(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Ksiga pamiatkowa ku uczczeniu 250-tej rocznicy zaloenia Uniwersytetu Lwowskiego przez Króla Jana Kazimierza r. 1661. Wydana przez czlonków Uniwersytetu"

Digitized by the Internet Archive 

in 2011 with funding from 

University of Toronto 



http://www.archive.org/details/ksigapamiatkowak02fink 



Mf 

f ( 






KSIĘGA PAMIĄTKOWA 
II. 



KSIĘGA 

PAMIĄTKOWA 

KU UCZCZENIU 250-TEJ ROCZNICY ZAŁOŻENIA 

UNIWERSYTETU LWOWSKIEGO PRZEZ KRÓLA 

JANA KAZIMIERZA R. 1661 



WYDANA PRZEZ 

CZŁONKÓW UNIWERSYTETU 
TOM II 



LWÓW 

NAKŁADEM UNIWERSYTETU LWOWSKIEGO 

1912. 




LF 
iMf 




75~ 

tz 



Kraków 1912. — Drukarnia Uniwersytetu Jagiell. pod zarządem J. Filipowskiego. 



SPIS RZECZY. 

Str. 

Piniriski Leon, Pod wrażeniem »Rozmyślań« Marka Aurelego . . . 1 — 58 

Popielski Leon. O rozpowszechnieniu wazodilatiny w świecie zwierzęcym 1 — 5 
Porębowicz Śdouard. Nouvelle interprśtation du vers de la Divine 

Comedie: »Quei due che seggon lassu piu felici«. Par. XXXII, 118 1—23 
Prus Jan. O pomyślnych wynikach zastosowania mojej metody przy- 
wracania życia 1 — 13 

Puzyna Józef, Metoda wyprowadzania całek logarytmicznych równania 

różniczkowego -^- — — , , , , 1 — 8 

dx a'x-}-b'y-|- 

Roszkowski Gustaw, O unii interparlamentamej 1—75 

Schorr Mojżesz, Ruch handlowy w starożytnej Babilonii (okres Cham- 

murapiego ± 2060-1760 przed Chr.) 1—21 

Semkowicz Władysław, Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 1 — 60 

Sierpiński Wacław, Przyczynek do teoryi mnogości 1—3 

Sinko Tadeusz, Trzej poeci polsko-łacińscy z XIX wieku 1—28 

Smoluchowski Maryan, O pewnem zagadnieniu kinetycznej teoryi 

roztworów 1 — 8 

Stebelski Piotr, Sądy przysięgłych i sądy ławnicze 1 — 28 

Teisseyre Wawrzyniec, Szkic moich badań w Karpatach, o ile one 

dotyczą płaszczowin fliszu 1—22 

Twardowski Kazimierz, O czynnościach i wytworach. Kilka uwag 

z pogranicza psychologii, gramatyki i logiki 1 — 33 

Ks. Wais Kazimierz, Początek życia 1—53 

Witwicki Władysław, W sprawie przedmiotu i podziału psychologii 1—16 

Wojciechowski Konstanty, Budowa pierwszych powieści polskich . 1—9 

Ks. Wysocki Stanisław, O sędziach polubownych w prawie kościelnem 1—18 

Zakrzewski Stanisław, Bolesław Szczodry. Próba portretu .... 1—34 
Zuber Rudolf, Spostrzeżenia geologiczne z zachodniej Afryki (z 6 illu- 

stracyami) 1 — 22 

Ks. Żukowski Jan, Objawienie jako jednolity system 1—21 



SPROSTOWANIE. 

W rozprawie R. Zubera, Spostrzeżenia geologiczne z zachodniej Afryki, 
na str. 19 między wierszami 12 i 13 od dołu po wyrazie »konty:ientu« i przed 
wyrazem »Najbliższą« opuszczono ustęp następujący: Obecność resztek starej 
formacyi czerwonego piaskowca o typie wybitnie kontynentalnym i pustynio- 
wym w niektórych partyach wybrzeża gwinejskiego niewątpliwie świadczy, że 
podczas tworzenia się tej formacyi (palaeozoicum?) miejsca te były wnętrzem 
rozległego kontynentu. 



A f 



POD WRAŻENIEM „ROZMYŚLAŃ 
MARKA AURELEGO 

napisał 

LEON PINIŃSKI 



Piniń6ki. 



I. Znaczenie i treść nauki Marka Aurelego. 

Nie zamierzam tu podać naukowego studyum o > Rozmyśla- 
niach* Marka Aurelego, brak mi do tego należytych propedeutycznych 
warunków tak historycznych i filologicznych jak i filozoficznych 
nawet. Luźne uwagi, które mi się nasuwają pod pióro, są jedynie 
objawem wrażeń i myśli wywołanych pod wpływem lektury. Nie 
idzie mi wcale o rozświecenie naukowe pracy M. A., lecz tylko 
o podniesienie jej piękności. Jeżeli moje słowa zachęcą czytelnika 
do tego, by także wziął do ręki samo dzieło cesarskiego autora 
i z uwagą je przeczytał, to już ten skutek mnie zadowolni. Nie 
wątpię bowiem, że każdy rozumny czytelnik znajdzie w niem wiele 
nauki a może i pociechy. 

Mało jest dzieł na świecie traktujących o najgłębszych proble- 
matach życiowych ze stanowiska oderwanego, filozoficznego, które 
tak silnie trafiają do serca jak »rozmyślania« M. A. Tematem ich jest 
przedewszystkiem Etyka życiowa, co myśleć o zadaniach życia 
i jak żyć, jak wyrabiać sobie charakter, jak zapatrywać się na sto- 
sunek nasz do bliźnich i społeczeństwa. Kwestye te bez względu na 
epokę, w której żyjemy, są w gruncie wiecznie te same i niezmienne. 
Powinny one zajmować ciągle umysł każdego, który wyszedł przy- 
najmniej poza tę fazę, że żyć nie wolno dla siebie wyłącznie 
i dla chwilowego egoistycznego użycia. 

Zaczerpnąć ze źródła takiego, jak medytacye M. A. wiadomość, 
jak jeden z najznakomitszych mężów dawnego pogańskiego świata 
zapatruje się na te zadania, może i musi być po wszystkie czasy, 
a więc i w naszej epoce z pożytkiem. Nie potrzeba do tego być 
ani filozofem z zawodu ani lingwistą, by główny tok myśli M. A. 
i podobnych mu mistrzów sztuki życia świata starożytnego ująć 
i zrozumieć. Trudno zresztą wymagać, by tylko tym, co połknęli 
niemal całą literaturę historyczno-filozoficzną, wolno było zastana- 

1* 



4 Leon Piniński 

wiać się nad naj prostszeini regułami etyki życiowej, rozmyślać nad 
tem, jak je pojmowali i na czem oparli wielcy mężowie przeszłości 
i jak je dziś dla naszego użytku uzasadnić mamy. 

Niestety o wiele za mało ludzie dziś o tem myślą, co jest ich 
regułą życia, jakie jej źródło i jak mają prawo rozgraniczyć 
w życiu rozrywkę i przyjemność od obowiązku. Domenę uzasadnie- 
nia kardynalnych zasad naszej praktycznej etyki życiowej nie mo- 
żemy odstąpić, tak jak >akt«, do którego załatwienia nie czujemy 
się sami kompetentni, teologom lub filozofom z zawodu. Wolno nam 
i powinniśmy zasięgnąć u innych rad i wskazówek, ale odpowiedź 
na życiowy nasz problemat moralny musimy znaleźć w nas sa- 
mych, bo idzie tu o normy, według których my sami żyć mamy, 
a nie kto inny za nas. 

A jednak, jak trudno byłoby uzyskać od każdego człowieka 
odpowiedź na pytanie, jakie są przepisy jego egzystencyi moralnej 
i skąd je czerpie? Gdyby umiano i chciano dać nam na to szczerą 
odpowiedź, fantastyczne zaiste nieraz uzyskalibyśmy rezultaty. 

Moralne reguły życia są u niektórych, i to powinno być nor- 
malnera, wynikiem zapatrywań religijnych. Lecz jakąż jest ta reli- 
gia? często tylko zbiorem bałamutnych, pełnych sprzeczności prze- 
sądów i zabobonów bez najmniejszej znajomości źródeł, na których 
wiara ma i może się opierać. Bezmyślna praktyka czczych cere- 
monii jest dla wielu, rzekomo religijnie usposobionych osób ważniej- 
szą od najdonioślejszych obowiązków etyki altruistycznej. 

U innych reguły moralne życia opierają się już tylko na reszt- 
kach półzapomnianej religii, której ich uczono za młodu i na jakichś 
strzempkach filozofii tu lub owdzie pochwyconych a zwykle mylnie 
lub mętnie pojętych. 

U innych wreszcie reguły życia nie zasadzają się na żadnej 
podstawie metafizycznej, lecz tylko na pewnej tradycyjnej 
praktyce otoczenia, wśród którego wzrośli i żyją. Praktyka zaś 
ta jest często wynikiem tylko przesądów kastowych, uprzedzeń kon- 
wencyonalnych pozbawionych logiki i użyteczności a podlegających 
zmiennym kaprysom mody, którym nie daje to większej wagi i war- 
tości, że się je niekiedy zwie pretensyonalnem mianem >honoru«. 

Na takich to kruchych i zmiennych podstawach opiera się to 
co ludzie w życiu uważają za »m oralny obowiązek*. Czyż 
dziwić się możemy, że wobec tego u wielu nie ma dostatecznej siły, 
by oprzeć się rozmaitym antietycznym teoryom, które bądź prokla- 



Pod wrażeniem »Rozmyślań« Marka Aurelego 5 

mują negacyę wszelkiej apriorystycznej podstawy moralności (nagi 
materyalizm), lub zwalniają jednostki rzekomo wyższe od potrzeby 
oglądania się na konwencyonalne reguły etyki (np. zapatrywania 
Nitzsche'go), lub wreszcie zniżają zasady moralne do źródła utyli- 
taryzmu, równając je tem samem np. z regułami higieny, względami 
praktyczności gospodarskiej i t. p., co jest wprawdzie najłagodniejszą 
formą, ale przecież w gruncie zaprzeczeniem istoty etyki. 

O tyle większą powinno mieć dla nas wartość zastanawianie 
się nad myślami takiemi, jak je nam dał w spuściźnie M. A., gdzie 
mimo braku wszelkiej podwaliny w wierze, spotykamy się z naj- 
szczytniejszem podniesieniem moralnego poziomu człowieka i pełnem 
przekonania uzasadnieniem obowiązków społecznych. 

Jeszcze inny wzgląd podnosi niezmiernie interes, który budzą 
myśii M. A., a tym jest rola, jaką odegrał autor w dziejach świata. 
Uwagi o celu i zadaniach życia pisane przez jakiegoś myśliciela, 
który przepędził życie gdzieś w zaciszu domowem, lub którego bio- 
grafia wogóle nie budzi wybitnego interesu, nie mogą ani w części 
mieć tego znaczenia, co wyznania złożone nam przez władcę świata, 
cesarza olbrzymiego państwa sięgającego od Gibraltaru po Eufrat 
i od gór Szkocyi po puszczę libijską a nadto panującego, który 
wspaniale umiał spełnić niezmiernie trudne zadanie przez los nań 
włożone. Co tego rodzaju wielka postać historyczna myśli o zada- 
niach życia, czy i o ile stara się zastosować swe teorye prakty- 
cznie w ogromie skomplikowanych przypadłych jej w udziale obo- 
wiązków, to jest nierównie ważniejszem i bardziej interesuj ącem, 
niż uwagi pierwszego lepszego prywatnego człowieka ułożone w ci- 
chej pracowni, zdała od świata, jego walk i zawikłań. Podnieśmy 
tylko jeden szczegół: Jeżeli np. lekceważenie sławy, potęgi i za- 
szczytów wypowiada ktoś, co nawet nadziei mieć nie mógł, by dojść 
do nich, to mniej nas to przejmuje i mniej też wierzymy w szcze- 
rość tych słów, niż jeżeli to spotykamy w ustach męża, przed któ- 
rym korzył się świat cały. Tam jest to może tylko czczym fraze- 
sem, tu imponującym dowodem niezwykłej wyżyny moralnej. 

Jeden wreszcie szczegół podnosi niezmiernie wartość dzieła. 
M. A. pisał uwagi swe li tylko jako notatkę dla siebie samego. Były 
to reguły i przepisy, które układał w chwilach skupienia, by go 
krzepiły i wzmacniały na wypadek zwątpienia lub pokusy. Przykład 
piękny i rzadki, bo szczytne zasady układa się zwykle dla in- 
nych, a nie dla siebie samego. 



g Leon Piniński 

Uwag tych nie zamierzał M. A. nigdy podać do wiadomości 
publicznej. Nie chciał niemi ani uczyć innych, ani przed nimi za- 
błysnąć. To jedna więcej gwarancya ich najzupełniej szej szczerości. 

Marcu s Aurelius Antoninus 1 był ostatnim rzymskim 
cesarzem z wielkiej epoki Antoninów, owego najświetniejszego okresu 
cesarstwa. Szereg znakomitych mężów w czasie od r. 96 do 180 po 
Chr. dzierży tron cesarstwa rzymskiego. Była to epoka rozkwitu nauk 
i sztuk, wolna stosunkowo od zawikłań wewnętrznych i rewolucyi 
wojskowych lub pałacowych. Via fadi wytworzył się ten system na- 
stępstwa w rządach, iż każdoczesny cesarz wybierał swego następcę, 
zlewając nań przez akt adopcyi swe prawa na wypadek śmierci. 
System to możliwy jedynie w czasie państwowego rozkwitu i spo- 
koju, mogący wydać doskonałe owoce, ale pod warunkiem, że ludzie 
osobiście wybitni i mogący zrobić co do następstwa szczęśliwy wy- 
bór, zasiadają na tronie. Jeden wybór chybiony unicestwia dodatnie 
skutki systemu i czyni go nadal niemożliwym. Błąd ten popełnił 
właśnie M. A., kiedy, uniesiony zapewne przywiązaniem rodzinnem 
naznaczył niegodnego swego syna, Commodusa na następcę, z któ- 
rego objęciem rządów serya wielkich cesarzów się kończy. 

M. A. sam został przeznaczony i wybrany na następcę w rzą- 
dach przez wuja swego Antonina Piusa i to jeszcze za życia 
poprzedniego władcy Hadryana. Wychowanie M. A. było jak naj- 
staranniej sze, w szczególności zaś nauki filozoficzne i surowe praktyki 
stoickiego życia przyczyniły się już za młodu do znakomitego wy- 
kształcenia umysłu i wyrobienia charakteru późniejszego władcy. 
W pierwszych rozdziałach swych Rozmyślań 2 wspomina , on z głę- 
boką, szlachetnie odczutą wdzięcznością o dobrych wpływach od- 
działujących nań już od pierwszej młodości, dziękując równie gorąco 
swej rodzinie jak i licznym nauczycielom i mistrzom, nie zapomina- 
jąc przy tern złożyć podzięki i bogom 3 , którzy wyznaczyli mu los 
tak pomyślny. Najbardziej entuzyastyczny ustęp poświęca on swemu 
bezpośredniemu poprzednikowi Antoninowi Piusowi 4 , którego sławi 
jako ideał człowieka i panującego. 

Cnoty M. A., które poznajemy z jego »myśli« jak i rządów, 

1 1'rodził się w r. 121 po Chr.; panował od r. 161 do 180. Przez pierw- 
szych ośm lat dzielił rządy z Luciusem Verusen. 

2 Tym uwagom poświęcona jest niemal cała pierwsza księga. 
8 Zob. szczególnie I. 17. 

* I. 16. 



Pod wrażeniem >Rozmyślań« Marka Aurelego 7 

istotnie w znacznej części zapewne wszczepione mu zostały przez 
jego równie znakomitego a szczęśliwszego, bo mniej zewnętrznemi 
przeciwnościami nękanego poprzednika. 

» Rozmyślania* M. A. są to luźne uwagi o porządku świata 
i zadaniach życia. Pisane są w języku greckim i rozpadają się na 
12 ksiąg czy też rozdziałów, z których każdy zawiera pewną ilość 
oderwanych, nie powiązanych ze sobą ustępów. Niektóre z nich są 
dłuższe, inne znów zawierają krótkie aforystycznie sformułowane 
uwagi. M. A. zostawił pracę swą bez tytułu. Po śmierci jego do- 
piero dano jej tytuł: Ta efc eauróv, co można przełożyć słowami: 
• Nad sobą samym*. 

Kiedy myśli swe zaczął spisywać, to można z pewnem przy- 
bliżeniem oznaczyć. W każdym razie dopiero w wieku dojrzałym 1 
po objęciu rządów. Z wzmianek zawartych w pierwszej i drugiej 
księdze widać, że je pisał w czasie wypraw wojennych przeciw 
Ouadcm i narkomanom (w r dzisiejszych krajach austryackich nad 
Dunajem i na północ od Dunaju). Od tego czasu, jak się zdaje, miał 
zwyczaj notować sw T e myśli aż do końca życia, bo ustępy końcowe 
ostatniej księgi brzmią tak, iż wysnuć z nich można przewidywa- 
nie rychłego skonu. 

Systemu w uwagach M. A. nie ma zupełnie. Nie ma też silenia 
się na styl piękny i wytworny. Myśl przeskakuje niekiedy bez wy- 
pracowanego połączenia z jednego przedmiotu na drugi. Znać czę- 
sto, że autorowi idzie o pobieżne schwycenie jej raczej niż o prze- 
prowadzenie logiczne. Jeżeli jednak czytanie nie daje systematy- 
cznego poglądu na całość, to o tyle silniej zachwycić nas musi 
w szczegółach sformułowanie myśli tu i owdzie niezmiernie szczę- 
śliwe, ustępy tchnące głęboką szczerością, liczne porównania nader 
trafne a często głębokie lub prawdziwie poetyczne. 

Sprzeczności w uwagach nie spotykamy, tylko tam. gdzie autor 
waha się między przyjęciem dwóch rozmaitych alternatyw jako 
hipotetycznie możliwych, myśl jego skłania się czasem raz w jedną 
stronę silniej, raz w drugą. Znamiennem jest szczególnie to, iż na- 
tura przyciąga autora raczej ku pesymistycznemu sposobowi myśle- 
nia, podczas gdy siłą woli stara on się wmówić w siebie pewien 
optymizm. 

Cytaty z innych autorów spotykamy dość często, z których 

1 Już w II. 2 nazywa się sam »starym«, czem jednak istotnie nie był. 



3 Leon Piniński 

widać oczytanie wielkie w literaturze greckiej poetyckiej i filozo- 
ficznej. Z greckich dawniejszych filozofów przytacza często Sokra- 
tesa i Platona, z nowszych widocznie najsilniej na niego od- 
działał Epik t et. Rzymskich filozofów nie uwzględnia i nie cytuje 
nawet tak bardzo zbliżonego zapatrywaniami, najznakomitszego rzym- 
skiego stoika, Senekę. 

Pomimo luźnego zestawienia tworzą poglądy autora na świat 
i życie pewną zamkniętą w sobie, logicznie ściśle obmyślaną całość. 
Ażeby je bliżej poznać, należy je więc zestawić w pewien systema- 
tyczny związek. Staram się to uczynić poniżej, podając w jak naj- 
krótszej formie ich streszczenie systematycznie ułożone. Sądzę, że 
w tej formie występuje myśl przewodnia autora silniej i z większą 
plastyką. 

Streszczenie nauki Marka Aurelego: 

Człowiek rodzi się z przeznaczeniem, by być istotą społeczną, 
pożyteczną dla innych. Obdarzony umysłem, ma w sobie coś z wyż- 
szej, boskiej natury i ten przymiot duchowy powinien w sobie roz- 
wijać i kształcić, za tym głosem szlachetniejszym w życiu iść. 

Ma tedy gardzić zmy słowem użyciem, nie przywiązywać wagi 
do dóbr doczesnych, wyrabiać w sobie hart ciała i duszy oraz samo- 
dzielność. W stosunku do bliźnich ma być sprawiedliwym i dobro- 
czynnym a w obejściu się z nimi szczerym, skromnym i uprzejmym. 
Ma pamiętać zawsze o obowiązkach wobec całego społeczeństwa 
i na stanowisku, na którem go los postawił, pracować pilnie i wy- 
trwale, bez zawiści, zadowolony z roli przypadłej mu w udziale. 

Niech pamięta przytem zawsze o znikomości życia a to głó- 
wnie w tym celu, by z każdej chwili korzystać, jak gdyby ona była 
ostatnią dla pożytecznego działania. Nagrody wszakże za to wyma- 
gać nie powinien i nie ma prawa, a jeżeli go spotyka od innych 
niewdzięczność, krzywda lub nawet prześladowanie, powinien to 
znosić ze spokojem, pogodą i pobłażaniem dla tych, którzy są gorsi, 
umysłowo i moralnie od niego niżsi. 

Niech też nie uważa za nagrodę godną wysileń ani rozgłosu 
i poklasku za życia, ani też sławy pośmiertnej, wszystko to bowiem 
jest bez wartości. Nagrodę jedyną i zadowolenie znajdzie w poczu- 
ciu wypełnienia obowiązku, w świadomości swej moralnej wyższości. 

Czy go spotka indywidualnie nagroda po śmierci? na to pyta- 
nie odpowiedzi brak. Lecz jeżeli jest istota wyższa, rządząca świa- 



Pod wrażeniem »Rozmyślań« Marka Aurelego 9 

tem, dbająca o nas i zapewniająca nam przyszłą egzyslencyę, to 
po takiem życiu możemy być spokojni o przyszłe nasze losy. Jeżeli 
zaś istoty takiej niema i niema też przyszłego życia, to brak wszel- 
kiego uczucia i senzacyi, nicość zupełna jest lepszą niż życie na 
świecie, którym nie kieruje ręka opatrzności. 

Tak myśląc i czując będzie człowiek spokojnym i zadowolo- 
nym z przeznaczonego losu i nie potrzebuje ani szukać śmierci, ani 
też niema powodu jej się lękać. 

Oto mniej więcej streszczenie nauk moralnych M. A. Główną 
ich podstawą jest filozofia stoicka, lecz obok zasad właściwych i in- 
nym pisarzom tego filozoficznego kierunku ma nauka M. A. silne 
indywidualne piętno. Przedewszystkiem jest pełną prostoty, niezu- 
pełnie wprawdzie wolną od właściwego stoikom samochwalstwa, 
lecz bez zbytniej zarozumiałości i dumnej pozy. Nadto ujmuje nas 
tem, że wyklucza o ile możności wszelkie abstrakcyjne wywody 
i polemiki. Filozofem w zwykłem rozumieniu jest M. A. jak naj- 
mniej, dogmatykiem metafizycznym wcale nie, stara się być przede- 
wszystkiem tylko sterownikiem w praktycznem moralnem życiu. 



II. Stosunek duszy naszej do porządku wszechświata. 

Przechodzę teraz do szczegółów i pragnę nieco dokładniej 
omówić poszczególne donioślejsze kwestye nauki moralnej M. A. Nie 
chcąc przytem zbyt wiele nagromadzać cytatów in exte?iso, staram 
się ograniczyć do najważniejszych. 

M. A. uznaje w nas samych pewną wrodzoną skłonność do 
moralnego wyrabiania się i doskonalenia będącą własnością naszej 
duszy. Dusza zdolna do moralnej wyższości jest darem nieba w nas 
i powinna być nam w życiu gwiazdą przewodnią, zasadą rzą- 
dzącą życiem nasze m 1 . 

»Żyj z bogami*, mówi autor (V. 27). »Ten zaś żyje z bogami, 
co ciągle okazuje im, że dusza jego zadowolona jest z tego, co mu 
jest przeznaczonem i czyni to wszystko, czego życzy sobie nasz 
demon, którego Zeus jako cząstkę swej istoty dał każdemu człowie- 
kowi, by mu był stróżem i kierownikiem. Jest zaś nim każdego 
człowieka myśl i rozum (voO; xai Xóyo;)«. 

1 To ?iy6ijlov'.-/.óv, jest to wyraz ulubiony M. A., którego używa bardzo czę- 
sto, np. II. 2 i w licznych innych ustępach. 



10 Leon Piniński 

Czyż mamy na to dowody, że bogowie istnieją? pyta w innem 
miejscu (XII. 28). Możnaby powiedzieć, że ich widzimy niemal wła- 
snemi oczyma codziennie w istnieniu świata. Lecz, jeżeli nawet przyj- 
miemy, że ich nie dostrzegamy, toć wszakżeż nie widzimy i duszy 
własnej, a jednak cenimy ją i szanujemy. To co czujemy przez 
ciągłe doświadczenie jako wpływ boski na nas samych, to nam daje 
możność poznania ich istnienia i czczenia ich. 

Owa »boska część«, która jest w nas 1 , jest tak silną, że mamy 
niekiedy wrażenie » nawoływania, rzecby można, wprost instrukcyi* 
(I. 17) ze strony bogów w nas samych. 

Czując tedy w nas samych siłę moralną, możność doskonale- 
nia się i ładu, o tyle łatwiej nam w to wierzyć, że wola rozumna 
kieruje także wszechświatem. 

W rezonowaniu tern zdaje się być pewien circulus vitiosus. 
Dobra nasza strona moralna ma być darem rozumnej, kierującej 
światem opatrzności a zarazem egzystf-ncya tej dobrej duchownej 
strony w człowieku ma być dowodem a przynajmniej podstawą 
prawdopodobieństwa, że owa opatrzność sama istnieje. 

Nie zapominajmy jednak o tem, że w każdem rozumowaniu, 
nie opierającem się na objawieniu z zewnątrz, punkt wyjścia jest 
z reguły czemś subjektywnem. Cogito ergo sum mówi Descartes 
i uważa to za punkt wyjścia poglądu na świat. U innych tym punk- 
tem wyjścia jest znów nasze subjektywne uczucie. Zdaniem M. A. 
człowiek czuje w sobie pierwiastek dobra, który mu pozwala 
a nawet każe być dobrym i pożytecznym, a więc chce wierzyć, że 
jest zarazem istota wyższa, rozumna i dobrotliwa, która pierwiastek 
ten w nas wszczepiła. 

Dlatego mówi on (IV. 27): »Albc mamy do czynienia z dobrze 
urządzonym wszechświatem, albo też wszystko jest tylko chaosem 
przypadkowym... Ale czyż może w tobie samym istnieć ład i po- 
rządek, a nieład we wszystkiem zresztą ?« 

owej drugiej hipotezie bardziej pesymistycznej, iż opatrzności 
rządzącej światem niema wcale, mówi M. A. niejednokrotnie. I tak 
w prześlicznym ustępie: 

II. 11: »Skoro to możliwe, że w każdej chwili masz się roz- 
stać z życiem, urządź zgodnie z tem każdą twoją myśl i czyn. Po- 
rzucić świat i ludzi, jeżeli są bogowie, nie jest rzeczą, której lękać 

1 Zob. n. p. III. 5 i 6. 



Pod wrażeniem »Rozmyślań« Marka Aurelego 11 

się miałby ć powód, bo bogowie nie mogą chcieć twego nieszczęścia; 
lecz jeżeli bogów niema, lub nie dbają o losy ludzkie, to jakąż to 
może mieć wartość dla mnie żyć w świecie pozbawionym bogów 
i opatrzności ?« 

Przeważa jednak u autora myśl pierwsza i mówi w dalszym 
ciągu: »Lecz bogowie w istocie istnieją i dbają o ludzkie sprawy 
i dali nam siłę i potrzebne środki dla uniknięcia złego*. 

Podobny tok myśli spolykamy w VI. 10: » Wszechświat jest 
albo zamieszaniem, wzajemnem plątaniem się wszystkich rzeczy 
i rozpraszaniem; albo też jednością, porządkiem i opatrznością. Jeżeli 
tedy pierwsze ma miejsce, dlaczegożbym miał życzyć sobie pozosta- 
wać dłużej w tern przypadkowem zmieszaniu wszystkich rzeczy 
i nieporządku? dlaczegożbym miał dbać o cokolwiek innego, jak 
tylko o to, by wreszcie napowrót w proch się obrócić? i dlaczegóż 
mam się niepokoić, skoro rozprószenie elementów, z których się skła- 
dam, nastąpi, cokolwiekbym czynił? Ale jeżeli tamta druga supo- 
zycya jest prawdziwą, w takim razie jestem silny, czczę tego co 
rządzi światem i ufam mu«. 

Przytoczę jeszcze jeden ustęp wielce znamienny dla sposobu 
myślenia M. A., gdzie myśl o śmierci i hipotezy co do przyszłości 
zagrobowej łączą się z poczuciem znikomości i pewnem pesymisty- 
cznem lekceważeniem wysileń ludzkich: 

III. o: »Hippocrates po wyleczeniu wielu chorób sam zasłabł 
i umarł. Chaldejczycy przepowiadali śmierć wieiu innym, aż nastę- 
pnie sami ulegli przeznaczeniu. Alexander i Pompeius i Caius Gaesar, 
którzy tak często wyniszczali miasta całe i dziesiątki tysięcy kon- 
nicy i piechoty w bitwach dali wysiec, sami wreszcie rozstali się 
z życiem. Heraclitus po tylu spekulacyach nad składem wszech- 
świata zmarł rozdęty wodą wewnątrz a zewnątrz kałem zbrukany. 
Wszy stoczyły Democrita; a ofiarą innego rodzaju wszy padł So- 
crates. Cóż "to wszystko znaczy? Wsiadłeś na okręt, odbyłeś podróż, 
przybiłeś do celu — wysiadaj! Jeżeli to do innego życia, toć zape- 
wne i tam bogów nie brak. Lecz jeżeli to stan bez wszelkiej sen- 
zacyi, w takim razie przestaniesz przynajmniej podlegać bolom 
i łaknąć przyjemności i być niewolnikiem tego zewnętrznego naczy- 
nia (ciała), które cię trzyma«. 

Jak z tych cytatów widać, o rzeczywistej silnielszej wierze 
w istnienie bóstwa i życie przyszłe nie może tu być mowy. Autor 
chwieje się między dwoma alternatywami, światem przypadkowym, 



12 Leon Piniński 

będącym aglomeratem atomów i ślepem działaniem sił przyrody 
a światem rządzonym przez rozumną opatrzność. Ku tej drugiej 
alternatywie ciągnie go serce, a ponieważ ją uważa za możliwą 
a nawet dość prawdopodobną, więc według tej drugiej alternatywy 
radzi urządzić życie, idąc za głosem szlachetniejszym naszej du- 
chowej natury. Jest to więc sceptycyzm skłaniający się ku 
teizmowi ogólnemu, nieokreślonemu bliżej. Ten sceptycyzm wszakże 
jest już dla autora wybitną podporą jego nauki moralności. Sama 
możność istnienia bóstwa, sama możność wyższego nakazu jest mo- 
tywem dostatecznym dla pędzenia życia dobrego i praktykowania cnoty. 

istocie wyższej wyraża się M. A. zwykle w liczbie mnogiej: 
>b o go wie*. Nie jest to wszakże wiara w rzeczywisty politeizm 
a już najmniej w politeizm oficyalny ówczesnego Rzymu 1 . Teizm 
jego nie jest określony bliżej, bo niekiedy mówi o Bogu w liczbie 
pojedynczej lub o opatrzności albo »istocie boskiej*. Zeus, którego 
często wymienia i nazywa twórcą świata lub społeczeństwa - nie ma 
nic wspólnego z Zeusem Homerowskich poezyi lub baśni Metamor- 
foz Owidyusza. Nie istnieje też dla niego Olimp innych bogów i dei- 
fikowanych bohaterów i władców. Niema wszakże naodwrót negacyi, 
niema słowa krytyki, ani oficyalnie wyznawanej religii, ani też jakiego- 
kolwiek innego wyznania. 

Uszanowanie dla religijnych zapatrywań skłania M. A. do tego, 
iż uznaje ogólnie bogobojność, pobożność i posłuszeństwo wobec 
bogów, jako sposób postępowania dobry i chwalebny, widzi w tern 
cnotę, którą stawia na równi z najważniejszemi cnotami altruisty- 
cznemi 3 . Zarazem jednak gani przesądy i zabobonność 4 . 

Dawny konserwatyzm rzymski i względy narodowe i państwowe 
są zapewne powodem, że nie występuje nigdy przeciw przyjętym 
zwyczajom publicznego kultu, w którym jako panujący zawsze brał 
udział. Modłów wszakże i ofiar wyraźnie nie zaleca i, jak się zdaje, 
nie wierzy w ich skuteczność. Jeżeli się jednak modlimy, to powin- 
niśmy się. zdaniem jego, modlić z najwyższą prostotą 5 . 

1 Objawiania się nam bogów w jakiejkolwiek formie nie przyjmuje M. A., 
lecz w dwóch miejscach spotykamy przecież przypuszczenie możliwości snów 
proroczych (I. 17 i IX. 27). 

8 Np. IV. 23, XI. 8. 

s Zob. np. VI. HO, XI. 20, XII. 27. 

4 Np. I. 16, VI. 30 cit. pod koniec. 

5 Zob. V. 7. 



Pod wrażeniem »Rozmyślań« Marka Aurelego 13 

ile przypuszcza istnienie bóstwa juko rzecz możliwą i prawdo- 
podobną, o tyle wyobraża sobie ową wyższą istotę jako wyposażoną 
w najwyższe przymioty dodatniej natury i widzi w niej źródło do- 
brego i podporę ludzkiej etyki. Przyznaje więc bogom rozum i do- 
brotliwość l i, co specyalnie podnieść należy, jako wyższość w sto- 
sunku do zwykłych zapatrywań religijnych, pogardę dla czczych 
hołdów i pochlebstw 2 . 

Nie możemy przypuścić, mówi on (VI. 44), by istota wyższa, 
która nas przeznaczyła na świat, pragnęła naszego nieszczęścia i cier- 
pień, a nie możemy sobie tej boskiej istoty wyobrazić nawet nie 
przewidującej z góry tego, co nas spotyka. Znośmy tedy nasz los 
i wierzmy, że jest on czemś rozumnem i pożytecznem. Bądźmy 
zrezygnowani, nie skarżmy się i nie sarkajmy, nie krytykujmy też 
bogów, bo mianem >złego« i »dobrego« możemy nazywać te tylko 
rzeczy, które są w zupełności dostępne naszej myśli (VI. 41), a dzia- 
łanie bogów takiem nie jest. 

M. A. nie zapoznaje, że złym ludziom jest na świecie często 
nierównie lepiej niż dobrym, że szczęście nieraz bardziej sprzyja 
pierwszym, niż drugim 3 . Sarkać na to byłoby niebogobojnem. Spra- 
wiedliwy zresztą ma regres i pociechę we własnem wewnętrznem za- 
dowoleniu i czystem sumieniu, które wyżej cenić powinien, niż dobra 
zewnętrzne. 

indywidualnej nagrodzie pośmiertnej za życie dobre, 
pełne zasług, chociażby ono było zarazem pełnem zaparcia i nie- 
szczęśliwem M. A. nie wspomina. Rzekłbym nawet: nie żąda jej. 
Wystarcza mu zaspokojenie, iż po takiem życiu nic złego nam się 
wydarzyć nie powinno. Zresztą w jego rozumieniu życie zacne, da- 
jące świadomość spełnionego obowiązku i wyższości moralnej, daje 
już samo przez się, mimo niepowodzeń zewnętrznych, spokój, zado- 
wolenie, a nawet szczęście, tak jak gdybyśmy byli »przeniesieni już 
za życia na wyspy wybranych* (X. 8). na których w poetyckich 
opowiadaniach wyobrażają sobie ludzie nagrodę po śmierci. 

To niebo za życia, które ma zacny człowiek w swem 
sercu nawet w niepowodzeniu, jest jedną z najwznioślejszych kon- 
cepcyi, na jakie zdobyła się kiedykolwiek myśl ludzka. 



■ Np. V. 34, X. 1. 

* Zob. X. 8 pod koniec. 

8 Zob. np. IX. 1. 



•^4 Leon Pinhiski 

Lecz w innym, żywo wzruszającym ustępie czuć nutę zwąt- 
pienia i goryczy: 

XII. 5: > Jakże to stać się mogło, że bogowie urządziwszy 
wszechświat mądrze i dobrotliwie dla ludzkości, tego nie usunęli, 
iż ludzie zacni, tacy którzy, rzec można, największą styczność mają 
z boskością, i wskutek czcigodnego i religijnego życia są sami do 
boskości zbliżeni, skoro zakończyli życie, nigdy więcej egzystować 
nie będą i znikną ze świata raz na zawsze?* 

W tych słowach czuć bolesny wyrzut, ale i tym razem zwy- 
cięża rezygnacya, bo M. A. mówi dalej: 

>Ale skoro tak jest. to bądźmy przekonani, że gdyby inaczej 
miało być lepiej, bogowieby tego uczynić nie zaniedbali*. 

Ta rezygnacya autorowi widocznie nie przychodzi zbyt łatwo 
i brzmi, jak gdyby wmówiona w siebie. Znamiennem zaś jego 
wielkoduszności jest to, iż krzywdę, jaką mu się być zdaje zejście 
bezpowrotne i bez nagrody sprawiedliwych ze świata, upatruje nie 
w osobie samego zgasłego, lecz w stracie, którą inni ludzie i społe- 
czeństwo wskutek tej straty ponoszą. 

Jak widzimy więc, elementu tego, który zo wiemy religijną 
> wiarą* lub >przekonaniem« metafizycznem, w zapatrywaniach M. A. 
niema wcale. Niema też naodwrót chłodnego, pewnego siebie racyo- 
lizmu, odepchnięcia możliwości nadludzkiego elementu w wierze, po- 
tępienia lub wyszydzania tych. co taki element przyjmują. Racyo- 
naliści mogą w tem upatrywać pewną słabość i chwiej ność w de- 
dukcyach autora 1 . Mojem zdaniem tak nie jest. Umysł który w swej 
spekulacyi metafizycznej nie wychodzi poza granicę przyjęcia i to 
tylko jako rzecz możliwą hipotezy teizmu i zagrobowego życia, nie 
czuje się uprawnionym potępiać tych, których przekonania religijne 
lub filozoficzne są na tem punkcie bardziej konkretne. 

Ten sposób myślenia jest nierównie szlachetniejszy, niź fana- 
tyzm religijny lub fanatyzm niewiary potępiający bezwzględnie jako 
zbrodnię lub absurd każde wyobrażenie metafizyczne, którego się 
samemu nie podziela. Jest to zarazem sposób myślenia głębszy, niż 
zarozumiałość nowoczesnych antiteistów 2 , którzy negują możliwość 
rządzącego światem Boga na podstawie równie kruchych dedukcyi, 



1 Zob. np. Renan: Marc Aurele et la fin du monde antiąue, str. 16. 
* Zob. np. Schopenhauer, szczególnie w Neue Paralipomeua. Kap. XIV: 
Ueber Religion. 



Pod wrażeniem » Rozmyślań* Marka Aurelego 15 

jak te, na których się opierają najbardziej naiwne zapatrywania 
religijne. 

Z hipotezą drugą, iż boga i opatrzności niema a świat jest 
tylko chaosem i tworem przypadku, liczy się także M. A. jako z rzeczą 
możliwą. Myśl ta mu jest przykrą, bolesną, lecz nie mając dowodu 
na to, że jest niedorzeczną, pyta się, cóż w takim razie? Odpowiedź 
jego jest, że i w tym razie nic nas nie uprawnia do zanegowania 
potrzeby etyki i przejęcia się sposobem myślenia nizkim i czysto 
zmysłowym. Oto jego rezonowanie: 

IX. 28 i. f.: »Jednem słowem, jeżeli jest Bóg, to wszystko jest 
dobrze; jeżeli zaś przypadek rządzi, to przynajmniej ty nie daj się 
nim rządzić*. 

XII. 14: ...» Jeżeli jest opatrzność... stań się godnym pomocy 
boskiej. Lecz jeżeli świat jest zamętem bez kierownika, bądź w ta- 
kim razie zadowolonym, że w tej burzy masz przynajmniej w sobie 
pewien ster we własnej inteligencyi...* 

A wreszcie VI. 44: ...» Jeżeli bogowie o niczem, co nas tyczy, 
nie postanawiają — w co przykro wierzyć... a w którym to razie 
ani ofiarować im, ani modlić się do nich, ani przysięgać na nich 
nie powinniśmy — ...w takim razie jestem przynajmniej zdolny sam 
o sobie stanowić i ocenić, co jest pożytecznem; to zaś jest pożyte- 
cznem każdemu, co jest zgodnem z jego ustrojem i naturą. A na- 
tura moja jest racyonalną i socyalną; mym miastem zaś i krajem, 
o iłem Antoninus, Rzym, a o iłem człowiekiem, świat. Co jest po- 
żyteczne tym związkom, to, i tylko to, jest pożytecznem dla mnie*. 

Co za świetny w całej swej prostocie hymn patryotyzmu i po- 
czucia przynależności socyalnej w tych niewielu słowach! Więc na- 
wet jeżeli mnie wszystko zawodzi, jeżeli mnie opanuje zupełne 
zwątpienie, co do istnienia opatrzności i porządku w wszechświecie, 
nie zwrócę się do sobkostwa i materyalizmu, lecz zwycięży we mnie 
utylitaryzm społeczny w swej najszlachetniejszej formie, oparty na 
miłości ojczyzny i ludzkości. 



III. Obowiązki wobec bliźnich. 

Nauka moralna M. A. jest przesiąknięta altruizmem 
na każdym kroku. Można nawet powiedzieć, że obowiązki wobec 
bliźnich i społeczeństwa wypełniają ją, skoro odrębnych obowiązków 



ig Leon Piniński 

wobec bóstwa prawie niema, a obowiązki wobec siebie samego, dążą 
głównie do wyrobienia w sobie właściwości pożytecznych dla życia 
społecznego. 

Altruizm wszakże M. A. jest bez uniesień i entuzyazmu, bez 
skłonności do przesadnych poświęceń, wolny od optymistycznego 
zaufania w dobroć lub wdzięczność naszych bliźnich. Nie jest to 
jednakowoż naodwrót altruizm zimny, będący wypływem tylko ro- 
zumem pojętego nakazu moralnego w rodzaju np. altruizmu nauki 
Kanta. 

Podstawą altruizmu autora jest poczucie przynależności spo- 
łecznej. »Nie gniewajmy się na siebie nawzajem*, mówi on (II. 2) »nie 
nienawidźmy się, bośmy wszyscy wobec siebie jak para nóg, rąk lub 
oczu, jak górny i dolny rząd zębów. Przeciw sobie występować, na- 
wzajem sobie szkodzić jest przeciwne naszej naturze*. 

Nadto w altruizmie jego odgrywa rolę pogarda dla dogadzania 
sobie samemu, dla użycia fizycznego i egoizmu. 

Miłość bliźniego jako przykazanie główne jest u niego, podo- 
bnie jak w Chrześcijaństwie punktem wyjścia: ^słuchaj Boga, ko- 
chaj ludzkość!* (VII. 31). Lub w innem miejscu podobnie: 

VI. 30: » Czcij bogów, wspomagaj lud?:i!« 

Dobrotliwość wobec bliźnich, będąca wynikiem tego przykaza- 
nia miłości idzie nawet bardzo daleko. Każe on. podobnie jak to 
jest powiedziane w Nowym Testamencie, kochać także tych, co nas 
krzywdzą a przynajmniej czynić im dobrze i nie mścić się za do- 
znane krzywdy. 

VI. 6: > Najpiękniejszą drogą zemsty dla ciebie jest nie być 
takim samym, jak ten co cię krzywdzi*. 

W innem zaś miejscu (VII. 36) z emfazą cytuje autor piękny 
aforyzm z Antistenesa tej treści: »Jest to po królewsku czynić 
dobrze, gdy nas lżą za to«. 

Lecz w tern przebaczaniu krzywd i uraz i w odpłacaniu złego 
dobrem niema tej bezgranicznej myśli abnegacyi i poświęcenia, która 
cechuje wzniosłe słowa »Kaz anią na górze«, niema zapomnienia 
o wszelkim interesie ziemskim i własnym, niema też rozmiłowania 
się w cierpieniu i znoszeniu prześladowań dla uzyskania doskona- 
łości, której życzy sobie Pan nasz w niebiosach. Zdania, jak: nad- 
staw lewy policzek, gdy cię uderzono w prawy, a gdy ci wzięto 
wiele oddaj resztę, rozdaj w ogóle wszystko między ubogich, jeżeli 
chcesz być doskonałym, są obce etyce M. A. Do diapazonu tak da- 



Pod wrażeniem » Rozmyślań « Marka Aurelego 17 

leko posuniętego ducha, zaparcia się i poświęcenia nie wznosi on 
się i wznieść nie usiłuje. 

Dobrotliwość, którą zaleca wobec bliźnich nie jest ani bezgra- 
niczną miłością ludzkości, ani egzaltacyą w przebaczaniu krzywd 
ponoszonych dla miłości wiary i przekonań. Ma ona granicę w spo- 
łecznem pożytku. Pobłażliwość zaś wobec krzywd opiera się na po- 
czuciu moralnej wyższości, której niesprawiedliwość innych odebrać 
nam nie zdoła. 

Ostatnią myśl wypowiada autor kilkakrotnie a najpiękniej 
w następującem prawdziwie poety cznem porównaniu: 

VIII. 51: .. . »Przyjmij, że cię ludzie mordują, ćwiartują na 
kawały, lub że cię przeklinają. Czyż może to wszystko przeszkodzić 
temu, by twa myśl pozostała czystą, rozumną, spokojną i sprawie- 
dliwą? .leżeli ktoś stanie przy źródle przeezysteni i lży je, źródło 
nie przestanie tryskać przejrzystą wodą; a nawet jeżeli wrzuci w nie 
nieczystości, to zostaną one natychmiast rozprószone i zmyte, źródło 
niemi się nie skazi*. 

Szczególnie wzniosie podnosi M. A. bezinteresowność 
w altruizmie. Jeżeli wyrządzamy innym dobrodziejstwa, nie żądajmy 
żadnej zato zapłaty lub pochwały, ani tu, ani w przyszłem życiu. 

VII. 73: » Jeźeliś spełnił dobry uczynek a drugi stąd odniósł 
korzyść, dlaczegóż jeszcze oglądasz się za czemś trzeciem ponadto, 
jak to głupcy czynią, chcesz zyskać rozgłos..., lub otrzymać od- 
wzajemnienie?* 

Albo w innem miejscu: V. 6: »Jeden, jeśli wyrządził komuś 
przysługę, zapisuje to na jego rachunek... Drugi tego nie czyni, 
ale przecież uważa tamtego za dłużnika i pamięta o tern. Trzeci 
zapomina o tern, co uczynił, i jest jak winna latorośl, która wy- 
dawszy owoc raz, stara się, skoro go zerwano, wydać nowy*. 

Dobroć, łagodność i pobłażanie M. A. mają swe granice, nie 
dochodzą do tego, by się dać poniżać, wyzyskiwać lub dominować 
przez złych, niesumiennych i niesprawiedliwych. Altruizm jego nie 
jest abdykacyą na korzyść tych, co mają mniej względów od nas *. 
W łagodności niema u niego słabości. Tym co nas krzywdzą bez 
złej woli, zaleca zejść z drogi 2 . Zresztą jednak należy tego, co 
źle działa, starać się przekonać 3 , ale jeżeli to jest bezskutecznem 

1 Zob. np. w VII. 66 słowa: >nie stańmy się niewolnikami cudzej głupoty*. 

2 Zob. V. 20. 
• IX. 11. 

Piniński. 2 



Ig Leon Piniński 

a sprawiedliwość tego wymaga, wystąpić stanowczo nawet w dro- 
dze przymusu przeciw jego woli l . 

Pobłażliwość na krzywdy ma zresztą u M. A. źródło także 
w tern przekonaniu, że ludzie często a nawet z reguły czynią źle 
nie tyle ze złej woli. jak z nieświadomości, braku wyrobienia mo- 
ralnego, niższości umysłowej. Ten sposób pojmowania złych uczyn- 
ków jako wyniku wad ludzkich jest motywem ulubionym u autora 
i pojawia się często. Jeden ustęp przytaczam: 

VII. 22 »Jest to właściwością ludzką, że kochamy nawet tych, 
co źle czynią. A zdarza się to dlatego... bo czynią źle przez nie- 
świadomość i bez złego zamiaru 2 ; nadto pamiętajmy, że przecież 
mv i oni wkrótce pomrzemy; przede wszystkiem zaś wpływa tu ten 
wzgląd, iż ten. co mi źle czyni, nie czyni mi ujmy, nie może bo- 
wiem mej kierującej własności zrobić gorszą niż była dotąd*. 

Głownem mojem dobrem są przymioty duszy. Tych mi nikt 
nie odbierze i nie osłabi, więc dotkliwego złego wyrządzić mi nie 
może. 

Jeżeli jednak M. A. jest pobłażliwym dla drugich, to zarazem 
surowym dla siebie i karci tych, którzy wymagają względów od in- 
nych a sami nie starają się usunąć własnych przywar. Występuje 
tu żywo podobny sposób myślenia jak w Nowym Testamencie w zna- 
nem powiedzeniu o > źdźble w oku bliźniego*. Smiesznem nazywa tedy 
autor nasze rozumowanie 3 , iż z własnych błędów nie lecząc się, co 
jest w naszej mocy, chcemy, ażeby inni dla nas wyleczyli się ze 
swoich, na co wpływu nie mamy. » Bogowie znoszą złych i niezno- 
śnych ludzi przez wieczność, a ty nie możesz przez czas tak krótki, 
choć sam jesteś jednym z nich«! 

Daleko jednak od tego, by dobroć M. A. doprowadzała go do 
przeceniania ludzkości. Przeciwnie widzi on ją raczej pesymistycznie 
i w barwach ujemnych, czarnych nawet, nie zapoznając ani ludz- 
kich słabości ani złości. Jest on wyrozumiałym, lecz nie dlatego, by 
nie widział złego, lecz z tego powodu, ponieważ ogromna większość lu- 
dzi stoi za nizko pod względem umysłowym i moralnym, ażeby módz 
się wyrobić i poprawić. Trzeba ludzi brać, jakimi są, nauczyć się 



1 VI. 50. 

3 Zob. także II. 13. Ta myśl powtarza się zresztą w licznych innych 
ustępach. 

3 VII. 70 i 71. 



Pod wrażeniem » Rozmyślań <t Marka Aurelego 19 

znosić ich 1 , nie dlatego, żeśmy z nich zadowoleni, lecz bo ich 
niestety nie możemy zmienić. 

Oto parę charakterystycznych przykładów: 

II. 1: » Rozpoczynaj dzień mówiąc sobie co rana: spotkam 
ludzi natrętnych, niewdzięcznych, aroganckich, podstępnych, zazdro- 
snych i niesocyalnych. Lecz te właściwości ich polegają głównie na 
niewiadomości, co jest złem a co dobrem...*. W innym niezmiernie 
pięknym, lecz przesiąkniętym już prawie mizantropią dłuższym ustę- 
pie (IX. 42) każe się liczyć ze złością i przewrotnością ludzką, która 
nie powinna nas nigdy zadziwiać ani być nam czemś niespodzianem. 
Nie należy ufać innym, a czyniąc im dobrze, mimo złego o nich 
wyobrażenia, robić to »na przepadłe*. Nagrody za to nie żądajmy, 
bo naturom szlachetnym jest wrodzonem robić dobrze. »Czyż oko 
żąda za to zapłaty, że patrzy a nogi. że nas dźwigają* ? Złość, 
przewrotność i nieznośność innych mają zresztą tę dobrą stronę, że 
znosząc te przywary w innych ćwiczymy się w naszych dodatnich 
przymiotach, które są niejako ^antidotum wad cudzych* jak: wy- 
rozumiałość, cierpliwość, bezinteresowność i t. p. 

Myśl swą ilustruje w innym ustępie (V. 28) następującem ory- 
ginalnem porównaniem: Wszakżeż nie mamy prawa gniewać się na 
kogoś za to, że ma oddech cuchnący lub że pot jego czuć. Przy- 
wary moralne nie są niczem innem. 

Wyższość moralna, którą w sobie czuje, objawia się w cha- 
rakterystyczny sposób w zapatrywaniu, iż powinniśmy się uczyć od 
innych, lecz przedewszystkiem uczyć na złych przykładach 2 . Skoro 
widzimy u innych próżność, niecierpliwość, gniew, starajmy się w po- 
dobnej sytuacyi być wyższymi od nich i nie popadać w te same 
błędy. 

Złe wyobrażenie o ludziach występuje u M. A. niekiedy w for- 
mie zjadliwej nawet krytyki. Tak, w owym wybornym aforyzmie, 
którego słuszność uderzy każdego, co miał sposobność poznać za- 
kulisowe sprawy życia publicznego i polityki: 

XI. 14: > Ludzie gardząc sobą nawzajem schlebiają sobie, 
a chcąc się wzbić jeden nad drugiego wprzód się przed sobą 
płaszczą*. 



1 V. 20. 

= Zob. VII. 56. 



2Q Leon Piniński 

Niekiedy żal do ludzi przybiera formę bolesną i brzmi jak 
echo gorzkich zawodów szlachetnego, zbolałego serca. 

W IX. 3 mówi on, że jest to dla nas w myśli o śmierci pe- 
wną, smutną pociechą, iż nie spotykamy w życiu ludzi podzielają- 
cych nasze uczucia i zasady, do którychbyśmy się mogli głębiej 
przywiązać. 

Jeszcze boleśniej występuje ton pesymizmu w X. 36: Rozsta- 
nie się ze światem jest o tyle lżejszem, że nawet najlepszych z nas 
prawdziwie nie żałują i zawsze ktoś jest zabowolony, iż mu się 
ustępujemy. 

Czy to jest pociechą istotnie? nie sądzę. Myśl taka, mojem 
zdaniem, zatruwa życie a nie osładza śmierci. 

Pomimo jak najsilniejszego zaznaczania socyalnej natury 
człowieka pozostaje przecież M. A. naturą samotną w gruncie. lnic 
dziwnego, do wyżyn jego ducha nie łatwo się mógł ktoś zbliżyć. 
Ci, którzy nieskończenie górują nad innymi, tylko w samotności zna- 
leźć mogą ukojenie i ulgę w cierpieniach. Stąd rada M. A., by w tru- 
dnych chwilach życia cofnąć się w głąb własnej duszy. 

Szczególnie pięknie wypowiada to w IV. 3: » Ludzie szukają 
ustronia na wsi. nad morzem lub w górach. I ty tego pragniesz . . . 
Lecz jest to także w twej mocy, gdziekolwiekbądź przebywasz, samą 
wolą twą cofnąć się w głąb własnej duszy... Czyń to często i od- 
nawiaj się w tem skupieniu*. 

Filantropia M. A., jak z tych przykładów widzimy, ma swój 
odrębny charakter. Wolna jest od sentymentalizmu i wszelkich ilu- 
zyi. Jest to miłość ludzkości szczera ale miłość dla istot niższych 
i słabszych, miłość złączona z odcieniem » szlachetnej pogardy*. 

Złe wyobrażenie o ludziach, szczególnie o tych, z którymi się 
człowiek bliżej styka, to jest niestety v privilegiwm odiosum" każdej 
natury wyższej, o ile ją sentymentalne uniesienie chwilowo nie za- 
ślepia. U natur namiętnych, impulsywnych objawia się to bolesnym 
wyrzutem, u sarkastycznych szyderstwem. Znaną jest zjadliwa apo- 
strofa Danta potępiająca rodzinną Florencyę 1 , znane złośliwe wy- 
cieczki Schopenhauera przeciw Niemcom i Ru skina surowa 
krytyka Anglików. Dalej jeszcze idzie Byron i popada już prawie 
w nienawiść własnego kraju i rodaków. 

Ci, co nie mają szczęścia mieć Toskanę lub Anglię za ojczy- 

1 La divina commedia, Purgatario, canto VI v. 127 sq. 



Pod wrażeniem » Rozmyślań <; Marka Aurelego 21 

znę, muszą być dyskretniejsi, by krytyką zbyt g<Tośną, choć zasłu- 
żoną nie wyrządzić szkody swej ziemi. Lecz gorycz wewnętrzna 
a nawet i ostre słowa krytyki nie powinny wykluczać przywiąza- 
nia: v Il faut se sacrifier pour le peuple tont en U meprisant", wy- 
powiedział świetnie Mirabeau. 

Trudną sztukę zaleconą w tej ostatniej sentencyi posiadał M. 
A. w całej pełni. Jego łagodna natura nie pozwala mu dojść do 
mizantropii, chroni go nawet od zniechęcenia. Gardzi w gruncie 
ludźmi, lecz służy im wiernie. Widząc marnotę ludzkości nie wierzy 
wprawdzie ani w poprawę ani postęp, lecz chce w orkiestrze, w któ- 
rej tylu gra źle i fałszywie, sam przynajmniej dążyć do zespołu 
i harmonii. Chce się od otoczenia wyróżnić, być lepszym od innych, 
choć wie, że go ani nie uznają, ani naśladować nie będą. 

Altruizm M. A. ma, podobnie jak u innych mędrców i mora- 
listów świata starożytnego, źródło swe w cnocie sprawiedliwo- 
ści (otxaioauvrj), tej jedynej z czterech »cnót kardynalnych* świata 
starożytnego, która bezpośrednio odnosi się do naszego stosunku do 
bliźnich. Zgodnie z nauką stoików wypowiada M. A. zasadę (XI. 10), 
iż » wszystkie inne cnoty w sprawiedliwości mają swą podstawę* 1 . 
Kto działa niesprawiedliwie, ten nietylko krzywdzi innych, ale i sie- 
bie samego, bo spadla swa własną naturę 2 . 

Każe nam wprawdzie być łagodnym, dobrotliwym i wspania- 
łomyślnym wobec innych, lecz jego miłość bliźniego mieści się za- 
sadniczo w granicach sprawiedliwości i jest wynikiem tej ostatniej. 
Ta >caritas« etyki stoickiej, będąca wypływem poczucia 
słuszności i nie wychodząca poza nie jest tedy różną co do sto- 
pnia od >caritas« nauki eh rześciańskiej, która w ideale swym 
nie ma granic i pociąga za sobą poświęcenie się zupełne z zapar- 
ciem się doszczętnem własnego interesu. Jeżeli jednak niema zupeł- 
nego zapomnienia o sobie w nauce M. A. to jednak tkwi w niej 
wysoki stopień altruizmu, bo wspomagać cierpiących i ubogich, dzie- 
lić się z innymi w potrzebie i inne akty miłosierdzia uważa już za 
postulaty sprawiedliwości. Znamy nadto już wyrozumiałość dla tych 
co nas krzywdzą. I ich nie wyłącza M. A. z grona bliźnich, dla któ- 
rych mamy być dobrotliwymi: 

VI. 47 i. f.: »Jedna rzecz ma prawdziwą wartość: przepędzić 



* Zob. także np. VIII. 39, VII. 66. 
2 IX. 4. 



22 Leon Piniński 

życie w prawdzie i sprawiedliwości, z dobrotliwem usposo- 
bieniem wobec innych, nie wyłączając nawet tych, co sami kłamią 
i są niesprawiedliwi*. 

Pojęciem sprawiedliwości* operuje M. A. często i śmiało, nie 
łamiąc sobie głowy nad tern, gdzie sprawiedliwość się kończy i jak 
ją w stosunkach społecznych i kclizyach obowiązków bliżej okre- 
ślić i stosować. Nie ma on. jak się zdaje, wielkich wątpliwości, co 
w praktyce możemy i powinniśmy uznać za sprawiedliwe a co nie; 
poczucie sprawiedliwości wydaje mu się rzeczą wrodzoną. TYszakżeż 
to jest zawsze w naszej mocy. mówi on (X. 12), poznać lub do- 
wiedzieć się, co jest naszym obowiązkiem. Podobnie jak braku siły 
moralnej w wykonaniu obowiązku tak i braku zrozumienia 
w poznaniu go nie przypuszcza on prawie, skoro mówi (VIII. 32) 
że > naszemu działaniu według zasad sprawiedliwości nic nie może 
stanąć na przeszkodzie* l . 

Podobny to sposób myślenia, jaki wogóle często spotykamy 
w starożytności nietylko u filozofów i moralistów, ale także, i to 
przedewszystkiem u prawników, których zawód praktyczny nie po- 
zwala na zagłębiania się w subtelności etyczne. Operują oni poję- 
ciem słuszności i sprawiedliwości nie zastanawiając się nad tern bli- 
żej, czy to jest pojęcie dość jasne i określone. Ul pian wprawdzie 
daje nam 2 pewien rodzaj definicyi prawa i sprawiedliwości w 1. 10 
pr. § 1 D. de iust. et iure I. 1: 

Justitia est constans et perpetua voluntas ius suutn cuigue tri- 
buendi. Juris praecepta sunt haec : honeste vivere, alterum non laedere, 
suutn cuiąue tribuere. 

Któż jednak może o tern wątpić, że zastosowanie zasady 
^non laedere u i „suutn cuigue tńbuere* jest w praktyce niezmiernie 
trudne i wątpliwe? Pomimo tego rzymscy juryści nie w^ahają się 
uważać pojęć r justum a lub „bonum et aequum u za takie, które nie 
wymagają bliższego komentarza i są dostateczną wskazówką do 
ocenienia działania w każdym poszczególnym wypadku. I nie da się 
zaprzeczyć, że w kwestyach specyalnych i rozmaitych subtelnościach 
prawa prywatnego ich pojęciu sprawiedliwości i słuszności nie 



1 Zob. także piękny ustęp X. 11 mówiący nam. czem powinna być filo- 
zofia zastosowana w życiu. 

- Zob. także Inst. I. 1 pr. § 3. 



Pod wrażeniem »Rozmyślań< Marka Aurelego 23 

są w niczem różne od naszych a nawet, powiedzmy szczerze, były 
dla nas nauką i wzorem. 

Inaczej co do instytucyi społecznych i pra wno-publi- 
cznych. Tu *sprawiedliwość« jurystów i moralistów świata staro- 
żytnego zawodzi, nie wyłączając takiego mistrza etyki jakim był M. A. 

Dość wspomnąć o instytucyi niewolnictwa. W zasadzie 
przyznaje M. A. równość ludzi i potrzebę uznania tej równości wo- 
bec prawa \ a jednak tolerował on istnienie niewolnictwa będące 
z tą zasadą w naj skraj niej szej sprzeczności. O zniesieniu niewolni- 
ctwanie nie myślał on zapewne ani na chwilę a w ustawodawstwie 
swem zaledwie tu i ówdzie starał się złagodzić zbyt nieludzkie konse- 
kwencyę istniejącego stanu rzeczy 2 . 

Jest to, mojem zdaniem, w każdym razie myśl piękna i zdrowa 
kultury grecko-rzymskiej, że jako podstawę uregulowania stosunków 
społecznych przez etykę i prawo uważa się ideę sprawiedliwo- 
ści nie zaś li tylko ideę utylitaryzmu i dobra publicznego. 
Wielu nowoczesnych pisarzy wychodząc z założenia, że pojęcie spra- 
wiedliwości jest rzekomo »nie dość określone*, topi ideę sprawiedli- 
wości w pojęciu ogólnego pożytku osłabiając przez to w groźny 
sposób podwaliny etyki i prawa 3 . 

Zapewne, zaprzeczyć się nie da, że pojęcie sprawiedliwości 
podlega ewolucyi, ulega modyfikacyom i zmianom w różnych epo- 
kach i bywa subjektywnie pojmowanem rozmaicie i nieraz w spo- 
sób mylny i niedorzeczny. Ale czyż nie jest tak samo z pojęciem 
*pożytku« lub » dobra publicznego « ? 

Weźmy tylko drastyczny przykład: Rozpustnica >z filantropii «, 
która stara się jak najwięcej przysporzyć rozkoszy rodowi męzkiemu, 
fanatyk religijny, który dzieci innowierców wykrada i po ochrzcze- 
niu zabija, ażeby im niebo zapewniać, oto osoby, które subjekty- 
wnie mogą się uważać za działające jak najskuteczniej dla »do- 
bra ludzkości*. Czy znajdziemy analogię podobnego absurdu w dzie- 
dzinie mylnego pojmowania sprawiedliwości? 

1 Zob. I. 14. 

- Dalej od niego idzie Epik te t, który zasadniczo potępia niewolnictwo, 
podnosząc duchową równość niewolnika z wolnym (zob. Arrian I. 13. 5). Nie 
trzeba jednak zapominać, że Epiktet był sam wyzwoleńcem a więc w kwestyi 
tej do pewnego stopnia osobiście interesowany. 

3 Zob. np. John Stuart Mili, Utilitarianism, szczególnie Chapter V: Ora 
the connexion beheeen justice and utility. 



24 Leon Piniński 

Z innych przymiotów, którymi powinno być nacechowane na- 
sze postępowanie wobec ludzi podnosi M. A przedewszystkiem pra w- 
domowność, prostotę i skromność 1 , która to ostatnia nie 
dochodzi wszakże u niego do granic pokory. Wstręt ma zarówno 
do dumy i arogancyi jak do hipokryzyi i wszelkiej afektacyi a w sub- 
telny sposób podnosi, że popisywanie się i przechwalanie swą skrom- 
nością jest właśnie rodzajem zarozumiałości i braku skromności 
najbardziej antypatycznym 2 . 

Przy całej otwartości nie radzi wszakże zbytecznie narzucać 
się innym ze swem zdaniem, tern bardziej, że i tak zwykle innych 
nie przekonamy (VIII. 4 i IX. 11). W sądzie zresztą o innych lu- 
dziach i ich opiniach należy być wstrzemięźliwym pamiętając o tem, 
że bardzo wiele musimy się najprzód sami nauczyć i przeżyć, aże- 
byśmy mogli sądzić drugich (XI. 18). >W pisaniu i czytaniu nie bę- 
dziesz nauczać innych, jeśli sam reguł nie znasz. O tyle bardziej 
powinno tak być w życiu* (XI. 29). 

Jeżeli obok tego często M. A. mówi o pogodzie i wesoło- 
ści w obchodzeniu się z ludźmi i stosunkach towarzyskich, to ma 
się przecież wrażenie, że to jest wesołość wmówiona. Jest on bo- 
wiem w gruncie naturą smutną i melancholijną a jeśli uśmiech 
kiedy igrał na jego ustach, to z pewnością nie bez odcienia gory- 
czy. Szczypta humoru i ironii, wrażliwość silniejsza na śmieszności 
ludzkie, właściwości, które spotykamy u niejednego z mędrców sta- 
rożytnych, byłyby mu się przydały i ułatwiłyby mu zapewne zna- 
cznie znieść życie, które przecież musiało mu niekiedy dotkliwie 
ciężyć. 

Przy jak najsilniejszem zaznaczaniu obowiązków społecznych 
i nakazu miłości bliźniego ceni M. A. i uważa za wielkie szczęście 
niezawisłość od innych, możność obchodzenia się pod wzglę- 
dem materyalnym i moralnym bez cudzej pomocy (II. 5 i. f.). Dzię- 
kuje też opatrzności za niezawisłość daną mu w udziale (I. 17). 
Prawdziwie ubogim w jego oczach jest nie tyle ten. co ma nie wiele, 
jak ten, co potrzebuje pomocy drugich i bez niej nie może się obejść 
(IV. 29). 

Resume wreszcie niejako stosunku naszego do bliźnich polega 
w zdaniu, iż »nie należy wobec innych ludzi być nigdy ani tyranem 



1 Zob. np. XI. 1 i 15. IX. 29, VII. 66, VIII. 5. XII. 29 i inne ustępy. 

2 XII. 27 i. f. 



Pod wrażeniem » Rozmyślano Marka Aurelego 25 

ani też niewolnikiem* (IV. 31). Ironia losu chciała, że ten, co to 
wypowiedział, musiał przez ciąg swoich rządów być właśnie i jednym 
i drugim. 



IV. Obowiązki wobec społeczeństwa i państwa. 

Obowiązki nasze wobec ogółu zaznacza M. A. jeszcze stanowczej 
niż prywatny nasz stosunek do bliźnich. Jak wogóle każdy Rzymia- 
nin posiada i on w najwyższym stopniu poczucie niezbędności 
organizacyi społecznej i państwowej i nie umie sobie nawet 
rozluźnionego aglomeratu ludzi wyobrazić. Kładzie nacisk na to, iż 
nawet zwierzęta dla skutecznego osiągnięcia tego. co im jest potrze- 
bnem, organizują się i pomagają sobie wzajemnie (V. 1, IX. 9). 

Socyalną naturę człowieka podnosi on tak silnie, iż powiada: 
IX. 23: » Skoro wchodzisz w skład społecznego systemu, to niech 
każdy twój czyn będzie czynnikiem życia socyalnego. Czyn, który 
bezpośrednio lub pośrednio nie odnosi się do celów socyalnych, od- 
ciąga cię od właściwych zadań życia «. 

Nie wolno nam się w życiu oddawać bezczynności lub kon- 
templacyi, winniśmy ciągle pracować i działać mając cele ogólne na 
oku (IX. 16). Jeżeli rzecz jakaś jest dla nas przykrą i nieprzyjemną, 
to czuć tego nawet nie powinniśmy, jeżeli jest pożyteczną dla 
ogółu (X. 6) i. 

X. 33... » Pamiętaj o tern, że temu, co się czuje obywatelem, 
żadna rzecz nie dolega, która nie dolega państwu «... 

A wreszcie te słowa proste i pełne szlachetnej godności: XI. 
4: >Czy zdziałałem coś dla ogólnego pożytku? Jeśli tak, mam w tern 
już nagrodę* ... 

Te i tym podobne sentencye powtarzają się często w myślach 
M. A. Mają one przeważnie ten ogólnikowy charakter. Znać w nich 
do egzaltacyi posunięte poczucie, iż służyć trzeba krajowi i pań- 
stwu, lecz trudnoby poznać, że to mówi monarcha a nie zwykły 
obywatel. Niekiedy występuje specyalnie zaakcentowanie patryotyzmu 
Rzymianina (II. 5, VI. 44) *. W jednem tylko miejscu wspomina 



1 Zob. także w VI. 54 aforyzm: »Co nie jest dobrem dla roju nie jest 
też dobrem dla pszczoły «. 

2 Zob. powyżej str. 15. 



26 Leon Piniński 

o sobie jako o panującym (III. 5). ale porównując się tylko do 
żołnierza na posterunku. Obowiązki społeczne traktuje on wogóle 
tvlko jako obowiązki » obywatela « widząc widocznie także w panu- 
jącym nie więcej, jak tylko sługę społeczeństwa. Wynika to także 
ze słów w I. 16, gdzie sławiąc przymioty swego poprzednika Anto- 
nina Piusa podnosi, iż nie uważał on się za nic więcej, jak tylko 
za zwykłego obywatela państwa. 

Dwa dłuższe ustępy poświęcone pamięci Antoninusa Piusa \ 
wzruszające prawdziwie jako świadectwo najwyższej czci i wdzię- 
czności, wskazują nam zarazem pośrednio, co uważał za wz<> 
i ideał panującego i jakim sam starał się być w ciągu swoich rzą- 
dów. Jako regułą bowiem stawia sobie: »Czyń wszystko jako go- 
dny uczeń Antonina* ! 

Przedewszystkiem wiec widzimy, że potępia on tyranię (»ce- 
zaryzm«, jak się wyraża), taką niezawodnie, jaka się wyrobiła pod 
imperatorami poprzedzającymi dynastyę Antoninów. Cnoty, które za- 
leca, są przedewszystkiem cnotami pierwszego obywatela, świecące; o 
najlepszym przykładem. 

Spotykamy tam przymioty specyalnie u panujących tru- 
dne i rzadkie jak: uznanie dla otwartości cudzego zdauia, wstręt do 
pochlebstw a nawet lekceważenie pochwał i pogarda dla schlebiania 
tłumom. 

Czy czasy Antoninów były rzeczywiście tak szczęśliwe, iż 
atmosfera dokoła tronu mogła być tak czystą, jak to nam przed- 
stawia M. A., czy też widzi on wszystko piękniej przez pryzmat 
synowskiej wdzięczności? Czy mógł istotnie Antoninus uzyskać 
tak ogólną miłość i uznanie » szlachetności* w najszerszych sferach 
nie używając »mniej szlachetnych* środków jak kłamliwej reklamy, 
opłacania zauszników i agitatorów, schleb;ania ludowi i t. d.'? Jeżeli 
tak, to należy podziwiać nietylko ludzi, ale i epokę. W dzisiejszych 
czasach panującym i ludziom stojącym na wybitnych stanowiskach 
politycznych jest to, jak się zdaje, niestety niemożliwem. 

W ustępie I. 14 wspominając o wpływach na swą młodość 
i wychowanie wypowiada BI A. przekonania jeszcze bardziej > libe- 
ralne*, w których znać nawet Łradycye z czasów rzeczynospolitej. 
Powołując się na powagi republikańskie jak Catona i Brutusa 
mówi o polityce » równości ustaw dla wszystkich*, adniinistrącyi za- 

1 I. 16 cit. i VI. 30. 



1 



Pod wrażeniem »Rozmyślań« Marka Aurelego 27 

zapewniającej »równość praw i równą wolność słowa* o »rządach 
królewskich, które przedewszystkiem szanują wolność rządzonych*. 

Na podstawie teoryi filozoficznych M. A. i powyżej przytoczo- 
nych politycznych jego zapatrywań możnaby się było spodziewać 
po nim daleko idących tendencyi reformatorskich na polu społecznem 
i politycznem. Tymczasem, jak wiemy z dziejów jego życia i pano- 
wania, rzecz się miała odmiennie. Zapewne, należy on do postępo- 
wych « i kulturalnych monarchów, ale śmiałą naturą reformatorską 
nie był on przecież wcale. Akta jego ustawodawczej i administracyjnej 
działalności są wprawdzie przesiąknięte humanitarnemi dążeniami, szla- 
chetnością i łagodnością, ale niema w nich nigdzie śmiałych pomysłów, 
daleko idących tendencyi reformatorskich, ulepszeń na szerszą zakro- 
jonych skalę. Nie idzie on nawet tak daleko w reformatorskich za- 
patrywaniach, jak proponowali niektórzy z jego współwyznawców 
szkoły stoickiej np. Epiktet lub Seneca. ile przewyższa innych 
w zalecaniu osobistej łagodności i dobrotliwości wobec bliźnich, 
o tyle jak najmniej wysnuwa z tego konsekwencyi dla krytyki 
i zmiany instytucyi społecznych i państwowych. 

Przyimuje on ówczesny porządek państwowy Rzymu jako in- 
stytucyę bez zarzutu, mimo że stan ten według jego własnych 
zasad politycznych i moralnych był niezawodnie daleki od ideału, 
On. tak wybitny i natchniony szermierz idei wolności indywidualnej, 
szczerości i niezależności przekonań przyjmuje nieograniczone samo- 
dzierżstwo rzymskiego imperatora bez wszelkiej krytyki i wykonuje 
je nie modyfikując samej instytucyi w żadnym kierunku. Ogranicza 
się do rady, by władzę wykonywać łagodnie i w sposób ludzki. 

Niech nas to nie zadziwia. M. A. był naturą na wskroś kon- 
serwatywną. Radby być reformatorem myśli i uczuć ale nie 
instytucyi. Nie wierzył on też może w skuteczną reformę społe- 
czną bez naprawy obyczajów i w tern miał poniekąd słuszność. 

Konserwatywny ten sposób myślenia objawia się też w jego 
Rozmyślaniach. Wyraża się np. (IX. 29) z lekceważeniem o ideal- 
nych mrzonkach > Republiki Platona* mówiąc natomiast, że należy 
być w życiu społecznem zadowolonym, »gdy każda, choćby najdro- 
bniejsza rzecz idzie dobrze«. Przytacza za to z emfazą słowa So- 
kratesa z »Apologii«, iż człowiek, tam gdzie go okoliczności po- 
stawiły w przeznaczonem mu zadaniu powinien wytrwać, jak żoł- 
nierz na posterunku, gotowy na wszystko, śmierć nawet, tylko nie 
dezercyę i zdradę. 



28 



Leon Piniński 



Nie pyta się tedy bliżej M. A., czy posterunek przeznaczony 
komuś w państwie i społeczeństwie wyznaczono mu słusznie, czy 
nie. ani też. czy cała organizacja jest dobra i, czy nie wymaga 
przekształcenia lub naprawy. 

Zbyt dobrze zresztą znał on ujemne strony ogromnej więk- 
szości rodu ludzkiego i dlatego nie wątpił, że organizacya społeczna 
w związku państwowem musi polegać na silnej władzy, przy- 
musie i karze a zadawalniał się tylko tem. że w praktyce spra- 
wiedliwość, łagodność i rozumne zastosowanie przepisów szorstkość 
organizacyi zmodyfikuje. 

Ani śladu tedy u M. A. owej tendencyi oparcia porządku 
świata i wzajemnego stosunku ludzi na zasadach miłości wza- 
jemnej i poświęcenia, jak to głosili w dziejach świata roz- 
maici apostołowie religijni i społeczni a w nowszych czasach np. Toł- 
stoj. Miłość społeczna Tołstoja jest elementem anarchistycznym, bo 
osłabia bliższe związki społeczne (jak: rodzina, gmina i państwo) 
nie zapewniając niczem przeprowadzenia idei >miłości i poświęcę- 
nia< w ludzkości. Ciemnota i złość olbrzymiej większości ludzi wy- 
klucza wiarę w mrzonkę, że na przymiotach, do których zdolne są 
tylko natury wyjątkowe i wybrane, można oprzeć organizacyę spo- 
łeczną. Opierając ją na » poświęceniu* dalibyśmy z góry przewagę 
tym, co poświęcać się nie będą. przeciwnie wyzyskają poświęcenie 
drugich. Apostołowie » poświęcenia bez granic« mogli unieść i za- 
chwycić ludzkość pięknością słów, szlachetnością myśli, lecz sto- 
sunki praktyczne zmusiły wszędzie i zawsze do zmodyfikowania tych 
pięknych teoryi. 

Podobnie jak w administracyi, był też i w polityce zewnętrz- 
nej M. A. wiernym sługą państwa według surowych dawnych tra- 
dycyi. Wiadomo, że znaczną część rządów spędził on na wyprawach 
wojennych w obronie granic państwa, zagrożonych przez najazdy 
ludów północnych. Wojny przeciw Markomanom, Quadom a także 
Sarmatom należały do naj przykrzejszych i najtrudniejszych zadań, 
były połączone z najwyższemi niewygodami, ofiarami i wysileniem. 
Okazał się w nich M. A. nietylko osobiście mężnym, lecz nadto 
organizatorem znakomitym a wodzem przezornym. Wiadomo, że mu 
lata na tych bojach przeszły i że umarł w czasie jednej z wypraw 
na północnych kiesach państwa w Yindobonie. 

W dwóch miejscach Rozmyślań jest wzmianka, że pisane 



Pod wrażeniem >Rozmyślań« Marka Aurelego 29 

są w czasie tych wypraw uciążliwych l . Być może, że tam w życiu 
obozowem, na kresach, najbardziej czul się osamotniony, najbliższy 
śmierci, najskłonniejszy do medytacyi. 

Jest coś wielkiego i patetycznego w postaci tego szlachetnego, 
wysoce kulturalnego myśliciela, który, ofiara wspaniałego lecz nie- 
szczęsnego dlań losu, musi w dzikich okolicach walczyć z barba- 
rzyńcami, sam jeden cywilizowany na czele najętych, krwiożerczych 
i chciwych rabunku legionów. Na ogromnym obszarze niecywilizo- 
wanych krajów w ciągu długoletniej tułaczki wojennej nie miał za- 
pewne ani jednej duszy pokrewnej, zdolnej zrozumieć go. Jakiż 
rozdźwięk między tą duszą czystą i łagodną a twardem wojennem 
rzemiosłem! Inny. mniej silny, mniej przejęty poczuciem państwo- 
wego obowiązku, cisnąłby był zapewne w tych warunkach obmierzłą 
władzę i w jakiemś spokojnem ustroniu szukał schronienia. M. A. 
byłby to uważał za podłą dezercyę, więc wypił ten imperatorski 
kielich goryczy aż do dna, choć władzy i sławy nie cenił i nie dbał 
o tryumfy i pomniki, któremi go Rzym darzył. 

Zapiski jego nie przekazały nam ani słowa skargi lub ubole- 
wanie na ten los uciążliwy, lecz spotykamy tam jeden ustęp cha- 
rakterystyczny, śvyiadczący o niechęci, którą go napawał zawód 
wojenny. 

X. 10: >Pająk jest dumny jak chwyci muchę, ktoś inny gdy 
upoluje zająca lub złapie rybę w sieć, inny gdy złowi dzika lub 
niedźwiedzia, inny wreszcie, jeśli pojmie Sarmatów. Czyż to wszystko 
nie rozbójnicy, jeśli się przypatrzysz bliżej ich sposobowi myślenia?« 

Uczuciu jego jako filozofa -moralisty wojna przedstawia się 
więc jako rodzaj rozboju, lecz sądzi, iż ważniejszym nakazem jest 
tu interes ojczyzny, który mu ją prowadzić nakazuje. Więc nawet 
tej pociechy nie miał M. A., by widzieć w swych bojach szczytną 
i wysoką misyę. Była ona dlań przykrym tylko ciężarem, pługiem, 
w który go los wprzągł. Ciągnął go sumiennie, lecz w całej swej 
wielkości i sławie czuł się przecież niewolnikiem. 

Widać to ze słów zawartych w III. 3, kiedy porównując życie 
filozofów i mocarzy przyznaje stanowcze pierwszeństwo pierwszym: 

»Aleksander i Caius (Caesar) i Pompeius czemże byli w po- 
równaniu z Diogenesem, Heraklitem i Sokratesem? ci mieli świado- 

1 Na końcu pierwszej książki jest wzmianka: spomiędzy Quadami nad 
Granuą, a na końcu drugiej słowa: »To jest Carnuntum«. 



30 



Leon Piniński 



mość rzeczy i ich przyczyn, życie ich mogło odpowiadać ich prze- 
wodnim zasadom; a tamci ileż mieli trosk, iluż spraw byli niewol- 
nikami!* 

Aleksander Wielki, mimo że mu imponował Diogenes, nie chciał 
na los się z nim mieniąc, M. A. byłby to chętnie uczynił, gdyby 
mógł sobie przyznać prawo wyzucia się z obowiązków mocarza 
świata. 

V. Wyrabianie własnego charakteru. 

Najwięcej stosunkowo uwag w swych zapiskach poświęca 
M. A. kwestyi, jakim człowiek sam być powinien, jaki wy- 
robić w sobie powinien charakter i sposób myślenia. O tych właśnie 
kwestyach mówi z najsilniejszem przekonaniem, często z emfazą, 
zadziwiającą u natury sceptycznej i niekiedy chłodnej. Jest on tu 
entuzyastycznym zwolennikiem szkoły filozoficznej, do której należy, 
wiadomo bowiem, że szkoła stoików przedewszystkiem kładzie na- 
cisk na hart duszy i wyrobienie sobie niezawisłości i nieugiętości 
charakteru. 

Obowiązki te względem własnej osoby uważają mędrcy i mo- 
raliści starożytni za punkt wyjścia w nauce etyki i sztuki życia. 
Z owych czterech cnót kardynalnych będących, ich zdaniem, pod- 
stawą życia dobrego i pożytecznego trzy, mianowicie f ortitudo, pru- 
dentia i temperentia są regułami życia tyczącemi się w pierw- 
szym rzędzie nas samych, a dopiero pośrednio oddziałuj ącemi na nasz 
stosunek do bliźnich. Zawierają one tedy w swej treści także dba- 
nie o siebie samego, o własne nasze dobro i to nietylko moralne 
i umysłowe, ale nawet fizyczne i materyalne. 

Sposób pojmowania moralistów chrześcijańskich jest nieco od- 
mienny. Nie zaprzeczają oni wartości owym »cnotom kardynal- 
nym*, lecz widzą w nich nie wyłącznie »cnotę<, lecz zarazem roz- 
sądne i praktyczne reguły życia. Przenoszą też nad nie wartość 
trzech cnót teologicznych. Nie zapominajmy wszakże, że pod- 
stawą etyki chrześcijańskiej jest wiara i objawienie. Życie i słowa 
Chrystusa są owym objawionym przykładem najwyższego ideału 
życiowego, wskazującym nam, czem mamy być i jakim powinien się 
stać nasz charakter i sposób myślenia. Starożytność w swej >religii« 
nie znajduje wzorów moralności, bo nie są nią z pewnością bogo- 
wie Olimpu, ani też ów spuryfikowany Zeus, mglisty nieco kierów- 



Pod wrażeniem » Rozmyślań* Marka Aurelego 31 

nik świata, o którym, podobnie jak inni filozofowie, wspomina cza- 
sem M. A. Złączenie więc ściślejsze etyki z utylitarnemi regułami 
życia oraz kwestyą kształcenia siebie samego a nadto oddanie tych 
tematów pod ogólny kierunek filozofii było rzeczą naturalną u nich 
i konieczną. 

Zastanawiając się nad tern, czemeśmy być powinni, nie za- 
niedbuje M. A. wzmianki o obowiązkach względem naszego ciała, 
lecz zbywa je krótko, napotykając tylko mimochodem. Wspomina 
o potrzebie piękności harmonijnej w ciele i ruchach 1 , ale zarazem 
usilnie przestrzega przed afektacyą. Więcej stosunkowo nacisku kła- 
dzie na odporność naszej natury i wytrzymałość fizyczną- 
Sztuka życia naszego, mówi on (VII. 61) »jest bardziej zbliżoną do 
szermierki, niż do kunsztu tańca ze względu na to : iż często mu- 
simy odeprzeć atak nagły i niespodziany «. Tu i owdzie znajduje ^ię 
też wzmianka, zawsze rozsądna, tycząca się higieny. 

Fizyczną stroną naszego życia zajmuje się jednak M. A. głó- 
wnie w tern z!:ac;:eniu, iż jak najusilniej nakazuje pędzić tryb życia 
surowy i nie dogadzać w niczem i nigdy zmysłowym przyjemno- 
ściom i rozkoszom 2 . Wiadomo też, że sam od młodości pędził życie 
twarde, ascetycznie niemal, nietylko usuwając się od wszelkiego 
nadmiernego użycia zmysłowego, ale gardząc nawet konfortem 
i wygodą. 

Niech nikt, woła on (V. 9) nie odwraca się od cnoty i obo- 
wiązku refleksyą, że coś innego jest dlań » przyjemniej szem«. To co 
nam się zdaje przyjemnością i rozrywką aż nadto często zawodzi, 
wykonywanie zaś tego, co uważamy za cnotę, doskonalenie się 
w przymiotach moralnych, staje się nam z czasem przyjemnością, 
tak jak i umysłowa wyższość, wiedza i zrozumienie świata daje 
nam wewnętrzne zadowolenie. 

Pogardy dla dóbr doczesnych nie spotykamy wprawdzie u niego, 
a tem mniej zalecenia, abyśmy się z nich wyzuli i zupełnie nie dbali 
o nie. Nie powinniśmy się tylko zbyt do nich przywiązywać a w na- 
bywaniu ich wystrzegać się chciwości. Myślmy też raczej z zado- 
woleniem o tem, co nam los dał, niż o tem, czego nam jeszcze 
brak (VII. 27). 

Nie przeceniajmy jednak niczego i nie przywiązujmy się zbyt 

» Zob. VII. 60. 

* Zob. np. V. 5 : VII. 55, VIII. 10 i 19. 



32 Leon Piniński 

do rzeczy, które posiadamy a możemy stracie, ażeby nam się nie 
wydawały czemś niezbędnem. Nie przywiązujmy zbyt wielkiej wagi 
do drobiazgów życia. Zycie jest małostkowe i marne. Bierzmy 
w niem udział' z usposobieniem pogodnem i bez dumy, lecz pamię- 
tajmy o tern, że każdy tyle właśnie jest wart, co rzeczy, o które 
się troszczy i na których mu zależy (VII. 3). 

Regułę życia, iż po winniśmy być wyżsi ponad rozkosze i przy- 
jemności świata 1 zaleca M. A. niejednokrotnie i to z największym 
naciskiem. Surowy tryb życia, panowanie nad zmysłami i niedoga- 
dzanie im. ograniczenie się w rozrywkach i przyjemnościach, wytępie- 
nie w sobie słabości i nałogów, to są wszystko warunki utrzymania 
supremaeyi ducha nad ciałem i wyrobienia sobie niezawisłości cha- 
rakteru. Gardzenie przyjemnościami fizycznemi nie dochodzi jednak 
u niego aż do dręczenia ciała i zadawania sobie świadomego 
cierpień i bólu 2 , tak. jak to np. zalecają często surowi moraliści 
chrześcijańscy. 

Połączenie ciała i duszy w naszym organizmie pojmuje M. A. 
w podobny sposób jak nauka chrześcijańska, z tą oczywiście róż- 
nicą, że nie stawia żadnych stanowczych twierdzeń co do losów 
duszy po rozstaniu się z ciałem. Ciało powinniśmy zawsze uważać 
za niższą, gorszą i podlejszą stronę naszego jestestwa. Jest ono 
tylko nędzną powłoką naszej stokroć cenniejszej duchownej strony 3 
i staje często rozwojowi ducha na przeszkodzie, mąci go i nakłada 
mu pęta. Doprowadzenie do panowania ducha nad ciałem przez gar- 
dzenie przyjemnościami fizycznemi, wyrobienie w sobie wytrzyma- 
łości na niewygody a nawet bole, choroby i katusze, to są główne 
podstawy wyrobienia moralnego, które zgodnie z zasadami szkoły 
stoickiej z głębi przekonania zaleca nam autor. 

Widoczne zachodzi tu zbliżenie do wyobrażeń moralistów chrze- 
ścijańskich, ale przecież dostrzegamy pewną zasadniczą różnicę. 
Stoicy wymagają panowania ducha nad ciałem, ujarzmienia ciała, 
by było zawsze na posługi ducha; chrześcijańscy moraliści idą dalej 
i chcą zupełnego przezwyciężenia, zgnębienia natury cielesnej. Pierwsi 
chcą mieć ciało silnem, zahartowanem; drudzy w cielesnej stronie 
widzą wogóle element wrogi dla duszy, która pragnie być czystą 

1 Zob. np. II. 7, VIII. 8. 

1 Zob. VIII. 42: »Niema powodu, bym sobie zadawał udręczenia, skoro 
świadomie nie wzrządzałem ich nigdy innym*. 
3 Zob. np. XII. 1 i 2. 



Pod wrażeniem » Rozmyśla u « Marka Aurelego 33 

i bez skazy. Regułą życia pierwszych wobec ciała naszego jest su- 
rowo pojęte »u miarko w anie* (temperentia); regułą drugich 
»umart wienie*. 

Uwydatni się nam to najlepiej, jeżeli zestawimy np. rezono- 
wania M. A. z wywodami jednego z najświetniejszych pisarzy chrze- 
ścijańskich, Tomasza a Kem pis w sławnem »Naśladowaniu 
Chrystusa*. Wiele ustępów o » ujarzmieniu* ciała brzmi tu bar- 
dzo podobnie do reguł życia szkoły stoickiej. Ale przecież jest to 
sposób pojmowania w gruncie wręcz odmienny. U M. A. jest ciało gor- 
szą naszą częścią, ale może i powinno być podporą ducha; u autora 
^Naśladowania Chrystusa* jest ono zawsze tylko wrogiem ducha, 
możliwem źródłem upadku i grzechu. M. A. każe nasze skłonności 
fizyczne trzymać na wodzy, lecz żyć zgodnie z naturą; Tomasz 
a Kempis każe z cielesną naturą, jako czemś z gruntu złem wal- 
czyć na każdym kroku \ zgnębienie jej zupełne jest dopiero tryum- 
fem chrześcijańskiego ducha. 

Możność owładnięcia wewnętrznem postanowieniem woli na- 
szego całego sposobu myślenia i nadania mu przez to pewnego 
z góry określonego kierunku, a w konsekwencyi możność opanowa- 
nia naszych wrażeń i uczuć jest u M. A. podniesiona nieledwie do 
wysokości dogmatu. Możnaby prawie powiedzieć, że ta »raoc nad 
sobą samym*, to jedyny dogmat, w który autor niezłomnie wierzy. 
Nikt może, nawet ze szkoły stoików, tak silnie nie zaakcentował 
zdolności opanowania myślą i postanowieniem naszych uczuć. Jest 
to niemal wręcz zanegowanie zasady, że powstające w nas uczucie 
jest tylko czemś biernem 1 »wywołanem« w naszej duszy zewnętrz- 
nym wpływem. 

M. A. utrzymuje, że wrażenia nasze i uczucia są przede- 
wszystkiem tylko »o pinią naszą« o tern, co nas spotyka. Otóż 
opinia ta jest w naszej mocy, możemy nad nią panować, a przez 
to siłą woli uczucia zmodyfikować, osłabić, unicestwić nawet. W licz- 
nych ustępach i przykładach stara się nam to autor objaśnić i ilu- 
strować. Zasadę samą określa on w sposób następujący: 

VI. 8: > Nasza wewnętrzna przewodnia siła taką się czyni, jaką 
chce być, a tem samem sprawia, że wszystko, co się zdarza, przed- 
stawia się nam tak, jak ona tego chce*. 

1 Zob. np. ks. IV. cap. LIV wymowny ustęp o przeciwstawieniu » natury*, 
»łasce«. 
Piniński. 3 



34 Leon Piniński 

VII. 2... >0 każdej rzeczy mam moc mieć taką opinię, jaką 
mieć powinienem*. 

XII. 22: -Pamiętaj, że wszystko jest opinią, a ta jest w two- 
jej mocy. Odrzuć ją. skoro chcesz, a tak jak żeglarz, który opły- 
nął półwysep górzysty, znajdziesz się w spokojnej przystani*. 

Przyjmuje więc M. A. w nas tak silny dar autosuggestyi lub, 
mówiąc trywialnie, » wmawiania w siebie*, iż przeeiwwaźy on po- 
niekąd działanie naszych zmysłów i czyni nas panami sytuacyi na- 
wet w chwilach najsilniejszych ataków na zmysłową stronę naszej 
natury. W ten sposób przypisuje on nam nietylko możność oparcia 
się wszelkiej pokusie, ale nadto przezwyciężenia i zniesienia z naj- 
większym spokojem wszelkich utrapień tak fizycznych jak i mo- 
moralnych. 

Gdybym chciał cytować wszystkie ustępy, w których M. A. 
mówi o potrzebie wyrobienia sobie wytrzymałości na cierpienia 
i wogóle siły charakteru, musiałbym przytoczyć prawie połowę tek- 
stu jego Rozmyślań. Ta kwestya jest jednym z głównych jego prze- 
wodnich motywów. Ograniczam się tedy do kilku eh rakterystyczniej- 
szych ustępów. 

W V. 8 mówi on, że przeciwności przeznaczone nam przez 
los trzeba znosić tak jak przepisane nam przez lekarza środki le- 
cznicze, bez oporu i szemrania, choć są nieprzyjemne, w przekona- 
niu, że opatrzność nam je zsyła dla dobra ogólnego lub pożytku 
nas samych. 

VII. 33: » Cierpienie, które jest nie do zniesienia zabiera nas; 
każde inne choć długotrwałe znieść możemy, przyczem dusza nasza 
zachowuje spokój przez skupienie się a kierująca nasza siła we- 
wnętrzna nie staje się gorszą«. 

X. 3: ...» Jesteś przeznaczony od natury do znoszenia wszyst- 
kiego i od twej własnej opinii zależy cierpienia uważać za znośne, 
pamiętając o tern, że to jest albo w twym interesie albo twoim 
obowiązkiem*. 

VIII. 28. Cierpienia tak fizyczne jak i moralne nie powinny 
nam nigdy odbierać pogody myśli i spokoju, gdyż zawsze znaleźć 
w sobie należy tę siłę. by uznać, że one nie mogą dotknąć wyżyn 
naszego ducha. 

\III. 47: » Jeżeli ci coś z zewnątrz dokucza, to nie tyle dręczy 
cię rzecz sama, ile sąd twój o niej. A jest to w twej mocy sąd ten 



Pod wrażeniem »Rozmyślań« Marka Aurelego 35 

zmienić. Skoro to zaś właściwie tylko twa wewnętrzna dyspozycya 
ci dolega, coź ci przeszkadza zmienić twe zapatrywanie?*... 

Wzniosłą regułę zawiera IV. 49: ...»W każdej okoliczności, 
gdyś skłonny czemś się irytować zastosuj tę zasadę: myśl mniej 

tem, że to co cię spotyka jest nieszczęściem, lecz raczej że 
módz znieść to w sposób godny jest szczęściem*. 

Piękny też zwrot spotykamy w X. 35: Oko zdrowe znosi 
każdą barwę, nie wymaga, tak jak chore, tylko barwy zielonej ; żo- 
łądek zdrowy trawi wszelkie potrawy; taksamo charakter silny po- 
konuje wszelkie przeciwności. 

Podobnie w X. 31: Życie całe jest jednem ciągłem ćwiczeniem 
dla naszego rozumu i ducha; przez wytrzymałość pokonujemy 
wszystko, tak jak żołądek wytrzymały strawi nawet najgorsze po- 
karmy. 

X. 25: Obawa, gniew, irytacya wobec obowiązków nałożonych 
na nas przez naturę jest buntowaniem się przeciw prawu świata, 
moralną dezercyą. 

X. 28: Człowiek irytujący się swym losem robi wrażenie świni 
kwiczącej i wierzgającej, gdy ją prowadzą na ofiarę. 

Potrzeba surowego panowania nad sobą pociąga u M. A. na- 
wet tę, przesadnie już ponurą konsekwencyę. że gani on wszelką 
myśl o szczęściu i sny o niem i radzi pozbyć się z góry wszelkiej 
imaginacyi i złudzeń *. 

Piękny, prawdziwie bohaterstwem tchnący ustęp o znoszeniu 
cierpień zawiera: 

VII. 68: »Jest to w twej mocy utrzymać swą swobodę i nie- 
zależność myśli i spokój duszy, choćby świat cały okrzyki przeciw 
tobie wznosił i choćby dzikie zwierzęta szarpały członki tej nędznej 
powłoki cielesnej, które cię otacza. To wszystko nie powinno ode- 
brać ci spokoju i niezawisłego sądu«... 

Czy jest w tych słowach przesada? Nie sądzę. M. A. tak zu- 
pełnie wolny zresztą od wszelkiej pozy, wierzył z pewnością w szcze- 
rość swych słów, w możność wzbudzenia w sobie takiego hartu. 

1 istotnie, jeżeli silna wiara i nadzieja nagrody pośmiertnej mogły 
u męczenników wywoływać najwyższą ekstazę i cud zapomnienia o bo- 
lach, dlaczegóżby kult moralnej siły nie zdołał podobny wywo- 
łać skutek? Wszakżeź historya wskazuje wspaniałe przykłady mę- 

> Zob. VII. 17 i 29, VIII. 29, IX. 7. 

3* 



36 Leon Piniński 

czenników myśli i wiedzy. Nie są oni tak liczni, jak męczennicy 
wiary, lecz wielkodusznością im nie ustępują i na nie mniejszy za- 
sługują podziw. 

Dzisiejsi ludzie, w olbrzymiej większości słabi i zdegenerowani, 
nie są zapewne w stanie pojąć sposobu myślenia M. A. Co do mnie 
wyznaję, że odnoszę prawdziwie orzeźwiające wrażenie zestawiając 
tę potężną wiarę we własne siły z teoryami nowoczesnych dekaden- 
tów. którzy widzą w człowieku bezmyślną ofiarę wrażeń i nałogów, 
gardzą pracą nad sobą i nie wierzą w samoistną sprężynę sarno- 
poznania i woli nadużywając filozoficznych teory i determinizmu, 
aby napozór >naukowo« uzasadnić lubowanie się we własnem znie- 
dołężnieniu i niechlujstwie moralnem. 

Na podstawie przytoczonych już zdań nie trudno jest odpo- 
wiedzieć na interesującą kwestyę, jak się M. A. zapatruje na pro- 
blemat wolnej woli? Wprost nie stawia on tego zagadnienia 
w tej formie, jak to czynią późniejsi, szczególnie chrześciańscy mo- 
raliści i dzisiejsza nauka. Spotykamy u niego pewne ustępy, które 
nawet brzmią, jak gdyby teorya zupełnego fatalizmu. Mówi on nie- 
jednokrotnie, że to co nas spotyka jest dla nas nieodwołalnie prze- 
znaczone od wieków l . M. A. jest więc skłonny przyjąć pewne 
>przeznaczenie« co do losu, który nas spotyka, ale o tyle sil- 
niej akcentuje wolną wolę naszą, co do wyrobienia w sobie dyspo- 
zycyi i siły pod względem zniesienia naszego losu. Zacho- 
wanie się zgodne z naszą wyższą naturą jest zdaniem jego zawsze 
w naszej mocy. Mamy tu tedy nietylko afirmacyę wolnej woli. ale 
nawet sposób jej pojmowania bardzo szczytny i idealny. 

Mówi on np. w V. 10... »Jest to w mojej mocy nie działać 
nigdy w sprzeczności z głosem owego boskiego demona, który tkwi 
we mnie: żaden człowiek nie jest w stanie do tego mnie zmusić*. 

A w V. 29... > Jestem wolny, i nikt mi nie przeszkodzi robić 
to, com postanowił « ... 

Wreszcie cytat z Epik t et a XI. 36 »Nikt nie jest w stanie 
odebrać mi mej wolnej woli*. 



1 Zob. X. 5 a także V. 8, IV. 26 i VII. 46. W tym ostatnim ustępie mówi, 
że »nikt nie może uniknąć swego losu«. Dodaje jednak, że tak »kobiety mówią*. 
Ze słów tych możnaby raczej sądzić, że on sam tej wiary nie bierze bezwzglę- 
dnie na seryo, ponieważ zresztą niejednokrotnie wyraża się M. A. ujemnie 
i z lekceważeniem o sposobie myślenia kobiet. 



Pod wrażeniem »Rozmyślań« Marka Aurelego 37 

Szczytem wzniosłego pojmowania owego poddania się losowi 
z jednej strony, z drugiej zaś dążenia do wytworzenia indywidual- 
nej siły i odporności jest zadziwiająco piękny ustęp, w którym nau- 
cza nas, jakiemi powinny być nasze modły do bogów. 

Nie żądajmy od bogów, mówi on (IX. 40), zmiany ich posta- 
nowień, nie módlmy się o to. by nam dali to. czego pragniemy, lub 
odwrócili od nas to, czego sobie nie życzymy, lecz prośmy, by nam 
dozwolili wytworzyć w sobie potrzebną siłę, by to, co nas spotka, 
znieść mężnie i wytrwale. 

O ile nie idzie o modły o celach alttuistycznych, ten typ mo- 
dlitwy M. A. jest niezawodnie najszczytniejszy. 

Ale i w modłach altruistycznych powinniśmy w podobny spo- 
sób prosić nie o odwrócenie wypadków, lecz o danie osobom dro- 
gim nam siły do mężnego zniesienia ich. 

Podobnie jak inni mędrcy starożytni a specyalnie stoicy łączy 
M. A. wydoskonalanie swej własnej natury przedewszystkiem z wy- 
rabianiem w sobie cnót. które uważano wówczas za podstawowe. 
Są niemi : roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie 
i męztwo (cppóvsaL:, Siy.aioatw^. awcppoauv7], avSpća) x . M. A. nieraz 
wspomina o nich w tym związku 2 . 



1 W powyższych wyrazach greckich używam ortografii nowych wydań 
tekstu M. A. W klasycznej epoce literatury greckiej jest ona w pierwszem 
i czwartem słowie nieco odmienrą. 

2 Zob. np. V. 12, VIII. 1, III. 6. W tłumaczeniu na inne języki sens wy- 
razów greckich oznaczających pojęcia cnót kardynalnych nie zawsze występuje 
trafnie i czysto. Tylko pojęcie -sprawiedliwości* oznaczają wszystkie języki zgo- 
dnie, oddając wiernie przymiot, o który tu idzie. Inaczej co do innych cnót. 
Grecki wyraz av3p£a (częściej av6ps(a) oznacza odwagę ale zarazem i wytrzy- 
małość, przyczem wykluczona tu jest odwaga w obronie czegoś nagannego, 
jak nie mniej odwaga nierozważna, karkołomna lub bezmyślna. Pojęcia te od- 
dają dobrze tylko języki słowiańskie przez wyraz »męztwo« (podobnie w innych 
słowiańskich językach), który nietylko ma tę samą etymologię, co wyraz grecki, 
ale i sens, jak sądzę, identyczny. Łacińska »fortitudo« (włoska »fortezza«) jest 
wyrazem mało potocznym i osłabia znaczenie pojęcia podnosząc raczej »siłę« 
niż >odwagę«. Natomiast wyraz używany często w tłumaczeniu francuskiem 
i angielskiem »courage« oznacza jednostronnie tylko »odwagę«. W niemieckiem 
używają bądź wyrazu > Starkę* bądź »Mut«. Każdy z nich daje sens jedno- 
stronny. 

Co się tyczy greckiej cppóveoic (częściej <ppóvYjoic) jest to władza umysłowa 
wskazująca nam to, co jest dla nas pożytecznem a zarazem dobrem ze stano- 
wiska etycznego, głos wewnętrzny mówiący nam, co się robić powinno, by 



38 Leon Piniński 

Za dalekoby mnie to zawiodło, gdybym chciał się bliżej nad 
tern zastanawiać, czy to wszystko, co stanowi treść owych trzech 
cnót. nie bezpośrednio altruistyczny~h (fortitudo. prudentia. tempe- 
rantia) należy istotnie do zakresu etyki. Że w nich tkwi pewien ele- 

utylitarny a nawet egoistyczny, to pewna. Zasadnicze 
wszakże podniesienie wspomnianych przymiotów osobistych ponad 
pojęcie utylitarne. >zacuszczenie« ich. ż? się tak wyrażę, elementem 
etycznym i wdąenięeie w dziedzinę moralności, jest piękna i zdro- 
wą . ą świata starożytnego. Przez to b"wiem wytwarza się niejako 
iwie dzielnym, mądrym i umiarkowanym jest się 
tylk i wtedy, jeżeli się te przyii i( ty ducha oddaje na posługę chwa- 
lebnych celów. Zresztą, pominąwszy korzyści płynące dla nas sa- 
. z owych przym ; tów, należą one już dlatego do dziedziny 
etyki, ponieważ są niezbędny.;": warunkiein skutecznego i pożyte- 
cznego wypełnieni naszych altruistycznych ob; u.ązkow względem 
drugich. 

Czy można być prawdziwie pożytecznym w sp leczeństwie bez 
wytworzenia w sobie należytego hartu fizycznego i moralnego 
(fi rl tndo)? 

żyć dobrze i chwalebnie. Łaciński wyraz » prudentia*. który przeszedł do now- 
szych języków romańskich i angielskiego, nie jest sympatyczny i trąci pedante- 
ryą. Jeszcze bardziej obniża pojęcie wyraz używany w niemieckiem: >K!ugheit«, 
który zbliża się już do ^przebiegłości*. Z wielkiego bogactwa polskich wyrazów, 
któreby można użyć jak: »mądrość«. »rozum<, »rozsądek«, »rozwaga«, >prze- 
zomośća. »roztropność«. żaden właściwie nie oddaje dobrze pojęcia. Zwykle uży- 
wają wżrazu » roztropność^, która jednak oznacza przymiot umysłu dany przez 
naturę a co najwięcej wzmocniony doświadczeniem, nie zaś zarazem nauką 
i wiedzą, inaczej w łacinie np. w wyrazie »juris-prudenlia« . 

Grecki wyraz mxppoo6vi] tłumaczą po łacinie słowem >temperantia* (po- 
dobnie w językach romańskich i angielskimi po memiecku : »Massigkeit«, po pol- 
sku » umiarkowanie* (mniej wierny jest wyraz używany niekiedy: »wstrzemię- 
źliwosća'. Wszystkie te tłumaczenia są o tyle osłabieniem pojęcia, iż wyrazy te 
oznaczają raczej fakt » umiarkowania* w praktycznem życiu, i to głównie co 
do fizycznej strony naszego zachowania się, a nie przyczynę. Grecki bowiem 
wyraz wskazuje i.a źródło psychiczne t. j. na umysłową naszą władzę na- 
kazującą nam umiarkowanie tak w użyciach fizycznych, jak i w życiu naszem 
moralnem i umysłowem. Jest to tedy siła umysłowa nakładająca rozumue 
pęta naszym skłonnościom i 'iczr.ciom. 

Widzimy tedy, że tłumaczenia na inne języki wypaczają i krzywią poję- 
cia greckie o cnotach kardynalnych i nie są w stanie oddać ich wiernie w pier- 
wotnej czystości. Czyż nie jest to dowodem, że; stracono też i pojęcie enót sa- 
mych w tej piękności i na tej wyżynie, juk je pojmowali mędrcy Grecyi? 



Pod wrażeniem »Rozmyślań< Marka Aurelego 39 

Czy można być prawdziwie sprawiedliwym i z dobrym skut- 
kiem dobroczynnym bez narażenia się na wyzysk i nadużycia, je- 
żeli się nie postępuje roztropnie i z rozwagą (prudentia)'? 

A »temperentia« ? Tylko niepraktycznym »moralistom-marzy- 
cielom* może się ona wydać przymiotem czysto utylitarnym, jakimś 
rodzajem trzeźwej tylko reguły higienicznej. W istocie jest » umiar- 
kowanie* czemś nieskończenie wyższem, jeżeli nie cnotą samoistną, 
to niezbędnym dodatkiem, warunkiem efektywności każdej 
innej cnoty. Każda bowiem cnota bez umiarkowania przechodzi 
w szkodliwą przesadę. Weźmy tylko np. dwie podstawowe, wrodzone 
i ogólnie odczute altruisty czne cnoty: miłość rodziców do dzieci i mi- 
łość ojczyzny. Są one niezawodnie wręcz podstawą moralności społe- 
cznej i społecznego ustroju a jednak w przesadzie swej pierwsza 
staje się szkodliwą pobłażliwością, druga nagannym szowinizmem. 
Tu i tam »caritas« w nich zawarta staje się źródłem szkody dla 
tych, których dotyczy. 

Nacisk, który myśliciele starożytni kładą na przymiot umiar- 
kowania, jest jednym z przykładów wyższości ich sposobu myśle- 
nia. Temu też zawdzięczają w znacznej części ową imponującą ró- 
wnowagę i spokój, która im daje piętno innej, wyższej miary umy- 
słowej i moralnej nad społeczeństwem czasów nowszych a przede- 
wszystkiem dzisiejszej doby, w którem mamy prawie tylko do wy- 
boru między moralnemi pigmejczykami a neurastenikami. 

Surowym regułom życia przykazanym przez M. A. możnaby 
zarzucić, że nie mogą się przyjąć i wszczepić w społeczeństwo, bo 
nakładając pęta i nakazując ofiary nie dają zarazem dostatecznego 
motywu do poniesienia tych ofiar. Zaparcie się bezinteresowne? czyż 
można się tego spodziewać, już nie mówię od mas, ale choćby od 
poszczególnych szlachetniejszą naturą obdarzonych jednostek? Przy- 
znaję, że brak przyrzeczenia namacalnej nagrody odbiera naukom 
M. A. silniejszą popularną attrakcyę. Pomimo tego nie są one w r cale 
tyiko mrzonką ideologa i mogą, w części przynajmniej, być zasto- 
sowane w każdej epoce. 

Nie trzeba bowiem zapominać, że podobnie jak >training« 
fizyczny jest pierwszym warunkiem wyrobienia w sobie hartu 
fizycznego, podobnie istnieje »training« moralny wytwarzający 
hart moralny, który następnie na podstawie przyzwyczajenia i prak- 
tyki staje się » drugą naturą*. Dziecko, w którem usiłujemy wy- 
tworzyć poczucie etyczne, wymaga pewnych argumentów, ażeby 



40 Leon Piniriski 

wstrzymać się od czegoś, co mu jest przyjemnem. lub wykonać coś, 
co mu jest przykrem. Trzeba tu apelować do innych jego uczuć, 
wciągnąć np. w grę uczucie obawy, przywiązanie do osób najbliż- 
szych lub ambicyę. »Nie rób tego*, mówi mu się, »bo się Bozia 
gniewać będzie* albo »bo mama będzie płakać* lub wreszcie »bo 
się z ciebie inne dzieci będą śmiać*! 

Skoro jednak z czasem pod wpływem dobrego wychowania 
i dobrych przykładów zakorzeni się w nas dobra praktyka życia, 
tak pod względem fizycznym, jak i moralnym, to staje się ona wprost 
potrzebą naszej natury i nie pragniemy wcale od niej odstąpić, choć 
nas już nie zachęcają podobnemi argumentami, jakiemi nas począt- 
kowo na tę drogę wprowadzono. Dla małego dziecka operacya my- 
cia uszu jest torturą, dla dorosłego cywilizowanego człowieka nie 
mniejszą torturą jest nie módz być czystym. 

Podobnie ma się rzecz ze stroną moralną życia. Gdyśmy przy- 
wykli do dobrotliwości i uprzejmości w obejściu lub też do szcze- 
rości i prawdy, jest to dla nas prawie » fizyczną* męczarnią zmu- 
szać się do nieuczynności, brutalności lub też do obłudy i pochlebstw. 
Nie potrzeba nam już wtedy ani nakazu ani obietnicy nagrody, by 
czynić dobrze. Uczu warny pewną, że tak powiem, estetyczną po- 
trzebę czystości moralnej. Brud moralny napawa nas obrzy- 
dzeniem i wstrętem, tak jak niechlujstwo fizyczne. Tego to rodzaju 
»Drill« moralny, wpojony w młodości przez wychowanie, utrwalony 
zaś w późniejszym wieku przez rozmyślania nad sobą, nadzorowa- 
nie się i częsty rachunek sumienia, ma na myśli M. A. mówiąc, że przez 
praktykę samo wykonywanie cnoty staje się nam przyjemnością, po- 
dobnie jak kultura umysłowa K Nie wchodząc tedy bliżej w kwestyę, 
jakie się ma zapatrywania religijne lub metafizyczne na kwestyę 
indywidualnej nagrody za cnotę w życiu zagrobowem, już sam kult 
piękności i czystości duszy dając pewne wewnętrzne zado- 
wolenie moralne staje się potężną dźwignią etyki. Oczywiście jednak, 
że to nie wyklucza znaczenia religijności, ani też jej siły w zupeł- 
ności zastąpić nie zdoła. 



1 Zob. V. 9 ku końcowi, cytowany powyżej, str. 31. 



Pod wrażeniem »Rozmyślaii« Marka Aurelego 41 



VI. Znikomość rzeczy ludzkich, śmierć, lekceważenie sławy. 

Streszczenie i objaśnienie nauk M. A. nie byłoby wyczerpują- 
cym, gdybym szczegółowo nie wspomniał o jego licznych i głębo- 
kich uwagach na temat znikomości rzeczy ludzkich, śmierci, która 
zawsze powinna nam zdać się blizką i lekceważenia tak uznania 
ludzkiego za życia, jak i pośmiertnej sławy. 

Głębokie poczucie, że życie nasze całe jest marne i znikome, 
prace nasze, namiętności, uciechy i walki czemś nikłem i małostko- 
wera przejmuje do głębi cały sposób myślenia M. A. Jest on w tym 
względzie pokrewnym duchem autora księgi Ekklesiasty, z tą 
wszakże różnicą, że nie dochodzi do takiego stopnia zniechęcenia 
i pessymizmu jak tamten. Pomimo bowiem, że duch jego gardzi świa- 
tem, sumienność każe mu być czynnym, cierpliwym i wyrozumiałym. 

Zgodnie z Platonem podnosi M. A. (VII. 35), że człowiek 
o wzniosłym umyśle nie może żadną miarą uważać życia ludzkiego 
na coś wielkiego i cennego. Śmierć więc nie może mu się wydawać 
nieszczęściem i złem. 

Z Platona także przyjmuje on zasadę (VII. 48), iż zastanawia- 
jąc się nad kwestyami tyczącemi się życia i spraw ludzkich trzeba 
na nie spoglądać niejako z oddalonego wzgórza. Obejmuje się przez 
to szersze horyzonty a zarazem rzeczy poszczególne wydają się ni- 
kłe i małe. 

Myśl częsta o wielkości i potędze wszechświata czyści i oswo- 
badza poglądy z małostek i brudów codziennego życia (VII. 47). 

Lekceważenie naszej ziemskiej egzystencyi, jak nie mniej tak 
bardzo przez wielu cenionej, potęgi i władzy uwydatnia się najsil- 
niej w następującym ustępie: 

VI. 36: »Azya i Europa są w wszechświecie zakątkami tylko, 
oceany kroplą wody. góra Athos skibą a cała nasza doczesność 
w zestawieniu z wiecznością jednym, nikłym punktem*. 

XII. 32: Pamiętaj o tern, jak mała cząstka co do czasu i prze- 
strzeni dostała ci się w udziale; jak > drobna ta skiba, po której się 
czołgasz*. Pamiętając o tem nie uważaj żadnej rzeczy za coś wa- 
żnego i wielkiego z wyjątkiem życia według nakazu natury i zno- 
szenia tego, co ci jest przeznaczonem. 

Słowa powyższe w ustach władcy Europy, Azyi i wszystkich 
mórz wówczas znanych, w ustach cesarza znającego potęgę swej 



Ą2 Leon Piniński 

władzy i wpływ jej na tysiące egzystencyi ludzkich stokroć więcej 
nam imponują niż w ustach zwykłego filozofa, który władzy w ręku 
nigdy nie miał i mieć nie mógł. 

O śmierci każe nam M. A. myśleć często i uważać każdy 
dzień naszego życia za taki. który może być ostatnim (VII. 69). lecz 
tylko dlatego, by korzystać z czasu dla spełniania dobrych uczynków. 

Śmierci niema powodu się bać; nie należy też ani jej szukać 
ani od niej uciekać (III. 7) trzeba się z myślą o niej oswoić jako 
z czemś naturalnem i nieuniknionem. 

samobójstwie wspomina M. A. kilkakrotnie. Wiadomo, 
że szkoła stoików nietylko uniewinnia samobójstwo, ale w trudnych 
sytuacyach życia je wprost zaleca. Jest to, mojem zdaniem, ciemny 
punkt tej nauki. Bo jakkolwiek Seneca, Epikteta, podobnie jak 
ten ostatni także i M. A zezwalają na samobójstwo tylko w sytuacyach 
jakoby bez wyjścia np. w razie choroby nieuleczalnej lub mo- 
ralnych przeszkód uniemożliwiających nam życie zgodne z zasadni- 
czymi podstawami moralnemi, to jednak subjektywne uczucie tu 
często myli i wyłamanie się z pod wszelkich obowiązków unicestwie- 
niem swej egzystencyi jest w gruncie często słabością i egoizmem. 

Najbardziej znamiennym ustępem tyczącym się problematu 
samobójswa jest: 

V. 29: »Jest to zawsze w twojej mocy wieść życie takie, ja- 
kiem pragnąłbyś je widzieć jako ubiegłe w chwili, gdy je będziesz 
opuszczać. Lecz. jeżeli ci ludzie w tem przeszkadzają i nie dozwa- 
lają, w takim razie opuść życie i to tak, jak gdybyś wcale nie cier- 
piał nad tem. Dym tu. więc się wynoszę M Czy sądzisz, że to tak 
trudno ?« 

Wielce to niebezpieczna teorya, którą tu wypowiada autor. 
Chwilowe, choć może szlachetne zniechęcenie mogłoby być dostate- 
cznym powodem samobójstwa. Tak daleko wszakże nie sięga dys- 
pensa, którą M. A. wypowiada dla osób rozstających się dobrowol- 
nie z życiem, gdyż z innego ustępu (VIII. 47) 2 wynika, że tylko 
» ostateczność* pod względem stawianych nam przeszkód moralnych 



1 Ka7rvóg łtol oLTzipyopa.'., zdanie to wypowiada M. A może pod wpływem 
Epikteta: Arrian (I. 25. 18) choć go tu nie wymienia wyraźnie, tak jak w in- 
nych miejscach. 

2 O śmierci dobrowolnej jest jeszcze mowa w innych ustępach zob. np. 
III. 1, X. 8 i 22. 



Pod wrażeniem > Rozmyślań « Marka Aurelego 43 

może ten krok wytłumaczyć. Ale czyż i to dosyć? czyż w rozdra- 
żnieniu subjektywnem jest się zdolnem ocenić, co jest »ostatnia gra- 
nica* naszej wytrzymałości? 

Liczne ustępy, które M. A. poświęca myśli o znikomości rze- 
czy ludzkich są nietylko głęboko odczute, lecz często niezmiernie 
pięknie sformułowane. 

Życie zniknie wkrótce a z niem potem wszystkie jego ślady złe 
i dobre. Naiwnym jest lub szalonym, kto się doń zbyt przywiązuje 
i robi sobie iluzyę co do trwałości tego. co tu możemy zdziałać. 

Zapewne, jest rezygnacya w słowach M. A. ale nie wolna od 
boleści i żalu; jest to jak gdyby westchnienie natury wyższej nad 
doczesne, ziemskie życie, tęskniącej za dobrem, pewniej szem i trwal- 
szem. 

Oto parę przy kładów: 

II. 17: Wszystko jest krótkie i znikome — »losy naszego ciała 
są jak rzeka ciągle płynąca, duch nasz jak mgła i opar, życie jak 
krótka wycieczka w kraj obcy a to co po nas zostaje — zapom- 
nienie*. 

V. 33: » Wkrótce, bardzo wkrótce będziesz już tylko szkiele- 
tem lub popiołem a zostanie po tobie tylko twe imię a i to nawet 
nie. A cóż zresztą jest imię? dźwięk i echo tylko*... 

Myśl o tych, mówi on w IV, 33, co wielką rolę odegrali w hi- 
storyi świata. Czemże są dziś? opowieścią tylko, którą także zmaże 
ogólne zapomnienie. Ale gdyoy nawet wspomnienie o nich było wie- 
cznem, to cóż to znaczy? I to nie ma żadnej wartości 1 . 

VI. 24: »Aiexander Macedoński i jego pachołek przez śmierć 
są zrównani zupełnie*. 

Rozgłos, reputacya za życia i sława pośmiertna nie są zda- 
niem M. A. wcale wynagrodzeniem za znikomość rzeczy ludzkich. 
Są one bez wartości i człowiek o wyższym umyśle dbać o nie nie 
powinien. Wskutek ludzkich pochwał nie staje się bowiem żadna 
rzecz ani lepszą ani gorszą (IV. 20). 

Opinia ta należy niejako do credo autora. Wypowiada ją czę- 
sto a nie jest ona u nieyo wynikiem skromności lub pokory, raczej 
może uczucia wyższości, objawem lekceważenia opinii i sądu innych. 

XII. 4: »Często mnie to dziwiło, że choć każdy przenosi sie- 

1 Podobne zapatrywania wypowiada autor także np. w IV. 48, XII. 27, 
II. 12. 



44 



Leon Piniński 



bie samego nad resztę ludzi przecież mniej wagi przywiązuje do 
w Ja sn ej opinii o sobie samym niż do opinii cudzej*. 

W VIII. 8 mówi on. że trzeba być » wyższym* ponad żądzę 
sławy i nie irytować się niesprawiedliwym sądem głupich i nie- 
wdzięcznych. 

IV. 3 »...Amoże pożądanie tego, co zwą sławą cię dręczy? 
Patrz jak szybko wszystko jest zapomniane... jak czczą rzeczą jest 
poklask, jak zmienne zdania i jaki brak sądu u tych co decydują 
o twej reputacyi i sławie...* 

Podobnie w IX. 30. Jakże mało wiedzą o tobie ci, co cię są- 
dzą, jak szybko zapomną, dziś cię sławią a ganić i potępiać będą 
jutro! 

W V. 33 mówi on, nie bez domieszki goryczy, iż nie warto 
dbać o sławę i reputacyę w tym nędznym świecie i między ludźmi, 
wśród których żyjemy. 

Sława pośmiertna także niema większej wartości jak poklask 
i uznanie za życia. Wyszydza on ambicyę w tym kierunku mówiąc, 
że nie może zrozumieć, dlaczego ludziom na tern zależy, by ci, co 
po nich przyjdą, a więc ludzie, których nie zobaczą i nic o nich 
wiedzieć nie będą, sławili ich. Dlaczegóż się nie martwią tern. że 
ci, co dawniej żyli, nic o nich nie wiedzieli (VI. 18)? 

VIII. 44 »..,Ci, co łakną sławy pośmiertnej zapominają o tem, 
że ci ludzie, co po nas przyjdą, będą taksamo mało warci, jak nasi 
rówieśnicy, których znieść nie możemy*. 

Nie wierzy on też wcale w sprawiedliwość sądu historyi. O wielu 
zasłużonych zapomina się zupełnie; inni znów bez powodu stają się 
» bohaterami z bajek* (VIII. 25). 

VII. 67 »... Można być człowiekiem prawdziwie boskim a je- 
dnak nie uznanym przez nikogo*. 

Sława pośmietna nie jest niczem więcej jak opinią nędznych 
ludzkich istot, którzy sami siebie nie znają; jakżeż mogą znać praw- 
dziwie i ocenić kogoś, który zmarł już dawno przed niemi (El. 10). 

Rozmyślanie swe kończy M. A. pięknym ustępem, pełnym re- 
zygnacyi, który o tyle bardziej jest interesującym, że prawdopodo- 
bnie był zanotowany na krótki już czas przed śmiercią. 

XII. 36. Tak jak aktor, mówi on, któremu każą zejść ze sceny 
po trzecim akcie, nie może się domagać roli jeszcze przez dwa na- 
stępne, skoro partya przeznaczona mu skończyła się, tak i my 



Pod wrażeniem »Rozmyślań< Marka Aurelego 45 

godźmy się na tak tylko długą rolę w życiu, jaką nam przeznaczono, 
bo nie samiśmy sobie dali życie, lecz naturze je zawdzięczamy. 

Głęboka pogarda M. A. dla rozgłosu i sławy, z dwojakiego 
powodu może się nam wydać rzeczą zadziwiającą. Przedewszystkiem 
uderza ona u Rzymianina wogóle. Wiadomo bowiem, że Rzymianie 
łaknęli sławy, przywiązywali do niej wielką wagę i często właśnie 
pod wpływem tego bodźca spełniali czyny bohaterskie i pełne po- 
święcenia. 

Nadto miał M. A. prawo mniemać, że nietylko czyny jego jako 
wielkiego i zwycięzkiego imperatora, ale i słowa jako filozofa będą 
aere perennlus. Wszakźeć sławę lekceważą sobie zwykle ci, którzy 
nie mogą jej osiągnąć. Jeżeli zatem on właśnie lekceważy ją sobie, 
to dlatego, iż nie wierzy w jej sprawiedliwość i szczerość a zara- 
zem zaś zadowolenie wewnętrzne, pogodę myśli i szacunek dla siebie 
samego wyżej ceni, niż poklask. 

Sławę wieczną zyskał on przecież, choć nią gardził. Lecz iluż 
mniej wartych przewyższa go w sławie. Iluż fałszywych bohaterów 
i dobrodziejów ludzkości się podziwia, którzy nie warci mu rozwią- 
zać rzemyka! A iluż równych mu a może i wyższych spoczywa w gro- 
bie w zupełnem zapomnieniu! 

M. A. ma słuszność; sąd współczesnych jest zwykle niespra- 
wiedliwy, a przekonanie, że go poprawi sąd historyi, jest naiwną 
iluzyą. W uzyskaniu popularności za życia reklama więcej znaczy 
niż zasługa, sława zaś pośmiertna zawisła często od przypadku 
i najrozmaitszych celów ubocznych tych ludzi, co ją tworzą. Dość 
wskazać tylko, ilu » bohaterów « i » zbawców narodu « fabrykuje sąd 
szowinizmu narodowego lub partyjnego fanatyzmu, a ilu z drugiej 
strony niesłusznie piętnuje »zdrajców«. 

Jeżeli jednak głębokie i słuszne są uwagi M. A. o znikomości 
rzeczy ludzkich i nikczemnej wartości rozgłosu i sławy, to jednak 
dla ogółu społeczeństwa byłyby podobne przekonania niebezpieczne 
i niezdrowe. I one, podobnie jak cała filozofia M. A. są dla »elity« 
tylko, nie dla umysłów i serc niższych. Gonienie za reputacyą i sławą 
jest dla umysłów pospolitych przecież często źródłem dobrych i po- 
żytecznych uczynków, obawa zaś przed popsuciem sobie reputacyi, 
liczenie się z sądem świata, najsilniejszą stosunkowo zaporą prze- 
ciw tendencyom nieetycznym. 

Wielkoduszny człowiek pamiętając o znikomości życia i mar- 
ności sławy zachęcony będzie o tyle bardziej do czynów mających 



46 Leon Piniński 

wartość wewnętrzną, niezawisłą od opinii i spełniać je będzie 
bez względu na to. »czy kto nań patrzy* 1 . Nieprzejrzane natomiast 
rzesze ludzi pospolitych jedynie pragnienie uznania i odegrania » pię- 
knej rolic lub obawa potępienia przez sąd »opinii publicznej* jeszcze 
jako tako jest w stanie utrzymać na drodze etyki i zasługi spo- 
łecznej *. 



VII. Stosunek Marka Aurelego do chrześcijaństwa. 

Przegląd nauki moralnej M. A. wykazuje nam w wielu punk- 
tach zadziwiające zbliżenie do zasad i zapatrywań chrześcijaństwa. 
Za czasów jego rządów chrześcijaństwo było już bardzo rozsze- 
rzone tak. iż M. A. musiał z niem być dość dokładnie zaznajomio- 
nym. Zadziwić tedy może na pierwszy rzut oka, że nie wytworzyła 
się w nim pewna sympatya dla nauk chrześcijańskich. Tymczasem 
było raczej wręcz przeciwnie. 

Jakkolwiek wielkoduszny monarcha nie należał pomiędzy ce- 
sarzami Rzymu do najzacietszych wrogów chrześcijan, jakkolwiek 
łagodność jego nie dozwalała na krwiożercze ściganie i prześlado- 
wanie takie, jak było za Nerona lub Dorni cy an a, to jednak jest 
rzeczą niezawodną, że sympatyi on do chrześcijan nie miał a nawet 
usposobionym był dla nich niechętnie i wrogo. 

Świadectwo Tertul liana wypowiada wprawdzie wręcz inne 
zdanie. Pisarz ten w swej »A połogi i chr ześci j aństwa« utrzy- 
muje, że prześladowań doznawali chrześcijanie tylko ze strony złych 
i niegodziwych imperatorów, podczas gdy szlachetni mężowie na tronie 
Rzymu odznaczali się wobec nich toleracyą. a znakomity i mądry 
Marek Aureli był nawet ich protektorem. Świadectwo to wszakże, 
pisane zresztą w celach czysto polemicznych nie jest zgodne z prawdą. 



1 Zob. także IX. 29. 

* Doskonałą ilustracyą, czem się staje lekceważenie sławy u ludzi o nizkich 
instynktach daje Szekspir w pysznym, pełnym humoru ale i cynizmu monologu 
Falstafa (King Henry IV, First part, Act. V, Scenę I i. f.) na temat wyśmiewa- 
nia znaczenia honoru: »What is honour? a word. What is that word, honour? 
air... Who has it? he that died o' Wednesday. Doth he feel it? no. Doth he 
hear it? no. Is it insensible then? yea, to the dead. But will it not live with 
the living? no. Why? detraction will not suffer it. Therfore Pil nonę of it: ho- 
nour is a merę scutcheon: — and so ends my catechisma. 



Pod wrażeniem »Rozmyślań« Marka Aurelego. 47 

Być może też, że Tertullian w dobrej wierze oparł się tu na źró- 
dłach nie autentycznych. 

Ze znanego nam ustawodawstwa M. A. można tylko o tyle 
wysnuć pewną pośrednią korzyść dla chrześcijan, że wydał on su- 
rowe przepisy przeciw kłamliwym denuncyatnrom. Dekretu nato- 
miast jakiegoś wprost przychylnego chrześcijanom M. A. nigdy nie 
wydał i nie zmodyfikował w niczem surowego przeciwko nim skie- 
rowanego ówczesnego karnego ustawodawstwa Rzymu. Co więcej, 
dopuścił nawet do krwawych prześladowań chrześcijan w czasie 
s\voich rządów, wprawdzie nie w samym Rzymie, ale w niektórych 
prowincyach. 

Oczywiście, że przy olbrzymiej rozciągłości monarchii, złej ko- 
munikacyi, trudności znoszenia się z władzą centralną i niedostate- 
cznej kontroli nad zarządem odleglejszych prowincyi, trudno ocenić, 
o ile za te prześladowania w prowincyach można winić samegoż 
cesarza. Co się tyczy najsroższych z tych prześladowań, które miały 
miejsce pod koniec rządów M. A. w Galii w Lugdunie i Vienne, to 
jest nawet historycznie stwierdzonem, że wysłano do cesarza do 
Rzymu sprawozdanie wraz z zapytaniem, jak się zachować wobec 
chrześcijan, a odpowiedź jego była dla chrześcijan nieprzychylną. 
Wprawdzie i w tym wypadku trudno stwierdzić na pewne, o ile ta 
odpowiedź wyszła osobiście od M. A., a już w każdym razie szczegóły 
owych okropnych mąk. które wówczas wycierpieli chrześcijanie nie 
można kłaść na rachunek cesarza. W każdym jednak razie ten fakt 
historyczny wraz z innymi dowodzi, że ze strony M. A. nietylko nie 
było zakazu prześladowania ani jakiegoś objawu przychylności, lecz 
przeciwnie usposobienie dla szerzącej się nowej religii wręcz nie- 
chętne. 

Trudno nie uznać, iż jest to plamą na pięknej postaci M. A., 
lecz by zrozumieć to stanowisko i choć w części je uniewinnić, na- 
leży się bliżej nad tem zastanowić, jakie wogóle wyobrażenie miały 
o chrześcijaństwie owe sfery, do których należał M. A. i co pogan, 
a w szczególności ludzi przesiąkniętych ówczesną filozofią oddzielało 
od chrześcijan. 

Chrześcijaństwo rozszerzające się już wówczas, z gwałtowną 
chyżością znajdywało najliczniejszych prozeiitów, głównie między 
niższemi, ubogiemi, upośledzonemi i skrzywdzonemi warstwami spo- 
łeczeństwa, a więc także szczególnie między niewolnictwem. Dalej 
zyskiwało ono wskutek swej potężnej struny uczucia wielu zwolen- 



4g Leon Piniński 

ników między młodzieżą i kobietami, przyczem rozszerzanie 
nowej wiary postępowało bez rozgłosu i tajemnie, czyli, jak prze- 
ciwnicy zarzucali » podstępnie*. 

Natomiast spotykało się chrześcijaństwo z usposobieniem wro- 
giem przedewszystkiem wśród ciemnych mas pospólstwa, które na 
podstawie fantastycznych baśni i potwarzy przypisywało nowej, ta- 
jemniczej sekcie najpotworniejsze zbrodnie i czyniło ją odpowie- 
dzialną za klęski elementarne i epidemie. 

Dalej wrogo dla chrześcijan byli usposobieni z powodów prze- 
ważnie politycznych i socyalnych poważniejsi i starsi, w przekona- 
niach swych konserwatywni obywatele, szczególnie dzierżyciele do- 
stojeństw i urzędów, którzy upatrywali w tej opozycyjnej, negującej 
podstawy polityczno- religijnego ustroju Rzymu sekcie groźne niebez- 
pieczeństwo. Niechęć ta spotęgowana była jeszcze mniemaniem, że 
chrześcijaństwo jest sektą żydowską, wiadomo bowiem, jak ogólny 
był wstręt Rzymian do żydostwa. 

Wreszcie niechętni też byli chrześcijaństwu i filozofowie i to 
tak Epikurejczycy jak i Stoicy, bo sposób myślenia chrześcijan, 
ich wiara w nadludzkie objawienia, ich ekskluzywność w pojęciach, 
przekonaniach i obyczajach, ich niezłomny hart, czyli jak zarzucano 
»upór« doprowadzący do rozmiłowania się prawie w męczeństwie, 
to wszystko wydawało się sceptykom ówczesnym niedorzecznym 
fanatyzmem i zaślepieniem. 

Nic dziwnego, że i M. A., na którego rozwój wpływały z je- 
dnej strony dawne tradycye rzymskie, z drugiej zaś fiilozofia 
a w pierwszej linii zapatrywania niechętnego chrześcijanom Epik- 
teta 1 i zdeklarowanego ich wroga a nauczyciela M. A., Front ona, 
uprzedził się z góry do chrześcijaństwa, którego zasad na podstawie 
źródeł nigdy nawet nie miał sposobności poznać. On, tak wzniosie 
zalecający tolerancyę myśli i przekonań, w tym względzie wskutek 
błędnych informacyi sprzeniewierzył się swym zasadom. Zresztą, 
tak jak w wielu innych kwestyach, poszedł on tu tylko za trady- 
cyą swoich bezpośrednich wielkich poprzedników, którzy byli także 
na tej samej błędnej drodze 

Prześladowania za czasów Nerona i Domicyana były spowo- 
dowane w znacznej części osobistą nienawiścią tych władców do 
chrześcian, a w części wrodzonem ich okrucieństwem. Inaczej od 

1 Zob. Arrian. Epict. Dissert. IV. 7, 6. 



Pod wrażeniem »Rozmyślań« Marka Aurelego 49 

czasu łagodniejszych rządów dynastyi Antoninów. W zasadzie pa- 
nowała w tej epoce w Rzymie tolerancya zupełna, tak pod wzglę- 
dem obcych wyznań religijnych, jak i zapatrywań filozoficznych zo- 
stających przeważnie w zupełnej sprzeczności z uznaną religią pań- 
stwową. 

W krajach zdobytych nie mieszali się z reguły Rzymianie do 
spraw religii i kultu zostawiając w tym względzie ludność miejscową 
w spokoju a nawet przyznając jej pewien rodzaj autonomii. Naj- 
bardziej tolerancki a nawet lubujący się w obczyźnie cesarz Ha- 
dryan sam w Egipcie stawiał wspaniałe świątynie obcym bogom, 
składał im ofiary, dawał się rzeźbić pod postacią Ozirisa i przyczy- 
nił się znacznie do tego, że wprowadzenie pewnych praktyk kultu 
egipskiego do Rzymu stało się wówczas modą. Świat rzymskich bo- 
gów przyjął w gościnę obce, importowane z dalekich krain, egzoty- 
czne bóstwa. Kult np. Izydy, pochodzący z Egiptu, kult i misterya 
Mitry, importowane z Syryi pojawiają się odtąd coraz częściej 
w świątyniach rzymskich. 

Równocześnie święci za czasów Antoninów filozofia grecka tryumf 
odrodzenia i zdobywa Rzym. Otóż wiadomo aż nadto, że zapatrywania 
filozofów były w rażącej sprzeczności z zasadami religii państwowej, 
posuwały się często zgoła do negacyi istnienia bogów, otwartego 
ateizmu. Tymczasem nietylko nie mamy w owym czasie ani jednego 
przykładu prześladowania któregokolwiek z filozofów za jego prze- 
konania i naukę, lecz przeciwnie wpływ ich i to nietylko kulturalny 
ale nawet polityczny rośnie z każdą chwilą a za M. A., należącego 
całą siłą przekonań do ich zawodu, staje się nawet dominujący. 

tyle bardziej dziwi nas na pierwszy rzut oka, że jedynie 
wobec chrześcijan ci cesarze łagodni i kulturalni, jak nie mniej całe 
ich otoczenie zachowują się niechętnie i wrogo, jedynie wobec nich 
odstępują od zasady uszanowania obcych przekonań. Zrozumieć to 
wszakże poniekąd można uwzględniając ducha i tendencye chrze- 
ścijaństwa szczególnie w pierwszych wiekach. 

Dla wszystkich bogów obcych mogło się znaleźć miejsce w Olim- 
pie pogaństwa ówczesnego, tylko nie dla Boga chrześcijan, tylko nie 
dla Boga-człowieka Chrystusa. Czuli to Rzymianie ówcześni, że ta 
sekta łagodna i w zachowaniu się zewnętrznem wcale nie rewolu- 
cyjna jest przecież nieprzejednaną dla całego ustroju ówczesnego 
religijno-politycznego i kopie dlań grób niechybny. Wiedzieli, że ich 
wspaniałe świątynie z przepysznemi posągami bogów rozsypią się 

Pinińaki. 4 



50 Leon Piniński 

niechybnie w gruzy, że wszystkie ich tradycye i obrzędy, związane 
tak ściśle z dawną, pełną chwały historyą Rzymu i obecną jego 
potęgą pójdą w pogardę i zapomnienie, skoro tylko ta, wówczas 
antinarodowa i kosmopolityczna sekta przyjdzie do wpływu i władzy. 

W świecie ówczesnym filozofów i myślicieli Rzymu i Grecyi 
spotykamy wprawdzie ludzi, a należeli do nich głównie stoicy w ro- 
dzaju Epikteta i M. A., którzy w zapatrywaniach etycznych zbliżali 
się do chrześcijan, zalecając, choć z mniej szem niż chrześcijanie 
ciepłem, filantropię i zaparcie się uciech światowych. O ile jednak 
istniało między niektóremi szkołami filozoficznemi a chrześcijaństwem 
pewne zbliżenie co do praktycznych reguł etyki, o tyle większa prze- 
paść dzieliła te dwa kierunki myśli, co do kwestyi wiary oraz 
znaczenia i wartości, które się jej przypisuje. Rozumy najświetniej- 
szych myślicieli pogańskich nie mogły się wmyśleć w psychologię 
chrześcijan i pogodzić się z ich sposobem widzenia rzeczy. Nie poj- 
mowali przedewszystkiem mędrcy pogańscy wiary chrześcijan w obja- 
wienie boskie zesłane światu przez życie Boga-człowieka. uważając 
myśl tę za niezrozum ały zabobon. Nie rozumieli też ekskluzywno- 
ści nauki chrześcijan, odrzucającej z pogardą każdą inną naukę nie 
płynącą ze źródła objawienia chrześcijańskiego, nie wyłączając na- 
wet filozoficznych zapatrywań opartych, zdaniem ich, na najczyst- 
szych intencyach. 

Najbardziej wreszcie obcym i niezrozumiałym był im ów nie- 
przełamany upór ze strony chrześcijan w oddzieleniu się od całego 
zresztą świata i ich skłonność do ponoszenia nawet najsroższych 
prześladowań i śmierci, byle tylko uniknąć chociażby jakiegoś ze- 
wnętrznego aktu sprzeciwiającego się ich tajemnym regułom i prze- 
pisom. 

Brak wiary chrześcijan w istnienie bóstw pogańskich z pe- 
wnością najmniej raził filozofów a nawet wszystkich innych oświe- 
conych Rzymian. Nie wierzyli oni przecież sami w bóstwa rzymskie 
i nie brali na seryo oficyalnego Olimpu. W ofiarach i innych prak- 
tykach religijnych widzieli czysto zewnętrzne urządzenia państwowe 
bez wszelkiego dogmatyczno religijnego znaczenia, od których nie 
należało się usuwać ze względu na dawne tradycye oraz związany 
z tern interes państwa i porządku społecznego. Tak myślał nawet 
tak głęboki i poważny filozof jak Seneca. Nieprzełamany więc wstręt 
Chrześcijan do brania udziału w zewnętrznych objawach kultu ofi- 
cyalnego uważały nawet najbardziej oświecone sfery ówczesnego 



Pod wrażeniem >Rozmyślań« Marka Aurolego 51 

świata pogańskiego za małostkowy i niezrozumiały upór zaślepio- 
nych fanatyków. 

Stosunek władzy państwowej Rzymu do chrześcijan został za 
czasów Antoninów zasadniczo określony dekretem Trajana 
streszczającym się w tern, że w domenę myśli i wiary władza pań- 
stwowa się wprawdzie nie wdaje, wymaga atoli od chrześcijan nie- 
usuwania się od zewnętrznego, oficyalnego kultu. Żądano tedy, by 
chrześcijanie zewnętrznemi objawami, np. złożeniem ofiary bogom 
pogańskim lub uczestnictu em w publicznych ceremoniach religijnych, 
zaparli się swego wyznania a na ten wypadek zapewniano im bez- 
karność, nie wdając się bliżej w kwestye ich wiary i prywatnych 
praktyk religijnych. Tej samej reguły trzymał się zasadniczo także 
M. A. 

Oczywistą jest rzeczą, że reguła ta wszędzie tam, gdzie ma- 
gistratura postanowiła wystawić ludzi uważanych za chrześcijan na 
ową próbę uczestniczenia w pogańskim kulcie, musiała doprowadzić 
do konfliktu a w następstwie do prześladowań. Reguła sama bo- 
wiem była wobec chrześcijan zasadniczym błędem. Było to postę- 
powanie wręcz chybione, świadczące o zu;>ełnem niezrozumieniu 
ducha chrześcijaństwa i właściwej psychologii wyznawców nowej 
religii 

Cesarzom i urzędnikom rzymskim mogło się zdawać, że dzia- 
łając w myśl reguły Trajana postępują w sposób ludzki, łagodny 
i polityczny. Sądzili oni, że wymagając od chrześcijan jedynie ze- 
wnętrznego objawu odstępstwa ze względu na państwowy cha- 
rakter oficyalnego kultu a zostawiając im swobodę w dziedzinie w e- 
wnętrznych przekonań nie wymagają od nich żadnej wielkiej 
ofiary. Wszak żeż wszyscy oświeceni Rzymianie a nawet sami im- 
peratorowie składając ofiary bogom uznanym i rozmaitym deifiko- 
wanym zmarłym cesarzom nie brali tych ceremonii w gruncie na 
seryo i nie wierzyli w nic zgoła z tego, co zewnętrznie jako swą 
religię proklamowali. Tego, co sami spełniali niemal codziennie i bez 
wahania, nie uważali więc za coś, coby mogło sumienie obciążać 
i coby należało uznać za czyn haniebny lub podły. 

Nie rozumieli oni, czem była dla nowo budzącej się religii 
potęga wiary i siła przekonań. Psychologia tych ludzi, którzy sto- 
kroć razy przenosili katusze i śmierć męczeńską nad spełnienie ce- 
remonii zewnętrznej, będącej w oczach oświeconych pogan czczą 
formalnością wydawała się jednym — obłąkaniem, innym — zbro- 

4* 



52 Leon Piniński 

dnia. A tymczasem w oczach chrześcijan publiczne odstępstwo od 
wiary pod grozą kar było uważane nietylko za objaw tchórzostwa, 
małoduszności, lecz za grzech najcięższy i haniebną podłość, pod- 
czas gdy śmierć męczeńska zapewniała im, stosownie do ich nieza- 
chwianej wiary, natychmiastowe zbawienie i wieczną szczęśliwość. 
Czyż mogli wobec tego się wahać? 

Niezrozumienie się wzajemne tych dwóch światów stało się 
niestety powodem rozlewu morza krwi niewinnej. 

Żaden dokument historyczny nie charakteryzuje tak dosadnie 
zapatrywań wyższych kół rzymskiego społeczeństwa na problemat 
rozwijającego się Chrześcijaństwa, jak praca rzymskiego filozofa 
Celsusa skierowana przeciw chrześcijanom, napisana właśnie 
w czasie rządów M. A. Nie znamy pracy tej w oryginale, treść jej 
jednak i liczne z niej ustępy cytowane in extenso podaje nam Ori- 
genes w polemicznem swem piśmie contra Celsum. poświęconem 
odparciu ataków autora na chrzescian. 

Celsus, który obok gruntownego wykształcenia filozoficznego 
zna też źródła religii żydowskiej i chrześcijańskiej a więc tak księgi 
Starego jak i Nowego Testamentu, jest przeciwnikiem wymownym, 
ziejącym złośliwością i jadem. Przyznając łagodność obyczajów 
chrześcijan uważa ich mimo tego za element najniebezpieczniejszy 
w państwie. Wielkość i potęga Rzymu była zawsze związana z da- 
wną tradycyjną religią. Utrzymanie kultu jako instytucji państwo- 
wej i narodowej jest ze względu na szerokie warstwy ludu dla po- 
rządku i spokoju państwa niezbędnem. Tymczasem te właśnie pod- 
waliny chcą chrześcijanie obalić. Starając się pozyskać podstępnie 
dla swej wiary i praktyki najniższe warstwy społeczne, młodzież 
niedoświadczoną i kobiety dążą w ten sposób do podminowania pań- 
stwa. Nauki chrześcijan są negacyą narodowego poczucia Rzymian. 

Ci ostatni powinni zawsze szanować dawną swą religię, bo przy- 
czyniła się ona potężnie do ich wielkości i sławy. Nie wymaga się od 
chrześcijan żadnej podłości zmuszając ich do zewnętrznego ugięcia 
się przed religią państwową. To nie pociąga za sobą wyparcia się 
wewnętrznego ich odmiennej wiary. Jest to więc niczem innem jak 
fanatycznym i dezorganizacyjnym uporem zasługującym na surowe 
kary, jeżeli chrześcijanie nie chcą się nałamać nawet do zewnętrz- 
nego uszanowania państwowego kultu. 

Oto w streszczeniu rezonowanie Celsusa a z nim przeważnej 



Pod wrażeniem » Rozmyślań* Marka Aurelego 53 

większości ówczesnych konserwatywnych i względnie wykształconych 
sfer pogańskiego Rzymu. 

M. A. nie miał wprawdzie ani w części tak silnej nienawiści 
do chrześcijan, jak Celsus, niezawodnie jednak zapatrywania jego 
były zbliżone do tego, co zawierają przytoczone powyżej zarzuty. 
On sam w jednym tylko ustępie swych »Rozmyślań« wspomina 
o nowej wierze. Krótki ten ustęp jest wskutek tego niezmiernie wa- 
żnym i interesującym dokumentem historycznym. Wzmianka choć 
tylko uboczna tchnie widoczną do chrześcijan niechęcią. Oto ten 
sławny fragment w dosłownem brzmieniu: 

XI. 3: » Jakaż to dusza, która w każdej chwili przygotowaną 
jest rozstać się z ciałem, by bądź to zgasnąć lub rozprószyć się, 
bądź też istnieć nadal! Lecz gotowość ta powinna być wynikiem 
własnego sądu, a nie samego tylko uporu, jak to jest u chrześcijan; 
powinna być złączona z rozwagą i godnością, która zdoła przeko- 
nać innych, bez dawania z siebie widowiska tragicznego* l . 

Wypowiada tu M. A. podziw dla duszy gotowej w każdej 
chwili pójść na śmierć bez względu na to, jakie mogą być w przy- 
szłości jej losy, nicość, czy też jakaś nowa egzystencya i spełniają- 
cej ten krok z przekonania, ze spokojem i godnością. Wypowiada 
przy tern jednak ciężki zarzut skierowany przeciw chrześcijanom, 
iż oni idą na śmierć z samego uporu, bez godności i roz- 
wagi robiąc z siebie widowisko tragiczne i że ten sposób 
postępowania nie może przekonać innych. 

Ten jeden krótki ustęp otwiera nam horyzonty historyczne, 
ilustruje żywo rozłam dwóch światów, wykazuje przepaść między 
sposobem myślenia stoickiego filozofa a uczuciami męczenników 
chrześcijańskich. 

Wielki myśliciel świata pogańskiego, jakim był M. A., okazuje 
nam się w tych słowach nietylko pozbawionym współczucia dla bo- 
haterstwa męczenników chrześcijan, ale zarazem ciasnym i nieprze- 
widującym w swych sądach. Nietylko nie rozumie on poświęcenia 
w idei chrześcijaństwa, ale nie ocenia też jej siły. Przykłady mę- 



1 M. A. używa tu z niezrównaną zwięzłością, właściwą greckiej mowie 
jednego tylko wyrazu: <rcpaycp5a)£. Wyraz ten, jak sądzę, wymaga dokładniej- 
szego opisu, takiego mniej więcej, jak tu podałem: >Bez tragiki* nie byłoby 
może dość jasnem. Niechęć M. A. do wszelkiej >tragicznej pozy« objawia się 
także w innych ustępach np. III. 7, IX. 29. 



54 Leon Piniński 

czeństwa chrześcijan dały dowód, że > przekonują innych « nieskoń- 
czenie silniej, aniżeli rezonowania najgłębszych filozofów. Wspaniały 
świat myśli, który nam reprezentuje filozofia starożytna, zgasł i roz- 
padł się wobec płomiennego entuzyazmu młodej wiary. 



VIII. Nauka Marka Aurelego a doba dzisiejsza. 

Księga Rozmyślań M. A. należy do najgłębszych i najsympa- 
tyczniejszych tworów ducha ludzkiego. Rędąc ogólnie ludzką pozo- 
stanie ona aktualną po wieczne czasy. Warto jednak postawić so- 
bie pytanie, czy nauka, w niej zawarta, mogłaby tworzyć dla szer- 
szych warstw ludności podstawę do oparcia na niej praktycznych 
reguł życia i zasad moralnych? Mojem zdaniem odpowiedź na to 
musi być przecząca. Nauka to zbyt czysta i subtelna przystępna 
tylko dla natur i tak nie skłonnych do lubowania się w użyciach 
zmysłowych, natur szlachetnych, którym samo uczucie dyktuje po- 
trzebę wspomagania innych, kojenia bólu, szerzenia duchownej kul- 
tury bez względu na nagrodę, jaka ich za to czeka. 

