(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Księgi humoru polskiego"

This is a digital copy of a book that was preserved for generations on library shelves before it was carefully scanned by Google as part of a project 
to make the world's books discoverable online. 

It has survived long enough for the copyright to expire and the book to enter the public domain. A public domain book is one that was never subject 
to copyright or whose legał copyright term has expired. Whether a book is in the public domain may vary country to country. Public domain books 
are our gateways to the past, representing a wealth of history, culture and knowledge that's often difficult to discover. 

Marks, notations and other marginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journey from the 
publisher to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commercial parties, including placing technical restrictions on automated ąuerying. 

We also ask that you: 

+ Make non-commercial use of the file s We designed Google Book Search for use by individuals, and we reąuest that you use these files for 
personal, non-commercial purposes. 

+ Refrainfrom automated ąuerying Do not send automated ąueries of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a large amount of text is helpful, please contact us. We encourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attribution The Google "watermark" you see on each file is essential for informing people about this project and helping them find 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just 
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can't offer guidance on whether any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
any where in the world. Copyright infringement liability can be ąuite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's Information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps readers 
discover the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli text of this book on the web 



at |http : //books . google . com/ 




Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznych pólkach, zanim została troskliwie zeska- 
nowana przez Google w ramach projektu światowej biblioteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 
dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 
dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony 
dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając 
długą podróż tej książki od wydawcy do biblioteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady użytkowania 

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prace takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostarczać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 

Prosimy również o: 

• Wykorzystywanie tych plików jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w niekomercyjnych 
celach prywatnych. 

• Nieautomatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysyłanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tłumaczeniami maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dostęp do dużych ilości tekstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny "Google w każdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowych 
materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać. 

• Przestrzeganie prawa 

W każdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana książka została uznana za część powszechnego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób traktowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych krajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej używać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Search 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 



tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem http : //books . google . com/ 



ir 



'l^ougkt Włth tke incomc of 

THE 

SUSAN A. E.MORSE FUND 

EstMsCiedhy 
William Inglts Morse 

InAĄcmory ofhiśWifc 




Harvard College Library 



Księgi Huffop Polskiego. 






1^ 



KSIĘGI 

HDIWORl) POItSKIEGO 



ZKBUAL, TTLOŻYL I OBJAŚNIŁ 



KAZIMIERZ BARTOSZEWICZ 



WYDANIK OZDOBIONE POIITRETAMI I AUTOliRAFAMl HUMORYSTÓW 
1 SATYRYKÓW POf-SKICH. 



. TOM PIERWSZY. <f^>^b 



PETERSBURG. 

NAKŁADEM KSIĘGARNI K. GRENDYSZYŃS KIEGO. 
1897. 






' " ' J 



KRAKÓW. — DKUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI. 




KSIĘGI HUMOHU POLSKIEGO 



WIEK XVI. 



^ 
Tp 



abytki humoru polskiego z w. XVI. o ile są pierwszo- 
rzędnej doniosłości dla historyków literatury, badaczy 
języka i obyczajów, o tyle mało interesować mogą szerszy 
ogól czytelników. Pominąć ich w „Księgach humoru polskiego" 
nie wolno, ale korzystać z nich należy ostrożnie, dać raczej 
próbę humoru polskiego z wieku XVI, niż jego księgi. 

Przedewszystkiem pierwsze zabytki naszego humoru, wy- 
dane z rękopisów dopiero w wieku bieżącym, mają jedynie 
wartość językową; ogól czytających nietylko nie dostrzeże w nich 
humoru, ale poprostu ich nie zrozumie. W wydawTiictwie za- 
tem popularnem dla warstw szerokich, miejsca dla nich być 
nie może. Dalej wykluczyć prawie zupełnie należy satyrę po- 
lityczną, nader cenną pod wielu względami, ale ^vymagającą 
ibjaśnień w rozmiarach większych może od samego tekstu. 
lównież dyalogi i intermedya bardzo ważne dla historyi oby- 
zajów, pomijając już, że są małej literackiej wartości, stra- 
ty dla nas tę humorystyczną przynętę, którą odczuwali i w któ- 

K9I(GI HUMORU POLSKIEGO. T- I- ] 



— 2 — 

rej smakowali współcześni; zresztą druk ich w całości, prze- 
kroczyłby ramy naszego wydawnictwa, a wyjątki nie dałyby 
o nich żadnego wyobrażenia. W końcu (powiedzmy otwarcie), 
znaczna część najlepszych zabytków polskiego humoru z w. XVL 
jest tak rubaszną, nieprzyzwoitą, niekrępującą się ani tema- 
tem, ani wyrażeniami, że tylko dla charakterystyki humoru 
ówczesnego, można z niej wybrać parę drobiazgów. 

Jeżeli jeszcze dodamy, że wiele utworów satyry czno- 
hiimorystycznych z w. XVI. jest prostem, a co większa, nie- 
zdiunem tlómaczeniem z języków obcych, to łatwo zrozumie 
£ /ytelnik, dlaczego humorowi wieku XVI. mało poświęcamy 
miejsca w naszych „Księgach". Dajemy więc, powtarzamy, 
tylko próbki, które staraliśmy się jednak tak ułożyć, aby 
dawały dokładne pojęcie o humorze z najświetniejszej epoki 
dziejów naszych, a zarazem z chwili przełomowej naszej lite- 
ratury, kiedy zrzuciła powijaki łaciny i stała się narodową 
zarówno duchem jak i językiem. 




1^ 




KLEMENS JANICKD 



(ur. 1516 t 1543). 



I. 

Z EPIGRAMATÓW ŁACI1^[SKICH 

W przekładzie WI. Syrokonili. 



Co swej Księgi. 

Książko moja! pomimo twojej nieoglady. 
Tuszę, że cię na dworze powitają szczerze — 
Tam lubią dJugie czarki i długie biesiady, 
Ale krótkie wierszyki i krótkie odzieże. 

Co pewnego. 

Nie skończywszy żywota, chcesz nagrobku, słyszę — 
Kwapże mi się do śmierci, toć prędzej napiszę. 



*) Janicki napisał wierszem łacińskim: a) Elegie, b) Żywoty królów 
polskich i arcybiskupów gnieźnieńskich, c) Epigramata, d) Epitalamion na 
wesele Z. Augusta i e) Dyalog o niestałej rozmaitości odzieży u Polaków. 
Korzystamy z przekładu Syrokomli, który chociaż jest zbyt dowolny, może 
dać wyobrażenie o naszym humorze i satyrze, zanim język polski stał się 
językiem literackim. 

1* 



— 4 — 



Co lichwiarza. 



Nie lubisz mię! — któż wszystkim spodobać się może? 
Ciebie tylko kochają wszyscy bez różnicy 
I życzą ci uprzejmie (zrządź to Panie Boże!): 
Byś co prędzej wysokiej doszedł szubienicy. 

Na obraz Penelopy. 

Dziesięć lat samą wdowi żywot wiedzie, 
Jednak unikla przed pokuszeń władzą; 
I nasze żony kiedy mąż odjedzie, 
Bardzo nabożnie doma się prowadzą — 
Nawet i szatan skusić ich nie może, 
Bo exorcystów chowają w komorze. 

Na lichwiarza. 

Że ci dzisiaj bogactwo leje góry złote • — 

Siebie tylko za wszystko, a wszystkich masz za nic, 

Urągasz się z poczciwych, ciemiężysz biedotę. 

Myśląc, że i niedola i szczęście bez granic. 

A wartoby podumać: co to będzie proszę — 

JeśU ty zubożejesz, a ja się zpanoszę? 

Co Stanisława Łaskiego, przechwalającego 
zmarłego Bubona żołnierza. 

Gzem się wsławił ów Bubo, co mi uszy wierci? 

Którego panegiryk słyszę całodzienny? 

Chyba tem, że zostawił naukę po śmierci: 

Że kto nieoceniony, może być n i e c e n n y. 



— 13 — 

Pan rzeki: „teraz prawie wczas ^)*, a krawiec powiedział: 
„Anisiem go igłą tknął, alem ja to wiedział: 

„.Kiedy się opijecie, zawżdy ciasny będzie, 

„A kiedy s... pójdziecie, zawżdy go przybędzie. 

Tafarzyn mszy słuchał. 

Tatarski poseł przy mszy trefił się w kościele, 

Dziwował się, iż popów a świec było wiele. 
Pjiali go: „cóż ci się nasze nabożeństwo 

Spodobało? Rzekł: „wszystko jakoby szaleństwo!" 
I to najwięcej ganił, iż wszyscy gotują 

Jakoby mieli co jeść k' stołu przysługują 
A jeden je i pije, a drugim nie da nic, 

„Nie chciałbym ja u niego na tej czci *^) być". 

Co do wuja^) uciekał od żony. 
Jeden gdy się ożenił, więc mu się sprzykrzyło, 

Więc do wuja uciekał, bo mu blizko było. 
Siedzi potem pod górą niedaleko dwora. 

Kozioł idzie mimo oń^), zwiesi łeb potwora, 
A sześć kóz za nim dybie. On pachołka spytał: 

„Czemu też ten nieborak kozioł jakoś zgłupiał?" 
Pachołek mu powiedział, iż to żony jego. 

Ten rzekł: „tedyć mu trzeba wuja niejednego". 

Miedźwiedź^) uciekł do jamy. 
Kozacy za miedźwiedziem po polu biegali 

Aż go potem do jamy do dzieci wegnali 

tóre fraszki. Drujrie wydanie nosiło tytuł ^Figliki". świeżo (w r. 18Ui), 
fnacy (chrzanowski napisał studyuni: „Facecye M. Reja", z którego oka- 
uje się, że Rej brał swe fraszki przeważnie z Pojjrgia (li^SO— liótJ). Bel)la 
innych autorów. 

^) W sam raz. ^) Herezye. •') W oryginale: uja. *) Koło niego. 

*) Niedźwiedź. 



14 — 






A lozi tuż pod jamą niedaleko byli. 

Tusząc sobie iż tam wbiegł dzieci oskoczyli. 
Lezie jeden do jamy, aż się błyszczą oczy 

A ten już zdech na poły, nazad zasię skoczy. 
Ci: a czemuż nie bierzesz? nałajali jemu. 

— Każcie pierwej panowie, wyniść odwirnemu ^). 

Pan co się do folwarku ponęcił. 
Pan się jeden ponęcił do folwarku blisko 

Iż było u dwornika nieżadne^) dziewczysko. 
Pani to obaczywszy wnet flasze zasłała. 

Kuropatwy, kapłuny, pięknie posłać dała. 
Pan przyjechał do domu pyta: „cóż działacie?" 

Pani rzekła: ,żal mi was, źle się tam miewacie". 
Pan dał pokój folwarkom, bacząc tej przyczyny: 

Czego mocą nie możem, fortelem sprawimy. 

Co się nie chciał spowiedać^ iż się żona spowiadała. 

Jeden co miał złą żonę spowiedać się przyszedł 

Mnich do niego z postawą z zakrystyej Avyszedł, 
Rzekł mu, iż „wasza pani teraz tu też była 

A na świętej spowiedzi wszystko wyliczyła". 
Ten rzekł: „już mnip się księże spowiedać nie trzeba, 

„Wszystko ta wywołała pe\vnie jako trzeba 
„Na mię i na sąsiady i by co wiedziała 

„I na Boga, to mi wierz, żećby powiedziała" 

Baba co w passją^) płał^ała. 

Gdy ksiądz śpiewał passyją, więc baba płakała. 

Umie-li po łacinie? — druga jej pytała: 
„Płaczesz, a to wiem pewnie, nie rozumiesz czemu, 

„I ten twój płacz podobien bardzo k' szalonenm". 

^) Wyjść odźwńernemu. -) Nieln-zydkie. ^) Podczas passyjnego nabożeń. 



— 15 — 

Rzekła baba, iżci „ja płaczę nie dla tego, 

„Lecz wspominam na swego osiełka miłego, 

,Co mi zdechł; — prosto takim by ksiądz głosem ryczał, 
„A takież*) na ostatku czasem cicho kwiczał"*. 

Co miedźwiedzią skórę szacowali. 

Dwa obeszli miedźwiedzią, więc sobie szeptali 

Szacując: zaczby^) onę skórę w mieście dali? 
Puści się miedźwiedź do nich, jednego połapił 

A drugi się na drzewo ochotnie pokwapił. 
A ten duszę zataił. Miedźwiedź stojąc słucha 

Skoczył precz. A ten pyta: co szeptał do ucha? 
j, Mówił by eh ci nie wierzył a to pilnie chował: 

„Póki nie mam, by eh cudzej skóiy nie szacował". 

Co brząkając obiad płacił. 

Jeden będąc w gospodzie kędy drudzy jedli 

Siedział daleko misy, oni bliżej siedli. 
Ano jeść i prze tamty ^) było bardzo mało 

Temu prawie na szpicy^) nic się nie dostało. 
Wyjął złoty i począł nim brząkać po stole: 

„Gospodarzu — toć płacę, mój miły sokole, 
„Bo jakom ja zdaleka nic nie jedząc krząkał, 
„Także się ty nasłuchaj, kiedyć będę brząkał". 

Co żonę cłiciał z okrętu wyrzucić. 

Na okręcie kiedy się morze zaburzyło 

C4iężkie rzeczy wymiotać, aby się ulżyło, 

2 jkrętu rozkazano. Jeden żonę wziąwszy 

Począł ją pilnie dźwigać w suknię uwinąwszy. 



*) Takoż, tak samo, podobnież. ^) Cnhy za. ^) Przez taiiiłych. 
*) Na końcu stola. 



— 16 — 

Ona kiedy wrzeszczała, poczęli go karać 

Pytając: cóżeś to chciał zły łotrze udziałać? 

Ten rzekł: „gdy co cięższego chcemy mieć na pieczy 
„Ja na się żadnej nie mam nigdy cięższej rzeczy". 






Co podle żony nie chciał w niebie sieśó. 

Cliłopu żoną umarła, a on rychło potym — 

I kołatał do nieba nic nie myśląc o tym. 
Otworzył mu święty Piotr: „to tobie za ono, 

„Coś mi więc czasem pościł, będzie otworzono. 
Idźże, siądź podle żony". Ten: „jest tu? zapytał. 

Rzekł Piotr, iż jest. A ten nazad precz wrócić chciał, 
Mówiąc: „Wierzę, iż wilcy i ci będą w niebie, 

„Ja wolę precz, bo nie chcę mieć jej podle siebie". 



m 



Mnich z wielkim brzuchem. 

Opat k' miastu k' wieczoru jechał z silnym brzuchem 

I potkał się przed broną z zuchwałym paduchem *) 
Pytał, jeśliże może w bronek) wjechać 

A chłop patrząc na on brzuch począł się uśmiechać; 
Rzekł, iż „teraz wóz siana silny tam wieziono, 

„Podobno wam dla brzucha brony rozszyrzono*-, 
Mnich się ubogi pytał. jeśU nie zamkniono, 

A jego mu pytanie opak obrócono. 



Co dał lisa sędziemu. 

Sędziemu jeden przyniósł dwa kapłony tłuste. 

Że się mogły przytrefić i na mięsopusty; 
A drugi przyniósł lisa. Ten za lisem skazał^). 

()w nieborak o kury potym nm wymawiał; 



*) Człowiek zły, nikczemny, grubianin. ') W branie. 

') O.^wiadczył się — przyznał słuszność temu, co mu dał lisa. 



\ 

— B — 

Do Hieronima Spiczyńskiego^ Radcy l^rakowskiego ^). 

Prosisz mię na wieś — podróż nie długa; 
Z jednym warunkiem pojeciiać mogę, 
Dwie tylko muzy weźmiem na drogę, 
Dla ciebie jedna, a dla mnie druga; 
Bo wszystkie dziewięć parnaskich osób 
Choremu człeku bawić niesposób. 



II. 

Oyalog o niestałej pozmaitośei odzieży u Polaków. 

(W przekładzie \Vl. Syrokomli). 



WŁADYSŁAW JAGIEŁŁO, Król Polski. — STAN. MOROSOPHUS. 

KRÓL. 

Już Wołoszę i Węgry zły Turczyn zwycięża, 
Już do mego królestwa zbliża się pożoga. 
Wstaję z grobu — niech moi przypaszą oręża. 
Wspomogę ich choć radą przeciw siłom wroga. 

MOROSOPHUS. 

Ha! to Król... dziad królewski przechwala się srodze, 
A sam broni nie nosi... cała Polska taka — 
Chodzi w owczym kożuchu, nie w królewskiej todze, 
O! trudniej podbić Turka, niżeli Prusaka! 



*) Spiczyński, słynny lekarz, autor ważnego dzieła ,0 zioładi lutecz- 
nch- (154:^). 



— 6 — 

Znam... to stary Jagiełło... ten głos i ta mina, 
Przystąpię: dokąd Królu i skąd jeśli wola? 

KRÓI>. 

Do was, z grobu. 

MOKOSOPHl s. 

A poco? 

KRÓL. 

Zwyciężyć Turczyna. 

MOROSOPHrS. 

Ha! to sroga bestyja, nie dotrzymasz pola! 

KRÓL. 

Lecz bywa zwyciężoną. 

MORO.SOPHl.S. 

Ej, nierówne siły! 

KRÓL. 

Bóg za tym. kto na siłę nierówną uderza. 

MOROSOPHI^S. 

Dzisiaj pokój trzymamy. 

KRÓL. 

Nie trwóż się, mój miły, 
Niema u mnie z Turkami świętego przymierza. 

MOROSOPHUS. 

Niema? kogóż uzbroisz? 

KRÓli. 

Wnuków tych Polaków, 
Przez których w moje czasy Krzyżak był odparty. 



-^ 7 — 

MOROSOPHUa. 

Clicesz ich widzieć? 

KRÓL. 

Potrzeba. 

MOROSOPHUS. 

Patrz na tycłi wojaków. 

KRÓL. 

To jakieś cudzoziemcy, zaniechaj te żarty! 
Pokaż mi mych Sarmatów, moje wierne straże. 

MOROSOPHITS. 

Kiedy? jak się odrodzą? 

KRÓL. 

Nie, zaraz, w tej chwili! 

MOROSOPHITS. 

Oto stoją! patrz na nich, jacy są. pokażę. 

KRÓL. 

Szanuj mię i zaniechaj głupich krotochwili! 

M()R()8()PHU8. 

Tyś sam głupiec, że nie wiesz, iż czas wszystko zmienia. 

KRÓL. 

Ale wszystko odmienia w kształty jednakowe, 

A tutaj tysiąc kształtów, postaci, odzienia. 

Nie!... ja tych ludzi nigdy mymi nie nazowę! 

Za mną: była ozdoba i odzież jednaka, 
erca jednostajne w miłości i zgodzie, 
• piórach zwykle ptaka odróżniasz od ptaka; 
3 piórach zwykle sądzisz o ^vnęt^znej przyrodzie; 
k chce Bóg i natura, o! zwiitpiłem znacznie — 
> mię zwyciężyć Turka nadzieja nie głaszcze. 



— 8 — 

-Juk iu bić siv z żołnierzem strojnym tak dziwacznie? 
Lt>L7. €o widzł,'? tureckie przyj\*liście płaszcze!? 
Widii ć, że Turczynowi sprzyjają te duchy! 
Zły ztiak! 

MOKOSOPlirs. 

Owszem, najlepszy, bo to nasza młodzież 
Noi>i łupy tureckie -^ znak dobrej otuchy, 
(idy tup uii^przyjacielski wystarcza na odzież. 

KllÓL. 

!hij 1-uiiie! Lecz cóż znaczy ten płat jakiś duży 
Od szyi aż do głowy? to jakieś dwóroże? 

MOKOSOIMirS. 

Jeśli tr/.elja uciekać, a wiatr k'temu służy — 
Ten ubiór bieg przyśpieszy i uciec pomoże; 
Lt"cz uriekać niesposób, bo sic^^ but nie poda 
Dyehtowany żelazem, dłuższy od kolana. 
Nie pobieżyf?z w tych sztylpach, lecz inna wygoda: 
Może>/. broilzić po wodzie, lepiej od bociana. 

KHÓI.. 

2ahij>^^ ja tych ludzi — dobrowolnie nogi 
Krępują knjdanami. 

MOHOSOPHUS. 

Już uzwyczajeni. 

KUÓL. 

A toż pewno dla brzt^^ku sążniste ostrogi? 

MOROSOPHIS. 

Hizęrzą, ^'dy w polu bitwy wiele jest kamieni, 
Przybpio5:zają bieg koni, a ich brzękotanie 
8traszy nieprzyjaciela, jako rolnik ptaki. 



— 9 — 

KKÓL. 

Patrz na tych długonogich, co w krótkim kaftanie? 

MOROSOPHUS. 

Nazywa się żołnierskim każdy katlan taki, 
Słraiidica po grecku, to odzież jedyna, 
Wszystkim dobrym żołnierzom najlepiej przypadnie. 
Bo nie obciąża ramion, ku ziemi nie zgina, 
A rzekę w niej przebywać wygodnie i składnie. 

KRÓL. 

Niemcy! Włochy! Francuzy! 

MOROHOPHTS. 

Nosim strój ich z młodu, 
Bo rzemiosło wojenne kwitnące w tych krajach. 

KRÓL. 

Lecz z tej tłuszczy nie złożysz żadnego narodu. 
Nie wniesiesz o ich rodzie, sercu, obyczajach. 

MORosoPiirs. 

Prawda! gdyż Bogu dzięki, lud Sarmacki stary. 
Rozrodził się w narody — garstka ich nie mama — 
Rozrodził się — rozumiesz? — bez końca, bez miary. 
Ot! jak z jednej makówki niezliczone ziarna. 

KRÓL. 

Lecz ziarna zawsze mają swój kształt macierzysty, 
A tu jak poznać ojców po tym stroju sroczym? 

MOROSOPJirS. 

Zmienna odzież, nie serce — patrz! senat ojczysty! 
Czy widzisz tam na lewo? ty płaczesz? a po czem? 



— 10 — 

KRÓL. 

I ł i się przekształcili, pozmieniali skóry, 

Jak naród, jak rycerstwo, — opłakana strona! 

Nosi senat wenecki jednakie purpury, 

I rxecz tam pospolita stoi niewzruszona. 

A toż ojce ojczyzny! ten w butach, ten w zbroi, 

Temu świetne sandały zlotem się migocą, 

Ów nosi lekki pancerz, ów w żupanie stoi! 

MOROHOPHUS. 

Zrzł^^dzisz tylko, a łajesz sam niewiedząc o co! 
Potępiasz czego nie znasz, — ten strój, to obówie 
Przywdziali, aby błysnąć powagą i władzą; 
Ludo\\'i trzeba blasku — ale ci mężowie 
Dla Rzeczy-pospolitej i gardła podadzą 
I dadzą się rozszarpać, choćby od siepaczy, 
Zii ojczyznę, za wiarę, za króla, za cnotę. 

KKÓL. 

O, powracasz mi spokój! — ale cóż to znaczy? 
Naco im te sygnety, te łańcuchy złote? 

MOFtOSOPHUH. 

Straszny jesteś gawęda, gderasz nieprzyjemnie, 
Nie mam czasu napróżno, aby gwarzyć szerzej. 

KRÓL. 

Hiowo jeszcze! 

MOROSOPHr.S. 

Daj pokój, wojuj i bezenmie, 
Lecz sprowadź nieboszczyków sobie za żołnierzy! 

KRÓL. 

Powiedz, kto jesteś? 



— 11 - 

MOROSOPHITS. 

Żołnierz! 

KRÓL. 

Znaczno po zakroju, 
Bo dobrze o żołnierce rozprawiasz, mój zuchu, 
Jak ci na imię? 

M()R()S()PH^^s. 
Żołnierz! 

KRÓL. 

Nie zgadłbym po stroju! 

MOROSOPHITH. 

Jak w tobie nie znać króla, po owczym kożuchu! 

KRÓli. 

Czyż królowi nie wolno mieć skronmej odzieży? 
Czyż koniecznie potrzebny okazały zbytek? 
A cóż to za zbroja pod suknią ci leży? 
Worek wełny, czy siana? jaki stąd użytek? 

MOROSOPHU.S. 

To mój grzbietowy puklerz, — dobrze z tym puklerzem, 
Bo my kij mi częstokroć swe nagrody bierzem. 





Portret wsjWiłczPsny Roja z piei-wszego wydania >Zwiprciadla* (1507). 



MIKOŁAJ RBJ 

(ur. 1505 t t569). 



Z ,,PRZYPOWIEŚCI PRZYPADŁYCH" ^). 

Na ciasny kolef fortel. 

Krawiec z panem obadwa radzi dopijali. 

Panu ciasny na brzuchu kolet udziałali, 

Posłał go pan do krawca, kazał go rozszyrzać, 

Krawiec ani go tknął, rano szedł przymierzać. 



*) fl Przypowieści przypatlłe" (Apophtegmata), znajdują się przy wy- 
daniu pierwszem „Zwierzyńca" z r. 150^, i według tej edycyi podajemy nie- 



— 17 — 

Sędzia rzeki: „Przy bieżał lis tu przed miastem z góry, 
„Nim obaczyl(em) kiedy mi pożarJ ony kury** 

Owa, kto ma dać więcej, ten rychlej wygrawa, 

Z chudemi kokoszami rad za drzwiami stawa. 

O sędziem^ co wziął wóz i konie. 

Dwa się z sobą u prawa o krzywdę sprzeczali 

I obadwa sędziemu upominki dali: 
Jeden mu wóz darował, drugi parę koni. 

Co konie dal, ten wygrał, a ów we złej toni 
Upomina sędziego: „Cóż się to wżdy stało, 

„I że wóz mój u ciebie pomógł bardzo mało?" 
Sędzia rzekł: — „Prawda, bracie: gdy konie wprzężono, 

„Natychmiast wóz na stronę kędyś zawieziono". 

Co królowi pierścieni nie wrócił '). 

Król raz, umywając się, więc pierścienie podał, 

Ten, co je wziął, tak mniemał, iż ich król zapomniał. 
W rok takież król pierścienie, zjąw^szy z rąk podaje, 

A ten do nich ochotnie poskoczy z przełaje. 
Król rzecze: .Postój bracie, wróć mi pierwej drugie, 

„Bo zda mi się, że to już żarty nazbyt długie". 
Patrzaj, jako to cnotę źle długo kuglować, 

Bo z tą jedno do wstydu musi apelować. 

Cliyfry jak niewiasta. 

Jeden, w puszczy mieszkając, co to jest niewiasta, 

Nie wiedział, aż gdy z księdzem przyjechał do miasta, 



*) Facecyę tę podaje Górnicki w „Dworzaninie", który był przeróbką 
z dzieła CasŁiglioniego: „11 libro de cortegiano''. Ma ją w „apoflegmatach*, 
i Kochanowski, który nawet przj^pisuje ten dowcip Zygmuntowi Staremu. 
Gastiglione twierdzi, że anegdota odnosi się do króla AUbnsa. 

KSiffil HUlIdRU POUKifieOw T. I. !2 



— 18 — 

Pyta, co to za naród, a ksiądz mu powiedział: 

„Są — to dyabli, byś ^) o nich do śmierci nie wiedział" 

A gdy już byli doma, więc się ów frasuje; 

Ksiądz się przyczyny tego pilnie wywiaduje. 

Powie: — „Ach! radbym widział tu dyabła onego: 
„Połowicę bym ulżył frasunku swojego". 

Niemiec między Polaki. 

Niemiec między Polaki też za stołem siedział, 

Jako sobie pić podać powiedzieć nie wiedział; 
Iż słyszał, że Polacy, komu szklankę dają, 

Po polsku „nalej bracie!" za każdym wołają, 
I mniemał, by każdego, komu szklankę dano, 

Iżby go i z przodków tym Nalej em zwano; 
Kiwa nań: „Li(e)ber Nalej! podaj mi też piwa". 

Bo mu już zaglądając '^) szyja była krzywa. 



Błazen szczukę zastawił. 

Jeden prze ^) towarzysze w rybny dzień fest sprawił, 

Posłał naprzód zuchwalca, by szczukę zastawił, 

On, wziąwszy w kilku groszy zastawił żydowi, 

Pan siadł z gośćmi „niech szczukę naprzód dają", powie. 

Ten rzekł: „A w-szakeście ją kazali zastawić". 

Pan powiedział: „Tym rychlej miała gotowa być", 

Ten rzekł: „Jam mniemał, by to zastawić żydowi". 

Goście w śmiech, a panu wstyd; a cóż rzec łotrowi? 

Ksiądz^ co się u króla umył^ a doma jadł ^). 

Ksiądz się jeden ponęcił, choć mu nie kazaU, 

Siadać z królem do stołu, acz się drudzy śmiali. 



*) Obyś. ^) Domyśl: do pustej szklanki. ^) Dla. 
*) Anegdota ta znajduje się w Kochanów skitn i w Górnickiego „Dwo- 
rzaninie. Obaj księdza nazywają Naropińskirn. 



19 



Król się potym umyje, u ksiądz też do wody, 

A kroczy potym za stół, pomuskując brody. 
Król rzecze: „Iżeś się umył, dosyć tak prałacie! 

„Raczcie iść jeść do domu, jeśliże co macie". 
Patrz, jako dyskrecya jest nadobna cnota, 

Bo ciekawa bezpieczność — wnet zn nią sromota. 

I 
Cwa biskupia chytry a głupi. 

Byli w Polszczę pospołu razem dwa biskupi, 

Jeden chytry, a drugi i z wieczora głupi. 
Ten chytry wszystko mówił: „Ba! wielęć ja nie wiem''. 

Głupi był bezpieczniejszy, mówił wszystko: „Jawieni". 
Błazen widząc, że społu oni coś mówili. 

Rzekł: „Dawno tacy łżowie na świecie nie byli: 
„Ten powiada, iż nie wiem, a wie wszystko zdrajca, 

„Ten — wszystko wiem, a ledwie wie chłop, że ma. 




'■^rtret "wspólessesny Rf»ja z pierwszego wytlania >Wizł»nmkn»(l.'>GO). 



— 20 



II. 

Z „Wizerunku żywota człowieka poczciwego" *). 



a) O biesiadach i hulatykach. 

Bo jeśli to rozkoszą kto ma przezwać właśnie, 

Gdy brzmi bęben za uchem, a kozi róg wrzaśnie. 

Poniorty a puzany co wszytki zagłuszą. 

Albo skakać od kąta do kąta z Marusza. 

Już który kąt zastąpisz, już siedź jako drewno. 

Bo j:iko się podniesiesz, odepchną cię pewno. 

Jnt jako głuch na drugie musisz palcem kiwać. 

Bo juA tam trudno słusznej rozmowy używać. 

Albowiem już tam każdy chociaż ledwie ziewa, 

Wrzeszczy, sąpi, markocze, a mnima iż śpiewa. 

A drugi za nim stojąc jako ciele ryczy, 

A zda mu się iż wesół, a iż pięknie krzyczy. 

Sktenice w kąt latają, na stole by w łaźni, 

Tak więc Bachus on rycerz swe kochanki błaźni, 

Ik kiedy rano wstawszy wieczór wspominają, 

,»Albociem był oszalał** sami sobie łają. 

Ano się we łbie kręci, pan siedząc szczka, spluwa. 

Pierzu ma we łbie pełno, opak się obuwa. 

Obli (Z: i się z kaletą, nie chce respondować, 

Muyi jej dać na kwity, gdy niemasz co schować. 

Suknia śmierdzi drożdżami, czapka gdzieś na ławie, 



') ^WŁienink własny żywota człowyeka poczciwego w którym iako 
we iwiertńedle snadnie kaidy swe sprawy oględać może: zebrany y s Filo- 
zophow i z niznych obyczaiow świata tego. W Krakowie drukowano u Ma- 
tysa Wirebycty. Roku od przyscia Syna Bożego na świat 1560". Wyjątki 
nasze [Kjdajeiiiy ściśle podług tego wydania. 



— 21 — 

Patrzajże krotochwile w takiej miJej sprawie. 
Aby jeszcze na miejscu gdzie począł dosiedział, 
Ale chce, iż pan szalon aby każdy wiedział. 
Będzie go jeszcze pełno po ulicach wszędzie, 
Włóczy się jako z wilkiem chodząc po kolędzie. 
Wiec wszędy we drzwi tłucze, wszędy mu nałają, 
A czasem czem pachniącem i z góry spluskają. 
Zaż ^) to dobra biesiada, zaż to krotochwila? 
Niechaj będzie najmędrszy, alić z niego wiła ^). 
Ledwie się i to chłopu słusznie zejdzie ze wsi, 
A choć go nikt nie sławi, szczekają za nim psi. 

b) O przyjemnościach życia małżeńskiego. 

Chodzi by podskubiony opuściwszy skrzydła, 
Już się nie po szwu porze, już nie golą szydła. 
We łbie i na kołnierzu pierza pełno wszędy, 
Buty spuścił do kostek, prawie we trzy rzędy, 
Rzepa w dole pogniła, grochu nie dostaje. 
Słucha gdzie kokosz gdacze, aby znalazł jaje. 
Bo co się pierwej musiał jedno o się starać 
Teraz nędznik ani wie, czem się pierwej parać. 
Bo. dom, dzieci, a żona nienatkane piekło. 
Już tam odkrój skoro się by najmniej przypiekło. 
Bo chocia i z siebie drąc tam wszystko podaje 
Przedsię wszystkiego mało, zawżdy nie dostaje. 
Kupisz jej dziś koszulkę, jutro chce rańtuszka, 
A na święta pstrej sukniej, ze szmelcem łańcuszka. 
Więc się Jasiek urodzi: gotujże mu mamkę, 
A skoro pocznie chodzić wnet piastunkę Hankę. 
Sprawże mu pstry kożuszek, więc czerwoną myckę, 
A mgmkę też z piastunką przystrój miłośniczkę, 
Coby sobie na hajtitś z panięciem chodziła, 

•) Czyż? ^) Głupi, szalony, błazen. 



22 



l>aj/.e jej jeść, gdy raczy, by go nie zglodzila. 

Więc tn^tly Jasiek dorośnie, a ktemu Hanuśka, 

To wełnę by z barana drą z pana tatuśka. 

Tej dokładaj na bramy ^) a temu do szkoły. 

Już tam musisz w stodole rozpuścić sokoły 

Co mul snopki bujają, już więc panie stary, 

Daj czeiwoną przedzialać, dobrze wam tak w szarej. 

Jtii więc konik nie twojski, kiedy cudnie cliodzi, 

Już pan miody zachodząc zdaleka nań godzi, 

RadzL^c, iż panu ojcu już ino cliodniczek 

Lep:^^yby, bo ociężal wierę miłośniczek. 

Więc kiedy się dwa '^) zejdą, to wnet wnidą w radę, 

„Prawda, żebyś już umiał rozprawić gromadę? 

I ja by cl i się domyślał gdzie nasiać pszenicę, 

Gdyby juko tej starej pozbyć szubienicę**. 

A ze sta jeden będzie, aby temu nie rad 

Choćby i dziś pan starszy ') był w niebie na obiad. 

Mają za to dworstwo dobrzy towarzysze, 

Gdy pan młody po ścianach, szczęścia czekam, pisze. 

Więc puniej do rydwana albo da kolebki. 

Już tam razem zaprzęgaj ony cztery wszytki (konie) 

Patrzaji^e już kobierców i wezgłowia pstrego, 

Nietiźwiedzi na chomonta, a wnet szwardowego *) 

Wyrzuć, bo zmienił grzywę, już się tu nie godzi, 

Raczże kupić inszego, ten niech w bronie chodzi. 

Nuż też owa służbica, co będzie kosztować, 

MusisK więc i karwatkę ^) na bramy ^) zepsować. 

Ano pani narzeka, iż u drugich wida, 

*) Knuiia — obszewka, zlad obramowany. 

*) Dom, synowie. 

^) Pan starszy — ojciec. 

*) Knii zaprzężony po prawej ręce lejcowej^o. 

*) Huknia, ^) Bramowania, obszycia. 



— 23 — 

Zawżdy panna ubrańsza niźli u niej bywa, 

A też ją więc posadzą, a moją w kąt popchną, 

Albo gdzie z poślednimi lada kędy wepchną. 

c) O tańcach i zabawach. 
Albo owo wesele, kiedy się po kąciech 
Tłuczecie, wyskakując by szkapy w chomąciech. 
Nazajutrz chłop narzeka co go bolą boki, 
Namierzly mu podobno onegdajsze skoki. 
Bo jako pan ma być zdrów, a av nim piwo kisa, 
I od tegoć więc drży leb, i czupryna łysa. 
Nogi, oczy i ręce, i brzuch chłopu puchnie, 
A z gęby gdzie zaleci, by z wychodu cuchnie. 
Goleni sobie potłukł, więc łopianu szuka. 
Druga ') też jako wierzba, na wiosnę się puka. 
Bo jako się nie pukać, ano pełno zawżdy, 
Jako inna bestia, gdy się ożre każdy. 
Już zapomni i Boga, już nie zna i ludzi. 
Bo napoły by zdechły, gdy go nie obudzi. 

Niźli tam w owym huku, kiedy wrzeszczą wszyscy, 

A dmdzy marnie wyją, jako w lesie wilcy, 

A kozi róg za uchem jako świnia wrzeszczy, 

W bęben tłuką by w pudło, aż więc we łbie trzeszczy. 

Stół uleją i ławy, siedzą jako w łaźni, 

A sami' poszaleją jako inni błaźni. 

Więc kręglów nastaw- iają w koło podle ściany: 

Dybie, jako kot na mysz, z gałką chłop pijany. 

Puknie w ścianę, a drudzy: „wygrał, wygrał!** krzyczą, 

A drudzy płacąc piwo jako krowy ryczą. 

A więc to krotochwila? a więc to biesiada? 

Oszaleje więc z takiej głowa bardzo rada. 

*) Inna. 



— 24 — 

d) O leniwcach^ obżartuchach i pijanicach. 

Z tlni^iej strony obżarstwo drugie dziecię nosi, 

Co to ledwie przed spaniem i głowę podnosi. 

Co jest niarne stworzenie, lenistwem je zową, 

Które wfadać nie może niczem, ani głową. 

A gdy rozum człowieku na to najwięcej dan. 

Aby Oli innych zwierząt był w sprawach rozeznan; 

Pati-ziij/e, gdy jako wieprz jedno leżąc tyje, 

Jeśliiiie nie podobien do innej bestyje. 

Bośmy nie tak stworzeni, byśmy jego żarli, 

A otkawszy brzuch młotem jako świnie marli, 

Ale byśmy pomiernie wszego używali, 

A na wszem się rozumem w cnotach sprawowali. 

A zwla^?,cza gdy oźralstwem jeszcze się kto bawi, 

Już nie masz nic tak złego, co się w nim nie zjawi. 

Wszak jawnie w każdym widać kiedy łeb zaleje, 

leśli lepiej niż dzikie zwierze nie szaleje. 

Wnet tam rozum on wdzięczny już swój urząd straci. 

Już się tam szalona myśl ze wszystkiem złem zbraci. 

Już tam żadnej baczności, ni żadnej pamięci; 

Kiedy we łbie zaszumi, przystępcie i święci. 

Kto sił^' chce podziwować a patrzeć, przełaje. 

Jeśli w którem zwierzęciu takie obyczaje. 

Azaż ta ni co ze wstydem w szalonym łbie znajdzie, 

By .siedział z Bernardynem, z każdym w burdę zajdzie. 

A zaś ręce co czynią albo język mówi. 

Aby wżdy co podobno było k* rozumowi. 

Jednym razem zamruczy, a drugi raz szepcze, 

A czasem jako bocian zjadłszy żabę klekce, 

Leje, wr/.eszczy, kołace, a sklenice tłucze, 

Bo stracił od rozumu i kłódki i klucze. 

Więc podrze, więc popluska, a drugie rozdaje, 

A kiedy kto nie chce wziąć, tedy mrucząc łaje. 

Ale sobie po ranu zasię powracajmy, 



26 



Pijanego wieczora dziś nie wspominajmy. 

Owa, co przez cały rok nań wyrobią chłopi, 

To on za jeden tydzień wszystko w brzuch zatopi. 

nędzny to jest żywot człeka takowego, 
Który powinowactwa zapomni swojego; 
Jako ino dziki wieprz tak leży w barłogu, 
Już ni ludziom, ni sobie nie godzien, ni Bogu. 

Bo się już więc tam wszystkie zmysły pomieszają, 
A też patrz jako wszyscy wdzięczne zdrowie mają. 
Ręce drżą, łeb się trzęsie, a nogi zapuchną, 
One wdzięczne wonności z gęby, z nosa cuchną. 
Owa równo z nim siedzieć jako na wychodzie, 
A on wszystko pomazał jako świnia w smrodzie; 
A przecież to za rozkosz sobie poczytają, 
Otóż masz swoje panią, co jej ten czynsz dają. 
Rozkosz leżeć we błociech a tłuc się po kąciech. 
Taczając się po ścianach by szkapy w chomąciech. 
A przecież by najlepiej wszyscy poszaleli. 
Rano wstawszy, powiedzą, iż byU weseli. 
A ono drugi z wesela we łbie sobie skubie, 
Bardzo mu przeplewiono jakoś włos na czubie. 

1 tu się przepleniło bardzo na czuprynie, 
Na nosie łyska siedzi, a guz na łysinie. 

Więc zasię potem z tego wnet lenistwo roście. 
Że i głowy nie może czasem podnieść proście. 
Acz jest rzecz przyrodzona człowieku każdemu, 
A nad wszystkie rozkosze to jest pierwsza jemu, 
Aby sobie po pracy wdzięcznie odpoczynął. 
Aby go też on frasunk, który miał, ominął. 
Bo to jest przyrodzenie zwierzęcia każdego, 
Aby odpoczynęło też czasu swojego. 
Bo i orzeł latając bujno pod obłoki. 
Kochając się, a patrząc tu na świat szeroki. 
Musi upaść na ziemię z czasem, odpoczynąć, 



26 



Bo, Ly nie to, musiałby każdy z pracy zginąć. 
Bo to wdzięczna rzecz ciału by odpoczynęło, 
A onyin snem rozkosznym cichuczko zasnęło. 
Nie owak z opiłym łbem, gdy jako wilk chrapie, 
Macajr^c podle siebie kogo znajdzie, drapie, 
Kaszle, mruczy, wierci się, łoże pod nim trzeszczy, 
A obiema końcoma, co się ruszy, wrzeszczy. 
Rano wstawszy drze oczy, ano mu zalnęły, 
Knafle wiszą na brodzie, co z nosa płynęły. 
O jakież to rozkoszne tam było wyspanie. 
Mógłby go gdzie za węgieł prosić na śniadanie, 
Albowiejii jakie w panie sprawy i postawy, 
Ta kieł >y też miały być właśnie i potrawy. 
Bo co wczoraj postno jadł, dawno zrzucił skwarne, 
A nietyjko zająca, mógłby gonić sarnę. 
Więc też nie dba o czeladź, by mu wody dali. 
Już mu dawno pieskowie gębę ulizali. 




L 



- 27 — 

ŁUKASZ GÓRNICKI 

(t 1002> 

Z „PwOąZANlNA»' •). 

. . . Jeszcze i to niepomału śmiech w nas pobudza, 
(a wszystko to przedsię ku pierwszemu sposobu trefnowa- 
nia ^) należy), kiedy kto foremnie powieda czyj prawie głupi 
postępek, abo rzeczenie, takież też, czyje nad miarę wydwa- 
rzania, co białogłowy zowią przekwinty. Abo więc gruby kJam, 
abo rymownie złożony. Jako mnie niedawno powiedział po- 
tworne głupstwo tatarskie, Kmita, marszałek w księstwie litew- 
skiem. Przyjechał, prawi, tatarski poseł na Wołyń, do Janusza, 
biskupa, na on czas wileńskiego '% onego prawego pana; gdzie 
biskup, niemając na ten czas przy sobie dworu swego, z któ- 
rym świetnie okazać by się był mógł, uczynił tak: izbę, w któ- 
rej go przyjmować miał, kazał obwieszać sieciami; w rzeczy 
to nie w domu biskup, ale w łowiech i tam kazał posła przy- 
prowadzić, który oddawszy dary, dwie strzałce od czara, a chu- 
stę modrą od czarowej, nie miał nic w swej legacji, jedno 



') , Dworzanin polski** wyszedł w r. 1566. Wprawdzie Górnicki prze- 
rabiał w nim dzieło włoskie Balcera («astiglione : „II Libro del Cortegiano**, 
ale włożył do „Dworzanina* Aviele ustępów własnych, zastosował jego tekst 
do stosunków i zwyczajów polskich i podał wiele anegdot oryginalnycłi. Tak 
ymienionych powodów, jak i dla piękności języka i stylu, „Dworzanin" 
ozdobą literatury Jagiellońskiej, „bo (jak się wyraża jeden z historyków), 
yiku dzieł takiej, jak on wartości, nazywamy tę epokę złoUj w literaturze". 
^) Żartowania, 

?) Jan z książąt litewskich, biskup wileński, potem poznański, syn 
ralny Zygmunta I. z Katarzyny Telniczanki. 



28 



zaleffinki. Janusz wysłuchawszy poselstwa, kazał wielki kousz *) 
starego miodu przynieść, który posłowi za zdrowie jego pana 
wypić rozkazał; a ten kiedy kilka sporych trunków uczynił, 
począł się pilnie przypatrować twarzy i ubiorowi biskupiemu, 
Jako na ten czas biskup ubrał się był skfoinnie, w szatę sze- 
roką, a bogatą, biret wielki, rogaty, staroświecki; sam też 
obwy?. ^), jakoby na majestacie siedział. Nakoniec gdy Tata- 
rzyna on miód rozszedł, a bez przestanku oczy wytrzeszczywszy 
na biskupa patrzał, spytał go łagodnemi słowy biskup, dla- 
czegciby mu się tak pilnie przypatrował? Tatarzyn opity od- 
pdwltKlziah „Ten słuch, prawi, u nas jest w hordzie o tobie. 
Jakoby ś dwie głowie nosił na swych ramionach, a dlatego mój 
pan z Lem ladajakiem poselst^vem mnie tu posłał, abym się 
przypatrzył temu: Ja pak wiżu u ciebie nie dwie hołowie, ale 
odnu, da dobru" ^). Trzeciego dnia biskup posła odprawił, 
a za strzałki czarowi kulę żelazną od piszczla, a czaro we j 
łokieć kolenskiego płótna na chustki posłał. 

Nie uszło tego i oto to drugie: Doktor Patricius ■*), któ- 
rego wszyscy W. M. z uczonego pisania znacie, posłał Za- 
krzeskiego. sługę swego, do pewnej osoby, w niektórej po- 
trzel)ie pilnej; sługa wróciwszy się, iż pan w komorze był na 
tajemnej z p^ościem rozmowie, nie wszedł tam, ale czekając 
u drzwi, na ławie zasnął. Potem, gdy się on gość z powieścią 
odprawił, Patricius wyprowadziwszy go, spytał Zakrzeskiego, 
coby sprawił? A on ze snu: „Panie, prawi, kazał W. M. na 
obiad prosić**, A doktor zasię: ^Ale powiedz mi, co mi wska- 
zał na moje pytanie, pocom ja ciebie słał?" Odpowiedział 
Zakrzeskii ^Hę, panie, ma się sam z W. M. ujrzeć". Zatem 
doktor frasując się na takowe głupstwo, że mu tego zarazem 
nie powiedział, takżeż i o obiad, żeby się był wczas wymówić 

M Kouj^z, kusz, puhar, czara. 

'') Nh \vzniesieniu. 

^) Ja przeciwnie Avidzę u ciebie nie dwie K^^wy, ale jedną a dobra. 

*) Andrzej Patrycy Nidecki. 



— 29 — 

mógt, iżby go za hardego nie rozumiano, wszedł do komory 
i począł pisać. Zakrzeski po maJej chwili jąl kołatać. Pan 
spyta, kto jest? A on: „Ja panie, Zakrzeski. Nie racz się 
W. M. frasować, śniłoć mi się owo wszystko, com W. M. po- 
wiedział**, A Patricius co się miał o to gniewać, to się musiał 
okrutnie śmiać. 

Snąć jakiś ksiądz we Włoszech widząc, kiedy zbrodnia *) 
kat wyświęcając ^) z miasta, okrutnie siekł miotłami, użalił się 
go; bo ten zbrodzień nieborak, chociaż miał grzbiet bardzo 
zraniony, wszakoż przedsię pomaluczku szedł, nie inaczej, jedno 
jako kiedy owo kto przechadza się z rozkoszy. I rzekł kaniemu: 
« Niebożę stradny '% dźwigaj spieszno te nogi, a co najprędzej 
zbądź tej boleści i sromoty**. Obróciwszy się on zbrodzień, pa- 
trzał pierwej chwilę jakoby z podziwieniem na księdza, nic nie 
mówiąc, a potem tak rzekł: „Kiedy ciebie, księże, będą chło- 
stać, pójdziesz ty jako będziesz chciał, a teraz daj mnie po- 
kój, iż ja idę jako mi się podoba**. — A drugi też ksiądz, 
a jeszcze k'temu opat, będąc przy tem, kiedy książę Urbiński 
radził się, coby z tą ziemią czynić miał, którą było wykopano, 
zakładając fundament pod pałac urbiński: „Bardzo to łatwo, 
powiedział, gdzie ją podzieć. Rozkaż oto W. M. wykopać 
wielki dół, a tam, bez wielkiego łamania głowy, wsypać się 
ziemia ta może**. Rozśmiawszy się książę, odpowiedział mu: 
„A tę ziemię gdzie podzieć będzie, którą, czyniąc dół, wyko- 
pają? »Każ, powiada, W. M. tak wielki dół wykopać, iżby 
tam oboja ziemia wsypać się mogła**. Owo chociaż książę 
rozwodziło^) mu to, iż im większy by się dół kopał, temby 
więcej ziemie na górę wychodziło, żadną miarą inaczej rozum 
jego nie mógł pojąć, ani tego dał sobie powiadać, aby nie 
ygl tak wielkiego dołu wykopać, w któryby i stara i świeża 
jszła. A wszystko powiedał, kiedy dojeżdżano: „Każ przeto 
. M. tem większy dół wykopać**. 



') Zbrodniarza. ^ Wypędzajjjc. ') Nieszczęśliwy. *) Przekładał mu. 



.^0 



Ppwiedajci to o Wenetach, iż drugi i umrze tak, a jako 
źyw na koniu nie siedział. Także też jeden mając na daleką 
ilrojH^* jechać, prosił drugiego, który przy pośle do Niemiec 
jeżdzal, aby mu wszystko spisał, czegoby na drogę trzeba. 
Ten nie patrząc co za czem idzie, zgoła tak pisał, jak mu co 
na niyil przyszło i począł 'regestr: Itcm: ostrogi, Item: buty, 
Ifvm: Uomok. — i dalej co tam stało. Co gdy on, który się 
na drogę gotował, wszystko skupił, wyjechał do Mestrza *)^ 
niiiusleezka na brzegu, skąd już w drogę wsiadać miał, a na- 
/ajutiz wziął regestr w rękę i czyta: Iteni: ostrogi. I każe 
sifudi^e, żeby mu ostrogi przypiął; sługa powiada: „Panie, źle-ć^ 
buty pierwej musi obuć". Powiedział pan: „Już ty mnie nie 
rwifz: dalej ten bywał, niż ty, kto mi to pisał". Sługa nie 
przet iwiając się panu, ostrogi przypnie, i poszli zasię do rege- 
stru, gdzie stało we wtórym rzędzie: Item: buty. „Dajże sam 
teraz dopiero buty", rzekł pan. Gdy do obuwania przyszło, co 
fzynir? Żadną miarą z ostrogami tam nogi nie wnijdą. „Daj 
sam noża", Wenet powiedział, i wnet buty rozerżnął, a po- 
tem włożywszy tam i z ostrogami nogi, rzekł do sługi: „Otóż 
widzi.sz, że tu dobrze pisano, bo ten but zakryje ostrogę, iż 
?^ię nie ubłoci". 

A drugi zasię, takżeż Wenet, wsiadłszy na koń, a trzy- 
ma jiio go bardzo na wodzy, bódł go, żeby szedł; a koń z nim 
wspak^ aż ku domowi jednemu przyszło; a ten dopiero za- 
parwszy nogę o węgieł, a niechcąc jakoś wodzę puściwszy, 
pchnął konia z sobą, iż z miejsca postąpić musiał, i rzekł: 
,To ten dyabeł by barka, z miejsca nie pójdzie, aż po- 
pchniesz". 

Rzekł tu pan Wapowski: Czemu W. M. nie powiesz 
onej u Florentynie? 

Odpowiedział pan Dereśnłak: Nie pomnie, która to, ale 
powiedz ją W. M. sam. 



*) Mestre, miejscowość pod Wenecyą. 



31 



Zatem p. Wapowski: Florentynowie walcząc przeciwko 
Pizie miastu, wydali byli pieniądze wszystkie z pospolitego 
skarbu, tak, iż nie było się już dalej do czego sięgnąć, a wojna 
stateczna dopiero się wtenczas poczynała. Owa nielża, jedno ') 
wżdy o tern radzić, gdzie, a jako pieniędzy dostać. I wnet ze- 
zwawszy radę, kazano każdemu powiedzieć swoje zdanie o na- 
byciu pieniędzy. Gdy ten ło, ów owo powiedział, przyszło na 
jednego starca, który z wesołą twarzą tak rzekł: „Nalazlem ja 
w swej głowie dwie łatwie drodze, iż w krótkim czasie barzo 
wielkie pieniądze zebrać możem; a to tak: nasza intrata^), prawi, 
najpewniejsza jest ze cła bram florentskich; otóż, co teraz 
jest jedenaście bram w mieście, to ich kazać drugą jedenaście 
uczynić i przybędzie nam tyle intraty, co jej pierwej było. 
Druga jest droga: Rozkazać wnet, aby we trzech, abo we 
czterech naszych miasteczkach myńcę ^) bito, nie inaczej, jedno 
jako w samej Florencyi, a iżby ustawicznie i we dnie i w nocy 
robiono, a nic innego, jedno wszystko czerwone złote: to wnet 
i bez wielkiego nakładu pieniądze będą". Gdy się tu każdy 
mądremu temu wynalazkowi rozśmiać musiał, powiedział pan 
Bo janowski: „I toć była nienajgorsza, którąm ja sam 
w drodze z Krakowa do Wielkiej Polski jadąc, słyszał: Chłop 
jeden (bywszy w Krakowie, natenczas, gdy posłowie książąt 
pomorskich królowi, imieniem panów swych, w pół rynku 
hołd podług zwyczaju czynili), przed drugimi w karczmie po- 
wiedał: Jako tam na wiele czystych rzeczy patrzał, jako król 
w dziwnym ubiorze wysoko siedział, a panowie niżej około 
niego; jako siła barzo ludzi pięknie ubranych na koniach, pie- 
szo, we srebrze, we złocie widział i dziwnego się grania na- 
słuchał, tak, iż mniemał, by był w raju. Wtem spytał go chłop 
■gi, coby wżdy tam najosobniejszego ^) widział? Odpowie- 
\l: „Było się tam na wszystkie strony czemu dziwować, ale 



') Otóż nie należało nic innego czynić, tylko. . . 

') Nasz dochód. ^) Pieniaxlze. *) Najosobliwszego. 



32 



międxy innemi rzeczami, to mi się najdziwniejsza zdała: Czło- 
wiek jakiś, przy drugich, którzy grali na surmach, na potwor- 
nej grał trąbie, tak, iż co raz to jej sobie niemal póJ łokcia 
w gardło puszczał i zaś wyjmował, i zaś znowu wpychał. Nie 
wiem, uby co dziwniejszego na świecie być mogło**. — Owa 
kmieć głupi mniemał, aby owa część puzana, która się i tam 
i sam pomyka, w gardło wchodziła. 

. . . Zasię gruby kłam, rymownie złożony, ten też jeśli co, 
człowieka rozśmieszy. Dziś trzeci dzień, powiedał jeden z na- 
szycli, iż chłopi, idąc ze wsi na jarmark, który był w kilku 
milach, opóźnili się, że w borze zostać przez noc musieli. 
Więc, iż było o gromnicach ), kiedy wilcy stadem chodzą, 
radzili między sobą, jakoby noc tę przespać, a wilcy żeby 
którego z nich nie zjedli. Jeden powiedział: „Niećmy ogień, 
a nie śpijmy". Odpowiedziano mu, iż tak źle, bo rychlej wilcy 
do ognia przyjdą. Wyrwał swoje drugi, powiedając: „Składźmy 
się ^), prawi, kołem, iżby jeden drugiego głową dotykał, a tak 
jeśliby którego z nas wilk za nogę popadł, uczuje podle niego 
drugi**. Zganili drudzy i tę radę, mówiąc: „Kiedy się prawi 
roześpim, wnet głowy daleko od siebie będą; wtem mogą 
wilcy przypaść, a wyjąć z koła dwu i trzech, że drudzy nie 
uczują". Owa po długiem rokowaniu, naostatek poradził tak 
jakiś starzec: „Wleźć na które wysokie drzewo, a tam nie 
śpiąc, dnia czekać**. I uczynili tak; porąbali wnet dwie sośnie 
na ziemię. Nazajutrz, gdy nie wszyscy mogli być tak czer- 
stwymi *), (zwłaszcza, iż było między nimi nieco starj^ch mę- 
żów), żeby na dół bez pomocy zeszli, obrali między sobą kilku 
co citerstwiejszych a duższych, aby najpierwszy mocniej się ga- 
łęzi ujął i trzymał, a drugi jego nóg, aż tak do ziemie, a po 
tych dopiero owi leniwi, jako po drabinie, aby na dół scho- 
dzili, A gdy przyszło do tego, że drudzy po onych spiętych 



M W lutym, koło M. B. Gromnicznej. 
*J Połóżmy się. ') Silnymi. 



— 33 — 

już z góry leźli, począł ten najwyższy wołać: „Spieszcie się, 
daj ^) was zabito, bo mi tak bardzo ciężko, iż ledwie się ga- 
łęzi trzymam". A jeden z tych, którzy leźli, rzekJ: „Bracie 
nie laj, wszak jeślić ciężko, a słabo trzymasz, popluj rąk so- 
bie", a ten gdy chciał usłuchnąć rady. ze wszystkiemi zaraz 
gruchnął o ziemię; kto szyję, kto rękę, kto nogę złamał; le- 
dwie podobno jeden albo dwa wrócili się do domu. 

Ale kto się takowemi powieściami chce ucieszyć do 

woli i nauczyć się czego, słuchaj onego nieubogiego ziemia- 
nina, co na karasiu jeżdżą a w szczuce nalazł jastrzęba, a on 
kuropatwę skubie, i miał kiedyś lejcowego, który w wozie 
ciągnąc kuropatw za wietrzył, a on nie będąc takim, wysiadł 
i pięćdziesiąt ich kobiercem przykrył. Wyrozumieliście już 
podobno W. M. co są za trefne powieści, które na dostate- 
cznem wypowiedzeniu rzeczy, która się kiedy stała należą. 
A teraz pójdźmy do tej trefności, która na jednem tylko, 
krótkiem, zwięźliwem, a z prędka rzeczeniu zawisła. A jako 
w pierwszej, długiej a foremnej powieści, albo też i w kon- 
terfetow^aniu ^) kogo, mamy się strzedz, abyśmy w niczem nie 
byli podobni błaznom, tak też zasię w tem krótkiem rzecze- 
niu, ma się dworzanin \varować, aby go za jadowitego a tego, 
który nie umie zatrefnować, aż z uszczypkiem i dospektem *) 
czyim, nie miano; bo takowy złośliwy język, nie godzien byw^a 
przykrego niż słowy karania. Z tych tedy trefności, które 
w krótkiem rzeczeniu zależą, ta jest najsubtelniejsza, która 
z słow^a, abo rzeczy dwuwykładnej roście, iż ją człowiek na 
inaksze, niż rzeczono, wyrozumienie ułapi. Jako mając raz 
dworzanie jeść u pana Mikołaja Tarła, chorążego sędomir- 
ski^o, pytał jeden drugiego przed królem stojąc: „Panie, 
orszak u Tarła?" Jaki taki odpowiedział: „U Tarła;" aż do 
la Reja przyszło, który gdy go też spytano: „Panie a wszak 



') Bodaj. ') Szczupaka. 
3) Portretowaniu. *) Zajmą. 

MiC9l HUHOaU POLSKIEBO. T- I. 



- 34 — 

u Tarła?" On zaraz, by zbicza, ze dwu jedno uczynił sJowo 
i rzeki: „Wieją dyabel; jaciem jej tam nie patrzał"* (czy utarta). 

Owa jakom pierwej powiedział, takie zatrefnowanie 

z rzeczy, abo słowa dwuwykładnego, podoba się skoro nabar- 
xiej ludziom; bo to nie lada rozum, którzy może rzecz, którą 
wszyscy jednako wtenczas rozumieją, ku inakszemu wykładu 
przyciągnąć; przeto też takie rzeczenie, bardziej dziwne jest, 
niż śmieszne, oprócz jeśli k* niemu druga trefność przystąpi. 
Ale najpospolitsza trefność ta jest, kiedy człowiek na swe 
słowa, daleko różną powieść ') słyszy, niż ta której czekał; 
a jeśli jeszcze przyłączy się do tego dwuwykładne słowo, da- 
leko rzeczenie będzie trefniejsze. Jako gdy jednego czasu kró- 
lowi .1. M. przywiedziono było z Niemiec niemało pięknych 
frezów wrony eh *^ł, król J. M. patrząc na nie z okna, radził 
się z panem koniuszym a z panem oboźnym coby za rząd 
dać na nie miał. Stanisław Białobocki niedaleko stojąc, a sły- 
sząc ono, powiedział, ukazawszy na kilku trędowatych, którzy 
przed królem rzędem podle siebie stali: , Atoli już jest, 
prawi, rząd czerwony gotowy, i nie może być nad ten cu- 
dniejszy, jedno im każcie co rychlej twarzy połupić**. By był 
Białobocki zgoła rzekł, iż z tych czerwonych twarzy, każ 
Wasza K. M. poczynić rzędy, byłoby było dosyć trefnie, bo 
by był król to usłyszał, czego się słyszeć nie nadziewał^) 
a sama ta rzecz, iż ze skór człowieczych rzędy być miały, ma 
śmiech w sobie; ale iż on wziąwszy to słowo: „rząd", przysto- 
sował je ku innemu i ukazawszy rząd, którym oni trędowaci 
stali, odmienił własność^) słowa, przeto dla tej wtórej tre- 
fności z dwuwykładnego słowa, rzeczenie było daleko trefniejsze. 

Jako i to drugie: Pan Kozieł ziemianin sędomirskiej 
ziemie ^) będąc w Wiznie na rocech % przy przyjacielu, z któ- 



*) Odpowiedź. *) Koni fryzyjskich. ^) Nie spodziewał się. 
*') Znaczenie. 

^) Kozłowie, rodzina litewska wedle Niesieckiego i Kojałowicza. 
*) Rokach sadowych. 



— 35 - 

rym, ani do gospody zsiadając, wsxystek dzień strawił, gdy 
się już było zniierzchlo, szedł sam, sług nie czekając, do go- 
spody swej, której nie wiedział. Owa pytając się to tego to 
owego, trafi na jakiegoś pachołka i mówi mu: Towarzyszu, 
nie wiesz gdzie tu moja gospoda. A ón rzekł: A ktoś ty? 
Odpowiedział mu: Jam jest Kozieł. A pachołek zaraz: Kie- 
dyś Kozieł, tedy w chlewie twa gospoda. To tu usłyszał taką 
odpowiedź, jakiej nie czekał, i to słowo dwuwykładne Ko- 
zieł, śmiechu przysporzyło. Ale tę rzecz pan Kochanowski 
w swoich fraszkach bardzo trefnie wierszem powiedział. 

Ale między innem trefnem rzeczeniem, to ma swą 

osobną wdzięczność, kiedy kto te słowa, któremi go dotkniono 
przyjąwszy, obróci rzecz na tego, kto go dojechał, i jakoż go 
własną tnie bronią. Jako doktor Roizius ^) Hiszpan, człowiek 
i bardzo uczony, i na odpowiedź dziwnie skory, Jakubellesowi 
medykowi powiedział, gdy go szkalował z mdłego wzroku mó- 
wiąc: Domine Doctor, Tu param vides'^). Odpowiedział hiszpan: 
Verum est, nam te video, qui es panwi ^). A drugi u sądu 
stojąc przy przyjacielu i wiele za nim mówiąc, gdy mu z prze- 
ciwnej strony prokurator rzekł: Czy ty oto szczekasz? Odpo- 
wiedział: Muszę prawi (szczekać) bo widzę złodzieja. — Jechał 
takież przez nie pomnie które miasto, człowiek otyły, a jakiś 
mędrek ujrzawszy on jego wielki brzuch, powiedział: Drudzy 
ludzie za sobą sumki (sakwy) noszą, ale je ten ma przed sobą. 
Wnet ten tłusty odpowiedział: Tak trzeba, bracie, w tern 
mieście, gdzie pełno złodziei. 



') Rojziusz Ruiz de Moros, w Bononii uczył prawa, do Polski we- 
zwany przez Gamrata, wykładał tę naukę w Krakowie lat 9 i tak się wsła- 
ł, że go cesarz Ferdynand powoływał, lecz go Zygmunnt August zatrzy- 
ł i pomieścił itUer fart pcUałini cognitores w sądach woje Wodzińskich. 
ał wiersze do Zyg. Augusta, Gamrata, Maciejowskiego. Przyjaciel Kocha- 
ńskiego. 

^) Panie doktorze mało widzisz. 

^) Prawda, bo ciebie widzę, który mało jesteś (znaczysz). 



- 86 — 

Jest też ł drugie zatrefnowanie, kiedy kto przyda^ 

abo ujmie, abo odmieni w słowie literę, albo syllabę jaką; 
jako ktoś, mając zwać przezwiskiem doktora Retykusa, zwal 
go heretykiem. A pan Bogusz, starosta krasnostawski ^). siedząc 
niedawno między kanoniki krakowskiemi, a mówiąc to o tem 
to o owem, z rzeczy mu jakoś przyszło, że miaJ pomnie pra^- 
słimonium^) i rzekJ miasto tego prostibulum% Prawda że 
on po łacinie nie umie, ale przedsię (jako jest we wszystkiem 
baczny) barzo dobrze wiedział, co znaczyło to słowo, i na 
zachwał go tak wtenczas użył. Więc i to bywa trefnie, kiedy 
kto przystosuje do swej rzeczy wierszyk jaki, wynicowawszy 
go, abo chocia zostawiwszy go przy swym wykładzie, jedno 
słowo jakie w nim odmieniwszy. Takież też, gdy kto umie 
wyrwać z ksiąg co takiego, co u ludzi często bywa w uściech 
i na swój młyn obrócić. Jako jeden mając i złą i przemier- 
złą, i barzo żadną (brzydką) żonę, kiedy go pytano jakoby 
się miał, odpowiedział: Co rozumiesz, prawi, jako się mam, 
gdyż Fiińuruni marima jurta me cubat ^). 

Na kształt tego też, drugi biskup, z Krakowa do biskup- 
stwa poście jadąc, rzekł do jednego swego plebana nie barzo 
bogatego, przez którego plebanię jechać miał: Księże plebanie 
przyjdzie mi u was manducare Pascha^). A pleban odpowie- 
dział: Dobrze, miłościwy księże, jeno sine discipulis^). 

Bywa w tem trefność, kiedy kto w rozmowie, przyczynę 
jakiej rzeczy inną zmyśli, niźlł jest; abo kiedy kto wykłada 
po swemu imię czyje abo rzeczenie. Jako raz miał ksiądz 



') Wolski lubelski, Mikołaj, w boju i pokoju doś\nadczon; uiii. 1060, 
nagrobek je^o Starowolski w Monumentach przytacza. 

') Beneficium, czyli urząd duchowny sine cura animarumf bez obo- 
wiązku zajmowania się posługami religijnemi. 

') Nierządnica. 

*) Największa z furyj przy mnie lega. 

*) Odbyć Wielkanoc. 

^j Bez uczniów. 



— 37 - 

biskup kujawski Zebrzydowski ^), kapelana zjadJego księdza, 
któremu byl wrzód nieco nakazil gęby, iż byJa oparzysta (za- 
ogniona); i trafiło się że ksiądz biskup, w rozmowie (jako on 
jest barzo ludzki) pytaJ kapelana: Księże Wysocki, cóż wam 
to było w usta? Pan Lakiński który tuż stal, za księdza Wy- 
sockiego odpowiedział: Bańki mu tu stawiano na niej M. 
księże, złe słowa wyciągając. — W radzie takież raz, gdy po- 
słowie ziemscy przywodząc pany koronne ku miłości Rzeczy- 
pospolitej, wspomnieli Scypiona, jakim był miłośnikiem dobra 
pospolitego, pan Gołogórski, kasztelan halicki, powiedział: 
Jeśli taki był Scypio, jakiego ja mam w somsiedztwie *), tedy 
się dyabłu godził, bo mnie mój barzo szczypie. I wierzę, że. 
i tamtego rzymskiego od szczypania Scypionem było nazwano. — 
Powiedział też niedawno jeden ksiądz przed dwiema, a jam 
trzeci nadsłuchiwał, jako się ktoś (osoby nie mianował) przed 
nim w te słowa spowiedał: „Ja, prawi, znam to, żem jest 
grzeszny, ale poszczę rad i rad przebóg daję, i w kościele 
często bywam i kazania rad słucham i inne rzeczy czynię, 
czego nie każdy czyni chrześcianin**. Słysząc to jeden z ony eh 
dwu rzekł: Ba, to, prawi śmieszna spowiedź była, co miał 
na się skarżyć, to się chwalił; a drugi zasie na to powiedział: 
i owszem, prawi, spowiedał się tych rzeczy jako złych, rozu- 
miejąc, iż bardzo grzeszył, kiedy je czynił. — Przyszło mi tu 
też na myśl, jako w on czas, kiedy się jeden z naszych fra- 
sował na roztrucharza ^), że zbytnie drogo żołnierzowi zace- 
nił konia, powiedając, iż szkapa nierzkąc, prawi, za tak wiel- 
kie pieniądze, ale za kopę nie stoi, bo to ma w sobie, że się 



^) Jędrzej, uczeń Erazma Hoterdamczyka, uczony, wymowny, umarł 
r. 1564, mając lat 64. 

') Jeden z włoskiej rodziny Scipionów przybył z Boną do Polski, 
zie się ożenił z Anną Dusińską Rudominówną (Niesiecki). Zapewne 
nim ta anegdota, bo synowie jego jeszcze byli małoletni w chwili, gdy 
'worzanin* wyszedł z druku (1566). 

3) Handlarza koni. 



— B8 — 

z dobytą bronią nie da nażrzeć, — powiedziałeś W. M. panie 
Bojanowski: Jeślić koń ma ię cnotę w sobie, dziwuję się, że 
go za tysiąc złotych nie ceni *). — Do tegoż też i oto to na- 
leży: Hetman kiedyś objeżdżając wojsko, przyjechał nad bród 
nad [jodoljieństwo głęboki i niechcąc się zgoła ważyć przeje- 
chać go. rzekł do trębacza: Przejedź. A trębacz zjąwszy cza- 
pki^, z wielką ucziwością powiedział: „Racz W. M. przejechać, 
miłościwy panie". Owa, w rzeczy tak rozumiał, że go pan 
hetnmn iKcił onem przejechaniem. 

Mało nie podobne do tego jest i takie zatrefnowanie, 
kiedy owo kto słowa tylko szczere rozumieć chce, a nie rzecz 
która one słowa znaczą. Jako niemiec jeden w Rzymie, pot- 
kawszy preceptora swego późno w wieczór, na imię FiHpa 
Hero:i!tł;i, rzekł mu: Domine Magister^ Deus det vobis honuni 
sero -). A Boroaldus zaraz odpowiedział: Tibi muhini cito % — 
Na bit\^h^dzie też jednej, byU pospołu z drugimi czystymi 
hidźmi, dwa panowie Tarłowie, Stanisław i Mikołaj, chorąży 
przemyski ^), jeden dobry żołnierz, jedno z jakiemiś domowemi 
niedostatki, prze które żony mu się pojąć nie godziło, a drugi 
uczony i wymowny. Owa przy dobrej myśU, kiedy sobie pan 
Mikołaj podpił, a ktoś do niego niemałą pełną W7pić chciał, 
rzekł onemu: „Zaprawdę mój panie, nie mogę wńęcej pić, bo 
już nie mam hławy** jako on tak zw^kł mawiać, gdy troszkę 
przebierze. Pani Kochanowska, sędzina sędomierska, stateczna 
pani i harzo trefna, tam będąc, powiedała: „Jakom żywa od 
jednej matki, różniejszych synów nie widziała". — Do tego 

^} łini słów; na zrzec się znaczyło zarówno najeść się, jak przyj- 
rzeć się, olłtfjrzeć. 

^) Vh<'kil powiedzieć: Panie nauczycielu, niech ci Bóg da dobry wie- 
czór, — w pouiedział przez niewiadomość : Niech ci Bóg zsyła dobre nie- 
ruch łcj, 

^} A tobie złe prędko. 

*) Shmisław, cliwalony z męstwa: Mikołaj, mąż uczony i w7moAvny. 
zwann pi Hłowa, że dobrą miał głowę. Niesiecki. 



— 39 - 

i oto to przynależy: W Łęczycy na rokach, miał starosta je- 
den, którego inianownć nie chcę, dwu slag swych, którzy tego 
pilnowali, tuż przy w^oźnym stojąc, aby pana ich u sądu nie 
zdano (nie zasądzono). Tak, że gdy przyszła tego to starosty 
akcya (sprawa), zawoJaJ woźny: Szlachetny panie (i miano- 
wał go) stawaj do prawa; a sJuga jeden z onych dwu, chcąc 
pana W7żej podnieść rzeki do woźnego: Nie szlachetny masz 
mówić, ale urodzony. A woźny znow-u: Nie szlachetny, ale 
urodzony panie, staw^aj! Drugi sługa zasię oburzył się na wo- 
źnego i rzekł: Nie urodzony, bodaj cię zabito, ale wielmożny. 
Dopiero woźny doprawił: Nie szlachetny, ani urodzony, ale 
-wielmożny panie starosto, bywaj do prawa! 

Takowym tedy trefnościom ludzie się radzi bardzo śmieją, 
iż tu już człowiek inną rzecz słyszy, a nie tę, której czekał; 
jakoż z przyrodzenia każdemu z nas, omyłka własna jest luba 
i nie może być nieśmieszno, kiedy w^idzimy, że nas oszukało 
nasze nmiemanie. Przypatrz się temu każdy, jeśli owo nie 
trefnie, kiedy trafi kosa na kamień? Jako jednemu utratnemu, 
rzekł silny lichwiarz. A kiedyż ty wv.dy utrącać przestaniesz? 
A ten odpowiedział: Wtenczas, prawi, kiedy ty nieprzystojnie 
nabywać. — A iż (jako się pierwej powiedziało) zkądkolwiek 
\vyniknie uszczknienie, stądże też ważne słowa ku chlubie 
wyniść mogą, przeto dla uszczknienia i dla pochwalenia, fo- 
remny to sposób jest zatrefnowania, kiedy człowiek przy- 
znawszy ono i potwierdziwszy, co kto powiedział, inaczej wy- 
łoży, niż on rozumiał, kto rzekł. Jako jeden chwaląc biało- 
głowę z obyczajów, z dobroci, z cnoty, nakoniec z cudności, 
kiedy ona tej ostatniej chwiały nie przyjmując rzekła: Prze 
Pana Boga około cudności nie racz W. M. nic mówić; bo- 
^m ja już stara. Odpowiedział: Jeszcześ mi się W. M. tem 
3 zganiła, bo to żeś W. M. stara, przywiedzie mię k' temu,' 
W. M. aniołom równą czynić będę, które Bóg najdawniej 
rorzył, a przedsię są najcudniejszemi. 

...Nienajgorzej i to padnie, kiedy kto ku przyczynieniu 



— 40 — 

abo ujęciu komu, to powie, co ani kąska ku prawdzie niepo- 
dobno. Jak pan Maik o jednym powiedaJ: Tak się, prawi 
zda sobie być wielkim, iż kiedy w kościół świętego Stanisława 
na zamku wchodzi, schyla się zawżdy, aby głową o zaskle- 
pienie nad wroty nie uderzył. Tenże też powieda o jednym 
małym, iż widział raz kiedy go kania porwała miasto kur- 
częcia i nie prędzej go puściła, aż na nię długo wołać nm- 
siano. A Zębocki nieboszczyk snąć powiedział o jednym 
skępcu, który nie chcąc na ten czas zboża przedać, kiedy 
było drogie, nadziewając się jeszcze więtszej drogości, gdy 
obaczył, że co dalej to barziej na dół zstępuje, z desperacyi 
obiesił się; gdzie na ten-czas sługa jego niedaleko będąc, a sły- 
sząc niezwykły kołat w komorze, werwał się tam i pana już 
wiszącego odciął. Nierychło potem on nędznik, kiedy przy- 
szedł k' sobie, chciał koniecznie, żeby mu sługa powróz za- 
płacił, powiedając, iż jeśliś ty mnie chciał od śmierci wró- 
cić, mogłeś to uczynić, powToza nie psując... 





Portret J. Kochanowskiego z pomniku w Zwoleniu. 

JAN KOCHANOWSKI 

(ur. 1530 t 1584). 



I. 



Z ,,FRASZEK". 



Na starą. 

Terazbyś ze mną zigrywać się chciała, 
Kiedyś niebogo! sobie podstarzała. 
Daj pokój, prze Bóg! sama baczysz snadnie, 
Że nic po cierniu, kiedy róża spadnie. 



— 42 — 

Raki '). 

Folgujmy paniom, nie sobie — ma rada, 
Miłujmy wiernie, nie jest w nich przysada, 
Godności trzeba, nie zanic tu cnota, 
Miłości pragną, nie pragną tu złota. 
Miłują z serca, nie patrzają zdrady, 
Pilnują prawdy, nie kłamają rady. 
Wiarę uprzejmą, nie dar, sobie ważą, 
W miarę, nie nazbyt ciągnąć rzemień każą. 
Wiecznie wam służę, nie służę na chwilę — 
Bezpiecznie wierzcie, nie rad ja omylę. 

Na nabożną. 

Jeśli nie grzeszysz, jako mi powiadasz, 
Czego się miła! tak często spowiadasz? 

Na Konrata. 

Milczysz w obiad mój panie Konracie! 
Gzy tylko na chleb gębę swą chowacie? 

Do Jakuba. 

Że krótkie fraszki czynię, to Jakubie! winisz; 
Krótsze twoje nierównie, bo ich ty nie. czynisz. 

Na stryja. 

Nie bądź mi stryjem. Rzymianie mawiali, 
Kiedy się komu karać nie dawali; 
Bądź ty mnie stryjem przedsię po staremu, 
Jeno nic nie bieiv. synowcowi swemu. 

*) Tjrtuł wiersza „Haki**, (oznacza, iż cała tę fraszkę odwrotnie czy- 
tać można, t. j.: 

Rada ma. sobie nie paniom folg-ujmy, 
Przysada w nich jest, nie wiernie miłujmy. 



— 43 — 

Na gospodarza. 

Posadziłeś mię wprawdzie nienajgorzej, 
Aleby trzeba mięsa dawać sporzej; 
Przed tobą widzę półmisków niemało, 
A mnie się ledwie polewki dostało. 
DyaWu się godzi takowa biesiada, — 
Gościem, czy świadkiem ja twego obiada? 

Za pijanicami. 

Ziemia deszcz pije, ziemię drzewa piją, 
Z rzek morze, z morza wszytki gwiazdy żyją. 
Na nas, nie wiem, co ludzie upatrzyli? 
Dziwno im, żeśmy trochę się napili. 

O prałacie. 

I to być musi do fraszek włożono, 

Jako prałata jednego uczczono. 

Białychgłów młodych i panów niemało 

Za jednym stołem pospołu siedziało; 

Siedział też i ten, com go już mianował, 

Bo dobrej myśli nigdy nie zepsował; 

Mnich wedle niego, a po drugiej ręce 

Pani co starsza. Słuchaj że o męce: 

Na pierwszem miejscu pannę całowano, 

Także do końca podawać kazano; 

Więc tego nie raz, ale kilka było, 

A prałatowi by kąska nie miło: 

Bo coraz to go baba pocałuje, 

A on zaś mnicha; więc mu się styskuje *). 

Miał czyściec prawy jeszcze na tym świecie, 

Bodaj wam taki, co go mieć nie chcecie. 

*) Przykrzy. 



— 44 — 

O Staszku. 

Gdy co nie g* rzeczy usłyszy mój Staszek, 
To mi wnet każe przypisać do fraszek. 
Bracie! by się to wszystko pisać miało, 
Jużby mi dawno papieru nie stało. 

Co Baltazara. 

Nie dziw, żeć głowa Baltazarze! chora, 
Siedziałeś wedle głupiego doktora. 

O szlachcicu polskim. 

Jeden pan wielmożny niedawno powiedział: 
W Polsce szlachcic jakoby też na karczmie siedział, 
Bo kto jeno przyjedzie, to z każdym pić musi, 
Żona pościel zwłócząc, nieboga się krztusi. 

O śmierci. 

Śmiesznie to rzekła jedna białogłowa, 
Słuchając pieśni, w której są te słowa: 
„Radabym śmierci, by już przyszła na mię**, - 
Proszę, kto śmiercią? niech go też mam znamię. 

Na Ślasę. 

Stań ku słońcu, a rozdziaw gębę panie Ślasa! 
A już nie będziem szukać inszego kompasa; 
Bo ten nos, co to gęby już ledwie nie minie. 
Na zębach nam ukaże, o której godzinie? 

O Koźle. 

Kozioł, kto go zna, piwszy do północy. 
Nie mógł do domu trafić o swej mocy; 



46 



Ujrzawszy kogoś: „Słuchaj, panie miody! 

Proszę cię, nie wiesz ty mojej gospody?" 

A ten: „Niech cię znam ^), tedy się dowiewa". 

a Jam, pry^), jest kozieP. — „Idźże spać do chlewa". 

O kapelanie. 

Królowa do mszy chciała, ale kapelana 
Doma nie znaleziono, bo pilnował dzbana. 
Przyjdzie potem nierychlo w czerwonym ornacie, 
A królowa: „Ksze') miły! długo to sypiacie?" 
A mój dobry kapelan na owo łajanie: 
,.Jeszczem ci się dziś nie kładł, co za długie spanie?" 

O kaznodziei. 

Pytano kaznodzieje: „Czemu to prałacie! 

Nie tak sami żywiecie, jako nauczacie?" 

(A miał doma kucharkę) i rzecze: „Mój panie! 

Kazaniu się nie dziwuj, bo mam pięćset na nie; 

A nie wziąłbych tysiąca, mogę to rzec śmiele, 

By eh tak miał czynić, jako nauczam w kościele". 

Co doktora. 

Nie trzeba mi się wiele dowiadować, 
Kiedy ty chodzisz doktorze miłować? 
Bo która z tobą wieczór pobłaznuje, 
Każda nazajutrz piżmem zalatuje. 

Co dziewki. 

Nife uciekaj przedemną dziewko urodziwa! 
Z twoją rumianą twarzą moja broda siwa 
Zgodzi się znamienicie; patrz, gdy wieniec wiją, 
Że pospolicie sadzą przy róży leliją. 



•) Powiedz jak się nazywasz. ^) Rzecze. ') Księże. 



— 46 — 

Nie uciekaj przedemną dziewko urodziwa! 
Serce jeszcze nie stare, chocia broda siwa; 
(.]hoć u mnie broda siwa, jeszczem nie zganiony: 
r^zosnek ma głowę białą, a ogon zielony. 



Co Mikołaja Firlieja. 

Jeśliby w moich książkach co takiego było, 
ł',zegoby się przed panną czytać nie godziło, 
(Mpuść, mój Mikołaju! — bo ma być stateczny 
Sam poeta, — rym czasem ujdzie i wszeteczny. 

Na Mateusza. 

Mateusz wąsów, lepiej rzec; bo wielką kładziemy 
R^ecz pod małą, kiedy wąs Mateuszów mówiemy. 

Na hardego. 

Nie bądź mi hardym, chociaś wielkim panem; 

Jam nie starostą, ani kasztelanem — 

Ale gdy namniej podweselę sobie, 

Siła mam w głowie panów równych tobie. 

O doktorze Hiszpanie. 

Nasz dobry, doktor spać się od nas bierze, 
Ani chce z nami doczekać wieczerze; 
Dajcie mu pokój, najdziem go w pościeli, 
A sami przedsię bywajmy weseli. 
Już po wieczerzy, pódźmy do Hiszpana; 
Ba, wierzę pódźmy, ale nie bez dzbann. 
Puszczaj doktorze, towarzyszu miły! 
Doktor nie puś(*ił, ale drzwi puściły. 



— 47 — 

Jedna nie wadzi, daj ci Boże zdrowie. 
»By jeno jedna!* doktor na to powie; 
Od jednej przyszło aż więc do dziewiąci, 
A doktorowi mózg się we łbie mąci. 
„Trudny (powiada), mój rząd z tymi pany, 
Szedłem spać trzeźwo, a wstaję pijany**. 

Do Chmury. 

Mówiłem ja tobie Chmura! 
Że przy kuchni bywa dziura. 
Aleś ty mnie nie chciał wierzyć, 
Wolałeś swym grzbietem zmierzyć. 

Do gospodarza. 

Rad się widzę u ciebie gospodarzu miły! 

Ale wypić tak wiele nie mej słabej siły; 

A gdy mi każesz pełnić sobie abo komu — 

Jakoby ś rzekł: Nie chcę cię mieć długo w tym domu. 

Na fraszki. 

A cóż czynić? pijaństwo zbytnie zdrowiu szkodzi, 

Gra też częściej z utratą, niż z zyskiem przychodzi, 

A nadzieje zaś nie masz wzajemnej miłości — 

A owa na swą szkodę suszy bardzo kości, — 

Wy tedy, co kto lubi, moi towarzysze! 

Pijcie, grajcie, miłujcie, — Jan fraszki niech pisze. I 

'1 
Nagrobek Rozynie. | 

Tu syta wieku leży Rozyna, ^ 

Lecz tylko wieku, ale nie wina; ; 

Nie stoi o mszę, ani o dzwony. 
Wolałaby dzban piwa zielony. 



'^ 



i _ 48 — 

11. 
R R O D A. 



Broda mój rym» Apollo! chocia nie masz brody, 
Rymu brodzie nie zajzrzy! abyć wiecznie miody 
Nie chciał być, godnaby ta broda twojej twarzy: 
Rymu zaiste godna, ttóry, proszę, zdarzy! 
Wierzęć ja, że w tej gęstwie zacnych bród niemało, 
Będzie sobie mym rymem chlubę czynić chciało, 
Mówiąc (będzieli zwłaszcza po temu uroda): 
„Jaciem ona sławnego pisoryma broda**. 
Ale to wczas odemnłe wiedzcie, że z tą brodą 
Żadna śmiertelna broda nie zrówna urodą. 
Broda to nie człowiecza; coś na kozła więcej 
Poszła. Ale do rzeczy przystąpmy co pręcej. 
Wizerunek widomego świata niewidomy 
Jest nad przeźroczy stemi niebieskiemi domy: 
Gdzie formy doskonałe wszystkich rzeczy wiszą. 
Wedle których Bóg stworzył tę machinę niższą; 
Tam od początku wieku ta broda mieszkała, 
I kształt na wszytki brody potomne wydała. 
Raz tak u gęby wisząc, jako wałkownica; 
Drugi raz przykrojona, jako prochownica; 
Dziś nożycom podobna, jutro końskiej kosie, 
Czasem tak rzadka, żeby mógł liczyć po włosie, 
Jako kędy grad przejdzie; czasem wygolona 
Wkoło gęby, a z brzegów w cerkiel nastrzępiona. 
Tak odmienna, tak mnożna między wieczystemi. 
Wisiała na powietrzu sny Platonowemi. 



— 49 — 

brodo starożytna, nieobjęte brzemię! *) 
Jakoś z nieba zleciała na tę niską ziemię? 

1 w niebie najdzie zazdrość, najdzie gniew i zwadę. 
Broda do wąsa, swego sąsiada, tę wadę 
Najdowała, że przed nią wyższe miejsce bierze, 

A co gorzej, gdy pije, on się w czaszy pierze, 

A onej się niebodze więcej nie dostanie. 

Jedno co z wąsa na nią mokrego ukanie^). 

Ztąd waśń poszła i swary, ztąd skargi i zwody. 

Że wąs nigdy nie mógł mieć przyjaciela z brody, 

By się jej był i mostem kładł. Bojąc się tedy, 

Aby go w czem z tej waśni nie podeszła kiedy. 

Umyślił ją uprzedzić, a długo myśliwszy, 

Ten mu się fortel ze wszech zdał naosobliwszy: 

Jest na niebie (kto świadom) barwierz; był przed laty 

Podczaszym u Jowisza, teraz więc kosmaty, 

Już nie wino, ale ług cedzi ku potrzebie 

Nietylko Jowiszowej, ale co ich w niebie; 

Wodnikiem go tam zowią, że mieszka przy wodzie. 

Ten jako inszym bogom, tak służył i brodzie; 

Go śrzoda, co sobota z ługiem przychadzając, 

A wiechę nakurzoną z brudu wymywając. 

Tego sobie wąs obrał, któremu objawił 

Myśli swoje, a temi słowy k niemu prawił: 

„O barwierzu niebieski, wodolejca sławny! 

Tobie nie jest tajemny mój z brodą swar dawny, 

Teraz do tego przyszło, że abo jej w niebie, 

Abo mnie być, co wprawdzie w ręku jest u ciebie. 

Bo jako błotne żaby bociana się boją, 

Jako szczurkowie kota, tak przed brzytwą twoją 

Wszystkie włosy drżeć muszą. Okaż moc swej broni, 

A przyjaciela swego ratuj we złej toni — 



') Płód, ciężar. 2) Kapnie. 

KSIĘW HUMORU POLSKIEGO. T. I. 



— BO — 

Pewien wdzięcznego serca, póki wąsa w niebie, 

Tylko mi chciej dopomódz w dzisiejszej potrzebie. 

Taszę, pomnisz, jakom ja w twej pierwszej młodości 

Twarzy twojej folgował, abyś byJ miłości 

Co najdłużej mógł zażyć, a ta wszetecznica 

Xa ten czas rumianego uszanować lica 

Iwojego nie umiała, .ale się rzuciła 

Przed czasem na twarz twoje; czem cię ohydziła 

Jowiszowi, żeś musiał ustąpić z łożnice. 

Ty wiesz, jakiejeś użył natenczas tęsknice. 

Tłtraz masz czas zarazem i chęć życzliwemu, 

I nieprzyjacielowi niechęć oddać swemu. 

W czem obojgu, kto czułym nie jest, z każdej strony 

Krzywdzie podległ, u obcych i u swych wzgardzony". 

Tu wąs przestał, a wodnik tak mu odpowiedział: 

J)wa i tyś się przed tą panią nie wysiedział, 

Wąsie, dobry mój druhu, ale bądź cierpliwy, 

A niech nigdy u ciebie nie będę prawdziwy. 

Jeśli na brodzie takiej nie wyprawię sztuki. 

Ze na wieki poniesie pamięć mojej ruki *). 

Nie brzytwą ci ja na nię pójdę, nie żelazem; 

xMani coś osobliwszego, co tak lekkim razem 

Brodę z miejsca wysadzi, że ani poczuje, 

Ak kiedy się już z nieba zlecieć nagotuje. 

Wtenczas więc wara wąsa; bo niskąd tak snadnie. 

pjako z złego sąsiada, szkoda nie przypadnie"... 

Na tern się urywa ten niedokończony utwór humory- 
slyt^zny Kochanowskiego. 

'f I lęki. 



— 61 -^ 
III. 

APOFTEGMATA. 



Z głupim źle żartować. 

Czarnkowski, biskup poznański, będąc podagrą bardzo 
udręczony, zwykł byl częstokroć przed wielkim bólem te sJowa 
mówić: „Przebóg! dobij kto, odpuszczę** '). Trafiło się, iż leżąc 
w tej chorobie, nie byl nikt inszy przy nim, jeno Tatarzyn 
Kamarady, sługa jego; ten pomniąc, co więc pan mówił, ofia- 
rował mu się z posługą swą: „Panie! powiada, daj ty mnie 
bachmata, a każ mnie wolno do hordy przepuścić, a ja ciebie 
zareżę, jako prosisz". Biskup obaczył się, że z tym źle żar- 
tować. — „Dobrze, powiada, Kamarady! ale każ tu komu 
pierwej do mnie, że mu rozkażę, aby cię po mej śmierci do- 
brze odprawiono i wolno puszczono". Wyszedł Tatarzyn i za- 
wołał kilku sług do pana. Pan ujrzawszy sługi, dopiero z onego 
przestrachu otrzeźwiał i kazał Tatarzyna do wieże wsadzić, 
a sam potem był ostrożniejszy. 

Dwu kofu w jeden wór źle sadzać. 

Kanclerz jeden koronny częstokroć zwykł to był mawiać: 
„Z każdym się zgodzę, jedno z łakomym nie; bo on chce, 
a ja też chcę". 

Żart nie na czas. 

Tenże upoiwszy małmazyą jednego kanonika sędomir- 
;go, kiedy mu powiedziano nazajutrz, że umarł, nic inszego na 
"ie powiedział, jeno to, iż mu był jeszcze jednej nie spełnił ^). 



•j Przebaczę. '■) Nie wypił jednej szklanicy. 



— 62 — 

Tytuł wielkie dochód mały. 

Spytek Jordan, kasztelan krakowski, mówiąc w radzie 

o doleglościach, które wysokie urzędy za sobą niosą, też to 

powiedział: „Co sobie Spytek nagotuje, to mu pan *) kra- 
kowski zje". 

Nie długi rozmysł. 

Ksiądz Siemikowski mając beneficiiwi jedno cotitrorer^ 
sum^)y w którem mu Gamrat, arcybiskup gnieźnieński, prze- 
szkadzał, wziąt tę radę przedsię, że przystał do tegoż arcy- 
biskupa, rozumiejąc, że on jako słudze już swemu nie miał 
mu w tem przeszkadzać; i tegoż dnia prawie, kiedy mu go 
zalecano i kiedy mu rękę dał, chcęcy uczynił wzmiankę około 
swego benefiSum, Tam Gamrat zarazem opowiedział się, że to 
beneficium jego jest podawania, ani żadnego na niem chce 
cierpieć, jeno kogo on na nie wsadzi. Siemikowski zasię pro- 
sił, aby raczył nań tak wzgląd mieć, jako na sługę już swego, 
a tego mu życzył. Ale Gamrat porożem ^) na to bardzo 
wstrząsał. Go Siemikowski obaczywszy, rzekł: „Nu! miłościwy 
księże! jaciem dlatego był do W. M. pi-zystal, abych był miał 
pomoc z W. M.; ale iż w^idzę, że próżno, a ja zaś odstawam". 
Dawszy mu rękę, szedł precz. 

Wedle datku służba. 

Ksiądz Trąbski służąc Szydłowieckiemu, nieprawie był 
posług pilen; tam gdy go niektórzy z towarzyszów upominali, 
aby był pilniejszy: „Oj, powiada, wiemci ja, jako za kopę*) 
służyć \ 

*J Zamiast kasztelan, używano w potocznej mowie: pan. 
2) Sporne, wątpliwe. 

^) Poroże = rogi na głowie. Porożem wstrząsać = być dumnym, 
hardym, nie zwracać na coś uwagi. 

*) Kopa domyśl.: groszy, czyli: niewiele. 



— B3 — 

Zjednanie nieumyślne. 

Gamrat, arcybiskup, gniewał się na księdza Krupskiego; 
trafiło się, iż arcybiskup jechał z zamku w Krakowie, a ksiądz 
Krupski na zamek, i przyszło się im mijać prawie przed ka- 
mienicą arcybiskupa. Księdza Krupskiego koń miał ten oby- 
czaj, że od koni nie dał się lada jako odwodzić i często się 
trafiło, że potkawszy się z drugiemi, rad się nazad wracał. 
Toż i natenczas uczynił, bo ksiądz Krupski chciał arcybiskupa 
ochotnie minąć, a szkapa jego stanął i zatarł się z koniem 
arcybiskupim tak, że się żadnym obyczajem nie dał odwieść, 
aż tak z nim pospołu do kamienice wjechał z wielkim stra- 
chem i frasunkiem księdza Krupskiego. Arcybiskup począł się 
był z przodku gniewać, ale obaczywszy potem co się działo^ 
śmiał się niewymownie, prosił księdza Krupskiego na obiad 
i tara się z nim zjednał. 

Niepotrzebne ceremonie. 

Ksiądz Myszkowski, biskup płocki, kiedy trafiło komu 
praez zdrowie czyjekolwiek u jego stołu pić, prosił, aby to 
siedząc odprawo wano, a jeśliby już wstawać, tedy przynaj- 
mniej niechajby tylko ci stali, kto pije i do kogo piją; bo ci, 
jakokolwiek już mają przyczynę do stania. „Ale, powiada, 
kiedy dwa do siebie piją, a trzeci też do nich wstanie — 
jakoby rzekł: pijcie też do mnie!" 

