, t. j. brzask, obrzask. Sam los chciał, 
bym tę strofkę zachował, ponieważ i rymuje z blaskiem. L mieść 
tedy mdłym obrzaskiem. Dalej, niech l3ędzie : wnet się 



32 

•e. zczość rozjaśnia próżna. W strofie, gdzie jest mowa o ma- 
szcie czy .łańeuchn złotowłosym, wydrukuj : maszt c z y ł a ii c uch, 
i z ukosa, jak iskrząca s ł' o ń c e ui r o s a itd. lub coś podo- 
bnego. Można takoż maszt czy la ii cu cli gdzieś bez końca 
i jak rosa w blasku słońca, lub maszt czy łańcuch ja- 
sny, długi i jak w rosie srebrne smugi etc. Strofa, gdzie 
jest mowa o próbie, możnaby tak odmienić: Pięć, sześć bo- 
gi ii .. . j e d n a , druga W blasku barwie tam z d a 1 e k a . . . 
O ś m 1 u 1) dziesięć bo powieka, wciąż olśniona, lata, 
mruga. Nie będzie to bardzo dobrze, ale może jak wygładzisz! 
Zamiast falą leje się na wdzięki lub lekką falą cieni, 
płucze etc. Jeżeli Avat fali zaeiężki, może Iżoj.^^zy będzie błysk 
fali, bo co innego lekkiego w tej chwili przypomnieć sobie nie 
mogę. Nie podoba się Odyńcowi jeszcze lecieć liy nie zdradnie! 
Może woli: mniejsza lecieć, pozwalam i na to. 

W górze, nad listem twoim napisałeś: ptaszek głosu nie 
uroni, nie wiem czy jako godło, czy jako słaby wiersz. Ja natu- 
ralnie przez skromność in3'ślę, że słaby wiersz i poprawiam : Pieśń 
ptaszyny nie zadzwoni, ale będę się śmiał jeśli niepotrze- 
bnie. Co i skąd etc, następny wiersz jest: Bij i zabij, nie 
opowie m. Może wam się nie podobało, to trocłię zaproste wyraże- 
nie, ale woleliście zwalić winę na mój charakter. Cokolwiek bądź 
życzyłbym, aby się tak zostało. A gdyby to być nie mogło, łatwo- 
bardzo odmienić, n . p. Jakże zacznę, jak opowiem, lub e i- 
cho, cicho nim opowiem i sto razy inaczej. Pozo4aje do po- 
prawienia jedna jeszcze strofa o śladach wieńca, ale tej dziś żadną 
miarą wzmocnić nie mógłbym. Musi pozostać słaba, jak jest, cho- 
ciaż miałeś raeyę, że jest ważną. Gdybym tę myśl chciał oddać 
jaśniej, potrzebowałbym napisać kilka strof całycli. Poprawiłem tedy, 
jak mogłem, słabe miejsca w Rusałkach. Dziękuję za krytykę i prz}'- 
rzekam wywdzięczyć się wzajemnie względem JNIarudy. A że to ko- 
medya, pozwolę sobie wesołości. Zresztą polecam jeszcze raz moje 
Eusałki twojej braterskiej pieczy, wszak bez ojca sieroty tułać się 
muszą. Odyniec ich nie pomieści w osobnym uprzywilejowanym od- 
dziale. Życzyłbym, aby się tuliły do twoich. Kocliany Stefanie, do- 
pilnuj sam korrekty, bo z natuiy mojej drażliwy jestem na mylki 
drukarskie. Tytuł niech będzie Mysterium lub jak zechcecie. Noty 
nie napiszę, bo musiałbym się w niej chwalić, obiecywać. Napisz 
ty lepiej, byle krótko. Wiesz, co jest Cisław? Wiesz, że mam za- 
miar więcej pisać fantazyi w tym rodzaju. I^rzeczytaj daAvniejszy 
mój list, a potrafisz doskonale zrolńć mały ustępik niby od wydawcy. 



33 

■Zresztą niech sarka gmin literacki. Rusałki moje podobały się tobie 
i mnie chwil kilka przyjemnych sprawiły, kiedym je układał, to 
-dosyć. 

Muszę kończyć, bo nie miałbym gdzie się podpisać. Całuje cię 
jak najserdeczniej, życzę przyjemnych świąt i pomyślnego roku. 

Bądź zdrów, mój drogi Stefanie. 

J. B. Zalesili. 



Do Pana Stefana Witwiekiego. 

8. kwietnia 1829 r. Sochaczew. 

Kochany Stefanie! Wiem, że się gniewasz, wiem, że słusznie, 
a jednak ledwie jestem w stanie przezwyciężyć niegodziwą moją na- 
turę. Szkoda, że mię nie znasz! Przekonałbyś się, że serce moje ża- 
dnego nie ma udziału w głupstwach powszednich. Właśnie osoby, 
które najwięcej kocham, najczęściej muszą mi pobłażać. Milczenie 
n. p. długie nie pochodzi u mnie z lenistwa, boć co kosztuje, że 
nabazgram jedną lub więcej stronic, ale pospolicie z jakiegoś dziwa- 
ctwa, humoru itp. Najpiękniejsza kobieta nie może mieć więcej ode- 
mnie kaprysów. Tą atoli rażą jest jedna okoliczność, która cokolwiek 
mię przed tobą usprawiedliwić powinna. Od kilkunastu dni wybieraliśmy 
się z Pułkownikiem do Warszawy, ale zapowiedziany przejazd W-go 
Xięcia do KaKsza wstrzymywał nas codziennie. W^ielki Xiąże prze- 
jechał przez Sochaczew wczoraj i napowrót spodziewany jest poju- 
trze. Tak tedy, chyba na Wielkanoc, będziemy w Warszawie. Z tera 
wszystkiem, kochany Stefanie, na dowód szczerego żalu za ciężkie 
względem ciebie grzechy, ślubuję najuroczyściej, że odtąd kiedykol- 
wiek hst od ciebie odbiorę, śród zabawy, lub w ogniu kompozycyi, 
w łóżku czy w kościele itd., natychmiast siadani do stolika i piszę 
odpowiedź, i nie ruszę się z miejsca, pokąd nie napiszę. Za pokutę 
zaś upoważniam cię do nadania mego imienia i nazwiska twemu 
Marudzie, mającemu się wkrótce drukować. 

Czytałem A. Mickiewicza uwagi o Recenzentach warszawskich 
kilka już razy. Ciekawy jestem, co ty o nich myślisz? Wyraźnie 
twój artykuł o Reputacyi i Mrozińskiego odpowiedź na Recenzyę 
podały mu myśł do tak śmiałej napaści. Słyszałem, że klassyczne 
nasze cyklopy kują potężne na romantyków gromy. Kochany Stefa- 
nie, zasłoń ich twoją egidą. Nowe poezye Adama, a mianowicie tło- 
maczone, są wyborne. 

Korespondencya J. I!. Zaleskiego. 3 



34 

Odczytałem dopiero twój ostatni list. Dalibóg ! nie pamiętam, 
czy pisałem do ciebie o twojej Eecenzyi prób Korzeniowskiego. 
Widać jednak, że wyrwałem się z jakąś niedorzecznością, kiedy żą- 
dasz, abym się jaśniej wytłómaczył. Broń Boże, Stefanie! Eecenzya 
twoja nadzwyczajnie mi się spodobała. Z niej równie, jak i z da- 
wniejszych artykułów, oczywiście się pokazuje, że powołaniem two- 
jem będzie krytyka, krytyka wyższa, w duchu nowych pojęć wieku 
naszego. Radzę ci z serca rozszerzaj, upowszechniaj wzniosłe, praw- 
dziwe wyobrażenia o sztuce. Wskazuj śmiało piękności w dziełach 
ziomkÓAv i obcych ! a niewątpliwie dopomożesz i postępowi naszej 
literatury i zyskasz niespożytą chwałę. Wstęp do Eecenzyi jest prze- 
dziwny. Zwiastuje od razu wysoki talent, a przytem głęboki i rozle- 
gły umysł krytyka. Jednakże co do szczególnych uwag nad Anielą, 
często jestem różnego z tobą zdania. Zgadzam się na niestosowną 
zmianę charakteru Anieli, lecz sąd twój o Gustawie, Hermanie i in- 
nych działających osobach nie zawsze zdaje mi się sprawiedliwy. 
Charakter Gustawa nie byłby tyle dramatyczny, gdyby go był autor 
wystawił inaczej, toż samo twemu Edmundowi zarzucaćby można. 
Bardzo niedokładnie wyraziłeś się o Ludwiku, a zdanie, że go wszy- 
scy nie kochają, oprócz czytelnika, jest zupełnie fałszywe. Każdy 
czytający czuje równy z Gustawem i Anielą wstręt do tego czło- 
wieka. Dla czego? Bo nie jest to przyjaciel prawdziwy, ale zimny 
bałwan lodu, nie umiejący spółuczuć cierpień Gustawa. Nie było 
między ich sercami owej harmonii, owego niewidzialnego związku, 
łączącego w cnotliwych uczuciach dwie piękne dusze. Zresztą Lu- 
dwik dumny podżega próżności Gustawa, i dla tej można powiedzieć 
fraszki, chce go skłonić do złamania nawet honoru. Akt piąty nie 
jest zbyteczny, dowodzi owszem wielkiego talentu, bo umiał Korze- 
niowski traiczność czwartego podnieść jeszcze, w czem najwięcej 
zbliża się do Szekspira. Prócz tego, akt 5-ty najbardziej odróżnia 
Anielę od Kabały Szyllera. Mam jeszcze parę zarzutów, ale i tak 
rozszerzyłem się nad zamiar, utnę więc z końcem stronicy. 

Acz nie lubię urzędowych na imieniny i urodziny życzeń, to- 
bie jednak za twoje jak najserdeczniej dziękuję. Przyrzekam nawet 
w niektórych względach zupełną poprawę. Lecz przebóg! co prawisz 
o autorstwie, o druku? Kt)niecznymże warunkiem dla twoich przy- 
jaciół ma być fabrykowanie książek. Nie mógłbyś kochać przynaj- 
mniej jednego tylko dla pięknych oczu i czułego serca? Nie darmo 
zapewne tyle czytam, uczę się i myślę, może być, iż kiedyś wykie- 
ruję się na jakiegokolwiek prozaika, lecz daj mi pokój z poezyą. Ja 
pojmuję poezyę inaczej jak wszyscy, chociaż tak otwarcie jak przed 



35 

tobą, nie przed każdy mijym się przyznał. U ranie ona nie jest na- 
miętnością eliwały, ale jakiemś wrodzoneni; bezinteresownem uczu- 
ciem, jak u kogo pobożność lub dobroczynność. I nie potrzebuję 
robić z niego })arady. Ile zapamiętam, od lat naj dawniej szych byłem 
zawsze jednakowy, fantastyczne i romansowe dziecię, romansowy 
i fantastyczny młodzieniec. Dziś nawet, mimo doświadczenia i tylu 
pogTzebanycli nadziei, zawsze ten sam jestem. Poezya mi, szamocą- 
cemu sie w procłio, sokolicli skrzydeł użycza, i jak czarnoksięskie 
pryzma, na pochmurne, nagie i bezeelne dni moje sieje blask świe- 
tny idealnych omamień i promieni się wszystkiemi farbami tęczy. 
Błogo mi w śnie oczarowania i biada, jeśli się kiedy ocucę ! Chcę 
żyć, jak dotąd żyłem, bez troski o sławę i bez obawy o sąd poto- 
mności. Czyż nie dosyć, kiedy u mogiły 

Kilka piórek pozostanie, 

Co ku Niebu mię wznosiły? 

Zresztą wnuki nasze nie będą się gniewali za to, żeśmy mało 
pism zostawili, i bez nas będą mieli co czytać. Najwięcej, jeżeli jaki 
systematyczny profesor przytoczy zdanie nasze w rzeczy, o której 
się nam ani śniło, jak Moclmacki o Eusałkach moich powiada, że 
naśladowałem w nich nie wiem co, jakiś kunszt ogniowy. Kończy 
się stronica, a więc dość już i o tem, bo powiesz zapewne, nie wiele 
w tem wszystkiem, co napisałeś, znajduje się sensu. 

Kontent jestem z mojej metody. Napisałem list nie do rzeczy, 
powierzchownie i płasko, ale napisałem. Postanawiam jeszcze zapeł- 
nić i tę ostatnią stronicę, chociaż czem? Nie wiem prawdziwie. 
Czerakolwiek ! ! Aha! a cóż nie mówiłem ci, że ja wielki poeta, 
wielki jak Burns, Herder, Gete, Karpiński, W. Scott, a jeśli chcesz, 
i większy jak wszyscy razem. Czytaj Przedmowę Mickiewicza, to cię 
przekona. Możesz sobie wyobrazić, jak mię to łechce, jednakże piszę 
w liście do Mickiewicza, że się wstydzę, że nie zasłużyłem. Ty po- 
wiesz takoż, zapewne że nie zasłużyłeś. Z pism być może ; ale — 

Czy pozwolisz mi przedrukować artykuł o Eeputacyi i o Ilo- 
rzeniowskim w pewnem dziełku, nie mojera. Ma to być próba nowej 
krytyki. Kochany Stefanie! donieś mi, co myślisz i Brodziński 
o Przedmowie Mickiewicza i razem, co mówią o niej w Warszawie 
biali i czarni. Kto wie, może i ja w powszechnem zamieszaniu po 
kozacku wpadnę klassykom we flankę. Dlaczego mi nie odsyłasz 
dotąd Eeja, niezmiernie mi potrzebny do moich różnych studyów. 
Oddaj go Żukowskiemu wraz z Werterem, o którego cię dawniej 
prosiłem. Do Odyńca pisałem długi list. Spytaj się, czy odebrał. Ja 

3*. 



36 

teraz piszę poema, którego zapewne nigdy nie dokończę, działają 
w niem wielki Konaszewicz, sławny Daniłowłcz i sturczony B. Climiel- 
nicki, przy tera wiele innych jeszcze łiistorycznycli osób, a między 
niemi trzy ładne siostry w Haremie Giraja. Poema to ma bye okro- 
pnie czułe, wojenne i dziwaczne. Nie wiem, czy ci donosiłem, że 
na urodziny moje spaliłem Kosińskiego, bo mię zacz%ł był nudzić. 
Piszę natomiast Eapsody o Kosińskim, w miarę jak sobie przypo- 
minam niektóre miejscowości ukraińskie. Kończę takoż parę małyełi 
powiastek i różne drobiazgi. 

Od 1. kwietnia pisze 17-sty list. Dowód, że clicę się z całym 
światem pojednać. Nie gniewaj się więc, podaj rękę, przypomnij ra- 
czej sobie piosnkę kozacką: „I ty z Baru, i ja z Baru!" etc. 

Całuję cię tysiąc razy 

J. B. Zaleski. 



Do Pana Stefana Witwiekieffo. 



1829? 



Kocliany Stefanie ! Zmiłuj się, czy nie masz jakicłi nowin od 
Garbińskiego ? Jeżeli nie masz, poszlij do niego, wiele mi na tern 
zależy. Przyszlij mi takoż zostawione u ciebie Tygodniki petersbur- 
skie i drugi tom Pamiętników Moora, a jeżeli możesz, to i Eevue 
Britannique. Wczoraj do godziny ósmej, a raczej do dziewiątej, by- 
łem u Maurycego z Lutrem i Żukowskim. Najświetniejszej słuełia- 
łem dysputy, prawdziwie boskiej improwizacyi o najwznioślejszy cli 
przedmiotach. Z płaczem musiałem ich pożegnać i całą noc marzy- 
łem o Bogu, duszy, przeznaczeniu ludzkości, tak, że w tej chwili 
jestem prawie śpiący. Będę u ciebie we czwartek. 

W tej chwili pisałem scenę do dramatu Corregio. Zamawiam 
u ciebie Melitelę. Ostrowski od 3 tygodni napisał artykuł o twoich 
piosnkach sielskich. Wystaraj się o Haliczanina dla mnie u Lewo- 
ckiego łub Chłędowskiego. 

Bądź zdrów, drogi Stefanie! 

J. B. Zaleski. 

Och, co to za ludzie Maurycy, Luter i Żukowski. Ostatni praw- 
dziwie mię zdziwił. 



37 



Do W-neffO Pana Stefana Witwickiego. 

10. lutego 1830 r. 

Kochany Stefanie! Dziwisz się zapewne, że od chwili powrotu 
mego do Sochaczewa ani razu nie napisałem do ciebie. I o czeniże 
mam pisae I O powszechnej czczości. niesmaku, próżniactwie, które 
jedne tu mnie przeplatają wszystkie dni moje. Istotnie, żegnam nader 
smutnie ostatnie słonce mej wiosny bez omamień i uczuć miłych 
i minionych. Stworzony dla świata czynnego, musiałem żywcem 
zstąpić do grobu, tak martwe dziś moje pojrzenie. Pisałem do Wro- 
cławia względem tłómaczenia Wallenroda i dotychczas nie mam od- 
powiedzi. Słyszałem, że Max aż do końca przyszłego jarmarku bawić 
będzie w Lipsku, należy mu więc posłać choć parę wyjątków co 
piękniejszych z naszego poematu. Czy pisał co do ciebie Mickiewicz 
i Odyniec? Ja w tej chwili czytam świeżo drukowane dzieło sła- 
wnego Stendala : Promenades dans Eome. i marzę o nic-h, u Pio- 
mantyczności, o Euinach etc. Książka Stendala wyborna, pisana liez 
pretensyi, a z wielkiemi wiadomościami, z glębokiera czuciem i dzi- 
wnym dowcipem. Do tego dwa grube tomy. 

Czy Melitela wyjdzie na świat? 
Bądź zdrów, kochany Stefanie, 

twój 

J. Bohdan, 



Do W-neco Pana Stefana Witw iekieso. 

Sochaczew, 23. marca 1830 r. 

Kochany Stefanie I <'<1 pnwrutu megu z Warszawy ani razu 
nie zgłosiłeś się do mnie. Co to ma znaczyć ? Tyle przecież musisz 
mieć dla mnie nowin ! Co pisali do ciebie Mickiewicz, Odyniec ? 
Dlaczego artykuł Ostrowskiego o twoim Edmundzie nie był druko- 
wany? Co się dzieje z Melitela? O niezem nie wiem! Żyję jak za 
światem, jak w stepie, mimo licznego grona przyjaciół i znajomych, 
mieszkających tylko odemnie o mil siedem. Ze ja rzadko do ciebie pi- 
suję, rzecz bardzo naturalna ! Nie mam o czem pisać ! Xa Bzurze I 
puściły lody! O pracach poetyckich? Od początku marca nie napi- 
sałem ani jednego wiersza. Zresztą dusza moja potrzebuje gwałtem 
pokoju, jakiegoś strasznego, wiecznego pokoju, chociażby nawet po- 
koju umarłych. Blask, woń, barwa, wszystkie dziwy, świat i żywy 



38 

i nieżywy, poiiikly, zamierzchły przed oczyma poetyckiej mej duszy. 
Bezsilny, bezwładny, siedzę wciąż w ponurem milczeniu, a na sercu 
ciężko, nudno. 

(Wieczorem). Dawno niedoświadczone uczucie napełnia obecnie 
mą duszę. W tej chwili przysłał mi Gliicksberg listy od rodzeństwa. 
O jak straszna jest potęga w^spomnień lat minionych ! Cały świat 
mej młodości, żywi i pomarli, otaczają mię dłoń w dłoni czarno- 
księskiem kołem, w pośród którego wszystkie się dziś myśli moje, 
wszystkie uczucia promienia, a podemną zielone, szumiące stepy 
Ukrainy, a nademną jasne, błękitne niebo Ukrainy 1 Muszę się odu- 
rzyć, upić wirem tych razem najrozkosźniej szych i najsmutniejszych 
obrazów. W dziwnym, błękitnym świecie fantazyi, gdzieś za siedmiu 
górami, za siedmiu morzami i za trzy razy dziewięciu lądami, nie 
było mi nigdy tak błogo, jak dzisiaj, w tym czarnoksięskim okręgu 
żywej, dotykalnej rzeczywistości. Szczęśliwy, że mam się przed kim 
wynurzyć. 

Bądź zdrów, kochany Stefanie, 

twój 

./. Bohdan. 



I)o Pana Augusta Bielowskiego. 

Paryż, listopad 1832 r. 

Mam w tej chwili na stoliku całą tekę niedrukowanych pism 
Mickiewicza, które na kilka grubych tomów wystarczą. Obecnie dru- 
kuje trzecią część Dziadów, która zajmuje 4-ty tom edyeyi paryskiej. 
Od niej zacznie się nowa epoka poetycka Mickiewicza. Dotąd znali- 
ście poezye młodzieńca ; odtąd ujrzycie poezye męża, męża w zupeł- 
nej dojrzałości i potędze geniuszu. Nie mogę ci opisać treści Dzia- 
dów, bo zobowiązałem się do tajemnicy ; oprócz trzech osób, nikt 
więcej nie wie o tem w^ Paryżu, ale za tygodni 6 będziecie już mieli 
drukowane we Lwowie. Napiszesz mi wtedy, jak się wam Avyda 
Improwizacj/a poety w więzieniu i różne sny balowe; boję się, aliym 
się nie wygadał. W ogólności powiem : Dziady będą naszą prawdziwą 
narodową epopeją. Są to obszerne ramy, które żywot narodu i wszy- 
stkie światy poetyckie obejmą. . . . 

Bohdan Zaleski. 



J 



39 

Do Pana Lii(hvika Nabielaka. 

Fanjż, 3. listopada 1S32 r. 
mc Jeannisson, hotel de Normandie. 

Kochany Ludwiku ! Xie pamiętam już, com do ciebie pisał 
z Zurichu. Może się uniosłem, może niesprawiedliwie! Przepraszam 
cię w zupełnej skrusze i pokorze serca za wszystkie przyostre słówka, 
jakie w ówczesnym kapryśnym i romansowym łiu morze moim wy- 
mknęły mi się nieumyślnie z pod pióra. Poeta i Ukrainiec ! W po- 
dwójnej takiej skórze z natury muszę być żywy, fantastycki, dziwa- 
czny i często brać na kieł, jak brat, koń tabunowy. Drażliwy 
i drożący się, jak rozkochana dziewczyna, jak ta w miłości, tak 
ja w przyjaźni, lubię dręczyć się i dręczyć drugich, a da- 
libóo-, sam nie wiem dlaczego i na co? Chyba dla przyjemności 
czulszej potem zgody. Cóżkolwiekbądź, taki to jest chleb mój po- 
wszedni, twardy, obozowy, który nie bardzo tuczy, ale krew utrzy- 
muje wiecznie w potrzebnym ruchu i cieple. Kochający przyjaciół 
po mojemu, płomiennie, bo przyjaźń u mnie jest namiętnością; biada 
wam i mnie, jeśli coś nieczystego postrzegę ! Mara osobne prorockie 
uczucia prawdy i wszystkie zmysły przez poezyę, jak instrument, 
ogrzane, tak że dźwięk, woń, barwę czuję pod palcami mymi. Słab- 
sze uściśnienie ręki, gra iizyognomii, promień nieco ukośny oczu, 
wyraz ust, głosu itd. nie prześliźnie się płazem przed mojem bacze- 
niem. Raz między tysiącem mogę się omylić i przypuszczam, że mi 
się to wydarzyło z tobą w Zurichu czy Baden. Kochany Ludwiku! 
żałuję, ciężko żałuję za grzechy. I oto w tej chwili zadałem sobie 
strzelistą pokutę. Mimo nieznośnego bólu głowy i nieznośniejszej 
jeszcze migreny, postanowiłem koniecznie napisać list do ciebie 
i dziś przed obiadem posłać na pocztę. Piszę tedy, jak w zaćmieniu, 
zielonym atramentem na żółtym papierze, ale piszę. Osiodłałem wolę 
moją i choćby miała pęknąć czaszka, nie zatrzymam się na drodze. 
Przed godziną u Lelewela oddano mi twój list z Berna. Widziałem 
się zaraz z Bolesławem i Maurycym ^), aby oświadczyć im twoje 
życzenie; pierwszy w^ymówił się od pisania brakiem czasu, a drugi 
obiecał cię kiedyś listem swoim uraczyć. Istotnie bardzo są zatru- 
dnieni, zatrudnieni najobrzydliwszemi głupstwami, kłócą się, paszkwi- 
łują, wichrzą tułactwem, ten na prawo, ten na lewo, a bez potrzeby, 
bez celu i tak się zaciekli w nienawiści wzajemnej, że jak ogień 
z wodą, na cale życie między sobą zostaną w wojnie. Oddaję cześć 

^) Mochnacki. 



40 

talentom obydwóch, ale ich moralny charakter przesta-łem szacować. 
Jakoż jestem z obudwoma dobrze, ale widuję się bardzo rzadko^ 
najczęściej na ulicy. Toż samo się dzieje z innymi twymi znajomymi 
i z całą emigracyą. Pojedynki, swary, ha^łasy aż bolą uszy a jeszcze- 
więcej serce. Drobne różnofarbne stronnictwa, które się już zaryso- 
wały w Warszawie, jak pocięty padalec, dziś w drobniejsze, w co- 
raz liczniejsze krające się pierścienie, skaczą na różne strony, a wszy- 
stkie syczą i buchają nawzajem na siebie jadem. Pułaski i demokraci 
na Lelewela, Czartoryski i arystokraci na Lelewela i demokratów, 
wojskowi na wszystkich, wszyscy na wojskowych, słowem, cała emi- 
gracyą wydaje się światu jak piekielna, stujęzyczna żmija. Każdy 
chce swój kształt i-ządu zaprowadzić w Polsce, której nie ma, która 
się jeszcze nie urodziła, a w dawnej Polsce, którą opłakujemy, nikt 
nic dobrego nie wymyślił. Niewiele rokuję sobie po dzisiejszem po- 
koleniu braci naszych. 

Niepodobno w krótkich zawrzeć słowach wszystkiego, co się tu 
dzieje — szkoda! bo historya ciekawa, acz nie bardzo pocieszająca. 
Zresztą nie należy się dziwić nad mnogością tu partyi, nad namię- 
tną i zgiełkliwą walką. Żyjemy w epoce przesilenia form społeczeń- 
skieh i na samym kraterze wulkanu rew^olucyjnego Europy. Nie go- 
dzi się w pospolitem sumieniu nie stanąć na prawicy lub na lewicy, 
pod tą lub ową chorągwią. Dobrze ! ależ gubimy z oczu własną cho- 
rągiew, zapominamy tradycyi ojczystych, tak wielkich, świetnych 
i nieporównanych, aby jak świętej pamięci klassycy nasi przyswajać 
sobie cudze opinie ladajakiej moralno.ści, a które dlatego, że są po- 
tworne, żyć nigdy długo nie mogą. Otóż polski furor imiłałionis ! 
Co ztąd wyniknie? Nie wiem. 

Mnie się zdaje, żeśmy dotychczas nie zrozumieli naszej wiel- 
kiej politycznej roli. Męczeńska Polska, dająca się krzyżować dla^ 
odkupienia wolności europejskiej, śród zbestwionej eywilłzacyi mate- 
rialnego wieku naszego, tak bezinteresownie poświęcająca się za 
ludy, gnijące w egoizmie i upodleniu. — wielka! największa od cza- 
sów Chrystusa idea! Sympatya powszechna narodów dla sprawy na- 
szej, jest to natchnione, niewyruzumowane poczucie ogromnej missyi 
Polaków w nowej Europie. Dlaczegóż to masy wykrzykują wciąż: 
Niech żyje Polska! — a milczą o Belgach, Włochach i Gre- 
kach? Bo masy widzą lepiej i dalej niż politycy, niż mędrcy za- 
sklepieni w drobnych i ciasnych systemach eklektycznej tilozotii 
swojej. Yox popidi, vox Dei ! !! Polska zmartwychwstanie, ale przez 
ludy, na ruinie wszystkich tronów i wszystkich feudalnych instytu- 
cyi. Foliały o tem możnaby napisać. Tułacze polscy powinni być 



41 

orężnym zakonem, zgodnie opowiadającym po Europie nową wiarę, 
grzechy i zl»rodnie iirólów itd. W grubej żałobie, w owdowieniu 
naszem i sieroctwie taka tylku rola godną jest Polaka I — Mniejsze, 
podrzędne swary o kształt rządu, o elekeye itp. żadną miarą nie 
przystają do poważnego cLiarakteru polskiej emigracji. Co w kraju 
potem zrobimy, niepodobna przewidzieć i nie warto myśleć. Po- 
wiedzmy lepiej z Krasickim : „Jak będziemy szczęśliwsi, będziemy 
się kłócić". Ale hola I! W tym przedmiocie można pi.sać bez Końca, 
a głowa mię coraz nieznośniej boli i nawet nie wiem. co piszę. 

O wszystkiem najlepiej się dowiesz, jak pizybędziesz do Pa- 
ryża. Możesz tu mieć pensyę, jak inni wojskowi. Ja nie pobieram 
żadnej. Kiedy przyjedziesz? Xie mam serca wyrywać cie z miłego 
ustronia, ale powinieneś sam dobrze się namyśleć o powinnościach 
Polaka na tulactwie, i czy je sumiennie wypełniasz? W takiej rzeczy 
rozstrzygać musi własny twój rozum i serce. Istotnie, dotychczas 
nie ma tu co robić, ależ powinniśmy być razem . . . dłoń w dłoni . . . 
Niecierpliwie oczekiwać będę nowego od ciebie listu i rozwiązania 
mistycznej zagadki berneńskiego. Ze Lwowa miałem dopiero jeden 
list od Bielosza i długi, miły list od kochanej naszej Muszyńskiej. 
Bumpitur invidia ! Pełno literackich i światowych tamtejszych no- 
win, ale nie mam czasu i potrzeby powtarzać icłi przed tobą, bo 
albo już wiesz, albo się wkrótce dowiesz o nich z listów osobnych. 
Z lubą, drogą mi na zawsze Galicyą koresponduję często i obszer- 
nie. Ach ! ach ! wiele, wiele o wielu rzeczach musiałbym pisać, ale 
nie mam humoru, a lękam się dotknąć struny żałosnej. Serce moje 
w tej chwili tak jest pełne, że mogłoby lunąć powodzią najrozmait- 
szych uczuć i na falach błyszczących rozpromienić farbami tęczy 
drzemiącą fantazyę i unieść w miejsce dalekie, w czasy minione. 
Dam pokój 1 1 

Żyję jak pustelnik, sam śród poojczystych, porodzinnych. po- 
miłośnych moich pamiątek. Wiele piszę. I pieśni moje, jak wody 
strumienia, w miarę swego łożyska, płytkie to głęl)sze. mętne to ja- 
sne, odbijają atoli coś z blasku i barwy nieba i okolic, przez które 
płyną i dźwięczą. Wieczory przepędzam sam na sam z Adamem 
Mickiewiczem. Kochamy się, jak rodzeni bracia, którzyby się po- 
znali dopiero z sobą na wygnaniu, w nieszczęściu i sieroctwie. 
Drogi, nieoszacowany nasz Adam ! Jak świat, — wielki, cudowny 
poeta i człowiek. Mam u siebie jego rękopisma, które na kilka gru- 
bych tomów wystarczą. Jaki skarb dla literatury polskiej ! Wydru- 
kował' świeżo 4-ty tom do edycyi swojej paryskiej, ale nie puścił 
dotychczas w handel. W 280 stronach zawarł kawałek tylko 3-ciej 



42 

części Dziadów. Dziadij będzie to olbrzymie, oryginalne i narodowe 
poema, coś na kształt Divma Comedia nasza. Ogromne ramy, które 
konanie narodu polskiego i wszystkie światy poezyi i filozoiii obejmą. 
Ani się domyślisz treści, ani podobna dać o niej wyobrażenia. Ja- 
kierai słowy odmalować złotą nić, która przechodzi przez środek 
tylu różnych zdarzeń i uczuć. Bohaterami poematu są Bóg i sam 
poeta. Na klęczkach czytałem drukowane i niedrukowane części poe- 
matu. (leniaUie, Szekspirowskie sceny ! Gdyljy nie koszta, posłałbym 
ci przez pocztę mój egzemplarz, Ijo mam własnoręczny (jak pisał) 
rękopism, mam w podarunku na pamiątkę. Ciekawym bardzo, jakie 
wrażenie uczynią w kraju sceny więzień w Wihiie i Warszawie, sen 
Nowosilcowa, bal senatorski, aniołowie, diabły, Petersburg, a nade- 
w^szystko improwizacya poety w więzieniu. Oprócz tego, Mickiewicz 
pisze teraz polityczne broszurki po polsku i po francusku. Ale do-. 
syć, dosyć, bobym nigdy nie skończył o samym Mickiewiczu. Muszę 
się spieszyć na pocztę. Otóż masz długi list pokutnika, cierpiącego 
migrenę i ból głowy. Zaraz po przeczytaniu wrzuć do pieca, bo jest 
bez związku i treści, pisany jak w gorączce i od niechcenia. Gdy- 
byś go zachował, zabiłbyś na wieki moją reputacyę poety i kore- 
spondenta. 

Bądź zdrów, kochany Ludwiku, 

twój 

Bohdan. 

P. S. Pani Hrabinie i zacnemu Blenterowi oświadcz ukłony 
odemnie i od Worcela. A propos: Pełno jest u Maurycego listów 
do ciebie z Bawaryi. Jeden rozpieczętowal, od twojej kochanki. Ze 
łzami modli się, abyś przyjechał do jakiegoś zamku. Wyrzeka, pio- 
runuje, grozi, że cały naród polski nienawidzić będzie. Dla zapobie- 
żenia klątwie, chciałem w zastępstwie przez patryotyzm lecieć w jej 
objęcia i bronić sławy narodow^ej. O ! niewdzięczny, przeklęty wie- 
trzniku ! ! 

Poezye Słowackiego nie wiele warte. Mozajka Mickiewicza 
i moja, a przytem dużo własnej miki w szczelinach. Coś na kształt 
Odyńca, Korsaka. Duszy nigdzie nie dojrzysz, ale wiersze ładne, 
często przepyszne, ale tylko jako wiersze. 

Na poczcie są takoż do ciebie listy z Bawaryi i jeden z (iali- 
cyi. Nie wiem, dlaczego Maurycy dotychczas ich nie wykupił z rąk 
egipskich. Drogo to prawda kosztuje, ale nie ma rady, trzeba płacić 
i jeśli nieodesłane napowrót, dziś je wykupię. 



43 

Tysiące tu w3'chodzi broszurek o Eewoliieyi po polsku i po 
francusku. Mnie się najwięcej podobał pamiętnik Karola Różyckiego. 
Żywa tradycya dawnej Polski, pisany z czuciem i ogniem wojaka 
i Ukraińca, a prosty, piękny i malowniczy, jak pieśń jakiego poe- 
matu, bez pretensyi autorskiej, a nawet bez ortografii i punktuacyi. 
Płakaliśmy, czytając go z jMickiewiczem. Mickiewicz napisał piękną 
bardzo recenzyę tego Pamiętnika w tonie i stylu samegoż oryginału, 
s. ja napisałem dumę o I^arolu Eóżyckim. 

Polaków we Fran(.'yi znajduje się blisko 5000. 

Otóż zapisałem wszystkie strony. 



Do Pana Ludwika Xal)ielaka. 

4. (/rudnia 18 32 r. Paryż. 
Rue Jeannisson, Hotel de Normandie. 

Wielorakie i wcale niezależące od mej woli przeszkody zwie- 
rzyły aż dotąd odpowiedź na pismo twe, kochany Ludwiku, z daty 
8. listopada. Naprzód chciałem koniecznie wystarać się u wydawców 
o egzemplarz Dziadów dla ciebie, potem sam Mickiewicz obiecał 
pisać do ciebie o twoim literackim projekcie, daremnie w oczekiwa- 
niu upływał dzień po dniu, aż nareszcie przedsejmowe sessye posłów 
pochłonęły wszystkie słoneczne godziny, a wieczorne nie są dla 
moich oczu. Nie godzi się dłużej milczeć, Mickiewicz napisze albo 
nie napisze, bo jest bardzo zatrudniony ; wiem jednak, że projekt 
twój w zupełności pochwala, nie chce tylko, by Wallenrod był tłó- 
maczony, którego najmniej ceni z dzieł swoich. Raczej Grażynę, 
Dziady, a mianowicie Dziady, w których taki wielki i oryginalny 
geniusz poeta nasz rozwinął. Bielowski, od którego świeżo obszerny 
list odebrałem, obiecuje tu na ręce moje przysłać dla ciebie prze- 
kład niemiecki Dziadów przez Piłata i Sonetów przez Stropią. Wsze- 
lako będę nalegał na Adama, aby ci swoich uwag o literaturze pol- 
skiej udzielił, i ja mógłbym wiele o tem pisać, ale spodziewam się, 
że sam wkrótce zjedziesz do Paryża, a wtedy dość będziemy mieli 
czasu porozumienia się nawzajem. Maryi jeden tylko egzemplarz 
znajduje się W' Paryżu u Podczaszyńskiego, ale niepodoljna go do- 
stać. Moich poezyi wcale nie ma, wkrótce atoli i Maryę i Poezye 
mieć będę ze Lwowa lub z Poznania. 

Kochany Ludwiku! Czas wielki, abyś nadbiegł do Paryża, nie 
na uciechy, ale abyś spełnił tułacki kielich goryczy. Wojna i wza- 
jemna między nami tu nienawiść wzmaga się coraz żywiej i żywiej. 



44 

Opisać tego niepodobna, co się tu dzieje. Mickiewicz występuje do 
walki z demokratami, t. j. z Gurowskim, Krepowieckim etc , którzy 
w szale francuskim chcieliby pomagać Mikołajowi w wytępieniu 
szlachty polskiej. W rocznicę rewolucyi naszej zrobili skandal, który 
zgorszył Latfayeta i samych Francuzów. Długo trzebaby pisać, a już 
mi oljrzydly powszednie possy. Jak przyjedziesz, usłyszysz i zoba- 
czysz. Według dzienników, masz tam w Zurichu także wojnę do- 
mową, tem lepiej ! Wyjeżdżając, weź na miejscu jakikolwiek paszport, 
abyś miał co na granicy francuskiej pokazać. Nie uważaj, chociaż 
ci Maire każe się udać do Bourges lub Besancon, ale po cichu sia- 
daj do dyliżansu i ruszaj prosto do Paryża. W Paryżu, chociaż 
z trudnością, można atoli będzie wystarać się o permis de sejour 
z pensyą w przeciągu trzech lub czterech tygodni. I przez ten czas 
będziesz musiał utrzymywać się z własnych funduszów. Pensya ma- 
jorowska wynosi sto kilka franków na miesiąc, jest za szczupła i le- 
dwie z całą oszczędnością wyżyć z niej można. Dobrzeby więc było, 
abyś miał w zapasie paręset franków, bo tu komitety nic nie dają.. 
Otóż, kochany Ludwiku, takim sposobem możesz dojechać i zamie- 
szkać w Paryżu, przynajmniej tym sposobem wszystkim się dotąd udało. 
Za nieprzewidziane okoliczności nie odpowiadam. Jeżeli się zdecydu- 
jesz zostać dłużej w Szwajcaryi, i Dziady i listy poszlę ci do Ma- 
riahalden. Dziadij od pięciu już tygodni wyszły z druku, ale wy- 
dawcy kryją, się z niemi jak najskrupulatniej, aż dojdą do kraju, bo 
mógłby Pozzo di Borgo przeszkodzić puszczeniu w obieg, w tych 
dniacłi atoli skończy się termin kwarantanny. Kochana Muszyńska 
obszernie do mnie pisała pod datą 7. listopada. Między rzeczami, 
które się tylko mnie bliżej dotyczą, prosi, abym ci odradzał wnijście 
w służbę belgijską. Istotnie, zrobiłbyś naj niedorzeczniej, awanturując 
się dla miłości Leopolda przeciw Wilhelmowi, jest to śmieszna farsa 
tutejszego Ministerium, która, daj Boże, aby na głowę im spadła. 
Chyba że chcesz sposobić się na wojownika, ale można sposobić się 
inaczej ; pomówimy o tem dłużej w Paryżu. 

Bielowski przysłał mi mnóstwo nowin literackich lwowskich, 
ale wszystkie nie wielkiej wagi, udzielę ci ich, jak przyjedziesz. 
Oprócz mnóstwa francuskich i polskich broszur, wychodzą we Fran- 
cji aż trzy dzienniki polskie, najlepszy jest Podczaszyńskiego ; 
bo między głupimi artykułami wydawcy są i Maurycego, przedzi- 
wnie pisane. Jeżeli nie myślisz zaraz przyjechać, odpisz jak najspie- 
szniej, to ci poszlę Dziady, listy i Dziennik Podczaszyńskiego. Idę 
zaraz do Mickiewicza, może do ciebie napisał, ale jestem pewny, żfr 



45 

napomniał wczorajszej obietnicy. Nie chce dłużej pisać, bobym wpaść 
musiał na przedmiot eniigracyi, litóra mię zabija. Cieszę się, że dziś 
przynajmniej mogę się zamlinąc, zapomnieć o ludziach i o wszystlfiem, 
bo clicę liilka listów nagotować do lwowskich moich przyjaciół; 
chcę tym sposobem ulżyć sercu powszednich boleści. Może kilka 
słów napiszę do L . . . będzie to balsam rzymski, co pokrzepia 
w ochocie. Od miesiąca nie miałem pióra w ręku, tak byłem zmę- 
czony i znużony, że nie mogłem i nie chciałem pisać do nikogo, 
nawet do ciebie. .Jak pomieszkasz w Paryżu, i ty przejdziesz przez 
taką chorobę. Cokolwiekbądź, myślimy z Adamem na wiosnę uciec 
do Szwajcaryi. Wyszukaj tam gdzie dla nas kątek, bo w oberżach 
za drogo, a kasa nasza W3'starczy ledwie na jak najskromniejsze ży- 
cie. Chwała Bogu, sesye moje sejmowe zawieszone na dni kilka, 
wypocznie więc nieco dusza w świecie piękniejszym. Nie uwierzysz, 
jak się kłócimy, gryzłem a wciąż po sześć lub siedem godzin co 
dzień. — Dziś wychodzi z druku broszura Mickiewicza dla emigran- 
tów, pod tytułem : Księgi yarodu i Pielgrzymstwa Polskiego^ 
w stylu biblijnym ; wyborne nauki dla ogółu tułaczów, co się my- 
ślą poprawić. W tej chwili przyszedł do mnie sławny nasz Karol 
Eóżycki, idziemy zaraz do Mickiewicza, a z Mickiewiczem do Cho- 
pina, fortepianisty sławnego. Po drodze wrzucę ten list do skrzynki 
pocztowej. 

Bądź zdrów, kochany mój Ludwiku, wyglądam ciebie lub listu 
za dni parę. 

Bohdan. 



Do Pana Bogdana Jaiiskiego. 

Seires, 15. czerwca 1833 r. 

Mój Bogdanie, uwiadomił mię Eettel, że 1-szy tom Górni- 
ckiego wręczony ci został oddawna. Zmiłuj się, odnieś go do Wa- 
lewskiego, na Bellechasse n. 10. Nabielak już wyjechał albo wy- 
jeżdża i jeśli się nie uwiniesz, będę musiał tę książkę odesłać 
dyliżansem do Tuluzy, bo nie chcę, aby mi dłużej głowę kłopotał. 
O artykule Mochnackiego mógłbym pisać tu bez końca, ale mam 
dziś co inszego do roboty. 

Czybyś nie mógł mi oddać w tych czasach ze 20 przynaj- 
mniej franków? Fundusze moje, jakie miałem w Galicyi, zdaje się, 
że przepadną. Miłkowski najsmutniejsze dla mnie przywiózł nowiny. 



46 

A tu mam tyle potrzeb i niezbędnych potrzeb. Daruj, Bogdanie, że 
ci się naprzykrzam. Nie mój to obyczaj, ale bieda!!! 
Bądź zdrów 

Bohdan Zaleski. 

Domejkę uściskaj odemnie. Trudno go teraz upatrzyć, ale może 
w tych czasach wpadnę do was. 

Do Pana Bogdana Jańskieuo. 

Sewes. 

Bracie Bogdanie, napisz, proszę przez małą pocztę, jak stąd 
daleko do Trapy, co kosztuje dyliżans, jakie są blisko miasteczka, 
czy życie drogie lub tanie, jeżeli laska twoja przyszlij nam te szcze- 
góły jutro. 

Brat ciebie kochający w Chrystusie 

Józef Zaleski. 

A potem jak daleko stąd do Solesraes i jakie są blisko mia- 
steczka. 



Do Pana Bogdana Jaiiskiego. 

Sevres, 29. sierpnia 1833 r. 

Mój Bogdanie! Zapomniałem cię wczoraj zapytać, jak należy 
xdressować listy do Bruxelli. Aby więc dziś wybrnąć z kłopotu, 
muszę bilet do Worcella za pośrednictwem twojem expedyować. 
Proszę cię, odeślij go natychmiast do Januszkiewicza, bo wiele mi 
na tem zależy, aby go Worcell jak najprędzej odebrał. Zastałem 
wczoraj w Sevres parę listów z Galicyi. Oprócz powszednich smu- 
tnych nowin, jest w jednym chlubna wzmianka o pierwszych 6 nu- 
merach Pielgrzyma. Proszę, aby w tym duchu wciąż był wydawany. 
Obszerniej ci to opowiem w poniedziałek przyszły. Nie zapomnij 
zaraz list odesłać do Januszkiewicza. 

Braterskie pozdrowienie. 

B. Zaleski. 

Puszczam się natychmiast do Marły na piechotę. 



47 

Do Pana Imiaeego Domejki. 

Sevres^ 7. icrześnia 1833 r. 

La nuił porte conscil ! Otuż, kochany mój bracie Zegoto, całą. 
noc nie zuiriiżjlem oczu! A wiesz ty, co to jest bezsenność! a je- 
szcze bezsenność poety?... W sercu, jak w dzwonnicy na dzień 
zaduszny, wciąż przeciągle, roznośne jęczenia. A po przestrzeniach 
duszy, jak po kościele, jak po cmentarzu, snują się w nieprzerwa- 
nym, uroczystym liku nierozwiewne widma z lat milszych, minio- 
n^^ch, widma to poojczyste, to porodzinne, to pomilośne ! Wtedy to 
człowiek staje się dobry, tkliwy, pobożny, bo żyje przestronniej, żyje 
z myślami i z Bogiem. Taki to właśnie lik, czyli proeesya przecią- 
gnęła przed moją pamięcią w dzisiejszej nocy. I myśl po myśli 
samopas, jak 'orat, koń tabunowy, harcowałem daleko ... I ciemna,^ 
wazka, kamienista i coraz węższa i coraz ciemniejsza była droga 
mego żywota, a tylko kiedy niekiedy wybite pod nogami iskry przy- 
pominały coś o pogasłych gwiazdach na niebie . . . Hop, hop ! a da- 
lej, aż w cwale i tętęcie wykrzyknąłem, nie wiem, jakoś stój ! jadę 
do Ayignon! 

Tym sposobem ulżyłem sercu od razu, a mary, jak ptaszki, 
rozleciały się gdzieś po lasach, po gniazdkach. Nie wdając się więc 
dłużej w żadne targi z sumieniem, jadę do AAignon, skoro tylko 
odbierzem wiadomość, że męczennicy nasi stanęli na miejscu. Isto- 
tnie, w drużynie Adama jam najmożniejszy i mnie najłatwiej wy- 
starać się o paszport, a zatem na mnie to przypada braterska kolej, 
na mnie cięży chrześciański obowiązek. Mam jeszcze skądinąd wię- 
cej do tej podróży pobudek. Z natury mojej kozackiej, czuję w so- 
bie powołanie na pocieszyciela ! Darmo ! nie łudźmy się naszą mo- 
dlitwą ! nie ma rady ! Garczyński musi skończyć, jak Kamil. Wiesz, 
jaką zawieruchę i rozstrojenie sprawi to nieubłagane fatum w całej 
organizacyi Adama, tak zbytnie czułej i drażliwej. Należy nieustan- 
nie czuwać nad nim i pielęgnować jak najstaranniej. Adam cudo- 
wnym sposoljem odgadł mój charakter. Kiedy raz przeczyłem real- 
ności nieszczęścia i strasznych przygód na ziemi, zawołał po żwa- 
wych sporach: „Tyś kozak, zapaleniec! ty czujesz płomiennie i jak 
najżywiej, ale, jak proch, buchniesz na chwilkę, na mgnienie oka!" 
Prawda, odpowiedziałem, ale w tem wszystkiem tkwi jakieś głębo- 
kie, symboliczne znaczenie ! Prawda, nie jestem płaczliwy i niena- 
widzę czułostek: niż treny i żale, wolałbym obwinąć się w burkę 
moją i w łeb sobie wypalić. W obecnych, smutnych okolicznościach, 
w schyzmatyckiej mojej nauce, znajdzie Adam niewątpliwie więcej. 



48 

niż w swojej, duchownego obroku dla serca. Zbytnia czułość jest 
rzec 'i zmysłowa i nie chrześciaiiska. Mam cała zljrojownie gotowych 
pocisków, które, jak kartacze, pękać będą na sto śmiertelnych roz- 
łamów. Zresztą zawrzasnę mu do ucha dumkę nasza ruska: 

Niecił Iza ziemska, chociaż szczera, 
Eajskich snów niepłoszy z powiek ! . . . 
Płaczmy, gdy się rodzi człowiek, 
A weselmy, gdy umiera ! . . . 

Eozgadalem się, ale cóż lepszego mam do czynienia w Sevres. 
Obiecałeś, mój Żegoto, być u mnie jutro o 12-stej. Możesz przyje- 
chać w kukułce o 1-ej, nawet o 2-ej, byłeś po drodze spełnił nastę- 
pujące polecenia : 

1. Pomów z Jełowickim, jak i gdzie starać się o paszport. 
Jeśli nie wie, niech się zapyta Chełmickiego lub Leduchowskiego, 
którzy mają w tym względzie swoje doświadczenie. Zarazem robię 
interes drukarski. Zabiorę Odę do Młodości i do Matki Polki, aby 
je autor przejrzał i poprawił: a może nawet wyrwę coś nowego. 
Niech więc Jełowicki szczerze i żwawo, jak w własnym inte- 
resie, kołata, gdzie należy. XB. Paszport z pensyą na dni 30 lub 
więcej. 

2. Po drodze weź u Jańskiego Nową Polskę, takoż wyrwij 
skąd 3-cią część Dziadów i jedno, jak drugie, wręcz osobiście dogo- 
rywającemu Bernatowiczowi. W obecności mojej obiecał mu Adam 
Dziady. Z całą goryczą suchotnika żalił się przedemną na lekcewa- 
żenie starego kolegi szkolnego. Poprostu Adam zapomniał, ale do 
nas należy naprawić grzech względem brata, któremu tern czynimy 
ostatnią na ziemi usługę. Za bytnością moją w Paryżu, dam nato- 
miast Jańskiemu własny mój egzemplarz Nowej Polski. Pozdrów B. 

3. W messażerii Lafita lub w innej dowiedz się, co kosztuje 
dyliżans do Lyonu, takoż co statek parowy etc. aż do Arignon. Oni 
to wszystko muszą wiedzieć. Kup tamże broszurę Eeinharda: Guide 
du Yoyageur a Lyon et dans le Midi de la France, bo z niej do- 
wiem się o wielu osobliwościach itd. 

Te są główniejsze wiadomości, jakich dziś potrzebuję. Odjeż- 
dżając, zostawię ci listy do mego brata Józefa i Goszczyńskiego, 
abyś, jeśli przyjadą, opiekował się nimi w zastępstwie mojem, t. j. 
oprowadził po Paryżu i wyszukał najtańszą kwaterę. 
Pozdrowienie braterskie 

Bohdan Zaleski. 



49 

Przed nikim nie spominaj o podróży mojej, t. j. przed nikim 
z profanów. Ale powiedz Witwickiemu, Jauskierau i Jełowickiemu. 
Może co pisać będą? Bo skoro dostanę paszport, natychmiast chu- 
chnę, świsnę i zniknę, jak czcigodny nasz narodowy Dyabeł Boruta, 
którego nawiasem polecam ci za wzór do naśladowania. Patryota 
i Litwin, znajdziesz u niego najserdeczniejszą przychylność. 

Jeżeli deszcz, przyjdź pojutrze, wszystko mi jedno. 



Do Pana Ignacego Domejki. 

Marsylia, 1. października 1833 r. 

Kochany mój Zegoto, daremny koszt i trudy. Adama nie za- 
staniem w Avignon i rozminęliśmy się gdzieś pod Lugdunem. Nade- 
wszystko żal mi, że nie zastałem przy życiu Stefana : jak najgoręcej 
modliłem się po drodze, aby go przynajmniej poznać i pożegnać. 
Stało się inaczej ! Za parę dni jadę do Tulonu i do Hyeres, aby 
odwiedzić grób drugiego rodaka, naszego Kamilla \). Pielgrzymka 
więc niewesoła. Dziś przed kilku godzinami przybyłem do Marsylii. 
Obiegiem już port, przypatrzyłem się morzu oko w oko, narobiłem 
mnóstwo znajomości, a w nocy mam się namyśleć, czy popłynę do 
Korsyki, lub też morzem do Cette, potem kanałem do Tuluzy, stam- 
tąd do Bordeaux i do Paryża. Wszystkim atoli projektora stoją na 
zawodzie naprzód nierozwiewna melancholia, która mię trapić po- 
czyna, a powtóre tutejsze nieznośne gorąco. W dzień i w nocy ro- 
zebrany do koszuli, 50 godzin już nie zmrużyłem oczu, w dyliżansie 
i na ulicy pocę się, jak w łaźni. Bierz djabeł oliwy, pomarańcze, 
migdały i wszystkie karłowate drzewa Prowancyi ! Wszystko to pię- 
kne, mianowicie niebo i morze, ale wolę Sevres i mój szlafrok przy 
kominie. Wolę w palce chuchać niż wędzić się na wolnem powie- 
trzu i nie sypiać po całych dniach i nocach. W klimacie takim 
chybabym musiał kochać się i wiersze pisać, bo co lepszego robić 
niepodobna. 

Adam pierwej zapewne niż to pismo zaleci do Paryża, uściskaj 
go jaknajserdeczniej odemnie i powiedz, że mu wcale nie zazdroszczę 
teraz Krymu, Włoch i tym podobnych podróży. Piszę ten list w ka- 
wiarni, wobec eraeuty pod oknami. Od kilku dni lud się ciągle burzy. 
Onegdaj Karliści sztyletami z zaczajenia ranili dwóch republikanów 
w czasie serenady dla Garnier Pagesa. Zresztą słyszę wocyferacie. 



O Mochnackiego. 

Koiefpondencya J. B. Zalesl<icgo. 



50 

których nie mogę zrozumieć; głoszą, że gwardia narodowa tulońska- 
złowila w Hyeres księżne Berry. Za godzinę będę się widział z dzien- 
nikarzami i dowiem się, czy to prawda. Nic niepodobnego. Włochy 
pod bokiem i Carlo Alberto znów na scenie. Xapisz do Januszkie- 
wicza w Bruxelli, aby uwiadomił Stasia, że pisałem do niego z Lug- 
dunu pod adresem Timerstein Worb, nie wiem, czy się domyśli, 
chociaż to jego hrabskie miano. Pieniądze Adamowi przywiozę 
w całości i to jest takoż okoliczność odstraszająca mnie od wielkiej 
podróży. Musiałbym stracić cudzy grosz, a dotąd, dzięki Bogu, nigdy 
w życiu nie miałem długów. A nuż Józef nie przyjedzie lub nic nie 
przywiezie. Tym cięższy wiec byłby grzech, nie byłbym może w sta- 
nie wypłacenia się. Wolę spokojne sumienie, zdaje mi się więc, ale 
tylko zdaje się, że nie pojadę ani do Korsyki, ani dalej ! Jest tu 
Bernardowa Potocka, ale dopiero jutro pójdę szukać po hotelach. 
Muszę już skończyć, bo mam co innego w tej chwili na myśli 
i przytem jestem diablo znużony. Zasyłam ci moje błogosławień- 
stwo! pracuj, lataj na uczone kursą, a nadewszystko myśl o farbiar- 
st\viel Uściskaj Biskupa i wszystkich naszych przewielebnych Pra- 
łatów. Jełowickiemu ukłony i wszystkim, komu ci się podoba. Jest 
to zdawkowa moneta, której nie żałuję. Witwiekiemu radź, aby je- 
chał, będzie miał oślego mleka podostatkiem, może takoż za zimna 
mu w Paryżu. Nadewszystko, kochany Zegoto, pocieszaj biedną na- 
szą ZaUwską. Waleremu napisz, że mu nigdy nie daruję i niech go 
piorun trzaśnie. Ale wstąpię może do niego po drodze. Uważaj, po- 
wiem ci kiedyś wiele dziwnych intryg, o których przypadkowo się 
dowiedziałem. 

Twój 

Bohdan. 



Odezwa. 

2V. listopada 1833 r. 
Ukochani Eodacy i Bracia! 

Z rozwagą i zbudowaniem wysłuchaliśmy zdania sprawy Jó- 
zefa o dotychczasowych owocach waszej patryotyeznej gorliwości. 
Świadomi już celu i zasad, a przeświadczeni w sercu o najczystszem 
obywatelstwie związkowych Eodaków, chlubnie i ochoczo jednoczymy 
się z Wami. Dłoń w dłoni Ijraterskiej zapraszamy się do współucze- 
stnictwa w rozpoczętej pracy Narodowej, ))u wierzymy, iż Bóg po- 
błoeosławi cnotliwemu dziełu. 



51 

Od dziś dnia tedy i na zawsze chciejcie nas nważae za liraei 
i spólpracownikuw waszych. Obowiązków korrespondencyi i spełnienia 
wszelkiego rodzaju poleceń waszych przyrzekamy ściśle pilnować. 
Eozumie się samo przez się, iż niezbędne warunki ostrożności i ta- 
jemnicy jaknajściślej będą od nas strzeżone. 

I wy w Ojczyźnie i my na tułactwie spoiny i jednaki mamy 
zakres działania. — 1. Eozpowszechnienie wiary naszej związkowej. 
2. Gotowość poświęcenia się. 

Z różnego jednak położenia dziś naszego odmienne mamy 
środki. 

Co do pierwszego: Wszyscy jaknajgorliwiej i bez wytchnienia 
powinniśmy opowiadać wznios-łe prawdy naszej Xarodowej nauki. Na 
stanowisku naszem niepodlegli i wolniejsi od Was, śmielej więc 
i skuteczniej w tej mierze pracować ztąd możemy za pomocą druku. 
Postaramy się wydawać dziennik, tudzież katechizmy i różnego ro- 
dzaju pisemka, jakieby widokom Związku naszego najlepiej odpo- 
wiadały. 

Co do drugiego : Jako Polacy i Tułacze jesteśmy już niejako 
ze chrztu i z miecza żołnierzami świętej sprawy Wolności ludów 
i nikt się z nas tego czcigodnego tytułu nie zaprze. 

W łonie czasu dojrzewające wielkie wypadki zastaną i nas 
w zupełnej gotowości. W tem przynajmniej szczęśliwsi od nas, Bo- 
dący, Wam w dniu walki na ziemi rodzinnej, przy mogiłach Ojców 
i kolebkach dzieci waszych uroczyściej i milej będzie jąć się oręża ; 
bo też serdeczniejsze pobudki, żywsze i powszechniejsze, spółczucie 
w około siebie znajdziecie. My, rozproszeńcy świata, widzowie sła- 
bych, chorowitych ruchów w innych Narodach, porywani na prawo, 
na leAYo wirem cudzych zmąconych nadziei, doświadczamy tylko 
codziennie niesmaków i zawodu. Nie upadamy jednak na duchu. 
Najcięższe próby nieszczęścia przemożem rodowitą polską odwagą. 
Przeminą złe koleje, przeminą może prędzej niż się spodziewamy. 
Do widzenia się więc. Bracia, w obozie ' 

Nie chcemy Was łudzić I Nie zwiastujemy stąd żadnych po- 
myślnych nowin. Kiedy nastąpi burza tak pożądana od Polski i wszy- 
stkich ludów, niepodobna jeszcze ściśle oznaczyć godziny. Z fizyo- 
nomii tylko Niebios, z jakiejś okólnej du.szności, z jakiegoś podzie- 
mnego łoskotu, przeczuwamy, iż niepochybnie nastąpi. Będziemy 
tymczasem skrupulatnie zapisywali dla Was meteorologiczne prze- 
strzeżenia z Oljserwartoryum naszego. 

Nie śmiemy dawać rady, ale zakończym uwagą, którą chciej- 
cie jak najsumienniej roztrząsnąć. Nieopatrzna i niejako ukradkowa 



52 

wyprawa Zaliwskiego pogrążyła tylko kraj w nowej żaloljie, a za- 
ostrzyja czujność naszych wrogów. Wiemy o katowstwach Mikołaja 
w głębi kraju, o uwięzieniacłi i prześladowaniu u Was. Zjazdy 
w Czechach i zmowy trzech ukoronowanych rozbójników tyczyły się 
głównie I^olski. Eozciągnęli potrójną sieć, aby was spólnemi siłami 
pognębić. Miejcie się więc na baczności. Chrońcie kraj od cząstko- 
wych powstań, które miasto przybliżyć, oddalą utęskniony dzień 
Narodowego wesela. Świadomi zresztą stanu rzeczy domowych 
z wszech względną moralnością obmyślcie sami, Eodacy, najskute- 
czniejsze środki zaradzenia złemu. 

Pisano w Paryżu dnia 29. listopada 1833 roku, w trzecią ro- 
cznicę Narodowego Polskiego Święta. 

Pozdrowienie braterskie. 

Podpisali: Adam Mickiewicz, Ignacy Domeyko, Karol Eóżycki, 
Bohdan Zaleski, Józef Zaleski. 



Do Pana Ludwika Xal)ielaka. 

Paryzj dnia 4. grudnia 1833 r. 
rue et hotel Vivienne. 

Mój Ludwiku! Jeżeliś nie oszalał, to wyznaj, że nielitościwie 
dziwaczysz ! ! Jakto ? Ani więc do twego przyjaciela nie chcesz kilka 
słów napisać ! ! Trafiła kosa na kamień ... i byłbym ci wzajemnością 
odpłacił, gdyby nie Seweryn, August i poczciwa Muszyńska nie po- 
lecili cię uściskać i jak najsurowiej wyłajać. W ich to imieniu ści- 
skam cię jak najserdeczniej, a łajanie poruczam twemu własnemu 
sumieniu. 

Przed kilkoma tygodniami o małom nie zaleciał' do Tuluzy, 
ale rad nierad, musia-łem odłożyć tę podróż do przyszłej wiosny. 
Obiegłem wszelako najpiękniejszą cześć Prowancyi, aż do Nicei, 
wzdłuż ponad morzem Śródziemnem. Zwiedziłem Nimes, Marsylię, 
Tulon i mnóstwo miast południowych Francyi. W maju, przez Bor- 
deaux, puszczę się do Tuluzy i w Pireneje, nb. z kobietami, a mia- 
nowicie z piękną jedną dziewczyną, wtedy już może moją połowicą. 
Zgadnij, czorcie! jeśli możesz? Przez zemstę za twoje milczenie 
o niezera nie powiem. 

Wiem, żeś nie ciekawy nowin paryskich i krajowych; spomi- 
nam ci tylko, że są bardzo ważne, ale smutne, jak jesień na tuła- 
ctwie naszem. 



53 

Zresztą życzę ci dobreg-o humoru i natr-hnit^nia w pracach 
twoich Hterackieh. 

Dwie osoby, które cię tu interesują : Moehnaeki wciąż pisze 
w Marły. Dunin wciąż wichrzy w Paryżu. 

W Hyeres, na mogile Kamila ^), modliłem się w imieniu wszy- 
stkich jego przyjaciół, a zatem i w imieniu twojera. Błogo mu i ci- 
cho spoczywać w rajskiej okolicy! 

Bądź zdrów, przeklęty dziwaku! 1 1 

Boh da n Za leski . 



Do Pana Hieronima Kajsiewieza, a Angers 

rue S. Laut, impasse des Personnelles chez M. Germond. 

Paryż, dnia 4. grudnia 1833 r. 
rue et hotel Yicienne. 

Kochany mój Hieronimie ! W tych czasach byłem tak zajęty 
a razem nudzony naradami i korrespondencyami, że rad nierad mu- 
siałem odwlec odpowiedź moją na twój list ostatni. Xieraa też i o ezem 
donosić. Żyjemy w nieznośnej próżni serca, t. j. w smutku i nu- 
dach. Dziś jak wczoraj, jutro jak dzisiaj, słowem każda chwila stwo- 
rzona jest na obraz i podobieństwo minionej. Od rana do wieczora, 
wciąż w jakiejś mgle gęstej, nierozwiewnej, modlę się już. jak po- 
gańska Litwa do bałwana Peruna czy Pioruna, aby mi zagrzmiał 
za uszyma. Mimo tego robię, co mogę. Z Pietkiewiczem i Eóżyckim, 
którzy się tu zjechali, i z paryskimi naszymi przyjaciółmi ułożyli- 
śmy system dalszego postępowania w rzeczy ci wiadomej. Porozpi- 
sywa-łem listy na wszystkie strony po kraju ... i osiadłem jak na 
koszu. Cóż robić ? Zaliwski wciąż uwięziony, sama takoż aresztowana 
w Krakowie, a dzieci w naszej opiece. Nowy kłopot, ale mniejsza, 
powinność to nasza i święta powinność. Józef Zaleski niełatwo bę- 
dzie mógł wrócić do kraju, mieszkamy więc razem, aż się trochę 
prześladowania w Galicyi uśmierzą. Dotychczas 100 przeszło oby- 
wateli tamtejszych siedzi w kozie. O Milikowskim ani słychu, podo- 
bno wpadł w łapy niemieckie. Goszczyński odgrywa wielką rolę 
między Magiarami. Z Triestu i Gdańska przeszło 1.300 rodaków po- 
płynęło do Ameryki. W emigracyi wciąż waśni i prześladowania. 
Pielgrzym kona. Nowa Polska morduje arystokratów. Adam cho- 
ruje, ale kropi Pana Tadeusza. Worcel został zecerem, Lelewel szty- 



^) Mochnackiego, brata Maurycego. 



54 

chuje tablice numizmatyczne. Bernatowicz umiera na suchoty, ten 
i ów się żeni. Wszędzie goHzna w emigracyi, gdzie niegdzie jednak 
dobry humor. Otóż masz wszystko zle i dobre, nadzieje i odczaro- 
wanie, zwyczajnie jak w życiu naszem zieraskiem a raczej piekiel- 
nem. Tyś młody, bądź wiec wesołej myśli, kochaj się i śpiewaj, 
boś poeta. Przeklętego Niemca a raczej Hiszpana uściskaj najserde- 
czniej. Milczy, jakby oniemiał, a tu Demokracya broi, zwaliła Gu- 
roW'Skich i Płużaiiskiego i Centralizacyę, Giirowski wydaje dziennik, 
powiedz mu o tem, czytałem kilka rozprawek w rękopismie. Czy 
skończył Cyda? 

Bądźcie zdrowi, kochani moi. 

Bohdan. 



Do Pana Ludwika Nabielaka. 

Paryż, cl. 18. (/rudnia 1833 r. 
rue et hotel Vivienne. 

Kochany Ludwiku ! Spodziewam się, iż odebrałeś mój list przed 
kilkunastu dniami posłany do Tuluzy, a zatem widzisz, żem cię 
uprzedził, a przynajmniej, żeśmy jednocześnie o sobie myśleli. Mmio 
jednak wszystkiego, zawsze jesteś łotr wierutny (z przeproszeniem). 
Sprzedaż twojej konfederacyi nie łatwo może nastąpić, i to w Pa- 
ryżu, i to w dzisiejszych okolicznościach. Pisałem już o tem do 
Milikowskiego. Generalny nasz spekulator literacki, A. Jełowicki, 
kupuje tylko kiepskie wiersze, a przytem niecośmy się podąsali na 
siebie. Najlepiej wprost i sam zgłosisz się do niego, rue Jacob nr. 
19, hotel de Hambourg. Napisz, aby o Avartość dzieła zapytał Mo- 
chnackiego i mnie. Pana Ludwika djabeł nie wziął. Wierze, iż mu- 
siałeś rzecz zrobić należycie. Wszakże, abym w każdym razie mógł 
zamydhć oczy spekulatorom, potrzeba mi mieć pod ręką kilka ćwiar- 
tek do przeczytania im i dania sądu o duchu i stylu. Grześko sądzi 
Maćka. A zatem bądź spokojny. Dunin cię pozdrawia, chciałbym, 
aby do ciebie napisał, ale gdzie go znaleść? Szukaj wiatra w polu! 
Eeferendarz zawsze tajemniczy, podejrzany, a więc nie widujemy się 
z sobą, chyba kiedy niekiedy na ulicy. Toż samo i twój Walewski. 
Pracuję ciężko i nieznośnie pracuję, bo czytam w bibliotece Eisze- 
lowskiej starych łacińskich Ivronikarzy Polskich. Zda się to! A je- 
dyna pora do tego rodzaju pracy w Paryżu, śród obcych, śród swa- 
rów domowych i w serdecznej tęsknocie za krajem! Gurowski po- 
lecił cię uściskać. Wydaje tu dziennik p. t. Frzijszłość. Pisatliy 



55 

dobrze, gdy)3j umiał po polsku ; przytem w myślach u niego jak 
na falach. Jozafat wciąż wojuje, bo też przeklęta dyplomacya! Ty 
podobno jesteś jej zwolennikiem. Maurycego tom 1-szy wkrótce wyj- 
dzie z druku, dzieło jego o literaturze robi wielki hałas w Eossyi ; 
sztuka w tern Grabowskiego, który chce gwałtem odeprzeć najazd 
na Polskę literatury moskiewskiej. Trzeba jakiegoś żywiołu dla du- 
•cha polskiego. Wyśmienicie ! 

Xic tym razem o polityce. 
Bądź zdrów. 

Bohdan. 



Towarzystwo Braci Zjednoczony cli. 

19. grudnia 1833 r. 
W Imię 
Ojca i Syna i Ductia Świętego. 

I poznacie prawdę, a prawda was wyswobodsi. 

(tt Jana Św. Kozd. YIII, §. 32). 

Na cześć i chwałę Trójcy Przenajświętszej, dusz naszych wy- 
bawienie, utrzymanie i wyswobodzenie biednej Ojczyzny naszej, żeby 
ca-ła, wolna i niepodległa mogła jawnie służyć Panu, my chrześcia- 
nie, Polacy, wyznania Rzymsko-katolickiego, oddając się pod szcze- 
gólną opiekę Matki Najświętszej, zaufani w te słowa Jej Boskiego 
Syna, „tego, co do mnie przyjdzie, nie wyrzucę precz" ^), „Proście 
a będzie wam dano, szukajcie a znajdziecie" ^), „Szukajcież tedy na- 
przód Królestwa Bożego i Sprawiedliwości Jego, a to wszystko bę- 
dzie Wam przydano" ■'), „toć jest przykazanie moje, abyście się spo- 
łecznie miłowali, tak jakem was umiłował. Większej nad tę miłości 
żaden nie ma, jedno gdy kto duszę swą położy za przyjacioły swoje" *}. 
^Zaprawdę wara powiadam, jeśU o co prosić będziecie Ojca w Imię 
moje, da wara"^), „tom ei wara powiedział', abyście we ranie pokój 
mieli. Na świecie uciski mieć będziecie, ale ufajcie, jamci zwyciężył 
świat" ''), „nie zostawię was sierotami, przyjdę do was" ''), „czujcie 



1) u Jana E. YI. §. 37. 

2) u Mateusza E. VII. §. 7. 

3) u Mateusza R. Ył. §. 33. 
^) u Jana E. XV. ^. 12 — 13. 
5) u Jana E. XVI. i?. 23. 

^) u Jana E. XVI. i?. 33. 

7) u Jana E. XV. 



56 

a módlcie się, abyście nie weszli w pokusę" ^), „gdzie są dwaj albo 
trzłjj zgromadzeni w Imię moje, tamera jest w pośrodku ich" ^). — 
W Imię zatem Święte Pana naszego Jkzusa Chrystusa, który wi- 
dzi szczerość myśli naszych, prosząc Jego błogosławieństwa i opieki, 
w pokorze serca, i po umyślnem ku temu odprawieniu Świętej Spo- 
wiedzi : łączymy się w Związek pod nazwaniem Braci Zjedno- 
czonych. Modlić się codziennie za siebie, ojczyznę i bliźnich, za 
przyjaciół i nieprzyjaciół; przykazania Pańskie słowy i uczynki wy- 
pełniać; przykładem swym rodaków do tego zachęcać i na drodzfr 
tej spoiną siłą utrzymywać się : jak najmocniej przedsiębierzemy 
i postanawiamy. 

Działo się w Paryżu, roku Pańskiego Tysiąc ośraset trzydzie- 
stego czwartego, dziewiętnastego grudnia, w dzień Świętego Neme- 
zyusza Męczennika. 

Podpisali : Antoni Górecki, Adam Mickiewicz, Stefan Witwi- 
eki, Bohdan Zaleski, Cezary Plater, Józef Zaleski. 

Później nieco przystąpili takoż do bractwa Bogdan Jański 
i Ignacy Domeyko. 

B. Z. 



Do Pana Hieronima Kajsiewicza 

a Pont de Cees, chez M. Laude. 

Paryż j dnia 13. stycznia 1834 r, 
rue et hotel Ywienne. 

Kochany mój Hieronimie ! Bawiłem kilka dni w Fontainebleau^ 
u czcigodnego naszego Karola Eóżyckiego ; wróciłem wczoraj do Pa- 
ryża i zastałem na stole twój list z 29. z. m., a więc z daty nie 
bardzo już świeży. Zgadłeś, iż pisząc do ciebie w grudniu, nie mia- 
łem pod ręką twego listu, a stąd tyle ważnych ominąłem kwestyi : 
poprawię się dzisiaj. Otóż obydwie źrenice wlepiam w duże, łęko- 
wate wiersze twego pisma, wlepiam (nie przymawiając) jak w tęczę 
i z bogobojnością kronikarską mruczę sobie pod nosem: „zacznijcie 
wargi!" Porządek kwestyi niech będzie twój własny. Eustachy Ja- 
nuszkiewicz jest w Paryżu i jest już oddawna: nie wiem wprawdzie, 
gdzie mieszka, bo ukrywa się pod obcem nazwiskiem, ale napisz da 



1) u Mateusza E. XXVI. §. 41. 
2} u Mateusza E. XVIII. §. 20. 



57 

niego pod moim adresem, a wręczę mn list i zajmę się jak najgor- 
liwiej twoim interesem. Inaczej, niepodobnaby było tratić z nimi do 
ładu. Kołupąjły nie znam i nie wiem, gdzie się dziś obraca, musisz 
więc inną drogą kołatać do niego. B . . . . znam i dlatego z nim 
żyć nie ctieę : twój jednak list do niego Adam przed wieki jeszcze 
podjął się mu oddać, powiada, że oddał, ale może i nie pamięta. 
O uroczystości listopadowej nie pisałem dlatego, że nie byłem na 
niej, i dlatego, że nie była ciekawa. Odbyła się w mieszkaniu La- 
fayetta. Mów złych i dobrych, demokratycznych i arystokratycznych 
było co niemiara. W duchu Krępowieckiego palił Semenenko : w końcu 
wygwizdał jakiś Szel Niemcewicza za to, że pochwalił Ludwika Fi- 
lipa. Otóż i wszystko. XB, zrana Ijyła msza, na której po katolicku 
byłem i modliłem się jak najgoręcej. Dziś piszę do Stasia i uściskam 
go od ciebie. Zabrnął liiedak w pracę po uszy, a goły. że aż roz- 
pacz, pomagam mu jak mogę, ale mogę mało, bo mam Józefa mego, 
któremu żona dotychczas nie przysłała pieniędzy. Staś z Lelewelem, 
Pułaskim i Nowickim zaczęli wydawać dziennik francuski w Bruxelli : 
Voix du Peuple, ale nieszczególny, chociaż w najlepszym duchu; 
trudnoż bo to obcą mową surmować. Krępowieeki jest gdzieś w oko- 
licach Paryża, podobno że się ukrywa na statkach na Sekwanie. 
Cierpi, bieduje, czort wie dlaczego? Istny upór i chęć przewodzenia 
trzymają go tutaj. Krewniaki działają, mówiąc ich językiem, a po 
naszemu robią głupstwa. Reformują teraz Demokraeyę, ale nie mów 
o tem Eetlowi. O tyle nam są użyteczni, o ile pomagają rozpoście- 
rać opinie rewolucyjne. Zresztą pracujemy sami dla kraju i z pomocą 
krajowców. Czy Adam bywał na naszych naradach? A jakże? Jest 
to najcnotliwsza dusza, mimo dogmatyzmu. Kłócimy się, a raczej 
kwasimy się nawzajem często, ale się kochamy. Jesteśmy siebie pe- 
wni obydwa. Mimo huniorów szlacheckich Adama, ja Kozak, rewo- 
lucyonista, czuję w głębi serca, że i on republikanin. Więcej mi nie 
trzeba. Dwernickiemu nie mówiliśmy o niczem, bo zupełnie zawojo- 
wał go Dunin. Zaszczyca swojem zaufaniem Polewskiego, Tarszyń- 
skiego i tym podobnych. Nie godzi się więc nam stawiać płocho na 
kartę cudze a tak ważne tajenmice. Czekamy do czasu, aż się stary 
upamięta. Pielgrzym umarł i pogrzebion : ale za to przyszedł Anty- 
chryst, t. j. zmartwychwstała Nowa Polska w J. B. O. Ostrowskim, 
który mieczem i ogniem pustoszy dziedziny naszej dyplomacyi. Wy- 
dał już że 20 numerów' sw^ego dziennika, a jeden w drugi wszystkie 
jak najwścieklejsze. Możnaby jednak zapytać J. B. 0. a quol bon ? 
Odpisałem już na wszystko, o czem chciałeś wiedzieć, teraz 
palę do ciebie Hieronimie, jako do poety. Piszesz mi o jakimś poe- 



58 

macie twoim, nad którym obecnie pracujesz, o rozprawie Eetla itp. 
Sponiinał mi o tern wszystkiem i Adam. Co to ma znaczyć? Wiem, 
iż u Adama są wyjątki, bo chciał mi kiedyś pokazać, ale nie mógł 
znaleźć rękopismu. Być może. iż poleciliście mu, aby mi nie poka- 
zywał. Tkwi w tern wszystkiem jakieś matactwo. Boleję, że' mię tak 
mało znacie. Dalibóg jestem ja poczciwszy, niż się wam z moimi 
nasrożonemi brwiami wydaję, i dlatego nie myślę się gniewać. Dziś 
wieczór wykłócę się z Mickiewiczem i przeczytam wasze wyjątki. 
Obchodzi mię w^szystko jak najmocniej, co piszecie. Jestem wierny 
moim przyjaciołom, ależ pragnę wzajemności. Goszczyński, Grabow- 
ski i inni przyjaciele moi żywi i umarli nie tyra sposobem obcho- 
dzili się ze mną, trochę mię czulej kochali I ! Ale, mniejsza, zabrnął- 
bym zadałeko . . . Czas wszystko objaśni. Łaknę jak kania dżdżu, 
łaknę najserdeczniej, abyś mia-ł pokój i swobodę do ukończenia twej 
pracy. Potrzebne ci do tego 100 fr. postaram się jak najusiłniej, abyś 
dostał przed końcem tego miesiąca. Nie wiem, co wytarguję u Ja- 
nuszkiewicza za twoje sonety, ale Józef co dnia spodziewa się fun- 
duszów z domu i wtedy pewnie 100 fr. juieć będziesz. Xie mów, 
że mi oddasz i kiedy oddasz, bo to się między przyjaciółmi nie go- 
dzi. Sto razy w życiu będziemy sobie nawzajem dłużni, a racliunki 
jednak zrównają się przed lub za grobem. Młody poeta Celiński dru- 
kuje u Pinarda swoje pisma. Znam go oddawna, ale nie znam jego 
poezyi : różni ludzie różnie o nich mówią, ale czekajmy, aż wyjdą 
na świat. 

O Polsce toż samo powiedzieć można, co śpiewak Igora przed 
ośmiuset łaty nucił o Ukrainie: „Ziemia spulchniona końskiemi ko- 
pyty, zasiana kościami naszemi, krwią naszą polana. . . i bujnie smu- 
tek powschodził." Okropności, okropności i wciąż okropności. Nie 
zdam się do opi-sywania srogości Mikołaja, wolę zacisnąć zęby i zgrzy- 
tnąć. Bracia z Gdańska są dzisiaj w Havre, ale podłe ministeriura 
Filipa nie chce ich wpuścić do Francyi. popłyną więc biedaki do 
Ameryki. Serce pęka z żalu, że nie możem im zanieść pomocy. A co 
gorsza, że wszystka ta młodzież stracona jest dla Polski. Xa dobie, 
jak ich zebrać po ogromnym zamorskim świecie? Powrócąż już po 
walce, aby zająć miejsca nasze w szeregach? I to niełatwo im bę- 
dzie. O braciach, zostający cli w Tryeście. nic nie słychać, ale nie- 
wątpliwie ten sam los ich spotka, co gdańskich. Wielu w rozpaczy 
wołało wrócić do Eossyi. Och. och, ocli I wolę pisać ełegi*^, niż kon- 
tynuować dalej, a raczej przejść się po wolniejszem powietrzu. Bądź 
zdrów, kochany in()j Hieronimie! 

Bohdan. 



59 

Leonarda '} uściskaj, czemu też przeklęty Niemiec nie napisze 
kiedy do mnie? Jeżeli się kocha, to niech go Bóg ma w swojej 
opiece. I w tem jednak mógłbym mu dac rady moje ja. stary fan- 
tastyk. 

Gurowskł wydrukował Przyszłość, to takoż dla Leonarda. 



Do Pana Ludwika >'ał}lelaka. 

Part/ż, dnia 16. stycznia 1834 r. 
rue et hotel Yiiienne. 

Kochany mój Ludwiku I Bawiłem dziesiątek dni w Fontaine- 
bleau u czcigodnego naszego Karola Eóżyekiego; wróciłem wczoraj 
i zasla-łem twój list na stole nie bardzo świeżej daty. Widać, że da- 
wno już przyszedł do Paryża. Aby więc nie przewlekać odpowiedzi, 
acz w tej chwili mara wcale co innego na głowie, pospieszam je- 
szcze choć w kilku słowach zaspokoić twoją niecierpliwość. Widzia- 
łem się z Anastazym -j, który w tej chwili pojechał do Havre po- 
rozumieć się z męczennikami naszymi pruskimi, wysadzonymi przez 
Francuzów na ląd niejako gwałtem, bo pomimo bagnetów i wbrew 
woli ministrów. Otóż mówił mi Dunin, że Ledóchowski w interesie 
twoim chodził do dArgout, ale nadaremnie, że teraz stara się Wo- 
łowski, że najlepszy będzie środek, abyś wyrobił sobie u znaczącej 
osoby w Tuluzie list do którego z deputowanych tamtejszych. Dla 
deputowanego dArgoui wszystko zrobi, bo mu chodzi o majoriłe. 
Nie rozumiemy jednak, dlaczego tak tęsknisz do Paryża; tu taka 
dziś nędza między nami tułaczami, że każdy ucieka na prowincyę, 
aby mógł uciec od niej. Jeżeli rachujesz na sprzedaż rękopismu 
twego, to ciężko się mylisz. Między literackimi naszymi spekulan- 
tami strach dziś panicki panuje. W Galicyi i Poznańskiem poszu- 
kują jak najostrzej druków paryskich. Będziesz więc przymuszony 
zaczekać do lepszych czasów. Od dawna, mój Ludwiku, nic nie mamy 
z Galicyi. Wiem tylko, że Austryaki okropnie tam gnębią mieszkań- 
ców. W skutku uwięzienia Zaliwskiego, uwięziono wielu obywateli 
dobrze ci znajomych i wciąż jeszcze polują na kryjących się po la- 
sach rodaków. Zgoła bieda tam i smutek powszechny. Odczytałem 
po dwakroć przysłane mi wyjątki o Konfederacyi. Duch i styl wy- 
borne! O rzeczy nie mogę wyrokować z m\ywka, nie obejmującego 



^) Eettel. 
^) Duninem. 



60 

żadnego historycznego dramatu. Przeczuwam atoli, że dzieło twoje 
posiadać będzie wyższe przymioty. Innym razem więcej ci o tern 
napiszę, a teraz muszę skończyć, bo dalibóg nie mam czasu i spo- 
koju w głowie. 

Całuję cię jak najserdeczniej. 

Bohdan Zaleski. 

W przedmowie twojej do tułaczów radbym, abyś początek nieco 
odmienił, to jest oparł na g:łębszej i ogólniejszej myśli, bo tak jak 
jest dzisiaj, zakrawa troclię na deklamacyę. Wytłómaczę się później, 
jak będziesz drukował. 



Do Pana Hieronima Kajsiewicza w Angers. 

Paryż, dnia 5. lutego 1834 r. 
rue et hotel Vivienne. 

Mój kochany Hieronimie 1 Z całą szczerością chcę się wyspo- 
wiadać przed tobą. Dlategom się opóźniał z odpowiedzią na twoje 
listy, żem się spodziewał dostać kilkadziesiąt franków, tak wam nie- 
odljicie potrzebnych. Darmo! nie znalazłem ani uczciwego dłużnika, 
ani choćl)y uczynnego jakiego wierzyciela. Mimo wstrętu, jaki mam 
zawsze do robienia długów, Bóg widzi, że najchętniej byłbym się 
zapożyczył, byłem wam choć na czas dogodził. Powszechna tu nie 
wiem golizna, czy niecnota. Zresztą stosunki moje z ludźmi, a mia- 
nowicie z możnymi nienajrozleglejsze. Aby uciec od ludzi i biedy, 
wynoszę się z bratem do Sevres ; tam przynajmniej mogę mieć kre- 
dyt do czasu, aż posiłki z domu nadejdą. Jeżeli kiedykolwiek na- 
dejdą! bo wiemy już z pewnością, że w Rossyi, Austryi i Prussach 
odebrali bankierowie jak najsurowszy zakaz przesyłania dla emigran- 
tów pieniędzy. Trzeba więc będzie pogodzić się z nędzą, z tą wierną 
przyjaciółką lat młodszych. Adam także goły, a przynajmniej smu- 
tnie skrępowany obowiązkami względem Jełowickiego, i jemu więc 
jeżeli nie najtrudniej, to przynajmniej z największą przykrością przy- 
chodzi dostać jaki grosz, chociaż własny. Adam wybrał więcej, niż 
zawarował sobie w kontrakcie : teraz jest niejako w kurateli. Świeżo 
widziałem jego kłopot: między braćmi w Havre znajduje się sio- 
strzeniec Adama. Otóż ziemię i niebo poruszył, nim dostał dla niego 
100 franków. Domyślisz się, że ciężko jest naprzykrzać się komu 
w takiem położeniu, jednakże pamięć na waszą biedę przemogła 
względy światowe. Wczoraj mu napomknąłem o waszych potrzebach, 



61 

widziałem na twarzy jego, że mocno cierpiał, ale mi stanowczej nie 
da-ł odpowiedzi. Jestem pewny, że, skoro skąd wyrwie jakiego lui- 
dora, poszle wam sam i po kryjomu. Znikąd więc, drogi mój Hie- 
ronimie, nie spodziewaj się w krótkim czasie pomocy, z bólem 
w sercu to mówię, ale winienem przyjacielowi memu })rzedewszy- 
stkiem prawdę. Może też Bóg da, że w tych dniach odbierzemy 
listy z domu. 

Kochanego, poczciwego Leonarda^) uściskaj jak najserdeczniej. 
Napiszę do niego za kilka dni, bo dziś dalibóg nie mam czasu, 
a raczej wolnej myśli. Jestem jak w odurzeniu. Przyszły wiadomości 
z Genewy i już nawet przebąkują dzienniki francuskie, że kilkadzie- 
siąt najzacniejszych braci naszych wkroczyło do Piemontu razem 
z emigrantami włoskimi. Jak im się powiedzie ? Uchem przy ziemi 
każdy tętęt imam. Nie bardzo zatem chce mi się dziś pisać. Wolę 
się iść kłócić z nikczemnikami, którzy już rozpoczynają na nich 
wrzaski, jak na Zaliwskiego, bo serce -prorok nie dzwTjni na gwałt 
w ich piersiach. Ale dam pokój, bo mi żółć pękać zaczyna. 

Krępowiecki nakoniec wpadł w łapkę, wywożą go do Anglii. 
Nie wiem, czy dobrze robisz, że chorego Eettla chcesz zostawiać. 
Zapewnie cieszyć się będziem z twego tu przyjazdu, ale cóż on bie- 
dak sam pocznie ze swoją dziką i leśną naturą. Porachuj się, Bra- 
cie, z sumieniem, nim wyjedziesz, chyba że na parę tylko tygodni. 

Ca-łuję was obydwóch po bratersku 

Bohdan. 

Mia-łbym o czem inszem pisać, ale to już na potem, w liście 
do Leonarda, teraz muszę pójść do krewniaków po nowiny ze Szwaj- 
caryi. 



Do Pana Ludwika Nabielaka. 

ShreSj 27, lutego 1834 r. 

Nareszcie, mój kochany Ludwiku, przeniosłem się od wczoraj 
na dawne moje mieszkanie do Scvres. Mimo lubej, jarzącej, wiośnia- 
nej niemal pogody, powitał mnie zaraz na wsi stary wróg chroni- 
czny mój, ])ól głowy; a więc i umysł mam ciężki i serce niewe- 
sołe. Cieszę się przynajmniej, żem samotny, że mam na około niebo 
i gaje, i pole i wody. Jakoś szerzej i wolniej oddycham. Od dzie- 
le Eettel. 



62 

cka nie mogłem nawyknąć do miasta, może dlatego, żem się wycho- 
wał na stepie. W mieście wciąż mi jest i duszno i nudno i smutno. 
Tem smutniej i nudniej dzisiaj, kiedy tułaczowi między olicymi ^^i- 
cłier powszednieli, ladajakicli namiętności wyje wiecznie w uszy 
i aż w głębi serca mąci najpiękniejsze uczucia. Ależ mniejsza z tem. 
Obiecałem ci kilka literackich objaśnień do twojej rozprawy i wolę 
przystąpić do rzeczy. 

O Malczeskim nie wiele potrzebujesz wiedzieć. Masz Maryę, 
to dosyć. Znałem go niedługo i nieszczęśliwego, bo w chorobie, nę- 
dzy i na kilka miesięcy przed zgonem, ale znalem wcale inaczej, 
niż Błelowski w swojej biografii. Biografia ta pod każdym wzglę- 
dem nędzna, napisana po pedancku, a nawet nieprzyzwoicie. Dali- 
bóg! gniewam się ciężko na Augusta Na .co n. p. światu wieść 
o rozpuście, o miłostkach poety, wieść płocha, niewątpliwie w gmi- 
nie wymyślona, kiedy w Maryi ma inszy, prawdziwy, zwierciedląey 
się obraz jego duszy, serca i charakteru. Zresztą żył po naszemu, 
jak ten lub ów namiętnie kochający naturę i sztukę. Prawda, iż nie 
był święty, ależ trudno obyczajami różnić się od swoich rówienni- 
ków. Z urodzenia panicz i piękny, i do tego zepsute dziecko war- 
szawskich kobiet przesiąknął był salonowością i francuszczyzną, 
czego ślady nie rzadko napotkasz i w stylu Maryi; są to jednak 
wady czasu, w którym żył Malczeski. Ale któryż ze spółczesnych 
poetów czuł żywiej i głęl^iej ? Czyj wzrok sięgnął dalej w tajniki 
sztuki i narodowości polskiej? Autor Maryi urodził się na Wołyniu 
około 1792 r., uczył się w Krzemieńcu, odbył kampanię 1812 r. aż 
do 1815 r., służył za Konstantego parę łat w inżynierach, potem 
podróżował po świecie, aż strwonił resztę majątku, wrócił na Ukrainę. 
gdzie napisał Marye i umarł nareszcie w Warszawie 2. maja 1826. 
Otóż i życie Malczeskiego, raczej tło piękne, przeźroczyste, na któ- 
rem, co chcesz, odmaluj, byle z uczuciem i z zapałem, a nie omi- 
niesz się z prawdą. 

Garczyński miał lat 27, kiedy umarł w Avignon. Urodził się 
i wychował w Poznańskiem, nauki kończył w Berlinie. Najpiękniej- 
sze lata przeżył między Niemcami z poezyą i filozofią niemiecką, 
które wcześnie polulńt. Niedługo przed Rewołucyą, Garczyński zje- 
chał się i zaprzyjaźnił z Mickiewiczem. Ta przyjaźń wywarła wpływ 
widoczny na jego zawód poetycki : z panteisty został' katolikiem. 
Tym sposobem zbratany z Mickiewiczem i od niego niejako ucząc 
się po polsku, niedziw, że przyswoił sobie formę Dziadów, jak nie- 
dżiw, kiedy widzim w grze fizyonomii, w ruchach nawet i nałogach 
podobieństwo między bratem a bratem, lub między nauczycielem 



a uczniem. Garezyński nie był jednak prostym naśladowcą Mickie- 
wicza, z rzędu owych pstrych, drapieżnych Odyuców, Witwickich, 
Słowackich. Garezyński ma dusz*^ i duszę niepospohtą. Czuje po swo- 
jemu, jak suchotnik, gorączkowo, ale młodzieńczo i rzewnie ; maluje 
niekiedy lepiej niż Mickiewicz sny fantazyi, a mianowicie owe dzi- 
wne metafizyczne zjawiska ducha ludzkiego. Są miejsca w jego Wa- 
cłnwie, którychl.ty się nie powstydził i największy poeta. Mimo wszy- 
stkiego, jednak pozostanie on na zawsze pośledniejszym pisarzem^ 
dlatego najbardziej, że nosił cudzy kubrak i który i sam przez się 
za kusy jest i nieco wypłowiały. Szkoda nieodżałowana, że śmierć 
ugodziła Garczyńskiego niejako w gnieździe jeszcze : kiedy, jak ptak 
porosły już w pałki, w puch, w pierze, rozpościerał właśnie skray- 
dła do własnego lotu. Aby ci dać lepsze wyobrażenie o talencie 
Garczyńskiego, załączam tu par^ kawałków, jakie naprędce brat mój 
dla siebie przepisał. 

Xie warto, abyś Słowackiego zamieszcza! w swojej rozprawie. 
Jest to istny indyk, puszy się i puszy, lecz ani śpiewać, ani latać 
nie umie. Biedny mierzyna ! Wszystko w poezyacłi jego i cudze 
i ladaco. Chcia^łbym już, mój Ludwiku, zakończyć i krytykę i list, 
ale mam jeszcze parę słów na języku i muszę je koniecznie wy- 
dmuchnąć, chociaż na osobnym świstku. 

Przed kilkoma dniami wyszedł z druku gruby tom poezyi Gó- 
reckiego, po największej części patryotycznych i nabożnych. Dużo 
śmiecia, ale jnst i złoto. Przeczytałem wszy.stkie wiersze od deski 
do deski, i powiem ci, iż dziwnego doświadczyłem wrażenia, kilka 
razy spłakałem się serdecznie. Nie masz w nich fantazyi, imagina- 
cya uboga, rymowanie błah-, ale jest coś oryginalnego, jakaś idealna 
poczciwość i prawdziwie ewangeliczna prostota. Górecki nie jest ar- 
tysta, ale człowiek, Polak, który gwałtownie każe się kochać i sza- 
nować. W religijnej, w rzewnej jego rezygnacyi, w prostocie słowa 
jest jakiś dźwięk prawdy, który zatraciła sztuka, a który brzmi je- 
dnak rozgłośnie w sercach ludzkich. W stylu przypomina epokę Sta- 
nisława Augusta, coś z toku wiersza Karpińskiego. Kniaźnina, ale 
barwę ma własną. Dla Góreckiego epoka nowsza literatury polskiej 
przeszła I)ez śladu i tak się gdzieś głęboko zakopał, że nie słyszał 
ani szumu, ni grzmotu burzy, która jednak takie w około rozniosła 
spustoszenie. 

I\iedyś ei napiszę obszernie o Panu Tadeuszu, tudzież o pi- 
sarzach naszych politycznych, a mianowicie o Mochnackim. Wiesz, 
że Vi nim odróżniam zawsze człowieka a pisarza, ale skreślę ci ana- 
lizę jego umysłu i !iio!-;i,!i!n<<-i. 



Musiałeś już odebrać twoje rzeczy, które wysiałem. Adresuj 
do mnie łisty : h Mr. Zaleski, a Sevres (Seine et Oise), Place Eoyale, 
Hotel du Nord. 

Ściskam cię jak najserdeczniej. 

Bohdan. 

Z Galieyi żadnych wiadomości nie miałem od grudnia. 



1)0 Pana Hieronima Kajsiewicza 

w Angers, rue St. Laud. cliez M. Trocłion. 

Sevres, 3. maja 1834 r. 
Kochany mój Hieronimie! Nie cieszy mię wcale twoja nowa 
funkcya skryba, ale cóż robić ? kiedy nie jestem w możności zara- 
dzenia twej Ijiedzie. Adam naparł się koniecznie, aby mu twój list 
pokazać: boleje i on nad waszą dolą a raczej niedolą, ale znasz do- 
brze jego własne położenie. Cierpmy, może Bóg da złe przeczekać. 
Na rany Chrystusa, nie pytaj mnie o nowiny z kraju : wszystkie 
stamtąd wieści tak są smutne, żałobne, straszne, że jestem wciąż 
pod obuchem, jak na Krzyżu, i wolę sam za wszystkich pić i ocet 
i żółć i truciznę. Dusza moja w tej chwili jak w piekle kopci się, 
a kopci w nierozwiewnym, duszącym dymie smoły i siarki. A w^ pier- 
siach, jak w dzwonnicy, serce wali na gwałt, że aż w piętacli czuję 
rozbrzmienia. Nie pytaj się więc o nowiny. Najgorsze. Staś ^) już 
jest w Londynie, a tii łotry broją, najgrawaja się z powszechnej 
i z powszedniej biedy całej ludzkości. Dziennik aryst. doczekał się 
żniw ; liałasuje, jątrzy namiętności ludzi, którzy niewątpliwie kiedyś 
skręcą kark redaktorom. Zniskąd pociechy ! Jestem urzędnikiem w ko- 
missyi funduszów, aby nieść pomoc braciom cierpiącym. Mamy już 
kilka tysięcy franków. Ale i tu miałem sposolmość poodkrywać ró- 
żne szelmostwa, złodziejstwa. Żyjemy w pięknej epoce arcyrozumnej, 
arcyiilozoficznej, którą oby Bóg razem z nami wyrzucił z księgi wie- 
czności. Szczęśliwy Lamennais, że widzi postęp ku dobremu! Wydał 
świeżo książkę w rodzaju ksiąg narodu. Paroles dun Croyant, a ra- 
czej po prostu naśladowanie Mickiewicza z wielu plagiatami. Adam 
powiada, że bije w niej pokłon Molochowi częściej od niego, choć 
ksiądz i w sutannie bardziej by mu się to nie godziło. Ja się cieszę, że 
Lamennais przecież raz jawniej odzywa się za ludem, bezwarunkowo. 

^) Worcel. 



65 

Dzięki niech będą Bogn, że Retlislio żyje i tyje I On młody, 
i zda się na długi czas światu. Uściskaj go jak najserdeczniej ode- 
mnie i ucałuj w łysinę, jestem pewny, że mię zawsze koetia i wie- 
rzy w moją wzajemną miłość, to dosyć. Z Koźmianem się nie wi- 
działem, ani z p. Antonim ^), który czuwa wciąż przy dogorywającym 
Zambrzyckim, ale za kilka dni czuwania te ustaną. Zmieni się rola. 
Zambrzycki z wysoka czuwać będzie nad nim i nad nami spółbra- 
ćmi wygnania... ach, wygnania'.! Karwowski ma .sam do ciebie 
napisać. Ale przedewszystkiem odeszlij St. Martina i przeproś Seme- 
nenkę, postąpiłeś sobie po łotrowsku, a ja za ciebie zniosłem burę, 
już kilka razy do mnie pisa.ł, ja nie odpowiadam, bo czekam, aż 
odeszlesz książkę. Najlepiej odeszlij St. Martina pod adresem Adama, 
a ja się postaram udobruchać Semenenkę i przyjąć na siebie winę. 
NB. On sam jeszcze nie czytał, jak powiada. 

Pozdrowienie braterskie. 

Bohdan. 

Nie frankuję tego łistu dalibóg ! nie przez skąpstwo. Wiem, żem 
bogatszy od was, ale musia-łbym iść aż do St. Cloud, a tu deszcz 
bije jak z cebra. Wolę wiec wrzucić w boatkę, którą mam pod 
nosem. 



Do Pana Joachima Lelewela. 

Maja 1834 r. 

Wszelkie moje stosunki z krajem od niejakiego czasu zostały 
przerwane. Przez ostatnią komunikacyę przysłano mi do mego roz- 
porządzenia tysiąc kilkaset reńskich dla braci szwajcarskich lub na 
pismo peryodyczne, ale że je przysłano na ręce D . . . , to też i uto- 
nęły u niego. A ja nic więcej zrobić nie mogłem, jak o tem uwia- 
domić komissyę funduszów emigracyjnych i wezwać do poszukiwania. 
Słaljość moja nie pozwołiła mi w czasie bawienia tu Wincentego 
Tyszkiewicza bywać w Paryżu, krótko z nim tylko w Seyres widzia- 
łem się. Pismo twoje mu kommunikowałem. Adolf Zaleski ma tu 
dłużej zabawić; ma, jak mi mówił, ważne polecenia, nie znam go 
zupełnie, był on tam dłużej w Bruxelli, napisz mi o nim. 

Z listów, które do niektórych osób dochodzą z Galicy i, po- 
twierdza się powszecłmie wieść o wielkiem tam prześladowaniu. 



^) Górecki. 

Korespondencya J. B. Zaleskiego. 



66 

Ciągle nowe ofiary do więzień ciągną, Zaliwskiego i Maeewicza wy- 
wieziono ze Lwowa na Szj3ilberg. O Bobińskim nie wiem co wnosić, 
niektóre listy potwierdzają istnienie powstania w Karpatach, niektóre 
zupełnie milczą. Pisma publiczne krzyżują się. Kuryerek Warszawski 
robi z Bobińskiego Łabińskiego i przenosi go w góry czeskie. Oto 
jest i wszystko, co tu mamy, jak będzie więcej, napiszę niezwłocznie. 

Pozdrawiam cię, szanowny Obywatelu 

Józef Zaleski ^). 



Do Pana Hieronima Kajsiewicza w Ang:ers. 

Sewcs, cl. 22. czerwca 1834 r. 

Kochany mój Hieronimie ! Dobrze się stało, żeś odesłał St. 
Martina, bo nie wiedziałem już co począć, tak mi się uprzykrzał 
właściciel. Wczoraj odniosłem mu co prędzej bilecik Francuza, 
w którego ręku są książki: nie wiem tylko, czy mu je wyda. — 
Adam mieszka w Bellevue, o pareset kroków od Sevres ; od nieja- 
kiego atoli czasu zagościł w Paryżu, bo przyjaciółka jego, pani Ber- 
nardo wa Potocka, przyjechała : rozumie się więc samo przez się, żem 
mu twego listu nie pokazywał. Pan Tadeusz wyszedł nakoniec z druku, 
ale nie tak prędko jeszcze pójdzie w obieg, bo Jełowicki czeka, aż 
egzemplarze dojdą do Polski. Jełowicki z pomocą Mochnackiego wy- 
tłómaczył takoż i wyda/ł Paroles d'un Croyant: demokraci mówią, 
że to jest Żyd, który obrazkami handluje. Co się tyczy twego z nim. 
interesu, dxlibóg nie wiem, jak się wziąć do tego. Od dawna jestem 
z Jełowickim na bakier : nie lubię jego nieszczerości, dokuczył mi 
w różnych ważnych okolicznościacli. Poruezę jednak twoje negocya- 
cye Adamowi i Tomaszewskiemu, chociaż w sumieniu przekonany 
jestem, że cię zwodzi i że nie ma zamiaru kupienia twego rękopi- 
smu. Być może, iż na różnostronne kołatania da się coś zrobić. 
Napisz więc i ty do niego, przypomnij obietnicę. Adam w wielkiej 
biedzie, podobno wybrał za Tadeusza wszystkie pieniądze, a Jełowi- 
cki nie chce kredytować dłużej, bo powiada, że sam goły. — Najle- 
piej gdyby z kraju udało się dostać jaką sumę na druki : już na 
ten cel miałem przysłane 1500 franków, aleje D . . . puścił w rouge 
et noir. Eóżycki odebra-ł takoż pięć tysięcy kilkaset franków i roz- 
porządził nimi wedle życzenia dawcy, t. j. 4000 złożył do kommissyi 
-funduszów, a resztę rozdał między potrzebujących. Szczerze sobie 



^) Brat Bohdana. 



67 

życzę, aby jakimkolwiek sposobem wydrukować można było twoje 
poezye i napisze w tym interesie do Galicyi. Ależ i w Galicyi. jak 
w ealym dziś kraju, wielka bieda. Straszliwe prześladowania I Wszy- 
scy moi przyjaciele i znajomi jęczą po więzieniach. A co się dzieje 
w Rossyi, to niepodobna i wierzyć. Xaj lepiej dotychczas w Poznań- 
skiem, ale tam niewielu mam znajomych i dopiero teraz myślę za- 
wiązać ściślejsze stosunki. Nadarza się po temu sposobność. W Pa- 
ryżu gwar niesłychany. Kronika wywołała jak naj gwałtowni ej sza 
reakcyę. Wielu jednak koleżków podawało się do amnestyi, ale im 
jej Mikołaj odmówił, miedzy inszymi Wolickiemu, A. Gurowskiemu, 
nie wiem jednak, czy to prawda. Józef nie miał' nic z domu : wiemy 
tylko, że kilkanaście osób u nas wysłano w głąb Rossyi za to, że 
posyłali pieniądze dla krewnych w emigracyi. Zambrzycki dogorywa 
i nie ma nadziei ratunku. Otóż pokrótce wszystko, co miałem z no- 
win ważniejszego. Bieda i smutek! Milikowski tak przestraszony, że 
polecił mi oświadczyć przez trzeciego, abym do niego nie pisywał, 
przysłał mi jednak kilkanaście książek małej wagi, które chcę da- 
rować do biblioteki Tow. Naukowej Pomocy. Poezye, któreś mi przy- 
sła-ł, bardzo mi się podoba-ły, mianowicie Modlitwa. Nie jestem dziś 
w humorze posłania ci krytycznych moich uwag. Ucałuj odemnie 
najserdeczniej poczciwego i kochanego Leonarda. Niech was I^óg 
obydwóch ma w świętej łasce swojej. 
Pozdi-owienie braterskie. 

Bohdan. 

O D . . . nie mów przed nikim, bo pieniądze już przepadły, 
a osławiać się nie godzi człowieka, który oprócz tej starej wady 
marnotrawstwa cudzego grosza, zresztą jest poezciwszy od inszych. 
U . . . za długi miano wsadzić do St. Pelagie, ale umknął do Anglii. 

Przepraszam, że nie frankuję listów moich, bo musiałbym cho- 
dzić do St. Cloud, a tu słota, wolę więc za widzeniem się zwrócić 
ci koszta. Adres mi twój przyszlij, bo zgubiłem dawny i dlatego 
piszę dziś pod kopertą księdza Morel. 



Do Pani MuszjTiskiej. 

ShreSj 31. czcricca 1834 r. 

Zacna i kochana Pani I Tak cierpkie żale i tyle ostrycli docin- 
ków, wymierzonych jak noże ku mnie, ku memu biednemu sercu, 



68 / 

w liście Pani do Ludwika \), powinnyby mnie zmartwić, zgorszyć, 
oburzyć, gdybym w mniejszej miał czci Jej osobę i pamięć owych 
lubych chwilek, któreśmy razem kiedyś przeżyli. Nie poczuwam się 
wcale do winy: a tak już jestem oswojony z wszelkiego rodzaju nie- 
sprawiedliwościami ludzkiemi, że dalibóg! więcej m^adowatem się 
z nowin, niż zasmuciłem się z wyrzutów osobiście mnie dotykają- 
cych. Słowo w słowo powtórzyła się ze mną taż sama historya, co 
i z lAidwikiem. Jak on, tak i ja pisałem przez Milikowskiego, który, 
nie wiemy, dlaczego listy nasze przy sobie zatrzymał. Xiech Pani 
szturmuje wciąż do tego księgarza, a jestem pewny, że i mój list 
się wynajdzie. Wszakże wówczas pisałem do Bielosza ^) i do innycłi 
osób. Och ' i ja, zdaje się, miałem prawo narzekać. Milczenie głu- 
che a tak uparte przyjaciół moich lwowskich dręczyło mnie wciąż 
nieznośnym niepokojem, ale wolałem to raczej policzyć na karb co- 
raz smutniejszych czasów, coraz trudniejszych komunikacyi, różnych 
tym podobnych okoliczności, niż na oziębłość ludzi, których kochać 
nigdy nie przestanę. W poczciwych a namiętnych sercach przyjaźń 
jest wielkiem, świat ogarniająeem, uczuciem, i takie uczucie nie roz- 
prasza się w powietrzu, jak mgła piosnki wędrow^ca, aż skona po- 
mału w echu dalekiem ! Nie godzi się powątpiewać o mojem przy- 
wiązaniu i biada temu, który mnie obrazi ! Zaczynam się gniewać 
i dlatego, kochana przyjaciółko, myślmy lepiej o czemś inszem. 

W liście moim przez Milikowskiego, donosiłem obszernie i o po- 
dróży Ludwika i o zamieszkaniu w Tuluzie. Kochamy się wciąż je- 
dnakowo. Nawzajem pisywaliśmy do siebie często, ale, dzięki Bogu, 
lepiej się stało, żeśmy się nakoniec znowu złączyli. Nie mieszkamy 
wprawdzie razem, ale możemy się niemal codzień widywać. Ja nie 
mogę cierpieć miasta ; stąd, jak przeszłego roku, tak i tego, w lu- 
tym jeszcze, uciekłem na wieś o małą milkę za Paryżem. Mieszkam 
tu z krewnym moim, Józefem, i przyjacielem A. Mickiewicza. Kilku 
Polaków i Polek mamy w naszej okohcy, ale rzadko bardzo widu- 
jemy się z sobą. Tęsknota za krajem i nudy tułackie trawią mię 
i niszczą, jak gorączka nerwowa. W towarzystwie Polaków napastuje 
mnie straszny smutek, a w towarzystwie Francuzów dręczy jeszcze 
nieznośniejszy niesmak. Kiedy więc nie mogę żyć wedle mego serca, 
Stronię od ludzi i uciekam śnić na pole i w lasy. Zdziczałem też, 
jak wilk, brwi i czoło wciąż nasępione, i ani śladu owej wesołości, 
która z ostatniem słońcem mojej wiosny zaiskrzała i zaszła we Lwo- 



1) Nabielak. 
^) Bielo wskiego. 



69 

wie. Mam jednak kochankę, która mnie i w najczarniejszym humo- 
rze mnie rozrywać, a nawet czasem nakłonić Jo najzabawniejszych 
pustot i swawoh. A to piękna kochanka ! Dziewczyna ładna, wie- 
trznica i Polka! Proszę nikomu o tera nie spominać! . . . na nieszczę- 
ście tylko, że . . . że ma dopiero siedem lat, nie więcej ! Mała moja 
spółwygnanka znosi biedę weselej od nas starszych, szczebioce mi 
bez ustanku mową polską, mową od nikogo nierozumianą i w tem 
moja największa pociecha. Na zabój też kochamy się oboje .. . aż do 
zazdrości. Otóż, kochana i droga Pani. takie dziś moje życie . . . 
wciąż niepogoda, chmury, grzmoty i ulewa, a pięknych dni ani się 
już spodziewam. Ludwik także nieweselszy, choć młodszy i zdrowszy. 
Eozmawiamy z sobą o tem, co minęło, co nigdy już nie wróci, 
a najczęściej o Lwowie i różnych lwowskich figurach. Nie trzeba, 
zdaje się, dodawać, że najczulej spominamy Ciebie, kochana Pani, 
bo zarówno oba cenimy twą dobroć i wiemy, że nas na zawsze za- 
chowasz w przychylnej pamięci, a przynajmniej nie zechcesz w twem 
sercu rozdzielać dwóch przyjaciół daleko gdzieś na obcej ziemi ra- 
zem tęskniących. Nie mara zresztą o czem więcej pisać, a boję się 
drażnić pamiątkami. 

Całuję rączki kochanej Pani 

zawsze najprawdziwszy przyjaciel 
Bohdan Zaleski. 

Mężowi najpiękniejszy nkłon. Jeżeli jest p. Bazyli ^), to i jemu. 
Przeszłego roku byłem na grol)ie Kamila ^), pierwszy z jego roda- 
ków i przyjaciół, mogłem pomodlić się po polsku w dalekiej nad- 
morskiej okolicy. Wszystkim znajomym życzliwe pozdrowienie, a mia- 
nowicie Państwu Gąsiorowskim, Wisłockiemu, takoż Eózi, jeżeli nie 
zapomniała jeszcze o bałamucie, wędrującym po świecie. O Bielow- 
skim proszę nam wciąż donosić, bo jesteśmy niespokojni. Książki 
odebrałem. 



Do Pana Hieronima Kajsiewieza. 

Shres, d. 18. lipca 1834. 

Kochany mój Hieronimie ! Włóczyłem się kilka dni po okoli- 
cach Paryża i dopiero wczoraj odebrałem twój list. Żałuję bardzo. 



^) Bazyli Mochnacki, ojciec Maurycego i Kamila. 
^) Kamil Mochnacki zmarły w Hyeres. 



70 

że nie mogłem poznać Francuza, któregoś mi polecał. Twój interes 
z Jełowickim idzie ciężko, jak z kamienia. Przezwyciężyłem się 
i sam z niui mówiłem o twoich poezych : nie odmawia chęci na- 
bycia, ale wymawia się gohzną i dopiero z czasem, jak sprzeda 
Tadeusza, będzie drukował pisma twoje. Chce, abyś tu poprzednio 
przysłał do niego twe poezye : zapewne dla o tasowania. Przeko- 
nasz się z tego. że to są tylko kruczki żydowskie. Ale cóż robie? 
trzeba uledz, kto inny nie nabędzie w teraźniejszych czasach. Zde- 
cyduj się więc i sam wprost kołataj do niego, my wszystkiemi si- 
łami będziemy popierać. Z Adamem ^) trudno się teraz spotkać, 
a zgadnijcie dlaczego? Oto wstyd, zgroza! Żeni się... Żeni się za 
parę tygodni, już po zaręczynach i po zapowiedziach. Nie widziałem 
dotąd narzeczonej, ale ma hjć młoda, piękna i miła. Dawna to 
Adama znajoma z Petersburga, Celina Szymanowska, która umy- 
ślnie przyjechała do niego. Xie bardzo rad jestem z tych ślubów: 
bo podobno nic nie ma, a znacie Adama: będzie więc żyć w okro- 
pnych kłopotach. DaUbógl ledwo nie płaczę!... Lubecki już przy- 
jechał huczno i dwornie, aby zakłócić do reszty naszą emigracyę, 
nic atoli dotychczas nie wiemy o jego planach. Danielski, co stał 
z wami, łotr, szpieg. Sam widziałem w polieyi różne o nim szel- 
mostwa. On to za pomocą dobrodusznego Konstantego Zaleskiego 
wmieszał się do emigracyi szwajcarskiej i stamtąd posyłał rapporta 
Moskalom. Długoby o tem trzeba pisać: ale niewątpliwie Danielski 
usłużył i wam obydwom. Ow emisaryusz Lelewela, Szymański, wró- 
cił do Paryża za paszportem moskiewskim jako szpieg i sam się do 
wszystkiego złego przyznał. Dwernicki rozesłał o nim okólnik po 
emigracyi. O tych i tym podobnych lirudaeh jest co pisać. Żyjemy 
w haniebnych czasach. Ale nie chce wam nawozić błota do waszej 
świętej, poetyckiej ustroni. Żyjcie raczej w niewiadomości . . . Ani 
Haliczanina. ani Goszczyńskiego nie mam, a Igora pożyczyłem 
o kilka stąd mil. Eeszta książek moich jest na wasze usługi, ale 
zaczekać trzeba na okazyę. Są między nimi Pamiętniki Niemcewicza, 
Panowanie Batorego, Gałęzowskiego klassycy itd. 
Całuję was obydwóch jak najserdeczniej, 
Kochajcie zawsze 

Bohdana. 

Odebraliśmy listy z domu, a pieniądze od półroku ugrzęz^ly 
gdzieś w Galicyi. 

^) Mickiewicz. 



71 

Toiv;irzystwo Slowiailskle. 

14. lutego 1S35 r. 

^Ij niżej podpisani, sp<>łziemianie z nad Wisiy, Niemna i Dnie- 
pru, — miłujący pełnem sercem i narodowość naszą polską i naro- 
dowość jednoplemiennyeh z nami, a tak szeroko w Em-opie osiadłych 
ludów: tu, na tufactwie, w dniach narodowej żałoby — po wielko- 
krotnie i wszechstronnie rozważaliśmy potrzebę i ważność rozpo- 
wszechniania wiadomości o rzeczy domowej, słowiańskiej. Jakoż, aby 
ku temu celowi zjednoczyć spólne usiłowania, związujemy się dzisiaj 
w Towarzystwo Polskie. Miłośników Słowiańszczy- 
zny, czyli krócej w Towarzystwo Słowiańskie. Członkowie 
Towarzystwa, bez pretensyi do uczoności, obowiązują się w skro- 
mnym zakresie swoim, słowem i pismem opowiadać przeszłość 
dla przyszłości; to jest niecić zapał między rodakami ku wszy- 
stkiemu, co swoje, co spółsłowiańskie, — ku bratnim dziejom i pie- 
śniom i mowie, — ku starym pamiątkom i nowym nadziejom itp. 

Osobne przepisy oznaczą wyraźniej cele Towarzystwa. Przede- 
wszystkiem czujemy tu obowiązek obwieście myśl, zdaje się, naro- 
dową, powszechną: niejako akt spólnej naszej wiary, miłości 
i nadziei. 

Polska jest sercem Słowiańszczyzny, Jak serce, — pośrodku 
ujarzmionych, pobratnich plemion, drzemiących to w otrętwieniu, 
to w omroku, ojczyzna nasza od Bolesławów i po wszystkie czasy 
miotała się i budziła schorzałe ciało słowiańskie do życia, do ruchu. 
Z Polski rozpostarły się i wiekują dla pokoleń słowiańskich wielka 
myśl jedności i najwznioślejsze duchowe wyobrażenia : bogobojność, 
miłość wolności, poświęcenie się bez granic i wszystkie cnoty praw- 
dziwej cywilizacyi, na których jedynie, jak na opoce, stoją narody... 
A dzieje polskie darmoż słyną przeważnymi czynami, chrześciańska 
zasługą? — A mowa polska, kształcąca się ustawnie. i dziś w nie- 
doli, w cierpieniach narodu, jak instrument, tak ograna i strojna... 
.a pieśń polska taka męska, rzewna, rodzima. — darmoż dzwonią 
i coraz szerzej i coraz rozgłośniej po świecie ? I cóż zwiastują — ta 
żywotność, ta moc, sworność polskiego ducha i mowy? — Oto bije 
wciąż serce Słowiańszczyzny! Oto prawem starszeństwa i zasług 
w cywilizacyi Polska przodkować ma przerodzeniu się społecznemu 
hidów okólnych swą męczeńską sławą, swym duchem, swą mową I 
Opatrzniejsi pobratymcy w ostatuiem Powstaniu Polski widzieli bój 
na śmierć Caryzmu z EzecząpospoHtą, — Syberyi i knuta, — czyli 
przemocy z wolnością — a dziś w boleściach opłakują naszą klęskę. 



72 

Z jakiraże weselem powitają dzień odkupienia sprawy polskiej ?' 
a z nią razem i odkupienia sprawy powszechnej słowiańskiej ? 

Tak rozumiemy posłannictwo Polski w Słowiańszczyźnie. Xa 
ziemi naszej, między rumowiskami zamierzchłycłi wieków, stoją zręby 
wspaniałej budowy, którą wszyscy Słowianie rozgrzebywać i kończyć 
pospieszą. Kto wytrwa, ten oglądać będzie Kościół Polsko - Słowiań- 
ski, Kościół jedności, w całym swym przepychu i chwale! 

Dan w Paryżu d. 14. lutego 1835 r. 

Józef Bohdan Zaleski. 



Do Jenerała Dwernickiego. 

Serres, 4. lorześnia 1835 r. 
Szanowny Jenerale! 
Iiilkuset Eodaków zaszczyciło mię wyborem swoim do Komi- 
tetu. Wyraziłem już ustnie pobudki, dla któr3'ch nie mogę przyjąć 
tak chlubnego urzędowania. Na żądanie Szanownego Jenerała też 
same pobudki objawiam na piśmie: 

1. Tylko ] .854 Polaków głosowało na Ivomitet. Jest iofactitm, 
nie ulegające zaprzeczeniu; godzi. się więc wnosić, że większość emi- 
gracyi albo jest przeciwną temu, albo przynajmniej utworzenie tej 
instytucyi odkłada do sposobniejszej pory. 

2. Między 1.854 głosującymi mam wszystkiego 878 kresek, 
to jest wyraźną Aviększość przeciw sobie, a nie za sobą. 

Ocenia/łem w sumieniu powyższe względy i czuję, że przy obe- 
cnych okolicznościach, śród powszechnego powaśnienia umysłów, 
przyjęcie uczestnictwa w Komitecie byłoby z mej strony niejakim 
rodzajem narzucania się i u z u r p a c y i . Pragnąrłem wciąż i pra- 
gnę zjednoczenia się emigracyi na zasadach demokratycznych: je- 
stem oraz przekonany, że większość Eodaków nie insze ma życzenia. 
Owszem Eeprezentacya w tym duchu poczęta, jak widzimy dziś 
w skutkach, posuniona już jest daleko — czas i cierpliwość doko- 
nają reszty. Istotnie, Szanowny Jenerale, chwilowe między Braćmi 
nieporozumienia przeminą. Eychłej czy później wola większości za 
Komitetem objawi się tak zgodna i silna, że każdego z nas skłoni 
do uszanowania i posłuszeństwa. Aż do tego, tyle pożądanego czasu, 
wszelakie skrupuły i wymówki indywidualne są. zdaje mi się, go- 
dziwe. 

Szanowny Jenerale ! Sądzę, iż otwartem postępowaniem oddaję 
cześć sprawiedliwości. Wedle ustawy o Komitecie, której nie mam 



w tej chwili pod ręką, tlómaczenie się moje uznane podobno będzie 
za nieważne. Xie myślę bynajmniej z nikim toczyć sporów prawni- 
czych ; z tem wszystkiem wyznaję szczerze, że nim większość emi- 
gracyi przystąpieniem do głosowania uświęci ustawę o Komitecie, 
wolę raczej zgrzeszyć przeciw martwym dotąd formalnościom prawa, 
niż przeciw temu, co w rozumieniu mojem jest sprawiedliwością. 
Jestem z wysokieni poważaniem 

Szanownego Jenera-1'a 

Życzliwym 
Bohdan Zaleski. 



Bo Pana Karola Wodzińskieso. 

Strasburg, cl. 31. grudnia 1835 r. 
rue des Balayeurs nr. 50. 

Kochany Karohi ! Jesteśmy tedy od ośmiu dni w Strasburgu. 
Onegdaj przenieśliśmy się z hotelu za miasto ku wałom. Mieszkanie 
odludne, ciche i cieple. Mamy trzy pokoje na pierwszem piętrze, 
z podłogą, dwoma piecami, o pięciu oknach na południe, z widokiem 
na ogród i wieże strasburską; najporządnlejsze meble i to wszystko 
za 25 franków na miesiąc. Józef stoi o jedno piętro wyżej, okna je- 
dnak vis a vis. Dwa dni już ciągiem siedzę w domu, używam wczasu 
i pokoju po zgiełku i nudach paryskich. Jeśli Bóg pozwoli, przepę- 
dzę zimę sam i swobodny jak niegdyś, za świętej pamięci, w mło- 
dości. Kochany Karolu, jakże uroczo, jak mile działa na mnie prze- 
miana miejsca. Pełną duszą pije won i świeżość nowego żywota. 
Fantastyckie myśli, jak jaskółki, uwijają się i szczebiocą mi nad 
głową. Istotnie biorę się zaraz do mego poematu. Lecz i do prac 
naukowych, historycznych nie zabraknie mi watka. Wszystkie biblio- 
teki mam na zawołanie. W ogólności miejscowe władze i instytuta 
nadzwyczaj są dla nas uprzejme. Widać, że ktoś z Ministerium 
Thiersa dobrze nas prefektowi zalecił. 

Załączony tu liścik doręcz Domejce. Xajlepiej wpadnij do 
Adama wieczorem, a jeśli nie zastaniesz Domejki, zostaw list u pani 
Adamowej. Opisałem rau tutejszy zakład, o ile dotychczas poznać 
mogłem indywidua. Jak na lekarstwo mamy tu jednego demokratę 
i jednego młodego Polaka, którego wszyscy chwalą. Radbym się 
z nim zbliżyć. Jeśli znajomy Dyonizemu ^), niech go o nas uprze- 



^) [-"iotrowskierau. 



74 

dzi. Zowie się Sobolewski, Wileńczjk. Józef za parę dni rusza 
w strony nadreuskie, ja za nim tuż w tropy, ale nie na długo. 
Ale ... o tern i nie powiadaj nic nikomu. 

Jak ty się dziś miewasz? Między kilkoma przyjaciółmi pary- 
skimi, któr..y mię zarówno kochacie, tyś dla mnie najdroższy, po- 
czciwy Karolu, boś biedny, cierpiący. Codzieii się modlę o zdrowie 
twoje i rychłe połączenie się nasze. List do Ignacego jutro wyjdzie 
z Kehl. Bawi tu pani K . . . z pod Radziwiłłowa, o której zapewnie 
słyszałeś. Jest tu dama L . . . , owa sławna jasnowidząca na Woły- 
niu. Widziałem się z nią dopiero raz ; wzdłuż i wpoprzek zna wszy- 
stkie kąty w Eusi ; musi więc znać i twoją matkę. Za miesiąc wraca 
do domu, mógłbyś jej poruczyć list do rodzeństwa. Nim przystąpię 
do negocyacyi, potrzebuję upoważnienia od ciebie. Uściskaj Dyoni- 
zego ^). Wszystkim znajomym oświadcz pozdrowienie. Sąsiadkom 
moim z Sevres zanieś życzliwe wyrazy, a Karolcię serdecznie wyca- 
łuj. Pozdrów Nabielaka i powiedz, że będę do niego pisał. Więcej 
nie pamiętam. Pisuj, kochany Karolu, o wszystkiem, co warto, 
a najbardziej o twojem zdrowiu. Ściskam cię najczulej od Józefa 
i od siebie 

Bohdan. 

Józef pisze dziś do reszty drużyny. 



Do Pana Ignacego Doiiiejki. 

Strasburg, 31. grudnia 1835 r. 
rue des Balayeurs nr. 50. 

Kochany Zegoto ! Sława Bohu ! dol3rze tu nam jest w Stras- 
burgu. Poczynamy już zapominać o głupstwach paryskich. Co 
z oczu, to i z myśli. Mieszkam wygodnie, cicho i tanio. Mogę 
swobodniej uczyć się i dumać : jakoż za parę dni zabieram znajo- 
mość z księdzem Bautain i zaprzęgam się do roboty. Dotychczas 
gapię się koło katedry i wieży strasburskiej ; żyję jednak (że się 
tak wyrażę jak Malczewski) „więcej z Bogiem, mniej z ludźmi, 
a zresztą jednaki." 

Zakład nasz składa się z dwudziestu przeszło rodaków. Pozna- 
łem dopi^.ro kilku; zdaje się, że dobrzy chłopcy, ale jak wszędy 
powaśnieni i stroniący od siebie. Niektórym wyśmienicie się powo- 
dzi. Lipowski jest profesorem wyższej matematyki w szkole norraal- 



^) Piotrowskiego. 



70 

nej, ma do 5.000 fr. doehoclu i jeszcze żeni się dość dobrze. Ma- 
kowski pracuje w inennicy z pensją do 2.400 fr. Hrabia Turski 
ożenił' się bogato w Montpellier i prowadzi handel winn}- en gros. 
Insi zarabiają mniej, ale żaden nie cierpi biedy. Usiłować będziemy 
pomału, aby się Polonia pojednała i żyła po bratersku. Jest tu kilku 
Litwinów a między nimi Wileńczyk, Sobolewski, którego wszyscy 
chwalą. Piszcie, aby Litwa weszła w sojusz z Ivozaczyzną i razem 
działała w dobrej sprawie. Napisz takoż do Makowskiego o lamilii, 
czy siostrze, jakeś to mi obiecał. 

Józef pojutrze puszcza się w strony zareuskie. Prefekt bardzo 
grzeczny i wszystko mu ułatwi. Ja za kilkanaście dni czynię takoż 
małą wycieczkę, ale nie na długo. Owóż i wszystko. List do Pinker- 
tona posłałem przez kupca, który zobowiązał się przewieźć biblię 
bez kosztów, choćby i 500 egzemplarzy. 

Kochanego Adama pozdrów odemnie najserdeczniej. Pani Ada- 
mowej ucałuj rączki, a Marylkę wyściskaj, a raczej wyszczypaj po 
Adamowsku. Wszystkich zresztą braci naszych od Biskupa aż do 
laika ucałuj po kolei. 

Bądź zdrów i t. d. 

Bohdan Zaleski. 



Do Pana Karola Wodzińskiego. 

Strasburg, d. 28. stycznia 1836 r. 

Kochany mój IvaroluI Tydzień minął, jak odebrałem twój list 
taki miły, rzewny, serdeczny. Spłakałem się jak dziecię i jak dzie- 
<!ię po dziś dzień gniewani się na straszliwe słowa : moriłurus te 
salutat. Chociaż to po ludzku, nie bluźń wszakże, m('ij I\arolu, 
modlitwie twoich przyjaciół ! Nie bluźń samemu Bogu ! Ty żyć bę- 
dziesz, żyć musisz, albo serce pęknie mi w żalu. Gotowałem się na 
razie gwałtownie cię wy łajać, ale gdzie tam? Jest maiyma, „jeśli 
przyjaciel do ciebie napisze, bądź pewien, że mu się dobrze dzieje." 
Dobrze się dzieje, głupie wyrażenie! gdzie? tu na ziemi i dobrze? 
Mędrcy bez serca ! . . . Z tem wszystkiem jest coś w tem prawdy. 
Prawda także i to, że nie żyję na powszednim świecie, ale gdzieś 
za siedmiu górami, za siedmiu morzami, w kraju kazki, ca-łkiera 
zwierciadlanym, błękitnym. Błogo mi w dzisiejszem oczarowaniu. 
Otóż jak tokujący cietrzew, zaciekłem się w gorące marzenia i chyba 
rozgłos trąbki: „do broni'', „do Polski", zdoła mnie ocucić. Co ra- 
nek i co wieczór mówimy z Józefem o tobie i o inszych braciach, 



76 

a skoro zasiadam do pisania listu, myśli, jak fale za wiatrem, unosz% 
mię wciąż do jednego brzegu, do zaklętej królówny. Powiesz zape- 
wne h o w o r y H r y c i u , B o h o r o d y c i u ! Wierz lub nie wierz ! 
a taki jest obecnie stan mej duszy. 

Mam jeszcze inszą racyę, racyonalną, logiczną, a jeśli chcesz, 
psychologiczną. O czem pisać? Posłuchaj, niech słowy i kształtem 
latopisca opiszę ci dzień jeden, np. wczorajszy, Wsta.łem o 5-tej. 
Przechadzałem się po komnacie w rozmyślaniu, modlitwie, czytaniu. 
O 8-mej poszedłem na kawę do Józefa. O 9 -tej wróciłem do siebie 
i aż do 4-tej pisałem, to dumałem, dumałem, to pisałem. Wyszedłem 
do miasta na obiad, stamtąd do czytelni, o 8-mej do Józefa, a o 9-tej 
do siebie, a o IO72 do łóżka. Owóż na obraz i podobieństwo dnia 
wczorajszego mijają tak tygodnie i minął już jeden miesiąc w Stras- 
burgu. Nie, prawda, jest drobna, nic nie znacząca rozmaitość. W po- 
niedziałki, środy i piątki chodzimy z Józefem na filozofię Bautaina. 
Kiedy niekiedy takoż wieczorem zajrzę przelotnie jakąś fizyognomię 
polską, poczciwą, jak wiesz, a głupią. Zresztą nie mam żadnych 
ż nikim stosunków, żadnych świeckich roztargnień w pogodnym 
biegu mego żywota. O czemże pisać? De omnibus rebus etc, czyli 
krócej o ni czem. Potrzeba być (z przeproszeniem pani de Sevigne) 
babą albo szalonym, to jest rozkochanym, aby pisać całe arkusze 
o niczem. Dzieje duszy, poezya serca ; owe strzeliste, płaczliwe afie- 
kta zapewnie są piękne i ciekawe, ale tylko w dumce, chociaż. 
i w takiej przyprawie a la longiie niemiłosiernie nudne, jak do- 
świadczyłeś tego sam np. na Medytacyach i Harmoniach de Lamar- 
tina. Niegdyś, za ś. p. próżniackiej młodości, byłem sławny czło- 
wiek do takiego rodzaju epitrów. Jak upiór lub nocna zmora tłu- 
kłem się, ssałem krew żywotną i dusiłem przyjaciół, to przyjaciółki. 
Niech cię Bóg zachowa, I^^arolu, abym wsiadł na twoje biedne piersi. 
Z tem wszystkiem dla postrachu nie zarzekam się, będę pisać i czę- 
sto i długo i czule. 

Jak widzisz tedy, kochany Ivarolu, po całych dniach piszę 
wiersze, rymuję, rytmuję, czyli, wyrażeniem Adama, kropię, kropię 
a kropię. Powiem ci, że poemat mój upaja mnie, jak dobre wino: 
może tylko mnie samego, jak autora. Jednakże, jeśli można przypu- 
ścić, że mam trocha rozumu, to w chwilach zimnego sądu estety- 
cznego czuję, że to, co dziś piszę, więcej warto, niż to, co dotąd 
pisałem. Zdaje mi się, że dawniej piszczałem tylko, a porastałem 
w puch i pałki, a dziś już śpiewam i latam na własnych skrzy- 
dłach. Eadbym ci posłać wyjątki, ale niepodobna; nie złowiłbyś ni 
wątku, ni ciągu. A potem, kiedym latawiec i siedzę na moich ja- 



77 

jach, nie lubię, jak i insze ptaki, aby mię ktoś podejrzał : możebjm 
ucichł i uleciał'. Czekaj, Karolu! i nie długo! Przeczucia twoje, ja- 
kieś w ostatnim liście wyraził, ziszczą sie niemylnie. Nie chwaląc 
się, znajdziesz w poezyi mojej, co ei się śniło i nie śniło. O dzi- 
siejszej skromności mojej autorskiej nie opowiadaj nikomu. Taje- 
mnica między nami dwoma. 

A propos księdza Bautain. Dziś na lekcyi improwizował o wol- 
ności metafizycznej i wyśmienicie. Ksiądz Bautain ma około 50 lat : 
wzrost średni, tizyonoraia bez wyrazu a nawet pospolita, w oczacli 
jednak i w ustacłi widno coś, co uprzedza, co pociąga ku niemu, 
to jest poczciwość i zadumanie, czyli, jednem słowem, niepospolitą 
duszę. Kiedy mówi, zaczyna zwykle głucho półgłosem ; zrazu cierpki, 
suchy, spokojny, jak sam przedmiot, który w^ykłada : skoro zaś prze- 
<3hodzi w zastosowanie praw moralnych do życia indywiduów i spo- 
łeczeństw, głos grubieje, rośnie, grzmi niemal po sali, z gestem 
żywym, włoskim, nieco grotesco, ale malowniczym : ku końcowi 
znów wolniej e, z nieporównaną flegmą zbiera do ogniska rozpromie- 
nione myśli i wiąże w formułki na podziw czyste i jasne. W ogól- 
ności dyalektyka silna, żylasta ; język jędrny, cienki a ścisły i ła- 
twy. Nie czytałem książek Bautaina, domyślam się jednak, że w stylu 
musi być wyważony, jednostronny, za szorstki, jako człowiek, co 
(jak to mówią) zjadł zęby na metafizyce. Filozofia księdza, ile z dzie- 
sięciu lekcyi sądzić mogę, jest to kartezyanizm, rozwiany śmielej 
i głębiej na podstawie chrześciańskiej ; w psychologicznem zapatry- 
waniu się na świat i na ludzkość ma wiele widoków paiitheistow- 
skich, z tą jednak wyższością, ie uznaje tradycyę i objawioną 
naukę. Nie zna dic Nachtseite, tej strony nocnej, która Niemców 
zaprowadziła na obłęd i przepaści, a przynajmniej do zawrotu głowy. 
Nie sądź, żeby to był eklektyzm n. p. jak Cousina lub Jouffroy : 
owszem w Teoryi Bautaina Jedność a Prawda są jak najoczy- 
witstsze, i dlatego jestem dla niej z calem poważaniem. Jako pra- 
wowierny katolik mam przecież niektóre zarzuty, a raczej wątpliwości 
nie tak przeciw systematowi, jak przeciw osobie filozofa. Nie poj- 
muję n. p., dlaczego w wykładzie naukowym maskuje charakter swój 
kapłański, lubo jestem pewny, żeby się i z tego usprawiedliwił. 
Professor zna lepiej niż ja swoich słuchaczów ; musi świecką me- 
todą chwytać złodziejów na uczynku. Błogosławiona atoli nauka, 
która tyle cudów działa, która Żydów i adwokatów nawraca i to we 
Francyi. Wreszcie sam czyn, że Bautain nosi suknię duchowną, 
kiedy, jak insi, mógł chodzić w płaszczu parowskim, jest bardzo 



wymowny i znaczący. Sumienny, święty człowiek, radbym się z nim 
zbliżyć i myśłę, że mi się to nda. 

Postrzegam się, że mimowolnie nakropiłem długą banialukę. 
Odczytam mój list i pospieszać będę ku końcowi : bo jeszcze i Józef 
ma się przepisać. Towarzystwo słowiańskie żyje podobno w nas 
dwóch swoich założycielach; z tem wszystkiem bardzo się cieszę 
ze świeżej ofiary gorliwszego naszego spółczłonka. Serbskie pieśni 
i słownik wielce mi się kiedyś przydadzą. Oprócz rodowitego mego 
zamiłowania w rzeczach słowiańskich, oprócz dziwnego uroku pię- 
kności poezyi serbskich, mam jeszcze na sumieniu jeden święty obo- 
wiązek, inedyś przed laty przyrzekłem najuroczyściej ś. p. Brodziń- 
skiemu, że część heroiczną rapsodów serbskich wytłómaczę na język 
polski. Muszę i umarłemu prz3^jacielowi dotrzymać słowa. Dziś co 
inszego mam na głowie. Jak nie będziesz potrzebował książek serb- 
skich, to mi je nadeszlesz do Strasburga, ale to nie zaraz, chyba 
na wiosnę lub na lato. Tymczasem proszę cię o Psałterz Królowej 
Małgorzaty. Widziałem u Adama eiemplarz z Tow. literackiego, 
a zatem nasz niepotrzebny w Paryżu. Przyda mi się do moich ba- 
dań językowych. Trzeba ci wiedzieć, że temi czasy porobiłem cie- 
kawe etymologiczne odkrycia. Przez parę dni zachodziłem w głowę 
i nie dziwię się, że szalał J. N. l^amiński. Mój Józef mógł mieć 
mnie w podejrzeniu, tak dalece zabrnąłem Iwł w metafizyce dźwię- 
ków. Jak myśliwiec czatowałem na wyrazy, jakie się przewijały czy 
w dyskussyi politycznej, czy inszej. Psałterz jest to podobno zaby- 
tek językowy z końca XIII. wieku; a więc wiele mi kwestyi roz- 
strzygnie. Jeszcze raz proszę o Psałterz. 

Mam w sercu nłerozwiewny smutek, ale me powiem jaki, bo 
się ciebie tyczy, mam nadzieję, że rychło minie i że obadwa bę- 
dziemy radzi, a propos nie z powodu twojej choroby, bo ufam Bogu, 
że będziesz zdrów do wiosny. I ty, kochany mój Karolu, bądź do- 
brej myśli. Nie wierz doktorom, ochraniaj się, ile możesz od rozmów 
i sporów paryskich, a resztę zdaj na Opatrzność! 

Przyciskam cię do mego serca 

Twój najprzywiązańszy 

Bohdan. 

P. S. Galą życzliwą mi drużynę pozdrów odemnie. Bolałem 
nad zmartwieniem Adama i najczulej go uściskaj. Listy do Kajsie- 
wicza i Ordęgi wrzuć, a raczej każ wrzucić do boatki. Niepotrzebnie 
naraziłeś się na koszt, przesyłając mi broszury, niektóre już czyta- 
łem, a reszta wierutne głupstwa. Za parę tygodni znowu do ciebie 



79 

napiszę, a teraz kropin. kropię i kropię. Odczytałem mój list, a po- 
nieważ na początku piszę o siedmiu górach itd., boję się, żebyś nie 
myślał, że poemat ^) mój fantastycki. Chowaj Boże ! jak najściślej 
historyczny i chrześciański. Spodziewam się, że czasy i miejsca od- 
bije jak w zwierciedle. Przeciągle dźwięki, jak nuta stepowa. 

Omieciiiskiego osobnym biletem pozdrów odemnie w Wersalu^ 
łpozdrów najczulej, a on niech uściska Hłuśniewicza. Jeśli Kajsiewicz 
zażąda, możesz mu odczytać, co pisałem do ciebie o Bautainie. B. 



Do Pana Hieronima Kajsiewieza. 

Eue St. Jacąues 124 a Paris. 

Strasburg, d. 28. stycznia 1836 r. 

Kochany mój Hieronimie ! Wiadomość twoja o biednym Edwar- 
dzie ^) aż do głębi serca przejęła nas boleścią. Czuje mrowie w- ko- 
ściach, kiedy pomyśle o tern naszem nieszczęściu. Czuwajcie nad nim 
po bratersku, z sercem i okiem braci. Jednoczmy się duszą w mo- 
dlitwach, a Pan Bóg go nam zachowa. Weźcie wszakże jakiego do- 
brego lekarza, aby, nim się słabość zagnieździ, dobrze mu poradził. 
My z daleka będziemy w^am, ile możności naszej, dopomagać i dla- 
tego jak najczęściej zdawaj nam raporta o Edwardzie i o jego po- 
trzebach. Naglijcie, ażeby mieszkał z wami. Ciężko mi teraz wdawać 
się w długie korrespondencye, bo pracuję, kropię i wiem, że co kro- 
pię, dobre jest. Wkrótce się dowiesz dokładniej o mojej robocie ^). 
Z tern wszystkiem nie zaniedbuję nauki głównej : wiele czytam^ 
a więcej jeszcze rozmyślam w rzeczach kościelnych. Ksiądz Bautain 
jest to wielce szanowny robotnik Pański. Starajcie się gwałtem o list 
do niego. Jeśliś więcej o nim ciekawy, zapytaj Wodzińskiego. Na 
prędce skreśliłem mu portret naszego księdza. Przypominam ci książki 
i Xunc dimittis, a pamiętaj posłać dyliżansem, bo inaczej strasznie 
drogo: ale wypraw co najspieszniej, albo wręcz Wodzińskiemu. Ja 
żyję w straszliwym poetyckim ferworze i zaraz siadam do torbana. 
Uściskaj i pozdrów najserdeczniej całą naszą chrześciańską drużyna. 
Co dziś zamyślacie z Piotrem"? i jak się ma Edward? 

Józef i ja całujemy cię po bratersku. 

Bohdan. 



^) Złota Duma. 

^) Duński vel Karski. 

■°) Ahizya tu do „Złotej Dumy", 



80 

Do Pana Karola Wodzińskiego. 

Straslmrg, d. 22. ))/nja 1S36 r. 

Kochany mój Karolu! Wczoraj o 9-tej wieczór odeliralein ex- 
pedycy^ z książkami, a dziś w oktawie zaćmienia słonecznego odpi- 
suję. Nasamprzód dziękuje ci najczulej za biografie Danilowiczów, 
tudzież za trud, jaki podjąłeś w stanie twego zdrowia, a do tego, 
oddalony od Paryża, przy zbieraniu i eipedyowaniu książek do Stras- 
burga. Wszystko odebrałem w całości oprócz portretu Gothego, który 
zapewne pan wydawca umieści przy następnych tomach. Szkoda 
jednak, bo lepiej było przy pierwszym. Zabieram się zaraz do Serb- 
szczyzny; ale mi donieś, jak długo te książki mogą u mnie pozo- 
stać. Mieszkam tedy na wsi o małą milkę z i Strasburgiem w domku 
i ogrodzie, podobnym do waszego w Ville))on. Z tem wszystkiem 
nie mam dość spokojności, bo nie mogę schronić się od nawiedzin 
próżnującej Polonii. Przybywa tu takoż codzień po kilku rodaków 
z Krakowa. Bobińskiego wzięliśmy do siebie. Owóż za kilka tygodni 
myślę umknąć dalej. Jakem ci pisał, postanowiłem wypocząć przez 
maj, wypoczywam już dłużej, bo od połowy kwietnia. Wałęsam się 
jednak i dumam po całycłi dniacli nad brzegiem Renu, co na jedno 
wychodzi, jakbym pracował. Da Bóg doczekać zimy, przysiędze fał- 
dów i skończę w styczniu lub lutym moją ramotę ^). Nie badaj, co 
to jest, będziesz czytał pierwszy, zdaje mi się z upodobaniem, jakiegoś 
dawno nie doznał. Skoro ukończę, ruszę do Paryża, bo chciałbym 
co najspieszniej drukować i swoim kosztem. Zamieszkamy razem 
w Paryżu lub Wersalu, bo myślę cię uprosić na intendenta korrekty 
i całej administracyi księgarskiej. Po wydrukowaniu radbym uciec 
do Włoch, a przynajmniej gdzieś na Południe. Jeśli sprzedaż pój- 
dzie, to ucieczem razem. Tymczasem dowiaduj się i obrachuj w ró- 
żnych drukarniach, eoby kosztowały 4 tomy in 16 około stronic (?) 
każdy, nh. kolumny nie będą szerokie. Myślę bić 4 do 5 tysięcy 
exemplarzy na papierze, jak Tadeusz, a zatem coby kosztował i pa- 
pier? Eób to ostrożnie, ażeby nikt nie wiedział, że to ja myślę dru- 
kować poemat. Przedewszystkiem módlmy się, aby Bóg dał skończyć, 
mam już połowę, a drugą w głowie, boję się przeszkód, przerwy, 
jak Francuz cholery, bo są dla mnie morowe. Czuję, żebym nie 
przeżył moicli nadziei. 

Z tego, com wyżej napisał, widzisz, kochany i drogi mój Ka- 
rolu, że nie pochwalam projektu twego jechania do kraju. Istotnie 



1) Mowa tn o „Złotej Dumie". 



81 

jest to niepodobieństwo. Stamtąd umyka kto może ; al)30 przebrany 
po chłopsku koczuje po lasach i bagnach, jak wujaszek Ignacy. 
Gdzie ty masz po temu zdrowie i siły ! !- Nie przesadzam, ale mówię 
wedle relacyi najsumienniejszych ludzi, którzy wycierpieli niesły- 
chane trudy. Ignacy, jeśli mu się uda uciec, sam ci opowie swoje 
przygody. Szlachta do najwyższego stopnia przerażona, bo rewizye 
wojskowe niemal codzień niepokoją domy, a szpiegostwo rozkrze- 
wione jak zaraza po wsiach. Lecz i bez tego nie byłbym cię puścił 
na przygody, mieliśmy plan przyaresztować w Strasburgu aż do 
lepszych czasów. Pojmuję położenie twoje: spółczuję pełnem sercem 
smutek i nudy, w jakich żyjesz. Ależ głową nie rozwalimy muru. 
Zyj w religii i w nauce, a zaludnisz pocieszycielami pustynię twoją. 
Pielęgnuj, pielęgnuj i pielęgnuj zdrowie ! abyśmy cię zastali inaczej, 
niż przy pożegnaniu. Mam w Bogu nadzieję i codzień modlę się 
za tobą. 

Całuję cię po tysiąc razy 

twój 

Bohdan. 

Józef ściska cię najserdeczniej i prosi, abyś doniósł, ile kosztują 
książki nabożne i Irydion, to zaraz odeśle pieniądze. Bądź zdrów, 
drogi Karolu ! B. 