Przy całym swym uroku i wzniosłości nie mogła nauka M. A. 
nigdy zjednać sobie wielu zwolenników. Nie wytrzymuje ona współ- 
zawodnictwa ani z materyalizmem i obojętnością na głos etyki z je- 
dnej strony, ani też z drugiej strony z wyznaniami opartemi na 
objawieniu, które przyjmują życie zagrobowe jako pewnik i zape- 
wniają po śmierci nagrodę niezawodną cnocie a karę winie. 

I nic w tem dziwnego. Zastanówmy się bowiem nad sposobem 
rozumowania, nie mówię już ludzi o wręcz nizkim sposobie myśle- 
nia, ale człowieka zwykłego, » przeciętnego*, jeżeli się godzi użyć 
tego wyrazu. 

Otóż jeżeli od niego domagamy się w życiu bezinteresowności, 
wyrzeczenia się uciech fizycznych, poświęcania się dla bliźnich, to 
niezawodnie spotkamy się z jego strony z zapytaniem, jaka go za 
to czeka nagroda a względnie, jakiej może za nieposłuszeństwo 
obawiać się kary? Nauką religijną zapewniającą mu wieczne szczę- 
ście w życiu zagrobowem możemy go zjednać dla abnegacyi, zagro- 
żeniem zaś pośmiertnej kary odstraszyć od występku. Nie przekona 
go natomiast sceptycyzm M. A., gdzie mglisty obraz możliwej 
nagrody jest zaledwo słabą hipotezą, a o karze nawet wzmianki 
niema. 



Pod wrażeniem »Rozmyślań« Marka Aurelego 55 

Prawda, mówi nadto M. A. jeszcze o szczęściu wewnętrz- 
nem, które daje już za życia świadomość cnoty i spełnionego obo- 
wiązku. Ale czyż olbrzymia większość ludzi nie znajdzie że »zado- 
wolenie moralne« uzyskane kosztem abnegacyi i poświęcenia jest 
znacznie mniej warte, niż zadowolenie niemoralne, które daje 
wesołe życie wśród zmysłowych rozkoszy ? 

Dodajmy do tego i to. że sposób myślenia M. A. w swych 
przypuszczeniach co do egzystencyi zagrobowej jest zbyt nieokre- 
ślony, ażeby mógł być popularny. Niezawodnie, metafizyczne opinie 
wielu systematów filozoficznych, są często jeszcze bardziej mgliste 
a nawet wręcz niezrozumiałe. Ale metafizyka rozmaitych systematów 
filozoficznych nie waży też wiele na szali praktycznej etyki. Każdy 
filozoficzny system etyki wymaga zresztą taksamo »wiary«, jak 
religijny; wierzy weń zaś zwykle jedynie sam autor, który go stwo- 
rzył, a i on zwykle tylko *teoretycznie«. 

Umysł praktycznego i czynnego ale zarazem wobec zagadnień 
transcendentalnych płytkiego i trywialnego »przeciętnego« Europej- 
czyka i wogóle człowieka Zachodu jest mało skłonny do wyobra- 
żania sobie rzeczy innych, jak te, które widzi i wśród których się 
obraca. Hipotezy jego transcendentalne a ewentualnie i obrazy, które 
mu wiara jego podaje, są wskutek tego zaczerpnięte z wrażeń 
ziemskich. 

Weszła tu jeszcze jako silny moment w grę barwna i pełna 
zmysłowych obrazów wyobraźnia ludu włoskiego, klórego sposób 
widzenia rzeczy oddziałał stanowczo na zapatrywania innych naro- 
dów. W włoskiej fantazyi życie zagrobowe musiało przybrać żywe 
konkretne formy. Idea kary obwlekła się w obrazy najstraszniej- 
szych zmysłowych katuszy, idea nagrody przybrała postać powie- 
wną i świetlaną. Tu i tam żywe obrazy czysto zmysłowe: tu w głębi 
ziemi ciemności, jęk, płacz, ogień i tortury; tam w przestworzach 
jasne szaty, promienie światła i zachwycające śpiewy. Dante nie 
stworzył, tylko najświetniej poetycznie sformułował i odtwo- 
rzył wiarę ludową włoską a wskutek tego jego Boska Komedya 
stała się jak gdyby standard-book dla obrazów zagrobowego świata. 

Ten sposób myślenia z czasem zmodyfikował się zapewne nieco, 
lecz zasadniczo się nie zmienił, tak, że i dziś kontynuacya życia 
poza grobem przybiera w wyobrażeniu wierzących konkretne formy 
zaczerpnięte z ziemskiego życia zmysłowego. 

Pominąwszy nieliczne jednostki opierające swą metafizykę na 



Fjg Leon Piniński 

jakimś abstrakcyjnym systemie filozoficznym, można pospolite poję- 
cia ludzi Zachodu co do kwestyi problematu zagrobowego podzielić 
na następujące trzy kategorye: 

a) wiara w kary i nagrody podobne do ziemskich, kontynua- 
cya niejako naszej ziemskiej egzystencyi przy spotęgowaniu wrażeń; 

b) materyalizm, a więc negacya życia zagrobowego i przyję- 
cie zgaśnięcia bezpowrotnego indywidualnej egzystencyi; 

c) indyferentyzm, zamknięcie sobie mózgu na całą kwestyę me- 
tafizyki zagrobowej. 

Wobec tych wszystkich trzech kierunków myśli dla nauk w ro- 
dzaju M. A. istotnie niema miejsca. 

Lecz sądzićby może można, że teorye opierające etykę na 
współczuciu wobec bliźnich i ludzkości bez oglądania się na in- 
dywidualną nagrodę, jak to np. w części pod wpływem zapatrywań 
Buddystów a w części za przykładem Rossę au'a czyni Scho- 
penhauer, dałyby podstawę do podobnych reguł życia, jak je nam 
podaje M. A. Co do mnie wszakże nie mogę uwierzyć w podobne 
ufundowanie praktycznej etyki. Wymagać od pospolitych, normalnie 
czujących i myślących ludzi, by pod wpływem miłości bliźniego 
i ludzkości uważali swój własny interes za identyczny z inte- 
resem ogółu i rozpływający się niejako w tamtym, jest to wyma- 
gać czegoś wręcz niemożliwego. 

Nie jest też to prawdą, że ten sposób myślenia spotyka się u wy- 
znawców Buddyzmu. Nie przeczę, że poczucie indywidualizmu i in- 
dywidualnego interesu jest w ich metafizyce słabsze aniżeli u naro- 
dów europejskich, ale przecież nie znika zupełnie. Wyobrażenia 
o metempsychozie, tkwiące w umysłach ludu, łączą się przecież z ideą 
indywidualnego polepszania się lub pogorszania naszego bytu poza 
grobem. Nadto zaś ich »Nirvana«, przynajmniej w pojęciu wyo- 
braźni ludowej, która silniejszą jest nad dogmat, nie jest martwą 
nicością, lecz raczej błogim zupełnym spokojem a więc 
przecież pewnym rodzajem »nieba«. 

Daleki jestem od tego, by przeczyć, ze altruizm potężny, do- 
prowadzający nawet do najwyższych poświęceń może istnieć w świe- 
cie jako uczucie najzupełniej bezinteresowne, bez wszelkiej pre- 
tensyi do jakiejkolwiek indywidualnej nagrody. 

Matka kochająca, która z największem poświęceniem pielęgnuje 
swe chore dziecię z pewnością nie czyni tego w zamiarze uzyskania 
za to nagrody tu lub po śmierci. Dla niej życie dziecka więcej warte. 



Pod wrażeniem » Rozmyślań « Marka Aurelego 57 

niż jej własne; ból dziecka siłą współczucia boli ją więcej, niż ból 
osobisty. Tego właśnie > bliźniego* kocha ona nietylko tak jak sie- 
bie samą, lecz znacznie w r ięcej, nie myśląc wcale o wynagrodzeniu 
za to uczucie. 

Rozegzaltowany patryota ginąc śmiercią bohaterską w walce 
stoczonej w obronie ojczyzny, także może zupełnie nie myśleć o na- 
grodzie, która go czeka. Japończycy przy oblężeniu portu Artura 
nie byli mniej bohaterscy i zdeterminowani na śmierć, niż muzuł- 
manie w czasie naj fanatyczniej szych »świętych wojen <, mimo że 
ci ostatni wierzyli najsilniej w natychmiastowe uzyskanie »raju« po 
śmierci, podczas gdy Japończycy przeważnie w życie zagrobowe nie 
wierzą. 

Tego rodzaju przykłady zupełnie bezinteresownego altruizmu 
i poświęcenia są atoli właśnie czemś wyjątkowem, wynikiem 
egzaltacyi spowodowanej instynktownem, potężnem przywiązaniem 
do pewnej jednej tylko osoby, lub entuzyazmem spowodowanym 
wyjątkowemi okolicznościami. Miłość »bliźniego« wogóle a więc ka- 
żdego, z którym się stykamy, miłość » ludzkości* a więc wszystkich 
ludzi, u zwykłych natur charakteru podobnego absolutnie nie może 
przyjąć. Tam same » uczucie « czy też » współczucie < wrodzonego 
egoizmu nie usunie nigdy i nie przełamie. 

Zresztą owe wyjątkowe uczucia, namiętne, nierozumowane 
i bezinteresowne często nietylko nie są ogólną ^miłością bliźniego*, 
ale zostają z nią w sprzeczności. Matka kochająca namiętnie swe 
dziecko bywa wskutek tego właśnie niesprawiedliwą wobec innych, 
często nawet krzywdzącą. Ile zaś zbrodni przeciw uczuciu > ludz- 
kości* i > miłosierdzia « popełnia się wskutek przesadnego patryoty- 
zmu narodowego, o tem świadczy niemal każda karta dziejów świata. 

Nie wierzę tedy w jako tako skuteczną etykę dla szerokich 
warstw ludności opartą na innych podstawach, jak tylko na idei 
pośmiertnej nagrody i kary. Ażeby zaś la idea była dość 
silnie zakorzenioną, musi ona być wynikiem przekonania, »wia- 
ry«. Przypuszczanie >możliwości« tylko, jak to ma miejsce 
w sceptycyzmie M. A., nie wystarcza. 

Obok owych, wyżej wspomnianych trzech kategoryi ludzi t. j. 
naiwnie wierzących, materyalistów i i n d y f e r e n t n y c h, 
jest jednak przecież jeszcze garstka takich, co gardząc materyali- 
zmem a nie mogąc się w swych metafizycznych zapatrywaniach wzbić 
ponad sceptycyzm szukają przecież silniejszej podstawy dla do- 



58 Leon Piniński 

bra i etyki, które jako potrzebę serca wskazuje im ich szlachetniej- 
sza natura. Czy dla tej garstki >Rozniyi]an:a« M. A. nie mogą się 
stać zachętą na drodze bezinteresownej pracy, ukojeniem w smutku 
i zwątpieniu a tern samem być im. »nieumiejącym wierzyć*, jak 
gdyby słabym błędnym ognikiem religii? 

Na to pytanie nie śmiem odpowiedzieć. W każdym jednak ra- 
zie widzę w księdze Rozmyślań M. A. jeden z najbardziej wielko- 
dusznych objawów, na jaki zdołała się zdobyć myśl ludzka. Za- 
pewne, nie jest to objaw myśli narodu, lecz wybranej jednostki. 
Patrząc jednak na ten przykład powinno nas ogarnąć uczucie wstydu. 
Szczyci się ludzkość cywilizacyą, postępem, zadziwiającymi wyna- 
lazkami. Lecz czy postąpiła istotnie w tych 18 wiekach, które nas 
dzielą od M. A. na polu kultury ducha i serca? Obawiam się. że nie. 



Treść. 



I. Znaczenie i treść nauki Marka Aurelego i> 

II. Stosunek duszy naszej do porządku wszechświata 9 

III. Obowiązki wobec bliźnich 15 

IV. Obowiązki wobec społeczeństwa i państwa 25 

V. Wyrabianie własnego charakteru 30 

VI. Znikomość rzeczy ludzkich, śmierć, lekceważenie sławy 41 

VII. Stosunek Marka Aurelego do chrześcijaństwa 46 

VIII. Nauka Marka Aurelego a doba dzisiejsza 54 



O ROZPOWSZECHNIENIU WAZODILATYNY 
W ŚWIECIE ZWIERZĘCYM 



poda) 

LEON POPIELSKI. 



Popielaki. 



Ja i moi współpracownicy wykazaliśmy, że wazodilatyna znaj- 
duje się we wszystkich narządach, że jest normalną składową czę- 
ścią każdej komórki w ustroju. Dla otrzymania wazodilatyny należy 
świeży narząd dokładnie rozetrzeć i albo zagotować albo zalać: 
1) kwasem jakimkolwiek, 2) alkoholem. W ten sposób postępować 
należy dlatego, że wazodilatyna w świeżym narządzie przy tempe- 
raturze zwłaszcza 40° — 60° C łatwo się rozpada. W ostatnich cza- 
sach wykazałem, że objawy identyczne z objawami działania wa- 
zodilatyny otrzymuje się od najrozmaitszych ciał. Dosyć jest wpro- 
wadzić do krwi atropinę, morfinę, urohemolizynę, aby otrzymać ob- 
jawy do najmniejszych szczegółów takie same, jakie otrzymujemy 
przy bezpośredniem wprowadzaniu do krwi wazodilatyny. Wreszcie 
Biedl i Kraus wykazali, że przy wprowadzaniu do krwi ciał biał- 
kowych, surowicy, zwierzętom w stanie anafilaksyi, występują objawy 
identyczne z działaniem wazodilatyny. Niedawno Dale i Laidlaw 
znaleźli ciało /?-imidazolylethylaminę (=/?/), która wywołuje objawy 
(oprócz niekrzepliwości krwi) takie same, jak wazodilatyna. Dale 
i Laidlaw sądzą nawet, że (31 jest częścią składową wazodilatyny. 
Wykazałem jednak (Erscheinungen bei direkter Einfuhrung von che- 
mischen Kórpern in die Blutbahn, Centralblatt fiir Physiologie, Bd. 
XXIV, Nr. 24), że /?/ w skład wazodilatyny nie wchodzi, i że wa- 
zodilatyna jest ciałem chemicznie jednolitem. Wobec powyższych 
faktów należało w każdym poszczególnym wypadku przeprowadzić 
dokładną chemiczną analizę na zawartość wazodilatyny, gdyż same 
objawy przemawiać za obecnością wazodilatyny nie mogą. Wazo- 
dilatyna, jak to niejednokrotnie podnosiłem, wywołuje cały szereg 
zjawisk, które jednak sprowadzają się do dwóch elementarnych: 
niekrzepliwości i obniżenia ciśnienia krwi. 

Wyrazem dwóch tych zjawisk zasadniczych jest pomiędzy 
innemi także wydzielanie soku trzustkowego. Niektórzy z autorów, 
w myśl poglądów Balylissa i Starlinga uporczywie utrzymują (jak 



4 L. Popielski 

n. p. E. Zuntz), że wydzielanie soku trzustkowego 1) występuje tylko 
w wyciągu z błony śluzowej dwunastnicy i że 2) wydzielanie to można 
otrzymać oddzielnie od obniżenia ciśnienia krwi. Pogląd ten jednak 
jest zupełnie niesłuszny i całkowicie sprzeczny z faktami. Prawdopodo- 
bną przyczyną tego poglądu jest fakt ustalony przezemnie, że wy- 
ciągi z narządów immunizują zwierzę względem następnych wstrzy- 
kiwań tychże albo innych wyciągów. 

Oczywiście, że autorzy, wprowadzając najpierw wyciąg z błony 
śluzowej dwunastnicy, nie otrzymywali wydzieliny od wyciągu z błony 
śluzowej odbytnicy. W tym ostatnim wypadku zachodzi jednak pewna 
okoliczność, a mianowicie, że wazodilatyna rozpada się pod wpływem 
treści odbytnicy. 

Mając powyższe fakty na względzie, wykonałem badanie nad 
zawartością wazodilatyny z pijawek, dżdżownic i ślimaków. 

Wyciągi kwaśne, przygotowane z pijawek, dżdżownic i ślima- 
ków, przy wprowadzeniu do krwi wywołują obniżenie ciśnienia krwi, 
wydzielanie soku trzustkowego, objawy podniecenia, a następnie de- 
presyi w sposób zupełnie taki sam, w jaki te zjawiska występują 
od wazodilatyny. Należało jednak wykazać, czy ze wspomnianych 
wyciągów da się wyodrębnić wazodilatynę o znanych chemicznych 
własnościach. Okazało się, że wazodilatyna otrzymuje się w stracie 
fosporowolf ramowym, przechodzi do absolutnego alkoholu, nie strąca 
się chlorkiem platyny i chlorkiem kadmowym. Wobec tego należało 
wywnioskować, że w pijawkach, dżdżownicach i ślimakach znajduje 
się wazodilatyna z takiemi samemi fizyologicznemi i chemicznemi 
własnościami, jak i we wszystkich narządach ustroju ciepłokrwistych. 
Jednocześnie stwierdziłem, że wazodilatyna znajduje się, jak w prze- 
dnich tak i w tylnych częściach ciała pijawek, co było ważnem ze 
względu na znaną własność pijawek utrzymywania krwi w stanie 
niekrzepliwem. Okazało się dalej, zgodnie ze znanemi własnościami 
wazodilatyny, że wyciągi z pijawek wywołują niekrzepliwość krwi 
jednocześnie z obniżeniem ciśnienia krwi. Fakt ten ma ogromne 
znaczenie wobec twierdzenia niektórych autorów, że wyciągi z pija- 
wek wywołują niekrzepliwość krwi, nie wywołując wcale zmian 
w ciśnieniu krwi. Co się tyczy niekrzepliwości krwi in vitro (w pro- 
bówce), to takowa występuje, jak od wyciągów z przedniej, tak 
i z tylnej części pijawek. Wobec takiego zachowania się wyciągu 
z pijawek, ważną było rzeczą stwierdzić, jaki wpływ wywiera wa- 
zodilatyna na krzepliwość krwi in vitro (w probówce)? 



O rozpowszechnieniu wazodilatyny 5 

Okazało się, że wazodilatyna in vitro nie znosi krzepliwości 
krwi, która krzepnie w takim samym czasie, jak i bez wazodilatyny. 
Dla doświadczeń tych był użyty rozczyn wazodilatyny bardzo zna- 
czny i w ilości takiej, że wprowadzony do krwi psa wywoływał 
obniżenie krwi prawie do zera i niekrzepliwość krwi zupełną. Stąd 
należy wnosić, że wazodilatyna w ustroju wywołuje niekrzepliwość 
krwi przez to, że wytwarza się pod jej wpływem specyalne ciało, 
znoszące niekrzepliwość krwi. Co się tyczy hirudiny, ciała otrzyma- 
nego z przedniej części pijawek, i wywołującego niekrzepliwość krwi 
in vitro, to pod względem chemicznym jest ona bardzo zbliżona do 
wazodilatyny, jednak nie jest z nią identyczna. 



Piśmiennictwo. 



1. Popielski: Ueber die physiologische Wirkung von Extrakten aus sam- 
tlichen Teilen des Verdauungskanals (Magen, Dick- und Diinndarm) sowie des 
Gehirns, Pankreas und Blutes und iiber die chemischen Ligenschaften der darin 
wirkenden Kórper. Pfluger's Archiv, 1909, t. 128, str. 191—221. 

2. Popielski: O własności moczu obniżania ciśnienia krwi. Gazeta lekar- 
ska, 1910. 

3. Dale and Laidlaw: The physiological action of /?-imidazolyethylamin. 
Journal of physiology, XLI, 5 p. 318 (1910). 

4. Popielski i Panek: Chemische Untersuchung liber das Vasodilatin. 
Pfluger's Archiv (1909), T. 128, str. 222-225. 

5. F. Czubalski : Ueber d. Einfluss des Darmextraktes auf die Blutgerinn- 
barkeit. Tamże (1908), T. 121, str. 395-404 

6. J. Studziński: W sprawie fizyologicznego działania wyciągów z nadner- 
czy. Lwowski Tyg. lekarski, 1910, Nr. 19-21. 

7. J. Studziński: W sprawie fizyologicznego działania wyciągu z przysadki 
mózgowej [hypophysis crebri;. Przegląd lekarski, 1911, Nr. 29—36. 

8. J. Studziński: Ueber die giftigen Eigenschaften des Blutes. Centralblatt 
far Physiologie, 1909; Gazeta lekarska, 1909; Russkij Wracz, 1909. 

9. J. Modrakowski: O fizyologicznych własnościach choliny. Przegląd le- 
karski, 1908. 

10. J. Modrakowski: Ueber die Identitat des blutdrucksenkenden Korpers 
in d. glanula thyreoidea mit dem Vasodilatin. Pfluger's Archiv 1910, T. 133, 
str. 291—304. 



NOWELLE INTERPRETATION 
DU VEES DE LA DIVINE COMEDIE: 

QUEI DUE CHE SEGGON LASSU PIU FELICI 

Par. XXXII, 118. 

par 
EDOUARD POREBOWICZ 



Porębowicz. 



I 

La lutte pour la primautś entre le pouvoir du papę et celui 
de 1'empereur 1 , de mSme que 1'attitude de Dante entre les partis 
sont śgalement bien connues aujourd'hui 2 . D'un cole" Pćcole guelfe: 
Saint Thomas d^ąuin et son plus celebrę disciple Colonna; de 
1'autre i'ścole gibeline faisant remonter son origine dans cette lutte 
jusqu'a Pierre Damiani (XI e s.); ses reprćsentants sont Dante et Mar- 
sile de Padoue. Voici les theses et arguments principaux des deux 
partis: 

La thćorie thomiste du pouvoir se trouve dans le passage clas- 
sique de l'ouvrage De rege et regno (lib. I. cap. 1—2); elle y est 
basśe sur des arguments thćologiąues, juridiąues et historiąues: 
Dans 1'ordre de la naturę ii existe un pouvoir universel: Dieu et 
un pouvoir particulier, semblable au premier, mais en reduction: 
1'homme. Le principe du gouvernement terrestre doit prendre sa 
source dans les principes du gouvernement divin; le but du pouvoir 
terrestre est donc de conduire 1'humanite - vers une vie vertueuse et, 
par cette vie vertueuse, vers la jouissance de Dieu. Mais puisąue 
1'homme ne peut atteindre ce but que par la force divine, ii s'en- 
suit que le commandement meme est le devoir non du gouverne- 
ment humain mais divin, non des rois de cette terre, mais des pre- 
tres et avant tout. du plus grand des pretre^, du successeur du 
Christ, du papę romain. auquel tous les rois chrćtiens doivent etre 



1 Rścemment: Rich. Scholz, Die Publizistik zur Zeit Philipps des Scho- 
nen und Bonifaz VIII. Stuttgart 1903. 

2 Ugo Chiurlo, Le idee politiche di Dante Alighieri e di Fr. Petrarca. 
(Giorn. Dant. vol. XVI, 1908); — K. Vossler, Die gottliche Komódie, I Bd. 2 T. 
Etisch-Polilische Entwicklungsgeschichte, Heidelberg 1907. — Boffito, Dante, 
SantWgostino ed Egidio Colonna (Romano), Firenze 1911. 

s Th. Aąuinatis Opera omnia. Parisiis 1889, vol. 27. opusc. XVI. 

l ł 



4 Edouard Porębowicz 

soumis comme a N.-S. Jśsus-Christ lui-meme. Suivent des preuves 
d'une pareille soumission prises dans 1'Ancien Testament et dans 
Thistoire modernę. 

Gilles Colonna expose sa doctrine dans le traitś polćtniąue 
De potestate ecclesiastica. si approchant du texte de la 
bulle de Boniface VIII: Unam sanctam 1 (1302) que Kraus sup- 
pose Egidę etre Tauteur de cette bulle; ąuant a Scholz, ii pense 
que le papę s'est servi de l'oeuvre d'Egide pour la redaction de la 
bulle 2 . Sa th&se, c'est la suprómatie absolue et m6me le domi- 
nium universale du papę en tant que chef de la chrćtientć; 
les arguments sont puisśs dans 1'Ecriture Sainte, dans la physiąue, 
dans la theologie. (Par exemple dans la lettre de St. Paul, Cor. II. 
15: »Mais 1'homrae spirituel juge de toutes choses, et personne ne 
peut juger de lui«, ou bien dans l'evangile de saint Luc. XXII, 29: 
»C*est pourąuoi je dispose du royaume en votre faveur« et 38: >Et 
ils dirent: Seigneur! voici deux śpśes. Et ii leur dit: Cela suffit*. 
Autre preuve: le corps et 1'ame c'est d'un cótś materia et po- 
tentia et de 1'autre forma et actus: les premiers sont gouver- 
nes par les derniers. 

En face de cette thśorie s'ćlevait le vieil enseignement de 
Pierre Damiani exposś dans Disceptatio synodalis 3 , sur la 
necessite de la pauvrete du clerge (Egidę la combattait de toules 
ses forces) — et sur le droit du pouvoir temporel non seulement 
de nommer les eveques, mais aussi d'employer les moyens necessai- 
res pour la reformę des moeurs ecclesiastiques. 

Dante partait, comme Saint Thomas d'Aquin, du principe que 
letat terrestre etait l'oeuv"re de Dieu (contrairement a Saint-Augu- 
stin qui le considerait comme l'oeuvre de Satan), mais se separait 
irremediablement de son maitre dans la question de la primaute; 
voila sa tragedie et la sources des luttes interieures et des souffrances 
morales qui sont devenues le ferment du poeme divin. Quoique la 
Monarchie semble 6tre une utopie circulant in abstractis, elle 
est visiblement dirigee contrę les ecrits polćmiques du jour et elle 
est elle-meme polemique. 

1 Edit. G. U. Oxilia e G. Boffito. Firenze 1908. 

1 Ce qui est frappant c'est Tidentite du fameux passage: oportet autem 
gladium esse sub gladio et temporalem auctoritatem spirituali subiici potestati. 
Cf. Boffito, Dante etc. p. 23—26. 

8 Mon. Germ. hist.. Libelli de lite, vol. 1 p. 76. 



Nouvelle interprćtation du vers de la Divine ComeMie 5 

Les idćes de Dante sur les rapports entre la papaute" et Fem- 
pire s'elucident dans ses oeuvres; ces idees s'ścartent progressive- 
raent des theories thoraistes. Dans 1'Enfer (II, 20—25) Romę et 
imperium... fur stabiliti per lo loco santo 

ITsiede ii successor del maggior Piero. 

Dans le livre II de la Monarchie se trouve dśveloppee et 
ćtayśe logiąuement 1'idće de 1'śgalite" absolue des deux pouvoirs. De 
meme dans la Lettre aux princes dltalie (§ 5): »a quo (Deo) velut 
a puncto bifurcatur Petri Caesarisąue potestas*. Le livre III (§ 3) est di- 
rige" contrę les decrśtalistes qui proclamaient la suprematie de la 
papaute sur 1'empire. Pour les rapports entre ces deux pouvoirs on 
a trouve" une analogie dans le Soleil et la Lunę; cette analogie, 
dans le Purgatoire (XVI, 107) se transforme en analogie de 
deux soleils śgaux et au lieu de »deux śpśes« ii ya »une 
śpćeetune cross e« (loc. cit. 109). Dans le § 4 le poetę com- 
bat la theorie d'apres laąuelle la monarchie dependerait de 1'Eglise; 
plus loin ii refute les diflerents arguments, entre autres ceux d'Egide. 
Savoir: la preuve par analogie des fils de Jacob: Levi et Juda 
(§ 5); — la preuve tiree du pouvoir de Samuel qui óta a Satil le 
gouvernement royal (§ 6); — la preuve tiree des mages qui rendi- 
rent hommage a Jesus (§7); — la preuve tirśe des paroles de 
TEvangile: »ce que vous liśrez sur la terre* (§ 8); — ou bien des 
mots »voici deux śpees* (§ 9); — la preuve tiree de Thistoire de 
Constantin et de sa donation. — Les deux pouvoirs, dans la suitę de 
1'argumentation sont rśduits a 1'unite qui est Dieu (§ 11); ensuite 
viennent les conclusions, rśsultat de la critiqne prścćdente: »prae- 
fatam auctoritatem (imperatoris) immediate dependere a culmine 
totiusentis, qui Deus est«; 1'empire n'a pas obtenu son pouvoir de 
1'Eglise, puisąu' ii existait avant la fondation de l'Eglise (§ 12). II n'y 
a pas śgalement de raison de penser que 1'Eglise possede le droit 
de transmettre le pouvoir temporel a 1'empereur (§ 13); enfin le pou- 
voir temporel de 1'Eglise serait en dśsaccord avec son devoir morał 
(§ 14). Puis vient (§ 15) la conclusion connue qui s'harmonise — 
disons-le — avec le point de depart de Saint Thomas d'Aqnin, 
mais qui differe totalement de sa conclusion: »Opus fuit homini du- 
plici directivo. secundum duplicem finem; scilicet summo pontifice. 
qui secundum revelata humanum genus perduceret ad vitam aeter- 



6 Edouard Porębowicz 

nam; et imperatora, qui secundum philosophica documenta genus 
humanutn ad temporalem felicitatem dirigeret«. 

On ne peut opposer a cette doctrine si explicite les passages 
des oeuvres de Dante ou le poetę marąue une certaine dśference, 
une soumission fiiiale de 1'empereur a 1'egard du chef le 1'Eglise. La 
fin de la Monarchie surtout est caracteristicjue: »Que ąuidem ve- 
ritas ultime ąuestionis (c'est a dire le pouroir impśrial venant de 
Dieu) non sic stricte reeipienda est, ut romanus princeps in aliguo 
romano nontifici non subiaceat: cum mortalis ista felicitas quodam 
modo ad immortalem felicitatem ordinatur. Ilia igitur reverentia 
Caesar utatur ad Petrum, qua primogenitus filius debet uti ad pa- 
trem«... II va sans dire que Dante, dans le passage ci-dessus, n'en- 
tend point aneantir sa these de »l'egalite d'S deux pouvoirs«; autre- 
ment la Monarchie n'aurait pas de raison d'śtre. 

Mais cette ćgalite m6me ne semble pas aux jeunes dantologues 
le dernier degre de la pensee politico-morale de Dante. Et tandis 
que K. Vossler, dans son dernier livre, constatant chez Dante la 
conception de 1'empiie comme institut on independante et de Dieu 
comme ultime »remedium contra infirmitatem peccati* 
hesite a admettre la consequence de Dante - polemistę et pense que 
le poetę a fixe sa thćorie par une contemplation mystique de la 
puissance supśrieure du papę 1 , du cóte italien au contraire, com 
mence agermer 1'idee que la suprematie du principe monarchique est 
la derniere expression de la foi de Dante. M. Solmi, dans sa criti- 
que du livre de Vossler 2 , dit que l'idśal politique de la monarchie 
universelle est nś, non seulement de la tradition, mais aussi de la 
necessite de creer un pouvoir directeur superieur parmi les organi- 
sations des groupes s< ciaux et autonomiques: communes, republiques: 
principautes. royaumes en lesquels se divise rinquiete societe du 
Moyen Age. De m6me le professeur Parodi, un des commentateurs 
contemporains les plus sagaces, dit en essayant une nouvelle expli- 
cation de 1'allegorie du Chant XXXII du Purgatoire (Le Char de 
1'Eglise et TArbre de 1'Empire): 1 »L'allegorie ne peut śtre appliquće 



1 K. Vossler, 1. cit. p. 430. M. Chiurlo remarąue avec raison que M. 
Vossler affaiblit, sans fournir de preuves suffisantes. la fermete de la thśorie 
dantesąue (1. cit. p. 93). 

8 Buli. Soc. Dant, XV, 248. 

■ Buli. Soc. Dant., XVI, 260-85, p. 270. 



Nouvelle interpretation du vers de la Divine Comćdie 7 

dans celle forme raide. On ne peut non plus concevoir »rarbre« 
comme symbole des conceptions: libre arbitre, obeissance, droit di- 
vin ou droit eternel, royaume divin. justice, droit« \ M. Parodi 2 ren- 
voie plutót a 1'ancienne interprśtation de Dollinger: »La dśfense de 
toucher a 1'arbre de la science a etó le commencement du droit, 
du gouvernement, du devoir d'obćissance. Le sens de cette idee 
0'etait la fondation du plus haut pouvoir temporel, c'est a dire. de 
1'Empire qui est 1'origine de la lśgislation et le dśfenseur du droit. 
L'arbre devient alors le symbole du pouvoir imperial, de la monarchie 
romaine*. II nie pourtant que la signification de 1'allegorie soit exclusive- 
ment morale; au contraire, elle eststrictementpolitiąue: »L'arbre, en tant 
que ius naturale (c'est-a-dire humanum), naturalis iusti- 
t i a est identiąue a 1'empire, parce que la justice naturelle. rćflćtee dans 
la conscience de chaque individu, manifeste 1'unitó ideale de 1'empire un 
et unique. L'arbre du Paradis terrestre explique" par Dante comme 
etant le ius humanum e?t, par suitę, la plus haute et la plus 
forte expression de son systeme politico-moral. En dćpit des tbeo- 
ries des theologiens qui bouleversent presque le droit naturel fonde 
d'apres eux sur le droit divin, Dante place justement ce droit na- 
turel a la t6te de 1'ordre de l'univers et ii montre que le premier 
droit divin impose le devoir d'obćissance envers le droit humain... 
II y a la un ennoblissement de la naturę humaine; elle est delivrśe 
de la malćdiction des thóologiens; 3 on y voit aussi une nouvelle 
forme de Thutnanisme de Dante, une nouvelle historiosophie, la pro- 
clamation de la suprśmatie du peuple romain. reprśsentant de la 
monarchie, d'apres le droit naturel donnę dans le Paradis*. Le prof. 
Parodi. contrairement aux opinions śtablies, pense que 1'idśe monar- 
chique de Dante s'est dśveloppóe a mesure qu'avancait la Divine 
Comedie. Aux environs de Tan 1300. Dante, guelfe, acceptait la 
doctrine thomiste de la suprematie du papę; ensuite ii s'unit aux 
gibelins; mais mścontent de leurs thśories sur la suprematie de 
1'empire ii fit » parte da se,« crea son propre parti et sa propre 



1 Ajoutons encore les autres explications: croix, Romę, morale, Eglise etc. 

* L. cit. p. 271, notę. 

» De Gilles Colonna, par exemple, pour qui le droit naturel est de si peu 
de poids que d'apres lui: Dąuilibet nascitur natura filius irae;... nullus princeps 
erit dignus et verus princeps nisi sit per Ecclesiam regeneratus spiritualiter*. 



g Edouard Porębowicz 

theorie de l'independance des deux chefs de 1'humanite. Le peche" 
pour leąuel Dante-philosophe est repris par Beatrice dans le Purga- 
toire, c'est »d'avoir meconnu cette veritć que 1'empire n'a pas ćte" 
crće" pour 1'Eglise (comme ii le disait dans la Comedie, Inf. II, 22), 
mais qu'il a comme elle une source divine. De plus Dieu a fonde" 
1'empire dans le Paradis terrestre avant la fondation de 1'Eglise, 
en crśant le premier homme; par la premierę de ses lois saintes et 
irrevocables ii a fait de cet empire le but du respect et de 1'obeis- 
sance de tous les hommes*. Cette idśe de Pśminent dantologue 
semble trouver son appui dans un fait insuffisamment apprecie jus- 
qu'a prósent, a savoir: la determination exacte de la place d'Adam 
qui siege au premier rang dans la Rosę mystique. Yoila comment 
se presente ce curieux et important probleme. 



n. 

Dans 1'Empiree, la plus haute sphere du Ciel, Dante est ad- 
mis a contempler la Rosę mystique; Saint Bernard lui montre les 
ames bienheureuses assises dans la gloire celeste et placćes a des 
degres plus o u moins ślevśs comme les pótales d'une fleur. D'un 
cóte, a la place la plus haute siege la Sainte-Vierge; en face d*elle, 
Saint-Jean Baptiste; sur les etages infórieurs: aux pieds de la Sainte- 
Yierge se trouvent Saint Francois, Saint Benoit, Saint Augustin, etc. 
Par ce demi- cercie toute la Rosę se divise en deux moities: 1'une 
est destinśe a 1'Ancien Testament, Fautre au Nouveau Testament. 
Ainsi Beatrice est assise du cóte" chretien, au troisieme rang; aux 
cótśs de la Sainte-Vierge sont places Adam et Pierre, aux cótćs de 
Saint Jean Baptiste se trouvent Sainte Lucie et Sainte Annę. Le 
texte de la Divine Comedie semble expressement indiquer leur places: 

Quei due che seggon lassu phi felici, 

Per esser propinąuissimi ad Augusta. 

Son d'esta rosa quasi due radici. 
Colui che da sinistra le s^ggiusta, 

E ii padre, per lo cui ardito gusto 

L'umana specie tanto amaro gusta. 
Dal destro vedi quel padre vetusto 

Di santa Chiesa, cui Cristo le chiavi 

Raccomandó di ąuesto fior venusto. 
E quei che vide tutt' i tempi gravi, 



Nouvelle interprśtation du vcrs de la Divine Comedie 9 

Pria che morisse, delia bella sposa 

Che s'acquistó eon la lancia e coi chiavi, 
Siede lungh'esso, e lungo 1'altro posa 

Quel duca, sotto cui visse di manna 

La gente ingrata, mobile e ritrosa. 
Di contro a Piętro vedi seder Anna, 

Tanto contenta di mirar sua figlia, 

Che non muove occhi per cantare Osanna. 
E contro al maggior padre di famiglia 

Siede Lucia, che mosse la tua donna 

Quando chinavi, a ruinar, le ciglia. 

En approfondissant cette description on s'aperi;.oit que 1'image 
de la Rosę n'y apparait pas tout a fait clairement. Au premier 
abord, en depit de Fapparente clarle du texte, on ne sait ou est le 
cóte droit et le cóte" gauche. II va sans dire qu'il importerait gran- 
dement de dćterminer 1'intention du poetę; cela indiąuerait en effet 
comment Dante concevait le role et la dignitć d'Adam par rapport 
a Pierre et ąuelle place ii leur designait dans la Gloire. La pre- 
mierę place est sans aucun doute a la droite de la Sainte-Vierge. 
Pour dćcouvrir 1'intention cachee du poetę »sotto ii velame degli 
versi strani« on peut s'aider: 1° de la lettre du texte; 2° de la 
glosę des commentateurs; 3° de 1'iconographie; 4° de 1'attitude de 
Dante a 1'egard des figures de la Divine Comedie; 5° de sa manierę 
habituelle de compter le cole" droit et le cótć gauche. 

1° On peut expliquer le texte de deux facons: Colui che 
da sinistra le s'aggiusta peut egalement signifier (la syntaxe 
restant tout aussi correcte dans l'un que dans 1'autre cas) ou bien: 
celui qui du cóte" gauche la touche, ou bien: celui du cóte gauche 
qui la touche; dans le premier cas le cóte" gauche se comptera 
d'apres les personnages et Adam sera a gauche, dans le second ii 
se comptera d'apres le spectateur et Adam sera a droite de la 
Sainte - Vierge. A destra ou Dal destro vedi: a la droite ou: 
a sa droite; dans ce dernier cas Saint Pierre oceuperait une place 
superieure a celle d'Adam. Une chose est certaine: si Adam est 
a la gauche de la Sainte Yierge, Sainte Lucie, pour etre en face 
de lui, doit etre assise a gauche de Saint -Jean; autrement elle se 
trouverait dans la partie de 1'ancien Testament. Car on a tres jus- 
tement dćfini la Rosę mystique comrae ćtant une sorte de »table 



10 Edouard Porębowicz 

ronde* i ou bien une sorte d'amphitheatre; 2 les convives ont leurs 
vis- a- vis sur les points opposes du cercie. Cest pourąuoi ii est 
impossible d'admettre le commentaire du prof. T. Gasini qui ; ayant 
adrais que Pierre est a droite et Adam a gauche de la Sainte- 
Vierge, continue ainsi: 3 »En face de Saint Pierre, a gauche de Saint 
Jean Baptiste se trouve la merę de la Sainte-Vierge; en face d'Adam, 
a droite de Jean se trouve Sainte Lucie*. 

2°. Parmi les plus anciens commentateurs. les uns passent sous 
silence la ąuestion de la suprematie des Saints. les autres ne s'ex- 
priment pas clairement, d'autres enfin, reconnaissent la suprematie 
de Saint Pierre. Le fils du poetę. Piętro 4 , en ne commentant que 
les passages essentiels et 1'allegorie generale du poeme, gardę le 
silence sur ce point; dans les Gloses sur Dante, faussement attri- 
buees a Boccace et publiees d'apres deux cocles de la bibliotheąue 
Riccardiana 5 ii y a une sorte d'opinion śmise d'apres laąuelle Saint- 
Bernard indiąue que les cótes se comptent d'apres le spectateur: 
»E dicie laltore che comincio prima amostrare alchuno delvechio 
tesfatnento dallamano sinistra edicie chel primo che gli mostro fu 
Adamo. E poi dicie che dal diritto lato gli mostro san Piero*. Fr. 
da Buti 6 dit avec intention d'une facon generale: »da sinistra Adamo, 
da destra Piero*. Benv. Rambaldi da Imola 7 admet qu'Adam et 
les Juifs sont assis a gauche de la Sainte Yierge, tandis que Saint 
Pierre et les Chretiens sont assis a sa droite: »quegli che da sinistra 
b vicino a Maria e Adamo, — dal destro lato vicino a Maria e san 
Piero*. Enfin TAnonyme florentin 8 comprend aussi expressśment: »or 
guarda dalia sinistra parte di Nostra Donna, che quello che piu le 
s'avvicina. si e Adamo... Dal lato destro di N. D., si e santo Piero*. 
Les commentateurs modernes ont etabll 1'opinion d'apres laquelle 
Adam est assis a gauche et Saint - Pierre a droite de la Sainte- 



1 A. Galassini, I cieli danteschi. Firenze 1894, p. 79. 

2 R. Fornaciari, Lectura Dantis. II Canto XXXII del Paradiso. Firenze 
1904, p. 8. 

3 La Divina Commedia. ed. Casini, Comm. ad XXXII, 133—136. 

4 Petri Allegheri Commentarium. ed. Nanucci. Florentiae 1846. 
* Chiose sopra Dante, ed. Vernan. Firenze 1846, p. 707. 

8 Fr. da Buti, ed. Giannini. Pisa 1862. t. III, p. 846. 

7 B. R. da I., Commento latino sulla D. C, voltato in italiano dal av. 
G. Tamburini. Imola 1856, vol. III, p. 302. 

8 Anonimo fiorentino, ed. Fanfani. Bologna 1873, t. III, p. 390—1. 



Nouvelle interpretation du vcrs de la Divine Comćdie 11 

Vierge; — je ne connais pas d'opinion contraire 1 . Ils donnent pour 
raison que le Nouveau Testament est plus respectable que 1'Ancien 
(Fraticelli, Scartazzini). Ils ne prennent pas gardę que ce Nouveau 
Testament, d'apres leur propre manierę de eompter se trouvera 
a gauche de Saint- Jean et que par consequent ii aura perdu la su- 
prematie de ce cóte. Au contraire, par cette ingenieuse idee de la 
>table ronde* ou le »basbout« n'existe pas, Dante aurait voulu 
adoucir les differences hiśrarchiques entre les deux testaments tout 
en conservant la hierarchie des personnes. Cest de cette hierarchie 
qu'il faut partir — comme nous le verrons, pour dśterrniner la si- 
tuation d'Adam et de Pierre. 

3°. L'iconographie dantesque n'elucide rien; les miniatures des 
manuscrits de la Divine Comśdie qui reprćsentent la Rosę mystique 
n'illustrent pas a proprement parler le poeme; elles sont 1'image 
soit du Couronnement de la Sainte-Vierge, soit de la Gloire cćleste 
avec la Sainte - Trinite executee d'apre3 les formules consacrćes. 
Aucun peintre de fresques, aucun enlumineur de manuscrits n'aurait 
ose aller contrę l'orthodoxie. Parmi les descriptions faites par Volk- 
mann 2 ii n'y a pas un seul exemple ou 1'on puisse reconnaitre la 
vision du poetę. Ainsi, dans le manuscrit de la bibliotheque Trivul- 
ziana a Milan, datę de 1347 (n. 1080) 1'initiale du Paradis represente 
le Couronnement de la Sainte-Vierge assise au milieu des anges. 
Le ms. de la bibliotheque Palatina a Parmę, de la seconde moitie 
du XlV e siecle (n. 3285), reprśsen!e en cet endroit la Sainte Tri- 
nitś en mandorle; au-dessous d'elle est assise Beatrix; plus bas, a la 
porte du Paradis, se 1rouvent Saint Jean et Saint Pierre; dans la 
majorite des miniatures, ce n'est pas la Sainte-Vierge qui est assise 
au milieu, mais bien Jesus Christ en mandorle; ii a la Sainte-Vierge 
a sa droite et Saint -Jean Baptiste a sa gauche (ainsi dans le ms. 
de la Bibl. nat. a Paris, ital. 72, reproduit chez Volkmann, tabl. IV). 
Cest d'ailleurs la disposition-type. 

L'iconographie extra - dantesque, soit byzantine sncienne, soit 
italienne modernę, ne connait pas egalement de disposition qui rap- 
pelle la Rosę mystique. Les mosai'ques chrśtiennes qui reprósentent 



1 Ils considerent ce fait comme indiscutable. Cf. R. Fornaciari, l.cit. p. 24 
et Parodi, Fanfulla delia Domenica, a. XXX, n. 19 (1908). 

2 Volkmann. Iconografia dantesca, ed. italiana a cura di G. Locella. Fi- 
renze 1898 



12 Edouard Porębowicz 

le Paradis, et publiees par Ciampini (t. I, pi. 65, 67, fig. 2; 68; t. II, 
pi. 16, 28, 38, 44, 45, 51, etc.) 3 ne permettent pas de pressentir la 
conception de Dante qui, par suitę, est neuve et extremement hardie 
si 1'on considere les traditions de la peinture religieuse. Ni les mosai- 
ques byzantines ni les fresąues italiens ne representent jamais 
la Sainte-Yierge avec Adam et Saint-Pierre. Aucun des savants ne 
cite rien de semblable: pas plus Detzel 2 que Guenebault 8 , Wessely*, 
Kraus 5 . De mśme, dans la representation du Jugement dernier le 
scheraa reste loin de la vision dantesąue. Ainsi dans la mosaiąue 
byzantine de Torcello pres de Venise (Kraus, II, p. 375) Jesus- 
Christ en mandorle a la Sainte - Vierge a sa droite et Saint - Jean 
Baptiste a sa gauche. La ou apparait Adam, ce n'est jamais comrae 
correspondant a Saint-Pierre, mais comme le doyen des personna- 
ges de 1'Ancien Testament. Ainsi dans le fresąue de S-ta Maria No- 
vel!a a Florence (Kraus. II, 1, p. 349 — 50) Jesus Christ est assis 
entre Adam et Eve; dans le merveilleux Jugement dernier de Fra 
Angelico a FAcademie de Florence on peut, a cause de son air 
venerable deviner Adam dans le premier vieillard assis a la droite 
de la Vierge; ce qui ne suffit pas pour rapprocher les deux con- 
ceptions. Si donc aucune lumiere venue de ce cóte n'eclaire 1'inten- 
tion du poetę, ii faut 1'elucider par des apercus tirćs du fond de 1'oeu- 
vre meme. 

4. La hierarchie des personnages du poeme constitue de tout 
1'abord la clef de Tenigme. Elle apparait avec l'exactitude propre 
au Moyen Age dans tous les groupes de maudits, de penitents et de 
saints. Parmi les poetes, le premier nomme est Homere (Inf. IV. 88); 
parmi les philosophes (IV, 181), Aristote; dans la vallee fleurie du 
Purgatoire (VII), parmi les princes avides de gloire terrestre, le pre- 
mier cite" est 1'empereur Rodolphe (94). Dans le Paradis la gradation 
est scrupuleusement maintenue. D'abord apparaissent les esprits en- 
core voiles de 1'ombre de leur faute. Ensuite viennent les esprits 
bienfaiteurs, les esprits charitables, les docteurs de 1'Eglise, les mar- 
tyrs de la foi et les guerriers, les princes justes et sages, les esprits 
contemplatifs, les esprits triomphants, Pierre. Jacąues, Jean et apres 

1 Ciampini J., Vetera raonimenta. Romae 1690—99, 2 vol. 

2 Detzel, Christliche Ikonographie, 1894. 

s Guenebault, Dictionnaire iconographiąue, 1845. 

* Wessely, Ikonographie Gottes und der Heiligen, 1845. 

s Kraus, Geschichte der christlichen Kunst, 1896—1908. 



Nouvelle interprćtation du vers de la Divine Comedie 13 

eux Adam, le dernier dans le rang des hommes; ensuite viennent 
les hierarchies des anges, la Sainte - Vierge, la Sainte Tnnite. La 
place si eminente occupee par Adam est motivśe a) par le poetę 
lui-meme, b) par 1'opinion etablie soit des Peres de TEghse et des 
theologiens. soit de la tradition des legendes chretiennes. 

a) Par le poetę lui-meme. Adam »queir uom che non nacąue* 
(Par. VII, 26) est, a cóte de Jesus-Christ incarne, le plus sagę des 
hommes' Si Saint-Thomas disait de Salomon: >a veder tanto non 
surse ii secondo* (Par. X, 114), ii rapportait cette sagesse uniąue- 
ment a la dignite royale; le plus sagę des rois, comme ii l'inter- 
prete plus loin (XIII, 31 et sq.). 

b) Par les Peres de 1'Eglise, les theologiens et la tradition, 
Adam śtait le plus sagę des hommes. Saint - Augustin dit que nos 
esprits compares a celui d'Adam »plumbei iudicantur* (L. IV, c. LXXV 
P L. 1. XLV. col. 1381). Saint-Thomas dit qu'il a ete du premier abord 
cree parfait (I a q. XCIV a 3 )etqu'il possedait toute science humaine: 
.omniurn scientiarum, in quibus homo natus est instruu. La theolo- 
gie nouvelle enumere menie ce qu'Adam savait: »I1 croyait sans 
aucun doute en Dieu; ii connaissait probablement le mystere de la 
Sainte-Trinitś et meme le mystere de Tlncarnation K 

Adam est le representant de Fhumanite; de plus ii est le pre- 
mier organisme d'ou est sortie l'humanite entiere qui y etait con- 
tenue tout d'abord, d'apres les vieilles theories biologiques. Saint 
Augustin ścrit: >Omnes fuimus enim in illo uno, quando omnes fui- 
mus ille unus (De civ. Dei L. XIII c. 14). 

Adam est le symbole du Christ. Le Christ est un second Adam. 
Saint Paul dans une epitre aux Romains V, 18, dit: >Comme donc 
c'est par un seul póche que la condamnation est venue sur tous 
les hommes, de meme Cest par une seule justice que tous les hom- 
mes recevront la justification qui donnę la vie«. De meme dans son 
Epitre I-er aux Cor. XV, 21: »Car puisque la mort est venue par un 
homme, la resurrection des morts est venue aussi par un hom- 
me« Et XV 45: »Le premier homme, Adam, a śte" fait avec 
une'ame vivante; mais le dernier Adam est un Esprit vivifiant«. 
Adam est donc tout ensemble 1'analogie et 1'antithese du Christ; 
Saint-Augustin voit la l'ordre de la justice: »El qualis forma nisi in 
contrari<»?«. (I, II c. XXVII. P. L. XXIV, col. 462). 

i X. le Bacbelet, Dictionnaire de thćologie catholiąue, I, col. 374. 



14 Edouard Porębowicz 

Adam, le premier et le plus śininent des hommes a etć aussi 
rachete le premier parmi les personnages de 1'Ancien Testament. 
Sa redemption est admise comme certaine par les Peres de 1'Eglise: 
Saint Auguslin (Ep. a Enode. Epist. CLXIV n. b. P. L. XXXIII, col. 
711), Irenśe, Tertullien, Origene, Gregoire de Nazianze, Jśróme. 
D*apres la tradition legendaire ou iconographiąue. ii a ete" le pre- 
mier tirś hors de 1'Enfer. Nous lisons dans l'evangile apocryphe de 
Nicodeme. c. 25; »Dominus autem tenens manum Adae tradidit 
(eum) Michaeli archangelo*. Cest d'apres cette scenę populaire qu'a 
ete composee la mosaiąue detruite de S-ta Maria in Praesepe, dans 
TEglise de Saint-Pierre (VIII s.) et a Sainte-Praxede (IX s.); de m&ne 
sur le fresąue de Santa Maria Novella l . 

5. La manierę constante de compter la droite et la gauche 
est le criterium le plus certain parmi tous ceux que Ton emploie 
pour resoudre la ąnestion. Dante compte toujours du point de vue 
du spectateur; ii suit le sens de Toeil qui regarde 1'horizon ou de 
la main qui ścrit. La ou ii reprśsente un groupe de scenes ou de 
personnages, ii les nomme en commencant par la gauche; on peut 
vśrifier ce fait en examinant chacun des cas. 

Inf. p. IX. Du haut de la tour qui gardę 1'entree de la ville 
de Dis trois furies se penchent vers les voyageurs. Virgile les mon- 
tre a Dante. 

Guarda... le feroci Erine. 
Quest'e Megera, dal sinistro canto; 

Quella che piange dal destro, e Aletto; 
Tesifone e nel mezzo (v. 45—8). 

La position des spectateurs ainsi que la facon de prśsenter 
rappellent la scenę de la Rosę mystiąne; ici et la on pourrait en 
apparence donner u ne double explication. Scartazzini dit que canto 
signifie »le cóte de la tour* et ii cite Benrenuto da Imola qui explique 
que Megere est a gauche de Tisiphone »quia est peior quantum ad 
scandalum in foro civili«. Parmi les plus recents commentateurs 
L. Filomusi-Guelfi 2 , en interpretant le symbole de Megere, Alecto 
et Tisiphone selon la classification des peches d'apres Saint Jean 

1 Cf. Legenda aurea: Du mys ere de la eroix, II, 8; — Kraus, 1. cit. II. 
1, p. 349— 5U; — Detzel, 1. cit. I, p. 463. 
s Giorn. dant. vol. XVUI, p. 121. 



NouveIle interprśtation du vers de la Divine Comćdie 15 

(concupiscenza delia carne, concupiscenza degli occhi, superbia 
delia vita) *, pense qu'Aleeto est a droite comme moins nuisible et 
Megere a gauche comme ćtant plus mauvaise; ii ne dit pourtant 
pas s'il compte la droite et la gauche d'apres les personnages 
ou d'apres les spectateurs. L'interprćtation de Scartazzini est arbi- 
traire; si 1'on prend en considśration le style du passage, ii est dif- 
ficile d'admettre que Virgile veuille dire »le flanc de la tour«; ii au- 
rait dit la ou auparavant » canto delia torre«. De plus le mot canto 
chez Dante signifie frćquemment »cóte«. Ainsi dans Purg. III, 89: 

La luce in terra dal mio destro canto. 

II sera plus simple d'appliquer tout le cours des enseignements 
de Yirgile au mot guarda et d'interpreter qu'il montre en comp- 
tant de gauche a droite. Le criterium hiśrarchique mene ćgalement 
a cette conclusion, mais dans le sens oppose - a celui de Benvenuto. 
Puisque Mśgere est en realitś la plus mauvaise, elle doit se tenir 
a droite de Tisiphone. comme ćtant plus haute dans la dignitó du 
mai; par la se fortifierait 1'opinion que Dante compte de gauche 
a droite. 

Inf. C. XII. Cercie des violents; ils nagent dans le sang, gar- 
dśs par les centaures, que Virgile montre a Dante d'apres leur im- 
portance: »Quegli a Nesso, — quel di mezzo e'l gran Chirone, — 
Quel'altro e Folio « (v. 67 — 70). Ils sont placśs en face; Nessus, le 
plus cćlebre, est a droite de Ghiron, ce qui apparalt dans les vers 
suivants: 

Chiron se volse in su la destra poppa E disse a Nesso (v. 97—98). 
Par consequent le poetę les regarde et les ónumere en comptant 
de gauche a droite. 

Inf. C. XVII. Cercie des usuriers. Les damnśs sont enfouis 
dans le sable brulant au bord d'un precipice. Dante ayant quitte 
Górion s'avance vers la droite (scendemmo alla destra mamella, v. 
31) et śtant parvenu jusqu'a eux, ii commence leur revue par la 
gauche; Gianfigliazzi, Ubriacchi, Scrovigni. A cótć de Scrovigni la 
place est vide; elle est destinće a Vitaliano: 

ii mio vicin Vitaliano 
Sedera qui dal mio sinistro fianco (v. 68—9). 



1 Pour les autres interpretations vuyez Flamini : I significati rcconditi 
delia Commedia di Dante. Livorno 1904, t. II, p. 50. 



ig Edouard Porębowicz 

Inf. C. XXXIV. Dante decrit les trois visages de la tete de 
Lucifer. Le visage de devant est pourpre. celui de droite est jaune- 
pale. celui de gauche est noir. 

E la destra parea tra bianca e gialla; 
La sinistra a veder era tal, qualł 
Yengon di la, onde ii Nilo s'avvalla (v. 43—5). 

Par conseąuent, la egalement le poetę corapte de gauche a droite. 
Purg. C. X. Dante mesure des yeux la largeur de la terrasse 
et par habitude ii tracę un arc dans la direction usuelle. 

E ąuanto 1'occhio mio potea trar d'ale 
Or dal sinistro ed or dal destro flanco, 
Questa cornice mi parea cotale (v. 25 — 27). 

De ra^rae lorsqu*il examine les scenes scuiptees dans le socle. 
La position des spectateurs est telle que Dante marche a gauche 
de Virgile (v. 48). De son cóte ii voit la scenę de 1'Annonciation 
(v. 34 — 45): pour examiner la suivante ii doit depasser son guide 
et Dante decrit son inouvement avec une grandę exactitude (v. 
49-54). 

Purg. C. XXVIII— XXXII. Dans 1'allśgorie de la procession mys- 
tiąue, le cóte droit et gauche du char jouent un role important; 
d'apres la position de Dante et de Mathilde devant le Miracle qui 
passe, on peut conjecturer dans quel ordre le poetę reprśsente la 
scenę: 

Tre donnę in giro, dalia destra ruota Venian danzando (XXIX. 
121—2) — et plus loin:... Dalia sinistra quattro facean festa (v. 130). 

De quel cóte du spectateur se trouve la roue droite et la roue 
gauche du char? Nous le saurons d'apres les positions successives 
du poetę, decrites avec une grandę exactitude intentionnelle: Dante 
ayant penetre dans le bois a rencontre d'abord le courant du Le- 
the qui coule vers la gauche. >inver sinistra*, c'est-a-dire vers le 
nord (XXVIII. 26). Mathilde. de Pautre bord du fleuve lui parle des 
merveilles du Paradis, apres quoi elle se dirige en amont du fleuve: 
» Al lor si mosse contra ii fiurne«. et le poetę fait de m£me (XXIX, 
7 — 8); par consćquent ii avance vers la droite et vers le midi. 
Cent pas plus loin la riviere se tourne vers 1'orient, c'est-a-dire vers 
la gauche: >per modo ch'a levante mi rendei* (XXIX, 12); le poe- 
tę suit toujours le bord de Teau. Sur 1'autre bord, le cortege mys- 
tique arrive de rorient: >si movea incontro di noi« (XXIX, 59). 



Nouvelle interprśtation du vers de la Divine Comśdie 17 

Dante s'arrete; son cóte" gauche est tourne vers l'eau; »l'acqua 
splendea dal sinistro fianco« (XXIX— 67). Lorsąue le char s'est ar- 
r6tś, ii se tourne vers lui de face. En enumćrant les personnages 
places pres de la roue droite, ii procede donc dans Fordre habituel: 
ii compte de gauche a droite. Et plus loin: ąuand les trois vierges 
(les trois vertus thśologales) 1'arrachent a la contemplation de Bća- 
trix, ii tourne tout de suitę les yeux a gauche: »ver la sinistra* 
(XXXII, 8—9). 

Parad. C. X. Dans le ąuatrieme ciel ensoleillś, une guirlande 
d'esprits tourne autour de Dante et de Beatrix. Elle s'arrete ; et 
l'un des bienheureux, Saint Thomas d'Aquin, lui montre ses com- 
pagnons. En cet endroit la manierę de compter est differente; mais 
c'est une exception qui confirme la regle. Celui qui parle compte 
a partir de la droite: 

»Questi, che m'e a destra piu vicino, Frate e maestro fummi...« 
Donc Albert de Cologne, Gratien, Piętro Lombardo, Salomon, Denis, 
Paul Orosius, Boece, Isidore de Bede, Richard de Saint-Victor (v. 
97 — 132). Le dernier, Siger, fermę le cercie: 

»Questi onde a me ritorna ii tuo riguardo« (v. 133), et ii se trouve 
a gauche de Saint Thomas. La manierę de compter est changee 
parce que c'est Saint - Thomas qui fait les honneurs; la revue se 
fait d'apres celui qui parle et non pas d'apres le spectateur. 

Parad. C. XV. Dans la planetę Mars apparait 1'image de la 
croix a bras ćgaux. Du cote de l'un des bras se voit une etoile. 
Cest Cacciaguida, a'ieul du poetę. 

»Tale, dal como che in destro si stende 

Al pie di ąuella croce corse un astro* (v. 19 — 20). 

Scartazzini entend: sur le bras droit de la croix; ce qui est 
inadmissible, si 1'on remarque que le poetę, quelle que fut d'ailleurs 
sa vśnśration pour 1'ai'eul de sa familie, ne pouvait le placer avant 
les guerriers cćlebres que Cacciaguida enumere lui-meme avec une 
grandę connaissance de la hierarchie et de la chronologie (XVIII, 
38—48): Josue, Macchabee, Charlemagne, Roland, Guillaume, Renou- 
ard, Godefroi de Bouillon. La politesse exigeait de designer une 
place plus modeste au chef de la famillle des Alighieris; cette place 
se trouve dans le coin, dans le bras gauche de la croix. Ce qui 
fortifierait encore 1'opinion que poetę compte destro et sinistro 
d'apres lui-meme. 

Porębowicz. » 



Ig Edouard Porębo wicz 

Parad. C. XVIII. Dans la sixieme sphere, celle de Jupiter, les 
esprits enflammes en etincelant tour a tour forment un verset: »Di- 
ligite iustitiam qui iudicatis terram*, et le poetę, voulant nous ren- 
dre visible cette scenę de la formation du vers, dit comment ii no- 
tait les lettres les unes apres les autres: 

Mostrarsi dunąue in cinque volte sette 
Vocali e consonanti ; ed io notai 
Le parti si come mi parver dette (v. 88—90) 

c'est-a-dire dans 1'ordre ou elles se succedaient de gauche a droite. 

Parad. C. XX. Les esprits etincelants sont loges dans la tete 
de 1'Aigle. embleme de 1'empire romain. L'aigle doit &tre tourne 
de profil vers la gauche, car c'est sa formę heraldiąue. Le poetę 
nomme les esprits l'un apres 1'autre: David est loge dans la pru- 
nelle; parmi les cinq autres, le plus proche du bec, par conseąuent 
le plus a gauche est 1'empereur Trajan; puis viennent Ezechiel, 
l'empereur Constantin, Guillaume II, Rifee (v. 37 — 69). 

Parad. C XXVII. Dans le ciel cristallin. Un moment aupara- 
vant le pcete se trouvait dans la constellation des Gemeaux et dans 
le meridien de Jerusalem; puis ayant parcouru. par suitę du mou- 
vement du ciel, 90° vers Test, ii contemple le detroit de Gibraltar 
et la Phenicie. Puisqu'il regarde du cóte des antipodes. ii a Gibral- 
tar a sa gauche et la Phenicie, c'est-a-dire 1'Egypte, a sa droite; le 
poetę les enumere dans cet ordre: 

Si ch'io vedea di la da Gade ii varco 
Folie d'Ulisse, e di qua presso ii lito 
Nel qual si fece Europa dolce carco (v. 82 — ■£). 

La manierę de compter de Dante ne semble donc pas 6tre 
douteuse et si 1'argumentation ci-dessus est stire, Adam a la place 
la plus honorable a droite de la Sainte-Vierge. La situation m6me 
exige une telle explication: Dante et Saint-Bernard se trouvent en 
bas, a la section fictive du cóne ouvert a la partie supśrieure. II 
faut se representer le gęste indicateur: 

>Dal destro vedi quel padre vetusto<, et rappeler le dramati- 
que du style de Dante pour que 1'hypothese devienne certitude. 

II y a encore d'autres moyens de vśrification. En face d'Adam 
est assise Lucie, en face de Pierre, Annę. Mais de quel cótć de 



Nouvelle interpretation du vers de la Divine Comśdie 19 

Saint-Jean Baptiste? Cela n'apparait pas dans le texte; ii semblerait 
tout d'abord qu'Anne, ^tant la merę de la Sainte-Vierge, dut avoir 
la premierę place. Mais ii convient de remarąuer qu'a 1'epoąue de 
Dante le culte officiel de Sainte-Anne n'existait pas encore, au moins 
dans 1'eglise romaine; ii n'a ćtć introduit qu'en 1378. D'autre part, 
quoique le nom de Sainte-Anne soit populaire grace aux evangiles 
apocryphes tels que le Protoevangile de Saint-Jacques ou l'evangile de 
nativitate Mariae, elle n'apparait pourtant pas en personne dans la 
Divine Comedie; elle est nouimee ici ponr la premierę et la der- 
niere fois et ce serait une surprise que de lui donner la premierę 
place. 

Par contrę Lucie est dans le poeme un personnage de pre- 
mierę importance: messagere de la Sainte - Vierge a Beatrix (Inf. 
II, 97), protectrice de Dante aux portes du Purgatoire (Purg. IX, 
55), symbole de la grace »sans laquelle ii n'y a pas de salut*. que 
ce soit la grace illuminante ou la grace justifiante comme le pre- 
tend M. Fr. Flamini l apres Jacques di Dante. Enfin tout le voyage 
du poetę depuis les tśnebres du pechć jusqu'aux clartes du salut 
s'est accompli grace a trois Femmes: ii a etś rendu possible par 
la pitiś de la Donna gentile, la grace de Lucie, 1'intelligence c'est a 
dire, 1'amour de Beatrix. Le poetę ne pouvait designer a Lucie qu'une 
des places les plus importantes, a droite de Saint-Jean Baptiste. 
Par suitę la place d'Adam se trouve delerminee avec toute l'exacti- 
tude desirable. 

III. 

La hardiesse avec laquelle Dante a donnę a Adam une place 
si haute dans le choeur des bienheureux doit avoir une cause plus 
importante qu'une simple necessite de composition, de division de 
la Rosę en deux parties: TAncien et le Nouveau Testament. L' An- 
cien Testament commence, ii est vrai, par Adam, mais le Nouveau 
ne commence pas par Saint-Pierre qui ne peut etre considśre comme 
le »Pere du christianisme*. Dans la derniere vision de Dante se 
cache un symbole gśneral et superieur a toute chose temporelle; 
sa signification apparaitra par l'exegese du texte et par un adju- 
vant dont les nouveaux commentateurs se servent volontiers, a sa- 

1 Fr. Flamini, 1. cit. t. II, p. 156. 



20 



Edouard Porebowicz 



voir: les analogies des deux premieres parties du poeme qui est. 
comme on sait, un chef-d'oeuvre de construction harmonieuse. 

La preuve par analogie est tres importante pour l'exegese dan- 
tesąue et bien souvent decisive. La scenę finale de 1'Enfer et la vi- 
sion finale du Purgatoire annoncent que le probleme des rapports 
de la papaute et de 1'empire se trouvera pose et definitivement re- 
solu dans la Rosę mystiąue. Les trois visions finales des trois mon- 
des de la Divine Comedie expriment probablement la mSme idee, 
mais par des moyens de plus en plus eleves. d'apres la formule 
thśologiąue qui distingue trois especes et trois degres de visions: 
corporalis, imagmaria, intellectualis, ou bien litteralis ; moralis. ana 
gogica 1 . Dans 1'Enfer, comme antithese du monarąue et de 1'empire 
d'institution divine, est placć Lucifer, 1'Antechrist qui devore les 
traitres a 1'idee d'empire et le traitre a Tidee chretienne qui doit etre 
rćalisee dans 1'Eglise. Cette vision explicite ne suggere pas de doutes 
et n'exige pas d'eclaircissements. La vision du Purgatoire, plus com- 
pliquee et plus obscure, suscite beaucoup d'explications qui n'ont 
cesse de naitre jusqu'aujourd'hui. Elle est allegorique dans toute l'ac- 
ception du mot. L'arbre du Paradis terrestre est le troisieme (le 
premier, Purg. XXII, 133, etait 1'arbre de vie; le second, Purg. XXIV, 
103, śtait l'arbre de la science); et comme tous les Stres et les 
symboles du Paradis sont les prototypes des etres et des conceptions 
terrestres, par consequent ce troisieme arbre est egalement 1'idee, 
le symbole du droit. Le poetę, par Torgane du Grifion-Christ l'ap- 
pelle: »la semence de justice« »seme d'ogni giusto« (Purg. XXXII, 
48). En m'appuyant sur ce point acquis je vais essayer d'expliquer 
1'allćgorie de la facon suivante: >Io sentii mormorare a tutti » A da- 
mo* (XXXII, 37) est un reproche adressś a 1'ancetre d'avoir viole 
le premier droit. L'idee de la plus haute justice et de la legislation 
est inseparable chez Dante d'avec 1'idśe de la monarchie: la juslice 
est un attribut principal a cóte de 1'amour et de la sagesse (Conv. 
IV, 17). »Pianta despogliata« (v. 38) c'est, par suitę, 1'empire dś- 
pouillś non de ses vertus, comme le veulent les commentateurs (par 
ex. Scartazzini), mais dćpouille de ses droits de suprematie. Le Grif- 
fon -Christ est bśni parce qu'il n'a jamais diminue 1'empire dans ses 
droits; au contraire ii a ordonne de rendre a Cesar ce qui appar- 



1 Au sujet des trois degres de vision comparez : Enr. Proto, La conce- 
zione del Paradiso. Giorn. Dant. XVIII (1910), p. 93—6. 



Nouvelle intcrprćtation du vers de la Divine Comćdie 21 

tenait a Cesar. La Curie romaine, qui enleve ses droits au monar- 
que, se tord dans la douleur (la lecon torce et non torse semble 
etre plus juste) et se trouve frappee d'irapuissance. Puis vient la 
scenę ou le Griffon attache le Char a 1'Arbre. 

E vólto al terno ch'egli avea tirato, 
Trasselo al pie delia vedova frasca 1 
E quel di lei a lei lasció legato (v. 49—51). 

Les commentateurs expliquent »quel di lei«: »le timon du char, 
en formę de croix«, avec une allusion a la lógende de la croix du 
Christ faite de la souche de 1'arbre sous lequel Adam avait pśche. 
Parodi 2 admet 1'allusion a la legendę, mais a 1'encontre de tous les 
commentateurs italiens et etrangers et pour des raisons de syntaxe 
ii propose l'explication suivante: »I1 Grifone (fa) di una fronda 
delPAlbero un vincolo, che mette in comunicazione e lega insieme 
Albero e Carro«. Mais puisqu'une fois ii a fallu nous engager 
sur le terrain epineux de cette symbolique etrange, remarquons que 
les branches de l'arbre etaient courtes a la base et qu'elles s'elar- 
gissaient vers le haut en donnant, par ce moyen, a l'arbre la formę 
d'un cóne renversó (v. 40); de plus, elles etaient seches comme 
en hiver, apres la chute des feuilles (v. 52 — 4), et par consequent 
peu aptes a faire un noeud. Pour le prof. Parodi ii s'agit d'obtenir 
le symbole suivant: »le Griffon a attache le Char de FEglise a l'in- 
stitution de 1'Empire par le droit naturel de la suprematie du pou- 
voir monarchique«. On peut cependant arriver a ce mśme symbole 
au moyen d'une interprótation plus simple, sans allusion a l'arbre 
de la croix, allusion inattendue, puisque Dante ne dit rien de la formę 
du timon. »E quel di lei a lei lasció legato* s'expliquerait plutót ainsi: 
ayant attache a lui ce qui venait de lui, ii le lui laissa. Le poetę 
ne dit pas lego, mais lasció legato, ou lasció est la fonction 
principale d'ou dćrive 1'idće d'analogie avec les mots de l'6vangile: 
Rends a Cesar ce qui est a Cćsar. Je comprends par q u e 1 di lei 
la matiere du timon en bois terrestre, tandis que le reste du char 
etait de naturę cćleste. Symboliquement cela voudrait dire: la dire- 
ction temporelle du Char de 1'Eglise est un pouvoir legitime consti- 



1 Romę abandonnee par Tempereur s'appelle ćgalement »vedova Roma< 
(Purg. VI, 113). 

» L. cit., p. 271. 



22 Edouard Porębowicz 

tuć par une partie du supremę pouvoir monarchiąue transmise 
a 1'Eglise; ce pouvoir est acluelhment rendu a 1'empire par le gęsie 
du Griffon-Christ, selon le commendement de l'Evangile et 1'idee de 
Pierre Daraiani. Et roici que 1'empire. monarchie temporelle, se 
couvre a nouveau de verdure pour le bien de toute 1'humanitś. Ici 
commence pour lui un role noiweau, une nouvelle epoąue. Mais 
»pour l'exemple«, Beatrix, par la suitę, etale devant le poetę le 
tableau retrospectif des destinees de 1'Eglise (v. 109— 160) K L'autre 
etait la vision de l'avenir r6vć et desirć; ici, c'est la vision du passe 
orageux et des horreurs du present; ces deux visions sont nettement 
separees par l'evanouissement de Dante (v. 64 — 70) qui indiąue tou- 
jours dans le poeme le passage d'un monde dans 1'autre (Inf. III, 
136; Purg. IX, 11. etc) II les contemple uniąuement pour les de- 
crire aux hommes ; afin de les instruire: »in pro del mondo che 
mai vive« (V. 103); ąuand a lui, ii ne s'attriste pas, ii ne souffre pas, 
quoiqu'un des episodes (v. 154 — 5) soit justement sa propre histoire. 
Ainsi eclaircie, Texegese du texte permet plus facilement de 
trouver l'idee vraie. Le poetę dit qu'Adam et Pierre sont *les raci- 
nes de la Rosę mystique«. La Rosę n'est pas la societe des ćlus, 
ce n'est pas »l'Eglise« dans le sens thomiste, comme derniere formę 
de la socićte des fideles apres Taccompiissement des temps — 
Rifóe n'apnartient mśme pas a la chretiente; — c'est plutot 1'huma- 
nite sauvóe, assise dans 1'eternelle beatitude. La beatitude. autre- 
ment dit le retour a la premierę cause qui est Dieu, c'est le but 
finał de 1'humanite: »che ii sommo desiderio di ciascuna cosa e prima 
dalia natura dato, e lo ritornare al suo principio* (Gonv. IV, 12). 
La beatitude terrestre, la paix universelle (pax universalis, Mon. I, 
5) qui rendaient possibles le perfectionnement individuel, 1'emploi 
de la force propre (operationem propriae virtutis, Mon. III, 15). pour 
arriver par elle a jouir de la vue du visage divin (fruitionem di- 
vini aspectus, 1. c.) 2 , telle etait la condition de la beatitude terre- 
stre. Et de m6me que le papę etait le soleil qui indique la voie de 
Dieu, de mśme le monarque etait le soleil qui mene au bonheur 
terrestre. Par consequent Adam et Pierre doivent 6tre ici les repre- 
sentants des deux principales institutions terrestres. Cette explica- 



1 On trouve des rćtrospections semblables dans 1'Enfer: le recit de la 
fondation de Mantoue, patrie de Virgile; dans le Paradis le rćcit des destinees 
de 1'empire romain par PAigle de Justinien. 



Nouvelle interpretation du vers de la Divine Comćdie 23 

tion est confirmee par des ćpithetes: Pun est »maggior padre di fa- 
milia*, 1'autre est le »padre velusto di santa chiesa*; l'un est pere 
et chef de 1'humanitć, 1'autre est le chef de 1'Eglise. 

La vision contemplee dans 1'Empyree donnę la solution du 
probleme, raais transfśre dans des regions lointaines, loin de la 
rćalitó et des vaines affaires temporelles. Cette vision n'est comprć- 
hensible entierement que pour les yeux qui ont deja secoue" la 
poussiere terrestre, pour les esprits assainis et lavśs dans la source 
de la science, — »inteletti sani«, comrae le poetę les appelle ail- 
leurs (Inf. IX, 61). 

La Merę de Dieu, dans la Rosę mystiąue, ce n'est plus la 
» Donna pietosa« qui sauve le pecheur; e'est la reine rev&tue du 
surnom d'» Augusta*. L 1 Empyree, c'est la Jerusalem celeste a la- 
ąuelle correspond, sur la terre, civitas, equivalent chez Dante 
a c i viii t as. Elle a ótć preparee par les deux chefs de la terre: 
1'empereur et le papę et c'est pour cela qu'ils sont eclaires par les plus 
lumineux rayons de la gloire; ils sont d'ailleurs pris ici entierement 
comme abstractions; celui d'entre eux qui des la creation du monde 
śtait destine" a la róalisation de cette c i v i 1 i t a s, le premier homme, 
le premier chef, symbole de 1'humanite et symbole du droit, prend 
la place privilegiee. Est-ce la »la verita ascosa« de la vision finale? 
Dante ne desirait pas elre trop facilement compris, ii s'en dćfendait 
meme; ii śtait partisan de la »maniere obscure* d'Arnold Daniel 
et ii chassait avec mepris ceux qui voulaient le suivre sur 1'ocóan 
»in piccioletta barca«. Les commentateurs devront encore longtemps 
peiner avant de decouvrir sa pensee entiere; le symbole dantesque, 
comme tous les symboles, admet beaucoup d'explications et sera en- 
core construit de plusieurs facons bien diffśrentes; sans 6tre neces- 
sairement le seul possible, le present commentaire, basś sur des 
faits evidents, nous semble avoir sa bonne raison d'6tre. 



O POMYŚLNYCH WYNIKACH 

ZASTOSOWANIA MOJEJ METODY 
PRZYWRACANIA ŻYCIA 



poda/ 

JAN PRUS 



Prus. 



Gdy w roku 1899 na podstawie setki doświadczeń, wykona- 
nych na zwierzętach, wyraziłem nadzieję, że moją metodę przywra- 
cania życia za pomocą mięsienia serca i sztucznego oddychania mo- 
żna będzie zastosować skutecznie w przypadkach nagłej śmierci 
u ludzi *, nie mogłem uwolnić się od niepokojącej myśli, czy nawet 
w tym przypadku, gdyby powiodło się pobudzić serce i rdzeń prze- 
dłużony do samoistnej regularnej czynności, odzyska kora mózgowa 
swą prawidłową pobudliwość; doświadczenia bowiem na zwierzętach 
wykonane, wykazywały, że w niektórych przypadkach czynność kory 
mózgowej jest jeszcze przez pewien czas, i to nawet przez kilka dni 
upośledzona. 

Pomnąc, że kora mózgowa człowieka oddziaływa już tak łatwo 
na zmniejszenie dopływu krwi zawieszeniem swej czynności (omdle- 
nie, utrata przytomności), mogłem się obawiać, że zupełne wstrzy- 
manie krążenia krwi w mózgu, trwające przez kilka lub kilkadzie- 
siąt minut, pociągnąć musi za sobą trwałe wygaśnięcie pobudliwości 
kory mózgowej, i że ludzie, których udałoby się przywrócić do życia 
za pomocą mej metody, podobnie zachowywać się będą, jak ludzie 



1 Prus: Wykład w Tow. lek. lwowskiem dnia 11 listopada 1899. 

Prus: »0 wskrzeszaniu w przypadkach śmierci z uduszenia, otrucia 
chloroformem lub rażenia prądem elektrycznymi (Księga pamiątkowa, wydana 
przez Uniwersytet lwowski ku uczczeniu 50U- letniego jubileuszu Uniwersytetu 
krakowskiego. 1900). 

Prus: »0 wskrzeszaniu w przypadkach śmierci z uduszenia, otrucia chlo- 
roformem lub rażenia prądem elektrycznym*. (Przegląd lekarski 1900). 

Prus: »Ueher die Wiederbelebung in Todesfallen in Folgie von Erstickung, 
Chloroformvergiftung und elektrischem Sehlage«. (Wiener klinische Wochen- 
schrift 1900). 

Prus: »Sur les moyeris a employer contrę la mort due a la suffocation 
a Tintoxication chloroformiąue et a la dćcharge ćlectrique«. (Archives de mćde- 
cine experimentale et d'anatomie pathologiąue, fondes par I. M. Charcot N. 3. 
iMai 1901). 

1* 



4. Jan Prus 

ze zniszczoną korą mózgową, jak n. p. ludzie w ostatnim okresie 
rozmiękczenia mózgu, lub nawet jeszcze gorzej, jak ludzie nieprzy- 
tomni, n. p. w okresie śpiączki (sopor) lub zapadu (coma). To też 
z niezwykłym niepokojem wyczekiwałem pierwszych sprawozdań 
o wynikach zastosowania mojej metody. 

W roku 1901 dnia 24 października powiodło się Maagowi 
w Danii (Ma ag: >Ein Yersuch der Wiederbelebung [ad modum 
Prus] eines in Chloroformnarkose verstorbenen Mannes«. Centralblatt 
f. Chirurgie 1901, Nr. 1) za pomocą mojej metody przywrócić życie 
mężczyźnie 27- letniemu, zmarłemu skutkiem uśpienia chloroformem, 
operowanego z powodu rwy kulszowej. Gdy wszystkie zabiegi lekar- 
skie, stosowane przez ćwierć godziny, nie odniosły żadnego skutku, 
wykonał M a a g po 15 minutach tracheotomię i otworzył klatkę pier- 
siową za pomocą resekcyi trzeciej i czwartej chrząstki żebrowej. 
Serce było zupełnie wiotkie i nie okazywało żadnego śladu drgań. Pod 
wpływem miarowego uciskania serca odsłoniętego pojawiły się wkrótce 
naprzód słabe ruchy serca, później zaczęło serce stopniowo bić co- 
raz silniej samoistnie. Pół godziny później pojawił się pierwszy sa- 
moistny oddech, a po dwóch godzinach oddechy były już tak silne, 
że można było wstrzymać sztuczne oddechanie i zaszyć ranę, utwo- 
rzoną na klatce piersiowej i szyi. 

Po ośmiu godzinach atoli chory przestał żyć z powodu odmy 
piersiowej, wśród odsłaniania bowiem serca zraniono worek opłu- 
cno wy; chory nie wrócił do przytomności. 

Na pytanie, dlaczego przytomność nie wróciła, trudno odpo- 
wiedzieć. Ani chloroformu nie było zawiele (bo 15 gramów tylko), 
ani w ustroju nie było żadnej choroby poprzednio, któraby mogła 
utratę przytomności tłómaczyć. Może zatrucie C0 2 z powodu niedo- 
statecznego oddychania, wskutek odmy piersiowej. W każdym razie 
pobudliwość kory mózgowej była obniżona, prawdopodobnie z tego 
powodu, że przez pewien czas krew nie krążyła w mózgu. 

Wobec tego przypadek ten nie rozwiał mych obaw, lecz prze- 
ciwnie je zwiększył. Wytłómaczenie śmierci jest w tym przypadku 
rzeczą podrzędną. Czy to odma, czy krwawienie, czy przepełnienie 
jelit powietrzem, jest to rzecz mniejszej wagi, w każdym razie od- 
dychanie było niedostateczne. 

Dnia 18 grudnia 1902 doc. chirurgii dr. Sick w Kilonii (Cen- 
tralbl. f. Chirurgie 1903) przywrócił do życia piętnastoletniego chłopca, 
który już więcej niż godzinę nie okazywał żadnych śladów życia 



O pomyślnych wynikach przywracania życia 5 

skutkiem zatrucia chloroformem. Z powodu puchliny brzusznej, na tle 
gruźliczem powstałej, wykonano u tego chłopca laparotomię i wypu- 
szczono litr płynu surowiczego mętnego, przyczem stwierdzono, że 
otrzewna ścienna i trzewiowa tudzież krezka pokryta była licznymi 
gruzełkami, dochodzącymi do wielkości soczewicy, a wątroba i śle- 
dziona były powiększone. Gdy ranę zaszywano, zaczął chory silnie 
tłocznię brzuszną napinać i wymiotować, dano choremu ponownie 
nieco chloroformu, by uzyskać rychłe uspokojenie się chorego. Skoro 
tylko chory się uspokoił, wstrzymano podawanie chloroformu, pomimo 
tego jednak po 5 — 10 minutach pojawiła się nagle sinica, a tętno zni- 
knęło. Oddech trwał jeszcze chwilkę, poczem ustał. Uciskanie klatki 
piersiowej według KOniga i Maasa, oraz sztuczne oddychanie, po- 
czem oddech samoistny wrócił na jedne minutę. Źrenice rozszerzone 
ad maximum, zwęziły się znowu, tętno niewyczuwalne, lecz tony serca 
słyszalne, jeżeli się nie łudzono. Po chwilce atoli ustaje oddychanie, 
a w sercu nie można dosłuchać się żadnej akcyi. Dalsza półgo- 
dzinna praca bez rezultatu, wówczas Sick, czyniąc zadość prośbie 
kolegów, otworzył klatkę piersiową według metody Rottera i od- 
słonił serce. 

Przekonano się, że serce jest zupełnie wiotkie i bez śladu ru- 
chu, zimne. Pod wpływem sztucznego oddychania i miarowego uci- 
skania serca (mięsienia), tudzież po zastosowaniu ciepłych okładów, 
często zmienianych, pojawiły się robaczkowe, nieregularne skurcze 
serca, a po kilku minutach pierwsze ruchy serca, które można było 
określić jako wyraźny skurcz komórek. 

Pół godziny później serce biło regularnie i oddech powrócił. 
Źrenice były zwężone, barwa twarzy różowa, tętno silne. Ranę osier- 
dzia zaszyto katgutem. W dwie godziny po operacyi chory 
powrócił do przytomności i żalił się na pragnienie 
i duszność. Oddech 60. Tętno 144. Przez 24 godzin utrzymywano 
chorego przy życiu przy pomocy kamfory. Wreszcie powstaje zapad 
(collapsus), duszność się powiększa i chory traci przytomność, w trzy 
godziny później umiera. 

Sekcya wykazała bardzo daleko posuniętą gruźlicę otrzewnej 
i krezki i obustronne dawne zapalenie opłucnej (gruźlicze, Pericar- 
ditis fibrinosa). 

Przypadek ten usunął już wszystkie moje wątpliwości co do 
wytrzymałości kory mózgowej na dłuższe wstrzymanie krążenia krwi 
w mózgu. Skoro bowiem, pomimo jednogodzinnego ustania krążenia 



g Jan Prus 

krwi z powodu zupełnego porażenia serca, kora mózgowa powróciła 
do prawidłowej czynności, i to po l 1 /* godziny od chwili śmierci 
osobnika — nie może już ulegać najmniejszej wątpliwości, że z chwilą 
ustania krążenia krwi w mózgu nie nastaje natychmiast obumarcie 
komórek nerwowych, w skład kory wchodzących. Przeciwnie, ko- 
mórki te, aczkolwiek dotychczas określano je jako nadzwyczaj wra- 
żliwe na wszelkie zaburzenia w krążeniu, są (jak to w tym przy- 
padku się okazało), dość wytrzymałe i znieść mogą brak krążenia 
krwi co najmniej przez jedne godzinę, zanim ulegną obumarciu. 
O tern, że żywotność komórek nerwowych kory mózgowej i w ogóle 
centralnego układu nerwowego jest mniejsza, niż włókien central- 
nego układu nerwowego, wiemy już dawno, a to na podstawie do- 
świadczeń Ehrlicha i Briegera. Jeżeli zaciśniemy tętnicę główną brzu- 
szną na pół godziny, a następnie usuniemy zacisk i przywrócimy 
krążenie krwi. to zwierzę dozna porażenia tylnych kończyn, w rdze- 
niu zaś nastąpi obumarcie istoty szarej w części lędźwiowej rdzenia 
pacierzowego. Doświadczenia te wskazują, że w ogólności substaneya 
szara jest mniej odporna na wstrzymanie krążenia krwi. Na pyta- 
nie, dlaczego nastąpiło stosunkowo rychło obumarcie szarej substan- 
cyi. podczas gdy z moich doświadczeń nad wskrzeszeniem w\nika, 
iż nawet szara substaneya dość jest odporna — odpowiem, że w do- 
świadczeniach Briegera stosunki krążenia w rdzeniu bardzo gwałto- 
wnie się zmieniają, t. j. nagle krążenie ustaje i nagle krążenie po- 
wraca po zdjęciu przewiązki z aorty, i że wskutek tego naczynia 
krwionośne w szarej substancyi rdzenia pękają, powstają wybro- 
czyny do rdzenia. Przypuszczani, że gdyby krążenie krwi przywra- 
cano w szarej substancyi rdzenia powoli, nie przyszłoby do obu- 
marcia szarej istoty rdzenia nawet w tych przypadkach, gdyby 
wstrzymanie krążenia trwało dwie godziny lub nawet dłużej. 

Od czasu ogłoszenia przypadku Sieka byłem już zupełnie 
spokojny o dalszy los mojej metody i jak najgłębiej przeświadczony, 
że w przypadku odpowiednim pomyślny wynik po zastosowaniu 
mojej metody musi się ujawnić. W przekonaniu tern umocniłem się 
jeszcze więcej, gdy w roku 1902 A. Mer gar i w pracy pod tytu- 
łem: >Contributo al massaggio diretto del cuore (Nuovo Raccogli- 
tore Medico Nr. 4. Aprile 1902) ogłosił przypadek śmierci dwule- 
tniego dziecięcia, które umarło skutkiem dławca krtani (croup). 

Gdy po trzech kwadransach, mimo sztucznego oddychania, 
żaden ślad życia się nie pojawił, otworzył Mer gar i klatkę pier- 



O pomyślnych wynikach przywracania życia 7 

siową przez resekcyę czwartej chrząstki żebrowej, a przekonawszy 
się, że serce nie okazuje najmniejszego ruchu ani drgań włókienko- 
wych, rozpoczął mięsienie serca przez rytmiczne uciskanie serca pal- 
cami ręki prawej. Po 10 minutach serce stało się twardsze, nastę- 
pnie zaczęły się drgania włókienkowe, a potem ślad skurczu; później 
serce funkcyonowało z siłą i z pewną regularnością, następnie wró- 
ciły oddechy samoistne, twarz się zaróżowiła, a tętno powróciło. 
Jeden zacisk spłoził się, powstało krwawienie; naczynia broczące 
podwiązano. Serce jednak przestało bić. Jakkolwiek ten przypadek 
również nie zakończył się pomyślnie, to jednak M erg ar i przepo- 
wiada mej metodzie powodzenie, kończąc swą pracę temi słowy: 

» Certo si e peró, che ąuando qualunqae altro mezzo sia riuscito 
insufficiente a richiamare in vita un individuo colto da morte im- 
prowisa, ogni chirurgo e autorizzato a tentare ii metodo del Prus 
per attivare la funzione cardiaca e respiratoria, gia spente; ed e a spe- 
rare che non sara lungi ii giorno in cui brillera un primo successo, 
seguito da molti, a ąuesto audace e geniale tentalivo«. 

I Przypadek pomyślnego zastosowania mojej metody. (Lancet 
22 novemb. 1902) \ 

W pół roku później, a mianowicie w listopadzie 1902, powiodło 
się Lane'owi (opis podał Starling) przy wrócić do życia mężczyznę 
65-letniego, który w czasie operacyi, przedsięwziętej z powodu za- 
palenia wyrostka robaczkowego, umarł skutkiem narkozy eterem. Po 
odcięciu wyrostka robaczkowego ustała powoli zupełnie czynność 
serca i oddychania. Gdy zwykłe sposoby ratowania (sztuczne oddy- 
chanie i pociąganie za język) nie odniosły skutku, Lane wpro- 
wadził rękę przez nacięcie powłok brzusznych w dołku podserco- 
wym i rozpoczął uciskać miarowo serce przez nietkniętą przeponę, 
stosując równocześnie sztuczne oddychanie. Wkrótce, bo po dwóch 
lub trzech uciśnieniach serca, zaczęło się serce kurczyć, tętna atoli 
nie można było jeszcze wyczuć. Po dalszem mięsieniu serca i sztu- 
cznem oddychaniu pojawił się po 12 minutach pierwszy samoistny 
oddech i można było już wyczuć tętno w tętnicy sprychowej. Wów- 
czas dokończono operacyi w okolicy wyrostka robaczkowego już bez 
użycia środków znieczulających i obie rany zaszyto. Chory ten wy- 
zdrowiał zupełnie. Jest to więc pierwszy pomyślny przypadek przy- 



1 Według Lenormant: »Le massage du coeur chez 1'homme en parti- 
culier dans la syncope chloroformiąue* Revue de Chirurgie 1906. 



g Jan Prus 

wrócenia człowieka do życia według mojej metody, i to pomimo 
tego, że u chorego była wada serca, objawiająca się szmerem nad 
koniuszkiem serca. Przebieg pooperacyjny był prawidłowy, chory 
odczuwał tylko lekki ból, w wysokości przepony, przez pierwsze 
dwa dni. 

II Przypadek. (Cohen. Journal of the Americ. medic. As- 
sociat. 7 novemb. 1903 r.). (Według Lenormant). 

Kobieta 32-letnia. Cystovarium sinistrum adhaerens. Operacya. 
(Ovariotomia). 

Narkoza chloroformem, pozycya Trendelenburga, Laparotomia. 
W 15 minut od chwili rozpoczęcia operacyi nagła sinica i zniknięcie 
tętna, następnie zatrzymanie oddychania. Sztuczne oddychanie przez 
2 minuty bez skutku. Cohen wprowadził rękę lewą do brzucha aż 
do przepony, następnie obrócił rękę tak. że dłoń była zwrócona ku 
górze, wyczuł serce nieruchome, wiotkie. Druga ręka na klatce pier- 
siowej. Uciskanie rytmiczne. Po 40 sekundach uczuł Cohen lekkie 
uderzenie serca, potem coraz silniejsze, z początku powolne, później 
szybsze. Po minucie (od początku mięsienia) było 80 uderzeń na 
minutę, oddech samoistny powrócił, a po dwóch minutach stan nor- 
malny. D. lej chloroform. Po pół godziny operacya ukończona. Wy- 
zdrowienie. 

III Przypadek ogłosił Igelsrud 1904. Keen. Therapeutic- 
Gazette 1904. (Według Lenormant). 

Kobieta 43 lat; cachexia. carcinoma uteri (wycięcie macicy 
całkowite przez powłoki brzuszne). Narkoza chloroformowa. Zapad 
pod koniec operacyi. 

Oddychanie sztuczne, faradyzacya nerwu przeponowego przez 
3 — 4 minut bez skutku. Igelsrud przeciął 4 te i 5-te żebro po 
stronie lewej, otworzył pericardium i odsłonił serce zupełnie nieru- 
chome. Początek mięsienia serca 3 — 4 minut po pojawieniu się syn- 
kope. Po minucie uciskania rytmicznego serca powróciły ruchy sa- 
moistne, które stopniowo się wzmagały. Gdy pojawiło się już tętno, 
znowu serce osłabło. Ponowne mięsienie przez 1 minutę, poczem 
czynność serca regularna. Po pięciu tygodniach wyzdrowienie. 

IT Przypadek. Sen cert, 17 April 1905. Societe de biolo- 
gie 1905. (Według Lenormant). 

Mężczyzna lat 51. bardzo wychudzony i kachektyczny. Lapa- 
rotomia z powodu guza przewodu żółciowego i kamicy żółciowej. 

Operacya po raz drugi 17/IV 1905. Chloroform. Wśród ope- 



O pomyślnych wynikach przywracania życia 9 

racyi kilka drgań konwulsyjnych, poczem oddech i czynność serca 
nagle ustaje; chory okazuje wszystkie oznaki śmierci. Twarz blada, 
trupia, źrenice rozszerzone, tętna brak. Zarządzono sztuczne oddy- 
chanie i rytmiczne pociąganie języka; nacieranie całego ciała (flagel- 
latio), wstrzykiwanie podskórne eteru. Zabiegi te przez 7 — 8 minut 
nie przyniosły żadnego rezultatu, a ręka, którą operator trzymał 
w jamie brzusznej, nie wykazywała tętna aorty. Wówczas skierował 
operator swą rękę ku przeponie, tak że mógł przez nienaruszoną 
przeponę uciskać palcami koniuszek serca i część komórkową. Pa- 
lec wielki spoczywał z przodu, inne palce z tyłu uciskały rytmicznie 
serce. Z początku było serce wiotkie i puste; przepona nie stawiała 
żadnego oporu. Po pięciu minutach mięsienia zauważył, że mięsień 
sercowy jędrnieje, i że serce zwiększa swą pojemność i twardość. 
Po jakimś czasie uczuł pierwszy samoistny skurcz serca, poczem 
była krótka pauza, a następnie rozpoczęły się rytmiczne uderzenia 
serca, z początku słabe, później coraz silniejsze. 

Tętna nie można było jeszcze wyczuć w tętnicy sprychowej. 
W dwie minuty później pojawił się pierwszy samoistny oddech. 
W tym samym czasie zaróżowiła się twarz, źrenice się zwężyły, 
tętno powróciło, i to dobrze napięte. Już bez dalszej narkozy do- 
kończono operacyi, a chory zbudził się wkrótce. Wieczorem i na- 
stępnych dni żalił się tylko na nieznaczne bóle międzyżebrowe. 

Wynik: wyzdrowienie. 

V Przypadek. Smith-Daglish, Novembr. 1905. British. medic. 
Journal 1905. (Według Lenormant). 

Mężczyzna 63 lat, lekka miażdżyca tętnic, uśpiony chlorofor- 
mem celem zbadania odbytnicy. Gdy nastał już głęboki sen, zatrzy- 
mał się nagle oddech i puls. źrenice rozszerzyły się, a twarz zsi- 
niała. Pociąganie za język, sztuczne oddychanie, injekcya strychniny — 
bez skutku. Trzy minuty później (licząc od zniknięcia tętna i odde- 
chu) otwarto bardzo szybko, bez dezinfekcyi rąk, brzuch w linii 
środkowej, tuż pod wyrostkiem mieczykowatym. Zaczęto uciskać 
serce zupełnie wiotkie przez nienaruszoną przeponę ku tylnej ścianie 
żeber i mostka ruchem >petrissement«. Komórki, jakkolwiek mięk- 
kie, poczęły okazywać lekkie drgnięcia, w dalszym ciągu mięsienia 
pojawiły się słabe skurcze, a w minutę później zaczęło serce bić 
regularnie. Po kilku minutach zaszyto ranę brzuszną. 

Wyzdrowienie zupełne. 



jO J an P rus 

TI Przypadek. C o n k 1 i n g 1 . New York and Philadelphia med. 
Journal 1905 -. 

Mężczyzna — zranienie klatki piersiowej nożem w okolicy 
2- go i 4 -go lewego żebra. Zranioną była opłucna i osierdzie. Opa- 
trywanie rany w lekkiej narkozie eterowej, przyczem nastąpiło za- 
trzymanie ruchów serca. Sztuczne oddychanie bez skutku. Po dwóch 
minutach rytmiczne uciskanie serca jeszcze odsłoniętego między wiel- 
kim palcem a palcem wskazującym. Wynik mięsienia: po z j i do 1 
minuty samoistna czynność serca. Tamponada rany. Analeptica. Je- 
szcze przez całą noc wielkie osłabienie. 

Wynik: wyzdrowienie. 

YII Przypadek Gray I. Lancet 1905. (Według Cackovica). 

Kobieta 60- letnia. Synkope pod koniec ovariotomii. Pacyentka 
staje się blada, nastaje wstrzymanie ruchów serca i oddychania. 
Rodzaju narkozy nie podano. Sztuczne oddychanie bez skutku. 
Wprowadzono rękę do brzucha i uciskano serce wiotkie rytmicznie 
(przez nienaruszoną przeponę). Wynik mięsienia: po 2 — 3 uciśnię- 
ciach serce zaczyna bić i przybiera rytm prawidłowy. 

Wynik: wyleczenie. 

TUI Przypadek. Ramsay. Intercolonial medical Journal of 
Australasia 1906. (Według Cackovica). 

Kobieta lat 27. Operacya prolapsus uteri. Narkoza: chloroform 
i eter; 5 minut po skończeniu usypiania wymioty i tętno przepu- 
szczające. Po 4 minutach ustaje oddech, pomimo sztucznego odde- 
chania. Mięsienie serca podprzeponowe. Wynik mięsienia: po jednej 
minucie powraca pulsacya ; z początku słaba, później coraz mocniejsza, 
a wkrótce pojawia się samoistny oddech. W trzy godziny później 
tętno 168. nieregularne, przepuszczające. Oddechów 28 na minutę. 
Chora śpi cztery godziny, potem deliria (majaczenie). Następnego 
dnia stan jest o wiele lepszy. 

Wynik: wyzdrowienie. 

IX Przypadek. Gross i Sen cert II 17 Juli 1906. Archives 
provinciales de chirurgie 1906. (Według Gacko vi ca). 

Mężczyzna lat 59. Gastrostomia z powodu carcinoma oesophagi. 
Narkoza chloroformowa. Przy nacięciu skórnem nagle zatrzymanie 



1 Gross, Semert, Mauclaire i Zesas nazywają: Corning. 

2 Według Cackovica: »Ueber directe Massage des Herzens ais Mittel 
zur Wiederbelebur.gt. Archiv. f. klin. Chirurgie 1909. Tom 88. 



O pomyślnych wynikach przywracania życia 11 

oddychania i czynności serca. Chory jest blady. Sztuczne oddychanie, 
pociąganie języka i t. d. bez skutku. Po 6 — 8 minutach bezskute- 
cznych usiłowań, nacięcie powyżej pępka. Ujęto palcami serce przez 
wiotką przeponę i zaczęto rytmicznie uciskać. Wynik mięsienia: po 
2 minutach serce twardnieje i wkrótce pojawia się pierwszy skurcz. 
Z początku są to jeszcze nieregularne drgnięcia, lecz wkrótce zja- 
wia się regularne uderzenie serca, chociaż bardzo przyspieszone (120). 
W minutę później pojawia się pierwszy samoistny oddech. Szybko 
dokończono operacyi bez znieczulania. 
Wynik: wyzdrowienie. 

X Przypadek. Prof. dr. Kader. Przegląd lekarski 1910. 
»W sprawie cucenia zapomocą mięsienia serca w przypadkach na- 
głej śmierci w czasie operacyi*. 

»Mężczyzna lat 32. Rozpoznanie: Ulcus ventriculi occultum, 
stenosis pylori. Leczenie: Gastroenterostomia*. 

»Dnia 30/IX 1908 uśpienie chloroformowe. W chwili wycią- 
gnięcia żołądka przez powłoki brzuszne zapad (syncope). Brak zu- 
pełny czynności serca i oddechu, chory blady jak płótno, źrenice 
szerokie bez odczynu. Bezzwłocznie sztuczny oddech, w czasie któ- 
rego uległa zabrudzeniu chusta, włożona do wnętrza jamy brzusznej 
powyżej żołądka. Przy wyjmowaniu jej wprowadziłem rękę pod prze- 
ponę dla usunięcia stamtąd przypadkowo jednocześnie z chustą wło- 
żonego małego kawałka gazy, i w tej chwili uczułem przez przeponę 
rui;h, który sprawił na mnie wrażenie skurczu serca. Brak dalszego 
odczynu ze strony serca naprowadził mnie na myśl ponownego 
wprowadzenia ręki pod przeponę i wykonywania mięsienia serca. 
Już po kilku sekundach zaczęło serce bić wyraźnie, oddech powrócił 
i mogłem w parę minut potem przystąpić do dokończenia operacyi 
z wynikiem dobrym*. 

Chory opuścił łóżko po trzech tygodniach w zupełnie dobrym 
sianie. Latem 1909 r. widział go prof. dr. Kader po raz ostatni 
jako zupełnie zdrowego człowieka. 

XI Przypadek. Prof. dr. Kader. Przegląd lekarski 1910. 
>W sprawie cucenia zapomocą mięsienia serca w przypadkach na- 
głej śmierci w czasie operacyi«. 

Kobieta lat 35. Rozpoznanie: Pyosalpinx ambilateralis. Myo- 
mata uteri. Adipositas universalis maioris gradus. Leczenie: Exstir- 
patio uteri. 

Chorą tę operował prof. Rosner, a prof. Kader mu asystował. 



12 



Jan Prus 



Chora podała w wywiadach między innemi, że miewała częste na- 
pady osłabienia serca i bóle w jego okolicy. Jest bardzo nerwowa. 

Dnia 21/111 1910 r. Znieczulenie lędźwiowe. Wstrzyknięto 011 
rozczvnu 2% tropakokainy. Ułożenie chorej na stole operacyjnym 
w położeniu Trendelenburga maksymalnem tak. że chora leżała 
z głową prawie prostopadle opuszczoną na dół. Od chwili przybra- 
nia tego położenia silna sinica twarzy. Prof. Rosner otwarł jamę 
brzuszną cięciem od pępka do spojenia łonowego w linii środkowej 
i zaczął odłączać liczne zrosty pomiędzy macicą a otaczającymi 
narządami. 

Po jakichś 5 — 8 minutach od rozpoczęcia operacyi, t. j. mniej 
więcej w 10 minut po wstrzyknięciu tropakokainy, zaczęła chora 
oddychać coraz płycej, tętno słabło, szybka sinica wzmagała się, 
wystąpiła niemota, chora mogła poruszać tylko wargami, a nie mogła 
mówić nawet szeptem: na rozkaz oddychania głębszego otwierała 
tylko usta i nie mogła wykonać ruchów oddechowych, a w krótką 
chwilę po wystąpieniu tych objawów oddech i ezvnn^ść serca ustały 
zupełnie. Wystąpiło zupełne zwiotczenie mięśni, źrenica była szeroka, 
nie oddziaływała na światło, zamgliła się. gałki oczne straciły na- 
pięcie, zwiotczały. 

Chorą ułożono prawie poziomo z nieznacznie tylko obniżoną 
górną częścią tułowia dla uniknięcia niedokrwienia mózgu. Po przeko- 
naniu się o drożności dróg oddechowych przystąpiono do sztucznego 
oddechu, tlen. kamfora. Po jakich 8 — 10 minutach od chwili ustania 
czynności serca postanowił prof. dr. Kader wobec zupełnej bezsku- 
teczności dotychczasowej akcyi rUnnkowej, zastopować mięsienie 
serca. Rozszerzył cięcie brzuszne aż do mostka, wprowadził prawą 
rękę pod przeponę, lewą położył w okolicy serca na klatkę pier- 
siową i począł w wyżej opisany sposób miesić serce. Mimo, że chora 
miała silnie rozstawione łuki żebrowe i spłaszczoną przeponę, mógł 
wyraźnie wyczuć serce i poddać je dostatecznemu uciskowi. 

Dopiero po 3 — 4 minutach, które się wydawały wiecznością, 
uczuł pierwszy bardzo słaby skurcz serca. Przez kilka następnych 
minut występowały tylko pojedyncze, rzadkie skurcze. Stawały się 
one coraz wyraźniejsze, silniejsze i częstsze. Pierwszych kilka skur- 
czów miało charakter wyraźnie falowaty; przez cały ten czas sto- 
sowano tlen i sztuczny oddech. Po jakichś 12 — 15 minutach czyn- 
ność serca stała się zupełnie samoistną i praw idłową, chora oddy- 
chała sama, napięcie twarzy i gałek ocznych wróciło, źrenica zwę- 



O pomyślnych wynikach przywracania życia 13 

żyła się i zaczęła oddziaływać na światło, rogówka wypukliła się, 
nabrała prawidłowego połysku i wilgoci. Chora wróciła do zupełnej 
przytomności w jakieś 20—25 minut po rozpoczęciu mięsienia serca. 

W jakieś pół godziny po przyjściu do zupełnej przytomności 
chorą zachloroformowano i prof. Rosner mógł dokończyć zabiegu 
wycięcia macicy. Operacya była bardzo ciężka z powodu zrostów 
z narządami małej miednicy i trwała długo, tak, że chora była 
przeszło godzinę w uśpieniu chloroformowem. 

W dalszym przebiegu chora była w ciągu pierwszych dwóch 
dni po operacyi bardzo silnie podniecona, popadała kilkakrotnie 
w długotrwały szał, była prawie stale na wpół przytomną, mówiła 
bardzo dużo, nie poznawała otoczenia, spała bardzo niewiele. Do 
przytomności i świadomości zupełnej wróciła dopiero po pięciu dniach. 
Głównemi jej skargami były wówczas bóle prawie stałe w okolicy 
serca. Pierwsze dni po operacyi znikły z pamięci chorej najzupełniej. 

W lipcu 1910 była pani X. Y. zupełnie zdrowa, stan nerwowy 
i umysłowy zupełnie prawidłowy, użalała się tylko od czasu do czasu 
na nieznaczne bóle w okolicy serca. 

W czerwcu 1911 pani ta zgłosiła się do mnie, żaląc się na 
bóle w okolicy dołka podsercowego i wymioty, pojawiające się mniej 
więcej w odstępach dwutygodniowych. Uwzględniając wynik badania 
promieniami Róntgena, oraz wszystkie inne czynniki w grę wchodzić 
mogące, rozpoznałem kamyki żółciowe i poleciłem chorej wyjazd do 
Karlsbadu. Stan odżywienia chorej znakomity, czynność serca zu- 
pełnie prawidłowa, układ nerwowy nie okazuje żadnych zaburzeń, 
czynności psychiczne odbywają się zupełnie prawidłowo. 



Jakkolwiek przytoczone przypadki dowodzą, że moja metoda 
przywracania życia jest wśród pewnych warunków skuteczna, to je- 
dnak nie przestaję pracować nad udoskonaleniem tej metody, a w szcze- 
gólności pragnę rozwiązać pytanie, czy można wytworzyć sztuczne 
krążenie krwi, bez uciekania się do zabiegu chirurgicznego, t. j. bez 
otwierania klatki piersiowej lub jamy brzusznej. Dziś mogę już na 
podstawie mych doświadczeń dać to zapewnienie, że odpowiedź na 
powyższe pytanie wypadła twierdząco, jakkolwiek nie udało mi się 
jeszcze ująć w ścisłe prawidła tych wszystkich czynników, od któ- 
rych pomyślny wynik zależy. 



METODA WYPROWADZANIA CAŁEK 

LOGARYTMICZNYCH RÓWNANIA 

RÓŻNICZKOWEGO 

dy axĄ-by-\- 



dx a'x-\-b'y-\- . . . , 

napisał 

JÓZEF PUZYNA 



Pazyua 



Briot i Bouąuet uwzględnili wypadki, w których równanie 

dy ax + by + 

K] dx — a'x + b'y-{- 

daje się rozwiązać przez całki y jednoznaczne (holomorficzne), 
albo algebraicznej lub przestępnej natury w otoczeniu miejsca 
(x,y) = [0,0) 1 

Okazało się później 2 , że przez rozważania zaczerpnięte z dzie- 
dziny równań różniczkowych cząstkowych i przedstawienie całki 
parą funkcyi [x = cp (t), y = *t> fi)] ° zmiennym parametrze t można 
równanie (1) rozwiązać w otoczeniu miejsca (x, y) = (0, 0) całkiem 
ogólnie — w wypadkach nieobjętych poszukiwaniami Brio ta i Bou- 
qu et a — już to przez całki zbliżające się do miejsca (x,y) = (0,0) 
spiralnie, już to przez całki logarytmiczne. 

W krótkości metoda całkowania przedstawia się w ten sposób: 

Równanie (1) zastępuje się równaniem cząstkowem 

9(0 , , N <o r\ 

(2) (a'x + b'y + ...)-^+(ax + by + ...)ą-0 

w któtem (o(xy) = O ma być właśnie całką równania (1) dla oto- 
czenia miejsca (x,y) = (0,0) 

Przez liniowe podstawienia sprowadza się (2) do postaci: 

(3) [*/! + (mx y*\ + • • -l-jCT + ^ + (yi ^ 2) ' 2 + - ] ^ = °' 



1 Przez sprowadzenie równania (1) do postaci ł. ^ = at + /ty -j- . . . 

» Por. E. Picard. «Traite d'Analyse«. T. III (wydanie drugie) Ch. L, 
a także zapiski źródeł w «En cy klopaedie der mathematischen Wis- 
senschaften*. T. II. str. 215 i nast. 



4 Józef Puzyna 

gdzie y„ y 2 są nowe niezależne zmienne, (y 1} y„) 2 , (y ls y 2 )' są je- 
dnorodnemi funkcyami tych zmiennych stopnia 2-go (po nich nastę- 
pują takież funkcye stopni 3, 4,.. .). a k i 1 są pierwiastkami ró- 
wnania stopnia drugiego: 

A /IN I «' ^5 tt 



o. 



Z powodu dowolności jednego ze spółczynników a, b, a', b' 
przyjąć można, że jeden pierwiastek X jest = 1. 

W wypadku kiedy drugi pierwiastek X jest 4= 1 • 

1) nie jest całkowity dodatni, 

2) nie jest =- -. v -* 2, 3, 4, . . . 

3) nie jest odjemny, 
całkujemy równanie (3) w ten sposób: 

Połóżmy dla krótkości 

yx + (yi y«)s 4- • • • — 9u *y» + fo y*)£ + • • • = <p* 

i zamiast (3) rozważmy dwa równania: 

fa 3ft> . 

O tych równaniach dowodzi się, że posiadają jednoznaczne 
całki co, o) a w otoczeniu miejsca (y l5 y 2 ) = (0 5 0) 5 (a więc i miejsca 
(*,y)-(0,0)): 

Napiszmy (a), (6) w postaciach: 

(a') * |- log a.* + <p, ± log J - 1 

(b'J ^ ^ log «, + ^ ^ log «,, = 1 

i odejmijmy równanie (6') od (a'), to dostaniemy: 

i i 

9 oi x 9 o)*- ~ 

w 1 — log \- Wii—l^g — — O 



Metoda wyprowadzania całek logarytmicznych 5 

a to wskazuje, że 

2 
(O* 

— = const. 
co, 

jest całką równania (3). Za powrotem do zmiennych (#, y) dosta- 
jemy całkę równania (l) 1 . 

Uwzględnijmy teraz wykluczone wartości 1), 2), 3). W przero- 
bieniu równania (1) na (3) zrobiono użytek z obudwu pierwiastków: 
Z, 1 równania A(A) = 0. 

Gdy się przy tern przerabianiu zrobi użytek tylko z jednego 
pierwiastka ^=J=1> naówczas zamiast równania (3j dostaniemy 

(5) [%i + (i/i 2/2)2 + • • Aj- + K Vx + 1*1 y* + • • •] -^ = 4 

gdzie przytem j* 1} jt 2 s 3 dowolne. 

Gdy równanie A (Z) = ma powtarzający się pierwiastek X — 
(obojętnem jest na razie, czy go zakładamy = 1, czy też ={= 1), to 
wtedy zamiast (5) mieć będziemy: 

3(o 3co 

(6) [%! + (yi y*\ + • •] g- + [ih y x + ty, + . .] ^- - 0. 

Właśnie ten wypadek powtarzającego się pier- 
wiastka chcę uwzględnić i wyprowadzić całkę loga- 
rytmiczną, jaka się tu okazuje, w sposób naturalny 2 , 
za użyciem metody podobnej n. p. do tej, jakiej się 
używa w równaniach różniczkowych liniowych ze 
stałymi spółczynnikami w razie powtarzających się 
pierwiastków równania charakterystycznego. 

Naznaczmy pierwiastki równania A{X) = przez X i A a , 
przyjmując je na razie jako różne od siebie, a spół- 
czynniki w równaniu (5) nazwijmy krótko: X^ , -5T Ml « ■ 

1 Przez podstawienie 

co l = et , <a = c' t& , 

gdzie * jest dowolny parametr, dostajemy z tych równań całkę równania (1) w po- 
staci pary funkcyj. 

1 Picard 1. c. str. 32, 3H, przechodząc do równań cząstkowych, wprowa- 

t* - 1 
dza apryocznie dwie zmienne u = — t, v = —. t-. Z drugiej z nich (») dosta- 
jemy, gdy Z=\, v = tlogt. 



Józef Puzyna 



Położymy więc 



(6) 



X 



Z. o 



9co 



9(o 



^ ''= <fy 2 



Równanie to posiada jednoznaczną całkę a> dla otoczenia 
miejsca [y l: «/ 2 ) = (0,0), a przy rekursywnem obliczaniu 
spółczynników tej całki zbytecznem jest wykluczać 
wartości 1). 2), 3), albo zakładać, że a^a^ 

Zamiast równania (6) zauważmy równanie 



(«) 



X ^°Wi + 



ć O) 

^dy~ 2 



= X(o. 



Lecz analogicznie, gdy się przy przerabianiu równania (1) zrobi 
użytek tylko z drugiego pierwiastka X t =f= ^, dojdziemy do równania: 



(?) 






9i 



a w miejsce jego zauważymy: 



(/?) 



ĆG) 



9co 1 



X ^°^Z + X " 1 ^^Z ==/lia>1 



<tyi 



2 ^y 2 



Podzielmy równanie (a) przez w, a równanie (/?) przez w a 
i odejmijmy je potem od siebie, to dojdziemy do związku: 



(8) 



L A0 



9co 
d Il 

(O 



*» O) 



9(0! 

i 



+ 



9(0 

dy^. 

(O 



X 1£1 Y 



9q) x 

dy 2 
» w, 



Przyjmijmy teraz a = a 2 = 1, to otrzymamy 



-1. 



X 



zo 



X) o — Xl 0; 









a więc równanie (8) przejdzie na 



(«) 



-^10 
+ *«.! 



log w — log w x 



^2 



log co — l"g a>! 



+ 



A— A x 



= 1. 



A = Xt -= l 



Metoda wprowadzania całek logarytmicznych 



Prócz tego mamy równanie ((i), które, gdy A = A t = 1, ma 
postać: 

Przez odjęcie (/?') od (a') dostajemy: 

v 3 ( Rog w — log (oA iln 

To wskazuje, że przy A = A x = 1 ma równanie (6) całkę: 
log w — lo 



(9) Q 

Lecz 



[log w— logtoJ 

= ~^ r^ — — lo § w i = const - 

L x — x i ix = a, = i 



^ = r iog 6> — log (oj = o 



bo w razie A *= A x jest w^Wj. A więc 



N = 



9(o 

Ja 

O) 



X - X x - l 



Połóżmyż 

(10) a> = ct A ]^ = . 1 , a więc o) x = et, gdzie C jest stała dowolna, 
a ż parametrem zmiennym, to dalej mamy: 



9cj 

Ja 

(O 



9(o 

Ta 



X - i 



c. t.^logź = et. logi 

IX " i 

= log t, log Wj = log c -+■ log i 



i widocznie podstawieniami (10) czynimy zadość równaniu całko- 
wemu (9). 



Z równań 



9(0 
dl 



Józef Puzyna 



= d. log t di Ct x \ x = ! = et 



dostajemy y x , y 2: a więc i x, y wyrażone w funkcyach ilości et, 
ct\ogt. Ta para funkcyj daje całkę logarytmiczną. Zjawia się ona 
w wypadku powtarzającego się pierwiastka X równania A(X)= O, 
bez różnicy czy X należy do wartości wykluczonych, czy nie. 



O UNII INTERPARLAMENTARNEJ 



napisał 

GUSTAW ROSZKOWSKI 



Roszkowski. 



I. Powstanie Unii Jnterparlamen taniej. 

Dawne marzenia monarchów (Henryk IV), mężów Stanu (min. 
Sully), uczonych (Im. Kant) i filantropów (Abbe St. Pierre) o wie- 
cznym pokoju l , skrystalizowały się w XIX i bieżącym stuleciu w dą- 
żeniu do utworzenia kongresów dla spraw międzynarodowych i są- 
dów polubownych, mających rozstrzygać spory państw. Kongresy 
były proponowane nietylko przez polityków i uczonych, ale nawet 
przez monarchów. Napoleon III był wielkim zwolennikiem kongre- 
sów dla spraw r europejskich. Toż samo Don Pedro, cesarz brazylijski. 
Miały to być ciała polityczne, z delegatów mocarstw złożone, regu- 
lujące stosunki państw do związku międzynarodowego należących, 
a przezto zapobiegające wybuchowi konfliktów między mocarstwami 
i przyczyniające się nietylko do utrwalenia dobrych między niemi 
stosunków, ale co więcej — organizujące stosunki państw zarówno 
na zasadzie politycznej powszechnego dobra, jak i na zasadzie spra- 
wiedliwości i prawa. 

Zwolennicy idei kongresów różnili się tylko między sobą co 
do tego, czy te kongresy mają być stałe czy peryodycznie zwoły- 
wane. 

Za pomocą sądów polubownych sądzono, że będzie można 
uniknąć wybuchu wojny. Otuchą powodzenia na tej drodze dla 
zwolenników sądów polubownych, była przedewszystkiem uchwała 
kongresu paryzkiego z 1856 r., stanowiąca, że w razie ponownego 
wybuchu konfliktu w kwestyi wschodniej, między mocarstwami na 
kongresie reprezentowanemi, żadne z nich nie chwyci za oręż pier- 



1 Ueber den ewigen Frieden. Munchen 1871. Wundsam, Da« Buch des 
Friedens. Bern 1897, str. 8. Moch, Histoire sommaire de Parbitrage permanent. 
Monaco 1905. Dr. Steinbacb. Die Friedensbewegung. Wien 1899. Dr. Zimmer- 
mann, Die Friedensbewegung. Luzern 1905. 

1* 



4 Gustaw Roszkowski 

wej, aż się odwoła do usług przyjacielskich zaprzyjaźnionego pań- 
stwa, o ile okoliczności na to pozwolą. 

Wrażenie w świecie tej uchwały, było olbrzymie. Sądzono po- 
wszechnie, że w tem postanowieniu kongresu paryzkiego tkwi roz- 
wiązanie jednej z najważniejszych kwestyi świata — usunięcie wo- 
jen. Powszechnera było mniemanie, że nawet najbardziej zwaśnione 
mocarstwa, wskutek usług przyjacielskich i przedstawień zaprzyja- 
źnionego państwa, odstąpią od zamiaru prowadzenia wojny. Na za- 
chodzie Europy, we Francyi. a zwłaszcza w Anglii, rozwinięto nad- 
zwyczaj energiczną akcyę w tym celu, ażeby tylko w mowie będące 
postanowienie kongresu paryskiego uogólnić i pozbawić ograniczeń 
z któremi zostało powzięte. Na zgromadzeniach publicznych i meet- 
tingach w Anglii, uchwalano adresy do królowej Wiktoryi z prośbą, 
aby poleciła swemu reprezentantowi na kongresie paryzkim uczynić 
starania, żeby w mowie będąca uchwała odnosiła się do wszystkich 
państw i wszelkich sporów. Starania te z polecenia królowej angiel- 
skiej zostały dokonane, ale z powodu niezgodzenia się Rosy i, Prus 
i Austryi, sprawa la upadła. Mimo to. w szerokich warstwach lu- 
dności, a nadewszystko w kołach uczonych utrwaliło się to przeko- 
nanie, że pokojowe załatwienie sporów państw jest możebnem, i że 
droga sądów polubownych najwięcej będzie odpowiadać powadze 
i godności państw, i najpewniej do utrwalenia pokoju w świecie 
doprowadzi l . 

Przekonanie to utrwaliło się jeszcze więcej, gdy blizko w dwa- 
dzieścia lat po kongresie paryzkim, (w r. 1872) przyszedł do 
skutku sąd polubowny w sprawie Alabamy. Okazało się, że wielkie 
i skomplikowane sprawy w ten sposób bardzo dobrze rozstrzygnięte 
być mogą. Do tego przybył wzgląd inny, bardzo ważny. Największe 
na morzu mocarstwo — Anglia, roszczące sobie wówczas wyłączne 
prawo do rozstrzygania w kwestyi prawa wojny morskiej, obwiniona 
o naruszenie praw z neutralności wynikających, poddała się sądowi 
i wyrok wykonała, płacąc wynagrodzenia 15Y 2 milionów dolarów 

1 Annuaire de Hnstitut de droit international. Paris 1904 str. 1S1 i n. 
Dr E. Harmening, Das Recht der Vólker auf Frieden. Rreslau 1891. Descamps, 
Die Organisation eines internationalen Schiedsgerichtes, tłóm. Fried. MUnchen. 
Corsi, Etude sur un nauveau traite ger.eral d'arbitrage. Turin 1899. Clerget, La 
ąuestion sociale et la paix. La Chaux-de-Fonds. 1903. Descamps, Essai sur l'ar- 
bitrage international. Bruxelles 1895. 



O unii interparlamentarnej 5 

w zlocie. Przez to usuniętą została ważna wątpliwość: czy poddanie 
się sądowi nie ubliża powadze państwa. 

W drugiej połowie XIX-go stulecia, pod wpływem tych wy- 
padków, ruch na korzyść zaprowadzenia sądów polubownych w spo- 
rach państw znacznie się spotęgował. Stało się to w dwóch kierun- 
kach. Jedni, idąc za wzorem Manciniego. żądali pomieszczania w tra- 
ktatach ekonomicznej treści zastrzeżenia: że wszelkie spory z nich 
wyniknąć mogące rozstrzygane będą przez sądy polubowne, inni — 
i to jest stanowisko w tej kwestyi najnowsze, żądali ażeby państwa 
zawierały oddzielne umowy, zapewniające przekazanie sądowi polu- 
bownemu wszelkich ich sporów w kwestyach prawnych, i w takich 
sprawach, które bezpieczeństwa i honoru państwa nie dotyczą. 

Ruch ten, objawiający się pierwotnie w literaturze i na zgro- 
madzeniach publicznych, został przeniesiony do parlamentów. Od 
r. 1873 zacząwszy, najznakomitsi parlamentarzyści w Anglii, we 
Francy i. w Holandyi, w Danii, Belgii i Szwecyi przemawiali o znacze- 
niu kulturalnem sądów polubownych. Odpowiedzi rządów brzmiały 
przeważnie przychylnie. Odpowiedź Gladstowna była jedną z naj- 
przychylniejszych w tej sprawie. W r. 1887 w londyńskiej izbie 
gmin, poseł William Randal Cremer domagał się traktatu co do 
sądu polubownego pomiędzy Anglią i Stanami Zjednoczonemi. Z winy 
kongresu amerykańskiego do tego nie przyszło, ale obrady parlamen- 
tarne nad tą sprawą posunęły ją znacznie naprzód — dodały jej 
znaczenia i ważności. 

Opór w tej sprawie kongresu amerykańskiego wywołał prze- 
świadczenie u zwolenników idei pokoju i sądów polubownych, że 
należy zorganizować posłów wszystkich ciał prawodawczych dla 
przeprowadzenia traktatów co do pokojowego załatwiania sporów 
państw drogą wyrokowania sądów. Na czele tej akcyi stanęli dwaj 
znani pacyfiści: Randal Cremer i Fryderyk Passy. 

Oni to zainicyowali pierwszy zjazd w tej sprawie posłów 
francuzkich i angielskich sprzyjających tej myśli, ażeby przede- 
wszystkiem doprowadzić do tego wpływami ich na rządy i parla- 
menty, żeby zawarty został traktat co do sądów polubownych mię- 
dzy Anglią, Francyą i Stanami Zjednoczonemi. 

Zjazd ten odbył się w Paryżu 31 paździer. 1887 r. (w Grand 
hotelu), przy współudziale 9 posłów angielskich i 25 francuzkich. 

Na zjeździe tym uchwalono odbyć w tej samej sprawie w r. 



g Gustaw Roszkowski 

przyszłym ponowny zjazd, a nadto przyjęto następującą rezo- 
lucyę: 

Une reunion ulterieure, a laąuelle seront admis a prendre part, 
non seulement les membres des trois parlements ci-dessus vises 
(americain, britanniąue, francais), mais aussi les membres des autres 
parlements qui se sont fait connaitre par leur devouement aux 
mśmes idees, aura lieu 1'annee prochaine pour complćter l'oeuvre 
commencee dans cette premierę conference<. 

Uchwalenie tej rezolucyi było utworzeniem unii interparlamen- 
tarnej Ł , t. j. związku parlamentów dla sprawy pokoju, a mianowicie 
dla usuwania wojen przez zobowiązanie się państw do rozstrzygania 
ich sporów bez rozlewu krwi, przez poddanie się sądowi polubo- 
wnemu. 

Zapowiedziana w r. następnym konferencya odbyła się również 
w Paryżu, w d. 29 i 30 czerwca 1889. przy współudziale: 55 po- 
słów francuzkich, 30 angielskich. 5 włoskich i po jednej osobie 
z parlamentu belgijskiego, duńskiego, hiszpańskiego, Stanów Zjedno- 
czonych, Węgrów i Liberii. 

Na konferencyi tej uchwalono: 

Zebrania interparlamentarne odbywać się będą rokrocznie 
w innem mieście, ale w krajach, które w Unii interparlamentarnej 
są reprezentowane. 



II. Organizacja Unii. 

Utworzony w powyższy sposób związek parlamentów dla sprawy 
pokoju w świecie, nosił pierwotnie nazwę: La conference Interpar- 
lementaire pour 1'arbitrage internationale. Od r. 1899 przyjęto nazwę 
TUnion interparlementaire. 

Dziś Unia interparlamentarna ma swą organizacyę, nawet do- 
syć skomplikowaną 2 . Wyrabiała się ona stopniowo. Unia składa się 

1 L'Union Interparlementaire. Son oeuvre, son organisation actuelle. Bru- 
xelles 1910. Annuaire de TUnion Interparlementaire. Bruxelles 1911. 

d'Estournelles de Constant, Conciliation Internationale. L'Organisation de 
TUnion Interparlementaire. Paris 1910. |Pandolfi] Resume de Thistoire du mou- 
vement interparlementaire, pour l'arbitrage et la paix. Padoue 1892. Descamps, 
Le pacigerat. Bruselles 1898. 

* Konferencya hagska (1894. Knnf. w Christianii (1899), w Berlinie (1908) 



O unii interparlamentarnej 7 

z grup parlamentarnych. Wszyscy posłowie z jednego parlamentu, 
należący do Unii, tworzą grupę parlamentarną. Grupy te nosiły 
pierwotnie nazwę Comites interparlementaires, dziś nazywają się one 
groupes nationaux. 

Generalne zebranie grup, tworzy Conference interparlementaire. 

Dwóch członków każdej grupy (przeważnie prezes i wicepre- 
zes) tworzą Radę (Conseil). Prezes i czterech członków, należących 
do różnych grup, tworzą komitet wykonawczy (Comitć executif). 

Rada wybiera z swego grona prezesa Unii, i mianuje sekreta 
rza generalnego. Na konferencyi w Rzymie 1891 r. powstała myśl 
utworzenia centralnego urzędu Unii. Na konferencyi w Bernie 1892 r. 
urząd ten powołano do życia, pod nazwą Bureau interparlementaire. 



III. Statut Unii. 

Najważniejsze postanowienia statutu Unii są następujące 1 : 

Celem unii jest połączyć działalność członków wszystkich par- 
lamentów w tym celu, aby w ich państwach w drodze ustaw lub 
traktatów międzynarodowych została uznaną zasada, że spory 
państw będą poddane sądowi polubownemu. Unia zajmować się ró- 
wnież będzie innemi kwestyami międzynarodowego prawa publi- 
cznego. 

Siedzibą Unii jest Bruxella (aż do odwołania). 

Członkami grup narodowych mogą być: 

a) Członkowie parlamentu 

b) Byli członkowie rady interparlamentarnej (Conseil.), 

c) byli posłowie, którzy ze względu na swe zasługi, na wniosek 
grupy zostali przez Radę przyjęci do Unii. 

Obowiązkiem członków Unii jest podać uchwały konferencyj 
interparlamentarnej do wiadomości swych parlamentów i przyczy- 
niać się do utrzymania światowego pokoju. 

Konferencya inlerparlamentarna zbiera się rokrocznie. Przewo- 
dniczy w niej prezes Rady. 

i w Brukseli (1910). Resolutions des Confśrences. Bruielles 1911 str. 48, 68 
106, 112. 

D'Estournelles de Constant, L'organisation de l'Union Interparlementaire. 
Paris 1910. 

1 Annuaire de 1'Union Interparlementaire. Bruxelles 1911 str. 18. 



g Gustaw Roszkowski 

Rada interparlamentarna składa się z dwóch członków wy- 
branych przez grupy narodowe (zazwyczaj prezes i wiceprezes grupy)- 

Honorowymi członkami rady, z głosem doradczym, są członko- 
wie Unii. którzy przewodniczyli konferencyi. 

Członkowie rady gromadzą się po 1-em posiedzeniu konferencyi, 
dla wyboru swego prezesa. 

Do głównych atrybucyj rady należy: 

zwoływanie konferencyj i uchwalanie wniosków, które mają 
być jej przedkładane, proponowanie jej prezesa i wiceprezesów, 
układanie budżetu, starania o wykonanie celów Unii. 

Organem administracyjnym i wykonawczym Unii, jest biuro 
interparlamentarne. W skład jego wchodzi prezes rady, który jest 
i biura prezesem, sekretarz generalny i 5 członków przez konfer- 
wybranych z łona rady. Na każdej konferencyi jeden z nich ustę- 
puje, i przed upływem 2 lat nie może być wybranym. 

Biuro jest organem centralnym dla grup, pośredniczącym mię- 
dzy niemi, czuwa nad wykonaniem uchwał rady i konferencyi, przy- 
gotowuje dla nich obu wnioski, utrzymuje archiwum unii i zbiera 
dokumenta co do sądów polubownych w sporach państw. 

Sprawy biura załatwia sekretarz generalny. 

Na początku r. 1911 unia obejmowała 2978 posłów (w tem 
97 b. posłów), reprezentujących 20 parlamentów. Wynosi to mniej 
więcej 1 / i część wszystkich posłów. Jednakże w Belgii, Holandyi, 
we Francyi, w Danii, w Szwecyi i Norwegii większość posłów na- 
leży do Unii. W tej ogólnej cyfrze uczestników Unii są przeważnie 
posłowie z Izby niższej, tylko w Portugalii jest większość członków 
senatu w Unii. 

Dotąd do Unii nie należą: posłowie w Bułgaryi, Luxemburgu 
i Ameryki łacińskiej l . 



IV. Budżety Unii. 

Budżety Unii obejmują już poważne kwoty. 
I tak: dochody w r. 1910 wynosiły 85.465 fr. 23 c. 
wydatki w tymże r. — 39.009 » 45 * 



1 Rapport du secretaire genćral au Conseil lnterparlementaire. Bruxelles 
1912. Str. 5 i n. 



O unii interparlamentarnej 9 

dochody w r. 1911 wynosiły 115.757 f. 93 c. 
wydatki — — — 56.000 » » 

Z początku dochody unii stanowiły wkładki jej członków. 
Norwegia, a za jej przykładem Anglia, były pierwszemi pań- 
stwami, które przyznały unii subwencye. Obecnie czynią to różne 
inne państwa, tak że Unia z tego powodu np. w r. 1911 miała 
44.897 K 76 h. 



V. I nia państw skandynawskich, tudzież Unia holendersko- 

belgijska. 

W obrębie unii interparlamentarnej powstała w r. 1907 unia 
ściślejsza posłów należących do parlamentów państw skandynaw- 
skich (Dania, Szwecya, Norwegia). 

Unia ta ma szerszy zakres działania niż unia interparlamen- 
tarna, podczas bowiem gdy ta ostatnia istnieje tylko dla sprawy 
pokoju, a więc ma ona cele tylko należące do związku międzynaro- 
dowego, pierwsza — postawiła sobie za zadanie nietylko popieranie 
celów unii interparlamentarnej. ale nadto zajmowanie się kwestyami 
prawa międzynarodowego, mającemi szczególną ważność dla państw 
skandynawskich, i utrzymywanie łączności między tymi pań- 
stwami. 

Druga cecha tej unii jest ta, że ogólne jej zebrania (Conference) 
są w dwojakiej formie możebne: wszystkich jej członków, albo 
tylko delegatów 3-ech grup, po 15 członków z każdej. (Assemblee 
de delegues). Przez to unia skandynawska uprzedziła unię interpar- 
lamentarną w zaprowadzeniu u siebie tej formy posiedzeń, do za- 
prowadzenia której dąży już od pewnego czasu unia inferparlamen- 
tarna. Ta forma zebrań okazała się w unii skand, bardzo dla niej 
dogodną, gdyż trzy plenarne posiedzenia tej unii w t r. 1907 (w Ko- 
penhadze), w 1910 (w Stockholmie) i w 1911 (w Kristianii) odbyły 
się tylko w formie zjazdu delegatów 2 . 

W r. 1907 powstała również unia posłów holenderskich i bel- 
gijskich, p. n. Commission Hollando-Belge. Unia ta jednak ma więcej 

1 Annuaire 1911 r. str. 70. 
' Annuaire 1911 str. U3. 



IQ Gustaw Roszkowski 

charakter związku dwu parlamentów^ dla celów wewnętrznej poli- 
tyki i dla utrzymywania łączności obu państw, niż dla sprawy świa- 
towego pokoju 1 . 

VI. Spis konferencji interparlanientarnych. 

Konferencye interparlamentarne odbyły się w następującym 
porządku: 

1) w Paryżu 1889 r. 2 

2) w Londynie 1890. 

3) w Rzymie 1891 3 

4) w Bernie 1892 

5) w Hadze 1894 4 

6) w Bruxelli 1895 

7) w Budapeszcie 1896 5 

8) w Bruxelli 1897 6 

9) w Christianii 1899 ' 

10) w Paryżu 1900 8 

11) w Wiedniu 1903 9 

12) w St. Louis 1904 "> 

13) w Bruxelli 1905 " 

14) w Londynie 1906 12 

15) w Berlinie 1908 13 

16) w Bruxelli 1910 u . 



1 Anunaire 1911 str. 144. 

* Fr. Passy, Pour la paix. Paris 1909. Conference Interparl. Paris 1889. 

I Troisieme Confer. Interparl. Romę 1891. 

4 Proces- Verbaux des seances de la Confer. interparl. La Haye 1894. 

5 Compte rendu de la VII Confer. lnterp. Budapest 1897. 

6 Compte rendu de la VIII Confer. Braine-le-Comte 1898. 

• Compte rendu de la IX Confer. Berne 1900. 

8 Compte rendu de la X Conf. Paris 1900. 

9 Compte rendu de la XI Conf. Vienne 1903. 

t0 Compte rendu de la XII Conf. Washington 1905. 

II Union lnterp. XIII e Conf. Bruxelles 1905. 
1J Inter-Parliamentary Union, Londres lb07. 
18 lnterp. Union. Berlin 1908. 

14 Union lnterp. compte rendu de la XVl c Conf. Bruxelles 1910. 



O unii interparlamentarnej 11 

Rozbiór szczegółowy prac wszystkich konferencyj byłby bardzo 
interesującym, przekraczałby jednak stanowczo ramy niniejszej pracy. 
Musimy się zatem ograniczyć do ogólnego poglądu na wyniki pierw- 
szych piętnastu konferencyj *, ażeby nieco więcej szczegółowo roz- 
patrzeć działalność Unii Interparlamentarnej w najnowszych cza- 
sach 2 , tj. w 2 ostatnich latach. 



VII. Działalność Unii od 1889—1908 r. 

Działalność pierwszych 15 konferencyj interparlamentarnych, 
odnosiła się: 

I. Do kwestyi sądów polubownych w sporach państw, 

II. Do kwestyi ogólnego znaczenia dla prawa narodów. 



I. 
Kwestya sądów polubownych w sporach państw. 

Działalność unii w tym przedmiocie ogarniała: 

1) Uchwały co do wprowadzania w życie sądów wymie- 
nionych, 

2) Projekty traktatów w tym przedmiocie, 

3) Uchwały Unii co do klauzuli rozjemczych. 

1. Uchwały co do wprowadzania w życie sądów polubownych 
w sporach państw. 

Uchwały konferencyi co do sądów polubownych, w sporach 
państw, były dwojakie : 

Jedne odnosiły się do utworzenia i organizacyi sądów polu- 
bownych, drugie wskazywały członkom Unii sposób postępowania 
do osiągnięcia tego celu 3 . 

Na konferencyi paryskiej, w r. 1889, powzięto w sprawie są- 
dów polubownych główną zasadniczą uchwałę: 

1 Lange. Resolutions des Conferences. Bruxelles 1911. 

2 Rapport du secretaire generał. Bruxelles 1911—1912. 

8 Uchwały konferencyj przedstawiam nie w porządku chronologicznym 
jak zostały powzięte, ale podług związku ich treści. 



12 Gustaw Roszkowski 

Konferencya zaleca usilnie rządom państw cywilizowanych, 
zawieranie traktatów, przez które rządy nieuchybiając zasadzie nie- 
podległości, niedopuszczając do mieszania się w jego ustrój wewnę- 
trzny, zobowiążą się wszelkie spory państw przekazywać sądom 
polubownym do rozstrzygania. (Rezulucya 1). 

Uchwalę tę powtórzono prawie dosłownie na konferencyi Lon- 
dyńskiej, w r. 1890, z dodatkiem : tam gdzie zawieranie powyż- 
szych traktatów natrafia na trudności, konferencya usilnie zaleca, 
oddawać każdy pojedynczy spór pod sąd lub pośrednictwo, a człon- 
ków swych zobowiązuje ażeby cały swój wpływ w parlamencie 
i po zewnątrz niego zużyli na to, aby powyższa zasada była sto- 
sowana w praktyce. (Rezol. 2). 

Wreszcie na konferencyi w Wiedniu (1903) uchwalono : Wzywa 
się państwa które podpisały uchwały konferencyi w Hadze (1899), 
aby zawierały między sobą ogólne traktaty co do sądów polubow- 
nych (Traites generaux d'arbitrage). Wszędzie gdzie okoliczności 
sprzyjają (jak np. w Stanach Zjednoczonych z Francyą, z Wło- 
chami. Hiszpanią), rządy i parlamenty powinny niezaniechać ni- 
czego, co może doprowadzić do zawarcia traktatów pokojowych. 

Konferencya jest przekonaną, że jak będzie dany przykład, 
znajdą się i naśladowcy. (Konf. paryska z 1889 r. 

Stany Zjednoczone proponowały niektórym państwom zawar- 
cie traktatu pokojowego. Tej sprawie konferencya poświęciła dwie 
swoje uchwały. 

Na posiedzeniu w Peszcie 1896 uchwalono : 

Konferencya dowiaduje się z zadowoleniem o układach mię- 
dzy Stanami Zjednoczonemi a Anglią, o traktat pokojowy i utwo- 
rzenie trybunału pokojowego (tribunal pacifiąue). Konferencya wy- 
raża nadzieję, że układy prędko doprowadzą do skutku, i będzie 
dowód, że rozstrzyganie sporów państw przez sąd polubowny, jest 
środkiem praktycznym. (Rezol. 3). 

Na konferencyi w Bernie 1892 r. uchwalono : 

Ponieważ Stany Zjednoczone proponowały różnym państwom 
zawarcie traktatów co do arbitrażu, konferencya poleca swym człon- 
kom aby żądali od swych parlamentów, ażeby rządy ich państw 
propozycyę powyższą przyjęły. (Rezol. 1). 

Tej samej treści, tylko w ogólnej stylizacyi. powzięła konfe- 
rencya w Brukselli 1897 r. następującą uchwałę : 



O unii interparlamentarnej 13 

Konferencya przypomina, iż uważa za rzecz bardzo doniosłą, 
ażeby przez jeden lub kilka rządów, utworzony został stały sąd 
polubowny. (Rezol. 1). 

Konferencya interparlamentarna w Hadze, 1894 r. zwraca się 
do prasy z wezwaniem, ażeby w razie grożącego sporu państw, 
omawiała go w duchu pojednawczym i łagodzącym. (Rezol. 6). 

Konferencya odbyta w Peszcie 1895 r. zobowiązała Biuro in- 
terparlamentarne, do porozumienia się z paroma rządami europej- 
skiemi w tym celu, aby skłonić pewną liczbę z nich o przyjęcia 
projektu traktatu co do sądów polubownych, wypracowanego na 
wzór przez konfer. brukselską. (Rezol. 2). 

Konferencya wyraża życzenie, ażeby się odbył kongres mię- 
dzynarodowy, specyalnie dla rozważenia postępowania (proce- 
dury) przy pokojowem załatwieniu sporów państw. (Konf. interparl. 
w Hadze 1894 r. Rezol. 3). 

Traktowaniu sprawy pokoju w parlamentach, Konferencya in- 
terparlamentarna poświęciła następujące uchwały : 

Konferencya odbyta w Londynie, 1890 r. wyraziła zadowole- 
nie z powodu, 1) iż obie Izby Kongresu Stanów Zjednoczonych, 
zajmowały się sprawą arbitrażu, a nadto 2) że na kongresie pana- 
merykańskim, reprezentanci państw Ameryki, ułożyli projekt kon- 
wencyi co do arbitrażu, który ma być do ratyfikacyi przedłożony 
rządom. Wreszcie o) że w toku wówczas była kwestya zawarcia 
traktatu pokojowego (traitś d'arbitrage) Stanów Zjednoczonych 
z Francyą, i że rezolucyą co do arbitrażu uchwalono we Wło- 
szech, w Norwegii i w Hiszpanii, zaczem niewątpliwie pójdą inne 
państwa. 

Konferencya interparlamentarna na posiedzeniu swem w Bru- 
kseli 1895 r. wyraziła zadowolenie (Rezol. 3 i 4): 

1) iż izba deputowanych we Francyi jednogłośnie uchwa- 
liła wezwać rząd, aby Stanom Zjednoczonym zaproponował traktat 
pokojowy (traite cfurbitrage. Angielska izba gmin wyrażała te same 
tendencye) ; 

2) iż Storting norwegski uchwalił 2000 kor. na utrzymanie 
biura Unii interparlamentarnej, a nadto, aby dać dowód jak sprzyja 
idei pokoju, uchwalił on nadto pokrywać ze skarbu państwa koszta 
podróży swych członków na posiedzenia Unii. (Konf. Brukselska 
1895 r. Rezol. 3 i 4). 



-j^ Gustaw Roszkowski 

Wreszcie na posiedzeniu w Brukselli 1897 r. uchwaliła Kon- 
ferencya interparlamentarna najprzód żal z powodu iż Senat Sta- 
nów Zjednoczonych odrzucił Anglo-Amerykański traktat pokojowy, 
a z drugiej strony podziękowanie dla rządów Angielskiego i Ame- 
rykańskiego za inicyatywę podjętą w tej sprawie i dla tych mężów 
stanu w obu państwach, którzy traktat wymieniony popierali. Kon- 
ferencya wyraziła nadto zadowolenie z uchwał na korzyść idei po- 
koju powziętych w parlamentach : Francuskim. Austryackim, Bel- 
gijskim, Duńskim, Norwegskim. Szwedzkim. Angielskim, w kongresie 
Amerykańskim i Radzie Narodowej Szwajcarskiej. 

Konferencya przyjęła z uznaniem do wiadomości, że z inicya- 
tywy prezydenta Mac-Kinleya przygotowany jest nowy projekt tra- 
ktatu pokojowego, i wyraziła nadzieję, że państwa Europy i Ame- 
ryki doprowadzą do zawarcia takich traktatów. Prezydent konfe- 
rencyi został wezwany o zakomunikowanie powyższych uchwał 
prezydentowi Mac-Kinley, prezydentowi Senatu Stanów Zjednoczo- 
nych Ameryki, lordowi Salibury i prezydentom ministrów innych 
rządów (Rezol. 2). 

Pragnąc, ażeby idea pokoju jak największą miała w parla- 
mentach liczbę zwolenników, Konferencya paryska z 1889 apeluje 
do wyborców, i wzywa ich, ażeby przez wybory kierowali poli- 
tyką państwa w duchu sprawiedliwości, prawa i braterstwa ludów. 
(Rezol. 4). 

Na konferencyi peszteńskiej w r. 1896 wezwano grupy, aby 
rozważyły czy nie należałoby oznaczyć terminu w którym, każda 
grupa ma zażądać od swego rządu aby zawarł ogólny lub specy- 
alny (z pewnemi państwami) traktat co do sądu polubownego, 
a nadto aby się przyczynił do zwołania konferencyi dyplomaty- 
cznej, któraby na wzór projektu brukselskiego utworzyła Cour per- 
manente unternationale d'arbitrage. 

Na konferencyi brukselskiej w 1897 r. i w Christianii 1899 r. 
Unia wzywała swych członków ażeby przy sprzyjających okoli- 
cznościach popierali wobec rządów sprawę sądów polubownych, 
i zachęcali rządy do zawierania traktatów co do ich ustana- 
wiania. 

Dwa ważne postanowienia zostały powzięte na sesyi bruksel- 
skiej 1897 r. i na sesyi odbytej w Wiedniu 1903 r. 

Pierwsze z nich, nakłada obowiązek na administratora biura 
inter parlamentarnego, żeby w razie grożącej wojny zwołał zebrania 



O unii interparlamentarnej 15 

delegatów grupy jednego z państw, a ci po dokładniejszem poinfor- 
mowaniu się u obu stron o sprawie spornej, wydadzą opinię co do 
niej, która jak najwięcej powinna być opublikowaną. 

Taka opinia pacyfistów jest wielkiej wagi, gdyż łatwo przejść 
ona może do opinii publicznej i wywierać nacisk moralny, w dzi- 
siejszych czasach nie obojętny dla najpotężniejszego nawet mo- 
carstwa. 

Uchwała powzięta na konferencyi wiedeńskiej 1903 r. doty- 
czy art. 27 konwencyi o pokojowem załatwianiu sporów międzynar. 
Unia Interp. żąda: ażeby art. ten był wykonywany nawet wzglę- 
dem państwa które do uchwał Hagskich z 1899 r. nie przystąpiło, 
a nadto ażeby państwa wspólnie działały w myśl tego art. ażeby 
zapobiedz wojnie. 

Myśl ta jest bardzo szczęśliwą, bo może wspólna akcya państw 
neutralnych zapewni wykonalność bardzo doniosłemu postanowie- 
niu, które jest w tym artykule zawartem. 

2. Projekty traktatów co do sądów polubownych. 

Projektów traktatów co do ustanowienia sądów polubownych, 1 
było kilka. 

1) projekt ułożony na konfer. bruksels. w r. 1895. 

2) projekt p. Ryszarda Bartholdta, prezesa grupy amer. 

3) projekt p. Ernesta Plenera prezesa grupy austryackiej. 

Projekt Brukselski. 

Na konferencyi interparlamentarnej w Brukselli 1895 r. uchwa- 
lono organizacyą sądów polubownych dla sporów państw, na na- 
stępujących zasadach : 

Strony kontraktujące ustanawiają stały międzynarodowy sąd 
polubowny (Cour permanente d'arbitrage international) dla rozstrzy- 
gania sporów, które im zostaną przedłożone do decyzyi. 

W razie wynikłego sporu między państwami, strony kontra- 
ktujące zdecydują, czy jest on tej natury że ma być sądowi przed- 
stawiony z zastrzeżeniem obowiązków wynikających z umów spe- 
cyalnych. 

1 Annuaire de Plnstitut de droit intern. Brukselles 1904 str. 36 i n. Ch. 
Lemonnier, Formule d'un traite d'arbitrage permanent entre nations. Paris. 2 
ed, Traitś d'arbitrage permanent entre peuples. Paris 1890. 



16 Gustaw Roszkowski 

Sąd ma siedzibę w 

Siedziba sądu może być przeniesioną gdzieindziej, przez uchwałę 
3 / 4 państw do umowy należących. 

Rząd państwa w którym sąd ma siedzibę, gwarantuje jego 
bezpieczeństwo, równie jak wolność jego dyskusyi i decyzyi. 

Każdy rząd podpisujący umowę, mianuje dwóch członków 
sądu. Także dwa lub więcej państw mogą wspólnie zamianować 
dwóch członków. Mianowani są oni na 5 lat. i mogą być miano- 
wani ponownie. 

Wynagrodzenie członków sądu. płaci państwo które ich mia- 
nuje. 

Koszta sądu ponoszą państwa należące do umowy, w równych 
częściach. 

Sąd wybiera z swego łona prezydenta i wiceprezydenta 
na rok. 

Prezydent nie może być wybrany ponownie jak po 5 latach. 