Wielkiemu panu nie wszytlsiego baczyć. 

Ocieski, kanclerz koronny, dziwnie się o to gniewał, kto 
u jego stołu jedząc, obrus kiedy oplusnął. Panu Wolskiemu, 
ztelanowi czerskiemu, trafiło się to, że jedząc u niego, oblał 
us; gospodarz, jako to był zwykł, okazał, że mu to nie 
o. Co pan czerski obaczywszy, kazał chłopcu swemu grosz 
stół położyć, mówiąc: „Niech to praczce dadzą, aby ten 
is wyprała*. 



— 54 - 

Potrawy nieprzyrodzone. 

E^arańczuch, Tatarzyn, którego byl pan jego w Rzymie 
kardynałowi jednemu darował, kiedy go potem po kilku lat 
jeden z znajomych, trafiwszy się do Rzymu, pytał jako się 
nui? powiedział: „Nie dobrze; trawę jesz kak baran*", dając 
atiać, że mu się sałata włoska nie podobała. 

Ku temuż. 

Polak jeden jechawszy na. naukę do Włoch, nie był tam 
jeno przez lato, a na zimę przyjechał zaś do domu; kiedy go 
ojciec pytał, czemu tak rychło przyjechał? powiedział: „że mię 
tam przez wszytko lato trawą karmiono tak, żem się bał, 
xeby mi w zimie siana nie dawano". 

Cierpliwa pamięć. 

Król Zygmunt miał ten obyczaj, że zawżdy umywając 
się, dawał pierścienie z palców trzymać tymczasem któremu- 
kolwick dworzaninowi. Tratiło się raz. że siadając już za stół, 
pr^epoinniał ich u tego, komu je był podał, a ten też nie 
przypomniał. W rok potem zdejmując także pierścienie z pal- 
ców przed wodą, sięgnął się tenże po nie, któremu je też był 
przedtem dał. Król ręki umknął, mówiąc: „Wróćże mi one 
pierwej, com wam był tak rok dał trzymać". 

Nie pospolitować się barzo z pany. 

Tenże król Zygmunt, iż nigdy sam nie siadł do stołu 
swego, ale zawżdy któremukolwiek panu, abo i kilkiem siadać 
kazał, ksiądz Naropiński przewiedział to był tak, iż niemal 
zawżdy do królewskiego stołu siadał, choć mu nic nie mó- 
wiono. Chcąc mu tedy to król omierzić, spytał go przed obia- 
dem, już kiedy miał prawie za stół siadać: „Księże Naropiń- 
ski! uinyhście się?" — »Umył, powiada, miłościwy królu!" — 
-Idźcież do domu jeść". 



— 65 — 

Żart pański. 

Tenże król Zygmunt grając flusa, iż mu przyszły dwa 
króle, powiedział, że mą trzy króle; kiedy go gracze pytali: 
a trzeci gdzie? „A to ja, powiada, trzeci" — i wziął grę. 

Niepewny dłuinils. 

Gamrat, arcybiskup, iż był pan hojny, co za tem więc 
rado chodzi, był też i dłużny; a gdy mu przypominano od 
kogo, aby o tem myślił, jakoby dłużnikowi zapłacić: ;Do- 
syćem ja, powiada, myślił, gdziem pieniędzy miał dostać; nie- 
chajże też on myśli, skąd mu je zapłacą". 

Ku temuż. 

Tenże był winien pewną sumę pieniędzy. X., w której 
iż był już na poły zwątpił, przecie przynajmniej chodził na 
każdy dzień do jego stołu, i kto go jeno pytał: dokąd idziesz? 
a Idę, powiada, swoje pięćset złotych odjadać u księdza arcy- 
biskupa". 

Łgarze. 

Stańczyk powiadał, że niemasz więtszych łgarzó w w Pol- 
szczę, jeno arcybiskup Gamrat, a Maciejowski, biskup Kra- 
kowski; bo ów opowiadał wszystko: wiem — a nie wiedział 
nic; ten zaś mówił rad: wiele nie wiem — a wszystko wiedział. 

Odpowiedź niespodziewana. 

Ziemianin jeden w Polszczę ożeniwszy się. w kilka nie- 
iel zastał, a żona leży w połogu; i pocznie okna, co były 
słonione, oddzierać i frasować się. A żona leżąc: „Nie fra- 
j się, powiada, nie frasuj, nie twojeć". 



66 



Na sejmie lubelskim 1B69, kiedy byli panowie litewscy, 
przed skończeniem unii, cicho ujechali; między inszemi żarty, 
których było niemało, te dwa wierszyki na ścianie było na- 
pisane: 

Litwa z nami unią uczyniła strojną: 
Uciekli, zostawiwszy Haraburdę z Wojną. 

A to natenczas byli dwa pisarze litewscy, którzy byli 
przy kancelaryi zostali — jakoby miasto unii burda i wojna. 



Ziemianin jeden szedł przez kościół, gdzie natenczas nie 
małą liczbę kapłanów biskup poświęcał — i spyta, coby to za 
ceremonie były? Odpowiedział mu jeden, że to są akolitowie, 
co je*biskup święci. „Rozumiem, powiada, na naszą to psze- 
f\ nicę wróble**. 

Ciecierski, w radomskiej ziemi, usłyszawszy żaka pod 
oknem swem, który wywróciwszy niebacznie słowa, tak śpie- 
wał: Jezus Judasza przedał etc. — „Dobrze tak, powiada, bo 
go on też był przedtem przedał". 



Siemłeński, w radomskiej ziemi, mieszkając w mili od 
klasztora, albo bliżej, sieciechowskiego, iż to ludzie nań wie- 
dzieli, że koło żony był niejako zelosus, przy biesiedzie u niego 
w domu umyślnie wzmiankę około wtargnięcia Tatarów uczy- 
niono. Tam gdy każdy swe widzenie jako w takiej trwodze 
powiadał, gdzieby się z żoną i z dziećmi udać, pytali Sie- 
mieńskiego: A ty gdzie z swoją? — Drugi siedząc podle niego: 
„Nie wiem gdzie indziej, jedno do klasztora". — A Siemieński 
zatem: „A wie go dyabeł, komuby się pierwej bronić, czy Ta- 
tarom od muru, czy mnichom od żony?" 



- 67 — 

Pan Dębieński, kanclerz koronny, mając poruczenie od 
króla, aby pewną sprawę, która się natenczas toczyła przed 
królem, na inny dzień o(Uożył, temi słowy powiedział: „W tej 
a w tej rzeczy tak król J. M. dekret czyni etc, a tę drugą 
odHada do sądn^o dnia", miasto tego, co miał rzec: »do są- 
dowego dnia"; ale tak podobno chciał tknąć kunktacyi, która 
zbytnia była. 



IV. 

Z „Wieczerzy w gościnie"^) 

(FORICOENIA). 
W przekiacUńe Wladyslatoa Syrokomli, 



Ho Kalistrafa. 

Niegdyś ciebie kochano — pomnisz Kalistracie? 
Dzisiaj cię nikt nie kocha, gdyś z fortuną w gniewie; 
Kochanka czułe serce niegdyś miała dla cię — 
Dzisiaj cię nie poznawa i nazwiska nie wie, 
Pyta cię: skąd jesteście i czego zacz chcecie? 
Ej trudno o przyjaciół, gdy pusto w kalecie! 

Ho Bacha. 

Pijmy bracia co szczerzej, Z winnem Uściem na czole, 

ny w okrzyk jednaków, On ma miłość pod wodzą, 

:ha, ojca tancerzy, Z niego słodkie podchmielę, 

Tjaciela skrzypaków. Z niego żarty się rodzą. 



') Pierwsze wydanie w Krakowie in officina Lazari, 1584. 



68 — 



Jftno pijaj, a gładko, 
Zgmą wszystkie przykrością 
Hola I żwawa czeladko, 
Pełne kufle przynoście! 

Gdy nieszczęścia bez miary 
Biją szturmem w wiek karli, 
Wan* podkrzepmy puhary, 
Bvśinv z troski nie zmarli. 



Na co^ pytam, Izy rzewne. 
Na co zmarszczki u czoła, 
Go nam jutro niepewne, 
Grdy dziś chwila wesoła? 

Raczej z rzeźwej podchmieli 
Ujmę rączki dziewczęce, 
W takt rzęsistej kapeli 
Kółkiem tanek zakręcę. 

Kto chce stękać, niech stęka. 
Nie przeuczyć dziwaków. 
Nam przy winie piosenka 
W chór zahuczy jednaków. 



Do Ibika. 

Spraszasz poetów, będą ci radzi — 
Lecz pomnij bracie, to mądra rzesza, 
Więc przedewszystkiem przykaż czeladzi, 
Niechaj do wina wody nie miesza. 
Gdy wino chrzczone, gdy kufel mierny. 
Wierzaj mi — chyba upoisz dziewki — 
Nam zaś Cekuby, albo Falerny 
Niechaj do sporej leją konewki. 
Ja nie chcę płonną męczyć się pracą. 
Wolę być trzeźwym, niż pić ladaco. 

Do Fausta. 

Miłość — ciężka choroba, ej, źle z tą swawolą! 
b'auście! jam niegdyś kochał, a dziś kości bolą. 



Do Tomasza. 

Ty widzisz w naszych wierszach nieposilną strawę. 
Powiadasz, że są twarde, szorstkie i chropawe. 



59 



Cóż począć? i my sami lekce je cenimy, 

Ty pisz lepsze, Tomaszu, boć snadniej o rymy. 

Do Cyodora. 
Ty śpisz, o Dy odorze! a szklanka nalana, 
Rozbudź się! spać, to umrzeć, — nie pić — żal się Boże, 
Pokłoń się i Bachusa ściśnłj za kolana — 
I pij wino wystale, ile gardziel zmoże, 
Jeszcze stągiew nieprędko wysuszy się na dnie, 
Zakurzaj twą czuprynę, nim szronem przypadnie. • 

Co Ibika/ 

Wczora, jeśli pamiętacie, 
Ty mi rzekłeś tak rozumnie: 
— „Słuchaj, Janie, miły bracie, 
Chciej wieczerzać jutro u mnie". 
Jam się zgodził, myśl się pieści. 
Przeliczałem wszystkie dania . . . 
Ach, zbrodniarzu, co za wieści 
Straszny goniec mi odsłania? 
Któż zdumienie me okryśli 
Na wiadomość w złej godzinie: 
„Zmarzły garnki na kominie, 
„Pan o uczcie ani myśli!" 
Dawna przjrpo wieść się kręci: 
„Nie lubię pamiętnych gości". 
Lecz się bardziej człek rozzłości,. 
Gdy gospodarz bez pamięci. 

Nagrobek Maronidzie. 

Tu stara Maronide położyła zwłoki. 

Na grobie miasto godeł, kieliszek głęboki; 

Nie płacze za małżonkiem, za dziatwą kochaną, 

Lecz kwili, że kielicha winem nie nalano. 



— 60 — 

3Do Jędrzeja Pafrycego ^). 

Chcę dziś wieczerzać z tobą pospołu, 

Ale zaniecłiaj Kalulla rady, 

Że każdy z gości twojej biesiady, 

Winien coś swego przynieść do stołu — 

Ja biesiadować chciałbym najszczerzej. 

Lecz dawać w składkę nie zawsze chce się — 

Twój Jan życzliwy do twej wieczerzy 

Tylko apetyt z sobą przyniesie. 



*) Jędrzej Patrycy Nidecki, biskup wendeóski, ur. 15:22, zmarł w Wol- 
marze 1586, należał do najuczeńszych ludzi swego czasu i pozostawił też 
wiele dzieł napisanych po łacinie. Człowiek ogromnej powagi u swoich 
i obcych, uważany za nąjpierwszego filologa swych czasów. Zostawał w ści- 
idych stosunkach z najznakomitszymi uczonymi europejskimi Obszerny jego 
życiorys i studyum nad jego pracami wydał niedawno prof. Kazimierz 
Morawski. 






J. Kochanowski, proboszcz poznański. 

(Facsimile podpisu Kochanowskiogo na liście do Fogclfircdera 

/. r» października 1571). 



— 61 — 

BARTOSZ PAPROCKI 

(ur. 1543 t 1614). 



Z broszury: „Dziesięcioro przyjozanie mcźowo^^O. 

Podajemy tylko kilka przykazań i odpowiedzi na nie 
,żenine*. 

rie:rvvszk. 

Pierwsze, ma mila żono, bierz na pamięć sobie, 

A to nie tylko ja sam, każe i Bóg' tobie, 
Abyś była nabożna. Boga miłowała, 

We wszytkim woley jego byś naśladowała. 
Mówi tak: Miłość każdej poznam przeciw sobie, 

Kiedy mężu posłuszna we wszem będzie tobie. 
A taka wolna będzie od wszelkiej pokusy 

W wielkiej łasce, miłości u męża być musi. 

WTORK. 

W wtórem (przykazaniu) tak rozkazuje cnotliwej żoneczce. 

Aby nie rozstrząsała, chodzęcy po mieście, 
Tajemnice małżeńskiej słowy wszetecznemi. 

Aby się nie stroiła sprawami cudzemi. 



^) , Dziesięcioro przykazanie mężowo: które każda poczciwa Małżonka 
amieć, a po Bożym przykazaniu, pierwsze ma być o tym iey myślenie 
ie w sercu swym chowała y nigdy go nie ma odmieniać. — Z ro- 
itych pism Philozophów y Doktorów świętych zebrane przez Bartosza 
"ocklego. — Masz też Dziesięcioro Przykazanie żony które każdy Małżo- 
ma przeczytać". 



62 



A od męża własnego by we wszem wzór brała 
Jako własne ciało swe, tak go miłowała. 

Bez woli jego żadnych upominków nie brać. 

Także w żadne nietrefne rozmowy się nie wdać. 

Piąte; choway wstyd w mo\vie, bo to twoje skarby. 

Złote tkanki, łańcuszki, toć bea tego śmiardy 
Bezpiecznie każdy może u ciebie nazywać: 

A tak ty niepotrzebnie nie chciej się ożywać, 
Albowiem wielomowna wymówić się musi, 

A swej głupiej powieści nigdy nie udusi. 
WiRdz, że sławą poczciwą, każda zacna żona. 

Nie jedwabiem, ni złotem, ma być przystrojona. 

Dziewiątego też, proszę, abyś przestrzegała. 

Zbytnich strojów, pstrocin, by na się nie brała: 
Też pierścieni na ręku wiele nie nosiła 

U szat zbytnich ogonów abyś nie włóczyła. 
Boga takimi zbytki barzo obrażamy, 

! sami w niepotrzebną szkodę się wprawiamy. 
Bo uie złoto, nie szmarag, nie perły cię zdobią 

Cnota tylko: nie ogon, co chrzęści za tobą. 

Dziesiąte: ta stateczność, by chowana była, 

Żebyś się mnie pilnuchno rozgniewać chroniła. 
Wtenczas gdy się ja gniewam, radzę ty nie hukaj, 

Ale jako napilniej możesz, łaski szukaj. 
Kmlf mię gniew ominie, mów, ale uczciwie. 

Tam twa pokora we wszem łacno mię używie 
A ładnej tajemnice nie pytaj się u mnie, 

Ani też z kwaśną twarzą obracaj się ku mnie. 



— 63 — 

ZAMK MIELNIK. 

A nadewszyslko proszę pilnie mila żono, 

Gdy ja rzekę: golono, nie mów ty: strzyżono. 
Do loża ochędożnie masz chodzić do mego, 

Aby się nie nalazlo tam nic plugawego. 
Uczciwość i wstyd zaraz niech z tobą przychodzi, 

To oboje u ciebie niech pod bokiem chodzi. 
A gdy się tak uczciwie będziesz sprawowała, 

Będziesz szczęście od Boga, u mnie miłość znała. 

Na pierwsze przykazanie mężowo odpowiedź łenina. 

Juzem się moj namilszy tego nasłuchała. 

Co mi tu rozkazujesz, abym to trzymała. 
Przypominasz mi w pierwszym, od Boga samego, 

Abym go miłowała i słuchała jego, 
Mówiąc, w tym to poznać ma, gdy będę posłuszna: 

Jam to pełnić gotowa, godna rzecz a słuszna, 
Wszakże cię o to proszę mężu namilejszy. 

Żebyś mi sam w tym podał przykład napodlejszy. 

NA vva ÓRB. 

wtóre, serdeczko moje, mam w dobrem baczeniu, 

Abym nie była nigdy w takim podejrzeniu 
I tak wszeteczną nigdy nie chcęć się pokazać. 

Bym tajemnice nasze miała słowy mazać. 
Tylko też ciebie proszę, bym z twej łaski miała, 

Nigdy w słowiech, w uczynku, wszetecznym nie znała. 
Masz mi się, me serdeczko, tak pokazać prawie, 

Równym być aniołowi, w każdej swojej sprawie. 

\ oiątym, moje serdeczko, tam wspominać raczysz, 

A wieręś Waszmość dziwny, że tak wiele baczysz. 



— 64 — 

Zakazujesz mi mówić, a to na mię trudna; 

Nazywając milczącą, że każda obłudna. 
Zaprawdęć też to pismo fałszywe was zwodzi: 

A co to jest za człowiek, co to by mruk chodzi? 
Gdyż pismu chcemy wierzyć, niechże na tym śledzie: 

Jaką żonę mąż chce mieć, niech sam taki będzie. 

* NA DZIEWIĄI^E'). 

Toa to Waszmość tylko sam, na świecie dziwniejszy 

Snąć już gorzej niż anioł chcesz być stateczniejszy. 
Mam chodzić o dwu fałdach, w staroświetckiej kietce 

Każ mi w płaszczyku łazić, jako jakiej mieszczce. 
Pierścień cóż komu wadzi? Matkać mi go dała. 

Prosząc, abym z nim chodząc, jej nie zapomniała. 
Kiedy by też wam chodzić przez portek kazano, 

Prawieby was kosztownie dopiero ubrano. 

NA DZIKSIĄTB^. 

O to mój namilejszy, namniej się nie frasuj, 

O stateczność, toć powiem, głowy sobie nie psuj; 
O gniew, ja bym nie rada, Pan Bóg to wie na mię, 

W czymbych to uczyniła bym wiedziała znamię. 
Snadźbym z domu na ten czas precz odejść wolała, 

A niżbym cię, me serce, w czym przegniewać miała. 
Ale to tylko w niebie, jako powiadają, 

Aniołowie są tacy, co się nie gniewają. 



ZANII^NIENIK. 



Boże rni tego nie daj, me serce jedyne 

By kiedy we mnie myśli tu miały być itme 



') Na to przykazanie są trzy odpowiedzi — z których tylko jedną 
podajemy. 

*) Na to przykazanie jest jeszcze jedna odpowiedź. 



— 66 — 

Co ty czynić rozkażesz, bym nie uczyniła, 

Bogdaj mi się na ten czas noga wywróciła. 

Ochędostwo do loża, mieć mi wspominacie, 

A wszak mi go napierwej barzo zabraniacie. 

Mojać to* wielka rozkosz, gdy dostatek dacie, 

Przyi-zekam się tak stroić, iż mię nie poznacie ^). 



*) Na końcu broszury jest jeszcze „Do wszytkich małżonków prze- 



mowa •*. 




Hiąei NUHORU fOUKIElO. T. 




Rycina tytułowa z pierwszego wydania »Scjinii niewieściego. (1586;. 



MARCIN BIKLSKI'). 

(ur, 1495 t 1575). 



%B poSaJiaia ms-^s^iaśm^giD^^ 



Bielski we wszystkich swoich trzech satyrach w bardzo 
czarnych barwach przedstawia! współczesne mu społeczeństwo; 
narzekał na nierząd, upadek cnoty, sprawiedUwości i t. d. 
W „Sejmie Niewieścim" postanawia zatem „płeć subtelna, 
wdzięczna we wejrzeniu" zastąpić „gnuśnych mężów" i objąć 
rządy. Z pomiędzy rozprawiających niewiast jedna tylko Kon- 



*) Dopiero po śmierci M. Bielskiego ogłosił syn jego Joachim trzy 
jego satyry: „Sen majowy", „Rozmowa nowych Proroków Baranów o ie- 
dney głowie" ttd. i „Syem Niewieści". Pierwsza i trzecia z tych satyr wy- 
szły w 1586, druga 1587 — wszystkie wydał w przedruku w 1889 dr. Wła- 



— 67 — 

stancya staje w obronie rządów męskich; wszystkie inne nie 
znajdują dość słów nagany dla mężczyzn. Nadarmo żartuje 
sobie z nich Konstancya, że przyszły do rady „od roboty go- 
mułek", powinny się więc wystrzegać „aby serwatką nie śmier- 
działy", nadarmo mówi o „włosach długich a rozumie krót- 
kim" — wszystkie się na nią oburzają i ostro ją i jej męża 
•wywracają na nice". W końcu po tej utarczce językowej 
zgadzają się wysłać poselstwo do pani miłościwej tj. do „pol- 
skiej ziemi matki naszej", aby się dowiedziała o ich dolegli- 
wościach i aby jej podały gotowe do praw artykuły. Matka 
Polska zgadza się na zwołanie sejmu — posłowie powracają 
i zdają sprawę ze swej działalności. Kataryna pyta się kto 
ma wprzód wotować; jest za tem, aby osobno siedziały panny, 
osobno wdowy, a osobno mężatki, a pierwsze wota aby poczy- 
nać od panien i mężatek; wdowy tylko „stateczne" do udziału 
w sejmie przypuszcza. Panny chcą się wycofać od głosowa- 
nia, raz dlatego, iż „milczenie panieńskiej płci najwięcej przy- 
stojne", a powtóre że ^ni^ niają oleju do swoiey świecznice". 
Mężatki przyjmują to ustępstwo: 

Gdyż tę na nas panienki sprawę przekładacie, 

Nas wierne przyjaciółki w towarzystwie macie; 
Toż wam szczęście, co i nam, niechaj spólne będzie. 

Gdzie się kolwiek obrócim. Pan Bóg z nami wszędzie. 
Słusznej rzeczy żądamy, nie bójmy się grzechu. 

Niechaj więcej nie stroją z nas opilcy śmiechu; 
Zda się nam miłe panny, miłe panie, wdowy, 

Abyśmy Rytter ^) zamek posiadły gotowy. 
Mury stare, upadłe, dobrze oprawimy, 

A w Piwniczny miasteczku targi ustawimy; 

< Bw Wisłocki. Bielski, uczony kronikarz, nie był poetą, stąd też jego 
s ry sa ciężkie i nieudolne, mają jedynie wartość językową i dla historyi 

< !zajótv'. Jako próbkę przytaczamy parę ustępów ze „Seymu" (w oryg.: 
S n) który wywołał w wieku XVII sporo naf^ladownictw. 

*) Dzisiejsze Rytro w pobliżu Piwniczny, miasteczka nad Popradem. 

5* 



68 



Tamże sejm położymy, pod górą Krępakiem 

Pójdziem na te opiłe męże nasze hakiem. 
Na Pieninach głową swą, by księżna mieszkała, 

Uczyniwszy majestat wszem rozkazowała; 
Tam też niegdyś królowa polska przebywała 

Gdy Tatarzyn wojował, dla nich tam zbieżała ^). 
Beskid i Modrą górę, wszystko opanujem, 

Nieprzyjaciela snadnie z tych gór wszech poczujem; 
Bo tam wszędzie w tych górach jest kraj trudny, pusty, 

Nie wlezie tam na górę opiły chłop tłusty. 
Niewiasta, dziewka, wnidzie na górę by koza, 

Nie trzeba jej podstawka, konia, ani woza, 
Osadzim niemi góry, niech zamki murują, 

A chłopi im, co każą, niech się wysługują. 

Wdowy zgadzają się na tę propozycyę i żądają przy- 
stąpienia odrazu do uchwalenia artykułów sejmowych. Jest 
ich dwadzieścia jeden. Są one satyrą na współczesne oby- 
czaje, a często i poważną radą jak ład społeczny należy za- 
prowadzić. Kilka z nich podajemy: 

arxvi<:tltł vii. 

Dziewki aby chowano lepiej, niż chłopięta. 

Bo ćwiczenia nie mają doma niebożęta: 
Skoro trochę podroście, kuflem dokazuje. 

Upiwszy się na szkapie po izbie harcuje; 
Ali w nodze edipsis, szukajcie barwierza, 

Niefortuna popadła naszego żołnierza; 
Gdyż tak sobie młodzieńcy głupie poczynają 

Niechaj że siostrom swoim w moc ojczyznę dają. 
Słuszniej tedy, by dziewka w dobrach dziedziczyła; 

Siostra bratu trzecią część dóbr swych wydzieliła; 



*) Mowa tu o Św. Kunegundzie, która według podania ukrywała się 
w Pieninach przed Tatarami. 



— 69 — 

Tern prawem nasze córki wynidą z niewoli, 
Bo od braciej nie brały pieniędzy i roli. 

Wina i mocnych trunków, by nie szynko wano; 

Ktoby je śmiał szynk ować, by mu je zabrano; 
Bo wnet chłopi szaleją, gdy sobie podpiją, 

Zwłaszcza winem węgierskiem, albo małmazyją. 
Rzadko chłop bywa trzeźwy, zawżdy się popiją. 

Wstanie ku południowi, oczy mu zagniją; 
Szatę zgniótł, ociera się, idzie do kościoła, 

Twarz pijana, zapuchła, ujadła go pszczoła. 
Gorzałki się opiją, śmierdzą nam przez skórę, 

A wżdy chcą mieć nad nami trzeźwiejszemi górę; 
Tylko nam samym żonom to korzenne picie 

Wolno będzie szynkować między sobą skrycie, 
Dla lekarstwa i innych potrzeb bardzo pilnych, 

Które na nas przychodzą często z chorób silnych. 

AKa^YKIJł:. XII. 

Posagi ty nieznośne aby zaginęły, 

Niedawno się u ślachty tak wielkie być wszczęły; 
Chcąc my temu zabieżeć, aby tak wołano. 

Po ślachciance z jednej wsi sto złotych dawano. 
Która nie ma całej wsi, tego połowicę, 

Tak pierwej posażono ślacheckie dziewice; 
Pięćset złotych nawięcej po wojewodzankach, 

Trzysta złotych dawano też po kasztelankach. 
A tak i temi czasy niechaj także będzie. 

By po wszystkich krainach wołano tak wszędzie. 

ARa^VłvLJŁ XIII. 

fidząc jakie nastały tych czasów drogości, 

Tak kupiec jak rzemieślnik łupią bez litości; 



70 



Chcąc my temu zabieżeć, tak to ustawiamy, 

-Wozić zinąd towarów to nie dopuszczamy 
Tak sukna, jako gmentów i jedwabnych rzeczy. 

Niechajby to regenci mieH na swej pieczy; 
Dobre są płótna, sukna i kożuchy polskie. 

Jako kiedy koleńskie, moskiewskie i włoskie. 
Rzemieślniki, oracze łacno szacujemy. 

Którym co jako przyjdzie, snadnie się dowiemy; 
Aby każdy żywność miał, trzeba w to ugodzić, 

Przekupniom i machlerzom niedać się rozwodzić 
W żyzny rok na spichlerze żywności nakupić. 

Tak jakoby w głodny rok nie mógł nas nikt łupić; 
Aby-też targowego siepacze nie brali. 

Dlatego wszytki raeczy drogo przedawali. 

akxvi<:ltł x\'iii. 

Naszy kmiecie dawali nieznośne pobory, 

A musiał nań drugi zbyć i wołu z obory. 

Ohcąc my kmiotkom folgować i swojemu stanu. 

Po dwu groszu matce swej złożym na rok z łanu. 

A ona nam powinna za to radzić będzie, 

Gdzie się kohviek obrócim, dawać żywność wszędzie. 

Wszystkie artykuły (jest icli 21), zostały uchwalone, po- 
mimo, iż Konstancya wystąpiła z taką opozycyą: 

Nuże nowi stateczni rycerze, 

Bierzcie na się zbroje i pancerze; 
Ubrawszy się z łukiem w szarawary. 

Jedźcie skokiem, poraźcie Tatary. 
Ale patrzcie pogody i czasu. 

By nie był gon za wami po lasu; 
Rzeczonoby, iż nowi Kozacy. 

Rozpierzli się w lasy nieboracy. 



— 71 — 

Na wielkie się tu rzeczy sadzicie 

Zda mi się, śmiech z siebie uczynicie; 
Nie dało wam tego przyrodzenie, 

Byście miały rycerskie ćwiczenie; 
Tylko samym mężom to przystoi, 

Czynić ręką a jeździć we zbroi; 
A wam łajać, gdy się rozgniewacie, 

Żadnej innej obrony nie macie. 

Po uchwaleniu artykułów „Matka ziemia Polska uczy 
białegłowy walczyć**. Wierszowany ten, a całkiem poważny 
traktat o sztuce wojennej, kończy „Seym Niewieści**. 



SEBASTYAN KLONOWICZ 

(ur. 1551 t 1608). 

Z „WORKA JUDASZÓW"'). 

Z początku poeta odzywa się do Merkurego i zwracając 
wciąż ku niemu mowę tak maluje złodzieja: 

„Ty go uczysz czujności i też gospodarstwa, 

Do zamków ingrychtowych ^), trefnego ślosarstwa, 

*) , Worek Judaszów: to jest złe nabycie maiętności. Drukował Se- 
ł^-^^łyan Stemacki*. Dzieło to, będące ostrą satyra na wady, zwłaszcza z chci- 
ci pochodzące, jest uważane za najlepszy utwór Klonowicza. Posługu- 
ly adę gotowem, a dającem dość dokładne o satyrze wyobrażenie, stre- 
;emeni Wiszniewskiego. Korektę tylko przeprowadziliśmy według pier- 
Bgo wydania, gdyż W. pozostawiał rażące błędy. 

') Wyraz niemiecki, znaczy przegródki, komórki w zamku, na któ- 
tylko klucz, do nich wyżłobiony, obraca się. 



72 



Ty mu drzwi ukazujesz i niezwykłe progi 

Przez poszycie: że się mknie nieborak ubogi 

Po ścianach i po murzech, w czasie nie przestrzega, 

Gdy go chuć do cudzego zebrania podżega. 

Radby jako on Janus miał i w tyle oczy 

Kiedy na znaczną korzyść cichuczeńko kroczy: 

Żeby przed się i za się patrzał na wsze strony. 

Żeby on pierwej postrzegł, niż był postrzeżony. 

Życzy sobie Gygesa onego pierścienia 

Żeby sam nie widomy, wszystkich widział z cienia. 

Dybie pawim sposobem, na palcach się wiesza, 

Traci ślad i stopy swe tak i owak miesza. 

Radby był Polipusem, który jako w larwy, 

Odmienia się w przygodzie w rozmaite barwy, 

Gdzie się jedno obróci ostrożniuchno wszędzie: 

Jaką chce taką sobie postawę uprzędzie. 

Jeśli w jakim popłochu podle skały pływa, 

Wnetże farby jak skała kamienej nabywa; 

Podle ziółka zielony, a czarny przy błocie. 

Biały przy białej ziemi, gdy bywa w kłopocie. 

Takby się rad przewierzgnął w rzeczy te i owe 

Zmyślny złodziej i dziecię Merkuryuszowe. 

Radby między ścianami uczynił się ścianą. 

Żeby się wymiśkował oną swą odmianą. 

Rusza krzywym rozumem, kłama, bredzi, mata, 

Sprawy swe uwikłane bałamuć twem łata: 

Jako Sepia z siebie wypuszcza czernidło, 

Kiedy na nią zastawią wielowęzłe sidło. 

Zakrywa się w męcinach i w wodzie farbownej 

A w swoim własnym brudzie w potrzebie gwałtownej. 

Tak się złodziej w swe kłamstwo jak w czernidło kryje. 

Jak Sepia w swój inkaust i w czarne pomyje. 

Trzęś się, tyś wziął niebożę: gdy mu mówią oczy. 

Wnet się dziwnym obłokiem, dziwną mgłą otoczy. 



— 73 — 



Pierwsza sztuka: zaprzeć się pod przysięgą Bożą; 

Kiedy mu z prędka w głowie koncepty potrwożą 

Wierci się, rzeczą mieni, twarz jako u kura 

Indyjskiego podgarlek, już sina, już bura. 

Aflfekty się mieszają, bojaźń i sromota. 

Ach gdyby gdzie do chrósta, rusza go ochota. 

Od wstydu twarz czerwona; potym bywa blada, 

Gdy krew w takiej przygodzie od strachu się zsiada. 

Powieści niezgodliwe, słowa zająkawe, 

Ręce drżą jak osika i nogi ciekawe. 

Oczy prędko biegają, a serce zajęcze: 

Wymówki bardzo słabe, jak sieci pajęcze; 

Radby wyszedł przez fortel, przez krzywoprzysięstwo 

Abo by też mogło być i przez czarnoksięstwo. 

Następnie przechodząc różne rodzaje złodziejów i złodziej- 
stwa, czego się na sądach miejskich lubelskich napatrzył i na- 
słuchał, mówi o tych co krzywo granice prowadzą, miedze 
odrywają, kopią narożniki, stawami cudze zatapiają łąki, wgra- 
dzają się w cudze; o świętokradzcach, świętokupcach, o tych 
co kupują urzędy, skarb łupią, poddanych odzierają; o Tata- 
rach, których pędzikostami i nocnymi rozbójnikami nazywa; 
o tych co odzierają własny kraj i przedają ojczyznę, o oszu- 
stach pokrywających się płaszczykiem nabożeństwa. 

Ciekawy jest następujący opis burmistrza w małem mia- 
steczku i skradzionego konia, co się na wygonie pasał: 

„Ale w takowych mieściech, gdzie lichota wieczna, 

Tam twoja ambicya jest nłepożyteczna. 

A zwłaszcza gdzie podwoda, gdzie burmistrz furmanem, 

Już będzie kłopotarzem, nieborakiem panem. 

Zawsze kwili, sąsiady ustawnie wydziera, 

Chude szkapy nosate z obory wywiara. 

Czasem sobie z przystojną powagą zasiędzie 

\a ratuszu, na sprawach, na swoim urzędzie: 



— 74 — 

A przed nim cudzoziemcy stoją Lubeczanie 
Włosi, Prusowie, Niemcy i Noremberczanie: 
Gdy się strony o wielkie summy rozpierają 
Sędziowie się z powagą swą rozpościerają. 
Burmistrz dekret feruje, strony się uciszą: 
Bo im idzie o wielką; drudzy w akta piszą. 
A wtym wnidzie podwodnik: „Burmistrzu daj koni 
Na podwodę!** Lękną się cudzoziemcy oni; 
Patrzą co się to dzieje: a Pan się porywa; 
Czasem nieborak burmistrz i szwanki obrywa. 
Wstydzi się obcych ludzi, jakoby go z stołu 
Zrzucił, albo z kobierca z Radzkimi pospołu. 
Cóż mawa bracie czynić, już dalej nie wiewa: 
Podobno tu przyjdzie iść od sądów do chlewa. 
Szukać koni po stajniach, odbieżawszy onych 
Gdańszczanów i Wrocławianów bardzo potrwożonych. 
Na drugie burmistrzowstwa włożono szarwarki: 
Miasto Rządów i sądów pilnują grabarki; 
Kiedy ondzie na wiosnę poczną się rwać stawy, 
Już tu panie Burmistrzu połóż insze sprawy: 
Już tu bracie z barłogiem i gnojeni najpierwej 
Mykaj, niźli się zejdzie pospólstwo, do przerwy; 
Jeśli po czasie przyjdziesz (niestety na świecie) 
Odniesiesz od starosty korbaczem po grzbiecie. 
Czasem poczczą Burmistrza, iż pług jego przodkiens 
Wyjeżdża na pańszczyznę, a radzieckie środkiem. 
Prostacy na ostatku; Burmistrz naprzód śpiewa, 
Onę piosnkę oracką pospólstwo opiewa, 
A Panu miło słuchać onego nieszporu. 
I tak się wlecze codzień k' samemu wieczoru. 



Nie wymówisz się: szkapa była niepoczesna, 
Nosata, niepoczwórna, ani też poszesna 



(O — 

Chuda, gardzielowata, kly sobie przyjadla. 
Nie znać na którą pasie, na nogi upadJa. 
Przetom lekce rozumiał o wzgardzonym koniu. 
Co go pasą dziewanną i piaskiem na błoniu; 
Co kolo Bożej męki, na pustym przylogu, 
Blisko domu Jbem kiwa, a ledwo nie w progu; 
Bielunem i piołunem leczył się za gumnem. 
Podróżnikiem, kobylim szczawiem i psim rumnem. 
Pojąłem nieboraka w polu, nie w oborze. 
Na łące popyskanej, na świnim ugorze. 
Ledwo mię marcha 7,aniósł na ten sławny jarmark: 
I na ten niespodziany około mnie szarwark: 
Przetoż nie fołdruj na mnie, proszę panie bracie, 
Nie nazbytem cię przywiózł ku znacznej utracie". 

Oto znów opis leniwego pieczeniarza i zalotnisia: 

„Bowiem człowiek leniwy leży, siedzi, stoi, 
Ni się ludzi nie wstydzi, ni się Boga boi. 
Zimie przy piecu drzymie, a lecie na słoniu 
Przeciąga się, poziewa, iszczę wszy na błoniu. 
Wstawszy przechadzki stroi, bawi się wieściami, 
Niepożytecznemi się para powieściami. 
Jemu być na weselu, jemu na pogrzebie. 
Jemu pierwej niż komu, sieść na cudzym chlebie. 
On idzie za trębaczem, on idzie za dudą, 
On się dziwować idzie leda za obłudą. 
On 'wie gdzie komedya, na czyim obiedzie. 
Gdzie trąbią niedźwiednicy, tańcują niedźwiedzie; 
On wie kto w miasto wjechał, jako wiele koni 
W jakiej barwie, co za strój, co mają za broni; 
Jako zową, gdzie jadą, gdzie mają gospodę. 
Jako pan urodziwy, jako strzyże brodę; 
On napierwej na wieże, on lezie na mury, 
Patrząc na nowe rzeczy, w dachu czyni dziury. 



— 76 — 

Onże łotrom przyświeca, on kosterom świadczy 
To kartę kradnie, jaką kto ma maść, on baczy; 
Ón idzie na wesele, chocia go nie proszą, 
A jakoby na psie raz choć go też przepłoszą. 
(Izęsly gość a niewdzięczny, nawiedza sąsiady. 
Nie dba na urąganie, zastawa obiady. 
A gdy niema diety, wlezie gdzie do brogu. 
Leży trzy dni, trzy nocy, jakoby w poJogu. 
Więc w onym próżnowaniu zachce się rozkoszy; 
Wstawszy idzie do karczmy, jeśli co ma groszy. 
Tam każe piwo nosić, z zadzbania wygląda, 
A na przyszłe się czasy namniej nie oszcząda. 
Często się przypatrując w karcięta się wprawi: 
O szczudlki, o orzechy: potem grosze stawi. 
Je^ii raz wygra, mniema, by zawsze wygra wać. 
Imię się za wygrane hultajstwa napawać; 
Wodzi za sobą łotry, wszetecznice, franty: 
Pierwej pieniądze trawi, potem też i fanty. 
Więc przyjdzie za tym hańba, nędza, niedostatek, 
Odstąpienie przyjaciół i wszytek niestatek. 
Przyjdzie wszywe ubóstwo, ubóstwo leniwe, 
Fri^yjiizie ubóstwo łżywe, ubóstwo ruchliwe. 
Mizerya nieczysta, wiotchy niedostatek, 
Na podsieniu gospoda, w gnoju naostatek. 
Z liarłogu wstanie: tam już myśli nieochotne. 
Wloty w zanadra ręce, ręce nierobotne. 
Tu dę już do kradzieży otwierają wrota, 
(Idyż zebrać u kościoła młodemu sromota. 



Tegoć uczy Parasit pyszny i ubogi: 
(Ihocia doma niemasz gdzie postawić i nogi. 
Niemasz czem z kąta myszy wywabić, i wszytka 
Majętność, nie ma gdzieby rozsiodłać podjezdka. 



— 77 — 

Więc taki jeszcze gorszy bez ziemie ziemianin, 
Pieszy rycerz bez konia, bez Sparty Sparcianin: 
Iż nie ma na swym grmicie do pychy podżogi, 
Więc na sierocym splachciu i pyszny i srogi. 
Urodziła się wielka myśl na lanie ciasnym, 
Więc swe sztuki wywiera śmiele w domu jasnym. 
Bo na orlowym gnieździe zorleje i sowa. 
Choć nocne obyczaje i rogata głowa. 
A skoro na szumny łeb wdzieje pyszny czubek 
Będzie wrona phaenixem, zjastrzębieje dudek. 
I tak on dobry człowiek zapomniawszy dziadów 
Hardy z cudzego chleba i z pańskich obiadów. 
Koń go nosi, król żywi: tchnie pańskiemi duchy: 
Tyle broi, ile ma od pana potuchy. 
Królewska myśl w człowiecze i skrzydła rozszerza 
Dalej niż według gniazda i własnego pierza, 
Więc psuje i sieroty obyczajmi swymi, 
Hardością swą przemierzłą i sprawami złemi. 
Uczy zbytku, marności, nienawisnej pychy: 
Chocia pan z przyrodzenia cnotliwy i cichy 
Przeformuje na swój kształt paniątko niewinne, 
Już w nim będą nadzieje, dumy, wiatry inne. 
Już to głupi u niego, kto mu radzi skromno 
Prowadzić stan panięcy; woli go wieść szumno. 
Już będą dobra pańskie, jako na wysokiej 
Skale śliczne jagody, rostą pod obłoki. 
Których dosiądź nie mogą ludzie żadną miarą. 
Tylko że ich sięgają oczyma i wiarą. 
Wrony to tam obsiedzą, i wróble i osy, 
Krucy, sroki i szpacy, tamże pod niebiosy. 
Tymże sposobem dobra marnotrawnych ludzi: 
Rychlej je łotr, kostera, pochlebca wyłudzi. 



- 78 



Ża nie widzisz niecnoty pacholarzów onych, 

Co patrzą cudzych żonek, żonek wyłysionych, 

Muskawych i barwionych i kamforowanych, 

Koszczonych, malowanych, podolejowanych. 

Patrzajże jak się stroi on czuryło miody: 

Czuprynę podmuskuje. kocha się z urody: 

Ostrzy wąsik, uczy się mrugać na uczynne 

Panie miocie; czasem się kusi o niewinne. 

Gwałci wzrokiem w^szetecznym pojźrzenie wstydHwe, 

Wnosi nową bezpieczność w oczy sromieźUwe. 

Nie masz nic męskiego w nim, lecz jako szkort plaski, 

Migi, mrugi i mizgi ma za datek łaski. 

Całuje rękę, wzdycha, mówkę sobie stroi, 

Ani się ludzi wstydzi, ni się Boga boi. 

Mniema by wszyscy ślepi, jedno on sam widzi: 

Ano co żywo z niego jeszcze wczora szydzi: 

Sięga gdzie nie przystoi, mówi co nieslusza: 

Nie czuje się, choć ludzi cnoUiwych obrusza. 

A gdy cnota stateczna, więc pan do niecnoty: 

Tam już ma wolny przystęp szerokiemi wroty. 

Jątrewek Judaszowych równych sobie szuka, 

A tam nietylko prosi, ale też i fuka. 

Więc czuje i przez skórę: gdzie dom nie po Bodze, 

Gdzie mało dba o męża niepewna gospodze. 

Gdzie dygi mają miejsce, nieprzystojne godło, 

Już się tam będzie panu według myśli wiodło. 

Tam już swoie proporce rozpościera gaszek, 

I już się tu napatrzysz rozmaitych fraszek: 

Jak mężOTO pochlebia, jako go podchodzi, 

Gdy mu nieborakowi szwagrem zostać godzi. 

Czyni się przyjacielem, towarzyszem wiernym, 

I nabożnym i ludzkim; już i miłosiernym. 

Gdy gospodarz obżerca, kuflem go pokona**. 



79 



Nakoniec daje poetyczny opis lichwiarza: 

„Tak się brzydzimy nazbyt lichwiarzem okrutnym 

Który głodzę majętność; ciężki ludziom smutnym. 

Którego dobrodziejstwo jest jako ponęta, 

Bo ta ubogie ludzi polowi do szczęta: 

Jako ptasznik cietrzewie, czubate czeczotki, 

Jako sarny myśliwiec, i rybolów plotki, 

I tak Hchwiarz wypija utrapione ludzie 

Jak wysysa krew ludzką pijawka na udzie. 

Jako smok afrykański pragnący i głodny, 

Chce krwie Elephantowej z przyrodzenia chJodnej; 

Gdy się spuszcza bestya z drzewa potajemnie, 

Elephanta swym ciałem upęta foremnie; 

Uplata sobie nogi węzłami dziwnymi, 

I zprędka ogniwami zwiąże przeciwnymi. 

Elephant ręką swoją, abo radniej pyskiem, 

Chce się z smoku wywięzać, a smok z wielkim piskiem 

Ma się prosto do nosa, i tam głowę kryje: 

A sam się koło ciała kilkakroć ob wije; 

Nosi nieprzyjaciela i opasał się weń: 

I tuczy go krwią swoią całą noc, cały dzień. 

A kiedy już nie stanie w Elephancie juchy. 

Powali się nieborak wyżęty i suchy; 

Tamże sobą przytłucze, właśnie jako skałą 

Onę sprośną, krwią swoją szelmę wychowała; 

I mści się umierając nad haniebnym smokiem 

Którego tam Elephant roztłoczy swym bokiem. 

Patrzajże jeśh Fixel żyd, lichwiarz osobny, 

Tej gadzinie straszUwej nie właśnie podobny? 

Aczem też coś zasłychnął, że i Ghrześciani 

Bawią się tą sprosn ością, nietylko pogani; 

Lecz ja temu nie wierzę, na żydy to wiedzą 

Wszyscy ludzie; bo żydzi na tym zdawna siedzą. 



'^^'f:^'-"':'^''^'" 



&) 



Nasi, nie lichwę, ale „interesse*" biorą. 

Choć też kto lichwą okrzci, cierpią to z pokorą. 

Ale tą professyą kto się kolwiek się bawi, 

I kto tą nędzą ludzką ręce swoje krwawi, 

Jako smok afrykański, napierwej usnuje 

Zapisem lichwodawcę, niż grosze wysuje. 

Potym lichwę co miesiąc i co tydzień bierze. 

Fanty chowa, nie ufa papierowej wierzę. 

Jako na karku końskim kiedy ocokaly 

Ślep usiądzie, pije krew bydlęcą dzień cały, 

Próżno chwostem wachuje, próżno głową kiwa. 

Próżno depce nogami szkapa czarnogrzywa. 

Nie ruszy się on owad, nie odleci snadnie, 

Aż pełen i opiły na ziemię upadnie, — 

Tak lichwiarz otrzaskany doić nie przestanie. 

Aż w żyłach krwie i duszę, aż w kościach nie stanie 

Szpiku wyschłych. Dopiero zemdlony upada 

Lichwodawca; lichwiarz z nim żywota ustrada". 

Złodziejów atoli w lwiej skórze, pisarz sądów lubelskich 
opisywać nie śmiał; „bo, mówi, strach o tej skórze pisać". 




ł^siĘGi |li)]iioHi) Polskiego 



f. 



WIEK XVII. Jł 



ąei NUMoiia polskiego, t. i. 




MARCIN BLAŻ0W8KL 



♦ * 



le „Setnika prsypowieści ucie.s^iivch''0» 



Car za dar^ darmo nic. 

Liszka kura na drzewie wysokim ujźrzaJa, 

Skąd go wszelkim sposobem zwabić zamyślała. 

Więc mu z ochotą rzecze słowy zmyślonymi: 

„Bracie, ja z nowinami do ciebie dobrymi: 

Dając ci znać za pewne, że zwierzęta drugie 
Pokój z sobą zawarty: a na czasy dJugie 



') p Setnik przypowieści uciesznycli. Z włoskiego ięzyka na polski 
"ełożony przez Marcina Blazewskiego. W Krakowie w drukarni Mikołaia 
ła, Roku pańskiego 1608^ 

Ten Marcin Błażow^ski był tłómaczem klasyków, oraz „Kroniki Mar- 
. Kromera". Szczegóły jego życia są zupełnie nieznane, a szkoda, był to 
riem jeden z najlepszych stylistów swego czasu. Język jego był tak wy- 
iony, że rzadko który ze współczesnych poetów mu pod tym względem 
Swna. 

6* 



W^r 



84 



Umyśliwszy zaniechać wszelakiego boju, 

Chcą już odtąd zażywać miłego pokoju. 
Ty, proszę cię, zleź z drzewa: że cię już obłapię, 

A potym się do inszych z poselstwem pokwapię*. 
Kur chytrość zrozumiawszy, rzkomo jej uwierzyJ, 

A owdzie jakby jej zbyć, pilnie na to mierzył; 
Więc postawą wesołą, rzekł: „barzoć dziękuję 

Za nowiny, czemu się i sam przypatruję, 
Gdyż hajn pędem dwaj charci bieżą, te nowiny, 

Jako mniemam, roznosząc do inkszej drużyny". 
Co liszka usłyszawszy, w drogę się pośpieszy, 

Gdyż jej swoją nowiną kur namniej nie cieszy. 
Więc go żegna, a ów zaś prosi by została: 

, Będziesz, pry, w towarzystwie wnet psy z sobą miała, 
Zaczym insze zwierzęta rychlejć wiarę dadzą, 

Gdy ujźrzą, że cię charci zgodliwie prowadzą*. 
Lecz liszka widząc, że jej szło o własną skórę. 

Poszła jak oparzona, nie wzglądając wzgórę. 

, Setnik przypowieści", jak widzimy z t)lułu, nie był dziełem orygi- 
nalnem Błażowskiego. W przedmowie do Jana Branickiego, kasztelana bie- 
ckiego, mówi Błażowski, że książkę włoską przywiózł „człek wdelki", który 
szatę polską na „Setnika* sprawił i Błażowskiemu go poniczył, kiedy od- 
jeżdża! „w cudzoziemskie krainy". Błażowski „setną rotę przebrakował i we- 
dług zdania swego uszykował". Zdaje się więc, iż ktoś, (ów człek wielki), 
przetłómaczył prozą książkę włoską, a Błażowski powybierał najlepsze przy- 
powieści i oddał je wierszem polskim. Maciejowski zrobił uwagę, iż Kra- 
sicki i Trembecki korzystali z Błażowskiego. Zdaje się tu J)yć nieporozumienie ; 
Krasicki i Trembecki brali tylko z tego samego źródła, co Błażowski. Te same 
bajki, co są w „Setniku prz}T)owieści", znajdują się i u Lafontaine'a, który 
się urodził w 1621, a więc w trzynsiście łat po wydaniu „Setnika przypo- 
wieści". Wiadomem jest, że rodowód bajek XVI— XVII. wieku jest bardzo 
daleki. Kardynał Jakób de Vitry, Ż5'jący na początku XIII. wieku, w kaza- 
niach swoich podawał masę anegdot i całego „Ezopa" w nich umieścił. Od 
niego bral Etienne de Bourbon, od tego znowu Marcin Polak, od Marcina bral 
Peregryn, prowincyał Dominikanów polskich z kortca Xni. wieku itd., itd. 
W XIII. wieku Mayne de Manyesi wydał zbiór bajek p. t. „Dialogus crea- 



— 85 — 

Tak czasem chce obłudny zwieść sJowy dobrego, 
Rozumiejąc, że psich sztuk nie postrzegą jego, 

A ów znając, uda to; że na nich przestaje. 

Słowa jednak za słowa, dar za dar oddaje. 

Ptaszkiem słówko wyszedłszy^ wołem się nie wraca. 

o stnrym ei o óiriierci. 

Chłop jeden spracowany i w leciech do tego 

Zeszły, szedł był raz dla drew do lasu gęstego. 
Gdzie drew wiązań nabrawszy, na ramię je włożył, 

Z których ciężar iż mu zbyt wielki kłopot mnożył, 
Zdjął je z siebie: jużby rad rzekł o pomoc komu, 

Wiedząc, że jeszcze było opodal do domu, 
A nie widząc ratunku, mocuje się starzec, 

Zdadzą mu się cięższe drwa, niźli drugim marzec* 
Lecz gdy już dźwignąć nie mógł, frasunki, kłopoty, 

Niewczasy, niedostatki, i przeszłe roboty 
Wszystkie na pamięć przyszły: więc tego żałuje. 

Że żyw, na śmierć narzeka, że go nie ratuje; 
Woła śmierci kilkakroć, by go z świata wzięła. 

Kłopoty, prace, z zdrowiem razem mu odjęła. 
Śmierć zatym z straszną kosą na owo wołanie 

Przyjdzie kaniemu: a starzec jak skamiały stanie. 
Pyta go śmierć: czego chcesz? chłop zaledwie dycha, 

Od strachu okrutnego dobrze, że nie zdycha. 



turanini", który spolszczył Paprocki i wydał p. t. ^Koło rycerskie". Bajko- 
•pisarze późniejsi ułatwiali sobie pracę, biorąc tekst poprzedników. Tak np, 

: Jakób Etienne, a później „Dialogus creaturarum", podają tekst znanej 

wszechnie bajki Lafontaine'a o dziewczynie z mlekiem na targ idącej. 

'kę znowu Krasickiego o łakomym i zazdrosnym napotykamy już w V. w. 

V.yiana. Błażowski nie był więc gorszym od innych, a nawet był lepszym, 
przyznawał się, że z włoskiego języka tłómaczył swoje „przypowieści 

eszne*. 



— 86 - 

Lecz gdy go, czegoby chciał, drugi raz pytaJa, 

Starzec umysł zmieniwszy, by go ratowała 
Drwa dźwigać, odpow^iedział: ,tego potrzebuję. 

A jeślić to, pry, ciężko i z tego kwituję**. 
Tak i ludzie w frasunkach często narzekają 

To na to, to na owo, i śmierci wołają, 
A potym widzą, gdy się śmierć ku nim obróci. 

Że słowo ptaszkiem wyjdzie, wołem si.,^ nie wróci. 

Mędrsze jajca niź kokoszy. 

o ?:nt)ie x ss\'iieiri. 

Wół stanął nad sadzawką upijając wody, 

Zaji-zała mu wnet żaba tiik wielkiej urody, 
Więc się pocznie odymać, dech w sobie trzymając. 

Że tym kształtem w urodzie dojdzie go mniemając. 
Pyta syna: był tyli? Syn się o nią boi. 

Widzi, że coś dziwnego we łbie się jej roi; 
Rzekł do niej: „Miła matko, zły to taki zwyczaj. 

Gdy kto stan swój wynosi prawie nad obyczaj, 
Zatym idzie zelżywość, idą wielkie szkody, 

Za które trudno się już spodziewać nagrody; 
Ciebie Bóg żabą stworzył, a ty chcesz być wołem, 

Widzi mi się, że rozum uderzył ci czołem. 
Zgadzaj się, moja rada. zawsze z przyrodzeniem. 

Nie obrażaj się nigdy cudzym dobrym mieniem. 
Na swym przestawaj: niech cię zazdrość nie uwodzi. 

Która więc za godnością cudzą rada chodzi". 
Wzdyma się przecież żaba, rady nie słuchając. 

Że wszystko wie i umie o sobie trzymając, 
A syn prosi, żeby się odymać przestała. 

Lecz gdy tak przy uporze mocno swoim trwała. 
Spukła się, skóra dalej wytrzymać nie mogła. 

Do śmierci rozum zbytni, a zazdrość pomogła. 



— 87 — 

Tak więc starzy o sobie silą rozumiejąc, 

Wstydzą się radzić mJodszych, tak się więc z nich śmiejąc: 
Dziwne pry czasów naszych nastały zwyczaje, 

Już teraz niźli kokosz, chce być mędrsze jaje. 
Dziwniejszać to: że mędrsze w piąci lat bywają 

Dzieci, a niż oslowie, choć dwadzieścia mają. 

Pafrz na koła poślednie. 

Holiiy l<oiiil< n tr\rÓA.vk:i. 

Zimie gdy się dzień trafił ciepły a pogodny, 

Zdał się mrówkom, iż na to był prawie sposobny, 
By pszenicę na słońce z lochów wynosiły, 

A z mokrej wilgotności pięknie przesuszyły; 
Widząc to polny konik, tu zimnem strapiony, 

Tu zaś dość długim głodem nędznik przemożony. 
Prosił mrówek, żeby wżdy litość nad nim miały, 

Żywnością ubogiego aby ratowały. 
Rzekła mu na to jedna: powiedz bracie miły. 

Jakie przeszłego lata zabawy twe były? 
Odpowiedział: żem sobie pięknie przyśpiewywał 

Gdym lecie na zielonej łące odpoczywał. 
Odpowie mu zaś mrówka: „gdyżeś się śpiewaniem 

Lecie bawił, bawże się teraz tańcowaniem, 
Boć to tym snadniej przyjdzie, żeś nie obciążony 

Zbytnie jadłem, do skoków prawie sposobiony**. 
Tak się też więc przydaje młodemu człowieku. 

Że gdy rozkoszy pełen w swym kwitnącym wieku. 
Nie myśli o starości. Ano lepiej bywa, 

(idy się człek na poślednie koła oglądywa. 



— 88 — 

KACPER MIASKOWSKI 

(ur. 1S49 t 1622). 



MIĘSOPUST POLSKI. 



Glos Pański mamorowe tak skruszywszy slupy, 

Że od onych bałwanów nie najdzie skorupy, 
Twojej przecie, o Bache, nie zgładził pamiątki, 

Boć zostawił maszkary i wesołe świątki! 
Ty siedzisz na półkufku obfitym, a w twojćj 

Ręce dzban łagodnego wina zawżdy stoi. 
Więc nie dziw, że Sylenus na szkapie się cłiwieje, 

A pobocznych Satyrów orszak mu się śmieje. 
Niechże tedy Mars wiedzie krwawe gdzie chce szańce, 

A ty prowadź zieloną pod wiechą twe tańce; 
Niech Juno zagniewana wiatrów w skale ruszy, 

Rychlej twój chmiel u naszych i kopią skruszy, 
I płaszcza dobędzie, a niemaszli broni. 

Tedy sobie po gębie wytną wzajem dłoni 
I czupryny pojeżą, aż sierść z głowy pierzcha, 

A najwięcej pod wieczór, kiedy to się zmierzcha; 
Bo wtenczas po rynsztokach polscy Hektorowie 

Idą w szranki, aż błotem sine obie głowie! 
Ale co ja wspominam twoje, Bache, zwady? 

Nie tak Pallas wymowna wstępuje do rady? 
Jako naszy mózgowcy rozumem kierują, 

Kiedy z sobą za stołem pod hełmem żerują. 
Tam Rokosz, tam usłyszysz o królu nowinę. 

Nie trefna, i to co ja przed wstydem pominę, 



— 89 — 

Duchowni im nieprawi, i z ich własnej fary 

Pospołu z wikaryjem niepraw pleban stary: 
Chocia mu dziesięcinnych snopów nie oddają, 

Ale je w brogi własnych panów układają. 
A rozumyć pijane Persowie chwalili, 

Bo radę wieczorową po ranu iścili. 
Jeśli wojnę, nazajutrz rotmistrze gotowi, 

Jeśli pokój, z pieczęcią dano list posłowi. 
Ale nasze kuflowe i szalone wota. 

Rozniesie po powietrzu krzykliwa wnet nota. 
Serbskie skrzypki i dudy ostatek zagłuszą, 

Gdy z maskami ode drzwi do pościenia kłuszą! 
A nietylko wymowny Bachus i szerdziwy, 

Lecz pod jego hederą' ten Bóg broi dziwy! 
Który uniósł pod żaglem Helenę do Troi, 

Ani galar tysiąca za sobą się boi. 
Bo i gładki fraucymer z wyciągnionym czołem 

Stawi na plac, co okiem pograwa wesołem; 
A nie tak snadź malują malarze Dyanny, 

Jako się dziś ustroją nasze w Polszczę panny! 
Kto policzy ferety, manele, łańcuszki, 

Choć się na to zalęgły w onym domu dłużki? 
Kto szaty haftowane i drót wkoło złoty, 

Że mało snąć od samej sto złotych roboty? 
Nie to, by jedno nie dać, nierzkąc równy, tani, 

Ale kosztem dogonić Miłościwej Pani! 
A ten towar najwięcej w Mięsopusty płuży. 

Gdy sudamny młodzieniec strojny pannie służy. 
A Kupido stanąwszy na ustroniu w kroku, 

Nałożywszy strzałę swą, ciągnie łuk po oku 
I tak pod czas ugodzi w serca ich obiedwie, 

Że bez siebie szaleją i żyć mogą ledwie! 
A kiedy wżdy poczciwie, że ochmistrzem cnota 

Strzeże ogrodzonego cierzniem wkoło płota; 



— 90 — • 

Ale tam wstyd na śliskim stoi barzo ledzie, 

Kędy ślepe w maszkarach tańce Venus wiedzie. 
Tam się mieniąc oboja płeć w zdradliwym stroju, 

Ma więc wszystko powoli i szepty w pokoju: 
Tam dziw, jeśli kto swojej nie powinie nogi, 

Obchodząc tam, gdzie wiedzą gładkich panien progi I 
Lepsze owe kaptury i biczyki w dJoni, 

Co po nich z grzbietów krwawych kropla kroplę goni, 
A wizerunek przed nimi w postawie żałosny. 

Jako Bóg nasz na drzewie za grzech umart sprośny! 
Ale poczet Bachusów mija gdzie się sieką, 

Wolą skoczyć ku górze Capreole lekką 
I galardę okrągłym wieść z panienką kołem, 

A drudzy wywracają węgierskie za stołem. 
Bo wszyscy Bachusowej szkoły zwolenicy: 

Ten gładkiej, ów kurowej dzierży się śklenicy. 
Aż ten usnął, owego do domu prowadzą, 

A ledwie mu stawiając nogi, wszyscy radzą! 
Temu kozieł za uchem z długim bąkiem wrzeszczy. 

A on mu podrzeźniając, depresem swym trzeszczy: 
Ten też kędyś wrócił część, dobrze mu na stronie. 

A piesek go chędoży, siedząc na ogonie! 
Wstają rano wołając aąuawity znowu, 

A Bachus się raduje drugiemu obłowu: 
Dawszy osłę na piwo, dymną im kiełbasę. 

Bo rzadki ma z cynową śrubką winną flaszę. 
Rzadki u nas co macza gębę w małmnzyi. 

Co ją rodzi Kandya pobrzeża Azyi. 
Pszenicą pola polskie Ceres przyodziała. 

Kiedy córki szukając, ziarno różne siała: 
Tu jęczmień na dolinach, tu na wzgórzu żyto. 

Szczęśliwie, bo się rodzi to wszystko oblito: 
Gdzieindzie zaś swym darem złożył Bachus gliny. 

I z gron pławi od prasy sok w półkadek winny. 



91 



Więc tu naszy po żyznym weseląc się żniwie, 

Zaraz radzą i myślą o chmielowym piwie; 
Ja wierzę, że nie widząc tu gruntu do wina, 

Chmiel natura wszczepiła, co jej nie nowina, 
I oddala Sarmatom podobny jagodzie, 

Kiedy go kto wysmaży w dowarzonym słodzie; 
Więc nie tak słodkich moszczów na jesień w winnicy. 

Jako piw rozmaitych dostanie w piwnicy; 
I ma ten zysk ubogi, że choć mniej przepije, 

Zrówna z tym, który dolał nmszkateh| szyję; 
Bo podobne wyprawi ten i ów sztuki: 

Leje ten, a owemu nie trudno o fuki. 
Tańcuje ów. ten skacze choć na jedną nogę. 

Ten się tacza, a i ów snąć że ma ułogę; 
Ów krzyka, a ten śpiewa, ów wywraca oczy. 

Ten chrapiąc, brzydką ślinę i pianę toczy. 
Aż we wtorek nam wiozą już słoneczne konie, 

Przypatrzmy ż się biesiadzie na ostatnim zgonie: 
Nie patrz ludzi nabożnych po ranu w kościele. 

Bo wczorajsze im szumiąc we łbie jeszcze chmiele. 
Tych wywabią na gorzałkę znowu przepalaną. 

Drudzy piwa ciepłego na garncu przestaną. 
Aż im i gęś przyniosą, a pieczenia z chrzanem 

I czosnek z rosołowym postawią kapłonem. 
Kuropatwy bogatszym, jarząbki, cietrzewie. 

Które zbiera myśliwiec bądź sidłem na drzewie. 
Bądź okrągłym ołowiem w siarczystym płomieniu. 

I co stół hojny dźwiga w panięcym imieniu. 
Aż tuzin szkła postawią pod pianką w rzędzie. 

Czym dozorca szafuje co na tym urzędzie: 
? przez zdrowie naznaczy, a drugie koleją, 

I tak, jako na młyńskie koła, piwo leją. 
mózg miły, by w łaźni na wierzchniey leży, 

I rozum go po chwili w tym znoju odbieży; 



— 92 — 

Tym dodają regaJy, tym pomort pobutty, 

Tym co raz na puzanie grają póki poty. 
Ale niemasz nad nasze z krzywym rogiem dudy, 

Bo te może mieć zawżdyi pachołek chudy; 
Aż kto przyjdzie i powie, że się tam zbijają, 

Młodszy skoczą na widok, starszy dopijają, 
Mówiąc, że nam nie now^e w pudlach te gonitwy. 

Lepsze piwo za stołem w pokoju bez bitwy. 
Wtym po parze panienki wszedłszy się ukłonią 

I wiodą rej, ująwszy jedna drugą dłonią, 
Aż wywabią wesołe z za stoła młodzieńce, 

A ci z niemi tańcują chędogo o wieńce; 
Potym Cenar z „gonionym", niż wieczerze dadzą, 

Do której między sobą naprzód je posadzą. 
A gdy koniec półmisków, zymą i obrusy. 

Znowu bąk z miejsca swego młodzików poruszy, 
Z których każdy do swojej ochotnie pośpieszy. 

Żeby zaś ponowili wszyscy taniec pieszy. 
A po długiej kurzawie astrychy skropiwszy, 

I kufla dwuucliowego dwa do dwu dopiwszy. 
Jedna z tym, która śmielsza, słodkim głosem zacznie. 

To tego, to owego ruszywszy nieznacznie. 
Oni zaś powtarzają za nią one słowa. 

Które śpiewa powoli gładka białogłowa. 
A cić wżdy jako tako baczenia ochronią, 

Co się długo po izbie z białą Rusią gonią. 
Ale owych za stołem, jednych na się sapy. 

Drugich, głowę spuściwszy, by w żabińcu chrapy. 
Kto roztrzeźwi na wtóra do śledzi wieczerzą? 

Pełni piwa, a przecie kufel w ręku dzierżą. 




93 



ZE „SEJMU PIEKIELNE&O" \ 



Paskuda zalotnik. 

Jam się panie Lucyferze zalotami bawiJ, 

Kto miał na świecie kęs cnoty, dawno ją zastawił — 
Co żywo się już na świecie udało w zaloty; 

Jak świat dJugi i szeroki, wszędy mało cnoty. 
Bo już dla płci białogłowskiej wszystką utracili, 

A w rozkoszach serca swoje i myśl utopili. 
Tom ja w serca wszystkim ludziom prawie dobrze wlepił. 

Żem im prawie rozum odjął i oczy zaślepił. 
I takem ja to porządnie między ludźmi sprawił, 

Nie wiem, by był taki człowiek, by się tym nie bawił. 
Ghybaby krwie w nim nie było, abo nie był zdrowy, 

I to ledwieby mógł wytrwać, być bez białejgłowy. 



*) „Seym piekielny, albo popis wszystkich złych duchów piekielnych 
przed Xiążęciem Lucyperem, Panem i Pziedzicem całego piekła, co któren 
z nich tylko zrobił i uczynił na świecie", in 4-to, bez miejsca druku. — 
Broszury tej jest kilka wydań. Jedno z nich (trzecie, czy czwarte), pochodzi 
z r. 16i28, stad wniosek, że poprzednie wydania pochodziły z samego po- 
czątku XVn. w. Jeszcze w XVIII, wieku spotykamy przedruki tej broszury 
Lucyper widząc, że piekło mało się zaludnia, rozesłał czartów po świecie, 
a kiedy powrócili, odbiera od nich sprawozdania. Przemawiają więc: Belze- 
bub, Gerber, Pluto, Lewiatan, Beljal, Latawiec, Lelek nocny, Lewko, Smółka, 
Przechyra, Frant, Paskuda zalotnik, Klekot, Heretycki dyabeł zdaje sprawę 
łacinie. Występują i dwa dyabły mówiące po rusku: ,Bies ruski dyabeł" 
Ozietko* (Biesów brat). Nakoniec Lucyper wszystkim dziękuje. Podajemy 
kszą część podziękowania Lucypera i sprawozdanie Paskudy zalotnika, 
innych wydaniach są pewne zmiany w nazwiskach. Maciejowski np., 
7 zna wydanie z 1628, dyabła heretyckiego nazywa Nuncius Apostati- 
a dyabeł ruski Dzietko, nazywa się w nim poprawniej Ditko. 



94 — 



Żaden człowiek, stary, młody, ubogi, bogaty. 

Choćby był jak gołąb siwy, jak kozieł brodaty. 
Ledwie że jedne pochowa, ożeni się z młodą. 

Więc na jedne mruga okiem, a na drugą brodą. 
Ghoćże też wdowcem zostanie, wżdy bez niej nie będzie. 

Jeśli swojej w domu niema, podle cudzej siędzie. 
A wiele jest takich, co zwykli przeszkadzać komu. 

Bo też kradziona smaczniejsza, niż ta co jest w domu. 
Więc się przymknie brat do siostry, abo kmotr do kmoszki, 

Dyabła wadzi choć czarny łeb, kiedy białe nóżki. 
A onać się wymagluje, wymuszcze, wygładzi, 

\yierę na takie obrazy wszyscy patrzą radzi. 
Wargi sznuruje, umizga, pogląda po oku, 

Nie wadzi je wierę czasem posadzić przy boku. 
Bo co słóweczko przemówi, to wszystko się śmieje, 

A temu co siedzi przy niej, aże się coś dzieje. 
W tańcu idzie jako pawa, a jeszcze obłapi. 

Drugi kupnej nie doczeka, do domu się kwapi. 
Ona ręce nań założy, jeszcze na nim jedzie. 

Owa zgoła gdzie jej niemasz, nic tam po biesiedzie. 
Choćby i tysiąc mężczyzn, białychgłów nie było, 

Nigdyby żadne wesele nieuweseliło. 
Jedna po pas w axamicie, druga w muchajerze, 

Trzecia się w paczesny letnik nadobnie ubierze. 
Jedna w wieńcu, druga w czepcu, trzecia chodzi w tkance. 

Czoło wyłysi, wymuszcze, równa się szlachciance. 
Druga śpiewa jako sojka, jako słowik krzycy, 

Ani twoja piszczałeczka, zanic i muzycy. 
Druga gra jak świnia w dudy, abo w bęben bije. 

Druga chodzi jak bestya, jakoby wilk wyje. 
Druga się jeszcze udaje do ludzi za dziewkę, 

Druga sama kufle łapa jeszcze na dolewkę. 
Więc się temi sobakami gorszą ludzie młodzi, 

W każdy kiermasz, w każdy jarmark, to ich rota chodzL 



— 95 — 

Sejm się bez nich nie odprawi, ani żadne zjazdy, 

Gdzie jedna dobra myśl będzie, muszą bywać zawżdy. 
I biedny drab, który z torbą po wsi chleba prosi, 

I ten bez niej być nie może, do karczmy jej nosi. 
Dziad jako grzyb, ledwie łazi, nogi jako grabie, 

Sam się pożywić nie może, przecie nosi babie. 
Lada żak, nawet przy szkole, to ludzka partyka, 

By mu portesy zastawić, milsza mu podwika, 
Kiedy gładko, bielusieńko, nogi wytrze mydłem, 

To dla niej i dwakroć w tydzień pobieży z kropidłem. 
Ona mu kaszy nawarzy, jajec mu nabije; 

Owo zgoła kto ma Zośkę, czystych dni zażyje. 
On ją odziewa, opala, ona go opierze, 

Czego w domu nie dostanie, nosi od macierze. 
Jak się matka nie postrzeże, to Zośka do skrzynie. 

Pieniądze z węzełkiem porwie, płótna wałek zwinie. 
To swojemu Staniczkowi daruje w kolendzie. 

Jeśli matka nie obaczy, często tego będzie. 
A gdy się zna matka z klechą, a dziewka z kantorem. 

To chłop nie może dostarczyć, bo wynoszą worem. 
Chłop abo na pańskim robi, abo jedzie w pole, 

A matka z dziewką do karczmy, abo siedzą w szkole. 
A jakoż go nie miłować, nadobnie tańcuje, 

Wąsik muszcze, a trzewiki zawsze wysmaruje. 
Ba, nietylko młodzikowie, zwabi się i stary. 

Jedna zwycięży urodą, a druga bez czary. 
Druga wdzięcznego pojrzenia, aż wzrokiem zabija, 

By był kamień, musi pojrzeć, gdy człowieka mija. 
"^ den człowiek nie jest wolny od takiego sidła, 

Ledwie się do piekła zawrze wielkość tego bydła. 
t może świat więcej grzeszyć jak przez białogłowy, 

Tylko ją postaw na szparze, każdy się ułowi, 
jest każda jako magnes, bo do siebie ciągnie, 

Tylko się ten obejść może, co się dziś wylągnie. 



— 96 — 



Lucyper dziękuje wszystkim wespół. 

Dopiero się serce moje dziś uweseliJo 

Z tych powieści, które słyszę, barzo mi to miJo. 
Oczy mi nie osychaly, dopierz o tej dobie, 

Nie wiedziałem sfrasowany co dalej rzec sobie, 
Terazem peJen wesela, pełenem radości, 

Za staraniem mej czeladzi, spodziewam się gości. 
Dziękuję możne książęta, mój wierny senacie, 

łże tak pilne staranie o mych sprawach macie. 
Dziękujęć moja czeladko, moje mile dziatki. 

Że się przez was naprawiają piekielne upadki. 
Jużeśmy też prawie byli jak błędne sieroty. 

Owa też słońce rozświeci przed naszemi wroty. 
Mniemam, że wasze starania nie mogą być płonę, 

Nasze gmachy spustoszałe będą napełnione. 
Wszystka ludzka familia będzie mieszkać z nami, 

A nie tak nas tęskno będzie, gdyż my już nie sami. 
Ja już mieszkać nie pomyślę na Wysokiem niebie, 

Gdy taką asystencyą będę miał u siebie, 
Jakom od was wyrozumiał, królów, książąt, panów, 

Różnych nacyj dygnitarzów, a i chrześcianów. 
Mniemam, że się z swych rąk pracy Pan Bóg nie ucieszy. 

Ponieważ się ludzki naród wszystek do nas śpieszy. 
Tuby nam trzeba pomyślić, kędy ich zawierać. 

Boby szkoda ladajako swoich poniewierać. 
Iżeby zaś święci Boży znowu nie przypadli, 

A naszych wiernych owieczek jako nie pokradli. 
By nimi nie osadzili gdzie próżnego nieba, 

Z którego nas wyrzucili, to potrafić trzeba. 
Trzeba nam znowu oprawić spustoszałe gmachy. 

Kominy, piece porobić, a spobijać dachy. 
Tak rozumiem, że tam będą dobrzy rzemieśnicy, 

Nie damy im tu próżnować, niechaj robią wszyscy. 



— 97 — 

Cieśle wszyscy, co ich będzie, niechaj ciesą tramy, 

A mularze fundamenta i sklepiste domy, 
Młynarze niech pobijają, malarze malują, 

Tymczasem wszyscy kowale niech gwoździe gotują; 
Stolarze zaś stoły, ławy, a bednarze beczki, 

Bo tu będą i szynkarki, nadobne dzieweczki. 
Będą i obżercy, co więc radzi dolewają, 

Muzykowie, co ich będzie, wszyscy niechaj grają. 
Szewcy, kuśnierze, garbarze będą robić sobie. 

Jeden drugiego niech w zadek leda sierpem skrobie. 
Krawców a szwacek musimy posądzać do klatki. 

Bo ci nadobnie śpiewają gdy zszywają płatki. 
Bogaczów z wielkiemi brzuchy musim do obory, 

Ledw^ieby ich czterech zawarł do jednej komory. 
Puszkarzów po basztach sadzać, niechaj robią prochy. 

Czarownice do piwnice, bo to towar płochy. 
Baby niech gorzałkę robią z pięć tysięcy kadzi, 

Trzeba ich dla gospodarzów, ba i dla czeladzi. 
Wina nam tu nie potrzeba, ni miodu, ni piwa, 

Kwas kuśnierski w gorące dni dobrze pić we żniwa, 
A serwatki nakwasiwszy i kapustnej juchy. 

Upoimy i dyabła mać, i wszystkie złe duchy. 
Wapna w pomyje namieszać, piołunu, gorczyce, 

A tym będziem częstować wszytkie pijanice. 
Dla żarłoków delikatów dobrego obiadu. 

Wężów, jaszczurek nasmażyć i innego gadu. 
Co dla lepszych przełożonych, smoku do podlewy, 

Ubogim owsiane trzyny i jęczmienne plewy. 
Którzy się też radzi myją, jest łaźnia po temu, 

A każę ich gracą drapać dyabłowi któremu, 
am też swego cyrulika, który krwie upuści, 

Ba i bańki kto rad stawia, zwłaszcza ludzie tłuści-, 
a i kleszcze rozpalone co wyjmuje zęby, 

Abo kijcem da w paszczękę, aż wypadną z gęby. 

KSIĘai HUMORU PMWEeO. T. i. 7 



— 98 — 

Mam też dla ludzi opasłych * mosiądzowe łoże, 

Szrubami go na niem przypiąć, gdy kto spać nie może, 
Wc^^ia dobrze podsypywać podeń ognistego, 

A spodkiem poddymywać, wziąwszy miechu kowalskiego; 
Może leżeć nie wstawając cale dwie niedzieli. 

Tak, mniemam, że będzie kontent z piekielnej pościeli, 
^laniy też tu i dla zwadźców żelazne osęki, 

Miecze i żelaza ostre na ich wielkie męki. 
Heretycy zaś osobno będą mieć mieszkanie, 

Bo to naszy kochankowie, trzeba mieć wzgląd na nie; 
Wprzód im nosy pourzynać i wylupić oczy. 

Bo w tych Nawyższy nie władnie i niema ich w mocy. 
Wolę naszą wypełniają, a swawolnie żyją, 

Dobfzeby im ich języki w tył wywłóczyć szyją. 
Pisma im kazać pożywać wespół z pomyjami. 

Wszystkie księgi nimi zkarmić, które robią sami; 
Trzeba przy nich ustawicznie mieć rzeźnicze jatki. 

Żaby, jaszczurki, niedźwiadki i inne dostatki. 
Przetoż was dziś upominam Mościwe Panięta, 

Miejcie na te męki ludzkie dobre instrumenta: 
Miecze, noże i ośniki, i ostre rzezaki. 

Rożny, rosty, grace, widły, szerokie tasaki. 
Jednych rzezać, drugich skrobać, a z drugich drzeć pasy. 

Srogie męki im zadawać, a na wieczne czasy. 
Iżeby nigdy nie mieli namniej odpoczynku. 

Gdyż się nam sami oddali w wiecznym upominku. 
Trzeba siarki, smoły, prochu, soli, szkła tartego, 

Pieców dobrze upalonych, łuczywa smolnego. 
Zdnipawszy ich ośnikami^ nacierać ich rany, 

Potym ich kłaść do iąpieli, do żelaznej wanny, 
Tamże i trunki im zadawać smrodem zaraźliwe, 

A bestyje kłaść w paszczęki i jaszczurki żywe. 
Potym w smrodliwych kominach wieszać na dół głową. 

Tu będzie krzyk — usłyszymy niejedną pieśń nową... 



99 — 



PEREGRINACYA MAĆKOWA. 

Z Chodiwki brpetoweio syn, a Hawłokowego brata i którą o|iisał Korpera co d... łata wołową 
Bolonią, na kobyUn Pariaminie '). 



Ja Maciek, barzo cesto sobie ozwazaiąc y ozmyślaiąc 
o dziwamycii zecach, które mi powiadał Stasek Porzygalow, 
iako dziwamych zecy się napatsył w dalekich stronach będąc, 
bo wie go subienica kędy tez nie bywaJ: a' zwłasca w Wę- 
grzech około Dukle, po same Jaśliska: w Podolu około Kań- 
cugi: na Wołyniu pod samym Próchnikiem: w Mazosu okoo 
Opatowca: w Niemcech, okoo Bieca: na Śląsku, aze po samy 
Grybów. O tym tedy ia tez ozmyślaiąc sobie umyśliłem tez 
y ia udać się do cudzych krain, do cego mi tez y sierce po- 
tęzney siły dodawało. I tak casu iednego iuz dobze sie na 
to namyśliwsy i nagotowaw^sy, klusięta y cielęta, którem pa- 
sał cas niemały, by ie psi poiedli, na polu zostawiwsy, psy- 
sedłem do domu, wziąłem sobie nanuskow kostur wielki, pra- 
wie doświadcony, ze mu go trzey chłopi nie mogli w karcmie 
złamać: tamzem wziął y pienięstwa do zabitości, cały wier- 
dunk, y kukiołkę, co mi była mać upiekła, y dwie gomółce 
w kalatkę na strawę: a nic nie powiadaiąc naukowi, tylkom 
sie raaciezy tego zwiezył, która płakała iakoby ią Walanty 
tzasł i dała mi iesce parę gomółek, y owsiaka pół chlebice 
na drogę y tak pożegnawszy mać, y samech się psezegnał 
kzyzem świętym, y puściłem się w drogę nieznaiomą. Idąc 
tedy tak bardzo chutko, usedech tego dnia mao nie o putory 



') Z broszury: „Peregrinacya Dziadowska, zwłaszcza owych Jarma- 
ników trzebigłowów : w który sposób zwykli bywać na miejscach ś^yiętych"* 
t. d. Koku Pańskiego 1614. Język naśladuje gwarę ludową, treść zaś 
*zyponiina późniejsze opowiadania facecjonistów, jak książę Panie-kochanku. 
sownię oryginału zachowaliśmy. 

7* 



— 100 — 

mile, jazem sie zmordował, iuzem tez nie mógł daley uść, bo 
noc zachodziła, ledwie byo do wiecora zseść godzin: a też 
taiTi daley nie byo gdzie nocować dla wielkiey puscey, którey 
by to z miłe, albo iesce mniey: tak zem trafił do dobrego 
clo wieka na noc iakiegoś Kostogryza: tozemci sie tam miał, 
dayze go Walantemu, toć mię cęstował: Dał mi iakieysi chli- 
pawki rozmaitościami przyprawiońey, był w niey Chrzan, Rze- 
żucha, Piołyn, Pokrzywy, Scaw, awo prawie dostatkiem koze- 
nia wselakiego: Potym tygiel iaieśnice, y misę maślanki z pę- 
cakiem, tom wćiornastko poiadł. Potym dał mi pić dyngusu 
pełen przetak, ledwiem go na pięć razów wypił: eytom ci sie 
był obzgał niepomału, zem miał brzuch iak nawietsy wańtuch, 
a gtowech miał jak pudło. Potym mi posłał grochowianki 
na piecu, y odział mie starym kożuchem usnąłem iakby mie 
zarzezał, bom był sobie podiadł y podpił. Obudzę się, ano 
mie pluskwy kąsaią, y wsy z onego kożucha obiadły mi boki, 
ledwiem zyw został. To pierwsy nocleg. 

Nazaiutrz wstawsy, chcę iśdź w drogę, ano mi głowa 
sumna, w koło chodzi, nogi mi drżą, a opusyo mie było coś, 
izeni miał bzuch iak desckę, y musiałem iesce godzinę pse- 
spać, iazem się dobze wysumau. Potymech wstał trzeźwo, 
y podziękowałem temu gospodazykowi ucliwemu za nocleg. 

Wysedsy z noclegu, trafili mi się styzey towazyse, ieden 
^lu(liy, drugi ślepy, trzeci nagi, czwarty chromy, tedym był 
barzo rad towarzystwu, bo byli chłopi mężni y urodziwi, 
wzwyż na półtora łokcia, a wsez na dwa łokcia. A idąc 
z nimi przez one pusczą ozmawialiśmy z sobą o wielkich ze- 
cach, A w tym rzekł do mnie głuchy: (bo mie starsem mie- 
dzy sobą uczynili) Panie coś tu seleści po tey chrześlinie nie 
daleko nas, a słychałem ze tu na tey puscy są zboycy. Po- 
ty tn rzekł ślepy: Panie moy, y mnie sie cośi mignęło przed 
oczyma; aUć nagi pocznie mówić: a niestociesz, by nas ieno 
nie odarto. W tym chromy krzyknął: Uciekaimy, y tak por- 



— 101 — 

wawszy sie wszyscy, uciekli ode mnie, a ia sam na poły 
umarły został od wielkiego strachu. 

Potym psysedsy ku sobie z onego psestrachu, obezrę 
się wkoło, alić obacę dwóch zbóyców, takie iakoby Zaiące, 
ale ze w karaconach z oscepami, a oni sie ku mnie skradaią, 
-ia też niewiele myśląc, widząc na sie takowe niebezpieczeń 
stwo, zatknąwszy nogi za pas, udałem sie w pław pses wy- 
soką górę którą ledwiem psepłyn^, bo fala była poceła po- 
wstawać która mię nie pomału utłukła po borowych syskach: 
więc iakom na drugą stronę psepłynął wytchnąwszy sobie 
y nie iako strach on opuściwszy, pożre y obacę psed sobą 
miasto Głodów, wielkie i murowne, do którego psysedłem na 
noc. Psysedsy do brony ^), obacę straż psybraną, iedennoście 
śledzi wymacanych z rohatynami, a pan Starosta nad nimi 
siedział na faierce, w kozusysku starym, a zawoy miał na 
głowie z płótna zgrzebnego, a w letniku paceśnym, młodziu- 
sieńki, nie miał nic na gębie, choć iuż miał lat do ośmdzie- 
siąt, któremu ia pokłon uczyniwszy posedłech w miasto. No- 
cleg drugi. 

Trafiłem do dobrego cłowieka a na koniec rogu, co go 
zwano Pan Dowtor, cłowiek ucony i dostatecny w medycynie, 
barzo psewazny cłowiek: bo widzę z cyny iadał żelazną łyską, 
a ze skła piiał: tamzem u niego nocował, bom był uziąbl 
uciekaiąc, az kosula była na mnie mokra. Powiedziałem panu 
Dowtorowi tę swoię psygodę, co się ze mną działo, który 
mię barzo żałował, iaze głową kiwał y uczynił o mnie pilne 
staranie, miał niemałe pudełko maści owey, co nią ptaki ło- 
wią na rogalu: i miał tez kęs Wielkonocny rarości w sko- 
rupce, tym mię nasmarował, w rynstoku: Potym nawiercial 
'''irzanu w donicy. Rzodkwie. Cebule, y rozpuścił to ma- 
anką, y dał mi wypić, y tak mi się byo odzygnęo, aze 
bzuchu mao zostao. Potym mi kazał wieść pod funda- 

') Bramy. 



— lijQ — 

ment piecowy y psykrył mię zaięcą siecią, a posłał mi ro- 
goża E-obym sie zapocił, toć mi tam dusno by o, aze ząb zebu 
me ilolatował, abych sie był nie domyślił drzeć tedybym tam 
by i /dech od wielkiego gorąca, bom iuz był rozepsał, iako 
ono iste w oboze na Tzy Króle. Potym mi dał pan Dowtor 
pigułek, narwawszy na trześni, pełne niecki, co dzieci na nich 
ką[mir^, tom wsystko na cco poiadł y z kostkami, iedno sy- 
pulki zostały y konew brzccki *) ciepłey prosto z browaru, 
y wypiłem ią duskiem: potym mię pocęły rusać ony pigułki, 
iazern ledwie z izby uciekł, to był taki trzask, aże od dru- 
giego sąsiada wołali na mię, toć mi sie wżdy byo ulzyo. 
y byłem zdrów, iako y pierwey. Po tym lekarstwie zachciao 
mi się ieść: co pan Dowtor zrozumiawsy, pozwolił mi, i dał 
mi ralego Chrząsca, i trzy zęby wiepsowe, smarowane w oleyku 
slarey motyki, y pocęno mię rozpalać, zem poeął barzo pra- 
gniir: obacywsy pan Dowtor, ze mdłość na mię przychodziła, 
dal liii się zakropić kuśnierskim kwasem z kozich skór, y wy- 
piieni go pięć garcy. 

Potym chciałem panu Dowtorowi zapłacić ony nakłady 
y pracą, którą około mie podeymował, ale on, iako cłowiek 
neony, nie pragnął zysku z podróżnego cłeka, niechciał nic 
ode init) wziąć, co ia widząc tak wielką dobroć iego, dzięko- 
wałem mu obłapiaiąc go, y posedłem pocałowawsy go rzycią 
\v [warz. 

Potymech sedł w drogę za granicę do cudzey ziemi, 
i Iratilem do psewozu, y psewoziłem się psez gotowane mo- 
r^e. aze na osrany świat, gdziem się napatsył ięcmiennycli 
obyczaiów: a idą(' od onego psywozu, trafił mi sie towazys 
bar^d grzecny, urodziwa pachołek, znać sługgały bo miał y sa- 
hlico. piękny iak wciórnascy dyabli: twarz miał prawie śla- 
cliorką gładką iak Bzoskwiniowa kostka, mądry iako wół: 
^.em się i w rozmowach z nnn uciesył, głowę miał iako pu- 

^) Brzeczka, brzęczka — esencja słodowa. 



— 103 — 

dlo mądrą: ocy każde osobno, brwi iak dwie garści zgrzebl, 
nos iak wolowy róg, wąs iak kobyli ogon, broda sie mu tez 
iuz sypała, aze mu wisiała na doi iak torba: piersi miał iak 
puklerz: w opasaniu był iak gęsie iaie w taśmie, nogi iak 
stapory: pięty iak kowalskie młoty, a białe iako makuch, cło- 
wiek potężny, ksyzysty, ramiona iako wał u dzwonu krakow- 
skiego, a zwał sie Rzygońskim. Duskos do nasey Gretki tak 
urodziwego, zarazby sie wściekła obacywsy go, chybaby ocy 
w d... miała, tozby nań nie poźrała: a rozmowa z nim pię- 
kna iako z kadłuba, a kiedy rozmawia to się uśmiecha, iaze 
wszystkie zęby widać, a z twarzy mu pachnie iako z Dutko- 
wego gniazda, owa na wszytkim grzecny pachołek, dayze go 
Walantemu. Ja tobie Grytusiu radzę nieopusczay go, bo 
choćbyś wszystek świat zchodziła, nie naydziesz takiego dru- 
giego. Potym ślismy z sobą w towarzystwie, rozmawiaiąc 
sobie, trafiła się nam piękna równina z góry na górę, zechmy 
mało syie nie połamali: a potym obacylichmy przed sobą za- 
mek burzo gzecny, y psychodziliśmy ku niemu barzo spie- 
sno, iazechmy podeń psyśli, y psypatrowaliśmy sie mu pilno 
ano piękny zamek z białych chmur z camych y cerwonych, 
oeścią tez z modrych: a będąc iuz pod samym zamkiem, le- 
dwo z pół mile albo iesce mniey. iuz sie poceła burko wana 
grobla którąśmy śli, po same kolana, iazechmy ledwo nóg 
dobywali. A od tey groble iuz iedno z ćwierć mile ku zam- 
kowi pocął sie most psez pagórki z sarey pajęcyny, na ko- 
bylicach mglistych po którym śliśmy śmiele do samey brony 
barzo mocney, z komorowych goleni: zwód był z twarogo- 
wego kołaca, krata z Psepiorcych sieci, kłotka pętna z łycaka, 
a w^rotny ') z samego tworagu, mąż siwy y wielici, na piądź 
)d ziemie, a broda na łokieć. Potym zakołataliśmy we wrota 
omołką twardą z kalety wyiąwszy y wyszedł do nas wrotny 
obacywsy nas świdrem psez kratę, poznał żeśmy ludzie pos, 

*j Odźwierny. 



— 104 — 

dróznity a cudzoziemcy, niechcial nas puścić, azem ia ukazał 
men dacią pod piecęcią, z Osieka od pana Bluymistrza, a móy 
tez lowazys ukazał drzyst od Rzycipospolitey na całym iar- 
kusu, loz to wziąwsy od nas ono liście, szedł z nim na po- 
kóy do Króla. Król obacywsy pewne świadectwo, zechmy 
ludzie podróżni y dobzy, kazał nas do siebie puścić, a było 
tam na ten czas święto iakieśi, bo miał tamten krół gości 
niemało zacnych, których tu nie mianuię dla długości casu, 
bo ]iii tez wsytko na myśli były klusięta ^) y cielęta, który- 
cheiii był na polu odsedł, y tęskno mię było bez nich. Je- 
dnak psypatruiąc się pilno takiemu kostownemu, y dziwnym 
psemyslem ludzkim y kostem budowaniu w onym zamku, 
śiiśiny na górę do stołowey izby po wschodzie z plastrów 
miodowych, a poręca z słonecnych promieni dosyć subletnie 
zrobione. Jzba stołowa barzo wesoła, nie trzeba obicia, iakoz 
go y niemas, bo ściany z Weneckiego skła w kwadrat muro- 
wana: okna wielkie w lakotke^) iako świdrem powierciał: 
błony z konopnych makuchów: stoły z piemych miodowni- 
ków: obrusy z Alabastru tartego: podniebienie z Marcypanów. 
Zydle barzo gładkie z borowych sysek, a poręca u nich z Ja- 
sionowego cienia. Pytałem dla cego z takiey materyi te po- 
ręca, powiedziano mi, iż te moc ma cień tego dzewa Jasio- 
nowego, ze wszelaką zec iadowitą zabiia. O cym cytay 
w Herbarzu, znaydziesz, iż was, ani żadna iadowitą bestya, 
żadnym sposobem przez takowy cień nie przemknie sie, ale 
owszem daleko omiia. A w tym poyźrzymy za stół, y oba- 
cymy, a Król za stołem siedzi, osoba grzecna, coło miał sklane 
twarz z łupin orzechowych, zęby rzepiane, brzuch słomiany, 
wąs Iłlękitny, a pod kolany się zaiąkał, w toconych ponco- 
skacli: szata na nim z wosku cerwonego, kołpacek z łużnego 
worku. Zapona barzo iasna z Sierseniowych łupin, kamieńmi 



^) Może od: kłttaię — szkapsko. 

^) Łąkotka — kształt pokrzywiony, w łuk zgięty, wężowaty. 



— 106 — 

drogiemi sadzona, wszystko głazami, ażem sobie ślepie zaty- 
kał od blasku, a kita była z krowiego ogona, bacmagi *) miał 
barscowe. Podle niego siedział iakisi Pułgrabia. który był 
w gościnę przyiechał, w serwatczanym zupanie, a ferezya 
twarogowa, młodym masłem podsjrta, a guziki od samey gęby 
z maślanki pluskane, aż pod pas zachodziły. Pas miał cu- 
krem sadzony bagaży owy ^): Psy witaliśmy sie z Królem, 
y z panem Bluygrabiem. A w tem uderzono w bębny ogro- 
mne z starego kożucha, pałkami z owsianey słomy, a sam Bę- 
benista z wolowego pęchyrza: do tego trębaczów dwanaście 
z dębowych pniaków, którzy barzo straszliwie trąbili w mar- 
chwiane trąby, y tak od onego srogiego y straszliwego huku 
takem był ogłusał, żem nic nie słysał, a drżałem com sie był 
przelekł, iako koł w ziemi, bom tego iako żyw nie słychał. 

Potym nam kazał Król sieść podle siebie u samego 
pieca na końcu ławy, a miano obiad dawać: tam gdziem ia 
siedział po końcu ławy były iakieśi pomyie w cebrze, prawie 
obiad mieli dawać: a w tym goście psyiechali, i sadzono ich 
rzędem, a mnie się kazano umknąć, iam się zapatsył na go- 
ście, chciałem się umknąć, y wpadłem w ony pomyie na łeb, 
az mnie hayducy wyrwali, potym się otrząsnę, y patrzę co 
daley będą czynić: aleć przyniosą potraw ozmaitych do złey 
niemocy, dziwnie y kostownie psyprawnych, ze ich y moy 
nanno ^) iako zyw nie widał. Na pierwszey misie kłoda Li- 
powa do podlewy, za nią na półmiskach do białey iuchy, 
trzaski bukowe, drugie olsowe smażone, kłonice nadziewane: 
głównie do ostrego pieprzu: wiercimak do zółtey iuchy, po- 
ciast do carney iuchy. Karasie z Rohatynami, Raki w panto- 
flach, sęki Jodłowe z sałatą, moty z chrzanem, młoty kowal- 
^ 3 przypiekane z Imbierem, Lniane makuchy do sarey iuchy. 
jgie dawanie. 



*) Obuwie. ') Bagazja, materya wełniana. 

') Z treści domyślać się można iż nanno oznacza ojca. 