Gdzie się obraca konfederat Eopelewski. Dziennik konfederacji 
ciężko głupi. 

Adama pozdrów i Białopiotrowiczową, tudzież matkę i córkę, 
zresztą kogo chcesz i kogo obaczysz w twej pustyni. Mam ci zadae 
długą okupacyę, ale to na później, będzie pożyteczna i dla ciebie. 
Czy Januszkiewicz nie znajdzie Kulczyńskiego, trzeba się dowiedzieć 
u Renouarda, bo najlepszą podobno ma kolekcyę starych książek. 



Do Pana Edwarda Karskiego. 

Bobcrstau nr. 19 2xir Strashourg, 
maison de M. Brula. 

28. maja 1836. 

Kochany mój i drogi Edwardzie! Powitanie i zajęcie się kra- 
"kowskirai braćmi zabrało mi czas i spóźniłem mój odpis na list twój 
pierwszy. Nie podziękowałem ci za podjęte dla umie trudy, przepra- 
szam, mój drogi Edwardzie, za opieszałość i dziękuję ci dzisiaj naj- 
serdeczniej, po tysiąc razy, obejmując cię uściśnieniera braterskiem. 

Korespondencya J. B. Zaleskiego. G 



Zegarek w całości odebrałem, książki mnie doszły, ale nie wiem^ 
wiele kosztują; jak się zobacz3^sz z Jannszkiewiczem, proś, niechaj 
rachunek mi przyszłe. Szewcowi resztę należytości wprost na pocztę 
odsyłam, nie mogę mu posłać adresu Nabielaka, bo nie wiem. gdzia 
stoi. On to stał z nami au Carrefour St. Benoit, dowiedz się o jego 
dzisiejszy adres i odeszlij na małą pocztę szewcowi, zapewnie rau 
Nabielak winien za buty. 

Przysyłaj hst twój do Warszawy, pisz tylko na cieniutkim pa- 
pierze, żebym go mógł w mój włożyć, możesz zapieczętować, jeżeli 
chcesz. Zapewnić cię mogę, że dojdzie, ale mnie dobrze objaśnij^ 
komu tam ma być oddany. 

Wielu z braci krakowskich już opuściło Strasburg, wczoraj 
wyjechało sześciu w różne strony, ale wszyscy z paszportami do- 
Bar le Duc ; przez jednego pisałem bilecik do ciebie, który rąk 
twoich dojdzie. Mój drogi Edwardzie, nigdy nie miałem serdecznej 
m'azy do Adolfa, jeżeli mi wziął za złe, żem mu mówił o przeszłych 
błędach naszych, żem je potępiał, potępiałem błędy, ale nie jego. 
Jeżelim utrzymywał, że chcąc reformować społeczność, powinniśmy 
zacząć reformę od siebie, porzucić brudne ścieżki grzechu, wyde- 
ptane pychą i zemstą, a prz}^'ąć i zamiłować ślady i naukę Odku- 
piciela naszego, i na pierwszą ofiarę ojczyźnie, zamiast rzezi i pożogi, 
jego przykładem ponieść własne poświęcenie i krew własną — utrzy- 
mywałem to, nie żeby go obrazić, lecz żeby go zbliżyć do tego 
uczucia, którera podobało się Bogu obdarzyć moje serce. Wierzę, 
kochany Edwardzie, że może i on prędzej nad nasze spodziewanie 
będzie na tejże drodze i gorąco pragnę tego, żeby go Bóg łaska 
swoją natchnął, ale zrozumieć nie mogę, dlaczego świeże wypadki 
i zdarzenia, które go spotkały w kraju, nie zrobiły na nim wrażenia. 
Muszę ci przytoczyć kilka, o których może nie wiesz. 

W Krzeszowicach, w Krakowskiem, Adolf opowiadając ludowi 
wiarę, miał powiedzieć: „Szlachtę potrzeba wyrżnąć, bo inaczej nie 
będziecie wolnymi i panami własności, która się wam należy." 
W parę dni po tej lekcyi kilku ze))rauych włościan przyszło do je- 
dnego emigranta, mieszkającego między nimi, którego poważali, 
a przyszedłszy, zapytali w te słowa : „Czy znacie też wy tego ma- 
łego czarnego, co to nam szlachtę rżnąć każe, a cóż wy na to mó- 
wicie?" — „A czy by nam Pan Bóg błogosławił, żebyśmy tak zro- 
bili, a dyć nie jedlibyśmy spokojnie kawałka chleba naszego?" 

Teraz drugi wypadek. Był w I^^rakowie Bernardyn, także emi- 
grant, nazwiskiem Markiewicz, którego Adolf do Galicyi na emissarkę 
między lud posłał. Ksiądz - filozof przyszedłszy do wsi Szczepanowie^ 



zaczął ludowi opowiadać wiarę nie w duchu Chrystusowym, ale 
w duchu passyi światowych i zemsty; żeby zaś jeszcze lepiej i przez 
przykłady naukę swoją zaszczepić, zaczął' wydrwiwać i blużnić z re- 
ligii, mówić im, źe to są przesądy, które ich trzymają w ciemnocie, 
a na poparcie, że sam w przesądy nie wierzy, przyszedłszy do chaty, 
zaczął zrywać obrazy i w piec ciskać. Chłopi znoszą się między 
sobą, nradzają, żeby go pojmać, związać i jak waryata do cyrkułu 
odesłać. Występują z widłami i cepami, robią na niego obławę i tak 
go przypierają, że ów bez przesądów katechista ledwo zdołał dopaść 
szlacheckiego konia i zatyłkami w ogromnym stracliu wymknąć się 
ze wsi. Od tego czasu żaden emisaryusz z nową nauką pokazać się 
tam nie mógł. 

Tak uderzające wypadki powinny były otworzyć oczy Adolfowi 
i przekonać go, że błędną poszedł drogą, zwłaszcza, gdy trudno mu 
odmówić, żeby się nie umiał zastanawiać, byleby tylko chciał. Nie 
z zarozumiałości lub pychy potępiam go, mój Edwardzie, nie mam 
siebie za nieskazitelnego. Wiem przez łaskę Boga, że człowiek nic 
sam z siebie nie może, tylko błądzić, a jeśli nie wzywa łaski Pań- 
skiej i ta go nie oświeci, utonie w ciemnościach rozumowań bez- 
bożnych. Jam równie a może i więcej Ijył grzeszny, jak Adolf, 
dziękuję dzisiaj w pokorze Niebieskiemu Panu, że mnie w mych 
grzechacli pozwolił się obejrzeć, że mi zostawia czas do pokuty 
i poprawy, proszę razem, żeby mi nie dał więcej upadać i proszę 
za każdym z braci moich o toż samo. Nie mogłem jednak z serde- 
cznem współwylaniem potakiwać Adolfowi, zwłaszcza, gdym spo- 
strzegł, że i tutaj chce wpływać na młodsze umysły przez uparte 
zamiłowanie mściwych wyobrażeń, a pamiętając o słowie Pisma św. : 
„Nie zasiadaj z bezbożnymi w radzie", usunąłem się od niego i tylko 
w sercu mojem zostawiłem modlitwę i prośbę za nim, żeby go Bóg 
na drogę czystej wiary i przedwiecznej prawdy sprowadził. 

Henryk jest poczciwy chłopiec. Spadł pomiędzy nas, jak gdyby 
z innej części świata, w której nigdy światła nie było. Przypatry- 
wałem się kilkodniowemu jego zadumieniu, widzia-łem w jego uczu- 
ciach niespokojność, jakby człowieka spragnionego, zabłąkanego 
w puszczy, ale kiedym mu powiedział, że ty może wkrótce porzu- 
cisz całą marność tego świata, że się oderwiesz od nas ciałem, a tylko 
duchem z nami zostaniesz, w miodem jego sercu i nierozumiałej 
głowie krótko trwała walka, która się łzami zakończyła. Wierzę 
i spodziewam się, ze on na jednej z nami wkrótce znajdzie się ch'o- 
dze. Chciałbym tylko, żebyś ty przez władzę dawnej między wami 
przyjaźni, którą on bardzo szacuje, wpłynął na niego i wyperswa- 

6* 



84 

dowal' inii zbytnie gadulstwo, którem grzeszy. Jest on dotąd tutaj ; 
jeszcze się nie zdecydował, gdzie ma jechać, dołożę wszystkich sta- 
rań, żeby mu paszport wyrobić, lecz gdyby nasze usiłowania nie 
powiodły się, będę mu radził, żeby jechał do Bar le Duc, tam się 
podał do żołdu, a otrzymawszy, dopiero prosił o odmianę cUpót. 
Dzisiaj bowiem jest znowu jakaś głucha dla nas przeciwność w lizą- 
dzie, lękam się, żeby zespolenie się kordyalne książąt podróżujących 
z naszymi wrogami nie obejmowało politycznych względem nas ukła- 
dów i żeby nas wkrótce nie uwiadomiono, że nam wyjednano łaskę, 
którą przyjąć potrzeba lub Francyę opuścić. Natenczas, mój Edwar- 
dzie, wypadnie nam, jak niegdyś Mojżeszowi z Egiptu, wędrować 
gdzieś na puszczę, ale czy łaska Pańska będzie z nami i czy się 
nam morze rozstąpi? Cokolwiek jednak nas spotka, my ufni w mi- 
łosierdziu Bożem, bez trwogi czekać i przyjąć Jego wyroki winniśmy. 

Z Krakowa przybyłych braci pozostało tu tylko czterech : zacny 
pułkownik Bobiński, który się z nami tu może zostanie, Wieloglow- 
ski z żoną i dzieckiem, który jedzie do Wersalu, Maciejowski, młody 
i dobry chłopaczek, któryby rad tu zostać, ale wątpię, czy się uda, 
i Henryk jeszcze niezdecydowany, co z sobą zrobić. Jeśli będziemy 
podawać jaką prośbę w jego interesie, uwiadomimy was o dacie 
i treści, ja mu calem sercem braterskiej posługi nie oszczędzę, ale 
za skutki, jak wiesz, mój Edwardzie, ręczyć niepodobna. 

Czytaliśmy i my tu ów sławny projekt do manifestu; w je- 
dnym czasie pisaliśmy do siebie z Karolem, otwierając sobie wzaje- 
mne zdania, jam go nazwał studencką rozprawką bez myśli i ducha, 
Karol wywodem słownym po zdechłym koniu. Nie wiem, co taki 
rozsądny chłopiec mógł tam mądrego upatrzyć, ja sądzę, że wszy- 
stko, co tam jest, niegodne nosić tytułu manifestu takiego stowa- 
rzyszenia, w którem się ma spoić tysiąc kilkaset członków nieszezę- 
śhwych, tułających się bez ojczyzny ; co o tem napisałem, zostaw 
przy sobie lub tylko zaufanym braciom udziel. Józefka poczciwego 
żal mi, że idzie tak leniwo do prawdy, jak pokutujący do Mekki. 
Powiedz mu, niech szczerze wezwie Boga na pomoc, a dozna takiej 
ulgi, jakiej ja doznałem. Szczerze ci powiadam, że odmłodziły się 
we mnie i serce i siły. 

Moi najukochańsi, najmilsi bracia, pozdrawiam was wszystkich 
i przyciskam do serca. Żałuję mocno, kochany Hieronimie, że w ten 
moment nie uskuteczniam twoich żądań, bądź trochę cierpliwy ; od 
miesiąca mam wiadomość, że są dla mnie pieniądze w Niemczech, 
nie może by(', żeby wkrótce nie przyszły, skoro odl^iorę, przyszłe ci, 
jeżeli będę mógł wszystko, a jeżeli nie, to połowę najpewniej. 



85 

W każdym razie, mój Hieronimie, starałbym się częściami zaspo- 
koić całe twoje potrzeby, któreś w liście wyraził. Całuję cię i po- 
zdrawiam równie Piotra i innych braci. 

Zasmucił mnie niewymownie Jist Karola, w którym mi donosi, 
że ran żona umarła. Biedne sieroty bez ojca i matki, biedny ojciec, 
który to czuje i nad tem boleje. Westchnijcie tam do Boga za nimi. 

Proszę cię, Edwardzie, dowiedz się, co sie stało z Krasickim 
i gdzie się podział. Chciałbym do niego napisać, już nieraz musiał 
z domu pieniądze odebrać, a oddać ani myśli, ja znowu nie chciał- 
bym tłusty połeć smarować. 

Mój Edwardzie kochany, co to znowu za naróść i jak poszła 
operacya, o której piszesz. Donieść proszę, pozdrów wszystkich po- 
czciwych, do Józefa Ordęgi i do Józefa, wujaszka, wkrótce napiszę. 

Całuję ciebie i was wszystkich serdecznie i polecam się wa- 
szym westchnieniom i modlitwom. 

Józef Zaleski. ^) 



Do Pana Karola Wodzińskiego. 

Molsheim, d. 10. lipca 1836. 

Kochany mój Karolu! Od miesiąca przeszło wybierałem się 
gdzieś dalej za Strasburg i dlatego tak dawno do ciebie nie pisałem. 
Tydzień temu jak sprowadziliśmy się tutaj, t. j. Józef Bobiński i ja. 
Molsheim, mała ale schludna mieścina, w dep. du Bas-Ehin, leży 
u podnóża gór Yosges. Okolica miła, zwierciedląca się precz wodami, 
a zielona najlepszym alzackim winogradem. Dalej ku Strasburgowi 
(5 lieues) chmurzą się Alpy szwabskłe i wieża, jak palec, wskazuje 
w niebo. Lud zdaje się poczciwy i bardzo pobożny. Józef mieszka 
w oberży razem z Bobińskim, któremu Eząd nie chce dać subsy- 
dyów, i tem nieszczęśliwszy człowiek, że nie umie żadnego języka. 
Poczciwy Józef wziął go tedy pod swoją opiekę. Ja mieszkam prze- 
wybornie w inszej stronie miasta. Trze))a ci wiedzieć, że przed re- 
wolucyą 1789 r. % części Molsheim zajmował klasztor Kartuzów. 
Z ruin klasztoru stoi Kilkadziesiąt domów ; owóż ja mieszkam w głó- 
wnym, w dawnem mieszkaniu przeora zakonników. Już ta jedna 
okoliczność rymuje wyśmienicie z dzisiejszem usposobieniem mego 
ducha. Za 25 fr. na miesiąc mam cztery pokoje oprócz przedpokoju. 



^) Brat przybrany Bohdana Zaleskiego, nieodstępny jego towarzysz 
na tułactwie. 



86 

Pokoje uielada duże. Salka z woskowaną posadzką i sztukateryami, 
jak za dawnych czasów. Zaraz od przyjazdu zaprzągłem się do 
pracy i da Bóg, nie pierwej opuszczę Molsheim, aż wszystko pokoń- 
czę. Przyszły mi do głowy nowe jeszcze plany, ale mniejsza z nimi ! 
Zawczasu byłoby mówię o tem. Wracam do starej i smutnej piosnki : 
jak ty się masz Karolu? Jak się masz w straszliwych tegorocznych 
upałach? Mam nadzieję, że powinny dla ciebie zastąpić klima wło- 
skie? Czy poznałeś się z Walerym Wielogłowskim, któremu poleci- 
łem, aby cię odwiedził z Wersalu? Poczciwy, ale na złej drodze, 
z charakteru podobny do O . . . i Stasia Worcela. Czuwajcie nad nim, 
proszę was, bo ma dobre serce i usłucha waszych rad. Xadewszy- 
stko lękam się, aby nie przeliulał swoich kapitałów i nie zostawił 
familii na bruku... Co tam u was słychać? Podobno, że polłcya 
rozgania naszych? Ty, Karolu, najporządniejszy z naszych korrespon- 
dentów, napisz mi obszerniej o tem : mianowicie za co wypędzają 
i kogo z moich znajomych? 

Ob3'dwa z Józefem przyciskamy cię do serca, pozdrawiamy 
w modlitwach naszych. 

Bohdan. 

Dziękuję ci za wyrachowanie drukarskie. Teraz chodzi tylko, 
aby ukończyć książkę, mała rzecz ! ! ! ale usiłować będę i mam na- 
dzieję w Bogu, że wszystko pójdzie spiesznie i po myśli. 

Muszę cię kiedyś wyłajać za twój półsceptycyzm i za to, że 
śmiałeś nazwać katolicyzm z])yt uiateryalnym. Katolicyzm ma te- 
ry al ny! Toż mają być bardziej duchowe protestantyzm, filozofizm? 
Pomyśl, kochany Karolu! Obacz, co robią schyzmatycy i różni ro- 
koszanie Kościoła Chrystusowego? Co robią i dla czego? Zapewne 
nie w duchowych widokach. Czytałem świeżo katechizm króla pru- 
skiego, w którym każe się czcić, jak Mikołaj. U nas katolików zowie 
się to szatańską pychą, bluźnierstwem. Czcić kogo? Cielca. Czcić co? 
temporalną władzę, siłę, materyę. Gutkowski powiedział to samo Mikoła- 
jowi. Nie jestem dziś w humorze polemicznym. ICiedyś obszernie z sobą 
pomówimy o tem. Zresztą wszystko, co dziś piszę, poemata i nie 
poemata, opieram, na opoce wiary, bo na piaskach wolnego rozumu 
nic zbudować nie mogłem i nikomu to się nie uda. Będziesz to, 
Karolu kochany, czytał w swoim czasie. Jeszcze raz cię ściskam 
najczulej. 

Znajomym ukłony, a listu nie pokazuj. 



87 

Do Pana Adauia Mickiewicza. 

Molsheim, d. 31. lipca 1836. 

I ja tu! Adamie kochany! Nasamprzód ca-łujemy ciebie, Ma- 
rylkę, a jeśli pozwolisz, i twoją żonę. Wiemy, że w tych czasach 
miałeś różne umartwienia, żeś nie swój, cierpki i znękany, co- 
<lzieii tedy polecamy cię Bogu w naszych modlitwach. Jeżowski, 
który zostanie podobno nauczycielem syna i siostrzeńca Józefa, prosi 
<;'ię bardzo, abyś do niego napisał. ]Mamy dobrą i pewną okazyę. 

Teraz kilka slow o sobie. Mieszkam w cichej i pięknej oko- 
licy, u podnóża gór Yosges, jak to wam kiedyś opowie Żegota ^). 
Był czas w Paryżu, kiedy myślałem, że zapomniałem wierszować. 
<}dzie tam ! 1 ! Kropię i kropię, jakby szpunt ze łba wystrzelił : ry- 
muję, okwiciej niż przez wiek cały, okwiciej niż ty kiedyś w Dre- 
źnie. Dobrzem zrobił, żem się nie kwapił z drukowaniem dawnych 
moich bredni ; w dzisiejszych rzecz, duch i forma więcej warte. To, 
«o piszę, będzie obszerne, obszerniejsze niż Pan Tadeusz. Jestem już 
"W połowie, a daj Boże skończyć ^). Treść wzięta z początku 1750 r. 
Wesele i smutek narodu. Dni moje pogodne i chmurne, wiara, mi- 
łość itd, wsiąkają tam, jak w gąbkę, zapachną na milę. Daj Boże 
tylko skończyć. Wyobrażajcie sobie wciąż, że ja wojuję gdzieś, na 
dalekiej, straszliwej wyprawie. Zuiówcie więc kiedy niekiedy oremus. 
Jeśli wrócę, to wedle moskiewskiego przysłowia. 

Stefana pozdrów odemnie najczulej, nie czytałem nowych jego 
poezyi, ale w tych czasach myślę sprowadzić. Podobno, że naszych 
katolików ciemiężą, nie ma rady, cierpmy, bośmy długo grzeszyli. 
Zdaje mi się, ze nie powinniby się wdawać z nikim w polemikę, 
a najmniej z ludźmi niesumiennymi My choć żyjemy z światem 
politycznym na ustroniu, złość emigrancka i tu nas nawiedza. Nie 
może darować, że modlimy się i siedzimy cicho. Mniejsza! nie warto 
o tem wspominać! Odkąd zostałem po prostu literatem, nie dbam 
na krzyki : 

„Trzaskajcie gromy zgubnemi, 
Pioruny niebios i ziemi, 
Oka nie zwrócę od księgi." 



^) Domejko, bawiący wówczas w Molsheim. 

^) Aluzya tu do poematu: „Złota Duma", który nie został dokoń- 
czony. Drukowany był pierwszy raz w Dziełach pośmiertnych, które wy- 
szły w r. 1891.' 



88 

Najzapalczywsze słowa, jakie w calem życiu wyrzekł ś. p.. 
Brodziński, stały się godłem raojem. Wodziński pisał mi o mądrości 
twojej Marylki i przysłał próbki dowcipu. Jeżeli stary Niemcewicz 
wypalił do niej odę, to ja już przywiozę dithiramb. Ku wiośnie, 
jeśli Bóg da pokój i natcłinienie, przyjadę do was już jako autor 
pięciu lub sześciu M"olurainów. 

Jeszcze raz pozdrawiam, pokój całemu domowi ! aż do poczci- 
wego Zana, który przygrywa na basetli. 

Bohdan Zaleski. 

Co też tu za cudowne widoki, na przykład z góry Św. Oddyli. 
Myślę osiąść w klasztorze. Dowiecie się od Żegoty. Ale co tam wie- 
dzą geologi, wilki, astronomy i tym podobni poganie. Żegota dziś. 
ruszył w góry. 



I)o Paua Edwarda Odyiiea. 

Molshel)}}, d. 2. września 1836. 

Kocłiany mój Edwardzie ! Kopa lat, jakeśmy się pożegnali- 
w Warszawie. Od tego czasu w różnych kolejach naszej pielgrzymki 
nie zdarzyło się nam nigdzie spotkać. Pokąd mieszkałem w Paryżu, 
prosiłem zawsze wspólnych przyjaciół: Adama, Stefana i Żegoty,. 
aby w listach swoich pozdrawiali cię odemnie. Nie wiem, czy pa- 
miętali, ale sądzę, że i bez tego wierzysz niezmiennej mojej życzli- 
wości dla ciebie. Wczoraj przysłał mi Stefan list z prośbą, abym 
także załączył co swego do nowej Melitelł. Przyznam ci się, że kilka 
lat w smutkach publicznych nie mogłem nic pisać. Od roku bliska 
pracuję nad wielkim poematem ^) w 3 lub 4 tomach, który, da Bóg, 
zacznę drukować z wiosną. Ma się rozumieć, że nie chciałbym tej 
rzeczy marnować urywkowo przed czasem. Rapsody i drobiazgi, 
jakie miałem, wrzuciłem dawno do pieca. Byłem więc w niepospo- 
litym kłopocie. Wyratował mię brat i towarzysz mój ^) w Molshei- 
mie, który zachował niegdyś przed pożarem kilka moich świstków. 
Proste i błahe, ale do almanachu się przydadzą. Nie mam już bo- 
wiem pretensyi podobać się płci pięknej. Zapewne przeszłega 
roku posłał ci Stefan mój urywek, pod tytułem Umarli. Dołączam 
jeszcze drukowany przekład z Szyllera, który śmia.lo możesz prze- 



^) Wzmianka to o „Złotej Dumie", niedokończonym poemacie. 
^) Józef Zaleski. 



89 

drukować-, bo nąjwiecHJ 20 lub 30 egzemplarzy rozeszło sie i to po 
emigrai-yi. Mniemam, że to wszystko złoży dostateczny nabój dla 
publiczności lwowskiej. Na przyszły rok, wolny od głównej pracy, 
postaram ci si»^ usłużyć czemś lepszem. Mam także cały tom poezył 
słowiańskich, czyby tego sie nie udałd sprzedać we Lwowie? Zarę- 
czam, iż lepsze od wszystkicli moicłi dotychczasowych wierszy . . . 
Albo daj pokój Edwardzie, nie pytaj się księgarzy lwowskich o moje 
poezye słowiańskie. Może mi sie uda sprzedać Jełowickiemu. Przy- 
pomniałem sobie, że musi je poprzedzić biografia Kazimierza Bro- 
dzińskiego; tego cenzura lwowska nie pozwoliłaby wydrukować... 
Będę cię później prosił o kupienie kilku książek do historyi słowiań- 
skiej, ale to później. Gdybyś chcia-ł kiedy do mnie napisać, adresuj : 
a Mr. Scherz h Kehł (Gr. Duche de Badej, a wewnątrz na kopercie : 
B. Zaleski. Jakże ty się masz? Co porabiasz, kochany Edwardzie? 
Adam wciąż w umartwieniacli i kłopotach domowych, ale wiesz za- 
pewne o tern zkądinąd. Ściskam cię najserdeczniej i pozdrawiam 
twoją nieznajomą mi rodzinę. 

J. B. Zaleski. 



Do Pana Karola lYodzińskiogo. 

Molsheim, d. 6. września 1836. 

Kochany mój Karolu ! Kilka dni przewlokłem odpowiedź na 
twój list, bo kończyłem jedną część prac moich, a mam obyczaj 
prawdziwie zduna, że kiedy kruszec się leje, nie oglądam się na 
prawo, ani na lewo, choćby trzaskały pioruny. Dziś weselszy i swo- 
bodny, jakby w świątki, zasiadam do stolika. Wedle przepisów reto- 
ryki, odczytam jednak wpi-zódy twój list, aby się sprawić porządniej. 
Poczekaj więc chwilkę, drogi mój Karolu ! 

Bene ! — Nasamprzód dziękuję ci po mojemu, to jest rzewnie 
i pełnem sercem za kilka słów pocieszenia za to (że się wyrażę 
nieco śmielej) wonne, gorące buchnięcie duszy, którem tak błogo 
mi oddychać. Jestem dość biegły rachmistrz, a przez ca-łe życie 
raoje podobnych twojej dusz nie doliczyłem się nigdy do dziesiątka. 
Przed laty, mój Karolu, czterech lub pięciu powinowatych, jedno- 
plemiennych z tobą druhów moich chuchali mile, jak ty dzisiaj, na 
biedną drobną roślinkę, drażliwą jak mimosa pudica, aż wyhodo- 
wah, wypieścili na kwiatek niczego, jak mnie widzisz? Z owych 
piastunów moich, trzech dawno pożegnanych spoczywa w grobie, 
dwaj tęsknią za mną gdzieś na mogiłach daleko. Nie zaczepiaj 



«0 

mnie, Karolu, mnie wiatra, wyehowańea pustyni, bo jak się rozha- 
sam w poświstach, to się we Izaeli rozpłyniesz ! Istotnie, gdzie my 
się spotkali 'i jak do siebie przylgnęli ? to sam Bóg wie ! Ależ czuje, 
ae się nie rozłączymy, póki życia, a za grobem zjednoczymy się 
znowu, zjednoczymy gromadniej, z instynktem ptaków na jesieni, 
odlatujący cli do obiecanej ziemi! Bodaj cię, Karolu, pieszczo- 
tami twemi rozkwilileś mię jak dziecko, że mi się ćmi w oczach, 
a vf głowie zgiełk i gwar, że mógłbym improwizować dithiramb. 
Powtórnie muszę się uciec do poważnej retoryki, a))y przypomnieć 
sobie, że piszę tylko list, list prosty, zwyczajny. Owóż, kochany 
Karolu, smutki, o których pisałem, były błahe, rozwiewne, powsze- 
dnie. Ależ jestem dziś całkiem w stanie brzemiennej niewiasty, co 
niemiara kaprysów, przewidzeń, niepokojów, że Józef jest umęczony. 
Najmniejsza przeciwność tak mnie dotyka, jakby serce mi pękato. 
Znasz na Południu przenikliwy wietrzyk, który zowią mlstral, i od 
którego mrą Prowensale. U nas przez sześć miesięcy dmucha stra- 
szliwszy, ale ludzie chodzą w baranach, a tu wciąż obnażeni i zgrzani. 
Zastosuj to porównanie do mnie, a wytłómaczysz sobie moją sza- 
loną niecierpliwość. Psim węchem, jak trufla, Karolu, wietrzysz coś 
pieśń moją, choć ukrywam ją, zdaje mi się, dobrze przed światem. 
Nie chwaląc się, pachnie też niepospolicie, a świeci wszystkiemi bar- 
wami tęczy, mówiąc klassycznie, nie powstydzisz się mego wieńca 
na ołtarzu literatury ojczystej. Jeśli dotąd lśniącym pyłkiem pruszy- 
łem w oczy publiczności polskiej, to teraz walić zacznę w łeb ea- 
łemi bryłami złota, oby jej to było na zdrowie ! 

Na Boga! śmiej się sam, Iiarohi, ale nikomu więcej nie po- 
kazuj moich listów ! próżnym, szaleńcem, zapaleńcem i czem chcesz 
wolno mię nazywać, ale tobie samemu. A nuż to, co się dzisiaj 
wyda baśnią, stanie się kiedyś prawdą ! Do świata cudów pobożny 
ma przystęp wolny!... a ja pieśń moją, pieśń- uczynek śpie- 
wam w niewymownem, serdecznem rozrzewnieniu : zdaje mi się, że 
spłacam długi, a przynajmniej procenta Bogu, Ojczyźnie, rodzinie 
i t. p. ; powinna więc być dobra brzęcząca moneta, jeśh się znani 
na kruszcach. Ależ niniejsza z tem. A propos długów, uiściłem się 
i z owego, o którym ci kiedyś pisałem, z długu dla Brodzińskiego. 
Wieczorami, to na przechadzkach, wytłómaczyłem co najpiękniejsze 
Pieśni Serbskie. Jestem pewny, że podobnych nie znajdziesz ani 
w Goetym. Jak drobne konstellacye pod wpływem systeniatu słone- 
cznego, spolszczyłem je pod wpływem dzisiejszego mego natchnienia 
i błyszczą się przepysznie. Rytm, rym, język, barwa, oprócz wrodzo- 
nego ich charakteru, ukażą się świeże i niewolące. Zobaczysz ! Tomik 



91 

będzie porządny, bo myślę napisać rozprawę o poezyi słowiańskiej, 
tudzież biografię Brodzińskiego. Tytuł książki dam Wieczornice Sło- 
wiańskie, bo myślę zawitać i do inszych plemion słowiańskich^ 
.ażeby z czasem przebiedz cykl równoległy z moją oryginalną poe- 
zyą. Są to rzeczy nieskończenie ważniejsze dla poetów niż Nibelungi 
niemieckie. To nie koniec, Pieśni Serbskie daje, daruję na własność 
kochanemu Karolowi Wodzińskiemu, który ma prawo je drukować, 
ile razy zechce. Jedyne zastrzeżenie : aby wyszły w świat spółcze- 
śnie albo zaraz po wydrukowaniu głównej mojej pracy. Broń Boże 
pierwej. Tym sposobem spłacę podwójny dług serca i pod klątwą 
nie wolno ci go, Karolu, odrzucić. Uiszczenie się z tego długu nie 
może nastąpić przed chwilą, którą Bóg zgotuje dla głównej mojej 
pracy ^), a ty masz kłopota, myślmyż więc o inszycłi środkach. 

(Wróciłem z obiadu — i zasiadam skończyć mój list). Pieśni 
serbskie, które od pierwszego wiersza tłómaczyłem na twoją inten- 
•cyę, nie wiem, czy będą pokupne, ale są już jaką taką hipoteką. 
Eaehując po ludzku, jeśli Bóg da zdrowie, pokój i natchnienie, 
pracę moją główną ^) powinienem skończyć przed wiosną. Spodzie- 
wam się po kontraktach kijowskich kilka tysięcy franków na druk 
moich pism. Z pieniędzmi lub goły przyjadę zawsze do Paryża, bo 
w najgorszym razie ułożę się z Jełowickim. Za ośm tedy miesięcy 
złączymy się z sobą. Tymczasowo, z hipoteką twoich pieśni serb- 
skich trzebaby zaradzić wszystkiemu. Eoztrząsałem twoje projekta 
przesiedlenia się i powiem otwarcie, co mi się zdaje. Zamieszkać 
w St, Germain lub Domont i z Adamostwem, rzecz wyborna! ależ 
znam doskonale położenie finansowe i czuję, że to niepodobieństwo. 
Stawać w hotelach paryskich, niech cię Bóg uchowa. Cóż rol)ić? 
Oto powiem po prostu, zostań u Kassenów. W stanie twego zdro- 
wia potrzebujesz wygód, a co większa, potrzebujesz starań, które 
tylko dowcip kobiety umie odgadnąć. Oboje Kassenostwo, zdaje się, 
że ci sprzyjają. Oceniam twoją delikatność, ależ jeśli inszych nie 
masz pobudek, da się rzecz załatwić. Dotycliczas dopłacałeś małą 
kwotę co miesiąc, owóz zdubluj tę kwotę, a zostań w domu Kasse- 
nów aż do naszego przyjazdu. Wiesz, iż z kochanym, poczciwym 
moim Józefem nigdy nie mogę przyjść do ładu. Dochody jakie ma, 
w mgnieniu oka rozda, rozdaruje pierwszemu, kto się nawinie; 
z ostatnim forszusem sam nie wie, co zrobił. Ułożyliśmy się, iż od- 
tąd ja obejmuję administracyę i pomimo tego, że utrzymujemy Bo- 



^) Złota Duma. 
2) Złotą Dumę, 



92 

bińskiego, jestem pewny, że potrafię coś oszczędzić. Z domu należy 
się nam jeszcze 100 dukatów do końca roku. Ale i bez tego na I-go 
października poślę ci 100 fr., które oddaj zaraz Kassenom, a potem 
w miarę jak co zbiorę, będę ci regularniej dosyłat. Kochany Ka- 
rolu ! rzecz, którą zamierzam uczynić, tak jest błahą w porównaniu 
z miłością moją dla ciebie, że wątpiłbym o twojej przyjaźni, gdy- 
byś mi się drożył. Przysięgam ci, że to mi nie zrobi żadnej różnicy, 
a niezbędne jest do mego pokoju. Bądź tylko zdrów ! a o reszcie 
ani wdarto wspominać. Bóg sam wie najlepiej, jak gorąco pragnę 
twego wyzdrowienia i jestem niemal pewny, że się cłioroba twoja 
wkrótce przesili. Zamknij się więc u Kassenów w ciepłym pokoju, 
żyj z kilkoma tylko dobranymi przyjaciółmi, bez irytacyi i trosk po- 
wszednich, a obaczysz, iż na powitanie moje wyjdziesz czerstwy 
i wesół aż za rogatkę S. Denis. 

Polecam cię Bogu i najczulej przyciskam do mego serca. 

Bohdan. 

.... O pieśniacli serbskich nie powiadaj takoż nikomu, bo 
w rzeczach tego św^iata wielką gra rołe n i e s p o d z i a n o ś ć. Ja dła- 
tego taję treść pisma mego, aby się okazało od razu, jak Miuerwa 
z głowy Jowisza. Będzie czas, jak zaczniemy drukować. 



Do Paua Ignacego Domejki. 

Molsheim (Bas Rhin), 27. września 1836. 

Kochany mój Ignacy ! Ucieszyłeś nas bardzo twoim listem. 
Zamknięci, oddaleni od świata i politycznycłi widoków, coraz w szczu- 
plejszy promień skupiamy nasze stosunki, a nie zamykając serca 
przed nikim, dla tych tylko z kółka naszego wybiegamy ze słowem, 
którycli rozumiemy i którzy nas rozumieją. Miło rai więc zapewnie 
ciebie w imieniu mojem i w imieniu Bołidana, żeśmy ciebie zamiło- 
wali, jak brata. Ślemy ci, kochany nasz Ignacy, pozdrowienie ser- 
deczne nie podług pojęć teoryi głośnych dzisiaj, ałe podług ocenie- 
nia słowa Bożego, na którem opiera się braterstwo chrześcianina .... 

I my, mój kochany Ignacy, jesteśmy samotniki między cu- 
dzymi ludźmi. Śnimy, jak ty, o rodzinie i znajomych, ałe nigdy 
tak gwałtownie nie budzą się pamiątki domowe, jak przy wypadko- 
wem spotkaniu się z osobą familii. Teraz niedawno widziałem dzie- 
cię, które, mogę powiedzieć, przychodzące na świat trzymałem na 
ręku i do chrztum przyprowadził, dziecię to urosło w kobietę, w me- 



93 

iatkę ^). Kiedym ją przyciskał do serca, przypomniały si^ tłumnie 
wszystkie zdarzenia, obudziła się cala szczęśliwość życia domowego, 
•dusza była na pół w niebie, na pół na ziemi. Przyznani ci się, że 
cticiałbym byt skończyć w tym stanie. 

Bolidan mój cliory, clioroba jego pocłiodzi z esaltacyi serca, 
nie uwierzysz, jak mnie to trwoży i jak proszę Boga, żeby mu dał 
uspokojenie, bo inaczej lękam się o niego. On nie przypisuje się do 
ciebie, ale mnie prosił, żebym ciebie zapewnił o jego najszczerszych 
ku tobie uczuciach. Przed kilkunastu dniami kobieta jedna, moja 
znajoma, posłała Adamowi z Niemiec 600 fr. w złocie. Proszę cię, 
mój Ignacy, chciej się ostrożnie dowiedzieć, czy rąk jego doszły, 
i jeżeli twoja łaska, donieść mi o tem. Jaiiski ani pisał do nas, ani 
żadnego listu nie przysłał, czy zapomniał, czy może gdzieindziej 
twoje łisty odesłał? Właśnie przed czterema dniami miałem list od 
Karskiego, jest w nim wzmianka o Jańskim, ale o twoich listach 
ani słowa. Życzymy ci obydwa wesołych myśli i zdrowia, a oczeku- 
jemy korzyści, któremi z twoich postrzeżeu i badań polskie umieję- 
tności wzbogacisz. 

Bądź zdrów^ i t. d. 

twój 

Józef Zaleski. ^) 

W tych dniaełi będziemy w Strasburgu, pokłonimy się twoim 
znajomym i wskażemy drogę, gdzie kamieni szukać, gdyby jeszcze 
nie doszły. Bobiński cię pozdrawia. 



Do Pana Karola Wodzińskiego. 

Molsheim (Bas Rhin) 

dnia 14. października 1836 r. 

a la Chamie. 

Kochany mój Karolu ! Nie zawsze to odbierać łisty wymowne, 
musisz czasem dać ucho pospolitym wyrazom, nie umiem ja uczucia 
mego oddać zacłiwycającem Bohdana słowem. Westchnienie szczere 
za przyjacielem, oto jest cala moja wymowa. Przyjm więc zamiło- 
wanie moje w takim stylu, w jakim je oddać tobie potrafię, a patrz 



^j Dyonizya Poniatowska, z domu Iwanowska, siostrzenica Józefa 
Zaleskiego. 

2) Brat Bohdana. 



94 

w serce, które cię kocha, i tara czytaj, czego wypowiedzieć nie- 
umiera. 

Mój Bohdan od niejakiego czasu cierpiący. Niedawno dotknę- 
liśmy się rodzinnych naszych stosunków ^). Kilka dni przeżyliśmy 
rozkosznie, jara płakał jak bóbr i to mi ulżyło, lecz on z sercem 
kochajacem zabrnąl w pamiątki całego swojego życia, w sny szczę- 
ścia domowego, w przeczucia i przewidywania młodości, które się 
ziściły i nie ziściły, a dzisiaj zamiast uspokojenia, topi się w smutku 
i w myśli, jak na falach (jego w^yrażenie). Lękam się, żeby to nie 
miało wpływu na zdrowie jego, na humor, na powinności, których 
po nim kraj oczekuje. Owóż i sam jestem do najwyższego stopnia 
zgryziony jego cierpieniem. Ach ! gdybyś tu był, pracowalibyśmy 
obydwa nad uspokojeniem duszy jego. Kąt spokojny, któryśmy dłu- 
giem staraniem wynaleźli, już nas teraz nie zaspakaja i wkrótce 
może znowu wędrować będziemy po cudzej ziemi, gdzie tak trudno,, 
bo niepodobna zastąpić swoją. Nie pisze on sam do ciebie, ale przez 
moje usta zapewnia o niezmiennej dla ciebie przyjaźni. Przykro mu,. 
żeś odrzucił jego żądanie. Wszakże, mój drogi Karolu, ofiara przy- 
jaciela nie jest jałmużną; jest to powinność serca, którą nie godzi 
się odrzucać, w niej nie masz żadnej myśU poniżającej, żadnego 
uczucia niegodnego ciebie, lecz kiedy już tak chcesz, niechże i tak 
będzie. Jedną nam tylko łaskę musisz przyrzec solennie, i Bohdan 
i Józef proszą cię o prawo do niej, żebyś w potrzebie do nikogo 
się nie udawał, tylko do nas, i żebyś oddalił z myśli twojej wszelką 
delikatność, a powierzył się otwarcie dwom duszom, które ciebie tak 
szczerze kochają. 

Bohdan odłożył inne prace na stronę i zajął się przepisywa- 
niem dla ciebie pieśni serbskich, które, skoro ukończy, odeśle. Do- 
nieś nam, mój drogi Karolu, o swojem zdrowiu, jak urządziłeś się 
na zimę z mieszkaniem? gdzie do ciebie adresować listy? Jak się 
ma Adam z familią? Jak nasz kochany Edward Karski? Czy wró- 
cił Domejko z podróży? Słowem, pisz o wszystkiem, co nas intere- 
suje, a jeśli chcesz, dotknij nawet dziennie kursujących wiadomości. 
Wkrótce może udam się do ciebie po radę w ważnem przedsięwzię- 
ciu, ale potem o tem, teraz zapewniamy cię obydwa o niezmiennej 
dla ciebie przyjaźni naszej, a życzymy zdrowia po trzykroć i spo- 
kojnej myśli;, bądź zdrów, kochany Karolu, a nas miej w swojej 
pamięci, jako twoich na zawsze, Józefa i Bohdana. ^) 



^) Ahizya do pobytu w Kehl państwa Poniatowskich. 
^) List pisany ręką Józefa. 



95 

Jnż wiesz zapewnie, z ezego się składa nasze towarzystwo 
w Molsheim : z nas dwóch, pułkownika Bobińskiego i Zienkowicza 
z żoną i dzieckiem. Proszę cię, pozdrów od nas Adamostwa obojga. 
Edwarda pocałuj, niedługo do niego napiszę, innych poezeiwycłi 
braci obdziel także naszeni pozdrowieniem 

Józef. 

Pozdrawiam cię i całuję po tysiąc razy, kochany mój Ivarolu! 
Sam nie piszę, bom cliory, smutny, znękany. Dlaczego? Pieczęć na 
ustach. Dowiesz się kiedyś z pieśni moi cli. Mam nadzieję, iż się 
obaczymy pierwej, niż myślałem wprzód. 

Bohdan. 



Do 

Centralizaeyi Towarzystwa Demokratycznego Polskiego 

w Portuis. 

Molsheim, 1836 r. 

Obywatele ! 

Pospieszamy z odpowiedzią na odezwę waszą do nas z dnia 
18. września b. r. wczoraj dopiero odebraną. Po kolei dajemy obja- 
śnienie na obydwa zarzuty : 

1. Zarzut niepłacenia składki jest sprawiedliwy i dlatego od- 
syłamy zaległości za miesięcy ośni w ilości franków 52. Dotychcza- 
sowa zwłoka nastąpiła w części z braku tu w Departamencie (Bas- 
Ehin) sekcyi, a głownie z winy odkładania, do której otwarcie si§ 
przyznajemy. 

2. Zarzut n i e c z y n n o ś c i inszego jest rodzaju ; pozwólcie 
więc, Obywatele, abyśmy się dłużej nad nim zastanowili. Mieszkamy 
czasowie na ustroniu śród obcych, to jest cudzoziemców lub Koda- 
ków, nienależących do Towarzystwa. Okólniki nawet wasze dopiera 
pierwszy raz nas tu doszły. W takim stanie rzeczy dwom drobnym 
indywiduom cóż pozostaje do czynienia? Z tem wszystkiem, mimo 
tak nieprzyjaznych okoliczności, od przyjaciół naszych dowiadujemy 
się wciąż o ruchach Towarzystwa. Wiedzieliśmy, iż manifest jest 
główną i niemal jedyną pracą Centralizaeyi, praca niezmiernie wa- 
żna, żywotna dla Towarzystwa, rozstrzygająca o jego przyszłości tak 
na emigracyi, jak i w Ojczyźnie. Przed rokiem wynurzyliśmy już 



96 

w tej mierze nasze zdanie w sekcji Batignolles. Śród różnojęzy- 
cznego gwaru, jakim brzmią wasze okólniki, poeóż wznawiać poje- 
dyncze wołania, jakoby odbite, znane wam stare echa? Oczekiwa- 
liśmy więc uroczystego manifestu, tera niecierpliwiej, że właśnie wtedy 
rozpocznie się działanie. Bez niego cokolwiek po dziś dzień robimy, 
nie godzi się zwać działaniem, czynnością, ale po prostu szamo- 
taniem się w czczości, w zamęcie. Nie clicemy wszakże obwiniać 

nieczynność ani Centralizacyi, ani redaktorów manifestu, lubo 
ogłoszony dawniej projekt żadną miarą nie rymuje z pojęciami na- 
szemi. Wiemy dobrze, iż samo przedsięwzięcie dzieła jest już piękne 
i chwalebne, ale w^ykonanie jego okaże się niesłychanie trudne. 

1 rzeczywiście. Towarzystwo nasze powstało jako partya na cudzej 
ziemi i pod wpływem cudzycli wyobi^ażeii ; w^zmogło się i rosło śród 
gwałtownych politycznych namiętności, jakie nami w różnych cza- 
sach miotały, nie mogło wiec mieć i nie miało spokojnego oblicza, 
owej strojnej i niezmiennej lizyonomii, jaką tylko prawda przybrać 
umie. Zle posiłkowane od demokratycznych pisarzy, nie rychło od- 
gadnęło wielkie liistoryczne posłannictwo odnowienia społeczności 
polskiej, po tylu klęskach rozchwianej w duchu. Widoczne jest, iż 
mierzchnie w pamięci rodaków Myśl myśli, tajemnica dziesięeio- 
wiekowego narodowego bytu, mocą której zasłużyliśmy się światu, tu- 
dzież przodkowaliśmy długo inszym ludom w prawdziwej eywilizacyi 
i wolności. Tą myślą, tem, że tak powiemy, tchnieniem Bożem, je- 
dynie możemy powstać i biedź dalej. Polska jest cząstką społeczności 
europejskiej, przesiąkłej treścią nauki Chrystusa. Wszelki demokraty- 
czny ruch, objawianie się ducha, filozofia, polityka itd. muszą być 
i są ustawicznem rozwijaniem się prawd Ewangelii; rożnem co do 
form, wedle tego jak ludzkość doskonali się lub psuje. Teorye nie- 
chrześciaiiskie są same przez się, jako fałsz, suche, puste, jałowe; 
przez osiemnaście wieków ani jedna z tysiąca nie zdołała się ostać 
w Europie, bo prorok ludu. Sumienie jego, wciąż szeptało, że wszy- 
stkie wiodą do zguby. To jest wiodą do otręfwienia i despotyzmu, 
jak w Azyi, do swawoli, jak w kilku głowach za rewolucyi francu- 
skiej, a kiedyś, kiedyś do kanibalizmu zaprowadzą. Oby myśl stara, 
religijna chrześciańskiej, dziś męczeńskiej Polski, wnikła do serca 
redaktorów nowego manifestu, aby ją użyli, jako kamień węgielny 
do budowy przyszłej naszej społeczności. Eówność, braterstwo, wol- 
ność, jedność, w^łasność, wszech władztwo itd., itd. płyną z religii, 
jako ze swego źródła. Kończymy tem życzeniem, abyśmy was prze- 
konali. Obywatele, że chcemy działać z wami, spółdzia^łać najgorli- 



97 

wiej, ale na drodze jednej i jedynej, jaką nam i dzieje cywilizacji 
europejskiej i dzieje ojczyste wytknęły. 
Braterskie pozdrowienie. 

Józej Zaleski. 
Bohdan Zaleski. 

Okólników dziś odebranych jeszcze nie przejrzeliśmy, dlatego 
teraz nie o nich nie piszemy. 



Do Paua Roberta Chmielewskies:o. 

Molsheim, 1836 r. 
Obywatelu ! 
W przysłanych okólnikach pod pierwszą stronicą znalazłem 
Tiarteczkę z twoim podpisem tej treści : „Życzenie twoje względem 
opuszczenia Towarzystwa jeszcze Centralizacyi nie komunikowałem" 
i t. d. Nie wiem, do którego z nas dwóch ma się to ściągać, ale 
obydwa niepomałuśmy zdziwieni, skąd cię takie doszło życzenie. Ani 
ja, ani Bohdan, nikomu nie objawiliśmy w tym względzie naszych 
myśli. Prosimy cię przeto. Obywatelu, żebyś nam tę rzecz w}-jaśnił 
i żebyś chciał donieść, skąd masz o tern wiadomość. 
Pozdrowienie braterskie 

Józef Zaleski. ^) 

Do Paua Seweryna Groszc«yńskiego. ^) 

Molsheim, grudzień 1836. 

„W świat — a dalej! W świat — a dalej!" Owóż, stary, ko- 
lebany mój druhu, znowu będziemy od siebie dalej o sto mil pol- 
skich. Jadę zamieszkać cichy gdzieś zakątek na Pomorzu Prowan- 
ckiem. Przeżyłem tu w Alzacyi rok cały, przeżyłem w lubej pracy 
rok pierwszy mojego życia. Da Bóg! kiedyś będziemy pożywać owoce. 
Znałeś Ducha -Ptaka pisklęciem, patrzałeś, kiedy porastali w puch, 
palki ; dziś już skrzydlaty rozwin%ł lot daleko, wysoko ; widzi coraz 
jaśniej i szerzej . . . Krainy, które nam się śniły i nie śniły za młodu, 
zwiedza po kolei. W nierozwiewnej, poojczystej żałobie błogo jest 



^) Brat Bohdana. 

^) Ze zbiorów Muzeum polskiego w Rapperswylu. 

Koresponflcncya i. E. Zalokifgo. 



98 

służyć starej sławie Polski, podzwaniać prz3^naj mniej pieśnią ojcom 
w mogiłach. Wydobyłem z pod serca dźwięki rozciągie, przeczyste; 
w porównaniu wszystko, coni dotąd drukował, jestfpuste, jałowe, ze 
względu nawet i treści i mowy. Poemat mój ^) długi, długi na cztery 
tomy, a mam już większą połowę. 

W listach twoich czyniłeś po wielokroć nadzieję, że się oba- 
czym. Z bijącem sercem utęskniałem do chwili, kiedy cię przycisnę 
do łona, kiedy się wyspowiadam ze wszystkich moich uczuć, myśli 
i pieśni . . . Młodość nasza, Sewerynie, przekwitła w straszliwej bu- 
rzy ; dojrzewamy w smutkach, jako we mgle ciężkiej, duszącej; na 
nowym nawrocie ziemskiej wędrówki potrzebujem zrobić nawzajem 
sumienny rachunek. Powtarzam, iż z Ijijącem sercem wyglądałem 
twego przybycia. Bóg nie dał rai tej rozkoszy, niech sie święci jego 
wola! Żeby przynajmniej sposób jaki pewnej, szczerej korresponden- 
cyi, ależ trudno, o ! trudno w dzisiejszych okolicznościach. Skoro 
wydrukuję moją poezyę, poszlę ci przez N . . . twój exemplarz na 
chińskim papierze. Od Jasia i Michała miałem nic nieznaczące no- 
winy. Wszyscy nasi po domach żyją jako tako, a tęsknią za nami. 
Kiedyż i gdzie się obaczym? Żegnam cię, mój drogi, kochany, mój 
ty stary bracie! Oby nam się uściskać co prędzej, daj Boże, w stro- 
nach, gdzie się i przyjaźń i pieśń nasza poczęły. 

Błogosławię z głęlń duszy twoim poczciwym zamiarom. 

Twój na zawsze 

Bohdan. 

Józef cię ściska najczulej, najserdeczniej, jak drugi ja. 



Notatka 

do „Ducha od stepu". ^) 

Poemat mój osnowany jest na tle nieco mistycznera, niewyra- 
źnem, t. j. na pierworodnej wiedzy człowieka, na poczuciu, czy za- 
pamiętaniu inszego gdzieś żywota. Pod grą na pozór fantazyi tkwi 
w tem jednak prawdziwe znaczenie. Prawda bezwzględna owa — 
wieść stara — niemylna jak rachunek i dziwna, jak mara. I nie- 
wątpliwie jest, — że tak powiem — okolica nocna bytu na- 
szego, pełna cudów i tajemnic; skąd dzieje ludzkie i dzieje czło- 



^) Złota Duma. 

2) Zdaje się z 1836 r. 



99 

wieka, nibj od systeraatu słonecznego Ducha, jak mnogie koła 
przecinają się od jednej wielkiej średnicy. Okolica par excellence 
poetycka, błękitna, astralna, promieniąca się na wsze strony kreacyą 
Boga. Metafizyka ! Marzenia ! ale w takiej metafizyce, w takich ma- 
rzeniach kochali się i kochają najznamienitsi mężowie. Ile dusz czy- 
stych i rzewnych zazna-łem w życiu! każda ostrzem biegała w te 
mroczne strony! Każda pamiętała, niby sen na jawie, czasy skrzy- 
dlate. I ja przez wiele lat smutnych, to burzliwych miewałem moje 
sny i widzenia . . . sny i widzenia, które wystarczają na sto poema- 
tów. Niniejsza przygrywka jest to właściwiej uwertura, zbiór dźwię- 
ków, które rozbrzmią kiedy z wielkiej opery, albo plan czy karta 
światów ducha rysowana a vol d'olseau. 



Do Pana Karola Wodzińskiego. 

Yalence, 31. grudnia 1836. 

Kochany mój i drogi Karolu I Wilią nowego roku 1837, śród 
straszliwego zimna, tu w lichej karczemce w Yalence, piszę te kilka 
słów do ciebie. Czekamy na przyjaciela Józefa, Januszewicza z Pri- 
yas. Jutro ruszamy do Arignon, a pojutrze będziemy w Marsylii. 
Podróż mieliśmy smutną, śniegi i mgły aż do Lyonu, a śniegi, ja- 
kich nie widziałem ani w Polsce. Tu pola nagie, ale wiatr mroźny 
i gwałtowny, że statek parowy staje. Owóż, kochany Karolu, dla 
zimna i zgiełku w karczmie nie mogę zdać relacyi obszerniejszej 
o naszej drodze. Listy i instrukcyę dla Józefa przysyłaj co prędzej 
jyoste restante a Marseille. Skoro znajdziem kwaterę, przyszłe ci 
nasz adres. Dzięki Bogu, że się masz nieco lepiej. Kochany mój 
i drogi, z pierwszą jaskółką wyglądam cię w Marsylii. Będziesz 
zdrów tu w Prowancyi i z nami. Wiedziałem z boku o pogorszeniu 
się twego zdrowia i cierpia-łem całą duszą, aż odebrałem twój list. 
Dziś jesteśmy spokojniejsi o ciebie, ale przyjeżdżaj, przyjeżdżaj na 
Boga! 

Ca.łujemy cię obydwa najserdeczniej. 

Twój 

Bohdan. 

Pozdrów wszystkich przyjaciół. 



7* 



100 

Do Pana Karola Wodzińskiego. 

Marsylia, 9. stycznia 1837. 

Kochany mój Karolu ! Owóż od pięciu czy sześciu dni jesteśmy 
w sławnej, nadmorskiej Marsylii. Niebo coś niełaskawe, bo pogoda 
powitała nas tu groźniejsza niż na północy. Chłód i wilgoć stra- 
szliwe, głowa ciągle w deszczu a nogi w błocie. W domu jeszcze 
trudniej usiedzieć, bo ani podłogi, ni pieca, a drewka na komin 
droższe niż e3'namon. Od wczoraj słońce jak wiosenne, ale wciąż 
jestem uciemiężony. Fluxya, ból zębów etc. szamocą niemiłosiernie 
moją głowę i żołądek. Możesz sobie wyobrazić, w jakim bieduję hu- 
morze. Xa czem świat stoi, klnę trubadurską Prowancyę. Józef mój 
nieweselszy : napatrzył się do woli i na morze i na oliwki ; błąka 
się tedy bez celu, a oczekuje cierpiący na listy od swoich. W ogól- 
ności życie tu dwa razy niemal droższe niż w Alzacyi, droższe niż 
w Paryżu, a żadnej co się nazywa wygody. Mieszkańcy należą po 
większej części do stronnictw wywołanych dziś we Francyi, nad- 
zwyczaj są niechętni i podejrzliwi względem cudzoziemców. Ani spo- 
sób bez rekomendacyi stanąć w prywatnym domu, chociaż są po- 
koje do najęcia. My stoimy w małym hoteliku (na nieszczęście zdaje 
się żydowskim), na ulicy tak zwanej .... blisko portu, rue Beauveau 
nr. 6. Czekamy, aż przyschnie błoto, aby zwiedzić okolice i wyszu- 
kać coś przyzwoitszego. Jestem pewny, że pomału można się będzie 
urządzić tanio i wygodnie, ale przedewszystkiem potrzeba się posta- 
rać o stosunki z miejscowemi osobami. Twoje listy wielce nam będą 
pożyteczne. Znasz tutejsze bastydy, to jest niezliczone wiejskie domki, 
które każdy kto żyw posiada. Życzę sobie z duszy osiąść na kilka 
miesięcy na takiem gdzie ustroniu, zwłaszcza, jeśli Józef wyruszy 
dalej. Tym tylko sposobem mógłbym skończyć prędzej przerwane 
dawno prace, a które mi kamieniem ciężą na sercu. Kochany Ka- 
rolu, proś na wszystko twojej Marsylki, aby nas poleciła jakiej po- 
czciwej babie bastydzkiej, nh. babie, któraby mię cliciała wziąć na 
pensyę, bo inaczej zagłodziłbym się na pustkowiu. Interes jak naj- 
większej dla mnie wagi i błogosławię zawczasu twoją znajomą, jeśli 
mi w tem usłuży. Tandem tedy zostaniemy na dzisiejszej kwaterze 
aż do końca stycznia, a ty się krzątaj żwawo i żarliwie, abym ku 
wiośnie mógł cię powitać na wsi, a więc z promieniąeem artystow- 
skiem obliczem. Otóż i wszystko! Z tutejszej Polonii nie znamy do- 
tąd nikogo i lepiej. Odpisz co prędzej pod adresem, jak wyżej. Jak 
ty się miewasz, mój drogi? 



101 

Mam zamiar puścić w świat moją Przijgrawke do Xotvej Poe- 
zyi'^), którąra śród serdecznych smutków, w zawieszeniu głó- 
wnej pracy ^), napisał w jesieni. Jest to uwertura, suma dźwię- 
ków mojej oper y : coś na kształt inapki krain raoicli poetyckicłi 
a vue d'oiseau. Będzie to ])roszurka od 90 do 100 stronie. Jeżełi 
się odważę na druk, poślę wtedy rękopism na twoje ręce, abyś do- 
pilnował' korrekty. Ale potem o tem. 

Bądź zdrów, mój ty l^iedny, kocłiany, poczciwy Ivaroln I 

T^'''ij 

Bohdan. 



Do Paua Karola Wodzińskiego. 

Endoume, 6. czenrca 1837 r. 

Kochany mój Ivarolu ! Jestem znowu na mojej pustyni, po sta- 
remu smutny, cierpiący. Och ! bo też spadłem jak z nielm. I rze- 
czywiście przeżyłem dziesięć niedziel po rajsku, w rajskiem oczaro- 
waniu i pieszczotach. Com widział, com uczuł, to na wiek cały 
rozmyślać stanie. Mógłbym ci a ła Stern książkę napisać o moich 
nowych wrażeniach, uczuciach, przygodach. Mais a quoi hon? Ser- 
deczne rzeczy niechaj pomnożą skarbiec moich pamiątek, szczelnie 
przed światem zamkniony. A potem znasz ty Włochy, Du kennst 
das Land ? Widziałeś i marmurowe pa-łace i marmurową ludność 
ulic, czy galeryi watykańskich. Widziałeś Madony. widziałeś wszy- 
stko. Bawiłem miesiąc w Florencyi, miesiąc w Rzymie, resztę czasu 
w Apeninach i na morzu, w Perugii, w Civita Yecchia, w Lirorno, 
w Genui, w Nizza i t. p. Byłem w Tivoli, Terni i w mnogich wil- 
lach rzymskich. Xa morzu o małośmy się nie rozbili. Opowiem kie- 
dyś wszystko za widzeniem się. Połicya nigdzie nas nie zaczepiała, 
bośmy jeździli dworno, po pańsku. Przeżyłem więc, jak widzisz, te 
dziesięć niedziel nie źle. A uściski? a całowania? Uściski i całowa- 
nia od rana do wieczora i przez dziesięć niedziel! Xapieściłem się 
za całe życie ! Prześniłem czas mój na kwiatach rozkosznie. Niechaj 
będzie Bóg pochwalony. A teraz . . . 

„Doppo triompho e palma 

Sol qui restuno a Talma 

Lutti e lamenti — e lagrimosi lai, 



^j Duch od Stepu. 
^) Złota Duma. 



102 

Que piii amicizia? qiie piii amore? 
Ahi lagrime I ahi dolore I " 

Jak ty si(^ masz, Karolu? Zdaje się z listów twoich, że nie 
dobrze. Cóż z projektu naszego ? Z Dobrowolskim nie spotkałem się 
nigdzie : po powrocie z Ezymu do Liwurny, jeździłem na 24 go- 
dzin do Florencji, ale nie wstępowałem do Potockich. Dobrowolski 
zostawił w Endourae kartkę do mnie, w której pisze : „Karol ma 
się lepiej. Mieszkanie w Endoume znajduję bardzo przeciwne jego 
chorobnemu położeniu." Dlaczego? co to ma znaczyć? czy do cie- 
bie nie pisał? Może, że na skale za wysoko, ależ Yillebon wyżej. 
Zdaje mi się, że Dobrowolski bredzi, ale w sumieniu mojem nie 
śmiem radzić inaczej, skoro masz w nim zaufanie. Twoje zdrowie 
przedewszystkiem. Bóg świadkiem, jak radbym cię przycisnąć do 
serca. Zresztą radź się jeszcze inszych lekarzy. Och ! biedny ty, bie- 
dny mój Karolu ! Zamykam się do owego domku w parku, o któ- 
rym ci pisałem. Próżnowałem przeszło sześć miesięcy, a teraz muszę 
nagrodzić galopem. Józef mój rozżalony, nigdzie w Lirourno nie 
mógł znaleźć burki dla ciebie, ale wypiszemy z Odessy. Uściskaj 
Adama i obydwie jego szezebiotki. Mają przyjść z Kijowa dla niego 
cybuch i 150 rul)li, które zaraz odeślemy. Powiedz Edwardowi, że 
jutro lub pojutrze do niego napiszemy pod starym adresem. 

Bądź zdrów, mój ty kochany, mój biedny Łazarzu. 

Twój na wieki 

Bohdan. 

Postępskiego pozdrów odemnie. Jak stary marynarz byłem na 
morzu, ani mi się śniło cliorować. Tęsknię dziś do Oceanu, jak do 
kochanki. 



Do Panów Piotra Scmeuenki i Hieronima KajsicTricza 
w Rzymie. 

Endoume - Marsylia, 17. października 1837. 

Drodzy nam bracia Piotrze i Hieronimie ! W przypisku moim 
do Hieronima nie chciałem was obrazić, nie chciałem nawet zasmu- 
cić. Chciałem raczej po bratersku donieść wam, jakie na nas zrobiła 
wrażenie wiadomość, że wyjeżdżacie do Rzymu pod wpływem nie- 
wiernego. Z początku byliśmy bardzo smutni i chodziliśmy posępnie 
z Bohdanem po pustkowiu naszem, a potem poszliśmy na modlitwę 



lOB 

prosić Boga. żeby nas, dzieci swoje, od zgubnej polityki i od wpływu 
a widoków nieczystych ludzi zasłonił, by nam nie zamącili miłości 
i oczyszczającego się przez łaskę Pańską sumienia naszego. Z pokorą 
i skruchą, bracia moi kochani, błagaliśmy o łaskę dla was i dla 
siebie, o pobłogosławienie krokom waszym dla chwały Chrystusa 
podjętym. W takiem usposobieniu siadłem napisać do was słów kilka 
i napisane odczytałem Bohdanowi. Jeżeliście tam, bracia moi, zna- 
leźli jaki wyraz, co was zasmucił, przebaczcie mi: gdybyśmy was 
nie miłowali calem sercem, gdybyśmy nie składali jednejże i tejże 
samej rodziny w Chrystusie, anibyśmy się poważali odsłaniać wam 
obawy duszy naszej. 

List twój, kochany bracie Piotrze, w którym piszesz: „że Pan 
Bóg wzywał, że bracia was wybrali, że tam jedziecie z uniżonością 
i skruchą, płacząc za grzechy", zaspokoił nas zupełnie. Niechże was 
Bóg łaską swoją w tej stolicy Piotrowej nawiedzi, a modlitwy wasze 
wzmoże błogosławieństwem na tej ziemi bogatej męczeństwem i za- 
sługą ehrześciańską, wymódlcie nam u stóp Krzyża odpuszczenie 
win naszych, zapomnienie wielkich naszych grzechów i zmiłowanie 
nad nami. 

Niechaj duch Pawła św. ogarnie was i pozwoli wam nasieniem 
słowa Bożego użyźnić zjałowiale serca grzeszników. I my, bracia 
najmilsi, nie znamy różnicy osób przed Bogiem, modlimy się tak 
za przyjaciół, jak za nieprzyjaciół naszych, tak za wiernych, jak za 
niewiernych; dla pierwszych prosimy o pełność łaski, dla drugich 
o oświecenie i naprawę serca. Niechże się wam nie zdaje, bracia 
moi kochani, żem moje zdanie w pierwszym hście ukszta-ltowa-ł po- 
dług natchnienia partyi. Nie wyszukuję belki w oku cudzem, bo 
"wiem, że nie potępiać, ale płakać nad błędami bliźniego i modlić 
się Chrześcianinowi przystoi, a i tej nawet wiadomości nie przypi- 
suję sobie, łaski to Boskiej światełko, bracia moi, świeci nademną. 

List ten piszę do was na ręce godnego księdza Ferrarego, na- 
szego znajomego w Ezymie, i proszę go, żeby się z wami zapoznał. 
Był on w kraju naszym, mówi trochę po polsku i dobrze nam 
sprzyja. 

Bohdan siedzi na skale wysoko nad morzem, między pokur- 
czonemi sosenkami w altance, i tam święte swoje pieśni pisze ; po- 
lecił mi, żebym was najserdeczniej pozdrowił. Od pierwszego wycią- 
gamy, jak wędrowne ptaki, z wydmuchów skalistych w cieplejsze 
kraje na zimę, między lasy i jary, do wioski Gemenos, o pięć mil 
stąd odległej. Napiszcież do nas, najmilsi bracia, a donieście o zdro- 
wiu, powodzeniu i położeniu waszem, przyszlijcie nam swój adres, 



104 

bo i Bohdan z kolei chce do was napisać, i radzibyśmy ciągle być 
z wami w stosunkach. 

Bądźcie zdrowi, bracia kochani, a miejcie nas w sercu waszera 
i w modlitwach, jak my was mamy codzień. 

Józef. 1) 

Od Edwarda dawno nic nie miałem. Grotkowscy wszyscy trzej 
weszli na drogę pokajania się, brat nasz Celiński umiera na suchoty 
w Montpellier. 

Adres do nas : pnr Marseille a Gemenos, Veuve Fournier,. 
ąuartier de Florę. 

Do Braci Piotra Seiiieueiiki i Hieronima Kajsiewicza 
w R z y m i e. 

Endoume, Campagne Terris^ 
8. Novemhra 1837. 

Kochani bracia! List wasz bardzo nas ucieszył. W przegonie' 
dzisiaj nie mam czasu długo do was napisać, jednakże nie spaźniam. 
Wpadhśmy z deszczu pod rynwę, zmokli i oskubani wracamy, jak 
owa gołąbka, do domu, to jest na stare mieszkanie. Wkrótce do was 
pisać będziemy, teraz tylko odpowiadam na wasze zapytanie. Na ręce 
X. Ferrarego posyłam wam franków 200, jeżeli nic stosunków nie 
przerwie, zaraz po Nowym roku przyszłe drugie sto, a sto później ; 
ale wy wiecie, bracia, że nasze fundusze zależą od wielu okoliczności, 
podlegają wypadkom. Rachujcież tylko wtenczas na pewno, jeżeli 
nic a nic stosunków nie przerwie, a tymczasem może co pewniej- 
szego dla siebie wyszukacie. Posyłka od nas niechaj między wami 
utonie, nie mówcie nikomu, ani nie piszcie do nikogo, skąd macie 
pieniądze. 

Pozdrawiamy was najserdeczniej obydwaj, kochani bracia, i po- 
lecamy się waszym modlitwom. 

Józef. ^) 

Do Paui Hral)iiiy Dyoiiizyi Poniatowskiej. 

Endoume, 1837 r. 
Moja ty śliczna niezapominajko stepowa! Wyznaję ci najszcze- 
rzej, że od tej nocy, w której do Paszkowic przyjechałem i pier- 



1) Brat Bohdana. 
-) Brat Bohdana. 



105 

wszym raz, pamiętasz może, głos twój usłyszał, po dziś dzieii, nigdy 
ani na chwilę, nie miałem urazy do ciebie. Bo za cóżbym, powiedz 
mi, miał się gniewać? Żeś trochę milczała, nie mógłbym za to, bo 
wiem sam przez siebie, że w modlitwie cichej bywa najwięcej mi- 
łości i skruchy, a przekonanym, że toż samo jest w dumaniu cichem 
serca kochającego. Dobrześ przeto osądziła, mój milusiu, mniemanie 
moje o tobie, za to też pospieszam ci donieść, że u nas gody w^ En- 
doume, gody, jak u starego Tobiasza, kiedy mu Anioł syna przy- 
prowadził z majątkiem, z żoną i z lekarstwem na ślepotę. Wytrzy- 
mamy z nim porównanie : nie co do łaski, bo tej niegodniśmy, lecz 
co do słów proroka, brzmiących : „Święta wasze obrócą się w płacz 
i żałość". I my, mój kwiateczku, najczęściej tak świętujemy i w około 
nas tak ślepo, jakby na oczach Tobiasza ; nie widać swoich, a Anioł 
jeszcze nie przyszedł. Słowa wasze, kiedy nas dojdą, to są dla nas 
prawdziwym dniem godów. Przybliżże mi serce swoje, niech cię za. 
twoje słowa w samo serce pocałuję, a przykrywam ręką i błogo- 
sławię. 

I któż z nas nie miał dwóch dróg przed so))ą, mój ty kwiatku 
stepowy? Szczęśliwy, kto jak ty, zaraz z poranku poszedł prawdziwą. 
Nam Chrześcianom objawienie Pańskie wytknęło wprawdzie niemył- 
ność naszej, ale pycha długo nas zwodzi, nim pozw^oli uwierzyć, że 
każdy z nas powinien wziąć krzyż swój i w cicliości go dźwigać. 
Żeby mieć łaskę Bożą, trzeba być pokornym i cierpiącym, bo kto 
nigdy tutaj nie cierpiał, musi być (że użyję expressyi mojego współ- 
samotnika) „pieszczoch" szatana. Wszakże po uczcie rajskiej z drzewa 
wiadomości. Bóg nie powiedział Eodzieom naszym : „Idźcie na zie- 
mię, Ijędziecie tam używać rozkoszy, — ale rzekł: „Rozmnożę nędzę 
twoją". I za czemże tu gonić po tym wyroku? Jedno modlić się, 
cierpieć a korzyć, to jest uczynkami modlitwę do łaski przybliżać. 

Dziękuję ci, mój kwiateczku wdzięczny, że mi nie życzysz burz 
serca, juzem się nachylił bardzo do grobu, juzem przetrwał najdo- 
tkliwsze : ale nie chcę tak mówić, żeby mnie Bóg za pychę nie uka- 
rał; juzem przetrwał wiele i tylko pamiątka a boleść w duszy zo- 
stała, jedyne dziedzictwa, które z sobą zabiorę. Nie chcę, moja Nisiu, 
żeby twoje życie było do naszego podobne. Przynajmniej teraz, 
wszakże nie dlatego, żebyś cierpieć nie miała, ale że ci życzę, żebyś 
cierpiała jak najmniej. — My oba, jużeśmy jawne ofiary, a wiec na 
naszą szalę niechaj Bóg złoży wszystko, co może zachmurzyć twoją, 
młodość, a na twojej niechaj na wieki zostawi pokój duszy i łaskę 
swoją. Nie pytałem się mego współsamotnika, czy na to się zgadza, 
ale jestem pewny, że to samo potwierdzi, bo w instynkcie serca 



106 

rzadko się z sobą różnimy. Nie przypuszczaj że, Nisiu, nawet poró- 
wnania między twojem a naszem życiem, bo nasze bardzo smutne 
i patrzą] . Ty masz męża ^) dobrego przy sobie, który ci błogosławi, 
a do mamci ^) to trzy dni tylko. Jedno słowo twoje : ,,Muniu, 
jedźmy", zaraz może być wysłuchane, bo gdzieżby Muu twój pocz- 
ciwy mógł ci cokolwiek odmówić? a jeszcze w tak świętej powin- 
ności, której, Nisiu, nie zaniedbywaj. O! nie będzie drugiej mamci, 
jak jedna przeminie, a smutki i zmartwienia to są posłance grobowce, 
które na nas wołają. Piastujże ją, moja Nisiu, pocieszaj i wspieraj, 
póki czas. Patrzajże teraz dalej : koło nas niema ani Nisi, ani mamci, 
ani Józi, ani Frania, ani kochanych, ani rośnie tu trawka, która 
"W mojej książeczce zwiędła 1 a do mamci, do Józi, do Frania, do 
ciebie, jak stąd daleko"? Jeszczera tego dobrze nie wyrachował, 
a kiedy tam pojedziemy ? Nie wiem. Pytam się Tego, który łaską 
swoją to sprawić może, ale mi jeszcze dotąd nic a nic nie odpowie- 
dział. Pytam się siebie, a głos surowy sumienia odpowiada : Ofiarę 
do dna spełnić potrzeba. A jakiej ona będzie natury? Nie wiem. 
Owóż i korzyść z drzewa wiadomości. Chwytam tedy całemi rękami 
za krzyż Pański, bo w Nim tylko nasze odkupienie. 

Mówisz nam w jednym liście, iż ci się zdaje, że życie nasze 
jest snem ; ja nad tem dumając, wpadłem na wniosek przeciwny, 
że sen nasz musi być życiem duszy wolnej od więzów ciała, bo cóż 
to jest życie? Ciągłe, nieprzerwane pasmo miłości. Otóż w^szystko, 
co kocham, prawie co noc widzę we śnie. Jeżeli się o tem chcesz 
przekonać, zajrzyj tu do nas o ósmej zrana. Drzwi prawe i lewe 
naprzeciw otwierają się z pod klucza z trzaskiem, bo zamki niego- 
clziwe. „Dzień dobry, Bohdanie!'' — „Dzień dobry, Józefie!" i da- 
lejże jeden za drugim po schodkach przez ganek, za furtkę, o kilka- 
dziesiąt kroków do pensyi na kawę. - — Siadamy i w lot łowiemy 
chwilę przed sobą. — „Wiesz też, Bohdanie, śniła mi się Nisia ^), 
mamcia ^), Józia ^), Kocia *') w sankach, wiozłem je do Szewczychy 
na frukta." — „W zimie, to rzecz szczególna." — „Rościo')i Fra- 
nio ®) stali za sankami i z bicza trzaskali. Skórom wjechał w ulicę 



^) Daryusz Poniatowski. 

^) Pani Felicya Iwanowska, % domu Zaleska, matka pani Ponia- 
towskiej. 

^j Dyonizya Poniatowska. 

*) Felicya Iwanowska, z domu Zaleska, siostra Józefa. 

^) Józefa Orłowska, siostra pani Poniatowskiej. 

^''') Konstancya Ezewuska, także siostra pani Poniatowskiej. 

'^) Eościsław Iwanowski, brat pani Poniatowskiej. 

^) Franciszek Zaleski, syn Józefa. 



107 

podwórza, zaczH.ły gruszki padać- na kolana kobietom, ale tak piękne, 
żem już dawno takich nie widział" ... — „Xo, i cóż dalej '?•' — 
„Cóż, wystrzelono z działa na okręcie pobudkę ranną o szóstej i jam 
się obudził. Żałuje, bo mi z niemi tak dobrze było i tak wesoło." — 
„Otóż, powiem ci, Józefie, że i mnie się mamcia i Nisia śniły, ale 
na morzu. Wyście z Muniem cliodzili wzdłuż zieleniącego się brzegu. 
Ona z mamcią płynęła w łódce od Wysp Hierskich, wzięły mnie 
z sobą i płynęliśmy" ... tu się sen urwa-ł, a my często teraz spo- 
glądamy w stronę Hyeres. Oto masz wierny obraz codziennego życia 
naszego z dodatkiem, że o czwartej przy stole mówimy o was, 
w wieczornej rozmowie o was, na wieczornej modlitwie za wami 
a we śnie z wami. — Nie mamy przy naszym stole krzeseł dla 
gości duchowych, ale tak często i tak serdeczne posyłamy im west- 
chnienia, że muszę się dziwić, dlaczego te wędrowne duchy jeszcze 
się z naszymi w drodze powietrznej nie spotka-ły. Nie mówiłabyś 
wtenczas złośliwie: au moment oh certainenient vous ne son gez 
])as a nous. Czyby to miało być dlatego, że duch, wracając do 
ciała, zapomina o tem, co widział i z czem się znosił, nim się zam- 
knął w lepiance, bo i piewca mój utrzymuje, że człowiek nic się 
tutaj nie uczy, że tylko sobie przypomina, co umiał i wiedział przed 
wieki, kiedy go łaska Boża nawiedzi. 

Niechaj Bóg blos^osławi, mój kwiateczku, pracy twojej, pięknyż 
to czyn światłem wiary młode serca zbogacać i przysposabiać im 
dziedzictwo miłości na ziemi, a sobie na przyszłość obfity zapas do 
łaski. Jutro sam Bóg w rachunku ogólnym przekreśla tobie ten 
grzech, do którego mi się pod tajnem powiernictwem przyznajesz, 
tak jestem tego pewny, żebym nie śmiał jedynemu memu przyjacie- 
lowi twego sekretu powierzyć, bobym się bał grzechu obmowy. 
Ależ ty, kwiateczku mój, nie właściwego użyłaś porównania, a przy- 
najmniej w liczbie mnogiej nie trzelja go było pisać. Vous instruisez 
Tunicers, je traiaiUe aussi, co))iparaison cTune goutte cfeau a la 
mer. To porównanie zastosowane do mego Stepowego Piewcy, może 
wytrzymać próby, lecz do mnie, mój aniołku? Obróć je wspak, 
a będzie prawdziwe. Jam ziarnko piasku, przez grzech wyrzucone 
w^ społeczność, nie mam żadnych zbiorów duchowych dla świata. 
Mnie milczeć, czasem zapłakać, wiele, wiele modlić się za drogich 
mi znajomych i nieznajomych, a jak zawołają, pójść z pogodą na 
ofiarę I Na drodze, po której idziesz, mam prawo tobie zastąpić i pro- 
sić cię o pomoc. Jeślim tam komu, czy między twoimi młodymi 
przyjaciółmi, czy między starszymi, został w czemkołwiekbądź krzyw, 
zastaw się za mnie, przejednaj i proś o darowanie mi winy, a mo- 



108 

jego Frania policz między swoich młodych przyjaciół, bądź dla niego 
sercem matką i często mu mów o jego powinnościach względem 
Boga i ludzi. Pokłon tobie, Nisiu moja, za słowa miru, dzięki 
sercu mojego Piewcy zmartwienie moje przeminęło, jak błyskawica, 
ale nie uwierzysz, ileś mnie dobrocią swoją ujęła. Padam jak długi 
do nóg twoich i żeby ci nie zostać dłużnym, padam przed obraz- 
kiem, pod którym napisano: „Zgadnij, wujaszku, kto to?" Między 
nami dwoma, Nisiuniu moja. nieporozumienie długo trwać nie mo- 
gło, ja pamiętam dobrze, żem jego uczeń na drodze wiary i kocham 
go za to wdzięcznem sercem. On zaś wszystko odebrał z góry, a jak 
obdziela tych, z którymi żyje, nie potrzebuję o tem wam pisać. 

Powiedziałem nieco wyżej, że mnie strzał działowy obudził 
o szóstej zrana. Nie zawsze jednak, mój kwiateczku. śpimy do szó- 
stej. W zimie przez wstręt do ciemności wstajemy z rozdniewaniem 
się, to jest o kwadrans na siódmą. W lecie wschód słońca nas bu- 
dzi, i w zimie i w lecie zamknięciśmy u siebie do ósmej na modli- 
twie i pobożnem czytaniu. — Myślałabyś może, Nisiu, żeśmy wten- 
czas samotni. Przeciwnie, wtenczas najwięcej u nas gości, a gości 
najdroższych, ale są i tacy, którzy nas zupełnie nie lubią, bo wszy- 
stkich polecamy Zbawicielowi. 

Xa kawie bawimy kwadrans. Jak ty Muniowi, tak ja memu 
Piewcy staram się zgrabnie służyć. Nie mam obawy, żeby kożuszek 
się utopił, bo rogate a brodate zwierzęta, czepiające się po skałach, 
nie dają mleka z kożuszkiem. Po kawie wraca każdy do siebie 
i. jak mnich, ua klucz się zamyka. Ja się uczę, on uczy. Otóż, moja 
Nisiu. łatwo zrobić zrównanie stosunków, jaką korzyść każdy z nas 
dla świata przynosi. — Godzina dwunasta, czasem kwadrans na 
pierwszą, traf, traf, słychać chrzęst klucza. — „Otwórz, Józefie, daj 
chleba." — „Zaraz, zaraz." Otwieram i znowuśmy razem. Na sto- 
liku za drzwiami leży tygodniowy bochen chleba obrocznego, przy 
nim nóż ukraiński, na komodzie stoi butel wody, butelka wina i dwie 
szklanki. „Ukrój chleba, nalej wody, czas obiadować." Uczta trwa 
niedługo, jak się możesz domyśleć. Przez czas uczty on mi coś uczo- 
nego gada, albo prawimy o projektach, które się kiedyś ziścić mają, 
a nigdy nie jest tak, żebyśmy nie gadali o obrazkach, co nam 
w oczy wpadają, a których wierniejsze rysy mamy w sercu, Czasem 
też patrzymy na morze, które, jak tabun białogrzywy, wali wprost 
do nas. Tu ci muszę opisać jedną szczególność. Wprost naszych 
okien, o dwieście może sążni na morzu, wystrzela samotna wysepka 
skalista. Marynarze nazywają ją Taimant, a to z tego powodu, że 
wir wody tak do niej z okolą ciągnie, że naj bieglej szy sternik ustraedz 



109 

się nie może, aby się z nawą swoją o tę samotnicę nie zahaczył. 
Czasem widzimy cały ambaras sternika i strach służby okrętowej, 
ale to nic nie pomaga, nie ma rady. — i milczą aż do podnóżka 
jej lecieć. Otóż te naszą samotnicę sąsiadkę, zgadnij, jakieś my my 
nazwali? Ja ci nie powiem. Jeżeli sobie pewien napis pod obrazkiem 
przypomnisz, może też zgadniesz. 

A ponieważ o nazwiskach mowa, nie od rzeczy tu będzie, moja 
niezapominajko, podziękować tobie za pamięć o mnie. Pytasz się mnie, 
co chcę, żeV»yś nazwala inojem imieniem przy twoim domu. Przy 
domu nic, bo kiedy w sercu twojem jestem, to będę i w domu 
z wami, ale mi mówisz, że gdzieś tam na wzgórzu, na starem obo- 
zowisku, postawisz krzyż. Otóż pod tym krzyżem, proszę cię, połóż 
kamień bez imienia, a ile razy nań spojrzysz, przypomnij sobie, że 
to jest symbol życia Józefa. Jak umrę. duch mój osiędzie na tym 
kamieniu i błagać będzie Pana za swoje grzechy ; gdyby zaś cokol- 
wiek więcej miat łaski, błagać będzie za tych kochanych, których 
zostawił na ziemi. Jeżeli jednak, mój ty kwiateezku, koniecznie masz 
fantazyę i dla cielesnej mojej pychy jaką pamiątkę zrobić, nie bra- 
kuje na Ukrainie bryłek ziemi bez miana, tych to bryłek, co to je 
mogiłami ludzie nazywają. Obierz w pobliżu na twoim gruncie dwie 
i jednej daj imię Bohdan a drugiej Józef na świadectwo, żeśmy 
proch. 

Nie bronię ja społeczności naszej, nie będę utrzymywał, że 
względem was jest sprawiedliwą. Gdyby się świat poprawił, a czę- 
ściej zajrzał do książki nabożnej, a pomodlił się czasem temi słowy : 

„Ciebie. Monarcha wieczny, od wieków' swojemu, 
Za Matkę wybrał Słowu Jednorodzonemu" — 

jestem pewny, żeby was inaczej ocenił: poprawmyż się wspólnie. 
Piszesz mi, że tylko trzy lata brakuje do twego pełnolecia i grozisz, 
że się rzeczy zmienią, że cię trzeba będzie poważać. Ja sądzę, że 
zmiana żadna nie zajdzie, bo kto chce kogo szczerze poważać, musi 
zamiłować jego przymioty, a zatem kochać 

Twój 

Józef. 1) 



^j Brat Bohdana. 



110 

Do braci Piotra Seiueneuki i Hieronima Kajsiewicza 
w R z y in i e. 

Marsylia, Endoume, Campagne Terris^ 
8. grudnia 1837. 

Najmilsi bracia! Niech będą Bogu dzięki, że wam się dobrze 
powodzi, zazdroszczę wam, żeście między dziećmi, podobno zawsze, 
a tern więcej dzisiaj tam była i jest prawda, niewinność i łaska 
Boża. Gdybym mógł się dzisiaj przemienić na dziecię, czuję, żebym 
inaczej żył i przysposobiłbym sobie czystsze, milsze wspomnienia na 
stare lata. Grzesznik stary, muszę dźwigać mój ciężki krzyż i na 
barki Chrystusa zwalać, to jest że mi odpuści, na miłosierdziu Jego 
Boskiera nadzieję opierać. Wy też, bracia kochani, dopomóżcie mi 
modlitwą waszą. 

Nie przyznawajcie nam, bracia mili, żadnej zasługi za to, żeśmy 
żądanie wasze w części uskutecznili, albowiem my jej tam nie wi- 
dzimy, gdzie jest samo tylko dopełnienie powinności i to w malut- 
kiej cząsteczce, w miarę nauki Chrystusa. Nic wam nowego, nic 
pomyślnego donieść nie mamy. Wróciliśmy na nasze pustkowie, na 
skałę nad brzeg morski i patrzymy na Ezym. Gdyby oko ludzkie 
tak daleko zasięgnąć mogło, zdaje mi się, że z okien naszych, pu- 
ściwszy wzrok po morzu, ujrzelibyśmy kopułę św. Piotra, a nawet może- 
byśmy wytropili dragona na ulicach Ezymu w trójrożnym kapeluszu. 

Celiński dogorj^wa, dzień jego pożegnania się z nami, jak 
u wszystkich suchotników, nie jest determinowany, ale o życiu jego 
żadnej nadziei. Szkoda nam dobrego brata, wszakże, gdy woli Bo- 
skiej przeinaczyć nie można, dziękować powinniśmy Opatrzności, że 
umiera na drodze łaski, jak na Chrześcianina przystało. 

Stefan Witwicki zaniemógł na piersi. Od Edwarda po wyjeździe 
waszym żadnej wiadomości nie miałem. Z listu Eustachego dowia- 
duję się, że pielgrzymował pieszo po Francyi, podobno z Eetlem, 
jednakże nie mogę sobie wytłómaczyć, dlaczego do nas nie pisuje, 
a nawet mi na parę listów nie odpisał. Nie wiem, jak temu pora- 
dzić, że Ferrari drugi raz listy płaci, proście go, niech także listów 
do mnie nie frankuje i niech mi doniesie, skoro książki odbierze, 
żebym o dojście ich mógł być spokojny. 

Bądźcie zdrowi, kochani i miU bracia, niech Bóg i łaska Jego 
święta będzie z wami. Wpraszamy się do modlitw waszych. 

Wasz Józef. ^) 



^) Brat Bohdana. 



111 

Całuję was, bracia moi, obydwóch najserdeczniej. Nie dziwcie 
się, że krótko i rzadko pisujemy. Żyjemy za światem, opodal zgie-łku 
i swarów ludzkich. Modlimy się za przesz-łośc i przygotowujemy się 
dla przyszłości. Powinniśmy, jako nowi słudzy, jako lepsi, wystąpię 
za Panem naszym. W tym celu rozmyślam o mnogich pracach- 
Moi kochani, szukajcie po księgarniach i bukinistach rzymskich 
Spechnen Ecdesiae liuthenicae przez Kulczyńskiego, Eoma 1733, 
tudzież Allemani czy Assemani o Kościele słowiańskim. Ojciec Gue 
ranger bardzo mi to dzieło zachwala-ł. Wszelkie książki, jakie znaj- 
dziecie do historyi kościelnej słowiańskiej lub polskiej, skupujcie po- 
mału. Pieniądze wam zwrócę. 

Niech laska Pana Naszego Jezusa będzie z wami ua zawsze. 
Modlimy się za was. 

Bohdan. 



Do Pana Edwarda Diiń.skiego w Paryżu. 

Endoume, 29. (/rudnia 1S37. 

Ivoehany Edwardzie I Puzawezoraj pisałem do ciebie, otóż znowu 
gonię z listem i twoje chrześciańskie prace przerywam moimi świa- 
towymi interesami. Przepraszam, kochany Edwardzie, a niemniej 
proszę o to, co następuje : 

W przeszłym liście prosiłem Januszkiewicza, ażeby umieścił 
w Wiadomościach, że Józef Zaleski wzywa Wilhelma Zalewskiego,, 
żeby się zgłosił po list do niego do Marsylii, ąuartier d'Endourae, 
Campagne Terris. Zle to zrobiłam, bo jak będą wiedzieć nasz adres, 
to mnie i Bohdana zarzucą nic nieznaczącymi listami i na koszta 
narażą, jak to nam się już przedtem w Strasł»urgu zdarzyło. Proś 
Januszkiewicza, niechaj prosto każe wydrukować, żeby się Wilhelm 
Zalewski zgłosił po list do Józefa Zaleskiego w Marsylii, poste re- 
stante. 

Poselstwo odebrałem i dziękuję ci. O pamiętniki Paska pisałem 
do Januszkiewicza, ale nie widzę icłi nigdzie w katalogu. Jeżeliby 
ich w księgarni nie l>ylo. czy nie możnaby od kogo odkupić, jabyra 
ci z wdzięcznością pieniądze wrócił. Nadto proś Januszkiewicza, 
niech mi kupi Imitation de Jesus- Christ, najlepsze tłóraaczenie, 
i jeżeli można, w najmniejszym formacie, a niech przyszłe razem 
z książkami, który cli żądałem. Przypomnij mu, co ja zrobić zapo- 
mniałem, że obiecał Bohdanowi Szafarzyka, obiecał dawno i nie przy- 



112 

syła, a Bohdanowi bardzo potrzebny ; niechże się stara obietnicę 
prędko uiścić. 

Całuję ciebie i braci serdecznie. 

Twój 

Józej. ') 

Do braci Piotra Seiuenenki i Hieronima Kajsiewieza 
w Rzymie. 

Marsylia, Endoume 10. lutego 183 S. 

Kochani moi bracia ! Zatęsi^iiiliśmy za wiadomością o was, 
chciejcież nam donieść, jak wam tam Bóg błogosławi w pracach 
waszych. My mu codzieu naprzykrzamy się o laskę dla was, przy- 
chodzimy w pomoc czystym waszym sercom. Obyż służba wasza 
w domie Bożym nas nawzajem Avspomogia i zastąpiła, w czemeśmy 
się Mu przez lata zadłużyli. Wiele, wiele zawiniliśmy, biegnąc 
owczym tropem za mądrością światową, i gdyby nie miłosierdzie 
Pańskie, możebym przynajmniej ja zupełnie był zgłupiał. Dzisiaj 
nowi ludzie z Bogiem, w Bogu i dla Boga żyjemy, a kajeray się 
za stare grzechy, przyczyńcież się i wy czasem westchnieniem za 
nami. 

Dotąd nie mam wiadomości z domu. Kordon austryacki, roz- 
ciągnięty na granicy z powodu dżumy w Odessie, przerwał komu- 
nikacye, które się drogą prywatną przez granice odbywały. Mam 
wszakże nadzieję, że niezadługo listy mieć będę. Skoro otrzymam, 
nie omieszkam wam się. bracia, uiścić z obietnicy mojej. Celiński 
pożegnał się z nami. już tam musi być w krainie wiecznej szczę- 
śliwości, bo umarł przykładnie po chrześciańsku. Edward dawno nie 
pisał, ale wiemy z ostatniego listu, że w College Stanislas konty- 
nuje nauki. Trzódka Pańska nie wiele się podobno powiększyła; 
jednakże przykład przez was dany nie był i nie będzie bezowocny. 
Mądrości emigracyjne na raz przycichły. Prócz jednego dziennika, 
Wiadomoś('i Historyczne i Literackie, nic więcej nie wychodzi. Mó- 
wią jeszcze, że jakieś pismo wydaje t. d., nie czytałem go nigdy, 
ale się domyślam, że w niem musi liyć tyle mądrości, ile w ogro- 
mnych stosach okólników. W Dzienniku historycznym pisze ktoś 
artykuły katolickie, ale bardzo słaliiutkie. Wrotnowski w^dał' w dwóch 
tomacli pamiętnik : Powstanie na Rusi. Nigdy jeszcze z pism poli- 



^) Brat Bohdana. 



113 

tycznych nie wyszło nic pożyteczniejszego na emigracyi. On pier- 
wszy dopiero najzdrowiej ocenił przesz-łość, historyę naszą i powsta- 
nie nasze, bez trwogi ani względu na partye powiedział wszystl^im 
prawdę, powiedziani z godnością i ogniem, jasno dowodząc, że liez 
Boga i bez wiary, od litórej odstąpiliśmy, nietylko do niczego nie 
dojdziemy, ale że całkiem przepadniemy. Mędrkującym naszym pu- 
blicystom dowiódł, że Polska to katolicyzm, a wojny nasze z nie- 
wiernymi — to starcie się czystej wiary z odszczepieńcami. Pamię- 
tnik ten wiele dobrego wywrzeć może na umysłach, myślących, nas 
niewymownie ucieszył, gdyby był przetlómaczony na .język francuski, 
wielkieby zrobił wrażenie. Edward powinienby wam przynajmniej 
•wypiski z niego porobić, bo godzien jest, żeby i w Rzymie był 
wiadomy. Zresztą nie masz tu nic u nas nowego, prócz że nas 
wiele ubywa. Musicie już wiedzieć o śmierci Janusza Czetwertyu- 
skiego, umarło jeszcze kilku braci, ale mi nieznajomych ; jeden sobie 
gardło poderżnął, jeden się zastrzelił. O módlcie się, bracia, módlcie 
za nami. My zawsze na dawnera miejscu w Endoume, długo tu 
jeszcze pozostać myślimy. Mamy szerokie projekta, ale realizacya 
ich od Boga zawisła. Bohdan pracuje, ja nie mogę powiedzieć, że- 
bym próżnował, bo pracę moją trudnoby z jakąkolwiek pracą po- 
równać, a modlić się, to nie pracować, to tylko pełnić chrześciańską 
powinność, czy ją zaś pełnię dolarze, nie umiem tego powiedzieć. 

Bądźcie zdrowi, kochani bracia nasi. Piotrze i Hieronimie. 
Zaska Pana Xaszego Jezusa Chrystusa niech będzie z wami. 

Wasz brat 

Józrf. 1) 

Bohdan was serdecznie całuje. 



Do Pana Bogdana Jańskieso. 

Marst/Ha, Endoume^ 28. ktcietnia 1838. 

Kochany Bogdanie, starszy bracie nasz a mój osobliwy drużbo ! 
Dzięki Bogu ! wszystko tedy jest dobrze. Nie tainiy się, że milczenie 
wasze obydwóch nas wielce niespokoiło : ja nawet gorąco, jak to 
mówią, kąpany, grzeszyłem niepomału moją niecierpliwością. Szkoda, 
że brat Edward, choć kilkoma słowy, nie oznajmił nam, na czem 
zahaczały się rzeczy. Ale to już minęło, a co było i nie jest, nie 
napisać tego w rejestr. 



1) Brat Bohdana. 

Korespondencja J. K. Zaleskiego. 



114 

Nasamprzófl . bracie, w3'powiedzieć muszn, z czem nam błogo 
i czego pełne serca nasze. Nad wszelki wyraz wdzięczniśiuy wam 
za liraterską miłość i pamięć o nas w modlitwach waszych. West- 
chnienia za nami tylu dusz wy))ranych i miłych Panu spływają ku 
nam w niebieskiej rosie, śród upałów tego świata, i codzień wiedzie 
się nam lepiej. I my, Bogdanie, spółcześnie z wami a może nawet 
i nieco pierwej, niż wy, czyniliśmy i czynimy to samo przy naszych 
pacierzach. Jak widzisz, była tedy, jest i da Bóg, będzie na zawsze 
społeczna miłość między nami. 

Przystępuję teraz do interesów. Może to was zadziwiło, a na- 
wet ubodło, że niezasłużony i najmniejszy między robotnikami w Pań- 
skiej winnicy narzuciłem się jednak od razu na opiekuna i poważy- 
łem się niejako dozorować sprawy wasze. Wymagałem objaśnień, 
raportów itd.. jakoby nieufny. Uchowaj Boże! Ja wierzę wam bar- 
dziej niż samemu sobie : poczynacie w Imię Pańskie, a więc wszy- 
stko musi być dobrze. Do tak zuchwałego kroku z mej strony mia- 
łem insze osobne pobudki. Jak ciebie, Bogdanie, bracia nasi w Paryżu, 
tak i ranie kilka osób z kraju zamianowało na starszego, raczej na 
swego jałraużnika, zamianowało takoż tacite i bez wotowania. Rad 
nierad prz3;jąłem urzędowanie, bo czułem, że poczciwe i że nie godzi 
się wypuszczać z rąk sposobności, jaką Bóg nadarza, ku służeniu 
braciom. Aby sumiennie rozporządzić nadesłanym już groszem, a ra- 
zem al)y wiedzieć na przyszłość, na co i ile żądać mam funduszów, 
potrzebuję być z wami, jak w domu. Prawda, że różnymi czasy 
Piotr, Hieronim i Edward objaśniali nas potroszę w rzeczach kato- 
lickich, że donosili dorywczo o tem i owera, ale trzeci raz odoso- 
bnieni od was na podróżach, to w pustyni, pogubiliśmy z pamięci 
drobniejsze przynajmniej szczegóły, ))ez których ani rusz. Owóż dla- 
czego żądałem raportu. Odtąd i nadal zastrzegam soljie niegrzeczną, 
moją interwencyę do wszelkich waszych spraw potocznych, a mia- 
nowicie kieszonkowych. 

Rozsądne uwagi twoje, Bogdanie, względem naszych semina- 
rzystów są dla nas już dostateczne. Piszemy się na nie obydwaj 
z Józefem i potakujem od deski do deski na wszystkie wyrazy. Za 
bytności naszej w Rzymie czuliśmy tak samo. Bolało nas, że w Sto- 
hcy Kościoła nie l^yło ani instytutów dla młodzieży polskiej, ani 
żadnej reprezentacyi duchownej, przypominającej, że i nasz naród 
katolicki. Wtedy jeszcze, w pierwszem wzruszeniu, powzięliśmy za- 
miar zbierania funduszów, któremu oto Bóg błogosławi. Zdaje mi 
■ się, że kiedyś przed rokiem pisałem nawet o tem do Edwarda, czy 
do Karola. Cieszymy się niezmiernie, że pobożna myśl, jednocześnie 



115 

w różnych głowach poczęta, dojrzewa już na owoc i że takich hidzi, 
jak Piotr, Hieronim i Edward i insi, możemy mieć w Ezymie. Nie 
sądźcie, bracia, że my po dziś dzień dawni Hberahści, że pielęgnu- 
jemy w sercach pierworodny wstręt ku Jezuitom. Za łaską Bożą, 
zbrojni już nie źle. nie oglądamy się wcale na szczekanie wolterow- 
skiej psiarni. Jezuici w niepogodzie i zawieruchach zeszłego wieku 
pływali na różnych wodach, może niekiedy do spraw politycznych 
mieszali się nieco po świecku, ale niewątpliwie spotwarzeni są naj- 
niegodniej. Nie mamy tedy nic przeciw Ojcom, opiekującym się 
braćmi. Byłoby jednak najlepiej, aby książę Odescalchi cheia.ł czu- 
wać nad nimi, bo najwziętszy, najulubieńszy dziś między kardyna- 
łami. Ujmujący samą już powierzchownością, świętobliwy i czynny; 
od rana do wieczora na nogach, chrzci, obrzęduje, wyświęca na 
księży, strzyże na mniszki, każe po włosku, po francusku i pełno 
go wszędzie. Prawdziwy to ksiądz i namiestnik Ojca świętego. I my 
poznaliśmy go z bliska, a raczej byliśmy u niego. Sam spowiadał 
i bierzmował naszą młodzież (np. chłopców na Bohdanów, a dzie- 
wczynę na Bożennę, a zatem mamy naszych zastępców), a potem 
chłopcom własnoręcznie pozapisywał w nabożnych książkach wy- 
borne nauki. Przytaczam ten drobny szczegół, jako przykład jedynie 
kapłańskiej gorliwości kardynała Odescalchi. Jakżeby to było wy- 
śmienicie, aby opiekował się naszymi młodymi seminarzystami? Ale 
do rzeczy już, do rzeczy. 

Wedle etatu, jakiś sam wyrachował, podejmuję się utrzymać 
w Rzymie czterech braci a po imieniu : Piotra. Hieronima, Edwarda 
i Turowskiego. Potrzebne na to pieniądze, t, j. 2.400 franków, są 
już odłożone. Najbliższa i najtańsza droga do Ezymu na Marsylię : 
przejeżdżającym tędy wreszcie mogę dać wesel na dom Torlonia 
w Rzymie, albo jak zechcą? Ma się rozumieć, że rok rocznie aż do 
skończenia nauk nie zaniecham kołatać, gdzie należy, o chlelj po- 
wszedni dla naszych kleryków, ale sumiennie ubezpieczać braci nie 
mogę. W narodowej naszej niedoli lada przygoda, lada denuncyacya 
zniweczy od razu i moje stosunki i całe nasze dzieło. Chrystus nasz 
potężniejszy jest od wszystkich wrogów Polski, w Nim tedy nadzieja. 
Pracujmy, nie oglądając się na jutro, na przygody i na denuncya- 
cye. Kłopota lat następnych odłożymy do lat następnych. Czyby nie 
można przyspieszyć wyjazdu Edwarda i Turowskiego? A Piotra 
i Hieronima wyzwolić co prędzej z przykrego położenia? Nie wiem, 
czy nie zobowiązah się na rok? Napiszcie mi o tern. 

Na potrzeby domku waszego posyłam 1000 franków: 1) na 
opłatę lokalu półrocznego, 2) na koszule i prześcieradła, 3 ) na spła- 



116 

cenie (Iłużków co gwałtowniejszych tak waszych, jakoteż brata Pio- 
tra i Hieronima. Za kilka tygodni może b^dę Ijogatszy, to wtedy 
pomyśhray o reszcie. Kwit mi jest potrzebny i co spieszniej 
chciejcie nadesłać. Dlatego wymagałem spółnezestnictwa Adama 
i Stefana, że mają imiona głośne w kraju i byłoby miło datkuj%- 
cym i mnie samemu, że dozorują grosz chrześciański. Jeżeli się wy- 
mówią, przestanę na pojedyńczem twojem świadectwie. 

Osobny jeszcze interes. Drugi wesel na 1000 franków, ty Bog- 
danie, albo brat Edward doręczcie osobiście posłowi Szczanieckiemu 
na rzecz komissyi funduszów. Kwit oraz weźcie. W sprawozdaniu 
ma być: Bohdan Zaleski od bezimiennych 1000 fr. Broń Boże! 
mówić skąd pieniądze. I między wami starszyzna tylko może o tern 
wiedzieć, z czyjego ramienia jestem urzędnikiem, inaczej anathema. 

Otóż i wszystko. Na zakończenie, proszę, abyście nam donieśli 
o postępie robót waszych, o każdym nowonawróconym, bo to naj- 
milsze dla nas nowiny. Nawzajem zawiadamiamy was, że w kraju 
na stepach naszych ziarno Pańskiej nauki śhcznie wschodzić zaczyna. 
Młodziuchne szczególniej pokolenie obojej płci lgnie ku wierze z ca- 
łym zapałem i żyje przykładnie, nawet ascetycznie. ^\loże który 
z młodych przyjedzie wkrótce do Rzymu, do braci naszych. 

Laska i miłosierdzie Chrystusa Pana niechaj będzie nad wami 
wszystkimi. 

Bohdan Zaleski. 

F. S. Nie wdajemy się z pogaństwem i herezyą, a wy spół- 
katolicy jesteście niegodziwi. Kto wydaje Młodą Polskę? Jesteśmy 
ciemni jak w rogu. Psim węchem wietrzę czasem Adama, to Ste- 
fana, to znowu gubię tropy. Mam prawo i obowiązek zapytać o to 
urzędownie, a o tajemnicę bądźcie spokojni, bo nie żyjemy tu z ni- 
kim. Kto wie? Może mi się podoba rozciągnąć moją pieniężną opiekę 
i nad sztuką drukarską? Pozdrów odemnie najserdeczniej Adama 
i Stefana, jak się mają? Co robią? Powiedz im, że kropię, że wy- 
kropiłem stosy, że jedne liistorye pokończyłem, drugie kończę. A co 
zaczętych? To można doprasvdy powiedzieć, jak o Aldony losach, 
cłiyba Anioł muzyki w niebiosach a czuły słuchacz w sercu swem 
dośpiewa. 

Nie spaźniaj odpowiedzi. Nie leń się, biskupie ! bo będę my- 
ślał, że cię kto z workiem przydusił w stolicy ucywilizowanego 
świata. Istotnie byłbym bardzo niespokojny. Wywiedz się także 
z boku, czy Towarzystwo Naukowej Pomocy sprawia się dobrze 
i czy ma pieniądze. B. Z. 



117 

Do Pana Edwarda Duńskiego ^\ Paryżu. 

Endoiime, 28. hoietnia 1838 r. 

Kochany bracie Edwardzie ! ,,I powiedział im też podobieństwo, 
iż sie za wżdy modlić potrzeba, a nie ustawać." Te słowa, zapisane 
u Św. Łukasza w r. 18. p. 1., wziąłem sobie za godło w życiu, od- 
kąd mnie Bóg łaską swoją nawiedził. Bóg też wszystko na lepsze 
ku swojej chwale rozrządza. Ucieszyłem się liardzo, kochany Edwar- 
dzie, wiadomością, że Adam i Stefan zajęli się tłóraaczeniem Imita- 
łion. Bogaci w skarby prorocze, to jest w słowo i w ducha, jaśniej 
rozświecą myśl świętą tej książki i z większą chwałą dla Boga 
i z większym pożytkiem dla czytelników polskich. Odstępuję więc 
zupełnie od mego zamiaru, czuję tylko potrzebę powiedzieć wam, że 
mnie nie próżność spowodowała do wyboru tej książki, ale zamiło- 
wanie nabyte w codziennem odczytywaniu nauk tamże zawartych. 
Kiechże im Bóg dopomaga i błogosławi w pracy. Dalsze uwagi co 
do tlóraaczenia życia św. Elżbiety przyjmuję, chociaż w Niemczech 
wyszły już dwa tłomaczenia, a łubom i ja znaczną część wytłóma- 
czył, zawieszę jednak moją robotę, a wezmę się do czego innego. 

Zycie św. Franciszka Salezego czytałem kiedyś jeszcze w domu. 
upodobałem w niem i dlatego chciałem tłómaczyć, lecz w egzem- 
plarzu, który tu kupiłem (Esprit de St. Francois de Sales), znala- 
złem świętość tak pomieszaną z karlizmem, że się tej roboty tknąć 
nie śmiem. Proszę cię, bracie Edwardzie, poradź się tara ducho- 
wnych, dowiedz się od nich, czyje tlomaczenie, lub oryginalnie po 
francusku napisane życie św. Franciszka najlepsze i o tem rai do- 
nieś, gdyż podług twojej dopiero informacyi tłómaczyć zacznę. 

Donosiłem ci W' pozaprzeszlyra liście, że od dwóch lat zajmuję 
się tłómaczeniami. Z przeczytanej Historyi kościelnej Fleurego i Ber- 
castela mam przeszło sto arkuszy wypisów naj główni ej szych faktów 
kościelnych, ale że te wypisy robiłem li tylko dla siebie, przeto też 
nie ma w nich związku, są urywkowe i mogłyby tylko służyć ku 
wsparciu pamięci i przypomnieniu ważniejszych faktów, lecz nigdy 
jako całość historyczna uważane być nie mogą i dlatego do druku 
nie przydadzą się. Dobrze przed waszym projektem co do tłomaczeń 
przełożyłem 15 arkuszowe dziełko pod tytułem : Pobożna Wieśnia- 
czka (La pieuse Pay sannę), czyli życie Ludwiki Polowej. Dziełko 
szczególnie zalecone wiernym chrześcianom przez wielu biskupów, 
z dodatkiem życia św. Zyty, służącej, i św. Izydora, rolnika, oraz 
z krótkimi przepisami do życia chrześciaiiskiego i z modlitwami na 
każdy dzień w t^^godniu. Treść zaś tej książki jest taka: Autor 



118 

wprowadza ułomności ludzkie i cnoty chrzęści ińskie praktycznie 
w życie, czyli, że się tak wyrażę, uosabia je w wieśniaczkę Ludwikę 
i w tych, z którymi przez ciąg życia miała stosunki. Ludwika wy- 
padkami życia wpływa na wyższe nawet stany w okolicy, a raczej 
w obwodzie całym staje się główną przyczyną znakomitej poprawy 
w obyczajach, a przykładem własnym wraca zbłąkanych na łono 
Kościoła. Kończy się opis przykładną śmiercią Ludwiki i wzorowani 
życiem jej dzieci. Zycie św. Zyty i św. Izydora wiernie przetlóma- 
czyłem, całe zaś życie pobożnej wieśniaczki starałem się przepol- 
szczyć, osobom dałem imiona polskie i rzecz całą zastosowałem, 
przeniosłem do Polski w Lubelskie do wsi Laszczowki, ale mi bra- 
kuje normalnych odpustów, to jest nie wiem, do których świętych 
obchodzą się odpusty we wsiacli okolicznych. Gdybyś znał jaką oko- 
licę kraju naszego, w którejby na przestrzeni dwóch mil mogły się 
znaleśc trzy wioski kościelne i dwa miasteczka, a szczególnie kiedy 
i do których świętych Ijywają w nich odpusty, łaskę byś mi zrobił, 
donosząc o teni, lecz wtenczas napisz, proszę, wyraźnie, jaki odpust 
i kiedy obchodzi się w każdej wiosce. Zajmuję się teraz właśnie 
przepisywaniem na czysto mojej pracy, mógłbym jeszcze zmienić 
okolice, gdyż inaczej o odpustach muszę tylko głuclio nadmienić. 

Podziękuj Adamowi i Stefanowi za rady, kłaniaj im się od nas 
obydwóch. Tobie też, mój bracie Edwardzie, dziękuję, będę się sta- 
rał z nich skorzystać i widzi mi się, iżby to nietrudno przyszło, 
gdybym umiał słowem polskiem tak władać, jak czuję sercem po 
polsku. Z tem wszystkiem wezmę Boga na pomoc, wszakże to nie 
dla chluby światowej pracować w pisarstwie zamierzam? Ani się 
napieram na świat jako pisarz Józef Zaleski. Mnie Bóg na żołnierza 
przeznaczył, w drugim roku życia mego wytrzymałem szturm Pragi, 
a potem niby zgłodniały krwi ludzkiej włóczyłem się za bojaczką 
po całym świecie, lecz kiedy przyszło na własnej ziemi dobyć oręż 
za wolność Polski, Bóg mnie podobno uznał niegodnym tych go- 
dów, kazał szablę schować do pochew i ustąpić precz z pola ! Odbi- 
cie tego upadku zraża mnie tem więcej w rzeczy dla mnie zupełnie 
nowej, i gdyby karzeł raptem urósł na wielkoluda, może by się nie 
tyle dziwił, ile ja się dziś dziwię, skąd mi przyszło pisarstwo ? Otóż, 
moi bracia kochani, kiedy pracę moją czytać będziecie, a uznacie, 
że nic nie warta, nie stanie się nic złego, że ją spalicie. Moją Po- 
bożną Wieśniaczkę przyszłe takoż pod sąd, jeżeli zyska waszą apro- 
batę, rad będę, że posłuży za pierwsze moje ziarnko dorzucone do 
obfitych zbiorów waszych, którymi chwałę Bożą ogłaszać zamierzy- 
liście, jeżeli się nie zda, nie ubędzie przez to chwały Panu. 



J 



119 

Co do interesów pienieżiiyeli, Bohdan, z laski Bożej jałniużnik, ■ 
pisze o tern obszernie do brata starszego Bogdana i rzecz ułatwia.. 
Dzięki Bogu, że na nas spojrzał miłosiernie, dzięki, że naszą win- 
niczkę pomnaża. Nieeti mu będzie cześć i cłiwała za to. I my tu 
gorąco prosimy Chrystusa, by nawiedził serca braci naszych, by im 
dał uczuć potrzebę Boga objawionego, a z nią przyjdzie i wiara 
i miłość i ufność, czyh nadzieja, że będzie lepiej, skoro się zasłużymy. 

ByUśmy I)ardzo niespokojni, nie mając od ciebie długo wiado- 
mości, nie mogliśmy bez niej odpisać braciom naszym do Rzymu, 
którym musi być markotno, że tak długo milczymy. Spowiedź mie- 
sięczna w szczególnym tylko wypadku stanie się dla nas warunkową, 
lecz pókiśmy na miejscii, odbywać ją będziemy najświęciej i wedle 
dnia wskazanego, prócz w niektórych miesiącach, odbędziem ją 
-w dzień uroczystości Patrona naszej krainy, jak n. p. w maju na 
Św. Stanisław i t. p. Dziękuję ci, kochany bracie Edwardzie, za za- 
jęcie się moimi interesami. JeżeHś do Sznajdego jeszcze nie pisał, 
napisz, proszę w sposól) zapytujący, i dołóż, że się dlatego jedynie 
pytam, żebym się przed braćmi usprawiedliwił. Gdyby ci odpisał 
i zwrócił pieniądze, natenczas wnieś je już nie do komissyi, ale na 
potrzeby domku waszego, a mnie zawsze uwiadom, żebym braci in- 
teresowanych mógł pospłacać. Polecamy się twoim świętym modli- 
twom, o tobie i. braciach przed Bogiem nie zapominamy nigdy, po- 
■całuj Terleckiego i innych braci. Jasiowi Omieciriskierau przyłączony 
Ijilecik oddaj i bądź zdrów, całujemy cię serdecznie. 

Twój brat 

Józef Zaleski. 

Zle, źle, że się Adolf osłonił płaszczykiem katolicyzmu nieświa- 
domych, a obcych życiu katolickiemu może zbałamucić, ale Bóg po- 
mieszał języki robotników Babelu, trzeba się spodziewać, że i teraz 
pysze bruździć nie pozwoli. Nie wiemy, jak to uważać. Ordężka się 
wmieszał, czyby miał także na wyprawę pociągnąć? 

Józef. 1) 

Kochany Edwardzie ! Nie chcecie ładu i porządku w robocie, 
zostawiacie wybór książki do woli każdemu. Cóż ja tedy biedny mam 
wytłómaczyć? Zapytaj braci, czy który mię już nie uprzedził z Spo- 
wiedziami Św. Augustyna? Jeżeli nie, to zasiądę nad nim i mam 
■śliczną edycyę rzymską. Jeszcze świecki interes. Niech mi Januszkie- 

^) Brat Bohdana. 



120 

wieź wypisze z Lipska książkę, której tytuł poniżej, abyś mógł 
odstrzydz ^ ). 

Pozdrawiam cię i całuję. Daj Boże obaczyc się co najprędzej 
w EndouniP. 

Bohdan. 

Do l)racł Piotra Semeiienki i Hieronima Kajsiewicza 
w Rzymie. 

Marsylia, Endoume, Campagne Terris 
1. maja 1838 r. 
Kochani bracia nasi! Utkwiła nam i w głowie i w sercu myśl 
wasza, skupienia się w kilku dla ćwiczenia się w mądrości i pobo- 
żności i ku służbie Bożej. Zaraz po pierwszej od was wiadomości 
zaczęliśmy pracować, krzątać się, to jest prosić w cichości Boga, 
żeljy tak świętym zamiarom pobłogosławił. Dzisiaj ciele.snem okiem 
przekonywamy się o łasce Bożej i o świętości tych słów Pańskich : 
„Proście, a będzie wam dano." Nie dziwcież się, bracia kochani, 
żeśmy wam dotąd nie odpisywali, nie posądzajcie nas po świato- 
wemu o lenistwo lub zaniedbanie, a posłuchajcie raczej, jak rzeczy 
się mają. Wasz list przez księży francuskich dopiero teraz odebra- 
liśmy z Paryża. Wasz na pocztę przyszedł jednocześnie z dobrą no- 
winą z kraju. Karbonkę naszą zasilono trochę i brat Bohdan został 
jałmużnikiem. Czyniąc tedy zadość obowiązkom swoim, zaraz napi- 
sa-t do braci paryskich i zażądał wykazu stanu rzeczy tak w Rzy- 
mie, jak u nich, poczem mieliśmy zaraz do was napisać. Listy nasze 
leżały kilka tygodni bez odpowiedzi w Paryżu, brata starszego Jau- 
skiego nie było tam, a bez niego nikt nie mógł odpisać. W tych 
dniach odebraliśmy żądane objaśnienia, wskutek których nasz ko- 
chany jałmużnik rozporządził w ten sposób : przeznaczył roczną bursę 
po 600 fr. na czterech braci w Rzymie, to jest na was dwóch, na 
Edwarda i Turowskiego, opłacił półroczny lokal domku w Paryżu 
i posła-ł trochę na spłacenie waszych starych dłużków. Nie czekaj- 
cież teraz odemnie, bracia kochani, cząstkowej przesyłki pieniędzy. 
Ja-łmużnik nasz przeszłe wam razem całe dwie bursy przez braci, 
jadących do Rzymu, są odłożone dla was i czekają tylko przybycia 
braci. Brat Jański zapewnie wam napisze, kiedy to nastąpi. 



^) Piewania Czernohorska i Hercehowacka, ubrane ezubrora Czoj- 
kowiczem, Lipsk u Tauchnitza mł. 1837 in 8-vo str. 335 (wedle mło- 
dej Polski). 



121 

Co do książek', których żądaliście, dawnobyśmj wam je po- 
słali, ale nie mamy przez kogo. Xasi znajomi kapitanowie ze stat- 
ków parowych toskańskich już nie jeżdżą do Cirita- Yecchia. Statki 
obydwa sprzedane, a przez nieznajomego boimy sin posyłać, zebr 
tak nie było, jak z brewiarzem Ferrarego: przez braci tedy naszych 
cztery bursy z dodatkiem książek zjawią się przed wami. Zresztą 
u nas tu nie źle. Eetel zawrócił i jest na pokajaniu w Trapie. 
Łaska Pańska rozwidnia się szerzej w sercach. Jaś Omieciński i Wa- 
lery Wieloglowski uderzyli się w piersi, wyspowiadali się i są» 
z nami. W Landach, w Bordeaus, w Montpellier wielkie żniwo, jak 
nam pisze brat Bogdan, u nas tylko w Marsylii jałowo, bo też naj- 
gorzej tam zawsze, gdzie się zagnieździli renegaty, co to zmienili 
habit na sukienkę filozofów i młodzież bałamucą. A takich mamy 
aż dwóch tutaj. 

Co tam u was słychać w Rzymie? Jak się wy macie? Jak 
pcszedł interes o lokal, napiszcie. Donieście nam, kochani bracia, 
jaka jest opinia w Rzymie o wypadkach poznańskich. Wy tam mu- 
sicie lepiej wiedzieć o wszystkiem, bo nas tu bałamucą dzienniki 
liberalne, które same zgłupiarły i nie wiedzą, czy chwalić, czy ganię 
zjawienie .się ducha. Widzą i trwożą się, że im się mądrość wy- 
ślizga z ręki i że się ich panowanie kończy. My prosimy gorąco- 
Boga. żeby wszystko ku chwale swojej na dobro skierował. 

Ivłanlajcie się od nas F^rraremu i bądźcie zdrowi, kochani 
bracia. Polecamy się waszym świętym modlitwom, a was polecamy 
Chrystusowi i łasce Jego świętej i ściskamy serdecznie. 

Wasz brat 

Józef. 1) 

Kochani bracia nasi, Piotrze i Hieronimie ! Ponieważ Józef mój 
wyczerpał już przedmiot, zostaje mi przeto jedynie pożegnać was 
i pozdrowić w Imię Chrystusowe. Zresztą Jański napisze do was 
zapewnie obszerniej, jakcj brat starszy, radzibyśmy co prędzej was 
wyzwolić z pod jarzma. Z Assemanim trudna rada. za ciężki do 
bagażów emigranckich. Możt; kiedy zamieszkam w Rzymie, to będę 
korzystał ze spólnego egzemplarza. Ale szukajcie Kulczyńskiego. 
Później napiszę, jakich jeszcze potrzebuję książek .słowiańskich, o które 
wywiecie się u duchownych dalmackich. 

Przyciskam was obydwóch do serca. 

Brat 

Bohdan. 



1) Brat Bohdana. 



122 

Do Pana Edwarda Duńskiego w Paryżu. 

Endoume, 10. maja 1838 r. 

Kochany bracie Edwardzie, zgoda. Piszę się na twoje uwagi. 
Uczyń, jak radzisz, połóż w sprawozdaniu cyfrę jakąbądź i weź kwit 
od samego Szczanieckiego, to będzie dla mnie dostatecznie. Co zna- 
czą w twoim liście podkreślone wyrazy: „boście już podej- 
rzani o stosunki z krajem". My o niczem nie wiemy. Czy 
krążą jakie wieści po Paryżu? Donieś co rychlej, aljyśmy wedle 
tego zastosowali środki ostrożności. 

Jednocześnie z twoim listem odebraliśmy i wiadomości z Rzymu, 
których treść wam udzielamy. .Jenerał Ojców JJ. wstawiał się za 
braćmi do kardynała Odescalchiego, który potem dał im posłucha- 
nie. Objaśnili mu swoje położenie. Kardynał oświadczył, że ma już 
na myśli ciche i ustronne dla nich mieszkanie, że przedstawi rzecz 
Ojcu Św. i poprze całemi siłami. Kazał przytem podać żądanie na 
piśmie, które mu bracia 30. kwietnia doręczyli. 

Z nowin wypisuję codosłownie : „Krywców jnż się od dawna 
napierał, by Białoruś do Wileńskiego i tak już niezmiernego przy- 
łączyć biskupstwa. Papież mu bardzo sucho odrzekł, że najmniej- 
szego nie widzi powodu, ni potrzeby. Teraz niedawno przed swoim 
odjazdem do Petersljurga, nalegał (Krywców) o zawieszenie biskup- 
stwa podolskiego, a na odpowiedź podobną poprzedniej pogroził, że 
.go gwałtem wyrzucą. Papież odrzekł: Wiem, że przemoc w ręku 
cesarza. " 

Nawzajem prosimy was, Edwardzie, abyście nam donosili 
o wszystkiem, co się tyczy was i rzeszy katolickiej. 

Chrystusowi Panu i Matce Jego polecamy was wszystkich ! 
Módlcie się za nas i za naszych w kraju. 

Bohdan. 

Kochany Edwardzie ! Uwagi twoje bardzo sprawiedliwe i gdy- 
byśmy przed wysłaniem do was pieniędzy odebrali byli list, który 
nas później doszedł z kraju, bylibyśmy sami na nie wpadli, tam 
coraz większe prześladowanie i postrach. Obywatelom galicyjskim, 
bawiącym u familii w naszych prowincyach, i tym, co na kontrakty 
przyjechali, nakazano w jednym dniu wszystkim wyjechać i pogro- 
żono im Sybirem, gdyby się ważyli kiedykolwiek w Rossyi pokazać. 
Zamykają się WTogi szczelnie, żeby ucisk nie miał odbicia w Euro- 
pie. Jeżeli nam tutaj smutno i tęskno, nieweselej a okropniej bie- 
dnym naszym rodzinom w kraju, i ja się ciebie pytam, czy to po- 



123 

dej rżenie odniosłeś do dawnych faktów, czy też krąży co nowego 
o nas. potrzeba nam to koniecznie i prędko wiedzieć. Czy jest Adam 
Mickiewicz w Paryżu i gdzie stoi, donieś, proszę. Będziemy, bracie 
kochany, szczerze modlić się do Matki Boskiej. Wszakże to Ona orę- 
downiczka naszej Korony. Ulubione miejsca cudów tej Matki sierót 
tylko we Włoszech w Lorecie i w naszej biednej Polsce, w Często- 
<*howie i w Poczajowie. Będziemy prosić, żeby spojrzała miłosiernie 
na biedne sieroty, rozproszone po całej ziemi, i żeby nam pozwoliła 
zgromadzić się kiedy w przybytkach Jej ulubionych, a dziękować 
za dobrodziejstwa. Proszę cię, nie zapomnij mi odpisać na radę, 
której żądałem co do najlepszego życia św. Franciszka. 

Całuję cię serdecznie, braci wszystkich pozdrów od nas, łaska 
Jezusa Chrystusa niech będzie z wami, a modlitwa wasza za nami. 

Józef. 1) 

Com napisał o kraju, niech między wami w cichości zostanie. 

Do Pana Adama 31iekicwicza. 

Endoume, 29. czericca 1838 r. 

Kochany nasz Adamie! Gzy uwierzysz temu, że aż teraz do- 
piero dostaliśmy twój list, taki miły i ciekawy dla nas pustelników ? 
Biskup Jański, leniwiec nad leniwcami, niemal przez całe dwa mie- 
siące ciemiężył mię najokrutniej : nie pisał ani słówka o pieniądzach, 
które mu wszakże na zażądanie posłałem. Ma się rozumieć, że w gło- 
wie mojej poetyckiej skleciłem był, Bóg wie, jak straszną historyę, 
a co najgorszego, że w takim niepokoju nie mogłem ani pióra wziąć 
do ręki. Najnieznośniejszy dojutrek ! ale nie łaj go, Adamie, bo obie- 
cał poprawę, a przytem się przyznał, że się ciebie boi. Na przyszłość 
jednak pozwól, abym na twoje ręce wyprawia^ł fundusze dla katoli- 
ckiego domu. Chodzi mi głównie o kwity, a ty łatwiej napędzisz 
tam Jańskiego do tak wielkiej roboty. Tą rażą wypłać mu 200 
franków na książki religijne, aby mieli co czytać nasi nowonawró- 
ceni po zakładach. 

W tych czasach, mój Adamie, miałem wiele umartwień, że po 
dziś dzień nie mogę przyjść do siebie. Jak się kiedyś umysł mój 
wypogodzi, to szeroko rozpiszę się przed tobą o moich literackich 
płodach. Pomimo podróży i różnego rodzaju roztargnień, pracowa- 
łem dużo w tych dwóch ostatnich latach Mniej więcej cztery to- 



^) Brat Bohdana. 



124 

miki, owoż owoc nowego żjcia. Ale ów długi mój poemat ^) urwał' 
się na połowie, bo zwiclmąlem był lot w inszą okolicę ducha, a teraz 
ani sposobu zawrócić się. Badbjin go co prędzej skończyć i począć 
już autorstwo na własną rękę, bo niemiłosiernie mię trapią owe 
świeże wydania moich dawnych fraszek. Owóż mam projekt, z któ- 
rego tobie jeno samemu się zwierzam. Da Bóg, za kilka miesięcy, 
to jest na początku listopada a może i wcześniej zjadę do Paryża. 
Chcę zamieszkać gdzie na przedmieściu, a nawet w St. Denis lub 
Montmorency i przez jakie półrocze przysiedzieć dobrze fałdów, az 
dośpiewam poematu. Tymczasem możeby się udało ułożyć z Jeło- 
wickim i zacząć druk pierwszych przynajmniej tomików. Czas jest, 
jak powiada pan Franciszek, pozować się. Ale ów Paryż, och! 
Paryż. Tak już odwykłem od miasta i łudzi, że oljawiam się nie- 
zmiernie, aby mój pokój i natchnienie nie pomknęły na cztery wia- 
try. Ze twoja historya, Adamie, idzie niesporo, to poprostu dla owego 
uhcznego gwaru, który chcący i nie chcący zaiiituje ci do uszu. 
Gdyby to można przyczaić się gdzie w kącie, a puścić pogłoskę, że 
jestem gdzie o sto mil. Ale Polonia wytropi wszędzie. Nie wiem 
doprawdy jak uczynić. Dajno, Adamie, jaką mądrą radę, aby można 
i żyć z wami i mieć poetycką pogodę. Już też i tęsknię do was 
czasami. Jak to ja się wam wydam w nowej skórze ! Kozak skato- 
liczały, to nielada ciekawa figura. 

Prosimy cię, kochany Adamie, naj pataty ezniej, cliciej nam 
udzielać i nadal nowin świętycli i świeckich, bo się szczerze niemi 
budujem i cieszym. Ale, ale dostałem z kraju mnóstwo almanacłiów 
i poezyi. Młodzi nasi naśladowcy są zuchy. Jakto odrwiwają cenzora 
Borowskiego! Niektórzy wybornie i myślą i piszą. Mój Michał Gra- 
bowski kropi o katolicyzmie z niesłychaną powagą i śmiałością. 
Eupielewski i Januszkiewicz wieleby się od niego nauczyli. Inszy 
wyśmienity prozaista zowie się ksiądz Trynkowski, a najwyśmienit- 
szy Michał Wiszniewski. Zapewnie musisz znać Wiszniewskiego 
dziełko pod tytułem : Charaktery rozumóu- ludzkich. Między poe- 
tami najzdolniejsi Kotoni, Jezierski, Krause, Groza, Sakowicz, sami 
Ukraińcy, co do formy zaś zarywają trocha to na ciebie, to na 
mnie, a więc i ja pater familias. Odkładam o tem gawędę na in- 
szy weselszy czas, a teraz zostawić jeszcze muszę miejsce dla mego 
Józefa, który ma pilniejsze podobno interesa. Proszę mię nie obga- 
dywać przed swoją śliczną panną. Naj szkaradniej sza potwarz. Boh- 
dan nie jest ani łysy, ani wąsaty wcale. Uwszem wyrósł, wypiękniał 

^) Złota Duraa. 



sobie, że niewątpliwie podoba się i matce i córce. Tymczasem ca- 
łuje rączki i jednej i drugiej, a jak przyjedzie na zalecanki z cu- 
kierkami w kieszeni, to nie wiem, czy kto nie rzuci mu się na szyję. 
To nie pomoże: Herulka młoda pójść musi za Kozaka. 

Pozdrawiam cały dom mijrzulej, a cieljie, kocliany Adamie, 
ściskam. 

Bohdan Zaleski. 



Do Pana Adama 3IickieTvicza. 

Endoume, 30. czerwca 1838, 
Campagne Jerris par Marseille. 

Szanowny i kochany Adamie! 31ierni ludzie zwykli ślepo wie- 
rzyć pochwałom, a co gorsza często się potem w pychę podnoszą. 
Z twoją znajomością serca ludzkiego nie godziło się tym sposobem 
kusić mnie do grzechu. Wiesz też, co ja sam myślę o mojem pi- 
sarstwie? Oto, jak czasem list do kogo piszę, a bardzo pióro stalowe 
rozmaeham, to mi się zdaje, że sztuką krzyżową szablą wywijam. 
Na tem się ogranicza cała wartość moja pisarska, już mi to i Boh- 
dan przyznał, że pisać prędko umiem. Na czem zaś talent dobrego 
pisarza zależy, przyznam się szczerze, że dotąd nie wiem. Estetyki 
prawie żadnej nie czytałem, a wedle własnego wniosku sądzę, że 
to szczególny dar Boży, nad wszystkie inne obtitujący w łaskę Du- 
cha, w słowo. Mniemam także, że aby dobrze pisać, potrzeba głę- 
boko czuć i myśleć i wiele umieć. Takich własności nie na!)ywa się 
przez komendę wojskową, a ja od dzieciństwa prawie wychowałem 
się w obozie, i to, co tam kiedyś napisałem do Edwarda, że w dru- 
gim roku życia wytrzymałem szturm Pragi, to prawda. Uwóż, Panie 
Adamie, na żołnierza się przydam, ale na pisarza? myśleć o tem 
za późno. 

Z ostatnim listera mojej żony odebrałem dla ciebie 600 fran- 
ków z takiem samem godłem, jak pierwej : „Powiedz Adamowi, że 
to od jego blizkiego.' Pospieszam z odesłaniem ci tej sumki. Józia 
moja obiecuje sama przyjechać, ale nie myślę, żeby to prędko na- 
stąpić mogło, bo tam w naszych stronach znowu trwoga. Galicya- 
nom, u nas bawiącym, paszporta cofnięto, a szpiegostwo pod różnemi 
postaciami rozpostarło się po doma,ch naszych. 

Przypadł nam bardzo do gustu twój projekt, Panie Adamie, 
ale, o ile wiemy, bracia nasi w Algierze są pod wpływem dwóch 
ludzi, których ja nie znam, a o których Bohdan źle trzyma: Boski, 



126 

wiceprezydent Towarzystwa patryotyeznego w Warszawie, rekomen- 
dacya nie wielka, Mękalski podobny. Z takimi ludźmi nie wiele da. 
się co zrobić ; z tern wszystkiem, gdybyś znał któregoś z braci 
w Algierze, lub wiedział, do kogo można się udać, lub osądził, że 
w każdym razie podróż się na co przyda, napisz, a w ten moment 
wyjadę. 

O sukcessorze, mającym przybyć, czy już może przybyłym, 
wiedzieliśmy dawno z listu Plichciny do mojej żony, który szedł na^ 
moje ręce, a którym rozpieczętował. Życzymy najszczęśliwszego roz- 
wiązania dla Pani. Życzymy wam obojgu, żeby do tej ślicznej Ma- 
rylki, o której nam, jak o cudzie ósmym piszą, przybył cliłopczyk 
i chował się szczęśliwie. Niechaj Marylka nie przyjmuje zalecanek 
Bohdana; nie wąsaty, nie łysy, to prawda, ale w swojej poetyckiej 
fantazyi często powtarza, że gdyby miał żonę, toby największą miat 
rozkosz kijem ją okładać. Natura wilka ciągnie do lasu. Kozak zawsze 
Kozakiem. Widziadłem go niedawno przy dziewczynie, której się chciał 
podobać, jak mu się oczy świeciły, kiedy go nazywała wilczkiem. 

Pani samej i t. d. 

Twój 

Józef Ziileski. ^) 



Do Paua Hieronima Kajsiewieza. 

Endoume, 5. lipca 1838 r. 

Kochani bracia Piotrze i Hieronimie ! Już podobno minęło dwa 
miesiące, jakośmy ostatni list do was posłali ; korrespondujemy wiec 
wcale nie po światowemu. Doprawdy nie mamy o czem pisać z na- 
szego Endoume. Ale co najgorszego, że i bracia paryscy nie są 
żwawsi od nas. Czy uwierzycie, że na list mój z pieniędzmi siedm 
tygodni nie dali odpowiedzi ? Umartwili nas niepospolicie. Od nieja- 
kiego czasu brat Jański za pokutę kropi dzień po dniu ogromne 
listy. Ślubował poprawę i względem was. Donieście mi. czy dotrzy- 
mał słowa, ale nie łajcie go za lenistwo, bo już dostał za swoje. 
Źle i bardzo źle, że Ojciec św. odmówił wam klasztorka. Jesteście 
tedy jak na lodzie, bez opieki w stolicy katohckiego Kościoła. Bra- 
cia kochani, wytrwałość! Niech się dzieje wola Pańska! Będzie kie- 
dyś inaczej, lepiej, musi być inaczej, lepiej. I Adam wielce jest 
utrapiony waszą przygodą. Z tem wszystkiem Jański wyprawia^ 



1) Brat Bohdana. 



127 

w przyszłym miesiącu Edwarda, Turowskiego i Hubego. Nie wiem, 
Gzy to do)3rze? Posłałem im moje uwagi. Edward nam nieco zacho- 
rzał, siedzi u doktora Terleckiego w Meaux. Kranas, Kamocki, Omie- 
ciński mieszkają już w domu paryskim. Adamowi urodził się syn 
na dzień św. Władysława, a więc Władysław Mickiewicz, jak Wła- 
dysław Jagiełło. Owóż i wszystko. Sonety Hieronima wyborne, co 
do formy jeno zaniedbane. 

Całuję was, bracia, najczulej w Imię Pana Naszego Jezusa 
Cłirystusa. Bohdan. 

Józef was pozdrawia i ściska po bratersku. Nie mogliśmy zna- 
leść ostatniego waszego adresu i dlatego posyłamy list do ks. Ar- 
dini. O pieniądzach, którem dla was przygotował, nic nie piszę, bo 
musicie się wprzódy porozumieć z Paryżem, i czy będzie sposób 
osiedlenia się spokojnego w Rzymie. 



Do braci Piotra Seiuciieuki i Hieronima Kajsiewieza 
y\ U z y m i e. 

Endoume, 18. sierpnia 1838 r. 

Kochani bracia nasi. Piotrze i Hieronimie ! Pojutrze a raczej 
21. b. m. opuszczamy Endoume i jedziem prosto do Paryża. Wedle 
listu Edwarda zastaniemy ich jeszcze na miejscu. W Paryżu tedy 
na zgromadzeniu braci starszych powiem słowa prawdy Bogdanowi 
i jak zawyrokują, tak postąpię sobie z pieniędzmi, które odłożyłem 
na rzecz waszą. ( Jddawna rad l)yłem pozbyć się tego interesu : ale 
co poczniesz z niedecyzyą i lenistem Bogdana? Ostrzegam was, 
abyście się nit; spuszczali na mnit; w przyszłym roku, komunikacye 
z krajem są nadzwyczajnie tnulne i niebezpieczne i sam żądać będę, 
aby ustały nadal składki, bo ta rzecz prowadzi prosto na Sybir. 
Okropności niesłychanych dopuszcza się car w kraju obecnie, a nie- 
lepiej dzieje się i w Galicji. W głębi serca bolejemy i o naszych ko- 
chanych, wyobraźcie sobie, że od kwietnia nie mamy od nich ni 
wieści ni słychu, a z boku dochodzą nas zatrważające pogłoski. 
Kochani bracia, prosimy was, abyście na ich intencyę wysłuchali 
mszy Św. 

W Paryżu samym mieszkać nie myślimy, osiądziem zapewne 
w Montmorency lub gdzieindziej. Może rozpocznę druk pism moich. 
Nowin mieliśmy pełno od Edwarda, ale przy pakowaniu rzeczy za- 
trząsł się gdzieś list. W ogólności kilku nowych nawróciło się naj- 



128 

przykładniej, dom paryski pełny, że aż muszą przynajmować drugi 
poboczny. Władysław Adama zdrów. Adam żali się nam na Młodą 
Polskę, która tiarą papieską przykrywa dość świeckie cele. Zowie ją 
karczemką Januszkiewicza et Comp., którą wystawili obok kościoła, 
bo się ludzie poczynają schodzić na odpust itp., itp. 

I my, kochani bracia, poruezamy się waszym modlitwom, bo- 
śmy smutni bardzo, a musim jeszcze ruszać między ludzi. Módlcie 
się, módlcie się za nami. 

Niech łaska Pańska będzie z wami teraz i na wieki wieków. 
Amen. Bohdan. 



Do Pana Seweryna Groszezyńskiego. ^) 

Sevres (Selne et Oise), 4. iwześnia 1838 r. 

Kochany mój Sewerynie ! Za pierwszym słychem o tobie w dzien- 
niczku emigracyjnym, napisałem z Marsylii jeszcze 15. sierpnia list 
szeroki do Lenzbourg w Szwajcaryi. Słych okazał się fałszywy, 
a więc i list mój zaległ na poczcie: możesz go atoli reklamować, 
bo frankowany aż do miejsca. Pozdrawiani cię dziś znowu, witam 
i przyciskam do serca z całą rzewnością najstarszego przyjaciela 
twego na tułactwie. Tyle lat i przygód przeleciało nad głowami na- 
szemi, nie wiem. czy na jednych dziś płyniemy wodach, ale serce 
moje dla ciebie pozostanie jednakie, póki mnie. 

Od tygodnia jesteśmy tutaj. Zamieniłem lubą, cichą, pogodną 
Prowancyę na chłodny, gwarny i niepoetycki Paryż. Cóż rol)ić? 
Januszkiewicz pokazywał mi twój list. I ty chcesz do Paryża. Dobrze, 
wyśmienicie, utęskniam za twym przyjazdeui, kochany Sewerynie! 
Po staremu donieś mi o swoich finansach i upoważnij do starania 
się o paszport dla ciebie. Zdaje się, że najlepiejby było, abyś wprzódy 
dostał się do Wersalu, a stąd podał się o żołd i przesiedlenie do 
Paryża. Zresztą Wersal, Sevres i Paryż, to niemal jedno miasto, 
a wkrótce droga żelazna zbliży je, zwiąże ściślej. Napisz co spie- 
szniej do nas. Czuję, w jakim odmęcie umysł twój z powodu roz- 
strojenia i niejedności emigracyjnej. Sewerynie, bądź na baczności, 
rozpatruj się długo i powoli, za nim coś postanowisz z sobą. Rada 
moja tem szczersza i serdeczniejsza, żem na wieki wieków pożegnał 
politykę. Po prostu powróciłem do starego rzemiosła, piszę wiersze 



^) Listy Bohdana Zaleskiego do Seweryna Goszczyńskiego pocho- 
dzą ze zbiorów ]\Iiizenm Polskiego w Rnppcr.^wylln. 



129 

i myślę, że to jest, eo najpożj^teezniejszeo-o robie mogę na emigra- 
cyi. Kraj i emigraeya, to dwie rzeczy wcale różne, tam ruch i dzia- 
łania potrzebne i konieczne. Stąd cię uwielbiam, kocham, żeś wy- 
trwał. Potem o tern. 

Bądź zdrów, drogi i kochany mój druhu ! 

Bohdan. 

Chwała Bogu, żeś z nami, kochany Sewerynie, nieraz zatrwo- 
żyliśmy się o ciebie. Wieści gęste, ten złapany, ten uwięziony, ten 
wydany Eossyi, biegały u nas często, a my z Bohdanem po każdej 
takiej mówiliśmy : Co się tam dzieje z naszym Sewerynem V Wyglą- 
damy twego przybycia, poleć nam wszystko, co sądzisz, że będzie 
potrzebnem do ułatwienia ci przyjazdu. Będziemy się starali wszy- 
stko ułatwić, nim przyjedziesz, donieś, czy nie wiesz, co się dzieje 
z Ignacym Kulczyńskim? Całuję cię i pozdrawiam. 

Twój 

Józef. 



Do Pana Seweryna OoszczjTiskiego. 

Quai St. Nicolas 84 a Strasbourg. 

Sevres (Seine et Oise),- rue de Yaugirard 22 
15. turześnia 1838 r. 

Nasamprzód, mój drogi, o twoim interesie. Widzieliśmy się 
z Nabielakiem. Zdaje się, że krząta się ochoczo o przesiedlenie dla 
■ciebie. Pokazywał nam urzędowe świadectwo Eybiuskiego na kapi- 
taństwo. Powiada, że ma plecy przed sobą jakiegoś krewnego Mon- 
talivet'a. W^yśmienicie ! Z tera wszystkiem nie obiecuje wcześniejszego 
końca negocyacyi aż chyba po trzech tygodniach. Nie pomału mnie 
to niepokoi, bo radbym cię co rychlej uściskać. Krótsza byłaby 
sprawa kołatać do ministra przez Montalemberta, ale na nieszczę- 
ście wyjechał nam gdzieś do Belgii. Potrzeba tedy uzbroić się w cier- 
pliwość, robić co można i jak można 

I ów list twój, Sewerynie, któryś wysłał do Marsylii, i ów 
list, taki rzewny a kochany, odebrałem właśnie onegdaj. „Czy i wy 
także doświadczyliście smutnych wrażeń ? Czy to jest rodzaj emi- 
granckiej choroby? Czy ona na zawsze zostanie? itd." Uśmiechną- 
łem się we łzach na tę dziewczęcą naiwność poety. Czy i ja do- 
świadczyłem tego? Przypomnijno, stary mój druhu, że to ja wie- 
czny zadunajski ptaszek, że tęsknię tak siódmy rok za Polską, 

Korespondencya J. B. Zaloskicsu. ^ 



130 

a dziewiętnasty za Uiirainą; że pi-ZHbolałem mój żywot i zestarza- 
łem się w smutkach pooj czystych, poród zinn3'ch. Przez wiele lat 
uczę się, podróżuję, piszę, a zawszem jednaki, nigdzie i niczem roz- 
targnąć się nie mogę. Owóż ta e m i g r a n c k a choroba drapie- 
mię, kurczy bez ustanku aż w śpiku i we wnętrznościach: zmieniła 
powierzchowność mego ducha i dumne, jak pamiętasz, czoło wbiła 
głęboko pod Krzyż Chrystusowy. Błogo mi dzisiaj cierpieć. W tych 
słowach tkwi rozwiązanie alluzyi poprzedniego mego listu, że pły- 
nie m y może na r ó ż n y c h w o d ach. Myślałem o niesmakach 
i rozczarowaniu, jakie cię dotkną między nami, śród różnojęzycznego 
gwaru a gorączkowego szamotania się braci spółwygnauców. Mój 
Sewerynie, nie gniewaj się, chciałem z tobą po staremu hj6 szcze- 
rze; chciałem cię odstręczyć od bezcelnej i drobnej polityki emi- 
granckiej. Polityka nasza, polityka twoja i moja jest w poezyi. 
W życiu jak na żegludze, ten przez czyją gtowę przeleciał już bał- 
wan, podaje rękę temu, któremu jeszcze grozi, i dlatego nie gniewaj 
się za a 1 1 u z y ę i radę! 

Nie wiem, drogi Sewerynie, czy dobrze wybrałeś Paryż da 
pracy. Mnie tu nic nigdy nie inspiruje. Mickiewicz takoż od 
kilku lat nie pisze i ucieka na wieś. Dla nas, cośmy się porodzili 
i wyhodowali na wsiach, nie sposób żyć w mieście, a jeszcze w mie- 
ście cudzem i takiem hucznem i smrodliwem, jak Paryż. Cięzko,^ 
o! ciężko tu dychać poecie. Przytera utrzymanie drogie i niewygo- 
dne, a powszedni zgiełk, hałas, płotki, werbunki, kwasy itp., itp. 
Mówię to z doświadczenia. Ja tu przez trzy lata nie wziąłem pióra 
do ręki. Począłem pisać w Strasburgu, więcej w Molsheim, a naj- 
więcej w mojem odludnem Prowanckiem Endoume. Żebyś ty znał 
Endoume ! Tęsknię za niem, jak za kochanką. Przyjecha-łem tu dla 
druków, ale uda się, czy nie uda interes, za miesiąc łub za dwa pu- 
szczam się znowu, nie wiem jeszcze w które strony. Prace moje 
nie wszystkie pokończone, ale mam gotowych na 4 lub 5 tomików, 
nb. wszystko to napisałem w dwóch i pół ostatnich łatach, a oprócz, 
tego jeszcze wiele a wiele próżnowałem na podróży włoskiej i w Pro- 
wancyi, że można śmiało odciąć połowę mego czasu. Żniwo zatem 
obfite : w Paryżu nie napisałbym tyle przez sto lat. Nie posyłam 
ci wyjątków, bo za widzeniem się (daj Boże, co najrychlej !j odczy- 
tam ci rękopisma od deski do deski. Ciekawym bardzo, jak ci &i% 
wydadzą. Dotąd, oprócz kilku domowym, pokazywałem je tylko Mi- 
ckiewiczowi. 