Wiceprezydent zastępuje prezydenta we wszelkich wypadkach, 
w których on z powodu przeszkody urzędować nie może. ' 

Sąd mianuje sekretarza i oznacza liczbę urzędników, według 
swego uznania. 

Sekretarz przebywa w miejscu siedziby sądu. i czuwa nad 
archiwum. 

Strony, mogą za wspólną zgodą, oddać bezpośrednio spór 
sądowi. 

Strony uwiadamiają sekretarza o postanowieniu oddania sporu 
sądowi. 

Sekretarz uwiadamia o tern bezpośrednio prezydenta. 

Jeżeli strony niekorzystały z możności oddania bezpośrednio 
swego sporu sądowi, prezydent wyznacza członków sądu. którzy 
tworzą trybunał wyrokujący w pierwszej instancyi. 

Na żądanie jednej ze stron, członków tego trybunału wyzna- 
czy sam sąd. 

Członkowie mianowani przez państwo w sporze będące, nie 
mogą zasiadać w trybunale. 

Członkowie wyznaczeni, nie mogą wyboru odmówić. 

Kompromis, zawierają rządy w sporze będące. 

W braku pod tym względem umowy, punkta sporne określa 
trybunał, lub sąd. 



O unii interparlamenłarnej 17 

Dopuszczalnem jest wniesienie skargi wzajemnej. 

Wyrok jest motywowany, i będzie ogłoszony w dwa miesiące 
po zamknięciu obrad. Stronom doręcza go sekretarz. 

W ciągu 3 miesięcy od doręczenia, każda strona może wnieść 
odwołanie (apelacyę). 

Odwołanie wnosi się do sądu. Członkowie mianowani przez 
państwa w sporze będące i członkowie trybunału, nie mogą zasia- 
dać w sądzie wyrokującym w 2 instancyi. 

Postępowanie jest jak w pierwszej instancyi. Wyrok sądu 
jest ostateczny. Niema środków przeciwko niemu. 

Wykonanie wyroku sądu, pozostawianem jest honorowi i do- 
brej wierze państw będących w sporze. 

Sąd zastosuje umowę stron, które w kompromisie dały mu 
mu środki do sankcyonowania w sposób pokojowy swych decyzyj. 

Mianowanie sędziów nastąpi w ciągu 6 miesięcy od wymiany 
rutyfikacyj niniejszej konwencyi. 

Drogą dyplomatyczną zostaną one podane do wiadomości 
państw które konwencyę podpiszą. 

Sąd zostanie utworzony i zbierze się prawomocnie w swej 
siedzibie, w miesiąc po upływie powyższego terminu, jakakolwiek 
będzie liczba jego członków. Przystąpi on do wyboru prezydenta, 
wiceprezydenta i sekretarza, oraz do wypracowania regulaminu 
swoich czynności. 

Strony kontraktujące sformułują regulamin organizacyjny sądu. 
Będzie on stanowić część integralną konwencyi. 

Państwa które nie zawarły konwencyi, mogą do niej przystą- 
pić, w formach zwykłych. 

Ich przystąpienie będzie podanem do wiadomości rządu tego 
państwa, w którem sąd ma swoją siedzibę, a ten ostatni uwiadomi 
inne rządy, które do konwencyi należą. 

Projekt Amerykański (Ryszarda Bartholdtaj. 

1) Kompetencya stałego sądu polubownego 1 (Haga 29 lipca 
1899) odnosi się do sporów państw wynikających z powodu inter- 
pretacyi albo wykonania traktatów, z powodu przywilejów dyplo- 



1 Rćsolutions des conferences et decisions principales du conseii. Bru- 
xelles 1911 str. 89. 



Roszkowski. 



2g Gustaw Roszkowski 

matycznych lub konsularnych, oznaczenia grania prawa żeglugi, 
wynagrodzenia szkód lub reklamacyj pieniężnych, pogwałcenia praw 
co do osób i rzeczy, a nadto pogwałcenia uznanych zasad prawa 
narodów. 

2) Wszelkie inne kwestye, jakiejbądź natury, będą przeka- 
zane komisyi śledczej (Haga, tyd. III. art. 9—14), lub sądowi, usta- 
nowionemu jak poniżej. 

3) Od decyzyi zapadłej, istnieje odwołanie do innego sądu. 

4) Sąd 1-ej instancyi, o ile strony nieod wołają się do sądu 
w Hadze, ustanawia się w następujący sposób. 

Najwyższy sąd każdego z państw w sporze będących, mia- 
nuje 2 sędziów (z pośród swych członków lub innych osób). Ci 
wybierają sobie superarbitra. albo, dwaj z 1° trybunału wyznacza 
1° członka sądu Hagskiego, a los rozstrzyga który z nich będzie 
superarbitrem. 

Odwołanie może mieć miejsce do trybunału Hagskiego, wy- 
jąwszy, jeżeli wyrok zapadł jednogłośnie, albo jeżeli idzie o kwe- 
stye pieniężną, a suma przysądzona jest niższą jak milion funtów 
szterl. 

Sąd ustanawia procedurę, czas i miejsce posiedzeń, mianuje 
funkcyonaryuszy i oznacza ich zapłatę. 

Jeżeli zachodzą trudności w utworzeniu sądu, pisarz sądu 
w Hadze z urzędu wyznaczy losem 2 sędziów dla każdej strony 
z pomiędzy członków najwyższych trybunałów każdego z państw 
w sporze będących i z pomiędzy nich trybunał będzie złożony, 
w sposób oznaczony ad 4). 

Projekt Ernesta Plenera. 

Na konferencyi Londyńskiej (23 — 25 lipca 1906 r.) uchwalono, 
podług referatu Plenera wzór traktatu w sprawie ustanowienia 
sądu polubownego w sporach państw. Traktat ten ma zawierać 
następujące postanowienia : * 

Kompetencyi sądu podlegają spory państw, wyjąwszy tych, 
które dotyczą niezależności państwa, jego żywotnych interesów, wy- 
konywania udzielności, oraz interesów państw trzecich. 

Każde państwo samo rozstrzyga, czy jego spór do kategoryj 
spraw wymienionych należy, czy nie. 

1 Resolutions des conferences. Bruielles 1911 str. 99. 



O unii interparlamentarnej 19 

Bezwarunkowo podlegają kompetencyi sądu : 

a) sprawy interpretacyi i zastosowania, w traktacie wyliczonych 
umów międzynarodowych, 

b) sprawy granic państwa, 

c) sprawy o pieniężne wynagrodzenie szkód, jeżeli wynagrodze- 
nie w zasadzie przez państwa zostały uznane, 

d) kwestye długów. 

Mianowanie sędziów i procedura będą podług uchwał Hag- 
skich z 29 lipca 1899 r. 

Wyrok sądu określa czas w którym ma on być wykonany. 

Wymiana pism odnoszących się do sporu, musi nastąpić przed 
otwarciem posiedzeń sądu. 

Czas trwania tego traktatu nie jest ograniczony. Każde pań- 
stwo może się wycofać z tego traktatu na początku 10 r., o ile 
to rok przedtem zapowie. 

Oprócz tego, na konferencyi Londyńskiej uchwalono następu- 
jącą rezolucyę : 

Jeżeli między państwami, które traktat rozjemczy zawarły, 
powstanie spór, który się do sądu nie kwalifikuje, strony nie roz- 
poczną kroków nieprzyjacielskich, dokąd obie lub jedna, albo nie- 
zarządają komisyi śledczej (Commission international d'enqu6te) 
albo nie odwołają się do pośrednictwa jednego lub więcej państw 
zaprzyjaźnionych. 

Postępowanie to będzie, w razie potrzeby, przeprowadzonem 
podług art. 8 (pierwszej) konwencyi Hagskiej z r. 1899. 

Jest to klauzula, którą Anglia i Stany Zjednoczone pomieściły 
w swym projekcie traktatu z 1897 r. 

Konferencya londyńska z 1906 r. wyraziła życzenie, ażeby 
rezolucya ta weszła do wszystkich traktatów rozjemczych. 

Elaborat ten p. Plenera, uchwalony na konferencyi londyń- 
skiej w r. 1906, znalazł wielkie uznanie na 2-ej konferencyi poko- 
jowej w Hadze w 1907 r. Reprezentanci 32-ch państw oświadczyli 
się za nim. 

Wskutek tego, berlińska konferencya Unii (1908 r.) uchwaliła 
następującą rezolucyę : 

Wyraża się życzenie, aby wzór traktatu rozjemczego, uchwa- 
lony przez Unię w Londynie wzięty był za punkt wyjścia układów 
między państwami, w sprawie sądów polubownych. 

2* 



20 Gustaw Roszkowski 

Wzywa się 32 państw, których reprezentanci w Hadze 
(1907 r.) za tym projektem się oświadczyli, aby zawarły podług 
niego traktat między sobą, wzywa się nadto inne państwa, aby do 
tego traktatu przystąpiły. 1 ) 

Z pomiędzy tych trzech projektów, pierwszeństwo należy się 
niewątpliwie projektowi Plenera, a to ze względu na jasne okre- 
ślenie kompetencyi sądu, oznaczenie czasu wykonania wyroku i po- 
stanowienia co do spraw które do kompetencyi sądu nie należą. 
Utworzenie sądu określone jest w związku z postanowieniem kon- 
ferencyi hagskiej. 

Projekt brukselski proponuje sąd międzynarodowy w formach 
bardzo zbliżonych do zwykłego sądu polubownego. 

Najmniej szczęśliwie pomyślany był projekt amerykański, ze 
względu na bardzo skomplikowany sposób złożenia sądu polu- 
bownego. 

Klauzule kompromisowe. 

W wielu traktatach spotykamy postanowienie, że wszelkie 
spory z nich wynikające, będą przez sąd polubowny rozstrzygane 
(Kompromissarische klausel. clauses d'arbitrage). 

Postanowienia te, są oczywiście wynikiem dążności pokojo- 
wych państw, które przynajmniej w sporach z jednej umowy wy- 
niknąć mogących, tą drogą sobie pokojowe załatwienie zapewniają. 
Ze względu na tę doniosłość klauzuli kompromisarskich, sprawą 
ich zastosowania w traktatach, oddawna się zajmowano w parla- 
mentach. 

Po raz pierwszy stało się to w Anglii. Jeszcze w r. 1849 
Buckingham i Cobden żądali w Izbie gmin ażeby klauzule te 
pomieszczane były w traktatach angielskich, ale wpiosek ten 
upadł. 

W r. 1853 podobny wniosek przeszedł w senacie Stanów 
Zjednoczonych, a w r. 1874 został przyjęty przez obie Izby tam- 
tejsze. 

W r. 1873 żądanie to podniesiono w parlamencie włoskim 
(Mancini), w r. 1874 w Hollandyi, w r. 1875 w Belgii, w r. 1893 
w Rumunii. 

1 Rósolutions des conferences. Bruxelles 1911 str. 103. 



O unii interparlamentarnej 21 

Zadania te doczekamy się już uwzględnienia przez rządy. Obe- 
cnie spotykamy te klauzule w wielu traktatach dotyczących handlu, 
żeglugi. 1 poczt, 2 a nadto w umowach konsularnych itd., ale prze- 
ważnie w umowach ekonomicznej treści. Szersze i ogólniejsze za- 
stosowanie znalazło to postanowienie w traklaeie Waszyngtońskim 
z 18 kwiet. 1890 r. między 17 republ. amer. 

Wiele państw europejskich, a przedewszystkiem Włochy i Szwaj- 
carya, w największej liczbie swych umów klauzule kompromisowe 
pomieszczają. 

Nie ulega wątpliwości, że klauzule te nietylko utrzymają się 
na przyszłość, ale nawet znajdować będą coraz szersze zastosowa- 
nie. Nietylko traktaty ekonomicznej treści, ale także i umowy 
ekstradycyjne, umowy co do własności literackiej i artystycznej, 
co do wykonywania wyroków zagranicznych i i. o ile politycznych 
stosunków państw nie dotyczą, mogą zupełnie dobrze mieścić klau- 
zule kompromisowe. 

W art. 4 wspomnianego traktatu Waszyngtońskiego powie - 
dziano: iż obowiązek poddania się sądowi ustaje, jeżeli tylko jedna 
strona w sporze będąca sądzi, iż przedmiot sporu jej niepodległości 
dotyczy. 

Zastrzeżenie to, znaczenie klauzuli kompromisowej osłabia, 
i dlatego lepiej jest klauzulę tę pomieszczać w tych tylko trakta- 
tach klóre stosunków politycznych państw, ich bytu, niezawisłości 
i honoru nie dotyczą. 

Jest wielką zasługą Manciniego, iż nakłonił rząd włoski do 
szerokiego stosowania klauzuli kompromisowej w stosunkach mię- 
dzynarodowych, gdyż ona w wielu wypadkach niebezpieczeństwo 
wojny usuwa, utrwala nietylko w sferach rządowych, ale i w sze- 
rokich warstwach społecznych zamiłowanie pokoju, a w każdym 
razie duchowi naszego czasu odpowiada i świadczy, iż w dzisiej- 
szej epoce państwa niezaniedbują niczego, ażeby zapobiedz wojnie 
i fakt gdzie to możebnem, traktaty zawiera i w takiej formie, ażeby 
one nie dawały okazyi do rozprawy orężnej. 

Wobec takiego znaczenia klauzuli kompromisowych, uchwały 
Unii interparlamentarnej, ażeby klauzule te były pomieszczane w od- 
powiednich do ich treści traktatach, powzięte w Paryżu, Londynie 
i Bernie, są zupełnie słuszne i powinny być przez rządy wykonane. 

1 Ullmann, str. 300. 

2 Trakt, berneński z 1874 co do Union postale Uniyers. 



22 Gustaw Roszkowski 

Na konferencyi wiedeńskiej (1903 r.) uchwalono wzór klau- 
zuli kompromisowej. Wzór ten brzmi: Strony kontraktujące zga- 
dzają się poddać wszelkie trudności, które przy zastosowaniu obe- 
cnego traktatu mogą wyniknąć, pod sąd polubowny, stosownie do 
uchwał pierwszej konwencyi hagskiej z 1899 r. 1 ) 



II. 

Kwestye ogólnego znaczenia dla prawa narodów. 

1. Udział państw w kongresach. 

2. Własność prywatna w czasie wojny morskiej. 

3. Międzynarodowe prawo prywatne. 

4. Unie międzynarodowe. 

5. Prawa cudzoziemców. 

6. Kodyfikacya prawa narodów. 

7. Kwestya neutralności. 

8. Agencya pokoju. 

9. Organizacya prasy. 

10. Kongres międzynarodowy. 

11. Uchwały dotyczące wyników konferencyi pokojowej 
w Hadze. 

12. Uchwały odnoszące się do członków Unii. 

1. Udział państw w kongresach. 

Doskonałą myśl miała Unia interparlamentarna, poruszając na 
swej konferencyi w Rzymie sprawę udziału państw w kongresach 
i konferencyach. Uchwała pod tym względem powzięta wymaga, 
ażeby w interesie pokoju i sprawiedliwości, na przyszłość wszyst- 
kie państwa parlamentarne były reprezentowane na wszystkich kon- 
gresach państw europejskich. 2 ) (Rezol. 1). 

Kongresy i konferencye, między któremi ścisłej granicy niema, 
są poświęcone sprawom dotyczącym pewnych państw, albo całego 
Związku międzynarodowego. 

Go do udziału w tych kongresach, stałej zasady dotąd niema. 



1 Resolutions des conferences. Bruxelles 1911 r. str. 79. 
* Resolutions votees par les huit premieres conferences interparlemen- 
taires. Berne 1899. str. 10. 



O unii interparlamentarnej 23 

Główną zasadą jest, że w obradach biorą udział tylko pań- 
stwa udzielne. Jednak i pod tym względem był wyjątek na konfe- 
rencyi pokojowej w Hadze, w której brała udział i Bułgarya. 

Co dalszego składu kongresów, dzieje się dotychczas, że prze- 
ważnie tylko wielkie mocarstwa (Sexarhia, tj. Rosya, Prusy, An- 
glia, Francya, Austrya i Włochy) biorą w nich udział. One stoją 
de facto na czele międzynarodowego Związku państw, i przyznają 
sobie prawo decydowania o losie państw małych — o nich, bez 
nich. Przykładów tego jest wiele. 

Na konferencyi paryskiej w r. 1869 w sprawie Turcyi i Gre- 
cyi (o wyspę Kretę), niezaproszono Grecy i z głosem stanowczym. 
Reprezentanta jej powołano tylko dla dania wyjaśnień. Bardziej 
rażący wypadek, zdarzył się po ostatniej wojnie Wschodniej. Na 
konferencyi odbytej w r. 1877 z inicyatywy Anglii w sprawie po- 
koju między Turcyą, Serbią i Czarnogórą, Turcyi nie zaproszono ! 
Toż samo na kongresie berlińskim w r. 1878 niezaproszono państw 
w obradach interesowanych. 

Praktyka ta, przeciwna zasadzie równości państw, i obowią- 
zkowi szanowania udzialności wszystkich państw udzielnych do mię- 
dzynarodowego Związku należących, powinna ustać, jak słusznie 
Unia orzekła — w imię pokoju i sprawiedliwości. 

Niesłusznie tylko Unia ogranicza swe żądanie do kongresów 
europejskich, gdyż kongresy nie tylko w r Europie bywają, a nadto 
niesłusznie do państw mających parlamenty. Ustrój państwa jest 
jego sprawą wewnętrzną i na stosunki jego międzynarodowe wpły- 
wać nie może. 

2. Własność prywatna w czasie wojny morskiej. 

Na konferencyi w Bernie 1892 r. uchwalono: 
Wzywa się członków Unii, ażeby w swych parlamentach 
przeprowadzili wezwanie do rządów, aby odbyła się międzynaro- 
dowa konferencya państw, dla uznania zasady prawa narodów, że 
własność prywatna na morzu w czasie wojny jest nietykalną. 1 
(Rezol. 2). 

Uchwała ta została powtórzoną na konf. interparl. w Hadze 
1894 r. (Rezol. 4) i w Chnstianii 1899 r. 2 (Rezol. 6). 

1 Actes essentiets. Berne 1902 str. 9. 

3 Resolutions des conferences. Bruxelles 1911 str. 51, 67. 



24 Gustaw Roszkowski 

Na tej ostatniej konferencyi, z zadowoleniem podniesiono sa- 
ranią prezydenta Stanów Zjednoczonych o uznanie powyższej za- 
sady przez państwa morskie. 

Prócz tego, konferencya oświadczyła się za zawieraniem przez 
państwa traktatu, na wzór umowy z 1871 r. między Włochami 
i Stanami Zjednoczonemi, uznaj ącego tę zasadę, sądząc, że traktaty 
te będą początkiem uznania tej zasady przez wszystkie państwa. 

Zupełnie słusznem było żądanie Unii interparlamentarnej, ażeby 
przyszła konferencya reprezentantów państw, uznała nietykalność 
własności prywatnej na morzu w czasie wojny morskiej, tak jak 
nietykalną jest własność prywatna w czasie wojny lądowej. Same 
rządy postawiły już tę kwestyę na porządku dziennym swych przy- 
szłych obrad, skoro konferencya pokojowa w Hadze w r. 1899 
przekazała przyszłej konferencyi reprezentantów państw rozważe- 
nie tej sprawy. 

Stan tej ostatniej w obecnej chwili jest następujący : 

Od niepamiętnych czasów, własność prywatna należąca do 
obywateli państwa nieprzyjacielskiego w czasie wojny morskiej, ule- 
gała zaborowi okrętów wojennych państwa w wojnie udział biorą- 
cego lub statków korsarskich. 1 

W myśl tej zasady, okręt i towar na nim będący stanowił 
dobrą pryzę, podług prawa zaborczego (Prisenrecht). 2 

Ograniczenia pod tym względem wprowadziła deklaracya pa- 
ryska z r. 1856. która uznała, źe nawet towar nieprzyjacielski pod 
flagą neutralną, a tern bardziej towar neutralny i pod flagą nie- 
przyjacielską zaborowi nie ulega. Wynika z tego, że towar nie- 
przyjacielski pod flagą nieprzyjacielską opieki prawa narodów nie 
doznaje, czyli może być zabranym. 3 

Deklaracya paryska, choć milcząco, ale zasadę tę uświęciła. 

1 Wyjęte z pod prawa zaboru są jednak: 1) okręty odbywające podróż 
naukową, 2) statki rybackie, 3) statki nie służące do celów handlowych, jak 
statki obsługujące latarnie morskie, statki wysiane do wykonania zawartego 
kartelu, 4) statki czerwonego krzyża (uchwały z r. 1868 i 1899), 5) towary po- 
chodzące z rozbitych okrętów. 

2 Akt zaboru nie może być dokonanym na wodach należących do pań- 
stwa neutralnego, Postępowanie zaborcze wskazuje Rivier, Lehrbuch str. 430 i n. 

8 De Boeck, De la proprióte privee ennemie sous pavillon ennemi. 1882. 
Ullmann, Vólkerrecht. Freiburg i. Br. 1898 str. 342. Rhrier, Lehrbuch d. Vólkerr. 
Stuttgart 1899 str. 429. 



O unii interparlamentarnej 25 

Zasada ta jest duchowi dzisiejszego prawa wojny przeciwną. 
Najprzód dla tego, że wojna ogarnia tylko walczące ze sobą armie 
i tylko własność państwa skutkom prawa wojny ulega. A nastę- 
pnie, jest przecież dążeniem całej dzisiejszej cywilizacyi, ażeby ogra- 
niczyć jak najbardziej skutki wojny, a w każdym razie spokojną 
ludność kraju, o ile można, od następstw wojny uchronić. 

Nie szanowanie własności prywatnej na morzu, sprowadza 
nieobliczone straly najprzód dla osób w wojnie udziaiu niebiorą- 
cych, a następnie rujnuje handel nieprzyjacielskiego państwa i przez 
to staje się jego klęską. 

Walka przeciwko tej zasadzie, stojącej, jak widzimy w jaw- 
nej sprzeczności z duchem nowożytnej cywilizacyi, datuje się od 
końca 18-go stulecia. 

W r. 1792 żądano w Zgromadzeniu narodowem we Francyi 
przeprowadzenia tej zasady, ażeby własność prywatna na morzu 
była szanowaną. 

Niektóre państwa zawierały traktaty co do szanowania wła- 
sności prywatnej na morzu. Tak uczyniły Prusy z Stanami Zjedno- 
czonemi w r. 1785. Były wypadki, że pewne państwa same zrze- 
kały się prawa zaboru, i to, albo wogóle, pod warunkiem wzajem- 
ności, albo tylko na czas toczącej się wojny. 

Instytut prawa międzynarodowego, oświadczył się również 
przeciwko nieszanowaniu własności prywatnej na morzu. 1 ) 

Załatwienie więc tej sprawy, leży w duchu czasu. Wobec 
uchwały konferencyi hagskiej, uchwała Unii sprawy nie przyspieszy, 
ale zadaniu temu doda powagi i stanowczości, bo uchwała taka 
ze strony członków parlamentów całego świata powzięta, jest wy- 
razem opinii całego cywilizowanego świata. 

3. Międzynarodowe prawo prywatne. 

Na konferencyi wiedeńskiej uchwalono : 

Wzywa się grupy do Unii należące, ażeby wpływały na swoje 
rządy, aby te ostatnie wprowadziły w życie uchwały konferencyi 
w Hadze co do międzynarodowego prawa prywatnego, która, z go- 
dnej wszelkiego uznania inicyatywy rządu holenderskiego przyszła 
do skutku. 

Stosunki zachodzące między jednostkami do różnych państw 

« Posiedzenia Instytutu w r. 1882, 1883 i 1887. 



26 Gustaw Roszkowski 

należącemi, rządzone są przez międzynarodowe prawo prywatne. 
Ponieważ stosunki te były od dawna, tylko nie w takiej jak teraz 
ilości, przeto i postanowienia prawne odnoszące się do nich, mie- 
ściły się w ustawach państw pojedynczych. Ale praw tych w da- 
wnych ustawach, np. w kodeksie Napoleona i innych z tej epoki 
pochodzących kodeksach, jest niewiele. Nowsze kodeksy i nowsze 
ustawy, jak kodeks cywilny włoski z 1865 r.. kod. cyw. hiszpański 
1889 r., Le decret congolais sur le confltt des lois z 20 lutego 1891., 
Loi federal suisse du 25 Juin 1891 sur le rapport de droit civil 
des citoyens etablis ou en sejour. nadto projekt belgijski \ reguł 
tych zawierają coraz więcej. Prócz tego, między no wszem a da- 
wnem ustawodawstwem w tej kwestyi, jest i pod względem treści 
różnica. Dawne ustawy dawały przewagę prawu krajowemu, w oce- 
niu stosunków cudzoziemców, nawet co do ich czynów dokonanych 
za granicą i co do stosunków przez nich zawartych w obcem pań- 
stwie. Wynikało to z mniemania, że udzielność państwa tego wy- 
maga. Dziś zmieniły się pojęcia. Państwa coraz więcej widzą po- 
trzebę stosowania u siebie praw zagranicznych, gdyż zasadą dzi- 
siejszego wymiaru sprawiedliwości jest stosować to prawo, które 
istocie danego stosunku najwięcej odpowiada. To też w najnowszych 
kodeksach i ich projektach spotykamy coraz szersze zastosowanie 
praw obcych. 

I jeszcze jedno dla prawnych stosunków świata przybyło za- 
danie. Nietylko dziś jest powszechnie odczuwaną potrzeba coraz 
większej ilości praw, dla ciągle mnożących się stosunków obywateli 
państw różnych, ale co więcej potrzeba ujednostajniać te prawa, 
gdyż to ułatwia stosunki, nadaje im jednolity charakter w związku 
międzynarodowym, i zapobiega sporom państw, wyniknąć mogącym 
z niejednakowego traktowania ich obywateli. 

Tę jednolitość praw w sferze międzynarodowego prawa pry- 
watnego, można osiągnąć, wprowadzając do kodeksów państw ró- 
żnych jednolite postanowienia, a jeszcze skuteczniej przez zawie- 
ranie konwencyj międzynarodowych. 

Z państw, przedewszystkiem Francya weszła na tę drogę, 
zawierając w kwestyi spadku konwencyę z Austryą 11 grudnia 
1866 r., i takąż konwencyę z Rosyą, 1 kwietnia 1874 r. 

Jednak mnożące się nieustannie stosunki międzynarodowe 

1 Lainś, Etude sur le projet de la revision du codę civil belge. 1890. 



O unii interparlamentamej 27 

jednostek, uwydatniały coraz większą potrzebę konwencyj ogarnia- 
jących znaczną ilość państw i nie co do pojedynczej kwestyi, ale co 
do całej grupy stosunków najczęstszych i najważniejszych. 

Wielki zwolennik tej myśli włoski uczony i mąż stanu Man- 
cini, w r. 1867 z upoważnienia swego rządu, rozpoczął starania, 
aby skłonić Francyę, Belgię i Niemcy do zawarcia z Włochami kon- 
wencyi ogarniającej przepisy prawne co do cudzoziemców, ale bez- 
skutecznie. W r. 1874 starania w tym duchu podjął rząd holen- 
derski, w r. 1881 rząd włoski, również bez rezultatu. 

Instytut prawa międzynarodowego wypracował nawet jako 
podstawę do umów międzypaństwowych, zestawienie zasad prawnych 
odnoszących się do tych kwestyj. 

Pierwszą kodyfikacyę głównych zasad międzynarodowego prawa 
prywatnego dokonano w południowej Ameryce, na kongresie w Mon- 
tevideo w 1889 r. K 

W Europie rzeczonej kodyfikacyi dokonano na konferencyach 
odbytych w Hadze w r. 1896 i 1902. Uchwała z 14 listopada 1896 r. 
jest następstwem obrad dwóch konferencyj, które z inicyatywy rządu 
holenderskiego odbyły się w Hadze w 1893 i 1894 r. i zawiera 
postanowienia odnoszące się do procedury cywilnej (Communication 
d'actes judiciares ou extra-judiciaires. Commissions rogatoires. Cau- 
tion »judicatum solvi«. Assistance judiciaire gratuite. Contrainte par 
corps), została zaś podpisaną i ratyfikowaną przez: Belgię, Hiszpanię. 
Francyę, Włochy, W. X. Luxemburg, Nassau, Holandyę, Portugalię, 
Szwajcaryę, Szwecyę i Norwegię, Niemcy, Austryę, Danię. Rumunię, 

Rosyę. 

Uchwały z 12 czerwca 1902 r. były rezultatem trzeciej konferen- 
cyi hagskiej z 29 maja 1900 r., obejmują one 3 konwencye: o mał- 
żeństwie, o rozwodach i seperacyi, tudzież o opiece (le mariage. Ie 
divorce et la separation de corps, la tutelle des mineurs) i zostały 
podpisane przez Niemcy, Austryę, Belgię, Hiszpanię, Francyę, Wło- 
chy, W. X. Luxemburg, Nassau, Hollandyę, Portugalię. Rumunię, 
Szwecyę, Szwajcaryę 2 . 

1 Kongres ten trwał od 25 sierpnia 1888 r. do 18 lutego 1889 r. Przyjęły 
w nim udział: Boliwia, Brazylia, Chili, Paraguay, Peru, Argentyna, 1'ruguay. 
Por. Meili, Die Kodifikation des internationalen Civil- u. Handelsrechts. Pradier- 
Fodere, Le Congres de droit international sud-americain et les traites de Monte- 
video. Revue de dr. intern. 1889 str. 217 i 561. 

2 Asser, La codification du droit international privć. R. de dr. intern. 
t. 25 str. 521, t. 26 str. 349, t. 28 str. 573. Asser, La convention de la Haye 



9g Gustaw Roszkowski 

Konwencya co do małżeństwa zawiera postanowienia jedynie 
co do ważności małżeństw. Inne kwestye. a przedewszystkiem skutki 
małżeństwa względem samych małżonków i ich dzieci, pozostawione 
są przyszłej konferencyi. 

Uprawnienie do zawierania małżeństw będzie ocenianem po- 
dług praw narodowych (loi nationale) x każdego z przyszłych mał- 
żonków. Jest rzeczą tych ostatnich udowodnić władzom w państwie, 
w którem chcą zawrzeć małżeństwo, iż według oraw państwa do 
którego należą, posiadają wszelkie warunki do zawarcia małżeństwa. 

Dalsze postanowienia zawierają ograniczenia tej zasady na 
korzyść praw państwa, w którem małżeństwo ma być zawartem. 

W myśl konwencji co do rozwodów i seperacyj małżonkowie 
wtedy tylko mogą wnieść skargę o rozwód lub seperacyę. gdy za- 
równo prawo ich państwa (loi nationale), jak i prawo tego państwa 
w którem skarga ma być wniesioną, dopuszczają rozwód lub se- 
peracyę. 

.Jeżeli strony w miejscu zamieszkania nie mogą żądać rozwodu 
lub seperacyi, mogą od władz kompetentnych tego państwa żądać 
środków prowizorycznych, dla przerwania wspólności ich pożycia. 

Konwencya co do opieki stanowi, iż opieka nad małoletnim 
ma być urządzoną przez prawo państwa, do którego on należy. 

Jeżeli opieka nad małoletnim nie jest zorganizowaną podług 
powyższej zasady, ustanawiają ją władze miejsca pobytu małole- 
tniego, podług swoich praw. 

W myśl ogólnych postanowień wszystkich tych konwencyj zo- 
stały one zawarte na lat 5. 

du 14 Nov. 1896. Asser. La conyention de la Haye 1901. Meili, Der erste euro- 
paische Staatencongress iiber internationales P/ivatrecht Wien. 1894. Meili, Das 
internationale Privatrecht und die Staatenkonferenz in Haag. Ziirich 1900. Do- 
cuments relatifs a la troisieme Conference de la Haye pour le droit internatio- 
nal prive. La Haye 1900. Laine. La conference de Haye rclative au droit inter- 
national prive. Journal de droit int. prive. 1894—5. 1901—2. Renault, Les con- 
ventions de la Haye (1896 et 1902; sur la droit international prive. Paris 1903. 
Renault. Le droit international prive et la Conference de la Haye. Annales de 
1'Ecole librę des seiences politiąues, 1894, str. 310. Roszkowski, Ueber die Be- 
schlusse der Haager Konferenzen vom 12 Juni 1902. Ztechr. fur Vólkerrecht 
u. Bundesstaatsrecht herausg. von Kohler u. Oppenheim Bd. III. 

1 Wyraz narodowe wzięty tu jest w znaczeniu politycznem a nie etnogra- 
ficznem, i oznacza właściwie państwo, do którego narzeczeni należą. 



O unii interparlamentarnej 29 

Milcząco zostają one przedłużone na dalszych lat 5, jeżeli nie 
zostały wypowiedziane. 

Wypowiedzenia mogą nastąpić na 6 mieś. przed upływem lat 5. 

Powyższe konwencye mogą być przyjęte tylko przez państwa, 
które w konferencyach hagskich brały udział (Conventions fermees). 

Przystąpienie państw innych, możliwem jest tylko za zgodą 
państw powyższych. 

Unia interj parlamentarna żąda. ażeby wszystkie państwa po- 
wyższe uchwały wprowadziły u siebie w życie. 

Z powyższego przedstawienia okazuje się. iż nie jest to zu- 
pełnie łatwe zadanie dla państw, które na trzech konferencyach 
hagskich nie były reprezentowane. Jednak, pomijając tę trudność 
żądanie powyższe jest słusznem. 

Kodyfikacya w tych konwencyach zawarta, aczkolwiek nie 
wyczerpuje całego międzynarodowego prawa prywatnego, jednak 
ogarnia najważniejsze kwestye i toruje drogę do dalszej kodyfikacyi. 
Postanowienia praw w pojedynczych państwach co do cywilnych 
stosunków jednostek w związku międzynarodowym, są bardzo roz- 
maite, i kodyfikacya dokonana w Hadze ma na celu przedewszyst- 
kiem jednolitość prawnych postanowień zaprowadzić w kwestyach 
najważniejszych, i. j. w rzeczach małżeństw, rozwodów i seperacyj. 

Zasada, na której oparto konwencye jest słuszna. Dotąd ście- 
rały się w prawodawstwach: zasada prawa miejsca zamieszkania (loidu 
domicil) i prawa państwa, do którego jednostka należy (loi national). 
Konwencye przyjęły tę ostatnią. Małżeństwo, we wszelkich z niego 
wynikających stosunkach, dotyczących jego ważności lub rozwiąza- 
nia, powinno być oparte na jednem tylko prawie, mianowicie na 
tem, które jest najbliższem jednostki, które wszelkie jego stosunki 
przenika, a więc na prawie państwa, do którego jednostka należy. 
Miejsce zamieszkania może ulegać zmianie, ze zmianą stosunków 
życiowych, ono więc stałości i niezmienności o którą tu idzie, nie 
przedstawia. 

Postanowienia konwencyi, choć niewątpliwie liberalnym duchem 
przeniKnione. szanują jednak względy religijne, ale ich ważność od- 
noszą tylko do państwa, którego prawodawstwo w rzeczach mał- 
żeństwa form religijnych wymaga. 

Austro-węgierska monarchia konwencye podpisała, przedłożenie 
konwencyj z 1902 r. radzie państwa dotąd nie nastąpiło. Stanie się 



30 Gustaw Roszkowski 

to po przeprowadzeniu pod tym względem porozumienia między 
obiema popowami monarchii. 

Konwencya z r. 1896 parlamentowi przedłożoną nie będzie, 
gdyż odnosi się do form proceduralnych i zasad prawa materyal- 
nego nie zawiera. 

i. Unie międzynarodowe. 

Unie międzynarodowe należą do najnowszych, ale zarazem 
i najważniejszych urządzeń w międzynarodowym związku państw. 

Ten ostatni, długi czas zajmował się przeważnie politycznemi 
sprawami państw. W kolei czasu jednak, sprawy społeczne, eko- 
nomiczne i duchowe doszły do tego stopnia rozwoju, iż już nie 
wystarczało urządzanie i regulowanie ich przez prawo w granicach 
jednego państwa. One zyskiwały coraz więcej charakter międzyna- 
rodowy, i okazała się konieczność zapewnienia im opieki międzyna- 
rodowego związku państw przez prawo narodów. 

Ażeby tej potrzebie zadość uczynić, począwszy od lat sześć- 
dziesiątych w. XIX-go, poczęły się tworzyć w obrębie międzynaro- 
dowego związku państw, związki kilkunastu lub więcej państw, ma- 
jące na celu wspieranie się ich nawzajem w kwestyach społecznych. 
Związki te noszą nazwę Unij międzynarodowych. 

Znamieniem tej nowej formy połączeń państw jest: 1) że one 
służą dla celów nie politycznych, ale społecznych; 2) że one mają 
organ zarządzający ich sprawami, t. z. biuro (urząd międzynaro- 
dowy), zostający pod kontrolą rządu tego państwa, w którem to 
ostatnie ma swoją siedzibę; 3) że co pewien czas odbywają się 
międzynarodowe konferencye dla spraw Unii. 

Podstawą Unii jest traktat otwarty, t. z., że każdej chwili 
państwa do Unii nienależące, mogą do niej przystąpić. 

Doniosłe znaczenie tej najnowszej formy międzynarodowych 
połączeń państw spoczywa w tern: 

1) że one zapewniają opiekę prawa narodów i związku 
międzynarodowego dla spraw społecznych, pierwszorzędnego zna- 
czenia dla kulturalnego rozwoju narodów; a przez to przynoszą 
dowód, iż związek międzynarodowy tak się rozszerza, iż nie tylko 
ogarnia sprawy polityczne, ale i wszelkie sprawy i stosunki oświe- 
conych narodów. 

2) Ze świadczą, iż państwa dzisiejsze wszelkie wzajemne sto- 
sunki pragną mieć rządzone przez prawo; 



O unii interparlamentarnej 31 

3) że one zacieśniając węzły między państwami, stają się no- 
wem ogniwem łączącem mocarstwa i utrwalającem pokój; 

4) że one ułatwiając państwom urzeczywistnienie zadań spo- 
łecznych wielkiej wagi, torują drogę do postępu kultury. 

Dziewięć dotychczas istniejących Unij. dają się rozdzielić na 4 
grupy, podług natury ich przedmiotu, a mianowicie: 1) Unie doty- 
czące środków komunikacyjnych (Unia pocztowa, telegraficzna i Unia 
dla transportów kolejowych), 2) Unie dotyczące stosunków ekonomi- 
cznych (Unia dla publikacyj traktatów cłowych, tudzież Unia dla 
miar i wag); 3) Unie dla celów duchowych (Unia geodety czna, Unia 
dla własności literackiej i przemysłowej); 4) Unia dla zniesienia 
handlu niewolnikami. 

Konferencya bruxelska (1895) uznała wielką użyteczność Unii 
i urzędów międzynarodowych (Unions universelles et des offices in- 
ternationnaux), i przepowiada ich rozwój. Specyałnie wyraża ona 
życzenie, aby wkrótce powstała Unia dla publikacyi traktatów x . 

5. Prawa cudzoziemców. 

Uchwały Unii interparlamentarnej co do cudzoziemców, zale- 
cają przedewszystkiem państwom przyjęcie uchwał powziętych co 
do tej kwestyi przez 1'Institut de droit international, a oprócz tego 
zawierają szereg postanowień specyalnych. 

Postanowienia te obejmują 3 kwestye: 

dozwolenie cudzoziemcom wstępu na tery tory um państwa; 

prawne stanowisko cudzoziemców; 

wydalanie cudzoziemców. 

Co do pierwszej kwestyi, tj. co do do£ wolenia cudzoziemcom 
wstępu na terytoryum państwa, Unia wyraziła opinię, że: 

1) państwa powinny ogłosić warunki pod któremi cudzoziemcy 
będą mieli wstęp na ich terytorya. 

2) Cudzoziemcom nie powinien być zabroniony wstęp na te- 
rytoryum państwa ani stale, ani w sposób ogólny, ani dla ochrony 
pracy krajowców. Może zaś być w interesie publicznym i z przyczyn 
bardzo ważnych, wstęp cudzoziemców ograniczony, lub czasow r o za- 
broniony: z powodu wojny, rozruchów wewnętrznych lub epidemii. 

Co do prawnego stanowiska cudzoziemców, Unia jest zdania: 
1) iż cudzoziemcy powinni używać na równi z krajowcami 

Resolutions des confśrences Bruxelles 1911, str. 56. 



32 Gustaw Roszkowski 

praw cywilnych, mieć prawo prowadzenia handlu i nabywania wła- 
sności nieruchomej. 

2) Specyalna opieka prawna powinna być rozciągniętą nad 
tymi cudzoziemcami, którzy mają w państwie zamieszkanie, lub po- 
siadają zakład przemysłowy albo handlowy. 

Co do wydalań cudzoziemców, Unia rozróżnia: wydalenia en 
masse i wydalenia jednostek. 

Wydalania en masse mogą mieć miejsce: na czas wojny, albo 
na czas oznaczony (z powodu rozruchów wewnętrznych). 

Wydalania indywidualne mogą dotyczyć: 

1) tych co żyją z dobroczynności publicznej, 

2) tych którzy są winni lub podejrzani o zbrodnię, lub o za- 
mach na państwo, 

3) tych. którzy się wcisnęli do państwa mimo zakazu. 

4) tych, którzy są dotknięci chorobą epidemiczną. 

Osoby skazane na w T ydąlenie, powinny mieć prawo odwołania 
się do sądu wyższego, lub do władzy administracyjnej. Wydalenie 
pomimo wniesionego rekursu, powinno być tylko prowizorycznem. 
W każdym razie, wydalanie powinno być wykonywanem z wzglę- 
dnością, a z wydalań robione być powinny sprawozdania parlamen- 
tom, lub przez urzędowe publikacye. 

Życzenia Unii interparlamentarnej w pierwszej kwestyi, t. j. 
co do dopuszczania cudzoziemców na terytorya państw, odpowiadają 
obecnemu prawu, narodów i dzisiejszej praktyce państw, i są z tego 
powodu zbyteczne. Ogólne i stałe zabronienie wstępu cudzoziemcom, 
byłoby wręcz zasadom, na których się opiera dzisiejszy związek 
międzynarodowy państw przeciwnem, i dlatego nie praktykuje się 
w obrębie togo związku nigdzie. Czyniły to dawniej niektóre pań- 
stwa wschodnie, a przedewszystkiem Chiny i Japonia, ale i dziś one 
tego nie robią. Natomiast słusznem jest, że państwa, w wykonaniu 
swego zwierzchnictwa terytoryalnego stawiają pewne warunki dla 
wstępu cudzoziemców, lub zabraniają go osobom niebezpiecznym dla 
porządku i bezpieczeństwa publicznego, jak zbrodniarzom, ubogim, 
lub dotkniętym epidemicznemi chorobami. Postanowienia co do tego 
są ogłaszane w ustawach krajowych lub w traktatach (Niederlas- 
sungs, Freundschafts- u. Niederlassungs, wreszcie Handels-Vertrage). 

Równie się rzecz ma i co do prawnego stanowiska cudzo- 
ziemców. W państwach cywilizowanych cudzoziemcy mają zape- 



O unii interparlamentarnej 33 

wnioną zupełną prawną obronę swojej osoby i własności l i w re- 
gule zrównani są z krajowcami pod względem praw cywilnych (Cod. 
Nap. art. 11. kodeks włoski, art. 3). W jednych państwach równość 
ta jest zastrzeżoną pod warunkiem wzajemności, w innych, jak 
we Włoszech, w Hiszpanii i w Holandyi, bez tego ograniczenia. Tam 
gdzie pod tym względem, w myśl obowiązującego ustawodawstwa, 
istnieją pewne ograniczenia cudzoziemców, np. co do prawa wyta- 
czania powództwa przed sądy miejscowe w pewnych sprawach, 
tam państwo przez traktaty z obcemi państwami niewłaściwość 
tę usuwa. Tak n. p. zrobiła Francya. Inne zaś ograniczenia proce- 
sowe, jak co do prawa ubóstwa i obowiązek dostarczania kaucyi 
w procesie, wynikają z natury stosunków i mają uzasadnienie w usta- 
wodawstwie państw pojedynczych. 

W pewnych specyalnych stosunkach, n. p. w kwestyi t. z. wła- 
sności literackiej i przemysłowej, zrównanie cudzoziemców z kra- 
jowcami przeprowadzone jest na podstawie umów międzynarodo- 
wych (Union internationale pour la protection des oeuvres litteraires 
et artistiąues), Konwencya berneńska z 9 września 1886 r. (Union 
internationale pour la protection de la proprietó industrielle). Kon- 
wencya paryzka z 20 marca 1883. 

Pod względem politycznym, cudzoziemcy są niżej postawieni od 
krajowców o tyle, że nie mają tych praw politycznych, które dają 
udział krajowcom w wykonywaniu władzy, n. p. praw wyborczych, 
natomiast na równi z krajowcami korzystają z prawa stowarzyszeń, 
zgromadzali, ochrony mieszkania, wolności prasy, swobody wyznań 
i t. d. 

Swoboda zajmowania się handlem jest dziś także cudzoziem- 
com zapewnioną. Ograniczenia, które pod tym względem w niektó- 
rych państwach istniały (Szwecya do r. 1864, Dania do r. 1873 i i.) 
w ostatnich czasach zostały zniesione. Istnieją one tylko na Wscho- 
dzie (Chiny. Japonia), ale i tam coraz więcej znikają. 

Znikły także wszelkie dawne ograniczenia cudzoziemców co 
do prawa dziedziczenia, przenoszenia spadku poza granice państwa 
i co do swobody wiary. Uprzywilejowane natomiast stanowisko mają 
cudzoziemcy przez to, iż nie pełnią powinności wojskowej. 

Z zupełną natomiast słusznością Unia domaga się zniesienia 

1 Obrona ta ma szczególne znaczenie w państwach wschodnich, jak Persya, 
Japonia, Chiny itd. 
Roszkowski. 3 



34 



Gustaw Roszkowski 



istniejącego w niektórych państwach (Anglia. Stany Zjednoczone, 
Szwecya) ograniczeń cudzoziemców w prawie nabywania własności 
nieruchomej. Ukaz rosyjski z 1887 r. stoi w sprzeczności nie tylko 
z prawem narodów, ale i wogóle z wymaganiami dzisiejszej cy- 

wilizacyi. 

Przedewszystkiem zaś wielkiej wagi są uchwały Unii w kwestyi 

wydalania cudzoziemców. 

Prawnv stan tej kwestyi w związku międzynarodowym jest 
obecnie następujący: 

W czasie wojny państwa aż do najnowszych czasów wydalały 
obywateli państwa nieprzyjacielskiego. W r. 1870 wydalono z Francyi 
z górą 100.000 Niemców, a w tern 40.000 z samego Paryża. Ale 
ten barbarzyński zwyczaj w paru ostatnich wojnach: rosyjsko- 
tu reckiej (1877 r.). chińsko-japońskiej (1894 r.) i hiszpańsko -amery- 
kańskiej (1898 r.) został zaniechany. Są nawet umowy międzynaro- 
dowe, które zastrzegają niestosowanie wydalania na wypadek wojny, 
np. traktat Niemiec z Nicaraguą. 

W czasie pokoju państwa mają prawo wydalać cudzoziemców, 
a h> państwo do którego oni należą, lub dawniej należeli, ma obo- 
wiązek ich przyjąć, nawet choćby oni w niem utracili obywatelstwo, 
jeśli nie nabyli innego l . Jednakże wydalanie to odnosi się do jedno- 
stek niebezpiecznych dla państwa, i są traktaty, w których wyraźnie 
jest zastrzeżonem wydalenie tylko z ważnych przyczyn i za uwia- 
domieniem agenta dyplomatycznego. Samowolne wydalanie, jak nie- 
mniej wydalanie uwłaczające państwu, do którego wydaleni należą, 
jako przeciwne zasadzie związku międzynarodowego (prawo do sza- 
cunku i do utrzymywania międzynarodowych stosunków) uprawnia 
do skarg w drodze dyplomatycznej i do retorsyi. Masowe wydalanie 
tak częste w starożytności, dziś nie powinno mieć zastosowania. 
A jednak, w r. 1869 Greków wydalono z Turcyi, a w r. 1886 Po- 
laków z Prus i Niemców z Rosyi. To ostatnie było niewątpliwie 
aktem prawu narodów i cywilizacyi uwłaczającym, i przez to kwestya 
wydalań cudzoziemców weszła na porządek dzienny stosunków mię- 
dzynarodowych. 

Instytut prawa międzynarodowego proponuje przyjęcie nastę- 
pujących zasad: 

W zasadzie każde państwo udzielne może zarówno dopuszcza- 

1 Zorn, Grundziige des Yólkerrechts. Leipzig 1903. S. 162. 



O unii interparlamentarnej 35 

nie cudzoziemców na swoje terytoryum, jak i ich wydalanie, urzą- 
dzić w sposób który za stosowny uzna. Zasady wykonania tego 
prawa powinno państwo ogłosić dla wiadomości osób interesowanych. 

Wydalanie możebnem jest z powodu wojny lub rozruchów 
wewnętrznych, tudzież w czasach spokoju. Wydalanie w dwóch 
pierwszych wypadkach będzie czasowem. Wydalanie w czasie spo- 
koju odnosi się do jednostek (l'expulsion ordinaire), i do pewnych 
kategoryi jednostek (l'exp. extraordinaire). 

W kwestyi wydalania jednostek, należy rozróżnić jednostki 
mające zamieszkanie, lub zakład handlowy, od tych które tego nie 
mają. 

Decyzya co do wydalania z powodami, powinna być przed jej 
wykonaniem stronie interesowanej doręczoną. 

Wydalanie nadzwyczajne powinno mieć miejsce wskutek spe- 
cyalnej ustawy lub przynajmniej rozporządzenia, opublikowanego 
na pewien czas (np. na 6 mieś.) x . 

Postanowienia te o wiele lepiej normują kwestyę, niżeli uchwały 
Unii. 

6. Kodyfikacya prawa narodów. 

Na konferencyi w Christianii 1899 r. Rada interparlamentarna 
została wezwaną o wypracowanie kodeksu prawa międzynarodowego, 
określającego prawa i obowiązki państw, i o przedłożenie go do obrad 
na jednej z następnych konferencyj interparlamentarnych. (Rezol. 2). 

Kwestya kodyfikacyi prawa narodów, którą się Unia interpar- 
lamentarna zajmowała, ma swoją historyę. 

Oddawna, zarówno w świecie naukowym jak i dyplomatycznym, 
uznawaną jest potrzeba skodyfikowania prawa narodów. 

Prawo zwyczajowe, mimo wielkich swoich zalet, polegających 
głównie na tern, że ono w bezpośrednim zostaje związku z życiem 
i pod wpływem jego potrzeb wytwarza się i zmienia, przedstawia 
zawsze le niedogodności, że nie jest dokładnie określonem i że 
w praktyce pozostawia wiele wątpliwości co do tego, co obowiązuje 
a co ulegając zmianom czasu i wypadków, obowiązywać już prze- 
stało. 

Obok prawa zwyczajowego, istnieje w niezliczonej ilości trak- 
tatów mnóstwo reguł, które są prawem dla stron które traktaty za- 
warły lub do nich przystąpiły. Liczba umów międzynarodowych 

1 Annuaire de Hnstitut. X, str. 245, XII, str. 218. 

3* 



36 Gustaw Roszkowski 

rośnie z postępem czasu, a nadewszystko wzmaga się liczba trakta- 
tów ogólnych, obowiązujących w wielkiej ilości państw, a nawet 
w całym związku międzynarodowym, co jest zarówno dowodem 
ujednostajnienia się potrzeb w całym międzynarodowym związku 
pod wpływem ujednostajnienia się cywilizacyi, jak i tego, że pań- 
stwa uznają coraz więcej potrzebę uregulowania wzajemnych ich 
stosunków przez prawo dokładnie określone i jednolite. 

Ale zawsze jeszcze największa ilość jest traktatów, które tylko 
do dwu lub więcej państw- się odnoszą. W nich rozprószone są zasady 
postępowania bardzo rozmaite. Otóż duchowi nowszego czasu odpo- 
wiada coraz więcej ujednostajnienie praw, i stąd dążność do kody- 
fikacyi prawa narodów. 

Dążność ta przejawiła się po raz pierwszy w końcu XVIII-go 
stulecia. Zgromadzenie narodowe we Francyi w d. 28 paździer. 1792 
poleciło Abbe St. Gregoire ułożenie zasad prawa narodów. Elaborat jego 
wszakże nie został przez konwent przyjęty. W XIX wieku, pierwszy 
poruszył tę sprawę J. Bentham i sam projekt prawa narodów uło- 
żył. Wstępując w jego ślady, w drugiej połowie z. w. wypracowali 
projekty kodeksu prawa narodów: August Parodo, Alfons Domin 
de Petrushevecz, Bluntschli i Dawid Dodley-Field. Projekty te są 
różnej wartości. Najsłabszy z nich — najpierwszy, gdyż w nim 
więcej jest poglądów autora, niżeli zebranych reguł prawa zwycza- 
jowego i umownego. Projekt Bluntschlego nie uwydatnia również gra- 
nicy między postulatami nauki, a prawem dziś obowiązuj ącem. Naj- 
lepsze są projekty Petrushevecza i Fielda. Pierwszy z nich odznacza 
się ścisłością prawniczą, ostatni, oparty jest na bogatym materyale 
prawa obowiązującego i na praktyce rządu Stanów Zjednoczonych. 
Żaden jednak z tych elaboratów nie był przedmiotem obrad repre- 
zentantów państw. 

Z czasem powstawać zaczęły stowarzyszenia dla sprawy ko- 
dyfikacyi: 1'Institut de droit international, Association pour la re- 
formę et la codification du droit des gens w r. 1873 (to ostatnie 
dziś pod nazwą Association du droit international działające), wre- 
szcie w r. 1880 w Petersburgu rosyjskie towarzystwo dla popierania 
kodyfikacyi prawa narodów. 

Najdonioślejsze rezultaty wydały prace Instytutu, który wy- 
pracował duży szereg projektów kodyfikacyi prawa narodów: co do 
wydawania przestępców, co do prawa wojny, co do procedury w są- 



O unii interparlamentarnej 37 

dach polubownych dla sporów państw, co do międzynarodowego 
prawa prywatnego, wykonywania wyroków sądów zagranicznych itd- 

W pracach tych towarzystw, przyjmują udział najpierwsze 
naukowe znakomitości świata. 

Nie brak jednak i przeciwników kodyfikacyi, którzy sądzą, że 
ona oderwie prawo narodów od związku z życiem, i nie uzyska 
nigdy powszechnego przyjęcia w całym związku międzynarodowym 

Oba te zarzuty nie są uzasadnione. Każda kodyfikacya jest 
skrystalizowaniem prawa, unieruchomieniem go, ale nie rozryw r a 
w zupełności jego związku z życiem, gdyż pod jego wpływem ro- 
dzące się nowe potrzeby, wywołują co pewien czas rewizye praw 
skodyfikowanych i ich uzupełnienia. 

Niesłuszność drugiego zarzutu wynika z dzisiejszych stosunków 
dyplomatycznych. Coraz bardziej wzmaga się ilość umów, mających 
moc obowiązującą w całym związku międzynarodowym, jak traktat 
pocztowy, telegraficzny, co do własności literackiej i przemysłowej, 
jak deklaracya petersburgska, jak konwencya genewska, jak uchwały 
konferencyi pokojowej Hagskiej itd. 

Słuszność w sporze o kodyfikacyę prawa narodów, spoczywa 
w środku, między dwoma krańcowemi zdaniami. Kodyfikacya ta 
jest potrzebną i przyniesie światu wielkie korzyści. Przez nią zosta- 
nie prawo narodów ściśle określonem, ustali się jego znajomość, 
a świat przekona się o użyteczności reguł tego prawa w praktyce, 
ujednostajnia się one w całym związku państw, a nadto przeżyte 
i duchowi czasu nieodpowiadające jego postanowienia przy kodyfi- 
kacyi zostaną usunięte. Jednak kodyfikacya nie może być dokonaną 
od razu, a tylko w miarę przygotowania do niej materyałów. Jest 
wiele traktatów, zawierających mnóstwo materyałów b. cennych do 
przyszłej kodyfikacyi pojedynczych działów prawa narodów. Tu na- 
leżą: traktat wiedeński z 1815 i Akwizgrański z 1818 r., paryzki 
z 1856, konfer. genewska z 1864 i 1906 r., traktat berliński z 1878, 
Uinowy państw będące podstawą Unij międzynarodowych (pocztowej, te- 
legraficznej etc.) uchwały konferencyj hagskich (pokojowej i dla miedz. 
pr. pry w.). Tu należą także ustawy państw pojedynczych, odnoszą- 
cych się do prawa nar., jak deklaracya rządu belgijskiego i francu- 
skiego wydana w czasie wojny wschodniej w r. 1856, jak amery- 
kańska ustawa o wojnie z 1863 r., ukaz rosyjski z 1877 r.. spe- 
cjalnie co do prawa morskiego: zbrojna neutralność i Codę mari- 
time z 1782 r. Tożsamo uchwały Instytutu cenny dla kodyfikacyi 



38 Gustaw Roszkowski 

stanowią materyał. Na tej podstawie mogą być projekta kodyfikacyi 
przygotowane, które reprezentanci państw uczynią z czasem osnową 
międzynarodowych konwencyj. które, na podobieństwo traktatu po- 
cztowego, hagskiego i i. znajdą moc obowiązującą w całym miedz, 
związku państw. Z tego wszakże wynika, że przygotowanie proje- 
któw do kodyfikacyi nie może być zadaniem Unii interparlamen- 
tarnej. Członkowie jej, należący do różnych parlamentów świata, 
łączą się w Unii interparlamentarnej dla propagowania idei pokoju, 
ale nie mogą się uważać za powołanych do podejmowania pracy, 
do należytego wykonania której, potrzeba fachowej wiedzy. Parla- 
menty nie składają się z samych znawców prawa narodów, a ci, 
którzy nimi nie są, kodyfikować prawa narodów nie mogą. Kodyfi- 
kacya nie polega przecież na spisywaniu improwizowanych reguł, 
odpowiadających osobistemu zapatrywaniu piszącego. Kodyfikacya 
jast zebraniem praw już istniejących i uzupełnieniem ich w duchu 
potrzeb życia społecznego. Taka czynność wymaga fachowej wiedzy 
prawniczej, której od każdego posła wymagać nie można. 

Z tych powodów uchwała Unii skodytikowania prawa narodów 
nie była słuszną, i dlatego nie została wykonaną. 

7. Kwestya neutralności. 

W czasie toczącej się wojny, każdemu państwu służy prawo 
brać udział w niej, lub nie. czyli, w tym ostatnim wypadku, ogłosić 
swą neutralność. 

Neutralność ta jest tylko czasową, trwa bowiem jedynie do 
końca wojny, i zupełnie od woli państwa i od spełnienia obowią- 
zków z neutralności wynikających zawisłą. Są jednak państwa stale 
neutralne 1 . One w żadnej wojnie udziału brać nie mogą, muszą 
więc zachowywać bierną postawę w czasie wojny. Przez to ich sa- 
modzielność jest ograniczoną. Za to jednak mają pewne prawa, ale 
i im odpowiadające obowiązki. Im nie może być wypowiedzianą 
wojna, tery tor yum ich nie może być terenem, na którymby państwa 
walczące mogły walkę prowadzić. Obowiązkiem ich natomiast jest: 
żadnemu państwu nie wypowiadać wojny i takie tylko zaciągać zo- 
bowiązania, które nie prowadzą do wojny i które tylko w czasie 
pokoju mogą być wykonane. Z tego wynika, że np. państwa stale 
neutralne nie mogą zawierać przymierzy zaczepnych, bo to prowa- 
dzi do wojny. 

1 Liszt, Das Yolkerrecht. Berlin 1902 str. 45. 



O unii interparlamentarnej 39 

Dalszym obowiązkiem państw zneutralizowanych jest: nietylko 
wykonywać obowiązki w ogóle do neutralności przywiązane, ale 
także i wynikające z traktatu gwarantującego ich neutralność. One 
nie mogą także dozwolić, aby na ich terytoryum robiono spiski 
i przygotowania bądź to do rewolucyi w obcem państwie, bądź to 
do wojny z jakiem bądź państwem - One wreszcie muszą wypełniać 
obowiązki wynikające z ich udziału w związku międzynarodowym, 
a nadto muszą być gotowe bronić swej neutralności. 

Neutralizacya państw leży zarówno w ich interesie, jak i w in- 
teresie związku międzynarodowego. W ich interesie, bo zapewnia 
im stały pokój, w interesie zaś innych państw, gdyż dla mocarstw 
sąsiednich daje gwarancyę nietykalności ich granic, dla wszystkich 
zaś innych państw, gdyż utrudnia wojenną akcyę państw w ogóle 
i toruje drogę do utrzymania pokoju. Dlatego, jeżeli do neutralności 
czasowej wystarcza, że ją ogłosi państwo, które chce być neutral- 
nem, do stałej neutralności potrzeba zgody na nią związku między- 
narodowego, a nadto gwarancyi tej neutralności ze strony państw 
paru. Zagwarantowaną neutralność posiadały dawniej Szwaj carya 
(trakt. wied. Erklarung z 20 marca 1815 r., trakt, paryzki z 20 
Nov. 1815. Helvetische Tagsatzung z 27 marca 1815 r. Wiener 
Schlussakt z 9 ozerwca 1815 r. x ), Wielkie Księstwo Luxemburskie 
(trakt. Londyński z 11 maja) 2 , Belgia (Prot. z 20 stycznia 1831. 
Vertrag d. achtzen Artikel z 24 czerwca 1831. Vertrag d. vierund- 
zwanzig Artikel z 15 paźdz. 1831 r.) 3 . 

Wyjątkowe stanowisko zajmuje neutralność państwa Kongo, 
która w myśl konfer. berlińskiej z 26 lutego 1885 r. (art. 10 — 12 
acte finał) jest tylko ograniczoną, i którą państwa gwarancyjne zobo- 
wiązały się tylko szanować, ale nie bronić 4 . 

Możliwą jest także neutralność pewnych części państwa, t. j. 
jakiejś prowincyi, rzeki, kanału, cieśniny itd. Tak n. p. neutralność 
Sabaudyi (trakt. wied. Acte finał art. 92), wysp Korfu i Paxos (trakt. 
z 14 list. 1863 między państwami Pentarchii, i trakt, z 29 marca 
1864 r.). 

1 Państwa gwarancyjne: Rosya, Prusy i Austrya, Anglia i Portugalia, 
Hiszpania i Szwecya. 

* Państwa gwarancyjne: Rosya, Prusy, Austrya, Francya, Anglia i Włochy. 

' Państwa gwarancyjne : Pentarchia. 

4 Pierantoni. II trattato di Berlino del 1885 e lo stato independente del 
Congo 1898. 



40 Gustaw Roszkowski 

W ostatnich czasach Dania oraz Szwecya i Norwegia wyrażały 
zamiar uzyskania stałej neutralności \ ale związek międzynarodowy 
nic dotąd w tej mierze nie postanowił. 

Interparlamentarna konferencya brukselska z 1895 r. wyraziła 
życzenie, ażeby, jeśli jakiebądź państwo, w drodze konstytucyjnej 
ogłosi swą stałą neutralność, ta ostatnia została przez państwo uznaną. 

Czionkowie Unii interpari. niech użyją swego wpływu, ażeby 
sprawa ta została postawioną na porządku dziennym, następnej kon- 
ferencyi dyplomatycznej. (Rezol. 1). 

Na konferencyi interparlamenlarnej w Paryżu 1900 r. poru- 
szoną została wielkiej wagi kwesty a neutralności. Żądania pod tym 
względem nie zostały dokładnie sformułowane, ale wyrażono tę 
myśl, że zachodzi konieczność ścisłego określenia prawnego sto- 
sunku państw walczących do niebiorących udziału w walce, aby 
usunąć dziś pod tym względem panującą niepewność i samowolę, 
wobec których najdziwaczniejsze pretensye są pod tym względem 
obecnie dopuszczalne. Konferencya wypowiedziała wreszcie zapatry- 
wanie, że stosunek stron walczących do neutralnych, określony być 
powinien nie tylko negatywnie, ale i pozytywnie, a wreszcie, że 
powinien być opartym na ogólnych zasadach pokoju między pań- 
stwami i na zasadzie równej państw udzielności. (Rezol. 1). 

Wreszcie na konferencyi w Wiedniu (3 903) delegaci Norwegii 
przedstawili usiłowania {odjęte przez państwa skandynawskie, ażeby 
uzyskać sta«ą neutralność. Konferencya intei parlamentarna w^raziia 
sympatyę dla tych usiłowań. 

Z powyższych uwag Y.ynka, że uchwala k( nfer. brukselskiej 
z r. 1895. (Rfsc.l 1). >Ze jeśli jakiebądź państwo ogłosi swą ne- 
utralność sta<Ią. to państwa powinny ją uznać«. w obecnym stanie 
międzynarodowych stosunków nie jest do przeprowadzenia. Dziś 
stała neutralność jest instytucyą, którą Związek międzynarodowy 
wytwarza w interesie państw wielu. Jeżeli zatem w tym ostatnim 
nie leży uznanie stałej neutralności pewnego państwa, albo jeżeli 
wprost przeciwnie — w interesie ogółu leży, ażeby pewne państwo 
nie było uznanem stale za neutralne, chcćby ono stałej neutralności 
dla siebie najbardziej pragnęło, ta ostatnia uznaną nie będzie. 

Kiedy życzeniu konferencyi brukselskiej będzie mogło stać się 
zadość w zupełności? Wtedy, gdy dążenie do utrzymania pokoju 

1 A. Hedin, La neutralite des Etats scandinaves. Stockholm 1899. 



O unii interparlamentarnej 41 

w świecie stanie się jednym z celów Związku międzynarodowego 
w rzeczywistości. Wtedy środkiem do tego celu będzie, ażeby jak 
największa ilość państw stałą neutralność uzyskała. 

Uchwała zaś konferencyi wiedeńskiej, witająca z uznaniem 
starania państw skandynawskich o uzyskanie stałej neutralności, 
charakterowi Unii interparlamentarnej odpowiada i jest na miejscu. 

8. Agencya pokoju. 

Na konfer. paryskiej w r. 19.00 podniesiono myśl stworzenia 
dwóch instytucyi dla propagowania idei pokoju: agencyę pokoju 
i biuro międzynarodowe dla zbierania i publikowania dokumentów 
dyplomatycznych. 

W obu tych sprawach niepowzięto uchwały, ale je do zba- 
dania odesłano do Rady interparlamentarnej (Conseil interparle- 
mentaire. Agencya pokoju (PAgence de la paix) miałaby być biurem 
prasowem, przyłączonem do biura interparlamentarnego w Bernie, 
i miałaby codziennie wydawać biuletyny o sprawie pokoju i bez- 
płatnie je rozsyłać. Pomysł nie praktyczny. Sprawa pokoju nie po- 
stępuje tak szybko, ażeby codziennie świat o tych zmianach uwia- 
damiać. Natomiast zupełnie wystarczą sprawozdania coroczne biura 
berneńskiego. Do codziennych relacyi. wystarczą zwykłe dzienniki. 

Natomiast bardzo wielkiej użyteczności byłoby biuro dla zbie- 
rania i publikowania dokumentów dyplomatycznych. Te ostatnie 
przedstawiają oczywiście nadzwyczaj wielki interes nietylko dla 
przyjaciół pokoju, ale dla polityków, historyków i wszystkich zaj- 
mujących się politycznymi stosunkami świata. Dokumenta te są 
mało dla kogo dostępne i dla tego opublikowanie ich choć w czę- 
ści, byioby bardzo pożądanem. 

9. Organizacya prasy. 

Na konfer. paryskiej w 1900 r. hr. Apponyi, imieniem grupy 
posłów węgierskich, postawił wniosek o zorganizowanie prasy w cy- 
wilizowanym świecie, dla popierania sprawy pokoju. 

Wniosek ten brzmiał (w streszczeniu) : Unia interp. wzywa 
swe grupy o zorganizowanie w ich krajach prasy na korzyść idei 
pokoju, na wzór dokonanej już podobnej organizacyi na Węgrzech. 

Motywy tego wniosku, są jasne i proste. Ażeby z korzyścią 
działać na rzecz pokoju, Unia musi pozyskać opinię publiczną dla 



Ą_2 Gustaw Roszkowski 

swej idei. Z pomiędzy różnych czynników oddziałujących skutecznie 
na \vvrobienie opinii publicznej, jednym z najpotężniejszych jest 
prasa. 

W każdym kraju, mnóstwo jest ludzi którzy myślą myślami 
dziennika, który czytają ; ale nawet i dla samodzielnych umysłów, 
ciągłe przychylne traktowanie w dziennikach sprawy pokoju, nie 
może być obojętnem. Artykuły te utrwalają i rozszerzają przeko- 
nania dla idei pokoju korzystne, wyświetlają sprawę wszechstron- 
nie, pouczają o jej postępie i o jej cywilizacyjnem znaczeniu, sło- 
wem pozyskują umysły. 

Wszyscy członkowie Unii uznali oczywiście odrazu wielką użyte- 
czność usług prasy dla sprawy pokoju. Wielu mówców wystąpiło z go- 
rącem poparciem wniosku hr. Apponyiego, wielu innych postawiło 
wnioski uzupełniające. I tak : Beauąuier (franc.) proponował utwo- 
rzenie agencyi prasy dla sprawy pokoju, połączonej z biurem 
pokoju w Bernie, albo ewentualnie ustanowienie przy istniejących 
już dziś znanych agencyach Havasa, Reutera. Wolffa i i. fachowych 
referentów dla sprawy pokoju. 

Ives Guyot proponował utworzenie biura międzynarodowego 
mającego się zająć zbieraniem wszelkich dokumentów dotyczących 
stosunków zewnętrznych państw, na podstawie których moźnaby 
w prasie wyjaśniać kwestye sporne. 

Oba w r nioski, zostały przez Unię przekazane Radzie interpar- 
lamentarnej (Conseil. interp.) do zbadania. 

Wniosek hr. Apponyiego został jednogłośnie uchwalony. 

Wzorem proponowanej Unii prasy światowej miała być Unia 
prasy węgierskiej. Statut tej Unii, jest właściwie projektem statutu 
Unii prasy całego cywilizowanego świata. Unia ta ogarnia prasę 
wszystkich państw, a dziennikarze jednego państwa tworzą grupy 
narodowe. Otóż Węgrzy utworzyli pierwszą grupę narodową. Ta 
ostatnia opierała się na następujących zasadach: 1 

Celem Unii jest systematyczne propagowanie idei pokoju i ar- 
bitrażu. 

Członkowie Unii są dziennikarzami (redaktorowie i współpra- 
cownicy), którzy zobowiązują się służyć idei pokoju. 

Członkowie Unii z jednego państwa, tworzą grupę narodową. 



1 Union interparlamentaire. Compte rencie de la X Confer. Paris 1900 
str. 155. 



O unii interparlamentarnej 43 

Grupy te łączą się w organizacyi międzynarodowej. 

Unia prasy wchodzi w stosunki z Unią interparlamentarną, 
aby tern skuteczniej razem dożyć do wspólnego celu. 

W ramach statutu Unii. grupy narodowe uchwalają sobie re- 
gulamin. 

Członkowie Unii płacą 5 fr. rocznie, na cele swej grupy i or- 
ganizacyi międzynarodowej. 

Grupy narodowe raz na rok łączą się w zgromadzenia ogólne. 

Dziennikarze z państw w których Unia nieistnieje, mogą być 
zaproszeni do obrad, ale bez prawa głosowania. 

Organami Unii są : stała Rada i biuro centralne. 

Każda grupa wybiera 2 członków Rady. na 3 lata. 

Zadaniem Rady jest : przygotowanie obrad zgromadzenia, wy- 
konanie jego uchwał (łącznie z biurem), i prawo inicyatywy w spra- 
wach Unii. 

Biuro zgromadzenia ogólnego jest biurem centralnem, przez 
rok, aż do następnego zgromadzenia. Ono załatwia sprawy bieżące 
Unii. pośredniczy między grupami Unii i Unią prasy a Unią interp., 
zarządza funduszami Unii. 

Myśl, założenia Unii prasy całego świata dla pożytku idei po- 
koju, wypowiedziana przez hr. Apponyiego, została jednogłośnie 
przez Unię interparl. w Paryżu przyjętą, ale na tem zakończył się 
cały dla niej zapał. Naj pierwsze węgry okazały gotowość do pra- 
ktycznego urzeczywistnienia tej myśli ; za niemi poszła Szwajcarya 
i Portugalia — w innych państwach myśl powyższa nie znalazła 
poparcia. Skutkiem tego p. Gobat, na posiedzeniu Unii w Wiedniu 
w r. 1903 1 oznajmił: iż zorganizowanie prasy niemoźe być prze- 
prowadzonem, co zgromadzenie przyjęło do wiadomości. 

Tego postanowienia żałować należy. Zostało ono powziętem 
za wcześnie i z wielką szkodą dla sprawy samej. 

Idea pokoju, nierozszerzy się należycie w masach, bez gorą- 
cego poparcia prasy. Przy tem rozpowszechnieniu czytania dzien- 
ników co dziś. systematyczne zalecanie zamiłowania pokoju jest nie- 
wątpliwie jednym z najdzielniejszych środków pozyskania dla niej 
szerokich warstw społecznych. 

Zawcześnie jednak żądano od razu organizacyi prasy całego świata. 
Najprzód potrzeba tę ostatnią pozyskać, a potem można mówić ojej 

Compte rende de la XI Confer. Yienne 1903 str. 93. 



44 Gustaw Roszkowski 

organizacyi. Do pozyskania zaś prasy dla idei pokoju, jeszcze bar- 
dzo daleko. Namawianie, werbowanie, nie przyda się na nic. Prasa 
wpływa na przekonania społeczne, a z drugiej strony jest ich wy- 
razem. Utrwalenie się zamiłowania pokoju w szerszych niż to dziś 
ma miejsce warstwach społecznych, znajdzie wyraz i w prasie. 
Należy więc jednocześnie dbać o jedno i drugie. Reforma nauki hi- 
storyi w szkołach, ustanie gloryfikowanie tylko wojen w nauce hi- 
storyi, wykazywanie dobrodziejstw płynących dla ludzkości z po- 
koju, pozyska młode umysły dla idei pokoju, a za tern pójdzie 
z czasem opinia publiczna i prasa, i wtedy będzie pora myśleć o or- 
ganizacyi tej prasy. Dziś zwolennicy pokoju powinni się starać po- 
zyskiwać jak największe codzienne, dzienniki w każdem państwie. 
Za niemi pójdą inne, mniejsze wydawnictwa. Ta zaś prasa ma- 
leńka, specyalnie dla sprawy pokoju w różnych państwach obecnie 
powstała i jej wyłącznie poświęcona, niewiele zdziała, gdyż jest mało 
czytaną, a nadewszystko ona nie reprezentuje opinii mas. 

Sprawa więc pozyskiwania prasy, i zużytkowania jej dla pro- 
pagowania idei pokoju, nie powinna zejść z porządku dziennego 
obrad Unii, powinna być wznowioną, choć załatwienie jej nie może 
nastąpić prędko. 

10. Kongres międzynarodowy. 

Parlament świata. 

Projekt grupy amerykańskiej. (Bartholdt). 

Unia, na konferencyi w Brukselli (1905) poleciła do przyjęcia 
drugiej konferencyi pokojowej w Hadze projekt następujący : 

Ustanawia się kongres międzynarodowy, złożony z dwóch Izb: 
Senatu i Izby deputowanych. 

W Senacie każde państwo ma mieć 2-ch członków, a w Izbie 
deputowanych mieć będzie liczbę posłów odpowiednią do jego 
handlu międzynarodowego. 

Kadencya trwa lat 8. 

Większość głosów rozstrzyga. 

Konieczną jest zgoda obu Izb. 

Każde państwo może się z kongresu usunąć każdej chwili. 

Debaty kongresu dotyczą tylko stosunków państw. 

Kongres uchwala reguły dla tych stosunków. 

Reguły te powinny być uznane za prawo, z wyjątkiem tych, które 
dawniej określone już zostały przez parlamenty państw odrzucone. 



O unii interparlamentamej 45 

Państwa wzajemnie traktować się powinny jako równe sobie. 

Każde państwo należąc do kongresu, może się zbroić dowolnie. 

Wojna będzie uważaną za akcyę legalną, wyjąwszy, jeżeli 
różne państwa zgodziły się zapomocą traktatów na rozstrzygnięcie 
sporów przez sąd. 

Zbrojne siły państw powinny być do rozporządzenia kongresu, 
dla wykonania decyzyi Trybunału w Hadze. 1 

Dla rozważenia tego projektu, została przez Unię wybrana 
komisya 2 , która odbyła 3 posiedzenia: 1) 18 i 19 lutego 1905 r., 
2) 19 i 20 kwietnia 1906 r. i 3) 2 czerwca 1906 r. 

Zaraz na 1-em posiedzeniu zgłoszone zostały w tej kwestyi 
dwa nowe wnioski. 

Sam wnioskodawca, mianowicie p. Bartholdt, przyszedłszy do 
przekonania, że nie nadeszła jeszcze pora do tworzenia międzyna- 
rodowego parlamentu, przedstawił projekt Komitetu, albo Rady 
państwa (Comite ou Conseil d'Etat) dla spraw zewnętrznych. Ten 
komitet złożony z ludzi bardzo wybitnych, z kwestyami międzyna- 
rodowemi bardzo obeznanych, miałby odbywać peryodycznie posie- 
dzenia dla międzynarodowych spraw bieżących i dążyć do jedno- 
litej akcyi z organami rządów państw pojedynczych. 

Pan d' Estaurnelles de Constant zaproponował zaś utworzenie 
międzynarodowego Ministerium, w zastępstwie za trudny do utwo- 
rzenia parlament międzynarodowy. 

Na ostatniem posiedzeniu, w d. 2 czerwca 1906 r. w Brukseli 
odbytem, ostatecznie nie uchwalono żadnego z powyżej przytoczo- 
nych wniosków, zgodzono się natomiast że: 

1) konferencje pokojowe w Hadze powinny się odbywać stale 
peryodycznie; 

2) państwa powinny upoważnić swych delegatów na drugą konfe- 
rencyę hagską, do utworzenia stałej Rady, mającej za zadanie kon- 
dyfikacyę i rozwój prawa narodów, oraz doprowadzenie, ile można, 
do zgody prawodawstw państw pojedynczych z prawem narodów ; 

3) przeprowadzić zmianę statutu Unii i przedłożyć Konferen- 
cyi wnioski co do zmiany art. 2, 4, 6 i 8 statutów. 

Wszystkie te 3 punkta były pierwotnie tj. na pierwszem po- 
siedzeniu, inaczej stylizowane. 

1 Rćsolutions des Confćrences. Brukselles 1911 str. 93. 

2 Komisya ta, nosiła pierwotnie nazwę: Commission pour le parlement 
international, później została nazwaną Commission de reorganisation. 



46 Gustaw Roszkowski 

W punkcie 2-im miano na myśli, aby w państwach pojedyn- 
czych utworzone były Komitety dla spraw zagranicznych, a prócz 
tego Rada centralna. 

Co do punktu 3-go. radzono zastanowić się. czy Unia inter- 
parlamentarna niemogłaby z czasem przeistoczyć się w Kongres 
międzynarodowy? B\ T łoby bowiem niewątpliwie pożądanem, ażeby 
Unia miała coraz więcej charakter prawdziwej reprezentacyi mię- 
dzynarodowej. Innemi słowy : jest pożądanem ażeby Unia była 
wiernym wyrazem ciał prawodawczych w pojedynczem państwie. 
Do tego, za konieczną uznano reorganizacyę Unii. 

Punkt 1-y, na drugiem posiedzeniu miał bardzo dobrą re- 
dakcyę : Byłoby korzystnie przekształcić 2-gą konferencyę hagską 
na kongres międzynarodowy, zbierający się automatycznie i peiyo- 
dycznie. 

11. Uchwały dotyczące wyników konferencyi pokojowej w Hadze, z 1899 r. 

Konferencya mterparlamentarna w Chnstanii z 1899 r. a) wy- 
raziła powinszowania naczelnikom państw i rządom na konferencyi 
w Hadze reprezentowanym, z powodu wyników konferencyi hagskiej; 
b) wyraziła radość iż uchwały tej ostatniej wypadły w duchu or- 
ganizacyi sądów polubownych uchwalonej przez konferencyę inter- 
parlamentarną w Brukselli 1896 r., a nadto nadzieję, że dzieło 
w Hadze zaczęte, doczeka się w przyszłości dalszego rozwoju i wy- 
kończenia. W tym celu. konferencya interparlamentarna ofiarowała 
swój współudział. (Rezol. 3). 

Z powodu wojny w południowej Afryce, wybuchłej bezpośre- 
dnio po ukończeniu konferencyi hagskiej, Rada interparlamentarna, 
na posiedzeniu swem odbytem w Brukselli 2 września 1901 r. wy- 
stosowała pisma zarówno do Biura międzynarodowego w Hadze 
jak i do hollenderskieeo Ministra spraw zagranicznych, jako prezy- 
denta międzynarodowej rady administracyjnej, z wyrażeniem ży- 
czenia : 

a) ażeby knnwencya hagska została ogłoszoną jako otwarta, 
ażeby do niej mogły przystąpić państwa, któe w t jej zawarciu 
udziału niebrały ; 

b) ażeby zasady prawa wojny, były powszechnie ściśle stosowane; 

c) ażeby w każdym sporze państw, stosowane były zasady w Ha- 

dze przyjęte co do procedury w sądach polubownych. 
Konferencya w Chrystianii wyraziła : 



O unii interparlamentarnej 47 

a) nadzieję, że państwa w razie sporów, będą się stosować do 
uchwał hagskich; 

b) wyraziła żal, że tego nie uczyniono w sporze Anglii z repu- 
blikami południowej Afryki ; 

c) wyraziła życzenie, ażeby zbrojna interwencya mocarstw w Chi- 
nach, dla ukarania popełnionych tamże okrucieństw, nia miała 
za skutek nowych zdobyczy, mogących wywołać wojnę po- 
wszechną, ale że przeciwnie ona będzie początkiem zorgani- 
zowanej i trwałej Unii państw. (Rezol. 5 i 6). 

W sprawie uzupełnienia postanowień konferencyi hagskiej, 
konf. interparl. w Christianii wyraziła zdanie : 

a) iż jest pożądanem. ażeby zdanie sporu na sąd polubowny 
(arbitrage) było obowiązuj ącem, o ile to nie będzie przeciwnem 
niepodległości państw ; 

b) ażeby wszystkie państwa mogły przystąpić do konwencyj 
hagskich; 

c) ażeby organizacya trybunału polubownego (art. 20 konw. hag- 
skiej o pokojowem załatwianiu sporów państw) zbliżyła się 
do organizacyi stałego sądu polubownego. (Rezol. 5). 

Z powodu uchwał hagskich, konfer. interparl. w Paryżu, 
w 1900 r., poleciła grupom parlamentarnym, ażeby użyły swego 
wpływu, aby : 

a) państwa, w myśl art. 19 konw. hagskiej zawierały traktaty 
specyalne, zapewniające pokojowe załatwianie ich sporów; 

b) aby klauzule co do arbitrażu były pomieszczane w traktatach 
specyalnych ; 

c) ażeby obowiązki wynikające dla państw z art. 17 wspomnia- 
nej konwencyi, nie były zaniedbywane (Resol. o); 

d) aby posłowie do parlamentów prypominali swym rządom obo- 
wiązki, które na nich ciężą, po podpisaniu konferencyi w Ha- 
dze. (Rezol. 5). 

W myśl zaś uchwał konf. interparl. w Christianii, grupy par- 
lamentarne mają nadto obowiązek : 

e) starać sie aby do uchwał hagskich przystąpiły te państwa, 

które dotąd tego nie uczyniły ; 
f) aby ich państwa zawierały traktaty pokojowe (traites d'arbi- 

trage) ; 
g) mają ułatwiać przyjęcie do konwencyi hagskich państw w Ha- 
dze nie reprezentowanych ; 



48 Gustaw Roszkowski 

h) podawać do wiadomości ziomków uchwały hagskie, z wyja- 
śnieniami i oceną tych ostatnich ; 

i) zachęcać rządy do dalszego rozwoju uchwał hagskich ; 

j) opinie swe co do uchwał hagskich, podawać do wiadomości 
Rady interparlamentarnej. (Rezol. 4 i 5). 
Na konf. w Wiedniu (1903 r.) uchwalono wreszcie: 

a) ażeby państwa które uchwały konf. hagskiej (1899) podpisały, 
w razie sporu zwracały się do stałego tryb. w Hadze ; 

b) ażeby państwa w wypełnieniu ciążącego na nich obowiązku 
z mocy art. 27 uchwał hagskich, porozumiały się między sobą, 
celem wspólnego działania, mającego na celu przypomnienie 
państwom w sporze będącym: iż stały trybunał polubowny 
w Hadze, jest dla nich otwarty (Rezol. 2); 

c) że państwa, obowiązki dla nich wynikające z art. 27 uchwał 
hagskich, stosować będą nawet względem państw, które 
uchwał hagskich nie podpisały (Rezol. 4); 

d) ażeby możliwie najprędzej odbyła się nowa konferencya re- 
prezentantów państw, dla powzięcia uchwały co do kwestyj, 
które przez konferencya hagską przekazane zostały do za- 
łatwienia następnej konferencyi międzynarodowej. 

Taż sama uchwała powziętą została, na wniosek p. Edmunda 
Robertson, specyalnie co do projektu rosyjskiego, dotyczącego rozbro- 
jenia na lądzie i morzu, a nadto co do zmniejszenia ciężarów wo- 
jennych, obciążających budżety. 

Na konf. wiedeńskiej zatwierdzono uchwałę Rady interparla- 
mentarnej. która wyraziła życzenie : 

a) ażeby konwencya hagska była uznaną za otwartą, tj. ażeby 
do niej przystąpić mogły państwa, które w konferencyi hag- 
skiej udziału niebrały ; 

b) ażeby uchwalone w Hadze prawo wojny, było powszechnie 
i ściśle stosowanem ; 

c) ażeby we wszelkich sporach państw, stosowane były zasady 
proceduralne, uchwalone dla sędziów międzynarodowych. 
Sekretarz generalny Unii interparlamentarnej, został zobowią- 
zany, o powyższych uchwałach uwiadamiać biuro międzynarodowe 
w Hadze i holenderskiego ministra spraw zagranicznych. 

Powyższe uchwały w przedmiocie konferencyi hagskiej, należą 
do najsłabszych uchwał Unii interparlamentarnej. Należałoby przy- 
puszczać, iż Unia przyjmując za punkt wyjścia uchwały hagskie, 



O unii interparlamentarnej 49 

poweźmie uchwały co do tego jak dalej sprawę pokoju prowadzić 
należy, jakie nowe instytucye dające rękojmię trwałości pokoju do 
życia powołać należy. To się nie stało, natomiast uchwały Unii 
ograaiczają się do zaznaczenia ważności niektórych postanowień 
konferencyi hagskiej, 1 i wyrażenia nadziei że postanowienia te 
w interesie sprawy pokoju, będą przestrzegane. Ani jedna nowa 
myśl w sprawie pacyfikacyi świata przez Unią wypowiedziana nie 
została, tak że do postępu spraw któremi się konferencya hagska 
zajmowała, Unia się nie przyczyniła. 

Niektóre postanowienia Unii dotyczą w tych kwestyach rzeczy 
drugorzędnych, a nie pierwszorzędnych. Tak np. gdy wybuchła 
wojna w południowej Afryce wbrew wyraźnym postanowieniom 
Kon w. hagskiej co do środków które zastowane być powinny dla 
zapobieżenia wojnie. Unia uchwaliła żądać : ażeby konw-. hagskie 
były uznane za otwarte, tak, żeby wszystkie państwa które w ich 
zawarciu udziału nie brały, przystąpić do nich mogły, zamiast do- 
magać się ażeby, choć państwa południowej Afryki na konferencyi 
w Hadze reprezentowane nie były, uchwały hagskie do ich wojny 
znalazły zastosowanie. Tego duch tych ostatnich uchwał się doma- 
gał, bo przecież one nie w innym celu zostały powzięte, jak tylko 
ażeby pokój w całym świecie utrwalić, anie specyalnie między 
pewnemi tylko państwami. Z drugiej strony, mamy w praktyce 
międzynarodowej przykłady, że pewne reguły niema jące mocy prawa, 
są jednak przez państwa ad hoc dla załatwienia pewnej sprawy, 
na pewien czas przyjmowane. Deklaracya brukselska z 1874 r. 
ogarniająca prawo wojny lądowej, nie miała mocy obowiązującej, 
a jednak w późniejszych wojnach bywała przez strony walczące 
za modus vivendi przyjmowaną. Błąd swój naprawiła Unia na pó- 
źniejseem swem posiedzeniu, wyrażając żal, że w wojuie południowo- 
afrykańskiej uchwały hagskie nie znalazły zastosowania. 

Żądanie Unii, ażeby organizacya sądu polubownego w myśl 
uchwał hagskich (art. 20), zbliżała się do organizacyi stałego sądu 
polubownego, jest dowodem nie liczenia się Unii dostatecznie z wa- 
runkami bytu międzynarodowego związku państw, w którym stały 
trybunał, zorganizowany jak zwykły stały sąd cywilny jest prze 
cięż niemożebnym. 



1 Fried, Handbuch d. Friedensbewegung, Wien 1905. Dr Kolben, Wahr- 
heit u. Klarheit iiber die Hager Friedenskonferenz. Berlin 1900. 
Roszkowski i 



5Q Gustaw Roszkowski 

Najważniejsze uchwały Unii co do konferencyi hagskiej, po- 
wzięte zostały na jej posiedzeniach w Paryżu i w Wiedniu. Do- 
maganie się Unii. ażeby państwa w myśl art. 17, 19 i 27 konw. 
o pok. załatwianiu sporów międzynar. zawierały specyalne tra- 
ktaty co do arbitrażu w sporach już wynikłych lub w przyszłości 
wyniknąć mogących, ażeby państwa w razie grożącego sporu przy- 
pominały stronom interesowanym trybunał polubowny w Hadze, 
i dla wspólnej pod tym względem akcyi porozumiewały się z sobą — 
to są uchwały bardzo doniosłego znaczenia, trafiają w rdzeń uchwał 
hagskich, i jeśli będą wykonane, sprawie pokoju mogą wielkie od- 
dać usługi. Wezwanie państw do stosowania uchwał hagskich do 
państw w Hadze nie reprezentowanych odpowiada duchowi konfe- 
rencyi pokojowej i jest zupełnie słusznem a liberalnem tłomacze- 
niem jej postanowień. 

Zasługą jest także Unii żądanie nowej konferencyi w Hadze, 
a za szczególnie trafne uważać należy na posiedzeniu Unii w Pa- 
ryżu zrobione wezwanie posłów, ażeby wpływali na swe rządy, 
w celu doprowadzenia do ścisłego wykonywania i dalszego rozwoju 
uchwał hagskich. 

12. Uchwały konferencyi interparlamentarnej odnoszące się do członków Unii. 

Unia interparlamentarna niejednokrotnie wyrażała wezwania 
do swych członków, które są ważne dla tego, że określają sposoby 
wykonywania uchwał zasadniczych przez Unią powziętych. 

Konferencya peszteńska (1896 r.) wzywała posłów aby oni 
w parlamencie, na zebraniach publicznych, w publikacyach litera- 
ckich i naukowych, oraz w memoryałach wniesionych do rządu, 
propagowali uchwały Unii, aby im zapewnić popularność. 

Konferencya paryska (1900 r.) wzywała swych członków, 1) żeby 
wpływali na rządy aby te zawierały traktaty rozjemcze, a co naj- 
mniej, aby w traktatach klauzule rozjemcze zamieszczano, 2) aby przy- 
pominali rządom ich obowiązki płynące z uchwał hagskich (1899 r.), 
3) aby tworzyli organizacyą prasy w swych krajach, dla sprawy 
pokoju, 4) aby członkowie grup byli silnie zorganizowani i przed 
uchwaleniem budżetu ministerstwa spraw zagranicznych, odbywali 
narady, w sprawie poparcia celów Unii. 

Na konferencyi wreszcie w S-t. Louis (1904 r.) zalecano usil- 
nie posłom, by jako członkowie Unii postępowali w sprawie po- 
koju solidarnie, bez względu na stronnictwa do którego należą. 



O unii antiparlamentarnej 51 



VIII. Działalność Unii w r. 1910 i 1911. 

1. Konferencya brukselska w r. 1910. 

Obrady tej konferencyi, trwały od 29 sierpnia do 2 września 1 . 
Najważniejsze przedmioty jej obrad, dotyczyły zmiany statutów 
Unii, 3 a nadto następujących kwestyi : 

1) Unia zajęła przede wszy stkiem stanowisko w sprawie zwo- 
łania III konferencyi hagskiej,* uznając zasadniczo wielką donio- 
słość prac kodyfikacyjnych co do prawa narodów I i II konferen- 
cyi, tudzież konieczność ich dalszego ciągu, Unia przyłączyła się do 
ogólnych żądań cywilizowanego świata, ażeby reprezentanci państw 
zasiedli po raz 3-ci do pracy wspólnej nad unormowaniem reguł 
prawa co do najżywotniejszych kwestyj obecnej chwili. Droga je- 
dnak, którą Unia obrała do tego celu, jest niezwykłą. Unii nie szło 
o podjęcie inicyatywy w zwołaniu 3-ej konferencyi hagskiej, ale 
raczej o przygotowanie i zebranie materyałów do jej obrad. Z tego 
powodu Unia wezwała wszystkie rządy, aby każdy z nich utwo- 
rzył w sw r em państwie komisyę, która w ciągu dwóch lat przed- 
stawi swemu parlamentowi sprawozdanie z czynności dokonanych, 
tak, aby III konf. hagska w 1815 r. mogła być zwołaną. Członko- 
wie zaś Unii zostali wezwani, o uwiadomienie o tej uchwale swój 
rząd i parlament i dołożyli starań ażeby zwołanie wymienionej kon- 
ferencyi nie uległo zwłoce. 

Uchwała ta została powziętą na wniosek posła amerykań- 
skiego Richarda Bertholdta. 

2) Poseł do niemieckiego Reichstagu Pachnicke uczynił wnio- 
sek o uznanie cieśnin morskich za neutralne. Kanały wszakże na 
terytoryum jednego państwa położone, np. Kaiser Wilhelm kanał, 
nie mają być zneutralizowane. 

Dla przestudyowania tej kwestyi, wybrano komisyę. Co zaś 

1 Listę uczestników podaje: XVI Conference Interparlementaire. Bru- 
xelles 1910. 

• Union Interparlementaire. Statuts et reglements. (Revision de 1910). 
Bruselles 1910. 

3 Union Interparlementaire. Preparation du programme de la 3 Conference 
de la Haye 1910. 

4* 



52 Gustaw Roszkowski 

do kanałów w jednem państwie wybudowanych, amerykański je- 
nerał Warren Kaifer oświadczył imieniem rządu Sianów Zjedno- 
czonych, że kanaf Panama po wykończeniu będzie do międzynaro- 
dowego użytku oddany. 

3) Naj główniej sza część obrad Unii, była poświęconą prawu 
morskiemu. x 

Skondyfikowanie prawa morskiego, zrobiło w ostatnich cza- 
sach bardzo znaczne postępy. 

Już na drugiej konferencyi hagskiej, dla rozstrzygania kwe- 
sty] dotyczących zdobyczy na morzu, postanowiono utworzyć sąd 
międzynarodowy (Prisengerichthof), mający rozstrzygać w drugiej 
instancyi od orzeczeń sądów krajowych, a nadto uchwalono orga- 
nizacyę tego sądu i postępowanie (procedurę). 

W następnym roku. tj. 1909 zebrała się w Londynie konfe- 
rencja dla prawa morskiego. 

Wynikiem obrad tej konferencyi była deklaracya z 26 lutego 
1909 r. ogarniająca znaczną ilość sKoJyfi kowanych materyj z prawa 
morskiego (blokada, kontrabanda i i.). 

Ta dekhracya co do prawa morskiego była przedmiotem roz- 
praw w Unii interparlamentarnej. 

Ostatecznie uchwalono : 

1) ażeby na przyszłych konferencyach wprowadzono do prawa 
morskiego zasadę zupełnej nietykalności własności prywatnej na 
morzu. 

2) ażeby deki. londyńska była zmienioną w ten sposób, ażeby 
blokada była ograniczoną tylko na porty wojenne, 

3) ażeby ze względu na swobodę handlu pojęcie kontrabandy 
zostało bardziej ograniczonem. 

W związku z deklaracya morską uchwaloną w Londynie, zaj- 
mowana się wnio-kie i Knoxa. amerykańskiego sekretarza państwa, 
który w piśmie z 18 października 1909 r. proponował, ażeby są- 
dowi ustanowionemu na 2 hagskiej konferencyi dla spraw dotyczą- 
cych zdobyczy morskiej (Prisengerichtskonf.), przyznane były atry- 
bucye sądu polubownego istniejącego w Hadze (Schiedsgerichtshof), 
ewentualnie, jeżeli nie dla wszelkich to przynajmniej dla mniej- 



1 Documents interparlementaires. Bruxelles 1911 nr. IV. Lange, Notę 
sur la Conference navale de Londres. Union Interparlem. F. E. Smith, La ne- 
utralisation du Commerce maritime. Bruxelles 1910. 



O unii interparlamentarnej 53 

szych sporów. Oba te wnioski Knoxa w Unii nie znalazły popar- 
cia, i słusznie. Sąd złożony z sędziów mianowanych, nie może być 
postawionym na równi z sądami polubownymi, utworzonymi przez 
wybór i zaufanie stron; sąd oparty na ustawie, nie może zastąpić 
sądu opartego na kompromisie stron. 

Ostatecznie tedy Unia uchwaliła zalecić państwom do przyjęcia 
uchwały co do sądu międzynarodowego dla zdobyczy morskiej, bez 
uzupełniających uwag Knoxa. 

4) Ostatnia wreszcie sprawa, nad którą się w Unii zastana- 
wiano, była sprawa przemiany Unii. na międzynarodowy parlament 
(Intern, parłam.). Miałoby się to stać w ten sposób, żeby w obradach 
unii nie brali udziału wszyscy członkowie grup narodowych, ale 
tylko przez nich wybrani posłowie. 

Wniosek ten nie został ostatecznie w Bruxeli uchwalony, po- 
nieważ nie znaleziono klucza, podług którego grupy narodowe wy- 
bierałyby do tego międzynarodowego parlamentu. 

Uchwały konferencyi bruxelskiej zostały ostatecznie ujęte w VIII 
następujących rezolucyj \ 

I. 

Zważywszy, że przez konwencyę zawartą 23 lipca 1881 mię- 
dzy rzecząposp. Argentyńską a Chili, neutralność przyznaną została 
dla cieśniny Magellońskiej, przez konwencyę zawartą w Konstanty- 
nopolu 29 października 1888 ten sam charakter zostać przyznany 
dla kanału Suezkiego, a przez anglo-amery kańską konwencyę z 18 
listopada 1901 r. dla kanału panamskiego; 

Zważywszy dalej, że w interesie utrzymania pokoju i ułatwie- 
nia międzynarodowych komunikacyj, byłoby pożądanem zapewnić 
powyższe prawa dla wszelkich cieśnin i kanałów łączących oceany, 
XVI konferencya interparlamentarna wzywa swą Radę (Conseil) do 
utworzenia komisyi, któraby zrobiła studya nad tą kwestyą. Każda 
grupa mająca w tej sprawie interes, może być w tej komisyi re- 
prezentowaną przez jednego członka. 

Komisyą ogłosi drukiem i rozdzieli swe sprawozdanie w czasie 
stosownym, przed jedną z przyszłych konferencyj. 

1 Union Interparlementaire. 17 e Conference. Brux^lles. 



54 Gustaw Roszkowski 



II. 

XVI konferencya interparlamentarna, uznając wielką doniosłość 
zebrenia praw i zwyczajów co do wojny morskiej, jak to uczyniono 
w deklaracyi londyńskiej z 26 lutego 1909 r. zwłaszcza dla dobrego 
funkcyonowania międzynarodowego trybunału pryzowego, przewidzia- 
nego przez konwencyę hagską z 18 października 1907 r., poleca 
ratyfikacyę deklaracyi londyńskiej i przystąpienie do niej tych państw, 
które nie brały udziału w jej ułożeniu. 



• ni. 

Konferencya zaleca również ratyfikacyę w najkrótszym czasie 
konwencyi z 18 października 1907 dla wprowadzenia w życie mię- 
dzynarodowego trybunału pryzowego. 

IV. 

Zgodnie z uchwałami poprzednich konferencyj, XVI konferencya 
interparlamentarna wyraża życzenie, ażeby III konferencya hagska 
uznała następujące zasady w sprawie wojny morskiej: 

a) zniesienie prawa łupu; 

b) ograniczenie prawa blokady tylko do portów wojennych lub 
miejsc ufortyfikowanych; 

c) ograniczenie charakteru kontrabandy wojennej do broni, 
amunicyi i innych zapasów wojennych, przeznaczonych dla 
jednej ze stron należących; 

d) zabronienie niszczenia okrętów, wiozących kontrabandę wo- 
jenną, i towarów nie stanowiących kontrabandy. 

Konferencya XVI obstaje przedeArszystkiem przy pierwszem 
z tych życzeń, i wzywa grupę angielską, francuzką i rosyjską, aby 
starały się pozyskać dla tej sprawy swe rządy, konferencya wzywa 
nadto radę interparlamentarna (Conseil), ażeby ustanowiła komisyę. 
któraby wypracowała projekt międzynarodowej konwencyi, zmienia- 
jący w powyższych kwestyach deklaracyę londyńską. 

Projekt ten ma być przedstawiony na jednej z najbliższych 
konferencyj interparlamentarnych. 



O unii interparlamentarnej 55 

V. 

Zważywszy, że deklaracya morska w Londynie, z 26 lutego 
1909 r. została wypracowaną przez ograniczoną ilość państw, które 
na tę konferencyę zostały zaproszone; 

Zważywszy, że jest rzeczą sprawiedliwą i bardzo doniosłą, 
ażeby wszystkie państwa brały przez swych delegatów udział w obra- 
dach nad określeniem przepisów prawa narodów, XVI konferencya 
interparlamentarna zgodnie z uchwałami poprzednich konferencyj, 
wyraża życzenie, ażeby na przyszłość wszystkie państwa cywilizo- 
wane były zapraszane na podobne jak londyńska konferencyę mię- 
dzynarodowe. 

VI. 

Zważywszy, że rosnąca ciągle liczba członków Unii, może do- 
prowadzić do tego, iż okaże się koniecznem, ażeby w posiedzeniach 
Unii brali udział w przyszłości tylko delegaci grup, XVI konferencya 
interparlamentarna poleca swej komisyi reorganizacyjnej przygoto- 
wanie wniosków w tym duchu. Konferencya poleca jej nadto zba- 
danie kwestyi udziału różnych grup parlamentarnych w pracach 
Unii. 

Wnioski w tych kwestyach będą przedstawione na jednej z na- 
stępnych konferencyj. 

VII. 

XVI konferencya interparlamentarna, zaprasza wszystkie rządy 
i parlamenty w Unii reprezentowane, aby przystąpiły do utworzenia 
komisyi narodowych, na wzór tej, którą w ostatnich czasach utwo- 
rzył kongres Stanów Zjednoczonych. Każda z tych komisyj powinna 
przedstawić sprawozdanie swemu parlamentowi w sprawie zebrania 
się III międzynarodowej konferencyi w Hadze. 

Biuro międzyparlamentarne (t. j. biuro unii interparlamentarnej) 
jest obowiązane przedstawić niniejsze życzenie oflcyalnie wszystkim 
rządom, a delegaci na konferencyę, tu zebrani, są wezwani, aby zu- 
żytkowali ich wpływ osobisty dla skutecznego poparcia tej sprawy. 

VIII. 

XVI konferencya interparlamentarna wyraża życzenie, aby 
biuro hagskie każdego roku publikowało tekst traktatów w sprawie 



56 Gustaw Roszkowski 

sądów rozjemczych (cTarbitrage), zawartych między państwami, które 
obie konwencye z r. 1899 i 1907 podpisały (o pokojowem rozstrzy- 
ganiu sporów międzynarodowych) i aby ich rządy zakomunikowały 
te traktaty swym parlamentom. 

Na posiedzeniu konferencyi bruxelskiej (1910) wygłosiłem (w d. 
1 września) następującą mowę: O znaczeniu kongresów dla sprawy 
pokoju: 

Niedawne to czasy, kiedy rozstrzyganie sporów państw, nie za 
pomocą oręża, ale przez sądy, za piuin desiderium uważano. 

Instytucya sądów polubownych w sporach państw jest wpra- 
wdzie starą prawie jak świat. Spotykamy ją u narodów, które stały 
u kolebki cywilizacyi ludzkości. Ludy starożytne, nietylko klasyczne, 
t. j. Grecy i Rzymianie, ją znali, ale nawet ludy oryentalne mają 
w swej prastarej historyi wspomnienia, że pewne ich spory polity- 
czne były przez sądy rozstrzygane. 

W wiekach średnich papieże, niekiedy jako mężowie zaufania 
świeckich monarchów, najczęściej zaś z mocy swego wysokiego 
urzędu kościelnego, jako głowy kościoła, jako reprezentanci władzy 
boskiej, stojącej ponad władzą świecką, spory państw rozstrzygali. 
W czasach nowszych historya wykazuje nam już od XVII wieku 
szereg wypadków, w których sąd w sporach międzynarodowych spra- 
wowały zwykłe trybunały, kapituły, fakultety prawne uniwersytetów. 

Wszystko to jednak były wypadki odosobnione, to nie był sy- 
stem załatwiania sporów państw, a nadewszystko te rozstrzygania 
w drodze polubownej nie były instytucya prawną. One nie były 
oparte na prawie narodów i nie były uważane za instytucyę, z pra- 
wnej istoty międzynarodowego związku państw wynikającą. W da- 
nym wypadku chciano wojny uniknąć i oddawano spór sądowi; ale 
żadne prawo nie uważało rozprawy sądowej za obowiązek państw, 
i nie było przepisów prawnych do działalności tych sądów się od- 
noszących. Było pozostawionem cywilizacyi naszej epoki wielkie to 
zadanie rozwiązać. 

Instytut prawa narodów, który pod powagą najznakomitszych 
znawców tego prawa wypracowuje niestrudzenie projekta norm pra- 
wnych dla dzisiejszych międzynarodowych stosunków, na posiedze- 
niu swem w Hadze w r. 1877 wypracował projekt procedury dla 
sądów polubownych, ale projekt ten mocy prawa nie uzyskał. 

Dopiero konwencya o polubownem rozstrzyganiu sporów mię- 
dzynarodowych na 1-ej konferencyi pokojowej w Hadze uchwalona 



O unii interparlamentamej 57 

w r. 1899 i prawie przez wszystkie państwa świata przyjęta, stwo- 
rzyła instytucyę sądów polubownych w sporach międzynarodowych 
jako środek prawny, przez prawo uregulowany i z istoty prawnego 
związku państw wynikający. 

Druga konferencya pokojowa z r. 1907, wielki gmach tej in- 
stytucyi, zapewniającej tryumf prawa nad przemocą oręża, uzupeł- 
niła, nie zmieniając jego istoty. 

I od tej pory widzimy bardzo interesujące zjawisko: instytucya 
ta, którą jeszcze w połowie zeszłego stulecia uważano za marzenie 
idealistów, odrazu wżyła się w stosunki świata i stała się istotną 
składową częścią międzynarodowego związku państw. 

Znać, że była ona xv duchu czasu, że potrzebę jej uznawał 
świat cały, skoro odrazu zyskała ona w nim obywatelstwo. 

Liczne państwa zawarły traktaty, zapewniające, że wszelkie 
między niemi wyniknąć mogące spory, będą tylko drogą polubowną 
rozstrzygane. Wiele państw r innych w traktatach zastrzega, że 
wszelkie z tych traktatów wynikłe spory b^dą sądom przekazane, 
mnóstwo zaś wielkich i pierwszorzędnych mocarstw, bez tych po- 
przednich zobowiązań, nowo wybuchłe i dawno się ciągnące spory 
sądom przekazuje. 

Najlepszym tego dowodem jest niedawno odbyty sąd w Hadze, 
dla rozstrzygnięcia sporu Anglii z Stanami Zjednoczonemi północnej 
Ameryki, o bardzo ważne prawo rybołóstwa. 

Niektóre państwa już cały szereg swych spornych interesów 
tą drogą załatwiły. To tylko dowodzi zaufania ich do instytucyi 
sądów międzynarodowych. Są wreszcie pewne jednostki, pierwszo- 
rzędni specyaliści w prawie narodów, którzy niemal ciągle godność 
sędziów międzynarodowych piastują (Lammasch, Beernaert i i.). 

Wielki to tryumf dla idei pacyfizmu naszego wieku i wielka 
nadzieja na przyszłość, że międzynarodowy związek państw stanie 
się związkiem praworządnym, że panowanie samowoli monarchów, 
mężów stanu i dyplomatów coraz więcej ustępować będzie przed 
prawem i wymiarem sprawiedliwości. 

Dla sprawy pacyfizmu nie wystarcza jednak samo funkcyono- 
wanie sądów. Należy przyczyny sporów międzynarodowych usunąć. 
Przyczyny te są bardzo rozmaite. Wywołują je względy polityczne 
dyplomatyczne, rywalizacya monarchów i dyplomatów, interpre- 
tacya traktatów i t. d., słowem bieżące sprawy codziennego życia 
państw. Ale prócz tego są sprawy różniące państwa, mające obecnie 



58 Gustaw Roszkowski 

stałą podstawę w ich dzisiejszej konfiguracyi tery tory alnej. Dawne 
wojny XVIII i XIX-go stulecia, prowadzone w zaborczych celach, 
dowolnie ustalały granice państw, rozdzielając narody na części 
i cząsteczki, stąd odwieczne spory, pretensye i antagonizmy państw. 
Jeżeli w interesie utrzymania pokoju leży rozstrzyganie sporów drogą 
polubowną, to niemniej jest ważnem powody sporów wymienionych 
usuwać, bo one grożą ciągle zakłóceniem pokoju, wybuchem waśni, 
a przez sądy prawie zawsze załatwić sie one nie dadzą, gdyż tu 
jest w grze honor i integralność terytoryum państw. 

Do załatwienia takich spraw będących najgroźniejszem zarze- 
wiem sporów, najodpowiedniejszym byłby kongres. 

Dyplomaci, reprezentanci państw, a nawet monarchowie oso- 
biście powinni się zbierać od czasu do czasu, dla rozważenia spraw 
bieżącej polityki i załatwienia ich za wspólnem porozumieniem po- 
kojowo. 

Kongres taki mógłby tworzyć składową część pokojowej kon- 
ferencyi w Hadze. Część dyplomatów załatwiałaby to co dotąd — 
zadania ciała prawodawczego, które określa normy prawa narodów; 
część zaś ukonstytuować by się mogła jako kongres, obradujący 
nad sprawami bieżącej polityki. 

Ileż szczęścia spłynęłoby z tych urządzeń na ludzkość! Wiel- 
kiej wagi sprawa organizacyi międzynarodowego związku państw 
zrobiłaby ważny krok naprzód. Kodyfikowanie prawa narodów przez 
konferencyę pokojową w Hadze, odpowiada rzeczywistej potrzebie 
naszej epoki. Usiłowanie rozwiązania najpilniejszych spraw bieżącej 
polityki świata za wspólnem porozumieniem reprezentantów państw 
na kongresie lub konferencyi, byłoby usunięciem podstawy do naj- 
ważniejszych sporów państw i uwieńczeniem wielkiej akcyi naszego 
stulecia dla utrwalenia pokoju na świecie. 

Oby najbliższa przyszłość przyniosła nam i tę zmianę w wiel- 
kiem społeczeństwie narodów! 

2. Konferencya zapowiedziana w Rzymie 1911 r. Wojna włosko-turecka. 

Rok 1911 był dla unii interparlamentarnej bardzo niepomyśl- 
nym 1 . Z powodu złego zbiegu okoliczności, Unia nie była w stanie 
odbyć dorocznego zgromadzenia wszystkich swych członków (Confe- 

1 Fried, Der Weg zum Weltfrieden im J. 1910. Berlin. 



O unii interparlamentarnej 59 

rence), a wreszcie w jesieni tego roku wybuchła wojna włosko- 
turecka. 

Postanowieniem Rady Unii (Conseil) z 8 kwietnia 1911 r. po- 
wziętem w Bruxeli, konferencya zwołaną została na pierwsze dni 
października do Rzymu. Zarząd Unii przywiązywał do tej konferen- 
cyi wielką wagę i oczekiwał jej odbycia z niecierpliwością. Na po- 
rządku dziennym- tej konferencyi były b. ważne kwestye. Oprócz 
drobnej zmiany statutu Unii, kwestya obowiązkowego sądu polubo- 
wnego, kwestya organizacyi pośrednictwa między państwami, sprawa 
ciężarów militarnych w armiach lądowych i morskich, sprawa uży- 
wania balonów i aeroplanów do celów wojennych, sprawa utworze- 
nia stałego organu w związku z międzynarodowemi konferencyami 
pokoju, kwestya ratyfikacyi uchwał konferencyi hagskich i i. 

Zapowiedziana konlerencya w Rzymie, przedstawiała także 
wielki interes i z tego powodu, iż była daleko staranniej przygoto- 
waną niż konferencye poprzednie. Referaty spraw wymienionych zło- 
żone były w ręce: pp. prof. Zorna, d'EstourneIles de Constant, Beer- 
naert, Van Houten, Houzeau de Lehaie, Hr. Apponyi. Panowie ci 
wcześnie przedstawili swe referaty na piśmie, które członkom Unii 
zostały zakomunikowane, można więc było oczekiwać bardzo grun- 
townych obrad i uchwał konferencyi. 

Z powodu panującej w r. 1911 we Włoszech cholery, konfe- 
rencya do Rzymu zwołana musiała być odwołaną. Stało się to cyr- 
kularzem prezydyum Unii, w połowie września 1911 r. 

Wojna włosko-turecka była przewidywaną. Mówiono i pisano 
o niej, jako o rzeczy prawdopodobnej, a podczas okupacyi Bośni 
i Herzogowiny mówiono o ponownem porozumieniu Austro-Węgier 
z Włochami co do tego, jak się Włochy zachowają podczas oku- 
pacyi Bośni, a jak Austrya podczas okupacyi Trypolisu. Tylko nikt 
nie przewidywał rozpoczęcia wojny, w chwili gdy to się stało. Było 
to zrobione tak nagle, że zrobiło ogólnie wrażenie nie wypowiedzenia 
wojny pomiędzy cywilizowanemi państwami, ale raczej brutalnego 
napadu Włoch na Turcyę. 

Dla unii interparlamentarnej, będącej niewątpliwie najwybitniej- 
szą przedstawicielką dzisiejszych tendencyj państw i narodów do 
utrzymania pokoju, wybuch wojny i do tego w tej formie jak się 
to stało, był rzeczywistym ciosem. Przeciwnicy idei pokoju szyder- 
czo głosili zwycięstwo swych opinii, a zwolennicy pokoju musieli 
przyznać, że rezultaty przez nich dotąd osiągnięte nie są dostateczne, 



60 Gustaw Roszkowski 

abv wojnę powstrzymać nawet tam. gdzie ona nie była konieczną, 
a nadto że uchwały obu konferencyi hagskich z 1899 i 1907 nie 
mają dotąd należytej powagi w Związku międzynarodowym, skoro 
nietylko państwa w sporze będące, t. j. Włochy i Turcya, ale nawet 
żadne z państw obu półkuli do nich się nie zastosowało. 

Poza tein że konferencya unii z powodu cholery we Włoszech, 
w Rzunie odbyć się nie mogła, odbycie jej na ziemi włoskiej z po- 
wodu wybuchłej wojny, było niepodobieństwem. Czy nie byłoby 
najwyższą ironią, ażeby uczeni, mężowie stanu, przedstawiciele eko- 
nomicznej pracy radzili nad utrzymaniem pokoju w państwie, które 
bez usprawiedliwienia wysyła swą armię, dla wykonania napadu na 
Turcyę, która nikomu nie zagraża, przeciwko napaści Włoch bez- 
ustannie do opinii publicznej świata apeluje, i żąda przede wszystkiem 
aby rzeź obu armii ustała. 

Po ustaniu wojny przyjdzie czas, kiedy opina publiczna uzna, 
że czyny gwałtu i podeptanie praw, w określeniu których w Hadze 
państwo włoskie przez swych przedstawicieli w r. 1899 i 1907 
udział brało, nie dowodzi, ażeby idea pokoju, którą chlubi się wiek XX, 
nie była słuszną i dla postępu cywilizacyi konieczną, ale dokąd 
grają armaty, mówić o utrzymaniu pokoju, nie byłoby rzeczą sto- 
sowną. 

inne czynności Unii, mimo chwilowego sparaliżowania jej akcyi 
przez wojnę, prowadzone były prawidłowo i z wielką usilnością. 
Komitet wykonawczy (Comite executif) odbył w ciągu 1911 r. trzy 
posiedzenia (4 lut., 8 kwiet. w Bruxeli, 4 paździer. w Paryżu), a Rada 
(Conseil) dwa posiedzenia: 8 kwietnia w Bruxeli i 4 października 
w Paryżu. 

3. Posiedzenia Rady w Bruxeli i w Paryżu. 

Zebranie Rady w kwietniu, miało za główne zadanie oznaczyć 
czas i miejsce XVII konferencyi, a nadto ustalić porządek dzienny 
jej obrad. Oznaczono Rzym. 

Gdy w skutek cholery zjazd w Rzymie został odwołany, Rada 
zebrana w Paryżu miała zadanie oznaczyć czas i miejsce XVII kon- 
ferencyi w 1912 r. Rada jednak przedewszystkiem uznała, że wsku- 
tek toczącej się wojny, nie może w sprawie tejże konferencyi 
powziąć żadnej uchwały. 

Natomiast Rada wypowiedziała swe zdanie o toczącej się 
wojnie. 



O unii interparlamentarnej 61 

Zdanie to brzmi dosłownie: 1 

»Fidśle aux idćes hautement pacifiąues qui forment le pro- 
grame de TUnion, qui sont sa raison d'etre, et dont elle restera 
plus que jamais le champion, le Conseil croit devoir exprimer le 
vif regret qu'il ait ete" tenu si peu compte de 1'esprit de paix et de 
justice qui a anime les deux Conferences de la Haye, et que la dś- 
claration de guerre ait ete rapide au point d'ecarter jusqu'a la pos- 
sibilite d'une entente ou d'une intervention au sens des articles 3 et 
48 de la Conventien du 16 Octobre 1907. Le conseil exprime le 
regret que les demarches qui auraient ete" faites par certaines 
Puissances, interposant leurs bons offices, aient etć, jusqu'a present, 
infructueuses 

Inne uchwały powzięte w Paryżu, były administracyjnej i for- 
malnej natury. 

Uchwalono budżet na r. 1912. a hr. Apponyi zgłosił wniosek 
do uchwalenia przez konferencyę: ażeby uchwały obu konferencyj 
hagskich (z 1899 i 1907 r.) były przez parlamenty zatwierdzone 
i w dziennikach ustaw państwa ogłoszone 2 . 

Powyższa uchwała Rady, kończy się wezwaniem grup Unii, 
ażeby użyły całego swego wpływu na rządy, ażeby dołożyły starań 
aby obecna włosko-turecka wojna została jak najprędzej zakoń- 
czoną. Zadanie to zostało wykonanem w parlamentach: francuzkirn, 
węgierskim, tureckim, niemieckim, angielskim, belgijskim i rosyjskim. 
Zlecenie to zostało popartem przez odezwę grupy tureckiej, wysto- 
sowaną do wszystkich innych grup. depeszami z 18 paźdz. 1911 r. 3 

Depesze te brzmiały: Confiant dans 1'efficacite des principes de 
justice et de paix entre nations qui constituent la base de 1'Union 
interparlementaire, le groupe parlementaire ottoman croit de son de- 
voir de faire appel aux sentiments humanitaires qui aniraent votre 
groupe, vous priant d'interposer vos bons offices aupres de votre 
gouvernement vis-a-vis de 1'agression italienne. II fait cette demarche 
en conformite de la resolution du Conseil interparlementaire a Paris 
et vous remercie d'avance pour toutes les demarches qui seront 
faites dans 1'intereH du triomphe du droit sur la force. 

Takiej samej treści odezwę p. Bustany wystosował do zarządu 
Unii interparlameniarnej, na ręce jej generalnego sekretarza p. Lange. 

1 Procćs verbaux du Conseil interparlementaire IV, str. 16. 

2 Proces-verbaux du Conseil interparlementaire p. 7. 

3 Documents Interparl. Nr. 7 str. 12. 



62 Gustaw Roszkowski 

4. Starania członków Unii w sprawie zakończenia wojny wJosko-tureckiej. 

Rezultat starań uczynionych w tej sprawie przez grupy poje- 
dyncze, był następujący: 

W drugiej depeszy, wysłanej przez p. Bustany w d. 11 listop. 
1911 r. w imieniu grupy parlamentu tureckiego do wszystkich in- 
nych grup Unii 1 , stwierdza on wielkie naruszenia prawa narodów 
przez armię włoską. »L'armće italienne. mówi on, se livre en Tri- 
politaine, province in : egrante de TEmpire ottoman que 1'Italie a en 
vahie contrairement aux traitćs et aux principes du droit internatio- 
nal, a des actes incompatibles avec les lois de la civilisation et de 
1'humanite; elle retient comme prisonniers de guerre des non-com- 
battants et m§me des eleves. Elle massacre et fait passez par les 
armes, sans pitie aucune, les defenseurs volontaires du pays qu'elle 
considere comme des rebelles a Tencontre des deux conventions de 
la Haye, d'apres les dispositions desąuelies les volontaires en armes 
devraient, en tant que combattants. jouir des mśmes droits que 
les militaires. La vie des femmes, des vieillards, des enfants n'est 
egalement pas respectee, et 1'on s'attaque nieme a des particuliers 
en priere dans les mosquees, foulant ainsi aux pieds tous sentiments 
religieux. En presence de ces faits, le parlement ottoman croit devoir 
appeler votre bienveillante et amicale attention sur les actes in- 
qualifiables dont ii sagit, et proteste formellement par- devant 
FUnivers civilise, vous priant de porter sa protestation a la connais- 
sance de 1'honorable assemblee dont vous faites partie. 

Imieniem grupy parlamentarnej francuzkiej. jej prezes p. d'E- 
stournelles de Constant wystosował 1 października 1911 r. a więc 
przed uchwałą Conseil., pismo do ówczesnego prezydenta Rady mi- 
nistrów p. Caillaux. w którem, zwracając jego uwagę na to, iż 
wojna włosko-turecka, ze wzgiędu na trudności terenu i klimatu, 
może mieć dla Włoch rujnujące następstwa, zapytuje, czy rząd 
francuzki, nie uchybiając swym dyplomatycznym zobowiązaniom 
względem Włoch, i nie schodząc ze stanowiska przyjaźni w sto- 
sunku do tego państwa, przeciwnie zarówno w interesie Włoch jak 
i Turcyi, a nadto powszechnego pokoju, nie mógłby ofiarować obu 
państwom walczącym swych usług przyjacielskich, w duchu kon- 
wencyi hagskiej z 18 paźdz. 1907 r. (O pokojowem załatwianiu 

1 Documents interp. nr. 7 str. 15. 



O unii interparlamentarnej 63 

sporów międzynarodowych, Tyt. II O usługach przyjacielskich i po- 
średnictwie). 

Członkowie ciała prawodawczego i senatu, działając już w myśl 
uchwały rady interparlamentarnej, w tym samym duchu ustnie i na 
piśmie zwracali się do rządu, ale ze strony gabinetu p. Caillaux 
żadnej nie uzyskali odpowiedzi. 

Rząd niemiecki odpowiedział prezesowi grupy niemieckiej p. 
Eickhoffowi, że on już myślał o tern, ażeby przyczynić się ile mo- 
żności do zlokalizowania sporu włosko-tureckiego, a nadto poczynić 
starania o prędkie zakończenie konfliktu. 

Grupa bdlgijska uchwaliła następującą rezolucyę: 

»Konferencya Hagska z 29 lipca 1899 i z 18 paźdz. 1907 r. 
nakładają na państwa w sporze będące obowiązek, przed użyciem 
broni odwołać się do usług przyjacielskich i pośrednictwa jednego 
lub więcej państw zaprzyjaźnionych, a z drugiej strony, te ostatnie 
mają prawo interweniowania w tym duchu nawet podczas trwania 
kroków nieprzyjacielskich, a tego rodzaju interwencya nie może być 
uważaną za akt mało przyjacielski. 

Belgijska grupa unii interparlamentarnej ubolewa, że szybkość 
z jaką akcya nieprzyjacielska skierowaną została przez rząd włoski 
przeciwko Turcyi, uczyniła memożiiwem próbowanie przedtem inter- 
wencyi, i wyraża życzenie, ażeby rząd belgijski mógł należeć do 
wszelkich zbiorowych pośrednictw, które mogą się wytworzyć, dla 
ustalenia pokoju między państwami zwaśnionemi, zgodnie z prawem 
i sprawiedliwością. Grupa belgijska ubolewa nad popełnieniem czy- 
nów przeciwnych uczuciom ludzkości i konwencyom hagskim. 

W końcu grupa belgijska wyraża nadzieję, że rola militarna 
awiatyki, na przyszłej konferencyi hagskiej będzie gruntownie zba- 
daną, ze stanowiska zasad ludzkości*. 

Rezolucya ta została 23 listopada 1911 r. wręczoną prezyden- 
towi rządu, baronowi de Broqueville, i ministrowi spraw zagrani- 
cznych, p. Davignon. 

Rząd zapewnił, że z całą sympatyą i bezstronnością zbada 
życzenia powyższe. 

Działanie rządu musi być w granicach neutralności państwa. 
Belgii najwięcej zależy na poszanowaniu prawa narodów, i powita 
ona serdecznie przywrócenie pokoju. 

Grupa członków rosyjskiej dumy poleciła swemu prezydyum, 
odnieść się do ministra spraw zagranicznych z żądaniem, aby sko- 



64 Gustaw Roszkowski 

rzystał z pierwszej okazyi sprzyjającej, aby spowodować nowe przy- 
jacielskie pośrednictwo państw, aby położyć kres okropnościom wojny 
i zabezpieczyć pokój Europy. 

W motywach powiedziano, iż członkowie dumy ubolewają, iż 
ze strony włoskiej popełniane bywają w obecnej wojnie czyny opła- 
kane, mają oni jednak nadzieję, że na przyszłość obie strony postę- 
pować będą zgodnie z dzikiej szem prawem narodów. Posłowie ro- 
syjscy ubolewają nadto, że dotąd usiłowania podjęte w duchu kon- 
wencyi hagskich nie doprowadziły do przywrócenia pokoju. Mają 
oni jednak nadzieję, że te usiłowania będą wznowione w warunkach 
korzystniejszych. 

Najpoważniejsza wymiana zdań w sprawie obecnej wojny, od- 
była się w Izbie deputowanych węgierskiej, w d. 11 i 24 paździer- 
nika 1911 r., wskutek interpelacyi wniesionej przez hr. Apponyj. 

Interpelacya ta odnosi się do dwóch kw r estyj. Ponieważ konw. 
hagskie z 1899 i 1907 wymagają, aby przed wojną i w czasie jej 
trwania państwa neutralne przez pośrednictwo starały się o przy- 
wrócenie pokoju; a nadto ponieważ obecna wojna może naruszyć 
w dalszym jej przebiegu interesa naszego państwa, przeto hr. Ap- 
ponyi po-tawił do rządu pytanie: 

1) Czy przed wybuchem wojny włosko-tu reckiej miało miejsce 
pośrednictwo ze strony państw neutralnych, czy Min. Spraw Zagr. 
austryacko- węg. monarchii brało w tern udział, i czy zechce kroki 
te wznowić obecnie; 

2) Czy rząd jest zdania, że wojna obecna interesów naszej 
monarchii nie naruszy. 

Na oba te pytania prezydent gabinetu hr. Khuen-Hedervary 
dał odpowiedź twierdzącą. 

Co do 1) Rząd czynił od dawna przedstawienia w Konstanty- 
nopolu, aby żądania Wioch co do jego gospodarczych interesów 
w Tripolisie ze strony tureckiej nie lekceważono. Gdy jednak tonie 
odniosło skutku i Włochy postanowiły użycie siły, okazało się, iż 
rząd wioski nie życzy sobie żadnej inter.\encyi. Rząd austro- węgier- 
ski czynił starania o zapewnienie pokoju, i uczyni to w chwili gdy 
będzie prawdopodobieństwo, iż to odniesie skutek. 

Co do 2) iż rząd włoski będzie unikać rozszerzenia wojny na 
niekorzyść Austro-Węgier. a to oświadczenie zrobionem zostało w tak 
poważnej formie, iż trzeba było nabrać przekonania, iż to jest rze- 
czywistem jego postanowieniem. 



O unii interparlamentarnej 65 

Z powyższego przedstawienia akcyi grup poselskich należących 
do unii interparlamentarnej w obec ich rządów, wynika: 

1) Ze rządy w wielu parlamentach albo nie dały posłom ża- 
dnych odpowiedzi, albo odpowiedzi te, jak w parlamencie węgierskim, 
były ogólnikowe, nie stanowcze, właściwie nic nie wyjaśniające. Z od- 
powiedzi hr. Khuena nie można się dowiedzieć kiedy i które rządy 
czyniły starania o przywrócenie pokoju, i cate twierdzenie premiera 
węgierskiego o tych staraniach stoi w sprzeczności z jego własnem 
twierdzeniem, iż rząd włoski okazał, iż wszelkiej interwencyi państw 
obcych sobie nie życzy. 

2) Uchwała Conseil Unii z 4/X 1911 r. jest trafną. Wyraża 
ona potępienie tego niezbitego faktu, iż zarówno rząd włoski postą- 
pił wbrew uchwałom hagskim, jak i wszystkie państwa, z niewyja- 
śnionych dotąd powodów i dyplomatycznych tajnych konspiracyj, 
uchwał powyższych nie uszanowały. 

3) Skoro tak, to okazuje się koniecznem, ażeby przyszła kon- 
ferencya hagska obmyśliła takie urządzenia w związku międzynaro- 
dowym, któreby czuwały nad tern, aby niesłychanie w skutkach 
swoich ważny obowiązek państw neutralnych interweniowania w spra- 
wie utrzymania pokoju, nie był jak dotąd martwą literą. 

5. Prace w komisyach. 

Choć w r. 1911 nie odbyło się posiedzenie unii interparlamen- 
tarnej zapowiedziane w Rzymie, za to pracowały prawie wszystkie 
jej komisye. 

Komisya dla reorganizacyi unii, została wybraną jeszcze na 
sesyi w Bruxeli 1905 r. Komisya ta na posiedzeniu odbytem w d. 
4 lutego 1911 r. w Bruxeli, uchwaliła pewne zmiany art. 1 i 3 sta- 
tutu, które będą przedmiotem uchwał najbliższej konferencyi unii. 

Komisya dla ograniczenia ciężarów wojennych w armii lądo- 
wej i morskiej, zebrała się 5 stycznia 1911 r. i uchwaliła wezwać 
rządy do studyowania tej kwestyi. 

Komisya dla wniosku p. Richarda Bartholdta w Berlinie 1908 
odbyła posiedzenie w Paryżu 3 października 1911 r. i uchwałiła 
prosić rządy, ażeby: 

1) przy zawieraniu w przyszłości traktatów co do arbitrażu 
(t. j. co do używania w swych sporach sądów polubownych) ze- 
chciały w tych traktatach uznać wzajemnie ich narodową niepodle- 

Roszkowski. 5 



gg Gustaw Roszkowski 

głość, niezależność ich terytoryów i ich absolutną udzielność w spra- 
wach wewnętrznych. 

2) Aby zechciały delegatom na 3 konferencyę hagską dać po- 
lecenie, ażeby domagali się. żeby konferencya wymieniona zbierała 
się automatycznie w terminach z góry oznaczonych, tak, żeby nie 
było potrzeba troszczyć się o to, który rząd i kiedy zwoła nową 
konferencyę. 

Komisya dla sprawy neutralizacyi cieśnin i kanałów, odbyła 2 
posiedzenia 3 i 4 paździer. 1911 r. 

Prace nie zostały ukończone. Postawiono szereg pytań do roz- 
wiązania tej kwestyi i ustalono zasady prawnicze do neutralizacyi 1 . 

Z powyższego przeglądu prac komisyjnych okazuje się. że naj- 
ważniejsze były wyniki pracy komisyi co do wniosku Bertholdta 
w ustanowieniu terminu zebrań pokojowej konferencyi w Hadze. 
Konferencya ta stała się międzynarodową komisyą dla kodyfikacyi 
prawa narodów. Zadanie to, tak pięknie zaczęte, powinno być pro- 
wadzonem dalej. Po dwóch sesyach konferencya ta zyskała ogólną 
sympatyę i uznanie, i liczne a poważne dają się słyszeć głosy, ażeby 
konferencya wymieniona przekształconą została w stałą instytucyę 
związku międzynarodowego. Uchwała komisyi wymienionej zdąża 
do tego celu. 

Natomiast sprawa zmniejszenia ciężarów na wojsko i uzbro- 
jenia, powinna tymczasowo zniknąć z porządku obrad kongresowych, 
gdyż nie ma w obecnej chwili żadnych warunków do jej przepro- 
wadzenia w praktyce. Obrady 1-ej konferencyi hagskiej udowodniły 
to dostatecznie. Ciągłe wznawianie 2 tej wielkiej dla cywilizacyi 
sprawy, napróżno, tylko znaczenie jej obniża. 

1 Rapport du secretaire generał au Conseil Interparlementaire. Bruxelles 
1912. Nr. 12. 

Annuaire de 1'Union interparlementaire. Bruxelles 1911 str. 31. 

2 Na posiedzeniu unii interparlamentarnej skandynawskiej, odbytem w Kry- 
styanii 19 i 20 czerwca 1911 r. kwestya ograniczenia ciężarów wojennych na 
lądzie i morzu była na porządku dziennym (Nr. 2). Zebranie gorąco się za tem 
ograniczeniem oświadczało, w kwestyi zaś sposobu przeprowadzenia tej myśli, 
jeden z szwedzkich deputowanych postawił wniosek, aby małe państwa wzięły 
inicyatywę w załatwienia tej sprawy. Wniosek ten został odesłany do Rady 
(Conseil) unii skandynawskiej. Annuaire str. .143. Rapport du secretaire generał 
au Conseil interparlementaire pour 1'annee 1911. Bruxelles 1912 str. 16. 

Kwestya ograniczania ciężarów wojennych na lądzie i morzu, stanowi 
także punkt 5 porządku dziennego konferencyi interparlamentarnej, która ma się 
odbyć w r. b. Sprawozdawcą będzie p. d'Estournelles de Constant. 



O unii interparlamentarnej 67 



6. Układy członków Unii z rządami, o przygotowanie trzeciej konferencyi po 

kojowej w Hadze. 

Jedną z najwięcej interesujących stron działania Unii interpar- 
lamentarnej w r. 1911 były układy członków unii z rządami, o przy- 
gotowanie 3-ej konferencyi pokojowej w Hadze. W staraniach tych 
na pierwszy plan wysuwa się kwestya zmniejszenia wydatków na 
uzbrojenia, czyli jak niektórzy mówią — choć zupełnie niewłaści- 
wie — kwestya rozbrojenia. Traktowanie tej sprawy jest bardzo 
ciekawem, ze względu na stanowisko rządów w obec niej *. 

W r. 1910 na konferencyi interparlamentarnej w Bruxeli po- 
wzięto (7 rezolucya) następującą uchwałę: XVI konferencya inter- 
parlamentarna wzywa rządy i parlamenty w unii reprezentowane, 
aby przystąpiły do utworzenia komisyj (Commissions nationales), na 
podobieństwo komisyi utworzonej przez kongres Stanów Zjednoczo- 
nych. Każda komisya ma złożyć sprawozdanie swemu parlamentowi 
w kwestyi zebrania się 3-ej konferencyi międzynarodowej w Hadze. 

Biuro interparlamentarne jest obowiązanem przedstawić urzę- 
downie to życzenie wszystkim rządom, a uczestnicy konferencyi tu 
zebrani mają obowiązek zużyć swój wpływ osobisty, aby zapewnić 
akcyę szybką i korzystną w tym przedmiocie 2 . 

W wykonaniu uchwały bruxelskiej, w Anglii, we Francyi, w Ho- 
landyi, w delegacyach austro-węgierskich i w Szwecyi posłowie in- 
terpelowali rządy w kwestyi zebrania się 3-ej konferencyi pokojowej, 
w kwestyi przygotowania materyału do jej obrad, a przedewszyst- 
kiem co do postawienia na jej porządku dziennym sprawy rozbro- 
jenia w powyżej przytoczonem znaczeniu. 

Odpowiedzi rządów na te interpelacye były dla sprawy po- 
wstrzymania uzbrojeń b. niekorzystne. W zasadzie wszystkie rządy 
myśl tę uważały za szlachetną i dla kultury świata bardzo poży- 
teczną, ale za niedającą się urzeczywistnić w obecnych czasach. 

I tak: w Anglii, która jest tak wielką zwolenniczką traktatów 
co do sądów polubownych w sporach państw, w odpowiedzi na in- 
terpelacye w izbie gmin odpowiedział rząd: że z myślą rozbrojenia 
sympatyzuje, ale żadnych przyrzeczeń uczynić nie może. 



1 Documents interparlementaires. Bruxelles 1911 nr. A, 5, 6. 

2 Annuaire str. 67. 



68 Gustaw Roszkowski 

Przyjdzie niewątpliwie dzień, w którym zbrojenia będą ogra- 
niczone, ale dziś o tern nie można myśleć. Do ogólnego po- 
koju jeszcze bardzo daleko. Stanie się to wtedy, gdy narody 
wzniosą się na znacznie wyższy szczebel kultury. 

Anglia, mimo swych pomyślnych stosunków z obcymi pań- 
stwami, musi utrzymać swą potęgę na morzu i mieć flotę, zdolną 
skutecznie stawić opór koalicyi flot państw innych l . 

We Francyi minister spraw zagranicznych Pi eh on oświadczył 
w Corps legislatiy. że jeżeli sprawa wstrzymania zbrojeń będzie na 
porządku 3 konferencyi postawioną, rząd francuski sprzeciwiać się 
temu nie będzie. Ale, gdy w czasie debaty budżetowej, posłowie so- 
cyaliści postawili wniosek o przeprowadzenie rokowań Francyi z An- 
glią i Niemcami w kwestyi rozbrojenia, p. Pichon wniosek ten zwal- 
czał, i żądał wielkiego kredytu na budowę dwóch nowych okrętów 
wojennych. Akcya skierowana do ograniczenia zbrojeń jest, jego 
zdaniem, bez żadnych widoków powodzenia, a dla intere- 
sów kraju — niebezpieczną. Francya, zakończył p. Pichon, nie 
może się osłabiać, gdy inne państwa się zbroją. 

Ciało prawodawcze we Francyi znać zdanie to podziela, skoro 
Izba wniosek socyalistów odrzuciła, a przyjęła wniosek rządu 2 . 

W delegacyach austryąckich (25 lutego 1911 r.) wyrażano ży- 
czenie, aby rząd użył wszelkich środków dla zapewnienia zmniej- 
szenia wydatków na uzbrojenia. Ze strony zaś deputowanych wę- 
gierskich (21 lutego — 7 marca 1911 r.) wprost wezwano rząd, 
ażeby przez ministerstwo spraw zagranicznych poczynił przygoto- 
wania do 3 konferencyi hagskiej, a nadto podjął starania, ażeby na 
porządku dziennym tej konferencyi postawioną była kwestya zmniej- 
szenia uzbrojeń. 

Minister prezydent węgierski oświadczył krótko, że zgadza się 
z postawioną rezolucyą, jednak za jej wykonanie nie ręczy, zaś mi- 
nister spraw zagranicznych hr. Aerenthal wyraził w delegacyach 
wspólnych sympatye dla sprawy ograniczenia zbrojeń, sądził jednak, 
iż do tego przyjśćby mogło dopiero wtedy, gdyby wszystkie państwa 
zgodziła się na to. Ponieważ horyzont polityczny świata każdej 
chwili może się zaciemnić, przeto nasza monarchia potrzebuje armii 
i floty gotowych do akcyi. We wszystkich państwach widać brak 

1 Annuaire, str. 26. Osseg, Der europaische Militarismus. Amberg 1880. 

2 Annuaire, str. 25. 



O unii interparlamentarnej 69 

wiary w to, ażeby wkrótce mogło przyjść do redukcyi uzbrojeń, 
przeciwnie wszędzie widzimy nowe zbrojenia nawet gorączkowo 
przedsiębrane. W Anglii żądano olbrzymich kredytów na okręty, 
a kongres waszyngtoński uchwalił ufortyfikować kanał Panama ko- 
sztem stu milionów dolarów, a odrzucono wniosek o uznanie tego 
kanału za neutralny. Widocznem z tego, że kongres waszyngtoński 
sam nie wierzy w możność przeprowadzania redukcyi uzbrojeń. 

Wielkie mocarstwa podtrzymują zbrojny pokój, bo on jest rę- 
kojmią, iż nie będzie wojny, a z żądań rozbrojenia mało kto sobie 
coś robi. Te żądania nie prowadzą do niczego. Prawo mocniejszego 
ustało dziś wewnątrz państwa. Czas byłby, żeby ustało także w sto- 
sunkach państw. Będziemy więc pracować z innemi państwami nad 
zmniejszeniem uzbrojeń, o ile to będzie bez szkody dla naszego bez- 
pieczeństwa x . 

W Holandyi poruszano sprawę zmniejszenia uzbrojeń podczas 
debaty budżetowej w r. 1911. Nie wchodzono jednak w meritum 
tej sprawy, ograniczono się do przedsięwzięcia przygotowań do 3-ej 
konferencyi hagskiej. Rząd oświadczył, że komisyj do tego zadania 
niema, ale że zamierza ją utworzyć. 

Dyskusya nad sprawą zmniejszenia uzbrojeń w Szwecyi przed- 
stawia wiele stron ciekawych. Minister spraw zagranicznych Br. Taube 
dawał bardzo otwarte i szczere wyjaśnienia, a nadto tam poruszono 
tę myśl, ażeby małe państwa w sprawie rozbrojenia wzięły inicya- 
tywę. Br. Taube oświadczył, że badał usposobienie państw wielkich 
dla tej sprawy, i przyszedł do tego przekonania, iż niema prawie 
żadnej nadziei, ażeby się państwa te na to zgodziły. W obecnej 
chwili absolutnie nic w tym celu nie uczyniono, tak, że choć myśl 
sama jest piękna, to trzeba ją uważać w obecnych warunkach za 
niemożliwą do urzeczywistnienia. Dlatego oświadczył on: ponieważ 
przygotowanie do 3 konferencyi hagskiej jest koniecznem, ażeby 
uniknąć tych trudności, które się okazały na 2 konferencyi w r. 
1907 z powodu nieprzygotowania materyału do obrad, przeto za- 
proponuję królowi powołanie do życia komisyi, która z pominięciem 
sprawy rozbrojenia, wypracuje inne dla konferencyi projekty. 

Co się zaś tyczy żądania, ażeby małe państwa wzięły inicya- 
tywę w sprawie rozbrojenia i przeprowadziły je u siebie, a nadto, 
ażeby w tej akcyi rząd szwecki stanął na czele, pan Br. Taube 

1 Annuaire str. 27. 



70 Gustaw Roszkowski 

z całą słusznością odpowiedział, że akcya ta nie doprowadziłaby do 
żadnego rezultatu. Wielkie mocarstwa mimo to rozbrojenia nie prze- 
prowadzą u siebie, a bez tego cel nie zostałby osiągnięty, małe zaś 
państwa nie mogą dla własnego bezpieczeństwa osłabiać swej po- 
tęgi, gdy wielkie państwa ją wzmacniają 1 . 

Przytoczytem te oświadczenia rządów państw wielkich i ma- 
łych, aby wykazać, że sprawa redukcyi uzbrojeń dziś nie jest do 
przeprowadzenia. Ona nie da się zadekretować przez żaden akt mię- 
dzynarodowy. Rozbrojenie przyjdzie kiedyś do skutku, ale tylko pod 
wpływem zmienionych warunków życia państw w związku między- 
narodowym. Dziś, gdy dawne antagonizmy dynastyj i rządów istnieją 
w całej pełni, choć często są one upozorowane przyjaźnią państw 
i formalnie zawartemi przymierzami, dziś gdy stosunki państw, po 
szeregu dawnych zaborczych wojen, nie są uregulowane, i gdy 
w Europie niema jednego państwa na granicy którego nie byłoby 
sporów z sąsiedniemi państwami o posiadanie terytoryalne, albo 
o niezależność polityczną ludów, które przez swą kulturę i przeszłość 
mają do tego niezaprzeczone prawo. — z tych i z innych powodów 
sprawa zredukowania uzbrojeń nie przedstawia żadnych widoków 
powodzenia. Można o niej mówić i pisać, jako ó pięknym postulacie 
przyszłości, można głosić światu ileby ludzkość pod względem kul- 
turalnym zyskała z jej przeprowadzenia, ale jest błędem stawiać 
ją na porządku dziennym kongresów, bo pewny jej upadek, obniża 
powagę i osłabia kulturalne znaczenie samej idei zmniejszenia cię- 
żarów zbrojnego pokoju. 

7. Żądania Unii w kwestyi prawa morskiego. 

W kwestyi prawa morskiego Unia Interparlamentarna oddawna 
liczne proponowała zmiany. 

Na konferencyi bruxelskiej uchwalono przedewszystkiem po- 
czynić u rządów starania; 

a) o zniesienie prawa łupu, 

b) o ograniczenie prawa blokady tylko do portów wojennych lub 
miejsc ufortyfikowanych, 

c) o ograniczenie pojęcia kontrabandy wojennej tylko do broni, 
amunicyj i innych zapasów wojennych, przeznaczonych dla 
jednej ze stron walczących, 

1 Annuaire, str. 23 i 34 



O unii interparlamentarnej 71 

d) o zabronienie niszczenia okrętów wiozących kontrabandę wo- 
jenną, oraz towarów nie stanowiących kontrabandy wojennej. 
Szczególną wagę przywiązywała konferencya do zniesienia 
prawa łupu. i wezwała posłów angielskich, francuzkich i rosyjskich 
o poczynienie starań, aby ich rządy zasadę tę przyjęły. 

W ciągu r. 1911 żądaniu temu uczynili zadość posłowie fran- 
cuzcy i rosyjscy. Natomiast posłowie angielscy nie byli w stanie nic 
uczynić, a to dlatego, że w Anglii była (w 1911 r.) silna opozycya 
przeciwko ratyfikowaniu przez króla uchwał konferencyi co do prawa 
morskiego odbytej w Londynie. Posłowie angielscy dokładali wszel- 
kich starań, aby ratyfikacya nastąpiła, nie mogli więc jednocześnie 
robić starań o zmianę ważnego postanowienia uchwał londyńskich. 
W francuzkiem ciele prawodawczem, sprawa łupu poruszoną 
została podczas debaty budżetowej 16 stycznia 1911 r. przez posła 
Maur. Golin. 

Minister Spraw Zagranicznych p. Pichon oświadczył zupełną 
zgodę z uchwałą unii. 

W Dumie petersburskiej, poseł Effremoff domagał się, ażeby 
kwestyę prawa łupu postawić na porządku dziennym 3-ej konferencyi 
w Hadze. 

Odpowiedź rządu w tej sprawie nie jest znaną. 



Zakończenie. 

W chwili, gdy na wielką skalę prowadzoną jest obecnie akcya 
na korzyść pokoju w dziedzinie teoryi, państwa całego cywilizowa- 
nego świata wysyłają swych przedstawicieli na konferencyę do Hagi, 
dla zawierania konwencyi, mających — w duchu wymagań naszego cza- 
su — rozliczne wzajemne ich stosunki oprzeć na prawie. Różne towa- 
rzystwa i Ligi pokoju jednoczą w swem gronie zwolenników idei po- 
koju. Unia interparlamentarna ogarnia mężów stanu i członków par- 
lamentu, których działalność nie jest bez wpływu na uchwały re- 
prezentantów rządów na pokojowych konferencyach w Hadze. I tak, 
nie trudno jest wykazać związek między uchwaloną na konferencyi 
Unii interparlamentarnej w Bruxeli 1895 r. organizacyą sądu polu- 
bownego dla sporów państw, a pierwszą konwencyą hagską z 1899 r. 
(Convention pour le reglement pacifiąue des conflits internationaux). 
Opinia publiczna domagała się zwołania drugiej konferencyi pokojo- 



72 Gustaw Roszkowski 

wej do Hagi, ale bezpośredniemu wpływowi konferencyi Unii w St. 
Louis (1904) na prezydenta Roosevelta, zawdzięcza się jego inicya- 
tywa w dojściu w 1907 r. do skutku tej konferencyi. Na konfe- 
rencyi w Londynie (1906 r.) uchwalony został projekt Plenera wzo- 
rowego traktatu rozjemczego. Projekt ten przedstawiony na drugiej 
konferencyi hagskiej nie uzyskał jednomyślnej aprobaty państw, ale 
z 44 państw tam reprezentowanych, 32 oświadczyły się za nim. 

Przygotowanie materyałów do obrad dla 3-ej konferencyi hag- 
skiej, stanowi najważniejszy przedmiot prac unii interparlamentarnej. 

Działalność unii zyskuje w coraz wyższym stopniu uznanie 
opinii publicznej. Rośnie bezustannie liczba jej członków; mężowie 
stanu najgłośniejszego imienia biorą udział w pracach Unii, państwa 
wreszcie udzielają subwencye na wydatki Unii. Przez to składają 
one dowód, że uznają ważność prac Unii, tak że ona jest dziś już 
ważnym organem w ustroju międzynarodowego związku państw. 

Jeżeli obecnie jednym rzutem oka zechcemy ogarnąć całą do- 
tychczasową działalność unii interparlamentarnej, to przyjdziemy do 
przekonania, że ona jest potężnym czynnikiem służącym do propago- 
wania idei pokoju. 

Ona jest przedewszystkiem jedynem w swoim rodzaju ciałem, 
które przeprowadza organizacyą członków ciał prawodawczych 
i parlamentów całego świata. Ona gromadzi w swoim składzie mę- 
żów stanu, ludzi należących do najrozmaitszych zawodów, ale 
zawsze doświadczonych w sprawach publicznych. 

W tem właśnie spoczywa charakterystyczne znamię unii inter- 
parlamentarnej, w różnicy od zwykłych kongresów pokoju. Na tych 
ostatnich znajdują wyraz wszelkie wyobrażenia o sposobach utrwa- 
lenia pokoju, Unia — właśnie dlatego, że jej członkowie znają do- 
kładnie warunki i potrzeby politycznego życia ludów, wyraża zawsze 
projekty utrwalenia pokoju, oparte o rzeczywiste wymagania społe- 
cznego i politycznego życia. Wpływ parlamentów na rządy i bezpo- 
średni ich z rządami stosunek, daje unii możność szybkiego realizo- 
wania swoich wymagań, a ich stosunek do najszerszych w r arstw spo- 
łecznych, daje im możność oddziaływania na masy. 

Potrzebaby nie znać chyba historyi, ażeby zaprzeczyć, że 
wojny były niejednokrotnie ważnym cywilizacyjnym czynnikiem: 
wpływały na pomyślny ustrój państw, stawały się powodem ich 
ważnych przekształcań, zbliżały do siebie narody, i przenosiły ziarna 
cywilizacyi z jego państwa do drugiego. Nie sięgając daleko w prze- 



O unii interparlamentarnej 73 

szłość, wojna włoska doprowadziła do zjednoczenia Włoch, wojna 
1870 r. przyspieszyła Zjednoczenie Niemiec, a choć Francya z niej 
z ciężkiemi wyszła ranami, wojna niemiecka odrodziła ją moralnie 
materyalnie i pod względem politycznym. Rosya, w japońskiej woj- 
nie poniosła klęski prawie nieznane w historyi. a jednak wyszła 
ona z tej wojny niewątpliwie z głębokiem przeświadczeniem, że głó- 
wną choć pośrednią przyczyną jej klęsk jest obecny system poli- 
tyczny państwa, który roztrwonił jej bogactwa, i całe społeczeństwo 
rosyjskie do stanu zgnilizny doprowadził. 

Nietylko w Mandżuryi padały ofiary w ludziach. Krew Rosyan 
lała się i w samej ich ojczyźnie, ale ta straszna walka nietylko na 
granicach państwa, ale i w jego wnętrzu, może się stać źródłem 
odrodzenia i rzeczywistej potęgi narodu i państwa rosyjskiego. 