— 1()6 — 

Napsód psyniesiono na wielkiey misie lezną ^) Sowę nie 
skubioną: na pulmiskach za nią udziec Ghrzascowy, trocinami 
od piły posypany: potym róg barani z barscem, nos Bociani 
po francusku kwaśno, Jelenie rogi z rozynkami, Kobyla głowa 
z chrzanem, więc kiski goJębie, zęby wróblowe. Wethy. 

Na półmisku syski borowe, Rząsa laskowa, żołądź do- 
bowa: Marcypany z owsianego kisiela: Kukuby co na włosia- 
nych sypułkach rostą: na ostatku kozie bobki, to wszystko 
poiedli w zobki, skoro tez oddano wetki, było po obiedzie 
wnetki. A perfumy po izbie pachnęły, bo pod stołem Tchó- 
rze się lągnęły: A chłopcy u pieca Jaramit łyską iedli. 

Muzyka gdzieśi skrycie grała, ledwie było rozeznać, ale 
melodiyno: bo koza grała na Rogahi, Wilk na Czorcie, Gęś 
na Sandorze, Skowronek na skrzypicynach, a Świnia w dudy, 
Niedźwiedź na puzanie, cielę na lutni, że była muzyka ia- 
koby w kiy trąbił. 

Po obiedzie wstawszy od stołu, pośliśmy wsyscy z Kró- 
lem na salę barzo wysoką dla tańcowania, ta sala była z pół- 
towego mięsa, a balazy z kiełbas, pirogami w koło obita, pod- 
niebienie kołacowe, pomarańcowemi skórkami sadzone. Potym 
psyprowadzano Fraucymer grzecny, a wprzód ich Pani siara 
dosyć gzecna y subtelna, iak wańtuch chmielem natkaiiy: 
suba na niej Lempartowa ze pstrey kłęby, brama w koo 
z świniey skóry. W za wiciu pięknym z kokoszowych ielic: 
za nią panna Dolezuchna tak subtelna y cienka, ze ią ledwo 
przez próg przewalono, chciała się przed stołem ukłonić, dała 
się tak słyszeć, az się sala zatrzęsła, czemuśmy się nie prze- 
ciwili, bom ia to przedtym słychał. Druga panna Darmo- 
giętka za nią, w zgrzebnym letniku '•^) bez nosa. Trzecia Goła, 
czwarta głuka w płascyku grzybowym, Potym pośliśmy w ta- 
niec ląkotką z onemi pannami pomalusienku ledwie nas sala 
trzymała, a król sie nam uśmiechał, y wyscyrzył ząbki iako 



') Łężny, dziki, leśny. ') Suknia kobieca lekka. 



— 107 — 

Gdańskie Organy na kościół: iakośmy my przestali tańcować, 
poszły też pchły Hayduka, tak szybko, żeśmy sie ich napa- 
trzeć nie mogli. Potym Zaiąc na bębenku pocął stuki wy- 
prawiać, nu Wilk z Kozą w taniec. Liska z Gęsią, Tchórz 
z Kokosa goniowego, tozechmy sie naśmiali. iaześmy sie po- 
pukali od śmiechu. 

Po tych tańcoch, przyniesiono dwanaście kosów wielkich 
miodu korzennego, y mazi baryłę, toć Podcasy dostatkiem 
nalewał, a myśmy pili durslakiem ieden do drugiego, bo ka- 
zano cestować hoynie, y wielkim dostatkiem. Naprzód sam 
Kroi pił do gości korcowym worem, y tak wszyscy pili ko- 
leią, az y mnie dosło kołem z płotu wyiąwszy. Moy towazys 
podpił tez sobie i naparł się w taniec z Panią starą, potrza- 
skuiąc cesto, aże ktośi zawołał fe, fe, a on sie przedsię w tańcu 
uwiia, iakby kłodę wywracał, tak skocnie iako pień na ptaki, 
ze wszystkich uciesył, az sobie nos zatykali. Wieczerzy wpra- 
wdzie nie gotowano, bo się wszyscy pokpili, mówię popili 
(potknie się koń na etery kobyły). 

Potym zaprowadziliśmy Króla do łożnice kostowney, 
y obitey, w którey ściany z Jesieney mgły, obicie z Marco- 
wego wiatru, letnią rosą hawtowane. Pościel barzo grzecna 
z drobnego ksemienia: kołdra z koperw^asu mieniona, Hału- 
nem tartym nakrapiana. Dawsy Królowi dobra noc, pośli-' 
śmy do swego złożenia, y leżało tam z nami niemało czela- 
dzi: cielęta, prosięta, gąsięta, kurcęta, scenięta, koźlęta, klusięta, 
a ten pałac barzo zdrowy, bo w susey az po kolana, trzebaby 
tam nasych delikatów, co owo nie mogą spać, bo są świniego 
przyrodzenia,' pocuią wnet kiedy co śmierdzi tamciby im sta- 
nęło za nalepse perfumy Włoskie. Nazaiutrz wstaliśmy bar- 
) rano, półgodziny przed południem, a ize po wczoraysym 
nkiecie cosi mię opusyo, azem miau brzuch iak desckę, 
)słłem o kęs iagabity ^), a wnet mi kazano dać psyprawney 

') Okowity. 



- 108 - 

z koperwasem, i z Merkuriuin sublimatum. Tamem się z swym 
towarzysem rostal, byliśmy oba żałośni, ale on barźiey, bo 
mie sierdecznie ze wsytkiego żołądka sanował. 

Pomyśliłem był daley iść iesce za Jęczmienny świata 
ale mi o kluśięta y cielęta sło, bo mi wsystko marsęta na 
myśli były. A tez w tamtey ziemi pod ten cas niebespiecno 
było: bowiem Słowik podniósł był u Klesca zadnice, a na 
wesele go prosono, a d... nie miał: Klesc iako prostacek, nie 
spodziewaiąc się Słowikowey chytrości, pozycył mu śmierdzącey. 

Po onym weselu upominał się klesc swego z u Sło- 
wika ale Słowik iesce z niego psesydza, wołaiąc: Klesc, Klesc, 
porzyć, porzyć: to kiedy Klesc nieborak lezie do niego, iako 
po swą własną: to zaś Słowik psysenie, ćin, ćin, ćin: na, na, 
la, la, la, hur, la, la, la. Właśnie iako y w nasey ziemi, 
kiedy kto pozycy pieniędzy u kogo, to go cestuie, pochlebia* 
słowo dwoi y wasmościa, Mościwa: a kiedy mu się upominała, 
to łaie, wrota zawiera, psy scuie, na ocy nie da. 

Za ten daspekt, zebrał Klesc woysko wielkie, a Słowik 
tez niemałe, Klesc zebrał pięć tysięcy Motyliw, a Słowik miał 
półtrzecia tysięca Sierseniów na wybór, w Złotogłowie, a Kle- 
SCO we woysko w opońcach białych, z gniły mi ruśnicami: Więc 
się położyli obozem za rzeką, a ci byli za wodą, tamci byli 
w płachtach, a ci w łoktusach *), tamci do nich niechćieli^ 
a ci do nich nie śmieli. Dla którego niebespieceństwa mu- 
siałem się na zad wrócić insym gościńcem, iednak mi psysło 
iść w bok, iakoby równą ćwierć mile od onego woyska, a idąc, 
z dalekam się psypatrował iak sie mustrowali, y iuz po spra- 
wie stali, iakoby do potkania, a było niedaleko hich miaste- 
cko iakieśi, do którego oni sturmowali, bo puskarz narychto- 
wawsy krężel ^), wrzecionem wypalił do muru, y wypadło 
muru wielką stukę: w tym skocyło kilka set Jancarow, y wpa- 
dli do miasta, pocęli sklepy odbiiać, skrzynie łańcuchami opa- 



*) Kitle, płachty, szale. *) Krężel, część kądzieli. 



— 109 — 

sanę obcinać, tam korzyść odnieśli niemałą, bo tam było sta- 
rych, kopyt niemało, scećin sewskich na kilka tysięcy, prawie 
psednich: a co starych podesew z świeckami, gnepów *), po- 
cięglów, y inszych rzecy barzo wiele, skąd się barzo pachołcy 
zbogaciU: daley niewiem, co się tara działo, bom się spiesył 
do cieląt Jednak uchodząc z takiego niebespieceństwa, psy- 
padłem na straż niespodziewanie na Osy, które tez swym 
obozem leżały psy iedney miedzy: a było Bąków niemało, 
miedzy nimi, myślę nieborak co mam czynić, ani mię tam, 
ani mię sam: potymech się udał chyłkiem niziną przez wy- 
soką gorę, y takem usedł z onego niebespieceństwa, aze po 
końcu chraśliny iakieyśi: napadłem zaś na Wilka zdechłego, 
który się rozciągał jako pułtora niesceścia, azem mało nie 
zdech od strachu, mniemaiąc by spadł: iednak dufałem ko- 
sturowi naukowemu, ze mię nie omyU: ale mi psecie pod 
kolany drżało, iazem sobie capką ocy zasłonił, cobe mię nie 
wyźrzał, y takiem go minął. Potym tez pocęło sie ku wie- 
corowł psymykać, y myśUłem sobie o noclegu siadsy pod dę- 
bem, z onego umordowania y uciekania. Obudzę się, y my- 
ślę sobie gdzie ia to, y wspomniałem iż w lesie: porwawszy 
się, idę lasem zabym mógł kędy do wsi psyść, ale iey nie 
było blisko: y z psygody nadsedłem Jachtel *) na drodze pró- 
żny, komuśi spadł z woza, y myśli co z nim cynić, chciałem 
wieść weń przespać się, alem nie mógł wronką') wieść, ia- 
zem cop wyjął, tozem wlazł oną dziurą, y układłem się tam, 
kostur w głowy włoży wsy: prawie pocnę mzeć, alić Wilk psy- 
sedł, y chodzi koło onego iachtela, a ia się boię, iuzem na 
poły umarł, mniemaiąc by on com był nań napadł, iaze on 
Wilk siadł na iachtelu, a ia tez dosiągsy mu ogona wronką, 
*'ęciłem go sobie koło ręki. Wilk pocuwszy to, porwał się 
iekać, y tak mię z onym iachtelem po lesie włocył, sam 
jwiem kędy, aze mię zawlókł na pole z onego lasu: a y^ tym 



*) Gnypów. ^) Ósma część beczki. ') Otwór w beczce. 



110 



obręcy opadły, i iachtel sig rosul, y iam wypadł z niego, to- 
zem puścił onego Wilka, y uciekł, bo się te*/ był nabrał stra- 
chu, ale y ia nie mniey, bo on iachtel pukał po lesie, aze 
grzmiało daley niźli na półinile. Potym obzieram się nie 
wiem kędy się obrócić, bo nie widzieć byo bynaimniey. idę 
przecie pomału, y usedłem iakoby na dwoie staian od onego 
mieysca: y nasedłem staianie Tatarki, która tak była zakwi- 
tła, ze się bielała choć niewidzieć było, y mniemałem by 
woda iaka, a za oną Tatarką cernił się iakiśi lasek, iam 
mniemał by miasto 'iakie, nie śmiem blizey y psystąpić, boiąc 
się bym nie wpadł, pocnę wołać by mię psewieziono, alem 
sie nie mógł nikogo dowołać, iuz niewiem co daley cynić, 
iuz mi y ona droga omierzła, iuzem y maciezy laiał co mię 
urodziła, bogday ią Walanty popadł: y układem się na ia- 
kimśi pagórku nie wielkim, pocnę spać, ali znowu niebespie- 
ceństwo, bo mrocki '), które w onym pagórku były, rozgrzały 
się podemną, y miałem ich, y w zanadrzu, y w ubiorach do- 
syć, zem aze żywemu Bogu płakał, y sam na się, czyć mię 
tu wszyscy dyabli byli zanieśli: a one bestye tak mię były 
pożarły, zem tylko macał, ieźli mnie iuz trzoba ^) nie wypa- 
dną, bo mi skórę na bzuchu do kęsa poiadły, tamem się nie 
blizu zabawił, wytrząsaiąc aze pocęło świtać, skoro się roze- 
dniło, poźrzę gdziem psewozu wołał, iaze ia obacę, a ono 
Tatarka biała zakwitła, którey było staianie wielkie: psebrną- 
wszy pses onę Tatarkę, posedłem w drogę: a ku południu 
nadsedłem na ptaski, a ony piscą w wiezbie, zaglądam nie 
mogę tam ręki w^etknąć, chodzę w około oney wierby, iazem 
psemyślił iakom tam wlazł, macam na gniazdźie, a ono pta- 
ski piecone: ia iż mi się ieść chciało, nie mogłem w drodze 
nic dostać kupić, y poiadłem ony ptaski, y obiadłem sie ich, 
tak, zem nazad nie mógł wyleść oną dziurą, azem chodził do 
wsi 'Siekiery pozycać, tozem się ztamtąd wyrąbał, y posedłem 

>) Mrówki. 2) Trzewia. 



— 111 — 

w drogę: usedsy z wielkie póJ mile, nadsedłem pustki psy 
drodze, a wspomniawsy sobie na psesJy nocleg barzo zły, wo- 
lejem wcas stanąć, choć było do wiecora godzina albo ośm, 
a to dla noclegu: y ukladlem się w owych pustkach, skoro 
się pocęto zmierzkać, pocęly mię pokusy gabać rozmaite, tam- 
zem się dopiero strachu nabrał. Pierwsa pokilsa wielka, ieść 
mi się chciało, iaze mdłość na mię biła. Druga, gorącka 
sroga, azem się we trzy dzwona zwinął, i tak leząc, tom ko- 
lana lizał, a brodą się w piersi bił, a piętamich się zegnał, 
mówiąc: miłościw bądź, boday kto cnotliwy z bochen chleba 
choć owsianego: iednak mię ony pokusy niechciały opuścić 
aze do dnia: skoro się rozedniło wstałem, a iesce mi nogi 
drżały od strachu, y nalazłem na półce w komorze bochen 
chleba suchego, y garnek piwa, znać ze tam iaki Pustelnik 
mieszkał, ale go doma nie było, pocąłem on chleb chrostać, 
aze kości w nim trzescały, a otręby z niego, y nosem, y usyma 
się kurzyły, com go tak pytlował, a w tym tez one pokusy 
ode mnie odstąpiły, kiedym sobie podiadł. 

Potym posedłem w drogę, y usedłem onego dnia całe 
półtory mili, azem psysedł nie daleko Polskich granic, y no- 
cowałem w karcmie u iakiegoś Mazura, który miał swych są- 
siadów u siebie niemałko, toć mi byli radzi, ze mię byo w każdym 
kącie dosyć, cestowali mię, day ich subienicy, a wsystko gębą 
o stół, ieść musiałem przezdzięki choć mi się niechciało, gwał- 
tem mi w gębę tkali: przynieśli potym konew finfy, tom ią 
musiał za ich zdrowie duskiem wypić: trzebaby tam naszych 
owych, co się owo w rzeczy sromaią, niechcą ieść, a iadby 
do zdechu, musiałby u tych dobrych ludzi y sromięźliwość 
na stronę odłożyć. Po oney wiecezy spać mi się zachciało, 
oni iako bacni ludzie wyrozumiawsy podróżnemu, porwawsy 
mię za łeb, prowadzili mię spać, zem ziemię nie dostępował, 
a co raz pięścią za syię, położy h mię pod progiem, a psy- 
odziali mię wielkim drągiem Dębowym, y tak krowy, świnie 
psez mię chodziły, a musiałem się nie rusać, bobym był so- 



— 112 — 



błe sen pserwal, łesce mi iakiśi psechyra młotkiem w głowę koła- 
tał miasto muzyki, żebym rychley usnął: a nasłali pod mię swych 
drobnych sysecek borowych, tom taki nocleg miał, bogday go 
flebry trzędy y z nim, bom aze mdlał od wielkiey roskosy, bo- 
gday się tam owi dostali, co owo nie mogą usnąć, aze im 
muzyka w głowach gra, usnąłbyś tam, Xiądz Walekko w tobie. 
Rano psededniem wyrwałem się w drogę, nie dziękuiąc 
za nocleg y za dobrą wolą, zgarbiwszy się, bom był boki 
odleżał, wysedsy na zagumnie, pożrę do kalety, ali w niey 
niemas nic, wszystko mi zdraycy wybrali, nie śmiałem się do 
nich wrócić, ze im nie podziękował za nocleg, a izeby mię 
znowu nie bankietowah, iako y wcora. Idę daley, nie mogę 
syią obrócić, a do tego frasuię się, ze nie mam na strawę, 
alić na moie sceście nadsedłem stadło kiełbas a ony chodzą 
po łące, ia tez wyiąwsy kretkę z kalety namalowałem sobie 
kiskę na wierzchu kalety, obróci wsy kaletę na kolana, poło- 
żyłem trześniową kostkę na cięciwie, y strzeliłem z niey wiel- 
kim palcem, y zabiłem ich seść par, tomci im był rad, a idąc 
skubłem ie sobie z pierza: a idąc, nadydę Gołębi stado, y ci- 
snąłem kosturem, aze z nich pieze do kęsa opadło, a ony 
nago zleciały: potym sukam kostura w onym piezu, nie mo- 
głem go nayść, sedłem do wsi, y psyniozłem wiązań słomy, 
y rozesłałem onę słomę na onym piezu, y zapaliłem, a gdy 
y słoma y pieze zgozało, sukam kostura, y kostur u dyabła 
y u iego macierze, gołębie u dwu, patrz zły duchu, ze y ia 
będę u trzeciego scere niescęście się mnie trzymao, a podno 
dla tego, zem nanuśkowi kostur swą wolą wziął, nie powie- 
dziawsy mu, anim się z nim był pozegnau, niechayze się ia 
drugi ras nanuśka we wćiornastkim radzę, bo widzę ze to 
źle, kto sobip lekko poważa rodaki swoie. Tego dnia psy- 
sedech do domu, y zastałem nanuśka a on śieie Zepę, a mać 
psędła zgrzebl na piecu siedząc, iaz sie opłakała uźrawsy mię, 
y nanko także, toć mię kuśkali, co mi byli radzi, dayze ich 
Walantemu, y uwazyła mać na wiecezą kapusty garniec w ko- 



113 



lano, y suchey zepy z kozim smalcem y kasę serwatcaney 
garniec, tomći wżdy był sobie poiadl, iazem poklęknąl, zem 
się nazad wrócił, z takowego niebespieceństwa, to cały ty- 
dzień spał na piecu, ościągnąwsy się iako Wilk, com się na- 
spać nie mogi, a nazaiutrz aanusiek mi boty possywal com 
był w drodze podar, a mać mi tez kosulę bielą dawsy, ka- 
zała mi gnać cielęta na pole. 

Napomnienie do sąsiadów. Ach moi mili sąsiedzi bę- 
dąc wam zawse zycliwym y scyrym psyiacielem, upominam 
was y psestzegam nie dopuscaycie synackom po swey wo- 
ley chodzić, zwłasca na dziwy na cudzey ziemie, boć y tu 
u nas cudaków dosyć iakich indzie ani widać. Psypatzcie 
się iakom ia wiele złego użył pielgzymuiąc, w iakichem nie- 
bezpieceństwach był, y com się strachu naiad, iazem się 
y doma nie raz pses sen porywau, choć mię mać zielem ka- 
dziła. Nuż podźmys do kostu, do utrat, com ia na to na- 
łożył, cały wiardunk grosów iak lodu: a co gomółek a co 
innego co się nie wspomina, a nabarźiey mi kostura zal, by 
y nanusiek mi wszysko oń łaie, takem wszystko zutracał, ze 
teraz y biedney piscałki nie mam za co kupić, cobym sobie 
grau psy cielętach. Pseto was upominam z scyrego śiercia, 
siedźcie doma y z synackami swymi: Ja iuz to ślubuię niatuch- 
nie Bozey, ze się z domu nie wychylę stobą pókim zyw, ale się 
będę od nanuśka ucył wszelakiey roboty: wziąwsy w ręce wi- 
dłatus, to ia z obory ten gnoiatus na wozatus, aze będą karty 
tresceć, a dawno mi tak byo udziaać, tobych ia był lepsy. 

Do Cytelnika Maciek. Moy miły Gytelnicku, nie obra- 

zayze się, ieśli co nie ku twey woli, abo ieśli się iakie słowo 

nieucliwe wyzygnęo, bądź ty mędrsy nizli ia: a dziękjuy Panu 

"^)gu ześ tam nie był kędy ia, a za mię comci tu spisau, 

lów tez Paciez y Zdrowaś Mkryą takież, y Wierzę w Oyca, 

do końca, y ze troie Gamaut, y z iedno Cyzyoianus. 

Januarius SwiffraliiS pede pfopria. 
Anno Domino, 91073526000. 

niĘSI HUIIOIIU rOLMIEBO. r. I. 8 



114 — 



Wiepsz o fortelach y obyczaiach białogłowskich, 

tinz MWB przez intaeio wioieii słiH i sckntirza \sk kratki mirisaiy *). 



Nieznany autor opisuje osobno fortefe panien, mężatek, 
wdów i bab; o pannach najprzód: 

. . . „Idzie do ogródka 
Rwać kwiateczki na wieńce. A mówi: to rutka, 
To róża, to lilija, to karafialy; 
Uwiie wieniec większy, a zaś drugi mały, 
Abo rószczkę, to pośle swemu kochankowi. 
Bo idąc czapkę zdeymie y dobrą noc mówi". 

Mafka fak córki naucza: 

^Twarz więc zawsze przymuskuy, a mydła barskiego 

U^.yway, ieśli chcesz być lica pięknego. 

Letnik za sobą falduy, stąpay drobniusieńko, 

Oczy miey iako wryte, moia Anusieńko. 

Twarz sobie prosto trzymay, rzadko się ogląday, 

A przecie ieśli chcesz, z oka prędko wzgląday. 

Kiedy kogo obaczysz, pomniy się ukłonić, 

Abo się i tą ręką dla śmiechu zasłonić 

Na którey masz pierścionek, aby też widziano 

I łańcuch na szyi, by cię szanowano". 

Córka prosi mafki, aby poszła na ni^szpón 

... „A ono na względy 
Idzie, pokazuyąc się, a pogląda wszędy; 



*) Bez miejsca i roku, 4-lo, ark. 3. 



— IIB — 

Umizga się, by czapla, na niey terepele, 
A oczyma, by sowa, strzyże po kościele. 
Dla pończoszki i dziurek ukasze letniczka. 
Wstęgi od zamszowego ukaże trzewiczka. 
To się wiie, iako wąż, głową potrząsaiąo. 
A załyczki z wianeczkiem na łbie poprawiaiąc*. 

Jak małżonka swego męża podchodzi pieszczotami: 

„Więc się w rzeczy dla niego bielidlem smarnie, 
To się w szaty ustroi, to się perfumuie. 
To się kaniemu uśmiecha, to rozmawia cudnie, 
To się w wieczór dla niego ubierze w giezleczko, 
A mówi: „móy kleynocie, moia perełeczko, 
Niechayże tu z Waśnicią będę zabawiała, 
Bobym zgolą na oczu snu w nocy nie miała**. 
I tak męża zniewoli, że rad nie rad musi 
Słuchać i czynić co się podoba Panusi**. 

Potem tak fortele wdowy opisuje, gdy panicz po jej 
myśli do niej zajedzie: 

,Sama się ubierze w adamaszek cudnie: 
To się w poły łańcuchem w ogniwa opasze, 
To przed sobą się g'woli nóżeczce ukasze: 
Pierścionków dość na palcach, na rękach manele, 
Łańcuch w pancerz na szyi, iakby na wesele. 
Rękawki hatlasowe rzezane wypuści. 
Gdzie stąpi, iak gay iaki od bławatu szuści; 
Brwi praymuskuie, a czasem wyszczypie gębeczkę. 
Byle tylko czerwoną miała iagodeczkę. 

Potem przysiadłszy do gościa, tak ród swój i przymioty 
Thwala: 

8* 



— 116 — 

. . . „Jam jest białogłowa 
Taka, któram z ogona nie wypadJa sroce, 
Wiodłam z onych swych przodków naród swóy wysoce. 
I poszła z herbu tego nasza famiha, 
Jawna iest wszystkim nasza genealogia; 
Znaią mnie kasztelani i wojewodowie, 
Znaią mnie starostowie i zacni panowie. 
Do tego się iak żywo rada kocham w cnocie. 
Wolę być z cnotą w biocie, niż z niecnotą w zlocie, 
Bom ia będąc dzieciną, w takiey karze była. 
Żem bez straży i za próg naymniey nie stąpiła: 
Byłam w straży iak w skrzyni żelazney kleynoty, 
Dlatego, aby były iasne moie cnoty. 
I tak Waszmość wiedz o mnie, móy Mościwy Panie, 
Żem ia zawsze cnotliwa szlachcianka bywała, 
I teraz, chociem sama bez męża została". . . 
I tak chłopa zniewoli, że koniecznie musi 
Czołem uderzyć z chęcią oney to wdowusi. 
To zaraz małmazyi i wina dobrego 
Każe nosić, ona też nie bardzo od tego: 
To się podeń podmyka, abo z nim żartuie, 
Abo iest"li muzyka, przed nim podskakuie, 
To się sadzi, to sama ochoty dodawa. 
To kubkiem wino iego czeladzi rozdawa*. 

Kończy opisem pięknych i młodych wdówek: 

^Były, niepochlebuiąc, takie grzeczniusieńkie; 

Ciało iako liliia na nich bielusieńkie, 

Ręka iak alabastrowa, 

Rzekłby drugi, że to iest panna, a nie wdowa. 

Co to ono słóweczko, właśnie iak słowicze. 

Oczy one naymilsze iako u orlicze, 

Twarz ona ukochana, lice koralowe, 

Usta, wargi, ząbeczki iakoby perłowe; 






— 117 — 

Tak się to druga znaydzie naymilsza wdóweczka, 

Kjrasna, snadniusieńka, iako piiaweczka: 

Ona rozmowa wdzięczna, ona wdzięczność mowy, 

On umysł oratoi'ski, że ia zgoła sJowy 

Nie mogę tego pisać, k'temu obyczaie, 

Ludzkość, dworstwo, wspaniałość, czegóż nie dostaie?" 

Nakoniec opisuje fortele starych pań: 

„I te mi też babuchny niech iako chcą skaczą, 
Bowiem wszystko na młodych od zazdrości gdaczą. 
Zazdroszczą im urody, zazdroszczą piękności, 
Nawet im lat zayrzą i skąpey młodości, 
I pod czas taką znaydzie, co iuż zębów niema, 
A przecie ona szczękę zmartwiałą odyma. 
Choć iuż będzie lat naymniey ośmdziesiąt miała 
I choć iey chuda starość ciało poorała, 
A przecie wódki białe, oleyki, rumidła, 
Spikomardy, perfumy i weneckie mydła 
Naydziesz u niey niemało, któremi się myie. 
Zmarszczki z czoła rozmyka, a wineczko piie. 
Polewkę z niego czyni, kruszy w nie chleb biały, 
Boby zgoła twardszemu zęby nie zdołały: 
Gdyż srebrne w drucie, za własne stawiaią, 
A tak młodość za starość psią sztuką zmyślaią. .. 
Przez babę możesz więcey, niźli dyabeł może. 
Bo ona leszcze nadto naydzie i pomoże; 
Przetoż też mądrze słynie owa powieść głośnie: 
Kędy dyabel nie może, to tam babę pośle". 



jMhh^ 



118 



1 



TANCE I PIEŚNI'). 



T A X I E C. 

Moia F-^ani Matko iużci mnie Mniszką bydź 
Niechcę bo ja za Męża ledaiakiego iść. 
Za szpetnego nie póydę, ni za męża złego. 
Choć bym też za mąż rada szła, nie znaydę dobrego. 

Miotlziiisieńką ia będąc zawszem się spodziewała. 

Obrać męża po woli iakiego będę chciała. 

Miatliby mię zawsze mąż z Buzdyganem gonić, 
Pobiie mnie niebogę, wolę ia Mniszką bydź. 

Każda z nich powiada, żem szła za dobrego, 

Teraz mówi: „piekło z nim, mąż moy nic dobrego**. 
Tpuaz trudna rzecz baczę, że się oskarżają, 
Niemal wszystkie zamężne; widzę, iż pierzchaią. 

Biadać to nie ucieclia, gdy chłop pokołace. 

Idź spać, wstań kiedy każe, serce cięszko płacze. 

Wieręć wolę w Klasztorze, z Mniszkami w chorze. 
Niż nabywać od męża słów krwawych po skórze. 

Śpiewać ia wolę Jutrznią śpiewać y Maturę, 

Godzin by też naywięcey, a mieć całą skórę. 



1) Wszystkie następujące po sobie „Tarice i Pieśni"* są wjjęte z bro- 
s^ry: ^Pie^^ni Tańce i Padwa ny, kwoli zabawom uczciwjTii szlachetnej Mło- 
dzi — Teraz na nowo wydane i bardzo ucieszne**. Broszura jest >v)daną 
bez w)'iiiit?nienia roku i miejsca druku, a znajduje się na indexie z 1617 r. 
Druk wykazuje również najpóźniej początek XVII. w. Jestto zbiór różnych 
piosenek, znanych i śpiewanych wówczas zapewne w całym kraju. Zacho- 
tYiŁJisśmy pisownię oi7ginaźu. 



— 119 — 

Którym to iest roskoszą, ia wolę wesele, 

Co po trzykroć przyznawani, y mówię to śmiele. 

X A N I K C. 

Furmankowie z Warki, 

Warszawskie Szynkarki, — Hey, hey, hey, wey, wey, wey. 

W piwie upatrują, 

Kiedy go kosztują, — Hey tak, tak. Smak, smak, smak. 

U tego furmana. 

Suknia łak u Pana, — Ba, ba, ba. Ma, ma, ma. 

Kaletę u pasa, 

W kalecie kiełbaszą, — Żyl, żyl, żyl, y koziJ. 

I do tego rurka, 

Z kości d w niey dziurka, — Do beczki dzieweczki. 

I główka śledziowa, 

Tam się rada chowa, — W kalecie wszak wiecie. 

Pod kaletą igła, 

W kalecie kęs mydła, — Wey furmana. 

Mosiądzowe wiszą, 

Kolca się kołyszą, — Brzęk, brzęk, sczęk, sczęk. 

Lozar też z czernego. 

Rogu Jeleniego, — Tam, tam, tam. Sam, sam. 

Boty sznurowane. 

Słomą nadziewane, — Kup, kup, Gzup, czup. 

Biczyk szelanowy, 

U konia gotowy, — Prask, prask, trzask. 

Toć i^o stodoła, 

Toć iego obora, — Ta, ta, ta, Kaleta. 



* — 120 — 

I' I E Ś Ń. 

Cypryiskie Gąsięta, 
Krakowskie dziewczęta. 
Gdzieście mi się zabłąkały, 
Pastuszkęście ') oszukały. 

Tyś to winna Chilareczko, 
Tyś to winna Figlareczko, 
Dayże pokóy, 
Dayże pokóy. 

Pastuszko, pastuszko, 
Kochane serduszko, 
Jeśliśmy się zabłąkały, 
Dla tego żeś chłop ospały. 

Mikołay nie wołay, będziesz w czas. 

Winnaś według prawa, 

Bom cię za przystawa. 

Uczynił moim Gąsiętom, 

Postawił moim Dziewczętom, 

Tyś to winna Chilareczko, 
Tyś to winna Figlareczko, 
Dayże pokóy, 
Dayże pokóy. 

Pastusze pastusze. 

Miłuję cię z dusze. 

Jednak na te fuki twoie, 

Znajdę ia też huki moje. 

Mikołay nie wołay, będziesz w czas. 

Więc się poiednaymy. 
Ręce sobie daymy. 



*) Z treści przekonywamy się, iż „pastuszka* jest to dzisiejszy pa- 
stuszek, rodzaj męski, nie żeński. 



121 



Gąsięta nas powadziły, 
Bogday sie były nie śniJy. 

Boś ty grzeczna Chilareczko, 
Boś ty grzeczna Figlareczko, 
Dayże pokóy, 
Dayże pokóy. 

Pastuszko pastuszko, 
Kochane serduszko, 
Dayże ty mnie rączkę swoje, 
A ia tobie gębkę moię. 

Mikolay podźmy w gay, sam pod May. 

T A is: I K c. 

Nie złodzieiem choć kradnę, nie kradnę bo biorę, 
Nie biorę lecz pożyczam Jaski twej podporę. 
Nie pożyczam, bo niemam czym oddać chudzina, 
Goś sobie ukraść daJa nie moia to wina. 

Dałaś y nie daJaś, daJaś bo twe było, 
Nie dałaś bom sobie wziął, co się iuż straciło. 
Wrócić sie iuż nie może; ieśliś nie łaskawa, 
Postąp iak z winowaycą, stanę ia do prawa. 

Jeszczem gardła nie przepadł, ieślisz o nadgrody, 
O nadgrody nie trudno, tylko chciey do zgody, 
Damci samego siebie, weźm mnie wiernie sobie, 
Stanie mnie za zasługi a za szkodę tobie. 

ł^ I K Ś N. 

Udatna noszko ^) członku znamienity 
Nadobney Panny, oczom moim skryty. 
Siła zaprawdę, siła ludziom krzywa. 
Szata, która cię podołkiem okrywa. 

•) Nóżko. 



— 122 — 

Zazdrość przyczyna — wiedząc że wdzięcznieysza, 
Ludsckim nad insze oczorfn przyiemnieysza. 
By cię tak oko iak rękę widziało, 
Pewnieby do ciebie serce me przystało. 

Lecz wstyd, co cnocie powinien hołdować, 
Każeć go zgoła pod letniczkiem chować. 
Niezbędny wstydzie, oszuście przeklęty! 
Próżnych dzieweczek czemu zwyczay święty 

W ludziech pomieszał? Nie było sromoty. 
Póki nie było twey przysady cnoty. 
Spartańskie Córy noszki odkrywały, 
A przecie w cale cnoty swe chowały. 

O iakoszbym ia życzył tego sobie 
Żebym na ten czas mógł bydź przy tobie, 
Kiedy zewłoczą zazdrościwe szaty, 
Klt^ynot ach nader odkrywasz bogaty. 

Raz mi w tym czasie szczęście posłużyło. 
Szaty gwoli mnie trochę uchyliło. 
BiaJa pończoszka y tego zayźrzała *), 
Tylko przez chmurę słońce pokazała. 

1^ I E ń rśi. 

Wybrało się siedm grzechów na Seym do Warszawy, 
Szumno, świetno wiechali, maiąc pilne sprawy. 
Pycha w Rynku stanęła, łakomstwo w Ulicach, 
Gniew z zazdrością u Kupców, obżarstwo w Piwnicach. 
Nieczystość też przy murach z lenistwem została. 

Bo się im tam gospoda w Rynku niedostała. 
Za nimi leż pięć Zmysłów mając dziwne stroje. 
Przed któremi iachało Pacholątek troje. 

Jełlnego zwano Inań a drugiego Cudzy. 
Trzeci zapamiętały, iachali też drudzy. Marszałkowi słudzi. 



') Pozazdrościła. 



— 123 — 

Widzenie wprzód z słyszeniem, z powonieniem kroczy, 
Nierządne dotykanie z ukuszeniem *) boczy. 

Za tym też i Piechota gdzie Cudzołożnicy, 
Zabiiacy, złodzieje tam do Szubienicy. 

Stanąwszy, a ci drudzy przedmieście okryli, 
Z przekupkami tak mężnie i potężnie pili. 

Że jeszcze y do tych czas chodzę po Warszawie, 
AYszyscy będący chętni przyimuią łaskawie. 

Których nie wiem kto, Starszy kazał podeymować, 
Goście radzi jak widzę będą tu Seymować. 

X A X I K C. 

Dzieweczko choydysz kogo ty wolisz, 

^ Czy mnie samego, czyli słuszkę mego. 
U mego słuszki iedwabne wstąszski, 

A u mnie samego, ze Złota szczerego. 
Boć mi służeczka zawsze przyiaie, 

A sam Jego Mość I. niemaie. 
P. Bożeć zapłać, żeś mi dała spatrzeć, 

Będę cię wspominał y nie będę miiał. 
Niemasz ci niemasz iako niewieście, 

Chłop robi w polu, a ona w mieście. 
Chłop idzie z pola postękujący, 

A ona za nim wykrzykający. 
Przyszła do domu kazała mu skakać, 

A on nieborak iął przed nią płakać: 
„Moia miła żono nie czyń mi tego, 

Raczey mi day ieść ieśli masz czego". 
„Jusz to bydź mężu inaczey niemoże* 

Chociasz o głodzie poskacz niebożę". 
On nieboraczek iął sie pod boki, 

Chociasz mu nie w smak przecie bieżał w skoki. 

') Ze smakiem. 



— 124 — 

-Widzicie ludzie jako mnie słucha 

,Bym słowo rzekła, nakłania ucłia. 
-Widzicie ludzie iako sie mnie boi, 

, Wyćwiczyłam go po swoiey woli. 
» Uczcie sie Niewiasty iako ćwiczyć swego, 

fl Która zwłaszcza ma Męża głupiego. 
^Rozrhoruyże sie, powiedz, że cię boli, 

, Cokolwiek on wszystko uczynić gwoli. 
cNaj>izy że sie ty w ten czas u niego, 

., Cokolwiek zechcesz, nakupić wszytkiego. 
,A kledyć nada dostatek wszytkiego, 

„Mieyże też ty więc wzgląd na uboższego. 
aPi-zęd służałemi nie zamykay domu, 

„A nie day sie użyć pod czas leda komu. 
,Ja twoja druchna przestrzegam ciebie, 

, Jakom ia też zmłodu rządziła siebie". 




I 



U.^ 



— 12B — 



Statut Jana Dzwonowskie^o 

To jest Artykuły Prawne 

Jako sądzić Łotry i Kuglarze jawne. 



Roku sucho-mokrego na pełni miesiąca, 

Gdy ząb zęba nie doszedł z wielkiego gorąca, 

W ten czas następowały gwałtowne powodzi, 
A żaden nie utonął, co się wisieć godzi. 

Pisano go przy szynkwasie 
Tak rok jakoś o tym czasie *). 

W przedmowie do iczytelnika, radzi autor: 

Mój miły kwiczelniku powiadam ci jawnie 
Jeślibyś clicial łotrem być, postępuj że prawnie. 

Prawem powinni się rządzić i członkowie cechu pija- 
ckiego. Kiedy w gospodzie każe sobie który z nicti przynieść 
konew piwa, niech te „constytucje dobędzie z kieszeni" i czyta 
dla towarzystwa. 

Następuje: 

List wolny przywilej Frantowskiego Cechu, 
Kto go niema, powinna z niego kpić do zdechu. 

List rozpoczyna się: 

Wszystkim Frantom, Marchułtom, i młodym figlarzom, 
Sowisrzalom, Rzygulcom, ba i starym łgarzom, 

*) Tegoż Dzwonowskiego jest dyalog: „Niepospolite ruszenie, abo 
la wojna* (1621). 



— 126 — 

Łakomskim, Darmostrawskim, naszej milej szlachcie, 

Którzy we złych koszulach, a o jednej płachcie. 
Panom wytrząsikuflom, lapisztakom owym, 

Do wszystkich razem jadę z pozdrowieniem nowym, 
SJużby z Rostruchanami Flądrowe oddając, 

I śklenic póJtorasta pilno nalewając, 
Modlitwy swe oddając wprawdzie wywietrzale, 

Pozdrawiam stare błazny i błazenki małe. 

Nie każdy jednak należeć może do cechu; nie potrzebny 
tam jest i taki co „po ważkę stroi" i „kordyjaczny*, co się prędko 
zwadzi. — Później następują rady z kim bezpiecznie można 
figlować i frantować. Z księżmi i panami trzeba być ostrożnie. 
Jeżeli jest kilku razem takich, co „grzecznie błaznują", nie po- 
winni sobie wchodzić w drogę, lecz czekać: na każdego z nich 
kolej przyjdzie. 

A to też trzeba wiedzieć, że równy równego 

Ma szanować, a zwłaszcza rzemiesła jednego. 

Muzyk muzyka szanuj, dworzanin dworaka, 

Nie kpij duda z balwierza, ni woźnica z żaka. 

Po rozmaitych wreszcie radach z kogo i jak żartować 
można, następują „artykuły prawne", z których kilka podajemy: 

Artykuł VI. 

Ktoby się zwał szlachcicem, a nie byłby takiem. 
Powinna go opatrzyć jakimkolwiek znakiem: 

Pół wąsa mu ogolić i żeby wiedziano, 
łże go tu niedawno nobilitowano. 

Artykzuił VII. 

Ktoby co świeżo zełgał, by się nie udławił, 
Jeśli się taką łżą wiele będzie bawił. 



1 



— 127 — 

Powinna mu dać trunek dla takiej przyczyny ^), 
Niechaj kufel wypije, albo kubek wody. 

Artykział VIII. 

Ktoby się chciał zalecać, a nie miał urody, 

Kazać mu się umywać kilka raz u wody, 

Bo co się to zaleca, a o mnie nie dbają, 

Może go onym nazwać, co niewiasty mają. 

Artykuł IX. 

Gdyby kto zwadę zaczął, a chciał kogo ranić, 

Porwawszy go między się, trzeba mu to zganić. 

Gontem w z — po razu, potym go przeprosić, 
A broni mu nie dawać do tego dnia nosić. 

Artylciał X. 

Grubego pijanicę, co owo łakomy 

Kufle chwyta, nie godzien do posłania słomy, 
Gdy się dobrze upije, położyć go w błocie, 

Czernią kijów nań nakłaść, ku tej jego cnocie. 

ArtyUuił XI. 

Gdyby kogo zastano na takim nierządzie, 

W kłótkę mu iąd.. zamknąć, ba i ono gładzie. 

Niechaj tak za pokutę chodzi tydzień z kłotką. 
Żeby więcej nie igrał z nadobną Dorotką. 

Artykuił XII. 

Każdy w swej powinności niechaj się poczuje, 
Tak powinien dobrze pić, aże się ubluje, 



') W egz. Bibl. Jagiell. zamiast „dla takiej przyczyny*, dopisał ktoś 
ws jłczesny (może autor): ,dla takowej zgody", czem naprawił rym zagubiony.. 



— 128 — 

Kto tego nie uczynił, taki w naszym Cechu 

Niegodzien być; nasza rzecz połykać do zdechu. 

Artylctał XIII. 

Ktobykolwiek dal fukać na się swojej żenię, 

Powinien z duszą, z ciałem iść na potępienie. 

Powinna go wymieniać i we wsi i w mieście, 

Że nad sobą przewodzić da marnej niewieście. 

Artyl<vił >C\^ 

Która żona wybije dobrze męża swego, 

Żaden jej nie powinien urząd karać z tego. 

Gdyż mąż tak wyższy urząd, nie czuje o sobie, 
Bogdajże mu kat wyciął zaraz ręce obie. 

Następuje jeszcze szereg ogólnych uwag: 

Nakoniec macie wiedzieć Panowie Cechowie, 

Nie wdawać się drugi w rzecz, gdy jeden co powie. 
Jeden nie kpić z drugiego, swemu dobrze życzyć, 

Nie pytaj się coś przepił, ani rzędu liczyć. 
Pić, to twoja powinność, zliczy to kto iny. 

Nie gniewać się, choćby też dla słusznej przyczyny. 
Ubogiemu nic nie dać, ukazać mu figę, 

Weselić się, tańcować, obłapiać Jadwigę. 
Karczmy żadnej, ni wichy przy drodze, nie mijać, 

Piwo choćby najgorsze i gorzałkę pijać; 
Bez pościeli się ukłaść, ba i bez wieczerzy. 

Tak się miernie sprawować, jak tego bieg bieży: 
Pożyczać na gorzałkę, na piwo, na karty. 

Boso chodzić, bez pasa, żupan mieć podarty. 
Częściej święcić, niż pościć, muzyką się bawić, 

Gdy kto czego pożyczy, cnotę mu zastawić; 
Wszak dłużników nie wiesza, tylko to się dzieje, 

A nic się nie przeciwić, niech się kto chce śmieje. 



— 129 — 

W domu nie mieć naczynia, dla niewieściej zwady. 

Bo Avięc o to niewiasty powadzą się rady: 
Ujźrzy jedna u drugiej, a gdy nie pożyczy, 

Czego onej potrzeba, sto dyablów naliczy. 
Nawet i głupia świnia mądrych ludzi zwadzi. 

Lada o co bogacze gniewają się radzi. 
Przeto lepiej nic nie mieć, jako mówię, w domu. 

Tobie się nikt nie przyda, a ty też nikomu. 
Roboty się ciężkiej chroń, folguj swemu zdrowiu. 

Dla dłużników miej nogi zawsze pogotowiu. 
Na noc drzwi nie zawieraj,' niech otworem stoi. 

Jak zamkniesz, to pukają, tak się każdy boi. 
Mniema byś stał za drzwiami żelaznym kosturem. 

Tak możesz bezpieczen być, jak zbrojny za murem. 

Po tych ogólnych uwagach, idzie szereg „Kryminałów". 
Tego, co ukradł krowę, karać się nie godzi, bo i „tak srogi 
ciężar wziął na głowę". Również należy odpuścić winę temu. 
co ukradł pieniądze skąpcowi. — A oto kilka „ Kryminałów ** 
w całości: 

Kryminał na Pijanice. 

Na łotry, na pijanice Trzeba nowej szubienice, 

r z tego różnych płoskonek, Duży kręcony postronek, 

Zawrzeć u wierzchu garło. By więcej piwa nie żarło, 

Bo zasie dla nas po chwili, Nie będzie cobyśmy pili; 

Jeden za czterech wypije, Aże chodzi jako diie. 

Każdemu w domu zawadzi, Wszyscy go zbywają radzi. • 

Kryminał o pożar. 

ly kto kogo zapalił. Któżby tę sprawę pochwalił? 

żdy się go stracić nie godzi, Niech z puszką po światu chodzi, 

gdy kędy co uprosi, Niech na pogorzelin:^ nosi; 

jeśliby spalił chcący. Wsadzić go w ukrop gorący, 

3chaj posiedzi z godzinę, Stanieć mu pewnie za winę. 

KSIE6I HUMOR') POŁUIEBO- T. I- 1) 



— 130 



Kryminał o 

Kiedy by kto cudzą żonę 
Uczynek to miłosierny, 
Ba i jeździec znamienity, 
Nie goń go i na ćwierć mile, 
Jak potym dziatek narobi. 
Wróci tobie i z przydatkiem 
Proszę, byś się nie obrażał. 
Podjąłbyś pracy nie mało. 
On musi i dzieci chować, 
A wżdy jednak czasu swego, 
Żonać nigdy nie uleci, 
Coś i^ przestawał na małe, 
Potym, gdy dochowa śmierci, 
A jeślić tamtej nie stanie. 



cudzołóstwo. 

Uwiódł gdzie w daleką sti*onę, 
Znać, że to przyjaciel wiemy; 
Tak dogadza jako i ty. 
Niech ją chowa Ave złe chwile. 
Familią twą ozdobi. 
I daruje cię ostatkiem. 
Ty byś tego nie dokazał, 
I naczyniać by nie stało, 
Z piętnaście lat pokutować, 
Przyjdziesz ty do gotowego; 
Przywiezieć dwa wozy dzieci, 
To będziesz miał swoje w cale. 
Niechaj dyabeł dyabła "Wierci. 
Możesz mieć dwie inszych zanie. 



Na końcu broszury jest jeszcze „Summa sądów". Autor 
nie radzi wdawać się w procesy, bo w sądach kto mocniej- 
szy, ten wygrywa, a zresztą „prawo długo się wlecze". Naj- 
lepiej sobie samemu sprawiedliwość wymierzyć. Jeżeli chłop 
fo zawinił, to najlepiej go samemu powiesić bez sądu, a nie 
narażać się na długi proces i później jeszcze płacić kata. 
Chcesz na równym sobie adwersarzu Avywrzeć zemstę, to za- 
miast udawania się do sądów — „stłucz mu parę ziober 
w boku". — Na tych humorystycznych radach kończy się 
broszura Dzwonowskiego. 



-ji^^ 



— 131 — 



Stanisław Serafin JAGODYŃSKr). 

I. 

z .,aR08ZA«2). 



Groszowe Tyfuły. 
Grosz gielt, gleyt, daemonium zową i mamona. 

Że różne ma godności, różne i imiona: 
A wszak ktoby nagodniej chciał Grosz tytułować. 

Niecił go pomni z urzędu Tołum fac mianować. 



*) Dworzanin Zygmunta UL i Władysława IV. Z tym ostatnim, 
kiedy był jeszcze królewicem, podróżował po Niemczech i Włoszecli. Bliższe 
daty życia jego nieznane. 

«) GROSZ 

S. S. 

JAGODYŃSKIEGO. 

Pod zasłoną i ozdobą skrzydeł Króla Ptaków 

Orła 

Jaśnie Oświeconych Książąt 

Ich Mci Radziwiłow. Panów P. 

zawsze miłościwych iaśnie wielmożnych 

znacznie wieloczynnych. 

Przy Groszu kładą się Apophtegmata ludzkiey mądrości: 

o Groszowey zacności. 

I Questye na które Groszowe lesolutie. 

Do Czytelnika. 

Myśliłem dla przyjaciół o iakiey Kolędzie 

Ale mniemam iż każdy z Grosza kontent będzie: 
A iż ten mądr kto co ma, toć y ten nie głupi 

Który chcąc mieć y umieć Grosze sobie zkupi. 

W Krakowie. 
Nie maią Czynszownicy nic do Grosza tego, 
Nie Cesarski tu napis, pismo Cezarego. 

U* 



132 



Grosz Rząd, 

Dwa okręgi krąg świata obchodzą swym rządem: 
Słońce po niebie, a Grosz wodą i lądem. 

Gross Prsylaciel bliski. 

Przyjaciel daleko, Bóg wysoko, acz wszędzie, 
Byle mieszek byl blisko, przyjaciel przybędzie. 









Grosz Fundusz. 

Pytałem się w kościele jeśli tam Grosz wadzi? 

Rzeczono: tu grosz śpiewa, grosz dzwoni, grosz kadzi. 
Auri sacra fames, świetne jest ac święte zloteczko. 

Per zlotum świeci, świecciąue świecare peroptant. 
Sunt alii: quos non srebri zlotigue: Cupido, 

Zbierandiąue: tenet, niezbędnos cura pieniędzos. 



Grosz szlachectwo. 

Ziemianie w ziemi pyszczą dla grosza jak świnie 
I szlachectwo bez grosza nie tak płatne ninie. 

Do szlachectwa grosza (jak do barana bobra) 

Trzeba. Dziś tylko szlachcic dobry, co ma dobra. 



Grosz Stanów różność. 

Chocia w łaźni i w trumnie oba goło siedzą 

I tam niewiem skąd co Pan, co gołota wiedzą. 

Ba gorsze na ubogie nowiny dziś głoszą. 

Że i w piekle drwa, smołę chudzi Panom noszą. 

I chłopięta jak w łaźni tamże drapią Pany. 

Patrzcie jak to Grosz wszytkie wszędzie dzieli stany. 



— 133 — 

Grosz ludzkie przywary. 

Bodaj nie tycli pieniędzy, ale bodaj z niemi, 

Kłopot z pieniędzmi, ale gorszy bez nich, wiemy. 

Mówią, żeby źle we śnie pieniądze znaczyły; 
Ale bodaj się mile pieniążki i śniły. . 

Grosz condifio sine qua non. 

Jednemu człeku biada, jak pismo powiada. 

Bez czegóż to tak barzo? bez żony, dokłada. 

Jeśliż jednemu biada bez dzieci, bez żony. 

Lecz i z żoną i z dziećmi biedniej bez mamony. 

Więc że się nędzy strzegą (boć zła, matko Boża) 
Prędzej dziś męża Koza ma niż Panna Hoża. 

Apophtegmata ludzkie] mądrości o groszowej zacności. 

7. 

Rej Poeta staw spuszczał, więc jak bywa z nami, 
Wyprawił ktoś pachołka po ryby z „służbami". 

Przyjął posła i respons dał mu bez pochyby. 

Lecz tak: „służba za służby, pieniądze za ryby*. 

8. 

Głowa Polskiej Korony ^) sam między hetmany 

Marsem rozgraniczając z Moskalem Litwiany 
Jako Pan taki miał sług ćmy z krain dalekich 

Ociężałych husatzów, i kozaków lekkich.. 
Tam jeden (między gołą piechotą, jak bywa. 

Że i hajduk dla zdrowia rad zbroje używa) 
Talarami był Węgrzyn piersi obwarował, 

A gdy w szeregu swoim mężnie postępował, 

>) Batory. 



— 134 — 

Puści ołów do srebra samopał moskiewski, 

Lecz nie puścił zaszyty w kaftan żołd królewski. 

A Witeź obaczywszy, że go caluteńka, 

,Nie Wieliczka to zbroja, — mówi — da dobreńka". 

10. 

Całując mię Sapieho przyjacielskim duchem, 

Równasz twoje panięce ucho z moim uchem; 

Siedząc na mym kolanie przyciskasz bok z bokiem 

Mówisz: » zgoda Jagoda oko me z twym okiem*. 

Jać mowie cne paniątko, kładź choć i nos z nosem, 

Niemasz równości kiedy nie równy trzos z trzosem. 

13. 

Też paronomaziae dziecka stroją sobie: 

„Lepszy groszyk niż groszek** mówią o tej dobie'). 

16. 

Nadawszy się z palicą Mazur w karczmie siedział. 

A że za groszem wolność wszelka tak powiedział: 
Kiedy mam Gros, Nadymam nos 

Nadmę i wąs. Za Groszem mąz. 

16. 

„Żaczku kup (mówi baba) pierożek choroszy" 

A żaczek na to babie: „dajże babko broszy!** 

Dał znać, iże i babka dla Grosza przedaje, 

I żaczku być bez placku gdy grosza nie staje. 

19. 

Chełpiła się, w swą taszkę trzepiąc jedna Pani: 
„I z tej się, pry, kalety rodzą Kasztelani**, 

*) Groszyk z drób. od grosza, groszek z drób. od. groch. 



135 — 



20. 



(Od) odwracania łeb boli, z proźb uszom głuchoty. 

Od dawsCnia drżą ręce, złe to są przymioty. 
Co iż wszytko bolesno stąd się konkluduje, 

Że więc: „daj, daj!** krzyczących żaden nie miłuje. 
Tylkoć szynkarskiej łaski to: „daj, daj!** nie traci, 

Ale się i tam słodko pije, gorzko płaci, 
I stało się gdzieś słyszę gdy pili, huczeli, 

A kiedy płacić przyszło wszyscy poniemieli. 

Grosz Przyjaciel prawy. 
23. 

Że Bóg a mieszek to przyjaciel prawy 

A ludzka przyjaźń tylko dla zabawy, 
Ztąd testamentem zostawił Doktor Kosz 
-Że nasza matka kaletka, ociec Grosz. 

26. 

„Nie pomogą nic złota, gdzie dziurawa Cnota**, 
To to dawna i bardzo piękna była nota. 

Lecz dziś nowa nastała, nie wiem jak chorosza: 

„Nie pomoże nic cnota, kiedy złe pół grosza *". 

30. 

Wierzam z Kochanowskiego o duszach już wiecie, 
Że jedna ma być w ciele, a druga w kalecie. 

Jeśliż zbyć której, tej to pozbyć z ciała. 

Aby druga na pogrzeb w kalecie została. 



') Sądzę, przypuszczam. 



— 136 — 

II. 
Z „D\\roIlZA.ISfEK:"0- 



Białogłowy i icłi mowy. 

< i dyby ta rzecz nie pismem była potwierdzona, 
Że niewiasta jest z męskiej kości uczyniona. 

Uważając ich szepty, i tak żwawe mowy. 

Rzekłbyś, iż Bóg z języka stworzył białegłowy. 



Biada psu w piąfelc i rzeźnilcowi. 

Nie tylko pies na piątek, lecz i rzeźnik biada, 
Bo rzeźnik nie przedaje, czego pies nie. jada. 



Grób. 

Najciężej w grób Niemcowi, a to z tej przyczyny 
Że nie lubi ślafbanku Niemiec bez pierzyny. 



L 



») DWOHZANKl 

s. s. 

JAGODINSKIEGO 

które 

Z Dworskiemi a rożnemi Epigramataiui, 

pod 

Protekcją laski, y direkcya Laski 

Jaśnie Wielmożnego Pana 

J. M. P. Łukasza ze Bnina 

Oljsdiljskiego, Marszalka Koronnego Nadwornego, Leżajskiego etc. Starosty 

wszędzie idą bespiecznie. 

W Krakowie, Roku Pańskiego 1 0:21. 



137 



Vofum chłopa Rusina. 

Gdybych był Królem jakim, albo Panem możnym, 

Naprzódbych nic nikomu nie dać był ostrożnym: 
A samobych łój barani tak bez chleba jadał. 

Masło pijał, a czosnku z gorzałką przykładał. 
Wyniść') z izby, co to jest, anibych chciał wiedzieć 

Zawszebym na gorącym piecu wolał siedzieć. 
Co dzień bych się upijał, gdybych jeno sprostał, 

A co godzina w łaźni winnikiem się chwostał. 
Niechże na delicye Pan Włoch tu przyjedzie 

Gzy w tych być delicyach woli, czy w swej biedzie? 

Włoskie delicye. 

„Cłileb czarny jako ziemia, syr jak kamień twardy, 

Kapusta kwaśna w Polszczę*, — przymawia Włoch hardy. 

Włochu jedz ty robaki, żaby i ślimaki! 

W Polszczę potrawy, — głodne we Włoszech przysmaki. 

Zaloty. 

Jeden łajan, że zalot nie poprzestał z postu, 
Odpowiedział po prostu: „niet postu u chwostu". 

Zła niewiasta. 

Zła niewiasta wad dyabła gorsza piekielnego. 
Bo ów tylko złych męczy, ta zaś i dobrego. 



»j Wyjść. 




138 



Z „FACECYJ POLSKICH"'). 



Jakich ludzi na świecie nawięcey. 

U pana jednego trafiła się przy stole gadka: jaki^o 
rzemiosła na świecie najwięcej? Powiada każdy swą, jeden 
krawców, drugi szewców etc, że się zgodzić nie mogą. Stań- 
czyk tam niedaleko stojąc, powie: „Panowie wszyscyście nie 
2gadli. Lekarzów najwięcej na świecie: a jeśli nie wierzycie, 
oto w tym tu mieście ukażę ich sto i więcej, trzy dni temu 
nie wynidzie". Założy się jeden pan zacny z Stańczykiem 
o sto złotych, a Stańczyk i o chłostę, że tego pokazać nie 
miał. Nazajutrz Stańczyk chodzi to do tego, to do owego, 
gi^h^l sobie obwinąwszy. Pytają go, coby mu to było? powiada, 
że mu gęba spuchła, dla bólu ciężkiego zębów. Każdy z nicli 

') „Facecye Polskie, Abo Żartowne a trefne Powieści Biesiadne, tak 
K rn^^.niaitycli Autliorów iako też y z powieści ludzkiey zebrane**. 

Po tytule idzie. 

„Sunimaryusz wszytkich rzeczy, które się w tych książkach opistge. 

„Rozdzieliłem te książki na sześć części, abo raczey traktatów, a to 
dht irjzniaitości materyey, która się w nich opisuje: ne veluti dissolutae sco- 
[łae esse videantur, y dla łatwieyszego znalezienia rzeczy: 

„W pierwszym traktacie, będziesz miał po^vieści żartowne. 

„W wtórym, misterne a foremne zabawy znaydziesz. 
' „W trzecim, Apophtegraata abo z rozumu baczne powieści. 

„W czwailym, są trefne przymówki y szyderstwa. 

„W piątym, niewieście chytrości opisuje. 

„W szóstym, przypowieści o głupich ludziach ukazuje. 

„Starałem się też, aby pod każdą przypowieścią była sentencya pol- 
sśfca, pokazująca to, iako z żartów statku uczyć się mamy". 



— 139 — • 

powiedal lekarstwo na zęby, co kto umiał abo wiedział, że 
ich dal spisać regestr niemały. Trzeci dzień przyjdzie, — także 
powiada pan, mniemając by prawda, dlaczego to Stańczyk 
czynił, niespodziewając się, każe mu, aby po Piretrum do 
apteki posłał, a chmiel w occie uwarzywszy, tym zęby płu- 
kał. Stańczyk z regestrem idzie, na którym naprzód pana 
onego napisać kazał. Pyta jeśliby mu się godziło wyliczać 
lekarze abo nie. Powstaną wszyscy słuchać, pan weźmie re- 
gestr, pyta, czemuby go naprzód między tymi lekarzami po- 
łożył? Odpowie Stańczyk: „boś mnie na zęby dobrego lekar- 
stwa nauczył i ci wszyscy którem tu spisał". Śmiechu dosyć 
było. Wszyscy rzecz Stańczykową pochwalili. Jednak prawda, 
co żywo, to leczy. K' temu: 

Gdyby leczeli sami doktorowie. 

Hardziby byli, niech to kożdy powie. 

Których ludzi na świecie namniey. 

Na drugiej biesiedzie trafiła się gadka różna od tej pierw- 
szej, gdzie pytano, których ludzi namniej na świecie? Po dłu- 
gim gadaniu, powiedział jeden, iż namniej na świecie księ- 
dzów, żydów i szlachty. Gdy przyczyny od niego pytano, tak 
to wywiódł: „Gdyby księdzów dostatek było, tedy by drugi 
dwojga beneficyi i plebaniey nie trzymał. Ale że księży mało, 
dla tego drugi musi siła beneflcyj trzymać. Druga, żydów też 
mało, bo gdyby ich dosyć było, tedyby chrześcianie lichwy 
nie brali. Ale iż żydowie nie mogą dostarczyć lichwić, przeto 
im pomagać muszą chrześcianie. Trzecia, szlachty też nie wiele 
n» świecie, bo kiedyby ich dostatek było, tedyby leda chłop 
ichcicem się nie czynił, ale że ich mało, przeto co żywo 
achcicem chce być polskim".. Pochwaleli wszyscy on jego 
wód, mówiąc: 

Acz co drugi żartem powie, 
Prawdy się tam kożdy dowie. 



— 140 — 

O jednym co skarlr we śnie znalazł. 

Frant jeden, prościnka rzkomo, ale rad kuglował *) gdjr 
też .swego trafił, przyszedł do kościoła, i wedle zwyczaju po- 
stitwil świeczkę, chodząc po kościele ujrzy w kącie dyabła 
natiiiilowanego, a on na wołowej skórze nie wie co pisze^ 
stanie i rzecze: „Ty niebożę dyable, źle cię tu namalowano 
w kiicie, a wszakżeć postawię świeczkę, abyć widniej do tego 
pisania było". Szedł potym do domu, w nocy podle żony 
ywej leżąc, śni mu się jakoby był w lesie jakim, i potkał go 
on dyabeł mówiąc: „Postawiłeś mi dziś świeczkę, przeto słu- 
szna, abym ci to dobrodziejstwo oddał, pódź za mną; ukażed 
miejsce gdzie wielki skarb jest zakopany**. Idzie z nim, przy- 
wiedzie go pod jedno drzewo, odkryje trochę ziemie, i ukaże 
mu kocioł pieniędzy, mówiąc: „Idź do domu po rydel i po 
motykt^^ przydź z żoną wykopajtaż go**. Rzecze on frant: „ale 
zti^ na to mieysce nie trafię". Rzecze szatan: „połóż znak 
jaki". Frant ^m chciał czapką naznaczyć, rzecze szatim: „nie 
kłiidź czapki, weźmie ją kto, abo mógłby się kto inszy do- 
myślić, raczej się na tym miejscu us...". On nieborak, że też 
pogotowiu było, usłuchał go, rozumiał, że w lesie pod drze- 
wem, a on podle żony w pościeli puścił. Żona woła pfe, pfe» 
on Hię obudzi, powiada jej, że to skarb chciał naznaczyć: 
, dyabeł mi dobrodziejstwo wczorajsze oddał, com mu w ko- 
ściele świeczkę postawił". Dawna przypowieść, złemu nigdy 
nie vYierz, do tego: 

Na tym handlu straci, 

Kto się z dyabłem zbraci. 

O Sołtysie^ co syn jego studował^). 

Sołtys jeden nakładał na syna w Krakowie nie małym 
liosialkiem, ale on nakład próżno wiódł, bo p. student więcej 



*) Żartowjił. -) Uczył się. 



— 141 — 

gdzie szklankami dzwonią przeleżał, aniźli w KoUegium. Gdy 
mu pieniążków nie stało, powędrował do ojca, aby mu zaś 
dał pieniędzy. Nie bardzo się ojcu chciało, że już nań był 
niemało nałożył. Prędko ^) potym kładł ociec gnój na wóz, 
a synaczek dziwował się we drzwiach stojąc, zawoła go ociec: 
synu, ba chodź jeno! Przyszedł, pyta go jako po łacinie widły, 
syn rzecze: widłatus, a gnóy? gnojatus, a wóz? wozatus. Roz- 
gniewał się ociec, dał mu wadłami po łbu, mówiąc: „Trafieć 
ja łotrze taką łacinę, znać iżeś się za szkołą uczył. Nu łotrze, 
weźmiż widłatus w rękatus, nakładajże gnojatus na wozatus, 
niechajże już widłatus" będzie twóy piórkatus, a mego nakładu 
nie trać". Pospolicie mówią: Nie z kożdego żaka ksiądz, bo 
to prawda: 

Nie karmią łyżką nauk w Krakowie, 
Kto tam ma dziatki, snadno się dowie. 

O małpie^ co pana ozdrowiła. 

Mało nie na ten kształt ^) trafiło się onemu Kalimachowi, 
który Albrechta króla polskiego był preceptorem, że też od 
śmiechu samego ozdrowiał jako i ten pan. Trafiło się, że się 
rozstękgj na śmierć, prawie tak, że go doktorowie byli odstą- 
pili, abowiem mu onej melancholiej, którą miał, żadnym spo- 
sobem wybić z głowy nie mogli, jedno leżał nic nie mówiąc, 
jakoby umarły. Słudzy J£go widząc, że już pan żyw być nie 
może, z powieści doktorskiej % tuż przy jego oczach % brał 
każdy który mógł co zachwycić. Miał ten Kalimach małpę na 
łańcuszku, która wszystko widziała, co owi słudzy czynili, 
a widząc, że już w onej komnacie gdzie leżał, nic nie zostało 
jcieli, doskoczy do pana i ciągnie poduszkę z pod głowy 
niego, i w kąt imie^) kryć. Piesek co u niego na łóżku 



') Wkrótce. *) Tak samo, — mowa tu o facecyi. której nie umieści- 
łiy. ^) Na podstawie zdania doktora. *) W ol)ecności jego. *) Bierze. 



- 142 — 

leżal, jąl na małpę szczekać o onę poduszkę, na co Kalimach 
patrząc rozśmial się serdecznie mówiąc: ,Miły Boże! jeszczem 
żyw, a już się o puściznę') wadzą". Od którego czasu jąlo^) 
mu się zaraz poprawiać. Nie śmiesznać to facecya, ale się też 
zgodzi czasem niestatek statkiem przeplatać. 

Zawsze do zdrowia dobrego, 

Trzeba serca wesołego. 

Cwaj złodzieje jako księdzu pedogrę zleczyli. 

Dwaj złodzieje przyszli do jednej wsi, aby co worem, 
jako ono mówią, zabili; uwijają się to tam to sam, chcąc co 
obaczyć na swą stronę. Wypatrzy jeden kupę włoskich orze- 
chów u jednego sołtysa, których snadnie dojść mógł. Drugi 
zaś na oboi-ze u kmiecia barany i owce tłuste widział. Zmó- 
wili się który czego miał pilnować; tylko im o to szło, na 
któreby się miejsce zniść mieli, pokupiwszy w nocy one rze- 
czy bez pieniędzy. Zgodzili się na to, iż kto pierwej czego do- 
stanie, ten tego w kośnicy u kościoła niechaj czeka. W onej 
wsi był pleban chory na nogi, pedogrę miewał zdawna, nie 
mając przy sobie tylko dwu młodzieńców, co mu posługowali^ 
a gdzie trzeba na stołku nosili. Gdy się zmierzchło dobrze^ 
poszli złodzieje swojego pilnować; ten co na orzecliy godził, 
niedługo się zabawiał, skoro się tam w domu uciszyło, zara- 
zem je w wór pobrał pomału i wlazł z nimi do kośnice, by 
go kto nie ujrzał, a iż się jego towarzysz przydłuży około ba- 
ranów zabawiał, on co orzechy pokradł, gryzł je w kośnicy 
siedząc. Trafiło się, iż światło księdzu zgasło, a siarki wten- 
czas w domu nie było, musiał posłać do lampy do kościoła 
po ogień, a do kościoła było mimo kośnicę chodzić. Sługa 
idąc po ogień slyszawszy a w kośnicy orzechy łuskają, mnie- 
mając by to dyabeł broił, co wskok do domu uciekł bez 



') Spuściznę. '-) Zaczęło. 



— 143 — 

ognia. Ksiądz się gniewa, że przez ognia przyszedł, sługa przy- 
czynę powiadał, owo posiał obu. Idą a obiema drży pod ko- 
lony, ku kośnicy przychodząc łoskot on usłyszał, uciekli oba- 
dwa bez światła. Księdzu także powiedzą. Ksiądz złajawszy 
je, każe się sam na stołku nieść aże do kośnice. Niosą księ- 
dza. Gdy było blisko kośnice, złodziej on mniemając, by to 
towarzysz jego barana niósł, zawoła; „Poczkaj trochę, pomo- 
gęć dźwigać". Młokoskowie oni mniemając, że im dyabeł chciał 
pomódz nosić księdza, postaw^iwszy go, oba uciekli... A zło- 
dziej ku oknu leżąc (bez gruchotania kości być nie mogło), 
wejrzy z kośnice, poszeptem pytając: „bracie, a tłusty czy 
nie?" Ksiądz to słysząc z postrachu zapomniał pedogry, po- 
lewie się jako szalony z stołka, do domu uciekł. Złodziej mnie- 
mając, by to przed nim towarzysz uciekał, chcąc mu się z ba- 
ranem skryć, bieżał za nim wołając: „Słuchaj, moja go tam 
połowica". A ksiądz zamknąwszy się w domu rzecze: „Nie 
masz dyable żadnej połowice we mnie twej". Złodziej bacząc, 
że się omylił, nie chciał z księdzem rokować, potkał się z to- 
warzyszem, któremu onę komedyą swoje powiedział. Nie stę- 
kał ksiądz od tych czas na pedogrę. Zły strach a pewnie: 

Nie bywa tam chacha. 

Kto padnie na stracha. 

O żydzie^ co czekał ogolenia brody. 

Jeden oszust winien był żydowi sto złotych; aby mu ich 

nie płacić, chronił się zawsze przed nim. Raz go żyd wy- 

szpiegował u balwierza, i do urzędu go pozwał. Rzecze oszust 

żydowi: „Miły żydzie usprawiedliwięć się, tylko mi ślubuj 

ed panem balwierzem, że mi tych pieniędzy czekać bę- 

>sz, aż mi brodę ogoli". 

Żyd zapłaty się spodziewając, skoroby brodę ogolił, ślu- 
vał mu czekać ich, póki mu brody nie ogoli. Nasz dobry 
i to usłyszawszy, rzecze balwierzowi: „Stój, nie gól dalej. 



— 144 — 

Dobrze mnie z tą brodą, chociaj tak do połowice ogolona, 
gdyż sto złotych w mieszku zostanie **. Oddawszy grosz bal- 
wierzowi, odszedł. A żyd chodząc za nim woła: „Adonaj pie- 
niądze daj". Oszust rzecze: „Milcz żydzie, wszakeś mi ich 
obiecał czekać, mam świadka na to*". A wykuglował się mu 
tak oną brodą. Nie miej z żydy sprawy! Pamiętaj na on rytm: 
Już temu bieda, kto prosi żyda. 

Na księdzów łakomych. 

Spowiedał się jeden oszust przed księdzem, o którym 
wiedział, iż był gospodarzem wielkim. Tam z nabożeństwem 
wielkim powiedział mu: „Miły ojcze, niedawnego czasu wielką 
sztukę złota znalazłem, a i że mi to Bóg dał, nie chcę tego 
na swój pożytek obrócić; jeśli się kto do tego nie ozwie, tedy 
je oddaję do kościoła na Bożą chwalę, tylko mi daj co tak 
na strawę, cobym się mógł do domu wystrawować". Pyta 
ksiądz gdzie to złoto ma? Wymię -z kabzy brełę jak kokosze 
jajt^. Uradował się ksiądz onemu złotu, wymię z wacka ^) 
dwie parze czerwonych złotych, i da mu, obiecując mu, że 
io iniał na potrzebę kościelną obrócić. Poszedł on oberwipo- 
łeć wziąwszy czerwone złote, a ksiądz zarazę z brełą do zło- 
tnika, pytać wieleby ono złoto ważyło. Weźmie złotnik w rękę, 
ciężko na lamparcie próbuje, a ono ołów napoły z cyną po- 
złocono. Żal było księdzu, że tak drogo ołowiem się był jął 
kupczyć, ale temu nie miał co rzec. Na ścianie możesz napisać: 

Kogo się łakomstwo imię. 

Nogę taki wnet podwinie. 

Fortel gościnny. 

Do gościnnego domu przyszedł jeden, pyta jeśliby co 
mlula gospodyni gotowego jeść. Powie, że jest pod polewkę 



*) Z woreczka na pieniądze. 



— 146 — 

mięso. Każe go sobie dać sztukę. Gospodyni tak mu kościstą 
dała, że na niej mało mięsa byJo. Gość to widząc, jako nie 
dudek, w zanadrza ręce wlożyJ, gospodynią zawoła: prosi jej 
by mu pokrajała, bo mu ręce barzo zmarzły. Gospodyni mnie- 
mając żeby prawda, wziąwszy nóż, krajać chce, ano same ko- 
ści, przeto po inną 'bieżała do kuchniej. Gdy przyniosła, gość 
rzecze: „Już ja tę skraje, pani gospodyni, rozgrzały mi się już 
ręce, bo ta sztuka mięsa miękczejsza jest na mój nóż**. Tak 
ci, mnich niemowny, kot niełowny, źle się miewają. Przeto 
jeden dobrze radzi: 

Miej się na pieczy, 

Mów o swej rzeczy. 

O złodzieju co wlaał między łotry. 

Na Kazimierzu dq kościoła Bożego Ciała zakradł się 
cygan w nocy, jął wytrychem do zakrystjej odmykać. Zakry- 
styari co tam spał usłyszawszy ono skrobotanie około drzwi, 
do klasztora dał mnichom znać, że się złodziej do zakrystjej 
dobywa. Mniszy wstaną, do zakrystjej hurmem bieżą. On zło- 
dziej szeptanie usłyszawszy, odbiegł wytrycha we drzwiach, 
a iż kościół był dobrze zamkniony, nie mogąc z kościoła tak 
prędko uciec, zdjął z siebie suknią, i ułożył pod jeSną ławkę, 
a sam stanął w koszuli między łotry jako sam figura przy 
ścienie z drzewa rzezana, jako Pana Chrystusa żydowie na 
śmierć wiodą. Mniszy szukają wszędy po kościele, nie mogą 
nic znaleść, drzwi oglądają kościelne, widząc, że z kościoła 
nie uciekł, będzie tego szukania godzina abo trzy, aż jeden 
z nich pojźrzy z trafunku ^) na one łotry, a ono ich trzech, 
woła mnichów: fratres, fratres sam, rychło sam^). Mniszy 
;umiejąc, by cygana znalazł, przybieżą, pytają gdzie jest 
jan. Mnich rzecze: „Powiedźcie mi, bom ja nie czytał w Pas- 

*) Przj'padkiem. ') Chodźcie tu. 

RSiąei HUMORU P0ŁSKIE60. T. I. l^^' 



— 146 — 

sjej, wiele łotrów wiedziono z Chrystusem na śmierć?** Mni- 
szy go xfukają, „daj pokój teraz temu, a szukaj złodzieja". 
Mnich rzety.e: „Trzeba mi tego fratres, pojźrzyeie jedno na 
łolry, co ich żydowie prowadzą, że ich trzej stoi, a jam tylko 
o dwu na kazaniu słyszał**. Obaczywszy mniszy łotra, ściągną 
go na dół: „sam do nas cyganie, jeszcze tobie żydowie szu- 
bienict,^ nie nagotowali, ale masz gotową za Kazimierzem**. Gdy 
^o wiedziono, taki sobie nagrobek napisać kazał: 

I figiel żaden nie zbawi, 
Kto się niecnotą rad bawi. 



Fortel na złą żonę. 

Miał jeden złą a swarliwą żonę, tak iż chociaj robił, 
chociaj nie robił, bez przestanku mu jako psu łajała, a on im 
ją wict^ąj o ono łajanie bił, tym więcej ona uporniejsza była. 
Widząc, że mało na dębowe słowa dbała, z inszej beczki po- 
Q7Ąh l\v um kroć jęła łajać, on nic nie dbał, ale wziąwszy 
piszczałka,', chociej grać nie umiał, piskał w nie, a nim mu 
ona więcej łajała, tym on więcej jej piskał, naostatek żona 
od wielkich jadów *), jęła tańcować, a piszczałkę mu z rąk 
wydarła. On jej wziąwszy piszczałkę z ręku, jakoby tego nie 
widząc, jął piskać, a żona z domu łając poszła. Nazajutrz, 
gdy mu zaś łajać poczęła, z kalety^) piszczałkę wyjąwszy, jął 
leż piskać tak długo, aż go żona poczęła prosić: „O mój 
miły mi,*żu, jużże w tę piszczałkę nie piszcz, łajać ci nigdy 
nie będc\ Złego jako możesz tak używaj; podobno to 
prawda: 

Zły tam kiermasz bywa, 

Gdzie żona swarliwą. 



') Od wielkiej złości. 
^] Z kieszeni. 



147 — 



O balwierzu co dziewkom krew puszczał. 

Przyszedłszy dwie dziewce do balwierza Maja krwie 
puszczać. Balwierz pierwszej rzecze: „Powiedz mi panno, 
jakim ci puszczadłem ^) puścić, dziewczym czy niewieścim? 
Bo gdybym ci panieńskim puszczadłem puścił, a tyś niewia- 
sta, tedyć ręka spuchnie, i mogłabyś na nię ochromić, przeto 
mi prawdę powiedz, abo mnie potym nie winuj". Dziewka 
nieboga trwoży sobą, nie wie co ma rzec, sam się o rękę 
boi, sam się balwierza wstyda. A widząc, że balwierz przy- 
tyskuje, rzecze: „Puśćże chociaj niewieścim, dyabał ci mi tego 
Stanislausa dał". Balwierz się rośmiawszy, zaciął jej w żyłę; 
potym także i drugiej pyta. A ona: „miły balwierzu, zatnij 
chociaj tym coś Netce zaciął, bo znać, że to dobre puszcza- 
dło, czyście krew szła**. . Dowiedział się balwierz, iże cnotliwe 
dzieweczki, a też im nie życzył chromoty. Dziewki miłe: 

Często się to przyda. 
Sam się głupi wyda. 



Zł-ej ienie pokuta. 

Niewiasta szła się spowiedać. Mąż chcąc wysłuchać co 
przed księdzem Grzegorzem będzie prawiła, wlazł w kąt za 
ławkę gdzie siedział spowiednik. Żona między inszemi rze- 
czami powie, że od swego męża była ustąpiła. Kapłan gdy 
ją rozgrzeszał, począł ją karać o cudzołóstwo, a mąż wy- 
rwawszy się: „Prałacie łaskawy, nie daj jej pokuty żadnej za 
ten grzech, tylko za inszy, abowiem ja sam dam jej pokutę, 
że będzie znać na grzbiecie bez koszulę". 

Gdzie fartuszek płochy, 
Trzeba tam kijochy. 



^) Lancetem. 

10* 



— 148 - 

O pasterzu co był plebanem. 

Pan jeden miał w dzierżawie swej plebana, na którego 
był zlej wolej *), ale przyczyny mieć nie mógł, jakoby mu 
plebanią wziąć. Czasu jednego kluczki*) nań szukając, we- 
zwał go przed się, jął mu mówić: „Księże plebanie, toć roz- 
kazuję, abyś mi na to troje pytania moje odpowiedź do trze- 
ciego dnia dał; jeśli mi na to nie będziesz umiał odpowie- 
dzieć, wiedz, żeć plebanią wezmę, a inszemu ją dam. Naprzód 
mi powiedz, jako mię sobie ważysz? ') Druga, abyś mi powie- 
dział, gdzie jest środek wszystkiego świata? Trzecia jako da- 
lekiej różnice są od siebie szczęście z nieszczęściem? Dobrzeż 
to sobie rozważaj, a trzeciego dnia odpowiedz mi na to**. 
Przyjdzie pleban do domu, frasuje się, biega jako ogorzały 
kot, to tam to sam, rozkłada wijatyk, aby to mógł znaleść. 
Klechy się radzić, a klecha też był jak i pleban przeuczył. 
Pastuch jego bacząc to iż się ksiądz frasuje, a był przekęsi- 
tyteP), ucząc się przedtym w szkole, ale dla łotrostwa tak 
się odarł, że musiał u plebana woły paść, — pyta księdza, 
o coby się frasował. Rzecze mu pleban: „Nic tobie potym, 
bo mi namniej w tym nie pomożesz**. Rzecze pastuch: „a co 
ty wiesz, czasem ci też i prostak przegada doktora. Powiedz 
mi jedno**. Rzecze pleban: „Nasz pan trzy rzeczy mi zagadł, 
żeby eh mu na każdą rzecz trzeciego dnia odpowiedział**. I po- 
wiedział mu wszystkie trzy punkta. Pastuch księdzu rzecze: 
„Bądź dobrej myśU i nie troszcz się namniej, odpowiem ja 
panu na to, tylko mię w swe szaty ubierz**. Trzeci dzień 
przyszedł, ksiądz ubrał pastucha w rewerendę, czapkę aksa- 
mitną nań wdzieje, wijatyk pod pachą. Idzie do dwora pod 
wieczór, aby go pan nie poznał, stanie w cieniu, pan go przy- 
wita: „Witaj księże plebanie, czemu to tak pod wieczór?** 
Odpowie pastuch: „Myśliłem o tym, coś mi zagadł**. Rzecze 

*) Kt«'>reg:o nie lubił. ') Przyczei)ki. ') Clenisz. *) Sprytny. 



— 149 — 

pan: „Powiedzże na pierwsze moje pytanie: jakiejem ja ceny 
u ciebie?*" Odpowie pastuch: « Szacuję cię sobie na dwadzie- 
ścia ośm groszy^. Pyta czemu nie drożej. Odpowie pastuch: 
„Drożej cię szacować nie mogę, bo za Chrystusa żydowie Ju- 
daszowi trzydzieści groszy dali. Króla tedy szacuję za dwa- 
dzieścia dziewięć, ciebie za dwadzieścia i ośm**. „Dobrześ mi 
to salwował** pan rzecze — „powiedz drugą: gdzie jest pośro- 
dek wszystkiej ziemie?** Odpowie pastuch: „Plebania moja 
jest w pośrodku wszystkiej ziemie, a jeśli nie wierzysz, tedy 
rozmierzaj na wszystkie strony, a przyznasz, że prawdę po- 
wiadam**. Nie chciało się panu mierzyć, przestał jako mu po- 
wiedział. „Trzecią powiadaj: jako daleko od siebie chodzą 
nieszczęście z szczęściem?** Odpowie pastuch: „Niedaleko, tylko 
jednym noclegiem od siebie, wczoram ja był pastuchem, a dziś 
plebanem**. Obaczy pan, że nie pleban z nim mówił, ale że 
rzetelnie odpowiedział na pytanie, kazał mu na ordines, dawszy 
mu onę plebanią, a stary pleban u niego wikarjem. Obacz 
stąd, że nie darmo ono mówią: 

Nie patrz na to, że płaszcz ubogi. 

Może tam być rozum drogi.* 

O Stańczyku^ co przed pannami plugawie rzekł. 

Zfukano było Stańczyka naszego, iż był coś plugawego 
a nieprzystojnego rzekł u stołu przy fraucymerze. Stańczyk 
choć rzekomo błazen, ale miał we łbie, tak się z tego spra- 
wował *): „Jeśli to prawe panny są, pewnie tego com rzekł, 
nie rozumieją, nieinaczej jakobym po niemiecku powiadał, 
a jeśU nie panny, to nie było na mnie o co fukać, niech ich 
to nie obraża, bo już wiedzą co się na świecie dzieje**. Nie 
rythmci Stańczyku ale prawdziwy, acz nie wiemy jeśli tego 
argumentu część nie prawdziwa, ponieważ tych czasów panny 



*) Tak się usprawiedliwiał. 



— 150 — 

tak wiele jako i niewiasty wiedzą. I nie darmo ona przypo- 
wieść urosła: 

Skoro się gąsie z jaja wydłubie, 

Zieloną trawę zarazem skubie. 

O rajcy łakomym. 

Do radziec w jednym mieście, przyszedł mieszczanin pro- 
sząc, aby mu plac wymierzono na miejskim gruncie. Przy- 
zwolą wszyscy, tylko jeden, który był pryncypał, między nimi 
był przeciwko temu, tak, iż onego dnia nic konkludować nie 
mogli. Nazajutrz on mieszczanin szedł do onego rajce na po- 
kój, przyniósł mu dziesięć talerów, aby przeciwko tenm nie 
był. a swoje votum dał za nim. Wziął chętliwie. Gdy ta rzecz 
zaś przed radę przyszła, on pan rajca co pieniądze wziął, po- 
czął od niego rzecz prawić, i prosić, aby jako się onegdaj ze- 
zwoliło, plac temu mieszczaninowi wymierzyć. Rajce się dzi- 
wują co mu się stało, a mieszczanin obróciwszy się do sąsia- 
dów, rzecze: „Patrzcie jako brzęczą moje talery". 

O złodzieju^ co wlazł na pijanice. 

Złodziej wlazł był do domu pijanice jednego, który co 
jedno miał przepił. Pijanica usłyszawszy, że po domu chodzi, 
aby co połapić mógł, wynidzie do niego: „Bracie, nie wiem 
czego tu w nocy szukasz, ja we dnie znaleźć nic nie mogę". 
Dawno to: 

Pustki w domu miewa. 

Kto rad w karczmie bywa. 

O dwUf co się na rękę wyzwali. 

Polak z Włochem w Wenecjej na rękę się \\7zwali, 
i dali sobie godzinę i plac gdzie się mieli znieść. Włoch co 



151 



si^ zdał mężniej szy, i co na rękę wyzwał, skoro ona godzina 
przyszła, stal na placu czekając go, a Polak we dwie godzi- 
nie przyszedł. Oni co z Włochem przyszli i czekali, imą mu 
mówić, że nie rychło przyszedł, już ten od dwu godzin czeka, 
znać że się podobno boisz? A on śmiele na to: „Jako, boję 
się? nie to mi mieszkało ^), ale żem swoje rzeczy układał i do 
barki nosił, albowiem skoro go zabiję, starałem się, abym już 
miał gotowo zaraz precz odjechać*". Oną swoją powieścią tak 
onego Włocha zatrwożył, że się zaraz tamże pojednali. Nie 
darmo Ruś mówi: „Nie wsio horoszem, inszoja rozumem*. 
A nasi Polacy: 

Nie zawsze też na plac z głową, 

Możeszli odprawić mową. 

O aiemianiniOf co króla prosił o starostwo. 

Ziemianin jeden prosił króla o starostwo, aby mu król 
dał częścią dla zasług jego, częścią przyległością, że było bli- 
sko. Król go odprawił, że to być nie może, bom to starostwo 
już inszemu obiecał. On szlachcic za tak wielką łaskę i do- 
brodziejstwo królowi podziękowawszy, z wesołą twarzą od 
króla poszedł. Bacząc król, że się namniej nie zafrasował, 
spodziewał się, że szlachcic nie rozumiał co mu powiedziano, 
kazał go znowu zawołać. Pyta król, jeśU to wyrozumiał com 
powiedział? Odpowie: „widzę, że z mej prośby nic być nie 
może, bo inszemu to starostwo Wasza M. obiecać raczył". 
Król zaraz rzecze: „Dlaczegoś mi tak dalece dziękował?" Po- 
wie: „Dla tego Mości Królu, że to sobie mam za osobliwą 
a wielką łaskę, że mnie W. K. M. prędko odprawić raczył, 
abowiem mara co doma robić, a byłoby mi to z wielką 
szkodą moją, bym się miał dla tego wieszać na obietnicy, 
a przecie nic nie otrzymać, ktemu i pieniędzy jeżdżąc za dwo- 

^) Przeszkadzało. 



— 162 — 

rem niemalobym stracić musiał, przeto za tak prędką od- 
prawę słusznie W. K. M. podziękowałem". Król bacząc, że 
człowiek niegłupi z rozrywką piękną, kazał go kanclerzowi 
zaraz odprawić, list mu dać na ono starostwo. Tego nie 
wiem za którego to króla było, ale dobrzeby by się te czasy 
wróciły, żeby dygnitarstwa za godnością szły, trwalsząbyśmy 
Rzeczpospolitą mieli. A prawdziwy on rythm: 

Przez godności na urzędzie, 

Jak gdy świnia za stół siędzie. 

O niezgodzie^ piękny przykład. 

Na sejmie jednym między pany była wielka różnica 
około obierania króla: ta strona na tego wotowała, druga na 
inszego, owo każdy w swą. Panie jedno widząc tak wielką 
niezgodę, i do czego się ściągało, a był wielki wymowca, to 
go tylko szpeciło, iże był małego wzrostu, wystąpił, aby też 
między nimi swą sentencyą powiedział. Widząc tak małego 
guza, jęli się wszyscy śmiać, mówiąc: „Słuchajcie Zacheusza, 
słuchajcie*. A on to w żart obróciwszy, powiedział: ,A cóż 
gdybyście moją żonę widzieli, co nie jest jedno do pasa*. 
Dopiero się wszyscy jęli śmiać. Trochę się uciszywszy, powie- 
dział: „Patrzcież panowie na nas dwoje ludzi tak małych; 
gdy się nie zgadzamy, tedy czeladź, majętność i wszystko 
w domu ledajako nam ginie; a cóż rozumiecie o tym Pań- 
stwie, nie zginie li, jeśli się wszyscy tak rozerwiecie". Oną 
przypowieścią tak ich wszystkich w żywe ruszył, że się zaraz 
wszyscy na jedno zgodzili. Nadobna ona sentencyą: 

Na wszystko pogoda. 

Rady miła zgoda. 

O babie^ co za pana złego Boga prosiła. 

Pan jeden był bardzo zły na poddane swoje, tak, że 
żadnego nie było, któryby Boga nie prosił, żeby co nar}'chlej 



163 



zdechł, oprócz baby, która zań zawsze Pana Boga prosiła. 
Ten tyran dowiedział się tego, posiał po onę babę, pytając 
skądby jej to przyszło zań się Panu Bogu modlić, ponieważ 
wszyscy śmierci mu życzą. Rzecze baba: „Panuchniczku, już 
ja to czwartego pana pamiętam: pierwszy był zły, i prosili 
Pana Boga, aby zdechł, i tak się stało. Nastał potym drugi 
gorszy, i za tego Boga prosili, aby zdechł. Potym nastał trzeci 
jeszcze nazbyt gorszy, i zań Pana Boga prosili, aby zdechł, abo 
go zabito, i tak się stało. Ty po tych trzech wstąpiłeś na 
państwo, daleko jeszcze gorszy niźli tamci trzej byli. A też ja 
Pana Boga proszę za cię". Onego tyrana, co bojaźń ukrócić 
nie mogła, baba jedna pohamowała, że tak zły nie był. Nie 
darmo mówią: 

Bies tam nie dowiedzie, 

Gdzie baba dojedzie. 

O sędzim^ co go dwaj darowali. 

Wiedli prawo ^) czas niemały dwaj szlachciców; jeden 
który sprawiedliwszą miał, aby mógł mieć prędszą odprawę, 
darował sędziemu wielki rydwan. Adwersarz ^) jego oba- 
czywszy to, darował sędziemu parę koni dobrych. Rozpierając 
się prawem, wskazał sędzia za onym co mu konie darował. 
On co rydwan dał. rzecze sędziemu: „Panie sędzia, źleście mój 
rydwan nakierowali **. Rzecze sędzia: „Nie dziwuj się, konie 
go nakierowały; jako konie ciągnęły, tak rydwan musiał iść". 
Pospolita przypowieść: Kto lepiej nasmaruje, temu nie skrzypi. 
Panie sędzia: 

Pomnij na mary. 

Nie sądź za dary. 

') Procesowali się. 
') Przeciwnik. 



- 1B4 — 

Żona kłopot. 

Gość przyjechał do jednego dawnego towarzysza swego, 
a iona jego na ten czas kucharce grała w dębową latorośl, 
a/.e tańcowała po kuchni. Onemu gościowi jakoś markotno 
hyio. że konie z stajnie chciał wyprowadzić do podia. Gospo- 
darz niewiedząc jako go hamować, rzecze mu: „Wieręś ') ty 
uńly gościu jakiś dziwak i gorąco kąpany, ja już dwie i trzy- 
dzieści lat słucham tego wrzasku żony mojej, a wżdy sobie 
nie It^sknię**. Gość się rozśmiał, z gospodarzem się wrócił, 
a żona też onej muzyki przestała, nie z rozkazania, ale z swo- 
jej dobrej wolej. Nadobnie Polacy mówią: 

Kto pojmuje żonę, już ten kłopot miewa, 
Ale zaś bez niej dom niespory bywa. 

O prokuratorze co mnichem został. 

Nadeszła dobra myśl prokuratora, ze rzeczy i w rozpra- 
wie niepośledniego, że został mnichem. Potym trafiła się kon- 
wencka akcya, którą on nie tak rzetelnie jako był przedtym 
jcwykl odprawił. Mniszy jęli mu mówić: „Przedtym nie łatwoś 
utnu ił kauzy*-^) któryjeś się podjął, teraz co dalej to słabiej*". 
(M po wiedział: „Fratres mili, nie śmiem już teraz łgać jak 
prxetUym, nadźcież*) sobie innego, co o Boga mało dba". Trafi 
dru^nogo takiego, iżby najsprawiedliwszą wyszpoci *). Pewny 
Oli wierszyk: 

Złodziej prawdziwy, 
Rzecznik zdradliwy. 

O mnicłui co kapłona według pisma rozbierał. 

Do dworu szlachcica jednego przyjechał mnich, którego 
on pan na obiad prosił. Gdy już do stołu nagotowano, po- 
siuJ^^i na wyższym miejscu mnicha, sam podle niego, potym 

1) Widzę żeś. ') Przegrywałeś sprawę. ') Znajdźcie. *) Przekręci. 



— 1B5 — 

panny, żona i dwa synowie siedli przed stołem. Gdy pieczy- 
ste przyniesiono, weźmie pan kapłona z misy, położy przed 
onego mnicha, aby rozbierał. Mnich położy znowu kapłona na 
misie mówiąc, że tego nie umie. Pan zaś kapłona wziąwszy, 
położy przed mnichem mówiąc, że to być nie może, jedno 
aby go rozebrał. Odpowie on mnich: „Ponieważ się tak WM. 
uparł, tedyć ja tego kapłona będę rozbierał wedle pisma**. 
Rad temu pan, bo chociaj przy dworze bywał, tedy nie wi- 
dział jako wedle pisma kapłony rozbierają; przytyskuje mu, 
aby co rychlej rozbierał. — Urżnął naprzód mnich on głowę, 
położy przed panem, szyję też urżnąwszy, położy przed panią 
na talerz, pannom dał po podskrzydłku, synom po udziku, 
ostatek sobie wziął i jadł. Pyta go on pan w którymby to 
piśmie było tak rozbierać kapłona? Odpowie mnich: „Ja to 
z pisma wywiodę. Dla tegom ci dał głowę kapłonią, żeś ty 
jest głową domu twego, jako Paweł św. powiada. Pani two- 
jej dałem szyję, że z tobą za jednego człowieka jest, jako na- 
pisano: I będą dwaj w jednym ciele, jako ta szyja u ka- 
płona z głową. Dziewkom twoim podskrzydłka dałem, a słu- 
sznie, bo rozmaite myśli w nich latają, jakoby co rychlej szły 
za mąż. Synowie iż są jako podpory i fundamenta domu 
twego, przeto dałem im kolana, które też wszytkiego kapłona 
nosiły; ostatek wziąłem sobie dla tej przyczyny, iż jako ka- 
płon przez szyje i podskrzydłków jest coś dziwnego, tak mni- 
chowi który między ludźmi jako dziw jaki, słusznie ostatek 
przynależał mi". Tym sposobem' on mnich panu swe rozbie- 
ranie kapłona wywiódł. Częstował go w domu swym i do- 
brze opatrzył. A też on wierszyk prawdziwy: 

Snadnie łaskę kupi, 

Kiedy kto nie głupi. 

O pani co złą monetę miała. 