Czy edycya twoich pism wyszła w Lipsku? Pamiętam, że mi 
ktoś o teni donosił z kraju. Twoją Dolinę Ivościeliską znam z uryw- 



131 

ków, jakie był}' w Ziewonii, a podobno i lirycznych poezyi wydru- 
kowa^łeś nie mało. Dziękuję ci, mój najdroższy, za nowiny o Jasiu ^) 
i Michale 2). Ze się Michat ożenił, wiedziałem z ']Qgo Koliszczyzny ; 
ale z kim, jak i czy syna ma, czy córkę. Donieś mi, proszę, poszcze- 
gółowo. Literatury i krytyki tom I. odebrałem niedawno, ale wyszedł 
już II. i IlL, czy nie masz z sobą. Nie możemy się z Mickiewiczem 
nacieszyć Mich aktowym rozumem i dyplomatyczną przebiegłością. Al- 
manaki, Birutę i Rusałkę nadesłano mi ze Lwowa, a więc znam się 
z młodymi pisarzami. Jak się powodzi Bielowskiemu, Siemieńskiemu 
i całej galicyjskiej literaturze, napisz obszernie. Słyszałem, że w Sło- 
wiaiiszczyźnie po uszy, ale co to za Słowiańszczyzna, nie wiem. Czy 
tropią za Hanką, Szafarzykiem itd.? Ja takoż serbskich poezyi mam 
na tomik, a więc psim węchem z różnych okolic gonim w jedną 
knieję. Z domu, kochany Sewerynie, od kwietnia nie mamy żadnej 
wieści. Z boku wiemy, że Józefowa była prześladowana. I ja, mój 
kochany, mam na Ukrainie, jak ty w Galicyi, nowych a najserde- 
czniejszych przyjaciół, których nie znasz nawet z imienia. I ja po 
twojemu tęsknię za moimi. Tem ciężej i boleśniej nam żyć na c z u- 
żyni. Jąkam też za Wirgiliuszem: Haeret lateri laetaUs arundo! 
Bądź zdrów, mój stary druhu ! Całuję cię najserdeczniej. 

Twój 

Bohdan. 

Kiedyś do ciebie porządniej i szerzej napiszę, bo dziś umysł 
mam jak na fal-ach, a w ciele najprozaiczniejszą ociężałość. Leniłem 
się nawet poszukać lepszego pióra. Ale między nami wszystko ucho- 
dzi, możemy być chociaż w rohe de chambrc. 

Ładna, ładna Koliszczyzna ! Szkoda, że w dykcyi nie dość poe- 
tyckiej prostoty, zawsze coś zosta-lo z dawnej Michałowej maniery: 
za to rozum dojrzał naj kompletniej. Czy widziałeś się z Witwickim 
w Strasburgu V On takoż wyrósł na polskiego pisarza. Najdoskonalej 
kalkuje Zygmuntowców, ale tylko kalkuje : myśli po staremu, 
nie głęboko. Dość, dość na dzisiaj. Uściskaj jeszcze od nas oby- 
dwóch kochanego wujaszka Bobińskiego, powiedz, żeśmy zawsze dla 
niego ze starą miłością, a czemu też kiedy do nas nie napisze ? Nie 
pytam się o ducha w kraju, bo za widzeniem się szeroko myślę 
kwesty ono wać. Wszak to podobno sześć lat, jakoś my się pożegnali 
w Tatrach? Co to wody upłynęło? Gdzie ja nie był? Com nie wy- 



^) Krechowiecki. 
^) Grabowski. 

9* 



132 

cierpiał? A t}*, mój Sewerynie, jeszcze więcej. Słyszałem, żeś utył, 
a ja przeciwnie schudłem i poczynam siwieć. Kandydat, jak widzisz, 
do inszego świata. Tera lepiej ! tem lepiej ! 

Bohdan. 

Kochany Sewerynie ! Gdybym ciebie nawet był nie znał' nigdy 
i nie szacował, musiałbym cię kochać, tyle przez pięć lat nagadał 
mi o tobie Bohdan i tak dobrze dał rai cię. poznać, ale i ja sam, 
kochany Sewerynie, od pierwszego zetknięcia się z tobą umia^łem 
ciebie ocenić i rozraiłować się w tobie. Przybywaj do nas, Sewery- 
nie, pókiśmy tutaj, może rozerwiesz trochę mego samotnika, który 
mi bardzo zasumował. On tara tylko wesoły, gdzie, jak ptaszek, 
i śpiewać może głośno i latać swobodnie, tak było w Prowaneyi, 
tutaj wcale inaczej, tu każdy jego śpiew głuszą światowe gawędy, 
a on surauje i raa racyę. Szkoda Ignacego ^), jeżeli wpadnie w szpony 
niemieckie, a zanadto tam znany, żeby bezpiecznie mógł zostać. 
Pozdrów, Sewerynie, wujaszka ^) najserdeczniej, znam jego leniu- 
szka i nie gniewam się za to, ale przynajmniej niechaj nam czasem 
doniesie, że zdrów. Powiedz mu, że go zawsze jednakowo szacuję 
i kocham. Niechaj się wujaszek pokłoni ładnie odemnie Weszerostwu. 
Całuję cię serdecznie, kochany Sewerynie, i pozdrawiam. 

Józef. 



Do Pana Seweryna (Troszczyńskiego. 

Paryż, 1. listopada 1838 r. 
Niegodziwy, okrutny Humański Neronie! ^) Coś ty mię namar- 
twił twojera milczeniem ! Myślałem po emigrancku, że jakieś plotki, 
że się gniewasz i Bóg wie co ! Chwała Bogu, nic się nie stało złego. 
Aleś ty chory, mój Sewerynie! Co ci jest? Donieś mi na Boga. 
Pokazuje się, żeś ostatniego mego listu nie odebrał. Wyprawiłem go 
12-go czy 13-go października na Quai St. Nicolas do Strasburga. 
Nie mogę dziś obszerniej pi.sać, bo śród hałasu w cudzem mieszka- 
niu, a chodzi mi głównie, aby ci co prędzej posłać pieniądze. Wy- 
syłam więc 250 fr. pod jedynym warunkiem, abyś mi o nich nigdy 
nie wspominał. Oczekuję na twój list obiecany i na zawiadomienie 



^) Kulczyński. 

2) Bobiński. 

■"*) Przezwa dana Goszczyńskiemu w szkole w Humaniu. 



133 

o pieniądzach, a wtedy i ja do ciebie obszerniej napiszę. O interesie 
Siemieuskiego zapytam się księdza Jelowickiego (nb. onegdaj wszedł 
do seminaryum). 

Co słychać z kraju? Od Michaiła"? Napisz, napisz mi zaraz. 
Kartki do ciebie i do Siemieńskiego przywiózł, jak pisałem. Cichocki. 
Uściskaj nieznajomego Siemieuskiego. brata po gęśli słowian skiej. 
Jeśli wam bieda emigrancka pocznie dokuczać, po bratersku udajcie 
się do mnie, a zawsze podzielę się z wami. Trzeba ci wiedzieć, że 
nie źle stoję w interesach i stałbym lepiej, żeby się otworzyły ko- 
munikacye moje z krajem. Ach! ach, Sewerynie, jestem bardzo 
smutny. Uciekam z Paryża za miesiąc i Bóg wie, kiedy rozpocznę 
druk moich pism. O tern potem. 

Witwicki, w którego stancyi ten list pisze, poleca, aby cię 
pozdrowić najserdeczniej. 

Mandat wydany jest na twoje imię, ale jeśli sam nie będziesz 
mógł pojechać do Strasburga, napisz na drugiej stronie: „Payez; 
a lordre de Mr." ... i datę z podpisem, na kogo zlecisz odebranie. 

W głowie mam. jak w trybunale, a tyle miałbym rzeczy do 
pisania, na później, na później, Sewerynie. Dłużny ś mi dwa listy 
i przeprosiny za rai leżenie. 

Wujaszka, Weszerostwo, poczciwą panią Bistenoff pozdrów 
odemnie. 

Już nie mam dziś czasu. 

Bądź zdrów, mój drogi I Bohdan. 

Mandat jest do bankiera strasburskiego, Eenouard de Bussiere. 

Do Paua Seweryna Groszozyńskiego w Molsheim. 

Paryż, '2. listopada 1838 r. 

Otóż, mój Sewerynie, wczoraj na Wszystkich Świętych zam- 
knięte były banki paryskie, a więc rad nie rad odłożyć rausia-lem 
na dziś moją expedycyę. 

Widzia-łem się z księdzem Jełowickim. Mówiłem o Ziewonii. 
Zdaje się, że nie ma ochoty do kupna, bo lęka się, aby tym sposo- 
bem nie naraził swoich korespondentów w Galicyi. W ogólności 
nie tak to łatwo zbyć tu rękopisma. Płacą ladajako autorom, a do 
tego wymagają rzeczy nowych, oryginalnych, patryotycznych itp. 
Zresztą całą spekulacyą księgarską trudni się raczej Janiiszkiewicz. 
Pomówię z nim. 

Nie zwlekaj odpowiedzi, bo będę się znowu trapił. 

Twój Bohdan. 



134 

Do Pana Leonarda Chodźki. 

Shres, 3. grudnia 1838 r. 
Szanowny Ziomku! W roztargnieniu, jak się to nam zdarza, 
nie postrzegiem się, że Pamiętniki Niemcewicza zapakowane są mię- 
dzy książkami, które mam na prowincyi. Ead nie rad odwołać tedy 
rausze onegdajszą obietnicę. Przypadkowo znalazłem tu u Januszkiewicza 
właśnie tom VI., który z prawdziwą wdzieczno.ścią ci zwracam. 
Świętej pamięci E. Wodziński miał tak przed laty postąpić, ale 
przyjmuję na siebie całą winę i po tysiąc razy jak najserdeczniej 
przepraszam. 

Daj Boże! odsłużyć się czem nawzajem po literacku. 

Życzliwy 

. J. B. Zaleski. 

Do Pana Seweryna Ooszezyńskieao. 

Paryż, 8. grudnia 1838 r. 

Kochany mój i drogi Sewerynie ! Piszę w cudzej stancyi, to 
jest u poczciwego Nabielaka, a więc i dzisiaj niedługo. Od kilku 
tygodni żyję zupełnie jak na falach, że zaledwie na noc wracam do 
siebie : nieszczęście domowe Mickiewicza naj główniej szym tego po- 
W'odem. Pocieszam go, pomagam, ile mogę. Uteskniam jednak nie- 
wypowiedzianie do samotności i do literackich zatrudnień. Zdaje się, 
że za tydzień będę już o kilkanaście przynajmniej mil za Paryżem. 
Widzisz tedy, że nie przez lenistwo, ani przez wstręt literacki byłem 
dotąd milczący. Rok temu z mojej pustyni nadmorskiej pisywa-łem 
na Ukrainę ogromne listy, jak najprozaiczniejsza istota. 

Dowiaduję się od Ludwika, że wkrótce tu nadjedziesz. Ja za- 
mieszkam zapewne w Fontainebleau, a więc nag*adamy się do woli 
za wszystkie czasy. Zawczasu zapraszam cię do .siebie i to zaraz 
nazajutrz po przyjeździe do Paryża, choćby tylko na parę dni. Po 
drodze, w Chalons, nie zapomnij wyratować mego dawniejszego listu. 

W tych dniach dostaniem z ki-ąju Amcryl-anke Tyszyńskiego, 
tudzież II. tom „Literatury i krytyki'. Michaił nasz przewyborny pi- 
sarz : nie mogę się nadziwić jego rozumowi i poczciwości. Czytuję 
tu dzienniki nasze petersburskie i poznańskie i widzę wszędzie wielki 
ruch i postęp umysłowy. Dążenia nie ca-łkiem czyste i swojskie, ale 
da Bóg, będzie wkrótce lepiej. Pomówimy o tera ustnie. 

Pozdrów Siemieńskiego. Nie wiem, o jakim zamyśla dzien- 
niku. Ja nie mogę się odrywać od railszyełi prac i dlatego nic nie 
obiecuję. Zresztą nie wiera nawet, czy będę pisa-ł po staremu, bo 



135 

Tinacznie ochłódłera w smutkach serdecznych i roztargnieniu kilku- 
miesiecznem. Obaczymy później. Chciałbym jednak zebrać się na 
druki, pomimo wstrętu do stanu autorskiego. Ponieważ obaczymy 
się niebawem, a więc rozprawy literackie odkładam aż do tej bło- 
giej dla mnie chwili, a teraz, teraz przyciskam cię najczulej do ko- 
chającego łona. 

Twój najstarszy druh na ziemi. 

Bohdan. 

Do Pana Seweryna Ooszezyńskieao w Molslieini. 

Fontainebleau, 31. t/rudnia 1S3S r. 

Kochany Sewerynie! Kończę rok 1838 listem do ciebie, a daj 
Boże w nowym uściskać się co najrychlej w starych ukraińskich 
uczuciach ! Od czterech dni jestem na nowej siedzibie. Eozgościłera 
«ię już nieco w moich kątkach : cicho i ładnie, ale ciasno i wcale 
nie ciepło. Po Endoume nigdzie nie będzie dobrze, wszakże lepiej 
tu niż w Paryżu i w okolicy. Obecnie w dziwnem rozkołysaniu się 
mego serca, w nierozwiewnych smutkach poojczystyeh. porodzinnych 
i poraiłośnych, Bóg wie, czego mi się zachciewa. Najbardziej 
Titęskniara do jarzącego słońca, do wysokiego i błękitnego prowan- 
okiego nieba. Wątpię, abym tu w Fontainebleau wiele pisał. Z pier- 
wszą jaskółką powrócę zapewnie znowu na południe. Długo trzebab}^ 
pisać, dlaczego porzuciłem śliczną moją pomorską pustyńkę : wierzaj 
mi, że nie dla druków. Ty wiesz dobrze, mój Sewerynie, jaki nie- 
przezwyciężony wstręt miałem zawsze i mam do sztuki gutember- 
gowskiej. Autorstwo! to najnudniejsza proza. Wolałbym raczej z gę- 
sią w ręku przechadzać się po słowiańskich uroczyskach i siołach, 
jak sławnej pamięci pra - praojcowie guślarze! Moja, panie bracie, 
rzecz kochać, śpiewać i nie troskać się wcale o to, jakim sposobem 
dowie się świat o mej miłości i pieśniach. Doprawdy, ja piszę, jak 
modlę się, z potrzeby serdecznej i dla moich kochanych, to jest dla 
Matki - Ukrainy i dla kilku dusz spółczujących. a więc dla małej, 
bardzo małej gromadki. Z tera wszystkiem Je-łowicki daje mi na 
pierwszy raz kilka tysięcy franków, a Mickiewicz z resztą drużyny 
literackiej niemiłosiernie kuszą i może, może puszczę w obieg choć 
parę tomików drobnych poezyi. Zachowaj to wszystko. Sewerynie, 
w tajemnicy, bo nie lubię na powierników cudzych ludzi, a z tobą 
po staremu chcę być szczerym. Okoliczności mogą się zmienić za 
pierwszym pomyślnym wiatrem z Ukrainy, a wtedy albo drukuję, 
albo uciekam co tchu za morza. Ty o wszystkiem będziesz wiedział. 



136 

Nawzajem, Sewerynie, donieś mi o sobie dokładniej niż do tej 
doby. Masz podobno i żołd i pozwolenie do Paryża. Kiedyż więe 
zawitasz w te strony? Jakom pisał w liście Nabielakowyra, nie za- 
niechaj zaraz mię odwiedzie. Po tylu latach rozłączenia, oprócz po- 
trzeby serc naszych, są i światowe pobudki wyspowiadania się przed 
sobą ze wszystkich nowych myśli i uczuć A wiersze? a polityka? 
Mara- wiele na podorędziu rad i uwag, które odrzucisz, czy przyj- 
miesz, ale ja dopełnię przynajmniej moich obowiązków starego przy- 
jaciela. Co ty piszesz? Nie taj się, mój drogi, przedemną, jakieś to 
w niedawnym liście uczynił. Widziałem śliczną wiedeńską edycyę 
twoich pism, ale tylko widziałem, zdaje się, że same stare rzeczy. 
Czy nie masz co Siemieńskiego poezyi ? Ja znam tylko kawałki 
w Ziewonii, a podobno, że ogłosił królodworski rękopis i coś więcej. 
Eadbyra to wszystko czytać. I ja nie nowicyiisz w rzeczach słowiań- 
skich ! Obaczysz. 

Kto jest ów Łukaszewicz? Czy nie autor książki o HistoryŁ 
literatury, której także nie znam ? Pisz mi najobszerniej o literaturze 
krajowej, bo my tu ciemni jak w rogu. Przez emigrancką niewia- 
domość niepotrzebnie konkurowałem z Bielowskim, jako tłómacz. 
Pieśni serbskich i nie moja wina, jeśli który którego zakasuje. Stało 
się! Jakie nowiny masz ze Lwowa? Co porabia kochany i poczciwy 
August? itp. O wszystkiem napisz mi obszernie i co spieszniej pod 
adresem : Fontainebleau (Seine et Marne), rue St. Louis nr. 3. 

Obydwa z Józefem całujemy ciel)ie, tudzież wujaszka i Siemieńskiegc- 

Twój Bohdan. 

Pozdrów swoją poczciwą gospodynię od nas i cały dom We- 
sclierów. Jak ja kocham twoje Molsheim. Wielem, wielem tam pisała 
a co przebolałem w sercu, to Bogu tylko wiadomo. Pozdrów jeszcze 
wieżę strasburską, ona zna różne moje tajemnice, o których świat 
nigdy się nie dowie. 

Po zapieczętowaniu listu przeglądałem książki moje i wypadła 
mi kartka, którą kiedyś przepisałem dla miłej mi Ukrainki. Owóż 
(pomyśliłem) jakby naumyślnie podarek noworoczny dla Seweryna t 
Posyłam ci ją tedy jako rzecz drobną i malej wagi, ale która ci 
przypomni zawsze twego Bohdana. Ma się rozumieć, że z asie ko- 
mubądź pokazać, bo to z dłuższego poematu, a w urywku nie ma 
żadnego sensu. Potem nie chcę, aby oprócz przyjaciołom znajome 
były komu wiersze moje przed wydrukowaniem. A więc nikomu ! ! I 
Żebyś ty znał insze moje dumki. Mickiewicz powiida, że na klęcz- 
kach należy je słuchać. Potem o tera. 



137 



Do Pana Jana Omieeiuskieso w Paryżu. 



Fontainebleau, rue de France nr. 60, 
7. stycznia 1839. 

Kochan}- Jasiu ! bracie mój w Chrystusie ! Zwlokłem odpowiedź, 
moja wina. przyznaję sit- i proszę, odpuść. Dotąd, mój Jasiu, ani 
powinności braterskiej, ani posługi, nie ograniczaliśmy zobowiąza- 
niem. Xa sercu człowieka -chrześcianina Bóg zapisał słowem swo- 
jera tę naukę: ..Czyń dobrze!" — a nie położył granic, poty tylko 
czyń dobrze. Nie z pychy i próżności, ale z pokory i zamiłowania 
tej Św. nauki będziemy prosić Chrystusa Pana, żeby nas w niej 
utwierdzał i dał środki zadość jt^j zawsze uczynić. Lecz, gdy jak 
piszesz, do uporządkowania twojej administracyi potrzebna ci pewna 
wiadomość o ilości funduszów, donoszę ci więc, że z grosza tuła- 
ckiego Bohdan będzie płacił miesięcznie 5 fr.. a ja 3 fr. AJoże tej 
kwoty nie będziesz regularnie co miesiąc odbierał przez unikanie 
kosztów pocztowych, ale w rachunku kładź ją za pewną, bo albo 
przy okazyi, zacząwszy od Nowego Roku, będziemy ją odsyłai'. albo 
za bytnością jednego z nas w Paryżu do rąk ci opłacimy. 

Mojemu ukraińskiemu śpiewakowi praca tii idzie sporo. Bóg 

błogusławi, bo chwałę Jego wdzięcznie śpiewa. Co do mnie jestem, 

jak on, niedba^ły ogrodnik, wyrywam garściami, ale zapóźno, stare 

cłiwasty, co zgłuszyły rolę duszy, która także coś lepszego urodzie 

była powinna. A czy Bóg niewczesnej robocie zectice odpuszczeniem 

pobłogosławić? Nie wiem i skłaniam się na łono twoje braterskie, 

prosząc, nie zapominaj o mnie starym grzeszniku w modlitwach. 

Ca-łuje cię serdecznie 

brat Józpf. ') 

Wszystkich kocłianych braci pozdrów od nas serdecznie w Panu. 
Przyszlij mi adres rzymskich braci, bom winien im odpis, a jeżeli 
nie masz, proś Walerego, niechaj mi przyszłe, którego także za wi- 
dzeniem się, też i Teofila serdecznie ucałuj. 

Życzyłbym sobie, aby 20 fr., które do składki dałem na po- 
dróż Ratolda, wpłynęły także do kasy braterskiej, ale to tylku wtedy, 
jeżeli mu poszły dobrze interesa i jeżeli zamożny powrócił. 

Jak się zobaczysz ze Stetanem Witwickim, powiedz, że go ca- 
łuję, a jak będziesz pisa.ł do mnie. donieś nam, jak się ma Adam 
i pani Adamowa, list twój możesz do Michałowego przyłączyć, który 
mi zapewne odpisywać będzie. 



^j Brat Bohdana. 



138 

Do Pana Seweryna Goszczyńskiego w 3Iolslieim. 

Fontainebleau, 21. stycznia 1839 r. 

Sewerynie ! strasznie rai tęskno za tobą. Serce, jak ptaszek, 
szamoce się do ciebie, wieszczy humaiiski mój druhu! Wszak 
to nas dzisiaj nie przedzielają morza, ni góry, ni Prusaki ! Dwie 
jeno doby w lekkim, wyśmienitym francuskim dyliżansie stoją 
między nami. Uzbrojonyś takoż należycie i przeciw najazdom kon- 
stytucyjnych żandarmów. Insze zawady, o jakich pisałeś, pusta kie- 
szeń i t. p. to są drobnostki, hajdamako! Ale zima, zima, a tyś 
«hory, biedaku ! to prawdziwie nie żarty. Owoż tak uczyń, drogi Se- 
werynie! Parę miesięcy ochraniaj się, lecz się, a pisz, śpiewaj, bo 
czuję w duszy, że coś nam zaśpiewasz niesłychanie pięknego. Około 
Św. Józefa będzie cieplej, a więc nie oglądając się w prawo, ni 
w lewo, zabieraj manatki i drapaj ku Paryżowi. Póki nas, mój 
kochany, damy sobie jakoś radę. Między sobą nie potrzebujemy się 
drożyć. Mogę ei posłać paręset franków i więcej, a da Bóg i daleko 
więcej. Przecież to, oprócz starej przyjaźni, jednoczy nas dziś i emi- 
grancka bieda! I ja kiedyś nie powstydzę się zapolować w twoim 
worku, albo pożyczyć u ciebie koszuli. Bądźmy z sobą, jak byliśmy 
przed laty, to wszystko pójdzie najlepiej. 

Dopiero onegdaj nadesłał mi Nabielak twoją kolendę. Wczoraj 
w niedzielę przeczytałem niemal wszystko, oprócz Ossiana, bom Sło- 
wianin z pod pogodnego nieba, i nie mogę długo wysiedzieć w usta- 
wicznej mgle. Robi mi się zaraz straszno i zimno aż w piętach. Od trzech 
lat nie miałem w ręku twego Zaniku. Przez ten czas tyle człowiek nadu- 
mał się, naśpiewał po różnych okolicach, że niewymownie uradowany 
powitałem się z Nebabą, Orlika i całą hajdamacką drużyną. Nie chcę cię 
chwalić w oczy: aleś ty c z o r t i biada ci na wieki wieków, jeślibyś dłu- 
żej zależa^ł swe pole. Ja przepróżnowałem całą młodość hanie- 
bnie, ale przecież ocknąłem się niedawno i ocknąłem się na cierniach. 
I ty, bracie, kopnij się no! a kopnij z kopyta, to dościgniesz mnie, gdzie 
tam, wyprzedzisz wszystkieli, ilu nas jest' Serce, kozacze ho- 
łubcze, Eoby a roby najłuczsze! — Teraz ci, mój Sewery- 
nie, dziękuję ślicznie za podarek ^) i daj Boże ! aby kiedyś moje ra- 
moty równie cieljie uweseliły. 

Od kilku dni odżyłem nieco do pracy po nudach paryskich. 
Kropię po 100 wierszy i więcej za jednym zamachem, a ty wiesz, 
że to się nazywa natchnienie i że takie wiersze najlepsze. To wszy- 



^) Pisma Seweryna Goszczyńskiego. 



J 



139 

stko nie zwykło trwać clliigo, a przytem i wewnątrz jestem 
nie swój. Nie mam dotychczas ni wieści, ni słyeliu od moich 
z Ukrainy i serce dzwoni mi, jak na gwałt. Co mnie najwięcej 
trapi? To, że nie mogę dokończyć mego poematu, tak rozstrzelił 
się duch mój w różne strony. Mam innych drobniejszych rzeczy 
niemal na cztery tomiki, ale poematu drugi tomik jeszcze nieskoń- 
czony. I nie wiem, czy już będę miał kiedy humor po temu. Poe- 
mat mój zowie się po prostu Złota Duma, a treść ze starych pol- 
sko-ukraińskich dziejów. Eeszty dowiesz się przy czytaniu. 

Ezuciłem w tej chwili wzrokiem na twoją kolendę. Co też ci 
się plecie w głowie? Starsi my przyjaciele! Przecież to w r. 1818 
staliśmy razem u Garncarza, a rokiem przed tem i więcej już by- 
liśmy jak najściślej. Eozmarzyłem się o tem i zaleciałem myślą da- 
leko, w milsze czasy i miejsca ! Wszak to ja z tobą w piękny letni 
wieczór chodziłem do sławnego typografa humańskiego za pałacem 
i powracając, czytaliśmy owe wiersze, o których wzmiankujesz 
w przedmowie. Pamiętam po dziś dzień papitr sinawy i początek : 

Ledwie co Ukraina z popiołów powstała. 

Szkoda, żeśmy wtedy nie utrzymywali dziennika życia, jak 
w Warszawie! Hej! hej, Sewerynie, czego ja nie pamiętam! Ja żyję 
rozpamiętywaniem lat milszych, minionych. To już nawet stało się 
c i a ł e m - p i e ś n i ą. Dajmy już temu pokój, boby nie było końca 
listowi. Muszę jednak w tych czasach napisać wiersz do ciebie, 
z owych lśniących chwilek, nanizać niby pacioreczki na twoją szyję 
i myślę, że mi się to uda. 

Coby to jeszcze napisać ? kiedym się już raz rozmachał. Po- 
<;zątek listu niespodzianie literacki, a więc radbym i dokończyć po 
literacku. Powiem ci, że niepomału trapi mię Michał ^). Czuje i my- 
śli wybornie, a pisze zawsze po staremu z moskiewska po francusku. 
Literatura i krytyka jego wymierzone są przeciw duchowi cudzoziem- 
skiemu, a przesiąkły na wskroś jakąś nieswojską wonią. Gorszę się 
tem bardziej, że tu i ówdzie znajdziesz parę stronnic napisanych 
wyśmienicie po polsku. Jeśli nam emigrantom nie wolno kaleczyć 
języka, to im w kraju grzech nieodpuszczony, zwłaszcza, że o to 
dzisiaj najgłówniej idzie. 

Autor Amerykanki, Tyszyński, nie posiadający ani bystrości, 
ani rozumu Michała, a przecież w tym względzie baczniejszy. Ba- 
czniejsi i Kraszewski i dziennikarze poznańscy, chociaż głowy tuzin- 

^) Grabowski. 



140 

kowe. Zdaje mi się, że najlepszy dziś prozaista w kraju jtjst M. Wi- 
szniewski, także nie orzeł' co do myśli. Między emigraeyą kształci 
się tu na niepospolitego pisarza Felix Wrotnowski. Poetów krajo- 
wych nie znam należycie. Naśladowcy twoi i moi niedaleko zalecą, 
bo nie mają naszej imaginacyi. W Paryżu drukuje kilka poematów 
Słowacki. Nie wiem, co to będzie, dotychczas mię nie zbudował, 
ale zwiedził kawał świata, był w Egipcie, Syryi, Palestynie i może 
co nowego w niego wstąpiło. A czytałeś też Romanse kozaka Mi- 
chała Czajkowskiego, powieści Wernyhora, Kirdżali i Bóg wie, jakie 
historye słowiańskie i niesłowiańskie, jakie bywały i nie bywały na 
tym podniebnym świecie ? Imaginacya nadzwyczaj świeża i świetna, 
ale niedbalstwo i zarozumiałość niesłychane i prawdziwie kozackie. 
Dokazuje, jak znarowiony koń tabunowy, aż się wy szasta. Z tern 
wszystkiem nasza to krew, kość z kości naszych ! Dosyć, dosyć już 
na dzisiaj, bom aż zmordowany, a jeszcze mam upahć choć kilka- 
dziesiąt wierszy zaczętego poemaciku. 

Gdzie się obraca twój brat Władysław? twoja siostra, która 
była przy Gurowskiej? i reszta rodziny? Nie odebrałeś, widzę, po 
dziś dzień mego listu, który pogonił za tobą do Bar le duc, a tara 
były ukłony od Chaborskich ^). Zenon pod Orleanem a Floryan 
w Paryżu i dobrze mu się powodzi. Nasz poczciwy kulas, Antoni 
Ohrząszczewski, w Orleanie podobno profesorem. Tomaszewscy z dzie- 
ćmi w Tours biedują ; podobno Sarnecki nie nadsyła im oddawna 
funduszów. Oto wszystko ! Widziałem się raz z Zieńkowiczem, al& 
zdaleka tylko, nie mam do niego nabożeństwa, a kiedyś ci powiem 
dlaczego. Żebyś wystarał się dla mnie o dziełko Łukaszewicza? 
bom jeszcze nie czytał, a bardzo jnstem ciekawy. Pozdrów okoli- 
cznych przyjaciół i znajomych, którzy nas mile tam spominają, 
a mianowicie kochanego Bobińskiego i Siemieńskiego. 

Ściskam cię najserdeczniej za siebie i za mego Józefa : samljy 
się zapewnie przypisał, ale że mieszkamy od siebie daleko, wolę 
więc prosto list zanieść na pocztę. Zresztą bądź pewien, że wszyscy 
moi serdeczni są razem i twoi. Bohdan. 

Do Pana Seweryna Goszczyńskiego w Strasburgu. 

Fontainebleau, 1. Jcicietnia 1889 r. 

Kochany Sewerynie, co też ty ze mną nie wyrabiasz ? W osta- 
tnim liście (przede dwoma miesiącami) pisałeś, że przenosisz się 

\) Koledzy ze szkól' humańskich. 



141 

z Molsheira do Strasburga. Myślałem, że mi przecież przyślesz swój 
adres. Cały takoż Marzec wedle dawnej obietnicy wyglądałem na 
miłego mi gościa. Napróżno! Nie wiem wcale, co się z tobą dzieje 
i dlatego urzędową drogą przez prefekturę ścigam cię po Alzacyi, 
jak aresztanta. Och ! mój Sewerynie, co to ja nie przebolał w sercu 
mojem przez te kilka tygodni ! Odebrałem takie nowiny z kraju ^), 
ze odcłiodziłem niemal od przytomności i nieprędko, nieprędko, 
może już nigdy nie powrócę do dawnej pogody duchowej. Ukraina 
moja i wszyscy moi tam najmilsi srodze uciśnieni. Więzienia i wy- 
gnania, to powszednie tam rzeczy, nawet dla niewiast i dzieci. Za- 
pewnie wiesz o wszystkiem przez korespondentów halickich. A nasz- 
że biedny Jaś?^) Utracił najpierwej Leszczynówkę •^), potem oboje 
dzieci, a na końcu i samego powieźli ku Tobolskowi. Zmiłuj się, 
czy nie wiesz co o ]\Iichale? Zdaje się, że i on nie uchowa się 
nam w tycłi czasach, bo prześladowania wymierzono głównie prze- 
ciw literackim i religijnym polskim dążeniom. Michał ku końcowi 
bardzo był nieostrożny. W Tygodniku Petersburskim pisał sobie, 
jakby w Ne^\'jorskim. Donieś mi wszystko złe, jakie doszło do twego 
słuchu. Nie powiększysz już mojej biedy, bo cierpię po najuko- 
ctiańszycti. Niecti się święci wola Boża! Wszystkie moje widoki 
i nadzieje w niwecz się rozchwiały. Com przez kilka lat szył z ta- 
kiem oczarowaniem, rozpruło się, gdzie tam ! rozmotało się do osta- 
tniej nitki. Siedzę też, jak mruk, i nie mam już wcale ochoty sno- 
wac na co nowego. Kiedyż więc ostatecznie pojawisz się w Paryżu? 
Za przyjazdem do Paryża napisz kilka słów do mnie, ;i przyjadę 
sam po ciebie, albo w^skażę statek parow^y, który cię wysadzi prosto 
"W moje objęcie. Radbym, abyśmy trzy lub cztery dni przeżyli sam 
na sam. Nie uwierzysz, jak utęskniam do zapoznania się z Siemień- 
skim. Może przy tym liście załączę parę liter i do niego. Nie zo- 
stawiaj go W Strasburgu, trzymajcie się w kupie obydwa. To mąż 
(a może dopiero chłopię) niepowszednich zdolności, a co wyśmienit- 
S7;e, prześliczna dusza. Wasza Ziewonia spodobała mi się niewypo- 
wiedzianie. Twój Pszonka przedni, a w lirycznych poezyacłi dość 
powiedzieć, żeś zawsze to same stare Sewerynisko, niby wiatr ukraiń- 
ski, syczący stu żądłami i grzechocący dębami po borze. 



^) Żona Józefa Zaleskiego i jego siostra, Felicya z Zaleskich Iwa- 
nowska, zostały wysłane w głąb Rossyi za utrzymywanie koresponden- 
cyi z Józefem i z Bohdanem Zaleskim. Skutkiem tego wszelkie kore- 
spondencje z Ukrainą zostały zerwane przez długie lata. 

^) Jan Krechowiecki, kolega i przyjaciel ze szkół humańskich. 

^) Majątek Krpchowipokich w powiecie humnńskim. 



142 

Trąby iv Dnieprze umiem na pamięć. Kawałek to z treści, ducha- 
i barw}' najświeższy, najwalniejszj w nowej polskiej literaturze. Uści- 
skajże odemnie jak najsilniej obiema ramiony młodego brata guślarzal 

Teraz mi smutno, że nie znacie moich nowych sztuk ła- 
manych, bo i ja rozmogłem się nieco i stężałem. Parę lat śpie- 
wałem na całe gardło, a teraz po staremu położę się i pocznę- 
sumować aż do lepszych czasów. Przyjeżdżajcie no obydwa! Na- 
piszcie mi coś przecież o Auguście. Jego Henryk dobrze i srogo- 
wyłazi z pod pleśni wieków, ale niekiedy potyka się jak po kamie- 
nistej drodze. Eysunek Augusta nie tak pewny i śmiały, jak Łucyanowy. 

Jakiś M., domyślam się, że Magnuszewski, nie całkiem dla 
mnie jest zrozumiały w swoich poezyach. Widzi mi się, że poluje 
w ciemnej kniei, że strzela w ogromnego niedźwiedzia, w Pychą. 
Boję się, aby go ten zwierz drapieżny nie pożarł. Jeśli to jego 
Schadzka artystów, to co inszego! Tam jest majster, pomimo, że 
Aleksander po polsku mówiący i słuchający razi bardzo nieprawdą. 
Daruj mi, Sewerynie, po starej przyjaźni tę krytyczną gawędę, nie- 
powiadaj o niej nikomu, bo rodzaj poetycki z natury swojej wszy- 
stko za żywo bierze do serca, a nie chce obrazić na siebie ludzie 
których szczerze kocham i poważam. Owszem, jeśli mię kiedyś uzna- 
cie za godnego, to włączcie do swojej Szajki Halickiej, bo dusza 
i sercem mam się ku wam, a jeśli już tego nie dokażę, co wy, to 
przynajmniej, jako stary feldfebel, znam się na obrotach wojskowych 
i nie zmylę kroku. Owoż napisałem, ile starczyło papieru. 

Parę temu tygodni byli tu u mnie mimochodem kulawy Chrzą- 
szczewski i Zenon Chaborski. Zenonowi umarła siostra Teofila z po- 
łogu, a w^ kilka dni i mąż jej, Teodor Czarkowski. Zastrzelony zo- 
stał przypadkiem na polowaniu. Smutek tedy i u nich. Stary ojciee 
napisał dumkę po rusku z prośbą do nas, abyśmy, ty albo ja przeło- 
żyli ją na piękne po polsku. Pokażę ci kiedyś tę dumkę, Teofila 
miała lubić poezyę i wielce nam obydwom była przychylną. Wiem, 
że Seweryn Pilehowski był u ciebie w Strasburgu. Nie moja rzecz, 
badać tajemnice polityczne, chociażem nie w ciemię bity. Daj 
Boże! aby to Avam wyszło na lepsze, niż reszcie emigracyi, od tylu 
lat sjsamocącej się w czezości. Ivoniecznie przywieź mi Królodworski. 
rękopis i co bądź pisał Łueyan. 

Do widzenia się, kochany Sewerynie ! Napisz do mnie zaraz, 
bom cierpiący i smutny na śmierć, ale dla ciebie zawsze jednaki 
w sercu. Mój Józef obydwu was z Łucyanem całuje i pozdrawia. 

Bohdan. 

Mieszkamy rue de France Nr. 60. 



143 

Do Pana Łiieyana Siemieńskiego. 

Fonfainehhau, 1. hicietnia 1839 r. 

Szanowny Ziomku! Cztery biedy, jakie w tych czasach powa- 
liły się na moją głowę, tudzież Sewerynowa opieszałość w nadesłaniu 
mi swego adresu spóźniły aż po dziś dzień moje podziękowanie za 
Zieironiją. Nie podziękowanie za podarunek literacki, Ijyłoby to jeno 
uchybienie przeciw światowej grzeczności, które łatwobym naprawił 
po wydrukowaniu własnych pism : ależ boję się czegoś gorszego 
i dlatego spieszę się z wynurzeniem ci uczuć moich, choć w kilku 
wyrazach. 

Zapewne wiesz z doświadczenia, kochany Ziomku, jak błogie- 
to są chwilki, kiedy coś nowego, świeżego bardzo oczaruje poetycką 
duszę. Jak błogie ! a jak rzadkie to są chwilki w życiu ! Takie 
chwilki winienem tobie. Szczerze, po prostu i bez długiego omawia- 
nia powiadam ci, Łucyanie, że twoje Trahy iv Dnieprze zagrały mi 
w uszach i sercu prawdziwie po czarnoksięsku. Na te mocne, roz- 
ciągłe a swojskie dźwięki nie posiadałem się w mojem wiel- 
kiem rozradowaniu. Od razu umiłowałem i pieśń i piewcę. Owóż 
po sławiańsku z chlebem i solą, z rozpostartemi ramiony wychodzę 
na powitanie miłego mi gościa i brata po wieszczu Bojanie. I ja, 
kość z kości starosławnych ojców! i bliższy tobie, niż się domyślasz. 
W nieznanych ci moich pieśniach pospłaeałem nasamprzód dłużkt 
Bogu i Matce, którą i ty kochasz, Matce Ukrainie : ale przecież tu 
i ówdzie dzwonię już śmielej w gęśl narodową, niby na przygrawkę 
ku inszym czasom. Nie ustawajno, bracie, na nowej, pięknej i oso- 
bnej swojej drodze. Nam na żałobę przystoi się ozwać szerszeni i sil- 
niejszem p oz d wonne m niż Kollara i Czelakowskiego. Tyś młod- 
szy i uczeńszy w rzeczach domowych odemnie, a więc większe- 
brzemię musisz wziąć na barki : jestem pewny, że mu sam podołasz^ 
ale znajdą się i tacy, co dopomogą. O mnie radbym, abyście kiedy 
powiedzieli : „że Bohdan ze krwi i mleka swojej sławnej I^odzieielki, 
co w Dumie ukraińskiej pozostało z dźwięków starosłowiańskich, po- 
chwycił jakoś słuchem z powietrza." Bracie Łucyanie, dalejże do gęśli. 

Kończy się już papier, już też i nie mam o czem pisać. Sewe- 
rynowi powiedziałem, co sądzę o inszych kawałkach w Ziewoniil 
Nie uwierzysz, jak utęskniam zaznajomić się z tobą osobiście, po- 
mówić o tem i owem, a najbardziej używać już inszego, milszego 
miana niż Ziomek itp. Dziś przepraszam jeszcze za śmielsze może 
epitety, niż między iiiezuajoinyiiii i»rzystoją, i pozdrawiam najuprzejmiej. 

Bohdan Zaleski. 



144 

Do Pana Adama Mickiowieza. 

Fontainebleau, 3. maja 1SH9 r. 

A więc, kochany Adamie, odważam się już ostatecznie na 
drukowanie moich wierszy i odważam się wedle twojej rady na dru- 
kowanie w Poznaniu albo we Wrocławiu. Obliczyłem wczoraj ka- 
wałki, które mogą wytrzymać cenzurę pruską czy aiistryacką 
i widzę, że złożą trzy tomiki. Resztę na drugie trzy tomiki ogłoszę 
później w Paryżu : może też ku jesieni, albo ku zimie dokończę 
i Złotą Bunię. Porozumiej się, mój drogi, co rychlej z Raczyńskim, 
czy zechce podjąć nakład ? czy nie będzie w tern jakich przeszkód 
miejscowych. Względem liczby exemplarzy, formatu itp., tudzież 
wynagrodzenia autorskiego, spuszczani się, zupełnie; na was. Radbym, 
aby mi wyznaczono rocznie pewne (piiintum aż do wyprzedania 
dzieła, bo dochody nasze domowe ustaną na długo, a może na za- 
w.sze. Jeśli mi zapłacą exemplarze z góry, tern lepiej. Rękopis będzie 
gotowy w pierwszycli dniach lipca, ale niech wskażą pewną drogę 
do przesyłki. Umyślnie opóźniam nieco sprawę, bo nie chcę naglić 
w przepisywaniu mego Józefa, a i sam jeszcze muszę mimo niego- 
dziwego łiumoru wypalić rozprawę o Serbach i Pieśniacli słowiań- 
skicłi. Między poezyami memi będzie tylko '/,; starych, co lepszycłi 
a i to przerobionych. Jeśli wolisz drukować bezimiennie, czy 
pod pseudonimem i na to zgoda! ale wtedy wyrzucić potrzeba 
stare rzeczy, a rękopism rozdzielić na dwa spore tomiki. Radź 
i rób, Adamie, jak się tobie zdawać będzie najlepiej i o wszystkiem 
zawiadom zaraz Raczyńskiego. Pieniądze może mi przysłać na twoje 
ręce, bo i my za parę miesięcy pociągniem ku okolicom szwajcar- 
skim. Kiedyż z pewnością opuszczasz Paryż? Józef i ja radzibyśray 
<}ię jeszcze uściskać przed odjazdem. Goszczyński spłatał mi praw- 
dziwie kozacką sztukę. Wetknął mi do rąk ową broszurę strasbur- 
ską o Konarskim, którą dopiero na statku parowym przeczytałem. 
Ma tu przyjechać po św. Stanisławie, ale tymczasem zapytam się 
go, co znaczy takie postępowanie ze mną. Nie gniewam się wcale, 
co jednak ta przeklęta polityka nie broi złego na świecie ! Wszak to 
najstarsze, najświętsze związki między ludźmi rozstrzyga w lot, jak 
nożyczkami ! Ludzie nas, panie Adamie, ciemiężą nielitośeiwie, 
z tem wszystkiem nie damy się im. W Bogu nadzieja. 

Całuję cię i pozdrawiam. 

Bohdan Zaleski. 



145 

Treść moich tomików do Poznania: Przenajświętsza Rodzina, 
Hymny, Poezye Duchowe czy Liryczne (nie wiem jak nazwać), 30 
Dumek i Szumek, Rozmaitości i stare rzeczy, Pieśni serbskie. Cho- 
dzi mi bardzo, jako poczynającemu w cechu autorskim, o dobrego 
korektora, bo przyznam się, żem niemocny w punktuacyi. 

Pozdrów Witwickiego i powiedz, niech mi doniesie, kiedy się 
puszcza do wód, bo mam dla niego polecenia na drogę. Niech ta- 
koż kiedy niekiedy zajrzy do tygodników petersburskich, czy pisze 
Grabowski i pod jaką datą? Jeszcze jedna okoliczność. Może dobrze, 
Adamie, aby nikt w emigracyi nie wiedział o moich drukach"? Ta- 
jemnica niech pozostanie między trzema, to jest między Stefanem 
i nami obydwoma. 



Do Pana Seweryna Croszczyiiskieuo. 

Fontainebleau, 8. maja 1839 r. 

Kochany Sewerynie! Mogę cię poniekąd zapewnić, że już wio- 
sna, bo jakoś zielono, zapasznie i śpiewno po laskach. A więc w nie- 
dzielę czekam cię w przystani nadsekwańskiej. Będziemy sobie parę 
-dni majować po okolicach. ^loże się też i ja nieco rozruch am w bie- 
dach moich. Hej, hej, dwa lata temu, jaki to ja był wesół! Ależ 
niedawnerai czasy nawia^ło się do serca smutków co niemiara! 

A propos smutków, co mam na pieńku do twego przyjazdu, 
wolę oto pozbyć się za jednym zamachem. I do ciebie, Sewerynie, 
miałem żal i do ciebie i do Siemieuskiego. Broszura wasza stras- 
burska ku czci nieboszczyka właściwie mierzy ku żywym. Jest to 
jakoby całopalenie z niewinnych. Takie potępienie, ostry pocisk 
i z rąk waszych, na razie ubodł mię był niesłychanie. Chciałem 
nawet odpisać wam publicznie, ale po namyśleniu się dałem pokój, 
bo i na coby się to przydało? Wszak i bez tego wiecie, że ani ja, 
ani żaden z bliższych moich nie należym do pseudokatolickiej Mło- 
dej Polski. Czym arystokrata? To ty wiesz najlepiej. Sewerynie! 
I powątpiewam, aby kto bądź z moich współwiereów należał do 
arystokracyi : wreszcie to kwestj-a całkiem odrębna od religijnej. 
Owoż ochłonąłem dawno w żalu do was ! Powaśnienie się dzisi(^"sze 
emigracyjne jest to coś, jak zamróz, co pada na serca b)-atnie, ró- 
wnie biedne, równie cierpiące. Nie wiem, co się stąd wyświęci, czy 
wiosna, czy zima? Mam w Bogu nadzieję, że nasza przyjaźń ocaleje 
w tej czasowej zawierusze. Ja przynajmniej jak wierzyć, tak nie- 
zbędnie potrzebuję i kochać moich rówienników z lat milszych, mi- 

Korcspondencya J. B. Zaleskiego. \{) 



146 

nionych. Przewiduję po części następstwa systematii waszego poli- 
tycznego. Jeśli mię odepchniesz, usunę się daleko, ale bez sarkania 
na ciebie, Sewerynie! Najgorsza, najsmutniejsza rzecz oto, że nie- 
wiele dobrego, jakie mogłem nieść bliźnim, i tego mi okoliczności 
zabronią. Co się ja nie natroskał o Siemleńskiego, żeby mu jakoś- 
pomódz W' jego położeniu, a teraz się boję, że jak się dowie, że i ja 
katolik, to i tę odrobinę sympatyi literackiej, jaką miał dla mnie, 
wygluzuje z duszy. Cóż robić? I to minie, i to minie! 

Wypisałem ci szczerze, mój Sewerynie, co mnie dolegało 
w sercu, bo z nikim nie żyję obłudnie, a z tobą tern bardziej nie 
chciałbym płużyć w poniewolnych, kłamanych uczuciach. Doprawdy, 
mój drogi, nie mam dziś ani cienia urazy do ciebie. Chowaj mnie 
Boże, od przesądnej zapamiętałości ! Odpisz mi zaraz, czy będziesz, 
z pewnością w niedzielę na statku parowym? Adres mój nowy: 
rne St. Honore nr. 22. 

Całuję cię i pozdrawiam 

J. B. ZahsJci. 

Do Pana Seweryna Groszczyńskiego w Paryżu. 

Fontainebleau, 2'J. maja 1839 r, 

Kochany mój Sewerynie ! Bez ogródki oto zapraszam się do- 
ciebie w gospodę. Zabawię cztery do pięciu dni w Paryżu, ale pa 
większej części w bibliotece, wieczory więc a noce tobie jedynie za- 
biję. Abym się nie błąkał pociemku w Batignolles, dopełnij nadtO' 
obowiązku gościnności i czekaj mnie jutro w czwartek miedzy go- 
dziną 7-mą a 8-mą w ogrodzie Tuileryjskim, na środkowej alei lub 
gdzie na ścieżce od Pont-Royal, którędy ciągnąć zamyślam. Przy- 
jadę statkiem parowym, ale rausze się wprzódy po drodze widzieć- 
z Eóżyckim i Witwickim, dla których mam różne paczki. Radbym 
takoż napotkać gdzie Nabielaka, ale to już potem. l)o przecież mu- 
sisz wiedzieć jego adres. 

Do widzenia się. mój drogi ! 

Twój 

Bohdan. 

Do Pana Seweryna Groszczyńskieuo. 

Fontainebleau, 30. czerwca 1839 r. 

Kochany mój Sewerynie! Pozawczoraj nadesłał mi Wit wieki 
twój trzeci tom. dziękuję ci najserdeczniej i daj Boże, kiedy wy- 



147 

wząjerame się ezem swojera. Dawnom bardzo do ciebie nie pisał, 
bo nie miałem o ezem i dzisiaj jestem jak w otrętwieniu, ale łmzgTZę, 
abyś przecież miał dowód, że żyję. Jak powaliły się na mnit^ cztery 
biedy, tak ustawicznie duszą i duszą. Godzien to insze niemiłe wie- 
ści, nie lubię już o tem i myśleć. Myślę często, bardzo często o to- 
bie. Dolirze, żeś za Paryżem i żeś znalazł ciche i dogodne mieszka- 
nie. Życzę ci z całej duszy jak najbujniejszego natchnienia i radbym 
co najprędzej czytać coś nowego. 

Ja takoż nie całkiem próżnuję. Kiedy niekiedy brzuknę w gęśl, 
aby się nieco rozweselić, a potem to już dla nas jak nałóg rymo- 
wania. Dobrzeby było, Sewerynie, żebyś dla ruzriicbania starego 
swego przyjaciela donosił mu czasem nowiny literackie z kraju, 
a jeszcze lepiej, żebyś przysła-ł co swego, jaką nową prace, choćby 
kilkadziesiąt wierszy. Dalibóg ! odetchnąłbym jakoś miłej śród nudów 
powszednich. Uręczam cię, że nikomu twoich wierszy nie pokażę. 
W tych dniach czytałem w Tygodniku Petersburskim artykuł Mi- 
chała, rzecz sama bardzo licha, ale chwała Bogu I że nam żyje. bom 
i o niego się troskał. Zapowiada też, że wychodzi już z druku 3-ci 
tom jego literatury. Przy okazyi odeślę do Xabielaka twego Szyllera, 
bo mi już niepotrzebny. Nie wiem jeszcze z pewnością, kiedy opu- 
ścimy Fontainebleau, bo czekamy na listy z kraju i na panią Wło- 
dzimierzową. Może dopiero pierwszych dni września. Cokolwiek Ijądź 
zaw.sze cię uprzedzę, abyśmy się mogli widzieć, pożegnać, pożegnać,. 
Bóg wie, na jak długo. 

Bądź zdrów, mój drogi ! 

Twój 

Bohdan. 

Adres mój : Fontainebleau (Seine et Marnej rue St. Honore 22. 
Nawzajem przyślij mi swój numer. Czy twoja wioska daleko od Se- 
kwany ? Możeltym kiedy statkiem parowym tam podpłynął. 



Do Pana Seweryna Ooszezyńskiego 

rue de ITnirersitó Xr. 42. a Paris. 

Fotitainehleau, li. października 183'J r. 

Ivochany mój Sewerynie! Przewidywałem, że przejażdżka twoja 
potrwa dłużej, niż sobie zamierzałeś, i że potem spieszyć- będziesz 
po żołd ; owóż dlatego zaraz po 1-szym chciałem wpaść do Paryża 
na powitanie. Eóżne przeszkody, a mianowicie przyjazd tu Róży- 

10* 



148 

ckiego zniwpczyly. a przynaj mniej odwlekły mój projekt. Około 17. 
b. m. będę niewątpliwie w Paryżu i prosto walę do ciebie na kwa- 
terę. Aż do tego czasu rad nie rad zawiesie muszę odpowiedź Au- 
gustowi, bo musimy się między sobą naradzie. Podobnych oświad- 
czeń księgarskicli mam z różnycli stron kopę, ale nie piszą mi 
zniskąd, ile dadzą za tom, czy więcej, jak Jełowicki. Owóż w tera 
tkwi sęk. Po przerwaniu się dziś koraunikacyi z Ukrainą muszę 
znowu po staremu zarabiać sam na cłileb, a goniray już ostatkami 
funduszów. Tymczasem, Sewerynie, donieś mi, w ilu dniacli lub ty- 
godniach mogę iniec ostateczne objaśnienia od Augusta, bo wypada 
się spieszyć. Adresu Wojkowskiego, redaktora Tygodnika Poznań- 
skiego, nie wiem, ale zdaje mi się, że rao,żnal:»y list posłać do Schle- 
tera, który znosi się z Poznaniem. Zresztą jnoże się dowiem o adre- 
sie od kogo w Paryżu, a więc nieco poczekaj. 

Czajkowski półgłówek i cały ich rojałizm śmieszny i głupi, 
a więc dobrze, że Pszonka jeździ po nich. To gorzej, że po tylu le- 
ciech niczego się nie nauczyli i niczego nie zapomnieli. Złe z naszą 
Polską, na długie zanosi się biedy! Dopiero onegdaj po raz pierwszy 
zasłyszałem o różnych pismach i intryżkach. 

Drogi mój Sewerynie I Xadewszystko mnie obchodzi kraj i rze- 
czy krajowe, a więc bądź łaskaw, skoro się dokładniej dowiesz 
o więźniach galicyjskich, donieś 'ze szczegółami. U nas na Ukrainie 
prawdziwe pustoszenie tatarskie. Wywożą i wywożą bez końca. Nasz 
Jaś ^) siedzi aż w Wołogdzie. ale przecież pozwolili żonie jechać do 
niego. Jaczewski w Tambowie i t. p. Podobnoś mi mówił, że jest 
gdzieś na emigracyi ksiądz unicki, który pisze wiersze po rusku, ale 
to wszystko do widzenia się już odłóżmy. 

Pozdrawiamy cię i całujemy obydwa z .Józefem. 

Twój 

Bohdan 



Do Pana Seweryna (roszezyńskieso w Paryżu. 

Fontainehlmu, 5. listopada 1839 r. 

KoeLany mój Sewerynie I Nie przyjeżdżam do Paryża dla psiej 
sprawy z drukarzami. Godzien to inaczej śpiewają, bałamucą tylko 
i znudzili mnie już na śmierć. Smutny to clileb nasz autorski ! 
Weselej podobno byłoby chodzić za pługiem. Ale co robić? potrzeba 



M Krecho wieeki. 



149 

kończyć! zawsze to chleb. Owoż Marylski już był przystał na moje 
warunki, a teraz dowiaduje się od Januszkiewicza, że po naradzie 
z kimsiś zaledwie da połowę tego. co obiecał. Nie pisał du mnie 
sam, ale widzę z tego, że mi krzyw. I spółka Jełowickiego podej- 
muje się nibyto mi usłużyć, ale po swojemu zapewne, to jest chy- 
tro, mudro i ne wełykyra kosztom. Tak tedy stoją dziś rzeczy po 
staremu w swojej mierze, a ja nie mogę ruszyć się ni w lewo, 
ni w prawo. Czekam tu jeszcze przez listopad, a potem stanowczo 
coś postanowię, najpewniej, że zabiorę manatki na plecy i kopnę się 
ku południowi, rozweselić się trochę choć słońcem prowanckiem. 
Zawsze pierwej o tern ci doniosę, a może i sprowadzę cię tu na 
parę dni. 

Zle, źle bardzo z mbidszą bracią naszą ukraińską. Wątpię, aby 
wsz^^stka młodzież szalała, ale kilku paniczów muszą dawać ton taki 
uboższym. Powiem więc. jak szanowny Brawacki Chrzanowskiemu : 
„Będą dyndać I"' Dobrze byłoby, ażebyś ty, dydaktyczny mój 
poeto, napisał coś im z tej okazyi. 

My nic a nic nie mamy z domu. Zdaje się, że nasi ciężko są 
uciemiężeni, a więc nie chcą nas smucić. Niech się dzieje wola 
Boża ! Przebolałem już nawskróś sercem i to jeno poświstuję sobie 
pod nosem o marnościach tego świata. Zawsze jednak, co dowiesz 
się, napisz ! a Bóg ci to odpłaci. O Zurawlewiczu, czy inszym kre- 
wnym Montresora, tak się rzecz ma. Pani Wlod. Potocka ma dla 
niego kilkaset franków od dwóch czy trzech lat, ale zapomniała 
o nazwisku i u nikogo dopytać się nie mogła. Poleciła ten interes 
Karolowi Różyckiemu. Rozmów się więc z Karolem, a Zurawlewiczowi 
napisz o pani Wł., bo ona boi się emigracyi, jak ognia. Zresztą ma 
racyę, bo wraca do kraju. Ja myślę, że Karol sam sprawę tę zała- 
twi, lio przecież to on i ciebie i nas zapytał najpierwej o krewnego 
Montresora. 

Xa dziś dosyć, l)ądź zdrów. 

Twój 

BohdcDi. 

O interesie moim z księgarzami nie mów nikomu, bo do czasu 
potrzebuję spokojnej z nimi myśli. Cobądź zajdzie nowego w poli- 
tyce czy literaturze, nie leń się napisać, bo doprawdy wam zdzi- 
czeję w tutejszym lesie. 

Józef cię najmilej pozdrawia. 



150 

Bo Paua Seweryna Ooszezyńskieso w Paryżu. 

Fontainehleau, 18. listopada 1839 r. 

Jak Avi(lzi-, nie tralie ja nigxlj z nimi do ładu. Z kim ? Ma 
się rozumieć nasaraprzód z hemoroidami, a potem z drukarzami pa- 
ryskimi. Dokuczają mi niemiłosiernie, ale bierz ich licho ! Siadłem 
i napisałem maczkiem do Augusta. Przeczytaj, kochany Sewerynie, 
list, przemaż, coby go mogło kompromitować, zapieczętuj i pchnij 
duchem do Lwowa. Przed nowym rokiem chce mieć' odpowiedź, bo 
wypadnie mi zapewne ruszyć do Strasburga. 

Jeszcze jedna prośba. Napisz do Sieraieuskiego lub Ząbkow- 
skiego, aby się dowiedzieli u Silbermana, co będzie kosztować druk 
500 stronic, takoż papier na 1000 egzemplarzy, takoż satynowanie, 
broszowanie i wszelkie a wszelkie koszta edycyi. Druk i papier 
taki sam, jak w twoich Trzech Stronach, ale format wolałbym nieco 
szerszy, bo Zbaraskie wiersze moje nie zmieszczą się w kolumnie, 
a nie cierpię łamanych. Niech taki poszczegółowy rachunek przyślą 
ci co najspieszniej, a ty zaraz od siebie pchaj do Fontainebleau. 
Jedną trzecią kosztów mogę zapłacić z góry, a resztę na kredyt. 
Owoż jak długi kredyt? i t. p. i t. p. 

Księgarnia Polska daje coraz więcej, ale nie ustąpię, aż mi da 
tyle, ile żądam i z terminem na 3 lub 4 lata. Cóż tam słychać 
u was, mój drogi? Ma się ku 29. listopada, to zapewnie gwar ró- 
żnojęzyczny a swary. Przyznam się, że wolę mój las głuchy. Zro- 
bić 29-ty, jak Pan Seweryn, to mi sztuka ! a hałasować po liruku, 
to i ja potrafię. Spytaj się Jawornickiego, czy nie miał jakich no- 
win od ojca, i cobądź się gdzie dowiesz, to mi donoś, bo umieram 
z tęsknoty i oczekiwania za listami z Ukrainy. Przyślij mi adres 
pani Postruckiej, a jeśli nie masz, to dopisz w liście do Augusta, 
aby się dowiedział. Mam obowiązek napisać do niej. — A cóż z in- 
teresem Zurawlewicza ? 

Całujemy cię obydwa najserdeczniej. Józef w końcu miesiąca 
będzie w Paryżu, to ci poślę książki i tj^godniki. 

Twój 

Bolidan. 

Do Pana Adama 3Iiekiewieza. 

Fontainehleau. 20. listopada 1S'-I9 r. 

Zasłyszałem tu. kochany mój Adamie, że ci się razem udało 
i na katedrze i w domu. Tern lepiej ! Mówię to w najżyczli wszem 



151 

rozradowaniu, bo oto masz czem zaczarować powszednia nędzę tego 
•tu żywota. Mnie się wiedzie po staremu, to jest wcale w niczem się 
nie wiedzie. Mojej Ukrainie przybywa ustawicznie mogił; to też 
"wieje ku nam jeno samymi smutkami. Trzymamy się jednak z moim 
Józefem na nogach, jak niożem. Eadzibyśmy już uciec gdzieś pod 
pogodniejsze niebo, ale musimy się oglądać na różne niepomyślne 
okoliczności, a nadewszystko powstrzymuje nas kłopot drukarski. 
Pełno, o! pełno propozycyi, a jedna w drugą nie wiele warte. Wi- 
działem się z Sienkiewiczem. Nie ma on swojej drukarni; napomy- 
kał mi o jakichś funduszach u pani Czartoryskiej, ale o nich wie 
już i emigracya, toby stąd wyniknęło więcej łiałasu, niż czego do- 
brego. Zresztą nie chodzi mi o same wydanie. Jełowicki wprawdzie 
<-ofnął dawne przyrzeczenia pod pozorem, że się usuną-ł całkiem od 
handlu, przecież, jak uważam, Icek umizga się do mnie z jego na- 
prawą. Owoż dają mi za dwa tomy ledwie po 500 franków przez 
trzy lata, a kiedyś po sprzedaniu edycyi obiecują dopiero złote góry. 
Mniejsza, zgodziłbym się i na to, ale kto ich i jak skontroluje ? To 
mogą nie rozsprzedać exemplarzy i do sądnego dnia. Podobnież nie- 
jasne i niedogodne warunki przysłali mi księgarze lipski i wrocław- 
ski. Po dziśdzień tedy autorstwo moje na falach, a najwięcej skła- 
niam się ku Strasburgowi. Druk prześliczny i tani, a kredyt na 
dziewięć miesięcy. Pisałem do Lwowa, aby w3^badano księgarzy kra- 
jowych, czy nie podejmie się który pół za pół nabyć całej edycyi, 
byle ją sobie zabrał ze Strasburga. Na początku grudnia powinienem 
mieć odpowiedź i wtedy tak lub owak postanowię. W tej chwili nowa je- 
szcze myśl mi przychodzi. Właśnie odebrałem oto szumny list z Poznania, 
„czarujący arcywieszczu" itp., podpisany przez profesora Popliuskiego 
i Łukaszewicza, bibliotekarza Raczyńskich, a zapraszający mnie do 
uczestnictwa w Orędowniku Naukowym, z honoraryum 20 talarów 
za arkusz. Uczestnikiem w żurnalu nie będę, ale darłbym gratis jakiś 
arkusz, byle mi naraili jakiego uczciwego księgarza w kraju i zajęli 
się wydaniem, jak to uczynił tam ktoś dla Ivraszewskiego. Nie 
wiem, co są za ludzie Łukaszewicz i Popliński? czyś ty czasem, 
Adamie, nie słyszał co o nich? Postanowiłem nie odpisywać im, aż 
zasięgnę wprzód twej rady. Możeby nie zaszkodziło przy tej okazyi 
przypomnieć się i Raczyńskiemu przez bibliotekarza? Czekam twego 
w tem zdania. 

Potrzebę Zhuraską skończyłem, ale sie lenię przepisywać, 1)0 
muszę gdzieniegdzie poprawić, a humor mi się zmienił. Zdaje mi 
się, że je.st w niej i prawda poetycka i coś bardzo ukraifiskiego. 
Eadbym, aby się ziściło, córa kiedyś napisał w dumce : 



152 



Jeśli się dziecko w matkę swoją uda, 
To ma i duchy i ruchy matczyne ; 
Jako dwie krople wody, aż ułuda. 
Toż ja się udał w Matkę- Ukrainę ! 
Najwybredniejszy nie najdzie przygany, 
Jako dwie krople wody WTkapany. 

O tak, tak, pożartiijmy sobie z biedy, kochany Adamie! tyleż 
bo naszeao. 

Całojemy cię obydwa i pozdrawiamy młode twoje rodzeństwo. 

Bohdan Zaleski. 

Odpisz mi, Adamie, zaraz, bo radbym raz na zawsze przed 
Nowym rokiem skończyć moje drckow^ane bałamuctwa. Podobało mi 
się bardzo Michała Grabowskiego dziełko pod tytułem : Obraz Myśli. 
Są to religijno -mistyczne domniemania o tem życiu i przyszłem^ 
o przeznaczeniu etc. 



Do Brata Piotra Semeuenki w Ezymie. 

Fontainebleau, rue St. Honore 22. 
5. grudnia 1839 r. 

Kochany bracie Piotrze ! Dziękuję ci za nowiny o mojej rodzi- 
nie. Przed kilku dniami doszedł mnie tu uboczny posłuch, że moja 
siostra wróciła do domu, nie wiem teraz, o ile do niego przyłożyć 
wiary, kiedy ty nic o tem a raczej przeciwnie donosisz. Twoje wia- 
domości zdają mi się pewniejsze, tak się domyślam po toku stylu 
i po niektórych wyrażeniach, właściwie tylko między rodziną znajo- 
mych. Cóżkolwiekbądź wszędzie im będzie dobrze, skoro Bóg mie- 
szka w ich sercu, o ezem wolno mi było z łaski Pańskiej nie wątpić. 

Wierzę gorąco, że Jego wyroki, często niepojęte dla nas, ku 
dobremu zmierzają, bo płyną ze źródła niepojętej Dobroci, temu tylko 
nie wierzę, ażeby córki w tak dotkliwym dhi matki w^ypadku ośmie- 
liły się obwiniać ją o lekkość w życiu i głosić niesłychaną jej po- 
prawę, córki, które swoje wyobrażenie wiary i powinności jej tylko 
samej właściwie są winne. Nie wiem, kto ci to wszystko powiedział, 
i badać nie chcę, bo po tym zamachu, którym zacięto złośliwie 
wszystkie naszej ziemi kobiety, boję się, żebym nie odkrył jakiego 
. świętoszka, co klepie pacierze, a trzepie plotki. 

Ej, bracie mój, jakżeś ty sam mógł tak łatwo temu uwierzyć? 
A wszakże i ty masz tam może matkę, czy siostry? Nie wierz, nie 



153 

wierz, bo gdybyś ty mógł tara zajrzeć, znalazłbyś między owera 
powszechnem zepsuciem wiele a wiele serc czystych, żyjącycłi skro- 
mnie w Bogu, w rodzinie i dla ojczyzny, które doskonale o tem 
wiedzą, że pierwsze z trzecti podnosi dusze i uszczęśliwia jedynie, 
że z drugiej, w miarę wad lub przymiotów, rozwija się gorsza albo 
lepsza społeczność, że dla trzeciej, a chybabyście nigdy nie spojrzeli 
na kołyskę, na grób, ni na ruiny, żeby wam sie nie przypomnia-ło, 
jaka miłość wiąże z nią serce człowieka I Owoż święć się Jego wola 
nad niemi i nad nami, abyśmy pokajani w pokorze ducha ugięli 
naszą wole i złożyli u stóp Zbawiciela, a kierunek sumienia i na- 
szycłi uczuć poddali Jedynej Prawdzie, która świeci dla wszystkich. 

Wiedziałem już, kochany bracie, o wszystkich zmartwieniach 
mojej siostry, opłakałem je i przebolałem nie tak może rzewnie, jak 
to umie serce matki, lecz przebolawszy, podniosłem się z łaski Pań- 
skiej na duchu i pomyślałem, żeć to może jeden więcej niewinny 
posłaniec poszedł z tej ziemi, aljy nam przebłaganie win naszych 
przed Ojcem wyjednać. ]Mam i ja tam kilkoro i tęsknię codzień do 
tej rodziny jedności duchowej, do tej ojczyzny, z której, jeśli za- 
służę, nikt mnie już więcej nie wypędzi. 

Wiedziałem już i o Jaczewskim i równie przebolałem, bo ta 
rodzina bardzo mnie obchodzi, znam ją z bliska, kocham szczerze 
i mniemam, że komukolwiek z niej znieść przyjdzie prześladowanie, 
nie upadnie, bo ufa Bogu. 

Wiem i to, że mojemu jedynakowi z wielu względów będzie tam do- 
brze, gdzie jest; to dziecię, któremu dzisiaj jest matką, urodziło się pra- 
wie na mojem ręku i rosło aż do zamążpójścia niemal pod mojeni 
okiem; przekonanym aż nadto, że mnie koclia i że mu nie zbę- 
dzie tam na przykładach cnót chrześciańskich. Znane mi też są 
przymioty i zacny charakter jego, z tej przeto strony jestem najspo- 
kojniejszy, boję się nawet, żeby mu za nadto dobrze nie było, bo 
kiedy się zastanowię nad wychowaniem dziecka, a zwłaszcza cłiłopca, 
widzę, iż mu koniecznie potrzebna ta karność rodzicielska, która po- 
winna być hamulcem błędów młodego wieku, a którą kto inny. 
prócz ojca, niełatwo zastąpi i toć to jest, co mnie najwięcej niepo- 
koi. O mojej żonie najrzadsze miewam wiadomości i dużom się był 
zatrwożył, nic długo nie wiedząc o niej ; dziękuje ci bardzo za te 
wiadomość. 

30. p. m. byłem w Paryżu. Brat Bogdan oddał mi świętości, 
za które wam wdzięcznem sercem dziękuję. Obyż mnie wzmogły ku 
naśladowaniu pokory i cichości Świętych, a utwierdziły w wesołem 
znoszeniu wszelakich n^-dz tec-o żvwota dla chwalv Pańskiej. 



154 



Nic wam nowego, bracia kochani, ztąd clonieśe nie mam. Brat 
Bogdan ^) w}^jeżdża na południe dla poratowania osłabionych piersi, 
zbhża się do was. Dzień 29. odbył się najprzyzwoiciej, prezydował 
Ai-ago. Antoni Górecki czytał wierszyk religijny, który się wszy- 
-stkim podobał, oklaski, jak mówią, brzmiały długo. 

Pozdrawiam was wszystkich serdecznie i modlitwom się wa- 
,szym polecam. 

Józef. 2) 



Do Paua Edwarda Duiiskieffo. 

Fontainebleau, rue Sł. Honore 22 
15. grudnia 1839. 

Kochany i najmilszy bracie Edwardzie! List Piotra zismucił 
mnie był bardzo. Twój rozweselił. Otóż prędko Bóg niegodnemu ze- 
słał pociechę. Wyrazie ci uczucia mego nie umiem. Ijo duszy głos 
niedokładnie odbija się w mowie, rwie się między niebem a ziemirf, 
tam posyła dzięki, tu dziwi się Opatrzności, i gdyby w pokorze wy- 
trwał, sławiłby Ją podobno najlepiej utłumieniem w sobie wszelkiej 
goryczy. Niech wam przeszły mój list nie będzie na sercu, wierzcie 
mi, że nie duma, ani obraza wyrwały mi z duszy kilka cierpkich 
wyrazów, były to znamiona zdziwienia i boleści, które czułem wszę- 
dzie, gdzie mnie tylko list Piotra zaprowadził, czy do siostry, czy 
do dziecka, czy na Ukrainę. Piotr niewdrożony w stosunki familijne, 
pisał w szczerości serca, co słysza-ł, lecz ja czyż mogłem zimno 
przyjąć obmowę dzieci na matkę ? Trwożliwą podejrzliwość o opiekę 
mojego dziecka, w której, mówią, że będzie mu dobrze, wyjąwszy 
zepsucie? i to nakoniec ogólne potępienie o zarazę wszystkich ra- 
zem naszych niewiast? I w cóżby się świat obrócił, gdyby tak w ro- 
dzinach albo w społeczności być miało? Wszyscyśmy grzeszni, to 
prawo naszego tu bytu, ale czyż do dzieci o rodzicach, albo do 
nas sąd o bliźnich należy? Wszak Pismo święte mówi: „Kto sądzi, 
będzie sądzony" — a kiedy Bóg-człowiek mieszkał na ziemi, nie 
znalazł się nikt, coliy śmiał rzucić kamień na winną. Nie wyjmuję 
ni siebie, ni nikogo z najdroższych mi w rodzinie, z pod tego ogól- 
nego piętna niewoh grzechowej, i kiedy szukam dla siebie i dla 
nich na to lekarstwa, widzę, że Bóg miłosierny uposażył niem hoj- 



I 



^) Jański. 

2) Brat Bohdana. 



loo 

nie serce człowieka, kazał się błagać o odpuszczenie win, ufać, a mi- 
łować pomiędzy sobą i tym rozciągłym od Stwórcy do stworzenia 
promieniem okrył nędzę naszą, że ani wiemy komu za kogo poku- 
tować tu dano i czyja mu milsza ofiara, a więc w wierze, nadziei, 
Tniłości iść nam należy, póki tcłiu stanie, bo jak mówi św. Teresa, 
..póki trwa życie ziemskie, poty wieczne jest zagrożone." Połączmy ż 
się raczej, l»racia kochani, w tym troistym skarbie łaski Zbawiciela 
naszego, aby On nas po tej barwie cłicial poznać za dzieci swoje, 
a mnie przebaczcie, jeżelim was zasmucił, i wierzcie najszczerszej 
mojej spowiedzi, że do nikogo nie mam więcej urazy. Niecti się 
z moimi wszystkimi dzieje .święta wola Boża ! W stosunku ogólnych 
smutków to tylko kropelka, a nie wiem, czy taki stosunek grzechów 
zrobićby mi się godziło ; chciejcież, bracia kochani, do naszych mo- 
dłów dodać czasem westchnienia za grzesznymi. 

Wszystko już prawie, coście mi w waszych listach donieśli, 
wiedziałem, oprócz śmierci dziecka Gr. Dziękuje ci wszelakoż, Ed- 
wardzie, za te szczegóły, bo w długiej tęsknicy za ukochanymi po- 
wtarzanie wydaje się nowiną i jak zmora prowadzi myśl na miejsca 
znajome, gdzie się tyle lat .szczęśliwie przeżyło. Niedawno doszła 
mnie tu wieść uboczna, że moja siostra wróciła do domu, gdyby się 
to potwierdziło, proszę cię, nie omieszkaj mi napisać. 

Błogosławimy Wszechmocnemu, że was opatruje w ubóstwie, 
i bt^dziemy Go prosić, aby szczodrobliwej ręki nie zamknął dla was 
nigdy. Brat Bogdan ^j jeszcze jest dotąd na miejscu, je.szcze nie do- 
stał paszportu, ale, jak mi pisze Walery, wkrótce na południe wy- 
jedzie: urządził się on zupełnie z interesami. Nie wiem, czy domek 
zamknie, mówił mi, że ma go tylko od Wielkanocy przenieść gdzie- 
indziej i urządzić inaczej, co bardzo byłoby dobrze. Brat Stefan 
Witwicki mocno cierpi na swoje nogi i kość pacierzową ; wedle jego 
listu dzisiejszego, doktorowie zagrozili mu śmiercią, pomódlcie sie, 
bracia, za niego, aby Bóg tak użytecznego sługę swego raczył je- 
szcze między nami zo.stawić. Adam i Adamowa zdrowi oboje, jemu 
<lobrze idzie na katedrze, a ona w błogo.sławionym stanie. 

Nie potrzebujemy wam mówić, ile nas pocieszył głos Ojca 
Św., bośmy dzieci Kościoła, i jak matkę Go czcimy i wierzymy 
•mocno, że w Nim nasze zbawienie. Bogu dzięki, rzeczy mają się 
■c-oraz to lepiej, przemowa Pasterza zrobiła tutaj wrażenie ; ludzie do- 
tąd obojętni zaczynają przebąkiwać, że wiara potrzebna, przebudzają 
się niby z długiego letargu, może Bóg miłosierny nawiedzi ich laską. 

^) Jański. 



156 

jak nas nawiedził. Wrotnowsiii napisał w Młodej Polsce artykuł, 
jakiego już dawno dziennikarstwo polskie nie miało. Niepodobna wy- 
pisywać w liście, ale może was wkrótce dojdzie dzienniczek, to prze- 
czytacie. Zdaje się, że on objął redakcyę pisma, skąd można wnio- 
skować, że się stanie ważnym organem w emigracyi. 

W tem miejscu, skąd piszę, jeżeli Bóg pozwoli, zostaniemy 
jeszcze kilka miesięcy; potem różne mamy projekta ku chwale Bo- 
żej, ale o tem przed czasem rozprawiać nie będę, bo wszystko jest 
w Jego ręku. Jeżeli mniemasz, kochany Edwardzie, że lepiej pod 
obcym pisać adresem, używajcież do nas następującego : a M-me 
Compere, rue St. Honore 22 a Fontainebleau ; jest to nazwisko na- 
szej gospodyni staruszki, u której od roku stoimy, a nam wzaje- 
mnie wskażcie wasz, ażebym w rzeczach serca, jeżeli przyjdzie pi- 
sać, bez visy zanadto ciekawych mógł z wami pomówić. 

Jeszcze raz proszę was, bracia, przebaczcie, jeżelim was zasmu- 
cił, otlarujmy to Bogu nawzajem, co się stało, i zapomnijmy na za- 
wsze. Godzina duchów, ja siedzę i piszę, cała myśl zatonęła w liście, 
głęboka cisza w około, stolik trzaska, człowiek drgnął, od pięt po 
ciele przebiegły mrówki, rzucam pióro i klękam do modlitwy, ale 
wprzódy składam na sercu twojem, kochany bracie Edwardzie, po- 
całunek w imię Jezusa Chrystusa, a ty rozdaj go braciom, toż zlecił 
mi Bohdan przekazać tobie, wycliodząc. Pozdrawiam was wszystkich 
i łasce Pańskiej teraz i codzień w modlitwach polecam. Bratu Ka- 
rolowi życzymy rychłego wyzdrowienia. 

Jósef. 1) 

Prosimy cię, kochany Edwardzie, donieś nam, czy Hohol jest 
w Rzymie? Kłaniaj się od nas ks. Ferraremu. Bohdan ci za prze- 
pisany wierszyk dziękuje. 



Do Pana Adama Mickiewicza. 

Foritainehleau, 15. grudnia 1839 r. 

Kochany Adamie ! Miły twój list, niosący dobrą nowinę, spadł 
na mnie śród najgęstszego tumanu. Al)y się nieco wj^pogodziło, 
nmyślnie nie odpisywałem onegdąj i wczoraj. Jestem i dziś nie 
swój, serce w kręgach, jak powiada Malczewski, ale nie ma co 
dłużej czekać. Są to zawsze te same domowe biedy, o którychby 



') Brat Bohdana. 



157 

dużo pisać, a nie warto. Nasamprzód: za dobicie mego interesu z Ra- 
czyńskim dziękuję ci, mój drogi i zacny Adamie, postokroc z czapką 
w ręku, jak umie najgrzeczniej torbanista, dzikiej, niecywilizowanej 
Ukrainy. Nie ma co mówić, wygodzileś rai niepospolicie pod wsze- 
lakim względem, a nadewszystko, żeś mię wyzwolił z rąk żydow- 
skich. Zasiadam zaraz do przeczyszczania i sortowania mego towaru 
i bądź pewien, że nie zaśpię sprawy w dzisiejszym stanie moich 
finansów. Muszę jeszcze wdać się w nudną korespondencyę z księ- 
garzami, aby cofnąć kroki, jakie poczyniłem był w dawniejszych 
niepewnościach. Tymczasem, mój Adamie, wspaniałomyślnie dokończ, 
coś rozpoczął, to jest napisz jeszcze raz do Raczyńskiego i dla po- 
śpiechu, jeśli można, przez pocztę. W tej chwili mam jedynie w my- 
śli dwie uwagi: 1) Wierzę Raczyńskiemu i wierzę najzupełniej, jak 
nikomu, ale wiem, że zwyczajnie dochód z druków swoieli odstę- 
puje to księgarzom, to różnym instytutom. Owóż może myśleć, że 
mi chodzi tylko o nakład i sławę nieśmiertelną. Potrzeba wyrazić, 
że dochód godziwy, to jest po odtrąceniu wszelkich a wszelkich ko- 
sztów, ma być dla mnie. 2) Zdaje się, że Raczyński przyciska na 
wyrazie pod „obcem nazwiskiem". Boję się, abym go nie skompro- 
mitował, jak się cała tajemnica rozgłosi. Sam wiesz, Adamie, że 
niepodobna, aby sprytniejsi czytelnicy nie poznali moich wierszy po 
styla, toku, po ukraińskiej barwie, po różnych alluzyach zadunaj- 
skich itp. Oprócz tego kilka osób w kraju wiedzą tytuły niektórych 
moich poezyi. Nie rozumiem jednak, coby to wszystko mogło komu 
szkodzić, skoro cenzura pruska da swoje imprimatur . Przecież pi- 
sma Goszczyńskiego pod jego własnem mianem drukowano w Wie- 
dniu i wtedy właśnie, kiedy autora ścigano po całej Galicyi. Roz- 
waż to, Adamie, i napisz, co ci jeszcze przyjdzie mędrszego do 
głowy, jako doświadczeńszy autor. Jabym się z tem odezwał do Ra- 
czyńskiego, ale nieznajomy osobiście i sam poeta, to jakoś mi nie- 
zręcznie. Za kilka dni pojadę do Paryża i dowiem się o Potockich. 
Ponieważ jednak sam pisałeś, że Bernard bezładnik, to mógłby ma- 
nuskrypt długo chodzić po różnych rękach, coby mi nie było sma- 
czno. Ja mam najdoskonalszą okazyę aż do Lipska luli Drezna przez 
uczciwego kupca frankfurtskiego. Bóllera, tylko nie wiem, jak dalej 
do Poznania posłać. Pomyśl o tem i uwiadom Raczyńskiego. Może 
iż sam wskaże najlepszą i jiajpewniejszą drogę. Nie pamiętam już 
więcej żadnej historyi. Ale, ale, nazywam się Wawrzyniec Zabrze- 
ziński, alias B. Zahorski, alias Torbanicz i wolałbym najpierwsze, 
ale wszystko mi jedno, jak mię ochrzcicie, - bylebym wam wycho- 
wał się i wyrósł na chwałę Bożą i waszą pociechę. 



158 

Witwicki upadł nam na no.tii bardziej niż kiedybądź, a co go- 
rzej, i na duchu. Doktorowie jakoś rau tara pogrozili i pisat do mnie 
przerażony. Nie miałem serca go wyłąjac, ale pojadę umyślnie na 
święta, aby jakoś cłiuchnąć na biedaka i rozweselić go troclia. Oj, 
nieszczęśliwy on bardzo, to gorzej, jak kalectwo! Arcy, arcy- ważne 
dla nas przemówienie Ojca św. przeciw carowi ! i widzę, że nawet 
żurnały liberalne osowiały na razie i poczynają za nami krakać. 
Organ Guizofa umieścił dobry artykuł, wcale nieprotestancki. Wro- 
tnowski w Młodej Polsce takoż napisał o tem dobrze. Jest tam i drugi 
jego artykuł o pracach historycznych Lelewela, poznaję ze stylu. 
Zdaje się, że może, czy nie objal redakeyi, byłoby to wyśmienicie, 
bo Młoda Polska od dawna już nieznośnie bredzi. Mój Michał (ira- 
bowski niesłychanie czynny. Drukuje a drukuje wciąż. Wyszedł 
trzeci tom jego literatury i krytyki i romans we czterech tomach : 
Stanica Hulaj poUka. A czem najwięcej mię uradował, to że wydaje 
dziennik w Kijowie. Pierwszy to dziennik ukraiński polski ! 

Cięży rai na sercu ten list taki nudny, suchy, kupiecki! Po 
co ja cię obarczara swojenii drukai'skierai kłopotami? Albo ty nie masz 
inszych swoich? Czuję to aż w głębi serca i wolałbym oto brząknąć 
ci w torban jak najposkoezniej. Ależ, panie Adamie, nie zawsze ray 
ptaszki, trzeba czasem pomyśleć o ziemi. Za pokutę, za kilka dni 
riid))ym weselej napisać. 

Jeszcze raz dziękuję ci, Adamie, za skończenie raego interesu, 
całuję i )M»zdrawiam ciebie i wszystkich twoich domowych. 

Twój Bohdan Zaleski. 

Możel)y się nazwać Hulajpolski. Istotnie, łłuląjpol niedaleko 
od raego domu. Poezye moje wychodzić będą broszurami, bo ani 
rayśleć o oeuvres completes przy cenzurze. Osobno religijne, osobno 
dumki, osobno Potrzeba Zbaraska, osobno Księżna Hanka, pieśni 
serbskie itd. Ku wiośnie wpadnę do Strasburga i wydam tomik lub 
flwa wierszy n i e c e n z u r o w a n y c h , a potem lecę do Lozanny co 
tchu. aby cię uściskać na nowem gospodarstwie i trochę razem po- 
hulać. Daj Boże, aby choć ta miła nadzieja mnie nie zawiodła. 
Przecież nie zachciewam rzeczy niepodobnych ? 

Do Pana Seweryna OoszczyńskioiiO w Paryżu. 

Fontainehleau, 15. grudnia 18Hi) r. 
Kochany mój Sewerynie! Uprzedzam cię. że ku końcowi gru- 
dnia będę, musjię być w Paryżu. Interesa moje drukarskie zaczynają. 



159 

brać lepszy obrót. Odebrałem w tych dniach ważną w tym wzglę- 
dzie depeszę z Poznauskiego. Tam więc W3'jdą poezye moje po reko- 
lekcyach w cenzurze pruskiej. Proszono mię o sekret wielki, bo te 
poezye wyjdą pod pseudonimem, nie powiadaj więc nikomu. Tem 
więcej, że jeszcześray się nie zgodzili całkiem na warunki. Za wi- 
dzeniem się rozpowiem ci wszystko .szerzej. Wiersze ni ec en z li- 
rowa ne ogłoszę później w Strasburgu, chociaż Silberman za drogo 
bierze. Eachunek, jaki mi przysłał, zrobiony jest na 500 egzem- 
plarzy, a cóż. gdybym cłiciał bić 1000? Teraz po Nowym roku na 
parą miesięcy zamknę się na cztery klucze i dlatego radbym jeszcze 
cię uściskać i nagadać o nowościach politycznych i literackich. 
A cóż, czy nie zuch nasz Michał"? Pan Eedaktor pierwszego ukraiń- 
skiego polskiego dziennika? Niesłychanie się tem raduję, bo Euś 
rozrucha .się trochę do pisania i czytania po polsku. Szczęśliwa myśl 
bardzo i zdaje się, że Michaił pojmuje doskonale ca-lą jej rozciągłość 
i wagę. Jestem niemal pewny, że podoła ciężarowi. Żeby nam Au- 
gust przysłał choć jeden numer przynajmniej, abym widział, jaki to 
druk polski w Kijowie. Przypominam ci adres pani Postruskiej ; naj- 
chętniejbym pomógł Michałowi, ma się rozumieć pod cudzem na- 
zwi.skiem. 

Wieści o powrocie do domu naszych kochanych są niewątpli- 
wie fałszywe. .Jużljym skądinąd miał wiadomość. Nie tak prędko 
zawita pociecha do mego .serca, nałożyłem się już i do cierpienia. 
Aliy dalej ! aby dalej ! nucę wciąż sobie pod nosem. 

Cóż ty, mój drogi, porabiasz ? Sądzę, żeś .syt Paryża. Zapewnie 
takoż zabierasz się do druku z drugą częścią Trzech Strun i bro- 
szurą polityczną ! Dobrze, drukuj a drukuj, jak Michał. Tylko, że 
on prozaik ma chleb, a my codzieii cieniej śpiewamy. 

Całuję cię, moje stare Sewerjmi.sko, i do widzeuia. 

Twój Bohdan. 



Do Pana Adama Mickiewicza. 

Fontainebleau, 21. Decemhra IbSlJ r. 

Dziś twoje święto ! potrzeba koniecznie. 
Wiersz jakiś zrobić ku twojej pochwale : 
Nie zrobić tego, byłoby niegrzecznie; 
Zrobić — zuchwale. 

Tak napisał ktoś do genera-ła Morawski(.'go za dobrych czasów. 
Słowo w .słowu w takiej samej dziś jestem tarapaoie. Aby się jakoś 



160 

wywinąć, aby nie zrobię ani niegrzecznie, ani zuchwale, 
posyłam ci, mój kochany Adamie, byle co, choć jaki taki upominek. 
Miedzy łaciną i francuzczyzną, niesmaczną powszednią strawą, co 
sam pisałeś i co doskonale pojmuję, między łaciną tedy i francuz- 
czyzną. skosztuj że mojej sała machy. Oby ci posłużyła na zdro- 
wie! Wydmuchnąłem kiedyś w lecie pół kopy dumek i szumek, 
mam więc tego huk, ale niełatwy między niemi wybór, bo mi się 
po rodzicielsku wydają niczego jedna w drugą. Chciałem posłać 
Kalinou-y 3Io^ł, alo za długi. Insze też chowam 2J0ii>' la honne 
boiiche dla ciebie po wydrukowaniu, razem z Potrzebą Zbaraską, 
która, jeśli ją w pogodnym czasie przfjrzę, będzie mój Majster- 
sztik. Przepisałem Dumki, może najgorsze, a niewątpliwie najmniej 
śpiewne, ale jakieś zabawne I Przepisałem dlateg'o, że smutek u cie- 
bie i u mnie domownik, a rzadki gość lekki humor. Wyobrażam 
sobie, jak to dziwnie zadzwoni ci w uszach po rzymskiej cytrze 
Katulla, Tibulla, mój torlmn stepowca. Napisz, mój Adamie, co my- 
ślisz o tych dumkach, napisz ostro, po profesorsku. I nie gnie- 
waj się za ten ostatni podkreślony wyraz, jak ś. p. Brodziński, 
kiedy mu raz powiedziałem za krytykę Eusałek, że poeta zprofe- 
sorzał. Przyznam się tobie, że wtedy byłem ciężko głupi. Wiem, 
że nie połajesz o prowineyonalizm, jak Witwieki, który w tern nie 
ma racyi teraz i na wieki wieków. Zapewnie, że wszystkie tu miło- 
stki ziemskie są nieco grzeszne, ale (nie przymawiając) dawaj je 
nam ! Ma się rozumieć, kochany Adamie, nie pokazuj nikomu moich 
wierszy, bo chodzi o druk, to zgubisz Eadziwilla. 

Ostatecznie, mój Adamie, nazywam się Po ś cisła w Z ozu- 
licz. Myślę później robić wycieczki poetyckie na prawo i na lewo, 
a zozula ptak to wieszczy, symboliczny po całej Słowiańszczyźnie. 
Ma się ku wiośnie na około u nich, to niech im Zozulicz coś po 
polsku tui ówdzie zakuka. Xa wołowej skórze nie spisać, co 
śpiewa nasz lud o zozuli, że nosi wieści od świętych, od umarłych, 
że strzeże mogił i opłakuje za matki, za siostry itp. itp. Doprawdy 
jest jakaś utajona od dawna sympatya między mną i Zozulą, a przy- 
najmniej od dziecka żyję na świecie, jak ona, l»ez gniazda, rodziny. 
przelotnie i nigdy bez najżywszego wzruszenia nie mogłem zasłyszeć 
jej głosu. Eościsławem zaś zwał się trzynastoletni chłopczyk 
w^ielkich nadziei, syn jedynak mojej najmilszej krewnej *), który 
umarł świeżo w Ivursku i skonem swoim pogodnym, ehrześciauskim, 
zbudował bardzo wiele osób. Miał coś dziwnego prorokować. Owóż 



^j Felieyi z Zaleskich Iwanowskiej. 



161 

^ spadku niejako po nim i dla mniema tern nieco matki przybie- 
ram jego imię na poezyaeh. Dąjrayno temu pokój ! Jesteś tedy, 
Adamie, kumem Rościslawa Zozulieza. Jeśliś jeszcze nie pisał do 
Eaczyńskiego. to mu donieś o tych chrzcinach i niech adresuje hsty: 
ii Mr. Zozulicz. Nie śmiej się. Dumka o Zozuhczu, którą tu znaj- 
dziesz, to o moim pradziadku i wydrukuję to w przypiskach. 

A teraz, kochany i drogi Adamie, przy święcie twojem ści- 
skam cię i życzę dobrze, życzę nie inaczej i nie lepiej, jak i w dzień 
powszedni. Zresztą czegożby ci życzyć"? My tu na tym świecie za- 
<:hcłewaray rzeczy bardzo różnych i często niepodobnych. Otóż byle 
dalej! byle dalej I taczkę swoją pchać a jakoś cierpliwie! Jeszcze 
raz cię ściskam. Pozdrawiam też mile twoją żonkę i dziatwę. 

Bohda» Zaleski. 

Odczytałem dumki, a ponieważ trocha trzpiotowskie. przepisa- 
-?em jeszcze jeden wierszyk poważniejszy, który kiedyś napisałem dla 
przypodobania się filozofom poznańskim. Kilka nowych hymnów 
mam, ale za smutne, bo przywalony biedami śpiewałem. 

Kogo to widziałeś z Galicyanów? Jak spędza pan Adam zi- 
mowe wieczory? Pamiętam, że lubiłeś gawędkę, a wątpię, żebyś 
tara kogo miał z Polonii w Lozannie. Kollega Bracławski mieszka 
gdzieś dalej, a przytem na seryo filantrop. Jeśli Michał Grabowski 
przyjedzie tam latem, jak się spodziewam, to na pociechę dla was 
obydwóch przywiozę pana Franciszka, wsadzira go na Mont Blanc. 
Michał' Grabowski stara się o paszport do Galicyi i do wód. 

•Zapytaj Eaczyńskiego, czy ostra cenzura u nich. Xie uwie- 
rzysz, jak mi przykro jest rozdzielać to. co jest jednym tchem. 
Poezye moje pow^iązane są między sobą niedojrzanerai nitkami i da- 
lekoby się inaczej wydały, żeby wyszły wolne i razem. Jeśli mi je 
pomażą, poszpecą, to nie wiem, co zrobię. W rozpaczy rozbiję pióro 
o pustą głowę swoją. Na przykład w Zbarażu wyrażam się gdzie- 
niegdzie parę razy niegrzecznie o Moskalach, ale i Pasek nie bardzo 
ich szanuje, a Zbaraż o sto lat dział się przed Paskiem. Nadanie 
wolności Kozakom wedle form niedzisiejszych nie powinnoby zasta- 
nawiać Prusaków, chociaż na Ukrainie i w Mało-Rossyi obudzi to 
różne sławne przyponmienia : dlatego też pisałem o tem. 

Kiedy wierszować, to wierszować ! Opowiem ci. co mi się nie- 
dawno wydarzyło. Mam dawny oljyczaj. że zapisuję co dziwniejsze 
sny swoje i często wierszami, które potem służą mi jak ntzsada do 
■dumek, szumek itp. Parę temu tygodni śniło mi się, żeśmy we dwóch 

Korespondencya i. B. Zaleskiego. 1 1 



162 

z tobą chodzili po ukraińsi^ich stepach przy nąjśliezniejszej pogodzie. 
Między mogiłami gdzieś napotkaliśmy mlodziuchnego torbanistę^ 
może mego Zoziilicza, który płakał i śpiewał, nie zważając wcale na 
nas. Mówiliśmy o nim. Ty prawiłeś długo i rozumnie. Ocknąwszy 
się, pamiętałem coś treści, usiadłem zaraz do stolika i napisałem : 

Ja. 

Czego od Mogił chce bo ten Poeta? 
Ciągle wybiega śnić tam pokryjoinu. 

Adain. 

Duch to ojcowski tak wabi Hamleta : 
Duch niewidomy, prócz nipgo — nikomu. 

! gość z inszego gdzieś świata ; do łona 
Puka ustawnie ; w objęcia upada ; 

Gdzie się obróci, rozdłuża ramiona ; 
Szepce mnie krzywdy swoje od pradziada. 

1 myśl — guślarstwem i pomstą otchniona, 
O niczem inszem na ziemi już nie śni : 
Musem tajemnym panuje wciąż woli ; 

Pod sercem jogo miota się — o I boli, 
Aż sobie ulży jako tako w pieśni. 

Ja. 

Jakby mu ulżyć? o! jeszcze inaczej? 
Już to go lada czem nikt nie uleczy I 
Czy nie ma rady, gdzie w Dumce kozaczej ? 
Bo to jedyny Naród do tych rzeczy. 

Co znaczy ten sen ? Albo w nim tkwi epigramat na Witwi- 
ckiego"? Albo, że pan Adam skozaczy się i pocznie sławić sahajda- 
cznych V Nie wiem. Ale to wiem, że Ukraina, matka Bojana i moja, 
koclia ciebie więcej, niż Litwa i Żmudź razem. A propo?^ Witwi- 
ckiego, w tej chwili odebrałem od niego list, bardzo źle, gorączkuje 
i gadać nie może; pisze, że to kuracya winna, bo mu postawili \'Z 
l)aniek i moxy. Biedak, o I biedak! Jadę do niego na św. Stelan. 
Nie wiedzieć, jak mu radzić. Mnie się coś zdaje, że stąd wywinie- 
się kołtun i lepiej żel)y porzucił doktorów. 

Bohdan. 



163 

Do Pułkownika Karola Różyekieso. ' i 

Foidahulłeau. 21. stycznia lS4o r. 

Coraz smutniejsze wypadki w krąjii, o których nam donosisz, 
obeszły nas daleko żywiej. Męczeńska otiara narodu, z lez i cierpień 
powszednich, rośnie szybko w mogiłę I Burza już tam i naszych 
prochów cząstkę zaniosła, a kto wie. czy nowy wicher reszty nie 
porwie? Kto wie. czy przy tej mogile nie przyjdzie nam. jak cudzo- 
ziemcom, zapłakać po swoich, bo swoicłi nie będzie, którzyby nas 
poznali. W takim stanie ducha, kochany Karolu, nie złorzeczę, ale 
patrzę z boleśnem zdumieniem na tych, co mają serce żartować i co 
na szkielecie zakrwawionym Polski, ostrząc swój dowcip, budują 
trony śmieszniejsze jedne nad drugie. Nie zwykłem nigdy ludzi 
obwiniać, ale nie mogę nie pomyśleć, że temu musi brakować serca 
pol.skiego, komu się dzisiaj chce żartować. Zapłakałem nad Kulczyń- 
skim -j. z którym żyłem kiedyś w przyjaźni. Był to człowiek pocz- 
ciwy i duszy gorącej. Nie dziwię się. że oskoczony życie sobie ode- 
■bra-ł. Proszę cię, donieś nam cokolwiek więc^-j szczegółów. Może 
wiesz, za co tam nastąpiły nowe prześladowania? Czy istotnie do- 
tknęły Moskali? Czy może tylko familii, które miano za moskiew- 
skie? Twoje zaufanie za obręb naszego domu nie wyjdzie. AVere- 
szczyński ma być w Konstantynopolu. 

Wieść o uwolnieniu mojej siostry okazał^a się fałszywą. 

Pozdrawiamy cię obydwa serdecznie. 

Józef Zaleski. 

Do Pana Seweryna Ooszozyiiskies-o w Paryżu. 

Fontainebleau, niedziela, podobno 20. stycznia 1840 r. 

Kochany mój Sewerynie I W tej chwili poczciwy Sieraieński 
przysłał mi listy od Augusta i jeden do ciebie. Pospieszam z ode- 
słaniem, bo zapewnie .są w nim ważne ciekawości. August, jak wi- 
dać, roztargniony, włączy! do mego listu twoje wiersze, które prze- 
czytałem i bardzo mi się spodobały, mianowicie: 1. ^laja w Krakowie, 



M Wyjątek ten wzi»^'ty z notatki Józefa Zalt-skiego. Cala kore- 
spondencya Bohdana i Józefa Zaleskich do pułkownika Różyckiego zo- 
stała zniszczoną w 1868 r. 

-j Gorliwy patryota. odebrał sobie życie, kiedy ajenci poliiviiii 
go aresztowali. 

11* 



164 

Północ w Krakowie i Mara Ojczyzny. Pisze mi o wielkich prześla- 
dowaniach ksingarzy i prosi, abyśmy tu na tytułach książek nie 
kładli miejsca druku itp. Z tem wszystkiem Milikowski chce nabyć 
moje wiersze za cenę, jaką ci dał Piller. Ja myślę, że może mi le- 
piej zapłacą w Poznaniu, oczekuję tedy na listy. Zresztą od miesiąca 
napadła mnie poetycka niemoc, a nawet Avstręt do wszelkich rzeczy 
rymowych i nierymowych. Trapię się wciąż o swoich domowych. 
Jakieś tam nowe prześladowania. Xa Boga, jeśli co wiesz, donieś 
mi, za co męczą i kogo "? Dowiedz się u Jawornickiego, czy nie miał 
czego od ojca. Miałem wielką tentacyę odpieezętować list do ciebie, 
ale się to podobno nie godzi, nawet między starymi przyjaciółmi. 
Owóż tak zrób, mój drogi I Po przeczytaniu listów galicyjskich wy- 
notuj U] i wszelakie nowiny polityczne i literackie i przyślij mi zaraz, 
boś już bardzo dawno do mnie nie pisał. JeśU chcesz, to takoż na- 
pisz na cieniutkim papierze liścik do Augusta, a ja stąd wprost wy- 
eipedyuję z moją epistołą o różnych drukarskich interesach. 

W lutym prz\-jadę może do Paryża, ale to zależeć będzie' od 
interesów poznańskich. A co? Czy nigdzie nie ma Tygodnika Po- 
znańskiego ? bo z niego mógłbym wyczerpnąć miarę o duchu cen- 
zury pruskiej. Staraj się i przesyłaj dyliżansem na kilka dni jeno. 
Najbardziej proszę cię o nowiny krajowe, donoś wszystkie ))ez 
ogródki o rzeczacli i osobach. Xajuroczyściej zaręczam, że żadna 
nie wyjdzie za próg mego mieszkania. Czy prawda, że biedny Kul- 
czyński w łeb sobie strzelił"? Pisał to nam Karol. Nieszczęścia, 
same nieszczęścia I Co ty porabiasz, mój drogi? 

Bądź zdrów, całuję cię najserdeczniej. 

Twój stary 

Bohdan. 



Do Pana Lueyana Siemiońskiego. 

Fontainebleau, 4. lutego 1S20 r. 
rue St. Honor e 22. 

Dziękuję ci, kochany Lucianie, za Itraterską przysługę i zara- 
zem proszę o nową. Musiałem się porozumiewać z moimi Paryża- 
nami i dlatego spóźniłem odpowiedź Augustowi. Załączony tu list 
pchnij co spieszniej do Lwowa i lulio nie zawiera ani słowa o po- 
lityce, zachowaj przecież wszystkie ostrożności. Istotnie chodzi mi 
o druk wierszy. Milikowski chce je nabyć, ale w Poznaniu dają wię- 
cej, a co ważniejsza, cenzura tam nierównie wyrozumialsza. Przed 



i 



165 

tilku dniami widziałem w T\'godnikii Poznańskim twoją powieść: 
Ogrody i Foeci. Seweryn zawiiiziije ivlac3'e z Eedaktorera. Posyłaj 
tam co najwięcej swoich pism, bo Wielkopolanie siedzą po uszy 
w riiepoetyckim heglizmie. Ku wiośnie radbym bardzo zbliżyć się 
ku Eenowi. Jeśli będę miał pieniądze, to wydrukuję w Strasburgu 
część wierszy niecenzurowanych. A najbardziej wierz mi, Lucyanie, 
utęskniam poznać się z tobą. Torban mój (bo daleko mi do gęśli) 
rozstrojony od dawna, śdkI ciężkich smutków porodzinnych i po- 
w"szechnych kłopotów. Powinowaci sobie duchem, możebyśmy dłoń 
w dłoni rozruchałi się trocha. Xie wierz jednak plotkom literackim 
i nie spodziewaj się wiele po mojej tece. Ladajakie drobne ptastwo, 
dumki a szumki, ow(')ż co przynoszę z polowania. W miarę, jak 
ostygam w zapale, stracli mnie bię^rze pomyśleć u zawodzie, jaki 
was niepochybnie spotka. Widzę jasno, na co to mnie wystrychnęli 
panowie estetycy i nieestetycy. Doprawdy wstyd mi. co czasem czy- 
tam o sobie. 

Pozdrowieuie i liraterstwo. 

Bohdan Zalesi: i. 

Józef mój łączy takoż najżyozliwsze pozdrowienie i razem oIj}-- 
dwa ściskamy serdecznie wujaszka Bobińskiego. 

Adres na hście do Augusta chciej położyć sam, bd njp mogę 
wyczytać nazwiska księgarza jego. 



Do Pana Seweryna (joszezyńskiego w Paryżu. 

FontaineTAeau. lu. l-wiełnia 1840 r. 

Kochany mój Sewerynie I Dzięki ci, szczere dzięki za podarek 
Trzech Strun. Doprawdy się wstydzę, że nie mam ezem od tak da- 
wna wywzajemnić się tobie. Autorstwo moje idzie z kamienia, oko- 
liczności pomyślne wymykają się jakoś jedna po drugiej i zapewnie 
w końcu osiądę na koszu. A szkoda I bo łada kawałek mój dzisiej- 
szy lepszy jest od wszystkicłi razem owych osławionych studenckich 
wierszy. Potrzebę Zbaraską niemal skończyłem, bo jeno chodzi 
o przepisanie na czysto. Będzie podobno obszerniejsza od twego 
Zamku. Niewątpliwie jest to mój majstersztyk prostoty i węchu 
do staroświecczy^ny. Tą Potrzeba^, taką wojenną i krwawą, wycień- 
czyłem si^ jakby kampanią realną i od Nowego roku leżę jeno, 
a wypoczywam. Na początku maja zjadę do Paryża na kilka- 
naście może dni, bo chcę w bibliotece popisać oljjaśnienia hi- 



166 

storyczne do różnych moich wierszy. Nagadamy się wtedy do 
woli i rad będę posłuchać twojej Potvieści, bo nie mam wyoljraże- 
nia r o m anso w ego twego talent u. Czy zawiązałeś ( jakeś mi 
pisał) ściślejsze stosunki z Wojkowskim? Możeby on podjął się edy- 
torstwa moich broszur"? Pomówimy o tem za widzeniem się. Ku koń- 
cowi maja wpadnę może na jaki miesiąc nad Een, bo chcę się wy- 
kąpać gdzie w minerałach, a potem puszczę się na starą siedzibę 
pomorską. August nalega na mnie o wiersze do Prac Literaclzich 
i dałbym najchętniej, ale wiesz, jak to niemiło drnkować szarpaniną, 
ronić tchnienie po tclmieniu w półsłówkach, w półnótkach, kiedy 
radl)ym im huknąć pełną piersią, al^y od razu rozmierzyli całą skalę 
stepowego mego głosu. Z tem wszystkiem podobno się nie wywinę, 
bo potrzebuję na moją pustynię różnych słowiańskicli książek, a obie- 
cują mi za wiersze nadesłać. Pod jakim ty adresem pisujesz do 
Augusta? Mnie przysłał Kulczyckiego, ale to podobno krawiec i wy- 
dawca dziennika mód lwowskiego, to l^oję się, aby moich wierszy 
nie podrukował w swojem piśmie. Zapewnie cliodzi Augustowi o co 
najrychlejsze przysłanie i dlatego takim adresem mnie uraczył. 
Bądź zdrów, mój drogi. 

Twój 

Bohdan. 

Jeśli masz Tygodnik Poznański od września r. z., to daj Jó- 
zefowi, a ja ci sam go przywiozę. Co się dzieje z Lucyanem Sie- 
mieńskim? 

Co wiesz nowego z kraju, opowiedz memu Józefowi. 

Do Pana Adauia Mickiewicza. 

Fontainebleau, 27. kicietnia 1840 r. 
liocliany Adamie ! Dobrze się stało, żeś mnie pierwszy zacze- 
pił twoim listem, bo przyzłiam się, że trocha wstyd mi było pi.sać 
o tej nudnej historyi druków. Dlatego też tyle czasów milczałem. 
Ciężkie cztery biedy, jakie od półtora roku powaliły się na nas 
i gniotą po dziś dzień, omierzily mi świat, żem doprawdy do ni- 
czego. Owóż w czem tkwi przyczyna mojego autorskiego dziwactwa. 
Wyobraź sobie, 'że nasza rodzina i przyjaciele wysiadują oto drugi 
rok po Symbirskach, Saratowacli. lvurskach, Bóg świadkiem, nąjnie- 
winniej, a po domach ich? aż strach tyle żalol)y ! Ile razy obrócę 
się myślą ku tej niedawno zaczarowanej okolicy mego żywota, która 
tak ślicznie zieleniała i kwitła, a teraz jeno same gorzkie owoce 



167 

obiecuje, pocierpam boleśnie w sercu, że i rezygnacya pobożna i po- 
goda moja Słowianina już nie pomagają. Z dnia na dzień żyję tak 
nijako, rozczarowany całkiem nawet i do wierszy. Od Nowego też 
roku częstom niezdrów, niemal zawsze coś mi dolega w ciele. Teraz 
na przykład grypa mnie dusi. Z tem wszystkiem Józef mój przepi- 
sał dawno poezye, chodzi jeno o przejrzenie Potrzeby Zbaraskiej, 
a o liche objaśnienia, ale i na to zdobyć się nie mogę. Poezye prze- 
cież muszą wyjść z druku i wyjdą tego lata. Józef trudni się sam 
interesem i przez panią Mycielską porozumiewa się z Poznaniem. 
J\Iilikowski chciał bardzo nabyć rękopis i wydać wspaniale na Weli- 
nie z popiersiem na stali itp.. ale cenzura austryacka nieskończenie 
nudna i ostrzejsza od pruskiej, to podobno nic z tego nie będzie. 
Zaraz po św. Stanisławie puszczamy się do departamentu Yosges. 
Ja chcę się nieco roztargnąć i wykąpać w Plombieres. a tymczasem 
skończyć robotę, bo potem Józef ma wieźć rekopism nad Een i stam- 
tąd wyprawić do druku. Zdaje się, że w połowie lipca będziemy 
w Lozannie. Daj Boże! abym cię jeszcze zastał na miejscu, bo je- 
dzlem znowu nad morze, to nie prędko, nie prędko się już obaczym. 
W każdym razie Plombieres gdzieś niedaleko od Besancon, to mo- 
żemy się zjechać, choć na drodze paryskiej. Bardzośmy tu radośni 
z propozycyi ministra. Rozumiem, kochany Adamie, twoje wahanie 
się. Pokoju lozańskiego nie będziesz miał w Paryżu, ale za to ka- 
tedra ta ważniejsza. Slowiańszcz^^zna wyłazi dziś "wszędzie na stół, 
poczyna się już śnić i ludziom zachodnim, dobrze więc, że Polak 
z twoją reputacyą zagai tę sprawę. U nas i w Czechach będą się 
tem cieszyć i pokrzepiać na duchu. Ja choć zdaleka radbym cię 
posiłkować, ile zdołam. iMyślę coś napisać słowiańskiego : pisałem 
już o zbiory pieśni i potrzebniejsze książki do Lwowa. Słowiańszczy- 
zna chodzi, widzę, jak cień za nami. Nie wiem, czy ci kiedy mó- 
Aviłem, że ja takoż byłem nominowany na profesora w Warszawie 
i kosztem rządu nńałem ol jechać Serl)y, Czechy itd. Romans mój 
ówczesny i opryskliwość poetycka zniweczyły potem całą rzecz. Pa- 
miętam, że Brodziński i Witwicki srodze się na mnie gniewali. Co 
f^ię jednak przewlekło, nie uciekło, to choć wierszami na starość 
odwetuję ten grzeeli młodości. Jeżowski ciągle mieszka przy naszej 
rodzinie: uczy teraz syna Józefowego, bo drugi młodziucłiny elew 
umarł mu przed rokiem. Odyniec zjulż an e u uje, pisze feulietony 
w Kuryerze Litewskim. Nie uwierzysz. Adamie, jak utęskniam do 
pogadanki z tobą. Z Tosges zaraz do ciebie napiszę, aljyśmy wie- 
dzieli nawzajem, gdiie się szukać. Tymczasem ściskam cię, pozdra- 
wiam żonę i dziatwę. Bolnhin ZalcsJci. 



168 

Józef mój ściska cię najserdeczniej. Jeśli wiersze moje nie- 
prędi^o wyjdą z dniliu, to jego wina. Odpowiedzialność cięży na 
Józefie, bo u niego rękopis : ja się w te rzeczy nie wdaje. Pojutrze- 
jadę do Paryża na pożegnanie. Od pięciu blisko miesięcy nie widzia- 
łem się z Witwiekim. Zawsze źle z jego nogami i trudno powie- 
dzieć, jak się to skończy. 



Do Paua Seweryna Ooszezyilskiego 

rue Fortin J4, aux Batignolles , w Paryżu. 

Plomhieres, 22. maja 1S40 r. 

Kochany mój Sewerynie! Od 19. jestem w Plombieres, a od 
dziś na stałej kwaterze. Mieszkamy opodal za miastem w odosobnio- 
nym domku na wysokiej górze. Okolica prześliczna i cicha, podobna 
nieco do przedtatrzańskiej pod Sączem, brakuje tylko Czarnego Du- 
najca. Tu jeszcze las czarny i mnóstwo drzew czereśniowych, a dalej 
już świerki i skały prawdziwych Vosges. U wód nie ma dotąd ni- 
kogo i my pierwsi podobno goście. W górach, jako wiesz, zawżdy 
przenikliwsze powietrze, ależ tu od wczora śnieg z deszczem walą 
a walą. W nieprzezorności poetyckiej zostawiłem szlafrok w Fon- 
tainebleau, a teraz bieduję w kusym surduciku, aż pióro drga w sko- 
stniały cłi palcach. Życie tu dość drogie, ale w okolicznych miastecz- 
kach niemal za bezcen. Za 30 franków na miesiąc dają jeść trzy 
razy na dzień i po kilka potraw i z winem. Ja dla wód nie mogę 
się stąd oddalić, zresztą dla okolicy samotnej i dla pokoju (bo sami 
jeno tu jesteśmy z Polaków), zawszebym gotów poświęcić kilkadzie- 
siąt franków. Do Szwajcaryi stąd niedaleko, ale nie wiem, czy do- 
stanę paszport : zacznę pomału kołatać do prefekta. Adres mój : Mr. 
Zaleski a Plombieres (Vosges), hotel de TOurs. W tym liotelu sto- 
łujemy się i oberżysta jest razem właścicielem naszego domku. 

Mój drogi, podjąłeś się zaopatrywać starego swego druha w no- 
winy literackie i polityczne, aby ci przecież nie zdziczał i wiedział, 
co się dzieje spółcześnie w kraju i emigraeyi. Owóż tak uczyń ! Na 
cieniutkim papierze notuj drobno tydzień po tygodniu, co ważniej- 
szego wyczytasz w dziennikach poznańskich, petersburskich i war- 
szawskich, a z końcem miesiąca wysyłaj wedle adresu. Ma się ro- 
zumieć, że twoja praca to moja płaca, listy wyprawiaj niefranko- 
wane. Donoś mi takoż najgłówniej o sobie, o pismach, zamiaracli, 
bo wciąż marzę o tem, abyśmy się cłioć na przyszłą, da Bóg, wiosnę 
połączyli gdzie w Prowancyi. Może okoliczności pozwolą mi. że za- 



16^ 

biorę cię z sobą do Ziemi świętej. Zależeć to wszystko będzie od 
moicli druków, jak pójdzie sprzedaż, chociaż i bez tego mam na- 
dzieję odnowienia związków z moimi na Ukrainie. Skoro poeiepleje 
nieco, zabieram się zaraz do pisania Objaśnień historycznych i kilku 
drobnych kawałków, które mi uwijają się w myślach. Jeżeli chcesz 
gratis korespondować z Siemieuskim, to do swego miesięcznego listu 
załączaj i do niego, ja stąd odeślę franco, bo tylko 20 kilka mil. 
Ale, ale, czy nie miałeś co od Bielowskiego ? Ciekawjra, czy moje 
wiersze ich doszły? i czy udało się im z cenzurą? Doprawdy, mój 
Sewerynie, nic pisać nie mogę, tak nawskróś przeziąbłem : komina 
nie mamy, to chylja wleźć w łóżko. 
Bądź zdrów, mój drogi I 

Twój 

Bohdan. 

Niewyraźnie napisałem, otóż Hotel de rOnrs (alias pod niedź- 
wiadkiem). 

Józef cię ściska. Załączony tu list wrzuć w boatkę zaraz, bo 
Witwicki lada dzień wyjedzie z Paryża. 

.Jak mniemam, zabawię tu do końca sierpnia, nie tyle dla ką- 
pieli, ile dla skończenia interesów z Poznaniem. Stąd łatwiej doje- 
chać do Renu i pchnąć rękopisy. 



Do Pana Adama Mickiewicza. 

Flonihieres, 24. maja 1840 r. 

Hotel de I O ars (alias pod 'Niedźwiadkiem, 

gdzie się stołujemy). 

Kochany Adamie! Czwarty dzień oto siedzę między górami 
Yosges u przesławnych wód Plombieres. Przyljyłem tu trochę dla 
zdrowia, a najbardziej dlatego, że stąd bliżej do Renu, a zatem ła- 
twiej będzie można porozumiewać się z korektorem moich druków 
w Poznaniu. Józef, który tu jest ze mną, rozpoczął już w tej mie- 
rze korespondencyę. 3Iieszkamy opodal za miastem, w cichym odo- 
sobnionym domku na wysokiej górze. Trafiliśmy na nieznośny chłód, 
mgła w około łazi a łazi. śnieg z deszczem walą bez ustanku, a my 
na cieplicach marzniem w kusych kubraczkach, bo szlafroki zostały 
w Fontainebleau. Jeżeli tak samo i w^ Alpach, to ci winszuję i nie 
dziwię się już, że w Szwajcaryi nie urodził się dotąd żaden znako- 
mity poeta. Jak się należycie wykąpię, a popiszę oljjaśnienia do wier- 



170 

szy, a skończę jako tako interes autorski, toż to się kopnę ku połu- 
dniowi, na stare leże w Endoume, gdzie i cieplej i tyle sinego nieba 
i morza. Tęskno mi też do mojej muzy, bo od wielu miesięcy cał- 
kiem próżnuję, a tu w górach ani spodziewać się inspiracyi. W Pa- 
ryżu bawiłem tydzień. Biedaczysko Stefan wybiera się do wód 
w Neris i daj Boże! aby mu co pomogły na nogi jego, widocznie 
sparaliżowane. Na twarzy jednak wygląda zdrowo, zdrowiej niż kie- 
dybądź, ile zapamiętam. 

Kiedyż, kochany mój Adamie, puszczasz się w podróż ku Pa- 
ryżowi? Żurnale ogłosiły, że przyjąłeś ostatecznie katedrę. Co ja 
o tej katedrze nie nasłuchałem się między Polonią paryską? ale 
wszyscy, bez względu na swoje koteryjki polityczne, życzliwie cię 
oczekują. Są i tacy, co się po cichu przyznają, że to z ich protek- 
cyi spotkał cię ten zaszczyt, są znowu insi, co chcą konkurować, 
jako Jastrzębski, Mierosławski, Bońkowski; z jednych i z drugich 
naśmieliśmy się z Witwickim do woli. Ze wszystkiego atoli pokazuje 
się, że katedra twoja słowiańska arcywiele znaczy na świecie, bo 
mniejsza, że zaprząta głowy naszej różnogwarej drużyny, ale i po 
dziennikach niemieckich o niej huk. Umyślnie zachodziłem do Palais- 
Eoyal, gdzie jest z parę tuzinów tych bałamuctw. Głos w głosie, 
jeden jak drugi, przemawiają wszyscy przychylnie za Słowiańszczy- 
zną i za tobą i ucieszyłem się tem nie pomału. Zgniewałem się 
jeno bardzo na Gazetę Lipską, która z powodu katedry umieściła 
twoją biografię, pełną kłamstw, acz króciuchną, a za to szeroko roz- 
wiodła się o całym rodzie W . . . , o synach i córce. Domyśliłem się 
od razu, skąd ten artykuł zaleciał do Lipska. W tejże samej gaze- 
cie jest inszy znowu list, wyraźnie moskiewski. Grozi Thiersowi 
i Cousinowi protestacyą Pahlena, jeśli Polak i Polak, nieprzychylny 
najpotężniejszemu mocarstwu w Słowiańczyźnie, zajmie takie ważne 
miejsce itd. Stąd to zapewne biegała wieść, że Paris z Biblioteki 
królewskiej, Schnitzler i jakiś tam trzeci tłomacz Karamzina, fory- 
towani od Pahlena, spółubiegać się z tobą mają. Donoszę ci te dro- 
))nostki, bo nie czytasz pewnie dzienników niemieckich, a możeby 
ci się na co przydały w tym czasie, chociaż dla wymiarkowania 
różnych zdań ludzkich o rzeczy tyle cię obchodzącej. Chciałem na- 
wet zakupić dla ciebie luźne numera. ale ani sposób, a na kopistę 
niemczyzny nigdzie natrafić nie mogłem. Kiedyż więc jedziesz do 
Paryża? Jeśli tymi czasy, to napisz niezwłocznie do nas. Droga naj- 
prostsza do ciebie idzie na Yesoul. Vesoul stąd niedaleko. Do tego 
miasta weź dyliżans i uprzedź nas o dniu wyjazdu, to pospieszymy 
z Józefem na spotkanie. Cieszymy się obydwa tą nadzieją uściskania 



171 

ciebie, Adamie I I bez tego mieliśra}' zawsze postanowienie nawiedzie 
was w Lozannie, ale dopiero aż w lipcu albo w sierpniu : musimy 
pierwej dotrzeć do Strasburga i postarać się tara o paszport. Jakoś 
to będzie ! byłeś do nas wczas napisał. Ściskamy cię oliydwaj i po- 
zdrawiamy cieliie i twój dom. 

Bohdan Zaleski. 



Do Pana Lucyaua SiouiieńskieffO. 

Plomhieres. 4. lipca 1840 r. 

Kochany Lucyanie ! Parę dni temu wyprawiłem listy do Au- 
gusta i właśnie dziś zabiera-łem się napisać do ciebie, kiedy oto jak 
zmówiony, uprzedziłeś mnie. Dobrze się stadło : nie pamiętam twego 
adresu, to list mój ł^yiby się długo wa-łęsal po Strasburgu. Wysy- 
łam oto mego Józefa na zwiady względem drogi ku Alzacyi, a tyui- 
czasera pouiówmy o tem i owem. 

Nasamprzód dziękuję ci najserdeczniej za życzliwe wyrazy 
i braterską szczerość. Co rai piszesz o sobie z powoda wrażeń, ja- 
kich doświadczasz śród waśni eraigranckiej, spółezuję całą duszą. 
Tak sarao przeltolałem przed niewiehi laty. Pamięta zapewnie pocz- 
<Mwy Bobiński, jak to ja dręczyłem się w Molsheim. Ówczesne swary 
powszednie o drobne bardzo rzeczy i o drobniejszych jeszcze ludzi, 
ten różnojęzyczny gwar wydawał mi się, jak psia muzyka, jak fran- 
<'uskie chariian, że choć zatknij uszy, zmykaj co tchu w nogi. 
Uciekaniem też istotnie za dziesiątą górę. Xad morzem, pod Prowan- 
<'kiem niebem odetchnąłem, odżyłem trocha. Jakiś czas było mi 
błogo na pustyni śród zaraiprzchlych gdzieś czasów i ludzi. Jeżeli 
Tiasępiło się potem w <luszy, to przynajmniej pod nogami cara Mi- 
kołaja ^). Podeptał bo. potratowa-t wszystkie zasiewy. Doprawdy, mój 
Lucyanie, polityka eniigrancka nie nasza rzecz. Coś w niej jest tak 
■okropnie smutnego, jakoby w klątwie Bożej. Widziałem to dawniej 
na Adamie, a świeżo na Sewerynie, który, chociaż twardszą skorupą 
■odziany od nas, znudził się na śmierć śród sekcyjnych i niesekcyj- 
nych działań. Zaczarowane potomstwo guśłarskie, my po swojemu 
strzelać musimy wciąż gdzieindziej myślami. Ograny .słuch pieśnią 
z pod serca, to nie zniesie żadnego już niestrojonego rozdźwięku. 
Nam potrzelja miłować, wierzyć, spodziewać się,' a tu każą nienawi- 
dzieć, szamotać się w czczdści itp. I^oztropnie tedy czynisz, kochany 



') Aliizya tu do wysłania w głąb Rossyi kilku członków rodziny 



172 

bracie po gęśli, że usuwasz się ile możności od zgiełku. Napi- 
sałem umyślnie i 1 e m o ż n o ś c i , bo znam twoje kłopotliwe finan- 
sowe położenie. I do tego to zmierzał ów projekt, o którym ci pisał 
Seweryn, lubo i o dzienniku myślałem, ale głównie chodziło mi 
o zapewnienie naprzód pokoju i niepodŁegłości spółpiszącym. Parę 
lat nazad z łatwością mógł się mój projekt udać, ale dziś nie wiem, 
jak pójdzie, bo wszystko rwie mi się z mego kłębka. I własne in- 
teresa niewyśmienicie stoją, znowu mnie omyliły nadzieje. Pomówimy 
o teni za widzeniem się naszem. 

Pomysł twój, kochany Lucyanie, wydania pieśni słowiaiiskicli 
po francusku, zdaje mi się, zawczesny. Za kilka tat dopiero, jak się- 
tu oswoją nieco z temi rzeczami przez katedrę żurnale, będzie wła- 
ściwie doba ku temu. Owej, jak sam piszesz, prostoty naszej 
i jęd mości ladajaki Francuz nie uchwyci: najlepsi nawet poeci 
paryscy, nie wiem, czyby w nią ucelili. W tem oto tkwi sęk. Lichy 
przekład prozą niedość, że źle zaleci Słowiaiiszcz^-znę przed światem, 
ale nie ściągnie uwagi tutejszych czytelników, smakujących w mo- 
dnych obrzydliwościach, a tem samem nie obiecuje nawet znacznego 
pieniężnego zysku. Przekład wcale nie zły pieśni serljskich panny 
Mongolfier i jeszcze lepszy Merimego illyryckich leżą po księgar- 
niach. Dziadów Mickiewicza ledwo kilkadziesiąt exemplarzy rozeszła 
się i to do Polski lub do Moskwy. Szkoda więc twojej pracy i za- 
cłiodów. Pomysł twój wszelako wyśmienity, ale raożeby tymcza- 
sem obrócić należało na wspak. Wydaj taką samą antologię pieśni 
dla Polski : ma się rozumieć w Poznaniu, Krakowie łub Lwowie. 
Dzisiaj sam czas po temu, zwłaszcza po zagajonej świeżo sprawie- 
słowiańskiej przez Wiszniewskiego. Pożytek stąd będzie nielada i je- 
stem pewny, że zbiorek twój rozkupią w kilka miesięcy. Poruzu- 
raiejmy się jeno co najrychlej. Niech August przejrzy i objaśni Igora, 
ty przejrzyj i objaśnij Królodworski Rękopis, dumki ruskie itp., ja 
wam zaś dodam gratis spory tomik serbszczyzny. Pieśniami inszych 
bratnich plemionek rozdzielim sit;" między solią i za trzy lub cztery 
miesiące antologia będzie gotowa do druku. .Jak ci się wydaje ta 
moje amendement twego projektu? Pomyśl, a za widzeniem się uło- 
żym ca.łą rzecz i napiszem do Augusta. Można wreszcie będzie zaj- 
mować się jednocześnie i wydaniem francuskiem, aJe w takim razie 
porozumieć się należy z Mickiewiczem. On pewnie nastręczy lepszego 
tłómacza i sam dojrzy wierności, a trzeba ci wiedzieć, że biegły on 
Francuz, choć niepoprawny i nie mający wcale paryskiego akcentu. 
Pomówim i o tem. 



173 

Z widzeniem się tak trzeba zrobić. Do Strasburga nie mam 
ani potrzeby, ani ochoty jechać, a co najważniejsza, nie mam jiiż 
czasu i pieniędzy. Właśnie w tej chwili odbieram list od Adama 
z Lausanny, który nagli, abym przyjechał do niego. Obieca-lem mu 
to dawno, a boję się, aby nie ruszył do Paryża, bo już kończy exa- 
mina itd. Zresztą niedaleko zboczę z drogi, gdyż powracam nad rao- 
j*ze pod Marsylię. Za odebraniem tego listu odpisz mi natychmiast, 
Lucjanie, czy około 13. lub 14. b. m. będziesz mógł przyjechać do 
St. Die. Może masz jakie w tym czasie przeszkody. St. Die leży 
niemal na połowie drogi do Plombieres, zapewnie około 12 lieues 
z Molsheim. Tam przega wędzi m jakie parę dni. Zawsze atoli na 
dwa lub trzy dni przed wyjazdem stąd napiszę do ciebie, abyśmy 
nawzajem na siebie nie czekali. Jest jeszcze czas, bo prawie dzie- 
sięć dni. Tymczasem pokończę tu interesa. 

Wszystkie zbiory pieśni, jakie masz, Maksi mowicza, Paulego 
etc, swój Królodworski Eękopis przywieź z sobą. Przyznam ci się, 
że nic a nie tego nie widzia-łem, aż mi wstyd, chociaż co do ukraiń- 
skich, to ja sam żywa pieśń, pod sercem gdzieś chowam skład in- 
szego rodzaju. Przywieź takoż Historyę Literatury L. Łukaszewicza, 
prace Borkowskiego, Tygodnik Poznański z ostatniego kwartału 
1^39 r. i co masz jeno nowości. Ja zaś przywiozę ci choć Wiszniew- 
skiego, bo książki moje w Fontainebleau. Oprócz tego pisał mi Au- 
gust jeszcze 8. maja, że wysyła dla mnie książki. Zapewnie przez 
okazyę jaką do wód badeńskich i na twoje ręce, to może w tyjn 
razie nadejdą. A propos. Nie wiesz czasem, czy nie ma kogo 
z Ukrainy u wód w Baden ? Dawno nie mamy ni wieści, ni slychu 
z domu, to może tym sposobem cośby się dowiedzieć można. 

Pozdrawiam cię, mój Lucyanie. i utęskniam do chwili, kiedy 
•cię uściskam po bratersku. 

Bohdan Zaleski. 

Józef mój ciebie ściska. Obydwa całujemy kochanego wujaszka. 
Bolejem, że go w tym czasie widzieć nie możem, a nie chcemy, 
żeby się trudził i expensował dla nas w podróży. Da Bóg, na przy- 
szłą wiosnę osiądziem na jakiś czas w Molsheim, Ijo spodziewamy 
się gości, a przytem możf mi wypadnie drukować co w Stras- 
burgu. 



174 

Do Paua Lueyana Siemieńskieso ') w 3Iols]ieim. 

Fontainebleau, 10. sierpnia 1S40 r. 

Kochany mój Lucjanie ! Otóż po kilkomiesit^cziif^j włóczędze- 
powróciłem na starą siedzibę smutniejszy, niż l^iedy stąd wyjeżdża- 
łem. Powróciłem jednalf nie na długo, bo za parę miesięcy pociągnę 
Iconiecznie na południe. Cłieę tymczasem dobić jalio talio ta,rgu z dru- 
karzaiui, abym potem mógł zasiąść do pracy na mojej pustyni. 
Z powrotem tu naszym wczoraj dowiedzieliśmy się razem i o nie- 
fortunnym wypadku ):)ułońskim. Cóż ty na to? Wojna skończy się 
podobno na wzajemnycłi pogróżkach i na protokołach. W dziwnych 
to czasacli żyjemy ! 

Ze Szwajcaryi nie mogłem do cieltie pisać, bośmy się wciąż 
a wciąż włóczyh z Mickiewiczem. Byliśmy i u Mont Blanc ; miałem 
wielką ochotę leźć na wierzchołek, ale ogronine koszta, bo do tysiąca 
franków płaci się samym przewodnikom. Mickiewicz polecił cię po- 
zdrowić, nie odpisał na twój list dlatego, że nie wie dotąd, czy on 
lub kto inny posiedzie katedrę słowiańską. Do chwili naszego wy- 
jazdu nie odebrał od ministra urzędowego wezwania do Paryża. 
Zdaje się jednak, że lada dzień Jiominacya nadejdzie. 

Czy nie miałeś listów od Augusta?^) Jeżeli w tych czasach 
będziesz do niego pisał, donieś, że powróciłem na parę miesięcy do- 
Fontaine))leau, a więc niecli adresuje do mnie listy po staremu. Co 
stychać z Poznania? Czyś pisał do Wojkowskiego o moim interesie? 
Mickiewicz obiecał pisać takoż do swoich znajomych. Muszę na gwałt 
skończyć raz z drukami. Gderzą na mnie przyjaciele, żem opieszały, 
a dalibóg w tem nie moja. ale antiliterackich czasów. 

Pozdrawiamy cię najserdeczniej obydwa z .Józefem. 

Bohdan. 

Do Pana Seweryna Ooszozyń-skiego. 

Fontainebleau, 11. sierpnia 1840 r. 

Ivochany mój Sewerynie ! Otóż widzisz, piszę do ciebie ze sta- 
rej siedzi))y. Przyjechałem wczoraj. Wiele okoliczności stanęło w po- 
przek moim })lanom i rad nierad ujechawszy większą połowę drogi 

^) List ten pochodzi ze zbiorów Biblioteki .Jagii-ilońskicJ w Kra- 
kowie lir. 375() (1. 186). 
") Bielowski. 



175 

do Marsylii, zawrócić musiałem do Fontainebleau. Dużo by.lo)3y 
o tem pisać. Druki to, druki moje najgiówniej narażają mię na tyle 
kosztów i kłopotów. Chcę z nimi raz skończyć, ale cóż? kiedy mię 
ludzie barłamucą. Twój list do Augusta wyprawiłem nazajutrz po 
odebraniu i spodziewam się. że jiiż masz odpowiedź. Może co jest 
i do mnie, bo szeioko do Augusta pisałem. Drugi twój list nie ma 
tygodnia, jak mi doręczono w Lausannie. 

Włóczyłem się niemal miesiąc po Szwajcaryi z Mickiewiczem. 
Żałowaliśmy wszyscy, że ciebie z nami nie było. Mickiewicz nawet 
podaje projekt, abyśmy obydwa na przyszłe ferye przyjechali do 
niego i napisali wespół jakiś poemat sposobem serbskich rapsodów. 
Ale próżno i tara pisać, bo niewątpliwie katedra go słowiańska przy- 
ciągnie do Paryża. Dotychczas jednak nie odebrał urzędowego wez- 
wania, chociaż ciągle koresponduje z ministrem. Żal mu porzucać 
Lausannę. Istotnie, mieszka jak książę ' tuż nad jeziorem Leman : 
pobiera pensyę większą niż insi profesorowie, a nawet większą niż 
sam Prezes Eządu. Poważają go przy tera bardzo Szwajcarowie. 
W Paryżu będzie miał wprawdzie do 10.000 fr. i tylko dwie go- 
dziny na tydzień przez 7 miesięcy w roku, ale za to ani pokoju. 
ani przyjemności lausańskich. W obawie atoli, aby jaki Moskal nie 
zajął miejsca, niezawodnie przyjedzie do Paryża. 

Cóż ty myślisz o wojnie? Zdaje się, że skończy się na wzaje- 
mnych pogróżkach i protokołach wedle teraźniejszej mody politycz- 
nej. Fortuna nie dopisała i młodemu Napoleonowi: haniebnie wy- 
szedł na swojej wyprawie. Coś jednak zewsząd zanosi się na burzę. 
Może i wyprorokują ludzie na r. 1840. 

Spodziewam się, że teraz piszesz, nie uwierzysz, jak się tem 
cieszę. Ja rok ostatni próżnuję w najlepsze, bom ciężko znudzony 
drukami. Za parę jednak miesięcy pociągnę koniecznie na Południe, 
to może się trochę rozgrzeję do lepszych, daj Boże, prac. W powro- 
cie do Paryża jedź na Fontainebleau. Mieszkam ciasno i niewygo- 
dnie, ale przyjmę cię za to leśną przechadzką, do której tak utę- 
skniasz. Nagadamy się o Szwajcaryi i o Mont Blanc, którego 
w całym przepychu oglądałem. Zapewnie pisał ci I.ucyan, żeśray się 
widzieli w Saint -Die. Przepędziliśmy trzy dni wesoło, o ile to być 
może w emigranckiem położeniu. Polulńlem bardzo Lucyana ; prze- 
dni t(» i z duszą człowiek. 

Bądź zdrów, mój drogi, 

IjOlill'!)). 



176 

Józef cię pozdrawia. Uściskaj od nas Zenona i Antoniego. 
l\'ie chcę ci pisać, jak mi tu nudno. Zgiełk, niewygodny stół i stan- 
cja itp., a w Endoiiine miałbym ciszę, piękne mieszkanie, dobre 
wino, i to wszystko za tańsze pieniądze. Cóż robić? Ofiaruję to na 
intencyę druków. A przytem wyexpensowalem się niemal co do susa, 
to mądry dziś Polak po szkodzie. 

Do Pana Seweryna Ooszezyńskiego w La Roche Chała is. 

FontainehleaK, rtie Fleury nr. 1. 
26. sierpnia 1840 r. 

Kochany mój Sewerynie! W tej chwili odebrałem list od Lu- 
•cyana, nieco ze starej daty, bo przez okazyę wyprawiony. Załączony 
do ciebie odsyłam. Przysłał mi Lucyan prośbę do ministra o żołd 
i dla tego interesu dziś lub jutro wj^jecliać muszę do Paryża. Do- 
myślam się, dlaczego milczysz i nie mam ci tego za złe. Zapewnie 
jesteś w poetyckim ferworze i nie chcesz się odrywać od pracy. 
Pisz, pisz, mój drogi ! To więcej warto, niż wszystkie powszednie 
konwenansowe drobnostki. Czas przytem nagli : lada dzień zerwać 
się może burza, która nas poniesie po świecie ; Bogu tylko wiadomo 
na jak długo? Jakoby w oczekiwaniu tej przemiany, od dawna już 
nic robić nie mogę. Zresztą i ludzie mi nie dają czasu, nieustanne 
prawie nawiedziny. Lękam się, aby nasz poczciwy August nie po- 
padł znowu w ręce policyi z powodu tych poszukiwań towarzy- 
stwa słowiańskiego? Czy nie miałeś jakich listów z Galicyi? Przy- 
jechała tu do Paryża Ludwika X . . . , ale, jak mi pisze Lucyan, nie 
chciała się z nim widzieć; przywiozła list obojętny, co dowodzi, źe 
jej August nie dowierza, bo obiecał nam książki. Mniejsza o nią. 

Całuję cię, mój drogi. 

Twój stary 

Bohdan. 

Pozdrów Zenona i Antonit^go. Co też to słyszę za zgiełk poli- 
tyczny uiiędzy Polonią paryską? 

Do Pana Adama Mickiewicza. 

Fontainebleau, 27. sierpnia 1840 r. 

Kochany nasz Adamie! Cóż się dzieje z twoją katedrą? Codzień 
zaglądam do żurnalów i ani słycliu. ni wieści o tern. Pocieszył ranie 



177 

był tymi czasy Cezary Plater, że nominacyę twoja podpisał Ludwik 
Filip od dziesięcin dni, ale znów Witwicki nie każe zawierzać bar- 
dzo Cezaremu. Nie wiemy doprawdy, czemu przypisać te przewłoki 
ministra. Zdaje się, że w dzisiejszych swoich tarapatach Rząd fran- 
cuski wszystkiego się boi. Może odkrycie w Austryi jakiegoś głu- 
piego towarzystwa słowiańskiego, a które Niemcy na karb propa- 
gandy paryskiej liczą, tak nagle oziębiło Cousina. Od czasu, jak tu 
siedzimy, nieustf-nnie najeżdża nas Polonia paryska. Trafiliśmy tu 
na najgorszą porę. Zakłada się tu obóz na 25.000 wojska, a więc 
zgiełk, hałas i drożyzna niesłychane. Mieszkam jak najgorzej i nie- 
podobna mi nic robić. Żadnym sposobem nie mogę tu długo popa- 
sać, tem bardziej, że projekt drukowania w Galicyi sam przez się 
upada, bo przyszły mój wydawca podobno siedzi w kozie. Zresztą 
zniskąd a zniskąd porayślniejszych nadziei. Witwicki bawił tu u nas 
kilka dni. Wody Neris nie pomogły mu na nogi, owszem nabawił 
się w dodatku Arrzociów, ale na twarzy zdrów, dochował się przytem 
wspaniałych wąsów. Czytał mi parę rozprawek swoich do nowych 
Wieczorów Pielgrzyma i wcale, wcale dobre. Zapewnie wiesz, że 
Anastazy Dunin przepłacił życiem sprawę bulouską. Szkoda czło- 
wieka, ongi żyliśmy ściśle z sobą i nie mogę się go odżałować. 
Tak to marniejem jeden po drugim. Goszczyński dogląda gdzieś ro- 
botników przy kanale między Loarą i Garoną i zaniedbał całkiem 
wiersze. W Ezymie naszym dobrze się powodzi, trzech wyświęca się 
na księży. Był tu Duński i radby doczekać się twego przyjazdu 
w Paryżu. Mówił rai Cezary, że Zygmunt Ivrasiński wybierał się 
w nawiedziny do ciebie. Czy też był w Lozannie ? Polonia tu sza- 
leje, tak pewna już wojny. Pojutrze jadę do Paryża, bo ktoś tam 
przyjechał z Galicyi i ma jakiś list do mnie. 
Całujemy cię obydwa i t. d. 

Bohdan Zaleski. 

Jeżeli są jakie listy do nas pod twoim adresem w Lozannie, 
bądź łaskaw przyszlij. Zanim wyjedziem na Południe, radbym się 
z tobą pożegnać jeszcze w Paryżu, bo Bóg wie jeno, kiedy się już 
obaezym. Jeśli przyjdzie nominacya, to napisz zaraz, abyśmy wedle 
tego urządzili naszą podróż. 

Zapomniałem cię prosić, abyś mi pozwolił przejrzeć książki 
czeskie, które są u Januszkiewicza. Możebym się z nich czego no- 
wego dowiedział, a tem samem trocha się rozgrzał do pracy. 



Korcspondcncya J. B. Zaleskiego. 12 



178 

Do Paua Adama Mickiewicza. 

Fontainebleau, 7. września 1S40 r. 

Szanowny Panie Adamie ! Przed dwoma dniami odpisując mi 
Gadon na mój list, doniósł, że ostatni list, który do mnie odebrał', 
wysłał także do Lozanny, ale po dacie naszego stamtąd wyjazdu 
widzi, że nas już tam nie było. Spodziewałem się listu z kraju, 
może to właśnie będzie ten; proszę cię więc, Szanowny Panie Ada- 
mie, chciej dowiedzieć się na pocztę i do hotelu de la Couronne, 
czy go tam nie ma, a gdybyś miał u siebie, to proszę odeszlij. 

My sami nie wiemy, co z sobą zrobimy; jużeśniy byli na wy- 
locie do Endoume, ale różne okoliczności może wyjechać przeszkodzą. 
Mówią coraz gęściej o wojnie, w Paryżu procesye ouvrierskie nie 
przestają łazić z miejsca na miejsce, a niek*^óre cechy koczują za 
Paryżem; dziś raptem trzy pułki kawaleryi, tu stojące, odebrały roz- 
kaz do marszu i obóz Foutaiueblowski rozwiązano. Czy to na wojnę, 
czy dla bezpieczeństwa Paryża, nic nie wiem. Jeżeli wierzyć, co lu- 
dzie utrzymują, że przed wojną najwięcej się żenią, to może i na 
w^ojnę, bo oto ni stąd, ni zowąd przyjechała stara kochanka Bohda- 
nowa i bodaj, czy mi kozak nie smyknie z kosza. Jeżeli łaska twoja, 
donieś nam, jak się masz z żoną i z rodziną? Czy do nas prędko 
przyjedziesz? Bohdan cię pozdrawia serdecznie, wrócił dopiero z Pa- 
ryża, zamknął się, siedzi i pisze, ale zdaje mi się, że nie wiersze. 

Pani Adamowej rączki całuję i t. d. 

Józef Zaleski. ^) 



Do Pana Liicyaiia Siemicńskicgo. 

Fontainebleau, 7. września 1840 r. 
rue Fleury nr. 1. 

Kochany Łucyanie ! Zaraz za odebraniem twego listu posko- 
czyłeui do Paryża, bawiłem tam cały długi tydzień, a dopiero co 
wysiadłem z powozu 

Co też nie dokazuje nasz Seweryn? 2) Myślałem, że w najlep- 
sze sobie kropi wiersze gdzieś na ustroniu. Odebrałem świeżo od 
niego list. Otóż po staremu zbija bąki, goni wiatry w polu. Xająl 



^) Brat Bohdana. 
^) Groszczyński. 



179 

się do szukania miejsca na kanał między Garoną i Loarą, a więc 
z kilkoma Francuzami podróżuje na piechotę. Przyznam ci się, że 
się tem zmartwiłem niepospolicie, bo żal się Boże, jak marnuje 
swój czas. Do Almanacłiu waszego nie mogę posłać wierszy, bo ty 
wiesz dobrze, Lucyanie, że duch moich pism wcale nie demagogi- 
czny ; pobożne lub ukraińskie możeby zgorszyły demokratów, a nie 
mam humoru dziś do napisania czegoś na urząd dla was. Zresztą 
nie czas myśleć o Almanachu. Codzień bardziej mają się rzeczy ku 
wojnie. Chce, czy nie chce Europa, a Mikołaj wlezie do Carogrodu. 
Żałuję, że nie jestem z wami, boby mnie wujaszek poduczył trochę 
mustry. W tej chwili przyszedł tu rozkaz, rozwiązujący obóz. Wszy- 
stkie półki ruszają w marsz ku Paryżowi. W Paryżu zgiełk i zamęt 
niesłychany. Czeladź rzemieślnicza opuściła warsztaty od kilku dni 
i przechadza się tłumami po ulicach, Spotykałem nieraz po kilka 
tysięcy takiej drużyny. Jest obawa, czy nie Moskale albo Anglicy 
płacą te ruchy, al^y zaprzątnąć Francyę wewnątrz. Nie mam czasu 
pisać dłużej. Bądź zdrów. Całujemy obydwa ciebie i kochanego wu- 
jaszka. , 

Bohdan. 

Lękam się, czy August nie wpadł? Odkryto jakiś związek sło- 
wiań>-ki na Czechach, Morawach i w Galicyi. Zmiłuj się, co wiesz 
donieś mi co prędzej a szczerze. Łukaszewicz takoż pochwycony 
i podobno wielu naraził na biedę ... Co bądź się skąd dowiesz, pisz 
do mnie, bo trzeba, abyśmy się trzymali za ręce i razem służyli 
poczciwej sławie. 



Do Wojewody Ostrowskiego. 

Fontainebleau, 10. października 1840 r. 

Szanowny Wojewodo ! Odebrałem nieco zapóźno zawezwanie 
Jego do koleżeńskiej narady. Nie rozumiem doprawdy, o co toczy 
się rzecz tak nagle i niespodzianie : domniemywam się jednak, że 
albo są insynuacye od Rządu francuskiego za stworzeniem Sejmu, 
albo że chodzi jeno po prostu o obliczenie prawnego kompletu. 
W mojem położeniu, jako mieszkający opodal od Paryża, nie mogę 
żadną miarą uczestniczyć w codziennych rozprawach. Sądzę oraz, 
że po tylu leciech gorszącej nieczynności usiłowania dziś nasze na 

12* 



180 

mato się przydadzą sprawie narodowej, a przynaJDiniej nie pozy- 
skają już należytego poszanowania ani w kraju, ani w eiuigracyi. 
Kie przesądzam przecież o zdaniu dostojnycłi kolegów i skoro lepiej 
zostanę objaśniony, nie omieszkam stawić się osobiście, kędy mnie 
zawezwać raczą. 

Łączę wyrazy wysokiego poważania i życzliwości mojej dla 
Wojewody. 

J. B. ZalesH. 



Do Pana Aleksandra Jełowickiego. 

Fontainebleau, listopad 1840 r. 

Szanowny Aleksandrze I Uprzedziłem cię już i dawniej listo- 
wnie i świeżo ustnie, dlaczego aż do końca listopada zawiesić muszę 
decyzyę moją względem druków; dlatego też nie mogę kończyć 
z wami interesu i dlatego przewlokłem nieco odpowiedź na twój 
ostatni list. 