Dziwnem zrządzeniem losu, korzyści z wojen odnoszą w ten 
sposób nieraz nietylko zwycięzcy, ale i zwyciężeni. 

A jednak z tego bynajmniej nie wynika, ażeby wojny miały 
być koniecznym, niezbędnym czynnikiem cywilizacyjnym świata. Był 
czas, gdy siła materyalna wyrażająca się w potędze oręża, jedynie 
narody wiodła do postępu, ale dziś jest do tego celu tyle ducho- 
wych i moralnych czynników, że rozlew krwi nie jest w największej 
liczbie wypadków koniecznym, aby ludzkości torować drogę do szczę- 
ścia. Zjednoczenie Włoch i Niemiec byłoby się dokonało bez wojen, 
odrodzenie Rosyi mogłoby się stać może później, ale i bez krwi 
rozlewu. Historya uczy, że wojny w największej liczbie wypadków 
więcej klęsk niż pożytku światu przynoszą, burzą dobytki cywili- 
zacyi, najdzielniejszych ludzi wtrącają do grobu, i niezliczony sze- 
reg klęsk sprowadzają na ludzkość, a miliardy, które dzisiejszy 
zbrojny pokój pochłania, wstrzymają naturalnie postęp kultury. 

To też dziś ludzkość pragnie pokoju i stwarza rozliczne w mię- 
dzynarodowym związku państw urządzenia, które bez krwi rozlewu 
mają zapewnić światu to, co dawniej starano się osiągnąć przez 
wojny. 

Unia interparlamentarna w tym wielkim cywilizacyjnym ruchu, 
może i powinna wielką odegrać rolę, ale stanie się to tylko wtedy, 
gdy po pięknych mowach ich członków nastąpią czyny, gdy przez 
parlamenty i rządy urzeczywistniać oni będą stopniowo, ale stale 
to, czego się geniusz człowieka domaga, — ażeby światu zapewnić 
błogosławieństwa pokoju. 



T R E S C. 



Str. 

I. Powstanie Unii Interparlamentarnej 3 

II. Organizacya Unii ■ 6 

III. Główne postanowienia statutu Unii 7 

IV. Budżety Unii 8 

V. Unia państw skandynawskich, tudzież Unia holendersko-belgijska . . 9 

VI. Spis konferencyj interparlamentarnych 10 

VII. Działalność Unii od 1889—1909 r 11 

I. Kwestya sądów polubownych w sporach państw 11 

1. Uchwały Unii co do sądów polubownych 11 

2. Projekty traktatów co do ustanawiania sądów polubownych . 15 

a) Projekt bruxelski 15 

b) Projekt amerykański (Ryszarda Bartholdta) 17 

c) Projekt Ernesta Plenera 18 

3. Klauzule kompromisowe 20 

II. Kwestye ogólnego znaczenia dla prawa narodów 22 

1. Udział państw w kongresach 22 

2. Własność prywatna w czasie wojny morskiej 23 

3. Międzynarodowe prawo prywatne 25 

■4. Unie międzynarodowe 30 

5. Prawa cudzoziemców • 31 

6. Kodyfikacya prawa narodów 35 

7. Kwestya neutralności 38 

8. Ageneya pokoju 41 

9. Organizacya prasy 41 

10. Kongres międzynarodowy. Parlament świata • . 44 

11. Uchwały dotyczące wyników pokojowej konferencyi w Hadze 

z 1899 r 46 

12. Uchwały odnoszące się do członków Unii 50 

VIII. Działalność Unii w r. 1910 i 1911 ól 

1. Konferencya bruxelska (1910) 51 

2. Konferencya zapowiedziana w Rzymie. Wojna włosko-turecka . 58 

3. Posiedzenia Rady iConseil) w Bruxeli i w Paryżu (1911) .... 60 



Str. 

Ł Starania członków Unii w sprawie zakończenia wojny włosko- 
tureckiej (we Francyi, w Niemczech, w Belgii, w Rosyi i na 
Węgrzech 62 

5. Prace w komisyach 65 

6. Układy członków Unii z rządami, o przygotowanie 3-ciej konfe- 
rencyi pokojowej w Hadze (w Anglii, we Francyi, w Austryi, 

w Holandyi i w Szwecyi) 67 

7. Żądania Unii w kwestyi prawa morskiego 70 

Zakończenie 71 



Sprostowanie. 

Na str. 5 w wierszu 3 od dołu, zamiast 31 paździer. 1887, ma być: 
31 paździer. 1888 r. 



RUCH HANDLOWY 
W STAROŻYTNEJ BABILONII 

(Okres Chammurapiego ± 2060—1760 przed Chr.) 
napisał 

MOJŻESZ SCHORR 



Schorr 



W artykule niniejszym zamierzam przedstawić tylko ważniejsze zjawi- 
ska z życia gospodarczego w starożytnej Babilonii, jako uzupełnienie wywodów 
zawartych w rozprawie mojej : »Państwo i społeczeństwo babilońskie w okresie 
t. zw. dynastyi Hamurabiego« (Kwartalnik historyczny 1905, tom XIX, także 
w odbitce). W ciągu ubiegłego pięciolecia bowiem materyał dotyczący więcej 
niż w trójnasób się pomnożył, tak, że umożliwia nakreślenie pełnego obrazu 
życia gospodarczego w rozmaitych jego przejawach. Cały ten materyał jest obe- 
cnie w tłómaczeniu zebrany i prawniczo oświetlony w dziele: J. Kohler — A. 
Ungnad: HamurabPs Gesetz. Tom III— V. Lipsk 1909—11. Por. recenzyę moją 
w Wiener Zeitschrift fur die Kunde des Morgenlandes T. 24 str. 
431—461 (skróć. WZKM). 



Około połowy III. tysiąclecia przed Chr. zapukały o wały gra- 
niczne dolnej doliny nadeufrackiej, a więc właściwej Babilonii, ko- 
czownicze hordy Semitów. Ciągnąc stale z zachodu, zrazu sporadycznie, 
potem większemi masami, wdzierają się w okolice pograniczne, a stąd 
szybko posuwają się w głąb północnej i środkowej części kraju 
i zlewają się z ludnością tubylczą. Ich charakter cudzoziemski — 
czy kananejski czy arabski, sporną jest dotąd kwestyą — zaznacza 
się w licznych imionach własnych jakoteż w kilku nowych, niezna- 
nych dotąd bóstwach, któremi wzbogacają rodzimy panteon babi- 
loński. I jak nieraz później w historyi bywało, osiągnęli ci najeźdźcy, 
obdarzeni niespożytą jeszcze siłą, już po dwóch, trzech wiekach 
przewagę polityczną nad dawną osiadłą ludnością, której zdobycze 
kulturne sobie szybko przyswoili. U schyłku trzeciego tysiąclecia 
przed Chr. zagarnęli rządy i owładnęli tron, zrazu w północnej 
Babilonii, gdzie Su mu- ab i poczyna nową dynastyę, t. zw. I. dy- 
nastyę Babilonu, która przez trzysta blisko lat panowała i pod- 
niosła państwo babilońskie do niezwykłego politycznego i ekonomi- 
cznego rozkwitu. 

Sumu-abi ogłosił się koło r. 2060 przed Chr. 1 samodzielnym 
królem w Babilonie. Terytoryalny zakres jego władzy, jak i najbliż- 
szych jego następców, nie mógł być wielkim, skoro przez 150 lat 
jeszcze spotykamy w południowej Babilonii, co najmniej na 
przemian w dwóch centrach, w Isin i Larsa, królów, którzy się ty- 
tułują królami » Sumeru i Akkadu«, t. j. całej Babilonii. Pierwsze 
dwa wieki wypełniają też walki między władcami północno- a po- 
łudniowo-babilońskimi. Dopiero szósty król tej dynastyi Chammu- 
rapi 2 zdołał w licznych zwycięskich walkach nietylko utrzymać 

1 W kwestyi chronologii tych czasów por. Ed. Meyera: Geschichte des 
Altertums II wyd., II tom, str. 332 i nast. 

* Podług obliczenia Ed. Meyera 1. c. str. 557 panował od r. 1958 do 
r. 1916 przed Chr. Lektura: »Chammnrapi« jest teraz powszechnie przyjęta. 

1* 



4 Mojżesz Schorr 

panowanie w północnej części, w Akkad, ale także i wyrugować 
władców południa i w ten sposób połączyć Akkad i Sumer w j e- 
dnolite wielkie państwo babilońskie, z rezydencyą w Babilonie, 
którego bóg Marduk zajmuje odtąd pierwsze miejsce w bogatym 
panteonie. Odtąd koncentrują się także w Babilonie wszelkie nici 
politycznego i ekonomicznego życia. 

Z dumą przekazał Chammurapi potomności pamięć o swych 
walkach zwycięskich: >Jam silny bawół, który ubódł wrogów; bro- 
nią potężną, którą bogowie Zamama i Isztar mnie wyposażyli, mą- 
drością, której mi bóg Ea użyczył, siłą. którą bóg Marduk mnie ob- 
darzył, wytępiłem przeciwników na górze i na dole, walkom kres 
położyłem, dobrobyt kraju podniosłem, ludziom bezpieczne miejsca 
pobytu stworzyłem* K 

»Jam słońce Babilonu, który wysyłam światło na kraj Sumer 
i Akkad, jam król, który w karbach trzyma cztery krańce świata« 2 . 
Poskromiwszy wszystkich swych wrogów, poświęca Chammurapi osta- 
tnie lata swego panowania wyłącznie dziełom pokojowym, poszcze- 
gólnie wymienionym we wstępie do kodeksu. Na cześć bogów bu- 
duje wspaniałe świątynie, na pożytek ludzi odnawia zniszczone 
w długoletnich walkach miasta, kopie kanały, które nawadniają 
pola i ogrody i ułatwiają zarazem komunikacyę handlową, wpro- 
wadza sprężystą administracyę w całem państwie, a rządzi przytem 
nie jak tyran, lecz jak »ojciec własny « swymi poddanymi. Dobrobyt 
materyalny podnosi się też za jego panowania bardzo wysoko. 

W całej pełni odzwierciedla się on w owem słynnem. przed 
kilku laty w Suzie wykopanem dziele ustawodawczem, którem król 
Chammurapi postawił sobie na wieczne czasy pomnik nad spiż trwal- 
szy. W normach tego kodeksu widzimy przedewszystkiem strukturę 
społeczeństwa niezmiernie zróżniczkowaną: w grupie ludzi wolnych 
(mars awelim), którymi prawo najwięcej się zajmuje, przesuwają 
się przed nami rozmaite typy ekonomiczne, począwszy od potężnego 
kapitalisty jako właściciela dóbr lub domów, bankiera, kupca, po 
przez przedstawicieli wyższych zawodów jak lekarzy, weterynarzy, 
architektów, aż do szarego proletaryatu robotników polnych, paste- 
rzy i rzemieślników. Organizacyę państwową i religijną reprezentują 



1 Epilog do kodeksu Chammurapiego (kol. XXIV, 24—39). Por. także Schorr: 
Państwo babilońskie (w odbitce) str. 16. 
■ Ibid. 



Ruch handlowy w starożytnej Babilonii 5 

lennicy wojskowi, urzędnicy i kapłani, wszyscy wyposażeni szcze- 
gólnymi przywilejami. A całej tej grupie wolnych przeciwstają ol- 
brzymie tłumy niewolników, ostro od tamtych odgraniczone i pra- 
wnie i społecznie l . Temu to skomplikowanemu uwarstwowaniu 
społecznemu odpowiada też obraz życia gospodarczego w roz- 
maitych jego przejawach. Podczas gdy jednak normy kodeksu 
obraz ten tylko w abstrakcyi, niejako w refleksie okazują, to do- 
kumenta praktyki prywatno-prawnej. setkami przechowane w ar- 
chiwach świątyń, głównych ognisk handlowych, pozwalają nam bez- 
pośrednio śledzić zjawiska ruchu ekonomicznego na poszczególnych, 
konkretnych faktach, a zarazem pozwalają nam wyrobić sobie sąd 
o tern, o ile życie to wybiegało poza formy prawem tradycyjnie 
przekazane, lub też odwrotnie w innych wypadkach szło w tyle 
poza teoryą prawa, która te formy przełamała, dostosowawszy się 
do nowych warunków społecznych. 

Już powierzchowny rzut oka na rozmaite kategorye tych do- 
kumentów: akta kupna i sprzedaży, wymiany, darowizny, najmu 
i dzierżawy, spółki i ajencyi, pożyczki i depozytu i t. p., może nam 
dać wyobrażenie o żywotności i wysokim rozwoju ówczesnego go- 
spodarstwa handlowego w Babilonii. 

Własność majątkowa ma już w najstarszych aktach tego okresu 
charakter na wskroś indywidualny, a jeżeli tu i ówdzie przeziera 
jeszcze własność rodowa, to są to przeżytki, które praktyka pra- 
wna wprawdzie jeszcze toleruje, teorya jednak wyeliminowała. 
Ruch handlowy ma przeważnie charakter wymiany pieniężnej. 
Istnieje zupełnie wyrobiony system monetarny, na wadze oparty: 
talent, mina, szekel i sze'u (ziarno). Ustawa normuje ceny towarów 
taksy rzemieślnicze, czynsze różnego rodzaju w minach i szeklach 
srebrnych, i powołuje się na taryfę królewską powszechnie obowią- 
zującą. Ogniskiem ruchu handlowego są naturalnie większe miasta, 
siedziby głównych bogów, a więc Babilon ze świątynią Marduka, 
Sippar ze świątynią Szamasza, Nippur ze świątynią Ellila; Dil- 
bat ze świątynią Urasza (Niniba) i inne. 

Te świątynie uznanych w całej Babilonii bóstw stanowią nie- 
zmiernie ważny czynnik życia gospodarczego i wpływają stanowczo 
na intenzywność stosunków handlowych. Każda z tych świątyń jest 



1 Por. Schorr: Państwo i społeczeństwo babilońskie (w odbitce), str. 
47-50, gdzie stanowisko prawne poszczególnych grup bliżej określone. 



6 Mojżesz Schorr 

nietylko instytucyą religijną, ale także i finansową. Zarówno z da- 
nin obowiązkowych, jak i z dobrowolnych ofiar wzrasta stopniowo 
skarbiec świątyni. Z czasem rozporządza ona nietylko wielkim ma- 
jątkiem pieniężnym, ale i nieruchomym w gruntach ornych i budo- 
wlanych i w trzodach bogatych. Temi wszystkiemi dobrami prowa- 
dzi świątynia rozległy handel, pieniądze wypożycza na wysoki pro- 
cent, pola i ogrody oddaje w dzierżawę, a nawet i dochody swe 
wydzierżawia. 

Bardzo żywy udział bierze także w gospodarstwie handlowem 
dwór królewski (e kalium). Tak jak na rzecz świątyń, tak i na 
rzecz pałacu królewskiego są miasta obowiązane do regularnych 
danin, z których wyrasta majątek prywatny króla, również składający 
się głównie z dóbr nieruchomych. Tymi dobrami zarządzają osobni 
urzędnicy królewscy, którzy z ramienia króla prowadzą rozległy 
handel ich dochodami. 

znaczeniu świątyni i pałacu królewskiego dla życia ekonomi- 
cznego świadczy i ten fakt, że miara i waga w nich używ T ana stanowią 
normę, wedle której płaci się w handlu prywatnym. Tak np. w pewnym 
kontrakcie dzierżawy waruje sobie właściciel pola: »Trzy kur zboża 
ma dzierżawca płacić podług miary świątyni Szamasza. jednego 
szekla w srebrze podług kamienia (wagi) Szamasza < K Pewne ślady 
wskazują nawet na istnienie urzędu probierczego w świątyni, 
bo kilkakrotnie jest wzmianka o srebrze pieczętowanem (kaspum 
kankum), co tylko znaczyć może. że urzędowo stwierdzono na 
danej monecie jej pełną wartość; toż samo nieobjaśnione dotąd 
słowo mesekum, które stale spotykamy tam, gdzie mowa jest 
o »mierze Szamasza (Gis. Bar n Samas)« jako bliższy określnik, 
może naszem zdaniem tylko oznaczać miarę probierczo uznaną 2 . 
Tak więc świątynia i dwór królewski, koncentrując olbrzymi kapitał, 
wpływają niezmiernie na energię ruchu handlowego, który zresztą 
rozwija się swobodnie na tle stosunków prywatno-majątkowych. 

Nasuwa się najpierw pytanie: Kto miał prawo zawierania 
układu handlowego i w ogóle wykonywania czynności prawnej? 



1 Analogię mamy także w biblii, gdzie raz wymieniony jest »szekel świą- 
tyni* (szekel hakódesz) Exod. XXX 13, a raz »kamień królewski* (eben hame- 
lek) II ks. Sam. XIV 26. 

* Por. Schorr: Altbabylonische Rechtsurkunden I str. 12-4 (Sitzungsbe- 
richte der Wiener Akademie der Wissenschaften. T. 165). 



Ruch handlowy w starożytnej Babilonii 7 

Otóż każdy człowiek wolny a pełnoletni ma pełną zdolność do dzia- 
łań prawnych. Także kobieta, która ma już w tym okresie pełną oso- 
bowość prawną, występuje samodzielnie w rozmaitych akcyach praw- 
nych, nawet w stanie zamężnym, staje jako oskarżycielka i jako świadek 
w procesach itd. ! Szczególnie kapłanki, a przedewszystkiem zajęte 
przy świątyni Szamasza w Sippar, biorą niezwykle żywy udział 
we wszelakich dziedzinach handlu. Wedle §§ 178 — 179 kodeksu Cham. 
kobieta, poświęcająca się służbie przy świątyni, czyto jako dzie- 
wica w klasztorze czyli w domu narzeczonych (bit kallati), czyto 
jako zalotnica (k ad i s tum, a w elit zikrum), otrzymuje od ojca 
posag, którym rozporządza wedle własnej woli jako majątkiem pry- 
watnym. Otóż chcąc ciągnąć zysk z tego kapitału, kapłanka jużto 
prowadzi interesy kupieckie, kupuje grunty i sprzedaje, wypożycza 
pieniądze na procent, jużto wkłada kapitał swój w grunty, pola 
lub domy, które oddaje w dzierżawę, względnie wynajmuje. 

W setkach dokumentów cywilno-prawnych niema ani jednego 
wypadku 2 , w którymby niewolnik występował jako podmiot pra- 
wny, choć z § 7-go kodeksu Cham. mogłoby wynikać, że niewolnik 
mógł jako pełnomocnik pana swego prowadzić interesa. Ten fakt 
uderza tem bardziej, że w okresie nowobabilońskim, w VII. i VI. 
wieku przed Chr., niewolnicy często biorą czynny udział w życiu 
ekonomicznem, czy to jako plenipotenci, czy to jako ajenci wędrowni, 
a nawet jako wspólnicy w przedsiębiorstwach. 

Najważniejszy moment, odnoszący się do techniki ruchu 
handlowego i gospodarczego w ogóle, jest wyrażony w następującej 
zasadzie prawnej: 

Bez piśmiennego układu i świadków żadna trans- 
akcya niema mocy prawnej 3 (§ 7). Tejto ścisłej zasadzie 
technicznej, rozciągającej się na wszelkie dziedziny czynności pry- 
watno-prawnych, mamy! do zawdzięczenia bogate skarby dokumen- 



1 Por. Kohler - Ungnad III Nr. 309, 356, 404, Ml , 500, 528, 694, 710, 
704, 717, 910, t. V. 1116, 1123 i t. d. 

* Wątpliwość zachodzi przecież w jednym wypadku w akcie procesowym, 
jeżeli tam słowo zucharum znaczy »niewolnik< dosl. »mały«. For. Schorr: 
Altbabyl. Rechtsurkunden II Nr. 39 i do tego interpretacyę moją obecną w Wie- 
ner Zeitschrift fur die Kunde des Morgenlandes T. 24 str. 459 uw. 4. 

1 Por. Schorr: Państwo babilońskie str. 81—82. 



g Mojżesz Schorr 

tów, wykopanych w archiwach głównych świątyń, gdzie je składano 
i skrupulatnie przechowywano dla celów kontroli i zabezpieczenia 
sobie prawa posiadania. 

Dokumenty wszystkie wykazują jedną ogólną znamienną ce- 
chę: brzmienie ich nie jest w każdym wypadku dowolne, lecz ujęte 
w pewnych poszczególnych kategoryach w ścisły schemat, tak że 
do każdej kategoryi istniał osobny stały formularz. Ta okoliczność, 
na którą ja pierwszy zwróciłem uwagę 1 , ma doniosłe znaczenie dla 
interpretacyi dokumentów, ułatwia bowiem w wątpliwych razach 
przydzielenie pewnych aktów do pewnej kategoryi i pozwala z wiel- 
kiem prawdopodobieństwem uzupełnić luki. gdzie dotyczące tabliczki 
przechowały się fragmentarycznie. 

Poznawszy te ogólne momenty ruchu handlowego, przejdźmy 
teraz do poszczególnych zjawisk, przyczem zajmiemy się bliżej tylko 
temi znamionami, które dla dotyczących zjawisk są w świetle now- 
szych zwłaszcza zbiorów aktów prawnych szczególnie charaktery- 
styczne a . 



1. Kupno i sprzedaż. 

Przedmiotem kupna są przeważnie grunty, rolne i budowlane, 
względnie domy mieszkalne, sklepy, stodoły, dalej niewolnicy i zwie- 
rzęta robocze. Za kupioną rzecz płaci się z reguły gotówką całą 
cenę (kaspam gamram). Wśród setek dokumentów prawnych 
jest ledwie kilka przykładów 3 , w których cena kupna ma być pó- 
źniej zapłacona, czyli gdzie się kupuje na kredyt. Ale i w tych wy- 
padkach nie zachodzi prawnie kupno na kredyt, bo typ kontraktu 
jest zupełnie taki sam, jak przy kupnie za gotówkę, zwłaszcza 
w formułce stwierdzającej moc dokonanego przeniesienia własno- 
ści: »sprawa jest załatwiona, serce jego (sprzedającego) jest zado- 
wolone^ Kohler 4 słusznie przypuszcza, że wyjście prawne było 
takie: Uważano cenę za zapłaconą, a tę fikcyjnie zapłaconą sumę 
zwracał kupujący sprzedającemu jako pożyczkę za kwitem. »Kredyt 
mógł zatem być udzielony tylko we formie pożyczki obok kupna, 

1 Por. Schorr: Altbab. Rechtsurkunden I str. 2. 

1 Por. wyżej str. 1 uw. 1. 

» Kohler-Ungnad III Nr. 374, 375, 384 427, 438, 439, IV Nr. 949, V 1149. 

4 Ibid. t. III. str. 240. 



Ruch handlowy w starożytnej Babilonii 9 

nie zaś w samem kupnie<. Rzecz mogła przejść na własność do- 
piero po pełnem uiszczeniu ceny kupna. 

Cena gruntów, pól i domów, była bardzo chwiejna, zależnie 
od jakości gruntu i jego położenia. Zresztą w kontraktach dawniej- 
szych cena wcale nie jest podawana. Odnośna formułka brzmi tylko 
ogólnie »w pełnej cenie srebro odważył*. Dopiero od piątego króla 
Sin-muballita (Kohler -Ungnad Nr. 259) podaje się w kontraktach 
wyraźnie wysokość zapłaconej sumy. 

Ciekawy szczegół nastręczają późniejsze kontrakty kupna, od 
czasów Abi-esucha począwszy, mianowicie, że nabywca do samej 
ceny kupna dodaje jeszcze drobną monetę jako przyczynek (a na 
Si. Bi. iśkun) 1 . 

Miii 1 er 2 upatruje w nim rodzaj agio, a więc nadwyżkę dla 
wyrównania wartości realnej danej monety obiegowej z jej warto- 
ścią nominalną. Ale w takim razie musiałby zachodzić regularny 
stosunek nadwyżki do wysokości ceny, podczas gdy w rzeczywisto- 
ści stosunek ten jest zupełnie chwiejny. Przy tej samej cenie kupna 
np. jest agio rozmaite. 

Zdaje mi się raczej, że mamy tu zwyczaj o podkładzie ludo- 
wym, zabobonnym. Kupujący płaci ponad żądaną cenę, aby sprze- 
dający nie urzekł mu nabytej własności. Jako potwierdzenie tej in- 
terpretacyi mogłaby posłużyć symboliczna czynność, która stale od 
najdawniejszych czasów towarzyszy aktowi kupna każdej nierucho- 
mości, tj. wręczenie tak zwanego bukannum. sztaby czy pręta — 
podobnie jak w germańskiem prawie — na znak przeniesienia wła- 
sności. Kohler 3 faktycznie wywodzi ten symbol z motywów magi- 
cznych. » Widocznie uchodziły grunty i niewolnicy za res mancipii, 
które tylko pod szczególną ochroną sił magicznych można było 
przenieść na drugiego*. A jak silną była wiara w zaklęcia magi- 
czne, świadczą dwa pierwsze postanowienia kodeksu Charnmurapiego. 

Przy kupnie gruntu i niewolnika zastrzega się często nabywca 
przeciw rewindykacyi ze strony trzeciej osoby, wobec której odpo- 
wiada sprzedający 4 . Przy kupnie niewolnika ręczy ponadto właści- 



1 Kohler-Ungnad III Nr. 366—368, 413, iii, 429, 430, 431, 432, 437. 
1 Per. Schorr: Altbab. Rechtsurkunden II str. 66 (ad Nr. 28). 
3 L. c. str. 236. 

* Por. Kohler-Ungnad III Nr. 244, 290, 274, 275, 279, 280, 283, 297, 300, 
304 i t. d. a odnośnie do niewolników 422, 425, 429, 430, 433. V 1:52, 1154. 



\0 Mojżesz Schorr 

ciel pierwotny na wypadek, jeżeli niewolnik jest zbiegiem. Prawo bo- 
wiem nakłada karę śmierci na takiego, który nabył niewolnika zbiega 
(§ 16 — 19). Ale poręka ta trwa tylko dzień lub trzy dni, oprócz 
tego ręczy na przeciąg miesiąca na wypadek, gdyby choroba bennu 
(epilepsya?) nawiedziła niewolnika ł . 

Przy kupnie gruntu jest zawsze dokładnie podana wielkość 
w mierze ówczesnej; nieraz jednak spotykamy ciekawy dodatek: 
»mniej lub więcej « (li tir limti-ma) albo >jeśli grunt jest większy 
albo mniejszy (niż w kontrakcie opiewa), to idzie to na rachunek na- 
bywcy* 2 . Ta klauzula miała obydwie strony chronić przed rekla- 
macyą wzajemną z tytułu, że wymiar faktyczny nie odpowiadał 
wymiarowi podanemu w kontrakcie. Ale co ciekawsza, z dwóch 
procesów, wynikłych z tego właśnie tytułu spornego, widzimy, że 
przy archiwum świątyni istniał kataster, w którym przechowy- 
wano rysopisy gruntów rolnych i budowlanych celem ewentualnej 
kontroli granic posiadania. W jednym z nich 3 sędziowie po poró- 
wnaniu aktu kupna z rysopisem katastralnym przekonali się, że 
sprzedający ukrócił miarę kontraktowo umówioną i nałożyli nań 
karę. W drugim natomiast wykazało się również z badania w aktach 
katastralnych, że nabywca dostał więcej, niż w kontrakcie zapi- 
sano, skutkiem czego musiał odpowiednią nadwyżkę dopłacić. Ze 
względu na rzadkość tego rodzaju dokumentów i na mylną inter- 
pretacyę Ungnada i pierwszego wydawcy Gautiera 4 , nie od rzeczy 
będzie cały dokument tutaj przytoczyć: 

»Z powodu domu, który Nachilum kupił był od Aw61-matum, 
wniósł Awel-matum skargę; do namiestnika Babilonu przybył; tenże 
na postępowanie procesowe im zezwolił; rysopisy (świątyni) Urasza 
przyniesiono do domu, dom wymierzono. Ponieważ 1 Sar gruntu 
było za wiele, zapłacił Nachilum z powodu nadmiaru gruntu budo- 
wlanego, oprócz kwoty dawnego kontraktu, cztery szekle srebra Awel- 
matumowi. Awel-matum nie naruszając wyroku, w przyszłości skargi 
nie wniesie. Na (boga) Urasza i (króla) Apil-Sina złożył przysięgę«. 
Następują świadkowie. 

1 Nr. 429—4-32. Co do istoty tej choroby por. Sudhoff: Archiv f. Gesch. 
d. Medizin t. IV (1910) str. 353 i nast. 

■ Kohler-Ungnad III Nr. 295, 297, 300, 513, IV Nr. 937, 977. 

3 Kohler-Ungnad III Nr. 700. Por. Schorr: Rechtsurkunden I str. 78. 

4 Por. Kohler-Ungnad T. IV Nr. 1058. Cały dokument w należytej trankrypcyi 
i tłumaczeniu podałem także we Wiener Zeitschrift f. d. K. d. M. T. 2Ł str. 329. 



Ruch handlowy w starożytnej Babilonii 11 

Co w tych dwóch procesach pośrednio tylko poznajemy, 
posiadamy także czarno na białem, a raczej rylcem na glinie. 
Scheil, słynny pierwszy wydawca kodeksu Chammurapiego, znalazł 
takie mapy katastralne w archiwum świątyni Sippar i podał nam 
ich kopie l . 

Przy kupnie niewolnika kontrakt dokonywuje się pod tymi sa- 
mymi warunkami i przy przestrzeganiu tych samych formalności, 
co przy kupnie gruntu; także typ kontraktu jest ten sam 2 . Tutaj 
chciałbym tylko wspomnieć o znamiennem prawie § 280 kodeksu 
Cham., które proklamuje niewolnika- krajowca, sprzedanego za gra- 
nicę, wolnym w razie dobrowolnego lub poniewolnego powrotu do 
kraju 3 . Prawo to, mające swą analogię w późniejszem prawie ży- 
dowskiem, zawiera obok momentu samowiedzy plemiennej czy na- 
rodowej także ważny moment gospodarczy. Chciano widocznie za- 
pobiec eksportowi sił roboczych za granicę i dlatego unieważniono 
z góry ich wartość w razie powrotu do kraju. Bardzo ciekawą illu- 
stracyę do tego prawa daje nam jedyny w swym rodzaju dokument, 
który tu w dosłownem tłómaczeniu następuje: 4 



CT VI 29 K 

» 1 Warad-Bunene, którego Pirchi - iliszu , pan jego, do miasta 
Tupliasz (Asz. nun. na) 6 za l 1 ^ miny srebra sprzedał, 5 służył jako 
niewolnik pięć lat w Tupliasz, a następnie uciekł do Babilonu. 



1 Por. Scheil: Une Saison des fouilles a Sippar str. 126, 127, 137 etc. 

2 Por. Schorr: Państwo babilońskie str. 84, gdzie odnośne postanowie- 
nia kodeksu są obszernie omówione. 

s Prawo to przez wszystkich tłómaczy kodeksu mylnie interpretowane 
omówiłem obszernie w rozprawce: Die §§ 280—282 des Hamurabi - Gesetzes 
(Wiener Zeitschrift f. d. Kunde d. Morgenlandes t. 22 str. 385—392). Por. tamże 
także wywody Mullera do tej kwestyi. 

4 Kohler-Ungnad III Nr. 740, gdzie jednak tak tlómaczenie, jak i prawna 
interpretacya (str. V54) są mylne. 

6 Skrócenie oznacza : Cuneiform Texts of the British Museum, tom VI. 
p. 29, gdzie powyższy dokument jest wydany. 

8 W nawiasie jest podana sumeryjska nazwa. Miasto to leżało na pogra- 
niczu między Babilonią a Elamem, po tamtej stronie Tygru, niedaleko Nippuru. 
W tym czasie należy ono do państwa elamickiego, a zatem jest miejscowością 
zagraniczną. 



12 Mojżesz Schorr 

Sin-muszalim i Marduk-lamazaszu, strażnicy (?) zawoławszy 
Warad-Bunena. 10 tak doń przemówili, jak następuje, oni sami: Jesteś 
wolny, twoja oznaka (niewolnicza) została odcięta; pójdź między woj- 
skowych. 

Tenże Warad-Bunene 15 tak odrzekł, jak następuje, on sam: 
Między wojskowych nie pójdę, lenno mego domu ojcowskiego obejmę. 

20 Lipit - Adad, Adad - lu -zSrurn i lbni-szamasz, bracia jego 
złożyli przysięgę na boga Marduka i na króla Ammi-ditana, że nie 
wniosą skargi przeciw bratu swemu Warad - bunene 25 z powodu 
niewolnictwa (9) 1 . 

Warad-Bunene, jak długo żyć będzie, razem z braćmi swymi, 
będzie zarządzał lennem domu ich ojca. 

30 Przed (świadkiem) Apil - Adad, sekretarzem boga Amurrum. 
Przed (świadkiem) Ilum-pi-sza. synem Sin-idinnama. 

Dnia 25. Duzu, roku w którym król Ammi - ditana na mocy 
wielkiego wyroku Szamasza i Marduka... 2 .* 

Treść tego niezmiernie ciekawego aktu jest następująca: 

Warad - Bunene, niewolnik, rodem Babilończyk został przez 
swego pana sprzedany za granicę. Po pięciu latach udało mu się 
zbiec i wrócić do Babilonu. Podług prawa przestał być niewolnikiem 
z chwilą wstąpienia na tery tory um babilońskie. Tę odzyskaną wol- 
ność proklamuje też urząd formułką: »Jesteś wolny, twój a ozna- 
ka (niewolnicza) została odcięta*. Urząd proponuje wy- 
zwoleńcowi, by się zaciągnął w służbę wojskową. On jednak woli 
zarządzać lennem swego ojcowskiego domu razem z braćmi, którzy 
przysięgą się obowiązują, że nie wniosą przeciw niemu skargi z po- 
wodu dawnego niewolnictwa. 

Osobny rodzaj kupna stanowi wy kupno (retrakt). Jestto 
prawo znane także w prawie starohebrajskiem (biblijnem) jako 
mi szpat ge'ullah, dopuszczające krewnych sprzedającego (brata, 
syna, wnuka i t. d.) do wykupienia ojcowskiego mienia: bit abiśu 
pata.ru »dom ojca wyzwolić* — jak brzmi termin prawny. Ko- 
deks nie wspomina ani słowem o tej transakcyi, bo była niezgodna 
z całym ustrojem gospodarczym, opartym na indywidualnej 
własności majątkowej. W praktyce natomiast tu i ówdzie jeszcze się 



1 W oryginale: ana riśutim. Możliwe także tłómaczenie iz powodu 
pierworodztwa«, co jednak nie daje dobrego sensu. 
ł Jestto 1 rok tego króla. 



Ruch handlowy w starożytnej Babilonii 13 

utrzymuje l , jako przeżytek dawnego ustroju rodowego, na którym 
np. opiera się zasadniczo prawo biblijne. Przeciw tej instylucyi 
walczy jednak ustrój gospodarczy, co między innemi w tern się 
objawia, że nieraz nabywca w osobnej klauzuli zastrzega się prze- 
ciw wzruszeniu kupna ze strony krewnych. » Jeśliby bracia albo 
siostry sprzedawcy rewindykowali pole« — tak czytamy w akcie 
kupna z czasów króla Zabium — *to sprzedawca jest za to odpo- 
wiedzialny* '-. 

Obok kupna występuje w aktach jako forma przeniesienia 
własności wymiana (puchum), szczególnie wymiana gruntów i nie- 
wolników. Ta prymitywna forma ruchu handlowego, pochodząca 
z okresu gospodarki naturalnej, przystosowana jest już do ustroju 
gospodarki pieniężnej, co się w tern objawia, że nadwyżkę wartości 
otrzymanej w zamian rzeczy płaci się w pieniądzach. Istotnym mo- 
mentem przy tej transakcyi jest zaznaczenie obopólnej zgody i wza- 
jemnej gwarancyi na wypadek rewindykacyi ze strony osoby 
trzeciej 3 . 



2. Najem i dzierżawa. 

Oprócz rezultatów, które już z dawniejszych aktów praktyki 
prawnej w zakresie tych dwóch instytucyi gospodarczych wysnuć 
się dały 4 , nastręczają nowsze akta jeszcze następujące znamienne 
szczegóły : 

Przy najmie domu uiszcza nieraz wynajmujący, podobnie jak 
przy dzierżawie pól, podarunki pewne na święta na rzecz właści- 
ciela, zwłaszcza gdzie właścicielką jest kapłanka Szamasza 5 . 

Najmu robotników dokonywuje się w trojakiej formie: a) Naj- 
muje się niewolnika od właściciela, któremu się też płaci czynsz 



« Por. Kohler-Ungnad III Nr. 440 -441; IV 979-980. 

2 Kohler-Ungnad III Nr. 386. 

3 Por. Kohler-Ungnad III Nr. 451. 

4 Por. Schorr: Państwo babilońskie str. 79—81, 87—88, również 
Schorr: Kodeks Hamurabiego a ówczesna praktyka prawna (Rozpr. Akad. 
krak. T. 50 str. 247—248). 

* Por. Kohler-Ungnad III Nr. 499, 502-504 V 1161-1163. 



14 Mojżesz Schorr 

najemny l . b) Najmuje się robotnika wolnego od przedstawiciela 
jego rodziny, ojca. matki lub brata 2 , c) Wolny robotnik sam 
się wynajmuje w służbę; formułka brzmi wtedy: A wynajął B od 
niego samego (i na rama ni su) 3 . Bardzo słusznie powiada Koh- 
ler 4 , że ostatnia forma przeszła wpierw przez stadyum wynaj- 
mywania się dłużnika w służbę u swego wierzyciela — stosunek, 
który kodeks także normuje (§ 114). Nie mogąc uiścić długu, 
udaje się dłużnik dobrowolnie w służbę do wierzyciela, by sumę 
dłużną spłacić robotą. Z tego ściśle określonego stosunku roz- 
winął się dopiero później wolny kontrakt służbowy, d) Ktoś 
otrzymuje pewną kwotę jako płacę najmu z góry wypłaconą 
we formie pożyczki. W terminie płatności (czas żniw) nie zwraca 
dłużnik pożyczki w pieniądzach, lecz dostarcza robotników, któ- 
rych płaca najemna odpowiada wysokości otrzymanej pożyczki. Tak 
należy obecnie rozumieć cały szereg odnośnych kontraktów 5 w świetle 
trafnej interpretacyi Ungnada i Kohlera 6 , podczas gdy przedtem 
mylnie je wszyscy inaczej tłómaczyli. Zachodzi tutaj — jak Kohler 
słusznie przyjmuje — pewien stosunek pośrednictwa pracy. 
Ktoś wynajmuje robotników z tein, że w czasie żniw mają się sta- 
wić do roboty u dowolnej osoby, którą najemca im wskaże. Wy- 
chodzi na tern dobrze i pośrednik i właściciel pola; pierwszy, bo 
otrzymuje płacę najmu z góry na kilka miesięcy przedtem i może tą 
kwotą dowolnie rozporządzać dla zysku aż do terminu płatności, 
drugi, bo nie potrzebuje w czasie żniw troszczyć się o robotników, 
wtedy kiedy ich trudno dostać i żądania ich może są wygórowane. 
Dla illustracyi przytaczam jeden przykład tej kategoryi: 7 
» 1 / i szekla srebra dla żniwiarzy wypożyczył od Lamassi, ka- 
płanki Szamasza, córki Gimil-Upi Ibkusza, syn Szamasz - rabi'ego. 



i Por. Kohler-Ungnad III Nr. 542, 550; IV Nr. 1001; 1007, 1019. 

» Kohler-Ungnad III Nr. 538, 539, 547, 552, 561, 564, 565, 570; t. IV 
Nr. 1016, 1018, 1021, V 1172. 

s Por. Kohler-Ungnad III Nr. 548, 551, 556, 560, 567, V 1174.. 

4 L. c. str. 243. 

» Kohler-Ungnad III Nr. 541, 555, 559, 563; t. IV Nr. 1002, 1003, 1004, 
1010, 1011, 1022, 1023, 1024, V 1173. 

8 Por. 1. c. t. IV str. 81 i 96. 

7 Kohler-Ungnad IV Nr. 1003. Ten dokument musiał naprowadzić na na- 
leżytą interpretacyę wszystkich innych tej samej kategoryi. 



Ruch handlowy w starożytnej Babilonii 15 

W czasie żniw przyjdzie 10 żniwiarzy. Jeżeli nie przyjdą, postąpi 
się podług ustaw króla*. 

Kilkakrotnie jest wzmianka w kontraktach najmu osobowego 
o rękojemcy, który daje gwarancyę za zjawienie się robtnika na 
czas 1 . Termin techniczny brzmi: »A trzyma głowę B (robotnika)*. 

Wśród setek dokumentów znajdujemy tylko dwa kontrakty 
najmu zwierzęcia 2 . W drugim wypadku czynsz najmu (trzy kur 
zboża rocznie) jest zupełnie zgodny z taryfą ustanowioną przez 
ustawę (§ 243). 

Drogi handlowe prowadzą w tym czasie juz nietylko lądem, 
ale także wodą. Okręty z towarami, zbożem, wełną, oliwą, dakty- 
lami i t. d. kursują po Eufracie i Tygrze i po kanałach rzecznych, 
które przerzynają cały kraj. Ustawa normuje też w kilku postano- 
wieniach (§§ 236, 275 — 277) najem okrętów i żeglarzy. Z praktyki 
znamy tylko nieliczne dokumenty tego rodzaju 3 . Razem z okrętem 
wynajmywano nieraz także żeglarza; najemca obowiązuje się zwró- 
cić okręt w dobrym stanie. Wynajmuje się okręt albo na pewien 
czas, albo na pewną drogę. 

W kraju tak urodzajnym i przez naturę tak błogosławionym, 
jak Babilonia, stanowi uprawa pól i ogrodów ważny czynnik 
w życiu gospodarczem. Prawo Chammurapiego poświęca też kulturze 
rolnej baczną uwagę, z wyraźną tendencyą popierania intenzywnej 
kultury ziemi obok obrony osobisto- prawnych interesów agraryuszy 4 # 
W dokumentach jest dzierżawa pól i ogrodów obficie reprezen- 
towana. Wydzierżawia się zazwyczaj na rok, rzadko na trzy lata. 
Czynsz dzierżawny uiszcza się prawie wyłącznie w naturaliach, 
w zbożu, względnie w daktylach przy uprawie ogrodów palmowych, 
przyczem z reguły oblicza się czynsz dzierżawny według ilości mor- 
gów (G a n). Od każdego G a n płaci się pewną miarę Kur (hebr. 
kor), której wysokość zależy od jakości gruntu. Nieraz za normę 
opłaty służy czynsz dzierżawny pola sąsiedniego. Podobnie jak przy 
najmie domów, uiszcza nieraz dzierżawca część dzierżawnego z góry 
w zbożu lub pieniądzach. Za szkody, wynikające z niedbalstwa, po- 



• Kohler-Ungnad III Nr. 539, 551, 567; IV 999. 
■ Ibid. III Nr. 534; IV Nr. 999. 

» Ibid. III Nr. 530, 631, 537, 544. 

* Odnośne postanowienia kodeksu są omówione w pracy mej: Państwo 
babilońskie str. 79—80. 



Ig Mojżesz Schorr 

nosi dzierżawca pełną odpowiedzialność, zgodnie z ustawą (§§ 
42 — 44) l . Jeżeli zaś pole jest kamieniste, to wolno dzierżawcy część 
dzierżawnego ściągnąć 2 . Obok głównej opłaty obowiązuje się dzier- 
żawca często do pewnych datków ubocznych, najczęściej tam, gdzie 
właścicielką pola jest kapłanka. » Przez trzy następne święta do- 
starczy po jednym kawale mięsa, po 10 Ka mąki, 20 Ka wódki* 
(lub podobnie) czytamy w aktach dotyczących 3 . Bardzo często wy- 
dzierżawia się pustkowie celem zamiany na glebę orną, pole lub 
ogród. Warunki dzierżawy są wtedy lżejsze; normalny czynsz cięży 
na gruncie dopiero od 3 roku, w pierwszych dwu latach płaci 
się czynsz mniejszy albo nawet — co częściej bywa — pole jest 
w pierwszym roku zupełnie wolne od opłaty. Ponieważ jednak 
z dzierżawy samego pustkowia dzierżawca, biedny wieśniak, wyżyć 
nie mógł, brał tedy obok pustkowia od tegoż właściciela także grunt 
żyzny, za który płaci normalne dzierżawne. Najczęściej też kon- 
trakty zawierają tę kombinacyę dzierżawy pustkowia, obok gleby 
płododajnej. »Aż nie użyźni pustkowia, wolno mu spożywać z pola 
uprawnego 4 . 

3. Spółka i ajencya. 

Znamieniem żywotności ruchu handlowego jest istnienie spółki 
handlowej. Dokumenty odnośne są dla nas tern cenniejsze, że ustawa 
'Chammurapiego o tej instytucyi wcale nie wspomina. Dwu lub więcej 
kontrahentów wkłada wspólnie pewien kapitał w produktach lub w go- 
tówce celem wspólnego prowadzenia przedsiębiorstwa handlowego 
(charranum). Znamy wszystkie prawne terminy spółki; trans- 
akcya sama zwie się tapputum; kapitał wkładowy ummanum, 
kapitał obrotowy kisum, zysk nSmelum, wydatki wspólne, ma- 
jące się odliczyć przy rozdziale zysku, manachtum 5 . 

Rozwiązanie spółki odbywa się w świątyni przed sędziami. W tym 
celu składają tam wspólnicy rachunki, zwracają sobie wzajem kapitał 

1 > Jeżeli pola zaniedba, to przecież dzierżawne uiści*. Kohler-Ungnad III 
Nr. 578. ^Jeżeli pola nie uprawi, to przecież (właściciel) swą połowę zabierze*. 
Ibid. IV Nr. 1027, co jednak Ungnad inaczej tłómaczy. 

2 Ibid. III Nr. 591. 

3 Zwyczaj ten znamy także z grecko-egipskich papyrusów z czasów rzym- 
skich. Por. Waszyński. Die Bodenpacht str. 124. 

* Kohler-Ungnad III Nr. 628, 631, 633, 634, 638, 639, 657. 
6 Por. Schorr: Altbab. Rechtsurkunden III. 



Ruch handlowy w starożytnej Babilonii 17 

zakładowy, dzielą się w równej mierze zyskiem jak i stratą »z tego, 
co w mieście i co w podróży handlowej uzyskali*, poczem stwier- 
dzają ugodę przysięgą, obowiązując się jej nie naruszyć. W razie 
śmierci jednego spólnika gaśnie tem samem spółką, obrachunek na- 
stępuje wtedy ze spadkobiercami również w sądzie 1 . 

Obok spółki handlowej spotykamy także spółkę agrarną, która 
się zawiązuje wśród analogicznych warunków jak tamta. Dwu lub 
więcej wspólników wydz'erżawia razem pnie. Dzierżawcy ponoszą 
wspólnie wydatki uprawy i dz-elą się w równej mierze zbiorami po 
ściągnięciu dzierżawnego, w którem również jednakowo uczestniczą. 
Ciekawy i skombinowany jest w tej kategoryi wypadek, w którym 
sam właściciel pola występuje jako współdzierżawca; 2 wtedy ponosi 
część kosztów i wykonywuje część pracy, tożsamo dostaje połowę 
zbiorów i połowę dzierżawnego, podczas gdy druga połowa, którą 
sam sobie miałby płacić, odpada. Tak interpretuje Kohler 8 ten sto- 
sunek prawny, który wyrażony jest we formułce: »Pole o X Gan, 
własność A wynajęli od A, właściciela, A i B«. Podług Mullera* 
natomiast, który rzeczowo tak samo stosunek ten pojmuje, mamy 
w tej formułce fikcyę prawniczą celem uproszczenia kontraktu. 

Postanowienia ustawy o ajencyi handlowej omówiłem na 
innem miejscu 5 . Z praktyki prawnej znane nam są tylko dwa przy- 
kłady: W jednym z nich mamy pokwitowanie ajenta dane kupcowi 
na pewną kwotę, oddaną mu w komis celem zakupienia produktów 6 , 
w drugim dostają trzej ludzie drogą pożyczki dziesięć szekli do za- 
kupienia pierścienia złotego dla świątyni Szamasza. Po miesiącu 
mają zwrócić pożyczkę bezprocentowo, zyskiem osiągniętym zaś 
dzielić się z wierzycielem. Wierzyciel występuje tu jako kupiec 
(tamkarum), dłużnicy jako ajenci 7 . 

Stosunkiem, pokrewnym ajencyi jest pełnomocnictwo. 



1 Por. Kohler- Ungn ad III Nr. 668—670; 672; obrachunki po śmierci je- 
dnego wspólnika ibid. Nr. 47, 706; Schorr: Rechtsurkunden II Nr. 11. 
» Kohler Ungnad III Nr. 651, 655, 656, 657. 
" Ibid. str. 246. 
* Schorr: Altbab. Rechtsurkunden I str. 151—152. 

5 Schorr: Państwo babilońskie str. 88. 

6 Por. Schorr: Kodeks Hamurabiego (Rozpr. Akad. krak. T. 50 str. 232). 

7 Schorr: Altbabyl. Rechtsurkunden II Nr. 37. 



Schorr. 



Ig Mojżesz Schorr 

W aktach spotykamy je przy dzierżawie gruntów, przy po- 
życzkach, przy kontrakcie ślubnym K 



Ł Pożyczka i depozyt. 

Ruch handlowy nie byłby osiągnął tej wyżyny, jaka się 
i w teoryi i w praktyce prawnej tego okresu odzwierciedla, gdyby 
nie istniał był kredyt, bez którego żywszy ruch handlowy nie 
może się rozwinąć. W instytucyi pożyczki i jej charakterze uwy- 
datnia się też od razu różnica ustroju ekonomicznego w starożytnem 
państwie izraelskiem a babilońskiem w czasach Chammurapiego. Tam 
widzimy prymitywny ustrój agrarny, prawo zabrania wypożyczania 
na procent w ogóle 2 , tutaj tak ustawa jak i praktyka liczą się 
z pożyczką procentową jako zjawiskiem koniecznem, nie czyniąc 
żadnej różnicy między krajowcem a cudzoziemcem. Cała troska 
ustawodawcy obraca się tylko około tendencyi regulowania ruchu 
kredytowego, utrzymania równowagi w stosunkach handlowych, nie- 
dopuszczania do lichwy i wyzysku. 

W istocie trzeba przyznać, że w tej dziedzinie prawo stoi na 
wyżynie socyalno-etycznej, jakiej daremnie szukać będziemy zresztą 
w ustawodawstwach starożytnych lub średniowiecznych. Obok posta- 
nowień odnośnych kodeksu, już na innem miejscu omówionych 3 , za- 
sługują na szczególną jeszcze uwagę swą humanitarną tendencyą 
§§ 49. i 66., które nie pozwalają wierzycielowi wyzyskać nieko- 
rzystnej sytuacyi dłużnika nawet za jego zgodą. Jeżeli wierzyciel — 
orzekają te dwie normy — wezwie dłużnika do zwrotu długu, a on 
nie ma ani pieniędzy ani zboża, i dobrowolnie zaofiaruje wierzy- 
cielowi ustąpienie mu całego zbioru na polu lub w ogrodzie, to 
taka umowa nie ma prawnego znaczenia. Wierzyciel może sobie 
tylko ściągnąć ekwiwalent pożyczki wraz z odsetkami, reszta jest 
własnością dłużnika. 



1 Por. Schorr: Kodeks Hamurabiego (Rozpr. Akad. krak. T. 50 str. 246). 

* Później dopiero czyni prawo wyłom na rzecz cudzoziemca (V ks. Mojż. 
rozdz. XXIII 20—21). Że wszędzie, gdzie prawo Mojżeszowe zawiera zakaz bra- 
nia odsetek przy pożyczkach, ma ono na myśli odsetki w ogóle a nie lichwę 
w znaczeniu nadmiernych odsetek, wykazał świetnie Muller w Wiener Zeit- 
schrift f. d. Kunde d. Morgenl. T. XVIII. 

s Por. Schorr: Państwo babilońskie str. 90—91. 



Ruch handlowy w starożytnej Babilonii 19 

A teraz przypatrzmy się, jaki by} ruch kredytowy w praktyce. 
Wszelka pożyczka jest z reguły procentową; jeżeli nią nie jest, np. 
gdy się ją bierze na kilka dni, to dokument wyraźnie stwierdza 
»odsetek niema* (ciptum ul i§u), albo że pożyczka jest udzie- 
lona >z grzeczności « (ana tadmiktim), >dla wsparcia* (a na usatim). 
Zresztą istnieje normalna stopa procentowa, na którą zazwyczaj 
powołuje się kwit dłużny (ciptum kenum) 1 , a która przy gotówce 
wynosiła 20%, przy pożyczce w zbożu SS 1 / 2 °/ , jak wynika z tych 
dokumentów, gdzie wysokość odsetek wyraźnie jest podana 2 . Świą- 
tynia Szamasza ma swą własną stopę procentową (cipa t u Sam as), 
która zazwyczaj obowiązuje w interesach prowadzonych z kapłan- 
kami przy świątyni i ze skarbcem świątyni samej 3 

Nieraz określony jest gatunek wypożyczonego zboża lub srebra 
(pieniędzy) jako » nieskazitelne i prawdziwe* z tern, że pożyczka ma 
być w tym samym dobrym stanie zwrócona 4 . 

Jako termin spłacenia długu najczęściej podany jest czas żniw; 
dłużnik zebrawszy zboże z pola, mógł wtedy najwygodniej swe zo- 
bowiązania spełnić. Nieraz jednak wymawia sobie wierzyciel, że 
dług płatny wtedy, kiedy go zażąda 5 . Kilkakrotnie jest wzmianka 
o karze umownej na wypadek nieuiszczenia długu w umówio- 
nym terminie 6 . Za zgodą wierzyciela można było przenieść dług 
(asygnować) na inną osobę, tak np. z ojca na syna 7 . Nieraz jednak 
wymawia sobie wierzyciel wyraźnie, że nie wolno dłużnikowi prze- 
nieść zobowiązania na osobę trzecią 8 . 

Znajdujemy także pożyczki za poręką trzeciej osoby. Forma 
jest ta, że A wystawia kwit dłużny tej treści, że zaciągnął pożyczkę 
od B dla C; w dniu uiszczenia długu przez C zostanie jego kwit 
zniszczony 9 . 

1 Kohler- Ungnad III Nr. 156, 170, 173; IV Nr. 848, 862, 864, 879, 896, 
897, 903, V 1120, 1122. 

2 Por. Kohler-Ungnad III Nr. 148. 

3 Kohler-Ungnad III Nr. 150-153, 157; IV Nr. 849, 851, 857—860, 866- 
868, 919, V 1115. 

* Ibid. ni Nr. 154, 164, 187, 189, 205; IV 878, 1004, V 1118. 

■ Ibid. IV Nr. 847, 862, 863, 869, 871. 

■ Ibid. III Nr. 184; IV 874, 878. 

7 Por. Schorr: Kodeks Hamurabiego 1. c. str. 247; także Kohler-Ungnad 
IV Nr. 847, do czego por. Wiener Zeitschrift T. 24 str. 332. 

8 Por. Schorr: Altbab. Rechtsurkunden III Nr. 45. 

9 Schorr: Altb. Rechtsurkunden I Nr. 58. 

2* 



20 Mojżesz Schorr 

Istnieją też akta stwierdzające, że » ponieważ ręka dłużnika 
została cofnięta* (t. j. ogłosił niewypłacalność). >ma rękojeraca za 
niego dług uiścić* 1 . W innym akcie » wycofuje rękojemca rękę wie- 
rzyciela*, to znaczy wstępuje na miejsce dłużnika i uwalnia go od 
egzekucyi 2 . 

Najciekawsze zjawisko w instytucyi pożyczki nastręczają nam 
te kwity dłużne, w których znajdujemy stypulacyę: ^okazicielowi 
kwitu swego (ana nas kanikiśu) pieniądze zapłaci* 3 . Widzimy 
w aktach tych. jak kredyt wyłamuje się stopniowo — od czasów 
Chammurapiego począwszy pojawia się ta klauzula — z pod sto- 
sunku osobistego i wiąże się li tylko z dokumentem. A to chyba 
jest początek weksla. 

Że i w tych czasach można było obejść prawo i mimo suro 
wych przepisów jego przeciw lichwie przecież prowadzić interesy 
lichwiarskie, świadczą te dokumenty, w których ktoś zaciąga dług 
w gotówce, a ma go spłacić w zbożu 4 . Jak Kohler 5 bardzo tra- 
fnie wyjaśnia, zachodzi we wszystkich tych wypadkach fikcya 
prawna. Wieśniak zaciąga pożyczkę w zbożu na zasiew (ana sip- 
kati). której wartość wstawiona jest w dokumencie w pieniądzach 
podług ówczesnego kursu. W czasie zbiorów ma wieśniak uiścić 
dług w zbożu, ale także podług bieżącego kursu (kima machi- 
rati illaku). Ponieważ kurs zboża po żniwach jest o wiele niższy 
niż podczas zasiewów, więc wierzyciel dostaje o wiele większą 
miarę zboża, aniżeli kwota wypożyczona reprezentowała w dniu za- 
ciągnięcia pożyczki. Jestto więc ukryta lichwa, ukryta w różnicy 
wartości zboża w różnych porach roku. 

Pozostaje nam omówić jeszcze depozyt, który jest pe- 
wnego rodzaju pożyczką. Depozyt jest interesem, i dlatego — jak 



1 Kohler-Ungnad IH* Nr. 84, 87. 

* Kohler-Ungnad IV Nr. 808 i str. 92 ibid. Por. także Schorr: Rechts- 
urkunden III (r. 1910) Nr. 44. Co do wyrażenia »rękę wycofać* ikatam nasa- 
chu) por. także ciekawe wywody w rozprawie Ed. Cuqa: Le droit babylonien 
au temps de la premierę dynastie de Babylone (Nouyelle Revue historiąue de 
droit francais et etranger T. XXXIII str. 430). C u q zestawia to wyrażenie z ana- 
logicznym zwrotem w prawie rzymskiem manum depellere w przeciwień- 
stwie do manus iniectio. 

s Por. Kohler-Ungnad Ul Nr. 225-240: IV 919-920; V 1132. 

* Ibid. III Nr. 206-216. 235-240; IV 850, 852, 871, 877, 912-913. 
5 Ibid. str. 239. 



Ruch handlowy w starożytnej Babilonii 21 

każdy inny — musi się odbyć przy świadkach i być stwierdzony 
układem piśmiennym (§ 122). Depozytaryusz odpowiada za zaginię- 
cie depozytu (§ 125) l , a gdy się go wypiera, płaci podwójną war- 
tość. Odbierając depozyt, deponent kwituje na piśmie. Najczęściej 
deponowano zboże. Nie mając własnego spichlerza, składa je wie- 
śniak u sąsiada, płacąc składowe wedle kodeksu 5 Ka za jeden 
Kur. Zboże musi być zwrócone podług miary deponenta. Ale od- 
daje się także srebro, ołów i inne rzeczy w przechowanie. W je- 
dnym akcie depozytaryusz, u którego złożono 8^2 min ołowiu na 
15 dni, otrzymuje pozwolenie dalszego rozrządzania ołowiem pod 
warunkiem, że od 10 gzekli będzie płacił 1 / i szekla procentu. De- 
pozyt przechodzi zatem w pożyczkę 2 . 

Tak przedstawia się w ogólnych zarysach ruch handlowy 
w swych ważniejszych objawach w Babilonii w okresie dynastyi 
Chammurapiego. W tych objawach przebija się wysoki stopień rozwoju 
gospodarczego. Co zaś szczególnie zaznaczenia godne, to jedno- 
litość ustroju ekonomicznego w całem państwie Sumeru i Akkadu, 
oparta na jednolitości politycznej i administracyjnej, genialnie stwo- 
rzonej przez największego króla tej dynastyi, Chammurapiego. Od 
najdalszych zakątków na południu aż do Babilonu i wyżej na pół- 
noc, wszędzie jedna norma, jedno prawo. Następne wieki mało co 
nowego stworzyły. Mogły tylko rozwinąć te instytucye ekonomiczne 
i prawne, które w tym okresie jeszcze powstały. Nie bez powodu 
uchodzi ten okres za złoty w historyi babilońskiej. 

* Kohler-Ungnad IV Nr. 842. 

2 Kohler-Ungnad III Nr. 171. Inny ciekawy przykład zob. u Schorra 
Rechtsurkunden III Nr. 28 a ~ b . 



PRZYCZYNKI DYPLOMATYCZNE 
Z WIEKÓW ŚREDNICH 

napisał 

WŁADYSŁAW SEMKOWICZ 



Serakowiei. 



1. Dokument Maura, biskupa krakowskiego (1109 — 11 18) dla 
kościoła w Pacanowie. 

W mało znanem u nas piśmie duchownem p. t. Notificationes 
e curia Principis Episcopi cracoviensis ad universum ven. clerum, 
urzędowym organie konsystorza biskupiego w Krakowie, pojawiały 
się przed kilkunastu laty, w dziale » Miscellanea historica*, cenne 
notaty i materyały historyczne, które anonimowy wydawca pełną 
dłonią czerpał z bogatego a niedostatecznie dotąd zbadanego archi- 
wum konsystorza krakowskiego. Nie będziemy już dziś okrywać ta- 
jemnicą nazwiska skromnego pracownika, którym był niedoceniony 
u nas badacz, podówczas archiwaryusz konsystorski w Krakowie, 
ks. dr. Zygmunt Dunin Kozicki. 

W nrach 1710 (str. 57) i 1805 (str. 75) wspomnianego pisma 
z r. 1894 zamieścił ks. Kozicki szereg dokumentów, odnoszących się 
do kościoła parafialnego w Pacanowie, pośród których na pierwszy 
plan wysuwa się przywilej biskupa krakowskiego Maura, w przed- 
miocie dziesięcin dla tegoż kościoła. Dokument ten, niedatowany, 
zawarty jest w transsumpcie biskupa Iwona (Odrowąża) z 15 sier- 
pnia r. 1219. 

Dokument pacanowski, jeśliby się okazał autentycznym, byłby 
jednym z najdawniejszych zabytków dyplomatyki polskiej, wystawca 
bowiem jego. biskup Maurus, zasiadał na stolcu krakowskim w latach 
1109— 1118 *. Najstarszy znany dokument polski Włodzisława Her- 
mana z r. ok. 1085 2 , odkryty przez prof. Wojciechowskiego, opiewa 
dla obcego odbiorcy, kościoła bamberskiego. Tyniecki zaś do- 
kument legata Idziego pochodzi od obcego wystawcy, zre- 
sztą, o ile jest autentyczny (na co nie ma w naszej nauce po- 

1 Rocznik kapitulny krakowski. Mon. Pol. t. II, str. 797. 
' Kwartalnik historyczny, r. 1902, str. 1G9. 

1* 



4 Władysław Semkowicz 

wszechnej zgody), datuje się dopiero z czasu między r. 1119—1124, 
jest więc młodszy od dokumentu biskupa Maura l . Faktycznie przeto 
byłby przywilej pacanowski najstarszym znanym rdzennie 
polskim dokumentem polskiego wystawcy dla pol- 
skiego odbiorcy 2 . 

Transsumpt biskupa Iwona, w który powyższy przywilej 
Maura jest inserowany, wobec ubóstwa dyplomatyki polskiej z pocz. 
XIII w. i nader szczupłej garstki znanych dokumentów tego biskupa, 
także ze wszech miar zasługuje na rozpatrzenie. 

Mimo to rzeczone dokumenty, z powodu małego rozpowsze- 
chnienia >Notificationum« 3 , nie zwróciły na się uwagi, na jakąby ze 
względu na swą wartość zasługiwały. Wiedziało o nich kilka ledwie 
osób ze ścisłego grona naszych mediewistów, nikt jednak nie poku- 
sił się dotąd o bliższe zbadanie ich autentyczności i wszechstronne 
zużytkowanie zawartych w nich szczegółów historycznych. Jedynie 
Dr. Stanisław Zachorowski w cennej rozprawie p. t. Początki pa- 
rafii polskich, idąc za wskazówką ś. p. K. Potkańskiego 4 , powołał 
się w kilku kwestyach na dokument Maura, przedrukowując nawet 
w notce z »Notificationes« jego tekst, w którym zauważył parę nie- 
dokładności. Zapowiedziane jednak przezeń ponowne wydanie i opra- 
cowanie tego dokumentu, mimo upływu trzech lat, nie doczekało się 
urzeczywistnienia, wobec czego uważałem za stosowne podjąć się 
tego zadania. W tym celu sięgnąłem jeszcze raz do źródła, z któ- 
rego te dokumenty zaczerpnięto, i wydaję je tu ponownie w popra- 
wnym tekście. 

Dnia 18 marca 1502 r. 5 zjawił się przed urzędem oficyała 
krakowskiego. Maciej Ślimawa, doktor medycyny i pleban w Paca- 

1 Data jego 1105 odnosi się do sporządzonego w tym roku spisu wsi 
i osadników klasztoru tynieckiego. Por. Papee Fr. Najstarszy dokument polski. 
Kraków, 1888 (Odb. z XXIII t. Rozpr. Ak. Urn. Wydz. hist. fil.), oraz Piekosiń- 
ski: Jeszcze słowo o dokumencie legata Idziego dla Tyńca (Kwartalnik histor. 
z r. 1889, str. 49). 

ł O rzekomem nadaniu dziesięcin na rzecz ki. Jędrzejowskiego przez bi- 
skupa Maura przechowała się wzmianka w innowacyi przywilejów opactwa, do- 
konanej w r. 1210 przez Wincentego Kadłubka, biskupa krakowskiego. Por. Ma- 
łecki: W kwestyi fałszerstwa dokumentów. Kwart. hist. r. 190i, str. 8. 

s Nie posiada ich żadna z świeckich bibliotek we Lwowie. 

4 S. p. Potkański powołał się także na dokument biskupa Maura w nie- 
drukowanej dotąd pracy p. t. Ród Nagodziców, którą czytałem w rękopisie. 

5 Acta Officialia, vol. 21 (z lat 1499-1508) pag. 174 T . 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 5 

nowie, prosząc o wpis do aktów oficyalatu przywilejów swego ko- 
ścioła, z powodu przeszkód, doznawanych ze strony patronów i kol- 
latorów kościoła: Jana Wapowskiego, Mikołaja Secygniowskiego i Jana 
Pacanowskiego, oraz braci tegoż ostatniego, Piotra, Bieniasza i Mi- 
kołaja. Dokumentów tych było sześć, z tych dwa tyczyły się dzie- 
sięcin kościoła, tj. przywilej biskupa Maura w transsumpcie biskupa 
Iwona z r. 1219, oraz dokument biskupa Jana Muskaty z czasu 
między r. 1317 a 1319. 

Transsumpt biskupa Iwona, znany nam zatem tylko z powyż- 
szej kopii, brzmi jak następuje: 

In nomine sancte trinitatis et indiyidue 1 amen 8 . Ego Ivo mise- 
racione divina episcopus Cracouiensis universitati fiiiorum matris 
ecclesie salutem in domino Ihesu. Gum ea que in tempore geruntur 
cum eo transeant et caduce fiant temporum acciones, innotesco fu- 
turis et 3 presentibus super dotaliciis ecclesie de Paczanow 4 , mihi 
oblatum fuisse privilegium domini Mavri, condam episcopi Craco- 
uiensis, qui in ordine succes?ive institucionis me antecessit septimus, 
quod ob ineruderatam formam privilegiorum simplicis et rustice an- 
tiąuitatis, parum aut nihil predicte ecclesie fore vidi profuturum. 
Quod tale fuit: 

Ego Maurus Cracouiensis episcopus, licet indignus, confero 5 Deo 
et beato Martino, in dedicacione eius ecclesie, decimam de villa, in qua 
eius ecclesia sita 6 est et de Zabche et de Isgorsko et de Negoslauicha 7 et 
de Gurouo et de Goracouo et de Scheglino et in Quassouo sortem 

1 W tekście »Notificationes« mylnie przemieniono porządek tych wyrazów: 
»sancte et indiuidue Trinitatisa. 

2 Brak tego wyrazu w »Notificationes«. 

3 Ten wyraz opuszczony w kopii. 

4 W oryginale była prawdopodobnie forma >Paczonów« jako dawniejsza 
od formy Paczanow. 

5 W kopii: conferro. 

6 W kopii : sitta. 

T Ks. Kozicki w »Notificationes« odczyta? Yegolamcha. Tymczasem pierw- 
sza litera, przypominająca istotnie nieco »y« jest raczej >n« z drugim trzonkiem, 
przedłużonym pod linię. Między »o« a »1« widzimy w kopii literę »r«, a literę »m« 
można równie dobrze czytać jako »ui«. Tak więc wyraz ten czytam w kopii: 
»negorlauicha«. Jest to błędna lekcya oryginału, gdzie niewątpliwie było »nego- 
slauicha<, jak na to wskazują względy rzeczowe, o których niżej. Paleograficznie 
da się taki błąd kopisty łatwo wytłómaczyć. 



6 Władysław Semkowicz 

Mangoldi. Semianus x autem patronus confert tabernara de eadem 
villa, decimum piscem, decimum vitulum, decimum agnellum, deci- 
mum porcellum, decimum caseum. Qui hoc immutaverit, anathema sit. 
Ego igitur iuris eąuitate et comitis Pacoslai pia in Domino 
devocione pensatis, eruderaciori cirographo cum consensu mei capi- 
tuli ex ordine reąuisito, vetus novo privilegium innovando, confir- 
mavi donacionem domini Mauri episcopi, predicte ecclesie in perpe- 
tuum tranąuille possidendum. Hec autem publice acta sunt in capi- 
tulo Cracouiensi, ordinato in ministerium Ihesu Christi in eadem 
ecclesia. Vissezlao decano, Bogufalo preposito, Andrea archidiacono, 
Benedicto scolastico, Laurencio cantore, Pantizlao custode ceterisąue 
eiusdem capituli canonicis utpote Woycone. Radulfo, Blasio, Martino, 
Ioanne. Domano, Wychardo, Stephano, Troyano, Petro, Gaudencio, 
Gregorio, Vito, Nicolao, Gocuino, Zawissa et Roberto. Anno incarna- 
cionis dominice M°CC°XIX epacta III, concurrente primo, in die As- 
sumpcionis beate Virginis Marie, anno pontificatus mei primo, re- 
gnante in Cracouia duce Lestcone 2 . Ne qua igitur super predictis 
imposterum suboriatur calumpnia, meo et capituli mei presentem 
paginam sigillis communivi. Si qua ecclesiastica secularisve persona 
factum hoc attemptaverit infirmare. sciat se excomunicacionis vin- 
culo innodari et cum Pilato in extremis porcionem recepturum. 



Dokument biskupa krak. Jana Muskaty w przedmiocie dziesię- 
cin dla kościoła w Pacanowie, dotąd nigdzie nie drukowany, jest 
niestety znacznie uszkodzony, brakuje bowiem w samym środku 
kawałka karty. Niektóre wyrazy, łatwiej dające się domyślić, za- 
mieściłem w nawiasach. 



1 Ks. Kozicki odczytał Senuarius, ja czytam Semiarius. Początkowe »mi« 
składa się z 4 równych trzonków, wprawdzie bez kreski nad ostatnim, ale ze 
względu na to, że Długosz w Lib. Ben. podaję lekcyę »Seminianus« (zob. niżej), 
nie ulega wątpliwości, że w oryginale było »mi« a nie »nu«. Końcowe >rius«, 
jak również porównanie z lekcyą Długosza wskazuje, musiało w oryginale 
brzmieć: »nus«. Z »n« kopista XVI w. mógł łatwo zrobić »ri«. Względy rze- 
czowe również przemawiają za tem, że mamy tu do czynienia z imieniem »Se- 
mianus«, czego się już domyślał ks. Kozicki w objaśnieniach do tekstu tego doku- 
mentu iNotificationes, nr. 1710, str. 76). 

2 W tekście kopii błędnie: Lesccone, gdzie w miejscu pierwszego »cc 
w oryginale było »t«. Paleograficznie omyłka łatwa. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 7 

In nomine domini Amen. Nos Joannes Dei gracia Cracoviensis 
episcopus, per presentes publice protestamur, quod ecclesiam Sancti 
Martini apud Paczanow invenimus in possessione decimarum infra- 
scriptarum, videlicet eiusdem Paczanow, Sabcze, Zgorsco, Nyegosla- 
uicze, Suthow, Sczeglino, Maraczow et sortis Mangoldi in Quasszow 
et etiam in possessione taberne [ibidem, necnon decimi piscis], de- 
cimi vituli, decimi agnelli, decimi porcelli, [decimi casei . . . Qu]am 
possessionem predictorum gratam et ratam [habentes, auctoritate 
nostra] imperpetuum confirmamus. Datum apud Cracoviam [anno 
Domini M. CCC... 1 Aujgusti. Actum presentibus hiis: domino [3—4 
wyrazów brak] 2 Adamo preposito Cracoviensi, domino Jarostio [cu- 
stode ibidem, domino Nankero canonico i]bidem et archidiacono 
Sandomiriensi et domino Eng[ilberto, canonico Crjacoviensi et pre- 
posito Scarbimiriensi et [aliis pluribus fidedignis ad capitulum] specia- 
liter vocatis. 

Wreszcie dla porównania przytaczam odpowiednie miejsce 
z Liber Beneficiorum Długosza 3 , w którem jest wzmianka o doku- 
mencie biskupa Maura dla Pacanowa, widocznie przeto znanym na- 
szemu dziej opisowi, choć niewiadomo czy z oryginału, czy też z trans- 
sumptu Iwonowego: 

»Quam ąuidem ecclesiam ad honorem Beati Martini confessoris, 
Maurus Cracoviensis episcopus ad petitionem Seminiani patroni de- 
dicavit, et octo decimis manipularibus de mensa episcopali dotavit, 
prout in privilegio, cuius exemplar subnectimus, latius continetur 4 ... 

» Datę, której brak w dokumencie z powodu wydarcia w tem miejscu 
karty, możemy określić w przybliżeniu. Ze względu na Kraków, jako na miejsce 
wystawienia dokumentu, przyjąć trzeba, że akt wydany został między r. 1302 
(w którym kustoszem krakowskim był jeszcze Piotr, KKK. nr. 106) a r. 1308, 
w którym biskup Jan Muskata z kanonikiem Engelbertem poszli na wygnanie, 
albo między r. 1317, kiedy wrócili z wygnania a 1319, w którym Nanker był 
już dziekanem krakowskim (Theiner Mon. Vat. I. nr. 148). Ze względu na Nan- 
kera, który w charakterze archidyakona sandomierskiego pojawia się dopiero 
w r. 1308 (KM. nr. 138), oświadczam się za drugą ewentualnością. Por. Abra- 
ham, Sprawa Muskaty, Rozpr. A. U. W. hist. fil. t. XXX. s. 151 i 167. 

* Może »Rymboldo, archidiaconoc. 

8 Por. wydanie Przeździeckiego, t. II, str. 422. 

* Stwierdziłem w autografie Długosza, przechowanym w kapitule krakow- 
skiej, że zapowiedzianego tekstu przywileju biskupa Maura nie ma tam ani śladu. 



g Władysław Semkowicz 

Item de eisdem praediis tenentur heredes dare plebano decimum 
caseum, decimum agnellum, decimum porcellum. Item de lacubus 
Petri Sancznigyewsky datur plebano decimus piscis etc.« 



Zanim przystąpimy do rozbioru dokumentu biskupa Maura, 
poddamy zbadaniu autentyczność transsumptu biskupa Iwona z r. 1219. 
Badanie to z natury rzeczy ograniczyć się musi do kryteryów we- 
wnętrznych, przy pomocy materyału porównawczego, którego dostar- 
czą nam nieliczne — co prawda — inne dokumenty Iwona Odrowąża. 

Dokumentów tego biskupa znamy wszystkiego siedm (nasz byłby 
zatem ósmy), z tych jeden jeszcze z czasów jego kanonikatu i kan- 
clerstwa, z d. 24 czerwca 1213 l , przechowany w oryginale, sześć zaś 
z czasów biskupstwa, mianowicie: 1) z d. 25 grudnia 1219 dla kla- 
sztoru w Mstowie, znany z kopii 2 ; 2) bez daty dnia z r. 1222 dla 
klasztoru w Mogile, oryginał 3 ; 3) z d. 6 sierpnia 1223 dla brata 
swego Wisława, oryginał*; 4) z d. 28 września 1227 r. dla Do- 
minikanów krakowskich, oryginał 5 ; 5) z d. 29 września 1228 r. dla 
klasztoru w Dłubni, kopia 6 ; 6) z d. 18 stycznia 1229 dla klasztoru 
w Mogile, oryginał 7 . 

Zarówno styl, jak i formuły dokumentalne transsumptu Iwo- 
nowego z r. 1219, nie budzą żadnych podejrzeń, przeciwnie, noszą 
one wszelkie cechy dyplomatyczne z pocz. XIII w., w szczególności 
właściwe dokumentom biskupa Iwona. Dyktat jego nie razi ża- 
dnym anachronizmem, nie zawiera żadnych zwrotów ani wyrażeń 
niezgodnych z duchem czasu; zwięzły i prosty styl, znany z innych 
dokumentów Iwonowych, stanowi ważne znamię jego autentyczności. 
Z ważniejszych formuł, ten typ inwokacyi jest wówczas najczę- 

1 Rzyszcz. Muczk. Cod. dipl. Pol. t. III, nr. 7. 

* Kod. dypl. Mpol. t. II, nr. 3S5. Wydawca tego kodeksu mylnie przenosi 
datę tego dokumentu na r. 1220, wychodząc z fałszywego założenia, że jeden 
ze świadków. Pęcław, kustosz krakowski nie mógł jeszcze w r. 1219 sprawować 
tej godności kapitulnej, bo w r. 1220 (Kod. mogił. nr. 1) występuje jako kustosz 
Herman. Otóż Piekosiński nie zwrócił uwagi na to. że ów Herman był kustoszem 
u św. Michała (por. Kmp. I. nr. 9 i 12) a nie katedralnym. 

3 Kod. mog. nr. 2. 

4 Tamże, nr. 3. 

5 Rzyszcz. Muczk. t. I. nr. 18. 

6 KKK. t. I. nr. 21. 
' Kod. mog. nr. 9. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 9 

ściej w użyciu, taki mają też cztery z wyżej wymienionych doku- 
mentów Iwona 1 . Również intytulacya singularna, zaczynająca 
się od zaimka »Ego«. jest w tych czasach jeszcze regułą i tylko 
dwa dokumenty biskupa Iwona posiadają intytulacyę pluralną 2 , Jęcz 
oba znane są z kopii, w której już późniejszy przepisy wacz mógł 
dokonać przemiany wyszłej w jego czasach z użycia formy singu- 
larnej na powszechne później »majestaticum«. Salutacya, jakkol- 
wiek należy do rzadszych formuł dyplomatycznych, nie obcą jest 
jednak dokumentom osób duchownych tych czasów 3 . Kommina- 
cya, zawierająca klątwę, przy końcu transsumptu, stanowi również 
cechę współczesnych dokumentów i w zbliżonem brzmieniu wystę- 
puje w innych dokumentach biskupa Iwona *. 

Szczegóły chronologiczne transsumptu również nie wykazują 
żadnej sprzeczności, a rzetelność ich łatwo można sprawdzić. I tak 
biskupa Maura trafnie nazywa Iwo siódmym z rzędu swoim po- 
przednikiem, licząc wstecz od swego bezpośredniego antecessora 5 , 
jak to wówczas było w zwyczaju. Podobnie biskup poznański Be- 
nedykt (ok. r. 1190) określił Radwana, jako piątego swego poprze- 
dnika 6 . Datacya transsumptu składa się z kilku znamion chronolo- 
gicznych na określenie roku, co jest szczególnie charakterystyczną 
cechą dokumentów Iwonowych 7 . Epakta III i konkurrenta I, zgadzają 



i Z lat 1213, 1222, 1227 i 1228. 

2 Z lat 1219 i 1228. 

8 Por. dok. biskupa krak. Pełki z r. 1192 (KM. I. nr. 3), Wincentego Ka- 
dłubka z r. 1210 (Ib. II. nr. 386), biskupa płockiego Guntera z r. 1227 (Ib. II. 
nr. 392), arcyb. Pełki z r. 1233 (RM. II 1 , nr. 15), etc. 

* Z lat 1219 i 1229. 

5 Okazuje się to z następującego zestawienia: 
7) Maurus, 1309—1118. 
6) Radost, 1118-1142. 
5) Robert, 1142—1144. 
4) Mateusz, 1144-1166. 
3) Gedko, 1166—1185. 
2) Pełka, 1186-1207. 
1) Wincenty, 1207—1218. 
0) Iwo, 1218-1229. 

• Por. moją rozprawę: Nieznane nadania na rzecz opactwa jędrzejow- 
skiego z XII w. Kwart. bist. z r. 1910. str. 84. 

7 Por. np. dokument biskupa Iwona z r. 1227 (RM. t. I. nr. 18), który 
prócz daty »ab incarnationei podaje — podobnie jak nasz transsumpt — epak- 
tę, konkurrentę i rok pontyfikatu wystawcy. 



10 Władysław Semkowicz 

się z rokiem 1219. Jako datę pontyfikatu podaje transsumpt rok 
pierwszy. Otóż Katalogi biskupów krakowskich i Rocznik kapitulny 
krakowski kładą jego konsekracyę pod rokiem 1218, bez bliższego 
jednak określenia pory, w której zasiadł na stolicy biskupiej 1 . Po- 
nieważ jednak na ten sam rok przypadła rezygnacya poprzednika 
jego, Wincentego i Kadłubka, z godności biskupiej, oraz podróż Iwona 
do Rzymu 2 , przeto przyjąć trzeba, że konsekracya jego odbyła się 
w drugiej już połowie roku 1218, a w takim razie w dniu wysta- 
wienia transsumptu, 15 sierpnia 1219, mógł jeszcze trwać pierwszy 
rok pontyfikatu Iwona 3 . 

Najważniejszym jednak probierzem autentyczności transsumptu 
Iwonowego są świadkowie, wszyscy znani ze współcze- 
snych dokumentów, choć w żadnym z nich kapituła krakowska 
nie występuje w tak pełnym jak tu komplecie: sześciu dygnitarzy 
i 17 kanoników bez godności 4 . Przyjrzyjmy się im bliżej i określmy 
na podstawie innych dokumentów ich chronologię w celu stwier- 
dzenia ich współczesności. 

Z dostojników kapitulnych wymienieni są w transsumpcie Iwo- 
no wym w porządku następujące osoby: 

1) Wisław występuje jako dziekan już w r. 1206 (RM. I. 
nr. 7) i sprawuje tę godność do r. 1229, w którym postąpił na ka- 
tedrę biskupią w Krakowie (KMp. I. nr. 12). 

2) Bogu fał był proboszczem w latach 1206—1228 (KKK. 
I. nr. 11 i 29). 

3) Andrzej sprawuje archidyakonat w latach 1206 — 
1219 (RM. I. nr. 7. — KM. II. nr. 385). 

4) Benedykt był scholastykiem w latach 1206—1224. 
(RM. I. nr. 7. — Rocz. kap. krak. MP. t. II. s. 802). 

5) Wawrzyniec jako kantor występuje w latach 1206 — 
1222 (RM. I. nr. 7. — K. mog. nr. 2). 

6) Pęcisław (Pęcław) z godnością kustosza występuje 
w latach 1219—1230 (KM. II. nr. 385. — K. mog. nr. 10). 

1 Mon. Pol. t. II. str. 802, t. III. str. 329. 

2 Por. Długosz, Hist. Pol. t. II. str. 206. Szczegóły wiarygodne z niezna- 
nego źródła. Zob. Al. Semkowicz, Krytyczny rozbiór, str. 214. 

s Konsekracya jego odbyła się widocznie jeszcze przed 28 września 1218 r., 
gdyż dokument z r. 1227, mający tę datę dzienną, wspomina już o 10 roku pon- 
tyfikatu (RM. t. I. nr. 18). 

4 Najpełniejszy znany z tych czasów spis kanoników z r. 1222 (K. mog 
nr. 2) wylicza tylko 14; kanoników kapitulnych. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 11 

Z kanoników, niesprawujących dostojeństw, wymienieni są 
w naszym dokumencie: 

1) Woj ko, 1212—1219 (KKK. I. nr. 8. — KM. II. nr. 385). 

2) Radulf, 1214—1222 (KM. II. nr. 383. — K. mog. nr. 2). 

3) Błażej, 1206—1222 (RM. I. nr. 7. — K. mog. nr. 2). 

4) Marcin, 1212—1220 (KKK. I. nr. 8. — K. mog. nr. 1). 

5) Jan, 1212—1222 (KKK. I. nr. 8. — K. mog. nr. 2). 

6) Doman, 1219—1235 (KM. II. nr. 385. — Tamże, nr. 413). 

7) Wychardus jako kustosz kielecki występuje w dokum. 
z r. 1212 (KM. I. nr. 19); czy jednak w obu wypadkach nie jest 
to tylko pomyłka zamiast »Richardus«, który jako kanonik krakow- 
ski występuje w latach 1210—1222. (KM. II. nr. 380. — K. mog. nr. 2). 

8) Stefan, 1206—1228 (RM. I. nr. 7. — KKK. I. nr. 21). 
Tych ośmiu kanoników było prawdopodobnie presbyterami, jak 

okazuje porównanie z dokumentem z r. 1222, gdzie niektórzy 
z nich są wymienieni wedle stopni święceń K 
Następuje czterech kanoników dyakonów: 

9) Trojan, 1210—1236 (KM. II. nr. 380. — RM. I. nr. 26). 

10) Piotr, 1212—1224 (KKK. I. nr. 8. — Tamże, nr. 13). 

11) Gaudenty, 1212-1220 (KM. I. nr. 15. — K. mog. nr. 1). 

12) Grzegorz, 1219 — 1235 (jak wyżej, pod nrem 6). 
Ostatnich pięciu, to zapewne kanonicy-subdyakonowie: 

13) Wit, 1212—1222 (jak wyżej, pod nrem 7). 

14) Mikołaj, 1206—1228 (jak wyżej, pod nrem 8). 

15) Goc win, 1210—1222 (jak wyżej, pod nrem 7). 

16) Zawisza, 1214 (KM. II. nr. 383). 

17) Robert, 1220—1222 (K. mog. nr. 1. — Tamże, nr. 2). 
Zarówno więc kryterya formalne, jak i świadkowie, znani 

z współczesnych dokumentów, stwierdzają autentyczność transsum- 
ptu biskupa Iwona. 

Nierównie trudniejszą jest ocena autentyczności dokumentu 
biskupa Maura, brak nam bowiem zupełnie współczesnego materiału 
porównawczego, dlatego wnioski z formalnej jego strony wysnute, 
nie mogą być zupełnie pewne i ścisłe. 

Dokument ten odznacza się przedewszystkiem nader prostą 
budową dyplomatyczną, ubóstwem formuł, z których posiada tylko 
intytulacyę i sankcyę. Całą niemal osnowę stanowi tu dyspozycya 

1 K. mog. nr. 2. Dokument ten wymienia ich tylko pięciu. 



22 "Władysław Semkowicz 

odznaczająca się krótkim, lapidarnym stylem, pozbawionym zupełnie 
frazesów i wszelkich ozdób retorycznych. Szczególnie charakterysty- 
czną i wysoce archaiczną jest króciutka anatema, zjawiająca się 
w podobnej formie jeszcze niekiedy w drugiej połowie XE w. l . Tą 
formą swą odbiega przywilej pacanowski zarówno od późniejszych 
dokumentów polskich, jak i od współczesnych mu okazów nawet 
prywatnej dyplomatyki zachodniej, mających w tym czasie już do- 
brze rozwinięte formy dyplomatyczne. 

Wewnętrznej prostocie tekstu odpowiadała niewątpliwie ze- 
wnętrzna forma dokumentu Maura. Konfirmacja Iwona uzasadnia 
konieczność jego odnowienia względem na „ineruderatam formom... 
simplicis et rustice anHquiłatt8 u : przyczem ani stawem nie wspomina 
o pieczęci, której też prawdopodobnie nie było wcale. 

Wszystkie te kryterya, tak wewnętrzne, jak zewnętrzne, świad- 
czą za autentycznością przywileju pacanowskiego, który był typowym 
okazem dokumentu prywatnego z epoki jego upadku 2 , która na Za- 
chodzie przypada na wiek X i XI, u nas zaś przetrwała dłużej, 
prawie do końca wieku XII. Dyplom formalny stracił w tyra czasie 
znaczenie środka prawnie dowodowego, a w ślad za tem zeszedł 
do rzędu prostego, nieu wierzy telnionego aktu, którego celem było 
jedynie zachowanie danego zdarzenia w pamięci. Ten cel nie wyma- 
gał oczywiście form ani zewnętrznych, ani wewnętrznych, nie po- 
trzebował też legalizacyi ze strony wystawcy, a cały jego walor 
tkwił w końcowej maledykcyi, obowiązującej jedynie w sferze su- 
mienia religijnego. 

Otóż przypuszczam, że tak było i w naszym wypadku. Przy 
poświęceniu kościoła w Pacanowie biskup i patron poczynili nadania 
dziesięcinne, które spisano współcześnie na kawałku pergaminu na 
wieczną pamiątkę, aby każdoczesny pleban wiedział, co mu się na- 
leży ze stołu biskupa i dziedzica, na zabezpieczenie zaś swych praw 
miał w zanadrzu na piśmie anatemę biskupią. W zwyczajnych 
warunkach mogło to wówczas wystarczyć i niewątpliwie wystarczało, 
ale na wypadek procesu, taki akt nieuwierzytelniony, pozbawiony 
był zgoła wartości i znaczenia dowodowego, tembardziej, jeśli nie 
było w nim wymienionych świadków czynności nadawczej, którzy 
w razie potrzeby mogli zaświadczyć jej dojście do skutku. 



1 Por. dokument Benedykta, biskupa poznańskiego z ok. r. 1190. KWp. nr. 29. 
s Bresslau H.. Urkundenlehre, t. I. str. 500 nast. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 13 

Za wzorem Zachodu dokument formalny zaczął sobie u nas 
w ciągu XII w. zdobywać uznanie i prawo obywatelstwa, tak, że 
w początkach XIII w. już taki akt, pozbawiony form i nieuwierzy- 
telniony pieczęcią, odbiorcy nie wystarczał. Wyraźnie podkreśla to 
transsumpt biskupa Iwona, że dokument Maura z powodu nieokrze- 
sanej formy (ineruderałam formom prwilegiorum) stał się dla ko- 
ścioła pacanowskiego nieprzydatny. Dlatego były kanclerz książęcy, 
bywalec we Włoszech, ojczyźnie dyplomu, znawca zachodniej dy- 
plomatyki, zastąpił stary przywilej nowym, eruderatiori cirographo 1 , 
jak się znamiennie wyraża, a uczynił to w formie transsumptu, 
u nas jeszcze podówczas dość rzadkiej. 

Do każdego transsumptu zwracamy się zwykle z pewną nie- 
ufnością, bo to był istotnie najdogodniejszy i najczęstszy sposób 
przemycania falsyfikatów. W naszym jednak wypadku nic nie budzi 
podejrzenia, a prostota budowy i lakoniczność stylu, właściwe do- 
kumentowi Maura, byłyby już w czasach biskupa Iwona niemożebne. 

Rozpatrzmy z kolei materyał faktyczny, zawarty w dokumen- 
cie biskupa Maura i starajmy się wyciągnąć zeń wnioski ogólniejszej 
natury. 

Niektórych kwestyi. zwłaszcza tyczących się stosunków kościel- 
nych, dotknął już przedemną znalazca i pierwszy wydawca oma- 
wianego dokumentu, ks. dr. Kozicki, oraz dr. Zachorowski w pracy 
Początki para/ii polskich. Ten ostatni zwrócił uwagę, że dokument 
Maura zawiera jedne z najdawniejszych wzmianek o kościołach 
wiejskich w Polsce 2 . Datę erekcyi kościoła określa ks. Kozicki na 
rok 1109 na tej podstawie, że rok ten podają akta wizy tacy i 3 . skąd 
Sz. autor wnosi, że była ona zapewne wypisana in verso transsumptu 
Iwonowego. Otóż nadmienić trzeba, że powołane wizyty określają 
rok tylko w przybliżeniu (circa a. 1109); lecz choćby nawet ta data 
figurowała in dorso konfirmacyi biskupa Iwona, to przypuścić należy, 
że wpisano ją tam nie współcześnie, ale dopiero później, jako znaną 

1 Wyraz ten, oznaczający właściwie szczególny rodzaj podwójnych doku- 
mentów, ]est tu użyty niewątpliwie w ogólnem znaczeniu >dokumentu«. 

ł L. c. str. 13. 

s Wizyta Małachowskiego z r. 1699: »ecclesia parochialis circa annum 
1109 partim ex lapide, partim ex lateribus edificata, ad petitionem heredis Se- 
miniani a Mauro episcopo Crac. consecrata (Acta Visit. t. XIV, p. 196). Wizyta 
Poniatowskiego z r. 1783 wspomina o dokumencie Maura z r. 1109, ale powo- 
łuje się na obiatę w aktach konsystorza krak. (Acta Visit. t. LVI, p. 4). 



|4 Władysław Semkowicz 

z roczników początkową datę episkopatu Maura (1109 — 1118). Zre- 
sztą dacie 1109 sprzeciwia się ta okoliczność, że dzień konsekracyi 
obchodzono w kościele pacanowskim w pierwszą niedzielę po Św. 
Bartłomieju 1 (24 sierpnia), która przypadała najpóźniej na 30 sier- 
pnia, podczas gdy poprzednik biskupa Maura. Baldwin, zmarł dopiero 
7 września 1109 2 . Konsekracya kościoła pacanowskiego przez bi- 
skupa Maura mogła się przeto odbyć najwcześniej z końcem sierpnia 
1110 r., gdy zaś biskup Maurus zmarł dnia 5 marca 1118 r. 8 . jako 
termin ad quem przyjąć zatem należy sierpień r. 1117. 

Dr. Zachorowski, powołując się na dokument Maura, zwrócił 
uwagę na uwidoczniający się w nim stosunek tery tory uin dziesię- 
cinnego do późniejszego terytoryum parafialnego i wysnuł stąd 
wniosek o wpływie czynnika czysto kościelnego, dziesięcinnego, 
na tworzenie się organizacyi parafialnej w Polsce. Moment własności 
prywatnej (rodowej), który autor wykazał w innych wypadkach, tu 
zdaje się on wyłączać, w każdym zaś razie przypisuje mu rolę 
podrzędną, wysuwając na pierwszy plan czynnik kościelny 4 . Sprawa 
ta domaga się bliższego rozpatrzenia na tle stosunków rodowo-wła- 
snościowych, punktem zaś wyjścia dla tych badań będą wymienione 
w dokumencie miejscowości oraz osoba patrona kościoła św. Mar- 
cina — Siemiana. 

Około tej postaci skupia się głównie nasza uwaga, choćby 
z tego względu, że jest to najdawniejszy znany u nas świecki pa- 
tron kościelny 5 . Że zaś prawo patronatu wyrosło na gruncie wła- 
sności prywatnej 6 . a ta znów ściśle związana była z stosunkami 
rodowymi, więc przedewszystkiem nasuwa się pytanie: kto był ów 
Siemian, z jakiego pochodził rodu i w jakim stosunku pozostawał 
do wymienionych w dokumencie Maura włości, z których dziesięciny 
przeznaczał biskup na rzecz kościoła w Pacanowie? Ciekawość na- 
szą w tym względzie potęguje okoliczność, że mamy tu do czynie- 



1 Acta Yisit. t. LVI. p. 4. 

2 Rocznik i kalendarz krak. Mon. Pol. II. b. 797 i 930. 

3 Tamże, str. 797 i 915. 
* L. c. str. 22. 

5 Pierwszą wyraźną wzmiankę o patronach we wZaściwem znaczeniu 
mieliśmy dotąd dopiero w bulli papieża Celestyna III. z r. 1193 dla klasztoru 
św. Wincentego we Wrocławiu. Por. Abraham, Początki prawa patronatu w Pol- 
sce, Przegl. pr. i adm. z r. 1889, str. 595. 

8 Abraham, 1. c. str. 593 nast. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 15 

nia z osobą bezwątpienia znaczniejszą, żyjącą w samych początkach 
XII w., z których to czasów znanych nam ludzi na palcach mogli- 
byśmy policzyć. 

Na naszego Siemiana zwrócił już uwagę nieodżałowany nasz 
uczony prof. Potkański, w niedrukowanej dotąd pracy p. t. »Ród 
Nagodziców«, którą przedstawił na posiedzeniu Wydziału hist. filoz. 
Akad. Umiej., d. 18 marca r. 1907, a króciutkie tylko streszczenie 
podał w » Sprawozdaniach z posiedzeń*. Mając możność korzystać 
z tej niezmiernie ciekawej i ważnej pracy w rękopisie, poczuwam 
się do obowiązku uwzględnić te wyniki badań Potkańskiego, które 
łączą się z tematem niniejszych rozważań. 

Potkański rzucił pomysł, że ów Siemian mógłby być członkiem 
rodu Nagodziców-Jelitów, czyli Koźlichrogów. Pomysł taki nasuwają 
dwie okoliczności: 

1) W księdze konfraterni lubińskiej zapisano przy końcu XII w. 
imię Siemiana Dziwiszowica ! . Imię Dziwisz, skrócone z Dziwigor, a od- 
powiadające kościelnemu imieniu Dyonizy, było rodowem u Nagodzi- 
ców, a w innych rodach prawie nieużywanem 2 . Jeden z tych Dzi- 
wiszów, proboszcz szkalmierski, żyjący w pocz. XV w., pisze się 
»z Pacanowa« 3 . Otóż ów Siemian Dziwiszowic z końca XII w., nie- 
wątpliwy Nagodzić, mógłby być wnukiem naszego Siemiana, patrona 
pacanowskiego. 

2) Pacanów za czasów Długosza należał do Nagodziców 4 . 
Mimo tak ponętnych danych do wysnucia wniosku, że Siemian 

z dokumentu biskupa Maura pochodził z rodu Nagodziców, Potkań- 
ski, niezmiernie (powiem — nadmiernie nieraz) ostrożny w konstrukcyi 
historycznej, odrzucił ten pomysł i wolał »zostawić tych Slemianów 
tak jak są, tj. nie łączyć ich z sobą, choć się to może wydać po- 
nętnem*. Na uzasadnienie takiej konkluzyi podał Potkański najpierw 
ogólną metodyczną wskazówkę, że »nie należy w ogóle zbytnio unie- 



1 Mon. Pol. t. V. str. 580. Wydawca tej księgi Wadzie datę 1170. Ponieważ 
jednak przed Siemianem zapisany jest Odo (Mieszkowicz) z żoną i synami, któ- 
rych miał dwóch, przeto ze względu na datę urodzenia drugiego jego syna Ot- 
tona, mianowicie rok 1191 lub 1192 (Balzer, Genealogia Piastów, str. 224) trzeba 
przesunąć czas wpisania kommemoracyi na sam koniec XII w. 

2 Zwrócił na to uwagę już Piekosiński: Rycerstwo Pol. t. II. str. 248. 
Podzielał to zapatrywanie Potkański w cyt. rozprawie. 

5 Piekosiński, Zapiski sandomierskie, nr. 76, 162, 315, 1009. 
* Długosz, Lib. Beneficiorum, t. II, str. 422. 



Ig Władysław Semkowicz 

ruchomiać stosunków średniowiecznych; lat trzysta (sic), to zbyt długi 
okres, aby módz powiedzieć, że i w pierwszych latach XII w. ci 
sami Nagodzice mieszkali w Pacanowie*. Ten negatywny wniosek 
autora »Rodu Nagodziców*, opiera się na dwóch przesłankach: 

1) Że imię Siemian poza tym jednym przykładem z księgi lu- 
bińskiej — o ile można sprawdzić — już więcej w tym rodzie się 
nie powtarza. 

2) Że w r. 1219, t. j. w czasie wydania transsuraptu Iwono- 
wego dziedzicem Pacanowa i patronem kościoła był komes 
Pakosław, na którego prośbę biskup Iwo transsumował dokument 
Maura. »Jest to — słowa autora — dobrze znany z dokumentów 
współczesnych komes Pakosław Stary. Należał on do rodu Habdan- 
ków, jak samo imię wskazuje i pieczęć, na której widnieje znak 
tego rodu* l . Dodaje w końcu Potkański, że » związać z sobą oba 
te rody (Nagodziców i Habdanków) nie jesteśmy w możności, wszel- 
kie też kombinacye i domysły w tym względzie na nicby się nie 
przydały*. 

Tego zapatrywania zasłużonego badacza naszej przeszłości po- 
dzielać nie mogę, i uważając naszego Siemiana za Nagodzica, sądzę, 
że jest on istotnie protoplastą późniejszych Pacanowskich. 

Pr/edewszystkiem imię Siemian było u Nagodziców, przynaj- 
mniej do końca XIII w., rodowem, i prócz owego Dziwiszowica z księgi 
lubińskiej, dadzą się wykryć inni Nagodzice tegoż imienia. I tak 
u schyłku wieku XIII występuje Siemian >de Glow«, który w roku 
1279 sprawował urząd podczaszego krakowskiego, a w roku 1290 
stolnika krakowskiego 2 . Otóż »Glo\v« to niewątpliwie osada >Głowo« 
w ziemi łęczyckiej, nad rzeką Swonką, w parafii Gieczno 3 . Leży ona 
właśnie na linii rozsiedlenia Nagodziców, między Gajem a Modrze- 
wiem, także osadami Nagodziców*. Z tego to Głowa wyszła zape- 
wne rodzina Głowów h. Nagody, która w XV w. przeniosła się 



1 W notce nadmienia Potkański, że idzie w tym względzie zupełnie za 
zdaniem Piekosińskiego, iż »Pakosławy nie są Lisy, lecz Habdanki, a imię Pa- 
kosław, stale się w tym rodzie powtarzające, uznać należy za rodowea. 

2 Kod. kat. krak. t. I. nr. 82 i Kod. wpoi. t. II. nr. 516. W tym ostatnim 
dokumencie występuje on w towarzystwie dwóch Floryanów, także Nagodziców. 
Za członka tego rodu uważał go też Piekosiński, 1. c. str. 213. 

1 Słownik geograficzny Król. Pol. » Głowo i. 

* Paprocki zalicza dziedziców tych wsi do Nagodziców. »Herby ryc. pol.« 
str. 267 i 270. 



Przyczynki dyplomatyczne ■/. wieków średnich 17 

w Pilznieńskie (gdzie założyła osadę Głowów) i dalej na Ruś *. Znamy 
nadto kilka wsi o nazwach urobionych z imienia Siemian, które 
pozostają niewątpliwie w związku z Nagodzicami. I tak w okolicy 
Kutna i Gostynina mamy na przestrzeni około 4 mil dwie wsie 
o nazwie >Nagodów«, a w ich sąsiedztwie Siemiany, Siemianów 
i Siemianice. Wszystkie te wsie leżą na linii rozsiedlenia Nagodziców, 
w pobliżu innych wsi tegoż rodu (Kotowa, Gaju i Dębowej góry) 2 . 
Nadto Potkański zwrócił uwagę, że osada śląska pod Krzyżborkiem, 
zwana dziś Ludwigsdorf, zwała się dawniej Nagodowice. Otóż w po- 
bliżu niej (ok. 3 mile) leży wieś Siemianice (pod Bolesławcem). 

Wszystko to wskazuje na ścisły związek imienia » Siemian* 
z rodem Nagodziców i każe uznać to imię u nich za rodowe. Że 
i Siemian z dokumentu biskupa Maura był Nagodzicem, przemawia 
za tem ta okoliczność, iż był patronem kościoła św. Marcina, a więc 
i dziedzicem Pacanowa, w którym w dwa (nie trzy, jak utrzymywał 
Potkański) wieki znów spotykamy się z tym rodem. Oto z początkiem 
XIV w. żyje Piotr z Mokrska i Pacanowa, kasztelan małogojski 
(1306 — 1310), później wiślicki (1315), wreszcie sandomierski (13 17 — 
1328), ojciec biskupa Floryana z Mokrska, notorycznego Nagodziea 8 . 

Chodzi o to, czy możemy naszego Siemiana łączyć genealogi- 
cznie z tym Piotrem i upatrywać ciągłość w dziedziczeniu Nagodzi- 
ców na Pacanowie. Śp. Potkański przestrzega przed unieruchomia- 
niem stosunków średniowiecznych — w zasadzie słusznie, choć 
z drugiej strony, jeśli chodzi o to, co uważać za regułę w tych 
czasach: czy tendencyę do zmiany w stosunkach własności ziem- 
skiej, czy przeciwnie dążność do utrzymania ich stałości, to przy- 
jąłbym raczej ten drugi pogląd, pomny na siłę średniowiecznych 
związków krwi, przywiązanie do ziemi rodowej i prawną jej ochronę 

1 Paprocki, 1. c. str. 269 oraz Boniecki, Herbarz szlachty pol. pod dGIo- 
wowie«. 

2 Na ten szczegół nie zwrócił uwagi Potkański. 

3 Zob. o nim Piekosińskiego, Rycerstwo małopolskie, t. I. str. 256. — 
For. nadto Kod. małop. t. I. nr. 175, gdzie występuje nasz Piotr w dokumencie, 
znanym tylko z dwóch błędnych kopii, z których w jednej podany jest jako 
Petrus castellanus »dictus Paczn«, w drugiej »dictus Pacemusa. Podzielam zda- 
nie Piekosińskiego (1. c), że tu mowa o Pacanowie, w którym niebawem znów 
widzimy notorycznych Nagodziców (od r. 1397 Dziwisz z Pacanowa, prepozyt 
szkalmierski. Zap. sandomierskie, nr. 76, 162, 315 etc). — O tem, że Piotr był 
ojcem biskupa Floryana, zob. MPol. t. II. str. 912. — O pochodzeniu biskupa 
Floryana, zob. MPol. t. III. str. 370. 

Semkowicz. 2 



Ig Władysław Semkowicz 

w postaci prawa bliższości. Mnogie są też przykłady, że własność 
ziemska ; zwłaszcza u większych rodów, trwała nieraz przez szereg 
wieków, a możnaby przytoczyć wiele dowodów na to, że rody, któ- 
rych członkowie występują w danych miejscowościach w wieku XII. 
trzymają je jeszcze w swem władaniu w XV, ba nawet w XVI 
i XVII stuleciu l . W każdym poszczególnym wypadku trzeba przeto 
rzecz badać z osobna. 

Co do Pacanowa, to pozorną przeszkodę w upatrywaniu cią- 
głości dziedziczenia Nagodziców między Siemianem z pocz. XII w. 
a Piotrem z pocz. XIV w. stanowi ów Pakosław, na którego prośbę 
biskup Iwo transsumował przywilej Maura. Potkański uważał go za 
Habdanka i utożsamiał nawet ze znaną postacią współczesną, Pako- 
sławem Starym, synem Lasoty. Przyjmując to przypuszczenie, nie 
musimy równocześnie uważać Pakosława za dziedzica Pacanowa. 
W dokumencie występuje on w roli interwenienta, a wiadomo, że 
na interwenientów upraszano zazwyczaj właśnie osoby wpływowe 
i znaczne. Jeśli przeto nasz Pakosław jest identyczny z Pakosławem 
Starym-Habdankiem 2 , to z tej okoliczności, że wstawiał się u biskupa 
Iwona za kościołem pacanowskim, nie ma powodu wysnuwać wnio- 
sku, że był dziedzicem Pacanowa, a nawet patronem kościoła św. 
Marcina. Mógł być zresztą Pakosław-Habdank współpatronem kościoła 
i z tego tytułu interwenientem w dokumencie Iwonowym. Pod sa- 
mym Pacanowem, w Karsach i Książnicach, spotykamy w połowie 
XV w. Habdanków 3 . Karsy należą do parafii pacanowskiej, więc 
z tego tytułu mogli mieć Habdanki współpatronat kościoła. Lecz oni 
są w tych stronach niewątpliwie przybyszami, i to przy żeńcami, 
pochodzą bowiem z Sudołu i Budziszowic 4 pod Skalbmierzem, gdzie 
było główne gniazdo małopolskich Habdanków (Skalbmierz od Skar- 
bimirza, imienia Habdanków). Skłaniałbym się nawet do przypuszcze- 
nia, że także posiadłości Nagodziców w okolicy Skalbmierza i Dzia- 
łoszyc mogły być przez nich nabyte drogą przyżenku. Na związki 
rodzinne między Habdankami a Nagodzicami, i to już wczesne, bo 

1 Np. Toporczycy w okolicy Tęczyna. Odrowąże w okolicy Końskiego, 
Łabędzie — Skrzynna, Pałuki — Łekna, Leszczyce — Łabiszyna i Pakości etc. 

2 Zwracam uwagę, że prócz Pakosława Starego żyło współcześnie jeszcze 
dwóch innych Habdanków tego imienia: Pakosław Młodszy Wojciechowicz i Pa- 
kosław Włostowicz. Zob. o nich artykuł Dra Łodyńskiego w Mieś. herald, z r. 
1911 zesz. 5/6, 

3 Długosz, Lib. Ben. t. II. str. 421. 422. 

4 Długosz, 1. c. i Boniecki pod Książnickimi. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 19 

pocz. XIII w. sięgające, wskazywałaby wymiana imion rodowych. 
Tak np. Floryan, jedno z najbardziej typowych imion u Nagodziców, 
pojawia się w tym czasie także u Habdanków: nosi je brat rodzony 
Pakosława Młodszego, a stryjeczny Starego 1 . ^Naodwrót mogło imię 
Pakosław dostać się przez kobiety od Habdanków do Nagodziców, 
i Pakosław z dokumentu Iwona mógłby być nawet Nagodzicem, 
a niekoniecznie Habdankiem K Nie jest to imię w tym czasie już 
wyłącznie Habdankom tylko właściwe, lecz spotykamy je u innych 
nadto rodów, na Śląsku 3 i na Mazowszu*. Tylko wielkopolskich 
Pakosławów uważać trzeba za Habdanków, bo tam w okolicy Lu- 
binia było pierwotne ich gniazdo. 

Z rozważań tych wynika, że Pakosław z r. 1219 nie powinien 
wchodzić w drogę Nagodzicom pacanowskim i nie ma powodu przy- 
puszczać, że Pacanów w tym czasie był w ręku Habdanków, prze- 
ciwnie, jest wysoce prawdopodcbnem, że między Siemianem z pocz. 
XII w.', a Piotrem i jego następcami z XIV i XV w., dziedziczył na 
Pacanowie cały łańcuch nieznanych nam bliżej Nagodziców. Z po- 
śród licznych Floryanów, których w XIII w. spotykamy w ziemi 
krakowskiej i sandomierskiej, zapewne niejeden był także rodem 
z Pacanowa. Niestety źródła z tych czasów nie podają nam jeszcze 
miejsca pochodzenia osób stanu rycerskiego i stąd pochodzi nasza 
niepewność w określaniu rodowem jednostek. 

Wykazanie, że Nagodzice dziedziczyli na Pacanowie już co 
najmniej od początku XII w, osłabia w znacznej mierze tezę Pot- 
kańskiego, upatrującą pierwotne gniazdo tego rodu nie w Małopolsce, 
ale w Sieradzkiem, w okolicy Rozprzy. Polemikę z wywodami za- 
służonego badacza, zanim praca jego zostanie ogłoszona, uważam za 
rzecz niepożądaną - może mi to danem będzie uczynić w innym 
czasie i na innem miejscu. Tu tylko ogólnie zauważę na podstawie 
własnych badań nad tym rodem, że: 1) w odniesieniu do Rozprzy 
ani jedna wzmianka o osiedleniu w tej okolicy Nagodziców nie może 
się równać pod względem starożytności z dokumentem Maura, stwier- 

1 Kod. nip. t. I. nr. 24 . n 

- Przychodź! tu na myśl, co niech rozstrzygną filologowie, że nazwa Pa- 
canów, pierwotnie zawsze Paczonów, może pochodzić od Pakosława = Paczona 
Zwracam uwagę, że w dokumencie Maura osada ta me ma jeszcze nazwy, która 
pojawia się dopiero w dokumencie Iwona z r. P219 wraz z Pakosławem. 

» Pakosław Henrykowicz de Slesia. Kod. mog. nr. 12. 

• Pakosław z Żyromina. Kod. mazow. nr. 10. 



20 Władysław Semkowicz 

dzającym ich osadnictwo w Małopolsce już na pocz. XE w., 2) że 
gniazdo rozpierskie przedstawia się tylko jako ogniwo w łańcuchu 
osadniczym Nagodziców ł , który się ciągnie od Pacanowa (gniazdo) 
w kierunku pm. zach. przez Szczaworzysz. Żerniki i Widuchowa do 
Mokrska nad Nidą (gniazdo), skąd wysyła gałąź secygniewską na 
południe, dalej przez Bizorędę pod Chęcinami i Małogoszczą ku 
Węgleszynowi (gniazdo), skąd znów ramię południowe przez Kępie 
do Witowie Pieniążków (gniazdo). Dalej przez Mnin, Pilczycę i Czer- 
nino, skąd jedna gałąź idzie pod Żarnów (Skórkowice, Dziebałtów), 
zmierza ten łańcuch osadniczy Nagodziców do Majkowic pod Przed- 
borzem nad Pilicą, gdzie wznoszą się do dziś dnia potężne zwaliska 
zamku Floryana Szarego, Surdega. Tu poczyna się obszerniejsze 
gniazdo rozpierskie, które otacza ten gród od południa i zachodu, 
przechodząc ku północy znów w łańcuch, ciągnący się w tym kie- 
runku wzdłuż wschodniej granicy ziemi łęczyckiej aż po Kutno 
i Gostynin. Na terytoryum łęczyckiem osadnictwo Nagodziców ma 
przeto widocznie charakter »pograniczny«, jak znów ich osadnictwo 
pod Rozprzą, Żarnowem i Małogoszczą, zdaje się być w związku 
z tymiż grodami 2 . 

Gniazdo pacanowskie jest w tym osadniczym łańcuchu kori- 
cowem ogniwem, wysuniętem najdalej na południe. Czy i najstar- 
szem, jakby z chronologii dokumentów wnosić można — tego na 
razie nie twierdzę, jakkolwiek wydaje mi się to wcale prawdopo- 
dobnem. 

Położenie i rozmieszczenie osad w gnieździe pacanowskiem 
możemy poznać dopiero na podstawie działów rodzinnych z pocz. 
XV w. oraz Długosza Liber Benejiciorum 3 . Znamy dwa działy ro- 
dzinne, jeden z r. 1419, przekazany w Paprockiego >Hsrbach ry- 
cerstwa polskiego* 4 , drugi z r. 1432, który znalazłem w aktach 
wiślickich, przechowanych w Archiwum głównem w Warszawie 5 . 

W pierwszym z tych działów, który czynią synowie Floryana 
z Mokrska. Pacanów, Niegosławice, Rataje i Szczucin 6 dostały 
się Floryanowi. W drugim dziale, między Floryanem z Mokrska 

1 Na to zjawisko nie zwrócił uwagi śp. Potkański w swej pracy. 
! Potkański wykazał to tylko w odniesieniu do Rozprzy. 

3 Długosz, Lib. Benef. t. II. str. 422—426. 

4 Paprocki, Herby ryc. pol. str. 257. 

5 Tom VI. pag. 178 T . 

6 W tekście Paprockiego mylnie Scbuchczyn. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 



21 



a Tomaszem i Janem z Secygniewa, pierwszy otrzymał dwór w Pa- 
canowie circa templum z przynależnościami i niektóremi częściami 
miasta, nadto wsie: Wilkowyje, Górę i Sadowe; dwaj drudzy dostali 
niektóre części Pacanowa, Karsy, oraz 1U0 grzywien na Z gors ku. 
Wedle Długosza zaś do Floryana i Piotra Pacanowskich, synów 
stolnika krakowskiego, należy Pacanów, gdzie pewną część ma nadto 
Piotr Secy gniewski, dalej Niegosławice, Szczeglin, Zgórsko, Za- 
biec, Słup, Wilkowyje i Czernino (Czyrnin) 1 , nadto w Karsach 
dziedziczy wspomniany Piotr Secygniewski, a w Świniarach Jan Za- 
krzowski, wszyscy Nagodzice. 

Zestawmy teraz wsie dziesięcinne kościoła pacanowskiego z do- 
kumentu biskupa Maura z temi, które w XV w. wykryliśmy w po- 
siadaniu Nagodziców w okolicy Pacanowa. 



Dok. Maura. 


Dział z r. 


1419. 


Dział z r. 1432. 


Lib. Benef. 


1. Pacanów 


Pacanów 




Pacanów 


Pacanów 


2. Źabcze 


— 




— 


Zabiec 


3. Zgórsko 


— 




Zgórsko 


Zgórsko 


4. Niegosławice 


Niegosław 


ice 


— 


Niegosławice 


5. Górowo 


— 




Góra 


— 


6. Gorakowo 


— 




— 


— 


7. Szczeglino 


— 




— 


Szczeglin 


8. Kwasowo 


— 




— 


— 


9. - 


Rataje 




— 


— 


10. — 


Szczucin 




— 


Szczucin 


11. — 


— 




Wilkowyje 


Wilkowyje 


12. — 


— 




Sadowe 


— 


13. — 


— 




Karsy 


Karsy 


14. — 


— 




— 


Słup 


15. — 


— 




— 


Czermno 


16. — 


— 




— 


Świniary 



Na ośm wsi, płacących w pocz. XII w. dziesięciny kościołowi 
w Pacanowie, sześć znaleźliśmy jeszcze w XV w. w rękach Nago- 
dziców. Pozostają jeszcze dwie, Kwasowo, nie dające się później 
wykryć w ręku tego rodu i Gorakowo, co do której nie mamy pe- 
wności, czy nazwa jej później zaginęła, czy też jest ona identyczna 



« Lib. Benef. t. II. str. 403. 



22 Władysław Semkowicz 

z późniejszą Gorzakwią w parafii Gnojno, oddaloną tylko o 3 mile 
na płn. od Pacanowa. To ostatnie przypuszczenie jest prawdopodo- 
bne, bo wprawdzie w Gorzakwi samej nie znajdujemy później Na- 
godziców, ale siedzą oni w sąsiednich wsiach: Podstoli 1 i Jarząb- 
kach 2 , parafia Gnojno zaś, do której te wsie wraz z Gorzakwią 
należą, pobiera dziesięcinę z pewnych pól wsi Slup pod Pacanowem, 
należącej do Nagodziców 3 . Jest przeto rzeczą możliwą, że Gorakowo 
z dokumentu Maura — to Gorzakiew pod Gnojnem, która to w T ieś — 
zdaje się — była także kiedyś w posiadaniu Nagodziców. 

Prof. Dr. Wł. x\braham wykazał w swej cennej pracy »0 po- 
wstaniu dziesięciny swobodnej « 4 , że osady i wsie, z których w XII w. 
płacono dziesięciny, należały głównie lub nawet wyłącznie do funda- 
tora kościoła. Skoro w naszym wypadku fundatorem-patronem był 
Siemian Nagodzić, przyjąć trzeba, że on był właścicielem wymienio- 
nych w dokumencie Maura wsi dziesięcinnych, co potwierdza fakt, 
że prawie wszystkie pozostały w ręku Nagodziców aż do XV w. 
Kościół św. Marcina był tedy kościołem rodowym Nagodziców dla 
gniazda pacanowskiego, podobnie jak kościół w Łeknie dla teryto- 
ryum Pałuków 5 . Terytoryum kościelne, podlegające wówczas dusz- 
pasterswu pacanowskiemu, pokrywało się z gniazdem rodowem Na- 
godziców. Rozciągało się ono po obu brzegach Wisły, sięgając na 
lewym brzegu po Gorzakiew, a na prawym po Zgórsko. Otóż stwier- 
dzić trzeba, że jest to obszar, pokrywający się w przybliżeniu 
z późniejszym dekanatem pacanowskim, czyli księżnickim. To 
samo zjawisko dostrzegliśmy na terytoryum Pałuków, gdzie również 
granice dekanatu łekneńskiego pokrywają się z gniazdem rodowem 
Pałuków 6 . Ponieważ zaś późniejsze okręgi dekanalne odpowiadają 
jak przypuszczać można, pierwotnym terytoryom parafialnym, wi- 
doczna przeto, że w pierwiastkowej organizacyi kościelnej, gniazda 
rodowe odegrały niepoślednią rolę. Nie wiemy, czy gniazdu pacanow- 
skiemu odpowiadał także jakiś okręg administracyjny, np. ziemia, jak 
stwierdziliśmy na terytoryum Pałuków, gdzie gniazdo rodowe pokry- 
wało się z ziemią. Obecność książęcego grodu, może nie w Pacano- 

1 Piotr de Podstole, Chęcińskie grodzkie, t. I. bez pag. 

2 Dziwisz a więc Nagodzić. Długosz, Lib. Ben. t. II. 444. 

3 Tamże, str. 444. 

* Biblioteka warszawska, r. 1891, t. IV. str. 164. 

5 Por. moją pracę »Ród Pałuków«, str. 31. 

6 Tamże. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 23 

wie, lecz raczej w sąsiednim Słupie (= gród), zdają się stwierdzać 
okoliczne osady narokowe: Książnice, Świniary i Rataje. Byłaby 
w tern wskazówka, że klucz pacanowski, to nadanie książęce. Są- 
siedztwo królewszczyzn (klucz stopnicki, połaniecki i korczyński), 
zdaje się ten domysł potwierdzać. 

Natomiast późniejsza parafia pacanowska obejmowała tylko 
cząstkę obszaru gniazdowego, w najbliższej okolicy Pacanowa, mia- 
nowicie prócz Pacanowa wsie: Szczeglin, Kwasów, Niegosławice, Słup, 
Karsy, Rataje i Zabiec. Nie sięgała ona już na prawy brzeg Wisły 
i nie zawierała trzech wymienionych w dokumencie Maura wsi, bar- 
dziej od Pacanowa odległych: Góry, Gorzakwi i Zgórska, pomijając 
już inne w tych stronach osady, które z późniejszych źródeł powio- 
dło się nam wykryć jako własność (niezawodnie już i dawniejszą) 
Nagodziców. Terytoryum parafii św. Marcina z czasów późniejszych, 
mogłoby odpowiadać innej jednostce administracyjnej, mianowicie 
opolu. 

Na związek między parafią a opolem nie zwrócono u nas je- 
szcze dostatecznej uwagi i rzecz ta wymagałaby bliższego zbadania. 
Tu mimochodem tylko napomknę, że w ziemi lubelskiej, gdzie pó- 
źniej niż w innych ziemiach polskich przeprowadzono organizacyę 
kościelną, reminiscencye tego związku organizacyi kościelnej z opol- 
ną trwają jeszcze do XV w. i przejawiają się na kartach ksiąg są- 
dowych. Jakkolwiek rzecz ta odbiega nieco od właściwego tematu, 
uważam za stosowne przy sposobności zużytkować w tem miejscu 
moje spostrzeżenia. 

W Lubelskiem opole (vicinia) ma nieco odmienną nazwę: 
»osada«, żywo przypominającą analogiczną nazwę w Czechach, na 
oznaczenie tejże jednostki terytoryalnej 1 . »Osada« spełnia w Lubel- 
skiem tę samą rolę, co w innych stronach Polski opole, więc przede- 
wszystkiem świadczy w sporach granicznych, jak wskazują wzmianki: 
„habent inducere ossada a , ^ossadą mayą wywyeszcz inter Wangloioo 
et Czczennik". „educit senes alias ossada u 2 . Otóż w niektórych za- 
piskach tych czytamy: „debet inducere parochiam vulgariter 
ossada u *. Wyraźnie tu więc zidentyfikowano parafię z osadą czyli 

1 Lippert, Socialgeschichte Bóhmens, t. I. s. 320. Wyraz »osada« w zna- 
czeniu »opola« pojawia się sporadycznie w źródłach polskich z innych okolic. 
Por. np. dok. z r. 1224: de osada hii fuerunt presentes etc. Kod. kap. krak. nr. 14. 

2 Księga lubelska nr. 20696 f. 138 r . 205 i Mi (Archiwum centr. w Wilnie). 

3 Tamże, pag. 137 T . 



24 Władysław Semkowicz 

opolem, w czeni nowy dowód, że terytoryalna organizacya 
Kościoła w Polsce powstawała na zrębie gotowego 
już ustroju politycznego. 

Dokument pacanowski rzuca także nieco światła na stosunki 
gospodarcze klucza pacanowskiego w pocz. XE w. Przede w szystkiem 
nader ciekawem zjawiskiem jest postać Mangolda z Kwasowa, któ- 
rego imię nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z — pier- 
wszym znanym — kolonistą niemieckim w Polsce. Niebawem już, 
w bulli gnieźnieńskiej z r. 1136 pojawi się niemieckie imię Lederg 1 , 
a od szóstego dziesiątka XII w. pierwsze wzmianki o > kolonach* 2 . 

Zwraca dalej naszą uwagę dziesięcina z ryb, cieląt, jagniąt, 
prosiąt i serów, którą patron Siemian zobowiązał się płacić na rzecz 
kościoła św. Marcina. Taką dań kościelną z płodów gospodarki pa- 
sterskiej spotykamy później, w drugiej połowie XII w., w postaci 
dziewięciny. Tak np. w uposażeniu klasztoru w Mogilnie z r. 1165 
wymieniono między innemi „nonum porcum. nonum poledrum, nonum 
piscem u 3 a komes Nikor nadał w r. 1175 klasztorowi w Lubiążu, 
prócz pewnej ilości koni, wołów i krów, dziewiątą rybę (de lacu 
nonum piscem) 4 . Taka dziewięcina, względnie — jak w naszym wy- 
padku — dziesięcina, świadczy o rozwiniętej gospodarce pasterskiej 
w niektórych okolicach Polski, szczególnie zaś w ziemi wiślickiej, 
gdzie jej dawne ślady nad średnią i dolną Nidą przechował naj- 
starszy dokument poblizkiego klasztoru Johannitów w Zagościu. 



2. Dwa przywileje księcia Bolesława Konradowicza z r. 1244 
w przedmiocie nadania „prawa rycerskiego". 

Dokumenty, które poniżej po raz pierwszy drukujemy i obja- 
śniamy, pochodzą z materyałów do > Kodeksu dyplomatycznego Ma- 
zowsza «, który wydać zamierza p. Jan K. Kochanowski w Warsza- 
wie. Ze względu na szczególną ich wartość historyczną, mianowicie 
dla kwesty i osadnictwa szlachty i prawa rycerskiego, p. Kochanowski 

1 Jan Rozwadowski, Bulla z r. 1137. Materyały i prace kom. język. t. IV. 
str. 454. 

* Por. moją pracę: Nieznane nadania na rzecz opactwa jędrzejowskiego 
z XII w. Kwart. hist. z r. 1910, str. 72. 

3 Kod. wpoi. t. I. nr. 3. 

* Busching, Urkb. d. Klosters Leubus nr. 1. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 25 

udzielił mi życzliwie ich odpisów, z upoważnieniem naukowego 
zużytkowania, za co mu serdeczne składam podziękowanie. Dotych- 
czas powoływał się na nie w jednej kwestyi, mianowicie kar są- 
dowych, tylko p. M. Handelsman *. 

Oba dokumenty znane są tylko z trans^umptów, i to nie w ory- 
ginałach przechowanych, ale w oblatach. Z tego względu badanie 
ich wymaga zdwojonej ostrożności, a reprodukcya tekstów nie może 
się obyć bez oczyszczenia ich z błędów i późniejszych nalotów. 

Pierwszy dokument, w przedmiocie nadania Kiełbowa, przecho- 
wał się w transsumpcie ks. Janusza II, wydanym w Ciechanowie 
d. 21 maja 1487 r. na prośbę szlachetnych: Stanisława i syna jego 
Jana; Macieja, Marcina, Jakuba, Piotra i Stefana, synów Ścibora; 
Pawła, Antoniego. Andrzeja i Mikołaja, synów Jana; Łukasza, Miko- 
łaja i Jakuba, synów Piotra — dziedziców Kiełbowa. oraz Piotra 
ze Strożęcina. Transsumpt ten wpisano później do ksiąg metrycznych 
(t. VI. f. 202 v.). skąd też tekst inserowanego dokumentu Bolesława 
Konradowicza pochodzi 2 . 

Drugi dokument, tyczący się nadania Grochowarska, transsumo- 
wał ks. Ziemowit III (IV), dnia 31 grudnia 1379 na prośbę dziedzi- 
ców Grochowarska, rycerzy: Gotarda, Jakuba, Dziersława. Jakuba, 
Wisława, Jakusza Chamca, Wojciecha, Grzymisława i Henryka 
z wszystkimi braćmi ich z Grochowarska. Wpisany jest w akta 
płockie ziemskie wieczyste, t. 1 — 2, f. 40 v. 

Oto tekst tych dokumentów: 



I. 

In nomine sancte et individue Trinitatis amen. Dignum est, ut 
in se benemeriti et in suis posteris principum beneficiis consolentur. 
Ego igitur Boleslaus. dei gratia dux Mazovie, tam presentibus quam 
futuris, presentium noticiam potituris, volo esse notum, quod de ma- 
turo consilio baronum suscepi meam in terram Mazouiam gratuite 



1 W pracy p. t. Kara w najdawniejszem prawie polskiem, str. 166 nast. 

2 Za skollacyonowanie tekstów niniejszych składam wyrazy wdzięczności 
Prof. Drowi Teodorowi Wierzbowskiemu, Dyrektorowi Archiwum Głównego 
w Warszawie 



2g Władysław Semkowicz 

istos viros: Ratiborium et Albertum, bonos meos 1 servitores de terra 
Polonie et de genelogia ista dicta Gelitho cum scitu meo bono et 
vocitatione Godło Nagody et 2 stabilivi eos in dicta terra mea Mazo- 
uia, dedi donavique eis et eorura legitimis successoribus imperpetuum 
meam hereditatem vulgariter nuncupatara Kelbowo in territorio Plo- 
censi sitam, cum integritate omnium utilitatum. cum campis, agris, 
pratis, aąuis. mericis, silvis et cum omni iure militali. sic quod pre- 
dictos servitores Ratiborium et Albertum cum eorum posteris facio 
liberos et snlutos a citatione iudiciisąue palatinorum et omnium ca- 
stellanorum meorum. Do etiam eisdem semtoribus meis cum eorum 
posteris ratione servitiorum ipsorum. que mihi ubilibet tam soliciter 
quam fideliter exhibere studuerunt. tollere facultatem penam pro 
furto et homicidio triginta marcas et a se daturi erunt. Huius rei 
hii testes sunt. qui tunc assessores mei fuerunt: primus Petrus the- 
saurarius, Albertus subcamerarius. Johannes subiudex. Pribislaus 
subagazo. Petrus subpincerna. Climas. Damianus. Woytek Nagorka 3 , 
Rombel 4 . Nicclaus filius Zbroslai. Boguslaus Swyanthoslai. Czecho- 
slaus. Jacobus capellanus curie mee. Petrus Łopatka, Yitalis clericus. 
Hoc actum est et datum in Ploczk in die beati Sigismundi regis et 
martiris (2 maja), anno incarnationis Domini Millesimo ducentesimo 
quadragesimo quarto. 



n. 

In nomine patris et filii et spiritus sancti amen. Cognoscat 
presens 5 etas et sciat postera, quod ego Boleslaus dux Mazouie. 
maturo consilio habito baronum nostrorum, advocitavi 6 ad meam 
terram Mazouie et suscepi 7 gratuite hoc est bonos viros, Henricum, 

1 W kopii: m. 

- Wyrazy kursywą oznaczone uważam za interpolacyę późniejszą. Zob. 
niżej. 

* W kopii mylnie : Nagorki. 

4 W kopii mylnie : Combel. 

5 W kopii »plena«, zdaje się jednak, że w oryginale było >presens«, jako 
przeciwstawienie do następnego »postera«. 

6 W kopii błędnie »ad noticiam*. paleograficznie łatwo możliwe z »aduo- 
citauic. 

7 W kopii po »suscepi« wyraz -eos«, którego w oryginale zapewne nie 
było. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 27 

Martinum et Woynonem de Raygrod et dedi, donavique 1 eis et eo- 
rum legitimis natis hereditatem lneam 2 utputa Grochovarsko nun- 
cupatam. cum integrilate omnium utilitatura ad eandem hereditatem 
spectantium et cum fluvio dieto Squa cum ambobus litoribus. Et 
omne ius militale habeant predicti. prout omnes milites . . . 3 penam 
seu caput post suum vi)lanum. Et facio 4 insuper supradictos milites 
meos 5 , Henricum. Martinum et Woynonem cum eorum posteris so- 
lutos et liberos a citatione et iudicio omnium palatinorum et castel- 
lanorum meorum. Duxi etiam donandum iamdictis servitoribus meis 
in predicta hereditate ipsorum liberam venationem omnium ferarum 
et castorum in eodem fluvio eorum. Ceterum hiidem servitores mei 
cum suis posteris non habebunt in iudicio solvere istam penam 
quinquagintarum zuppaiiis 6 , nisi unam penam mihi et meis posteris, 
liberandum etiam eosdem milites duxi ab ista pena dicta sex mar- 
carum zuppariorum nostrorum" 1 . Ut igitur ista donatio mee 8 heredi- 
tatis prefatis servitoribus meis et eorum posteris perpetuis tempori- 
bus fixa maneat et perseveret. hanc litteram seu privilegium eis re- 
scriptum dedi et mei sigilli annulo roboravi. Datum 9 est in die 
beate Margarethe virginis (17 lipca). Hii sunt testes ad hoc, qui 
tunc mei assessores fuerunt in curia mea: primus Petrus thesaura- 
rius, Albertus succamerarius. Johannes iudex, Przibislaus subagazo. 
Petrus subpincerna, Damianus. Voythko 10 Nagorka. Nicolaus filius 
Zbroslai. Hoc actum est tercio Kalendas Julii (29 czerwca), anno in- 
carnationis Domini Millesimo ducentesimo quadragesimo quarto. 



1 W kopii : donavi. 

2 W kopii: >unam«. 

3 Oderwane u dołu karty 2—3 wiersze, z których tylko koniec pierwszego 
wiersza ... nt 2 in . . . pozostał. 

* W kopii: effacio. 
s W kopii : »nostros<. 

6 Późniejszy wtręt. Zob. niżej. 

7 Późniejszy wtręt. Zob. niżej. 

8 W kopii: >mea«. 

9 W kopii jest »actum«, ze względu jednak na drugie, wcześniejsze chro- 
nologicznie »actum« przy końcu dokumentu, przyjąć trzeba, że tu było w ory- 
ginale »Datumc. 

10 W kopii Yythko. 



2g Władysław Semkowicz 

Przytoczone dokumenty Bolesława Konradowicza z r. 1244 
wykazują na pierwszy rzut oka szereg cech pokrewnych. Przeja- 
wiają się one przedewszystkiem w analogicznej treści obu przywi- 
lejów, których przedmiotem jest przesiedlenie na Mazowsze zasłu- 
żonych rycerzy z obcych stron i obdarzenie ich ziemią oraz pełnem 
prawem rycerskiem. 

Powtóre styl czyli dyktat dokumentów wykazuje cały szereg 
wspólnych zwrotów i wyrażeń, które każą przypisać sporządzenie 
obu jednemu i temu samemu dyktatorowi. Oto zestawienie chara- 
kterystycznych zwrotów, wspólnych obu dokumentom: 

Dokument I. Dokument II. 

1) Suscepi meam in terram Mazo- advocitavi ad meam terram Mazo- 
uiam gratuite. uiam et suscepi eos gratuite. 

2) dedi, donavique eis et eorum le- dedi, donavique eis et eorum legiti- 
gitimis successoribus. mis natis. 

3) hereditatem... cum integriiate om- hereditatem . . . cum integritate om- 
nium utilitatum. nium utilitatum. 

4) predictos senritores... cum eorum Et facio insuper supradictos milites 
posteris facio liberos et solutos a cita- nostros... cum eorum posteris solutos et 
tione iudiciisąue palatinorum et omnium liberos a citatione et iudicio omnium 
castellanorum meorum. castellanorum meorum. 

5) Huius rei hii testes sunt, qui tunc HU sunt testes ad hoc, qui tunc 
assessores mei fuerunt : primus etc. mei assessores fuerunt in curia mea : 

primus etc. 

Stwierdzenie pokrewieństwa dyktatu w dwóeh lub więcej do- 
kumentach jednego wystawcy, dla różnych, niezależnych od siebie 
odbiorców, stwarza presumpcyę o powstaniu ich w kancelaryi tegoż 
wystawcy 1 i prowadzi do wykrycia ich dyktatora, którego szukać 
trzeba w dokumentach księcia Bolesława Konradowicza z czasu ok. 
r. 1244. 

Z tegoż samego roku posiadamy dokument tego księcia, wy- 
stawiony d. 15 sierpnia dla Andrzeja, nadwornego kanclerza 
księcia i proboszcza płockiego oraz brata jego Hipolita, zawiera- 
jący nadanie źrebią we wsi ich Wletropy 2 . Otóż niektóre formuły 
tego dokumentu prawie dosłownie powtarzają się w naszych dwóch 
dokumentach, jak się okazuje z poniższego zestawienia: 

1 Bresslau H. Urkundenlehre t. I. str. 587. 

' Ulanowski: Dokumenty kuj. mazow. Arch. kom. hist. t. IV, str. 152, 
nr. 4. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 



29 



Dok. z 15 sierp. Dok. I-szy. Dok. Il-gi. 

1) Huius rei hii testes Huius rei hii testes Hii sunt testes ad noc, 
sunt barones mei, qui tunc sunt, qui tunc assessores qui tunc mei assessores 
temporis mei assessores mei fuerunt. fuerunt in curia mea. 
fuerunt... 

2) Hoc autem actum est Hoc actum est et da- Hoc actum est... anno 
anno incarnationis Domi- tum... anno incarnationis incarnationis Domini. 

ni etc. Domini. 

Ale co więcej: we wszystkich trzech dokumentach pojawiają 

się prawie ci sami świadkowie i to w tym samym dokładnie po- 
rządku: Oto ich wykaz: 



Dok. z 15 sierp. 
Petrus thesaurarius 
Albertus subagazo 



Petrus subpincerna 

Climas 

Damianus 

Voytech Nagorka 

Rambel 

Nicolaus f. et Broslaus J 

Boguslaus f. Swantoslai 

Cechoslaus 

Jacobus capellanus 

Petrus Łopata 

Yitalis, clericus 



Dok. I-szy. 
Petrus thesaurarius 
Albertus subcamerarius 
Johannes subiudex 
Pribislaus subagazo 
Petrus subpincerna 
Climas 
Damianus 
Woytek Nagorka 
Rombel 

Nicolaus f. Zbroslai 
Boguslaus Swyanthoslai 
Czechoslaus 
Jacobus capellanus 
Petrus Łopatka 
Yitalis, clericus 



Dok. Il-gi. 
Petrus thesaurarius 
Albertus subcamer. 
Johannes iudex 
Pribislaus subagazo 
Petrus subpincerna 

Damianus 
Voytho Nagorka 

Nicolaus f. Zbroslai 



Ta zgodność formuł i porządku świadków uprawnia do przy- 
pisania redakcyi wszystkich trzech dokumentów jednej osobie, za- 
trudnionej w kancelaryi Bolesława Konradowicza. Niedaleko będziemy 
jej szukać: był nią wedle wszelkiego prawdopodobieństwa sam 
kanclerz księcia Bolesława, Andrzej, proboszcz pło- 
cki, późniejszy biskup mazowiecki (1254— 1260) 2 czło- 
nek rodu Ciołków. On to, jako odbiorca, zredagował zapewne 
dla siebie i swego brata Hipolita dokument z 15 sierpnia 1244, on 
też — jak porównanie wykazało — był dyktatorem dwóch oma- 
wianych przywilejów rycerskich. Gzy był zarazem ich pisarzem, 



1 Ma być oczywiście filius Zbroslai. 

* DJugosz, Historia Pol. Opera omnia. t. II. str. 343. 



30 Władysław Semkowicz 

tego w braku oryginałów rozstrzygnąć niepodobna. Raczej przy- 
puszczać można, że jako kanclerz redagował tylko koncepty doku- 
mentów, czystopisy zaś sporządzał notaryusz, którym był prawdo- 
podobnie jeden ze świadków naszych dokumentów, kleryk Witalis, 
już w r. 1239 pojawiający się na dokumentach Bolesława Konra- 
dowicza z tytułem nołarius l . 

Jakkolwiek wykrycie dyktatora oraz — co za tern idzie — kan- 
celaryjnego charakteru i pochodzenia dokumentów Bolesława Kon- 
radowicza, zawiera w sobie zarazem presumpcyę autentyczności, to 
jednak zbadajmy inne jeszcze jej kryterya na podstawie porówna- 
nia z dwudziestu kilku dochowanymi dokumentami tego księcia. 

Inwokacya I-go dokumentu, wzywająca Trójcę jako jedność 2 
oraz II-go dokumentu, wzywająca poszczególne osoby boskie 3 , poja- 
wia się także w znanych dokumentach Bolesława Konradowicza. 
Singularna forma w inty tulący i >Ego« występuje w dokumentach 
jego 4 obok formy pluralnej. Określenie daty dziennej również w dwóch 
występuje typach: albo wedle Świętych kalendarza chrześcijańskiego 
(jak w dok. Iszym) 5 , albo wedle kalendarza rzymskiego (jak w dok. 
II-im) 6 . Zwraca naszą uwagę podwójna datacya II-go dokumentu, raz 
wedle kalendarza chrześcijańskiego, drugi raz rzymskiego. Otóż 
mamy jeszcze inny dokument Bolesława Konradowicza, z r. 1247, 
w którym oba te rodzaje określenia daty dziennej obok siebie się 
pojawiają 7 . W naszym dokumencie pierwsza data jako późniejsza 
odnosi się niewątpliwie do dokumentacyi, druga zaś do czynności 
prawnej nadania. 

Co się tyczy świadków, to są oni w przeważnej części ludźmi 
dobrze znanymi z innych dokumentów tego czasu. Piotr, jako skar- 
bnik, pojawia się w r. 1243 a sprawuje tę godność jeszcze w r. 
1247 8 . Wojciech był podkomorzym w latach 1244— 1247 9 . Jan 



1 Ulanowski, 1. c. str. 290, nr. 5. 

2 Rzyszcz. Muczk. t. I. nr. 23 i Kod. mazow. nr. 14. 

3 Ulanowski, 1. c. str. 290 i str. 292. 

4 Kod. małop. t. II, nr. 399 i 403. - Rzyszcz. Muczk. t. I. nr. 27, 28. 
Kod. mazow. nr. 14. — Ulanowski, 1. c. str. 152 i 291. 

5 Ulanowski, 1. c. str. 153, 155 i 290. 

6 Kod. maz. nr. 14 i 15. — Ulanowski, 1. c. str. 153, 290, 293 etc. 

7 Kętrzyński W. 30 dokumentów katedry płockiej, nr. 5. 

8 Ulanowski, 1. c. str. 293. — Kod. mazow. nr. 16. 

9 Ulanowski, 1. c. str. 153. — Kod. maz. nr. 16. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 31 

w charakterze podsędka występuje już w r. 1239 i pozostaje na 
tym urzędzie widocznie do maja r. 1244 1 , posuwając się w tym 
czasie na stanowisko sędziego 2 . Przybysław sprawuje urząd 
podkoniuszego jeszcze w latach 1247 — 1249 3 . Piotr był podcza- 
szym w latach 1244 — 1247 4 . Jakub, jako kapelan nadworny i Wi- 
talis, jako kleryk, figurują na dokumentach Bolesława Konradowi- 
cza z lat 1239 — 1247 5 . Reszta świadków, występująca na dokumen- 
tach naszych bez urzędów, znana jest ze wspomnianego przywileju 
z r. 1244 dla kanclerza Andrzeja Ciołka, oraz z innych współcze- 
snych dokumentów 6 . 

Tak tedy rozbiór kryteryów wewnętrznych naszych dokumen- 
tów stwierdził także ich autentyczność. Na tem jednak poprzestać 
nam nie wolno, znając bowiem tekst dokumentów jedynie z trans- 
sumptów, nie możemy być pewni, czy doszedł on nas w swej pier- 
wotnej czystości, czy nie doznał interpolacyi, opuszczeń lub innego 
rodzaju pofałszowania. Nic bowiem łatwiejszego, jak przy sposo- 
bności transsumowania dokumentu opuścić w nim jakieś niewygodne 
dla odbiorcy zdanie, lub dodać coś, co mu nową korzyść przynieść 
może. 

Ale wykrycie tych zmian natrafia na znaczne trudności, z tego 
powodu, że dokumentów pokrewnej treści zachowało się z owych 
czasów bardzo niewiele. Przywileje kościołów i klasztorów znalazły 
bezpieczne schronienie w ich archiwach, dlatego przechowały się do 
naszych czasów w znaczniejszej liczbie, natomiast przywileje ry- 
cerskie — niegdyś niewątpliwie również bardzo liczne, zaginęły 
w przeważnej części bezpowrotnie, tak, że z czasu do połowy wieku 
XIII zachowało się ich zaledwie 6. nie wliczając w to dwóch ni- 
niejszych dokumentów 7 . Materyał porównawczy, mający nam służyć 
przy badaniu, co w nich pochodzi z pierwotnego tekstu, a co może 
być późniejszym wtrętem, jest przeto bardzo szczupły. 

Nadanie książęce w obu przywilejach z r. 1244 zawiera: 

1) darowiznę wsi książęcych z przynależnościami; 

1 Ulanowski, 1. c. str. 290 i 294. 

2 Jak w Ilim dokumencie. 

3 Kod. mazow. nr. 16 i Ulanowski, 1. c. str. 156. 

4 Ulanowski, 1. c. str. 153 i Kod. mazow. nr. 16. 

5 Ulanowski, 1. c. str. 290 i Kod. maz. nr. 16. 

6 Ulanowski, 1. c. str. 153, 290 etc. 
1 Piekosiński, Rycerstwo polskie, t. I. s. 211. 



32 Władysław Semkowicz 

2) nadanie pełnego prawa rycerskiego (omne ius militare), któ- 
rego treścią jest: 

a) zwolnienie od jurysdykcyi sądów wojewodzińskich i kaszte- 
lańskich; 

b) prawo pobierania pewnych kar sądowych od swych pod- 
danych; 

c) zwolnienie od niektórych kar sądowych, opłacanych dotąd 
urzędnikom książęcym; 

d) wolne prawo polowania w obrębie nadanej posiadłości (tylko 
w II-gim przywileju). 

Pierwsza część nadania, tj. darowizna ziemi przez księcia, nie 
nasuwa żadnych wątpliwości, wobec czego zajmiemy się tylko drugą 
jego częścią, zawierającą nadanie prawa rycerskiego. 

Określenie »ius militare* zjawia się w omawianych dokumen- 
tach po raz pierwszy. Okoliczność ta nie powinna jednak budzić 
podejrzenia, ile że już niebawem, bo w r r. 1276 spotykamy się z niem 
powtórnie, w dokumencie Leszka, ks. sieradzkiego dla Radawa syna 
Doma&ława, który otrzymuje >plenum ius militale* i wieś Dąbrowę 
•>cum omni iure militali*. a zatem tak, jak w naszych dokumentach. 
Krótki czas dzielący te nadania uzasadnia przypuszczenie, że skoro 
pojęcie »ius militare*- było znane w r. 1276, mogło już istnieć trzy 
dziesiątki lat przedtem i być użytem w dokumencie z r. 1244. 
Jestto tembardziej prawdopodobne, że — jak się okazuje z traktatu 
cłowego, zawartego w r. 1252 między Kazimierzem Konradowiczem 
bratem Bolesława, wystawcy naszych dokumentów) a Zakonem 
krzyżackim — istniało już w tym czasie zróżnicowanie w obrębie 
stanu rycerskiego, przejawiające się w różnym wymiarze okupu za 
zabójstwo 1 dla trzech grup rycerstwa, przyczem ta grupa, której 
przysługiwał najwyższy okup (30 grzywien), posiadała oczywiście 
pełne prawo rycerskie, w przeciwieństwie do t. zw. *milites sim- 
plices i milites Jictaticii*, nie mających pełnego, ale tylko częściowe 
prawo rycerskie. Zresztą już sam fakt, że jednobrzmiące wyrażenia 
»cum omni iure militalia pojawiają się równocześnie w dwóch do- 
kumentach, pochodzących wprawdzie z jednej kancelaryi. ale opie- 
wających dla dwóch różnych i niezależnych od siebie odbiorców, 
wyłącza myśl, aby one były późniejszą interpolacyą i raczej każe 

1 Codex dipl. Pomeraniae. ed. Hasselbach et Kosegarten, t. I. nr. 479 
Por. moich »Włodyków na tle porównawczem słowiańskiemc. str. 33. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 33 

przypuszczać, że one pochodzą od pierwotnego dyktatora obu do- 
kumentów. 

Samo zresztą określenie pojęcia prawnego nie odgrywa tu za- 
sadniczej roli; nierówni większe dla nas znaczenie będzie miała 
wewnętrzna treść jego. Ij. prerogatywy, płynące z pojęcia »ius mi- 
Htare*, te zaś znane są z innych współczesnych przywilejów rycer- 
skich. Tak np. nadanie Konrada ks. łęczyckiego dla rycerza Gotarda, 
pogromcy Jadźwingów, z r. 1241, zawiera przyznanie mu kar sądo- 
wych, w szczególności główszczyzny od swych poddanych 1 (jak wy- 
żej pod 2b), drugie zaś nadanie Konrada dla tegoż Gotarda zawiera 
zwolnienie od sądownictwa wojewodzińskiego i kasztelańskiego (jak 
wyżej pod 2a) i polowanie w nadanych dobrach (jak pod 2d) 2 . 
Przywilej Bolesława ks. kaliskiego dla komesa Raczona z r. 1252 
zwalnia go *a citatione cuiuslibet castri et castellani* (jak pod 2a), 
dalej od kary siedmnadziesta (jak 2a) a wreszcie nadaje mu >pe- 
nam capitis* od poddanych kmieci (jak 2b) 3 . Inne przywileje, jak 
Bolesława Wstydliwego dla Klemensa z Ruszczy z r. 1252 4 i Bole- 
sława kaliskiego dla Janka Wojciechowicza z r. 1257 5 , zawierają 
nadto inne, jeszcze obszerniejsze prerogatywy, (jus aquae, ferri, 
duelli etc), które wszystkie razem wziąwszy składały się na pojęcie 
»pełnego prawa rycerskiego«, jakkolwiek tego pojęcia wprost tam 
nie wyrażono. 

Skoro zatem nietylko określenie »jus militare*, ale i poszcze- 
gólne prerogatywy z tego prawa płynące nie są obce współczesnym 
dokumentom, przeto mogą być uważane za integralną część pierwo- 
tnego tekstu, na co zresztą wskazuje pokrewna stylizacya, pocho- 
dząca niewątpliwie od wspólnego dyktatora, zatrudnionego w kan- 
celaryi Bolesława Konradowicza. 

Ale rzeczone dokumenty przecież nie są wolne zupełnie od 
późniejszych naleciałości. Za wtręt uważam przedewszystkiem wy- 
razy, służące ku określeniu rodowego pochodzenia odbiorców I-ego 
dokumentu: *de genelogia ista dicta Gelitho... et vocitatione godło 



1 Rzyszcz. Muczk. t. II 1 , nr. 28. 

2 Tamże, t. I. nr. 32. 

3 Kod. Wpoi. t. I. nr. 305. 

* Kod. małop. t. II nr. 486. 

5 Kod. Wpoi. t. I, nr. 364. 



Semkowicz. 



34 Władysław Semkowicz 

Nagody* l . Wyrazy te nie dadzą się pomyśleć w czasach, z których 
pochodzi dokument; co najwcześniej moźnaby je odnieść do pierw- 
szej połowy XIV w., kiedy to pojawia się także po raz pierwszy przy- 
domek Jelito 2 . Ale wyrazy powyższe pochodzą prawdopodobnie 
z XV w., t. j. z czasu transsumowania przywileju z r. 1244. W" do- 
datku trzeba zwrócić uwagę na to, że interpolacyi tej dokonano 
niezgrabnie, rozrywając ją na dwie części, po których opuszczeniu 
wraca dawny poprawny sens zdania. Łatwo pojąć, że odbiorcom 
transsumptu musiało zależeć na tern, by w potwierdzonych przywi- 
lejach wyrażona była przynależność ich przodków do rodu, z któ- 
rego oni sami pochodzili, tą drogą bowiem uzyskiwali pośrednio do- 
wód dziedziczności swych uprawnień, płynących z posiadanych przy- 
wilejów. 