Pani jedna, powinowata jednego wielkiego pana, była 
za bardzo skąpym ziemianinem, a iż od niego nie miała do- 



— 166 — 

statku na swe potrzebki, poczęła myślić o swym opatrzeniu 
zinąd gdzie się okazya trafiła. Tym czasem jął się jej jeden 
dworzanin zalecać, na którego ów pan łaskaw był, owo zgoła 
przez posły zmówili się, że jej dać miał trzysta czerwonych 
złotych. Gdy czas przyszedł, dał nazłocić groszów litewskich 
tak wiele, których w worek włożywszy, przyniósł jej i oddał. 
Jako żadna rzecz tajna nie bywa, rozsławiła się wszędzie ona 
fałszywa moneta, że i on paniej powinowaty o tym wiedział. 
Czasu jednego on pan mając goście u siebie, była też tam 
jedna wdowa żartowna, był też i siedział podle niej on dwo- 
rzanin, rzecze do onej wdowy: „Pani wdowo, coć się zda, 
mędrsza byś ty na tego pana była". Ona wdowa uczciwość 
swą w życiu i w każdym postępku zachowując, że też pan 
przymawiał, oddała mu: „Pewnie mościpanie mędrsza, bobym 
ja fałszywej monety nie wzięła". Zamilkł pan jakoby mu 
w gębę dał. Może się tu przydać ten wierszyk: 

Nie gabaj radzę ni w czym drugiego, 
Czujeszli na się co nietrefnego. 



O złodziejach co kram wyłupali. 

W Krakowie złodzieje wyłupali kram w nocy, prawie 
już na świtaniu. Idąc tamtędy cechmistrz z strażą miejską, 
obaczy a kram otworzony, pyta coby to było. Jeden łotr 
wyjźrzy z miotłą: „Panie, umiatam w^ kramnicy, bo gospo- 
darz umarł, i jużeśmy do domu wszystko wynieśli". Cech- 
mistrz rzecze: „A wżdy żaden gospodarza nie płacze?" Rzekł 
złodziej: „O panie, będąc jutro płakali, nie znalawszy nic 
w kramie". Może to przypisać: 

Kto kradnie śmiele, 
Umie fortele. 



— 167 — 

O chłopie co powiedaiał, że miał mędrsaą klacze 
niźli l{siąd2 pleban. 

W jednej wsi byl chłop przechyra jakiś, raz w karcz- 
mie księżą kucharkę bacząc, jąl mówić: „Słuchajcie bracia, 
powiem wam trzy rzeczy trefne ^): pierwsza, iż mam w domu 
mędrszą klacze niźli nasz ksiądz pleban; druga, Bóg czyni co 
ja chcę; trzecia, iż mam w ręku królestwo niebieskie". Ku- 
charka to słysząc, powie księdzu co o nim Wardęga mówił 
w karczmie. W kościele będąc, pocznie nań wołać jak na 
heretyka i na bluźniercę, naostatek skarżył nań przed panem 
jego. Pyta pan jeśli się zna^) do tego, co nań powieda ple- 
ban. Wardęga to zeznał, mówiąc: „Prawda to łaskawy pa- 
nie, żem mówił te trzy rzeczy, które tak jako się rzecz ma 
powiem przed twą miłością. Naprzód, iż mam mędrszą świe- 
rzopkę niż ksiądz pleban, tego mi i twa miłość poświadczy, 
albowiem gdy ją do wody wiodą napawać, nie pije tylko co 
się jej chce, a nasz ksiądz pleban pije choć mu się nie chce, 
i tak się upije, aż go do domu kucharka ledwo dowiedzie. 
Stąd rozumiem, iże moja świerzopka mędrszą. — Dmga com 
powiedział, iż Bóg czyni to, co ja chcę, mniemam żem to do- 
brze rzekł, abowiem proszę w pacierzu, aby wola jego była, 
jako w niebie tak i na ziemi, ja też także chcę. — Trzecia, iż 
mam królestwo niebieskie w ręku. Go rozumiem tak. Cho- 
wam ojca i matkę w domu już stare, którym tak jakem po- 
winien wszytkę posługę czynię, skądże się spodziewam zapłaty 
u Pana Boga w królestwie jego". Pan bacząc, że nie z drogi 
mówił, wolnym onego kmiecia uczynił. Pleban się potym wa- 
rował^), by nie była u Wardęgi mędrszą świerzopka, tak 
często do karczmy nie uczęszczał, dziwując się jako trefnie 
wyszedł z swojej powieści. Napisał sobie w wijatyk: 

Choć rozumu nie przedają, 

I chłopowie rozum mają. 

*) Dowcipno. ') Przyznaje. ') Strzegł. 



158 



O iednym co pytał wiele zegar bije. 

Jechali dwaj z miasta na jednym koniu, obadwa pewni 
tak rozumiem. Potkał ich slużaly przed miastem, pyta onego 
co wprzódy siedział: „Towarzyszu, wiele zegar bil?" Pierwszy 
rzeki: »nie słyszałem towarzyszu miły, ale tego za mną py- 
taj, bo ten posiedzi') wyjechał z miasta**. Rozśmiał się, że 
trafił na pewnego. Może napisać: 

Myśli dobrej nie zepsuje. 
Kto nadobnie rad kunsztuje. 

O jednym co stękał. 

Dobry towarzysz rostękał się 2); żona jego bacząc, przy- 
zwała do niego kapłana, aby się Panu Bogu swemu sprawił. 
Kapłan napominał go, aby dobrą skruchę miał, aby nic w mi- 
łosierdziu Bożym nie wątpił, „bo pewnie wiedz, że cię dziś 
anieli do niebios poniosą". On chory rzecze: „Chwała Bogu, 
tatusiu miły, że mnie poniosą, bo tam nie bliska droga, a cho- 
dzić nie mogę, co mnie tak niemoc zemdleła". Może ten 
wiersz przypomnieć: 

Już taki nie w czas kugluje, 
Gdy się do nieba gotuje. 

Która kupia^) najcięższa? 

Puściło się kupców okrętem z Gdańska do Szwecyi. Po- 
wstała potym na morzu wielka nawalność, że wszyscy zwąt- 
pili o sobie. Oni woleli szwankować na kupiej % niźli na 
zdrowiu, aby był okręt lekszy, kupią jęli miotać do morza. 
Drugi desperak porwawszy żonę swoją, ciśnie ją w morze, 
powiedając, że w okręcie nie miał nic cięższego nad nią. To 



*) Później. ') Rozchorował się. ^) Towar. • *) Towarae. 



— 169 — 

mi wierz, iż gdy trafisz na złą, będziesz jej miał zkaszel. 
Może tu być taki wierszyk: 

Ciężkie ten nosi cetnary, 

Który miewa z żoną swary. 

O bednarzu. 

Jednego bednarza pytano: dokąd idziesz z temi obrę- 
czami? On odpowiedział: „oto idę moi łaskawi panowie baby 
pobijać na rynek, które siedząc na fajerkach rozeschły się, aż 
drożdże przez nie cieką, bal trzebaćby pomocnika — kiedyby się 
kto z was taki obrał, wziąłby sobie drożdże za lagier i pracę*. 
Dawno powiadają: Nie dowiaduj się po czym ci mało, jak temu: 
Nie dojdzie swego. 
Kto gaba złego. 

O wdowie^ co żołnierza oszukała. 

Jeden żołnierz jeszcze w tych rzeczach nie ćwik, do 
jednego mieszczanina przyjechał prosząc go o nocleg, chłop 
jako szczwany, młodzika obaczywszy, rzecze mu: „Panie młody 
radbym to uczynił, żebym cię przenocował, ale mam wiele 
czeladzi, dziatek też do Pana Boga, nie miałbyś pokoju, ale 
oto masz na kwartę wina, mieszka tu podle wdowa, ma na- 
dobną i obyczajną dzieweczkę, ktemu jedynaczkę, ta cię bar- 
dzo rada przenocuje, a jeśli się jej dobrze zachowasz, możesz 
pojąć jej dziewkę, nie utraciłbyś, bo ma pieniążki". On mło- 
dzik jeszcze nie bywał w ogrojcu, uwierzył onej powieści 
jego; przyszedł do wdowy, o nocleg prosi, wdowa przyzwoli: 
„tylko miej z sobą cobyś jadł abo pił"; żołnierz rzecze: ,Nie 
staraj się miła pani, będzie*. Pośle żołnierz po pieczenia, na 
kurę dwa grosze da, wdowa też krupek uwarzy, wieczerzają. 
Pan młody podle panny siądzie, na pannę pogląda i rzecze: 
„By kogo posłać po węgierskie, dałbym na garniec". Rzecze 



— 160 — 

matka: „Po trzy grosze tu podle jest, daszli ty na garniec, 
ja i córka na drugi". On nieborak dal sam na dwa garca, 
spodziewając się nagrody; podpiwszy sobie, opatrzyła się i na 
jutro pani matka. Bacząc już czas ^) rzecze: ,Synu miły, nie 
chcę tego przed tobą taić, tylko nas tu dwie w tym domu 
mieszka, a nie mamy jedno dwie loża, a iżeś tak hojny i czę- 
stowałeś nas dobrze, nie damci samemu spać na łożu, ale 
skoczmy wszystko troje, a kto najdalej skoczy ci z sobą spać 
będą". Przyzwolił chętliwie on żołnierz, bo się tego pewnie 
spodziewał, iż dziewka jako młodsza, miała dalej skoczyć niż 
matka. Założyła cel matka na podsienie, i wymówi, że z progu 
skakać. Panna wprzód skoczy, mniej niżeli matka, młodzik 
rad, co to o sobie rozumiał, że miał dobrze skoczyć, niżeli 
dziewka, a co na wymowie było, że to miał mieć, zapomnia- 
wszy onego, że to sobie mieszek wyiskrzył, skoczy daleko za 
próg, a wtenczas dziewka z matką sień prędko zamkną, oknem 
mu jego oszczep podając śmieją się: „ha, ha. ha, nie skoczy- 
łeś na cel, a toś daleko skoczył", musiał nieborak na podsie- 
niu spać włożywszy kolkę pod bok. Rano wstawszy, idzie 
do onego gospodarza co mu kazał do onej gospody, powie 
mu wszystko co się działo; strofował go z tego mieszczanin, 
że tak barzo skakał, zwłaszcza z białemi głowami. Rozumiem 
temu by się było drugi raz trafiło założyć taki zakład, z miej- 
sca by się był nie ruszył. Dobra to na dławigąskę: 

Trzeba nieuki, 

Nauczać sztuki. 

O niewieście, co męża żałowała. 

Niewieście jednej mąż umarł; przy ludziach tak jako 
ten naród zwykł, rzewnie go płakała, gdy sama była ku pła- 
czu podobno się nie miała; prowadząc do kościoła omdlała 



*) Że już późno. 



- IGI — 

kilka razy, i już go w grób kładąc, tak bardzo omdlała, że 
ledwo niewiasty, sąsiadki jej, duszę się w niej dotarły. Przy- 
prowadziwszy ją do domu cieszą ją, aby się nie frasowała 
mówiąc: „że cię Pan Bóg nie opuści**. Ona im rzecze: „mam 
nadzieję w Stworzycielu moim, że będę miała lepszego, aniźli 
to był. Ale co się wam zda, jeślim była dobrze omdlała?" 
Niewiasty w śmiech, a ona nieboga się nie obaczyła. Aleć 
jej wytknęło, gdy jej drugi po zawoju kijochą macał. Nie 
czytała pewnie onego wierszyka: 

Oddaje to Pan Bóg snadnie. 

Która żona z mężem zdradnie. 

O niewieście, co kota przedała. 

Sołtys w jednej wsi będąc na śmiertelnej pościeli, pro- 
sił żony swej, aby zaraz po jego śmierci przedała wołu z obory, 
a te pieniądze wszytkie, które za wołu weźmie, aby w imię 
Boże za duszę jego rozdała. Z wielkim płaczem obiecała to 
mężowi. Gdy umarł, zaraz nie mieszkając *), pochowawszy 
go, jachała do miasta, wołu onego przedawać, wzięła też 
} kota z domu, aby przedała na swą potrzebę. Będzie na 
rynku, przyjdzie rzeźnik, pyta: „drogi to wół?" Odpowie 
sołtysowa, iż za grosz. Patrzy rzeźnik na nie, rzecze jej: 
„Przedajesz, czy żartujesz miła dobra żono, powiedz oto za 
co dasz?" Ona mu odpowie: „Miły dobry panie, zaprawdę 
tego wołu daję za grosz, ale tym sposobem, mam też kota 
przedajnego, a jednego przez drugiego nie przedam. chceszli 
tego woła kupić zarazże też kup i kota". Dziwno rzeźnikowi, 
pyta „za co by był i kot?" Niewiasta powie, że kota nie 
może dać taniej jedno za cztery złote, a wołu przy nim za 
grosz. Dziwuje się rzeźnik, że jeszcze jako żyw na takim 
targu nie bywał, a widząc, że on wół lepiej stał niźli za 

*) Bez zwłoki. 

KSIĘGI HUttORO P0LSXIE60. T- I. 11 



162 



cztery złote, rzecze jej: „Niewiasto, bierz pieniądze" — odli- 
czy, naprzód pieniądze za kota, cztery złote, a potym za wołu 
f?rosz. Pani sołtysowa schowała pieniądze za kota cztery 
złotf;; z onym groszem co wzięła za wołu, poszła do kościoła, 
w imię Boże rozdała za duszę męża swego, jako rozkazanie 
miała na testamencie, wszystko dać w^ imię Boże, coby wzięła 
za wołu. Prawdziwy to wierszyk: 

Nie potrzeba rady 

Niewieście do zdrady. 

Jako panna młodzieńca oszukała wianem. 

Zalecał się pannie jeden, i radby ją pojął, gdyby wsiano *) 
dobre jakie miała. W rozmowie do tego przyszło, że jej 
spytał, coby też matka za nią wiana dała. Panna odpowie- 
działa: „Ja nic więcej nie mam, jedno stół od miłego ojca, 
i od matki, który lepiej niżli sto złotych stoi". Ułakomił się 
na on stół, bo go miał dobrą w^olą w słód wmoczyć, a li- 
powy kupić. Pojąwszy ją, czwartego dnia po ślubie gdzieby 
on Htół stał pyta. A ona wtenczas na progu siadłszy, z miski 
roś jadła, postawiwszy na łonie, rzecze mężowi: „Oto mój 
nuly mężu ten stół, na któiyn) jem, azaż ^) za sto złotych nie 
stoi?* Zaskrobie się w głowię, radby się był odżenił, ale nie 
wczas. Przyda się to na onega co dla wiana żonę pojmuje. 
Jabyiii radził każdemu, co się wolą ożenić ma, aby pamiętał 
na ten wierszyk: 

Nie szukaj zł(jta, kędy jest cnota. 

O babie, co djabła oszukała. 

Niewiasta jedna już przystarszemu wdową będąc miała 
się nie nagorzej. Czasu jednego był wielki urodzaj, tak że 

') Fosag. ^) Czyliż. 



— lijó — 

sama z czeladzią zebrać z pola nie ino^Ja; jęła si(^i frasować, 
że o robotnika bardzo trudno było. Potka ją szatan, pyta 
o coby się frasowała. Baba rzecze: „ooć zacz jest?" Powie 
szatan: „jestem djabot". „Tyś to szatanie, prawieś mi się na 
czas trafił, mam wiele dobrego na polu. radnbym to zrobiła 
i do gumna zwiozła, a iż robotników dostać nie mogę, pro- 
szę cię pomóż mi, jakobym ja wszystko w gumnie mieć mo- 
gła*. Rzecze djaboł: „Jeśli mi się oddasz, ja tobie wszystko 
zrobię i do gumna zwiozę". Baba rzecze: „Dobrze szatanie 
jeśli mi te trzy rzeczy, które sobie wywówię uczynisz: na- 
przód sprzątniesz mi z pola do gumna bez szkody wszytko. 
Druga, wielki stos drew nanoś mi z łasa i pora^b. a zrobiwszy 
to przyjdziesz do umie. Trzeciąć powiem". — Djaboł w- net 
to zrobił, konie miał wartkie i siekierę ostrą. Przyjdzie do 

baby co trzeciego każe, a baba p głosem wielkim i rzecze 

djabłu: „Djable co rychlej p porwij, a kręć z niego po- 
wrósło, jeśli tego nie uczynisz, to com ci obiecała, nic ze 
wszystkiego". Djaboł, że w tej szkole nie bywał, gdzieby 

z pier powrósła robiono, poszedł od baby piecz. Naucz 

się z tej powieści, jako ten babi naród zawsze chytry, że 
i z szatana rozunm mają. Podobno te baby wronami z młodu 
karmią. Stąd ona przypowieść: 

Długo ten pokukn, kto babę oszuka. 

Co wlazł w pułkufek. 

Mąż jednej żony Staniczek nad spodziewanie do domu 
przyszedł, a ona była rada jednemu w domu swoim, który 
się jej zdawna dobrze zachował; nie mając gdzie się skryć, 
pułkufek stał w izbie przewrócony, kazała wen wieść, a iż 
nogi widać mu było z niego, jęła mężowi mówić: „Mój miły 
mężu, ten człowiek targuje ten pułkufek, chce go kupić, przeto 
weń zagląda jeśliby jakiego okienka nie było, przedaj mu go, 
wszak nam mało po nim, a ty też dobry człowiecze, jeśliś 



— 164 — 

już oglądał, cofni się nazad, a starguj się z panem". On 
się stargowal z nim, jeszcze mu go i do domu odnieść kazał- 
Z dziwnemi inwencjami ten naród niewieści. Przeto na ten 
rym sobie napisz: 

Możesz mówić zawsze śmiele, 

Że niewiasta chytre ziele ^). 

O paniej, co na odpust chodziła. 

Krakowska mieszczka była łaskawa na jednego studenta, 
a iż w domu u niej nie było żadnego szynku, a ktemu matka 
męża jej miała na nią baczne oko, nie mógł tam pan stu- 
dent bywać, ani się na inszym miejscu z nią widać, bo matka 
za nią wszędzie chodziła. Z obustron tęskno ich było, że 
^ sobą oprócz kartek mówić nie mogli. Ona dobra pani my- 
śliła o tym jakoby przecie do tego mogło przyść, aby się 
z onym panem młodym do wolej namówiła, napisała list do 
niego, oknem mu go zrzuciła, gdy szedł mimo kamienicę, na 
którym było, aby na Kazimierz szedł, i pytał się do Janaso- 
wej w kącie niedaleko św. Jakuba, „weźmi z tamtą niewia- 
stą znajomość, a gdy ja na odpust pójdę (a było to przed 
Św. Jakubem) mimo dom tej to niewiasty, każ mnie z okna 
wodą oblać, ja to potrafię jako się z sobą namówiemy". On 
to student tak uczynił, szedł wczas na odpust, naprawił onę 
niewiastę, „abyś tę panią którąć ukażę z okna oblała", przy- 
rzekszy niewieście, że ją za to żadna trudność popaść nie 
miała, a za onę posługę dwa talary jej obiecał. Gdy było 
po obiedzie, ona pani naparła się iść na odpust, której mąż 
dozwolił, posławszy z nią matkę swą, i dziewczę nie wielkie, 
szafarce doma zostać kazała. Mijając on domek, wtenczas 
ona niewiasta co tego pilnowała, wodą ją tak jakoby znie- 
obaczenia zleje, gdy pani krzyknęła, Janasowa wybieży, upa- 



M Ta anegdota z Boccacia. 



^ 166 — 

dnie jej w nóg prosząc, jej aby jej odpuściła, iż to z niechce- 
nia i z głupstwa, że pierwej nie wyźrzala jeśli kto idzie, uczy- 
niła. Rzkomo *) paniej nie miło, jęła niewiastę wszedszy do 
jej domu dla ludzi by się nię dowiedzieli gromić z wielkim 
gromem, aż matka za nią jęła się przyczyniać, panią matkę 
ofuknie: „cóż pani matko, że tę niewiastę tak barzo omawiasz? 
także do kościoła i do domu mam iść z mokrym rąbkiem, 
i w tej koszulce pomaczanej? Kogóż ja mam do domu po 
inszy rąbek, kiedym dziewki z sobą nie wzięła?** Matka wi- 
dząc, że tego dziewczę sprawić nie mogło, szła sama co ry- 
chlej do domu, paniej mówiąc, aby jej w domu onyra po- 
czekała, dziwkę też onę posłano po wino aż na Stradom, bo 
się paniej pić zachciało, skoro matka uszła. A tymczasem 
pani się z panem młodym namówiła, nim matka przyszła. 

Niewiasta sekretarzem być się niegodzi. 

Człowieka to mądrego doświadczyć żony, jeśli nieświe- 
gotliwa*) gdybyś się jej czego statecznie zwierzył. Trafiło 
się pojął sobie żonę, której chcąc doświadczyć, jeśliby nie ję- 
zyczna była, powie jej: „miła żono, dziwna mi się rzecz przy- 
dała, i barzo się frasuję, by mi co złego nie znamionowała, 
jakoż się na to zaniosło barzo, zwierzyłcibym się tego. ale się 
boję, bo niewiasty świegotliwe są zaw^sze, żebyś tego z domu 
nie wyniosła, bobym do niesławy przyszedł**. Żona rzecze: 
„miły mężu nie wątp nic o mnie, obiecujęć to tak taić, jako- 
byś kamień w wodę rzucił, a zwłaszcza tę przygodę twoje. 
Tak długo prosiła męża aż jej powiedział: „Wczerajszej nocy 
zniosłem jaje, większe niż wodnego bąka, co i nad przyro- 
dzenie jest, i znam o mnie coś nietrefnego, przeto się boję, 
by to na świat nie wyleciało bez skrzydeł, bo bym był u lu- 
dzi w wielkim obmowisku**. Żona na to powiedziała: „O mój 

') Niby. ''} Plotkarka. 



— 166 -^ 

miły mężu, położywszy na krzyż dwa palca, że tego nie roz- 
niosę, boć się jeszcze onego boję. który Żydy wywiódł z Egy- 
ptu*". Ledwie się oblokła, alić do niej Jędraskowa przyszła 
po ogień, jako one zwykły z sobą dziwne rzeczy szeptać, 
między inszemi rzeczami to przytoczy, że jej mąż zniósł jaje. 
i drugiego się spodziewa na drugą noc: „ale tego taj moja 
miła. tobie się zwierzam tego, jako samsiadce, a nie uwierzy- 
łabym była temu, aiem je miała w ręku**. Jedraszkowa 
wziąwszy na pokrywkę ognia, przyniesie kmoscze drugiej dwie 
jaj, to jest że słyszała iż samsiadek zniósł dwie jaj i trzeciego 
się spodziewa, jeno tego nie trzeba powiadać, bo mi się tego 
żona jego zwierzyła. Kmoszka trzeciej o trzech powiedziała, 
tak że tego było około dziewiąci. Nakoniec to przyszło do 
samego męża, gdy go samsiad to ten to ów pytał o one jajca 
jął gromić żonę: „przysięgałaś się mercho. a wżdyś jeszcze 
więcej przyczyniła do mej powieści. Nie będziesz potym 
u nmie sekretarzem**. Nie darmo Horacius czarnym tako- 
wego nazwał, ktery mówi to czego nie widział, ono objawia 
to co mu zwierzono. 
Polak zaś mówi: 

Chceszli mieć co tajemnego. 

Nie zwierzaj się żenię tego. 



Jako dwie niewieście mężów oszukały. 

W jednym mieście był zacny kupiec, który nabożną 
żonę miał, rozmiłowała się jednego kupczyka, dochodził ten 
słuch męża, której powieści nigdy nie chciał wierzyć, bo gdy 
te słuchy żonie powiedał, zawsze mu się umiała z tego sta- 
tecznie wymówić. Trafiło się czasu jednego, on kupiec szedł 
na biesiadę, proszony od samsiadów; żona rozumiejąc że się 
chwilę zabawi, dała Frydrychowi znać, aby był u niej. Nad 
ich spodziewanie, prędzej przyszedł do domu niźli miał przyjść, 
i zastał tam onego Frydrycha, który nie czekając aby się z go- 



— 167 — 

spodarzem przywitał, apelował tyłem do domu. Kupiec na 
oko to ujrzawszy, co mu ludzie powiadali, jął żonę bić, za 
ieb ją porwawszy, którą zbiwszy, zewlókł ją do naga, i przy- 
wiązał do kamiennego słupa, który w pośrodku sieni stał, 
a sam jako pijany do sklepu szedł spać drzwi otworzywszy, 
aby jej która kucharka nie odwiązała, a było to w owe czasy 
gdy komorowie sejm miewają. W tyle onego kupca był dom 
szlachecki, w którym balwierz mieszkał, z którego żoną ona 
pani miała towarzystwo, a ta balwierka sekretarka ich była. 
Frydrych powie jej, że go mąż ujrzał, a prosił jej, aby szła 
dowiedzieć się, co się z panią oną dzieje. Balwierka wiedząc 
tam przeskoki, tyłem szła do onej kamienicy, chcąc iść do 
sklepu słuchać jeśli śpią abo nie. A iż prawie iść było mimo 
on filar, pozna ją pani, i rzecze poszeptem do niej: „Ach miła 
balwierko, nie wiesz co się stało". Rzecze: „Wiem i dla te- 
gom tu przyszła, bo mnie pan Frydrych o to prosił, jest 
n mnie w domu, abym się dowiedziała co się z wami dzieje". 
Rzecze ona pani: „Miła balwierko rozbierzże się z suknie 
i z koszule, stań tu za mnie na małą chwilę, pójdę ja do 
niego, rozmówię się z nim. A jeśliby obudził się ten pija- 
nica. tedy rzkomo płacz, ji stękaj, coby rozumiał, że jesteś 
przy tym filarze". Balwierka chcąc się tym pani zachować, 
rozebrała się, którą pani onym powrozem co ją było przy- 
wiązano, przywiązała do onego filara, a sama szła do Fry- 
drycha na rozmowę, ubrawszy się w suknie onej balwierki. 
Tymczasem obudzi się mąż, imię wołać na żonę swą: „Hej 
żono, śpisz czy czujesz?" Balwierka jena stękać, coby tylko 
wiedział, że się nie odwiązała. Pocznie do niej mówńć na 
pościeU leżąc: „a zła, a niecnotliwa żono, by mi nie szło o to 
cnotliwe dziecię, które mam z tobą, dałbym cię ściąć, abo 
bym cię swą ręką zabił. Wszakże zapamiętała białogłowo, 
jeśli mi się obiecujesz polepszyć, tedy cię odwiążę, a sam dla 
siebie tym cię sławić nie będę, obiecujesz że się polepszyć?" 
Balwierka nieboga i słowa przemówić nie śmiała, aby jej nie 



168 



poznał, boby ją byl podobno zabił jeno stękała a płakała, 
A on do tyla ją pyta o polepszenie, aż mu kolera do nosa 
przyszła i rzecze jej: „Żono, żono, ja tobie radzę mów ze 
mną, a polepszyć się obiecuj, Bogiem świadczę, żeć co złego 
uczynię, aboć rękę utnę, abo uszy oberżnę, abo cię oszpecę", 
a iż z nim mówić nie chciała, jako ten co się jeszcze dobrze 
nie wyszumiał, porwawszy się z łóżka, namacał nóż w koł- 
drze, szedł do niej: „A nie chcesz niecnotliwa małpo mówić 
ze mną? nauczę ja ciebie, że będziesz na potym (wspomnia- 
wszy na karanie) ze mną mówiła; dam ja tobie jutro nos 
przychawtować, jeśli będziesz cnotliwą, tym mi nie obmier- 
zniesz, acz twemu miłemu nie wiem jaką będziesz", zaś szedł 
do komory i układł się i usnął. A zatym pani przyszła, bal- 
wierka co żartem płakała, to płacze bez żartu, pani pyta co 
się jej dzieje. Balwierka onę komedyą powie. Prosi bal- 
wierki, aby tego nie powiadała nikomu, a za ten przypadek, 
obiecała jej dać nazajutrz dwadzieścia grzywien, „wszakci 
mąż może snadnie nos przychawtować :*' poszła z nosem 
balwierka do domu, panią zaś przywiązawszy do onego filara. 
Po małej chwili pocznie pani narzekać, płakać, stękać: „A zły, 
a niecnothwy mężu, gorszy niż kacie" etc. Aż się mąż ocknął, 
słysząc ono narzekanie, rzecze do niej: „a przemówiłaś teraz? 
kiedym cię pytał, słowaś żadnego przemówić nie chciała. 
Wszakemci obiecał, że cię to miało potkać, żem cię miał 
twemu miłemu przystroić, jeszcze to nie, będzie tego więcej 
jeśU się nie polepszysz". To ona słysząc rzecze: „A zły, 
a niebaczny mężu, małom miała za mą niewinność karania, 
coś mnie pobił, potłukł, nago jako łotra jakiego do słupa 
przywiązał, aby mnie chrobactwo jadło, aż jeszcze jako taki 
kat noseś mi urżnął, a mnie na wieki oszpecił. Ach nieba- 
czny mężu, świat okrutnika nad cię większego nie ma. jużby 
mi nie było żal tego, gdybym była winna tak szkaradnego 
karania. Ale Bóg wie, że mi na tym krzywdę czynisz zły 
mężu, a chocieś go zastał w domu, tedy dali Bóg nie jest 



169 



nic między nami. Nie nowinać to, że się ludzie ludziom za- 
lecają, wszakże swej uczciwości, i cnoty i wiary, którą raz 
na ślubie przysięgłam, dali Bóg z pilnością przestrzegam. 
A ty zly a zapamiętały mężu inszym sposobem mogteś mię 
karać, a tak haniebnie nie szpecić na wzgardę wszytkim lu- 
dziom. Oto będę niebożątko jako bez nosa gadała, ach nie- 
stetyż na cię". Imię zatym rzewnie płakać. Słysząc to mąź 
rzecze do niej: „Mówićże było do mnie, tedyby cię to było 
nie potkało, obiecować się było polepszyć, tedybyś była z no- 
sem hawtowanym nie chodziła". A ona rzecze: „O zły mężu, 
nie pocieszy cię w tym Pan Bóg, abym ja miała z nosem 
hawtowanym chodzić, dali Bóg, mnie Bóg za mą niewinno- 
ścią pierwsze zdrowie przywróci, dali Bóg moją niewinną 
prośbę wysłucha, że mi balwierza do tego nie potrzeba bę- 
dzie, a pokaże niewinność mą tak jako pokazał na onej nie- 
winnej Zuzannie, gdy ją oni źli ludzie, jako i ty mnie omó- 
wili o cudzołóstwo". Mąż to słysząc, rzecze: ,0 to już 
u ciebie Pan Bóg będzie balwierzem, przyhawtujeć nos, musi 
to pewnie nikel hawtować". A ona tym czasem z wielkim 
płaczem uczyni oracją do Pana Boga temi słowy: „Ach 
Boże wszechmogący, który widzisz serce każdego człowieka, 
wejrzy na moją niewinność, wejrzy na srogie i haniebne ka- 
tanie i oszkaradzenie, które za moją niewinnością cierpię, 
ulitujże się Panie na mnie grzesznej niewiasty, ale mojej nie- 
winności, przywróćże mi zaś to oszkaradzenie nosa mojego, 
jako było pierwej, aby ten zły a zapamiętały mąż mój, wi- 
dząc tę świętą łaskę nademną, obaczył się w tym, czym on 
majestat twój obraża, lżąc małżonkę swą, lżąc i to coś nam 
dał w małżeństwie świętym, wysłuchajże Panie mnie grze- 
sznicę, jakoś wysłuchał w ognistym piecu one młodzieniaszki, 
jakoś Daniela między lwy wysłuchać raczył, proszę cię Panie 
okaż niewinność moją". Zatym rzecze: „Ach chwała tobie 
Boże, Stworzycielu mój, żeś też mnie grzeszną niewiastę ra- 
czył wysłuchać, aby ten zły człowiek oglądał na oko niewin- 



— 170 — 

ność moją; pódźźe zły mężu, oglądaj cud Boży, który nade- 
mną, uczynić raczył". A mąż leżąc na łożu, śmiejąc się mówi: 
„oto już jnasz nos przyhawtowany, czegóż ci więcej potrzeba". 
A ona: „pódź zły mężu, a oglądaj łaskę miłego Boga nade- 
mhą, która się za mą niewinnością pokazała". „Rzecze mąż: 
„pójdeli a wywiedziesz mnie w pole, pewnieć ucho urżnę". 
Dotyla żona nań woła aby szedł, a on wziąwszy nóż szedł 
do niej, pociągnie jej za nos, i drugi raz mniemając by go 
przylepiła, a iż cały był upadnie jej do nóg: „Ach ma miła 
żono. święta niewiasto, dla Boga cię proszę, źlem uczynił, 
żem cię niewinnie był oszpecił, widzę na oko, że Bóg z nie- 
winnym zawsze jest". Odwiązawszy ją przyniósł z płaczem 
koszulę, i oblókł, i w pościel położył, a sam legł u łóżka za 
pokutę na gołej ziemi. A ona zaś balwierka myśliła o tym, 
jakoby swemu powiedzieć miała około onego nosa. W nocy 
przyszedłszy do domu, legła podle męża, obwinąwszy ręczni- 
kiem twarz, coby pościeli nie pokrw^awiła, na świtaniu obu- 
dzi męża mówiąc: „że wczora z wieczora chodził od pana 
tego a tego, abyś szedł jeszcze przededniem do niego z brzy- 
twami". Wstał balwierz i każe żonie zapalić świecę, a żona 
ogień na kuchni pogasiła i krzesiwo skryła, pow-ie mu, że 
światła niemasz, a nie wiem też gdzie jest krzesiwo, idź tak 
wziąwszy coć potrzeba, rozkazał sobie puzdro z komory przy- 
nieść z brzytwami, a ona mu przyniosła jedną brzytwę. Rze- 
cze jej: .,cóż czynisz? puzdro mi przynieś", a ona jedne mu 
zaś przyniesie brzytwę. Rzecze jej: „aboś głucha, przynieś 
mi wszytkie brzytwy z puzdrem". Idzie trzeci raz, także mu 
jedne przyniesie, on rozgniewawszy się, ciśnie za nią oną 
brzytwą, a balwierka krzyknie: „a nos, przebóg nos", on nie- 
borak zlęknie się mniemając by ją obraził, co skok porwa- 
wszy się bieżał do samsiady po ogień. A balwierka co się 
krew była spiekła chustką roztarła, aby się świeżo zdało. 
Przyjdzie balwierz z świecą, a nos wisi tylko na skórze: „ach 
moja miła żono. nie chciałem ci ja na cię cisnąć, ale nie 



171 



wiem jakoś mi się naraziła, ale nic to miła żono, tak ja to- 
bie nadobnie przyhawtuję, że mało co znać będzie, tylko cię 
proszę nie powiadaj tego przed swojemi powinnemi". Przy- 
hawtował nos, nazajutrz balwierka wzięła dwadzieścia p^rzy- 
wien, a ona pani u swego męża za jedne świętą była. Po- 

tym choćby był widział kogo o wierzyłby był że ze 

wszystkiego nic nie będzie. Bogdaj taką każdy miał, co żo- 
nie nie wierzy, albo ją źle chowa. Aczci widząc takie ich 
wymysły, nie prawie się im do końca zda ufać. Chwała 
Bogu, że ja mam dobrą wolę mnichem zostać. A też wię- 
cej o waszych chytrościach pisać nie będę, byście mi warem 
oczu nie wywarzyły, gdy z tabhczką po mieście chodzić będę. 

O polaku, co od grochu 02drowiał. 

W Rzymie rostękał się Polak, posłał sobie po doktora, 
by mu dał lekarstwo, po onym lekarstwie w taką chorobę 
wpadł, że on doktor odstąpił powiadając mu: „że trzeci dzień 
nie wynidzie, a ty się pożegnasz z światem". On Polak, tak 
opuszczony nic sobą nie trwoży, wszakże grochu co go me- 
dyk jadać zakazował, kazał garnek nie mały uwarzyć, który 
ochotnie zjadł, od tego czasu jęło mu się na zdrowiu popra- 
wiać. Trzeciego dnia Włoch mimo onę kamienicę idąc, gdzie 
Polak leżał, pyta kiedy onego Polaka schowano. Powiedzą 
mu że się lepiej ma, i ku zdrowiu przychodzi. Włoch się 
temu bardzo zadziwuje. Wstąpił tam, coby za lekarstwa uży- 
wał — pyta. Polak rzecze: „Grochu mi się zachciało, zja- 
dłem go garniec, i zaraz mi się jęło na zdrowie polepszać". 
Szedł Włoch do domu ruminując sobie, że Dioskorydes tej 
ocy do grochu nie wiedział, co Polacy umieją, napisał to. 
ki tytuł dawszy: liecrpta contra moHcm. R. OUa Fisi henc 
ota, coniedatur tria non morictur. To po polsku się rozumie: 
Lekarstwo doświadczone przeciw śmierci. Weźm garniec 
•oehu, dobrze go uwarzywszy, niechaj chory wszystek z;je. tedy 



":'•■. — 172 — 

nie umrze". Nie długo potym się trafiło, ke leczył on me- 
dyk Wiocha in desperatis casibus; a Widząc że mu nie poma- 
gało, uciekł się do recepty jako do pewnej, że go miaJ od 
śmierci zachować. Kazał mu uwarzyć garniec grochu i przez 
gwałt kazał mu go zjeść. Włoch zjadłszy groch, tegoż wie- 
czora umarł; widząc to medyk przyszedszy do domu, i wziąt 
one księgi swe, i poprawił sobie onej recepty: Recepta con- 
tra ntortem, sed pro Polonis tantum. Jakoby rzekł: „Lekar- 
stwo dobre przeciw śmierci, ale dla Polaków tylko". Nie 
wszyscy Włoszy mądrzy, choć tam po rozum jeżdżą. Naucz 
się tego z tej przypowieści: 

Kto rozumu mieć nie będzie. 
We Włoszech go nie nabędzie. 

O niewieście^ co się cierniem 2akłóła. 

W mieście jednym przyszła niewiasta do balwierza, aby 
jej ciernie z nogi wyjął, chcąc mu dobrze zapłacić. Balwierz 
pyta jako się zakłóła, niewiasta powie: „wczora szłam na 
pole z mężem snopów wiązać; trafiłam na ciernie, zakłółam 
się". Kazał jej balwierz sieść na* wezgłowiu, nogę balwier- 
czykowi trzymać każe, kleszczyki i insze instrumentu do tego 
weźmie. Niewiasta nieboga bądź z bojaźni, bądź też z bole- 
ści, gdy jej w ranie onego ciernia macał, głośno p 

A balwierz jej rzecze: nOho, wylazłoć". Niewiasta mniema- 
jąc by to ciernie wylazło, a on to przymawiał że p , 

rzecze balwierzowi: „zgrzyź zębami a zżuj miły balwierzu,, 
i przyłóż na ranę, bo rana od tego prędko się zagoi". Bal- 
wierz rzecze: „niechaj że djabeł gryzie nie ja, wylezieli taki 
tarń drugi, tedy ja pójdę precz z izby, abo cię wespół z nim 
na ulicę wypchnę". Może się tu ten wierszyk przypisać: 

Wielka to cnota, 
Szczera prostota. 



— 173 — 

O garbarzu^ co mu żona w miesiącu zległa. 

Garbarz jeden pojął sobie z Krakowa od jednego mie- 
szczanina dziewkę, która w miesiąc dziecię urodziła; dziwując 
się temu bardzo, siadł na ławie przed sienią, jął sobie raclio- 
wać na palcach około onego dziecięcia. Przyszedszy do niego 
Hanus Roz, rzecze mu: „Go ty czynisz sąsiedzie? abo ra- 
chujesz wiele tambrów zamszu masz na przedaj?" Odpowie 
mu westnąwszy: „Ba, miły sąsiedzie, — rachujęć to sobie: 
wiele moja żona będzie miała dzieci do roku, bo mi już za 
miesiąc jedno urodziła, a tożbym rad wczas kolebek nakupił". 
Rośmiawszy się Hanus rzecze: „i owszem miły sąsiedzie ra- 
chuj", a wiedział, że żona jego rada na studentów patrzała, 
„radzęć nie nęć tej gadziny do domu**. 

Gorzej niźli raka, 

Obawiaj się żaka. 




174 



Krzysztof Opaliński 

(ur. 1610 t 1656). 

Ze Satyry: ,,Na fych, co się w zeszłym wieku żenią^^ 

I tobie się tez bzdyku chce żony? Oszalał 
Chudzina stary, licząc siedmdziesiąt lat wieku, 
Mlodziusieneczką żonę pojmuje, nie sobie. 
„Alem chory, trzeba mi coby opatrzyła 
Starego i oprała". — To upewniam będzie, 
Że cię dobrze opierze, gdy jej wlezie mucha 
W nos. Przyrzekam, żo poznasz co to młoda żonka, 
Stareuui, jak Włoch mówi, karoca do nieba. 

Powiadają, że raz śmierć spała z Kupidynem, 
Na jednym miejscu, wytchnąć sobie chcąc po pracach. 
Śmierć łuk swój i z strzałami tamżo porzuciła, 
Kupido także hiczek i strzałki położył. 
Wtym obaj ocknąwszy się, sajdaki trafunkiem 
Jakoś pozamieniali, że śmierć wzięła łuczek 
1 strzałki Kupidyna, a Kupido śmierci. 
Idą w świat strzelać ludzie. Kupido obaczy 
Młodego, wymierzywszy ugodzi go w serce, 

') Krzysztof Opaliński wy<lał w r. U\T){): ^Satyry albo Przestrogi do 
Naprawy Rządu y Obyczajów w Polsce należące, na pięć xiąg rozdzielone". 
Opaliński jest najznakomitszym satyrykiem do czasów Krasickiego, którego 
zresztą stanowczo przeAvyższa szerokością tła i obserwacyi. Satyra jego obej- 
muje wszystkie stany od króla do cblopa, dotyka wszystkicli w-ad państwo- 
wych i obyczajowych. Obraz to może przesadny, ale pełny, niemający sobie 
równego. Stąd „Satyry" liczyły 10 wydań w samym w. XVJI. Wyjątki poda- 
jemy według ostatniego wydania K. Bartoszewicza. (Kraków- 188i r.). 



— 176 — 

Aż tu mJody umiera miasto o 

Bo strzałą śmierci cliudak postrzelony został. 
Śmierć też zoczywszy kędyś starego, wymierzy 
I ugodzi go w serce, aż stary szaleje, 

Do zalotów się bierze, młodziuchne o 

Śmierć się dziwuje. Nie dziw, bo był ugodzony 
Strzałką Kupidynow^ą, i nią zapalony. 
Cóż stąd jednak za korzyść? Taka jaką w Litwie 
Ktoś napisał, że sobie żoneczki chowają 

Poteszytelów, których rocant 

Tak i starego młoda małżonka upewniam 

Bez nich się nie obejdzie. Wolałaby jedno 

Oko tylko mieć w głowie i rękę i nogę 

1 ucho, niż się jednym mężem kontentować. 

Cóż na to odpowiadasz? — Wziąłem dobry posag 

A przy tym młode lata, za co mi to stoi? — 

Wytchnieć upewniam tego, gdy coraz wymówki 

Potykać cię więc będą: żeś ustał chudzina, 

Że śmierdzisz trupem zgniłym, i żeć z nosa ciecze, 

Że oczy óparzyste ustawicznie płaczą, 

Że zębów w gębie nie masz, żeś grzyb na pół zgniły. 

Żeś w miłości oziębły. Więc i tym podobne, 

Których tak długo będzie, że też zbrzydniesz cale, 

Zaczym ci w poleweczkę miasto cukru, albo 

Czego słodkiego, wsypią trąbkę arszeniku. 

I tak przypłacisz żonki, przypłacisz posagu. 

Bo\viem i to coś zebrał, żoneczka pobierze 

Po twej śmierci, i tym się za kogoś wyrai, 

Moja rada: gdyś stary, dajże żenię pokój, 

Lepiejć tak w stanie wdowskim, albo i mtodzieiiskim 

Kończyć lata zgrzybiałe i w wianeczku umrzeć. 

Powiedziałem o dziadach. O babach co powiemy 
Dwa razy w tym są gorsze. O jak owo śmieszna, 
Gdy się babuś wymuszcze, gdy brwi ufarbuje. 



— 176 — 

Lecz hebanowych ząbków ufarbować trudno, 

1 owych zmarsKczków ująć, które poorały 

Szpetną twarz. Przecie jednak suknią naddawają 

Co natura ujł^Ia. Stroi się babusia. 

Postawę tez formuje, i chód, i pojrzenie, 

Aż siv tam ktoś odważy z młokosów, przeczuwszy 

pieniążka cii a babki. Zmyśla zakochanie 

1 za to brać poczyna, a do młodszych nosi; 
Wzdycha, chwali rozsądek, obyczaje, mądrość, 
Dostatek i animusz. Baba temu wierzy, 

1 rozumie, ^.e grzeczna, że piękna i wdzięczna. 

Juii się i sama stara o niego, i prosi. 

Który wnetze pieniądze, nie babę pojmuje. 

Bo któżby slsiroduba życzył mieć za żonę. 

Ślub się tedy odprawi, i obiad weselny, 

Po którym w taniec idąc, zagrać piosnkę każe: 

,Ma snadź bnba pieniądze, ^ma pieniądze w lesie, 

Kijemże tedy babę, aza je przyniesie" — 

Wszystko się to wywróży. Wriet babę z pieniędzy 

Obiorą, jako owę kawkę z cudzych piórek. 

I obrawszy każą jej do dyabła z domu. 



Ze satyry: „Na pogrzeby i zbytki w nich**. 

Płacze druga nad chorym mężem, łzy zmyślone 
PusKczajac. a w myśH ma: „Bodaj zdechł w mych oczach, 
Bodaj wieczora ten pies zgniły nie doczekał". 
Gdy go tedy bez dusze widzi, o jak w sercu 
Wykizyka, jako sobie już gachów rachuje: 
Ternu żona umarła, ten jeszcze młodzieńcem, 
Ten gtailki, ten bogaty, ten hoży, ten młody, 
Bo tam o obyczajach w myśH nie postoi; 
Dosyć, że kształtny, piękny, ładny i wesoły. 



— 177 — 

i tobie też niemlodko młodego poti^eba? 

Rachując kilku synów i córeczek kilka. 

Nic to, trzeba się udać, i miłość zmyśloną 

Ku mężowi zmarłemu pokazać dla ludzi. 

Tymciby gachów zwabić, aby nawiedzali 

Ciało, więc nie wiem zmarłe, czy te/, ra^czej żywe. 

Których jejmość na łóżku czeka w zasłonionej 

Nie cale jednak izbie, aby przez konopną 

Kratkę mogła się dobrze przypatrzyć każdemu. 

Co żywo tedy jedzie nawiedzać to ciało. 

Jedzą, piją, i goście, i księża i mniszy. 

Duszyczkę polewając, która się tam kędyś 

Smaży dla onych zbytków. Nie wspominam dzieci. 

Bo tych ubogi szpłacheć z ojcem dokonywa. 

Tymczasem panie one, co więc przebywają 

W nawiedziny, powoli szepcąc rają gachów, 

Któremiby otarła łzy one zmyślone, 

Bo już cale mąż z serca wywietrzał i z myśli. 

Choć rzkomo kwili po nim, choć zemdlona leż3\ 

Gdy tedy czas pogrzebu naznaczony przyjdzie. 
Najedzie się i obcych, i krewnych, i mnichów, 
Dla których, by się spękać, trzeba żeby było._ 
Ale pieniędzy niemasz gotowych maszkaro, 
Ale dzieci ubożysz. Nic to, byle było. 
Ale mężowej duszy nic tym nie ratujesz; 
Choćby w piekle gorzała. Nic to, byle było. 
Dosyć, że w-szyscy rzeką; „szumnie częstowała. 
Szumny pogrzeb sprawiła; znać poczciwą żonę**. 

Aleć słuchamy trochę o prowadzić ciała 
Do grobu. Gdy się tedy ruszą konie z truną. 
Pacznie ryczeć, nie płakać złośna białogłowa, 
Lament jakiś fałs/ywy zmyślając i słowa. 

«8iąGI HUMORU POISKIESO. T. 1. 1* 



— 178 — 

mdłość oraz nie trudno, zwłaszcza gdy kto widzi, 
Bo jako z męża swego, tak i z inszych szydzi. 
Cebula w chustce pędzi gwałtem wyciśnione 

Łzy z oczu, wtenczas gdy im każą wypuszczone. 
Za ciałem idąc ryczy, woła: „o mój drogi 
Mężu!" Lecz w sercu drugi. Kędy i fałsz srogi, 
Szepce do panien swoich: „Panny, prze mą duszę, 
Miejcie wódkę gotową, bo mdleć pewnie muszę". 
A panny tudzież z wódką, której gdy nachyli 
Nie dziw, że oraz rozum, oraz chód pomyli. 
Aleć ja to rytmuję, nie rytmem zacząwszy, 
Nie trudno widzę o rytm gdy go prawda pędzi. 
Idąc dalej nie wspomnię jakie pijatyki, 
Jakie zbytki w tych ucztach, które przewyższają 
Dostatki i intratę, tak, że wszyscy życzą 
Prędkiego znowu w tymże tam domu pogrzebu. 
Bo komuż nie smakuje bankiet, i lej rozlej? 
Kiedy zaś po pogrzebie, nie pytaj za duszę. 
Ściany się odnawiają, żałobeczka spada, 
Pani się wymuskuje, rzec mogę z poetą: 
„Po szacie znam żałobę, znam i po pod wice 
Kasiu! to nie żałoba: wybielone lice". 
Gaszkowie nadglądają, muzyczka poczyna 
Powoli się. ożywać. A testament leży 
Odłogiem gdzieś w szkatule. Ani wspomnieć o nim. 
Dziecka też do Jezuitów niech tymczasem chodzą, 
Które więc niedostatek łupi niebożęta. 
Bo intrata na konie, pachołki, karety 
Wystarczy, lecz na dzieci nie wiedzieć skąd brać; 

1 tak chudziny rosną bez nauk, ćwiczenia. 

W dostatkach ich gachowie, albo też pan ojczym 
Brodzi po uszy z matką, ociec w grobie gnije. 



1 






179 



Ze satyry: ^^Na zaloty i małżeństwa nierówne 
i nieuważne^^ 

Więc cię to uwodzi, 

Że posag obiecują jakiś tam rzęsisty. 
Nie frasuj, zstąpi się to jak karazya. 
Może teraz posagi nazwać zamszowemi: 
Rozciągną je jako chcą. Potym się to skurczy. 
Teraz gębka napiła, którą kiedy ściśniesz 
Zostanie tylko gębka, a woda przez szpary 
Przepłynie, toż się stanie z tymi tysiącami. 
Więc o posagu pytasz, nie o obyczajach, 
A tam panienka wie co to jest masctiUnuSr 
Choć jako żywo nigdy w szkole nie bywała. 
Umie tę regułeczkę lepiej niźli pacierz 
Ot/Me maribus albo więc Faemininum dices. 
Listeczek też przeczyta sekretnym zawarty 
Sygnetem, i zrozumie wszelakie mrugnienie. 
Do tego powiadasz mi, i szczycisz się jawnie^ 
Że syn twój z w^ojewodów familji pannę 
Pojmuje, a sam słyszeć nieprawy karmazyn. 
Prawda, że go tu mają za szlachcica, ale 
Jedenże jedwab, mówią, w kitajce więc bywa 
Jako i w aksamicie, a przecie ten droższy 
Niż kitajka, — tak i tu nierówny szacunek. . 
Małżonka że aksamit, lekce sobie ważyć 
I szanować tę będzie kitajkę lub kromras, 
To jest syna twojego, jako z grubej wełny 
Nie z jedwabiu pachołka, ani z złotych nici. 
Synek twój pnie się widzę na nierówne rzeczy: 
Kondycyi ledwie by jego narachował 
Kilkadziesiąt tysięcy, a pannę z dwiema kroć 
Chce pojąć? Gzy oszalał? Widzę Fhilaułhia 

12* 



— 18() — 

Laborałj nazbyt siła o sobie trzymając. 
Niech się wprzód porachuje z sobą i wioskami. 
Żeby mu zaś ta)v sobie nie przyszło postąpić. 
Jako onemu kiedyś Mazurowi, który 
Przyszedł śmiele do szynka. Pyta go: Jest wino? 
Jest panie, odpowie szynk. Macie małmazyą? 
ibini. A macies alakant? Mam i petersimon. 
Pójdzie dalej i pyta: macies miód na przedaj? 
Jest. Lipcu czy dostanie? Jest i lipiec u mnie. 
A jiiwo jakie? dobre? Jest — i to wareckie. 
A tasbir? Jestci i ten. Dajcies mi tasbiru 
Za seląg, bo tes więcej nie znajdę w kieseni. 
T:ik i twój syn boję się od wojewodzianki 
Hy nie odpadł, a potym chybi i szlachcianki. 

Na one napomnienia moje nie dbał stary. 
Slyiszę, że syna wiedzie w ten tam dom. czy darmo 
Czy nie, trudno to zgadnąć, niech czyni co się zda. 
Ja lylko powiem jakie stąd absurda rostą, 
CJilj kto prędko synaczki żeni. Naprzód młodzik 
Wybiera się w zaloty. Potraci chudzina, 
Bn go długo na rzeczy trzymają, co temi 
Czasy jest pospolita. Pan-matka się droży. 
1 tnówi: „niechaj mi się młodzieńcy kłaniają: 
(in(hia jest córka moja, aby się kłaniano. 
1 liługo czołem bito, niż ją kto otrzyma*. 
Tymczasem po kościołach, po rynkach, ulicach. 
P<hI zjazdy i publiki córkę prezentuje 
[ }irzewodzi jak owo więc na targowiskach 
Hiizstrucharze konie swe wszystkim pokazują. 
Aż ci się też kto trati, po długim czekaniu, 
Długim także staraniu, bo to wprzód iść musi, 
Żf' landem zamysłów swych clfirtum odniesie, 
1 żr nui pannę w święty stan dać obiecują 



1 



181 



Za rok albo półtora. Tymczasem młodzieniec 

Barwy daje, a przytym coraz marcepany, 

Coraz krewnych częstuje. Szumno w każdym kącie. 

Konie pod nożykami, wszyscy i woźnicy 

I hajducy srebrowi. Posag u dyabla, 

Wyprawa także u dwu. Wesele nastąpi, 

A po weselu ledwie nie zapłakać trzeba. 

Wszystko precz, wioski lecą. Niezgoda w małżeństwie. 

Potomka ani pytaj. 



Ze satyry: ,^Na zepsowane sfanu białogłowskiego 
obyczaje**. 

Ty przecie,^ żenić się chcesz, słyszę, Stanisławie. 
Już pachołki przyjmujesz, już i konie sprzągasz, 
Kolasy i kobierce sporządzasz, muzykę 
Zaciągasz; ba już pono oddałeś pierścionek, 
Zadatek twoich chęci i trwałych zamysłów. 
Czy oszalałeś pono? Nie wolisz się raczej 
Utopić hib obiesić. niźłi masz zamyślać 

żenię tymi czasy, o którą, mym zdaniem. 
Dobrą, trudniej niżeli o białego kruka. 
Znajdzieszże ją w szlacheckim domu. czyli w pańskim? 
Czy na dworze królewskim, czyli w trybunałach? 

Czy w Rusi, czyli w Litwie, czy w Prusiech. Mazowszu? 

Daremnie pono szukasz. I sam Dyogenes 

Nie znalazłby jej z tobą, choć wśrzód dnia z laterną. 

Znajdzieszci, ale taką, którąbyś rad Avypchnął, 

By i w sam dzień wesela. Powiadają żartem. 

Lecz mało nie do prawdy, że synowiec któryś 

Papieski, naparł się mieć cztery żony razem 

1 prosił o dyspensę, która, że nie mogła 



— 182 — 

Być mu dana, znalazł ten Ojciec święty sposób. 
Że mu rzkomo pozwolił, lecz z tą kondycyą, 
Aby z pierwszą pomieszkał dwadzieścia pięć niedziel. 
Gdy tedy wziął ślub z pierwszą, ledwie pi-zepędziwszy 
Piętnaście dni, aż prosi, aby i tej pozbył, 
Nietylko by się drugich miał napierać więcej. 
Drugi sobie w łeb strzelił niedawno u dworu. 
Dlatego, ze mu żonka nie gmyśli przypadła. 
Powiadaj;! o trzecim, że sobie coś odpiął, 
Gniewając się na żonę; więc nie wiem komu tym 
Zaszkodził: czyli onej, czy sobie chudzina. 

Ale dawszy w-ywodom pokój, to powiadam. 
Że trudno o pomyślną i o dobrą żonę. 
Bo jakoż. Ilia być dobra na potym, a ona 
Z iTiłodośni od matusi wyssie obyczaje. 
Ledwie dziewczynie siedm lat, już jej wspominają 
Młodzianów różnych, gachów. Do taneczka z chłopcy 
Mało nio rodzień, piątkom pewnie nie przepuszczą. 
Muzyka, hankieciki, taneczki, rozmówki 
Z mi^7.rzyiui\.nń, nauczą przed czasem wszystkiego. 
Jedna też drugiej powie. Piosneczki śpiewają. 
Które wyi''wiczą lepiej, niźli Ooidius, 
W dawjiy* h swoich książeczkach de Arie amandi. 
Miasto ś w M-tych żywotów, będzie tam co w druczku, 
O zalotach i różnych przebiegach młodzieńskich. 
Jeśli też do kościoła przyjdzie, więcej oczka 
Po gachach młodych chodzą, niźli po ołtarzach. 
W mieście na zjeździe jakim pod sądy i roki, 
Z okienku ustawicznie, na tego owego. 
Ten laki, len owaki, to grzeczny, nadobny. 
Dziewczł^^t in ledwie siedm lat, a już wie co hoży, 
Co nichawy pachołek. Nastąpi biesiadka, 
Albo lanł gdzie wesele, pani matka z córką 
Nie omieszka. Dla czegóż? Aby się ćwiczyła. 



183 



Upewniam, że wyćwiczy, usłyszy to owo 

W taneczku, albo kiedy w nocy z hukiem przyjdą 

Swywolnicy weselni, nocni kulikowie: 

Znajdą ją na łóżeczku, i coś namacają. 

Ujdzie to w dobrej myśli. Jakie wychowanie, 

Taka pociecha będzie napotym, gdy wzroście. 

Więc rzkomo mówić nie chce przy ludziach i oczach, 

A gdy czasik upatrzy, nikt jej nie przegada. 

Dopieroż gdy podroście, pani matki prosi. 

Aby jej nie trzymała w domu. O klasztorze 

Nie myśli, ani pytaj, w glos to opowiada. 

— Za kogóż chcesz Anusiu? pyta ociec. „Ów się 
Najbardziej mi podobał, co ma czarny wąsik**. — 

— Dobrze, dam cię za niego, kiedyć się podoba). 

Gdzie się owo podziało, gdy sami rodzicy 
Męża córce, nie sobie panna obierała; 
Nie spytano jej o to. Tego mężem miała. 
Którego jej Bóg przejrzał, a wola rodziców. 
Teraz opak, a nie dziw, więcej w domu rządzi 
Niż ociec, niźU matka. Ona się rachuje 
Z włodarzami, z pisarzem, folwarki objeżdża, 
Gospodarstwo prowadzi, jeździ, rozkazuje, 
Dom ma za prawą szkołę, pań matkę za mistrza. 
Aż ci też za mąż pójdzie, umiejąc regułę 
Cuae maribus, albo więc mobile fit fixum. 
Nic się nowego pewnie w nowym nie nauczy 
Stanie, albowiem wszystko umiała to panną. 
Zostawszy tedy żoną, dopieroż króluje, 
I męża za nos wodzi; sługami, czeladzią. 
Rządzi jak chce; kochankom sprawuje, rozdaje. 

— Tego odpraw. — A czemu? — Że tak chcę, tak każę. 

— Ale dlaczego mam odprawić, gdy dobry 
Czeladnik i posłuszny? — Lecz mnie nie posłuszny. 
Sic rolo, sic jubeo, dosyć, że ja tak chcę. 



184 



Temu każ dać trzysta plag. — A dlaczego prze Bóg? — 
— Dosyć, że mnie zawinił. Nie usłuchał, gdym mu 
Coś była rozkazała. Niechaj weźmie cięgę. — 

Dobrze, że sam małżonek po łbu nie oberwie. 

Alcć jej nie mieć za złe, at już brzemię nosi. 

Napełni dom niedługo pociechą, potomka 

Urodzi podobnego. Zgadłeś, podobnego. 

Oj rzadko temi czasy widzieć ojcu twarzą 

Potlobnego potomka, częściej pani matce. 

Ty już chrzciny gotujesz, zapraszasz samsiadów, 

Izby szumnie obijasz; kolebkę sporządzasz, 

Kosztowną dla tego to dziecięcia, którego 

Nie tyś chudzino ojcem, mylisz się w tym, ale 

Albo Janusz woźnica, albo hajduk Giergiel. 

A czemuż swoje żonę ten a ten pan chwali? 

Wniosła w dom sto tysięcy, dlatego poczciwą. 

Dlatego bogobojną i wstydliwą zowie. 

Poi^ag przyniesie cnotę, i wiarę i wszystko. 

Byle pieniądze miała, niech się z gachy liże 

I przy manżelku samym, nic to nie zawadzi. 

Czemuż się i ów drugi w swojej także kocha. 

Choć coś nieforemnego o niej powiadają? 

Dlatego, że nadobna. W twarzy, nie w niej kocha. 

Nii-chże babą zostanie, precz z nią; trzeba młodszych 

Du zabawy, bo pani już zgnilizną śmierdzi. 

Jeśli młoda, o jako umie łowić męża: 

To całuje, obłapia, to go sercem zowie 

Jedynem. to pieścidłem, to skarbem, to złotem, 

A myśli o kim drugim. O kiedybyś kazał 

Pootwierać pultynki, skrzynki, szkatułeczki. 

Coliyś tam listków znalazł i sekretnych ceduł. 

Oli gachów i młodzieńców. Nie chcę wiele mówić. 

Dosyć, że temi czasy nie krają nożami 



— 185 -^ 

Obrusów przed takimi, jako przedtyiu było. 
Teraz bodajby który obrus został cały. 

Idę tedy dalej. 
Jaka w nich ambicya honorów i chciwość? 
Druga, aby tam bliżej kuropatwy siadła, 
I żeby senatorką została drążkową, 
O jak męża namawia: co dać to dać, byle 
Kasztelanją kupić. Tę kiedy otrzyma, 
Arendarzem zostanie pan kasztelan miły, 
Któremu kiedy przyjdzie na rezydencyą 
Jechać, musi dziedziczny Pan mu defalkować, 
Bo chudak niema o czym. Przecie kasztelanem 
Dla żonki zostać musi, a ta wziąwszy statut. 
Rachuje daleko tam pan siedzi od króla, 
Na drągu jako rarog, obawia się bowiem 
Aby jej na weselu która nie posiadła. 
Jeśli też mąż dostatni będzie i bogaty, 
Kupuj suknie, klejnoty, namioty, karoce. 
Ba choćby dzieci miały pozdychać od głodu. 
A czym ta lepsza nad mię, a to ten tej sprawił 
Ze złotego tabinu spodnik, czemu i ja 
Nie mam mieć jako i ta. Nie z grzywnąś mię pojął, 
A to tam żydzi mają na przedaj klejnoty 
Z Niemiec; koniecznie trzeba wszystkie mi kupić. 
Zgoła biała płeć nie wie, co to jest wydatek, 
Nie wie co to strata wiosek; ba i wiedzieć nie chce. 
Pewnie się nie przyłoży do męża, bo będąc 
Z domu wojewodzego poszła za szlachcica. 
Po tych wszystkich przek wintach zjedzie czasem z chłopem 
Albo z pachołkiem, albo z woźnicą, z hajdukiem. 
Czasem pieszo uciecze. Miły Boże, kiedy 
Mąż więc kazał gdzie z sob*4 jachać, to przyczynek 
Tysiąc do niejachania: to głowa mię boU 



— 186 — 

I wszyskam ociężała, droga kamienista, 
Albo d/Aeń niepogodny, albo mroźny, albo 
Nte wiem co tylko będzie na placu; a z gachem 
I pieszo się wybierze, gJowa ją nie boli, 
Wszystka zdrowa, wesoła, na niewczas gotowa. 

Cóż o owych rzeczecie, co się sobie mądre 
Zdadzą, co więc łaciną w mowie narabiają? 
Będiiie tam czasem: Ad rem rzekł Jego Mość. Będzie - 
MtspłihUca na placu, Parlament francuski, 
Konsystorz rzymski, Porta ottomańska, zgoła 
Nowiny zewsząd będą, awizy, a gęba 
Lata jako kołowrót, słowa jako z pytla. 
Król nam wolności łamie, powiada. Ba! dobrze, 
Aby złamał twą wolność, której w tobie nazbyt. 
Dyskuruje o wojnach, hetmanach, o sejmach, 
Kądzieli zapomniawszy, albo igły z nicią. 

Drugie zaś znajdziesz, co się pieszczotami bawią. 
Co sobie miękkie słówka w usteczkach formują. 
Aby ( ię poruszyły albo pobudziły. 
Pozwalam jak tak młodszym, ale tobie babo, 
Pieszt zotkami się bawić? Pfe, brzydki szpeciągu. 
Choćbyś słodziej i wdzięczniej prawiła, niż każe 
Słodki i smaczny Wyżga, zęby twe i zmarski 
Lata twoje rachują, i onych dowodzą. 

Jeśli niemasz potomka, musisz jej bękartom 

Albo gachom, albo więc i komu gorszemu 

Dziedzictwo twe zostawić; sama i testament 

Twój napisze jako chce, i on exekwuje. 

A potym za mąż pójdzie, to jest za siódmego. 

Boś ty był szóstym w liczbie; jednym słowem, w piąciu 

Lat już to drze siódmego małżonka, czy więcej. 

Tytułów na nagrobku będzie podostatku. 



^ 



187 



Idę dalej, aczby mł stu języków trzeba, 

Abym wam wypowiedział wszystkie i poswarki, 

I skargi, których loże małżeńskie jest pełne. 

Tam się będzie skarżyła na k mężowe, 

Których jak żywo niemasz. Sama tylko taką. 
Tam Izy będzie wylewać zmyślone, i które 
Zawsze ma pogotowiu, aby wypływały 
Gdy im każe: albowiem płacz ma w swojej mocy. 
Ty obłapiasz, całujesz, płaczesz, exkuzujesz. 
Przysiąg na placu będzie tysiąc, żeś niewinien, 
A tego błaźnie nie wiesz, że z taką onaką 
Leżysz, która kiedyby otworzyć ci miała 
Skrzynki swe i pultynki, i listki pokazać. 
Czegobyś się, o Boże, czego nie doczytał?. 

Ale cóż rzecze, gdy ją zastaniesz na 

Z kim obcym? Snadno zaraz u niej o wymówkę: 
„Takeśmy sobie mężu rzekli byli wtenczas 
Gdyś mię pojmował, aby i mnie wolno było, 
I tobie swoich uciech zażywać do woli. 
Dajmyż już tedy sobie pokój, ty milcz ja milcz. 
Wolno tobie, wolno mnie". 

Cóż zaś o strojach powiem; od poranku aże 
Do południa ta sama zabawa stroić się. 
Nie dla męża, przestrzegam zawczasu, lecz dla tych, 
Którym się chce podobać. Przeto we zwierciedle 
Dni całe trawi, ledwie że oraz nie nocy. 
Tylko się tego boi, żeby się co złego 
W nim jej nie pokazało, jako gdzieś snąć było. 
Zriijdą się tedy wszytkie panny do pokoju 
Rano dla ubierania. Tam wżdy o dwanastej 
"Na półzegarzu wstanie; niż koszulę weźmie. 
Niż pończoszki, trzewiczki, godzina wyciecze. 



— 188 — 

J'otym zaś do zwierciadła. Jedne wfosy trafią, 

Drugie wieże budują na głowie i baszty, 

Trzecie tam opinają i stroją ten ołtarz 

-lako na Boże Ciało, albo grób piątkowy. 

Pyta się: jako kształtnie? Dawają swe vota 

Pojedynkiem i panny i ich ochmistrzyni, 

hikoby szło o sławę albo ściętą szyję. 

Wtym jej w nos mucha jaka wlezie o lada co: 

Łaje, fuka, katuje, szczypie, bije, grozi 

F*annom swym i służebnym. Pani stara nosa 

Umyka, bo się i tej ledwie nie dostanie. 

Więc gdy mąż tylko w domu, rozkudłana chodzi, 

A jako tam zkąd który gach przyjedzie, albo 

Wierny jej kochaneczek, ażci się wystroi. 

Odpustów nie wspominam, na które uczęszcza. 
Nie dla Boga, lecz gachów, którzy gdzieś czuwają. 
Wiem co w Krakowie było kiedyś podobnego. 
Druga i rosłych karłów chowa i młódź ładną 
Pod pretextem usługi, domyśli się drugi. 
Ujdzie to tymi czasy, lepiej mieć takiego, 
("oby się do każdej mógł zejść oraz posługi. 

To przydawszy, że piv.ecię znajdują się takie. 
Które i do tej satyry mało co należą, 
I które pod niebiosa godzi się wywyższyć, — 
Dobrym Bóg zapłać, a złe niech djabeł weźmie. 

Ze satyry: „Na liżyobrazków i EmyśIonYch bbojei płci 
nabożniczków. 

I owych że djabły, miły Stanisławie, 
Nie lubię, co mi owo zakrzywiwszy główkę 
Chodzą, jakoby z Panem Bogiem dziś gadali. 
Nie wierzę ani ufam takowej twarzyczce,' 



— 189 — 

W której to postać święta, hajduckie sumienie. 

Wszytko o Panu Bogu. Pacioreczki w ręku 

Ustawicznie i książka i 'żywoty świętych. 

Z których o jako mało przykładów bionj. 

Które świętemi czynią. Znalem takowego 

Co pacierzy gwałt mówił, a odrwil każdego. 

Cicha wódeczka rada brzegi więc podrywa. 

Takowe są naturki tych to sykofantów 

Przykrytych skórką owczą, wewnątrz szczerych wilków\ 

Ci Hżyobrazkowie rzadko kiedy cnotą 

Tylko pozorem idą, modlitwy trzepocąc. 

Które tak właśnie jako paję(!zyna zda się 

Iść do nieba, nie idzie, i owszem upada. 

Tak i onych pacierze nie dochodzą nieba. 

Mgła kiedy idzie w^zgórę, plute więc przynosi, 

I ich modły takoweż, nic dobrego nigdy. 

Wolę ciebie, co idziesz z Panem Bogiem szczerze 

Nie tymi zalotkami; bo wnem, że jak z Bogiem 

Tak i z ludźmi przestawasz. Powiadają Włoszy. 

Że ten co ow^o nazbyt zwykł ceremonij 

Zażywać, albo odrwił, albo cię ma wolą 

Odrwić. Lepsza daleko prostoszczera cnota. 

Ale rzecze mi który: większy kredyt taki 

Zwykł więc miewać u ludzi, co się dobrym widzi. 

Prawda, ale się go ty strzeż jako pokusy: 

Pod tą po.stawką znajdziesz fałsz, obłudę, zdradę. 

Kryje się tam pod płaszczem szczerości niewiara. 

Wierz ejperto Jiobcrło, i daj wiarę chceszli. 

Nie w^ierz nikonm z takich, nikt cię nie oszuka. 

O cnocie siła mówią, siła pokazują. 

A cnoty w sobie o kość nie majći i wiary. 

Pójdę zaś do dewotek, bowiem tak w^ięc zowią 
Święte one dziwice i wdowy, i czasem . . . 



— 190 — 

(Ale nie powiem). — Ale, są też i takowe. 
Co się im mąż obrzydził, wolą do spowiedzi 
Ugęszcza<5, i tam szeptać plotki wymyślone. 
Nowinki ze wszytkich stron rynku zgromadzając. 

szepty, szepty, toć mi się nie podobacie! 
Maszli życ w osobności, mieszkajże w klasztorze 

Za zamknięciem, nie kręć się po wszystkich ulicach. 
A zwłaszcza jeśliś młoda. Starym to pozwalam, 

1 to nie bardzo chwalę. Prędko się popsuje 
Białogłowa w swobodzie, kiedy stróża niema. 
Od rozmówek przyjdzie tam do czego grubszego. 
Aż też i z kompasyi ubogim, na rękę 

Albo nogę ułomnym, będzie udzielała 
Czegoby nie potrzeba. Nie mówię o wszytkich: 
Są dobre i pobożne, jednak lepiej się strzedz 
Okazyi, a inszy żywot sobie obrać, 
Be/,pieczny od mów ludzkich i ich podejrzania. 

Ze satyry: ^^Na parazyfów^ wyjadaczów^ natrętów 
i importunów. 

1 nie wstyd cię wżdy cudzych zabiegać obiadów, 
I nie boisz się, abyć nie rzeczono, jako 
Król on Naropińskiemu: Ksze umyliście się? 
- Umyłem Mości królu. — Idźcież jeść do domu. 
Albo Jak arcybiskup Grochowski: Niemasz tu 
Panie dla was talerza, idźcie precz od stołu. — 

Bo się inogą bezpiecznie do muchy przyrównać: 
Kiedy owo u stołu jeść smaczną potrawę, 
Alić mucha przyleci z tego ni z owego, 
I wpadnie albo w łyżkę, gdy do gęby niesiesz, 
Aibo w potrawę same. Odpędzisz raz, nic to, — 
Mucha druga raz padnie. Odpędzisz drugi raz, 



— 191 — 

Nic to: mucha przyleci i trzeci raz wpadnie 
W polewkę, a ty miskę i z potrawą oraz 
Do djabla odrzucisz. Toż się i tu dzieje. 
Pokażesz niesmak, nic to, nie rozumie tego 
Pan Parazyt; pokażesz niewesołą cerę, 
I tego nie rozumie; choć i nieochotę, 
I tę przyjmie; nalajesz, za to podziękuje; 
Każesz iść do djabla, posłucha, ale zaś 
Nazajutrz cię nawiedzi i wpadnieć w półmisek. 
Łasi się i pochlebia, podobien do pieska, 
Który więc piszczy niż mu podadzą co z stołu. 
Rozumiem, że Polacy pochlebstwo nazwali 
I pochlebców od tego, że po chlebie cudzym 
Pochlebcy zwykli biegać, za chleb pochlebiając. 
Dobrze tam, powiadają, na jednym się stało 
Miejscu, że takich oknem kędyś wyrzucano. 
I ty się tego plotko spodziewaj łakoma. 
Bo gdzie kogo nie proszą, kijem go wynoszą — 
Dawna niesie przypowieść! Lecz tu jeszcze przydać 
Trzeba, jako więc różnych zwykli ci nawiedzać 
Cni wizytatorowie. Żaden kwestarz mniszy 
Nie zjeździ tyle świata, ile ci oblecą. 
Gdziekolwiek więc obaczą komin murowany, 
Koniecznie trzeba wstąpić, nowiny powiadać; 
I tak o cudzej strawce drogi odprawują 
Często nie swymi końmi, bo też to jest jedno 
Acioma^ że tańszy cudzy, niż swój owies, 
Aleć wskóra, kto takim końmi więc wygodzi, 
Jakby też swych trzewików pożyczył na odpust 
Do Częstochowy komu, które prędzej w drodze 
Zdrapie, niżeli odda. Toż i z temi będzie 
Końmi pożyczanemi: miasto mil piętnastu 
Ujdą sto jedno i dwie, bo ów nie posiedzi. 
Na dyszlu mu dokonać, tak fata przejrzały. 



192 



Do tych może się oraz drugi rodzaj ludzi 
Przyszyć, nie wielą różny, luboć się ten przymiot 
I w tych pierwszych znajduje. Co obecnie owo 
Do czynienia coś mają, traktując, pruciając. 
Cóż takitgo? Wielkie nic; ile w szczygTu sadła. 

— Waszeć dokąd? spytasz go. — Mam wielką, odpowie, 
Potrzebę tlo naszego pana podskarbiego. — 

— A tiini co? — Będziesz Waszmość wiedział po godzinie. 

— Ztiunląd dokąd? — Trzeba mi być u Pieczętarzów. 
N;un .siJa do czynienia. — Nowiny powiada 

Trzy po trzy, uszy bolą. na kogo napadnie 

Nabaje i niiplecie co się i nie śniło. 

Wpadnie i do pokoju, choćby cię w wychodku 

Miał zasłać, wpadnie on tam, i wys... się trudno 

Pr/ed takinu. Powiem coś śmiesznego w tej sprawie: 

Fan jeden po niewTzasach przy dworze^ w ogrodzie, 

Siedzi; d rozebrawszy się prawie do koszuli, 

Kazał drzwi pozamykać i rzecze: już się też 

Tu nie boję, by nie wszedł ten natręt i drugi. 

Mianując ich imieniem. Ledwie co domówi. 

Aż ^^ię jeden z tychże to, przez wszystkie pokoje. 

Przez w:^/.ystkie straże przebił, i przez sam wychodek, 

Podolino dziurą przelazł. A toż go widzicie. . 

Więcej łiic? — Mam od króla siła do Waszeci. — 

— A jakożeś tu przelazł mój miły człowiecze? 
Czyś jako i)tak przeleciał? — Mam wielką potrzebę 
Do Waszeci. — I pocznie drwić trzy po trzy, i lo 
Szczo Iłyto, szczo nie było. — Idź już do djabła 
Nabajałe.ś mi głowę, pizydź wolę na obiad 

Jutro, n dziś daj mi już pokój prze Bóg proszę. 

Ze satyry: „Na daremne testamenty i niewypełnione*^ 

^ Juzem też Stanisławie dom swój rozporządził. 
Paiiuętając na przyszłe rzeczy, więc i w takim 



^ 



— 193 ^ 

Już wieku przed oczyma śmierć mając, która nas 

Lub prędzej, lubo później pochybić nie może". 

To powiedziawszy, aż on uśmiechać się pocznie 

I głową na to kiwać. Spytam o przyczynę. 

Na co mi tak odpowie: „Cóż ci miły bracie 

Po tym, przedczasem czynić te dyspozycje 

I testamenty pisać, z których nic nie będzie. 

Nie psuj daremno głowy, a w śmiech się nie wdawaj. 

Któryż testament kiedy byl exekwowany? 

Któremu się dość stało według testatora 

Ostatniej woU proszę? Dobrze wojewoda 

Jeden, o tym powiedział, kiedy mu radzono 

Aby testament pisał: „Co mi, prawi, po tym, 

Gdy z niego nic nie będzie. Oto gdy odjeżdżam 

Z majętności, rozkażę tam urzędnikowi, aby 

I to i owo sprawił; zostawię mu długi 

Memoriał, i spiszę, co ma pod mój czynić 

Odjazd, obiecując się w tydzień nazad wrócić. 

Przecie ze wszystkiego nic, choć się mnie spodziewa, 

I kłopotu za tydzień, którego nie ujdzie. 

A cóż ci, co się nigdy mnie nie spodziewają, 

Ani mego powrotu, gdy umrę? Czy proszę 

Sprawią to, co rozkażę w testamencie moim? 

Któż się tego upomni? Ja nie zmartwychwstanę 

Tak prędko, aż na on sąd ostatni, gdy nie ja 

Z kim, lecz zemną kto inszy rachować się będzie". 

Powiadają o jednym szlachcicu, że pisząc 
Testament, takim kształtem pisał go: „Kościołom 
Za mą duszę naznaczam dwa tysiąca, ale 
Z tego wiem nic nie będzie. Żony proszę, aby 
Za mąż nie chodziła, lecz z tego nic nie będzie. 
Dzieci do szkoły oddać, z tego nic nie będzie. 
Skromnie dóbr mych zażywać, z tego nic nie będzie. 
Gachami się nie bawić, z tego nic nie będzie. 

■Si|BI HUMORU fOURIFtO. Tl. 1H 



— 194 - 

Sriiom zbierać i córkom, z tego nic nie będzie. 
Potomstwo rozporządzić, z tego nic nie będzie. 
Poptaeić co się winno, z tego nic nie będzie, 
(^.eladzi też nadgrodzić, z tego nic nie będzie. 
Chs,^o ^o)a z tych rzeczy wszystkich nic nie będzie, 
1 z mego testamentu". A tak skończył chudak, 
I ?.y\vot i testament dobrze wy wróży wszy, 
7j^ z onego wszystkiego nic, nic być nie miało, 

Aleć, staną też czasem i księża i mniszy 
Za wypiekunów, kiedy obstąpią chorego 
Już zdesperowanego; poci się chudzina. 
Czy wprzód o duszy myśleć, czy o dzieciach, czyli 

żenię, domu czy też jakoby tych sępów 
(Nie o wszystkich się mówi, ale silą takich) 
Co na trupa czuwają, zbyć jako od siebie. 
A oni nie dla duszy, lecz dla twego zbioru. 
Wieszają się nad tobą, jako kruk na świeżo 
Obieszonym. czekając swego tam oblowu. 

Słyszałem, że raz jeden kapłan pana na śmieć 
Dysponując, a widząc że już zmysły stracił, 
PytsL go: „Mości panie, te kilkaset łasztów 
(.ł<)kuzujeszże waszeć na kościoły?" Pan milczy, 
A on owo milczenie pro coiisensu mieć chce. 
Ho (iHi tacet vi(letur consentire. Znowu 
1'ytłK ,a ów folwarczek, i owe ogrody 
!^op:njej3ZŻe na kościoły?" Pan milczy, a on to 
W^/.ystko w testament pisze, bo był Notarius 
Płvło, to jest na to, aby był notował. 
Gdy ro kto książy kędy darował przy śmierci. 
A;^ się też syn onego pana wyrwie z kąta 

1 pyt El : „Panie ojcze, każesz waszeć tego 
Ksii^^fka oknem wyrzucić?" Milczy ojciec, bo już 
Ledwie co ducha w ciele. Aż syn: „To milczenie 



1 



— 19B — 

Trzeba brać pro assensu. Weźcież tego księdza, 
I wyrzućcie go oknem, bo ta jest ostatnia 
Wola rodzica mego". Odstąpilci Pater 
On duchowny wszystkiego, żeby byl nie zleciał. 



Ze satyry: ^,Na teraźniejsze w różnych zakonach 
obyczaje^^ 

Rzecze mi kto: Zaż nie masz kaznodziejów wielkich 
I pobożnych, z których się mogliby budować? 
Bywali kiedyś tacy, teraz miasto nauk 
Duchownych, powiadają bajki jakieś, albo 
Historye żartowne i nie wiem co tylko. 
Błaznują czyli każą, trudno i rozeznać, 
Ot tylko uszy bawią, a gdy na kazanie 
Przyjedziesz, stanieć za jedne szczyrą krotofilę. 
Będą tam i wszeteczne słowa, opisania 
Będzie tam i małżeński stan na placu, oraz 
Wszystkie sekreta nocne. A kiedy zalety 
Pocznie ganić, upewniam, że miasto naprawy 
Nie jeden model weźmie i informacyą. 
Słowy pluska aż brzydko, bez braku i kształtu 
Wydworny kaznodzieja. Broni, a sam czyni. 
I dlatego tak dobrze o tym dyszkuruje. 
Że wie i nader co to zalecać się kształtnie. 

Aleć godna rzecz wiedzieć sposób ich kazania. 
Przysłuchajmy się trochę niecierpliwym uchem. 
Gdy tedy na ambonę wnidzie mnich nadęty 
Opinią wysokiej nauki, mądrości. 
Odmie się jak półtora nieszczęścia, on kaptur 
Rozwiedzie i kapicę rozszerzy po wszystkiej 
Ambonie, wszystek ty2)hus indyk najeżony, 
Albo dudy nadęte: pchniesz, aż dudy psykną. 

13* 



- 196 — 

Dopieroż uformuje postawę i cerę, 

Jakoby trzeciego dnia gadał z Panem Bogiem. 

Aż też zacznie swoje rzecz, tema założywszy, 

którym nic nie będzie we wszystkiem kazaniu. 
Dopieroż swych słuchaczów, oraz przezacnego 
Auditorium prosi o cierpHwe ucho. 

Jako jeden za którąś świętą każąc, rzecze: 
„Nie żałujcie tej pannie uszu, bo ja gęby 
Żałować jej nie będę". Kształtne przychęcenie. 
Będzie drugi słuchaczów upraszał o jakieś 
NietęskUwe słuchanie, a mnie uszy bolą. 
Ledwie co exordium swe skończył duchniczek, 
Vanus arełohguSy a nie kaznodzieja. 
Chceszże wiedzieć co w tym to exordium było? 
Arena sine caJee, trzy po trzy, nie wiem co, 
Olla jmtrida jakaś, były tam na placu 

1 signa Zodmei, i sfery i nieba, 

I ziemia, Geometrac, Asirologi, wszystko, 
I wszystkie sciencye, wszyscy doktorowie. 
Anielski, i subtelny, i S(mlenłianim. 
Były chirogliphica cmblemata, zgoła 
Theatrum niundi całe, wołać trzeba było: 
Kleju dla Boga, kleju do tego kazania. 

Tu o duszy, o niebie nic a nic, tylko więc 
Kwestyjki niepotrzebne. Gzy też Chrystus, gdy go 
Chciały mieć rzesze królem, zostałby był polskim? 

Dyspozycyi żadnej nie będzie, trzy po trzy. 
Nuż gdy pocznie mianować rozmaite przykłady. 
Będzie tam Pompejusz cesarz rzymski, będzie 
Marłius CanipuSy wielki on w Rzymie senator, 
O którym gdzieś napisał Pindurus historyk. 
Że głupich nigdy nierad słuchał kaznodziejów. 



— 197 — 

Cóż gdy zacznie cytować poetów? „Powiedzinl 

Yirgilius, że nenio cum crimine vivit: 

Post pisceSy nuces. Horaims przydał: 

Arnia virumqt4e cano, ale Demostenes 

Poeta sławny rzymski inaczej powiada 

I mówi temi słowy: Herculea retro 

Postqtiam shindalworis urgentia fata camellis, 

Instante posuere metuy tum fuk/^ida cavum 

Torva minmlloneis implerunt comua bambis. 

Szumny sens, daj to katu i coś głębokiego 

I niewyrozumiałego. Arcymądrze każe 

Ten wielki kaznodzieja, i teolog wielki. 

Drugi zaś taki będzie, co o cnotach każe 

I dobrych obyczajach, sam ni czci ni wiary, 

Głupimi tylko słowy woła a trzaskaniem, 

Albo więc wyliczaniem różnych passatempów. 

Będą na placu włoskie dziardyny, partery, 

Wiridarze, altany, groty, kury tarze, 

Balety, maszkaraty, kuranty, padwany, 

Pasamezy, nuż potym włoskie opisanie. 

Aby rzeczono, że był we Włoszech ksiądz Dzierbin. 

Aż też nakoniec rzecze: Odprawiłem pierwszą 

Część, idę już do drugiej. Prze Bóg! nie zabijaj. 

Dosyć było drew w pierwszej 




- 198 



Rzeczpospolita Babińska. 

Głośna ta w literaturze naszej Rzeczpospolita, powstała 
jeszcze za czasów Zygmunta Augusta, a zgasła dopiero w dru- 
giej polowie XVII. wieku. Wiadomość o jej założeniu i roz- 
wijaniu się w pierwszej epoce podał Stanisław Samicki. 
Z niego dowiedzieliśmy się, iż założycielami Rzeczpospolitej 
byli Stanisław Pszonka i Piotr Kaszowski. Długo parokartkowy 
opis Samickiego był jedynem źródłem do dziejów Babina. 
Później dopiero odnaleziono dwa panegiryki Wrześnianina 
(Vresnanus) i Jana Achacego Kmity, napisane na dzień ślubu 
M. Stradomskiego z Katarzyną Pszonkówną, wnuczką założy- 
ciela Rzeczpospolitej; obaj poeci skorzystali z okoliczności. 
i pierwszy po łacinie, drugi po polsku, opiewali wierszem 
chwałę Rzeczpospolitej, opierając się na Samickim i na wła- 
snych wspomnieniach. Znaleziono wreszcie Akta Rzeczpospo^ 
litej Babińskiej, z jej drugiej, a raczej drugiej i trzeciej epoki, 
t. j. od roku 1601 do 1670, kiedy właścicielami Babina byli 
najprzód Jakób, a potem Adam Pszonka, syn i wnuk założy- 
ciela. Akta te to jedyny autentyczny materyał do charaktery- 
styki wesołej Rzeczpospolitej, z nich bowiem dowiadujemy się 
czem ona rzeczywiście była w wieku XVII, wówczas, kiedy 
podania Sarnickiego o jej początkach w wieku XVI, jak to 
wykazała krytyka, są bardzo podejrzanej wartości. 

Akta Rzeczpospolitej Babińskiej wydał i objaśnił dr. Sta- 
nisław Windakiewicz (Kraków, nakł. Akademii Umiejętno 
1894 r.). Wydawnictwo to wywołało obszerną rzecz o Rze 
pospolitej Babińskiej, napisaną przez K. Bartoszewicza i uni 
szczoną w trzech zeszytacli warszawskiego „Ateneum** z r. IS 
Do studyum tego odsyłamy więc czytelnika, który chciałby 



— 199 — 

znać historyę Babina, dowiedzieć się co o nim pisano i jakie 
było jego istotne znaczenie. Tutaj podajemy najprzód w ca- 
łości wiersz Kmity, w którym mamy dzieje początków Rzecz- 
pospolitej, wyjęte z „Annales* Sarnickiego i nieco anegdot, 
zebranych przez samego Kmitę, a następnie przytaczamy naj- 
dowcipniejsze ustępy z „Aktów", będących spisem nominacyj 
urzędników babińskich, z podaniem motywów, na jakich te 
nominacye się opierały. — Dodajemy jeszcze, że korzystamy 
przeważnie z przypisków dra Windakiewicza. 



MOROCOZMEA BABIŃSKIE ') 

jJana ^chacego JCmity. 



Homer, książę poetów, przypomniał w pisaniu 

O Ulissowym wzmiankę czyniąc żeglowaniu: 
Niech na weselu ściany szpaler mi obite. 

Niech będą i potrawy gościom wyśmienite, 
Kiedy niemasz muzyki, za nic wszystko stoi. 

Muzyka grunt i za nią dobra się myśl roi. 
Więc i ja o babińskiej wspomnę znamienitej 

Kongregacyej, abo Rzeczypospolitej, 
Którą tam od dawnych lat kiedyś fundowano. 

Na co prawa porządne od tej braciej dano. 



r ) Jan Achacy Kmita, wierszopis, tłómacz klasyków, autor broszur 

\ pr ■ żydom, wydał w r. Ifil7 wiersz „Monogamia Jego Mości Pana Miko- 

\ łai Stradomskiego y Jey M. Panny Katharzyny Pszomkowny, Jego Mości 

[ Tt Jakoba Pszomki z Babina Gorki i t. d. W Krakowie Roku Pańskiego 

t 16 "Po wierszu weselnym następują ^Morocozmea"*. K, B. 



- 200 — 

Babin od baby rzeczon, która więc siadała 

Przy drodze i pstre gościom żarty przedawala, 
Jako jest w Moskwie kędyś, co ją złotą zową, 

Którą dziś Moskwa chwali i biją jej głową. 
Była też taka w Czechach, co Czechom wróżyła, 

Gdy na wojnę do Polski zwada ich wabiła. 
Chcąli mieć szczęście, żeby osła wprzód zabili, 

A z niego jej ofiary w polu uczynili. 
I tak Czechowie osła na jej słowo zjedli. 

Ślązacy łeb z uszyma, Polski nie osiedli. 
Otóż macie babią rzecz. Którzy im wierzycie. 

Co komu baba powie, ługiem pozłocicie. 
Zkąd i dziś jest przypowieść, tak co kto w nowinie 

Niepewnego rzekł, iżeś słyszał to w Babinie; 
I dla tego samego tamtędy jadący 

Musi się każdy rozśmiać, na Babin wspomniący. 

Powiedział . kto przy stole, iże był dzwon śklany 

I gdy weń zadzwoniono, był tak pożądany. 
Że z Wilna do stolice moskiewskiej słyszano — 

I za jeden dziw ludziom powiadano. 
Ozwał się drugi na to, chociaż w rozum mniejszy, 

Ale do przypowieści jeszcze foremniejszy: 
„Widziałem ja coś dziwniej; jest też dzwon w Krakowie 

Nie śklany, nie żelazny, macie wierzyć mowie, 
Ale go zdun urobił aż z iłżeckiej gliny. 

Gdy weń uderzą, ma te nad podziw nowiny. 
Że go aż w Rzymie słychać za ośm niedziel będzie. 

Już tej sławy w Poznaniu i pełno jest wszędzie". 
To takiego w Babinie historykiem zwano 

I dochód mu każdy rok pożyteczny dano. 
Za każdy kunszt z gorzałki dwa achtela piany. 

Godność każda na świecie ma mieć swe zamiany. 



— 201 — 

Kto zaś z męstwa się chwalił nieladajakiego, 

A zwłaszcza, że przechera jaki nie byl z niego — 
Powiedział, że tak mężnej bywał rycerz ręki. 

Gdy pięścią wołu trafił, doznawał tej męki, 
Bo mu na drugą stronę aż ręka wypadła. 

Nie kożdemu buława na ten cel przypadła. 
Temu polne hetmaństwo z przywilejem dano 

I od takiego męstwa Gofrojem go zwano. 

Jeszcze ktoś subtelniej tkał historyą swoją, 

Wspomnę ja i o niej, dam relacyą moją. 
„Był wieprz ') w Niepołomicach czterdzieści lat żywy, 

Któremu żaden nie mógł podołać myśliwy, 
Ani Czuryło % dawny starosta, i po nim 

Grzegorz Branicki'*). I tak ja to powiem o nim: 
Częstymi i gęstymi będący psy szczwany, 

I stalnymi oszczepy po szczeci czesany, 
Nie mogąc go tym pożyć, oczy zwybijano. 

A iż też i bestyom rozum jakiś dano. 
Wodził na paszę ojca syn, dawszy mu w zęby 

Ogon trzymać i między zaś odwodził dęby. 
Uźrzał strzelec, a wieprza wieprz drugi prowadzi. 

Zarazem się z muszkietem przy sośnie zasadzi — 
I ustrzelił synowi figiel przy giizicy. 

Ów uciekł, a ów stoi, jak pień na ulicy, 
Trzymający w pysku chwost. Wtym strzelec przystąpi. 

Ujmie, a wieprz szczecisty coraz po nim stąpi. 
I zawiódł go dwie mili do zamku samego. 

Dopieroż go zabito, jak obyczaj tego. 
Dziwna rzecz, sześć oszczepów po zaskorzu było. 

Kul dwadzieścia ołownych w ziobrach się zakryło, 
Połcie na trzydzieści piądź, sierpy miał nie zęby, 

Za któremi młode rzadko ostały się dęby**. 

») Daak. ') Marcin. ^) Uniarł r. Ió94. 



— 202 — 

Przygnano krasomówcy pewność osobliwą 

I byl łowczym babińskim za tę prawdę żywą. 

„Fraszka to, powiem ja coś, rzeki drugi, lepszego 

I wiadomości godno i coś pewniejszego: 
Moskiewski car *) chcąc króla Stefana ubłagać, 

Aby go przestał swoim zwycięstwem przemagać 
Bo mu byl po trzykroć sto Moskwy zbił tysięcy, 

Nie tak wiele zabiją Weneci zajęcy, — 
Pr5;ez Biskupa Rzymskiego*-^) jąl się starać o to. 

Posiawszy mu krogulca w podarku i złoto. 
Papież nie byl myśliwcem, chciał się hiszpańskiemu 

Zachować nim królowi '), darował go jemu. 
Filip król, iż byl stary, nie kochał się w Iowie, 

Posiał go francuskiemu królowi*), na zmowie, 
Fiancuz nie miał tej myśli, dał go Rudolfowi *), 

Takiemu, jako i sarn, też nie myśliwcowi. 
A iż cesarz kilka lat z ludźmi się nie widał, 

Krogulec się darowany do pola nie przydał. 
Podlał go Batoremu, polskiemu królowi, 

Dobremu żołnierzowi i też myśliwcowi. 
Jechał raz król do puszczy a Ferens') miał ptaka, 

Wtym strzeli na jelenia król Stefan z pułhaka, 
Krogulec kulę porwał z wielkim podziwieniem 

I zaś zgonił jelenia wylotnym ćwiczeniem. 
Tell mu usiadł na głowie, a zwierz chcąc nogami 

Zraucić go, noga między uwięzła rogami. 
Ów padł. A wtym myśliwcy kantar") nań zawdziali 

I tak do zamku z puszczy na nim przyjechali. 



^) Iwan IV. ') Grzegorz XIII. (1572—85). ^) FUipowi II. (1555—98). 
<) H€^I7ko^vi III. (1574—89). *) Rudolfowi U. (1576—1612). •) Wesselini, 
starosta lanckoroński, węgier przybyły z Batorym do Polski, umarł r. 1594. 
^ Kautar, rodzaj kaptura, Linde mówi, że munsztuku. 



i 



203 



Kochał się w tym krogulcu Stefan dla tej sztuki**. 

Ale ten, co to powiadał, byl wielkiej nauki 
I byl pósJera do Niemiec od Babińskiej Rzeczy, 

Bo i umiaJ w rzecz trafić tak wymowca k' rzeczy. 