Eozważałem jednak pilnie twój projekt do umowy; rozważa- 
liśmy obydwa z Józefem. Owóż powiadam ci od razu i szczerze, że 
ów projekt, pomimo mnóstwa i tyle obiecujących paragrafów, wcale 
a wcale nie nadaje mi się. Pochodzi to stąd zapewnie, żeśmy się ja- 
koś nie zrozumieli. 1) Przypomnij sobie, żem ci nie obiecywał czte- 
rech tomów poezyi takich, jak 4-ty Mickiewicza, owszem zaraz na 
wstępie oświadczyłem, że Serbszczyznę i rzeczy niepokończone zo- 
stawiam w rękopiśmie : mówiliśmy tedy o czterech częściach różnej 
objętości i pod osobnymi tytułami, a nigdy o 4 tomach. 2) Kiedyś 
mi czynił propozyeyę 500 fr. za tom, odrzuciłem ją natychmiast, 
bo mi wszyscy dotąd księgarze i sam nawet Januszkiewicz dawali 
więcej. W tern podwójnem nieporozumieniu się tkwi oto sęk; a prze- 
cież na niem założony cały twój projekt do umowy. 

Wspomniałem dopiero co o Januszkiewiczu. Eok temu, to mi 
zwiastował w liście: ..Marylski, jeśli nie pisał, to pisać będzie. Wa- 
runki przezeń proponowane są: drukuje dwa tomy poezyi Bohdana 
swoim kosztem, od daty wydrukowania płaci przez lat dwa po 600 
fr., koszta druku i te 1.200 fr. odbiera ze sprzedaży dzieła. Bohdan 
mu 5" o komissu od wyprzedaży daje, a po pokryciu lych awansów 
cały dochód jest dla Bohdana." Dalej pisze o Marylskim jeszcze 
i dodaje: „gdyby on niedość przedstawia-ł gwarancyi, my te warunki 
"W pewien sposób (o którym później) przyjmujemy.'' 



181 

Propozycje i owe dawniejsze Marylskiego i twoje nowsze, same 
w sobie nie ma co mówić, są wyśmienite, jedne od driioich lepsze. 
Przecież oznajmiłem ci już powielokrotnie, iż mi nie chodzi o mniej- 
szy lub większy zysk, o ca-ly dochód, czy o połowę, ale o to głó- 
wnie, aby nie mieć kłopotów nieliterackich, jako to przegląda- 
nia ksiąg rachunkowych, dozorowania egzemplarzy edycyi i tym 
podobnych szykan, nieprzystojnych ani dla was. ani dla mnie. Wy- 
jadę n. p. daleko gdzieś za Paryż i na długi czas, toż mam kogoś 
wyznaczać na mego pełnomocnika ? 

"Wiem, że w rzeczach handlowych godziwa jest najskrupula- 
tniejsza ostrożność. Zdaje się jednak, iż nie obawiacie się zawodu 
w rozprzedaniu 1000 egzemplarzy, kiedy sami proponujecie stereo- 
typ. Wierzaj mi, Aleksandrze, nie chcę ja krzywdy ani twego brata, 
ani spółki, ani czyjejbądź, i dlatego myślę, że nikt nie chce mojej. 
Czemużbyś tedy nie mógł postąpić ze mną, jak niegdyś z Mickie- 
wiczem, Góreckim, Odyiicem? Może być, iż poezye moje mniej są 
warte niż ich, ale ja też za to na mniejszem wynagrodzeniu poprze- 
stanę. Xa zasadzie takiej prostej łatwa pomiędzy nami będzie zgoda 
i ugoda. Ugoda we dwóch jeno paragrafach: §. 1. Zaleski sprzedaje 
taki a taki rękopis i na tyle lat : §. 2. .Jełowicki płaci tyle a tyle 
i przez tyle lat. Wtedy księgi rachunkowe, liczenie egzemplarzy, 
stereotyp i wszystkie a wszystkie awanse nic a nic do mnie nie mają 
należeć. Redę sobie swobodny, jak ptak. 

Pomyśl o tem wszystkiem. Szanowny Aleksandrze, pokaż moje 
memorandum Januszkiewiczowi i uradźcie coś arcy-dobrego dla 
mnie. Wszakże sam się oświadczasz w liście, że chcesz być 
stróżem mego interesu. Interes mój polega na tem, aby poz- 
być się rękopisu za godziwą zapłatę i nie myśleć już o edycyi 
aż do chwili, kiedy prawo autorskie powróci znowu do mnie. 
Łączę i t. d. 

J. B. ZnlcsJci. 



Do Pana Seweryna Goszcz yńskies^o 

w Meung sur Loire. 

Fontainebleau, rue Boyale 12, 3. grudnia 1840. 

Nie ma co mówić, Panie Sewerynie, postąpiłeś chytro i mądrze. 
A ja tu gniewałem się srodze na ciebie, a jeszcze mnie podszczuwał 
Siemieiiski. Jak to można, ażeby Goszczyński, taki poeta, włóczył się 
ze sznurem i kompasem za chlebem? i t. p. i t. p. Tymczasem, 



182 

luy arcypoważni, arcjmedrkujący, nie zrobiliśmy nic dla Ojczyzny 
ani politycznie, ani literacko, a inżynier nasz naładował przynajmniej 
kabzę, a może jeszcze i brzuch sobie utuczył. Pozdrawiam cię, 
mój drogi, najserdeczniej z podróży. W tem tylko spisałeś się 
niełebsko, żeś tyle miesięcy milczał, a więc niecierpliwiłem się 
i Bóg wie, co nie roiłem sobie, chociaż dziś rozumiem wyśmienicie 
i pobudki owego milczenia. Powróciłeś tedy na leże zimowe ! Daj że 
Boże! aby były co najpłodniejsze, abyś nam coś zagrzmiał całą pier- 
sią, bo utęskniamy sercem i duszą. Ja cały ten rok zmarnowałem 
naj haniebniej. Od powrotu ze Szwajcaryi ani jednego wiersza, co się 
nazywa, nie napisałem. Urwała się raz nitka i kłębek natchnienia 
gdzieś tak się zawieruszył, że ani wieści ani słychu o nim. Żmudze 
też i nudzę niemiłosiernie. Jeżeli dotychczas siedzę w Fontainebleau, 
to jedynie dla tych przeklętych druków, a tu ani weź ! Niedawno 
temu o mało co już nie ułożyłem się z Jełowickim, ale mi na gwałt 
odradzili Mickiewicz i insi przyjaciele, bo istotnie warunki były za 
żydowskie. 

Z kraju wciąż, jak na złość, same bałamuetwa. Otóż ta biedna 
literatura emigrancka! Myśleliśmy, żeś z przeproszeniem głupstwo 
zrobił: a tu my sami wyszli na dudków oglądaniem się ustawicznie 
na niebieskie migdały. Siemieński najgorzej stoi w interesach. 
Xaposyl'ał do Poznania wierszy i prozy co niemiara, owóż figa za 
to, ani pieniędzy, ani podziękowania nawet. Starałem się tu wyrobić 
mu żołd. Dobrze szły rzeczy w Ministeryum, pomimo podłych de- 
nuncyaeyi ze Strasljurga. Tymczasem dyabeł porwał Thiersa i wszy- 
stko potonęło. Kilka dni temu pisał Lucyan, aby mu pożyczyć 100 
franków. Kręciłem się na wszystkie strony, ale ani sposobu. Nigdy, 
od początku emigracyi nie byłem golszy, chociaż i teraz mam 1000 
franków gdzieś w Berlinie, które obyczajem polskim pan pośrednik 
nie kwapi się wcale odesłać. A propos tej sumy berlińskiej, jeżeli 
na seryo mój Sewerynie, masz grosz zbywający, poślij co tchu 
Lucyanowi, a ja ci to zwrócę w lepszych czasach, daję rerhiim no- 
hile, nh. jeśli ci to żadnej a żadnej nie zrobi różnicy, bo lepiej że 
młody panicz podmucha czas jakiś w palce, niż iżbyś ty cierpiał 
niespokój przy pracy. Uczyń, Sewerynie, jak chcesz sobie z Lucya- 
nem, a o mnie ani myśl, dam ja sobie rade i bez was. Jakoś to 
będzie. Ty wiesz, że Pan Franciszek^) zowie mnie Lafitem, a Pan 
Franciszek głowa nielada, która oto świeżo rozburzyła, jak ta- 
ran, Zjednoczenie Emigracyi Polskiej. 

^) Grzymała. 



183 

Nie wiem doprawdy, kochany Sewerynie, jak ci poradzić 
z twojem rendez-rous. Eadbym z duszy uściskać cię co najprHdzej : 
ale wymówiłem już stancyę w Fontainebleau i za tydzień puszczam 
się stąd, puszczam się sam, nie wiem gdzie I Najpewniej, że jaki 
tydzień zabawię w Paryżu, i co bądź się zrobi, czy skończę interesa 
lub nie, pociągnę ostatecznie już w cieplice ku Południowi. Być 
może, iż was nawiedzę w Meung, chociaż to mi nieco z drogi- 
W każdym razie napiszę jeszcze do ciebie z Paryża. Ty takoż mo- 
żesz adresować list do Fontainebleau, bo Józef mój w oczekiwaniu 
na wiadomości i pieniądze z domu pozostanie tu na jaki miesiąc. 

To nibyć to nasze niewiasty powi-óciły za łaskawą amnestyą 
carską! Czytałem ich imiona i nazwiska w gazetach. Cóż kiedy ża- 
dnej wieści wprost od nich nie mamy, ani nawet z Galicyi. Jakieś 
tam nastały nowe prześladowania, nowe uwięzienia ! I końca nie ma 
złemu I i nie będzie tak prędko 1 Bo Francya, jak widzi.sz, utonęła 
w błocie całkiem, a Europa gnije, dognaja się na novr^ zasiew Boży. 
Oj, smutno pomyśleć o tem, a jeszcze smutniej.sze, że temu niczyja 
mądrość nie zaradzi, aż domierzą się czasy ! 

Czy Zenon nie miał co od swojej siostry V W tej ch\vili od- 
bieram list od Mickiewicza. Chory l.iiedak i umartwiony na śmierć. 
Żona mu znowu po staremu szaleje, a dziatki piszczą i marnieją. 
Och ! Sewerynie, dzięki niech będą Bogu, różneć biedy cierpim, ale 
krzyż nasz lżejszy niż kol legi Adama. I gotuj się tu na kurs ! Praw 
o Słowiańszczyźnie, kiedy w domu i w sercu takie piekło ! Dalibóg, 
nie pojmuję, jak tam Adam polezie na katedrę. 

Mówmy o czemś weselszem. Nasz Michał kropi a kropi. Czy- 
tałem 3-ci tom Literatury i krytyki, tudzież różne jego artykuły po 
dziennikach. Są rzeczy w nich wyborne, ale dużo trzebaby o tem 
pisać. Dość, że został sobie szlachcic dyktatorem w E ze czy po- 
spolitej literackiej nad Wisłą, Wiliją i Dnieprem. I piastuje 
godnie swoje dostojeństwo; lud pisarski boi się go, szanuje i daje 
się powodować. Ależ sprytna sztuka! Powiedz, hadjuko, skąd mu 
się to wzięło '? Czy go Bazylianie humańscy uczyli inaczej niż nas ? 
Bez żartu, Seweiynie, Michał nasz, podniosły to i głęboki umysł, 
podnioślejszy i głębszy niż czyjbądź między literatami polskimi, dla- 
tego też wyśmienity wpływ wywiera na spółczesne rzeczy w kraju. 

Wiszniewskiego historyę przechwalił nam Bielosz ^) : ładnieć 
napisana, ale .sąd płytki, niedowarzony, coś a la Maciejowski buja 
szeroko, ale w czczości niby to uczony. Bielosza też złajałem od 



^) August Bielowski. 



184 

ostatnich słów. Wiesz, co on zrobił? Podrukował moje wiersze 
w dzienniku Mód bez upoważnienia, a co gorsza, wbrew wyraźnemu 
zakazowi. Tak byłem zły, że w rewolucyi pewniebyni go usiłował 
powiesić, jak Szyrma Mochnackiego. Teraz trocb era się przegniewał; 
poleciłem Lucyanowi, aby go przeprosił i uścislmł odemnie . . . 

W Paryżu teraz hukiem pań z kraju. Mło';la Branicka z cór- 
kami i pannami Ivalinowskiemi z Eużyna. Z Galieyi Czarkowscy, 
Borkowscy, pani B . . . , która uciekła od męża, i pani X . . . , która 
szuka męża i t. p. i t. p. Prawię ci te wszystkie banialuki, bom 
się jakoś rozpisał uradowany twoim listem, a praytem nie mam też 
co lepszego do roboty. Czy ty drwisz? czy o drogę się pytasz? 
Sejm! Sejm! Azaliż nie jesteśmy najprawdziwsi wasi reprezentanci? 
Owóż nie wiemy, czego chcemy, jak i wy, czerń pospolita ! Zresztą 
ten niegodziwy Guizot pomieszał nam szyki na długo. Oj, oj, żartuję 
sobie, doprawdy, aby nie uderzyć w płacz. Na dziś dosyć ! 

Przyciskam cię do serca, drogi Sewerynie! 

Twój 

Bohdan. 

Starego mego kochanego Zenona ściskam. Ściskamy was oby- 
dwa z Józefem. Nie mogę żadną miarą wierzyć, ażebyś ty, Sewerynie, 
miał pieniądze. Cóż ty za inżynier? Czy Francuzi głupi, aby płacić? 
Chyba, że oprócz inżj^nierki insze jeszcze miałeś rzemiosło tam po 
drogach i lasach. 



Do Pana Lueyana Siemieńskieso. 

Fontainebleau, 3. grudnia 1840 r. 

Kochany mój Lucyanie, dobrą ci oto nowinę zwiastuję ! Sewe- 
ryn pojawił się nakoniec. I łebsko się spisał nasz inżynier : nałado- 
wał sobie trzos, utuczył brzuch, a teraz na leżach zimowych w Meung 
nad Loarą zasiadł na seryo do pracy. Dopiero co szeroko do niego 
pisałem. Owóż pożądany gość, pan Seweryn, ujął mi też zaraz część 
kłopotów. Jestem na wyjezdnera z Fontainebleau, kręcę się już kil- 
kanaście dni za pieniędzmi a conto dawnych długóv7. Poleciłem mu, 
a];>y ci posłał natychmiast 100 fr. Mój Lucyanie, między sobą nie 
czyńmy korowodów. Pieniądze Sewerynowe użyj, a nie troskaj się 
wcale o zwrot. Mam w Berlinie tysiąc kilkaset franków z Ukrainy, 
które skoro odbiorę, uiszczę się naprzód Sewerynowi, a między sobą 



185 

•we dwóch poliezYm się, daj Boże, chyba kiedyś w kraju. Byłem 
nieco zakłopotany, bo istotnie zagabnąteś mnie był w czasie naj- 
kry tycznie] szym golizny, jaki kiedykolwiek zapamiętam. Teraz mi 
lżej. Za miesiąc też, za dwa z różnych stron spodziewamy się fun- 
duszu. 

Twój interes o żołd poleciłem listownie przyjaciołom, ale za 
tydzień jadę do Paryża na dłuższe mieszkanie, to sam dotrę wszę- 
dzie, gdzie potrzeba. Xie wiem jeszcze, dokąd pojadę na sta-lą sie- 
dzibę, bo znowu odbieram propozycye względem druków, ale to 
pewna, że już nie wi'óeę do Fontainebleau. Listy jednak możesz 
adresować, jak dotąd, bo Józef mój pozostanie tu jaki miesiąc. 

Dopiero co odebrałem list od Mickiewicza. Chory biedak i umar- 
twiony na śmierć ... A tu gotuj się na kurs, praw o Słowiań- 
szczyźnie, kiedy taki niepokój w domu i w sercu. Oplakanać to 
i sława i znaczenie i dostatki na tym świecie. Xie powiadaj o bie- 
dach Adama przed nikim, bo ludzie te rzeczy sądzą po swojemu, 
zawsze na szkodę Ijłiźniego. 

Pozdrawiamy cię najserdeczniej. 

Bohdan. 

Z Paryża do ciebie napiszę, abyś wiedział, gdzie się obrócę. 
Może też tymczasem i Bielosz nam co doniesie. 



Do Pana Adama Mickiewicza. 

Fontainebleau, 4. grudnia 1840 r. 

I\ochany i biedny Adamie, dzięki Bogu, żeś zdrowszy. Stra- 
szliwy krz3'ż dźwigasz, ale dajmy temu pokój. 

Posyłam ci oto Pieśni Serbskie w oryginale i w tłómaczeniu 
niemieckiem. Ostrzegam zaraz, że to tłómaczenie wcale nie osobliwe. 
Szaffarzyka historyi liter. słów. nie mam. Zresztą na małoby ci się 
przyda-ło, bo strasznie mizerna. Podobno, że Xabielak ma hlstoryę 
Jnngmana, a wiem dobrze, że ma książkę o Słowianach Kollara, 
tudzież kilka gramatyk dyalektów słowiańskich, które zapewnie elię- 
tniel)y ci pożyczył. Na ulicy I^iclielieu jest księgarz (nie pamiętam 
nazwiska), który ma na składzie kilkadziesiąt dzieł filologicznych 
.słowiańskich. W tem oljjaśniłljy cię Xabielak, bo widziałem u niego 
katalog tego księgarza. O Marku Królewiczu poweźraiesz wiadomość 
historyczną w Raicza „Historyi Bułgarów, Chorwatów i Serbów", 
4. części 1794 r. w Wiedniu. Jest w Bibliotece królewskiej. Przy- 



186 

pominam sobie, że czytałem kiedyś w Beviie Encyclopediqi(e z roku 
1831 obszerne artykuły o Pieśniach Serbskich panny Montgolfier, 
a daleko lepsze jeszcze w żurnaki : le Cutholiąne przez samego 
Ecksteina. Eckstein i Sorgo mają mieć dużo książek słowiańskich, 
Montalembert podolmo zna sit^ z nimi. Załączam tu jeszcze Sło- 
tvanJ:e Bobrowskiego, może ci się na co przyda. Pieśni Serbskie 
oddasz mi na wyjezdnem z Paryża, bo Siemieński z Bielowskim 
wydają antologię słowiańską i obiecałem im Serbszczyznę moją, to 
muszę wytłumaczyć jeszcze parę kawałków i właśnie o Marku Kró- 
lewiczu. 

Bohdan Zaleski. 



Do Paiia Seweryna Gfoszczyńskiego 

w Meung sur Loire. 

Fontainebleau, rue St. Honore 22 
21. grudnia 1840 r. 

Kochany mój Sewerynie ! Zmęczony na duszy i na ciele po- 
wróciłem oto jak niepyszny do Fontainebleau. Byłem na wszystkicli 
ponapoleońskich paradach, po których ta mi przecież pozostanie 
pamiątka, że podlńlem się na bruku paryskim, przeziąłilem strasznie, 
a stąd napytałem sobie kaszlu i bólu głowy na wiele dni. W chło- 
dzie, w zamrozi serc francuskich niepodobna się było rozgrzać. 
1 wartoż dla nich być wielkim człowiekiem ? U nas, w Polsce, lada 
wodza uczciłby lud inaczej 1 

Interesa moje poszły mi najgorzej, a żal też było rozstawać 
się choć na czas z Józefem, i dlatego wołałem wrócić na starą sie- 
dzibę i tu doczekiwać się owych sum bajońsłdch. Nie wiem więc, 
jak długo tu zabawimy. Ułożyłem był projekt z Floryanem, al)y 
was nawiedzić na imieniny Zenona; otóż dla kaszlu mego i bołu 
głowy nie mogę. Uściskaj tymczasem, Sewerynie, solenizanta ode- 
ranie a szczerze, a serdecznie jak ongi, za lat naszycłi pacholęcych 
w Humauiu. Co się jednak przewlecze, nie ueiecze. Mam stałą i nie- 
zachwianą wolę wpaść do was do Meung, skoro będę zdrowszy i we- 
selszy: może na Nowy Eok, może później, a najpewniej, że znie- 
nacka. 

Poznałem w Paryżu ze dwudziestu młodych Haliezanów, to 
Poznańczyków : ale jeden od drugiego lepszy. Strach pomyśleć, co 
tam za puste głowy i serca : dzięki Bogu, że to są wszystko panicze, 
bo uboższa młodzież musi być insza. Tygodniki petersburskie i po- 



k 



187 

znańskie zakazane są w Królestwie i w Galicyi. T dnikujże tu teraz 
w Poznaniu dla Niemców ! Bieda, oj bieda, Sewerynie ! 

Czytałem w Gazecie WarszaiosMej artykuł o nas : Cenzura na 
wieki wieków zabroniła naszycłi nazwisk: i tak ty się zowiesz Se- 
weryn z Kaniowa, ja Bołidan z Porołiów, nieboszczyk Brodziński, 
Kazimierz z Królówki itp. Śmiać się i płakać zachciewa sie razem: 
co bo w tem wszystkiem szatańskiej złości ! A szlaclita nasza liula, 
rozpustuje po staremu, a co gorsze, ciemięży lud po staremu, będzie 
z nią źle i bardzo źle. 

Mickiewicz już zdrowszy, kazał cię uściskać; jutro rozpoczyna 
swój kurs, ale nie cliciałem czekać, bo nie cierpię jego francusczy- 
zny i boję się, aby go Paryżanie nie wygwizdali. Zresztą opowiadał 
mi treść lekcyi, wielce mądra i piękna, szkoda jeno, że Francuzi 
nie znają się na tyełi rzeczacli. Nabielak cię takoż czule pozdrawia ; 
wciąż ćwiczy sie w górniczycli mądrościach, ale co mu to potem? 
Mój poczciwy Sewerynie, napisz też do mnie, co porabiasz, czy już 
się rozmachałeś? Pamiętaj, że pierwszy kawałek musisz mi tu po- 
słać, obiecałeś to dawno. W imię Matki - Ukrainy i starej przyjaźni 
zaklinam, przyszlij mi cokolwiek ze swoicli wierszy, napisz wreszcie 
coś na urząd dla mnie, coś z owych czarów dziewczęcych, 
coś o J ad ź win gach i t. p., które wiem, że pisałeś. Czasem tak 
mi tęskno za twoją Muzą, że aż złość bierze na ciebie. Trzecią część 
Zamku nauczyłem się w tych czasach niemal całą na pamięć. Pró- 
żnuję sam, to radbym dziś sypać oklaski genialnemu swemu dru- 
howi, a nawet napisać coś prozą o spółczesnej naszej literaturze. 
Jak będziesz pisał do Lucyana, donieś mu, że powróciłem do Fon- 
tainebleau i dołącz nowy mój adres. 

Całuję cię bez końca 

twój 

Bohdan. 

Ale, ale, Szuja^) tu profesoruje w Fontainebleau, trocha spo- 
ważniał, kazał cię pozdrowić. Zenona ^) obydwa z Józefem pozdra- 
wiamy. Życzymy wszelkiego dobra i nie w Meung, ale gdzieś w Łu- 
gowej. Floryan ^) czyta-ł mi kilka listów ojca, co też to w tem starem 
sercu młodego czucia i zapału ! Spłakałem się jak dziecko, jakby to 
pisał mój brat albo swat. Powiedz Zenonowi, aby go kiedy pozdro- 
wił odemnie, od nieznajomego, ale jak najczulej po ukraińsku. 



^) Mierosławski, przezwany Szują przez Mickiewicza. 

^) Zenon i Floryan Chaborscy, koledzy szkolni z Humania. 



188 

Do Pana Adama Mickiewicza. 

Fontainebleau, 23. grudnia 1840 r. 

Szano^^ny Panie Adamie ! Czego tylko serce ojca życzyć sobie 
może, to wszystko niech Bóg ci zeszłe na życia całego wiązanie, 
żebyś szczęśliwy i wesoły u siebie, kochany i szanowany w wolnej 
Ojczyźnie, żył nam długo, a naszych serc miłość uważał jako do- 
datek przy życia pomyślności. 
Pełen dla ciebie szacunku 

twój 

Jósef Zaleski. 

-Łączę do życzeń mego Józefa najszczersze uściśnienia, a jutro 
pomodlimy się obydwa na twoją intencyę, nasz zacny, kochany 
Adamie ! 

Twój 

Bohdan Zaleski. 

Posłałem ci onegdaj dykcyonarz serbski i gramatykę Grimma. 
Czyś odebrał? 

Do Pana Adama Mickiewicza. 

Fontainebleau, we tctorek, 29. grudnia 1840. 

Dobry, drogi, kochany nasz Adamie ! Co tu nam z różnych 
stron nie piszą o twojej wspaniałej, świętej Improwizacyi? Dopra- 
wdy, jak o cudzie ! Płakaliśmy obydwa z radości. Modlim się też, 
modlim codzień, aby łaska Pańska zamieszkała w tobie na długo, 
na zawsze i rozpleniła ziarna Boże miłości, ładu, które siejesz tam 
na około. Od dawna przeczuwam, że jakąś wielką zgotował ci Bóg 
missyę w Polsce : głuche tętno, wieść niby o niej wciąż rozbrzmiewa 
po mem sercu. Może czas się domierza ku czemuś nowemu. Pój- 
dęż, o pójdę za tobą! Wyraźnie, bo Adamie, Duch ów, Duch po- 
bratymczy, połowiczny, o którym pisałeś mi, z tobą jest. 
Jeżeli gościł u mnie, czy we mnie, to na krótko, przelotnie, a cho- 
ciaż błogo mi było z nim, nie wyrzekam wcale, bo powrócił do 
wybranego swego naczynia. Wierzaj mi, jak ciebie kocham, dobro- 
wolnie przestanę na źdźble, na lichej odrobinie tego ducha, byłeś ty 
nam był mocny, promieniejący, czysty. 



189 

Eustachy wabi nas na wielki wieczór, który podobno sprawia 
dla ciebie na Xowy Eok. Z doświadczenia wiem co do siebie, że 
nigdy mnie tłum nie inspirował, a zawżdy zniechęcał i dlatego uni- 
kam wszelkich schadzek. Jeślibyś jednak tego sobie życzył, napisz, 
a ochotnie przyjadę do Paryża. O twojej lekcyi mamy obszerne 
raporta i cieszymy się nimi. Kiedy niekiedy sam donieś o swojem 
powodzeniu na katedrze. My obydwa co wtorek i piątek modlimy 
się osobno na twoją intencyę w same godziny kursu. 

Ściskamy cię i całujemy 

twoi 

Bohdan i Józef Zalescy. 

Jesteśmy wciąż pod wrażeniami listów o twojej improwizacyi, 
to lekcyi, i o czem inszem ani sposób myśleć. 



Do Pana Seweryna Groszczyńskiego 

w Meung sur Loire (Loiret). 

Fontainebleau., 30. grudnia 1840 r. 

Kochany mój Sewerynie! Pani Jenerałowa Suchorzewska, po- 
wracająca z Poznańskiego na Strasburg, przywiozła do nas listy od 
Lucyana, które oto dopiero dziś mi nadesłała. Zapewnie miałeś już 
późniejsze od niego wiadomości, ale odsyłam spiesznie i ten list, bo 
może co ważnego dla ciebie zawiera. 

Mickiewiczowi, dzięki Bogu, wybornie się udaje na katedrze; 
miałem z różnych stron o tem raporta i od niego też samego. Na 
Boże Narodzenie, na wieczorze u Januszkiewicza, improwizował nasz 
poeta - profesor coś nadzwyczajnie wielkiego wierszami: doprawdy, 
rozpowiadają o tem wszyscy^ jak o cudzie. Polonia różnych partyi 
ściskała się, płakała, mdlała, tak napełnił wieszcz serca na chwilę 
miłością. Sam pisze mi, że od czasu Dziadów nigdy nie czuł się 
w takiem natchnieniu. Na Nowy Rok dają mu znowu wieczór dla 
ofiarowania jakiegoś wspaniałego puharu. Zapraszają i mnie, ale ty 
wiesz, mnie zgiełk nie inspiruje i z natury nienawidzę wszelkich 
tłumnych schadzek. Chyba więc sam Adam zaprosi, to przez przy- 
jaźń dla niego przezwyciężę wstręt i pojadę, wolałbym jednak sie- 
dzieć tu sobie cicho. 

Po Nowym Roku muszę pojechać do Paryża, a przynajmniej 
posłać Józefa, bo zaalazł się poczciwy koleżka, który a conto owej 
sumy berlińskiej pożycza mi 500 franków. Owóż zaraz poślę Lucya- 



190 

nowi 50 franków a tobie 50 IV., albo sam przywiozę, albo zacho- 
wam do twego rozporządzenia. 

Co też ty sobie myślisz, Sewerynie? Oto aż z boku dowiaduję 
się, że piszesz proroctwa księdza Marka ! Ozy to się godzi ? Mam 
straszną ochotę porządnie cię Avylajac, ale Nowy Eok ! To zapomi- 
nam o wszystkiem ziem. Ściskam cię owszem, mój drogi, miły, 
stary druhu, szczerze, bo bratersku i życzę, życzę bez końca wszel- 
kiego dobra, o jakiem sam jeno marzysz. Ucałuj Zenona z życze- 
niami Nowego Eoku. 

Twój 

Bohdan. 

Adam coś tam na lekcyi szeroko prawił o mnie, ale jeszcze 
nie wiem dobrze co takiego. Napisz też raz do mnie szeroko a mile. 



Do Pana Adama illickiewicza. 

30. grudnia 18i0 r. 

Z powodu I m p r o w i za c y i Adamowej. 

Bóg wszechmądry, wszechmocny wszystko wie i może, 

Nieogarniony, wieczny, płodzi z cudów cuda : 

Odbite w źdźble, w człowieku, to Mistrzowstwo Boże, 

Wzbudzi z Umem i Wolą światu Wielkoluda ! 

Patrzcie ! Mąż zadumany, niby sam w pustyni ! 

Łaknie się rozwielmożyć, zawiekowae w cudzie : 

Inaczej czuje, myśli, niż powszedni ludzie; 

Co uezuje, wymyśli, inaczej uczyni. 

Wtórzy mu jeno zdała poklask pospolity : ^) 

Mędrsi sic podziwiają : a nikt nie docieka, 

Co znaczą te po lutni wszelakie zaszczyty ? 

Na jaki cel takiego Fan posłał człowieka ? 

Jeśli pyszny, to szatan ! (Szatan był aniołem) 

Anioł, jeśli przed Bogiem w proch korzy się czołem ! 

Bohdan Zaleski. 



^) Waryant do 9-go wiersza : 

Klaska mu albo świszczę motłoch pospolity. 



191 

Do Pana Amaneyiisza Żarezyńskiego. 

18i0 roJcu. 

Szanowny Amancjuszu ! Nie odpisałem ci zaraz, bo chciałem 
jechać do Paryża, skoro zawezwanie odbiorę. Owóż po dziś dzień 
a.ni wieści, ani siychii od Wojewody. Domyślam się, żeście sessyę od- 
łożyli na inny czas. 

Najsamprzód dziękuję ci najserdeczniej za życzliwe koleżeńskie 
powierzanie się. Będę szczery i otwarty z tobą nawzajem : ależ kwe- 
stya nasza sejmowa nielada ważna i szeroka, to rad nie rad muszę 
ją zostawić do ustnego porozumienia się, daj Boże, co najrychlej. 
Tymczasem napomknę jeno o tem i o tem. Wszystkoć prawda, co 
piszesz o Sejmie. Wszelka moc, władza i powaga spoczywa w nim 
i w nim jeno samym. Głowy, które pojmują społeczeuski ład, hie- 
rarchię, rozumieją dobrze znaczenie Sejmu. I emigracya nasza mniej 
więcej już to rozuuiie. Ależ nie ma Sejmu ! Sejm, jeśli nie umarł 
dotąd, to przynajmniej sam dobrowolnie nal)awił się niebezpiecznej 
choroby, w której tyle lat gnije. Pamiętam, że w roku 1832 niebo 
i ziemię poruszyć chciałem, aby go ratować i pełne kieszenie mia- 
łem recept. Cóż tedy robić z cliorym? Czekać! Zbawi go Bóg, czy 
natura i zapewne niebawem. Są już symptomata po temu. Niechno 
ozdrowieje, poczuje się na siłach, to od razu poskoczy, zagarnie pod 
moc swoją, co był utracił. Usłuchają, uszanują go co światlejsi, a za 
nim i reszta. Do czasu atoli potrzebna jest rekonwalescentowi dyeta, 
ścisła dyeta. I cóż znaczą te wasze schadzki, szamotanie się w mniej- 
szości, to większości? Osłabiacie jeno na dłużej sejmowe ciało. 
Eządu nie postanowicie w obecnych okolicznościach ; a bez zaczaro- 
wanego kompletu komissyami zużyjecie kilku łudzi, którzyby się do 
czegoś ważniejszego wam przydali. Powiedz sam, Amancyuszu, czyż 
warto stanowić nieprawną komissyę, n. p. dla zwoływania Narodu? 
Kiedy to, jak dotąd. Wojewoda za porozumieniem się z kolłegami 
czynić może"? albo czy przyzwoita prawować się ze Z... Bronienie 
powagi, to rzecz tak śmieszna, że zamilczeć o tem wolę. Mój Aman- 
cyuszu, rozważ to wszystko, co ci tu stante pede napomnknąłem. 
Bóg świadkiem, nie należę dziś do żadnego stronnictwa i radbym 
poprzeć Sejm nasz ca^łemi siłami, kiedy czas się dla niego domierzy. 
Oświadczam też wręcz, że miejsca w komissyi nie przyjmę. Ja mara 
względem kraju obowiązki, ale inszego rodzaju, na właściwszej pi- 
śmiennej drodze, i chyba Koło prawne sejmowe może mnie wywo- 
łać z ustronia. W tym też duchu ))ądź tak dobry, odradzaj kollegom 



192 

mój wybór. I ciebie szkoda do lichych teraźniejszych robót. Tyś 
zacny, światły i gorliwy orzeł, to nie daj się ladajako poniewierać. 
Płacę oto szczerością za szczerość i nawzajem proszę, niech 
to powierzanie się między nami jeno zostanie. Życzę oraz przy No- 
wym Eokii wszelkich pomyślności. 

Twój życzliwy zemlak 

Bohdan, 



Do Paiia Seweryna Groszezyiiskiego 

w Memig sur Loire. 

Fontainebleau, 7. stycznia 1841 r. 

Kochany mój Sewerynie ! Dziękuję ci, dziękuję najserdeczniej 
za mile, najmilsze życzenia. Daj Boże, aby się ziściły choć po po- 
łowie dla ciebie i dla mnie ! Dopiero co odebrałem list od Lucyana 
do ciebie i choćbym nierad narażać cię na koszta, boję się znowu, 
aby nie zaAYierał co ważnego, tein bardziej, że Lucyan miał listy 
z Galicyi. Ja odebrałem list takoż od Augusta, szeroki i miły o sa- 
mych rzeczach literackich, który ci kiedyś przywiozę. 

W tej chwili powiada mi mój Józef, że jutro twoje imieniny. 
Żałuję bardzo, żem wcześniej nie zajrzał do kalendarza, do kalen- 
darza polskiego, bo we francuskich o tem ani słychu. Byłbym nie- 
zawodnie tak się uwinął, żebyśmy razem świątkowali. Ale i bez tego 
składamy ci obydwa nasze życzenia. Bóg świadkiem, jak najszczer- 
sze, jak najserdeczniejsze. 

O literaturze, puharacti, Mickiewiczu, nie mam czasu dzisiaj 
pisać, bo mara gości. Xa wtorkowej lekcyi Adam coś tam pięknie 
mówił o Ukrainie i o tobie. Czytał w tłómaczeniu własnem urywki 
Zamku i wierszyk ' twój o Orle Białym. Opowiem ci to kiedyś 
ustnie. Nie byłem przy oddawaniu puharu, bo chcieh, abym ja wrę- 
czał i mieli mi robić owacye, a ja tego nie lubię, tem więcej, że to 
zawcześuie, kiedy dotąd wiersze moje w rękopisie. 

Zapewnie w końcu stycznia wpadnę do was. Dobrzeby było, 
abyś mi doniósł wprzódy, gdzie mam w Orleanie szukać dyliżansów 
do Meung. Bądź zdrów, bo muszę iść do gości, Francuzów. Fran- 
kuje ten list, szkoda, żebyś płacił kilka sousów za list zupełnie bez 
sensu, przynajmniej miej go grati-! 

Ale, ale Lucyanowi posyłam znowu 50 franków, bo już mam 
pieniądze. Tobie zaś twoje sam przywiozę. Gdziebym ja śmiał wy- 
dzierać ci grosz zapracowany w pocie czoła. Wziąłem na razie, bo 



193 

chciałem usłużyć Lucyanowi. Eachunki )uię(lzy sol.ią, Sewerynie, 
zrobimy kiedyś, da Bóg. aż w Polsce, na Ukrainie. 
Całuję cię i ściskam. 

Twój 

Boi i elan. 

Zenona ściskam i dzie;kuJH mu najczulej za życzenia. 



Do Pana Luoyaua 8iemieuskiea:o. 

Fontainebleau, 8. stycznia 1S41 r. 

Dziękuję ci, kochany Lucyanie, za życzenia, dziękuję najser- 
deczniej i nawzajem przesyłam oto moje, Bóg świadkiem, że naj- 
szczersze. Miłujmy się przedewszystkiem, miłujmy się gorąco między 
sobą: po za miłością same jeno nicestwo na tyra świecie. Cliodzi- 
łem za twoim interesem sam po Paryżu .... 

Ciekawie bardzo wyglądam na twoje Trzy Wieszczby. Sewe- 
ryn wspominał mi nieco o treści tego poematu. Eadbym, alDyś uni- 
liał czasowycti politycznycłi ałluzyi, które, dalibóg, nie są wcale 
poezyą. a jątrzą na długo umysły, kiedy prawdziwe powołanie na- 
sze jest napełniać powaśnione serca miłością. Wolnoc ze stanowiska 
Jeremiaszowego grzmieć, gromie lotrostwa, ale potrzeba też po bra- 
tersku wołać: poprawmy się i żyjmy w zgodzie świętej. Słowiański 
nasz charakter mniej zacięty jeszcze, niż hebrajski. Spodziewam się 
w twoich Wieszczbach niepospolitych piękności, a nadewszystko, że 
uszanujesz poczciwy nasz poetycki lud, lud chłopski, jak tego wart. 
Twój język taki jędrny, żylasty, ograny na staroświeckich domo- 
wych wzorach, posłuży ku temu wyl)ornie. "Wątpię, aby mi się udała 
negoeyacya z Jełowickim i spółką: dawno jestem z tymi panami 
na bakier, bo niedośc, że licho płacą autorom, ale jeszcze przechwa- 
lają się swoją wspaniałością. Zakłada się tu atoli nowa drukarnia 
pod firmą Zielińskiego i Wróblewskiego, to może u nich łacniej co 
wskóram. W każdym razie czy będzie, czy nie nowa drukarnia, 
przysyłaj rękopis, ehociażljy dla mnie samego : bo rychlej lub później 
znajdą się przecie fundusze, to możem drukować i w Strasburgu. 
Adamowi, dzięki Bogu, powodzi się na katedrze wyśmienicie. Mie- 
wam z różnych stron raporta i od niego też samego. Lekcję po 
łekcyi improwizuje coraz śnńelej i lepiej. Ezuca pomysły niesłycha- 
nie głębokie, o jakich się ani śniło tutejszym profesorom, że zapo- 
mnieli już i o cudzoziemskim akcencie. Mąż bo to kompletny I N"ie 
wierz francuskim żurnalistom, ani nawet Georges Sand, która pilnie 

Kortspondtncj-a J. B. Zale^kitgo. 13 



194 

podsłuchuje Adama i pisze artykuł do Revue des Deux Mondes. 
Moskale i Francuzi cłicieli złożyć się na stenografów, ale Adam 
oparł się temu dlatego najbardziej, że sam dopiero co rozpoczyna 
etiudy słowiańskie. Teraz idą wciąż prolegomena do literatury, same 
etnograficzne lekcye, a potem historyczne, filologiczne i dociągnie 
tak aż do końca roku. Coś tam niesłychanie pięknego prawił 
o Ukrainie i o poetach jej na ostatniej wtorkowej lekcyi. Czytał wy- 
jątki swego tłómaczenia Malczewskiego, Seweryna i moje. O mnie 
już mówił i na pierwszej lekcyi z powodu języków słowiańskich, 
z czego Francuzi zrobili takie śmieszne resume, jakie mi przyłączasz. 
Niezmiernie rozruchał się Litwin. Zaimprowizował też wierszami 
parę razy na zgromadzeniach rodaków i zgodnie mówią, że cudowne 
rzeczy. Sam pisał mi, że od czasu Dńadów nigdy się nie czuł 
w takiem natchnieniu. Ofiarowano mu wspaniały puhar i ja miałem 
go doręczyć, ale przez pierzchliwość moją ptasią i obawę niezasłu- 
żonej owacyi nie chciałem jechać do Paryża. Pisze te wszystkie pa- 
ryskie banialuki, bo wiem, że cię obchodzą. Wybacz, że piszę nie- 
porządnie, bo mam co inszego w myślach. Odebrałem kilka listów 
z różnycłi stron, na które stante pede muszę dziś odpisać, a wybie- 
ram się też jutro do Paryża. Do Augusta jeżeli będziesz pisał w tych 
dniach, powiedz, że za powrotem ze stolicy zaraz mu odpowiem na 
jego list. Odpowiem obszernie, ale muszę się wprzód porozumieć 
z przyjaciółmi, którzy zajmują się gdzieindziej moimi interesami. 
Napisz mi, Lucyanie, czy adres Iiulczyńskiego, krawca, zaw^sze tak 
pewny, jak był daw^niej ? lub przyślij mi, jaki chcesz i to uatych- 
miast. Szczegóły o Mickiewiczu i insze są jeno dla ciebie, którego 
kocham, a więc nie opowiadaj o nich nikomu, bo ty wiesz, jak 
u nas łatw^e plotki, raz na zaw^sze czynie ci tę uwagę. 
Pozdrawiam cię i ściskam. 

Bohdan. 

Do Pana Seweryna Groszczyńskiego 

w Meung sur Loire. 

Fontainebleau, rue 57. Honor e 22 
29. stycznia 1S41 r. 
Kochany mój Sewerynie! Obrzydliwy czas, wilgotny, chmurny 
i owiał mnie, to chyrlam na zęby, na krzyże i ani sposób wyrywać 
się teraz w podróż do Orleanu. Oprócz tego kołowanie stąd do Meung 
na Paryż kosztowałoby zaraz kilkadziesiąt franków, a w tycli cza- 
sach kasa moja wcale szczupła. Owóż myślę przeczekać jakie kilka 



195 

tygodni do pogodniejszych czasów, abyśmy przecie choć pochodzić 
mogli ponad Loarą. Marzec bywa tu piękny. Około 10. marca wy- 
niosę się na jaki miesiąc do Paryża. Nie mogę wcale pisać ; to 
przynajmniej przeczytam w Bibliotece nowości literackie, zanim 
w maju wyruszę znowu gdzieś na włóczęgę. Przed 10. marca lub 
nieco później zawitam do was niepochybnie na trzy lub cztery dni. 
Tymczasem lada dzień spodziewamy się tu pieniędzy, bo dzięki Bogu, 
już i Józefowa wróciła do domu. Do widzenia się tedy w marcu ! a daj 
Boże, żeby ci służyło jak najbujniej natchnienie, toby przecież b3'ła 
kompensacya dla ranie, który oto drugi rok najhaniebniej próżnuję. 
Nie wierz, mój Sewerynie, co ci piszą o Mickiewiczu. Byłem 
sam, bez wiedzy profesora, na jednej lekcyi i wyszedłem całkiem 
rozradowany. Była mowa o charakterze fizycznym różnycli miejsco- 
wości słowiańskich, a mianowicie Polski, ilUoskwy, Ukrainy. Oczy- 
wiście Ukraina, która ma pieśni ludu, ma piewców swoich dawnych 
i nowych, najwięcej dostarcza barw poetyckich. To się zaraz nie 
podobało słuchaczom. „Czy to już w Polsce oprócz Malczewskiego, 
Goszczyńskiego, Zaleskiego nie było i nie ma poetów?" Sam sły- 
szałem taki wyrzut, Ty wiesz, że u nas wciąż krąży w obiegu pe- 
wna masa pospolitych wyobrażeń i, broń Boże, uderzyć na nie. 
Zupełnie te same kłopoty ma Adam, co ty miałeś z rozprawą w Pa- 
miętniku krakowskim. Byle nowszy nieco lub śmielszy pomysł, na- 
tychmiast podejrzywają patryotyzm. Adam też mało zważa na te 
wrzaski, chociaż go łają w listach anonymes i nie anonymes rodacy 
i Moskale. Ma on skądinąd dolegliwą biedę. Żona mu znów doka- 
zuje i dziwię się, jak on przy tem może improwizować i jeszcze 
w cudzej mowie, w nieswojskich sobie i zawiłych przedmiotach, 
liiedyś ustnie opowiem ci o stanowisku jego, bo dużo byłoby pisać. 

Czytałem w Orędowniku wielkie pochwały Stanicy Hulajpol- 
skiej, przez Kraszewskiego i Ezewuskiego Henryka. Zdaje się, że coś 
bardzo pięknego. Jest tam takoż wzmianka, że Michał nasz utracił 
syna jedynaka i że wciąż po nim niepocieszony. Portret Michała 
jest w Ateneum, dzienniku Iiraszewskiego, ale nie mogłem dostać 
w Paryżu. Józefowa w powrocie z Saratowa wstępowała do Jasia 
Krechowieckiego w Woroneżu ^j. Zdrów i zdaje się, że takoż wróci 
do domu. Do Bielowskiego posłałem arkuszowy list, chce on wydać 
na nowo Ihora z poprawkami i ogromnemi objaśnieniami. 

Całuję cię najserdeczniej i ściskam, mój drogi ! 

Twój Bohdan. 



^) Kolega Bohdana z Humania ; wysłany na wygnanie do Woroneża. 

13* 



196 

Ale, ale, twoje 50 fr. leżą odłożone; żal mi tylko płacić 5 fr. 
za mandat pocztowy. Jeżeli się obejść możesz bez nich do marca, 
to ci sam przywiozę, jeśli nie, to mniejsza o 5 fr. Józef mój po- 
zdrawia cię i obydwa ściskamy kochanego Zenona. Antoniego Chrzą- 
szczewskiego widziałem w Paryżu, zbija bruki biedak, a miejsca 
nigdzie dostać nie może. Co ty myślisz począć z sobą ku wiośnie? 



Do Pana Seweryna Groszczyńskiego. 

Fontainebleau, 2. marca 1841 r. 

Kochany mój Sewerynie! dziś w nocy wróciłem z Paryża. 
Jeździłem za różnymi drobnymi interesami, a głównie, żeby twój 
dług zapłacić. Doręczyłem Floryanowi 50 franków: wybiera on się 
do Meung tymi czasy. Ja takoż około 12. b. m. puszczam się do 
was, ale przez Pithiviers, bo tędy taniej. Na Operze włoskiej widzia- 
łem zdaleka Szwajcera, coś mi napomykał, że 15. czeka na ciebie, 
alem dobrze nie dosłyszał. Możebyśmy razem wracali na Fontaine- 
bleau. Ja tu rad nierad zabawię jeszcze jaki miesiąc, bo nie możemy 
doczekać się pieniędzy, a bez tego licha ani rusz. 

Nie uwierzysz, jak się cieszę tern, że się wkrótce obaczymy. 
Przenudziłem tę zimę w różnych oczekiwaniach to lepszych wieści, 
tó natchnienia poetyckiego i t. d., i nic mi się z nich nie ziściło: 
przynajmniej oto z tobą weselej trochę podamam. Do widzenia się 
tedy, mój drogi, aż do tego czasu w^olę odłożyć pogadankę literacką 
i nieliteracką. Była tu doskonała okazya do Lwowa, szczególniej do 
posłania rękopisów; cóż kiedy dopiero w Paryżu o niej dowiedzia- 
łem się. Pani Borkowska pojechała do Galieyi i za trzy miesiące 
wraca nazad do Paryża. I ty i Lucyan mogliście śmiało powierzyć 
papiery. Cóż poradzisz z ludźmi? wszelkie ich łaski zawżdy przy- 
chodzą po niewczasie. 

Całuję cię najserdeczniej. 

Twój 

Bohdan. 

Wszakże statki parowe przechodzą podobno koło Meung? Ja 
tu mam maleńki kłopot o paszport, który leży gdzieś w prefekturze 
w Meluu, ale Józef podjął się uprzątnąć ten kłopot; nie chcę mieć 
do czynienia z żandarmami, którzy, słyszę, drapieżnie napastują na 
tej drodze. Może mi podprefekt da choć jakie takie świadectwo. 
Józef cię ściska i obydwa pozdrawiamy Zenona. 



197 

Do Pana Seweryna Groszczyńskiego 

w Neuilly sur Marne (Seine et Oise). 

Fontainebleau, 3. kwietnia 1841 r. 

Kochany Sewerynie, dopiero co odjechał stąd Mickiewicz. Po- 
ruczyłem mu interes Lucyaua; obiecał dołożyć wszelkich starań, 
chociaż w dzisiejszem Ministeryum francuskiein niewiehi ma sobie 
życzhwych. Możesz mu tymczasem odesłać prośbę Lucyanową, aby 
miał na czem się oprzeć. 

Niezmiernie ciekawy jestem Trzech Wieszczb i twoich też no- 
wych rzeczy. Zaraz po Wielkanocy, może nawet w poniedziałek lub 
wtorek będę w Paryżu. Nie wiem co począć, abyśmy się natych- 
miast znaleźli. Boję się, abyś nie był albo w Neuilly, albo na jakim 
kursie. Nie wiem też adresu Szwajcera. Zostaw oto kilka słów do 
mnie u portyerki, czy Nabielaka, czy Witwickiego, gdzie cię mam 
szukać? Ja może stanę gospodą u Eóżyckiego, ale nie jestem pe- 
w^ny. Politykę i literaturę odkładam do wid/enia się. Bądź zdrów ! 

Całujemy cie obydwa. 

Bohdan. 

Z Ukrainy nie mamy wciąż nic. Siedzim tu goli i smutni. 
Nie wiemy co począć nadal, a radzibyśmy gwałtem stąd wyjechać. 



Do Pana Lueyana Sieniieuskiego. 

Fontainebleau, 3. kwietnia ISil r. 

Kochany Lucyanie, dopiero co odjechał stąd Mickiewicz. Po- 
ruczyłem mu twój interes i chociaż nie ma za sobą pleców przy 
teraźniejszem Ministeryum, a zwłaszcza spra\y wewnętrznych, obie- 
cał przecież dołożyć wszelkich starań. Poleciłem już Sewerynowi, 
aby twoją prośbę odesłał do Adama. Powody twego długiego mil- 
czenia doskonale pojmuję, bo lak samo słowo w słowo dzieje się ze 
mną. Ustawiczne niepowodzenia, troski, zgryzoty tak jakoś opustoszą 
w^ duszy, że człowiek czuje się zawsze nieswój, opadają ręce nawet 
do korespondencyi z przyjaciółmi. — Niesłychanie ciekawy jestem 
twoich Trzech Wieszczb. Zaraz po Wielkanocy będę w Paryżu, to 
je u Seweryna przeczytam. Jakiego to Levisa tłómaczycie wespołek? 
Jest sławny pisarz angielski tego nazwiska, zdaje się jednak, że to 
jakiś nieznajomy mi Francuz. Powątpiewam nieco o rozumie tego 
cudzoziemca ; a wierzę z całej duszy, że wy obydwa z własnych 



198 

głów, z własnych serc waszych, coś lepszego o literaturze wysnuć 
jesteście w stanie. Zresztą kto wie, czy w tej chwili stanowiska 
nasze literackie nie jest najwznioślejsze między narodami europej- 
skimi ? Przynajmniej u nas więcej świeżości i zapału, niż gdziein- 
dziej. Europa wystygła i omdlała w skeptycyzmie : najznamienitsi 
pisarze angielscy, niemieccy, francuscy sami się dziś do tego przy- 
znają. 

Od Bielowskiego ani słówka nie miałem i trapi mnie to nie- 
pomalu, bo spodziewałem się nowinek z kontraktów kijowskich. Coś 
tam znowu złego stało się na Ukrainie, ale nie mogę się dowiedzieć 
szczegółów. Pani Borkowska ma powrócić do Paryża w końcu maja, 
to zapewnie przez nią nadeśle nam Bielosz książek i nowin wsze- 
lakich. 

Ściskamy cię obydwa z Józefem. 

Bohdan. 

P. S. O kursie Mickiewicza dużo trzebaby pisać, a nie mam 
dziś ochoty. Czytałem noty stenografów i ani słówka o tem, co mi 
pisałeś i co czytałem sam po emigranckich żurna-łach. Wierzaj mi, 
wszystko to plotki ludzi, nie rozumiejących rzeczy sobie nieś woj- 
sk ich, a chcących przecież o nich wyrokować. Mickiewicz, jako 
Litwin, nie wierzy nawet w Słowiauszczyzne, ale w samą jedną 
Polskę, z którą zjednoczyli się ongi jego przesławni Olgierdowicze. 
Ale poradźże Polonii ! Dla nich Euś kijowska, Nestor i Bojan, to 
Moskiewszczyzna. Ani chcą wierzyć, że tam wcześniej rozwinęła się 
poezya samorodna itp. A cóż dopiero mówić im o Czechach i Ser- 
bach? Sam to wiesz z własnego doświadczenia. Polityka u nas, 
przedewszystkiem polityka, i dla ladajakiego widzimisię tej lub 
owej partyi trzebaby wciąż poświęcać prawdę. Mickiewicz nienawi- 
dzi Moskwy, a nadewszystko jej caryzmu ; jako wiesz, tyle już pisał' 
na nich. Zarzuty, jakie mu czynią politycy nasi, tyczą się po naj- 
większej części Rusi polskiej, której nigdy nie umieją, czy nie chcą 
odróżnić od moskiewskiej. 



Do Pana Seweryna Groszczyńskłego 

w Neuilly sur Marne (Seine et Oise). 

Fontainebleau, 23. liwietnia 1841 r. 

Kochany mój Sewerynie! Doprawdy, gramy oto jak w ciuciti- 
babkę : kiedy ja do Paryża, ty do Neuilly ; kiedy ty znowu do Pa- 



199 

ryża, ja do Fontainebleau. Wystawże sobie, że umyślnie dla widze- 
nia się z tobą i bez żadnego inszego interesu jeździłem do Paryża. 
Wyraźnie gramy tu w ciuciubabkę i ani sposobu złowić się. Darmo 
już o tem i mówić. Dla nadziei różnych .Józefowych, a po części 
i dla historyi sejmowej, musira tu jeszcze zatrzymać się do polowy 
maja. Niecierpliwi mnie to trochę, ale cóż robić, zwłaszcza przy 
dzisiejszej naszej goliźnie? Wątpię, ażebym w tych czasach był 
w Paryżu (chyba, że coś zajdzie nadzwyczajnego), tem bardziej, że 
w przejeździe do wód myślę tam zatrzymać się na kilka dni. Xie 
śmiem cię tu zapraszać, bo wiem, żeś takoż niebogaty, i lepiej, że 
te franki wydasz na meble, kiedyś koniecznie umyślił osieść już 
w Paryżu. Mówił mi Floryan, że wkrótce wyniesiesz się z Neuilly. 
a więc zobaczymy się w połowie maja. Adres twego mieszkania no- 
wego przyślij mi zaraz. Eadbym ja bardzo na twoje gospodar- 
stwo podarować ci choć krzesło łub stohk, ale nie wiem jeszcze, 
czy mi pozwolą finanse. 

Co się dzieje z Augustem? Od kilku miesięcy całkiem jakoś 
zaniemiał. Widzę, że i do Lucyana nie pisuje. Czy go czasem nie 
zacapili oam znowu? 

A co myśhsz o królu i o królewiątkach ? Bawią się w samu- 
z w a u c a . swawolą po staremu. Wyjdzie im to kiedyś na złe ! Och, 
och I Sewerynie, w Szekspirowskich czasach żyjemy; sceny arcy- 
ucieszne i arcysmutne zarazem. — Masz raeyę, ten prorok Lucya- 
nowy, to wierutny waryat lub oszust, z cicha -pęk, przynajmniej tak 
mi się wydał w swoich broszurach. 

Bądź zdrów, mój drogi, całuj em cię obydwa. 

Twój 

Bohdan 



Do Pana Seweryna (roszezjińskieffo. 

Paryż, 15. maja 1841 r. 

Kochany mój Sewerynie I Wczoraj przyjechałem do Paryża 
i za tydzień puszczam się na włóczęgę ku Benowi, a właściwiej ku 
górom .Jura. Byłem zaraz u Floryana, aby się wywiedzieć o twój 
adres. Napróżno, domyślam się, że siedzisz w swojem Xeuilly. Ead- 
byra z duszy uściskać cię, zanim rozstaniemy się na dłuższe czasy. 
Przyjeżdżaj tedy na parę dni. Mieszkam na rue St. Honore, hotel 
de Normandie, tam. gdzie przeszłego roku. 



200 

Przywieź z sulią Trzy Wieszczby Liicyaaowe i co masz no- 
wego z Galieyi. 

Do widzenia się. mój drogi ! 

Bohdan. 



Do 3Iajora Józefa Zaleskiego. ^) 

Paryż. 27. maja 1841 r. 

Śmierć Niemcewicza pomieszała mi nieco szyki. Poczciwy sta- 
ruszek zapisał mi jakąś sumkę, jeszcze nie wiem ile, ale podobno 
1000 fr. Owóż pierwsza sukcess^-a, jaka mi się w życiu zdarzyła! 
Mniejsza, że drobna, ale na emigracyi i po J. U. Niemcewiczu, wie- 
cznie też będzie milą dla mnie pamiątką. Jutro egzekutorowie testa- 
mentu mają nam rozdać legata. Ustnie opowiem o cliwilach osta- 
tnich i o pogrzebie Niemcewicza. 

W piątek, w sobotę, a najpóźniej w niedzielę wyruszam do 
Beaune. Załuski wyjechał 22-go i rękopisy moje z nim poszły 
w świat ; pomódl się na intencyę ich, aby się poszczęściło dzieciom 
pustyni między ludźmi, itd. . . . 

Bohdan. 



Do Hral>iiiy 3Iycielskiej. 

1841 roku. 

Po chrześciańsku i w prostocie i szczerości serca dziękuję do- 
brej, łaskawej nieznajomej Polce za tak stałą a niezasłużoną troskli- 
wość jej o mój błahy autorski interes. Przepraszam też bez końca 
za nieporozumienie, którem pomimo woli zasmuciłem może swoją 
szlachetną Pośredniczkę. Objaśniam oto na nowo rzecz sam oso- 
biście. 

Doprawdy, Szanowna Pani, oljywatelskie wylanie się Hral). 
E. R. dla dobra literatury krajowej znam i uwielbiam dawno. Alboż 
to ja nie spółziomek jego ? Nic to nie szkodzi, że z najdalszych 



^) Wyjątek tego listu przepisany przez Józefa Zaleskiego w ka- 
lendarzyku z 1841 r. Cala korespondencya Bohdana do brata Józefa 
została zniszczona przypadkiem przez osoby, które przechowywały pa- 
piery ś. p. Józefa. Zginął też cały pamiętnik Józefa z 1833 r. do 1864, 
bardzo ciekawy i ważny. 



^01 

kończyn starej spólnej Ojczyzny ! Warunki, jakie mi raczył podać, 
były wyśmienite : w jednym jeno paragratie tkwiła wielka niedogo- 
dność dla mnie, a która też wcale nie zależała od hr. E. Paragraf 
ten 4 w początku brzmi tak: „Unikając rachunków, prześle drukar- 
nia autorowi rachunek kosztów druku przezemnie poświadczony; 
autor zaś za pośrednictwem Pani wskaże co robie z egzemplarzami. 
Doświadczenie mię nauczyło, że często zła sprawa z księgarzami, 
z którymi więc unikam styczności." Wszystkoc to najoczywistsza 
prawda; my żyjący z pióra, cierpim najwięcej na tym opłakanym 
stanie księgarstwa u nas. Ale gdzie złożyć egzemplarze ? jak je ro- 
zesłać po kraju, jak długi i szeroki? Czem pokryć koszta edycyi? 
i tym podobne niezliczone okoliczności, czj-sto kupieckie? Jakże im 
stąd, z końca świata zaradzić i bez księgarzy ? Nikogo a nikogo nie 
znam w Poznaniu ; w dzisiejszem położeniu mojem niełatwe ze mną 
stosunki dla rodaków, a przyznam się, że przez sumienność i sam- 
bym ich nie szuka-ł. Chowaj Boże I abym niedelikatnie handlowemi 
przykrościami śmiał niepokoić dostojnego swego wydawcę, albo nie- 
oszacowaną pośredniczkę : nigdy o tem ani nie pomyślałem. Owóż 
przed kilkoma miesiącami ważąc w myślach tę niedogodność z księ- 
garzami, widzia-łem jasno, że rad nierad zachować musze w tece 
rękopis do lepszych czasów. W tym też duchu poleciłem bratu memu 
napisać do Łaskawej Pani. Jeszcze raz przepraszam, jeśliśmy nie 
chcący obrazili kogo lub niedość wyraźnie się wysłowili. 

Świeży list Hrab. E., pełen uprzejmych dla mnie chęci, który 
mi pokazał pan Eoman, podnieca oto znowu moją nadzieję. Proszę 
nadewszystko dobrej mojej Pani oświadczyć Hrabiemu E. moje po- 
dziękowanie, tudzież wedle niniejszego listu opowiedzieć, w czem 
leżała dawniejsza trudność, aby nie posądzał mnie o jakieś poety- 
ckie widzimisię, które podobno że sprawiedliwie wyrzucają nam 
ludzie. Być może, iż za wspaniałą poradą znajdzie się ktoś między 
wielkopolskimi literatami, który po bratersku podejmie się negocya- 
cyi z księgarzami na korzyść dalekiego koUegi. Bardzoby mi to było 
po myśli : bo tym sposobem mógłbym i jako tako służyć sprawie 
naszej literackiej i mieć oraz godziwy zarobek na cudzej ziemi. 
Zresztą rękopis leży gotowy i właśnie dla trosk z pozbyciem się go 
nie mogę zająć się swobodnie inszą milszą pracą. Zezwolę nawet 
i na to, aby częściami drukowane były pisma moje. w" miarę jak 
lepiej lub gorzej pójdzie ich wyprzedaż. 

Jeszcze jedno słówko. Cobądź nastąpi, uda mi się, czy nie uda 
interes, wdzięczność jednak w mem sercu zachowam na zawsze dla 
zacnej, wzorowej Polki, która przez rodaeką gorUwość, oprócz kło- 



202 

potliweo-o pośrednictwa, cierpiała jeszcze i tę korespondencj^ę o naj- 
nudniejszych rzeczach na świecie. Prawdziwie wstydzę się za nią 
niepospolicie. 

Proszę przyjąć, Szanowna i Łasliawa Pani, wyrazy najgłęb- 
szego mego poważania. 

Życzliwy ziomek 

Bohdan Zaleski. 



Do Pana Antoniego Topczewskiego. ^) 

Beaune, 6. czerwca 1841 r. 
Beanne jest stara opuszczona forteca, miasteczko 



niewiększe od Fontainebleau, ale ludniejsze i ruchawsze. Ulice tu 
dziwnie pokrzyżowane, a wszystkie do siebie podobne, jak kratki na 
szachownicy, to też nieraz tak po nich błądzę, jak twój Bertrand, 
kiedy gra z tobą w szachy. Wały i baszty otaczają miasto w około, 
a na wałach niby żołnierze stoją we dwa rzędy niepospolite klony 
i służą za parter spacerowy mieszczanom, po fosach ogrody warzy- 
wne i fruktowe, przecięte na dwoje strumieniem, który około mia- 
sta opływa; za wałami znowu takie dwa rzędy drzew, ale później- 
szego sadzenia. Dalej stoją czaty Świętych, to jest pięć przedmieść, 
mianowicie św. Marcina, Mikołaja, Małgorzaty, Magdaleny i Bry- 
gidy, te osłaniają miasto od cudzej napaści i świadczą po dziś, że 
ci niedawno wyklęci, byli kiedyś blisko pobratani z ludem. Za niemi 
dopiero stoją świeższej cywilizacyi straże, nowe rekodzielnie, gdzie 
po kilka tysięcy dzieci pracuje ni mniej ni więcej, jak mówią, tylko 
14 godzin na dzień, a to wszystko na świadectwo równości między 
właścicielami fabryk a młodem, nielada oswobodzonem pokoleniem. 
Okolice Beaune bardzo piękne, obszary równin rozległe, za 
niemi dopiero nieco w dali góry ; pszenica rośnie tu w chłopa, mó- 
wiłbyś, że na Ukrainie, a przepiórki to musiały stamtąd przylecieć, 
bo tak samo wabią się, a takie ich mnóstwo, że aż uszy głuszą, jak 
wyjdziesz wieczorem w pole. Gdyby tu był Mierosławski 2), pewnoby 
myślał, że to jego szkoła harcuje. — Winnice bujne i nieprzejrzane 
okiem. Wino też wyborne a tanie, stół także wyborny, ale za drogi. 

^) List ten przepisany przez Józefa Zaleskiego w kalendarzyku 
z 1841 r. Antoni Topczewski, oficer z 1831 r., mieszkał na wygnaniu 
w Fontainebleau, gdzie umarł w 1861 r. 

^) Ludwik Mierosławski był wówczas nauczycielem w kollegium 
miejskiem w Fontainebleau. 



208 

Handlarze win, zwykle bogaci, nie dbają o franka wńęcej, a takich, 
co to im dają paszporta z napisem gratis, nie ma tu wcale. Lud 
w ogólności zamożny, ale niechlujny, jak nasze Żydy, je, pije, hula 
jakby u siebie, tylko my spozieramy w około, a nikogo znajomego 
nie widać, ani cię kto spyta: „Jak sie masz, kochany sąsiedzie? Co 
tam u ciebie słychać? A czy zdrowi wszyscy? Na, bodaj łycha ne- 
znaty?" O! nie ma tu tego, to też mocniej doskwiera tęsknota mię- 
dzy wesołą a obcą drużyną. Chodzimy, Panie Antoni, pomiędzy tyra 
zgiełkiem, jako dwaj zakonnicy, co poprzysięgli wieczne milczenie. 
Klasztor bo też od nas bardzo daleko i w tej oto dobie politycznego 
rozboju skasowano go i wymazano z rzędu instytucyi ! Ale nie tra- 
cimy otuchy : wiara, miłość, nadzieja, to cała treść życia naszego. 
Kiedy się człowiek w tej treści zmyli, toczy się leniwo, jak mażą 
czumacka wybiegła z kolei i r3'je rozwiewne piaski, lecz nawrócony 
znowu na kolej, idzie raźno i dochodzi do celu. Tak może być je- 
szcze i z nami .... 

Jósef ZalesJci. 

Do Pana Lueyana Siemień skiego. 

Beatine (Cóte d'Or), rue de V Hotel de lilie 5 
dnia 7. C3e)'tcca 1841 r. 

Kochany mój Lucyanie ! Na początku jeszcze maja opuściłem 
stare moje Fontainebleau. Tułam się z kąta w kąt : przesiedziałem 
kilkanaście dni w Paryżu, a reszta zbiegła tu i ówdzie po różnych 
lichych mieścinach francuskich. I wszędzie mi nudno, smutno; co- 
dzień nudniej i smutniej. Od czasu, jak odleciała odemnie Pieśń 
Pocieszycielka, a odleciała jeszcze przed zapoznaniem się na- 
szem w St. Bie, od tego czasu tęsknota za krajem upadła mi jak 
kamień na serce, i cięży, cięży bez ustanku. Nie mogę sobie dać 
rady : dziesięć bo lat, jak pożegnałem Ojczyznę, a dwadzieścia jak 
pożegnałem Matczyne moją. A tu po widomu więdnę, schnę 
w sobie, dawno bez wieści i słychu od moich ukochanych, którzy 
chuchali na mnie, jak na wątłą roślinkę, przesadzoną gdzieś pod 
cudze, chłodne słońce. Co to i mówić o tem tobie, tobie, mój ty 
spółśpiewco i spółtułaczu serdeczny ? 

Nie wiem, czy ci pisał Seweryn o twoich subsydyach ? Na wy- 
jezdnem mojem z Paryża widziałem u Mickiewicza list Pailleta, 
w którym zapewnia, że po zniesieniu się z miejscową prefekturą żołd 
ci będzie przyznany. Szturinujże teraz, gdzie należy, po Strasburgu. 



204 

Zleś zrol3il'. Lucyanie, żeś mi nie przysłał Trzech Wieszczb do 
Fontaine)3lean, jakoś to bj-ł obiecał. Śród paryskiego zgiełku, plotek 
i różnego rodzaju niesmaków, przeczytałem i trzecią. Nie lubię nie- 
usposobiony czytać czyichbądź poezyi, a tern bardziej poezyi moich 
przyjaciół. Twoja to wina i ciężka Avina, a po części i Sewerynowa. 
Zapóźno teraz czynić uwagi, kiedy rękopis poszedł już do druku. 
W ogólności wszystkie Trzy Wieszczby spodobały mi się bardzo. 
Księdza Marka postać przewyborna i pomimo że roztargniony byłem 
przy czytaniu, po dziś dzień czuję w sercu żywe po niej wzruszenie. 
Xie mniejszej wartości i Wieszczba Wernyhory, lubo widocznie ku 
końcowi zapał już ostygał, a w opisie wyspy pod Ivorsuniera spot- 
kać można tu i ówdzie to rozwlekłość, to brak symetryi w obrazach. 
Pamiętam dziś zaledwie, jak sen, cały twój poemat, ale jak sen, 
który mnie błogo na razie oczarował. Styl wszędzie świeży, śliczny 
i łatwy, a dykcya rozmaita i prosta. Mam nadzieję, że czytająca 
publiczność polska (publiczność w kraju, nie na emigracyi) przyj- 
mie Twoje Trzy Wieszczby z uniesieniem. Krytycy może zarzucać 
będą nieśmiałość imaginacyi, niedość zręczne powiązanie części mię- 
dzy sobą itp., ale z tego łatwo się w nowym poemacie poprawisz. 
Przypominam sobie jeszcze gdzieniegdzie drobne usterki pisarskie, 
reminiscencye z Malczewskiego i Goszczyńskiego, które nie trudno 
byłoby odmienić. A nadewszystko protestuję przeciwko słówku Bo- 
sia, zamiast Eoś, bo to zgorszy miejscowych moich ukraińskich czy- 
telników. Prosiłem Seweryna, aby albo sam poprawił w druku, albo 
zaraz napisał do ciebie, bo jeszcze jest czas. Obszerniej i już bez 
drobiazgowych uwag powiem ci o twoim poemacie zaraz po ode- 
braniu egzemplarza z drukarni. Wtedy powiem takoż i o tenden- 
C3"acli, bo książka powinna leżeć na stole, aby śmia-lo wyrokować 
o niej. Tymczasem nie dbaj, że cię posądzą o katolicyzm. Tyś nie 
na to stworzony, abyś gnił w nowych teoryjkach sceptycznych : ty 
masz serce i niebawem będziesz mężem i ojcem, to poznasz odrazu, 
czem stoją rodziny i narody. 

Co też ty, mój Lucyanie, nie popisałeś na moją pochwałę? 
Kiedyś August przysłał mi wyciąg z twego Hstu o mnie, a teraz 
w Tygodniku Poznańskim czytałem dumania twoje na Othihenberg. 
Artykuł prześUezny i Bóg ci zapłać za dobre, serdeczne słówka. Ja 
nie mam wielkiej pychy i nie wierzę w doskonałość moich poezyi. 
Nie tyle mnie łechcą pochwały, ile raduje i rozrzewnia spółczucie 
twoje. Zbieram oto, co siałem. Wierzaj mi, wywzajemnie się miło- 
ścią za miłość. 



205 

Wiesz może już ze slyeliu, że ś. p. staiy nasz i zacny Xiem- 
eewiez zapisał mi jakąś sumkę w testamencie ; nie wiem jeszcze jak 
znaczną? W smutnych losach naszych nastał oto w prawodawstwie 
nowy porządek spadkobierstwa wygnańca po wygnaucu. Cóż to za 
dziwna rodzina, którą jakoby nieszczęście spokrewnią I Trzeba ci je- 
szcze wiedzieć, żeśmy się zaledwie znali i oczywiście nie mógł 
Niemcewicz sympatyzować z opiniami memi ani polityeznemi, ani 
literackiemi. 

Od Augusta wciąż ani słówka nie mamy. ani ja, ani Sewe- 
ryn. Około 15. b. m. powraca pani Borkowska, to może przez nią 
czy nie przyśle nam listów i książek? Jeśli się z nią obaczysz 
w Strasburgu, odbierz, co będzie miała dla mnie i zatrzymaj u sie- 
bie do dalszego mego rozporządzenia. Ja tu zabawię jaki miesiąc, 
a potem wedle okoliczności pociągnę albo ku 3Iarsyhi, albo może 
nad Een. jeśli kto z naszych stron przyjedzie do Bad-Baden. 

Dowiaduj się tam o gościach, mój drogi Lucyanie ! Słyszałem, 
że twoja panna ma przyjechać z Xakwaską. Raduję się tem bardzo, 
a radowałbym się bardziej jeszcze, gdybym was oboje zaprowadził 
do ołtarza na ślub : ale nam emigrantom jeno życzyć wolno. 
Bądź zdrów 

Bohdan. 

Coś jeszcze miałem napisać. Ale, ale, ma tam dla ciebie Se- 
weryn egzemplarz poematu Słowackiego, p. t. Benioaslci. Obaczysz 
sam. Najlepszy ze wszystkiego, co dotąd napisał. Ogromna fantazya. 
a serca ani źdźbła." W nic nie wierzy, nikogo nie miłuje, niczego 
się nie spodziewa. Siebie uważa za centrum i świata i Polski i wszy- 
stkich Ti^aiY. które jeno są : ma się słowem za Boga. Nieznośny 
pyszałek, zapalczywszy i złośliwszy stokroć niż Bajron. Smaga nie- 
miłosiernie biczem, kto mu się nawinie. Zaciął i mnie i Seweryna, 
Mickiewicza ciemięży najstraszliwiej na śmierć... Wpadł jednak na 
swój rodzaj i dlatego został od razu znamienitym pisarzem: 
wątpię czy poetą? Wierszowanie niesłychanie świetne i żwawe. 
Oktawy jego lepsze, niż samego Ariosta. Język giętki, czysty, ale 
l)rakuje mu jakiejś woni poetyckiej, którą daje serce, tego samego, 
co Ariostowi. Nienawiść — jego Muza ; a ja brzydkie — Bogiem. 
Gorączkowy stan duszy odzwierciedla się i w obrazach narodowych 
obyczajów. Pozorna też to narodowość. Gdzie mu do Soplicy? Za- 
dziwi może blaskiem i naturalnością swoją nową czytelników, ale 
nie zniewoli serc na długo. (Nie ma gdzie dalej pisać. mniej.sza 
z tem). B. Z. 



206 

Do Pulkowuika Karola Kóżyokie^o. ') 

12. czcricca 1841 r. 

Z naszej nowej pustki szlemy ci serdeczne uca- 
łowania. Nie dziw się, że sławne z łiandlu winnego Beaune i gło- 
śniejsze stokroć, niż Fontainebleau, nazywam pustką. Wszędzie dla 
nas pustka, gdzie nie masz Polski. Ten gwar naokolny, to jak wi- 
cher, który szumi niezrozumiale po ukraińskich mogiłach i pędzi 
gdzieś bez wieści. O ! bez wieści od ukochanych, szura tylko w gło- 
wie zostaje, a w sercu próżno. Nie wiem, czy wszędzie ludzie poro- 
dzili się z jednakiem sercem ; zdaje rai się, że na naszej tara zierai 
inaczej z młodu kształcą się uczucia, że powiem, zogniewiają się go- 
ręcej, to też kiedy ogniwo pryśnie, sykamy, jak urwany w zegarku 
łańcuszek we wstecznej rotacyi, póki stanie wątku. Z nowin osobi- 
stych, ni politycznych nic donieść nie mam: jeżeli powiem, że za- 
wsze cię szczerze kocham i szacuję, to nie nowina i dla mnie nigdy 
nowiną nie będzie. Zespoleni wielkiem nieszczęściem, zlaliśmy się 
w jedną całość pokutników, w jeden ród cierpiących, ja też ciebie, 
drogi mój Ivarolu, nie inaczej uważam, tylko jako członka tu raojej 
rodziny, a przez szacunek oraz dla zasług i darów Bożych, które 
posiadasz, wynoszę cię na czoło i nazywani głową rodziny. 
Obrayślajże, jak raasz rodzinę twą uposażyć, obmyślaj głową i czy- 
nem, wziąwszy Boga na pomoc, bo czyny, w Imię Jego dokonane, 
najdłużej trwają, na korzyść wychodzą i zgodne będą z tradycyą, 
z której czerpać byśmy powinni soki do rozkwiecenia się na nowo. 

Józef Zaleski. 



Po Pana Feliksa Wrotuowsklego. ~) 

Beaune, 15. "zenuca 1841 r. 

Przepisałem Bohdana „ Przecdiadzkę za Rzymem" 

i posyłam ją, jak to ci Bohdan obiecał, abyś ją mógł wydrukować 
w Dzienniku Narodowym. Jednak takie warunki i zastrzeżenia czy- 
nię : 1) aby nie było żadnych a żadnych pochwał na wstępie, 2) 
aby wydawca powiedział wyraźnie, „że jeden z przyjaciół autora 



^) Wyjątek tego listu przepisany przez Józefa Zaleskiego w roku 
1841 w kalendarzyku. Cała korespondencya Bohdana i Józefa Zaleskich 
lo Pułkownika Eóżyckiego została zniszczona w 1863 r. przed wyjaz- 
dem do Galieyi w obecności p. Karola Bajkowskiego. 

^) Kopia ta listu umieszczona w kalendarzyku Józefa z 1841 r. 



J 



207 

udzielił mu rękopis", bo żurnaliści krajowi i emigracyjni, którzy 
darmo kołatali o wiersze, oburzyliby się o preferencyę ; 3) aby ,.Prze- 
cłiadzka" w jednym numerze koniecznie była wydrukowana, raczej 
wcale nie drukować, aniżeli dzielić ją na dwoje. Tych warunków 

żądał Bohdan 

Józef Zaleski. ^) 



Bo księdza Edwarda Duńskiego. ^) 

Beaune, 16. czerwca 1941 r. 

Dziękuję ci, najmilszy bracie Edwardzie, za twoją troskliwość 
o moją karteczkę. Moja biedna żona i reszta rodziny dowiedzą się 
przynajmniej, że żyje, może to im pobożniejszą myśl, rzewniej.sze 
przed Bogiem natchnie upokorzenie się, a stąd dla ciebie naprzód 
zasługa. Bóg to tak zrządził, że zawsze mocniejsi na duchu, to jest 
goręcej miłujący Pana, wspierają słabszych; Bóg też mimo wdzię- 
czności niechaj ci tako nadgrodzi, jakoś zasłużył. 

Zazdrościmy kochanemu Waleremu (Wielogłowskiemu), ale 
zazdrością ehrześciańską, to jest (pragniemy go naśladować), zazdro- 
ścimy, mówię, jego tam z wami towarzystwa. Tkwią mi wciąż w pa- 
mięci te słowa Chrystusa: „Gdzie kilku się modli, tam będę ja 
z nimi." I któżby się ku temu nie kwapił? Ktokolwiek pojął, że 
w Nim i w Nim Jedynym świeci światło, oświecające ducha i wsze- 
laką cywilizacyę ludzkości 

Józef Zaleslii. 

Do Paua Seweryna Groszczyńskiego 

w Paryżu, rue de Boulangers 36. 

Beaune (Cofe cTOr), nie de 1'IIótet de ViUc 5 

dnia 17. czerwca 1841 r. 

Rozleniwiałem tu strasznie, kochany mój Sewerynie ! Nic a nic 

robić nie mogę, ani wierszować, ani czytać. Oprócz do Lucyana, do 

nikogo jeszcze stąd nie pisałem: na ladajaki bo nawet list ciężko 



^) Brat Bohdana. 

^) Wyciąg ten wypisany z kalendarzyka Józefa z 1841 r. Cala 
korespondencya Boh(tina i Józefa Zaleskich do księdza Duńskiego zo- 
stała zniszczona w r. 1863 przez pulko'A'nika Karola Różyckiego. 



208 

mi się zdobyć. Jakiś niesmaczny niepokój trapi mnie wewnątrz, że- 
ustawicznie to tęsknię za ezemsiś, to nudzę się na śmierć. Tęsknię 
za swobodną milszą pracą, jak to bywaio ongi; a nudzę się ze 
swojej dzisiejszej niemocy. Pospólna to podobno nam choroba, ge- 
neryczna dla wszystkich poetów. Może my, Sewerynie, dlatego jało- 
wiejem, że insze spótczesne nam duchy płodzą. Szczęść im Boże I 
byle więcej mieli miłości i pokory, niż Słowacki, bo inaczej niewiele 
przysporzą dobra i chwały dla Polski. Ej, żeby to rychłej dostać 
się nam na Ukrainę! Zsadzilibyśmy jeszcze z Pegaza niejednego 
pyszałka. Ale tak, jak jesteśmy, to i same ręce opadają. Czużyna 
trawi nas powoli, jaksucłioty; przepadniem nie wiedzieć po jakiemu. 
Co bo nam tu po nieśmiertelnej sławie? — • byle oto przeżyć jakoś 
z dnia na dzień. 

Dziś jestem trochę weselszy, niż zwyczajnie. Wyczytałem 
w Dzienniku, że kochany i poczciwy Jaś ^) dostał pozwolenie po- 
wrotu, szkoda jeno. że nie do Leszczynówki, bo dawno już zagra- 
Ijiona, w połowie przez cara, a w połowie przez wierzycieli. Zawsze 
jednak da sobie łatwiej radę między swoimi. Biedni Tomaszewscy 
uradują się takoż, łjo i Sarnecki Ignacy powrócił. Otóż, dzięki Bogu, 
bieda naszych Sybirczyków skończyła się : a my tu wprawdzie cier- 
pimy lżej, ale gryzieni się między sobą i pędzi m prosto w odmęt. 
OlDy przecież choć cokolwiek Bóg nam dał uczynić dla Ojczyzny! 

Dość tych smutnych rzeczy. Okolice tu prześliczne, wina prze- 
wyl:)orne, stół wyśmienity i tani, ale kłopot mamy z kwaterami : 
niesłychanie brudne i zgiełkliwe. Miasteczko bo ciasne a handlowe, 
czysto nasze żydowskie. Po wsiach ani sposobu znałeść mieszkania 
z meblami. A ty wiesz, jak ja lubię stancyę ładną i cichą ! Kłopot. 
Niedługo też myślę tu popasać. Jestem już na połowie drogi do 
mego ukochanego Endoume, gdzie tyle wierszy napisa-łem i niemal 
za jednym tchem. Doczekuję się jeno na listy z Poznańskiego. 
Boję się, ażeby mi nie przyszło zawrócić się na kilka miesięcy do 
Paryża. 

Mój drogi, napiszno do mnie zaraz, co u was słychać? Zbierz 
wszystkie polityczne i literackie nowinki, bo tu w mieście nie ma 
nawet francuskiego Cahinet de leclure. Przejrzyj czasem Tygodniki 
petersburskie i poznańskie. Odebrałem pierwszy numer Demokraty. 
Podobał mi się artykuł literacki, zdaje się Retla, wiele w nim 
prawdy, ale nieśmiało pomyślany i napisany niezgrabnie. ]\Iówię to 



^j Krec-howiecki. kolega szkolny z Humania. 



209 

jeno tobie samemu, bo dzisiejsi młodzi literaci drażliwsi są, uiż my 
byli kiedyś, i napytałbym sobie licha. 
Całuję cię 

twig 

Bolidan. 

Przy }3ieczętowan.iu odbieram list od Lucyana. Eaduje się swoją 
panną i w tych dniach się pobiorą. ^Jój Sewerynie, i nam już czas 
popróbować tego stanu, bo kawalerski i antychrześeiański i anty- 
socyalny. Ale nie łatwo to znaleśc żonkę po myśli i wedle serca, 
a zwłaszcza nam włóczęgom z końca świata. Xie wiem, czy Lucya- 
nowa jejmość przywiozła dośe pieniędzy, bo dopiero będą mieli kłopot? 

Listów swoich nie frankuj, bo ja bogatszy. 



Do księ<lza Józefa Hnbeao w Rzymie. 

Beaune (Cóte d'Or), 17. czencca 1841 r. 
ai( coin de In Fince St. Pierre, chez les dames Mimeiir. 

Kochani i serdeczni V.»raeia nasi I Jeżeli miło kiedy zasłyszeć 
■o swoich, to bezwątpi^nia najmilej zasłyszeć o tych, z którymi nas 

łączą gorące uczucia, a z tych najgorętsze miłość i wiara 

Coście nam, kochani bracia, powierzyli, zamieni się u nas w myśl 
nieprzyodzianą słowem, chyba między nami dwoma, nie ma też tu 
nas więcej. Eóżne okoliczności, a nadewszystko pokój potrzebny 
Bohdanowi do jego prac, zmusiły nas opuścić Fontainebleau. Jeste- 
śmy tu w Beaune (Cote d"Or ) blisko od miesiąca, sami. jak mówię, 
we dwóch, w okolicy pięknej, w kraju niezbyt drogim, ale w mia- 
steczka handlowem, zaciasno zabudowanem, stąd gwarniejszem niż. 
Fontainebleau, co zapewnie zniewoli nas szukać spokojniej.szego je- 
szcze gdzieindziej kąta, o czera wszakże uwiadomimy was, a tym- 
czasem pisać tu do nas możecie. O duchu emigracyjnym, robotach 
braci tutejszych, śmierci Niemcewicza, Bohdan do was napisze. 
Pozdrawiam was. 

Józef. 1) 

Kochani moi. a nasamprzód bracie Piotrze, dziękuję ci najser- 
deczniej za życzliwe .słówko o moich poez^-ach. Zdaje się, że część 
tych poezyi wyjdzie niebawem w Poznańskiem, a reszta w Parvżu 
lub w Strasburgu. Nie wierz jednak teniu, co kłamliwa wieść roz- 



^) Brat Bohdana. 

Kor>-pr„,.lHi„'v.-i .T. P.. Zal^-kieg.,. 24 



210 

niosła o nich po świecie i na moje wieczne umarhvienie. Po więk- 
szej części ca.łkiem są światowe a nawet prowincjonalne: kilka le- 
dwie kawałków znajdziecie pobożniejszycb, i to nie wiem, czy zupeł- 
nie ortiiodoxef^. W ogólności, od półtora już roku nie piszę wcale, 
a więc nietylko clirześciańskie, ale wszelakie natchnienie opuściło 
mnie już z dawien dawna. Smutki różnego rodzaju zachmurzyły mi 
duszę, a jakżeby Duch Boży mógł się zwierciedlić w takim mętnym 
zdroju? Módlcie się no o dawną pogodę dla mnie. Skoro wyjdą 
z druku moje poezye, poślę wam egzemplarz, daj tylko Boże, aby 
nie na zgorszenie wasze. Józef napisa^ł powyżej, że mam powiedzieć 
wam o duchu emigracyjnym, o robotach braci tutejszych, a wy 
o tych rzeczach lepiej wiecie niż ja. Zresztą materya nielada ob- 
szerna. Chciałem jeno powiedzieć kilka słów o domku Koźmiana. 
Instytucya ta Avcale się nie udaje. Chłopcy albo uciekają w świat, 
albo żyją w domku po świeckiemu. Zgorszyłem się niedawno tam 
Łubieńskim, który zapalczywie nienawidzi katolików. Koźmian nie 
ma dość powagi, ale bez osobnego daru Bożego, i poważniejszy na- 
wet człowiek nie wieleby poradził młodzieży, przesiąkłej naukami 
wieku i jeszcze śród Paryża. Mam w Bogu nadzieję, że za po^vro- 
tem waszym z Ezymu urządzicie tę instytucyę jakoś inaczej, na 
większą chwalę Bożą i na pożytek Polski naszej. Koźmian upiera 
się jednak przy swojem. Chce drukować programat swego instytutu 
i, jak powiada, za waszem upoważnieniem. Czytał nam ten progra- 
mat, to jest Adamowi, Stefanowi i mnie. Nie podobała się nam 
szczególnie forma tego pisma i to, że nie chce się pod niem pod- 
pisać, a tem samem zwala solidarność na wszystkich spółkatolikow, 
kiedy my i wy nie mamy ani czasu, ani sposobności dozorowania 
jego instytutu. Kochany brat Koźmian jest jeszcze nieco drażliwy; 
obraził się naszemi uwagami: przynajmniej tak mi się zdaje, bo 
Cezary żalił się potem, że nie ma między nami wzajemnej ufności. 
Chowaj Boże ! tu chodzi o co inszego, o rzetelny pożytek dla sprawy 
katolickiej z owej instytucyi. Radźcież tedy, kochani bracia, Koźmia- 
nowi, aby nie brał rzeczy gorąco do serca, a nadewszystko, aby 
ostrożniej bada-ł młodzież, przj^jeżdżającą do domku, i nie naglił 
w niczem aż do waszego przyjazdu, a przynajmniej do przyjazdu 
choć jednego z was. Dom powinien być koniecznie urządzony po- 
ważnie i pod sterem duchownej osoby : inaczej to jeno pension zwy- 
czajny, jak wszystkie francuskie. 

Nie ma już miejsca na dłuższą pogadankę. Proście jeszcze- 
Koźmiana i Cezarego, aby nie mieli żalu do nas, a mianowicie do 
ranie, który ich ledwie znam, a kocham z ca.łej duszy po bratersku. 



211 

W roztargnieniach moich paryskich nie luialera czasu wytlóraaczyć 
się przed nimi osobiście, a ter-az na włóczędze i przez koresponden- 
cye, żmudna to sprawa I Wam więc, kochani moi. polecam tę rzecz. 
Niemcewicz nasz stary skoiiczyJ jak naj przykładniej. Xa parę tygo- 
dni przed śmiercią upamiętał się za łaską Pańską. Mówię, za łaską 
Pańską, bo nasza w tern zasługa była drobna, a nawet nieznacząca. 
Stefan posłał mu swego spowiednika, a że mu długo nie dawał roz- 
grzeszenia, a stary czuł się codzieu dogorywający, poszedł więc do 
kościoła de l"Assomption i tam po nowej spowiedzi przystępował do 
Najświętszej Komunii. Chodził i był przytomny niemal do ostatnieso 
momentu. O testamencie dużoby pisać, a tu nie Izia. I mnie za- 
pi.sał jakąś sumkę, podobno 1000 fr. Całuję was wszystkich po bra- 
tersku. 

-Laska Pana Jezusa niech wiekuje z wami. 

Bohdati. 

Cieszę się niewymownie, że się wam jakoś nie źle powodzi, 
że się doktoryzujecie, a potem moje, wy, kochane doktory, pośle 
wam kilka aforyzmów do zgryzienia, którymi nas Pogaństwo cie- 
mięży. Słowacki napisał tu na katolików ogromną banialukę, a naj- 
więcej dokucza poetom, a najzapalczywiej Adamowi. Krasiński ura- 
duje się, ale nie na długo. 



Do księdza Józefa Hubego. 

Beaune, czerwca 1841 r. 

Kochani bracia ! Kiedyś Edwardowi obiecałem moją Modlitice 
za Poh1i'Ci, Józef przepisał oto dziś i posyłamy, ale zachowajcie ją 
między sobą. W liście napomknąłem, że smutki zachnuu'zyły mi 
duszę. Boję się, abym was nie przeraził i wolę zaraz się wytłóma- 
czyć. Mam ja z łaski Pańskiej dość rezygnacyi chrześciańskif-j i po- 
koju w powszedniem życiu, ale jako poeta utęskniam wiecznie za 
pogodą, za tym stanem duszy takim podniosłym i błogim, i w któ- 
rym jeno można zasłużyć się Bogu i ludziom. Nie chcę bajronizo- 
wać, pycha i złość nie będą nigdy memi 3Iuzami (obaezyeie, jak 
usłużyły niedawno Słowackiemu). Utóż taka pogoda przeminęła dla 
mnie. Dusza poety, jak gąbka, wsiąka wszy.stkie wyziewy ze swojej 
atmosfery. A mojaż atmosfera? Niedola Ojczyzny naszej i rodzin 
naszych, waśń i nędza emigracyi, a tu chylę się ku starości i w stii- 
nie świeckim kawalerskim, w stanie nijakim względem Boga i ludzi, 

14* 



212 

Owóż stąd mgła wstaje! Mamj oprócz tego nasze muchy p o e- 
t3'ckie, zapytajcie się brata Hieronima, niech przyzna się pod 
sekretem. Żebym to gdzieś mógł życ przy \yas? albo na Ischia? 
Jestem prawie pewny, iżby się umysł mój zaraz rozjaśnił, napisał- 
bym tam więcej w trzech miesiącach, niż tu w trzecli leciech. Ale 
to życzenie moje sam tylko Bóg uiścić może. Potrzeba do tego 
szczęśliwego zbiegu okoliczności, a nadewszystko weselszych nowin 
z mojej Ukrainy. A propos mojej Ukrainy. Nie \yiem, czy macie 
Tygodnik Petersburski? Co tam za ruch literacko-religijny ! A na 
czele tego ruchu przyjaciel moj stary, od dziecka, Michał Grabow- 
ski. Duch katolicki powidomu wzmaga się w nich i szerzy się na 
okoliczne prowincye, pomimo oporu Warszavyiaków i Poznańczyków. 
]Michał też mój nadzwyczaj zręcznie i umiejętnie proAyadzi rzecz: 
prawdziwy bo to minister. Teraz Ukraińcy wydają tlomaczenie Oj- 
ców Kościoła. Spółpracownikami są, oprócz Michała Grabowskiego, 
Hen. Ezewuski (autor Pamiętników Soplicy), ksiądz Hołowiuski, 
Świdziński, poseł, bracia Przeździeccy, Szczeniowski itp , sami ludzie 
majętni i poważni. Okiełznali już młodszych literatów, a nawet sa- 
mego Kraszewskiego. Wszyscy społem w jednej myśli i w jednym 
duchu pracują, choć na różnych niby drogach. Szczęść im Boże! 
Eaduję się niewymownie i sercem wyrywam się ku nim. Pomódlcie 
się czasem i wy na ich intencyę. Kobiety nasze pomiędzy sobą sze- 
rzą regułę Sióstr 31iłosieriiych, a jedna z nich podaje nawet arty- 
kuły do gazet, wcale nie złe. Inicyatywa oto wyszła z mojej Ukrainy ! 
Boleję tylko, że nie mam bezpiecznego środka do porozumienia się 
z Michałem. Co jest za rodzaj człowieka Kamil? 31ożeby za jego 
pośrednictwem udało się nam zawiązać komunikacye z tamtejszymi 
katolikami. Chovyajcie to w największej tajemnicy. Może się nada- 
rzy kto inszy z naszych stron. Donoście mi jak naj regularniej 
o wszystkich rodakach, nawiedzającycli Ezym, i o ich usposobie- 
niach dla was itp. Kto wie, może nam Bóg pozwoli na szerszą 
skalę rozpocząć prace. Kończycie już wasze studya, lada dzień otrzy- 
macie święcenia kapłańskie, a więc nastąpi nowy stan rzeczy. Cie- 
szę się, że arcybiskup poznański clice was do siebie, elioć nie prze- 
widuję, aby Eząd pruski was przyjął. W Poznańskiem bardzo, 
o! bardzo potrzeba księży przykładnycli i światłych. Oby tam po- 
jechać mogli bracia Józef i Hieronim ! Brat Edward niusi wrócić 
do Paryża: on jeden przy swym słodkim charakterze zdolny je.st 
zaprowadzić tam jakikolwiek ład. Adam i Stefan chętnie mu dopo- 
mogą. I3rat Piotr, zdaje się nam, że do jakiegoś czasu powinien zo- 
stać na miejscu, już to dla ogólnego kierimku, już dla utrzymania 



213 



instytucji, która trwać ma i t. d. Ale to wszystko w moev jeno 
Wszech mog-ącego, jego wi^e prośmy. 

Wątpię, abyście dobrze wyczytali moją Modlitwę. Niechaj ją 
zaraz przepisze na czysto brat Edward swoim ŚHcznym i czytelnym^ 
charakterem, albo też ))rat Piotr. Czy macie Dziennik Xarodowy^ 
Są tam dobre artykuły Wrotnowskiego i jeden też nie zlY Koźmiana 
o Krasińskiego Nocy Letniej, ale nieśmiały i zanadto ^pochwalny 
Będzie tam wkrótce moja Przechadzka po za Rzymem. Ciekawym 
bardzo, jak się wam spodoba? Ale, ale, widziałem sie z Leonardem 
Eetlem. Po staremu wiatr w polu. Teraz mu zajechał w głowę 
Pierre Leroux, doprawdy szaleje! Lepiej przecież jakoś koło niem 
Jakiemuś dyplomacie francuskiemu zadzierżawił swój rozum : przy- 
znał mi się pod sekretera, a więc i wy o tera sza. Zresztą wvdaje 
teraz Demokratę wespół z Goszczyńskim. Duch tego dziennika umiar- 
kowańszy nieskończenie, niż był ongi ale artykułv zawsze nie tęgie. 
Kajgorzej, że wskrzesili Polskę, a co smutniejsze,^ że z kraju na" to 
dostali fundusz. 

Bohdan. 

Do Pana Adama -Miekiewieza. 

Beaune, 19. ezerwca 1841 
me de V Hotel de Yille )i. 5. 
Zapomniałem, kochany Adamie, w roztargnieniach moich pa- 
ryskich zostawić tobie nasz adres. A może też kiedy zechcesz do 
nas napisać? Ty wiesz, ile obydwom nam pożądane sa twoje listy, 
a mnie osobliwie wprawiają w dobry humor, co mi sie już teraz 
skądinąd nie zdarza. Siedzimy oto od kilkunastu dni \^ nowych 
stronach. Okolica prześliczna, wino i stół przewyborne i tanie, 'ale 
za to kwatery brudne i hałaśne, bo miasteczko ciasne, niechlujne, 
a handlowe, czysto nasze żydowskie. Po wsiach przyległych a sła- 
wnych w świecie pijackim, jako to Yougeot, yolnav, Pomard itp., 
ani sposobu dostać mieszkania z meblami. Cóż robi/? Pisać też po 
staremu, wcale nie mogę: to włóczymy się po całych dniach po 
polach, między bujnemi winnicami a zbożem. Są i laski, ale naj- 
bliż.szy, o milę przynajmniej. Xie myślimy tu jednak długo popasic. 
Jesteśmy już na połowie drogi do :\iarsylii. Czekamy jeno na listy 
od Załuskiego. A może też tymczasem kto z Ukrainy nadjedzie do 
Bad-Baden? Czatuje tam na takich gości Siemieński, do którego 
przyjechała panna i żenią się w tych dniach. Wedle tych tedy 



214 

listów a gości postanowimy ostatecznie gdzie jechać? Radzibyśmy 
do Włoch, na Tschia, dokąd nas bardzo zapraszają nasi księża i Wie- 
loglowscy. A nie gderaj na mnie dłużej, drogi Adamie! Autorstwo 
rozpoczynam już na sery o, pomimo przyrodzonego wstrętu, wstrętu 
bandurzysty ku sztuce drukarskiej. Czytałem też tu nieco uważniej 
Beniowskiego. Nie ma co mówić, wiersze zgrabne : ale duch mdły, 
pomimo pozornej ruchliwości. Poeta buja na płytkich bardzo fiusaeh 
i oprócz grubego skandalu nie ułowi ani drobnej perełki, którą go- 
dziłoby się zawiesić, choćby nawet na pogańskim ołtarzu lub na 
szyi jakiejbądź kochanki. Ja taki niepoczesny, a wcale się nie stra- 
cham i spodziewam się, że kiedyś po leciech zsadzę go z Pegaza. 
A cóż dopiero ty, nasz Adamie, taki doświadczony i zawołany jeź- 
dziec ! Skoro nastaną wakacye, weźno się wskok do pióra. Panowie 
młodsi poeci obrali sobie na Muzy złość i pychę, my przytulmy się 
jeszcze bliżej ku miłości i pokorze, a obaczym. kto wygra? kto 
i żarsze i roznośniejsze dźwięki wydobędzie dla narodu, któremu 
wcale dziś nie do śmiechu? Wojna Bogów! głupie cielce, obydwa 
ze swoim X . . . , mniemają, że o taką wojnę chodzi Polsce. Liczę 
sobie za dobrą kreskę, żem cię ongi odstręczał od pokusy poetyckiej 
a Ja Słowacki. Mnie samego o mało nie namówił Gurowski, że- 
Ijym w taki sposób kontynuował mego Bjabla Borutę. Ale pomiar- 
kowalem się i spaliłem, a wyręczył oto nas oljydwóch autor Be- 
niowskiego ; nie warto dłużej o tem pisać. 

Ściskam cię najserdeczniej a żonę i dziatwę pozdrawiam, toż 
samo Józef. 

Twój 

Bolidan Zaleski. 

P. S. Pisałem szeroko do Rzymian o projekcie Cezaro - Koźmia- 
nowym, spodziewam się, że im wyperswaduję. Arcyljiskup Dunin 
chce ich po wyświęceniu się zabrać do Poznania: ale wątpię bardzo, 
żeby mu to udało się z rządem pruskim. A byłaby rzecz wyśmie- 
nita! Miej to w sekrecie. 

Cieszymy się obydwa niezmiernie, że zbliżają się twoje waka- 
cye, to przecież będziesz nam weselszy i swobodny do milszej, daj 
Boże, pracy! 

Witwicki pisał z Neris, zdaje się zdrów i wesół, bo drwi sobie 
z naszej tu biedy. 



i 



215 

Do Pana Adama 3Iiekiewicza. 

Beaune, 9. skrpnia 1841. 

Kochany Adamie I Dawnora do ciebie nie pisał, bo mi się za- 
sępił humor na długie czasy. Odebraliśmy smutne familijne wiado- 
mości z Ukrainy, które mię powaliły z nóg do reszty. Zniskąd 
przytera ani jakiej takiej pociechy, wciąż niepogoda, słota żrąca, 
imher edax Horacyuszowa. Wyobraź %o^, że Załuski, który zabrał 
moje raanuskrypta do Poznania, od trzech blisko miesięcy ani słówka 
nie raczył pisać do mnie. A obiecał mi szlachcic najświęeiej pier- 
wszą zaraz pocztą sprawić się z pełnomocnictwa. Otóż polskie 
zarazi Doprawdy, trzeba fatalności, ażeby się komu tak nie wiodło 
na tym świecie Bożym . . . Chwalą moje wiersze, a nikt nie chce ich 
nabyć. Mówcie, co chcecie, a wyraźnie w tem tkwi przestroga, że- 
bym się nie W'dawał w druki. Nie wiem też co nadal począć. Koły- 
sany próżnemi nadziejami, siedziałem oto niepotrzebnie w nudnej 
mieścinie tyle czasu, a co gorsza, że nie mogę się ruszyć ani ku 
Marsylii, ani ku Paryżowi, póki nie pokończę tych interesów poznań- 
skich. Ckliwo mi się robi, kiedy pomyślę, że może wypadnie za- 
wrócić się do Fontainebleau, bo tam i za wiele Polonii i za drogie 
życie, a musimy się dziś bardzo oszczędzać. Cóż ty nam porabiasz, 
kochany Adamie, na wakacyach swoich"? Pocieszam się tera, że 
przecie dychasz wolniej i dumasz, i możeś już co dobrego wydu- 
mał. A co się dzieje z ową gramatyką słowiańską ? Eozumiem do- 
.skonale twój kłopot z nią i nudę : zupełnie w takiej samej byłem 
tarapacie przy pisaniu not do moicli wierszy. Zawżdy mi przycho- 
dzi na myśl idea ś. p. Osińskiego: ..żeby to nająć jakiego Niemca 
do takich robót". Dziękujemy ci za nowiny z kraju. Prawda, że 
smutne, ale musim pożywać owoce, jakie Bóg daje sdon la saison. 
Czy ów Szwed wojażer nie nazywa się czasem Brówern? Familia 
nasza polecała nam go, jako bardzo zacnego człowieka. 

Ściskamy cię obydwa i t. d. 

Twój Bohdan Zaleslń. 

Nie wiem, gdzie się obraca Witwicki po wodach? Domyślam 
się, że siedzi znów na Quai Yoltaire. Załączam do niego listek. Ale, 
ale, mój Adamie, jak po litewsku czy tam po żmudzku : Chwała 
Bogu albo Bóg z nami. Potrzebuję tych słów do mego kozackiego 
poematu. .Jeżowskiego maryaż rozchwiał się, a on biedak chory wy- 
jechał do kąpieli morskich, do Odessy, i podobno, że tam zamierza 
osiąść na dłużej. 



216 

Do Paua Seweryna Ooszezyńskies:o. 

Beaune (Cote (VOr), rue de 1'Hótel de ViUe 5 
d. 12. sierpnia 1841. 

Kochany Sewerynie! Spóźniłeś był odpowiedź na mój poprze- 
dni list przeszło miesiąc, a ja oto jakby wet za wet spisałem się 
niemal tak samo. Żarty atoli na bok ! doprawdy wcale nie myślałem 
wetować. W tych czasach żyje bardzo zakłopotany różnemi swemi 
biedami, a przytera nie zdrów, bo biegunka, to jakieś kolki nieu- 
stannie mię trapią. Wyobraź sobie, że znowu mnie wszystkie na- 
dzieje zawiodły. Brat mój nie przyjedzie, a co gorsza odebrałem 
z Ukrainy arcysmutne wiadomości familijne. O manuskryptach, które 
posłałem w Poznańskie, nie mam najmniejszej wieści, ani słychu. 
Dodaj do tego, że fundusze wyczerpują się do ostatka i że nie wiem, 
gdzie i jak przyjdzie mi zimować. Owóż w takich tarapatach kore- 
spondencya idzie ciężko, bo do niej, jak do wierszy, potrzeba, jeśli 
nie natchnienia, to przynajmniej wesołego humoru. Naj główniej szy 
przecież powód mego milczenia, że nie mam nawet o czem pisać. 
Dziennika waszego odebrałem jeno dwa niimera, to jest 1-szy i ten, 
gdzie jest o narodowości ciąg dalszy : „^lyśl narodowa wolności" 
i t. p. Nie czytadłem tedy twoich artykułów o katolicyzmie i So- 
plicy. Kawałek o narodowości bardzo mi się spodobał, zdanie zdrowe 
i dojrzałe, a przytem powaga i spokój męża stanu, nie żurnalisty. 
Zgadzam się na wszystko, co tam powiedziałeś i podkreśliłem tylko 
jedno miejsce, gdzie podejrzywasz katolicyzm Skargi. Sewerynie, och I 
Sewerynie! nie przyjdziecie wy nigdy do ładu z ludem, póki nie 
uszanujecie jego wiary i nie rozniecicie Avielkiej miłości w Chry- 
stusie. Bijcie na księży, na .Jezuitów, na wszystko złe w kościele, 
które takoż spłodził ten sam świecki materyalizm, duszący dziś wol- 
ność, ale brońcie religii i moralności, dwóch kotwic, na których stoją, 
narody. Dalibóg! Skarga szczerze kocha-ł i Chrystusa i Polskę. 

Xie wiem co zrobić, aby wywindykować brakujące numera? 
Xa ciebie to zdaję. Dowiesz się nasamprzód, czy wysłane były na 
pocztę, a jeśli nie, to odbierz i zatrzymaj u siebie, bo może mi 
Avkrótce wypadnie zawrócić się do Paryża lub do Fontainebleau. 
Jestem w kłopocie, co ci dać do Noworocznika ? Prawda, że obieca- 
łem, ale myślałem wtedy, że skończę raz interes o druki i że coś 
umyślnie, na urząd dla was napiszę. Nie mogę dać kawałków, 
które będą w Zbiorze, bo cóż wam po takiej pożyczce na miesiąc, 
na dwa? Boję się przytem, aby nie raził czytelników duch mojej 
poezyi. Jeśli mi się nieco wypogodzi humor, spróbuję napisać coś 



217 

prozą. Jest jeszcze czas. Zresztą pomówimy o tern za widzeniem się, 
da Bóg, w przyszłym miesiącu. Dziękuję ci za nowiny literackie 
i zamawiam sobie twoją łaskę nadal, z nikim bo teraz nie korespon- 
duję, a dzienników nie odbieram, zdaje się, z winy poczt. Dziennika 
Narodowego od miesiąca nie widziałem, chociaż takoż zaprenume- 
rowany. Od Lucyana dawno nie miałem listu, a o Bielowskim nie 
wiem nawet, czy żyje. Przepraszam cię za dzisiejszą bazgraninę, bo 
mi cięży głowa, a wewnątrz trapi jaki.ś niesmak, że nie mogę sobie 
dać rady. 

Ca-łuję cię, mój drogi. 

Twój 

Bohdan. 

Józef mój was ściska. Wciąż jeno dwóch jesteśmy w Beaune. 
Byłoby tu dobrze, żeby mieć lepsze nowiny z kraju. Okolice prześliczne. 

Do Pana Adama Mickiewicza. 

Fontainebleau, 14. ivrzeima 1841. 

Kochany mój Adamie, żal się Boże niepotrzebnego jeno kło- 
potu. Ów list Poplińskiego, któryś mi przysłał acz bez daty, zdaje 
się jednak, że napisany był przynajmniej przed rokiem, a więc ani 
słówka o moich drukach. Po prostu naprzykrza mi się w nim 
o wiersze do swego żurnalu. Skądinąd wiem, że pisma moje dru- 
kowane już kołują po kraju. Nie cieszy mnie to wcale; czuje w sercu 
tak, jakbym nagle owdowiał po milej bardzo połowicy. Cóż robić na 
tym świecie? W piątek jadę do Paryża z manuskryptami, a głownie 
aby się z tobą widzieć. Rozkaż portjerowi, aby mi dał klucz od 
twojej kwatery na przypadek, gdyby mi przyszło zanocować w Pa- 
ryżu, bo jestem człowiek bezpaszportny, a policya ma teraz 
na oku tego rodzaju gości. Myślę wszelako, że przenocuję raczej 
w Nanterre w oberży koło was. Karol i ksiądz Korycki pozdrawiają 
cię mile. Obydwa są dość dobrze usposobieni. Ksiądz żałuje, że na 
razie przyjął rzeczy obojętnie. 

Ściskamy cię obydwa z Józefem i twoich. 

Bohdan Zaleski. 

Załączam tu odpowiedź na twój wierszyk do mnie. Nie zupeł- 
nie mi się udała. Nie dawaj jej do Dziennika Narodowego, bo wolę 
posłać żurnalistom poznańskim, którzy byli korrektorarai gratis moich 
poezyi. 



218 



Kto? z jakich stron? w przeczysty ton 

Jak zwierciadlany zdrój, 
Niewoli słnch ? — Och I bliźni diicli — 

Do chóruż, glosie mój I 

Do chóru hej ! a leć — a wiej 

W rozdźwięki spólnych snów ! 
Ziemiański ból pod serce tul ! 

Eozraduj mi się znów ! 

Adamie ach ! po wieszczych snach, 

Promienny mruga brzask ! 
Toż w dłoni dłoń, o ! wespół doń 

Podzwonim słońcu Łask. 

Żywota cel — E m m a n u e 1 

Przybliża błogi czas. 
Hozanna w cześć! Hozanna wznieść! 

Ilozanna póki nas ! 

Dziś właśnie napisałem ten wierszyk, może jeszcze co odmie- 
nię. A co? Czy wynalazłeś rękopis swojej Historyi Polskiej ; radbym 
bardzo przejrzeć. 



Do PP. Autouiego Popliuskieso i Józefa Łukaszewicza. 

Fontainebleau, 1. paśdńernilia 1841 r. 

Nasaraprzód, Łaskawi Ziomkowie, najuprzejmiej dziękuje wam 
obydwom za koleżeńską spółliteracką uczynność w dozorowaniu edy- 
cyi moich wierszy. Dziękuję wprawdzie za późno, bo przez cale lato 
podróżowałem i dopiero aż teraz spotykam się z waszym dawnym 
listem i z inszymi świeższymi od pana Załuskiego. Wierzajcie mi 
jednak, że czuje w sercu i umiem oceniać tę usługę Poznańczanów 
dla ranie, ukraińskiego ich rodaka. Gotowem też jako tako wam za- 
wdzięczyć. Nie znam ducha, ni treści Orędownika, a tem samem 
nie wiem, jakich to artykułów żądacie. Poeci zawżdy uieradzi wy- 
biegają do dzienników ; wolą żyć w swoim świecie (jeżeli mają swój 
świat!). Oprócz tego niełatwo nam stąd ucelić omackiem w nowe 
dziś Avasze dążenie. Zaalpejscy my pisarze o ruchu literackim 
w kraju wiemy jeno ze słychu, albo z kilku numerów jakowej ga- 
zety, które się aż tu czasami zabłąkają. Jako widzicie, jesteśmy oto 
względem was diii etan ci z musu. Mogę więc kiedy niekiedy 
posyłać wiersze, powiastki i t. p., i do takich drobnostek potrzeba 



219 

przynajmniej dobrego humoru, a to arcjrzadki gość u nas tu, 
starzejąeycli na cudzej ziemi. Xa ten raz posj^lam jeno parę kawał- 
ków. Rękopis dość nieczytelny, ale usiłujcie wydecyfrować go, ile 
można, najdokładniej. Nazwisko Mickiewicza i moje można, jak się 
to spodoba, albo wyraźnie podpisać, albo położyć jeno cyfry. 

Nie miałem dawno listu od pana Załuskiego i nie wiem, co 
się dzieje z drukiem moich pism. Domyślam się wszakże, iż musiały 
już opuścić prasę. Mniejsza o to, że objętość tomików niejednostajna: 
część bowiem druga poezyi religijnej wyjdzie z druku tu w Paryżu. 
Radbym nawet, aby obydwa tomiki różne miały tytuły ; bo mi dziś 
nie chodzi wcale o edycyę kompletną. Przy zatamowanym 
u nas ze wszech stron handlu księgarskim, oby się udało, choć lu- 
źnemi broszurami puścić w obieg jakąś część egzemplarzy! Boję się 
już nadużywać łaskawych względów dla mnie Hrabiego Raczyń- 
skiego i waszej korrektorskiej cierpliwości, a chętniebym jeszcze 
posłał do Poznania: 1) Potrzebę ZbarasJcą, 2) Bapsochj i 3) Serb- 
szćzysnę. Wolę wszakoż doczekiwać się, jak pójdzie sprzedaż dwóch 
pierwszych książeczek. 

Jeżeli przypadkiem poezye religijne nie są jeszcze wydruko- 
wane, prosiłbym o następujące poprawki, a raczej dodatki 
objaśniające, o których w czasie właściwym przepomniałera. 
Pod wierszem 3Ii}a cisza należy wydrukować : pisano na Morzu 
Sródziemnem 5. października 1837. Pod wierszem NiesJcoń- 
czoność 9. października 1837 i takoż na Morzu Sródzie- 
mnem. Pod Nasze Endoume pisano 18. maja 1838 i Endou- 
me vi U a pod Marsylią nad sameni Morzem. Pod Naivie- 
dzinami Grobu Laury pisano w Ayignon 20. sierpnia 1838. 
Na okładce której bądź mojej książki życzyłbym, ażeby zapowie- 
dziano, że wyjdzie z druku Potrzeba Zbaraska, HetmańsJca Duma. 
Ale, po dziennikach poznańskich drukują nazwisko moje przez w, 
a istotnie powinno być Zaleski bez tv. 

Owóż cały list od deski do deski drukarski ! Przepraszam bar- 
dzo, inszym razem wynagrodzę nudy dzisiejszego, choć szerszym 
rękopisem do Orędownika, a teraz polecając się nadal waszej do- 
broci, łączę wyrazy prawdziwego szacunku i rodackiej życzliwości 
dla obydwóch łaskawych moich Panów. 

B. Zaleski. 

Adres mój : Fontainebleau (Seine et Marne), nie St. Honore 
22, albo inszy : a Monsieur Edouard Diimont, Professeur au College 



220 

St. Louis, takoż a Fontainebleau itd. rue St. Honore nr. 15. Drugi 
ten adres kładę jeno na przypadek, gdybym stąd gdzie wyjechał. 

Upraszam raz na zawsze, aby z listów moicłi nie były 
czynione w\'jątki do Bmenyńka. Wiersz ^Mickiewicza był tu już dru- 
kowany, ale bez odpowiedzi. Możecie tedy nie drukować o b u- 
dwóch tych kawałków, a ja natomiast co inszego przyślę da 
Orędowniku. 



Do Pana Eustachego Januszkiewicza. 

Fontainebleau, 6. października 1841 r. 

Odsyłam tedy, kochany Eustachy, korrektę obydwóch arkuszy. 
Poprawiłem po swojemu, jak umiem, a ty odmień to, jak należy, 
wedle waszego obyczaju drukarskiego. Nie wiem, czy to uchodzi, 
że każda część a raczej każdy numer Prziigrawki wydrukowane są 
z odstępami luźnymi? ale przynajmniej nie czyń tego już w Prze- 
chadzce i Sam z Pieśnią. Załączony tu wierszyk umieść na końcu 
broszury. Mniejsza o to, że tomik chudy, wszakże i Sonety Ada- 
mowe w edycyi moskiewskiej nie były grubsze. Główna rzecz, że 
ten tomik stanowi pierwszą część wierszy religijnych, które drukują 
się w Poznaniu, a możeby cenzura była pomazała. Zresztą obaczym, 
jak pójdzie sprzedaż. A cóż, czy wyszła z druku broszura Towiań- 
skiego? Zmiłuj się, przysyłaj nam co rychlej. Witwicki przyjeżdża 
do Paryża 11. lub 12. października, bądź łaskaw ii jego portyerki 
Quai Yoltaire nr. 7 zostawić adres mieszkania Adamowego, bo 
prosi o to. 

Pozdrawiam i t. d. 

Bohdan. 



Do Pana Eustachego Januszkiewicza. 

Fotituinchleaii, 14. października 1841 r. 

Kochany Eustachy ! Zgodziłl)ym się chętnie na twój projekt, 
ale doprawdy nie wiem, jakich potrzeba gdzie przypisków. Samemu 
autorowi zawżdy pismo jego wydaje się jasnem : radbym, abyście 
mi wynotowali, gdzie co ciemnego widzicie. Xa przykład, co piszesz 
o Bojanie, to rzecz arcy - wiadoma dziś czytelnikom polskim, mia- 
nowicie w kraju. Oprócz tego napisa-lem o tem szerzej w objaśnie- 
niach do Dam i Dumek, które musiały już wyjść z druku w Po- 



221 

znaniu. Chyba do tych objaśnień odesłać czytelników: przytoczyć 
kilka wierszy ruskich starożytnego piewcy Ihorowego. Gotów jestem 
to uczynić, ależ przewłoka, wiele zacłiodu, a mało pożytku. W po- 
niedziałek albo we wtorek będę w Paryżu, to się rozmówimy. Może 
nawet kto inszy, Staś Eopelewski lub Wrotnowski podjęliby się 
mnie wyręczyć w tej bagateli. Tymczasem przysyłaj trzeci arkusz, 
wolałbym, żeby wcale bez odstępów luźnych drukowane były Prze- 
chadzka i Sam z Pieśnią, bo nie dość, że to szpeci pozornie książkę, 
ale, co gorsza, rozrywa uwagę czytających. Jeśli mi przyślesz zaraz 
notkę, jakich potrzeba objaśnień, to mógłbym przywieść już z sobą 
przy pis ki Szkoda, żeśmy o tern pierwej nie pomyśleli. Mnie się 
zdało, że rękopis m wystarczy niezawodnie na cztery arkusze. 

Edycya twoja mojej Poezyi arcypiękna i piękniejsza, niż mi 
się na razie wydala przy korrekcie. "Wymyślno jeszcze jaką śliczną 
okładkę ! Na odwrotnej stronie okładki możeby dobrze wydrukować, 
że „wyszły z druku lub wyjdą tegoż autora: 1. Poezya religijna, 
2. Dumy a Dumki, 3. Potrzeba Zbaraska, Hetmańska Duma, 4. Xowe 
Eapsody, 5. Serbszczyzna." 
Ściskam i t. d. 

J. B. Zaleski. 

Stefan siedział tu dwa dni i wyjnchał dziś "lo Paryża. 



Do Paua Poplińskiego. 

Fontainebleau, 18. iKiździernika 1841 r. 

Szanowny Ziomku ! Stante pede odpisuję na twój list, ażeby 
nie tracić czasu. Bądź łaskaw, załączone tu listy roześlij co naj- 
spieszniej wedle adresów: chodzi mi osobiście o nagły i ważny in- 
teres. Dziękuję, bez końca dziękuję, żeś mnie zawiadomi! o stanie 
rzeczy względem druków moich : inaczej byłbym o tem nie wiedział. 
Bóg wie, jeszcze jak długo ! Doprawdy, nie wiem, dlaczego moi wy- 
dawcy nie oznaczyli ceny książki mojej i nie puścili jej w obieg. 
Domniemywam się, że to nastąpiło przez niedoświadczenie w przed- 
miocie handlu książkowego. Smuci mnie niepomału, że Poezye moje 
religijne leżą po dziś dzień w rękopisie. Proszę hrabiego Raczyń- 
skiego, aby polecił przyspieszyć druk. Zapomniałem dodać w liście 
do niego, że Sonety, czyli Nawiedziny Grobu Laury, nie mogą być 
drukowane między Poezyami religijnemi, bo treść ich i ton za ro- 
mansowe i przez roztargnienie jeno napisane zostały do tego ma- 



222 

nil skrypt u. Każe je wydrukować w książce paryskiej, która za 
miesiąc będzie już w Poznaniu. Cieszymy się niewypowiedzianie 
z otworzenia nowej księgarni w Poznaniu, bo tego rodzaju instytu- 
cye czynią nas autorów dzień po dniu mniej zależnymi od okolicz- 
ności. Mam propozycye względem druku pism poety Olizarowskiego, 
ale odkładam je do późniejszego listu. Względem oznaczenia ceny 
na książkę moją nie umiera sam postanowić; nie wiem kosztów edy- 
cyi, ani taryfy miejscowej. Sądzę jednak, że można sprzedawać naj- 
drożej po talarze. Piszę do wydawców, aby w tym przedmiocie za- 
siągnęli waszego zdania. Pisał mi młody pan Łubieński, że ma dla 
mnie egzemplarz Orędoiunika i jakąś książkę ; dziękuję uprzejmie za 
łaskawą pamięć waszą : daj Boże się wywdzięczyć 1 W przyszłym 
liście poślę wam znowu parę kawałków do Orędownika. Jutro jadę 
do Paryża. Chce nakłonić Mickiewicza, aby napisał do D-ra Marcin- 
kowskiego w moim interesie, bo żył z nim ongi ściślej niż ja. Czy 
macie komunikacye z M. Grabowskim? Jest to najstarszy mój przy- 
jaciel jeszcze ze szkół humańskich i od 10 lat nie mara o nim 
wieści, ni słychu. Upraszam o jak najskriipulatniejsze dopilnowanie 
korrekty Poezyi religijnych, bo Aviele mi na tem zależy. Czy jest 
jaka nadzieja, że poezye moje pójdą na Ukrainę? Ta nowina zachę- 
ciłaby ranie do pracy na wiele miesięcy. Xa ten raz dosyć! 
Łączę wyrazy prawdziwego szacunku i życzliwości. 

Ziomek i sługa 

B. Zaleski. 



Do Pana Seweryna Goszczyńskiego 

w Paryżu, boulevard jMontparnasse nr. 55. 

Fontainebleau , me St. Honore 2.2 
24. października 1841 r. 

Kochany mój Sewerynie! I bez ciebie wiedziałem numer twego 
mieszkania, ale jak znaleść mieszkańca? We środę szukałem cię po 
twoim Parnasie ^), aż portyerka ostrzegła, że od kilku już dni ba- 
wisz gdzieś a la catnpagne. Toż samo mnie spotkało we wrześniu : 
byłeś wtedy w Wersalu wedle świadectwa Eetla. Z obietnicy uiszczę 
się za kilka dni : jutro lub pojutrze ma przepisać Józef kawałek, 
który dla Noworocznika waszego przeznaczam. Kadbym, ażeby ci 
przypadł do smaku. Jest to rapsod historyczny z czasów unii, który. 



^) Aluzya do mieszkania (boulerard du ^lontparnasso). 



223 

zdaje mi się, że ei czytałem, gdzie to grają role kniaź Iwonia i he- 
tman Konaszewicz, jako ezeruce. Dasz temu tytuł': TrechtymiyowsM 
Monastyr. 

U Januszkiewicza drukuje się jeno Przygraivlia i kilka kawał- 
ków lirycznych, których nie chciano mi się dawać pod nożyce cen- 
zorów. Za kilka dni broszurka moja będzie doręczona Jego Eecen- 
zenckiej Mości. W Poznaniu wyszły już z druku Poezye religijne 
i Dumy a Dumki. Owóż świeża pastwa dla was, przeklętych kryty- 
ków I Wolałbym jednak, abyś się zachował na Potrzebę Zhamslca, 
bo tam zawodzą wszystkie zapamiętane i przeczute głosy naszej wo- 
jennej Ukrainy. Oprócz ciebie, wątpię, ażeby ktobądź w Polsce zdo- 
łał zrozumieć jak potrzeba i ocenie wartość tego poematu. 
Wyborną twoją recenzyę Trzech W^ieszczb czytałem, ale mi nie 
przysłano samego poematu. Gotów jestem pomścić się i nawzajem 
nie posłać swoich wierszy ani tobie, ani l.ucyanowi. Gniewam się, 
że dotychczas nie mam egzemplarza z Poznania, bo radbym was 
obdzielić, a szczególniej chciałbym dać Dumki Romanowi naszemu 
poczciwemu. Do Siemieiiskiego będę pisać w tych dniach. 

Czytałem niedawno wyjątki z powieści Michałowej : Oblężenie 
Płocha; przedmiot prześliczny z epoki Władysława Hermana, kiedy 
go oblegają w Płocku Bolesław i Zbigniew. Sceny ze zbiegłym 
Wasilkiem Halickim, obraz guślarzy ukraińskich, a mianowicie obraz 
kurpiów pfzewybornie narysowane a la Walter Scott, ale w dykcyi 
zawsze dawna wada, rażąca nienaturalność, wszystkie osoby powieści 
wydają się tak sztywne, jak na malowidłach Dawida. Szkoda! bo 
rzecz arcypatryotycznie i rozumnie osnowana. Dał przynajmniej 
przykład Mazurom, jak się traktować powinny sprawy narodowe 
pomimo cenzury. 

Całuję cię i pozdrawiam wraz z Józefem. 

Bohdan. 

Na przyszłość, ile razy wypadnie rai jechać do Paryża, uwia- 
domię cię naprzód listownie, abyśmy się mogli przecież nagadać 
z sobą. Chciałbym takoż kiedy z tobą pojechać do Wersalu. 

Eomana ściskam. 

Do Pana Eustachego Januszkiewicza. 

Fontainebleau, październik 1841 r. 

liochany Eustachy ! Przejrzałem oto ostatni arkusz. Dedykacyę 
możesz zostawić, jak jest, bo nie wiem jeszcze, kiedy wyjdą z druku 



224 

Przenajświętsza Eodzina i Hymny. Czy nie masz tam jakich nowin 
o tern z Poznania V Dziwna rzecz, że nie przysyłają dotąd egzem- 
plarzy Dum i Dumek ; boję się, żeby nie nadrukowali myłek bez 
liku. Gdybyś odebrał' skąd Dumy, to nie puszczaj w kurs, aż przej- 
rzę i wydriikujem erratę. Za kilka dni puścisz poezyę moją w świat. 
Niżej wypiszę ci osoby, którym poślesz egzemplarz gratis. Dopil- 
nuj, ażeby w przypiskach poprawiono kilka mylek, tudzież aby poło- 
żona była data pod sonetami. 
Bądź zdrów. 

B. ZalesJci. 

W Paryżu: A. Mickiewicz, E. Januszkiewicz, S. Witwicki, S. 
Goszczyński, J. Słowacki, K. Eóżycki, S. Koźmian, S. Eopelewski, 
T. Wrotnowski, A. Górecki, Fr. Grzymała, L. Cliodźko, L. Eettel, 
K. Sienkiewicz, L. Mierosławski, P. Hofmanowa, J. Mi^yzner, L. 
Nabielak i Jenerał Eybiuski. . 

Po za Paryżem: 

Zaleskim pięć egzemplarzy do Fontainebleau, Alex. Makow- 
skiemu i L. Siemieńskienui do Strasburga, Marszałkowi Gadonowi 
w Nancy, Kajsiewiczowi do Ezymu (może Ivoźmian znajdzie okazyę). 

Pod adresami chciej położyć : Od autora. 



Do Pana Seweryna Goszczyńskiego. 

Fontainebleau., 30. października 1841. 

Kochany mój Sewerynie, masz oto obiecany Eapsod'). Prze- 
czytaj go, pomyśl, a jeśli osądzisz, że nie obraża waszych zasad, to 
drukuj. W tym czasie rozdrukowania się mego nie mam ci co dać 
inszego. Ostrzegam jeszcze, że daję ten rapsod sposobem jeno poży- 
czanym, bo za kilka miesięcy, to jest za pięć lub sześć, wyjdzie on 
z druku w inszej formie. Zresztą pomówimy o tern obszerniej nie- 
bawem za widzeniem się naszem w Paryżu. 

W pi-zyszły, da Bóg doczekać, wtorek, to jest 3. listopada, 
między godziną 3 a 4 popołudniu, będę na ciebie czekał w Palais 
Eoyal, w galerie d'Orleans. Zjemy razem obiad i pogadamy parę 
godzin. Nie mogę być u ciebie w domu, bo mieszkasz daleko, a ja 
tego dnia będę już zbiedzony podróżą. Cóż ty i Lucyan dacie swego 
do Noworocznika? Powstrzymaj tam Eetla, ma podobno pisać hi- 



^) Treclitymirowski Monaster. 



2*25 

storję naszej emigracyi, to zalezie w drobnostki polityczne po uszy 
i zwichnie literacką tendencyt^ Xoworocznika. Bardzo dobra myśl 
Heltmana, umieścić na końcu spis wszystkich broszur drukowanych 
na emigracyi. 

Treśe i przypiski nie udały mi sif-, bo zdają się niepotrzebne, 
możesz je poprawie, odmienić lub całkiem wyrzucić. Ostatnią korre- 
ktę przyślesz mi na eieniuchnym papierze do Fontainebleau, abym 
sam ją przejrzał'. Zresztą pomówimy o tem w Paryżu. 

Całuję cię, mój drogi ! 

Twój 

Bohdan. 

Do Pana Seweryna G^oszezyuskiego. 

Fontainehleuu, 1. listopada 1S41 r. 

3Iój kochany Sewerynie, co to jest nie mieć kalendarza w domu? 
Pobałamucilo mi się było w głowie, kiedym pisał onegdaj do ciebie. 
Istotnie przyjadę do Paryża 3. b. m., ale nie we wtorek, jakom ci 
wprzódy palnął, jeno we środę, l)o 3-ci przypada właśnie w ten 
dzień. Owóż ta pomyłka kosztuje mie sześć susów. Nie chcę, abyś 
darmo włóczył się tak daleko z domu. Zresztą miejsce i czas wedle 
uprzedniej umowy zostają: Palais-Royal, galerie d"Orleans, miedzy 
3-cią a 4-tą popołtidniu będę się przechadza-ł wzdłuż z końca 
w koniec. 

Do widzenia się, mój drogi ! 

Twój 

Bolidan. 

Do Pana Liicyana SiemieńskieffO. 

Fonłainehlemt, 1. listopada 1811 r. 
me St. Honorć nr. 22. 

Kochany Lucyanie! Nie pamiętam już, kiedy do ciebie pisa- 
łem. W tych czasach byłem tak zajęty i rozerwany to włóczęgą, to 
interesami drukarskimi, a później Pi'orokiem i gwarem paryskim, że 
doprawdy ani na chwilę nie miałem wolnej głowy. Ja wtedy jeno 
lubię pisywać do moich przyjaciół, kiedy im coś miłego powiedzieć 
mogę, a w położeniu naszera i do tego, jak do wierszy potrzeba, 
nie ma natchnienia. I cóż ci tu donosić z naszego leśnego ustronia? 
O paryskich przepowiedniach wiesz tyle, co i ja: oczeknjeiny wciąż 

Korespondencya J. B. Zaleskiego. 15 



226 

na broszurę Towiańskiego, która może nam lepiej rzecz objaśni. 
Adam wierzy weń z niesłychaną abnegacyą i zapałem, Ż3^je wciąż 
w świecie cudów, że niepodobna dać wyobrażenia, jakie prześliczne 
myśli improwizuje. Ty Aviesz, ile kocham Adama, i domyślisz się, 
co cierpię, że nie mogę wznieść się duchem w jego sferę : uzyskać 
łaskę z góry, czy osobne objawienie, a bez czego po ludzku potaku- 
jąc jeno przyjacielowi, byłbym hipokrytą. Oczekuję chwili żywszego 
wzruszenia, jakiejś wewnętrznej przemiany, to wtedy zjednoczę się 
z nimi i rzucę się na łeb, na szyję w działanie. O tem wszystkiem 
nie powiadaj nikomu, bo ludzie po swojemu zaraz rzeczy wytłóma- 
czą. Bóg świadkiem, nie miałem nigdy i nie mam najmniejszego 
podejrzenia o najlepszej wierze Adama w całej tej sprawie. Nie po- 
dejrzywam takoż Towiańskiego, ale oczekujemy, jakimi znakami po- 
prze swoje wysokie posłannictwo. Jeszcze raz powtarzam, pamiętaj, 
że powiadam tihi soli. 

Czytałem przerozumną, przewymowną recenzyę Seweryna twoich 
Trzech Wieszcsh. Zdaje się, że to najlepszy kawałek jego prozy, co 
kiedykolwiek napisał. Piszę się na wszystkie jego wróżby o tobie 
i pochwały: nie myślę jednak, że to jest twoje arcydzieło. 
Owszem, pewny jestem, że niebawem coś nam jeszcze wspanialszego 
napiszesz w rodzaju czysto-historycznym, który jest właściwy twój 
rodzaj, bo masz woń jakąś w stylu i mowie, co przypomina za- 
mierzchłe czasy. W Trzech Wieszczbach widno nieśmiałość, widno 
artystowski raczej rozmysł, niż poetyckie uniesienie. Brakuje im tego 
czegoś, o jakie mnie dziś obwiniają, to jest zapamiętałej 
wiary w Proroka. Wina zatem leży nie w poecie, ale w misty- 
cznym przedmiocie. Ależ co kawałków prześlicznych, żywycli obra- 
zów! Z całego serca winszuję ci i szczerze powiadam, piszę się na 
wszystkie pochwały Sewerynowe. Co ty dałeś do Noworocznika Se- 
werynowi? Ja posłałem rapsod, p. t. Trechłymirowski Monastyr. 

Żeby tylko dali pokój polityce emigranckiej, bo na to mają 
insze swoje dzienniki. Pojutrze będę się widział z Sewerynem i po- 
wiem o tem. W Poznaniu wyszły już z druku moje Dumy a Dumki 
i Poezye religijne, a pójdą pod prasę Potrzeba Zbaraska i Rapsody. 
W Paryżu wydrukowałem broszurę z różnych wierszy, których nie 
chciałem dać pod nożyce cenzorów. Poleciłem w księgarni, aby ci 
posłali egzemplarz, chociaż się wstydzę dziś tych wierszy. Jak od- 
biorę z Poznania książki, to i tamtych poślę ci po egzemplarzu. 

Ściskamy cię obydwa z Józefem. 



Twój 



Bohdan. 



9 9- 



Do Pana Enstaeliego Jaunszkiewieza. 

Fontainebleau, 1. listopada 1841 r. 

Kochany Eustachy I Odebrałem ostatni arkusz na czysto i po- 
zostaje mi jeno po(lzi^;kowac ci za staranną i wcale ładną edycyę 
mojej poezyi. Owóż Bóg zapłaci Bóg zapłać bez końca. Teraz usi- 
łuj, aby co najspieszniej wróciły się ci koszta druku i papieru. Za 
trzy lub cztery miesiące puszcze się w świat, czyli, jak to Adam 
zowie, na czumactwo: to radbym wyjechać bez długów. Zawsze je- 
dnak około Nowego Eoku nadeślij mi porachunek, niech przynaj- 
mniej wiem, iłem ci winien. Jeszcze jedna prośba. Jeśli można, nie 
puszczaj w świat egzemplarzy Poezyi aż do piątku ; mam w tem 
swoją racyę. Pojutrze, to jest we środę, obaczymy się w Paryżu. 
Będę u ciebie około 2-giej popołudniu, albo wcześniej, skoro wysiądę 
z wozu parowego. Zapomniałem na wieki na liście gratisowych 
egzemplarzy umieścić dla Alexandra Jełowickiego, a jemu się przed 
wielu inszymi ten podarek odemnie n 'eży. Umieść tedy sam jego 
imię, a zmaz J. Meiznera. 
Do widzenia. 

B. Zaleski. 

Do Paua Józefa Tomaszewskieso w Tours. 

FontainMeau, 11. listopada 1841 r. 
rue Sł. Honore 22. 

Szanowny i kochany kollego, mój Józefie 1 Dziś wyprawiłem 
przez pocztę jeden egzemplarz dla ciebie broszury mojej, którą nie- 
dawno wydrukowałem w Paryżu. Przyjmij ten upominek braterskiem 
sercem, bez względu na lichą jego wartość. Dla miłych tam w Tours 
moich spółukrainek poślę osobno dla każdej po książce, skoro od- 
biorę sam egzemplarze moich pism, wydanych w Poznaniu. Cóż, 
kochany Józefie, czy nie miałeś w tych czasach wiadomości o Igna- 
cym -) i o .Jasiu Ivrechowieckim ? Wiem dawno, że ^vl'ócili do domu 
spółcześnie z naszemi wygnankami. Józefowa '^) w powrocie z Sara- 
towa widziała się z Jasiem w Wołogdzie. Ależ niesłychanie ciężlśo 
im teraz tam dychać pod nadzorem połicyi moskiewskiej. Paszportu 
za żadne pieniądze nie dają u nas, nawet do Niemiec. Bieda, o bieda ! 



^) Sarneckim 

^) Zaleska, żona Józefa, wy&łana została do Saratowa za pisanie 
do męża wychodźcy po powstaniu 1831 r. 

15* 



228 

Smutno, nudno; codzieu smutniej i nudniej, bo starzejem sie oto 
nie wiedzieć po jakiemu na czużyni, zwłaszcza my kawalerowie. Złe 
jednak musi się przesilić : ' będzie lepiej i niebawem ! Wierzmy, bo 
wiara jeno wzmaga ducha i tworzy cuda. 

Przypominam sie sercu zacnej i dobrej pani Józefowej, która 
mi zawsŁe tyle jest mUa, jakby moja krewna, albo znajoma gdzieś 
jeszcze z Ukrainy. Całuję jej rączki obyczajem staropolskim — a oby- 
czajem nowomodnym szczerze i uprzejmie kłaniam się pannie Sar- 
neckiej i -pannie Józefie, która zapewnie mie już dawno zapomniała. 
Będzie około siedmiu lat, jakeśmy się widzieli ostatni raz w Paryżu, 
a j'a przecież pamiętam po dziś dzień ruski akcent w mowie jakiejsiś 
mlodziucbnej c-zarnobrywki ; szkoda, jeśli go się teraz pozbyła. 

Ku wiośnie ciągnąć myślimy z moim Józefem w Pireneje, 
zdaje sie, że Tours leży nam na drodze, a choćby też i nieco było 
z droo-i,' zboczymy umyślnie, aby parę dni przeżyć między swoimi, 
w lulDem towarzystwie "^ Polek, bez których wyraźnie tu dziczejera, 
jak w lesie, albo w stepie, gdzieś na Zaporożu. 

Józef mój pozdrawia ciebie i cały twój dom. Obydwa też ści- 
skamy Stasia, który musiał uróść już na tęgiego ręl)acza. 

Ściskam cię najserdeczniej, kochany Józefie! 

Bohdan Zaleski. 



Do Pauji Eiistacliego Januszkiewicza. 

Fontainebleau, 20. listopada 1841 r. 

Kochany Eustacliy I Me wiem, czy ci Szwajcer doręczył egzem- 
plarz oprawiony moich wierszy dla Mickiewicza: boje się, aby książka 
ta nie zginęła. Xie wiem takoż, czy Olizarowski dostał owe 200 fr , 
któreśmy posłali na początku listopada? Miałem kilka listów z Po- 
znańskiego, a o egzemplarzach ani słychu. Pisałem, aby mi je przy- 
słano na^^ręee twoje albo na ręce młodego Michała Myeielskiego. 
Czy nie mieliście który o tern zawiadomienia? Postaraj się, kochany 
Eu^stachY, sprowadzić kilka egzemplarzy choćby za pieniądze. Za- 
rzekam się raz na zawsze wdawać się w interesa ze szlachtą polską. 
Jeśli edycya zła i z myłkami, to odbijemy inszą, a tamtą każe spa- 
lić bez śladu i znaku. Gotów nawet jestem zapłacić koszta łaskawym 

wydawcom. . 

Co tam słychać u was w Paryżu? Jak się ma Krasiński, 
pani Małachowska? Będę ci wielce obowiązany za wszelkie nowiny, 
bo przyjaciele moi paryscy poczynają mnie zaniedbywać i me wiem 



229 

zgoła o niczem, co się dzieje na świecie. Jeśli w Tygodniku Poznań- 
skim lub w Orędowniku jest już, albo będzie jaka recenzja moich 
Poezyi, to każ ja przepisać na mój koszt i przyślij tu do mnie. 
Pozdrawiam uprzejmie. 

J. B. Zaleski. 



Do Pana Adama 31iekiewicza. 

1841 r. 

Jestem wzruszony niewypowiedzianie w sercu. Adamie ! cuda 
wielkie dzieją się znów gdzieindziej, w Ezymie. Jest tam święty 
Mnich, który niemal to samo zwiastuje, co Towiański. Uprosiłem 
profesora Dumont, że mnie wypisał z listu wyjątek, który tu załą- 
czam. Piszmy zaraz do naszych księży, aby nam wszystkie szcze- 
góły rozpowiedzieli. Chcemy to wiedzieć nie przez próżną ciekawość 
ale aby pocłiwalić Boga! 

Ściskamy cię obydwa. 

Bohdan Zaleski. 

Wyjątku nie pokazuj nikomu. Zapewnie Cazales pisa-ł o tem 
do ]Montalemberta lub do kogo inszego, a więc katolicy francuscy 
muszą już wiedzieć. De Saint- Yictor, który pisał z Rzymu, znajomy 
jest na.szego Dumonta i takoż autor. 



Do Pana Poplińskie2:o. 

Fontainebleau, 26. listopada 1841 r. 
me St. Honor e 22. 

Szanowny i łaskawy mój Ziomku I Dziękuję, dziękuję jak naj- 
serdeczniej i bez końca za gorliwe krzątanie się około rozprzedania 
moich książek. Nigdy nie zapomnę tej waszej uprzejmości dla mnie. 
Wyol)raź sobie, Panie, że po dziś dzień zniskąd nie mogę dostać 
Dum a Dumek, a już podobno trzy miesiące, jak wyszły z pod 
prasy. Niecierpliwię się niewypowiedzianie, a tu jeszcze do tego 
krąży po Paryżu list krakowski, który głosi, jakoby w edycyi były 
litery niedobijane, krzywe wiersze i t. p. i t. p. Uważam ten list za 
wierutną plotkę jakiegoś księgarza i dlatego nie pozwalam żurnali- 
stom paryskim ani wzmiankować o tem po dziennikach naszych. 
Nie chodzi mi nawet o piękność druku, ale o poprawność, o samą 



230 

poprawność. Zmiłuj się, kochany Panie, przy Poezyach religijnych 
przeglądaj jak najpilniej korrektę. W poezyi rytmicznej, jak i w mu- 
zyce, jeciua om3"łka, jak fałszywy ton, psuje wrażenie całego ka- 
wałka: robi się prawdziwe cliarivari — wiem to dobrze i z wła- 
snego doświadczenia. Skoro wyjdą z druku Poezye religijne, chciej 
Panie zaraz i nie pytając nikogo, ale na moją odpowiedzialność 
przysłać tu do Januszkiewicza 12 egzemplarzy dla mnie, albo drogą 
księgarską, albo nawet przez dyliżans, bo w tym razie nie chodzi 
mi o oszczędzenie kilku franków. Poezye do Orędownika wyślę stąd 
za parę dni na ręce Januszkiewicza. Nie mam dziś czasu i humoru 
do przeglądania wierszy, a przytem sekretarz mój, to jest mój 
brat, Napoleoński żołnierz, musi je przepisać, a trochę teraz mi nie 
zdrów. Przepraszam za kłopoty, jakimi nabawiam moimi drukami 
i korespondencyą, i polecam się nadal dobremu sercu ziomka mego 
poznańskiego. 

Życzliwy 

B. ZaUsTii. 

P. S. Załączony list proszę wrzucić na pocztę, jeśli go tylko 
dolarze zaadresowałem. Będę miał" dla Orędownika wiersze Olizarow- 
skiego, może dostane jaki kawałek prozą od Witwickiego i od in- 
nych moich prz3'jaciół. Proszę mi zawsze donosić, jak będzie szła 
sprzedaż moich książek, tudzież o recenzyach po dziennikach. Cie- 
kawym bardzo, jakie wrażenie sprawił w Poznaniu mój tomik pa- 
ryski, tu wielkie i nawet większe, niż się mogłem spodziewać. 

B. Z. 



Do Pana Eustachego Januszkiewicza. 

Fontainebleau, 29. listopada 1841 r. 

Kochany Eustachy! Xie ma co mówić, twoja Panna po- 
głaskała mnie nielada miłuchno. Niepospolite bo to widać stworze- 
nie Boże. Co powiedziała w ogólności o poezyi, prawda, wielka 
prawda, a o której wcale nie wiedzą panowie estetycy. Teraz dla 
ciebie samego maleńka przestroga : nie pozwalaj twej Pani wdawać 
się z poetami, bo w mgnieniu oka pokochają się na śmierć. Nie- 
cierpliwię się strasznie, że mi nie przysyłają książek z Poznania. 
Pamiętaj, kochany Eustachy, zaraz mi wyexpedyować jeden egzem- 
plarz, skoro nadejdzie do ciebie transport. Oprócz tego, zachowaj 
dziewięć jeszcze egzemplarzy dla moich przyjaciół, które ci albo za- 



231 

stąpię później swoimi egzemplarzami, albo gotówką zapłacę. Czy ci 
Niedźwiecki wręczył manuskrypt Olizarowskiego ? Przyślesz mi go 
tu razem z DuDiami. Orędoicnik takoż załączysz, bo tara są moje 
wiersze. Jakże się wam udały w Paryżu świątki listopadowe? Kiedy 
Adam rozpoczyna swój kurs ? Jak idzie sprzedaż moicli poezyi ? Czy 
Paryż wziął też clioć 20 egzemplarzy? Czy w kraju o tym czasie 
czytają już poezye? bo swojej Pannie musia^łeś posłać arkuszami. 
Pozdrawiam cię i ściskam. 

B. Zaleski. 



Do Pana Adama .Mickiewicza. 

Sobota, 1841 r. 

Kocliany nasz i drogi Adamie ! Chodziliśmy oto do sąsiadów 
świeżo spanoszonych w la Eochette : bawiliśmy się tam nie źle parę 
dni, a za powrotem zastałem twój miły list. Prawda, że milczałem 
długo, bo nudzili mnie na śmierć Poznańczyki i nie chciałem ciebie 
zarazić szkaradnym swoim humorem. Przyszedł nareszcie przez po- 
cztę jeden egzemplarz poezyi moich. Edycya dość licha a jeszcze 
lichsza przedmowa. We wtorek, da Bóg doczekać, zobaczymy się. 
Przyjdę do ciebie zaraz po twojej lekcyi na obiad i przyniosę moje 
poezye i Wiesława. 

Do widzenia się tedy w przyszły wtorek. Ściskamy cię obydwa. 

Twój 

Bohdan Zaleski. 



Do Pana Lucyana Sieniieiiskiego. 

Fontainebleau, 31. grudnia 1841 r. 
rue St. Honore 22. 

Pozdrawiam cię, kochany Lucyanie, najserdeczniej przy No- 
wym Poku 1842 a XI. tulactwa naszego. Po staropolsku życzę 
wszelkiego dobra i bodaj ostatni raz na cudzej ziemi! Nie dziw się, 
że rzadko pisuję. Jestem bo wciąż smutny, chodzę jak w mgle 
i czekam, aż się nieco wypogodzi — i doczekać się nie mogę. Jesień 
oto tak nagle obwiała tumanem. 