Natomiast w II- gim dokumencie razić nas może jedynie wyraz 
»zupparii« na oznaczenie wyższych urzędników, na rzecz których 
szły kary sądowe. Z wyrazem tym spotykamy się w dokumentach 
dopiero u schyłku XIII w. 3 , tak, że przypuszczać należy, iż jest on 
tu wtrętem, pochodzącym z czasu transsumowania dokumentu, t. j. 
z r. 1379, a raczej zajmuje miejsce innego wyrazu, (officiales, di- 
gnitańi etc), którego w poł. XIII w. używano na określenie urzę- 
dników książęcych, a który z czasem ustąpił miejsca wyrazowi 
>zupparius*. Nie wypływa stąd jednak, abyśmy uważając wyraz ten 
za dowolną zmianę, dokonaną przy transsumowaniu, mieli w czem- 
kolwiek naruszać związany z nim tekst dokumentu, tyczący się kar 
*quinquaginta* i »sex marcarum*. Przeciwnie, ustęp ten ma wszelkie 
znamiona autentyczności i współczesności z datą dokumentu, jak 
wykazuje porównanie jego z innemi źródłami, odnoszącemi się do 
systemu kar pieniężnych na Mazowszu w w. XII i XIII 4 . 

1 Z tych czasów posiadamy jeszcze drugi dokument, gdzie wymieniony 
jest ród odbiorcy. Jestto dokument Bolesława Henrykowicza ks. śląskiego dla 
Sibotona »de nobili familia Ovium« z r. 1242 (Griinhagen, Regesten z. schles. 
Gesch. nr. 591b.). Dokument ten, znany tylko z późniejszych kopii, jeśli nie jest 
podrobiony, posiada wtręty, do których zaliczam także i powyższe określenie 
rodowe. 

2 Petrus dictus Jelito, kasztelan sandomierski, Kod. mpol. t. I. nr. 147. 

8 Por. zestawienie w pracy Balzera pt. O zadrudze słowiańskiej. Kwar- 
talnik historyczny z r. 1899, str. 219. — W r. 1242 występuje »suppanus« ale 
w znaczeniu jakiegoś funkcyonaryusza wiejskiego. Kod. wpoi. nr. 234. 

4 Zwrócił na to uwagę M. Handelsman w pracy »Kara w najdawniejszem 
prawie polskiem< str. 166 nast. Autor powołuje się na odnośne miejsca naszych 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 35 

Poza tymi dwoma wtrętami oba dokumenty z r. 1244 nie za- 
wierają zresztą nic takiego, coby tchnęło anachronizmem i było 
sprzecznem z faktami lub pojęciami prawnemi epoki, datą ich wska- 
zanej. Natomiast przynoszą one nieznane a nader ciekawe szcze- 
góły historyczne, dające się djbrze wytłómaczyć na tle współcze- 
snych wypadków i rzucają nowe światło na kwestyę osadnictwa 
rycerstwa średniowiecznego. 

Książę Bolesław nazywa obdarowanych rycerzy »boni vnei ser- 
vitores«< -»boni viri«, i wspomina o usługach (servitia) przez nich 
mu świadczonych. Że tu mowa o usługach wojennych, nie może 
ulegać żadnej wątpliwości, dokumenty bowiem niniejsze są odgło- 
sem walk. które toczyli wówczas książęta mazowieccy na południo- 
wych i północnych rubieżach swych ziem. Stary Konrad, niezłamany 
klęską poniesioną w maju 1243 pod Suchodołem, ponowił w nastę- 
pnym roku wyprawę na Kraków i dążył zapamiętale do opanowa- 
nia dzielnic Wstydliwego *. Obrawszy sobie za podstawę operacyjną 
ziemię łęczycką 2 , obronę dziedzicznych Kujaw i Mazowsza powie- 
rzył synom: Kazimierzowi i Bolesławowi. Bolesław więc od kilku 
lat już siedząc na Mazowszu 3 , strzegł północnych i wschodnich jego 
granic przed groźnymi najazdami Prusaków i ich pogańskich pobra- 
tymców 4 . Właśnie w początkach lipca, korzystając z zajęcia Kon- 
rada na południowym terenie walk, ponowili Prusacy wyprawę łu- 
piezką na Mazowsze, lecz w odwrocie ponieśli dotkliwą klęskę pod 
Ciechanowem (13 lipca) 6 . 

Przypatrzmy się w tern oświetleniu szczegółom historycznym 
zawartym w naszych dokumentach. 

dwóch dokumentów z r. 1244, które znał także z odpisów p. J. Kochanow- 
skiego i na tle współczesnych pojęć prawnych wykazuje niezmierną wartość 
ich dla polskiego prawa karnego. 

1 Por. wiarygodne wiadomości u Długosza, Hist. II. str, 297, poparte za- 
piską rocz. kapitulnego pod r. 1244: Kylcia per milites ducis Cunradi devastatur. 

2 Konrad tytułuje się też w tym czasie (od bitwy Suchodolskiej) księciem 
łęczyckim. Pod. Kod. młpol t. II, str. 77. 

3 Ulanowski, 1. c. str. 289—293, oraz 152—155. (Lata 1239-1248). 

* Wersya Długoszowa o współudziale Prusaków w wyprawie Konrada 
do ziemi sandomierskiej jest co najmniej wątpliwa. Por. Al. Semkowicz, Kry- 
tyczny rozbiór Długosza, str. 264. 

5 Długosz, 1. c. str. 300. na podstawie nieznanego źródła. Udział Litwi- 
nów jest wątpliwy. Por. Semkowicz Al. 1. c. 



36 



Władysław Semkowicz 



1) Książę przyjął na Mazowsze Racibora i Wojciecha z Polski 
(suscepi meam in terram Mazouiam B. et A. de łerra Polonie). 

2) powołaj i przyjął na Mazowsze Henryka, Marcina i Wojnę 
z Rajgrodu (advociiavi ad meam terram Mazoviam et suscepi... H., 
M. et W. de Raygrod). 

ad 1) Określenie »de terra Polonie< przeciwstawione pojęciu 
»terra 21azovia*. oznacza tu w ogóle ziemie polskie poza Mazowszem, 
a zatem może się odnosić zarówno do Wielko- jak i Małopolski, 
ziemi sieradzkiej, łęczyckiej etc. Ze względu na teren ówczesnych 
walk należałoby tu — zdaniem mojem — wyłączyć z zakresu roz- 
ważań właściwą Wielkopolskę, a rycerzy Racibora i Wojciecha po- 
szukiwać w Małopolsce lub w sieradzko-łęczyckiej dzielnicy Konrada. 

Jedyną wskazówkę posiadamy tylko w imionach obdarzonych 
rycerzy, którzy byli zapewne braćmi, a w każdym razie blizkimi 
krewnymi, jakkolwiek w dokumencie nie ma o tern wzmianki. 

Otóż w pierwszej połowie XIII w. występuje w ziemi krakow- 
skiej ród, w którym oba te imiona spotykamy. Oto jego genealogia: 



Wojciech 




Bernizius de Popen 



Krystyn 



ż. Matylda 



Bogusław Radosław 



Racibor Wojciechowicz był dziedzicem wsi Zrazowej pod Mo- 
giłą, którą sprzedał tamtejszemu klasztorowi 1 . Zmarł między 24 
czerwca a 19 grudnia 1230 r., pozostawiając wdowę Matyldę (córkę 
Bronisza Wojsławicza) i syna Radosława czyli Racława 2 . Ten to 
Racibor był zapewne założycielem wsi Raciborowice nad Dłubnią, 
w blizkiem sąsiedztwie Zrazowej. Wieś ta w r. 1212 nie miała 
jeszcze widocznie nazwy patronimicznej, ale inną, od rzeki wziętą, 
skoro Racibor pisze się wówczas »de Dlubna*, jako świadek na do- 
kumencie krewnego swego Radwana, brata (innego) Racibora. dzie- 
dzica Bieżanowa 3 . Być może, synem tego Racibora z Raciborowic 



1 Kod. mogił. nr. 5 i 10. 

2 Tamże, nr. 11. 

3 Kod. kap. krak. nr. 8. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 37 

był Jakub, kasztelan sandomierski, który zginął pod Chmielnikiem 
w r. 1241, a który świadkuje na dok. z r. 1239 z synem, także 
Raciborem K Ten ostatni, dziedzic wspomnianych Raciborowic, zmarły 
przed r. 1273, darował tę wieś kapitule krakowskiej, zastrzegając 
żonie dożywotnie jej użytkowanie 2 . 

Czy Racibor i Wojciech z r. 1244 pozostają w związku z wspo- 
mnianym dopiero co rodem, niema żadnej pewności, same imiona 
bowiem, któremi tu jedynie rozporządzamy, nie mogą stanowić je- 
szcze dostatecznego dowodu przynależności rodowej; jest. tylko pra- 
wdopodobieństwo, oparte na wspólności dwóch imion: mogliby to 
być synowie Racibora Wojciechowicza. 

Nie mamy także bezpośredniego dowodu na to, że dwaj nasi 
rycerze istotnie byli Nagodzicami. jak głosi wtrącone później do do- 
kumentu z r. 1244 zdanie: de genelogia Gelitho et vocitatione godło 
Nagody. Imiona Racibor i Wojciech w tym rodzie się nie pojawiają, 
co jednak nie wyłącza możliwości sporadycznego ich używania. Na 
niektóre szczegóły jednak należy zwrócić uwagę: heraldycy nasi za- 
liczają do Nagodziców rodzinę Raciborowskich z Raciborowic 8 . Wsi 
tej nazwy znamy dwie: jedną pod Krakowem, o której wyżej wspo- 
mniałem, że w poł. XIII w. przeszła na własność kapituły krakow- 
skiej, nie mogła przeto dać początku nazwisku szlacheckiemu, 
drugą zaś pod Wolborzem, szlachecką. Otóż ta ostatnia wieś leży 
istotnie w sąsiedztwie osad Nagodziców: Romiszowic, Kalina i Źero- 
mina, skąd można wnosić, że z niej to właśnie wyszła rodzina Ra- 
ciborowskich -Nagodziców. Jest i pod Kutnem w Łęczyckiem miej- 
scowość Raciborów, leżąca na linii osiedlenia Nagodziców, między 
wsiami Nagodowem (l 1 /, mili) a Siemianowem (*/« mili) 4 . Otóż te okoli- 
czności zdają się wskazywać na pewien związek między Raciborami 
a rodem Nagodziców, tern samem zaś popierać fakt przynależności 
Racibora i Wojciecha z r. 1244 do tegoż rodu. 

W zgodzie z tym faktem pozostaje jeszcze jedna okoliczność 
niemałej wagi. Oto można wykazać dowodnie, że Nagodzice w isto- 
cie należeli do stronników książąt mazowieckich. Na dokumentach 
Rolesława Konradowicza, jako księcia sandomierskiego, z lat 1232 



1 Kod. mpol. nr. 24. 

' Kod. kap. krak. nr. 72. 

8 Niesiecki, Herbarz t. VIII. str. 2. 

* Por. wyżej, str. 17. 



gg Władysław Semkowicz 

i 1237 świadkuje Dziwisz 1 , z imienia sądząc niewątpliwy Nagodzić 2 . 
Rzecz znamienna, że do stronników Konrada i syna jego Bolesława 
należał w tych latach także Pakosław Starszy i cały zapewne ród 
Habdanków 3 . których związki powinowactwa z Nagodzicami wyka- 
zaliśmy w poprzednim artykule 4 . Pośród świadków dokumentu Bo- 
lesława z r. 1246 spotykamy Jakuba Korytkę 5 . Nietylko imię Jakób, 
ale przedewszystkiem przydomek Korytko, wskazuje, że to był Na- 
godzić. Korytków - Nagodziców znają wszyscy nasi heraldycy, po- 
cząwszy od Długosza 6 . Główne posiadłości Nagodziców leżały w ziemi 
sandomierskiej i sieradzkiej, w tej ostatniej — jak wykazał Pot- 
kański 7 — skupiały się już w poł. XIII w. około Rozprzy. Rozprza 
należała do grodów Konrada, jak świadczy wyraźna wzmianka w ro- 
czniku kapituły poznańskiej 8 . Otóż kasztelanem Rozprzy, jeszcze za 
życia Konrada, a także po jego śmierci był Floryan. po nim zaś 
Dziwisz, obaj niewątpliwi Nagodzice 9 . 

Przytoczone szczegóły dowodzą, że Nagodzice należeli istotnie 
do adherentów książąt mazowieckich w czasie walk ich z Henrykiem 
Brodatym, a potem z Bolesławem Wstydliwym. Kojarząc tę prze- 
słankę z faktem wysnutym z naszego dokumentu, o zasługach Ra- 
cibora i Wojciecha wobec księcia Bolesława Konradowicza, doj- 
dziemy do wniosku, że zaliczeniu ich do rodu Nagodziców nic nie 
stoi na przeszkodzie, a gdy w w. XV. dziedzice na Kiełbowie i Stró- 
żęcinie (pod Raciążem) w interpolacyi transsumptu przodków swych 
Nagodzicami ochrzcili, trzeba przyznać, że jest to wielce prawdopo- 



1 Kod. dypl. małop. t. II. nr. 403 i 414. 

2 Por. wyżej, str. 15. 

8 W r. 1232 w obecności Konrada i synów jego Bolesława i Kazimierza 
nadał ki. miechowskiemu wieś Udorz (Kmpol, t. II. nr. 40i). W r. 1237 jako 
kasztelan żarnowski świadczy na dok. Bolesława Konradowicza (Rzyszcz. Muczk. 
I nr. 27). 

4 Por. wyżej, str. 18. 

6 Rzyszcz. Muczk. t. I. nr. 33. 

a Stanisław i Mikołaj Korytkowie h. Jelita. Lib. Benef. t. I. s. 529, t. II, 
s. 365. 

7 W cyt. pracy pt. Ród Nagodziców. 

8 MPol. t. III, str. 13, r. 1247. Po śmierci Konrada Rozprzę zagarnął Ka- 
zimierz kujawski. 

9 Potkański, 1. c. Floryan występuje w latach 1246 — 1264, Dziwisz zaś 
w latach 1273—4 jako kasztelanowie rozpierscy. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 39 

podobne i że tu tradycya rodowa musiała odegrać niepoślednią 
rolę l . 

ad 2). Rycerze obdarzeni Il-girn przywilejem z r. 1244, Hen- 
ryk, Marcin i Wojno, pochodzili z Rajgrodu. Jak Racibor i Woj- 
ciech skierowali nasze poszukiwania na teren Małopolski, tak ryce- 
rze z Rajgrodu wskazują nam drogę na pogranicze mazowiecko- 
podlaskie. 

Rajgród leżał na Podlasiu, w miejscu, gdzie się zbiegały dzier- 
żawy Mazowszan, Prusaków i Jadźwingów. Gród zbudowany na 
ostrowie rozległego jeziora (raj grodzkiego), już z natury samej był 
obronny, stanowił przeto ważną placówkę strategiczną. Nazwa Raj- 
gród brzmi czysto z polska i nie pozostawia wątpliwości, że zało- 
życielami grodu byli Polacy, jakkolwiek wcześnie już zawładnęli 
nim Jadźwingowie. Najdawniejszą dotąd znaną wzmiankę o Raj- 
grodzie zawiera Latopis hipacki, w opisie wypraw książąt ruskich 
Daniela i Lwa na Jadźwingów. przedsięwziętą wespół z Ziemowitem 
Konradowiczem ks. mazowieckim w r. 1253 2 . Opowiada to źródło, 
że Daniel, ścigając wodza Jadźwingów Skomonda, zapuścił się w ich 
kraj, gdzie ujrzał na brzegu jeziora gród zwany »Raj« 3 . Jestto nie- 
wątpliwie nasz Rajgród, który, jak z tego się okazuje, leżał w r. 
1253 na terytoryum Jadźwingów. Tak też było niewątpliwie i w cza- 
sie, z którego pochodzi nasz dokument, zawierający — nawiasem 
mówiąc — najdawniejszą wzmiankę o Rajgrodzie. Skoro 
dokument wyraźnie mówi o powołaniu rycerzy z Rajgrodu na Ma- 
zowsze, wynika stąd, że w r. 1244 gród ów leżał poza obrębem 
Mazowsza. 

Kto zatem byli rycerze Henryk, Marcin i Wojno, i jaką w Raj- 
grodzie odgrywali rolę? Jadźwingami nie byli z pewnością — prze- 



1 Boniecki przytacza rodzinę Kiełbowskich z XVI w., ale nie podaje jej 
herbu. Herbarz Polski, t. X. str. 22. 

s Lietopis po ipatskomu spisku (Izd. archeograf. komiss. str. 549). Zdarze- 
nie to zapisuje Latopis pod mylną datą 6763 (1255). Zrektyfikowal chronologię 
tego źródła Hruszewskij w pracy ,, Chronologia podij hałyćko-wołyńśkoji lito- 
pysy. (Zapysky Tow. Szewcz. t. XLI. str. 38). Por. też Sjórgen A. Uber die Wohn- 
sitze u. die Verhaltnisse der Jatwagen, str. 10. 

s ...DaniJu że Korolowi iduszczu jemu (Skomondowi) po jezeru i widie 
pri berezie boru Krasnu i hrad bywszi na nej preże, imenem Raj. 



4Q Władysław Semkowicz 

czą temu stanowczo ich imiona 1 , z których dwa pierwsze są chrze- 
ścijańskie i mogły należeć zarówno do Polaków jaki cudzoziemców- za- 
chodnich, trzecie zaś jest imieniem słowiańskim, w tym wypadku 
niewątpliwie polskiem. 

Co się zaś tyczy ich roli w Rajgrodzie, to dokument nasz tylko 
ogólnie nazywa ich »servitores* księcia Bolesława mazowieckiego. 
Ż określenia tego można jednak wysnuć ciekawy wniosek: Raj- 
gród był przed r. 1244 obsadzony rycerstwem mazo- 
wieckiem. Czy także i potem, tego nie wiemy. 

Nie wiemy także, od jakiego czasu był Rajgród w ręku pol- 
skiem, czy od podboju ziem Jadźwingów przez Kazimierza Sprawie- 
dliwego 2 , czy dopiero od wypraw zdobywczych Konrada mazowiec- 
kiego. Do jednej z takich wypraw odnosi się zapewne dokument 
Konrada mazowieckiego, wydany dla rycerza Gotarda, syna Łukasza, 
z r. 1241, w którym książę nagradza go nadaniem wsi za to. że w walce 
z Jadźwingami siedmiu ich naczelników pobrał w niewolę, z której 
się dopiero po złożeniu wysokiego okupu uwolnili 8 . W tej akcyi 
Konrada około podboju północnej części Podlasia brali prawdopo- 
dobnie udział > rycerze Chrystusowi*, których książę ten w r. 1237 
osadził w Drohiczynie, nie w innym zapewne celu, jak dla walki 
z pogańskimi pobratymcami Prusaków, którym podołać nie mogli 4 . 

Z tych to czasów pochodzić może załoga polska w Rajgrodzie, 
do której należeli także trzej odbiorcy przywileju z r. 1244 5 . Dla- 
czego jednak Bolesław Konradowicz przesiedla ich na Mazowsze? 
Czy zmuszeni byli opuścić Rajgród, zdobyty ponownie przez Ja- 
dźwingów? Rzecz to prawdopodobna, czas bowiem, z którego pocho- 
dzi nasz dokument, stanowił w dziejach Mazowsza chwilę przełomu. 
Klęska Konrada pod Suchodolem w maju 1243 była dla półno- 
cnych wrogów jego hasłem do stworzenia wielkiej koalicyi przeciw 
Konradowi i sprzymierzonemu z nim Zakonowi, której duszą był 

1 Imiona Jadźwingów są typu ZotewBkiego: Komat, Stajknit, Skomond, 
Mintele. 

* Kadłubek obszernie o tem się rozpisuje, nazywając Jadźwingów »Pol- 
lexiania. M. Pol. t. II. str. 421 nast. 

8 Po 700 grzywien od osoby. Por. Rzyszcz Muczk. t. I. nr. 28. 

4 Hasselbach-Kosegarten. Cod. dipl. Pomeranie, t. I. str. 556. 

6 Ród naszych rycerzy określić trudno. Dziedziców Grochowarska iw po- 
wiecie płońskim), gdzie ich przesiedlił Bolesław Konradowicz. zaliczają jedni 
heraldycy do Ślepowronów(Niesieckis inni do Jastrzębców (Boniecki). 



Przyczynki dyplomatyczno z wieków średnich 41 

Świętopełk pomorski. Z pomocą Prusaków, Litwinów i Jadźwingów ł 
uderzył on w w r. 1244 na ziemię chełmińską, a potem na Kujawy, 
których bronił syn Konrada, Kazimierz, gdyż sam Konrad zajęty 
był w Małopolsce. Bolesławowi przypadła rola obrońcy Mazowsza 
przed najazdem pogańskich sąsiadów z północy, którzy równocze- 
śnie niemal zapuścili swe zagony aż w głąb Lubelszczyzny 2 . Wpraw- 
dzie Długosz, jedyne źródło do tych wypadków, ale czerpiące nie- 
wątpliwie z jakichś nieznanych nam dziś kronik czy roczników ma- 
zowieckich 8 , wspomina tylko o napadzie Prusaków, domyśleć się je- 
dnak można z udziału Jadźwingów w koalicyi Świętopełka jakiejś 
akcyi zaczepnej i z ich strony, tern bardziej, że była ona skierowana 
na ziemię łukowską i lubelską, sąsiadujące z dzierżawami Jadź- 
wingów. Celem tej akcyi musiał być przedewszystkiem pograniczny 
Rajgród, który prawdopodobnie został przez Jadźwingów zdobyty, 
skoro w r. 1253, w czasie wyprawy Daniela, był już w ich posia- 
daniu 4 . Otóż wydaje mi się rzeczą możliwą, że przesiedlenie Hen- 
ryka, Marcina i Wojny na Mazowsze pozostawało w związku z skre- 
ślonymi wypadkami, tembardziej, że i chronologia jest tu w zupełnej 
zgodzie. Klęskę wracających z łupiezkiej wyprawy Prusaków pod 
Ciechanowem zapisuje Długosz pod dniem 13 lipca 1244 5 , najazd 
więc miał miejsce zapewne z końcem czerwca lub z początkiem 
lipca tegoż roku. Powołanie zaś naszych rycerzy z Rajgrodu i ob- 
darzenie ich dobrami przypada także na sam koniec (29) czerwca. 
Równoczesność tych zdarzeń może mieć tedy powód 
w ich wzajemnym związku. 

Powołanie rycerzy rajgrodzkich na Mazowsze można jednak 
w inny jeszcze sposób wytłómaczyć, niekoniecznie upadkiem Raj- 
grodu, ale polityką osadniczą książąt mazowieckich, polegającą na 
ściąganiu na Mazowsze rycerstwa z obcych dzielnic. Ten pomysł ma 



1 Długosz, Historia Pol , t. II. str. 302. Udział Jadźwingów w tej wypra- 
wie stwierdza Jeroschin (Script. rer. Pruss. t. III. str. 40). Wspomniany przez 
Długosza udział Litwinów jest wątpliwy. 

a Długosz mówi wprawdzie o najeździe Prusaków jako o sprawie wcze- 
śniejszej, niż akcya Świętopełka, ale przypuścić trzeba, źe te wypadki zaszły współ- 
cześnie i w związku z sobą. Zresztą rocznik kapitulny zapisuje pod r. 1244 
kilka napadów pruskich »frequentes insultus«. M. Pol. t. II. str. 838. 

8 Semkowicz Al. Krytyczny rozbiór etc. str. 264. 

* Zob. wyżej, str. 39. 

6 Długosz, 1. c. etr. 300. 



42 Władysław Semkowicz 

tem większe za sobą prawdopodobieństwo, że i poprzednio omó- 
wiony przywilej z tegoż samego roku, tyczy się także przesiedlonych 
na Mazowsze rycerzy. W pełnem świetle przedstawi się ta sprawa 
dopiero w zestawieniu ze spostrzeżeniami, jakie poczyniłem w pracy 
mej p. t. »Włodycy polscy na tle porównawczem słowiańskiem* l . 
Zwróciłem tam uwagę na mazowieckie pochodzenie drobnego rycer- 
stwa, rozsiedlonego w ziemi krakowskiej dokoła grodów i na po- 
graniczu, niemniej też starałem się wykazać związek między tem 
osadnictwem a walkami Konrada mazowieckiego z Henrykiem Bro- 
datym, a następnie z Bolesławem Wstydliwym o Kraków i dzielnice 
małopolskie. Konrad w dzielnicach tych opierał się częścią na od- 
danem sobie rycerstwie miejscowem (Nagodzice, Habdanki, Lisy etc), 
częścią zaś na rycerstwie sprowadzonem tam z Mazowsza i Kujaw. 
Zdaje się, że to samo działo się w innych kierunkach ekspanzyi ma- 
zowieckiej, ku wschodowi i północy, a sprzyjało tej akcyi centralne 
położenie Mazowsza, jego gęste zaludnienie i wielka siła rozrodcza 
ludności, objawy dające się śledzić długo jeszcze później, w czasach 
bardziej obfitych w źródła (w. XV i XVI). 

Ale równolegle z tym prądem odśrodkowym, który rycerstwo 
mazowieckie rozsiewał po ziemiach sąsiednich, szedł prąd tamtemu 
przeciwny, dośrodkowy, immigracyjny. W miejsce rycerzy opuszcza- 
jących rodzinne siedziby, ściągali książęta mazowieccy 
rycerstwo obce, z ziem sąsiednich i dalszych, osiedla- 
jąc je w swej dzielnicy. Fakt, że z jednego roku 1244 docho- 
wały się aż dwa świadectwa na to samo zjawisko, dowodzi, że nie 
była to rzecz przypadku, ale akcya planowa i na szerszą zakrojona 
skalę. Rzecz wielce prawdopodobna, że obie te akcye, emigracyjna 
i immigracyjna. pozostawały z sobą w związku. Rycerstwo mazo- 
wieckie trzymało w podbitych ziemiach ich ludność w uległości, od- 
wrotnie zaś rycerstwo z obcych dzielnic, osiedlone na Mazowszu 
i obdarowane ziemią, trzymało tam w szachu niezadowolone ży- 
wioły miejscowe, jakich tam z pewnością nie brakło, wskutek bez- 
względnej srogości Konrada względem swoich poddannych (wojewoda 
Krystyn, ksiądz Jan Czapla). Wszak taka polityka wymiany wojska 
i wzajemnego utrzymywania w szachu jednych szczepów przez drugie? 
była znana jeszcze w starożytności we wszystkich państwach na 



1 Kwartalnik historyczny z r. 1908, str. 597 nast. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 43 

podboju opartych i stosowana jest przecież gdzieniegdzie po 
dziś dzień. 



3. Podrobiony dokument Lamberta- Soły, biskupa krakow- 
skiego; dla kościoła w Kazimirzy Małej z r. 1063. 

Początki dyplomatyki polskiej schodzą się co do czasu z za- 
raniem polskiego dziejopisarstwa. Podczas gdy najbliżsi sąsiedzi nasi. 
Czesi i Węgrzy, posiadają sporą garść oryginalnych dokumentów 
z XI. w., my mamy tylko jeden, Włodzisława Hermana z r. ok. 
1085 dla Bamberga. Czyśmy ich nie mieli więcej? Czy brak ich 
przypisać należy zatraceniu, czyli też odpowiada on istotnemu sta- 
nowi rzeczy? Oto pytania, które nasunąć się muszą dyplomatykowi 
polskiemu. 

Mimowoli zwracamy się do Długosza, który o połowę bliż- 
szy od nas tym zamierzchłym czasom, rozporządzał jeszcze zna- 
cznym zasobem zaginionego dziś materyału źródłowego \ celem 
stwierdzenia, czy znane mu były dokumenty starsze od tych, które 
my posiadamy. Okazuje się, że ojciec dziejopisarstwa polskiego raz 
jedynie powołuje się na autopsyę dokumentu z XI w. Mianowicie 
wspominając w * Dziejach Polski* o śmierci biskupa krakowskiego 
Lamberta-Suły (r. 1071), dodaje, że czytał jego dokument funda- 
cyjny dla kościoła w Kazimirzy Małej z r. 1063, w którym jeden 
szczegół zwrócił jego uwagę. Oto pośród świadków na pier wszem 
miejscu wymieniony był św. Stanisław, podówczas jeszcze kanonik 
krakowski. Tę samą wiadomość, z małemi odmianami, powtarza 
w > Żywotach biskupów* pod Lambertem -Sułą 2 . 

Przytaczamy poniżej obie wersye Długoszowe w zestawieniu 
obok siebie i zaznaczamy kursywą miejsca, w których teksty ich 
wzajem się uzupełniają: 

Hunc (set. Lampertum) ad devotam Hunc (set. Lampertum) ad imtan- 

petilionem Nicolai de Mykolayow filii tiam et petitionem devotam nobilium 

Wsczeklicze, cornu pro armis, Stani- Nicolai Wsczeklicze de Mykolayow de 

slai et Bogussii de Zemlicze, caput asi- armis in cłipeo unum cornu, Slauissii 

ninum, Petri et Jacobi de Sbilutowicze, et Bogussii de Zemlicze de armis Po- 

1 Semkowicz Al. Krytyczny rozbiór Dziejów Polskich Jana Długosza, 
str. 42 i 47. 

2 Opera omnia, t. I. str. 383. 



44 Władysław Semkowicz 

clypeum in clypeo, Msczugii et Johan- lukosa caput asininum, Petri et Jacobi 

nis de Jakusebowicze, babatum cum Sbilutowicze de armis Janina, clipeum 

cruce, pro insignibus deferentium, ec- in clipeo, Msczugii et Johannis de Ja- 

clesiam parochialem in minori Kazimi- kuschowicze d* armis Jastrzambczi, 

rza reperio fundasse et certas decimas babatum cum cruce pro insigni defe- 

manipulares ilłi adiunxisse. In funda- rentium, ecclesiam parochialem in mi- 

tionis quoque privilegio Anno Domini nori Kazimirza reperio fundasse, et cer- 

Millesimo sexagesimo tertio in Dzerza- tas illi decimas manipulares adiunxisse 

szna seripto et confecto, cuius memini et in fundationis privilegio, cuius te- 

me legisse tenorem, beatum Stanis!aum norem me legisse recolo, beatum Sta- 

tunc Cracoviensem canonicum, pro pri- nislaum tunc Cracoviensem canonicum 

mo et principali cum aliis Cracoviensi- pro primo et principali, cum aliis Cra- 

bus et Wratislaviensibus canonicis te- coviensibus et Wratislaviensibus cano- 

stem scripsisse. nicis pro testibus posuisse. 

Zasób przywiedzionych w tern streszczeniu szczegółów z do- 
kumentu biskupa Lamberta dowodzi, że Długosz nietylko go — jak 
zaznacza czytał, ale niewątpliwie sporządził sobie zeń wyciąg, 
który spożytkował następnie w obu swych dziełach. Byłby to zatem 
jedyny z XI w. do czasów jego dochowany dokument, najdawniej- 
szy zarazem okaz dyplomatyki polskiej, gdyby okazał się autenty- 
cznym. Niestety, już streszczenie Dfugoszowe nasuwa w tym wzglę- 
dzie poważne wątpliwości. Bo jakkolwiek data dokumentu r. 1063 
pozostaje w zgodzie z czasem zasiadania Lamberta-Suły na krakow- 
skim stolcu biskupim (1061 — 1071). jakkolwiek obecność Stanisława, 
kanonika krakowskiego, sama przez się nie budziłaby jeszcze nieu- 
fności, to jednak owa szlachta, pisząca się ze swych dóbr dziedzi- 
cznych »de Mykolayow«, »de Zemlieze* etc, nastręcza uznaniu do- 
kumentu za autentyczny nieprzezwyciężone trudności, chyba że te 
przydomki uznałoby się za własne dodatki Długosza, względnie za 
interpolacye, które on przejął za pośrednictwem jakichś transsum- 
ptów. Najmniej stosunkowo podejrzeń budziłby opis herbów przyto- 
czonych rycerzy, który łatwo złożyć było można na karb znanej 
skłonności autora »Klejnotów« do heraldyzacyi. Wobec tych jednak 
wątpliwości, na podstawie notatki Długosza, nie podobna było wy- 
tworzyć sobie o dokumencie biskupa Lamberta należytego wyobra- 
żenia, i nie pozostawało nic innego, jak przejść nad nim do porządku 
dziennego, gdyby nie odkrycie samego dokumentu w aktach 
konsystorza krakowskiego. 

Na dokument biskupa Lamberta zwrócił moją uwagę ks. Zy- 
gmunt Dunin Kozicki, gruntowny znawca archiwum konsystorskiego 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 45 

w Krakowie Kierując się jego wskazówkami, za które mu gorącą 
wyrażam podziękę, odnalazłem przy życzliwej pomocy ks. Jana Sy- 
gańskiego T. J. rzeczony dokument, inserowany dwukrotnie w aktach 
procesowych z r. 1330, które oblatowano w księgi oficyalatu krakow- 
skiego z lat 1627/8. (Tom 123, str. 1019—1025 i 1077— 1082) K 
Ponieważ sam proces o dziesięciny z r. 1330 nie bez wartości 
jest dla prawa kanonicznego, przytaczam go także w całości, wraz 
z zawartym w nim dokumentem biskupa Lamberta. 



In nomine Domini amen. Anno nativitatis eiusdem millesimo 
trecentesimo tricesimo, indictione secunda, decimo octavo calendas 
mensis Julii, hora quasi prima in Radiów, venerabili in Christo pa- 
tre domino Joannę, divina et apostolicae sedis providentia episcopo 
Cracoviensi in palatio suo praesidente, honorabilis vir dominus Ar- 
noldus de Kamen, canonicus S. Michaelis in Cracovia, ąuandam sen- 
tentiam diffinitivam in praesentia mei, notarii infrascripti testiumąue 
subsciptorum, nomine dicti domini episcopi tulit et publicavit, in pa- 
pirea charta legendo in haec verba: 

In nomine Domini amen. Nos Joannes divina et apostolicae se- 
dis providentia episcopus cracoviensis, notum facimus universis, prae- 
sentes litteras habituris, quod, cum inter discretos viros Bogdasium, 
rectorem ecclesiae de Parva Kazimirza ex una, actorem, et Bosko- 
nem plebanum de Zeben 2 , Nicolaumąue capellanum nobilis viri To- 
meslai (palatini) 3 Sandomiriensis, reos parte ex altera, super decimis 



1 Akt ten oblatował Jan Suliński, pleban w Kazimirzy Małej, dnia 2 li- 
pca 1628 r. 

2 W kopii raz Zelen drugi raz Debini. Takie parafie nie istniały wcale, 
natomiast względy rzeczowe, które rozważymy niżej, wskazują na Szebnię, która 
występuje w źródłach w pisowni: Seben, Sebin, Czeben (Theiner, Mon. Vat. 
t. I. str. 244, 278 oraz KKK. nr. 228. W oryginale mogło być Zeben, co ko- 
pista źle odczytawszy, przepisał raz Zelen, drugi raz Debini. Tu błąd paleogra- 
ficzny był bardzo łatwy. 

3 Tego wyrazu brak w kopii ale następny wyraz »Sandomiriensis« naka- 
zuje domyślać się, że przed nim opuszczono jakiś tytuł. Otóż Tomisław był nie- 
wątpliwie w roku 1330 wojewodą sandomirskim. Występuje on bowiem w tej 
godności w latach 1320—1327 (KMp. I. nr. 163 — KM. II. 593) i sprawował ją 
zapewne jeszcze w r. 1H30. W następnym roku 1331 wojewodą sandomierskim 
był już Mścigniew Warcisławicz (KM. II. nr. 604). 



46 Władysław Semkowicz 

in Mikolaiow, Stropeszyn et Zagaiow, corara nobis ąuaestio fuisset 
exorta pro parte diet i Bogdasii, rectoris ecclesiae praedictae de Par- 
va Kazimirza, libellus existit in haec verba oblatus: 

Coram vobis honorabili viro magistro Petro. officiali auditore- 
que causarum domini episcopi Cracoviensis, ego Bogdasius, rector 
ecclesiae praedictae de Parva Kazimirza contra et adversus Bosko- 
nem de Zeben et Nicolaum Thomeslai capellanum in iudicio consti- 
tutus conąuerendo propono, ąuod cum decimas post araturas San- 
donis militis in Mikolaiow, Stropeszyn et Zagaiow a tempore, cuius 
contrarii memoria non existit, praedecessores mei nomine ecclesiae 
meae possederunt, perceperunt, ac ego possideram ałiąuibus annis 
easdem. idem Bosko et Nicolaus me et ecclesiam meam praedictis 
decimis spoliare non desistunt. Quare pęto nomine quo supra per ve- 
stram sententiam mihi et ecclesiae meae easdem decimas adiudicari 
sine strepitu et figura iudicii. cum fructibus perceptis, vel quae per- 
cipi potuerunt. Pęto etiam expensas in lite factas et protestor de fa- 
ciendis. 

In testimonium vero eiusdem libelli obtulit ecclesiae suae ve- 
terissimum (sic) privilegiura vetustate praeventum, ad quod quidem 
quinque sigilla yetustissima erant appensa. Descriptiones item sigil- 
lorum infra patebant, prout in forma erant et cuius tenor erat et 
est talis: 

In nomine Domini amen. Noverint universi, praesentes et 
futuri. quorum audientiae praesens scriptum fuerit recitatum, 
quod in fundatione ecclesiae in Parva Kazimirza coram nobis 
Lamperto divina providentia episcopo Craeoviensi, nobiles viri 
nostri in praesentia constituti, scilicet Nicolaus de Mikolaiow 
filius Wsczeklice, Stanissius et Bogussius Michaelis de Szem- 
lice. Sbilutus et Petrus Jacobi de Sbiluthowice, Mscugius Jo- 
annis (s.) de Jakuszowice haeredeą sana ac libera voluntate, 
post araturas suas decimas, videlicet Nicolaus in Mikolaiow et 
Stropeszyn et in Zagaiow, Stanissius et Bogussius in Szemlice, 
Osmolice, Gabolthow, Bogumilowice, Sbyluth et Petrus in Zby- 
lutowice, Mnogolice, Mscugius in Jakuszowice, nunc vero blisne, 
sredne, dalne Jakuszowice nuncupatur. ad honorem et laudem 
omnipotentis Dei et ob reverentiam Beatae et gloriosae Dei ge- 
nitricis Virginis Mariae et omnium Sanctorum, dictae ecclesiae 
in Parva Kazimirza dictas decimas dederunt, contulerunt et 
perpetuis temporibus assignaverunt. Quam quidem donationem 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 47 

et assignationem considerantes rite et rationabiliter esse fac- 
tam, ipsam admittentes, de solita nostra ponlificali dignitate 
ratificamus, cum descriptio)ribus sigillorum l approbamus et gra- 
tuite confirmamus. In cuius rei testimonium sigillorum nostro- 
rum, praemissorumąue nobilium sigilla sunt appensa. Actum 
in Dzierzasna, feria sexta ąuatuor temporum autumni, anno 
Domini millesimo sexagesimo tertio, praesentibus his: Stanislao 
canonico Cracoviensi, Nicolao Vratislaviensi et Godfredo canoni- 
cis 2 , Gamberto de Bithom, Heluigo de Slavvcovia plebanis et 
Radomiro noslrae curiae prothonotario et aliis quam plurimis 
fidedignis. 

Descriptiones sigillorum itaąue veterissimi (sic) privilegii erant 
in hanc formam: atąue primum sigillum erat longum, appensum ru- 
beo serico, cera ab extra alba, intus vero rubea. in medio erat imago 
pontificalis, tenens curvaturam in manu sinistra, cum dextra vero ad 
modum benedictionis, verba erant circumferentialiter: Sigillum Lam- 
berti episcopi Cracoviensis. Aliud vero erat rotundum, cera ab extra 
alba, intus vero viridis, in medio erat clypeus et in medio clypei 
cornu cervi, verba erant circumferentialiter: Sigillum Nicolai haere- 
dis de Mikolaiow. Tertium erat rotundum, cera extra alba, intus 
vero nigra, in medio erat clypeus in clypeo, verba circumferentiali- 
ter: Sigillum Petri de Sbyluth. Quartum vero ad modum clypei erat, 
cera extra alba, intus vero viridis, in medio erat caput asininum, 
verba circumferentialiter: Sigillum Stanislai de Zemlice. Quintum erat 
rotundum, cera ab extra alba. intus vero nigra, in medio erat ba- 
batum, intus habens crucem, verba circumferentialiter erant: Sigil- 
lum Mscugii de Jakuszowice. 

Lite igitur et tali privilegio legittime contestata, dieto Boskoni 
et Nicolao ad audiendam sententiam definitivam sufficienter citatis, 
ipsis tamąuam conlumaciter absentibus, quorum absentiam divina 
repleta providentia, deliberatione diligenti super hoc et consilio sa- 
pientum habito, Dei nomine invocato. dieto Bogdasio et ecclesiae ip- 
sius praedictas decimas in supradictis villis cum perceplis adiudica- 
mus, praemissumąue privilegium antiąuitate praeventum, nostris si- 
giliis perpetuis temporibus in his scriptis, salvis suis sigillorum de- 
scriptionibus ratificando, renovando, roborando confirmamus. 



1 To oczywiście wtręt transsumującego notaryusza. 
* W kopii brak wyszczególnienia tej ostatniej kanonii. 



4g Władysław Semkowicz 

Super qua ratificatione. roboratione, sigillorum doscriptione, con- 
firmatione et renovatione. locatione, praefatus Bogdasius a me nota- 
rio infrascripto sibi petiit fieri publicum instrumentom. Actum anno, 
indictione. die, mensę, hora, loco, ąuibus supra. Praesentibus hono- 
rabilibus et discretis viris: Bodzanta decano Cracoviensi, Naasan 
praeposito. magistro Petro cantore Yisliciensi, Derscone custode S. 
Floriani. Ichrico (s.) de Zambocin. Nicolao in Socoliny, Petro de Ga- 
bolthow plebanis. et aliis quam pluribus testibus fidedignis, ad prae- 
missa vocatis et rogatis. 

Et ego Albertus Jasconis l de Opatowiec, clericus Cracoviensis 
dioecesis, praesentibus aucthoritate apostolica et imperiali notarius, 
supradictae sigillorum descriptioni, renovationi, ratificationi. confirma- 
tioni, definitivae sententiae lationi aliisąue omnibus et singulis prae- 
missis, dum sic agerentur. una cum testibus praenotatis vocatus et 
rogatus, praesens interfui, ipsamąue ad petitionem supradicti Bogdasii 
propria manu in hanc publicam formam redegi, meoąue signo et 
nomine consuetis consignando in testimonium omnium praemis- 
sorum. 



Treścią przytoczonego aktu jest proces i wyrek sądu bisku- 
piego krakowskiego w sporze o dziesięciny między plebanami ko- 
ściołów w Kazimirzy Małej i w Szebni w r. 1330. Prawno - fakty- 
czna strona aktu nie budzi żadnych podejrzeń i nie zawiera nic. co- 
by z datą wyroku pozostawało w sprzeczności 2 . Geneza sporu wy- 
stąpi jaśniej na tle stosunków rodowych. 



1 W kopii »Petrus Basconis* jest błędne. Takiego notaryusza źródła z tych 
czasów nie znają, natomiast występuje współcześnie >Albertus Johannis, (Jas- 
conis) de Opatowiec «, który w r. 1326 jest wikaryuszem katedralnym krakow- 
skim (KM. II. nr. 592), a w r. 1332 jako notaryusz publiczny redaguje inny 
wyrok KKK. nr 150), którego styl wielce zbliża się do dyktatu niniejszego aktu. 
(Zob. niżej str. 50). Wobec tego nie może być wątpliwości, że tu kopista popeł- 
nił błą>!, przekręcając imię notaryusza i jego ojca. 

- Zwracam jedynie uwagę na błędną indykcyę; na rok 1330 przypada 
indykeya XIII. Błąd ten niekoniecznie kopiście przypisać należy. W tych cza- 
skch często błędnie obliczano znamiona chronologiczne i w najautentyczniej- 
szych dokumentach zdarzają się omyłki. Por. np. dokument z r. 1333, gdzie po- 
dana jest indykeya XVI, jakkolwiek taka indykeya zgoła nie istniała (ostatnia 
była XV). 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 49 

Kazimirza Mała, leżąca nad Nidzicą w ziemi wiślickiej i szereg 
wsi okolicznych, należały w pocz. XV w. do rodu Bibersteinów, który 
posiadał nadto w tych czasach drugi klucz dóbr, mianowicie Sze- 
bnię w Jasielskiem *. Między kazimirską a szebieńską gałęzią Bi 
bersteinów dadzą się wykryć jeszcze w XV w. związki, przejawia- 
jące się w dziedziczeniu rodzonych braci na obu kluczach dóbr. Tak 
np. w r. 1427 występują bracia rodzeni: Spytek, Henryk i Nawój, 
z których pierwszy posiada Mikołajów w kluczu kazimirskim, 
a tamci dwaj Moderówkę i Szebnię w kluczu szebieńskim. Wskazuje 
to na niedawne stosunkow T o rozczepienie się rodu na obie gałęzie, 
nie dalej, jak dwie albo trzy generacye wstecz. 

Otóż domysł ten znajduje potwierdzenie w naszym procesie 
między plebanem kazimirskim a szebieńskim o dziesięciny „post 
araturam Satidonis, militis in Mikolaioio, Stropieszyn et Zagajów". 
Wsie te leżą pod Kazimirza Małą, a Mikołajów, jak wspomnieli- 
śmy był jeszcze w pocz. XV w. w ręku Spytka Bibersteina, którego 
bracia dziedziczyli w Szebni. Rycerz Sąd, dziedziczący w r. 1330 
na Mikołajowie, Stropieszynie i Zagajowie, to niewątpliwie także 
Biberstein, a przodek wspomnianych braci. Imię Sąd nieobce jest 
tej rodzinie, 'i jeszcze w pocz. XV w. nosi je dziedzic Moderówki, 
syn wymienionego dopieroco Henryka 2 . Otóż jest rzeczą nader pra- 
wdopodobną, że ów Sąd z naszego procesu, to nie kto inny, jeno 
kasztelan sandomierski z lat 1333 - 1334. którego zachowana pie- 
częć z r. 1334 przedstawia właśnie herb Bibersteinów 3 . On sam, 
czy też może któryś z przodków jego, wydzielił widocznie — jak 
to nieraz bywało — z funduszu kościoła kazimirskiego dziesię- 
ciny niektórych wsi dla kościoła w dziedzicznej Szebni*. Proboszcz 
kazimirski, pokrzywdzony w swych prawach, pozwał wówczas ple- 
bana z Szebni przez sąd biskupi. Oprócz plebana szebieńskiego po- 
zwał proboszcz kazimirski Mikołaja, kapelana wojewody sandomier- 
skiego Tomisława 5 . Kto był ten Tomisław i z jakiego pochodził rodu, 



1 Por. Białkowski L. Ród Bibersteinów, str. 17 i 21. 

1 Tamże, str. 25. 

8 Piekosiński. Pieczęcie polskie wieków średnich, nr. 372. W ^Rycerstwie 
pol. w. śr.« t. III. str. 265 Piekosiński mylnie zalicza go (na podstawie imienia) 
do Odrowążów. 

* Szebnia istnieje już w r. 1.426. Theiner, t. I. str. 244 

5 Że Tomisław był wojewodą sandomierskim, zwróciłem uwagę wyżej na 
str. 45 przypisek 3. 

Semkowicz. 4 



50 



Władysław Semkowicz 



na to bezpośrednich wskazówek nie posiadamy l . Domyślać się je- 
dnak można z toku całej sprawy, że i on pochodził także z rodu 
Bibersteinów. Jego to synem lub bratankiem był niewątpliwie To- 
misław z Szebni, świadczący na dokumencie z r. 1362 2 . 

Nietylko względy rzeczowe, zawarte w treści aktu, przema- 
wiają za jego autentycznością, ale i kryterya formalne, zwłaszcza 
dyktat daje temu wymowne świadectwo. Redaktorem wyroku, który 
nadał mu „publicam formam u był Wojciech syn Jaśka z Opatowca, 
notaryusz biskupi. Otóż znamy inny wyrok redakcyi tegoż notaryu- 
sza, z r. 1332 3 , którego porównanie z naszym wyrokiem wykazuje 
istotnie ten sam dyktat. Zestawiamy poniżej parę formuł końcowych 
obu wyroków: 



Wyrok z r. 1330. 



Wyrok z r. 1332. 



Quod cum... ąuestio fuisset exorta Quibus sic exhibitis demum pro par- 

pro parte dicti Bogdassii... libelłus ex- te domini episcopi Cracoviensis libellus 

titit in haec verba oblatus: Coram Vo- extitit oblatus sub isto tenore : Coram 

bis Honorabili viro... Ego B. rector tobis religioso viro... ego W. plebanus... 

ecclesiae... contra et adversus... eon- propono contra... quod cum etc. 
ąuerendo propono, quod cum etc. 

Et ego Albertus Jasconis de Opato- Et ego Albertus olim Johannis de 

wiec, elerieus Cracoiiensis dioecesis, Opatou-ecz elerieus diocesis Cracoiien- 

praesentibus auctoritate apostolica et sis, apostolica et imperiali auctoritate 

imperiali notarius etc. notarius publicus etc. 



... supradictae sententiae lationi... 
vocatu8 et rogatus praesens interfui, 
ipsamque ad petitionem supradicti B. 
propria manu in hanc publicam for- 
mom redegi, meoąue signo et nomine 
consuetis consignando in testimonium 
omnium praemissorum. 



... praedictae causae interfui rocatus 
et rogattts et eam de mandato et au- 
ctoritate praedicti judicis delegati suum 
sigillum apponendo sic in publicam 
formam redegi, nomine et signo meo 
ipsam consignando in testimonium prae- 
missorum et perpetuam rei memoriam 
habendam. 



Wreszcie osoby występujące w procesie są nam w znacznej 
części znane ze współczesnych źródeł i również stwierdzają auten- 



1 Piekosiński zalicza go dowolnie do rodu Jelitczyków i identyfikuje bez 
udowodnienia z Tomislawem z Mokrska. 
3 KKK. nr. 228. 
s Tamże, nr. 150. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 51 

tyczność aktu. Mistrz Piotr, sędzia nadworny biskupa krakowskiego, 
zarazem pleban ze Skałki i kantor wiślicki (pośród świadków wyroku) 
występuje w tym charakterze w latach 1328 — 1337 ł . Bodzanta jest 
dziekanem krakowskim w latach 1320— 1348 2 , Nasan proboszczem 
wiślickim w latach 1328— 1343 3 , Dzierzko kanonikiem u św. Flo- 
ryana w r. 1330 *, Piotr, pleban w Gabułtowie występuje w roku 
1337 5 , wreszcie Wojciech, syn Jana z Opatowca, jako notaryusz bi- 
skupi w r. 1332 «. 

Wykazawszy tym sposobem autentyczność wyroku w sprawie 
dziesięcin kościoła Kazimirzy Małej, przystępujemy obecnie do rozpa- 
trzenia dokumentu fundacyjnego tegoż kościoła, przedłożonego w pro- 
cesie przez jego proboszcza na dowód praw dziesięcinnych. 

Jak zaznaczyliśmy na początku, znał ten dokument Długosz 
i podał w »Historyi« i w ^Żywotach biskupów< jego streszczenie. 
Z porównania notatki Długoszowej z samym dokumentem, okazuje 
się niewątpliwie 1) że nie inny, ale ten właśnie tekst miał Długosz 
przed sobą, 2) że streszczenie jego jest wierne i pozbawione wła- 
snych dodatków Długosza. 

Ale jeśli notatka Długosza budziła tylko podejrzenia co do au- 
tentyczności dokumentu, to pełny tekst jego rozprasza w tym kie- 
runku wszelkie wątpliwości i okazuje, że mamy do czynienia z wie- 
rutnym falsyfikatem. 

Więc najpierw — ile chodzi o formułę — inwokacya »In no- 
minę domini amen*, niezwykła jeszcze w wieku XII, rozpowszechnia 
się dopiero w następnem stuleciu. Rażącym anachronizmem jest 
maiestałicus pluralis biskupa wystawcy, rażące nazwy miejscowości 
przy imionach rycerzy-dziedziców, wprost niedorzecznością w tym 
czasie ich pieczęcie z herbami. Pomijam już styl zawiły, brak for- 
muły penalnej i inne właściwości, niedające się wprost pomyśleć, już 
nie tylko w XI, ale nawet w XII w. 



1 Kod. kat. kr. tom I. nr. 149—161, tom II. nr. 244—250. Kod. mog. 

nr. 56. 

2 Kod. młp. t. I. nr. 164. W r. 1348 zostaje biskupem krakowskim. 

» K. kat. kr. t. I. nr. 144- 147, t. II. nr. 244, 245, Kod. mp. tom III. 
nr. 641. 

* Kod. mp. II. nr. 602. 
t Kod. kat. kr. nr. 161. 
« Kod. kat. krak. nr. 150. 



*• 



52 Władysław Semkowicz 

Lecz uznanie dokumentu biskupa Lamberta za falsyfikat nie 
zwalnia nas jeszcze od dalszych nad nim badań. Dyplomatyka no- 
woczesna jest czemś więcej, niż *arg discemendi diplomata vera ac 
falsa* — jak ją dawnemi określano czasy, zadanie jej nie kończy 
się przeto na prostem stwierdzeniu fałszerstwa. Wnikając głębiej 
w istotę i przyczyny podrobienia dokumentu, dzisiejsza dyplomatyka 
bada czas, miejsce, sprawcę fałszerstwa i inne okoliczności mu to- 
warzyszące, stara się przy tern dociec, czy i w jakiej mierze fał- 
szerz zużytkował wiarygodne wiadomości, zaczerpnięte z autenty- 
cznych dokumentów, zapisek lub tradycyi. 

Co się tyczy czasu podrobienia dokumentu, to mamy w nim 
jeden szczegół, który kwestyę tę odrazu rozwiązuje. Oto pieczęć bi- 
skupa Lamberta przywieszona do dokumentu z r. 1063 miała być 
wyciśnięta w czerwonym wosku. Aż do Nankera włącznie (t. j. do 
r. 1326) używali biskupi krakowscy stale wosku zwykłego — pierw- 
szym, który zaczął wyciskać pieczęć w czerwonym wosku, był Jan 
Grot 1 (1326 — 1347), t. j. ten właśnie biskup, przed którego sądem 
toczył się spór o dziesięciny Kazimirzy Małej. Wynika stąd, że fał- 
szerstwa dokonano współcześnie t. j. na krótko przed 
r. 1330, w którym dokument przedłożono w sądzie biskupim. 

Ta ostatnia okoliczność wyjaśnia nam zarazem cel fałszer- 
stwa. Nie ulega wątpliwości, że dokument Lamberta podrobiony 
został ad hoc, dla zyskania środka dowodowego w procesie o dzie- 
sięciny. 

Sprawcą fałszerstwa był zapewne sam proboszcz kazimirski, 
w każdym zaś razie ktoś niezbyt biegły w sztuce podrabiania da- 
wnych dokumentów i nie mający widocznie pod ręką starych wzo- 
rów, choćby z XII w. Gdyby bowiem fałszerstwo było dokonane 
w kapitule krakowskiej lub w którymkolwiek ze starych klasztorów 
ub kollegiat polskich, byłby fałszerz niezawodnie zużytkował za- 
chowane tam dawne autentyki, celem nadania swemu falsyfikatowi 
pozoru cech archaicznych. 

Inna rzecz, czy fałszerz nie znał jakich zapisek, które mogły 
mu dostarczyć rzeczowego substratu do podrobienia dokumentu. Te 
rzeczowe szczegóły mogły dotyczyć: 1) aktu konsekracyi kościoła 
kazimirskiego w r. 1063 przez biskupa Lamberta, ewentualnie także 

1 Por. Piekosiński. Pieczęcie pol. w. średn. nr. 326 (Nanker) i 368 (Jan 
Grot). 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 53 

świadków obecnych przy konsekracyi, 2) nadań dziesięcinnych, po- 
czynionych przez okoliczne rycerstwo na rzecz kościoła. 

Go do konsekracyi, podnieśliśmy już pierwej jeden moment 
niemałej wagi, mianowicie zgodność daty dokumentu z pontyfikatem 
Lamberta-Suły, którego chronologię poświadczają najdawniejsze na- 
sze roczniki (1061— 1071) l . Przypadkowością tego faktu tłómaczyć 
nie wolno, niepodobna zaś przypuszczać, by fałszerz, który grzeszył 
zupełną ignorancyą dawnych zasad dyplomatyki i nie troszczył się 
o najbardziej zdradliwą w procesie formę dokumentu, dbał o zgo- 
dność chronologii dla tak odległej epoki i czynił w tym kierunku 
jakieś badania. Możnaby to przyjąć dla dokumentu podrobionego 
w kapitule, gdzie były pod ręką roczniki i katalogi biskupów, gdzie 
zatem dobór daty nie przedstawiał trudności, ale nie dla falsyfikatu, 
który powstał niewątpliwie w prowincyonalnym kościele. Otóż przy- 
puszczam, że fałszerz miał w istocie pod ręką zapiskę o konsekra- 
cyi kościoła kazimirskiego przez biskupa Lamberta w r. 1063. Za 
założyciela Kazimirzy uwaźaćby zatem należało Kazimierza Odno- 
wiciela. 

Osad o nazwie Kazimierz, Kazimirza, jest kilka na obszarze ziem 
polskich; wszystkie one są bardzo stare i z wyjątkiem Kazimierza 
krakowskiego i lubelskiego dadzą się związać z imieniem jednego 
z dwóch pierwszych Kazimierzów: Odnowiciela lub Sprawiedliwego. 

Kazimirza, o której mowa, składała się z dwóch osad, poło- 
żonych po obu brzegach Nidzicy. Osada leżąca po stronie krakow- 
skiej zwała się Wielką, druga po stronie wiślickiej — Małą. Trudno 
dziś dociec, czy od początku były tam dwie osady, czy też może 
łączył je stosunek macierzy do córy. W tym ostatnim razie, który 
jest prawdopodobniejszy, Kazimirza Mała (Młodsza) byłaby filią 
Wielkiej (Starej), co nie wyłącza możliwości powstania obu jeszcze 
za Kazimierza Odnowiciela. Jakkolwiekbądź się rzecz miała, faktem 
jest, że obie osady posiadały już bardzo dawno kościoły parafialne: 
Wielka pod wezwaniem św. Krzyża, Mała pod wezwaniem Wniebo- 
wzięcia NMP. Oba kościoły figurują już w najdawniejszych kollekto- 
ryach świętopietrza jako siedziby dekanatów 2 , w szczególności Mała 



1 Rocznik kapitulny krak. Mon. Pol. t. II. str. 795. 
1 Theiner, Mon. Pol. Vat. t. I. str. 243. 



54 Władysław Semkowicz 

Kazimirza była nią w latach 1349 — 1357 *. Jestto ważne kryteryum 
starożytności kościoła, nie ulega bowiem wątpliwości, że stolice de- 
kanatów łączyły się z najstarszemi świątyniami, że wymienię Pran- 
docin, Jędrzejów, Sącz, Sławków, Bytom, Korczyn, Kije, które to 
kościoły należą niewątpliwie do najdawniej szych, z XI i XII w. 

I tytuł kościoła >Assumptionis B. M. V.* należy do bardzo 
starych. Matce Bożej dedykowane były prawie wszystkie dawne 
kościoły polskie, bądź to samoistnie, bądź obok drugiego wezwa- 
nia. Kościoły w Gnieźnie, Mogilnie, Łęczycy, Wiślicy, Kielcach, nale- 
żące do najstarszych, miały wezwanie NMPanny. Rozważenie tych 
wszystkich okoliczności pozwala odnieść założenie kościoła w Kazi- 
mirzy Małej do wieku XI, do czasów biskupa Lamberta. 

Z aktem konsekracyi łączy się nadto miejsce wystawienia do- 
kumentu fundacyjnego i jego świadkowie. Dzierzążnia, jako miejsce 
wystawienia dokumentu jest prowdopodobnie przez fałszerza zmy- 
ślona, jako jedna z najbliższych Kazimirzy w XIV w. posiadłości 
biskupich. Lecz wątpić należy, czy przynależność jej do stołu bisku- 
piego sięga XI w. Najdawniejszą wzmiankę o Dzierzązni znajdujemy 
w dokumencie arcybiskupa Jana dla klasztoru w Jędrzejowie z r. 
1174/6. Wymieniona jest tam ona między wsiami, które arcybiskup 
żaku ił dla tego klasztoru 2 . Na własność biskupstwa przeszła, zdaje 
się, dopiero w r. 1287, kiedy Leszek Czarny nadał Pawłowi z Prze- 
mankowa ^illam sucm in Derusna a 3 . Wiadomość Długosza, jakoby 
w czasie bitwy nad rzeką Mozga wą w r. 1195 biskup krakowski 
Pełka stał w Dzierzązni, polega tylko na kombinacyi, nie popartej 
zresztą żadnem dawnem źródłem 4 . Z tern wszystkiem do szcze- 
gółu tego w naszym dokumencie nie można przywiązywać zby- 
tniej wagi. 

Co powiedzieć o świadkach, z pośród których kanonik Stani- 
sław zwrócił już uwagę Długosza, stanowiąc istotnie najciekawszy 
szczegół w naszym dokumencie, bo gdyby się okazał autentycznym, 
mielibyśmy cenną zdobycz naukową. Niestety, wykazać tego niepo- 
dobna. Jakkolwiek bowiem jest rzeczą prawdopodobną, że Stanisław 

1 Korzyst-iłem dzięki uprzejmości Dra J. Ptaśnika z kollektoryów, które 
wejść mają do wydawnictwa Monumenta Poloniae Yaticana. 
» Kod. mpol. t. II. nr. 374. 

3 Kod. kat. krak. nr. 85. 

4 Historya Pol. tom II. str. 146. Por. A!. Semkowicz, Krytyczny rozbiór 
r. 200. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 55 

był w tym czasie kanonikiem krakowskim, a » Żywot mniejszy «, 
źródło z pierwszej polowy XIII w., wyraźnie mówi o tem, że biskup 
Lambert „fecit eum in ecclcsia Craconiensi fratrem et canonicum" l , 
to jednak zarówno la wiadomość, jak i umieszczenie Stanisława, 
jako kanonika krakowskiego, na liście świadków dokumentu kazi- 
mirskiego może polegać tylko na prostej kombinacyi, że za pontyfi- 
katu swego poprzednika Lamberta był Stanisław kanonikiem. Nie 
mamy przeto żadnej pewności, że szczegół ten w naszym dokumen- 
cie opiera się na jakichkolwiek wiarygodnych danych, mianowicie 
na zapisce o konsekracyi kościoła, gdzie mogliby być wymienieni 
świadkowie tego aktu, i raczej przypuścić trzeba, że mamy tu do 
czynienia z czczym wymysłem, w celu nadania falsyfikatowi większej 
powagi i wiarygodności. 

Toż samo tyczy się reszty świadków, jakkolwiek i tu nie brak 
pozorów wiarygodności. Zwłaszcza dwaj plebani, bytomski i sław- 
kowski, mogliby zrazu łudzić, bo Bytom i Sławków to bardzo stare 
grody 2 , gdzie już wcześnie mogły istnieć kościoły grodowe; czy je- 
dnak w tym czasie może być mowa o >plebanach«, jest rzeczą 
więcej niż wątpliwą. Ostatni ze świadków, pronotaryusz biskupi, jest 
już niedorzecznym wymysłem. Tytuł ten, dotąd niewyjaśnionego 
(zdaje się bizantyńskiego) pochodzenia, był w XI w. jedynie w uży- 
ciu u Normanów Włoch południowych 3 . W Europie środkowej, 
mianowicie w kancelaryi cesarskiej a w ślad za tem w kancela- 
ryach biskupich, zjawia się dopiero w poł. XII w.*, w kuryi papie- 
skiej zaś dopiero w XIV w. 5 . W Polsce zjawia się protonotaryusz 
z końcem XIII w. za rządów czeskich 6 . Z tych względów wzmiankę 
o pronotaryuszu w naszym dokumencie nie podobna uważać za wia- 
rygodną, tembardziej, że o zorganizowanej kancelaryi biskupiej w Pol- 
sce tych czasów nie może być w ogóle mowy. Podobnie tedy jak 



« Mon. Pol. t. IV. str. 250. 

1 Bytom wspomniany już u Galla (Chronicon, str. 66, 87, 88) oraz w bulli 
gnieźnieńskiej z roku 1136 (Kwp. nr. 7). Sławków był jedną z najdawniejszych 
posiadłości biskupstwa krakowskiego i jeszcze w XIII w. istniał tam gród, jako 
centrum » kasztelani sławkowskiej «. Kod. kat. krak. t. I. nr. 88. 

3 Por. Erben-Redlich, Urkundenlehre, str. 80. 

* Tamże, oraz Bresslau, Urkundenlehre, str. 369. 

6 Bresslau, 1. c, str. 233. 

8 Henryk Quas, protonotaryusz Wacława czeskiego w r. 1292. Kod. mpol. 
t. II. nr. 521 i 522. 



56 Władysław Semkowicz 

miejsce wystawienia dokumentu i całą grupę świadków uważam za 
zmyśloną, włącznie z datą dzienną, wyrażoną w falsyfikacie sposo- 
bem niezwykłym i bardzo rzadko w użyciu będącym, wedle suche- 
dnich (jesiennych), ąuatuor tempora (autumni). 

Przechodzimy wreszcie do nadawców dziesięcin, celem stwier- 
dzenia, czy są to postacie rzeczywiste, czy także — jak świadko- 
wie — fikcyjne, przez fałszerza zmyślone. Są oni określeni w doku- 
mencie wedle imion, dziedzin i rodów. Ten właśnie wzgląd nie do- 
zwala ich odnieść do w. XI. gdyż rycerstwo dopiero z początkiem 
XIII w. zaczęło przybierać przydomki od swych dziedzicznych dóbr, 
który to zwyczaj ustala się w ciągu tego stulecia 1 . W XI w., jak 
i w XII, spodziewalibyśmy się tylko samych imion, co najwyżej z pa- 
tronimicum. Nie mogą to być także osoby współczesne pobrobieniu do- 
kumentu, a więc żyjące około r. 1330, nie podobna bowiem przy- 
puścić, aby w falsyfikacie, mającym służyć za środek dow r odowy 
w procesie o dziesięciny, współcześni ludzie figurowali jako nadaw- 
cy z w. XI. Pozostają zatem dw T ie alternatywy: 1) albo są to 
postacie historyczne, znane fałszerzowi z zapisek kościelnych, lecz 
zmarłe dawno, jakkolwiek nie przed wiekiem XIII (ze względu na 
przydomki); 2) albo też są oni wszyscy zmyśleni wraz z swemi imio- 
nami, dziedzinami i herbami. 

Aby tę kwestyę rozstrzygnąć, trzeba przejść wszystkich nadaw- 
ców po kolei i rozpatrzyć na podstawie źródeł ich stosunek do 
dóbr i rodów, do których wedle opisu pieczęci należeli. 

1) Mikołaj, syn W ściek li cy z Mikołajowa, z rodu 
Bibersteinów, dziedzic Mikołajowa, Stropieszyna i Zagajowa. Już 
na początku niniejszej pracy wspomniałem, że Bibersteinowie byli 
w XIV i XV w. dziedzicami Kazimirzy Małej i kilku sąsiednich 
osad*. Najwcześniejsze ich w tej okolicy ślady sięgają trzeciego dzie- 
siątka XIV w, t. j. czasu procesu o dziesięciny (Sąd, kasztelan san- 
domirski). Z trzech wsi. wymienionych w dokumencie Lamberta, 
z których kościół kazimirski miał pobierać dziesięciny, tylko Miko- 



1 W Małopolsce pierwszy raz pojawia się taki sposób określania pocho- 
dzenia w Album miechowskiem z r. 1198 (Kod. mp. t. II. nr. 376). W dok. z r. 
1224 występuje już cały szereg rycerzy z takimi przydomkami. (KKK. tom I. 
nr. 14.). 

* Patrz wyżej, str. 49. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 57 

łajów należał jeszcze w XV w. do Bibersteinów l . Dwie inne wsi 
nie dadzą się na podstawie znanych źródeł wykazać jako własność 
tego rodu; w poł. XV w. Stropieszyn należy do Kocińskiego h. Gra- 
bią, a Zagajów do Ujejskiego h. Drużyna, ale w najbliższem ich 
sąsiedztwie położona wieś Bibersteinów, Sokolina, wskazuje, że i one 
były niegdyś zapewne w ich posiadaniu '. Przezwisko Wścieklica nie 
obce jest źródłom naszym. Do dokumentu Łokietka dla katedry 
krakowskiej z r. 1306 przywiesił swą pieczęć >Nicolaus Fsce- 
klicza* 3 ; niestety pieczęć ta zaginęła, tak, zenie wiemy, czy to 
był Biberstein. ale identyczne imię i przezwisko wskazują, że nasz 
fałszerz nie wyssał ich z palca, czyli innemi słowy: Mikołaj syn 
Wścieklicy z Mikołajowa może być postacią rzeczywistą i pochodzić 
z rodu Bibersteinów, którzy istotnie na Mikołajowie dziedziczyli. Do 
jakiego czasu należy odnieść tego Mikołaja? Bibersteinów ie, ród łu- 
życki, pojawiają się w pierwszej połowie XIII w. na Śląsku*, do 
Małopolski przybyć zatem mogli z Henrykiem Brodatym, jak tyle 
innych rodów, siedzących w tych stronach na pograniczu ziemi kra- 
kowskiej 5 . 

2) Stanisław i Bogusz, synowie Michała z Ziemlic, 
h. Połukoza, dziedzice Ziemlic, Osmolić, GabuHowa i Bogumiło wic. 
Przedewszystkiem stwierdzić trzeba, że wszystkie te imiona były 
rzeczywiście w częstem użyciu w rodzie Połukozów. Imię Bogusz 
stało się nawet z czasem przydomkiem odrębnej rodziny h. Połu- 
koza, która pisała się stale »de Zemblice*, utrzymując tradycyę 
swego pochodzenia 6 . Otóż w tej rodzinie Boguszów imiona Stani- 
sław i Bogusz przetrwały bardzo długo, bo do XVI i XVII stulecia. 
Tak samo imię Michał bardzo często w rodzie Połukozów się po- 
wtarza, tak. że je Piekosiński słusznie za rodowe ich imię uznał 7 . 
Z czterech wsi, wymienionych jako własność Połukozów, z wyjąt- 

* Spytek z Mikołajowa, 1427 (Białkowski, Ród Bibersteinów, str. 26) 
Henryk z Bibersteinów poł. XV w. (Liber Benef. t. II. s. 146). 

2 Liber Benef. t. II. str. 146, 412. 
s Kod. kat. krak. t. I. nr. 114. 

* Białkowski, 1. c. str. 7 nast. 

s Por. moją pracę : Włodycy polscy na tle porównawczem słowiańskiem, 

str. 48. 

« Bogusz Adam, Mikołaja Bogusza spadkobiercy. Miesięcznik heraldyczny, 

r. 1909. nr. 4. 

« Rycerstwo Polskie, t. III, str. 33. 



Fjg Władysław Semkowicz 

kiem Osmolić, wsi wcześnie już opuszczonej *, trzy pozostałe dadzą 
się wykazać w rękach tego rodu. O Ziemlicach mówiliśmy przed 
chwilą, że tradycya uważała je za gniazdo Boguszów-Półkoziców 2 . 
Gabułtów, w sąsiedztwie Ziemlic i Bogumiłowice pod Tarnowem, 
jeszcze do XV wieku przetrwały we władaniu Połukozów 3 . I ten 
szczegół zatem w dokumencie Lamberta uważać należy za wiary- 
godny, Michała zaś, ojca Stanisława i Bogusza możnaby zidentyfi- 
kować z Michałem Piotrkowiczem z rodu Połukozów, kasztelanem 
krakowskim (1243— 1255) 4 . 

3) Zbylut i Piotr, synowie Jakuba ze Zbylutowic 
z rodu Janina, dziedzice Zbylutowic i Mnogolic. Rycerze ci źró- 
dłom naszym są zgoła nieznani, posiadłości zaś ich zjawiają się do- 
piero w XV w., lecz już w ręku innych rodów: w Zbyluto wicach 
siedzą Ławszowici i Turzynici 5 , w Mnogolicach Dębnowie 6 . W po- 
bliżu jednak, w Kęsowie i w Cudzinowicach spotykamy w XV w. 
Janinów 7 . Imię Zbylut właściwe było wielkopolskiemu rodowi Pa- 
łuków 8 , mamy tu jednak dowód, że pojawiało się ono i u mało- 
polskich Janinów. Tern wytłómaczyć można genezę kilku nazw wsi 
małopolskich, utworzonych z imienia Zbylut. Janinowie byli też 
zapewne założycielami Zbylitowej góry pod Tarnowem, w pobliżu 
której posiadali jeszcze w XV w. Chyszów 9 . Rozważenie powyż- 
szych szczegółów dozwala Zbyluta i Piotra ze Zbylutowic uznać za 
postaci autentyczne. 

4) Mszczuj i Jan z Jakuszowic, z rodu Jastrzęb- 
ców, dziedzice Jakuszowic. Związku imion i dóbr ich z Jastrzęb- 
cami na podstawie dochowanych źródeł wykryć nie podobna. Ja- 
kuszowice należą w XV w. do Turzynitów i Połukoziców 10 . Jedynej 

1 Za czasów Długosza była już «deserta« Lib. Ben. t. II. s. 418. 
1 W XV w. były one już w posiadaniu Gerałtów i Różyców (Lib. Benef- 
t. II. str. 67 i 145). 

3 Co do Gabułtowa: zob. Lib. Benef. t. II str. 145. Co do Bogumiłowic : 
zob. Piekosiński, Heraldyka pol. w. średnich, str. 125, gdzie pieczęć Pawła z Bo- 
gumiłowic, sędziego z. krak. oraz Lib. Benef. t. U. str. 494. 

4 Piekosiński, Rycerstwo małop. t. III. str: 31—33, 
8 Lib. Benef. t. II. str. 146. 

• Tamże, str. 146. 

» Lib. Ben. t. II. str. 502 i Ulanowski, Inscr. clenod. nr. 338, 471, 481, 572. 

8 Por. moją pracę: Ród Pałuków. 

9 Piekosiński, Zap. wiślickie, nr. 29, 36. 

10 Lib. Ben. t. II. s. 146. oraz Ulanowski, Inscr. clenod. nr. 285, 320 i 477. 



Przyczynki dyplomatyczne z wieków średnich 59 

wskazówki mogą tu dostarczyć poblizkie osady Jastrzębców, Soko- 
lina i Stawiszyce 1 . 

Zbierając wyniki powyższych rozważań, dochodzimy do wnio- 
sku, że szczegóły, tyczące się nadań dziesięcinnych na rzecz ko- 
ścioła kazimirskiego opierają się prawdopodobnie na wiarygodnym 
przekazie miejscowych zapisek, a wymienieni rycerze są postaciami 
historycznemi z połowy XIII wieku. 

1 Lib. Ben. t. I. str. 416 i t. II. str. 414. 



Treść. 

str. 

1. Dokument Maura, biskupa krakowskiego (1109— 1118), dla kościoła w Pa- 

canowie 1 

2. Dwa przywileje księcia Bolesława Konradowicza z r. 1244 w przedmiocie 

nadania -prawa rycerskiego* 24 

3. Podrobiony dokument Lamberta Suły. biskupa krakowskiego dla kościoła 

w Kazimirzy małej r. 1063 43 



PRZYCZYNEK DO TEOEYI MNOGOŚCI 



napisał 

WACŁAW SIERPIŃSKI 



Sierpiński 



W pracy niniejszej podam pewne twierdzenie z teoryi mnogo- 
ści punktowych i wyprowadzę z niego kilka wniosków. 

Będziemy oznaczali tym samym symbolem liczbę rzeczy- 
wistą oraz punkt prostej, będący jej obrazem. Mówić będziemy, 
że punkt p należy do przedziału ó = (a,b), jeżeli «^p^&, zaś 
że punkt p leży wewnątrz tego przedziału, jeżeli a<Cp<Cb. 

Niech P oznacza dany zbiór punktów prostej (ograniczony lub 
nie). Dany punkt g prostej nazywamy, jak wiadomo, miejscem 
skupienia zbioru P (Cantor), jeżeli przy wszelkiem a<ig oraz 
wszelkiem /? > g wewnątrz przedziału (a, /?) zawiera się nieskoń- 
czenie wiele punktów zbioru P, oraz miejscem kondensacyi 
tego zbioru (Lindelóf), jeżeli wewnątrz każdego takiego przedziału 
(a, /?) zawiera się nieprzeliczalna mnogość punktów zbioru P. Jeżeli, 
w szczególności przy wszelkich a < g oraz /? > g, mamy nieskoń- 
czenie wiele — względnie nieprzeliczalną mnogość — punktów 
zbioru P wewnątrz każdego z przedziałów (a, g) oraz (g, /?), to 
punkt g nazywać będziemy obustronnem miejscem skupienia — 
względnie kondensacyi — zbioru P. 

Twierdzenie. Jeżeli każdy punkt zbioru P należy 
do jednego przynajmniej z przedziałów, tworzących 
zbiór J, tomnogość wszystkichtychpunktów zbioru P, 
które nie leżą wewnątrz żadnego z przedziałów zbioru A, 
jest co najwyżej przeliczalną. 

Dowód. Oznaczmy przez Q zbiór tych wszystkich punktów 
zbioru P, które nie leżą wewnątrz żadnego z przedziałów zbioru A; 
każdy punkt zbioru Q, jako części zbioru P, należeć będzie, w myśl 
założenia, do jednego przynajmniej z przedziałów zbioru A. Oznaczmy 
przez A n zbiór wszystkich tych przedziałów zbioru A, które są więk- 
sze od — , zaś przez Q H zbiór wszystkich tych punktów zbioru Q, 



4 Wacław Sierpiński 

które należą do jednego przynajmniej z przedziałów zbioru A n . Bę- 
dzie oczywiście 

Q = Qi + (ft - Qi) + (Qs - Q t ) + (Q i ~Q s ) + .... (*) 

Powiadam, że każdy ze zbiorów Q n jest co najwyżej przeli- 
czalnym. 

W samej rzeczy, podzielmy prostą na odcinki o długości -: 

n 

okażemy, że na każdym z nich leżą co najwyżej dwa punkty zbioru 
Q„. Załóżmy w tym celu, że na jednym z naszych odcinków leżą 
trzy różne punkty q u q 2 , q s zbioru Q n . Jeżeli q r < q 2 < q s , to bę- 
dziemy oczywiście mieli q 2 — q x < -, oraz q 3 — q i < -. Oznaczmy 

Tl fi 

przez d przedział zbioru A ni do którego należy <? 2 : skoro j 2 należy 

do przedziału ó > — , a nie leży wewnątrz tego przedziału, więc musi 

być jednym z jego końców. Jeżeli q t jest lewym końcem przedziału d, 
to oczywiście q 5 leży wewnątrz d, jeżeli zaś prawym, to q 1 leży 
wewnątrz <5. W obu przypadkach wpadamy w sprzeczność z zało- 
żeniem, że punkty q x i <? 3 należą do Q. 

Dowiedliśmy więc, że podzieliwszy prostą na przeliczalną mno 

gość odcinków o długości -, mamy na każdym z nich co najwy- 
żej dwa punkty zbioru Q n : zbiór ten jest więc co najwyżej przeli- 
czalnym. Wobec wzoru (*) wynika stąd natychmiast, że i zbiór Q 
jest co najwyżej przeliczalnym, co było do udowodnienia. 

Wniosek 1. Każdy zbiór punktów posiada co naj- 
wyżej przeliczalną mnogość miejsc skupienia, które 
nie są obustronnemi. 

Dowód. Oznaczmy przez Q zbiór wszystkich tych miejsc sku- 
pienia danego zbioru P, które nie są obustronnemi. Jeżeli q jest 
jednem z nich. to istnieje odpowiedni przedział d, którego (lewym 
lub prawym) końcem jest q, i wewnątrz którego niema żadnego 
punktu zbioru P. a więc też żadnego miejsca skupienia tego zbioru. 
Żaden zatem punkt zbioru Q nie może leżeć wewnątrz przedziału ó. 
Możemy więc względem zbioru Q oraz odpowiedniego zbioru A 
wszystkich przedziałów <5 zastosować dowiedzione twierdzenie, skąd 
wynika, że zbiór Q jest co najwyżej przeliczalnym. 

Gdybyśmy powtórzyli powyższy dowód, oznaczając przez Q 



Przyczynek do teoryi mnogości 5 

zbiór wszystkich punktów zbioru P, które nie są jego obustronnemi 
miejscami skupienia, to wnioskowalibyśmy, iż każdy zbiór punktów 
zawiera co najwyżej przeliczalną mnogość punktów, które nie są 
jego obustronnemi miejscami skupienia. Stąd natychmiast wynika 

Wniosek 2. Każdy nieprzeliczalny zbiór punktów 
zawiera nieprzeliczalną mnogość punktów, które są 
jego obustronnemi miejscami skupienia. 

Wniosek 3. Każdy zbiór punktów posiada co naj- 
wyżej przeliczalną mnogość miejsc kondensacy i, które 
nie są obustronnemi. 

Dowód. Dla każdego miejsca kondensacyi q danego zbioru, 
które nie jest obustronnem, istnieje przedział 6, którego końcem 
jest q i wewnątrz którego zawiera się co najwyżej przeliczalna 
mnogość punktów danego zbioru. Żadne zatem miejsce kondensacyi 
nie może leżeć wewnątrz ó. Stąd natychmiast słuszność naszego 
wniosku. 

Wniosek 4. Każdy zbiór liczb rzeczy wistych, który 
uporządkowany według wielkości jest dobrze upo- 
rządkowanym, musi być co najwyżej przeliczalnym. 

Dowód. Gdyby nasz zbiór był nieprzeliczalnym, posiadałby 
w myśl wniosku 2-go miejsce obustronnego skupienia. Moźnaby więc 
z jego elementów zbudować ciąg nieskończony typu *a>, co przeczy 
założeniu, że zbiór jest dobrze uporządkowanym. 

Wniosek 5. Wśród każdej nieprzeliczalnej mnogo- 
ści miejsc nieciągłości funkcyi f(x) w danym prze- 
dziale istnieje nieprzeliczalna mnogość punktów, 
w których f(x) posiada z obu stron nieciągłość ro- 
dzaju 2-go 1 . 

Dowód. Niech P oznacza nieprzeliczalny zbiór punktów nie- 
ciągłości funkcyi f(x). Oznaczmy przez co(x) oscylacyę funkcyi f(x) 
w punkcie x 2 . Gdyby przy wszelkiem naturalnem n zbiór P„ wszyst- 
kich, należących do P rozwiązań nierówności o)(x) ^ - był przeli- 
czalnym, to i zbiór P musiałby, wbrew założeniu, być przeliczalnym. 
Jest więc przy pewnem n zbiór P n nieprzeliczalnym. W zbiorze P„ 

1 Pojęcie dwóch rodzajów nieciągłości wprowadził Di ni. Zob. Grundlagen 
fur eine Theorie der Functionen einer veranderlichen reellen Grosse. Leipzig 1892. 

2 Definicyę tego pojęcia zob. n. p. u Baire'a: Lecons sur les fonct. dis- 
continues. Paris 1905. 



g Wacław Sierpiński 

istnieje zatem, w myśl wniosku 2-go, nieprzeliczalna mnogość punk- 
tów, które są jego obustronnemi miejscami skupienia. Niech p bę- 
dzie jednem z nich; z uwagi, że p jest obustronnem miejscem sku- 
pienia punktów, dla których co(x) ^ — , wynika w jednej chwili, że 

p jest dla f(x) punktem nieciągłości z obu stron 2-go rodzaju. 

Wniosek nasz został więc udowodnionym; z niego wynika na- 
tychmiast 

Wniosek 6. W każdym przedziale istnieje co naj- 
wyżej przeliczalna mnogość miejsc, w których funk- 
cyajest z jednej strony ciągłą, a z drugiej nieciągłą. 

Jeżeli dla danej liczby g istnieje w danym zbiorze P ciąg nie- 
skończony, wzrastający, zmierzający do g, to g nazwiemy prawo* 
stronnem miejscem skupienia tego zbioru. Zbiór, zawierający 
wszystkie swe prawostronne miejsca skupienia, nazwiemy prawo- 
stronnie zamkniętym. 

Wniosek 7. Zbiór prawostronnie zamknięty różni 
się od swojej pochodnej co najwyżej o przeliczalną 
mnogość punktów. 

Dowód. Niech F oznacza dany zbiór prawostronnie zamknięty. 
Połóżmy F = Fi-\-F 9 , oznaczając przez F t zbiór wszystkich tych 
punktów zbioru F, które nie są jego miejscami skupienia; zbiór F t 
będzie, jak wiemy, co najwyżej przeliczalnym, wszystkie zaś punkty 
zbioru F g będą zarazem elementami zbioru pochodnego F'. 

Oznaczmy przez Q zbiór wszystkich tych elementów zbioru F', 
które nie są elementami zbioru F. Ponieważ ten ostatni jest za- 
mkniętym prawostronnie, więc punkty zbioru Q będą lewostronnemi 
tylko miejscami skupienia dla F, i zbiór Q będzie zatem co najwy- 
żej przeliczalnym. Mamy też oczywiście F' = F 9 -\-Q. Jest więc 

F+ Q = F, + F 

skąd, wobec wniosku o mocy zbiorów Q i F t wynika słuszność 
naszego twierdzenia. 



TRZEJ POECI POLSKOŁACINSCY 
Z XIX WIEKU. 



Napisał 

TADEUSZ S1NKO. 



Sinko. 



Wiersze łacińskie pisano w Polsce tak długo, jak długo »poe- 
tyka* stanowiła integralną część wykształcenia. A że to wykształ 
cenie spoczywało przeważnie w rękach Jezuitów lub osób (ducho- 
wnych czy świeckich), stosujących się do jezuickiej »Ratio studio- 
rum«, losy poezyi łacińskiej w Polsce niepodległej związane są z lo- 
sami zakonu Jezuitów i ich planami nauk. Kassacyjne breve Kle- 
mensa XIV z r. 1773 jest zarazem wyrokiem śmierci na poezyę 
łacińską. W zreformowanych szkołach pojezuickich nie było już 
miejsca na pisanie wierszy łacińskich. Gdy więc ostatni jezuiccy 
nauczyciele poetyki, a zarazem poeci (jak Fr. Dyonizy Kniaźnin, 
Michał Korycki, Michał Leśniewski, by wymienić tylko autorów więk- 
szych zbiorków z r. 1781, 1817, 1790), zstąpili do grobu, gdy wy- 
gasła generacya, wychowana w szkołach jezuickich (czy podobnych 
pijarskich, teatyńskich, ew. akademickich), skończył się (razem z nie- 
podległą Polską) organiczny rozwój poezyi łacińskiej u nas. To, co 
na tern polu wydał wiek XIX, nie łączy się już organicznie z wy- 
kształceniem i kulturą narodową, jest egzotyczną osobliwością. 

Na progu w. XIX spotykamy dwóch cudzoziemskich księży, 
piszących u nas i o naszych osobistościach znaczną liczbę wierszy 
łacińskich: Jeden, to Niemiec, Marcin Kuralt, kustosz biblioteki uni- 
wersyteckiej we Lwowie, autor wielu ulotnych panegiryków i epi- 
gramów; drugi — Włoch, Paweł Tarenghi, sprowadzony z Rzymu na 
profesora literatury rzymskiej do Wilna. Jego tomik, wydany w Wil 
nie w r. 1805 p. t.: Odarum libri guattuor... Epodon liber, jest 
ostatniem echem tej tak bujnej poezyi wileńskiej, której archegetą 
był Sarbiewski. Tej importowanej poezyi Kuralta i Tarenghiego nie 
potrzebujemy bynajmniej windykować dla literatury polskiej, skoro 
nie brak nam w tych czasach i własnych wierszorobów łacińskich. 

Siedzibą jednego było wolne miasto Kraków w czasach, w któ- 
rych naczelną postacią umysłowości krakowskiej był poliglotta, 
niezmordowany tłumacz epiki europejskiej, Jacek Idzi Przybylski 

1* 



4 Tadeusz Sinko 

(1756 — 1819) 1 . Pisywał on po łacinie, a czasami i ogłaszał wiersze 
okolicznościowe i panegiryki, ale że ich nie zebrał razem, za Mar- 
cyalisa czy Stacyusza wolnego miasta Krakowa nie jego uznać nam 
wypada, lecz jego przyjaciela i admiratora, Macieja Dubieckiego, 
jako autora zbiorku p. t.: Subseciva carmina... Latio numąuam ne- 
gligendo sacrata (Cracoviae, Typis Academicis, 1815, stron 96, 8°). 
» Mieści się tu 260 epigramatów dłuższych i krótszych, o sprawach 
prywatnych i publicznych*, tak opisał zawartość tego tomiku Piotr 
Chmielowski w rozprawie p. t: > Ostatni z poetów polsko-łacińskich* 
(t. j. Kniaźnin, Eos IX 1903 str. 112). Ponieważ te epigramy po- 
zwalają nam odtworzyć obraz umysłowego życia wśród cichego 
grodu podwawelskiego w epoce, » kiedy reszta świata we łzach i krwi 
tonęła*; ponieważ pozwalają poznać, jakiem echem odbiła się sława 
»boga wojny* w arkadyjskim ogródku kanclerza katedry krakow- 
skiej (bo tę godność wymienia autor w tytule), warto im poświęcić 
chwilę uwagi. 

Z » Curriculum vitae Authoris« (epigr. 255) dowiadujemy się, 
że Dubiecki pochodził z Wołynia, uczęszczał do szkół (prawdopo- 
dobnie jeszcze jezuickich) w Łucku (Luceoria), w Zamościu studyo- 
wał prawo i filozofię, w Wilnie osiągnął stopień akademicki (dokto- 
rat teologii?), potem zawadził o dwór królewski, następnie zwie- 
dził Rzym, a wreszcie osiadł w Krakowie. Tu żył zadowolony 
z siebie, boć i szlachetnie się urodził i porządne odebrał wykształ- 
cenie i rozkoszując się słodyczą żywota, czekał na słodką śmierć: 
>Sat mihi nobiliter naści, recteąue doceri, / vivere dulce fuit, 
dulce sit heicce mori«. — Dlaczego osiadł właśnie w Krakowie, 
tłumaczy w wierszu p. t.: »Ratio manendi Cracoviae« (epigr. 212): 
W mieście Kraka ma kulturne otoczenie. Nie brak tu ani znakomi- 
tych poetów, ani wybornych mówców, których imiona wdzięczna 
potomność na świeczniku postawi. Ale przede wszy stkiem wiążą go 
pamiątki przeszłości. »Heroas veteres animato iniror in aere, / subąue 
meum aspectum turba togata venit«. Zaledwie ziemia Romulidów 

1 Najważniejsze daty bio- i biblio-graficzne wraz z charakterystyką oso- 
bistości i jej zasług u Pawła Czajkowskiego, profesora Akademii krakowskiej, 
w pochwale Przybylskiego, umieszczonej w Roczniku Tow. naukowego z uni- 
wersytetem krak. połączonego, t. 9(1824), str. 151—214. Wspomnienia o »aniel- 
skim* panu Jacku u Ambrożego Grabowskiego (Wspomnienia, wyd. St. Estrei- 
cher, Bibl. Krak. t. 40, 41, 1909, II 102—109). Szczegółową ocenę przekładów 
Przybylskiego z autorów klasycznych podamy przy innej sposobności. 



Trzej poeci polsko-łacińscy z XIX wieku 5 

ma tyle starodawnych dziwów; pomniki Wawelu tak mu się podo- 
bają, jak niegdyś wszystkim podobał się wyniosły Kapitol. Kraków 
zastępuje mu i wymowne Ateny i Rzym. »Heic oculos pasces, heic 
mille leporibus aures, / aures grata tenent, mira tenent oculos«. 
Niktby w te cudy nie uwierzył, ktoby ich sam nie oglądał. — Wielka 
wolna ojczyzna skurczyła się w wolny Kraków. Więc Dubiecki całą 
swą miłość na niego przenosi, w nim widzi zgromadzone wszystkie 
błogosławieństwa i skarby całego świata (Cracovia vetus et nova, 
epigr. 181): Pominąwszy wspomnienia historyczne, związane z gro- 
bami bohaterów, Kraków ma wszystko: »Eximiis opulenta viris, sa- 
cris sublimior aris, / Slava tribu, studiis orbis, Romana poetis, / 
Attica terra sophis, tellus promissa colonis. / Mercibus est Sidon, 
fructu insuperabilis ulli: / dives agris, generosa mero, famosa fodinis, / 
messę ferax, inoperta rubis, nemorosa viretis, / mira sale, admi- 
randa Copernico et alma Vavello, / munda focis, peramoena situ, 
tenet omne venustum: / Libera, tuta, potens, Regumąue favoribus 
aucta! / utinam superum munere duret opus!* 

Ta apoteoza Krakowa z dwóch względów zasługiwała na czę- 
ściowe przynajmniej przytoczenie: najpierw jako ostatnie ogniwo 
w łańcuchu tych laudes Cracoviae, które począwszy od Stanisława 
Ciołka. Konrada Celtisa i Wawrzyńca Korwina przewijają się przez 
całe trzy wieki 1 ; a po drugie jako wyraz patryotycznego, a raczej 
szowinistycznego zaślepienia w ukochanem mieście, zaślepienia, ja- 
kiego przykład odnośnie do całej Polski znajdujemy u Jezuity Fran- 
ciszka Michała Leśniewskiego (Lyrica..., Leopoli 1790). Ten (str. 10), 
apoteozując panowanie Augusta III, mówi (w r. 1760) przez usta 
Polski: »Vivo beatum saeculum Polonia, / mihi invidetote exteri«. 
Taką samą prawdę zawierają słowa Dubieckiego o Krakowie z po- 
czątku XIX w.: »Libera, tuta, potens, Regumąue favoribus aucta*. 
Bo przecież te >regum favores« to »łaski« płynące od trzech mo- 
carstw » opiekuńczych*, gwarantujących > wolność* miasta, a zara- 
zem jego »bezpieczeństwo« i »potęgę«. Mimo to nie można w epi- 
gramie Dubieckiego dopatrywać się jedynie humanistycznego naśla- 
downictwa Wergiliuszowskich (Georg. II 136—176) *laudes Italiae*. 
Kanclerz kapituły zbyt często odwiedzał groby wodzów i hetmanów 
na Wawelu, zbyt często odczytywał z ich napisów dawne dzieje, by 



1 Towarzystwo Miłośników Krakowa znalazłoby w nich wdzięczny przed- 
miot do wypełnienia jednego tomiku Biblioteki Krakowskiej. 



g Tadeusz Sinko 

nie ulec illuzyi, że ta cała świetność dawnej Polski nietylko pocho- 
wana jest. ale chowa się i żyje w Krakowie 1 . 

Dubiecki, jak współczesny mu Woronicz, zasmakował już 
w poezvi grobów. Oto, co opowiada o >Sepulchra regum in Arce 
Vavelli incidenda aeri« (epigr. 184): Pod sztandarami tych królów 
Polacy stawali do boju, na ich skinienie szli na śmierć, ich rady 
zapewniały byt bliskim narodom, a pokój wnętrznościom słodkiej 
ojczyzny. Teraz ich potęgę i świetność kryje marmurowa trumna. 
Bo taki jest porządek rzeczy, takie prawo zmiennego czasu, że 
wszystko, co złośliwy dzień wyżywi, znowu porywa. A po srogiej 
stracie, zadanej przez los, może pocieszyć jedynie »gadatliwy napis 
na starym marmurze « (littera in antiąuis garrula marmoribus) i mar- 
murowa czy bronzowa postać, opowiadająca samym wyglądem przy- 
szłym wiekom dawne dzieje. — I tu następuje niespodziewany zwrot. 
Patryotyczne rozrzewnienie ustępuje miejsca rozważaniom o potę- 
dze — sztuki plastycznej: »Felices Artes! rabiem quae vincitis Orci / 
atąue aliąuid fati demitis imperio, / vos ego saepo meis. vos versi- 
bus excolo mirans, / et dicam Aoniis cantibus esse pares*. I znów 
charakterystyczne umotywowanie takiego oceniania tych rzeźb: Wy- 
gładziły je palce polskie tak biegłe, że zaledwie ręce Rzymian mogły 
stworzyć coś tak wielkiego. 

Łącznikami między pochowaną na Wawelu przeszłością a te- 
raźniejszością są dla Dubieckiego mężowie, którzy zasłynąwszy w li- 
teraturze, nauce i polityce, jeszcze przed ostatecznym upadkiem Pol- 
ski, wrazili się w pamięć młodzieńca niby żywe pomniki niedawnej 
świetności. Sławi więc Naruszewicza (epigr. 155), nazywając go: 
>Naso Elegis, Lyricis Flaccus, Maro carmine grandi« i wynosząc jego 
zasługi na polu historyografii. — W Krasickim (epigr. 44) widzi ge- 
niusza, któremu świat nie wystarczał, prawdopodobnie dlatego, że 
za mało dostarczał mu przedmiotów poznania: »Quod natura tenet, 
quod mos probat, omnia novit, / scriptis aetatis gloria summa suae«. 
Muzy auzońskie i greckie mają rozpuścić włosy na znak żałoby po 
sławie i chlubie swego chóru, ojczyzna opłakuje w nim nie tyle 
dobrego obywatela, ile ojca... Ale na co długo wyliczać jego cnoty? 
»Krasickius hic est, / hoc nomen longi carminis instar erit«. — 

1 To też przytoczony epigram na Kraków współczesny Dubieckiemu jest 

tylko jakby rozprowadzeniem epigramatycznej pochwały Polski z połowy XVI w., 

umieszczonej na jakimś portyku pałacu watykańskiego przez papieża Piusa IV 
Medici (epigr. 257). 



Trzej poeci polsko-Jacińscy z XIX wieku 7 

Innemu uczestnikowi wieczorów czwartkowych, nuncyuszowi Dud- 
nieniu, odwdzięcza się za komplement, według którego wygnany mię- 
dzy Sarmatów Owidyusz, zobaczywszy Polaków pod rządami Sta- 
nisława i samego króla, odmówiłby wezwaniu Augusta do powrotu, 
bo: >Roma sit exilium, Patria Varsavia est«, w ten sposób, że przy- 
znaje mu potrójny laur i potrójną mitrę za opiewanie króla i na- 
rodu polskiego: >Si vates Latii cuperent sibi sciscere regem, / Musa, 
cui faveant, Angeliana docet*. — W sposób mniej konwencyonalny 
zwraca się do innego przedstawiciela poezyi Stanisławowskiej, do 
Franciszka Karpińskiego (epigr. 256): »Candida Musa, fides tibi can- 
dida, candida vita est...«, by wnet popaść w hyperbolizm: »Can- 
didior Cygno, Philomela suavior, Hybla / dulcior es metris, clare Poeta, 
Tuis. — W galeryi postaci Stanisławowskich znajdujemy wreszcie 
twórców Konstytucyi 3 maja, Stanisława Małachowskiego (epigr. 26 
i 166) i Hugona Kołłątaja (epigr. 248). 

Wymienionych poetów i polityków oglądał, a przynajmniej 
mógł oglądać Dubiecki jako młodzieniec. W dojrzałym już wieku 
patrzył na sławę braci Śniadeckich (epigr. 254), których pochwałę 
opatrzył wyciągami z Długosza i Staro wolskiego, zawierającymi »elo- 
gia Universitatis Cracoviensis*, a sam roznosił sławę biskupa kra- 
kowskiego, Woronicza (epigr. 165 i 185): Jest on dla niego wielkim 
mówcą, filozofem, poetą i prawnikiem w jednej osobie: »0! te feli- 
cem, tantum quae terra tulisti! / Tu mihi vel magno non minor es 
Latio«. — Z jego przybyciem do Krakowa »venit amor recti, venit 
et ipsa fides, / venerunt Charites et iuncta Sororibus octo / floribus 
instravit Calliopeia viam«. Dom. w którym najpierw spoczął, będzie 
miejscem zawsze przez poetę czczonym; ziemia, po której kroczył, 
nie powinna być krajana lemieszem; Wisła, po której płynął, po- 
winna zawsze mieć czystą wodę... To przedsmak tego panegiry- 
cznego hiperbolizmu, z jakim traktuje małe wielkości współczesnego 
Krakowa. Kto wie dzisiaj o > znamienitym poecie*, Józefie Lesz- 
czyńskim? A przecież zdaniem Dubieckiego (epigr. 167) pięć Muz 
pomagało mu przy graniu na lutni, a gdyby czasy były łaskawsze 
na jego talenty, to sławą przewyższyłby — Nasona. > Inter Roma- 
nos Vates te Sarmata censet, / hoc fatur Flaccus, fatur et ipse 
Maro*. Albo kto słyszał o » celującym poecie*, Marcinie Molskim? 
Dubiecki dowiedział się o jego poezyach od przyjaciela, który swe 
pochwały ukoronował zdaniem: >Opiewa on cesarza Aleksandra, 
a jak niema godniejszego przedmiotu pochwał, tak też w godniejszy 



g Tadeusz Sinko 

sposób niktby go chwalić nie potrafił*. Usłyszawszy to. pragnie 
Dubiecki poznać Molskiego i życzy mu przewyższenia poetów »patria 
quos, et quos terra Latina tulit* (epigr. 213). Trzecią chlubą kra- 
kowskiego Parnasu jest liryk i elegik. a zarazem doktor obojga praw, 
Erazm Komar: >Donec Sarmaticis dabitur sua gloria metris, / certa 
datur metris gloria Komaricis*. Dubiecki widzi go już w towarzy- 
stwie Apollina i dziewięciu Muz i modli się do niego: >Komare, tu 
patriae lux ades alma Tuae« (epigr. 195). — Tej samej miary wiel- 
kością był kanonik katedralny, »filozof« Andrzej Trzciński, w którego 
mózjzu mieszkali (jeśli w ogóle gdzie byli): »Cous, (t. j. Hippokrates) 
Aristoteles, Newton, Maro. Tullius, Hermes* (epigr. 162); który znał 
wszystkie twory natury, był po trzykroć Arystotelesem, Pliniusem, 
Hippokratesem i jak Pallada wyskoczył z głowy Jowisza (epigr. 163j; 
który powinien się nazywać nie od trzciny, lecz od wawrzynu (epigr. 
164). Drugim Arystotelesem, Celsusem i Galenem był także lekarz Czer- 
wiakowski (epigr. 139) : podobnie jak Hasselt, który uratował życie 
poecie (epigr. 192). — Wincenty Łańcucki (epigr. 216) był >Seneca 
ingenio, Maro carmine, Tullius ore«; kaznodzieja Józef Markiewicz, 
zwany apostołem, najbardziej zbliżał się do św. Pawła (epigr. 217); 
Dominik Markiewicz, doktor teologii i filozofii, celował zarówno mą- 
drością, jak wymową i wykształceniem humanistycznem (humanis 
studiis nobilis in Latio, epigr. 210). 

Za miarę powyższych, dziś nieznanych wielkości może służyć 
to, że największą z nich był znany Jacek Idzi Przybylski. Dubiecki 
poświęcił mu aż szesnaście epigramów, z których streszczamy naj- 
bardziej charakterystyczne: Bardziej od siedmiu cudów świata, bar- 
dziej od siedmiu mędrców greckich podziwia poeta męża, u którego 
jedna głowa, a ośm — języków (caput unum. / linguae versandis 
artibus octo). Ocenić go i opiewać należycie zdołałby tylko sam — 
Homer (epigr. 33). Dubiecki nie może się dość nadziwić słodyczy, 
delikatności, miękkości wiersza w przekładzie Homera (epigr. 34). 
Kongenialność tłumacza z pierwowzorem tern się chyba objaśnia, że 
albo Przybylski jest — Homerem, albo Homer był Przybylskim (Tu 
vel Homerus es, aut ille Hyacinthus erat, epigr. 46). Nie podobna 
rozstrzygnąć, czy większy z niego mówca czy poeta, bo przemawia 
jak Cycero, a śpiewa jak Maro. Trudno też orzec, jaki jest jego 
język rodzinny: >Philologum relegunt te Laechia, Graecia, Roma, / 
Quae Tibi natalis lingua sit? Ipse doce* (epigr. 148). Na grobie jego 



Trzej poeci polsko-łacińscy z XIX wieku 9 

starczy za wszelkie napisy samo imię, bo pomniki (wyraz stworzony 
przez Przybylskiego) jego pracy dość sławić go będą (epigr. 92). 
Traduktorska działalność Przybylskiego wystarczała Dubiec- 
kiemu, by go uważać za Febusa wśród sarmackich wieszczów: »Aut 
vatum Phoebus reliąuorum est hicce fatendus, / aut extra hunc va- 
tes nemo vocandus erit« (epigr. 199). To też ucieszył się bardzo, 
gdy Przybylski pochwalił jego wiersze i uznał w nim poetę: »Va- 
tibus adnumeror? carmen censente Hdicone?/Ex Helicone metrum, 
ąuando, Hyacynthe probas* (epigr. 198). Taki sąd Przybylskiego 
umieścił na drugiej stronicy swych »Subseciva carmina*. Czy roz- 
wesela żywych przyjaciół, czy opłakuje zmarłych, zawsze pieśń jego 
przysparza i jednym i drugim zaszczytu. Ze subtelnym sądem łączy 
poeta uczucie, z t:. lentem sztukę: »Novit Posteritas te, Vir Vene- 
rande Dubeci! / devinxisse homines, et placuisse Diis«. Obok epi- 
gramu Przybylskiego umieścił Dubiecki dwa inne, pochodzące od 
tych poetów krakowskich, o których pisze w epigramie 212: »Heic 
(sc. Cracoviae) mihi nec desunt praestantes arte poetae, / nec ąuibus 
a lingua divite venit honos, / ąuorum posteritas, operoso grata la- 
bori, / nomina sub longa luce videnda dabit*. Jeden, podpisany ini- 
cyałami C. P., sądzi, że Dubiecki, podejmując pisanie wierszy łaciń- 
skich, chce, ażeby po śmierci ciał żyły dusze; pragnie, by Sarmacya 
nie mogła się wydawać ziemią barbarzyńską, nie nadającą się do 
rzymskiej togi. Choćby nawet jaki poeta ojczysty był celniejszy od 
niego, to uczeńszy być nie może. A że pierwszy wprowadził Muzy 
na zamek krakowski, sława jego będzie nieśmiertelna. — - Drugi, 
kryjący się pod opisaniem »Manu notus, corde totus«, sławi Muzę 
Dubieckiego zapomocą piętnastu porównań: Jest ona bielsza od liścia 
ligustru, kwiecistsza od łąki, wyższa od wysokiego klonu, przejrzyst- 
sza od szkła, wspanialsza od purpury, gładsza od muszli startych 
falami morza, przyjemniejsza od słońca w zimie, od cienia w lecie. 
»Nobilior pomis, plątano conspectior alta, / Lucidior glacie, matura 
dulcior uva, / mollior et cygni plumis et lacte coacto, / diceris at- 
que vives riguo formosior horto«. — Jeśli istota komizmu leży 
w braku proporcyi między ideą a jej zewnętrzną formą, między 
celem a środkami, użytymi do jego osiągnięcia, to ten wiersz »Ad 
Musam Authoris« musielibyśmy uznać za bardzo komiczny, gdyby 
nie rozbrajał swą — naiwnością. Anonim wypisał z jakiegoś »Gra- 
dus ad Parnassum* kilkanaście hyperbolicznych porównań z za- 
kresu ^niemożliwości*, i bez względu na sens przyczepił je do Muzy 



10 Tadeusz Sinko 

Dubieckiego, a ten. widząc w epigramie takie same komplementy 
humanistyczne, jakiemi on częstował choćby tylko Przybylskiego, 
umieścił go dla uprzedzenia czytelnika na czele zbioru. W atmosfe- 
rze, przesyconej wonią tak niewybrednych kadzideł, zawracała rnu 
się głowa, powtarzał za starożytnymi i humanistami, że poezya 
(a swoje wiersze uważał za poezyę) daje nieśmiertelność i powoły- 
wał się na świadectwo Owidyusza (Am El 9, 17 u): >Hinc sacri 
vates et divum cura vocantur, / atąue fuere sacri, qui numen ha- 
bere putabant* (epigr. 179). Dla ludzi, niepodzielających tych poglą- 
dów i nieczytających jego łacińskich poezyi, miał znów Owidyusza 
słowa (Trist. V 10, 37 n): >Si non intelligor ulli, / derident stolidi 
verba Latina Getae« (epigr. 113). 

Przytoczyliśmy niektóre akty tego towarzystwa wzajemnej ado- 
racyi, które w czasie kongresu wiedeńskiego skupiało w sobie naj- 
uczeńsze osobistości wolnego miasta Krakowa, sądząc, że przynoszą 
one do charakterystyki ówczesnej umysłowości i towarzyskości ton, 
skądinąd (n. p. ze Wspomnień A. Grabowskiego) nieznany. Miej- 
scem schadzek tych spóźnionych Arkadyjczyków był może ogród 
Dubieckiego, ogród, któremu poświęcił parę epigramów (249, 203, 
96, 156). Dla odstraszenia od niego złodziei nie postawił wprawdzie 
klasycznego Priapa, ale jak Priap wołał na nich (epigr. 203): »Ne 
continge tua, non tua poma manu« i groził: >cum malis nostris ne 
mała nostra feras«. W tern zaciszu rozczytywał się w ulubionych 
klasykach, nie zaniedbując jednak i ojców Kościoła, jak to widać 
z dwuwierszowych epigramów, sławiących i charakteryzujących Ho- 
mera (236). Solona (239), Platona (231), i Arystotelesa (232), Eu- 
klidesa (238) i Klaudyusza Ptolemeusza (233 i 16), astronomów 
Timocharesa (15) i Hipparcha (17), dalej Hippokratesa (241) i Galena 
(242), Cycerona (234), Wergiliusza (237) i Senekę filozofa (235), ale 
także świętych Ambrożego (247), Hieronima (246), Augustyna (244) 
i Grzegorza Wielkiego (245). Na równi z temi wielkościami staro- 
żytnemi stawiał staropolskie, przedewszystkiem Kopernika (epigr. 13, 
14, 140, 186). dalej Skargę (epigr. 224, 225), Szymonowicza (258) 
i Sarbiewskiego (220). Z pośród królów poświęca wspomnienie tylko 
Janowi III (epigr. 202). O innych, zdaniem jego, mówiły same na- 
grobki wawelskie (epigr. 50). 

By w postaci spóźnionego humanisty dojrzeć także człowieka, 
posłuchajmy głosów jego serca, szczerych, bo odzywających się nad 
grobem rodziców: Więc bogom jest wdzięczny za to, że mu dali 



Trzej poeci polsko-łacinscy z XIX wieku 11 

największe ze wszystkich dóbr, taką matkę, i jeżeli komu z ludzi 
dobrze życzy, życzy mu takiej właśnie matki (epigr. 20). Ile razy 
zobaczy grób Zofii (więc takie było imię jego matki), zmywa go 
gorącemi łzami i pragnie, by jego popioły spoczęły w tej samej 
urnie (ut una duos urna tegat cineres, epigr. 52). Od śmierci matki 
żyje wbrew swej woli, światło rodzi mu tylko ciemności, głos tylko 
lament (epigr. 53). Oby za każdą łzę syna bogowie dali jedne ra- 
dość matce, a płacze on głównie z tego powodu, że nie umarł ra- 
zem z nią (quod volui, haud potui, Te moriente mori). Jedyną po- 
ciechą dla nieszczęsnego są sny o matce (epigr. 54). Że ta matka 
umarła w podeszłym wieku, wnioskować można z epigramu 72. — 
Zwracając się z jakiemiś ofiarami do zmarłego ojca, widzi nieró- 
wność wzajemnych dobrodziejstw: »Tu mihi das auras, ego Tibi 
mortis honores« (epigr. 38). Gdyby mógł swojem życiem okupić ży- 
cie ojca, dawnoby to był uczynił. Niestety: >sed mea vita nihil, 
potior tua caelica vita!< (epigr. 146). Więc za niezliczone dobro- 
dziejstwa daje mu tylko łzy i treny. Gdyby mu wolno było wznieść 
marmurowy grobowiec, to postawiłby na grobie własny posąg z pa- 
ryjskiego marmuru i kazał wyryć napis: »Jure Dubiecki / condidit 
ossa Patris fitąue Patri tumulus* (epigr. 176). I pomysł i pomnik 
godne humanisty, który czytał gdzieś (może u Arystof. Aves 471 nn) 
o skowronku, grzebiącym zmarłego ojca w własnej głowie (bo ziemi 
jeszcze nie było), i według klasycznego wzoru sam chciał być gro- 
bem ojca. — Z wielką czułością przemawia też Dubiecki do swego 
przyrodniego brata (po matce), Michała Bieńkowskiego: »Te nisi vel 
vigil alloąuerer, vel imagine ficta / per somnum socius fallerer. heu! 
morerer« (epigr. 55). swem przywiązaniu, któremu nawet śmierć 
kresu nie położy, zapewnia go w odzie safickiej (nr. 211), wypeł- 
nionej konwencyonalnemi »niemożliwościami« (a$uvaTa): Pierwej świat 
pozbawiony będzie słońca, nie będzie znał zimnych obrotów księ- 
życa, a gwiazdy opuszczą firmament; pierwej Rak dzień skróci, 
a Koziorożec przedłuży; pierwej łódź będzie pływać po ziemi, wóz 
jeździć po wodzie, ryba paść się na drzewach, a dzik na dnie mo- 
rza, nim... i t. d. — Prócz Michała do najbliższych sercu księdza 
kanclerza należał wychowanek jego Karol, którego opiekun uczcił 
odą alcejską: Ad amicum meum ex pupillo meo factum (nr. 205): 
Kto żyje pogodnie i łagodnie wśród towarzyszów, przejętych tą samą 
myślą, oddanych tym samym studyom, ten zawsze i wszędzie szczę- 



12 Tadeusz Sinko 

śliwy: Carle! Mnsas inter amabiles / interąue iunctas brachia 
Gratias. / risus, iocos, lusus alacres / officium Patriae feramus*. 

Jakto? Więc humanistyczne estetyzowanie, bawienie się łaciń- 
skimi wierszykami, miłe spędzanie czasu było służeniem ojczyźnie 
i to w czasach, gdy jej losy spoczywały na ostrzu miecza Napo- 
leońskiego? Takiego poglądu nie wolno imputować Dubieckiemu. 
W przytoczonej strofie wyraża tylko to, że i między służeniem Mu- 
zom i Gracyom. między zabawami i żartami, to znaczy obok tego 
wszystkiego trzeba służyć ojczyźnie. Bo ojczyzna, to więcej niż ro- 
dzina: »Me mihi carior est mea stirps, mea Patria siirpe* (epigr. 51). 
Więc chociaż nad wejściem do swego ogródka napisał: »Civiles cu- 
rae procul hinc abite«, to nie dla tego. jakoby przed niemi zamykał 
drzwi swego domu. Przeciwnie, civi1es curae były i jego główną 
troską. A najbardziej interesujące wiersze jego zbioru dotyczą tych 
właśnie trosk publicznych. W jednym, zatytułowanym »Anxia vita« 
(epigr. 56) zapytuje się, dlaczego rodzice nazwali go Szczęsnym (było 
to widocznie jego drugie imię), skoro życie jego bardziej uciążliwe 
niż śmierć, odkąd naród traci grunt pod nogami i wali się w gruzy: 
»Nil bene successit. Patrias iam perdimus oras, / gens antiąua ruit, 
qui valuere ruunt*. Czy on wobec tego ma zachowywać się jak 
starożytny mędrzec, który nawet w kajdanach czuje się wolny? 
Owszem, niech na niego, jak na mędrca Horacyuszowskiego (carm. 3, 3) 
runie cały świat: »Dummodo patria stet, non ego sorte cado<. Tej 
ojczyzny wygląda z utęsknieniem, jak Ulisses dymu z komina swego 
domu (epigr. 120) i dla tego tylko nie idzie połączyć się ze zmar- 
łym ojcem, by doczekać się lepszych losów ojczyzny (epigr. 48): 
»Linquor ego. Patriae si bene, tum redeo*. A odwracając kosmopo- 
lityczną zasadę: »Ubi bene, ibi patria*, głosi przeciwnie (epigr. 59): 
»Sit bene. sit małe, ego Patriam Patriamąue reposco, / ąuem mała 
consternunt, aufugit ex Patria. / Dent alii Patriae nomen, ąuibus est 
bene, ab extra, / in Patria bene sum. non małe semper ego«. Bo 
ojczyzny jak śmierci wybierać nie można epigr. 121). 

Dobrze się działo w ojczyźnie, jak długo dobrego nagroda, 
złego spotykała kara. Gdy jednak po szlachetnych ojcach nastała 
przewrotna młodzież, naród, źle zabezpieczony, upadł wskutek nie- 
zgod: »Eversae Patriae tristes relevate ruinas! ' Armis, consiliis. 
moribus. arte, fide« (epigr. 60). Zdawało się. że na razie najprędzej 
do celu doprowadzi pierwszy środek, oręż. Bo oto nieba zesłały na 
ziemię wielkiego wojownika: >Mittitur de Coelo Bellator summus in 



Trzej poeci polsko łacińscy z XIX wieku 13 

Chbe«. Ale zaraz budzi się wątpliwość: »Hunc fors ira Dei, gratia 
for?que dedit< (epigr. 117). Bo owoce wojny są straszne (epigr. 111): 

Quod cessat Phoebaea chelys, quod carmine rupto 

Aeoniae siluere Deae, Mars impius egit. 

Quod spretis audax Musis petit arma iuventus 

Et volucres premere audet equos. Mars impius egit. 

Quod cernis nullum deserta per oppida civem 

Nec campis errare greges. Mars impius egit. 

Quod ligo, quod vomer, quod sarcula, rastra, bidentes 

In gladios abiere truces, Mars impius egit. 

A gdy wojnie towarzyszą i klęski elementarne, zdaje się, że 
to już koniec świata (epigr. 136). Mimo to orły polskie lecą za Na- 
poleońskim. Chorąży gardzi ranami, a jeśli nie potrafi zwyciężyć, 
zginie za ojczyznę: »Vincere si neąueo. pro Patria peream* (epigr. 
42): »Flens fueram nactus vitam puer ominę diro, / flebilis erepta 
vita fuit Patria. / Nunc quoque flens morior, ne quid non flebile 
restet, / Discite, mortales! quae ratio Patriae*. Ta krew przelana za 
ojczyznę zaczęła wydawać owoce, choć Napoleon, odkąd został ce- 
sarzem, szkodził tylko narodom (epigr. 205). Na pamiątkę 15 lipca 
1809 kazał Dubiecki na swoim domu umieścić tablicę z następują- 
cym napisem (str. 82, nota do epigr. 1): Anno Domini 1809 Dies 
15 Julii, Urbi Cracoviae faustus ac celeber, quo Duce et Heroe Io- 
sepho Principe Poniatowski, Stanislai Augusti Regis Polonorum Ne- 
pote, Exercitus Magni Ducatus Varsoviensis Hostiles Cohortes ad 
moenia Urbis virtute haud copia adorsus, tran? Yandalum et ultra 
deturbavit, Cives Patriae Fratres Fratribus tertio vergente lustro 
adunavit. Saecula ne memoria diem felicem deleverint. 

Najbliższy wiersz o Napoleonie pisany jest po Berezynie (epigr. 
118). Rzeka ta była ostatnią granicą szczęścia Napoleona, dalej mu 
iść nie wolno: »Ergo siste gradum, capiat nunc Victor habenas, / 
Imperet Augustus, Tu superate, cede«. Ten Augustu?, to cesarz ro- 
syjski Aleksander, z którym Dubiecki już dawniej musiał łączyć 
nadzieje patryotyczne, skoro od razu po upadku Napoleona powitał 
Aleksandra jako zbawcę. Z całej epopei Napoleońskiej jedynie książę 
Józef Poniatowski znalazł łaskę w jego oczach: Przyznaje więc, że 
z nim zginęły nadzieje ojczyzny (epigr. 36), a tę samą myśl tak 
formułuje przy opisie warszawskiego pogrzebu (epigr. 201): »Heu 
dux. hoc tumulo solus n>>n conderis atro, / est pariter tecum con- 
dita spes Patriae*. — Gdy cudzoziemcy pytali się poety, jak wiel- 



14 Tadeusz Sinko 

kim bohaterem był Poniatowski, on w odpowiedzi wyrysował obozy 
góry, miasta, ogrody, łąki, lasy, łany, jeziora, gwiazdy, słowem cały 
świat i ukazując ten obraz, rzekł: »Quantus erat? vultis discere? 
Magnus erat* (epigr. 1). — Sam bohater żali się, że zginął w mar- 
nej rzece, a sławy pokonania go niema nieprzyjaciel (epigr. 3). To 
znów przyznaje, że pokonał go Aleksander: »Victus ab Invicto cecidi 
sic Hector Achille, / Victus et Invictus laurea serta capit« (epigr. 2). 

Oczy kanclerza katedralnego zwrócone były w stronę Kongresu 
wiedeńskiego. Chwilami bał się, by miecz rzucony na wagę Temidy nie 
przechylił szali na naszą niekorzyść, ale uspokajała go ufność w Ale- 
ksandra: >Pono metum, gladium non Divae dextra movebit, / Divus 
Alexander fortiter invigilat« (epigr. 61). I zdawało się, że owa ufność 
była zupełnie usprawiedliwiona: Do Krakowa przyszła wieść o od- 
budowaniu Królestwa Polskiego: >Salve, festa dies — woła poeta — 
meliorąue revertere semper. / Nunc mihi stella micat, sed redeat 
Patria!* (epigr. 119). 

A im większego dobroczyńcę narodu widział w Aleksandrze, 
tem większym szkodnikiem sprawy polskiej wydawał mu się za- 
mknięty na Elbie Napoleon. Ile razy pomyśli o Elbie i jej więźniu, 
nie może się wstrzymać od urągania pokonanemu: Wobec pokoju 
zawartego między Francyą i Rosyą, sęp korsykański, oskubany z pie- 
rza i zamknięty, musi milczeć: »Corse, tace, accipiter, / Rossia cum 
Sociis prostravit Napoleonem / et deplumatum prociduumque tenet* 
(epigr. 47). — Słusznie na obfitującą w stal wyspę dostał się ten, 
który sam był z żelaza i wypłoszył z ziemi złoty wiek (epigr. 10). 
Dubiecki nazywa go Mulcybrem, królem stali, który sam wyznaje: 
»Carcere pro diademate ponto cingor in Ilva, / ne noceam, ut nocui, 
nunc luo supplicium* (epigr. 40). — Świat był dla niego za mały, 
teraz wystarcza mu mała wyspa i stal (epigr. 49). — Szukając przy- 
czyn jego upadku, sądzi, że runął, bo porwał się na rzeczy, prze- 
chodzące jego siły (epigr. 103). Synowi Napoleona oznajmia, że berło, 
nabyte przez ojca męstwem, a utracone nienawiścią, utrzyma, jeśli 
» naprawi sławne imiona* (si reparas, nomina clara, puer, epigr. 45). 
Jak straszne było przerażenie Dubieckiego, gdy się dowiedział o wy- 
lądowaniu Napoleona w Cannes, widać z fragmentu 215: Poeta wi- 
dzi, jak morza znów roją się od wioseł, jak ziemia błyszczy od 
oręża, a niebo od płomieni i sądzi, że Furye pozazdrościły ziemi 
pokoju, okupionego przecież już krwią. — Ta sama Fortuna, która 
z Cezara zrobiła Nic, teraz znów z niczego zrobiła Cezara (epigr. 



Trzej poeci polsko-łacińscy z XIX wieku 15 

170). — Poetę niecierpliwi bezczynność sprzymierzonych, którzy za- 
miast energicznie wystąpić przeciw uzurpatorowi, bawią się wesoło 
w Wiedniu (epigr. 115). — Wreszcie 100 dni się skończyło, a Na- 
poleon pojechał na wyspę św. Heleny. Dubiecki w przekonaniu, że 
teraz karyera jego na zawsze skończona (mimo wątpliwości w epigr. 
227), odetchnął, a wyraz nienawiści do więźnia z św. Heleny dał 
w epigramie (41): In ąuemdam ut in immane portentum: 

Hunc natura semel terris ostendit atrocem, 
quo toto in toto non foret orbe quies. 

Po ostatecznym upadku Napoleona znękane wojnami narody 
wyciągają do zwycięzcy dłonie, błagając o pokój: »Nil opus est bel- 
lis, nos otia poscimus omnes, / porrigimus vinctas ad tua iura ma- 
nus« (epigr. 83). Szczególnie Polska poleca się jego opiece: >Afflictae 
mea fata vides, afflicta sed oro, / Sis memor afflictae, qui mea fata 
regis* (epigr. 145). — I nie zawiodła się ani cała Polska, ani uko- 
chany przez poetę Kraków: »Cracia pone metus, Tibi sors praeclara 
paratur, / Te reges sociant, Cracia pone metus« (epigr. 109). Po 
Kraku drugim założycielem miasta jest Aleksander, który dodał mu 
nowej świetności, i jeśli dawniej było bogatsze, to teraz bardziej 
słynie z sztuk, rządów i Cezara (epigr. 12). To też »Primus Ale- 
xander, qui condidit aurea saecla, / gratorum Cracidum vivat in 
ore Pater« (epigr. 37). Uczestników tej szczęśliwości wzywa poeta, 
by przestrzegali wierności, zgody i sprawiedliwości, pomni na los 
ojców (epigr. 65), a sam zabiera się do opiewania Aleksandra, jako 
króla polskiego. Bo ustanowienie królestwa kongresowego wydaje się 
Dubieckiemu, jak tylu innym, wskrzeszeniem dawnej Polski. 

Stwierdzając jej wskrzeszenie (epigr. 159), pisze: »Nil alii no- 
bis spem praeter et arma dedere, / unus Aleksander Regna Polona 
creat*. To porównanie Aleksandra z Napoleonem szerzej rozprowa- 
dza w epigramie 251: 

Maior Alexandro sit vis? an Napoleoni? 
Ultima bella docent: hic fugit, ille fugat. 
Maior Alexandro sit vis? an Napoleoni? 
Regna Polona docent : hic nocet, ille iuvat. 
Maior Alexandro sit laus? an Napoleoni? 
Dicitur a populis hic małe, at ille bene. 

A gdy po raz trzeci (epigr. 85) porównywał Napoleona, nie 
wymieniając go wyraźnie, z Aleksandrem i wynosił księcia pokoju 
nad męża wojny, wtrącił niespodziewanie taki zwrot: »Quid moeres 



1Q Tadeusz Sinko 

pallesąue audito nomine Gorsi? / Fide Deo. salvo Caesare sospes 
eris«. Ogłoszenie się Aleksandra królem Polski uświetnia odą alcej- 
ską (nr. 158): Wzywa w niej Muzy do zjawienia się z najpiękniej- 
szemi pieśniami, obywateli do porzucenia trosk i radowania się 
w chwili, gdy pogromca świata bierze na świętą głowę należącą 
mu się koronę. Lepszego władcy świat nie zobaczy, choćby się wró- 
cił wiek złoty. — W drugiej odzie, także alcejskiej (nr. 207), poró- 
wnuje tęsknotę Lechitów za prawdziwym ojcem ojczyzny z tęsknotą 
piskląt, oczekujących przybycia matki z pożywieniem. Przybył na- 
reszcie, przyniósł im pokój i jego dobrodziejstwa. — Podobne myśli 
wyraża poeta w epigramie 173 i 219. W innych na inne się sili 
pomysły. Tak w epigramie (4), umieszczonym niby pod obrazem, 
przedstawiającym Aleksandra, podpisującego akta Kongresu wiedeń- 
skiego, każe cesarzowi uzasadniać swe pretensye do przydomka 
» Wielki* i streszczać je w zdaniu: »Dicor Aiexander factis, cona- 
mine Titus, / Numa cohortatu, Romulus auxiliis«. — Wdzięczna 
Lechia wznosi mu posąg, przedstawiający go jako ojca. przy którym 
stoi ksiądz, mieszczanin, szlachcic i wieśniak: »Exultant omnes, oin- 
nes grato ore perorant, / atąue magis gaudent, qui doluere magis* 
(epigr. 8). Nie pragnie on królować, lecz królestwom przywracać 
prawa (epigr. 5). Największą jego cnotą jest to. że nieszczęśliwym 
rozkuł kajdany (epigr. 9). 

Gdy Dubiecki pisze o Aleksandrze (epigr. 5): »IUe potens sa- 
pienscrae uno minor est Iove« lub (epigr. 85): »In coelis Iupiter, Cae- 
sar regit omnia terris, / Caesar Alexander pro Iove regna tenet*, to 
nie przemawia jak kanclerz katedralny krakowski o cesarzu rosyj- 
skim, lecz jak poeta augustowski (zwłaszcza Horacyusz) o Auguście. 
Ale po za naśladownictwem literackiem trzeba uwzględnić i moment 
psychologiczny: Po pierwsze Aleksander przez akceptowanie Kon- 
gresówki faktycznie więcej zrobił dla Polaków niż Napoleon, którego 
nieokreślone obietnice i nieszczere zamiary okupiono tylu ofiarami; 
po drugie zwycięzca geniusza wojny, który przez tyle lat krwią zle- 
wał Europę, wydawał się wielu, a zwłaszcza ludziom, czującym 
awersyę do wojny, zwiastunem tak upragnionego pokoju; po trzecie 
cesarz Aleksander, zwłaszcza odkąd został królem polskim, cieszył 
się wielkiemi sympatyami w kołach profesorskich, szczególnie kra- 
kowskich. Informowano go widocznie o tem. skoro w 7 kilka lat potem 
obdarzył »Febusa poetów< krakowskich Przybylskiego za przekład 
Homera kosztownym pierścieniem. Oto co mówi o tem akademicki 



Trzej poeci polsko-łacińscy z XIX wieku 17 

chwalca Przybylskiego, Czajkowski (Roczn. Tow. nauk. krak. t. IX 
str. 195): »Lecz nie czekał na nią (t. j. sławę) tak długo, bo mu 
osłodziła wieczór życia, gdy jej pierwszy zadatek otrzymał w ko- 
sztownym darze z rąk N. Aleksandra, Cesarza Rosyi, Króla Pol- 
skiego, na którego świat w tęskności wyglądał, a niebo 
niczem bardziej, jak jego rządem i opieką pocieszyć 
nas nie mogło i który nie ma w sobie ani uczucia ani 
życzenia, coby nie mnożyło powodzeń i szczęścia ludz- 
kości*. 

Dubieckiego poglądy i uczucia patryotyczne wspólne mu są 
niewątpliwie z innymi Arkadyjczykami krakowskimi. Pod względem 
przekonań religijnych był on, jak Bandtke (por. Epigr. 93), jak Przy- 
bylski, mimo' swej duchownej sukienki, przedstawicielem oświece- 
nia*, które z wieku XVIII utrzymało się u nas aż do zwycięstwa 
romantyzmu. Dlatego, mimo zasady: »Musarum fidibus sociabis reli- 
giosa, — Cui sacer est Helicon, perci lit ille Deos« (epigr. 188), nigdy 
nie potrąca o strunę pobożności, nigdy w »bogach« nie widzi nic 
więcej, jak aktorów losu. Epigram o Kościele, który wyrósł z krwi 
Chrystusa, a urósł przez krew męczenników (epigr. 71), i wzmianka 
o powrocie do Rzymu Piusa VII, który >non vi, sed precibus Victor 
ab hoste redit (epigr. 230), dowodzą tylko, że >oświecenie« jego nie 
kłóciło się z uszanowaniem dla Kościoła i jego głowy. Natomiast 
epigram na przywrócenie Jezuitów (228) nie jest wolny od dwuzna- 
cznej złośliwości: »En Socius Jesu recipit cum nomine vestem, / re 
nempe atque animo, quod fuit antę. manet*. 

Tak te epigramy spóźnionego humanisty wawelskiego, choć 
estetycznie bezwartościowe, zasługują przecież na uwagę jako świa- 
dectwa prądów umysłowych i politycznych, panujących w pewnych 
kołach w Krakowie między rokiem 1800 a 1815. A że historycy 
uwzględniają dziś nietylko świadectwa faktów, ale także świadectwa 
nastrojów zbiorowych, dla dziejopisa Krakowa będą one dokumen- 
tami historycznymi. 

Mniej wartości historycznej, a za to więcej zawartości poety- 
cznej mają Carmina, ąuae cecinit Bomana voce Polonus Henricus 
L. N. Bando (Varsoviae, 1819, str. 51 [właściwie 35] 8°) Autor 
przedstawia się w przedmowie jako młody słuchacz filozofii w uni- 
wersytecie warszawskim, uczeń Zmserlinga. Campie'go i Jacoba, a nadto 
Szwejkowskiego i Lindego. Płody swej młodzieńczej Muzy publikuje 
za radą profesorów w tym celu, by zadać kłam zagranicznej opinii, 

Hnko. 2 



18 Tadeusz Sinko 

według której Polacy zaniedbują studya klasyczne i omal niemi nie 
gardzą. — Tego celu prawdopodobnie nie osiągnął, bo zagranica nie 
zwróciła uwagi na te szkolne ćwiczenia poetyckie, ale za to swoim 
dał dowód, że nietylko umiał składać ładne wiersze łacińskie, ale 
także miał w nich coś do powiedzenia. 

Bando przystępuje do pisania wierszy z gotowym programem, 
ubranym według klasycznych wzorów we formę sennej wizyi (Ele- 
gia I): Spoczywając niedawno nad świętem źródłem Muz, widział 
poeta pokryte wawrzynem szczyty Olimpu i pragnął się na nie do- 
stać, gdy mu drogę zastąpił Apollo z Muzami i tak doń przemówił: 
Niech inni opisują w pieśniach wojny i wynoszą pod niebo bohate- 
rów, niech malują obyczaje i sławią Wenerę w lirycznych melodyach, 
snując poematy z delikatnego wątku; ty stąd nie spodziewaj się na- 
leżnej sławy. — Rzekłszy to, ukazał mu kościanym plektrem miej- 
sce, na którem widać było rozmaite sceny: Tu człowiek wypędzony 
z ojczyzny błądzi po nieznanej ziemi barbarzyńskiej; tu młodzieniec 
z płaczem wraca z pogrzebu ojca; tu związani jeńcy oglądają się na 
swe gniazda; tu nieszczęśliwi płaczą nad zgliszczami swych domów 
i świątyń. — Takie smutne przygody kazał mu Apollo opiewać 
w elegiach, obiecując za to sławę. 

By ten program i jego wierne, jak zobaczymy, wykonanie nie 
wydawał się koncepcyą czysto akademicką, teoretyczną, przypominam 
ustęp z »Dziennika wojskowego z r. 1813« Kazimierza Brodzińskiego 
(Arch. do dziejów lit. ośw. w Polsce, t. XII, 1910, str. 279). Ciągnąc 
z armią księcia Józefa z Krakowa ku Śląskowi, odpoczywał Bro- 
dziński 9 maja w jakiejś wiosce za Wadowicami. Na przechadzce 
pod lasem przychodzi mu na myśl Wergiliuszowski Melibeusz (Ecl. I): 
>My pola, my ojczyste rzucamy zagrody, / my wygnance... A my 
pojdziem po Afrów tułać się krainie, / do Scytów lub gdzie Oax 
rwie kretejskie skały, / gdzie Brytanów od świata dzielą morskie 
wały. / Czy kiedy los dozwoli słodkiej nam pociechy / ujrzeć do- 
mów ojczystych darniem kryte strzechy, / widzieć po długich latach 
łanów naszych plony? /Srogi żołnierz te gnojne posiędzie zagony,/ 
pozbiera z naszej pracy żniwa już gotowe... / Gdzie nas przywiodły, 
bracie, niezgody domowe!* — Otóż jak Brodziński uczucia i myśli, 
wywołane krwawą rzeczywistością Napoleońską, wyraził cytatem 
rzymskiego sielankopisa, tak Bando, który w roku 1809 miał może 
dziesięć lat, opisywał wrażenia, odniesione pod wpływem tych sa- 



Trzej poeci polsko-lacińscy z XIX wieku 19 

mych wypadków, barwami, zaczerpniętemi z tej samej eklogi Wer- 
giliusza. 

Oto (Eleg. 6) człowiek, który wskutek wypadków wojennych 
(w. 20) musi na zawsze opuścić ojczyznę i rodzinę i płynąć do Afryki 
(w. 28), jak Wergiliuszowski Melibeusz (at nos hinc alii sitientes 
ibimus Afros, Ecl. I 65). Odchodząc, a raczej odpływając, zasyła 
ostatnie pozdrowienie ojczyźnie i domowi, miasteczku rodzinnemu 
i jego otoczeniu. Na górze, wznoszącej się nad miasteczkiem, spo- 
strzega biednego rybaka, który w promieniach zachodzącego słońca 
suszy swoje sieci, pośpiewując przytem wesoło, uprzytomnia sobie, 
jaka radość czeka tego biedaka w domu ze strony dzieci i żony 
i z losem jego, zostającego w ojczyźnie i w rodzinie, porównuje los 
swój, wygnańca. — I nowa fala wzruszenia zalewa mu duszę, jeszcze 
raz wspomina o dzieciach, penatach (ąueis pius heu! frustra thura 
precesąue dedi), mieście rodzinnem, wspomina o łąkach i źródłach. 
nad któremi się bawił i śpiewał, o gaju, gdzie jako chłopiec zbierał 
fiołki i lilie, o wiernych towarzyszach i o żonie, ukochanej przez 
wiele lat. — Rzeczom, które musi opuścić, przeciwstawia kraj, do 
którego zmierza. Jest to ziemia płoną, nieuprawna, piaszczysta, go- 
rąca, pełna dzikich zwierząt. Tam będzie dzień i noc narzekał na 
swój los, tam przyjdzie na niego starość, tam rozmyślać będzie o tem, 
co stracił: »Dura infelici memoratio prisca bonorum est« l . Oby tylko 
śmierć przyszła szybko po niego i wyzwoliła go z cierpień: »In pa- 
tria ąuoniam non possura vivere cara. / vivere iam nolo; sit mihi 
posse mori«. Najokropniejsze to, że popioły jego spoczną w barba- 
rzyńskiej ziemi. — Z ostatniego ustępu dowiadujemy się, że wygna- 
niec rozwodził swe żale na pokładzie odpływającego okrętu: Już 
zniknęły mu z przed oczu dachy, świątynie i wieże, już ginie brzeg, 
a zapłakane oko widzi tylko wodę i niebo. 

Wolelibyśmy, by w tej elegii żegnał się z ojczyzną Polak, żoł- 
nierz Napoleoński, odpływający do Egiptu lub na St. Domingo, ale 
i tak musimy przyznać, że utajone wspomnienie o tych niedawnych, 
a tak bliskich autorowi żołnierzach-tułaczach ogrzało nieco sztywny 
konwencyonalizm motywów Wergiliusza, Horacyusza i Owidyusza. 
Natomiast akademickiem naśladownictwem listów z wygnania Owi- 
dyusza jest Elegia 7 (Exul coniugi), zawierająca zapewnienia dozgon- 
nej pamięci i miłości; żal z tego powodu, że wygnaniec nie umarł 

1 Może echo Dantejskiego: Nessun maggior dolore etc. 

2* 



20 Tadeusz Sinko 

w dniu rozstania się z żoną: Lepiej umrzeć naraz, jak umierać po 
trochu. Smutne dni i noce wypełnia wygnaniec rozpamiętywaniem 
o żonie, której obraz zawsze unosi się przed jego oczami; słodyczy 
chwil wspólnie z nią spędzonych nie zapomni nawet, gdy napije się 
z Lete: >Non ego, si immemoris biberemns pocula Lethes, / excidere 
haec nostro pectore posse putem* \ Ale szczęście przeminęło, wygna- 
niec tuła się po obcych lądach i morzach. Chciałby mieć teraz skrzy- 
dlate smoki Medei czy Hekaty, by na nich wznieść się w powietrze 
i polecieć do ojczyzny i swoich, a jeśli to niemożliwe, to chciałby, 
by straszne jego cierpienia zakończyła śmierć. 

Temat przymusowego opuszczenia ojcowizny i ojczyzny opra- 
cowuje Bando po raz drugi (Ecloga 1) we formie Weigdiuszowskiej 
eklogi: Do Korydona. który stawi człowieka żyjącego zdała od wo- 
jen i ich następstw, jak wypędzenie z domu i ojczyzny, przybywa 
przyjaciel Tytyrus, opowiada, że i jego nieprzyjaciel wypędził z oj- 
cowskiej zagrody i uczynił bezdomnym wygnańcem. Tytyrus resztę 
życia pragnie spędzić razem z przyjacielem i dzielić z nim wspólny 
los, na co się Korydon zgadza z radością, a równocześnie prosi 
o relacyę katastrofy. Tytyrus opowiada więc. jak mu zwycięski wróg 
dobytek zrabował, chatę spalił, a jego wypędził: »Iam tacuere ca- 
nes, reqniescebanique coloni. nocturnosąue regebat equos Hecate 
taciturna«, gdy Tytyrowi udało się przez gęsty las umknąć przed 
nieprzyjacielem. — Opowieść przerywa huk bębnów, wrzawa trąbek: 
» Tym pana dant strepitum. reboant iam classica rauca, / en ferus 
hostis adest altis cum turribus. Eheu!« Przyjaciele uciekają, Kory- 
don zasyła ostatnie pozdrowienie polom i łąkom i wybiera się z przy- 
jacielem do — Afrów, chytrych Persów lub dalekich Arabów. 

W ten sposóo spełnił Bando dwa punkty z programu, poda- 
nego mu przez Apollina. Pozostał (El. I w. 21 n.) »...iuvenis, late 
raoestis loca ąuestibus implens*. który, »dilecti a patris funere moe- 
stus abit*. Ten temat traktuje poeta w elegii trzeciej, poświęconej 
►Manibus patris«. Zaczyna od ogólnych refleksyi o nieuniknionej 
śmierci, od której nie wybawi ani bogactwo, ani siła, ani geniusz, 
ani pobożność: »0mne profanat enim mors yiolenta sacrum. / Ecce 
Pater carus. nulli pietate secundus, nunc iacet in tacito, corpus 
inane. solo«. Ten fakt wydziera z piersi poety szereg pytań, stre- 



1 Bando nie zapomniał Schillerowskich słów żegnającego się z żoną He- 
ktora: Hektors Liebe stirbt in Lethe nicht! 



Trzej poeci polsko-łacińscy z XIX wieku 21 

szczających się w okrzyku: »Nilne igitur nostri post ultima fata peren- 
nat? / Annę igitur toti pulvis et umbra sumus?«. — Odpowiedź na 
te pytania i ukojenie znajduje w nauce Chrystusa, który dał nam 
nadzieję życia pozagrobowego. W niebie poeta zobaczy się znów z oj- 
cem, któremu zawdzięcza swój talent i cnoty; dopóki zaś żyje, bę- 
dzie zawsze (na wiosnę, w lecie, w jesieni, w zimi-) o nim wspo- 
minał, a podziękuje mu aż w n ebie. — Rzecz cała jest tak konwen- 
cyonalna, że niepodobna rozstrzygnąć, czy Bando lamentuje po śmierci 
własnego ojca, czy też pisze zadanie na temat śmierci jakiegokol- 
wiek ojca. Nie potrafi się też zdobyć na szczersze akcenty, gdy opła- 
kuje śmierć księcia Józefa Poniatowskiego (El. 2): Po zwykłej inwo- 
kacyi do Elegii następuje opis rzeki Sali i przypomnienie tryumfów 
Bolesława Chrobrego t;«m odniesiomch. Wzn wił je Poniatowski, 
walcząc nad sąsiednią Eisterą i ginąc w niej. Ojciec Ocean powinien 
ją za to ukarać, powinny w nit j uróść góry, woda powinna wyschnąć. 
Polska opłakuje zmarłego, jak matka syna, i strzeże jego smutnego 
grobu. Ale prócz popiołów zo-tała po bohaterze nieśmiertelna sława. 
Nad grobem wodza stoją jego żołnierze, rozpamiętują czyny pod nim 
dokonane i wyrażają nauzieię, że jeśli w człowieku jest coś więcej, 
niż cień i popiół, to Jowisz na czworoprzężnym rydwanie zabierze 
sarmackiego Alcydę miedzv błyszczące gwiazdy. 

Na szczersze tony zdobywa się Bmdo, gdy własne opowiada 
przeżycia. Oto cmentarz wiejski (El. 5, Manibus rusticorum). Raczy 
rydwan Febusa zmywa już czerwone nurze, a Słońce zdejmuje z pur- 
purowych koni krzywe jarzma; już szybkim biegiem spieszą pod 
wiejski dach bydlęta, pasące się w porach i wełnonośne stada: »Iam- 
que tenent tacitas sacrata silentia sikas. / omniaąue in campis iam 
taciturna silent«. Ciszę przerywa tylko cykanie świerszczy i hukanie 
puszczyka. W taki wieczór błądzi poeta po samotnem ustroniu. — 
Zachodzi na wiejski cmenUrz, zaro-ly drzewami, otoczony żywym 
płotem. Gdy chowano spoczywających tam zmarłych, nie grały im 
smutne trąby, nie było żadnych uroczystości, jak na grobie niema 
żadnego marmuru. Ale ta ziemia wiejska użycza znużonym człon- 
kom świętego spokoju. Nie będzie ich już wzywał do nowej pracy 
ptak, który czujnem gaidłem wywołuje dzień; nie będzie ich nękał 
przez ociężałe dni niezmierzony szeieg twardych prac; ojciec nie 
będzie odbierał pocałunków dzieci, matka nie będzie dzieci nosiła 
na kwiecistą łąkę, chłopiec nie będzie śpiewał, tańczył, cieszył się 
pawiem piórkiem, dziewczynka nie będzie zbierać do koszyczka 



22 Tadeusz Sinko 

fiołków i lilij: »Sedibus obscuris iam tempus in omne ąuiescit / turba 
colonorum candida (czy condita?) pace sacra «. — Ta wymienia poeta 
wiejskie zajęcia i prace, a od nich zwraca się niespodziewanie do 
człowieka pysznego z wezwaniem, by przestał naśmiewać się z brze- 
mienia ubóstwa, które uciska niezasłużenie ludzi. Śmierć zrówna 
bogacza z biedakiem, po żadnym nic nie zostanie. Jedynie pieśni, 
jedynie płody talentu unikają śmierci. Może i na cmentarzu wiej- 
skim spoczywa niejeden niepoznany geniusz. Gdyby ich za życia 
zrównano wobec prawa z innymi, to kraj dziś możeby kwitnął, mo- 
rza nie byłyby pełne rozbitków, pola nie byłyby pokryte kośćmi! 
Głupiec niech gardzi chłopami, poeta ceni ich cnoty, zapewniające 
im zbawienie wieczne. — A może i ja wnet umrę. spocznę pod taką 
samą mogiłą, tak samo zgniję i będę zapomniany? zapytuje się poeta. 
Może jaki krewny lub przyjaciel przyjdzie nad mój grób, ustroi go 
kwiatami, zapłacze i odczyta napis o cnotliwym młodzieńcu, który 
wcześnie piął się na Helikon, ale bieda doprowadziła go do bezczyn- 
nego (pod względem literackim) życia i pogrążyła w niesławie. 

Tak po swojem ubóstwie nie spodziewał się Bando wiele w swej 
karyerze literackiej. Zato ubóstwo poprzestających na małem wie- 
śniaków wydawało mu się godnem osobnej pochwały (El. 4, Pau- 
pertas celebratur). Wieśniak chwali swe skromne stosunki, nazywa 
ubóstwo strażnikiem cnót i przyjacielem wstydu, wymienia swe go- 
spodarskie zajęcia, urozmaicone służbą Bakchusa i Wenery, sądzi, 
że ubóstwo jest bezpieczniejsze niż bogactwo, które narażone jest na 
większe zmiany i ciosy losu, a zmarłemu i tak na nic się nie zda. 
Opisem przeprawy zmarłych przez Acheront i pośmiertnego sądu 
kończy się ta elegia, treścią raczej satyry Persiusa, Juwenalisa i Lu- 
kiana przypominająca. Jest ona oczywiście waryacyą na temat Wer- 
giliuszowskich Laudes vitae rusticae (Georg. II 458 nn), ale łączy się 
także z tą reakcyą uczuciową, która ze wstrętu do ciągłych wojen 
i przewrotów wydała u nas idylliczność choćby tylko artylerzystów 
Napoleońskich, Reklewskiego i Brodzińskiego. I Brodziński podczas 
marszu wojennego popada w > romansowe marzenia* (Archiwum j. 
w. str. 281): >0 wy, szczęśliwi wieśniacy! / Gdybym ja miał chatkę 
z wami, / Obudzaliby mię ptacy / Chodzić co rano do pracy / 
Z wypoczętymi wołkami i t. d.«. 

Bando nietylko tęsknił za życiem na wsi, ale prawdopodobnie, 
jako syn biednego chłopa, znał je dobrze Ta znajomość połączona 
z poczuciem stylu, wykształconem na Wergiliuszu, ale i Gessnerze, 



Trzej poeci polsko-Jacińscy z XIX wieku 23 

wydała wdzięczny obrazek dramatyczny (Ecloga 2), przypominający 
osnową Goethego: Die Launen des Verliebten: wschodzie słońca, 
po rosie, spotyka pasterz Melibeusz pasterkę Amaryllis, która zapła- 
kana, z obnażoną piersią, z rozpuszczonymi włosami biegnie w stronę 
lasu, bije się w piersi i wzywa na pomoc bogów. Zapytana przez 
Melibeusza o przyczynę takiego stanu i zachowania się, objaśnia, że 
nieuleczalna rana serdeczna pogrąża ją w łzach i smutku. Meli- 
beusz sądzi, że smutek nie na czasie, gdy cała wieś przygotowuje 
się do radosnego obchodu na cześć opiekuna owiec i owczarków, 
Pana, i radby Amaryllidę widzieć w gronie świętujących dziewcząt. 
Ale ona nie potrafi udawać wesołości. Tak ciężko ją zasmucił uko- 
chany Dafnis, nie przychodząc na umówioną schadzkę wczorajszego 
wieczora. Dotychczas nigdy się nawet nie spóźnił. Widocznie albo 
zachorował, albo pogonił za wilkiem, który mu porwał jagnię. — 
Przypuszczenia te obala Melibeusz doniesieniem, że właśnie wczoraj 
wieczór widział Dafnisa, jak wesoło z wiankiem w ręku dokądś 
spieszył. — To wystarcza Amaryllidzie, by uwierzyła, że Dafnis ją 
porzucił, skoro ani na schadzkę nie przyszedł, ani nie przyniósł jej 
wianka. Dawniej, to jej powtarzał: »Tu mihi sola places; praeter 
te nulla puella / dulcia vincla mihi inicieU. Teraz ją opuścił, wido- 
cznie już mu się nie podoba, widocznie poszukał sobie innej, ła- 
dniejszej. Do niej to poszedł wczoraj wieczór, jej zaniósł kwiatki. 
Opuszczona życzy sobie, by ją ziemia pochłonęła, by ją piorun za- 
bił, bo bez miłości Dafnisa żyć nie potrafi. Ale niechaj równocześnie 
bogowie ukarzą wiarołomcę. — Próżno Melibeusz pociesza zrozpa- 
czoną, poddając jej myśl, że owe obawy o Dafnisa może bezpod- 
stawne. — Ona rozpamiętuje minione szczęście. Spodziewała się 
najszczęśliwszego pożycia z Dafnisem, gdy raz widziała pieszczące 
się gołąbki. One zdrady nie znają, miłość ich zawsze jest delikatna 
i słodka. — I nasza taka zawsze będzie, oświadcza, podejmując 
ostatnie posłyszane słowa, nadchodzący Dafnis, i my aż do późnej 
starości tak żyć i kochać się będziemy. Oto przynoszę ci wianki 
w dowód miłości. Ale co znaczą twe łzy? Twe rozpuszczone wło- 
sy? — Amaryllis opowiada, jak przedtem Melibeuszowi, o niedotrzy- 
manej schadzce i swych czarnych przypuszczeniach. Ale teraz już 
wszystko dobrze, gdy ogląda znów Dafnisa, pamiętającego o niej 
i wesołego. — Nowe zapewnienia miłości ze strony Dafnisa i zapro- 
szenie ze strony Melibeusza, by pogodzeni kochankowie wzięli udział 
w święcie Pana. 