Kiedyż też więc co owo w ogrojcu nie bywał '), 

Abo co spelna trzech lat Węgrzech nie slugowal, 
Nie do rzeczy co wyrzekł, już tam naznaczono 

Dogodny urząd. Ztąd go do śmierci tym czczono. 
Był zasię kto przemędrzec, więtsze miał dochody. 

Jak gdzieindziej za prace, tam też szły nagrody. 
Kmita, dziad mój, ze Zrzenczyc^), który Gikowskiego 

Do Turek wiódł % bowiem był oboźnym u niego, 
Crdy było w posiedzeniu w Babinie pytali. 

Jako się też z Cłkowskim Turcy szanowali, 
Iż był dał ściąć w Piotrkowie posła tureckiego. 

Który zabił przystawa, sługę królewskiego, 
Kmita tego nie patrzał, miał insze zabawy. 

A iż im należało wiedzieć tamte sprawy, 
Tureckim go tłumaczem od Rzeczy nazwali. 

Iż mało wiedział, mądre ztąd mu imię dali. 

Gamysz, podsloli^), iż go sądeckie wlodarstwo 
Nie doszło, i za ono jego gospodarstwo. 

Dali mu wielkierządy zarazem w Babinie 

I po dziś dzień w rejestrach skarbowych tak słynie. 



') „W ogrojcu aie bywać*, zwrot powstały z alluzyi do św. Piotra, 
na oznaczenie niebywałego człowieka. ^) Zdaje się, że Jan, pisarz ziemski 
krakowski. ^} Chyba Mikołaja, r. 1546 — mówi p. Windakiewicz. Nie 
, chyba**, ale tak. Cikowski kazał ściąć nie posła tureckiego, lecz jakiegoś 
turczyna, „Cyrkasanina**, za śmiertelne zranienie Gojskiego; o tym fakcie 
wspomina Stanisław Grochowski w wierszu , August Jagiełło wzbudzony*. 
Cikowski, kasztelan żamowski, po śmierci Izabeli, królowej węgierskiej, (któ- 
rej był przedtem marszałkiem dworu), jeździł w poselstwie do jej syna, Jana 
Zapolskiego, a potem do Turcyi. K. B. *) Stanisław, podstoli krakowski 



— 204 — 

Mężyk iż brodę golił, tem zbywał starości, 

Byl starostą sądeckim *); tam przy wielu gości 
Ochmistrzem go panieńskim pilnym uczyniono, 

Na co mu dożywotni przywilej posłano. 
Wojewoda z Witebska^), pan mój chlebodajny, 

Nie pijał jeno wino, a był z tym nie tajny; 
Na czestnictwo list mu też posłano z Babina, 

Aby z Węgier kosztował przywiezione wina. 
Był wtenczas Łaski przy tym, drugi wojewoda'^), 

Wstał i list pocałował; taka była zgoda 
W tej Rzeczypospolitej, że się nie zbraniali 

Urzędów, choć przysługi żadnej nie miewali. 
Nie zda mi się, bym minąć miał Secygniowskiego 

Jakuba^), w czymkolwiek tkniesz, wszędzie uczonego; 
Zda mi się, że w Babinie jest referendarzem, 

A Bączalski^) zaś stary polskim nowiniarzem. 

Słysząc król August taki postępek w Babinie, 

Iż ich Rzeczpospolita w cudze kraje słynie; 
Dziwował się niezmiernie dworstwu osobnemu. 

A co jeszcze dziwniejsza musi być ku temu. 
Że Pszonka i z Kaszowskim tą rzeczą rządzili, 

A obadwa starcowie srebrogłowi byli; 
Kaszowski, sędzia ziemski, był posłem w Lublinie, 

Ale zaś miał kanclerstwo osobne w Babinie, — 

*) Stanisław, dworzanin i sławny rotmistrz z czasów Batorego. 

') Zawisza Jan. ^) Wojciech, wojewoda sieradzki, znany z rozrzut- 
ności i awanturniczego żywota magnat, przyjaciel Kochanowskiego i wielu 
humanistów. '') Starostę szydłowskiego, rotmistrza i „męża wojennego" 
z czasów Batorego, jak mówi Paprocki. 

*) Windakiewicz ohja.śnia: Hieronim, „człowiek znaczny, prawy dwo- 
rzanin, do którego młódź na ćwiczenia domów zacnych dawano**, PaprockL 
Nam się jednak zdaje, że prędzej tu mowa o Sewerynie, słabym wierszoro- 
bie, autorze „Fortuny albo szczęścia", rzeczy odpowiedniej bardzo duchem 
Babinowi. K. B, 



1 



— 206 — 

Kazał obydwu wezwać, niźli były sądy, 

Jąl się o babińskie król dowiadować rządy. 
„Macież też, prawi, króla u siebie jakiego, 

Coby by I regimentu obrońca waszego?" 
A iż byl twarzy wdzięcznej i żartownej mowy, 

Odpowiedział Kasząwski łagodnymi słowy: 
„Boże uchowaj, królu, nie daj tego Boże, 

By miała być jaka myśl; ani to być może. 
Abyśmy tacy ludzie, panie miłościwy, 

Inszego mieli obrać, pókiś ty jest żywy; 
Ale i tu i u nas bądź królem szczęśliwie, 

My jak poddani będziem słuchać cię szczęśliwie**. 
Rozśmiał się król serdecznie i śmiechem pokazał. 

Że był królem w Babinie, żart go nie urażał; 
Dworzanie na to patrząc, nie był naleziony, 

Coby na śmiech poduszczyć nie miał swej śledziony. 
Był to pan krotofilny, wszystkim mil i sobie. 

Po którym chodzi Polska do tych dób w żałobie. 
Ustały dobre myśli, dobre zgasły lata. 

Teraz gdzie wejrzysz, w każdym domu jest utrata; 
Wszystko coś jakby płakał; a za pana tego 

Żaden kąt nie był w Polsce bez wesela swego. 
Chwytają ludzie jakiś wiatr nieułapłony. 

Nie inaczej, jako on, parą nakarmiony. 

Prayszedł Hiszpan do kuchnie, a jeść się mu chciało. 

Kupił rzodkwie za babkę, bo miał groszy mało, 
I trzymał chleb nad parą, gdzie pieczenia stała. 

Rzodkwie ukęsujący. I tak się mu zdała 
Ona potrawa mięsem. Nie sprzeczam się o to, 

Wszak też złotnicy czynią z żywej wody złoto. 
Potym na jednej uczcie dworzanie wzniecili 

Mowę, a monarchią perską wynosili; 



— 206 - 

Wynosili i grecką, jak te państwa dawne, 

Kutemu starożytnością nad insze są sławne. 
Oz wal się brat cechowy: „Cóż ty drwalu*) prawisz, 

A zacnych uszy ludzi starochwalstwem bawisz? 
Nasza, prawi, babińska starsza monarchia, 

Ni twoja Babilonia, ni twoja Grecya; 
Bo o naszej Dawid rzeki: „kłamca człowiek wszelki**, 

I tej ten jest fundament i ten grunt jest wielki. 
Przeto i Aleksander i Darius możny 

I wszystek się w nią zamknął świat, w ludzi potężny. 
Nie wiej^K. ten jeszcze mówił, byłaby snąć wieża 

Z przywilejów, jakie my mamy od papieża. 
Mamy i od cesarzów na swe utwierdzenie 

Na babilońskie, chcę rzec, babińskie rządzenie**. 
A jest lo w nich, któryby nazwał kogo łgarzem, 

Nie może być regentem, ani sekretarzem; 
Lecz ktoby wić*^) ukręcił najsubtelniej w mowie, 

Ad pńmum vacans urząd będzie miał na głowie. 

Azaż to nie subtelnie udał w rzeczy swojej 

Stanisław Dymitrowski, ociec matki mojej: 
„Mialt^rn od Kobielskiego charta tak ciekłego, 

Za paznogieć tylko brał zająca każdego. 
Widziałem bróg ogórków w Mazowszu będący 

1 konia, gdzie był ogon, tam głowę mający. 
Widziałem też siekierę u czapnika z wełny 

W Sochaczowie i przetak wody dżdżowej pełny, 
Tylko mi żal, rzekł potym, i wstyd mówić tego, 

Żem nałożył, a nie mam nagrody nic z tego. 
Król francuski z sokoły wyjechał na pole. 

Które gdy się wzbujały, siadły na stodole 



1 



'} Dawne przezwisko, tyle znaczy, co nieokrzesańcze. 

^) W przedruku Windakiewicza jest: „^vic^ Czyżby ^wiC pocho- 
dziło (id: Witz? Zajrzeliśmy do wydania oryginalnego i znaleźliśmy najwy- 
raiaiej: ,mć^ Zwrot „wić kręcić** był w pow.szeclinein użyciu. K. B. 



— 207 — 

W Pędawicach *); ja one zwabiwszy, królowi 
Posiałem do Paryża, a król myśliwcowi 

Dal talar oduznego ^^) — tu żartów nie stało — 
Było mi matyasno^), że mi dal tak maJo". 

A żeby to nieprawda miała być, nie śmieli 

Przerzec słowa, owszem go za kronikę mieli. 

Miejsce sejmów swych giełdą od Gdańszczan nazwali, 

Jakoby pełną zgraję motłochu znać dali. 
Pszonka tam był starostą; na tym należało, 

Gdy się kogo królowi zalecić przydało; 
W tej giełdzie wytarł się, tam domował nikczemny 

I był przy dworze potym chłop z niego foremny. 
Byli to dwaj starcowie, ludzie znamienici, 

I Pszonka i Kaszowski, a w żarty obfici, 
Że ich ludzie naówczas, jeśli gdzie siedzieli, 

Za rajskie delicye i marcypan mieli. 
Żadnych gód, żadnych biesiad szczęśliwych nie znali, 

Kędy błogosławionych starców nie wezwali. 

A iż, niż prosta służba, lepszy urząd jaki. 

Honorem się przyodziać są też to przysmaki, 

Upieściłby mi uszy, gdyby ta nowina 

Przyszła, że mój Charmęski przyjechał z Babina 

Nie bez dygnitariey *), któremu ja życzę 

Dobrze, a co więtsza, lat siła mu naliczę. 

Więc iż tam ludzi godnych każdy czas potrzeba. 
By w Rzeczypospolitej darmo nie jadł chleba, 



') Wioska pod Sandomierzem. 

'-') T. j. od uzdy, podarunek stajennemu przy kupnie konia. 
^) T j. było mi głupio, od Matyasza, Macha, figury popularnej inter- 
medyów i baśni ludowych. 

*) Mikołaj, ostroAvidz babiński. 



208 



Wrześniewskiego zalecam, kolegę małego *), 

Ale w rozum i w dowcip i na wzrost caJego. 
Proszę, by mu ten urząd od rady posiano, 

Nieśmiertelną pamiątkę w tymby uczyniono, 
Filozof przed inszemi i poeta sławny, 

Niema przed nim nic Nazo, ani Flakkus dawny; 
Clodzien tego kredenca ^). Wszak w tym cechu znaczny 

Miodoplynny pisorym, Kochanowski zacny. 
Był i w tej komitywie Rej, w polski rym łacny, 

Trzecieski ^) i Paprocki, i Sęp *) wierszem smaczny, 
Mifił urząd niepośledni w tym sławnym Babinie. 

Bo tam i z karczem samych bez miana nie minie, 
Tu się każdy powinien jeśliż nie bierzmować. 

Tedy przynajmniej w nowy tytuł podfutrować. 
Porudyńskiego pilchem *) kaczmarka przezwała 

I tak potym drużyna i przy dworze zwała. 
Marcinowskiego zasię, jako lwa dużego. 

Dworzanina natenczas króla Batorego, 
Który koła hamował siedzący na wozie 

1 w żadnym mocy nie czuł kręconym powrozie — 
I Lo Jarocki kiedyś drzewem dokazował, 

I co Ciołek^), kiedy dzwon na wieżę gwindował 



1 



') Bartłomieja (Bartholomeus Yresnanus), znanego nam autora ^\aer- 
sŁU o Babinie. „Kolega mały", jest po części żartem, a po części prawdą, 
brł Wrześnianin był nauczycielem w Collegium Minus. 

'^) Listu uwierzytelniającego, liUerae credentiales. 

^) Kochanowskiego, Reja i Trzecieskiego wspomina także Wrześnianin. 
Bartoszewicz w swej rozprawie podejrzywa w tem miejscu prawdomówność 
Kmity i Wrześnianina. K. B. 

*) O Paprockim i Sępie Sarzyńskim (f 1581), jakoby do Babióczyków 
nalewu, wspomina jedynie Kmita. Bartoszewicz i tu stawia znak zapytania. K. B, 

*) Pilch, rodzaj łasicy. 

^) Stanisław, głośny siłacz z XIV. w. i na długo popularna ])ostać 
w umysłach bitnej szlachty (Bielski I, 493). 



— 209 — 

W rynku krakowskim niegdy, co go chłopów silą 

Nie mogło ruszyć, jego zaniosła go siła; 
I co też o Pierzchlińskim sławią u nas doma, 

Że sześci chłopów w zbroi podźwigał rętoma; 
I co Ścibor przez Dunaj we zbroi przepłynął*) — 

Tedy wszytkim tym równy Marcinowski słynął, 
Ale nie wiem, czemu go mamczarzera nazwano. 

Czy mamki ludziom raił, stąd mu imię dano? 
Nie dziwno, i Achilles siadał też z prządkami, 

Choć był mężny, jako żubr, chciał słynąć żartami, 
I by był o babińskiej wiedział promociey, 

Dałby był pokój Trojej i chwalnej Greciey. 

A iż snadź nie przeszkodzi, mniemam, nic weselu, 
Owszem, pewnie ucieszy to pokrewnych wielu. 

Że nagrobek z kroniki wziąwszy Samickiego, 
Tu położę pamiątkę Pszonki stoletniego. 

Epitaphium Sotnini Psonkae^ Fundaforis Sociefafis 
Babinensis ^). 

Jeśli Rzeczpospolita komu więcej była 

Powinna, tedy Pszonce ^), co tu leży, siła, 

Bo ten bractwo fundował, w którym są zmyśliwe 
Żarty, a co najwiętsza, że nieobraźliwe: 

Krzewcie się towarzyst>vo, są li wiersze moje 

Wdzięczne wam, przyjmcie mię też, proszę, w bra- 

[ctw^o swoje. 



') Podobnie głośny siłacz, jak Ciołek; Dunaj przejjłynął r. 1396, bę- 
dąc natenczas w służbie Zygmunta Luksemburczyka. Bielski, 1. c. 

') Przekład z nagrobku napisanego Pszonce wierszem łacińskim przez 
Sarnickiego. 

3) Kmita pisał: Psomkae, Psomce. 



KSIĘBI HUMORU POLSKIEGO. T. I- 



li 



— 210 — 



n. 
UHZĘDllIKÓW BABIŃSKICH HEGEST^'). 



Anno 1603 IB Octobris w Radomiu, Pan Besiekłersky 
20stal yrzędnikiem babińskiem, riualis Babinensis, iss do domu 
w posczieli położony, czepiecz prziwiosl, ktori czepiecz tak 
wiele rosruchu uczinil w domu, ze piethnasczie rasy przisie- 
gal, ass w Krakowie na iubileussu s tego wzial rozgrzessenie. 
Miał natenczas lath do 70. 

Eodem die Jego Moscz Pan Walerian Trepka'^) został 
doktorem babińskiem s tey miari, iss kilka garczi malmaziey 
kaice wipicz w nacziessey gorączcze; powiedal, iss pana oycza 
?lerzil. Probatum. 

Jego Moscz Pan Stanisław Bobrowniczkj ^) yrzędnikiem 
babińskim został, strzelczem, bo chocz kula iedno po pie- 
rzu musnęła ptaka, tedy każdy ptak zdechł. A do tego za ie- 
dnym strzeleniem po piączidziesiąth kaczek zabiia. 

Anno Domini 1606. Jego M. Pan Marcin Silnicki*) zo- 
sta! tu na miejscu urzędnikiem babińskim i ma być zwany 
napotem Herkules z tej przyczyny, że [^będąc w Niemczech, 
powadziwszy się z Niemcy o elekcyą dzisiejszego Pana*^), 
we czternastu leciech będąc, ciął Niemca w ramie, prawie 
w staw trafił, że ono cięcie poszło tak daleko przez ciało 
i kabat aż się się szpada o pas żelazny oparła, a ręka tak 



ł) Z „Aktów". Pierwsze trzy ustępy podajemy w pisowni Babina, 
następne pisownią dzisiejszą. 

*) Syn Hieronima, dworzanina Stefana Batorego. 

>J Z Faliboża. 

*) Z Potoku w Krakowskiem. 

^) Zygmunta III. 1587 r. 



— 211 — 

odwisla, że się na ziemię spuściła, i z stopą się zrównała, 
a płuca wypadły. I mogło się mu było więcej urzędów roz- 
dać, bo był ich godzien, ale odłożyło się to ad }mjorem eon- 
gregationem. A przedsię Niemiec żyw został. 

Jan Dzierzek podsędek lubelski, powiedział przed autorem 
Rzeczypospolitej Babińskiej, że widział u książęcia saskiego *) 
w Niemczech że jeleni 14 tysięcy przebieżali przez jedno mia- 
steczko; też jelenie pstrągi łowili. 

W ten czas też Jego Mość Koryciński "^) powiedział, że 
u księdza Gamrata'*) na wielkim bankiecie będąc, kuchmistrz 
nie mając materyi z czegoby półmiski wymyślał aż z sieczki 
wymyślić i przyprawić dobrze kazał. Które potrawy gdy po 
inszych dano, a ksiądz arcybiskup jął je jeść, frasował się 
bardzo, że co najlepsze z sieczki półmiski naostatek zacho- 
wano, kiedy się już najedli. Kuchmistrzem babińskiem z tej 
przyczyny Jego Mość został. 

Relacya wielkiego marszałka bnbiiiskiego Jego Mości 
Pana Krzysztofa Latyczyńskiego: 

Jego Mość ksiądz Ziemian, starszy sługa Jego Mości 
księdza biskupa chełmskiego*), powiedział, że był w mieście 
takiem. które Krczelowem zwano, (!o się wszystko miasto na 
śrubach obracało. Pan tego miasta Farnodziej. To miasto 
chudym pachołkom prawie jest kuchnia, bo przez nie idzie 
rzeka wielka, jako trzykroć Wisła, mleczna a ma jaglane 
brzegi gotowe, warzone. Wół wielki pieczeni śród rynku stoi; 
nos w niem, a wielka buła chleba papieskiego między rogami. 



') Chrystyana V. (1591— lOUj. 

*) Który? — czy Jędrzej, kasztelan wiślicki, przyjaciel uciesznego fa- 
cecyonisty Smolika i autor Perspectivae polilicae R. P. ? 

*) Piotra, arcybiskupa gnieźnieńskiego 1. (540—5) o którego rozrzutno- 
ści anegdoty z dawna krążyły. Patrz Kochanowskiego apophtegmata na 53—55 
str. naszych „Ksiąg humoru". 

*) Jerzego Zamojskiego (1600 — 20 j. 

14* 



— 212 — 

Ka?Aieirm wolno ukroić chleba i wołu tyle. ile potrzeba, a nie 
ubywa ani chleba, ani wolu. W temże mieście zegar jest 
taki, f o ^o jeszcze nieboszczyk najpierwszy człek. Adam, z raju 
hi^iląi' wypędzony, urobił i zaraz nakręcił; który i teraz tak 
idzie i pojiść ma do sądnego dnia. Klasztor w którym zakon- 
nicy rnie^jzkają, wielkim kosztem zbudowany. Samemu ksi^ 
tlYAi Ziemianinowi dawano tam urząd z wielkiemi dochody, 
jedno ]'/. zakon przytwardszym. nie przyjął, bo jest taki po- 
rządek, ie każdemu mnichowi po kolana nogi utną i musi 
przyssiadz jako nie uciecze z klasztora. Miasto czego, widząc 
lak wielkie godnością i bywałością obdarzonego, dało mu się 
ie^u Mośd oticyałem być babińskim, ze wszystkiemi dochody 
do tego należącemi. Ptaków wielkich tam jest niemało. 
Tego miasta jest na siedm mil, a ptak jedną nogą na jednej 
bnuirie, a drugą na drugiej. A trafiło się. że zniósł jajo 
i ^Ihłkki się, trzy prowincye zalało. 

JivgQ Mość Pan Jędrzej pieniążek został urzędnikiem ba- 
bi ńsk im, austeryarzem. Powiedział Jego Mość o panu Biel- 
skim, ze we Wrocławiu, kazawszy na 6() osób nagotować 
jeść. ^iMw wszystko pojadł. Nie chciał płacić jedno od jednej 
osoby. Do sądu się o tę płacę udali. Sędzia sądząc na do- 
świadczenie, kazał kopę karpi uwarzyć. Zaraz to pan Bielski 
ppjndl i dwa achtele piwa wrocławskiego wypił i tak był 
wolen od płacy onemu gospodarzowi. A Jego Mość urząd 
otrznnat. 



Jego Mość Pan Wojciech Zawisza, z mezopotańskiej zie- 
mie od Warki, powiedział, iż tak wielkie ryby szczuki warzą 
w Moskwie, i w takich kotłach, że szumując one rybę, w czół- 
nie }i'/A?AV musi po kotle Et ideo dal się urząd Jego Mości, 
podknrlirni.strzy babiński. 

Anno domini 1B14 die 9 Februarii. Jego Mość Pan 
Jan Karwicki został urzędnikiem babińskim, wróżbitem, przy- 



— 213 — 

kład ukazawszy z księdza Woronieckiego ^) ze tak zguby swej 
dochodzić: W donice sadzy nasypał, na one sadze kokosz 
wsadził i kazał na onę kokosz ręce kłaść wszystkim. Zło- 
dziej każdy pod kokosz włoży ręce i sadzami ręce oczerni 
i tak po rękach czarnych złodzieja dojdzie i zguby każdy ta- 
kim sposobem swej dojdzie. 

Anno Domini 1617 die 6 Juni. Jego Mość Pan Marcin 
Sypowski został rufianem i praczką babińską z pewnych przy- 
czyn, których się nie godzi białej płci wiedzieć. A któraby 
nie wierzyła, że temu urzędowi podołać może, niech się da 
spróbować. 

Anno Domini 1622 w Babinie 12 Novembris. Jego 
Mość Pan starosta tyszowiecki. Pan Aleksander Myszkowski 2) 
powiedział że w Dubie ^) majętności Jego Mości, bywały takie 
dęby, na których żołądź się rodził, że jednym żołędziem trzy 
wieprze ukarmił. Ekonom babiński bardzo pożyteczny. 

Tegoż czasu Jego Mość Aleksander Myszkowski, starosta 
tyszowiecki, zięć babiński, powiedział, będąc w Neustadzie mieście 
niemieckiem *), pił wino u mnichów, w którym klucznik i z klu- 
czami utonął, bo tak była wielka beczka, do której były drzwi- 
czki. O którym rozumieli, że uciekł, ale aż wtedy, kiedy do- 
pili tej beczki, należli tylko klucze i kości, a kapica i sam 
zgnił. 

Anno 1636 6 Januarii. Jego Mość Pan Wojciech Wysz- 
kowski powiedział, iż widział u księżny Jej Mości Radzi wiłło- 



') Andrzeja, któremu jak mówi Paprocki, „miasto magierki plesz nie- 
szczęście na głowę włożyło. Był człowiek acuti ingenii, cokolwiek rzekł, 
godno terminowania, wszakoż księży do przykładu nic po tem, zeszłoby się 
mało nie wszystko obcym towarzyszom cechu frantowskiego". 

') Zięć babiński. Będąc wdowcem, ożenił się po raz wtóry z Ma- 
ryanną Pszonczanką najmłodszą córką Jakóba. 

') Zapewne wsi powiatu tomaszowskiego, 

*) Pod Spirą w Palaty nacie nadreóskim. 



— 214 — 

wej wojewodziny wileńskiej ^), charcicę, która urodziła szcze- 
niąt dziewięcioro, troje charciąt, troje ogarząt, a troje bardzo 
cudnych wyżląt. Wszystkie z nich chowano i każde in suo 
genere przedniej piękności [i dobroci było. Życząc Rzeczpo- 
spolita Babińska takie cliarcice mieć, daje Jego Mości łowie- 
ctwo babińskie, aby to myśliwstwo w Babinie jak najprędzej 
rozmnożył. 

Anno 1635 1 Novembris. Jego Mość Pan Mikołaj Sto- 
gniew porucznik natenczas chorągwie K. J. M. powiedział, iż 
u sławnej pamięci Jego Mości księdza biskupa poznańskiego 
OpaUńskiego ''^) był między innemi i ten porządek, że drewka 
na komin wszystkie pod jedną miarę gotowano i aby ogień 
piękniejszy był, pięknie icli malowano. Życząc tedy tu Rzecz- 
pospolita widzieć w Babinie taki porządek, czyni Jego Mości 
ekonomem. A iż przy tym urzędzie jest compatibile i drugi 
przyjąć, tedy Jego Mość i koniuszym zaraz zostaje, iż Jego 
Mość miał taką klacze która urodziwszy źrebię, gdy jej zde- 
chło, klęcząc nad niem płakała. 

14 Februarii amio 16B6. Jego Mość Pan Floryan Za- 
mojski, chorąży chełmski % powiedział, iż w Anglii taki jest 
porządek w przedawaniu ryb, że każde ryby w osobnych sa- 
dzawkach chowają; i gdy kto przyjdzie sczuk kupować, jeżeli 
tłusta, aby spróbował, wolno mu brzuch u niej rozpruć; i je- 
śli się nie spodoba, nie kupuje jej; a znowu ten, co przedaje, 
zszywa jej brzuch i puszcza do sadzawki między liny, gdzie 
Szczuka bardzo prędko się wygaja, bo ją liżą liny; i zaś po- 
tem ją. znowu przedawa, gdy się poprawi. Daje się jtedy 
urząd Je^'0 Mości rybitw babiński. 

*j Krzyszłołbwej, Kiszrzanki z domu. 
') Jędrzeja ziiuirłe^'() \Vd'.\ r. 

•*j Syn Wacława a siostrzeniec Adama Pszonki, urodzony r. 1611 
wedłujr zai)lsśek dziadka. 



— 216 — 

Primo Junii anno 1636. Gdy Mesyasz przyjdzie. Żydzi 
tego błogosławieństwa zażywać będą: Potraw 4: pierwsza 
szurobora wołu, który jest tak wielki, że jaskółka z jednego 
rogu na drugi porwawszy się rok cały lecieć będzie, nim do 
drugiego rogu przyleci; druga lewiatana rybę, która tak wielka, 
że ziemię wszystką sobą okrąża, a Pan Bóg z nią po obie- 
dzie zwykł igrywać i gdy nieostrożnie igrając, ogonem zie- 
mię trąci, stąd bywa trzęsienie ziemi; trzecia kura, który 
w Czerwonym morzu po kostki stoi, a jeden rozumiejąc, że 
nieglęboko, upuścił siekierę, która siedm niedziel i dni i tyle 
godzin tonęła, nim na dno upadła; tenże codzień z rana pieje, 
za którego powodem zaraz też i po wszystkim świecie kurzy 
zwykli piać; czwarta czaple, które wleciawszy raz w gniazdo, 
przez nieostrożność jaje wyrzuciła, które siedm miast i tak 
wiele wsi zatopiło. Za którą powieść ^) Rzeczpospolita Babiń- 
ska dała mi urząd kuchmistrzowski, za którym ja nisko po- 
dziękował, obierając sobie i kucharzem raczej być babińskim 
aniżeli mieć być kuchmistrzem czasu Mesyasza żydowskim. 
Hyacent Konstanty z Michałowa Michałowski kuchmistrz ba- 
biński^), mpp. 

Do kuchni babińskiej należą i kaczki te. które się z An- 
glii z drzewa rodzą. Znajdują się w Anglii drzewa takie nad 
morzem, z których owoc gdy opadnie i na morskie wody pa- 
dnie, rodzą się z tego owoca kaczki^). 

Jego Mość Pan Hiacynt Konstanty z Miclia owa Micha- 
łowski powiedział, iż widział takiego charta u Jego Mości Pana 
Stanisława Gródeckiego, który tak rączym był, iż jednego 
czasu zdarzyło mu się poszczwać takiego zająca, który miał 
ośm nóg. Ten uciekał wprzód na czterech nogach, a potem 

*) Pow. Kmity Achacego: Talmud albo wiara żydowska 1610. 

^) Stolnik różański, potem starosta krzepicki, kłobucki, rotmistrz kró- 
lewski. W aktach babińskich występuje często. Umart r. 1661. 

^) Czy od tych kaczek angielskich nie pochodzą przypadkiem kaczki 
dziennikarskie? Babin wiele obcych anegdot zapisywał. K. B. 



— 216 — 

zmordowawszy się, na drugich czterech i tak na przemiany 
czynłJ, a przecie ten chart go ugonil, którego zwano „Soko- 
łem**. Za co szczwaczem babińskim Jego Mość zostaje^). 

22 Augusti. Jego Mość Pan Stanisław Wronowski, kró- 
lewicz ^) został medykiem babińskim z tej miary, iż na gorą- 
czkę i febrę powiedział doświadczone lekarstwo: na gorączkę 
w rzekę wrzucić to prędko się ochłodzi, a zwłaszcza około 
Gromnic, a na febrę dobrze piec wypaliwszy wsadzić cho- 
rego ^). Czego Jego Mość na wielu pacyentach doświadczył. 

Anno 1639 1 Augusti. Jego Mość Pan Wojciech Sie- 
rakowski, będąc w Babinie, powiedział, iż w Warzech jest 
fundacya taka na pewne zakonniki, którym porcyj wina dają 
po dwanaście garncy na każdego i by najbardziej prosił, chcąc 
więcej wypić, tedy mu nie dadzą. Spodobał się bardzo ten 
pobożny zakon Rzeczypospolitej Babińskiej i życząc ich tu 
mieć, czyni Jego Mości fundatorem tego zakonu. 

Anno 1644 10 Junii. Jego Mość Pan Stanisław Kra- 
sowski zosłał piwnicznym babińskim z tej miary, iż widział 
taką beczkę w niemieckiej ziemi za Renem, z której wypiwszy 
z kompanią wino, wjechał parą koni kolasą szpontem, która 
dobrze była wyłożona a najmniej nie zawadził woźnica i tych 
którzy na logoszach*) stali nic niewczasował ^). Gdzie bie- 
gał Jego Mość, obracając i na jedną i na drugą stronę. Po- 
tem chciał więcej kompanię swoją ucieszyć, kazał rurmi mie- 
dzianemi wody napuścić w tęż beczkę, w której wszyscy się 
kąpali. Jednak propter securitatem, bo drudzy z tej kompa- 

') Motyw popularny, cfr. Przygody Prawdzickiego str. 25. 

^) Pisarz grodzki krakowski: królewicz, bo od wsi pisał się: Księski. 

') Lecznictwo ludowe „Kolberg, Lubelskie XVII. 16lź, Kujawy III. 97. 

*) Z cytatów Lindego wywnioskować nie można, co to były łogosze. 
Czy przypadkowo nie był to tylny kozioł przy dawnych landarach? (W.) 
Bruckner (Bibl. Warsz. 1896 IV. 25) objaśnia, że łogosz oznaczał wierzcho- 
wca, ale domysł nie zdaje się być trafnym. K. B. 

*) Przeszkadzał, inkomodował, 



217 



nii w nieckach przeprawując się przez Ren, wielkiego nie- 
bezpieczeństwa zażyli, kazał przyprowadzić trzy łodzi, z któ- 
rych w każdej po dwunastu czeladzi stało, ratując to towa- 
rzystwo, którzy długo pływając zfatygowani zostawali. A było 
takich beczek w jednej piwnicy dwanaście. Życząc Rzeczpo- 
spolita Babińska, aby nie taką piwnicę w Babinie fundował, 
ale tamte i z beczkami i z winem tu przyprowadził, daje na- 
tenczas ten urząd, gotowa będąc, obaczywszy w tern dexteri- 
tatem Jego Mości, i czym większym uczcić Jego Mości. To 
jednak jak wnoszę, do expectacii czynił, iż kieliszek choć nie- 
wielki babiński, nieochotnie Jego* Mość wypijał, ale go bardzo 
dzielił. 

Nie wadzi czasem, zjachawszy z Lublina, 

Go uciesznego przynieść do Babina. 

Jam mało słyszał, to jedna nowina, 

Która potkała zacnego Litwina. 

Ten jechał sobie saneczkami w zimie 

Wtenczas, kiedy się walna zima imię. 

Zasypy w drogach, w polach wszędzie czyni. 

Niejeden na jej uciski się wini 

Zaboje wielkie o drogę bywały 

Kiedy się sobie w ciasności stykały. 

On sobie jadąc z konia wilczatego, 

Nie mając sługi przy sobie żadnego, 

Usnął na sankach. Wilcy go trafili. 

Na onego się konia ośmieUli 

I zjedli mu go; a jeden szalony. 

Ową szkapiną będąc omamiony. 

Między hołoble '), sięgając giże ^) 

Pośród chomąta. On ockniony chyże, 

') Dyszle podwójne jak przy wózkacli jednokonnych. 
^) Giża tj. jabłko kości goleniowej; prawdopodobnie znaczy to miej- 
sce, że wilk w chomąta się zaplątał aż do kolan. 



- 218 — 

Zatnie wilczaska, a on chyżo bieży 

Prosto do wioski, — a ów woła: „strzeży, 

Oto wilk w sankach "*, — drudzy przy nim bieżą, 

Chłopi postrzeglszy, zarazem się zbieżą 

Zabiją wilka drugiego, trzeciego, 

Za które dają żmudzina inszego. 

I jam tu rogu od „wilka" *) zostawił 

Wszystko to candor gospodarski sprawił 

Wojciech Stanisław Brzeski z Nieborowa 
kanonik płocki mp. 

Na wiersz Orfeów i na wdzięczne strony 

Zbiegało ptactwo i zwierz zgromadzony, 
Dzikie niedźwiedzie i przebiegłe liszki; 

Ale w tym domu szklanki i kieliszki 
Tańcują zaraz jako im zagrają. 

I ścigają się, chociaż nóg nie mają. 
I jako prędko zarżną w gęśle krzywe 

Szkło się pomyka, jakby było żywe. 
A to i do mnie skoczył kubek wina. 

Za co zostałem poetą z Babina. 
A że nie dosyć na jednym urzędzie — 

Za to, żem pilno chronił przy obiedzie 
Kielicha, który stary jak te księgi, 

Godzien pochwały bo spory i tęgi — 
Wielki burgrabia uczynił mię szklarzem . . . 
Proszę, niech mi wolno będzie nie kończyć tej jednej 
cadentiej. Kiedy się to nie zda, więc tak kończę: 

A że w strych piję, zostaję strycharzem. 
Andrzej z Raciborowa Morsztyn 

stolnik sandomirski i deputat województwa 
sandomirskiego *^) mpp. 



') Mowa o ^ wilku" babińskim, to jest o wielkim kielichu tak zwa- 
nym. K, B. ') Późniejszy podskarbi koronny, sławny poeta. 



— 219 — 

Trzy przywileje! 

Nie dopisał Jego Mość cadentiej wiersza... 
Nie dziw! bo się bal, aby jego pierwsza 
Nie była notowana w Babinie ta zmaza, 
Że gospodarza szklarza, siebie czynił Igarza. 
Ignacy Jan Kitnowski 
deputat województwa chełmskiego mppa. 

Sam Pan dobry, choć łgarzem tu go mianowano. 
Pije dobrze, — niesłusznie mu ten tytuł dano. 
Idem excusat qui accusavit 

Słyszałem ja to dawno o sławnym Babinie, 
Ktoby chciał być w tych księgach, kieUch go nie minie. 
Kielich który wypiwszy, głowa w koło chodzi, 
Ochota w sławę idzie, wina zbytek szkodzi. 
Dziś dosyć, jutro ostatek 

Ignacy Jan Kitnowski 
deputat województwa chełmskiego mppa. 

Die 29 Januari anno 16B1. Pod tenże czas będąc Jego 
Mość Łukasz Wysocki, podstarości lubelski, powiedział, że na 
Górze Biskupiej ^) nad miastem Gdańskiem będąc, widział ta- 
kiego puszkarza, który na wieży gdańskiej postrzegłszy ko- 
mara, do niego działa wyrychtował tak, że komarowi od po- 
strzału obiedwie oczy wypadły, a sam komar zdrowo uleciał. 
Za co Jego Mości Rzeczpospolita Babińska wieczny na puszkar- 
stwo babińskie przywilej konferuje. Łukasz Wysocki, podsta- 
rości lubelski mpp., idem qui supra scripsit. 

1652 29 Junii. Jego Mość Pan Jerzy Lemka, medycyny 
doktór^), referował pewne axiomata medica króla Jego Mo- 



*) Bischoffsberg. 

') Autor Traktaciku o Rzeczypospolitej, Lublin 103:2; Siarczyński je- 
dnak odróżnia Jerzego prawnika od Jerzego lekarza. 



— 220 — 

ici Francesca *) które za doświadczone bardzo być powiedział. 
Te Lak^ łaciną Wioch referował: 

Quando sol est in leonis, 
Non bibas vinum potentis, 
Comedebis cum agrestis 
Et faemina nihil. 

Iteni tenże powiedział, doktor Włoch, widząc dwóch 
inlodydi proszących jałmużny od Jego Mości Pana Łowczego 
koronnego, w te słowa: „Ego istos monachos juuencos tan- 
(juam diabolos odi ąuando veniunt ad meum uxor" Cui di- 
xit litego Mość Pan Łowczy koronny: „Domine Doctor tuum 
uxor est vetus". On odpowiedział: „Vetus gunta^) facillius 
condi>it ignem, quam nova". Za co Rzeczpospolita Babińska 
Jego Mości Panu Lemce, doktorowi Jego królewskiej Mości 
konferuje referendarstwo babińskie. 

Anno Domini 1654 die 17 Junii. Jego Mość Pan Her- 
inoIaiJ-'^ Tyrawski ^), będąc w Babinie powiedział, iż Jego 
M. Pan Krzysztof Stadnicki ^), mając za sobą Niedrwicką, bar- 
dzo uporną w herezyi, nie mogąc onej żadnym sposobem na- 
wrócić, kazał wysoki bardzo sernik zbudować. I tam sery 
:=;us2onfł. a on sery jadał rad. Potym prosi pani, aby sama 
szh na on sernik, ser obrała jaki dobry. Ona z chęcią uczy- 
niła i poszła. I gdy już weszła na on sernik, a zamknęła 
drzwi za sobą, kazał słomą sernik obwlec i przynieść cztery 
świec liiuych i zapalił na cztery węgły, a przysiągł jej na 
krzyż palce złożywszy, że „cię spalę, jeśU nie zostaniesz kato- 
liczką*. Ona obaczywszy, że nie żart, iż się węgły palą, 
prosi ijowiadając, że „zostanę i miałam tę wolę, ale żeś mię 

N Zapewne francuskiego, 151.5—1.547, o którym zresztą dosyć ane- 
gijiil \m Europie krążyło. 

•I (Junta zapewne przeróbka polskiego wyrazu gont, gonta. 
^\ Fundator Reformatów przemyskich. 
*) l^uHeł sejmowy i żołnierz. 



221 



w niej uprzedził. Tedy nie z przymusu, ale ze swej dobrej 
woli to uczynię". Co Rzeczpospolita [uważając, ^konferowała 
Jego Mości urząd, aby zostawał apostołem ad convertendos 
dissidentes. 

Jego M. P. Aleksander Regulski powiedział lekarstwo na 
żołądek. Iłecipe: z pająka sadła, z much oleju, komarowego 
szpiku, szczupakowego świstu, młyńskiego szumu, kowalskiego 
stuku, dzwonowego głosu, wielkanocnej radości, rakowej krwie. 
To zmieszawszy, zawiązać w chustki, ususzyć w cieple. 
Wziąwszy sklenicę wenecką samotrzeć wilczym ogonem utłuc, 
potym w garnuszku woskowym zagrzać, żeby dobrze zagrzało. 
Wypić to duszkiem. Potym siecią zajęczą starą uwinąwszy 
się, na polu położyć i tak długo się pocić, aż będzie pot ko- 
lana lizał. Co jeśli nie pomoże, jeśli nie do nieba, pewnie 
do dyabła pójdzie. Za co Jego Mość medykiem babińskim 
zostaje. Aleksander Regulski, porucznik chorągwie Jego Mo- 
ści Pana Lesiowskiego, rotmistrza Króla Jego Mości *). 

Tegoż dnia Jego M. Pan Jan z Mirowa Myszkowski, sta- 
rosta tyszowiecki 2), praesens natenczas, chcąc w kompanii 
z Jego Mością Panem Zamojskim otrzymać urząd, powiedział 
że strzelec Jego Mości, upatrzywszy odyńca wielkiego śle- 
pego, którego prosię niewielkie, podawszy mu ogon w ^ęby, 
wodziło, ustrzehł on ogon przy pysku i pilno przybiegłszy, 
wziął za ogon i chrząkając zaprowadził do domu. Rzeczpo- 
spolita podobny Jego Mości konferuje urząd. Jan Aleksander 
z Mirowa Myszkowski, starosta tyszowiecki, rotmistrz Jego Kró- 
lewskiej Mości. 



^) Tego rodzaju przepisy są znane wsz«^dzie od najdawniejszych cza- 
sów. Spotykamy ich pełno w każdym prawie zbiorze rękopiśmiennym, zwa- 
nym Silim rerum. Babin tej recepty nie stworzył, lecz ją przepisał K. B. 

') Myszkowski i Zamojski obaj siostrzeńcy Adama Pszonki. 



— 222 — 

Komput Towarzystwa Wojska Litewskiego now^ego za- 
ciągu będącego na konsystencyi w powiecie i starostwie upi- 
ekłem *), 

A, Orneta, Szukszta. Dukszta, Pukszta, Puciata, Kluciata, 
Odnata, Szumiata, Gobiata, Malata, Bezpiata, Bukata, Żaba, 
Burka, Huba, Zloba, Zlaba, Bukraba, Szapka, Pipka, Ząbka, 
Nieszyjka, Ziabka, Swiuka, Ślinka, Halka, Kukla, Cwikla, 
Zemla. Szybieka, Szolucha, Sobótka, Pawsza, Brzoska, Dotata, 
Malawka, Wladyczka, Nietyksza, Tysza, Ścierka, Szyba, Sciepa, 
Piłka, Szyjka, Oszyjka, Kobieka, Baka, Plewaka, Komoniaka, 
Zalewaka, Śmietanka, Pieczuga, Karenga, Wereszczaka, Dur- 
niaka» SzoJupa, Boltupa, Sporupa, Zalupa, Pacyna, Macyna, 
Jacyna. Łiithina, Dubina, Rzedzina, Dębina, Rzeczyna, Brozyna, 
Bylina, Tymusi, Sołonina, Botwina, Skoryna, Taramina, Wy- 
iiżotralTła, Wścieklica, Widlica, Dołęga, Moscza, Koszka, Doro- 
szka, Chałupa, Agrypa, Zaremba, Iskra, Puzyna, Sawina, Ho- 
lina, Tyczyna, Kalina, Mierlina, Ancuta, Macuta, Kiiuta, Biruta, 
Dynta, Aokuda, Dziewoczka, Boksza, Oksza, Popuda, Prokuda, 
Pogiiida. Bezuda, Nieluda, Sieluda, Skuybieda, Orda, Swida, 
Oskirkn, Mozyrka, Skorka, Piętka, Pięta, Polupięta, Czerpięta, 
Micaita. Sieniuta, Owieczka, Doksza, Holowka, Gazuba, Szczuka, 
Sielawa, Skryba, Kunica, Lisica, Stryszka, Wydra, Czeciera. 
Koszka, Soroka, Worona, Rudomina, Podbipięta, Szarepa, 
Hrerzycba, Odzierzycha, Opoka, Czaryna, Soloma, Szyrma. 
Siczepa, Szyszla, Moszna, Choroszna, Hrusza, Susza, Rymsza, 
Rani^Zii, Kulesza, Olesza, Boreysza, Zawisza, Medeksza, Pole- 
ksza, La wiodą, Skowroda, Skowrodka, Przygoda, Dąbrowa, 
Purpanlia, Jeziula, Gzerepacha, Bryndza, Kasza, Perepiecza, 
Niebecza, Purpiesza, Jursza, Skriwopisza, Szemiaka, Bruiaka, 
Bo cela, Lula, Birula, Dridziula, Kieltyka, Hromika, Muraszka, 

'j [ ten dowcip nie babiński, a tylko do ksiąg Babina wpisany. 
Jestto jak widzimy żart z nazwisk litewskich, które Koroniarzom śmieszne 
się zdawały* W innem miejscu podamy rzecz podo])ną: « Księgi rodzaju 
LUwy". ZiichowT^emy pisownią „Aktów". K. B, 



— 223 — 

Szyszka, Tyszka, Malyszka, Kolyszka, Boryszka, Puryszka, Kol- 
tyszka, Juraha, Weryha, Komiaka, Tolpiha, Zelepucha, Bez- 
buha, Poluha, Kepusta, Plichta, Zarychta, Tryzna, Blizna, Ko- 
ryzna, Woyna, Dowoyna, Haraburda '), Konopka, Koropka, 
Sielanka, Maślanka, Różanka, Konwa, Koreywa, Targonia, 
Szylpa, Kością, Teleka, Teniuha, Reszka, Mereszka, Rowba, 
Gryzma, Klidzia, Krupa, Soyka, Kroha, Szaodra, Kolenda, Zu- 
dra, Molenda, Imbra, Zegzdra, Rakoza, Jaloza, Baybuza, 
Iszyra, Przybora. 

B. Hołub, Zub, Kodlub, Kolb, Szczoub, Solohub, Siniohub. 

C. Koc, Szorc, Rebuc, Szykuć, Kukuć, Giedroic, Kaszyc, 
Paszyc, Kondzic, Chrążyc, Rzrzuscyć, Kmicic, Machwic, Kos- 
czyc, Dziezyć, Boltuc, Gielazyc, Korkuc, Kierbac, Kulwiec, 
Krzywiec, Szerbiec, Chamiec, Kiiuć, Biiuć, Juruć, Naruć, Jo- 
duc, Dzieszuc, Koszuc, Bychowiec, Malachowiec, Woroniec, 
Osmianiec, Wilkaniec, Kuszlaniec, Tetyaniec, Kosuzyniec, Or- 
dyniec. Odyniec, Woweyniec, Podolec, Suchodolec, Polec, Za- 
jąc, Jurzyć, Siruć, Biruć, Reksi, Pac, Jowi, Kupsz, Szyksi, Pi- 
ksi, Drypi, Grykopierde. 

D. Monwid, Ryn wid, Szyrwid, Girwid, Mil wid, Orwid, 
Norwid, Dorogird, Eygird, Skurwid, Wizgierd, Dawlud, Nie- 
chlud, Jaskuld, Wyszogird, Tonkowird, Kurojed, Bobojed, Dzid. 

E. Kupiscze, Samiscze, Petryscze, Morę, Morze. 

F. Korfif, Eidorfif, Brunoflf, Knoff. 

G. Rarog, Dadzibog, Chwalibóg, Darmorog, Szlichtyng. 

H. Zoch, Roh, Kuroploch, Ostrouch, Wislouch, Boduch, 
^ietuch. 

I. Budny, Zarudny, Duty, Niekuty, Milenki, Starenki, 



*) Porównaj Apophtegmata Kochanowskiego umieszczone na str. 56 
siąg humoru polskiego". 



— 224 — 

Bielenki, Holenki, Hladki, Zolty, Biały, Czarny, Hrazny, Hre- 
sny, Bury, Wieczany, Owsiany, Deniaty, Skorobohaty, Bez- 
piaty, Ciekawy. Kierdey, Pociey, Bokiey, Rabiey, Zawoiay, 
Zalamay, Kolontay, Hafnszey, Niewstruy, Solomiey, Wonipay, 
Hornostay, Kotlubay, Bukrey. Kurchay, Byszlay, Turlay, Czu- 
kay, Polchoy. Jemielity, Worobiey. 

K. WJoczek, Bork. Włoszek, Mroczek. Koszasz, Raczek, 
Burczak, Wołk, Pozniak, Wołczek, Kuczuk, Wilczek, Kun- 
dziuk, SJowik, Maczuk, Kulik, Boltruk, Bildziuk, Korniuk, Man- 
czuk, Kaniuk, Dresczuk, Siewruk, Pieczuk, Skowronek, Bulak, 
Giermak, KuJak, Ptak, Burak, Tupik, Uhlik, Kizik, Hercyk, 
Sudnik, Kyrik, Dzietrzyk, Zoltek, KoJtek, Czernik, Trczizak, 
Szostak, Samorok, Pieślak, Szporek, Duk, Grek, Soltyk, Wilbik, 
Ładrik, Sczawik, Orlik. Drawdych, Ciołek, Kurek, Łusczyk, 
Lelek. Zuk, Pilik, Kochanik, Szporcik. 

L. Kisiel, Jangiel, Czeczel, Szepiel, Stanczel, Horel, Gi- 
bel, Kuprel, Holiol, Sobol, Bąmbol, Koszkiel, Pukiel, Kukieł, 
Dunkiel, Rudel. Popiel, Ambiel, Babiel, Zakiel, Sergiel, Szem- 
biel. Żagiel. Nurel, Kuszel, Parul, Mol, Mai, Pil, Gil, Szkil, 
Zil, Bryl, Hul, Kul, Chmiel Kpiel. 

L. Radziwiłł. Bonffal. Ginwił, Girwił, Jundził, Butwił. 
Biryał, Jurwil. Hodwił, Kozieł. Kocieł, Orieł. 

M. Butrym, Montrym, Kontrym, Horaim, Hałaim, Moz- 
rzym, Sasim. Karaim. 

N. Hryn. Bień. Zyn. Zen, Suryn, Huryn, Skrabin, Hur- 
czyn, Suzin. Sołtan. Uwoin, Rudmin. Woizbun, Mieniun, Pu- 
kien. Dureń, Siehen, Hizen. Boben, Herman, Kozan, Neiman, 
Szwołkun, Okun, Bakun, Hreczon, Gilon, Jesmun, Lewon, Wo- 
lan. Digon, Kaczan, Kochan, Baran, Mołczan, Połwian, Mesz- 
czeryn, Teteryn, Hluszanin, Weidyman. 

0. Mieleszko, Orzeszko, Kirkiło, Torczyło, Pamfiło, Wois- 
wiło, Sięczyło, Szipiło, Biryło, Hawryło, Kosiło, Szasiło, Gorst- 



— 226 — 

wiJo, SwidJo, MasJo, MerJo, Kierlo, Miekczyło, Zaletiło, Re- 
szecilo, Zakusilo, Molodzilo. Zerebilo, Budziło, Saczko, MoJo- 
czko. Salo, Suslo. Spało. Torpielo, Szukało, Tukało, Pukało, 
Stukało, Hrakało, Propało, Dederkało, Dowgiało, Songaiło, Mon- 
gaiło, Sypaiło. Montigaiło, Bkino, Horoszko. Sopocko, Deniszko, 
Pozehaiło, Rongaiło, Mleczko, Łoiko, Łyko, Haćko, Bolko, 
Zelno, Kościuszko, Fiedziuszko, Boreyko, Skobeiko, Lizdeiko, 
Ostreiko, Woreiko. Romeiko, Beleiko, Wileiko. Sterpeiko. Cie- 
szeiko. Rusteiko, Szlunko. Horunko. Wołaiko, Romaszko. Bo- 
niuko, Kieniszko, Oszmieniszko, Hładko, Obieszko, Piesko. 
Ozierko, Sierko, Korytko, Suszko, Okuszko. Oleszko, Winko. 
Wieliczko, iiyczko, Byczko, Hurko. Śmieszko, Dzieszko. Szunko, 
Scipio, Kampo, Kostro. 

P. Karp, Koup, Strup. Skop, Występ, Bleistrup. 

R. Kirkor, Hutor, Skipor, Białozor, Szykier. Hekier, Re- 
nikier. Woisznar, Komar, Komer, Kimbar. Skinder, Reimer, 
Szantyr, Butler, Szyngur. Szeper. Wyzbor, Mizgier, Szlagier, 
Bałakir, Ror, Wieczór, Kanimier. Żubr, Tur, Bandimier, Bóbr. 
Olizar. 

S. Goś, Łos, Karaś, Blus, Gzenies. Jurs, Mordas. Bołbas. 

T. Siemet, Woiniat, Dowiat. Talat, Woidat. Limont, Go- 
imont. Gismont, Rymont, Jamont, Ramont. Montowt. Kon- 
towt, Gimont, (Tigont. Gintowt, Surgont. Kiesztort, Wisztort, 
Bukont, Dirmont, Bitowt, Kiesztowt. Giedgowt, Zutowt. Mos- 
tołt. Łopot. Czeczot, Krzeczot, Skii-mont, Widwont, Giełgut. 
Narbut, Drobut. Achmat, Korbut, Reut. Derbut, Firbut, Zy- 
burt, Kot, Poczobut. 

W. Okołow, Tuczew. Ozinow, Rehow, Kosów. Letow. 

Z. Narwosz, Talwosz, Jawosz, Nowosz, Monrusz. Toł- 
acz, Puhacz, Kopacz, Niedźwiedź. Marchacz, Kosmacz, Pa-* 
OSZ, Kordycz, Małysz. Terebesz. Gładysz, Kiełpisz, Birbasz, 
)rogosz, Remesz, Witez. Bagiodz, Zołądz. Bołądz, Kozicz, 

KSIĘGI HU«ORU POLSKIEGO. T. I. 15 



— 226 - 

ł^ziirtoiiiyz, Wrzeszcz, Falszcz, Rządź, Zwierz, Strzyż, Faszcz, 
Kurcz. Krzesz, Kręcz, Zudz, Pluszcz, Gruzdz, Jez, Czyż. Giundz, 
Dro^fl 

Posłowie wojskowi na sejm: Jego Mość Pan Krzywo- 
piśiKa. Jego Mość Pan Moigis, Jego Mość Pan Dukientlaukis. 
Jego Mość Pan Pieloszudis. 

Konsystencya na wojsko: Eiragola, RemigoJa. Betygola. 
lleisagoJa, Tondziagola, Zemigola.. Wendziagola, Łatygola. 
Meiazagola. 

Kwatery na wojsko: Ciszyszki, Janiszki, Stokliszki, 
tłniiśzki, Rumszyszki, Purwiszki, Grinkiszki, Psikuszki, Dziku- 
!?zki, Lełkiszki, Kukliszki, Zodziszki. Pełwiszki. Koziszki, Grau- 
zy^^zki, Strakiszki, Dowbuciszki, Balwierzyszki, Łukiszki. Kuku- 
cUzki, Pnipiszki, Mackiszki, Packiszki, Sierzkiszki: Sołtaniszki, 
Bi 1(1 /i wiązki, Biniciszki. Dziewieniszki, Hermaniszki, BokszyszkL 
Hmhi^zki, Lipniszki, Lutwaryszki, Rakanciszki, Ławaryszki. 
Narwi liszki, Zygmonciszki, Kolweryszki, Radwiliszki, Sapiezy- 
hizki, Widzieniszki, Kondraciszki, Surwiliszki. Dawgieliszki, Wa- 
siliszki, fentiliszki. Songailiszki, Juraciszki, Michaliszki, Suini- 
liszki, Aimszyszki, Tereszyszki, Kietowiszki. Piekieliszki. 




227 



TAN GAWIŃSKI^). 

I. 

z „DWORZANEK"-). 



Do Szymka. 

Zawsześ Szymku jest pijany, 

A trzeźwym chcesz l}yć widziany; 

Ktoć tu nie rzecze z sluszno.4ci: 

Kocha się Szymek w trzeźwości. 

Cierpliwość Marka. 

łże cierpliwie swoją żonę znosisz, 

Przeto cierpliwość swoją Marku głosisz, 

A ja zaś mówię: twa cierpliwsza żona. 
Bo wielu znasza, znasza i cię ona. 

Co gospodarza na zły trunek. 

Zle mię częstujesz, nie ujdziesz nagany, 

W srebrnym puharze — trunek ołowiany. 

Co Filaga babożeńca. 

Wziąłeś babę za żonę, złoto z nią Filagu: 

Złoto wziąłeś za żonę, a babę w posagu. 



*) Bliższe (In ty i szczegóły jego życia nieznane, rinarl za Jana Sobie- 
skiego w Wielomowicacli. Przyjaciel Kocliowsiiiego. 

') ^Dworzanki to jest epigraniala rozmaitej treści, w Kazimierzu 
przy Krakowie ICiii". 



228 



Żona mata. 

Pojął ktoś żonę: a ze dosyć mała, 

Silą go z ludzi o to strofowała. 

Ten odpowiedział: Panowie, ze złego 

Trzeba obierać co jest najmniejszego. 

Do Fołtyna. 

W ptłJudnie zupt^' tylko i kilka jaj zjadasz, 

A w wieczór zaś brzuch wszemi potrawy nakładasz; 
Śmieszny frymark Fołtynie, ba i nie bez zdrady, 

W południe jesz wieczerze, a w wieczór obiady. 

Co Jednej. 

Wier(,'ś si(j teraz do nmie przybliżyła, 

Kiedyś wianeczka swojego pozbyła; 

Pójdź precz odemnie, żeć tak rzekę czyście: 
Zbywszy jagody, nie wab mię na liście. 

Na Jednego. 

Gębę zawsze masz w otworze: 

Zamknij ją przynajmniej w dworze; 

Zaniewidzisz, ptacy lecą! 

Pewnieć czego w nią namiecą. 

Sfara Paula. 

Stara Paula, że oczy złe ma. uskarżywa, 

Nie wie. że w domu starym złe też okno bywa. 

Balsamowa głowa. 

Swą olejkiem maścisz głowę, 
Co to za sztuki takowe! 



— 229 — 

Pono głowa (nic innego) 

Twa niema oleju swego. 

Co p. Kozła. 

Powiedz nam panie Koźle, jak zwać twe wnuczęta? 
Czy panowie Kozłowie, czyli też Koźlęta. 

O Bornku starym^ młodą żonę polmującym. 

Bogaty Bomek (lecz już w starej dobie). 

Młodą pojmuje lubienicę sobie, 
I dobrze; my go chwalić musim z tego, 

Że fundusz czyni dla człeka młodego. 

O łal^omcy bogatym. 

Myszkę niegdy obaczył łakomca w swej chacie, 

I rzekł do niej: myszko ma, cóż tu porabiacie? 

Ta mu z śmiechem odpowie: Nie bójcie się panie, 
Jam tu nie śniadać przyszła, ale na mieszkanie. 

Stanu odmiana. 

Miał się żenić, alić zasię 

Księdzem został w trótkim czasie; 
Nie chciał jednej, wolał wiele 

Dusz piastować przy kościele. 

Co Parda dolstora. 

Pełno ksiąg mając, jeszcze je kupujesz, 

A jednak na nich nigdy nie wartujesz, 

Wieszże jaka cię Pardzie chwała czeka: 
Mędrsza nad ciebie twa biblioteka. 



— 230 — 

Co skąpego pana. 

Dwie r(jce człeku natura stworzyła, 

By jedna brała, druga hojna była; 

Tobie zaś tylko jedną rękę dała 

Natura, panie. Jaką? — Coby brała. 

Zbójca do próżnego. 

Potkawszy zbójca próżnego, 

W drodze nic niemającego, 

Rzecze: słyszysz, nie wstydzę cię, 
Iźeś próżny jest na świecie. 

Co Pawła. 

Swfjjoj żenię (też rada) namniej nie folgujesz, 

Co rok. Pawle, to prorok, — dobrze prorokujesz. 

Z łacińskiego. 

Pniwisii damo, gdykolwiek przyszlesz mi zająca, 

illadki będę przez siedm dni lub przez pół miesiąca; 

Jeżeli nie żartujesz, lecz prawdę powiadasz — 
Alboś go rzadko jadła, albo go nie jadasz. 

O świętokraycy. 

Świętokradcę tracić miano. 

Gdy go na plac wprowadzano. 
Rzecze ludziom, żalem zdjęty: 

Za Kościół umieram święty. 

Co męża. 

Obraz masz żony żywej malowany, 

Tak zgodny w niczym, że niema nagany; 



- 231 — 

Tylko w tym pono snąć będzie odmiana. 
Że ta jest trzeźwa, — ta bywa pijana. 

Co Stanisława. 

Chciałeś odemnie długiego wiersza, bracie Stanislaw^ie, 

Ten ci posyłam, nie wiem jakiż jest: Przyjm go ty łaskawie. 

Co Baldeckiego. 

Mówiłem ja, Baldecki, mój prawnisiu tobie. 

Gdy się spijesz, po mieście nie chodź w nocnej dobie; 
Nie słuchałeś mię: w tym cię złe potkały trafy, 

Boś dwa wziął, a nie stare, w gębę §§. 

Kłamczynie *). 

Jak wiele w gaju liścia zielonego 

I pereł na dnie morza głębokiego, 

Jak wiele w żyznym kłosia bywa roku, 

Tyle kłamstw w kości co wyjęta z boku. 

Co polityka vel statysty. 

Bogatą żonę i nad powołanie 

Wyższego stanu, w^ziąłeś Fabijanie; 

Wziąłeś też zaraz i odmianę siebie. 

Bo nie ty żonę, lecz żona ma ciebie. 



*) Ta i następne ^Dworzanki* nie były pomieszczone w zbiorze ^7- 
danjTii za życia Gawińskiego. Pozostałe w rękopisie, wyszły z druku dopiero 
w „Pismach pozostałych" Gawińskiego, wydanych przez Akademię Umie- 
jętności (Arcłiiwum do dziejów literatury i oświaty w Polsce, tom U). Z te- 
goż zbioru pochodzi i ^Sielanka", którą z kolei podajemy. 



— 282 - 

Zazdrosna kondolencya. 

Swoi j^dy swoich na szubienicy widzieli 

Wysoko murowanej, z zazdrości westchnęli: 

Szcz^^liwi bracia! przy tak sławnem żeście 
Śmierć okazałą otrzymali mieście; 

Bo nas gdzie przy wsi, alboli przy lesie, 

Nikczemnie gałęź lub pal z świata zniesie. 

Na dewotkę hardą^ potem upadłą. 

L ludami wespół mieszkając przez lat czterydzieści. 
Że człowieka nie znała, te dawała wieści; 

kupido się rozgniewał i w hardą dziewoję 

Pchnie 'strzałę, a ta drogie coś urania swoje. 

Takj^eś dziewko kęs czasu drogo zszacowata. 

Żeś lat sw^e czteiydzieści za godzinkę dała? 

Cziwowidze. 

Zlod/ieja tam jednego wieszać prowadzono; 

Wkoło niego i przedeń kiedy się ciśniono, 
Ky.er/.e: cóż się ścigacie panowie daremnie, 

Nim przyjdę, tam nie będzie nic a nic bezemnie. 

Chleb w pracy. 

Wlazłszy do chlewa, kędy bydła wiele, 

Co tłustsze, złodziej wziął z pośrodku ciele; 

A ^^ely przez długie szedł do dom zagony, 
Ten ciężar swemi dźwigając ramiony, 

Rzet-^e: o bycie! nasza sztuko chleba, 

Jak w pracy, jak cię w pocie ^szukać trzeba! 



— • -283 — 



II. 



(ROZMOWA ŻARTOWAŻNA). 



DAM<)X. 

Do nas Thyrsy; nie pryciaj nasz kochany nosie. 
Podobno zguby szukasz? 

THYUS. 

Tak jest Złotowłosie. 
Że do was pewnie śpieszę; nos co się rozkłada 
Na niej twarzy, o zgubie u was mej powiada: 
X) kozie z koźlętami; i oko skakało 
Niedaremno mi prawe; nadzieję mi dawało 
Widzenia mi dobrego. A jako odbiegło 
Psie to mięso, już słońce dobrze w górę wbiegło. 

DA MON. 

Dobry nos; węchu także musi być dobrego, 
Że cię przywiódł zapachem do mięsa koziego. 

TMVH.S. 

Teraz żartuj jako chcesz, kiedym znalazł zgubę: 
Lecz komu nie po woli, żarty są nielube. 
Twa fujara to winna, co się głos rozwodzi 
Jej po lesie, a bydło cudze k'sobie zwodzi! 

DAMON. 

Chwała Bogu! Że z mojej tak krzykliwej dudki 
Nietylko ludziom dosyć w wesołość pobudki, 



— 234 — 

Ale i samym trzodom, kiedy przez te loży 
1%ve po mojej muzyce wyskakują kozy. 
Aleć tej zguby pewnie Thyrsy nie wydamy. 
iV/. ^obie żarto wnego co wprzód pogadamy. 

THYRS. 

O to się gra nie zerwie! Lecz pójdź ze mną przody. 
By swe kozy do waszej razem zgonić trzody; 
Wszyscy tu posiedzimy. A też widzę wasza 
(Jak cudze lepsze zawsze bywa) lepsza pasza. 

A MINTA. 

1^'afil bies na pogana, sierp na swoje żniwo, 
Napadło na swój krzemyk, jak mówią, ogniwo; 
Kiedy się ci dwaj zejdą, na skórze wolowej 
Nie spisałby ich gadek i trefnej rozmowy. 

I»HILON. 

Bierć to ich żartować; oni w polu, doma. 
Niifdą co rzec, głowa ich wszytkiego świadoma. 

AMINTA. 

Alboż i nie bywalcy? Acz drugim natura 
Snadno daje jako tym, że się sama skóra 
Na nich śmieje i gada. Kędy oni będą 
Na kiermasiech, albo w rząd biesiadny zasiędą. 
By lam drugich sto było, ich trefnie prawiącycli 
SIyf!hać tyło, a wszech się do zdechu śmiejących. 
Mnie dziwno, że się im tych żartów nie przebiera. 
Lecz Ezop jakiś torbę petną ich otwiera. 

PHII.OX. 

Nit' dziwmy się; a skąd swej i pająkom wełny? 
Kto jest w rzeczy obfity, ten i w słowach pełny. 



23B 



AMINTA. 

To prawda! Innym trudniej, innym snadniej mowa 
Idzie, a prawie w uściech rodzą im się słowa; 
A drugi choć rozumie, wymówić nie umió, 
I złotą rzecz w slow własnych niedostatku tłumi. 

PHII/)N. 

A ja zaś tak powiadam: Komu myśl wesoła, 
Ten w wesołości i mową i czynem wydoła. 
Wesoła myśl uciech swych i żartów dodawa, 
I za myślą wesołą piszczałka przygrawa; 
Wesoła myśl i życia sprawczyni dłuższego. 
Lecz kto w sercu ma troski i mola skrytego. 
Niech mu i sam Apollo wdzięczną cytrą dzwoni, 
Nie ugłaszcze, ani go z złej wywiedzie toni. 

AMINTA. 

Sam człek sobie przyczyną smutku i wesela, 

Bo kto żądze w klubiech ma, ani pragnie wiela, 

Na tem, co mu Bóg daje, z pracy swej przestając, 

Ani się na wystawie świata przesadzając, 

Żyje wedle natury i stanu swojego, 

Ten szczęścia, wesołości i wieku wczesnego 

Panem musi zostawać; ale kto się kusi 

Nad swój zamiar, zawsze być niewolnikiem musi. 

Aleć się już wracają, i swe kozy spieszno 

Ku nam żenią. Wkrótce nas tu nie będzie teszno. 

Pódźmy też k'nim; wszak dobra i tam niwa będzie, 

Gdzie brzozowy chróst widać; tam na wszystkim względzie 

Trzody będą. A któryż wam Merkury sporo 

Krok rozszerzał, żeście powrócili skoro? 

I) AMON. 

By tej trzody brodatej, koziego narodu, 

Wilk nie zdybał, i swego nią nie poparł głodu, 



— 236 -^ 

(Uo to jego potrawa smaku wybornego), 
I Ttiyrsa'm tu przywabił, i tę trzodę jego. 
Więi! tu wszyscy usiądźmy pod brzozowym krzakiem, 
L^tz waruj Thyrsy w gaJęź swym zawadzić iiakiem! 

[(nosem) 

THYR8. 

Nu stronę go uchylę i potrzymam w ręku, 
Aby mi tu na którym nie zawisnął sęku. 
A leni widział niemało po tarninach z brody 
1 głowy twoich włosów; żal się Boże szkody. 

DAMON. 

l)zi<:kajęć za żal, że cię litość ku mnie zdjęła, 
Pewnieby mię ta od swych pociecha minęła. 
Lecz pochwalam, żeś nos miał na wielkim dozorze, 
Uwijając się po tych gęstych krzaków borze, 
Ize.^ do gospodarstwa u rozmaitego. 
Instrumentu nie styral nosa potrzebnego. 

THYKS. 

Ho jakiegoż? Powiedz mi. 

DAMON. 

Powiem z tą wymową, 
Ai»v żart spoiny nie był uraźliwą mową. 

1. 
(.!z4>Io, twarz, by nie przyszło w swe napastowanie, 
^liaLszy ten nos twój mięsny za beloard stanie 

2. 

Nos twój kształtu i tego jest wyobrażenia, 
Moj^e stanąć za lewar do wina ciągnienia. 



— 2B7 — 

B. 
Jeżeli swą będziesz miał czein zabawną rękę. 
Nos twój, co nim przyciągniesz, stanie za osękę. 

4. 

W kuchni wachlarz, motyka i rydel w ogrodzie. 
Kotew i węda z niego może być na wodzie. 

5. 
Na żniwie sierp, w myślistwie za trąbę wystarczy, 
W bitwie za kilof stanie, stanie miasto tarczy. 

6. 
Co kominy są w domiech, to ten nos twój zdoła 
Za komin, co przeń z głowy dym wyjdzie i z czoła. 

7. 

Nie każdemu (jak mówią) nos mieć pozwolono. 
Tobie nie nos, ale mieć arcy-nos zrządzono. 

8. 
Jeśli na upoconem czole i na twarzy 
Żar słonecznyć dojmuje i zbytnie cię parzy. 
Możesz nim chłodu nawiać, te rozdawszy nozdrze, 
Możesz i za klin mieć go, żeć w pół drzewo rozdrze. 

9. 
Minei*wie palce służą, geniuszom skronie, 
Merkuremu należą nogi, bark Junonie, 
Pierś Neptunowi. Nos twój, co stworzeniem mnogiem, 
Niech się szczyci gdy mu równ: Amaltei rogiem. 

10. 
Będzie i za zegarek kompasowy, kiedy 
Staniesz słońcu przeciwko z nosem swoim, tedy 



— 288 — 

Pokaże nam na zębach cień z nosa nietrudnie. 
Której jest godzinie daleko południe *). 

11. 
Z nosa twego miara jest, lecz jaka? Nie zjawię, 
Bo w tej mierze zasłonę Dymantową sławię 
1 uczciwość. Sygnetem wskazuje mi bowiem 
Usta zamknąć. Schyl głowę, cichoć w ucho powiem: 

Nos twój wszelkiego ducha jest wyobrażeniem 
I ludzkiej życzliwości; że na to wspomnieniem 
Króla Persów. Więc i my użyczymyż głosów 
W elekcyą, że nazwiem królem nos twój nosów. 

THYBS. 

A będzież jeszcze więcej? Zaprawdę mi miło 
Słuchać o moim nosie, w którym się zmieściło 
Naczyń za wiele rzeczy. Lecz i twoją niemniej 
i i Iowę natura włosmi okryła foremniej, 
O której, gdy co powiem i innym objawię, 
Pod tern prawem przyjaźni posłuchasz łaskawie. 

1. 

ł iłowa twa złotowłosa złoto z siebie rodzi, 
/amknąćby ją w ścisły kąt, by jej nie skradł złodziej. 

2. 

Sciiyl głowę, a wleź pod kierz; a kto na nie przydzie, 
Rozumiejąc, że to rydz, rzecze: witaj rydzie. 

B. 
Ten włos z głowy i brody na obramowanie 
1*0 kołpaka, i w kołnierz za lisać obstanie. 



'i ['aratraza fraszki Kochanowskiego „Na Ślase** (patrz „Księgi li»- 



— 239 — 

4. 
Twój włos cynaiuonowy. Za tym cynamonem 
Pójdą kozy (tak czynią) swym wabem nieplonym. 

5. 

Na złoto rdza nie padnie. Złota i rydzawa 
Twoja nie zardzewieje już głowa, bo rdzawa. 

6. 
Komu nici żółtych nie stanie lub złota. 
Wystarczy swymi włosmi twa głowa oto ta. 

7. 
Kiedy chodzisz po lesie, toć radzę zaiste: 
Schylaj głowę i mijaj drzewa gałęzłste. 
Byś włosami złocistemi, tą głową kudłatą 
Nie wpadł, nowy Absalon, w gałęź rozsochatą. 

8. 
Kiedy liszki wychodzą na ułap, ty w samej 
Z głową twą lisowatą złóż się chyłkiem jamie, 
Bo ta głowa i broda za wabę na liszkę 
Stanie, rozumiejąc być swoją towarzyszkę. 

9. 
Głowa, broda nietylko twa złota osnowę, 
Ale szafran i ziele rodzi krokosowe. 
Więc to rozum kiedy swój, ba i dalej rzekę, 
Gdy i daje korzenie, staje za aptekę. 

10. 
Godzien złotej brody jest: Mową tą uczczony, 
Kto nielada przysługą bywał zasłużony. 
A więc gdy złoto już masz na głowie i brodzie, 
Zasługi idą na cię w zasłużonym rodzie. 



2A() — 



DAMON. 



<>! któżby się spodziewał tak wiele wygody 
Z nosa twego, a z włosów głowy mej i brody? 

LYCIDA. 

łiarzośeie się panowie w ten żart podejrzany 
Zacięli, gdzie przy mówek i więcej jest ganyl 
[»yście jeno w poswar go potem nie zmienili: 
Tarnek pierwej się ostrzy, toż kole po chwili. 
A jak wicher z lekkiego wprzód staje powiewu, 
Tak zlekka, lekka mowa posłem jest do gniewu. 
Człek jest do podobieństwa Boskiego stworzony. 
Wnętrznymli lubo zwierzchnym kształtem ozdobiony, 
Jakkolwiek jest, przecież jest w Boskiej on dobroci. 
Niechże go nie obmawia człek, język nie szpoci, 
Język, mówię, co życia i śmierci jest układem, 
A zwłaszcza wrażliwy, co mów lekkich jadem 
Zaprą wny jest. a człeka do szkody przywodzi. 
Albo w zagład. Lecz kto go w klubie ma i w wodzi. 
Jak morze wiele pereł, ziemia złota daje, 
Tak z dobrego języka wiele dobra wstaje. 

DAIWIS. 

Prawdę Lycida mówi. Częstokroć to bywa. 
Że zbytnie towarzystwo, gdy z brzegów wylewa, 
Albo wzgardę przynosi, albo gniew. Powoli, 
A pod miarą wszystkiego zażywać jak soli; — 
I język w wielomóstwie grzechowi poddany, 
lizece wielkiej egipskiej podobien wezbranej. 
Która za sobą wiele mąt wiedzie i kałów. 
Lecz kiedy ostrożności nie przechodzi wałów. 
Włażąc, sława szkodliwych przymówek nie żąda. 
Lecz się cndzem złem karze i w kres swój pogląda. 



241 



Nie rzecz tedy, jakom rzekł: w żart przywodzić człeka, 
Mowa to nieostrożna, a rzekę i lekka. 

AMINTA. 

O! jak rzeczy tak ostro panowie bierzecie, 

Gdy żarty, a wymowne, przenaśladujecie. 

Tym czynem maj zśród wiosny, albo wiosnę z roku 

Chcecie znosić, lub słońce w swoim ćmić obłoku. 

Powiedzcież mi: jakieby posiedzenie było, 

By z niego poufanie przyjazne schodziło, 

Byłyżby żarty spólne? I wesołe mowy, 

Które zwykły przychodzić od swobodnej głowy? 

Poufanie, wesołość, a wesołość żarty. 

Żarty noszą wszelakim mowom plac otwarty; 

Nielube porailczenie, niecnych myśli gniazdo, 

I do spraw nieprzystojnych nieomylną jazdą. 

Coby mi za myśl dobra, alboli biesiada. 

Gdzie z regestru nieznośne strach prawa zakłada? 

Kiedy mowa w tarasiech, którą bojaźń tłumi, 

A język przed powagą i mówić nie umie! 

Sam Jupiter nie zawsze strzela piorunami, 

Podczas z swą się Junoną zabawia żartami; 

Mars się z Wulkana śmieje i jak szczudłonogi 

Przymawia mu, a podczas i przyprawia rogi; 

Żartowne słowa Alcyd do Dyany mawia, 

A podczas jej w myślistwie i dwornie przymawia; 

I Apollo za trzodą chodząc Admetową, 

Nie brzydził się pasterzmi, towarzyską mową. 

Króle, panowie wielcy, wziąwszy larw zasłonę, 

W swój czas powagi prośni, mówią słowa płonę. 

Senator gdzieś rzymski w chłopięcym grał szyku. 

Żartując i dziecinno jeżdżąc na pręciku. 

A też mówię: żart, który nie boli, nie cuchnie. 

Taki ma być, choć słowem gdzie wolniejszem dmuchnie, 

KSI(6I HUMORU POLSKIEGO. T. ■■ 1^ 



— 242 ^ 

Chyba, że kto wrzodem jest, że się nie da tykać, 
Z tymby ani żartować, lecz w stronę umykać. 

FILON. 

Wszystko na stronę dobrą tłumaczyć należy. 
Lecz kto i sam, a dobrze środkiem drogi bieży, 
Nie trzeba z dobrochody zdrożnie spychać kogo, 
Ani sądzić, by chodził nieprzystojną drogą. 
Ani mi się zda przyjaźń dwóch przyjaciół rządzić, 
By mi słyszeć nie przyszło: Ktoś nas kazał sądzić? 
Patrz się sam przyjacielu! Oni jak się znają, 
I po migach tak swojej przyjaźni ufają; 
A toż wiem o jednakiej obudwu rozrywce 
I może rzec: Rad garnek podobnej pokrywce, 
A niemasz nic, coby stawić przeciw zdrożnie. 
Lub powiedzieć, co. życiu mieli nieostrożnie. 
Tak niech zdrowi żartują, nam i miło siedzieć, 
i miło się przysłuchać, co jest godno wiedzieć. 

DAM()X. 

Panowie! I wy siła z ust swoich wylewacie, 
Gdy tak żarty szeroko nasze roztrząsacie; 
A żart żartem, i będzie inna rzecz namyślnie 
Dotknąć kogo, a inna, prawić nierozmyślnie. 
Aby czas zszedł. 

THYRS. 

Nie wszytcy jednegośmy smaku. 
(]lo ów lubi, drugiemu to idzie do braku. 
Więc się im nie przeciwmy. Swój rozum każdemu, 
A coby miał ustąpić w czem jeden drugiemu? 
Zwłaszcza co się baczeńszym być nad inne mniema^ 
Rzadka to: jak mu myśl każe, tak się trzyma. 
Lecz pocośmy tak z mową zabrnęli głęboko? 
Tam ją wróćmy skąd wyszła. Już słońce wysoko,. 



— 243 — 

Czas się też już posilić, mowa nie utuczy, 
Bydło się już napasło, a nam w brzuchu mruczy. 
Siądźmy wespół, a kto co ma, niech z tajstr dobywa, 
Spoina składka i w jadle, sytna, lżejsza bywa. 




ANDRZEJ MORSZTYN 

(ur. 1613 t 1693). 



Z TEASZEK I LIETKÓW. 



Omyłka. 

Zgubił gdzieś matkę Kupido zbłąkany; 

Wtem zoczył Kasię i rzekł oszukany: 
„Matko! o, matko!** lecz harda dziewczyna^ 

Nie chcąc ni gościa, ni takiego syna, 
Rzekła: „Pewnie mi na łonie nie siędziesz; 

Nie jestem matką". On rzekł: „Ale będziesz*. 

Czary niemieckie. 

Cyrce Ulisesowe towarzystwo w świnie 

Obróciła, dawszy im w czarze czarów w winie. 
A Hansa choć żadne nie przewierzgną czary, 

Zaraz gotów być świnią, jak dopadnie czary. 

16* 



— 244 — 

Starej. 

Czteryś tylko duchniczko, miała, pomnę, zęby, 

Dwa-ć jednym kaszlem, drugim dwa wypadły z gęby. 

Możesz teraz bezpiecznie kaszleć i raz trzeci, 
Choćbyś się udawila, ząb już nie wyleci. 

Co Zosie. 

Tak twierdzisz, Zosiu, że kto je szczwanego 
Zająca, gładkim jest do dnia siódmego; 
Jeśli kto bywa gładkim z tej przyczyny, 
Znać, żeś nie jadła nigdy tej zwierzyny *). 

Na wdowy. 

Gdybym miał pojąć, tę-bym pojął wdowę, 
Której mężowi kat zakręcił głowę; 

Bo te marusze pod żalu płaszczykiem 

Wypadną coraz na plac z nieboszczykiem, 

A jabym swej rzekł: nie pleć, miła żono, 
I nie chwal tego, co go obieszono. 

Ad Marcum. 

Est mihi wini cadus quod Tokajum 
Fungit plagente wydeptanum prasa 
Est et chlebi de meliore pista 

Bułka farina. 

Est quidquid sadus salacesąu' ogrody 
Porrigunt skibas rogatiąue ferax 
Pecoris sumen nimiumąue świeży 

Frustra twarogi. 

Nec raolles desunt castaneae, quod si 
Non Yotis, tantum velis conjuvari 

*) To samo ma Gawiński (patrz str. ^230 „Ksiąg humoru"') tylko się 
przyznaje, że wziął „z łacińskiego". 






— 245 — 

Sed dentem ąuaeras infringere duro 
Est kuropatwa. 

Est lactens matkam vitulus et pridem. 
Multa distentus sagina kaplonus; 
Est golębinej fructus et corona 

Fivedularum. 

Inąuis, haec ąuorsum? tibi praeparantur,. 
Te, Marce, czekant, adsis, o sodalis, 
Transige noctem hilaris et mecum 

Fundę trientes. 

Sat klopotorum tenet usąue dzienius 
Ad odpoczynkum data grzecznus nocte 
Fruere et zmarskis caperatas aegris 

Porrige frontem. 

Mitte civiles domovesque curas; 

Quid agat Chmielus, meditentur króles; 

Nam nos non juvat, licet pretłoso 

Spumet in auro. 

Nos vina juvant et hic qui jagodis 
Tloczatur sokus purus nec dilutus, 
Nec Bacchus placet nisi sit ab omni 
Yiduus unda. 

Veni, tu solus mihi goscius eris, 

Praeter quod tamen aderit, quae smacznos 

Porrigat kąskos poculaque bibet 

Culta Jagusia. 

Quum si te non hoc pociągabit cetuiij 
Es de kamienio chalybisque kruszczo 
Et frustra tibi sensus excitamus, 

Marce, wieczerza. 



— 246 — 

Stolarz 2 doktora. 

Przfdtyin chorych dobijał, teraz truny robi, 
Tak dwojakim rzemiosłem jeden cmentarz zdobi. 

O Zośce. 

'^^^^ie^dzłla Zośka farbowana laką, 
Że rozkosz świata rzuciła wszelaką, 
1 że się myśląc udać do klasztora. 
Wyrzekła strojów i zwyczajów dwora. 
A drugi na to: trudno widzę z piekła. 
Boi się malarstwa jeszcze nie wyrzekła. 

(Fragment). 

Komunia pod dwiema osobami. 

Turkini gani, że mąż jeden ma żon siła. 
Żydówka obrzezanie radaby zgubiła, 

Nai^/ł^ zaś chrześcijanki bardzo trwożą sobą. 
Że nie będą zbawione pod jedną osobą. 

O starym. 

Pnml Jadwigi o wzgląd Bartosz chciwy; 

Nie zezwoliła, że był bardzo siwy. 
FosirAi^gl się i siwizną bardzo zafrasował. 

Więc głowę czarną sadzą ufarbował. 
Tak w tejże twarzy, ale z inszą głową. 

Powrócił tamże i z takąż namową. 
Ona poznawszy, czując, że tam zgoła 

Nie wszystko dobrze, choć poprawił czoła, 
„Diilej z tym, rzekła, nazbyt prosisz siła: 

Dopierom ojcu twemu odmówiła". 



— 247 - 

Na krzyiyk na piersiach jednej panny. 

święta mego przyczyno zbawienia! 
Któż cię wniósł na tę jasną Kalwaryą, 
Gdzie dusze, które z laski twojej żyją 

W wolności, znowu wsadzasz do więzienia. 

Z którego, jeśli już oswobodzenia 
Niemasz i tylko męki grzech omyją. 
Proszę, niech na tym krzyżu ja pasyją 

1 konterfektem będę do wytchnienia. 

A tam nie umrę, bo patrząc ku tobie, 
Już obumarła nadzieja mi wstaje 
I serce rośnie rozgrzane piersiami. 

Nie dziw, że zmarli podnoszą się w grobie. 
Widząc, jak kiedyś ten, co żywot daje. 
Krzyż między dwiema wystawił łotrami. 




— 248 - 

WESPAZYAN KOCHOWSKI 

(ur. 1633 t 1699). 



I. 

Z URYKÓW^ POLSKICH^). 



Bankiet Jaśnie miłościwego pana Andrzeja Szemefa. 

Panie Szemecie, na twym bankiecie, 

Ghybaby anieli, 
Bo ani piją, nie jedząc żyją, 

Mogli być weseli. 
Ale to grono, co go proszono, 

Na to nie pozwoli. 
By złym porządkiem, ze czczym żołądkiem 

Słuchano wioli 
Dyabel nie sprawa, — muzyka wrzawa, 

Amfiona zwiedli. 
Damy nam w cieśni śpiewają pieśni, 

A myśmy nie jedli. 
Panie Szemecie, co rajem chcecie 

By dom wasz byl miany. 
Gdzie nic nie jedzą, śpiewając siedzą 

Wszyscy na przemiany, — 
Jam inszej wiary, dworzanin stary, 

Inszej polityki. 



*) ,Nie próżnujące próżnowanie, albo Lyricorum polskich ksiąg V., 
tudzież epigramala i ^vie^sze wesołe** (Kraków 1674), 



— 249 — 

Zacny sąmsiedzie, aż po obiedzie 

Rad słucham muzyki. 
Wtenczas pozwolę, w skrzypce, w wiolę, 

Niech w dudy grają. 
Jeśli w tym kraju masz co tokaju 

Niech go nalewają. 
Gdy zbiorą wety, grajże balety, 

Jak na harc wypadnę, 
Nietylko pannę, ale Dyannę 

W gonionym ukradnę. 
Teraz niż zbiegę, w tern cię przestrzegę. 

Szczerze, nie obłudnie: 
łże potrzeba Wenerze chleba, 

Bo bez niego schudnie. 

Madrygały albo prawda na jawi. 

Twojali to twarz? czyli kobyla? 

Niech mię uroda ta nie omylą, 

Tważ to postawa? twojeż to lice? 

Czy w dziesiąci lat młodej źrebice, 
Twójże to pyszczek? czyli kiernozi. 

Krzywym zalomkiem co ludziom grozi. 

Twojeż to oczy? czyli od sowy, 

W więzieniu trzymasz na wnątrzu głowy. 
Brwiczki przyprawne, przyjemna sztuka, 

Ale tak wdzięczne, jak u borsuka. 

Nos jako siekacz, a płeć tej barwy. 

Jako malarze malują larwy. 
Ząbki z hebanu, wiedz który kędy, 

Nadpustoszaly obydwa rzędy. 

Ten defekt tając, wargi zatyka, 

I już nie mówi, lecz cale krzyka. 
Gdy po francusku warkocz rozwinie. 

Będzie pod pachą, jako u świnie. 



1 



— 250 — 

Kędy też łyso, sztuka zabieży, 

A cudzą siercią głowę najeży. 
W tańcu ją widzieć, w jej rączym chodzie, 

Jako kalika koń na powodzie; 

Gdzie obracając usilnie grzbietem, 

Na bliższycli rzuca wiatry zybetem. 
Tę jedyną ma do siebie wadę. 

Że lekce waży mądrą Palladę. 

Tej swą urodę kładący ceny, 

Że jest daleko gładsza Heleny. 

Stroje i bielidła białogłowskie. 

Takli świat wszystek zawisł w tych strojach mamie? 

Że je nieszczęście ogarnie. 
Tenli będzie najlepszy, kto najstrojniejszy? 

Jak rozumie wiek dzisiejszy. 
Jeśli damo urodę masz od natury. 

Na cóż się pstrzyć temi pióry? 
Jeśliś szpetna, wierzże mi, iże niewiele 

Przydadząć kształtu manele, 
Niech się błyszczy na płocie szata od złota. 

Nie ozdobi ona płota. 
Ani ciebie zalecą tylety drogie, 

Kiedy lice niechędogie. 
Więc posłać dla nabycia gładkości fantu. 

Dla kamfory, dla dragantu. 
Lubo po mleko ośle, lubo do Nyla 

Po łajno krokodyla. 
Żeby bielić Murzyna, i z okopciałej, 

Białą barwę skronie miały. 
Pal migdały na wągiel. ażeby brwiczki 

Czarnej nabyły barwiczki. 
Krusz korale, i z morską pomieszaj pianą, 

Żebyś ztąd była rumianą. 



- 261 — 

Maluj się, upiżmuj się, potrząśnij putrem, 

A przecieś ty świniem futrem. 
Darmo te kunszty, które gdy ludzie widzą, 

Jak się śmieją, jako szydzą. 
Ktoś prędko gwoździk zgryzłszy, chuchnąwszy snadnie, 

Aż ta krasa z ciebie spadnie. 
Lub ciepła izba, lubo w tańcu się spocisz. 

Z tych ozdób się ogołocisz. 
Jak spadną te bielidła, nietrwałe farby, 

Znać po gębie gęste karby, 
Aż ty nowy Prothaeus, kuglarską miarą. 

Wnetże z młodej, jesteś starą. 
Jak bałwan okopciały na pośród rynku. 

Co białego pozbył tynku, 
To tak długiej pracy twej masz korzyść słabą. 

Jakoś była będziesz babą. 
Nie to, nie to, matrony, glans twarzy daje. 

Że się błyszczy jako jaje. 
Nie to, kiedy stajaniem sabejskiej woni 

Puszcza, lubo piżmem trwoni, 
Ale która się w cnotę tak przysposobi, 

W nię się stroi, nią się zdobi. 
Poczciwość ją rumieni, skromność maluje, 

A wstyd cnocie ochmistrzuje. 
W kościele jest nabożną, w domu dozorną, 

Niechełpliwą, nieuporną. 
Gospodynią czeladzi, a dziatkom matką. 

Tę mam grzeczną, tę mam gładką. 

Gynerackie rządy. 

I tak Brenie, dasz swej żenię 

Przewodzić nad sobą. 
Ona domem z wielkim sromem, 

Ona rządzi* tobą. 



— 252 — 

Ona sługi, ona cugi, 

Szkatułą i gumnem: 
Wszystko za nią jako panią 

Idzie rządem szumnem. 
Gdy co każe, warty, straże 

Zaraz usłuchają; 
Pojeźnicy, urzędnicy. 

Rachunki oddają. 
Zgoła wszędzie ona będzie, 

Wszystko się jej godzi. 
Ty lichoto, nie dbasz o to. 

Że cię za nos wodzi. 
Z tej przyczyny, żeś ty z gliny, 

A ona zaś z kości, 
Ustąpiłeś i podrwiłeś 

Małżeńskiej zwierzchności. 
Masz być Brenie, głową żenię, 

Bo jest z twego członka: 
Każdy błądzi, kędy rządzi 

We wszystkiem małżonka. 
Jak po dyable puszczać żagle 

Kiedy wiatr szalony, 
Tak ten zginie w każdym czynie, 

Który słucha żony. 
Radzi Ewa, aby z drzewa 

Życia rwać jabłuszka: 
Nie wierz damie tej, Adamie, 

Ewa cię zdradzi duszka. 
By wszy w Raju, w ziemskim kraju 

Tułacześ nieluby. 
Nie domieści rząd niewieści, 

Jeno pewnej zguby. 
Przykład sarnę Semiramę 

Masz rzędziochę onę. 



— 253 ~ 

Go mężowi Minusowi 

Odjęła koronę. 
Dość ohydy Danaidy 

Mężom . uczyniły, 
Gdy ich w mocy mając, w nocy 

Wszystkich podławily. 
Nuż Krzystyna zla gadzina, 

Ryxa jeszcze przed nią; 
Były obie kłótni sobie 

Ansą niepoślednią. 
Państwa dawne, męże sławne 

Żony pogubiły; 
Gdy chcą rządzić, muszą błądzić 

Słabe tej płci siły. 
Szanowanie i kochanie 

Słusznie niechaj mają, 
Lecz małżonki jako członki 

Głowy niech słuchają. 

Na nieporównany zbytek bankietów polskich. 

Silcie wy się panowie na koszty próżne, 

Budując splendory różne, 
Lub się przecie zostanie co z tego w domu, 

Puścizna z następców^ komu; 
Ale Polski nie gubi nic jak bankiety, 

Drogie paszty, huczne wety, 
I mai waty ckie trunki, wina z Tokaju, 

Z obcego Alakant kraju, 
Niepomierny w szafunku stołowy zbytek, 

Pożyra wasz dochód wszytek. 
Gdy wam nie z indyjskich stół zastawion jatek, 

Szemrze brzuch na niedostatek. 
By rozmarnować zbiorów dziadowskich fanty, 

Niech przecie będą bażanty. 



— 254 — 

Sta kuchtów rota kolo ogniska burzy, 

Zkąd się dym jak z Etny kurzy, 
Ognie kominem widać, jakie bez mała. 

Gdy ludna Troja gorzała. 
Tu garce wrejąc mruczą, sam kotły z miedzią 

A w kożdym pełno gawiedzi. 
Gdaczą kury w męczeństwie, gęsi gęgają, 

Na złych ludzi narzekają. 
Skarżą się kuropatwy, źle o kwiczołach, 

W garcach topią je w rosołach. 
Tam skazano na ogień całkiem bawołu, 

Z nimże i żubra pospołu. 
I niewinny zajączek cierpi sztych srogi, 

Lancą przebit między nogi. 
Trą miałko jadowite w moździerzach pieprze^ 

Nacierając niemi wieprze, 
Z których potem szczególne za upominki, 

Szlą westfalskie panom szynki. 
Z kanaru, co go przysłał Hamburg niebliski. 

Mrozem bielą się półmiski. 
Po wierzchu mis padają cukrowe grady, 

A chłopięta temu rady. 
Patrz tak na komedyi, wlazł kapłon w flaszę^ 

Ztąd go (stłukłszy ją) wystraszę. 
Tu bażant choć zabity, swe rozpościera 

Skrzydła, i na nich umiera. 
Jarząbek ustrzelany groty z słoniny, 

Nuż w pasztetach mieszaniny. 
Wychodzą, a przychodzą co misy noszą 

Drabi, dragani z Wołoszą. 
Z serwet w około baszty, lecz gęste wieże,. 

Padną, że nikt nie postrzeże. 
Tam dopiero dość gęste półmiski burzą. 

Te odkryte pod strop kurzą. 



— 256 — 

Widzą oczy, brzuch szczeka, żołądek mruczy, 

Że nie poje mnogiej tuczy. 
Gardzi gęba i garlo, a smak się kazi, 

Od onych to tam potazi. 
Oczy syte, czcze kiszki, zebu niewolą 

Cierpią, nie jadlszy je kolą. 
Wtem niosą staroświeckie z kredensu czary, 

Szklenice, kusze, puchary. 
Z stoletniej Bachus beczki ochotę rości. 

Już więcej flasz, niżli gości. 
Parkan grodzą z kieliszków, a z śklenic wały, 

Ciasny szańcom tym stóJ cały. 
Ochotnik się uciera, hetman przywodzi. 

Do kropelki jak się godzi. 
Za nim hajda kto z gości, mąż doświadczony. 

Do przeciwnej wypal strony. 
Postrzelonych niemało w oboim szyku 

Niebezpiecznie od massyku. 
Ażeby nie czuć razów, to wszyscy krzyczą: 

Stoi za zdrowie (bo go życzą). 
Za twe królu, kanclerzu, wodzu z marszałkiem^ 

Trunek duszkiem, a szkło całkiem. 
Tak zdrowia życząc grono uprzejmych braci. 

Przy tejż pełnej swoje traci. 
Czyli zdrowie jak nurek po pełnych pływa? 

A na suszy go nie bywa? 
Rozum w winie się topi, gęste kieliszki 

Nalały po szyję kiszki! 
W głowie się ćmi, mózg kręci, lice czerwienia 

Jak słońce na wiatr w jesieni. 
Mowa i język błądzi, oczy mrugają. 

Hasło pewne spać iść dają. 
Nogi widząc, że głowa, rozum sz&leją 

I ony się błądząc chwieją. 



256 



Brzuch mir gartu wypeda, a z gniewnej chuci, 

Wlany dar nazad wyrzuci; 
Aspergesmem skropiwszy stojących blisko, 

Chędoży mu gębę psisko. 
Ten się po zi6mi wala, a ci się wadzą. 