Onegdaj wróciłem z Paryża. Przeżyłem kilka dni milej z Ada- 
mem i z Sewerynem, ale i oni nie weselsi odemnie. Seweryn dużo 
pisze, na nieszczęście pisze dla clilelm, a więc rzeczy mniej ważne 



232 

o polityce i o literaturze dla dzienników. Myślałem sam i mówiłem 
sam z kilkoma osobami o twoim poemacie. Ani sposobu znaleśd 
kogoś, któryby zapłacił z góry 100 dukatów. Januszkiewicz możeby 
się, podjął wydrukować rękopis, ale nie da pieniędzy aż po rozprze- 
daniu egzemplarzy i to ladajaką kapaniną. Tak samo ułożył się on 
ze mną. Bieda, Lucyanie, z literaturą na eraigracyi, a w kraju też 
nie bardzo o nas dbają. Wyobraź sobie, że po dziś dzień nie przy- 
słali rai z Poznania moich poezyi, a wyszły już z druku od czterech 
miesięcy. Pisałem na wszystkie strony i pisał Januszkiewicz od sie- 
bie do księgarzy ; otóż to polski handel ! Wyczerpałem cierpliwość 
i myślę przez dzienniki emigracyjne zawezwać moich wydawców 
i publiczność poznańską, ażeby mi kto przysłał egzemplarz mojej 
książki. Dalibóg! śmiech i wstyd. Ozy ci Januszkiewicz posłał moją 
Trzygraw^ke? Jaś Koźmian napisał w Dzienniku Narodowym recen- 
zyę, którą zapewne czytałeś. Prawda, że pusta i głupia? Seweryn 
i Adam tak już o niej wyrzekli. Pisze coś i o twoich Trzech Wie- 
iizczbacli. Smutne to figury ci panowie estetycy! gdzie im zdążyć 
za nami? 

Czy nie miałeś listu od Augusta ? ^) Oni tam we Lwowie cz}*- 
tąją od dawna moje poezye. Pisał ktoś stamtąd, że w edycyi po- 
znańskiej myłek bez liku, owóż nowa pociecha! Żywoty Świętych 
Piotra Skargi obiecał .mi dawno August, ale nie wiem, czy to ten 
sam egzemplarz, który ty posiadasz. Będę ei bardzo wdzięczen, jeśli 
mi go przyślesz, notabene rulażem do Paryża pod adresem księgarni 
polskiej. Miał mi takoż August przysłać insze książki : Grabowskiego, 
Eusałki itd., ale nie wiem jaką drogą. Ozy też drukuje on swego 
Ihora? Za miesiąc a najdalej w końcu lutego wyjadę na jakiś czas 
do Tours, a stamtąd na południe ku Marsylii. Może razem z Sewe- 
rynem posiedzim jaki miesiąc w Pireneach, bo i on się wybiera 
w podróż z malarzem Postępskim. 

Pozdrawiam cię i ściskam najczulej przy Nowym Eoku. 

Twój prawdziwy przyjaciel 
B. Zale^lti. 

Do Pana Hrabiego Edwarda Kaczyńskiego. 

Fontainebleau, 4. stycznia 1842 r. 

Jaśnie Wielmożny Panie Hrabio Dobrodzieju! Czwarty, czy 
piąty mija miesiąc, jak wyszły z druku w Poznaniu moje Dumy 



^) Bielowski. 



238 

a Dumki; przecież po dziś dzień nie dostałem ani jednego egzem- 
plarza. Nie wiem doprawdy, czy od wynalezienia sztuki drukarskiej 
spotkała którego autora podobna niefortunna przygoda. Pisa-łera już 
i sam i pisali moi przyjaci^^le na różne strony do prywatnych osób 
i do księgarzy : oczekujemy ustawicznie książek i dzień po dniu 
zawżdy nadaremnie. Śmiech i wstyd mówić, ile kłopotnych zabiegów 
kosztuje mnie ta oto jedna drobnostka. 

Szanowny Panie Hrabio ! Wiem dobrze, iż szafunek egzempla- 
rzy moich należy do innych osób ; z tem wszystkiem wole uciec się 
do Niego jeno samego. Bądź łaskaw, Panie Hrabio, rozkaż wysiać 
natychmiast dziesiątek egzemplarzy moich pism dla mnie albo tu 
do Fontainebleau, albo do Paryża pod adresem księgarni polskief 
Januszkiewicza. Przepraszam, że mu się uprzykrzam w tak lichym 
interesie, ależ po wyczerpaniu cierpliwości jedyna pozostaje mi je- 
szcze nadzieja udać się wprost do mego dostojnego wydawcy. Zre- 
sztą ostatnia to będzie moja prośba. Bóg świadkiem, opadają tu ręce 
literatom polskim przy tylu zniechęcających już skądinąd okoliczno- 
ściach : a najboleśniej jest pomyśleć, jak nas tam lekceważą w kraju. 

Jestem z prawdziwem poważaniem JWP. Hrabiego uniżonym 
sługą B. Zaleski. 



Do Pana Jana Koźuiiana. 

Fontainebleau, 8. stycznia 1S42 r. 
rue St. Honore 22. 

Kochany Janie ! Dziękujemy ci obydwa i najczulej za życzenia 
Nowego Eoku. Nawzajem polecamy cię Bogu, abyśmy w lasce Jego 
wzmogli się wespół i uchowali między sobą jedność i miłość bra- 
terską w tym roku i na zawsze! Wielce nas rozradował list księdza 
Piotra, pod każdym względem arcyważny. Mają tedy coś ostatecznie 
uradzić o urządzeniu się s wojem wewnętrznem. Nie wąt- 
pię, że obiorą najlep.sze sposoby ku .służbie Bożej i ku pożytkowi 
Polski. Cieszmy się zawczasu i posiłkujmy ich z ca-lego .serca i z ca- 
łej duszy. Napisz do nich obszernie, ale wstrzymać się muszą na 
list X. Hieronima do nas. Tymczasem pozdrów najserdeczniej od nas 
obydwóch. Uniwersytet, takoż przewyborna rzecz! Zanieś natych- 
miast list Adamowi : zaręczam, że tajemnicy najświęciej dochowa 
i może nawet zechce do nich coś napisać. Ucieszy się przytem ze 
swego rabina wileńskiego 

Ściskamy cię i t. d. B. Zaleski. 



234 

Do Pana Seweryna Ooszczyńskiego. 

Fontainebleau, 9. stycznia 1842 r. 

Drogi mój Sewerynie! Ponieważ to pierwszy list do ciebie pi- 
szę po Nowym Eokii, a wiec nasamprzód zasyłam ci rzewne uściski 
i gorące życzenia starego humańskiego druha, który ci dochowa, 
bądź pewien, uczuć mrodos'ci aż do skonu. Kochajmy się póki nas! 

Dopiero co odebrałem bardzo miły list od Lucyana. Wypisuję 
ci z tego listu miejsca, tyczące się albo ciebie osobiście, albo rzeczy 
pospólnych: „Powiedz Sewerynowi, że mi August pisał, jako Szleter 
w Wrocławiu daje tylko 100 talarów za jego 4-ty tom., W Galicyi 
sądny dzień, ogrom aresztowanych, jeden wydał papiery zakopane 
w ogrodzie i skompromitował kilkaset osób. Z Poznania nie nie 
odebrałem, podobnie jak i ty, a tymczasem w Galicyi twoje Dumy 
na gwałt kupują. Pisał mi August, że dał o nich uwagi w Dzien- 
niku swoim" itp. itp. 

Otóż i wszystko co ważniejszego. Co to za papiery i kto w}"- 
dał ? czy nie wiesz skądinąd ? Przeklęte Niemcy na wiek wieków ! 
Ma słuszność poczciwy Szaifarzyk, że ich tak nienawidzi. Cóż ty na 
to mówisz, Sewerynie , że Dumy czytają już i krytykują tak dawno 
po kraju, a sam autor nie widział ani na oczy? Wyraźnie, jakby 
robili mi na złość. Pisałem, mało 20 razy do prywatnych i do księ- 
garzy i ani sposobu dostać książek. Śmiech i wstyd, mieć do czy- 
nienia z takimi półgłówkami? Gniewam się niewypowiedzianie na 
P . . . i księgarza. Póki chodziło mu o artykuły do Orędownika, 
uraczał mię parę razy na miesiąc swemi epistołami: a teraz milczy 
i milczy w najważniejszym dla mnie interesie. Musiał kopami na- 
sadzić myłek w edycyi i dlatego się dziś obawia. Wypadnie mi pro- 
testować się publicznie po dziennikach. Mila rzecz ! 1 niechże tu 
poradzą sobie autorowie emigracyjni z takimi pomocnikami w kraju! 
Smutna to rzecz, Sewerynie, autorstwo tu nasze. 

O twojej powieści nie pisałem dotąd, bo oczekuję na iistP..., 
który jeden mógłby kupić manuskrypt. Zapomniałem też, ile żądasz? 
Cóż tam słychać u was, mój drogi ? Czy nie dostałeś i ty w spadku 
jakie ze sto tysięcy franków? Sł^-szałem, że jest zapis pani Mała- 
chowskiej i na szkółkę waszą; cieszę się bardzo z tego, bo to ro- 
bota arcyużyteczna. Kiedy wyjdzie Noworocznik ? Demokraty dawno 
coś nie dostałem, powiedz to expedytorom. Ale, ale, w maju jeszcze 
złożyłem u ciebie [)ieśni Czelakowskiego. Lucyan wciąż mi pisze, 
aby je odebrać od Mickiewicza, a ja wciąż zapominam donieść mu, 
że dawno leżą u ciebie. Poślij mu je do Strasburga, bo mu są po- 



235 

trzebne na gwałt. Wydaje on Antologię pieśni wszjstiiich ludów 
europejskich. Wl^rótce mają wyjść z druku w Poznaniu jego Pieśni 
bretońskie. Ciekawym je widzieć, a najbardziej radbym poznać, jaki 
to Lueyan ma w tem plan ogólny? 
Ściskam cię, drogi Sewerynie! 

Twój 

Bohdan. 
Józef pozdrawia cię najserdeczniej. 

Do Pana Adama Jliekieirieza. 

Fontainebleau, 6. lutego 1S42 r. 

Opowiedziałem memu Józefowi, com słyszał od ciebie, drogi 
nasz Adamie I Opowiedziałem piąte przez dziesiąte, bo w pamięci 
u mnie, jak w fali, i trzeba dłuższego czasu, dłuższej pogody, aby 
się tam ostało, co mętne, co smętne i odzwierciedliły się te cudo- 
wne obrazy twego ducłia, ogarniającego ludzkość w miłości, a niebo 
w nadziei. Orzeźwiłeś mię niepomału i błogim sposobem. Wierzym 
dziś, miłujem i spodziewamy się goręcej : cierpliwiej też i spokoj- 
niej spoglądać będziemy w przyszłość. Dzięki ci za to wszystko, 
Adamie I Cłicemy się oto dzień po dniu wzmacniać, dźwigać sami 
i wydoskonalić w nas chociaż jeden przymiot za tego tu żywota. 
Czuję wszakże w sobie jakieś zło, jakąś niemoc rodową, słowiańską, 
z której uleczyć się nie umiem, a wiem dobrze, że muszę się ule- 
czyć i to własnym jeno przemysłem. Napisałem niedawno w jednym 
kawałku : 

Omdlało serce, ociężała głowa, 

Wyszła moc moja ze mnie, moc duchowa, 

W której bywało, jak w słońcach gdzieś płonę 

I ciepło i światło swoje wcielam w słowa : 

Dziś to ognisko niby spopielone. 

Cóż począć? Jak to ognisko rozdmuchać? Powtarzam sobie 
nieraz i polecam się opiece izraelskiego Dawidowskiego ducha. U niego 
bowiem jedynie widzę mądrość i powagę, o jakicłi nam niższym 
duchom ani się śniło, a bez których nie zajdziem nigdy daleko. 

liiedy niekiedy napisz do nas, kochany Adamie ! Objaśniaj, 
w czem ci wolno i co nam może przydać się ku naszej przemianie. 
Żałuję bardzo, żem się nie poznał z Gutem. Czytamy tu ciekawie 
i z uwagą twój kurs słowiański. Dziękujemy Bogu, że dat ci taką 



236 

masę światła rzucie między bracią. Przeszłość i Moskwy i Polski 
poznajemy dziś lepiej, a domniemywamy się też po trochu o przy- 
szłości. Odebrałem wczoraj miły liścik od Olizarowskiego. Dzięki 
tobie i w nim takoż miłość silnie poczyna się rozbudzać: a jaki to 
był kiedyś nieznośny pyszałek! Przysłał mi ładną dumkę, którą za- 
łączam. Uchwycił! w niej zgrabnie ton pieśni ukraińskiej, ale nie 
lubię słonecze 'iko, daleczeuko, czużyna, bo to już podrze- 
źnianie jeno ruszczyźnie wbrew smakowi i czystości naszego języka. 
Nie wiem, czy podzielasz w tem zdanie moje? Jeżeli ci się dumka 
spodoba, to ją daj Wrotnowskiemu do jego dziennika. 

Ściskamy cię obydwa i pozdrawiamy domowych twoich. 

Bohdan Zaleski. 



Do ksknlza Józefa Hul)ego w Bzyniie. 

Fontainebleau, rue St. Honore 22 
23. luttgo 1842 r. 

Najmilsi bracia! Listy wasze pełne świętych myśli, czystej mi- 
łości, gorącej wiary, rozradowały nas, waszych współbraci w Chry- 
stusie, i zbudowały i do pokorniejszej skruchy modlitwy nasze przy- 
wiodły. Prawdziwie wyznaje wam, iż wasze o nas memento światłem 
ducha oglądam i dziękuję wam za tych kilka łez czystych, po których 
miłość moja dla Stwórcy i Zbawiciela wdzięczniej ku Niemu spły- 
nęła. Gdybym był między wami w czasie waszych święceń, wasze 
błogosławieństwa, ucałowania rąk waszych, uważałbym za jawną 
łaskę, co grzesznika, długo błąkającego się, na drogę pokory i mi- 
łości zasługą godniejszych nawodzi. I wierzcież mi, jam był tym 
duchem przy waszych prymicyach i głowęm moją korzył pod wasze 
błogosławieństwo i ręce wasze całował. Niechże Bóg będzie pochwa- 
lony a szczodry dla was w łaski, dla nas w miłosierdzie ! Piszesz 
nam, kochany bracie Edwardzie, że już dni 15 miewasz nas obe- 
cnych w ofierze Mszy świętej, i że tym sposobem w^ynagradzasz nam 
opóźnienie pisma twojego do nas. Cóż to za miłościwe wynagrodze- 
nie? Z czemże je tu na ziemi porównać? Gdybyśmy tu żyli wieki, 
miły bracie, i gdjbyś przez wieki do nas się nie odezwał, a co- 
dzień westchnął tylko za nami do Boga, raógłżebyś nam większą 
i serdeczniejszą miłość okazać? Dziękujemy tobie, dziękujemy wam 
wszystkim za dary te wasze, co nasze ubóstwo i nędze wymawiają 
przed Bogiem. Wy w zakonie, my na świecie, gdzie kogo Bóg po- 
stawił, miłujmy się, kórzmy i módlmy: zastępujmy niedostatki jedni 



( 



237 

drugich, abyśmy razem zmyli winy narodu, wy błagali odwrócenie 
sprawiedliwych kar i stanęli porównani miłością przed Tym, który 
sam jest nieporównaną miłością I „Poświęcenie się Panu Bogu naj- 
zupelniejsze, służby zakonne, służby Kościołowi Chrystusowemu 
w Polsce", rozjaśni wam (mam wiarę) tenże najmiłosierniejszy nasz 
Zl)awiciel, który nigdy pokornego serca i szczerej prośby nie odtrą- 
cił. Niechże was po drodze waszych powinności najłaskawiej i wedle 
woli swojej prowadzi. Jak się okazuje z twojego listu, bracie Ed- 
wardzie, duch religijny zaświtał już w kraju: my tutaj nie możemy 
jeszcze tyle o sobie powiedzieć: niejakie przyciszenie się: gdzienie- 
gdzie powątpiewanie o samodzielności rozumu; głuche zwątpienie 
o teoryach i systemach przeobrażenia społeczności po za wiarą i Ko- 
ściołem ; nieśmia-ły zwrot ku ideom duchowym, wybiegają wpraw- 
dzie po za czcze szamotania się kilku menerów, sine quo nowej or- 
ganizacyi władzy, ale nie jest to jeszcze to. coby nazwać można 
upamiętaniem się; wedle mnie jest to wszakże pierwszy znak prze- 
silania się, niezaprzeczone budzenie się ducha. 

Nasz kochany Adam w lekcyaeh tegorocznych z niepospolitym 
talentem rozwija przeszłość naszą narodową i plemienną i rozjaśnia 
historyę obojga takiem światłem, jakiem nigdy jeszc-ze nie jaśniała. 
W wierze też swojej ku przepowiedniom bynajruLiej nie ostygł", 
owszem, spodziewa się, cieszy, miłuje, a patrząc na ;ii9go, zdaje 
się, że ten tylko wierzyć może tak mocno, kto stanął już przy oczy- 
wistej prawdzie. 

Niedawno zjawiła się tu broszurka jakiegoś LaOt-.re, Francuza, 
który niemal to .samo przepowiada; mówią, że ten człowiek długie 
lata przeżył w samotności ; słowem, na wielu punktach jest wieść 
jakaś i o czemś nadzwyczaj nem. Przybył tu także Gutt z Wilna 
z żoną, expatryowa-t się dla połączenia się z Tcwiduskim. a ma na- 
dzieję razem z nim i z nami wrócić do kraju. Ma to być także 
człowiek wielce usposobiony duchowo, poznałem się z nim poza- 
wczoraj w Paryżu, ale na ulicy i krótko, więcej wam teraz o nim 
powiedzieć nie mo^ę. Doszła nas głucha wieść o nadzwyczajnych 
i rzeczach i łaskach Bożych, co .się tam u was dzieją w Ezymie. 
O szczegółach nawrócenia Ratizbona czytaliśmy w religijnym tutejszym 
dzienniku, Union C' łholique, ale czy prawda, cośmy tu niedokładnie 
zasłyszeli o extazach, cudach i proroctwach Ojca Bernarda w Rzy- 
mie? Jeżeli prawda, napiszcież nam to, prosimy, ze .szczegółami, 
nie dla próżnej świeckiej ciekawości, ale ażebyśmy też i my wraz 
z wami chwale oddali Panu. 



2o8 

Odwracam teraz do rzeczy światowych. Wiecie już zapewnie, 
że Ledóchowski objął cały spadek po pani Małachowskiej ; różni 
różne otrzymali legata, lecz nie z testamentu, którego nie ma, ale 
z ustnej, jak mówią, woli nieboszczki. Egzekutorem tedy tej woli 
ogłosił się Ledócliowski i rozdał następujące przekazy: Jenerałowi 
Eybiuskiemu 200.000, Dwernickiemu tyleż, dwom braciom Przyradz- 
kim 100.000, pannie Bussis, Francuzce, 200.000, pannie Krzyża- 
nowskiej, co była przy zmarłej, 100.000; przytem różne mniejsze 
i jeszcze mniejsze sumy rozdano braciom potrzebnym, ale ile? Ozna- 
czyć trudno. Tymczasem spółsukcesorowie, a mianowicie pani Wło- 
dzimierzowa wytoczyła Ledóchowskiemu proces o cUtournement Ulegał 
de dix millions. Policya zabrała u niego dwakroć kilkadziesiąt ty- 
sięcy franków, ale wszystkie te sumy okazały się komuś przezna- 
czone z napisem własnoręcznym nieboszczki. Jenerał Eybiuski zło- 
żył też SAYoje dwakroe u bankiera z oświadczeniem, że ich nie ruszy, 
aż proces się skończy. Innych funduszów u Ledóchowskiego nie wy- 
kryto. Przy kim tu słuszność? Wyrokować trudno, odkryje to do- 
piero proces i zeznania świadków i daj Boże, żeby się wszystko bez 
zgorszenia między cudzoziemcami skończyło. 

O śmierci Krasickiego także musicie wiedzieć; przed śmiercią 
ożenił się i umierał bardzo przykładnie, a z dziwnem uspokojeniem. 
Ksiądz Jełowicki i ks. Ivorycki przyczynili się wielce do pozyskania 
tej duszy Bogu. Ostatni zawsze chory na gardło. Jaś zdrów, widzia- 
łem się z nim pozawezoraj w Paryża, gdzie też widziałem czterech 
rzadkich pielgrzymów. Kto byli? Tu się dowiecie. Przed kilku dniami 
Karol Eóżycki szedł sobie przez quai ponad Sekwaną i ujrzał na- 
przeciw siebie czterech ludzi, z postaci, wąsów, obuwia, odzieży do 
Ukraińców podobnych. „Zadrżałem cały, mówił mi, spojrzałem na 
nich Ijystro, oni takie bystro na mnie patrzyli, aleśmy się minęli, 
nic do siebie nie mówiąc. O kilka kroków obejrzałem się, aż widzę, 
stoją i za mną wciąż patrzą ; wróciłem ku nim i zapytałem : A zwitki 
wy ludę (skądeście ludzie)? — Iz Persij, odezwał się najstarszy pół- 
rnskiera, półrossyjskiem narzeczem. — A cóż wy tu robicie? — 
Szach nasz wielkimi nas podatkami obłożył, nie mogliśmy się mu 
wypłacić, on nam zabrał domy, żonki i dzieci; nie było co robić. 
Otóż, zdawszy się na wolę Bożą, puściliśmy się do Francyi, bośmy 
słyszeli, że to naród katolicki i że biednych wspomaga, a my też 
katolicy Ormianie." — Przy tej rozmowie obstąpili ich tłumnie les 
badauds paryscy ; jeden z tych zapytał Eóżyckiego, czy to Polacy? — 
Eóżycki odpowiedział, że to biedni Ormianie katolicy z Persyi. — 
Katolicy ? — odparł młody Francuz. — Skoczył na baryerę kamienną, 



•239 

dobył pięć franków, cisnął w kapelusz i zaczął dzwonić a wołać : 
Ponr les pauvres catholiques de la Perse. Ivapeliisz się susami 
i frankami napełnił, a Iiużycki miLsial bvć jałmużny dystrybutorem. 
Owóż macie serca ludu, a owo miłosierdzie policyi: wezwano ich, 
dano pasporta grafU, przepisano marszrutę na Marsylię i nakazano 
wyjeżdżać z Francyi. Jakiś tam drog:raan miał w policyi powiedzieć, 
że jeśli włóczęgów przyjmować będą łatwo, to im się cała Persya 
do Francyi zwali. Eóżycki zaprowadził ich do arcybiskupa, gdzie 
każdy po 5 fr. dostał. Wybierają się oni do Ezymu, jeśli tam po- 
jadą, to wam tych biednych braci naszych polecę. Papieru już mało, 
Bohdanowi na dopisek miejsca jeszcze potrzeba. Do Walerego pisze 
osobno, listy sobie nawzajem zakomunikujcie, więc kończę, polecając 
nas waszemu sercu, pamit^ci i modlitwom i całując was wszystkich 
najserdeczniej w Imię Jezusa Chrystusa. 

Wasz brat 

Józef. 1) 

Drodzy moi i najmilsi Bracia ! Jednoczę się z Józefem ocho- 
tnie w miłości dla was : przyciskam jak najgoręcej do serca po kolei 
każdego, przyciskam oto po raz pierwszy w nowym świętym chara- 
kterze kapłanów Pańskich. A módlcie się. módlcie za nami rozbłą- 
kanymi po drogach tego świata. Utęskniam bardzo do widzenia się 
z wami : co bo znaczą listy w teraźniejszych czasach, takich pełnych 
cudów i nadzwyczajnych wydarzeń, kiedy niemal codzień trzeijaby 
wziąć radę, to postanowienie spólne "? Xie wiem jednak, gdzie i kiedy 
obaczymy się z wami. Ku wiośnie chcemy stąd wyruszyć i może 
znowu na Południe, ale to zależy od wielu okoliczności, a przede- 
wszystkiem od rozporządzenia Bożego. Ledwie nie płaczę, że nie 
jesteśmy dziś w Ezymie uczestnikami wraz z wami łask, jakie tam 
Pan Bóg wylewa. Po wszystkiem, com czytał i słyszał o Ratizbo- 
nie i Ojcu Bernardzie, czuję naraz w sercu bogobojne drżenie, jakąś 
niewysłowioną tęsknotę do Rzymu. Chciałbym co prędzej lecieć do 
Marsylii i stamtąd do was. Piszcież tymczasem, cobądź tam zajdzie 
nowego. Ojciec Bernard zwiastuje podobno takoż wielkie i nagłe 
przemiany w świecie, nie wiem, czy takie same, jak Towiański ? 
Napiszcie, bo wiele nam na tem zależy. Zapowiadacie tu przyjazd 
braci Hieronima, Edwarda i Józefa, radujemy się wszyscy serdecznie 
i chwalim Pana. Bez osobnego jednak błogosławieństwa Bożego nie 
spodziewajcie się wielkiego tu żniwa. Wyście się przemienili, 



^) Brat Bohdana. 



240 

a tu zawżdy -jtarzy ludzie, a młodych pokoleń nie oia. W Poznań- 
skiem możeby się wam łacniej udało pomnożyć gromadkę Pana. 
C/yńcie wszakże wedle własnego natchnienia, bo wy więcej macie 
łaski niż my światowcy. Jaką regułę wybialiście? bo piszecie, że 
postanowiliście żyć związani ślubem zakonnym? i t. p. 

Do ks. Hieronima osobno kiedyś napiszę. Czy Adam do was 
pisał, bo zabierał się od dawna. W czasie feryi wielkanocnych będę 
na niego naglił, aby uiścił się w słowie. 

Całuję was wszystkich, i pozdrawiam w miłości Pana Jezusa. 

Wasz 

Bolidan. 

Do Pana Seweryna Groszczyńskiego 

w Wersalu, rue des Tournelles nr. 14. 

Fontainebleau, 3. marcu 1842 r. 

Szkoda, kochany Sewerynie, że mi z drukarni nie przysłali do 
korrekly mego Rapsoda, bo chciałem parę słów odmienić, a nade- 
wszystko chciałem dodać jeszcze gdzieniegdzie objaśnienie o rzeczach 
mało znanych Mazurom. Ale stało się I i mniejsza z tern! Dziękuję 
ci bardzo za nowinki literackie. Michał układa archiwa nie Prozora, 
ale Proskury prezesa. Czytałem tu w nowszych numerach Orędo- 
wnika jego listy o Ukrainie, to jest Przejażdżkę od Taśminy ku Rosi. 
Będzie takich przejażdżek w około więcej, na kilka tomów, które ma 
drukować Gliicksberg wileński. Przewyborny plan, a styl czystszy 
i jaśniejszy, niż gdzieindziej. Dla nas te listy mają osobny jeszcze 
urok, bo znamy okolice, a po części i ludzi, o których mówi. 
W dwóch listach, które mam, są opisy Korsunia, Steblowa, Miko- 
łajewa, pozbierane tradyeye miejscowe o W^ernyhorze, księciu Kozaku 
(Jabłonowskim), o Hołowińskieh Hermanie i Stanisławie, a tenden- 
cya tych szczegółów arcypatryotyczna. Przywiozę ci tedy listy Mi- 
chałowe do Paryża. Pisał do mnie Lucyan ; jest w kłopotach golizny. 
Na nieszczęście w tych czasach i ja nie jestem bogatszy, a radbym 
z duszy mu usłużyć. Ku końcowi jednak marca spodziewam się 
z różnych stron funduszów i chętnie poślę mu paręset franków. 
I ja ciekawym bardzo dzienniczka, wydawanego przez Augusta; jak 
będziesz miał, to mi tu przyślij, albo zachowaj do mego prz3'jazdu. 
\y Paryżu Ijędę chyba po Wielkanocy i wtenczas się rozstrzygnie, 
gdzie i kiedy pociągniem na czumactwo tego roku. 

Całujemy cię obydwa, a nie bardzo mnie gnęb w receuzyi. 

Twój Bolidan. 



241 

Exeinplarz Dumek dam ci później, jak nadeślą mi więcej 
exemplarzy, a tymczasem pożycz sobie u Romana. Olizarowski 
przysłał' mi bardzo ładną durake : Od Ukrainy do mnie, którą na- 
pisał przed trzema laty. Xie zapomnij, kocliany Sewerynie, aby mi 
tu przysłany był Noworoczni k, skoro wyjdzie z druku. 

W kraju niesłychany harłas robi książka H. Ezewuskiego, p. t. 
Mieszaniny Jarosza Bejły. 



Do Pana Eustachego Januszkiewicza. 

Fontainebleau, 9. marca 1842 r. 

Koctiany Eustacłiy ! Panna twoja grzeczna, mila i arcy-arcy- 
<;zująca poezyę. Jak będę kiedyś w sztosie, to jej na podziękowanie 
napiszę osobną dumkę albo krakowiaka, bo ja się znam i na 
tych rzeczach, jako stary przyjaciel a raczej wychowaniec ś. p. K. 
Brodzińskiego. Nie rozumiem dobrze twego kłopotu o egzemplarze, 
ja ich nie wziąłem, chyba mój Józef, a jeśli zginęły, to mniejsza 
o to ! Dwa egzemplarze I-go tomu zachowaj u siebie do mego przy- 
jazdu do Paryża. 

Nie napisałeś mi, czy mam Mieszaniny Jarosza odesłać? czy 
zachować na własność ? Przyznam się, że przechwalili je żurnaliści 
krajowi. Gdzie to im do Pamiątek Soplicy? jakby inszy człowiek 
pisał. 

Dziękuję bardzo za książeczkę adresów paryskich i ściskam. 

B. Zaleski. 



Do Pana Jana Eoźmiana. \) 

Marca 1842 r. 

Nie dobrześ napisał, kochany Jasiu, do braci rzymskiej, że ja 
powiedziałem coś złego o Adamie, bo przecież wiesz, że Łubieńskiego 
mało znam, ?\ w Paryżu nigdziem go nawet nie spotkał. Pamiętam, 
żeś mi opowiadał coś o jego wizycie z Januszkłewiczem u Adama 
między innemi rzeczami, których słuchałem obojętnie; przytoczyłeś 
mi jakąś parabolę o stanie dziś Kościoła i o stanie dawnego Rzymu, 
która z ducha i formy swojej wyda-ła mi się wyraźnie Adamowa. 



*) List ten drukowany był w 4-tym tomie Historyi Zgromadzenia 
Zmartwychwstania Pańskiego, str. 31. 

Korcspondencya J. H. Zaleskiego. 16 



242 

Tyleż to tylko, co potwierdzałem. Musiałeś jednak coś arcy- 
smutnego donieść do Ezymu, kiedy tak potrwożyłeś braci. Boli mnie 
to niezmiernie, bo między Adamem i mną trwa od dawna przyjaźń, 
a z listu X. Piotra mógłby kto pomyśleć, że ja go p o k a t n i e po- 
tępiam. O jego ortodoksyi niecli wyrokują właściwi sędziowie, nasi 
księża, jak tu przyjadą. Ja wiem tylko, że wiara Adamowa w prze- 
powiednie Towiańskiego poczęła się w głębinacłi jego duszy i w ce- 
lach najczystszych i najszlachetniejszych, a zatem godna ze wszech 
miar poważania. Chcę, kochany Jasiu, abyś po chrześciausku wedle 
prawdy i słuszności sprostowa^ł zaraz twoje dawniejsze doniesienie 

do Ezymu. Same mnie spotykają qui pro quo 

Bohdan. 

Do Pana Eustachego Januszkiewicza. 

Fontainebleau, 27. marca 1842 r. 

Spóźniłem się z podziękowaniem ci za życzenia na święto na- 
sze, a spóźniłem się umyślnie, bo wiedziałem, że tuż tuż goni św. 
Eustacłiy. Owóż, kochany solenizancie, nawzajem życzę ci wszelkich 
pomyślności, a nadewszystko, ażebyś te miłą, dobrą, rozumną po- 
chlebniczkę moją dostał sobie za żonkę i ażebym w roku przyszłym 
winszował już wam obojgu gdzieś pod Krakowem, czy pod Wilnem I 
Józef mój zapewnie ci powinszuje ustnie, bo w poniedziałek świąte- 
czny wybiera się do Paryża. 

Dziękuję bardzo za Piasty, wyborna książka, i mniejsza o styl. 
Stanicę Hulajpolską zabieram na własność: ślieznaż bo to powieść! 
a oprócz tego autor powieści jest to mój szkolny humauski druh . . . 

Przy świętach i t. d. Bohdan. 

Do Pana Seweryna Goszczyńskiego. 

Fontainebleau, 31. marca 1842 r. 

Mój drogi, mój wierny, mój wieszczy humauski druhu, Sewe- 
rynie! Nie pamiętam, czym kiedy w życiu doznał słodszego wzru- 
szenia, jak dziś przy czytaniu twojej Eecenzyi ^). Taka bo uroczysta, 
wspaniała, prawdziwa w myśli swojej głównej, a podniosła, obywa- 



') Eecenzya ta była drukowana w Paryżu w dzienniku : Demo- 
krata PolsJci, rok IV., cześć IV., nr. 24. marca, 5., 14. i 30. kwietnia 
1842 r. 



243 

watelska w uczuciach, a słowo po słowie dzwoniąca z pod serca ku 
spólnym pamiątkom i nadziejom I Wyrazy twoje: „Wiara ludu. serce 
ludu, piekli ludu. step bezljrzeżny" i t. d. i t. d., zalałem strumie- 
niami łez i nie mogłem doczytać reszty, aż po wypłakaniu się jak 
ongi pod Krzywcem, Samoliorodkiem i za Uściługiem. I jako wtedy 
czuję się błogo pokrzepiony na duchu ; czuję się znów nastrojony 
w duszy ku pełnieniu swego posłannictwa aż do końca. Niegodzie- 
nem ja takiego twego hymnu, Sewerynie ! Niegodzienem przynaj- 
mniej dotychczas, ale bądź pewien, mój drogi, jak Bogu, 
nie przen i e wierzę się nigdy i ludowi. Z jegom torbana ja 
wyrósł, żywą pieśń jego połknąłem i z nią mi służyć Polsce 
i z nią mi tu ż y c i umierać! S p a s y B i li ! Bóg ci zapłać za 
serdeczne słowa, za rzewne przypomnienie lat milszych, minionych. 
Nie mogę się utulić w rozrzewnieniu. Xiech będzie Bóg pochwalon 
teraz i na wieki, że mi pozwolił znać i kochać co najpodnioślejsze 
duchy między spółczesnymi, a ciebie, wielki wieszczu, znać i ko- 
chać od dziecka tak płomiennie, tak szczerze' 
Nie chcę dziś pisać o niczem innem. 
Całuję po tysiąc razy 

twój Bohdan. 

Mam Stannieę Hulajpolską. Przepyszna powieść, a napisana 
sumiennie i po obywatelsku. Przywiozę ci ją sam do Paryża. Obaczysz ! 

Musiałem kilka dni świątkować w La Eochette. bo nie ma 
rady z Trzciński m ^). 

Do Pana Seweryna Goszczyńskiego. 

Fontainebleau, 18. Jac letnia 1S42 r. 

Kochany mój Sewerynie ! Jutro jadę do Paryża i stanę tam, 
gdzie przeszłego roku, na rue St. Honore, Hotel de Normandie. We 
czwartek między 9-tą a 10-tą uściskam ciebie w Wersalu. Tymcza- 
•sem dowiedz się o Tomaszewskitdi. Mieli przyjechać na mieszkanie 
około 15. b. m. Czy przyjechali i gdzie stoją? 

Przywiozę ci Stannice Hulajpolską. Gdyljys przypadkiem b3'ł 
w Paryżu, to znajdziesz kartkę u portyerki, gdzie ranie masz szukać. 

Do widzenia się, juój drogi ! 

Twój Bohdan. 



^) Major Franciszek Trzciński, poseł na Sejm, mieszkał na wy- 
gnaniu w okolicach Fontainebleau, umarł w tern mieście w r. 1861. 

16- 



244 

Do Pana Karola Sienkiewicza. 

Fontainebleau, 5. lipca 1842 r. 

Mam kilka relacyi z Paryża o dwóch ostatnich prelekcjach 
JMickiewicza, ale tak niezgodnych, że doprawdy nie wiem. której sin. 
trzymać? Nie wiem nawet wedle nich, czy mnie pochwalił, czy 
zganił? Mniejsza o to! Ciekawszy jestem daleko, jak też ostatecznie 
stbrmulował przyszłość Polski wedle nowej nauki. Bądź łaskaw, 
kochany Panie Karolu, każ komu przekopijować za wynagrodzeniem 
ze stenografii waszej francuskiej obydwie te lekcye i przyślij mi je 
tu, rue S. Honore nr. 22. Koszt z podziękowaniem zwrócę. 

Nie wiem znowu, kiedy ruszę się z Fontainebleau. Odebrali- 
śmy w tych dniach wiadomość z Galicyi, że ktoś z krewnych fia- 
szych dostał pasport za granicę. Musimy tedy doczekiwać się tu 
na listy. Witwicki od wyjazdu stąd swego ani razu nie pisał do 
mnie. o))awiam się, czy czasem nie zachorował mocniej w swoich 
kąpielach. 

Pozdrawiam i t. d. 

J. B. Zaleski. 



Do Pana Seweryna Groszczyiisliiego w Paryżu. 

Fontainebleau, 15. lipca 1842 r. 

Mój drogi Sewerynie! Dostałem oto dwie ostatnie lekcye Mi- 
ckiewicza wedle stenografa i z nich wypiszę ci zaraz na osobnej 
kartce, co jest o tobie, abyś miał w ręku sam autentyk owego epi- 
tetu rusi^e, który tyle narobił hałasu między poczciwymi demokra- 
tami. Ezeczywiście nie zrozumiano profesora; ale nie należy się bar- 
dzo temu dziwić : teorya o Tonie każdemu mogła się wydać nieco 
zawiła, zwłaszcza bez późniejszego komentarza, który dopiero rzecz 
lepiej objaśnił dla niewtajemniczonych. W ogólności te dwie lekcye 
zaspokoiły mnie pod wielu względami. Formuły nowej filozofii 
Messyanicznej niewątpliwie głębsze są i więcej obiecujące dla ludz- 
kości niż w którym bądź systemacie Niemców lub Francuzów. Ależ 
ten nowy Messyanizm? Messyanizm własny, narodowy, plemienny, 
czyli wcielanie się idei ludu w bohatera lub wieszcza, pojmowaliśmy 
już dobrze od dawna. Tyś przewy bornie o tem pisał w recenzyacłi 
Siemieńskiego i moich Poezyi. Nasze Bolesliiwy, nasze atamany 
i każdy wieszcz, co słuchem śród ludu i wzrokiem pod niebem wy- 
dumał coś nowego, mieli w sobie posłannictwo, messyanizm. 



byli zwiastunami Męża Przeznaczenia, kt«ky ma przyjść po 
nich i dopełnić dzieła dla ludu a przez lud dla ludzkości. Messya- 
nizm Mickiewicza jest inszy, po prostu jest to apoteoza Judaizmu, 
nauka arcytwarda mianowicie dla Słowian tak serdecznie ehrześciań- 
skich. Nie ma co mowie, że Izrael byl to lud wybrany, królewski : 
ależ od Chrystusa Pana, od prawdziwego Messyasza, Arka wiary 
przeniosła się gdzie indziej : wszystkie ludy sta-ły sie lub mają sie 
stać jej spuldziedzicami. Jeśli Mąż przeznaczenia, to jest wielki Wo- 
jownik zjawi się w tych czasach, oczywiście ludzkość uciśniona pój- 
dzie za nim. Pocznie się zapewnie nowa era, ale wstręty ple- 
mienne nie łatwo dają się wykorzeniać przez długie wieki. Wyż- 
szość nad sobą duchową Żydów nie prędko je.szeze uznają Polacy 
i w ogólności wszyscy Słowianie. Owóź stąd w tym messyanizmie 
tkwi sęk nielada, że chcą od nas bezwarunkowo i od razu wyrze- 
czenia się osobistego i narodowego ja i to przed pokazaniem 
się nawet Messyasza. Może być. że ja po dziś dzień nie rozumiem 
należycie ich nauki? Ale przyznaj tu sam. kochany Sewerynie, że 
jest dlaczego się wahać. Co ty myślisz o tem? Jak postąpisz na 
przyszłość? Zaklinam cię, pisz do mnie. Wiem, że nie wątpisz jak 
o przywiązaniu mojem dla ciebie, tak i o przywiązaniu dla ludu 
polskiego, to godzi się, iżbyśmy wespół radzili sobie w rzeczach 
takiej niezmiernej wagi i dla nas samych i dla naszych pokoleń. 

W poniedziałek a najpesvniej we wtorek przyjadę do Paryża 
i chciałbym choć jeden raz nocować u ciebie, ażebyśmy mogli na- 
gadać się do woli. Tymczasem, jeśli będziesz miał czas, napisz mi 
o Towiańskim i spółce, co uczą Nabłelak i insi ? Podobno, że nie- 
słychanie do ciebie szturmują. Dziwny to wypadek ta śmierć nagła 
księcia Orleanu, wyraźnie coś w duchu proroctw Towiańskiego po- 
czyna się dziać na tym Bożym świecie 1 

Ściskamy (ńę najserdeczniej, ja i Józef. 

Twój 

Bohdan. 

Pamiętniki Koniecpolskich przywiozę. Ciekawym bardzo książki 
liukatego. !Muszę ją przeczytać : ma tam coś być o rozwiązaniu 
chrześcianizmu. Chiześcianizm rozwijał się wciąż wespół z ludzko- 
ścią i rozwijać się będzie aż do końca czasów, (iodzi się każdemu 
przyłożyć do tego rąk. Ale na co się wtedy zda Messyanizm, Ju- 
daizm ? i t. p. Szeroko o tem możnaby pisać, ale dość już na 
dzisiaj. 



246 

Wi/2^is z lekcyi 32 Mkldeioksa : 

,.FcU*mi les poetes polonais. Goszczyński est tres - sniiyent 
Eusse. Les sentimeiits et le ton. qui dominent daus ses poesies, le 
rangent entre Dzierżawine et Pouselikine: ii est meme qiielquefois 
plus Moscoyite qiie Pouselikine: je parle ici du ton de la poesie?" 

Wypis z leUyi 33: 

Po wytlómaczeniu. co znaczy ton w różnych plemionach sło- 
wiańskich, profesor szeroko mówi o tonie rossyjskim. Wyższość tonu 
Dzierżawina nad ton spólczesnyeh poetów polskich. Wyższość tonu 
Suwarowa nad ton Kościuszki. Dalej zaś: „Parmi tous les poetes 
polonais, cette energie riisse, cette force qui glace de terreur ne se 
Yoit que dans les poemes d"un patriotę connu, du celebrę ecrivain 
Goszczyński. 0"est pourquoi nous avous dit qu"il appartient plutót 
a la Enssie par son ton, abstraction faite des choses et des evene- 
ments. qn"il chante et de ses syrapathies patriotiques." 

Co powiedsiał o mnie : 

„Zaleski est sans contredit le plus grand de tous les poetes 
slaves : ii a lance un bouquet de strophes pour linir le spectale de 
la poesie de la race slave. II fera pour toujours le desespoir de tous 
les faiseurs, de tous les hommes, qui voudraient faire de Tart pour 
lart, parce qu"il en a epuise toutes les ressources, tous les rythmes, 
tout ce qu'il y a de plus eclatant dans le coloris, tout ce qu"il y 
a de plus lin dans les nuances, tout cela a ete rendu deja par ce 
poetę.'' 

A niżej: 

„Zaleski doit ce qii"il y a de plus eleve dans ses ouvrages 
a ce souffle du Messianisme, que Ton troure dans son poeme de 
lEiiprit de Steppcs et dans son poeme de la Tres Sainte-FamiJlc.'" 

Za zgodność 
B. 



Do Pana Seweryna Ooszezyńskiego w Paryżu. 

Fontainehlean. 23. lipca 1S42 r. 

Kochany mój Sewerynie! Dopiero co odebrałem listy I^ucyana 
do nas: twój ci natychmiast odsełam. Biedak, niezmiernie widać 



247 

zakłopotany w domi], a tu i Polonia strasbiirska mu dokucza ; radby 
się gdzie ruszyć z miejsca. Donosi mi, że odebrał zawezwanie na 
redaktora jakiegoś dziennika do Poznania z pensyą 500 tałarów 
i radzi się nas, co ma począć. Sądzę, że nie powinniśmy go wstrzy- 
mywać, zwłaszcza dziś, kiedy ma żonę i dziecko na sumieniu. Zre- 
sztą urządziwszy się tam z domem i familią, mógłby w razie po- 
trzeby stawić się między nami. W dawniejszym liście wyłajałem go 
troclię za tę chętkę do z b i e g o s t w a , ale nie mara już serca dłu- 
żej ciemiężyć, bo musi być ])ardzo źle z nimi. Z tem wszystkiem 
redaktorstwo to zdaje się, że jeszcze niepewne, kiedy wywiaduje się 
od nas o cenę mięsa, chleba i t. p. w Fontainebleau. 

Przeczytałem Bukatego, a raczej przebiegłem na prędce, bo 
warto wczytać się z uwagą w jego tę książkę. Głowa niełada my- 
śląca: zgadzam się z nim niemal na wszystko, a to, co powiedział 
o Ivościele powszechnym, jest arcyważne i rozumne. Nie widzę je- 
dnak wielkiego podobieństwa między teoryą Bukatego a Towiań- 
skiego. Bukaty zdaje rai się, że jest prawowierny katolik, a przynaj- 
mniej filozof katolicki i dlatego tak dobrze rozumie narodowość 
polską. 

Cóż tam u was słychać nowego, mój drogi Sewerynie? 
Całuję cię najserdeczniej. 

Twój 

Bohdan. 

XB. Lucyan prosi o sekret względem redaktorstwa. Żali się 
też na Poznauczyków za edycyę jego Piosnek Bretouskich ; omyłek 
bez liku, a do tego przez puryzm swój pospolszczali mu najdziwniej 
wszelki wyraz cudzoziemski. Pewnie i ty z twego Króla Zamczyslca 
będziesz miał taką samą pociechę, jak Lucyan z Piosnek i ja z Dum 
i Dumek. Lucyan napisał niewielki dramacik, p. t. Śicitezianka, 
który nara obudwoni chce poświęcić. Otóż i wszystkie nowiny. 

Józef mój pojechał do Paryża. Jeśli go przypadkiem spotkasz 
to powiedz mu. ażeby zabrał z sobą do Fontainebleau Stannicę Hu- 
lajpolską, która zapewnie już jest u Januszkiewicza. 



Do Paua Lueyaua 8iemieiiskieu:o. 

Fontainebleau , 28. lipca 1842 r. 

Kochany I^ucyanie ! Posłałem Sewerynowi do Paryża twój list 
i oczekiwałem na jego kartkę do ciebie : owóż dlaczego spóźniłem 



248 

o kilka dni moją odpowiedź. Zapewnie Seweryn osobno będzie pisał 
przez jaką okazyę, bo ma i książki do przesłania : dałem mu, jakeś; 
żądał, Maximowicza i pożyczone mi ongi w St. Die Pieśni Paulego. 
Nie mam serca dłużej cię powstrzymywać od podróży w Poznańskie. 
Wiem o twojej tam biedzie w Strasliurgii ; spółcziiję calem sercem udrę- 
czenia twoje jako męża i ojca, a więc jedź z Bogiem ! ale zawsze 
z powrotem do nas, kochany Lucyanie! O pasport potrzeba pisać 

do ambasadora pruskiego w Paryżu 

. . . . W Fontainebleau radbym cię mieć bardzo, ale po dziś 
dzień jeszcze nie wiem, czy zostaniemy tu na jesień. Zawsze utę- 
skniamy nad Een lub na południe Francyi. Dopiero w końcu sier- 
pnia rozstrzygną się rzeczy ostatecznie. Na jesień i zimę mają tu 
się sprowadzić Wielogłowski z żoną i półkownik Kamieński także 
z żoną, która podobno jest kuzynką, a tym sposobem uformowałaby 
się niejako polska kolonia i byłoby nam wszystlvim weselej, ale 
cóż ? kiedy nam chodzi o wieści z Ukrainy, a tu ich nie doczekamy 
się nigdy. Życie tu tań.sze niż w Paryżu, ale zapewnie droższe niż 
w Strasburgu ; przynajmniej my, kawalerowie, stołowaliśmy się ta- 
niej i lepiej w Alzacyi. Pieśni twoje Bretońskie odebrałem i dzię- 
kuję ci za nie jak najuprzejmiej. Pan Nunn i Korygana, Asenora, 
Szicany i t. d. wielce mi się spodobały. Wyśmienicie spolszczone, 
chociaż icli dueli i forma tak nieskończenie różne od naszyci] sło- 
wiańskich. Ze skandy nawskiemi jeszcze więcej będziesz miał tru- 
dności, a wątpię też, aby przypadły do smaku naszej polskiej pu- 
bliczności. Co najwięcej pieśni słowiańskich dawaj do twej Antologii, 
pieśni serbskich udzielę ci najchętniej, ale kłopocę się z wyborem 
i przepisywaniem. Ja sam rozleniwiałem do tego stopnia, że brzydzę 
się dotknąć pióra, a Józef mój zawsze to zatrudniony, to w podró- 
żach. Może w Paryżu znajdę łatwiej kopistę. Pieśni o Marku Kró- 
lewiczu nie tłómaczyłem, ale mam wszystkie rapsody o Boju na 
Kossoweni polu wierszem nierymowym. jak w oryginale. 

Całuję cię i t. d. 

Bohdan. 

Czytałem też twój wierszyk w Demokracie Paryskim, wyborny 
i wielka prawda tkwi w treści. 

Zamawiam sobie zwrot Maiymowicza. jak już ci nie będzie 
potrzebny. 



\ 



249 

Do Pana Adama Mickiewicza. 

ForifainchlcdH, 11. listopada 1842 r. 

Kochany Adamie! Przysłał mi Stefan twój list, który mnie 
zmartwił niewypowiedzianie. Tlómaczf^ si(^ oto zaraz dla ulżenia 
sercu. Wilią wyjazdu mego do Fontainebleau zmierzchem już dal 
mi do przeczytania Stefan swój list do ciebie, który pamiętam, że 
był napisany z najserdeczniejszą miłością. Przebiegłem go jeno 
wzrokiem, nie czytając nawet cytacyi francuzkich. jak to powiedzieć 
może sam Stefan. Materyę sporu teologicznego uważałem za rzecz 
osobną, całkiem osobistą między wami, bo nie słuchałem stron oby- 
dwóch : zresztą ani ty, ani Towiański , nie powiedzieliście nic 
grzesznego wedle mego rozumienia, a pisma u Góreckiego nie wi- 
działem wcale. Kwestyi o medalik po dziś dzień dobrze nie rozumiem. 
Wiem, że Towiański uleczył twoją żonę i mogę niemal sam to za- 
świadczyć, ponieważ kiedyś niy przyjechali z Beaime, niezupełnie 
jeszcze była zdrowa. Owóż zgadzałem się jeno z kochanym Stefa- 
nem względem spowiedzi i rekolekcyi i o tem sam z tobą 
chciałem mówić wieczór, ale goście przeszkodzili. Daję ci, Adamie, 
słowo przyjacielskie, że tak rozumiałem ów przypisek o mnie w liście 
Stefanowyin. Przecież tyle razy mówiliśmy z sobą o wszystkiem, 
a zaświadczą mój Józef i Karol i sam Stefan, że i z nimi trakto- 
wałem rzecz poważnie. Szanuję ja skrupuły Stefana, ale nie podzie- 
lam dotąd jego przerażenia. Jako Polak, jako poeta, a do tego wy- 
gnaniec, miałem za wżdy i mam pełne serce przeczuć cudownych, 
które wy ziścić obiecujecie. Jako katolik trwożę się czasem, ale 
w prostocie ducha upadam na kolana, modlę się za was i za siebie 
i nie przepuszczam złego. Niech się święci wola Boża ! — powtarzam 
bez ustanku. Doczekuję się wciąż jakiegoś cudu czy znamienia, które 
mnie wzruszy do głębi, przemieni i popchnie ku działaniu na ko- 
rzyść wielkiej sprawy. Boleję niezmiernie, drogi Adamie, że masz 
żal do poczciwego Stefana, tyle bo już lat przeżyliśmy razem ! Mam 
też w Bogu nadzieję, że nie rozłączymy się na długo, ani w tem 
życiu, ani w^ inszem. Nieporozumienie musi ustać, bo wynikło ze 
świętych pol)udek. 

Twój 

Bohdan Zaleski. 

O spowiedź i rekolekcyę nalegaliśmy ze Stefanem i teraz na- 
legam, bo czuję, że będą arcyzbawienne i pożyteczne dla ciebie, 
kochany Adamie, i dla nas wszystkich. 



250 



10. lutego 1843 r. ^) 

Dzień 10. lutego 1843 pozostanie na zawsze pamiętny mojemu 
sercu. Blisko po czterech latach i pół nawiedziłem dzikie moje 
a ciche Endoume. Właścicielka willi umarła od roku i naokoło spo- 
strzegłem odmiany. Kiedym szedł do altanki mojej, gdziem tyle dni 
i miesięcy przedumał, a zapacłiły macierzanka i rozmaryn, gorące 
łzy kropliście spłynęły z oczu. Wszystkom oljejrzał w altance, tak 
samo wszędzie, jak przed łaty liyło : morze nieogarnione, błękitne, 
pląsające ku brzegom z rozgłosem dawnym dziennym, ten sam 
powiew południowy porywisty a ciepły i miły, a niebo jasne, wyso- 
kie, a okolica pusta, umilona tak cudownie szumem fal morskich. 
Niech Bóg będzie pocłiwalony, że mi dał oglądać raz jeszcze miej- 
sce najserdeczniejszych natchnień moich. Upadłem na kolana i we 
łzach modliłem się z głębi serca ! Mój Boże ! jak rai tu było błogo 
ongi przed laty! Miłowałem wiele i śpiewałem słodko. — A dziś, 
dziś po tylu stratach, po tylu zawiedzionych nadziejach, stoję oto 
jak upiór śród pożegnanych dawno omamień • — i gorzko rozpamię- 
tywam, co minęło niepowrotnie. iMłodość, miłość, pieśń tu mi prze- 
kwitły. Została wiara w sercu — ale już nie tak świeża i płonąca, 
jak liyła ongi. Odmówiłem z pamięci mój wiersz do Józefa „Nasze 
Endoume", a potem długo i gorzko płakałem sam na pustyni. Gdzie 
mię teraz pędzi przeznaczenie? Do Włoch, do Nisi, ale serce juz 
noszę uschnięte — a tu nawołują przyjaciele przy proroku Towiań- 
skim do czynów, do nowych przeznaczeń dla Polski i ludzkości. 
Maryo, Opiekunko sierót! niech aniołowie twoi strzegą kroków moich, 
bo nie wiem, gdzie głowę już przytulać. Smutno mi — straszno 
spoglądać w przyszłość. Idzież Chrystus czy Antychryst — cudu ! 
cudu ! cudu ! abym poznał, uszanował prawdę. 

(Pisałem pod altanką na stole). 

11. lutego. Zrana chodziłem z Józefem do kościoła St. Yictor 
i stamtąd do kaplicy Nat-re Damę de la Gardę, zbudowanej na ska- 
listej górze, panującej nad morzem i całą Marsylią. Słuchaliśmy 
Mszy Św. i przystępowaliśmy do Stołu Pańskiego. Wyprawiliśmy 
kilka listów na pocztę. O pół do 4-tej byliśmy już na statku paro- 
wym Eurotas. W godzinę wypłynęliśmy z portu i zai'az tuż o kil- 
kadziesiąt sążni za bramą portową utknęliśmy na piasku i rudeł się 
złamał. Przypadek smutny oto, który wyjazd spóźni zapewnie o parę 

') Z notatki. 



251 

dni. Parę godzin staliśmy na morzu, a potem wciągnięto nas nazad 
do portu. Nie można odgadnąć, czy z winy kapitana, czy sternika 
stało się wsz3^stko. Mają nas przesadzić na inszy statek, bo wieziera 
.także depesze rządowe i listy prywatne. Osobliwe wydarzenie ! może 
jakaś przestroga Boża? Cokolwiekbądź zawsze oto niepomyślnie za- 
częła się podróż. Maryi Przenajświętszej, Gwiaździe IMorza, polecili- 
śmy się obydwa — jesteśmy spokojni. Na okręcie z nami jest kilku 
hiszpańskich wygnaiiców, a między nimi młody ksiądz, który ma do 
nas list od Wielogłowskiego z Tuluzy. Mówiłem z nim długo i dość 
mi się podoba. Są dwie zakonnice reguły św. Józefa. A najciekaw- 
sza figura, młody Turek z ambasady Eeszyd Paszy, który jedzie tu 
przy ogromnych pakach swego ambasadora. Turek mówi dobrze po 
francusku, pije wino, uraizga się do kobiet i rusz3'ł na całą noc ba- 
lować po Marsylii. Zakonnice, zdaje się, że damy z wielkiego świata, 
bo mają służącą i stroją się elegancko. Obiadowaliśmy po ósmej. 
Chodziłem do 1 I-tej na pokładzie, rozmawiając to z księdzem Hi- 
szpanem, to z oryginałem angielskim. Sny miałem przepyszne, jeden 
o Towiańskim, drugi rzewny o Mickiewiczu. Trzebaby o tem pisać. 

12. hi/ego. Nocowaliśmy na statku w porcie marsylskim. Około 
południa przenieśliśmy się na inny statek rządowy Sezostrys, 
który ledwie co przybył z podróży i wnet musi odpływać na Wschód. 
Do godziny 4-tej trwały przyrządzenia: zaopatrywano statek w wę- 
gle i różne niezbędne artykuły. Tymczasem chodziłem do miasta na 
śniadanie i na pocztę. O samej 4-tej ruszyliśmy z portu szczęśliwie. 
Wiatr pomyślny, morze dosyć spokojne, żeglowaliśmy tedy spiesznie 
i wesoło. Dumałem o wszystkich moich miłych i o nieodgadnionem 
przeznaczeniu mojem na ziemi. Modliłem się rzewnie i gorąco 
i znowu aż do 10-tej dumałem o rzeczach niebieskich, to ziemskich, 
a najwięcej o przyjaciołach w Paryżu, którzy ku nowym oto po- 
rwali się światom. Tęskno mi okropnie w osamotnieniu. Po 10-tej 
ujrzeliśmy latarnię morską tuloiiską. Noc śliczna, ciepła, miesięczna. 
Widać było brzegi Francyi i wyspy Hyeres. Pokładłem się spać 
i długo nie mogłem zasnąć. Usną-łem i śnili rai się przyjaciele pa- 
ryscy a między innymi Karol Różycki, jako wydawca pieśni ludu, 
przerol)ionych przez Mickiewicza. Dyskutowałem z Adamem i Sewe- 
rynem o wartości tych pieśni. 

13 lutego. Żeglowaliśmy na pelnem morzu w bezljrzeżności 
wód Dopiero koło 1-ej dojrzeliśmy w omgleniu Ivorsykę. Dzieii cie- 
pły, pogodny. Poglądaliśmy w niewysłowionem uczuciu na drobną 
wyspę, która niedawno wydała światu męża niejako przeznaczenia. 
A tuż Elba! kolebka i więzienie. Co za dziwne wyroki Opatrzności 



252 

względem tego człowieka. Myśli tłumem cisnęł}' się do głowy, pod- 
niosłe, to smutne. Ku wieczorowi zaczęło się chmurzyć od strony 
Liwurny — wiatr przeciwny, silny i coraz silniejszy piętrzył fale, 
niekiedy bryzgały aż na pokład statku. Niebo zaszło niby sadzą — 
morze przybrało barwę granatową, lunął kroplłsty deszcz. Aż do 
północy trwała ulewa — i właśnie o północy stanęliśmy na kotwicy 
przed Uwurno. Sen miałem przerywany. 

14. lutego. Dzień Oczyszczenia Panny j\Iaryi wedle starego 
kalendarza i razem dzierl moich urodzin. 01)udziłem się przy huku 
kotwicy, spadającej na wysokości portu Liwurno. Poranek był cie- 
pły i pogodny. Modliłem się długo i gorąco. Zacząłem oto rok nowy 
życia na falach Śródziemnego Morza. Dumałem długo i smutnie. 
.Józef pojechał na godzinę do miasta. Po łO-tej puściliśmy się dalej 
na żeglugę. Za nami w mgle oddalenia stała Korsyka, bliżej na, 
prawo Elba, na lewo brzegi toskańskie — Piombino — a dalej bie- 
lejące w śniegu Apeniny. Józef zapomniał o mojem święcie, późno 
w dzieli uściskaliśmy się serdecznie. Pisaliśmy listy do naszych 
księży rzymskich i do P. P. Wieczór, lubo chłodny, cudownej był 
piękności , ani jednej chmurki na niebie. Unikałem naumyślnie 
rozmów ze spółpodróżnymi. Marzyłem wciąż o moich kochanych 
dalekich i bliskich, a serce bolało, jakby w kręgi wzięte. Dziwny 
stan mojej duszy na tej podróży włoskiej ! Rozczarowanie i oboję- 
tność na wszystko, co mnie otacza. Z Józefem nawet już nie rozu- 
miemy się, jak dawniej : rozminęliśmy się w myślach i chęciach. 
Każdy z nas tęskni za czemś inszem. On chce podróżować do Ziemi 
Św., ja radbym złączyć się co rychlej z towarzyszami lat milszych, 
minionych i chwalić Boga, służyć Bogu, już nie słowy ale uczyn- 
kami. Mdły ja robaczek, — ale Bóg może mię jeszcze raz ożywić. 
Może Nisia będzie użyta za narzędzie pojednania nas i popchniejiia 
ku nowym pracom dla przyszłości. Smutno mi na śmierć i ciemno 
w duszy. Xie wiem już, skąd wypatrywać mojej gwiazdy. 

15. lutego. Przed ósmą wysiedliśmy na ląd, na komorze miano 
plombować rzeczy, aleśmy nie dali. Chcemy tu zostać parę dni, aż 
doczekamy się rady naszej ukochanej z Rzymu. Stanęliśmy w Ho- 
telu des Ileś Britanniąues. Byliśmy w katedralnym kościele na Mszy. 
Po śniadaniu obeszliśmy na około miasto po wałach. Smutno i nie- 
miło w sercu, zawsze smutno i niemiło. Nic też do siebie nie mó- 
wim. Po obiedzie rozgadałem się trochę o stanie dzisiejszym Kościoła 
i administracyi Państwa papieskiego. Materya niewesoła — mywała 
się co chwila. Wieczór modliliśmy się osobno a potem razem i tak 
skończył się pierwszy dzieii w Civita Yecchia. W nocy miałem sen 



253 

przerywany, chociaż cichość w mieście tak przerażająca, jak na pu- 
styni. Zimno mi było w łóżku i jakieś omglone myśli, niepokojące 
serce, nie dawały usnąć. 



Do księdza Józefa Hubego w Rzymie. 

Cioita-Yeccliia, 15 lutego 1843 r. 

Szanowny Ojcze Józefie i HipoHcie ! Bohdan i ja prosimy was 
serdecznie, ażeby jeden z was poszedł zaraz do Daryuszostwa Po- 
niatowskich i oddał samej lub samemu bilecik tu przyłączony, a ich 
odpowiedź jak najprędzej tu do Civita-Yecchia przysłał. Nie mówcie 
w Ezymie nikomu o naszem przybyciu, chcielibyśmy jak najciszej 
nawiedziny te odbyć i nie być poznanymi tylko od kilku osób nam 
drogich i równie drogich nam braci w Chrystusie. Tej ostrożności 
nie wymagamy bynajmniej dla nieformalności pasportów, bo te 
mamy najformalniejsze, nawet rainisteryalne, ale dla innej przy- 
czyny, której się łatwo domyślić możecie. Mamy dla was listy 
i książki, co wszystko za widzeniem się odbierzecie, tylko nas tutaj 
nie trzymajcie długo i przysyłajcie, jak można najprędzej, Daryu- 
szostwa odpowiedź. 

Całujemy was wszystkich najserdeczniej w Imię Chrystusa Pana. 

Wasz brat 

Józef Zaleski. 

Ściskam was, kochani nasi Józefie, Hipolicie, Karolu i t. d. 
Krat Edward radził nam, aby kłopota z duaną zwalić na brata Hi- 
polita, ale nie wiemy, jak to zrobić, bo nie wiemy jeszcze dnia 
i godziny, kiedy staniemy w Rzymie, chyba że w tym względzie 
poinformujecie się u D. Poniatowskich. 

Do widzenia się nasi mili w Panu ! 

Bohdan. 

Do Pani FeHcyi Iwanowskiej. 

lizym, 1643 r. (?) 

. . . Nie chcę pospolitować moich uczuć. Niech tam sobie po 
dawnemu nurtują w duszy wnętrznościach, świecą na jej wysoko- 
ściach. W miarę, jak się starzeję, uczucia moje, jak strugi słodkich 
wód z różnych okolic żywota, mało pomału dnem uciekają, wlewają 



254 

się i wsiąkają w modlitwę ku Bogu, pędzą z nią kędyś na bezbrzeża 
miłości. Z dnia na dzień smutniej naokoło : to czasem widzi mi się, 
że siedzę sam na pustkowiu, na popielisku między zgliszczami ro- 
dzinnego sioła, z którego powynosili się dawni spółmieszkańcy. 
I pieśń rodzima, natchniona, co umilała, co rozwiośniała inne dni, 
wtęchła takoż pod zgliszcza. Głosy nowe, co słyszę, to dalsze jeno, 
coraz dalsze rozbrzmienia echa owej chóralnej przygrawki, w której 
moi rówieśnicy wtórowali po mistrzowsku. Po tych wielkich rówie- 
śnikach młodzi piewcowie w^ydają mi się bez tchu, — suchotnicy . . . 
Liczę tedy, niżę uczucia z lat milszych, minionych : liczę, niżę na 
pacierze, na wonny różaniec Panu. I^^ilkoro, zawsze kilkoro zostaje 
ze mną po dziś dzień w spółce duchowej 

J. B. Zaleski. 

Do księdza Józefa Hubego w Rzymie. 

Smyine, 23. maja 1843 r. 

Kochany Ojcze Józefie! Dzielę się z wami, jak mogę, a nie 
mam czasu, bo lecimy, jak ptaki na stare koczowisko, a jak to dalej 
będzie, nie wiem? Bóg to sam wie tylko, i Bogu się też oddajemy. 
Mówią o wielkiem powietrzu w Syryi, ale powiedziano: „I w zara- 
żliwera powietrzu ratuje". Owóż Jego w tem wola. Dotąd płynęliśmy 
wybornie, tutaj rozstaliśmy się z francuskimi statkami i z pielgrzy- 
mami, Tatarami krymskimi, wracającymi z Mekki, którzy dalej na 
statkach francuskich pociągnęli do Konstantynopola. Pókiśmy byli 
na statku razem, na jednej stronie wieczorem słychać było Allah !, 
w drugiej Zdrowaś Maryo! Ojcowie Lazaryści, Eeformaci i Kapu- 
cyni tu, w Syra i w Malcie Ojcowie Jezuici przyjmowali nas w całej 
szczerości serca. Ojciec Eyłło opatrzył nas wielu listami rekomen- 
dacyjnymi, tu zastaliśmy ziomka naszego, księdza Kapucyna Maus- 
weda, i był nam rad i miejsca nam znaleść nie umiał, prosił, aby 
się serdecznie kłaniać Wielogłowskim, to niegdyś ich spowiednik, 
Ojciec gwardyan ze Stobnicy. Zróbże to. Ojcze Józefie, bo ja czasu 
nie mara pisać i do Jasia chciałbym, ale nie mogę ; obdzielcie się, 
jak możecie, tym listem, a my, jeżeli w piśmie nie wiele wam się 
udzielamy, bądźcie wszyscy pewni, że w modlitwach codzień i zawsze; 
oby Bóg tylko niegodną naszą monetę chciał przyjąć łaskawie. Mó- 
wiłem już, żeśmy spotkali księdza Hiszpana ^), wygnańca, wędrują- 



^) Józefa Antoniogo Gari. 



ZDO 



cego także do Ziemi świętej, owuż złączyliśmy sie z sobą i wędru- 
jemy razem : Kościelslii z Neapolu nie pojechał. Malta nam się 
bardzo podobała. Kościół św. Jana. jakich mało w Ezymie : zbrojo- 
wnia stara obfita w pamiątki ; warownie miasta olbrzymie : port bar- 
dzo obszerny. W Syrze kościół św. Jerzego na szczycie góry, a coraz 
niżej, jak w gołębniku otwory, świecą się białe domki pięciu tysięcy 
katolików : miasto dolne całe osiadłe Grekami. Tutaj dziś z 800 
chłopcami u Lazarystów śpiewaliśmy IJtanię do Wszystkich Świę- 
tych. Kościoły Eeformatów i Kapucynów ładne i dobrze utrzymane, 
u Reformatów katedra biskupia. Byliśmy też i my u biskupa po 
błogosławieiistwo na dalszą podróż. Ale najciekawszym tu widokiem 
są Siostry Miłosierdzia, u którycli kilkaset dzieci wychowuje się 
bezpłatnie i uczy się czytać, pisać, racliować i różnycli ręcznych 
robót. Nauki podzielone są na klasy według postępu; w każdej kla- 
sie jest ołtarzyk ze statuą Matki Najświętszej, którą dzieci prześli- 
cznie przystrajają w kwiaty i bławaty. Dom cały cudnie czysto 
utrzymany ; zwiedzaliśmy go w czasie klas, a ujrzawszy tyle weso- 
łych twarzy i samiśmy rozweselili się. Prawdziwie trzebaby być 
między dziećmi, żeby się wciąż ku Bogu uśmiechać. Fundusze i hy- 
poteka domu mądrze tu także urządzone, tak nam to tłómaczyla 
przełożona : oto mówiła, jak już nie staje wziątku, wysyłamy kilka 
sierót w różne strony świata, które, jak pszczoły, zbierają, co mogą, 
i w jeden ul znoszą, a robota ciągle idzie, a ul się coraz napełnia. 
O cudowneż to miłosierdzie chrześcianskie, musi ono być promieniem 
samej Opatrzności, kiedy takich dziwów dokazuje. Co dalej obaczymy, 
jeżeli Bóg przy życiu zachowa, opiszemy choć w krótkości, skąd 
będzie można. Proszę Ojca Józefa przypomnieć nas modlitwom Ojca 
Yilfort i podziękować mu za wszystkie łaski ; kłaniajcie się tam 
wszystkim na nas łaskawym, szanownym jen. Szymanowskim, pp. 
Buturłinom. łlej ! gdzie tam są nasi? ja do nich wprost do Frank- 
furtu piszę: upominamy się o słówko do Bajrutu, żeby choć z po- 
wrotem zastać. Módlcie się, kochani Ojcowie Józefie, Hipolicie, Ka- 
rolu, za nami, proście i resztę braci, niechaj się modlą, a czy Bóg 
pozwoli wrócić, czy nie, łaska wasza dla nas wam bez nagrody nie 
zostanie. Kozaka Romana całujemy, Malińskiego i innych braci po- 
zdrówcie i sami przyjmijcie pozdrowienie w Imię Jezusa, Maryi 
i Józefa świętego. Stąd wyjeżdżamy na jednym statku austryackira 
do Bajrutu, z jadącym do Tarsus konsulem francuskim, który aż 
w Bajrucie z nami się rozłączy. Pielgrzymów nas jest czterech, tu 
przybył czwarty, którego jeszcze nie poznaliśmy. Konsul jadący na- 
zywa się P. Poujade, młody człowiek, znający wielu Polaków w Pa- 



256 

ryżu. Nasi mi.ss3-onarze rozstali się z nami w Syra, oni popłynęli 
na Aleksandryę, poszli wprost na spotkanie się ze ziem, bo tam, 
mówią, najwipcej panuje zaraza. Bardzcśmy się serdecznie żeg-nali, 
bo to kiedy się człowiek na wieki tu żeo-na, to i nie dziw, że tkli- 
wsze i poważniejsze myśli przychodzą. Wczoraj tu przyljyliśmy, dziś 
o 8-ej wieczorem wyjeżdżamy : w żaden sposób nie ma czasu do 
braci do Paryża napisać; dajcie im znać o nas, albo list ten po- 
ślijcie. To niechże będzie pochwalony Jezus Chrystus! 1 laska Jego 
święta niech będzie z wami i z nami. Gdybym nie wrócił, zgłoś 
się, Ojcze Józefie, do Daryusza, gdzie on będzie, bo toby było po- 
trzeba do wyegzekw^owania ostatniej mojej woli. Adieu, adieu, sza- 
nowni i kochani Ojcowie, a bracia nasi w Chrystusie, obydwa was 
wszystkich w całym domu pozdrawiamy. 

Józef ZaUi^ki. ^) 



Do księdza Józefa Hubego w Rzymie. 

Bajrut (Syria), 29. maja 1843 r. 

Najmilsi Bracia nasi! Owośmy przy łasce Pańskiej w Bajrucie, 
stanęliśmy tu szczęśliwie wczoraj. Bohdan rai trochę zaniemógł, 
zdaje się, że to nic więcej, tylko małe coiip de soleil^ bo też tu go- 
rąco, jak w piecu. W żadnym klasztorze (których tu w mieście jest 
trzy) nie znaleźliśmy mieszkania. Ojciec Obrempalski, Jezuita, wy- 
nalazł nam stancyę za miastem między ogrodami, u jednej rodziny 
arabskiej chrześciańskiej ; nie źle nam tu, ale bez języka, rozma- 
wiamy z poczciwymi Arabami na migi, nie zawsze jednak i nie we 
wszystkiem rozumiemy się ; wtedy zwykle kładziemy rękę na sercu, 
czynimy znak Krzyża św. i uśmiechamy się do siebie nawzajem 
i jakoś to idzie. Drożyzna tu wielka, drożej niż w Paryżu, obiado- 
wać musimy chodzić do miasta, a i w mieście jedna tylko 
oberża i to Panie Boże odpuść! Stąd do Jaify dwojako dostać się 
można, albo małą łódką, która żegluje ponad brzegi, albo statkiem 
amerykańskim parowym, co ma tu przybyć trzeciego. My postano- 
wiliśmy czekać na statek, bo łódką przy wiatrach przeciwnych 
i długa i niepewna i niebezpieczna podróż ; gdyby jednak statek 
3-go nie przybył, puścimy się łódką wziąwszy naszych Aniołów 
Stróżów za sterników. Jest nas tu w kompanii czterech : Ksiądz Hi- 
szpan Józef Gari, emigrant z Montpellier, Józef Zambelli, Wenecya- 



^) Brat Bohdana. 



257 

iiiii- pielgrzym, Józef, wasz sługa, i Józef Bohdan, owóż czterech 
Józefów. Musimy u patrona naszego wyprosić, że nas pod swoją 
opieką i pod opieką Przeczystej do Grobu Pańskiego doprowadzi. 
Je.st tu także kilku zakonników Kapucynów i Obserwantów, którzy 
ciągną do Jeruzalem, ale ci czekają na obedyencyę od przełożonego 
z Ziemi świętej. U.śmieclia mi się już z bli.ska miłosierdzie Boże. 
że oto niegodnemu grzesznikowi pozwoli niezadługo oglądać miejsca 
święte i Hrób Zbawiciela mego łzami oblać Im bliżej jestem, tern 
większa trwoga mnie obejmuje. Czy ja to godnie dopełnić potrafię ? 
Ach, bracia moi kochani, modlę się sam, módlcie się i wy za mną. 
aby mi Bóg pozwolił płakać i opłakiwać gorącemi łzami nieprawo- 
ści moje. Eobaczek oto, czemże u grobu Zbawiciela mego przezwy- 
ciężę grzechy, tę ciemność, a ja tam nic więcej, prócz tego. nie 
znaczę. Ale miłosierdziu Pańskiemu nie masz. nie było i nie będzie 
miary; na tej ziemi cudów może się tak stać ze mną, jak się stadło 
z niewiastą, co się dotknęła podołka szat Jezusowych. Uzdrowienie! 
nowy strumień życia ! W prochu i we łzach l>łagać o to będę dla 
siebie, dla nas w.szystkich i dla nieszczęśliwej ojczyzny naszej ; 
wiem, wiem, co może modlitwa, bo Pan powiedział : „Proście, a baj- 
dzie wam dano'.-* Ach! czegożby człowiek nie wyprosił na tej ziemi 
cudów, niewysławionej niczem za nas ofiary i chwa-ły Zbawiciela 
naszego, czegożby, mówię, nie wyprosił, gdyby prosił sercem ? Co 
to za ciężar, moi najmilsi, l)yć bardzo gi'zesznym ? Myśli się wci;iż 
mącą przypomnieniem nieezystem i zdaje się człowiekowi, że serca 
nie ma, bo też serce, owo naczynie miłości, wtenczasbj tylko godne 
było Boga, gdyby w niem nigdy nic więcej prócz miłości przez cale 
życie nie posiało. Ależ znowu Zbawiciel nakazał kołatać, a więc 
z uznaniem swojej nędzy, z upokorzeniem i żalem za grzechy koła- 
tać będę, a jeśli Pan otworzy mocą, to On ze swego miłosierdzia uczyni, 
bo oto i tej nie odtrącił, która mu z wiarą i-zekła. że i szczenięta 
okruszynami ze stołu Pańskiego żyją. 

Chcielibyśmy być na Zielone Świątki w Jeruzalem, ale j;ie 
pospieszymy: lądem i dla gorąca i dla rozbojów podróżować nie 
można; do Nazaretu nikt się dziś cały nie dostanie, bo tam się ku- 
pami włóczą dzikie Araby. Przed kilku dniami przyszedł do Jaffy 
Anglik goluteńki, jak go Bóg narodził, któremu przez szyderstwo 
z całego mienia zostawili tylko kapelusz. I zakonnicy nie śmieją .>-ię 
dzisiaj lądem puszczać, jak im przyjdzie obedyencya, popłyną mo- 
rzem. Mówiłem, że są tu trzy klasztory : owóż jeden Obserwantów, 
drugi Kapucynów, trzeci Jezuicki. Ten ostatni niedokończony, bo iai 
rząd miejscowy turecki w połowie robotę przerwał właśnie przy nas, 

Korespondencya J. B. Zaleskiego. 17 



258 

żołnierzami mularzy porozpędzał i kończyć budowli zabronił. Z Po- 
laków jest tu Ojciec Jezuita Obrerapalski i Dobrowolski, doktor emi- 
grant, który ma brata w Paryżu. Był tu jeszcze ów Lange, który 
się tu mianował hrabią Chrzanowskim, bratem jenerała, a potem 
został Turkiem i jako kapitan artyleryi tureckiej z baszą -komen- 
dantem wyjechał do Stambułu. Kiedy to piszę, grzmią działa w obo- 
zie tureckim, stojącym pod miastem nad morzem, są to salwy po- 
żegnania księciu pruskiemu Albertowi, który na statku angielskim, 
po zwiedzeniu Syryi, odpływa do Konstantynopola. Gdybym tu sto 
lat mieszkał, nigdybym miasta Bajrutu nie poznał, bo, jak po labi- 
ryncie grobów podziemnych, chodzi sie tu po ulicach i pod arka- 
dami sklepionemi w różne a różne zagięcia ; kraj piękny, ale nie- 
słychanie gorący, w ogrodach pełno morw, których szerokie liście 
jeszcze się pięknie zielenią. Xa Liban patrzymy z salonu naszego. 
Salony w domach arabskich dziwnie sklepione, sklepieniem w nich, 
czyli suiitem, błękitne, jasne niebo. Ani tu stołka, ani stolika, maty 
plecione, a pod ścianą dywan są tu stołkami, stołami i łożem. Pro- 
szę was, kochani i najmilsi Ojcowie, obdzielcie się tym listem, jak 
możecie, zanieście go Andrzejostwu, nie mogę do nich osobno pisać, 
bo statek odpływa, a statki tu nie przychodzą nad raz na miesiąc. 
Jeżeli Bóg pozwoli, za miesiąc już będziemy sami wracać na Baj- 
rut; wkrótce byście nas oglądali, gdyby nie dwie kwarantanny, 
jedna w Smyrnie, druga na Malcie, obie po 20 dni. Stamtąd bę- 
dziemy mieli czas długo i do wszystkich pisać, zawsze, jeśli Bóg 
pozwoli, a dziś obdzielcie się jednym listem, pozdrówcie i ucałujcie 
wszystkich na nas łaskawych i kochanych, a w modlitwach wa- 
szych nie zapominajcie nas, bo tego bardzo potrzebujemy. Niechże 
będzie pochwalony Jezus Chrystus, bracia w Nim ! Was najmilsi 
przyciskamy i pozdrawiamy w Imię .Jego święte. 

Wasz 

Józef. 1} 

Bohdan mój niedomaga i sam się do was nie przypisuje, mamy 
wszakże nadzieję w Bogu, że słabość z wypoczynkiem przeminie. 

Józef. 

Czy przeminie, albo nie, wolę jednak sam się przypisać. Mia- 
łem lekkie zapalenie kiszek, które, zdaje się, przeszło, ale pozostała 
ciężkość w głowie i w calem ciele, która mię czyni jak otrętwiałyra 



1) Brat Bohdana. 



259 

moralnie i fizycznie. Drodzy moi I oto jak widzicie z daty listu, ko- 
czujemy u podnóża Libanu: doczekujem się parochodu i da Bócr za 
kilka dni uderzyra czołem u Grobu Chrystusa Pana. Uroczysta, bra- 
cia, chwila, a razem straszna. Sieść modły za Polskę, mało kto 
godzien, a cóż dopiero ja gizesznik, com tyle łask i darów Bożych 
zmarnował. Statek parowy odpl}"wa zaraz. Więc bądźcie zdrowi 
wszyscy trzej. Łaska Pańska niecli z wami zostaje na zawsze. 

Wasz 

Bohdan. 



Do Pana Jana Koźmiana. 



1843 r. 



. . . .Jakiemże ja słowem ci opowiem, czegora na tych świę- 
tych miejscach doznawał? Xie, Jasiu kochany, nie masz w sło- 
wniku ludzkim na to wyrazu. Błogo mi było, o błogo, tak błogo, 
żem o wszystkich ziemskich nędzach zapominał. Eozpływała się 
dusza moja we łzach, a z piersi brzmiały wciąż modlitwy o miło- 
sierdzie dla wszystkich: com jeno znał i co nie znał, wszystkom 
złożył n stóp Jezusa, a za tern pięknem, kochanem naszem mrowi- 
skiem, przerytem koscnii ojców, tak przypadałem po wszystkich 
stronach świętych, jako przypada ptaszek, kiedy mu drapieżna ręka 
gniazdko wydziera, i w lament wołałem to do Matki Królowej, to 
do Syna Zbawiciela, to u Grobów św. .Józefa. Anny. Joachima o ra- 
tunek i miłosierdzie 

<Jbaczyłem mały kościółek, zsiadłem z konia i zo- 
stawiwszy służbę, sam wszedłem do kościółka. Kościółek byt pusty 
i dość ciemny, jedna się tylko lampka przed ołtarzem paliła. Pier- 
wsza rzecz, co w oczy mi wpadła, był to nad ołtarzem obraz Chry- 
stusa Pana w całej postawie, niosący zgubioną owcę na plecach. 
Wizerunek zgubionej owcy, Przenajtroskliwszego Pasterza, zastoso- 
wałem do siebie, do nas, lotem błyskawicy; strumieniem polały mi 
się łzy z oczu i padłem jak długi na ziemię ; drganie wnętrzności 
zatłumiało mi dech. Xie modliłem się, bo się słowo przez usta wy- 
cisnąć ze łkaniem nie mogło i tylko w głębi mnie powtarzało się 
najboleśniej: -Ach I któż nas. Panie, policzy! Kto zbierze do trzody I 
Miłosierdzia, Panie, miłosierdzial . . •" Xie wiem, JŁ»k długom był 



^) List ten wyjęty jest z IV. tomu Historyi Zgromadzenia Zmar- 

17* 



twych wstania Pańskiego, str. 125 



260 

w takim stanie, aż mnie spłoszył przełożony i wyprowadził z ko- 
ściółka 

Józef Zaleshi. ') 

Do księdza Piotra Semenenki. 

Lyon, 5. września lS4o r. 

Szanowny Ojcze Piotrze ! Dzięki niecli beda Panu, że nam oto 
zdrowym pozwala wracać z naszej pielgrzymki ; radzibyśmy co ry- 
chlej obaczyć się z wami i pozdrowić was świeżą miłością, która 
nas na Grobie Pańskim owiała, wszakże dla interesów musimy nieco 
jeszcze ponad Eenem pokrążyć ; z końcem tego miesiąca łub na po- 
czątku przyszłego spodziewamy się być w Paryżu. Prosimy was, 
kocliani Ojcowie, jeśli to nie wiele kosztować was będzie, wy najdźcie 
nam tymczasem skromne mieszkanko, byleby każdy miał swój po- 
kój a cicłiy. Jeżeli kocliany Ojciec Edward nie wyjechał jeszcze na 
południe, gdzie go się Walery spodziewa, niech nam zrobi tę łaskę 
i na nas poczeka, bo i ja i Bohdan mamy potrzebę koniecznie z nim 
się widzieć. O naszej podróży nad Een nie mówcie nikomu, nie 
chcielibyśmy, ażeby się to stało latającą po Paryżu gadką, jak to 
zwykle bywa ; list z Ezymu przyłączam tutaj i najserdeczniejsze po- 
całunki i miłość naszą w Chrystusie Panu zasyłamy wam obydwa, 
szanowni Ojcowie, i u stóp waszych składamy. 

Józef Zaleski. ^) 

Do księdza Piotra Semeiieuki. 

Metz, 12. września 1843 r. 

Szanowny i kochany nasz Ojcze Piotrze! Pisałem, że musim}' 
jeszcze pokrążyć nad Eenem, bo sam nie wiedziałem, gdzie się za- 
trzymamy, ni dokąd pojedziem. W Neapolu i w Ezymie nic się 
o moich nie dowiedziałem ; z tego ostatniego miejsca pisałem do 
nich drogą bankierską, żądając, aby mi do Strasburga donieśli, gdzie 
mogę ich znałeść, alem tam żadnego listu nie zastał. Twój list, ko- 
chany Ojcze, przyszedł w samą porę i zdecydował nas jechać do 
Ostendy. Żałujemy, żeśmy się nie puścili Eenem, ale nas Polonia 
Av Strasburgu zbałamuciła, a teraz widzimy, że daleko lepiej było 



1) Brat Bohdana. 



26] 

jechać taratHcly. Prosiłem cie,, Ojcze, abyś zniewolił kochanego Ed- 
warda do poczekania na nas w Paryżu, ))0 mi Walery mówił, że 
pierwej on z prowincyi wróci do Paryża, a dopiero stamtąd na po- 
łudnie wyjedzie, lecz kiedy tak nie jest, nie chcn, ani powinienem 
żądać po chorym takiej ofiary. Niechże jedzie wprost na południe, 
otoczony naszemi życzeniami i modlitwami, aby nam go Bóg jak 
najdłużej zachował i na zdrowiu i w łasce swej świętej utwierdził. 
Chciałem się go (jako mego Ojca duchownego) w najważniejszym 
mego życia wypadku poradzić, ale to i przez listy uczynić mogę, 
i was, moich kochanych, w zastępstwie Edwarda ku temu użyć. 

Nie możemy z pewnością oznaczyć terminu naszego powrotu, 
jeżeli łaska Sidorowicza, niechaj tylko wypatrzy gdzie mieszkanko, 
bo trudno na pewne coś robić, kiedy nie wiemy, jak długo jeszcze 
podróżować nam przyjdzie. 

Zapewne wiesz lepiej od nas, że w Strasburgu był Adam 
i mistrz Andrzej i Gutt i jeszcze innycli kilku ; wszyscy, jak tam 
utrzymują, pojechali do Ezymu- dniem przed naszem do Besancon 
przybyciem przejechała tamtędy Adamowa do Lozanny. Ks. Eyłło, 
któregośmy, jadąc na Wscłiód, poznali na Malcie, a wtrącając, je- 
szcze zastali, kazał cię. Ojcze, serdecznie ucałować: już dotąd mu- 
siał wyjechać na swoją missyę do Sycylii. 

O ziemi świętej , o łaskach na mnie niegodnego zlanych, 
o wrażeniach, którycheśmy doznali, nic tutaj nie piszę, bo raz, że 
na to w słowniku ziemskim nie ma słowa, a potem wolę, com du- 
chem zachwycił, usty wam za widzeniem się, choć niewyraźnie, jak 
poczynające dziecię, wybąkać. Teraz więc, poleciwszy się obydwa 
serdecznym waszym modlitwom, pozdrawiamy was wszystkich gorą- 
cemi słowy miłości i w Imię Pana naszego Jezusa Chrystusa do 
serca tulimy. Dziękujemy ci, kochany Ojcze Piotrze, za błogosła- 
wieństwa, któremi nas darzysz, i nawzajem prosimy Boga o obfite 
dary Ducha świętego dla ciebie i dla was tam wszystkich. 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus ! 

Józef ZalesJci. ^) 

Ze Stefanem pojutrze rano zobaczymy się, a ciebie zawsze 
prosimy, nie mów nikomu, żeśmy tam pojechali. Wyjeżdżając z Stras- 
burga, zostawiłem na poczcie twój adres i prosiłem, żeby listy, jakie 
do nas przyjdą, do Paryża odesłano. Bądźże łaskaw. Ojcze, wykup, 
jeżeli przyjdą, i do naszego powrotu u siebie zatrzymaj. 



O Brat Bohdana. 



262 

Do księdza Piotra Semeiieuki w Paryżu. 

Ostenda, 18. icrseśnia 1843 r. 

Szanowny mój Ojcze! Od trzech dni jesteśmy tutaj, dognali- 
śmy przecie i znaleźli, kogo widzieć pragnęliśmy. Do dziś było nam 
tu za ciasno, bo ciekawców niemało zbiegło się do Ostendy widzieć 
królowę Wiktoryą. Dziś o 9-ej 21 strzałów działowych dało hasło 
wszystkim do drogi i polecieli i znikli, tylko gdzieniegdzie stronami 
snuje się jeszcze pas dymu, czy pary. Została się tu prawie sama 
mała, czasowa osada polska: Jen. Skrzynecki z rodzina, Kamiński 
z żoną i synkiem, p. Moraczewska, p. Szczaniecka z siostrzenicami, 
młody Łącki z Poznańskiego, Kosowski z Warszawy, Czapski, kilku 
innych młodych ludzi, których jeszcze nie znamy, i nasz poczciwy, 
cierpiący Stefan i my we dwóch z naszemi ^). Łatwo się domyśleć, 
kochany Ojcze, o czem rozmawiamy, kiedy się z sobą zejdziemy, 
a schodzim się często ; brzmi wieczna gadka, wieczna tęsknota za 
tym prochem ziemskim, z któregośmy zlepieni ; wciąż się tam rwiemy 
duszą, jak gdyby stamtąd najdogodniej było wielbić Boga i korzyć 
się przed Nim. Iiamiński puści nam czasem bałamutnego bąka, ale 
to nie dziw, bałamucimy wszyscy od dawna i na różne tony ; Bóg 
nas dotknął palcem i ciężko nam, i nie możemy się upamiętać, zro- 
zumieć i do win prz^-znać się nie chcem i do miłosierdzia Pańskiego 
nie uciekamy się. Popsuci łaskami Chrystusa, chcemy, żeby On sam 
do nas z miłosierdziem zstąpił. Drogie pamiątki najcudowniejszych 
łask Jego niedawnom, Ojcze, oglądał i wierzę i ufam, że On między 
nami ład sprawi i nad grzesznymi zmiłuje się, bo ile razy spytam 
się duszy, to mi mówi: „On Pan najmiłosierniejszy, a wy nadto 
macie Przeczystą Królowę, Matkę miłości, Szafarkę łask, która się 
za wami wstawia, aleście się jeszcze nie poprawili, i prawda zawsty- 
dzi", i zmykam gdzieś w kąt popłakać, pomodlić się za siebie nę- 
dzarza i za wszystkich kochanych braci moich. Nie wiem, czemu to 
wszystko piszę tobie, mój Ojcze? Zapewnie dlatego, ażebyś mnie 
wsparł zasłużeńszą przed Bogiem modlitwą i żeby chwała Jego gło- 
śniej i wdzięczniej zabrzmiała. To też modlitwom twoim i waszym, 
kochani i najmilsi mi Ojcowie Piotrze, Hieronimie, Edward:'>ie, po- 
lecam się i oddaję razem z moimi wszystkimi. Co się dzieje z ko- 
chanym Ojcem Edwardem? Gdzie on jest? Gdzie do niego pisać 
można? Czy Ojciec Hieronim wrócił? Czy można Ojca Piotra odry- 
wać od prac duchowych dla zajęcia się rzeczami świeckiemi ? Zapy- 



^) Państwo Poniatowscy. 



263 

tanie, po którera przed odpowiedzią natrętnie narzucam się z prośbą : 
oto nie wiem adresu Plichtuw, a mara do nich pilny interes, upra- 
szam cię przeto, szanowny Ojcze, chciej list tutaj przyłączony co 
prędzej im odesłać, a jeśli sam u nich bywasz, przypilnuj, żeby mi 
zaraz odpisali. Idzie tu jeszcze o ową guwernantkę, którąby z sobą 
chciano zabrać do kraju. 

Daruj, Ojcze Piotrze, że cię interesami zarzucam, a przeproszę 
i podziękuję ci najserdeczniej za widzeniem się. Teraz modlitwom 
i sercu waszemu poleciwszy się wraz z Bohdanem, pozdrawiamy 
was, kochani nasi Ojcowie, i do serc grzesznych, ale braterskich 
w Imię Chrystusa Pana i w imię cudownej Jego miłości przyciskamy. 
Do rychłego widzenia się. 

Wasz na zawsze 

Józef Zaleski. ^) 



Listopad 1843 r. 2) 

Powołanie moje było od dziecka śpiewać na pustyni, pieśnią 
służyć Bogu i Ukrainie. Xa pustyni najgoręcej kocham i Boga i lu- 
dzi, na pustyni z pieśnią mara wnet pokój i pogodę i różnego ro- 
dzaju jasnowidzenia, które, skoro żyję w świecie, pierzchają precz 
odemnie. Na świecie staje się nie swój, inszy, niepodobny do siebie, 
roztargniony, smutny, opryskliwy: utrącam natchnienie i miłość: 
w sercu mętno rai i gorzko, a więc od razu wielki grzesznik i mar- 
notrawca łask i darów Ducha świętego. Wola tedy Boża względem 
mnie, czyli powołanie moje ziemskie jest wyrzec się raz na zawsze 
wszystkich ponęt światowych i w pokorze, w prostocie, w czystości, 
z pieśnią chwalić Boga, stać się niejako mnichem i rzezaucem d!a 
Chrystusa i dla ludu. 

A jakiż będzie ze mnie pożytek w obecności? 1. Poeci nie 
pracują dla obecności. 2. Będzie pożytek i wieloraki : wieszcz prze- 
dewszystkiem stworzony jest na wieszcza; oklepana prawda z teni 
wszystkiem niedość jeszcze przytomna ludziom w pamięci. Wieszcz 
z darów Bożych w sobie, wybrany na miłość i boleść, musi wiele 
miłować i boleć. Wszelka bolesna miłość jest tu ideał, który się 
wciela. Obowiązek tedy główny wieszcza urzeczywistniać swoje ideały 
bądź w czasie, bądź w przestrzeni. Ideały te są boskie i ludzkie. 



1) Brat Bohdana. 
-) Z notatki, 



264 

Moje ideały są: pierwszy dla Boga, katolicyzm czysty, 
prawdziwie Chrystusowy bez przymieszek legitymistowskieh i jezui- 
ckich ; drugi dla Ukrainy, hetmaiiszczyzna. lud wszystek wolny, 
konny, śpiewający i wojenny. Długo byłoby pisać, czego chce dla 
Ukrainy. Trzeci mój ideał: Polska Pr zedjagi el lońs ka, 
jaka była przed wy nt. lezieniem polityki świeckiej, materyalnej, Pol- 
.^ka Bolesławowska, wierząca, bez chłopów itd. Czwarty ideał: 
Słowiańszczyzna, insza wcale, jak ją marzą sobie moi spół- 
c ze śni. 

Te ideały powinienem wcielić w słowo, które także jest czy- 
nem z Boga, bo Bóg — Słowo. Powinienem ideały swoje wcielić 
l)ez troski. Kto je urzeczywistniać będzie na ziemi? — to już pycha 
szatańska. Bóg sam jest Panem czasu i okoliczności, sam zawiaduje 
narodami i tworzy potrzebnych ludzi: wieszcz opowiada t3iko, co 
zajrzy w głębinach przyszłości, lub co zasłyszy z góry na uciszeniu 
pokornem serca. 

Są zapewnie epoki, w których wieszcz wystąpić musi na scenę 
.świata, i wtedy dać powinien życie za Boga i za lud swój, bo 
w nim wciela się ideał piękności i prawdy Bożej, a tryumf prawdy 
• ikupuje się jedynie krwią. Takie jest znaczenie tajemnicy wiel- 
kiej, — ofiary. 

I tu powiem, dlaczego chwiałem się, czy iść, czy nie iść za 
Towiauskira, którego przez grzeszną miłość dla Adama, Seweryna 
i Karola podejrzywałem przez jakiś czas za prawdziwego proroka. 

Czy epoka, w której wieszcz powinien wystąpić, zliliża się dla 
Polski? Zbliża się, ale wiele jeszcze upłynie wody, nim słońce jej 
z obrzasku świtowego wyjdzie na niebo. Jakie będą znaki przepo- 
wiednie? Powrót do wiary, powszechna pokuta, miłość dla ludu, — 
między ludem głucha wieść cudu, pojawienie się Świętych i proro- 
ków, którzy w kościele ogłoszą sprawiedliwość Bożą, przemiany spo- 
łeczne i zmartwychwstanie narodu. 

Czy dzisiejsi wieszczowie polscy mogą być prorokami? Mogą, 
jeśli się upokorzą, pogardzą świat i jego uciechy i jego mądrości — 
a na pustyni zjednoczą się z Bogiem. Pokój tedy, natchnienie i świę- 
tość wieszczów są na pustyni. I na pustyni są pokusy ? Są — ale 
kto wytrwa w Panu, ten dopiero osiągnie stopień proroka i będzie 
miłym Bogu, jak Jeremiasz, Ezechiel, król Dawid itp. i będzie wy- 
bawicielem swego ludu. Trudny zawód! ale jeszcze trudniejszy na- 
śladować Chrystusa Pana, bez czego przecież nie można być zba- 
wionym, i tylu Świętych w Kościele przezwyciężyli tę trudność. 
Chrystus Pan wysługą męki swojej ma pełną garść łask i potężniej- 



szych, niż były w starym zakonie. Dlaczego nie skorzystali z nich 
wieszczowie i dlaczego żaden z nich nie ściągnął rąk po arl^ Da- 
widową. To kwestya poganizinn, żyjącego wciąż w Europie i pod- 
sycanego badaniami tilologów i filozofów, kwestya całkiem history- 
czna, którą nie tu miejsce roztrząsać. 

Wieszcz musi mieć swój cel w nieskończoności, ażeby sie 
ozwal w nieskończoność : jego cel jest Bóg, jego mądrość, pit;;kność, 
siła nie są z rozumów nauki i ksiąg tego świata. Wszystko ma 
z daru darmo, z natchnienia, to jest z przeznaczenia Bożego. Na- 
maszczony był na swoje kapłaństwo, biada mu, jeśli skrewił, jeśli 
śpiewał nie z Ducha Św., ale z krwi. 

Wszyscy moi spółcześni i ja, jednakowośmy w tym względzie 
grzeszni. Grzeszniejsi jednak Mickiewicz i Garczyński, bo pisali, 
gdyby to z krwi tylko, ale w pysze i rokoszu. Mickiewicz pi.sał do 
mnie kiedyś, że my spółcześnie obydwa nie możem być poetami, 
że mamy jednego wespół ducha, że po kolei musi się wcielać itp. 
Odpisałem w pokorze chrześciańskiej, że ochotnie wyrzeke się nad- 
wiedzin ducha, byle w nim zamieszkał, bo on lepiej i pożyteczniej 
potrafi go użyć. Zgrzeszyłem, może tą odpowiedzią, ale mam wy- 
mówkę w niezmiernej miłości, jaką tchnąłem wtedy dla niego. Zna- 
czenie tych słów Mickiewicza jest prawdziwe. 

Pan daje ducha wieszczom nie jednemu, ale dwom. ale całemu 
pokoleniu wieszczów. Duch Boży wieje zarówno na wszystkich i za- 
płodnią ich myśl i uczucie. Zamieszkuje dłużej lub krócej wedle 
tego, jak który uprzątnął i oczyścił swój dom. Przygotowanie się 
na przyjęcie ducha połączone jest z wielką i bolesną pracą i mało 
który sprawi sie godnie. U najgodniejszego z nas gości najdłużej 
i wtedy ten wybraniec z wieńcem swoim nazywa się milion, 
staje się słońcem niejako dla ziemi, pochłania w siebie wszystkie 
światło i ciepło z gwiazd pomniejszych i gasi je na zawsze. Tak 
wieszcz może łacno stać się Prorokiem Pańskim. Ale wieszcz, jako 
człowiek, ulega prawu przyrodzonemu swemu, musi, jak każdy inszy, 
walczyć pokusy, walczyć szatana, świat i ciało, troistą moc, która 
na niego wywiera się tern zapalczywiej, że namaszczeniec, że tiprzy- 
wilejowany z urodzenia. Troista moc nicestwa. troista rodzicielka 
tylu omamień, jakichże nie użyje środków, żeby wieszcza usidlić, 
zagłuszyć w nim instynkt duchowy, niebieski? Szatan kusi go py- 
chą, potęgą: — świat podziwieniem, poklaskami, sławą; — ciało 
najwymyślniej-szemi rozkoszami. 

I niedziw, że Dante, Szekspir i Gothe nie wzbili się do wyso- 
kości swego powołania, do dostojeństwa proroków. Xie zrozumi-^li 



266 

wielkiej prawdy, która była zamierzchła wszędzie od czasów hebraj- 
skich. Izrael był to lud Pański, lud wybrany. U żadnego dziś na- 
rodu religia nie jest zrosła z jego jestestwem, jak u Hebrajczyków. 
Polityczne wyobrażenie religii, panujące z hierarchią świecką i du- 
chową, jest to bezsens, z którego urodzić sie tylko mogła toleran- 
cya. a więc anarchia, anarchia najstraszniejsza, bo w rzeczach wiary ; 
a więc panowanie szatana z jego systemami filozofii , rozumem 
indywidualnym , dobrym l^ytem i wszystkimi wymysłami mate- 
ryalizmu. 

Cywilizacya i polityka dzisiejsza są bezbożne, ludzie cuchną 
zgnilizną, trupem i wieszcz żadną miarą dychać w niej nie może. 
I Papieże przyczynili się do tego stanu Europy, może mimowolnie, 
ale przyczynili się królowie najwinniejsi i osobliwie polscy, że pa- 
trzyli obojętnie na reformacyę. że się układali z Muzułmanami, że 
zezwolili na S3'stemat Fryderykowski zaokrąglenia i równowagi 
państw, systemat szatański, w skutku którego rozebrano Polskę. 

Na Polsce też domierzyło się zło. Odtąd pocznie się rachować 
nowa epoka. Wiara wróci na swoje miejsce przynależne, to jest Bóg 
i lud będzie to jedna i nierozłączona idea, jak u Hebrajczyków. 
Poeci zrozumieją swoje powołanie, które od dawna i pierwsi prze- 
czuli, ozwą się głosem, jakiego jeszcze nie słyszano, bo wyhodowali 
się i wyrośli w boleściach swego narodu, w łjabilońskiej niewoli. 



Do Paua Jana Koźmiana. 

Faryz, 8. grudnia 1S43 r. 
rue d'Assas 5, impasse d'Assas 7. 

.... Imieniem Bohdana oświadczam ci, iż wkrótce on sam 
do ciebie napisze: przed kilku dniami wróciliśmy z Trappy, tam mu 
się rozwinęło w duszy i oświecił się umysł jego ku ważnej pracy 
na chwałę Bożą. Szkoda, że ciebie tu między nami nie ma, obja- 
wiają się tu od dnia do dnia widoczne laski Zliawiciela, na Gr. 
]My .... Pan nasz tchnął duchem swym świętym i już jest prawie 
w kościele. Zbliżają się i inni i inni, ale Ojciec Hieronim musiał ci 
obszerniej napisać i ja wkrótce spodziewam się pisać do ciebie wy- 
raźniej o myśli Bolidanowej. 

Jeszcze. Jasiu kochany, kilka rzeczy musisz dla mnie zro- 
bić Czy widziałeś się z moimi? lvto tam jest w Dreźnie 

z naszych stron? .... 



267 

Bezpieczniej adresować listy na me Honore Cberalier 3, bo 
my, jak wróble w strzesze, długo się może na jedneni miejscu nie 
osiedzim .... 

Całuję cię i t. d. 

Jósef Zaleski. *) 

Do Pana Isiiaces:o Domeyki. 

Paryż, 12. grudnia 1843 r. 

Kochany i szanowny Ignacy ! Tylko cośmy z pielgrzymki wró- 
cili, aż zdarza się sposobność ciebie, także dalekiego pielgrzyma, 
cłioć Idlku słowami pozdrowić od nas obydwócłi, serdecznie ucało- 
wać i podziękować za pamięć o nas. Dziwnaż to nasza tutaj wę- 
drówka. Bóg, wyganiając nas z miłej Ojczyzny, rozsypał wszędzie 
po świecie, i co niegdyś z majątkiem trudne łub niepodobne hjlo, 
dziś ubogim przechadzanie się po całej ziemi łatwem uczynił. I my 
niedawno wróciliśmy z Jeruzalem, chodziliśmy tam w licznym or- 
szaku, choć tylko we dwóch, bośmy nosili do Grobu Pańskiego to 
skargi na prześladowców Kościoła, to poojczysty żal, to porodzinne 
smutki, to narodowe potrzeby, to nasze i wszystkich braci kocha- 
nych tęsknoty i błędy i składaliśmy to wszystko przez trzy doby 
w samym Grobie Pań?^kim u stóp Chrystusa. A że Bóg tak potę- 
żnie usposobił ducha ludzkiego, iż ze wszystkich stron, z nieznanych 
sfer ma moc zwoływać bliźnich i przed oblicze Pańskie wynosić 
i Miłosierdziu Jego polecać, przetoż i my, choć sami bardzo biedni 
i grzeszni, korzystaliśmy z tej potęgi i ciebieśmy, kochany Ignacy, 
modlitwą do Grobu Pańskiego ściągnęli i Chrystusowi najserdeczniej 
polecali. Tak nam przeszło czternaście dni w smutnem Jeruzalem ; 
dalej w wesolem Bethlejem zabawiliśmy dobę, na puszczy św. Jana 
dobę i w innych świętych miejscach po dobie. Stary i Nowy Te- 
stament w tej tam Palestynie leży otworem, rozrzucony po ziemi, 
i warstw genealogii duchowej uczy się tam pielgrzym bez książki, 
z ust ludu. 

.Tak daleko do ciebie pisząc, chciałbym zebrać, co tu jest naj- 
ciekawszego, bo wiem, że na czużyni tern tylko się żyje, co od 
kochanych lub przyjaciół zaleci ; ale na nieszczęście niewiele miłych 
rzeczy można tutaj uzbierać. Bóg nas ciężko doświadcza, rozdzielili 
się oto sercami ludzie, którzy się nigdy rozdzielić byli nie powinni, 



^) Brat Bohdana. 



208 

a eo najboleśniejsze, że się rozdzielili w Kościele, smutno i bardzo 
stąd smutno, i chyba Bóg sam zaradzi kiedyś temu i w ogniu swej 
laski znowu te zacne serca w jedność stopi. 

Po drodze do Jerozolimy wstępowaliśmy do Kzymu i trzy mie- 
siące tam bawiliśmy. Było dużo rodzin z różnych stron Polski, 
z Litwy była pani (lórska z bratem Franciszka Szemiota i z panną 
Szemiot: byl także Leon Sapieha: od nas z Ukrainy było kilka do- 
mów, najwit-cpj jednak było z Ivrólestwa, Galicyi i Poznańskiego. 
Tam się odbyły zrękowiny Zygmunta lvrasiiiskiego z Branicką, pod 
smutnem godłem, bo tego dnia w czasie wielkiego obiadu lokaj za- 
bił na miejscu kucharza i ze skrwawionemi rękami półmisek do 
stołu przyniósł. Wszyscy tak byli strwożeni, że zbójca miał czas 
umknąć i przepadł. Była też i carówna w. księżna Leuchtemberg, 
której się znów zdarzył śmieszny wypadek. Proboszcz, Włoch, z ko- 
ścioła niegdyś polskiego św. Stanisława, przyszedł prosić tej pani, 
aby, jako córka panującego nad ł'olakami, raczyła kościół polski 
odwiedzić. lvsiężna przyrzekła być w kościele nazajutrz około 2-ej. 
Proboszcz tfdy kościół przystroił i sam oczekiwał ubrany na dostoj- 
nego gościa, ale że księżna miejscowym powozem jeździła, a fm-- 
man, Ezymianin, któremu kazano jechać do kościoła polskiego, ina- 
czej rzecz zrozumiaJ', więc ją zawiózł do kościoła św. Klaudyusza, 
na teraz własności księży emigranckich. .Już było dawno po nal)o- 
żeustwie i kościół był próżny, tylko ksiądz luiczanowski, zakrystyan, 
usłyszawszy, że ktoś wchodzi, wyjrzał z zakrystyi i znów się scho- 
wał. Zdziwiona pani takiem przyjęciem, wróciła Itardzo nieukonten- 
towana do domu, a pomyłka aż dopiero na drugi dzień rozjaśniła 
się, kiedy proboszcz, Włoch, przyszedł wymawiać księżnie, że obie- 
tnicy nie dotrzymała. 

Wiesz zapewnie, że nasi księża przyjęli regułę zakonną pod 
tytułem Braci Zmartwychwstania Pańskiego ; już ich jest wyświęco- 
nych ośmiu pod przełożeustwem Semenenki, a teraz świeżo na świe- 
ckiego księdza wszedł do nicłi Aleksander Jełowicki i dziś odbywa 
w Rzymie nowicyat pod księdzem Hubę. Inne listy, do których 
i mój przyłączam, zapewnie więcej doniosą ci szczegółów. .Jak się 
nie dobrze zrobiło, że dwa razy wyprawione poezye Bohdana rąk 
twoich nie doszły ; jam był raz posłał przez notaryusza fontaine- 
blowskiego (już i nazwiska zapomniałem), kióry jechał do Chili, 
a teraz znów wręczyliśmy jeden tomik Laskowiczowi, może choć ten 
ciebie dojdzie. Dwóch tomików, wyszłyeli w Poznańskiem, nie mo- 
żemy posłać, bo i sami w ten moment nie mamy. Przenajświętszą 
Kodzinę, dziwnie śliczny Bohdana poemacik, mógi on teraz tam na 



•2«)9 

niiejscii sprawdzić i okazało się po .sprawdzeniu, że laska Pańska 
tak mu dobrze szeptała do ucłia. iż nie tani dudar. ani zmienić nie 
można. 

l^jwiem ci jeszcze o Wschodzie, że tam jest mnó-two w.szc- 
dzie l^lakow, dezerterów z Ivaukazu : |żywy dramat z nąjsimitniej- 
szycli scen i koniec dotąd zakryty w ręku Boga. 

Teraz, kocłiany i szanowny Ignacy, jeszcze raz obydwa naj- 
serdeczniej ciebie ea-lujemy. Kiedy to ty lu do nas powrócisz? Bę- 
dziemy ciebie wyglądać, a tymczasem życzymy, niechaj Bóg wszy- 
stkim twoim zamysłom i pracom błogosławi, a Matka Najświętsza 
niechaj cię promieniami łaski i orędownictwa swego otacza. Bądź 
zdrów i wróć nam tu zdrów, a będziem cię do serca przyciskać, 
jak teraz tem pismem ściskamy i pozdrawiamy. 

Józef Zalesili. ^) 



2. lutego 1S44 r. -) 

Śnieg padał i czas całkiem podobny do naszych dni zimowych. 
Skoczyłem tedy pieszo do chorego Chrząszczewskiego. Ma się wcale 
dobrze, był i J. Tomaszewski, prawiłem im wszelakiego rodzaju 
anegdoty o Malczewskim, Brodzińskim z wielkim ogniem i uczu- 
ciem, bo byłem w nielada poetyckiem usposobieniu. Za';zedłem do 
Tomaszewskich, panie były mi rade, a więc wesoło z niemi przega- 
wędziłem kilka godzin. Śniadałem u nich i przyjąłem zaprosiny 
na obiad. Po 4-tej poszedłem do Chopina, zastałem Witwickiego, 
a niebawem przybyły i pani Hofmanowa z panną Takinowską i To- 
maszewscy. Nadszedł Chopin, blady, nędzny, ale w dobrym humo- 
rze, w natchnieniu, czule się ze mną przywitał i siadł do fortepianu. 
Niepodobna wypowiedzieć, co i jak grał. Pierwszy raz w życiu uczu- 
łem tak silnie piękność muzyki, że uderzyłem w płacz. Wszystkie 
odcienia uczucia mistrza łowiłem w lot i najdoskonalej pamiętam 
motywa i wrażenie każdego kawałka. Grał nasamprzód cudowne 2)re- 
ludłum, potem kołysankę, dalej mazurka, znów kołysankę, o której po- 
wiedziała pani Hofman, że tak śpiewać musieli aniołowie w Betlejem, 
potem wspaniały polonez, i nareszcie w cześć moją improwizaeyę, 
w której wywołał wszystkie głosy miłe i bolesne z przeszłości, za- 
wodził w płacz dumek i nareszcie zakończył: „Jeszcze Polska nie 



O Brat Bohdana. 

^) Z notatek Bohdana Zaleskiego. 



270 

zginęła" na wszystkie tony, od bojowego aź do dzieci i aniołów. 
Mugłbym o tej improwizacyi książkę napisać. Uściskałem Chopenka 
ze spółczuciem i najserdeczniej. Wyszedłem z wrażeniami niedozna- 
nemi nigdy i po drodze opowiadałem Tomaszewskim dziwy o nni- 
zyce. Obiadowałem i cały wieczór spędziłem u moicli spółiikraiuców. 
Nadszedł i Józef, gwarzyliśmy jeszcze trochę i potem na piechotę 
do siebie. Nie można już milej przeżyć dnia swego święta. 

Bohdan. 

Do księdza Hieronima Kajsiewicza. 

Faryi, 23. maja 1844 r. 

Kochany i miły w Bogu sercom naszym Ojcze Hieronimie ! 
Dziękujemy ci za nas obydwóch, bo mój Bohdan siedzi dotąd 
w Trappie, wzmaga ducha na dalszą podróż tego żywota i mnieby 
to bardzo było potrzebne, ale przykuły mnie okoliczności, nie ode- 
mnie zależne, do zgiełkowego Paryża. Dotąd nie wiem, co nadal 
z sobą zrobimy, listów^ oczekiwanych nie widać, ani wieści żadnej 
o moich. Może spodziewanka nasza spełznie na niczem, jest wiele 
spodziewanek w życiu człowieka, lecz i za to chwała niech będzie 
Panu, bo On tu wszystko ku lepszemu naszemu rozrządza, i widne 
to nam, skoro wolę naszą skłonimy w upokorzeniu pod Jego świętą 
wolę i skoro całe nasze ufanie w Nim położyni. 

Byłem nakoniec u właścicielki domu na sprzedaż, nic od niej 
nowego się nie dowiedziałem, te same kondycye, o których od po- 
czątku wiedziałem, cenę podniesiono do 30 tysięcy, ale wszyscy, 
wpływający do tej sprzedaży, mówią, iż skoro na seryo do trakto- 
wania przyjdzie, kilka tysięcy z ceny zbić będzie można. Zbierajże 
grosze, mój Ojcze, ale, co najwięcej, duchowych darów nam przy- 
woź, boć na tę krótką, ale trudną pielgrzymkę, więcej nam tego, 
aniżeli pieniędzy potrzeba. Miałem list od Ojca Edwarda i od jen. 
Szymanowskiego: pierwszy święty, miłujący, jak jego myśl i serce, 
drugi przyjazny i żałobliwy, bo córka starsza jenerała chorowała 
przez całą zimę bardzo i mało nie umarła. Stąd matka z wiosną 
zabrała wszystkie dzieci i wyjechała z Rzymu szukać lepszego kli- 
matu, jak mi jenerał donosi, mają być teraz w Genui lub w Nicei. 
Sam się został na miejscu i tęskni po swoich. 

0. Edward o niedobrem swojem zdrowiu donosi, Szymanowski 
pisze, iż się do nas ks. Józef wybiera. W Ezymie, prócz Karola Kra- 
sińskiego, księżnej Henrykowej Lubomirskiej i Jana Potockiego, ojca 
Hermana, niema więcej nikogo z kraju. 



271 

Odczytałem też nową organizacyę Polski wedle proroka Laroin ; 
w niej siła zbrojna, liot}' i naród cały, podzielony na wielkorzćidztwa 
i gminy, mają byc rządzone przez marszałka państwa, arcybiskupów, 
książąt trzeełi stopni, którycli wszystkicti czasowymi Jezuitami na- 
zywa. Wszędzie mają byc zaprowadzone potrójne apele. Po poran- 
nym ma byc odczytana Ewangelia i odśpiewany hymn : Veni Sancte 
Spiritus, toż Litania do Pana Jezusa, Suh tiium praesidium i me- 
morare. Po apelu w południe ma być odczytany żywot Świętego 
z dnia i odśpiewane Stuhat Mater na pamiątkę, że Matka najświęt- 
sza stała pod krzyżem, bolejąc od południa do 3-ciej, kiedy Syn Jej 
oddawał ducha za grzechy nasze i dla zbawienia naszego. Po wie- 
czornym apelu każdy powinien odmówić pięć Pater i pięć Ave. 
Przyznać potrzeba, że z marzeń, które, ducli ludzki, czemuś w tych 
czasach tak niespokojny, wciąż snuje, te się najwięcej zbliżają do 
tego, co Ivościół mu nakazuje, i może błogoby było w takim naro- 
dzie, w którymby się taka społeczność uformowała. 

Xasz Adam na przedostatniej swojej lekcyi zapowiedział swoją 
ostatnią: „dotąd, rzekł, mówiłem o różnycłi ludziach i różnych na- 
rodach słowiańskich, teraz powiem o jednym", — lecz czy o jednym 
człowieku, czy o jednym narodzie, niejasno się wyraził. Jakaś Fran- 
cuzka, rozmarzona jego wymową na przeszłej lekcyi, porwała się 
i darła ku katedrze, żeljy go ucałować, a nie mogąc się przedrzeć, 
padła i długo wrzeszczała: Oni, c'est vrai! Biega tu głucha wieść, 
że po ostatniej lekcyi mają wszyscy wyruszyć w pochód do Szwajearyi, 

Proszę cię, kochany Ojcze, łaskawym wszystkim oświadcz moje 
uszanowanie i ukłon, a sam podaj mi rękę, niech ją ucałuję i nie 
zapominaj w modlitwach pokornego swego penitenta 

Józefa. ') 

J)o księdza Floryaua Topolskieg^o. 

Fontainebleau, d. 18. czerwca 1S44 r. 
rue St. Honort nr. 22. 

Nie chcę zaniedbywać się w dobrem nawykaniu. Otóż rozgo- 
ściwszy się trocha i obiegłszy z powitaniem różne ustronia po gó- 
rach i po lasach, gdziem wiele dni przemodlił, to przedumał błogo 
i cicho, zawracam teraz w odwiedziny do ciebie, mój najmilszy bra- 
cie, bracie w Chrystusie Panie i bracie po Matce - Ukrainie ! Z naj- 
gorętszą miłością i czcią tulę cię do łona, drogi Ojcze Floryanie, 

^) Brat Bohdana. 



272 

i całuję, jak umiem, najslodziej i nąjświęciej. Jak się miały biedne 
twoje piersi przez te parę dni? Przy pożegnaniu w sot^otę łe- 
dwiem nie zaszlocłiał na głos. takeś nń wyglądał cierpiący i smu- 
tny. Modliłem się rzewnie po drodze na twoją intencyę. Mój Boże! 
czemu ja nie mogę w niczem nigdy ulżyć moim ukocłianym ? Ta 
niemoc, to męczarnie moje całego żywota. Umiłuję, przy wiążę się 
sercem do kogoś — to pewnie do cierpiącego ciałem albo duszą. 
I dola moja na tej ziemi wiecznie spółbołeć to z tym. to z owym. 
A tyłe w mycłi piersiach czuję miłości, tyle dobra, pokoju posiadam 
w duszy, że zdaje mi się, światbym utulił w oljjeciu!... Co ja so- 
bie nakłecę codzień najpiekniejszycli planów i projektów? gdzie tam, 
zamki to na lodzie! Życzenia moje i chęci dla kochanych rozwie- 
wają mi się ustawnie mgłą, marnieją i nikną w bezowocnych jeno 
marzeniach. Snąć dlatego to wszystko, żem z dawien dawna ladaco, 
marnotrawca darów i łask Bożych, a więc niezdolny sam wyjednać 
miłosierdzia. 

Jak widzisz, drogi Ojcze Floryanie, wcale ten list niewesoły. 
Xa wstępie bo zaraz do wiejskiego tu życia przywitała nas wiado- 
mość, że kocłiani nasi ukraińscy już nie przyjeżdżają. Zaszły jakieś 
przeszkody, a najpewniej, że odmówiono im pasportu. Cios to dole- 
gliwy i dla nich tam i dla nas. Dla nich może nawet dolegliwszy, 
bo łaknęli bardzo przytulenia naszego, łaknęli doprawdy jak zbawie- 
nia. Nadzieje tedy moje, wszystkie nadzieje co do jednej, 
jak to mówią u nas, w łeb wzięły, poszły w niwecz. Los mój 
i wielu, wielu osób znowu na długo kłopotliwy. Po staremu będę 
musiał zamknąć się gdzieś w ubogiej pustce. Nie straszy mnie by- 
najmniej taki rodzaj życia, lecz trapi niepomalu ow^a wieczna 
niemoc p om o żeni a bliźnim. Nie sarkam jednak na Opa- 
trzność, owszem w niewymownie błogiem uczuciu rezygnacyi usta- 
wnie powtarzam: „święć się wolo Boża!" Odwiedziny te ukraińskie 
zanadto przyniosły b}* szczęścia ... i dlatego pomimo upewniających 
listów nie dowierzałem im nigdy w mem sercu, nieraz nawet nie- 
dowiarstwem tem zgorszyłem mego Józefa. Zresztą nie po rozkosze 
nas tu Pan wysłał, ale po krzyże. Cudowna tajemnica miłości Bo- 
żej ! Błogosławiony, kto ją zrozumie i wypełni ! Ja rozumiem dawno, 
że krzyż to większa laska, niż wszystkie razem rozkosze, ale krną- 
Ijrny i złośliwy osioł, zżymam się często i wierzgam pod swojem 
brzemieniem. Mód! się za mną, mój ty świątobliwy ukraiński mni- 
chu, mój drogi, kochany, serdeczny Ojcze Floryanie! Nie darmo rai 
Pan Bóg ciebie dał pod koniec już mojej drogi. Prawda, żeś wątJy 
i słabiutki, aleś snąć potrzebny do przynukiwania, do popędzania 



273 

rózgą złośnika. Popędzajże, ćwicz, a gęsto, a bez litości. Nie ofuknę 
się na ciebie nigdy, boś mię od razu rozpieścił, i takeś już arcy- 
miły, jakbyśmy wiek od dzieci przeżyli gdzieś z sobą, nie wiem, na 
Ukrainie ziemskiej, czy niebieskiej. 

Osobliwego tu doświadczani uczucia. Stanąłem na dawnej go- 
spodzie. Sprzęty, ściany i każdy zgoła kącik zupełnie w takim sa- 
mym są stanie, jak były w dniu, kiedym stąd wyjeżdżał. Gdzie się 
obrócę za domem, gdzie spojrzę w kościele, w lesie, po górach 
i skałach, wszędzie oblicze tożsamości z lat milszych, minionych. 
Poluję doprawdy na upiory. Dzień po dniu, to błogi w pięknych ta 
niegdyś poetyckich natchnieniach, to grzeszny w tęsknocie i rozcza- 
rowaniu, jeden po drugim wracają dziś z eiennika śmierci z bla- 
skiem i barwą tak świeżą, w^czorajszą, żo pamiętam najdoskonalej, 
o córa się modlił wiliją wyjazdu stąd, com dumał i mówił na prze- 
chadzce z Józefem. Zapadam też co chwila w tęskną mrzonkę, to 
znów zdaje mi się, że dopiero co obudziłem się ze snu . . . Owe da- 
lekie podróże po morzach i lądach, owe życie w pełni przy kocha- 
nych, śród różnobarwnych wrażeń i uczuć, śniły mi się tylko . . . 
i prześniły ... na zawsze. Istotnie, sen to był na jawie. Dziwnie to 
'nastraja duszę. W takiem usposobieniu radbym coś większego na- 
pisać. Ale do tego potrzeba wielu bardzo rzeczy. Potrzeba przede- 
wszystkiem, ażebym był lepszy niż jestem. 

Do w^idzenia się, drogi Ojcze Floryanie! Na św. Piotr nieza- 
wodnie przyjadę do Paryża. Rodzinę Tomaszewskich pozdrów ode- 
mnie najczulej, najserdeczniej. Uwiadom ich o smutnej naszej przy- 
godzie. Wiem, że sercami społezuć będą ze raną niemiły zawód, 
jaki nas dotknął. I dla nich przez to urwała się dobra sposobność 
zniesienia się z rodzeństwem ; boleję z tego powodu może najdot- 
kliwiej. Łatwiejsza nam sprawa, ale im z rodziną? Ufajmy, że Bóg 
ich nie opuści, bo cierpią już długo a pokornie. Do widzenia się 
jeszcze raz. Przyciskam cię do serca z rozczuleniem i modlitwą. 
Niech całe niebo będzie przy tobie, niech cię nam pielęgnuje, ochra- 
nia na pociechę i pożytek ludziom. 

Twój na zawsze brat i druh 

Bohdan Zale^Li. 

Przepraszam za ten list. Mniejsza, że bez sensu, ale do tego 
całkiem nieczytelny, a tyś jeszcze nieoswojony z moją piśmienną 
ramotą. Wybacz, Ojcze, nie mogłem dobrać pióra, a czas naghł... 
Józef mój najczulej cię, Ojcze, ściska i pozdrawia. 

Korespondcncya J. B. Zaleskiego. Jg 



274 



Do Panny Zofii Rosengardt. ^) 



Fontainebleau (Seine et Marne^ 

rue St. Honore Nr. 22. 

dnia 27. czerwca 1844 r. 

Czjś ty niechora, moja najmilsza, po tej swojej nawalnej po- 
dróży? Trzy doby w powozie, cwałem, bez wypoczynku, a niepo- 
chybnie i bez snu, to i dla mężczyzny nielada byłby trud, a cóż 
dopiero dla ciebie, niebogo? Niepokoi ranie strasznie twoje wątle 
zdrowie, a na domiar biedy nie dajesz nam o sobie ni wieści, ni 
słycliu. Wiem, że duszek tw"ój był ochoczy, rzeźwy, ale ciało sła- 
biuchne, arcymdłe. Śliczny boży kwiatku, roślino ty moja wiotka,^ 
powiewna, musisz mi się teraz słaniać na ziemi w niemocy swojej,, 
jak powój tam za wiatrem od morza. A w około cudzo, pusto, ni- 
jako. A Bóg wysoko, a swoi daleko. I nie ma, ktoby cię podniósł,, 
pożałował, podmuchał na zbolałe oczka i czółko. Siostro moja, sie- 
roto, poszłaś oto na cłileb nasz powszedni, na chleb tułacki ! Bóg 
ci pomóż na nowej krzyżowej drodze ! Przysposobiony brat i jedyny 
tu twój opiekun, co się ja nie natroskam w sercu? Gorącemi chę- 
ciami i niegodną modlitw^ą naprzykrzam się o ciebie całemu niebu. 
Żebym to ja przynajmniej mógł' ci w czem, kiedy chcę, ulżyć? 
Żebym pocieszyć choć umiał? Gdzie tam, stary marnotrawca darów 
i łask Bożych ukaranym słusznie : jestem jak w omdleniu, czuję 
niesmak i suchość w duszy, że nikomu ze mnie rady, ni pożytku. 
Modlę się za tobą, siostro ! Modlę się, aby insi braciszkowie twoi,. 
aby Aniołowie Pańscy otoczyli cię w twojem ustroniu. Niech cię 
tulą, jak to im samym tylko wolno, czystym i świętym duchom nie- 
bieskim. Niech tulą i całując słodko, pieściwie szepcą wciąż w ser- 
duszku: „Co mętne, brudne, niechaj zamrze na dnie, co smętne, 
mgławe, niech w rosie opadnie. Pokój tobie i pogoda, siostrzyczka 
nasza ! Nie dobre dziewczę, nie zachmurzaj się no ! nie wywołuj bu- 
rzy zawcześnie. I bez tego dosyć ci ma dzień na swej nędzy !"^ 
i t. p. i t. p. 

Ewie mi się co cłiwila wątek tego listu, Ani sposób ugodzie 
w ton wiaściwy, tak ciągle coś niestrojnego hałasuje w duszy .... 
Tobie, siostro, skrzydlatej dziś świeżą wiarą i świeżą miłością, przy- 
stoi wznieść się wysoko, wysoko w górę, żeby nieba aż dostać i ucze- 
pić się gwiazdki Bożej . . . Biada mi, gdybym pokalał czem złote 



O Później pani Bohdanowej Zaleskiej. 



275 

piórka twoje, albo śmiał eię urzel^ać w locie. Cześć i pokłon Anioł- 
kowi Stróżowi twemu! Cześć i pokłon od obojga! 

Pomimo to, że mi straszne i żmudne pisanie do ciebie, sio- 
sfro, zwracam jednak dueliem po wiele razy co dzień w lube go- 
ściny do zamku nad morzem ^). Zamek bo zaczarowany i śliczna 
w nim panna, jak w bajce. Wody bezbrzeżne, popielate, spiętrzone. 
Okolica zieleniejąca i cicha. Pokoik widny, malutki. Jak ja ciebie 
stad widzę, Zośko! Widzę to niekiedy klęczącą nabożnie, jak anio- 
łek, to znowu w płaczu i rozczarowaniu . . . Czy ty mnie tak wi- 
widzisz? Czy odgadujesz, czem boli serce ?^ co w niem dla ciebie 
braterskiej czułości i błogosławieństwa? Wierzaj mi, moja droga, 
nigdym nie kocliał nikogo rzewniej. Żyję w niewysłoAvionem uczu- 
ciu żalu i trwogi o ciebie. Przeraża mnie twój stan; gorejesz i cierpisz 
srodze. Miłość taka, jaka opanowała całą twą duszę, należy się jeno 
samemu Bogu. Oprócz Boga i oprócz biednej ojczyzny, nikt, zgoła 
nikt niegodzien takiej miłości. A cóż dopiero ja? Nie mówię tego 
wcale przez pokorę, ale przez uszanowanie dla prawdy. Ja niewąt- 
pliwie najniegodniejszy, bo nawet już niezdolny wzajemności. Nie 
wymagaj niepodobieństwa odemnie. Szkoda ciebie, Zośko, oj, szkoda! 
Tyś młodziuchna, niewinna, w samej wiośnie uczuć. Ja w głuchej 
już jesieni, sterany burzami i skwarem lata, ronię teraz listek po 
listku z mego wieńca, a w łonie noszę serce dawno uschnięte. Nie 
taiłem przed tobą dawnych swoich dziejów, powiedzże sama, czy po- 
dobna na spopielonem zgliszczu rozniecać nowy ogień ofiarny? Ty 
mnie zawsze wyobrażasz sobie opromienionego natchnieniem, mło- 
dziutkim zapaleńcem, jakim byłem w pieśniach, kiedy te perełki 
z głębi gdzieś duszy nizałem na różaniec dla idealnej kochanki. 
Czyste złudzenie ! Czasy te minęły dawno i minęły niepowrotnie ! 
Potępieniec brzmiącej a marnej sławy, widzę dziś, jak myśl moja 
więdnieje, jak ścina się w lód uczucie . . . Niechże prawda, siostro, 
będzie twoją ochłodą, pociechą i uspokojeniem. Zrozumiej obecne po- 
łożenie nasze, nastrój duszę do wysokości nowego powołania : zre- 
sztą oboje zdajmy się na Boga, a będzie nam ł>łogo, będzie błogo 
i tu i gdzieindziej .... 

Miałem tu w tycłi dniacii niemałe zmartwienie. Odebraliśmy 
wiadomość z Ukrainy, że kochani nasi już nie przyjadą do wód. 
Nie wiemy jeszcze, co to ich nagle wstrzymało, boimy się, czy nie 
wzmogła się choroba Kostusi, ale zdaje się, że po prostu odmówiono 



^) Chateau de Moros w Laiirice, blisko Concarneau, w departa- 
mencie Finistere. 

18* 



276 

im pasportu. Święć się wolo Boża! Zanadto byłoby szczęścia, a jam 
nie zasłużył na nie. Od niejakie^-o czasu codzień gorszy, zmętniało, 
zgorzkniało mi w sercu. Pan znowu krótko mnie trzyma, bo bez 
tego w mig zapominam, żem tu posłany nie po rozkosze, ale po 
krzyże. Owóż wszystkie moje projekta i nadzieje w nie się rozwiały. 
Świat mój i stan nie zmienią się tak rychło, jak tom sobie roił. 
Owszem, rad nie rad przykutym znowu do miejsca na długo. Daj 
Boże, po staremu pieśnią żywot umilić! Przyjąłem zresztą tę wiado- 
mość spokojnie. Alboż ja od dziecka nie nawykłem do rezyg^iacyi 
i do różnego rodzaju ofiar. Bóg wie, czego ja już się nie obywał 
w tem życiu? A Ukraina moja? a biedne rodzeństwo? a Polska? 
a wszyscy i wszystko, com kiedybądź umiłował? Święć się, święć 
się wolo Boża! Żebyś ty mi choć, Zosio, ustatkowała się co ry- 
chlej ? . . . Iviedy ze mnie nie ma już ani chwały Bogu, ani pożytku 
ludziom, radbym przynajmniej z ciebie aniołka niebiosom piastować. 
Bądź mi, siostrzyczko, zawsze dobra, słodka, łagodna, jak to umiesz, 
skoro chcesz. Pisz do mnie otwarcie, swobodnie, a spowiadaj się 
szczerze ze złego i dobrego. W miarę, jak mi się wypogadzać po- 
czniesz i ja się rozweselę, a wtedy nie pożałujemy oboje . . . 
Twój brat w Bogu B. Z. 

Do Panny Zofii Rosengardt. 

FonfaineUeau, d. 17. lipca 1844 r. 
Moja najdroższa, z dnia na dzień doczekująe się weselszej my- 
śli, zmarnowałem dużo czasu. Żal i wstyd pomyśleć, że kilkanaście 
dni zwlokłem odpowiedź na twoje listy takie niewolące i najmilsze. 
Oskarżam sie w sumieniu rano i wieczór i wyrzucam to sobie gorzko 
w modlitwie. Skądże ta opieszałość? Co mi jest? Nie wiem. Zdaje 
mi się, jakbym połknął wszystkie te brzydkie, słotne chmury, co od 
początku miesiąca włóczą się ponad ziemią ! W duszy mdło, szaro 
i samotnie, myśl ołowiana cięży w dół, zapada ciągle w sen jakiś 
przykry, przerywany, a obudzenie się jeszcze nieznośniejsze, bo po- 
czuwam się wnet do mnóstwa, mnóstwa win, za które oto cierpię 
chłostę Bożą. Zepsute bo ja byłem dziecko, pieszczoch Pański! Dą- 
saniem się kiedyś lada o co, niecierpliwiłem śród najśliczniejszyeh 
dni, napierałem się to gwiazdki z nieba, to ptasiego mleka, to nie- 
wiedzieć jakich łakotek a cacek ... a teraz Ojciec niebieski rózgą 
już pogroził i cyt, cyt, sza! Za każdy dzionek pogodny gotówbym 
dziś na kolanach dziękować i ani mru-mru obiecać na zawsze. 
Ociężałość moja dzisiejsza, umysłowe to lenistwo, które mnie ohydzi 



277 

w oczach ciidzYch i własnych, a co gorsza, że najszczersze uczucia 
serca podaję w podejrzenie, oj ! krwawa to chłosta ! Nie sarkam też. 
ale się obżałowiije i upokarzam w duchu. Oprócz jednej tfj zasłużonej 
biedy uczepiła się mnie jeszcze insza Od wielu dni dręczy mię ból 
w krzyżach, że nie mogę dwóch minut dosiedzieć w krześle. Cobądź 
więc zacznę pisać list czy co inszego, wnet wstawać muszę, a by- 
łem na nogach, oho! stara drużka poety, co to ją Francuzi zowią, 
lit folie chi logis, chwyta pod ręce i nuż prawić swoje brednie, smu- 
tne, to wesołe po całych godzinach. Wracam do stolika, ale już nie- 
podobna złowić wątku rzeczy, o sto mil gdzieś m\ś\ odbiegła i nie- 
smak, zniechęcenie zakwasza resztę dnia. Jak cię kocham, Zośko, 
nie kłamię, najmniej dziesięć razy zaczj-nałem tym sposobem i ur}'- 
wałem list do ciebie. Mógłbym jeszcze dodać na swoją wymówkę, 
że Zośka takoż winna trochę temu rozmarzeniu. Tak słodko i śli- 
cznie szczebioce w swoich listach, że byłem jął odczytywać, zaraz 
ta szalona moja Jejmość w szepty: ..A co? Kogo ze stepu te słówka 
])rzypominają ? Hej. wieźmy Zośkę nad Eoś-Eosawę, pokażmy no 
Porohy, Ostrowy i t. d." I jedziem, pieścim, wydajem za mąż, ró- 
żnie się zdarza, a tu mija czas. Przyznałem się oto sam i szczerze 
do winy, to teraz, siostrzyczko, pogroź paluszkiem na -nu -nu, ukarz 
nawet, przestań pieścić, kochać jaki tydzień, ale broń cię. Boże, 
mieć żal w sercu lub podejrzenie o nieczułość, obojętność. Co boja 
temu winien, że mnie tak niegodziwie wychowała Matka -Ukraina? 
Pomówmyno poważniej. Niema co mówić, pod niedobrą jakąś 
konstełlacyą zawiązała się nasza przyjaźń. Nie umiem wyciągać ho- 
roskopu na przyszłość, ale na razie coś nam wszystko sie rwie. Tyś 
żywa, tkliwa, zapalona, ja bezduszny, ociężały, do niczego. Jak długo 
taki stan potrwa? trudno przewdzieć. Wyobrażam jednak, jak mu- 
sisz się dziś trapić w sobie, skarżyć na zawód i rozczarowanie. 
Roiłaś tak ł^łogo, słodko, mile, obiecywałaś sobie co inszego. Poiłaś, 
roiłaś, moja najdroż.sza Zofio! Rojenie zawsze piękniejsze od rzeczy- 
wistości. Wieczny zawód i rozczarowanie, to zaplata dusz poetyckich, 
ba nawe^ pospolity los chrześcian wsz^-stkich na ziemi. Rojenie, 
ideał nasz, będzie tu zawsze poronieniem. Żeby się kiedy ideał wcie- 
lił, żeby się rojenie nasze spełniło, poznalibyśmy prawdziwy pokój 
i prawdziwe szczęście, pokój w szczęściu a więc raj ! a więc inszy 
byłby już niepotrzebny. Duchy do nieśmiertelności stworzone, zado- 
mowalibyśmy tu w nicestwie. Dzięki Bogu, że tak nie jest! Dzięki 
Bogu, że rojenie serca jest jeno przeczuciem prawdziwego nieba; 
a miłość tu nasza przedsmakiem inszej w życiu wiecznem. Żyjemy, 
siostro moja, pod jedną prawdą Bożą, ale pod różnemi jr-j prawami : 



278 

Jesteśmy względem siebie w uczuciach, myślach i nadziejach, jak 
wiosna względem jesieni, jak wschód słońca względem zachodu. 
I nie dziw, że w stosunkach naszych razi coś na pozór niesklej- 
nego, a w gruncie tkwi melancholia pełna tajemnic i uroku. Z dwóch 
koik-zyn oto żywota, Ojciec Niebieski pozwolił nam lecieć w obję- 
ciu, gdzieś w nieskończoność, gdzie niema tych różnic czasu, gdzie 
odrodzim się w Nim młodziutkimi aniołami. 

Ciągle wstaję, to siadam, ból i różne roztargnienia mącą mi 
myśli w głowie i spostrzegam się, że piszę bez sensu. Wcale co in- 
szego miałem w duszy. Ezuciłem w tej chwili wzrokiem na twój 
list . . . Czcić i wierzyć przestań zawczasu, bom człowiek i grzesznik 
wielki, cześć i wiara należą się jeno świętości, ala nie posądzaj 
o zdradę mego serca. Biada, kto komu stanie się zupełnie obcy! 
Wszak prawda, Zośko, że ty odwołujesz, coś napisała?... W ogóle 
ostatni twój list ucieszył mnie bardzo. Wypogodziło się nieco w du- 
szy, uciszyło się w serduszku. Pokornaś, dobra, słodka, modlisz się 
rzewnie i gorąco, to Marya Matka kocha takie dzieci i wyjedna ci 
wiele, wiele łask u Syna, wyjedna ukołysanie w bolach i cierpli- 
wość i różne, różne przymioty, których ci jeszcze niedostaje. Tylko 
mi się nie smuć, najmilsza! Oj, z doświadczenia wiem, jak to źle. 
Nie trzeba mnie w złem naśladować. Smutek, straszny grzech, bo 
smutek to brak ufności w miłosierdzie Boże, brak nadziei w Opa- 
trzność. Smutek to rokosz człowieczeństwa naszego, panowanie zmy- 
słów. Jak tylko natchnieniem Bóg nie mówi do nas, zdaje się nam, 
że nas opuścił. On tylko zasłonił oblicze swoje na chwilę, ażeby- 
śmy mieli zasługę wiary, i dlatego, żeśmy niegodni czuć ciągle bez 
przerwy, jak nas miłość Jego piastuje, znika On nam czasem. A wtedy 
otcliłań, otchłań przed oczyma i mgławo i straszno . . . 

Dość, duszko, na dziś, już i nosek pióra spisał' się, a mój tem- 
perujący gdzieś w Paryżu. Jak ty się masz, moje kochane, lube, 
śliczne dziewczę? Mam w Bogu nadzieję, żeś o swoim brzydkim 
kaszlu już zapomniała. Szkoda, Zośko, że próżnujesz, mniejsza o czy- 
tanie i pisanie, ale muzyka grunt, jeśli fortepian ladaco, to lepiej 
wróć się tu bliżej, a już też i tęskno nam za tobą. Czy mia^łaś wia- 
domości od matki? Modle się za nią i za tobą po wiele razy na 
dzień. A myślę o Zośce niemal ustawicznie, bo kocham, bardzo 
kocham. 

Ukołysanie tobie i pokój w Panu, siostrzyczko! 

B. 



279 

Mój ból w krzyżach przeszkadza rai w pracy. Xie mogę prze- 
pisywać mojej Potrzeby Zbaraskiej. Czytam nawet, stojąc albo cho- 
dząc. O natchnieniu ani wieści, uciekło na Ukrainę. Nie wyrzekam, 
bo Pan Bóg to nagrodzi czemś innem, n. p. cierpieniem i rezygna- 
cyą, któremi łatwiej kupić niebo niż hymnami. Poezya to dar nie- 
hezpieczny. Nie piszę więc wierszy, ależ za to dumam. Wydumałem... 
już nie ma miejsca. 



Bo księdza Floryana Topolskiego. 

Fontainebleau, 20. lipca 1S44 r. 

Chowaj Boże, abyśmy mieli za złe, żeś przeniósł się na nową 
siedzibę! Jak tobie, kochany, drogi Ojcze Floryanie, tak i nam nieba 
sinego a zielonego obszaru dawiij co najwięcej ! Albożmy się poro- 
dzili na mieszczuchów? A potem, co nas może przywiązywać do 
tego lub tego kąta na czużyni? Bolejem tylko, żeś sam, samiutki 
w pustce, jak palec. W Paryżu miałeś doktorów, różne drobne wy- 
gody, mogłeś to z tym, to z owym trochę rozerwać się, pogawę- 
dzić. A teraz siedź i dumaj między czterema ścianami, a do tegoś 
i3hory, zbolały w całem ciele i w sercu. Smutno mi i gorzko na 
wspomnienie, że nie mogę ci nieść ulgi, pociechy w twoim biednym 
stanie, że nie mogę codzieu po staremu choć przytulić do piersi, 
pożałować zemlaka swego, jakbym to powinien i jakbym rad z du- 
szy. Dziej się wolo Boża I 

Dobrze, mój ukraiński druhu, żeś jął się pióra. Praca twoja 
będzie z pożytkiem i zbudowaniem dla nas, a tobie samemu osłodzi 
nieco nudę, choroby i pustkowie, roztargnie przynajmniej mile sko- 
łatany umysł. Szczęść Boże, zdaje mi się, że forma listowa najwła- 
ściwszą będzie dla twoich pamiętników, bo nie krępując myśli ści- 
słym ładem historycznym, nastręczy ci pole do różnych ślicznych 
ustępów i tkliwych uniesień. A tobie tego potrzeba, boś przedewszy- 
stkiem człowiek serdeczny, nasz brat Ukrainiec. Zresztą o Indyach 
wiemy skądinąd, tyle bo dzieł już nadrukowano, a ty tak pisz, aby- 
śmy nad Gangesem widzieli jeno wciąż świątobliwego missyonarza, 
swego spółrodaka. 

Mają tu dziś przyjechać do nas w gości X. Hieronim i Króli- 
kowski. Może mi wskażą sposób posłania ci stąd kilkunastu franków, 
bo przez pocztę rzecz to arcyniewygodna i żmudna. W każdym ra- 
zie zapożycz się tam u kogo tymczasem, a ja za tydzień od dziś 
dług twój osobiście zapłacę. Oj, biedny ty, biedny nasz drogi w Chry 



280 



stusie bracie ! Ale m3'ślę sobie czasem : Ecce vere non potes duo 
gaudia hahere, delectare hic in niundo et posiea regnare cum 
Christo. 

Polecamy się obydwaj twojemu anielskiemu sercu i prosim 
o święte modlitwy ! Całujemy takoż ręce i ramiona z braterską 
ukraińską rzewnością. 

Twój serdeczny 

Bohdan. 

O Witwickim po dziś dzień ani wieści, ni słychu. Nie rozu- 
miem, co się znaczy, że nie dotrzymał nam obietnicy. Pospolicie 
zawżdy bywał mi słowny. Lękam się, czy nie zachorował na seryo 
w mękach tam pryśnicowskich. Szkoda, że lada szarlatanowi zaraz 
gotów uwierzyć. Ja niewiele pracuję, dużo jednak czytam, a więcej 
jeszcze dumam i może co w końcu wydumam. Dokuczał mi takoż 
przez te dni słotne ból w krzyżach i ból zębów i zły humor i t. d. 

Do zobaczenia się 

B. 

Sierpień 1844 r. 
NEKROLOG 
STANISŁAWA RADZISZEWSKIEGO. ') 

W rodzinie naszej tułackiej obżałowujem oto nową dotkliwą 
stratę. Jeszcze jeden znamienity i zasłużony rodak ubył z pomiędzy 
nas. Półkownik Eadziszewski, po kilkotygodniowej ciężkiej chorobie, 
rozstał się ze światem w Moguncyi dnia 23. lipca 1844 r. Świetny 
wojskowy zawód zmarłego, budujące obywatelskie i domowe jego 
cnoty, słowem ca.ły bieg żywota, opowie kto inny, dokładniej świa- 
domy wszystkich szczegółów ; my, aby uszanować tylko pamięć spół- 
wygnańca, spisujem tu, cośmy o nim na prędce dowiedzieć się mogli 
Gołosłowne wyliczenie chwil główniejszych w życiu, wystarcza już. 
ku ocenieniu podniosłości charakteru nieboszczyka. 

Stanisław Eadziszewski urodził się w Nieświeżu około r 1788, 
z ojca głośnego na Litwie patryoty (który był konfederatem Bar- 
skim, posłem na Sejm Konstytuc}^'ny, a w końcu zesłańcem Sybir- 
skim) i z matki l^adziwilłówny. Imperator Paweł, który ojca przy- 
wołał z wygnania, oświadczył się zarazem z osobnemi laskami 



^) Drukowany w „Dzienniku Narodowym"' nr. 177. Paryż. 