24 Tadeusz Sinko 

I Teokryt i Wergiliusz wypełniają swe idylle i mimy rado- 
ściami, a zwłaszcza rozpaczami zakochanych, ale żaden z nich nie 
zdobył się na tak dramatyczną akcyę, taką gradacyę uczuć, żaden 
z nich nie potrafił w 100 wierszach zamknąć caiej komedyi pastoralnej, 
a raczej tego, co Niemcy »Schaferspiel« nazywają. Pastorałka Banda 
napisana po polsku, godnieby stanąć mogła obok »Laury i Filona« 
Karpińskiego. Łacina jej, jak i innych omówionych utworów, świad- 
czy o wielkiem opanowaniu formy u młodego filologa. 

Na polu liryki nie kazał Apollo szukać młodemu poecie sławy. 
To też zachowane ody (w liczbie siedmiu) i treścią i formą świad- 
czą, że powstały wbrew woli Apollina i Muz. Wslępna oda do króla 
polskiego, cesarza Aleksandra, ujęta jest w strofy Archilochijskie (t. 
zw. pierwsze, jak Hor. carm. IV 7), a zawiera szumną inwokacyę 
do Apollina, krótki opis czynów wojennych Aleksandra Macedoń- 
skiego, a po przejściu: »Tu maior es illo! / Te meliora iuvant« opi- 
sanie błogich skutków pokoju, przyniesionego światu przez cesarza. 
Konkluzya: »Gaudeat heroum qui vult cognomine Magni, / Maximus 
esto Tibi«. — Odę do ministra oświaty, Stanisława Potockiego, ubiera 
w formę strofy archilochijskiej, zwanej drugą (jak Hor. epod. 13) 
i opowiada w niej pielgrzymowi, że tu, gdzie dziś błyszczą przy- 
bytki Muz, były niedawno zgliszcza i pożogi. Wzniesienie wspania- 
łych gmachów i wprowadzenie do nich Muz jest dziełem Potockiego, 
którego młodzież powinna wielbić jak Boga (Hunc celtbrate Deum). 
Chciał to uczynić i poeta, ale wstrzymał go od tego Apollo »tam 
parva ne immensum darem / vela per oceanum*. — W odzie (3) do 
profesora łaciny Zinserlinga, pod którego przewodnictwem rzymska 
Muza wraca do Polski, parafrazuje w metrum alcejskiem pierwszą 
pieśń pierwszej księgi Horacego. — W tern samem metrum sławi 
(oda 4) sprawiedliwość sędziego apelacyjnego (a zarazem profesora 
uniwersytetu) Urmowskiego, który tak dobrze wpływa na przestęp- 
ców, że niedowiarek, oszust, rozbójnik chodzi gorliwie do kościoła 
>et mollit aversos penates / thure sacro precibusąue blandis«. Ten 
Urmowski był dobroczyńcą poety, jemu też dedykuje swój zbiorek 
w bardzo udanej elegii następującej treści: Gdybym był pasterzem, 
składałbym ci na ofiarę tłuste sztuki bydła; gdybym był rolnikiem, 
ofiarowałbym ci pierwsze plony i kwiaty; gdybym był myśliwym, 
przynosiłbym ci ubitą zwierzynę: »Ast ego non habeo errantes in 
montibus agnas, / nec largas niesses fert raihi pinguis humus, / nec 
mea dextra valet telis nec arundine acuta. / Nilne offerre tibi mens 



Trzej poeci polsko-łacińscy z XIX wieku 25 

mea grata potest? / Pierios habeo cantus citharamąue sonantem; / 
quos cecini versus, Vir venerande feram«. Trudno odmówić wdzięku 
tej waryacyi na temat Horacy uszowskiego: Donarem pateras (carm. 
IV, 8). 

Trzy pozostałe ody zwrócone są do przyjaciół. Aleksandra Ko- 
mara prosi w safickich strofach (o. 5), by go z gaju, gdzie zdała od 
trosk i hałasów składa wiersze, nie wywoływał na zabawy 3 ; Hen- 
rykowi Geysmerowi (o. 6) przypomina w strofach alkmańskich, że 
»aufugit irreparabile temj»us«, illustruje to przebiegiem pór roku 
i ludzkiego życia i radzi za młodu ćwiczyć się w pisaniu wierszy, 
by po śmierci pozostała sława; wreszcie (o. 7) Aleksandrowi Thisemu 
dowodzi (w strofie asklep. trzeciej) na przykładach historyczny< h 
zmienności losu, której ten tylko uniknie, kto, jak Bias, całe swe 
mienie nosi ze sobą. 

Ostatni z polsko-łacińskich Horacyańczyków ostatnie też mię- 
dzy nimi zajmuje miejsce, nie dorównując nawet Konarskiemu czy 
Leśniewskiemu, by nie wspominać o dawniejszych naśladowcach Sar- 
biewskiego, jak Inez, Kanon i inni. Ale jako elegik godzien stan;;ć 
choćby tylko obok Kniaźnina, godnie zamyka szereg elegików. tak 
chlubnie rozpoczęty przez Janickiego. 

Przypadek zrządził, że prócz świeckiego księdza (Dubiecki) 
i świeckieuo humanisty (Bando) także Jezuici i Pijarzy, którzy 
w w. XVIII prym dzierżyli na Parnasie, i w wieku XIX po raz osta- 
tni przychodzą do głosu: Poł« cki Jezuita, Nikodem Muśnicki ogło- 
sił w Dzienniku połockim (I, 1818): De Christi ab inferis reditu poema, 
podejmując temat Pawła z Krosna, traktowany w Sapphicon de in- 
ferorum vastatione z r. 1514; a eks-pijar Antoni Moszyński ze- 
brał swe panegiryki na cześć biskupa wileńskiego w maleńkim Ma- 
nipulus carminum (Wilno, 1853, stron 11). Wreszcie przypadkowy 
epilog do całej poezyi pol-ko-łacińskiej stanowią wydane w Tarno- 
wie w r. 1868 (Tomus I, str. 71. Impensis auctori>) Carmina [quae] 
composuit et permultis versibus celeberrimorum antiquorum poetarum 
ornavit Joannes Neniczka, caes. reg. Iudex Districtus Zassovien- 
sis. Eoilog to prawie komiczny, jak dramat satyrowy po tragedyi, 
nie dlatego, jakoby pan sędzia powiatowy miał choć odrobinę hu- 
moru naturalnego (przecież traktuje przedmioty bardzo poważne — 



1 Nie notujemy ani tu ani indziej licznych reminiscencyi z Horacyusza, 
bo te chyba każdemu filologowi same się nasuną. 



26 Tadeusz Sinko 

bardzo poważnie), ale przez humor mimowolny. Nazwisko wskazuje 
na pochodzenie czeskie i każe się domyślać w Neniczce jednego 
z licznych w dobie germanizacyjnej urzędników, importowanych do 
Galicyi z Czech. Ponieważ jednak, jak potwierdzają świadkowie, 
którzy go pamiętają jeszcze z Tarnowa, Neniczka się zupełnie u nas 
zaaklimatyzował i założył polską rodzinę, wolno go zaliczyć między 
poetów łacińsko-polskich. Wychował on się widocznie w jakimś kla- 
sztorze, gdzie około r. 1830 uczono robić wiersze łacińskie, skoro 
jeszcze na starość umiał układać jakie takie heksametry na temat 
grzechu pierworodnego (De primis parentibus, 288 hex, podzielonych 
na 9 rozdziałów z prologiem i epilogiem), dzieła odkupienia (Zacha- 
rias, Crux, 202 hex), pisać elegie o 7 prośbach modlitwy pańskiej 
(Oratio Dominica, 7 elegii z prologiem i epilogiem), parafrazować 
>Zdrowaś« (Salutatio angelica, 62 hex) i Wierzę (Symbolum aposto- 
licum w 12 ustępach heksametrycznych). Opracowanie historyi bi- 
blijnej, dokonane w wierszu i frazeologii rzymskich epików, zwła- 
szcza Wergiliusza, nie może się wprawdzie równać z metrycznem 
przedstawieniem Nowego Testamentu przez Hiszpana Juwenkusa 
z czasów cesarza Konstantyna, ale gdyby nie było, jak jest, naszpi- 
kowane błędami typograficznemi, nie możnaby mu było odmówić 
pewnej potoczystości. Biblii zawdzięcza autor tylko ogólną treść, 
szczegóły sam wymyśla, ewentualnie powtarza za apokryfami. Oto. 
jak wyglądali pierwsi rodzice (str. 14): 

Non roseis venit umbra genis et nulla lanugo. 

In blanda facie vernabant dulcia mała, 

Et geminum frontis micat ignea lumina sidus. 

Oris multus honor, facundia magna, maiestas, 

Eximii fuerant generosi corporis arius. 

Forma placet niveusque color flavique capilli. 

Os humerosąue Deo similis, praeclarus munere formae, 

Semper vivax fuerat. nullo periturus in aevo. — 

Sponsa fuit compar, similis probitate marito. 

Coniunx grata viro. multos dilecta per annos. 

Insignis facie. formosis pectore marnmis, 

Dedita blanditiis. curandae dedite formae, 

Et decus egregiae formae superaverat omnes. 

Haec fuit marito ex usu junctissima longo 

Mixtaque blanditiis puerilibus oscula iungens. 

Nie przytaczamy opisu raju, niby klasycznego Elysium, ani 
opisu węża, bo podane wiersze wystarczą jako próbka formy Ne- 
niczki, a zarazem dowód, że nie fantazya wyposażała biblijne przed- 



Trzej poeci polsko-lacińscy z XIX wieku 27 

mioty w szczegóły, lecz pamięć, oblepiająca je klasycznemi fraze- 
sami i hemistychiami, nieraz bez względu na treść. Tak n. p. wiersz: 
*dedita blanditiis, curandae dedita formae* bardziej licuje z rzym- 
ską heterą, niż z matką rodzaju ludzkiego. Czasami jednak zdobywa 
się i na inwencyę motywów. Tak wąż kusiciel opowiada, że w ciem- 
nej nocy widział, jak złotowłosy Gabryel zrywał słodkie jabłka z za- 
kazanego drzewa i zanosił je w fałdach szaty Bogu Ojcu. Albo Ewa, 
mając ochotę na owoc zakazany, mówi: »Et rapido stimulor quam 
nunąuam corporis oestro. / Deliciae inficiunt animum praecepsąue 
cupido . . . / Tuąue et mi consors dubiis ne defice rebus, / Hic atąue 
hac poteris mecum reąuiescere nocte, / Basia pressa meo niveo con- 
iungere collo...«. Trudno w takich szczegółach nie widzieć braku 
wszelkiego smaku i taktu, skoro Neniczka nie miał bynajmniej za- 
miaru parodyować historyi biblijnej. 

Parafraza modlitw (Preces christianae correctae), napisana we- 
dług zapewnienia autora »ante bellum borussiacum et italum 1866* 
przypomina poniekąd »Theomusa sive doctrina fidei Christianae < 
Stanisława Lubomirskiego, ale przewyższa ją gadatliwością. Tak 
modląc się o przyjście królestwa Bożego, woła: >Sperne voluptates, 
nocet empta dolore voluptas, / Corporis infamis cernitur atra lues! / 
Aspice florentes luxus quas verterat urbes, / Hos tulit fructus per- 
dita luxuries...« Podobnie gromi przy sposobności i bez sposobności 
inne grzechy, przeplatając swe kazanie sentencyami, głównie z Owi- 
dyusza czerpanemi. Jak zaś dumny był z takich centonów, o tern 
świadczy umieszczone w tytule zbiorku zdanie, ze pieśni ^permultis 
versibus celeberrimorum antiąuorum poetarum ornavit«. 

Jako prawy c. k. biurokrata, Neniczka uderza także w strunę 
lojalności i nie tylko modli się za cesarza przed wojną pruską i wło- 
ską (str. 9). ale także planuje poemat o śmierci cesarza Meksyku, 
Maksymiliana. Napisał tylko 16 hexametrów, dalszy ciąg zapowie- 
dział w tomie — odrazu trzecim, bo drugi miała wypełnić pieśń 
»De Joannę Baptista et Salvatore Magno Jesu Chnsto*. Niestety 
>durus labor officiorum / cogit et impellit suaves abrumpere cantus< 
(str. 60). 

Szkoda, że taki oryginał o sobie samym nie napisał więcej, 
jak kilka nic prawie nie mówiących wierszy. Przy objęciu urzędu 
sędziowskiego sławi w elegii Sprawiedliwość. Przytem tak określa 
sprawiedliwego (str. 34): »Iustus homo est, qui recta colit, sine cri- 
mine vivit, / Et paret monitus principis imperio*. Zawód 



28 Tadeusz Sinko 

sędziowski jednak mu się nie podobał, jak wynika z wiersza p. t.: 
»Meum optarium* (str. 7). Wolałby być księdzem, a że to już nie- 
możliwe, rolnikiem na ojczystej grzędzie. — W dostatki ziemskie nie 
opływał, ale pocieszał się, że bogacz nigdy nie czuje się szczęśliwym 
(Dives, str. 11), natomiast ubóstwo jest matką wielu cnót (Paupertas, 
str. 5). Ciekawy jest wiersz do jakiegoś nieprzyjaciela (Inimico, str. 70), 
który się cieszył z powodu dyscyplinarnego przeniesienia Neniczki 
do Zasowa. Pan sędzia twierdzi: »Est mea culpa levis«. zwraca 
uwagę na niestałość losu, który łatwo może nieszczęściem dotknąć 
i urągającego, i tak kończy: >Posse puta fieri, veniam nuni dante 
Ministro. / ut videas vultus tristis ab arte meos«. — W dwóch po- 
czątkowych wierszach, zwróconych do czytelnika, daje Neniczka 
świadectwo, że poza heksametrem i pentametrem innych form i miar 
używać nie umiał i tworzył dziwadła metryczne w rodzaju tym: 
>Portat lectori salutem / Aurorae roseis libelius / Ścriptus in undis«. 
Takiego »poete« postawił przypadek na końcu szeregu naszych 
wierszopisów łacińskich. Po Neniczce notuje bibliografia jeszcze kil- 
kunastu autorów wierszy ulotnych, poświęconych z powodu rozmai- 
tych jubileuszów, cesarzowi, papieżowi, biskupom i innym dostojni- 
kom. Obok konwencyonalnych panegiryków. znajdzie się czasem 
i humorystyczny wiersz okolicznościowy, ujęty w średniowieczne 
rytmy i rymy. Nawet w XX w. przynosi n. p. » Gazeta Kościelna* od 
czasu do czasu łacińską odę czy poemat jakiego księdza. Ale zdaje 
się, że niema dziś na ziemiach polskich nikogo, ktoby mógł stanąć 
do amsterdamskiego konkursu poetyckiego imienia Hoeuffta, nikogo, 
ktoby umiał pisać takie wiersze łacińskie, jak w wieku XIX papież 
Leon XIII, lub szwajcarski Jezuita, Piotr Esseiwa. Mamy za to ta- 
kiego poetę greckiego, jakim inne kraje (oczywiście po za Grecyą) 
pochlubić sie nie mogą. 



O PEWNEM ZAGADNIENIU 
KINETYCZNEJ TEORYI ROZTWORÓW 



napisał 

MARYAN SMOLUCHOWSKI. 



Smoluchowski. 



Jako podstawę teoryi roztworów przyjmujemy dzisiaj powsze- 
chnie tę zasadę, że drobiny ciała rozpuszczonego zachowują się 
w roztworze zupełnie analogicznie jak drobiny gazu, to jest że po- 
siadają tę samą energię kinetyczną, jakąby w tejże temperaturze 
musiały posiadać drobiny gazu, a wskutek tego że wywierają — 
przynajmniej w roztworach rozrzedzonych — ciśnienie osmotyczne 
ściśle zgodne z prawem Boyle Charlesa. charakterystycznym dla ga- 
zów. Twierdzenie o tej analogii, o ile ona się wyraża w tej prawi- 
dłowości ciśnienia osmotycznego, zostało pierwszy raz jasno sformu 
łowane w słynnych pracach Van fHoffa (1885), ale podstawowa 
myśl, odnosząca się do energii kinetycznej, jest już implicite zawarta 
w dawno wypowiedzianem twierdzeniu Maxwella 1 »o ekwipartycyi 
energii* w systemach mechanicznych. 

Na tej samej zasadzie oparli Einstein oraz autor niniejszej 
pracy teoryę ruchów Browna 2 , tłómacząc owe drobne ruchy, wyko- 
nywane bezustannie przez mikroskopijnie małe cząstki w cieczach 
zawieszone, jako widoczny objaw ruchów » drobinowych «, i wypro- 
wadzając na tej podstawie pewne wzory ilościowe, których stwier- 
dzenie doświadczalne uważa się dziś za jeden z najwięcej przeko- 
nywujących dowodów teoryi kinetycznej. 

Dziwna rzecz, że nikt dotychczas nie podniósł przeciwko tym 
teoryom pewnego zarzutu, łatwo się nasuwającego każdemu, co się 
zajmował hydrodynamiką teoretyczną, mianowicie, że energia kine- 
tyczna ciała poruszającego się w środowisku ciekłem zależy nie tylko 
od masy tego ciała i jego prędkości, ale także od rodzaju tej cieczy. 

Już w r. 1833 Green 3 obliczył oddziaływanie ciekłego ośrodka 

1 Maxwell, Coli. Works I p. 378, II p. 713. 

» Einstein, Ann. d. Phys. 17 p. 549 (1905); 19 p. 371 (1906); Zeitschr. 
f. Elektroch. 1908 p. 235. Smoluchowski, Ann. d. Phys. 21 p. 756 (1906); 25 
p. 205 (1908). 

8 Green, Researches on the Vibrations of Pendulums in Fluid Media Tr. 
R. S. Edinb. 1838. 



4 Maryan Smoluchowski 

na ruch wahadła, później Stokes, Dirichlet, Clebsch * i inni uogólnili te 
rozważania dla ciał o różnych postaciach oraz pod założeniem ruchów 
dowolnych. Wynika z tych prac, że n. p. kula o objętości co. poru- 
szająca się z daną prędkością C. wzbudza w otaczającym ośrodku 

(o gęstości ę) prąd, którego energia kinetyczna wynosi — ^— . a jeżeli 

ruch kuli jest niejednostajny, ośrodek ciekły oddziaływa na nią w taki 
sposób, jak gdyby powiększał jej bezwładność; mianowicie pozorne 
powiększenie masy kuli wynosi połowę masy cieczy przez nią wy- 
top 
partej, t. j. -£. 

Dla ciał o innej postaci wynikają wartości odmienne, a w pe- 
wnych wypadkach obecność środowiska powoduje także powstanie 
momentów obrotowych. 

A nawet wydrążenie w środowisku ciekłem będzie się tak po- 
ruszać, jak gdyby posiadało masę bezwładną, z czego zrodziła się 
jedna z licznych hipotez co do natury atomów, interpretująca je 
jako >dziury w eterze*. 

Wobec tych, żadnej wątpliwości nie podlegających wyników 
hydrodynamiki teoretycznej zdawałoby się. że także wtedy, gdy cho- 
dzi o owe ruchy Browna, cząstka zawieszona w cieczy tak się musi 
poruszać, jak gdyby posiadała masę pozorną, większą od masy rze- 
czywistej, a mianowicie w razie postaci kulistej: większą o połowę 
masy cieczy wypartej. Założenie zasadnicze teoryi kinetycznej, że 
energia kinetyczna ruchu postępowego takiej cząstki jest proporcyo- 
nalna do temperatury bezwzględnej, musiałoby i nadal pozostać 
ważnem, ale wynikałaby z niego mniejsza prędkość, niż bez obecności 
ciekłego ośrodka, gdyż rozstrzygającą dla energii kinetycznej byłaby 
wówczas nie masa rzeczywista cząstki, tylko jej masa pozorna. 

Nie chodzi tu o drobne poprawki, tylko o zmiany bardzo zna- 
czne. Stosując te rozważania n. p. do emulsyi gumigutty lub mas- 
tyksu, którymi Perrin, Dąbrowski, Chaudesaigues posługiwali się 
w swych pracach, stwierdzających słuszność kinetycznej teoryi ru- 
chów Browna, mamy do czynienia z cząstkami o prawie tej samej 
gęstości, co ciecz (woda) otaczająca. Musielibyśmy zatem przyjąć 
masę pozorną półtora raza większą, niż masa rzeczywista, z czego 

1 Patrz n. p. Lamb, Hydrodynamics p. 116. 



O pewnem zagadnieniu kinetycznej teoryi roztworów 



n 



wynikałaby prędkość postępowa O w stosunku 1/ — = 08165 zmniej- 
szona, w porównaniu z wartością, obliczoną bez uwzględnienia wpływu 
ośrodka. Podobne wnioski dotyczą roztworów koloidalnych w rodzaju 
białka, gumy i t. p., zawierających drobiny o ciężarze drobinowym, 
kilka set albo kilka tysięcy razy większym od ciężaru drobinowego wody. 

Wątpliwości nasuwają się jednak, czy wolno tę samą argu- 
mentacyę w niezmienionej formie przenieść także na wypadek zwy- 
kłych roztworów krystaloidalnych, w których drobiny rozpuszczal- 
nika i ciała rozpuszczonego są wielkością sobie podobne. Pozorne 
powiększenie masy cząstki zanurzonej pochodzi bowiem stąd, że 
wywołuje ona w swem otoczeniu ruch wspólny środowiska, którego 
bezwładność przy zmianie prędkości łączy się z bezwładnością cząstki 
samej. Gdy jednak chodzi o jedne drobinę, poruszającą się między 
innemi, mniej więcej tego samego rodzaju, nie można oczywiście 
tych ostatnich uważać jako jednorodnego ośrodka ciekłego; ruch owej 
drobiny nie wywoła wspólnego prądu całego otoczenia, gdyż ruchy 
drobin otaczających będą w znacznej części niezależne. 

Zapewne każdy chemik twierdzić będzie, że przedewszystkiem 
już same doświadczenia dobrze znane dowodzą mylności tej hipo- 
tezy o » pozornej masie hydrodynamicznej « drobin — przynajmniej 
co się tyczy roztworów — gdyż ciężary drobinowe substancyi roz- 
puszczonych, obliczone na podstawie zjawisk obniżenia temperatury 
krzepnięcia i t. p., zgadzają się najzupełniej z liczbami, które innymi 
sposobami dla nich znajdujemy i bynajmniej owego pozornego po- 
większenia masy nie wykazują. Byłaby to jednak zbyt powierzcho- 
wna argumentacya. 

Wszystkie owe metody oznaczenia ciężaru drobinowego w roz- 
tworach polegają pośrednio na pojęciu ciśnienia osmotycznego, wy- 
wieranego przez drobiny substancyi rozpuszczonej. Otóż twierdzę, że 
z teoryi kinetycznej musi wyniknąć zupełnie ta sama wartość ciśnie- 
nia osmotycznego, niezależnie od tego, czy uznajemy istotnie ową hi- 
potezę, czy też nie. 

Mianowicie ciśnienie określone jest wzorem: p = -^nMC 2 , w któ- 
rym M oznacza masę drobin substancyi rozpuszczonej, n ich liczbę 
w jednostce objętości, a prędkość C wynika z warunku ekwiparty- 
cyi energii: MC 2 = mc 2 = 2ad, w którym oznacza temperaturę 
bezwzględną, a spółezynnik a wynosi mniej więcej = 3-6 . 10 16 . 



g Maryan Smoluchowski 

Jeżeli zaś uwzględnimy wpływ pozornej masy hydrodynamicznej, to 
w jednem i drugiem równaniu musimy zastąpić rzeczywistą masę 
drobin M przez ich pozorną i¥', co nie zmieni wzoru końcowego 
dla ciśnienia osmotycznego, wynikającego przez eliminacyę wielkości 
MC 2 z obu tych równań. Na liczbę gramodrobin uwzględnienie masy 
pozornej oczywiście wcale nie wpływa, więc też metody określenia 
rzeczywistego ciężaru drobinowego pozostają ważne i uwzględnienie 
pozornej masy hydrodynamicznej nic w tem nie zmieni. 

W tej dziedzinie zatem doświadczenia nie mogą rozstrzygnąć 
wypuszczonego zagadnienia, a co jeszcze ciekawsze, że to samo sto- 
suje się rówmież do ruchów Browna i pokrewnych zjawisk. Czy po- 
stępujemy drogą argumentacyi Einsteina, opartej na pojęciu ciśnienia 
osmotycznego, czy też stosujemy metodę bezpośredniego obliczenia 
przezemnie podaną, dochodzimy do tych samych końcowych wzo- 
rów dla przesunięcia cząstek, dla rozdziału ich pod wpływem cięż- 
kości, oraz dla spółczynnika dyfuzyi, niezależnie od przyjęcia owej 
hipotezy. Zauważymy w ogóle, że nie posiadamy dotychczas sposobu 
bezpośredniego określenia prędkości drobin w cieczach, a wszystkie 
obliczenia polegają jedynie na zasadzie ekwipartycyi energii, dającej 
nam wartość iloczynu MC 2 , ale nie jego pojedynczych czynników. 

Nie mogąc zatem na podstawie dotychczasowych doświadczeń 
rozstrzygnąć zagadnienia co do słuszności tej hipotezy, musimy się 
starać wyrobić sobie sąd drogą teoretycznego rozumowania. W tej 
mierze skłaniam się do zdania, że hipoteza > pozornej masy« nie 
jest słuszna, i że dotychczasowe teorye są ważne w niezmienionej 
formie. 

Wywody Maxwella, odnoszące się do ekwipartycyi energii, nie 
określają bliżej rodzaju systemów mechanicznych, do których ta 
zasada się odnosi, powinny się zatem stosować równie dobrze do 
cząstki otoczonej gazem, jak drobinami cieczy, jak nawet tworzącej 
część ciała stałego. W każdym wypadku przeciętna energia kinety- 
czna, przypadająca na ruch postępowy środka masy owej cząstki, 
powinna być równa energii kinetycznej drobiny gazu, posiadającego 
tę samą temperaturę, i przy tem wchodzi w rachubę wyłącznie rze- 
czywista masa cząstki, bez względu na otoczenie. Gdyby rzeczywi- 
ście istniały ciecze takie, jakiem i się zajmuje hydrodynamika teore- 
tyczna, któreby się nie składały z oddzielnych drobin, tylko two- 
rzyły płyn jednorodny, bezpośrednio przylegający do cząstek w nim 
zawieszonych, cała sprawa przedstawiałaby się zupełnie inaczej. 



O pewnem zagadnieniu kinetycznej teoryi roztworów 7 

Wtedy każde przesunięcie, jakkolwiek małe, owej cząstki byłoby 
koniecznie połączone z przesunięciem otaczającej cieczy, tworzącej 
wówczas z nią jedne całość pod względem mechanicznym, więc 
energia kinetyczna ruchu postępowego cząstki musiałaby też zawie- 
rać człon, odnoszący się do »masy pozornej*. 

W rzeczywistości zaś istnieje pewna swoboda ruchów wzglę- 
dnych cząstki i otaczających drobin; spółrzędne tych drobin oraz 
środka masy cząstki są spółrzędnemi niezależnie zmiennemi, mimo 
ewentualnego istnienia między niemi sił przyciągających lub odpy- 
chających i t. p.; dlatego też w zasadzie ekwipartycyi tylko rzeczy- 
wista masa cząstki powinna wchodzić w rachubę. 

Wynika z tego następujące, nieco paradoksalne, twierdzenie: 
Wyobraźmy sobie dwa roztwory tej samej substancyi w dwóch 
naczyniach o tej samej temperaturze; w pierwszem niech rozpu- 
szczalnikiem będzie jakaś ciecz rzeczywista, o składzie drobinowym, 
w drugiem ciecz » idealna «, tworząca ośrodek ciągły, jednorodny. 
W takim razie drobiny owej substancyi w pierwszym roztworze 

będą posiadać prędkość wynikającą z wzoru C= 1/ , zupełnie 

\ M 
niezależną od rodzaju owej cieczy, podczas gdy w drugim będą się 
poruszać z prędkością mniejszą, zależną od gęstości cieczy: 



'-K< 



2ad 



Możnaby a priori przypuścić, że ośrodek ciekły, składający się 
z drobin oddzielnych, można stopniowo upodobnić coraz więcej do 
cieczy idealnej, zmniejszając rozmiary drobin, a powiększając ich 
liczbę i prędkość ich ruchów; tymczasem widzimy, że pod powyż- 
szym względem zachodzi między nimi różnica zupełnie zasadnicza. 

Wiadomo, że także inne paradoksy są związane z ową zasadą 
ekwipartycyi energii. Tak n. p. stosunek ciepła właściwego przy sta- 
łem ciśnieniu, a przy stałej objętości powinien na mocy tej zasady 
wynosić k = lf , jeżeli drobiny gazu są ściśle kuliste, zaś h = lf 
lub & = 1£, jeżeli choć najmniejsze istnieje zboczenie od kształtu 
idealnie kulistego. Nie można zatem pod tym względem gazu o dro- 
binach kulistych uważać za specyalny wypadek gazu o drobinach 
elipsoidalnych, w których osi elipsoid są równe. 

W podobnych wypadkach — jakich jeszcze niemało dałoby 
się przytoczyć — można jednak obejść sprzeczność z zasadą: »na- 



g Maryan Smoluchowski 

tura non facit saltus« przez wprowadzenie » czasu relaksacyi«, który 
w nich będzie wykazywać tylko różnice ilościowe, stopniowe. Para- 
doksalność twierdzenia powyższego zaś jest wiele jaskrawsza i sta- 
nowi zasadniczą różnicę cieczy > idealnej*, takiej, jaką się zajmuje 
hydrodynamika klasyczna, a rzeczywistej cieczy, o składzie atomi- 
stycznym. 

Wobec tego, że powyższe, paradoksalne rozwiązanie poruszo- 
nego tu zagadnienia opiera się wyłącznie na Maxwella wywodach 
o ekwipartycyi energii, będących do dziś dnia jeszcze do pewnego 
stopnia przedmiotem polemiki naukowej, byłoby oczywiście rzeczą 
bardzo pożądaną, żeby można je poprzeć wynikami doświadczalnymi, 
ale niestety nie widać na razie drogi, któraby ku temu mogła posłużyć. 



SĄDY PRZYSIĘGŁYCH I SĄDY ŁAWNICZE 



napisał 

PIOTR STEBELSKI. 



Stebelski. 



I. 

Jak wiadomo, Austrya znajduje się w przededniu stworzenia 
pomnikowej pracy kodyfikacyjnej. Jeżeli pewne enuncyacye naszej 
najwyższej administracyi sądowej można wziąć na seryo, to zdaje 
się, że tak dawno wyczekiwana reforma materyalnego ustawodawstwa 
karnego przybierze w niedalekiej przyszłości wyraźniejsze kształty, 
i może post tot discrimina rerum powitamy ostatecznie dzieło, mające 
za sobą, powiedzmy otwarcie, nie bardzo nęcącą i interesującą historyę. 

A może i obecny nasz optymizm jest zwodniczy? 

Habent sua fata libelli. 

Lat pięćdziesiąt mija, odkąd pierwszy projekt, reformujący obe- 
cną ustawę karną, ujrzał światło dzienne. Nie jest to wdzięcznem 
zadaniem, a powiedzmy wprost jest nużącem, przedstawiać genezę 
tych licznych projektów, jakie począwszy od roku 1861 pojawiają 
się, będących chyba wymownem świadectwem nieudolności w stwo- 
rzeniu nowego dzieła kodyfikacyjnego. Niemal każdy minister spra- 
wiedliwości rozpoczynał swe rządy, inaugurując reformę i ambi- 
cyonując, aby nazwisko jego znalazło się umieszczone na nowym 
projekcie, i z góry, rzec można, przystępował do tego z niewiarą 
w powodzenie. Nad każdym nowym projektem zawisł fatalizm, że 
stał się przestarzałym, zanim prace, podjęte przez powołane czynniki, 
ukończone zostały. 

W dobie tych prac rozpoczął się w nauce prawa karnego okres 
fermentacyi i przesilenia. Nowe doktryny, zasilone zdobyczami nauk 
przyrodniczych i społecznych, wywołały ten prąd ewolucyjny, wobec 
którego runąć muszą dawniejsze instytucye prawne. Przyszła spra- 
wiedliwość karna postępować ma odmiennemi torami. Wielkie zaga- 
dnienia prawa karnego mają być rozwiązywane na innych podsta- 
wach, niż je rozwiązuje dzisiejsza apryorystyczna jurysprudencya 
klasyczna. A jednem z haseł, wywieszonych na sztandarze tych no- 

1* 



4 Piotr Stebelski 

wych szermierzy, jest celowe zorganizowanie walki z przestępstwem 
i obrona społeczeństwa zagrożonego w swych podstawach. 

Kodeks obecny, będący poprawną edycyą kodeksu z r. 1803, 
a mający za sobą przeszło wiekową tradycyę, hołdujący zasadzie 
bezwzględnego odwetu, stał się już dawno anachronizmem. Zaczęto 
posiłkować się przeróżnemi nowelami, środkiem, jak wiadomo, z na- 
tury swej połowicznym i odbierającym danemu ustawodawstwu 
cechę jednolitości. 

Wszelka reforma, któraby negowała postulaty nowych kierun- 
ków, wprowadzonych gdzieindziej z pomyślnymi wynikami, nie sta- 
nęłaby na wysokości swego zadania i staćby się musiała bezcelową. 
Rutyna, tradycya ustąpić muszą przed nowymi ożywczymi pier- 
wiastkami. 

Z tymi prądami liczyć się musieli redaktorowie najnowszego 
projektu, porzucając dawne utarte szlaki i wyprowadzając instytu- 
cye wypielęgnowane na gruncie nowych idei. 

Czy jednak nie ulękli się i nie stanęli na drodze połowicznej, 
czy zdołano zwalczyć zakorzenione poglądy i czy stworzono pracę 
na wskroś jednolitą? 

Na to pytanie odpowiedzieć wypadnie chyba przecząco. Jest 
pewna połowiczność i chwiejność, targowanie się o zasady kierujące, 
koncesye na każdym kroku, lękliwość przed wszechwładzą sędziow- 
ską i obawa, żeby praca ta legislacyjna nie była zbyt postępową. To 
też krytyka, która na ogół powitała projekt dosyć przychylnie, niemal 
jednogłośnie wyrzekła sąd, że jest to praca, która wzrosła na grun- 
cie wzajemnych kompromisów i ustępstw. 

I mimowoli zadać sobie należy pytanie, czy doba dzisiejsza 
w ewolucyi tych pojęć zasadniczych, zanim ten proces kształtowania 
ukończył się, zanim nowe zasady, które wstrząsnęły podwalinami 
prawa karnego, staną niewzruszone jak opoka, nadaje się do zapo- 
czątkowania tego dzieła, czy chwila szczęśliwie została obraną, czy 
nie należałoby raczej zająć wyczekującego stanowiska. 

Możliwa, że te wątpliwości wpłynęły na naszą najwyższą ad- 
ministracyę sądową, skoro udzielając szczupłemu gronu prawników 
projekt najnowszy, będący ostatecznie pracą prywatną, zaznaczyło 
wyraźnie, że dopiero w przyszłości zastrzega sobie określić swoje 
stanowisko i swój sąd wydać. 

Równocześnie z ogłoszeniem projektu, który dla zaakcen- 
towania niejako jego prowizorycznego charakteru, otrzymał nazwę 



Sądy przysięgłych i sądy ławnicze 5 

>Vorent\vurf«, ministerstwo sprawiedliwości podało do wiadomości, 
że komisya, której poruczono prace reformujące obecną ustawę, czyli 
raczej ściślejszy jej komitet, przygotowuje projekt, zmieniający nie- 
które postanowienia obecnego formalnego ustawodawstwa karnego. 
Projektem tym objęte być mają te przepisy postępowania karnego, 
które wobec nowego kodeksu prawa materyalnego już ostać się nie 
mogły, albo które ulec musiały radykalnej zmianie. 

Zapowiedź ta doczekała się urzeczywistnienia. W grudniu 1909 
opublikowało ministerstwo projekty do ustaw, zmieniających prawo 
procesowe karne, a równocześnie ogłoszono sprawozdanie komisyi, 
czyli raczej ściślejszego jej komitetu, wraz z szczegółowemi motywami. 

I znowu ministerstwo, ogłaszając te projekty przed przedłoże- 
niem ich w ciałach parlamentarnych, zaznacza w wstępnych uwa- 
gach, że są one owocem prac ściślejszego komitetu, że wprawdzie 
na redakcyę niektórych postanowień ministerstwo wpłynęło, zastrzega 
sobie jednakże w późniejszym czasie uzasadnić stanowisko, jakie wo- 
bec zaproponowanych zmian zająć zamierza. 

A zmiany te są wprost pierwszorzędnego znaczenia. W krót- 
kiem streszczeniu podaje komisya kierunek i granice swych prac. 
Wychodząc z założenia, że reforma materyalnego prawa stała się 
naglącą koniecznością i dalej odwlec się nie da, zaznacza komisya. że 
nie było jej zamiarem stworzyć nowego prawa procesowego, któreby 
dostosowało się do projektowanego prawa materyalnego. Wprowa- 
dzenie nowych instytucyj prawnych, obcych dotychczasowemu ustawo- 
dawstwu, wymagać musiało z natury swej norm regulujących je, 
a lubo postępowanie wstępne, postępowanie na rozprawie głównej 
i system środków prawnych pozostały niezmienione, to jednak zmiany 
są nader liczne i wprost doniosłej natury. 

Co do formy projektu tego spotykamy się poraź pierwszy z pe- 
wną innowacyą, obcą niemal dotychczasowej technice kodyfikacyjnej. 

Nie było zamiarem kodyfikatorów ująć tych nowych postanowień 
z zakresu prawa formalnego w jedne w sobie zamkniętą, tworzącą 
jednolitą całość ustawę. Komisya poszła odmienną drogą. Uzupełnia- 
jąc, bądź modyfikując istniejące prawo procesowe, wciela te nowe 
normy do procedury z r. 1873, starając się zatrzymać i terminolo- 
gię i sposób jej wyrażania się. W przyszłości więc według zakre- 
ślonego planu całość prawa procesowego obejmie i istniejącą proce- 
durę i nowe postanowienia w redakcyi zaproponowanej przez komisyę. 

Że dzieło w ten sposób zbudowane nie będzie jednolitem, a na- 



6 Piotr Stebelski 

wet w praktycznem zastosowaniu nastręczyć musi licznych trudno- 
ści, rzecz aż nadto jasna. 

Cel wytkniętej reformy i wytyczne jej granice komisy a, jak to 
w wstępnych swych uwagach podnosi, ujęła w dwa punkty: 1) do- 
stosowanie obowiązującej ustawy o postępowaniu karnem do nowego 
materyalnego prawa; 2) zmiana przepisów organizacyjnych o orze- 
cznictwie sądów z silniejszym współudziałem elementu obywatel- 
skiego. 

Zdaje się, że najwyższa administracya sądowa przywiązuje 
największą wagę do tego drugiego punktu programowego reformy, 
skoro w przedmowie z całą otwartością zaznacza swe stanowisko, 
a wypowiadając wotum nieufności pod adresem instytucyi sądów 
przysięgłych, domaga się powołania żywiołu obywatelskiego w orzecz- 
nictwie w sprawach karnych w szerszym rozmiarze, a to pod formą 
sądu ławniczego. Na tę przewodnią ideę reformy ministerstwo kła- 
dzie największy nacisk i przytacza na usprawiedliwienie zajętego 
stanowiska cały szereg poważnych argumentów, dochodząc do wnio- 
sku ostatecznego, że sąd ławniczy jest najdoskonalszą formą, w której 
problem współudziału sądu obywatelskiego w tej niemal najwa- 
żniejszej funkcyi życia publicznego ma się ucieleśnić. 

I nad tern chcielibyśmy zastanowić się obecnie. Pytanie to, jak 
wiadomo, już od dawna zaprząta umysły prawników i przyczyniło 
się do olbrzymiego wprost wzrostu literatury procesowej. Kwestya 
ta po raz pierwszy poruszona przez Schwarzego w roku 1864 (Ge- 
schwornengericht und Schoffengericht, ein Beitrag zur Losung der 
Schwurgerichtsfrage) nie schodziła dłuższy czas z porządku zjazdów 
prawników, odbywających się w Niemczech, i dała powód do pole- 
miki i do dyskusyi namiętnie niemal prowadzonej. Antagonizm ten 
spowodował, że autorowie o dźwięcznych nazwiskach podzielili się 
na dwa wrogie obozy, nawzajem się zwalczające. Po jednej stronie 
z całym arsenałem argumentów w obronie sądu przysięgłych wystą- 
pili Glaser, Wahlberg, Bar, John, Mayer, a ich przeciwnikami byli 
Schwarze, Zachariae, Hugo Meyer, Binder. Spór ten ostatecznie nie 
został rozegrany, po walce lat kilkanaście trwającej nastąpiło za- 
wieszenie broni i pewne ochłodzenie zapału. 

Dziś powrócić musimy do tej kwestyi. Której formie sądu oby- 
watelskiego przyznać należy wyższość, i czy droga obrana przez na- 
szych kodyfikatorów jest szczęśliwą? Tym pytaniom chcielibyśmy 
poświęcić kilka uwag, zaczerpniętych przedewszystkiem z obserwacyi 



Sądy przysięgłych i sądy ławnicze 7 

dotychczasowej praktyki, z szczególniejszem uwzględnieniem stosun- 
ków u nas istniejących. 

II. 

Sądy przysięgłych, zaprowadzone na kontynencie w czasach 
wielkich wstrząśnień politycznych i społecznych, spowodowanych 
wielką rewolucyą francuską, wchodziły w program ówczesnych po- 
stulatów politycznych i stanowić miały paladyum wolności osobistej 
przeciw wszelkim zamachom władzy państwowej, a zarazem służyć 
do realizowania celów politycznych. Historya stwierdza też. że od- 
dały one niepoślednie usługi i terroryzmowi rewolucyjnemu i despo- 
tyzmowi napoleońskiemu. Prawo karne i sprawiedliwość ugiąć się 
musiały przed wszechwładzą udzielności ludu, uosobionej w owej 
conviction intime przysięgłych, będącej zarazem wyrazem najwyższej 
samowoli. 

Była to epoka najwyższego zachwytu, porywu i obudzenia 
gwałtownego po wiekowym śnie, w której dla refleksyi nie było 
miejsca. Napróźno w Niemczech taka powaga naukowa jak Feuer- 
bach, a za nim jego adepci jak Mohl, Hepfner, Jagemann, Grohmann, 
Vollert i inni, wskazywali na niebezpieczeństwo, jakie zrodzić się mu- 
siało z przeniesieniem instytucyi obcej i niewypróbowanej na grunt 
nieprzygotowany. Głos ich musiał przebrzmieć niemal niepostrzeże- 
nie, a wśród wielkich przesileń politycznych w roku 1848 powitano 
przysięgłych jako prawdziwych reprezentantów uciśnionego ludu. 
Apoteoza ta w Niemczech dosięgła zenitu, gdy wystąpili autorowie, 
starający się nadać sądom przysięgłych podstawy historyczne i na- 
rodowe, przedstawiając je jako instytucyę nawskróś rodzimą, znaną 
dawnemu prawu niemieckiemu, 

Ale już w latach najbliższych po r. 1848 zaczyna budzić się 
refleksya. Poznano, że zbyt jednostronne zaakcentowanie pierwiastka 
politycznego z zupełnem pominięciem charakteru prawnego jest nie- 
bezpieczne, a dla prawnika podobny widnokrąg jest za ciasny i nie- 
wystarczający. I zaczęto zadawać sobie pytanie, czy jeżeli ma być 
usankcyonowany udział elementu niefachowego w jednej z najwa- 
żniejszych funkcyj życia publicznego, ten udział tylko w formie przy- 
jętej przez sąd przysięgłych może się dokonać? Zgodzono się w za- 
sadzie, że społeczeństwo musi mieć swych reprezentantów w tej 
funkcyi, lecz zarazem postawiono kwestyę, czy forma przyjęta w są- 



g Piotr Stebelski 

dzie przysięgłych jest jedynie uprzywilejowaną, czy też zasada do 
puszczenia pierwiastka ludowego może być i w innej formie dają- 
cej większe rękojmie dla idei prawa, przeprowadzona. I wówczas 
utorowało sobie drogę przekonanie, że w tej epoce gorączkowej za 
mało uwagi zwrócono na charakter prawny instytucyi sądów przy- 
sięgach, skąd wyrodziło się pytanie, czy rzeczywiście organizacya ich 
jest tak doskonałą, iżby ze stanowiska idei prawa i celów sprawie- 
dliwości wytrzymać mogła krytykę. 

Zarysowuje się więc wyraźnie charakter prawny tej instytucyi 
i pod hasłem tern zaczynają ścierać się zdania. Występują do walki 
przeciwnicy sądów przysięgłych, jednak nie pod hasłem reakcyjnem 
lub antiliberalnem. Najżarliwsi antagoniści bynajmniej nie atakują 
idei reprezentacyjnej, ucieleśniającej się w sądzie przysięgłych, nie 
przeoczają też wielkich korzyści, jakie przysparza zbliżenie społe- 
czeństwa do prawa i tendencya wyrównania tych różnic, jakie uwy- 
datniają się między abstrakcyjnem prawem pisanem a stosunkami 
życiowemi. Wszak i oni bronią zapatrywania, że sędzia powinien 
być tłómaczem prawa na to ustanowionym, by to prawo rozciągał 
i prostował dedukcyjnie i kazuistycznie. by analizował objawy życia, 
i wreszcie aby nie był to człowiek nieznający tego życia i jego 
pulsowań, myślą gdzieś w abstrakcyach krążący. Przeciwnicy ci nie 
stoją więc wcale na stanowisku, jakoby tylko władza państwowa 
przez swe organy powołana była do realizowania prawa w wypadku 
jego naruszenia, i nie bronią zapatrywania owego filozofa niemiec- 
kiego, jakoby usunięcie sędziów państwowych było negacyą prawa 
i podkopywało byt i istnienie jego; dla nich jedynie forma przyjęta 
w sądzie przysięgłych nie jest dla idei prawa idealną i doskonałą. 

Nie mamy tu oczywiście na myśli owego antagonizmu kasto- 
wego, który początkowo stanął do walki. Był to antagonizm kote- 
ryjny, biurokratyczny, formalistyczny, nie mogący pogodzić się z my- 
ślą, aby element inny, żyjący w sferze odmiennych pojęć i wyobra- 
żeń, mógł przysporzyć jakich korzyści w usługach wymiaru spra- 
wiedliwości. W Austryi scholastycyzm ten zapleśniały przyczynił się 
w pewnej mierze do upadku sądów przysięgłych, wprowadzonych 
po raz pierwszy po wypadkach marcowych. Był to żywioł na wskroś 
reakcyjny, wrogi wszelkim liberalnym innowacyom. Antagonizm ten 
należy dziś już do historyi, jakkolwiek nie możemy zataić, że nie 
wszyscy nasi sędziowie zawodowi są entuzyastycznymi zwolennikami 
idei współdziałania czynnika obywatelskiego w orzecznictwie karnem. 



Sądy przysięgłych i sądy ławnicze 9 

W czasach niemal ostatnich spotykamy się ze znaczącym symp- 
tomem. Propagandę przeciw sądom przysięgłych podjęto w obozie 
zupełnie innym, bo w najbardziej postępowym. 

Włoscy pozytywiści wołają, że musi być to społeczeństwo w pod- 
stawach swego bytu zagrożone, skoro werdykty sądów przysięgłych 
przyczyniają się do wzrostu ogólnej przestępności, a przysięgli za- 
uzurpowali sobie prawo monarsze, bo prawo ułaskawiania. To też 
między postulatami szkoły antropologicznej i między punktami pro- 
gramowymi zwolenników rozmaitych jej odcieni znajdujemy jako 
jeden z najskuteczniejszych środków, torujących przyszłą reformę 
społeczną, zniesienie sądów przysięgłych. 

Moglibyśmy wymienić cały szereg dźwięcznych nazwisk między 
koryfeuszami nowych horyzontów, przepowiadających w niedalekiej 
przyszłości upadek tej instytucyi, którą Włosi od pewnego czasu 
zaczęli z jawnym przekąsem nazywać barokową. Chcielibyśmy je- 
dnak powołać się na zdanie niewątpliwie najznakomitszego współ- 
czesnego kryminologa francuskiego Tarde, który podzielając najzupeł- 
niej stanowisko, zajęte przez włoskich antropologów, dowodzi, że 
dalsze istnienie sądów przysięgłych równa się zastojowi. Bo cóż po- 
wołało je do życia — pyta Tarde — czy istotna potrzeba, upatru- 
jąca w nich największą rękojmię skutecznego wymiaru sprawiedli- 
wości? Była u nas epoka naśladowniczości, wskazywano na Anglię, 
urządzającą swe instytucye prawne na szerokich podstawach samo- 
rządnych, olśniewał nas liberalizm wiekowy angielski i przenieśliśmy 
na grunt nasz instytucye, która w swym zaczątku nosiła już zaród 
śmierci. Głosowi Tarda wtóruje cała plejada kryminologów nowych 
szkół rozmaitych odcieni, zarówno Włosi, Francuzi, Belgijczycy, Niemcy. 

Lecz porzućmy antropologów, nie przyjmujących funkcyi sądze- 
nia w obręb swych doktryn, lecz wierzących w klasyfikatorów, za- 
stępujących miejsce sędziów, porzućmy tych przyszłych organizatorów 
społeczeństwa, których wyznawcy klasycznej jurysprudencyi nazy- 
wają utopistami, a ich doktryny paradoksalnemi, i posłuchajmy co 
mówią klasycy, nicujący projekty reformatorskie pozytywistów. 

W Niemczech propaganda nieprzychylna sądom przysięgłych 
znalazła wyraz w rezolucyach, uchwalanych na kilku zjazdach pra- 
wników, a były pruski minister sprawiedliwości Leonhardt nosił się 
z myślą zastąpienia sądów przysięgłych wielkim sądem ławniczym. 
Tak na XVIII zjeździe uchwalono rezolucyę: 1) sądy ławnicze oka- 
zały się w praktyce użytecznemi; 2) obecna organizacya sądów przy- 



10 Piotr Stebelski 

sięglych wymaga gwałtownie reformy. Rezolucya ta jednak uchwa- 
lona została po zaciętej szermierce. Niemal wszyscy uczestnicy zja- 
zdu oświadczyli się przeciw sądom przysięgłych, których wyroki są 
wvmownem świadectwem przeróżnych nieobliczalnych niekonsekwen- 
cvj. Całą instytucyę poddano gnębiącej krytyce, rezolucya Olshau- 
sena, proponująca votum nieufności, zyskała niemal ogólny poklask, 
a w ostatniej chwili ocalił ją Jacąues. Trafiła do przekonania argu- 
mentacya, że sprawa jeszcze nie jest dojrzałą, aby ogłaszać światu 
bankructwo tak doniosłej instytucyi. 

Przypominamy, że i na II zjeździe prawników i ekonomistów 
polskich z r. 1889 kwestya ta stanęła również na porządku dziennym. 

Opinię ujemną wydał prof. Krzymuski, uznając sąd przysięgłych 
za instytucyę nierozumną i w najwyższym stopniu niebezpieczną dla 
porządku prawnego. 

Referat ten sięgnął do organizacyjnych podstaw tej formy są- 
dów, a stawiając pewnik, że o winie kryminalnej, mieszczącej tyle 
zawiłości i kwestyi czysto prawnych, orzekać może i powinien tylko 
sędzia fachowy, odsądza sędziego obywatelskiego od zdolności oce- 
niania faktu prawnego, odsądza go od udziału w orzecznictwie, wi- 
dząc w nim dla wymiaru sprawiedliwości karnej czynnik wielce nie- 
bezpieczny. W tern ieźy właśnie najsłabsza strona instytucyi sądu 
przysięgłych, podkopująca byt jej w najistotniejszych podstawach. 

Drugi referat spoczywał w ręku piszącego te słowa, który po- 
sługując się dosyć obfitym materyałem statystycznym, nagromadzo- 
nym w publikacyach urzędowych centralnej komis yi statystycznej, 
i przedstawiając w świetle cyfr działalność sądów tych tak w ogól- 
ności, jak i co do poszczególnych przestępstw, na pytanie »czy i o ile 
okazały się w Galicyi w praktyce sądy przysięgłych użytecznymi*, 
przedstawił tezę »sądy przysięgłych nie odpowiedziały w Galicyi 
swemu zadaniu i w praktyce nie okazały się użytecznymi <. 

W interesie ścisłości sprawozdawczej podnieść należy, że prze- 
ciwny kierunek reprezentowany był na zjeździe w referacie śp. prof. 
Ostrożyńskiego. 

Sprawozdanie to bynajmniej nie zaprzecza obniżeniu się wartości 
werdyktów sędziów przysięgłych i uznaje też zasadność podnoszo- 
nych przeciw nim zarzutów. Mimo to ta forma udziału elementy 
niefachowego jest zdaniem sprawozdawcy naj idealniej szą, i sto 
wyżej od formy sądownictwa mieszanego, w której by sędziowie za- 



Sądy przysięgłych i sądy ławnicze 1 1 

wodowi już z mocy swego stanowiska musieli mieć przewagę nad 
sędziami wyszłymi z ludu. 

I jeżeli sędziowie ci nie zawsze stoją na wysokości swego za- 
dania, jeżeli ich wyroki spotykają się z zasłużoną, a czasami surową 
krytyką, to przyczynę tego stanu upatrywać należy nie w samej 
instytucyi, lecz w obecnym jej składzie, a głównie w tej okoliczno- 
ści, że obowiązek sprawowania funkcyi sędziego przysięgłego wkłada 
obowiązujące prawo na ludzi, którzy inteligencyą swą nie mogą 
sprostać zadaniu, do którego spełnienia ich powołano. 

Odpowiadając na tezę »w jakim kierunku należałoby przepro- 
wadzić reformę sądów przysięgłych, by instytucyę tę uczynić poży- 
teczniejszą przy wymiarze karnej sprawiedliwości*, sprawozdanie 
przedstawia następujące wnioski: 

1) należy sąd przysięgłych nadal zatrzymać przy wymiarze 
sprawiedliwości karnej w sprawach o najcięższe przestępstwa i prze- 
stępstwa polityczne, pozostawiając im orzekanie w kwestyi czynu; 

2) rozszerzyć przyjęty przez obowiązujące prawo szereg przy- 
czyn niezdolności do sprawowania urzędu sędziego przysięgłego, wy- 
magając większego, aniżeli dotychczas, wykształcenia i nieskazitel- 
nego charakteru; 

3) odjąć urzędowi temu cechę ciężaru, jaką ma dotychczas, 
płacąc sędziom przysięgłym za sprawowanie funkcyi odpowiednie 
wynagrodzenie. 

III. 

W Austryi upływa czwarte dziesięciolecie od czasu wprowadze- 
nia sądów przysięgłych. Okres to czasu poważny i dostateczny, aby 
bezstronnie i bez uprzedzenia zdać sobie sprawę z działalności tej 
instytucyi, którą i u nas powitano jako jedne z największych zdo- 
byczy, osiągniętych w zakresie prawa politycznego. Dziś już ten za- 
pał ostygł, gorący entuzyazm zniknął, a miejsce jego zajęła refleksya. 
Nawet najzagorzalsi zwolennicy zasady reprezentacyjnej w sądo- 
wnictwie nie zapatrują się na nią tak różowo, jak z początku, i przy- 
znają, że są pewne braki, które wymagają poprawy. W społeczeń- 
stwie zdania są podzielone. Werdykt krzywdzący i stojący w sprze- 
czności z poczuciem prawnem ogółu, wywołuje okrzyk oburzenia 
i wyrazy potępienia. Opinia ta jest zresztą chwiejna, zmienna, a pod 
wrażeniem werdyktu jej sympatycznego nuci hymny pochwalne. 



|2 Piotr Stebelski 

Kreśląc te uwagi zaczerpnięte z życia, mamy oczywiście na 
względzie owe normalne warunki, wśród których sąd przysięgłych 
funkcyonuje. Miarą naszej oceny nie mogą być owe wyjątkowe sto- 
sunki, które w danej chwili społeczeństwem wstrząsają. Rozszalałe 
namiętności polityczne, zaślepiony antagonizm narodowościowy i inne 
zewnętrzne wpływy podkopać mogą nieraz wiarę w prawidłowe funk- 
cyonowanie sądów przysięgłych. Są to jednak zjawiska efemery- 
czne, przemijające, które nie mogą być brane za podstawę naszych 
rozmyślań. 

I najwyższa administracya sądowa już od pewnego czasu nie 
występuje z ową bałwochwalczą apoteozą w obronie werdyktu są- 
dów przysięgłych, jak to swego czasu czynił Glaser, ów najżarliwszy 
propagator idei autonomicznej w orzecznictwie karnem. 

Kilka procesów głośnych i mających ogólniejsze znaczenie, 
przeprowadzonych w Austryi, komentowanych następnie w ciałach 
parlamentarnych i prasie, dały asumpt ministrowi sprawiedliwości do 
wydania reskryptu w dniu 3 listopada 1892. Minister daje tu krótki 
pogląd na działanie sądów karnych, a przechodząc następnie do sę- 
dziów przysięgłych, poddaje ich orzecznictwo ujemnej krytyce i w spo- 
sób jasny i niedwuznaczny wypowiada swe niezadowolenie. »Insty- 
tucya sądów przysięgłych, żywo atakowana z jednej strony, z dru- 
giej uznawana za niezbędną rękojmię urządzeń liberalnych, niezu- 
pełnie odpowiedziała daleko posuniętym oczekiwaniom. Walki życia 
politycznego nie powinny jej wzruszać, lecz powinna ona pozostać 
nietkniętą« — tak przemawia minister pod adresem sędziów przy- 
sięgłych. 

Zdarzały się u nas wypadki, że przewodniczący rozprawy zwra- 
cał się wprost do sędziów przysięgłych, karcąc ich za to, że wydają 
werdykty gwałcące poczucie prawa. Także i z trybuny prokurator- 
skiej padały słowa zabójczej krytyki na temat zbyt częstych i nie- 
uzasadnionych uwolnień. I w jednym i w drugim wypadku postą- 
piono nielegalnie, z ujmą niezawisłości sędziów przysięgłych, a je- 
dnak nie błahe widocznie musiały zachodzić powody, skoro zdecydo- 
wano się na krok tyle niezwykły w rocznikach orzecznictwa karnego. 
Sporadyczne to wprawdzie wypadki, nie omylimy się jednak, twier- 
dząc, że admonicya udzielona przysięgłym była wyrazem opinii, pa- 
nującej w sferach sędziów zawodowych. Trudno ich posądzić o an- 
tagonizm kastowy, gdy na widok zdeptanej sprawiedliwości nie mogą 
powstrzymać się od głosu słusznego oburzenia. 



Sądy przysięgłych i sądy ławnicze 13 

Bo też szczególną etyką kierują się przysięgli. Zasiadłszy na 
ławie dziwnej ulegają metamorfozie. Znaliśmy mężów surowych za- 
sad, a nawet wytrawnych prawników, którzy powołani na stanowi- 
sko przysięgłego, posuwali pobłażliwość dla ułomności ludzkich, wcho- 
dzących w kolizyę z kodeksem karnym, do naj skraj niejszych granic, 
i z punktu widzenia ogólno-ludzkiego starali się ciężkie nawet zbro- 
dnie puścić bezkarnie. Mają przysięgli swój odrębny kodeks, nie pa- 
ragrafowy wprawdzie, w który ślepo wierzą, pomijając wszelkie 
prawo pozytywne. Wyrobiło się przekonanie, niestety na prawdzie 
osnute, że pewne kategorye ciężkich przestępstw uchodzą w naszem 
społeczeństwie bezkarnie. Nie pamiętamy wypadku, aby dzieciobój- 
czyni była potępiona. Nieodgadnione, zmienne, urągające prawu za- 
patrywanie podmiotowe zaważą częstokroć na szali sprawiedliwości. 

Wszechwładza przysięgłych wyradza się w pewnego rodzaju 
cynizm, szydzący z prawa, a nieraz słyszymy głosy chełpienia się, 
że mimo przekonywującego materyału dowodowego uwolniono oskar- 
żonego. Idea sprawiedliwości cierpi, jeżeli w społeczeństwie pomniej- 
sze naruszenia prawa ścigane bywają z bezwzględną surowością, 
a cięższe, wstrząsające podwalinami jego bytu, nie doznają represyi. 

Najlepiej może pojął i zrozumiał etykę przysięgłych świat 
zbrodniczy, który w zamian darzy ich bezgranicznem zaufaniem. 

Naj dosadniej jednak występuje cała nieudolność sądu przysię- 
głych w procesach o obrazę czci, popełnionych treścią pisma dru- 
kowego. Wpływy zewnętrzne, namowa, głos opinii publicznej, często 
błędnej, gonienie za popularnością, stronniczość i namiętność o pod- 
kładzie narodowościowym, źle pojęty sentymentalizm i karygodne 
niemal lekceważenie tego, co jest najdroźszem dla jednostki — to 
wszystko składa się na to. że dziś wiara w sprawiedliwość werdyktów, 
w tych sprawach wydawanych, zupełnie upadła. A nie są to sprawy 
błahe i nieznaczące. Cóż może być boleśniejszego, jak targnięcie się 
na cześć; i to właśnie ujść ma bezkarnie, a nawet wyrokiem są- 
dowym otrzymać sankcyę. 

Zrozumiały to sfery kierujące już dawno, skoro zdecydowały 
się ścieśnić kompetencyę sądów przysięgłych, wyjmując te sprawy 
z pod ich orzecznictwa i przekazując zwykłym trybunałom. Projekt 
odnośny, na pozór reakcyjny, bo przedstawiający się jako zamach 
na atrybucye sądów przysięgłych, na ogół został przychylnie powi- 
tany, a jedynie prasa, zwłaszcza rewolwerowa, uprawiająca szantaż, 
wystąpiła przeciw niemu z całą żarliwością. 



14 Piotr Stebelski 

Zapy tajmy ż się dalej, w jaki sposób urząd sędziego przysię- 
głego bywa w Gaiicyi wykonywany, i oprzyjmy naszą odpowiedź na 
obserwacyach, jakie poczyniliśmy, spełniając przez dłuższy czas 
obowiązki sędziego zawodowego. Wstrzymujemy się od przesady 
wszelkiej i kreślimy te nasze uwagi bez żadnego uprzedzenia. Wyro- 
biło się u nas, niestety na prawdzie osnute mniemanie, że cała in- 
stytucya w swem praktycznem zastosowaniu, pozostawia wiele do 
życzenia. To już oczywiście nie wina organizacyjnych jej podstaw, 
lecz wina czynników, biorących udział w procesie, a powołanych 
do ich strzeżenia i poszanowania. Czujemy, że podnosimy zbyt ciężki 
zarzut, nie wyrażając się tak pochlebnie o instytucyi tyle poważnej, 
i może krzywdzimy ją. generalizując nasze zarzuty; a jednak goizkie 
te słowa nasuwają się nam mimowoli. 

Przypatrzmy się scenom prawdziwie upokarzającym, jakich 
widownią jest sala rozpraw sądowych przed rozpoczęciem rozprawy 
w czasie tworzenia składu ławy przysięgłych. Widzimy tu obraz nie 
licujący ani z powagą miejsca, ani z owym wysławianym libera- 
lizmem. Ileż tu próśb, zabiegów, kłamstw, aby tylko uwolnić się 
od zasiadania na ławie. Wyszukuje się przeróżne prawdziwe i nie- 
prawdziwe przeszkody, apeluje się do znajomości, protekcyi, a jeżeli 
wyjątkowo znajdzie się prokurator lub obrońca, głuchy na te prośby 
i modły, poddaje się wreszcie przysięgły z nietajoną niechęcią swemu 
losowi z tern przekonaniem, że spełnił w usługach społeczeństwa 
wielką ofiarę. 

I to wszystko odbywa się w obliczu całego zgromadzonego 
trybunału, w obecności oskarżonego, który będąc widzem scen gor- 
szących, stracić może wiarę i zaufanie do sędziów, w których ręku 
spoczęły jego losy. 

Podnosimy więc zarzut przeciw prokuratorom i obrońcom, któ- 
rzy przy wykonywaniu służącego im prawa wyłączenia nie kierują 
się względami rzeczowymi, lecz czy to dla zdobycia sobie popular- 
ności, czy też z lekceważenia przyjętych obowiązków, przyczyniają 
się pośrednio do demoralizacyi ławy przysięgłych. 

Podnosimy wreszcie zarzut przeciw przewodniczącym, którzy 
z mocy przysługującej im władzy dyskrecyonalnej winni skarcić po- 
dobne, majestatowi sprawiedliwości uwłaczające praktyki. 

A nie jest to sprawa błaha i nic nieznacząca, jakby na pier- 
wszy rzut oka zdawać się mogło. 

W izbie przysięgłych nieraz podnoszą się głosy oburzenia na 



Sądy przysięgłych i sądy ławnicze 15 

stronnicze postępowanie odnośnych czynników, faworyzujące jednych 
kosztem drugich. Element, dający największą rękojmię, że z zrozu- 
mieniem spełni swój obowiązek, niemal systematycznie usuwa się. 
Fakty to luźne, niestety zbyt często powtarzające się, z których 
stworzyć sobie można obraz całości. 

Ustawodawstwo obowiązujące oparło zdolność sprawowania 
urzędu sędziego przysięgłego na systemie mieszanym, powołując na 
ten urząd obywateli, opłacających podatek w pewnej wysokości, lub 
bez względu na podatek, -posiadających pewien szczególny stopień 
wykształcenia. W tem połączeniu systemu szacunku majątkowego 
z systemem zdolności osobistej ustawodawstwo upatrywało jedne 
z najistotniejszych gwarancyi sprawiedliwości werdyktów, sądziło 
bowiem, że żywioł inteligentny, współdziałając z żywiołem mniej 
oświeconym, usunie niejeden brak wynikający z nizkiego poziomu 
pewnej części przysięgłych. 

Intencya ta ustawodawcy została jednak w praktyce wypa- 
czona. Obywatele, w których ręku mógłby z całym spokojem spo- 
cząć los sprawy, usuwają się od spełnienia tego obywatelskiego obo- 
wiązku, spychając ciężar sądzenia na swych współobywateli, wpraw- 
dzie chętnych, lecz najmniej do sądzenia powołanych. Sama zna- 
jomość czytania i pisania obok opłacania pewnego podatku nie jest 
jeszcze świadectwem kwalifikującem przysięgłego, który w sprawach 
zwłaszcza wymagających wytrawniejszego sądu, i nastręczających 
pewne trudności nawet dla prawnika zawodowego, nie może spełnić 
należycie urzędu nań włożonego. W ogóle to sumienie, to przekonanie 
sędziego przysięgłego, mające dla niego powagę najwyższej instancyi, 
jest w jego pojmowaniu czemś bardzo elastycznem, wygodnem i sank- 
cyonującem najwyższą krzywdę, wyrządzoną idei sprawiedliwości. 

Uwagi nasze skierowane są przedewszystkiem pod adresem 
sędziów w miastach, zwłaszcza prowincyonalnych. Nizki poziom in- 
teligencyi, obniżenie się poczucia prawa i zobojętnienie wobec tych 
form bezprawia kryminalnego, które nie naruszają najwyższych dóbr — 
to wszystko niewątpliwie przyczynia się do dekadencyi wartości 
werdyktów. 

Jeżeli do tego dodamy, że przysięgli w przeważnej części za- 
ciągają się z ludności niezamożnej, nieraz walczącej z nędzą, dla 
której przebywanie w siedzibie trybunału sądu przysięgłych połą- 
czone jest z ciężkiemi ofiarami, że zdarzają się wcale nierzadkie 
wypadki, iż ogołoceni z naj pierwszych potrzeb, dopraszają się o przy- 



IQ Piotr Stebelski 

znanie sobie choćby nieznacznego wynagrodzenia, to będziemy mieli 
w naj główniej szych konturach obraz tej instytucyi obywatelskiej, jak 
ona w świetle praktyki się przedstawia. Stosunki te idą w parze 
niestety z ogólnym stanem ekonomicznym; gdzieindziej ukształtowa- 
nie tych stosunków jest nierównie korzystniejsze. 

Zapytajmyż wreszcie, czy wina tego niewątpliwego obniże- 
nia instytucyi leży wyłącznie tylko po stronie sędziów przysięgłych, 
czynnie występujących dopiero w ostatnim akcie dramatu, jaki za- 
czyna się na rozprawie głównej, czy też tych przyczyn rozkłado- 
wych nie należy szukać także i gdzieindziej. Zapytajmy więc, czyli 
nasi przewodniczący, obrońcy w granicach ustawą zakreślonych, 
wywiązują się należycie ze swego zadania. I przede wszy stkiem od- 
powiedzmy na pytanie, czy w świetle krytyki mogą wyjść obronnie 
nasi przewodniczący, owi najznakomitsi reprezentanci sądu państwo 
wego, w których ręce ustawodawstwo nasze złożyło pełnię atrybu- 
cyj wywyższających ich na kierujące stanowisko, a zarazem liczne 
i daleko idące obowiązki, zabezpieczające w procesie wykrycie naj- 
wyższej prawdy, a w następstwie i należyty wymiar sprawiedli- 
wości. 

Jak wiadomo, ustawodawstwo austryackie, określając stanowi- 
sko przewodniczącego, poszło w ślady prawa francuskiego, i przyznało 
mu między wszystkimi czynnikami, biorącymi udział w procesie, 
rolę najprzedniejszą i najczynniejszą. Jest on duszą całej rozprawy, 
panem wszechwładnym, ograniczonym tylko swym honorem i su- 
mieniem, któremu we wszystkich czynnościach przyświecać winna 
jako myśl przewodnia idea wykrycia w procesie prawdy materyal- 
nej. Stanowisko jego jest potężne, ale zarazem i arcy trudne. Mając 
poruczoną sobie na rozprawie instrukcyę sprawy, musi należycie 
przygotować się do spełnienia tego obowiązku, musi przestudyować 
dokładnie materyał nagromadzony, a zarazem przyswoić sobie ru- 
tynę i pewną technikę, któraby ochroniła go przed przeróżnemi nie- 
właściwościami. 

Najważniejszym jednak bez wątpienia obowiązkiem jego będzie 
uniknąć tego wszystkiego, coby ściągnąć na niego mogło zarzut stron- 
niczości. A zadanie to nie jest łatwe. Byliśmy świadkami, jak prze- 
wodniczący na rozprawie starali się podtrzymać ugruntowane na 
aktach śledczych zdanie, i nie uwzględniali wyników rozprawy, za- 
dających kłam faktom, uznanym w postępowaniu wstępnem za praw- 
dziwe. To apryory styczne przekonanie i oparta na niem tendencyj- 



Sądy przysięgłych i sądy ławnicze 17 

ność może utrudnić, a niekiedy uniemożliwić przysięgłym spełnienie 
zadania, a nawet spowodować niesprawiedliwy wyrok. Oczywiście 
zajęcie stanowiska przedmiotowego, uwzględniającego równomier- 
nie interes stron walczących, i zachowanie tej miary, któraby utrzy- 
mywała osoby występujące w procesie w szrankach ustawą zakre- 
ślonych, jest rzeczą indywidualnego taktu, rutyny, temperamentu, 
a nawet i pewnej intuicyi. 

Francuski kryminalista Berenger żąda od przewodniczącego nie 
tyle olśniewającego talentu, jak raczej pewnej roztropności umysłu 
i pewności, zimnej krwi, a zarazem łagodności i dobroci serca, spo- 
koju, a zarazem szlachetności, a jeden z niemieckich praktyków, 
długoletni przewodniczący w sądach przysięgłych, ułożył schemat 
obejmujący owe przymioty, które przeciętny prezy dujący posiadać 
winien, jeżeli ma sprostać swemu zadaniu. Są one następujące: 
a) dar słowa i pewność wyrażania się, b) donośny organ mowy, 
c) obznajomienie się z językiem ludu i jego zwyczajami, d) surowe 
przestrzeganie karności i porządku, e) unikanie wszelkich namiętnych 
wybuchów, f) równość wobec wszystkich uczestników rozprawy, 
g) dążenie do wykrycia prawdy i unikanie wszelkiej, choćby najlżej- 
szej stronniczości, i) zachowanie powagi bez przesady i pedanteryi, 
k) stanowcze wystąpienie przeciw nadużywaniu słowa, bądź w toku 
rozprawmy, bądź w wywodach ostatecznych. Mybyśmy dodali jeszcze 
dwa inne, które pominął niemiecki rutynista. Mamy na myśli grun- 
towne obznajomienie się ze stanem sprawy w sądzie roztrząsanej, 
a więc przestudyowanie materyału śledczego, i posiadanie pewnego 
encyklopedycznego wykształcenia, któreby go uchroniło od ignorancyi 
lub jednostronności. 

Takich jednak idealnych przewodniczących nie posiadamy, 
a składają się na to rozmaite powody, te jednak nie wchodzą 
w ramy niniejszych naszych uwag. Gdzieindziej administracya pań- 
stwowa dokłada starań, aby z pośród grona sędziów zawodowych 
wychować sobie zastęp dzielnych specyalnych prezy dujący eh, któ- 
rzyby mogli w przyszłości sprostać zadaniu. W Galicy i czynniki po- 
wołane wobec tych całkiem uzasadnionych postulatów dziwnie apa- 
tycznie się zachowują, nie odstępując od tradycyjnych szablonów. 
Wcale zresztą do wyjątków nie należy, że przewodniczący dopiero 
w ostatniej chwili ma możność dorywczego i powierzchownego za- 
znajomienia się z aktami sprawy sądzić się mającej, przez co kie- 
rownictwo jego nosić musi piętno pobieżności i niepewności. 

Steuelski 2 



18 Piotr Stebelski 

W wyż powołanym reskrypcie domaga się minister sprawie- 
dliwości powierzenia kierownictwa rozpraw tylko takim funkcyona- 
ryuszom, po których spodziewać się można, że zdołali należycie 
ogarnąć cały materyał nagromadzony, i którzy odznaczają się tym 
spokojem i taktem, jakiego wymaga powaga sądu. Reskrypt ten 
wskazuje dalej na ten wysoki nimb, jakim otoczeni są sędziowie 
angielscy, i zwraca się w końcu przeciw owym przewodniczącym, 
którzy obniżając powagę miejsca, z sali sądowej czynią arenę swych 
niewłaściwych wycieczek i uwag, drażniących nieraz także uczucia 
narodowe. 

O kierownictwie rozprawy przez przewodniczących w Galicyi 
moglibyśmy w ogólności powiedzieć, że czasami zanadto mało po- 
siadają samoistności, a natomiast za wiele oglądają się na proku- 
ratorów. Ze faktycznie wytworzył się stosunek pewnej zawisłości od 
prokuratorów, to rzecz powszechnie wiadoma, i dopiero w ostatnich 
czasach zaczyna się dosyć wyraźnie zarysowywać tendencya wyzwo- 
lenia z pod wpływów prokuratorskich. Temu też przypisać należy, 
że nieraz przewodniczący zwracają się do prokuratorów, żądając od 
nich postawienia wniosków w kwestyach, które przewodniczący z mocy 
władzy swej dyskrecyonalnej sami bez udziału stron rozstrzygnąć winni. 

Zarzucamy dalej przewodniczącym na rozprawach, że ze zby- 
tniej obawy przed zarzutem pobieżności, gubią się w szczegółach 
drobnostkowych i utrudniają tym sposobem zadanie przysięgłym, 
którzy tracąc wątek całości, nie mogą się wobec ogromu materyału 
należycie zoryentować. Wada ta jest u nas dosyć powszechnie za- 
korzeniona, a nieraz dają się słyszeć z ławy przysięgłych głosy 
niezadowolenia, że przeciąga się rozprawę ponad rzeczywistą potrzebę. 

Nie wyczerpalibyśmy tych, w naj główniej szych zarysach skre- 
ślonych uwag, gdybyśmy nie dotknęli jednej, nader ważnej atrybucyi 
przewodniczącego, będącej tak w literaturze, jak i w pozytywnych 
ustawodawstwach przedmiotem ożywionej krytyki. Mamy na myśli 
przemówienie jego końcowe, tak jak ono w ustawodawstwie naszem 
zostało unormowane. 

Geneza powstania przepisu odnoszącego się do resume we- 
dług naszego prawa procesowego, wykazuje, że w ciałach prawo- 
dawczych podnosiły się głosy za ograniczeniem przewodniczącego 
w jego przemówieniu jedynie do kwestyi prawnej, z wykluczeniem 
wszelkich wywodów, odnoszących się do kwestyi faktycznej. Głosy 
te jednak były w mniejszości, a pod wpływem ówczesnych zapa- 



Sądy przysięgłych i sądy ławnicze 19 

trywań wyszedł § 325 ust. o post. karn., który objął przepisy za- 
czerpnięte i z prawa francuskiego i z prawa angielskiego. I odkąd 
instytucya sądów przysięgłych w Austryi została wprowadzona, odtąd 
na porządku dziennym stawianą jest kwestya reformy resumć, a § 325 
ustawy procesowej wystawiony jest na największe zaczepki. 

Nie jest zadaniem naszem podawać historyi owych reforma- 
torskich dążeń, odnoszących się do resumć. W krótkości jedynie po- 
dajemy, że pierwszy niejako, który w Austryi spopularyzował myśl 
zniesienia resume w postaci obecnej, był Jacąues. Myśl tę krzewił 
on począwszy od wprowadzenia obecnej procedury, przy każdej 
sposobności na zjazdach, w czasopismach fachowych występował 
przeciw obecnej stylizacyi § 325, a w końcu na posiedzeniu 259 
Rady państwa w r. 1883 postawił wniosek dostatecznie poparty, 
o wydanie noweli do postępowania karnego. Wniosek Jacąuesa 
zdąża do zmiany obecnego resume w podwójnym kierunku. Pierwsza 
część wniosku zwalnia przewodniczącego od resume we właściwem 
czyli technicznem tego słowa znaczeniu zwalnia go więc od repro- 
dukcyi przebiegu całej przeprowadzonej rozprawy, i stosownie do 
postulatów nauki i zdobyczy zebranych na polu praktycznego do- 
świadczenia, ma odpaść w przyszłości unaocznienie momentów wa- 
żniejszych rozprawy, a przysięgli wiedząc, że powtórne streszczenie 
przy końcu rozprawy już nie nastąpi, pobudzeni będą tem samem 
do żywszego uczestniczenia, baczniejszej uwagi i zajęcia się rozgry- 
wającą się przed nimi akcyą. W ten sposób wyrokować będą na 
podstawie swoich, i to bezpośrednio odniesionych wrażeń z rozprawy 
głównej, a werdykt ich będzie pełnym i niezamąconym wyrazem 
ich wewnętrznego, swobodnego przekonania. 

Druga część wniosku dotyczy właściwego pouczenia prawnego. 
Istota i zakres tej funkcyi przewodniczącego nie doznaje we wniosku 
Jacąuesa najmniejszej zmiany, i w tej mierze wnioskodawca stoi na 
stanowisku prawa obowiązującego, które na przewodniczącego na- 
kłada obowiązek wyłuszczenia ustawowych znamion czynu karygo- 
dnego i znaczenia znajdujących się w pytaniu ustawowych wyrazów. 

Zrobiliśmy to spostrzeżenie, że resume nie czyni na przysię- 
głych potężnego wrażenia. Zazwyczaj jest ono oschłem, bezbarwnem 
i niemal niewolniczem powtórzeniem rozprawy, bez polotu i bez bar- 
wności pociągającej i nadającej życie. Brak w niem pewnej siły 
argumentacyi, brak krytycznego rozumowania. Temu też przypisać 
należy, że zazwyczaj przysięgli obojętnie przysłuchują się wy- 



20 Piotr Stebelski 

wodom przewodniczącego, a niekiedy i zdradzają pewną niecier- 
pliwość. 

A już zupełnie odmówić musimy daru udzielania jasnego po- 
uczenia prawnego. Zwykle odczytuje przewodniczący odnośny ustęp 
z ustawy karnej, objaśniając go mniej lub więcej niezręcznie, a cza- 
sami całkiem mylnie. Z takiej lekcyi przysięgli odnoszą nader 
wątpliwą korzyść. Niewątpliwie rzecz to niełatwa podać laikom 
zawiłe konstrukcye prawne w formie przystępnej. Temu też przypi- 
sać należy, że przysięgli, przyszedłszy do izby obrad, kerują się 
albo swym instynktem, lub. co częściej bywa. idą za głosem tego 
przysięgłego, który im imponuje pewnym zasobem wiedzy prawni- 
czej. A wówczas werdykt nie jest wyrazem przekonania całej ławy 
przysięgłych, lecz pewnej jednostki, górującej wiedzą i doświad- 
czeniem. 

Przystępujemy wreszcie do odpowiedzi na pytanie, czy obrońcy 
przejęci są szczytnością tego zadania, jakie w usługach sprawiedli- 
wości spełnić mają. 

Śledząc pilnie wszelkie symptomatyczne objawy, można powie- 
dzieć, że od pewnego czasu począł wiać prąd nieprzychylny obrońcom. 

Pomijamy pozytywistów, a na ich czele Lombrosa, który utrzy- 
muje, iż w zachodniej Europie panuje teraz adwokacka oligarchia, 
zupełnie nieprzychylna porządkowi publicznemu i sprawiedliwości, 
pomijamy i ten skryty antagonizm, jaki faktycznie wytworzył się 
między prokuratorami a obrońcami, mącący harmonijne współ- 
działanie tych czynników, pomijamy wreszcie i ową utajoną nie- 
chęć naszych sędziów, objawiającą się niekiedy i na zewnątrz, a zwra- 
camy się do głośnego w swoim czasie memoryału prezydenta wie- 
deńskiego sądu karnego, w którym wypowiada wotum nieufności 
całemu stanowi adwokackiemu, a przedewszystkiem obrońcom. 

Memoryał ten wywołał głos oburzenia i dał nawet powód 
wiedeńskiej izbie adwokatów do założenia formalnego protestu. 
W proteście tym zaznaczono, że słowa ujemnej krytyki, wyrzeczone 
w memoryale, są wyrazem owej nieżyczliwości i niechęci, panującej 
w sferach sędziów zawodowych, która utrudnia obrońcom spełnianie 
ich zadania. Stosunek, jaki się faktycznie między trybunałem a ławą 
obrońców wytworzył, nacechowany jest wzajemną nieufnością, po- 
budzającą niekiedy przewodniczących lub prokuratorów do enuncya- 
cyj, podkopujących powagę obrońców. Skutkiem tego obrona stała 
się officiam odiosum. 



Sądy przysięgłych i sądy ławnicze 21 

A jednak słowa te, oparte w pewnej części na słusznych spo- 
strzeżeniach, znalazły oddźwięk i u nas. 

Obrońców, występujących na rozprawach, dzielimy na trzy ka- 
tegorye: 

Pierwsza, niestety nieliczna, zwolna znikająca, przejęta szczy- 
tnością swego powołania, nie goni za efektami, nie lubuje się w wy- 
woływaniu scen dramatycznych i sztucznych, lecz ze spokojem a za- 
razem z godnością występuje w sali sądowej w obronie niewinności. 
Ci obrońcy nie mogą uskarżać się ani na stronniczość, ani na nie- 
przychylność ze strony sądów. 

Drugą kategoryę stanowią ci obrońcy, którzy dla reklamy szu- 
kając spraw sensacyjnych, gonią za popularnością w szerszych war- 
stwach, a dla zdobycia jej nie przebierają w środkach, nieodpowia- 
dających ich wysokiemu stanowisku. Tacy obrońcy nie mają zbyt 
wielkiego powodzenia u sędziów, natomiast frazesami nietreściwymi 
lecz pociągającymi wywołują niekiedy na ławie przysięgłych pewien 
efekt. Ci obrońcy jednak znikają jak meteory, ustępują ze swych 
stanowisk i robią miejsca nowym gwiazdom. 

Trzecia kategorya jest najsmutniejsza. Weterani w służbie są- 
dowej, adwokaci bez klienteli, za nędznem wynagrodzeniem zastę- 
pują obrońców z urzędu ustanowionych. Jest to wprawdzie element 
spokojny, niezapalny, ale zarazem odgrywający rolę niepoczesną 
w sali sądowej. Przemówienia ich są zazwyczaj szablonowe, liche, 
nie budzące zainteresowania i przemijające bez wpływu na ławę 
przysięgłych. 

Na tem kończymy nasze spostrzeżenia o sądach przysięgłych 
w Galicyi. Dotknęliśmy tylko rzeczy najważniejszych i powszechnie 
odczuwanych. Te ulotne jednak uwagi są aż nadto wystarczające, 
aby podzielić w tej kwestyi zapatrywanie tak ministerstwa sprawie- 
dliwości, jak i komisyi. »Das Geschwornengericht hat die Hoffnungen 
nicht erfullt, die man bei seiner Einrichtung hegte. Selbst die un- 
bedingten Anhanger der Einrichtung geben zu, dass der Taumel der 
Begeisteiung, der die Einfuhrung der Geschwornengerichte forderte, 
sehr schnell einer erheblichen Ernuchterung gewichen sei und dass 
das Geschwornengericht an schweren Miingeln leide« — czytamy 
w motywach komisyjnych i na te słowa piszemy się w zupełności. 



22 Piotr Stebelski 



IV. 



I ministerstwo sprawiedliwości podnosi w swych wstępnych 
uwagach, że sąd przysięgłych nie odpowiedział oczekiwaniom. Przy- 
czynę upadku tej instytucyi upatruje nasza administracya sądowa 
w samej organizacji tych sądów, w których funkcye sędziowskie 
rozdzielone są między dwa odrębne ciała. W sądzie przysięgłych 
osobno radzą i orzekają najpierw laicy o winie, a następnie sędzio- 
wie zawodowi o pytaniu co do kary. 

Rozdział tych funkcyj sędziowskich sprowadzić musiał w na- 
stępstwie przeróżne ujemne skutki, które dadzą się streścić w na- 
stępujących punktach: 

a) przysięgli odpowiadają na zadane sobie pytania, sformuło- 
wane przez trybunał sądu przysięgłych. Jest to niewątpliwie najtru- 
dniejsza kwestya w postępowaniu orzed sądem przysięgłych, będąca 
źródłem licznych nipporozumień. i pocią<?aiąca donośne następstwa 
w postaci werdyktów, opartych na odpowiedziach błędnie pojętych. 
Odczuwano już oddawna te najujeroniejszą stronę instytucyi sądów 
przysięgłych, skoro w literaturze spotykamy się z nader licznymi 
wnioskami, zdążającymi do reformy tego stadvum postępowania 
(Wahlberg. Bar. Heinze, G6tze. Herman). A dodaimv zaraz, że 
żaden z tych wniosków nip potrafi złemu zaradzić. Poruszono także 
myśl. ażeby przysięgłym dodać w sali narad sedz'eero. któryby kie- 
rował ich obradami, nouczał ich o prawie, zwrócił uwagę na to. 
ażeby nie wciągano do narad okoliczności obojętnych, czuwał nad 
sposobem głosowania i udzielał w tej mierze wskazówek. Nie ulesa 
wątpliwości, że wniosek taki jest w wysokim stopniu niebezpieczny, 
a przysięgli łatwo modiby ulec przemożnemu wpływowi tego sę- 
dziego, werdykt ich nie byłby wyrazem ich przekonania; 

b) postępowanie spro=towawoze nie usuwa niejasności, niedo- 
kładności i sprzeczności werdyktów, lecz przeciwnie jest źródłem 
nowych nieporozumień: 

c) zwolnienie przysięgłych od przedstawiania pobudek orzecze- 
nia powoduje, że nrzysięgli nie zastanawiając się głębiej nad mo- 
tywami, przyswoili sobie faktyczni? prawo ułaskawiania. 

Z tych powodów proiekt komisyjny przemawia za wprowa- 
dzeniem jednolitpj organizacyi w postaci sądu ławniczego, w któ- 
rym owe dwa kollegia prawników i laików, radzące i orzekaiaop 
w sądzie przysięgłych z osobna o różnych częściach wyroku, złą- 



Sądy przysięgłych i sądy ławnicze 23 

czone byłyby w jedno ciało. Tak zorganizowany sąd miałby wyższość 
nad sądem przysięgły cii. byłoby to bowiem jedno kollegium, w któ- 
rem sędziowie zawodowi i sędziowie wyszli z ludu, spoinie i ró- 
wnocześnie orzekaliby i o winie i o karze oskarżonego i wydawali 
jednolity, niepodzielony na pytania i odpowiedzi wyrok. 

Organizacya sądów orzekających w pierwszej instancyi według 
art. VI VIII ustawy wprowadczej w nowej stylizacyi i § 484 ust. 
o post. karn. oparta jest na następujących podstawach: 

a) do kompetencyi sądów przysięgłych należą zbrodnie i wy- 
stępki polityczne, tudzież zbrodnie zagrożone karą śmierci, karą do- 
żywotniego więzienia i karą ścieśnienia wolności wyżej lat dziesięciu; 

b) wszystkie inne przestępstwa, dotychczas należące do orze- 
cznictwa sądów przysięgłych, a mianowicie przestępstwa popełnione 
osnową pisma drukowego i przestępstwa zagrożone karą na wolno- 
ści wyżej lat pięciu, należą przed trybunały pierwszej instancyi jako 
wielkie sądy ławnicze; 

c) wszystkie inne przestępstwa, należące dotychczas do orze- 
cznictwa trybunałów pierwszej instancyi jako sądów wyrokujących, 
przekazane są trybunałom pierwszej instancyi jako małym sądom 
ławniczym; 

d) do sądów powiatowych należy orzekanie o wszystkich prze- 
kroczeniach, przekazanych im do osądzenia ustawą karną. 

Według § 13 ust. o post. karn. w nowej stylizacyi wielki sąd 
ławniczy składa się z sześciu sędziów, trzech sędziów zawodowych 
i trzech ławników, przewodnictwo należy do sędziego zawodowego; 
mały sąd ławniczy składa się z dwóch sędziów- i dwóch ławników. 

Sędziowie i ławnicy tworzą jednolite ciało i w spólnej nara- 
dzie i spólnem głosowaniu orzekają o winie, karze i wszelkich in- 
nych pytaniach procesowych, tudzież o prywatno-prawnych roszcze- 
niach poszkodowanego i o zastosowaniu środków zabezpieczających. 

Z tych postanowień wynika, że projekt nie zrywa zupełnie 
z sądem przysięgłych, lecz przeciwnie zatrzymuje go w przestęp- 
stwach politycznych i zbrodniach najcięższych. 

Motywa, przyznając bezwzględnie wyższość sądowi ławniczemu 
i upatrując w nim najdoskonalszą formę sądu obywatelskiego, uspra- 
wiedliwiają to połowiczne stanowisko, jakie w tej kwestyi projekt 
zajmuje. 

Motywa liczą się z tern głęboko zakorzenionem przekonaniem, 
że sędzia zawodowy w sądzie ławniczym zawsze zajmować będzie 



24 



Piotr Stebelski 



stanowisko przodownicze i górujące nad ławnikiem, który czując 
wyższość sędziego, łatwo ulegnie jego wpływowi. Projekt czyni więc 
koncesyę. zatrzymując sąd przysięgłych w przestępstwach politycznych, 
przy których, jak to zresztą z ich natury wynika, łatwo sędzia za- 
wodowy mógłby z ujmą interesów oskarżonego wyzyskać swoje sta- 
nowisko. Ażeby jednakże wobec tak ograniczonego zakresu kompeten- 
cyjnego sąd przysięgłych nie stał się sądem wyjątkowym, przekazuje 
projekt orzecznictwu tegoż sądu także i zbrodnie, zagrożone karą 
więzienia wyżej lat dziesięciu. 

Projekt tyra sposobem stwarza niejednolitą organizacyę sądo- 
wnictwa karnego, poruczając sprawy najcięższe przysięgłym, średnie 
sądom ławniczym, a najlżejsze sędziom samoistnym. Taka dualisty- 
czna organizacya w przestępstwach wyższej kategoryi. osnuta na 
wręcz odmiennych zasadach, jest niewątpliwie nieracyonalną, a pro;'ekt 
w tej mierze jest niekonsekwentny. Z myślą podobnej organizacyi 
spotkaliśmy się w literaturze procesowej; Binder, Stenglein i więk- 
szość praktyków niemieckich uchwalili na IX i X zjeździe prawni- 
ków zasadę, że instytucya sądów ławniczych ma być wprowadzoną 
jedynie dla spraw, nieprzekazanych sądom przysięgłych. 

Najwyższa adminislracya sądowa zawahała się i stanęła znowu 
na drodze połowicznej. Zatrzymuje sąd przysięgłych, lubo w szczu- 
plejszym zakresie, a na swoje usprawiedliwienie przytacza: »das Ge- 
schworengericht gdt in der Bevolkei ung vielfach noch ais Palladium 
der burgerliehen Freiheit. Seine Abschaffung, bevor noch das Schóf- 
fengericht gezeigt, dass auch bei ihm die Freiheit des Burgers ge- 
sichert sei, wiirde vielleicht das Yertrauen in der Rechtspflege er- 
schiittern«. Słowa te wskazywałyby, że ministerstwo w tej sprawie 
zajmuje stanowisko wyczekujące, a dopiero w czasie późniejszym, 
oparłszy się na wynikach działalności sądu ławniczego, przystąpi do 
zniesienia sądu przysięgłych. 

Jak wiadomo, przeciwnicy sądu ławników podnoszą cały sze- 
reg poważnych z -.rzutów, które dadzą się streścić w punktach na- 
stępujących: 

a) sąd ławniczy ma tworzyć jednolite ciało sędziowskie, po- 
wołane do rozstrzygnięcia pytania co do winy i co do kary. Ciało 
więc, składające się z dwóch tak różnorodnych pierwiastków, o od- 
miennych pogląd ach i o różnym sposobie myślenia, nie jest zdolne 
do harmonijnego współdziałania, przeciwnie spólne działanie i spoina 
narada stają się tu niemal niemożliwe; 



Sądy przysięgłych i sądy ławnicze 25 

b) wyższość sędziów zawodowych nad laikami sprowadzić musi 
majoryzowanie tych ostatnich z ujmą owej samodzielności wyroku, 
która cechuje orzeczenia przysięgłych. Stosunek podporządkowania 
i zależności ławników od sędziów urzędowych stanie się przyczyną, 
że ich udział nie będzie ową rękojmią sprawiedliwego wyroku, ja- 
kiej po nich się spodziewamy; 

c) zarzucają sądowi ławników, że wskutek zaprowadzenia 
tej instytucyi orzecznictwo w sprawach karnych stracić musi cechę 
popularności, poczucie prawne ogółu nie będzie objawiać się już 
samoistnie, i nie znajdzie tak jasnego wyrazu, jak w orzeczeniu 
przysięgłych; 

d) wobec współudziału sędziów zawodowych odpowiedzialność 
ławników za orzeczenia przez nich wydawane zmniejszy się, skutkiem 
cz^go ta uszczuplona odpowiedzialność odbije się niekorzystnie na 
osądzeniu sprawy im przekazanej; 

e) w sądzie ławników odpada publiczne zadawanie pytań i pu- 
bliczne pouczenie co do prawa, pouczenie to odbywać się będzie 
bez kontroli stron, a więc nie będzie mogło być zaczepione przez 
strony. 

Takie byłyby w ulotnem streszczeniu najgłówniejsze zarzuty 
przeciw sądowi ławniczemu. Nie ze wszystkimi, tylko z dwoma 
rozprawiają się motywa projektu, a mianowicie z zarzutem, że ła- 
wnicy nie zdołają sprostać zadaniu im przekazanemu, tudzież że 
stosunek podporządkowania i zależności, w jaki popadną wobec sę- 
dziów zawodowych, oddziałać musi niekorzystnie na ich orzecznictwo. 

Zarzut pierwszy odpierają motywa bardzo trafnie, upatrując 
w współdziałaniu ławników gwarancyę sprawiedliwego wymiaru spra- 
wiedliwości. Sędzia urzędowy, zastanawiając się nad sprawą, zwykł 
generalizować, stosować się do przyjętych tradycyj i ustalonej prak- 
tyki, laik przeciwnie uwzględnia tylko przypadek indywidualny, sądzi 
według osobistości oskarżonego i właściwości sprawy, a znajomość 
życia codziennego, ludzi i pewien zasób doświadczenia wskaże mu 
w każdym poszczególnym wypadku właściwą drogę. Połączenie dwóch 
tych żywiołów, stojących przeważnie na krańcowych stanowiskach, 
w jedno kollegium, przyczynić się tylko może do wyrównania zdań 
i poglądów, i może tylko zapobiec, aby wyrok nie grzeszył jedno- 
stronnością. 

Zarzut drugi jest nietrafny. Przeciwnicy sądu ławniczego za- 
pominają, że dziś szerokie warstwy ludności stały się już dojrzą- 



26 Piotr Stebelski 

łemi. Powołanie ich do współdziałania w życiu publicznem, uczest- 
niczenie w przeróżnych organizacyach ekonomicznych i społecznych, 
wyrobić musiało pewną dojrzałość i przyczyniło się do rozszerzenia 
widnokręgu. Płonną więc jest obawa, aby laik uświadomiony ukorzył 
się przed powagą sędziego zawodowego, raczej przejęty uczuciem 
odpowiedzialności, starać się będzie za warować na każdym kroku 
swoje samodzielność. 

Zresztą i stanowisko sędziego urzędowego dziś uległo radykal- 
nej zmianie. Proces inkwizycyjny ze swoją organizacyą i stosunek 
zupełnej zależności sędziego zawodowego wobec władzy państwowej, 
stworzyć musiały pewną nieufność do sędziego, mianowanego przez 
nieodpowiedzialny rząd. Przywilej nieusuwalności i niezależności, 
zapewnionej ustawami zasadniczemi, nadał mu inne stanowisko. 
Sędzia dzisiejszy nie może odgraniczyć się od ludności, wśród której 
urzęduje, a zadanie jego jest przedewszystkiem społeczne. 

W kwestyi organizacyi sądu ławników projekt poszedł od- 
mienną drogą, niż to czyniły dotychczasowe ustawodawstwa, które 
w Niemczech przyjęły sąd ławników. Naj żarli wszy propagator, rzec 
można twórca tej instytucyi. Sch warze (Das deutsche Schwurgericht 
und dessen Reform, das Schoffengericht) przemawiał za tem, ażeby 
w kolegium sędzio wskiem ławnicy tworzyli większość, mianowicie 
w sprawach, przekazanych sądom przysięgłym i sądom kolegialnym, 
sąd ławniczy miał składać się z sześciu ławników i z trzech sędziów 
urzędowych, w przekroczeniach zaś, przekazanych sądom jednooso- 
bowym, sąd ławniczy złożony być miał z dwóch ławników i z je- 
dnego sędziego zawodowego. Do uznania winy oskarżonego i do ka- 
żdej uchwały dla niego niekorzystnej, wymaganą jest większość dwóch 
trzecich głosów. 

Wnioski organizacyjne Schwarzego nie zostały przyjęte przez 
Zachariae'go (Das modernę Schoffengericht), który projektował od- 
mienny skład sądu ławniczego. W sprawach, przekazanych dziś są- 
dom przysięgłych, wyrokować ma pięciu sędziów urzędowych i sie- 
dmiu ławników, a do wyroku skazującego wymaga się co najmniej 
głosów ośmiu. W sprawach, przekazanych sądom kolegialnym bez 
udziału przysięgłych, sąd ławniczy składa się z trzech sędziów i z pię- 
ciu ławników, do wyroku zaś skazującego wymaga się głosów sześciu. 

Projekt staje na stanowisku równorzędności obu tych czynni- 
ków. Zasada ta musi się domagać, aby oba te czynniki równorzędnie 
w kolegium sędzio wskiem były zastąpione, inaczej utworzyćby się 



Sądy przysięgłych i sądy ławnicze 27 

musiał pewien antagonizm. Przewaga ławników wskazywałaby, że 
ustawodawca uważa czynnik ten za nierównorzędny. Obawa majo- 
ryzowania przez takie ukształtowanie sądu ławniczego jest wyklu- 
czona; większość i mniejszość składać się zawsze musi z przedsta- 
wicieli obu tych czynników. 

Projekt porucza ławnikom władzę w całym jej zakresie, i w tej 
mierze nie przyjmuje żadnych ograniczeń, jak tego domagają się 
przeróżni organizatorowie sądu ławniczego. Becker przemawiał za 
poruczeniem ławnikom orzekania o kwestyi winy i o karze, z wy- 
łączeniem jednak kwestyi procesualnych, jako wymagających już 
pewnego wyższego zasobu wiedzy prawniczej, Schwarze dopuszczał 
ławników do orzekania o winie, wyłączył ich jednak od udziału 
w uchwałach procesualnych i w wymierzaniu kary, wychodząc z tego 
założenia, że ławnicy, nie posiadając potrzebnej rutyny w należytym 
wymiarze kary, popadną albo w nadmierną surowość, albo kierując 
się zbytnim sentymentalizmem, będą skłonni do nadzwyczajnej ła- 
godności. 

Stanowisko to jest jednostronne, i raczej przemawialibyśmy za 
przyznaniem ławnikom pełni władzy sędziowskiej bez jakiegokolwiek 
ograniczania. Jeżeli bowiem mają być ławnicy owym czynnikiem 
ożywczym, zrywającym z szablonem i rutyną, jeżeli przeciw sędziom 
zawodowym podnosi się całkiem uzasadniony zarzut, że przy wy- 
miarze kary zwykli trzymać się pewnej stałej, utartej miary, a ła- 
wnicy powołani są właśnie do stworzenia tu pewnej równowagi, od- 
biegającej od utartej praktyki a indywidualizującej winę oskarżonego, 
dla czegóż uszczuplać ich zakres działania i ściągać ich na stano- 
wisko sędziów drugiej klasy? 

Kwestye procesualne, wyłaniające się w toku rozprawy głównej, 
nie są znowu tak doniosłego znaczenia. Brak pewnych szczegółowych 
wiadomości technicznych nie wpłynie tak ujemnie na samo zawy- 
rokowanie, a każdy laik. śledząc pilnie wyniki rozprawy, sam bez 
wszelkiej pomocy rozstrzygnie pytanie, czy zachodzi potrzeba za- 
wezwania nowych świadków, znawców, przedsiębrania oględzin. 

Z tych powodów oświadczamy się za projektem, który przyj- 
mując zasadę równorzędności, wyposaża ławników w pełnię władzy 
sędziowskiej (Yollrichter). 

Na tern kończymy nasze uwagi. Dotknęliśmy tylko najważniej- 
szych wyłaniających się tu kwestyj. A jeżeli pewne symptomatyczne 
objawy nie okażą się zwodniczymi, może w niedaleiuej przyszłości 



28 Piotr Stebelski 

powitamy sąd ławniczy jako wyraz demokratyzacyi społeczeń- 
stwa. Wszak szerokie warstwy, po długotrwałym letargu, przychodzą 
do uświadomienia i żądają współudziału w rozwiązywaniu wielkich 
zagadnień życia publicznego. A kto wie, czy po latach doświadcze- 
nia idea reprezentacyjna pierwiastka ludowego nie zwycięży zupeł- 
nie; wówczas sąd przysięgłych należeć już będzie do historyi. 



SZKIC MOICH BADAŃ W KARPATACH 

O ILE ONE DOTYCZĄ PŁASZOZOWIN FLISZU 



napisał 
WAWRZYNIEC TEISSEYRE. 



Tei sseyr« 



Pod nazwą płaszczowi ny Zamury (Vf. Zamura-Leordanu nad 
Teleażenem na wschód od Slaniku) wyłączyłem w roku 1908 pewien 
pas fliszu, na kilka mil szeroki, który we wschodniej Muntenii prze- 
dziela znaną pośrodkową strefę piaskowca Uzu względem skrajnie 
zewnętrznej strefy fliszowej piaskowca kliwskiego (Valeni de Munte). 

Jakkolwiek szczegół ten, zaczerpnięty w połaci Karpat połu- 
dniowych pomiędzy rzekami Dymbovicą a Buzeu, jest na pozór 
drobny, mimo to w rzeczywistości, jak się okaże poniżej, ma on 
ważne zastosowanie w rekon.trukcyi ustroju tektonicznego pasma 
Karpat. 

Badania moje, w tej okolicy rozpoczęte w czasie, kiedy pła- 
szczowin nie znano, przedstawiały szereg corocznych próbnych zdjęć 
teologicznych, wszakże miejscami nawet szczegółowych, o ile że do- 
stosowanych do chwilowych potrzeb górnictwa naftowego. Sporzą- 
dzone przeżeranie mapy geologiczne (1:50000), zalegające swego 
czasu w manuskryptach zrazu w Minislerstwie Domen, obecnie zaś 
w Instytucie geologicznym w Bukareszcie, spożytkowane są w do- 
tychczasowej literaturze miejscowej 1 o tyle. o ile przedstawiony na 
tych, dotąd (1910) jedynych mapach tej okolicy obraz geologii miej- 
scowej z natury rzeczy musiał być punktom wyjścia rozpatrywań 
tektonicznych. Mapy te tworzą podstawę ula zdjęć szczegółów szych, 
które Instytut geologiczny rozpoczyna już w roku bieżącym, obej- 
mują zaś one część wschodniej Muntenii. która przypada na strefę 
Karpat mioplioceńską, oraz na skrnjną połać strefy fliszu pomiędzy 
linią poprzeczną Dymbovicy a rzekami Bozeu i Slanikiem (okręgi 
Dymbowica, Prahowa i Buzeu). 

Do systematycznego spożytkowania zdęć tych przystąpiłem 
niedawno w pracy pod tytułem: »Uber die zonare und transversale 

1 Mrazec, Popescu-Yoitesti, Teisseyre. 

1* 



4 Wawrzyniec Teisseyre 

Gliederung der FJysch- und Neogenkarpaten in Ostmunteniac. którą 
przedłożyłem Instytutowi geologicznemu w Bukareszcie na wiosnę 
w r. 1909. Obecnie jest na ukończeniu druk szczegółowej mapy 
geologicznej (Yaleni de Munte 1:50000), która do tej pracy jest 
dołączona. 

Oprócz tego potrąciłem o niektóre w tej okolicy poczynione 
spostrzeżenia tektoniczne w pracy stratygraficznej pod tytułem: 
>Uber die maeotische, pontische und dacsche Stufe in den Siid- 
karpaten der óstlichen Muntenia* (odbitka z Anuarul Institutului 
geologie al Romaniei, II tom, 1908, zeszyt 3. Bukareszt 1909). 

Mapka naszkicowana w rozmiarze 1 : 500000, dołączona do 
przytoczonej pracy stratygraficznej, przedstawia wierną kopię prze- 
ważnej części zaznaczeń moich w rozmiarze 1:50000, obejmujących 
obszar Karpat wschodniej Muntenii, jednakowoż z pominięciem 
pewnej części zbadanego flyszu. i z pominięciem szczegółów tekto- 
nicznych. 

Miejscowe stosunki tektoniczne > Karpat plioceńskich wscho- 
dniej Muntenii*, mimo to na podstawie tej mapki krótko są obja- 
śniane w tekście (str. 319). Nawiązując do tych uwag, a przede- 
wszystkiem do moich map, do zaznaczeń granic fliszu na przy- 
toczonej mapce i do profilów w zapowiedzianej pracy tektonicznej, 
spróbuję poniżej określić sumarycznie stosunek, w jakim zdjęcia 
moje pozostają do problemu płaszczowin w tej części Karpat. 

Płaszczowina Zamura. 

Do szczegółów tektonicznych, których opis w nadmienionej 
pracy stratygraficznej zapowiedziałem, należy właśnie płaszczowina 
Zamury. 

Główny pas fliszu wschodniej Muntenii, oznaczony w pracach 
Mrazka, Athanasiu i moich nazw r ą płaszczowiny Uzu (Herbich) 1 , 
niewątpliwie łączy się w jedne całość z płaszczowina magórską 
Karpat północnych. 

Z badań moich wynika, że pas Uzu nie graniczy na zewnątrz 
w Muntenii wschodniej bezpośrednio z opisaną poniżej płaszczowina 

1 Przechrzczono ją niedawno na płaszczowinę piaskowca Siriu (zamiast 
Uzu), sądzę jednak, że nazwa ta wzbogaci niepotrzebnie synonimikę straty- 
graficzną. 



Szkic badań w Karpatach 5 

kliwską z Yaleni de Munte, jak się to dotąd wydawało. Z jednej 
strony rozgraniczają się obszary piaskowca Uzu i piaskowca kliw- 
skiego, jak już wiadomo, szerokim na kilkanaście do kilkudziesięciu 
km. obszarem, na który przypada znana zatoka formacyi solonośnej, 
oznaczona nazwą miejscowości Slanik (Prahowa). 

Stosunek tego obszaru tej formacyi do płaszczowin fliszu, 
dotychczas, jak sądzę, nie jest udowodniony l . Mimo to nie może to 
być, jak się okaże poniżej, część składowa płaszczowiny Uzu. ani 
też kliwskiej. Z poszukiwań moich (zdjęcia w obrębie obszaru ar- 
kusza Yaleni de Munte 1:50000) wynika, że płaszczowina kliwska 
ma swoistą formacyę solonośną o odrębnej facyi. 

Z drugiej strony także w okolicy pomiędzy rzekami Teleaże- 
nem a Buzeu. gdzie zatoka Slaniku w kierunku warstw na pół- 
nocno-wschodni wschód zwęża i nareszcie klinem się gubi, płaszczo- 
wina z Valeni de Munte bynajmniej nie graniczy bezpośrednio z pła- 
szczowina Uzu. Właśnie tutaj udało mi się w roku 1906 rozpoznać 
istnienie odrębnej trzeciej płaszczowiny. Występuje ona nad Teleaże- 
nem w postaci szerokiego siodła, ku południowo -zachodniemu za- 
chodowi nurzającego się pod neogen zatoki Slaniku. Siodło to tworzy 
półwysep fliszowy gór Zamura-Leordanu. który wkracza nad Telea- 
żenem na południowo południowy zachód na kilkadziesiąt km. sze- 
rokim klinem w głąb zatoki Slaniku. i sprawia, że zatoka ta roz- 
widla się na dwie pomniejsze zatoki 2 . 

Szereg warstw płaszczowiny Zamura przypomina bardzo oko- 
licę Żabiego rozwojem facyj, przedewszystkiem oligoceńskich. Mo- 
żliwa jest, że mamy tu do czynienia z jedną wielką płaszczowina 
Zamury-Mikuliczyna, której wszakże niepodobna oznaczać nazwą 
podbeskidowej. bo jest to niewątpliwie tylko jedna z płaszczowin 
obszaru podbeskidowego. Niedawno, zwiedzając okolice Zabiegu. 
byłem zdziwiony tożsamością warstw tamtejszych z warstwami 
płaszczowiny Zamury. 

Poza zewnętrznym brzegiem pfaszczowiny magórskiej, który 
tutaj ostro orograficznie zaznacza się, całkiem jak brzeg zewnętrzny 
płaszczowiny Uzu w Muntenii wschodniej, wkraczamy w obszar 



1 Zatoka Slaniku przedstawia podług interpretacyi Mrazka okno, którem 
formacya solna wyziera z pod flyszu. Mrazec, Industrie du petrole en Roumai- 
nie, Bucarest 1910. 

' Por. mapkę w przytoczonej mojej pracy stratygraficznej. 



g Wawrzyniec Teisseyre 

warstw ze Żabiego. Jest to osobliwsza, znana poniekąd z prac 
Zubera i innych facies piętra menilitowego, przeważnie petrograficznie 
zbliżona do formacyi solonośnej, ale bez gipsu i bez typowych 
piaskowców kliwskich. Łupki margliste ze Żabiego są zupełnie po- 
dobne do moich warstw z Cernesti i Homoriciu nad Doftaną. t. j. 
do składników płaszcz .winy Zamury. 

Piaskowce, wśród tych łupków marglistych wtrącone, po części 
zbliżają się bardzo do kliwskich. po części zaś są najwidoczniej 
tożsame z piaskowcem Zamury nad Doftsną i Teleażenem (Fus- 
saru- Sandstein Miazka). 

Jeżeli istotnie płaszczowina Zamura ciągnie się na Żabie i Mi- 
kuliczyn. to nad Czeremoszem i Rybnicą należy do niej flisz ob- 
wodowy, poza płaszczowina magórską położony, łącznie z warstwami 
dobrotowskiemi, które, jak wynika z różnych tamtejszych spostrzeżeń. 
n - leżą jeszcze do szeregu wierzchnich warstw tej płaszczowiny. 

W Kosonie odniosłem wrażenie, że tylko warstwy dobro- 
towskie, odcinające się nasunięciami od młodszej formacyi solo- 
nośnej brzegu karpackiego, mogły być przefałdowane. Istotnie też 
warstwy dobrotowskie powtarzają się wtrąceniami jeszcze daleko 
na wewnątrz od brzegu gór wśród piętra menilitowego (Horod-Babinj. 

Pod płaszczowina Zamury Mikuliczyna. jak nad Teleażenem. 
tak i tutaj spodziewać się należy p/aszczowiny kliwskiej. Nie widać 
jej jednak na dniu nad Czeremoszem i Rybnicą. Świadczyć to może 
o tem. że w tej stronie Karpat, ta samoistna, najniż-za płaszczo- 
wina. kliwska, wynurza się tylko sporadycznie (Delatyn ? 

Kwesty a co do przefałdowauego albo też tubylczego charakteru 
fliszu Zninury (Mikuliczyna) łączy się ściśle z rozpoznaniem prze- 
fałdowania strefy kliwskiej (Valeni de Munte). Podług tego bo- 
wiem fli>z Zamury ciągnie się szeroką smugą pomiędzy dwiema 
niewątpliwemi płaszczowinami (I Uzu i II kliwskąi. i nie może być 
tubylczym, jeżeli płaszczowina Yaleni de Munte zapada nod flisz 
Zamury. a nie leży na nim. Nad rzeką Buzeu. gdzie flisz Zamury 
bezpośrednio dotyka fliszu Yaleni, o ile że tutaj wyklinia się 
zatoka solonośna Slaniku. która obie te strefy przegradza (Ogre- 
tinu-Chiojdu). flisz Zamury może być powierzchownie przewalony 
na flisz Yaleni. a niekoniecznie musi na nim pływać. Ale tak są- 
dzić można jedynie z pozorów miejscowych. Podobnie także i fakt. 
że płaszczowina Zamury wynurza się w postaci siodła z pod neo- 
genu zatoki Slaniku. sam przez się jeszcze nie roastrzyga. czy 



Szkic badań w Karpatach 7 

leży ona uod płaszczu winą kliwską, czy też na niej z jednej strony, 
oraz czy zapada ona pod płaszcz* > winę Uzu i opisaną poniżej pła- 
szczowinę Jałomicy z drugiej strony. Oprócz tego jest jeszcze wątpli- 
wem, czy płaszczowina Zamura obejmuje wśród swych wierzchnich 
składników stratygraficznych także formacyę solonośną »zatoki Sla- 
niku*, albo czy formacya ta należy nie do tej, ale do innej płaszczo- 
winy (Jałoraicy), albo nakoniec czy » zatoka Slaniku* bierze istotnie 
udział w przefałdowaniu płaszczowin flyszu. 

Jak wszędzie, tak i tutaj, kwestye tego rodzaju tylko po czę- 
ści można objaśnić stosunkami miejscowymi. Zagadki takie od 
czasu do czasu rozwiązują się same przez się, w chwili gdy po- 
równujemy szereg dosyć dokładnych arkuszy map geologicznych. 

Do fliszu Zamury należą wyłączone przezemnie na mapach 
(1:50000) »obszary warstw wątpliwych* (1906), które tworzą kilka 
wielkich wysp wśród formacyi solonośnej t. zw. zatoki Slaniku 1 . 

Sposób, w jaki na mojej mapce Valeni de Munte 1:50000 roz- 
granicza się obszar warstw wątpliwych Gosmina de sus Ltvadea 8 
względem formacyi solonośnej 3 , świadczy sam przez się o tem. że 
wchodzi tu w grę ważny moment tektoniczny. 

Właśnie do tego rodzaju spostrzeżeń, od szeregu lat drogą 
kartograficzną nagromadzonych, nawiązuje moja dotąd nieogłoszona 
praca pod tytułem: »Uber die zonare und transversale Gliederung 
der Flysch- und Neogenkarpaten von Ostmuntenia*. Zdjęcia te moje 
geologiczne poruszają się w okolicach stosunkowo najbogatszych 
w naftę; trudny do ogłoszenia w danych warunkach manuskrypt 
mój spoczywa pod korceni aż do pojawienia się należących do 
niego map, ale do spożytkowania ich pospieszają już obecnie różne 
nowe siły. 

W przytoczonej stratygraficznej mojej publikacyi (1. c. 1908 
str. 319, wiersz 6 od dołu) zaledwie kilku słowy zdołałem zapo- 
wiedzieć rozpoznanie płaszczowiny Zamury. Opis tej samej pła- 
szczowiny podaje nieco później p. Popeseu-Voitesti. niezależnie może 
od mojej tymczasowej o niej wzmiance 4 , ale spożytkowując w ten 

1 Por. mapkę geologiczną w przytoczonej mojej publikacyi stratygraficznej. 

2 Na północ od Busztenar położony. 

* To jest względem t. zw. >okna« Ogretinu-Chiojdu. Jest to odgałęzie- 
nie t. zw. zatoki Slaniku, położone pomiędzy fliszem Zamury a fliszem Valeni. 

* W przytoczonej mojej pracy stratygraficznej 1. c. Anuarul II, 1908, 
str. 319 wiersz 6 od dołu (»Flyscbdeckenzone«). 



g Wawrzyniec Teisseyre 

sposób moje mapy. Autor nazywa ją płaszczowiną Fussaru 1 , zaś 
miejscowe nazwy warstw (n. p. piaskowiec Fussaru) zapożycza 
z nieogłoszonych i mniejsza o to. że nieprzytoczonych, zdjęć moich. 

Owóż co do wieku geologicznego piaskowca Fussaru, to znale- 
zione swego czasu przezemnie, a później przez p. Popescu-Voitesti sy- 
stematycznie zbierane i oznaczone nummulity świadczą o tern, że 
należy on do eocenu średniego i górnego 2 . Muszę jednak zauważyć, 
że piaskowiec ten bardzo trudno petrograficznie odróżnić od młod- 
szych na nim leżących pokładów (piaskowiec z Cornu. piaskowiec 
z Vf. Rotundu w Doftanie i t. d), które obejmują o wiele większy 
okres czasu, aniżeli to sobie p. Popescu-Yoitesti wyobraża. Ku górze 
z małymi zmianami sięga ten szereg warstw nie tylko w górny eocen, 
ale aż w sarmat, i to prawdopodobnie nie tylko nad Doftaną. ale 
także nad Jałomicą. Jakkolwiek typ sarmacki znalezionych przeze- 
mnie we Visinesti (w pobliżu Jał.micy) szczątków skamieniałości, 
nie da się zaprzeczyć, mimo to są to nieoznaczalne na razie ślady, 
znalezione na odłamach piaskowca, do celów technicznych zwiezio- 
nych w owym czasie we Visinesti. gdzieś z otoczenia Maluri. 

W ogóle trzeba się liczyć poważnie z koniecznością określenia 
stosunku, w jakim sarmat pozostaje do tej płaszczów iny, zwłaszcza, 
że w północnem otoczeniu Busztenar sarmat zaściela ją wielkim 
płatem synklinalnym (Melicesti). 

Płaszczowiną Uzu czyli niasórska. 

Płaszczowiną ta jest, jak sądzę, naturalną jednostką tektoni- 
czną, ale dopiero po wyłączeniu płaszczowiny Zamury. 

1 Nummulites Giimbelia) lenticularis Ficht, u. Molt. var. granulata de la 
Harpe idet. Zuber). 

1 Popescu-Voitesti, Contributiuni la studiul geol. si paleont. al regiunii 
Muscelebor, Anuarul Instit. geol. II. zeszyt 3. i tegoż autora: Contributions a 
1'śtude stratigraphiąue du Nummulitiąue etc. Annarul etc. tom III, zeszyt 2. 

W pracy p. Popescu-Voitesti rozchodzi się o cenne poszukiwania fan- 
niczne i stratygraficzne, ale autor łączy je w sztuczną całość ze spekulacyami 
tektonicznemu które zapełniają przeważną część jego wywodów. Są to wywody, 
niemające związku z własnemi badaniami autora. Są to raczej kompilacye 
z literatury tektonicznej iMurgoci) i z poufnie sobie jako materyału dydakty- 
cznego udzielonych spostrzeżeń i zdjęć pp. Athanasiu i Mrazka oraz moich. 

Jestto poprostu polowanie na pierwszeństwo naukowe co do spostrzeżeń, 
o których się poufnie wie, że mają być niebawem ogłoszone, bo wyrażone są 
już na mapach, które zalegają w manuskryptach. Cała ta kompilacya jest nie- 
zrozumiała dla niewtajemniczonych i zmusza tylko do wyjaśnień. 



Szkic badań w Karpatach 9 

Teoretycznie pod tym względem zgadzają się z mojemi za- 
znaczeniami późniejsze sposoby pojmowania płaszczowiny Zamury 
(= Fussaru) Mrazka (w przytoczonej pracy p. Popeseu-Voitesti). Mimo 
to jednak nie mogę uznać za trafny podanego tutaj sposobu roz- 
graniczania płaszczowiny Zamury i Uzu (p. mapkę w pracy p. Po- 
pescu-Yoitesti I. c.). 

Tak co do tej, jak i co do innych płaszczowin, na razie kłaść 
musimy nacisk na stosunki miejscowe, a z czasem trudność poró- 
wnania odległych połaci Karpat północnych sama przez się zniknie. 

Bardzo pouczająca jest okolica nad rzekami Doftaną i Pra- 
hową. Tutaj płaszczu wina Uzu wyklinia się w kierunku biegu warstw 
na południowy wschód. Przekrój tejjo klinu płaszczowiny Uzu przed 
Doftaną przedstawiać się zdaje szeroki łęg, ale rozszczepiony na 
fałdy pomniejsze czyli drugorzędne. Fałdy te przechodzą w zna- 
mienną strukturę łuskową w obrębie zewnętrznego, t. j. południowo- 
wschodniego skrzydła synkliny pierwszorzędnej. 

Są to owe łuski, przypadające na brzeg zewnętrzny strefy Uzu, 
opisane dawniej jako linia nasunięć » wzdłuż krawędzi fliszu « l . 

Jeszcze nad Doftaną smuga płaszczowiny Uzu jest szeroka na 
kilkanaście do kilkudziesięciu km. Odtąd ku południowemu zacho- 
dowi zwęża się cała wstęga płaszczowiny Uzu tak szybko, że przed- 
stawia ona na mapie tej okolicy szeroki trójkątny klin, który prawie 
że nie dosięga pobliskiej rzeki Prahowy (arkusze Comarnic i Cam- 
pina-Bustenari 1 : 50000). 

W przeciwnym kierunku, t. j. w stronę linii poprzecznej Pen- 
teleu-Rimnic-Sarat 2 , strefa Uzu znacznie zyskuje na szerokości. 

Klinu, którym płaszczowina Uzu dotyka od wschodu rzeki Pra- 
howy, w mapce dołączonej do przytoczonej pracy stratygraficznej 
nie uwzględniłem. 

Klin ten jest zaznaczony natomiast na sporządzonym prze,:e- 
mnie arkuszu mapy Campina Bustenari 1:50000, którego południową 



1 Linia Besdeadu — Slonu w pracach Mrazka i moich, między innemi 
przedewszystkiem w pracy : Allgemeine geologische und tektonische Betrach- 
tungen uber die Petroleumlagerstatten in Rumanien, zredagowanej przez Atha- 
nasiu, Mrazka i przezemnie (Arbeiten der mit dem Studium der Petroleum-Re- 
gionen betrauten Kommission, Bukareszt 1904). 

' Por. artykuł: O związku w budowie tektonicznej Karpat i ich przed- 
murza — Kosmos XXXII, Lwów 1907, str. 399 (>dys!okacya północnego boku 
horstu Dobrodży«J. 



2Q Wawrzyniec Teisseyre 

część objaśnia publikacja Mrazka i moja o okolicy Campina-Bu- 
stenari. 

U jądrach siodeł łuskowych, na które rozeznania się połu- 
dniowy brzeg plaszczowiny Uzu, występuje wszędzie nad Doftaną 
i Slanikiem senon. Jestto zawsze owa charakterystyczna facies 
z Breaza, która przypomina od razu margle z Puchowa w Karpatacli 
zachodnich. 

Na podstawie dotychczasowych swoich poszukiwań nie mógł- 
bym obecnie inaczej orzec, jak tylko, że senon ten spoczywa pod 
płaszczowiną Uzu, a nie na niej (Popescu-Voitesti), i że należy on do 
odrębnej pod nią leżącej płaszczowiny, a mianowicie do opisanej poniżej 
plaszczowiny Jałomicy (nie do płaszczowiny Uzu, jak przypuszcza 
Mrazec). Podług moich zapisków miejscowych senon ten jawi się na 
obszarze- płaszczowiny Uzu w jądrach siodeł za wsze w towarzy- 
stw i e składników str a ty graf iczn y eh p ł a s /. c z o w i n y J a- 
łomicy. Tak przynajmniej ma się rzecz tam. gdzie, jak przyznaję, 
szczupły zresztą skrawek płaszczowiny Uzu wkracza w okolicę 
przezemnie zbadana. 

W przeciwieństwie do tego ^enonu kreda płaszczowiny Uzu 
zuaje się zdradzać całkiem inny typ. Tu panuje ów znany z lite- 
ratury piaskowiec z Yf. Tirifoi. w którym przed laty Mrazec zna- 
lazł szczątek ammonita 1 , i który może rięga daleko wstecz 
w okres kredouy. 

Synklinalna prawdopodobna bodowa klinu płaszczowiny Uzu. 
jak i cały nadmieniony profil nad Doftaną, zasługują na uwagę. 
gdv chodzi o st>sunek co do wzajemnego po sobie następstwa 
płaszczów in fliszu w Karpatach w ogóle. 

Z niektórych tymczasowych przekiojów płaszczów in fliszu, które 
podaje Mrazec (1. c. Industrie de petrole 1910), zdaje się wynikać. 
że płaszczowina Uzu, jako najwyższa, na znacznych "bszarach. za- 
słania lub nawet wytłacza płaszczowiny niższe Wogóle będzie trudno 
pogodzić ze sobą profile okolic odległych, nie licząc się należycie 
z lem, jaką rolę w Karpatach odgrywa flisz Uzu i magórski. 

Z przelotnej podróży w poprzek płaszczowiny magórskiej nad 
Prutem, kędy dawniej sięgał\ badania Paula, Tietzego. Zubera, Za 
pałowicza i innych, odniosłem wrażenie, że najzupełniej zgadza się 



1 Das Salzvorkommen in Rumanien. W. Teisseyre und L. Mrazec. Óster. 
Zeitschr. f. Berg- und Hiittenw. Wie n LI. 1903. 



S/.kic badań w Karpatach 11 

ona z przekrojem plaszczowiny Uzu wzdłuż Doftany. Prawdopodo 
bnie w obu razach mamy do czynienia z olbrzymią synkłiną, której 
skrzydła rozczfaniają się dzisiaj prawie nie do poznania na szereg 
drugorzędnych, ku zewnętrznej stronie pa^ma karpackiego przechy- 
lonych, lub też ku tej stronie nasuniętych na siebie siodeł i łęgów. 

Pasmo Czarnej Hory przedstawia skrzydło południowo-zacho- 
dnie, Kostrzyca zaś północno-wschodnie skrzydło wielkiej synkliny. 
Na północno-wschodnim skrzydle synkliny. t. j. na przestrzeni By- 
strec-Kostrzyea, fałdy drugorzędne przechodzą przeważnie w struk- 
turę łuskową. 

W literaturze znane są dotąd tylko te drugorzędne siodła i łęgi, 
nie zauważono natomiast wcale pierwszorzędnej synklinali, z której 
one powstały, a która obejmuje całą niemal szerokość pasu danej 
płaszczowiny (Burkut Żabie). 



Plaszczowina Yaleni de Jlunte czyli płaszczowina kliwska 
Karpat południowych. 

Od zewnętrznego brzegu pasu fliszowego Karpat odgałęziają 
się charakterystyczne pomniejsze pasma fliszowe, opisane przez ró- 
żnych autorów. 

W Mołdawii i na Wołoszczyźnie półwyspy te fli-zowe, wkra- 
czające nieco skośnie w głąb gór podkarpackich, oraz analogiczne 
wyspy fliszu, odcięte zupełnie od głównego pasu fliszowego (n. p. 
w okolicy Bakowa), zdradzają rozwój stosunkowo potężny. 

Kwestya co do powstania tych półwyspów fliszu łączy się 
ściśle z najzawilszemi zagadnieniami tektoniki Karpat. Prawdopo- 
dobnie półwyspy zawdzięczają powstanie swe drobnym na pozór 
różnicom co do kierunku drugorzędnego fałdowania dwóch na sobie 
leżących płaszczowin, albo też różnicom co do fałdów tubylczego 
podłoża fliszu względem neogenu. Dokładniejszego zbadania tych 
półwyspów spodziewać się należy w niedalekiej przyszłości. 

Opisany przezemnie w r. 1900 x półwysep Yaleni de Munte 
był później za kilkoma nawrotami przedmiotem studyów Mrazka 
i moich ; poniżej spróbuję zaledwie wskazać, jak wieie on jeszcze 

1 W zredagowanej przemnie notatce o stratygrafii i tektonice terenów naf- 
towych w Rumunii, dołączonej do publikacyi: Contributions a Tetude des pe- 
troles roumains par Bourąui, Bukareszt 1900. 



^9 Wawrzyniec Teisseyre 

nastręcza kwestyj wątpliwych a ważnych ze stanowiska tektoniki 
Karpat, a pomimo długoletnich miejscowych studyów różnych auto- 
rów do niedawna nawet niespodziewanych 1 . 

Ciągnie się półwysep Yaleni de Munte milami w poprzek ob- 
szaru kilku przytykających do siebie arkuszy mapy 1:50000. Jest 
to wąska (kilka km.), a długa wstęga fliszu, odgałęziająca się od 
głównej strefy fliszu w okolicy rzeki Buzeu. Gubi się ona wśród 
Karpat neogeńskich dopiero po zachodniej stronie rzeki Prahowy. 

Dawniej nie odróżniano piaskowców kliwskich tego półwyspu 
od zaścielających je transgresywnie i niezgodnie warstw mioceńskich 
i meotyckich, które wyjątkowo tutaj miejscami petrograficznie 
bardzo są podobne do piaskowca kliwskiego, o ile że powstały 
w tych miejscach z przelawicenia tego piaskowca. 

Później półwysep Valeni de Munte przybierał na mapach moich 
zarysy coraz to wierniejsze, i wreszcie nawet w bardzo drobnych 
szczegółach zaczął się w nich odzwierciedlać. Jeszcze później szybko 
zmieniały się coraz bardziej poglądy na tektonikę całej tej części 
Karpat. 

Wreszcie na tej podstawie przystąpiłem z kolei, nasamprzód 
w r. 1906, do rewizyi swych dawniejszych zaznaczeń i zapisków 
miejscowych, jako datujących się z czasów, kiedy jeszcze płaszczo- 
win nie znano, i do sporządzenia szczegółowej mapy geologicznej 
okolicy Valeni de Munte (1:50000). 

Owóż pomiędzy smugami paleogeńskiemi półwysep ten po- 
siada tu i ówdzie wklinione wstęgi formacyi solonośnej, którą da 
wniej uważałem za miocen. Te kliny młodszych utworów w profilach 
były przedstawiane zrazu jako synklinale. Ale już wówczas musia- 
łem postawić sobie pytanie, dla czego dziwnym zbiegiem okoliczności 
wszystkie te synklinale mają budowę wachlarzową. Później w toku 
systematycznych zdjęć mapowych przekonałem się na miejscu, że 
nie są to wcale wachlarze synklinalne, ale antiklinale, t. j. że pół- 
wysep Yaleni de Munte (eocen i starszy oligocen) spoczywa na for- 
macyi solonośnej, która występuje na jaw w antyklinalach 2 . Wiek 



1 Por. n. p. Bergerem. Observations relatives a la structure de la haute 
Tallee de la Jalomita (Roumanie), Bul. Soc. geol. de France 4. Ser. t. IV, Paris 1904. 

* W przytoczonej pracy, będącej w druku, i zaopatrzonej w arkusz mapy 
geologicznej Yaleni de Munte 1:50000. 



Szkic badań w Karpatach 13 

jej oznaczyłem tym razem w tej okolicy jako młodszą część oligo- 
cenu (dolna formacya solonośna) 1 . 

Cały półwysep Valeni de Munte podzielić można podług sfał- 
dowania drugorzędnego, które miało miejsce po powstaniu płaszczo- 
winy. na dwie wiązki fałdów. Północno zachodnia czyli zewnętrzna 
wiązka składa się z kilku smug eocenu (warstwy hieroglifowi) i oii- 
gocenu (piaskowiec kliwski i łupki rnenilitowe, z warstwami szypoc- 
kiemi zawsze na granicy względem w r arstw hieroglifowych). Ze- 
wnętrzna natomiast wiązka fałdów obejmuje wyłącznie smugi oligo- 
ceńskie, a mianowicie piaskowce kliwskie i łupki rnenilitowe (niższy 
oligocen) w synklinalach, dolną zaś formacyę solonośna (wyższy oli- 
gocen) w antiklinach. 

Brak eocenu we wiązce fałdów południowej objaśnia się naj- 
prawdopodobniej wytłoczeniem. 

Na obszarze wiązki południowej w jednem miejscu udało mi 
się wykryć gips pod kilkusetmetrowym płatem warstw piaskowca 
kliwskiego. wynurzający się w korycie Teleażenu (Valeni de Munte E). 
GipS ten należy do dolnej formacyi solonośnej. Młodszych ogniw 
formacyi solonośnej nigdzie na obszarze półwyspu Valeni de Munte 
nie widać, i w tern leży cała trudność, gdy chodzi o rozstrzygnięcie 
kwestyi co do podłoża, na którem ten półwysep pływa. 

Rzecz os->bliwsza. że piętro kliwskie łączy się właśnie w tej 
okolicy wszędzie powolnemi stratygraficznemi przejściami z dołu- 
jącą pod niem naszą dolną formacya solonośna. która, przynajmniej 
o ile się odsłania, nie jest utworem tubylczym, ale bierze udział 
w przefałdowaniu płaszczowiny. Te powolne przejścia stratygra- 
ficzne łącznie z tem następstwem warstw są dowodem, że zewnętrzna 
wiązka fałdów półwyspu Valeni de Munte przedstawia szereg warstw 
przewróconych. Jest to dolne skrzydło płaszczowiny, w którego dru- 
gorzędnych antiklinach nie wynurza się nigdzie podłoże, po którem 
ta płaszczowina się sunęła (średnie ogniwo formacyi solonośnej?). 



1 Jestto dolna formacya solonośna w myśl mojego miejscowego podziału 
formacyi solonośnej Karpat południowych na trzy piętra. 

W tem też znaczeniu należy rozumieć wyrażenie »Saliferul inferior al 
lui Teisseyre* w pracy Mrazka pod tytułem »Industria petrolului in Romania 
ly08, Buucuresli 1909, str. 39. Odnosi się to wyrażenie do podziału formacyi 
solonośnej, w owym czasie przedłożonego, należącego do pracy mojej jeszcze nie- 
ogłoszonej drukiem, z której wyjątki niniejszem podaję w tym artykule. 



]_4 Wawrzyniec Teisseyre 

Mamy tu flisz przewrócony, podobnie jak fliszu przewróconego 
domyślaj się na obwodzie Karpat północnych Limanowski. W rze- 
czywistości wszakże o analogii mowy być nie może, bo flisz obwo- 
dowy Karpat północnych (mikuliczyńśki) wcale nie jest przewróco- 
nym. W zastosowaniu teoryi płaszczowin zdarza się wprawdzie tu 
i ówdzie, że profile geologiczne poczynają rzucać nowe światło na 
stosunki miejscowe. Mimo to spostrzeżenia moje miejscowe nad Ry- 
bnicą i nad Oporem od razu zgadzają się z dawniejszemi pojęciami 
autorów, tak że flisz obwodowy Ka^-at północnych bynajmniej nie 
może być przewrócony. 

Północną wiązkę fałdów półwyspu Valeni de Munte, składającą 
się, jak widzieliśmy, z naprzemianległych smug eocenu i piętra me- 
nilitowego, można przez porównanie szeregu profilów poprzecznych 
z łatwością sprowadzić do jednej wielkiej synklinali, która dopiero 
później rozszczepiła się na pomniejsze fałdy. 

Jądro tej synkliny. a zarazem grzbiet płaszczowiny przedstawia 
piaskowiec kliwski na szczycie Vf. Per;. Z pośród drugorzędnych fał- 
dów na obszarze tej synkliny zasługuje na uwagę skrajne siodło, 
które towarzyszy brzegowi wewnętrznemu płaszczowiny (Ar-enesele 
koło Valeni). Je^t ono przewrócone i niejako nasunięte w kierunku 
ku północnemu zachodowi na formacyę solną t. zw. zatoki Slaniku 
(Ogretiun-Chiojdu). Pomiędzy tą formaeyą solną a przewróconym pia- 
skowcem kliwskim tego siodła nie ma ani śladu fliszu Zamury, ani 
też fliszu Jałomicy. Jeżeli jednak flisz kliwski zapada wz.Jłuż :ej 
linii pod t. zw. zatoką Slaniku, a zatem i ood flis i Zamury (za- 
miast żeby miał odgałęziać się od fliszu Zamury lub Uzu w posiaci 
dygitacyi grzbietnej), to wytłoczenie fliszu Zamury (względnie Uzu 
oraz Jałomicy) wzdłuż północno zachodniego brzegu t. zw. półwyspu 
Valeni ue Munte jest postulatem logiki w ca^ej tej tektonice. 

W kierunku ku południowemu zachodowi płaszczowina Yaleni 
zdaje się podnosić coraz to wyżej na obszarze południowej wiązki 
fałdów póło. yspu Yaleni. to znaczy, że łęgi, które tworzy płaszczowina 
skutkiem fałdowania drugorzędnego ku tej stronie, stają się coraz to 
płytsz". Łęgi kliwskie południowej wiązki są to głowy pomniejsze 
płaszczowiny. Czoło jej wybiega prawdopodobnie w powietrze. Eocen 
mógłby być zatem na obszarze wiązki południowej nie wyłącznie 
wytłoczony, ale po części może i zdenudowany. 

Niepodobna wątpić o tożsamości płaszczowiny z Yaleni de 
Munte z płaszczowina kliwską Karpat północnych. 



Szkic badań w Karpatach 1 5 

Dotychczas w Karpatach północnych nie ma wprawdzie mowy o lej 
płaszczowinie. ale o magórskiej i mikuliczyńskiej (beskidowej i pod- 
beskidowej). Sądzę jednak, że tym pojęciom nadano sztucznie i przed- 
wcześnie pewne ściśle określone znaczenie teoretyczne, w myśl po- 
glądów i hipotez bądź to nieudowodnionych, bądź też mylnych. 

Ściśle rzecz biorąc, mówić na razie możemy o płaszczowinie 
kliwskiej z Yaleni de Munte (Karpaty południowe) z jednej, i o pła- 
szczowinie kliwskiej Karpat półn.-wsch. z drugiej strony (Mołdawia- 
Bukowina). Dopiero po zbadaniu całego pasu khwskiego będzie można 
dokładniej określić stosunek jego do pozostałego pasu fliszowego Karpat 
wschodnich. W każdym razie zbadana przezem nie okolica 
n a d T e 1 e a ź e n e m p o z w a 1 a rozpoznać, żepaskliwski nie 
ni o że należeć do płaszczów i ny mikuliczyńskiej czyli 
podbeski do wej. Tutaj niejako możemy sprawdzić, że na- 
zwy stref beskido wej i podbeskidowej są, w uogólnieniu 
swem. znane m z literatury, stanowczo przedwczesne- 
Żałować tylko należy, że niektórzy au t o r o w i e bez 
żadnych zastrzeżeń lub uzasadnień poprzestają je- 
szcze i teraz na sz tucznem dostosowywaniu swych 
własnych, mimo to przecież z natury zaczerpniętych 
profilów i map. do tych przed w cześnieustalonych teo- 
retycznych pojęć. 



Problem t. zw. zatoki Staniku oraz kwestya co do płaszezo 
winy skałek nad Jałomicą. 

Swego czasu wyróżniłem nad Jałomicą 1 osobną senońsko-pa- 
lacogeńską strefę gór, w której panuje szereg warstw, towarzyszą- 
cych marglom pstrym z Bredzą (senon). Margle tworzą przeważa- 
jący żywioł wśród różnych facyj tamtejszej kredy i trzeciorzędu. 

Od północnego zachodu graniczy ta strefa ze znaną strefą 
warstw, które oznaczyłem tamże nazwą warstw ze Sinaia, od po- 
łudniowego wschodu zaś ze strefą nadmienionych powyżej piaskow- 
ców z \ f . Fussatu. których w owym czasie nie odróżniałem od pia- 
skowców z Cornu, przedstawiających spód formacyi solonośnej 

1 Tektonische Verhaltnisse Subkarp. ani JalomitzaflusB, Bukareszt 1905. 
Por. referat, Kosmos, Lwów 1906, str. 25. 



16 Wawrzyniec Teisseyre 

w t. zw. zatoce Slaniku, t. j. prawdopodobnie górny oligocen. Te trzy 
strefy górskie, odgraniczone walnemi liniami nasunięć, stanowią po- 
niekąd chwilową zagadkę geologiczną wschodniej Muntenii. Cała 
trudność tkwi w pytaniu, jak się zachowują względem siebie te trzy 
strefy, ile że one niezawodnie po części przedstawiają płaszczo- 
winy. Niedawno pokuszono się o tymczasowe objaśnienie tej zagadki 
kiłku śmialemi, a jednak zasługuj ącemi na uwagę hipotezami i kilku 
szema tycznymi profilami 1 . Co do mnie, sądzę, że połączenie strefy 
senoasko-paleogeńskiej z płaszczowiną Uzu (jako jej spód) nie było 
trafne. Już z góry należało oczekiwać zwrotu, który w zapatrywa- 
niach na tę kwestyę dokonywają się obecnie. W toku wycieczek 
miałem wprawdzie sposobność poznać zaledwie pewną część ob- 
szaru, o który się tutaj rozchodzi, ale zawsze miałem to wrażenie, 
że szereg warstw obszaru »senońsko-pa!acogeńskiego« jest równo- 
wiekowy, i tylko co do facyi swej odrębny w T zględem warstw towa- 
rzyszących piaskowcowi Uzu. Rozchodzi się tylko o to, jak pojmo- 
wać wzajemny stosunek płaszczowiny Jałomicy i Uzu. oraz stosu- 
nek pierwszej do t. zw. zatoki Slaniku. 

Po z.tchodniej stronie poprzecznej linii, której opis niebawem 
podam, a którą nazwać możnaby linią Kempinicy (Campinita), pła- 
szczowina Jałomica obejmuje jako właściwy sobie szereg warstw 
średnią i górną kredę, we facyi zlepieńca i piaskowca Bucecs oraz 
marglu z Breaza (senon) i marglu cementowego, który się^a ku górze 
w paleogen i we warstwy nummulitowe. odpowiadające opisanym 
przez Mrazka pokładom w Sotrile i wreszcie w oligocen, który 
przypomina warstwy z Cerne^ti (flisz Zamury). Oligocen typu ana- 
logicznego do płaszczowiny Zamury tworzy nad rzeką Jałomica sze- 
roką, może na milę pfaską synklinę. a na przedłużenie jej w kie- 
runku warstw w oddaleniu około mili przypada takież płaskie syn- 
klinalne zagłębie formacyi solonośnej w Besdeadu, będące bezpośre- 
dniem odgałęzieniem t. zw. zatoki Slaniku i dalszym ciągiem półno- 
cnej z obu wielkich synklin. na które półwysep fliszu Zamury dzieli 
zatokę Slaniku nad Teleażenem 2 . Niekoniecznie formacya solonośna 
w Besdeadu leżeć musi na oligocenie. Istniejące odkrywki pozwalając 
jak sądzę, tak samo domyślać się, że formacya solna leży w tej synklinie 
pod oligocenem (względnie pod senonem i oligocenem). Oligocen ten 



1 Mrazec I. c. 1910, a takie Mrazec w przytoczonej pracy p. Popescu-Voitesli. 
1 Por. mapkę w przytoczonej mojej pracy stratygraficznej. 



Szkic badań w Karpatach 17 

wraz z senonem i innymi składnikami płaszczowiny Jałomicy pół- 
kolem obejmuje od północy, zachodu i południa zagłębie solne w Bes- 
deadu. Po południowej stronie synkliny Besdeadu wyklinia się pa- 
leogen i senon na wschód wzdłuż linii nasunięć biegnącej w poprzek 
doliny Prahowy u stóp Vf. Cornu (wieś Cornu) 1 . 

Po wschodniej stronie linii poprzecznej Kempinicy, a wzdłuż 
linii nasunięć Cornu, nie ma już ani śladu senonu. 

Po przeciwnym północnym brzegu zatoki Slaniku mamy długi 
a wąski (kilka kilometrów) rąbek warstw płaszczowiny Jałomicy, który 
wyziera, jak sądzę, z pod płaszczowiny Uzu, wzdłuż jej krawędzi 
zewnętrznej, piętrzącej się wysoko ponad zatoką Slaniku. Rąbek ten 
senoński wyklinia się ku wschodowi ostatecznie dopiero nad Telea- 
żenem (Maneciu). 

Postępując wreszcie odtąd wzdłuż rzeki Teleażenu na południe, 
wkraczamy wkrótce w półwysep fliszu Zamury, i tutaj widzimy, że 
formacya solonośna zatoki Slaniku spoczywa bezpośrednio na fliszu 
Zamury. 

Znany zlepieniec z Cornu, analogiczny względem zlepieńca ze 
Słobody Rungurskiej, przedstawia najniższą część formacyi solonośnej 
w zatoce Slaniku, i należy, jak świadczą spostrzeżone raz przeżeranie 
ślady drobnych nummulitów, prawdopodobnie do górnego oligocenu 
(Val. Praja dolna formacya solonośna podług mojego podziału miej- 
scowego) koło Slaniku. 

Oprócz zlepieńca tego wyjątkowo miejscami jawi się w za- 
toce Slaniku brekcya tektoniczna tego samego składu petrografi- 
cznego, o szybko w danem miejscu rosnącej olbrzymiej miąższości 
(n. p. Podu Ursului). Sądzę, że mamy tu do czynienia z brekcyą 
tektoniczną, powstałą w toku przefałdowania ze zlepieńca Bucecs, i to 
w tej okolicy jako składnika płaszczowiny Jałomicy, która wido- 
cznie albo pływała na t. zw. zatoce Slaniku, albo ją podściela. 

Mianowicie poza południowym brzegiem zatoki solnej Besdeadu 
i poza południową krawędzią fliszu Uzu dzisiaj niema już tej pła- 
szczowiny w przyległej t. zw. zatoce Slaniku. Są jednak ślady jej, 
jako to porwaki, luźne głazy, skałki bez korzenia brekcyi wapiennej 
lub zlepieńca typu Bucecs, także ślady senonu wątpliwego, zaliczane 
dotąd do pstrej formacyi solnej, a jednak wątpliwe i czekające 

1 Jest to znana linia Cornu, o której znaczeniu dla miejscowej tekto- 
niki mowa jest zresztą w przytoczonej mojej pracy statygraficznej. 
Teisseyre. 2 



13 Wawrzyniec Teisseyre 

dopiero na zbadanie, jak n. p. na stoku zachodnim Vi Puciosa koło 
stacyi tejże nazwy 1 i t d. 

(hvoż przedstawiony na mapach moich ogólny obraz stosunków 
miejscowych możnaby na pozór jednakowo dobrze pogodzić z kilku 
wręcz odrębnemi przypuszczeniami. 

Najłatwiejszy może sposób objaśnienia tych stosunków pole- 
gałby na tern. że formacya solonośna należy jako wierzch do pła- 
szczowiny Jałomicy, pod którą leżałby flisz Zamury, ale na zna- 
cznym obszarze, skutkiem wytłoczenia fliszu płaszczowiny Jałomicy, 
formacya jej solna legła bezpośrednio na fliszu Zamury. Inny spo- 
sób pojmowania tej okolicy możnaby wysnuć z hipotezy, może nie- 
mniej zasługującej na uwagę, a mianowicie że t. zw. zatoka solo- 
nośna Besdeadu-Slaniku należy jako wierzch raczej do płaszczowiny 
Zamury (a nie do Jałomicy), i że w okolicy Prahowy pływa na niej 
dzisiaj wysepkami, to senon, to cenoman. Ten wtóry sposób obja- 
śnienia rzeczy zgadza się z tern, że ku zachodowi w kierunku 
warstw pochylają się tutejsze Karpaty (pas fliszu i neogenu) pod 
wielkie zapadlisko zachodniej Muntenii. Podług tego zatoka solonośna 
Besdeadu zapadałaby w tym kierunku pod płaszczowinę Jałomicy. 

Istotnie też, jeżeli się sprawdzą moje, dotychczas tylko do- 
rywcze spostrzeżenia co do zwartego półkola, którem płaszczowina 
Jałomicy otacza od zachodu (w kierunku warstw) t. zw. zatokę 
solną Besdeadu, to będzie tern samem udowodnione, że wszędzie 
tutaj cecoman, senon, względnie oligocen pływa na formacyi solnej. 

Badania moje. przeprowadzone w tej okolicy przed kilku laty, 
nie liczyły się jeszcze krytycznie z temi różnemi możliwościami, 
i wymagają z tej przyczyny rewizyi stosunków miejscowych celem 
rozstrzygnięcia tych wątpliwości. 

Ze swej strony rozpatrywał p. Mrazec hipotezę, że zatoka Sla- 
niku jest oknem formacyi solnej, na której pływa płaszczowina Za- 
mury-Uzu (dołująca niby pod kliwską). Ja jednak sądzę, że tego 
objaśnienia nie można brać w rachubę bez różnych zastrzeżeń. Oto 
flisz Zamury wynurza się w postaci siodła z pod formacyi solnej 
zatoki Slaniku, formacya ta tworzy zaś dwa wielkie łęgi po Obu 
stronach tego siodła, przyczem pod zewnętrzny łęg formacyi solnej 
zdaje się zapadać przyległa Od południa płaszczowina fliszu Yaleni. 

1 Niektóre szczegóły co do tego wątpliwego senonu i wątpliwej formacyi 
solnej w pracy mojej 1. c. 1905. 



Szkic badań w Karpatach 19 

Albo przeto formacya solna zatoki Slaniku. jako utwór młodszy, w ogó- 
le wcale nie bierze udziału w przefałdowaniu fliszu, albo też tworzy 
ona sam wierzch jednej z płaszczowin fliszu, po którym może su- 
nęły się płaszczowiny wyższe, ale w każdym razie nie wyziera ona 
z pod nich w postaci okna. jeno w postaci schodu w znaczeniu fałdo- 
wania drugorzędnego. Okno musiałoby być dokoła Otoczone fliszem 
jednej płaszczowiny. 

Analogiczny wierzch formacyi solnej u innych płyszczowin fliszu 
nie jest znany (wytłoczenia, zmycia?). Jednak tutaj znowu wcho- 
dziłaby w rachubę nadmieniona dopiero co okoliczno-ć, że południowe 
Karpaty fliszowe i neogenowe w kierunku warstw za nadają powol 1 
ku linii poprzecznej Dymbowicy pod neocen wielkiego zapadliska goc- 
kiego, i o tych zjawiskach najlepiej będą mogły pouczyć stosunki 
półwyspu Valeni de Munte *. 

Jeżeli pewna dolna część neogenu w Karpatach połud. ma 
udział w przefałdowaniu płaszczowin fliszu, to na grzbiecie fliszu 
musiała ona ulec denudacyi wszędzie, z wyjątkiem okolic w pobliżu 
zapadliska gockiego położonych, gdzie flisz zanada zrazu pod neogen, 
a wreszcie pod pliocen w kierunku swych warstw '. Podobnie też, 
jeżeli istotnie płaszczowina Jałomicy zamyka półkolem zatokę 
solną Besdeadu w kierunku warstw od zachodu, to formacya solna 
zapada tutaj pod tę płaszczowinę. 



Brzegi zewnętrzne płaszczowin fliszu. 

Brzegi te występują w pojęciach dotychczasowych bez wyjątku 
jako linie denudacyjne. Nasamprzód wypowiedział to zapatrywanie 
Limanowski, któremu zawdzięczamy pierwszą próbkę profilu pła- 
szczowin fliszu w Karpatach północnych (płaszczowina magórska 
i mikuliczyńska). Później przyłączył się do tego zapatrywania Uhli?. 
W ogóle jednak nie zastanawiano się jeszcze nad tern, że brzegi 
zewnętrzne płaszczowin fliszowych niekoniecznie muszą być za- 
wsze i wszędzie denudacyjne. 