Posieka się, poszkaradzą. 
Ten w tańcu wybił rękę, ten z kortezyi 

Mało nie nalamal szyi. 
Pan dziś wesół, lecz jutro skrobnie się w głowę, 

Dług zaciągnąwszy na nowe. 
Bo grubarze, źli rajcy, nieszczerze radzą, 

Że panu koszty nie wadzą. 
Dziś w arendę wsi pójdą, jutro w zastawy. 

Ten koszt wszystek na potrawy' 
Potem nie wykupiwszy przestronych włości, 

Przyjdzie pozbyć i wieczności. 
Kuchnia skopuł substancyi, i jej ognisko, 

Dóbr ojczystych topielisko. 
Zbytek, co twe Polaku tak garło lubi, ^ 

Ciebie i ojczyznę gubi. 
Ten dawne familie zniszczył i domy. 

Zbiorów pożerca łakomy. 
On dziedzictwa wynosi, wnosi ubóstwo, 

I inszych bied różne mnóstwo. 
A nadto, o co słusznie Polska go wini, 

łże nieraężnymi czyni. 
Bo o chlebie Polacy, prawie a wodzie. 

Przyszli ku takiej swobodzie. 
Zawsze zbytek rozprasza, skromność gromadzi. 

Tej się wam jąć nie zawadzi. 
Dobrze kotek powiada pod bożą wiarą: ^ 

Dziatki, dziatki, trzeba miarą. 



- 267 — 

Grzeczny Żołnierz. 

Żołnierz z czyjejsi roty, 

Zaciągu dymowego, 

Stanąwszy przede wroty 

U dwoiu wdowinego, 
Rzecze: „Poważna wdowo, 

W nadzieję twej grzeczności, 

Jeżeli jeść gotowo, 

Masz z nas w domu swym gości**. 
Widząc wdowa Mazurka, 

Że migdal nielupiony, 

Na nim szczekocka burką 

Koń ostrogą zbodziony, — 
Rzecze drużynie owej: 

„Owszem, to szczęściem Madę, 

Że tak młodzi marsowej 

Mam w domu mym gromadę**. 
Da głodnej jeść drużynie, 

Jak jedni wilcy trawią, 

Aż z suchych jagód w winie 

Gębę aż po nos pławią. 
Wtem jeden grzeczny wielce 

Z pod tej towarzysz roty. 

Wziął kurę na widelce. 

Znak dając swej ochoty. 
Wdowa, że błazen zgadła. 

Chce go z pracy wypuścić. 

Wtem kura pod stół spadla. 

On, nie chcąc rąk utłuścić 
Uchodzi rycerz w nogi, 

Trafunku żartem zbywa, 

Mając u nóg ostrogi, 

Oraz obrus porywa. 

«SIC6I HUHOBU POUKIEBO. T- I. 17 



1 

— 268 — ^ 

Ci się śmieją niezmiernie 

Tak grzecznej tragedyi 

Ów uciekając p 

Na vale kompanii. 
Gdy się tak ci rycerze 

Grzeczni, piszą kobiecie, 

Powie im wdowa szczerze: 

Godniście czci w pre 



II. 

Z FRASZEK^). 



Wymówka krótkości. 

Przy krótkich wierszów stylu, ten pożytek wiążę: 
Naprzód, że czytelnika niemi nie obciążę; 

Lnh są dobre, lubo złe, że krótkie z tej cnoty 
ilogą mieć u lektorów ztąd swoje zaloty. 

Przypadną li do smaku, to krótki smak wzbudzą. 
Nie przypadną, to krótko czytelnika strudzą. 

O Przectawie. 

Wszystko mówi podpiwszy Przecław: pojmę żonę; 

A pijanym te śluby nie są pozwolone. 
NłOłh żona jego pojmie, byle trzeźwa była, 

Żeby go pijanego spać zaprowadziła. 



'ł Fraszki czyli Epigramata (1674). 



— 2B9 — 



Komuś. 



Mówisz żeś błazna widział, czegoś zdawna żądał. 
Pono u cyrulika kiedyś się przeglądał. 

Skóraane pieniądze. 

Gdyby się one czasy pojawili, 

Żeby skórzaną monetę robili, 
Gdyby się zwyczaj teraz ten zachował, 

Pewniebym cholew starych nie żałował. 

Na gańcę ^). 

Wszystko ganisz, nic w żadnym nie pochwalisz domu, 
Nikt ci się nie podoba, i ty też nikomu. 

£o Sobiegrzecznego ^). 

Nie wszystko wszyscy lubią, tyś jest w tem bezpieczny 
Lubo się wszystkim nie zdasz'), sameś sobie grzeczny 

Rozsądek Parysów. 

Gdy Parys był obrany za sędziego trzema 

Boginiom, któraby z nich przodkowała dwiema, 

Nie ważyły bogactwa Junony, nic ani 
Mądra Pallas; gładka je zwyciężyła pani. 

Ta gdyby teraz przed sąd sprawa przychodziła, 
Obieby te pieniężna Juno zwyciężyła. 

Zabójstwo. 

Jeden człek zabić może tysiąc ręką srogą, 
A urodzić jednego ledwie dwoje mogą. 



*) Wszystko ganiącego, pessymistę. 

^) Zadowolonego z siebie. ^) Nie podobasz. 



17* 



— 2m — 



O doktorach. 



Pytasz sig czemu młodo mrą często doktorzy. 

Czasem prędzej, niżeli pacyenci chorzy. 
Jak wilk znosi przed trzodę jej czułych zlajników. 

Tak śiriierć przód przed chorymi potrzebnych medyków. 

Nocna przechadzka. 

■Tako wóz przez woźnice, okręt podczas fale 

Przez styru rzadko przyjdzie na miejsce swe w cale '); 

Tak pijan po Krakowie do domu przez guza 
Rzadko przyjdzie, kto się przez puści kalauza^). 

Ledwo nie prawda. 

C^^eniu to białogłowy pchły bardziej kąsają 
Niż otroków ^)? Że ony smaczne mięso mają. 

Jakoż bodaj nie prawda, gdyż co żywo ząbki 
Na nie ostrzy bardziej, niż na młode gołąbki. 

Co nowego szlachcica. 

Mówis7*: król mi szlachectwo konserwował; to ty 

Szlachectwo twe od króla masz, a nie od cnoty? 

Perfumy. 

Gach, duktór, prałat, dama, swoje maszczą dłonie. 
Tylko aby sabejskie od nich czuto wonie. 

Zkąd ten zapach? To wszystkim niech nie będzie tajno: 
IJryna rysia, ptasi gnój i szczurze łajno. 



*) AY i^alości. *'') Przewodnika. 
h Młutlzież męską, kawalerów. 



— 261 — 
Rada Seneki filozofa. 

Suadeo tibi ut nates spongia tergas. 

Pytasz czem najwygodniej masz ucierać z ? 

Rzeki ktoś: drożdżami, piwa wypiwszy przykadek- 
Darmo to, lecz najlepiej jak radzi Seneka: 

Gębką, bo miękko otrze, i nie drapie człeka, 

O niepewnym M. M. 

Był grubarzem, ale dziś widzim go lekarzem, 

Wszakże to teraz czyni, co by wszy grubarzem. 

O PP. Winiarzach Krak. 

Któraż to woda, którą placiemy nadrożej? 

Owa, którą w piwnicy winiarz wino tworzy. 
Mówiąc oni, że też tak czynią u ołtarza, 

Aleć tam inszy sekret, inszy u szynkarza. 
Znowu mówią: tak by Jo w galilejskiej Kanie, 

Aleć insze tworzenie, insze roztwarzanie. 
Cóż im czynić? Jak grzeszą, tak ich też i trapie 

Wodą poją, wody też daćby się im napić. 

O kornufach ') za żonami. 

Często niewinne żony małżonkowie* winią, 
łże im rogi na łbie jak Satyrom czynią. 

Lecz każdy niech swej spyta, wiem tak mu odpowie: 
Niech będzie róg gdzie trzeba, nie będzie na głowie. 

Zdunia kawalerki o Lukrecyi. 

Niepotrzebnie nad sobą tyranką się stała, 

Próżnej chwały zginieniem snąć swojem szukała. 

*) Rogaczach. 



262 



Bo co białej pici z mieczem? Chyba z marnej pychy, 
Słabe ciało, cielesne przystoją mu sztychy, 

Zepsowany świaf. 

Jeżeli ^) się świat psuje, wiedzieć chcecie; 

Świat ten co dawno: ludzie źli na świecie. 

Miejska Ochota. 

Panie Gościu witaj miły, 

Do chałupki tej pochyłej 
Twą się cieszę tu osobą, 
Gotów wszystkiem dzielić z tobą. 

Ze wszystkiej ci radem chęci, 
Jeno to miej na pamięci: 
Stół mój, rożen, kufel z rosztem, — . 
Twym pieczenia, wino kosztem. 

Do Hluchny^). 
Baś, baś, owieczek wołają, 

Które taki zwyczaj mają 

łże ciche, nieswawolne, 

I barankowi powolne. 
Nie z tegoś ty pani grona, 

Lubo chodzisz nie bez rona; 

Bo do ciebie ta jest wada'): 

Na baranka skaczesz rada. 

Mliwo. 

Bądźmy sobie bracia radzi, 

Jak we młynie, cóż to wadzi? 
Byle posiedzieć wesoło; 
Gęba jest młyn, język koło, 

*) Czyli. *-') Kłótliwej. ') Tę masz wadę że... 




— 263 — 

Garlo rzeka, wino wodą, 

A młynarkę niech przywiodą. 
Dobra myśl lepiej popłynie, 
Będzie wszystko jak we młynie. 

Żołnierz i doktór. 

Pobitych nieprzyjaciół żołnierz z chluby liczy, 
Doktór co ich pogubił, siedząc społem ^) milczy. 

Gospodarz rozśmiawszy się, tem obu zagai: 
Jeden się z fałszu chwali, drugi z prawdą tai. 

Stan małżeński. 

Stan małżeński zakon jest, jak insze zakony, 
Jeszcze w Raju dla ludzi wszech postanowiony, 

Rok probacyi insze gdy reguły mają, 
I Paweł chce: niechaj się ludzie doświadczają. 

Ale pewna, by się tak doświadczać godziło, 
Snaćby mało profesów w tym zakonie było 

Herp Topór. 

Szukając starożytny zkąd jest Topór wzięty, 
Pomnie, że się nim Józef pieczętował święty. 

Po nim się Chrystusowi jak po ojcu został, 
A zaś się po Chrystusie Korycińskim dostał. 

O kaznodziei. 

Dobry jest kaznodzieja, i porusza zgoła; 

Jak pocznie kazać, zaraz lud ruszy z kościoła. 

To piękna. 

n jadąc przed żydem kiedy czapkę zdejmie, 
warzysz ten postępek snąć z dysgustem^) przyjmie; 

^lazem, obok. ') Z niezadowoleniem. 



— 264 ~ 

Na co ów rzecze, tym się nieturbując wstydem: 

Jam dziś czapkę, tyś wczoraj kontusz zdjął przed żydem. 

Rezolucya siłę może. 

Zjechał się mazur z Niemcem w ciasnej bardzo drodze. 

„Wara z drogi — ofuknie Niemca Mazur srodze, 
„Ustępuj że pludraku, bo poznasz potkanie. 

,1 co wczora drugiemu, wnet się tobie stanie**. 
Spyta Niemiec zstąpiwszy, bo o sobie zwątpił, 

„Co takiego**? „Byś nie tchórz, jabym ci był zstąpił*. 
Jużże teraz pan Hanus, niechaj będzie kwita, 

Gotowy fryd, gdy trafi serdyt na serdyta. 

Co doktora. 
Mówisz doktorze: wino czyni w zdrowiu szkodę, — 
A przecie widzę wolisz wino niżli wodę. 

Inferrogaforium *). 

Staraś, a czemuż wolisz młodego, niż starca? 
R^). Nowszej pokrywki trzeba do starego garca. 

Sic vo8 non vobi8. 

Ptacy figów nie szczepią, a przecie je zobią '), 
Tak żołdacy chleb jedzą, chociaż nań nie robią. 

Appendix. 

Kto starą żonę pojmie, a rad kruszki jada. 
Co za smak w tej potrawie niechaj nie powiada. 

O malarzu. 
Pochwycony raz malarz na kradzieży z licem, 
Peda że picłoribus nam omnia licent. 

») Zapytanie. ^) R— respons, odpowiedź. ^) Dziobią. 



— 26B — 

Którą regułę, tak mu mistrz profos wywodzi: 
Godzi się kraść malarzom i wisieć się godzi. 

Jan imię. 

Patrzaj jak wiele imion masz z jednego Jana: 

Janusza i Janusa, Iwana, Isztwana. 
Janka, Jaśka, Jasinka, Jacha i Jasiątko, 

Jeden ród: wołek, ciołek, krówka i cielątko. 

Nisi ambobus paribus. 

Ślub dając młodzieńcowi ksiądz jednemu z babą. 

Widząc korzyść z małżeństwa że mieli mieć słabą, 
Gdy przyjdzie do owych słów: Rośćcie a mnóżcie się, — 

Widząc nierówną równość, z agendą cofnie się. 
Lecz że się tych słów w ślubie omijać nie zdało. 

Rozdzieli ich w ten sposób, że się różnią mało: 
.,Rośń (pry) i mnóż się mężu**: -- a do niej rzetelniej: 

pA żona twoja ziemię wprędce niech napełni**. 

O łakomych. 

Czemu żaden łakomiec nie idzie do nieba? 
Bo na drogę nie łoży kosztu ile trzeba. 

O świegołkach. 
Mieszczka jedna gdy w uszy świegotaniem kole, 

Dwoi*zanin tę gadkę jej zadawa przy stole: 
, Pytam Pani, wyłóżcie mi tę tajemnicę, 

„Gdy kawki kraczą, po czem poznawać samicę?" 
^•^e nie spostrzegłszy się: „Panie komorniku, 
lośniej wrzeszczy niż samiec, poznać ją po krzyku**. 

Chudemu p. rajcy. 

"ymawia pan wójt rajcy, że chudy aż groza, — 
kędyż pan wójt widział tłustego kiernoza? 



— 266 



Czytającemu NB. 

Ktokolwiek te fraszki czytasz, 
Autora się pono spytasz: 
Czemu między rym stateczny, 
Mieszam płochy i wszeteczny 

Więc kiedy to wiedzieć chcecie, 
Jak owo bywa w pasztecie. 
Wróbl i cietrzew, wilk, słonina, 
Różna z różnych kniej zwierzyna. 

Stoi Turek na Forgoczy, 

Tamże i mierzyn roboczy. 
Patrzaj w rzece, uznasz, łże 
Gdzie łososie, są i ślize. 

Jak swe hetman miesza szyki. 
Tak ja fraszki z heroiki; 
Komu się to nie w smak stawi. 
Ten na swoich niech poprawi. 

Prognostyk łysemu. 

Łeb ^oty jak kolano gdy widzę u ciebie 

Łysku, muszęć tak wróżyć, że nie będziesz w niebie. 
Ho gdy do nieba pójdziesz z tym łbem twoim gładkim, 

Zujichną cię święci, mówiąc, że tam idziesz z... 

Vełitus gradus. 

Iłuje za pana Kopcia córkę pan Skumina; 
Bez dyspensy nie może, gdyż to jest rodzina. 

Do lednej (z Owena). 

Widziano cię Madama, gdy coś go ślubiła 
Sekret mężowi, innym jegoś nie taiła. 



- 267 — 

R^). Zwyczaj ten jest przy dworze dawno zachowany: 
Może być kilką kluczów zamek otwierany. 

Platonowy rp. suppelex. 

Koń pocztarski, a kuper metresy użytej. 
Są to oboje siodła rzeczypospolitej. 

Niesłusznie. 

Żywa zazdrość wygląda z oczu doktorowi, 

Bo ledwo żyw, gdy widzi i że ludzie zdrowi. 

Na Zarębę starego. 

Nie wie co to ból zębów nasz stary Zaręba; 

Wierzę, bo w gębie nie ma i jednego zęba. 

O pannach. 

Panna, gdy panną, miewa anielską naturę; 

Szedlszy za mąż, jeżową wdziewa na się skórę. 

Komplanacya przyjacielska. 

Panie, pogódź nas, prosim, gdyż się dawno swarzem; 

Czy aptekarz, czy doktór ma przed aptekarzem? 
Skazuje: Przed doktorem aptekarz nierównie: 

Aptekarz w zielu gmerze, a zaś doktór w 

Odpowiedź ex fempore. 

Mnich z ikrami je ryby, pan żartuje: Księże 

Ostrożnie, boć się w brzuchu narybek zalęże. 

Zakonnik jako prostak, bez okoliczności 

Odpowie: Więc na pierwszy spust proszę waszmości. 

*) R — respons, odpowiedź. 



- 268 — 

Sen wczesny. 

Chcesz dobrze spać, więc myśli z swojej wyżeń ') łbice; 
Zla droga do Leżajska gdy na Myślenice. 

Kolenda pannom. 

Weims iia żółwiu stoi. Na co? Łatwo wiedzieć, 

Że panna nie ma biegać, ale w domu siedzieć. 

Przypowieść o p. Górce. 

Kiedy z jednym przy stole żóltobrzuchem siędę. 

Peda, te bez ogórka nic nie weźmie w gębę. 
Wtem ktoś z pijanych rzecze: „Nie pleć panie Górka**, — 

Chlust go w pysk: — „A toż musisz wziąć i bez ogórka** 

Pares ab Adam. 

<l<1y Ewa kądziel przędła, Adam ziemię kopal, 

Kto tam był szlachcic wtenczas, i kto komu chlopal? 

Tak Adam gdy nam ojcem, Ewa gdy nam macią, 

Wszy.scyśmy sobie równą z tych rodziców bracią. 

Niebezpieczny żart. 

Okrt^t tuule, na którym byl też i przechera. 

Inszy wołają: Rata! a ów: „Chleba! sera! 
,Nie rad (pry^) naczczo pijam, dajcie jeść co prędzej. 

,Bo dzisiaj nam pić przyjdzie, jako nigdy więcej". 

Starożytność domów szlacheckich. 

Który dom w Polsce starszy? Jest Chamiec od Chama, 
I Abramowicz także jest od Abraama. 

'} Wyrzut'. ^) Rzecze. 



269 



Są do których listy swe Paweł pisał święty, 
Od Jakóba Minora, i Tęcze dom wzięty. 

Jeśli z nazwisk te domy liczą stare lata, 

Rajski z Adamowskim są od początku świata. 

Żart ex tempore. 

Pytała baba księdza uprzykrzona srodze: 

Na zbawiennejli ona, czy zgubionej drodze? 

Ksiądz rzecze: „Rozdziew gębę*; że zębów nie miała 

— „Nie będziesz, prawi, w piekle — czemżebyś zgrzytała?* 

Stary młodemu. 

Wszystko mi śmierć na oczy wyrzucasz młokosie, 

I ty, wierz mi, ani zwiesz ') tej podlężesz kosie. 

Większy kurcząt na targu niżli kur dostatek, 
I cieląt więcej wodzą niż wołu do jatek. 

Wilk niżli starą szkapę źrebię woli bardziej, 

Tak ta goła jak starym tak młodym nie gardzi. 

^) Ąni będziesz \\iedział kiedy. 




— 270 — 

WACŁAW POTOCKI 

(ur. 1622 t 1697). 



Z „JOVIALITATES"0. 



Na stroje białogłowskie. 

Dzisiejszych się bialychglów przypatrując modzie, 
Gdy przyganiając danej od Boga urodzie, 
Czarne się bielą, białe na przepych naturze 
Z czarnych płatków w rozlicznej nastrzyglszy figurze, 
Muchy, osy, pająki, podobno i żaby. 
Jaszczurki, węże, lepią po gębie; chybaby 
Czyniły na pamiątkę, że niedługim czasem 
Okropnej w grobach będą gadzinie opasem. 
Nie mają tej wymówki, bo każda dla ludzi, 
Siebie widzieć nie mogąc twarz swoje paskudzi. 
Kto mając własne, cudze ma włosy na czole, 
Kto twarz farbą maluje, uszy sobie kole, 
I ci, którzy tę fozę na świat polski wnieśli, 
Grzeszą: szkoda po dobrym pociesować cieśli. 
Jako też na sądnym dniu swoje pozna owce 
Pasterz on, obleczone w szatańskie pokrowce? 

') „Jovialitates albo żarty y fraszki rozmaite, pracą niegdy J. W. J. 
M. P. Wacława Potockiego, podczaszego krakowskiego zebrane y napisane 
a dla uweselenia y rozrywki światowego czytelnika z manuskryptu przedru- 
kowane. Roku pańskiego 1747*. Jestto pierwsze wydanie w 50 lat po śmierci 
autora. 



— 271 — 

, Odejdźcie precz, — nie znam was", tak je będzie dzielił, 

„Ciebie ja czarno stworzył, a któż cię wybielił? 

„Ciebie biało, któż upstrzył onę skórkę piękną, 

„Że się ledwo anieli święci nie przelękną? 

„Kto na cię tak wszetecznej gadziny naciska, 

„Ten cię też słusznym prawem niechaj z niej wyciska, 

„Co na gębie, to w sercu tak plugawe gady 

„Cudzych włosów, na gębie brzydkie maszkarady 

„Miejsca u mnie nie mają; niech jak swoje gamie, 

„Odejdźcie precz, nie znam was, czart do swej owczarnie**. 

O Matuszu. 

Jedna polityczna ^) pani 
Sługom swoim to więc gani. 
Że skoro czego nie stało, 
„Niemasz**,. mówić się im zdało. 
„Wielka nieostrożność wasza. 
Nie kocham tego niernasza^ 
Więc kiedy czego nie stanie. 
Mówcie: przebrało się *), a nie 
Wiejskim obyczajem grubym, 
Na plac z słówkiem mnie nielubym**. 
W tęż gdzie to mówi godzinę, 
Śle po woźnicę dziewczynę, 
A że był odszedł ze dworu. 
Wedle swej paniej humoru, 
Ukłoniwszy jej się dusza: 
„PrzebraZo się i Matusza**. 

Biało? Biało. 

„Młynarzu, są tu ryby?** — „Są panie łaskawy**. 
„Ejże, podobno nie masz?** — „Próżne stoją stawy**. 



*) Dobrze wychowana, dobrego tonu. ') Zabrakło. 



272 

Kształtna odpowiedź. 

Ktoś komuś rzekł, że w nim początek jego domu, 
A ów: „żadnego przez to nie ponoszę sromu, 
Że ja swój dom poczynam; to nie bez sromoty. 
Że się w tobie skończyły przodków twoich cnoty *•. 

Małżeństwo. 

Pytał ktoś: gdzie małżeński stan błogosławiony? 
Powiedziałem: „tam, gdzie mąż głuchy, ślepej żony'; 
Bo ani ów dosłyszy kiedy mu złorzeczy, 
Ani owa ciekawie wgląda w jego rzeczy. 
Gdzie żona ostrowidzem a małżonek kotem, 
Ustawicznie się muszą mordować kłopotem, 
Najlepiej być obojgu żórawiami, co się 
Nie poswarzą, trzymając twardy kamień w nosie 

Nagrobelz liasztelanowi krałtowslsiemu. 

Kasztelan, albo raczej, czemuż Jegomości 
Brać honor? — pan Krakowski tu położył kości. 
Czy nie ten to, co kiedyś o nim powiedziano: 
„Nie bądź błaznem, ten urząd już inszemu dano*. 
Pewnie nie ten, boby mógł wszystkie jego w^ota 
Złotem pisać. Dla Boga okrutna sromota, 
Pierwszego senatora, co się w mnie nie zmieści 
Urząd znieważać w takiej głupiej przypowieści. 
Cóż zaś gdy wszystko rzędem człek w głowie ułoży, 
Trudno inaczej mówić: głos ludzki, głos Boży. 
Więc Was Jaśnie Wielmożni w tej przestrzegam mierze, 
Niech kiep kasztelanii krakowskiej nie bierze. 

Nagrobelz muzylzantowi. 

W tym grobie duda leży: dudy znaleziono. 
A po śmierci na wierzbie one obwieszono. 



r 



— 273 — 



Tylko śmierć uprzedziła, że się opak ^) stało, 
Bo co się dudom dzieje, dudzie się stać miało. 

Nagrobek skąpemu. 

Umarł sknera, Charon go powiózł do kocytu^). 
Nie płaci od przewozu, i tam skąpy i tu, 
Widząc to Persefona do Charona rzekła: 
„Zapłacę ja od niego, zawieź go do piekła". 

Nagrobek pilanioy. 

Tu leży pijak dawny, a gdy na sąd wstanie, 
Spytany: co wżdy czynił? rzecze: „piłem Panie". 

Białe konie. 

Grzebiąc szlachcica co się starym Białym Koniem 
Pieczętował, siła ksiądz dyskurował o nieni. 
Siła cnót. siła białej przypisywał sierci 
Przymiotów. Aż nie wyszło i godziny ćwierci 
Gdy sześć takich, jakby ich sprzęgał pojedynkiem, 
Widzę w rydwanie idąc do gospody rynkiem; 
I rzekę do ich pana, skoro się rozśmieję: 
„Czy nie wyście najęli tego kaznodzieję? 
„Jeźh wam są na zbyciu, moja rada panie, 
„Kazać to dla jarmarku przepisać kazanie". 

Humor polski. 

^Ąj jechał Rey do Anglów przez Olendry, z gniewu 
bił Polak Holendra i przysądzon drzewu ^), 



*) Przeciwnie. 

') Cocytus, rzeka piekielna. 

*) Skazany na szubienicę. 

■*i«ORu Pou«ir«a t i. 18 



— 274 — 

(Żadnego tamte prawa nie mają respektu). 
Widząc go, wyjechawszy z rana z Ultrajektu, 
Uchyliwszy firanki, wesołą posturą 
Rzecze z karety do swych: „przecie nasi górą!** 

Złe pieniędzy pożyczanie. 

Słowikowi krakowski kazał Wojewoda. 

Że jego dworu błaznów na regestrze poda. 

A że naprzód samego wojewodę liczył, 

Pytany o przyczynę? „boś Waszmość pożyczył 

Pieniędzy, jako żywo nie znając węgrzyna, 

Ani tych wróci, ani przyprowadzi wina*^. 

„Cóż, kiedy przyprowadzi?" — „To Waszmości zmazę, 

A Węgrzy nę głupiego na to miejsce wrażę". 

W kościele gwizdać. 

Rzekł chłopu: „łżesz", chłop w karczmie, a na tejże ławie 

Siedzący ksiądz: „ażaż to mówią tak plugawie? 

Jakoż kiedy nie prawda, tylko rzecze gwiźnij, 

Tak wszetecznych słów słuchać nie powinni bliźni". 

W rychle po tym ksiądz kazał '): „kiedy Pan Bóg z błota 

Stworzył człeka zdrowego, postawił u płota 

Żeby usechł, jako się chytry szatan skradzie, 

Odry, ospy i różnych wrzodów weń nakładzie" . . . 

A tu chłop znający się na tej robociźnie 

W ławce siedząc z drugimi, co ma pary gwiźnie. 

Tu ksiądz: „cóż, czy nie prawda?" — »Tylko Ojcze, rzekę, 

Kiedy człeka nie było, któż grodził pasiekę?" 

Ztąd ci miejsce przypowieść staroświecka ściele: 

Dajże pokój, nauczą cię gwizdać w kościele. 



') Miał kazanie. 



r 



276 — 



Jaki pan, taki kram. 

Niedawno gdy do domu z Krakowa się kwapię. 

Potykam na wędzonej służalego szkapie; 

Suchy i sam, a lata po sukni na łacie, 

Portek niemasz, buty złe. — »Komu służysz bracie?* 

— Senatorowi — rzecze. „Czemu gole udy?" 

-Trudno ma tłuste prosie być u świni chudej**. 

Polak we Włoszech. 

Wyprawił ktoś do Włoszczyzny 
Syna do Rzymu z ojczyzny, 
Gdzie skoro przeżyje wrześnie, 
Ojcu da znać o tem wcześnie, 
Że przez lato trawę w Rzymie 
Jedząc, będzie siano w zimie, 
Jeśli go schudzi sałata, 
Nasienie będzie u kata. 
Wolę w Polszce lada schaby, 
Niż tu ostrzygi i żaby. 
Wolę zraz pieczeniej spory 
NiżeU kaulafiory. 

Posłuszny chłopiec. 

Często pan mawiał, chcąc to chłopcu w głowę wlepić, 
,Jak tylko w gębę wezmę zaraz mi się chce pić. 
Do natury to idzie, to drugiemu trzeba 
2^raz pić, ledwie mięsa skosztuje lub chleba". 
T«»fiio się, że mu ktoś nim uchylił gęby 
S ay wyciął poUczek, aż się zwinął w kłęby; 
A jpiec leci z piwem. — »Góż mi po nim człecze? 
, ''' waćpan zawzdy pijesz wziąwszy w gębę", rzecze, 
sepadnij choć do piekła z twojem piwem djable! 
B "li daj na pomstę co najrychlej szable". 

18* 



- -276 — 

Okulary. 

Wieprza doktór kupował, a że już był staiy, 

Nie dojrzał, przeto na nos włożył okulary, 

Priez które, acz rzecz była i mała i chuda. 

Brinlzo drogo zapłaci, skoro mu się uda. 

Dowiedziawszy się żona, tak łajać przyskoczy: 

^A gdzieżeście podzieli miły panie oczj? 

Prosię tak drogo płacić" — — „Miła. rzecze, pani! 

Kie przypatrzywszy się wprzód, głupi tylko gani", 

Toż gdy jej okulary zawiesi na nosie: 

« Mówże teraz, że drogi, że nie wieprz, że prosię *'. 

Usiadł do stołu doktór, nie myśląc o zdradzie, 

A żona przy talerzu okulary kładzie, 

Więc, że mały kawałek włożyła w jarzynę, 

Mając dobry apetyt prosi o przyczynę; 

Owa mu ich co rychlej dobywszy z puzderka 

Kładzie na nos: „Patrzże no. a małaż to sperka?" 

Golono, strzyżono. 

Idący gdzieś mąż z żoną po ławie przez wodę. 

Ujrzą chłopa bez brody co ongi miał brodę. 

„Ba wej jak się nasz sąsiad wygolił", — mąż powie, 

'A żona: „wzdyć to ostrzygł, oto znać po głowie *•. 
ZnmTU ten: „ba ogolił", owa: „ostrzygł" rzecze. 
Tak długo między niemi było owej sprzecze, 
Aż z słowa przyszło do rąk, aż ją zepchnął z ławy, 
Ju/. tonie, już się baba napiła Rudawy. 
Już i z głową pod wodą baba łowi śUże, ' 
Przecie palcami rękę ukazawszy strzyże. 
Gdy się o tej sąsiedzi dowiedzą przygodzie, 

. Bie;^ą na dziw, a widząc, że przeciwko wodzie 
Mąż jej szuka, a ci w śmiech, on też rzecze: „Szkoda 
Dziwić się: wszystko, prawda, na dół niesie woda, 



— 277 — 

Lecz niewiasta tak sprzeczna we wszystkiem z natury, 
I po śmierci rozumiem płynęła do góry*. 

Senator łysy. 

Jeden senator łysy w swojej dotknął mowie: 
Że ma długów Korona jak włosów na głowie. 
Nie mógł wytrwać podskarbi, siedząc tamże trzeci: 
„Daleko, rzecze, więcej niźli u waszeci". 

Quae8fio. 

Zadał ktoś: co na świecie pierwszą kreaturą: 

Kuraż przed jajem była, czy jaje przed kurą? 

Mniej tu widzę potrzebna głęboka dysputa, 

Wprzód Pan Bóg w raju stworzył kurę i koguta. 

Dopiero kiedy się ci w spoiny związek sprzęga, 

Jaje niosą, a potym . kurczęta się legą. 

Zadał drugą: co pierwej, młot czyli kowadło? 

To prawda, że ma i A i B abecadło, 

Czemu A przed B chodzi? Podobno to słaba 

Racya, że stworzona po Adamie baba, 

Mógł bydź kamień i młotem i kowadłem poty. 

Póki się nie ukuły kowadła i młoty. 

To mi zgadnij, to bowiem kładę między cudy: 

Zkąd najpierwej żelazo wzięło się bez rudy? 

Gzem Kaim ziemię orał? czem zabijał Abla? 

Zkąd mu kosztur, siekiera, zkąd się wzięła szabla? 

Na wodę egierską do JP. Starosty Kowalskiego! 

Trudno mam pisać bez żalu. 
Cny Starosto na Kowalu, 
Gdym bywszy teraz w Krakowie, 
Patrzył na twoje niezdrowie, 



— 278 — 

A co niemniejszy frasunek. 
Żeśmy różny pili trunek: 
Tyś egierskiej, co z Czech kraju, 
A ja węgierskiej z Tokaju. 
Jaka moc w jednej literce, 
Tamta brzuch, to zdrowi serce, 
Lecz całego świata zgodą, 
Siła ma wino przed wodą. 
Czego przed żydowskim ludem 
Pan najpierwszym dowiódł cudem. 
Dobre piwo na żołądek, 
Wiesz o tym Pawłów rozsądek. 
Radząc o Tymoteuszu, 
Każe go pijać po kuszu; 
Ja życzę Starosto chory 
Wprzód pismo kłaść, toż doktory: 
Woda najlepsza w kościele, 
Człeku do świętej kąpiele. 
Więc chceszli być lepszej cery, 
Nie opuszczaj tej litery, 
I racz to pospołu ze mną 
Mieć za wróżkę niedaremną, 
Gdzie W kończy, W poczyna. 
Imię zawsze przypomina 
Gdzie Węgry przed Egry w sławie 
Mają zacny Władysławie: 
Wino ludziom od początku, 
Woda należy bydlątku. 

Mazur 2 kobylą. 

Kiedy się w niezwyczajne suknie król oblecze 
Na fowy, aż się szlachcic na kobyle wlecze; 



279 



,A dokąd panie bracie?" król szlachcica pyta, 
Nie wiedząc mazur kto go tak pięknie przywita: 
— Do Warszawy, do króla. — „A poco?" — Po wójcie 
Zmartym by mi przywilej dal. — A król: „postójcie, 
Kiedy go też ^) wam nie da, miejcie w tym omyłkę*... 
A ten: „niechże całuje pod ogon kobyłkę". 
Wraz słyszy: w Marymoncie król, że nie w Warszawie. 
Tymczasem dał król pokój onej swej zabawie 
Myśliwskiej, ale skoro szlachcic skoczył spieszną 
Drogą, król manowcami, by mógł tak rzecz śmieszną 
Zakończyć. W Marymoncie przyjechawszy z łowu. 
Przebiera się czemprędzej w suknie z złotogłowu, 
I każe warcie, aby „gdy w takiej odzieży. 
Jako powiadam, szlachcic do nas tu przybieży, 
Puścić go wolno". Zaczym gdy mazur przybędzie, 
Idzie, dziwiąc się, że go przepuszczają wszędzie, 
Wreszcie mu pokazują kędy król zostaje, 
Ale ten skoro wnijdzie i dobrze uznaje. 
Strwożył się, lecz to król Jan pokryć umiejący, 
Wesołą twarz pokazał, a wójtostwa chcący 
Nie śmie słowa wymówić i jak wryty stanie: 
„Zgrzeszyłem, jest kobyła, jestem i ja, Panie 
Miłościwy, rób co chcesz". Gdy się winnym daje, 
Król się rozśmiał, a szlachcic wójtostwo dostaje. 

Rzemieślnicy. 

Krawiec widzący świętych odzianych w kościele, 
Prawi drugim: że wszyscy w niebie nie o wiele 
Będziemy; szewc i kuśnierz pewnie chybią nieba: 
Święci boso, bez czapek, — krawców im potrzeba. 



') A jeśli go leż. 



— 280 



Na błazna. 



Mówisz, żeś błazna widział, czegoś dawno żądał, 

Znać, że wtenczas, gdy się sam w źwierciedle pfze^lądal. 

Siła błaznów na świecie. 

Po śmierci króla Jana, gdy się w drogę wlecze 
Wesołowski, aż jeden senator mu rzecze: 
„Nie masz niebożę służby i błaznować konm, 
Musisz podobno teraz siedzieć w swoim domu**. 
— „To prawda, on odpowie, bo nas błaznów było 
Mało, lecz ich się teraz wiele namnożyło. 
Ledwie nie każdy błazen, że jeden przt-d diugim 
Nie mogąc się pożywić, musi iść za plu^^iem*. 



Kwestye z odpowiedzią. 

Czemże panny pijają, kiedy świecę zgassią? 

R Flaszą, 
A któż pannom dodaje, kiedy nikt nie widzi? 

R. Żydzi. 
A cóż panny winują, gdy dopełnią miary? 

R Czary. 
Czemże się na nie leczą? lekarstwem doznanem. 

R. Dzbanem, 






— 281 -- 
II. 

Cawsay ofiarę, sam ją zjadł. 

Odważył się sąsiad mój, nie jadlszy go poty, 
Kupić w mieście pieczonkę i mięsa dwa szróty, 
Prosi na domowego i mnie też jelenia: 
Kto nawyknie wątrobie, dziwna mu pieczenia. 
Choć pieniędzy, na dobrej wsi siedząc, ma sobie. 
Trudno miał być rad gościom, żałując sam sobie, 
Więc że i on z laski swej jadał często ze mną. 
Jadę, żebym choć chęcią oddał mu wzajemną. 
Bardzo krótki aparat do stołu, atoli 
Dosyć na gospodarza chleba dać a soli. 
Byłe, rzekę, ochotą półmisków nadstawił; 
Jednak widzę, że i w tej grubijan pokawil: 
Że sam jakby wyssaną z psiarnie wywarł sukę. 
Jako wilk wyłacnialy, piątą mięsa sztukę 
Srogą tka w gardziel, żeby minąwszy kawalce, 
Po same spery liżąc, w gębę wtyka palce; 
Gościa rurą odbywszy, kości pod stół ciska. 
Sięgnąłbym, ale nie masz poco do półmiska. 
Darmo siedzi i żona i kilkoro dzieci, 
A mnie co raz: j,Niemasz nic do smaku Waszeci, 

hoć, patrząc na mnie, mógłby apetyt przystąpić. 

3dobno piwa trzeba — niech rychle dadzą pić". 



Patrz artykuły A. BrOcknera w ^Ateneum" i „Bibl. Warszawskiej" 
za iernik 1896. 



-- 282 — 

Chciało mi się go, z szklenice wlawszy w ową rurę, 
W leb mu nią dać. Tymczasem chudą niosą kurę. 
„Dojedźcie, rzekę, panie sąsiedzie, ostatka. 
„MogHście zjeść swój obiad, nie miawszy mnie świadka. 
•„Jest apetyt, lepszy być nie może o piątku: 
„Nieszczęścież po nim w gębie, gdy pustki w żołądku*. 

Pijany a dziecię prawdę powie. 

Mając czas i pogodę z obopólnej zmowy 
Z ogranicznym sąsiadem wyjechałem w łowy, 
Wziąwszy dla psów osypki, dla myśliwców kaszę. 
Schowawszy na inszy czas insze knieje nasze. 
Żebyśmy się ucieszyć w polu mogli snadnićj, 
Wybraliśmy się wozem z domu na kilka dni, 
Które skoro nam w lubej krotofili miną, 
Skoro wóz nałożymy ptactwem i zwierzyną. 
Powracamy do domu. Więc, że była blisko 
Wieś szlachecka, nie pomnę, co jej za przezwisko. 
Południe nadchodziło, wyciągnąwszy z boru 
Ogary, prostym 'szermem jedziemy do dworu. 
Świeżo 'był wdowcem został pan onego domu; 
Miał tę wadę, że nie rad u siebie nikomu. 
Postrzegłszy gości oknem, wielkie widzi błędy. 
Ani się schować, ani uciec mu którędy, — 
Bom już wchodził do sieni, bo wieprza zabito. 
Stało w izbie przy ścianie na połcie koryto: 
Tym go chyżo przykryje wedle pieca mamka, . 
Słysząc kiedy izdebna zapadała klamka. 
Pytam, jestli pan doma? a ta: jeszcze rano 
Pojechał do folwarku, kędy sieką siano. 
Gdy to było w jesieni, myślę, że mnie błaźni. 
„Jakożkolwiek, odpowiem, w nadzieję przyjaźni, 



r 



— 283 -- 

Mając gotowy ogień, jest gdzie warzyć, gdzie piec, 
Gotuj jeść, będziesz miała na krakowski czepiec". 
Więc jej dawszy kapłona, bo nam czas byl krótki, 
I parę piec kuropatw, siędziemy do wódki. 
Biegał jego po izbie we czterech lat synek. 
Skoro dano kapłona, temu w upominek 
Dam kolanko, wsadziwszy przy sobie na ławkę, 
A chłopiec w skok: „Tatusiu, mam ja mam buławkę**. 
Skoczywszy z ławki, prosto szło do onych niecek. 
Kołacząc w nie buławką: trzeba się strzedz dziecek. 
Domyśliwszy się, pojrzym po sobie z uśmiechem. 
Kazawszy zatknąć parę kuropatw z pośpiechem, 
Każę i myśliwcowi, że już ukrop zwierał, 
Żeby się dla psów tego koryta napierał. 
Tedy rzecz zrozumiawszy, wielkim głosem pyta, 
Jeżeliby nie mógł wziąć psom tego koryta? 
Nie każę ja, i owszem, że go szkoda brukać — 
Inszego gdzie po stajniach i po chlewach szukać. 
Przyjdzie znowu po chwili, że szukając wszędy, 
(Chociażby mógł) nie może znaleść nikędy; 
To też trudno, mam tego koryta pozwolić, 
Na którym, jako widzę, w^ieprza będą solić. 
gNiesąsiedzka złość czynić w cudzym domu dla twej 
Gnuśności, szukaj znowu**. Póki kuropatwy 
Na rożnie, poty było mej z myśliwcem przeczę. 
Psi się dawno najedli. Skoro się dopiecze, 
Tymczasem się dobrego napijamy wina, — 
Przyjdzie ów i tak głosem: nie ze mnie przyczyna, 
Że charci i ogary w tak dalekim chodzie 
nużeni, do psiarni nie zajdą o głodzie. 
Iko mi go wymyjcie, gdy tak nieporządny, 
n pan", rzekę, (który już wycierpiał dzień sądny), 
^sząc one dyskursy, pocił się tak w łaźni 
slychanego wstydu, okrutnej bojaźni. 



— 284 — 

(A nas ani z ogary, ani pole z charty 
Nigdy tak, jako z błazna nie ucieszą żarty). 
Toż dwu myśliwców wziąwszy koryto za rogi, 
Dźwigną, aż on pan leży wyciągnąwszy nogi. 
Skoczywszy ja do niego co prędzej z za stola, 
Witam, a że u niego nasza dobra wola. 
Przepraszając, braterskie napomnienie przydom, 
Obrzydłym i nikczemnym równając go żydom. 
Ten gdy się ptaków naje i opije winem. 
Żegnając nas, przysięże pod zlej matki synem, 
Że przed takimi gośćmi nie skryje się więcej, 
Gdyżby tego nie zażył na głowie cielęcej. 
Prosi na noc, lecz darmo i szkoda się dziwić, 
Bo się i na wieczerzy chciał przy nas pożywić. 
Aleć dobrze odpowiem: świni w młócie pyskać, 
Przed nie pereł, przed błazna szkoda zwierzyn ciskać. 

Jeden ma języka drugi zęby. 

Jeszcze była nowina, więc zwyczajną modą. 
Dwu sąsiadów z kościoła proszę na gęś młodą; 
Dano jeść. Przeżegna ksiądz, skoro za stół siedli, 
Bywszy im rad gospodarz, prosi, żeby jedli. 
Mało je, prawi jeden, gęba mu nie stanie, 
O ludziach; milczy drugi, a je niesłychanie... 
Ten w gębę kładzie, myślę, wyrzuca ów z gęby, 
Temu język natura, owemu da zęby. . . 
Lecz skoro się mu z owym gruby żart nie zdarzy. 
Utarłszy swą obrusem, dosięgnie mu twarzy. . . 
^^ w gębie zęby na chleb, są na gęby w dłoni, 
Jeśli swawolny język lada co blazgoni '). . . 
Już ich myślę rozwadzać, widząc zwadę jawną, 
Lecz jako ten żołądek, ów miał gębę strawną: 

') Plecie. 



r 



— 286 — 

Wino ich i pieczone pojednało prosię. 
Mniej w sercu niż w języku: puścił to imo *) się. 
Dobry, spokojny człowiek, choć go wstyd i boli. 
Raz pięścią w gębę, niźli dwa szablą, wziąć woli. 

Siła krewnych^ kfo się ma dobrze. 

Nikt nie zna, nikt nie widzi szlachcica na kmiecej 

Roli, póki dziurawe gunią lata plecy. 

Wstydzą się go inożniejsi, pokrewni zwać bratem. 

Niechże wsi nakupiwszy, zostanie bogatym... 

Nie brat, ale Jegomość i Dobrodziej wielki; 

Ja siostrzeńcem, ja wnukiem jego rodzicielki; 

Jego baba i moja były to dwie babie. 

Kochały się, jednakie mając w herbie grabie; 

Ja z nim służył, ja w tejże studowałem szkole — 

Choć z korca maku bliski pokrewny się kole. 

Niech będzie i chłop rodem z płodnego Mazowsza. 

Uczynią go szlachcicem dla miąższego 2) grosza. 

I srotowi przysięgać przy nim na wywodzie. 

Ze szlachcic urodzony, choć go nie znasz w grodzie. 

Na foż drugi raz. 

Ma i to drugi szlachcic, skoro wszystko stera 
Po ojcu, że się w krewność możnych ludzi wpiera, 
I kędykolwiek gościem przyjechawszy, siędzie. 
Zaraz powinowactwa swoje liczyć będzie. 
Choć nikt o to nie pyta — i z ojca, i z matki, 
o po kim brał przed stem lat, abo więcej, spadki. 
ispodarza tym uczcić naprzód nie omieszka, 
loć jako żerdź po płocie, po zagumniu ścieżka. 



'j Mimo. ') Grubejfo. 



— 286 — 

Ledwie nie od Noego liniją wymienia, 
Dowodząc mu spólnego z sobą pokolenia. 
Niemasz herbu żadnego, niemasz wojewody, 
Żeby i on do niego przez długie wywody 
Nie należał i w Polszczę i w Litwie, a zatem 
Panna Marya tylko nie siostrą, nie bratem 
Pan Jezus (w przypowieści co mówią Polacy), 
A suknie-by na grzbiecie nie jęli się racy; 
Pojazd cygański, chude dwie szkiece *) w kolasce. 
„Tak jasnych krewnych, rzekę, dziwno mi niełasce, 
„Bo gdzieby się wam wszyscy złożyli po groszu, 
„Moglibyście pachołka chować na łogoszu^), 
„I w sukni i w pojeździe lepszym odziać pierzem, 
„Nie macając tak często brudu za kołnierzem. 
„Nacóż prawić o braciej, o bogatym stryju, 
„O przyszłych sukcesyach, sam chodząc o kiju?... 
„Lepiej -by służyć, niż się krewnymi wielmoży ć. 
„Dziś na grzbiet, jutro w gębę nie będzie co włożyć. 
„Ty się krewnymi chlubisz, oni wstydzą za cię — 
„Wierę nie proporcya: oboje po kacie!** 

Idź fy psie^ idź fy ogonie. 

Jadąc w drogę, pan jeden pokarmował w Bieczu, 
Nie mieszkał kowal w mieście, tylko na zarzeczu, 
Wiedząc, jako skaliste tamto Podbieszczedzie, 
Każe koniom poprawić podków po obiedzie. 
To pan słudze; sługa zaś zleci stangretowi; 
Stangret szukać kowala swemu forysiowi. 
Sługa pana, woźnica sługi, ten woźnice 
Nie słucha, miasto kuźnie, szedłszy do piwnice. 



') Szkapy. *^) „Wierzchowca", objaśnia Brtickner, ale z c^-ta.. 
dego wypływa raczej, że łogoszem zwano miejsce w kolasie, na któren 
dział pachołek, dzisiejszy lokaj (może z tyhi pojazdu). Zapewniano n"** 
dotychczas w tarnowskiem łogoszami nazywajc'^ tyln:| część sanek. 



— 287 — 

Pyta pan sługi, jeśli konie, jako mu to 
Zlecił, gdyż trudno jechać inaczeji pokuto? 
, Rozkazałem woźnicy, a ten słał forysia — 
Jutro chyba, ale to nie może być dzisia, 
Bo kowal węgla niema (choć nie ta przyczyna, 
Nie chciało mu się z miasta od dobrego wina)*. 

— ^Złóż jedno pychę z serca, idź sam do kowala" 

— „Ale mi aułońtas — rzecze — nie pozwała". 
Rozśraiawszy się pan na to: „większa necessiias 
Niech jej ustąpi, kędy trzeba, autoritas. 
Podobniej wam uchylić swojej na stajanie, 

Niż mnie na milę, konie pochromiwszy, panie!" 

Chłop i małmazya. 

Przedawszy parę wołów chłopek na Kleparzu: 
Przynieś co najlepszego trunku, gospodarzu! 
Postrzegłszy frant gospodarz u błazna pieniędzy, 
Skosztować małmazyi poda mu czemprędzej. 
Rozumiał ów, że piwo, jakie pijał doma; 
Że słodsze, będzie groszem abo droższe dwoma, 
Ani będzie od mazi droższa małmazya. 
Dobywszy z torby kukle, gryzie a popija. 
Aż skoro trzeci garniec zawróci mu głowę — 
Nie wie, że już pieniędzy zostawił połowę, 
Poszedł ze psy na barłóg. Nazajutrz kukiołki 
Zażywszy, każe znowu za swe nosić wołki. 
Pije po wczorajszemu; aż skoro dzień trzeci, 
Pyta, co za ten trunek przychodzi waszeci? 
J>y chłopa koprowa gomułką w pół przeszył, 
' się, słysząc, że wszystko zostawi, ucieszył. 
zynkarz kiedy z niego drwiąc, pieniądze chowa: 
'?szy pójdziesz do domu, niźli do Krakowa. 



— 288 — 

Napiwszy i potrzebnej nauczywszy sztuki, 
Jedneś koszt za trunek dał i od nauki. 
Nie do smaku — do targu abo do szacunku. 
Nie do gęby, — ka^. dawać do kalety trunku. 
A chłop idąc do domu, w czuprynę się skrobie; 
A toż Bysiu maJmazya, a toż Kraków tobie! 
Dość chłopu łba gorzałka, dość piwo zarazi; 
Dość nań kupić, żeby wóz nasmarował, mazi. 
Nie chłopów, siła dziś tak szlachty głupiej ginie: 
Przedawszy wieś, pieniądze przepiją na winie. 

Z kmiofki panna służebna. 

Szlachcianka jedna panny niemiawszy służebny, 
Kmiotkę w lnianą koszulę ubra\\'szy ze zgrzebny. 
Bierze z sobą w gościnę. Ale wprzód napomni, 
Żeby jak najprzystojniej, wszystko jak najskromni, 
Czyniła, co jej każą; „waszmościała'' wszytkim, 
I odwykała wiejskim obyczajom brzydkim; 
Mianowicie u stołu patrzyła, jeśli ją 
Posadzą, jako panny jedzą, piją; 
Milczeć; spyta kto, cicho odpowiedzieć; słuchać; 
Na łyżkę całą gębą po wiejsku nie dmuchać: 
Nie rządzić; nie przestawiać, żeby nie znać na niój. 
Ręce założyć, skoro na nią pojrzy pani; 
Pokrajawszy, na nożu w gębę kłaść z talerza; 
Uczy tańca wielbłąda i Avilka pacierza. 
Siedzą panie; w niezwykłej stoi czuba szacie 
Przed niemi, aż się hałas jakiś stał w komnacie. 
Prosi jej gospodyni, nie żałując prace, 
Żeby zajrzała, kto tam tak bardzo kołace. 
A ta z niskim ukłonem: ,, Jegomość pan kurek 
Stukł pannę maglownicę, wleciawszy na murek*. 



— 289 — 

Śmiejąc się gospodyni: „daj zdrowie Ichmościom, 

Włelcera rada w domu swym niebywałym gościom". 

Ztąd przypowieść: Pan Kurek z panną Maglownicą, 

Biedy się waszmościają pachołek z woźnicą. 

A że już skończę bajkę z przypowieścią społu, 

Posadzono tęż czubę z inszymi do stołu. 

Był na półmisku kapłon pieczony; wziąwszy ta 

Kolano, z apetytu zębami go chwyta; 

Ciągnie garścią, jako pies, przystąpiwszy nogą; 

W tym razie pojrzy pani twarzą na nią srogą 

A moja czuba ręce, jako jej kazano, 

Wskok złoży, zostawiwszy w paszczęce kolano. 

Wszyscy w śmiech, pani tylko od wstydu nie zgore: 

,Nie wezmęż ja cię drągu w gościnę powtóre**. 

Dano kaszę na koniec; jeść się jej chce srodze; 

Aż owa dmąc chaw *), głosem zawoła: — „gospodze^ 

Będę ja też**. — »Dmij, bodaj rozpukła; do bydła, 

Nie do ludzi, do świni, maszkaro obrzydła; 

Prawiem ci się uczciła, od wideł, od gnoju, 

W panieńskim, koczkodona, czopa, wożąc stroju. 

Niechaj wszytkie ziemianki mną się karzą dzisia. 

Że pstre cynki kondysa nie przerobią w rysia". 

Wet za wet. 

Ktoś przyniósłszy w zanadrzu cytrynę umyśnie. 
Dając królowi, prosi o starostwo Wiśnie. 
A król, że był starosta, odpowie jak z proce: 
, Bardzo słuszna, owocem nagradzać owoce; 
Inak, że Wiśnie niemasz, na ten czas się figą 
ntentujcie". Zrozumiał i poszedł za dyga. 



') Tu. 2) Pani 

19 



HUHORU ratSMEM. T. I- 



290 



Kfo chce rozumieć^ trzeba doczytać. 

Nie chcąc, żeby się bawił w zacne święto wiechą^), 

Ksiądz Bełza polskie dzieje pod swym czytał klechą. 

Na samym końcu karty napisane było: 

„Król Bełza**... Tu ksiądz klaszcze: „aże wspomnieć miło, 

Że też i w domu naszym, co dziś tak wzgardzony, 

(Dawszy mu owo czytać) bywały korony". 

A frant ksiądz nie przewrócił z peryodem karty, 

Gdzie pisano: ^dobywał, kiedy mu zawarty^)**. 

Nie nadana ceremonia. 

Spragnąwszy król Kazimierz, goniąc zwierza w boru. 
Wstąpił do szlacheckiego, chcąc się napić, dworu. 
Rad był szlachcic ubogi, że go Pan nawiedził. 
Skoro z bębna ostatek piwa w szkleńcę zcedzit. 
Przyniesie mu do konia, a król: „pijcież, mówi, 
Wszak zawsze kredensować należy królowi". 
Skosztowawszy ów, znowu z ukłonem mu poda; 
„Wypijcież do dna — rzecze — tak niesie ta moda": 
Wypił ów do kropelki; „każcież nalać teraz". 
Szlachcic złożywszy ręce: „przysiągłbym i nieraz, 
Clioćby pod sercem było, choćby szczerozłote. 
Dałbym, gdybym miał, widzisz wszak moją ochotę". 
Śmieją się wszyscy, a król zostawszy na koszu: 
Nie trzebaż ceremonii zażywać w Mazoszu. 

Poślesz świnię^ przyniesie ono. 

Przyjechałem trefunkiem do miasta w niedzielę. 
Aż się bierze do śkibu szlacheckie wesele, 

*) Wiechę umieszczano nad szynkowniami, ztąd „bawić się 
tyle co: pić. 

') Król doł)ywał, Bełza kiedy przed nim zamknął bramy. 



291 



Więc dowiedziawszy o mnie, przyjdą, prosząc srodze, 
Żebym ten akt ozdobił. Prawdziwiem ci w drodze. 
Na weselem nie gotów; musiałem pozwolić 
I czemprędzej każę się balwierzowi golić. 
Ślę chłopca, (już sam bywszy na rannej mszy w święto), 
Jeśli Veni CrecUor w kościele zaczęto? 
Pyta się franta błazen, co o tym nie słycha. 
Zdrajca, pod kazalnicą z długą brodą mnicha, 
Który ludzi zwyczajnie miał słuchać spowiedzi, 
„A to Veni Creałor*', pokaże mu, „siedzi". 
Wróciwszy się chłopiec: „już jest, rzecze. Mości Panie, 
Przyszedł Veni Creał&r, będzie miał kazanie". 
„W^idziałeś go?" — Widziałem, z bardzo wielką brodą; 
„Pan młody przed ołtarzem klęczy z panną młodą". 
Rozśmiawszy się, posyłam sługę: ten mię sprawi. 
Że jeszcze za godzinę ksiądz mszy nie odprawi. 
Ledwiem się mógł w kościele zatrzymać, dla grzechu. 
Widząc pod kazalnicą przeora, od śmiechu. 

Przewarzana kapusta. 

Ksiądz najczęściej kapustę przewarzaną jada, 
Bo zawsze chłop jednego grzechu się spowiada, 
Gorzałki tylko samej; nie wspomni kradzieży. 
Nie wspomni cudzołoztwa. — nW^^żdy też kiedy świeżćj 
Przynieś, rzecze ksiądz żartem, bo się przewarzaną 
Już przyjadła kapusta". Ukradłszy barana. 
Powie księdzu do ucha. Pochwali ten, że się 
Szczerze przyznał do grzechu; aż ów wolu w lesie, 
A dalej żyda zabił z pieniędzy na drodze. 

ważą to surowo, gani mu ksiądz srodze, 

iroste na taki grzech nie idą odpusty. 

x.ście świeżej nosić kazali kapusty, 

iałem ci, rzecze chłop, na to się odważyć. 

*byście jej inaczej trudno mieli zażyć". 

19* 



— 292 — 



Z błaznem do ślubu jako i na ryby. 

Bogatego syn ojca, gdy mu wsi nakupi, 
Chociaż był z przyrodzenia i szpetny i głupi — 
Lecz intrata w rozumie zatykała dziurę — 
Żeni się; nie bogatąć, ale piękną córę 
Grzecznego ziemianina w stan małżeński bierze 
(Z rady krewnych, już ojca nie miał i macierze). 
Na które zaproszony i jam przybył gody, 
Maryną panna młoda, Janem był pan młody. 
Zapomniał ksiądz, choć mieszkał o kilkoro stajan: 
Mówcież za mną: ja Marcin. A ów głupi: ba, Jan. 
Tac jest że go Bajanem dziś zową, przyczyna. 
Znowu ksiądz: ja Maryna. Ów też: ja Maryna. 
Że wszystko trzeba mówić, rozumie, pod grzechem,. 
Co ksiądz rzecze; ledwie się nie pukamy śmiechem. 
Więc-, że nie wiedział, kiedy rodzicom się kłaniać 
(I tak było z czego drwić i czemu przyganiać) 
Przy oddawaniu panny, nie każą mu, aże 
Trąci go z nich który w bok, skoro czas pokaże. 
Prawi ktoś oracyą o Ewie z Adamem, 
Jako zawsze źle było człekowi żyć samem, 
Jak niemiłosiernie Kain zabił Abla — 
Wtym go czyjaś nieciicący w bok trąciła szabla, 
A ten szast panu ojcu, szast pań matce potem, 
Toż pannie z niskim do nóg upada obrotem — 
Że Kain Abla zabił. Trąci go ów, żeby 
Tak bardzo się bez wszelkiej nie kłanisJ potrzeby; 
A ten znowu dziękując, do ziemi się zgina, 
Żo Kain Abla zabił, nie Abel Kaina. 
Niepodobna utrzymać śmiechu było w sercu. 
Nakoniec mu się nogi upłącą w kobiercu, 
Padnie jak długi, w ziemię uderzywszy nosem. 
Co gorsza, na cały dom trzaśnie spodnim głosei 



-- 293 — 

Skończy się oracya, bo skoro zakadzą, 

Żeby się nie chciał , z izby go prowadzą. 

Sługo bawiła mało sprawił. 

Wyprawił, jakiej jęli Polacy się mody, 

Szlachcic syna gdzieś między zamorskie narody. 

Dwanaście lat na tamtej wędrówce się bawił. 

Dwanaście też tysięcy substancyej strawił. 

Cieszy się ojciec, witać gotuje Katona, 

Aż on głupiego z mózgu widzi Korydona. 

Uchwyciwszy za głowę: „o moje tysiące! 

O moje dwanaście lat! opasłbym na łące 

Za jedno tylko lato chudego buhaja! 

Wróć kto na pół pieniądze, weźm sobie hultaja". 

Toż go kijem po bokach waląc: „po naukę, 

Nie po pludrym cię, zdrajco! słał, nie po perukę**. 

Przysięga ów, że dobrze umie po francusku. 

,Z kimże będziesz w Wiślicy abo gadał w Busku? 

Umiesz za dwanaście lat, — a wżdy za pół roka 

Biedna kawa się gadać nauczy i sroka*. 

— Umiem grać na gitarze, bom się w nią sposobił. - 
.A czemuż nie na dudach, prędzejbyś zarobił**. 

— Umiem kształtnie tańcować, gdzie się drugi pląta. 
„Tańcujże też po kiju od kąta do kąta**. 

BAilcząc, pokryjesz — mówiąc, wydasz wadę 
w ięzyłzu, ba i w głowie. 

T^ł-zy córki jeden ojciec miał, wszytkie jękoty; 
ięc kiedy miano do nich przyjechać w zaloty, 
dziesiąta (zakaże) surowo, chcąli zamąż, aby 
leżały, bo pannami zstarzeją się w baby. 
jdzą dzień, siedzą drugi, milcząc damy nasze; 
kawaler, nakładłszy na talerzu kasze, 



— 294 — 

Poda pierwej z dokJadem, że zacna kapusta. 

Tu już nie móglszy wytrwać, otworzyła usta: 

,A wdyć to tasa dupce" (,, kasza głupcze*, chciała 

Wymówić złym językiem, ale nie dośpiała). 

Druga, kiedy kawaler chce całować rączkę, 

Ujrzawszy na niej świeżo zjątrzoną świerzbiączkę, 

„Tak śliczne, rzecze, ręce skr ostawiały srodze!" 

I tej nie przyszło trzymać milczanej, niebodze. 

Chciała rękę ochronić, gdy ją tak zaczepił: 

„Jęceć jak jęce *), udy jak ciastem oblepił*. 

Słysząc młodsza, że z starszych ta i owa kawi^), 

Że się sama popisze i owe poprawi: 

„A ja będę miała mąz, bom milcała", rzecze. 

Rozgniewawszy się ojciec, od stołu uciecze. 

Młodzieńcy też nazajutrz, oddawszy usługi, 

Jadą precz, bo jednemu nie trzeba papugi. 

Ta to wszystkich szczebiotów i niemotów wada, 

Że żaden nie chce wierzyć temu, że źle gada. 

Z czego gdy się chce wywieść, choć go nikt nie pyta, 

Za każdem słowem ślini, albo zębem zgrzyta. 

') Ręce jak ręce. ^) Plecie. 



"^"^"t^ 



— 295 



DANIEL BRATKOWSKI. 



Ze ,iwiata po cz§ści przejrzanego"^). 



So gościa głodnego. 

Rad Pan gospodarz każe miodu nosić, 

„Moja Tosiejku, Jego Mości prosić**... 

Do nóg z Jejmością gościowi padają, 

Jedne po drugiej do gościa spełniają, 

A wiedzą dyabla, co się z gościem dzieje: 

Gość przez dzień nie jadł, za stołem zemdleje. 

O Chmielu. 

Kiedy kto komu pijany co zawini, 
Nazajutrz mówi: Chmielnicki to czyni. 
Wszytko potrzeźwu Chmielą winujemy, 
A gdy pijemy, tak w beczkę lejemy. 
Znieważysz brata, „przebacz, mówisz, bracie. 
Wszakże i waszmość pijanym bywacie, 
Podpijcie znowu, a jeśli pokawi, 
Go kawil wczora, chmiel mu bankiet spraw. 
Chytrego chmielą przetrzepać nie wadzi, 
Niechaj się wadzić pijanemu nie radzi**. 
Spytasz go potym: jak się Panie macie? 
„Chmiel Chmielą pobiJ, nie jam cię bil bracie*. 



*) Świat po części przeyrzany do Druku podany w Krakowie w Dru- 
karni Franciszka Cezarego itd. 1697. Pod dedykacją Augustowi III. podpis: 
Oaniel Bratkowski, Podczaszy Wendeński, Author Operis. 



— 296 - 

O ustawicznie pijanej. 

Czemu niektóre zbyt trunków pijają? 

W wnętrznej wątrobie defekt wielki mają 

Mąż (mówią) kiedy swej żony nie bije 

Wnętrzna wątroba u 'Jej Mości gnije, 

Nie dziwować się, że się upijają, 

Kiedy od mężów tych lekarstw nie mają 

Świat. 

Patrz co świat umie, gdy człowiek częstuje, 
Przystojne słowo każdy mu daruje: 
„Moj bracisżejku, moj kochany bracie, 
Tyś godny tego, byś siedział w Senacie ** 
Tenże niech swoje odmieni ochotę, 
Tegoż mieć będą zaraz za niecnotę. 
„Pieski syn, błazen**, z owego już brata. 
Taka to taka odmiana jest świata. 

Świata odmiana 
Nie wyrozumiana. 

Ej coś dziwnego na świecie się dzieje, 

Ten zdrów, ten chory, ten drwi, ten łzy leje. 

Ten k' niebu krzyczy, ten wesele głosi 

Ten je pasztety, ten zaś chleba prosi. 

Ten śpi w piernatach, ten krew leje w boju, 

Ten w ślicznych szaciech, ten naguchny w gnoju. 

Jaka na świecie tragedya saka, 

Doszedłszy tego gdyby sprawa taka, 

Szatnych i gołych, zdrowych, chromających 

Pijanych, i głodnych, śmiejących, płaczących. 

Gdyby do jednej izby sprowadzono; 

Jako świat dziwny, tamby obaczono. 



— 297 — 

Chmiel co czyni. 

Wiwat Glimiel, wola, zacznie się ochota, 
A przy ochocie, chmielowa robota. 
Chmiel z tego szydzi, temu pochlebuje, 
Chmiel tego chwali, owego nicuje, 
Z nowemi nowe, chmiel przyjaźń zawiera, 
Do fantazyej chmiel człeka przybiera. 
Temu da w gębę, chmiel drugiego straszy, 
Aż do koszuli pan chmiel się rubaszy; 
Z żartów zbytecznych chmiel kompana zgani, 
Z konfidencyi Pan chmiel czasem rani; 
Chmiel cudzą żonę ściska za kolana. 
Chmiel sługą będąc, nie uważy Pana; 
Chmiel co raz bierze w taniec Jej Mość hoże, 
Chmiel padł umyślnie na Jej Mości loże; 
Chmiel gdy z podobną grzeczną młoda tańczy 
Sczupnie, przyciśnie, umyślnie się spiańczy: 
Chmiel rzkomo chrapi, a traci wzroku, 
Z którego młode stary kładzie boku. 
Chmiel czołem bije, ja sługa Waszmości, 
Chmiel pan gospodarz, cnych rozpędzi gości, 
Gość chmiel, gospodarz w zniewadze zostaje. 
Pan chmiel pieniędzy tak wiele rozdaje. 
Pan chmiel ma sukien, srebra, złota w^iele. 
Chmiel dobry Rycerz, idzie na plac śmiele; 
Sklep chmiel, a kogo? chmielą zawsze biją, 
Z kogo drwią? z chmielą, z chmielą darmo piją; 
Kogo przy cudzej? chmielą zabijają, 
A kogo na leb? chmielą wypychają. 
Chmiel śpiewa, krzyczy, chmiel błądzi po nocy, 
Chmiel woła: rata! chmiel żąda pomocy, 
A komu szablą? chmielowi urżnięto; 
Z kogo pas, czapkę, suknie? z chmielą zdjęto. 



- 298 — 

Kogo o hałas? chmielą pozywają, 
Kogo do turmy? chmielą w turmę dają. 
Chmiel na honorze szwankiye, na cnocie 
Kogo w sobolach? chmielą włóczą w błocie, 
Na kogo zawsze gmin się ludzi zbieży? 
Na chmielą Bracie, chmiel w rynsztoku leży. 
Od chmielą prałat zelżywość ponosi. 
Chmiel z uprzykrzeniem: „daj, podaruj* prosi, 
Kio bracią zwadził? chmiel, — kto zelżył swe łoże? 
Chmiel zelżył, — a kto komu zadać może, 
Fotwarz, sromotę, zawsze w niewinności? 
Climiel to sprawuje, sprawuje ze złości. 
Wypisać trudno co ten Pan Chmiel robi: 
Każdego szpeci, nikogo nie zdobi. 



Komu dać. 

Gdy Panu dajesz, gdy darujesz bracie, 
Wody do rzeki darmo przyliwacie. 



Prędkie chrzciny. 

Dobrze już teraz na świecie powstało, 

Że się przy ślubie kosztom zabieżało, 

l)i:isia wesele, i dzisia zmowiny, 

Często w pół roku bywają też chrzciny. 



O cichym weselu. 

Gdy się twe gody cicho odprawiły, 

Bodaj żeć za to chrzciny głośne były; 

Bodajżeć za to ta twoja Prawica 

W pół ćwierci roku powiła dziedzica. 



— 299 -- 

Rzecz nowa. 

Wędrując, ten świat jeszcze nie widziałem, 

W Warszawie widząc prawdziwie pytałem: 
Go za osoby na pałacach stoją? 

Odkryte członki, Boga się nie boją. 
Powie mi jeden: wartę to stawili, 

Ubranie, spodnie, koszule, przepili. 
Jam rzekł: Mospanie, zła to sprawa taka. 

Chować na dworze takiego pijaka. 

Kwit in duplo. 

„/w diiph^ chłopu poborca gdy rzecze, 

A chłop co prędzej precz z izby uciecze. 

» Czemu uciekasz?" gdy w sieni pytano, 

„Po prostu (mówi) w to mi dać kazano •*. 

Mazur. 

Chłop jeden z Sczerska, Mazowieckie plemię. 

Szedł na Ruś (mówią oni) w cudze ziemie. 
Orda Mazura w drodze zaskoczyła. 

Natychmiast arkan na szyję włożyła. 
Porwie się Mazur do swojej kality, 

Tatarzynowi, ukazuje kwity 
Mówiąc: Toż ty kpisz, oto mam kwitowe, 

Żem moje szyję okupił i głowę. 
Wydrwił się Mazur kwitowym w tej mierze, 

Nie idzie pieszo, na konia go bierze. 

O pełnej. 

Spełnił gość pełną, i zmarszczył się chytrze 
Gospodarz rzecze: coś nie miło Dmitrze? 

„Gniewam się (mówi) gospodarzu na cię, 

Chyba mnie (mówi) drugą pojednacie". 



— 302 — 

Tylko mi nie daj mój Panie 
W tym wieńcu umierać. 
Przystojniejsza mi podwika, 
Przestrony kabat u letnika, 
Jużbym i rada poszJa 

Za jakiego szpetnika. 

Chociaż chromy, chociaż ślepy. 
Choć o jednej nodze, 
Siła złego, gdy przez niego, 
Cóż czynić niebodze. 

Pociesz mię szczęściem strapioną 
Niechaj będę z panny żoną. 
Czymkolwiek byłem była 
W mężu pocieszoną. 

Gniewliwego, ani zJego 
Nie będę się baJa, 
Mile fuki, mile puki, 

Bym go tylko miała. 

C'hoćbym brała i po grzbiecie 

Nic to, bym tylko na świecie, 

Bez miłego nie tęskniła 

I zimie i lecie. 

Z tegoż rekopismu. 

Pacierz panieński. 

(Jjcze nasz Panie, Męża dobrego, 

Twoje staranie Bogobojnego, 

Jest o każdego, Coby robotą, 

Człeka grzesznego. Lubą ochotą. 

Ty wejrzy na mie, W domu nie błaźnił. 

Daj mi mój Panie Robił nie drażnił. 



— 303 — 



Pilnował swego, 
Nie chciał cudzego. 
Będzieć u mnie miał, 
By tilo sam chciał, 
Łasztem wszystkiego. 
Dozna więc tego! 
Za co to memi 
Słowy błachemi, 

Pacierz 

Mnie też chudemu 
Chłopu twojemu, 
Daj żonkę grzeczną 
Mądrze bezpieczną. 
Daj i nadobną, 
Do spraw sposobną. 
Daj z nią i chleba 
Boć go potrzeba, 



Będziesz chwalony, 
Błogosławiony. 
Amen do końca 
Wieczny obrońca. 
Niechaj odniosę 
O co się proszę. 
Że uspokoję 
Wzdychanie swoje. 

Z ręk. XVII. w, 

męski. 

Chocia gniewliwą 
Spornie skrętliwą. 
Na co dębowy 
Mam plastr gotowy, 
Okładać boki 
Wygnać te wskoki, 
By dnia każdego 
Zbawić od złego. 

Z łegoi rękopismu. 



Pieśń panny chcące] pójść za mąż. 

Nieszczęsna niedola, za mąż zabraniają, 
Juzem zaszła w lata, nic względu nie mają. 

Ja sama miarkuję 

Że się tem coś truję, 

Że bez męża żyję 

A kiedyż utyję. 

Moja Pani Matko, Bóg was ciężko skarze, 

Że ja jeszcze dla was z kim nie żyję w parze. 

Ja już wolę miała 

Matka mi nie dała. 

Trafiali się różni, 

Swoi i podróżni. 



304 — 



Moja Pani Matko, co to wy czynicie, 

Czy tak na wędzonkę chować mnie myślicie? 

Mnie zakazujecie, 

Sami tańcujecie. 

Mnie męża bronicie, 

A sami się gzicie. 

— OJ moja córuniu, obyś statkowała, 
Żebyś na niedolę potem nie płakaJa, 

Ciężkie to kłopoty. 
Mieć z męża zgryzoty, 
I urodę stracisz, 
I skórą przepłacisz. 

— Nie wierzę ja temu co wy powiadacie, 
Wyście męża mieli, całą skórę macie, 

Ja mam w zdrowiu szkodę, 
I tracę urodę. 
Coś natura czuje, 
Twarzyczka się psuje. 

Jyz mi się doprawdy panieństwo sprzykrzyło, 
Uli wolę pójść za mąż, gdyby się trafiło. 

Pierwej na mnie warli, 

Ledwie mnie nie zżarli, 

Wolę Jasia mego, 

Niż czekać innego. 

Cy fcTiój Jasieneczku, daj na zapowiedzi, 
U mojej matuli kaduk nie wysiedzi, 

Byłeś mnie wybawił, 

Na słowo się stawił, 

Bo mi przykre życie. 

Tak się gryzę skrycie. 



- 306 — 

O nie będę nigdy Jasieńka gniewała, 
Co on będzie chciał, i ja będę chci.iła, 

Jeść mu ugotuję, 

Oczka pocałuję. 

Pościelę łóżeczko 

Jak pieścidełeczko. 

{W. XVIL z ręk. Brodotoicza). 






Z „PRZYPOWIEŚCI SALOMONA RYSIliSKIEGO" '). 



1. Byliśmy tu byli I wy tu będziecie 
Ale nie utyli, A nie utyjecie. 

2. Cnota nogę złamała, z prawdy dno wypadło, 
A pokorze u dworu już bardzo nadbladło. 

3. (^omes do Wątory, gdzie jeden kmieć, a trzy dwory. 

4. Djabeł Ewę po włosku zwodził, Ewa Adama po czesku, 
Bóg ich po niemiecku gromiła anioł zaś po węgiersku 
z raju wygnał. 

6. Djabeł nie chciał być kucharzem, furmanem, mamką, ale 
* chciał być młynarskim wieprzem, urzędniczym koniem 
i w plebanii kucharką. 



') „Przypowieści polskie przez Salomona Rysiiiskiego zebrane, cen- 

turyj ośmnaście* (w Lubczu nad Niemnem 1(518 r. drukiem Piotra Blastusa 
'^mity).^ 

n<ĘQI HUMORU POiSKIEgO- T. I. 20 



- 306 — 

6. Ej siano, siano, mogliby je księża jeść. 

7. Ej toć łże, aż ściany schną. 

N. Catla jako młode piwo w brzuchu. 
Ił. Głupi duje, mądry bierze. 

lił, Jedna baba kamień do studni zwali, a dziesięć go chło- 
pów nie dobędzie. 

11. Kaśkali-li, Maśka-li, byle nie wójtówna, bo u wójtówny 
chód nierówny i sama sękowata, 

1% Kto się chce mieć dobrze na dzień, niech sobie gęś 
zarżnie; kto na tydzień, niech wieprza zakole: kto na 
miesiąc, niech wołu zabije; kto na cały rok, niech żonę 
pojmie; a kto do śmierci, niech księdzem zostanie. 

23. Klóni gęś uderzą, to gęgnie. 

14, Lafior —- chłop, aoaritia — pop. 

15. Ożenił ń^ Ryło, dyabeł mu po niej było. 

Ifi. Pierwsza żona od Boga, druga od ludzi, a trzecia od 

dyiibła, 
17. Pn niej^miałym jeździe konia, a po śmiałym mężu żony 

szkoda dostawać. 
IH Polski most, Włoskie nabożeństwo, 

Niemiecki post, Wszystko to błazeństwo, 

llł. Poślubioną pannę każdy chce mieć za żonę. 
iit). Tak ważna msza czytana, jako i śpiewana. 

21. Ksiądz do klechy: atoż tak — tobie piskorz, a mnie wę- 
gorz, al 1)0 tak: mnie węgorz a tobie piskorz. A klecha 
na to: i\ mnie przecie piskorz. 

22, Ży^lowska dusza, a księże zebranie, 

Po sTiiierci Bóg wie komu się dostanie. 

23. IjOiiiii nuć jaja! — Ce czy obłupione? 

24, Nie Rzytlź z Boga, żebyć święci kijem nie doprali. 

2i\ Xi<' lK[d/ błaznem, kiedy nie możesz być wielkim panem. 

2ri, l^nnaż ty chłopa masłem, przedsię on dziegciem śmierdzi. 

27. Na v*,lndv;i(»ju cza[)ka gore. 

2K Iłom liii- zając, nie uciec/.e. 



- 307 — 

29. Główka by makówka, a rozumu by naplwal. 

30. Siedź tu grzybie, aż cię dyabe! zdybie. 

31. Głaszcz ty kota skórę, a on ogon w górę. 

32. Orzech, stokfisz, niewiasta, jednym kształtem żyją 
Nic dobrego nie czynią, kiedy ich nie biją. 

33. Gniewa się baba na targ, a targ o tem nie wie. 

34. Żono pójdźmy do kościoła — Nie mam w czem mój miły; 
— Pójdźmyż do karczmy. — Dziewko daj chaw stare 
boty, są tam chaw pod ławą. 

3B. Anielskie tam mieszkanie, gdzie jadają, a nie fejdają. 

36. Ani bąknął, ani jąknął. 

37. Nim doktor jednego uleczy, dziesięć umorzy. 

38. Bywał Janek u dworu, wie jak w piecu palą. 

39. Cnota i pokora nie ma miejsca u dwora. 

40. Bywszy z ojca kucharzem, zachciał też być malarzem. 

41. Lepszy dziś k^s, niż jutro gęś. 

42. Jednemu się pop podoba, a drugiemu popadia. 

43. Lis nie mogąc kiszki dosiądź, rzekł obchodząc: powróz 
ci też był. 

44. Jeśli się kto naprze z strony, konia, wozu, sukni, żony, 
ku jakiejkolwiek potrzebie, nie puszczaj z domu bez 
siebie; wóz połamią, suknię zmazą, konia osadnią, żonę 
z łaską odeszła. 

46. Kwapi się, by popówna za mąż. 

46. Wyspał się, by mysz na pudle. 

47. Pierwej sto godzin wyciecze, nim się niewiasta oblecze. 

48. W Paryżu rzeka mleczna, brzegi jaglane, a wół pieczony 
nad nią i nóż w nim. 

49. Nie rade kury na wesele, ale muszą. 

50. Lepsze jajca od Dunajca, niżeli od Wisły. 
M. Wolno d , w swej chałupce^. 

2. Ożenił się kołodziej, pojął k — , sam złodziej. 

3. Kiedy pies śpi, żyd przysięga, pijany się modli, a biało- 
głowa płacze, rzadko wierzyć trzeba. 

20* 



— 308 — 

B4. Za Pilicą gęsi kwicą, (na opak, wszystko przewrotnie, na- 

lrz45anie się z sąsiedniej okolicy). 
55. Huczno, buczno. a w pięty zimno. 



Przysłowia, przypowieści i zdania humorystyczne 
z w. XVI. i XVII. 



L Nie wiele wozasu w tyiii może być dworze, 

Gdzie kogut milczy a kwoka krokorze. 
'i. Mc^^niejsza baba na górze, niż najlepszy rycerz na dole. 

B. Biiileglówki, kiedy si*,^ jadzie zejdą, już się tam nikt nie \vv* 
sitnizi, już lam każdy musi być obramowan (obmówion, 
osia wioń), i oszacowań* (Wujek, Postylla). 

4. Z nitnvijislą mało beczka >oli. (R^j)- 

5. Nie dziw, że Si| liarde urodziwe panie. 

Bo im gładsze drzewo lem trudniej wieść na nie. 

6. By mąż nie miał mieć i szeląga w kalecie, by mu na ka- 
mienicę, dom, przyszło ńv zadłużyć, tedy pani to przewi- 
dzi^ jeśli widziała u której miłościwej pani suknią nowym 
krojem, za wicie nowe, pas jaki foremny, czapkę, płaszczyk, 
szubkę, płaszcz pods/.yty gronostajami, bobra wyśmienitego, 
łaficuch robotą nową, tkankę perłową nową robotą i insze 
rzeczy, to jej wszystko mieć. A jeźli mąż nie chce sprawić, 
to się dąsa, sapa, z mężem nie sypia do kilku niedziel, chorą 



- 309 — 

się czyniąc, abo jeśli jaka nierządna, dostawszy z babą jaką 
towarzystwo przystanie do jakiego pana młodego, a co 
noc będzie inszy, i tak zdobędzie się na ubiór: a spyta jej 
mąż, gdzie to wzięła? Od pani matki, abom też sobie zda- 
wna grosz do grosza stulała. Niechże kto jedzie do wiel- 
kiego miasta, nie rachując radzieckich żon, ani kupieckich, 
ujźrzysz bednarkę, szewcowę, krawcowę, kołodziejkę i insze 
małego stanu ludzie abo ich córki, w sobolach, łańcuchach, 
w manelach. w sukniach adamaszkowych, kitajkowych, 
w portugale, w pasach, w perłowych tkankach, koronach 
dziwnie robionych, a nie o jednej sukni, abo łańcuchu, ale 
co św^ięto, co wesele, to odmiana. Jakoż temu zapobiedz? 
odpowiedź: Takbym rozumiał: już sobie suknią sprawi, abo 
co kosztownego, żeby się opowiadały do urzędu, a przy- 
niosły z sobą szacunek onego klejnotu i suknie. A urząd 
obejrzawszy, i obrachowawszy dobrze, żeby na rzecz pos- 
politą do skarbu K. J. M. połowicę onej taxy odebrał, sine 
uUa misericordia. A jeśliby która uparta była, żeby się 
urzędowi nie prezentowała, tedy gdy w owym nowym pój- 
dzie ubiorze, bądź na wesele, bądź do kościoła, żeby ją 
publice z onego ubioru, aż do koszule zewleczono a to 
pobrano na rzplitą. 

(Bibl. 1022, Fisnia Wojciedia Gostkmvshiego), 

7. Żeś białogłowy z kości stworzył Panie, 

Niejednemu też kością w gardle stanie. (BratkoivsJci). 

8. Snadniej sto mężów, niż dwie zgodzić baby. (W. Potocki). 

9. Trudno baby oszukać, wysłać byle troje. 

Wronami djabeł karmił pokolenie swoje. (tenże): 

10. Wszystkiej białej płci to służy. 

Słuchać najkrócej, gadać jaknajdłużej. (Potocki). 

11. Dwie gęsi, tizy niewieście, 

Jużci jarmark w mieście. (Przysłome), 

12. Rzadkaż to w białej głowie cnota sekret trzymać! 
Zawiąż jej gębę, ona będzie się odymać, 



— 310 — 

Aż się bokiem, a zwłaszcza w gniewie wydrze drugi; 

Szkoda się przeć: ledwieście nie wszystkie papugi. 

(Wacław Potocki), 
13. Kiedy co komu rzecze białogłowa, 

Pisz jej na rzece i na wodzie słowa. (J, Koclmnowski). 
14- Panie atla^ szanują was, a przy was i nas. 
la. Baba z wozu, kołom lżej. 

16. Grdzie dyabet nie może, tam babę poszle. 

17, Po wygnaniu Rakocego z Polski mawiano: „Babi taniec, 
węgierska wojna, niedługo trwać zwykły**. (Bieloivski), 

IH, Babi Inniec i deszcz ranny nietrwały. (W, Potocki), 

IB. Sól i mróz strzegą mięsa, żeby się w niem w beczce 

Robary nie zalegli: ale to dzieweczce 

Oboje nie pomoże, (dokładam swawolny). 

Choćby na nie wysypał cały bałwan solny. 

Tak w styczniu, jako w czerwcu, tak w lecie, jak w zimie. 

iCawsze się jej gadzina, zawsze robak imię. 

(Argenida 515. Potocki), 
2U. Próżno się trzesz mydłem z solą, 

Jeśli cię nie<:noty bolą. 

Nie wyciągniesz bańką tego, 

Co masz w sercu szkodliwego. (P^f^j)- 

21. W bil rdzo tłustem ciele, nauki nie wiele. (Knapski). 

)tŁ Zła żona. ^ly sąsiad, dyabeł trzeci, jednej matki dzieci. 
28, Co siv radzi zalecają, nie radzi się ożeniają. (Z 15 wickti). 
lł4. Dzwon do kościoła ludzi zwoływa, a sam w kościele ni- 
gdy nip Ijywa. (Knapski). 
2r». Jak dudy nastroisz, tak grają. 
*Jt>. Niech kto nos w ul dmuchnie, a dozna, jeżeli mu gęba 

nie opuclmie. (W. Potocki). 

27. Jedno dzie:>ięć poetów, a drugie młynarzów. 

Trzecie myśliwców, mówią, że półkopy łgarzów. 

(W. Potocki), 



~ 311 — 

28. Gdyby głupcy nie chodzili na targ, nie sprzedawanoby 
złych towarów. (W. Potocki), 

29. Gdy się dobrze brzuch przepości, 

Nie wybiera -z chleba ości. (Knapski), 

30. Im kota bardziej głaszczesz, tym bardziej ogon wznosi. 

(Knapski), 
31 Kot nielowny, chłop niemowny, często głodny. 

32. Starodawna przypowieść, a prawdziwa pieje: 

Z mądrymi człowiek mądry, z głupimi głupieje. 

(Potocki), 

33. Gdzie kucharzy sześć, tam nie ma co jeść. (J^^j)- 

34. Osieł w jedwabiu, a człek w prostej przędzy, Arystotelow 
na grzyby odeślą. (Wadowski), 

36. Gość częsty i długi, rychło się sprzykrzy; gość i ryba 
trzeciego dnia cuchnie. (Knapski), 

36. Jest on rozumu tak tępego, iżby mógł mieć i osła stryja 
rodzonego. 

37. I ja w^aść — i ty waść, 

A któż będzie trzodę (świnie) paść. 

38. Tłucz Węgrzyna w moździerzu, czyń ty co chcesz jemu, 
Przecie on będzie czosnkiem śmierdział po staremu. 

(Lipski), 

39. Upił się jak cztery dziewki. (Ossoliński), 

40. Daleko pas świnie od ogrodu. (Knapski), 

41. Dobre panom lwowskie ryby, chudakom z kapustą grzyby. 

(Kalend, Liców 1699 r,), 

42. Gdy się dobrze brzuch przepości, nie w^ybiera z chleba ości. 

(Potrzycki), 

43. Nie mieć się na niedźwiedzia kocie zagorzały. 

Tyś nie wielkie stworzenie, a niedźwiedź nie mały. 

(Baltyzer w Biesiad.), 
'4. Jako pies, milczkiem gdy kąsa, nie szczeka, 

Także pochlebca, by co wyłgał, czeka. (Rej, Zivierzyyiiec), 
^K Kijem wynoszą, gdzie kogo nie proszą. (Opaliński), 



~ 312 — 

46. Kobiety mają długie włosy, ale rozum krótki. (Bielski), 

47. One złote tłuste lata, kiedy z kiełbas płoty pleciono^ 
a połciami i gomółkami domy pobijano. 

(Podwor^ecki^ Wróika). 

48. Kościół, panna, karczma zawsze są wolne. (J^j)- 

49. Kto nie jada jeno raki, flaki, żabki, sałatę a ślimaki; kto 
nie chowa tylko kozy, kaczki, koty; kto nie sieje oprócz 
jarmużu, jarkę a tatarkę: do tego mai .żonę Barbarkę! — 
nie pytaj go: jak się ma? jeno jeśli jeszcze żyw. 

(Baba abo stary inwentarz Frokopa Matla^zewskiego), 

60, Bialo^-^łowy, które się nierządem bawią, nazywają się: ka- 
walerkami, iż jeżdżą na głowie amantów, jak na ośle; 
bo to z włoskiego cahallo koń, z łacińskiego cahallus; jak 
tedy rycerz koniem, tak te nierządnice kochankami swemi 
rządztj . (StarowolskiJ, 

61. Kto na piszczałkę dał, będzie na niej grał. 

52. Lepsze jedno dziś, niż dwoje jutro; a co ja mam, to ja 
mam, a po mojej śmierci, niech, chceli, i ni^o upadnie, 
a skowronki potłucze. ' (H^jJ- 

63. Lepsza zbroja bohatyrska, szabla i siekierka, 
Nizli kufel, albo karta, w biesiadzie fryjerka. 

(Marcin Bielski, Spraica rycerska 1569), 
54. Laska pańska na pstrym koniu jeździ. (Kempski). 

5r>. Lepiej ci być dobrym chłopem, niźli złym popem. 

(Gliczner). 

56. Bo^e od takiego przyjaciela obroń, który z przodu liże, 

a z zadu drapie, podobny krokodylowi, który człowieka 

żrąc płacze. . (Bernat 1005). 

bl. Złodziej u łgarza rad gospodą stawa. 

(KlonotdcZy Worek), 
58, Ma we łbie kielbie. (Knapski), 

69, Kto widział niewiernego, by dotrzymał wiary, 
Każdy młody żyd szalbierz, jeszcze większy stary. 

(Stan, Jeżowski 104S). 



— 313 ~ 

60. Maloć ciało o tern myśli kiedy się naje, jeśli na srebrze, 
jeśli na glinianej misie jadło, kiloby się najadło. Mało też 
o tem myśli jeśli na pstrej kołdrze albo na prostym węz- 
glówku spało, kilo iż smaczno spało, abo iż się naspało. 
Albo także jeśli z malowanej albo z prostej myśliwskiej 
się sklenice napiło, bo mu dosyć na tem, iż się napiło. 

(Rej). 

61. Mnisi gdy się zejdą, mówią o kapicach, kowale o klesz- 
czach, krawcy o nożycach. (H^jJ- 

62. Muzyk muzyka szanuj, dworzanin dworaka. 
Nie kpij duda z balwierza, ni woźnica z żaka. 

(Dj2wmikowskiJ, 

63. Mądry z mądrym, a błazen z swym się bratem kupi, 
Z kleryka dziesięciny kleryk wszak nie łupi. 

(Światowa rozkosz 1624), 

64. Kto raz myśliwskiej polewki zakusi, 

Już ten językiem ich mówić musi. (Klonowicz Flis). 

65. Nuże! mpj miły leniwcze, na piecu sławny myśliwcze. 

(Rej). 

66. Niechaj gęba z mieszkiem nie wadzą się nigdy. (H^)- 

67. Nadął gębę by pudło, na piędź rozperzoną. (H^jJ- 

68. Nadął się jak słucki dzbanek. 

69. Nudny jak flaki z olejem. 

70. Dobra Matyaszowi płotka, dobra i psu mucha. 

71. Pomaga mu to tyle, ile łysemu grzebień, ślepemu zwier- 
ciadło, głuchemu piszczek. (X, liirkowski). 

72. Kto ze psy lega, ze pchły wstaje. (Kochowski), 

73. Poprawił się z pieca na łeb. 
"1 Porwał się z motyką na słońce. 

). Pomieniał stryjek za siekierkę kijek. 

. Po starszemu na galęź. 

. Wesoły jak świnia w deszcz. (Knapski). 

Co świni po majeranie. 

To ma w zysku, co na pysku. (Knapski). 



— 314 — 

BO, Z łaciny inaflry, a po polsku głupi. (Bralkotrski). 

81, Nim tłusty schudnie, to cliudy zdechnie. (Podn-orMrla), 

82* Uważaj to, aby się gęba z mieszkiem (workiem) zgadzała, 

a nie daj jej naprzód wyskakować. Bo jakoć przodek 

weźmie, już potem mieszka ledwie kijem do kresu do- 

pędzi^z. (3L Rej, Żytwt człowiela i^czj- 

83, Kupiłbym wieś, ale pieniądze gdzieś. (Knapsfd). 

84. Miły matematyku znasz się na powietrzu, 

Jako wielbłąd na skrzypcach, jako wieprz na pieprzu. 

(Foiocki). 
85* Żonę i chłopca niechaj nikt nie rai. 
Tego do usług, a tę do sprzężai; 
Chłopiec uciecze, lub co zemknie panu, 
Zła żona jarzmo małżeńskiego stanu. (Haur), 

86. Konia odmienisz kiedyć się nie zdaje. 
Grunt sj>rzedasz, jeśli skąpy w urodzaje, 
Niesforna żong, chociaż ci mózg wierci, 

Musisz niebożę cierpieć aż do śmierci. fEaur). 

87. Złą żonę, za nogi związawszy, w kominie miasto szynki 
powiesić, sadłem wysmarować i takową dobrze kijem 
ucierać* (Paproeki). 

88. Świnia w ogrodzie, koza w sadzie, prostak w radzie — 
wielki niepożytek, (Żahczyc. Folitica Dworskie 1616J^ 

81), Z klechy ple))an, z chłopa pan, z niedołęgi żołnierz — 
radzi górą wybijają. (ktmśe). 

90. Koń pod pana usterk mający, chłop pyszno mówiący, pę- 
cherz grochem brzmiący — jednakiej powagi goilni są. 

91. Ptak w klatce, ryba w sadzawce, człowiek przez :^ony, - 
ei wszyscy mają świat mierziony. (tmnźe 

92. Dym, dach dziurawy, zła żona, — najrychlej wyp^d?. 
z doma. (kmUe^ 



— 315 — 

93. Doma strojny, na wojnie hojny, w karczmie zwadliwy, 
u dworu myśliwy — nigdy nie wskóra. (z rękopisu). 

94. Słowo wyrzeczone, dziewictwo stracone, czas który minie, 
z wodą co upłynie, — nigdy się nie wracają. (£^ rękopisu). 



Przysłowia hamopystyezne od nazwisk szlaeheekieh 
pochodzące z XVL i XVII wieku ^). 



Barabasz — De Barabasz, tam niczeho nemasz. 

Tak mawiał o sobie Tymoteusz Kietycki Barabasz, puł- 
kownik kozacki: „Ja ani korola ani hetmana ne bojusia; 
u mene korol car turecki, a hetman hospodar wołoski, bo 
treba toje widaty: de Barabasz, tam niczeho nemasz". (Akt 
urzędowy z dnia 23 czerwca 1693 r. w księgach grodzkich 
owruckich). 

Baa-anowski — Starszy król polski, jak pan Baranowski. 

Starszy pan Kozłowski jak pan Baranowski 

Inszy król, a insza pani Baranowska 

Wielka różnica pan Baranowski, a woźnica. 

Badura — Bzdurum badurum. 

Przysłowie to podaje W. A. Maciejowski (Piśmiennictwo 

XVII.) tak objaśniając: „Wzmianka o Badurze chłopie, 

ł-ego przez urągowisko podano na kandydata do tronu, gdy 

*) Podług: A. w. Darowskiego , Jeden rozdział" itd. 



— 316 — 

po śmierci Zygmunta Augusta nie chciały się zgodzić siany 
rm wybór króla. 

Chmkhikki — Patrz na str. 296 naszych „Ksiąg huiiioru" 
wiersz Bratkowskiego „O chmielu**. 

Dąbek — WJasny nieboszczyk Dąbek, co w stojączki 
zilechl* 

Beuisko — Stary Denisko 
Dobre panisko, 
Królowej Bonie 
Dłubał w ogonie. 

Zdaje się współczesne wspomnienie jakiegoś Deniski, 
który za mloilii był paziem na dworze Bony. Członkowie tej 
rodziny mieli bliskie stosunki z królową; mieniała z nimi do- 
bra, powierzała im zarząd swoich starostw; nic przeto dziwnego, 
jeżeli opiekowała się ich dziećmi, i brała do swego boku. 