281 

i opieką dla syna, naśladując w tera chytrą politykę matki swej 
Katarz3'ny, wypolszczania młodzieńców znamienitszych rodzin. Sta- 
nisław tedy wychował się na dworze Petersburgskim ; 1:)ył paziem, 
kamer-paziem, a później prz-eniesiony do Siemionowskiego pułku 
gwardyi, dosłużył się szybko stopnia kapitana. Xa odgłos wojny 
z Francyą, młody kapitan odgadnął odrazu w szlachetnem sercu 
powinność swoją Polaka; podał się natychmiast do dymissyi. Nie- 
lada to zasługa w epoce przymilań się i uraizgów cara Aleiandra, 
które tak omroezały głowy, że w dziwnem tera oba-łamuceniu 
dla wielu rodaków, zostających w służbie moskiewski(^j , myśl 
piosnki Legionistów długo jeszcze była niezrozumiałą. Z odstawką 
i niełaską carską, ale z pogodnem i lekkiem sumieniem, pospieszał 
młody Eadziszewski do domu, do swojej dawno pożegnanej Litwy. 
W krótkiej ciszy, przed wiekopomną wojną 1812 r. poznał się i za- 
ręczył z dzisiejszą swoją wdową; ale ślub odłożył do spokojniejszych 
czasów. Z takiem kawalerskiem postanowieniem młodzieniec nasŁ 
rzucił się dziarsko w pożar wojenny, owej olbrzymiej epopei naszego 
stólecia. Marszalek Wiktor polubił zaraz Eadziszewskiego dla jego 
ujmujących towarzyskich przymiotów : mając co dzień sposobność 
oceniania wiadomości wojskowych i bujnej odwagi młodzieńca, przy- 
brał go do swego boku, a niebawem zamianował pod-pólkownikiem 
w 23-cim roku życia. Eadziszewski przez ciąg obojej kampanii 1812 
i 1813 r. zostawał w korpusie Xięcia Belluno; aż ranny pod Lip- 
skiem dostał się do niewoli moskiewskiej. Klęska, co zniweczyła na- 
dzieję Polski, wionęła ztąd jakby pierwszem mroźnem tchnieniem 
na wrzący zapał młodego patryoty : zmężniał, spoważniał w dniu 
jednym. 

Po ogłoszonej ogólnej amnestyi, Eadziszewski, powrócony ro- 
dzinie i narzeczonej swojej, skołataną duszę odświeżył wnet na wsi. 
Wieś u nas posiada doprawdy własność odmładzania ! Błogiż bo to 
ten wiejski żywot możnego ziemianina w Polszczę I o tem nigdzie 
na świecie nie mają nawet ani wyobrażenia! Eadziszewski mógł ko- 
sztować go w pełności. Młoda żona, hoża dziatwa, obszerne gospo- 
darstwo, zdołałoby wybić z głowy wszelkie troski ludzkie, gdyby 
Polakowi godziło się choć na czas zapomnieć o nieszczęśliwej Ojczy- 
źnie. Nie łudziły nigdy EadzisLewskiego ówczesne konstytucyjne 
obiecanki Alexandra ; bo wyhodowany w Petersburgu, zna-ł należycie 
i cara i carską politykę. Katownie i łotrostwa Nowosilcowa rozlju- 
dziły przecież wczas drzemiące w płonnych nadziejach umysły. 
Dręczenia studentów raziły tem dotkliwiej serce Eadziszewskiego, że 
sam był ojcem. Często przy ognisku domowem i między sąsiedz- 



282 

twem, w nieraera zadumaniu przygryzał wargi: przewidywał zape- 
wnie, że niebawem potrzeba będzie znów porwać za oręż, znów po- 
święcić osobiste szczęście, i tym razem już szczęście rzetelne. Twarda 
bo i nieubłagana jak fatum powinność Polaka ! W okresie tym czasu 
kilkonastoletnim, który przypadł na sam środek życia, Radziszewski 
piastował ziemiańskie urzędy. 

"Wiadomość o nocy 29. listopada przyjął Radziszewski z rozgo- 
rza-łą duszą. Wieści Warszawskie zrazu głuche, a niebawem zlane 
w grzmotny rozliuk z pól Grochowskich, wstrzęsły jednem patryo- 
tycznem drgnieniem wszystkie serca nad Niemnem i Dnieprem aż 
do krańców Starejpolski. Naród ocierał oto z pleśni wiekowe swoje 
krzywdy ! Radziszewski czuł, że Litwie przystoi corychlej wziąść 
w tam udział. 3Iarszałek Wilejskiego powiatu i dawny żołnierz Na- 
poleoński, stanem i m-zędem. miał już sobie zakreśloną rolę w pro- 
wincyi : zwierzchnictwo z prawa poniekąd mu się należa^ło. Ją-ł się 
krzątać około powstania gorliwie i czynnie : ułatwiały mu w tem 
wielce powszechna miłość spółobywateli i zaufanie bez granic mło- 
dzieży. Światły, przezorny, zgromadził zręcznie środki i najwcześniej 
gotów był do walki. Wkrótce też leśne jego okolice zagrały dawno 
niesłychanym wojennym rozgłosem litewskiego rogu. Miejscowe ru- 
chy, mnogie utarczki z nieprzyjacielem naczelnika powiatu Wilej- 
skiego; następnie cząstkowe porażki dalszych powstań i skupianie 
się rozbitków około Radziszewskiego, należą carłkiem do historyi 
powstania na Litwie, która mu wymierzy zupełną sprawiedliwość. 
Dość tu będzie napomknąć, że po przybyciu na Litwę Generałów 
Chłapowskiego i Giełguda, oddział Radziszewskiego stanął nietylko 
najliczniejszy, ale uajporządniej zbrojny, najlepiej wyćwiczony i, co 
ważniejsza, ożywiony duchem swego dowódzey, a więc karny i wy- 
trwały w ogniu. Oddział ten, przyłączony jako pułk piechoty do kor- 
pusu Generała Dębińskiego, działał odtąd wspólnie, dzielił wszelkie 
trudy i niebezpieczeństwa, na jakie korpus hyl narażony tak w bi- 
twach na Litwie, jak i w głośnej sławy odwodzie od morza do 
Warszawy. Dostojny Generał Dębiński, ze szczeropolskiem sercem 
i braterską niemal czułością, wysławia dziś wysokie przymioty swo- 
jego ongi podkomendnego. Rad wydaje mu chlubne świadectwo zu- 
pełnego poświęcenia się dla sprawy. Radziszewski przez cały ciiig- 
uciążliwego pochodu, zawsze dzielny, czynny, czujny, usadził się był 
jedynie na to, aby młody żołnierz co rychlej nie usfcipił w niczem 
staremu. Za przybyciem do Warszawy, półk Radziszewskiego, uszczu- 
plony bojem i trudami, dosta-ł numer 26, a tem samem stanął' na 
równi ze starymi półkami wojska polskiego. Jakoż zaraz przy obro- 



283 

nie rogatek Wolskich, w ostatnim szturmie, dowiódł półk 26-ty, że 
godzien nowego zaszczytu. Był moment, wprawdzie krótki, przelo- 
tny, kiedy stare półki pod nawałem przemożnycli sił zachwiały się 
w swej powinności, a garstka Eadziszewskiego, sama jedna nieporu- 
szona, dala czas opamiętania się i skupienia około siebie. Tęga wola 
dowódzcy półku dokaza-la tu poniekąd cudu. Tym okazałym, górują- 
cym czynem zamknął Radziszewski swój zawód' wojskowy. 

Pod Wolą, przy huku potężnym dział, Polska zachodziła nie- 
jako nowem brzemieniem w przyszłość, a dla nas rozpoczynała się 
epoka długiej żałoby i rozprószenia. Xa razie mało kto czuł niepo- 
wetowaną stratę. Oręż porzucony na czas, myśleliśmy, że podniesiera 
wnet nad Eenem. Z marzeniami w sercu o Legionach i z pieśnią 
Legionów na ustach, zdążaliśmy ochoczo ku Francyi. Radziszewski 
wtórowali w nasz zapał, chociaż starszy i doświadczeuszy przeczuwał 
może przykry zawód. Istotnie, oczaiowanie trwało krótko. Rozpatrzy- 
liśmy się rychło w położeniu naszem śród Europy. Rządy liberalne 
uwięzły haniebnie w swojem fatalnem statu quo; a Polska nasza, 
i my z nią zapadliśmy jakoby w ezyścową otchłań, aż przebolim 
czas pokuty. Nastały dla Radziszewskiego tułackie lata, przeciągłe, 
jednostajnie jałowe, mdłe, cierpkie, których smak znamy tak dobrze 
wszyscy. Gorejący w duszy, trawił się nie pomału tęsknem a dare- 
mnem ze dnia na dzień oczekiwaniem wypadków ; a targany w sercu 
czułością ojca i męża, cierpiał tem srożej, że usiłował pomimo nik- 
nące siły, utrzymać się na wysokości naszego powołania. Nie brakło 
mu nigdy męzkiego statku i hartownej woli, ale w przymuszonej 
nieczynności widocznie rok po roku wątlało zdrowie, więdniał i omdle- 
wał charakter. Nawiedzały częściej różne niemoce, osamotniał się, 
przytem coraz i posępniał. Myśl, zbawicielka sprawy, która tuła się 
jeszcze niewcielona, stadła się niejako wieczną jego zmorą. Umysł, 
uplatany raz jakby w sieć nierozdzierzgnioną, szamotał się w ninj 
ustawnie, aż prysnął w obłąkaniu. Na dwadzieścia kilka dni przed 
skonem opanowa-ła go straszna choroba w całej swej zgrozie; cho- 
roba, która od rozbioru Ojczyzny zagęściła się u nas i uderza zwy- 
kle najgwałtowniej w najtęższe charaktery. Radziszewski skończył, 
jak znamienici nasi patryoci Rejtan i Niemojowski. Ostatnich jednak 
chwil, odzyska-ł był zupełną przytomność umysłu. Aż do skonania 
(na ręku swego siostrzeńca Kazimierza Szwykowskiego) mówił już 
tylko o cierpieniach Polski. Z goryczą i żalem wyrzekał na stan dawny 
i teraźniejszy włościan. Sprawiedliwość, sprawiedliwość 1 u- 
d o w i ! — były niemal ostatnie słowa, któremi żegnał świat w uroczystej 
dobie, kiedy duch jego poczuwa-ł się wobec Boga i wieczności. 



284 

„Sprawiedliwość ludowi!" Ostatnie te słowna zasłużonego pa- 
trioty godzi się tu podnieść na wieniec obywatelski zraaiiemu i na 
wieszczą przestrogę spólzieraianoni jego, żyjącym w kraju. Oby je 
zasłyszeli ci zwłaszcza panowie na Litwie i na Eusi, u któryeli stary 
ucisk ludu, stara dziedziczna zbrodnia trwa po dziś dzień w całej 
swej szkaradzie. Niech wiedzą ci panowie, że jeśli jako Kain 
piętna nie noszą na czole, to chyba dlatego tylko, że jeszcze nie 
dobili brata. Opatrzność oszczędziła im potępienia, zamieniając piekło 
na czyściec. Polska cierpi za nich i cierpieć będzie dopóty, aż ude- 
rzym wszyscy w pokajanie, aż uznamy, jak ś. p. Eadziszewski, że 
w domierzeniu sprawiedliwości ludowi, w szczerem z nim pojednaniu 
się, leży zbawienie nasze doczesne i wieczne. Dzięki Bogu, od nie- 
jakiego czasu sąd o w^łościanaeh spoważniał bardzo w kraju. Oo pod- 
nioślejsze umysły każą dziś w tej mierze; toż rozszerzają się już 
serca ku wielkiej miłości — i śmielej, swobodniej krąży prawda, że 
u ludu i rdzeń żywy zamierzchłych świętości narodowych, i nadzieja 
lat, co przyjść mają. Tak bo jest, bez zaprzeczenia ! Lud nie wyro- 
zumował wiary i wiedzy w sprawę Polski, ale ziemię swoją kocha 
i w głębokiem ma poszanowaniu jako proch kości przodków. Świę- 
cie chowa nabożeństwo, obyczaje, zw^yczaje, te puścizny mądrości 
praojców, hieroglify myśli wieków. Święcie wierzy w lepsze kiedyś 
czasy, bo chociaż maluczki i prosty — i dlatego że maluczki i pro- 
sty, o Sprawiedliwości Bożej w sumieniu swojem wieści ma pewne. 
Da Bóg, powstanie nowe ktokolwiek rozpocznie, ale poprze lud, a po- 
prze z tą starą swoją niezłomną, niepożytą W i a r ą , przed którą nic 
się nie ostoi, bo jako na pewne ona bez wyjątku wszystko naraża 
i wszystko poświęca. A któż nie wie, iż na tym świecie potęga 
w miarę jest jeno ofiar! 

Zwłoki ś. p. Eadziszewskiego, nazajutrz: dnia 24. lipca, odpro- 
wadził na cmentarz nieliczny poczet mieszkańców Moguncyi, których 
życzliwość umiał zjednać sobie podczas dwuletniego pobytu w tem 
mieście. Dwóch tylko rodaków towarzyszyć mogło w pogrzeljowym 
orszaku. Nad grobem sędziwy kapłan miejscowy krótką przemową 
o męczeństwach Polski wzruszył do łez wszystkich przytomnych. 

Do Panny Zofii Kosengardt. 

Fontainehleau, 20. sierpnia 1S44 r. 

Aż serce rośnie, a skacze, a płacze w łonie, tak mile i słodko 
zaszczebiotała mi biedna, daleka, długo zasępiona, jaskółeczka moja. 
Błysnął jej złoty dzionek, to porwała się w lot ku niebu. Włtajże, 



285 

o! witaj gościu ty mój, pieściwy gościu od morza! Spółcześnie skąd- 
inąd jeszcze zaleciał głos niewolący, luby, a naljizmiały cichym 
smutkiem, jak okolica tam śród stepu a mogił. Bóg wam zapłać! 
Ctiuchnęłyście na mnie razem, jak zmówione światłem i ciepłem 
swojem. Lekko mi, błogo, młodo w duszy, jak ongi, kiedym bujał 
na inszych wodacłi żywota, na inszycti wodach, które wstecz oto 
popłynęły na zaklęcie wasze, siostry czarodziejki! Nurek ja niegdyś 
na oceanach Bożych, toż gotówbym zawrócić w głąb otchłani swoich, 
po konchy, muszle, po bialutkie uryaiiskie perły na paciorki, na ró- 
żańce dla was, obiedwie moje pocieszycielki. Och ! jakbym rad śpie- 
wał . . . Ale odśpiewałem już swój hymn ku wiośnie, a teraz brzydka, 
słotna, zimna jesień, to potrzeba stulić się w sobie, oniemieć do 
czasu, aż polecę do cieplic, gdzie insza piękniejsza i bez końca bę- 
dzie wiosna. Zośko, bialoskrzydlaty ptaszku z mego stadka, tam cię, 
tam zapraszam na piosnkę ! 

Zośko, jak ci ślicznie, jak do twar/y w świeżej sukience, jaką 
ci na święto swoje Matka Boska położyła pod głowy. Bądźże ba- 
czna, roztropna. Noś ją z poszanowaniem. Marya ma tyle swoich 
aniołków, którzy ci po kolei przyniosą insze jeszcze sukienki na ró- 
żne święta, ależ bądź zawsze, jak dzisiaj, dobrą, pokorną, kajającą 
się we łzach i w modlitwie. Wytrwaj w dobrem do końca! Nie 
mów, dziecię moje, że to niepodobieństwo. Niepodobieństwo, słowo 
to brzydkiej pokusy, którego nie zna Aviara. Oprócz tej białej, czy- 
stej sukienki, z palmą jeszcze w ręku stanąć potrzeba przed Chry- 
stusem, tak rozkazał sam swoim ulubionym. Życie tu nasze na ziemi 
ciągłera jest bojowaniem. Walka z światem nielada trudna, ale serce 
przy sercu, dłoń w dłoni wspierajmy się w kilkoro, a przezwycię- 
żym złośnika. Królestwo Boże jest wewnątrz nas, a więc i Chrystus 
z nami, to nie lękajmy się niczego! 

.... Moja droga! przejrzałaś już, bo wiesz dobrze wartość 
wszystkich rzeczy. Zachciewa się nam używać, a wierzyć nie chcem, 
że nie ma co. Gdyby na tej pustyni rósł jaki owoc niezatruty, 
czyżby nam go nie dał Ojciec Niebieski? Gdyby choć jeden był, 
jeden tylko, jużby się ziemia wygnaniem nie nazywała, jużby i do 
nieba wiele tęskno nie było. Oj, znam ja długą litanię twoich żeby! 
Wciąż niepokój dzwoni z łona, insze, insze, znów potrzeby! liczba 
zer a nieskończona, niż chwil w życiu więcej żeby. A wszystkie, 
wierzaj mi, grzech i nieestwo. Zośko najmilsza, ogarnij całą duszą 
piękność i zapomnij się w niej, tyle bo twego, tyle bo naszego! 
Jedyna tu słodycz, jak powiada mój spółukraiński Malczeski, „w wza- 
jemnym zachwycie serc wiernych, niezgadnionych, zanurzyć owo ży- 



286 

cie." Dość tego dobrego! Nie jestem dziś w usposobieniu kazno- 
dziejskiem, bo mi ustawnie gwarzą w mjśli głoski obydwóch sio- 
strzyczek. Żeby ! ty wiedziała, co tamta duszka ze stepu popisała mi 
w ostatnim liście. Doprawdy, na klęczkacłi trzebaby czytać jak mo- 
dlitwę. Co bo w tycli jej dumaniach głębokości i świętego zbudowa- 
nia. Eadbym się z tobą podzielił nauczką, bo arcy, arcymądra, ale 
dużo przepisywać i wolę żywym kiedyś głosem wrazić ją tobie 
w serduszko. Kiedy ty już, Zośko, przyjedziesz bliżej ku nam? aby 
przynajmniej choć raz na miesiąc widzieć się. Strasznie tęsknimy za 
tobą obydwa. I Józef doprawdy, jak zakochany w tobie, a mnie 
złość i zazdrość, że jemu więcej wolno niż mnie. Przyjeżdżajno ! 
Czas bo, czas, abyś troszkę popracowała, próżniaczko ! O muzyce już 
ani słychu, a Zośka wie, że to źle i nie do darowania. 

Wielce, o wielce rozradował mnie twój list. Przeczuwałem 
zawsze, że będzie z ciebie pociecha i zbudowanie. Czemuś wszystko 
dziś we mnie chwali Pana, jak po zwycięstwie, czemuś dziękuję Mu 
za ciebie, jakbyś wytrwała już do końca i wszystko już po końcu 
było. Módl się, siostro moja, módlmy się oboje ! Oby Chrystus Pan 
był zawsze z tobą, abyś w każdej chwili czuła wejrzenie Jego na 
czole swojem. 

Bądź mi zdrowa, duszko! 

Bohdan. 

O sobie, moja droga, nie wcielę mam donieść. Jestem zdrów^ 
krzyże trochę pobolewają, ale na to nie ma rady, to stan mój i wiek 
tak ciemiężą. Czytam dużo, dumam co niemiara, przygotowuję się 
do długiej pracy na zimę, praca będzie prozaiczna, ale cóż robić, 
kiedy Muza moja przeniewierzyła się, ucieka gdzieś do młodszych. 
Oczy po dawnemu nie bardzo statkują, ale ręce, zdaje się, że wy- 
bielały ... B. 

]y[ O V/ A 

na pogrzebio 

księdza FLORIANA TOPOLSKIEGO 

w Montmorency 28. sierpnia 1844 r. 



Rodacy ! 
Zanim oddamy cudzej ziemi zwłoki świątobliwego brata, po- 
zwólcie, że przemówię na pożegnanie przyjaciela. Mnie świeckiemu 
przystoi raczej podziwiać, niż wysławiać szeroko cnotj mnicha mis- 
sionarza : wielka też boleść zaciska serce i oniemia usta — wyjąkam 



287 

wszelako kilka słów ku uszanowaniu pamięci Zmarłego i ku spólnemu 
zbudowaniu naszemu. 

Piotr Floryan Topolski urodził się d. 29. czerwca 1804 roku 
w Szpikowie, dawnem Województwie Bracławskiem, z rodziny dobrze 
znanej w naszej prowincji. Początki nauk pobierał w szkołaełi win- 
nickicłi. Od najmłodszycti lat osobliwa łaska Pańska powidorau świe- 
ciła nad nim. Ładny, pilny i pełen zdolności chłopczyk, miły był 
rówieśnikom i nauczycielom, rokował piękne nadzieje, ale jakoś nie 
lgnął do świata. Zadumany bywało, modli się ponad Bohem, rozmi- 
łował się bo w Chrystusie Panu; ogarnął całą duszą piękność Jego 
i zapomniał się w niej. Utęskniał jedynie do życia anielskiego, utę- 
skniał tak stale i gorąco, że szesnastoletni młodzieuczyk przezwycię- 
żył wszystkie zawady w domu i za domem i poświęcić się mógł na 
służbę Bogu w stanie duchownym. W takim rannym wieku wszedł 
do nowicyatu 00. Kapucynów w Ostrogu na Wołyniu. Nowy braci- 
szek dostał imię zakonne Floryan i można powiedzieć, że wyhodo- 
wał się i wyrósł na stopniach ołtarzy. W 24 roku życia skończył 
chlubnie nauki duchowne, a zniewoliwszy sobie starszych nabożeń- 
stwem i przykładnem postępowaniem, otrzymał święcenie kapłańskie. 
Proszę widzieć było młodego mnicha — jako jeleń poskoczył na 
nogi, tak pilnie i ochoczo konfessionała i kazalnicy. Ducłi taki pod- 
niosły, serce miłujące — to i usta były pewnie wymowne. Na ju- 
bileusze i potem aż do roku 1830 kazał w różnych kościołach, że 
budowali się ludzie. 

W Brusilowie na Ukrainie, w zaciszu swojem klasztornem, 
dowiedział się X. Floryan o rewolucyi. Modlitwą i świętą ofiarą nie 
przestał odtąd codzień błagać Boga za Ojczyznę. Narodowość naszą 
wypiastowała Wiara, a lubo zapominamy obowiązki względem niej, 
nie są w sprzeczności z obowiązkami mnicha. X. Floryan kochał 
Polskę sposobem Bożym, nie po bałwochwalsku, — ale kochał 
w Bogu tak płomiennie, że duchy uwielbianych patryotów Niemce- 
wicza i Kniaziewicza, z którymi sąsiaduje dziś w grobie, nie powsty- 
dzą się polskiego mnicha. Po odebranej wiadomości o powstaniu, 
X. Floryan opuścił klasztor, aby służyć duchownie jako kapelan 
przy wojsku, utwierdzony cudownym sposobem, bo wizyą, której tu 
nie śmiem opisywać. Nie chcąc zdjąć sukienki zakonnej nawet w ta- 
kim razie, schwytany w drodze przez Moskali, zostawał wiele dni 
w niebezpieczeństwie życia i uratował się zupełnie tym samym spo- 
sobem, co ksiądz Marek. Wymową swoją skruszył sołdatów, że pro- 
sząc o błogosławieństwo, wypuścili go cało i zdrowego. Przez Gali- 
cję dostał się potem do Francyi. 



-288 

We Francyi mieszka! niejaki czas w Xanc3% potem w Besaii- 
con, w Szwajcaryi, a za powrotem w Plombieres, wszędzie jednając 
sobie serca pobożnych świątobliwością. Nigdy nie zapominał o stanie 
swoim zakonnym. Sam ubogi, żywił się lada czem, a ostatni grosz 
i nawet odzienie, obuwie oddawał pierwszemu żebrakowi, którego 
w drodze napotyka!'. Świątobliwy emigrant-kapłan, który był towa- 
rzyszem i świadkiem wówczas życia X. Floryana, nie może wypo- 
wiedzieć jego budujących cnot. To nie wystarczało jeszcze dla duszy 
świętej X. Floryana, pamiętał, że uczynił ślub zakonny na służbę 
Chrystusowi Panu i zapragnął czynniejszego życia. Umyślił się udać 
na missye i pomimo steranego zdrowia, bo zaród piersiowej słabo- 
ści objawiał się już wtedy, mimo różnych niesłychanie ciężkich za- 
wad, uzyskał opatrznie środki do dalekiej podróży. Godzi się dziś 
wydać tajemnice zmarłego, że w tem postanowieniu oprócz gorą- 
cości do służby Bożej, miał jeszcze X. Floryan myśl wkupić się 
nowemi zasługami na łaskę Bożą i ofiarować je na intencyę Polski. 
Uczynił ślub missyonarski na ośm lat. 

W r. 1835 popłynął do Indyi. Ponieważ nie miał świadectw, 
ani rekomendacyi duchownych, musiał w Indyaeh składać examen. 
Wkrótce poznany i oceniony naprzód przez miejscowego biskupa, 
X. Pezzoni, a potem przez jego następcę X. Borghi, dosta-ł obszerne 
probostwo w prowincyi Bahara. Ile dusz Panu Bogu nawrócił mię- 
dzy pogany? Co się napracował w apostolskiem powołaniu w swojej 
parafii, ś. p. X. Floryan nierad wspominał w swojej skromności, 
X. biskup Borghi, który niedawno wyjechał z Paryża do Indyi, 
składał świadectwo apostolskich prac zmarłego z wielkiemi pochwa- 
łami. Stawiał kościoły nowe, umocniał stare z wielkim kosztem, bo 
miał bogatych parafian. Nauczył się rychło języka angielskiego 
i o ile potrzebował indyjskiego. Ślub skończył sie w r. 1843. Bi- 
skup dał mu na drogę potrzebny koszt, a przywiózł nam kilka koron 
cierniowych ^) 



Bo Pauny Zofii Roseiigardt. 

Fontainebleau, 4. icrzeinia 1844 r. 

Siostro moja droga! Kochany nasz a świątobliwy Ojciec Flo- 
ryan ^) skończył swoje cierpienia, usnął lekko w Bogu 26. sierpnia. 



^j Dokończenia brakuje. 
^) Topolski, Kapucyn. 



289 

Nie raa co żałowar zmarłego, bo złączył sin z Panem swoim, któ- 
rego miłował i któremu .służył od naj młodszy ełi lat, ale mnie ubyło 
oto na ziemi jeszcze jedno serce, przy którem tuliłem się w bole- 
ściaeli moich. Xieełi się święci wola Boża I Smutno mi tylko, smu- 
tno na śmierć, że nie zdążyłem do Paryża wczas, abym zamknął 
mu powieki. Snąć, nie byłem godzien tego za grzecłiy moje. Oby 
się już poprawić I aby co rychlej pobłogosławił mi z nieba. Pogrze- 
baliśmy Ojca Floryana w Montmorency obok Niemcewicza i Knia- 
ziewicza. Poczciwa twoja Luiza w nieutulonym płaczu odprowadzała 
z nami aż na cmentarz zwłoki świętego rodaka. 

Powinnaś, moja droga, odebrać tę kartkę 6-go wieczór lub 
7-go zrana. Zaraz biegnij do swego kościółka i wyspowiadaj się, 
abyś 8-go mogła przystąpić do Xajwiętszej Komunii na intencyę 
swego brata. Dzień ten (święto Narodzenia Panny Maryi) wielce 
jest uroczysty i tajemniczy w życiu mojem. W dniu tym pożegna- 
łem Ukrainę, w dniu tym pożegnałem Warszawę i Polskę, i w ró- 
żnych latach różne okoliczności życia wiążą się z tym dniem. My 
tu gorąco będziemy się modlić. I ty, Zośko, módl się w podniesie- 
niu ducha, módl się do Bogarodzicy. Niech mi wyjedna u Syna 
nowe łaski i dary ku nowej epoce, która zbliża się dla ludzkości 
brzemienna wielkimi wypadkami. Ludzkość cierpi strasznie i dopo- 
mina się cudu. Cud się stanie. Nastąpią niesłychane próby i łzawe 
i krwawe. Błogosławiony, kto wytrwa do końca, kto wytrwa i w ciele 
tu wykształci się już na ducha. Ciemno się wyrażam, bo ciemno 
widzę, bo przed oczyma duszy gruba mgła, brudne wyziewy ziem- 
skie uwijają .się ustawnie. Strach pomyśleć, jaki ja grzeszny'. Módl- 
my się, siostro, społecznie, bo nie darmo ja twoim bratem. I w tern 
tkwi Boża tajemnica, błogosławieństwo lub potępienie. Oczyśćmy, sio- 
stro, coprędzej serca i myśli w ski*usze i modlitwie. Czas ! o, czas ! 
Marya Panna na chmury żywota zaświeci nam tęczą, przymierzem 
swojem i rozradujem się po anielsku, wszyscy wy moi. Ciebie i wszy- 
stkich moich opiece i łaskom Bogarodzicy poruczam i oddaję teraz 
i na wieki wieków Amen. Bohdan. 

Do Pauuy Zofii Roseugardt. 

Fontainebleau, 17. icrześnia 18M r. 

Bóg ci zapłać, dziecię moje. Bóg zapłać stokrotnie za spół- 
czucie i spółuczestnictwo w nabożeństwie na dniu tyle dla mnie 
pamiętnym urodzenia Przenajświętszej Maryi, klatki naszej spólne}. 
Cudowne było to twoje przeczucie! cudowny sen i cudowna, ty sama 

Korcspondencya J. B. Zaleskiego. J^g 



290 

duszko! Zbudował nas bardzo i słodko rozrzewni! twój ostatni list. 
Taka boś mi pobożna, pokorna, poczciwa, a miłująca i anielska, źe 
doprawdy nie wiem, jak na ciebie pochuchać, ażeby niepokalać pro- 
miennego czółka i białych lśniących piórek. Ukorzony w duchu 
i bolejący, powtarzam sobie wciąż : Panie ! Panie ! ja niegodzien 
wcale takich sióstr, takich twoich aniołków ! Przenie wierzyłem się 
Tobie bez końca, zmarnowałem w złości tyle łask i darów, że miło- 
sierdzie Twoje przeraża mnie, jak potępienie, bo surowa i coraz su- 
rowsza odpowiedzialność cięży na duszy. W glinianej mojej, brudnej, 
steranej lepiance, jak ugoszczę duchy niebieskie, które pukają usta- 
wnie do drzwi, do serca, takie czyste i piękne. Panie ! Panie ! matka 
moja poczęła mnie w grzechu i tarzałem się wiele lat w kale i po 
śmieciach tego świata, jakże ich ugoszczę? Panie! Ty sam ostrzeż 
ich, niech przejrzą się we mnie bliżej i przelęknione niech pierzchną 
sobie co rychlej ! — Droga siostro ! przypatrzno się wskroś, jak ja 
brzydki. Mnie przystoi śnić raczej o w^łosiennicy i popiele, niż o mi- 
łostkach i godach tu żywota. A przecież dziwnem przeznaczeniem 
uwikłałem ciebie, mój aniołku, w losy swoje. Bogu jeno wiadomo, 
co się w tera święci. Pokusa czy zbawienie dla obojga? Myślę cza- 
sem, że w skarbcu niebieskim jest czyjaś wielka zasługa, niby wę- 
zeł na moje imię, i zasługa cudza, bo nie mam ani odrobinki wła- 
snej. Owóż ta zasługa przeważa niekiedy moje winy, a wtedy dzieją 
się cuda Boże nademną arcykrewkim i ułomnym z przyrodzenia. 
Inaczej nie umiem sobie wytłómaczyć ani tych kilku błogicłi chwil 
w życiu, ani tylu natchnień i uczuć świętych, ani miłości tylu du- 
chów podniosłych, jak ś. p. Floryan i wy, siostry moje. Po prostu 
łaska to Bogarodzicy, której mnie, sierotę, powierzyła ongi w koły- 
sce matka moja, łaska ta ustawiczna zasłania ranie przed słusznym 
gniewem Syna. Bogarodzica to, jak niedawno rozkazała była anio- 
łora swoira pożyczać rai skrzydeł, tak teraz wam, duszkom, rozka- 
zuje pożyczać tchu świętego, aż wzmocnię się i nabjorę siły na dni 
ostatniej próby. Nie można wejść do nieba bez palmy, do 
czyśca nawet nie wnijdzie nikt z próżnemi rękoma. Czas nń, o wielki 
czas uderzyć w proch czołem, pokajać się w głębi duszy i jąć się 
oburącz pługa. Teraz dopiero zaświtał mi dzień zasługi. Wła- 
snem, długiem, mozolnem usiłowaniem zapracować sobie trzeba chleb 
duchowy. Dawno to ja i dobrze wiedziałem, ale w łasce widomej 
i skrzydlaty natchnieniami tak się byłem rozpieścił i roztargnął, że 
jak dziecię nie chciałem wierzyć, iżby co słodkie, co miłe skończyć 
się kiedy miało. Jątrzę się, bywało, niewymownie na wszystko, za 
lada drobnostką; żyłem niejako w ciągłym rokoszu przeciw Opa- 



291 

trznośei. Toż wielką miłością serce mi dzisiaj rozkwitać poczyna ku 
ludziom, bom po raz pierwszy wielką ich nędzę zrozumiał. Praco- 
wnicy to Pańscy w ciemności, cłiłodzie, niedostatku i nieJjezpieczeń- 
stwacli wielu, a jam dziś z wyżyn moicti zstąpił pomiędzy nicli, 
stałem się jako najniższy brat. Pokorna i cicha praca maluczkich, 
policzona niewątpliwie u Pana drożej niż dumne i brzmiące wie- 
szcze nasze zamyślenia. Bo jakże używamy na czas pożyczonych 
skrzydeł?... Nie chcę o tern spominać, oby i Bóg zapomniał ! Wi- 
dzę teraz jasno jak na dłoni i złe, którem broił, i dobre, które- 
gora nie spełnił. Mam .szczerą chęć i wolę przeinaczyć się w j e- 
s test wie s wojem. Wymódlcie mi, siostry, pokój, cierpliwość, 
statek, niech służę Panu i chwalę Pana nie po staremu, ale całkiem 
już przemieniony. Siostro! uroczysta godzina próby, którą przeczu- 
wamy oboje, zadzwoni niebawem, tuż, tuż nad nami Pan ! Módl się, 
abyś nie powstydziła się przed Nim brata ; abyśmy dłoń w dłoni 
stanęli przed krzyżem na świadectwo prawdzie. Moja droga! w cu- 
downym, prześlicznym śnie twoim ja to jestem ta niemiła ofiara, 
ta czerwona róża, nad którą Pan tak gorzko i okronnie bolał, 
ale ty, mój biały kwiatku, rozdobruchasz Go, przebłagasz za mnie. 
Bóg ci daj, siostro, częściej takie widzenia, bo błogosławion, komu 
się "śni Chrystus. Uświęciłaś już znacznie dziewczęcą duszkę twoją. 
Musi mile z niej buchać woń modlitw, kiedy ściąga aż z nieba 
takie obrazki od Boskiego Oblubierica. Zośko, módl się, bo po wi- 
domu Pan cię miłuje, a bądź pokorniejszą codzień i lepszą, to i nas 
umiłuje w toinie. Jak ja się tobą cieszę, siostro, pycho ty moja! Jak 
ci z duszy błogosławię przy pacierzu rano i wieczór. Troszkę to tam 
interesu w mojej modlitwie, bo oczywiście mieniara brzydką, zaśnie- 
działą miedź za śliczne, jasne złoto. Zośko droga, najdroższa, nie 
rachuj się ty ze mną, ale wyznaj wszystko przed Panem za dobrą 
monetę. W niebie kiedyś spłacę ci dług ziemski święterai, nieciele- 
śnemi pieszczotami. 

18. icrześnia. Wczoraj goście, a jeszcze bardziej mój ból w krzy- 
żach, albo krzyż bolesny nie dały mi dokończyć listu. Zresztą i kartka 
do ciebie Józefa nie była gotowa. Dziś jestem całkiem w inszem 
usposobieniu, a raczej bez usposobienia. Od niejakiego czasu Fon- 
tainebleau nieco się zaludniło. Pizybył tu na mieszkanie Wielogłow- 
ski z żoną i córką, a z niemi na jakiś czas i A. Duński. Jesteśmy 
tedy w ciągłym ruchu, na przechadzkach, to w pogadankach, bo 
Wielogłowscy dawni znajomi i właściwie dla nas tu przyjechali. 
Oprócz tego mam Stasia Tomaszewskiego. Wzięliśmy go na kilka- 
naście dni na wieś, aby użył przecie jako tako swoich wakacyi. 

19* 



292 

Now}^ ten świat fonteneblowski trzyma iimysl w niemile m roztar- 
gnieniu. Odwykłem całkiem ocl towarzystwa, potrzeba się jednak 
przezwyciężyć, zwłaszcza, że niebawem urządzę się trocłię inaczej 
i znowu powu'óci dawna cichość. 

Zośko moja najmilsza! smutno mi wciąż po kocłianym moim 
i świętym Ojcu Floryanie. Nie mogę się ukoić w żalu, że nie by- 
łem przy jego skonaniu. Gryzę się w duszy, bo istotnie przez moją 
na razie opieszałość, przez brak przeczucia opóźniłem się o parę go- 
dzin. Głównie jednak nie byłem godzien tej laski. Wyraźnie i nie- 
mal dotykalnie taka była wola Boska! 

Towiańszczycy siedzą cicho na zewnątrz, ale wewnątrz mają 
już waśń, herezyę, słyeliać, że wyprawili poselstwo do Mistrza, aby 
powagą swoją zatamował spór. Pani Hoflmanowa już pewnie we 
Włoszech. Czytałem jej długi literacki list do Plichciny, rozmiło- 
wała się bardzo w Trentowskim, z którym się w przejeździe przez 
Fribourg zaznajomiła. W Poznańskiem prześladowania niewielkie, 
ale za to w Polsce Kongresowej i u nas na Rusi niesłycliane. Pan 
Bóg musi się już wkrótce zmiłować, bo zdaje się, że miara złego 
dopełniła się. Szlachta jednak broi po staremu i za nią to pokutu- 
jem wszyscy. Boli serce pomyśleć, jacy my źli i niepoprawieni i ża- 
lim się na Opatrzność i urągamy sprawiedliwości Boskiej. A lud 
nasz "? kochany, poczciwy, święty lud ! lata i stólecia amogie cierpi 
okropnie i milczy i spodziewa się w Bogu. Och! w nim i z nim 
zbawienie nasze doczesne i wieczne. 

Siostro moja, pokój tobie, pociecha i podpora z nieba. Chry- 
stusowi Panu i Matce Jego polecam cię. Niechaj cię wyhodują na 
wielką służebnicę sobie. 

Krzyżem żegna 

brat 

Bohdan. 



Do Paua Jaua Eoźmiaua. 

FonłaineUeau, 30. lorześnia 1844 r. 

Kochany Janie! Dziękuję ci najuprzejmiej za serdeczną pamięć^ 
za nowinki i przesyłki z domu. Bóg ci zapłać za wszystko dobre 
dla nas. Piszę dziś kilka jeno słów, bo nie mam czasu. W obydwóch 
listach nie położyłeś swego adresu, ale jadę wnet do Paryża, to do- 



293 

wiem się u księży lub u Karola i za powrotem zaraz obszernie ci 
odpowiem na różne zapytania. O Karolu Z. ani wieści, ni słyclm, 
nie wiemy, co się to znaczy. Walerostwo ^) zamieszkali tu z nami. 
Przybył z nimi i X. Edward ^), niby to zdrowszy, ale po staremu 
wątły na siłacłi. Boimy się, aby mu nasz ostry klimat nie zaszko- 
dził, i ma racyę X. Piotr^), że się trochę dąsa na nieposłuszeństwo 
Edwarda, Lada dzień spodziewamy się X. Józefa*), a X. Hiero- 
nim ^) z twoim bratem włóczą się po trzech królestwach brytań- 
skieh. Nie wiemy, jak mu się powiodły kazania w Londynie. Józef 
mój w Paryżu, ale za niego i za siebie ściskam cię i pozdrawiam 
najczulej. Spieszę się na statek parowy, a więc żegnam aż do po- 
gadanki za kilka dni. 

Twój najżyczliwszy w Bogu 

Bohdan. 

Do Panny Zofii Rosengardt. 

Fontainebleau, 7. października 1844 r. 

Moja droga! Ivilka jeno słów napiszę, bo mam dziś i serce 
bardzo ściśnione i myśli jak na falach. Przybył mi nowy krzyż, 
krzyż tak ciężki, że powinienbym upaść pod nim. Cóż na to po- 
wiesz ? Nie upadam wcale. Owszem czuję w duszy cudowne uspo- 
kojenie i rezygnacyę, które wyraźnie ktoś dla mnie wymodlił. 
W krzyżu moim widzę, jakby osobną łaskę Bożą, jakby szczęśliwe 
rozwiązanie dramatu, który się strasznie wikłał przez żywot. Koniec 
tuż, tuż! Siostra moja rodzona"), którą najwięcej kochałem w ro- 
dzinie, dostała obłąkania. I dziwne obłąkanie. Widzi wciąż to matkę 
naszą, to mnie i ugania się za nami w nieutulonym płaczu. W li- 
ście do mnie widać wielką boleść moralną, ale zaręczam, o wielu 
rzeczach mówi jak najprzytomniej. Takie rozpasauie czułości, taki 
stan exaltacyi w kobiecie niemłodej, w matce dorosłych dzieci, z na- 
tury cichej i prostej, napełnia mnie zgrozą. Coś nnisiało zajść, czego 
nie rozumiem. Moje Mańeia ') i Misia ^j pielęgnują chorą z całą 



^) Wielogłowscy. 

^) Duński vel Karski. 

^) Semeneuko. 

^) Hnbego. 

^) Kajsiewicz. 

''') Antonina Linowska. 

') Pani Iwanowska. 

^) Pani Poniatowska. 



294 

troskliwością. Urywam na tern, wolę ci to opowiedzieć ze szczegó- 
łami ustnie, za ryeliłem, daj Boże, widzeniem się naszem w Paryżu. 
Módl się duszko na łntencyę mojej siostry i za mnie także. 

Gości tu huk, wciąż ktoś przyjeżdża, to odjeżdża i rad nie rad 
muszę przyjmować wizyty. Miesiąc bo winogradowych kuracyi. 
Wczoraj przybył' Mickiewicz z żoną i Różycki, półkownik, obydwaj 
moi niegdyś najmilsi. Eóżycki był u nas dziś z kazaniem, kocha 
nas po staremu, ale najzacięciej wierzy w Towiańskiego. Spłakaliśmy 
się w olijęciach. Z Adamem wczoraj Józef tęż samą miał scenę. 
Zapewne przyjdzie do mnie, bo zamieszka jakiś czas w Fontainn- 
bleau, dziś żonę wyprawił do Paryża z Różyckim. Powitanie będzie 
dla obydwóch bolesne, ale niech się święci wola Boża! Jestem go- 
tów do rozprawy. Zdaje mi się, że umyślnie przyjechali, aby na 
nowo kusić. Płaczą, że odrzucamy zbawienie i własne i narodu. Coś 
tam u nich gotować się mu.si, bo złagodnieli, zaczynają odwiedzać 
znajomych, byli u jen. Mycielskiego. Daj Boże I aby to nam wyszło 

na wzajemny pożytek i pocieelię 

Brat 

B. 

Mam, Zośko, gołąbkę, która od miesiąca przyleciała do mnie 
skądeś sama. Zapomniałem ci o niej napisać w dawniejszych listach. 
Osobliwsza kochanka i podziwia wszystkich, takiej przykładnej wier- 
ności, że ani na kwadrans nie odleci z pokoju, cliociaż otwarte wciąż 
okna, a czasem nawet wyrzucam ją na dwór umyślnie. Kto wie? 
co się w tem święci? Czasem sobie myślę, że ją ktoś przysłał na 
zwiady. 



Do Pana Jana Koi^niiana. 

Fontainehleaii, 11. października 1S44 r. 

Wstyd mi doprawdy, kochany Janie, że tak ci się źle odpła- 
cam za twoje braterskie i uczynne postępowanie z nami. Niema co 
mówić, zadłużyłem ci się nielada pod każdym względem, a osobli- 
wie pod względem listowym. Cóż na to powiesz? Pomimo codzien- 
nej przynuki nie mogłem i nie mogłem jakoś zebrać się na list. 
Owóż poetycka ułomność! Ilu znalem braci w Apolinie, każdy grze- 
szył tem samem. Wyraźnie żaden z nas nie ma na czaszce swej 
guza czy bossę pani de Sevigne. Przyjmij ten kranologiezny ogólnik, 
za co chcesz, za jaką taką exkuzę. 31 am ja lepsze, poważniejsze, ale 



295 



nie sposób je tobie wyspowiadać. Główna przyczyna meo-o dziś w.stivtii 
do korespondencyi, w ogólności do pióra, leży daleko głębiej, — na 
samem dnie duszy. Nie pójdę za nią nurkiem, bo wpadłbym zaraz 
na zawrotne otchłanie, między Wirgiliuszowe regna inania. Żywot 
nasz taki omroczny, tnmanny, to ciemno, chłodno, i niedziw, że 
czasem ręce opadają. Co mam w głowie i w sercu, dowiesz się kie- 
dyś żywym głosem. Zawracam tedy w powszedniość, w to, co Vol- 
taire nazywał, la vilaine prose. Poraówim sobie o rzeczach potocz- 
nych, o tem i owem, co przyjdzie na myśl. 

Zacznę chyba od swojej okolicy. Od niejakiego czasu szmnno 
tu i ludno w mojem Fontainebleau. Winograd na swojej dobie, to 
ustawiczny ruch i huk zdrowycli i chorych, cudzych i swoich, zna- 
jomych i nieznajomych. Mickiewicz z żoną, Eóżycki, Zan bawili tu 
kilka dni, ale sam tylko Eóżycki b}'!' z nami po dawnemu. Adam 
w sektarskiej zaciętości, zapomniał na wieloletnią przyjaźu, ani się 
zbliżał, chociaż wiem, że w duszy nie może mieć do mnie żalu. 
Arcysmutno rai było, ale cóż robić? Święć się wolo Boża! Walero- 
stwo ^) zamieszkali tu na dłuższy czas, do nich zjeżdżają się goście, 
księża i różne osoby świeckie. Z Walerostwa i księży jesteśmy wielce 
radzi, boć to brać nasza, służąca w Zakonie Pańskim, uczestnicy 
nadziei ziemskich i zaziemskich. Widzisz tedy, że nasze miasteczko 
śród lasów straciło swój pozór pustkowia. 

M . . . . wyładniała, rozliwitła z pączka, całą gębą śliczna i hoża 
krakowska dziewa. Mówię krakowska, bo nie ma w sobie nic rusał- 
kowego, ani ruskiego, ani powiewnej kibici naszych dziewcząt, ani 
głębokiego ich i melancholijnego wejrzenia; niepodobna zgoła do 
Maryi z powieści Mai czeskiego. Żonaci mówią, że lepiej 1 Nie wiem, 
ale sądzę" niewiasty wedle swego idea^łu, chociaż to prawda, że go- 
niąc za nim, zmarnowałem wiek i przyjdzie podobno osiąść na ko- 
szu. Żebyż to przynajmniej zmartwychwstali mi koszowi, toż wesoła 
ich a konna drużyna ! Zresztą M . . . zdaje się dobre dziecię. Pobo- 
żnie wychowana, a więc łagodna, cicha, łacno się zdoła przybliżyć 
do ideału żonki, jakiej chciał' wielki nasz Kochanowski. Eozszerzy- 
łem się umyślnie z tymi szczegółami, bo wiem, co pisali księża, 
a i mnie takoż poruczono swatanie. Giężkać w tem ze mną sprawa, 
bo inszy nasz ukraiński obyczaj. Bracia moi stepowi albo wykradali 
z niebezpieczeństwem Laszki, albo czekali, aż same żonki do nich 
przyjdą, a nie wdawali się w listy. Zawszeć w tem było zdanie na 
sąd Boży, chociaż nieco po barbarzyńsku. Żart na bok, mój kochany 

M Wieluglowscy. 



296 

Jasiu, wierz(^ z całej duszy, ze małżeństwo jeno sam Bóg liojarzy, 
czasem jako błogosławieiistwo swoje, a czasem na li:arę, w^edle sto- 
pnia czystości uczuć i myśli. Nic tu nie nada roztropność czyja, 
ni wszystkie ludzkie zacliody. Trudno wybrać zgodnego towarzysza 
do podróży n. p. do Włoch lub Szwajcaryi, a cóż dopiero do po- 
dróży całego żywota? Nie stręezę ci więc M . . ., bo się to nie go- 
dzi w rozumieniu mojem. Pomogę wszakże niegodną modlitwą moją 
przed Bogiem, a jeśli natcbnie cię ku niej postanowieniem, to i le- 
piej. Szczęść wara Boże! zawołam — i wtedy wysyłaj ranie w swaty. 
Przepaszę się ręcznikiem, jako starosta wesela, a umiem też z da- 
wnych lat na pamięć Wiesława, to będą i krakowskie śpiewy. 

12. października. Nie mogłem wczoraj skończyć listu, bo mu- 
siałem z gośćmi wyruszyć na rydze. O Przeglądzie twoim, kochany 
Janie, wiele byłoby do mówienia. Z jaką myślą i w jakim celu za- 
mierzasz wydawać swój Przegląd? Na jakich współpracowników 
liczysz? Dążenia krytyczne, mojem zdaniem, niepotrzebne w Polsce, 
a nawet całkiem wstrętne masie czytającej publiczności. My co in- 
nego mamy w sercach i głowach, nie krytyki, teorye i t. p. Syn- 
teza nasza filozoficzna leży między ludera, niesforraułowana dotąd 
i ledwie ją przeczuwają poeci, ale głębsza, rozległ ejsza niż wszystkie 
niemieckie, które dziś widocznie mają się ku schyłkowi. U nas po- 
trzeba budzić ducha ku czynom, a więc pielęgnować wiarę, miłość, 
piękność, poezyę, zapał i t. d., oddać je niejako pod straż i piastuu- 
stwo młodzieży naszej i kobietom. Pani Ziemięcka przeczuła była 
taki zawód dziennikarski, ale fatalnym sposobem wpadła w mgłę 
transcendentalną i rychło zamroczyła się i oziębła. Z Heglistami 
niech wojuje Cieszkowski a jeszcze lepiej Libelt, który jest nielada 
zapaśnikiem na Niemców. Strauss, Bruno Bauer, Feuerbach i spółka 
niegodni są, aby kto z Polaków podniósł przeciwko nim rękawicę. 
Młodzieży poznańskiej szkoda, ale nie ma rady, muszą ssać z owocu 
wiedzy niemieckiej, aż zgryzą kiedyś pestkę i zakosztują gorzkiego 
jądra. Nie wiem zgoła, zkąd ci przyszła myśl Przeglądu : z natchnie- 
nia czy z hmnoru polemicznego. Mój Janie kochany, źle się udałeś 
po artykuły do mnie. My poeci, ludzie planetarni, albo śpiewamy, 
kiedy nam dogrzewa słońce duchowe, albo railczym, kiedy zajdzie. 
Prozą tłómaczyray się chyba z musu i mamy w tera osobną swoją 
arcywyrozumowaną i rozumną racyę. Owóż światło i ciepło moje 
odeszło odemnie; słońce duchowe snąć dzisiaj na innem półsferzu. 
Dumać mi teraz, to śnić w ciemnościach, a modlić się po cichu, 
aż zaświta znowu dzionek. Niechno zaświta! to ujrzysz, jak ochoczo 
i hojnie wesprę twój Przegląd. Teraz nie muś mnie, nie wymagaj 



297 

rzeczy niepodobnych. Zresztą w tych leciech krótko mnie Pan 
Bóg trzyma, że czasem tchu braknie, coraz nowe nasyła krzyże, lu- 
boć nie nad siły, bo pokój mój i rezygnacya także się wzmogły. 
Niech się we wszystkiem święci Jego wola ! Doprawdy, błogo mi 
w (Inszy. Obiecuję ci jeiłiiak, mój kochany Janie, do twego dzien- 
nika żywot O. Topolskiego, spółukraińca i przyjaciela mego, którego 
niedawno pogrzebaliśmy w Montmorency. Cudownyż to mnich, od 
16-go roku Kapucyn, potem powstani^-c, misyonarz w Indyach i na- 
koniec pocieszyciel nas tu wszystkich. Coś anielskiego miał' w całej 
postawie, w obejściu się z ludźmi, czysty św. Franciszek Salezy. 
Eadbym, aby mi się udała jego biografia. Pomódl sie na tę intencyę. 

Cieszymy sie, że ci się spodobała nasza Konstancya '). Prawda, 
że nie dorównywa siostrze ^), ależ bo nie łatwo znaleść gdzie taką, 
któraby jej mogła sprostać. Tamta, to Ukraina moja wcielona, duch 
od stepów. Mało ją znałeś i w cli wiłach wcale niepoeiesznych. Żebyś 
ty czytał jej pisma! Kiedyś pokażę ci różne jej uwagi o religii, 
literaturze, łilozotii, narodowości i t. p. Tyle tam natchnienia, głę- 
bokości, blasku, a przytem świeżości i prostoty, że klękać. Taka 
wszędy świeża i nowa. I nie jest to uprzedzenie moje. Niemal wszy- 
scy poeci polscy poznali w niej i uczcili geniusz. Niech to, kochany 
Janie, zostanie między nami, nawet przed siostrą nie wspominaj, że 
wiesz o jej autorstwie. 

Ex puhUciii głucho. Łódkę naszą pielgrzymską trzyma le calme 
piat. Odczytuj z uwagą moją 3IcUą Gissę, to zrozumiesz, jak je- 
steśmy. Zresztą partye po dawnemu szamocą się w swojej czczości. 
Towiańszczyki przycichli, jakaś waśń wewnątrz, ale się tają. Gro- 
madka nasza żyje Avciąż w miłości i w zgodzie. Ksiądz Hieronim 
rośnie nam w oczach na znakomitego kaznodzieję. K-^iążę Eoman 
Sangiiszko w Jeruzalem z naszym I3entkowskim. Pojechało tam 
i wielu innych rodaków, a więc doliry daliśmy przykład. Dziękuję, 
mój kochany i poczciwy Janie, za wszystkie nowinki dobre i złe. 
Zawsze tak nam pisuj. 'J'ym sposol)em będziemy jakijy w domu. 
Osobliwie co się dowiesz z Ukrainy, takoż o Cieszkowskim, o Zy- 
gmuncie. Bóg niecłi tam l)ędzie z wami. niechaj was kocha i chroni 
od złego. 

Bohdan. 



^) Hi'abiiia Koiistancyii I\zewuska. 
^) Iliabiiia Dyoiiizya Poniatowska. 



Korospoudoncya .J. B. Zaleskiegij. 20 



298 

Do Pani Hrabiny Konstaneyi Rzewuskiej. 

Fontainebleau, 12 listopada ló44 r. 

Słóweczko tylko dziś, droga Kostusiii ! W duszy mojej zupeł- 
nie, jak na dworze, słotno, szaro, jesienno, to wole sumować sam 
w sobie, wole wtórować myślami w szum liści, lecących na wiatry. 
Zresztą Józef wyczerpał całkiem materyę. Oj I niema o czem stąd 
pisać. Ażeby coś wydumać miłego dla swoicłi l^-oehanycli, potrze- 
ł3aby doprawdy natchnienia, jak do poematu. A ty Aviesz, że na- 
tchnienie to Boży dech, gość z daleka, aż z nieba. Wszak znasz 
moją dumkę : 

Świat omamień mycłi pomaTu 
Niknie z pięknych mar drożyną, 
Coraz rzadsze dni zapału 
I łzy czucia rzadziej płyną. 

Tak bo tak ! Chociaż kiedym to napisał, byłem bardzo mło- 
dziutki, a teraz to jeszcze gorzej. Na około pusto, smutno, nijako, 
to zamierj-m dzień po dniu w sercu. Mówię w sercu, bo w duchu, 
w duchu nieśmiertelnym płomieni się zawżdy. Ale płomień też 
strzela jeno w górę i nie ogrzewa już po dawnemu swojej glinianej 
skorupy, musia^la się przepalić, spopielić. Płomieniem tym duclio- 
wym chuchani na ciebie i na twoicłi po wiele razy na dzień w mo- 
dlitwie, chucham i w tej chwili. To znaczy się, otulam cię miłością 
świętą, czystą, braterską, w której wszyscy zjednoczym się kiedyś 
w Bogu. Pokój tobie, siostro, pokój i pomoc Boża w zapasach co- 
dziennych z pokusami. Jak w tęczę, patrz. Kiciu, w anielską naszą 
Nisie ^) i w jej gwiazdkę, a cierp, a trwaj do końca. Niezadługo 
już będziemy się weselić razem. I Junka nasza to aniołek! Na go- 
dach tu życia wątpię, aby znalazła gdzie miejsce. Po naszemu prze- 
płacze i pizebołi swój wiek. W powietrzu jej dużo świętego tchu, 
bo nie chcę chwalić świeckiego jej talentu. Istotnie, zasłyszała coś 
z rozmowy mojej z Aniołem Stróżem, a dobrze, że zasłyszała słuchem 
dziewczęcym. W serduszku jej, pełnem świeżych uczuć, wykłuł się 
oto śliczny ideał, który, daj Boże, aby wcielił się w nią samą, 
a przynajmniej po połowie ze mną. Kochana, kochana Junka roz- 
rzewniła mnie do łez swojem współczuciem dla nieznajomego bra- 
ciszka, to podziękuję jej kiedyś inaczej — piosenką. Jak się ty masz, 
Iviciu, na zdrowiu? Napisz, co mówi Schónłein o twojej chorobie. 



^) Dyonizya Poniatowska. 



299 

Och ! i ja znam twoją chorobę. Eeakcya to życia, młodości, sil, co 
marnieją nieużyte, to w zemście swej pustoszą zawieruchą w sercu 
i w calem ciele. Czy przypominasz sobie, że u nas lud od*;'ania za- 
wieruchę krzyżem Pańskim. To perechrestysia i skazy — cur tobi ! 
pek tobi ! osena ! Mistyczne te słowa zapisuje ci na receptę lekarz 
doskonały, lekarz z doświadczenia. Zresztą, moja droga, otrzej łzy 
i dalej, dalej ! Nie zapomnij, Kiciu, że 19. listopada święto gwiazdki, 
urodziny naszej Nisi. My w ten dzień raniutko przystępować bę- 
dziera do św. komunii. Uczyń tak samo. Xa różnych punki ach ziemi 
stańmy tak razem w miłości przed Panem, to może wymodlira jaką 
wielką laskę dla kogo, a najlepiej dla ludu. 

Bóg z tobą. Kostusiu ! Bóg z wami i z nami! 

Całuję raz w czółko i po tysiąc razy w rączki. 

Twój brat 

Bohdan. 



KORESPONDENCYA 

JÓZEFA BOHDANA ZALESKIEGO. 



i 



KORESPOXDEXCYA 



JÓZEFA BOiANA ZALESKIE 



WYDAŁ 



Dyonizy Zaleski. 



^ TOM II. ^ 




LWÓW 

Nakładem Księgarni H. Altenberga 

1901. 



z drukarni Władysława Łozińskiego. — Zarządca W. J. Weber. 



Do Pauny Zofii Koseuffardt. 

Fontainebleau, 6. grudnia 1844 r. 

Od wyjazdu z Paryża nie miałem, duszko, ani jednej, co się 
nazywa, wolnej chwilki. Ciągle u nas ktoś gości. Naprzód z kocha- 
nym Artiurem przegawędziiiśmy u siebie i po sąsiadach kilka dni, 
aż zjawił się znów X. Semenenko, a więc i z nim też same koro- 
wody. Dopiero od godziny obejrzałem się po staremu, swobodny 
w swojem pustkowiu i zasiadam zaraz do stolika, aby pozdrowić 
swoją siostrzyczkę, aby choć słówkiem zdaleka popieścić biedną, osa- 
motnioną gołąbkę. Zośko najmilsza w tej chwili buchnęła 

pierś gorącem, rzewnem uczuciem na przestrzeń i stał' się cud. Wi- 
dzę, oj widzę Zośkę w jej wąskim pokoiku i słyszę luby, słodki, 
niewolący gwar z pod paluszków, że aż zamroź około serca mego 
taje. Boże zapłać, Boże pomóż, duszko, graj mi tam, graj w swoje. 
Niechaj ci praca umila twój żywot sierocy, niechaj ucisza fale, co 
miotają w młodziuchnem serduszku. Pokój tobie, siostro, pokój i bło- 
gie ukołysanie w objęciu twego anioła stróża. Och ! i ja, moja droga, 
radbym z duszy uspokoić się po długoletnich biedach, uspokoić się 
w pracy. Ale czarodziejka moja dawno mnie odbiegła, darmo ją na- 
wołuję miłośnie, nie wraca i bodaj nigdy już nie wróci. Święć się 
wolo Boża! Wszakże mam wolę zająć się czem bądź, bo jak to bę- 
dzie z próżnemi rękoma stanąć kiedyś wobec Pana? Oj źle, źle ze 
mną, Zośko I Eóżue a różne plany snują mi się po głowie i byle 

cokolwiek ocieplało w sercu, wezmę się za nie oburącz 

Ciągle myślę o przeniesieniu się do Paryża. Nie łatwo to będzie dla 
rozlicznych powodów, a nadewszystko żal mi cichego, samotnego 
kątka, w którym tyle dni przeżyłem pobożnie, że stał mi się jakby 
kątek własny. Nawłóezyłem się w tych latach do sytu, to chciał- 

Korespondencya J. B. Zaleskiego t. U, X 



2 

bym już osieść kamieniem. Wszędzie nam cudzo, i3usto, nijako,, 
to nie warto zmieniać miejsca. Paryżem brzydzę się, ale tam siostrzy- 
czka moja, to i Paryż miły. Po tylu latach nudów i tęsknoty na 
cudzej ziemi, Bóg ciebie mi dał, chwała Mu, chwała; oj, żeby nam 
już razem wi-acać do Polski, na Ukrainę. 

Bądź zdrowa i t. d. 

Bohdan. 

A nie zapomnij przysłać mi adresu Chopina. Co też za zima 
tego roku. Zupełnie a zupełnie jak u nas. Nie mogę się nacieszyć 
w lesie pozorem ojczystym. Ziemia i drzewa w śniegu, a stawy Iśknią. 
się lodem. Tyleż bo naszego. 



Do Pana Jana Koźmiana. 

Fontainebleau, 12. grudnia 1844 r. 

Kochany Janie ! W tej chwili przysłał mi ksiądz Hieronim list 
od ciebie, pisze, że mu go wręczył mój krewny, nie wiem, czy Ka- 
rol ^), czy też może przyjechał Ludwik^) z Berlina? Utęskniara 
bardzo zapoznać się z Ludwikiem, bo ile sądzić mogę z pisma, 
zdaje się, chłopiec pełen zapału i najpiękniejszych uczuć. Z Karo- 
lem nie tak jest źle, jak myślisz. Xa razie oczarował go był Adam, 
rozpalił ku rzeczom duchowo-mistycznym, ale powoli ochłonął i wi- 
działem go niedawno całkiem już wytrzeźwionego, a nawet w zacię- 
tym sporze z mistrzem i kilkoma sektarzami. Owszem upamiętał 
kilku młodych, którzy na oślep i dla samego tylko imienia wieszcza 
clicieli się rzucić w sektarstwo. List do C . . .. pisany był po pier- 
wszych rozmowach z Adamem, kiedy wykładał jeno ogólnie naukę 
swoją z ca-łym, jak wiesz, blaskiem geniusza i w arcydowcipnych 
parabołacli. Później rozbiło się wszystko w szczegółach. Urok 
zniknął, kiedy posłyszał' różne zdania sekty o Polsce, o szlachcie 
i t. p. Opowiadał mi Karol od deski do deski rozmowy swoje z Ada- 
mem. Niemal słowo w słowo to samo, co mnie kiedyś prawił. Sta- 
nęło na tem, że się pokwasili nieco nawzajem, i Karol obiecał mi 
całkiem zaniechać dalszych konferencyi. To się dzia-ło temu tydzień. 
Od tego czasu wątpię, iżby co zaszło nowego. Wszakże napiszę da 
Karola z ostrzeżeniem. 



^) Karol Zaleski z Pustowarni. 

''') Ludwik Jankowski, krewny Bohdana. 



Wczoraj wyjechał stąd do Pctryża k>iiulz Piutr. Widzisz tedy, 
że prawie wszyscy nasi młodzi księża zebrali się do kupy. Korzy- 
stamy z tej przygodnej a może i opatrznej sposobności, ażeby się 
nawzajem o najważniejszych poroznmiec rzeczach. Xaradzamy się 
często pod wezwaniem Duclia św. i nie wątpimy wcale, że coś poży- 
tecznego pozwoli nam Bóg dokonać. Chcemy kii większemu pospo- 
litemu dobru ześrodkowac jakoś pojedyncze myśli i luźne działania. 
Ilu nas je?t szczerych katolików w Paryżu i w emigracyi, podajem 
sobie ręce, aby przy nadchodzących okolicznościach stanąć jawnie 
na świadectwo prawdzie. Ezeez dopiero w zawiązku i trudno o niej 
pisać zwyczajną drogą. Znajdziem kogoś stąd. co ci ustnie wszystko 
objaśni. Tymczasem pomódl się na spoiną intencyę. 

Smutne, smutne, kochany Janie, wszystkie te twoje nowiny. 
Nie brakuje nam podobnych i skądinąd. Chmurno i duszno wszę- 
dzie, jak przed trzęsieniem ziemi. Serce ustawicznie w kręgach, 
to coś prorokuje nielada. Pan może tuż, tuż. On sam pojednać zdoła 
zwaśnione żywioły, rozbrat rozumu z sercem, serca i rozumu z wiarą. 
On ześle dopiero Ducha, bo ten, za którym uganiamy tu prorocy 
i nieprorocy, coś arcyniebezpieczny, jak ów, co kusił Hamleta, i nie- 
widomy też nikomu, chyba naszym Hamletom. Ufajmy, Janie, Pan 
Bóg złe przeinaczy, tak mi błogo z tą wiarą, jakby już umykał się 
cza.s, a otwierała się wieczność. 

Teraz rozumiem już wyjaśnienie, plan i zamiar Przeglądu. 
Szczęść wam Boże I — powtarzam z duszy, serca i powtórzę jeszcze 
w modlitwio. Xie spodziewam się jednak w Księstwie świetnego po- 
wodzenia dla waszego dziennika. W żadnym kącie szerokiej Polski 
nie znajdziesz takich srodze znarowionych umysłów, a tu głównie 
z nimi sprawę. Toż to uderzą we wszystkie dzwony na gwałt. Z tem 
wszystkiem nie grozi stamtąd wielkie niebezpieczeństwo dla bytu 
waszego dziecka, lękam się, aby je nie udusili saniiż piastuni. Kato- 
licy w Księstwie podobno wielcy panowie, z wyłącznemi wyo- 
brażeniami o rzeczach tego świata, to niedoI»rze, a nawet areyszko- 
dliwie. Z drugiej strony lękam się, aby cię nie zawiedli spółpraco- 
wnicy. Xa paryskich przynajmniej niewiele polegaj. Ksiądz Piotr nie 
zaczął jeszcze o Giobertim, przemyśla dopiero, mocuje się z termi- 
nami filozoficznymi, a nie czytał jeszcze ani Trentowskiego, ani Li- 
belta. Nie utam zgoła w jego styl. Napomykał mi Szymański, że 
ma dla ciebie parę rozprawek o ekonomii i rozbiór Cyprien Robert"a. 
Szymań.ski widocznie się kształci, ale nie cieszy mnie, że umiłował 
Roberta, który właściwie je.st blagueur paryski, a do tego już 
i nie katolik. Liznął coś słowiańszczyzny i zaraz wymarzył ogromne 

1* 



4 

SYSteiua. Z tern wszystkiein o książce Eoberta coś umieścić potrzeba 
w Przeglądzie, bo kwestya słowiańska dziś wszędzie na stole. Żeby 
to Sienkiewicz rozpisał się w" tej niateryi, którą zna, jak może nikt 
w Polsce. Będę go napędzał, a nawet zagrożę wznowieniem sporu 
publicznie o politykę Szafarzyka, której nie cierpi, bo republikańska. 
Cobym ja ci posłał ? Nie wiem, ale zawsze postaram się wygotować 
coś wierszami, a w najgorszym razie prozą. Teraz trawi mnie i trapi 
oschłość, wstręt poetycki ku wszystkiemu, co się nazywa literaturą. 
Mam przytem różnego rodzaju roztargnienia i gorzej niż roztargnie- 
nia, bo niesmaki, ale na co to już i pisać? Wybieram się do Pa- 
ryża na parę miesięcy zimowych, takoż wbrew ochocie i możności. 
Skoro się nieco ożywię, zasiądę zaraz do uiszczenia się tobie z obie- 
tnicy. 

Brakuje mi wiele, wiele książek, a radbym i ja coś powiedzieć 
o rzeczach słowiańskich, a przynajmniej o nowo rodzącej się litera- 
turze rusko-ukraińskiej, zwłaszcza że mnie Moskal Dubrawski, Ivozak 
Wicherski i insi wyzwali niejako na rękę. Czy nie ma w Berlinie 
warszawskiej edyc}^ Padury? A może kto tam przywiózł z młodzieży 
naszej poemata Srebrnego, Grabianki i t. p. ? Poprostu, Jasiu, skon- 
fiskuj na rzecz moją i dobra pospolitego. Za każdą taką książkę za- 
płacę artykułem do Przeglądu swoim albo cudzym. Stymuluję, pod- 
żegam oto, jako mogę, gorliwość twoją redaktorską, a i bez tego 
wiem, że rad będziesz rai w ezem dogodzić, bo znam i doznałem 
już nieraz twego braterskiego serca. Reszta na jutro. 

Otóż nie wiem doprawdy co począć? X. Hieronim swoim lako- 
nicznym przypiskiem nabawił mnie kłopotu. Dłużny jestem L. Jan- 
kowskiemu odpowiedź na list, a myślę wciąż przytem, że to przez 
niego pisałeś do nas. Ead nie rad muszę doczekiwać się z Paryża 
objaśnienia rzeczy. A ciężko mi na sercu, bo Ludwik to żywy 
głos z domu! Tymczasem, jeśli jest w Berlinie, pozdrów go naj- 
czulej odemnie i powiedz, że utęskniam niewypowiedzianie do ser- 
deezniejszej, ukraińskiej z nim pogadanki. Coby ci donieść stąd? 
Eocznica listopadowa odbyła się tego roku wcale przyzwoicie. Na 
wieczornem jeno zgromadzeniu zgorszył niepomału braci głos księ- 
dza starego, piorunującego na Jezuitów i Zmartwychwstańców. Mowa 
księcia Adama podobała się powszechnie, zaniechał w niej oklepaną 
od tylu lat Ibrmę, a zanurzył się głębiej w swego ducha; toż zaraz 
wytrysnęły świeższe myśli i gorętsze uczucia. Towiańszczyki świę- 
cili ten dzień głucho i niemo : ani w kościele, ani na żadneni ze- 
braniu nie pokazali się braciom. Adam, słyszę, arcyrozjątrzony na 
emigrację, że nie usłuchała Mistrza. Kursu w tem półroczu nie bę- 



dzie, zdaje się, że Yilleniain skłonił' do tego profesora. Druliiije się 
jednałi po franciisl^u Ijurs przeszło i zaprzeszłoroczny. 

Kazania Ijsiędza Józefa Z3'sliały wieili:ą wziętość w emigracji. 
Ja sądzę, że świątol:)łiwa posta<; mowey, toż prostota w wysłowieniu 
niepomału się do tego przyczyniły. X. Hieronim jednali zawsze pier- 
wszeństwo ma w zawodzie łiaznodziejsl^im, widocznie rośnie nam, 
rzadlio, bardzo rzadlio wpada już w ton dełiłamatorslii. A podziwiamy 
tu wszyscy niezmordowaną czynność i gorliwość If siedzą Hipolita : 
wyjeżdża w tycli czasacłi na missyę po załfładacłi. Ksiądz Edward 
lepiej się raa na zdrowiu i podobno wyruszy włirótce na służbę do 
Paryża. Z Artiurem Kośeielskim przeżyłem razem kilkanaście dni 
w Paryżu i tu w Fontainebleau. Niesłychanie tęsknił do Włocli 
i zapewnie już wyjechał ku Marsylii z Aleksandrem Potockim. Zdaje 
się, źe wyczerpałem w^szystkie potoczne stąd nowinki. W Paryżu na 
bruku zwykle ich krąży więcej, ale tu do lasu przychodzą za późno. 
Zawsze, kochany Janie, donoś nam po staremu, co zasłyszysz z kraju' 
wieści, bo tam twoje są inszego dla nas interesu i wagi. 
Pozdrawiam i t. d. 

Bohdan Zalesl-i. 

Eaz na zawsze łączę ukłony dla Celińskiego. Nie jesteśmy już 
sobie nieznajomi, ani cudzy. Mniejsza o to, czy spotkamy się w cza- 
sie, kiedyśmy się pobratali w przestrzeni. Kto wie jednak, czy na 
wiosnę nie zetkniemy się gdzie w Niemczech lub w Szwajcaryi? 
Podziękuj mu najuprzejmiej, że przytulił mego siostrzeńca. Mówił 
rai Kościelski o przygodzie Ludwika. Czuwajcie tam nad nim po 
bratersku. 

Nie wiem, kochany Janie, czy przed Nowym Rokiem wypa- 
dnie mi pisać do Berlina, a więc teraz przyjmij życzenia świąt 
i roku 1845. Szczęść Boże we wszystkiem, a daj nam uściskać się 
już w niepodległej a bogobojnej Polsce' 



Do Pana Ludwika Jankowskiego. 

Fontainebleau, 13. grudnia 1844 r. 

Kilka tylko słów piszę, kochany Ludwiku, bo nie wiem, gdzie 
jesteś, w Berlinie czy w Paryżu? Zmylili mnie na razie z tropu 
korrespondenci moi, że zniknąłeś mi z przed oczu, szczezłeś do- 
prawdy, jak wicher w stepie. Mój miły, mój dobry siostrzanie, na 
darmo ci mówić, ile mnie uradował twój list. Kozaczym swoim zmy- 



6 

slem odgadnij, jak mi dzisiaj w sercu? Oj, upiory moje wstały 
z martwych; stara zapomniana dumka rozgrzewa pierś, toż tęskno 
mi, rzewno, a razem zacisznie i IjJogo. Tyś bo, Ludwiku, glos 
z domu, glos od żywych i umarłych, od stepów i Dniepru, od 
horodyszcz i mogił, głos wszystkiego, co tam było, a kfo wie ? 
może i tego co będzie, bo moc Boża wielka w słabym człowieku, 
ducha prorockiego daje miłości jego. Kto kocha, widzi ! Ogarniam 
cię w tej miłości, otulam w oboje ramiona z rozczuleniem. Witaj 
mi, serdeczny spółzemlaku, krwi moja, krwi moja własna. 

Nasamprzód przesyłam ci. Ludwika, błogosławieństwo wuja- 
tułacza, l3łogosławieństwo w Panu zupełne i na żywot cały. A zo- 
stań mi samym sobą, jakim jesteś w liście swoim, to jest, jakim 
cię wyhodowała Matka Ukraina. Zostań na zawsze duszą płonącą 
ku Bogu, ku Polsce, ku wszystkiemu, co wielkie, dobre, piękne. Nie 
zatrać na czole tego szlachetnego piętna szczerości i prostoty, z któ- 
rem ci tak do twarzy. Świt oj łukawy woroh! ale nie daj mu 
się zawojować. Ka tożeż my sia na Ukraini porodyty? Przeciw 
światu mamy krzyż Pański i mamy czary swoje domowe. 
W modlitwie a w dumce utul się pod nawałem następujących ułud 
i pokus. Bądź mężem, naślednikiem atamanów, co śpią po mogiłach 
naszych! Nadchodzi czas ku zmartwychwstaniu. Czuwaj że, mój 
drogi! Ufam w Bogu, że świat nie zmrozi ci zapału, ani zwarzy 
świeżego kwiecia, którem buja a pachnie jara młodość twoja. Nie 
wiem, czego przyjechałeś tu nauczyć się? Nauki tego świata, tego 
tu zwłaszcza starego ku zachodowi świata, są arcy, areybałamutne. 
Pomówimy o tem kiedyś szeroko. Teraz urywam. 

Jeszcze raz błogosławię cię, mój Ludwiku, i przyciskam do 
miłującego bardzo łona 

wuj 

J. B. Zaleski. 



Do księdza Hieronima Kajsiewicza w Paryżu. 

Fontainebleau, IŁ. grudnia lSi4 r. 

Zmiłuj się, kochany Ojcze Hieronimie, powiedz nam, co zacz 
był ów mąż młody, który ci wręczył listy od Koźmiana? Piszesz, 
że mój krewny. Azaliż Karol Zaleski, albo też może Ludwik Jan- 
kowski? Jeżeli Ludwik, to musiał ci powiedzieć, kędy się zahaczył 
w Paryżu i gdzie stoi kwaterą? Czekałem parę dni cierpliwie, czy 
sie kto nie zgłosi do Fontainebleau, ale po dziś dzień ani wieści, 



ani słychii. Odpisałem już szeroko Jasiowi, a i on nie napisał wyra- 
źnie, przez kogo wyprawił listy. Eadbym bardzo wytropić kuzynka 
Jankowskiego, bo to głos z domu, od żywycłi i uraarłycli, od 
stepów i Dniepru, od horodyszcz i mogił i t. d. A przytem dusza 
niepospolita. Mój drogi Hieronimie, wywiedz mi się troskliwie o ku- 
zynku i w skok przyślij tu jego adres. 

Całym dworem wyglądamy tu cię, Ojcze, z opłatkami. Prze- 
nosiny nasze do Paryża nie łacno uskutecznim, bośmy sie srodze 
wyiskrzyli, a tu jeszcze przeciw nam w całej potędze wystąpił 
J e w o P r e w o s c łi o d i t e 1 s t w o Generał ]\I o r o z. 

Całujemy cię (wszystka bracia) i polecamy się modlitwom. 

Twój 

Bohdan. 

Do Pauny Zofii Roseiigardt. 

Fontainebleau, 17. grudnia 1844 r. 

Pomodliłem się dopiero co za ciebie, moja droga siostro, ze- 
stroiłem się tem nieco z tobą w duszy, a teraz piszę kilka słów, 
ponieważ koniecznie tego wymagasz. Prawda, złota. Boża prawda, 
coś powiedziała w pierwszej części listu. Z rozradowaniem serde- 
cznem i z pewnym rodzajem cłiluby, potakiwałem w każde słówko 
twoje. Tak bo niewątpliwie wszczęło się między nami bezimienne 
uczucie, tak się rozwijać miało, tak się poczęło i tak się sprostować 
znowu da. Mądrze i święcie postąpiłaś sobie, żeś się uciekła po radę 
wprost do Chrystusa Pana za pośrednictwem spowiednika. Go ci 
mówił bogobojny kapłan, toż samo miałem zawsze w sercu i nieraz 
w ustach, tylko nie zdołałem nigdy nakłonić woli i ustroić się w po- 
wagę do wyśpiewania całej prawdy . . . 

Jest inszy sposób uświęcenia naszych stosunków, ale nie wolno 
mi o nim pomyśleć, póki chodzę w żałobie, póki chodzimy oboje 
w żałobie po Matce. Stan tulacki to osobny zakon Boży. Mnich ja, 
Zośko, sierota po wszelkiej piękności, po wszelkich pieszczotach tego 
świata. Tyleż mego było w życiu, com przedumał gdzie w ukryciu. 
Jednakże na coś Bóg dał mi ciebie ? Nie chcę badać Jego wyro- 
ków, jak nie badałem, na co mi dał tamtą siostrzyczkę na Ukrainie ^). 
Wielka miłość i wielka boleść zawsze są ze mną, a obiedwie może 
największe łaski, bo wznoszą ducha, oczyszczają i otwierają wrota 
do nieba. Świeć sie wolo Boża ! 



^) Dyonizya Poniatowska. 



8 

Nie widno już pisać, a przy świecy ani rusz nie mogę. Trzeba 
tedy kończyć. Do Chopina jutro napiszę. Zaklinam Zośkę, aby się 
nie zniechęcała do muzyki, bo w tern obraza Bogu i krzywda lu- 
dziom biednym, których serca potrzebują czarów. 
Bogu cię, siostro, polecam. 

Bohdan. 



Do Paui Konstancy i Tomaszewskiej. 

Fontainebleau, 22. grudnia 1844 r. 

W żłobie leży, Któż pobieży? Kolendować Małemu: Bieżmy,, 
bieżmy 1 Wszyscy razem, Szanowni nasi Państwo Józefostwo, pokło- 
nić się Chrystusowi. Upadnijmy na kolana w pokorze i skrusze i po- 
kajaniu, bo któż tu jest z nas, któryby Mu czemś nie przewinił. 
Płaczrayż za winy, a radujmy się z Narodzenia i śpiewajmy Mu 
gorącemi sercami chwałę; wszakże to tu w rozmiłowaniu się Swo- 
jem w nas przyszedł odkupić nas z upadków naszych i nędzy. 
Łammyż chleb Pański z weselem, bo miłosierny, miłujący aż do 
śmierci. Jeden tylko i sam jeden ma moc wyprowadzić nas z wy- 
gnania i wrócić do ziemi Ojców, czego Wara, Szanowni Państwo, 
i sobie razem życzymy. Bóg daj, byśmy razem na Ukrainie zaśpie- 
wali jeszcze wesołe Alleluja! 

Pełni dla Was szacunku i przyjaźni, sercom się waszym i mo- 
dlitwom polecamy. 

Józef Zaleski. ^) 
Bohdan Zaleski. 

Duszą i sercem jednoczę się do Józefowych życzeń i kolędy. 
Przykro mi, areyprzykro, że nie mogę po raz trzeci jeść kuti 
z kochanem Państwem raojem, którzy mi jesteście najbliżsi w emi- 
gracyi, niby powinowaci, krewni, r i dni a rodzina własna. Ofia- 
ruję Bogu za grzechy tę przykrość. Wybieramy się wciąż na mie- 
szkanie do Paryża, a są różne przeszkody, które musimy pierwej 
załatwić. Da Bóg, przed Nowym Bokiem ustnie złożym nasze ży- 
czenia. A teraz pozdrawiam w Bogu i ściskam w Bogu całe wasze 
gronko od najstarszego do najmłodszego. Bohdan. 



^) Pisany list ręką Józefa. 



X o t ji t k a. 1) 

W jakim stanie zostaje dziś Kościół Paiiski. tudzież wiara 
u ludów europejskich i w Polsce? Kwestya obszerna, tern obszer- 
niejsza, że stoi w połączeniu z kwestya inszą, jakie jest znaczenie 
Polski w Słowiańszczyźnie i w Europie? Kwestye tę dotychczas na- 
miętnie a zatem fałszywie roztrząsano. Xa swojem miejscu powiem, 
jak mi się to zdaje. Powiem wtedy, kiedy bt^dę wykładał znaczenie 
Ukrainy wzg-lędem Polski i Słowiańszczyzny. 

Czy Towiaiiszczyzna jest niebezpieczna ? Arcy. arcyniebezpie- 
czna, niebezpieczniejsza od wszystkich here^yi razem wziętych. Lu- 
dzie dobroduszni, a krótkowidząey usypiają w złudzeniu, że jakoś to 
Bóg odwróci, że się Adam z Andrzejem pokłócą, że się wszyscy na- 
koniec znudzą i t. p., uliczne brednie. Obudzenie się tych ludzi bę- 
dzie straszne. Naprzód Kościół z ustanowienia Chrystusowego jest 
wiecznie wojujący, a długo już spoczywa w stagnacyi. w otrętwieniu 
zupełnem względem ludów i królów, wina to wprawdzie nie człon- 
ków, ale Głowy, że indywidua myślą raczej o zbawieniu wlasnem, 
niż o zbawieniu Ivościoła. Powtóre ludzie tego hartu i geniuszu, co 
Adam i Andrzej i kilku innych, wiedzą doskonale, co robią i gdzie 
dążą: mogą się poróżnić, ale każdy z nich, a osobliwie Adam jest 
w stanie wzbudzić ogromną schyzmę, a jeśli na ukaranie Kościoła 
swego Bóg dopuści wojnę, mogą tę schyzmę intronizować w Polsce. 
Luter i Henryk YIIL byli to ludzie nieskończenie niżsi od naszych, 
a przecież protestantyzm trwa dziś w Anglii i w Niemczech, dogo- 
rywał, żeby przyjął albo katolicyzm albo syntezę Towiańszczyków : 
dotychczas, osobliwie w Niemczech, umysły mają się ku tej osta- 
tniej. Straus, Fejerbach, Bruno Bauer, a w części i stary Szelling, 
nie wiedząc o tem, są poprzednikami naszych proroków. Synteza ich 
nadzwyczaj łudząca i rozumna aż do zawrotu głowy, łączy bowiem 
w sobie w nierozjemuą ca^łość wszystkie systemata filozofi, spirytua- 
lizm. panteizm, materyalizm, mistycyzm ze wsz\stkiemi ich obietni- 
cami dla ludów, to jest z wszechwiedzą, z wolnością, z dobrym by- 
tem i t. p.. oraz z pozłotą ehrześcianizmu i hierarchii katolickiej. 
Dzisiejszej ludzkości tego tylko trzeba, to są ostatnie cele ich cywi- 
lizacyi, jakie im oddawna literatura prorokuje. Kościoła katolickiego 
bramy piekielne nie przemogą, wyrzekł to sam nasz Pan i Zbawi- 
ciel. Ależ bez skłonienia wolnej woli naszej ku ratunkowi, ludzkość 
może strasznie i długo cierpieć. Jest w Kościele moc i są środki 
niepochybne na przekonanie złego: są takoż cudowne znaki oznaj- 



^} Notatka bez daty, 



JO 

miijące, że Pan będzie sam wodzem w tej sprawie. Oi co są na 
wieżach, co widzą dalej, jaśniej, powinni co r3"chlej uderzyć w dzwon 
na gwałt, a przedtem jeszcze we wszystkie dzwony bić na pokutę, 
nawoływać ludzi do ołtarzy, bo biada, kogo Pan zastanie gdziein- 
dziej niż w Kościele. Z łaski Ducha św. ja niegodny i najgrzeszniej- 
szy, modlitwami zapewnie wsparty, miałem jakby jasnowidzenie 
przyszłości. Biada mi, jeśli zmarnuje tę łaskę, jeśli choć jeden pro- 
myk jej uronię ! A zamierzcha mi już w duszy dla wielości win 
moich z przeszłości, które mgłą ustawną wieją mi z głębi serca. 
Pamiętam jednak drogę, jaka dla rodaków moich jest przepisana. 
Z pustyni wsz3\stkobym, zdaje mi się, potrafił wyśpiewać i wypo- 
wiedzieć żywem słowem. 

Wyspowiadać teraz muszę grzech mój z Towiańszczykami. Wie- 
rzyłem zawżdy, nie w nowe objawienie, ale w nowe cuda i łaski 
Pańskie, bez których dalszy postęp dzisiejszej zgangrenowanfj ludz- 
kości zdawał mi się niepodobny. W czasie , rewolucyi i na wygnaniu 
czułem to jeszcze żywiej niż kiedyś. Adamowi (który dla zapozna- 
nia się sam do mnie przyszedł prosto z dyliżansu i którego od razu 
pokochałem z całej duszy), Adamowi, pamiętam, pierwszej go- 
dziny powiedziałem , że przyjdą nowi święci i nowi prorocy. 
W następnych latach często mu powtarzałem swoje przeczucia, 
którym on potakiwał z dodatkiem, że będzie nowe objawienie. 
Zaślepiony miłością dla niego, nie przywiązywałem wcale wagi do 
tych jeg:o słów, owszem słuchałem z lubością różnych mistycznych 
parabol, które on ubierał w najponętniejsze barwy katolickie. Później 
w Molsheim, czy Endoume, przy czytaniu Ksiąg Narodu, przypo- 
mniałem sobie różne słówka i myśli, pachnące lierezyą, i przerazi- 
łem się niewymownie w duszy na kilka dni. Ależ świadectwa o Ada- 
mie ś. p. Jauskiego i braci z klasztorku były zawsze jak najlepsze, 
zawstydziły mnie w mojej podejrzliwości i zakazałem jej sobie raz 
na zawsze. Byłem takoż wtedy w poetyckiem zwietrzeniu się, a więc 
na wszystko, co się działo zewnątrz moicli światów, nie chciałem 
i nie mogłem uważać. Tak samo było i w Fontainebleau, żyliśmy 
w stosunkach najserdeczniejszych. Zgodni w opiniach religijnych, 
zgodziliśmy się łatwo i na literackie, a w części i na polityczne. 
Miłość nawzajem wzmagała się, rosła niemal z dniem każdym. 
Moje płody poetyckie spółczuł i rozumiał jak najdoskonalej. Od na- 
wiedzin naszych w Szwajcaryi aż do przybycia Towiauskiego, był 
mi prawie najmilszy między miłymi moimi. Ivatedra w Kollegium 
francuskiem nie ucieszyła mnie wcale, znałem jego wstręt do Sło- 
wiańszczyzny i przeczuwałem coś niedobrego stąd, w braterskiej 



11 

o niego trwodze odradzałem uawet nowy ten zawód professorski, 
który go alioo w pychę, albo w upokorzenie przywiedzie .... 



Stefan Witwicki, Józef i ja, jako katolicy i praktykujący, by- 
liśmy już w posiadaniu całkowitej prawdy. Dlatego przeraziliśmy się 
wieścią o zjawieniu się Towiauskiego. Stefan był kędyś u wód fran- 
cuskich. Ja z Józefem w Beaune. List Adama z wierszykiem: „Sło- 
wiczku mój", wprawił mnie zrazu w osłupienie, a potem w niewy- 
słowioną trwogę, czy czasem przy chorej żonie umysłowo nie obłą- 
kał się i sam. Co spieszniej wyruszyliśmy z Józefem do Paryża 
dyliżansem. W drodze drżeliśmy w sercach, widocznie targani przez 
Aniołów Stróżów. Nie jedliśmy, ani pili z prostracyi moralnej. Mie- 
liśmy nawet jakoby widzenia ^) 

Józef Jeżowski. 

Józefa Jeżowskiego pamiętam od lat pacholęcych, jeszcze z Hu- 
mania, ale później w życiu nie spotkaliśmy się już nigdy ani razu, 
chociaż miałem z nim długo stosunki przyjacielskie i wiem dużo 
szczegółów o nim od moich najbliższych i najmilszych. 

Notatka o Juliuszu Słowackim. 

Z Juliuszem Słow^ackim zaznajomiłem się u Stefana Witwi- 
ckiego w Warszawie pod jesień 1829 r. Był wtedy młodziuchny, 
bardzo ładny i entuzyasta. Czytał nam z ogniem swoje poezye i rę- 
kopis zostawił dla poczynienia uwag. Ja wkrótce wyjechałem na 
prowincyę na kilka miesięcy. 

W roku 1830 widywaliśmy się z sobą często u znajomych, 
w ogrodach publicznych, w aleach, kędy literaci schodzili się gro- 
madnie. .Juliusz żył całkiem w świecie poetyckim, śnił jeno o wier- 
szach. My starsi śniliśmy już o czem innem. 

Notatka. 

Myślę, że Pan Bóg każdemu poecie daje przymioty jakiegoś 
ptaka. Temu orła, tamtemu słowika, owemu gołębia i t. p. Ja czuję, 

1) Z notatki. 



J2 

żem najpodobniejszy do skowronka. Jak skowronek, kocham się 
w poranku wiośnianym, wylatam w górę ku słońcu, ku jakiejś nie- 
dościgłej doskonałości. Jak skowronek, lubię bujać coraz wyżej 
i wyżej i spadam rychło na ziemię rodzinną, między rodzinne zboże 
i trawy. Jak skowronek, z natury mojej powtarzam codzień to samo, 
ani się zniecłięcam, ani łaję na Opatrzność, rad, wesół, póki wiosny 
i pogody staje. Jak skowronek, w locie ukośnym, równoległym do 
ziemi nie jestem osobliwy i każdy ptaszek umie to lepiej. Jak sko- 
wronek, łatwo daję się oszukać wszystkiemu, co lśni, jaśnieje, jak 
słońce. Widziałem, jak Francuzi łowili skowronki na zwierciadło. 
Och! ileż razy dałem się podobnie złapać! Porównanie takowe do 
skowronka mógłbym rozciągnąć bez końca. W młodości mojej, nie 
myśląc o tern, napisałem w Harmonii : 

Gdy na górach świta dzionek, 
A w dolinie srebrzy rosa, 
I ja bujam jak skowronek 
I ja lecę pod niebiosa. 



A dalej : 



Duch nie zgaśnie przez skonanie 
A dla ziemi — u mogiły 
Kilka piórek pozostanie 
Co ku niebu mnie wznosiły. 



Do Pani Hrabiny Konstaneyi Kzewuskiej. 

Pa ryś, 2. lutego 1845 r. 

Miła lvostuniu! Dawnośmy do ciebie nie pisali. Wiem, że 
w sercu swojem nie obwinisz nas o brak miłości, ale zawsze godzi 
się wytłómaczyć z mimowolnego uchybienia. Od Nowego Eoku by- 
liśmy długo na wyjezdnem z Fontainebleau, a od kilkunastu znowu 
dni wałęsamy sie po Paryżu. Mówię: wałęsamy się, bo ciężko 
tu nam i niepodobna zadomować. To też w anty-miejskim nie- 
smaku, ból głowy, ból zębów i t. p., biedy trapią nas obu- 
dwóch po kolei. Nie dziw się tedy, najmilsza, jeśli w takim stanie 
zdrowia i humoru nie bardzo jesteśmy skorzy i ochotni do pióra. 
Bądź, duszko, cierpliwa, a wynagrodzim, da Bóg, za dzisiejsze mil- 
czenie. Tylko ty. Kiciu, nie choruj nam. Dowiaduję się z boku, żeś 
w tym czasie gorzej cierpiała. Bóg z tobą, siostro! Eadbym z całej 
duszy, na pochylone wiekiem barki moje ująć nieco z ciężaru twego, 



abyś już co rychlej wyzdrowiała. Tyś taka mlodziuehna ! Oj, tyle 
i dla tylu potrzebna ! Kościół Notre Danie des Yictoires niedaleko 
od naszej gospody, to nie przestanę naprzykrzać się Matce Boskiej, 
aby cię nam tuliła i chowała w swojej świętej opiece. Kiciu droga, 
pielęgnuj się bardzo, lecz się i słuchaj lekarzy, bo mi krwawi się 
w sercu, ile razy pomyślę tu sobie, jaki tam na Ukrainie gwar ża- 
łosny i niepokój o ciebie, jak tam biedne zozule moje. Mamcia 
i Nisia szamocą się po stepie za tobą, ptaszyno błąkająca się sama 
jedna po świecie. 1 my, dwa pelikany wasze, i my nie bliżej od 
ciebie. Ale Bóg nasz wszędzie jest obecny. W N i m duszami na 
wysokości stoimy obok siebie wszyscy . . . Chuchamy na ciebie cie- 
płem tchnieniem czystej miłości i nabożeństwa, a jakżebyś nam 
nie odżyła? nie rozkwitła, stepowa lilijko zwarzona zawcześnie mro- 
zem tego świata ! Bóg z tobą I Cfam w miłosierdzie Jego, że pod- 
niesiesz się rychło na nogi, a ku wiośnie, jak ociepleje, jak złąezym 
się już w Panu, i nachuchamy wprost na serduszko, będzie ci jeszcze 
lepiej. Oj, nie pożalisz się, Kiciu, na miłość naszą. 

Eozstrojony jestem całkiem na gościnach tu moich w stolicy. 
Strasznie, Kiciu, zdziczałem, anim podobny do tego, co znałaś we 
Włoszech. Nie stworzył bo mnie Bóg na mieszczucha. Paryż, jak 
wielki, jak huczny i świetny, nie inspiruje mnie, ani nawet bawi: 
owszem odurza, zasępia; a co gorzej, wprawia w stan chorobliwy 
zarazem duszę i ciało. Wyraźnie tchu mi tu brakuje. Ja Słowia- 
nin, Ukrainiec, kość z kości ojców, to potrzebuję 
przestronno żyć, hej na zielonym stepie i. p o d sinem niebem. 
A dla .serca? och I dla serca potrzeba mi domu, domu, domu, 
uczuć domowych, których nie znałem nigdy i za któremi w tęskno- 
cie starzeję się oto i zamrę niedługo. Nie dziwcie się więc, że roz- 
miłowałem się w tęsknej ukraińskiej Dumie: że lubuję stale 
w pamiątkach z lat inszych, niestety minionych niepowrotnie. Chwilki, 
com przeżył z moimi, to jest z wami. Kiciu, tam wszystkiemi, co 
płaczecie nad Bohem, Dnieprem, Eosią i Eosawą, chwilki te jak 
perły swoje, poniżane na różaniec, liczę rano i wieczór, liczę 
niemal ustawnie na pacierze Panu. Wysycha już źródło łez, stygnie 
modlitwa, ale dopóki tchu w łonie, nie wypuszczę z rąk ani na 
chwilę swego różańca. Xa co ci ja piszę o tem ? Ułomność i grzech. 
W listach do kochanych ze starego nałogu zwykle zapominam się 
i postrzegam się dopiero po niewczasie. Powinienem jeno wciąż po- 
wtarzać: święć się wolo Boża! alljo otrzej łzy i dalej, dalej! 

Kiedyż bo, luciu najmilsza, ani sposób wymyśleć mi w tym 
Paryżu coś wesołego. Okna moje wychodzą na Palais-Eoyal i widzę 



14 

tłumy w maskach i bez masek, goniących gdzieś za Boeuf Gras. 
Paryż oto szaleje, karnawałuje w najlepsze, a tysiące ludzi cierpią, 
jęczą w grubej żałobie, to modlą się w Notre Damę. Expiacya i roz- 
pusta na dwóch szalacli ważą gniew Boski i miłosierdzie. Biada 
miastu, jeśli zło przeważy! Ale dajmy pokój płaczącym i szaleją- 
cym, Bóg niechaj ich sądzi! 

Nie mam dziś ochoty i humoru pisać do X . . . , X . . . , a na- 
wet jużbym nie zdążył wygotować listów do wieczora. Wolę więc 
wyprawić ten przynajmniej list. Ludwik i Antoni tak serdecznie 
i gorąco rzucili się w moje objęcia, że godzi się im wzajemnością 
wypłacić. Otóż czuję się dziś znużony, słaby, nie mam na zawołanie 
zapału, jak młodzi. A radbym tchnąć na nicli zdrowiem, życiem. 
Jutro, pojutrze, skoro wytchnę po bólu zębów i ożywię się na si- 
łach, odpiszę im wszystkim trzem. Tymczasem posyłam najserde- 
czniejsze pozdrowienia . . . 

Kiciu, duszko droga, co jeno będziesz miała wieści z domu, 
niezwłocznie podziel się z nami. Tyle bo naszego na świecie. My 
żyjem z wami. Jak się mają jedynaczki nasze: Mamcia, Nisia 
i Junka ? 

Całuję w obiedwie rączki i błogosławię z całego serca ciebie 
i Marylkę. Laska Pańska tobie i pokój, i zdrowie i wszystko dobre ! 

Bohdan. 



Do Pana Ludwika Jankowskiego. 

Fary z , 4. marca lS4o r. 

Ludwiku mój kochany. Bóg ci zapłać stokrotnie za wszystko 
dobre, coś popisał. Dziękuję najsamprzód za tkliwe a gorące uczu- 
cia, jakie wynurzasz dla mnie osobiście, i dziękuję, Bóg jeno wie, 
z jakiem rozrzewnieniem. Nawzajem, drogi siostrzanie, pełne mam 
serce miłości dla ciebie, że nie pożalisz się nigdy na wuja i chrze- 
stnego swego ojca. Osobno jeszcze dziękuje za mnogie poszczegółowe 
wiadomości o Ukrainie i rodzeństwie naszem. Wiadomości wpraw- 
dzie nie wesołe, ale zawsze arcy mi pożądane, bo z domu, z dale- 
kiego domu, co zasuł się gdzieś w tumanach czasu i przestrzeni. 
Dawnom bo was pożegnał, ciebie w kolebce jeszcze, a twoich 
i swoich na pełnych wodach żywota, wesolutkich i hożych. Dawno 
to, oj dawno, i nie dziw, że psotnik czas opustoszył nasze gniazdo, 
że Eliasza, Ignacego, twoją matkę, Genusię i resztę rodziny okradł 
z ozdó)) i wdzięków godowych. Tern rzewniej mi w duszy i tęskniej 



15 

do nich, że i ja starzeję sit^ już, a na poniewierce, a sam samiiitki, 
a nieprzydatny na nic swoim ukochanym. Ani pomocy, ani pocie- 
chy ze mnie. Ej, w świecie tym z ludźmi, jak w świecie Malcze- 
skiego : 

Eouią listek po listku, aż w późnej jesieni. 
Jak mszyste, głuche dęby stoją obnażeni. 

Świec się jednak wola Boża ! Snąć, że taka dola była d 1 a 
nas wszystkich najlepsza. Od wielu dni rozmarzony słodko wie- 
ściami, coś mi udzielił, rano i wieczór podróżuję wciąż myślą po 
Ukrainie, gdzieś nad Dnieprem, Eosią, Rasawą. Odwiedzam po kolei 
każdy miły kątek znany mi, czy nieznany, odwiedzam, i taję ser- 
cem i błogosławię młodemu pokoleniu, co umila tam pochmurny 
wieczór starszyzny mojej domowej. Od wielu też dni goręcej modlić 
się mogę. 1 bądź pewny, mój Ludwiku, że w tych wycieezkacłi 
i modlitwach zawsześ mi przytomny w pamięci. 

Osobliwszą przygodą wszyscy moi najukochańsi zamieszkali 
w kaniowskim powiecie. Przygodą albo nieprzygodą? Może w^ tem 
tkwi jakaś myśl opatrzna. A dla mnie? ile w tej okolicy tai się 
półsennego, półrajskiego uroku ! przyczepionym bo do niej tyla nit- 
kami najrauszych wrażeń i pamiątek moich. Jeśli Bóg da wrócić 
kiedyś do was, osiędnę najchętniej niedaleko Ezyszczewa, w Czu- 
czyńce, tuż pod Iwanhorą (bo na Iwanhorę nie wiem, czy będę już 
mógł' wtedy się wdrapać). Cuda się tam ongi działy z o ś mi o le- 
tni em dzieckiem. Trudno to opisać w hście, opowiem kiedyś 
ustnie. Dość, że tam zasłyszałem i chór gdzieś aniołów Bożych 
i Hetmańską Dumę prosto z ust ostatniego może naszego torbanisty : 

Z torbanem wyrósł ja. Dniepr, Iwanhorą 
Chata gdzieś w gaju siwego Znachora, 
Widzę — jak gdybym pożegnał je wczora ! . . , 
Spiewałoż ptastwo tam, byle dzień biały : 
To znów dziewczęta z majdanu śpiewały, 
To znowu męski głos wojennej chwały 
W cześć atamanów — mąciły się społem 
W pieśń jedną żywą. I pieśń tę połknąłem. 

Otóż tam poczułem się piewcą ukraińskim. Zmarnowałem 
wprawdzie na długiem burłactwie wiele darów i łask Bożych, ale 
po dziś dzień żyję tem jeno, com ztamtąd zapamiętał. Nieraz jeszcze 
w mych pieśniach usłyszycie o stronach iwanhorskich. Wyobraź 
tedy sobie, mój Ludwiku, jak mi błogo dziś pomyśleć, że wszyscy, 
com ukochał w życiu, skupiH się tam koło miejsc, gdziem uwięził 



16 

serce moje na wieki. Alexandró\viai i Pilawa, to dwa wytyczne piin- 
kta na rozstrzeniach, niby dwie moje stepowe, mogilne lataniie, co 
świeca wam w przeszłość i w przyszłość. Nie chce mi się dotąd 
wierzyć, ażeby Alexandrówka była omylna, zagubna, idź jednak, 
młoda bracio, za bliższą, jaśniejszą, promiennicą niebem i ku niebu ! 
Zresztą zagadka Boża leży tam głęboko jeszcze utajona. Najgoręcej 
dopiero miłujący posiędzie do niej klucz ! . . . Mickiewicz powiedział, 
że „Ukraina jest to ziemia nieodgadniunycli przeznaczeń, plac po- 
średni, neutralny między Polską a Moskwą, na którym i o który 
rozpoczęli najprzód bój poeci dwóch narodów." Ma poniekąd słu- 
szność. Z tera wszystkiem Polska zadłużyła się wielce Ukrainie. 
Mogę to tem śmielej mówić, że w drażliwej tej sprawie nosiłem 
częściej i ochotniej stronom polubowne warunki wiecznego pokoju, 
niż hasło wojenne do bratobójczych długich zapasów. Polska jednak 
młoda, póki jeszcze czas, powinna się zdobyć na szlachetną i pod- 
niosłą skruchę. Miłujcież tam lud i bądźcie gotowi w każdej chwili 
do wymierzenia mu sprawiedlwości, najzupełniejszej sprawiedliwości. 
Będzie wam za to duno przodkować mu do świetnego przerodzenia 
się w rzeszy słowiańskiej. Dobrze tedy, że szanujecie tam przeszłość 
domową, że zbieracie podania, kazki, pieśni i t. d., pamiątki staro- 
sławnych ojców. Dobrze to i mądrze ktoś obmyślił; szkoda tylko, 
że robota idzie jakoś opieszale. Z dotychczasowycli badaii i poszu- 
kiwań nieosobliwy wcale plon. Ja niemal tyleż wiem, a w niektó- 
rych rzeczach nawet więcej, chociaż taki młodziutki opuściłem kraj. 
Och Ukraina ! 

Tajemnica niezbadana spoczywa w niej, Boże, 
Samorodne wszystko u nas i bujne jak zboże ! 
Ukraina — matka nasza? och, och latopiscy 
Piśmiennicy tam kijowscy, co wiedzą bo wszyscy? 
Pan Bóg pisze jeno w niebie sam księgi tej ziemi, 
licciż wiecznie w procli z Hetmany, z piewcami swojemi ! 
Ziemia wielka I bojowisko od wieków człowiecze ! 
Sciśnij w garść, tą krwią zapachnie i łzami pociecze I ^) 

Eozwłekle oto wierszem i prozą gawędzę z tobą aż do znudze- 
nia. Postrzegam się trochę po niewczasie. Sam, Ludwiku, temuś 
■\\inien. Buch i zapał literacki, o jakich mi pisałeś, prace i podróże 
Szewczenki i t. p. cieszą mnie i pobudzają do spółdziałania. Jeżdżą 
tam insi po Ukrainie, a Ukraina jedzie tu po mnie ! A więc mate- 
rya o niej niewyczerpana nigdy u mnie. Ezadko przytem zdarza mi 



^) Potrzeba Zbaraska. 



17 

■się spotkać Ukraińca z młodszego pokolenia. Nie pokazuj tego listu 
ludziom, mało kto rozumie i czuje naszą sprawę, jak się należy ; 
.a przytoczone wiersze wyjąłem z dłuższego poematu ^), to przed cza- 
sem nie powinny byc nikomu znane. Wiersze te malowały na razie, 
co miałem w myśli, nie chcący, incognito, wybiegły na papier, ale 
już ich nie mażę. Będziesz oto miał facsimile wujowskie. Kiedyś 
na rodzinie, w Pijaeli czy w Hruszowie, przypomnisz sobie mile, że 
nawet z daleka i jeszcze nieznajomy, a byłem już dla ciebie szczery 
i wylany sercem. 

To, coś mi doniósł, Ludwiku, o kolejach swojej młodości, 

siostrzeńcu Hipolicie i w ogólności o szkołach u was, do żywego 
iibodło. Biedni wy, biedni z waszą tam edukacyą moskiewską ! Ale 
uchowaliście w sercach wiarę i narodowość, bo o resztg nie warto 
się troskać. Są mocne, opoczyste podwaliny, to będzie i gmach. Po- 
żytecznych w życiu wiadomości przy pracy uabędziesz w skok, 
a metafizyczne i transcendentalne nauki nie każdemu i nie zawżdy 
się zdadzą. Nam, Polakom, potrzelm dziś czegoś inszego, potrzeba 
świętego zapału, męskich, hartownych cnót, a które żywotniejsze są 
u ludu niż pomiędzy professorami. Niebawem poznasz lepiej Niem- 
ców, to przekonasz się sam, jak z gruntu wytrawili w sobie ducha 
mędrkowaniem i szermierstwem piśmiennem. Omdlewają też codzień 
na siłach, a niechno jeszcze przyjdzie gradobicie ! Po cóż nam jeść 
chleb ich z lebiody, kiedy mamy ii siebie pszenny? Nabywaj tedy, 
mój Ludwiku, skwapliwie umiejętności, ale obwaruj twe serce jak 
.najsilniej wiarą i polskością przeciw cudzym wyobrażeniom. Nie daj 
w sobie umorzyć zapału i plemiennej twórczej siły. Systemy 
filozofów, kruche to budowle, oj, tymczasowe namioty w pustyni ! 

1 biada temu, ktoby namiot taki ukochał i porzucić go nie chciał 
i dalej do ziemi obiecanej wędrować. Przedewszystkiera, drogi Lu- 
dwiku, zamiast szermowania w powietrzu po niemiecku, zwróć się 
raczej po chrześciańsku przeciw samemu sobie, przeciw pokusom co- 
dziennym. Spróbuj tej pracy, która jedynie na ziemi warta imienia 
walki, pracy na sobie. Dla młodości to jedna walka równa, a więc 
szlachetna i ważna! Niewyrobiony, niezahartowany duch własnem 
usiłowaniem, nienałamany do pokornej wiaiy, posłuszeństwa i po- 
święcenia cichego, wytrwałego, jakże potrafi służyć godnie wielkiej 
sprawie polskiej, która wymaga niesłychanej czystości, wytężenia 
•wszystkich władz moralnych, aby zwyciężyć mogła sprzysięgłe na 



^) Potrzeba Zbai"aska. 

Korespondeneya J. B. Zaleskiego t. H. 



18 

się siły zmaterjalizowanego, zbestwionego świata. W tern jednak 
zwycięztwie leży zbawienie nasze doczesne i wieczne. 

Przyjmij, kochany Ludwiku, za co chcesz te luźne ogólniki,, 
byle nie za pospolite wujowskie morały. Jako wieszcz i wieszcz 
chrześciaiiski mam poważniejszą rolę. Brzydzę się przytem od miodu 
wszelkiem pedanctwem. Za dalekoś odemnie i nie dość się znamy, 
abym skutecznie wpływać mógł ncS ciebie memi radami. Wiem prze- 
cież, że młodemu pożytecznie jest mieć kogoś, aby po przyjacielsku 
karcił lekkie zdrożności, od którycli nie może być wolen. Niech Jan 
Koźmian zastąpi mnie w twojem sercu: zacny to, prawy i światły 
Polak, a do tego dawny mój przyjaciel. W rzeczach moralności. 
i nauk bezpiecznie i ufnie polegaj na jego radach. Mogę ci zarę- 
czyć, że nie pożałujesz nigdy swej uległości. 

Dość na dziś, jestem bo nie zdrów i znużony, to i myśli mi 
się nie kleją. Ściskam za to najczulej i z całych sił Bogu cię po- 
ruczam i Matce Boskiej i całemu niebu. Do zobaczenia, mój ko- 
chany, mój dobry, mój serdeczny Ludwiku! Bohdan. 

Ma się rozumieć, że raz na zawsze i stary mój Józef pozdra- 
wia cię i ściska. Co będziesz miał z domu i z nowin kontraktowych 
o moich i swoich, nie omieszkaj donieść. Oj, biedne, biedne moje- 
siostry Antonina i Anna, a i Wiktorya nie weselsza. Jak się musi 
trapić swoją dziatwą, a osobliwie o Hipolita? Pan Bóg z niemi 
wszystkiemi. Dziękuję uprzejmie za książki, choć ich dotychczas nie- 
odebrałem. Prawdziwa to myłostyna, bo trudno tu o dzieła polskie 
i nie bardzo mamy za co je kupować na tułactwie naszem, zwyczaj- 
nie pożyczamy sobie książki naw^zajem. Nie macie wy w kraju ani 
wyobrażenia, jak tu bieduje eraigracya. Proszę, kochany Ludwiku, 
o korrespondencye Grabowskiego. Może je mają księgarze poznań- 
scy? Sprowadź takoż dla mnie nową edycyę dzieł K. Brodzińskiego. 

W listach do rodziny pisz czasem, kochany Ludwiku, i o mnie. 
Niech wiedzą przynajmniej, że żyję, żem zdrów, że ich kocham,. 
a codzień polecam Bogu. Wymyśl jednak najpierwej sposób, żeby 
nikogo tara nie narazić na prześladowanie. Ja sądzę, że mógłbyś 
na przykład pisać o mnie: brat biednej chorej naszej, albo kum 
Genusi. Kochani nasi pewnie się domyśla, że to mowa o mnie. 

Miałem z różnych stron raporta o Michale; krwawi mi serce- 
i straszno w duszy, ale nie śmiem go zupełnie potępiać. Najdawniej- 
szy to mój druh, a przytem nie pojmuję, dlaczegoby przylgnął do^ 
Moskali? Zresztą może się jeszcze upamięta? Może otwarcie przy- 
zna się do błędu i podejścia. 



19 

Czy nie wiesz co o Kra.snosielskich, co mieszkają w Birkaeh, 
i o Cichowskieh, co mieszkają w Serdiiikówce? Proszony jestem 
o to od młodego Ciehowskiego, który tu od kilku lat dzieli nasze 
tułactwo. iMają to być wasi sąsiedzi. 

Do Pana Antoniego Celłi'isliieia;o. 

Paryż, dnia 5. marca 184^') r. 

Młody mój i serdeczny bracie Antoni ! Jestem w tych czasach 
jakoś nieswój, nijaki, stoję niby z łódką na cnlnie piat. W takiem 
usposobieniu wstrętno mi do pióra. Mimowolnie chorowitem tchnie- 
niem zwarzyć mogę uczucie twoje, tak słodko pachnące ze swego 
pączka. A to byłoby smutno, arcysmutno między poetami. Odczytaj 
uważnie moją Md}ą Ciszę, to domyślisz się sam, jak mi jest. 

Mój drogi, jako widzisz, nie łacno mi na razie zestroić się 
z tobą uczuciem, niełacniej będzie i na potem. Nie na jednakich bo, 
oj, na odmiennych zupełnie wodach płyniemy! Tyś młodziuchny, 
czysty, miłujący, a więc na dobie łaski Pańskiej, i Anioł Stróż twój 
długo ci jeszcze będzie pożyczał skrzydeł do lotu. Ja mąż dojrzały, 
a więc na dobie jeno już prostej zasługi, to pieszo i o własnej sile 
kroczę, drogo też i gotówką kupuję swój chleb powszedni. W ta- 
kiem prawie chrześciańskiem pielgrzymować nam po ziemi ! Prawo 
to sprawiedliwością jest Bożą względem łudzi, jak znowu cicha, 
ustawiczna rezygnacya sprawiedliwością jest naszą względem Boga. 
A przecież, mój Antoni, i ja urodziłem się w Arkadyi! I ranie 
anioł mój nosił na wyżyny, skąd świętość, piękność, dobro i wszelka 
prawda świecą wiekuiście w tęczy. Toż pozwalał nieraz z promyków 
tam prząść wstążki na podarki dla biednej naszej ziemi. Ałe zmar- 
nowałem w marzeniach dużo darów i łask, sterałem się przytem 
na długiej poniewierce, to teraz czas świetnycłi uczuć już ściemniał, 
oj, minął i boli tylko życie, a kwiat jego zginął. Z tem wszystkiera 
nie wyrzekam nigdy: chowaj Boże! Owszem, tem rzewniej i miło- 
śniej otulam cię w moje objęcie, tem chętniej błogosławię i wysy- 
łam w świat nowego zapaśnika. Niech ci krzyż twój będzie lekki ! 
Zapłakało coś w sercu, kiedym odczytywał twój list. Gra bo w nim 
znajoma nuta, którą i sam śpiewałem długo i śpiewali ją rówiennicy 
moi dawno, dawno pożegnani . . . Pamiętam, że jak ty dziś do mnie, 
tak samo miałem się ongi do Brodzińskiego i do wielu, wielu innycłi. 

Miarkuj wszelako, młody bracie, i zapał twój i czułość, miar- 
kuj niepospolitym rozsądkiem, ale wyższymi względy na 
obowiązki twoje chrześciańskie i Polaka. Oszczędzaj się na czasy 

2* 



20 

próby, na czasy tuż bliskie, a w których całej energii ducha po- 
trzebować będziesz. Gotuj się tedy i hartuj dzień po dniu ! Bądź 
mężem poważnym, to jest spokojnie, pogodnie spoglądaj w przy- 
szłość. Przyszłość ta brzemienna jest wprawdzie wielką nawałnicą, 
ale grozi jeno zagładą złemu, co przez wieki nie stało się na dobro. 
Alboż Pan Zastępów, Pan i Chrystus nasz nie będzie z nami aż do 
Sądnego dnia? Kto wie, miody poeto, czy nawet śród tej nawałnicy 
nie złow^isz słuchem melodyi, rytmu, kamertonu nowej pieśni, co ma 
wtórować życiu następnych pokoleń. Daj ci to. Boże, ku chlubie 
i pożytkowi naszej Polski ! 

Nie przerażaj się takoż zbytecznie bałamutnym, to bluźnier- 
skim gwarem piśmienników tam berlińskich. Sierdzą się i skrzeczą, 
bo cierpią karę Danaidek, nie zapełniają nigdy próżni swego serca, 
chociaż weń wleją cały Ocean swej wiedzy. Napierają się koniecznie 
wiedzieć to, w co wierzyć mamy. Chcą zamiast wiary, przekona- 
nia, oczywistości. I gdzieżby wtedy zasługa ludzka była? Wierutni 
szalbierze, czy szaleńcy ! Mądrość icli też niemiecka jałowa, potę- 
piona na niepłodność, jak ława, którą żygają wulkaniczne pod- 
ziemia. Owszem (ciągnąc dalej porównanie), te ich systemy, w^ynu- 
rzające się jeden z drugich, są zupełnie jak systemy wull^anów 
pracujące w otchłaniach, co dymią wiecznie, a niekiedy za karę 
wstrzęsą ziemią i opustoszą jakąś okolicę, ale nie zaćmią przecież 
Bożego słońca, ani zgruchoeą całego Bożego świata. Chrystus Pan, 
objawienie Boże, zw^yciężył wszystkie ciemne moce, a Kościołowi też 
swemu zostawił obietnice i dziedzictwo. Możemy czekać spokojnie. 
Nie dawaj tylko, mój Antoni, nie dawaj ani na chwilę panującym 
sceptycznym ideom wyziębiać w sobie rodowitej wiary. Wierz sta- 
tecznie, ale wierz pomimo rozumu, pomimo zmysłów w pokorze 
i prostocie naszego poczciwego ludu, bo taka tylko wiara, wiara 
żywa, zbawia i tworzy cuda. Jakże zbawini się i zbawim Polskę 
naszą bez cudów? Owóż kto wiarą taką związek swój przyrodzony 
z Bogiem zachował, kto się z nieba nie wynarodowił', kto ciągle życie 
z niego czerpie pokorną modlitwą, żądzą i popędem ducha ku tej 
Ojczyźnie, ku tej jedynie wiecznej i bez złudzeń rzeczywistości, ten 
tylko tworzyć może, to jest życiem swojem życie w martwycłi za- 
palać, nie pracą i mozołem, to jest rozumowaniem i rachubą Niem- 
ców, ale tcłiem, wolą, czuciem prawdy, tern coś, co wyfilozofować 
się nie da, czem jednak ludzkość żyje, za czem goniąc, postępuje. 
Ku temu na wysokościach promieniejącemu celowi nawołuję cię, An- 
toni, gorąco i z całej mocy. Ceł to jedynie godny twojej pięknej 
i niepokalanej duszy. Wylej nań i zapał twój i czułość. Wtedy to, 



21 

co dziś mąci w sercu, co mroczy w umyśle, owe powszednie uło- 
mności, DR które utyskujesz w liście, niesmak, omdlenie, gnuśność 
i t. p., splouą od razu w ogniu miłości Bożej. Zmężniejesz wnet 
sam. orzeźwisz się, poczujesz w sobie siłę twórczą, siłę poświęcenia. 
Co daj Boże. Amen. 

Z temi życzeniami braterskiemi kreślę zarazem krzyż nad czo- 
łem twojem, chucham nań z głębi łona, co jeno mam tchu czystego, 
niech się rozejdzie w tobie ciepłem i światłem na żywot! Błogosła- 
wię oto ci, kochany Antoni, jakeś żądał na drogę. Błogosławieństwo 
moje stąd are^f ważne, że chętne, że od pielgrzyma i w Imieniu Bo- 
żem. Bez tego namaszczenia z góry, lichaby to była dla ciebie da- 
nina, bom straszliwie niegodny, całkiem ladaco, istny faryzeusz. Do- 
prawdy, mówię tak, nie przez pokorę, ale w uczuciu chrześciańskinj 
szczerości. Wstyd mi, męka i strach, kiedy mnie ludzie chwalą. 
Oj ! nie pochwał mi trzeba. Módlcie się raczej, módl się i ty, młody 
bracie, zawdzięczając mi moją otwartość i życzliwość. 

Ściskam cię i pozdrawiam 

Bohdan. 

Kartka ta zawiła, ciemna, nieczytelna; nie przepraszam jednak 
za nią. Doczekująe się lepszego usposobienia, byłbym zwlókł odpo- 
wiedź, nie wiem, jak długo. Sta-lo się! 

Do Pana Isuaceao Domeyki. 

Paryża 10. marca 1845 r. 

Kochany i drogi nasz bracie Ignacy ! Xa twój miły i pełen 
świętych myśli list, radzibyśmy podobnerai myślami odpisać, by się 
przy jednym ogniu ogrzać, ale za górami i wodami gdzie jesteś, 
podobno święciej niż u nas, i twoje też serce, choć tęskne po kraju 
i rodzinie, pięknie i pobożnie do nas się odzywa. Pamiętasz, jak 
widzimy, na te słowa św. Pawła: „Gdyż w nadziei ma orać ten, co 
orze." O! u nas tu nie tak, myśmy sie jeszcze nie wszyscy zbiegli 
w nadziei orać, jeszcze wielu z nas krecim się w obłędnem kółku 
polityki, jak gdyby nas dla polityki Bóg z ziemi naszej wyrzucił, 
ani myślim, że pokajać się i poprawić potrzeba. Wpraw^dzie przy- 
cichł nieco gwar, ztępiały rekryminacye dziennikarskie, ale to raczej 
zmęczenie się i strawienie w pustycli poswarkach, aniżeli dowód po- 
kory i poprawy, bo mało kto dotąd przybiegł spragniony ochłodzić 
się do źródła tej żywej wody, co daje życie. Moglibyśmy się na 
palcach prawie policzyć, choć Bóg dobry musi nas ku doln-emu wszy- 



y-) 



stkifli jakoś przyciąguąc. Jemu sposobów nie zabraknie, a zatem nie 
troszczmy się wiele, a Imię Jego błogosławmy bez końca. 

Dużo złego wyrządził nam przyljyły przed kilku laty Towiaii- 
ski, rozerwał on, co było złączone i co się nigdy nie powinno było 
rozłączyć; na dwa obozy rozdzielił tułactwo nasze. Przybrawszy na 
się posłannictwo Boże, zapowiedział nam pełność łask, które dla 
Polski przynosi. Zrazu tak nam był zawieruszył sumienie, żeśmy 
przez kilka miesięcy niewypowiedziane męki ducłiowe wycierpieć 
musieli, ale powoli odsłoniła nam się cała myśl straszliwego kacer- 
stwa, które śmiał podnieść do potęgi nowego objawienia. Jedni la- 
ską Bożą zasileni zatrzymali się nad przepaścią ; drudzy tak daleko 
już zaszli, że im się cofnąć teraz trudno. Co zaś dotąd najwyraźniej 
z jego nauki wykryło się, to że Kościół nasz święty przestał być 
prawym Ivościołem ; dał mu też Adam odrębne w kursie swoim 
nazwisko lvościoła oficyalnego {LEglise Officielle) i utrzymywał, że 
ducha w nim już nie ma. Chrystus, podług nauki Towiauskiego, 
ma panować na pewnych tylko sferach, Sakramenta święte tłóma- 
czą tylko ducbowie. Dusze ludzkie w miarę udoskonalania się lub 
upadku przechodzą av doskonalsze lul) podlejsze istoty, to zwierząt, 
to wszelkiego innego stworzenia. Niedawno nasz poczciwy Karol ^), 
Ijędąc w Fontainebleau z Adamostwem, prz3'szedł do nas i z wiel- 
kim zapałem do swojej wiary namawiał, a gdy nie mógł na nas 
dokazać, powiedział z westchnieniem : „Ha, to dopiero za tysiąc lat 
będziecie tam, gdzie my dzisiaj jesteśmy." Adam, chociaż kilka dni 
bawił, do nas nie przyszedł, a kiedym się z nim przypadkiem u Ka- 
rola spotka-ł, znalazłem go nadzwyczaj rozdrażnionego. Nie tak to 
łatwo, mój kochany Ignacy, być z nimi dobrze, w sercu naszem 
nic się nie zmieniło dla tych łudzi, których szanowaliśmy i kochali 
i szcź-erze mówiąc, dotąd kochamy, ale oni sami nas odtrącili, wy- 
łączyli się z pomiędzy nas i nie przesadzę, gdy powiem, zasklepili 
się w sobie. Kiedyśmy jechali do Ziemi świętej, poszliśmy do Adama 
z pożegnaniem, całując go i ściskając, chcieliśmy się rozstać z nim 
z całą dla niego miłością, lecz on powiał na nas zimnem i rzekł: 
„Widzę, żeście przepadli dla sprawy i że już z was nic nie będzie." 
Nie przeszkodziło nam to jednak modlić się za niego najszczerzej. 

Zwykłe z poza swego koła nikogo u siebie nie przyjmują. Nie- 
dawno jedei z pomiędzy nich, Seweryn Pilichowski, jeździł do Bel- 
gii, czy do kSzwajaeryi do Mistrza, wróciwszy stamtąd, miał objąć 
ster nad innymi, jako duch wielce już udoskonalony, i wkrótce też 

^) EóŻYcki. 



23 

wyszedł akt, którym siebie i swe mienie, na prawach w Polsce 
istniejących, Towiańskiemii, Mistrzowi swemu, w poddaństwo zapi- 
suje. Takowy akt, z poświadczeniem Adama za zgodność, złożył czy- 
niący w Komisyi Zjednoczenia z żądaniem, aby drukiem emigracyi 
był ogłoszony. Po ogłoszeniu zaraz pułkownik Kamiński z ich koła 
wystąpił i pismem do swego dawnego urzędu, dla nas niezrozumia- 
łem, wystąpienie ogłosił. Po nim wyszedł bez żadnej raanifestacyi 
Benderski. Tak stoją dotąd rzeczy, dalby Bóg, iżby wszyscy nasi 
kochani bracia, szczególniej ci, z którymi żyliśmy, naszem sercem 
nie pogardzali i z nami razem przybiegli modlić się Bogu za Polskę. 
Stefan ^), nasz Łazarz, dotąd siedzi w Grefenbergu, wodne ku- 
racye niewiele mu pomagają, spodziewamy sie go tutaj na wiosnę. 
Hotfmanowa z mężem wyjechała była do Ezymu, ale jej powietrze 
rzymskie nie służy, i wracają tu nazad. My na wiosnę mamy za- 
miar do Szwajcaryi na parę miesięcy wyjechać dla widzenia się ze 
znajomymi. Zacni i pobożni na.si księża pracują gorliwie i pięknie 
nad zbawieniem dusz naszych, dotąd idzie dość trudno, ale zmiło- 
waniu Bożemu nie było nigdy końca, też godzi się ufać, że i na nas 
biednych kiedyś się zwróci i łaską nas swoją oświeci. Gdziekolwiek 
kto z nas jest, módlmy się tylko gorąco o to, kochany Ignacy, i za- 
grzewajmy się w modlitwach i w przygodach życia wzajemną, nie- 
ustającą miłością, sercu i modlitwom twoim polecamy się i Bogu 
cię oddajem i do serca ciśniem. 

Twój 

Józef Z. 

Wszystkie bieżące nowinki wypisał' ci już Józef mój, ale że 
cię miłuję serdecznie, gorąco, to sam własnoręcznie wole dodać. 
Kochany Ignacy, tęskno nam za tobą. Nieraz w modlitwach, to 
w rozmowach gonimy w antypody twoje, daleki bracie pielgrzymie ! 
Wracajże nam zdrów, i daj Boże, co najrychlej. Przyciskam cię 
z całej mocy do serca, a Matce Boskiej i całemu niebu w rzev\nem 
westchnieniu poruezam. Xiech ci krzyż twój będzie lekki ! 

Bohdan. 

Smutno tu, że aż ciężko dychać. Starzejem się na poniewierce, 
w swarach, nieufności, a co najgorzej w grzechach coraz ohydniej- 
szych. Któżby z nas był ongi pomyślił, że Adam podniesie rokosz 
na Chrystusa i Kościół Jego? Czuwajmy nad sobą i módlmy się. 

B. 

^) Witwioki. 



24 

Do Pana Liubrika Jankowskiego. 

Fary 2, 1'k marca 1S45 r. 

Kochany mój Ludwiku, czytacie dzienniki, to wiecie o wszy- 
stkiem. Święć się wolo Boża teraz i zawsze i na wieki. Snąć było- 
i jest wiele złego u nas, że takie niebłogosławieństwo. Kórzmy się 
w proch i chwalmy z całej duszy Pana. Przemielimy się, bo id% 
czasy insze, lepsze, hej Eok Miłościwy! Pokrzepiajmy się, pod- 
pierajmy duch ducha, iżbyśmy udźwignęli krzyż Pański, godło wie- 
czne zwycięstwa i tryumfu ! Amen, Amen. Było tu hałasu i zgiełku 
nie mało, nie brakło och ! i dobrej woli i szczerego poświęcenia się. 
Wszystko nadaremnie. Pan rozporządził inaczej. Pan radzi o swej 
czeladzi. Po kilku dniach godowych, chodzim znowu w grubej ża- 
łobie. Żałoba oj ! do twarzy synom ziemskich nadziei. Przybyło bo 
tyle smutku, tyle opustoszenia tam po domach naszych. Co nie- 
miara łez i krwi wsiąka w ziemię pod nowy zasiew. Młode pokole- 
nie schodzi w otchłań w katusze cielesne, a na tryumf duchowy. 
Przeczuwam coś w duszy, co się wysłowić nie da, czego wysłowić 
nie wolno. Święć się wolo Pańska! — powtarzajmy, póki tchu. 

Jakie są wieści z domu, Ludwiku drogi? Boję się scen tar- 
nowskich u nas. Były po temu pogłoski, jak nam pisano na po- 
czątku lutego. Jedź co prędzej do Ezyrau po listy z domu i pisz. 
do mnie, pisz o wszystkiem. Co się działo tu między nami, niepo- 
dobna opisywać szczegółowo. Dowiesz się coś od Eohoz. który 
w tych dniach wyjeżdża do Włoch. Byliśmy i jesteśmy w przygoto- 
waniu do pielgrzymki. Wacio M . . . zdaje się, że skompromitowany 
w Poznańskiem. Od Jana ni wieści, ni słychu, myślę, że przyci- 
chnął przez roztropność. Za kilka dni spodziewamy się gości od 
Wawelu. Trudno pisać, co mani w myśli na razie, trudno i niepo- 
dobna. Do Rzymu napiszę może obszerniej pod adresem H. drogą 
osobną, o jakiej ci mów^iłem. Nie mam potrzeby zapewniać was- 
o uczuciach moich, spodziewam się, że im wierzycie na zawsze. 

Ściskamy was i błogosławimy obudwóch, a ciebie, Ludwiku, 
osobno je'5zcze tulim do serca po ojcowsku. Hartuj się, bądź mężem. 

Twoi obydwa 

J. B. 

Karol i Adam wciąż u Mistrza. Widziałem Seweryna, niezmier- 
nie zimny na ruch K . . . i wszyscy równie zimni ... że nie z du- 
cha i t. p. 

Co poczniesz z sobę ? gdzie jedziesz ? i kiedy ? pisz mi zaraz. 



Do Pana Jana Koźmiana. 

Kelil, 8. czencca 1845 r. 

Kochany Janie, przy wydarzonej sposobności dodaję tu parę 
słów, aby cię pozdrowić i uściskać. Z Badenweiler napiszę obszer- 
niej. W Paryżu nie ma nic nowego. X. Hieronim musiał już wyje- 
chać do Bruxelli, a za parę tygodni będzie w Monachium. Adam 
od liilkunastu dni wyjechał gdzieś do Szwajcaryi. Wyszedł z druku 
jego kurs z ostatniego roku po francusku, na czele książki w kształ- 
cie priface kilku Francuzów, adeptów Towiańskiego, wydrukowali 
rodzaj świadectwa o Mistrzu w tonie arcygroźnym. Nie mamy czasu 
notować inszych drobnych nowinek 

Bądź zdrów, ściskam cię 

Bohdan. 

I ja moje trzy grosze, kochany Janie, dokładam i ea^łuję cię 
najserdeczniej. Kiedyż to my się obaczyray? Daj Boże najprędzej 
i w dobrem zdrowiu. My tu tylko w^ przelocie, jutro jedziemy da- 
lej. Z ciekawości i nowości niewiele co mam dodać. Wyszła w Pa- 
ryżu broszura o administracyi w Eossyi par iin homme clJEtał; 
dedykowana Najjaś. Panu, złą francuszczyzną pisana, ale zawiera 
wiele ważnych szczegółów. 

Bądź zdrów i kochaj nas, jak my ciebie. 

Józef. 

Do Pauny Zofii Kosencardt. 

Badeniceiler, 17. czerwca 1845 r. 

Pozdrowienie tobie, siostro moja sieroto, pozdrowienie w Panu 
słodkie, rzewne, i tem słodsze, rzewniejsze, że leci oto zdałeka, 
skądyś od Eenu, z pomiędzy wąwozów Szwarcwaldu. Od tygodnia 
osiedliśmy tu przy naszej chorej ^), od tygodnia też zbierałem się 
napisa(; do swojej Zośki. Ani sposobu znaleźć wolnego czasu, duszko ! 
•Eano kąpiele, przechadzki, popołudniu gawedka o Ukrainie bez końca. 
Tak nasiąkła dusza moja różnego rodzaju wrażeń, że łacniejby mi 
było zdobyć się na dumkę niż na pospolity list. Do nikogo zgoła 
nie piszę, ale do Zośki potrzeba tchnąć choć słówkiem, aby nie po- 
myślała, żem o niej zapomniał. W tej chwili, jakby na złość, mam 



^) Hrabina Konstancya Ezewuska. 



26 

gościa, co mi nie daje pokoju. Kostusia śpi, to jej Marjlątko ^) 
wpadło do wujaszka i szczebioce nad iiszjma, to targa za rekawj, 
to chce czesać i t. p. Dałem jej lalkę i przycichła nieco. Nie uwie- 
rzysz, jakie miłe i roztropne dziecię. A jejże matka?. Oj, ledwie 
cień tej hożej dziewy, com przed ośjnią, laty pożegnał we Włoszech. 
Wyładniała wprawdzie w duszy i w ciele, ale wychudła, wynędz- 
niała, nabawiła się mnogich nerwowych niemocy, że doprawdy cień 
powiewny, raczej postać niewieścia, niż niewiasta żywa . . . Marylka 
zarżnęła się w paluszek, to Józef zabiera się do leczenia, a jam sam 
przecież w pokoju. Mieszkamy tu jak na pustyni. Badenweiler, mała 
wioseczka, niepodobna wcale do inszych kąpieli nienjieckich. Gości 
też niewiele, a że kraj protestancki, więc ani kościółka nawet na- 
szego. Z tem wszystkiem okolica prześliczna, niemal już szwajcarska. 
Z trzech stron zielone wzgórza, a z czwartej przełyska się Ren i si- 
nieją w dali góry Yosges. Tak tu świeżo, ciepło, zacisznie, że 
i w sercu mojem dziwy, co tam więdło, schło, marzło przez wiele, 
wiele dni, odżywa niby ku wiośnie, jako trawka Boża. Czy nie za- 
zieleni się i nie zakwitnie mi znowu? Oj, modlić się tu, dumać, 
a kochać, a śpiewać ' Żeby to siostrzyczka Zosia była tu z nami. 
Godzien mi tęskniej za tobą, ale i tęsknić grzech. Niech się święci 
wola Boża! Nic mi nie wolno na tej ziemi . . . 

Zośko najmilsza, jak się ty masz? Czy takoż słodka i pogo- 
dna ? Nie płaczesz, ani wyrzekasz ? ale w praczy i świętym pokoju 
niesiesz swój krzyż? Ty nie wiesz, jak ty podobna do Nisi, do- 
prawdy dwie rodzone siostrzyczki. Nie mogę myśleć o przymiotacli 
jednej, ażeby mi zaraz nie przypominały się przymioty drugiej. 
Może missya wasza na ziemi spoina. A co ja znaczę między wami? 
Oto, abym was podziwiał i błogosławił w Panu. 

Błogosławię też Zośkę i Matce Bożej polecam 

brat 

Bohdan. 



Do Pani Koiistancyi Tomaszewskiej. 

Badenweiler {Gd. duche de Bade) 
24. czerwca 1845 r. 

Szanowna moja Pani ! Dziś dwa tygodnie, jakeśmy się złączyli 
2 naszą kochaną niebogą. Czasby, oj czas, napisać choć słów^ko do 



^) Marya Pzewuska wyszła później za lir. Stadnickiego. 



27. 

swoich miłych w Paryżu. Powtarzałem tak sobie wiele dni, a je- 
dnak trudno było zebrać się na hst. Eoz raiło wahśmy się oto w pii- 
styńee naszej, to dzień po dniu mijają niepostrzeżenie. Zrana. póki 
śpi Ivostusia ^J, kąpiem się, sumujem samotnie na przechadzkach 
pomiędzy górami ; po wczesnym o 1-ej obiedzie spólne znów prze- 
jażdżki na osiołkach i gawedka aż do późnej nocy, I tak samo co 
dzień, a przecież kibujem się w tej tożsamości, bo prz^-pomina się nam 
życie nasze wiejskie, rodzinne. Serce też nasiąknęło słodkiemi wzru- 
szeniami, mnóstwem nowych wrażeń, to młodnieje, otwiera się, jak 
przemarzła rola ku słońcu, aby zazielenić świeżą trawką. Zacietrze- 
wiam się często w dumaniacii, jak za lepszych młodszych lat. Niech 
będzie pochwalony Ojciec Niebieski za te błogie chwile wytchnienia, 
któremi nas niegodnych udarować raczył ! lvochane Państwo w uczu- 
ciu swojem zrozumiecie teraz i uniewinnicie lenistwo do pisania. 
Bóg też świadkiem, ile razy na dzień zatęsknię do was, ile razy już 
modliłem się o podobny gdzieś dla was wypoczynek po nędzach 
i znoju tułackim. I rychlej czy później nie ominie was pociecha 
z nieba, boście wytrwali w trudnem powołaniu, znieśli ciężką dolę 
swoją po Bożemu, to jest w pracy, i z rezygnacyą. Upracowaniście, 
spłakani, zbiedzeni, toż miłosierdzie Boże tuż ! Wszak prawda, ko- 
chana Pani, że nikt a nikt nie ma już do mnie żalu? Ivochamy się 
znów po swojemu, po ukraińsku. 

Nasza chora wypiękniała nam bardzo i w duszy i w ciele, ale 
wątła, wiotka, powiewna jak bylinka stepowa. Mroźny oj wiatr wcze- 
śnie powiał, to zwąrzył w pączku, co miało kwitnąć i pachnąć na 
długo. Chuchamy też na nią obydwa, szepcem, co umiemy modlitw, 
na zaklęcie bied, a nie skąpim oraz swojskich ukraińskich czarów. 
Doprawdy, nie miałem ani wyobrażenia tylu na raz chorób i takich 
dziwnych nerwowych. Często nie chce się wierzyć, że to ta sama 
kobieta, którą przed siedmią laty tuliliśmy hożą, zdrową i taką swo- 
bodną. Opłakanaż bo jej była dola ! Marylątko, prześliczne dziecię, 
przypomina nieco matkę, ale podobno że więcej ojca. 

Okolica Badenweiler przepyszna, pełna cudnych obrazków na 
wsze strony. Z pomiędzy zieleniejących lasów i pagórków widać, 
jak na dłoni, wspaniale wijący się Ren, bogatą dolinę alzacką i si- 
niejące w dali popiętrzone pasmo gór Yosges. A pusto tu, zacisznie, 
jakljy gdzieś za światem. Żadnycli a żadnych zabaw, ani nawet la- 
dajakiej gazetki. To też goście wolą siedzieć u dawniejszych wód, 
chociaż nie ma co mówić i tutejsze wyśmienite. Nie wiem, jak tu 

^) Ezewuska. 



28 

długo zabawim. Doezekiijemy się przyjazdu za kilka dni siostrzeńca 
mego i Celińskiego, a potem wybierzemy się może razem na wy- 
cieczkę do bliższych okolic Szwajcaryi. Zawsze jednak zostaniem tu 
przynajmniej do połowy lipca. 

Co tam słychać w Paryżu, a osobliwie jak się ma kochane 
Państwo i resztka pobożnej naszej gromadki ? Jakie dobre wieści od 
panny Jeanety ? Czy zdrowa panna Józefa \), czy śpiewa i co? A w po- 
spolitych godzinach dnia jak się prowadzi? Czy potulnie i cicho 
dźwiga swój krzyż? Czy pogodna i wesoluchna zawsze, jak to ko- 
muś uroczyście obiecała? Brat w Bogu zasyła jej najżyczliwsze po- 
zdrowienie, a że trochę starszy, to zasyła razem i obrok duchowy. 
Przedewszystkiem błaga i zaklina, iżby nie poddawała się pogań- 
skiemu smutkowi i łzom. Skłonniśmy do tego bardzo jako Ukraińcy 
i wygnańcy, ale przepis Chrystusa Pana inaczej wcale brzmi. Mło- 
dziuchna jes?,cze, to powinna się rozbudzić z jałowych marzeń ku 
poważnej rzeczywistości ; powinna oburącz jiić się pracy, aż wyrobi 
w sobie, wypiastuje, jako cnoty własne, pokój i cierpliwość i szczę- 
ście i tyle, tyle silnej woli, czyli energii, iżby wystarczyła jej na 
umilenie życia rodzicom i starszej braci. Biada, kto już za młodu 
opuści ręce. Przepraszam teraz siostrzyczkę za surowe nieco upo- 
mnienie, a kończę prośbą. Badenweiler protestanckie, to niema wcale 
kościoła, a więc pomiraowolnie musimy żyć po heretycku. Siostra 
Józia niech raz w tygodniu wysłucha mszy św. na naszą intencyę. 
Odpłacim to jej kiedyś, da Bóg! Zacnego i kochanego kollegę Józefa^) 
osobno jeszcze ściskam i całuję. 

A co tam święci się ex fuhlich ? Doprawdy, kochany Józefie, 
od pacholęcych lat nie zaznałem takiej głuchej okolicy co do poli- 
tyki. W Bohaterce nawet kiedy niekiedy przychodziły wieści gaze- 
ciarskie z Taraszczy. Z tem wszystkiem nie źle to czasem pożyć bez 
dzienników, mały zresztą z nich pożytek. 

Pannie Julii •^) zasyłam tysiące uprzejmych braterskich słów 
i ukłonów. Stasia ściskam, całuję i upominam, aby się uczył, co sił 
starczy, a żył wciąż pobożnie i poczciwie. Czas już, aby seryo, po 
męsku pojrzał w swoją przyszłość. Eodzice potrzebują pociechy, 
pomocy, siostra opieki, Ojczyzna i wiara gorliwego i zdolnego 
obrońcy, to gotuj się, mój Stasiu ! Eano i wieczór rozmyślaj o swo- 
jem powołaniu. Skłoń jeno wolę ku pracy, naukom, a Bóg dopomoże I 



^) Józefa Tomaszewska, późniejsza Adamowa Podoska. 

^) Józef Tomaszewski, poseł na sejm 1830 r. 

^) Julia Sarnecka, siostra Konstancyi Tomaszewskiej. 



29 

Ukochaną Panie moją, Panie Józefowa, z osobliwą miłością 
i rozczuleniem ściskam za rączkę i pozdrawiam staropolskiem, chrze- 
ściańskiem słowem: „Pokój domowi'/' 

Brat Bohdan Zaleski. 

Proszę nikomu nie powiadać o liście, bo stąd zawiść i wy- 
mówki ludzkie, że nie piszę. Mam do tego arcyważne powody. Za 
nie w świecie nie chciałbym być panią de Seyigne. 

A Pawełek, a gołąbek? Obudwóch niech panna Józefa pogła- 
szcze odemnie. Obadwa nie bardzo .czyści i nie bardzo mili domo- 
wnicy. Mego w7chowau(a, jeśli się uprzykrzy, można bez korowo- 
dów puścić w świat, niech sobie leci do swego pana. Ja stąd będę 
nawoływał: pójdź, pójdź, pójdź! 

Do Panny Zofli Rosengardt. 

Strashurg, d. 20. lipca 1845 r. 

Zośko moja najmilsza, kochani nasi już o sto mil gdzieś. 
A wczoraj jeszcze dłoń w dłoni i serce przy sercu tuliliśmy się całą 
gromadką. Dzić w nocy przyjechaliśmy z Manheimu do Strazburga. 
Chora podróżna ^) puściła się ku Saxonii, a Antek 2) z moim Lu- 
dwikiem •^) płyną Eenem do Kolonii, Dusseldorfu i t. d. Józef i ja 
znowu sami, samiuchni błądzim po znajo-mych ulicach i rozpamię- 
tujem o inszych, milszycłi dniach, cośmy tu przeżyli w Strazburgu. 
Dawne i świeże przypomnienia biorą w kręgi serce, to uciekać stąd 
co rychlej potrzeba. Jutro jedziem do Molsheim a potem do Koł- 
maru a potem . , . sam jeszcze nie wiem gdzie ? Gdzieś na wieś, na 
ustronie, ażeby przecież nie cały rok ladajako zmarnować. 

Eozstrojony jestem, droga siostro, pożegnaniami, żal mi za ży- 
ciem rodzinnem, co tak szybko się skończ3'ło. Wszystko pierzchnęło 
nagle, jak sen. Sercu tem tęskniej i smutniej, że zakosztowało do- 
mowego szczęścia na cliwilkę, na jedną chwilkę. Oj, dziwne i nie- 
odgadnione to serce człowiecze ! Czemu wiecznie w niem i mętno 
i smętno? Duch jednak błogosławi Panu i błogosławić będzie póki 
tchu. Duch, dusza rozumie tajemnice bytu ziemskiego, nie zżyma 
się ku pracy i boleści, jak serce. Boleść, to stara matka nasza i pia- 



^) Ezewuska. 
2) Celiński. 
^) Jankowski. 



30 

stunka, co wyhoduje nas dla Ojca, który jest w Niebiesiech. W bo- 
leści pieśń, piękność i wszelka prawda i wszelkie dobro. A więc 
święć się nam -latko nasza boleści ! Boleść wypiastowaia Chrystusa 
Pana, w niej żył i uinarł, w niej odkupił rodzaj ludzki. Owóż po 
Chrystusowemu, po chrześciausku potrzeba nam umieć żyć i umie- 
rać w lx)leści ! to jest żyć i umierać z rezyornacyą i pogodą, a czego 
jednak rokoszanin w nas, serce, nie chce żadną miarą czynić 
ochotnie. Zośko, i ty, wychowanka boleści, toś prawdziwie siostrzy- 
czka moja na żywot i na wieki. Wypowiedzmyno wojnę na śmierć 
swoim rokoszanom, co pustoszą nam w łonach! Hej, ramię do ra- 
mienia. 

Pojmujesz zapewnie dziś powód mego milczenia. Szczegóły po- 
dróży do Szwajcaryi i pobytu naszego w Badenweiler zostawiam do 
ustnej, da Bóg, kiedyś rozmowy. Z Antkiem przeżyłem razem nie- 
mal miesiąc. Pokochaliśmy się bardzo, przylgnęli sercami do siebie, 
jak bracia. Piękna to i szlachetna dusza. A serce? Serce nieoce- 
nione, jakiemu podobnych ledwie kilka zaznałem w życiu. Umysł 
takoż ślicznie ukszta-łcony i będzie kiedyś chlubą rodaków. Daj Boże 
Polsce naszej więcfj takich młodzieńców! A mójże Ludwik? Poznasz 
go, to sama ocenisz. Oj ! złoty to chłopiec. Pysznię się nim, jak 
własnym synem. Z Antkiem często po całych godzinach rozmawia- 
liśmy o tobie. Chłopcy nasi wracają do Strazburga za dziesięć dni, 
stąd przez Szwąjcaryę pojadą do Monachium i t. d. 