Kładę nacisk na to, że całokształt tektoniczny, który płaszczo- 
wina z Valeni de Munte przybiera skutkiem późniejszego fałdowania 

1 Por. pracę moją o Karpatach nad Jałomicą 1. c. 1905. 
* Mrazec i Teisseyre, Struktura geol. okolicy Campina-Busztenari (po ru- 
muńsku). Acad. Romana Analele. Ser. II. t. XXVIII, Bukareszt 1906. 

2* 



20 Wawrzyniec Teisseyre 

miejscowego, wyraża się w syn klin al i — że tak powiem — scho- 
dowej, t. j. płaszczowina zachowała się jako synklina, ograniczo- 
na dyslokacyami podłużnemi, a rozszczepiana miejscami nie 
dó poznania, na późniejsze pomniejsze fałdy. 

Synklina płaszczowiny magórskiej należy także do typu syn- 
klin schodowych, t. j. obejmujących wszerz cały niemal jeden wielki 
pros schodowy gór. Linie podłużne, ograniczające taki schód, nieko- 
niecznie muszą być uskokami. Przeważnie są to raczej schody, wyni- 
kłe z nasunięć. ale mogą one przechodzić tu i ówdzie w schody z usko- 
ków i nasunięć powstałe, i przytem niekoniecznie skrzydło zapadłe 
danej linii schodowej musi leżeć po stronie jej zewnętrznej w sto- 
sunku do łuku pasma Karpat. 

Różne mamy w Muntenii wschodniej przykłady, jak wielkie 
pierwszorzędne łęgi schodowe gubią się w kierunku biesu warstw 
przez rozszczepienie się na liczne pomniejsze antykliny i synkliny, 
i jak dalece skrzydło zewnętrzne synkliny pierwszorzędnej zdradza 
w toku fałdowania drugorzędnego wszędzie stałą dążność do wytwo- 
rzenia t. zw. struktury łuskowej. Tu należą wielki łęg po- 
między kopalnią nafty Draganiasa a Vf. Sultanu i synklina Meli- 
cesci - Maces na północ od Busztenar, następnie przekrój fliszu 
Valeni. przekrój fliszu Uzu i t. d.). 

Drugorzędne, na południowem skrzydle pierwotnej synkliny po- 
wstałe siodła, nasuwają się wzajemnie na siebie skutkiem oporu 
od strony sąsiadującego w kierunku na zewnątrz na- 
stępnego progu schodowego Karpat, który zwykle 
znowu ze swej strony, w wielu miejscach, zbliża się 
przekrojem swym najbardziej do typu synkliny scho- 
dowej. 

W ten sposób we wschodniej Muntenii. nomiędzy linią po- 
przeczną Dymbowicy a rzeką Buzeu. brzegi przednie płaszczowin 
zazwyczaj przypadają na podłużne linie schodowe, po części już 
dawniej opisane f»Staffellinien«) 1 , ale schody po sobie nastę- 
pujące nie zawsze wkraczają w różne płaszczowiny, bo jedna i ta 
sama płaszczowina — jak się zresztą rozumie — może roz- 
człaniać ^ i p na kilka schodów. 

Zazwyczaj zewnętrzne skrzydła linii schodowych zapadają, we- 

1 Por. co do bliższych szczegółów referat pracy mojej, dotyczącej Karpat 
nad rzeką Jałomicą, w Kosmosie. 1. c. 



Szkic badań w Karpatach 21 

wnętrzne zaś zostają na nie nasunięte, ale miejscami mamy, jak 
sądzę, zadziwiające wyjątki od tej reguły, i rozpoznanie ich jest 
poniekąd warunkiem zrozumienia przekroju płaszczowin. 

Zasługuje na uwagę fakt, że po pierwsze : poszczególne strefy 
Karpat fliszowych i neogeńskich nad Jałomicą, Prahową i Teleażenem 
są zbudowane z coraz to młodszych warstw, w miarę jak postępu- 
jemy ku stronie zewnętrznej łuku gór karpackich. Przyczyna tego 
porządku musi się jasno wyrażać zarówno w profilu płaszczowin, 
jak i w profilu samychże schodów, idących w parze z późniejszem 
fałdowaniem drugorzędnem. 

Powtóre widzieliśmy, że wszystkie te schody pochylają się ła- 
godnie w kierunku biegu warstw na zachód ku linii poprzecznej 
Dymbowicy, i nurzają się ku tej stronie stopniowo coraz to głębiej 
pod transgresywny neogen. Wiadomo, że w ten sposób cały ten 
schodowy skrawek gór (Buzeu-Dymbowica) w kierunku biegu warstw 
na zachód powoli nurza się pod sąsiednie wielkie zapadlisko za- 
chodniej Muntenii. 



Poprzeczne rozczłonienie obszaru płaszczowin 

jest, jak już z Alp wiadomo, zjawiskiem, którego rozpoznanie w wielu 
razach jest pierwszym krokiem na drodze do przekonania się 
o istnieniu płaszczowin. 

W zbadanej przezemnie części wschodniej Muntenii uderza 
wprawdzie w pierwszym rzędzie rozczłonienie płaszczowin na schody 
podłużne, które są warunkiem zachowania się płaszczowin w da- 
nych granicach, i to płaszczowin coraz to niższych na ob- 
szarze schodów, następujących po sobie w kierunku 
ku stronie zewnętrznej Karpat. Ale oprócz tego spróbuję 
udowodnić, że panuje tutaj także fałdowanie poprzeczne. Jest to zja- 
wisko w ogóle bardzo mało dotychczas w Karpatach znane. W Mun- 
tenii wschodniej wpływ tego czynnika jest tego rodzaju, że nie- 
uwzględniając go, niepodobna trafnie pojąć poszczególnych profilów, 
a tyczy się to przedewszystkiem profilów płaszczowin (n. p. linia po- 
przeczna Kempinicy, linia poprzeczna Ocnita-Fieni, synklina poprze- 
czna Filipesci de padure — Colibasi i t. d.). 

Niestety muszę tutaj poprzestać na tej ogólnikowej wzmiance, 
gdyż obawiam się, że niektóre moje spostrzeżenia miejscowe zbyt wiele 



22 Wawrzyniec Teisseyre 

straciłyby na tem. że szkic ten nie jest zaopatrzony w objaśniające 
mapy i profile. 

Niektóre spostrzeżenia o fałdach i dyslokacyach poprzecznych 
tymczasowo krótko podałem w przytoczonej pracy stratygraficznej, 
i na tem też i tutaj muszę z konieczności poprzestać. 



Wnioski. 

Możnaby przypuszczać, że w Karpatach południowych płaszczo- 
wina Uzu (magórska) spoczywa na płaszczowirre skałek Jałomicy, 
ta zaś na fliszu Zamury (mikuliczyńskim), podścielonym ze swej 
strony płaszczowiną kliw T ską — od tego fliszu odrębną. 

Słabą stronę dotychczasowych prób zestawienia 
przekroju poprzecznego płaszczów in fliszu jest, po- 
wtarzam, zapoznanie zarówno poprzecznej, jak i podłu- 
żnej schodowej 1 budowy gór, dzięki której w wielu oko- 
lica eh brzegi zewnętrzne płaszczowin nie są erozyjne, 
jak to z góry przyjmują autorowie za regułę bez wy- 
jątków. 

Z pewnością nie wszędzie panują stosunki jednakowe. Wia- 
domo, jak dalece przeprowadzenie rewizyi dotychczasowych profilów 
w toku badań do tego celu zastosowanych jest koniecznem. Nawet 
szybka dorywcza rewizya przekrojów przestarzałych prowadzi do 
wyników ważnych, jeżeli się opieramy na doświadczeniu już raz 
nabyfeni w okolicach pokrewnych, w których płaszczowiny udało 
sie rozwikłać. 



1 Rozumie się. że nazwa schodów nie zawsze jest odpowiednią w dosło- 
wnem znaczeniu, ale to już jest właściwością wyrazów technicznych w ogólności. 



O CZYNNOŚCIACH I WYTWORACH 

KILKA UWAG Z POGRANICZA PSYCHOLOGII, GRAMATYKI I LOGIKI 

napisał 

KAZIMIERZ TWARDOWSKI 



Twardowski. 



§ 1. Z dwu wyrazów, zestawionych w takich parach jak: cho- 
dzić — chód, biegać — bie?. skakać — skok, krzyczeć — krzyk, 
śpiewać — śpiew, mówić — mowa, myśleć — myśl, Wadzić — błąd, 
sądzić — sąd, zwracać — zwrot — z dwu takich wyrazów pier- 
wszy oznacza jakąś czynność; rozpatrzenie znaczenia drugiego wy- 
razu w stosunku do znaczenia wyrazu pierwszego jest zadaniem 
niniejszych wywodów. 

§ 2. Możnaby zrazu przypuścić, że różność J takich dwu wy- 
razów jest tylko gramatyczna, a nie logiczna, t. j., że dotyczy je- 
dynie ich formy, a nie ich znaczenia. Więc wyrazy bieg, skok i t. d. 
miałyby oznaczać tak samo czynność, jak oznaczają ją wyrazy bie- 
gać, skakać i t. d. I w samej rzeczy można bieg lub skok nazwać 
czynnością, ale zarazem niepodobna zaprzeczyć, że rzeczowniki te 
— właśnie dlatego, że są rzeczownikami — nie uwydatniają mo- 
mentu czynnościowego tak wyraźnie, jak czasowniki biegać, skakać, 
że natomiast wysuwają moment inny, któryby można nazwać zja- 
wiskowym, zdarzeniowym. Mówiąc o biegu, o skoku, mamy na my- 
śli może nie tyle wykonywaną przez kogoś czynność, ile raczej ja- 
kiś fakt, jakieś zjawisko, coś. co się dzieje lub zdarza. Mówimy np., 
że się na wyścigach odbywa bieg koni chowu krajowego, a w zwro- 
cie tym jasno występuje wspomniany moment zjawiskowy, zdarze- 
niowy; gdy natomiast chodzi nam o uwydatnienie momentu czynno- 
ściowego, używamy raczej rzeczowników słownych (substantiva ver- 
balia); mówimy np., że chodzenie po górach sprawia nam przy- 
jemność. 

§ 3. Zaznaczony tutaj stosunek czasownika i odpowiedniego 

1 Używam wyrazu różność, a nie różnica, gdyż w ścisłem tego słowa 
znaczeniu różnica oznacza wielkość, o którą jedna wielkość jest większa lub 
mniejsza od drugiej, gdy tymczasem różność oznacza stosunek, zachodzący po- 
między dwoma przedmiotami nierównymi właśnie dzięki temu, że nie są równe. 
Por. Ho Her, Psychologie, 1897, str. 224 i nast. 



4 Kazimierz Twardowski 

rzeczownika występuje wyraźniej w przykładach innych, np. w pa- 
rze: krzyczeć — krzyk. O ile krzyczenie nazwiemy bez wahania 
czynnością, o tyle trudno czynnością nazw r ać krzyk. Krzyk, to ja- 
kieś zjawisko akustyczne, o którera powiadamia nas słuch; a cho- 
ciaż wiemy, że bez czynności, zwanej krzyczeniem, nie byłoby 
krzyku, przecież, mówiąc o krzyku, czynność ową pomijamy, trak- 
tując krzyk jako zjawisko akustyczne na równi z hukiem, szme- 
rem i t. p. 

§ 4. Podobnie ma się rzecz z resztą przytoczonych par wy- 
razów i w wszystkich tego rodzaju przypadkach. W niektórych mniej, 
w niektórych bardziej dobitnie występuje wspomniana różność zna- 
czeń, polegająca na tem, że czasownik uwydatnia przedewszystkiem 
moment czynnościowy, rzeczownik moment zjawiskowy. Gdzie ró- 
żność ta jest mniej wyraźna, oba wyrazy przedstawiają się niemal 
tylko jako dwa sposoby ujęcia tej samej rzeczy, raz bardziej z je- 
dnej, raz bardziej z drugiej strony. Taki stosunek zachodzi np. mię- 
dzy czasownikiem walczyć a rzeczownikiem walka, albowiem rze- 
czownik walka obok momentu zjawiskowego zawiera w sobie je- 
szcze wiele z owego momentu czynnościowego, który wyczerpuje 
znaczenie czasownika walczyć. Jeżeli się natomiast porówna wyrazy 
takie jak błądzić — błąd, zwracać — zwrot, można zauważyć, że 
tutaj różność między znaczeniem czasownika a rzeczownika jest 
bardzo znaczna, gdyż rzeczowniki te są zupełnie wolne od momentu 
czynnościowego. Między tymi krańcowymi przypadkami, jakie zacho- 
dzić mogą w ustosunkowaniu znaczeń rzeczowników i czasowników 
jednej takiej pary, istnieją oczywiście liczne przypadki przejściowe. 

§. 5. Gramatycy od dawien dawna zwrócili uwagę na stosunek 
wzajemny takich wyrazów, mówiąc o t. zw. figurze etymologicznej. 
Rozumieją przez nią konstrukcyę, w której rzeczownik, utworzony 
z tego samego tematu, co czasownik, odgrywa względem niego rolę 
dopełnienia 1 (przedmiotu), zwanego w takich razach dopełnieniem 
(przedmiotem) w r ewnętrznem. Dopełnienie to może występywać w bier- 
niku, np. tańczyć taniec, zadać zadanie, albo też w innym przy- 
padku, np. żyć życiem (gorączkowem). krzyczeć krzykiem (wielkim) 
i t. p. Wiadomo też. że taki stosunek czasownika i rzeczownika nie 



1 Według terminologii, użytej w >Gramatyce jeżyka polskiego* Steina 
i Zawili ńskieg o, Kraków- Warszawa, 1907, §§ 13, 14 i nast, którzy nazy- 
wają dopełnieniem to, co się zwykle w gramatyce nazywa przedmiotem. 



O czynnościach i wytworach 5 

jest ograniczony do figury etymologicznej, a wtedy stosunek między 
czasownikiem a rzeczownikiem, tworzącym jego dopełnienie wewnę- 
trzne, może być dwojaki: Czasownik może wymieniać w sposób zu- 
pełnie ogólnikowy czynność, nie wskazując swem znaczeniem wcale 
rodzaju dopełnienia. Taki czasownik, jak np. wykonać, może się 
wskutek tego łączyć z dopełnieniami o znaczeniach bardzo różnych. 
Wykonać można śpiew, skok, zwrot i t. p. Inne czasowniki znacze- 
niem swem wskazują już pewien rodzaj dopełnienia. I tak czaso- 
wnik popełnić wymaga dopełnienia, które oznacza coś ujemnego: 
popełnić błąd, kłamstwo i t. p.; czasownik wygłaszać wymaga do- 
pełnienia, które oznacza jakieś zjawisko akustyczne: wygłaszać mowę, 
wiersz i t. p. Figurę etymologiczną można uważać za krańcowy 
przypadek tego stosunku, gdyż w tej konstrukcyi czasownik sam 
niejako wprost wyznacza sobie dopełnienie wewnętrzne 1 . 

§ 6. »Wewnętrzność« takiego dopełnienia — jeżeli wolno tak 
powiedzieć — wyraża się między innemi bądź w figurze etymolo- 
gicznej, polegającej na tożsamości tematu czasownika i jego dopeł- 
nienia, bądź też w tej okoliczności, że zamiast zwrotu, złożonego 
z czasownika i oznaczającego jego dopełnienie rzeczownika, można 
użyć wprost odpowiedniego czasownika, nie dodając mu dopełnienia. 
Więc zamiast wykonać skok: skoczyć; zamiast popełnić kłamstwo: 
skłamać, zamiast udzielić rady: radzić; zamiast wydawać sąd: sądzić. 

§ 7. To, cośmy powiedzieli na wstępie o stosunku znaczeń 
czasowników i rzeczowników, zestawionych w przytoczonych i tym 
podobnych parach wyrazów, dotyczy zatem czasowników z dopeł- 
nieniem (przedmiotem) wewnętrznem. Na tej podstawie możemy so- 
bie też zdać sprawę ze znaczenia dopełnienia wewnętrznego. Zau- 
ważyliśmy bowiem, że rzeczownik taki jak bieg uwydatnia bardziej 
zjawiskowy moment na niekorzyść czynnościowego momentu, uwy- 
datnionego w czasowniku biegać; ale zjawisko, zwane biegiem, zja- 
wia się właśnie dzięki czynności biegania, a może jest nawet z nią 
identyczne, tylko, że mówiąc o bieganiu, kładziemy nacisk na mo- 
ment czynnościowy, a mówiąc o biegu : na moment zdarzeniowy. 
Jakkolwiekbądź rzecz się ma, można powiedzieć, że bieg jest zda- 
rzeniem, zjawiskiem, które powstaje dzięki czynności biegania. 



1 Wiadomo też, że niektóre czasowniki mogą, wzięte w pewnem znacze- 
niu, łączyć się z dopełnieniem wewnętrznem, a wzięte w innem znaczeniu, z do- 
pełnieniem zewnętrznem: wydawać rozkazy — wydawać obiady. 



g Kazimierz Twardowski 

W miarę, jak moment czynnościowy i zjawiskowy bardziej się roz- 
stępują, mniej też sztucznym przedstawia się zwrot, orzekający, że 
dzięki czynności, wymienionej w czasowniku, powstaje to, co wy- 
mienia rzeczownik. Istotnie niema nic w tern sztucznego, gdy mó- 
wimy, że wskutek krzyczenia powstaje krzyk, dzięki Wadzeniu po- 
wstają błędy i t. p. 

§ 8. Ogólnie można tedy powiedzieć, że w stosunku czaso- 
wnika do odpowiadającego mu jako dopełnienie wewnętrzne rzeczo- 
wnika wyraża się stosunek jakiejś czynności do tego, co dzięki, 
wskutek tej czynności, przez tę czynność powstaje. Gdy walczymy, 
powstaje walka, gdy myślimy, powstają myśli, gdy rozkazujemy, po- 
wstaje rozkaz, gdy śpiewamy, powstaje śpiew i t. p. 

§ 9. To, co dzięki, wskutek jakiejś czynności czyli przez tę 
czynność powstaje, nazwać można wytworem tej czynności. Można 
więc powiedzieć, że skok jest wytworem skakania, śpiew wytworem 
śpiewania, błąd wytworem błądzenia i t. p., przyczem zachodzi, jak 
wiemy, stopniowanie od przypadków, w których wytwór niemal się 
zlewa z wytwarzającą go czynnością, aż do przypadków, w któ- 
rych czynność i jej wytwór coraz wyraźniej się rozstępują l . 

§ 10. Przykłady, na których wyjaśnialiśmy pojęcie wytworu, 
dotyczyły czynności i wytworów różnych rodzajów, które można 
sprowadzić do dwóch zasadniczych, do czynności i wytworów fizy- 
cznych, i do czynności i wytworów psychicznych. Do pierw- 
szego rodzaju należą chodzić — chód, biegać — bieg, skakać — 
skok; do drugiego należą myśleć — myśl, sądzić — sąd, zamierzać — 
zamiar 2 . Wśród czynności i wytworów fizycznych należy wyróżnić 

1 Znaczenie wyrazów wytwarzać i wytwór, w powyższy sposób określo- 
nych, nie zawiera w sobie cechy twórczości w tern znaczeniu, w jakiem prze- 
ciwstawiamy ją czynności odtwarzającej. To też zarówno to, co powstaje dzięki 
czynności odtwarzającej, jak też to, co powstaje dzięki czynności twórczej w zwy- 
kłem znaczeniu, więc dzięki twórczości oryginalnej, jest wytworem w znaczeniu 
tutaj określonem. O tern trzeba pamiętać ze względu na różność odtwarzającej 
czynności pamięci i wytwórczej czynności fantazyi. (Zob. moją rozprawę p. t. 
Wyobrażenia i Pojęcia. Lwów. 1898, str. 25 >. Obie te czynności są czynnościami 
wytwarzającemi w znaczeniu tutaj przyjętem, czynnościami, dzięki którym po- 
wstają pewne wytwory. 

2 Ponieważ mowa ludzka posiada w wielu przypadkach osobne wyrazy 
na oznaczenie czynności i wytworów nie tylko fizycznych, lecz także psychi- 
cznych, przeto logicy zwłaszcza od dawien dawna operują wytworami psychi- 
cznymi jako czemś od czynności rożnem, chociaż może nie zawsze zdawali so- 



O czynnościach i wytworach 7 

odrębny gatunek czynności i wytworów psychofizycznych. Psychofi- 
zyczną jest czynność fizyczna, jeżeli towarzyszy jej czynność psy- 
chiczna, wywierająca jakiś wpływ na przebieg czynności fizycznej 
a tem samem na powstający dzięki niej wytwór; powstający zaś 
w ten sposób wytwór nazywa się także psychofizycznym. Należą tu 
czynności i wytwory, oznaczone wyrazami krzyczeć — krzyk, śpie- 
wać — śpiew, mówić — mowa, kłamać — kłamstwo i t. p. *. 

§ 11. Granica między wyrazami, które wymieniają czynności 
i wytwory fizyczne a wyrazami, które wymieniają czynności i wy- 
twory psychofizyczne, jest dość płynna, gdyż często te same wyrazy 
służą obu celom. Krzyczenie bywa na ogół czynnością psychofizy- 
czną, gdyż towarzyszy mu zwykle czynność psychiczna, wywiera- 
jąca wpływ na krzyczenie; można jednak także krzyczeć odruchowo, 
a wtedy czynność może być czysto fizyczna. 

§ 12. Istnieją też przykłady wyrazów, które mogą oznaczać 



bie jasno sprawę z tego rozróżnienia. Bolzano, który je sobie uświadamia 
(Bei den Worten : ein Urteil, ...eine Behauptung stellen wir uns sicher nichts 
anderes vor, ais etwas, das durcb Urteilen... und Behaupten hervorgebracht ist. 
Wissenschaftslehre, I. 1837, str. 82), przytacza cały szereg ustępów z dzieł da- 
wniejszych i współczesnych, które dowodzą, że to rozróżnienie mniej lub wię- 
cej świadomie przeprowadzono. Po Bolzanie rozróżnia wytwór od czynności bar- 
dzo stanowczo Bergman n, nazywając myśl, pojęcie, sąd już wprost wytworem 
(Erzeugnis, Werk, Gebilde) dotyczących czynności. (Reine Logik, Berlin, 1879, 
str. 2 — 3, 10 — 12, 88 — 39). O wytworach psychicznych wogóle mówi Stumpf 
(Erscheinungen und psychische Funktionen, Abhandlungen der kgl. preuss. Aka- 
demie der Wissenschaften vom Jahre 1906, w odbitce Berlin, 1907, str. 28—33, 
oraz Zur Einteilung der Wissenschaften, tamże, w odbitce Berlin, 1907, str. 32 
i nasi.), posługując się wyrazem Gebilde psychischer Funktionen. Zdaje się je- 
dnak, że pojęcie wytworu psychicznego, którem operuje Stumpf, nie pod ka- 
żdym względem schodzi się z pojęciem tutaj rozwiniętem, przynajmniej o ile 
chodzi o wytwór czynności sądzenia; sprawa ta wymaga jednak osobnego roz- 
patrzenia, gdyż łączy się m. i. ze stosunkiem pojęcia wytworu sądzenia do tego , 
co Meinong (Ueber Annahmen. 2. wyd. 1910) nazywa obiektywem. Najpełniej 
rozwinął pojęcie wytworów psychicznych i konsekwentnie przeprowadził w swej 
psychologii Witasek (Grundlinien der Psychologie, Leipzig, 1908, zob. zwłaszcza 
I. Teil, 4. Kapitel). Przeciwstawia on psychiczne wytwory (do których zalicza 
np. Vorstellung, Empfindung, Urteil, Gedanke, Gefiihl, Hoffnung, Sehnsucht, Be- 
gehrung) procesom psychicznym (Vorstellen, Empfinden, Urteilen, Denken, Fiih- 
len, Hoffen, Sehnen, Begehren). 

1 W innem znaczeniu należałoby uważać za psychofizyczne wszystkie 
wogóle czynności psychiczne, o ile towarzyszą im czynności fizyczne w ustroju, 
wywierające na nie wpływ. Możemy jednak tutaj znaczenie to pominąć. 



8 



Kazimierz Twardowski 



bądź czynności i wytwory psychofizyczne a nawet fizyczne, bądź czyn- 
ności i wytwory psychiczne. Takie trojakie znaczenie ma wyraz 
ujęcie, dwojakie wyraz zdanie. Albowiem przez zdanie można ro- 
zumieć bądź wytwór psychiczny, który oznaczamy też wyrazami 
przekonanie, pogląd, zapatrywanie, albo też wytwór psychofizyczny, 
gdy używamy wyrazu zdanie w znaczeniu gramatycznem. Podobnie 
wyrazy twierdzić i przeczyć oznaczają bądź określoną co do jako- 
ści czynność psychiczną sądzenia, bądź też psychofizyczną czynność 
wygłaszania sądu twierdzącego lub przeczącego. Ale obok tych wy- 
razów istnieją liczne inne, które bądź należą wyłącznie do zakresu 
czynności i wytworów psychicznych (np. myśleć — myśl), bądź też 
zyskały sobie w tym zakresie pełne prawo obywatelskie, chociaż 
niekiedy dotyczą także czynności i wytworów psychofizycznych (np. 
sądzić — sąd, pojmować — pojęcie, zamierzać — zamiar, czuć — 
wrażenie, odczuwać — uczucie i t. p.) l . 

§ 13. Przytoczone przykłady dotyczą wieloznaczności, polega- 
jącej na tern, że te same wyrazy mogą oznaczać wytwory i czyn- 
ności różnych rodzajów. Istnieje jednak jeszcze inna wieloznaczność, 
występująca w zakresie tego samego rodzaju czynności i wytworów, 
a wieloznaczność ta przez długi czas utrudniała i poniekąd jeszcze 
dzisiaj utrudnia uchwycenie różności, zachodzącej między czynnością 
a jej wytworem. 

§ 14. Mówiąc o czynnościach i ich wytworach, przeciwstawia- 
liśmy jedne drugim przy pomocy czasowników i odpowiednich rze- 

1 Mogłaby powstać wątpliwość, czy rozróżnienie czynności i wytworów 
psychicznych da się też stosować w ten sposób, by nazywać czucie czyli do- 
znawanie wrażeń czynnością, a wrażenie wytworem tej czynności, a dalej od- 
czuwanie czyli doznawanie uczuć czynnością, a uczucie (więc i przyjemność 
i przykrość) wytworem tej czynności. Wątpliwość ta mogłaby wyniknąć stąd, że 
wszelkie doznawanie jest raczej jakimś stanem biernym, a nie czynnym, że więc 
trudno nazwać czucie i odczuwanie czynnościami. Jeżeli się jednak zważy, że 
wyrazu czynność używa się bardzo często nie w przeciwstawieniu do stanów 
biernych, lecz w znaczeniu ogólniejszem, w którem można go też zastąpić wy- 
razem funkcya, wątpliwość ustąpi. Na innych opierając się założeniach, Dr. WJ. 
Witwicki pod względem, o który tutaj chodzi, także stawia sąd i przekonanie 
zupełnie na równi z bólem i rozkoszą, mówiąc nawet nie tylko o doznawaniu 
bólu i rozkoszy, lecz także o doznawaniu przekonania. (Zob. rzecz p. t. »W spra- 
wie przedmiotu i podziału psychologii* w niniejszej Księdze pamiątkowej str. 10). 
Witasek celem uwydatnienia różności funkcyi o charakterze bardziej czynnym 
od funkcyi o charakterze bardziej biernym dzieli procesy psychiczne (zob. pow. 
str. 7 uw.) na Thatigkeiten i Yorgange (1. c. str. 84 i nast). 



O czynnościach i wytworach 9 

czowników. przyjmując, że tak, jak czasowo; 1 : oznacza zawsze czyn- 
ność, odpowiedni rzeczownik oznacza zawsze wytwór tej czynności. 
Nie ulega jednak wątpliwości, że często posługujemy się także rze- 
czownikiem, by oznaczyć czynność, dzięki czemu rzeczowniki te 
stają się dwuznacznymi, mogąc oznaczać na przemian czynności 
i ich wytwory. W zwrocie »udzielić komuś rady« wyraz rada ozna- 
cza wytwór czynności radzenia, ale gdy powiadamy: >tu trudna 
rada*, chcemy wyrazić przekonanie, że czynność znalezienia lub 
udzielenia rady natrafia na trudności. Podobna różność zachodzi 
w zwrotach > przedłożyć komuś prośbę* i » zacząć od prośby*. Gdy 
dalej mówimy: »tego błędu nigdy ci nie przebaczę*, chodzi o czyn- 
ność Wadzenia, więc grozimy, że nie przebaczymy popełnienia błędu; 
ale gdy o błędzie powiadamy, że jest łatwy do wykrycia, bynajmniej 
nie mamy na myśli czynności błądzenia, lecz jej wytwór. Taksamo 
ma się rzecz z rzeczownikiem sąd, który również po dziś dzień 
służy obu tym znaczeniom, raz dotycząc wytworu, raz czynności, 
dzięki której wytwór powstaje. W pierwszem znaczeniu mówi się 
np., że pewne sądy są następstwem logicznem sądów innych; w dru- 
giem znaczeniu mówi się o sądach jako funkcyach psychicznych, 
nazywając sąd np. czynnością poznawczą i t. p. Dla odróżnienia 
obu tych znaczeń wyrazu sąd używa się niekiedy określeń: sąd 
w znaczeniu psychologicznem t. j. czynność, i sąd w znaczeniu lo- 
gicznem, t. j. wytwór. Lepiej jednak zastrzedz wyrazowi sąd tylko 
jedno z tych dwu znaczeń, mianowicie znaczenie wytworu, a tam, 
gdzie chodzi o czynność, mówić o sądzeniu czyli wydawaniu sądów l . 
§. 15. Lecz na tern się nie kończy wieloznaczność wyrazów 
takich jak sąd. Niekiedy bowiem nie używamy go ani w znaczeniu 
czynności wydawania sądów, ani w znaczeniu wytworów tej czyn- 
ności czyli sądów, lecz w znaczeniu trzeciem, mianowicie, w zna- 

1 Należy się mieć na baczności, by czasownika wydawać w tym zwrocie 
stosowanego nie brać w znaczeniu jakiejś czynności uzewnętrzniającej, tem 
bardziej, że czasownik wydawać w połączeniu z innemi dopełnieniami wewnę- 
trznemi i zewnętrznemi (por. str. 5 uw.) może mieć takie znaczenie, np. w zwro- 
cie wydawać komuś rozkazy. Otóż zwrot wydawać sądy nie znaczy bynajmniej 
tyle co wygłaszać sądy, wypowiadać sądy, oznajmiać sądy, wyrażać sądy, lecz 
znaczy poprostu tyle, co dokonywać w umyśle czynności sądzenia czyli sądzić 
(niemieckie Urteil fallen tyle co urteilen, francuskie porter un jugement tyle co 
juger). Wydawanie sądów tak samo nie ma nic wspólnego z ich uzewnętrznia- 
niem, jak niesienie pomocy albo przytoczone właśnie francuskie porter un ju- 
gement nie ma nic wspólnego z noszeniem. 



10 Kazimierz Twardowski 

czeniu dyspozycji 1 do wydawania sądów, czyli sądzenia. I tak np. 
mówimy >człowiek ten ma trafny sąd o rzeczach*. Tu rzeczywiście 
chodzi o zdolność wydawania trafnych sądów, a dyspozycyjny cha- 
rakter sądu w tern znaczeniu wziętego występuje w tern, że ten 
>trafny sąd* o rzeczach jest względnie stałą właściwością danego 
osobnika, gdy tymczasem czynność trafnego sądzenia jest w każdym 
przypadku czemś chwilowem. W znaczeniu dyspozycyjnem bierzemy 
także wyraz sąd, mówiąc np. że nauka ma kształcić nie tylko pa- 
mięć, lecz także sąd 2 . Podobnie ma się rzecz z wyrazem wiara. 
W zwrocie > wiara cię uzdrowiła* chodzi niewątpliwie o czynność 
wierzenia (»akt wiary*); gdy mowa o różnych wiarach, które ludz- 
kość wyznaje, chodzi o wytwory, a gdy powiadamy o kimś. że wiarę 
stracił, stwierdzamy, że stracił zdolność do wierzenia w pewne rze- 
czy czyli do wzbudzania w sobie pewnych aktów wiary, więc czyn- 
ności psychicznych. Analog. czne przykłady znajdujemy też w zakre- 
sie czynności i wytworów psychofizycznych. Jeżeli powiadamy, że 
mowa 3 czyjaś trwała godzinę, mamy na myśli czynność mówienia, 
wygłaszania mowy; w zwrocie >mowa twoja niech będzie tak i nie* 
chodzi o wytwór mówienia, a gdy powiada się. że komuś przera- 
żenie odjęło mow-ę, chodzi o zdolność mówienia. Tak samo dyspo- 
zycyę do pewnej czynności a nie tylko jej wytwór może oznaczać 
wyraz dowcip (człowiek posiadający dowcip) a nawet wyraz chód 
(ten człowiek ma lekki chód). 

§ 16. Z natury rzeczy niebezpieczeństwo pomieszania czynności 
i jej wytworu jest na ogół większe, aniżeli niebezpieczeństwo pomiesza- 
nia wytworu lub czynności z odpowiednią dyspozycyą. Dalszem zaś 
utrudnieniem odróżnienia czynności od wytworu jest częsty brak oso- 
bnego rzeczownika na oznaczanie wytworu i — wobec tego — ko- 

1 Wyrazu dyspozycyą używam w znaczeniu, sformułowanem przez Hóf- 
lera; Psychologie, 1897, § 12. który też (tamże §6) zwraca uwagę na wyrazy, 
oznaczające promiscue czynności (wytwory) i dyspozycye. 

1 U niektórych pisarzy wyraz sąd występuje w czwartem jeszcze znacze- 
niu, oznaczając to, co się zwykle nazywa enuntiatio, propositio, Aussage a co 
po polsku zaproponowałem nazwać powiedzeniem (por. moją rozprawę O t. zw. 
prawdach względnych, odbitka z Księgi pamiątkowej, wydanej przez Uniwersytet 
lwowski ku uczczeniu 500-letniej rocznicy odnowienia Uniwersytetu krakow- 
skiego, Lwów, 1900). W tern czwartem wiec znaczeniu wyraz sąd oznacza pe- 
wien wytwór psychofizyczny. Zob. o tern poniżej str. 28, uwaga. 

8 W zwrotach tych mowa jest wzięta wszędzie w znaczeniu łacińskiego 
sermo, nie oratio. 



O czynnościach i wytworach 11 

nieczność posługiwania się rzeczownikiem słownym. Gdzie bowiem 
istnieje rzeczownik niesłowny na oznaczenie wytworu czynności, tam 
rzeczownik słowny zachowuje zwykle znaczenie czynnościowe: pro- 
sić" — proszenie — prośba, radzić — radzenie — rada, mówić — 
mówienie — mowa. rozkazać — rozkazanie — rozkaz, zakazać — 
zakazanie — zakaz *. Tam zaś, gdzie brak innego aniżeli słownego 
rzeczownika, rzeczownik taki przybiera czasem obok swego znacze- 
nia czynnościowego także znaczenie wytworu. Ponieważ np. nie uży- 
wamy od czasownika przykazać rzeczownika >przykaz«, analogi- 
cznego do » rozkaz* i > zakaz*, przeto rzeczownik słowny przyka- 
zanie przybrał znaczenie wytworu, i to tak dalece, że to znaczenie 
właściwie przytłumia znaczenie czynnościowe. W innych jednak przy- 
padkach oba znaczenia istnieją obok siebie, np. w wyrazie »pyta- 
nie«, który w zwrocie »mam dość tego pytania« oznaczać może 
czynność zapytywania lub wypytywania, a w zwrocie »pytanie to 
nie da się rozwiązać* oznacza widocznie nie czynność, lecz wytwór. 
Należą tu dalej wyrazy poznanie, przekonanie, zapatrywanie, wie- 
rzenie, mniemanie, postanowienie, pragnienie, przedstawienie, wyo- 
brażenie, czucie, przeżycie, ujęcie, pojęcie, spostrzeżenie, przypomnie- 
nie, rozumowanie, porównanie, żądanie, doświadczenie, doznanie i t. p. 

§ 17. Dwuznaczność tych wyrazów stwierdzono oddawna; wia- 
domo też, że podobnie jak w języku polskim te rzeczowniki słowne, 
okazują ją w łacińskim języku utworzone z czasowników wyrazy 
na io, w języku niemieckim utworzone w podobny sposób rzeczo- 
wniki na ung 2 . O ile te rzeczowniki łacińskie stosujemy w języku 
polskim, zbliżamy je ich znaczeniem raczej do wytworów, zacho- 
wując dla oznaczania czynności zwykle słowną formę rzeczownika: 
abstrahowanie — abstrakcya, kombinowanie — kombinacya, kon- 
struowanie — konstrukcya i t. p. 

§ 18. Chcąc w tych przypadkach w języku polskim oznaczyć 
czynność w odróżnieniu od wytworu, uciekamy się zwykle — gdzie 
to możebne — do rzeczownika słownego, utworzonego od formy 
częstotliwej czasownika. Gdy więc mówimy o poznawaniu, postana- 
wianiu, przedstawianiu, wyobrażaniu, przeżywaniu, ujmowaniu, poj- 



1 W niektórych przypadkach wyraźna dwuznaczność czasownika słownego 
istnieje, chociaż posiadamy osobny rzeczownik niesłowny do oznaczenia wytworu; 
np. opowiadać — opowiadanie — opowieść. 

ł Analogicznie polskie rzeczowniki na unek (ratunek) i na itwa (modlitwa). 



22 Kazimierz Twardowski 

mowaniu, spostrzeganiu, przypominaniu, porównywaniu, doświadcza- 
niu, doznawaniu i t. p., każdy widzi, że mówimy o czynnościach, 
a nie o ich wytworach, których wobec tego naturalnym wyrazem 
staje się rzeczownik słowny, utworzony od nieczęstotliwej formy 
czasownika, więc w brzmieniu poprzednio w § 16 przytoczonem K 
Gdzie niepodobna użyć tego sposobu, rzeczownik słowny pozostaje 
dwuznacznym, jak to widać w przykładach wierzenie, mniemanie, 
zapatrywanie, pragnienie, rozumowanie, żądanie, o ile zwyczaj nie 
wysuwa naprzód bardziej jednego niż drugiego znaczenia, jak to 
zachodzi przy wyrazie przekonanie, oznaczającym raczej wytwór, 
aniżeli czynność, albo o ile nie posiadamy innego sposobu odróżnie- 
nia obu znaczeń, jak np. wtedy, gdy dla uwydatnienia momentu 
czynnościowego mówimy o zapatrywaniu się, rozumiejąc przez za- 
patrywanie raczej wytwór 2 . 

§ 19. Ale ograniczając znaczenie wyrazów takich jak zapa- 
trywanie, pojęcie, przekonanie i t. p. do wytworów, nie usuwamy 
innej dwuznaczności, dzięki której mogą podobnie jak rzeczowniki 
sąd. wiara i t. p. obok wytworów oznaczać także dyspozycye do 
czynności, dzięki którym takie wytwory powstają. Gdy np. o kimś 
powiadamy, że posiada wyrobione przekonania, przypisujemy mu 
wyrobione dyspozycye do wydawania sądów. W dyspozycyjnym cha- 
rakterze używamy także wyrazu przekonanie, gdy mówimy o prze- 
konaniach niezłomnych, stałych i t. p. tak, jak w innych razach 

1 Nie jest więc tem samem teorya poznawania i teorya poznania, iecz 
zachodzi tu taka sama różność, jak między teorya sądzenia a teorya sądu ; pier- 
wsza jest teorya psychologiczną pewnych czynności umysłowych, druga jest teo- 
rya powstających dzięki tym czynnościom wytworów. 

2 W języku niemieckim, posiadającym rodzajnik, rozgraniczeniu czynno- 
ści i wytworu służyć może doskonale konsekwentne używanie bezokolicznika 
w znaczeniu czynności, a odpowiedniego rzeczownika w znaczeniu wytworu 
(np. Bolzano w zdaniu przytoczonem w uw. na str. 7 iw wielu innych miejscach 
swego dzieła). Więc Urteilen — Urteil, Yorstellen — Yorstellung, Behaupten — 
Behauptung, Aussagen — Aussage i I. p. W rozprawie swej Zur Lehre vom 
Inhalt und Gegenstand der Vorstellungen (Wien 1894) nazwałem czynność przed- 
stawiania aktem, a wytwór przedstawiania treścią przedstawienia (Vorstellungs- 
akt. A"orstellungsinhalt). Terminologię tę m. i. przyjął i konsekwentnie przepro- 
wadził Kreibig w dziele Die intellektuellen Funktionen, Wien und Leipzig, 1909. 
To więc, co w owej rozprawie nazwałem treścią przedstawienia, najdokładniej 
odpowiada temu, co tutaj występuje jako wytwór przedstawiania. (Gramatycy 
nazywają niekiedy biernik dopełnienia wewnętrznego, odpowiadającego wytwo- 
rowi, biernikiem treści). 



O czynnościach i wytworach 13 

przypisujemy niezłomność, stałość czyjejś woli, t. j. dyspozycyi do 
postanawiania w pewien sposób l . I znowu to dyspozycyjne znacze- 
nie wyrazów przekonanie, zapatrywanie, pojęcie i t. p. występuje 
najjaśniej w zwrotach, w których o przekonaniu, o pojęciu i t. p. 
mówimy jako o czemś trwałem (por. § 15), więc w zwrotach ta- 
kich jak żywić przekonanie, posiadać pojęcie i t. p. 2 . 

§ 20. I ażeby dopełnić wielorodności znaczeń, jakie mogą się 
sączyć z omawianymi wyrazami, używamy niekiedy zwrotów takich 
jak >energia jest jednem z zasadniczych pojęć współczesnej fizyki*. 
Oczywiście są to zwroty skrócone, gdyż energia nie jest pojęciem, 
lecz przedmiotem pojęcia. Ale zwroty takie dowodzą, że mieszamy 
też pojęcie z jego przedmiotem 3 . Czy Schopenhauer, pisząc 
o świecie jako woli i przedstawieniu, zdawał sobie sprawę z tego, 
w jakiem znaczeniu używa wyrazu przedstawienie? Zdaje się, że 
ścisłe rozgraniczenie tych różnych znaczeń, które mogą się z tego 
rodzaju wyrazami łączyć, wyszłoby bardzo na korzyść różnym teo- 
ryom epistemologicznym i metafizycznym. 

§ 21. O tern, żć należy odróżniać znaczenie, w którem tego 
rodzaju wyrazy dotyczą dyspozycyi, od znaczenia, w którem doty- 
czą czynności, i od znaczenia, w którem dotyczą przedmiotów, nikt 
chyba nie wątpi. Natomiast mogą się zjawić wątpliwości, czy isto- 
tnie znaczenie, w którem tego rodzaju wyrazy dotyczą wytworów 
czynności, należy odróżniać od znaczenia, w którem dotyczą czyn- 
ności. Mogłoby się nasunąć przypuszczenie, że różność jest tylko 
pozorna, że pochodzi z różnych sposobów, w jakie możemy wyrażać 
tę samą myśl, że się sprowadza do tego, co Marty nazwał kapry- 
sami mowy. Wątpliwości te muszą jednak ustąpić wobec pewnego 
faktu, który świadczy o konieczności tego rozróżnienia. Dotknęliśmy 
go już w poprzednich rozważaniach. 

§ 22. Fakt ten polega na tern, że o wytworach orzekamy nie- 



1 Por. Marty, Ueber Annahmen, Zeitschrift fur Psychologie, 40 (1906) 
str. 11. 

» O dyspozycyjnem znaczeniu wyrazu pojęcie zob. moją rozprawę Wyo- 
brażenia i Pojęcia, Lwów, 1898, str. 144 i nast. oraz Ueber begriffliche Vorstel- 
lungen w Wissenschaftliche Beilage zum Jahresbericht der Philosophischen Ge- 
sellschaft an der k. k. Universitat zu Wien, Leipzig, 1903, str. 25 i nast. 

8 Ten przedmiot pojęcia, a więc wytworu, jest zarazem zewnętrznym 
przedmiotem czynności, której przedmiotem wewnętrznym jest wytwór. Por. 
uw. 2, str. 15. 



14 Kazimierz Twardowski 

jedno, czego nie powiadamy o dotyczących czynnościach. Mówimy 
np. o określaniu pojęć, przyczem nie chodzi nam wcale o określanie 
pojmowania; pewne pytania nazywamy niezrozumiałemi, nie chcąc 
tern samem twierdzić, jakoby stawianie pytań było czynnością nie- 
zrozumiałą; charakteryzujemy niekiedy jakieś zadanie jako nieroz- 
wiązanie, co się oczywiście nie może tyczyć czynności zadawania; 
zarzucamy komuś, że przeoczył błąd, co wcale nie ma znaczyć, że 
przeoczył czynność błądzenia; mówimy o niespełnionych marzeniach, 
o postanowieniach, k:óre nie zostały wprowadzone w czyn, a nie 
wyrażamy się w ten sposób o czynności marzenia albo o czynności 
postanawiania; mówimy o » złotych myślach* znakomitego pisarza, 
ale nie nazwiemy złotem jego myślenia K Widocznie więc chodzi 
nam o coś inego, gdy mówimy o wytworach, a o coś innego, gdy 
mówimy o dotyczących czynnościach, wobec czego rozróżnienie czyn- 
ności i wytworów jest rzeczą zupełnie uzasadnioną. 

§ 23. ile jednak rozróżnienie czynności i wytworu wymaga 
osobnego uzasadnienia w przypadkach dotąd przytaczanych, w in- 
nych samo się ono narzuca. Dotąd przytaczane wytwory możnaby 
nazwać wytworami nietrwałymi, t. j. wytworami, które istnieją tylko 
tak długo, jak długo istnieje czynność, dzięki której powstają. Krzyk 
istnieje, póki trwa czynność krzyczenia, śpiew, póki trwa czynność 
śpiewania, myśl, jak długo ktoś myśli, sąd istnieje wtedy, gdy ktoś 
sądzi 2 . Mówimy wprawdzie także o pewnych przekonaniach, że utrzy- 
mują się przez długie wieki, mówimy też o myślach mędrca, że go 
przetrwać mogą, ale nie chodzi tu o niezależne od czynności trwałe 
aktualne istnienie wytworów, lecz o powtarzanie się przez szereg 
pokoleń czynności i wytworów podobnych do tych, które zachodziły 
w pokoleniach poprzednich lub w owym mędrcu. Analogicznie mó- 
wimy, że są w nas pojęcia, przekonania, pragnienia, chociaż w da- 



1 Mogłoby się niekiedy wydawać, jakoby było rzeczą dowolną, czy cechę 
pewną przypisujemy za pomocą przymiotnika wytworowi, czy też za pomocą 
przysłówka czynności. Mówimy bowiem równie dobrze, że ktoś wydał przera- 
źliwy okrzyk, jak też. że przeraźliwie krzyknął. Widoczną jest jednak rzeczą, że 
ściśle mówiąc, cecha przeraźliwości przysługuje okrzykowi jako zjawisku aku- 
stycznemu, a nie czynności krzyczenia, gdyż nie wydanie okrzyku jest przera- 
źliwe, lecz sam okrzyk. Nie przeszkadza to oczywiście temu. że w innych przy- 
padkach przypisujemy pewną cechę w właściwem znaczeniu samej czynności. 

* Por. Bergmann 1. c. str. 38: Das Urteil ist das mit dem Urteilen zu- 
gleich auftretende und wieder verschwindende Erzeugnis desselben. 



O czynnościach i wytworach 15 

nej chwili nie odbywają się w nas odpowiednie czynności. Znaczy 
to — jak wiadomo — tylko, że są w nas dyspozycye, dzięki któ- 
rym w przyszłości mogą powstawać w nas wytwory takie same jak 
poprzednie. Gdy zatem mówimy o trwałem istnieniu wytworów tego 
rodzaju, chodzi bądź o powtarzanie się jednakowych czynności i wy- 
tworów, bądź o ich istnienie potencyalne l . Dlatego też wytwory te 
można nazwać nietrwałymi, mianowicie w tern znaczeniu, że 
aktualnie nie trwają dłużej aniżeli czynność, dzięki której powstają. 
§ 24. Ale obok nich istnieje rodzaj wytworów, które mogą 
trwać i zwykle trwają dłużej, aniżeli czynność, dzięki której po- 
wstają. Przykładami takich czynności i wytworów są: kreślić — 
kreska, splatać — splot, odciskać — odcisk, rysować — rysunek, 
pisać — pismo, drukować — druk, malować — malowidło, rzeźbić — 
rzeźba, budować — budynek i t. p. Rzeczownik, złączony w każdej 
parze wyrazów z odpowiednim czasownikiem, może pod względem 
gramatycznym spełniać względem niego rolę dopełnienia czyli przed- 
miotu wewnętrznego. Mówi się, stosując figurę etymologiczną, o kre- 
śleniu kresek, rysowaniu rysunku, drukowaniu druków, o budowaniu 
budynków, a bez niej o modelowaniu rzeźby, o stawianiu budyn- 
ków i t. p. I nie tylko możność stosowania figury etymologicznej 
dowodzi, że mamy tutaj do czynienia z przedmiotem wewnętrznym, 
lecz także fakt, że rzeczownik oznacza coś, co powstaje dopiero dzięki 
czyli wskutek odpowiedniej czynności, przez tę czynność, tak jak 
w poprzednio przytoczonych przypadkach skakać — skok, pojmo- 
wać — pojęcie, sądzić — sąd i t. p. Niepodobna też mówić tutaj 
o przedmiocie zewnętrznym, albowiem czynność, oznaczona czaso- 
wnikiem, nie przechodzi na to, co oznacza rzeczownik, chociaż cza- 
sowniki te miewają przy sobie także przedmioty zewnętrzne, np. 
gdy powiadamy splatać włosy i t. p. 2 . 



1 Potencyalność tę można pojmować w sposób chociażby najbardziej da- 
leko idący, gdy np. mówi się o »istnieniu« prawd, których jeszcze nikt nie zna, 
t. j. o »istnieniu« prawdziwych sądów, których jeszcze nigdy nikt nie wydał. 
Chodzi tu oczywiście o możność wydania tych sądów, a tern, co istnieje, nie są 
sądy, lecz jest niem możność ich wydania. 

* Tak samo ma się rzecz, jak wspomnieliśmy w uw. 3. str. 13, z czasowni- 
kami poprzednio omawianymi. Sąd jest przedmiotem wewnętrznym sądzenia, ale 
to, o czem sądzę, jest zewnętrznym przedmiotem sądzenia. Pojęcie jest wewnę- 
trznym przedmiotem pojmowania, ale mówiąc »ja nie pojmuję jego postępowa- 
nia*, przytaczam w wyrazie »jego postępowanie* przedmiot zewnętrzny czyn- 



15 Kazimierz Twardowski 

§ 25. Jest więc kreska, rysunek itd. przedmiotem wewnętrznym 
a tem samem wytworem kreślenia, rysowania i t. p. Ale między wy- 
mienionymi właśnie przedmiotami a poprzednio omawianymi zacho- 
dzi przecież ta ważna, powyżej zaznaczona różność, że przedmioty 
wewnętrzne czyli wytwory czynności takich jak kreślenie, rysowa- 
nie mogą trwać i zwykle trwają dłużej aniżeli same czynności, czyli 
że są trwałe. Gramatycy dlatego właśnie odróżniają je czasem od 
nietrwałych przedmiotów wewnętrznych i tworzą z nich odrębny 
rodzaj przedmiotów, także różny od przedmiotów zewnętrznych. 
A ponieważ wytwory trwałe tak samo jak nietrwałe są wytworami, 
t. j. czemś, co dopiero dzięki jakiejś czynności powstaje \ przeto 
należy je na równi przeciwstawiać przedmiotom zewnętrznym, t. j. 
czemuś, co już istnieje, zanim przechodząca na nie czynność się 
rozpoczęła. Dlatego też koordynujemy przedmioty wewnętrzne i ze- 
wnętrzne, czyli przedmioty, które są wytworami pewnych czynności 
i przedmioty, które nie są ich wytworami, a przedmioty, które 
są wytworami, dzielimy na dwie współrzędne grupy, na przedmioty 
nietrwałe i trwałe 2 . 

§ 26. Możność trwania pewnych wytworów po dokonaniu czyn- 



ności pojmowania. Rozróżnieniu wewnętrznego i zewnętrznego przedmiotu przed- 
stawiania poświęcona jest moja rozprawa Zur Lehre vom Inhalt und Gegenstand 
der Vorstellungen, Wien 1894. Łączy się z tem kwestya. które z czynności mu- 
szą mieć przedmiot zewnętrzny obok wewnętrznego, a które mogą się ograni- 
czać do przedmiotu wewnętrznego. Kwestya ta jest aktualna w psychologii, gdy 
np. stawia się pytanie, czy uczucie może występywać tylko w połączeniu z przed- 
stawieniem czy tez bez przedstawienia. Sąd bowiem zawsze się musi łączyć 
z przedstawieniem, które uprzytomnia sądzącemu przedmiot (zewnętrzny) sądze- 
nia; otóż, czy doznając uczucia, musimy też mieć zawsze przedstawienie (cho- 
ciażby wrażenie zmysłowe) przedmiotu (zewnętrznego), którego się to uczucie 
tyczy? 

1 W tem znaczeniu mówi Brugmann o Akkusativ des Inhalts i Akkusatiy 
des Resultats. które dopełniają czasowniki, oznaczające jakieś wytwarzanie (Verba 
des Hervorbringens). Por. jego Griechische Grammatik w Mullera Handbuch der 
klassischen Altertumswissenschaft, II. I. Miinchen, 1900, § 439, 2. 

s Ze względu na to, że trwałość przedmiotów trwałych może przybierać 
różne rozmiary, między wytworami trwałymi i nietrwałymi niema ścisłej gra- 
nicy. I tak krzyk, odbity echem, trwa dłużej aniżeli czynność krzyczenia, cho- 
ciaż przecież na ogół wziąwszy należy go uważać za wytwór nietrwały; kreśle- 
nie natomiast, chociaż wytwór jego uważamy na ogół za wytwór trwały, może 
nie pozostawić po sobie żadnych chociażby chwilowych śladów, więc nie dać 
początku wytworowi trwałemu. 



O czynnościach i wytworach 17 

ności, dzięki której powstają, polega na tern, że czynności te prze- 
chodzą na coś czyli dokonywują się na czemś, co istnieje już przed 
rozpoczęciem czynności i istnieje też dalej po dokonaniu czynności, 
a co można najogólniej nazwać materyałem czynności. Splatając 
czyli robiąc splot, robimy splot z czegoś (splatamy coś), odciskając 
czyli robiąc odcisk, robimy go w czemś i t. p. Sama zaś czynność, 
dzięki której powstaje wytwór trwały, polega na przekształcaniu, 
przeobrażaniu materyału; czynność ta zmienia ukłai jego cząstek 
lub innej dokonywa w nim zmiany. Wytwarzając stopą odcisk w pia- 
sku, zmieniamy układ ziarnek piasku, a chociaż czynność wyciśnię- 
cia odcisku już została dokonana i przestała istnieć, zmieniony układ 
ziarnek piasku trwa, będąc tym sposobem trwałym wytworem doko- 
nanej czynności. Ściśle więc rzecz biorąc, wytworem czynności jest 
tylko nowy układ, przeobrażenie, przekształcenie 1 materyału, gdyż 
materyał istniał już przed czynnością; to też nazywając rysunek 
wytworem rysowania, nie chcemy przez to powiedzieć, jakoby cząstki 
grafitu i papier były wytworem rysowania, gdyż wytworem tym jest 
tylko ten właśnie układ cząstek grafitu na papierze. Tak samo nie 
farby i płótno są wytworem malowania (dziełem malarza), lecz wy- 
tworem jego jest pewne rozmieszczenie farb na płótnie; nie bryja 
gliny lub marmuru jest wytworem rzeźbienia, lecz pewna postać 
nadana bryle gliny lub marmuru. Ale ponieważ układ, rozmieszcze- 
nie, postać i t. p. istnieją tylko w pewnym materyale, przeto, wyra- 
żając się nieściśle, nazywamy konkretną całość, więc ułożone w pe- 
wien sposób cząstki grafitu czyli kreski, rozmieszczone w pewien 
sposób na płótnie iaroy, posiadającą pewną postać bryłę gliny lub 
marmuru rysunkiem, malowidłem, rzeźbą. 

§ 27. W zakresie czynności, dzięki którym powstają wytwory 
trwałe, rozróżnienie wytworów od czynności nie nasuwa żadnych 
wątpliwości. Wszak tutaj rozróżnienie samo się narzuca wobec tego, 
że wytwór trwa także po dokonanej juz czynności. I jeżeli powie- 
dzieliśmy, odróżniając wytwory nietrwałe od odpowiednich czynno- 
ści, że wyrazy, oznaczające czynności, uwydatniają moment czyn- 
nościowy, a wyrazy oznaczające wytwory ich, moment bardziej zja- 
wiskowy, zdarzeniowy. tutaj, gdzie chodzi o wytwory trwale, po- 

1 Wyrazy te wzięte są tutaj, rzecz jasna, w znaczeniu wytworu, a nie 
w znaczeniu czynności przeobrażania, przekształcania. 
Twardowski. 2 



Ig Kazimierz Twardowski 

wiedzieć można, że się one przedstawiają nietyle jako zjawiska lub 
zdarzenia, lecz jako rzeczy 1 . 

§ 28. Czynności, dzięki którym powstają wytwory nietrwałe, 
jakoteż same wytwory nietrwałe podzieliliśmy na fizyczne i psychi- 
czne, wyróżniając wśród fizycznych jako osobny gatunek czynności 
i wytwory psychofizyczne. Otóż w zakresie wytworów trwałych 
niema miejsca na wytwory psychiczne. Wprawdzie mógłby się ktoś 
powołać na to. że pewne czynności psychiczne dokonywują się 
przecież na pewnym »materyale«. I tak tworząc fantastyczne wyo- 
brażenia operujemy materyałem wyobrażeń, dostarczonych nam 
przez pamięć; tworząc łańcusznik, układamy w pewien sposób 
sądy. służące za >materyał« do niego. Ale ktoby w ten sposób 
chciał dowodzić trwałości pewnych przynajmniej wytworów psychi- 
cznych, zapomniałby, że musiałby też dowieść, iż owe inne wytwory 
psychiczne, które odgrywają rolę >materyału«, są wytworami trwa- 
łymi. 

§ 29. W zakresie czynności i wytworów trwałych można tedy 
mówić tylko o wytworach fizycznych, wyróżniając wśród nich jako 
osobny gatunek wytwory psychofizyczne. Trwałym wytworem fizy- 
cznym takiej że czynności jest np. odcisk stopy w piasku, jeżeli od- 
cisk ten powstał bez udziału świadomości kroczącego po piasku 
człowieka; trwałym wytworem psychofizycznym takiejże czynności 
będzie odcisk stopy, zrobiony w piasku świadomie i z zamiarem. 
Psychofizycznymi wytworami są malowidło, rzeźba i t. p., a to dla- 
tego, że wytwory te powitają dzięki czynności psychofizycznej, t. j. 
dzięki takiej czynności fizycznej, której towarzyszy czynność psychi- 
czna, wywierająca wpływ na przebieg czynności fizycznej i tern sa- 
mem na powstający dzięki tej czynności wytwór. 

§ 30. Ze względu na ten związek, zachodzący w takich razach 
między podpadającym pod zmysły wytworem psychofizycznym a nie 
podpadającym pod zmysły wytworem psychicznym, wytwór psycho- 
fizyczny staje się zewnętrznym wyrazem wytworu psychicznego. 
Stosunek ten zachodzi zarówno w nietrwałych, jak w trwałych wy- 
tworach psychofizycznych. I tak krzyk może być wyrazem bólu, 

1 Wytwory nietrwałe nie istnieją w znaczeniu aktualnem oddzielnie od 
odpowiednich czynności, lecz tylko w połączeniu z niemi; możemy je tylko od- 
dzielnie od owych czynności rozważać. Wytwory trwałe natomiast mogą istnieć 
i istnieją w znaczeniu aktualnem oddzielnie od czynności, dzięki którym po- 
wstają. 



O czynnościach i wytworach 19 

pewien ruch głowy wyrazem sądu twierdzącego, pewien skok wy- 
razem przerażenia. Tak samo odcisk może być wyrazem chęci opar- 
cia się, rysunek wyrazem pomysłu rysownika, cięcie komuś zadane 
wyrazem złości, którą odczuwał raniący do ranionego K We wszyst- 
kich tych przypadkach wytwór psychiczny wyraża się na zewnątrz 
w odpowiednim wytworze psychofizycznym, a to dzięki temu, że wy- 
twór psychofizyczny powstaje nie wskutek czysto fizycznej, lecz 
wskutek psychofizycznej czynności 2 . Twierdzenie zatem, że w jakimś 
wytworze psychofizycznym wyraża się jakiś wytwór psychiczny, 
czyli że jakiś wytwór psychiczny znajduje swój wyraz w wytworze 
psychofizycznym, sprowadza się do dwóch momentów 7 : po pierwsze, 
że wytwór psychiczny (w T raz z odpowiadającą mu czynnością psy- 
chiczną) jest częściową przyczyną powstania wytworu psychofizy- 
cznego, a po drugie, że ów wytwór psychiczny, tak jak odpowiada- 
jąca mu czynność psychiczna, pod zmysły nie podpada, gdy tymcza- 
sem wytwór psychofizyczny pod zmysły podpada 3 . 

§ 31. wytworze psychicznym, który się wyraża w w r ytworze 

1 Analogiczny stosunek do tego, który zachodzi tutaj między wytworami, 
zachodzi też między czynnościami. W czynności psychofizycznej wyraża się od- 
powiednia czynność psychiczna: w krzyczeniu doznawanie bólu, w rysowaniu 
pomyślenie sobie pewnego rysunku i t. p. 

2 Ponieważ jakiś wytwór psychofizyczny może powstać wskutek nie je- 
dnej, lecz kilku czynności psychofizycznych, przeto mogą się w nim wyrażać 
różne wytwory psychiczne. I tak w rysunku wyrazić się może wyobrażenie ry- 
sunku, które rysownik ma, kreśląc rysunek, dalej pojęcie, które rysownik pra- 
gnie swym rysunkiem uzmysłowić, pragnienie uzmysłowienia pojęcia i t. p. 
W ten sposób wytwór psychofizyczny wyraża pewne wytwory psychiczne bez- 
pośrednio, inne pośrednio w różnych stopniach pośredniości. Analogiczne usto- 
pniowanie zachoazi wtedy między odpowiedniemi czynnościami, przyczem jedne 
z nich służą niekiedy za środki do dokonywania czynności innych, których 
wytwory znajdują następnie pośredni wyraz w wytworze psychofizycznym. Te 
czynności i wytwory pomocnicze są tern, co się nazywa w ścisłem tego słowa 
znaczeniu »techniką«. 

s Fakt, że o wyrażaniu się częściowej przyczyny w wytworze dzięki niej 
powstającym mówimy także tam, gdzie brak drugiego powyżej przytoczonego 
momentu (np. powiększenie ciężaru wyraziło się w szybszym obrocie koła), nie 
wchodzi w grę tutaj, gdzie mowa o wytworach psychofizycznych. Tak samo mo- 
żemy tu pominąć wspomniany pow. w uw. 1 fakt, że także czynność psychiczna, 
będąc wraz z swym wytworem częściową przyczyną powstania wytworu psycho- 
fizycznego, w nim się obok wytworu swego wyraża. Zajmujemy się tu bowiem 
przedewszystkiem wytworami, a czynnościami odpowiedniemi tylko o tyle, o ile 
tego rozważanie wzajemnego stosunku różnych wytworów wymaga. 

2* 



20 Kazimierz Twardowski 

psychofizycznym czyli którego wyrazem jest wytwór psychofizyczny, 
mówimy niekiedy, że ten wytwór psychofizyczny go wyraża, czyli 
że wytwór psychiczny jest przez wytwór psychofizyczny wyrażony. 
Ale mówimy tak tylko pod pewnym warunkiem, mianowicie wtedy, 
jeżeli wytwór psychofizyczny, w którym się wyraża jakiś wytwór 
psychiczny, sam może się stać częściową przyczyną powstania ta- 
kiego samego lub podobnego wytworu psychicznego 1 , a to tym spo- 
sobem, że wywołuje czynność psychiczną taką samą jak ta, dzięki 
której sam powstał albo przynajmniej do niej podobną. Tak np. 
okrz\k, w którym się wyraża przerażenie, tylko wtedy sam będzie 
to przerażenie wyrażał, jeżeli w słyszącym go osobniku również po- 
wstanie przerażenie 2 . Tak samo rysunek, w którym się wyraża myśl 
rysownika, tylko wtedy myśl tę naprawdę wyraża, jeżeli w ogląda- 
jącym ry-unek osobniku powstaje myśl, odpowiadająca tej, którą 
miał rysownik, kreśląc swój rysunek. Jeżeli rysunek jest tego ro- 
dzaju, że w oglądającym go osobmku innym a może nawet w sa- 
mym rysowniku po niejakim czasie nie powstaje na jego widok 
myśl. odpowiadająca tej, którą rysownik miał, gdy go rysował, 
wtedy rysunek jest » niezrozumiały « i tej myśli nie wyraża, chociaż 
znalazła ona w nim swój — w tym przypadku bardzo nieudolny — 
wyraz 3 . Jakie zaś składają się na to okoliczności, że pewne wy- 
twory psychofizyczne wyrażają jakieś wytwory psychiczne, gdy tym- 
czasem inne są tylko ich wyrazem, jest rzeczą dla samego faktu 

1 Pozostałe części przyczyny leżą w oddziaływaniu wytworu psychofizy- 
cznego na obdarzonego odpowiedniemi dyspozycyami osobnika. 

1 Zamiast samego przerażenia, więc w /tworu podobnego do tego, który 
w krzyku się wyraża, może w osobniku, słyszącym krzyk, powstać też samo 
tylko przedstawienie przerażenia; wtedy przedstawienie przerażenia występuje 
niejako w zastępstwie samego przerażenia i ze względu na to jest wytworem 
zastępczym. O wytworach zastępczych będzie mowa poniżej w §§ 42 — 44. 

3 Należy zatem ściśle odróżniać zwrot: » wytwór psychofizyczny (podmiot) 
wyraża wytwór psychiczny (przedmiot)c od następujących między sobą synoni- 
micznych zwrotów: swytwór psychiczny wyraża się czyli znajduje swój 
wyraz w wytworze psychofizycznym^ »wytwór psychofizyczny jest wyra- 
zem wytworu psychicznego«. Rozróżnienie to pozwala usunąć różne nieporo- 
zumienia. I tak np. może się ono przyczynić do wyjaśnienia tak bardzo spor- 
nej kwestyi stosunku muzyki do uczuć. Jeżeli się bowiem wszyscy godzą na 
to, że w utworze muzycznym mogą się wyrażać uczucia (a także myśli), któ- 
rych doznaje kompozytor, utwór ten tworząc, nie wynika z tego bynajmniej, by 
utwór ten owe uczucia wyrażał. Por. Hans li ck, Yom Musikalisch-Schónen 
i Hausegger, Die Musik ais Ausdruck (Wien 1885 . 



O czynnościach i wytworach 2t 

wyrażania obojętną. Działa tu skojarzenie, bądź na podstawie po- 
dobieństwa, bądź na podstawie umowy i t. p. 

§ 32. Wytwory psychofizyczne, które wyrażają jakieś wytwory 
psychiczne, nazywają się też znakami tych wytworów psychi- 
cznych, a same te wytwory psychiczne ich znaczeniem 1 . Zna- 
czeniem jest tedy każdy wytwór psychiczny, który pozostaje do wy- 
tworu psychofizycznego w tym stosunku, że go wytwór psychofizy- 
czny wyraża. Mówimy tedy o znaczeniu krzyku, znaczeniu rysunku, 
znaczeniu ruchu, znaczeniu rumieńca i t. p. A » wyrazy* mowy są 
także wytworami psychofizycznymi, w których znajdują swój wyraz 
pewne wytwory psychiczne, myśli, sądy i t. p„; zarazem wyrazy 
mowy wyrażają na ogół dokładniej aniżeli inne wytwory psychofi- 
zyczne te wytwory psychiczne, które są ich znaczeniem, a których 
one same są znakami. Co zaś chcemy powiedzieć, jeżeli jakiś znak 
nazywamy wieloznacznym, wynika bezpośrednio z powyższych wy- 
wodów, przyezem jasną też jest rzeczą, że wieloznaczność, przekra- 
czająca pewną granicę, staje się niezrozumiałością. Tak więc i tutaj 
les extrem.es se touchent, skoro wytwór psychofizyczny, obdarzony 
zbyt wielu znaczeniami, staje się właściwie wytworem psychofizy- 
cznym bez znaczenia 2 . 



1 Szczegółową teoryę znaków i znaczenia rozwija Martinak w pracy 
p. t. Psychologische Untersuchungen zur Bedeutungslehre, Leipzig 1901. 

* Co do terminologii należy zauważyć, że wyraz »znaczyć« sam nie jest 
jednoznaczny. Jeżeli mówimy, że jakiś wyraz coś znaczy, chcemy przez to po- 
wiedzieć, ze ma on jakieś znaczenie. Tak rozumiany wyraz znaczyć odpowiada 
łacińskiemu significare, niemieckiemu bedeuten. Zamiast powiedzieć, że jakiś wy- 
raz lub wogóle jakiś wytwór psychofizyczny coś znaczy, możemy nie tylko po- 
wiedzieć, że on ma jakieś znaczenie, lecz także, że on zawiera jakieś znaczenie, 
że się z nim łączy jakieś znaczenie, że w nim tkwi jakieś znaczenie, że on wy- 
raża jakieś znaczenie. Coś innego natomiast mamy na myśli, gdy używamy 
zwrotu : znaczyć drzewa, owce i t. p. Wyrazowi znaczyć tak użytemu odpo- 
wiada łacińskie denotare, niemieckie bezeichnen. Chodzi tu o zaopatrywanie 
przedmiotów cechami, odróżniającemi je od innych przedmiotów, a cechy te 
także nazywają się znakami. Rzeczownik słowny »znaczenie« może zgodnie 
z tern, cośmy powiedzieli o rzeczownikach słownych wogóle, dotyczyć bądź wy- 
tworu psychicznego, wyrażonego przez pewien wytwór psychofizyczny, bądź 
czynności zaopatrywania czegoś znakami. Czynność zaopatrywania czegoś zna- 
kami nazywamy też oznaczaniem. Przenośnie mówimy także, że same wytwory 
psychofizyczne coś oznaczają, mianowicie oznaczają one zewnętrzne przedmioty 
czynności, dzięki którym powstają owe wytwory psychofizyczne. Tak więc mó- 
wimy o wyrazach mowy, że one nie tylko coś znaczą, lecz że także coś ozna- 



22 Kazimierz Twardowski 

§ 33. W chwili, gdy się dokonywa czynność psychofizyczna, 
dzięki której jakiś wytwór psychiczny wyraża się czyli znajduje 
swój wyraz w odpowiednim wytworze psychofizycznym (np. prze- 
rażenie w okrzyku w chwili krzyczenia, myśl w rysunku w chwili 
rysowania), istnieją aktualnie równocześnie i wytwór psychiczny 
i wytwór psychofizyczny. M<>żna bowiem bez popełnienia zbyt ja- 
skrawej niedokładności powiedzieć, że krzyczący z przerażenia do- 
znaje przerażenia równocześnie z wydawaniem krzyku, albo że ry- 
sujący uprzytomnia sobie myśl pewną równocześnie z rysowaniem 
rysunku, w którym chce ją wyrazić. Tam, gdzie wytwory psychofi- 
zyczne są nietrwałe, wraz z wytworem psychicznym mniej więcej 
równocześnie znika wytwór psychofizyczny, a nawet wytwór psy- 
chiczny może przetrwać odpowiedni wytwór psychofizyczny, ale nie 
naodwrót. W chwili więc, w której wytwór psychofizyczny przestaje 
istnieć, wytwór psychiczny przestaje też się wyrażać- Gdy ustaje 
jęk, jeż się cierpienie nie wyraża, chociaż może istnieć dalej. Tam 
zaś. gdzie wytwór psychofizyczny jest trwały, sprawa ma się od- 
wrotnie: chociaż już rozwiała się myśl w głowie rysownika, istnieje 
przecież rysunek, w której ją wyraził, i w której ona znajduje swój 
wyraz tak długo, jak długo rysunek istnieje. Zatem w aktualnie 
istniejącym wytworze psychofizycznym znajduje swój wyraz wytwór 
psychiczny, który już nie istnieje. Znajdując zaś wyraz swój w wy- 
tworze trwałym, wytwór nietrwały »żyjąc w nim dalej « sam nabiera 
pozoru jakiejś trwałości, non omnis mortuus est, skoro istnieje na- 
dal wytwór psychofizyczny, do którego powstania wytwór psychi- 
czny się przyczynił. 

§ 34. Coś podobnego dzieje się też wtedy, gdy wytwór psychiczny 
jest znaczeniem wytworu psychofizycznego, gdy więc ten wytwór 
psychofizyczny go wyraża, jest jego znakiem. Wytwór psychofizy- 
czny nazywamy znakiem wytworu psychicznego, a wytwór psychi- 



czają. Pewne wyrazy mowy bowiem powstają przez nadawanie przedmiotom 
nazw. Więc wytworem psychofizycznym tej czynności jest nazwa, imię, t. j. wy- 
raz mowy, którego znaczeniem jest przedstawienie danego przedmiotu. A zara- 
zem imię, nazwa, wyraz mowy oznacza, czyli — jak się też mówi — wymienia 
ów przedmiot. I tak wyraz Syn Sofroniska wyraża pewne pojęcie, które jest jego 
znaczeniem, a zarazem wymienia pewną osobę. Podobnie wyraz trójkąt wyraża 
pewne pojęcie, które jest jego znaczeniem, a oznacza czyli wymienia wszystkie 
przedmioty, które pod to pojęcie podpadają. Por. moją rozprawę Zur Lehre vom 
Inhalt and Gegenstand der Yorstellungen, § 3. 



O czynnościach i wytworach 23 

ezny znaczeniem wytworu psychofizycznego, jeżeli, jak powiedzie- 
liśmy, wytwór psychofizyczny, w którym się wyraża wytwór psy- 
chiczny, może się stać częściową przyczyną powstania tak ; ego sa- 
mego lub podobnego wytworu psychicznego. Otóż, o ile znak jest 
wytworem trwałym, istnieje — jak długo znak istnieje — trwała 
częściowa przyczyna powstania wytworu psychicznego nietrwałego. 
Tak więc w naszym przykładzie rysunek jest tą trwałą częściową 
przyczyną myśli, która, gdy przyczyna będzie dopełniona, powstanie 
jako wytwór psychiczny w oglądającym rysunek osobniku. Ten wy- 
twór psychiczny sam nie jest trwały; istnieje tylko tak długo, jak 
długo istnieje wytwarzająca go czynność psychiczna; może taki wy- 
twór psychiczny powstawać kilkakrotnie, ale zawsze będzie on wy- 
tworem nietrwałym. Ale i w tym czasie, gdy wytwór psychiczny 
nie istnieje, t. j. wtedy, gdy w nikim nie odbywa się czynność psy- 
chiczna, dająca początek wytworowi psychicznemu, istnieje przecież 
jedna z częściowych przyczyn, dzięki którym w danej chwili może 
powstać ów wytwór nietrwały, mianowicie trwały wytwór psychofi- 
zyczny, będący znakiem wytworu psychicznego. Otóż podobnie, jak 
o przyczynie mówimy, że » istnieje* dalej w skutku, tak też mówimy 
o skutku, że istnieje potencyalnie już w przyczynie chociażby czę- 
ściowej. Mówimy więc także, że wytwór psychiczny, będący znacze- 
niem odpowiedniego wytworu psychofizycznego czyli odpowiedniego 
znaku, istnieje potencyalnie w owym wytworze psychofizycznym, 
w owym znaku. Ów wytwór psychiczny, owo znaczenie, owa treść 
i t. p., pozostająca w określonym tutaj stosunku do wytworu psy- 
chofizycznego, przybiera pozory, jakoby w tym wytworze psychofi- 
zycznym tkwiła, w nim była zawarta, jakoby była weń zaklęta lub 
wcielona, a wszystkie te wyrażenia nie znaczą oczywiście nic innego, 
jak to, że ów wytwór psychofizyczny jest jedną z częściowych przy- 
czyn powstania wytworu psychicznego, że więc wytwór psychiczny 
istnieje potencyalnie (a bynajmniej naprawdę i aktualnie) w wytwo- 
rze psychofizycznym l . Wiadomo jednak, jak dalece w mowie poto- 

1 Wskutek takiego stanu rzeczy wyraz »znaczenie« przybiera jeszcze trze- 
cie (okok przytoczonych na str. 21) znaczenie, mianowicie znaczenie zdolno- 
ści wywoływania (oczywiście przy pomocy jeszcze innych częściowych przyczyn) 
wytworu psychicznego w osobniku, na który wytwór psychofizyczny jako znak 
owego wytworu psychicznego oddziaływa, czyli, króciej, zdolności uprzytomnie- 
nia odpowiedniego wytworu psychicznego. J»st to przesunięcie znaczenia ana- 
logiczne do tego, o którem już była mowa, a na mocy którego »sąd« oznaczać 



24 Kazimierz Twardowski 

cznej a niekiedy nawet w terminologii naukowej potencyalne i aktu- 
alne znaczenie wyrazu » istnieć* nie bywa dość skrupulatnie rozró- 
żniane, wskutek czego zatraca się świadomość potencyalności istnie- 
nia, jakie przypisujemy wytworowi psychicznemu w wytworze psy- 
chofizycznym, a dalszem tego następstwem jest to, że wytwór psy- 
chiczny, ^istniejąc* w ten sposób w trwałym wytworze psychofizy- 
cznym, także z tej strony przybiera pozory wytworu trwałego, cho- 
ciaż z natury swej jest przecież wytworem nietrwałym. 

§ 35. Tak więc trwałe wytwory psychofizyczne nadają nie- 
trwałym wytworom psychicznym pozory trwałości jako ich trwałe 
skutki i jako ich trwałe częściowe przyczyny. To też wytwory psy- 
chiczne, złączone powyżej określonym stosunkiem z trwałymi wy- 
tworami psychofizycznymi, można nazwać wytworami utrwalo- 
nymi, i zgodnie z tem można mówić o utrwalaniu wytworów nie- 
trwałych. Utrwalanie to nie jest ograniczone do wytworów psychi- 
cznych, lecz może też dotyczyć nietrwałych wytworów fizycznych 
i psychofizycznych. Zawsze będzie ono polegało na takiem ustosun- 
kowaniu nietrwałego wytworu do wytworu trwałego, by wytwór 
trwały, będąc skutkiem wytworu nietrwałego, stał się częściową przy- 
czyną, która w połączeniu z resztą częściowych przyczyn da począ- 
tek powstaniu takiego samego lub podobnego wytworu nietrwałego. 
Utrwalając np. okrzyk na płycie fonograficznej, każemy czynności 
krzyczenia, wytwarzającej okrzyk, więc wytwór nietrwały, równo- 
cześnie pośrednio wytwarzać wyżłobienia na płycie, więc wytwory 
trwałe. Te wytwory trwałe stają się tem samem przyczyną częściową, 
dzięki której może powstać wytwór nietrwały, podobny do poprze- 
dniego, t. j. okrzyk oddany gramofonem, a tym sposobem okrzyk 
ów utrwalają. 

§ 36. W przytoczonym przykładzie ta sama czynność, która 
wytwarza wytwór nietrwały (okrzyk), wwtwarza też pośrednio wy- 
twory trwałe (wyżłobienia na płycie). Ale celem utrwalenia wytwo- 
rów nietrwałych można się posługiwać wytworami trwałymi, do wy- 
tworzenia których trzeba czynności odrębnej. Czynność koncypowa- 

moze obok wytworu sądzenia także zdolność sądzenia. Przy tej sposobności na- 
leży może zwrócić uwagę na to, że istnieje jeszcze czwarte znaczenie wyrazu 
znaczenie, w którem mówimy np. że wypadek jakiś jest bez znaczenia. Że to 
czwarte znaczenie nie jest bez związku ze znaczeniem wyrazu znaczenie, w któ- 
rem dotyczy on wytworu psychicznego, na to wskazuje chociażby zwrot łaciń- 
ski : idem significare et tantumdem valere. 



O czynnościach i wytworach 25 

nia pewnego układu kresek czyli wyobrażania sobie tego układu, 
więc czynność wytwarzająca wyobrażenie tego układu, sama z siebie 
nie jest zdolna tego wyobrażenia utrwalić. Trzeba na to czynności 
odrębnej, mianowicie kreślenia rysunku, więc czynności » technicznej*, 
i dopiero ona wytworzy wytwór trwały, mianowicie pewien układ 
kresek na papierze, w którym się wyobrażenie rysownika wyrazi. 

§ 37. Jeszcze bardziej złożony jest proces utrwalania wytwo- 
rów psychicznych, myśli, uczuć, pragnień, postanowień i t. p. w pi- 
śmie, druku i t. p. Albowiem tutaj nie utrwalamy wprost nietrwa- 
łego wytworu psychicznego przy pomocy trwałego wytworu psycho- 
fizycznego, jak to ma miejsce w powyższym przykładzie z rysun- 
kiem, lecz utrwalamy nietrwałe wytwory psychofizyczne, które wy- 
rażają nietrwale wytwory psychiczne. Obok jednego szeregu wytwo- 
rów nietrwałych psychicznych mamy tutaj dwa szeregi wytworów 
psychofizycznych, z któryeh jeden obejmuje wytwrry nietrwałe, drugi 
wytwory trwałe. Myśląc, dokonywamy czynności psychicznych, któ- 
rych wytworami są nasze myśli. Są to nietrwałe wytwory psychi- 
czne. Równocześnie dokonywamy czynności mówienia, dzięki której 
powstają nietrwałe wytwory psychofizyczne, wygłaszane przez nas 
wyrazy mowy, zdania i t. p. I dopiero te wytwory nietrwałe psy- 
chofizyczne utrwalamy za pomocą czynności, przez którą powstają 
trwałe wytwory psychofizyczne, znaki pisarskie w najogólniejszem 
tego słowa znaczeniu l . 

§ 38. Dzięki utrwaleniu wytwory nietrwałe nabierają nietylko 
pozoru wytworów trwałych, lecz także pozoru wytworów poniekąd 
od wytwarzających je czynności niezależnych, upodobniając się i pod 
tym względem w naszej nie zawsze zupełnie jasnej świadomości do 
wytworów trwałych, w których zostają utrwalone. Wszak wytwory 
trwałe istnieją istotnie niezależnie od wytwarzających je czynności 
o tyle, że istnieją dalej, chociaż owe czynności już istnieć przestały. 
A tę pozorną niezależność wytworu nietrwałego od wytwarzającej 
go czynności potęgoją jeszcze dwie inne okoliczności. 

§ 39. Jeżeli wytwór trwały psychofizyczny wywołuje kolejno 
w tym samym osobniku albo kolejno lub równocześnie w różnych 
osobnikach wyrażony w nim wytwór psychiczny, wywołuje on oczy- 



1 Wskutek zmechanizowania czynności może z biegiem czasu środkowy 
szereg czynności i wytworów odpaść, ale nie zmienia to faktu, że w ten wła- 
śnie sposób powstają znaki pisarskie. 



26 Kazimierz Twardowski 

wiście nie jeden tylko wytwór, lecz tyle wytworów, ile jest czynno- 
ści, wytwarzających wytwory. A te wytwory nie będą sobie zupeł- 
nie równe, lecz będą się między sobą mniej lub więcej różnić. Wy- 
starczy przypomnieć sobie, jak różne wytwory psychiczne powstają 
w różnych osobnikach, na które działa np. ten sam obraz, to samo 
zdanie l . Jak długo jednak mamy ów wytwór psychofizyczny uwa- 
żać za wytwór, wyrażający jakiś wytwór psychiczny, różność po- 
między wytworami psychicznymi, przezeń wywołanymi, nie śmie iść 
za daleko, musi istnieć w tych poszczególnych wytworach psychi- 
cznych szereg cech wspólnych 2 . I właśnie te cechy wspólne, to, 
w czem się owe poszczególne wytwory psychiczne zgadzają, uwa- 
żamy zwykle za znaczenie wytworu psychofizycznego, za zawarła 
w nim treść, pod warunkiem oczywiście, ze odpowiadają one za- 
miarowi, w którym ów wytwór psychofizyczny został jako znak 
użyty. Dlatego mówimy też. że jakieś zdanie budzi w różnych oso- 
bach myśl >tę samą*, gdy tymczasem, ściśle rzecz biorąc, budzi ono 
tyle myśli, ile jest osobników, przyczem myśli te nie są sobie na- 
wet równe. Ale abstrahujemy od tego, czem się te myśli różnią, i za 
myśl, która jeot znaczeniem zdania, uważamy tylko te jej składniki, 
które się zgadzają ze sobą i z odpowiednimi składnikami myśli oso- 
bnika, posługującego się owem zdaniem. Mówimy więc tylko o je- 
dnem znaczeniu znaku — pominąwszy przypadki wieloznaczności — 
a nie o tylu znaczeniach, ile wytworów psychicznych ów znak bu- 
dzi lub może budzić w osobnikach, na kióre działa. W ten zaś spo- 
sób pojęte znaczenie nie jest już konkretnym wytworem psychicznym. 
lecz czemś, do czego dochodzimy drogą abstrahowania, dokonanego 
na konkretnych wytworach 3 . Jest to skrawa analogiczna zupełnie 
do postępowania naszego, gdy mówimy, że pewnej osobie zdarzyło 
się to samo. co osobie innej. Wszak »to samo« nie mogło się zda- 



1 Ta różność wytworów psychicznych zaznacza się oczywiście także wo- 
bec nietrwałych wytworów psychofizycznych : uczucia, które budzi ten sam 
okrzyk, słyszany przez kilka osób, z pewnością nie jest jednakowe w każdej 
z nich. Pomijam tu kwestyę, czy wogóle okrzyk jest dla każdej osoby, która go 
słyszy, »ten sam« albo przynajmniej »taki sam* ; jeżeli ktoś woli przyjąć, że nie, 
wyjdzie to tylko na korzyść naszych wywodów. 

1 W tern znaczeniu mówi Stumpf o »inwaryantach« wytworów. Por. 
Erscheinungen und psychische Funktionen, str. 33. Uwaga. 

3 Sprawą tą zajmuje się szczegółowo Husserl w swych Logische Unter- 
suchungen, tom II. (Halle, 1901), str. 97 i następne, mówiąc o »ideale Bedeutunga. 



O czynnościach i wytworach 27 

rzyć dwa razy, ale mówimy tak, gdyż w danym przypadku chodzi 
nam o cechy wspólne obu zdarzeń. 

§ 40. Otóż ponieważ w używaniu wytworów psychofizycznych 
celem wzbudzania w innych osobnikach odpowiednich wytworów 
psychicznych chodzi nam właśnie o to, by le różne wytwory psy- 
chiczne, w różnych osobnikach powstające, posiadały pewne cechy 
wspólne, ponieważ wskutek tego pomijamy zupełnie ile możności 
osobnicze cechy tych wytworów psychicznych, a pomijając je, wy- 
rażamy się tak, jak gdyby tylko te wspólne cechy wytworów istniały, 
jak gdyby więc we wszystkich osobnikach istniał jeden i ten sam 
wytwór, przeto, zatracając znowu świadomość właściwego znaczenia 
takiego sposobu wyrażania się, odnosimy wrażenie, jakoby szereg 
różnych czynności psychicznych wytwarzał jeden i ten sam wytwór 
psychiczny. A działa przytem i tutaj pewne upodobnienie wytworu 
psychicznego do psychofizycznego, skoro przecież tern, co na różne 
osobniki działa, jest często jeden i ten sam wytwór psychofizyczny. 
Dzięki tym okolicznościom wytwór psychiczny, powtarzający się nie- 
jako w sposób identyczny w osobnikach różnych, nabiera wybitnego 
charakteru czegoś od owych czynności niezależnego. 

§ 41. Druga, wspomniana powyżej okoliczność, potęgująca po- 
zory niezależności wytworów psychicznych od wytwarzających je 
czynności psychicznych, polega na tern, że stosujemy bardzo często 
wyrazy, oznaczające wytwory, do czegoś, co nie jest wytworem 
czynności. Mówimy np. o rysunku, »utworzonym« przez pewien układ 
żyłek na powierzchni liścia, mówimy o splocie włókien, mówimy 
o kreskach, występujących na powierzchni szlifowanej kamienia, 
chociaż wiemy, że nie było tu żadnej czynności rysowania, splata- 
nia, kreślenia. Więc mamy tu pewne »niby-wytwory«, które powstały 
nie dzięki czynnościom wytwarzającym je, lecz w inny sposób. Trak- 
tujemy zaś te »niby-wyt.vory< — przynajmniej pod względem ję- 
zykowym — tak, jak gdyby były istotnie wytworami, nazywamy je 
rysunkiem, splotem, kreskami; więc i tym sposobem uczymy się 
istotne wytwory bez trudności wszelkiej rozważać całkiem niezale- 
żnie od czynności, dzięki którym jedynie mogą powstać. 

§ 42. Łączy się z tem pewien fakt. godny uwagi. Obok »niby- 
wytworów<, powstających nie dzięki jakiejś czynności, lecz w spo- 
sób inny. istnieją wytwory, które powstają wprawdzie dzięki jakiejś 
czynności, ale tak, że naśladują lub zastępują wytwory inne, po- 
wstające dzięki czynnościom innym. Można je nazwać wytworami 



23 Kazimierz Twardowski 

sztucznymi albo zastępczymi. Odcisk stopy w glinie może być zro- 
biony sztucznie, więc może powstać nie wskutek odciśnięcia stopy 
w ginie, lecz wskutek odpowiedniego wyżłobienia gliny ręką. Nie 
będzie to więc rzeczywisty odcisk stopy, lecz wytwór, powstały 
wskutek czynności odmiennej, co nie przeszkadza, że dla pewnych 
celów ten sztuczny wytwór będzie mógł oddawać takie same usługi 
jak rzeczyw'sty odcisk stopy. Jeżeli możnaby wytwory nietrwałe, 
utrwalone przy pomccy wytworów trwałych, nazwać petrefaktami, 
to takim wytworom zastępczym, sztucznym, możnaby nadać nazwę 
artefaktów. 

§ 43. Takie artefakty zdarzają się często w zakresie wytworów 
psychofizycznych. Obfity z nich użytek czyni np. aktor, przyjmując 
postawę, w której ma się wyrażać jakieś uczucie. W istocie jednak 
aktor uczucie to zwykle sobie tylko przedstawia, tak iż postawa 
owa, ów wytwór psychofizyczny, nie powstaje dzięki rzeczywistemu 
uczuciu, które się w takiej postawie zwykle wyraża, lecz dzięki 
przedstawieniu uczucia czyli uczuciu przedstawionemu. Więc tak, 
jak owo uczucie tylko przedstawione jest wytworem, zastępującym 
uczucie rzeczywiste, tak też i owa postawa jest wytworem sztu- 
cznym, gdyż nie jest ona rzeczywistym wyrazem uczucia, lecz tylko 
jego wyrazem udanym, przybranym. 

§ 44. Innego przykładu stosowania artefaktów dostarcza logika. 
Sąd jako wytwór czynności sądzenia czyli wydawania sądów wy- 
raża się w powiedzeniach, t. j. w wytw T orach psychofizycznych, które 
powstają dzięki czynności psychofizycznej wypowiadania czyli wy- 
głaszania powiedzeń. Takie powiedzenia wyrażają tedy sądy czyli 
znaczeniem takich powiedzeń są sądy *. Można jednak tworzyć po- 

1 Powyżej wspomnieliśmy, że niektórzy nazywają sądem właśnie to, 
co tutaj występuje pod nazwą powiedzenia. Czyni tak m. i. Prof. Dr. Łukasie- 
wicz, określając sąd jako »szereg słów albo innych znaków, orzekających, że 
jakiś przedmiot posiada pewną cechę albo jej nie posiada« (O zasadzie sprze- 
czności u Arystotelesa, Kraków, 1910, str. 12). Traktując jednak sąd jako szereg 
słów albo innych znaków, musi Dr. Łukasiewicz od tego szeregu słów albo 
innych znaków odróżniać to, co jest jego znaczeniem. W samej rzeczy mówi też 
Dr. Łukasiewicz o »sądach równoznacznych«, określając je jako takie, które 
»wyrażają w różnych słowach myśl tę samą« (tamże str. 15). Otóż ta myśl, wy- 
rażona w słowach, nie jest oczywiście niczem innem, jak sądem w znaczeniu 
wytworu czynności sądzenia; gdyby więc wyraz sąd miał służyć do oznaczania 
^szeregu słów albo innych znaków«, które tego rodzaju myśl wyrażają, zabra- 
kłoby wyrazu na oznaczanie takiej myśli. 



O czynnościach i wytworach 29 

wiedzenia sztuczne, zastępcze, które nie będą wyrazem sądów wy- 
danych, lecz wyrazem wytworów sztucznych, zastępujących sądy 
wydane, mianowicie sądów tylko przedstawionych. Więc i znacze- 
niem tych sztucznych powiedzeń nie będą sądy wydane czyli sądy 
rzeczywiste, lecz sądy tylko przedstawione czyli przedstawienia są- 
dów 1 . Takiemi sztucznemi powiedzeniami są nie tylko owe symbole, 
których logika używa, jak np. SaP, a < b. lecz także stosowane 
w niej powiedzenia, złożone z wyrazów mowy. Albowiem logik 
(a podobnie gramatyk i t. p.), który wygłasza lub wypisuje powie- 
dzenia dla przykładu, zwykle nie wydaje wcale sądów, które są 
znaczeniem tych powiedzeń. Często nawet nie mógłby ich wcale 
wydawać, gdyby nawet chciał 2 . Jeżeli np. celem przytoczenia przy- 
kładu wnioskowania pod względem formalnym prawidłowego, cho- 
ciaż operującego samymi materyalnie fałszywymi sądami, wygłasza 
lub wypisuje powiedzenia: 

Wszystkie trójkąty są kwadratami, 
Wszystkie kwadraty są kołami, 



Wszystkie trójkąty są kołami, 

powiedzenia jego nie są wytworami psychofizycznymi, któreby wyra- 
żały sądy rzeczywiste czyli wydane. Wyrażają one sądy przedsta- 
wione tylko 3 , a te sądy przedstawione tylko zastępują sądy wydane 



1 Doniosłość, jaką posiadają w naszem życiu psychicznem sądy przedsta- 
wione tylko, wynika m. i. z faktu, że wchodzą one w skład wszystkich naszych 
pojęć (Por. moją rozprawę p. t. Wyobrażenia i pojęcia, Lwów, 1898, zwłaszcza 

§ ii)- 

- Używamy niekiedy zwrotu: istnieją sądy, których nikt nigdy wydać nie 
może. Znaczy to, że można sobie pomyśleć czyli przedstawić takie sądy; nada- 
jemy więc tutaj wyrazowi »istnieć« znowu znaczenie niewłaściwe. Por. powyżej 
str. 15 uw. 1. 

8 Powiedzeniami, które nie wyrażają sądów rzeczywistych, lecz sądy 
przedstawione tylko, zajmuje się m. i. A. Marty (Untersuchungen zur Grund- 
legung der allgemeinen Grammatik und Sprachphilosophie, Halle 1908, § 115). 
Nazywa on takie powiedzenia fikcyjnemi i zalicza je konsekwentnie wraz z na- 
zwami (imionami), które są oddawna znanymi znakami słownymi przedstawień, 
do jednej grupy znaków słownych, mianowicie do tak przez niego zwanych Vor- 
stellungssuggestive. Tym powiedzeniom fikcyjnym, należącym do Vorstellungs- 
suggestive, przeciwstawia powiedzenia rzeczywiste czyli t. zw. Urteilssuggestive. 
Powiedzenia, należące do Vorstellungssuggestive (czyli do — jak możnaby ten 
wyraz przetłumaczyć — przedstawników), możnaby nazwać powiedzeniami w zna- 



30 Kazimierz Twardowski 

czyli rzeczywiste tak saino. jak owe powiedzenia zastępują powie- 
dzenia rzeczywiste, t. j. wyrażające sądy rzeczywiste. Artefakt psy- 
chofizyczny wyraża tu artefakt psychiczny K 

§ 45. Tego rodzaju utrwalone wytwory zastępcze przedstawiają 
najskrajniejszy przypadek uniezależnienia wytworów psychicznych 
od czynności, dzięki którym jedynie istnieć mogą naprawdę czyli 
aktualnie. Operując takimi wytworami zastępczymi i w nauce i w ży- 
ciu potocznem, nie odczuwamy też żadnej trudności w operowaniu 
niezastęnczymi wytworami niezależnie od wytwarzających je czyn- 
ności, tern bardziej, że niezmiernie często wytwory rzeczywiste i za- 
stępcze zjawiają się naprzemian, np. gdy wydajemy sąd, który przy- 
jęliśmy zrazu z niedowierzaniem 2 . To też nie można się temu dzi- 
wić, że utrwalone w wytworach psychofizycznych wytwory psychi- 
czne traktujemy niemal jako coś objektywnego. czyniąc z nich przed- 
miot naszych dociekań życiowych i naukowych. Nasuwa się możność 
wyróżnienia w całokształcie badań naukowych pewnej grupy nauk 
w ten właśnie sposób, że się za ich wyłączny lub słowny przedmiot 
uzna w^ytwory psychiczne. Pojęciu tych nauk odpowiadałaby może 

czeniu szerszem. zaś powiedzenia, należące do Urteilssuggestive, powiedzeniami 
w znaczeniu ściślejszem. 

1 Pierwszym, który taki pogląd na przedmiot logiki szczegółowo uzasadnił, 
był Bernard Bo Iz ano. Sądy w powyżej określony sposób uniezależnione od 
czynności sądzenia nazwał >Satze an sich«. Obok >Satze an sich« zna Bol- 
zano także »Vorstellungen an sich«. t. j. przedstawienia w takiż sposób unieza- 
leżnione od czynności przedstawiania iWissenschaftslehre 1837, tom I. §§ 19 — 
23 oraz 48—53, gdzie też przytoczone są liczne cytaty z dzieł autorów dawniej- 
szych, którzy już mniej lub więcej zbliżali się do uchwycenia tych pojęć). (Dla 
uniknięcia nieporozumień zauważyć trzeba, że czynnością zastępczą, dzięki któ- 
rej powstają przedstawienia zastępcze, jest także przedstawianie, ale przedsta- 
wianie inne, aniżeli to, którego wytworem byłoby odpowiednie przedstawienie 
rzeczywiste). Wyłuszczeniem i zastosowaniem pojęć >Satze an sichn i »Vorstel- 
lungen an sich« wyprzedził Bolzano znacznie współczesnych mu logików, 
podobnie jak wprowadzeniem pojęcia zmiennych logicznych i (pod nazwą Giiltig- 
keit) pojęcia wartości logicznych, odgrywających tak wielką rolę w dzisiejszej logice 
symbolicznej. Bolzano posługuje się m. i. temi pojęciami w celach systema- 
tyki stosunków logicznych i dla określenia pojęcia prawdopodobieństwa (1. c. 
tom. II. §§ 147, 154—161). 

s Ilekrotnie uprzytomniamy sobie wytwór psychiczny, nie istniejący w da- 
nej chwili aktualnie w naszym umyśle, czynimy to przy pomocy wytworu za- 
stępczego, t. j. przy pomocy przedstawienia owego wytworu, które to przedsta- 
wienie odbywa się nadto zwykle drogą symbolicznego myślenia (Por. moją roz- 
prawę p. t. Wyobrażenia i Pojęcia, str. 89 — 95 . 



O czynnościach i wytworach 31 

najlepiej nazwa nauk humanistycznych l . Idąc w fym kierunku dalej, 
możnaby usiłować znaleźć określenie psychologii, nauki bądź co bądź 
w zakresie wszystkich nauk humanistycznych podstawowej. W okre- 
śleniu tern rozróżnienie wytworów i czynności psychicznych jako- 
też rozróżnienie różnych rodzajów wytworów psychicznych może 
oddać niemałą usługę. Podobne względy mogą się przyczynić do 
wyjaśnienia wzajemnego stosunku poszczególnych nauk humanisty- 
cznych wogóle. I tak ścisłe odgraniczenie wytworów od czynności 
przyczyniło się już w sposób decydujący do uwolnienia logiki od 
naleciałości psychologicznych. Może taki sam sposób postępowania, 
okazawszy się tak płodnym dla logiki, dałby się zastosować do 
nauk. zajmujących się innymi wytworami psychicznymi? Po roz- 
patrzeniu różnych rodzajów wytworów psychicznych i psychofizy- 
cznych oraz stosunku jednych do drugich możnaby sie też spodzie- 
wać niejednego wyjaśnienia w sprawie zadań i przedmiotu każdej 
nauki humanistycznej z osobna. Wszak charakter danej nauki hu- 
manistycznej w znacznej mierze zależy też od tego, czy operuje 
tylko zastępczymi, czy też rzeczywistymi wytworami psychicznymi, 
oraz od tego ; jak dalece w rozważaniu wytworów psychicznych 
abstrahuje od ich cech osobniczych (por. powyżej § 39 — 40). Nie- 
mniej ważną rolę odgrywa wzgląd na znaczenie, jakie dla pewnej 
nauki posiada sposób utrwalania wytworów psychicznych, więc 
wzgląd na rodzaj dotyczących wytworów psychofizycznych i na ich 
stosunek do wytworów psychicznych. Tak więc odróżnienie wytwo- 
rów od czynności psychicznych nie tylko rodzi szereg zagadnień, 
lecz może się także przyczynić do ich wyświetlenia. Dlatego syste- 
matyczne badanie wytworów, rozważanych dotąd, stosownie do po- 



1 Stumpf, który dla nauk, zajmujących się wytworami psychicznymi, 
proponuje nazwę eidologii, ogranicza te nauki do trzech, mianowicie do logiki, 
etyki i estetyki, uważając za przedmiot nauk humanistycznycn (nauki o pań- 
stwie i społeczeństwie, językoznawstwa, teoryi religii, teoryi sztuki i t. p.) zło- 
żone funkcye psychiczne, gdy tymczasem psychologia zajmuje się według niego 
elementarnemi funkcyami psychicznemi (por. Zur Einteilung der Wissenschaften, 
Berlin 1907, str. 21, 32, 37). Sądzę, że naturalniejsze jest pojęcie nauk humani- 
stycznych, upatrujące wspólną ich cechę w tern, że się zajmują wytworami psy- 
chicznemi ; w ten sposób logika, etyka i estetyka nie znajdują się poza obrębem 
nauk humanistycznych, lecz należą do nich razem z innemi naukami, zajmują- 
cemi się wytworami psychicznemi. Trudno bowiem zgodzić się ze Stumpfem, 
gdy twierdzi, że nauki humanistyczne zajmują się funkcyami psychicznemi. 



32 Kazimierz Twardowski 

trzeb różnych nauk, tylko z pewnych szczegółowych punktów wi- 
dzenia, nie jest może rzeczą bezużyteczną; przeprowadzone zaś 
w odpowiedni sposób, tworzyłoby teoryę wytworów. 



TRESC. 



Str. 

§ 1. Zadanie rozprawy 3 

§ 2. Moment czynnościowy i zjawiskowy 3 

§ 3. Przykład 3 

§ 4. Rozmaite stopnie różności znaczeń czasownika i odpowiedniego rze- 
czownika 4 

§ 5. Figura etymologiczna. Dopełnienie wewnętrzne (przedmiot wewnętrzny) 4 

§ 6. Kryteryum wewnętrzności dopełnienia (przedmiotu) 5 

§ 7. Zjawiska, powstające dzięki czynnościom 5 

§ 8. Stosunek tych zjawisk do dopełnienia (przedmiotu) wewnętrznego . . 6 

§ 9. Pojęcie wytworu 6 

§ 10. Rodzaje czynności i wytworów 6 

§ 11. Wyrazy, dotyczące czynności i wytworów fizycznych i psychofizy- 
cznych 7 

§ 12. Wyrazy, dotyczące czynności i wytworów psychofizycznych i psychi- 
cznych 7 

§ 13. Dwojaka wieloznaczność tych wyrazów 8 

§ 14. Rzeczowniki, oznaczające obok wytworów także czynności 8 

§ 15. Rzeczowniki, oznaczające obok wytworów i czynności także dyspozycye 9 

§ 16. Rola rzeczowników słownych • 10 

§ 17. Analogie w innych językach 11 

§ 18. Sposób uzyskania osobnych wyrazów na oznaczanie czynności i wy- 
tworów 11 

§ 19. Sposób ten nie dotyczy znaczenia dyspozycyjnego tych wyrazów . . 12 

§ 20. Wytwór czynności a przedmiot wytworu 13 

§ 21. Czy rozróżnienie czynności i wytworu jest usasadnione? 13 

§ 22. Fakt, który za tem przemawia 13 

§ 23. Wytwory, znikające wraz z czynnością; ich istnienie aktualne i po- 

tencyalne 14 

§ 24. Wytwory, trwające aktualnie dłużej od czynności 15 

§ 'Ib. Podział wytworów na nietrwałe i trwałe 16 

§ 26. Co umożliwia trwałość wytworów? 16 

§ 27. Charakter rzeczowy wytworów trwałych 17 

§ 28. Wytwory psychiczne nie są wytworami trwałymi 18 

§ 29. Wytworami trwałymi mogą być zarówno wytwory fizyczne jak psy- 
chofizyczne 18 



O czynnościach i wytworach 33 

§ 30. W wytworach psychofizycznych wyrażają się (znajdują swój wyraz) 

wytwory psychiczne 18 

§ 31. Niekiedy nadto wytwory psychofizyczne wyrażają wytwory psychiczne 19 

§ 32. Wytwór psychiczny jako znaczenie 21 

§ 33. Wytwory psychiczne, wyrażające się w trwałych wytworach psycho- 
fizycznych 22 

§ 34. Potencyalne istnienie wytworów psychicznych w wytworach psycho- 
fizycznych 22 

§ 35. Utrwalanie wytworów nietrwałych 24 

§ 36. Różne sposohy utrwalania wytworów nietrwałych 24 

§ 37. Pismo jako sposób utrwalania wytworów psychicznych 25 

§ 38. Pozorna niezależność wytworów utrwalonych od wytwarzających je 

czynności 25 

§ 39. Identyfikacya wytworów 25 

§ 40. Jest ona także jedną z przyczyn pozornej niezależności wytworów 

nietrwałych 27 

§ 41. Dalszej takiej przyczyny dostarczają »niby-wytwory« 2T 

§ 42. Wytwory zastępcze 27 

§ 43. Psychofizyczne wytwory zastępcze 28 

§ 44. Rola wytworów zastępczych w logice 28 

§ 45. Zakończenie 30 



Twardowski. 



POCZĄTEK ŻYCIA 

napisał 

Ks. KAZIMIERZ WAIS 



Was. 



Z wielką ciekawością śledzi dzisiejszy filozof przyrody budzącą 
się i rozpowszechniającą coraz bardziej reakcyę w dziedzinie bio- 
logii. Biolog z przed trzydziestu lat, jeśli nie chciał stawać pod 
sztandarem Du Bois Reymonda i wołać razem z nim: Ignoramus et 
ignorabimus. upatrywał za Lotzem i Moleschottem jedyny klucz do 
rozwiązania zagadki życia w siłach fizycznych i chemicznych. Nie ma — 
powtarzano wówczas w kołach uczonych, należących do tego kie- 
runku, zwanego mechanizmem — nie ma przepaści między światem 
nieorganicznym a organicznym, nie ma istotnej różnicy między czyn- 
nością jestestw żyjących a działaniem materyi martwej. Wszystko, 
co istnieje, należy uważać za ruch materyi, ułożonej w pewien spo- 
sób. Ustrój jest machiną, utworzoną przez stosowne połączenie czą- 
steczek chemicznych w komórki; z komórek powstają tkanki, z tka- 
nek narządy, z narządów ciało żywe. 

Zdawało się, że mechanizm, popierany gorliwie z jednej strony 
przez darwinizm, a z drugiej przez materyalistyczno-monistyczną 
filozofię Buchnera, Vogta i Haeckia, zawładnie na zawsze biologią, 
że natomiast pogląd przeciwny, czyli witalizm, którego w pierwszej 
połowie XIX. wieku bronili J. Muller i Liebig. jest pogrzebany na 
zawsze. > Około 70-go i 80-go roku — pisze witalista E. von Hart- 
mann 1 — uchodził oparty o darwinizm mechaniczny pogląd na 
świat za niewzruszony dogmat, a wszelka teleologiczna i witalistyczna 
myśl za kacerstwo*. Jedna tylko, rzec można, filozofia scholastyczna 
nie wyparła się witalizmu, uważając go, zgodnie z swą przeszłością 
i tradycyą, za jeden z najcenniejszych klejnotów, otrzymanych w spu- 
ściźnie po genialnym myślicielu Hellady, Arystotelesie 2 . 

Tymczasem w dwóch ostatnich dziesięcioleciach zjawił się nie- 
spodzianie, prawie nagle, silny prąd, skierowany przeciw rozpano- 

1 Das Problem des Lebens, Bad Sachsa 1906, str. 99. 

2 Zob. F. Bouillier, Le principe vitale, wyd. 2, Paryż 1873. 

1* 



Ą. Kazimierz Wais 

szonemu mechanizmowi. Samodzielniejsi i odwaźniejsi uczeni, wi- 
dząc doskonale słabe strony systemu, w którym się wychowali, za- 
częli tu i ówdzie, niekiedy nieśmiało i ostrożnie, zrywać jego kaj- 
dany i nawracać się do zarzuconego witalizmu. Przykład dał w r. 
1886 G. von Bunge, za którym poszło wielu badaczy, najpierw 
w Niemczech, a potem w innych krajach. Dziś poczet poważnych 
neowitalistów jest dość długi; należą do niego: O. Hamann, Rind- 
fleisch, H. Driesch, Gurwitsch, Fr. Ehrhardt, G. Wolff, Jan i Fryde- 
ryk Reinke, K. C. Schneider. R. Neumeister, Dennert. Herbst. G. Ja- 
ger. Pauly, France, Vignon. Gregoir, lord Kebin (Thomson), Hal- 
dane, Wilson, B. Moore, Windle, Grassi. Wasmann, Muckermann. 
Gemelli i wielu innych 1 . Są między nimi znaczne różnice w szcze- 
gółach, ale wszyscy zgadzają sie na to, że objawy życiowe nie da- 
dzą się wytłómaczyć mechanicznie. Niektórzy, jak Driesch. wyłu- 
szczając swe myśli, przemawiają niemal językiem Stagiryty i scho- 
lastyków. Wszystko najlepsze i najcenniejsze — uczy od r. 1896 
embryolog heidelberski 2 — co wiemy o życiu, przeczuł wielki Grek 
w książce: >0 duszy «. Zycie polega na współdziałaniu czynnika ce- 
lowego, entelechii arystotelesowskiej, z siłami nieorganicznemu Ente- 
lechia (6 zyzi sv escjtco to teXoc) nie posiada żadnych części roz- 
ciągłych, ale jest jakościową zasadą czynności i indywidualności 
ustrojów. 

Nowa szkoła ściągnęła na siebie, co łatwo można było prze- 
widzieć, oburzenie i gromy ze strony mechanistów. Do dnia dzisiej- 
szego stara się wielu zwolenników starego kierunku ośmieszyć, 
a przez to stłumić i zabić witalizm. W tym celu zarzuca się neo- 
witalistom mistycyzm, albo piętnuje się ich naukę jako » zaśniedziały 
przesąd*, będący objawem >owej słusznie znienawidzonej metody 



1 Do tego kierunku zbliża się znakomity biolog berliński, O. Hertwig, Der 
Kampf um Kernfragen der Entwicklungs- und Yererbungslehre, Jena 1909, 
str. 55-81. 

2 Die Maschinentheorie des Lebens (Biol. Zentralblatt, 1896); Studien tiber 
das Regulationsyermógen der Organismen (Archiv fur Entwickelungsmechanik, 
1899 — 1902); Die Lokalisation morphogenetischer Vorgange. Lipsk 1899; Die 
organischen Regulationen, tamże 1901; Kritisches und Polemisches (Biol. Zen- 
tralbl., 1902) ; Zwei Beweise fur die Autonomie von Lebensvorgangen, Jena 1902 ; 
Die »Seele« ais elementarer Naturfaktor, Lipsk 1903; Naturbegriffe und Natur- 
teile, tamże 1904; Der Vitalismus ais Geschichte und ais Lehre, tamże 1905 ; Phi- 
losophie des Organischen, tamże 1909. 



Początek życia 5 

ogłupiania, która w mroku średniowiecznym nosiła otwartą nazwę 
scholastyki* 1 . 

Umysł nieuprzedzony przyzna, że taka taktyka, acz bardzo 
łatwa i wygodna, zaostrza chyba spory, lecz nie prowadzi do roz- 
wiązania zagadki życiowej. Tylko spokojna i rozważna analiza fak- 
tów, poznanych drogą już to pospolitego doświadczenia, już to ściśle 
naukowego badania, może rozstrzygać, po czyjej stronie jest słu- 
szność: mechanizmu, czy witalizmu. 

Sądzę, że fakta przemawiają stanowczo na korzyść tego dru- 
giego systemu. Nie mam zamiaru, jak świadczy napis niniejszej roz- 
prawki, dowodzić szczegółowo słuszności witalizmu. Nie mogę je- 
dnak pominąć najgłówniejszych powodów, dla których przyjmuję tę 
teoryę, a odrzucam mechanizm; inaczej rozpatrywanie rozmaitych 
poglądów na początek życia byłoby pozbawione należytej podstawy. 
W rzeczy sam;j. kto chce znaleść zadowalniającą odpowiedź na py- 
tanie, skąd się wzięło życie, musi wpierw poznać stosunek, zacho- 
dzący między jestestwami żyjącemi a nieżyjącemi. 

Mechanizm biologiczny daje się należycie zrozumieć i ocenić 
w związku z innymi systemem, z mechanizmem atomicznym, noszą- 
cym zwyczajnie nazwę atomizmu mechanicznego. Oba te systemy 
tłómaczą świat, jak wskazuje ich nazwa, mechanicznie, z tą tylko 
różnicą, ze pierwszy zajmuje się światem organicznym, a drugi nie- 
organicznym; stąd pierwszy jest dalszym ciągiem drugiego. Mecha- 
nizm atomiczny widzi w świecie nieorganicznym tylko masę i prze- 
noszący się z ciała na ciało ruch, a odmawia mu wszelkich sił 
i wszelkich w ogóle jakości, albo sprowadza je do ruchu. Materya 
jest według niego wszędzie jednorodna; rozmaitość ciał powstaje 
dzięki rozmaitym ruchom atomów. 

W.-zakźe tezy te nie dają Się pogodzić z wielu faktami. Jeżeli 
materya wszystkich ciał jest jednorodna, to jak wytłumaczyć n. p. 
zjawisko, że każdy pierwiastek chemiczny zachowuje zawsze, choć 
wchodzi w skład najrozmaitszych związków, właściwy sobie ciężar 
atomowy, albo że okazuje stale dążność do łączenia się tylko z pe- 
wnymi pierwiastkami? Ten drugi fakt chcą mechaniści wyjaśnić do- 
datkową hipotezą, według której dwa ciała pozostają do siebie 
w stosunku powinowactwa chemicznego wówczas, gdy ruchy ich 

1 W7. M. Kozłowski, Przyrodoznawstwo i filozofia, Warszawa 1909, str. 
109 i nn. 



g Kazimierz Wais 

atomów są do i tgo stopnia zgodne, iż mogą w końcu przejść w stan 
równowagi stałej. Niestety, nasuwają się tutaj niepokonalne trudno- 
ści. Wszak w myśl teoryi ruch pochodzi tylko z zewnątrz: każdy 
mianowicie atom o tyle jest w ruchu, o ile go pcha w pewnym kie 
runku inny atom. Lecz łatwo zrozumieć, że pod wpływem ciepła, 
elektryczności lub innych czynników pchnięcia i kierunki ruchów 
mogą się u atomów zmieniać w nieskończoność. Gdyby tedy dodat- 
kowa hipoteza była prawdziwa, musiałyby się także zmieniać po- 
winowactwa chemiczne. Tymczasem pewne pierwiastki łączą się wy- 
łącznie z pewnymi pierwiastkami. Dodajmy, że z filozoficznego punktu 
widzenia przenoszenie się ruchu z jednego atomu na drugi jest bez- 
warunkowo wykluczone, gdyż ruch, jak każda inna przypadłość, tkwi 
z istoty swej tylko w jakiejś rzeczy jako w swym podmiocie, i dla 
tego nie może ani od niej oderwać się, ani z niej na inną rzecz 
przenieść. 

Dla tych i podobnych powodów wielu filozofów słusznie twier- 
dzi, że, chcąc wytłómaczyć wszystkie zjawiska, spotykane w ciele, 
należy za przykładem Arystotelesa przyjąć w niem dwie ostateczne 
zasady: jedną z siebie nieoznaczoną i wspólną wszystkim ciałom, 
drugą zaś rozstrzygającą o tern, że pewne ciało jest tern, a nie innem 
ciałem, że posiada te. a nie inne przymioty, siły, dążności i sposoby 
działania, że podlega tym. a nie innym prawom. Tamta zasada, 
z istoty swej bierna, zowie się pramateryą; ta. czynna i celowa, en- 
telechią albo — jak zwyczajnie mówią scholastycy — formą sub- 
stancyalną l . 

Według tego systemu ciała żyjące składają się również z pra- 
materyi i formy substancyalnej, a są odgraniczone od ciał martwych 
tern, że posiadają entelechię istotnie różną, wyższą i doskonalszą, 
która, dając bytom życie, zwie się ich duszą. Owszem, enteleehia 
ta stanowi trzy istotnie różne stopnie życia: roślinnego, zwierzęcego 
i ludzkiego; stąd rozróżniamy duszę roślinną, zwierzęcą i ludzką. 

Z tego wynika, że animizm, czyli witalizm Arystotelesa, zwany 
umiarkowanym, różni się zasadniczo od skrajnego witalizmu n. p. 



1 Zoh. Dr: A. Michelitsch, Atomismus, Hylemorphismus und Naturwissen- 
schaft, Grac 1897; P. Mielle, De substantiae corporalis vi et ratione, Lingonis 
1894; F. Million, La clef de la philosophie scolastiąue, Paryż 1896; A. Farges, 
Matiere et formę. wyd. 5, Paryż 1900; D. Nys, Cosmologie ou Ćtude philoso- 
phiąue du monde inorganiąue, wyd. 2, Lowaniura 1906. 



Początek życia 7 

Paracelsusa (1493 — 1541), van Helmonta (1577 — 1644), Stahla 
(1660 — 1734), sławnej szkoły medycznej z Montpellier (wiek XVIII.), 
tudzież niektórych pozornych przeciwników mechanizmu biologi- 
cznego, żyjących w naszych czasach. Paracelsus tłómaczył celowe 
czynności ustrojów cząstką ducha bożego, a van Helmont odwoływa 
się do rządzącego organizmem archeusza, któremu podlegają archeu- 
sze niższe, kierujące czynnościami narządów. Stahl sądził, że pod- 
stawą każdego życia roślinnego jest dusza rozumna, gdyż tylko od 
takiej duszy może pochodzić celowość ustrojów. Lekarze z Mont- 
pellier przyjmowali w człowieku obok duszy rozumnej niezależną 
od niej siłę życiową, która kształtuje ciało. Pozorni witaliści dzi- 
siejsi, mówiąc o sile życiowej, rozumieją przez nią jakąś nieznaną 
siłę materyalną 1 . 

Według Stagiryty i jego zwolenników entelechia ciał żyjących, 
czyli dusza, nie stanowi siły w z wy czaj nem tego słowa znaczeniu; 
jest ona zasadą życiową sui generis, skojarzoną z pramateryą w jedną 
substancyę organizmu, dającą mu ściśle oznaczoną naturę, two- 
rzącą podstawę wszystkich jego uzdolnień i czynności. W ten spo- 
sób należy rozumieć arystotelesowską definicyę duszy: Aió tj <\>ujji 
Łaxiv eyTe^e^eta tj TtpcÓTi] cwy-aTo; <puctx.o0 §'jva|j.ei '(o>7]v zyovzoc. Toiouto 
Sś, 6 av yj, ópyavixóv 2 . W ten też sposób trzeba tłómaczyć znaczenie 
wyrazów, którymi posługują się umiarkowani witaliści, zowiąc za- 
sadę życiową pierwiastkiem życiowym, siłą lub energią życiową. 

Już to, co się rzekło wyżej o wadach atomizmu mechanicznego, 
przemawia przeciw mechanizmowi biologicznemu. Jeżeli objawów 
materyi nieorganicznej nie można wytłómaczyć czysto mechanicznym 
sposobem, to tem bardziej należy to powiedzieć o zjawiskach, spoty- 
kanych w jestestwach żyjących, Co więcej, te ostatnie zjawiska do- 
magają się koniecznie entelechii nie tylko wyższej, ale istotnie różnej 
od entelechii utworów martwych. Między światem bowiem nieorga- 
nicznym, czyli mineralnym, a organicznym, t. j. żyjącym, zachodzi 
różnica istotna. 

Łatwo ją zauważyć już na pierwszy rzut oka. 

Jestestwo żyjące jest substancyą, złożoną z części różnoro- 
dnych, czyli narządów o rozmaitym kształcie zewnętrznym i rozmaitej 



1 Zob. Farges, La vie et l'evolution des especes, wyd. 2, Paryż 18'J2, 
str. 61 i nn. 

2 De anima, II, 1. 



g Kazimierz Wais 

budowie wewnętrznej, stosownie do rozmaitych celów, które mają 
spełnić narządy. W roślinie n. p. inaczej wygląda korzeń, inaczej pień, 
inaczej liść, inaczej kwiat lub owoc. Podobnie części składowe na- 
rządów różnią się, jak uczy histologia, między sobą pod względem 
morfologicznym. Najniższe organizmy jednokomórkowe przedstawiają 
się wprawdzie jako bryłki materyi niezorganizowanej, ale tylko po- 
zornie. W rzeczywistości bowiem każda komórka posiada bardzo 
bogatą organizacyę. Natomiast minerał nie ma żadnych narządów; 
wszystkie jego części są jednakowe, morfologicznie jednorodne. 

Ustroje odżywiają się i rosną. Odżywianie się polega na tern, 
że jestestwo żywe przyjmuje w siebie materye, znajdujące się w śro- 
dowisku, przetrawia je, i odrzuciwszy niepotrzebne resztki, przy- 
swaja, t. j. przemienia w swą własną substancyę. Każdy narząd 
i każda jego część odbierają stosowną ilość pokarmu, który się 
w nie wciela i ustawicznie je odświeża, zastępując dawne składniki 
nowymi. Stąd dopełnieniem odżywiania się jest wydzielanie, czyli roz- 
kład zorganizowanych składników na różne utwory; utwory te albo 
bywają wydalane na zewnątrz, albo, łącząc się z pokarmem, służą 
dalej do odnawiania komórek. Żaden zaś narząd, żadna jego część 
nie przyjmuje pożywienia w sposób samoistny; przeciwnie, wszystkie 
biorą go od całości, działając razem podług jednego planu organi- 
zacyi i zmierzając do jednego wspólnego celu. Tymczasem minerał 
ani nie przerabia innego ciała, ani go nie przyswaja wewnętrznie, 
ani nie rośnie w ścisłem znaczeniu; może się powiększać tylko przez 
to, że na jego powierzchni osiadają nowe cząsteczki materyi, przy- 
legając szczelnie do dawnych. Nadto, gdy organizm rośnie dopóty, 
dopóki nie osiągnie właściwej swej naturze wielkości, to powiększanie 
się ciał nieorganicznych może się odbywać bez końca. 

Ustroje rozmnażają się, czyli rodzą inne podobne do siebie 
ustroje. Wprawdzie ta czynność rozrodcza odbywa się w rozmaity 
sposób, bo albo przez prosty podział jestestwa żyjącego, albo przez 
tworzenie pączków, które po oderwaniu się od organizmu macierzy- 
stego prowadzą później życie samodzielne, albo przez rozwój jaja 
niezapłodnionego, albo wreszcie przez płciowe połączenie rodziców: 
zawsze atoli początek jednego ustroju należy odnieść do ustroju 
innego, przyczem oba posiadają jednakową naturę, czyli należą do 
tego samego gatunku. Substancyę świata nieorganicznego nie rodzą 
się w ścisłem znaczeniu, lecz zawdzięczają swe powstanie przyczy- 
nom gatunkowo od siebie różnym. Co innego n. p. woda, a co 



Początek życia 9 

innego tlen i wodór, które się na nią składają w związku che- 
micznym. 

Procesy odżywiania i rozmnażania się tworzą t. zw. cykle ży- 
ciowe. Zycie osobnika i gatunku toczy się istotnie kołem. Przyswa- 
janie, które pod względem chemicznym jest syntezą, i wydzielanie, 
będące naodwrót analizą, następują po sobie w odżywianiu na 
przemiany. Podobnie gdy ustrój dojdzie do należytego rozwoju, 
natenczas pewna jego część oddziela się i daje początek nowemu 
osobnikowi, który w swoim czasie znowu rodzi inny osobnik, poczem 
ten sam proces powtarza się dalej. Takich cyklów szukalibyśmy 
napróżno w królestwie nieorganicznem. 

Tak więc życie jest ruchem. Vita est in motu — mówili starzy. 
Ale ten ruch życiowy posiada własności, wyróżniające go zasadniczo 
od ruchu, spotykanego w materyi martwej. Ruch życiowy jest ciągły 
i immanentny, czyli wsobny. 

jego ciągłości świadczą dostatecznie wspomniane przed 
chwilą cykle życiowe. W przeciwieństwie do rzeczy nieżywych, które 
zmierzają zawsze do stałej równowagi, substancya żyjąca zmienia 
się bez przerwy; koniec zmian jest końcem życia, czyli śmiercią. 

Wsobność znowu ruchu życiowego polega na tern, że n. p. ko- 
mórka porusza siebie, działa na siebie, odżywia siebie, rozwija siebie. 
Jeżeli dwa pierwiastki, n. p. wodór i chlor, połączą się w związek 
chemiczny, powstaje trzecie ciało, zwane zwyczajnie solą kuchenną 
(chlorek sodowy), która nie jest ani chlorem, ani wodorem. W ko- 
mórce dzieje się inaczej. Służące jej za pokarm materyały nie two- 
rzą z nią trzeciego ciała, ale, jak widzieliśmy, zamieniają się w jej 
własną substancyę. Nie chcemy przez to powiedzieć, jakoby żywa 
komórka nie spełniała żadnych czynności, zwanych przechodniemi; 
może ona działać ró.vnież poza siebie, i działa rzeczy wiście tak 
samo, jak to czynią rzeczy martwe. Nie twierdzimy nawet, żeby 
wszystkie zjawiska mechaniczne lub fizyczno-chemiczne, odbywające 
się w jej wnętrzu, a rozpatrywane z osobna, należały do immanen- 
tnych. Czynność w ścislem słowa znaczeniu wsobna jest właściwie 
jedna: przyswajanie, czyli wewnętrzne wstawianie różnorodnych sul>- 
stancyi przerobionego pokarmu w ustrój komórkowy. »Ale ponie- 
waż — zauważył trafnie Mercier 1 — oddziaływania chemiczne, przy- 
gotowujące przyswajanie i kończące się w niem naturalnie, tworzą 

1 Psychologia (tlóm. pol. Krasnowolskiego), Warszawa 1902, str. 53. 



10 Kazimierz Wais 

z samem przyswajaniem ruch ciągły, jedną całość, byłoby więc 
sprzecznem z naturą rzeczy wyosabniać je od ostatecznego ich celu; 
zatem słusznie można powiedzieć sposobem ogólnym, że ruch odży- 
wiania, a przeto i ruch wzrostu i rozwoju jestestwa żyjącego, sta- 
nowi ruch iramanentny«. Dobrze tedy mówią scholastycy: Ywum 
est. quod se ipsum movet. 

Czy więc organizm jest. jak utrzymują mechaniści, tylko sztu- 
cznie zbudowaną machiną? Machina — woła Max Verworn * — po- 
siada tak samo organy, jak ustrój. Choćbyśmy — odpowiemy na 
to — rozmaite części składowe machiny nazwali w przenośnem zna- 
czeniu organami, każdy widzi przepaść między żywym ustrojem 
a machiną. Żadna na świecie maszyna nie odżywia się. nie rośnie, 
nie rodzi innych maszyn; żadna też nie porusza siebie samej. 

Jeszcze lepiej, jeśli być może, uwydatniają tę zasadniczą ró- 
żnicę między ustrojem a machiną zjawiska regeneracyi i t. zw. re- 
gulacyjnej zdolności, które spotykamy w niektórych organizmach. 

Driesch 2 dzieli ciało zwierzątka, znanego pod nazwą Clavel- 
lina lepadiformis, na dwie połowy, a już po trzech lub czterech 
dniach uzupełnia się każda połowa w ten sposób, że zamiast je- 
dnego, mamy dwa dobrze rozwinięte ustroje. Często odcięta część 
traci z początku organizacyę i przedstawia się przez parę miesięcy 
jako kulista masa jednorodna, lecz potem zaczyna się kształtować, 
tworząc po paru dniach nowy, choć mniejszy od dawnego, ustrój. 
Zjawiska regeneracyi zdarzają się nawet u organizmów doskonal- 
szych. Wiadomo, że n. p. rakom odrastają odcięte nożyce i nogi. 
G. Wolff, powtarzając dawniejsze doświadczenia Bonneta i Coluc- 
ci'ego, wycina soczewki oczne traszkom {Triton taeniatus). Po upływie 
jednego lub dwóch dni zjawia się na wewnętrznym brzegu tęczówki 
mnóstwo leukocytów (białe ciałka krwi), które pożerają jej czarny 
barwik. Później w pewnym punkcie tęczówki, wybranym tak pra- 
ktycznie, że rozum ludzki nie mógłby wybrać lepszego, zaczynają się 
rozmnażać komórki, skutkiem czego po wewnętrznej stronie oka 
powstaje woreczek, przybierający z czasem postać soczewki. So- 
czewka tworzy się tutaj w ogólności tak samo, jak w zarodku, z tą 
tylko różnicą, że soczewka zarodka rychło się odrywa od punktu. 



1 Allgemeine Physiologie, wyd. 5, Jena 1909, str. 143. 

2 Studien uber das Regulationsvermogen der Organismen (Archiv fur Ent- 
wicklungsmechanik, 1902, str. 247 i nn.). 



Początek życia 11 

z którego wyrasta, gdy odradzająca się soczewka traszki dorosłej 
odrywa się bardzo późno. Lecz właśnie ta różnica — zauważa 
Wolff — świadczy o niezwykłej celowości. Pierwsza bowiem so- 
czewka powstaje pośród tkanek stałych, a druga pośród tkanek wo- 
dnistych; gdyby tedy odrastająca soczewka oderwała się w tym sa- 
mym czasie, co soczewka zarodkowa, natenczas wpadłaby niezawo- 
dnie w jamę oczną. 

Czy te fakty nie są dowodami, że ustrój jest czemś więcej, 
aniżeli machiną? Czy w machinach spotykamy kiedy zjawiska, po- 
dobne do przytoczonych? Czy istnieje gdzie machina, która na- 
prawia sama swe uszkodzone części lub daje się dzielić na części, 
zamieniające się znowu w całe machiny? 

Z kolei przytoczę podobne zjawiska, dotyczące rozwijających 
się komórek. Komórka jajowa dzieli się po zapłodnieniu według po- 
stępu geometrycznego na coraz mniejsze komórki, zwane przewężnemi 
lub blastomerami. Dwie pierwsze blastomery jaja żabiego tworzą 
z czasem dwie symetryczne połowy żaby; gdy jednak blastomery 
r złączymy, natenczas każda z nich rozwija się w cały zarodek żabi. 
Ta — jak ją nazwano — regulacyjna zdolność komórek przewę- 
żnych występuje u niektórych gatunków w bardzo wysokim stopniu. 
Jaja jeżowców okazują ją jeszcze w postaci blastuli, która według 
dokładnych obliczeń Driescha składa się z 808 komórek. Można po- 
krajać blastulę na wiele części, a każda wyrasta w całą blastulę. 
Czy ten fakt da się wytłómaczyć w hipotezie mechanistów? » Wyo- 
braźmy sobie machinę — pisze W^asmann l — która składa się 
z 808 części; rozbijmy tę machinę na kawałki i patrzmy, czy każdy 
kawałek potrafi się znowu rozwinąć w całą machinę przez czynniki 
fizyczno-cheuiiczne! Lecz bezwarunkowo nie można sobie przedsta- 
wić maszyny, któraby temu sprostała«. 

Czy więc najnowsze badania przyrodnicze zacierają różnicę 
między światem nieorganicznym a organicznym, jak twierdził w r. 
1872 Spencer, i jak dziś jeszcze powtarzają niektórzy? »Mnie się 
je — odpowiada na to Bunge 2 — że historya fizyologii uczy 
wręcz przeciwnie. Ja twierdze odwrotnie! Im lepiej, wszechstronniej 
gruntowniej silimy się poznać objawy życiowe, tern bardziej przycho- 



1 Die modernę Biologie und die Entwicklungstheorie, wyd. 3, Fryburg 
1906, str. 249. 

2 Lehrbuch der Physiologie des Menschen, Lipsk 1901, t. II, str. 3. 



22 Kazimierz Wais 

dzimv do przekonania, że zjawiska, które uważaliśmy już za wy- 
jaśnione fizycznie i chemicznie, mają naturę więcej za wikłaną i urą- 
gają wszelkiemu mechanicznemu tłómaczeniu«. >Badanie komórki — 
twierdzi stanowczo jeden z najlepszych biologów. Amerykanin E. B. 
Wilson 1 — raczej rozszerzyło, aniżeli zmniejszyło niezmierny prze- 
dział, który odgranicza od świata nieorganicznego nawet najniższe 
postaci życia*. Hartog nie waha się utrzymywać, że gdyby około 
r. 1870 znana była rola, którą w komórkach zarodkowych odgry- 
wają ciałka, zwane chromosomami, nie byłoby wcale szkoły anty- 
witalistycznej w drugiej połowie XIX wieku 2 . 

Sądzę, że przedstawione powyżej uwagi, jakkolwiek dotyczą tylko 
części faktów, na które się powołują witaliści, wystarczą do 
stwierdzenia istotnej różnicy pomiędzy jestestwem żyjącem a wszelką 
materyą martwą, choćby ona tworzyła nawet naj sztuczniej złożoną 
maszynę. Z różnicy zaś tej wynika, że ustroje spełniają właści.e 
sobie czynności dzięki zasadzie życiowej, różnej od sil mechanicznych, 
fizycznych i chemicznych. Istotnie bowiem różne skutki każą konie- 
cznie wnosić o istotnie różnych przyczynach. Jeśli tedy objawy, spo- 
tykane w żyjącej matervi. różnią się istotnie od objawów materyi 
martwej, jasną jest rzeczą, iż pierwsze nie mogą pochodzić od tej samej 
przyczyny, od której pochodzą drugie. Innemi Ssowy, życie nie daje 
się zrozumieć bez zasady życiowej, która razem z materyą tworzy 
jedną substancyalną caiość, jedno działające celowo jestestwo żywe. 

Więc nie wystarczy powiedzieć, że życie tkwi w misternej bu- 
dowie zarcdzi, albo w pewnych właściwych jestestwom żyjącym 
już to urządzeniach wewnętrznych, już to procesach fizyczno-chemi- 
cznych, już to skupieniach atomów. Zaraz bowiem nasuwają się lo- 
gicznie pytania dalsze: skąd powstaje ta misterna budowa proto- 
piazmy, co jest przyczyną owych urządzeń, procesów i skupień, wła- 
ściwych żyjącym ustrojom? Czemu misterna budowa, swoiste sku- 
pienia, procesy i urządzenia nie przysługują wszystkim bytom ma- 
teryalnym? Słusznie tedy powie Iziano. że mechanizm uważa za 
przyczynę życia to, co jest jego skutkiem. 

'Czterdzieści lat temu — tak pisał w r. 1903 lordKelvin 3 — 
pytałem Liebiega, przechadzając się z nim na polu. czy by sądził, że 

1 The celi in derelopment and inheritance, Nowy Jork 1897. str. 330. 
s Gemelli, Darwinisme et vitalisme (Revue de philosophie, 1910, str. 233). 
8 Ninetheenth Century, t. I. str. 1069. 



Początek życia 13 

zioła i kwiaty, które widzieliśmy około siebie, rosną mocą samych 
sił chemicznych. Odpowiedział mi: Nie, tak samo, jak nie mogę 
uwierzyć, żeby jakiś traktat botaniczny, który je opisuje, mógł być 
uczyniony przez te siły*. Godne zaiste słowa wielkiego chemika. Tak 
jest, niesłychanie złożona budowa każdego ustroju i budząca naj- 
wyższy podziw zgodność funkcyj, spełnianych przez najrozmaitsze 
jego narządy w tym celu, aby go zachować, nie mogą być dziełem 
ślepych sił materyalnych, ale muszą pochodzić od substancyalnej za- 
sady celowej, która rzeczonym siłom przewodniczy i nad niemi pa- 
nuje. Tylko takie tłómaczenie życia uważam za zgodne z rozumem. 

Czy jednak zasada życiowa nie sprzeciwia się przyjętej po- 
wszechnie w nauce zasadzie zachowania energii? Ktoby ją o to po- 
dejrzy wał. dowiódłby zarazem, iż nie zrozumiał witalizmu umiarko- 
wanego. Zasada bowiem życiowa nie wnosi w ustrój żadnej nowej 
Siły, żadnej nowej energii materyalnej. Jestestwo żyjące czerpie 
wszelką energię ze środowiska, które je otacza, w postaci energii 
bądź kinetycznej, czyli aktualnej (ruch, ciepło, elektryczność), bądź 
potencyalnej, t. j. utajonej w powietrzu i pokarmie. Zjawiska życiowe 
są tylko przemianami energii, odbywaj ącemi się pod kierownictwem 
zasady życiowej. 

Zająwszy w sprawie istoty życia takie stanowisko, możemy bez- 
piecznie przystąpić do rozpatrzenia i ocenienia rozmaitych teoryj 
o początku życia. Teorye te są koniecznemi następstwami dwóch ró- 
żnych filozoficznych poglądów na życie: z jednej strony mechanizmu, 
z drugiej witalizmu. 

Mechanizm uczy, że życie powstało na świecie samorzutnie, 
przez samorodztwo {generatio aequivoca, spo?itanea), zwane także he- 
terogenezą, autogenezą lub abiogenezą. Niegdyś, gdy ziemia znajdo- 
wała się w stanie ognisto-płynnym, nie było na niej żadnego życia, 
żadnych ustrojów; skoro wszakże nastały korzystne warunki fizy- 
czno-chemiczne, wówczas materya nieorganiczna wydała pierwszą 
plazmę. Oto zasadnicza teza wszystkich niemal materyalistów i mo- 
nistów. >Był czas — czytamy u Buchnera 1 — w którym ziemia, 
jako rozpalona kula ognista, nie tylko nie posiadała zdolności do wy- 
dawania żywych jestestw, lecz nawet musiała być wprost wrogą dla 
wszelkiego istnienia roślinnych lub zwierzęcych ustrojów w najbliź- 
szem otoczeniu swej powierzchni... Skoro zjawiła się woda, i skoro 

Kraft und Stoff, wyd. 10, Lipsk 1869, str. 66. 



14 Kazimierz Wais 

tylko pozwoliła ciepłota, rozwinęło się życie organiczne*. Haeckel 1 
woła do swych słuchaczy: » Jeśli nie przyjmiecie hipotezy samo- 
rodztwa, musicie w tym jednym punkcie teoryi rozwoju uciec się do 
cudu nadprzyrodzonego stworzenia«. »Nie znamy wprawdzie — są 
znowu słowa Virchowa 2 , wyjęte z jego sławnej mowy na zjeździe 
przyrodników w Monachium 1877 r. — ani jednego faktu pozyty- 
wnego, któryby świadczył, że kiedykolwiek odbyła się jakaś gene- 
ratio aeauwoca, że kiedykolwiek nastąpiło jakieś samorodztwo w ten 
sposób, iż nieorganiczne masy, więc może Towarzystwo węgla i spółki, 
rozwinęły się dowolnie w masy organiczne. Przyznaję jednak, że 
jeżeli chcemy sobie przedstawić, jak mogło powstać z siebie takie 
pierwsze jestestwo, nie pozostaje nam nic innego, jak uciec się do 
samorodztwa. To jest jasne! Jeśli nie chcę przyjąć teoryi stworzenia, 
jeśli nie chcę wierzyć, iż był jakiś osobny Stwórca, który wziął 
grudkę ziemi i tchnął w nią dech żywota, jeśli chcę sobie zrobić 
jeden wiersz na swój sposób, to muszę go zrobić w myśl sarao- 
rodztwa — tertium non datur. Nie pozostaje nic innego; jeśli się raz 
powie: nie przyjmuję stworzenia, ale chcę mieć jakieś wyjaśnienie — 
jeśli taka jest pierwsza teza, tedy muszę przystąpić do tezy dru- 
giej i powiedzieć: zatem przyjmuję samorodztwo. Lecz nie mamy na 
to żadnego faktycznego dowodu. Żaden człowiek nie widział, żeby 
się gdzieś rzeczywiście odbyła generatio aequivoca, każdego zaś, który 
twierdził, iż ją widział, zbili przyrodnicy, a nie teologowie«. Nie 
inne byio zapatrywanie Virchowa na tę sprawę w dziesięć lat pó- 
źniej. » Ludzie — pisał sławny antropolog 3 w r. 1887 — wierzą nie 
bez dobrej podsiawy, że był czas, w którym jeszcze nie istniało 
żadne jestestwo żyjące, a chcą wiedzieć, gdzie należy szukać po- 
czątku życia, i jak się zaczęło życie w świecie martwym. Kto się 
nie może oprzeć tej pokusie, dla tego pozostaje ostatecznie tylko 
wybór między dogmatem stworzenia a dogmatem samorodztwa... 
Generatio aequivoca przedstawia się jako postulat filozofii przyrody*. 
»Nie widzę żadnej możliwości — przytaczam jeszcze znanego darwi- 
nistę Weismanna 4 — żeby się uwolnić od przyjęcia samorodztwa; 
jest ono dla nas logiczną koniecznością*. 



1 Natiirliche Schópfungsgeschichte, wyd. 2, Berlin 1870, str. 809 i n. 

2 Die Freiheit der Wissenschaft im modernen Staat, Berlin 1877, str. 2o_ 
8 Biolog. Centralblatt, 1887, str. 553 i n. 

4 Yortrage iiber Deszendenztheorie, 2 t., Jena 1904, t. II, str. 306. 



Początek życia 15 

Podobnym językiem, choć niezawsze tak szczerze, jak Virchow, 
przemawia długi szereg przyrodników, stojących mniej lub więcej 
otwarcie na gruncie materyalizmu i monizmu. Tutaj należą np. Pflii- 
ger, Zóllner, M. Verworn, Kólliker, von Nageli, R. Hertwig, Allen, 
K. Gunther, Huxley, Tyndall, Soury, Cattaneo. 

Przystępując do krytyki powyższej hipotezy, rozpoczniemy od 
pytania, czy generatio aequivoca istnieje w obecnych warunkach. Py- 
tanie mogłoby się wydawać zgoła zbytecznem wobec wyraźnego 
oświadczenia Virchowa, że sami przyrodnicy nie uznają samorodztwa. 
Ogólnie rzec-: biorąc, oświadczenie to jest i dzisiaj zgodne z rzeczy- 
wistością, atoli należy pamiętać, że między przyrodnikami znajdo- 
wali się nie tak dawno temu, a nawet znajdują się dotychczas tacy, 
którzy inaczej zapatrują się na sprawę. Wyjątki zaś te mogą na- 
suwać podejrzenie, jakoby nauka nie wydała dotychczas rozstrzyga- 
jącego i stanowczego wyroku o samorodztwie. 

W starożytności panowało powszechnie przekonanie, że nie- 
które mniejsze ustroje mogą powstawać i powstają rzeczywiście bez 
rodziców, t. j. z materyi martwej. Nawet Arystoteles, acz przyznaje, 
iż ustroje doskonalsze, a mianowicie mające krew ciepłą, rodzą się 
z nasienia, rozprawia jednak o samorodztwie owadów, mięczaków 
i ryb, zwłaszcza węgorzów: owady wywodzą się z materyi gnijącej, 
niektóre ryby z piasku mięczaki i węgorze z błota l . Przekonania te 
podzielają późniejsi filozofowie, przyrodnicy i poeci, tak greccy, jak 
rzymscy. Georgica 2 Wergilego pouczają n. p., jak z wnętrza zabitych 
wołów wychodzą roje pszczół, a Metamorfozy 3 Owidyusza opiewają 
samorodne powstanie pszczół, szerszeni, skorpionów, żab i wężów. 
Diodor Sycylijski 4 pisze, że w żyznej dolinie Nilu rodzi się mnóstwo 
zwierząt z mułu, ogrzanego życiodajnymi promieniami słońca. Pli- 
niusz 5 opowiada o znalezionym w Tebaidzie szczurze, który miał 
przednią część ciała doskonale rozwiniętą, a tylną jeszcze kamienną. 
Lukrecyusz 6 zauważa, że ziemia zowie się słusznie matką, bo dała 
niegdyś początek wszystkim jestestwom; owszem, nawet dzisiaj rodzi 
się z niej wiele zwierząt dzięki deszczom i ciepłu słonecznemu. 

« ITspl C<pci)v lazopia, ks. V, rr. 1, 19 i 32; ks. VI, rr. 15 i 16. 

2 L. IV, v. 280 et seqq. 

3 L. XVI, v. 361 et seqq. 

4 Bibliotheca, V, 10. 

5 Histor. mundi, 1. XI, § 23. 

6 De rerum natura, 1. V, v. 793 et seqq. 



^g Kazimierz Wais 

Uczeni średniowiecza przyjmowali także w pewnym zakresie abio- 
genezę; mniemali jednakowoż zwyczajnie, że jeśli materya wytwarza 
życie, to nie czyni tego o własnych siłach, lecz pod wpływem ciał 
niebieskich. Pośród późniejszych przytoczony już lekarz belgijski, 
van Helmont, pisał nawet recepty, z pomocą których można bez ro- 
dziców otrzymać niedźwiadki, myszy, żaby i pijawki. »Zrób dziurę 
w cegle — oto jedna z takich recept — włóż w nią ziela bazyliszko- 
wego, przykryj tę cegłę drugą cegłą, wystaw obie cegły na słońce, 
a po upływie kilku dni ziele zamieni się w prawdziwe niedźwiadki*. 
Podobne przepisy podawał młodszy nieco od van Helmonta O. Ata- 
n- zy Kircher 1 . Kto chce otrzymać — uczył sławny Jezuita — żywe 
węże, niech posieje w żyznej ziemi posiekane na drobne kawałeczki 
ciało upieczonych wążóvr. a potem zlewa ją codziennie wodą; 
po ośmiu dniach zjawią się robaki, które należy odżywiać rozwo- 
dniunem mlekiem, póki nie osiągną wielkości doskonałych wężów. 
Atoli już w drugiej połowie XVII stulecia zaczęto tu i ówdzie 
wystęDOwać przeciw istnieniu heterogenezy. Franciszek Redi (1626 — 
1698), nadworny lekarz wielkich książąt toskańskich, choć wierzył 
w samorodztwo pasożytów 2 , wykazvw,id 3 . że tworzące się w gniją- 
cem mięsie robaki są gąsienicami pewnych much, które w mięsie 
złożyły jaja, że jeśli muchom uniemożliwimy przystęp do mięsa, 
wówczas napróżno szukalibyśmy w niem robaków. Zrazu nikt nie 
chciał dać wiary temu twierdzeniu uczonego Włocha: wyszukiwano 
najrozmaitsze zarzuty, a nawet powoływano się na Pismo Św., z któ- 
rego przytaczano miejsca, przemawiające rzekomo za samorodztwem. 
P źniej poszli za Redim Yallisneri, Swammerdam, Leeuwenhoek, 
Malpighi i Reaumur*. Kiedy jednak poznano bliżej drobnoustrojowe 

1 Mundus subterraneus, Amsterdam 1665, lib. XII. 

2 Mowa tu o pasożytach, zwanych wnętrzniakami, t. j. przebywających 
w trzewiach zwierząt i człowieka. Przekonanie o samorodztwie pasożytów prze- 
trwało aż do XIX. wieku. 

3 Experimenta circa generationem inseetorum, Leyda 1739, str. 32 i nast. 

4 Ze względów filozoficznych występował wówczas przeciw samorodztwu 
w ogóle scholastyk Ludwik Lossada (Cursus philosophicus, Salmanticae 1724-1735. 
t. III, Tractatus: De gener. et corrupt., c. 2, n. 26, 27). »Mihi ąuidem — czytamy 
tamże — necessaria videtur virtus seminis pro cuiuslibet generatione viventis> 
non quod improbem recursum ad causas universales, etiam ad primam, pro in- 
fluxu principali praestando; sed quia universalis causa supponit exigentiam 
causae particularis materiam disponentis aut determinantis, et haec neguit esse 
alia quam virtus seminalis«. 



Początek życia 17 

żyjątka, zwane wymoczkami, które odkrył Leeuvenhoek, a których 
rozmnażanie się było z początku tajemnicą, zaczęto znowu mówić 
o samorodztwie. Najgłośniejszym jego obrońcą był w połowie XVIII 
wieku ksiądz irlandzki, Needham, który miał się przekonać naocznie. 
że w wywarze materyi organicznych okazały się później wymoczki, 
choć zawierające wywar naczynie było szczelnie zamknięte. Nato- 
miast Tabbe Spallanzani \ ponawiając doświadczenia Needhama, do- 
szedł w r. 1765 do wprost przeciwnego wyniku, przyczem twierdził, 
że jeżeli Needham odkrył po pewnym czasie w nalewce wymoczki, 
to pochodziło to z niedostatecznego jej przegotowania; według Spal- 
kinzaniego należy gotować nalewkę przynajmniej przez trzy kwa- 
dranse. Ta sprzeczność wyników wywołała między Needhamem 
a Spallanzanim spór, który jednak za ich życia nie został rozstrzy- 
gnięty. Przez długie lata najznakomitsi przedstawiciele nauk przy- 
rodniczych, a mianowicie Buffon. Oken. Treviranus, Wrisberg, stali 
po stronie Needhama; za Spallanzanim poszło zaledwie kilku uczo- 
nych, jak np. K. Bonnet i M. Terechowsky. Z czasem wszakże, 
dzięki ustawicznym pracom długiego szeregu badaczy, obóz drugi 
wzmógł się kosztem pierwszego: w polowie XIX stulecia hipoteza 
smiorodztwa prawie nie miała obrońców. Przyczynili się do tego 
przedewszystkiem M. Schultze. Schwann, Milne-Edwards, KI. Bernard, 
Balbiani, Kiichenmeister, Schroeder, Dusch, von Siebold, Leuckart, van 
Beneden, Ehrenberg i de Bary. Jedni z nich badali wymoczki, drudzy 
pasożyty, inni najmniejsze z wszystkich ustroje jednokomórkowe 
tj. bakterye. Nasz Libelt 2 , śledząc pilnie wyniki ich prac, pisał: 
»Z tego wszystkiego pokazuje się, że tak nazwana generatio aequi- 
voca, czyli rozwijanie się gatunków bez poprzedniego zapłodu, jako 
tuka nigdzie miejsca nie ma,... ale że wszystko, co żyje i wegetuje, 
z rodziców bierze początek «. 

Niestety, eksperymenty przeciwników samorodztwa niezawsze 
się udawały. Pewne substancye, jak n. p. mleko, chociaż były dobrze 
przegotowane i przystępne tylko dla wyjałowionego powietrza, za- 
ludniały się z czasem mikrobami. To ośmieliło akademika pary- 
skiego, F. Poucheta 3 do podjęcia w r. 1858 na nowo obrony hete- 
rogenii. Pouchet napełniał wrząca nalewką naczynie, a potem, za- 

1 Saggio di osservazioni microscopiche concernenti ii systema delia ge- 
ncrazione de'signori Needham e Buffon, Modena 1765. 

ł Filozofia i krytyka, Poznań 1845—1850, t. IV. str. 118 i n. 

s L'heterogenie, Traite de la generation spontanee, Paryż 1859. 
Wais. 