Firlej — Stroi baba Firleje, kiedy sobie podleje. (S. Ry- 
biński), 

„Stroi baba Firleje, kiedy w czubek naleje; to jest że 
królowa polska Bona, będąc na panów Firlejów łaskawa, 
kiedy była dobrego humoru, najwięcej im rozdawała, i ich 
bogato stroiła, mając ich przy boku swoim" (X. Benedykt 
Chniielowiiki, Nowe Ateny, albo Akademia wszelkiej sciencii 
pełna etc. Lwów, 1746 Gz. 1 k. 67). 

X. Proboszcz Firlejowski, kreśląc powyższy powód przy- 
słowia, sam stroił firleje ze swoich czytelników, bajeczka jest 
zmyślona sumptem jego własnego dowcipu. 

Została nam pamiątka oblężenia Zbaraża w 1649 i Fir- 
leja kasztelana lubelskiego w przysłowiu kozackiem: A ty didu 
Firleju, prodaj nam oliju (Nomis Nr. 668). 

Jabłonowski, domniemany autor rozmów umarłych Po- 
laków, tak o nim pisze: „Adwersarze, nie tak osoby jak sławj 
X. Jeremiego Wiszniowieckiego popularitatis vitio invidiae za- 
zdroszcząc mu, czterech regimentarzy obrali z exkluzią księcia, 
a to na miejsce Potockiego hetm. W. kor. w niewoli siedzą- 



— 317 — 

cego, i Kalinowskiego Polnego, a ci byli Dominik X. Ostrog- 
ski, Jerzy Lubomirski, co potem był hetm. polnym i marszał- 
kiem w. kor., Mikołaj Ostroróg podczaszy kor. i Firlej stary 
kaszt, lubelski, tak tedy o nich mówili kozaki: „Durny Lachy, 
wyprawyJy Perynu, Detynu i Łatynu a ty didu Firleju pro- 
daj nam oliju". Pierzyną X. Ostrogskiego zowłąc, iż był de- 
likatny i gnuśny, dzieciną Lubomirskiego ^), bo był młody, 
łaciną Ostroroga, bo był wielki statysta, mówca i orator po- 
selski, Firleja nie sądzili do niczego być sposobnym tylko do 
przedawania oleju, dokładaU zaś: „a Jeremij kazakiw jak by w 
tak bywa". 

Jordan — Jordan żydzi zakalili. 

Doraźna, ostra i stosowna odpowiedź sławnego z dowcipu 
Żydowskiego, sędziego grodzkiego i krakowskiego, dana Jor- 
danowi, wojewodzie bracławskiemu, kiedy ten chcąc żartować 
z jego nazwiska zapytał niewcześnie: „Mości panie Żydowski 
co tam słychać w Jerozolimie?** 

Jakaś pobożna fundacya zapewne dała powód do kra- 
kowskiej przypowiastki: „Matka Boska Jordanówna, Micha- 
łowska ją rodzi". 

Kiszka — Nadął się, jak Kiszka w sobolach. 

Wlecze się, jak Kiszka do Warszawy. 

„Kiszka, domu zacnego, litewski szlachcic za króla Zy- 
gmunta IIL, polskiego przyszedł do honoru tego, że wojewodą 
wileńskim został, kiedy zaś pierwszy raz na sejm do Krakowa 
przyjechał, po pańsku w sobolach chodził; że zaś Polacy, ile 
młódź swawolna, to imię Kiszki, z alluzyą do kiszki po pol- 
sku śmieszne znaleźli, ztąd urosło przysłowie: „Nadyma się 
jak Kiszka w sobolach". — Jeden bardzo stary szlachcic po- 
wiadał mi, że chłopcy na sejmie temuż Kiszce taki wyrządzili 
paszkwil, czy swego wynalazku własnego, czy z namowy nie- 
przyjaciół jego: kiedy szedł do kościoła ten pan w sobolach 



*) Alekstinder Koniecpolski był regimentarzem, a nie Lubomirski. 



— 318 — 

poszli chłopcy wołać „dziw! dziw! dziw!" jak wróble śpiewają, 
a jeden z pomiędzy nich pytał: „A co za dziw, panowie wró- 
ble?" a oni odpowiadali: „Kiszka w sobolach chodzi** i rozsy- 
pali się po ulicach jak wróble. Ciężka sprawa z chłopcami, 
a nie wiem czy rozpustniejszych znajdzie jak w Polsce (Rę- 
kopism przywiedziony przez K. Wl. Wójcickiego**. Przysłowia 
narodowe T. II. str. 149). 

Początek przysłowia: „Wlecze się jak Kiszka do War- 
szawy* nieznany. 

Kh^sez — Mówił Kleszcz będzie deszcz. (G. Knapski), 

Komorowski — Nie taki był pan Komorowski, a przecie 
rzepę w Kiełbasowie jadał. 

Komorowski Mikołaj w początku XVII. stulecia oskar- 
żony o fałszowanie monety chronił się w lesie żywieckim zwa- 
nym Kielbasowem. 

Koimó — Kopeć i Skumina, to jedna rodzina. 

Gra słów, która poszła z fraszki Kochanowskiego, albo 
może posłużyła mu za temat do innej: 

„Daje za pana Kopcia córkę pan Skumina (z komina) 
Bez dyspensy nie może, gdyż to jest rodzina**. 

(ks. II. p. t. Yetitus gradus). 

Przy domka Skumin używało kilka rodzin szlacheckich: 
litewska Tyszkiewiczów, wielkopolska Słoneckich i ruska 
Mikuliczów. Kopciowie i Skuminy domy starożytne w W. 
Księztwie. 

Z Kompi — Wyrwał się jak Filip z konopi. 

Objasniacze tego przysłowia wynaleźli jakiegoś Filipa 
właściciela wsi Konopie, który na sejmie piotrkowskim za 
Zygmunta Augusta zaczął mówić o własnych sprawach (Chmie- 
lowski, Nowe Ateny). Tymczasem u Rysińskiego jest wyraźnie; 
« Wymknął go jak Filip z Konopi**. Filipem, Filipem nazywał' 
małonisini zająca i mówili: „Wyrwawsia jak Pilip z konopel' 
lub ftHiilk jak Pilip z kukuryziw**. Przysłowie więc powstał« 
poprostu z przetłomaczenia przysłowia małoruskiego. 



— 319 ~ 

Z miejscowości niezmyślonej o rzeczywistym Filipie (Obu- 
chowiczu) w Nowogrodzkłem jest przysłowie: -Lepiej było 
panie Filipie, siedzieć sobie w Lipie", o którego powodzie 
i autorze czytaj wydane przez Michała Balińskiego Pamiętniki 
historyczne do wyjaśnienia spraw publicznych w Polsce XVII. 
wieku posługujące. 

Krupa — Król Jagiełło bił Krzyżaki, 

I pan Krupa chciał być taki. 
Na co porwał się, niebożę, 
Krupa jagłą być nie może. 
„Podług podania miejscowego (pisze Mich. Baliński), 
Krupski czyH Krupa zwany, bogaty człowiek, miał się bronić 
uporczywie we wsi swojej Krupe przeciw Jagielle, nie chcąc 
go uznać za króla polskiego. Zachował nam to zdarzenie Jan 
Kochanowski w takim wierszu, żartując z zuchwałości tego 
Krupy: 

Król Jagiełło bił Krzyżaki, itd. 
(Starożytna Polska. Warszawa, 1845 T. II.; str. 788). 
Wypadek zmyślony i podanie nie ma żadnej wartości. 
Gra słów, a nie historyczna pamiątka podała myśl do wier- 
szyka. 

Kozioł — Kiedyś Kozioł idź do chlewa. 
Wyjaśnienie tego przysłowia znajduje się we fraszkach 
Kochanowskiego i w „Dworzaninie** Górnickiego. Ustęp od- 
nośny z „Dworzanina** jest przytoczony w naszych „Księgach 
humoru polskiego**. 

Nieu'ieski — Nie zgadnie Pan Niewieski 

Co robi Pan Niebieski. (X. Juszyński). 
„Niewieski (Stanisław Jan) akademik Zamojski i sławny 
wydawca kalendarzy (1676—1695), o nim to powszechne było 
przysłowie: 

„Nie zgadnie pan Niewieski, 
Co zrobi Pan Niebieski**. 
(Dykcyonarz poetów polskich. Kraków, 1820 T. II., Nr. 9). 



-- B20 — 

Piniwirk — Pieniążek Prokop, skoczył przez przykop^ 
A Struś, zsL nim tut, tuż, (K. Pienit^Kek). 
Wierszyk żołnierski, jak go nazywa Krzysztof Pieniążek, 
w opisie swego żywota (66). Jest to pami^^tka szalonej od- 
wagi dwócli rotmistrzów, Prokopa Pieniążka i Jerzego Strusa, 
i^tarosty bracia wski ego i wiiiniekiego przy jednym ze szturmów 
do olilgżonego Pskowa w r. 1582. 

Przysłowiowe „Pieniążek Prokop"* itd. znaczy tyle. co 
ambo m chor es j oba lepsi. 

Rph — Ożenił się Ryło 

Dyabli mu po niej było (S. Rysiński). 
Dr Wąfonf — Comes de Wątory, gdzie jeden kmieć, 
a trzy dwory (S. Rysiriski). 

Znacznie tego przysłowia objaśnia fraszka Korliow- 
skiego p. t. Tytulatowi praetereaque nihil. 

„Stanie darmocliwal w karczmie^ wprawdzieć % famiUą 
Niewielką, lecz z ^tufów pełną amelią, 
Pyta żołnierz gościnny, jako się pan zowie? 
On rzecze: Hyperbolski, liaeres w Nieznanowie^ 
Marctiio z Janczarycliy, Comes de Wątory 
Baro de Gultrych, kędy dwie chałup, trzy dwory. 
Żołnierz biorący miarę z tej jego powieści: 
^W tej się karczmie ta wielkość tytułów nie zmieści*' ild 
Zabłocki — Zarobił jak Zabłocki na mydle. 
Przysłowie znane o jakimś szlachcicu który mydło spu- 
szczając iło Gdańska źle opatrzył statek „tak że się wszystko 
mydło albo rozciekło albo zepsowalo^. 

Wielu inny cli, na rozmaitych przedsiębiorstwacli, spot- 
kały równe zawody, to też w różny cli stronach kraju ze sta- 
rym Zabłockim, lub bez niego, nazwiska ich poszły w przy- 
słowie, które na Litwie, w okolicach Witko mierzą i Upity, 
urosło w cztero wiersz: 

Zarobił, jak Zabłocki na mydle^ 
Sworackt na bydle. 



— 321 — 

Kurzeniewski na hucie 
Rymsza na reducie. 
Na Polesiu w Pińszczyźnie, z jakiegoś równie smutnego, 
a razem zabawnego wypadku urosło przysłowie: , Zarobił jak 
Soltan na gęsiach**. 

Słyszałem jeszcze jedno: „Zarobił, jak Sankowski na 
saniach**, ale nie wiem, z jakich pochodzi okolić. Na obsza- 
rze dawnej Polski, z miejscowych wspomnień podobnych przy- 
powiastek jest nierównie więcej, które jak skoro tworzą się, 
tak zapominają; jeden Zabłocki przeżył w pamięci setne 
lata. Zapisał je przed półtora wiekiem (171B r.) Jabłonowski, 
a ten pewny autor, u którego wyczytał przysłowie, mógł być 
daleko dawniejszym. 

Zamojski — Ożenił się równy z równą 

Pan Zamojski z Batorówną (I. Chodźko). 
Nie mając na to piśmiennego dowodu, nie wiem, czy 
przysłowie jest współczesne z wypadkiem, który do niego dal 
powód. Na Litwie jest używane bądź same, bądź z dodat- 
kami z późniejszych miejscowych okoUczności, aż nareszcie 
ośm nazwisk szlacheckich zawarło: 

„Ożenił się równy z równą, 
„Pan Zamojski z Batorówną 
„Pan Łukomski z Wagnerówną 
„Pan Kurowski z Downarówną 
„A pan Ako z Gintowtówną**. 
Zaioism — Polegaj jak na Zawiszy. 

Jak Zawisza podpisze, to i Pakosz takoż. 
Przysłowie litewskie: „Jak Zawisza podpisze, to i Pakosz 
takoż**, jest pamiątką Krzysztofa Zawiszy, wojewody mińskiego 
i przyjaciela jego Kazimierza Pakosza starosty rzeczyckiego. 
Żydkiemcz — Żyd zrobił żydka, kanclerz Żydkiewicza 

Jaki sam książę, takiego szlachcica. (J. Ja- 
błonowski). 

Ossoliński kanclerz (pisze Jabłonowski) księciem się zwal 

u<cai HUMORU pouRiESo r. I. 121 



— 322 — 

i drwiono też z niego. A że miał wielkiego faworyta pewnego 
Żydkiewicza, a nie bardzo (jako powiadano) pewnego szla- 
chcica, napisano mu dwa wiersze: 

„Żyd zrobił żydka, kanclerz Żydkiewicza 
Jaki sam książę, takiego szlachcica**. 

(Rękopism, przywiedziony przez K. Wl. Wójcickiego, 
Przysłowia narodowe T. II. k. 63). 

Jest tu mowa o Danielu Żydkiewiczu, instygatorze ko- 
ronnym. Sławna Konstytucya 1638 r., o tytułach cudzoziera- 
skicli (Vol. Leg. III. fol. 931) zabroniła Ossolińskiemu zwać 
się ksił^ciem, a wierszyki poszły w przysłowie. 



ANEGDOTY z w. XV., XVI. i XVn'l 



Stefan Batory, ujrzawszy przed sobą niezliczone prawie 
nieprzyjaciół wojska i rozważywszy u siebie, że gdy do cało- 
śń wszystkich obywateli przykładać się winien; chwalebniej- 
S7Ą byłoby jednego z swoich przy życiu zachować, niż dzie- 
sięciu zgubić nieprzyjaciół; posłał do Wielk. książęcia z pro* 
pozycyą, ażeby oszczędzając krwie poddanych, sam na sam 
z u im się próbował. Nie miał tenże dosyć odwagi, i złożył 
się nierównością, że Stefan z królewskiej krwie nie pochodził. 
Na co król „przecież ja zacniejszy jestem, bo mię cnoia, a nie 

^) Nie powtarzamy tu naturalnie tych anegdot, jakie wybraliśmy 
jat z Kfłcbanowskiego, Górnickiego i innych autorów. 



— 323 — 

żywot kobiety, królem uczyniła**. (Gosp. Siemek. Civis bonus. 
Cap. VI1L 

Tenże odwiedzając raz szkoły w Krakowie, dla przeko- 
nania młodzieży, iż nauka najpewniej drogą do godności kie- 
ruje, rzeki do jednego ubogiego lecz pilnie uczącego się stu- 
denta: disce jpuer latine, faciam te mości panie. 

Tenże mówił jednemu arcybiskupowi lwowskiemu: Jak 
ty zostałeś biskupem w kościele łacińskim, kiedy mało co 
umiesz po łacinie? — Tak jak W. K. Mość królem w Polszczę, 
choć po polsku nie umiesz. (Kaz. X. Idziego od S. Józefa). 

X. Bielecki Stanisław jezuita, mawiał: „widziałem w Pol- 
scze wsie różne nazwiska tvoH mające i różnych szlachty Wol- 
skich, Dobrowolskich, Krasnowolskich etc. ale nikt w Polscze 
nie słyszał o jednej woli i o Jednowolskim, a tego właśnie 
nam potrzeba**. 

Tenże w kazaniu na św. Bartłomiej mówił: „dla czego 
najwięcej na wsiach Bartków? co chłop, mówimy, to Bar- 
tek. — Oto dla tego, że jak św. Bartłomieja, tak biednych 
chłopów drą wszyscy ze skóry**. 

Chalecki, starosta Cyrkaski, będąc w Wilnie na zamku, 
podczas gdy tam król Zygmunt stary mieszkał, przypatrywał 
się wespół z królem szczwaniu niedźwiedzia. Gdy zaś psy 
nieochotnie się na niedźwiedzia zrywały, rzekł król: musiano 
te psy zbyt okarmić, iż niedźwiedzia brać nie chcą. Na co 
Chalecki: Miłościwy królu: każ tylko pisarze swe spuścić; tym 
nic nie wadzi; by się nie wiem jak objedli, przecie oni zawsze 
dobrze biorą ^). 

Górka Jędrzej, kasztelan poznański, gen. wielkop. tak 
mawiał: w młodości pycha łechtała mnie do nabywania go- 
dności i mawiała mi Górko! Górko! kiedyż pójdziesz w górę? 
a teraz mi rozum powiada: Górko, kiedyż będziesz w dole? 

X. Kałuski jezuita, kaznodzieja króla Jana III-go, przy- 



') Taż sama anegdota jest o Stańczyku. 

21* 



— 324 — 

jnówii pewnemu deputatowi na imię Piotr o jego niiloM 
2 Beymową mieszczanką: Ej Piotrze nie preyj się bo i mowa 
ei^ imjdaje. Ostrożnie od ognia: niegodzi się wdawano w podo- 
bne towarzystwo. Były to sJowa wzięte z ewangelii i okolicz- 
ność rozmowy S. Piotra z kucharką. 

Tegoż prosiła królowa, aby przymówil na kazaniu Wę- 
żykowi, który uczęszczaj do jednej damy od dworu królowej, 
na unK Ewa. Mówił tedy ostrożnie: Ewo nie dyskuruj z Wę- 
żem, abyś nie przyszła na przestępstwo przykazania boskiego. 

Tenże na trzech króli rozdawał po kolędzie różnym sta- 
nom konie owych świętych monarchów, damom zaś zamężnym 
ofiarował Bucefała, konia Aleksandra W., mówiąc do nich: „ten 
koń nie dał się nikomu dosiąść, tylko swojemu Panu*" i za- 
milkł. Szemrały damy: cóż nam to dał za kolendę? a de- 
putaci śmiali się do rozpuku. 

Karnkowski Stanisław arcybiskup, gnieźń. przyszedłszy 
na pokoje Stefana Batorego K. P. poczuł czosnek, który ten 
król rad jadał i rzekł: allia hic sordent (czuć tu czosnek) — 
Na co rzekł król: allia, sed non alia, (czosnek, ale nie cudzą 
żonę). ^ (Ksiądz Łosiewski w Kazaniach). 

W pamiętnem Jerzego Lubomirskiego z królem Janem 
Kazimierzem poróżnieniu, po potyczce pod Częstochową, do- 
stało się na stronę marszałkowską trzech Paco w młodych 
w niewolę. W obiad u marszałka przychodzi Młoszowski, ły- 
siną, dhigą brodą i żartami wszystkim znajomy. Pyta się 
marszałek co tam nowego? — „Wszystko dobrze, rzecze Mło- 
szowski: prosimy Boga da PacetUy a tu pro una pace dał nam 
Pan Bóg trzech Paców". 

Odrowąż, gdy w jednej batalii wystrzelono mu zęby 
z wąsami, a w nagrodę męstwa dano mu starostwo kowień- 
skie ^ knzał się wymalować trzymającego zęby wystrzelone 
w i^ęce z napisem: dano mi chleba, kiedym zęby pozbył. 

Pobłatecki w piśmie Kwestye polityczne dowodząc, że le- 
piej jest mieć królowę polkę, przywodzi następującą anegdotę. 



— 325 — 

Za króla Michała zaciągniono kilka tysięcy kozaków, pod het- 
manem Hanenkiem; którym nie dawano ani prowiantu, ani 
strawnych pieniędzy. Podawają oni supUkę Eleonorze królo- 
wej, uskarżając się na swą krzywdę. Królowa wzwyczajona 
była wszystkim Polakom, co tylko ją o co prosili, mówić: molto 
hem, nioUo bene (bardzo dobrze); gdy więc kozacy przy owej su- 
plice zaczęli wołać: pozdychawma z holodu, — królowa swoim 
zwyczajem rzekła: molto bene, molto bene, (Nie rozumiejąc 
czego chcą pozwoliła im zdychać). 

Radziejowski kardynał, zafrasowanemu królowi Janowi 
Kazimierzowi powiedział: Miłościwy Panie! na świecie jak 
w łaźni, im kto wyżej siedzi, tem bardziej się poci. 

Radziwiłł Mikołaj mawiał: „Jestem Pan; zniewoliłem 
sobie wielu serca czapką i papką. Niech mnie nie nazywają 
Radziwiłł, ale rad żywił". 

Ksiądz Roizyusz rodem hiszpan, ale w Polsce zamiesz- 
kały i z wielu dzieł wydanych uczonemu światu znajomy, 
prosił raz Mikołaja Radziwiłła, wojewody, o psa dobrego na za- 
jące. Wojewoda pytał go jakiegoby chciał: wyżła czy ogara? 
Hiszpan tego nie rozumiejąc, żądał oznajmienia: co jest wy żel 
a co ogar? Oto, rzekł wojewoda chceszli takiego co najduje, 
czyli takiego co goni? Na co odpowiedział Roizyusz: ja ta- 
kiego chcę, który i najdzie i ugoni, bo wielki byłby nierozum, 
dwu psów dla jednego zająca chować. 

Gdy Janowi Sapieże kancL Ut. powiedziano, że pewny 
pan bardzo piękną bibliotekę posiada, ale żadnej książki z niej 
nie czytał, rzekł na to: ten człowiek jest do garbatego podobny, 
który garb za sobą nosi, ale go nigdy nie widział. 

Sobieski, jeden z przodków króla Jana IIL, tym sposo- 
bem niebaczność gościom swoim niedyskretnym uczuć dał; 
albowiem gdy u niego kilka dni nad zwyczaj z wielą szkap 
i pachołków mieszkali, on przy nich w drogę się wybierać 
począł: a gdy go pytali czemuby to czynił? rzekł: gdy wy 
odemnie nie chcecie, więc ja od was odjechać muszę. 



- 326 — 

Na sejmie warszawskim poseł jeden sprzeciwiając się 
połączeniu broni pod Wiedeń rzeki: „umrę wprzód, niżeli na 
to pozwolę". Roześmiał się król Jan III. i rzeki: Requi€scat 
in pace! 

W dniu, który ogłoszenie królem Jana III. poprzedzał, 
a podanie jego za kandydata wszystkim już wiadome było, 
gdy kilku przyjaciół tego monarchy jego się polecało pamięci, 
a on im swoje względy zapewniał, przystąpił także poufały 
jeden dworzanin i swoją mu oświadczywszy uniżoność, spy- 
tał: czegoby się też od niego mógł spodziewać? Rzekł mu król: 
robię cię królem cygańskim. Lecz dwoi-zanin odpowiedział 
na to: proszę pamiętać, iż gdy korona polska jeszcze nie pe- 
wna, wypadłoby na wszelki przypadek tę drugą do jakiegoś 
czasu mieć w zapasie. — Przyjaciół monarchy oburzyła nie- 
pomału śmiałość takowa i gdy głośno szemrać zaczęli, dwo- 
rzanin nie tracąc przytomności odezwał się do nich: Mości 
panowie! Król z królem jak się poróżniU, tak się zgodzą; 
a to co pomiędzy monarchami zaszło, WPanów bynajmniej 
obchodzić nie powinno. 

Pod wyobrażeniem króla Jana III. znaleziono podpisane 
te cztery litery: K. J. E. P. Władza miejscowa wyśledziła na- 
koniec autora i tytułem obrazy majestatu przyzwoitemu są- 
dowi po wymiar kary oddała. Mniemany atoli winowajca 
gładko wywinął się z oskarżenia, gdyż dowiódł, iż cztery wspo- 
mnione Htery obejmują w sobie tytuł pełen zaszczytu, którego 
mu każdy z dobrych Polaków jeżeli nie przypisuje, tedy przy- 
najmniej z serca życzy, znaczą bowiem: Król Jan Europy Pan. 

Stańczyk, gdy go towarzysz jeden prosił o pożyczenie 
opończy, spytał: jeśH deszcz pada albo nie? Gdy zaś odebrał 
odpowiedź, że nie, rzekł na to: Bracie! ponieważ deszcz nie 
pada, nic ci opończy; a gdy będzie deszcz, mnie jej samemu 
trzeba będzie. 

Szczuka Jan Kazim. biskup chełmski, gdy raz poszóstną 
karetą w Warszawie jadąc w błocie u wiązł, rzekł: „Kiedym 



— 327 — 

tylko kanonikiem będąc parą koni po całej Warszawie przez 
różne biota jeździł, nigdym nie ulgnął, aż dopiero teraz gdym 
biskupem został. Musi być, że stan biskupi wielkim jest cię- 
żarem, kiedy go i sześć koni uciągnąć nie mogą". 

Tarnowski arcyb. gnieźn. następca Stanisl. Kamkow- 
skiego, wchodząc do zamku łowickiego i ujrzawszy herb swego 
poprzednika rzekł do otaczających siebie: „Trzeba wypędzić 
tego barana, bo tu długo śmierdział". — „Miłościwy Panie! 
odezwał się jeden z przytomnych (przyjaciel zeszłego Prymasa), 
róża piękny kwiat, ale mdły i krótkiego wieku". (Była tu 
mowa o herbie Prymasa). 

Tęczyński Andrzej, gdy w 17-tym roku życia zganił 
w obecności króla zdanie niesłuszne senatorów brodatych, 
(bo wtenczas broda była znakiem powagi) śmiano się z niego 
jako gołowąsa. Lecz król, jako zacnemu obywatelowi, dał 
województwo krakowskie. Na inną tedy sesyą idąc, przypra- 
wił sobie brodę i wąsy; i gdy zaczęto radzić Tęczyński po- 
trząśnie brodą i rzecze: brodo mów! To kilkakroć powtó- 
rzywszy, odrzucił brodę z wzgardą i tak gruntownie i powa- 
żnie mówił, że wszyscy się zdumiawszy zawołali: siedź mię- 
dzy nami, bo ci Bóg dał w młodzieństwie stary rozum (Pa- 
procki). 

Wadowita sławny, szedł zaproszony na ucztę. Ubra- 
nego licho gdy warta puścić nie chciała, poszedł i ubrał się 
w aksamity. Skoro zasiadł, zaczął stół ścierać aksamitną su- 
knią, a gdy się go pytano co robi? odpowiedział: „niech się 
raczą aksamity, gdy nie znają Wadowity". 

Wężyk Mikołaj, dominikan, kaznodzieja królewski, gdy 
wiarę Żmudzinom opowiadał w przytomności króla Włady- 
sława Jagiełły, wykładał im stworzenie świata. Wtem jeden 
ze znakomitszych obywatelów Żmudzi rzekł: Najjaśniejszy Pa- 
nie! ten człowiek łże bezczelnie, bo starsi daleko od niego, 
a nawet są u nas i stuletni starcy, którzy nie pamiętają, aby 
nawet słyszeli o tern, iż świat był kiedy stworzony; ale za- 



328 



wsze przodkowie ich widzieli toż samo słońce, gwiazdy, wod^ 
i ziemię, a jakże i zkąd on o tem ma wiedzieć? (Abr. Bzowski 
Prop. D. Hyac). 

Wolucki, wojewoda rawski, gdy żydzi wieliccy oskarżeni 
o wielką zbrodnią, posłów na sejmie przekupili tak, że co 
jednego dnia wszyscy przeciw nim byli, nazajutrz nikt się nie 
odezwał, powstał Wołucki i taką przypowieść powiedział: „Miał 
ojciec jednego syna, który ustawicznie gębę otwierał; prowa- 
dząc go tedy na publikę tak go uczy: miły synu! przecie tam 
gębę otwieraj gdzie należy; abyś się zaś nie zapomniał, patrz 
na mnie, a jak ja uderzę po kalecie, to ty gębę zam- 
knij. Tak się stało; ojciec w kaletę uderzył, syn gębę zam- 
knął. Tak się widzę i u nas na tym sejmie dzieje! uderzą 
jakiego takiego kaletę dukatami i talarami, wszyscy gębę po- 
zamykają i milczą. 

Wydżga, biskup warmiński, nie mogąc się doczekać od 
Jana III. nominacyi na prymasowstwo, a niechcąc się natrę- 
tnie przymawiać, wtrącił w rozmowę, iż gdyby przekonany 
był, że żydowska wiara najlepsza to przecięby żydem nie był. 
A to dlaczego? spytał król. Bo miłościwy Panie! rzekł biskup, 
trzeba długo Mesyasza czekać. 

Tenże sam, prymasem zostawszy, proszony był na jakąś 
uroczystość. Gdy się wymawiał, żeby to było z ubliżeniem 
prymacyalnej godności, i że najciężejby w jedno miejsce po- 
jechać, a wszędzieby go proszono; nareszcie po ciągłem nale- 
ganiu tem się tłomaczył: Przypowiastka dawna mówi, iż matka 
pewna miała syna nieuka. Tego prosi, głaszcze, łakotki obie- 
cuje, aby się uczył, ale na próżno. Nakoniec mówi: chodźże 
Jasiu, tylko a, b, c przepowiem ci. Na co Jaś: naj ciężej tylko 
Pani Matko a, b, c, a potem to będzie aż do z. (Niesiecki 
IV. pag. 613). 

Zamojski, nowicyuszom na dworze swoim pokojowym, 
tę żartobliwą dawał naukę: kto się chce przysłużyć łasce pań- 
skiej trzeba sobie z obuwia sprawić boty węgierskie z wyso- 



— 329 — 

kiemi podkówkami, bo zawsze trzeba przed pokojem piętą 
wiercić; łyżwy moskiewskie, bo na skinienie pańskie w lot 
biegać potrzeba; eiżmy tureckie, bo w pokojach pańskich ci- 
cho być powinno. Zaś Panu Bogu i boso służyć można. 

Tenże nie był wcale za tem, aby Polacy cudzoziemskie 
posiadali tytuły i godności. Grdy mu poseł hiszpański imie- 
niem swego monarchy ofiarował tytuł książęcia i order zło- 
tego runa, podziękował za te zaszczyty i jeszcze żart z hisz- 
pana uczynił mówiąc: że się bał, aby z tym barankiem zło- 
tym nie chciał tryksać się jego herbowy kozieł. 

Żydowski Jan, sędzia grodzki krakowski, rozgniewał się, 
gdy mu był Pan oboźny żartem powiedział: »jedzże waszmość 
Panie Żydowski, bo to nie ze słoniną**. »Tem gorzej, rzekł 
Żydowski, że z masłem, a jeszcze starem i na kredyt wziętem**. 

Tenże przyjechał na kondescensyą do p. oboźnego, który 
się skrył przed nim. Go on porozumiawszy rzekł: „Wołaj 
woźny, że pan oboźny siedzi w komnacie, jest w kondemnacie*. 

Pytano się go raz: Mości panie sędzio! czy za cudzo- 
łóztwo jest kara śmierci? — „Nie mości panowie, bo was tu 
przecie wszystkich widzą z głowami*. 

Pisało do niego województwo o chorągiew na popis, na 
co odpisał: Materiam Kraków, argentum suggeret Olkusz, 
drzewce Ślemień, Żywiec, Niepołomice dabunt. 

Tegoż prosił Marchocki, aby jak najprędzej mógł stanąć 
dekret z jego przeciwnikami. Na co Żydowski: „Jutro W. 
Pan przyjdź do mnie, a będziesz miał dekret**. Przyszedł 
Marchocki, (a był to właśnie dzień Trzech Królów), przynieśli 
święconej kredy i Żydowski napisał trzy litery na drzwiach 
jak zwykle piszą G. M. B. „Oto dekret — rzecze: cedat Mar- 
chocki bonis**. 

Tegoż pytano się raz: „Mości Panie Żydowski. W. M. 
Pan jako dawny na świecie powiedz nam, jak wiele jest 
wszerz i wzdłuż Polski?" — Na co on: już o to dawno pytali 
się i pytają antecessorów Pana Wielopolskiego starosty krak., 



— 330 - 



^ 



gdy mówią doń: Mości Panie Wielo-polski! A gdy on nic re- 
zolwowal, więc i ja nie będę, bom nie mierzył. 

Do Zygmunta starego, gdy pieczęć wakowała, jeden za- 
cny sekretarz przyszedłszy, chcąc wyrozumieć wolę królewską 
rzekł: „Miłościwy królu! wszystek dwór tam o mnie powiada, 
że mam być pieczętarzem". — Dajcie wy sobie pokój, odpo- 
wie król, wszak ludzi znacie, a czego oni nie plotą? 

Na Mazowszu zakładano Kalwaryą. Zygmunt August') 
spostrzegł u siebie na pokojach między przytomnymi i biskupa 
zawiadującego tą fundacyą. „Cóż tam Mości księże biskupie 
spytał król, jak tam idzie budowa Kalwaryi? — Bardzo do- 
brze Miłościwy Panie odpowiedział biskup, wnet już będzie 
ukończona; odebrałem właśnie wiadomość, że okręt z ziemią 
świętą na wysypanie dróg przybył już z Palestyny do Gdań- 
ska". — Lepiejby podobno było, rzecze król, nawieść Proszow- 
skiej ziemi na Czerskie piaski". — Obruszony taką odpowie- 
dzią prałat, obrócił się do stojącego obok siebie kolegi, mó- 
wiąc: Jak widzę, król nie wiele lubi o rzeczach świętych roz- [ 
mawiać. — Posłyszał to jednak Zygmunt i rzekł natychmiast . 
do niego: ,Tak jest, mości księże; krótko, niewiele, a i to 
w kościele". 

Zygmunt III. przechwalał się, że w gospodarstwie naj- 
lepszemu rolnikowi nie ustąpi. Na co Grochowski, dawny 
dworzanin, zasłużony ale nieszczęśliwy, rzecze: Najjaśniejszy 
Panie! cóż to za gospodarstwo, kiedy W. K. Mci groch tak 
dawno zeszedł, a jeszcze nie zakwitł? (Kowalicki pag. 420). 

Na Ukrainie wieszano niejakiego Hawryła greek, religii. 
Kiedy już stanął na ostatnim szczeblu, począł go urzędnik, 
który sam był katolikiem namawiać do odmiany wiary. 
Ha wryło zawoła na popa: Baytenku! Czy słyszysz co nr n 
radzi. Pop respektując urzędnika odpowie: Pan dobrze i, 



*) Tę rozmowę przypisują niektórzy Zygmuntowi I. i *- 
z okoliczności budowania kościoła w Łasku. 



r 



331 — 



ale ty człowiek prosty a wiara lacka wysoka: swoją opuścisz, 
a tamtej nie dosiężesz, a potem ty ni lach ni rusin. A kie- 
dyś tak wysoko wyszedł rusin, to wyjdziesz i wyżej. (X. Groza 
Fabrycyusz w kazaniu pod tyt. Kolęda). 

Kiedy za Jana Kazimierza P. Aszafenberg ożenił się 
z panną Weierówną, i prosił o indygenat, jeden z posłów tak 
mówił: „Jeżeli za to ma być dane szlachectwo, że się z zacną 
polską damą ożenił, tedy potem choć nie w małżeństwo ale 
w tańce będzie chciał który pojąć Polkę, szlachcicem go zro- 
bicie. Niech jeno wprzód Pan hetman o jegomości powie: 
oto był nie w jednej potrzebie i walecznie się stawił; oto wy- 
stawił swoją szkatułą chorągiew i z nią się wyprawił; — to 
dopiero może być pewnym, że się nikt nie sprzeciwi. Ma 
grzeczną żonę i majętność w Polsce; niech przecie nie żąda 
tego na co się nie w łóżku, ale w polu zarabia. 

Podlasianin jeden postrzegł, że przez pijaństwo gorących 
trunków w niwecz się obracał. Z trafunku radzi się jednego 
kapłana o swym zamyśle, iż od pijaństwa chce się wstrzymać. 
Dobre masz znaki łaski Bożej, rzekł; radzęć, abyś nie pijał 
gorzałki. — ^ Odpowie: gorzkać też i zdrowie mi popsowała, 
przez co niemam dobrej farby na sobie. — A wino będziesz 
pijał? — Nie będę, bo drogie: nie mogę w stodole nadążyć 
młócić. — A o miodzie co rozumiesz? — I ten mnie nie 
zdrowy: brzuch się odmie, a kaleta skurczy. — A od piwa 
nie mógłbyś też wstrzymać się? — Ojcze! tego do gardła 
mego nie odstąpię: a wszafcżeby mnie szynkarki w Międzyrze- 
czu szalonym nazwały; przyczem rzekł takie wierszyki: 

Cuncta licet pereant piwo niech zostanie, 

~tóre niech będzie zawsze przy boku we dzbanie. 

(Stanisław Herciusj. 

ima jedna na biesiadzie przymówiła dworzaninowi, 

i ,_ę albo do muzyki przysiadł, albo tańcował, albo roz- 

K 'aką z pannami bawił, na co on jej odpowiedział, iż 

I ^^"-kich tylko ludzi dzieło, a nie jego ćwiczenia rze- 



— 332 — 

iiiioslo. Spytała go nakoniec Pani; a to rzemiosło W. M. 
jakież wżdy jest? Na co on nasyciwszy pierwej postawę srogą 
odpowiedział: We krwi nieprzyjacielskiej prawi, brodzić; a swej 
nie żałować. Rzekła zatem Pani: mnieby się zdało, ponieważ 
teraa wojny nie masz, abyś W. M. dał się czym tłustym na- 
mazać, a razem z zbroją i z tem wszystkim czego W. M. 
przeciwko nieprzyjacielowi używasz, dał się gdzie do szafy 
schować, aż do tego czasu kiedy wojna będzie, abyś W. M. 
bardziej niż teraz nie zardzewiał. (Górnicki Dworz.). 

Król Aleksander, któremu prawie zawsze na zdrowiu 
zbywało, spotkał leśniczego mającego lat półtorasta. Czy cho- 
rowałeś kiedy? pyta król. , Nigdy (odpowiedział) nie bawiła 
u mnie N. Panie choroba, bo wygody nie miała". 



ANEGDOTY O BŁAZNACH. 



Bieniasz czyli Bieńko, trefniś Krzysztofa Szydłowieckiego 
kaszt krak. siedział raz pod oknem, z którego Pan krakowski 
po^^liidał na otaczające zamek jego łąki, wody i gaje. Bieńko 
jak gdyby chciał wskoczyć do okna, po kilkakroć się zapędzał, 
tzego gdy dokazać nie mógł, bo nad dwa chłopy dobrze wy- 
ie} było, przyniósł drabinę, i z głośnym śmiechem wlazł po 
niej do okna. 

— Cóż to znaczy Bieńku? rzekł kasztelan do niego. 

— Tak panie róbcie jak ja, a nie będziecie mieh pray- 



— 833 — 

czyny tak się często kłopotać z waszemi myślami. Nie mo- 
głem wskoczyć, a snadno po drabinie wlazłem. 

Śmiał się Bieńko zawsze z tego zwyczaju, że starszy do- 
stojeństwy brał zawsze prawą stronę i pospolicie przed in- 
nymi chadzał. Nie uważał na zwyczaj i nawet często pana 
swego wyprzedzał. Razu jednego wchodząc wprzód, niżeli 
pan do izby, spadł mu na głowę drążek, na którym ciężka 
opona zawieszona była. Trzymając się za głowę rzecze do 
Pana za nim idącego: 

— Zobaczcie miłościwy Panie, wam się ten guz należał, 
a on by do razu wybił z głowy kłopoty wasze. — Już potem 
iść nigdy naprzód nie chciał. „Pierwsze miejsce, korzystne jest 
przy jedzeniu, bo siadając ostatni za stół, powszechnie mały 
mi kęs, a niekiedy i nic wcale na misie nie zostaje". 

Gdy raz wielu przytomnych panów, bawiło się szydząc 
z Bieńka, nadął się trefniś siedząc, i poważnym odezwał się 
głosem: 

— Znajcież Waszmość, iż nie lada Pan ze mnie i wię- 
kszy od kanclerza; on ma jednego błazna do zabawy, ja zaś 
mam tylu, ilu tu was jest jeno. 

Nagrobek Bieńka opisuje, iż był bardzo nabożny, miło- 
sierny dla biednych, wielomówny, a samą postacią ułożoną 
ku temu do śmiechu pobudzał '). 

Sławny Piotr Kmita, pan na Wiśniczu, miał Jaśka bła- 
zna, w którym szczególniejsze miał upodobanie. Raz się zda- 
rzyło, że na dworze królewskim uchwycił za koniec szaty kró- 
lową Bonę i prosił za swoim Panem, aby go użyła w miej- 
scu starego Zygmunta. Bona aż zbladła od gniewu, a Kmita 
w uniesieniu policzkiem zuchwalca ukarał, wszelako nie od- 
dalił go od dworu. On to jeszcze siedział na zamku krakow- 
skim przy konającym Kmicie i bawił żartami, a gdy osłabiony 

*) Fr. Siarczy ński. 



^ 334 — 

zaniemówił i wkrótce umarł, mściwy błazen już trupowi Kmity 
oddal ów policzek przy kilku dworzanach i uciekł z zamku *). 

Najsławniejszym ze wszystkich trefnisiów był Stanisław 
Stańczyk. Ulubieniec Zygmunta I-go słynął z dowcipu na 
dworze królewskim. Marcin Bielski kronikarz wychwala go 
w prostocie: „jakoż to Stańczyk był błazen osobliwy**. 

Roku 1633 Zygmunt stary udał się do Niepołomic z mał- 
żonką swoją królową Boną i z całym dworem na łowy, przy- 
wieziono mu bowiem niedźwiedzia nadzwyczaj wielkiego z Li- 
twy- Zygmunt, Bona konno i mnóstwo dworzan już pieszo, 
już na koniach, otoczyli te miejsca gdzie miał być niedźwiedź 
szczwany. Skoro go w gaju blisko Wisły ze skrzyni wypu- 
szczono, rzuciły się nań psy ogromne, z których wiele pora- 
nił, a resztę rozpędził. Trzystu wieśniaków z oszczepami bro- 
niło mu przystępu do Wisły; z początku nie był tak śmiały, 
ale kiedy się rozjuszył oślepnie rzucał się na ludzi. Ożarow- 
skiego herbu Rawicz, podkomorzego królewskiego, przewrócił 
z koniem, Tarło kraj czy sławny z olbrzymiej siły rzucił się 
nań z oszczepem, ale go wydarł niedźwiedź, samego powalił 
na zieiiiił^ i byłby udusił, gdyby nie wieśniacy, co przybyli mu 
na pomoc. Puścił się rozjadły tam gdzie królowa Bona stała, 
która wystraszona spiesznie przed nim uciekać zaczęła, w biegu 
koń się nieszczęśliwie potknął, a królowa brzemienna spadła 
i porodziła bez czasu syna, który został pochowany w Nie- 
połomic! leh. Tak smutnym wypadkiem utraciliśmy latorośl 
drogiego Jagiellonów szczepu. — Stańczyk towarzysząc kró- 
lowi w czasie tej rozrywki, podobnież uciekając przed niedź- 
wiedziem przewrócił się z koniem. Śmiał się Zygmunt z Stań- 
czyka i rzekł mu: 

— Począłeś sobie niejako rycerz, ale jako błazen, żeś przed 
niedźwiedziem uciekał! 

A Stańczyk na to: 

M Hękopism Jana Zaleskiego z Wierzbowa 1605 r. 



-^ 336 — 

— Gorszy to ten błazen, co mając niedźwiedzia w skrzyni 
puszcza go na swoją szkodę *). 

/ Zygmunt lubił szczwanie niedźwiedzi; bawiąc w Wilnie 
ha Zamku przypatrywał się wespół z tym królem szczwaniu 
dużego niedźwiedzia; gdy zaś psy nieochotnie się nań zry- 
wały rzekł Zygmunt: „Musiano te psy zbyt okarmić, że nie- 
dźwiedzia brać nie chcą". Na co Stańczyk: ^Miłościwy królu 
każ tylko pisarze swe puścić, tym nic nie wadzi: by się nie 
wiem jak objedli^ przecie oni zawsze dobrze biorą" *). 

Kazał się Zygmunt wiejaczką z pawiego pióra oganiać; 
nie zwyczajna to była dla trefnisia praca; prędko się stęsknił, 
a skow) król drzemać począł, rzuciwszy wiejaczkę wlazł do 
pieca. Muchy poczynają dojmować Zygmuntowi, woła na bła- 
zna gdzie się podział. Stańczyk w piecu usłyszawszy zawoła 
króla: „Sam pójdźcie do mnie królu, sam gdzie ja leżę, o za- 
kład jednej muszki nie masz, już nie trzeba wiejaczką oganiać". 

Gdy widział jak słabemu królowi stawiano pijawki, 
wskazując na nie zawołał: „Są to najprawdziwsi dworzanie 
i przyjaciele królów" ^). 

W roku 1639 przybyło wspaniałe poselstwo od Jana 
króla węgierskiego do Zygmunta I-go z prośbą o rękę jego 
córki Izabelli. Zezwolił na to chętnie Zygmunt, a gdy ją wy- 
słano do Węgier, zbHżył się Stańczyk i rzekł zasmucony: 

— Królu! po cóż ty córkę do Węgier posyłasz? Za- 
wczasu przeto zbuduj jej kamienicę w Krakowie, ażeby pó- 
źniej miała gdzie mieszkać". 

Sprawdziły się jego słowa, bo Izabella w rok po zamęż- 
ciu pozostała wdową z małym synem i przeszedłszy rozmaite 
nieszczęścia, przymuszona była ustąpić z królestwa węgier- 
skiego i po śmierci ojca u brata swego Zygmunta Augusta, 
szukać przytułku i ocalenia w Polsce. 

^) Kronika. «) Taż sama anegdota o Chaleckim, patrz wyżej. 

3) Krótkie przypowieści Ambr. Grabowskiego w Krakowie 1819 roku. 



— 336 — 

Stańczyk ytaJ przy królu gdy wywodzono konie, widział 
z nich jednego jak buczno skakał, obróciwszy się przeto do 
hardego dworzanina rzecze: „Gdybyś ty był koniem, nikt by 
cię nie przepłacił '). 

Po śmierci Zygmunta Starego, August pomiędzy wielu 
dworzanami zatrzymał wtedy bardzo starego Stańczyka; od 
króla Aleksandra już był na dworze, a Górnicki pisząc o nim 
mówi: , Stańczyk starszej braci Zygmunta błazen, człowiek 
bardzo stary ^. Ale choć w służbie trefnisia, nie miał tej swo- 
body do żartów, co ża nieboszczyka króla ojca. August raz 
nawet obrażony za jakowyś przycinek, nie wyznaczył mu 
w końcu roku podarunku składającego się z kilku par dro- 
gich kontnszów i żupanów. Gdy więc panowie winszują no- 
wego roku, Irefniś ciągle smutny, ustawicznie wzdycha. Py- 
tają go o przyczynę niektórzy senatorowie, a on cicho wsza- 
kże lak, żeby król usłyszał, odpowie: „U mnie rok nie nowy, 
bo suknia nie nowa**. Ta przy mówka rozweseliła Augusta, 
a dar zwyczajny otrzymał. 

Wiadomo jak Zygm. August lubił uczonych, księgi spro- 
wadzał wiol kim kosztem i tym sposobem złożył zbiór klasy- 
cznych autorów starożytnych, który naówczas nie miał sobie 
równego. Chcąc zaś odrazu za znaczną sumę ksiąg z zagra- 
nicy dostać, polecił ich kupno Franciszkaninowi, królowej 
matki spowiednikowi Lismaninowi, którego wysłał z pienię- 
dzmi Uważał lo Stańczyk i śmiał się w duchu. 

— Powiedz też mi Stańczyk, zapytał go raz August, 
wieleś ty już i^rlupców sobie równych znalazł? 

— Co dzień ich spisuję i już Augusta zapisałem. 
' — A to za co? 

— Za to, żeś Lismaninowi dał tyle pieniędzy i wypra- 
wi! go z niemi za granicę. 

^ A! a poczekaj że jeszcze, Lismanin powróci. 



*) Facecye rtłbo furfanterye dworskie 1661 r. 



— 337 - 

— Jak powród, to ciebie zmazę, a jego napiszę. 

Zgadł Stańczyk, gdyż Lismanin zagarnąwszy pieniądzet 
więcej się z książkami nie pokazał i osiadł w Szwajcaryi '). 

Już przy schyłku życia spoważniał Stańczyk w żartach 
i tracąc wrodzoną wesołość, blisko zgonu raz ostatni dał prze- 
strogę królowi, gdy zamyślał o wyprawie mniej ostrożnie jak 
przynależało: » Miłościwy Panie, pomyśleóby dłużej o tej wy- 
prawie wartało i poradzić się pierwej Q troistego: Qao, Qua. 
Quomodo?" (Dokąd, którędy, jakim sposobem). 

Umarł w późnym bardzo wieku, żałowany powszechnie 
od ludzi najznakomitszych. Rękopis z XVI. wieku (z r. 1579) 
takie o nim zawiera wspomnienia: 

Mało Stańczykowi równie dowcipnych ludzi mieliśmy na 
dworze Zygmuntów, mówił on zawsze gorzką prawdę, zaró- 
wno królowi jak panom i dworzanom. Słuchano go uważnie^ 
a każdy żart okrągłemi powiedziany słowy, pobudzał niemal 
zawsze do serdecznego śmiechu. Lubił go szczególniej Zy- 
gmunt Stary, poważał i August, lubo uraźliwszy często się nań 
gniewał; i trefniś wiele stracił na wesołości gdy pochowano 
starego króla. Często przychodził do grobowca dawnego 
pana, i łzami zalany modlił się Bogu o wieczny pokój dla 
jego duszy. Nazywano go odtąd „Błazen starego króla**. 
A Stańczyk nieraz na to odpowiadał: „Dałby Bóg, żebym był 
starego króla błaznem". Nie cierpiał Bony, nazywając ją „ga- 
dziną włoską". Gdy do Włoch odjeżdżała wyrzucił czapeczkę 
w górę i jakby z wróżbą zaśpiewał jej: „Reąuiescat in pace**. 
Tak tęsknił za starym królem, że go rzadko wesołego widziano** 

Trztyprztycki w dziełku: „Go nowego, abo dwór z XVI. 
wieku**, zachował szczegół jeden o trefnisiu Słobikowskim. 

„Kazano Słobikowskiego błazna wymalować, za czem 
gdy go pylano jakieby chciał mieć insignia nad sobą i koło 
siebie, prosił aby go między dzbanami i wielkiemi kuflami na- 

') J. I. Kraszewski Lwowianin 1H:{9 r. 

rsiąei MWORu ^isKiEfl'. t. i. LL 



— 888 — 

Hialowano Zapytany o przyczynę powiedział: „Będę niial 
się ezem \\7iiia\vic, żem błazen, to rzeknę, żem pijanica, gdyż 
j drudzy mędrsi kuflem się zasłaniają, wymawiając tern zbro- 
dnie swoje: //^^m byl pijany**. Przyciął to owym, co przy mo- 
kiyin kullu nnhroiwszy. po trzeźwemu chcą suchą nogą clio- 
dzid Namalowali tedy tak hJazna. jako sobie obrał i ten pod 
nim napis da nu: 

„Blazt^ii między kuflami uczy wszystkie stany 
Trzeźwi raz. a dwa razy błazen jest pijany**. 

^>^^:^- 



;ĆAKT>' IDIOTKA SMOI.IKA^). 



1. Gdy go nanuiwiano z królem do Szweciey: odpowiedział 
nie pojadę. Dobra ziemia cc mię nosi, ledwo ja raz z Kra- 
kowa przt^jniwię się na Kle{)arz. 

2. Gdy pizod żydem zdjął czapkę, zganił mu to ktoś. Odpo- 
vvie<lzial: co za dziw, ja czapkę zdejmuje, a wy przed nim 
zdjęliście tcre/yą. 

8, Chłopiec do niego przyszedł, ahy dał na drwa, bo zinmo 
w goj^pudzie; a on do mieszka, dał mu grosz. Idź do ła- 
źni, zinyj/-e .^i^^ i ogrzej się. 

4. Jeden do dwi>ru przyjechawszy, rzecze do niego: „najdzie 
tu ludzi rozMi.iitych. i o błazna nie trudno**. Odpowiedział: 
„CU dzień i* li i)rzybywa''. 

5, Przyjccliawszy do dworu jeden uskarżał się przed nim „że 
go blazuem i^azwano". A on na to: „co komu do tego- 
choćby i lak było?" 

'} Z ivkim]M)vv luhlidleki zakładu naukowego hr. Ossolińskich. 
Nr. fU:XXXVIL sh Ii. 



— 339 — 

6. Idąc w taniec przed królem, zawołał król na niego: dali 
(dalej) Smoliku! a on: „nie dali jeszcze miłościwy królu". 

7. Ktoś obiecał mu był parepę (koń mierzyna). Obaczy go 
w rok Smolik i rzecze: ^on parepa słyszę, że zporczyco- 
waciał". Na ten żart wziął rumaka. 

8. Spytany, czemuby przy dworze nie mieszkał? odpowiedział: 
„wolę w Krakowie w lada chatce, niż tam przy płocie" 
(w przedpokoju, niby przed płotem, przede drwiami). 

9. Spotkał się z jedną panią. Pyta jej jak się ma? Powie, 
że nie dobrze; a to idę dla jednorożcu (szukać jednorożca 
na lekarstwie), kazał mi ^^o doktor zażyć, i po nim się po- 
cić; jeźlibyś WM(1. miał, udziel mi WMO. Odpowiedział: 
„u mnie stara apteka: ono tam młodsza; zapocisz się WMĆ." 
A szedł ktoś podle niego niłod.szy '). 



'). Dalszych kilka żartów alho (;ałkiein zrozumieć nie można, albo leż 
są w połowie wymazane przez jakiej^^oś i)uryslę. 



KONIEC TOMU IMKllWSZEl^O. 



I^siĘGi 0U1IO11I) Polskiego. 



,^ń^ 



l^SIĘGI Bll]I01(0 PoitSi(IEGO. 



KRAKÓW. — DRUK W L, ASt^ZYCJi I SPÓŁKI. 



)ądząc, że się obejdzie bez przedmowy do „Ksiąg humoru 
polskiego* nie umieściłem jej w tomie pierwszym. 
W ciągu pracy jednak nad ułożeniem » Ksiąg** przekonałem 
się, że należy choć krótko podać ich rodowód i wyjaśnić dla- 
czego przyjąłem taki, a nie inny sposób układu. 

Przed kilkunastu laty, w zamian za pożyczony przeze- 
mnie skromny kapitalik właścicielowi jednej z krakowskich 
księgarń, otrzymałem od niego kilka szaf książek i zadłużoną 
firmę. Nie mając fachowych wiadomości do prowadzenia 
księgarni, chciałem brak ich zastąpić pracą w kierunku wy- 
dawniczym. Zaczynając jednak w bardzo trudnych warunkach 
materyalnych, musiałem zastosować do nich mój program wy- 
dawniczy i sposób jego wykonania. 

W licznym dość szeregu moich wydawnictw były i „Perły 
humoru polskiego**. Wiedziałem bardzo dobrze, że należało 
je ułożyć w porządku chronologicznym, ale musiałem się ra- 
chować z wyżej zaznaczonem mojem położeniem. Obawiałem 
się, że jeżeli wypuszczę kilka pierwszych zeszytów, wypełnio- 
nych mniej dostępnym i mniej pożądanym dla warstw szer- 
szych humorem w. XVI. i XVn., to na dalsze zeszyty mało 
znajdę odbiorców* W tym stanie rzeczy „Perły** stały się 
zbiorem bezładnym, — obok Reja stał Wilkoński, Kochanow- 
ski sąsiadował z Wacławem Szymanowskim. 



— 6 — 

Żal mi jednak byJo pomysłu spaczonego. Myślałem 
zawsze o drugiem wydaniu , Pereł**, ulożonem chronologicznie, 
znacznie z jednej strony dopelnionem, a z drugiej pozbawio- 
nem zdawkowej humorystyki bieżącej, umieszczanej dla mniej 
wybrednych czytelników. Zamiar ten jednak pozostałby może 
zawsze tylko zamiarem, gdyby nie p. K. Grendyszyński, który 
podjął się materyalnej strony wydawnictwa. 

Dzięki temu, wychodzą „Księgi humoru polskiego**, które 
mają być, jak to słusznie powiedział wydawca w prospekcie, 
antologią naszego humoru i satyry. Nie przeczę, że w tej 
antologii i tak będą braki, bo pierwsza to próba dopiero uło- 
żenia chronologicznego płodów polskiego dowcipu. Mogąc 
korzystać jedynie ze zbiorów Biblioteki Jagiellońskiej i XX. 
Czartoryskich, nie miałem pod ręką wielu starych dników, 
które należałoby wyzyskać. Krępowały mnie również ściśle 
zakreślone rozmiary wydawnictwa. Często więc podaję tylko 
streszczenia lub drobne wyjątki. 

Pragnąc, aby « Księgi** były o ile możności pełnym obra- 
zem humoru polskiego, nie mogłem odrzucić starych anegdota 
ani płodów dowcipu ludowego, — uwzględniłem również przy- 
słowia i przypowieści, — zajrzałem nawet i do rękopisów. 
W ten sposób obraz jest pełniejszy, ale zato w szczegółach 
mniej dokładny, bo szczupłe ramy nie mogły objąć całego 
zebranego materyału. 

Wciągnąłem do humoru i satyrę, boć wszakże humor 
jest jej nieodłączną przyprawą, często zresztą trudno przepro- 
wadzić granicę między temi dwoma rodzajami twórczości. 
A raz zdecydowawszy się na objęcie „Księgami** i satyry, nie 
mogłem pominąć i tej, w której humor gra bardzo podrzędną 
rolę. Wyłączyłem tylko satyrę polityczną, jako wymagającą 
zbyt wielu objaśnień, co przemieniłoby „Księgi** w studyum 
literacko -historyczne. Jestto zresztą osobny rodzaj, wymaga 
całkiem innego opracowania i z natury rzeczy może mieć 
tylko szczupłe grono czytelników. 



— 7 — 

Nie uważałem za stosowne pominąć zupełnie płodów 
rubasznego humoru. Chciałem, aby czytelnik z „Ksiąg" po- 
wziął wyobrażenie o tern kiedy w jakiej formie humor pol- 
ski się przejawiał. Odtrącić rubaszność z humoru XVI. i XVn. 
w. to pozbawić go cechy wysoce charakterystycznej, to po- 
prostu mylnie go przedstawić, dać o nim fałszywe pojęcie. 
Gałą rozprawę wreszcie można napisać na temat co ujem- 
niej może wpłynąć na czytelnika: czy owe swobodne wybryki 
dawnego humoru, czy połowa dzisiejszej belletrystyki, dostępna 
najszerszym warstwom (zwłaszcza ze sceny), a która pod przy- 
zwoitą formą szerzy moralną zgniliznę. Dziwna rzecz tylko, 
że chwalcy i wielbiciele tej ostatniej, udają „zgorszonych* we- 
sołym śmiechem dawnego polskiego szlachcica. W każdym 
razie, jak mi to przyzna nieuprzedzony czytelnik, mogę śmiało 
powiedzieć, że wobec przewagi humoru tego rodzaju w na- 
szej dawnej literaturze, tylko lekko zaznaczyłem w „Księgach* 
jego istnienie. 

Kazimierz Bartoszemcz. 



ł^siĘGi lloiioHU Polskiego 



i> «■ <Ł 

«■ * J? 



* WIEK XVIII. Jk- 



<^ t^ * 

it ^ ir 



/padak naszej literatury w pierwszej połowie XVI ii. w. odbił się za- 
■' rfjwno i na humorze i na satyrze. Można powiedzieć, że dopiero Boho- 
molec koło Mfń) r. rozpoozma budzić na nowo ruch literacki od lat kiltu- 
dziesięciu całkiem przerwany. Jedynemi ogniwami w naszej literaturze 
pięknej między epok:^, kl6nf zamknęli Kochowski i Potocki, a tą, która wy- 
dała Krasickich, Naruszewiczów, Trembeckich, Węgierskich^ Zabłocldcb, są: 
Jan Stanisław .fabłooowski, mało utalentowany autor, a raczej przer^biacz 
bajek, i Elżbieta Drużhacka, jedyna, która w pierwszej poiowie w. XVłlL 
pisała, nie złe mersze. Dla zaznaczenia tych ogniw jak i dla nieprzerwania 
łańcucha humoru i sjityry, podałem krótkie z obu tycli pisarzy wyjątki 
Od chwili kiedy występuje Bohomolec aż do końca XVIIL w. niema już i>bawy 
o brak miiteryalu, a raczej żałować należy, że wiele utworów gtidnych 
przedruku dla braku miejsca trzeba opuścić. 




JAN STANISŁAW JABŁONOWSKI 

(ur. 1670 t 1732). 

Z NOWEGO EZOPA POLSKIEGO '). 



Czapla i Panna. 

Była to czapla na wysokich nogach, 

Która chodziła po błotnistych drogach; 

Długi nos miała, a najdłuższą szyję, 

Nie mając butów bose nogi myje. 

Ta to nad rzeką z swym pańskim humorem 

Chodziła sobie śpiewając tenorem. 

Mówiła sobie: „przeciemem nadobna, 

Najpiękniejszemu ptakowi podobna: 

Do tego żadna przedemną się ryba 

Mi nie wybiega aż najgłębiej chyba**- 



*) Nowy Ezop polski czyli życie Ezopa i sto bajek wybranych z ksiąg 
różnych autorów. Lipsk 1731. Wprawdzie bajki, jak sam autor przyznaje, 
nie są oryginalne, ale należy je uważać raczej za przeróbkę niż za proste tłu- 
maczenie. 



— 12 — 

W tych pysznych myślach na ryby te patrzy 

I dybie którą najlepiej upatrzy. 

Głupie zaś rybki tam się pozbiegały, 

Wzajem na czaplę dość zbliska patrzaly. 

ByJy okuńki, karaski, szczupaczki, 

Linki, szaranki i żabki i raczki. 

Lecz Pani Czapla wszystkie rybki mija, 

Mówiąc: że chylić po ten drobiazg szyja 

Boli ją: „właśnie po biedne szczupiele, 

Mam ja ponosić fatygi tak wiele?! 

I lin błotnisty niewart mojej pracy; 

Karaski niechaj łowią inne ptacy. 

Oklej i z płocią to dla Matyasza. 

Lepszej potrawy godna gęba nasza* 

Tak długo Czapla, tak z sobą gadała, 

Te co przed nosem były opuszczała, 

Aż też i rybki ztamtąd się umknęły, 

I na głębiznę chybko odpłynęły. 

Czapla już żadnej do łowu nie widzi, 

I swej się głupiej w sobie pychy wstydzi. 

Dobry apetyt tymczasem przystąpił, 

Kiedy onych lyb połów jej ustąpił. 

Nie trzeba widzę w potrawach przebierać, 

Ale co Bóg da to ochotnie zbierać; 

Wtem mizernego połyka ślimaka. — 

Słyszcież: nie jedna z panien bywa taka. 
Jedna to panna (ej nie jedna) była. 
Która zaprawdę tak przymiotów siła 
Miała przyjemnych, cnotę przy urodzie. 
Statek z rozumem wszystko miała w zgodzie, 
Lecz w prezumpcyi była strasznie śmieszna; 
Któraż urodna by nie była pyszna? 
Ta umyśliła mieć za kawalera, 
Którego naprzód bohaterska cera 



— 13 — 

Hożym czyniła, żeby byl i z nosem, 

Z rozumem, zacny, oraz z dobrym trzosem; 

A nie wiedziała owa dziewka mila, 

Że na jednego jest to bardzo silą. 

Odzywają się różni konkurenci, 

Jaki się taki kolo damy kręci. 

Ten przez rodziców pannie czołem bije, 

A ten przez baby swe konkurencyje 

Stroi zaloty, a tego czeczotki, 

Czuby slużyste, tego wiodą ciotki. 

A moja panna jako czapla owa, 

Z sercem się swojem jak z klejnotem chowa 

Kradzionym: ,To ten bardzo na mnie mały, 

Tego się słowa mi nie podobały, , 

Ten mi nie równy w swojem urodzeniu. 

Ten nie jest znaczny w mojem dobrem mieniu 

Fi! jak ten szpetny, ledwo mu nos widać, 

Ten płaskiej twarzy, móglciby się wydać 

On za tablicę; owen tutuń kurzy, 

Bierze tabakę, ten ladaco bzdurzy; 

Owen nie dosyć jest to sążenisty, 

A ten za cienki, czy schorzał na glisty?" 

Zgoła fortuna, tych drugich osoba. 

Żadna się dziewce onej nie podoba; 

Wszystkimi gardzi, wszystkich odprawuje, 

A głupia z sobą sama dyskuruje: 

„Pewnie mniemają, żem męża potrzebna. 

Że pannie długo panną niechwalebna; 

Lecz chwała Bogu mam tyle urody, 

Że i poczekać mogę dość bez szkody 

Nie są tęskliwe jeszcze samej nocy. 

Żebym się przedać miała brzydkiej mocy". 

Tymczasem jeden mija, drugi roczek, 

Uroda spada, marszczki koto oczek 



— 14 — 

Pokazują si^, niewdzięczne te karby. 

Nu moja dziewka do bielidl i farby: 

I to nie wiele w tym nic nie pomoże 

Aż owo śliczne dziewczę te i hoże 

Staje się dużym jak mówią pólbabkiem, 

I zwiędłym kwiatem i zmarszczonem jabłkiem. 

Przecie do mężczyzn chęć w niej nie upada, 

Jużby zj^ardzonych gachów zwabić rada: 

Ale ju^ darmo, trzeba się pospieszyć 

1 nim stł^ stanie babą, się ucieszyć 

Świętem małżeństwem; w takiej tedy bidzie 

Raptem zji tego co się nadal idzie. 

Który byl pólchiop, zadartego nosa, 

Sam j^yzooki, nie miał na łbie włosa; 

Z pyiska mu śmierdzi, jako z 

Długów dostatkiem, substancya mała, 
Garby jak sakwy, ledwo nie parszywy 
Stary do tego i na wąsach siwy. 
Patrzcież panienki i nie przebierajcie 
Jak czaple, — ale co macie, chwytajcie. 



Podagra i pająk. 

Podagra teraz to choroba pańska, 

W bólu wyczwirna, a zawsze pogańska, 

Przedtem tułała się po między chłopy, 

Lecz T\7pędzona jest z pod chłopskiej szopy. 

Zlamtąd wyszedłszy, wygnana narzyka, 

Alić pająka po drodze potyka. 

Czołem wprzód czołem obaj się witają 

I wzajem dokąd? i zkąd? się pytają. 

Podagra mówi: „wiedzieć masz po troszy. 

Żem ja jest córka wszelakiej rozkoszy 



— 15 -^ 

Bachus mnie spłodził, Wenus urodziła, 

Abym swym bólem tym w nogach szkodziła, 

Którzy Wenery nazbyt zażywają, 

I winem często się też upijają. 

Nie uważając jednak mego rodu. 

Wlazłam do chłopa i chałupy smrodu. 

Ledwo mu pocznę parzyć bólem nogi 

Mój chłop wezwawszy darmo w pomoc bogi 

W gnój po kolana wlazł muzyk smrodliwy 

I poty deptał mię owen złośliwy, 

Żem ztamtąd uciec czemprędzej musiała. 

Ztamtąd wędruję jakom powiedziała*. 

Pająk zaś rzecze: „A ja zaś przeciwnie: 

Z cnego pałacu wygnanymem dziwnie. 

Wiesz, jaka moja wyborna robota. 

Jaka do tejże roboty ochota; 

Żadne u ludzi najcieńsze przędziwa, 

Nie* dojdą mojej pajęczyny dziwa. 

Z tym ja towarem popisać się chciałem 

W pańskim pałacu warsztat rozpinałem, 

Ledwo na ukaz memu Jego Mości, 

Dobyłem przędzy ze swoich wnętrzności: 

Alić zuchwały jakiś pokojowy 

Z robotą warsztat potargał gotowy; 

Zmiótł wszystko i mnie wypędził on z domu. 

Chodem jako ty, nie szkodził nikomu. 

Jak ty z chałupy, ja idę z pałacu. 

Obaj nie mamy do mieszkania placu: 

Tobie chałupa, a mnie szkodzą mury. 

Tak są przeciwne nasze awantury". 

A wtym podagra rzecze pająkowi: 

„Radę odmienić podczas człowiekowi 

Dobrze i my też mieniajmy się ładnie: 

Ja się u pana wżdy pożywię snadnie 



— 16 — 

A ty pająku w warsztacie i stroju 
Łatwo u cMopa dostąpisz pokoju*. 
I tak ^lo, i tak dotąd dzieje 
Obuch zamysły wyszły i nadzieje. 
Skoro podagra wżdy ukąsi pana 
W pierzyny wye nogi po kolana 
I pieści się z nią. A pająk gdy robi 
Swe pajęczyny, chłopskie ściany zdobi. 



Osieł. 

Był osiel jeden u pana jednego, 

Ale, co rzadka, rozumu dobrego. 

Osieł jako lis frant, (a to nie bajka), 

Ani się tknęła nigdy go nahajka. 

Pan tego osła solą to handlował, 

I solą osia zwyczajnie ładował. 

Ze wsi zaś swojej, co była uboga, 

E^zez bród i wodę szła do miasta droga, 

I przez tę wodę osła ładownego 

Z solą pan pędził do handlu swojego. 

Raz się mój osieł potknął na pół w wodzie, 

Beczki zanurzył. W tym większej przygodzie 

Aniżeli wstał, sól wszystka spłynęła, 

I zysku tego nadzieja zginęła. 

Osieł powstaje, alić lżej osłowi, 

-Dobrze upadać w wodzie", sobie powi. 

Chociaż wziął kijem, nie dbał nic na plagi, 

Ale gdy przyszło nowe soli wagi 

Nosid przez wodę, znowu się położył 

I ciężar w wodzie rozpłyniony złożył. 

Było to kilka razy, że się w wodzie 

Kładł z solą osieł, w wielkiej pana szkodzie 



— 17 — 

Poznał frantowstwo pan; „domyślny ośle, 
Już. cię, rzeki, z solą więcej ja nie poślę". 
Naładował go wańtuchami z wełną, 
Której na grzbiecie aż nad uszy pełno. 
Osieł mniemając, że się z wełną stanie, 
Go z solą, znawia swoje pokładanie. 
Aleć gdy z wody z swym ciężarem wstaje 
Daleko większy na grzbiecie doznaje, 
Bo się ta wełna tak wody napiła, 
Że franta osła o ziemię zwaliła. 
Osieł na rozum bierze w dobrej radzie 
I już się więcej w tej wodzie nie kładzie. 
— O jakiś mędrszy, ośle przyjacielu 
Nad siła ludzi i nad mędrców wielu; 
Co ich przypadki, ni swoje przykłady 
Do lepszej nigdy nie przywiodą rady. 
Ztąd chłop ów mówił, napiwszy się z rana: 
„Mędrsza kobyła jest od mego Pana, 
Go raz ulgnęła w błocie, aż po szyję. 
Za co ją tylko ja raz kijem biję. 
Zawsze ominie fatalną kałużę. 
A mój pan choć go plagi nieraz duże 
U mojej żony w pociemku potkały. 
Przecie się wTaca w zaloty zuchwały". 



Baba w nowym kożuchu. 

Pomiędzy bajki historye miszać, 
Gdy co lepszego nie trafi się pisać, 
I mnie się godzi. Otóż tedy baba, 
Tak na rozumie, tak na ciele słaba. 
Kożuszek nowy raz sprawiła sobie, 
I nie chodziła w tej nowej ozdobie. 

KStĘflI HUMORU POLSKIEGO. T. fi. 



— 18 — 

At go chowała od wielkiego święta, 

Dopiero była w on czas suknia wzięta. 

Nieszpór iśpiewano na ów czas w kościele, 

(1 na nieszporze ludzi jest nie wiele) 

Tak się Irafito, że zaczęto śpiewać 

Magnilifiit, gdy każdy się dobywać 

Zwykł w Ja\vi.e wstawać. Baba wtedy weliodzi, 

1 głupia sobie te myśli rozwodzi: 

Pewnie dla mego kożucha ci wstają, 

1 mojej nowej sukni honor dają. 

Więc od jedn(łgo (Jo drugiego idzie, 

I niby przy swym tak mówiła wstydzie: 

,1 Siedź Waszeć, tylkoć ten kożuch kosztuje 

Złotych kilkoro\ Każdy się dziwuje, 

Każdy ^[^ śmieje. — Tak będą i z ciebie 

Kiedy nad zamiar będziesz nosił siebie. 



Błazen przedający mądrość. 

Błazen Lo jeden, nie jeden na świecie, 

Ale ten jeden, co był mądry przecie. 

Ten tedy błazen był to z błaznów owych 

Dworskich, chowanych, pańskich i domowych; 

Któremu uszło czy kogo połajał, 

Czy mądrze mówił, czy też głupie bajał. 

Mądrzy się strzegh, głupi z nim biegali. 

Uciecha była gdy co oberwali. 

Temu raz koncept taki w głowę przyszedł, 

Że na uHcę i na rynek wyszedł: 

Wrzeszcząc jak woźny: „słuchajcie Panowie^ 

Oto ja, choć mi źle, jak wiecie, w głowie; 

Mądrość przedaję, a kto nie jest głupi. 

Tanio odemnie za pieniądze kupi**. 



19 



Zbiegli się ludzie, choć go dobrze znali 
Jak na nowo mu się przypatrywali. 
Z nich odważniejszy, a najgłupszy pono, 
Jak na rzecz pewną, już i doświadczoną, 
O mądrość z błaznem pieniędzmi handluje, 
Na kilka groszy swój targ konkhiduje, 
Które skoro wziąJ, wyciął mu policzek, 
Aż się mu ze sto rozświecilo świczek, 
A potym sznurek, na dwa łokcie długi 
Dał błazen, swoje oddawszy usługi. 
Wszyscy w śmiech; ktoby nie śmiał się w rozkoszy 
Że on policzek kupił za trzy groszy. 
Skonfundowany idzie do mędrszego, 
Jako lekcya od błazna owego: 
„Powrózek znaczy, abyś błazna zdała 
Stał, mijał, strzegł się, bo albo ukala, 
Albo uderzy". 

Tak jest nie inaczy, 
Dobrze też o tym mówią i Polacy: 
Nie ciągnij nigdy psa za ogon, bo cie 
Pewnie ukąsi, a Błazen wyszpocie. 







ELŻBIETA DRUZBACKA 



(ur. 1687 t 1760). 



Skargi kilku dam w spólnej kompanii dla jakich racyj 
z mężami swymi żyć nie chc§. 



w pewnym ogrodzie pomiędzy szpalery, 
W czas ranny chodząc szeptałam pacierze, 
Słucham ciekawie, że jakieś afery 
Sekretne mają damy przy kwaterze. 
Siedząc na darnin w figurę kanapy 
Coraz z tabakier zażywają rapy. 

Nadstawiam ucha przez grabiny gęste, 
Liście mnie swoim zasłoniły cieniem 



21 



Widzę Izy z oczu a wzdychania częste 
Uważam i mam litość nad stworzeniem 
Pici mojej, ledwie wraz z niemi nie kwilę, 
Nie wiedząc, że to płaczą krokodyle. 

Pierwsza zaczyna żal do męża prawić: 
Że jak smok siedzi na łańcuchu w domu, 
„Nie dba, bym się czem miała zabawić, 
„Sługi nie pytaj, zagrać nie masz komu, 
„Ani takiego, żeby mnie zrozumiał, 
„W mądrych dyskursach rezonować umiał. 

„Jakże tu mieszkać z takim domatorem, 

„Go tylko* wołom karmnym krzyżów maca, 

„Zboże na targi wyprą wuje worem, 

„Prostych to osób z taką zrzędą praca. 

„Kawy w mym domu nie znajdziesz trzech ziarnek; 

„Piwa mi z serem każe zagrzać garnek". 

Druga głos bierze: ^ach miła sąsiadko! 
„Więcej ja cierpię z moim skąpcem męki; 
„Kaszki na wieczór nagotuje rzadko, 
„Kluczy z za pasa nie da mi do ręki. 
„Muszek, wstęg, szpilek, z marsem kiedy kupi, 
„Jak z nim żyć — kiedy i skąpy i głupi!" 

Od trzeciej skarga zachodzi osoby 
Mówiąc: „fraszka to, godna śmiechu sprawa 
„Mnieby zapłakać, gdy nie znam co roby *), 
„Sejmów nie widzę, nie wiem gdzie Warszawa^ 
„Choćby mi boków naszturgano w ciżbie 
„Byłem raz była w senatorskiej izbie. 

») Stroje. 



i 



^j') 



,Nie wiem co jest bal, iissamble, reduty, 
„Mój mnie jegomość osadził przy kuracli, 
„Paź do ogona ma tatane buty, 
^0 blondy^o^^7c■ll nie ehce garniturach 
„Wiedzieć, źebyni je mieć mogła na modę. 
„Oló^ z Łych racyj z gapiem się rozwiodę*. 

Czwarta ?. westchnieniem rzecze: „ja się cieszę 
„Żem nie ju tylko sama nieszczęśliwa; 
ftMój Bory a nie r-hciał sprawić mi bekiei^ze 
„Takiej, jak teraz modny wiek zażywa: 
„Aksamit ponso, podszyty marmurkiem 
^Po szwach z masyfu bramowano sznurkiem; 

, Sukna mi kupił, miasto aksamitu, 

„Szlamy wytarte z lamuHU sprowadził. 

^Na to u żyda zaciągnął kredytu, 

„Mnie przy galganaeh z szmuklerzem zasadził = 

„Zważcież je^śli nie mam się czem smucić? 

tfZ tak słusznych przyczyn prostaka porzucić \ 

Ostatnia mówi: „jam się w wachlarzyku 
„Pięknym kochała, gdzie miniatura 
„Postać Kupida niby w ołtarzyku 
rt Wstawiła, co mu dać mogła natura; 
-Wszystko wyraźne, w tak subtelnej sztuce 
„Było, a resztę do ialu ukrócę. 

„Mój satyr wziąwszy wachlarz w grube ręce 
,Jak ji^ł wachlować niby kowal miechem, 
„Nie uważając na członki chłopięce, 
„Rozumiał, żt* to z pachołkiem Wojciechem 
«Za pasy chodzi, zlamnł kość słoniow^^; 
,Rura za rurę osądził wołową. 



— 23 — 

^Ja pełna będąc cholery i żalu, 
,, Odjeżdżam z domu porzuciwszy dzieci, 
„Na pożegnaniu powiem mu: brutalu, 
„Już z tobą żyję rok dziesiąty trzeci, 
„Dłużej nie myślę, intencyj nie kryję, 
„Wiedz w jakiej cenie są galanteryje". 

Dłużej nie mogąc słuchać rzeczy podłych, 
Zatulam uszy, a zaciskam zęby, 
Uchodząc od tych pięciu dam rozwiodłych, 
Aby mi słowo nie wypadło z gęby 
Powiedzieć prawdę, że nie masz racyi 
Ni do rozwodu, ni do separacyi. 

Milczałam dotąd, chcąc sekret zachować, 
Dla wstydu, żem też i ja białogłową; 
Odtąd zaczynam mężatki rachować 
Zamiast pięć panien głupich, co je zową 
W Ewangelii, że w lampach nie miały 
Oleju, od drzwi precz odejść musiały. 

Prędzejbym pannom niewiadomym rzeczy 
Błąd darowała, niżeli zamężnym. 
Które gdy stuła ślubem ubezpieczy 
I stan ich węzłem zadziergnie potężnym. 
Pomocą Boga, wraz świętych wezwaniem 
Wolą utwierdzi, iść za swojem zdaniem. 

Jestto żart z Bogiem, z świętymi igraszka 
Ołtarz u nich podobno gdańskiem biórem, 
Przysięgać jawnie, bagatela, fraszka. 
Ufając że są pięknych pereł sznurem 
W zastaw złożonym, wyplatają z węzła: 
Ciało-ć swobodne, lecz dusza uwięzła. 



— 24 — 

Wieiu te niejeilnej w sumieniu za wierci 
Robak, choć go chce umorzyć sposoby: 
^Nie opuszczę cię aż do samej śmierci''. 
Opuszcza snadno dla podlej osoby: 
Przymierze z Stwórcą dla gtworscenia lamie: 
Id/ precz Antoni, żyj ze mną Adamie. 

Jeśli dla racyj wyxej potuieuionych 
Kochane panie szukacie rozwodu. 
Nie miejcie za zle* źe was roz])uszrzonyrh 
W swy^^oli sądzę; polskiemu narodu 
Krzywdę czynicie, k siebie śmiechy, żarty, 
Honor wai^K płacze, ^.e goły, wytarty, 

C/y słuszna? ż.eby Rzym, nuncyaUirę. 
Konsystorz, klóriO niegodziwą sprawą: 
Bńg dobry, ike piorunową chmurę 
Nie ześle, w piekło nie wyprawi nawą. 
Przyjdzie kres, kiedy z życiem was rozwiedzie: 
Bt;dzie wiedziała ka/da dokąd jedzie. 

Żałują wielu, żnliiję też i ja 

Pasterzów naszych zacnych i pobożnych. 

Że się o uszy niewinne obija 

Echo zgorszenifi w muterynch różnych. 

Radzimy zażyć sztuki UUiSsesa: 

Być głuchym, mijać Syren interesa. 



'^ę^k-^f 



25 



II. 



PUNKTA 



dla poprawienia zepsutych obyczajów Polskich, przez pewnego senatora 
polskiego do opisania mnie podane. 



Komplement Polski. 

Adoracja Bogu tylko przynależy, w piśmie Ś. dowód. 
W Polszczę zazwyczaj: ,, Jestem z adoracyą**, — czy chcemy 
zostać bałwochwalcami? 

Złodziejstwo bez wstydu. 

Odmówić człeka, ukraść chłopca bez skrupułu, dopieroż 
psa z deliberacyą w nocy wykraść, jest to galanterya i grzech 
bez wstydu, a przecie wyraźnie przeciwko Bożemu przykaza- 
niu i okazya do prawa, bicia się i najazdów. 

Cysbrecya Polska. 

Podobny temu niedyskretny grzech, polować po cudzych 
polach, choć dziedzic sam myśliwy, nie lubi, żeby mu przed 
nosem zwierza płoszono, prosi i łaje, przecie mu na złość 
pola płukać trzeba w sąsiedztwie. 

Ratunek dam w strachu. 

Wiele jest dam, które ustraszone znienacka, mają szpe- 
tne przysłowia i w śmiech obracają; chociaż to i przeciw wsty- 
dowi stanu ich, i przeciw dobrej manierze. Człek rozumny 
nic nie powinien wymówić, tylko co chce. 



^>6 



Reskrypt 

dla wyżej wyrażone Punkta. 

W Polszczein zrodzona, w Polszczę wychowana, 

W wolnym narodzie mnie też wolność dana, 
f Mięci głos ze i ja na to nie pozwalam, 

Co mi się nie zda, ani tych wychwalam 
Podli ebnein piórenu co złe obyczaje 

Pod płas^^czem maski, wnieśli w na.sze kraje; 
Mowa, styl listu, komplement tak dziki, 

Można go zrównać dziś z Babilończyki. 
Żal bierze kiedy po^^troniie narody 

Z śmiechem krytykę czynią z nowej mody 
Coraz to lekszej i miv to być grzeczny 

Autor? co wniósł w kraj zwyczaj niedorzecmy. 
Nie jestem bocian, lecz gdybym nim była, 

Polskę z zalęgły cli gadów wyczyściła, 
Bojąc się, żeby Bazyliszek w jaju 

Z czasera polskiego nie wy truł rodzaju. 
Poprawiać defekt ziomków, na mnie wiele, 

Raczej pilnować igiełki, kądziele; 
Prosić ^ię godzi, miloiść mus wysili, 

By cudzoziemcy z nas jawnie nie drwili* 

Niech wal ebny obyczaj w oracyach, w pisania listów, 
w komplemencie o ^adoracyi'', który termin samemu tylko na- 
leży Bogu. 

Wielem słyszała mów panegirycznych 

Powinszowania na miejscach publicznych: 
Prawie co słowo, co peryod mija. 

Głęboko za nim brnie „adoracyja" 
Dopiero ;& w listach „adoracyjami**, 

llojnie szafują, jak zborze korcami; 
Ile gdzie komu o interea chodzi, 

Łaszt adoracyi z miarki się urodzi. 



- 27 — 

Czytajmy pismo święte, tam uznamy, 

Że tylko Boga adorować mamy, 
Człowieka uczcić według jego szarży: 

Ten błąd nas kiedyś zawstydzi, oskarży. 
Bo cóż za różność Bóg ma od stworzenia! 

Nowe obudwom czyniąc poniżenia 
Cóż zostawimy Stwórcy z powinności 

Czy posiągamy do jego własności? 
Bać się potrzeba, byśmy nie zarwali 

Ślepoty pogan, co adorowali 
Posąg Wenery, Marsa, Apollina 

Stłukłszy bałwany, aż w nich szczera glina. 

Zły obyczaj złodziejstwo popełnić, nie mieć go za wstyd, 
owszem za obrót i sztuki; a po staremu złodzieja ma tytuł, 
kto co ukradnie. 

Nic mi do tego, ani mi należy, 

Roztrząsać czyje zdobycze z kradzieży. 
Przecież jak Polka na sercu boleję, 

Że w mej Ojczyźnie zacni a złodzieje. 
Odmówić człeka potrzebnego komu, 

Byle wygodę z niego miał w swym domu. 
Lokaja, kuchtę, kucharza, stangryta. 

Bogdaj przepadła takowa wizyta. 
Sąsiad sąsiada nawiedza, a szpiega 

Ma z sobą, który cały dom obiega; 
Już wie, gdzie kogo spotka, będąc frantem 

Z nut pojmie, jak się rozmówić z dyszkantem. 
Gospodarz chłopca z dzieciństwa wyćwiczył. 

Gość mieć takiego dawno sobie życzył; 
Szpieg to potrafi, dukat w rękę wsadzi, 

Pod chłopca w nocy konia podprowadzi. 
Sztuka psa ukraść, wyżła czy ogara, 

Charta, brytana, wszakże to psia para; 



— 28 — 

Ale nim kradniesz, pomyśl eo kosztuje 

Pies pana lej^o, co go wychowuje. 
Pomyśl, ie on ma gust w psiarni dowodnej, 

Myślistwo dobre nie zna kuchnie głodnej: 
Pomyśl jaką złość czynisz myśliwemu; 

Coć jest nie miło nie czyiiże bliźnieniu. 
Wszelka rzecz, która bierze się ukradkiem, 

Złodziejstwem trąei czy sztueznem. czy gladkiem; 
Grzech z rozmyśleniem karanie pociąga 

Wstyd być w regestrze, kto po cudze siąga; 
W jednym gatunku chodzą dwa liumory; 

pJeden co ludzkie nawiedza komory, 
Drugim taż sama łakomstwa chęć włada, 

Tak się do spichrza, jak ilo psiarni wkrada. 
Ci to być muszą do kradzieiiy snadni. 

Którzy praw Hożych znać nie chcą: nie kradnij, 
Uniwersahiie tego zakazano, 

By żadnej rzeczy cudzej nie żądano. 
Ztąd prawo, kłótnia, najazd, pojedynek: 

Zważ wiele szkodzi jeden zly uczynek? 
Boga rozgniewać, przyjaciela stracić. 

Rzecz źle nabyła nie może zbogarić. 

Zty obyczaj i pełen niedyskrecyi w Polszczę po cudzych 
źle dziedzicznycli polować polach, zwłaszcza w granicach lego, 
który sam myśliwy. 

I to się nazwać grzeczność nie może. 

Kogo niyśliwi^kie prowadzą pOfh'óże 
Na cudze pola, w bór, knieje, pi"zesmyki: 

Manowcem jeżdżąc, zjechał z pohtyki. 
Pan włości swoich z koszteni chowa złaj*e. 

Hydąc myśliwym i prosi i łaje, 
Żeby przynajmniej nie pod jego nosem, 

Psa goniącego zwierz^a słyszał glof^t^m. 



/ 



— 29 — 

Zważ samą słuszność miJy Akteonie, 

Jakbyś go przyjął, ktoby w twojej stronie 
PlondrowaJ lasy, trąbił blisko uszu: 

Podniósłbyś rogów w pysznym geniuszu. 
Tak dziedzicowi serce się rozpuka, 

Kiedy przychodzień w gruntach jego szuka, 
Jakby co zgubił, posponując panem. 

Tłucze zwierzynę objętą parkanem. 
Jabym radziła, kogo chęć gorąca 

Myśliwym czyni, szczwać sarnę, zająca. 
Na swych zagonach. Niech się każdy cieszy 

Swoją własnością, a tak nikt nie zgrzeszy. 

Zły obyczaj w Polszczę, kiedy najzacniejsza dama prze- 
ląkłszy się czego, szpetne ma przysłowie, które jej stan, mo- 
destyą i manierę szpeci. 

Już od lat wielu moda do nas wpadła 

Że damy nowe mają abecadła, 
Których jeśU się od dzieciństwa uczą, 

Wstyd przyzwoity z swoją szkodą bruczą. 
I jam się kiedyś uczyła a, b, c. 

Lecz nie pamiętam, żeby tak dalece, 
Z reguł, zwyczaju odstępować miała, 

Wprzód h niźli a w początkach czytała. 
W tym wieku insza alfabetu szkoła, 

Damę mysz strwoży, ona: h zawoła; 
Cóż za ratunek ma być w tej literze, 

Chyba policzek dać dobrej manierze. 
Proszę was damy, porzućcież przysłowie 

Co jest ohydą każdej białogłowie; 
Mnie aż pod serce podpierają kolki 

Gdy szpetne rzeczy w ustach noszą Polki. 



MONITOR 

WARSZAWSKI 



N A 



91. % 1765. 

Liabę LXXVIII. 
polarkufzo>>/ych Kanek 
w fobie 

ZAWIERAI^CY. 



Vi/£iU lufltttam MO NIT I, mc Urn* 

nile Dwoi. 

w WARSZAWIE 
W Drukarni Milzłcrowfkiey. 

Pierwszy numer Munitora wyszedł „za pozwoleniem Star- 
szych w Warszawie w Drukarni Mitzlerowskiej roku 1765 
dnia 23 marca*, Niijner ten był rodzajem jwrzednjowy, wstępu. 
Wyduw<:;i jego ks. Franciszek Bohomolec zapowiadał; „osięgnąć 
zechcf^* w biegu pisma lej^o, nietylko co polepszenia ińi^ Rzi|- 
dów i natury onycli tykać może, ale cokolwiek czerpając 
w źródłach moralności, nauk, obyczajności, weseląc oświecać 
i Ił ni y słom do rozszerzania się pole dać może**. 

1 dotrzymał ks. Bohomolec słowa. Przez lat 19 Monitor 
, rozum weseląc oj^wiecal", aż zgasł ze śmiercią swego zało- 
życiela {ks. Bohomolec zmarł 23 marca 1784 r, w 19-stą 
rocznicę wyjścia pierwszego Nru Monitoruj. Zgasł, ale pozo- 
stsd w literaturze jako jeden z najciekawszych jej pomników 
z epoki stanisławowskiej. Ze czcią przegląda sił^* dziś jego 



— 31 — 

karty, z niezwyklem zadowoleniem widzi się ile rozumu i zdro- 
wego rozsądku, ile miłości dobra powszechnego było w tych 
głowach i sercach, których Monitor był reprezentantem. 

Nie było prawie jednej „materyi**, którejby Monitor nie 
poruszył Chłostał każdą wadę narodową i obyczajową. Ro- 
zumnie radził w sprawach politycznych i ustroju społecznego. 
Nie uchodził jego uwagi handel i przemysł, podnosił głos za 
miastami i mieszczanami, — w obronie ludu stawał z całym 
zapałem, stawiał projekt oczynszowania poddanych. Możnaby 
z niego wybrać po całym tomie rzeczy poświęconych spra- 
wom sądownictwa, wychowania, szkolnictwa i literatury. 
A we wszystkiem prawie był tak szczerze rozumny i po- 
stępowy, że jeszcze dzisiaj politykom, statystom, publicy- 
stom, pedagogom naszym, za niejedną jego złotą radą iśćby 
należało. Nie ulega też wątpliwości, że przygotowywał on 
świetnie grunt pod reformę, której wyrazem była ustawa 1791 r. 

Ztąd znaczenie Monitora wielorakie. Ma on prawo mieć 
kartę nietylko w historyi piśmiennictwa, ale i w dziejach na- 
rodowych. Jako zaś źródło do historyi obyczajów jest wprost 
nieoceniony. I słusznie też już po roku wydawnictwa mógł 
ks. Bohom olec położyć z tyłu karty tytułowej (której podo- 
biznę dajemy) czterowiersz: 

Narodowi zostawić swemu bardziej drogi 
Depozyt nie mógł nad te Monitor przestrogi. 
Nie zazdrości swych skarbów, owszem ta jest czysta 
Myśl jego: niech z nich Polski czytelnik korzysta. 

Monitor wychodził z początku co tydzień i kosztował 
„pół Szostaka*. Ale już po wyjściu sześciu numerów zawia- 
damiał wydawca, że „Monitor dwa razy w tydzień wychodzić 
będzie we śrzodę y w Niedzielę**. Każdy numer składał się 
z 4 kartek w formacie nieco większym niż dzisiejsza 16-ka. 
Rodzaj druku stosował się do rozmiarów rękopisu: jeżeli 
zwykły druk nie mógł objąć całości manuskryptu, to koniec 



B2 



artykułu składano pismem drobnem (petitem), jeżeli zaś rękopis 
hyl szczupłych ro:?miarów, to czcionki dawano wielkie (cicero). 
Zazwyczaj każdy numer był dla siebie skończonii catością^ 
ale jeżeli tego ważność „materyi*" wymagała, to było jej po- 
święconych kilka numerów z rzędu. Tak np* „materya* 
o poddaństwie ludu powtarza się kilka razy. a ^v samem 
L pólroczn 17G7 poświęcono jej sześć numerów. 

3f(nfiłor każdą sprawę przedstawia! jasno, prosto, języ- 
kiem dobrj^m i rzystym, bez gonitwy za ozdobami stylo wemi. 
UJŁywal często satyry, nieraz traktował rzecz z prawdziwie 
fejletoTiowem zacięciem. Lubił formę listów: ktoś niby do 
niego pisał a on odpowiadał. Takimi korespondentami jego 
byli: Śmialecki, Rzetelnicki, Politycznicki, Próżniakowski. Wod- 
nicki, Antulewicz. Łykaczewski itd. Czasem w braku na razie 
^maleryi'' do omówienia, podawał ilfoni^or przekład jakiej satyry 
Horacego^ wiersza Popego, wyjątek z „ Emila ** Rousseau^a itp. 

Prócz tego miał ks. Bohomolec wspóljiracowników, do 
których między iimymi zaliczał się Ignacy Kra?^icki» a nawet 
rodzaj stałego komitetu redakcyjnego, o czeni parokrotnie 
wspomina w samym Monitorze i w komedyi swojej, noszącej 
ten sara tytuł, napisanej w r. 1767 w odpowiedzi na czy- 
nione Moiniorofri zarzuty. 

Ten przydfiigi może wstęp do wyjątków z Momiura 
uważani za otłdłinie hołdu jego pamięci. Fotiaję wyjątki 
tylko z jego Ul pierwszych, kiedy to Monitor po wielkiej przer- 
wie, reprezentował, można powiedzieć, sam jeden naszą satyrę. 
W kilka lat później nastąpił jej niebywały rozkwit. 

Wyjmuję naturalnie z Monitora nie ustępy najlepsze, lecz 
te, które z treści swojej i formy do „Ksiąg humoru" się nadają. 

A'. B. 



33 



WYJĄTKI Z MONITORA. 



List próżniaka do Monitora. 

Wybacz uczony Monitorze, że twoje uwagi pod liczbą 
trzecią, próżnowanie potępiającą, znajduję na zbyt rażące 
i ostre, bo tę spokojną namiętność nikomu niezawinioną po- 
pędliwie piorunują i gromią. Jestem teraz próżnowania hol- 
downik, winienem mu moją obronę, spodziewam się, iż na 
Polskim świecie wielu znajdę współpomocników tymże samym 
tchnących żywiołem, którzy wymierzać się będą wdzięcznością 
i ten gatunek życia w którym żyją, kiedy jest tak swobodny, 
zastępować nie omieszkają. Nie rozumiej, żebym był tak za- 
cięty z przyrodzenia próżniak, iż niepoznawszy innych zabaw 
treści, samem tylko przesądzaniem przywiązanie moje do 
próżnowania niecę. 

Byłem przedtem usilny we wszystkich zabiegach stai-o- 
wnik i przyzwoitą każdej porze wieku bawiłem się żądzą. 
Poranek życia na tych miłych pędziłem rozkoszach, które 
żywa młodość nieustannym zaprawiając smakiem, trwałą 
zawsze być sądzi słodyczą. 