Bądź zdrowa , Zośko ! Jestem dziś zdrożony, rozdrażniony 
w sercu świeżemi pożegnaniami, to myśli się nie kleją. Idę do ko- 
ścioła w modlitwie poszukać ulgi. Pomodlę się i za ciebie. Bądź mi 
zdrowa jeszcze raz, moja ty miła, dobra, kochana siostrzyczko ! 

Brat 

Bohdan. 

Do Pani Koiistancyi Tomaszewskiej. 

Strasburg, 20. lipca 1845 r. 

Szanowna moja Pani! Korzystam z wolnej chwili, jaka się po 
wielu dniach nadarza, aby dać przecież o sobie wiedzieć swoim ko- 
chanym. Wczoraj pożegnaliśmy w Manheimie naszą chorą ^), która 
wyruszyła do Drezna na wodną kuracyę, a ku jesieni może da Bóg, 
że będzie mogła wrócić do domu. Mój Ludwik 2) i Celiński odpro- 



^) Ezewuska. 
^) Jankowski. 



31 

wadzają podrużną do Frankfurtu, a wIpc znowu sami samiuclmi 
z luuim Józefem blądzira po Strazburgu. Dawne i świeże przypo- 
mnienia biorą w kręgi serce, to nie myślimy długo tu goście. Kilka 
dni musimy jednak zabawić dla spóJrodaków naszych, którym to 
dawniej obiecaliśmy. A potem odwiedzim Molsheim, a potem Kol- 
mar, a potem ... nie wiem, gdzie się udamy. Wiem tylko, że po- 
trzeba mi cichego kątka, żeby przecież nie cały rok ladajako zmar- 
nować. Za tydzień a najdalej za dziesięć dni wrócą moi Ludwik 
i Antoni, to po wyprawieniu ich do Szwajcaryi ostatecznie coś 
z sobą postanowim. 

Dziękuję, Szanowna Pani, za długi, miły, serdeczny list, jaki- 
ście do nas wespół z panną Józefą napisały. Bóg wam zapłać sto- 
krotnie za dobre słowo i życzenie. Xa razie niepodobieństwo było 
odpowiedzieć. Właśnie puszczaliśmy się na włóczęgę. Włóczęga 
wprawdzie niedaleka, bo do Szafuzy, ale że z chorą i całym tal30- 
rem, to wiele dni trwała. Potem goście mili, roztargnienia wyjazdu 
i pożegnania i t. p. 

Wszystko pierzcbnęlo jak sen, a sercu tem tęskniej i samo- 
tniej, że podrażnione, że kosztowało domowego szczęścia na chwilę, 
na jedną chwile. Oj, dziwne to serce człowiecze! Dusza wszakże 
błogosławi Panu i błogosławić będzie póki tchu. „Sława Bohu, sława 
Bohu za wsiu wsiaczynul" — jak mówi nasz kochany a biedny 
lud. Boleść, to nasza matka i piastunka, co wyhodowuje nas dla 
Ojca, który jest w Niebiesiech. W boleści pieśń, piękność i wszelka 
prawda i wszelkie dobro. A więc święć się nam Matko nasza bo- 
leści ! Przepraszam za ten ustęp o boleści, który nie wiem, jak nie- 
chcący wyrwał mi się z pod pióra. Przepraszam tem bardziej, że 
myśl nie całkiem jasna, bo w sercu mętno. Boleść wypiastowała 
Chrystusa Pana, w niej żył i umarł, w niej odkupił rodzaj ludzki. 
Owóż po Chrystusowemu, po chrześciańsku potrzeba nam umieć żyć 
i umierać w boleści, to jest żyć i umierać z rezygnacyą i pogodą, 
a czego jednak rokoszanin w nas, serce, nie chce nigdy czynić ocho- 
tnie. Dość, dość tych, jak zowią u nas, adronów. 

Szczegóły podróży i pobytu naszego w Badenweiler zostawiam 
do ustnej, da Bóg, kiedyś rozmowy. Czy zdrowi tam wszyscy u Pani 
mojej w domu? ICochanego koUegę Józefa całuję najczulej. Pannie 
Julii zasyłam uprzejme i najżyczliwsze pozdrowienie. Siostrzyczki 
Józi rączkę ściskam, i ściskam tem czulej i mocniej, ze dobra, 
słodka, pobożna. Uradował mnie wielce jej przypisek w liście. Nauka^ 
jako widzę, nie poszła w las. Błogosław jej. Boże, na żywot docze- 
sny i wieczny. Młodego mego przyjaciela Stacha tuU do łona i ca- 



Q-) 



luje w oba policzki. A paiiiąż moją. panią Józefowa, już nie wiem 
jak uczcić i umiłować? Oto polecam Boga i Matce Boskiej z całym 
domem. Pokój Pański, łaska i ukułysanie niecli spłyną z nieba na 
biedną Polkę i matkę wygnańców. Ściskam rączki jak rodzony brat 

Bolidułi. 

Xie wiemy zgoła, co się dzieje w Paryżu między bracią emi- 
grancką. Ksiądz Edward pisał już dawno i króciucbno. Można do 
nas adressować tymczasowo listy : a Strasbourg, poste restante. 

Muszę się też pochwalić przed Państwem. A co to za nieosza- 
cowany chłopiec mój siostrzeniec. Dusza osobliwej prostoty i przej- 
rzystości a serce jakie miłujące, a umysł! Doprawdy, pysznię się 
nim, jak wlasnern dzieckiem. Towarzysz jego, Celiński, takoż ko- 
chany i niepospolitych talentów. Pociecha mi z nich była i da Bóg, 
będzie i Polsce. Może w zimie będą w Paryżu, to zapoznam ich 
z Państwem. Mają jeszcze kawał świata oblecieć przed zimą. 

B. Z. 

Kochana nasza i szanowna Pani Konstancyo ! Pozawczoraj je- 
szcze płynęliśmy Eenem wesoło, ani do myśli nie przyszło, że tak 
szybko, jak płynie woda, przejdzie to wszystko. Otóż i życie czło- 
wieka, chwilka wesołości, pociechy a lata tęsknych dumań i osamo- 
tnienia. Jużeśmy się rozstali z naszą rodzoną, wczoraj rano razem, 
a wieczór o 70 mil byhśmy od siebie; niezadługo wrócimy do was, 
kocłiani nasi i szanowni, na gorzki cbleb tułactwa, jeżeli go sercem 
i miłością można osłodzić, rachujcie na jedno i drugie. Bóg przyj- 
dzie w pomoc, to jakoś dokołaczem te dui próby, aż zeszłe wam 
zmiłowanie. 

Całuję i t. d. 

JÓSQf. 



Do Pauny Zoiii Rosengardt. 

Kólmar, 8. sierpnia 1S45 r. 

Czemu ty, siostro, milczysz od tak dawna, że pomimo odezwy 
mojej ani wieści, ni słychu od ciebie? Biorąc rzeczy po światowemu, 
może masz w tem .słuszność, ależ z tem wszystkiera niewypowie- 
dzianie mi smutno. Czyliżby i Zośka była jeno ostatnim moim snem 
na kwiatach? Oj, na tym Bożym świecie, wszystko się dziwnie ple- 
cie, a im dalej w lata, tem więcej poronionych omamień. Nie godzi 



■sie tak muwic. Kładę palec na usta i po palcu poświstuję : „Otrzyj 
•łzy i dalej, dalej!" Proszę \NSzakże nie myśleć sobie, że ja stary. 
Owszem, odraJodniałem w tych czasach, serce roztiila się na kwiat, 
hej na kwiat jesienny. 

Dam pokuj żartom. Nasi kochani odjechali przedwczoraj. W tej 
chwili są już zapewnie w Monachium. Towarzystwo nasze Badeu- 
weilerskie rozpierzchło się, prześniło się oto całkiem, prześniło się. 
niestety, na zawsze. Tęskno mi bardzo za Antonim i Ludwikiem. 
€o w tych młodych sercach miłości, a co zapału dla wszystkiego, 
c-o wielkie, piękne i dobre I Żal się Boże! zmarnieją, jak ja, w za- 
mroźnem tchnieniu naszego wieku! Obaczymy ich, Zośko, za parę 
miesięcy w Paryżu, to nie warto się zawcześnie rozczulać. Teraz do- 
piero sami my. samiuchni, w starej swojej jeżowej skórze podnosim 
^nowu przygłaskane na czas kolce, że kto żyw, niech ucieka! Swięt- 
się jeduak wolo Boża ! Godzi się przecież podziękować Panu za ła- 
ski i pociechy, jakiemi nas w tym roku hojnie obdarzał. Zamykamy 
się na dwa lub trzy tygodnie u najbliższych stąd Trapistów. Może 
niegodne modlitwy nasze, ofiarowane we wspólnictwie ze świętymi 
mnichami, milsze będą niebu. I my święci, a przynajmniej poświę- 
ceni wielkiem narodowem nieszczęściem. Wołanie w niebo, to nie- 
jako nasz stan ! A tyleż bied różnych prywatnych i publicznych, że 
ani sposób je wysłowić"? Sami też potrzebujem trochę się u.spokoić 
po tem kilkotygodniowem błogiem roztargnieniu. 3Ioże Duch św. 
natchnie w pustyni czem dobrem? Może już uciszy to krnąbrne 
serce, co szamoce się i kwili w łonie lat wiele? Oj, czas mi przy- 
sieść nieco do stolika, aby zapracować na clileb powszedni dla sie- 
bie i dla drugicłi. Szczęść Boże ! bo mam niezmyśloną wolę i ochotę 
odpokutować za wieloletnie próżnowanie. 

Zosię też wynagrodzić powinienem za długie nudy i niesmaki, 
jakie wycierpiała z mojej przyczyny. Xiema co mówić, kochała ranie 
ongi trochę. Toż będę dziś tulić, kołysać, aż poczuje z pod lodowej 
skorupy serce wieszcze od mogił, stepów, co kochaio bez miary . . . 
Zośko! w końcu miesiąca a najpóźniej na początku września oba- 
czym się, da Bóg. Nie wiem, czy który brat święcie utęskniał t;ik 
do swojej siostry, jak ja do mojej. Proszę rai być na powitanie 
zdrową, hożą, wesołą .... Chcę zamieszkać w Asnieres, może w domu, 
gdzie stali G . . . Umyślnie wynoszę się za miasto, bo na seryo my- 
ślę pracować. Zosiu, jak się ma twoja mama ? 
Bądź zdrowa i t. d. 

Brat 

Bohdan. 

Korespondencya J. B. Zaleskiego t. U. 3 



34 

I)o Paua Posła Józefa Tomaszewskiego w Paryżu. 

Oelenberg, 14. sierpnia 1S45 r. 

Kochany i zacny kollego mój, Józefie ! Bóo- zapłać, wołani 
z całej duszy. Bóg zapłać wszelkiem dobrem i tobie i twoim pa- 
niom za uprzejme a przyjacielskie listy. Właśnie przy pożegnaniu 
z moimi młodzieńcami i na wyjezdnem z Ivolmaru przysłano mi je 
ze Strasburga. Xie mam dziś czasu podziękować należycie, jakby się 
godziło za serdeczne wasze dla nas uczucia. W Trapie tu o czem 
inszcm każą myśleć, a przytem i obaczyra się już niezadługo. 
Zawsze jednak nie chcę mieć na sumieniu niewdzięczności. Brzydki 
to grzech i dlatego stante pede choć kilka słów potrzeba napisać. 

Juk widzisz oto, kochany Józefie, obozujem na jakiś czas przy 
wyćwiczonem dzielnie wojsku Pauskiem. Trapiści, to stara gwardya 
Chrystusowa, Zmartwychwstańcy nasi, to młoda gwardya, a my? 
My, kozactwo Boże niesforne, niekarne, aż strach ! Puszczamy się 
gwałtownie niekiedy naprzód a najczęściej w tył. Ale niechno głó- 
wny korpus zagai bójkę, to obaczy świat, jak sławnie wpadniem 
nieprzyjacielowi na flankę, a wsiądziem na kark. Mamy tu najmil- 
szego staruszka, co nas po dwa razy na dzień mustruje wedle swego 
autoramentu. Jest to nasz świątobliwy a czcigodny spowiednik. Ojciec 
Augustyn, anielskiego ułożenia i dziecięcej a gołębiej prostoty. Dzię- 
kujemy niebu, żeśmy się w jego ręce dostali. 

Do widzenia się, szanowny Józefie! Niezawodnie pierwszych 
dni września będziemy w Paryżu. Myślę stanąć w Batignolles albo 
nieco dalej. Stan finansowy a głownie potrzeba cichości i ustronia 
pędzą mnie na gwałt za przesławną waszą stolicę. Mam dużo do 
nauczenia się, do czytania, pisania i t. d. Może się to na co przyda. 

Piszę ten list wilią wielkiego święta. Jutro tu nielada będzie 
roboty. Jeżeli panna Józefa wypełniła polecenie moje z Badenweiler, 
to jest sposobność spłacenia długu. W każdym razie nie czekając na od- 
powiedź, zacznę wypłatę. I sercem szczerem, braterskiem, jak to przystoi. 

Jeszcze raz dziękuję najśliczniej paniom naszym za list. Po- 
zdraw'iam je w Bogu najczulej, jakby prawdziwy Trapista. A ciebie, 
mój szanowny i kochany kollego, ściskam i całuję. 

Bohdan ZalesJci 

Ma się rozumieć, że nie zapominam i Stacha. Ściskam go też 
z wielką miłością. Pamiętam i to, że nadchodzą examina i wakacye. 
Hej, hej, żeby to mu pojechać do Bosówki M, a przynajmniej do Fon- 



^) Majątek Tomaszewskich na Ukrainie. 



ÓD 



tainebleaii, jak przeszłego roku. Biedne cMopczysko, żal mi go bar- 
dzo, a jeszcze większy żal rodziców. Bez czego bo się oni nie ob- 
chodzą! Łaska Pańska z wami wszystkimi, kochani wy moi I 

B. Z. 



Do Panów Ludwika Jankowskiego i Antoniego Celińskie2:o. 

Kolniar, 1. trrześnin 1845 r. 

Kochani, mili, serdeczni nasi Ludwiku i Antoni I Szantę pecie 
kilka słów jeno piszę, aby was uspokoić przynajmniej o nas obu- 
dwóch. Musieliście być nie mało zakłopotani naszem milczeniem. 
Owóż nazajutrz czy we dwa dni po waszym stcąd odjeździe wyru- 
szyliśmy do klasztorku Trapistów, niedaleko Mulhuzy. W świętem 
tem a cichem ustroniu, między świętymi a niemymi mnichami 
przeżyhśray trzy tygodnie na rekolekcyach, w nabożeństwie, postach, 
w skrusze i żalu, za grzechy długiego żywota. Odbyliśmy słowem 
spowiedź generalną jaknajprzykładniej przed świętym i najmilszym 
staruszkiem a razem istnym Aniołem Pańskim. Czyści jeszcze i nie- 
skalani światowem tclmieniem, zasyłamy wam błogo-slawieństwa, 
dzielim się Duchem Bożym, którego serca nasze pełne. Bóg z wami 
i Matka Boska z wami, najdrożsi ! Ileż razy bolałem przed Ołtarzem 
Pańskim, żeśmy was nie zabrali z sobą. Bylibyście znaleźli uspoko- 
jenie w umartwieniach, na które dziś wyrzekacie! Męty światowe 
byłyby osiadły na dnie serca. Szkoda, szkoda ! Ludwiku, krwi moja, 
synu mój, nie godzi się tak żywo brać do serca przykrości powsze- 
dnich. Wierzaj mi, nic się złego nie stało w domu, listy gdzieś 
zawieruszyły się na pocztach. Tyś młodziuchny, to bez miary 
czuły, ale w modlitwie i w pracy szukaj leków. I znajdziesz je, je- 
stem pewny. Modlitwa i praca, to woda słodka i woda gorzka na 
obmycie się i wyzdrowienie z chorób ludzkich. I daje Bóg jednej 
i drugiej wody obficie. Xuże, chłopcze, spróbuj tej kąpieli, spróbuj- 
cie obydwa, bo stosuje się to i do Antoniego, który takoż bardzo 
coś rozstrojony . . . 

Nie mam czasu i nie mógłbym wam dziś wypowiedzieć wzru- 
szeń i wrażeń, jakich doznałem w ś\v. Trappie. Znajdziecie to kie- 
dyś gdzieindziej, może w poemacie: lo son la cetra. Co Pan Bóg" 
na niej zagra? Nie wiem. ale będzie to zawsze lepsze niż wszystko, 
córa dotąd przepisał. Tymczasem módlcie się, abym nie zmarnował 
po staremu nowych łask i darów, bo ma to być kamer ton dla 
młodych pokoleń, w 'którym zjednoczym się i połączym na wieki. 



Jeszcze Pokora nie wyśpiewała Bogu swojej improwizaeyi. Przepra- 
szam was, moi najmilsi, za nudy, zawód i rozezarowanie, jakich 
doznaliście w pożyciu ze juną w Badenweiler i na podróży. Zgor- 
szyłem was i przeraziłem nie raz. nie dwa. Byłem nie swój, nie- 
przytomny. Ducli mój wieszczy był na dalekiej wyprawie, wędro- 
wał po otcliłaniacli. Wnętrzności moje wtedy skręcały się na struny 
owej cytry Bożej. Duch wie-zczy wraca, wróci niebawem, mani 
w Bogu nadzieję. Czuję go w moim .słuchu, w moim wzroku, czuję 
tętno, rozbrzmienie jakieś cudowne w calem jestestwie i pałam jak 
za najlepszych dni moich. Jak z duńskiego pieca rynną, kiedy pu- 
ścisz spiż już płynną, niby wodę zwierciadlaną, wzorów, kształtów, 
gliny mało, posąg, obraz, dzwon lu)» działo na skinienie stań się! 
staną. Kruszec zloty a rodzimy, wieszczej myśli tworzycielki, my 
w rozbryzgach tu widzimy, l^ieśni "? drobne to kropelki! Wieszcz 
swe skarby w ziemię grzebie, ku ducliowej swej potrzebie. Owóż 
módlcie się moi kochani, abym wytrwał, abym nie upadł pod na- 
dałem pokus, jakie uderzą na mnie w Paryżu. Oj ! żebym to dziś 
mógł pożyć kilka miesięcy gdzieś na pustyni. Ale święć się wolo 
Boża! Wyglądać was będziem w Paryżu tęskno i niecierpliwie, bo- 
ście potrzebni memu sercu. Bóg jeno wie, dlaczegoście się zaplątali 
w losy moje. Do widzenia się, moi drodzy, do widzenia się, synu 
Ludwiku. Piszcie już do Paryża pod adresem księży, jaki wam da- 
łem. W Strasburgu weźwiem jeno Ducha świętego i dalej w świat. 
Co to znaczy wszystko, dowiecie się później. Błogosławię was w Imię 
Ojca. Syna i Ducha św. 

Całuję i zacałowuję w niewysłowionej miłości. 

Bohdan. 



Do Panów Ludwika Jankowskiego i Antoniego Celińskiego. 

Kolni u7\ 1. tcrseśnia 1845 r. 

Szkoda, szkoda, moi wy. drodzy, kochani, serdeczni, żeście 
z nami do tej świętej pustki nie pojechali : dziś ustronie pobożne 
trzeba nazywać pustką, tak icli jest mało na świecie Bożym. Szkoda 
nie dla nas, ale dla was, że wam nie poskakało tak rzewnie serce, 
ze wam nie spłynęła taka gorąca łza, jakie nam spływały, kiedyśmy 
padłszy do nóg świętemu starcowi, przepraszali go za zgorszenie, 
któreśmy jego czystości i pokojowi wyznaniem grzechów naszych 
przynieśli, a on porwał się znienacka, jakby młodzieniec, pochwycił 
za ręce i całując a płacząc, mówił nam : „Mili moi, jam ubogi, ja 



nie mam wam co dać, ale co miałem, to już wam (lałem, oto dzi- 
siaj wziąłem dyscypliny na inteneye waszą, ażeby was Bóg od wszel- 
kiej skazy na świecie zacłiowa.1, i jeszcze wezmę i nigdy za was 
i za waszą biedną ojczyznę modlić się nie przestanę." 

Radbym, moi ukochani, ażeby nasi politykowie i twórcy sy- 
stematów mogli byli być przytomni tej scenie, możeby widoczniej 
uczuli, gdzie leży zbawienie ojczyzny. Módlmy się, moi kochani, 
serdeczni, módlmy się i kochajmy, a Pan Bóg cuda może sprawić. 
Przyciskam was obydwóch do serca, daj Boże, z wami obaczyć się 
i nacieszyć. Za kilka dni będziemy już w Paryżu, radbym mojemu 
jedynemu Bohdanowi co najprędzej wynaleźć jaki cichy, samotny 
kąt, gdzieby mógł swobo inie ducha łaski puścić po strunach gęśli 
i dla nas pokutujących a zgłodniałych w słowa odziać. 
Całuję was i t. d. 

Józef. 



Do Pana Ludwika Jankowskiego. 

Pary. i, 9. icrześnia 1845 r. 

Kochany mój Ludwiku, zastałem od ciebie list u księży na- 
szych. A więc. Bogu dzięki, miałeś wieści z domu i jesteś mi we- 
selszy, pogodniejszy. Dobrzeć to, ale na przyszłość usiłuj wypracować 
w sobie cnotę cierpliwości, bez której w tern życiu ani rusz. Oj I 
potrzebaby cię tu wziąć do akademii, do szkoły głównej emigran- 
ckiej. Co chwila, co krok bijem się głowami o mur, i cicho — 
i milcz. Biesiekierski niedawno tu, a już obrzydził sobie Paryż 
i wszystkie jego przyjemności. Elizium to dla bogatych próżniaków, 
ale dla cierpiących prawdziwie Wirgiliuszowskie regna inania, 
kraina smutków i nudy. Nie można ani wymyśleć dla poety stra- 
szniejszego wygnania. Ja uważam poprostu Paryż za swój czyściec, 
za miejsce pokuty dla wychowaiica stepów i pustyni. Xagrzeszyłem 
co niemiara dumaniem po bezludziach, marnując łaski i dary 
Boże, to sprawiedliwie dziś cierpię w zgiełku i smrodach wielkiego 
miasta. Nie żalę się też zgoła na Opatrzność. Czasem w głębi serca 
mruknę, ale to przeciw swojej Ukrainie. Darmo I taka wola Boska. 
Nie chcę się żalić i na Ukrainę. 

Dotychczas mieszkamy u księży, może nawet zostaniem na 
dłużej, jeżeli nie upatrzymy gdzie domku w okolicy. A nie łatwo 
upatrzyć, bo musimy żyć, jak mówią u nas. chytro, mudro i ne 
wełykym kosztom. W początku tedy października obiecujesz yawitać 



88 

(lu lla^. H^dt- cię wyglądaj, mój Ludwiku, z bijącem sereeiii i wy- 
ciugiiioiierai ramiony. Daj Boże, iżby nie zaszły jakie przeszkody. 
O pasport, jaki clicesz, francuski czy belgicki, możemy się łatwo 
wystarać. Jak staniesz w Bruxelli, napisz zaraz, to polecę ciebie 
i twój interes jenerałowi Kruszewskiemu albo Tyszkiewiczowi. Zgolą 
uczynię wszj-stko. co będę mógł. W tym czasie bawi w Belgii X. 
Hieronim, a za kilka dni wyjeżdża tam X. Alexander, to i on chę- 
tnie dopomoże co do pasportu. 

Antoniego pozdrawiam i ściskam najserdeczniej. A cóż on 
z sobą począć myśli? Spodziewam się, że przyjedziecie tu razem. 
B . . . i panna Zofia tęsknią za nim równie, jak i my. Panna Zofia 
zmieniła się nieco przez te ostatnie miesiące, znów poczyna kaszlać, 
a co gorsza, zesmutniala nam znacznie. Włodzia ^) poznałem i po- 
znałem bez [lytania się o nazwisko, taki przedni wasz dagerotyp. 
Widzieliśmy się już kilka razy, clioeiaż mieszkamy od siebie o trzy 
kwadranse drogi. 

Wczoraj Ijyliśmy razem na paradzie Towiańszczyków. Księża 
nasi cłn'zcili żyda, to wszj^scy byli obecni. Adam przesunął się jeno 
jak Banko w Hamlecie i zamierzclin%ł dla oczu. Od niejakiego czasu 
sekta zamieniła starą taktykę, poczynają zbliżać się ku katolikom. 
Adam pisał do naszyeli księży, a kiedy poszło dwócti do niego, 
przyjął jak najuprzejmiej. Upierał się, że jest w kościele, że nie 
dogmatyzuje, że gotów nawet odwołać to, co powiedział w swoim 
kursie antykatolickiego i t. p. Nie wiełe w tem szczerości, ałe wi- 
docznie wiatr powiał zkądś przeciwny. Onegdaj spotkał się z Józe- 
fem, sam umyślnie zaczepił i po przyjacielsku wypytywał się z czu- 
łością o mnie i t. p. Daj Boże upamiętanie! 

Zygmunt Krasiński wydrukował Trzy Psalmy w rodzaju Przed- 
świtu. Są dobre kawałki, ale i mnóstwo miernych. Zawsze rewelator. 
Żałuję, że się z nim w Heidelbergu rozminąłem. Zdaje się, że Zyg- 
munt był tu ukradkiem z Małachowskim, przynajmniej Małachowski 
nikomu nie cliciał powiedzieć swego adresu, oczywiście dlatego, że 
nn'ał kogoś z sobą, co się bał pokazać emigrantom. 

Polecam was i t. d. 

Bohdaf' . 



Biesiekierski. 



39 

Do Paua Autonieso Celiiiskiego w Mouaeliium. 

Pary}, d. l'J. ifrześnia 1845 r. 

Xie wiem, kochany mój Antoni, jak ci wjdziękować za mile 
i naj przychylniejsze listy twoje. Bóg mi ciebie przysłał w sam czas. 
bo pod omroczną już dobę mego żywota. Jemu więc nieeli będzie 
cześć i chwała! Doprawdy rzeźwiej mi, cieplej w sercu przy was 
młodych. I nad Polską też naszą zawiła niby śnieżni ca filo- 
zofska na dłuo;i chłód i słotę, to tulić nam potrzeba łono do łona 
i rozgrzewać się nawzajem. Co nie bredzą różni nasi marzyciele 
i utopiści ■? Na powierzchni oto Polski taki l^ezbożny gwar, a w jej 
głębiach, to jest między ludem, jaki znów rozjęk przeciągły? i jaka 
płomienna wiara? Jest czem rozradować się na żywot. Liczba świę- 
tych męczenników naszych ciągle się dopełnia. Kilka dni temu przy- 
była do Paryża Makryna Mieczysławska, przełożona Bazylianek 
która po siedmioletnich katowniach zdoła-ła uciec z trzema mni- 
szkami aż od Dźwiny. Eeszta jej trzodki, w której liczyło się prze- 
szło 40 panien, już u Pana zamęczona, a kilka dogorywa w kalectwie 
i nędzy. Trzy mniszki, z których każda inszą drogą dostała się do 
Galicyi, zowią się Warzecka, Pomarnacka i lvonarska, siostra Szy- 
mona. Darmo to mówić, co te l>łogoslawione niewiasty wycierpiały 
mąk dla Chrystusa ? co zniosły rózek, głodu i wszelkiego rodzaju 
zniewag? Posłyszycie je kiedyś w Ezymie. Budujemy się wszyscy 
Matką Makryną, bo jakoż łagodna, radosna w Bogu swoim. Krwią, 
łzami i blizny wysłużyła sobie łaskę u Pana, teraz dopiero wiem. 
co to liyłi dawni chrześciańscy wyznawcy. Z prostotą i lubością 
jakąś opowiada martyrologię swoich mniszek, a boli jeno nad lu- 
dem, co jeszcze srożej bywa katowany. Co się tam dzieje, drodzy, 
na Białej Rusi i na Litwie, a cóż dopiero u nas na Ukrainie? Opo- 
wiem za widzeniem się ze szczegółami. Opowiem takoż widzenie sie 
moje z Adamem. Byliśmy z sobą serdecznie i po bratersku, jak za 
najlepszych czasów, jednakże trwa w swojem, lubo mniej dziś uporny 

i zawzięty na Kościół 

Ściskam i t. d. 

Bohdan. 

Do Pana Jana Koźmiana. 

Paryż, ;2S. iwześnia 1845 r. 

Ivochany mój i drogi Janie ! Posyłam ci tę ramotkę o Hofma- 
nowej, napisaną przed kilkoma dniami. Nie p^.ialem czasu i humoru 



40 

przekopiować jej i rozszerzyć. Ciężko mnie pisać o nieboszce, a pro- 
fili o to Hofman i przyjaciele. 3Iam też wzgląd na nieobecnego 
Stefana, który, jako wiesz, miał dhigą zażyłość z ś. p. Klementyną. 
Odmień, popraw, jak ci się podoba, i wydrukuj z moją cyfrą albo 
i podpisem. 

Winszuję ci, mój drogi, nowego stanu, w który, da Bóg, 
wnijdziesz niebawem. Winszuję z pełnego serca. Szczęść wam Boże ! 
X. Hieronim napomknął mi, jak stoją rzeczy, i raduj em się obydwa 
z Józefem moim. Za parę tygodni przybędą tu Antoni i Ludwik, 
to obszernie do ciebie napiszem. Wacława i Włodzia widuję dość 
rzadko, bo mieszkamy na dwóch końcach Paryża. Nie masz nic 
nowego. Wiem, że X. Hieronim pisał niedawno. 

Całujemy cię i ściskamy. 

Bohdan. 



Do Pani Hrabiny Koustancyi Rzewuskiej. 

Fontainebleau, 29. września 1845 r. 

Nie mogę wydziękować się Bogu za nową oto łaskę, że cię 
nam tu przysłał w naszem sieroctwie. Witaj mi, spółukrainko moja, 
dc)l»ra, miła, kochana Kostusiu! Z czułością brata przyciskam cię do 
łona, mokremi oczyma dotykam czoła, rąk i błogosławię cię w Panu 
i pozdrawiam w Panu. Błogosławię jeszcze i pozdrawiam w tobie, 
biostro, kurylowieckie gniazdko, całą moją Ckrainę, wszystkich i wszy- 
stko, com umiłował' tam i pożegnał dawno. Z twego łistu buchnęła 
na mnie jakby woń stepowa i zagrabia w sercu żywa, rozciągła mu- 
zyka wspomnień, chóry tam utajonych głosów, co przebrzmiały już 
na ziemi. W niewypowiedzianie błogiem i rzewnem dumaniu szamo- 
tam się od kilku dni wszystkiemi uczuciami ku wam. Myślą i mo- 
dlitwą stoję ciągle obok was. Wielka miłość i wielka tęsknota, dwie 
tumanne otchłanie, między któremi wije się ścieżka mego żywota, 
jakoś mniej dymią, mniej wieją mgłą do oczu. Zaklęłyście je może 
Wiiszym pacierzem, siostry? Wycliodzę pomału z omroczą na słońce, 
tuż znów jaśniej, dalej widzę. 

Widzę och ! najprzód ciebie, wątła roślinko, zwarzona mrozem 
tego świata przed czasem. Opłakanaż bo była twoja dola, niebogo! 
Ongi we Włoszech za lat milszych, minionych, wróżyłem ci, pa- 
miętasz, kapryśnej nieco dziewczynie, niejedną biedę w życiu, ale 
nie przeczułem strasznej rzeczywistości, która tuż wtedy następo- 
wała za tolm. Znam, duszko, twoje dzieje. Brat i koclianek całej 



41 

twojej rodziny, to trudno wypowiedzieć, ile ranie smutny twój los 
utrapil'. Przebolałem ja i obżalowałem przed Bogiem każdą twoją 
troskę matki i żony ... A tu w położeniu naszem i z takiej odle- 
głości niepodobna ci było ponieść ani skutecznej usługi, ani nawet 
rady. W niemej żałości i niemocy naszej polecaliśmy cię jeno co- 

dzieu Bogu 

Prawda, moja droga, że nielada sęk dla mnie tkwi w liście 
Antosinym ^ ). Zachodzę w głowę, co jej jest ? Takie rozpasanie się 
czułości w jej wieku oznacza jakieś wielkie i rzeczywiste nieszczę- 
ście . . . Zdaje się, że na grobie rodziców naszych miała jakieś wi- 
dzenie! Opisz mi to ze szczegółami. Błogosławieństwo Pańskie niech 
będzie nad całym domem Avaszym, żeście ją sierotę prz}^'ęli i przy- 
tulili. Dziękuję wam wszystkim z głębi serca. Czy nie zasłyszałaś 
co, moja Kiciu, o Eliaszu ^) i o reszcie mojej rodziny? Dwudziesty 
piąty rok ż};ję oto na czużyni, prawie bez wieści i słychu o nich, 
że w pacierzu nawet nie wiem, czy modlę się za żywych, czy za 
umarłych. Wreszcie Kuryłówka ^), moje gniazdko, wyście moja ro- 
dzina, ja kukułka, ptak Boży, ptak wieszczy, wróżę wam wszelkie 
dobro i lecę dalej, gdzie wiosna. Józef mój pojechał za interesami 
do Paryża, to dziś sam jeno wyprawiam list. Za parę dni wróci 
i ma zaraz napisać do ciebie. Czy nie miałaś świeżych listów z domu ? 
Jaka Nisia"^) dobra, że mi przysłała rękopis swego romansu. Nie 
uwierzysz, jak mi tęskno za nim. Jeśli się nastręczy pewna okazya, 
to przyślij go z inszymi papierami, ale wolę przezwyciężyć cieka- 
wość niż naglić z przesyłką, któraby się mogła zawieruszyć gdzieś 
w drodze. O planach zjechania się w Szwajcaryi nie ma co jeszcze 
radzić, bo do wiosny daleko. Tymczasem, duszko moja, pielęgnuj 
bardzo wątłe zdrowie, bo pisała nam niedawno Nisia, jaka ty sła- 
biuchna i jak się tam o ciebie obiedwie kłopocą. Mało, Kiciu, wy- 
jeżdżaj a osobliwie na teatra i wieczory. A taż nasza Junka naj- 
milsza? Wiem od Nisi i od Dariusza o wszystkiera, co ma w gło- 
wie i w serduszku swojem, ale przed Józefem taira. Co to za 
powiastka o mnie? Jeżeli niedługa, to proszę mi przysłać w liście. 
Poczuwam się w obowiązku wzajemnie napisać powiastkę o Junce 
i o was wszystkich, starszych i młodszych, znajomych i nieznajo- 
mych. Cieszyliśmy się długo nadzieją, że matka z tobą przyjedzie 



^) Antonina Linowska, z domu Zaleska, siostra Bohdana. 
2) Zaleski, brat Bohdana. 

^) Majątek, należący do pani Felicyi Iwanowskiej, matki pani 
Ezewuskiej. 

*) Dyonizya Poniatowska. 



42 

i przywiezie uaiu ;>\voją iniziuę Jmikę. Bóg inaczej rozporządził. 
Dziej się Jego wolo ! 

Mv obydwa zdrowi, siedzim swoim obyczajem na ustronin, 
w mieścinie okolonej ze wszech stron lasera. Ma się już ku jesieni, 
to depcem liść opadły, a śnimy o wiośnie, o inszej gdzieś wiośnie, 
kiedy odmłodzeni i dłonie w dłoniach wszyscy już razem uściśnicmy 
się na kwieciecli, które nigdy nie więdną. Jozef zawsze najukochań- 
szy, a świąto))hwy i pobożny, że pociecha z niego Niebu i zbudo- 
wanie ludziom : z wielu, wielu względów podobny bardzo do poczci- 
wego Dariusza. Ja po staremu złośnik, ale przygnębiony różnemi 
biedami, poczynam się powolutku opamiętywać. Bicz Boży smaga 
bez ustanku. Cóż? kiedy nie chcę sam się położyć: owszem, co 
chwihi dąsam się i niecierpliwię, podobny w tern . . . nie wiem do 
kogo, może do dawnej Kici ? Duszko moja, co ja w tych kilku Ic- 
ciech doznałem zawodów i strat. Musiała to wam opowiedzieć Nisia. 
Starzeję się też galopem. Wyłysiałem i poczynam siwieć. Coraz 1)1 i- 
żej do noclegu, to i lepiej! Tullion, artysta francuski, wylitografo- 
wał prześliczny mój portret, [irzy okazyi poślę ci, abyś się przy})a- 
trzyla staremu, brodatemu torbaniście , . . 

Kostusiu najmilsza, o wielu, wielu rzeczach mam z tobą do 
pogadania i smutno mi, że tak daleko do wiosny. Pisuj do nas nie- 
często, ale szeroko. Obyczajh-m Nisi dzień po dniu poświęć nam })ól- 
godzinki, aż zapisze się półarkusik jeden i drugi, w stanie twego 
zdrowia będzie to najdogodniejsza metoda. 

Listy z domu co ciekawsze proszę dla nas chować, a nawet 
przysyłać tu przez pocztę. Józef poszle ci adres Francuza. Możesz 
jednak pisać i pod inszym, n. p. Madame Compere a Fontainebleau 
(Seine et Marne), rue St. Honore p. 22. Adres do naszej gospo- 
dyni, u której od kilku lat mieszkamy. Czy nie sł3^szalaś co o Janie 
Krechowieckim i Ignacym Sarneckim? Czy na Michała Grabow- 
skiego wciąż dawna zawziętość ? To takoż mój krzyż. Ani podobna 
zaczepiać w liście naj ważniej -zy eh kwestyi religijnych i inszych, 
a radbym dokładnie wiedzieć, co się u was dzieje? jak stoją rze- 
czy? Cóż robić? Daj nam, Boże, dożyć wiosny i w zdrowiu, pokoju 
zjechać się gdzieś na pogadankę. Proś Nisi, aby na zimowe wie- 
czory przysłała ci kilka kazek po rusku, spisanych wedle opowiada- 
nia dziadów i bab. 

Podobno, że wypisałem już wszystko, co główniej miałem na 
myśli, a teraz kochana, miła, dobra Kostusiu, tulę cię do bijącego 
strasznie serca i całuję rączki. 



43 

Niech laska Chiystasowa i opieka Przenajświętszej Matki bę- 
dzie zawsze nad tobą i nad mlodzinchnem obojgiem twojem. Eoz- 
garnij jasne włoski na ezolku Marylki i w imieniu mojem uczyń 
znak krzyża świętego. Błogosławię ją, błogosławię was obydwie 
i Adalka. Dzisiaj święto białego ukraińskiego Archanioła. Byłem 
już na mszy i u świętej komunii na intencję waszą, ałe idę zaraz 
na nieszpor. tu pomodłę się jeszcze raz za was wszystkich i za Xi- 
sinego Michała. 

Bądź zdrowa, moja siostro w Bogu i pu klatce Ukrainie i po 
mamci. 

Bohddn. 



Do Pani Hrabiny Koustaneyl Rzewuskiej. 

Fontainebleau, 27. grudnia 1845 r. 

Święto Jana Ewangelisty, święto ku pamiątce ukochanego 
ucznia Chrystusa, któremu Matkę swoją umierając powierzył, święto 
zatem wielkie, piękne, uroczyste dla wszystkich miłujących się na 
tej ziemi, ale miłujących się w Bogu. Błogo mi i radośnie w duszy 
przy tym dniu św. Jana. Związek Chrystusa Pana z Janem, to sym- 
boliczne przymierze Buga z ludzkością. W tem cudownem przymie- 
rzu ogarniam was, ukraińska rodzino moja ze krwi i z ducha, ogar- 
niam was, wszyscy spółdziedzice nadziei ziemskich i niebieskich. 
Ivostusiu droga, ptaszyno przelotna od spólnego gniazdka, tyś naj- 
bliżej i ku tobie najswobodniej nam wyciągnąć ramiona ! Z pełnego 
•łona bucham oto miłością świętą i niezmierną, strumieniem łez 
Ijłogosławię tobie i wszystkim twoim! Między was rozdzieliłem 
już dawno serce moje, a dziś Jan święty, patron miłujących, niech 
rozdzieli jeszcze cały dorobek z lichych modłów wygnańca! Nie- 
długo mi już tu na ziemi, niedługo i wara ! W niebie dowiecie się, 
co to była za miłość we mnie? Przygarniam cię, otulam w pieszczo- 
tach. Kostusiu, za wszystkich tam naszych dalekich ! Przy Nowym 
Eoku życzę ci co najrychlej zdrowia i na tyle wszelkiego dobra, na 
ile nie przeszkodzi do zbawienia. Modlę się o cierpliwość dla ciebie, 
o świętą cierpliwość. Niech rozkwitła młodość twoja wyda jak naj- 
śliczniejszy owoc Panu! Bądź ubłogosławiona w uczuciach i obo- 
wiązkach swoich córki, siostry, małżonki i matki! bądź ubłogosła- 
wiona teraz i na wieki ! Amen ! 

Józef mój coś szeroko się rozpisał do Kici. a więc mam czas 
i ochotę jeszcze trochę pogawędzić. Co się to znaczy, moja droga. 



44 

że tak niewiele o mamci naszej w listach Nisinyeh? Wnoszę stąd, 
że musi byc zdrowa i spokojniejsza. Dobrze, iż gospodaruje sobie 
u Nisi, jej potrzeba ciągłego przytulenia, pieszczot, pobłażającej we 
wszystkiem wyrozumiałości, a Nisia, czarodziejka nasza, wybor- 
nie to potrafi. Mamcia najukocliansza, tak bo już zbiedzona, spła- 
kana, doprawdy podobna do mnie, oboje r a boje! Boże mój, 
Boże! jak mi tt^skno do niej. Nieraz, duszko, w zadumaniu tu sa- 
motnem o was rozpływam się w łzach, że tak dawno nie widziałem 
nie))ogiej mamci i może nigdy już nie obaczę. Och ! jakbym rad 
przygarnąć, popieścic płaczkę tę. naszą niepocieszoną ! jakbym rad 
naszeptać w uszka kupkę świętych przestróg, które wiem z pewno- 
ścią, żeby ją uciszyły w sercu na długie miesiące i lata. Ja mam 
nad mamcią moc, jakiej wy, jako córki, mieć nie możecie. Zarę- 
czam, wypogodziłaby się nam w mig, jak na skinienie laski czarno- 
księżnika. Mamcia dla mnie przeźroczysta, znam ją lepiej niż siebie. 
Ale niech się święci wola Boża! 

W tych dniach już, Kostuniu, opuszczamy Fontainebleau. Nie- 
wesoh) mi w sercu, bo przeżyło się tu kilka dobrych i złych lat, 
to zaludnił się każdy kącik rojami wspomnień, które pójdą za nami 
w pogoń po świecie. Fontainebleau, to nasze Kie z kiry! Przynaj- 
mniej twarze ludzkie znajome i naokoło głuchy, zamierzchły las. 
Porównanie na pozór nietrafne, bo Kiczkiry t w oj e , a Fontainebleau 
nienasze: ale w gruncie rzeczy wszystko to jedno! Nie mamy tu 
na ziemi własności o s o b i s t ej , chyba grzechy nasze, które 
same pójdą z nami na tamten świat. I cóż ś. p. panu Piotrowi po 
skarbach, które skrzętnie zgromadzał? Wieczny odpoczynek niechaj 
niu świeci ! Pomodliłem się dziś za jego duszę. — Jedziemy tedy, 
duszko, do Paryża. Sądzę, że nie zazdrościsz nam sławnej stolicy! 
Och, jakbyśmy radzi pomieniali się z którą ukraińską modnisią za 
najlichszy chutor. Błoto, smród, gwar, owóż troiste oblicze Paryża ! 
Uciekaliśmy od niego, póki było można. Ale dla poważniejszych 
względów godzi się poświęcić i osobisty wstręt i miejską 
drożyznę i wiejskie przyjemności. W Paryżu tylko mo- 
żemy naj pożyteczniej pracować w sprawie Bożej i polskiej (zwła- 
szcza, że poetyckie natchnienie moje dziś tu nie przychodzi). A więc 
niema co mówić, jedziemy do Paryża. Siostry moje, i wy będziecie 
powołane do uczestnictwa w dziele Bożem, ale potem o tem. 

Dobrze, Kostusiu najdroższa, że kochacie swoich kmiotków, że 
ich ochraniacie przed niesprawiedliwością niegodziwycli olicyalistów. 
Bóg to wam nagrodzi w stonasób na ziemi i w niebie. Ekonomy 
nasze, to piekielniki, siepacze szatana. Bez miłosierdzia bądź dla ta- 



4o 

kich w twoim majątku, wygoń od razu choebj z dziećmi i śród zimy, 
bo oni katują dzieci Boże. lepsze milion razy od nich i od ich 
panów. Pomówimy kiedyś o tych naszych poczciwych kmiotkach 
i o .środkach obrony im i opieki. 

Jak ty. Kostusiu, żyjesz tam w Berlinie ? Czy się bawisz ? Co 
czytasz? Nigdy ani slóweezka o tern w twoich listach. A przecież 
byłby wątek do uwag dla ciebie i dla nas Prosimy, opisz nam 
obyczajem Nisi jeden swój dzionek od rana do wieczora. Jak ci się 
wydaje X...? Z listu zdaje się dobry i pełen zapału chłopak. Jak 
ci się podoba-ł 0J)Ó2 w Szląshu Meyerbera"? itp. itp. Sto kwestyi 
bym napisał, gdyby mi nie przeszkadzała moja gołąbka. Wyo- 
Ijraź sobie, przychodzi jej co chwila romansowa myśl usieść mi na 
głowę, a wtedy za podmuchem skrzydeł swawolnicy wszystkie moje 
świstiii ze stołu rozlatują się precz po pokoju. Oj, dokucza mi. a po- 
mimo tego najmilsza. Podobna całkiem do Xisi w popielatym sza- 
rafaniku, kiedy przechadza się sobie rozpierzona i z podniesionerai 
nieco skrzydły. Strasznie ją kocham. Eozłączę się jednak i z nią, 
bo nie wiem jak ją zabrać do Paryża i co tam robić? Józef miał 
ci pi.sać o mojej gołąbce, o jej dziwnych przymiotach, to nie- 
warto, żebym się sam wdarł w pochwały. Jakoś byłoby to nieprzy- 
zwoicie i nieskromnie. A widzisz? jaki ze mnie światowiec . . . 

Bardzo dziękuję, Kostuniu, za przywiezienie Żywotów Świętych 
Fańskich, byle tylko exemplarz ca-łkowity, bo mam już jeden defe- 
ktowy i kłopot z nim nielada! Ciekawy takoż jestem listów praba- 
bek. Nieboszczyk mój ojciec miał, pamiętam, całe pliki tego rodzaju 
papierów. Eadbyra je dziś przeczytać. Możeby się dało co z tego 
zrobić na pamiątkę familijną. 

O rękopisie Nisi już nic nie mówię (chociaż schnę z niecier- 
pliwości). Masz, moja droga, zupełnie słuszność, że nie chcesz ta- 
kiego skarbu lada komu powierzać. Najlepiej zachowaj do widzenia 
się. Już dla tego rękopisu puściłbym się w świat, a cóż dopiero 
widzieć Kicię najmilszą, wychowanicę swoją rzymską, która niewąt- 
pliwie dziś sto razy lepsza i przykładniejsza od starego mistrza. 
Czy rękopis Xi>i własnoręczny? Czy >N'isia czy mamcia mi go przy- 
słała? 

Umyślnie. Ivostuniu moja, napisałem do ciebie tak wesoluehno, 
iżby cię trochę rozruchać, bo pamiętam z dawnych czasów, jaka ty 
ciężka. A do tego dziś biednaś cierpiąca ciałkiem i duszką, to do- 
brze, iż się nieco zapomnisz w swoich smutkach. I ja, duszko, nie 
zawsze jednaki, a to grzech i grzech wielki. 



46 

Jeszcze raz życzę zdrowia i ponn-ślno^ci tobie, siostro czariio- 

brewt:o, i twoim obojgu, to jest Marylee i Adasiowi. Bóg z tobą 
i z niemi ! 

Całuję rączki Bohdan. 

Do Pana Seweryna Ooszezyńskieiio. 

Paryż, 26. stycznia 1840. 
rue Longchamps 28, d Clfńllot. 

Kochany Sewerynie ! Wczoraj nie byłem cały dzieii w domu, 
a więc dopiero dziś mogę ci posłać notatlvę, jalciej żądasz. Bawiący 
tu Podhorsiii (podobno na imię Henry li) jest to najmłodszy brat lio- 
legów naszycłi humańslvich : Jana, Anastazego i Baltazara, mieszka 
rue d"Alger n. ♦>. 

Rohoziński, syn Antoniego z Cebulowa i Piatyhor, stoi na rue 
Biclielieu, liote I des Bains, nie pamiętam numeru, ale tuż koło Tea- 
tru Francuskiego. W tych dniach przyjechali tu jeszcze Dyonizy 
Rakowski, żonaty z Jaczewską, i Chełmiński z Podoła. O moim sio- 
strzeńcu Jankowskim już wiesz. Owóż i wszyscy z naszych stron. 
Są takoż w Paryżu Lenkiewicze, dwóch starych i jeden młody, ale 
tych nie znam i nie wiem, gdzie mieszkają, chociaż mi o ich adre- 
sie powiedział był szambelan Pełczyński. Rakowski mieszka rue 
d^Antin 22. Dopytywał się bardzo o adres Ivarola Różyckiego. Ma 
do niego listy, zdaje mi się od córki. 

Rohoziński napomknął mi, że twój brat Faustyn, którym opie- 
kowała się jego matka, ożenił się niedawno z ochmistrzynią pensyi 
w Lińcach, ale nie umiał mi dokładnie opowiedzieć o icłi pożyciu, 
ni powodzeniu. Warto, abyś go sam wybadał. Z Jasiem Krechowie- 
ckim widział się Rakowski na wyjezdnem, to jest blisko rok temu. 
Zdrów i niezłe mu się dzieje. Ku wiośnie spodziewam się ważniej- 
szycłi nowin z Ukrainy, a przynajmniej świeższych. Wybiera się za 
granicę kilka familii naszych, między innemi Taubowa z Rośeiszew- 
ską. Udziel wiadomości o Taubowej Rutkowskiemu, podobno to jego 
krewna. 

Pozdrawiam i ściskam po staremu. Bohdan. 

Za kilkanaście dni prz^-jeżdża do Paryża p. Włodzimierzowa 
Potocka i może Dzierżański ^) ; wiem, że był w Wiedniu. Dła skoui- 



^) Józef Dzierżański, powszechnie na Ukrainie kochany obywatel, 
oficer wojsk polskich. 



47 



pletowania wiadomostek dodać jeszcze muszę, że są w Paryżu pani 
(-irocholska. z domu Poniatowska, i jakiś Szwykowski. 



Do ksitMlza Bierouiiua Kajsiewicza ^y Kzymie. 

184G r. 

Kochany mój Ojcze Hieronimie, nie wiem, gdzie się podzie- 
wają moi młodzi. Bądź łaskaw odszukać Ludwika ^) i doręczyć mu 
list co najspieszniej. Jeżełi przypadkiem wyjecliał już z Ezyniu, to 
dowiedz się, gdzie jest, i zaraz w pogoń wypraw za nim tę moją 
epistółkę. Twojej przezorności poruczam ten list względem przesyłki 
przez pocztę : są w nim bowiem różne rzeczy familijne i niefarai- 
lijne, o którycti nie rad)3ym, ażeby kto cudzy wiedział. 

Dopiero co dosta-lem list od Stefana ^). Wyjeżdża niezawodnie 
w maju, połicya austryacka poczęła wypraszać. Na ślub Jasia wąt- 
pię, iżby zdążył. Pisze mi o budującej śmierci panny Eleonory Kar- 
wickiej, co była za naszyełi czasów w Ezymie. Skończyła zupełnie 
jak święta. Widziała też w skonaniu otworzone niebo, Cłirystusa 
Pana, Matkę Najświętszą i słyszała chóry aniołów. Cieszy mnie to 
niezmiernie, bo mam oto patronkę w niebie ; bardzo była mi ży- 
czliwa. 

Szkoda, Ojcze, wielka szkoda, że ciebie tu niema. Teraz byłaby 
dobra pora do różnych przedsięwzięć na chwa-łę Bożą i na pożytek 
duszny. Udałoby się dziś przy obudzonej syrapatyi katolików fran- 
cuskich wybudować kościółek polski. Udałoby się może wielu roda- 
ków nawrócić, bo po wielkim przełomie zachwiali się w mądrości 
swojej świeckiej. Potrzeba bić żelazo, póki gorące. Ależ bez ciebie, 
Ojcze Hieronimie, ani rusz. Nikt cię tu nie zdoła zastąpić. Ja my- 
ślę, żeś ty tu potrzebniejszy niż w Ezymie. Ja tak myślę po świe- 
cku, ale ty po Bożemu wiesz co i jak i kiedy robić należy. Nie 
nalegam więc, ale powiadam swoje zdanie. 

Sejm poczyna się ruszać. Czartoryski bierze się trochę niezgra- 
bnie do zwołania i ujęcia sobie posłów. Podobno, że i w tem in- 
tryguje najwięcej p. Zamoyski, który wie, • że straci całą swoją 
przewagę, jeśli Sejm przyda do boku księcia kilku rajców z emi- 
gracyi. 



') Jankowski. 
2") Witwicki. 



48 

Celiiiskiego Poezye gotowe do druku ^), doezekują lylko na 1 a- 
walki. co są u Jasia, i na szczegóły biografic/nc, które ma spisać 
ks. Hippolit -) od Sew ruka w Bordeaux W poezyacli ,ś. p. Adama 
pai-hiiie na wskroś Towiaiiszczyzna. Dziwna r/^cz i niepojł^ta dhi 
nas, bo przecież umarł w r. 1S37. Nie wiem, co powie Mickiewicz? 
Ale nasz Adam lepszy od niego katolik, przynajmniej umarł przy- 
kładnie po katolicku. Goszczyński i Kóżycki, którym czytałem kilka 
kawałków Celiiiskiego, nie mogą się wydziwie, krzyczą, że prorok, 
ale zwiclinąl się. Wiemy, co to znaczy. Czy jesteś pewny. Ojcze, 
że wiersz, coś przysłał ostatnią rażą, jest Celiiiskiego. J^'ka na ma- 
nuskrypcie wcale cudza, a styl i forma przypominają całkiem Zyg- 
miuita. Waliani się, czy ten kawałek drukować, cliociaż najwięcej 
w nim wieszczeń różnycli i ślicznych i pomyślnych dla Polski. 

Polecam się, kochany Ojcze, twoim modlitwom i ściskam z całą 
czułością brata i starego przyjaciela. 

T\V('ij 

J. B. Zaleski. 



Do Pana Liichrika Jaiikowskieiio. 

Paryk, 27. kwietnia 1846 r. 

Ludwiku mój serdeczny, chłopcze kocliany ! Twój wuj pisze 
do ciebie długo, pewnie już ci wszystko i pięknie, jak to on umie, 
wypisa-ł; otóż do części tylko serdecznej zrobię dodatek. l-Jądź pe- 
wien, że mi nigdy nie wyjdziesz z myśli, z pamięci, a wiesz, że 
Ijłogosławieiistwo, o które upominasz się, posyłam ci codzieil w mo- 
dlitwie i posyłać nie przestanę. Na to nam Pan Bóg dał serce, 
abyśmy cię kochał!, i tyle to naszego, jeżeli się kochamy. Głupie 
namiętności człowieka wichrzą nim często i w różne strony miotają, 
ale ucisz je tylko na chwilę i przytul się do Chrystusa, a wnet 
usłyszysz wewnętrzne wołanie : kochaj ! kochaj ! Miłość, to ofiara, 
to poświęcenie się, to życie, to zmartwychwstanie, bo nawet wskrze- 
sić w sercu swojem mocen jesteś tego, któregoś ukochał. I da- 
wniejsi ludzie i my w dzisiejszych okolicznościach coś o tem wskrze- 
szeniu powiedzieć byśmy mogli. Ach ! jak pusto i sucho w sercu 
byłołjy teraz, gdyłjym nikogo nie kochał. Pojedziesz tam, może się 



^) Poezye Adama Celińskiego posłane zostały ks. Koźmianowi 
z przedmową, napisaną przez Bohdana Zaleskiego. 
2j Terlecki. 



49 

już z sobą nie zoljaezymy, powiedzże tym, których w ten moment 
razem z tol»ą mam na myśli, że nie przechodzi dzień, ażebym ich 
w sercu nie wskrzeszał i po nich nie zapłakał. Poznaj sin, mój ser- 
deczny, z nimi, pokochaj ich tern pięknem sercem, które poznałem 
w tobie, pociesz, pociechy prtrzebujące ; zanieś wieść o nas i żyjcie 
z sol3ą prawdziwie chrześciaiiskiera życiem, to jest miłością w miło- 
ści Bożej. j\roja niemocna miała wyjechać z Drezna zaraz w tydzień 
po Wielkanocy, ale podobno słabość przeszkodziła jej ruszyć się 
ztamtud; aż mnie dreszcz przechodzi, kiedy czytam jej listy, tyle 
tam cierpień i biedy, a przed nią tyle jeszcze bied innych. Co chcesz, 
zwyczajnie życie, a raczej trudne przejście po tej ziemi wygnania 
do domu Ojca, gdzie się dopiero żyć zacznie. O nie głupie to stwo- 
rzenie człowiek, jak ty, Ludwiku, myślisz, ale biedne i dlatego iłeż- 
byśmy to pobłażania jedni dla drugich mieć nie powinni? Nie wy- 
wołuj tak bardzo na próbę woli, bo trudno raz wywołanej cofnąć 
i trzeba się dobrze wprzódy w poddanie się wołi Bożej uzbroić, aby 
2 własnej prawdziwą korzyść osiągnąć można. 

Pani Otylda G. wyjechała już stąd, nie przypominam sobie, 
czy przy tobie umarła jej mała, po starszej zostały tu niepocieszone 
serca. Nie wiem, czy znałeś pannę Karwicką, w ten moment dowia- 
dujemy się, że w IU'akowie z wielkiem zbudowaniem otaczającycti 
umarła, piękna to była dusza. Mój druh zapewne ci popisa-1, co 
z sobą zamyśla zrobić, a ja zrobię, co mu się będzie podobać. Wszy- 
scy tu was miło wspominają . . . Wielu tu mamy nowo przybyłycłi 
z Kr., lecz mało jeszcze kogo znamy. Zosię widziałem wczoraj, 
odrowa i dobrze wygląda. Muszę kończyć, bo Bohdan woła: dawaj, 
bo pieczętuję. 

Do serca cię przyciskam i t. d. 

Twój 

Józef. 



Do Pana Antoniego Celińskiego. 

Paryk, 27. kwietnia 1846 r. 

Kochany Antoni, dłużny ci jestem odpowiedź na twój miły 
list z Florencyi. Pamiętam o tem, alem się tak znużył, zużył, pisząc 
do Ludwika, że jakoś mi dziś aż wstrętno jąć się do pióra. Z tem 
wszystkiera przezwyciężam lenistwo, bo lękam się, abyś nie pomy- 
śłił sobie, że mam w sercu żal do ciebie. Nasamprzód dziękuję ci 
najuprzejmiej, najserdeczniej za życzenia na św. Józef, dziękuję i wie- 

Korcspondencya J. i>. Zaleskiego t. U. 4 



50 

rz*^ im, że szczere, tyś bowiem sam żywa, chodząca szczerość. 

Antoni, ty nie wiesz, ile ja cię cenie 

Prawda, o! prawda, kochany Antoni, „że aby nie omdleć 
w dzisiejszych ciężkich próbach, potrzeba nam żyć w połączeniu 
serc, w jednej wierze i miłości, potrzeba żyć w zbrataniu się jak- 
najtrwalszem.' Pisałem o tern obszerniej do Ludwika, pisałem, co 
myślim robić, to niecłi ci ten ustęp listu mego przeczyta. Oj 1 
czas nam podnieść krzyż Pański oburącz! Czas wygrzmieć nowe 
słowo na nowe czyny, ku nowej epoce miłosierdzia, co tuż, tuż 
Wara młodym, wam silnym przystoi wziąć w niej początkowanie. 
IMy spracowani długą walką żywota i w skwarach tułackicti zwię- 
dliśmy w myślacłi i w ciele. Powtarzać nam jeno z królem lutnistą: 
„Dni moje zeszły jako cień — a jam usechł jako siano!" — Na 
kolana, młodzi bracia, i w Imię Boże do pracy na pole, co złoci się 
żniwem, i jakby nawołuje samo na kosarzy ! Młode pokolenie, Izraelu 
nowy, na Sion Panu ponieś pierwszy snop ! I nam, i nam nie stać 
z za-łożonemi rękoma, nam dano może będzie, choć zacząć pokos dla 
inszych żwawszych, co przyliiegną za nami. W cłiórze Moabitek,^ 
co przyjdą zbierać kłosy po żniwie, ozwie się dopiero nowa pieśń 
moja. Nie pochlebiajcie mi jednak zbytnio. Jać świeciłem jakiś czas 
łaską Pańską. Prawda. Byłem, och ! jak wieża nadmorska, co z gwia- 
zdą na czole, a wewnątrz ciemna, pusta i gady się w niej gnieżdżą, 
że ani przystępu. Zgasła tedy dla żeglarzów, ale Pan mocen ją 
oczyścić i zapalić na nowo, jeśli będzie Jego wola! Temu Panu po- 
ruczam ciebie i całe pokolenie młode i kończę pozdrowieniem 
i uściskiem. 

J. B. Zaleski. 

Do Hrabiuy Czosnowskiej. 

12. maja 184G r. 

Mam prośbę i areyważną dla mnie. Jeśli pani Kalerdżi bawi 
w Dreźnie, proszę do niej napisać, aby raczyła się tam wywiedzieć 
o panią Konstancyę Rzewuską. Co się z nią dzieje? Czy wyjecłiała 
do domu? albo też może chora? Ja i mój brat wielceśmy niespo- 
kojni o naszą korespondentkę, od kilkunastu już dni nie mamy 
o niej ni wieści, ni słycłiu. Polecam ten interes gorliwości mojej 
kochanej Pani, a upraszam zarazem o wszelką ostrożność. Nie trzeba, 
czynić w liście żadnej wzmianki o nas. 

Życzliwy 

J. B. Zaleski. 



51 

Do Pana Ludwika Jaiikowskieao. 

Faryk, maja 1840 r. 

Dytynko ty nasza stepowa, Ludwiku serdeczny! Kiedy Bohdan 
mój przeszłą rażą do ciebie pisał, ja nie miałem czasu podziękować 
ei za twoje, za wasze dla mnie życzenia: źle się wysłowiłem, chcia- 
łem powiedzieć, nie miałem czasu napisać do was, bo podziękowa- 
łem wam zaraz po przeczytaniu niegodnem mojem westchnieniem 
za wami do Boga. Do Niego nam wzdychać teraz gorąco i nie- 
ustannie potrzeba, bo po wszystkiem, co się na świecie dzieje, zdaje 
się, iż sądy Jego się przybliżają; bądźmy gotowi, zagrzewajmy się 
wzajemną miłością, modlitwą, pokorą. On Pan wszelkiego miłosier- 
dzia i wszelkiej łaski, a ezemużbyśmy Mu ufać nie mieli? On grze- 
chy w nas ukarał, sam ofiarując się za nie na krzyżu, a teraz, kiedy 
nas sprawiedliwie karze, nie miałby być miłosierny. O nie ! On ni- 
gdy a nigdy być miłosiernym nie przestanie, żywię dusza moja, że 
tak wierzę i tak ufam, i wy, moi kochani, i ty, mój serdeczny 
chłopcze stepowy, tak wierz i tak ufaj. Wyście młodsi odemnie, wy 
będziecie mieli czas jeszcze tutaj oglądać dziwy, o jakich się dzisiaj 
nikomu nie śni. Tylko miłujmy się i wierzmy, i w Iiościół nasz jak 
w tęczę patrzmy, a to wszystko zrobić możemy, czyśmy daleko od 
siebie czy blisko, bo przed miłością i wiarą nikną wszelkie prze- 
strzenie i wszystko za ich pomocą zlewa się w jedność w Panu na- 
szym Najmiłosierniejszym, jakbyśmy się dłoń w dłoni trzymali. 
Gdziekolwiek tedy, Ludwiku nasz, będziesz, możesz nas mieć przy 
sobie, jeśli o nas w modlitwie wspomnisz, i my też z tobą, bądź 
pewny, będziemy co dzień. Smutno i nam tu było po waszym wy- 
jeździe, aleśmy na to już przeznaczeni, ażeby się nigdy i niczem 
długo nie cieszyć, i dobrze tak, bo człowiek tak wątły i tak łatwo 
pokusom ulega, iż gdyby mu się wciąż dobrze i wesoło działo, 
mógłby łatwo o Bogu zapomnieć i powtórzyć historyę Adama, bo 
ten grzech nasz pierworodny wciążby cłiciał, jak korona nad gło- 
wami naszemi świecić. Dzisiaj wyjeżdża ztąd nasza Ukrainka G., 
moja biedna Ko. już musiała z Drezna wyjechać, cierpiąca i daleko 
gorzej na zdrowiu i na sercu wraca do domu, aniżeli ztamtąd wy- 
jechała. Święć się wola Boża ! We wszystkiem nic się tutaj nie dzieje 
)»ez przyczyny, a dlaczego się tak dzieje, dopiero się gdzieindziej 
dowiemy. Nie godzi się przesądzać, bo przesądzaniem ujmujemy mi- 
łości, lepiej więc modlić się i prosić za tymi, którzy się tu do cier- 
pień drugich przyczyniają, bo nie wiedzą, co czynią. 

4* 



52 

Cóżbjiu to ja wam, moi kochani, ztąd jeszcze napisał. Oto 
Zosia, rozbita bieżącemi okolicznościami, cierpi i na zdronin czasem 
zapada. Ona taka impresyjna i taka tkliwa. 
Do serca .się tnlę i t. d. 

Twój stary oj czy k 

Józef Zuleski. 

Kochajcie nas i kochajcie sie wzajem, bo w tem cahi tajemnica 
szczęścia naszego i tutaj i nawet żywota przyszłego. 

Do Pana Ludwika Jankowskiego. 

Wielka Trappa, 10. czuncca 1840 r. 

Kochany mój Ludwiku, słówko jedno dziś. na jakie zdobyć się 
mogę w czasie i okolicznościach. Gdzieindziej za to obszerniej do 
ciebie napiszę. Od kilkunastu dni zamieszkałem w Trappie. Dobrze mi tu 
między świętymi, dobrze, cicho i błogo jakby w domu, jakby gdzieś 
na rodzinie. Odebrałem twój list z Kaltern, ale ów rzymski zapo- 
AYiedziany dawno i tęskliwie wyglądany, podobno że zaginął na wieki 
wieków. Nie wiesz jeszcze zapewnie o arcysinutnej przygodzie Ar- 
tura ^) i Alek.sandra ^). Bandyci włoscy oskoczyli ich w Apeninach 
i co do nitki zlupili. Mniejszać o stratę raateryalną, ale Artur 
z przerażenia dostał recydywy dawnej słabości. Obłożnie chory w Ni- 
cei Żal mi niezmiernie kochanego naszego poczciwca. 

Główny powód pisania mego do ciebie jest, że chcę ci dać 
dobrą radę. W powrocie do Btrlina jedź na Drezno. W hotelu ru- 
skim dowiedz się o adres mieszkania naszej Kostusi. Wstąp do niej ; 
najsamprzód spełnisz miłosierny uczynek, nawiedzając chorą , a po- 
tem będzie zapewne raiala coś nakazać do domu żywym głosem. 
U niej zastaniesz nasze listy. Oprócz tego za powrotem do swoich, 
zapoznasz się oto z całem mojem gronkiem. 

Ozem serce nasiąkło tu na świętej pustyni, miłością, pokojem, 
duchem Bożym, dzielę się z tobą w pełni, mój drogi, mój poczciwy, 
mój serdeczny Ludwisiu I Łaska z tobą Pańska! gdziekolwiek się 
ruszysz ! Rano i wieczór ty i twoi przytomniście mi w modlitwach. 

Ściskam cię jak ojciec rodzony. 

Wtija.^ek. 



^) Kościelskłego. 
^) Potockiego. 



53 

Do Pana Ludwika Janliowskieuo. 

Paryż, 1. lii/ca 1840 r. 

Koc-hany mój Ludwiku, serdeczny! Dawnoś już musiał li.^t 
twego wuja odebrać, ja z nim nie napisałem, bośmy nie byli razem. 
On ze swojego zacisza, gdzie głos ludzki slycłiac tylko w modlitwie, 
z Trappy, sercem zapewnie ca-łem. które Bóg tak ślicznie usposobił, 
musiał ci śliczne popisać rzeczy ; małą mam próbkę przed oczyma 
z tego, co do mnie o tobie napisa-ł; ja, ze zgiełkliwego miasta, ze 
zbałamuconej na wszystkie wiatry duszy, nie wiele ci budująeycli 
rzeczy powiedzieć mogę. Nie umiem nawet, mój serdeczny, słowem 
przyodziać tego, co czasem rzewnie pr. ez serce przeleci. Owóż w pu- 
korze i prostocie powiem ci, mój Ludwiku, żem cię pokocha-ł i bło- 
gosławię. BłogosJawieństwo przyj m jak od ojca, bom ci i stary i już- 
bym twoicłi lat miał hyl synów, gdyby żyli ci. co pomarli, i wiem, 
jak wam młodym w trudnycłi a szerukicłi waszycti obowiązkacti 
wiele błogosławieństwa potraeba. Błogosławię ci powtóre i po trzy- 
kroć na żywot pracy i znojów tutaj, na odpoczynek w łasce i po- 
koju kiedyś, kiedyś wszystkim nam w lepszej i szczęśliwszej oj- 
czyźnie. 

X i es k o ti c zony dal nieskuiiczune duszom naszym własności, 
pracujmyż wszyscy wedle tego, co komu z darów Bożych przypa- 
dło, a pracę naszą łiarmonizujmy miłością. Ty, mój Ludwiku, który 
z taką prostotą i wdziękiem umiesz kochać, jedno z pierwszych 
w tej harmonii musisz zająć miejsce. Proszę cię, poznaj się z tymi, 
których jeszcze nie zna.sz, i pokochaj ich, oswój się z nazwiskami 
mamci, cioci J.. Nisi, Munia i t. d. i t. d., a żyjcie z .solją. jakłjy- 
ście jednem sercem byli. f tych, do którycłi ciebie posyłam, znaj- 
dziesz, wierz mi. dla siebie miłość, a chociaż oni wiedza, że i my 
tu miłością dla nich żyjem. wszakże miło im i mnie będzie, kiedy 
im to ustnie od nas powtórzysz. Duch nasz dla nieskończonej swej 
natury wieje, gdzie chce i gdzie zamierzy, ale gdzie wieje miłością, 
tam radl>y zawsze w słowach się objawiać, a luboć łudzii? wielkie 
poodkrywali rzeczy, nie jeszcze nie odkryli na dosłyszenie głosu 
w przestrzeniach : to własność samego Boga i Bóg też tylko słyszy 
nas z każdej przestrzeni, kiedy .się do niego modłim, a wysłuchiwa 
w miarę naszej miłości i wiary. Och I wierzcież i miłujcie się. moi 
wy kochani, wszyscy tam społem, bo nam wysłuchania Bożego, jak 
wiecie i widzicie, wiele potrzeba. Jak będziesz u cioci J., pozdrów 
ją słowem serdecznem i proś. niechaj nie płacze, co płacz pomoże, 
kiedy sądy B-jżh ! Wyjdźcieno tam w ogród ponad jary i posłuchaj- 



54 

eie, czy stare drzewa szumią dzisiaj tak tęskno, jak dawniej szu- 
miały? O tak, tak szumi w duszy mojej tęsknota za tymi, eo pła- 
czą. Szkodażby było te drzewa rzueae, bo i znajomi to dawni, 

i wiele lat przy nicli błogo przeżyło się 

. . . Pisząc ten list, dumka mi dumku pobywaje i ot wcho- 
dzi ktoś smukły, młodziutki, krasny, cóż ty powiesz na to? Ukrainka, 
ot tylko co przyszła na wygnanie. Myśli się moje rozwiały, pióro 
z rąk wyleciało i muszę kończyć, a pójść poszukać dla nich mie- 
szkania. Dajże mi tu, Ludwiku mój młody, głowę, niech cię przy 
błogosławieństwie jeszcze raz pocałuję i podziękuję ci za serdeczność, 
którąm od ciebie doznał. Bóg z tobą niech za to będzie, mój ty 
stepoweze miły. Niech ci w zamiarach twoich pomyślnośeiami od- 
płaci, abyś za cześć wyrządzoną staremu doczekał się czci od dzia- 
tek swoich i stał się patryarchą poważnym i kochanym w rodzinie. 
Całuję cię i t. d. 

Twój Józef Jan Zaleski 

Powiedz tam moim, że mi na bierzmowanie przybyło imię 
Jana i że odtąd zawsze się dwoma imiony podpisuję. Mój druh za 
dwa dni dopiero wróci z Trappy, jak wróci, pewno Antosiowi od- 
pisze, a tymczasem ja go najserdeczniej całuję. 

Do Paua Ignacego Domeyki. 

Fanjz, 30. lijKu ]S46 r. 
Kochany nasz bracie Ignacy, 



Adam nasz kochany zerwał z Towiańskim, a raczej 
odłączył się z jakąś częścią uczniów na swoją rękę; ten odłamek 
wraz z Adamem stał się dla nas przystępniejszy, dałby Bóg. żeby 
i do Kościoła przystąpił. Drugi odłamek, gdzie jest Różycki i (?ro- 
szczyński, trwa w starowierstwie sektarskiem pod mistrzem, trzeci, 
jak nazywają, teologiczny, złożony z 10 osób, stoi pod lietleni. 
A między nimi wszystkimi, jak odyniec w łomach litewskich, stoi 
Kołyszko sam jeden i woła: „poty do was nie przejdę, póki się nie 
pogodzicie." W emigracyi po wypadkach krakowskich zaszła rewo- 
lucya. Zjednoczenie z pod Lelewela, Zwierkuwskiego i Worcela roz- 
łamało się także na trzy części : część niewielka weszła do 3. maja, 
większa z Ordęgą, Ponińskim i ich dziennikiem weszła do towarzy- 
stwa demokratycznego i jakbyś podsypal do ciasta drożdży, tak 
się tam teraz burzy; trzecia formuje się w zastęp pod dyktaturą 
Tyszkiewicza. Ledóchowski z całvm swoim sztabem wszedł także do 



00 

demokracyi. <' iruiycli znajomych napisze ci zapewne Laskowicz. ja 
dodani o nas, iż jak nas, droKi nasz Ignacy zostawiłeś, tak stoimy 
na jednem miejscu, może niegodnie upokorzeni, a jeszcze niegodnie] 
poddani woli Bożej, ale stoimy, modląc się za siebie i drogich nam, 
jak ty, po świecie rozsypanych i wyglądamy miłosierdzia z gotowo- 
ścią przyjęcia wszelkiego, co Bóg na nas dopuści 

Stefan nasz przed wyjazdem był u Adama, ale skoń- 
czyło się na prostej wizycie, niepodobna jeszcze na Adamie wymódz 
co więcej i my niedawno z nim widzieliśmy się ; był serdeczny, lecz 
zawsze prawił swoje. My pojutrze wyjeżdżamy nad Een, Mój Boh- 
dan może będzie co pisał. Kiedy to, kochany nasz Ignacy, zobaczymy 
się z .sobą. 

cię i t d. Józef Zalesia. 



Ivochany mój Zegoto, wstyd mi i żal, że zawsze cię zbywam 
ledwo słówkiem. Oto i teraz jesteśmy na wyjezdnem, a radbym sze- 
roko się rozpisać. Kiedyś może Bóg mi da pogodniejszy po temu 
€zas. Ściskam cię i pozdrawiam najczulej. Jutro twoje święto, św. 
Ignacego, to w kościele polecę cię Bogu z całą miłością. 

Twój 

Bohdan. 



Do Paiiiiy Zofii Rosenuardt. 

Parys, icrzeńeń 1846 r. 

Zofio, słówko jeno dziś, Józef niech ci powie o mojera rozra- 
dowaniu. Jakieś bezimienne, niewysłowione a l>logie uczucie wypeł- 
nia pierś od chwili, jak mi oznajmił Stefan, żeś moja. Święty Mi- 
chał Patron i Stróż Ukrainy mojej, przyniósł mi oto gościniec 
z nieba, gościniec na żywot, święty Patron tknął cudownie serce 
moje, że rozwiośniło się w niem, rozcieplilo po długiej, chłodnej mgle. 
Czuję się jakoby przemieniony, jakoby odnowiony w całem jeste- 
stwie. Wierzę, miłuję i sj)odziewam się bez granic. Jako chcesz, 
Zoho. bez obawy, bez żalów, powierzam ci szczęście moje. Nie oglą- 
dając się już na nic. chcę iść z tobą dłoii w dłoni. Zofio, ja ko- 
chałem zawsze, kochałem wiele, ale nie wierzyłem w szczęście swoje 
ziemskie. Zdziczałnin był w osamotnieniu mego stepu, który zamie- 
szkiwa-łem od tylu, tylu lat. potrzeba było, ażebyś nmie gwałtem 
zeń wyprowadziła. Podbiłaś serce moje, panujże w niem, panuj sama 
jedna. Nie pożalisz .się odtąd na miłość moją. T)ługoletnie moje 



56 

udręczenia, boleści, smutki bjły dla mnie jakoby straszną inicjacją^ 
jakoby wkiipowanłem się w raj, który mi otwarłaś. Niech będzie 
pocbwalon Bóg mój i Pan mój teraz i na wieki I Zofio, Zofio, ja twój. 

Bohdan. 



Do Paua Stefaua Witwickiejio. ') 

Paryż, 7. Ustopadd lS46 r. 

Mój drogi Stetaiiiti I Nie pisaliśmy długi czas dlatego, żeś ty 
bujał gdzieś na burzliwycłi falach, a my tu uwłęźliśmy byli na 
calme piał. Cały miesiąc nie mieliśmy zniskąd listów, to umilali- 
śmy sobie różnie nudne status quo. Naraz z początkiem listopada, 
jak liście jesienne posypały się listy ze wszech stron. Wiemy z re- 
lacyi ks. Aleksandra o trudnej przeprawie, jakiej użyłeś na morzu, 
ale dzięki Bogu jesteś już w Rzymie, to wywczasujesz się i odży- 
jesz nam rychło. Dzięki teraz Bogu, przyszły listy od rodziców Zo- 
sinycli, którzy błogosławią nam z rozradowaniem. Ezeez tedy głó- 
wna co do ma-lżeustwa jest za-łatwiona, biedzim się teraz z form il- 
nościarai francuskiemi. Onegdaj byłem w Mairie z siedmioma 
świadkami dla sporządzenia aktu, który ma rai zastępować metrykę 
i sepulturę rodziców. Za świadków miałem Adama, Seweryna, Sien- 
kiewicza, Plichtę, Hluśniewicza, Kamieńskiego i Józefa. Teraz kilka- 
naście dni potrwa oblata tego aktu przed urzędem sądowym : biega- 
niny i kosztów bidzie co niemiara. Tymczasem zapowiedzi z ambon 
Vi Notre Danie de I^orette i w St. Louis poczną się od jutra. I{rzą- 
tamy się tedy, jako widzisz, pospiesznie. Chcemy, ażeby ślub nasz 
nastąpił przed adwentem. W tej chwili Józef z ks. Edwardem po- 
szli do arcybiskupstwa po różne informaeye i po dyspensę na ślub 
polski przez którego z naszych księży. Krzątamy się wszyscy. Zosia 
pomimo niedomagania na zdrowiu biega po sklepach, po szwaczkach, 
to obszywa się sama w domu. Ja kłopocę się, skąd wydostać pie- 
niędzy, zanim fundusze nadeślą z kraju. Nielada to trudność na 
emigracyi. Jakoś to jednak będzie, stąd czy z owad przyjdzie mi 
ktoś w pomoc. Zdaje się, że 25. listopada -) Ijędziemy już mogli 



^) Cała korespondencya Bohdana Zaleskiego do Stefana Witwi- 
ckiego od r. 1831 do 1846 zosta-1'a prawdopodobnie zniszczona. 

^) Ślub odbył się 26. listopada. Bohdan liczył wtedy 44 lat ży- 
cia, jak świadczy następująca autentyczna metryka : 



0/ 

wziae ślub : miedzy 10 a 1 1-stą ślub cywilny, a mięiizy 1 1 a 12-stą ślub 
w kościele, ślub -sakrament. Dzień wielki, święty, uroczysty dla ranie. 
Mój drogi, pamiętaj o tym dniu, o 25. listopadzie. Uproś ks. Hie- 
ronima, ażeby odprawił mszę na intencyę mego raarlżeństwa, uproś 
matki Makryny, aby się pomodliła za nas i ty się pomódl, mój za- 
cny, mój świątobliwy, mój wierny stary bracie i druhu, aby Bóg 
pobłogosławił stadłu, któreś sam kojarzył, abyśmy w pokoju, wie- 
rze i miłości wytrwali sobie na żywot. Kochan)y się oboje gorąco 
i w Bogu mamy jak najlepsze przeczucia, ależ łaski, co najwięcej 
laski wymódlcie nam z nieba, iżbyśmy ani na chwilę nie ostygli dla 
siebie. Nie riwierzysz, drogi Stetanie, jaka błoga ufność napełnia 
dziś pierś moją. Nie poznałbyś nas obojga, tak nas łaska Pańska 
przemieniła. Wespół z miłością porządną, chrześciańską zstąpiły na 
nas pokój chrześciaiiski i pogoda chrześciańską. Niech ci powie 
Józef, jak się kochamy i jak żyjem z sobą. Nie powstydzisz się, 
moj drogi, nigdy proroka swego w sercu, który ci powiedział, że- 
śmy dla siebie, doskonale dla siebie oboje . . . 

Józef mój spisał się po swojemu. Poszedł niljy za interesami, 
a tymczasem u księży ukradkiem wyexpedyował list do ciebie. Ja 
tymczasem czekam i czekam, i oto mimo woli musiałem się opóźnić. 



Tłómac.zenie z rossyj:^J:it'(jo 

Z rozkazu Jego Cesarskiej Mości. 

Wyciąg z ksiąg metrycznych panifii Stawiszcze z r. 1802, 
przechowanych w archiwach konsyi^toi^za. następującej treści : 

Z łacińskiego: 

Roku 1802. trzeciego lutego, ja, Sinieun Kwiatkowski, wikary ko- 
ścioła parafialnego w Stawiszczach, chrzciłem dziecko imienia Józef, 
syna szlachciców Wawrzyńca i Maryi Anny, z domu Burkat, Zale- 
skich, cześników smoleńskich, prawnych małżonków, s.yna urodzonego 
2-go tegoż miesiąca. Kodzice chrzestni do św. Sakramentu byli : szlach- 
cic Eliasz Zaleski, cz^śnik smoleński, i Anna Zaleska, żona cześnika 
smoleńskiego. 

Niniejszy wypis z aktów parafii, napisany po łacinie, rejestro- 
wany i sprawdzony przez komissye ustanowionsj Najwyższym Rozkazem, 
podpisany i opieczętowany jest zgodny we wszystkiem z aktem, wpisa- 
nym w księdze, a autentyczność aktu i książki nie podlega żadnemu 
wątpieniu. 

Wydając na żądanie proboszcza paiafii rzyszczewskięj z dnia 26. 
maja bieżącego roku nr. 39, konsystorz łucko - żytomierski poświadcza 
go należycie. 

11. czerwca 188b r. Miasto Żytomierz. 

Podpisano : kanonik Chapurski. 
L. S. Pełniący obowiązki sekretarza : Nesterenko. 



58 

Nie wiem nawet, co ci popisał w s\v(jiin liście, ażeby się darmo nie 
powtarzać. Ale mniejsza z tern. 

Mój drogi, dziś tedy w niedzielę rozległa się z ambony pier- 
wsza zapowiedź o naszem małżeństwie. Józef słyszał na własne uszy. 
Nie zdołam tego wyrazić, co się dzieje w mej duszy, zarazem błogo 
i rzewnie. Kończy się oto żywot bezeelny, ł)urł'aeki, ale z którym 
juzem się był oswoił, a rozpoczyna się nowy zawód, zawód trudny, 
pełen kłopotliwycli obowiązków, zwłaszcza dla mnie, znarowionego 
przez tyle lat poezyą i marzy cielstwem. Nie straciłam się jednak, 
bo kocham, bom kocliany, czuję tylko w sercu potrzebę ciągłego 
doskonalenia się, ciągłego czuwania nad sobą w modlitwie. Bez oso- 
bnej łaski Bożej nie potrafię sam pozbyć się mnogicłi wad swoicłi, 
a potrzeba się icli pozbyć, potrzeba koniecznie. Rozmyślałem o tern 
we dnie i w nocy. rozmyślam smutnie, ale z wielkim duełiowym 
poż}'tkiem. Zosia mi podpomaga z całycłi sił. Da Bóg, że związek 
nasz będzie zbudowaniem dla łudzi, bo chcemy się zbawić oboje 
i jedno przez drugie. Zosia uspokoiła się, a wiec wyszlachetnia-ła 
i wypiękniała do niepoznania. Strach patrzeć, jak czasem bezsilna 
i piersi pobolewają po dawnemu. Lekarze radzą mi co prędzej wy- 
jechać z nią na południe. Stanęło na tem, że zai'az po ślubie wy- 
jedziem na noc do Orleanu, a ztanitąd krótkimi etapami ku Marsylii. 
Trwoży mię nieco pora zimowa, a jeszcze więcej, ażeby się ślub nie 
spóźnił do Bożego Narodzenia i po śniegach nie przyszło nam po- 
dróżować. 

Nie masz wyobrażenia, mój Stefanie, kłopotów z formalnościami. 
Błogosławieństwo na przykład rodziców Zosinych, dlatego że nie 
przed urzędem zrobione i niepoświadczone przez konsula francu- 
skiego, niema żadnej wartości. Musieliśmy pisać do Warszaw- po 
nowe prawne błogosławieństwo. A czy je urząd miejscowy pozwoli 
wydać dla idącej za mąż za emigranta? Nowa niepewność i co naj- 
gorzej zwłoka. Mam jednak w Bogu nadzieję, że wszystko się zała- 
twi do końca listopada, a w ostatnim razie zawezwę siedmiu świad- 
ków i podam Zosię za emigrantkę. Tak tedy, mój drogi Stefanie, 
zljliżym się znowu ku sobie. Może łjyć nawet, że zjedziem się gdzieś 
w Neapolu albo w Kzymie. Radbym, ażeby Kostusia ^) poznała moją 
żonę, a Kostusia dziś w Wenecyi i ciągnie pomałutku do południo- 
wych Włoch. Wypadnie nam zatem pojechać do naszej chorej i po 
drodze zahaczyć o Rzym. Wszystko to jeszcze w projekcie, ale lu- 
buję się w nim, bo mi daje otuchę widzenia się z Ivostusią i z tobą. 



') Rzewuska, stoptra pani Dyonizyi Poniatowskiej. 



I 



59 

Z powodu ]]]oich ślubowin widuję się teraz często z Adaraeiii 
i kSewerjnem, którzy są ze inną jaknajserdeczniej. Adamowa wró- 
ciła niedawno od mistrza i ma się zdrowo. Adam jest dla niej 
w adoracyi, powiada, że dopiero teraz ma żonę, że poczęła żyć ży- 
ciem wewnętrznem, duchowem. Ja widzę jeno, że spoważniała, ale za- 
razem zwiędła 1 zestarzała się. Opowieip. ci kiedyś ustnie rozmowy nasze. 

Szlachty tu z kraju huk: Lubomirscy Józef i Kazimierz. Wa- 
lewscy, Karwicki, Czarnowscy, Moniuszkowa, Pruszakowa itd. i mój 
dawny znajomy poseł Sabatyn. Nowiny zresztą paryskie nieciekawe 
i dowiesz się o nich z listów księży. 

Przepraszam cię za Zosię, że nie pisała. Chora i zbiedzona 
wczorajszem bieganiem po mieście, to wolałem, żeby raczej zwlokła 
się i poszła na mszę. Kiedyś ci to Zosia wynagrodzi, bo przesławna 
improwizatorka, jednym tchem zdolna jest arkusz zabazgrać i to 
śród zgiełku i hałasu rozmów. Dopiero od kilku dni odkryłem w niej 
ten nowy talent. Co osobiiwsze, że w takowej improwizacyi znalazł 
się sens i serce. 

Spieszę się na Batignulles du Seweryna, którego chcę zapro- 
wadzić do Zosi, a wiec na dziś urywam. 
Całuję cię i ściskam 

Twój Józef Bohdan. 

Do Paua Stefana Witwickiego. 

Hyeyps, 8. grudnia 1846 r. 

Piszę do ciebie, mój Stefanie, z nowej siedziby, w której niby- 
śuiy to już rozgospodarowali się na prawdę. Najęliśmy śliczny apar- 
tament z przepysznym widokiem na morze i na gaje pomarańczowe, 
a najęliśmy na półrocze aż do końca maja. Mamy swoją kuchnię 
i kucharkę, mamy słowem dom ze wszystkiemi wygodami, dom 
wprawdzie na cudzej ziemi, ale zawsze to coś osobliwego dla mnie, 
com, jako wiesz, nie zaznał nigdy tego dobra, co się nazywa u nas 
swoim chlebem. Tułacz od dziecka, po raz pierwszy oto używam 
wezasu domowego przy młodej żonie. Dziękuję też Bogu za wszy- 
stko z niewysłowionem rozrzewmieniem i jestem szczęśliwy, szczę- 
śliwy o tyle, o ile mi jako lilakowi wolno. Och I Polska, Polska 
nasza, straszna to zmora, Stefanie! Czuję ją dziś na piersiaeli dole- 
gliwiej, może dlatego, że w rzeczywistości lepiej mi niż in«zej braci. 

Pięknie tu, cicho i ciepło, piękniej, ciszej i cieplej niż nawet 
u was we Włoszech. Raduję się tem jak dziecko, a jeszcze bardziej 
raduję się, że okolica podobała się żonie mojej i służy ku jej zdro- 



60 

wiu. Istotnie, od kiedy tu zamieszkaliśmy, kaszel jej i inne biedy 
ustafy, jakby je kto odjął ręką. Wyładniała mi i wypogodziła się 
od razu. Daj tylko Boże, ażeby taki stan zdrowia i humor trwał 
jakiiaj dłużej. Musiał ci mówić Staś Koźmian, jak się nam była Zo- 
sia rozchorowała w Marsylii. Owóż potem nastąpiła gorsza jeszcze 
kryzys i nielada mieliśmy strach. Zdaje się, że to te niesłychane 
zimna i mistral ^) prowancki tak ją nagle uciemiężyły. Xa łeb, na 
szyję potrzeba ją było przewieźć pod cieplejsze niebo. I podróż, choć 
krótka, dała się nam we znaki. Możesz sobie wyobrazić nasze roz- 
radowanie, kiedy tu w Hyeres złe Zosine znikło bez śladu i znaku. 
Teraz mi żona krząta się i od rana do nocy na nogach, że aż serce 
rośnie. 

Imieniny twoje, kochany Stefanie, obchodziliśmy tu pobożnie 
i radośnie. Z rana byliśmy na mszy z Józefem, wieczór spełniliśmy 
kielich na zdrowie spólnego przyjaciela, kielich dobrego wina, ale 
nie szampana zgoła. A był to nota hene pierwszy nasz obiad u sie- 
bie w domu, który sama Zosia musiała sporządzić, bo nie miała je- 
szcze wtedy kucharki. Rozpoczęliśmy więc nasze gospodarstwo na 
Św. Stefan : dzień ten będzie nam zawsze pamiętny. Widzi.sz tedy, 
że pamiętamy o tobie przed Bogiem. A w sercach naszych co czci 
i miłości dla ciebie? to ani potrzeba, ani godzi się rozdrabiać na 
słowa. Zosia wszakże, wsiadając dziś do powozu, poleciła mi bardzo 
cię pokochać . . . Następny list do ciebie pójdzie przez okazye. Spo- 
dziewamy się w tych dniach ks. Hipolita Terleckiego, który obiecał 
zboczyć z drogi, aby się widzieć z nami. Daj Boże, aby mu tam 
w Bzymie poszło pomyślnie. Projekt jego missyi może nieco za zu- 
chwa^ły, ale missyonarz nasz ma dobrą wolę i dużo zapału szcze- 
rego, to nie godzi się go zrażać. Zresztą co jest niepraktycznego 
w projekcie, zmodyfikuje się potem łatwo przy robocie. I ks. Hie- 
ronimowi jestem dłużny odpowiedź na miły liścik, jaki odebrałem 
na wyjezdnem z Paryża, ale dziś ani myśleć, mam insze g•\^alto- 
wniejsze na głowie, od których zależą moje interesa finansowe. 

O Kraków lialas po dziennikach, ale póki Ludwika Filipa 
skończy się jeno na hałasie. Do czasu jednak dzban wodę nosi. 
Kto wie, czy z tej malej chmurki nadwiślańskiej nie wypadnie stra- 
szliwy grom? Co się święci w Rzymie? Napisz mi o Ojcu świętym 
i o jego reformach, bo z dzienników trudno coś wyrozumieć. Czy- 
tałem list ks. Aleksandra o posłuchaniu Matki Makryny, czytałem 
z pociechą i zbudowaniem. A Błudow, Gurowski co porabiają? 



^) "Wiatr bardzo silny na południu. 



61 

O Adamie naszym wiesz zapewnie od ks. Hieronima wedle 
raportów księży paryskich. Ja od wyjazdu z Paryża nie miałem ża- 
dnej wieści o nim. Eadbym, ażeby pojechał' do Rzymu, jak miał 
wolę i ochotę. Może do niego napiszę, biorąc assiimpt, że nie mia- 
łem czasu podziękować mu osobiście za spółczueie, jakie okazał dla 
mojej żony przed ślubem i podczas ślubu. Seweryn rai skrewił, 
chociaż wciąż byt jaknajserdeczniej ze mną. 

Czy nie dostał się tam do Ezymu którędyś Artur Kościelski ? 
Popłynął nie wiedzieć po co do Tunis, Tripolis i Maroko przed 
dwoma miesiącami. Miał wrócić do Marsylii na początku grudnia 
i po dziś dzień ani słycłiu. Jesteśmy o niego trochę w obawie. Po- 
zdrów odemnie Ivoźmiana, obiecał do mnie pisać, a Koźmiaustwo to 
żywa kronika i nieoszacowana dla na=; tułaczów. Wszystko bo wie- 
dzą, co się dzieje gdzie w kraju i za krajem. Proś bardzo, ażeby 
ci dat swoje notki do twego listu. 

Całuję cię z ca-łego serca, polecam się też raz na zawsze mo- 
dlitwom twoim i księży naszych. 

Twój Józef Bohdan. 

Do Pana Stefana Witw iekicffo. 

Uyeres (Var), 31. stycznia 1847 r. 

Kochany i szanowny nasz bracie Stefanie . . . czy godzi się od 
tak dawna nie dać nam znać o sobie, nie napisać, jak się masz na 
zdrowiu ? Jeśliś myślał, że na cukrowe miesiące same pieszczoty no- 
wożeńców wystarczą, to mogłeś przecie wspomnieć, że jest jeszcze 
ktoś trzeci z niemi, co tych pieszczot nie dzieli, a nie mniej ciebie 
kocha i bardzo szacuje. Dam tu wszakże świadectwo i nowożeńcom, 
że czy się pieszczą, czy kaprysują, to tak zawsze ciebie wspominają. 
Cygance ^), jak czasem wsiądą muszki na nos, to tupie nóżką, 
a mówi : „Och I co rai ten Witwicki narobił" — i znowuż jak się za- 
świecą oczki miłością, to grucha : „gdyby nie poczciwy Witwicki, 
jabym nigdy taką szczęśliwą nie była." Kozak czy się namurrausi, 
czy wypogodzi, ciągnie za panią matką pacierz ; trzeba jednak przy- 
znać, że i cygańskie figle i kozackie murmusy zdarzają się rzadko 
i prześlizgują się w ich duszy, jak łódka po wodzie bez śladu, za co 
niech będą Bogu stokrotne dzięki. Cyganeczka na koezowisku hyer- 
skiem wydobrzała nam całkiem na zdrowiu, chciałem ci napisać, że 
tyje, ale mi zakaza-ła, bojąc się, żebyś sobie tego nie wytłómaczył 

^) Bohdanowa. 



63 

inaczej, a więc milczę, nie piszę. Napieramy się tara calem sercem, 
mój drogi Stefanie, do ciebie, ale jeszcze sami nie wiemy, jak to 
będzie, jest trochę nadziei, .Bóg da, że się ziści, to się tam na gro- 
bacli Apostołów św. zejdziem i poklęknąwszy razem, pomodlimy się 
i podziękujemy Bogu za łaski .... 

Z listu, który pozawczoraj od Walerego Wieloglowskiego z Pa- 
ryża odebrałem, dowiaduję się naprzód, że księża dom sprzedają, 
potem, że katolicy, zebrawszy się w liczbie 34, założyli czytelnię 
katolicką polską, której gospodarzem mianowałi majora Święcickiego, 
komisarzami zaś Kamieńskiego, Korzeniowskiego, Fedorowicza i Wa- 
lerego; na piątego komisarza szukają kogo. Zaraz po pierwszem po- 
siedzeniu najęto dom na rue Feron, przy St. Sułpice. Koszta różne 
na mieszkanie, opał, światło, usługę, pisma i dzienniki oszacowano 
na 2.300 franków; na pierwszem zebraniu składka przynio.sła fran- 
ków 136 i to jest cały fundusz, z którym zaczęto. Walery wzywa 
nas do składki, aleśmy goli teraz i niewiele mu pomódz będziemy 
mogli. On także donosi, że wiełe emigrantek Polek podjęło się być 
protektorkami nowej czytelni, cygance dostał się lionor, iż ją na 
protektorkę i podskarbinę zaproszono, nie wiem, czy przyjmie. Dalej 
pisze, że nie doczekawszy się kopii obrazu Matki Boskiej Często- 
chowskiej, uprosił Bolewskiego w Paryżu, który przemalował Avize- 
runek z małego na wielki półtorametrowy i położono napis : Yotum 
Folononon Exulum. Obraz ten ma być niezadługo processyonalnie 
do kościoła św. Rocha zaniesiony i zawie.szony w kaplicy polskiej. 
Kończy zaś swoje doniesienia tem, że od 15. lutego zaczyna wyda- 
wać pismo katolickie, którego program później nam nadesłać ma. 
O Adamie mówi, iż jest w codziennych z nim stosunkach, że kilku 
do niego bogatych ludzi zaprowadził, że Adam im nadzwyczaj pię- 
kne rzeczy gadał i t d. Co dziwnego, że Adam piękne rzeczy gada, 
ależ z tego wnioskować trudno, jak daleko trwa w swojem lub jak 
daleko .się cofnął. Oto masz, kochany Stefanie, córa raógł nowości 
nas obchodzących uzbierać, jest wiele innych koteryjnych, ale w te 
się zwykle nie wdaje. Gdybym miał drugi egzemplarz albo przynaj- 
mniej jeden swój, przesłałbym ci przewyborny wiersz nowego poety, 
majora Rudzkiego, prostym szlacheckim rozumem napisany . . . 

Dzienniki francuskie tam macie, to już wiecie, co się tu w Iz- 
bach dzieje: wyborna mowa Montalemberta, pełna godności i prawdy. 
Jak wara tu zazdrościmy, że tam Ojca św. i widzieć i słyszeć mo- 
żecie, święte jego słowa i czyny do nas tu przez dzienniki tylko 
czasem dochodzą. 



u nas tu fiągla wiosna, a pomarańcz na drzewach tyle. ile 
czasem u nas wróblów w prosie ; szkoda, że to tak daleko, bo by- 
śmy tobie prowizyę pos-lali, ale macie tam lepsze maltańskie. 

Bądź zdrów i t. d. Józef Zaleski 

Do Jenerała Józefa Szymanowskiesro. 

Paryż. 14. lutego 1847 r. 

Szanowny i kochany Jenerale, ponieważ oto kochani moi, i żona 
i Józef rozpisali si*;; do szanownego Jenerała, to cóż mnie zostaje? 
Chyba pozdrowić przy najszczerszem uściśnieniii. Pozdrawiam też 
i ściskaoi z cala czulo-^cią spólchrześcianina i spótrodaka. Poprzyja- 
źniliśmy się, kochany Jenerale, ze w.szystkimi twoimi, że doprawdy 
jesteście nam jakby swoi, jako krewni. Oswald przedni chłopak. 
Tęga wola, tęgie ramię i podniosły a niepospolity nraysł: będzie 
zeń dziarski wojak i chluba twej zasłużonej siwiźnie. Takich właśnie 
młodzieńców potrzeba naszej Polsce, na żelazne czasy, co zdają 
się tętnic, cłu'zęścić już w słuchu. Przy pożądanej a pięknej sposo- 
bności p. Oswald wytrawi się ze zbytecznego ognia, jak tabunowy 
koii. Widzifliśiuy go niedawno. Na pogoni za wujem wstępował il<> 
nas i do nas jeno samych, bo nie zatrzymał się nigdzie w Paryżu. 
Umiemy ocenić w sercach ten dowód jego przyjaźni. U nas nudno, 
jednostajnie. Wytężamy wzrok na Włochy. Tam urok wiośniany — 
odmtodnienie. Daj Boże! ład i hart, to zacznie się nowa era, era 
wiary i wolności obiecanych na Golgocie. Lękamy się 
nieco swawoli radykałów, a też Chrystus Pan będzie z Namiestni- 
kiem, którego przeznaczył do wielkiego swego dzieła. Niech nam 
kochany Jenera-t doniesie kiedy niekiedy o miejscowych ruchach 
opinii a zwłaszcza między osobami stojącemi u steru. Rozbiegła się tu 
była wieść, że król sardyński i Papież wzywają oficerów polskich. 
Wieść bezzasadna, chociaż z gazet włoskich, zatrzęsła jednak była 
emigracyą. W rzeczy służby cudzoziemskiej godziwa jest wszelka 
ostrożność. Przykład i wzór postępowania zostawili nam nieśmier- 
telni nasi twórcy legionów, Dąbrowski i Kniaziewicz. Mickiewicz od 
wielu dni już bawi w łizymie. Radzibyśmy wiedzieć, jak mu się 
tam powodzi? Czy miał posłuchanie u Ojca Św.? Czy złożył jaki 
memoryał? Czy też pokornie, po synowsku poddał" się na sąd Ko- 
ścioła? Co się dowie JeneraJ kochany, niech raczy nam pisać, boć 
to nielada ważna sprawa dla emigracyi i kraju. 

Polecając się Jego .sercu i pobożnej pamięci tam na świętych 
miejscach, jeszcze raz pozdrawiam i ściskam z czułością staropolską 
i poważaniem. Twój Bohdan. 



04 

Do Pana Stefaua Witwiekiego. 

Hilh-ii>. 19. lutego 1847 r. 

Mój najmilszy, mój nąjpoczciwszy Stefanie, juz tedy odbyłeś 
rvkollekcye swoje, odbyłeś oj ! dawno. Cóż ci Dueli święty uatclinął 
o powołaniu twojem? Przeczuwam, że jak dotąd, tak i nadal będziesz 
chwalił Boga, będziesz służył Bogu jako laik. Nie wiem, czemuż 
ani ja, a'ii moja żona, nie możeni cię nigdy wyobrazić sobie w su- 
tannie. Stan kapłański jest niewątpliwie najdostojniejszy, a w tym 
czasie powszechnego omdlenia na duchu może i najpożądauszy dla 
chrześciaiiskiego Polaka. Owóż pomimo ten ogólny wzgląd, pomimo 
osobne a rzadkie przymioty duchowne, jakie w tobie znam, zawsze 
mi się widzi, że nie zostaniesz księdzem. Nie powiem ci, skąd to 
moje widzi mi się? Widzi mi się to tajemniczej natury, całkiem 
mistyczne i mniej nawet racyonalne, niż owo zawołane nieboszczki 
Hofmanowej : z tem wszystkiem jest we mnie, gnieździ się gdzieś 
na dnie sumienia czy przekonania. A przecież Bóg świadkiem jak- 
l)ym cię rad oglądać w charakterze już sługi — ofiarnika Chrystu- 
sowego. Eadośnie i z głębi serca podziękowałbym Panu za tę nową 
łaskę dla ciebie. Błogosławiony, o stokroć błogosławiony, kogo Pan 
wybierze na ten wysoki urząd i komu pozwoli w nim dopłużyć świą- 
tobliwie żywota 1 Czegoby więcej chcieć ? Ależ wiele wezwanych, 
mało wybranych. I w tem tkwi sęk i strach ! Mniemam, Stefanie 
mój, że na tym sęku najczęściej się zahaczasz w twoich rozmyśla- 
niach. Cóż ci więc po uabożnem skupieniu się w celi tam mnichskiej 
i po samotnym namyśle, co ci natchnął Ducli święty o powołaniu 
twojem? Swięc się wolo Boża dla ciebie i dla nas! 

Dziękuję ci, kochany Stefanie, za przestrogi i rady o pożyciu 
małżeńskiem. Zawcześnie jeszcze dla nas, nie do użytku zgoła na 
razie ; ale ponieważ dobre, piękne i prawdziwe, uszanujem je, jak 
się godzi. Doprawdy, nie tak jest źle między nami. lis. Hipolit 
widać nieco podgórował w opowiadaniu o nic nieznaczącej sprzeczce. 
Mój drogi bracie i swacie, uręczam cię i uręczam najświeciej, że 
ani razu jeszcze nie poswarzyliśmy się na seryo ; owszem ze dnia 
na dzień kochamy się niejako lepiej, rzewniej, po Bożemu. Niech 
będzie za to Pan poehwalon ! Mamyć dużo wad, narowów poetyckich 
i niepoetyckich, ale dużo i wzajemnej wyrozumiałości. Poznaliśmy 
się już należycie i nawykamy do nowego jarzma, ale jarzma w Panu, 
a więc słodkiego. Zosia, dzięki Bogu, wydobrzala mi zupełnie na 
zdrowiu. Nigdy już nie kaszle, ani chyrla, jak się to zdarzało czę- 
sto w Paryżu i w podróży. Był monient w Marsylii tak zly i stra- 



65 

szny, że chciałem już księdza sprowadzić. Od czasu, jak zamieszka- 
liśmy w Hyeres. choroba, jakby odjął ręką. nie wiedzieć gdzie się 
podziała. 

Mój drogi, jakbym ja był rad. abyś ty widział nasze pożycie, 
nasz dom, nasze gospodarstwo. Wiem. jakby cię to wszystko cie- 
szyło i tem więcej, że widziałbyś, jak dziełu twemu Bóg pobłogo- 
shiwił. Wspominamy też ciebie codzień w modhtwach i przy rozmo- 
wach wieczornych. Spodziewam się, że po Wielkanocy, wracając do 
Francyi, zastaniesz nas jeszcze na miejscu. Mamy już dla ciebie 
pokuj gotowy i łyżkę u stołu. Nie spaźniaj się bardzo, bo może 
wypadnie nam pociągnąć ku lienuwi na spotkanie mamci, której 
przyjazd jest nam zapowi^-dziany na wiosnę. Spieszy ku ratunkowi 
i pomocy Kostusi, chorującej obłożnie w Wenecyi. Dla tej Ivostusi- 
nej choroby projekt naszej podróży do Włoch spełznie podobno na 
niczem. Nie uwierzysz, ile mnie to trapi, bo oprócz przyjemności 
wielorakich dla żony chciałem jeszcze być świadkiem i uczestnikiem 
narad Zmartwychwstańców naszych przy nowej ich organizaeyi. 
Mój Stefanie, czuwaj ty tara pilnie. Napisz mi, co się nowego u nich 
święci i ku czemu się ma wielkanocna retbrma. Lękam się, aljy się 
nasi księża nie rozpierzchnęli po emigrancku, to jest każdy samo- 
pas. Ks. Godlewski pożegnał już wcześnie kongregacyę i pociągnął 
ze swoim dworem ku Belgii, co jest szkoda, wielka szkoda. Toż 
samo zapewnie uczyni ks. Piotr. Pani Julia zawita znowu do Włoch, 
kręciła się jakiś czas przy Brezie w Berlinie. pLsała kilka razy do 
mojej żony, zapytując ciekawie o kochanego ojca, ale nie pozwoli- 
łem dać odpowiedzi. Mój drogi, napisz dokładnie, jak tam stoją 
rzeczy, to możebym posłał jakie uwagi ks. łłieronimowi. 

Z Paryża nie mamy nic, albo raczej nie nie znaczące wiado- 
mości od Królikowskiego. Ks. Edward chory, a przytem ciągle 
w miejskim tam wirze. Dom podobno że sprzedadzą, ale ze stratą 
i ze znaczną stratą. Boję się, ażeby mój Józef nie szkodował na 
funduszu swoim, który za poradą moją poruczył naszym księżom. 
Insynuj tam zręcznie ks. łłieronimowi, aby pamiętali o nim. Han- 
del księgarski takoż źle idzie od czasu przyłączenia Krakowa. Kró- 
likowski bliski bankructwa, nadzieja cała w historyi Adamowej. 
Pisałem do niego, aby się nie zrażał, kryzys zła minie, kraj po- 
trzebuje takoż i chleba duchowego. 

O reformach papieskich nie mogę sobie utworzyć doskonałego 
wyobrażenia. Zawsze Ojciec św. dał wielki popęd Włochom, który nie 
tak łatwo da się już utłumić. Najważniejsza, że sam oto wlazł na 

Korcspondciicya J. B. Zaleskiego t. U. s 



66 

kazalnicę. Przeuroćzyst}' to musiał byc moment. Nie mam zresztą- 
zniskąd nowin Żyjemy tu odludnie, samotnie. 

Jak się masz, mój miły Stefanie, na zdrowiu? Jak smakowa- 
łeś w zgiełku karnawałowym rzymskim? Na jakiej stopie żyjesz 
z możnymi i próżniackimi rodakami? Czy lafiryndyzm u uicłi prze- 
inaga po staremu? Sądzę, że mają cię za dziwaka i nieo"rzec-znego 
kawalera. 

Pisałem też })o długicłi leciech do Adauia. Wziąłem assumpt 
do listu, że ma jechać do Włoch, a więc zapraszając w gościny na 
kształt owych lozańskich. Przytem i o inszych rzeczach po krotce. 

Polecając cię Bogu, całuję 

Józef Zaleski. 



12. marca 1847 r. ') 
Dnia 12. marca 1847 roku w piątek zawitałem do hermitażu 
hyerskipgo nad morzem — zawitałem po raz pierwszy na dumanie, 
to jest na pracę milszą, na pracę swoją poetycką. Dumanie, to ja- 
koby przędza z ducha człowieczego. Błogosław Boże ! a będzie coś 
z tej przędzy ku chwale Twojej i ku zbudowaniu braci. Z łaski 
i przywidzenia Pańskiego tratiłem tu niespodzianie a szczęśliwie na 
mszę w kaplicy. Owóż nie mogło mi się począć pomyślniej — świę- 
ciej . I n a u g u r a c y a uroczysta od ofiary ołtarza i pod orędo- 
wnictwem Najświętszej Bogarodzicy. Słuchało mszy kilkoro tylko- 
ludzi — kapłan i kleryk, dwie niewiasty, dwoje dzieci, stróż miej- 
scowy i ja. Modliłem się rzewnie o łaskę Ducha św. i opiekę Maryi, 
a po mszy wtórowałem niemal sam kapłanowi w litanii. Hermitaż, 
dawny to klasztor, opustoszały dziś całkiem i walący się na gruz, 
ale dla świętości miejsca, słynącego niegdyś łaskami Matki Boskiej 
w tutejszej kaplicy, oddany w zawiadowstwo proboszczowi hyer- 
skiemu. Odbywają się tu msze w niektóre dni tygodnia, a w uro- 
czystość Maryi lud schodzi się na odpusty. Wszystkie ściany kaplicy 
obwieszane są ex -wotami, to błogo w sercu patrzącemu, a cóż do- 
piero zamieszkującemu tę świętą ustroń. 

Stróż hermitażu, a raczej pustelnik przyjął mnie jaknajuprzej- 
miej, poleconego poprzednio już przez proboszcza. Mam duży pokój 
z oknami na południe i na morze, stół drewniany i kilka stołków, 
owóż cały sprzęt, — ale mile mi tu i cicho jak w ulu. Jeżeli gdzie,, 
to tutaj powinienbym coś wydumać. 

1) Z notatki. 



67 

Dzisiaj dzień pochmurny i chłodny. Odczytałem Przeyri/ickn 
moją dla zestrojenia się z dawną pieśnią, nim uderzę w nową. Du- 
małem potem samotnie kilka godzin. Coś zawiązuje się w myśli oa 
pieśń, której watka i formy jeszcze nie widzę wyraźnie. Zdaje się, 
że będzie mia-ła miano : Miłościwe Lato, a przynajmniej Jubileusz 
będzie częśiią mego poematu. Da Bóg, rozwidni się pomału w du- 
chu. Światło i ciepło natchnienia wy kłuje ziarno dawno wsiane w ja- 
łową ziemię, wy kłuje na kwiat i daj Panie Boże na owoc. Idę do 
kaplicy pomodlić się jeszcze na te intencyę. A potem do domu, do 
ukochanych moich — do żony i do Józefa — godzina późna, wpół 
do trzeciej. 

J. B. Z. 



3Iyśli dorywcze. 

Bóg natchnieniem, — tchem swym dopełnia cudu na poecie, 
proroku niejako, zdejmuje łuskę z oczu duszy i daje mu widzieć 
w przestrzeni to, co ma uiścić w czasie. 

(12. marca l>i47 r). 



Do Pana Stefana lVitw iekieso. 

Hyeres. 8. kwietnia 1841 r. 

Kochany mój Stefanie! Świątki Przaśników minęły. Świątki 
Przaśników, takie ludne, gwarne, okazałe w Rzymie, rozwiązły się 
oto w nic, w senliwe marzenie, po którera tęskno czemuś i nijako 
w duszy. Jakiś obraz jednak milszy, jakieś uczucie rzewriiejsze, spa- 
dły na dno serca, do składu tam najżywotniejszych pamiątek. Widzę 
cię dzisiaj gdzieś w jasnym, schludnym kościółku, modlącego się 
goręcej niż podczas wielkotygodniowych parad u św. Piotra, kędy 
raczej ciekawość niż nabożeństwo ściągała chrześcian. Teraz u was 
tam naokoło ciszej i milej. Świat bogaty, lafiryndowski ma się ku 
podróży do Neapolu, do Niemiec. Bóg was żegnaj, płoche, przelo- 
tne ptastwo z okolic smutnych, opustoszonych, a kędy jednak są 
gniazda wasze I Domyślam się, że i ty, Stefanie, tęsknisz już do od- 
lotu, a przynajmniej wybierasz się na święte gościny do Loretu 
i Assyżu. Bóg cię prowadź, bracie nasz pielgrzymie. Kto wie, mój 
drogi, czy się gdzie nie spotkamy mimochodem, a może nawet 



68 

w Rzymie?^) U nas inaczej! Kiedy ludzie z Wioch, my do Włoch. 
Tą rażą przecież sic faUi uolunł. Mąż Kostusi dopiero teraz przy- 
jechał z kraju i radby widzieć Ezym ; to i my sie powleczem, aby 
się bliżej zapoznać, zwłaszcza, że żona nie może się go nacliwalić. 
Dzięki Bogu! JMnie takoż wiele chodzi, aby żona moja pokochała 
się z Kostusią. Pasporta przyjdą nam z Paryża lada dzień i byle 
zdrowie posłużyło Kostusi do podróży, puścim się wnet na żeglugę. 
Teraz oczekujemy jeno listów z Wenecyi. Tymczasem wypatrz dla 
nas gdzie mieszkanko schludne a tanie ; myślę, że w tych czasach 
laeno to się uda. Zapewnie wypadnie nam zostać kilka miesięcy na 
miejscu dla upałów i dla oszczędności i dopiero chyba na jesień 
wyjechać pod Paryż. Wszystko to są jeno projekta. które jedno 
nic może rozdmuchnąć. Taki bo żywot nasz tułacki, z takiej przę- 
dzy wije swoją sieć. 

Cóż księża nasi? Już oto po Zmartwychwstaniu Pańskiem. 
Sobór powinienby się zagaić. Nie wiem zgoła, czy zejdą się i gdzie? 
Nie słyszałem, aby księża paryscy wyjechali do Rzymu. Ks. Piotr 
siedzi wciąż w Montpellier. Nie zdaje mi się, aby u nich rychło 
przyszło do jakiegoś ładu. Obawiam się owszem waśni, chwilowej 
przynajmniej waśni, bo widocznie rozdzieliły się serca. Żal się Boże 
pomyśleć, coby stąd wyniknęło złego. Jedyna instytucya w emigra- 
cyi, co zdawała się mieć wielką przyszłość, i tażby nic trwałego ku 
chwale Bożej nie zbudowała? Bóg sam radzi o swej czeladzi, to 
chce mi się wierzyć, że pomimo smutnych przewidywań naszych 
urządzą się jakoś wedle myśli Boskiej w zakon nowy i gorący. 
Módlmy się jeno, aby ich ducli czasu, duch pysznych reform nie 
owiał na razie. W dziesięciu, w pięciu, czy we dwócłi zaczną swoją 
rzecz? To obojętne pytanie, byle zaczęli w zgodzie a w pokorze 
i cicłiości. I mnie od jakiegoś czasu zaniedbują księża nasi. Nie po- 
wierzają się już jak ongi z dolegliwościami swemi. Mają może ra- 
cyę. My świeccy rajcy pospolicie źle albo nieumiejętnie radzira, 
a oni już pokutowali dużo za świeckie rady. Daj im Boże świętego, 
któryby ich wiódł słowem i przykładem. O Bazyljankach tak samo 
sądzę, jak i ty. ale ufam w Matkę Makrynę, że ma dużo łaski Bo- 
żej i zatem że jej się uda w Rzymie. Myśl takoż ks. Hipolita wiel- 
kiego jest rozmiaru i wielkiej korzyści, ale dopiero da sie ocenić 
w praktyce w zastosowaniu swojem do czasów i okoliczności. Mam 



^) Niestety, przyjaciele się już nie spotkali. Stefan Witwicki 
umarł w Rzymie 19. kwietnia 1847 roku na ospę, którą się zaraził, 
odwiedzając polską rodzinę. 



69 

przeczucie, że byle znalazł dwrk-h, trzech pomocników, pójdzie mu 
rzecz wyśmienicie. SJowiaiiszczyzna nowa to i Ijujna rola Pańska. 

Zosia moja zdrowa jak ryba, zdrowa a więc słodka i łagodna 
na wzór, krząta się ochoczo koło domu, ale radaby bardzo do Włoch. 
Młoda to niesłychane dziwy roi o italskiem niebie, o italskich po- 
mnikach sztuki i t. d. i t. d., słowo w sfowo to samo roi, co i mnie 
się nieg-dyś roiło. Omamienie to jest życie, a rzeczywistość zwyczaj- 
nie jak wszelka rzeczywistość. 

Pomimo projektu do Włoch i z powodu tego projektu często 
o tobie tu mówimy wszyscy troje. Smuci nas jeno, że nie przycho- 
dzisz do czerstwości tak rychło, jakbyśmy życzyli. Mój drogi, do- 
myślam się, coś tam u-ierpieć musiał podczas tej brzydkiej zimy 
i w mieszkaniach zwłaszcza rzymskich, tak źle opatrzonych na chłód. 
lvu wiośnie bywa ci zwykle lepiej, to perspektywa oto wytchnienia 
przynajmniej aż do czasu kąpieli. 

Co to jest ta czytehiia w Ezymie? lvto zaloż3-ł ją i loży grosz? 
Widocznie ktoś, co chciał imitować Walerego Wielogłowskiego. 
Jeszczeż w Rzymie, ale na co czytelnia katolicka w Paryżu, gdzie 
jest biblioteka polska nieuczęszczana, chyba żeby dawali przytem 
piwo i fajkę. Oj ! głowo niespokojna Walerego. Mniejsza. 

Polecam się modlitwom twoim na świętych miejscach, kochany 
pielgrzymie. Ściskamy cię najczulej : Józef. Zosia i ja 

Boiidan. 



Do księdza Hieronima Kajsiewicza. 

Hyeres, 9. kwietnia 1847 r. 

Ivochany Ojcze Hieronimie, Świątki Prażników minęły. Gwar, 
zgiełk i pompa rzymska przycichły do jakiegoś czasu. U św. Ivlau- 
dyusza ambona i konfessyonały przymknęły się, a wędka Piotrowa 
na kołku, bo ryby pierzchają na wody, na wszystkie gdzieś fale. 
Ciszej i swobodniej teraz wam, czas błogi na wypoczynek i na roz- 
mysł przed nowemi pracami soboru. Często tu myślim o tym so- 
borze. My, świeccy bracia, okolamy was wciąż z daleka, okolamy 
modlitwą i najlepszemi życzeniami wiernej trzodki. Śpiewamy po 
cichu: Veni Sancte Sjjiritiis! Flecte quod est rigidum, fove quod 
est frigidiim, rcge ąuod est decium! Rad wam świeckich nie po- 
trzeba, bo najczęściej pyszne są a omylne, jako doświadczyliście już 
nieraz. Ażeby wam dobrze radzić, potrzeba stać nie zewnątrz was 
i we fraku, ale wewnątrz pomiędzy wami i w sutannie. A więc naj- 



70 

lepiej, źe kozły odbiegną na bok. Nie uwierzysz, drogi Ojcze Hiero- 
nimie, jak tęskno a niekiedy trwożnie oczekuję skutków soboru. Bóg 
wam błogosław! bo walne stąd rzeczy się wyświęcą. Instytucya wa- 
sza, jedyna to instytucya w emigracyi, co nosi w sobie wielką myśl 
Kozą. wielką przyszłość zarazem religijną i narodową, z której cel, 
ideał dla nas wszystkich ma wyniknąć. Biadaż, biada ją poronić! 
Emigracya ani się domyśla, jaki to ważny czas, w którym będziecie 
radzić o służbie i cliwale Bożej na tułactwie. Bóg sam radzi o swej 
czeladzi, to przeczuwam, że coś arcypięknego i zbawiennego wam 
natcłinie. Nie obejdzie się zapewnie bez chwilowej waśni między 
wami ; może nastąpi rozdział, albo jedno i drugie wystąpienie nawet, 
wszakże to nie popsuje dzieła. W dziesięciu, w pięciu, czy we dwóch 
rozpoczniecie nową służbę, obojętna rzecz ! Bóg da wam świętego 
swego na wodza i rzecznika, który przeprowadzi was przez świat. 
Oj, o tego wodza i rzecznika módlmy się wszyscy ! Nie brakuje nam 
wiary, bo przecież trwamy przy Chrystusie dziesiątek lat, ale bra- 
kuje tego gorącego ducha miłości, co sam jeno buduje na opoce. 
Naród nasz na torturach, to cierpimy w\szyscy w ciele, omdlewamy 
cieleśnie, a stąd wycieńczamy i ducha, który i tak u nas 8ł'awian 
nie bardzo mocarz. Żeby to nam pojawił się Franciszek, Dominik, 
Wincenty Ferrary, Jan Kapistran! Otóż pojawi się taki mąż, pojawi 
się niepochybnie, a wy go, Ojcowie, przyprowadzicie ku nam pod 
ręce. Urządźcie się co tcliu, a żyjcie w świętości i pokorze mniskiej, 
to doczekamy się wszyscy wielkich godów Pańskich. Co daj Boże, 
Amen ! 

Chciej nam. Ojcze, kiedy niekiedy donosić o stanie i postępie 
robót waszycłi. Doprawdy my tern żyjemy. Nadzieje dobre docze.sne 
i wieczne chcemy czerpać u was. Może być, że sami jeszcze po 
nowiny dobre przyjedziem do Rzymu. Okoliczności familijne tak się 
składają, że w maju albo i rychlej wypadnie nam ruszyć do Włoch. 
Upatrz tam. Ojcze, tymczasem jakie mieszkanie dla nas schludne 
i tanie. Józef i żona moja polecają się modlitwou], polecamy się 
wsz3-stko troje, całując kapłańskie ręce twoje. 

J. B. Zaleski. 

Ojców Aleksandra i Alfreda ściskamy najserdeczniej, tudzież 
brata Franciszka. 

Kartkę Ojcu Hipolitowi chciej wręczyć, list do Stefana odeślij, 
kędy jest. w Rzymie lub za Rzymem. 



12. hwiehiia 1847 r. 

Aforyzmy, hipotezy i myśli moje o różnych przedmiotach 
w lot chwytane na papier. 

1. Natura z duszą zwierzęcą jest jako żona. towarzyszka czło- 
wieka zbiorowego, czyli Ducha człowieczego, który sam jeno jest 
utworzony na oljraz i podobieństwo Boga. Człowiek i natura, mąż 
i żona złączone są nierozjemnym ślubem ; ale mąż panuje, a żonu 
izostaje w posłuszeństwie. Razem rozkoszują i cierpią: ale biada, 
żeby natura owładla człowiekiem (duchem), bo wtedy Duch duchów. 
Ojciec niebieski, mści na obojgu zniewagi swej i karze wykraczają- 
cych przeciw przedwiecznemu prawu. Następuje wtedy upadek. 
Pierwsi rodzice, Adam i Ewa, na wieki wieków pozostaną symbo- 
lem tej prawdy. Nowe chyba odkupienie uratować może ludzkość, 
ale s jn - czło wiec zy już był na ziemi i drugi raz nie przyjdzie 
aż na Sąd ostateczny. (Rozwinięcie tego aforyzmu i zastosowanie 
n. p. do poezyi dałoby wcale nową estetykę, poważniejszą i praw- 
dziwszą niż dotychczasowa. Prorok, wieszcz, piewca i t. d. są to 
dzieci natury i ducha człowieczego, z podobieństwem to do ojca, to 
do matki i t. p.). 

2. Czas i przestrzeń są dwa wyrazy wielkiego zrównania 
Bożego w wieczności. Życie jest to ruch duchowy. Śmierć koniec 
jeno materyi, zużycie formy. Przeszłość i przyszłość jako dwa za- 
zębione koła wieczności, pomiędzy któremi t eraźni ej szo ść jako 
woda żywa, bieżąca obraca je nieustannie. 

3. Bóg natchnieniem, tchem swym. dopełnia wciąż cudu na 
wieszczach, prorokach; zdejmuje niejako łuskę z oczu ich i daje wi- 
dzieć w przestrzeni to, co ma uiścić w czasie. 

4. Wieszczowie -prorocy są to przeznaczone od początku, przy- 
sposobione duchy ku wiedzeniu i widzeniu rzeczy Bożych. Wedle 
tego. ile który się oczyszcza, ile czuje i pełni wysokie swoje posel- 
stwo: wedle tegoż i wie więcej, lepiej i widzi szerzej, jaśniej, bo 
czerpie wprost z wszechmocy i wszechmądrości Ducha duchów. Są 
różne stopnie czy potęgi wiecznego ducha. Najniżej stoi piewca- 
poeta, żywy głos narodowości jakiegoś ludu, jeśli nie missyą Bożą 
tego łudu, ale zepsutą naturę jego ziemską, zwierzęcą rozbrzmiewa 
w pieśniach, a biada mu. jeśli rozmiłuje się w sztuce, ubóstwi 
sztukę, wtenczas będzie jeno sztukmistrzem, a więc mniej niż po- 
spolitym piewcą, który miłuje przynajmniej lud swój; ma zeń my- 
śli żywotne i gorejące słowa. W>ższy jest od piewcy wieszcz, — 
mąż rozumny, rozmyślacz, pojmujący Boga i lud, pan przedmiotu 



72 

i formy pieśni swojej, ostrzem lecący w świat duchowy boski. Mało 
mu już potrzeba, aby został najwyższym, to jest P r o r o k i e m 
Pańskim, żywym głosem B o g a i ludu. Potrzelm pokory, 
prostoty, czystości, potrzeba żywota na pustyni, kędyby wolę, uczu- 
cie i myśl pojednał, zestroił w Bogu, iżby stał się niejako naczy- 
niem i narzędziem jego nieskończoności. Początkiem mądrości jest 
bojaźń Boża. końcem i dopełnieniem mądrości \\ szechmądrością jest 
miłość Boża — to jest wyzwolenie się duełiowe z miłostek i pię- 
knostek ziemskich, aż utoniem w oceanie swoim wszeclimiłości, 
wszechpiękności. Świat, ciało i szatan wciąż czujni, stoją na 
wstręcie prorokowi. Pycha, rozkosz, pożądliwość wieją dym na jego 
źrenice, wygryzają wzrok łzami, że najczęściej nie widzi nic w roz- 
strzeniach. Ten, co kusił najświętszego, najmocniejszego na pustyni, 
wygrywa pospolicie z nami, bośmy zapomnieli, że Syn Człowieczy 
zwyciężył go za siebie i za nas. Łaski w nowym Zakonie potę- 
żniejsze są niż w starym, a przecież prorocy rzadsi, bośmy chrze- 
ścianie jeno z miana ; uczniowie Chrystusowi niepamiętni a stąd nie- 
mocni, wątli na duchu, pędzący wciąż na manowce wedle wszystkich 
wiatrów tego świata. Wiara, miłość, nadzieja rozkwitają tylko w pełni 
w palmach Świętych Pańskich, toż są jedyni prorocy nasi ! Ale ich 
głosy przebrzmiewają mimo uszu, bośmy stępili w sercach świętą 
miłość, w której tkwi wykład i rozumienie natchnionego słowa. 
Święci prorocy nasi nie przyznają się już do nas, bo ustał sympa- 
tyczny związek między dziećmi Bożemi, między duchami w czasie 
i przestrzeni. Płyn elektro-magnetyczny, pieśń między niebem i zie- 
mią wtęchła jakby w tumany, wtęchła do czasu. Umiejętność na- 
dyma, a miłość tylko liuduje. W miłującem sercu skład wszelkiej 
mądrości, skład wszystkich i prawd i tajemnic bożych. Ivażdy w ło- 
nie swojem posiada zakuty raj utracony i język rajski, pieśń raj- 
ską, które w miarę i w rozmiar miłości brzmią wewnątrz i wydo- 
bywają się na zewnątrz i uczute są i rozuujiane na miarę i rozmiar 
miłości .słuchaczów. Miłość wielka Boża przemienia piewcę na pro- 
roka. Wiedza świecka z książek, z rozumowań jest niczem; pieśń 
wieszcza, święta, prorocka jako promień w Bożem słowie jest wszy- 
stkiem, jest mądrością w pełni z wiary, miłości, nadziei, jest gło- 
sem w pełni z Boga i ludu, dla Boga i ludu. Nie świat zatem 
i wiedza świecka, ale świętość, sama jeno świętość jest celem, jest 
ideałem prawdziwej pieśni. Nie pyszny, ale maluczki w Panu 
zagrzmi ją śród ludu. Życie ascetyczne przysposabia i nastraja ku 
niej pieśń i t. d. 



73 

5. Przeczytałem dziś 12. kwietnia 1847 r. rozdział V. ewan- 
gelii Św. Mateusza. Cała mądrość świeclia, wszystiiie Ijsiążlii filozo- 
fów, — oj, czemże są przy tym kroci ucłinym rozdzialkii, z którego 
bije takie źródło żywej wody na pokolenie, taki napój i octiłodzenie 
na żywot doczesny i wieczny. Biedniż i nieszczęśliwi po wszystkie 
wieki, co piją ze stęelilej kałuży mądrości świeckiej, kit^dy tuż obok 
zdrój słodki i rzeźwiąey : ..Błogosławieni cisi, albowiem oni odzie- 
dziczą ziemię!" A więc pomimo szamotania się świeckich polityków, 
obietnica panowania zostawiona jest nam dzieciom Bożym. „Błogo- 
sławieni ubodzy w ductiu! Błogosławieni, którzy się smęcą! Błogo- 
sławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości ! Błogosławieni mi- 
łosierni I Błogosławieni czystego serca ! Błogosławieni pokój czyniący ! 
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości" 
i t. d. i t. d. Tyle w tych .słowach miłości i pociechy nieziemskiej, 
że serce ludzkie nie mieści się w łonie — tak rozbrzmiewa Bogiem 
swoim Chry.stusem ! A więc wszystkie obietnice i błogosławieństwa 
Pańskie z nami są na wieki ! I są ludzie, co myślą i zdają się wie- 
rzyć, że filozofia owładnie światem "? I cóż wam ona da w zamian ? 
Czy dobra materyałne? które .są nicestwem dla nieśmiertelnego czło- 
wieczego ducha? Czy wiedzę materyałną, która jeszcze jest coś gor- 
szego niż nicestwą, bo upominkiem z piekła ? Chcecież piasek żuć 
suchy, miasto chleba powszedniego? My jesteśmy „solą". ..światło- 
ścią", miastem zbudowanem na górze i składem wszelkich prawd 
i tajemnic Bożych u nas. Zawrotna głębokość słowa Pańskiego, ja- 
każ przy niem głębokość filozofów wydaje się płytka ! Systemata 
mędrców świeckich, to mielizny a trzęsawiska, wiejące niezdrowiem 
i śmiercią. I cóż postawią przeciw moralności w dalszym ciągu tego 
rozdziału? pi-zeciw moralności nowego zakonu, którą znosi lub do- 
pełnia moralność stara żydowska? Darmo powtarzać tu przepisy 
Boga, Mistrza naszego. Umiejętność ludzka na wieki wieków ska- 
zana już na niepłodność, a jeśli coś urodzi, to chyba szkaradne po- 
twory, po których przekleństwo Boże na kraje, śród których się po- 
jawią. Rozdział jeden ewangelii więcej i milion razy więe^j waży 
niż wszystkie jałowe systemata filozofii, które się jeno wymarzają 
w pysznych a pustych głowach synów rokoszanina. A prostotaż 
wysłowienia ewangelii? Och I och? 



74 

Do Pana Jana Koźmiana. 

Rzijm, 8. lipca 1847 r. 

Kochany Janie! Zastałem tu w Ezymie liścik twój, po staremu 
miły, serdeczny, poczciwy. Bóg ci zapłać zań. Oj ! nie zobojętniałem 
ja dla ciebie bynajmniej; owszem, częściej teraz i rzewniej polecam 
cię Panu, któremu wespół służym. Modlić się za siebie, to korre- 
spondować z sobą w Bogn. Wierzaj mi, że przeciw tej korrespon- 
dencyi nigdy na długo nie chybiłem. Ty ani się domyślasz, ileś mi 
przytomny w sercu i w pamięci, ile mnie budujesz swoją czujnością 
około rzeczy Bożych i ludzkich, czujnością czynną i niezmordowaną, 
pomimo że nudna, żmudna i niesławna. Prawdziwyś ty wyrobnik 
Pański, to zapłata twoja pewna ! Zakrawa to nieco na komplement. 
a doprawdy, chciałem ci jeno powiedzieć, że wiem, co zacz jesteś? 
W omdleniu mojem ile razy pomyślę o tobie, robi mi się wnet ja- 
śniej i raźniej w duszy. Daj ci Boże godnych i co najliczniejszych 
pomocników, to pole bieli się i żniwo tuż ! 

Opłakuję po dziś dzień Stefana Witwickiego. Strata to dla mnie 
arcyboleśna i nienagrodzona. Rówieśnik, druh młodości, z którym 
dłoń w dłoni przeżyłem tyle dobrycłi i złych lat, to niełatwo utulić 
się w żalu sierocym. Wiem ci ja. że mu lepiej w Bogu, któremu 
cały żywot służył myślą, słowem i uczynkiem. Wycierpiał też tu na 
ziemi swój czyściec. Wszystko mi w Rzymie przypomina Stefana. 
Na tydzień przed śmiercią pisał do mnie, że się chce złączyć z nami 
na resztę dni. Święć się wola Boża! Godzi się, aby młodsze poko- 
lenie pisarzy polskich uczciło jego pamięć. Za życia był taki skro- 
mny i cichy, to słuszna, żeby po śmierci ozwał się głośniejszy hołd. 

W stolicy tu Piotrowej cicłio jak zawsze, pomimo że niesły- 
chany gwar między politykowcami. Włochy szaleją z rozradowania 
ze swojej sw^obody i w ogóle z nowych reform. Wieczne tu gody. 
Zaraźliwy zapał owiewa i nas, ociepla w sercach otuchę świętej 
sprawy narodowej. Światło oto bije wprost z góry. Początkowanie 
w nowych losach ludzkości bierze Głowa Kościoła. Ojciec św. 
poważnie i śmiało kroczy naprzód. Co z tego będzie? Czy ludzie 
naduŻN^ją i tego dobra? C/j namiętności staną na wstręcie i zni- 
weczą wszystko? Tysiące ach pytań, a rozwiązanie ich u Boga. 
Cary jednak muszą drżeć, sądząc po minach ich ambasadorów. Mie- 
liśuiy onegdaj posłuchanie u Ojca świętego. Ani wysłowić wrażenia, 
jakiegośray doznali. Fizyonomia doprawdy niewolęca, apostolska, 
w rysach twarzy prostota i pogoda niemal dziecinna, a w postawie 
i ruchach godność i ufność papieska, Piotrowa. Szczęść mu Boże ! 



75 

Wstyd iiii, że ei nie posiałem do Przeglądu ani kawałka. Do- 
prawdy, nie ma nie. Redaktorstwo twoje przypadło jakoś na moje 
jałowe lata, na lata posuchy i gradobicia. Da Bóg urodzaj niejszy 
rok, to nie pożalisz się na mnie zgoła! I pobudki chlebowe naglą 
mnie do pracy, ma się rozumieć, kochany Janie, że z tobą wolę 
mieć do czynienia. 

Księża nasi, nie wiem, co nadal zamierzają. X. Hieronim w Al- 
bano. O X. Terleckiego projektach zapewnie wiesz skądinąd. Godzi- 
łoby się je poprzeć spólnemi siłami. Szkoda, że nie mam czasu roz- 
pisać się .szeroko w tej rzeczy. X. Hipolit sam zresztą chct; pisać 
do ciebie przed wyjechaniem na Wschód. 

Zmartwili^śmy się tu wszyscy przygodą na kolei żelaznej. Dzięki 
Bogu, że odwnk-ił nieszczęście, jakie groziło, dzięki nieskończone. 
X. Edward niebezpiecznie chory, zapadł na nowo w Orleanie. Żal 
się Boże. Żyjemy najściślej z Norwidem. 

Ściskamy cię najserdeczniej wszystko troje i t. d. 

Bohdan. 



Do księdza Hieronima Kajsiewicza. 

Paryż, 25. października 1847 r. 
Kochany Ojcze Hieronimie, maluczko, a odjedzie Edward Lu- 
bieński do Ezymu. Szkoda dobrej okazyi, a Avięc po słówku o tera 
i owera. Ks. Edward^) i Karol ^j .są już zapewnie między wami. Do- 
myślamy się, że w tym czasie wszyscy razem siedzicie na rekollek- 
cyach. Veni Sancłe Spiritus! Veni Sancte Spiritus, w nieljogłosy 
hałasujemy społem, i wy przygotowujący się tam do ostatecznych 
narad, i my oczekujący ich skutku. Uroczysta to i może najważ- 
niejsza doba w dziejach emigracyi. Co teraz postanowicie, rozstrzy- 
gnie o przyszłości wielu, wielu. My przynajmniej, cośmy od zawiązku 
waszego patrzyli na was z miłością i zbudowaniem, cośmy tyle 
dobrego rokowali po waszych spólnych pracach, z niewy.słowionem 
drżeniem w sercu wyglądamy, azaliż zaświta nam dzień odrodzenia, 
lub też wpadniem w zamęt posępniejszy jeszcze niż dotychczasowy? 
1 skąd ten zamęt? Skąd to niebłogosławieństwo Boże na wszystkiera, 
czego się jeno który tknie? Myż. rogaci w świeckiej pysze swojej, 
niedziw że rozbijamy się nawzajem, że rozburzamy wszystko po 
drodze! Ale wy, chodzący w zakonie Pańskim, wy poświęceni, tacy 



') Duński. 

") Kaczanowski. 



76 

gorliwi i przykładni kapłani, czemu także nic zbudować nie możecie? 
Pojedynczo, żadnemu z was niczego ciężkiego zarzucić niepodobna, 
a przecież i u was niema zgody i jedności. Jest owszem nasze świe- 
ckie rozkołysanie się, jakaś w sercacli i umysłacli rozterka. Do- 
prawdy — i między wami jest jakieś grzeszne licłio, jest coś czy 
ktoś, co rozpruwa wszystko ze szwu. Veni Suncte Spiritus, rege 
ąuod est deciwn ! Och Boże, Boże ! żebyć moje modlitwy mogły co 
znaczyć. Nie uwierzysz, drogi Ojcze Hieronimie, jak mi rzewno 
w duszy, nawykłem bo was od tak dawna kochać i społem polecać 
Bogu, że ściska się serce na myśl waszej rozsypki. I wszyscy współ- 
katolicy tak .samo czują. To słyszy m jeno zewsząd głosy: „i cóż czy 
pójdą w rozsypkę ? Czy zwiążą się ściślej w Bogu na nowy zawód V 
Jeśli nie mają jasnej myśli i watka na zakon, to niech zawiążą się 
w kongregacyę świeckit-h księży i pracują po staremu w jedności 
i zgodzie!" Są to j^/a desideria życzliwej braci, które wy w sumie- 
niach waszych najlepiej ocenicie. 

Ksiądz Władysław trwa statecznie przy_ swojem, jako wam 
szeroko już pisał. Ożywił się i rozruchał że doprawdy jest całkiem 
do niepoznania. Krząta się i pracuje dużo. Na kazalnicy takoż wielce 
mu się powodzi, zyskuje widocznie na wziętośei u rodaków, sądząc 
przynajmniej po zwiększającej się wciąż liczbie słuchaczów. Istotnie 
każe dobrze i śmiało, lepiej i śmielej niż przed rokiem. 

Do myśli ks. Władysława k o n g r e g a c y i księży świec- 
kich, przylgnęło już dwóch księży, przybyłych świeżo z kraju 
i dwóch podobno starych z emigracyi. Słowem powodzi się bardzo 
księdzu Władysławowi, i niewątpliwie działa on w najlepszej wierze. 
i\Iyślę, że gdybyś tu, ks. Hieronimie, przyjechał jako miałeś ongi 
zamiar, udałoby się wam porozumieć z ks. Władysławem na pe- 
wnych warunkach polubownych. Inaczej po za zgromadzeniem wa- 
szem rozpocznie samopas pracę, zkąd znowu wynikną szkody dla 
ogółu naszego katolickiogo. I na kazalnicy byłbyś tu pożądany. 
Nie daj odwykać od głosu swego naszej emigracyi. Wszakże w Ezy- 
mie i bez ciebie łacniej się obejść! Przyjeżdżaj wiec, przyjeżdżaj! 
Możebyś umiarkował ks. Władysława i skłonił ku jedności z wami. 
A przytem i skądinąd między bracią potrzeba żeńców. 

Bracia tułacze wciąż na falach. Politykowce nasi potakują, to 
bluźnią Papieżowi wedle tego co wiatr przynosi z Włoch. Żyją 
w gazetach i przez gazety. 

Z Adamem jeszczem się należycie nie rozmówił, umiarkowańszy 
nieco, ale jednak Towiańczyk. Nie miałem przez kilka tygodni po- 



77 

koju, juiisialem szukać mieszkania i meblować się. Mieszkamy na 
Batignolles. niedaleko od Adama. 

Poznałem się z Jenerałem Chłapowskim, który mimojazdem 
zawadził na jedną dobę o Paryż. Zaenyżto i kochany wojak i oby- 
watel, pokochaliśmy go doprawdy jak ojca. O literaturze i polityce 
na potem, bo muszę lecieć do Lubieńskiego, aby nam nie odjechał. 

Bóg z Wami, i z Tobą, Ojcze kochany. Oby Was natchnął 
świętą łaską, ku pożytkowi Polski i zbudowaniu naszemu. 

Wszystkich ściskam i pozdrawiam, a ciebie. Ojcze Hieronimie, 
całuję najczulej 

Bohdan Zaleski. 



Do księdza Hierouima Kajsiewicza, >v Rzymie. 

Paryż Batignolles, rue des Batignollaiiies 8 
17. listopada 1847 r. 

Kochany i szanowny nasz Ojcze Hieronimie, przeszłą rażą pi- 
sałem do X. Edwarda, donosząc co sie tu dzieje, jak się X. Go- 
dlewskiemu wybornie wiedzie na kazalnicy. Ubolew^aliśmy, żeście 
wszyscy stąd wyjechali, i że praca wasza kilkoletnia, dzieło waszych 
poświęceń, przechodzi w cudze ręce, a to jeszcze niby w sposób 
niezgody. 

Należałoby, żeby choć ze dwócli z Was do nas pospieszyło. 
Zapewnie, że wszędzie jednako można służyć Bogu, byle czystem 
sprcem i w świętej pokorze. Zapewnie, że niema co dobijać się 
o miejsce w kościele, który jest tak jak świat szeroki i ma żywy 
zadatek miłości Bożej na każdym ołtarzu, nie o to też nam idzie, 
tylko o zgorszenie, bo taka przemiana i przy takich pogłoskach, 
was w uświęceniu się może nie zatrzymać, ale na naszych umysłach 
rozdrażnionych cierpieniami, nieutwierdzonych jeszcze w wierze, 
niepewnych co począć, złe wywrze skutki. Zdaje się, że jest coś 
między nami, co wszystko ze szwu rozpruwa, owoż komu Bóg dał 
łaskę i namaszczenie, powinien na gwałt zszywać wszystkie dziury, 
któremi ta złość do nas włazi, iżby mu kiedyś nie powiedziano, że 
umył ręce, że opuścił stanowisko trudne, niemiłe, a poszedł uświę- 
cać się tam, gdzie mu wszystko szło po myśli i nic nie dokuczało. 
Mój drogi Ojcze Hieronimie, nie posądzisz ranie, ażebym to do was 
mówił w tonie nauki albo wyrzutów : kochamy was całem sercem, 
z waraim szedł od początku na drodze Bożej i do końca iść pragnę, 
węzeł nasz z wami miłości Chrystusowej radzibyśmy coraz mocniej 



78 

sercami spoić, i stąd to wyczerpałem prawo i śmiałość do napisania 
co wyżej. 

Księdzu Władysławowi, udającemu się do nas, surowsze rolii 
liśmy uwagi, nie cłicieliśmy bez was do niczego przystąpić, i to mu 
wręcz powiedziałem. 

Spodziewają się tu dużo Polonii, 20. przyjeżdża Sulikowski 

z żoną z Poznańskiego, są Panie Ezyszczewska, Kalerdżi i Czosnow- 
ska. Kamiński wyjeżdża na osadnika do Algieru, ale sam tylko, 
żona tu zostaje. My chwała Bogu zdrowi, Bohdanowa coraz poważ- 
niejsza. Usiedliśmy na Batingnolles gdzie 86 rodzin polskich mie- 
szkn, według Pailleta.*) Od Adama mieszkamy niedalej nad 600 
kroków, ale czemuś nie kleją się stosunki, byliśmy u niego, on u nas 
nie był, trudno się narzucać a jeszcze trudniej zgodzić się na Mistrza,^) 
skąd w rozmowie jest zawsze coś między nami przymuszonego. 
W sercu nie przestaniemy chować dla niego szacunku i miłości i tak 
będziemy czekać czy Bóg nie da lepiej się kiedy zrozumieć i w ko- 
ściele pojednać, a tymczasem stosunki nasze pójdą jak szły w mo- 
dlitwie, której siebie i moich kochanych, Tobie, kochany i szanowny 
nasz Ojcze Hieronimie, polecam i oddaję, etc. 

Józef Zaleski.'^) 

Dziękujemy, kochany Ojcze Hieronimie, za pożądaną wiadomość 
o dobrem usposobieniu Waszem trzymania się kupy. Dzięki 
Bogu, dzięki Bogu ! Teraz tuszymy dobrze o przyszłości Zakonu. 

Kłopot mara niesłychany z Antonim Witwickim, ani sposobu 
skończyć z nim jakiegobądź interesu... 

....Nie mam czasu pisać dłużej, bo Józef nad karkiem, do przy- 
szłego w^ięc kuryera. 

Bogu was polecam i proszę o modlitwę 

Bohdan. 

Do Pana Seweryna Goszczyńskiego, w Strasburgu. 

Paryż, Batingnolles, rue des Batingnollaises 8 
3. grudnia 1847 r. 

Mój drogi Sew^erynie, umyślnie spóźniłem odpowiedź na twój 
list, a to dla tego, aby zarazem ci donieść jak pójdzie interes w Mi- 
nisteryum. Otóż, dzięki Bogu, udało mi się wyrobić dla ciebie zasiłki 

^) Szef biura w prefekturze policyi, zajmujący się sprawami wy- 
chodźców. 