18 



Kazimierz Wais 



tkawszy je szczelnie i odwróciwszy, zanurza? jego szyję w rtęci. 
Kiedy nalewka ostygła, otwierał naczynie i wprowadzał do niego 
tlen albo powietrze, wyjałowione za pomocą gorąca. Po kilku dniach 
spostrzegał w naczyniu liczne drobnoustroje, z czego wnosił, że 
mogły one powstać wyłącznie przez samorodztwo. 

Wnet wystąpił przeciw niemu, obok innych uczonych, znako- 
mity fizyk i fizyolog. L. Pasteur 1 . Silnie przekonany, dzięki swym 
badaniom nad fermentacyą, o istnieniu rozmaitych zarodków, żyją- 
cych w atmosferze, Pasteur spostrzegł od razu, że mikroby, przypi- 
sywane przez Poucheta samorodztwu, pochodziły z rtęci, przez którą 
przepuszczano tlen lub powietrze wyjałowione. Następnie udowodnił 
za pomocą własnych doświadczeń dwa następujące fakty: 1) pozba- 
wione zarodków powietrze nie wywołuje fermentu w płynie, podle- 
gającym wprawdzie zepsuciu, lecz wyjałowionym; 2) powietrze natu- 
ralne nie sprawia koniecznie gnicia płynu wyjałowionego, albowiem 
ilość znajdujących się w niem zarodków niezawsze jest dostateczna 
do wywołania fermentu. Dla objaśnienia pierwszego faktu dodamy. 
że wyjałowienia płynów, n. p. różnego rodzaju nalewek, krwi i mleka, 
dokonywał Pasteur za pomocą gotowania, często przy 100°, oraz że, 
chcąc oczyścić z wszelkich zarodków powietrze, przepuszczał je przez 
platynową rurkę, rozgrzaną do czerwoności, lub przez wyjałowioną 
watę. Przy drugim fakcie warto nadmienić, iż w naczyniach, napeł- 
nionych płynem, zdolnym do fermentacyi, a stykającym się z czy- 
stem powietrzem Gór Jurajskich lub góry Mont Blanc, nie było czę- 
sto żadnej zmiany nawet po paru latach; skoro wszakże w jednem 
z naczyń uczyniono otwór, przez który weszło do jego wnęirza po- 
wietrze pracowni, wnet okazała się pleśń na powierzchni płynu. 

Doświadczenia Pasteura, choć nie przekonały Poucheta i jego 
zwolenników (Joly i Musset), przekonały paryską Akademię nauk. 
której walczące strony powierzyły rozstrzygnięcie sporu. Wybrana 
przez Akademię komisya, sprawdziwszy doświadczenia Pasteura, 
przyznała mu w r. 1862 słuszność wraz z nagrodą 2500 franków. 

1 Experiences relatives aux generations dites spontanees (Comptes rendus 
de 1'Acad. des sciences, 1860, t. 50, str. 303 i nn.); De 1'origine des ferments, 
Nouvelles experiences relatives aux generations dites spontanees (tamże, str. 849 
i nast.) ; Memoire sur les corpuscules organises qui existent dans 1'atmosphere, 
et examen de la doctrine des generations spontanees (Ann. des sciences nat., 
4-e serie, 1861, t. 16. str. 5 i nast.); Notę en reponse des observations critiąues 
(Compt. r. de 1'Acad. d. sc, 1863, t. 57, str. 724 i nn.). 



Początek życia 19 

Mimo zwycięstwa Pasteura, w dziesięć lat później, chemik pa- 
ryski, Fremy, wskrzesił hipotezę samorodztwa pod inną postacią. Spo- 
sobność do tego nastręczyła teorya fermentacyi, którą Pasteur przed- 
stawił' Akademii w r. 1872. Pasteur wykazał, że ferment, jak już 
około r. 1835 uczyli Cagniard, Latour i Schwann, pochodzi od mi- 
kroskopijnych komórek atmosferycznych, a mianowicie od grzybków 
drożdżowych. Grzybki osiadają w lecie n. p. na winogronach, a w je- 
sieni dostają się do wyciśniętego z jagód soku, gdzie, rozmnażając 
się szybko przez pączkowanie, sprawiają fermentacyę. Istota jej po- 
lega na tern, że grzybki, zabierając cukrowi gronowemu tlen, roz- 
kładają go na alkohol i dwutlenek węgla. Otóż przeciw tej teoryi 
wystąpił Fremy, a za nim inni, twierdząc, że żyjące komórki, które 
widać podczas fermentacyi wina. pochodzą od napół zorganizowanej 
materyi soku winogronowego. Uogólniając to zdanie, powiedzieli ci 
uczeni, że między przyrodą organiczną a nieorganiczną istnieją ciała 
w części zorganizowane, które organizują się całkowicie same z siebie. 

Nowym przeciwnikom odpowiedział Pasteur nowymi dowo- 
dami; przytoczymy z nich jeden. W winnicy swej kazał zbudować 
szklarnię, w której rosło kilka winnych szczepów. Wiedząc, że ko- 
mórki drożdżowe nie osiadają na szczepach przed lipcem, poobwijał 
pod koniec czerwca wszystkie grona watą. Jagody mimo to dojrzały, 
a grzybki drożdżowe zatrzymały się na wacie. Z nadejściem jesieni 
przewieziono winogrona do Paryża i zdjęto z nich zasłony wobec 
osobnej komisy i; w wyciśniętym z winogron soku nie powstała fer- 
mentacya. Wniosek z tego oczywisty, że moszcz nie może sam przez 
się fermentować, że grzybki drożdżowe, umożliwiające fermentacyę, 
nie pochodzą z moszczu, lecz dostają się do niego z powietrza. 

Jeszcze z jednym zwolennikiem samorodztwa musiał się roz- 
prawić Pasteur, z poważanym profesorem wydziału lekarskiego w Lon- 
dynie, dr. Charltonem Bastianem, który wystąpił z oświadczeniem, 
że odkrył fizyczno - chemiczne warunki powstającego samorzutnie 
życia. Po długiej polemice, która się toczyła do r. 1877, Bastian 
zamilkł, a postawiona przez Pasteura »teorya zarodków* nabrała 
tern większego znaczenia w świecie naukowym, że jego doświad- 
czenia sprawdzili Tyndall l , P. Bert, Berthelot, Schiitzenberger i wielu 
innych. Owszem, cały świat przyrodniczy oświadczył się za t. zw. 

1 Fragmente aus den Naturwissenschaften, 2 t. (tJóm. niem. Helmholtza 
i Du Bois-Reymonda), Brunświk 1899, t. II, str. 340-388. 

2* 



20 Kazimierz Wais 

panspermizraem, twierdząc, że atmosfera jest przepełniona jajkami 
i zarodkami, pochodzącymi od jestestw żyjących. Wprowadzone 
przez Pasteura pojęcia dały początek nowożytnej bakteryologii, 
a nadto wywołały przewrót w medycynie, chirurgii, hygienie, prze- 
myśle i agronomii. 

Dopiero po blizko trzydziestu latach milczenia Bastian za- 
brał ponownie głos w obronie samorodztwa, popierając swą ulu- 
bioną tezę doświadczeniami, zebranemi przez ten długi przeciąg 
czasu. Mam tu na myśli dwa jego dzieła: The naturę and origin 
of Uoing matter, i The evolution of life\ obie książki wyszły 
w Londynie, pierwsza w r. 1905 1 . druga w 1907. Bastian przypo- 
mina swoje dawniejsze doświadczenia, znane z czasów sporu, który 
prowadził z Pasteurem i Tyndallem. a potem przytacza nowe, czy- 
nione na rozmaitych płynach organicznych. 

Pierwsze doświadczenia osądził już w swoim czasie Pasteur. 
Gdy Bastian wrzucił do przegotowanej uryny pewną ilość potasu, 
uryna zaroiła się od nasion; mniemał tedy, że przez dodanie potasu 
wywołał fizyczno-chemiczne warunki samorodztwa. Pasteur odpo- 
wiedział, że jeżeli w przegotowanej urynie pokazały się później na- 
siona, to albo pozostały jeszcze w niedostatecznie przegotowanej 
urynie, albo weszły do niej wraz z potasem, albo znajdowały się 
na ścianach naczynia w stanie połowicznego wyschnięcia i dlatego 
oparły się ciepłocie wrzenia. Czynione próby wykazały, że słuszność 
była po stronie genialnego Francuza. 

Podobne błędy widać także w nowych doświadczeniach Ba- 
stiana. Niezawsze n. p. — o czem zdaje się zapominać Bastian — 
ogrzanie płynów organicznych przez kilka lub kilkadziesiąt minut 
do 110° zabija istniejące w nich zarodki. Dziś wiadomo, że t. zw. 
śmiertelna temperatura jest dla rozmaitych drobnoustrojów rozmaita. 



1 Trzydziestego czerwca tegoż roku rozeszła się po świecie budząca po- 
dziw wiadomość, że dr. John Butler Burkę odkrył samorodne powstanie życia 
pod wpływem radu. Młody ten uczony angielski przyrządził odwar mięsny (spe- 
ptonizowany bulion wołowy z żelatyną), i wyjałowiwszy go należycie, dodał do 
niego pewną ilość sproszkowanego bromku radowego. Po upływie kilku dni że- 
latyna przybrała wygląd, przypominający zwyczajne hodowle bakteryi. Sztuczne 
te hodowle nazwał Burkę radiobami. Wnet jednak uśmiercił radioby W. Ram- 
say, znany z swoich prac nad radem. Ramsay wykazał, że radioby były bań- 
kami, utworzonemi ze skrzepłego białka, a wypełnionemi gazem. Zob. Gaea, 
1906. str. 34 i nn. 



Początek życia 21 

Christen wykazał, że, aby zniszczyć na pewno niektóre bakterye, 
potrzeba gotować nalewki przeszło szesnaście godzin, a nadto pod- 
nieść ich ciepłotę na kilka minut do 130°. Według H. Muckermanna 1 
• zarodniki bakteryi znoszą gorąco aż do 150° C.< 

Jeszcze inne doświadczenia badacza angielskiego mają niezbi- 
cie wykazywać samorodztwo. Oto Bastian stwarza życie nie tylko 
w środowisku organicznem, lecz także nieorganicznem ! Wystarczy 
rozczyn solny (krzemian sodowy, fosforan amonowy, kwas fosforowy, 
woda destylowana) wlać do gorącej probówki, zatkać go podczas 
wrzenia, ogrzać przez 10 lub 20 minut do 115 albo 130 stopni, 
a potem umieścić w zwyczajnej ciepłocie; po pewnym czasie 
okaże się na dnie probówki osad, w którym pod mikroskopem mo- 
żna zobaczyć bakterye. Wszakże krytycy Bastiana zaręczają, że 
albo rozczyn nie był należycie wyjałowiony, albo zarodki dostały 
się do niego później, albo wreszcie zauważone drobnoustroje, choć 
pod względem formy przypominały drobnoustroje, nie były nimi 
w istocie -. Laboratorya bowiem bakteryologiczne nie znają takich 
faktów, o jakich opowiada Bastian. 

Nadto Bastian zdradza się ustawicznie z swem zapatrywaniem 
apriorycznem: musi istnieć dzisiaj generatio aequivoca, bo według 
powszechnego zdania przyrodników pierwsze ustroje zjawiły się na 
ziemi samorodnie, skoro tylko ostygła do pewnego stopnia jej po- 
wierzchnia. Zobaczymy poniżej, co należy sądzić o takiem rozu- 
mowaniu. 

Tymczasem wspomniemy o zarzucie, podniesionym przeciw do- 
świadczeniom Pasteura przez T. Newesta. W książce, wydanej p. t.: 
Vom Zweck zum Ursprung des organischen Lebens (Wiedeń 1908), 
Newest (właściwie Hans Goldzier) twierdzi, że choć eksperymenty 
Pasteura są niewątpliwe, to jednak wysnuwane z nich zwyczajnie 
Wnioski mogą być mylne. Jeżeli bowiem w wyjałowionych i dobrze 
przed wpływem powietrza zabezpieczonych nalewkach nie widać 
żyjątek, nie wynika z tego na pewno, że powietrze zawiera w so- 
bie zarodki, które czekają tylko na korzystne warunki, aby się 
rozwinąć; można także przypuścić, że nalewki stały się skutkiem 
gotowania niezdolnemi do wydawania jestestw żyjących. 

1 Grundriss der Biologie, cz. I, Fryburg 1909, str. 44. 

2 »J'ai cherche en vain — powiada fizyolog paryski, A. Briot (Le pro- 
bleme de la vie, Bevue de philosophie, 1910, str. 266) — datis l'expos6 de 
Bastian une preuve de leur vitalite«. 



22 Kazimierz Wais 

Doświadczenia Pasteura — oto nasza odpowiedź — wykazują 
przedewszystkiem, iż wyjałowione płyny pozostają wolne od wszel- 
kich żyjątek, jeżeli nie dopuścimy do nich zarodków z powietrza; 
że zaś w powietrzu zarodki istnieją, świadczy fakt, który .łatwo 
można sprawdzić. Gdy przez watę przepuścimy zwyczajne powie- 
trze, mikroskop pokaże nam w osiadłym na niej pyle niezliczone 
ciapka zorganizowane, które nie różnią się niczem od zarodków naj- 
niższych ustrojów. Skoro tedy w wyjałowionym płynie tworzą się 
potem żyjątka, wnosimy słusznie, że nie powstają one samorodnie, 
lecz rozwijają się z zarodków T pyłu powietrznego. Przypuszczenie. 
że wyjałowienie zniszczyło w nalewkach jakąś wewnętrzną ich siłę 
czy zdolność rodzenia, jest zgoła bezpodstawne; trzebaby wpierw 
udowodnić, że taka zdolność samorodcza przed wyjałowieniem 
w nich istniała. Gdyby zresztą sterylizacya zabijała dzisiaj w pły- 
nach siłę samorodztwa, uczyń laby to samo wówczas, gdy ziemia 
znajdowała się w stanie ognisto-płynnym. Jeżeli zaś ziemia nie 
miała tej siły w owym czasie, zachodzi pytanie, skąd się na niej 
wzięło życie — pytanie, na które Newest nie potrafi dać odpowie- 
dzi. Wszak na to widocznie wymyślił swą hipotezę, by przez sa- 
morodztwo wytłómaczyć pierwsze powstanie życia. 

Sądzę, że to wszystko, co powiedziałem o badaniach nad sa- 
morodztwem. wykazuje dostatecznie, iż ono nie istnieje. Słusznie 
tedy ogół biologów^ przyjmuje bez zastrzeżeń zasadę W". Harveya 
(1578 — 1657): Omne vivum ex ovo 1 , nadając jej poprawniejsze i do- 
kładniejsze znaczenie w formułach: omnis celi ula ex cellula (Yir- 
chow), omnis nucleus ex nucleo (Walter Flemming), omne chromosoma 
e chromosomałe (Boveri). Zasada ta wyraża prawo przyrody. Prawom 
zaś przyrody przysługuje, jak świadczy nauka, stałość. Przyrodnicy 
są o tej stałości tak przekonani, że niektórzy z nich wiążą ją, jak- 
kolwiek niesłusznie, z bezwzględną koniecznością. »Prawa — powiada 
n. p. Buchner 2 — kierujące dziełami przyrody,... są wieczne i nie- 
odwołalne... Tutaj niema ani wyjątku, ani ograniczenia, i żadna 
potęga, którą można pomyśleć, nie potrafi przełamać tej konieczności*. 

1 Według Huxleya (Revue scientifiąue. 1 lipca 1871, str. 3) Harvey ucho- 
dzi mylnie za twórcę tej zasady. W każdym razie uznawał on samorodztwo 
pewnych zarodków (primordia oviformia). Zob. Bellynck, Cours de zoologie, Na- 
mur 1864, str. 73 i n.; por. W. Preyer, Biologische Zeitfragen, wyd. 2, Berlin 
1889, str. 225 i nn. 

! Dz. przyt.. str. 36. 



Początek życia 23 

Zdawałoby się tedy, że jeżeli kto na podstawie faktów od- 
rzuca heterogenezę w dzisiejszym świecie, to, uznając stałość praw 
przyrody, odrzuci ją także w każdym okresie geologicznym. W istocie 
zdrowy rozsądek tylko na to następstwo może się zgodzić. Tymcza- 
sem, jak widzieliśmy wyżej, mechaniści, chociaż przyznają, iż obe- 
cnie samorodztwo nie istnieje, przyjmują je na początku. Czy to 
nie jest wywrócenie doszczętnie najgłówniejszych zasad myślenia ? 
Jak można z tych dwóch przesłanek: prawa przyrody są stałe, 
dziś samorodztwa nie ma — wysnuć wniosek: zatem samorodztwo 
istniało niegdyś? Czy rzeczone przesłanki nie prowadzą koniecznie 
do wprost przeciwnego wyniku, który leży jak na dłoni? 

Jakkolwiek jednak postawiona przez mechanizm hipoteza sa- 
morodztwa urąga zasadniczym prawidłom logicznym, ma ona za sobą 
pewną filozofię, która się jej domaga. W rzeczy samej zagadnienie 
o początku życia jest przedewszystkiem filozoficzne, czyli — choć 
mechaniści nie lubią tego wyrazu — metafizyczne. Wszak nikt z lu- 
dzi nie był obecny przy powstaniu pierwszych ustrojów; sprawę tę 
można rozstrzygnąć tylko przy pomocy pewnego rozumowania, opar- 
tego na faktach. Wie o tem dobrze Virchow i dla tego nazywa he- 
terogenezę > postulatem filozofii przyrody «. Z czegóż wynika ten 
postulat ? 

Przeciwnicy, chcąc dojść do niego, rozpoczynają zwyczajnie od 
dylematu. Albo hipoteza samorodztwa — słyszeliśmy z ust Haeckla — 
albo cud nadprzyrodzony. Albo teorya stworzenia — mówił nam 
Virchow — albo samorodztwo; tertium non datur. 

Rozważmy pierwszy dylemat! Osobny wpływ Stwórcy przy 
pierwszem powstaniu życia nie jest właściwie cudem, a chociażby 
nim był, to Haeckel miaiby prawo do wyboru pierwszego członu 
dylematu jedynie wtedy, gdyby wykazał, że cud jest niemożliwy. 
Atoli możliwość cudu uznaje nie tylko ludzkość w ogóle, nie tylko 
teolog lub filozof chrześcijański, lecz także wielu przyrodników no- 
wożytnych, którzy przyjmują Boga osobowego 1 . W każdym razie 
żądamy od Haeckla dowodu na to, że drugi człon jego dylematu 
jest wykluczony 2 . 

Podobna uwaga dotyczy dylematu Virchowa. Sławny antro- 

1 Zob. moją Kosmologię, cz. I, Warszawa 1907, str. 241 i nn. 

2 A. Dippe (Naturphilosophie, Monachium 1907, str. 188) zwraca słusznie 
uwagę na to, że generaiio aeąuiroca, której r.ie można poprzeć ani jednym 
faktem, byłaby również cudem. 



94 Kazimierz Wais 

polog odrzuca teorye stworzenia, ale dla czego? » Jeśli nie chcę — 
przypominam jego słowa — przyjąć teoryi stworzenia, jeśli nie 
chcę wierzyć, iż był jakiś osobny Stwórca.... to muszę* przyjąć 
samorodztwo. Więc wszystko, gdy chodzi o Boga. zależy od chce- 
nia: ani czyn stwórczy, ani istnienie Stwórcy nie dadzą się uzasa- 
dnić; można je uznać lub nie uznać według upodobania. Przypuśćmy 
na chwilę, że te twierdzenia są słuszne. Co się stanie z całem ro- 
zumowaniem, gdy ktoś, w przeciwieństwie do Virchowa, zechce 
przyjąć Stwórcę? Nie podlega wątpliwości, że cały wywód zwróci 
się przeciw Yirchowowi. Więc inaczej powinien był autor rozwinąć 
swój dylemat. Należało powiedzieć: Albo czyn stwórczy Boga albo 
samorodztwo. Ponieważ jednak nie ma Boga, a tern samem nie ma 
także czynu stwórczego, przeto pozostaje jedynie generatio aequi- 
voca. Tak też w istocie rozumują konsekwentni zwolennicy mecha- 
nicznego monizmu. Nie z powodu faktów, ale dzięki systemowi filo- 
zoficznemu, postawionemu a priori, tłómaczą początek życia przez 
samorodztwo. Zycie musiało powstać tą drogą, bo tego domaga się 
koniecznie monizm, według którego istnieje tylko odwieczna mate- 
rya i ruch odwieczny. Z materyi jednorodnej wyłoniły się osobne 
pierwiastki chemiczne, a później wyszły wszystkie ustroje od naj- 
prostszego żyjątka jednokomórkowego aż do człowieka. 

Zrozumiemy teraz, dla czego sam Virchow nazwał później sa- 
morodztwo postulatem filozofii przyrody, albo dla czego dziś Weis- 
mann widzi w niem »logiczną konieczność*. Bez samorodztwa nie 
ostałby się system monistycznej filozofii, nie ostałby się wyklucza- 
jący Boga darwinizm. >Sprzeciwia się — woła Tyndall — duchowi 
i metodzie przyrodnictwa przyjmować antropomoificznego Stwórcę 1 . 
Pierwotna mgławica i układ słoneczny wraz z życiem mają się tak 
do siebie, jak się ma zarodek do gotowego ustroju 2 . Nauka o sa- 
morodztwie — wyznaje bez ogródek Huxley 3 — »jest koniecznem 
następstwem, wysnutem w sposób prawidłowy z idei Darwina*. To 
samo powtarza od lat kilkudziesięciu, we wszystkich swych książ- 
kach, giówny twórca monizmu ewolucyjnego. Haeckel. 

Łatwo się domyśleć, pod jakimi warunkami moglibyśmy uznać 

1 Fragmente aus den Naturwissenschaften (tióm. niem. Helmholtza i Du 
Bois-Reymonda 1 , 2 L, wyd. 2, Brunświk 1899, t. II, str. 479. 

2 Tamie, str. 250. 

s Cytat według Gerarda, L'antico enigma, tłóm. wl. A. Gemellego, Flo- 
rencva 1906. str. 52. 



Początek życia 25 

samorodztwo za konieczność logiczną lub postulat filozoficzny. Prze- 
ciwnicy musieliby przedtem wykazać, że rzeczywiście nie ma Stwórcy, 
że materya i ruch istnieją nie tylko odwiecznie, ale także z siebie, 
że ślepy rozwój mechaniczny dał początek wszystkim pierwiastkom 
ustrojom, że panujący w przyrodzie ład jest dziełem przypadku. 
Są to jednak tezy, których nikt nie potrafi uzasadnić. Im większe 
są wysiłki monistów, im dłużej pracują nad budową swego systemu, 
tern bardziej rozpadają się jego ściany i fundamenty, tem jaskrawiej 
uwydatniają się jego sprzeczności. Na odwrót zwalczane przez mo- 
nizm prawdy, jak istnienie Najwyższej Przyczyny, która powołała 
do bytu materyę i dała jej ruch, która przez swe prawa kierowała 
rozwojem świata nieorganicznego i organicznego, są wobec nieuprze- 
dzonego umysłu wyższe ponad wszelką wątpliwość. 

Zresztą sami moniści nie tylko czują dobrze, że ich hipoteza 
samorodnego powstania ustrojów opiera się na kruchych pi /ustawach, 
lecz także wypowiadają to nieraz bez dwuznaczników. Huxiey 1 n. p. 
zowie swe przekonanie o ewolucyi żywej protoplazmy z materyi 
martwej »aktem wiary filozoficznej «. Jest to, sądzę, mimowolne uzna- 
nie bankructwa monistycznego systemu. W rzeczy samej, co może 
on wartać, jeśli zamiast oprzeć swe twierdzenia na faktach, odwo- 
łuje się do jakiejś filozoficznej wiary, która prócz szumnej nazwy 
nie ma żadnego znaczenia? Dodajmy, że do wiary ucieka się tutaj 
ten sam Huxley, który w innem miejscu 2 uważa akt wiary za błąd 
nie do darowania. 

Inni przyrodnicy, jakkolwiek nie przyznają się do monizmu, 
mówią, iż » musimy « przyjąć w dalekiej przeszłości samorodztwo, 
»jeżeli chcemy w sposób przyrodniczy wytłómaczyć początek życia«. 

Nie rozumiem tego rozumowania. Jak może przyrodniczy spo- 
sób tłómaczenia życia domagać się samorodztwa, skoro samorodz- 
two sprzeciwia się właśnie faktom przyrodniczym? Czy tedy przy- 
jęcie samorodztwa nie jest tłómaczeniem, że tak powiem, antyprzy- 
rodniczem? Dziwna, doprawdy, metoda. Przyrodnicy powtarzają usta- 
wicznie z dumą, że opierają się tylko na faktach; lecz gdy chodzi 
o początek życia, natenczas wielu z nich ucieka się, wbrew wszel- 
kim faktom, do samorodztwa. Powiesz, że wolno im sięgać poza fak- 
ty przy pomocy hipotezy. Prawda, atoli dodać należy, że hipoteza, 



1 Critiąues and addresses, 1873, str. 238 i n. 
* Lay sermons, 1870, str. 18. 



26 Kazimierz Wais 

która się sprzeciwia faktom, jest czystą fikcyą. Hypotheses non jin- 
go — powiedział wielki Newton. Z drugiej strony przypominam, że 
nauka przyrodnicza nie jest jedyną umiejętnością, która ma prawo 
zająć się zagadnieniem o początku życia. Owszem, zagadnienie to, 
jak zaznaczyłem przed chwilą, należy głównie do umiejętności wyż- 
szej, a mianowicid do filozofii. » Przyrodnik — powiada słusznie J. 
Ude x — ma w swych badaniach przedmiot gotowy. Są nim rzeczy 
natury, świat i jego zjawiska, o ile stanowią przedmiot zmysłowego 
doświadczenia, oraz podlegają eksperymentowi i obserwacyi. Opisać 
przedmioty przyrody, wykryć ich przyczynowy związek, sprawdzić 
prawidłowość rozwoju świata, tudzież przedstawić formuły tej rzą- 
dzącej kosmosem prawidłowości i celowości — to, nie mniej i nie 
więcej, jest zadaniem nauki przyrodniczej... Gdzie zaś badacz natury 
odkłada na bok sondę, retortę, mikroskop i t. d., tam rozpoczyna 
się praca filozofa «. Czy więc przyrodnik nie może rozprawiać o po- 
czątku życia? Nikt mu tego prawa nie odmawia. Problem, o któ- 
rym mowa, nasuwa się nie tylko badaczowi natury, ale każdemu 
w ogóle należycie rozwiniętemu człowiekowi, bo tego rodzaju zaga- 
dnienia wynikają z przyrodzonych potrzeb naszego umysłu. Stąd 
nikt nie może być obojętny na pytanie, skąd się wzięło życie, tak 
samo, jak każdy z nas pyta, skąd świat, skąd rozmaitość jego mar- 
twych i żyjących tworów, skąd człowiek? Przy tem wszystkiem je- 
dnak należy zawsze pamiętać, że, zajmując się takiemi kwestyami, 
wkraczamy w dziedzinę metafizyczną. Więc nie wszystko daje się 
tłómaczyć sposobem przyrodniczym; nauka przyrodnicza, jak każda 
specyalna, ma ściśle oznaczony zakres, poza którym kończy się jej 
panowanie. Jak tedy w błędzie byłby historyk, który zagadnienia 
matematyki lub fizyki chciałby rozwiązywać sposobem historycznym, 
tak samo myli się przyrodnik, jeżeli patrzy na wszystko przez pry- 
zmat nauk przyrodniczych. 

Nie ma więc żadnej podstawy do przypuszczenia, jakoby pierw- 
sze życie powstało przez heterogenezę. Przeciwnie, skoro ona dziś nie 
istnieje, należy wnosić, że nie było jej nigdy, bo prawa przyrody są 
stałe. Ale tutaj zebiegają mi drogę mechaniści, powołując się na to, 
że dawniej istniały na ziemi korzystniejsze warunki do samorzu- 
tnego powstania życia, tudzież że pierwsze ustroje posiadały budowę 
znacznie prostszą, aniżeli dziś nam znane ustroje o najniższej orga- 

1 Materie und Leben, Monachium 1909, str. 84 i n. 



Początek życia 27 

nizacyi. » Biologowie — pisze H. Spencer l — zgadzają się w ogóle 
w twierdzeniu, iż w obecnym stanie świata z materyi nieżyjącej nie 
powstają nigdy jestestwa żyjące. Nie przeczą jednak, że w pewnym 
okresie odległego czasu, kiedy ciepłota powierzchni ziemi znacznie 
przewyższała dzisiejszą, i kiedy fizyczne warunki były różne od 
tych, które znamy, materya nieorganiczna dała początek materyi or- 
ganicznej za pomocą następujących po sobie kombinacyi*. » Należa- 
łoby mniemać — są znowu słowa K. Gunthera 2 — że, im mniejsze 
są zwierzęta, tern prostszą posiadają również budowę, jak już bak- 
terye okazują znacznie prostsze stosunki w komórkach, aniżeli wła- 
ściwe zwierzęta komórkowe. Ostatecznie możemy sobie pomyśleć 
także takie niewidzialne zwierzęta, których małość nie przypuszcza 
już żadnego zróżnicowania. W każdym razie jest usprawiedliwione 
przypuszczenie, że w czasie powstania życia na ziemi istniały takie 
jestestwa, i że dopiero zwolna rozwinęły się z nich ustroje komór- 
kowe. Według bowiem teoryi descendencyi złożone rozwinęło się 
z prostego. Najprostsze zaś, co jest w organizmach, to grudka ró- 
wnobarwnej substancyi żywej; należałoby tedy sądzić, że zrazu po- 
wstała żywa substancya, zanim mogło się rozpocząć jej zróżnico- 
wanie*. 

Czy warunki powstania życia były w najdawniejszych okre- 
sach korzystniejsze, aniżeli są dzisiaj? Nie mamy, sądzę, najmniej- 
szej podstawy do twierdzenia, żeby tak było. Doświadczenie uczy 
nas raczej, że zmiana warunków obecnych osłabia czynności życio- 
we, a jeżeli jest wielka, sprowadza nawet śmierć ustrojów 3 . Zresztą 
fizyk i chemik potrafią w naszych czasach zmieniać przypuszczalne 



1 Nineteenth Century, 1886, marzec, str. 769. 

2 Vom Urtier zum Menschen, 2 t., Stuttgart 1909, t. I, str. 42. 

3 »Znamy — powiada znakomity badacz przyrody, J. Henie (Anthropolo- 
gische Vortrage, 2 zesz., Brunświk 1880, zesz. II, str. 73) — zachowanie się 
organicznej materyi wobec temperatury, ciśnienia, elektryczności i t. d. Za pomocą 
stopni zimna i ciepła, zgęszczenia i rozrzedzenia powietrza, które mamy pod 
ręką, sprawiamy skrzepnięcie białka, oraz niszczymy roślinną i zwierzęcą bu- 
dowę. Ale nikt nie będzie chciał mówić, że siły, które dzisiaj zabijają życie, da- 
wniej, gdy były potężniejsze, służyły do tego, aby je budzić. Gdyby zaś wolno 
było botanikowi lub zoologowi przyjąć jakiś okres, w którym chemiczne po- 
winowactwa pierwiastków różniły się od dzisiejszych, to kto zabroni wówczas 
geologowi wymyśleć okres całkiem innych ciężarów gatunkowych, w którym 
granitowe bryły unosiły się na wodzie ?« 



28 Kazimierz Wais 

warunki życiowe w nieskończoność, a jednak żaden z nich nie za- 
uważył nigdy śladów samorodztwa. Odwoływanie się znowu Giin- 
thera do niewidzialnych żyjątek, które tak są małe, iż nie posiadają 
żadnej organizacyi, stoi w rażącej sprzeczności z nauką. Nowożytna 
biologia nie zna żadnego jestestwa żyjącego, które posiadałoby bu- 
dowę prostszą od komórki. Nadto, skoro owe niewidzialne żyjątka 
istotnie żyją i dają początek zróżniczkowanym ustrojom, to muszą 
posiadać pewną organizacyę. Bez organizacyi bowiem nie ma w przy- 
rodzie ani odżywiania się, ani rozmnażania: wszelka komórka po- 
wstaje tylko przez podział komórki już istniejącej; podobnie każde 
jądro komórkowe i każdy chromosom zawdzięczają swój początek 
w obręcie komórki innemu jądru i innemu chromosomowi. Rozpra- 
wianie przeto o zwierzętach, będących tylko grudką równobarwnej 
substancyi, jest czystą spekulacyą, godną bujającego w obłokach 
fantasty, ale nie trzeźwego przyrodnika. Co więcej, gdyby nawet 
taka substancya istniała, należałoby dać odpowiedź na najważniej- 
sze pytanie, skąd się wzięło jej życie. To jest nerous rei, o który 
chodzi przedewszystkiem. Czy hipoteza Gunthera wyświetla tę taje- 
mnicę ?J Powołuje się jedynie na teoryę descendencyi, według któ- 
rej » złożone rozwinęło się z prostego«. Jednakowoż każdy widzi, że 
to tłómaczenie samorzutnego powstawania pierwszych jestestw żyją- 
cych jest znowu wplecione w teoryę descendencyi nieograniczonej, 
która nie da się poprzeć żadnymi faktami. Jakkolwiek bowiem w pe- 
wnym zakresie rozwój jednych gatunków systematycznych z drugich 
jest prawdopodobny, to jednak powszechna ewolucya królestwa zwie- 
rzęcego z roślinnego, a roślinnego z mineralnego jest tylko pobożnem 
życzeniem skrajnego darwinizmu. 

Ale hipotezie pierwotnego samorodztwa nie tylko brakuje wszel- 
kiej podstawy naukowej; jest ona jeszcze wprost niedopuszczalna 
z innych, a mianowicie pozytywnych względów. Jeżeli, jak się oka- 
zało wyżej, istnieje różnica istotna między materyą żyjącą a mar- 
twą, to samorzutnie powstanie pierwszej z drugiej jest bezwarun- 
kowo niemożliwe. Bo niepodobna przyjąć, żeby większe rozwinęło 
się samo z mniejszego, złożone z prostego, doskonalsze z mniej do- 
skonałego, chyba że się odrzuci zasadę przyczynowości, która żąda 
dla każdego skutku nie tylko jakiejkolwiek przyczyny, ale przyczyny, 
odpowiadającej skutkowi. Choćby tedy istniały najkorzystniejsze wa- 
runki zewnętrzne dla zjawisk życiowych, nigdy rzecz martwa nie 
zdołałaby się ożywić o własnych siłach; w przeciwnym razie dawa- 



Początek życia 29 

łaby sobie to, czego zgolą nie posiada. Słusznie tedy pyta E. Va- 
cherot 1 : »Jak mogła ewolucya uczynić, żeby z materyi powstały je- 
stestwa, mające przymioty zupełnie różne od przymiotów materyi? 
Jak mogła zdziałać te cuda skutków bez przyczyn? Jak, żeby mó- 
wić językiem Arystotelesa, może lepsze wyjść z gorszego?* 

Zarzuci kto, że dawna filozofia scholastyczna, chociaż prze- 
strzegała pilnie zasady przyczynowości, nie uważała heterogenezy 
za rzecz niemożliwą Wszak nawet najsławniejszy scholastyk, św. 
Tomasz z Akwinu, utrzymywał, iż najniższe zwierzęta rodzą się 
z ciał gnijących. 

To wszystko jest prawdą. Ale nie wolno przemilczeć, że sta- 
rzy scholastycy pojmowali heterogenezę zupełnie inaczej, aniżeli dzi- 
siejsi moniści. Tomasz z Akwinu wręcz odrzuca zdanie arabskiego 
filozofa, Avicenny, jakoby zwierzęta mogły powstać bez nasienia 
przez samo »pomięszanie pierwiastków*. Jestestwa, rodzące się, jak 
zwyczajnie bywa, z nasienia, rodzą się dla tego, że w nasieniu tkwi 
siła kształtująca (virtus formativa); » zamiast tej siły istnieje w by- 
tach, rodzących się ze zgnilizny, siła ciała niebieskiego* 2 . Tak więc 
niższe ustroje powstają z gnijącej materyi pod wpływem ciał nie- 
bieskich, którym ówczesna fizyka przypisywała naturę szlachetniej- 
szą, niż substancyom ziemskim. Owszem, ciała niebieskie odgrywały 
w tym wypadku tylko rolę narzędzi, działających pod wpływem 
duchów, które poruszały gwiazdy 8 . Były to niewątpliwie domysły 
które dzisiejszy uczony nazwie słusznie naiwnymi 4 , ale każdy mus 
przyznać że pojęta w ten sposób heterogeneza nie zawierała w so- 
bie wewnętrznej sprzeczności, bo tłómaczyła powstanie życia tam 
gdzie ono było nieznane, działaniem jestestw wyższych. Innemi sło- 
wy, generatio aequivoca średniowiecznych scholastyków różniła się 
zasadniczo od samorodztwa właściwego, w którem, jak nazwa wska- 
zuje, życie ma powstawać samorzutnie w materyi martwej. 



1 Revue des deux mondes, 1878, t. 30, str. 834. 

2 Summa theologica, I, q. 71, a. unicus, ad 1. 
* Tamże, q. 70, a. 3, ad 3. 

4 Że co do tych domysłów nasuwały się św. Tomaszowi poważne wąt- 
pliwości, pokazują następujące jego słowa: « Licet enim talibus suppositionibus 
factis apparentia salvarentur, non tamen oportet dicere has suppositiones esse 
veras, quia forte secundum aliquem alium modum nondum ab hominibus com- 
prehensum apparentia circa stellas sahrantur (In lib. II de coelo et mundo, 
lect. 17). 



30 Kazimierz Wais 

Jest tedv pewne, że taka generatio aequivoca, jaką przypu- 
szczają nasi przeciwnicy, nie daje się pogodzić z zasadą przyczyno- 

wości. 

Znany nam profesor botaniki w Kielu, J. Reinke \ wykazuje 
fizyczną niemożliwość samorodztwa w następujący sposób: 

Sprawa samorodztwa obejmuje dwa zagadnienia, a mianowicie 
pochodzenie materyałów, wchodzących w skład komórki, tudzież 
utworzenie z nich komórki. 

Każda komórka składa się z wielu związków organicznych, do 
których należą ciała białkowate, węglowodany i tłuszcze. Oto naj- 
ważniejsze materyały komórki. Aby uprościć zagadnienie, zajmiemy 
się tvlko białkiem i węglowodanami. W skład białka wchodzą prze- 
dewszystkiem węgiel, wodór, tlen. azot i siarka. W chwili, kiedy kula 
ziemska oziębiła się do tego stopnia, że mogła nastąpić synteza wy- 
mienionych pierwiastków, węg ; el istniał tylko jako bezwodnik wę- 
glowy, wodór w wodzie, tlen w wodzie i powietrzu, azot jako kwas 
azotowy i składnik powietrza, wreszcie siarka jako siarczany. Są to 
te same substancye łub związki, które i dziś służą za pokarm ro- 
ślinom. Niema bowiem żadnej podstawy do przypuszczenia, jakoby 
po oziębieniu się ziemi wymienione pierwiastki występowały w in- 
nych związkach. Aby jednak mogło się utworzyć pierwsze białko, 
musiały bezwodnik węgla, kwas azotowy i siarkowy ulec wpierw 
redukcyi. t. j. musiały stracić pewną część tlenu. Takiej redukcyi do- 
konywują codziennie dzisiejsze rośliny przy pomocy swego chlorofilu 
i promieniującej energii słońca. Prócz roślin przeprowadza podobny 
proces tylko chemik, wystawiając rzeczone związki na działanie 
ciał, które posiadają większe powinowactwo z tlenem, aniżeli wę- 
giel, azot i siarka. Samorzutna tedy redukcya związków jest przy 
początku życia wykluczona. Lecz przypuśćmy nawet, że nastąpiła 
ona przypadkiem wskutek jakiejś niepojętej katastrofy chemicznej. 
Jeszcze dziwniejsza katastrofa byłaby potrzebna, aby z ułożenia ato- 
mów, sprawionego redukcya, utworzył się najprostszy węglowodan. 
Aby uzyskać atomy węgla, nieodzowne do powstania jednej cząstecz- 
ki najniższego węglowodanu, potrzeba rozbić sześć cząsteczek bez- 
wodnika węglowego. Otóż do tego nie było sił w przyrodzie mar- 
twej; według prawa chemicznego wszystkie postaci energii muszą 

1 Die Welt ais Tat, wyd. 2, Berlin 1901, str. 312 i nn; zob. także jego 
Philosophie der Botanik, Lipsk 1905 rozdz. 12). 



Początek życia 31 

przechodzić z układów o wyższem napięciu do układów o napięciu 
niższem. Tem mniej mogły powstać bardzo złożone substancye biał- 
kowate. Innemi słowy, mielibyśmy przed sobą niepojęty przypadek, 
tak nieprawdopodobny, że z pewnością każdy chemik nazwie go 
niemożliwym. 

Chociażby jednak składające się na komórkę materyały powstały 
same przez się, sprawa samorodztwa nie wieleby na tem zyskała. 
• Wtenczas bowiem — ciągnie dalej sławny botanik — stoimy przed 
nierównie trudniejszem pytaniem, jak z tych materyałów budulco- 
wych powstała komórka żywa... Zadanie to, mniemam, należy uwa- 
żać za trudniejsze dla tego. że ludziom udała się wprawdzie syn- 
teza organicznych związków, ale nie udała się budowa komórki 
z tychże związków. Pierwsza komórka musiała od początku swego 
istnienia być wykończoną i celowo działającą maszyną, nakręconym 
automatem; jako taka musiała się wznieść ponad mieszaninę i nie- 
ład związków chemicznych. Zycie jej polegało wówczas, jak proces 
życiowy każdego ustroju, głównie na wydawaniu energii. Dla po- 
krycia tej straty, musiała pierwsza komórka nabyć jak najrychlej 
prawdziwą zdolność zamieniania promienistej energii słońca w ener- 
gię chemiczną, t. j. w odnawiający się zapas związków węglowych, 
które jako materyał palny równoważyłyby jej oddychanie. Do tego 
potrzeba było wytworzenia chlorofilu. I chociażbyśmy przyznali, iż 
w pierwszych komórkach jądro i barwik nie mogły jeszcze być wy- 
różniczkowane w plazmie tak doskonale, jak to dziś widzimy w pra- 
widłowej komórce, jednakowoż w każdym razie musiał w pierwszej 
komórce powstać razem z nią narząd do przemiany energii promie- 
niującej w chemiczną, narząd, który okazał się wrażliwym na 
wpływy zewnętrzne i posiadał zdolność rozmnażania się przez po- 
dział. 

»Do utworzenia takiego narządu nie wystarczy nawet chemi- 
czna katastrofa, którą przypuściliśmy poprzednio w charakterze po- 
mocniczej hipotezy. Bo chociażbyśmy przyjęli materyał chemiczny 
już jako gotowy, to przecie nie można z niego wyprowadzić ko- 
mórki, która byłaby wynikiem chemicznych energii... Przypuśćmy, 
że chemiczny materyał budulcowy istniał w całości na miejscu, i że 
na zewnątrz panowały korzystne warunki fizyczne, zawsze jednak 
prócz tego trzeba było przedziwnie celowego kierunku energii, aby 
komórkę powołać do bytu. Ten zaś kierunek musiał być niesłycha- 
nie złożony, albo raczej był wielkim szeregiem harmonijnych kie- 



32 Kazimierz Wais 

runków. Do spełnienia takich zadań pozostaje w hipotezie samo- 
rodztwa znowu tylko przypadek jako przyczyna. 

» Wyobraźmy sobie, iż starto na proch zegarek kieszonkowy! 
Czy znajdzie się śmiałek, któryby przypuścił jako rzecz bodaj tylko 
możliwą, że te części pod wpływem energii mechanicznej złączą się 
znowu w zegarek szczęśliwym trafem? Jeżeli zaś materyały, z któ- 
rych się składał zegarek, nie posiadają żadnej skłonności do tego, aby 
go utworzyć, to to samo stosuje się do komórki i do tworzących 
ją materyałów. W białku jako takiem nie ma wcale przyczyny do 
utworzenia komórki... 

> Mieszaninę związków, n. p. soli kuchennej i asparaginy, mogę 
rozetrzeć i rozpuścić w wodzie: składniki mieszaniny krystalizują 
zawsze w postaci znamiennej. Materye białkowate i węglowodany 
przybierają także, skoro okoliczności są korzystne, formę kryszta- 
łów. Ale rnaterye, będące podścieliskiem życia, nie są nigdy skrysta- 
lizowane; krystalizacya oznacza zawsze stan martwy, nawet w białku. 
To też siły chemiczne, działające w najkorzystniejszej mieszaninie 
materyi. nie utworzą tego, coby można uważać choćby za pierwszy 
krok w kierunku utworzenia komórki. Zgodnie z doświadczeniem 
znamy tylko jedno pochodzenie komórki, t. j. jej powstanie przez 
czynność rozrodczą*. 

Na podstawie takich rozważań dochodzi Reinke do wyniku, 
wyrażonego w innem dziele 1 słowami. »że przyjęcie samorodztwa 
przed dawnemi laty odpowiada tak mało naszym pojęciom o przy- 
czynowości, jak gdyby kto chciał postawić hipotezę, iż przed milio- 
nem lat woda sama przez się płynęła do góry«. 

Chociaż jednak samorodztwo sprzeciwia się i doświadczeniu 
i rozumowi, obrońcy jego używają różnych wybiegów, aby dowieść, 
że ono musiało istnieć na progu ewolucyi. Przypatrzmy się bliżej 
tym pomysłom. 

Najpierw spotykamy tu i ówdzie usiłowania, zmierzające do 
tego, aby wykazać w przyrodzie jakieś najprostsze podścieliska ży- 
ciowe. Sądzono bowiem, że w ten sposób łatwo można pojąć samo- 
rzutne powstanie życia w materyi nieorganicznej. 

Niezrównanym mistrzem jest tutaj Haeckel. Już Oken, jego 
poprzednik na katedrze w Jenie, przypuszczał galaretowaty praszlara, 



1 Einleitung in die theoretische Biologie, Berlin 1901. str. 558. 



Początek życia 33 

t. j. pierwotną materyę organiczną, która, powstawszy samodzielnie 
w oceanie, wydała »pęcherzyki«, będące składnikami ustrojów. Ta 
> wielka myśl* podobała się Haecklowi. Według niemieckiego Dar- 
wina pierwszem jestestwem żyjącem był archiplasson, czyli pierwo- 
tna zarodź, utworzona przez wewnętrzne siły materyi; archiplasson 
dał początek bioplassonoui, z którego powstała wszelka materya 
zorganizowana. W ten sposób zjawiło się na świecie pierwsze ży- 
jątko o postaci określonej, czyli monera, która, choć spełniała zasa- 
dnicze funkcye życiowe, była bryłką zarodzi bez wewnętrznej struk- 
tury i narządów. Dopiero później w jednorodnej plazmie moner 
wyróżniczkowało się jądro, wskutek czego przyszła na świat pierw- 
sza komórka 1 . Nadto twierdził Haeckel, że takie ogniwo pośrednie 
między światem martwym a żywym musi dzisiaj jeszcze istnieć. Był 
też czas. choć krótki, w którym sądzono, że odkryto praszlam orga- 
niczny, przedstawiający życie w najprostszej postaci. Oto w r. 1868 
znaleziono (Thomson i Carpenter) na dnie morskiem masę galareto- 
watą, mającą być owym długo poszukiwanym praszlamem. Kilka 
przechowanych w alkoholu próbek tejże masy zbadał później Hux- 
ley; przekonawszy się, że ona zawiera w sobie zarodź, ochrzcił ją 
na cześć proroka jenajskiego Bathybius Haeckelii. Przez jakiś czas 
uchodził Bathybius za » jeden — jak się wyraził uradowany odkry- 
ciem Haeckel — z głównych filarów nowożytnej teoryi rozwoju*, 
za samorodne przejście z królestwa nieorganicznego do organicznego. 
Niestety, okazało się niebawem, że sławny Bathybius jest tylko osa- 
dem gipsowym, albo, jak twierdzi Milne-Edwards, »klejowatą masą, 
którą wydają z siebie gąbki i pewne zwierzokrzewy, gdy narzędzia 
rybaków przygniotą ich tkanki*. Stąd Huxley i Haeckel odwołali po 
kilku latach swe twierdzenia 2 . Nie lepsze były losy Protobathybiusa, 

1 Haeckel, Generelle Morphologie der Organismen, 2 t., Berlin 1866, t. I, 
str. 167—190. To samo powtarzają dotychczas uczniowie Haeckla. H. Schmidt 
n. p. opisuje historyczny rozwój moner. Najpierw z prostych związków nieorga- 
nicznych utworzyły się bogate w azot związki węglowe, które przybrały później 
postać ciał białkowatych (albuminy). Potem cząsteczki albuminów związały się 
w grupy, zwane micellami; dalej powstały plasonelle, a w końcu monery. 
Schmidt, Die Urzeugung und Professor Reinke, Jena (Gemeinverstandl. Darwini- 
stische Vortrage u. Abhandlungen, zesz. 8). 

■ Tylko profesor padewski, Maggi, wierzył - jak poświadcza Ballenni, 
11 principio di causalita, wyd. 2, Florencya 1908, str. 198 - aź do końca 
swego życia (1906 r), że Bathybius Haeckelii jest dowodem samorodztwa. 
Wais. 



34 Kazimierz Wais 

odkrytego w czasie wyprawy do bieguna północnego przez E. Bes- 
selsa. Pouczony smutnem doświadczeniem Haeckel nie przyznał się 
do tego noworodka, o którym Wasmann x pisze, że w najlepszym 
razie jest on osadem, powstałym na dnie morskiem z resztek pe- 
wnych ustrojów 2 . 

Mimo to wszystko, Haeckel utrzymuje do dnia dzisiejszego, że 
tak wolno żyjące monery (najniższe żyjątka typu pierwotniaków 
i bakterye), jak wchodzące w skład tkanek cytody, zawierają tylko 
zarodź pierwotną bez jądra 3 . 

Atoli nauka obecna nie zna żyjątek, o których możnaby po- 
wiedzieć na pewno, iż nie mają jądra. Owszem, im bardziej dosko- 
nalą się przyrządy i metody badania, tem więcej rozpowszechnia się 
wprost przeciwne zapatrywanie. »Stąd —jak powiada R. Hertwig 4 — 
jest rzeczą prawdopodobną, że u niewielu postaci, które jeszcze 
uchodzą za monery, dotychczas tylko przeoczono jądra«. Stosuje się 
to także do najmniejszych przedstawicieli świata roślinnego, do bak- 
teryi, zaliczonych przez Haeckla do moner; mają one — jak świad- 
czą najnowsze prace R. Raymanna i R. Kruisa, F. Vejdowskiego 
i A. Meyera 5 — przynajmniej substancyę jądrową, rozdzieloną na 
maleńkie ziarna chromatyny. Nic też nie wiadomo dzisiejszej biolo- 
gii o haecklowskicii cytodach w wielokomórkowych ustrojach. Wpra- 
wdzie ciałka czerwone, znajdujące się w krwi niektórych zwierząt, 
są pozbawione jądra, atoli młode komórki tychże ciałek mają je 
niewątpliwie; nadto ciałka czerwone rozmnażają się przez podział 
jąder. Stąd stare ciałka czerwone bez jąder uchodzą za komórki 
zużyte i zmarniałe; jako resztki dawniejszych komórek żywych stają 
się one niebawem łupem białych ciałek krwi, czyli leukocytów 6 . 

»Zdaje się — przytaczam słowa Verworna 7 — według obe- 
cnego stanu naszych wiadomości, że pośród żyjących dzisiaj na zie- 
mi ustrojów nie ma w ogóle komórek, w których nie byłoby rozdziału 



1 Die modernę Biologie und die Entwicklungstheorie, wyd. 3, Fryburg 
1906, str. 184. 

* Zob. M. Gander, Der erste Organismus, Einsiedeln 1904, str. 6 i n. 
3 Die Weltrathsel, wyd. 7, Bonn 1901, str. 427. 

* Lehrbuch der Zoologie, wyd. 8, 1907, str. 164. 

5 Dr>r Zellkern der Bakterien, Flora, t. 98, zesz. 3. 

8 Wasmann, dz. przyt, str. 188. 

7 Allgemeine Physiologie, wyd. 5, str. 78. 



Początek życia 35 

między dwiema różnemi substancyami. że tedy każda komórka prócz 
protoplazmy posiada także jądro*. W każdym razie zwolennicy sa- 
morodztwa nie mają żadnego prawa powoływać się na monery i cy- 
tody, jako najprostsze jestestwa żyjące o jednorodnej zarodzi bez 
jąder. 

Jeśli monery i cytody nie podpierają samorodztwa, to tem 
mniej mogą to czynić jeszcze prostsze składniki komórki, podawane 
przez wielu za samodzielne jednostki biologiczne. Jak mianowicie fi- 
zycy i chemicy, dla wytłómaczenia zjawisk fizycznych i chemicznych, 
uciekają się do atomizmu, tak wielu biologów, chcąc wyjaśnić pe- 
wne zjawiska życiowe, zwłaszcza dziedziczność, przypuszcza, że za- 
rodź składa się z elementarnych osobników zorganizowanych, któ- 
rych nie można zobaczyć przez najlepszy mikroskop. Tak powstał 
cały szereg hipotez, rozpoczęty przez fizyologa wiedeńskiego, Ernesta 
Bruckego, i Herberta Spencera, według którego każda komórka jest 
zrzeszeniem niewidzialnych jednostek fizyologicznych (physiological 
uniłs). Za nimi poszli inni. Darwin przyjął w swej słynnej teoryi 
pangenezy t. zw. gemmule (gemmules), Erlsberg, Haeckel, Maggi i Co- 
pe plastydule, Naegeli micelle, de Vries pangeny, Verworn biogeny, 
W. Roux cząstki metastrukturalne (Metastrukturteilchen), Wiesner 
plasomy, W. Haacke gemmy, L. Zehnder fistelle, Simroth biokry- 
ształy, O. Hertwig idioblasty, Weismann biofory. Co więcej, niektó- 
rzy mniemają, że jednostki życiowe tworzą coraz bardziej złożone 
jednostki wyższego rzędu. Tak n. p. według Weismanna przez sku- 
pienie bioforów powstają determinanty; determinanty składają się 
znowu na idy. a idy na idanty. Idy i idanty są widzialne pod mi- 
kroskopem; jako te ostatnie chromosomy, zawarte w jądrze komórek, 
tamtej ako wchodzące w skład chromosomów mikrosomy. Wreszcie 
Altmann upatruje ostateczne elementy życiowe w granulach lub bio- 
blastach. Nazywa je granulami, o ile dadzą się widzieć pod mikro- 
skopem w postaci drobniutkich ziarnek, a bioblastami, o ile tworzą 
przypuszczalne osobniki drugiego rzędu, czyli wchodzące w skład 
komórki ustroje elementarne. 

Yves Delage 1 sądzi, że teorya Altmanna jest >znacznie mniej 
hipotetyczna, aniżeli wszystkie poprzednie*. W rzeczy samej biopla- 
sty istnieją jako ziarnka w cytoplazmie komórki. Atoli bezpodstawne 

1 L'hśrćdite et les grands problemes de la biologie generale, wyd. 2, Pa- 
ryż 1903, str. 532. 

3* 



36 Kazimierz Wais 

jest zgolą twierdzenie, jakoby były niezależnymi ustrojami; należałoby 
wpierw wykazać, że one mogą poza komórką spełniać jakiekolwiek 
czynności życiowe. To samo stosuje się do id i idant Weismanna, 
jeżeli te wyrazy znaczą to samo, co mikrosomy i chromosomy. Na- 
wet te ostatnie nie posiadają indywidualności życiowej, bo żaden 
chromosom nie może istnieć bez protoplazmy. Co do determinant, 
bioforów, idioblastów i t.d., to nawet nie wiemy, czy one istnieją; zby- 
teczna tedy rozprawiać o nich jako jednostkach życiowych. Według 
dzisiejszych badań biologicznych należy uważać za taką jednostkę 
komórkę, a nie żadną z jej części. Jakoż tylko komórka jest tą czę- 
ścią złożonego morfologicznie ustroju, która może, przynajmniej w pe- 
wnych warunkach, samoistnie żyć, czyli spełniać czynności życiowe, 
wspólne wszystkim ustrojom 1 . Jeżeli zaś komórka jest najniższą je- 
dnostką życiową, to z biologicznego punktu widzenia nie ulega wąt- 
pliwości, że i pierwszy ustrój, w którym zabłysło życie, był przy- 
najmniej komórką. Zresztą, choćby w komórce istniały jakieś nie- 
słychanie małe osobniki żyjące, nic na tern nie zyskaliby obrońcy 
samorodztwa. Zagadnienie życia nie byłoby jeszcze przez to rozwią- 
zane, ale tylko przesunięte do owych tajemniczych jednostek. > W tych 
niewidzialnych czynnikach życia — powiada za Raffaelem Gemeli 2 — 
czy one się nazywają bioforami. bioblastami, micellami, gemmulami 
lub inaczej, czy one są utworzone w ten lub inny sposób, czy mają 
te lub owe cechy, które im przypisuje wyobraźnia, albo których się 
domagają potrzeby tej lub innej hipotezy, możemy znaleść tylko to, 
co w nie wkładamy; znajdujemy tedy niezmienione zagadnienie ży- 
cia tak samo, jak je znajdujemy w wielkiem lub małem zwierzęciu, 
w roślinie lub nasieniu, w człowieku lub amebie, w układzie wielu 
komórek lub w każdej komórce z osobna*. Co więcej, im mniejsze 
będą przypuszczalne jednostki życiowe, tern trudniej rozwiązać za- 
gadkę życia, jeśli się zważy, że z takiej jednostki ma się z czasem 
rozwinąć sztucznie zbudowany ustrój. 

Przejdźmy do innej próby genezy życia z pomocą samo- 
rodztwa. Dotyczy ona pewnych sztucznych utworów, mających stać 
na granicy świata nieorganicznego i organicznego, a tern samem po- 
średniczyć między nimi. 



1 Zob. Verworn, Allgemeine Physiologie, str. 69 i n. 
' L'enigma delia vita, str. 265. 



Początek życia 37 

Mniemano niegdyś, że związki organiczne, czyli węglowe mogą 
się tworzyć tylko w żywym ustroju. Tymczasem w r. 1828 Wohler 
i Liebig dokonali syntezy chemicznej mocznika, ciała, tworzącego się 
w organizmie zwierząt i ludzi, a wchodząceao w skład ich moczu. 
Za tą syntezą przyszły niebawem inne; dzisiaj znamy długi szereg ta- 
kich związków, otrzymanych w laboratoryach, jak n. p. kwas moczo- 
wy, ksantynę, hipoksantvnę, adeninę, guaninę, kafeine, teobrominę 
i t. d. Biochemicy żvwią nadzieję, że prędzej czy później uda im się 
dokonać także tych syntez organicznych, które dotychczas nie dały 
się osiągnąć; chodzi tu przedewszystkiem o utworzenie białka. Nie- 
ma żadnej podstawy do twierdzenia, jakoby te nadzieje chemików 
były płonne; przeciwnie jest rzeczą bardzo prawdopodobną, iż one 
się ziszczą. 

Niespodziewane wyniki chemii organicznej nasunęły myśl, że ja- 
kieś początkowe życie można wytworzyć sztucznie. Powstała nawet 
osobna nauka, zwana plazmogenią lub nlazmologią, która bada fizy- 
czne warunki powstawania objawów życiowych w sub=tancvach nie- 
organicznych, a od czasu do czasu dają się słyszeć głosy, że te wa- 
runki, przynajmniej w części, są już znane. >Liczni badacze — ni- 
sze Fabian 1 — między nimi Hanstein w Bonn. Traube we Wrocła- 
wiu i Hartig w Utrechcie, doszli nie tylko do wytworzenia sztu- 
cznych krystaloidów, lecz do powstania sztucznych komórek... Trau- 
bemu wreszcie udało się wywołać nawet wzrost sztucznych komó- 
rek, sporządzonych z mieszaniny kleju i garbnika, wskutek wessania 
materyału odżywczego przez dziurkowatą ściankę, zupełnie tak sa- 
mo, jak się to dzieje w komórce żywej*. Po Traubem (r. 1865) 
zajmowało się sztucznemi komórkami wielu innych badaczy; z naj- 
nowszych godni są wspomnienia przedewszystkiem profesor meksy- 
kański, A. L. Herrera, i profesor z Nantes, S. Leduc, których prace, 
podjęte w ostatniem dziesięcioleciu, zaciekawiły nie tylko zawodowych 
uczonych, lecz także szerszą publiczność. 

Herrera, 2 przypuściwszy, że krzem, pierwiastek najbardziej po 
tlenie rozpowszechniony, tworzy istotny składnik żywej proto plazmy, 
próbował za pomocą pewnych rozczynów kwasów krzemowych wy- 
tworzyć sztuczne komórki. W rzeczy samej otrzymał on tą drogą 

1 Z nauki o życiu, Warszawa 1901, str. 85. 

1 Notions gśnśrales de biologie et de plasmogćnie comparees, tłóm. franc. 
Renaudefa, Berlin 1906. 



38 



Kazimierz Wais 



bardzo wiele najrozmaitszych (przeszło 500) postaci, przypomina- 
jących komórki tkanek. Leduc ' wyrabia obok tego sztuczne rośliny. 
W tym celu przygotowuje z mieszaniny cukru i siarczanu miedzi 
t. zw. nasienie i kładzie je do ciepłego (40° C) rozczynu żelatyny. 
soli kuchennej i żółtego żelażosinku potasowego. Wnet tworzy się 
na powierzchni nasienia półprzenikliwa błona z żelażosinku mie- 
dziowego, przepuszczająca wodę. a nie przepuszczająca cukru. W na- 
sieniu powstaje skutkiem tego silne ciśnienie osmotyczne, które roz- 
rywa błonę w pewnem miejscu ; w miejscu tem tworzy się nowa 
błona z żelażosinku miedziowego. Ponieważ ten proces (przepuszcza- 
nie wody, rozrywanie i naprawa błony) powtarza się raz po 
raz. póki starczy rozczynu. przeto w przeciągu niewielu godzin wy- 
rastają rośliny o licznych gałązkach. Nasienie o średnicy jednego 
milimetra wypuszcza niekiedy 15 do 20 gałązek, których wysokość 
wynosi czasem 30 cm. Bywa, że gałązki mają z boku liście lub 
kolce, a na końcach górnych narządy w postaci pałeczek, kapeluszy 
i t. p. Leduc mniema, że jego sztuczne rośliny rozwiązują zagadkę 
życia czysto fizycznym sposobem ; spełniają bowiem czynności, 
w których upatrywano zawsze istotę życia: odżywiają się i organi- 
zują, tudzież goją swe rany i — co jest jedną z najbardziej cha- 
rakterystycznych znamion życiowych — rosną przez t. zw. intus- 
suscepcyę. 

Cóż powiemy o tych faktach? Zacznijmy od krystaloidów, 
o których wspomina Fabian. Nazwę tę nadał Nageli mikroskopijnie 
małym kryształom białka, odkrytym w wielu komórkach roślinnych 
i zwierzęcych przed r. 1850: później zaczęli je fizyologowie wyra- 
biać sztucznie. Tak naturalne, jak sztuczne krystaloidy posiadają 
w wysokim stopniu zdolność do chłonięcia otaczającej ich cieczy. 
Zanurzone w niej pęcznieją, wyginają swą powierzchnię i dzielą się 
wewnątrz na dość liczne warstwy: gdy krystaloid wyschnie, uwar- 
stwienie znika. Z tych wszakże faktów nie można jeszcze wnosić, 
jakoby krystaloid białka był równocześnie kryształem i organizmem 
lub jakoby organizm nie różnił się od kryształu. Owszem, między 
krystalizacyą a organizacyą zachodzi przeciwieństwo, wskutek któ- 
rego jed.ia wyklucza drugą. Nadto krystalizacyą białka nie jest 
wcale nadzwyczajną rzeczą; skoro krystalizują inne związki orga- 
niczne, jak n. p. cukier, dla czego nie mogłoby krystalizować białko? 



1 Les lois de biogenese (Reyue scientifigue, 1906, t. I. str. 225 i nn.). 



Początek iycia 39 

Pęcznienie znowu krystaloidu świadczy jedynie o tem, źe cząsteczki 
układają się w nim nie tylko według zasad krystalizacyi, lecz także 
w inny sposób, tudzież że ten swoisty sposób ułożenia cząsteczek 
nie stanowi wyłącznego przywileju ustrojów. 

Co do sztucznych komórek, to trzeba być bardzo naiwnym 
lub zaślepionym, żeby je stawiać na równi z żywemi. Jakkolwiek 
mają one rodzaj błonki i jądra, jednak naśladują prawdziwe ko- 
mórki tylko zewnętrznym wyglądem, i to bardzo powierzchownie. 
Jądro n. p. komórek żywych posiada nie tylko strukturę, lecz także 
właściwy sobie skład chemiczny i właściwe funkcye; tworzące jądro 
ciała białkowate różnią się od ciał białkowatych zarodzi. Tego 
wszystkiego nie znajdziemy w komórkach Herrery lub Leduc'a. 
Prace tych badaczy mają znaczenie chyba o tyle. o ile rzucają pe- 
wne światło na działanie sił fizyczno- chemicznych w komórkach 
żywych. W każdvm razie między komórkami sztucznemi a żywemi 
istnieje tylko bardzo daleka analosia. 

To samo trzeba powiedzieć o sztucznych roślinach. Wbrew 
temu, co twierdzi Leduc. hodowle jego ani nie mają organizacyi, 
ani się nie odżywiają, ani nie rosną we właściwem znaczeniu. 

Najpierw nie mają organizacyi. W komórkach ustrojów pra- 
wdziwych widać rozmaite ukształtowanie stosownie do tkanek, 
w skład których wchodzą komórki, i do czynności, które one speł- 
niają. Tymczasem w roślinach Leduc'a spostrzegamy wprawdzie 
utwory, przypominające łodygę, korzenie i liście roślin prawdziwych, 
atoli wszystkie te utwory cechuie budowa jednostajna; nie ma w nich 
żadnych komórek, żadnych zróżniczkowanych tkanek, ani narządów, 
przeznaczonych do rozmaitych funkcyi. 

Nie można też mówić, żebv się sztuczne rośliny odżywiały. 
Istota bowiem odżywiania się polega, jak zauważyliśmy w innem 
miejscu, na tem, że naiprostsza jednostka życiowa, t. j. komórka, 
wchłania w siebie ze środowiska, w którem się znajduje, pewne 
substaneye, przerabia je, bierze z nich pewne części i zamienia we 
własne ciało (assvmilacya), a inne dzięki dyssymilacyi odrzuca. Nato- 
miast rośliny Leduc'a. lubo wchłaniają wodę, nie dokony wuią ani assy- 
milacyi, ani dyssymilacyi. Stąd jeżeli je zważymy w chwili, gdy róść 
przestały, przekonamy się. że ich ciężar równa się, jak wykazali Charrin 
i Goupil. najdokładniej ciężarowi nasienia i rozczynu; nie ma tutaj ża- 
dnego ubytku miedzi, sodu, chloru, żelazosinku miedziowego, cukru, 
żelatyny, a nawet wody, jeśli się przeszkodziło jej parowaniu. Dodajmy, 



40 Kazimierz Wais 

że gdy u roślin prawdziwych odżywianie się jest połączone z oddy- 
chaniem i krążeniem materyi, to roślinom sztucznym brak jednego 
i drugiego. Wprawdzie profesor z Nantes, chcąc dowieść odbywają- 
cego się w nich krążenia, powołuje się na to, że cukier i ciecz, 
z której powstaje błonka. przesuwają się w wąziutkich kanalikach 
jego roślin, ale taka cyrkulacya odbywa się w każdym osmometrze. 

Czy jednak sztuczne rośliny nie rosną? Rosną albo raczej po- 
większają swą objętość przez dodawanie nowych cząsteczek do da- 
wnych, ale nie przez intussuscepcyę, która cechuje ustroje żyjące, 
a polega na tem, że cząsteczki nowe wchodzą w cząteczki już 
istniejące. »Badając rozwój roślin chemicznych — powiada za 
d'Alluinem Gemelli * — widzi się z całą pewnością, iż przyczyną 
wzrostu jest tutaj zewnętrzne ułożenie nowych części błon, powsta- 
jące około kropli, wychodzących kolejno z powiększającego się ziarna*. 

Inni uczeni chcą widzieć początki życia w tworzących się kry- 
ształach. Naczelne miejsce należy się tutaj profesorowi uniwersytetu 
neapolitańskiego, von Schronowi. Rozpoczął on badania na tem polu 
w r. 1883. gdy zauważył, że w wydzielinach bakteryi znajdują się 
ciała białkowate w postaci maleńkich kryształów. Sprawdziwszy 
rzekomo, iż te kryształy posiadają cechy jestestw żyjących, zajął 
się uczony neapolitański badaniem kryształów nieorganicznych 
i doszedł do następująsych wyników: Na samym początku krysta- 
lizacyi oddzielają się od rozczynu kuleczki, które we wnętrzu przed- 
stawiają siatkę »petroplazmatyczną«, podobną do siatki komórek 
roślinnych. Potem zjawiają się w siatce punkciki, czyli petroblasty. 
utworzone wewnątrz z materyi ciemnej (deuterolitoplazma), a po 
stronie zewnętrznej z materyi jaśniejszej (protolitoplazma). Pomiędzy 
temi dwiema materyami. nadającemi kształt kryształowi, wywiązuje 
się walka, wskutek której każda kuleczka zmienia postać. Wnet 
tworzy się naroże główne, nadające kierunek przyszłemu kryszta- 
łowi, poczem naprzeciw tego naroża powstaje drugie; przecięcie się 
krawędzi daje początek narożom drugorzędnym. Oś kryształu, uwa- 
żana dotychczas za idealną, istnieje rzeczywiście: tworzy ją nieznana 
dotąd substancya. Wobec tego wszystkiego młody kryształ odżywia 
się, rośnie, a nawet wykonywa ruchy; można też wykazać za pomocą 
stosownych doświadczeń, iż się rozmnaża. Tylko stare kryształy są 



1 L'enigma delia vita, Florencya 1910, str.^294. 



Początek życia 41 

martwe. Tak tedy towarzyszące krystalizacyi zjawiska są według 
Schróna dowodem samorodztwa l . 

Jeszcze inni moniści, choć nie przyznają żadnego życia kry- 
ształom zwyczajnym, sądzą, że za formy pośrednie między tymi 
kryształami a żywą protoplazmą należy uważać t. zw. płynne kry- 
ształy. Pierwszy przykład tych kryształów podał w r. 1877 O. Leh- 
mann, wykazując, że jodek srebra, przedstawiający się przy 146° 
jako lepka ciecz, składa się z bardzo miękkich kryształów. Dziś 
znamy wiele takich okazów. Według Lehmanna 2 . za którym poszedł 
docent uniwersytetu wiedeńskiego, Hans Przibram, widać w kryszta- 
łach płynnych mnóstwo zjawisk, które każą im przyznać najniższy 
stopień życia. Jeżeli się ściśnie taki kryształ, traci on swoją postać, 
lecz wnet ją odzyskuje sam z siebie, skoro tylko działanie mecha- 
niczne ustanie. Gdy kryształ przetniemy, zaraz zaczynają się zmie- 
niać obie ściany przecięcia w ten sposób, iż każda część przybiera 
postać pierwotnego kryształu; otrzymujemy tedy dwa kryształy, 
które tern tylko się różnią od dawnego, że są krótsze. Tak więc 
kryształy płynne posiadają według Lehmanna i Przibrama taką samą 
zdolność regeneracyjną, jaka przysługuje jestestwom żyjącym. Co 
więcej, obaj uczeni sądzą, że kryształy te mogą się łączyć płciowo; 
jeżeli należą do dwóch różnych gatunków, natenczas dają istnienie 
prawdziwym bastardom czyli mieszańcom. 

Jak osadzić te fakty, przytoczone na poparcie samorodztwa 
przez Schróna, Lehmanna i Przibrama? 

Cokolwiek krystalografowie powiedzą o realnej osi kryształów 
i utworach, którym Schron nadał nazwy siatki petroplazmatycznej, 
protolitoplazmy. deuterolitoplazmy i petroblastów, pewne jest, że 
kryształy, młode, czy stare, nie żyją. I tak jedynie w przenośnem 
znaczeniu można powiększanie się kryształów nazwać odżywianiem 
się i wzrostem. Kryształy powiększają się w ten sposób, że naokoło 
t. zw. zarodkowego kryształu osadzają się skutkiem siły spójności 
coraz nowsze cząsteczki jednorodne, które jednak ani nie wchodzą 
do wnętrza, ani nie usuwają cząsteczek dawniejszych. Kryształ jest 
tylko skupieniem jednorodnych cząsteczek krystalicznych, pozostają- 



1 Secolo XX, czerwiec 1903, str. 492. 

* Fltłssige Kristalle sowie Plastizitat von Kristallen im Allgemeinen, Lipsk 
1904; Flttssige Kristalle, ihre Entstehung, Bedeutung und Aehnlichkeit mit Le- 
bewesen, Frankfurt 1908. 



42 Kazimierz Wais 

cych w stanie równowagi stałej. Stąd też nie ma w krysztale ża- 
dnego ruchu, pochodzącego z jego wnętrza. Rozmnażanie się zaś 
kryształów, o którem mówi profesor neapolitański, polega na tern, 
iż z części krvształu tworzy się przez zewnętrzne dodawanie nowych 
cząsteczek cały kryształ. Źe nie jest to rozmnażanie się w ścisłem 
znaczeniu, pokazuje się nadto stąd, iż kryształ powstaje także wte- 
dy, gdy rozczyn nie zawiera wcale krystalicznego zarodka; nato- 
tomiast w świecie jestestw żyjących żaden ustrój nie rodzi się bez 
zarodkowej komórki l . 

Podobne uwagi stosują się również do płynnych kryształów. 
Kryształy te, tak samo, jak zwyczajne, okazują w każdej swej 
części budowę jednorodną i zmierzają do stałej równowagi. To, co 
Lehmann i Przibram opowiadają o ich zdolności odradzania się i ko- 
pulacyi, jest tylko daleką analogią zjawisk, spotykanych w organi- 
zmach. Kryształ nie tylko płynny, ale i zwyczajny > odradza* uszko- 
dzoną krawędź lub odbite naroże, atoli to odradzanie przedstawia 
się w kryształach zupełnie inaczej, aniżeli w ustrojach. Regeneracya 
odciętych narządów u roślin lub zwierząt jest owocem odżywiania 
się, assymilacyi i wzrostu w ścisłem słowa znaczeniu; stąd proces 
regeneracyjny odbywa się z wewnątrz na zewnątrz przy współu- 
dziale wszystkich komórek organizmu. Natomiast kryształ odnawia 
straconą część przez zewnętrzne dokładanie nowych cząsteczek czy- 
sto mechanicznym sposobem. Każda cząsteczka kryształu posiada 
ściśle oznaczony kształt, gdyż atomy jej, dążąc do równowagi, ukła- 
dają się symetrycznie; symetrya zaś jest nieodzownym warunkiem 
stałości. Dla tego jeśli równowaga cząsteczki została gdzieś naruszo- 
na, natenczas naruszenie to musi być usunięte przez stosowne do- 
danie lub ujęcie materyi po przeciwnej stronie; inaczej rozpadłaby 
się cząsteczka. To samo należy powiedzieć o całym krysztale, który 
jest tylko symetrycznem zrzeszeniem cząsteczek. Skoro tedy uszko- 
dzenie krawędzi czy naroża psuje w nim równowagę, przeto, dzięki 
sile przyciągania, cząsteczki rozczynu skupiają się i osadzają w uszko- 
dzonem miejscu. 

Słusznie więc ogół przyrodników odrzuca mniemanie Lehmanna 
i Przibrama, jakoby płynne kryształy były pomostem między przy- 
rodą nieorganiczną a organiczną. > Jeżeli płynne kryształy Lehmanna — 



1 Zob. Ortolan, Vie et matiere en prśsence de la cristallogśnie, wyd. 3, 
Paryż 1900. 



Początek życia 43 

pisze Max Ver\vorn x — wykazują nam pewne momenty, których 
dotychczas u kryształów nie znaliśmy..., nie wolno nam jeszcze 
z tej racyi twierdzić, żeśmy już wykazali przejście między martwym 
a żywym światem, i że tem samem obaliliśmy istniejący między nimi 
mur graniczny... Wszystkie te sztuczne naśladownictwa objawów życia 
są tylko analogiami poszczególnych częściowych procesów ogólnego 
procesu życia. Lecz gdybyśmy nawet za pomocą materyału martwego 
mogli doskonale naśladować owe procesy częściowe oddzielnie, byli- 
byśmy przecież dalecy od wytworzenia tą drogą żywych lub choćby 
tylko napół żywych ciał. Moment charakterystyczny życia nie na 
tem polega, że żywy organizm wykazuje ten lub inny szczególny 
proces życiowy, ale istota jego polega zawsze i tylko na specyficznej 
kombinacyi wszystkich procesów oddzielnych* 2 . 

Gutberlet 3 dodaje, że jeżeli jakie utwory mogłyby uchodzić za 
pomost między światem nieorganicznym a organicznym, to »raczej 
galaretowate koloidy, których przedstawicielem jest klej*. Takie też 
zapatrywanie wyrazili rzeczywiście Zsigmondy i Pauli na 78. zjeździe 
niemieckich przyrodników i lekarzy, odbytym w Stuttgarcie 1906 r., 
powołując się na to, że koloidy są istotnymi składnikami każdego 
ustroju i każdej żywej substancyi, tudzież że spotykane w koloidach 
zjawiska przypominają życiowe objawy komórek. Lecz to wszyst- 
ko — odpowiadamy — świadczy tylko o tem, że do życia potrzeba 
czegoś więcej, aniżeli bardzo skomplikowanego układu cząsteczek 
materyi. Choćby biochemikom udało się kiedyś, jak ufa Zsigrnondy, 
otrzymać drogą syntetyczą wszystkie koloidy organiczne, a miano- 
wicie proteinę, która dotychczas powstaje tylko w ustrojach, to 
i w tym razie pozostałaby nadal przepaść między światem nieor- 
ganicznym a or-janicznym. bo ta proteina różniłaby się od komórki 
czy zarodzi żyjącej tak, jak się różni śmierć od życia. 

Pozostaje jeszcze jedna deska ratunku, której się chwytają 
zwolennicy pierwotnego samorodztwa. Deską tą jest hylozoizm albo 

1 Zbadanie życia (tJórn. polsk.). Wszechświat. 1908, str. 458. 

2 Zresztą sam Lehmann wyznaje, że płynne kryształy nie żyją. »Man 
hat meine Ansfiihrungen haufig dahin missverstanden. ich ware der Meinung, 
es handle sich bei den scheinbar lebenden Kristallen urn wirkliche Lebewesen, 
obschon ich bereits frUher ausdriicklich bemerkt batte: Selbstverstandlich sind 
dieselben nicht ais wirkliche Lebewesen aufzufassen« (Scheinbar lobende Kri- 
stalle, Biolog. Centralblatt, 1908, str. 485). 

3 Der Kosmos, Paderborn 1908, str. 3(Ji. 



44 Kazim ; erz Wais 

panpsychizm. przyznający duszę nie tylko ustrojom, ale wszystkim 
w ogóle ciałom; według tej nauki każdy kamień, każdy nawet atom 
źvje. Stąd przejście z materyi nieorganicznej do organ : cznej jest 
zupełnie zrozumiałe. »Skąd przyszło — pyta zmarły przed kilku 
latv filozof berliński, Fr. Panlsen 1 — pierwsze życie w ogóle?... 
Czy pierwsze poruszenie uczucia (sic) w pierwszej bryłce proto- 
plazmy jest czemś bezwzględnie nowem, co dotąd w żaden snosób 
nie istniało rzeczywiście, czego nic zdała nie zaoowiadało? Byłaby 
to naprawdę absolutna zagadka świata; byłoby jakieś powstanie 
z nicości, mogące istotnip wprawić badacza przyrody w najwyż- 
sze zdumienie, nie mniejsze od tego, którego doznawałby, gdyby 
był zmuszony myśleć, że sama grudka zarodzi powstała także z ni- 
czego*. Należy tedy przyjąć żyjące atomy, które w świecie nieor- 
ganicznym nie posiadają jeszcze świadomości; zająwszy takie sta- 
nowisko, można należycie zrozumieć tak dzisiejsze rozmnażanie się 
ustrojów, jak początek życia w ogóle dr^gą samorodztwa >W rzeczy 
samej, hylozoizm jest pojęciem, któremu prawie nie może się oprzeć 
nowa biologia*. Po tern wszystkiem wylicza Paulsen cały szereg 
hylozoistów: Spinozę, Leibniza. Fechnera, Lotzegn, Buchnera. Haeckla, 
Yon Nazelego. Fr. Zollnera. Moglibyśmy znacznie rozszerzyć tę lita- 
nię. Niektórzy, zwłaszcza pośród nowszych przyrodników, przypisują 
wszelkiej materyi nie tylko życie niższe, lecz także rozum 8 . 

Nie mara zamiaru rozprawiać się długo z hylozoizmem: byłoby 
to zresztą zbyteczne. Niedorzeczność tej hipotezy wynika w sposób 
oczywisty już z tego, co się powiedziało wyżej o różnicy między 
światem organicznym a nieorganicznym. Skoro życie jest zdolnością 
do spełniania czynności wsobnych, a w ciałach nieorganicznych nie 
widać żadnych oznak tychże czynności, to jasne jest. iż nie ma ża- 
dnej podstawy do twierdzenia, jakoby w przyrodzie wszystko żyło. 
Jakoż nikt z nas nie poznaje bezpośrednio cudzych czynności ży- 
ciowych; o życiu innych jestestw możemy wnosić jodynie wtedy, 
gdy spostrzegamy w nich zjawiska, podobne do tych. przez które 
się ujawniają zewnętrznie nasze własne czynności psychiczne. Na 
tej i tylko na tej podstawie przyznajemy innym ludziom rozum, 



1 Einleitung in die Philosophie. wyd. 7, Berlin 1901, str. 114 i n. 

* Zjd. H. Spitzer. Ub^r Ursprung und Bedeutung des Hylozoismus, Gradec 
18^4: zob. także F. Klimke, Der Monismus und seine philosophischen Grund- 
lagen, Fryburg 1911, str. 108 i nn. 



1 



Początek życia 45 

zwierzętom czucie, a roślinom najniższy stopień życia. Skoro jednak 
przejdziemy do królestwa nieorganicznego, natenczas ustaje wszelka 
analogia między objawami życia naszego a zjawiskami, spotykanemi 
w temże królestwie. Toż prości ludzie rozróżniają między ciałami 
żyjącemi i nieżyjącemi, a to samo czynią wykształceni wraz z przy- 
rodnikami i filozofami, którzy nie wzięli rozbratu ze zdrowym roz- 
sądkiem. Max Kassowitz 1 wypowiada o hylozoizmie następujące zda- 
nie: »Owa filozoficzna nauka, która... chciałaby przyznać życie 
całemu światu i wszystkim jego częściom składowym, nie da się 
żadną miarą pogodzić z naszemi obecnemi wiadomościami o życiu 
i dlatego należałoby ją już raz zarzucić*. W. Wundt 2 zowie hylozoizm 
>snem fantastycznym*. 

Atoli Paulsen umieszcza nazwisko Wundta na liście hylozoi- 
stów. I nie bez powodu. Znakomity filozof lipski, jakkolwiek na wielu 
miejscach gromi hylozoizm. przyjmuje go sam w nieco zmienionej 
postaci. Podobnie jak Paulsen, uważa on samorodztwo za jedyną 
hipotezę, która może wytłómaczyć pierwsze zjawienie się życia na 
ziemi: zjawiło się ono zwolna w pewnym okresie przejściowym 
i wyjątkowym. Ponieważ jednak życie nie daje się wytłómaczyć 
za pomocą fizyczno- chemicznych własności materyi, przeto należy 
zdaniem Wundta przypuścić, że już w pierwotnych jej składnikach 
istniało jakieś usposobienie do czynności psychicznych, chociaż nie 
istniało, jak chcą hylozoiści, związane z ustrojem życie aktualne; 
»nie życie duchowe jest płodem fizycznej organizacyi, ale ta orga- 
nizacya jest we wszystkiem... płodem duchowym* 3 . 

Tak więc według Wundta życie kryło się pod jakąś najprostszą 
postacią w pierwiastkach materyi od początku, gdyż inaczej nie 
mogłoby powstać. Czy jednak to przypuszczenie nie jest w swej 
istocie hipotezą hylozoizmu, przeciw której profesor lipski energicznie 
występuje? Przyznaje on nieraz razem z nami, że rzeczom należy 
przypisywać tylko te zdolności, bez których nie można wytłómaczyć 
istniejących faktów; dla czego tedy przypisuje wszelkiej materyi ży- 
cie? Jakież fakty dowodzą, że wszystkie cząsteczki, wszystkie atomy 
posiadają usposobienie do czynności psychicznych? Dlaczego te uspo- 



1 Welt, Leben, Seele, Ein System der Naturphilosopie, Wiedeń 1908, 
str. 30. 

' System der Philosophie, wyd. 2, Lipsk 1897, str. 605. 
8 Logik, wyd. 2, Stuttgart 1894—1895, t. II, cz. I, str. 680. 



46 Kazimierz Wais 

sobienia zmierzają w materyi nieorganicznej do stałej równowagi, 
a w organicznej starają się zachować równowagę jak najbardziej 
chwiejną? W rzeczy samej nie badanie, oparte na faktach, ale wy- 
stawiony a prioń system filozoficzny popycha Wundta do paradoksalnej 
doktryny o początku życia. Ten zaś system streszcza się w tezie, że 
ciało i duch nie są różnymi bytami, ale dwiema stronami tej samej 
rzeczy. Owszem, zdaniem Wundta wszechświat jest całością, złożoną 
z jednostek woli; najpierw istniał czynnik duchowy, i dopiero przez 
jego >zmechanizowanie< powstała materya. Czy jednak ten system, 
którego niczem nie można usprawiedliwić, nie zasługuje na nazwę 
snu fantastycznego, daną słusznie przez myśliciela lipskiego hylozo- 
izmowi? Wundt powołuje się wprawdzie na to, iż czynności psy- 
chiczne, spełniane z początku pod wpływem woli, stają się z czasem 
wskutek ćwiczenia automatycznemi i mechanicznemi. Ale doświad- 
czenie codzienne poucza, że ćwiczenie nie zmienia istoty rzeczonych 
czynności, że nie naruszając ich natury r , raczej je udoskonala, ani- 
żeli zniża do zjawisk materyalnych. 

Co chwila tedy dochodzimy do wniosku: życie nie powstało 
samorodnie. Lecz skąd się wzięło? Posłuchajmy jeszcze paru cie- 
kawych hipotez. 

W. Preyer i G. T. Fechner. wskrzeszając myśl Schellinga, 
utrzymują, że najpierw istniała materya żyjąca, a potem dopiero 
wyłoniły się z niej ciała nieorganiczne, martwe. Preyer 1 , odrzuci- 
wszy samorodztwo, wystąpił po raz pierwszy z tą hipotezą na 
zjeździe niemieckich przyrodników w Lipsku 1872 r. Odbywający 
się we wszechświecie ruch — powiada Preyer — jest życiem; jak 
zaś świat nie miał początku, i końca mieć nie będzie, tak i życie. 
Ognista niegdyś kula ziemska była jednym olbrzymim ustrojem, 
który ruchem dawał znać o swem życiu. Jej oddechem była może 
świecąca para żelazna, jej krwią metal płynny, jej pokarmem me- 
teoryty. Kiedy niektóre części kuli, n. p. ciężkie metale, skutkiem jej 
ostygnięcia na powierzchni, nie mogły już uczestniczyć w ruchu, 
wtedy straciły życie i zamieniły się w ciała martwe, zwane dziś nie- 
organicznemi. Dzięki coraz większemu oziębianiu się ziemi, pier- 
wiastki, znajdujące się dotąd w stanie gazowym i płynnym, utwo- 
rzyły zwolna zarodź, będącą warunkiem i podstawą życia za na- 
szych czasów; w ogólności wszakże jest rzeczą nieuzasadnioną przy- 

1 Naturwissenschaftliche Thatsachen und Probleme. Berlin 1880. 



Początek życia 47 

wiązywać życie do protoplazmy, albowiem między ruchami organicznymi 
a nieorganicznymi zachodzi jedynie stopniowa różnica. W miarę obniża- 
nia się ciepłoty powstawały coraz bardziej złożone związki chemiczne, 
a tern samem coraz doskonalsze ustroje roślinne i zwierzęce. 
Fechner 1 uczy, że wszechświat stanowi jeden ożywiony świadomo- 
ścią bożą organizm, z którego wyłoniły się jako drugorzędne oso- 
bniki słońce i ziemia, a w końcu ludzie i zwierzęta; w ich świa- 
domości zróżniczkowała się praświadomość kosmiczna. Zresztą utwory 
organiczne różnią się od nieorganicznych jedynie formą swych ru- 
chów. W ruchach nieorganicznych zmieniają masy lub ich cząstki 
tylko miejsce, w organicznych prócz miejsca — porządek. 

Z Preyerem i Fechnerem godzą się co do przewodniej myśli 
Kerner von Marilaun, O. Schmitz-Dumont i W. H. Preuss. >Moje 
wyznanie wiary — powiada Kerner 2 — streszcza się w tein, że 
materya i siła są wieczne, i że także ta siła, która się okazuje 
w materyi jako życie, jest wieczna*. >Budowa materyi — pisze 
Schmitz 3 — która dziś istnieje i przedstawia się jako żyjąca, do- 
maga się według zasady przyczy nowości szeregu takich samych 
ustrojów dla całego czasu przeszłego... Na rozpalonej ziemi życie 
było zawsze*. Pierwotny świat — utrzymuje Preuss 4 — składał się 
z bardzo drobniutkich ustrojów kosmicznych, które, łącząc się ra- 
zem, dały nasamprzód początek człowiekowi. Królestwo zwierzęce 
zjawiło się wtedy, gdy kosmiczna płodność nie mogła się już zdo- 
być na zarodki ludzkie. Skoro znowu organiczna materya wydzie- 
liła z siebie różne zarodki zwierzęce, wówczas ukazały się na 
świecie rośliny. Wreszcie ciaJa nieorganiczne powstały z materyi 
organicznej skutkiem zupełnego wyczerpania się energii życiodajnej; 
ruchy ich można sprowadzić do ciążenia i kosmicznego biegu gwiazd. 

Dr. H. E. Richter 5 , lekarz drezdeński, odnawiając naukę de 

Maillet'a z r. 1748, przyjął, że wszędzie w przestrzeni krążą cząstki 

substancyj stałych, odrywające się ustawicznie od ciał niebieskich 

skutkiem ich szybkich ruchów. Do tych cząstek przyczepiają się 

» ^ ~^^-^~^-~ - 

1 Einige Ideen zur Schópfungs- und Entwickelungsgeschichte der Or- 
ganismen, Lipsk 1873. 

ł Pflaruenleben, 2 t., Lipsk 1888-1891, t. II, str. 584 i n. 

s Naturphilosophie ais esakte Wissenschaft, Lipsk 1895, str. 311. 

* Geist und Stoff, Oedenburg 18^3. 

s Zur Darwin'schen Lehre (Schmidfs Jahrb. fiir die gesam. Medizin, 
1865 i 1870). 



48 Kazimierz Wais 

nasionka. pochodzące z ciał, na których jest życie, i przenoszą się 
z niemi na inne ciała, a w szczególności na ziemię. Gdy na ziemi 
zjawiły się warunki korzystne, natenczas nasionka. które w ten 
sposób dostały się na nią z innych światów, zaczęły się rozwijać. 
Stąd zdaniem Richtera życie jest pod postacią komórek równie wie- 
czne, jak materya nieorganiczna. Omne vivum ab aeterniłate e cellula — 
powiada Richter. Niezależnie od niego hipotezę tę głosili parę lat 
później dwaj wielcy fizycy, W. Thomson i Helmholtz: zarodki pier- 
wszych ustrojów mogły się dostać na ziemię za pośrednictwem spa- 
dających meteorytów. >Kto umie powiedzieć — pyta Helmholtz 1 — 
czy te ciała, od których roi się wszędzie w przestrzeni, nie rozsiewają 
także zarodków życiowych, ilekroć jakieś ciało niebieskie stało się 
zdolnem do tego, by dać mieszkanie stworzeniom organicznym?* 
Dr. O. Hahn wykazywał nawet za pomocą rysunków i fotografii, że 
badane przezeń meteoryty zawierają istotnie resztki ustrojów 2 , 
a Weinland widział pośród tychże resztek wyraźne utwory koralowe 
o niezwykle małej wielkości, które na cześć Hahna otrzymały na- 
zwę Hahnia meteoritica. 

Hipoteza Richtera, zwana hipotezą panspermii lub kosmozoów 
(Kosmozoentheorie), znalazła wielu zwolenników między tymi, którzy 
uznają niemożliwość samorodztwa. Do niej uciekł się w końcu du 
Bois Reymond, a w ostatnich latach znany uczony szwedzki, Svante 
Arrhenius 3 . Według Arrheniusa przenoszenie zarodków przez me- 
teoryty jest wykluczone. Istniejące odwiecznie w świecie zarodki 
odbywają wędrówki z jednych ciał do drugich w ten sposób, że 
najpierw wznoszą się dzięki prądom powietrza do górnej atmosfery, 
potem oddalają się coraz bardziej skutkiem jej sił elektrycznych, 
a w końcu dostają się do sfery, w której działa ciśnienie promieni 
świetlnych. Ciśnienie to jest dla ciałek o średnicy 000016 mm. 
znacznie większe, aniżeli grawitacya, i dla tego takie ciałko może 
być uniesione w kierunku, przeciwnym sile ciążenia. Lecz na świe- 



1 Populare wissenschaftliche Vortrage, t. 3, Brunświk 1865—1876, t. III, 
str. 135. 

J Opowiada Gander, dz. przyt, str. 74, że Hahn jeździł z swem odkry- 
ciem do Darwina; Darwin, zobaczywszy oryginalne okazy roślinne i zwierzęce, 
zerwał się pełen zachwytu na równe nogi i zawołał: » Wszechmocny Boże! Ja- 
kież cudowne odkrycie! Teraz życie jest zrozumiałe*. 

1 Das Werden der Welten, tłóm. z szwedzk. Bamberga, Lipsk 1908, 
rozdz. VIII. 



Początek życia 49 

cie istnieją żyjątka, dorównywaj ące owym ciałkom. Wprawdzie nie 
są one przystępne dla ludzkiego oka, ale dają nam znać o sobie 
przez rozmaite choroby, n. p. żółtą febrę, wodowstręt i t. p. >Dla tego 
według wielkiego prawdopodobieństwa... ciśnienie promieni słone- 
cznych mogłoby je wyrzucić w przestrzeń, gdzie na płanetach, któ- 
reby im dały korzystne miejsce do rozwoju, zdołałyby wzniecić 
życie < *. 

Oto cały szereg kłócących się z sobą hipotez. Szkoda tylko, 
4e żadna z nich nie może zadowolić krytyka. Pomijam wiele twier- 
dzeń niedorzecznych lub bezpodstawnych, jak n. p. powtarzające się 
często zdanie o wieczności materyi; poprzestaję na uwagach, odno- 
szących się wprost do naszego zagadnienia. 

Hipoteza Preyera przypuszcza życie, wbrew zdrowemu roz- 
sądkowi, w ognisto -płynnej kuli ziemskiej. Czyżby jednak ta kula 
żyła dla tego. że ją trawił ogień? Lecz w takim razie musielibyśmy 
powiedzieć to samo o każdej ognistej masie 2 . Tak tedy Preyer obala 
przyjęte powszechnie pojęcie życia 3 . Nadto, jeżeli ustroje wyszły 
ongi z ognia, czemu wydobywająca się z wnętrza ziemi lawa nie 
wydaje ich dzisiaj, lecz przeciwnie niesie śmierć wszelkiemu życiu? 

Przy Fech nerze przypominam, że należy on do głównych wo- 
dzów hylozoizmu o którym mówiliśmy wyżej. Tu wystarczy zazna- 
czyć, że ani żadne ciało niebieskie, ani nawet, wszechświat nie może 
uchodzić za żywy organizm. W tę bajkę platońską uwierzą chvba małe 
dzieci. Wszechświat składa się wprawdzie z wielu części, działających 
na siebie, atoli to samo należy powiedzieć o każdej maszynie, w której 
jedno koło porusza drugie. Skoro zaś nikt nie przypisuje życia ma- 
szynie, przeto nie można go także przypisywać światu. 

Kernerowi i Schmitzowi odpowiemy, że życie ustrojów, jak 
poucza codzienne doświadczenie, nie idzie w parze z ogniem. Toż 
według powszechnego przekonania żaden organizm nie mógł istnieć 
na ziemi wówczas, gdy ona znajdowała się w stanie rozżarzonym*. 

1 Dz. przyt, str. 199. 

' W rzeczy samej Preyer sili się na uzasadnienie twierdzenia, że płomień 
świecy jest jestestwem żyjącem, które się odżywia, oddycha i wydaje z siebie 
przez podział nowe osobniki żyjące. 

* Por. Verworn, Allgemeine Physiologie, str. 371 i n. 

* Stąd pomijam milczeniem hipotezę fizyologa z Bonn, Edw. Pflugera, 
który upatruje początek życia w pewnycb związkach cyanu (CNl, tworzących 
się tylko w temperaturze białości. 

Wais. 4 



50 Kazimierz Wais 

Odwoływanie się Schmitza do zasady przyczynowości chybia tutaj 
celu. Zasada ta nie domaga się koniecznie dla całego czasu prze- 
szłego takich samych ustrojów, jakie dzisiaj istnieją; wystarczy 
przyjąć przyczynę, która miała dość mocy, by w stosownej chwili 
powołać do bvtu pierwsze organizmy. Co do wywodów Preussa, to 
urąsają one zasadniczym wiadomościom geologii i paleontologii. Nau- 
ki te wskazują, że człowiek ukazał się na ziemi dopiero po rośli- 
nach i zwierzętach. 

Pogląd Richtera jest błędny nasamprzód dla tego, że przyjmuje 
odwiecznie żyjące zarodki: skoro każde ciało niebieskie przechodziło 
lub przechodzi przez stan ognisty, jasne jest. że zarodki musiały 
powstać w czasie. Po drugie doświadczenie nie popiera wcale twier- 
dzenia, jakoby dziś jeszcze zarodki spadały na ziemię z przestrzeni 
kosmicznej. W powietrzu, otaczaj ącem wysokie góry, nie ma żadnych 
nasion; tak samo zupełnie czyste jest powietrze na morzu w miej- 
scach, bardzo odległych od lądu. Hartmann x dodaje słusznie, że 
spadające na ziemię zarodki spaliłyby się skutkiem tarcia już 
w górnych warstwach atmosfery ziemskiej. Wreszcie niepodobna 
przypuścić, żeby zarodki mogły przez długi czas przebywać w bar- 
dzo zimnej przestrzeni, nie tracąc życia. 

Podobne u waci stosują się również do teoryi Thomsona i Helm- 
holtza. Wszak zimno kosmicznej przestrzeni, wśród której błądzą 
meteoryty, wynosi — 273° C; otóż nie ulega chyba wątpliwości, iż 
w tak nizkiej temperaturze, zwanej jej zerem bezwzględnem. musi 
zginąć wszelki ustrój. Wprawdzie według doświadczeń Picteta 
i Younga niektóre bakterye znoszą zimno do — 130° C. wprawdzie 
Brown i Escombe przekonali się. że pewne nasiona nie giną, chociaż 
przez sto godzin pozostają w atmosferze o 190° poniżej zera 2 , 
wprawdzie nie brak autorów, którzy opowiadają, że można ciepłotę 
zarodników bakteryi obniżyć, bez nadwerężenia ich życia, nawet do 
— 254 03 : atoli najpierw liczby te. jeśli są prawdziwe, różnią się 
o kilkadziesiąt stopni od bezwzględnego stopnia zimna ( — 273), 
a powtóre bakterye. nasiona i zarodniki, o których mowa, były 
wystawione na zimno zaledwie przez kilka godzin, dni lub miesięcy, 
gdy meteoryty błąkają się długo w przestrzeni światowej. Z drugiej 



1 Dz. przyt., str. 186. 

1 H. De Varigny, La naturę et la vie, Paryż 1905, str. 10. 

3 Arrhenius, dz. przyt., str. 201. 



Początek życia 51 

strony przyczepione do meteorytów zarodki musiałyby zginąć z po- 
wodu gorąca, powstającego na powierzchni meteorytów w chwili, 
gdy one, biegnąc z szybkością 40 do 60 kim. na sekundę, wkra- 
czają w obręb gęstej atmosfery ziemskiej. W istocie ciepłotę roz- 
palonego w ten sposób meteorytu podają na 4.000. a nawet 6.000 
stopni. Tymczasem wszelkie nasiona giną niezawodnie już przy 
150° lub 200° l . Nie koniec na tem. Chociażby kiedyś wykazano, 
że ani zimno, ani gorąco, o których była mowa, nie potrafią zabić 
zarodków, hipoteza nie wiele zyskałaby na tem, gdyż każdy widzi, 
że ona nie rozwiązuje zagadnienia, ale je tylko przesuwa. Jeśli 
ustroje przedostałyby się na ziemię za pośrednictwem meteorów 
z innych ciał niebieskich, zachodzi pytanie, kiedy i w jaki sposób 
powstały na owych ciałach? Bo jeżeli wszystkie ciała niebieskie 
podlegają tym samym prawom, jeżeli każde z nich przechodziło 
lub przechodzi przez stan ognisty, to — powtarzamy raz jeszcze — 
zarodki nie mogą być wieczne. 

Powyższa krytyka zwalnia nas od osobnej oceny teoryi Arrhe- 
niusa, tem bardziej, że składa się na nią wiele pomocniczych hi- 
potez, które nic nie mają za sobą prócz możliwości. 

Przeszliśmy tedy przez długi labirynt rozmaitych poglądów 
o początku życia. Poddając je bezstronnej ocenie, poznaliśmy, że 
życie nie mogło powstać samorzutnie, albowiem samorodztwo w o- 
góle nie istnieje, a pojęte w znaczeniu mechanicznego monizmu mieści 
w sobie sprzeczność, tudzież że próby przeciwników, chcących za 
wszelką cenę zatrzeć różnicę między światem żywym a martwym, 
aby w ten sposób usprawiedliwić samorodztwo na początku, są pło- 
dem poronionym. Przekonaliśmy się nadto, że hipotezy, przyjmujące 
pierwszeństwo materyi żyjącej przed martwą, lub wieczność jednej 
i drugiej, są niedorzeczne albo przynajmniej zgoła bezpodstawne 
i pozbawione celu. 

Wobec tego łatwo nam wyzyskać dylemmat Virchowa: albo 
samorodztwo albo czyn Stwórcy; tertium non datur. Po wykluczeniu 
członu pierwszego, pozostaje tylko drugi. W rzeczy samej przyjęcie 
wpływu bożego przy kolebce życia jest jedynie rozumnem rozwią- 
zaniem naszego zagadnienia. Ten wpływ, a nie samorodztwo, jak 
sądzi Virchow, jest postulatem filozoficznym, do którego nas pro- 



1 Por. Koken, Die Vorwelt und ihre Entwickelungsgeschichte, Lipsk 1893, 
str. 74. 



52 Kazimierz Wais 

wadzą same nauki przyrodnicze. Skoro fakty biologiczne wykazują 
niemożliwość autogenezy, przeto zasada przyczynowości każe nam 
przypisać początek życia wyższej przyczynie. Toż tylko wtedy wy- 
rzeklibyśmy się rzeczonego postulatu, gdyby ktoś wykazał istnienie 
samorodztwa. 

Takie też jest przekonanie wielu filozofów i przyrodników. 
»Jesteśmy zmuszeni — wyznaje Dippe J — przyjąć nie tylko stwo- 
rzenie fizycznego atomu, lecz także stworzenie jakiegoś elementar- 
nego ustroju lub stworzenie samej komórki <. Lord Kelvin, mimo swej 
hipotezy o przeniesieniu życia na ziemię przez meteoryty, powiedział 
przed kilku laty po konferencyi Henslowa: » Jestem zupełnie w zgo- 
dzie z prof. Henslowem co do głównych części jego konferencyi, 
ale nie mogę przyjąć, jakoby w sprawie początku życia nauka ani 
nie stwierdzała mocy Stwórcy, ani jej nie przeczyła. Nauka stwier- 
dza w sposób pozytywny moc Stwórcy «. » Wszelkie doświadcze- 
nie — powiada J. Reinke 2 — uczy zgodnie, że z wilgotnej ziemi 
nigdy nie powstaje żyjąca komórka sama. t. j. przez istniejące 
w glinie siły. Tak samo było przed milionami lat, bo niezmienność 
praw przyrody jest niewzruszonym pewnikiem nauki. Jeśli tedy 
przed bardzo długim czasem pierwotne komórki wyłoniły się ze 
składników ziemi, to można to tylko przypisać niezbadanej sile. 
która stoi za przyrodą... Tą niezbadaną siłę twórczą zowie i no- 
wożytny przyrodnik Bóstwem*. » Pierwszy praustrój — są wreszcie 
słowa zoologa wiedeńskiego. K. C. Schneidra s — mógł być powo- 
łany do bvtu jedynie przez stwórczą siłę Boga*. 

Wszakże ten osobny wpływ Boży przy powstaniu pierwszego 
życia nie był czvnem stwórczym we właściwem słowa znaczeniu, 
bo Bóg powołał do bytu jestestwa żyjące nie z nicości, lecz ze 
stworzonej p zedtem materyi nieorganicznej. W jaki jednak sposób 
Stwórca działał na tę materyę. aby się stała żywym ustrojem, bez- 
pośrednio, czy pośrednio, o tem oczywiście nic na pewno nie wie- 
my. Można przypuścić z św. Augustynem 4 , że Bóg, stwarzając na 
początku materyę, włożył w pewne jej cząstki zdolność czyli za- 



1 Naturphilosóphie, Monachium 1907, str. 398. 
9 Naturwissenschaft und Religion, Monachium 1907. str. 11. 
* Die Grundgesetze der Deszendenztheorie, Fryburg 1910, str. 48; zob. 
taW,p str. Ifi9 i n. 

4 De Genesi ad Iiteram, 1. i, c. 23. 



Początek życia 53 

sadę życiową, która ujawniła się dopiero wtedy, gdy w środowisku 
nastały potrzebne do tego warunki. Hipoteza ta nie narusza wcale 
zasady przyczynowości: życie nie powstałoby samo przez się z ma- 
teryi martwej, bo rzeczone jej cząstki zawierałyby je in potejitia 
tak samo, jak w duszy ludzkiej tkwią poteneyalnie od pierwszej 
chwili jej istnienia zdolności umysłowe, chociaż okazują się zna- 
cznie później. 



W SPRAWIE PRZEDMIOTU I PODZIAŁU 
PSYCHOLOGII 



napisał 

WŁADYSŁAW W1TWICKI 



Witwicki. 



Rzecz czytana na posiedzeniu sekcyi filozoficznej XI-go Zjazdu lekarzy i przy- 
rodników polskich w Krakowie w r. 1911. 



I. Przedmiot psychologii. 

1. Co innego psychologowie obiecują, a co innego 
robią. 

W poglądach na przedmiot psychologii nie spotykamy zasa- 
dniczej sprzeczności u różnych badaczy; owszem, zgadzają się psy- 
chologowie na to, że przedmiot ich badań stanowią zjawiska lub 
procesy duchowe, fakty psychiczne, lub fakty świadomości, podczas 
gdy zjawiska fizyczne stanowią same przez się przedmiot wszelkich 
innych nauk poza psychologią. Jednakże, kiedy porównywamy okre- 
ślenie zjawisk duchowych, jakie spotykamy u niektórych psycholo- 
gów na początku książki, z treścią książki samej, widzimy, że okre- 
ślenie przedmiotu psychologii, podane na początku podręcznika, nie 
zgadza sie z rzeczywistym przedmiotem pracy. 

Tak n. p. Hofler zapowiada z góry, że mówić będzie o zja- 
wiskach duchowych, a zjawiska duchowe określa jako przedmioty 
bezprzestrzenne; w toku książki mówi jednak szeroko, podobnie jak 
i wszyscy inni psychologowie, o barwach, które przecież posiadają 
cechy przestrzenne. We wstępie twierdzi, że dźwięki są zjawiskami 
fizycznemi, w toku książki mówi o ich cechach, rodzajach, stosun- 
kach, i nie może o nich nie mówić, bo robi to każda inna psycho- 
logia podobnie, mimo, że i inni psychologowie gotowi się zgodzić, że 
dźwięki są zjawiskami fizycznemi; zaczem nie powinny stanowić 
przedmiotu psychologii. 

Jeżeli taki zachodzi rozdźwięk pomiędzy tern, czem się psy- 
chologia zajmuje naprawdę, a tern, co za jej przedmiot uważa wielu 
psychologów, widocznie, określenie jej przedmiotu jest pod jakimś 
względem niedostateczne, i należy je skontrolować. Należy się zasta- 
nowić nad tern, co nazywać mamy zjawiskiem psychicznem, a 'co 
fizycznem, które zjawiska zaliczyć do grupy pierwszej, a które do 
drugiej, i w ten sposób ustalić pogląd na przedmiot psychologii. Roz- 

1* 



4 Władysław Witwicki 

waźania te wymagają wiele czasu i miejsca. Tutaj ograniczymy się 
tylko do zaznaczenia najważniejszych punktów. 

2. Jedna z charakterystyk zjawisk duchowych 
i jej geneza. 

W zwyczajnym podziale zjawisk na fizyczne i psychiczne prze 
bija się dualizm kartezyuszowski, przedział świata na dwie równo- 
rzędne polowy, toto genere różne: świat rzeczy rozciągłych i świat 
myśli, czyli świat zjawisk duchowych. Do zjawisk duchowych liczy 
się takie zjawiska, jak radość, smutek, pragnienie, postanowienie, 
wiarę, wątpliwość; do drugiego szeregu, do zjawisk fizycznych, na- 
leżą takie, jak barwa, ton, skurcz mięśnia i t. d. Różnice pomiędzy 
członami jednego z tych szeregów mają być mniejsze, niż różnice 
między którymkolwiek członem jednego szeregu, a którymkolwiek 
członem drugiego. Prócz tego, wszystkie człony jednego szeregu mają 
mieć cechy wspólne, których brak jakiemukolwiek członowi szeregu 
drugiego. Zjawiska psychiczne mają mieć takich pięć cech wspól- 
nych, których nie posiada żadne zjawisko niepsychiczne. Te cechy 
wspólne stanowią istotę zjawisk duchowych. Takiemi zjawiskami 
zajmuje się psychologia. Cechy te są następujące: 

1) zjawiska duchowe są bezprzestrzenne; 

2) zjawiska duchowe są albo przedstawieniami, albo są na 
nich oparte; 

3) zjawiska duchowe są dane w doświadczeniu wewnętrznem; 

4) zjawiska duchowe są związane w każdym momencie w je- 
dność jakiejś poszczególnej świadomości: mojej, twojej, jego i t. d.; 

5) w każdem zjawisku duchowem rozróżnić można akt, przed- 
miot i treść natury psychicznej lub fizycznej. 

Tak n. p. kto jest świadkiem wybuchu wulkanu, ten posiada 
zjawiska psychiczne: widzenia światła, słyszenia huku, afektu 
strachu i t. d., przyczem światło i huk są fizycznymi przedmiotami, 
a równocześnie treściami psychicznych aktów widzenia, słysze- 
nia i t. d. Psychologia zajmuje się bezpośrednio aktami zjawisk 
duchowych, a nie ich przedmiotami, zatem w tym wypadku i w wy- 
padkach jakichkolwiek świadomych przeżyć człowieka, zajmuje się 
psychologia widzeniem, słyszeniem, czuciem, afektem, są- 
dzeniem, postanawianiem i t. d., podczas gdy barwy, dźwięki 
i inne przedmioty doznawane stanowią przedmiot innych nauk. Psy- 
chologii przedmiot stanowi doznawanie samo, czyli akt zjawiska 
duchowego. 



W sprawie przedmiotu i podziału psychologii 5 

3. Wady tej charakterystyki. 

a) Przeciwko temu określeniu zjawisk psychicznych i odróżnie- 
niu ich od innych nasuwają się pewne zarzuty. I tak, co się tyczy 
beznrzestrzenności. Są rzeczy bezprzestrzenne, których wyznawcy 
takiego podziału zjawisk nie nazwą psychicznemi zjawiskami, i są 
z drugiej strony niewątpliwe zjawiska duchowe, którym nawet i zwo- 
lennicy tej tezy przyznać muszą pewne cechy przestrzenne. A więc 
n. p. podobieństwo, równość, sprzeczność, albo liczba urojona, to sta- 
nowczo rzeczy nierozciągłe, a mimo to nie są to zjawiska psychiczne. 
Z drugiej strony ból, rozkosz, to niewątpliwe zjawiska psychiczne 
i niewątpliwe przedmioty psychologii, a mimo to każdy potrafi sobie 
przypomnieć niejeden ból i niejedne rozkosz, która najwyraźniej 
bvła zlokalizowana, miała niewątpliwe i wyraźne cechy przestrzenne. 
Jeżeli tak, to nie można cechy bezprzestrzenności uważać za istotne 
znamię zjawisk duchowych. Uzyskane z pomocą tego znamienia 
określenie pierwiastka psychicznego nie będzie bowiem żadną miarą 
odwracalne. 

b) Drugie określenie zjawisk duchowych mało rzecz wyjaśnia. 
Mówi bowiem, że zjawiska duchowe są albo przedstawieniami, albo 
są na przedstawieniach oparte. Otóż przedstawienia są same pe- 
v/nemi zjawiskami duchowemi, i niepodobna ich inaczej określić, jak 
tylko z pomocą pojęcia ^zjawiska duchowego*. Nie można się więc 
w określeniu >zjawiska duchowego* posługiwać pojęciem »przedsta- 
wienia*, bo wówczas określamy idem per idem: zjawisko duchowe 
w ogóle przez pewne zjawisko duchowe. Podobnie, jak gdybyśmy mó- 
wili, że jarzyna jest to albo marchew, albo coś innego. Albo, jak 
gdybyśmy mówili, że tkankowce są to zawsze albo jamochłony, albo 
coś, co od jamochłonów pochodzi. 

4. Dodatnie strony tej charakterystyki, oraz ich 
interpretacya. 

a) Zjawiska dachowe. 

Trzecie i czwarte znamię słusznie określa zjawiska duchowe, 
to znaczy, wedle tych znamion należy dzielić przedmioty składające 
wszechświat, bo tak przeprowadzony podział jest nam koniecznie 
potrzebny w nauce i w życiu. A mianowicie: Zjawiska duchowe 
dane są w doświadczeniu wewnętrznem i związane w każdym mo- 
mencie w jakąś jedność świadomości mojej lub cudzej. Znaczy to 
innemi słowy: Są pewne zjawiska, które dane są tylko mnie sa- 
memu, lub jakiemukolwiek innemu podmiotowi poznającemu, zja- 



g Władysław Witwicki 

wiska, które powstają, zmieniają się, giną i istnieją o tyle tylko, 
o ile są koranś dane; inaczej: Są pewne zjawiska o charakterze 
subjektYwnym, i te zjawiska, czy przedmioty subjektywne, są powią- 
zane w grupy poszczególnych świadomości ludzkich i zwierzęcych. 
Poza niemi przyjmujemy w nauce i w życiu zjawiska dane nie tylko 
mnie, lub komuś tylko jednemu, ale zjawiska, które dane być mogą 
wielkiej ilości podmiotów poznających równocześnie, które istnieć, 
ginąć, zmieniać się mogą, choćby nawet nikt nie stwierdzaj, nie do- 
znawaj ich istnienia, zguby, zmiany, czyli przedmioty i procesy o cha- 
rakterze objektywnym. Tak więc subjektywny charakter, czyli du- 
chowy, posiada ogół barw, z których zbudowany jest świat wzro- 
kowy, jaki przeżywam naprawdę, ogół dźwięków, woni, temperatur, 
a nawet oporów cech przestrzennych i czasowych, których doznaję, 
a tak samo przyjemności i przykrości, które czuję, przekonań, które 
żywię, słowem ten świat cały, który mi jest bezpośrednio dany. Cały 
ten świat dany jest tylko mnie w mojem własnem poznaniu, i nie 
jest dostępny nikomu pozatem, a nawet mnie samemu w następnej 
chwili życia. 

Ani tego samego widoku bali wykładowej, który ja mam w tej 
chwili wraz z jego barwami, wymiarami, formami, które zależą od 
mego punktu widzenia i mojej indywidualnej wprawy w ocenianiu 
barw, wymiarów i form, nie może mieć. nie ma i nie będzie miał 
nikt inny poza mną, ani ja sam tego samego widoku nigdy już 
nie odzyskam, skoro raz istnieć przestanie po skończeniu wykładu, 
ani tego mego ogółu dźwiękowego, w którym obecnie własny mój 
głos dominuje na tle innych, dalszych szmerów, ani ogółu sądów, 
które w tej chwili mniej lub więcej świadomie ja przeżywam, nikt 
inny prócz mnie nie ma i mieć nie może. ani ja sam nawet nie od- 
zyskam tego samego momentu z upływającego wciąż strumienia 
mego świata wewnętrznego. Świat ten istnieje, o ile ja istnieję i czu- 
wam, ginie w nocy, kiedy śpię, i powstaje znowu, kiedy oczy otwie- 
ram. Każdy z nas, każdy podmiot poznający świat taki w sobie 
i swoje ciało empiryczne w nim nosi i tyle takich światów jest. ile 
jest podmiotów poznających. W tern znaczeniu nie dusza nasza 
mieszka w ciele, a ciało w świecie zewnętrznym, ale na odwrót: 
subjektywny nasz świat zewnętrzny i nasze ciało empiryczne z nim 
razem istnieje w świadomości, czyli w duszy naszej. 

Jako wielką grupę składową tego świata subjektywnego wy- 
różnić możemy jakości zmysłowe, więc to wszysko, co przeżywamy 



W sprawie przedmiotu i podziału psychologii 7 

oczyma, uszami, nosem, skórą, ruchem członków, oraz cechy cza- 
sowe zjawisk. Wszystko to ma charakter subiektywny, dane jest 
w doświadczeniu wewnętrznem, stanowi część świata duchowego. 
Zatem zjawiskami duchowemi są nie tylko nasze uczucia, przekona- 
nia i postanowienia, ale równie dobrze bezpośrednio doznawane 
chwile, rozmiary, opory, barwy, dźwięki, wonie, temperatury. 

b) Zjawiska fizyczne. 

Dla zoryentowania się we własnych i cudzych, minionych i przy- 
szłych momentach świata psychicznego, dla porozumienia się z dru- 
gimi potrzebna nam jest jakaś wspólna podziałka, jakiś miernik 
objektywny. Jako taką wspólną podziałkę przyjmujemy, poza świa- 
tem psychicznym, który każdy z nas zna bezpośrednio, i z którego 
wyskoczyć, jak ze skóry własnej, nie może, jeszcze i świat inny, 
świat objektywny, świat przedmiotów, procesów i stosunków, nieza- 
leżnych od podmiotu poznającego, świat t. zw. rzeczywisty, mimo, 
że go nikt bezpośrednio nie przeżywa, tylko każdy istnienie jego in- 
stynktownie przyjmuje. A więc przyjmujemy, obok i poza subjekty- 
wną przestrzenią i czasem, objektywny, rzeczywisty czas i objekty- 
wną rzeczywistą przestrzeń, przyjmujemy nawet, że mur jest biały, 
a trawa zielona, mimo noc lub zmrok, że niebo jest błękitne, choć 
je chmury, lub powieki nasze zakryją, gmach na tyle i tyle metrów 
wysoki, mimo że się cały zmieści wzrokowo w ramach okna lub 
w otworze lornetki, dzień i godzina ta, którą kalendarz i zegar 
wskazuje, temperatura, którą termometr określa, a nie ręka roz- 
grzana lub wyziębiona i t. d., przyjmujemy przedmioty rzeczywiste, 
wyposażone na stałe pewnemi cechami, które obowiązują w postę- 
powaniu wszystkich i każdego z osobna, cechami objektywnemi. 
Skłania nas do tego widoczna prawidłowość naszych światów sub- 
jektywnych, fakt, że w podobnych warunkach dotykowomięśniowych 
zwykliśmy podobne przeżywać zjawiska wzrokowe, fakt, że się 
w pewnych warunkach zwykły niejako powtarzać nasze cząstki 
świata wewnętrznego, fakt, że nie możemy dowoli rządzić elemen- 
tami naszego świata wewnętrznego, zależnie od pragnień lub niechęci, 
fakt, że się nam pewne przedmioty narzucają jako istniejące, i za- 
przeczyć ich istnienia nie możemy, choćbyśmy chcieli. 

Ogół tych przedmiotów, procesów i stosunków stanowi świat 
objektywny. Od szeregu wieków fizyka buduje część tego świata 
objektywnego z cech geometryczno-mechanicznych, znanych nam je- 
dnak również tylko z doświadczenia wewnętrznego, z cech, które 



g Władysław Witwieki 

mają pierwotnie charakter tak samo subjektywny, jak cechy wzro- 
kowe, słuchowe, roskosze i bóle. W ostatnich czasach i fizyka po- 
zwala te przedmiot v objektywne pojmować ogólniej, jako dające się 
ilościowo porównać, i oznaczyć warunki powstawania takich lub innych 
ewentualnych przedstawień, traktuje cechy i zjawiska geometryczno- 
mechaniczne, z pomocą których wyobrażać nam sobie pozwala świat 
objektywny tylko jako środek, który ułatwia obliczenia, wiąże fakty 
z pozoru niepodobne, ułatwia pracę rozumowi i wyobraźni, ale nie 
jako realne, rzeczywiste składniki świata. Łańcuchy benzolowe i fi- 
gurki stereochemiczne są tylko środkiem pomocniczym dla przewi- 
dywania nowych zjawisk i pomocą dla grupowania zjawisk znanych, 
ale nie muszą istnieć na prawdę, nie mają niez wałczonej pretensyi 
do realnego bytu objektywnego. 

Jakkolwiek jest, znamy bezpośrednio świat przedmiotów i zja- 
wisk subjektywnych. i ten stanowi przedmiot psychologii. Odróżniamy 
od niego jako konstrukcyę pomocniczą świat przedmiotów i zjawisk 
objektywnych; ten jest polem wszelkich innych nauk poza psycho- 
logią. Przez zjawiska i przedmioty subjektywne czyli duchowe ro- 
zumiemy zjawiska i przedmioty dane nam bezpośrednio, przeżywane 
na prawdę, dane w doświadczeniu wewnetrznem, istniejące zależnie, 
powiązane w grupy poszczególnych świadomości: mojej, twojej, 
jego i t. d. 

c) Dwuznaczność niektórych zwrotów. 

Jeżeli tak, to może psychologia mówić o przedmiotach, wypo- 
sażonych cechami przestrzennemi. bo cechy przestrzenne, a nawet 
cała przestrzeń, którą znamy poza geometryą, to składnik naszego 
świata subjektywnego; może mówić o barwach i dźwiękach, bo 
barwy i dźwięki, to przedmioty subjektywne, czyli zjawiska duchowe. 
Wyraz »czerwień« jest dwuznaczny. Raz oznacza to coś jaskrawego, 
co tylko oczyma własnemi każdy z osobna przeżyć może, to, co 
widzę, kiedy patrzę na rozżarzone żelazo, i to jest zjawisko duchowe; 
drugi raz wyraz » czerwień* oznacza pewną ilość fal eteru w sekun- 
dzie, czyli barwę objektywną w znaczeniu fizycznem — ta » czer- 
wień* jest czemś objektywnem. a nie tylko nikt jej nigdy nie wi- 
dział, ani jej nigdy zobaczyć nie potrafi, ale, prócz tego, ta objek- 
tywną, fizyczna »czerwień« nie jest zgoła czerwona. Podobnie zwrot 
>widzę kolor czerwony* jest dwuznaczny. Albo znaczy: »doznaję 
barwy czerwonej* (przedmiotu subjektywnego), albo też znaczy: 
»działają na mnie. na moją świadomość, fale eteru o długości tylu 



W sprawie przedmiotu i podziału psychologii 9 

i tylu mikronów (przedmioty objektywne). Podobnie dwuznaczne są 
zwroty: »to, co widzę*, »to, co słyszę* i t. p. Zawsze w nich wy- 
raz »to« oznacza albo przedmiot subjektywny, znany bezpośrednio 
i przeżywany naprawdę, albo przedmiot objektywny, którego się pod 
zmysłową powierzchnią domyślam, ale go bezpośrednio nie znam. 
Wraz z barwami i dźwiękami stanowi wobec tego przedmiot psy- 
chologii cały świat zewnętrzny, o ile mamy na myśli świat ze- 
wnętrzny subjektywny, znany bezpośrednio, o ile nie bierzemy słowa 
>zewnętrzny< w znaczeniu »objektywny«. Te dwa znaczenia posiada 
wyraz »zewnętrzny«, podobnie jak wyraz »przestrzeń«, albo wyraz 
>czas«. Nie jest więc paradoksem, że cały widnokrąg, jaki w danej 
chwili obejmuję, cały doznawany w jakiejś chwili świat zewnętrzny, 
jest we mnie, stanowi coś wewnętrznego, subjektywnego, podczas 
gdy nawet lewa komora mego serca lub wodociąg mego mózgu sta- 
nowi coś zewnętrznego, coś fizycznego, o ile mam na myśli nie wi- 
doki, więc barwy, formy, opory lub wonie, którebym mógł mieć 
w świadomości, roztworzywszy sobie samemu serce lub mózg, albo 
któreby raczej mieć mógł badacz, dokonywujący sekcyi na mojem ciele, 
ale jeśli mam na myśli rzeczywiste, nikomu bezpośrednio nie dane 
przedmioty, któreby mogły być domyślnymi warunkami tych anato- 
micznych widoków, oporów, form i zapachów. 

5. Czy psychologia może i powinna zajmować się 
>aktami« zjawisk duchowych? 

Wobec tego, że za przedmiot psychologii, czyli za zjawiska 
duchowe, uważamy przedmioty o charakterze subjektywnym, nie mo- 
żemy się zgodzić na tezę, zawartą w piatem z przytoczonych na 
początku określeń, a mianowicie na to, żeby się psychologia zajmo- 
wała samymi tylko » aktami < zjawisk duchowych, samem widzeniem, 
słyszeniem, czuciem, sądzeniem, postanawieniem i t. d., podczas gdy 
przedmioty odnośnych aktów miałyby stanowić przedmiot nauk in- 
nych. Widzenie, słyszenie, czucie i f. d. czyli akty psychiczne, są to 
abstrakcye, dokonane na przeżywanych naprawdę stanach wewnętrz- 
nych; dadzą się zastąpić jednym wspólnym wyrazem » doznawanie*, 
a nie oznaczają nic więcej, jak tylko fo. że pewne przedmioty są 
komuś dane, są czyjeś, należą do kogoś, są moje, twoje, jego, mają 
byt zależny. Takie tylko znaczenie można przywiązywać do wyrazu 
>widzenie«, >słyszenie«, a ogólnie do terminu »akt« zjawiska du- 
chowego. Ta cecha, którą w pojęciu >aktu« psychicznego ujmujemy, 
wspólna jest wszystkim przedmiotom subjektywnym; równie dobrze 



10 Władysław Wit wieki 

doznajemy barwy, jak doznajemy bólu, rozkoszy, lub przekonania, 
że coś nastąpi, albo coś innego istnieć przestało. Nie możemy po- 
wiedzieć, czy sam »akt« słyszenia różni się czemkolwiek od »aktu« 
widzenia, mimo, że barwy różnią się od dźwięków bardzo; nie mo- 
żemy powiedzieć, czy, kiedy widzę więcej przedmiotów, mam wtedy 
aktów widzenia więcej, a kiedy się przedmiot widziany na części 
rozpada, nie umiemy powiedzieć, czy się wtedy i akt widzenia roz- 
pada; nie możemy więc mówić w psychologii o »aktach« zjawisk 
duchowych, i nie mówimy też o nich poza jej pierwszym rozdziałem, 
który omawia wspólne cechy wszystkich zjawisk duchowych; mó- 
wimy natomiast o przedmiotach subiektywnych. Akt, to ens rationis, 
to cecha wspólna wszystkim zjawiskom psychicznym, oderwana od 
konkretnych stanów wewnętrznych, przeżywanych na prawdę. 

Zbierając razem to, cośmy dotychczas powiedzieli, powtarzamy 
krótko: Przedmiotu psychologii nie stanowią akty zjawisk ducho- 
wych, które byłyby równorzędnym ze zjawiskami fizycznemi mate- 
ryałem doświadczenia, tylko przedmiot psychologii stanowi ogół 
przedmiotów, procesów i stosunków subjektywnych, które są mate- 
ryałem doświadczenia bezpośredniego. Świat objektywny obchodzi 
psychologa pośrednio, jako ogół warunków, od których zależy prze- 
bieg świata subjektywnego. 

6. Czy świat subjektywnyjest dany bezpośrednio? 

Mógłby ktoś jako zarzut przeciwko temu poglądowi podnieść, 
że dziecko i człowiek naiwny nie wie nic o subiektywnym charakterze 
świata, który przeżywa. Człowiek naiwny wierzy, że czerwień, którą 
w danej chwili widzi, istnieje niezależnie poza nim, że ona jest 
czemś, na co on tylko oczy obraca, to znaczy: patrzy i widzi. Gdyby 
nawet oczy zamknął, i gdyby żadne w ogóle oczy nie patrzyły, czer- 
wień, zdaniem jego, żarzyćby się nie przestała, podobnie jak n. p. 
woda w kotle ciepło swoje posiada, mimo, że niczyjej skóry w da- 
nej chwili nie parzy. I to ciepło nie jako formę energii, ale ciepło 
znane z chwil oparzenia, ciepło gorące, żywe, znane bezpośrednio. 

Na to jednak odpowiedzieć należy najpierw, że i naiwny czło- 
wiek odróżnia przedmioty objektywne i subjektywne. mimo. że się 
tymi wyrazami nie posługuje. Robi to zawsze, ile razy stwierdza 
fakt jakiegokolwiek złudzenia, mylnej oceny za pomocą zmysłów, 
ile razy się przekonywa, że jemu samemu lub komuś innemu coś 
wydaje się tylko takiem, co jest na prawdę inne. ile razy spotyka 



W sprawie przedmiotu i podziału psychologii 1 1 

między ludźmi przeciwne lub sprzeczne, a równie szczere sądy o je- 
dnej i tej samej rzeczy. 

Po drugie, człowiek naiwny może się mało zastanawiać nad 
subjektywnym lub objektywnym charakterem składników świata 
i mało o tern wiedzieć. Z tego jednak, że on nie wie lub nie pa- 
mięta o subjektywnym charakterze tego, co bezpośrednio przeżywa, 
nie wynika, żeby to, co on bezpośrednio przeżywa, tego charakteru 
nie posiadało. Podobnie jak z tego. że naiwny człowiek nic nie wie 
o swych wiązadłach międzykręgowych, nie wynika, żeby on tych 
wiązadeł nie posiadał. 

Przypisujemy przedmiotom bezpośrednio danym charakter sub- 
jektywny nie dla tego, żeby ten charakter spostrzegał człowiek nai- 
wny, tylko dlatego, że nam dc świadczenie pokazuje zależność mię- 
dzy jakością przedmiotów danych bezpośrednio, a stanem naszego 
systemu nerwowego, i dla tego, że chcąc przypisywać objektywmy byt 
przedmiotom danym bezpośrednio, nie potrafimy uniknąć sprzeczności. 

A mianowicie, kto wierzy, że istnieje objektywnie wszystko, co 
poznają zmysły, musi wierzyć, że ta sama góra jest równocześnie 
wielka i mała, jeżeli ją dwóch ludzi z różnych punktów ogląda, że 
ta sama woda jest równocześnie gorąca i niegorąca, jeżeli jej ciepła 
doznaję z pomocą dwóch różnie przygotowanych rąk i t. d. 

Umysł naiwny często takich sprzeczności nie napotyka, albo 
je popełnia bez wyrzutu. Umysł, który pragnie świat widzieć bez 
sprzeczności, musi przyjąć rozróżnienie, któreśmy przyjęli: świata 
subjektywnego i świata objektywnego. 

Z tego stanowiska sprzeczności nie ma. Świat objektywny jest 
jeden i jest określony jednoznacznie. Do niego odnoszą się jednak 
niezliczone, bardzo różne, często niepodobne do siebie światy sub- 
jektywne. Sprzeczność nie zachodzi, bo wyrazy mowy oznaczają 
raz przedmioty subjektywne. a raz objektywne. Dwa różne przed- 
mioty subjektywne mogą doskonale posiadać cechy, które wzajem 
się wykluczają i mogą nosić tę samą nazwę, ale nie może takich 
cech żadną miarą posiadać przedmiot objektywny jeden i ten sam, 
który również tą samą nazwą oznaczamy. 

II. Podział psychologii. 

1. Ile jest różnych rodzajów zjawisk psychicznych? 
Kiedy mówię o podziale psychologii, nie mam na myśli dokła- 
dnego spisu rzeczy, jaki powinien na końcu zawierać, i wedle któ- 



^2 Władysław Witwicki 

rego powinien być ułożony podręcznik tej umiejętności — chodzi mi 
tylko o podział przedmiotu psychologii, t. zn. o podział zjawisk du- 
chowych na wielkie, zgoła różne grupy. W paru słowach radbym 
zastanowić się nad tern, czy skłonni będziemy uznawać cztery ro- 
dzaje zjawisk zgoła różnych od siebie, z których żaden nie da się 
sprowadzić do drugiego, a mianowicie przedstawienia, sądy, uczucia 
i objawy woli, czy też znajdziemy pomiędzy zjawiskanr, zalicza- 
nemi do tych czterech grup. podobieństwa tak wielkie, że wystarczy 
przyjąć mniej tych zgoła różnych rodzajów zjawisk duchowych. 
Taka redukcya w klasyfikacyi psychologicznej nie przeszkadza 
zupełnie posługiwaniu się odnośnemi nazwami w razie potrzeby 
w mowie potocznej, lub w nauce, podobnie jak nie przeszkadza 
przyrodnikowi jego nauka odróżniać siwków, gniadoszów i bułanków, 
mimo że je wszystkie sprowadza do jednego rodzaju zwierząt, je- 
dnego gatunku, a nawet nieraz jednej rasy. 

2. Postanowienia a sądy; pragnienia a kompleksy 
uczuć. 

W pracy pod tyt. » Analiza psychologiczna objawów woli* 
starałem się wykazać, że nie zachodzi zasadnicza różnica miedzy 
postanowieniami i pragnieniami z jednej strony, a zjawiskami du- 
chowemi, które noszą inne nazwy, z drugiej, że pragnienia, to stany 
złożone, w których wyróżnić można przedstawione sądy i uczucia 
różnej jakości, i że obserwacya nie pokazuje w nich żadnego ele- 
mentu poza tymi, które są znane i ponazywane już poza sferą pragnień. 

Starałem się również wykazać, że to, co nazywamy w nauce 
i w życiu postanowieniem, nie różni się niczem od tych momentów, 
w których jakikolwiek przedmiot staje się dla mojej świadomości 
rzeczywistym, lub nierzeczywistym w przyszłości, a że te momenty 
liczenia się z bytem lub niebytem przedmiotów nazywamy w psy- 
chologii sądami (zaznaczam, że nie mam tu na myśli tych abstrak- 
cyj, któremi się posługujemy w logice, i także je tam nazywamy są- 
dami, tylko mówię o sądach w wyżej podanem znaczeniu psycho- 
logicznem), przeto postanowienia są tylko sądami o naszem własnem 
przyszłem działaniu; nie stanowią osobnej, zgoła różnej od innych 
gmpy zjawisk duchowych, tylko dadzą się sprowadzić do sądów. 
Jeżeli je od nich psychologowie odróżniają zasadniczo — to odró- 
żnienie to wynika z pobudek praktycznych, wynika ze znaczenia 
życiowego tych sądów, które odnoszą się do naszych własnych przy- 



W sprawie przedmiotu i podziału psychologii 13 

szłych działań. .ale nie jest wyrazem danych doświadczenia wewnętrz- 
nego, które w tej mierze przedewszystkiem rozstrzygać powinny. 

Jeżeli tak, to w psychologii powinienby wystarczyć podział 
zjawisk duchowych na trzy tylko, zgoła różne grupy, a mianowicie: 
przedstawienia, sądy i uczucia. To zupełnie nie przeszkadza badaniu 
pragnień i postanowień, i nie wyklucza tych pojęć ze słownika 
nauki, tylko wskazuje na ich rdzenne pokrewieństwo z innymi sta- 
nami naszej świadomości. 

3. Jak odróżniają uczucia od przedstawień? 

Uczucia uważa się często za stany, zgoła różne od przedsta- 
wień i przekonań, stany, które łączą się tylko z przedstawieniami 
i przekonaniami, ale do nich sprowadzić się nie dają. Uczucia sta- 
nowią subjektywną grupę zjawisk duchowych, podczas gdy przed- 
stawienia stanowią ich grupę objektywną. To ostatnie twierdzenie 
ilustrują takie zwroty mowy naszej, w których przedmiotom ze- 
wnętrznym przypisujemy cechy, dane nam w przedstawieniach, pod- 
czas gdy cechy z dziedziny życia uczuciowego przypisujemy sobie 
samym, a nie przedmiotom poza nami. Mówimy więc, że zielone 
jest drzewo, a wesoły jestem ja; ciemny jest krajobraz, a smutny 
jest człowiek, który na krajobraz patrzy. Stąd przedstawienie jest 
objektywnym składnikiem życia duchowego, a uczucie subjektywnym. 
Przypominam odnośne ustępy n. p. u Wundta i u Lippsa. 

4. Uczucia a przedstawienia. 

Ten przedział między przedstawieniami i przekonaniami z je- 
dnej strony, a uczuciami z drugiej, staje się mniej wyraźny przy 
bliższej analizie doświadczenia wewnętrznego. 

Bo uczucia są albo proste, albo złożone. Przez uczucia proste 
rozumiem to, co się po niemiecku nazywa: der Gefuhlston einer Vor- 
stellung, tę przyjemność lub przykrość, której doznajemy n. p. przy 
wrażeniach zmysłowych, zabarwionych dodatnio lub ujemnie; przez 
uczucia złożone zaś to, co przeżywamy w przystępie gniewu, na tle 
zazdrości lub przyjaźni, w źywem obcowaniu z dziełami sztuki, 
w chwili radości lub w godzinie smutku, słowem, przyjemność lub 
przykrość, związaną nie z prostym, ale z bogatszym stanem intel- 
ektualnym, w którym wyróżnić potrafimy liczne i rozmaite przed- 
stawienia i przekonania. 

Otóż co do uczuć prostych, to trudno jest pojąć, co je ma 
różnić od przedstawień tak zasadniczo, co właściwie cechuje ból 
lub rozkosz tak wybitnie, żeby nie można było ich zestawić w je- 



14 Władysław Witwicki 

den szereg z naciskiem lub temperaturą, barwą lub tonem. Rozpa- 
trując przyjemności i przykrości proste o małym stopniu, znajdujemy 
zawsze jakieś wrażenie zmysłowe, zabarwione dodatnio lub ujemnie; 
rozpatrując przykrości i przyjemności silniejsze, znajdujemy wraże- 
nia ustrojowe, zabarwione przyjemnie lub przykro. W obu razach 
przyjemność lub przykrość jest tak samo cechą wrażeń, t. j. stanów 
intelektualnych, jak jest nią nasycenie lub jasność u barw, wysokość 
lub barwa u dźwięków. 

I podobnie objektywizujemy uczucia, jak objekty wizujemy 
przedstawienia, t. zn. przypisujemy przedmiotom, a nie nam samym 
znamiona, dane nam w stanach uczuciowych. Mówimy n. p., że le- 
tni dzień jest jasny i miły, a jesienna noc ciemna, przykra i stra- 
szna, że widmo słoneczne jest bardzo miłe i przyjemna jest woń 
goździków, przyjemny jest głos fletu, a przykry jest amoniak, wstrę- 
tny siarkowodór, przykry głos rozbitego dzwonu. 

W tych zwrotach tak samo przedmioty zyskują cechy, dane 
nam w T uczuciach, jak zawsze otrzymują cechy, dane nam w przed- 
stawieniach. 

Nie widzę, dlaczego miałbym uważać uczucia w przeciwsta- 
wieniu do innych jakości przedmiotów za szczególnie subjektywny 
składnik mego życia duchowego, skoro 1) istnienie ich jest równie 
mojem istnieniem i czuwaniem uwarunkowane, jak istnienie wszel- 
kich w ogóle jakości zmysłowych, skoro 2) równie dobrze lokalizuję 
uczucia proste, jak lokalizuję wrażenia inne, i równie trudno mi je 
w innych wypadkach lokalizować, jak mi trudno lokalizować nie- 
które wrażenia inne, skoro 3) nic mnie w obserwacyi psychologi- 
cznej nie powinien obchodzić przyjęty sposób mówienia, który każe 
przedmiotom mieć cechy zmysłowe, a m n i e każe doznawać uczuć. 

Ja bowiem równie dobrze doznaję jakości zmysłowych, jak 
doznaję uczuć, a z drugiej strony żelazo rozpalone, w zetknięciu 
ze skórą, równie dobrze jest czerwone i piekące, jak jest przykre. 
Czerwień, którą to żelazo wywołuje w mojej świadomości za pośre- 
dnictwem oczu, nie jest ani o włos bardziej objektywna, niż ból, 
który to samo żelazo we mnie wywołuje za pośrednictwem skóry. 

Jak dla czerwieni dotwarza mi teorya pewne objektywne sto- 
sunki i zależności między ilością fal eteru a stanem mojej substan- 
cyi wzrokowej w organizmie, tak i dla uczucia przykrego stara się 
szereg teoryj teleologicznych dotworzyć pewne objektywne warunki, 
w których ono powstawać zwykło. 



W sprawie przedmiotu i podziału psychologii 15 

Różnica więc między uczuciem prostem a wrażeniem przestaje 
być zasadniczą. Pewną prostą jakość przedmiotów, inaczej : pewną 
prostą cechę naszych przedstawień, nazywamy przykrością i przy- 
jemnością. 

Podobnie jak nasycenie nie dołącza się do barwy jakiejś lub 
do zestawienia barwnego, kiedy je powoli wyprowadzamy z neu- 
tralnego tonu. tylko nieznacznie powstaje wraz z tworzącą się jako- 
ścią barwy w znaczeniu ściślejszem, podobnie barwa ta lub zesta- 
wienie barwne nie zaczyna się łączyć, w miarę większej jasności 
i nasycenia, z przyjemnością, niby z elementem sobie równorzędnym, 
a zgoła różnym, tylko po prostu zaczyna być to wrażenie barwne 
coraz bardziej przyjemne, zyskuje cechę, która się modyfikować 
może w obrębie dwóch kontrastów, może schodzić do zera, może 
towarzyszyć stanom najrozmaitszym, zarówno prostym, jak i złożo- 
nym. Jeżeli psychologia cechy uczuciowe uważa za szczególnie sub- 
iektywne składniki naszego życia psychicznego, i dla tego je przeciw- 
stawia jako współrzędną grupę wyobrażeniom, to uwzględnia tylko 
ten fakt, że w naszej naukowej konstrukcyi świata objektywnego 
nie mają przedmioty tych znamion, które my znamy z naszego ży- 
cia uczuciowego; ale podobnie przecież przedmioty, z pomocą których 
fizyk konstruuje świat objektywny, pozbawione są barw i dźwię- 
ków. Świat subjektywny ma równie dobrze znamiona przestrzenne, 
wzrokowe, słuchowe, smakowe, jak ma i znamiona uczuciowe. 

Zatem uczucia proste nie są to zjawiska równorzędne z przed- 
stawieniami, a zgoła od nich różne, tylko są to proste cechy wrażeń, 
a w szczególności cechy wrażeń ustrojowych. W mowie potocznej 
i w nauce używany wyraz »uczucie« oznacza zazwyczaj nie samą 
cechę przedstawienia w oderwaniu, tylko przedstawienie dane wraz 
z tą cechą. 

5. Uczucia złożone. 

Jeszcze trudniej jest pojąć samodzielne, równorzędne z przed- 
stawieniami stanowisko uczuć złożonych. Analiza pokazuje w nich 
zawsze kompleksy licznych, mniej lub więcej uświadomionych przed- 
stawień i przekonań, zabarwionych przyjemnie lub przykro. Uczucia 
te, mówimy, zwykły się łączyć z przedstawieniami lub przekona- 
niami; analiza ich wykazuje, że stosunek ich do przedstawień i prze- 
konań, które stanowią ich podstawę psychologiczną, jest taki sam, 
jak stosunek grupy tonów górnych do tonu zasadniczego w dźwięku. 
Podobnie jak w dźwięku, dołącza się do tonu zasadniczego, który wy- 



Ig Władysław Witwicki 

raźnie występuje w świadomości, kompleks tonów górnych, które nie 
występują wyraźnie w świadomości z osobna, ale uświadamiają się 
jako całość i stanowią to, co nazywamy barwą dźwięku, podobnie 
z przedstawieniami i przekonaniami, które wyraźnie w świadomości 
występują, łączą się grupy mało uświadomionych, niejasnych, zatar- 
tych, trudnych na pierwszy rzut oka do wyróżnienia skojarzeń, t. zn. 
grupy przedstawień i przekonań przygasłych, a zabarwionych przy- 
jemnie lub przykro; do tego dołączają się wrażenia ustrojowe przy- 
jemne lub przykre, i stanowią wraz z poprzednimi elementami jako 
całość to, co nazywamy uczuciem złożonem. 

Zatem uczucia złożone, to również nic innego, tylko pewne 
kompleksy intellektualne; zaczem i one nie muszą stanowić osobnej, 
zgoła różnej klasy zjawisk duchowych. Mogą ją stanowić ze wzglę- 
dów metodycznych, jako zjawiska ważne ze względu na swą nieja- 
sność i doniosłe ze względu na swój stosunek do postanowień, a przez 
to wpływ na postępowanie nasze, ale nie mogą ze względu na rze- 
komo istotną różność od przedstawień. 

Zostają zatem w psychologii dwie grupy różne: przedstawienia 
i przekonania. Uczucia, pragnienia i postanowienia okazują się tylko 
ich modyfikacyami. Przedstawieniem nazywamy stan wewnętrzny, 
o ile w nim nie uwzględniamy rzeczywistości lub nierzeczywistości 
danego nam przedmiotu, przekonaniem nazywamy stan wewnętrzny, 
o ile się w nim liczymy z istnieniem danego przedmiotu. Nie chcę 
przesądzać, czy nie uda się dokonać redukcyi i w obrębie tych dwóch 
grup zjawisk duchowych, t. zn. czy nie uda się wykazać, że i t. zw. 
sądy są pewną modyfikacyą przedstawień w myśl pomysłów Hume'a, 
i czy wtedy nie urzeczywistni się myśl Herbarta, a mianowicie: spro- 
wadzenia do jedności różnych rodzajów zjawisk psychicznych. 

Nie chodzi na razie o rozwinięcie tej myśli; chodzi tylko 
o wskazanie kierunku. 



BUDOWA 
PIERWSZYCH POWIEŚCI POLSKICH 

napisał 

KONSTANTY WOJCIECHOWSKI. 



Wojciechowski 



W szkicu niniejszym daję fragment badań, które przedsięwzią- 
łem nad budową powieści polskiej. Uwzględniam jedynie powieści 
oryginalne, a wychodzę od Krasickiego » Mikołaj a Doświadczyńskiego 
Przypadków* (1776). Przez powieści oryginalne rozumiem dzieła nie 
tłumaczone z obcych języków, bo o oryginalności w ściślejszem zna- 
czeniu tego wyrazu w owych czasach niema mowy. Wyrazem »bu- 
dowa* określam jedynie układ części wątku i stosunek wątku głó- 
wnego do epizodów. W szczegóły kompozycyi tu nie wchodzę. 

Budową najzupełniej mechaniczną odznaczają się wspomniane 
♦ Przypadki*. Wypływa to z ich genezy. Ksiądz biskup, pisząc Do- 
świadczyńskiego, pragnął przeszczepić i przeszczepił istotnie trzy 
typy romansu zachodniego: romans obyczajowo-domowy, utopię 
i » przygody* (aventures), ale trzech tych typów nie zlał w jednolitą 
kompozycyę artystyczną, przeciwnie, ustawił księgi obok siebie, przy- 
czem każda zachowała odrębny charakter. Związek między niemi polega 
na tern, że druga jest dalszym ciągiem pierwszej, a trzecia drugiej, 
każda z nich jednak tworzy dla siebie całość. Mamy więc schemat 
bardzo prosty: 



I 


+ 


II 


+ 


III 



Wzoru autor mieć nie mógł, bo taką a nie inną kompozycyę 
należy przypisać faktowi, że autor wpatrywał się w różne wzory, 
tworząc każdą z poszczególnych części. Natomiast sam wywo- 
łał naśladownictwo. Ks. Michał Krajewski w romansie p. t. » Woj- 
ciech Zdarzyński życie i przypadki swoje opisujący* (1785) przejął 
od Krasickiego nietylko pomysł, ale i schemat, część pierwsza bo- 
wiem powieści to romans obyczajowy (wadliwe wychowanie, długi, 
ucieczka), część druga — to utopia (idealny lud Sielan), część trze- 
cia: przygody i powrót. Kopia zatem zupełnie wierna, jakkolwiek 
kopista w szczegółach zasilał się u obcych. 



Konstanty Wojciechowski 



Tvp ten, powcłany do życia potrzebami nie artystycznemi, 
zamiera. 

Nie wywoła również naśladownictw kompozycya > Polaka w Pa- 
ryżu* (»Polak w Paryżu, albo dwutygodniowa w temże mieście by- 
tność hrabiego ***«, 1787). Autor romansu tego nieznany, nie znamy 
też dotychczas wzoru, w który się nasz anonim wpatrywał. Dzieło 
samo jest unikatem u nas w XVIII wieku i przez fabułę i dzięki 
sposobowi przedstawienia rzeczy, natomiast kompozycya utworu jest 
zupełnie luźna. Piętnaście dni pobytu w Paryżu przedstawia autor 
w piętnastu rozdziałach, przygody tedy każdego dnia są treścią ka- 
żdego z rozdziałów. Treść podana w nagłówkach. Graficznie: 



1 


_i_ 

1 


2 


+ 


3 


+ 


4 


+ 


5 



+ 



+ 



15 



Rozdział na dwa tomy spowodowany nie względami kompo- 
zycyjnymi, lecz poprostu troską o wygodę czytelnika. Chodziło o to, 
by nie musiał trzymać w ręku książki zbyt grubej. 

Nie dbał o kompozycyę Krasicki w »Panu Podstolim*. Problem 
ten dla autora nie istniał. Zapewne dlatego, że nie chodziło mu 
o stworzenie dzieła sztuki. To samo da się powiedzieć o ks. bisku- 
pie Kossakowskim, autorze » Księdza Plebana* i » Obywatela*. 

Natomiast naśladowca Krasickiego, ks. Krajewski, autor Zda- 
rzyńskiego, pokusiwszy się o stworzenie pendant do Podstolego, dał 
się unieść ambicyi i postanowił ująć materyał, z natury rzeczy nie- 
poetyczny, w ramy kompozycyi artystycznej. Plan ów powziął do- 
piero po wydaniu > Przypadków*, zrazu bowiem, jak poucza nas 
przedmowa, zamiarem autora było opisać jedynie »dom, gospodar- 
stwo i zabawy Pani Podczaszyny*. Porzuciwszy pomysł pierwotny, 
postanowił opis >domu, gospodarstwa* i t. d. wpleść w osnowę fa- 
buły powieściowej. Dodajmy, że fabułę przejął dość niewolniczo 
z Nowej Heloizy. 

Rozsnuwa tedy ks. Krajewski w >Pani Podczaszynie* (1786) 
wątek powieściowy: młodość i cierpienia miłosne bohaterki aż do 
śmierci Podczaszego i powrotu brata wdowy, Wojciecha Zdarzyń- 
skiego, poczem umieszcza nad miarę obszerną część dydaktyczną 
(z okazyi oprowadzania brata przez siostrę po gospodarstwie), po- 
czem dosnuwa wątku (powrót kochanka młodości, ślub kochanka 
z córką ukochanej zmarłej). Nietrudno poznać, że autor przejął od 
Rousseau'a nietylko osnowę, ale i plan budowy powieści. Podzielił 



Budowa pierwszych powieści polskich 



romans, jak Rousseau, na część erotyczną i dydaktyczną: czę