^) Towiański. 
^) Brat Bohdana. 



79 

rządowe, a przynajmniej mam na to solenną obietnict^ ?. Pailleta. 
Wytargowałem nadto: 1. pozwolenie zamieszkania w Strasburgu 
(o co robiono trudność), 2. wypłatę zaległości za miesiąc albo może 
i za dwa. Ażeby ci oszczędzić czasu, kosztu i przykrości korespon- 
dencyi urzędowej, podałem petycyę do Ministra wprost od siebie, 
ma się rozumieć jak uajostrożniejszą, opierając się jeno na tern. że jako 
przyjaciel wiem o twojej biedzie i że w obecnym czasie nie mogłeś 
z własnej pracy utrzymać sie w Szwajcaryi i t. p. Załączyłem takoż 
w petycyi adres twój w Strasburgu. Za pięć lub sześć dni, powinna 
już nadejść z Paryża do Prefektury decyzya Ministra, a więc do- 
wiaduj się tam do biur. Ja z mojej strony kołatać tu będę aż do 
końca o po.spiech. 

Radośniej mi w sercu, że pomyślnie poszła negocyacya. Mój 
drogi, mój stary druhu, lichać to pomoc, ale zaw.sze coś! Szkoda 
że nie mieszkasz z nami w Batignolles, miałbyś w żonie mojej jako 
rodzoną siostrę , i coby to było za szczęście dla nas zachować dla 
ciebie miskę i łyżkę przy stole naszym. Chcesz drukować nowe po- 
ezye, to siedź w Strasburgu I Więcej to warto niż drobne powsze- 
dnie przyjemności tego żywota. Nie uwierzysz, jak ut<.'.skniam czytać 
te poezye. Przyślij mi jaki arkusz choć korrekty w liście. 

Dziękuję ci, mój drogi, za serdeczne a szczere pismo, fiadbym 
ci się wywzajemnić, ale umy.sł mój dziś całkiem nie do tego, roz- 
targniony potocznemi a naglącemi sprawami. Nie mógłbym żadną 
miarą skupić się ani na cłiwilę w duchu. I ja przeżyłem kilka mie- 
sięcy w Rzymie pod bokiem wielkiego męża i Zwierzchnika kościoła. 
Doznałem wzruszeń, o których szeroko trzebaby pi.sać co tchu. 
Dość, że utwierdziłem się w mojej wierze, i odświeżyłem się na 
dalszy żywot. Da Bóg, porozumiemy się kiedyś wszyscy w Bogu. 

Muszę już kończyć, potrzeba spieszyć z petycyą do Ministra 
i z wysłaniem tej kartki na pocztę. Załączam ci jeszcze na ciepłe 
zimowe odzienie 50 tranków. na razie doprawdy nie mogę posłać 
więcej. Mój kochany Sewerynie, nie dróż się ty nigdy ze mną 
i przyjmij tę traszkę z takiem sercem, z jakiem ci ją ofiaruję. 

Cóż powiesz na to ? Nie widziałem się wcale z Mianowskim. 
Wyjechał do Petersburga kilkanaście temu dni. Nie wiedziałem, gdzie 
mieszka i nie dopytywałem bardzo o adres, będąc pewny, że mni*- 
starego Humaiiskiego kolegę zechce nawiedzić pierw.szy. tem bar- 
dziej, że nawiedził Chaborskich, Adama i różnych Wileuczyków. 
Mówił g mnie z miłością w tym i w owym domu, jak dowiaduję 
się dziś z boku. Dla czego nie widział' się? Trudno dociec, a niego- 
dzi się posądzać o złą wolę. Najpodobniej, że zawieruszony na wiel- 



80 

kim świecie i odkładając z dnia na dzień swoją wizytę, w końcu 
nie miał już C7ą.su. a może i śmiałości. Nie taję się, że rai to było 
przykro, zwłaszcza że bawił w Paryżu cztery podobno miesiące. 
Zenon Ijardzo go cłiwałi, powiada, że takusieńki sercem, jak był 
w Humaniu. Powodzi mu się arcydobrze. Przyjeżdżał tu na wezwa- 
nie księżny Witgensteinowej. Ma już kamienicę swoją w Petersburgu, 
łiuk pieniędzy i krestów. 

Ściskam cię, mój drogi, za siebie, żonę i Józefa, ściskam i 
całuię w miłości starego, statecznego drulia. Bóg z nami niecti bę- 
dzie na żywot doczesny i wieczny 

Twój 

Bohdan. 

Zapomniałem ci napisać, że niebawem już będę ojcem. Dziwne 
to uczucie, którego mocy po raz pierwszy oto doświadczam. 

Pozdrawiam po koleżeńsku zacnego twego Ijrata Szwajcara. 

Z Adamem rzadko się widuję. 

Napisz mi, kiedy ci wypłacili i za ile miesięcy zaległości? Ja 
takoż będę do cielcie pisał. 



Do Pana Igiiaees:o Domeyki. 

Paryż, 7. ynidnia. 1S47 r., 
rne des BatingnoUaises n. 8. 

Bracie Ignacy! od gromady pielgrzymiej najdalej podolmo od- 
bity nasz Igracie ! Rzewno pomyśleć, że ta kartka, papierowy świstek, 
tyle bezbrzeżnego Oceanu przeleci i przez antypody spadnie na sto- 
lik osamotnionego polskiego tułacza. I świstek ten mógłby mu 
oczarować biedę powszednią, mógłby mu umilić tęskniejszy ze dnia 
na dzień żywot między cudzymi. Serce miota się w miłości, radeby 
się zwinąć w sobie, aby wycisnąć miazgę, treść wszelkiego pocie- 
szenia, wszelkiej ochłody i osłody, na dni tara twoje to gorzkie, to 
skwarne. Zęby to się już otchnąć raiła jakąś wonią, od Wisły, Wi- 
lii, Dniepru ! Żeby naprzykład otchnąć dobrą wieścią o pokojaniu 
naszem. a tera samem, o bliskiem Miłosierdziu Pańskiem ! Gdzie 
tam — oj gdzie tam, zawsze stara piosnka i na smutną nutę. 
Z licznych doniesień i gazeciarskich i korespondentów twoich, zn;)Sz 
ty dobrze nasze dzieje ostatnich lat. Ivto wie jednak co o miłosier- 
dziu Pańskiem ? Polska wciąż na torturach męczeńskich, krew i łzy 
płyną a płyną, to liczba sprawiedliwycłi może się lada dzień dopełnić. 



81 

"Wielka bole?c' znamionuje wielkie życie. Nadzieja nasza w tej bo- 
lesnej żywotności narodu, a oraz w zasłudze Chrystusa Pana także 
bolesnej i żywotnej. Nadzieja tedy niezmierna i niezawodna. 
Och! więcej niż nadzieja, to pewność, prawda ehrześciańska, góru- 
jąca nad czasem i okolicznościami, która rychlej czy później rozsa- 
dzi świat i wywoła koniecznie, wywoła Pański cud. W tej prawdzie 
^wyeiężym. W tej prawdzie, bracie Żegoto, wskroś antypodów mo- 
żemy się już dzisiaj radośnie uścisnąć. Bracia jednak eraigrancka 
po dawnemu szamoce się w próżni świeckich swoich nadziei. Świat 
broi zło i tropem owczym tak samo broimy za nim. Starzejem się 
snując pajęczynę systematów politycznych, to religijnych : wiatry 
wioną i rozdmuchną. Snujem znowu .sieć cieniuchną. by ją zno\vii 
wiatry zwiały. Od niejakiego wszakże czasu, a osobliwie od rzezi 
Tarnowskiej widocznie poważnieją umysły. Krew ma wcale inszy zapach 
niż atrament, dzia-ła cudownie na mózgi i serca, to ten i ów rachuje 
się z sumieniem, ale jeszcze przed kościołem. Drzwi przecież ko- 
ścielne na rozścież stoją od wieków, daj Boże. aby co najrychlej, 
co najwięiej upadło pod ołtarz Baranka, gładzącego \^iny świata. 
I skądinąd pomyślna po temu dola. Zwierzchnik Pański w kościele, 
mąż wielki, mąż święty, pełen dobrej woli i ochoty ku grzesznikom, 
chcącym się kajać. Dam pokój ogólnikom. Józef pisze ci krewko 
o naszym pobycie w lizymie, o wrażeniu i nadziejach, jakieśmy 
stamtąd wywieźli, to znijdę oto do drobniejszych szczegółów, na- 
pomknę o tern i owem co wiem, że cię interesować będzie. Między 
i:siężami naszymi na razie rozterka, a tem samem i pewne omdle- 
nie w pracach. Zjechali się teraz na sobór do Ezymu, aby się osta- 
tecznie urządzić w zakon. Otóż w ttm tkwi sęk. Pojedynczo każdy 
z nich światły i świątobliwy kapłan, ale oraz każdy odmienne ma 
pojęcie o powołaniu zakonnem. Nie mogą zgodzić się na regułę 
i nie masz nikogo na Przełożonego, któryby stał się żywą regułą 
i powagą swoją utrzymywał wszystkich w klubach. Boimy się, aby 
nie poszli w rozsypkę. Odbyli jednakże przykładnie rekollekcye, to 
Duch święty natchnie ich zapewnie, co i jak czynić ku porozumieniu 
się i pracom na przyszłość. Oprócz tego. tylu się za nimi modli 
pobożnych na ziemi i w niebie. Jański i Witwicki polecają ich wciąż 
na wysokościach Chrystusowi Panu i Matce Najświętszej. Dotychczas 
tylko sam jeden X. Godlewski odłączył się od gromady. Tworzy on 
osobną kongregacye księży świeckich, która może być takoż arcypu- 
żyteczna w kraju i na emigracyi. X. Terlecki, z woli i upoważnit-nia 
Ojca Świętego wszedł do Bazylianów obrządku .słowiańskiego i jest 
missyonarzera na Serbii, Bośni i t. p. Zdaje się. że wielka myśl 

Korespondencja J. B. Zaleskiego t. U. fi 



82 

Boża spoczywa na tej raissii, odzyskania może Unitów i nawrócenia 
schyzmy. Jako Eiisin radbym calerai siłami }3opierae nowych zre- 
formowanych Bazyhanów. A Matkaż Makryna? Widocznie Bóg chce, 
aby nie zapominać o Jitew^skich Unitach. Zapewne pisano ci już 
o skonie naszego Stefana.^) Jako żył poczciwie, tak i umarł święcie. 
Pogrzebany w Ezymie obok Jańskiego. Ubył oto nam jeden filar! 
Mąż cłirześciański, apostolski, szczery, prosty a gorącej wiary jak 
Hiob Boży, co był dla narodu całego zbudowaniem i pokrzepieniem. 
A dla mnież ? Mało kto wie ezem był Stefan dla ranie. Mniejsza że 
przyjaciel mojej młodości, ale pod koniec żywota był doprawdy dla 
mnie więcej niż druh i brat, był jako Anioł stróż i pocieszyciel za- 
razem. Wypłakałem się też po nim na grobie i po dziś dzień nie 
mogę się utulić w sieroctwie mojem, tak tęskno w sercu po nim. 
Dla niego śmierć była bożą łaską, bo dojrzały był dawno dla nieba, 
cierpiał długo i strasznie, a pomimo tego, dopełniał obowiązków 
i wytrwał Panu aż do końca. On dzisiaj Pasterzem naszym w nie- 
biesiech. 

Z Adamem sąsiadujemy o paręset kroków ale rzadko sie wi- 
dujem, bo widząc się nie mamy już o czem mówić. Zakamieniał 
w sektarstwie, że ani śladu dawnego serdecznego Adama. Zestarzał 
bardzo, włosy niemal całkiem zbielały. Zdaje się jednak, że już To- 
wiańskiego nie uważa za Chrystusa, ale za męża epoki. Ochłódł 
widocznie z dawnego zapału dla Mistrza, z niektórymi nawet jego 
fanatyezniejszymi zwolennikami zerwał całkiem sto.sunki ; nie przestaje 
wszakże łowić prozelitów dla wła^^nego koła. Co dalej będzie? łatwo 
przeniknąć. Pozbija sie na sekty. I niedziw. Prawdzie jest tylko dane 
jednoczyć w duchu, prawda ca-łkowita i zupełna leży w kościele 
Bożym, zawarowana tam od wszelkich podstępów ludzkicli i wszel- 
kiego omylenia. Adam i Towiański skończą po prostu na filozofowaniu. 
Skoro bowiem sądzą kościół, już tem samem rozum swój wznoszą 
nad w iarę ; a czy ten rozum buja w uniesieniach imaginacyi, czy 
zatapia się w so))ie, to jest czy poetyzuje czy metafizykuje, znamię 
jego jedne : świętokradztwo, i jeden owoc : rozprószenie. Kochany 
bracie Zegoto, smutno, och smutno nam na śmierć. Do tylu żywio- 
łów rozprzężenia w Polsce, przybył oto nowy i najstraszniejszy. 
Adam, geniusz opromieniony wieńcem łaski Pańskiej, stał się oto 
rozsiewcą zgorszenia. Ściska się serce w płacz. Ile to Adam zwichnął 
umysłów i znarowił serc ?- Śpiewem dwuznacznej mowy swejej, która 
w zachwycie niby miłości bluźni pobożnemi słowy, struł u wielu 

*) Witwickipgo. 



83 

prostotę wiary. Nikt ogółu nauki jego nie przyjął, ale upoważnił 
i ośmielił mnóstwo ludzi do własnych rojeń, do rokoszu przeciwko 
kościołowi, do wypowiedzenia mu poszanowania i posłuszeństwa 
i t. p., i t. p. Straszny jego porachunek z Bogiem. Modlimy się tu 
za nim wciąż. Wybiera się teraz w podróż do Rzymu. Wiezie jakieś 
propozycye Papieżowi. Może na widok miejsc świętych i Namiestnika 
Pańskiego, zmiękczy się w sercu i upokorzy w duchu. Daj Boże I 
Ty wiesz jaki on dumny, to bez cudu ani pomyśleć, aby usłuchał 
czyichś per.swazyi. Tuszymy sobie dobrze z tej podróży, Bóg wielki. 
Bóg miłosierny uratuje nam Adama na pokutnika i sługę znów dla 
siebie. Z powodu Adama i w literaturze polskiej takiż sam rozstrój. 
On, co trzymał karaerton w chórze śpiewaków, nagle dmuchnął na 
szariwari że choć uszy zatknij. Doprawdy, bracie Żegoto, kostnieją 
ręce na lutni. Żeby dziś zaśpiewać co Panu, potrzeba tyle wewnę- 
trznego ognia, takiej potęgi w głosie, że nie wiem czy jest pierś 
ludzka, coby nie pękła. Pan pierwej bezbożny gwar zagłuszy gro- 
mami swymi, a po burzy, kiedy się rozwiośni, wstaną nowe głosy 
w hymnach wiecznej chwały. Poeci tedy polscy muszą na jakiś czas 
oniemieć. Za to filozofia arcyrozwielmożyła się na ziemi polskiej. 
Z niemieckiej żołędzi wybujała raptownie po nad wszystkie dęby 
Szwarcwaldu. Istotnie mamy nielada atletów. Cieszkowski, Trętowski, 
Libelt mogą się śmiało wziąć za barki z najduższymi Germańcami. 
Warto przypatrzyć się także ich zbroi, pióropusz pychy aż w obłoki. 
Niewątpliwie mamy potężnych metafizyków i dyałektyków i cóż 
potem ? Wyjarzniili wprawdzie rozum, ale rozprószyli ducha, bo tar- 
gnęli się na wiarę. Taki rozum jest nicestwo, i wróci do nicestwa. 
Samorodna mądrość polska i słowiańska musi się wykluć z ducha, 
który co innego jest niż rozum ; musi się wykłuć jak wykłuła się 
pieśń, w świetle i cieple wiary i róść w błogosławieństwie bożem, 
aby sprostała wielkim przeznaczeniom narodu. Inaczej płocha to 
zabawka i co gorsza, zabawka arcygrzeszna, to pomsta Pańska tuż. 
Bieda, och bieda zewsząd, ale dam pokój tym jeremiadom. W umie- 
jętnościach i naukach prz^Todzonych zawsze ubo.stwo. Widzi rai się, 
że my Słowianie jeszcze kochamy naturę, abyśmy ją na zimno ob- 
serwować chcieli i mogli. To rzecz inszych narodów staruszków. 
Avis au lecfenr z przeproszeniem. A Załuziański, Głogowczyk, Ko- 
pernik i t. d. Widzi.sz, kochany Żegoto, że gawędzę oto z tubą, ale 
mi tak z tem .słodko i miło. 

Jeszcze słówko o sobie. Nie wiem czy już za.słysza-łeś skąd 
o mojem ożenieniu. Od roku oto płuże w .słodkiem jarzmie małżeń- 
skiem. Bóg widocznie błogosławi mi nad moje zasługi. Dostałem 



84 

dobrą, zacną i poczciwą żonę, co mi umila tęsknotę tułacza. Yae 
soli! stoi w piśmie i mj tę prawdę bożą nosim w sercach. Bez ro- 
dziny nigdzie dobrze, a cóż dopiero nam wygnańcom w smutkach 
i nudach naszego żywota? Jakoś raźniej i znośniej kołatać biedę Ave 
dwoje. Niebawem spodziewam się zostać ojcem. Przybędzie mi po- 
ważnych obowiązków, ależ takie ol)owiązki dają właśnie przeważny 
cel życiu. A Józefże mój? to jako Józef Patryarcha ! i wiem że 
]>łogosławie.iistwo Pańskie spoczywa na domu moim. Och jest, jest 
za co dziękować Bogu, a ja zawsze po staremu zły i grzeszny. Żona 
moja wie i o tobie, Żegoto nasz, i kocha cię po naszemu i da Bóg 
przytuH cię kiedyś i służyć będzie jak siostra. My się za ciebie 
modlim, i ty zapewnie za nas. Dodajże do litanii przyjaciół swoich 
imię Zofii mojej. 

Co się z tobą dzieje, miły Żegoto bracie, na nowym tam świe- 
cie? W czasie pobytu naszego w Ezymie, czytaliśmy twój list do 
Kajsiewicza niedawno pisany, to jest w początku b. r. Złe między 
duchownymi takie samo, jak i u nas, a podobno że i gorsze. Plemię 
hiszpańskie wszędzie jednakie, podupadłe w prawowierności, a tem 
samem i na duchu starym, starosławnym, ma się oto ku śmierci 
politycznej. Odrodzi się przez wiarę, razem z Polską naszą. 

Za powrotem do Paryża zastaliśmy u Laskowicza nowsze od 
ciebie wiadomości. Ty ani wiesz, czem są dla nas twoje listy, takie 
poczciwe, serdeczne a poważne i uczące? Eadujemy się niemi po 
całych miesiącach i wydzieramy je sobie jak dzieci, stare dzieci. 
Ale jest i fatalność jakaś z tymi listami ! wyraźnie i najwyraźniej 
interwencya złego ducha, alias dyabła. Zapewnie opisał ci Józef nową 
niefortunną swoją przygodę z ostatnimi listami. Doprawdy bez tej 
interwencyi ani sposób wytłómaczyć dlaczego gubi twoje pisma, 
kiedy inne papiery konserwują się najdoskonalej. Najboleśniej, że 
wyrządzamy prawdziwą krzywdę przyjaciołom twoim i niewinnie 
narażamy się na Bóg wie jakie posądzenia. Ty znasz mego Józefa, 
Chcialźeby on komubądź wyrządzić przykrość? a cóż dopiero zacne- 
mu i świętobliwemu Laskowiczowi i Chełchowskiemu. Zgryźliśmy 
się obidwa zgubą listów, kochany Ignacy, wstaw się za nami, aby 
nie mieli już do nas urazy. A pisuj do nas, pisuj jak naczęściej bo 
cię z całego serca kochamy, a więc współczujemy z tobą i tęsknimy 
za tobą. Wierzaj, że odtąd wywzajemniać się będziemy długimi 
listami. 

Ogarniam cię miłością i pokojem, to jest w Bogu naszym 
Chrystusie Panie, opiece Matki Jego powierzam cię dalekiego i sa- 
motnego wygnańca. 



85 

Do widzenia się, bracie Żegoto, do widzenia się w tym czy 
na tamtym świecie. Ścisiiam i całuje najrzewniej 

Twój 

Bolulan. 

Czeczot i Tomasz Zan pożenili się na Litwie. Jeżowski mie- 
szka na Ukrainie przy naszych krewnych. Weisenhof w Rzymie 
maluje i poczynił znaczne postępy. 



Do Pana Seweryna Ooszezyńskiego w Strasburgu. 

Bafif/Hollcs, yiie de< BatignoUaises 8, 
12. stycznia 1848 r. 

Kochany mój Sewerynie, onegdaj dopiero mogłem się rozmó- 
wić z Pailłetem, bo do biura nie wpuszczają bez długich i nudnych 
korowodów, a w domu z powodu świątek, darmo go b3^ło szukać. 
Interes twój w Ministeryum od dawna i całkiem jest załatwiony, 
subsydia przyznane, to chyba w Prefekturze mydła, zapewnie dla 
dopełnienia jakichś tam formalności. Bądź więc spokojny, nie prze- 
stanę kołatać do Paiłleta, aż otrzymasz, co ci się należy. I teraz 
obiecał mi napisać jeszcze raz do Prefektury. 

Jutroć, Sewerynie mój. Nowy Eok wedle ruskiej rachuby, r. 
1848, a 28 hegiry naszej Ukraińskiej. Nowy Rok, toć chwila 
w bezmiarach czasów", chwilka jakoby do przeżucia się dla wojaków 
bożych w pochodzie. Im dalej w łata, Sewerynie, tern rzewniej mi 
w sercu przy Nowym Roku. Lataż bo moje? Lata, mogiły niby 
drogich strat, z nich po mym stepie kurzyć się w świat. Ale niema 
rady, dalej, o dalej 1 Nie wolno już oglądać się wstecz, jeno raźnie 
a ochoczo trzeba biedź naprzód. Dumką a pieśnią, kto rzeźwiejszy 
i mniej zmordowany, niech umili towarzyszom znojną wędrówkę! 
Piję oto do ciebie, Sewerynie ! Życzę natchnień promiennych ! Oj, 
czego bo nie życzę? 

Rok, chwilka w bezmiarach czasu, a jednak w bycie naziem- 
skim człowieka i narodu znaczy wiele, łmrdzo wiele : niesie jakoby 
ziarnko swoje na kwiat i owoc. Czem rozkwitnie i zapachnie, ten 
bieżący rok dla nas, dla nas wierzących, miłujących i spodziewają- 
cych się w Panu? Podaż jaką wieść z nielm, cudowne hasło ku 
[orozumieniu się i pojednoczeniu wałęsających się samopas kupek 



86 

w Polsce naszej ? Daj Boże ! Są wróżby, iDa nawet przepowiednię 
znaki czegoś nowego i przez Polskę. Nie raa co mówić, że 
cywilizacja nasza przeżyła się. Porządek dzisiejszy społeczny z ide- 
ami, z instytucyami, jako stary gmach podkopany, porysowany, 
osuwa się co dzień i .«!ypie w gruz na głowy restauratorów swoich... 
Ależ ideał ludzkości świeci wciąż na wysokościach ! Chrystus ukrzy- 
żowany. Chrystus zmartwychwstały, toć ideał! cel nasz! i po 
wszystkie czasy ideał i cel ! Nieraz, mój Sewerynie, biedzę się 
z myślami, czemu ż^^jem tak w rozstrojeniu i w rozdziale? Co nas 
różni, wiem, ale dlaczego? Różnim się w pojęciu i stosowaniu 
prawdy religijnej, a właśnie tej tylko prawdzie dane jest 
jednoczyć w duchu. Prawda ta, to wiara! to najwyższe dobro nasze! 
T różnić się będziem dopóty, dopóki nas nie pogodzi ktoś, mający 
po temu moc i władzę z góry. Ja myślę że rozejm i zgoda między 
nami nastąpi niebawem. Nie darmoć taki wielki Mąż Namiestnikiem 
Chrystusowym ! Wiarę, a przez wiarę jedność, a przez jedność życie 
i siły i przyszłość na ziemi i w niebie, daje tyłko Bóg przez 
kościół. Ci, co na cuda go wyzywają, niech się przypatrzą temu 
wiecznie trwającemu cudowi ! Słowo Boże, to nie igraszka ludzkiej 
woli, to nie narzędzie ziemskiej chwały, ani ziemskiego szczęścia! 
Pokory tak głębokiej, iżby cały rozum swój i n a z a w s z e 
poddać ślepej ufności w słowa bliźniego, nie otrzyma nigdy człowiek 
od człowieka, choćby się i natchnionym i prorokiem mienił : bo ta 
pokora, to dań nasza Bogu, jedynie Bogu, zawarowana w liościelę 
od wszelkich podstępów ludzkich i wszelkiego omylenia. Mój Sewe- 
rynie, mógłbym tak aforyzmami, logicznie a wedle sznura mej wia- 
ry, ciągnąć rzecz aż do bezwzględnycli i ostatecznych wyników : 
ale nie o to mi dzisiaj idzie ! Są punkta drażliwe, z których jeno 
waśń ... A w sercu mojem przeraźliwy, w niebo głośny krzyk 
u porozumienie się i pojednoczenie z tobą i z twoimi na żywot 
doczesny i wieczny! Co ja już posłałem modłów za sercem od tylu 
lat na męce ! Modłą się i godniejsi odemnie, to kiedyś Pan wysłu- 
cha! Fiat hu:! 

Adam w tych dniach puszcza się do Rzymu : nie powierzył 
mi się z czem, ale nie wątpię o jego dobrem usposobieniu i dlatego 
cieszę się i rokuję wiele, wiele z tego poselstwa. Boże daj ! byśmy 
wszyscy poszli w raj ! — Zresztą nic nowego w Paryżu. U nas, na 
Ukrainie, cholera i podobno groźniejsza niż w r. 1830, drżę o moich 
kochanych, od których ani wieści od dawna. Święć się jednak, wola 
Boża, wszędzie i zawsze ! 



87 

Pozdrawiam w miłości chrześciańskiej i ściskam z cala czuło- 
ścią starego druha 

Twój 

Bohilan. 

Żona moja i Józef łączą życzenia Xowe^o Eoku. A kiedyż 
rozpoczniesz druk nowycli poezyi? Karola Różyckiego, Karola na- 
szego, jeżeli obaczysz, to uściskaj od nas trojga najczulej, powiedz 
że sypiem zbożem na s z c z a s t i e , na z d o r o w i e , na n o w y j 
r i k ! Ocli ! ocli ! na tej szerokiej atamańskiej piersi, błogo mi ongi 
było śnić o starycti bojach i starej sławie ojców ! Doprawdy, czułem 
się przy nim jakoby potomek piewców, przy potomku hetmanów 
naszych, czułem się pełen czci, miłości i natchnienia. A dziś co? 
Dziś, osamotnionemu kwili w łonie żałosna dumka jak po ojcu, co 
niby mi przepadł gdzieś za Dunajem. Oj ! obadwa, Sewerynie, i ty 
i Karol, jesteście mi zarówno mili, zarówno niezbędni na ziemi, ku 
spełnieniu wieszczego mego powołania. Ja głos ż y w y o d m o- 
g i ł i stepów, ale bez was, głos wtęchły w tumany, bez wyrazu 
i rytmu. 

Do Pana Cypryaua Norwida. 

D. 27. stijcsnia 1848 r. 
aux Batignolles, rue des Batignollaises 8. 

Nie lada przyjacielskim upominkiem uraczyłeś umie, kochany 
Cypryanie, przy tym Nowym Eoku. Doprawdy, najmilsza niespo- 
dzianka! Na razie, nie wiem jakiem słowem ci dziękować? Najpeł- 
niejsze podobno treści owe staropolskie : Bóg zapłać. Bóg zapłać tedy, 
młody mój przyjacielu, i za uprzejmą dedykacyę i za wszystko, co 
w niej chlubnego a lubego dla mnie. Dziecko swoje z ducha, poda- 
łeś oto mi na ręce, toż po k u m o w s k u poważnie i rzewnie bło- 
gosławię mu w świat, na żywot długi, długi ! 

Eadbym się rozpisać o „Wandzie'', ale z pisaniem dziś 
żmuda jeno a nuda. Od kilku dni, takie tu dokuczliwe zimno, że 
kostnieją palce na piórze, i co chwila wstawać trzeba od stohka do 
pieca. Wstrętneć to bardzo licho, wszakże mniejsza z nim ! Nie ma 
co mówić, kochany Cypryanie, wydumałeś piękną rzecz. Wrażenie 
po Wandzie chowam błogie, nieco melancholijne, jak po śnie o la- 
tach młodszych, minionych. Istotnie sen to, sen wieszczy, widzenie 
w duchu poety, przez astralny rąbek podania, milszej, przekwitłej 
niepowrotnie wiosny naszej dziejowej. Treść też Wandy twojej cal- 



kiem senliwa. Postać księżny, slauiająea się, prawdziwie namogilna. 
Inne osoby nie stąpają po ziemi, ale przesuwają się sennym choro- 
wodem. I tak byc powinno. W tem tkwi osobne misterstwo twega 
pomysłu. Stare podanie ludu, pobożnie otarte z pleśni lat, rozwi- 
dniło się, zwierciedlące zarazem i prawdą, co wiecznie w sercu ludz- 
kiera taż sama, nieskazitelna i prawdopodobną jawą zamierzchłego dawna 
wypadku, a który był wieszczeniem czegoś kiedyś. Po- 
emacik twój godziłoby się nazwać Mysteryum Polskie m: 
utajonym głosem dobrej nowiny od przeszłości gdzieś ku przyszło- 
ści. Wybornieś sobie postąpił, żeś obraz swój zamknął w szczupłych 
ramach, ściśle w obwodzie tradycyjnego wątku: bez fantazyowania 
w szerszych rozmiarach, bez wprowadzenia intrygi miłosnej lub gry 
namiętności, któreby wnet skoślawiły rzecz, a co gorsza, sponiewie- 
rały uroczą pamiątkę, bijącą w oczy pokoleń ludową mogiłą. Słowa- 
cki stworzyłby coś na pozór błyskotniejszego, ale niewątpliwie byłby 
to płód poroniony, do niczego niepodobny dziwoląg. Twoja Wanda 
jest wedle ludu, Wandą, co nie chciała Niemca, pogańską patronką 
narodowości polskiej, a więc bia^łą, dziewiczą, niepokalaną i takąć 
zostać ma dla wyobraźni naszej na wieki. Głównemu temu warun- 
kowi uczyniłeś zadość w przekonaniu mojem. Nie chcę się sadzić 
na pochwałę, ale Wanda twoja niewoląca, narysowana eon amore. 

Możeby należało było wydatniej naznaczyć owe wiekowe pa- 
troństwo i apostolstwo Wandy w narodowości Polskiej ? Myśl ci 
świeci na dnie poematu, ale nie dość występuje na powierzchnię. 
Niechby jaki guślarz domowy zaśpiewał był u stosu ? Widzenie ta- 
kiej Wandy, już odkupionej i w promiennym wieńcu za tę miłość 
świętości narodowej, że nie chciała Niemca. Uwija mi się 
po głowie jakiś ładny motyw, ale rozwiewny, że ani sposób ująć 
go w słowo, to spróbuj chyba sam podumać, czy potrzeba coś do- 
dać. Zresztą brzask chrześciańskiej doby po mistrzowsku i przedzi- 
wnie uchwyciłeś, to i bez mojej wstawki brzask ten opromienia 
dostatecznie przedmiot. Pod względem także wykonania, nie wiem, 
kochany Cypryanie, eoby można zarzucić twojej ,. Wandzie". Światło 
i ciepło zdaje mi się stosowne. Pogańskie Elizea, te rcgna 
inania, nie cierpią jaskrawszego dnia. Osnowanie scen trafne i se- 
metryczne, osoby poruszają się swobodnie a wyraziście. Wysłowienie 
jasne, jędrne, zwięzłe, rdzennie poetyckie i rdzennie polskie. Tak 
i miara wiersza łatwa, własna, osobna, a podrzeźnianie w rytm 
krakowiaków, przednie. Język przeźroczysty, wszakże nie wszędzie 
dość prosty, a tu i ówdzie razi nawet książkowym archaizmem. 
Na co ta książkowość? Skoro język Wandy żyje po dziś dzień mię- 



89 

flzy Indem, ten sam co ongi, wytrąciwszy jeno wyrazy i wyrażenia 
pochrześciańskie. Wczytanie się w Edde skandynawską wielce po- 
mogło do kolorytu, który widzi mi się wszędzie naturalny i właści- 
wy. Nie zgadzam się na niektóre twoje hipotezy i domysły etymo- 
logiczne, jakoto kupale, wszakże mniejsza, to rzecz dowolna i całkiem 
podrzędna. Usterków językowych, o jakich dopiero co napomknąłem, 
nie wiele, może kilka lub najwięcej dziesiątek. Są to raczej właści- 
wości indywidualne, które ma każdy poeta, niż wady stylu. Nie 
śmiałem ich tknąć, owszem rękopis czysty od deski do deski odda- 
łem Chojeckierau. Coś jest zawsze dzikiego i śmiesznego w cudzych 
poprawkach ! Mówię to z doświadczenia. Poprawisz się. Cypryanie. 
sam gdzie indziej, poprawisz się w Patkulu. 

Niezmiernie ciekawie wyglądam Patkula. Znam już poniekąd 
Cypryanie, donośnośc twego talentu, to wróżę sobie coś dobrego, ale 
nie mam wyobrażenia, jak się wywiniesz z pospolitych wymagalno- 
ści dramatu, z owych zawikłaii i gry namiętności na scenie. Tuszę, 
że dasz .sobie radę. Kończ tedy, kochany Cypryanie, kończ Patkula, 
i najlepiej sam go przywieź do Paryża. Potakuję oto mimochodem 
w dawną twoją chętkę, a która może jest wieszczeniem 
dobrem i z głębi ducha. Istotnie w Paryżu łacniej ci będzie nama- 
lować i ową ogromną n a k o I i z e j s k ą w i z y ę. O tej wizyi 
twojej śnię bardzo często i z biciem .serca. Żal się Boże uronić taką 
szczęśliwą i natchnioną myśli Przedmiot wspaniały, oryginalny, 
i przystający w sam raz do rogatej epoki, co tuż, tuż przed 
nami. Spotkałbyś tu na ulicach huk modelów. Nie wypowiedziałem 
ci w Ezymie współczucia dla twego obrazu, bo zapóźnośmy się po- 
znali i byłem przytem wciąż pod antypoetycką konstellacyą, jakiś 
nie swój, cierpki, niemy, niby w pancerzu i z nasunioną przyłbicą. 
^Musiałem ci się wydać dziwny, chłodny dla natchnień malarskich. 
Owóż tak nie jest. Nie chełpię się wielkiem znawstwem sztuki, 
a nawet w rzeczach jej technicznych jestem wierutny nieuk, wszakże 
doskonale czuję i rozumie wszelkie natchnienie jako wieszcz. 
lo sono pittore. Co ja w życiu wydumał obrazów i obrazków, które 
rozwiały się w nic. bo nie mam jako ty, Cypryanie. ołówka, pęzla 
ni dłuta na usługi. Owóż całą duszą sympatyzuję z twoją wizyą 
nakolizejską ; radbym, ażebyś ją co rychlej namalował i zarazem 
trwożę się, czy ci się to uda w Ezymie. W Ezymie wszelka praca 
malarska idzie pospolicie nieśmiało i niesporo. Ezym, to panteisty- 
czne muzeum, przygniatające imaginacyę swoim ogromem i swojem 
yra»dioso. W kościołach, po galeryach, na ulicach, tyle tam po- 
mników sztuki, że umysł wiecznie roztargniony, nieprzytomny, wy- 



90 

cieiicza się ciągiem zachwyceniem i tem samem już skazuje się na 
niepłodność. Porównywując arcydzieła, metafizykująe o tajemnicach 
ich piękności, kształcim w sobie smak i zmysł estetyczny, a umo- 
rzamy twórczość, tę iskrę ognia niebieskiego w uczuciu, z któ- 
rej wszystko jest, co jest w sztuce. Malować w Rzymie, to tak 
samo jakby układać poemat w której tu bibliotece, wśród nalatują- 
cych wciąż cudzych kształtów i myśli. Geniusz malarski jak poe- 
tycki, prorok to pański, — na pustyni jeno i śród modlitwy poczu- 
wa się w swojem powołaniu. Przedperudżynowscy i przedrafaelowscy 
malarze tym sposobem wcielali swoje widzenia. Później mistrze wy- 
doskonalili sztukę, a sponiewierali prawdę, zatracili świętość 
świętości wszystkich, wszeehświętość, wszechpiękność, treść boską 
w sztuce. Słuchem śród ludu, a wzrokiem pod niebem, usiłujem 
dziś odszukać zatracony skarb. Każdy z nas ma w łonie swojem 
zakuty raj... Ot gawędzę! Czy ty, Cypryanie, bezemnie nie wiesz 

źródlisku żywej wody bijącem z G ó r y , a z którego ja ledwie 
kropelkę liznąłem ku odmłodzeniu? Rozgawędziłem się dlatego, że 
rad bym cię usadowić gdzieś zacisznie, w cieplicy, jak kosztowną ro- 
ślinkę, na kwiat i owoc, na chlubę i pożytek naszej Polsce. W grun- 
cie ja miłuję Rzym, miłuję nad wszystkie miasta. Im dalej w lata, 
tem tęskniej mi do Rzymu. Rzym, święty, mistyczny Gród, pobło- 
gosławiony na d e w o c y ę , na przytułek zbolałym i wypoczynek 
spracowanym. W Rzymie to rozpamiętywać przeszłość i pisać dzieje, 
pamiętniki żywota narodów, przy górującej wiecznie myśli, co świeci 
ztamtąd ludzkości. Ale tworzyć, to działać, a dla czynów cały 
świat na rozścież. 

Zmęczyłem się pisaniem w zimnie. Myśl także kurczy się na 
mrozie (jak to zauważył Krasicki, a zauważył przez intuicyę 
chyba, bo w Polsce, a zwłaszcza u biskupów, cieplejsze mieszka- 
nia, niż tu u emigrantów). Myśl kurczy się, nie mamy żadnych 
nowości, o których byś nie wiedział z gazet. Świat polityczny boli, 
pracuje porodem. Emigracya w oczekiwaniu, co zacz będzie zeń? 

1 ma gotowe dlań imię po matce swej. My, do chrztu musiuj trzy- 
mać dziecko europejskie, chyba że się obeszło bez chrztu, 
to wtenczas bierz go licho 1 X. . . . za dziesiątek dni wybiera się do 
Rzymu, to jeśli będą jakie nowiny, nie omieszkam donieść. 

Proszę o wzajemność w rzeczach włoskicli. U was tam jakieś 
nizdrowe sirocco i zdaje się na długo. Coś o Neapolu piszą gazety, 
ale nie chce mi się wierzyć. To tajemnicza osobna gens między 
Włochami. Donieś nam co mówią w Rzymie. Wszakże nie rozpisuj 
się szeroko. Szkoda, abyś odrywał się od milszej i ważniejszej pracy 



91 

Listy mogą byc krótkie, a natomiast szkicuj piórem, jak bywało na 
Tia Felice u nas, portrety i t. p. do listu. Co mamy tych etude, 
chowamy jako najmilsze pamiątki. A to cię nic nie kosztuje, nawet 
nieprzerywa konwersaeyi wieczornej. Owóż rysuneczki przysyłaj, bo 
zarazem będzie w nich dowód pamięci twojej o mnie. Xa razie nie 
mam o czem pisać. 

Ogarniam cię, Cypryanie, miłością moją, miłością w Panu, 
który jest pokojem, na uciszenie wszystkiego, co boli w sercu 
twojem, ku swobodnej a pogodnej pracy. Polecam cię Bogu i straży 
błogosławionych duchów, co unoszą się nad Rzymem. Ściskam przy 
lem i pozdrawiam. 

J. B. Zalesili. 

Adam ^) zaonegdaj wyru-^zyl du Rzymu. Ciekawym takoż jak 
ci się wyda. Adam to jakby antypod Zygmunta. Znów jesteśmy 
z sobą lepiej, a daj Boże, pojednoczym się po staremu niebawem. 
Wyjechał' z dobremi intencyami, chociaż niedość skruszony i po- 
korny. Czy ma dość rdzeni, iżby ze świata fantasmagoryi zstąpił do 
prawdy serca swego i nienudno mu w niej było"? Otóż w tern tkwi 
sęk. Rozumie najdoskonalej katolicyzm i kocha go, jestem pewien. 
Płyniemy na jednych wodach, tylko na żegludze kierujem się ina- 
czej. My wedle b u s s o 1 i wiary, on wedle mistycznego jakiegoś 
znaku, którego nie widzim i którego nam nie pokazuje. Pełne mam 
serce najlepszej otuchy, że pobyt w Rzymie i widzenie się z Ojcem 
Świętym opamięta go w czem błądzi. Przed kilkunastu laty wrócił 
ztamtąd dobrym, prawowiernym katolikiem. Co to będzie dla nas za 
szczęście powitać Adama wytrzeźwionego z kilkuletnich szałów. 
Donoś mi, kochany Cypryanie, jak mu się povvodzić będzie w rze- 
czach świeckich i duchowych? — co jeno zasłyszysz. Xie potrzebuję 
dodawać, że doniesienie twoje zachowam tylko dla siebie, w nąj- 
dyskretniejszej tajemnicy. 

/. B. Z. 



Do Pani X. N. 

Faryż, 11. lutego ISIS r. 

Nie taję, że mi smutno rozstawać się z P r z e n a j ś w i ę t s z ą 
Rodziną. Przepisywałem bo ją za dni milszych, opromieniony 

') Mickiowicz. 



92 

jeszcze natchnieniem świętem i przepisywałem dla druha młodości, 
tulącego się wtedy do mnie z bijącem sercem. Drobnostka to jako 
rękopis : ale nieoceniona dla ranie relikwia po bracie, relikwia wonna 
tylu och ! pamiątkami. Drożyłbym się z nią bardzo przed kim in- 
szym. Ależ siostra i w Bogu i po Matce Ukrainie i bracie Stefanie 
ma wszelkie prawo do tej ofiary. Daję więc, daruję nabożny rękopis, 
na w^kupne do serc i na braterski upominek, niech świętą treścią 
swoją napełnia dom na pokolenia. Łączę doń całkowite i zupełne 
błogosławieństwo Stefanowe i moje. Słodko i rzewnie pomyśleć, że 
ile razy spojrzycie nań, ile razy zadumacie się przed Bogiem o s. p. 
spólnym przyjacielu, westchniecie zapewmie i za mną. Tam na 
Ukrainie, którą pożegnałem nie wczoraj i nie jutro obaczę, ostało 
się serce moje na pokucie. Dawno niewidziany i niewidzialny może 
na zawsze, duchem jednak krążę wśród was, po chleb swój ducho- 
wy, po m y ł o s t y n ę. Miłujcież mnie — módlcie się — aż rąbek 
tumanów, co przesiania mię od oczu waszych, pierzchnie, hej 
szczeźnie w Imię Pańskie. Opiekujcie się także ubogą tam rodziną 
moją. Noście mi wieści od niej, wy stepowe, namogilne moje zozule I 
Jeszcze raz polecam się modlitwom ukraińskiej rodziny 

Wasz 

J. B. Zaleski. 



Do Jenerała Józefa Szymauowskieąo. 

Paryża Batignolles, rue BatignoUai^es 8. 
14. lutego 184S. 

Kochany i Szanowny Jenerale ! 

Pókiśmy byli w Ezymie, to Zosia, jak każda młoda mężatka, kapry- 
sowała i Bóg wie co nie wydziwiała, a to gorąco, a to pchły, a to 
brudno, a to Włoszyska niezgrabne, a to nic tutaj dostać nie można, 
a to z głodu przyjdzie tu umrzeć, i kto tam wszystko wyliczy — 
a Paryż był pieścidełko, ziemia miodem i mlekiem płynąca! Aż tu 
teraz, zamiast mleka, błoto — zamiast słońca, mgły — zamiast 
ciepła, deszcz a zimno, że w palce oto niebożątko dmucha i ani 
rusz leniuszka rozruchać i do listu napędzić. Dzisiaj chciałoby się 
do Rzymu . . . Pisze tam Zosia sama do kochanego jenerała ; nie 
godzi się jej teraz tak zdrobniale nazywać, to poważna dziś matrona, 
tuż, tuż matka, niech tam jenerał pomodli się na intencyę ażeby 



93 

ją Bóg szczęśliwie rozwiązał. Już się wcale nie zapiera, ale jeszcze 
gniewa się po swojemu. Z domu już dawno nic nie mieli.śmy i nie 
wiemy, co się tam dzieje 

Głoszą u nas, że jakiś wielce poważny Civis Romanus zostarł 
pułkownikiem legii rzymskiej, jeżeli to się ściąga do jenerała, to 
winszuję i proszę nie zapomnieć o starym żołnierzu, który się zda 
choć kociołki za obozem jeszcze wozie; a daj Boże do obozu co 
prędzej, radbym, ażeby pierwsze bajoki. które jenera-ł w woreczek od 
Zosi włożysz, były na marsz do Polski, i lat Ci, mój kochany 
i szanowny nasz jenerale, ubędzie, bo radość serca odmładza, 
a wiem jakbyś się wielce ucieszył na hasło — do Polski! Niechże 
no jenerał tak bardzo sobie lat nie liczy, daj Ci tylko Boże zdrowie, 
o które się zawsze do Boga modlimy, a żyj nam dłużej nad wiek, 
bo przecież i zacni ludzie, choćby nie wiem jak długo żyli, zawsze 
żyją krótko dla tych, którzy ich szacują i kochają . . . 

U nas tu wielu starych żołnierzy zrywa się do Włoch. Wiem, 
że kochany jenerał' o mnie byś nie zapomniał i dałbyś mi znać, 
gdyby co było pewnego . . . Radbym doprawdy zostać żołnierzem 
w szeregach Ojca Świętego i dać moją krew i życie za sprawę ko- 
ścioła i ojczyzny. Zdaje mi się, że my Polacy, nigdybyśmy tych 
dwóch spraw rozdzielać nie powinni, bo mnie uczą narodu mojego 
dzieje, żeśmy zawsze byli przedmurzem chrześciaństwa, a za tem 
kościoła, i żeśmy poty tylko byli sławni i mocni, pókiśmy tę misyę 
z ochotą pełnili. Jeżeli nie my — wrócą kiedyś następcy nasi do 
tej misyii i podźwigną znowu sławę i wziętość religijną ludu kato- 
lickiego i postawią na nogach Polskę, ojczyznę naszą. 

Jeszcze raz szanownego jenerała serdecznie pozdrawiam i ściskam 

Józef. 

Paryż, 28. lutego 1848. 

W dniu wczorajszym, kilkuset Polaków zebranych przy ulicy 
Duphot nr. 10, widząc gwałtowną potrzebę wybrania pośredników 
do znoszenia się z Rządem Rzeczypospolitej Francuskiej w sprawie 
narodu naszego, za.szezycili nas swym wyborem do tymczasowego 
działania. 

Zważając, iż zebranie to było bez dostatecznego zawiadomie- 
nia, dla uniknienia wszelkich nieporozumień, sądzimy, iż odpowiemy 
chęciom współrodaków, składających ogół emigracyi Polskiej w Pa- 



94 

ryżu. naznaczając dzień 1. marca b. r. na jego zebranie, na któ- 
reinby jego wola co do w\M)oru tymczasowych pośredników osta- 
tecznie objawioną być mogła. 

Jł. Dwernicki, Władysław Dzwonkowski, S. Gawroński, K. A. 
Hoffmann, Eustachy Januszkiewicz , Ludwik Wierciński. J. B. 
Zaleski. 

Do księdza Józefa Hubę, w Kzyuiie. 

Faryk, 17. marca 1848 r. 

Kochany Ojcze Józefie, życzenia najszczersze i najtkliwsze za- 
syłamy przy święcie wspólnego Patrona. Bóg z tobą i z twoimi, 
Ojcze! Bóg z nami wszystkimi! Oby Prześwięty Oblubieniec wy- 
modlił nam opiekę i błogosławieństwo Jezusa i Maryi, w tych 
areytrudnyeh dniach! Obchodzim oto imieniny nasze na zaraniu 
jakiejś osobnej ery świata. Co się w niej wyświęci dla chwały bo- 
żej, tudzież dla świętej sprawy kościoła i naszej polskiej? Są nieja- 
kie znamiona, niewyraźne jeszcze i rozwiewne, ale wierzymy, miłu- 
jemy, spodziewamy się, Bóg i Pan niemal tu po widomu rozpoczął 
swe cuda, to ujrzymy niebawem i gdzieindziej piękne dziwy i wiel- 
kie rzeczy. Ufajmyż po chrześciańsku i doczekujmy się skinienia 
Pańskiego. 

Kochany Ojcze, wiesz z gazet, co się tu działo i dzieje, to 
nie warto pisać osobnej kroniki. Paryż spokojny jak za dobrych 
czasów, ale waśń rodzi się już i grozi straszną zamieszka. W rzą- 
dzie i na ulicy rok 1792 i 1848 stoją naprzeciw siebie w szyku 
bojowym, to burzliwe będą elekcye i bodaj czy nie zmartwychwstanie 
konweneya? Duchowień.stwo ma wziąść udział' czynny na elekcyach, 
ale o tera szerzej zapewnie napisze O. Hieronim. Dla Polaków rząd 
zawyrokował legiony. Dotychczas cała rzecz jeno na papierze: nie 
wiemy gdzie i jak zacznie się forraacj^a, ani pod czyjem dowódz- 
twem ? Bracia szamocze się od kilkunastu dni, sejmikuje na komi- 
tety, to na komisye, szyje i porze dawnym obyczajem. Duch Boży 
jeszcze nie powiał po niej. Chrześciańskiego braterstwa po staremu 
mało, a pokory ani źdźbła. Zgoła że niczegośmy się nie nauczyli 
i niczego nie zapomnieli. Módlcie się, Ojcowie, o miłosierdzie Boże 
dla grzesznej dziatwy swej. Och męża! męża! 

Niewypowiedzianie rozradowała nas dobra nowina o Adamie. 
Cudowny i miłosierny Bóg nasz! Cześć mu i chwa^ła teraz i na 
wieki wieków, cała Polska jak długa i szeroka zanuci w podziękę. 
Ja co tak dawno i tak szczerze kocham Adama, nie posiadam sie 



95 

z radości i szczęścia. Jakby kamień spadł z serca, tak rai raźno, 
błogo i ufnie. Wyshictiał Pan modlitw naszych tyloletnich, chwa- 
•laż mn, chwalą! Nie śmiemy jeszcze głosić po mieście o nawróce- 
niu, bo oczekujem na szczegóły. Nie wiemy, dlaczego wczorajsza 
poczta nic nam nie przywiozła. Rozbiegła się tu wieść, że wszyscy 
Polacy z Rzymu jadą do Paryża. Istotnie, potrzebni tu są l3ardzo, 
;i osobliwie Adam. Adam zdołałby dziś pojednoczyć całą emigraeyę, 
pojednoczyć i natchnąć wielką myślą. A potrzeba wielkiej myśli, 
aby rozbudzić ducha wielkich poświęceń się ! Wyprawiajcie go co 
tchu do nas. Nie pisze dziś do nikogo więcej w Rzymie, bo może 
i prawda, że wyjechali moi, a osobliwie Adam i Norwid. I nie chce 
się teraz brać pióra do ręki. Wszyscy żyjem na ulicy, jak starożytni 
Ateńczycy, pytamy jeno o nowiny. A nowin huk. Niemcy całe jak 
ogarnione pożarem wielkim reformy aż do Saksonii już. Nie ma co 
mówić, królowie się przeżyli. Porachunek oto z nimi Pań- 
ski za szalbierstwa z kościołem Bożym. Polecamy się modlitwom 
kochanego Ojca i ca.łego zgromadzenia, tudzież Matki Makryny 
i wszystkich świątobliwych dusz w grodzie tam Piotrowym. 
Calujem kapłaiiskie ręce twoje 

Bohdan Zaleski. 

Zona moja bardzo, bardzo ociężała. Za kilka dni a może na 
Św. Józef spodziewamy się już nowego przybysza bożego. Polecamy 
ją nabożeństwu kochanego Ojca i westchnieniom przy ołtarzu. 

Jenerała Szymanowskiego i wszystkich rodaków, którzy nie 
wyjechali jeszcze z Rzymu, pozdrawiamy w Panu. K . . . ruszyli 
dziś do Brukseli. Wszystka Polonia z kraju odebrała polecenia do 
Avyjazdu. Mało też kto tu popasa. 



Do Pana Wincentego Tyszkiewicza. 

Wrocław, 28. kwietnia 1848. 

Kochany i szanowny Panie Wincenty, nie będąc pewnym, gdzie 
są Bohdanostwo, proszę cię bądź łaskaw napisz do nich zaraz i po- 
wiedz im niech o mnie będą spokojni. Wiesz zapewnie, co się stało 
w Krakowie, była bójka; Kryg zakazał wpuszczać emigrantów na 
terytoryum krakowskie ; znajdujący się bracia nasi w Krakowie po- 
szli do niego z żądaniem, aljy odwoła/ł nakaz. 3Ianifestacya tłumna 
przeraziła starostę, z musu też rozkaz cofnął a po broń, o którą się 
upominano, odesłał do komendanta siły zbrojnej, jenerała Kastilione. 



96 

Komendant i broni nie dał i rozkaz odwołany znowu wykonać pole- 
cił, a nazajutrz na bezbronnych braci naszych uderzył. Zginęło na- 
szych kilkunastu, między innymi Mądzelewski i Hulewicz; rannycli 
liczą do 50; straty nieprzyjacielskiej nie obliczam, jenerał Kastilione 
ma być ranny. Miasto bombardowano z zamku i mają znowu bom- 
bardować, gdyby emigracya ustąpić we trzy dni nie chciała. Wczo- 
raj wieczór przybyła tu pierwsza kolumna, ze 170 ludzi złożona, 
wracająca z Krakowa. Gdzie my się teraz podziejem, co się z nami 
stanie, Bóg tylko jeden wie. Mnie te wypadki zastały tutaj w Wro- 
cławiu, gdyby były dwa dni później zaszły, lżyłbym się na nie 
własnemi oczyma patrzył, a może zginął. I lepiej niezawodnie by- 
łoby zginąć, niż patrzyć na ironię, którą nas ludzie napawają. 
Wszystkie piękne obietnice dla nas w nic się rozwiały ; w bramach 
Berlina rozczarowaliśmy się wszyscy; czy kto chciał, czy nie chciał, 
podpisywano mu pasport do Krakowa, i jaknaj prędzej zbywano się. 
Tam pierwszych przepuszczono i pozwolono bawić się w raustrę 
z kijami, a późniejszych odepchnięto, słowem grano z nami w od- 
bijanego i cliciano, żeby taki stan umysłów pokrzywdzonych nie 
rozdrażnił, serc zbolałych nie zakrwawił. Co dalej nastąpi, nie wiem. 
Znasz mnie. Panie Wincenty, wiesz że siebie i moją ojczyznę, rzecz 
po Bogu najdroższą, zawsze Bogu i Jego woli poddawałem, nieroz- 
paczam więc i dzisiaj, dźwignie Bóg kogo zechce, poniży kogo 
zechce ; jeśli przy nich jest sprawiedliwość, choćbyśmy sławy i zwy- 
cięstw jak Napoleon nabyli, nic to nie pomoże, upadniem. Jeżeli 
przy nas, choćby nas w łyżce wody utopić chciano, nie utoniemy. 

Kto tam jest z pobożnych pomiędzy wami, niechaj się modli 
i krzywdy nasze z pokorą Bogu poleca. A szczególniej niechaj się 
modlą kobiety, bo one lepiej umieją modlić się i mają więcej mi- 
łości rzewnej w sercach. Jeżeli tam jest Bohdan i Zosia, błogosław 
im odemnie i powiedz im, że są wszędzie i wciąż ze mną, że są na 
sercu i w sercu mojem ; niech się Bohdan ani rusza z miejsca, rucłi 
dziś wszelki w te strony na nic się nie zda, niech siedzi i czeka. 
Powiedz jeszcze kochanym Bohdanostwu, że list ich odebrałem i pod 
sercem chowam, ja więcej nic nie umiem tylko kochać, to też ko- 
cham icłi całą duszą, niech tego będą pewni. Daruj mi, że się tak 
otwarcie do ciebie wynurzam, kogo szacuję, temu ufam i konwenan- 
sów z tym nie zachowuję, bo myślę, że się ludzie najlepiej rozumieją 
szczerością. 

Bądźcie mi wszyscy zdrowi, sercu twemu oddaję się. Bóg 
z wami. Józef Zaleski. 



97 
Do Paui Hrabiuy Matyldy Szymanowskiej. 

Faryż, 17. maja 1848 r. 

Czas nagli, kochana Pani, to piszę jeno kilka słów. Dzień 
dzisiejszy areyuroczysty, arcy ważny dla nas, bo deraonstraeya ludu 
francuskiego za Polską i na ulicy i w Izbie Eeprezentantów. Warto 
widzieć i słyszeć, na co się tu zanosi. Oprócz tego książę Adam 
zwołuje do siebie posłów ostatniego Sejmu Polskiego na osobną na- 
radę. Muszę tedy zaraz biedź na miasto. Zosia obiecała wyręczyć 
mnie w korespondencji, jeśli to jej dostojny infant pozwoli. 

Nadaremnie trwożyliśmy się o Józefa i Oswalda, kochana 
Pani. Dzięki Bogu, cali, zdrowi i siedzą po staremu w Wrocławiu. 
Slichcina odebrała wczoraj list od Józefa z 6. maja, ale zkądinąd 
marny późniejsze wiadomości, że doczekują na miejscu dalszego 
rozjaśnienia wypadków. W ogólności nowiny z Poznańskiego nie 
dobre, bo myślą że nasi lada dzień z musu nawet zbliżą się ku 
Eenowi. l^adzi, nie radzi pociągnieni zdaje się wszyscy do Włoch. 
Józef myślał żeśmy wyjechali z Paryża i dlatego nie pisał. Zdaję 
pióro Zosi, aby doniosła co ciekawszego w liście Józefa, a sam ca- 
łuję rączki kochanej Pani. 

Życzliwy przyjaciel 

J. B. Zaleski. 

Członkowie Sejmu Polskiego obecni w Paryżu, mając na 
uwadze ważność okoliczności przyjaznych odrodzeniu Polski, zgro- 
madziwszy się dnia dzisiejszego, postanowili zawiązać się w grono 
członków Sejmu, trudniące się interesami Polski, i zaprosić wszystkicli 
kolegów sejmowych, gdziekolwiek będących, do wspólnego działania. 
Paryż, 16. maja 184s. 

Podpisano: Czartoryski, Wojewoda, 
Tyszkiewicz, Kasztelan, 
Olizar, Kasztelan, 
Barzykowski, 
A. Biernacki, 
Morozewicz, 
Kaszyc, 

Kołysko, w myśli pisma, które odczytałem 
i złożyłem w dniu dzisiej.szym '). 



\) Przypisek Kołyski, który złożył pismo w duchu nauki Towiauskiego. 

Korespondcncya J. B. Zaleskiego t. II. 7 



98 



W. Plater, 

Antoni Przeciszewski, 

Józef Potocki, 

Józef Swirski, 

Zarezyiiski, 

Józef Bohdan Zaleski ^). 



Do 01)ywateli Oalicyi i Poznania. 

20. maja 1848 r. 

Nadzwyczajne okoliczności, które zniewoliły Obywateli Księstwa 
Poznańskiego i Galicyi do wiązania się w różne grona i komitety, 
kil zaradzeniu potrzebom narodowym, nagliły równie członków Sejmu 
polskiego, na emigracyi będących, do zebrania się w tym świętym 
celu. Jest to zaiste ich obowiązkiem, przekazanym przez wolę Sejmu 
i przez kraj, którego są wysłannikami. Lecz zadziwiający bieg wy- 
padków, co zrazu obiecywał prędsze i szczęśliwsze owoce i który 
przywiódł do opuszczenia Francyi całą emigracyę, niecierpliwą życie 
dla odbudowania Ojczyzny położyć, wzbudził także w członkach sej- 
mowych mniemanie, że bliżej granic, a może już na ziemi ojczystej, 
przyjdzie im zebrać się i złożyć krajowi odebrane od niego przed 
laty posłannictwo. Mniej szczęśliwy obrót okoliczności omylił ich 
rachuby, lecz nie uwolnił od przyjętego obowiązku. 

Obywatele na pół oswobodzonych prowincyi, zajęli się kierun- 
kiem spraw narodowych w swoim zakresie. Ale sprawa uwięzionego 
pod jarzmem Moskwy kraju, sprawa ogólna niepodległości Polski, 
zostaje bez głośnej, legalnej, swobodnej na zewnątrz opieki. Aby ją 
opuścić i zaniedbać przy powszechnem poruszeniu, pozostać bezczyn- 
nymi, gdy cały świat do czynu Polskę powołuje, musieliby człon- 
kowie Sejmu zagłuszyć głos sumienia i wyrzec się najświętszej po- 
winności, dla wiernego dopełnienia której właśnie poświęcili się 
wraz z licznymi braćmi cierpieniom długiego wygnania. 

Przejęci świętością obowiązku przez kraj, gdy się z nim roz- 
stawiali, włożonego, członkowie Sejmu polskiego obecni w Paryżu, 
zawiązali się w sejmowe grono dnia 6. bm. Nie jest ich my- 
ślą, szanowni bracia, krzyżować gdziekolwiek lub tamować wasze 
usiłowania. Eóbcie, pracujcie, jak wam światłe przekonanie i szczera 



^) Bohdan Zaleski był obecnym na kilku sesyach Grona Człon- 
ków Sejmu i podpisał odezwę drukowaną z 26. maja 1848 r. 



99 

gorliwość wskażą: nie znajdziecie nas nigdzie przeszkodą, znajdzie- 
cie owszem zawżdy gotowych do pomagania waszym zabiegom, 
zawsze z serca wyrozumiałych dla waszych praw i wymagań, chęt- 
nych do porozumienia się we wszystkiem, co do spólnego celu do- 
prowadzić może. Jakoż nie jest zamiarem naszym wdawać się 
w sprawy wam właściwsze, ani przyznajemy sobie prawa utworzenia 
ustawy dla kraju, którą on sam sobie w swoim czasie postanowi. 
Uroczyste w tej mierze oświadczenie będzie pierwszym aktem, który 
ogtosim. Naszem powołaniem było uchować życie kraju w czasie 
ujarzmienia onegoż ; skoro odzyszcze swą wolność, uważać będziem 
zawód na.sz za dokonany. Ale przez położenie nasze, my naj właści- 
wiej sprawę narodową za granicą popierać zdolni je.steśmy, i tem też 
szczególniej zająć się pragniemy. 

W takiem usposobieniu, udajemy się do was, szanowni bracia, 
i prosimy, abyście przysłali z grona waszego wysłanników, którzyby 
wszystkie nasze dzieląc prace, byli pośrednikami do zupełnego po- 
między nami porozumienia. Z naszej strony będziem gotowi na wa- 
sze żądanie wysłać do was członków sejmowego grona, dla poma- 
gania wam w usiłowaniach waszych. Takim sposobem dostąpiłoby 
się jedności w działaniach, której brak był zawsze i jest dotąd 
przyczyną wielu klęsk, a bezskuteczności naszych ofiar i usiłowań. 
Grono członków Sejmu samo przez się będzie już, spodziewamy się, 
miało w obec zagranicznycłi władz jakąś wagę legalną, której bra- 
kuje innym gronom; w spólności zaś z wami, przedstawi niezawo- 
dnie Europie prawdziwą i godną reprezentacyę całej Polski. Jakie 
ztąd dla sprawy ogólnej wyniknąć mogą korzyści w obec tylu zgro- 
madzeń narodowych, a wkrótce może i kongresu europejskiego, ja- 
kie usiłowania ku otrzymaniu zasobów dla nas koniecznych, a które 
tylko za granicą nabyć się dadzą, nie potrzeba wytykać, tak są 
oczywiste. 

Jest i musiało być w zamiarze grona dążyć do zebrania Sejmu 
w liczbie członków prawem przepisanej, bo wtedy wszystkie korzy- 
ści, dopiero wymienione, stałyby się skuteczniejszemi jeszcze. Wszel- 
kie kroki w tej mierze już też są przedsięwzięte. Lecz chociażby 
doszli do tego celu, nicby to nie odmieniło w warunkach naszego 
postępowania. Sejm legalny zupełniejszą będzie reprezentaeyą kraju, 
gdy się w nim, Szanowni Rodacy, znajdziecie. 

Przyjmijcie te nasze wnioski i życzenia z równie braterskiem 
sercem i zaufaniem, z jakiem je wam przedstawiamy. Bodajby wa- 
sza odpowiedź przyniosła nam pociechę i bezpieczniejsze nadzieje dla 
nieszczęśliwej, tylu klęskami miotanej Ojczyzny. 

7* 



100 

Działo się to w Paryżu, na posiedzeniu Grona sejmowego, dnia 
20. maja 1848 r. 

Podpisali: A. Czartoryski, Wojewoda — Tyszkiewicz, Ka- 
sztelan — Olizar, Kasztelan — Alojzy Biernacki — Teodor Mo- 
rawski — Juzef Potocki — Barzykowski — Kaszy c — Józef Boh- 
dan Zaleski — Władysław Plater — Antoni Przeciszewski — Xa- 
wery Godebski — Karol Ursyn Niemcewicz — Józef Swirski — 
Kalixt Morozewicz — Adam Kołysko — Jakób Malinowski • — Her- 
man Potocki — Amaneiusz Żarezyński. 

Zgodne z oryginałem, w protokole będącym, świadczę, upowa- 
żniony do tego 

Amaneiusz Żarezyński . 



Do Pani Zofii Zaleskiej. 

Strasburg, 16. czencca lty48 r. 

Zaledwie co wysiedliśmy z dyliżansu i zaraz jedziemy dalej. 
Czas- nagli, moi drodzy i najukochańsi. Chcemy dziś nocować we 
Frankfurcie, a jutro jednym tchem aż do Drezna, jeśli Bóg po- 
zwoli. Haniebna to ta podróż dyliżansowa ! jestem całkiem zbity 
i niewyspany. Wciąż na drodze byliście mi przytomni w modlitwie 
i w dumaniach. W mrzonce sennej jedno, to drugie, to trzecie do- 
kueza-ło mi po kolei, że nie czułem się zgoła osamotniony. Da Bóg, 
będzie tak samo zawsze, bo noszę was w sercu mojem jak skarb 
swój żywota. Bogarodzica Marya niech was troje moich otacza strażą 
Aniołów. I otoczy, bądźcie pewni ! toż jestem całkiem spokojny 
o was. — Z dyliżansu prosto pobiegłem do katedry, gdzieśmy z Jó- 
zefem tyle godzin przeraodlili w inszych, dziwnych czasach, co prze- 
minęły niepowrotnie na tej ziemi. Wieża zawsze prześliczna, koron- 
kowa, przejrzysta, lecąca ostrzem w niebiosa. Na wierzchołku je] 
uczepiłem kiedyś pieśń pieśni moich, to niech lecą razem ku Panu, 
który sam jeno zna, czy jej rdzeń serdeczny i czysty? Pan niech 
ranie osądzi. Wstępowałem na chwileczkę do księdza Godlewskiego, 
którego zastałem w łóżku, nie obmawiając, o ósmej. Przyjął mnit^ 
czule, ale nie było czasu na gawędę. Spieszno mi bardzo do Pragi. 
Mam dobrą wolę i ochotę do służenia Bogu i braci słowiańskiej. 
Boję się, abyśmy się nie spóźnili. Libeltowi poruczono napisanie 
odezwy do ludów innopleraiennych, to radbyra jemu dopomódz 
w pracy, jeśli mnie nie odepchnie. Zaniosę zaraz list na pocztę 
i zajrzę do Augsburgskiej Gazety, al)y nie uronić watka i ciągu rze- 



101 

czy słowiańskich. Darujcie, że musze wnet urwać pisanie, bo na 
wszystko mam tylko trzy kwadranse niespełna czasu. Maiactiow- 
skiemu poruczylem expe(lyowanie spraw oberżowycłi i omnibusowych. 
W Kehl ścisła podobnie rewizya rzeczy. Moi najdrożsi, najukochańsi, 
jedyni, milujacem sercem tulę się do piersi waszych, aż łzawo, mo- 
kro w oczach. Bogu i Matce Boskiej polecam Zofię, Józefa. Ma- 
ryana, moich na ziemi i w niebie, moich na wieki. Józef, niech co 
najżwawiej krząta się o kwaterę blisko mleczarni gdzieś i ogrodu. 
Ma się rozumieć, że głównie dbać powinien, aby kościół był nie- 
daleko. 

Pozdrówcie Pliehtów, Tomaszewskich i wszystkii-h życzliwych 
\Vara i mnie. 

Bądźcie zdrowi 

J. B. Zaleski. 



Do Pani Zofii Zaleskiej. 

Mindcn, dnia 3. lipca 1848 r. 

Jestem w Minden. Doczekując się taboru, co ma mnie zabrać 
do Kolonii, piszę kilka slow, aby was uwiadomić, że jadę, jadę do 
Paryża. Moi drodzy, najdrożsi, Zośko, Józefie, Marianeczku, jak wy 
się macie po tej straszliwej paryskiej wichrzy ey? Na pierwszą wieść, 
że niebezpieczeństwo wam grozi, opuściłem Drezno. Dowiaduję się 
dziś z gazet, że dzięki Bogu, nawałnica już minęła: ale kędy się 
przytuliły ptaszęta moje w gradobiciu. Moi najukochańsi, napiszcie 
w skok do Brukseli. Dla wypoczynku i dla załatwienia różnych po- 
leconych mi komisów, zabawię tam 54 godzin. Jakbym rad zastać 
w BrukseU wieści od was. Darmo opisywać \\am niepokój mój: 
szamoczę się w sercu, a tu jak na złość, drogi żelazne po niemiecku 
marudzą. Musiałem nocować w Hanowerze, zerwałem się dziś o 4 
rano, aby zatrzymać się znów na kilka godzin w Minden, i nie 
Aviem, czy zajadę do Brukseli w nocy, jak sobie życzę. Przeklinam 
flegmę Niemców. Józefa list z 23. odebrałem w Dreźnie i zaraz nań 
odpisałem. Myślałem, że się skończy na zwyczajnej emeucie, nie 
przywidując zawczesnego uporu republikanów czerwonych. Potem, 
o tern. 

Nadzieja dostania się w Poznańskie i do Galicyi przez te wy- 
padki paryskie .spełzła na niczem. Święć się wolo Boża I Nie byłem 
godny ujrzeć ziemię obiecaną. Miałem właśnie jechać do 



102 

Wrocławia. Na wsi w Poznańskiem roiłem sobie, że doczekam się 
pozwolenia do Wiednia i t. p. Bądźcie mi zdrowe, zamki moje 
na lodzie! Opowiem ustnie, co i z kim miałem do czynienia. 
Czyście najęli pomieszkanie ? . . . 
Do widzenia i t. d. 

Wasz 

Bohdan. 

Pojutrze, t. j. we środę wieczór albo we czwartek rano przy- 
jadę do Paryża. Podobno że droga żelazna koło St. Denis jest uszko- 
dzona, ale mniejsza o to, dostanę się jakoś do was, choćby na 
piechotę. 



Do Pani X. X. 



184S r. 



Źródłem rozumowań moich i nadziei jest mocna wiara, że 
żyję w epoce przesilenia społeczeństw. Widocznem jest, że wszystkie 
zasady na których opierała się budowa średnich wieków, są podko- 
pane. Religia osłabiona, wypływające z niej instytucye duchowień- 
stwa, arystokracyi, uprzywilejowanego średniego stanu, straciły da- 
wny charakter. Wszystko podane w wątpliwość, w pogardę, w po- 
śmiewisko. Stoi gmach jeszcze jak dom podkopany w fundamentach, 
ale runie za pierwszem gwałtowniejszem wstrząśnieniem. Ta grożąca 
odmiana, niewidoma gabinetom, jak potop złym ludziom, skazanym 
na śmierć, objawia się dziś w różnych symptomatach. Zastanowić 
się każdemu, kto czuje i myśli, kto wierzy w Opatrzność. 

Słowianie nieprzecywilizowani je.szcze , są najbliżsi prawdy 
i ducha ewangelii, a tem samem mają natchnienie o przyszłości. 
Sami jedni wiedzą, jako co stoi a waży w dzisiejszym świecie — - 
toż jaśniej i dalej widzą, niż mędrcy i politycy europejscy. Odno- 
wienie chrześciańśtwa nie nastąpi bez nowego ludu. Słowo Boże nie 
rozwielmoży się ani zaświetleje dla ludzkości bez Słowian. Słowiaii- 
stwo nie darmo przespało średnie, nowsze wieki i wzmacniało się 
snąć na trud trudów. Opatrzność wychowywała nas w twardej 
szkole, po ojcowsku, jako wybranych ; w cudzej niewoli i ucisku 
przygotowywała do wielkiego posłannictwa. Przez długie stulecia 
chrzczono nas sklawy, serwy, niewolniki i ukrzyżowano między nami 
lud jeden. Otóż ukrzyżowany i pogrzebiony zmartwychwstanie ! 
Sklawy, serwy, niewolniki obejmą w straż wolność — będą piastu- 
nami nowego słowa — nowej sławy, będą Slowieńcami — Sławią- 



103 

nami, w obojem piśmiennem znaczeniu tego pierwotnego swego 
miana. Narodom, jak osobom potrzeba podniosłej myśli, dla obu- 
dzenia w sobie ducha podniosłych ofiar, ducha bohaterskich czynów. 
Słowianie w tej poświęcającej myśli mogą śmiało iść naprzód — 
i da Bóg — pójdą raźnie i ochoczo. 

Xa przestronnych ziemiach naszych, między rumowiskami za- 
mierzchłych pobolesławowskich , poświatopelkowych wieków, stoją 
zręby okazałej świątyni, chramu jedności słowiańskiej, 
które odgrzebywaliśmy wszyscy w dniach długiego ucisku i żałoby. 
Ale ten Panteon nasz dokończym dopiero i ustroim w słońcu 
wolności, kiedy Lech i Czech podamy ręce bez sromu wyjarz- 
mionemu bratu Rusowi. Utęskniamy do tej uroczystej chwili prze- 
baczenia i zapomnienia krzywd i uraz. W r. 183J była ta chwila 
bliska, kiedy w żarach wojennych przeciw carowi, swieciHśmy do 
oczu Eossyanom chorągwią z braterskiem godłem: „za waszą i naszą 
wolność!" 

Słowianie baczyć ustawicznie mają na antagonizm wieczny 
i we wszystkiem Eossyi a Polski. Stoimy względem siebie na roz- 
graniczu niby dwóch światów: auropejskiego i azyatyckiego. Tu 
katolicyzm, tam schyzma; tu wolność, tam caryzm. Moskwa z ca- 
rem swoim to jakaś tajemnica Boża, to jakoby bicz groźby Bożej 
dla ludów europejskich. Nie dziwujmy się, że patrzą na całe Sło- 
wiaństwo podejrzliwie i trwożnie. Caryzm — panslawizm. zmory to 
naszego wieku. To widmo carskie — plugawe, knutowładne widmo, 
co unosi się nad połowicą Słowiańszczyzny i bezbożnem samodzier- 
stwem urąga wierze i wolności ludów. Nie dziwmy się, że ludy 
europejskie odwracają oczy ze wstrętem od panslawizmu. 

Ludy nie znają nas w rodzinnera jestestwie naszem. Wielkolud 
to europejski, ale prawowierny, prostoduszny, wiejski, rozśpiewany, 
miłujący pokój. Nastaje oto doba bliższego za/.najomienia się i po- 
kochania z nami. 

Za to Polska stoi w opromienieniu przed Europą i przed Sło- 
wiańszczyzną. 

Polska jest sercem Słowiańszczyzny. Jak serce pośrodku ujarz- 
mionych pobratnich plemion, drzemiących w gnuśnem otrętwieniu, 
ojczyzna nasza po wszystkie czasy miotała się i budziła ociężałe 
ciało słowiańskie do życia, do ruchu. Polska zasłynęła między Sło- 
wiaństwem zasługą rycerską za wiarę powszechną i za wolność po- 
w.szechną. Stoi w opromienieniu męczeńskiem i pieśnią prorocką, 
strojną, ograną, nabrzmiałą jękami pokoleń — kamerton w chórze sło- 
wiańskim — odzwierciedla w sobie wszystkie bratnie plemiona. 



104 

I cóż zwiastują ta żywotność, ta moc, jędrnośc polskiego ducha 
w pieśni i w czynach ? Oto bije wciąż serce Słowiaiiszczyzny ! Oto 
prawem starszeństwa i zasług- w cywilizacyi Polska przodować ma 
przerodzeniu się społecznemu ludów okólnych swą męczeńską sławą 
i swym duchem, swą mową. Gdyby to serce bić przestało, na całe 
Siowiaristwo upadnie cymeryjska pomroka, że stanie się gniazdem 
dżengiskanowego i tamerlanowego łotrostwa. Pan Bóg tego nie do- 
puści na clirześciańską Europę. W odkupieniu Polski — odkupienie 
i całego Słowiaństwa. 

Wszelkie serce słowiańskie rozszerza się dzisiaj pelnem rozra- 
dowaniem i unosi chlubą rodową. Słowiaństwo naddunajskie rozbu- 
dza się ze snu — z wiedzą poniewierki politycznej i sihią wolą 
wkroczenia w nowy zawód. Bracia Czechowie początkują ino w dziele 
ku odrodzeniu. — Zwołują do starosławnej Pragi ku zapoznaniu się 
i porozumieniu. Walna to biesiada i jubileusz dla całego plemienia. 
Lechowie ze wszecli stron spieszą wziąść udział w godach, to ży- 
wym głosem wypowiedzą spółczueie i nadzieje. 

J. B Z. 



Do księdza Hipolita Terleckiego, w Bzyniie. 

Tary z, 17. lipca 1848 r., 
(rue Basse n. 8 — dtissy). 

Mój drogi Ojcze Hipolicie, pozdrawiam cię z całą czułością 
ukraińską serca, pozdrawiam powróconego nam z dalekiej a świętej 
missyi. I ja dopiero co wróciłem z bliższej i świeckiej missyi. Ni- 
komu się dziś nie wiedzie w zamyśleniach, ale nie zrażamy się, Bóg 
widzi dobrą wole i ochotę naszą. Potem — o tem. Przenosimy się 
z BatignoUes na Passy, to w zgiełku i zamieszaniu domowem nie 
ma czasu i wolnej myśli na długie sprawozdanie z prac i usiłowań 
kilkomiesięcznyeh. Zresztą nie o to nam idzie. Eadbym co rychlej 
obaczyć się z Wami. Ze wszystkiego, co nam piszesz, widzę że nie 
roasz po co siedzieć w Ezymie. Stokroć pożyteczniej byłoby, abyś 
co spieszniej przeniósł się na Euś Halicką. Ruś zadziera na seryo 
z Lachami, chce niepodległego, osobnego bytu. Potworzyła ruskie 
komitety z poduszczeń to austryaekich, to moskiewskich. Są jednak 
między duchowieństwem i między świeckimi roztropniejsi mężowie, 
co radzą chować zgodę i jedność z Polakami, zawarowawszy sobie 
swobodne rozwijanie się narodowości ruskiej. Owóż tych mężów go- 
dzi się nam podpierać całemi silami. Podpierać można jeno na 



105 

miejscu, to jest we Lwowie. Mam nadzieje, że dostanę pozwolenie 
przesiedlenia się eo Galicji, zwłaszcza, jeśli Wacław Zaleski będzie 
gubernatorem po Stadionie. Żeby nie świeże wypadki paryskie, które 
mnie zakłopotały o żonę i dziecko, byłbym teraz w Wiedniu, albo 
we Lwowie. Widziałem w Dreźnie mnóstwo szlachty chętnej dla 
Cnii. S . . . , B . . . życzą sobie nawet przejść na obrządek słowiański. 
B . . . jest obecnie w Paryżu, krząta się ochoczo około zawiązania 
towarzystwa słowiańskiego : obiecuje fundusz i spółdziałanie. Mamy 
się dziś widzieć z Mickiewiczem, który mi o tobie mówił z wielką 
życzliwośrią. Nie wiem jeszcze co z tego będzie? I Moskale nie za- 
sypiają sprawy słowiańskiej : pi-zysła!i tu swoich agentów, między 
innymi emigranta W"acław^a J. . . . Mu-^iuiy ustawicznie czuwać nad 
tymi jegomościami. Zdaje mi się Ojcze tlipolicie, że potrzeba ci je- 
chać zaraz do Galicyi i jechać przez Paryż. Tu byśmy się rozmó- 
wili należycie co, jak i z kim czynić. Odprawiłbyś przytem kilka 
mszy słowiańskich, o co nalega na uinie bardzo B. . . . W Galicyi 

przyłączył byś się do X. Biskupa J do X. B. . . . i do X. 

T. . . . , gorliwie popierających federacyę z Lachami. Zamyślają we 
Lwowie o dzienniku ruskim, to znowu w tej mierze brat Włady- 
sław, byłby im arcypotrzebny , bo wini ki brak pisarzy ruskich. 
Oprócz ks. Oięgiewicza, męczennika z Kutszteinu, nie masz nikogo 
prawie we I^wowie, eoby w stanie Ijył pisać artykuły do gazet po 
nisku. Pomału nabędziem wprawmy wszyscy, nabędziera z musu 
opatrznego. Nie piszę o soborze pragskim, bo wiesz zapewnie z dzien- 
ników. Eozprószył się haniebnie, ale wiele i dobrych rzeczy zagaił, 
z których będzie kiedyś pospólny pożytek. Zetknąłem się w Dreźnie 
z główniejszymi członkami Sejmu słowiańskiego, i niewypowiedzianie 
żałuję, że nie zdążyłem nań z mojemi propozycyami i manifestem. 
Spóźnienie jednak nastąpiło nie z mojej winy i musiałem tu pod- 
pierać Sejm Polski. Rozhulałem się w tych czasach, kochany Oj- 
cze, ale cóż? kiedy nie masz z niskąd pomocy, to opadają aż ręce. 
Wszystko rozpruwa się ze szwu: dawne związki, na których tyle 
budowaliśmy przed rokiem, nie przydatne dzisiaj na nic. Snujmy na 
nowo, aż Pan pobłogosławi. Mickiewicz zajęty całkiem swoją legią 
we Włoszech, wbrew Towiaiiskiemu, który tej robocie sprzeciwia 
się jak najmocniej i z całym dworem swoim. Legia dobra rzecz, 
ale widzi nii się, że niezgrabnie począł sobie Adam. Ktoś inszy, 
a wojskowy, łacniej urządzi pułki. Obaczymy. Masa nowej emigra- 
cyi przybywa do Paryża, to nie braknie na młodych ochotnikach. 
Oo najgorsza, to że księża emigrują z Polski. Tu w Paryżu, po 
straszliwych dniach czerwcowych, epissiery podnoszą znów głowy. 



106 

Oj ! będzie z nimi źle. Reakcja kramarska nie długowieczna tu, 
jako wiemy z doświadczenia. Więzienia przepełnione, poza wczoraj 
zabrano do kozy Towiauskiego i Guta. Widocznie, elice rząd pozbyć 
się wszystkich marzycieli, a nie wie, że system mieszczauski we 
Franeyi większą jest utopią, niż socyalizm a nawet kommunizm. Do 
czasu dzban wodę nosi. Po Ludwiku Filipie, nie utrzyma się na 
długo żadna teorya doktrynerska. Ludzkość cłice czegoś inszego, 
chce czynów, chce wolności obiecanej na Golgocie, aby sie nią po- 
dzielić po bratersku w różnych narodowościach. Nowe prawo pu- 
bliczne i nowy sojusz między ludami, to zadanie epoki, w którą 
wchodzim. Wdanie się Opatrzności w sprawy ludzkie widome wszę- 
dy, to Ewangelia rozwielmoży się i zawiekuje. Dość na ten raz . . 

Ściskam i t. d. 

Bohdan. 



Do księdza Józefa Hiibego, w Rzymie. 

Fas^y, ruc Basse n. 8. 
6". sierpnia 1848 r. 

Kochany i Szanowny Ojcze Józefie! Od mego powrotu z Wro- 
cławia raz tylko w liście ks. Karola przypisałem się do kochanego 
Ojca; moja wina, za którą bardzo przepraszam, a zarazem zape- 
wniam, że mojego poważania i miłości dla was, Ojcze, w niczem 
nie zmieniłem. Zresztą, niema też co i pisać; nasza sprawa idzie 
jak ów pielgrzym do Kompostelli, krok naprzód, dwa kroki w tył; 
jeżeli to dla większej zasługi, to niech będą Bogu dzięki, ale jeżeli 
to za karę, to biadaż nam, że się nie umiemy poprawić i na miło- 
sierdzie zasłużyć. W niedawnym naszym przejeździe przez Niemcy 
do Polski, od której nas jak kota od mleka odsądzono, widać było 
wyraźnie palec Boży, jak gdyby nam pokazywał : oto otworzyłem 
wam granice, ułatwiłem darmo podróż, usposobiłem ludy do pokla- 
skiwania wam; popróbujcież co swoim rozumem bezemnie zrobicie, 
i próba była bolesna, a skończyła się na urąganiu i pośmiewisku; 
ci sami, co niedawno nam klaskali, szydzili potem z nas, a przyja- 
ciele nawet oskarżyli, i oto cala korzyść z próby. 

Mój Bohdan w parę miesięcy po mnie, wybrał się był także 
na Sejm do Pragi, ale nim tam dojechał, Sejm rozpędzono i sej- 
mujr.cy rozprószyli się. Z naszą starą emigraeyą stało się prawie to 
samo, rozprószyła się po świecie, wielu nie wróciło do Franeyi, a lul>o 



107 

się przez to liczba tu nie zmniejszyła, bo napłynęli nowi, to wszakże 
fizyognoraia dawna i stosunki całkiem zmieniły się. Ciężko nam te- 
raz żyć tutaj, taki smutek dzwoni do łona, i taka czczość rzeczy 
łnclzkieti serce morduje. Co się między Francuzami dzieje, mówią 
o tera dzienniki i k>!iądz Edward z ks. Karolem zapewnie piszą : 
między nami różne bajki, a materyalnie wielka bieda; wielu mężów 
porzuciło tu żony i dzieci i wieści o sobie nie dają; sierót namno- 
żyło się dużo, a opiekunów wcale niema. Teraz to właśnie serca 
bogatszycłi powinnyby się rozszerzyć, wszak grosz podany sierocie, 
płaci Pan Jezus drogo. 

Ongi, mój Ojcze, moje wstawienie się za dziewczynką Stan- 
kiewicza, skutkiem waszego poparcia, zyskało było względy u Pani 
Sobańskiej ; błogosławiłem z innymi Bogu, za usposobienie serca tej 
Pani do litości; nie wiem dlaczego to dobroczynne postanowienie 
zmieniło się później. Czyby w dzisiejszycłi okolicznościach nie mo- 
żna na nowo podnieść o to do niej głosu? Dzieci Stankiewicza, 
a zatem i nasza dziewczynka, są dziś jeszcze biedniejsze niż były, 
bo ojciec stracił miejsce i niemasz go nawet podobno we Francyi, 
a na matkę niema co liczyć. Nikt lepiej dla naszej dziewczynki 
opieki u Pani Sobańskiej nie wyjedna, jak Wy. kochany Ojcze, 
którzy służycie miłością ludziom i ze swojego namaszczenia macie 
prawo wołać o miłosierdzie : myślę przytem, że na tę dobroczynną 
Panie długo wołać nie trzeba, bo ona musi to znać, że każdy dobry 
uczynek ma jakiś niewysłowiony wdzięk dla duszy ehrześciańskiej, 
ma niby przedsmak przyszłej nagrody. Zróbże to, kochany Ojcze, 
W' imię Boże, błagam pokornie i z całą ufnością, że Wam Matka 
Najświętsza pomoże. Nie idzie tu już o to, żeby ją Pani Sobańska 
wzięła na wychowanie, ale niechaj naznaczy fundusz na opłacenie 
pensyi, a Kisielewscy zajmą się jej umieszczeniem i dozorem. 
Wszakże i Ojciec Aleksander mógłby się w tem skutecznie wstawić 
i przyczynić. Proszę kochanego Ojca odpisać mi rychło, czy może 
być co z tego. Sam nie śmiem pisać do Pani Sobańskiej, bo naprzód 
małora Jej znany, a potem odpowiedzią przeszłą odmowną, zagro- 
dziła mi drogę, ale Wy, Ojcze kochany, choćby Wam sto razy od- 
mówiono, możecie zawsze w imię Chrystusa powiedzieć : dajcie sierocie. 

T) nas, w domu, zmartwienie, nasz Maryanek od kilkunastu 
dni chory na ząbki: przychodzą mu bardzo trudno; są dnie w któ- 
rych zdaje się. że umiera: miał już atak konwulsyi ; polecamy go 
Waszym modlitwom, kochany Ojcze, a prosimy także za nim wsta- 
wić się o modlitwy do Matki Makreny. Bohdanowa chodzi jak trup. 
nie sypia i nie je, a płacze wraz z dzieckiem, które wciąż prawie 



108 

u niej na ręku, aż boleśnie patrzeć na cierpienie matki i dziecka 
razem. I njy obydwa, jako nieswoi, i tylko w miłosierdzia Bożem 
i w opiece Matki Najświętszej mamy nadzieję. 

U Pliehlów wszyscy zdrowi i ukłony Ojcu zasyłają, a toz 
samo Tomaszewscy. Podoski przyjechał z Drezna, zabrał żonę i po- 
jechali do Galicyi do brata na mieszkanie. I\amieiiska siedzi sama 
jak pustelnica, mąż wojuje we Włoszech, kiedy niekiedy mkną stąd 
oddziały młodych emigrantów Włochom na pomoc, my starsi nie 
bardzo się rwiemy, bo dotąd nic tam pewnego dla nas nie masz, 
chyba służba pojedyncza w wojsku Sardyńskiem. 

Dzisiaj dowiaduję się, że X. Karol wyjechał do Dieppe w in- 
teresie pieniężnym. Szkoda, że nasza ambona teraz milczy, jest dużo 
młodej emigracyi, zdaje się daleko pobożniejszej od nas starych, 
możeby słowo Boże teraz między nas wsiane, większy i lepszy plon 
w^ydało. X. Hieronim miał do nas wrócić, ale mówią, że z Drezna 
skierował nazad w Poznańskie. O tutejszych podmuchach z północy 
musieli pisać księża. 

Całujemy wszyscy troje ręce twoje, kochany Ojc/e i pozdra- 
wiamy Was i ks. Aleksandra i braci wszystkich czystą miłością 
w Chrystusie, a modlitwom waszym i łasce polecamy się, żegnając 
Was po staremu : Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus ! 

Wasz 

Józef Zalesia. 

Pozdrawiam kochanego Ojca Józefa w Panu naszym i ściskam 
najserdeczniej. Zastosuje się do woli kochanego Ojca względem wy- 
płaty 100 fr., ale proszę, abyś napędził ks. Hipolita do napisania 
mi, czy się na to zgadza. Czekam na jego decyzyę. Może wybierze 
się do Galicyi. 

Całuję ręce kochanego Ojca, łączę zarazem pozdrowi*^nia ks. 

Aleksandrowi i znajomym rzymskim. 

Bohdan Zalcdi. 



Do Jenerała Józefa Szymanowskiego. 

Fassy, prćs Paris, me Bassc 8. 

7. sierpnia 1848 r. 

Kochany i szanowny mój Jenerale ! Już dawno powinienem był 

odpisać kochanemu Jenerałowi i podziękować za drogi dla mnie 

dar, za krzyżyk z błogosławieństwem Ojca Św., ale bytem długo 

nieswój, miałem głęboko zranione serce, nie mogłem się wziąść do 



109 

pióra. W niedawno odegranej części dramatu naszego Xarodowego 
byłem i ja jednym z aktorów ; sceny przypadły na nas smutne, bo- 
lesne ; zawodu, nieszezerości, urągania, poniżenia, a złej wiary, od 
samych nawet przyjaciół, doznaliśmy niemało. Może Jenerał czytał 
raport w naszej sprawie francuskiego posła w Berlinie, pana de 
Circourt? I niepr/viaciel nicby gorszego o nas nie. powiedział. Na 
to wszystko nie byliśmy po cbrześciańsku przygotowani, to też nic 
w życiu nie widziałem boleśniejszego, nad widok naszej bezsilnej 
iritacyi, śród której bylibyśmy jeden drugiego w łyżce wody uto- 
pili, sami nie wiedząc za co? I winszuję szczerze temu, kto nie był 
świadkiem naszego przegonu tam i nazad przez Niemcy, oszczędził 
sobie wiele smutków. Musiał Jenerałowi pisać o tem Oswald ^), 
bośmy byli razem w Wrocławiu w tym wirze, i gdyby Bóg był 
chęciom naszym pobłogosławił, byłoby się stało zadość, nader po- 
chlebnym dla mnie życzeniom szanownego Jenerała, bylibyśmy się 
przez czas wojny nie rozłączyli z kochanym Oswaldem, a radą 
i sercem się podpierając, razem Ojczyźnie służyli. "Wszystko poszło 
inaczej, Bóg nam wytrącił oręż, któregośmy wprawdzie w ręku 
jeszcze nie mieli, i rozprószyliśmy się znowu po świecie. Oswald 
został w Dreźnie, ja wróciłem do Francyi, a chociaż niewielkie 
były nasze nadzieje, smutno jednak i niewypowiedzianie smutno 
dziś po nich. Sprawa nasza we Francyi poszła także dziś na targ 
politycznym namiętnościom i partyom miejscowym, straciła urok, 
spłowiała w nowej Republice, która (odtrąciwszy Filipa) ciągnie so- 
bie dalej politykę świętego Przymierza i możeby nawet z absolu- 
tyzmem weszła w sojusz, byleby tylko pokój sobie kupić i kupiectwu 
nowe drogi odbytu otworzyć. To też czemuś nam się wszystkim 
zdaje, żeśmy dzisiaj nie na swojem już tutaj miejscu, ale co robić 
i gdzie pójść? Nikt z nas nic nie wie. Francya jednak jest to naród 
szlachetny, budzi się zwykle z nienacka z letargu i dziwy robi, toż 
raisyi swojej przodkowania w ludzkości musi dopełnić, idzie tylko 
o czas; a może Włochy do czegoś stanowczego prędzej ją przymu- 
szą, chociaż i tam podobno nie jasno rzeczy stoją. Wola w tem 
Boża. Myśmy źli, to prawda, ależ sprawa nasza sprawiedliwa, godzi 
się więc nam w najpierwszą cnotę clirześciańską, w cierpliwość 
uzbroić, a w obliczu Boga prędzej czy później wygramy, bo spra- 
wiedliwość górę wziąść musi. 

Oswald pisał do mnie, że go Jenerał powołujesz do Genui, 
namawia mnie żebym także ciągnął ku Włochom; nie spieszę się, 



^) Oswald Szymanowski, syn Jenerała. 



no 

bo nie widzę tam dotąd nic dla nas pewnego. I Oswald też coś 
siedzi w Dreźnie. Jeżeli szanowny Jenerał, który bliżej patrzysz na 
rzeczy i lepiej o nich sądzić możesz, widzisz tam co korzystnego 
dla sprawy naszej, to proszę łaskawie mi donieść; owszem proszę 
kochanego Jenerała odrazu do czynu mnie powołać, bo ruszywszy 
się raz, trudno już teraz tutaj bezczynnie wysiedzieć. 

Bohdan mój niedawno także wrócił z Drezna : wyjechał był 
w delegacyi od Sejmu Polskiego do Pragi, na Sejm, ale nim tam 
dojechał, pragskie wypadki Sejm rozpędziły. Słowem, wszędzie jakiś 
chaos, z którego Bóg może nowy świat wyprowadzi, lepszy, reli- 
gijniejszy, i ludzi więcej ku sobie zbliży, więcej między sobą zami- 
łować się pozwoli. 

Tu biegają jakieś baśnie, o jakiejś niby delegacyi carskiej, 
która ma już być tutaj i chce z emigracyą traktować, Polska cała, 
konstytucya liberalna, wojsko narodowe, wolności wszelkie, osobny 
Eząd, mają być podstawą układów, lecz z hołdem cesarzowi sło- 
wiańskiemu, Mikołajowi, którego państwo ma się składać z czterech 
królestw: Moskiewskiego, Polskiego, Czesko-Słowackiego i Serbsko- 
Illiryjskiego, pod federacyjnem berłem Imperyi w Konstantynopolu, 
czy po słowiańsku w Carogrodzie. N. B. Narrata refero, niechże 
Jenerał o tyle tylko wagi do tego przywiązuje. Co bądź, byłoby to 
dla nas wielkie dictum acerhum i wielka klęska, gdybyśmy się ułu- 
dzie dali. wtenczas by się dopiero słowa naszego Kościuszki spra- 
wdziły : Finis Poloniae! Ale tak źle, da Bóg nie będzie. Wrotka 
Dąbrowskiego przemoże i dzieci nasze może lepszych dożyją czasów. 

Tu zresztą niema nic nowego; ambona w kaplicy polskiej mil- 
czy, bo niema komu kazać i ksiądz Hieronim, który wraz ze mną 
jechał do kraju, wracał już do nas na Drezno, znowu ztamtąd na- 
zad w Poznańskie się puścił, tak zasmakował na Polskiej ziemi. 
Dowódzca powstania poznańskiego, Mierosławski, od kilku dni wró- 
cił do Paryża. Emigracyi jest teraz niemal więcej niż było, ale zu- 
pełnie inna, młoda, nieznajoma i bardzo cierpiąca, bo bez najmniej- 
szych funduszów. Ze starej dużo ugrzęzło po różnycłi miejscach, 
część wojuje z Kamieńskim we Wloszecb. Księżna Czartoryska z Ga- 
licyi wróciła podobno bardzo niekonteuta z ducha tamtejszych wło- 
ścian. Zresztą nie wiem dobrze, co się na świecie dzieje, bo mieszka- 
my daleko od miasta, i teraz kamieniem siedzę w domu; to tylko 
wiem z największą pewnością, że mego szanownego Jenerała zawsze 
jednakiem sercem poważam i kocham i pozdrawiając z głębi duszy, 
łaskawej pamięci Jego polecam się wraz z moimi wszystkimi. 

Jó^ef ZalesJii 



111 

Osobno jeszcze łączę kochanemu Jenerałowi wyrazy powinnego 
mego poważania i od żony uprzejme ukłony. Ezyra tam gorączkuje, 
przechodzi kryzys bolesną, niebezpieczną, a co smutniej, niepobłogo- 
sJawioną. 

Wyobrażamy sobie, jak się Jenerał nasz musi trapić śród tego 
włoskiego nieładu. Zle z Włochami, toż Austryacy tuż na karkacli. 
Przed miesiącem, widzia-łem się w Dreźnie z Oswaldem. Zafietrzewił 
się w piśmiennej walce z Niemcami, zanim pójdziera z nimi na 
pięście. Szkoda jednak że wojak marnuje tak swój czas. Trudna rada 
w dzisiejszych okolicznościach. Do Karola Alberta niema ochoty, 
w ogólności wstrętny do Włochów. 

Niema już miejsca na gawędę. Ściskam kochanego Jenerała, 
pozdrawiając oraz za syna. 

Bohdan Zaleski. 

Do Pana I^naeeso Domeyki. 

Paryż Passy, me Basse n. 8. 
17. sierpnia 1848 r. 

Kochany nasz druhu Ignacy, czemu to pisząc z jednej półkuli 
na drugą, do przyjaciela, wygnańca, Polaka, nie można polskim 
słowom nadać myśli weselszej ? Czemu nie można donieść : skoń- 
czyło się wygnanie, jesteśmy w Ojczyźnie, przyjeżdżaj, druhu miły, 
ucieszyć się z nami lepszą dolą narodu. A tak niedawno zdawało 
się to wszystko podobne, łatwe. Eewolucya, jak uragan, wylała się 
z Paryża i wirem okołowała Europę, porywając z sobą to wszystko, 
co po drodze napadła. Włochy, Niemcy, Słowiańszczyzna, Mołdawia 
zadrżały, nawet północny niedźwiedź wstał na łapy i patrza-ł. Przed 
godłem republikańskiem trony zachwiały się, królowie z zamków 
ucietli, wołając : niech żyją ludy ! Cześć narodowościom ! Uszanujem 
sprawiedliwość; oddumy co się komu należy i Polsce wrócimy jej 
byt. Na taką niezwykłą wrzawę Italia porwała się do broni i zrzu- 
ciła jarzmo Teutonów, a poszło jej jak z płatka : nasze tułactwo nie- 
mal całe wstało także na nogi ; młodzi, obrawszy sobie dowódców, 
z rozwiniętemi sztandarami szli pieszo do kraju, był to nie marsz, 
ale tryumf trudny do opisania, cały Paryż wyprowadził najuroczy- 
ściej orły polskie w podróż; księża polscy szli przodem. My, starsi, 
puściliśmy się do kraju koleją żelazną, codzień wyjeżdżało nas z Pa- 
ryża 60 do 70. Władysław Laskowicz, ksiądz Hieronim ^) i ja wy- 

^) Kajsiewicz, 



112 

jechaliśmy razem, gTanice nam się otworzyły, clo wagonów, jak 
długa podróż, zapraszano darmo, na staeyaeh spotykały nas serenady 
i śpiew polski: Noch ist Polen nicht rarlorcn ; zdawa.ło się, że tylko 
stanąć na polskiej ziemi, odebrać swoje od Niemców, z Moskalem 
za icliże pomocą rozprawić się i podziękować Panu Bogu za laski. 
Niepodobna było przypuścić, że sie i na nas stare przysłowie : „Póki 
świat światem", sprawdzi; że ci sami co klaskali, urągać nam będą 
i przepędzać nas z miejsca na miejsce pod strażą, jak hordę. 
A tymczasem tak się stało; już w Berlinie spostrzegliśmy całą ni e- 
szczerość : co w strachu niedawno obiecano, tego po ochłonieniu nie 
myślano wcale dotrzymać, a przyszło jeszcze ku temu w pomoc 
północne groźne vefo, z którego chytry potomek Krzyżaków byt rad. 
Jak prędko przybyliśmy, tak jeszcze prędzej starano się nas pozbyć. 
Kto miał paszport w Poznańskie, temu nie pytając, podpisano go do 
Krakowa, i tam jechać nakazano; kto na przebój w Poznańskie się 
puścił, tego złapano i do fortecy wsadzano. Żydzi i koloniści nie- 
mieccy, z poduszczenia czy z umysłu niechętni, dopomagali jeszcze 
ku temu, obdzierając i bijąc naszych po drogach. Naznaczony or- 
ganizator, jenerał Wilisen, jeden z Prusaków szczery, poczciwy, 
który miał siłę zbrojną polską i administraeyę narodową w Księstwie 
utworzyć, stosował się nie żartem do swojej in^trukcyi na to mu 
danej, a komendant wojska pruskiego tamże wykonywa-ł rozkazy 
przeciwne ; co pierwszy, zrobił, urządził, tu drugi, starszy rangą, 
rozburzył, zniszczył; odgrywała się taka farsa, aż póki nieodwolano 
Wilisena, poczem jenerał Kołomb nakazał korpusikowi Mierosław- 
skiego broń złożyć i do domów się rozejść. Mierosławski zasłaniał 
się komplanacyą urzędową, wedle której 20.000 jego ruchawki zre- 
dukowano na 4.000 i garnizony mu naznaczono. Za odpowiedź Ko- 
łomb kazał go atakować ; nie trudno było naszych przydusić, którzy 
się wojny nie spodziewali i z tem, co mieli, stanęli śmiało. Białoskur- 
ski z kawaleryą bez siodeł lub na słomianycłi siodłach dał się Ryt- 
terom we znaki, przewrócił pułk w kirysy zakuty i chłopi też nasi 
z kosami ł)ili się jak lwy. Świadczą to sami Prusacy, którzy wzię- 
tych w niewolę na uchu i ręku znaczyli, zapowiadając, że jeżeli 
którego z naznaczonych drugi raz z kosą złapią, to bez sądu roz- 
strzelają. Zdarzył się prędko taki wypadek, a kiedy dowódca pruski 
złapanego ctiłopa zapytał : dlaczego drugi raz wziął kosę kiedy wie- 
dział co go czeka? Chłop na to mu odpowiedział: „My chłopi, na- 
myślamy się długo nim co zaczniemy, ale jak raz zaczniemy, to już 
robimy do końca. Wy mnie teraz możecie rozstrzelać, macie do tego 
prawo, bo i ja też, kiedy się bić za wiarę i Ojczyznę z wami za- 



113 

czą-leiri. chciałem się bić do śmierci. Mnie się zdaje, że dla tego 
dotąd Polslii niema, że jeszcze panowie nie bili się za nią do śmier- 
ci." Mówią, że Prusak słysząc te słowa, zaplaka-ł, ale chłopa takoż 
rozstrzelać kazał i wiele tam bezprawiów, okrucieństw i profanacyi 
popełniało wojsko i za jego plecami żydzi i niemieckie lutry. Do 
Krakowa, w którym było z 8.000 Austryaków, nacisnęło się naszych 
bez miary: władze austryackie puszcza.ły wszystkich i spokojnie na 
ten natłok patrzały. Komitet narodowy z obywateli krakowskich już 
tam istniał; skoro się naszych do siedmiuset zebrało, umyślił z tego 
uformować siłę zbrojną; w niedostatku broni, która kupiona, nie była 
jeszcze nadeszła, kazano kuć piki i kosy. To zakłuło Niemców 
w oczy : dano rozkaz niepuszczać więcej emigrantów do Krakowa : 
70 kilku zatrzymano na granicy; ztąd między dwoma władzami, 
polską i niemiecką przyszło do kolizyi i sporów zanadto żwawych. 
Starosta Krieg dostał się naszym w niewolę. Nazajutrz zrana, naj- 
saraprzód zabrano naszym z kuźnic kosy i piki, potem z zamku 
miasto bombardować zaczęto, a wojsko dając ognia, wpadło do mia- 
sta; nasi naprzeciwko tego wystąpili z kijami, padło kilkunastu 
i byliby może wystrzelali wszystkich, gdyby komitet, zapobiegając 
złemu, nie zdecydował się kapitulować. Skutkiem tej kapitulacyi, 
emigranci i komitet ustąpić musieli w 24 godzinach z Ivrakowa za 
granicę, ale jak się teraz wszystko dziwnie dzieje na świecie, tak 
i tu, mimo brzmienia kapitulacyi, Austryacy zatrzymali ze 170 emi- 
grantów. Musiał ci to już dawniej opisać Władysław, który był tam 
na miejscu; mnie wypadki krakowskie zastały w Wrocławiu, nie 
dojecha/łem tara, zatrzymawszy się parę dni dłużej w Berlinie. Com 
tu w Wrocławiu widział, trudno ci opisać, boleści takiego rodzaju 
nigdy w życiu nie doznałem. Z Berlina i z Krakowa, z dwóch stron 
przeciwnych, przybywał konwój za konwojem z naszymi; berlińscy 
z nadzieją, krakowscy z rozpaczą w duszy, stykali się tu z sobą 
niespodziewanie bez rady i celu dalszego, bez chleba i bez pienię- 
dzy, w kraju obcym i niechętnym po wypadkach poznańskich. Jak 
na toż mało kto z nas umiał to znieść po chrześciańsku, a prawie 
żaden nie był usposobiony do tego co mówi Naśladowanie Chry- 
stusa: W krzyżu nasza ucieczka od nieprzyjaciół. Eozdrażnieni za- 
wodami, nie umieliśmy przed niemi krzyża naszego dźwigać spokoj- 
nie i z powagą, a nie mogąc się mścić na kimś, posunęliśmy iryta- 
cyę pomiędzy sobą do tego stopnia, że jeden drugiego byłby w łyżce 
wody utopił, sam nie wiedząc za co ; dodaj do tego, że rój ajentów 
moskiewskich puszczono pomiędzy nas ku większemu rozdrażnieniu 
umyślnie. W takiem życiu długoby człowiek wytrwać nie mógł. 

Korespondeneya J. B. Zaleskiego t. II. g 



114 

Tak ściśnionych w kilku domach na słomie i o lichej strawie prz}'- 
trzymano nas kilka dni w mieście, nim jednych do Magdebm'ga. 
i Minden pod eskortą wyprawiono, drugim do Francyi wrócić po- 
zwolono. Takich, co o swoich funduszach w mieście żyli, hylo nie- 
wiele, z pomiędzy nich ja z Władysławem puściliśmy się nazad do 
Francyi na Drezno; X. Hieronim siedzi w Dreźnie dotąd. Później- 
sze kolumny emigrantów zatrzymano na granicy francuskiej. Ka- 
mieński ze sw^oją od Strasburga poszedł do Włoch: Adam układem 
wcześniejszym z Lombardczykami w Medyolanie otworzył mu tam 
drogę, a dzisiaj co się z nimi stanie, trudno przewidzieć, bo i tam, 
jak z początku wszystko wskok się wiodło, tak teraz galopem, że 
tak powiem, i niespodzianie wszystko w łeb wzięło. Cała Lombardya 
i Medyolan dostały się znowu w ręce Austryaków. Niedołężność 
jenerałów włoskich, niezgody wewnętrzne, antagonizm dwóch stron- 
nictw, republikańskiego i rojalistowskiego, dały sobie wszystko wy- 
drzeć. Eadecki tryumfuje, polityka porewolu' }'jna cofnęła się na 
stanowisko przed rewolncyą św. Przymierza. Status quo i protokoły 
wchodzą znów na stół i myślą, że bez sprawiedliwości świat sie 
w kupieckich rękach ostoi. Miejmy ufność, że Bóg temu inaczej po- 
radzi. W Wrocławiu poznałem całą Eadę Narodową galicyjską, cały 
Komitet narodowy poznański i krakowski. Wszystko to zjechało się 
było tam radzić o kraju, ale w smutnych znalazłszy się okoliczno- 
ściach, nie wiele uradzili, nie wynaleźli słowa na zbawienie Polski, 
a prawdę mówiąc, nie przynieśli z sobą tak nam potrzebnej jedno- 
ści. Lubomirski Jerzy, Potocki Adam, Jabłonowski Stanisław, Krzy- 
żanowski Józef, Wodzicki, Darowski, zdatny człowiek z Galicyi, Li- 
belt, Baczyński Bogier, Cieszkowski", Skórzewski, X. Bazylian 
Terlecki ze Lwowa byli najczynniejsi. Szlachty z Poznańskiego, 
z Galicyi i z Iirakowa było mnóstwo. Z naszych ważniejszych emi- 
granckich ńgur był Jenerał Dembiński, Chrzanowski, Sznajde ; 
z posłów Tyszkiewicz Wincenty, Tomaszewski, inni jako Biernacki, 
Morozewiez, Ledóchowski, Trzciński, Plater Władysław, Niemcewicz 
asystowali Sejmowi niemieckiemu w Frankfurcie nad Menem ; Kar- 
wowski, który się ożenił z siostrzenicą jenerała Suchorzewskiego, 
hjl w Poznańskiem u familii. Towiańczycy z mistrzem swoim nie 
ruszali z miejsca i byli przeciwni wszelkiemu ruchowi; z Adamem, 
który z Ezymu pojechał wprost do Medyolanu i tam mały legionik 
z 200 ludzi założył, zerwali byli zupełnie, rzucając niejako na niego 
klątwę i zowiąc go odszczepieńcem; my z tego byliśmy kontenci. 
Szkoda tylko, że w Ezymie, dokąd był Adam dla pogodzenia się 
z Kościołem pojechał, duch partyi wszystko popsuł. Łubieński i ks. 



115 

Aleksander ^) upierali się, ażeby sztandar, o którego poświęcenie pro- 
sił Adam u Ojca Św., oddać Zamoyskiemu : to tak rozdrażniło Adama, 
iż zerwał wszystko i niewytrzymawszy w pokorze, niedoczekawszy 
się uroczystego poświęcenia chorągwi polskiej, wyjechał z tą, którą 
jeden z jeg:o uczniów trzymał w ręku na ulicy w czasie procesyi, 
na której Papież przejeżdżając zwykle wszystkich żegna i błogo.sławi. 
Adam niedawno wrócił tu z Medyolanu, jeszcze po powrocie wy- 
prawił stąd parę małych oddziałków młodych ludzi do legii, ale co 
się z nimi teraz stanie trudno zgadnąć, kiedy i sam I\amieński musi 

być gdzieś w rejteradzie w Szwaj caryi 

. . . Mój Bohdan, wyznaczony na Sejm słowiański do Pragi, 
jako reprezentant od Sejmu polskiego, naglił na mnie. ażebym wra- 
cał, bo żony tylko co po połogu samej zostawić nie mógł, jakoż 
skórom przyjechał, on puścił się w podróż, lecz nim dojechał Ući 
miejsce, Windischgraetz Pragę zbombardował i Sejm słowiański 
rozpędził. Wszędzie, wszędzie przycicha, czy na długo, trudno zga- 
dnąć, dość że reakcya głowę podnosi. Xie długo po naszym powro- 
cie, zaskoczyła nas w samym Paryżu wojna domowa, a była zacięta, 

krwi i ofiar kosztowała nie mało 

Kiedy się Bohdan dwa lata temu żenił, teraźniejsza jego żona 
chciała koniecznie brać ślub u Św. Eocha, w kaplicy polskiej, już 
to że Polka, już że ją tam wiązały różne pamiątki, mieszkała zaś 
w parafii Xotre Damę de Lorette i tam zapowiedzi wychodziły: 
potrzeba więc było na ślub uzyskać pozwolenie proboszcza parafial- 
nego. Tymczasem natrafiliśmy na księdza tak zaciętego, że w żaden 
sposób pozwolenia dać nie chciał i zawsze odpowiadał: -Nikomu 
jeszcze nigdy takiego pozwolenia nie dałem. Pan Bóg wszędzie ten 
sam, wszędzie dobrym błogosławi, nie pozwolę memu kościołowi za 
nic krzywdy wyrządzić. Nie pomogła opłata za ślub, którąśmy mu 
składali, ażeby na dochodzie nie stracił. Kiedyśmy po kilku sztur- 
mach stracili byli całą nadzieję, bo nawet arcybiskup sam powie- 
dział, że go do tego przymusić nie może, postanowiłem pójść jeszcze 
raz ostatni do niego, a stanąwszy przed nim, zacząłem mu z ogniem 
i rozrzewnieniem opowiadać, co to jest dla wygnańców kościół, gdzie 
po polsku każą i modlą się, że to jest nasz dom, nasza rodzina, 
nasza Ojczyzna i to w.szystko, cośmy stracili, i to, czego się .spodzie- 
wamy, że tam zapominamy smutków, nie znamy nieprzyjaciół, 
a Boga i ludzi calem sercem kochamy i tak nam tam dobrze, że 
tylko nieba brakuje. Ksiądz wstał milczący, siadł do stolika, napisał 

^) Jełowicki. 

8* 



116 

pozwolenie i dając mi rzekł: ,,Teneg, vous etes un durigereiix avo- 
cat-\ Taka to prawda, że jest sposób sercem do człowieka trafić i że 
tam wszyscyśmy z jednej rodziny. Mój drogi druhu, czemu ty 
z nami nie jesteś, w naszem sercu widzim cię i kochamy jak brata; 
teraz mamy dom, możebyśmy sobie nie jedna smutną chwilę na- 
wzajem osłodzili. Muszę już kończyć, bo Maryanek nasz płacze na 
ząbki. Ojciec i matka tu] czą koło niego i na mnie wołają, to też 
i dobrze, bo cię zanadto morduję; daruj, ale tak daleko pisząc, po- 
rayśla-lem. że choć to wszystko nieciekawe rzeczy, wszakże Ciebie 
samotnika za morzami i górami b§dą interesować. Bohdan Cię naj- 
serdeczniej całuje, nosi się w ten moment z swoim pięciomiesięcz- 
nym infantem, któremu ząbki trudno przychodzą. Bohdanowa wpra- 
sza się w twoją pamięć i pozdrawia Cię pięknie. Ja stary podsiwiały 
dziad, ale przyjaciel twój szczery, przyciskam Cię do serca i Bogu 
a opiece Matki Najświętszej oddaję. Niech Ci się, druhu nasz ko- 
chany, dobrze wiedzie, bądź zdrów i dobrej zawsze w Bogu myśli. 

Twój 

Józef). 

Z naszym X. Edwardem nie dobrze, krwią pluje; Semenenko 
i Kaczanowski są tutaj. X. Józef w Ezymie. X. Hipolit Terlecki 
wiesz, że został unitą i był na missyi w Słowiauszczyźnie ; teraz spo- 
dziewamy się go z Rzymu, jedzie do Galieyi. X. Aleksander miał 
tam wprost z Ezyrau wyjechać, tylko to przed kilkunastu dniami 
wcale było co innego a dziś co innego, dziś sam Ezym zagrożony. 



Do Księdza Hipolita Terleckiego, w Rzymie. 

Paryż, Passy, nie Basse 8. 
dnia 14. października 1848. 

Kochany mój Ojcze Hipolicie! Ma się rozumieć, że wszystkie 
Twoje listy odebrałem, a że nie tak często pisuję jak sobie życzysz, 
T\-ina w- tem po największej części osobliwych okoliczności czasu, 
w którym żyjemy. Nie wyobrażasz sobie osamotnienia mego. Miesz- 
kam tuż pod Paryżem, a jestem jakoby na puszczy. Starzy przyja- 
ciele ugrzęźli, jako wiesz, w Towiańszczyźnie, to jakby umarli dla 
mnie. Kilku dobrych znajomych, z którymi znosiłem się w rzeczach 



^j Brat Bohdana. 



117 

przynajmniej v\ iarv i Polski, rozproszyli się gdzieś po świecie, to 
zacietrzewili się w brukowej paryskiej polityce, że ani wiesz, gdzie 
ich dzisiaj szukać, a choćbym i znalazł, to nie sposób porozumieć 
się po dawnemu. W ogólności emigracya staJa się bezcielesna. Cho- 
dzimy każdy samopas, luźnie, milczkiem. Niema kleju pomiędzy po- 
koleniami. Młodsi nie lgną zgoła do nas starszych. Co z tego się 
wyświęci? Bogu jeno wiadomo. Snąc nie odpokutowaliśmy jeszcze 
starych win, a więc nie tak rychło odrodzim się w sobie i w na- 
rodowości swej. Boleśno pomyśleć, ale tak jest. I świat cały broi, 
oj I broi I a my tropem owczym broim za nim, miasto mu przewo- 
dniczyć ku opamiętaniu z prawa starszeństwa w cierpieniu. Prawda 
Boża wykluwa się jak z kamienia. Oj dużo łez i krwi popłynie, 
nim zazieleni się dla świata. Co to za wielki chaos ta dzisiejsza po- 
lityka świecka? Ludzie stanu szamoczą się w ciemnej czczości: naj- 
bystrzejsi nie odgadną wypadków ani na kilkanaście dni. Bóg po- 
mieszał rozumy i skrępowa-ł wole, że nic nie wiedzą i nie nie mogą. 
Czy też kiedy pyszałkowie ziemscy uderzą w pokorę? Teraz czas po 
temu! Quare fremuerunt fjentes? Dziś uwaga powszechna zawisła 
na Austryi. Mętno w niej i smętno jak w piekle Dantowem. Naro- 
dowości w rozjuszeniu wściekłem jedna przeciw drugiej. Habsburgi 
sieli długo wichry, to zbierają burze, czem wojowali, tem giną. Je- 
laszyc pod Pesztem, ale Koszut wzburzył lud Madziarski na około 
jako morze. Który duższy? który lepszy? Koszut zapamiętały a Je- 
laszyc chytry. Obadwa postępują nie po bożemu. Słowianie cier- 
pieli długi ucisk, ale czy godzi się im stawać w obronie cesarza ? 
Czemu razem nie pojednają się z Madziarami i nie idą społem na 
Wiedeń? Stanowczy to czas dla obu narodów i dla wszystkich na- 
rodowości pod berłem Habsburgów. Galicya może lada dzień wy- 
buchnąć. Cóż kiedy i tam rozterka. Część idzie w pomoc Węgrom, 
a część Slowiaństwu, a stąd i domowa grozi wojna. Zapóźno już 
nieść rozejm, to należałoby czekać w sile aż prawda wyjdzie na 
wierzch, aby stanąć przy niej i przy sprawiedliwości, bo Polacy od- 
wiecznem ich rycerstwem. Mętno aż strach! 

Ciekawość tu rodaków naszych, kochany Ojcze Hipolicie, cał- 
kiem uwięzia w polityce, a osobliwie w tej walce między Węgrami 
a Słowiaiistwem, to mów dzisiaj z nimi o czemś ważniejszem. 
Myśl jedna owładnęła głowy, to wszystkiego słuchają w roztargnie- 
niu. Namiętnie bronią tej lub owej strony, a naj pospoliciej węgier- 
skiej. Wstręt wzmaga się ku Slowiańszczyźnie. W tym wstręcie tai 
się jakaś myśl dla nas Boża, nie wiem, czy myśl zbawienia czy 
długiej jeszcze niedoli? Przecież Slowiaństwo nieme, nieruchome 



118 

przez tyle wieków, nie obudziłoby się samo, bez woli Bożej. Pan 
ich przysposabiał w twardej szkole do życia politycznego, do nowej 
roli W" dziejach ludzkości. Wierzę w ogromne ich powołanie. Caryzra 
kusić ich będzie, ale przepadnie z oblicza ziemi, skoro Słowianie 
miłują na prawdę wiarę i wolność. A- czyż godzi się o tern wątpić? 
Ważności sprawy cerkwi słowiańskiej ani sposób w tym czasie dać 
uczuć Polakom. I nietylko Polacy z I^^rólestwa, ale i z Eusi nie. 
chcą jej rozumieć. Słuchają jak o wilku żelaznym, potakują lub 
przeczą obojętnie bez zapału, jaki się należy rzeczom świętym, że 
ostyga wszelka ochota apostołowania. Nie sporni, ale oporni nam, 
podejrzywają zaraz patryotyzm i uciekają jak od zadżumionych. 
Trudna z nimi rada! A przecież nie zrażajmy się, nie wątpijmy 
w opamiętanie. Pośle Bóg do nich kogoś, co im zrozumiale i jaśniej 
od nas rzecz wyłoży. Mam w tej chwili skrupuł w sumieniu, czy 
nie przesadzam? Mało kogo widuję, to może przypadkowo natrafi- 
łem na chłodnych interlokutorów. Najpodobniejsza do prawdy, że 
nie przejąłem się sam należycie ważnością sprawy, to nie dziw, że 
nie umiem tchnąć na braci zapałem. Natchnienie, gość to z nieba! 
i nie mieszka w nieoczyszczonym domu. A ja, mój Ojcze, brzydki, 
brudny grzechami. Moja tedy wina, moja a niczyja. 

Mówiłem jednak o patryarchacie i o zabiegach twoich z Mic- 
kiewiczem. Adam jak najdoskonalej rzecz rozumie, ale stosuje wciąż 
}io swojemu do swego ja. Zerwał z Towiańskim, ale żyje we 
własnym świecie mistycznym. Doktrynę swoją zawsze ma za nie- 
omylną, chociaż ustępuje w rzeczach mniejszej wagi, w głównych 
upiera się po staremu. Nie wątpię, że zdolny zdobyć się na podnio- 
słą pokorę, skoroby widział szczerą, miłość. Nieodżałowana szkoda, 
że go nasi zrazili w Rzymie. Wiem, że miał czyste intencye i go- 
rącą wolę pojednania się z Kościołem. I teraz mówi po katolicku, 
ale z goryczą i sarkaniem na księży. Żal się Boże, że Ty, Ojcze 
Hipolicie, nie byłeś na razie w Rzymie. Adam wielce Cię polubił ; 
mówił mi, że Cię znalazł arcy-przemienionego, że czynny żywot wy- 
swobodził i podniósł twego ducha i t. p. Nie skąpił pochwał, ale 
zarzuca Ci tę samą wadę, co i u innych księży polskicli, to jest brak 
śmiałości, niewłaściwą pokorę w rzeczach sprawy Bożej. Chce, że- 
byś sam ujął kierunek cerkwi. Powiada, że przez kogoś tam w Bo- 
lonii stręczył Ciebie i Kajsiewicza na kardynałów i przekonany jest, 
żeście więcej warci od wielu Włochów. 

Wypisuję rozmowę aż do drobnostek, abyś z niej widział sam 
dzisiejsze usposobienie Adama. W słowach jego zawżdy jest dużo 
prawdy, ale coś i z ducha kusicielskiego. Pomimo że jesteśmy z sobą 



119 

serdeczni, widiijem się jednak rzadko. On się droży ze swemi wizy- 
tami, a ja nie chcę mu się narzucać, zwłaszcza że w głównych 
rzeczacłi trudno już nam się dzisiaj porozumieć. Xa Twój list miał 
mi przysłać odpowiedź, ale zapewnie wyprawił ją wprost do Ezymu. 
Zresztą w korespondencyi z dawien dawna był nieregularny. 

Między wczoraj i dzisiaj ogromna znowu zmiana poli- 
tyczna. Wiedeń zmadziarzył się, wypędził wojsko Cesarskie i same- 
goż Cesarza. Początek że to Rzeczypospolitej? czy koniec Monarchii? 
Obaczymy. Sejm zmienił się w konwencyę, ale Cesarz zbiera wojska 
i zmierza do Pragi. Deputowani czescy ruszyli za Cesarzem, polscy 
są z ludem wiedeńskim i z Węgrami. Ulubiona myśl słowianofllów 
czeskich a osobliwie Palaekiego i Szaffarzyka ziśeiż się teraz? albo 
nie? Zależeć to będzie od zwycięztw Jelaszyca. Całemu jednak pań- 
stwu austryackiemu i Galicyi grozi wojna domowa. Dla Włochów 
znowu oto miłosierdzie Boże? Czy je zmarnują znowu? Tajemnicza 
w tem wszystkiem rola braci Słowian ! Czy zostaną po staremu 
serfy, sklawy? Czy też wystąpią jako piastuni nowego słowa, 
nowej sławy? Bóg jeno wie! Może Słowianie austryaccy jak 
moskiewscy posłużą jeszcze jako bicz na ukaranie Europy, która 
broi, broi, a co najsmutniejsze, broi przeciw Duchowi Świętemu, 
osobliwie między mędrkującymi Niemcami. Straszna jakaś katastrofa 
krew zamrozi filozofa I Xie chcę prorokować ! Teraz najciekawsze 
będą dla nas nowiny z Galicyi. Już rozbiegła się tu wieść, zdaje 
się zawczesna, o zaburzeniach we Lwowie. Lud miał wygnać woj- 
sko i gubernatora. Oczekujemy niecierpliwie listu od X. Hieronima. 
Do Zaleskiego niema potrzeby dziś pisać. Zresztą, nikomu nie daje 
urzędowego pozwolenia, chociaż wszystkich emigrantów toleruje 
w Galicyi. Zdaje się, że w tem jest kruczek Machiawelski. Xa 
przypadek powstania w Galicyi, czy Eossya wkroczy? Owóż najwal- 
niejsze pytanie polityczne. 

W ogólności emigrantom naszym dobrze się powodzi w Kra- 
kowie i we Lwowie. Kałusowski i Siemieński redagują jakiś dziennik 
w Krakowie. Ksiądz Hieronim nawet z księdzem Scypionem wydają 
tygodnik kościelny ; jęczą prasy w kraju, ale zawsze ten sam głód 
na słowo prawdy, na słowo żywota. Demokraci wichrzą najbardziej. 
Pszonka Zienkowicz w Ivrakowie, Heltman we Lwowie, Żurawlewicz 
w Przf^myślu drukują a drukują, przeżuwając wersalskie okólniki. 
Oj ! biednaż ta nasza Polska ! O Eusi zniskąd nie masz wiadomości. 
Zdaje się, że odstrychnęli się całkiem od Lachów i rachują na Ce- 
sarza i Kroatów. Żal się Boże, jeśli ta waśń potrwa dłużej. Od ni- 
kogo nie mogę się dopytać o księży ruskich. Terlecki nie odpisuje. 



120 

Koniecznie, kochany Ojcze, potrzeba ażebyś przed ogłoszeniem Pa- 
tryarchatu dotarł sam na miejsce i zapoznał się ze znamienitymi du- 
ełiownymi nisliimi. Są tu z Galicyi C . . . i C . . . , ale ciemni jak 
w roo'11 o rzeczach ruskich. Pełno tu bogatej szlaclity z różnych 
okolic Polski 

Polecam się i t. d. 

Bohdan. 



Bo Pana Seweryna (roszezyńskiego w Paryżu, 
nie Crrenelle St. Honore 59. 

Pass^y, rue Basse 8. 
Środa 6. grudnia 1848 r. 

Mój drogi Sewerynie, przyjdź jutro, we czwartek na ohiad 
do nas, to pomówimy o twoim interesie. Ja w tych czasach nie 
zaopatruję się w książki, ale możebym znalazł na stronie gdzieś 
kupca. W każdym razie, radzić sobie będziemy po dawnemu, po 
bratersku. W poniedziałek, właśnie kiedy byłeś u mnie, wybierałem 
się takoż do ciebie, jak zaświadczyć może Karol Eóżycki, ale prze- 
czułem, że cię nie zastanę w domu i spieszyłem bardzo za interesami. 

Pozdrawiam i ściskam 

Kocłiający Cię 

Bohdan. 



Do Księdza Edwarda Buńskiego ^). 

stycznia 1849. 

.... Widuję Karola Eóżyckiego i Goszczyńskiego. Przy- 
znaję, że słucham icli zawsze z wielkiem zbudowaniem, nie spo- 
strzegam w niczem ani cienia odstępstwa od Kościoła. Oby Towiaii- 
ski dotarł do Ojca św. co najrychlej i wytuszczył całą naukę swoją 
i całą sprawę w świetle, w jakiem ją podają Karol i Seweryn. 
Skończyłby się raz opłakany rozbrat duchowy między nami. Że 
były ongi bałamuctwa i brednie prawili Adam i inni. niema naj- 



^j Wyjątek ten z listu B. Z., przepisany przez księdza Duńskiego 
w liście do ks. Huliego z 17. stycznia 1849, drukowany był w 4 tomie 
Historyi Zgrom. Zmart^s^ Pańskiego, str. 222. 



121 

mniejszej wątpliwości. Ale wieża Bal)el, zdaje się, że powstała 
z pychy indywidualnej, usiłującej zrozumieć i uformować naukę 
mistrza w języku poetyckim. O wizyach i cudach dziś nie słychać 
już. Tem lepiej. Sądzę, że będziesz miał, kochany ojcze, sposobność 
wybadać do gruntu prawdę całą. Towiaiiski zapewne zabawi czas 
jakiś w Marsylii, wątpię, ażeby w tych czasach mógł dotrzeć do 
Gaety, a nawet dotarłszy, aby mógł swobodnie rozmówić się z Ojcem 
Św., zakłopotanym tylu naraz sprawami. Kardynałowie jeszcze mniej 
mają spokoju należytego do rozsądzenia ortodoksyi jakiejbądź nauki. 
Przeczucia mam jakieś mętne, smętne, ale co znaczą moje prze- 
czucia ?! 

Bohdan. 



Do generała Józefa Szymanowskiego. 

Passy, prl'S Paris, nie Basse 8. 
20. marca 1849 roku. 

Pozdrawiam kochanego generała jak najuprzemiej, jak naj- 
czulej, łącząc zarazem życzenia od żony i od syna przy święcie 
Św. Józefa. Spoiny nasz patron przemożny w niebie i cudotworny 
na ziemi, to niech wyjedna kochanemu generałowi co potrzebne 
do umilenia zasłużonego żywota, a głównie niech wymodli co po- 
trzebne chrześcianinowi do zbawienia duszy. 

Sprawy tego świata w nierozdziergnionem, w gordyjskiem 
prawdziwie zaplątaniu. Xa wschodzie i zachodzie Europy gotują 
się oto wojacy rozciąć je mieczem. Jednocześnie z tym listem 
odbierze zapewne generał wiadomości o stanowczych wypadkach 
w Lombardyi i na Węgrzech. Dziwna, że tu i tam piastunami mie- 
cza, arcyofiarnikami są rodacy nasi ! Ku czemu przecież ma się 
ludzkość? Ma się niewątpliwie ku wolnej przemianie, ku nowemu 
przeobrażeniu porządku społecznego. Zło czy dobro zwycięży na 
razie? Owoż w tem tkwi tajemnica boża! Wiara i wolność są 
względem siebie solidarne, związane sojuszem wiecznym na Gol- 
gocie. Wiara bez wolności, wolność bez wiary nie ostają się w chrze- 
ściaiistwie. A przecież chodzą samopas, luźnie, owszem wyzywają 
•się do bezbożnej walki. Oj, wielkieć grzechy i u Góry i u Dołu, 
że równoważą się doskonale przed Panem. 



122 

Narodowości, te kółka drobne w zegarze boż}*!!!, zamiast zazę- 
biać się jedno o drugie przy osi swej, przy kościele Pańskim, latają 
jak szalone na prawo, to na lewo, skrzypią, burczą w rozstrojeniu! 
Spękane snae łańcuch i ogniwa. Straszne klęski grożą przeeywili- 
zowanej Europie. Z tem wszystkiem z krwi, co się przeleje, a głó- 
wnie z krwi co wylał Chrystus Pan przed wieki, wykwitnie nowy 
ład dla świata. Wstanie słowo mocarz, nowy Napoleon, ale Napo- 
leon chrześciański, co zwaśnione żywioły pojedna. Wtedy i Ojciec 
święty, najukochańszy nasz Pius, uwielbiony będzie jako stróż prawa 
powszechnego i powszechnej prawdy. Nie Neapolitańczycy, ani 
Hiszpanie, ale sam lud rzymski, wytrzeźwiony z szału, pokajany 
w łasce Pańskiej, poniesie Piusa IX. na stolicę Piotrowa, co daj 
Boże jak najrychlej. Daj takoż Boże, aby inicyatorem ludzkości, 
wodzeni nowego Izraela był ktoś z krwi polskiej. Nie darmo to. 
generale, wszędzie w narodach rej wiodą Polacy. 

Od kochanej generałowej mieliśmy świeżo list. Dzięki Bogu 
zdrowiej w domu, odżywają jako kwiatki ku wiośnie. 

Jeszcze raz ściskam ręce z uszanowaniem 

Bohdan ZalesJci. 



Do Pana Jana Koźmiana. 

Faryk, Passy, 20. lipca 1849 r. 

Drogi Janie, nie miej do mnie żalu, że tak długo milcza- 
łem. W przerwie naszej korespondencyi, jakaż bo straszna wich- 
rzyca ? Co zmian ? Dawna przędza uczuć i myśli jako pajęczyna 
unosi się gdzieś na wiatrach. Odechciewa się prząść na nowo, póki 
mętno, smętno na świecie i w sercach. Hej, źle modliliśmy się, 
a gorzej wieszczyliśmy, kiedy zmory a upiory przechadzają się oto 
na jawie, i ani uciekają przed krzyżem Pańskim. Modliliśmy się 
i wieszczyliśmy w pysze, to nie umiemy dzisiaj zakląć fal, co wzbie- 
rają, a wzljierają nawet ponad głowy Adaina i Zygmunta. Prze- 
dłuży się jeszcze nasza pokuta, przybędzie pracy co niemiara, obyż 
zstąpiła pokora do serc naszych i ściągnęła nam nowe łaski Pań- 
skie, których już nie zmarnujemy. Miłosierdzie Syna na szalach spra- 
wiedliwości Ojca przeważy, to Duch święty z ludźmi po wszystkie 
wieki. Zło przesili się i może rychlej niż się spodziewamy. I my 
patrzy m na Dunaj i Cissę, na te tajemnicze wody słowiańskie. Nie- 



123 

szczęśliwi, łatwowierni są I (.)woź. co Bóg zdarzy, doczekujemy cier- 
pliwie, sercem przy sercu rozgrzewajmy sie na słoty i chłody, co 
nadchodzą. Mój drogi Janie, potrzeba nam związać sie ściślej niż 
dotąd, znosie się częściej i radzić społem o wszystkiem, jako co 
dzisiaj stoi i jako co waży. 

Sprawa rzymska trapi nas niepomału i trapi nas rozprzężenie 
między księżami naszymi. Jeszcze raz, kochany Jasiu, nie miej do 
mnie żalu za moje milczenie. Pomimo tego, mało kto cię rozumie 
tak jak ja, mało kto tyle ceni, tyle kocha. Ty od dawna jesteś 
dla mnie zbudowaniem i pociechą. Myślcie tam o starcach naszych 
i młodzieży świeżo przybyłej, która literalnie mrze głodem. Iszczą 
się co do joty proroctwa świątobliwego księdza Skargi. Ksiądz 
Skarga, to wieszcz nad wieszczami, jedyny prorok Pański w Polsce 
naszej. Zygmunt chory. Poznałem Zygmuntową. Kochana i zacna 
Polka. Adam?, prawie nie widuję. Xie powiodło mu się w redak- 
torstwie, zerwał takoż z Towiańskim, ale zawsze rozjątrzony na 
świat a osobliwie na księży. Odżałować nie mogę straty kochanej, 
zacnej Pani Karoliny Mycielskiej, Montalembert po uszy w reakcyi. 
że ani przystąpić do niego. Znienawidził Polaków, stał się legity- 
juistą czystym, ze strachu socyalizmu. Szkoda tego niepospolitego 
człowieka. Boże, Boże, co się nie święci w tej Franeyi I 

Polecam cię Bogn i pozdrawiam i t. d. 

Bohdan Zaleski. 



Do Pana Jana Koi^miana. 

Passy, pres Paris, 8 nie Passe 
26. lipca 1849 r. 

Kochany nasz bracie Janie ! Twój list z dobrą dla zacnego 
Pana Leona nowiną postałem mu w też tropy na wieś pod Xantes, 
gdzie od miesiąca zamieszkał. Poczciwieś zrobił, żeś się z tem 
doniesieniem pospieszył, bo prócz różnych dogryzków, które nas 
zewsząd szarpią, niemało także dokucza niedostatek. Jużeś dawno 
wyszedł z rutyny emigranckiej. to pewno nie wiesz, co się tu dzieje. 
Od naszego letargicznego marszu przez Europę, nikt się prawie na 
miejscu nie ostał: kto miał jakie takie mienie, posady, stosunki, 
wszystko co było. rzuciliśmy pod nogi dla większych i szlachet- 
niejszych celów; któżby był nie uwierzył, że braterstwo z takim 



154 

entuzjazmem za godło odrodzenia społecznego przyjęte, nie wy- 
płeni między narodami nienawiści i l^rzywd, a nie zaszczepi spra- 
wiedliwości ■? Tymczasem nie tałj: się stało, najcudowniejsze pol^re- 
wieństwo, litóre nam Zbawiciel przekazał, zapłątane w politykę bez 
serca i Boga, rychło przelękło się samo siebie i zaparło własnego 
jestestwa. Xie złorzeczyć wszakże ludziom, ale płakać nad naturą 
naszą potrzeba, że taka lekkomyślna. Położenie nasze tutaj staje 
się coraz drażliwsze, walą się zewsząd na nas obwinienia o nie- 
pokój, nie bez winyśmy wprawdzie, ale skąd poszła nauka i przy- 
kład? Co się z nami dalej stanie, iirzewidzieć trudno, ale ma]ii 
nadzieję w Bogu, że i z tej toni wyjdziemy na czysto. 

Mamy tu między sobą do 200 mlodszycłi braci bez języka 
i rzemiosła, na samym funduszu emigracyjnym, co pierwszego zbie- 
ranym. Ubodzy żywią ubogich, i stoły też nie sute a opatrzenie 
niewymyślne; żywność, mieszkanie i odzież opędzają dziewięciu 
susami na dzień. Ty, co znasz Paryż i oszczędności nasze. })0wiedz 
czy to za dużo? Dnia wczorajszego rząd tutejszy wyprawi! stąd 60 
czy 80 naszych, wszystko uczniów szkoły demokratycznej francu- 
skiej. Przykładaj się tu do cudzych nauk, Wyprawieni mają we 
trzy dni Francyę opuścić. I względem reszty przebąkują dzienniki 
o różnych projektach, ale potrafimy za łaską Bożą kielich goryczy 
wypić aż do dna i odpłacimy kiedyś wszystkim miłością. Dzie- 
więtnaście lat nie na próżno się przebolało. .Jeżeli nie przed ludźmi, 
to }irzed Bogiem zostanie jakaś zasługa dla tej świętej sprawy, przy 
której staliśmy, i gdybyśmy się byli Bogu lepiej zasługiwali, jużby 
może dotąd było inaczej. Między nami, kochany Janie, powinna 
być solidarność chrześciaiiska w uczuciach, a zatem na kolana 
i polećmy siebie i to co kochamy Bogu. 

Dyonizia ') z mężem jest w Odesie. u wód morskich. Podobno 
na siłach bardzo opadła. Szkoda tej pięknej duszy, która w swem 
ciele tak prędko więdnie, szkoda mi tego dziecka, któr m na rękach 
z taką miłością wychuchał. wypieścił, a teraz na starość nie mogę 
się nawet nieni pocieszyć. Pani Konstancja ^) po wyjeździe z Ber- 
lina już drugi raz w ciąży. V nas w domu wszyscy zdrowi prócz 
mnie, po trzydziestu oto pięciu latach otworzyła mi się rana, noga 



^) Poniatów ^;ka. 
^) Ezewuska. 



125 

mnie boli. ale dotąd nie uważam na to i chodzę, nie wiem eo 
będzie dalej. 

Ściskam Cię serdecznie i t. d. 

twój 

Józef Zaleski ^). 

190 czy 200 naszym, których wieziono z Tryestu do Ameryki 
pofolgował kapitan, wszakże po bezskutecznem opłynieniu portów 
Marsylskiego i Tuloiiskiego, gdzie im wylądować nie dano, i po 
długiem wytrzymaniu w porcie Algierskim pozwolono im nakoniec 
tam wysią.ść na ląd. z tem jednak zastrzeżeniem, że do dalszego 
rozporządzenia. Ze znajomych jest tam poczciwy nasz Gołyiiski 
i Mazurkiewicz, którego żona z dzieckiem gdzie.ś u was. Jest tam 
może znajomych i więcej, ale o nich nie wiemy. Xasi księża wszyscy 
się prawie rozjechali. X. Karol do wód na kuracyę. X. Piotr do 
Solesmes na wygotowanie teologicznej rozprawy, X. Aleksander 
dziś czy jutro jedzie do Dieppe, X. Edward zawsze piersiowy siedzi 
w Lyonie z pułkownikiem Karolem. Zbliżył się bardzo do Towiań- 
szczyków, chce ich do Ezymu zaciągnąć, nie wiem czy mu się 
uda. X. Hippolit ma tu I-go p. m. przyjechać; byliśmy o niego 
niespokojni, ale się z więzienia wydostał i jest w Spa. X. Hiero- 
nim jest w Szwajcaryi. X. Józef ma także z Ezymu przyjechać. 



Do hrabiego Oswalda Szyinanowskieiio w Berne. 

Paryż, 9. sierpnia 1849 r. 

Kochany Oswaldzie! Przeczuwaliśmy oddawna koniec Anusi ^), 
a przecież oto śmierć jej uderzyła nas dotkliwie, jakby wcale nie- 
spodziewana. Spółczujem z wami i płaczem z wami. Jakiż tam 
smutek i jaka żałoba w domu waszymi Biedni wy wszyscy, a naj- 
biedniejsza wasza Matka. Zbolała w duszy, zwątlona w ciele, toż 
tam teraz cierpi ! Młodość w pełności życia, w świeżości uczuć 
swoich zaczerpnie potrzebną siłę do zniesienia ciosu, który wie 
że jest niezbędny, że jest prawem na tej ziemi. Ależ Matka ? Dla 
matek nie raa perswazyi. Pod sercem nosiły nas, to bolą w sercu 



^) Brat Bohdana. 

^) Anna Szymanowska. 



126 

dłużej i dłużej ducli ich na falach. Otoczcież Matkę waszą usta- 
wicznym pokojem, otulcie ją rzewną miłością, aż uciszy się w sobie 
i napełni się łaską rezygnacyi w Panu. Na ciosy śmierci nie ma 
inszej rady. Czas i rezygnacya, to nie lekarstwo, ale jaka taka 
ulga. Tyś mężczyzna, Oswaldzie, to po męsku czuwaj i po synow- 
sku radź w sercu swojem. Mów przedewszystkiem Matce o mno- 
gich jej obowiązkach. Ona taka przykładna chrześcianka. Mój Boże, 
czemu to my nie z wami ? Czemu nie możem żywym głosem 
i w uczynkach okazać wara gorącą miłość i przyjaźń naszą. Żonę- 
moją druga oto śmierć poraża w ciągu dwóch miesięcy. Chciałem 
przez wzgląd na stan jej ukrywać tę nową stratę, ale było niepo- 
dobna. Lepiej że się wypłacze póki ma więcej sił. Zresztą hartują 
nas codzieii klęski i nieszczęścia publiczne na wszelką boleść. 

Święć się wolo Boża! toć i wszystko. 

Chętnie dałbym wiersze na pomnik, ale myślę, że bez nich obejść 
się może. Skromny napis z wyrażeniem daty urodzenia i skonu, 
wymowniejszy będzie niż rymowana pochwała. Nie wymawiam się 
jednak, gotów jestem posłać wiersze, skoro mi doniesiesz, że tego 
sobie życzycie. 

Nie chcę cię zaprzątać dłużej pospolitemi drobiazgami. Wiem, 
że masz co innego dzisiaj w sercu i w myślach. 

Ściskam cię i t. d. 

B. Zaleski. 



Do Pana Jana Koi^iiiiana. 

Pary i:, wrzesień 1849 r. 

Kochany Janie ! Odsyłam list Seweryna ^), który mi wczoraj 
doręczył z pozwoleniem czytania. Mogę zaświadczyć, że co pisze 
jest prawdą. Wiem, że żyje w nędzy wielkiej, widzę, że pomimo 
nędzy, pracuje zapamiętale. Nad czem pracuje? Nie wiem. Między 
nami trwa po dziś dzień spór o Towiańszczyznę, przeszkadzający 
do dawnej poufałości literackiej. Sądząc jednak po rozmowach, 
myślę, że praca Sewerynowa będzie w treści swej rozumna i bu- 
dująca. Seweryn spobożniał bardzo i spoważniał do niepoznania. 
Ani śladu onych ultrademokratycznych i antykatolickich teoryek, 
o które z nim dawniej bojowałeś. Wytrzeźwiał w Towiańszczyźnie. 



^) Groszczyński. 



127 

Owóż i Towiaiiszczjzna zmieniła dziś oblicze. Po usunięciu sie 
Adama spokojniej patrzy i łagodniej gada. Z rzucającej się Sybill- 
slała się niemal prostą, pokorną mniszką. To pewna, że cele mesi 
syanizmu mistyczne i wszelkie fantasmagorye były z wymysłu 
Adama. Czytałem protestacyę Towiaiiskiego przeciw tym wszystkim 
dodatkom, protestacyę napisaną przed kilkoma laty. Słucham co- 
dzieii uważnie Karola, X. Edwarda, Seweryna, czytam, co mi dają 
z pism Towiańskiego, i oprócz niewłaściwych gdzieniegdzie wyra- 
zów i wyrażeń, nie widzę doprawdy, ażeby stawali w rokoszu prze- 
ciw Kościołowi. Owszem obstają jaknajgoręcej z nami za nauką 
katolicką i nawet za Papieżem. Świeżo, kiedy zagrożeni byli potę- 
pieniem przez sobór paryski, widziałem w nich gotowość wysłu- 
chania wyroku zwierzchności duchowej. Do Ojca św. chce znowu 
jechać Towiański. W ogólności z tego, com dotąd czytał i słyszał 
od nich, wydają mi się jakoby bractwo ascetyczno-moralne, jakoby 
jakiś nowy Port-Eoyal. Wierzą w natchnienie i czystość Towiań- 
skiego, ale już go nie nazywają mistrzem. Gzem się dręczę o nich, 
czem także się dręczy X. Edward, to ową metampsychozą, o której 
Towiański jakoby miał objawienie. W tem głównie tkwi spór nie- 
skończony między nami. Towiański chce to swoje objawienie przed- 
stawić w całej pokorze Ojcu św. Mniemam, że będzie potępione. 
Owoż po tem potępieniu, jeśli się na seryo wyprą swego, przybę- 
dzie Kościołowi kilkunastu czy kilkudziesięciu gorliwych sług. Co 
daj Boże ! Sądzę, jako widzisz, z trzech, a może co innego u innych 
i w gruncie nauki. Ci trzej zdają mi się najznamienitsi w kole ; 
widzę że urzędują, ale póki nauki i