Umiałem zażyć godzin w pierwszej wiośnie 
Słuchając zawsze pobudek mej weny, 

Raz się na zwierza skradałem przy sośnie, 
Drugi raz dzikość głaskałem Klimeny 

Lecz tę postrzegłem korzyść na ostatek, 

W polu plusk, słotę, w niewieście niestatek 

I tak stroskany w rodzaju życia młodego, dojrzałością 
umysłu okrzepiony, w tych mniemanych ponętach tyle po- 
znawszy piołunu, inaczej żyć umyśliłem. Wziąłem przed sie- 

Ktieai HUMORU KlIKfESO. T. II. '^ 



- 84 — 

bie drogę trudną, bo drogę chwały. Wiek mój do południa 
dążący, te poważne dawał mi natchnienia; użyłem wiele tru- 
dów i pracy, w pocie czoła mierzące do zasług przebywając 
stopnie i to skołatane życie mimo przyzwoitych zdrowiu ludz- 
kiemu wygód, w ostatnim pędziłem odmęcie, oczywiste nie- 
snaski mniemaną przyszłych rzeczy słodziłem ponętą, przed 
sobą samym widoczną utajałem gorycz, w nadziejną odziewa- 
jąc ją sukienkę, abym tym wynalazkiem właściwe omamiał 
oczy i do wytrzymania jej znośniejszą uczynił. Żyłem drugim, 
sobiem umierał, bo mniemanej fortuny przybytkiem rzeczywi- 
stej wycieńczałem dochody i to co miało być, to co było, nad- 
wątliło, snu egipskiego podobieństwo, żywy na dochodach 
moich wycisnęło wizerunek, bo nie popasione nadzieją, tylko 
tuczące się woły, moje istotnie tłuste potrawiły. 

To prawda (jeśli miłość własna niepochlebne daje mi 
poszepty) że ta cierniowa droga, do rzetelnych doprowadziła 
mię zasług, bo na tylu wysadzony będąc obrządkach, ogólno 
zawierających usługi, sprawować je z usilną nie leniłem się 
dokładnością. Cóż ztąd! choć zasłużonym zostałem, kiedy 
szczęśHwym nie jestem. Jest to być męczennikiem a bez palmy. 
Zasługi są w mocy ludzkiej, szczęście w losie przeznaczenia, 
tych można pracowitością nabyć, z szczęściem rodzić się po- 
trzeba. 

Na cóż się zdały te liczne kłopoty? 

Które do zasług droga sprawowała, 
Wszak próżne były znoje, trudy, poty 

Kiedy fortuna matką być nie chciała. 
Doczekałem się mówiąc w szczerym słowie 

W szkatule nędzy, a srebra na głowie. 

Więc kiedy i na tej walnej drodze żadnego nie użyłem 
szczęścia, a postrzegłem życie moje do onej palącej się świecy 
podobne, co z jaśnienia swego trawić i niszczyć się musi, sko- 
piwszy nadwyrężonej fortuny mojej ułomki, słodkie sobi 



— 36 — 

obrałem próżnowanie i w domowych województwa mego za- 
grzebawszy się cieniacli, nic nie robiąc, nie tęskniąc próżnuję. 
A że każdy żywota swego powinien bronić jestestwa, oświad- 
czam się przed całym narodem, że próżnowaniu, w którem 
żyję, tak tkliwą publicznem pismem cierpiącemu urazę, po- 
winna z siebie podporę obmyśleć ośmieliłem się. 

Miało tam kiedyś głupstwo u Erazma swoje ołtarze, 
choć z przyrodzenia jest szalone, a za cóż ja próżnowaniu, 
w istocie cichość i spokojność zawierającemu, winnego nie 
mam palić kadzidła? Nie jest to dzieło tak pospolite i owszem 
jak z niewinności pochodzące, tak w raju samym swego ple- 
mienia pierwsze umieszcza latorośli. 

Bo tam początek ma swojej istności, 

Jestestwa swego ma dowody stare, 

Jest w upominku dane niewinności. 

Praca na ziemi zrodzona za karę, 

Toć uważając tych dwóch plemień porę, 

Wszakże ród rajski mieć powinien górę. 

I za cóż tak święte dziecię, słodkiej spokojności ukar- 
mione mlekiem, nikomu przykrych nie przynoszące chwili, ma 
swoich prześladowców? Nic nie jest na tym świecie bez ciernia 
i jasne słońce ma chmury, kiedy niewinne próżnowanie na 
tak krzyczącą przychodzi ohydę. Ach! jak ludzki naród byłby 
szczęśliwy, gdyby była Ewa z założonymi rękoma po raju 
chodziła i nie wyciągała ich po owoc zakazany, nie znałby 
był padołu płaczu; za cóż ta matka nie próżnowała? jej ro- 
bótka nas zgubiła. Musi to być przecie próżnowanie rzeczą 
chwalną i znakomitą, kiedy je sam Pan zastępów (który spra- 
wiedliwy wszystkim czynom wydziela wymiar) tak mocną na- 
pełnia godnością, bo w dniach chwale swojej poświęconych 
umieszczać je raczy, a robotę jako podłego gatunku dzieło 
wyłącza i oddala. Że tedy to próżnowanie jest rzeczą tak 
godną i zacną, słusznie tedy swoich znajduje wielbicielów , 



— 36 — 

wszak łatwy do niego przystęp, prędkie przywiązanie, żadną 
przykrością nie odstrasza, do pojęcia snadne i w każdym ra- 
zie holdowników swoich raduje i cieszy. 

I ten co dzień, noc, na myślistwie trawi, 

Szczerze się cieszy kiedy go to bawi, 
Kartownik grając wszystkie życia chwile, 

Sobie jest dobry, sobie sprzyja mile. 
Żadna odmiana nie wzruszy go świata. 

Drgnie, gdy mu piątka przegra trzyrogata 
I czołem straszy, w które zmarszczki zbiera 

Więcej niż Jowisz brwiami u Homera. 
I ten co łyka, to wiele przenika 

Bo z doświadczenia zdanie Kopernika 
Nad Ptolomea prawdziwsze być maca, 

Gdy czuje, że się ziemia z nim obraca 
Więc tych daremnie Monitor winuje. 

Bo każdy próżniak z pożytkiem próżnuje. 

Że zaś najwięcej tych prześladowanie ściga, co od wszyst- 
kich oddaleni namiętności, nie znają do niczego przywiązania, 
ach! przebóg! gwałt cierpi niewinność. Wszak to jest anielska 
natura, święte to próżnowanie, które umarza chuci i trwałą 
nieci spokojność. 

Takowy posąg ma treść dobrej duszy. 

Co jest ruszany, on przecie nie ruszy. 

Lutnia jest drewnem, tkliwa kto ją męczy, 
Bo jak ją dotkniesz, to zaraz zabrzęczy; 

A próżnowanie choć go potwarz łechce, 

Ścierpi to wszystko i bronić się nie chce 

To jest obrazem skromności; ci się błogosławią cf 

pią prześladowanie, — próżnowanie jest w tym stopniu, v. :- 

kie pioruny cierpliwie znosić umie. A potym nic się no . o 

na tym najlepszym nie dzieje świecie, biada jest oH- u 



— 37 — 

między szczerych mieszać się rodaków. W niebie nie będzie 
roboty, tam próżnowanie ma wyznaczone miejsce, dlatego na 
ziemi tak straszne na siebie sprowadza okrzyki; rzeczą jest 
Niebieską, ziemia go cierpieć nie może. Góżkolwiekbądź ja 
go bronić nie przestanę, bo mi milo łatwych jego zażywać 
rozkoszy. Kto czerpa wodę, źródło zawsze uwieńczać powi- 
nien. Więc uczony Monitorze przyjmiesz wyznanie moje za 
szczere, żem jest tak twoim jako i spokojnego próżnowania 
prawdziwym uwielbicielem. 

Próżniak nie tęskniący m. pp. 
(R. 1765. Nr. XII). 



O zabobonach. 

Zaproszony na obiad do dobrego przyjaciela, zastaję 
dom cały w zamieszaniu; pytam się o przyczynę, powiadają 
mi do ucha: śniło się Imci, że jej ząb wypadł. Ledwom się 
z śmiechu strzymał na taką powieść, nie chcąc jednak roz- 
gniewać gospodarstwo, jakem mógł takem się ułożył, żebym 
się pokazał uczestnikiem frasunku powszechnego. Wchodzi 
Jej Mość, jak mnie tylko obaczyła w czarnej sukni w krzyk 
zawoła: „wszakem mówiła, że nas jakieś nieszczęście czeka". 
Siadamy do stołu, zaczyna gospodarz: że w poniedziałek syna 
do szkół odwiezie. „Ach! uchowaj Boże! odezwie się sama, 
ezyżeś zapomniał mężu, że to dzień Młodziankowy". Siedzę 
tak na szpilkach z moją czarną suknią; proszą mnie o po- 
danie potrawy, porwałem się prędko i wywróciłem solniczkę; 
jęknęła na to Imć. i już ledwie przy zmysłach zostając, do 
nr rzecze: „Pamiętasz moje serce tak dwa roki w wigilią 
ś^ Bartłomieja nasz sąsiad także był sól rozsypał, tego sa- 
lE dnia odebraliśmy wiadomość że szarańcza na Podolu, 

a tem we dwie niedziele gumno zapalił piorun. Nieboszczyk 
nj ***ry] na dwa dni właśnie praed śmiercią solniczkę wy- 
w m zaraz mówiła, że umrze i tak się stało; Panie ucho- 



— 38 — 

waj nas od tego, ale wszystko mi się widzi, że będziemy 
płakać niezadługo". Wśród tak fatalnych proroctw ledwom 
wysiedział, ile że miarkowałem, że Jej Mość na mnie pa- 
trzała krzywem okiem, a Imć dogadzając Jej Mości zaczynał 
się krzywić, wymkni^łem się bez pożegnania z tak fatalnego 
domu, pełen politowania nad słabością umysłu żony i szko- 
dliwem męża pobłażaniem. 

(R. 1765. Nr. XVI). 



Wyjątek z ^,opisania Polski przez Chińczyka^^ 

Chlorindzie przynoszą kawę do łóżka i to dopiero 

o dziesiątej godzinie, toż wstaje mając wedle siebie dwie 
dziewczyny pokojowe i siedzi aż do godziny pierwszej przy 
zwierciadle lub gotowalni. Po obiedzie gra do godziny pią- 
tej, albo też jedzie w nawiedziny, lub one przyjmuje, ku wie- 
czorowi udaje się na operę lub komedyą, nie żeby się czego 
nauczyła, albo żeby po utrudzeniu gospodarskiem rozrywkę 
sobie godziwą uczyniła, ale żeby się z wszystkim strojem 
popisała. Powróciwszy do domu pyta się dziewki wiele na 
jutro pieniędzy na wydatki potrzebuje i — te sługa sama z szka- 
tuły weźmie. Napotym posili się, rozebrać się każe i po pół- 
nocy idzie do spoczynku, przed którym naprzód mężowi pilnie 
zaleci, aby nazajutrz to a to dla niej z sklepów przynieść ka- 
zał. Do dziatek swych małych ledwie raz w tydzień zajrzy^ 
gdyż krzyku dziecinnego znieść nie może, tymczasem dziatki 
pospolicie najgorzej wtenczas krzyczą, gdy ona do izby ich 
wnidzie, przeto, że matki nie znają. 

Gdym raz w pewnem posiedzeniu słyszał, wielu ' ^ ń 

już pioruny, już biesa, jeżeliby to nie prawda była co m-" ą, 
wywołują (zowią to oni przysięgą) myślałem sobie, że t ri 
ludzie jedni drugich za oszustów mieć muszą, iż im ni( i-: 
czej aż za przysięgą wierzą i utwierdziłem się w tem " m.; 
ruzumieniu, gdy powiadano, że jeden drugiemu nic >»3 



39 



życzy póki przysięgi od niego na piśmie nie otrzyma, ba na- 
wet u sądu tylko wtenczas komu wierzą, gdy przysięże; temu 
zaiste wierzyć mi się nie chciało co dodawano, iż i tak jeszcze 
wielu krzywo przysięga, bo tego pojąć nie mogę, aby się kto 
na tak straszliwą szkaradę miał odważyć. 

Pewnego czasu widziałem rzecz bardzo dziwną: pewny 
zacny człowiek wziął znaczną przed drugim leżącą kupę złota, 
na co patrząc ukrzywdzony ledwo nie rozpaczał. Rozumiałem, 
iż się kto z przytomnych jego ujmie, ale gdy widziałem, że 
nie tyło temu co brał, nikt nie bronił, owszem wszyscy z tego 
się śmieli, mówiąc mi, że to są pieniądze przegrane, pomy- 
ślilem sobie, iż to musi być u nich godziwy sposób zdzierania, 
€0 oni grą zowią. 

Nie przestają Polacy na tem, co się w kraju znajduje 
i co ziemia przynosi, ale kto między nimi chce uchodzić za 
uczonego, zarzuca swój ojczysty język, a bełkoce coś językiem 
obcym. Że sami dziatkom swym dobrego wychowania dać 
. hie umieją, albo nie chcą, posyłają je z wielkim kosztem do 
Paryża, zkąd wielu i z ciężką chorobą i z nadruszoną powraca 
głową. Im zacniejszy kto jest między nimi, tem bardziej mu 
potrawy nie smakują, kiedy od kucharza Francuza nie są zgo- 
towane. Niewiasty zaś rozumieją, iż przystojnie ubrane być 
nie mogą, jeśli wzoru strojów z Paryża nie sprowadzą. Okła- 
dają twaiT: niejakiemiś plastrami, a za znaczne pieniądze' ja- 
kieś białe pajęczyny zdaleka sprowadzają, które koronkami 
zowią- To przędziwo i jakieś cudzoziemskie kamyczki, które 
krom blasku nic osobliwszego nie mają, za największą białych 
głów ozdobę za mego bycia uznane były. Czasem postrze- 
ga 1 niektóre śród zimy z odkrytemi piersiami, a ręce w ja- 
ki pokrowcu futrzanym ti^zymające. Które z nich chcą 
■ si zięczyć, ściskają się tak mocno w stanie, że prawie jak 
[ w przecięte robaki wyglądają, do tego zaś zażywają jakie- 
^ 'zędzia, zdrowiu mojem zdaniem wielce szkodliwego, 
•kt iirówką zowią. W mężczyznach to mi się dziwno 



— 40 — 

zdało iż oręże przypasują, aby wdzięcznymi byli. Przypasują 
do lewego boku, choćby tyło i kilka kroków z domu iść 
mieli, jakieś krzywe żelazne długie noże, które szablą nazy- 
wają i ten dziki obyczaj bardzo już dawno powiedają u nich 
jest w używaniu, tak iż tego za szlachcica nie znają, kto ta- 
kiego żelaza u boku nie nosi. Wiem, iż najsławniejsze na- 
rody Rzymianie i Grekowie, nigdy krom wojny oręża nie 
używali, przeto zrazu mniemałem, iż Polacy dlatego noże te 
długie noszą, aby gdy który przeciwnika swego potka, nos 
mu i uszy obciął, zwłaszcza gdy mu kto jakieś słowo ze 
czterech liter składające się powiedział, ale mi powiedano, 
że to tyło jest przewrotny już z dawna wprowadzony zwyczaj. 

Umiejętności i wynalazki dowcipu ludzkiego jeszcze 
w Polszczę nie wielki wzrost wzięły. Znajdują się dowcipni 
i uczeni ludzie, ale ich mniej jest niż potrzeba. To osobliwsza 
iż między panami i majętniejszymi z szlachty więcej jest ludzi 
uczonych, niż między uboższą szlachta, która prawie wszystka 
tak jest nieuczona i prosta, iż mieszczanie po miastach pos- 
policie są przetartsi niż oni. 

Zacząłem się zatem w polskich dziejach rozpatrywać 

i one z pilnością czytać, przytem zaś starałem się jak najusil- 
niej rząd wewnętrzny i prawa gruntowne zrozumieć, co mi 
bardzo łatwo było, gdyż w Polszczę nic nie jest tajemnego, 
wszyscy o wszystkiem wiedzą, owszem najwalniejsze rady na 
Sejmach tak się otworzyście odprawują, że i hajducy i lokaje 
(rodzaj to jest sług niższych) słyszeć owe mogą, czemum się 
ja nie pomału dziwił. Postrzegłem też, że prawa acz nie ze 
wszystkiem porządnie, ani też dość jasno są pisane, ku dobru 
jednak pospoHtemu wszystkie zmierzają, lecz gdym si 
nowi własnemu wewnętrznie przypatrywał, a zacho. 
praw z onych zamierzeniem porównywał, ujrzałem, że ca 
opak dzieje. Polska jest w tak nędznym stanie jak 
państwo w Europie; nie ma bowiem ani woj.ska p f 
obszernośoi kraju, ani skarbu na utrzymanie onegoż, ^^ 



- 41 - 

niędzy własnych, a te które kurręcyą mają przez niedozór 
przdożonych w najgorszym są gatunku i dla niegodziwego 
niektórych zysku kraj ubożą. Rolnictwo, czyli wyrabianie 
ziemi nie takie, jakieby być mogło, handle jej nie wiele warte 
a bardziej szkodliwe niż pożyteczne. Kunsztmistrzów i rze- 
mieślników po miastach mało, umiejętności i nauki jeszcze 
nie są w cenie, nadewszystko zaś schodzi w kraju na miesz- 
kańcach. 

Tego gdym przyczyny dochodził, nie długom pracował, 
bom wkrótce na źródło trafił, z którego wszystko złe wy- 
irfywa. To źródło nie inne jest, jeno samaż rozwięzła i wy- 
uzdana wolność, o której łubom tak w Polszczę jako też po 
innych krajach wiele słyszał, przecież coby ona właściwie była 
nie wprzód zrozumiałem, aż opisanie onej w samych pismach 
Polaków wyczytałem. Prawda iż wolność istotna itd. 

(R. 17f55. Nr. LVIII -LX). 

O pijaństwie. 

M. Panie Monitor! Przedsięwziąłem miałkiem mojem zda- 
niem usprawiedliwić W. M. Panu tych, których ogólnie pija- 
kami nazywasz. Zdałoby mi się, iżby potrzeba uczynić różnicę 
między zataczającym się po drodze, lub leżącym w błocie bez 
zmysłów pijanicą, a tym, który z dobrym przyjacielem in cha- 
ritate non ficta czasem też sobie podochoci. Zastraszyłeś W. 
M. P. tak dalece całą tutejszą okolicę, iż imieniny żony mojej 
ledwo nie .spełzły. Siedzieliśmy u stołu jak na stypie; poga- 
dawszy trochę o naszych stajniach i psiarniach, tak nam na 
k -^ dyskursu brakło, iż dobry nasz staruszek ksiądz ple- 
b .izanie swoje poAvtai*zać zaczął i uśpił wszystkich co do 
j< ,go. Zważ sam W. M. Pan co się nam działo, kiedy on 
sl ''jzył a my się ocknęli. Za przeproszeniem W. M. Pana 
E odzieją musiałem rad nie rad przynieść mój ulubiony 
t ^^- ^aprzód zgodziliśmy się wszyscy na to, aby wypić za 



- 42 — 

zdrowie Monitora. Ach Mości Dobrodzieju, gdybyś tam byt, 
dopierobyś zobaczył jak w nas duch wstąpił; dyskursa się za- 
częły; ci którzy się ledwo znali przed pierwszą koleją, po tne- 
ciej poprzysięgli sobie wieczną przyjaźń, ja na to patrząc, ażem 
zapłakał z radości. Prawda, że dwóch z naszej kompanii zwa- 
dziło się ku wieczorowi i jeden drugiemu pysk wyciął, ale 
gdyby byli trzeźwi, zapewneby się byli pozabijali. Nazajutn 
bolała mnie głowa niezmiernie, ale to podobno winien był 
temu dzień pochmurny, niech wreszcie tam będzie co chce, 
a W. M. Pan bądź na nas łaskaw. 

Pamiętam niedawno i na kazaniu słyszałem, że vinum 
bonum laetifi^ał cor hominis, — ile możności ja staram się, żeby 
u mnie dobre bywało i tylko bym chciał sobie podweselić, 
a przypadkiem się chyba upiję. Zważ W. M. P. Dóbr. i lo 
jeszcze, iż jak zapamiętam w sąsiedztwie naszem żaden kom- 
promis bez kielicha się nie skończył, znać że wino do zgody do- 
bre. Byłem sekundantem na dwóch pojedynkach i tara wino 
moje lepiej od ładunków Ichmościów adwersarzów uspokoiło. 
Proszę zatem W. M. Pana Dobrodzieja pozwól nam się ucie- 
szyć cokolwiek, przecież to i ojcowie nasi dobrze pijali, a pocz- 
ciwie służyli Ojczyźnie. Jeżeli zaś łaska mego kochanego 
Dobrodzieja nastąpi, oddawca listu domek mój opowie, w któ- 
rym otwartem sercem oczekuję bytności jego z Wysokiem zo- 
stając poważaniem. 

AnUihwicz V- 
(R. 1766. Nr. XIX.). 



Crugi list w tejże materyi. 

M. Panie Monitor. Rozumiałem, że tak istotna mię< 
janym a pijakiem różnica, jaką pokazał w liście swo^" 
W. M. Pana pisanym Jmć. Pan Antalewicz, mój wielk' 

') Nastęi»uja uwa^M Monitora. 



r 



~ 43 — 



jaciel, skłoni go do łaskawszych sentymentów na nas za przy- 
czyną pijących, aliści położone na końcu uwagi jakby mnie 
z nóg ścięły, widząc W. M. Pana jednakowo przeciw wszel- 
kiemu rodzajowi pijaństwa surowego. 

Gdy mi równie jest ciężko tak z dobrem winem jak 
i z W. M. Pana szacownemi rozstać się naukami, przedsię- 
wziąłem jeszcze tentować łaski jego, następującemi uwagami. 

Żebyśmy się mogli zaszczycić cnotą wstrzemięźliwości, 
Irzeba nam nieraz nie czasem ale zawsze zachować pomiar- 
kowanie w napoju; żebyśmy też przyszli na obelgę pijanicy, 
mało jest czasem się upić, bo tak cnoty jako i występki wten- 
czas w rodzaju swoim doskonałe, kiedy nie trefunkowe, ale 
zwyczajne. 

Od Noego Patryarchy do najpóźniejszej daty świeżego 
teraźniejszych czasów pijaka, wyliczyłbym W. M. Panu milion 
ludzi godnych, z których wysokiej sławy aż do wieku naszego 
zaniesionej bynajmniej nie ukrzywdziła ta (jak ją W. M. Pan 
zowiesz) przywara. Ale dosyć mi wspomnieć jednego Katona: 
narrałur rf' prisci Całonis rirtus alk/iutndo całuisse mero; qnare 
si quis Catoni ehrietateni óbiecerit, facilius cfficieł hoc mmcn 
honesium, quam turpeni Catmiem. A za cóż my ludzie dobrzy, 
od surowości dawnych filozofów dalecy, mamy się Tconde- 
mnować, że sobie czasem przyjaciel z przyjacielem podochoci, 
kiedy to i najgodniejszym osobom uchodziło. Nie przeczę 
W. M. Panu, że wstrzemięźliwość jest wysoką cnotą, tylko 
na to pozwolić nie mogę, żeby się bez niej nikt nie mógł 
zwać poczciwym człowiekiem. 

Znamy wielu po pijanemu szczerych, miłosiernych, po- 
bf ^ — 1^^ uniżonych, zgoła niezliczonych cnót pełnych, bo źró- 
dl 3 wszystkiego nie z wina, ale z ich szczęśliwej natury 

pi będą zaś we wszystkiem przeciwni, jeżeli są z złych 

sl . namiętności, pijaństwo bowiem nie rodzi, ale zrodzone 
ze ra wyrzuca na wierzch defekta; może się zdać przynaj- 

ID ■ 'sposób poznawania hypokrytów. 



44 



n 



Że Mahomet będąc podległy epilepsji, wina pić nie 
mógł, dla tego podobno przez zazdrość zakazał go uczniom 
i naśladowcom swoim, lecz my mamy lepszego prawodawcę 
który napisał: 

Vina bibant homines^ animaiia caetera fofites, 

O zwierza pijanego dla tego trudno, bo wino nie leje 
się po strugach tak jak woda, będąc ku używaniu dla samego 
tylko człowieka sporządzone. 

Miałem już kończyć, kiedy przyszedłszy do mnie stary 
pan winiarz, tak utyskiwał: Ah! Mci Panie cóż się to z nami 
ubogimi szynkarzami dziać będzie ;^słyszę wysria z Warszawy 
jakaś inhibicya, żeby wina i wszelkich gorących trunków nie 
pijano tylko pod miarą. Jam się w tem mieście pięknie 
wymurował, dziatkim przystojnie wychował, z córką dałem 
blisko na 50.000 złr. wszystko to się zebrało od Ichmciów, 
którzy pro honore gentis i sami się upijali i poili drugich, te- 
raz przyjdzie mi i wielu, ze mną szynkarzonj chleba żebrać, 
jeżeli ten chwalebny narodu zwyczaj ustanie, miasta w ruinę 
pójdą, gdyż najwięcej na propinacyi stoją. I tam dalej rozwo- 
dził swoje żale. Jam na to odpowiedział: nie frasuj się mój 
panie winiarzu, nie znajdzie się łatwo taki w Polszczę Pod- 
wojewodzy, któryby miarę w gardle postanowił. 

Proszę W. M. Pana, abyś łaskawie przyjął te moje uwagi, 
ja zaś za pozyskany fawor obiecuję W. M. Panu, iż co przed- 
tem dzień tylko jeden w tydzień miałem poślubiony trzeźwo- 
ści, to teraz odmienię votum i tylko się raz w tydzień za 
zdrowie jego upiję. 

Łykaezewski, 
(R. 17«6. Nr. XXXJ). 

List do Monitora opisujący podróż z Warszaw 
Lublina (o przesądach). 

Stanąwszy na miejscu za rzecz słuszną poczytałei- 
sać W. M. Panu moją podróż z Warszawy do Lub'*'*'^ 



— 46 — 

nieważ w niej takie się znajdują przypadki, które i pióra 
i uwag W. M. P. potrzebują. 

Wiadomo W. M. Panu, żem się z Warszawy w tę drogę 
pocztą wybrał, abym jak najprędzej mógł stanąć w Lublinie 
dla przypadającej tam za trzy dni sprawy mojej. J. P. Sta- 
ruszkiewicz, znajomy W. M. Panu, ofiarował mi się za towa- 
rzysza kosztu i drogi, chcący także pospieszyć jak najprędzej 
na Trybunał tameczny dla swojej sprawy. Zezwoliłem na to 
chętnie i posłałem po konie pocztarskie; upakowano karetę, 
postylion zatrąbił, czas nam już siadać było. Wtem J. P. 
Staruszkiewica^ porwie mnie za rękę i rzecze: „ach co my czy- 
niiny? wszak to dziś poniedziałek, nieszczęsny dzień do wy- 
jazdu. Będziemy mieli w drodze jakiś zły przypadek, od- 
łóżmy wyjazd do jutra*. Możesz się W. M. Pan domyśleć 
w jakie mię podziwienie i gniew wprawiło to zabobonne zda- 
nie, — sprawa za trzy dni ma przypaść w Lublinie, a ja wyjazd 
mam odkładać do jutra! Przekładam tedy jemu, że jeżeli się 
opóźniemy, przegramy sprawy nasze i będziemy mieli większą 
szkodę, niż z tego przypadku mniemanego. J. P. Staruszkie- 
wicz głuchy na to. Fatalność poniedziałkowa tak mu głowę 
zaprzątnęła, że i mówić sobie nie dał o wyjeździe. Było pod 
ten czas tam kilku przyjaciół moich; mówią mu wszyscy, że 
to są proste zabobony, że oni sami nieraz w poniedziałek 
wyjeżdżali, a przecież nic się im złego w drodze nie przytra- 
fiało. Ale daremne te wszystkie były namowy, nakoniec z tern 
się do ni^o odezwałem: „Mospanie, wiedz W. M. Pan żeśmy 
już kilkadziesiąt tynfów zapłacili poczcie za konie, stracimy 
mamie te pieniądze. Jutro znowu tyleż będziemy musieli 
zapłacić do stacyi*. Poruszyło to dziada bardziej, niż wszystkie 
i] Mwagi, któreśmy mu w tej mierze czynili. Pokazał się 
B łatwiejszym do wyjazdu, zaprowadziliśmy go tedy nie- 

B gwałtem i wsadziliśmy do karety. Co za ucieszny to 
h "idok! z taką miną szedł staruszek do karety, z jaką na 
ś ^ pospolicie wychodzą. 



— 46 — 

Ruszyliśmy tedy z Warszawy. Mój kompan przez długi 
czas wzdychał, nie chcąc i jednego do mnie słowa praemówić. 
Nakoniec dobył kalendarza swego i ledwo weń zajrzał zawo- 
łał: „Patrz, W. M. Pan, patrz! wyprowadziłeś mię dzisiaj 
z Warszawy na pewne nieszczęście. Oto i w kalendarzu pi- 
sze, że dzień dzisiejszy jest fatalny do wyjazdu f. Złość mię 
znów brać poczęła, że ten dziad zabobonnemi z kalendarza 
obserwacyami zaczął mi dokuczać. A jako pierwej długo 
milczał, tak potem mając po sobie świadectwo z kalendarza, 
ustawicznie mi gryzł głowę. Wytrzymałem jednak jak mo- 
głem ten czyściec aż do noclegu. Tam znowu mój dziaduś 
zaczyna rokować, iż po takim wyjeździe trzeba się na no- 
clegu obawiać pewnych rozbójników, albo przynajmniej zło- 
dziejów. Ja niechcąc dłużej tych przymówek słuchać, zabra- 
łem się co prędzej do spoczynku. Staruszkiewicz zaś, jak mi 
potem mówiono, całą noc na trwodze i lamentach strawił. 
Nazajutrz drogę przedsięwziętą czemprędzej kończyć zaczęliśmy. 
Staruszkiewicz znowu stęka w karecie. Pytam się go, coby 
się z nim działo. „Tak to, odpowie mi w poniedziałek wy- 
jeżdżać, słusznie tego czynić nie chciałem. Teraz z łaski W. 
M. Pana już jestem chory: może jeszcze i co gorszego mię 
czeka*. — „Ach mój Dobrodzieju, rzeknę mu na to: jak W. M. 
Pan nie masz chorować? przez cały dzień wczorajszy niepo- 
trzebnie alterowaleś się; potem noc dzisiejszą, nic nie śpiąc, 
w tejże trwodze i troskliwości przepędziłeś! Jabym umart 
gdybym takie strachy i nieszczęścia himeryczne na umyśle 
stawił". Chciałem mu więcej jeszcze o tern mówić, alić on 
niespodzianie krzyknie do pocztyliona: stój zmiłuj się! stójJ 
poczekaj! Zadrżałem i rozumiałem, że mu się w głowie przez 
tę alteracyę pomieszało, on potem do mnie: „czym nie * 11 
że nas pewne nieszczęście czeka. Tak to w poniedział^ f- 
jeżdżać ! " — Cóż tam, rzekę, nowego ? „ Oto prawi, zając nan^ lę 
przebiegł. Wszystko nam pokazuje, że my dobrowolni ar^ 
szej zguby szukamy". Odżyłem to usłyszawszy i roz***** m' 



— 47 — 

się mówiąc: ^więc my dlatego mamy być nieszczęśliwi, że za- 
jąc drogę przebiegi. I jakże to stan człowieka jest upośle- 
dzony, że lada zając może szczęściem lub nieszczęściem jego 
Iderować? czemu to zającowi nic nie szkodzi, kiedy ja mu 
przejdę lub przejadę drogę?* Chciałem mu i więcej podobnych 
uwag przełożyć, ale mi dziad i słowa rzec nie dał. ustawi- 
cznie mi toż samo wymawiając, żem go wyprowadził z War- 
szawy na fatalne jakieś przypadki. Wtem stanęliśmy na po- 
pas. Tam J. Pan Staruszkiewicz zaraz się zabrał do spo- 
czynku, ażeby zażył snu, bez którego noc przeszłą przepędził. 
Ta pierwsza w podróży mojej była spokojna godzina. Sia- 
damy potem do stołu: Staruszkiewicz westchnąwszy, zaczyna 
znowu swoje okropne rokowania, pewniejsze jeszcze niż pierwsze, 
bo mu je sen potwierdził, w którym zdało mu się jakoby nie- 
boszczkę swoją żonę widział. Jam milczał i jadł: a on mi 
sennikiem swego zdania dowodził. Widząc, iż, nie uważam 
na jego dowody i jem smaczno, zaczął kolo pieczeni moim 
przykładem zawijać. Kazałem dać potem wina mojego. Sta- 
ruszkiewicz po staroświecku z niem się spotkał i nieco się 
rozweselił, miałem z nim potem nieco spokojniejszej drogi, 
aż się zmierzchło. Wjechaliśmy w las gęsty, wtem na nie- 
szczęście moje puhacz się odezwał. Znowu mój dziad w la- 
menta. Perswaduję mu, iżeśmy już niedaleko Lublina odbę- 
dziemy i tę resztę drogi pomyślnie, dziad mój na to: „jeśli 
nie w drodze, tedy w Lublinie nas czeka nieszczęście; zape- 
wne sprawy nasze przegramy. Niedarmo się to puhacz ode- 
zwał*. Wybijałem mu to jak mogłem z głowy: przekładałem, 
że puhacz nie będzie w Trybunale dawał swej kreski, ani 
Hinych sędziów kreskami rządzić może, ale próżno to wszystko. 
• Ni chodzę w dalsze tej drogi opisanie. Możesz wnieść W. 
M. 1, iż jaki był jej początek, taki i koniec. Przybyliśmy 
szi ..wie do Lublina i mimo wszystkie te starego wróżki, 
■ta ^o w całej drodze nieszczęścia nie doznałem, prócz tego 
^ ' żem z takim jechał dziwakiem. Sprawy toż nasze 



- 48 — 

bardzo pomyślnie poszły. Ani wyjazd poniedziałkowy, ani 
kalendarz, ani sen, ani zając, ani puhacz, nic nam złego nie 
uczynił. Już i J. Pan Staruszkiewicz widząc próżność tro- 
skliwości swojej, bardziej się rozumem rządzić poczyna, nii 
płonnemi wróżkami. 

Z tej okoliczności przypominałem sobie w podobnej ma- 
teryi chwalebną uwagę W. M. Pana No, że my częstokroć 
sami sobie bywamy autorami nieszczęścia naszego, tam go 
upatrując, gdzie go bynajmniej niema. Jakoż nie ten jest 
nieszczęśliwy, który choć w prawdziwem zostając nieszczęściu, 
przecież albo go nie zna albo mniej waży sobie, ale ten 
jest prawdziwie politowania godzien, który choć nie jest w nie- 
szczęściu, w niem sobie być jednak to rozumie. 

Jestem z dawnem przywiązaniem. 
(R. 1766. Nr. XXXIX). 



Tydzień modnego kawalera. 

Pomedjsiałek. Wstałem o godzinie dziewiątej i piłem The. 
Potym fryzowałem się i ubierałem się aż do godz. jedenastej. 

Od godziny jedenastej aż do drugiej oddawałem wizyty 
gotowalniane. 

Od drugiej aż do trzeciej obiad jadłem. 

Po obiedzie grałem w karty aż do godziny piątej. 

Od piątej byłem na komedyi aż do dziewiątej, od dzie- 
wiątej aż do północy byłem na assamblach. 

Po północy spać poszedłem. NB tego dnia byłem trzei\v)'. 

Wtorek Podług zwyczaju wstałem o godzinie dziewiątej. 

O dziesiątej goliłem się, a potym fryzowałem się aż do 
jedenastej. 

O jedenastej wziąłem mundur na siebie, chustkę ^ r- 
fumowałem, i pojechałem na kawę do mojej przyjaci-^* J. 
P. B. NB. mleko nie było dobre. 

Ztamtąd o dwunastej pojechałem do dworu. 



— 49 — 

O godzinie drugiej jadłem obiad bardzo dobry u J. Pana 
K. NB. żeby można mu kucharza odmówić 

Po obiedzie jakeśmy usiedli to aż do północy w karty 
graliśmy. NB. Przegrałem czerw. zł. IB. Trzeba będzie odegrać. 

O północy poszedłem do domu, hajdukowi dałem w pysk, 
bo byłem złego humoru po przegranej, a potem spać po- 
szedłem. 

Środa. Wstałem o dziewiątej, ubierałem się i fryzowałem 
się do jedenastej. 

O jedenastej wódki się napiłem z przyjacielem i bawi- 
łem się z nim. 

O dwunastej rzemieślnicy przyszli z regestrami, które 
aż do pierwszej przeglądałem i kazałem im przyjść do siebie 
jutro o dwunastej. NB. trzeba wyjechać z domu o dziesiątej. 

O pierwszej pojechałem na obiad do J. Pana G. Kom- 
pania była dobra, piliśmy mocno aż do północy, NN. dał mi 
^ gębę. NB. Trzeba będzie oddać. 

O północy powróciłem do siebie, hajduka i Marcina obi- 
łem, bo byłem rozgniewany, a potem spać poszedłem. 

Czwartek, Wstałem o godzinie jedenastej, bo mię ciężko 
głowa bolała. 

O dwunastej piłem herbatę, ale i to nie pomogło. Rze- 
mieślnicy przyszli z regestrami, kazałem powiedzieć, żem już 
z domu wyjechał, cały dzień chorowałem i mało co jadłem. 

PiąieŁ Święto. Wstałem o dziesiątej, fryzowałem się 
i ubierałem aż do jedenastej. Nor}^mberczyk przyszedł ż ga- 
lanteryami, oglądałem je długo i na kredyt niektóre wziąłem. 

O dwunastej zacząłem się wybierać z domu, o pierw- 
si^^ -^,ojechałem na mszą, alem już żadnej nie znalazł. Po- 
w 'em na obiad. O drugiej jadłem obiad. 

obiedzie czekałem na J. Pana Zar., z którym miałem 
j€ ua pewne miejsce, a że zaraz nie przyjechał, nie chcąc 

^ m czasu trawić, czytałem Magellonę aż do szóstej. NB. mu- 

sz ^""gi raz czytać, piękna książka. 

TOtU P0LMt£63. T. M. * 



— BO — 

Ó szóstej pojechaliśmy z przyjacielem na miejsce umó- 
wione i tam aż do północy bawiliśmy, NB. byłem dobrego 
humoru. 

Po dwunastej spać poszedłem, ale nie niogłem prędko 
zasnąć, bo hajduk kaszlał. 

Sobota. Wstałem o godzinie dziewiątej, herbatę piłem, 
od dziesiątej do jedenastej fryzowałem się i ubierałem się. 

Od jedenastej aż do pierwszej stałem w oknie i patrzy- 
łem się na jadących przez ulicę ludzi. NB. trzeba się dowie- 
dzieć jak się ta osoba nazywa, która przechodząc ulicą, spoj- 
rzała na mnie. 

O pierwszej pojechałem na obiad do pewnego Pana. 
Ztamtąd o czwartej nawiedziłem przyjaciela i aż do północy 
w karty grałem. Potem powróciłem do domu. NB. wygrałem 
2 czer. zł. 

(R. 1767. Nr. V). 

Tama niemodna. 

Mości Panie Monitor. Szczerym naprawienia umysłem 
oskarżam przed W. M. Panem Damę pewną dobrze urodzoną, 
ale do wyśmienitych stanu i wieku swego niestosującą ?ię 
zwyczajów; która gdyby w Warszawie wychowana była, nie 
podlegałaby wieki grubiaństwom, które z sobą z Podgórza 
przywiozła. Jedno przeciw modzie wykroczenie wyszydza za- 
raz dobrze urodzoną osobę, cóż dopiero ustawiczne wykwint- 
ności przestępstwo? Ja, który przez szczere pobłażanie nie na- 
śmiewam się, po przyjacielsku ją przez W. M. Pana przestrzedz 
myślę, a z paratianki Warszawianką ją chcę uczynić, a to ' 
stosowanie się do wszystkich wyśmienitości w Warszawie 
wanych; łatwo tam występki grube przebaczane bywają 
przestępstwa mody nigdy nie darują. Ta jedna dama, r 
rej piszę, wykracza przeciw modzie prywatnie w domu " 
w posiedzeniach przyjacielskich i publicznie się pokaz" 



— 51 — 

Już sześć miesięcy mija, jak zamąż poszła, a jeszcze 
raęża kocha! dewotka jaka tej słabości podlegać może, ale 
nie w Warszawie mieszkająca dama. Pókiż tę skromność za- 
chowywać będzie? Jeden z kawalerów piękność jej przyznaje, 
ta się od wstydu rumieni: damom godnym pędzel tylko 
rumieńca dodaje. Czego się zapomina nie widząc męża? 
a w przytomności jego stroi się? Stosuje się, jako widzę, do 
czasów dawnych Patryarchów. Gdyby czytała reguły strojów, 
tamby się nauczyła, że do amanta i na kompanią stroić się 
tylko przystoi. Gdybym cokolwiek na nią względu nie miał, 
mógłbym zaraz zrujnować jej sławę. Wstaje o ósmej z rana, 
o której dopiero z redut powracać należy. Wstawszy, rozma- 
wia się z kuchmistrzem i marszałkiem swoim; niech wie, że 
do męża rachować i płacić należy, chociaż u Jejmości wie- 
cizerzać goście mają. Cóż potem robi? czyta moralne i histo- 
ryczne książki, pomijając tak wiele zabawnych romansów, nad 
którymi silą się ustawicznie dowcipy wyborne; o czem gdyby 
ludzie wiedzieli, o jakąby do żartów i wyśmiania naleźli ma- 
leryą! Późno już przypomina sobie, że do gotowalni iść ma, 
ale. tak mało zna jej porządek i powinności. Dama mająca 
lat ośmnaście, siedzi u gotowalni nie mając przy sobie kawa- 
lerów^! dwie tam tylko widzę służące panny, na które nie 
fuka, pierwszy gamitm", który jej podadzą, przyjmuje, suknię, 
którą podać kazała, bierze, nie odmieniając dziesięć razy roz- 
porządzenia. Trzeba ją przestrzedz, że panny służące gorszą 
się mocno z tego, że więcej czasu przy swych gotowalniach 
trawią, niżeli ich pani; a co osobhwsza, że jedną z tych pa- 
nien przyjęła z narajenia męża swego, oddaliwszy ową wy- 
kwintną Francuskę, na palcach umiejącą wszystkie artykuły 
ly paryskiej. Ledwo jeść na stole, jużci Imość do stołu 
a, a nie mogłaż ona nad przypinaniem kadryllów cożkoł- 
'^ zabawić się, aby jej poczekano. Do stołu siadają, ona 
] egnanie stołu czyni; rozumiałem to widząc, że w refokta- 

j ^'^'nardyńskim obiaduję. Po obiedzie biorą się do Try- 



~ 52 — 

setty, Imć: co to za gra? pyta; a możeż ukraińska dama wię- 
kszą mieć niewiadomość? Robotą się bawi, a jakąż? pończoszki 
na drutach robi: a na cóż wiązfinie girlandów wprowadzone, 
jeżeli nie dla różnicy rąk wiejskich od warszawskich? Praw- 
dziwie, człowiek mający edukacyę, bywać u niej nie może. 
Przed pokojem siedzący lokaje nie w kości i karty grają, ale 
się ręczną robotą bawią, przed wchodzącym do domu księ- 
dzem powstają i do pokoju go wpuszczają; ludzie niezgrabni, 
liberyę szarą, nawet bez galonów lub passamonów noszący, 
którym na trzy prawie cale wzrostu czterech łokciowego bra- 
kuje; dlatego też są materyą wyśmiewania ludziom zdrowe 
sentymenta mającym. 

Ale gdyby tylko grubiaństwo to kończyło się w domu. 
Bywa ona w kompaniach z twarzą bynajmniej kolorami nie- 
przyprawną. Tak też na Pokuciu do fary przyjeżdżają para- 
fianki. Sześć dam w posiedzeniu zastanie, jedną tylko poca- 
łuje, czenm? bo z tą jedną ma poufałą znajomość; inne pierw- 
szy raz widzi; jakby koniecznie oświadczenia polityczne na 
szacunku wewnętrznym zasadzać się miały. Siada nie powie- 
dziawszy zwierciadłom: jakożem na twarzy mizerna! jak nie 
dobrze ubrana! ten jest z tym wszystkim komplement któ- 
rego używają pierwsze damy; trzeba się do wielkich przykła- 
dów stosować; trzeba dać okazyą mówienia o sobie nie słu- 
chając onej staroświeckiej maksymy, która ni źle. ni dobree 
o sobie mówić nie każe. Jak wiele pięknych rzeczy w posie- 
dzeniu owem mówiono: o strojach według pory czasu, o ksztatt- 
neni upinaniu roxelanów, o nowym sposobie układania niskiej 
fryzury; w toj obfitości rozmów wybornych słowa nie rzekła: 
nawet wchodzącego kawalera wysmukłej kibici, przedziwnpjfo 
w uśmiechaniu się warg ułożenia, co inne wszystkie cz 
nie admirowała. Co za straszny letarg! A co przed 
dniami uczyniła, będąc u jednej pani! Ułożono spacer n 
lany, ona się męża pyta czyli tam będzie; ten lepiej 
wując przystojność, odmówił; dlatego samego jechać ^ 



— 63 — 

była, atoli nie chciała. Czyli tym sposobem podobać mu się 
stara? a toż to ma być staranie całodzienne uczciwej damy? 
Raz na dzień przynajmniej powinien mąż ożenienia swego ża- 
łować. Jej mąż na zbyteczne tylko żony przywiązanie skarży 
się; przyjaciele jego boją się, aby go na koniec nie zepsuła. 
Niema nieborak czasu bawić się z tą Włoszką^ która go nad 
stu innych, pełne złota worki ofiarujących, przenosi. Dla Boga, 
niech ta Imość uważa co czyni, kiedy nawet na miejscach 
najpubliczniejszych prostoty swojej nie tai. 

Jedzie do ogrodu Saskiego na spacer o tej godzinie, 
o której tam ci tylko bywają, którzy szczególnie dla zdrowia 
przechadzki zażywają. Bywa na operach, bywa na pokojach; 
ale jak ubrana? klejnotów ledwo za jakie sto tysięcy ma na 
sobie; koronek jej garnituru łokieć ledwo pięćdziesiąt talarów 
kosztuje. Niech się wyrzecze tej, której się na Rusi nauczyła 
maksymy, że każdy według stanu swojego ma się stroić. 
Przeszłej niedzieli już o dziesiątej z rana była w kościele, 
a nawet ubrana; ktoby wierzył. A co większa, nie mając na 
ręku worka z robotą. Także to? o tymże czasie dama godna 
mszy słuchać powinna? Dobrze o niej pewny kawaler powie- 
dział: że „śmiesznie bardzo koło zbawienia swojego chodzi. 
Przebaczyłbym Imci, gdyby bywała na kazaniach wybornych; 
nie tam gdzie wzdychają i płaczą. Dla pięknych dam są pię- 
kne i dowcipne kazania**. 

Nie czyniłaby tego pomieniona Imć, gdyby wiedziała, 
że nietylko grubiaństwa wystrzegać się należy, ale do tego 
o wdzięki i wyśmienitości starać się. Wdzięki dane od natury 
nie mogą pójść w porównanie z tenii, które formuje sztuka. 
P^^^esza jej jest piękna, ale nie z krótkiemi rękawami; ro- 
g "\ dobrym kształtem, ale nie dostatecznej wielkości; bry- 
1; piękne, ale nie d la grecąue ułożone. Onegdaj na ko- 

li i będąc, miała komet wysoki, gdy już od dwóch dni 
B ' nosić zaczęto. 

wdzięki zapachu przez zażywanie wódek i bal- 



54 



samów na lo sporządzonych. Niech z oczyma zawiązaneini 
wnidę w kompanią, wonią dojdę, czyli w wybornych luclzi 
towarzystwie jestem; tych ona nie zażywa, a tem samem nie 
daje czuć tego, że jest wyższego extraktu osobą. 

Są wdzięki w mówieniu. Mówi ona nieźle po fran- 
cusku i czyta w tym języku książki la Bruyeray Radne, Mott- 
tvsqHieu, Fontenellc; z tych się nauczy dobrze myśleć i po- 
rządnie myśli swe tłumaczyć, jednak nie nabędzie onych prze- 
dziwnych wyrażenia i osobliwszych mówienia sposobów. Na- 
przykhid: o rzeczy ordynaryjnie dobrej mówi, że dobra jest: 
kto inny wyborniejszy rzekłby: przedziwna, osobliwsza, extra- 
ordynaryjna. Jest trochę utrudzona; trzeba mówić: mdlejąca, 
z siJ opadta. Niedawno odjeżdżając z komedyi, rzekła stangre- 
towi: jedź do domu. należało rzec: jedź do pałacu. Są jeszcze 
wdzięki wymyślania. Na szóstą kazała mieć gotową 
karetę i tej godziny wsiadła. Gry, którą grać umyśliła, nie 
odmienia. Osobę pewną wczoraj w swym domu przyjąwszy 
dobrze, dziś ją tymże samym sposobem przyjmuje; zgoła za- 
wsze jest jednakowa. Jest tu coicolwiek podłości. 

Są nawet wdzięki uskarżania się na złe, którego 
nie cierpi m y. Pół roku przepędziła nie skarżąc się na 
migrenę, to jeszcze daruję; ale że przez ten czas na spazmy, 
na wapory nie stękała, tego wybaczyć nie mogę; bo tak czy- 
nić jest na złe zażywać zdrowia. 

Są wdzięki w lękaniu się. Ale nie tak, jako Imć 
nasza przed kilku dni uczyniła. Do ucha jej poszepniono: po- 
mieszanie twarzy pokazawszy, wyszła z posiedzenia; mówili 
przytomni: zepewne piesek faworyt nogę złamał, albo papuga 
nagle zachorowała; ubolewali nad tem jej umartwieniem: 
owszem o jej się zdrowie lękali; a to szwank stangreta, k 
spadł z wysoka, ją zmieszał. Nawet nie umie ze strac^ 
krzyknąć, gdy się kareta cokolwiek nachyli, siedząc w * 
spokojnie, jak prosta i bez edukacyi parafianka. Będr' 
wsi około wołu blisko niej idącego, przeszła bezpiecznie, '*' 



r 



— 55 — 



jaka podstarościna. Alboż to trzeba czekać wielkich okazyj 
do przelęknienia się? niechaj obierze stworzenie jakie, którem 
się brzydzić i lękać ma na każdem miejscu: kota lub myszy, 
muchy lub pająka. Grzmoty wczoraj popołudniu trwające^ 
zupełnie ją wydały. Jedna z dam przytomnych uciekła do 
niszy, zasłaniając się firankami; druga krzykiem straszliwym 
chciała odpędzić chmurę; ona tylko i jej ogrodniczka bez po- 
mieszania zostały. Słowem ta Imć, którą przed W. M. Panem 
oskarżam i przez niego upomnieć chcę, w mieście gdzie wy- 
bomości są w używaniu, prostym l)ardzo we wszystkich oko- 
licznościach postępuje sposobem. Przykłady tylu dam powie- 
trzem warszawskiem, to jest najwykwintniejszem tchnących, 
zawstydzićby ją i do naśladowania pobudzić powinny. 

W M. M. Pana najniższy sługa 
W Warszawie Wodmcki, 

2 Februar 1767. 

(U. 1767. Nr. XXI). 

Niczegiści i Aprzeczyści. 

3fości Pamv Monitor. Moc prawa, surowość urzędów 
wstrzymuje występki i gromi; i obywatelskie tern bezpieczeń- 
stwo jest opatrzone. Zawady powszechnie dokuczające w pry- 
walnem życiu każdemu, a które pociągnąć nie można pod 
karność praw, szerzyły się, rozmnażały, bez bojaźni i niepo- 
dległe dawały się w znaki nam wszystkim, czy w domach, czy 
w biesiadach, czy to na wsi, czy w stolicy i przeszkodzić temu 
poniekąd trudno było, dopóki urząd Monitorstwa, (pod którego 
dozór obyczaje należą) nie był ustanowiony, ale gdy w liczbie 
5 lennych nowości, szczęśliwość czasów pozwoliła nam do- 
< X się komisyi obyczajów, już mamy gdzie się udać 
i -sprawiedliwych żalach naszych, pomyślny otrzymawszy 
\ ..., możemy adJiibiio hrachio moniłonali, dać odpór natrę- 
t ^ najściom, uprzykrzeniem «fcc: które w" milczeniu dawniej 



— 56 — 

znosić trzeba było. Stawam tedy przed sądem twoim Prze- 
świetna Komisyo obyczajów, pod wielką prezydencyą twoja 
Mości Panie Monitorze, z uskarżeniem się na dwie sekty filozo- 
fów, jedne tyrańsko postępującą sobie w Towarzystwie, dru^ą 
rozciągającą czasem upór swych maksym i do publicznych in- 
teresów; tem niebezpieczniejsze obie, że pod barwą pokory, 
wyrządzają swe złości. 

Pierwsza jest sekta Niczegistów druga Aprzecistów, pierw- 
szych jest hasłem to słowo: nicjsego; drugich: a przede. Szpe- 
rałem w najodleglejszych wiadomościach starożytności, ehc^c 
wyszlakować te dwie sekty, od najpierwszych początków, aź po 
pracowitem ksiąg pf źewertowaniu, te mi się najpodobniejsze zda- 
wają być wnoszenia: Sekta Niczegistów, jestto, kombinują'; w^^zyst* 
kie okoliczności, odszczepienie od sekty Stoików, podług wszel- 
kiego podobieństwa. Któryś z uczniów Zenona, chciwy tąj sławy 
być hersztem opinii nowej, zatrzymawszy grunt nauki Mistrza 
swojego, zwrócił onej zażycie na odmienne objekta. Wątpię, 
żeby to słowo, niczego, było slowieńskie i to miało w poczt^t- 
kach znaczenie, które w języku naszym przez zadawniony otrzy- 
mało zwyczaj; bardziejbym rozumiał, że to jest nazwisko owego 
ucznia Zenonowego a twórcy tej sekty. Athenaeus in Deipnoso- 
fiston, wspomina o stoiku, który zaczął walczyć w wyspie Rho- 
dus z Posidoniuszem i tłomaczyć sens niektórych propozycyj 
Zenona; nazywano go Niceginus. Rodem był z Milelu w ma- 
łej Azyi. Przeciąg czasu, zła wymowa, niewiadomość, zatarłszy 
w uczniach jego, nietylko pamięć nazwiska, ale nawet pier- 
wiastkowe zostanowienia, przemieniła Niczegina w nkzego; 
wiemy zaś, że Sektatorowie Pithagora, innej nie znali przy- 
sięgi, do utwierdzenia punktu jakowego, swej nauki* jako tę: 
przez Mistrza naszego; on sam tak poiciedział. Drugie sekty łilozo- 
fów greckich gdy ich namawiano do uczynku, ich ćwiczeniu prze- 
ciwnego, mieli ten zwyczaj, wspominać nauczyciela swego iniię^ 
chcąc tym wspomnieniem mieć zawsze przytomną konieczność 
nieoddalania się od jego nauki; tem jestem przeświadczony, że to 



— 57 — 

słowo: niczego, zażyte w każdej okazyi, przez Niczegistów nie 
nie jest nic inszego, jak wspomnienie imienia ich fundatora* 
Powody moje do rozumienia, że Niczegistów sekta, pochodzi 
od stoików, te są: iż oni doskonałość swych przykazań zakładali 
w znoszeniu przykrości, w potocznem obchodzeniu trafiających 
się, wszystkie dając znaki upokorzenia: założona jest w tem 
samem treść nauki Niczegistów, objektum tylko odmienne, 
wprawiać drugich w cierpliwość, przez naprzykrzenia swoje. 
Jest to przydatek filozofa Nicegina, który żadnym sposobem 
usprawiedliwiony być nie może, każdy człowiek bowiem pa- 
nem jest swej cierpliwości, ale po cudzą sięgać nie powinien. 
Przystępuję teraz do znaków, przez które dają się poznawać 
Niczegiści. Wchodzi naprzyklad Niczegista do pokoju i ukłon 
pierwszy czyni we drzwiach, który stanie za czołobitność, drugi 
na środku pokoju, trzeci przystępując do osoby, od ukłonu po- 
dobnego drugim, mówić zaczyna i proszącemu, żeby nie tak 
nisko się kłaniał (choćby ten i na scyatykę chorował) odpo- 
wiada: niczego; nieoszczędny swych krzyżów, drugiego chce 
nauczyć, żeby także swych nie szanował i lekceważył przykrość 
i boleści zginania się; po chwili proszą go siedzieć, ten który 
go prosi, czasem pedogryk, albo na różę choruje, lub nareszcie 
zmordowany, nic na to nie uważając, znowu wzywa* mistrza 
swojego i odpo^viada: niczego; do stołu idąc, zatrzymuje się 
we drzwiach, proszą go, aby się dalej ruszył; opiera się; za- 
żywają argumentu, że rosół ostygnie, aż on znowu z upoko- 
rzeniem wymawia: niczego, przytyk dając jadania ciepło, roz- 
koszy; siada tandem na brzegu stołka, na dwie piędzi od stołu, 
serwety nie rozkłada; prosi go gospodarz, który go posadził 
koło siebie, żeby lepiej usiadł i przysunął się i tandem, żeby 
serwetę rozwinął, jeżeli nie przez wzgląd na swoją suknię, to 
przynajmniej przez wzgląd na kontusz nowy gospodarski, któ- 
remu on znowu odpowiada, wspominając fundatora swego 
i woła: niczego, chcąc dać do zrozumienia, że nietrzeba się do 
powierzchowności przywiązywać, ale że: forma neglccta, virum 



— 58 — 

decet; nakoniec wymordowawszy i splamiwszy gospodarza, sam 
wymordowany i splamiony odchodzi. 

Na moje nieszczęście znajomego mi Niczegistę spotka- 
łem przed Kapucynami w dzień nowego roku. Zatrzymał swój 
pojazd i mój i cobyśmy mogli byli gadać przez okno, przy- 
musi! mnie sam wysiadłszy, do wysiadania, mówiąc: niczcyo, 
na wszystkie prośby moje; zaczął mówić do mnie bez czapki; 
swoją zdjąwszy, usilnie obligowałem go, żeby głowę nakrył, 
krzyknął na to trzy razy: niczego; po tej potrójnej invokacyi, 
poświęciłem się na słuchanie z gołą głową pół kwadransowego 
komplementu na trzaskącym mrozie, z czego takiego kataru 
dostałem, że chcąc ustnie użalić się przed W. M. W. Mci Pa- 
nem, jestem przymuszony, będąc wszystek w potach, ściągać 
rękę do pióra, z pokorną prośbą, abyś raczył, przez swą kry- 
tykę roztropną ratować krzyże, suknie, nareszcie zdrowie swych 
współobywatelów, tak napaśnie prześladowanyc4i, przez pokorną 
sektę uprzykrzonych Niczegistów. 

Opisanie Aprzecistów, rezerwuję na drugi raz, folgując 
oczom W. M. W. Mci Pana i swemu katarowi. G. M. 

(K. 1707. Nr. XXX). 

Dy^ryusz damy. 

Podany do publicznej wiadomości na początku roku te- 
raźniego Dyaryusz zabaw pewnego kawalera, pobudził jedne 
z dam do podobnej w zapisywaniu spraw codziennych pilno- 
ści. Kilka tylko dni tu przełożę, z których i reszty życia do- 
myśleć się można. 

Pomedziałek. O godzinie 8 ocknąłam się: leżąc w łóżku 
wypiłam kawy trzy filiżanki i znowuni szczęśHwie usnęła. O go- 
dzinie 10 czytałam Monitora NB. Niechby on patrzył sobie po- 
dobnych, a damom dał spokój. Nawiedził mię potem przy go- 
towalni Jnić P. Modnicki i bawił u mnie aż do godziny 11, 
szkoda że żonaty. Kończyłam potem ubieranie moje. NB. Po- 
strzegłam, że kolor niebieski lepiej mi przystoi, niż inne. 



— 69 — 

W pól do 12 przyjechał podług uiriowy wczorajszej Jmć 
P. Gacliowski, z którym jeździłam do Ujazdowa na spacer. Po- 
wróciwszy jadłam u siebie. NB. Jmć P. Fadon francuz prze- 
chodził koło moich okien, łjył gustownie ufryzowany. 

O godzinie 6 pcjecliałam z wizytą do Jmć Pani Sta- 
ruszkiewiczowej. Nie mogłam znieść jej wykwintów: ale że 
była tam piękna kompania, bawiłam się aż do 8. 

Powróciłam do domu. Wieczerza. Grałam w karty do 
północy. Udawszy się potem do spoczynku, nie mogłam za- 
snąć. Wykwinty Staruszkiewiczowej wprawiły mnie w zły im- 
mor; sfukałam Lizetkę. 

WtoreJi. Ocknęłam się w pół do 9 wypiwszy dwie fili- 
żanki herbaty, znowum spałam do 10, śniło mi się, że Jmć 
Pan Fadon grał ze mną w karty. Zaczęłam czytać Koloandra, 
alić mi przyniesiono bilet od Jmć Pana Fadona. Przeczytałam 
go 4 razy i schowałam w szkatułce lakierowanej. Od 11 do 12 
bawiłam się przy gotowalni. Zdawało mi się, żem była bledsza 
nad zwyczaj, ale Jmć P. Gachowski, który był przytomny, do- 
wodził mocnemi racyami, iż mi zwierciadło krzywdę czy- 
niło. NB. Ząb się złamał w grzebieniu moim tartarogowym. 
O godzinie 12 Jmć Pani Staruszkiewiczowa przysłała pazia 
pytając się. jeślim miała noc spokojną i znowu mię w zły 
humor wprowadziła. Jubiler przyniósł klejnoty, ale na kredyt 
nie chciał mi nic dać. 

Obiad jadłam prywatnie, po którym P. Fadon mię na- 
wiedził. Znowu byłam dobrego humoru: przy mówiłam mu je- 
dnak, że bywa u Staruszkiewiczowej. NB. muszę się spytać czyj 
to portrecik ma na swojej tabakierze. Grałam z nim w karty 
do późna, przegrałam czerw. zł. 20. alem to umyślnie uczyniła. 
Podczas wieczerzy mysz mię przestraszyła i mocno zalterowała: 
ale Jmć Pan Fadon znowu mię w dobry humor wprowadził. 

Środa. Wstałam o godzinie 10 i postanowiłam cały dzień 
bawić u siebie incognito. Od 11 do 12 zamknąwszy się w moim 
gabinecie, układałam sobie minę i uśmiech Pani Umizgalskiej. NB. 



— 60 - 

trzeba się dowiedzieć, jakiej ona wódki zażywa do utrzymania 
gładkości twarzy. Od 12 do drugiej naradzałam się z krawcem 
jakiego koloru mam sobie robron sprawić, ale i dotąd jeszcze 
nie jestem determinowana. Obiad prywatny. Byłam mocno po- 
mieszana przypomniawszy sobie, iż Staruszkiewiczowa jest tego 
zdania jakby ją kochał Jmć P. Fadon. Hajduk szarmantkę przez 
nieostrożnośt" potrącił, kazałam mu za to dać dobre plagi. Na- 
piłam się Iłkieiu pomarańczowego. 

O godzinie 4 odmieniłam przedsięwzięcie: pojechałam na 
assamlile. Nie ('hciałam być na komedyi, dowiedziawszy się, 
iż miała być polska: trąci grubiaństwem języka i dowcipu pol- 
skiego. NB. Uiiiizgalska miała gustowny garnitur. Pani Wy- 
myślnieka mówiła mi do ucha, iż ma coś mnie powiedzieć 
o Jmć Panu Fndonie: ale jestem pewna, że to nie prawda. 
Pan Grzeczniiki mocno mi się akkomodował: dosyć ma po- 
lom; szkoda że Polak NB. Trzeba zmartwić Staruszkiewiczowa. 

Cswarhk. Od 10 do 11 przesadzałam muszkę z miejsca 
na mieJEice: nnkoniec determinowałam się przylepić ją nad le- 
wem okiem. Przypominałam sobie sen dzisiejszy, w którym 
zdało mi sii- jakoby Jmć Pan Fadon klęczał przedemną. Od 
11 do 1 u b jera la tn się. Trzy razy insze suknie brałam na sie- 
bie. NB. Niebieski kolor nie bardzo mi służy, trzeba wyrozu- 
mieć z Jmć Pana Fadona, który kolor on lubi. 

Po obied/Je Jmć Pani Zacniewska wzięła mię z sobą na 
opert^ Jnić Pan Fadon na początku drugiego aktu przyszedł do 
mnie, na koiuii f>rowadził mnie do karety: zdawało mi się, iż mię 
ścisnął za r^kt;. Powróciwszy do siebie zwyczajne miałam za- 
bawy. Uktadtani się wcześnie: ale miałam sen straszny, jakby 
Jmć Pan Failoji mocno akkomodował się Staruszkiewiczowej. 

Piąkh. Święto. Miałam jechać do kościoła, ale sen po- 
niieniony sprawił mi migrenę. Przed południem Pani Zacnie- 
niewska przyj ecliała i wzięła mię na obiad do siebie. Jmć Pai 
Bogacka przyjechała w gustownej karecie paryskiej. NB. Mu 
szę koniecznie takąż dla siebie zapisać, choćby mi przyszł 



— 61 — 

i wioskę sprzedać. Podczas obiadu mówili niektórzy, że Jmć 
Pan Fadon jest filut, ale to fałsz oczywisty, nie podobny do 
tego. Sama twarz ukazuje, iż musi być godny kawaler. 

Sobota. Obudziła mnie szarmantka swojem szczekaniem 
o godzinie w pól do 10. Napiłam się kawy. Trzeba będzie fili- 
żanki nowe kupić, bo u pani Staruszkiewiczowej są z brze- 
gami zlotemi, O godzinie 10 byłam złego humoru, oddano mi 
list od mego męża. Od w pół do 11 do w pół do 1 obierałam 
wstążki i blondyny do garnirowania: prawda że droższe u Ma- 
dam Bamon, ale bawi u gotowalni. Od w pół do 1 do trzech 
kwadransów na trzecią ubierałam się i pojechałam na obiad. 
Goście na mnie wszyscy czekali i gospodarz był markotny, żem 
późno przyjechała: ale powiedział onegdaj Jmć Pan Fadon, że 
to dystyngwuje zacne damy. ŃB. Paszteciki nowej inwencyi. 

O piątej siadłam grać w tiysetę: przegrałam partyj 38; 
na wieczerzy nie miałam apetytu, tylko kratkowego ciasta 
trochę zjadłam. 

Niedziela. O 10 obudziłam się. Zdało mi się, że mię 
głowa boli i dlategom włożyła muszkę na skronie. O 11 byłam 
w kościele en neglige! ktoś w czerwonej sukni gadał z P. Umizgal- 
ską. Od południa do 2 u gotowalni. Jmć P. Fadon powiedział, 
że nie lubi koloru niebieskiego. W pół do 3 na obiedzie u Umi- 
izgalskiej. Zamyśliwała się często, zapewnie o tym Jmć, co z nią 
gadał w kościele; powiadają, iż ma lat 16, ale być nie może. 
Pytał mnie się Podsędek, czy pamiętam kampament pod 
Warszawą^ ). 

O 6 wróciłam się do domu. Ciężka migrena: piłam her- 
batę, Jmć Pan Fadon był u dr^wi, ale nie chciałam go przy- 
jąć. Trzeba będzie nauczyć Pana Podsędka, żeby wiedział, jak 
to gadać z damami. ]^ j.^, ^^ xxxvi). 



') Słynny kampament (przegląd wojska, rewia) odbył się w r. 178:2 
na polach wilanowskich — stąd w zapytaniu Podsędka był przytyk do ala- 
sek" modnej damy. 



— 62 — 

O pojedynkach. 

Mci Panie Monitor! Zostający teraz pod dozorem cyrulika, 
do żadnej roboty nie mam sposobności, jak tylko do pisania. 
Zażywam jej do doniesienia W. M. Panu nieszczęśliwego mo- 
jego przypadku. 

Byłem długo w takiej kompanii, u której dzielność ka- 
walerska była celem najczęstszych rozmów i najdelikatniejszym 
punktem honoru. Słyszałem nieraz jako ów jegomość pięknie 
się popisał w pojedynku, jako drugi mężnie się od kilku sza- 
bel bronił, inny zdobytym bułatem zgraje rycerzów przed 
sobą pędził i tam dalej. Takowe rozmowy coraz bardziej, a bar- 
dziej zagrzewały serce moje z natuiy do dzieł walecznych skłonne, 
umyśliłem więc tym sposobem szukać dla siebie sławy nieśmier- 
telnej. Na ten koniec sporządziłem sobie furdyment mocny, za 
którym by ręka jak za murem bezpieczna była. Kazałem uszyć 
kaftan łosi, któryby i najpłytszemu pałaszowi mógł dać odpór^ 
W rękawiczki też łosie długie aż za łokieć opatrzyłem się. Na- 
koniec kazałem uszyć czapkę wysoką przeszywaną i ze spodu 
drótami dobrze przeplecioną. 

Uzbroiwszy się tym sposobem, upatrywałem sobie nie- 
przyjaciela, nad którym bym mógł łatwo dzielność moją po-* 
kazać. Znalazłem go prędzej niż trzeba było. Poszedłem z do- 
brym przyjacielem do pewnego węgrzyna. Ledwieśmy pierwszą 
tlaszkę skończyli, alić przychodzi pewny towarzysz: człek niski, 
suchy, szczupły, blady i mający taką minę, która pokazywała 
jego niesposobność do dzieł walecznych. Myślę tedy sobie: „oto 
mój człowiek! takiego mi" trzeba, na którymbym się zaprawił. 
Jego pokonawszy z raźniejszymi potem będę się potykał". Tą 
myślą zachęcony, wkładam sobie czapkę na bakier, idę ku 
niemu z miną czerkieską i mijając go potrącam. On tem nic 
nie urażony, ustępuje mi miejsca. Myślę sobie, napadłem 
na tchórza: trzeba go koniecznie w pole wyciągnąć. Siadani 
przy nim i znowu go potrącam: on się znowu umyka. Nie 



— 63 — 

podobała mi ta jego spokojność i pokora; zaczynam z niego 
żartować, on mi skromnie odpowiada. Do grubszych tedy żar- 
tów udałem się, alić mój rycerz zaczyna coś mruczeć pod no- 
sem. Tego mi trzeba było, powstaję na niego tem żwawiej 
i on też już żwawo odpowiadać mi poczyna. Od słowa do 
słowa przychodzi do tego, że się sprawa wytoczyła na dzie- 
dziniec. Dobywam pałasza, zaczynam mocno przycinać: mój 
nieprzyjaciel nie ustępuje mi i kroku. Nacieram więc żwawiej 
rozumiejąc, iż go tem przycięciem pokonam: ale on i tem nie- 
ustraszony odcina mi śmiało i pominąwszy czapkę, fordyment, 
rękawiczki i kaftan, jak mię ciął przez pysk, aż się szabla na 
brodzie oparła. Kolega mój i Węgrzyn zaprowadzili mię do 
izby i po cyrulika posłali. Nie czułem wprawdzie na początku 
wielkiego bólu, ale gdy cyrulik zaczął gębę haftować, wtenczas 
poznałem jak wiele kosztuje szukanie sławy przez pojedynki. 
Tych samych skutków dotychczas doznaję przy każdem 
cyrulika opatrywaniu. Jeść nic nie mogę: ledwie trochę rosołu 
przełknę i to z niezmiernym bólem. Juzem wysechł i wybladł, 
jeszcze gorzej niż ów towarzysz, który mnie tak pięknie po- 
częstował. Nad to: żal mi srodze twarzy mojej, która była do- 
syć okazała i przystojna. Nie wiem co powie Jmć Panna 
Wdzięcznicka, gdy postrzeże ją w inszym teraz kształcie i po- 
staci. To pewna, że kresa od ucha przez nos aż do zębów idąca 
będzie dowodem dzielności, ale nie mojej. W tym stanie 
tak opłakanym zostający, uczyniłem ślub nigdy nie pojedyn- 
kować. Jakoż i sprawiedliwie to uczyniłem. Teraz albowiem 
poznaję, jak błądzą ci Jchmć, którzy punkt honoru na poje- 
dynkach zasadzają. Nie może nic honoru czynić człowiekowi, 
chyba uczynek chwalebny i cnotliwy. Pojedynek zaś jest rzecz 
sromotna i haniebna, ponieważ go i duchowne i świeckie prawa 
zakazują, a w wielu państwach równie zań karzą, jako i za 
największe przestępstwa. Ale nietylko narodów, lecz i samej 
natury prawa są jemu przeciwne. Podawać swoje życie w bez- 
pieczeństwo i na bliźniego zdrowie prywatną powagą bez sądu 



— 64 — 

i dekretu następować, jest to czynić rzecz dzikiemu zwierzęciu, 
niż człowiekowi przyzwoitszą. Ani można w tern brać przy- 
kładu od wojny, gdzie męstwo jest cnotą. Tam bowiem cho- 
dzi o dobro ojczyzny i nie swojej pasyi, ale woli rządców do- 
gadza się. W pojedynku zaś prywata mem sercem kieruje: 
i czy to ja sam zginę, czy mego nieprzyjaciela pokonam, za- 
wsze ojczyźnie czynię szkodę i krzywdę. Te uwagi w^inienem 
chorobie teraźniejszej. Zostałem mądrym po szkodzie. Szczę- 
śliwszy byłbym, gdybym przed pojedynkiem to sobie uważył, 
co teraz przekładam W. M. Panu. Bardziej słuchałem płochych 
ludzi zdania, niż rady rozumu. Chcąc niegodziwym sposobem 
szukać honoru, twarz sobie oszpeciłem, zdrowie straciłem i sie- 
bie samego na żarty i pośmiewisko drugich podałem. Chciej 
W. M. Pan z miłości ku narodowi ludzkiemu ostrzedz naszych 
zbyt gorących i porywczych kawalerów, aby z mego nieszczę- 
ścia nauczyli się być ostrożniejszymi niż ja, który mam ho- 
nor być W. M. Pana najniższym sługą 

ŚmiałecJd. — 

(R. 17H7. Nr. U). 

O wszędobylskich. 

Dotychczas przyznam się, nie zdarzyło mi się uważać 
pewnego ludzi w kraju naszym rodzaju; którzy aż nadtb do- 
wodzą, że człowiek jest zwierzem lubiącem towarzystwo; i któ- 
rzy nietylko lubią społeczność, ale sami niejako czynią po- 
wszechność ludzi; pełno ich w^szędzie, zaludniają razem wszyst- 
kie miasta ulice. Sto ludzi tego gatunku większą sprawują lu- 
dność, niżeli dwa tysiące obywatela. Oni sami zastąpić mogą 
i napełnić miejsca spustoszone i z ludzi przez klęskę głodu, 
albo zarazy powietrzej ogołocone. Oni bez trudności ułatwiajq 
dostatecznie pytanie wątpliwych filozofów, jeśli jedno w liczbie 
ciało może w jednymże czasie na wielu razem znajdować si< 
miejscach. Są oni zawsze zatrudnieni, mając usilną prace py- 



— 6B — 

tania się wszystkich, których spotkają skąd, dokąd i po co idą. 
Codzienna ich zabawa i nieustanna potrzeba jest nawiedzać 
domy wszystkich prywatnych, nie licząc bynajmniej wizyt, które 
0(jldają na miejscach publicznych, gdzie się wszyscy dla inte- 
resów lub zabawy zbierają. Znają ich dobrze wszyscy odźwierni, 
po kilkakroć na dzień do domów, których strzegą, wpuszczać 
ich muszą. Trawią życie swoje asystując na pogrzebach, czy- 
niąc oświadczenia politowania, albo komplement powinszowa- 
nia nowego małżeństwa. Żadna laska od dworu oświadczona 
być nie może nikomu, żaden wakans dany, aby go natychmiast 
powinszować odbierającemu nie mieli. Tak cały dzień na usta- 
wicznem utrudzeniu strawiwszy, powracają do siebie znużeni, 
spoczywają, aby tem łatwiej rozpocząć mogli nazajutrz pra- 
cowity swój urząd. Jeden z nich niedawno z trudu i pracy 
umarł, któremu następujący położono nagrobek: 

Tu poczywa len, 

Którj' nie spoczywał nigdy. 
Miał honor w życiu swojeiii pięciuset 
Trzydziestu i dwora asystować poj?rzebom 
Winszował przyjaciołom narodzenia potomstwa 
Dwóch tysięcy sześćset ośmdziesiąt i dwóch dziatek. 

Intrata króle wszczyzn, nadanych różnym, którym wszystkim powinszo- 
wanie złożył, a każdemu w odmiennem wyrażeniu, wynosi corocznie na dwa 
miliony sześć kroć sto tysięcy; droga, którą po brukach miasta zbiegał czyni 
dziewięć tysięcy siedmset ośmdziesiąt cztery mil największej wielkości; koi^- 
wersacya jego dziwna była, miał w gotowości trzysta sześćdziesiąt i pięć 
przypowiastek, a sto ośmnaście w młodym ^vieku swoim z różnych ksiąg 
zebranych gadek; temi przedziwnie zaprawiał rozmowy swoje. 

Umarł w roku wieku swojego sześćdziesiątym 

O jego dziełach milczeć trzeba, bo któż policzy ile on widział i mówił! 

Druga istotna tych to ludzi zabawa jest śmieszna cieka- 
wość i wszystkich rzeczy bajeczna wiadomość. Niemasz ga- 
binetu tak ukrytego, któregoby sekretów nie przenikali; nie 
mogą zezwolić na niewiadomość rzeczy jakiej. Wiedzą oni, 

KSiCat HUMORU POLSKIEGO. T. 11- 5 



— 66 -^ . 

jak wiele u sułtana tureckiego w Seraju znajduje się niewiast. 
A chociaż żadnego na szpiegi nie podejmują kosztu, najskry- 
tsze jednak wszystkich dworów przenikają interesa. A gdy 
już wszystkie dzieje teraźniejsze wyczerpną, udają się do przy- 
szłych i zachodząc drogę Opatrzności Boskiej dla wszystkich 
przyszłe układają powodzenia; oni liczne wojska przez powie- 
trze przenoszą, dla ich przeprawy nowe na rzekach stawiają 
mosty, ukryte przez góry dla nich gotują przejścia, zgoła na 
niczem nic nie zbywa, prócz dobrego rozsądku. 

Tak osobliwszych ludzi gatunek opisując, rozumiem, że 
i W. Panu i przez niego ptiblico czynię przysługę. 

W. M. M. Pana najniższy sługa 

Wodnicki. 

(R. 17G7. Nr. LXXVII). 



Wszystkich nie zadowolisz. 

Wszystkich pism, a najbardziej publicznych, jakie są moje, 
krytyka jest bardzo potrzebna. Nietylko się o nią nie gniewam, 
ale też do powszechnej podaję wiadomości listy różnemi czasy 
w tej mierze do mnie pisane, wespół z mojemi na nie res- 
ponsami. 

Makaroński do Monitora. 

W pismach W. W. Pana znajdują często słowa zaple- 
śniałe, z starożytnej wydobyte polszczyzny: drugie świeżo kreo- 
wane i na polski dyalekt uformowane. Szpeci to bardzo styl 
W. M. Pana i psuje nasz język. Lepiej jest wprowadzonych 
zażywać makaronizmów, niźli niezwyczajne uszom naszym, 
z których nawet hajducy śmieją się, słowa w polsczyznę wpro- 
wadzać. Chciej W. M. Pan tę życzliwą radę przyjąć od tego, 
który jest. 



— 67 — 

Monitor do Makarońskiego. 

Za życzliwą radę W. M. Pana jak najpokorniej dziękuję. 
Będę się starał, abym ani starych, ani nowych słów nie zaży- 
wał, zastępując je makaronizmami, gdzie tego będzie potrzeba, 
a to najbardziej dlatego, żebym hajdukom W. M. Pana nie 
dawał przyczyny do śmiechu. Jestem. 

Staropolski do Monitora. 

Na zepsucie języka naszego przez obcych słów wprowa- 
dzenie wszyscy ubolewamy. Naprawić go inaczej nie możemy, 
jako nowe słowa nakształt polszczyzny układając i stare od nas 
zaniedbane znowu w używanie wprowadzając. W. M. Pan, 
którego pisma tak wielu co tydzień czyta, możesz do tego 
najwięcej dopomódz. O co upraszając imieniem wszystkich 
kochających język ojczysty, jestem. 

Monitor do Staropolskiego. 

Radę W. M. Pana tem chętniej przyjmuję, im bardziej 
pragnę wydoskonalenia języka naszego. Będę się starał w moich 
pismach o czystą i niezarażoną obcemi słowy polszczyznę. Tym- 
czasem jestem. 

Umizgalska do Monitora. 

Niepotrzebne żarciki, któremi W. M. Pan płci naszej oby- 
czajów dotykasz, pokazują, żeś nie miał dobrego wychowania. 
Człowiek uczciwy nie powinien o nas nic ani pisać, ani mó- 
wić, chyba ze czcią i uszanowaniem. Życzę W. M. Panu, abyś 
nam dał pokój, jeśli nie chcesz doświadczyć, jak wiele płeć 
nasza może. 

Monitor do Umizgalskiej. 

Szacuję wielce godność płci W. M. Pani. Żarty moje nie 
ściągają się do osób, ale do obyczajów mniej chwalebnych. 



— 68 — 

Zle niektórych postępki nie mogą czynić zniewagi całemu zgro- 
madzeniu. Z tem wszystkiem przyrzekam, iż odtąd do samej 
tylko pici męskiej będę moje uwagi stosował. 

Rzetelnicki do Monitora. 

Dzi\vno mi, że W. M. Pan nasze tylko postępki nicujesz, 
a białej pici przywary bardzo rzadko wspominasz, lubo tam 
obfitszą inasz do pisania materyą. Urząd W. M. Pana wyciąga, 
abyś bez żadnego względu, równie we wszystkich stanach ga- 
nił, cokolwiek nagannego widzisz. 

Monitor do Rzetelnickiego. 

Miałem moje przyczyny, dla których nie śmiałem tak 
bardzo narażać się płci delikatnej. Poprawię się w tem odtąd, 
żebym się nie zdał jakiej prywacie podlegać. 

Powaźnicki do Monitora. 

Jestem człowiek rzetelny: to zawsze mam w uściech co 
i w sercu. Niech tedy nie uraża W. M. Pana ta przestroga, 
którą mam honor przełożyć. Pozostając Monitorem, albo ra- 
czej nauczycielem dobrych obyczajów, wziąłeś W. M. Pan na 
siebie osobę filozofa moralnego. Trzeba ją utrzymać powa- 
żnemi pismami, a żarcikom daj pokój, które ani na W. M. 
Pana ur/ąd, ani na godnych czytelników powagę nie przystoją. 

Monitor do Poważnickiego. 

Dam pokój żarcikom i będę odtąd cale filozofem dla 
przysługi W. M. Pana. 

Uciesznicki do Monitora. 

Lubo wszystkie W. M. Pana pisma mogą być użyteczn 
illa tych, którzy z ich czytania swojego pożytku szukają, t 



— 69 — 

jednak w których W. M. Pan żartami nasze przywary wyty- 
kasz, są najpożyteczniejsze. Wyśmianie albowiem złych oby- 
czajów bardziej nas przenika i wstrzymuje od nich, nłźli naj- 
dłuższe nauki moralne. 

Monitor do Uciesznickiego. 

Ponieważ żarty tak są skuteczne do poprawy obyczajów, 
jak W. M. Pan wyrażasz, będę się starał żartując z przywar, 
odrażać od nich umysły czytelników moich. 

Mędrska do Monitora. 

Dziwno mi bardzo, że W. M. Pan w tak poważnych ma- 
teryach, jakie na' Monitora przystoją, zażywasz czasem fabu- 
łek, albo po polsku mówiąc bajek. Pamiętaj W. M. Pan, że 
więcej jest ludzi doskonałych, którzy jego pisma czytają, ni- 
żeli dzieci, którym jest przyzwoita Ezopa czytać. I to mi się 
też nie podoba, że W. M. Pan nas czasem wierszami obsy- 
łasz. Pamiętaj W. M. Pan, (znowu powtarzam) że jesteś Mo- 
nitorem nie poetą. 

Monitor do Medrskiej. 

Ponieważ się nie podobają W. M. Pani ani fabułki, ani 
wiersze, będę się ich odtąd wystrzegał, żebym się nie zdał być 
raczej poetą, niż Monitorem. 

Prawdzicki do Monitora. 

Nie wiem z jakiej przyczyny poprzestałeś W. M. Pan za- 
żywać do swoich pism fabułek. Ten rodzaj nauki u staroży- 
tnych mędrców był w wielkim szacunku i teraz cudzoziemscy 
Monitorowie często jego zażywają. 



— 70 — 

Monitor do Prawdzickiego. 

Wiem ja, że fabulki u mądrych ludzi i były i są w sza- 
iunkii. Prawda pożyczanemi kolorami ukryta jest mniej do- 
tkliwą. Będę się więc starał iść za radą W. M. Pana. 

Wierszowski do Monitora. 

Poważam wielce wszystkie pisma W. M. Pana; te jednak 
niijbardziej mi się podobają, które wierszami są ułożone. Tym 
:i łbowi t^m sposobem prawdę czasem przykrą W. M. Pan osła- 
dzasz i misccs utilc duld. Dopraszam się więc o częstsze tego 
rodzaju pisma. 

Monitor do Wierszowskiego. 

Sam tego pragnę, aby pisma moje i pożyteczne i za- 
Iniwne były. Ile mi czas pozwoli, będę się starał wierszami 
|jrzysłiip:iwać moim czytelnikom, których zadatek w następu- 
jących tlwóch wierszach posyłam W. M. Panu: 

Jeszcze się ten nie urodził, 
Któryby wszystkim dogodził. 

(H. 17(i7. Nr. LXXVIII). 

Napuszystość w wymowie. 

Mości Panie Monitor! Niedawno w Polsce z cudzych 
krajów stanąłem, alem się zadziwił, że nasza Polska, modą, 
obyczajami, strojem i językiem, dziś ze wszystkiemi wypole- 
riiwaiiemi równa się krajami. Ucieszyłem się z całego serca 
z tak chwalebnej odmiany i to cudzych języków przejęcie 
?=lirawiedliwą krajowi przyznałem potrzebą, wszelako nie bez 
żalu muszę W. M. Panu wyznać, że już i sami urodzeni Po- 
lacy, tak dobrze, jak nie swoim gadają językiem, kiedy jedni 
4ÓW w duskursie zbytkiem, drudzy tak zawikłanym z swoich 
myśli wywodzą się stylem, inni jakiemiś nowozaciężnemi 



~ 71 — 

dyskurs zawalają słowami, ci niezrozumianą prędkości mową, 
wielu rozwlekłej powieści bawią się sposobem, tak dalece: że 
z najpilniejszą uwagą mało którego zrozumieć mogłem i dla- 
tego opiszę W. M. Panu, jaką na moje przywitanie w domu 
ojca zastałem kompanią, w której każdy chcąc mię coraz ró- 
żnym bawić dyskursem, dał mi poznać, jak wielu ludzi tak 
ostrożnych jest w mowie, że się w cale zrozumieć nie dadzą. 

Tylkom co z pojazdu wysiadł, i przywitał ojca, jeden 
z łaskawych sąsiadów z takim wypada komplementem f „Wra- 
cają się Nestorowe lata, kiedy nam faworyzujące Superi po 
tak długiej expektatywie, pełne komplacencyi komportują pley- 
zyry. Dziś nam właśnie zajaśniał Febus w przypar}^tyerowa- 
niu udezyderowanej persony jego, którego kordyalnym salu- 
tujemy ferworem". 

Ja tedy widząc, że prawie cudzego zażywał języka na 
dostateczne życzliwych wyrażenie chęci, wziąłfem przed się po- 
dobnie mu łacińskim podziękować językiem, lecz on pychę 
z serca zrzuciwszy, przyznał się nie bawiąc, że cale nic po ła- 
cinie nie umie. 

Słucham dalej o czem te drugie panięta gadać będą, aż 
jeden z drugim tylko o sprawunkach z taką jednak wysiloną 
rozmawiał polszczyzną, iż mniemałem, iż do tej rozmowy same 
zamorskie pozapisywali słowa. 

Powiada najprzód, że kupił „Auszburską robotą służnika", 
ledwiem się tego domyślił po wzmiance roboty, że to miał 
być serwis; chwali się dalej, że bardzo tanio „dostał płaską 
robotą szpadwisia i jedwabnego wisielca", — już tu z przeprosze- 
niem jego musiałem się spytać, dopiero on nieco urażony 
odzywa się: „wstydź się W. M. Pan, że nie umiesz po polsku 
nazwać Portepee i pendentu". 

Był i ten dla słuchających nieszczęśliwy gatunek ludzi, 
coby każdy dyskurs w najkrótszem kończyć mogli wyrażeniu, 
to w trzechset słowach ledwiem dopiero początek znalazł. Do- 



— 72 — 

syć nadmienić kiedy jeden z nich nic więcej tylko ranne wsta- 
nie w tylu zamknął słowach: 

^Jak prędko Tytan po niebie swe rozwinął promienie 
i noc ciemnej postury zrzucała larwę, tak właśnie w te czasy 
snem sklejone otwieram oczy, raz, drugi i trzeci ziewnąłem, 
na tę i iirugą przeciągnąłem się stronę, a z wielką ciężkością 
o<l puchowej poduszki oderwawszy głowę, porwałem się i na 
lókko siadłem, dopiero wielkim głosem zawoławszy lokajów 
moich Wojciecha, Mikołaja i Gottfryda, strzelca rodem z Sa- 
xonii, wszystkich już w paradną ubranych barwę, którzy 
w punkcie z kilku pokojów wybiegłszy, razem przedemną sta- 
m.^Ii i krótko mówiąc od głowy aż do stóp w moją ponsową 
w Wiedniu haftowaną ubrali suknię". 

Uważ tedy W. M. Pan, co tu na taki dyskurs odpowie- 
dzieć można, kiedy niżeli do końca dosłucham, to o czem 
mowa zapominam początku. 

Czwarty tak pracowicie swój udawał dyskurs, z tak ła- 
twein młynkowaniem języka i żarliwem w dyskursie zajada- 
niem. Kem w całej rozmowie nie uchwycił słowa, abym mógł 
z niego przygotować odpowiedź, ale szczęściem jak krzyknął: 
paf, paf! dopierom się domyślił, że podobno w pojedynku 
z dwóch pistoletów wystrzelił razem. W tym całym dyskursie 
tnpająt! nogi mi zdeptał, suknię poobiywał, boki obszturchał, 
pod nosem nakiwał i w oczy naplwał. 

Piskiego postrzegłem wiele do damy czyniącego komple- 
mentów, a gdym zdaleka usłyszał, że ją raz magnesem drugi 
raz bui^^tynem zrobił, z ciekawości przybliżyć się odważyłem 
i na ten do damy w te zaczęty słowa trafiłeni komplement: 
,Ty jesteś słońce na wypogodzonym pomyślności Olimpie, 
które mocą sobie przyzwoitej attrakcyi, nikczemne do siebie 
pociągasz atomy. Wznoszę się z padołów nieszczęścia, bu- 
r:«tiwe pominąwszy chmury, górne plejzyrów osiadać parnasy. 
Wy.^^kakijję z radości, jak po lutni Orfeusza mury, kiedyś mi 
ilobrze nnstrojonem sercem, jak wdzięcznej muzyki zabrzmiała 



— 73 — 

rezonancyą*. Tom tylko z tego komplementu zrozumiał, że 
tą głęboką i wysiloną allegoryą chciał dać poznać damie, że 
ją serdecznie kocha i pragnął koniecznie, aby się tego domy- 
śliła łatwo, co on nie wiele myśląc sam się uwikłał w słowa 
i z własnej myśli nie wywiódł dobrze, właśnie, jak ów Faeton, 
co chciał wysoko po niebie jeździć a ledwie się łbem na ziemi 
oparł. 

Ostatni dopiero samej polszczyzny wyborem w ten słów 
dobranych sposób zaczyna historyę: ,Raz sobie tnę przez mia- 
sto, napadłem człowieka, który trzech zliczyć nie umiał, sto- 
jącego jak miłosierdzie w murku; ja sobie myślę, że to nie 
bez kozery, nadąłem się jak półtora nieszczęścia, idę próbować 
czy da sobie na nosie zagrać? spodziewając się, że jak przyj- 
dzie na orzech to on ani dudu, lecz on skórka na boty poznał 
się na farbowanych lisach i na różne finfy i chrząszcze, com 
mu przez nos puszczał, tak mi z góry zaśpiewał: „nie zjesz 
mię W. M. Pan w kaszy, gdzie potrzeba nie zaśpię gruszek 
w popiele, wyrwał się W. M. Pan jak Filip z konopi, spo- 
dziewałeś się słońca przed swemi wrotami, a usiądziesz na 
koszu jak ci dudka na kościele pokażę*. Ja sobie pomyśliwszy 
jest kot w kapuście, zjedz że kata, jak mi wyciął kuranta, 
nie źle mi dał po tybinkach. Wiem ja gdzie waści za to 
uszyję boty i zaproszę na kwaśne jabłka, nie wykręcisz się 
waść sianem, nauczę waści po kościele świstać. Wytarłszy 
mu kapitułę dobrze, zaraz nuże na niego, a on mnie brzdęk 
przez łeb, ja go za piersi hap, a on o ziemię klap, dopiero 
widzi, żem mu kurtę skroił i że to nie przelewki, powiedziawszy: 
jechał was sęk, fik mik i do domu smyk". 

Słuchałem długo, alem się pomiarkować nie mógł, że 
?o słowo to o czem inszem zaczynał mowę, rozumiałem, że 
.0 są . same zagadki do odgadnienia całemu podane światu. 
To go tylko z całego wydało dyskursu, że wyśmienity aktor, 
bo głową, oczyma, językiem, nogami i ręką każde wytłoma- 



— 74 — 

czyi słowo z takim przeraźliwym krzykiem i ręczną mustrą* że 
gi^styin zamachem ledwie mego nie atakował nosa. 

(R. 1767. Nr. LXXXHlJ. 

Samy malowane. 

,..Chcć i pragnienie być i pokazać się pięknemi wszyst- 
kim białogłowom powszechne, najwięcej w samych wyższego 
stanu panuje domach, w wszystkich ich wydaje się cz)Tino'- 
ściatli, które na samem szukaniu tego wszystkiego zdają si<^ 
łożyć, cokolwiek ich szpetność pokryć, lub piękność powię- 
kszyć może. Którym piękności ubliżyła natura, usiłują przez 
sztukę pięknemi zostać; które zaś nią ozdobione zostały, ro- 
icumieją, iż ją sztuka powiększyć i wydoskonalić może. Gdyby 
ta sztuka czynienia się pięknemi na delikatnem utrefieniu 
włosów, kształtnem przybraniu głowy, misternem nawlepianiu 
iiłU?^Kek, wdzięcznem ułożeniu twarzy, wytwornem oczu i ręku 
poruszeniu, modnem ziewaniu, przymilającem się kh ulaniu, 
wonnem uperfumowaniu i najwykwintniejszem całej siebie 
przystrojeniu zależała jedynie, — żadnejby zdaniem mojem nie 
podlegała naganie; ale kiedy nie przestając na tem, przez za- 
żywanie pomad, bielldeł. barwiczki, i innych kolorów pie- 
szczoni[ twarzy swojej zmyślają postać, na sam ich od uprze- 
dzenia wolny zdaję się rozsądek, jeśli w tej mierze wymó- 
wione być mogą. 

Damy, którym albo natura nie pozwoliła, albo długiego 
przpciągłość wieku zakazała być pięknemi, przysposobioną od 
różny dl farb piękności postacią, wrodzone lub z długich lal prze- 
ciągu nadeszłe niekszlałtności swej twarzy, chcąc jak najdo- 
skonalej pokryć, większą życia połowę przy gotowalnkKh tra- 
wią. Więcej tam one na wyciąganiu zmarszczków lub za- 
frladzeniu pozostałych od ospy dołków podejmują pracy, ni- 
^.eli kartagińskie wojsko na wyrównaniu drogi po nieprzeby- 
tyt h skałach włoskich, więcej na jak najkształtniejszem mo- 



i 



- 76 - 

zaikowaniu twarzy drogiego Jożą czasu, niżeli pierwsi tej sztuki 
%vynalazcy Jożyli na wydoskonalenie onejże; nie z taką pilno- 
ścią przezorny wódz powierzone sobie do bitwy szykuje woj- 
sko, nie z takiem staraniem jak najbezpieczniejszego szuka 
im placu, z jaką pilnością takowe damy najwybomiejsze z po- 
między innych wybierają muszki, z jakiem staraniem i tro- 
skliwością najwygodniejszego dla nich upatrują miejsca 
i w niem je jaknajwytworniej układają. Gdyby same zwierciadła, 
które ustawicznemi tych wszystkich wykwintności być muszą 
świadkami, mowę mieć mogły, odkryłyby nam zapewne ty- 
siąc innych w tej mierze zażywanych od nich wytworności 
rodzajów. Mnie, któremu osobliwszem zrządzeniem nieba do- 
stało się raz szczęście Jmć panią Piękrzycką, przy gotowalni 
zastać, Av pierwszym kroku do jej gabinetu Avejścia, zdawało 
się wcale, że się w jakiejś porządnej znajduję aptece; poro- 
zwijane niezliczonych rodzajów miniatury wdzięczny oku spra- 
wowały widok; miły zapach do nabycia delikatności służących 
likworów, któremi kilkadziesiąt napełnionych widziałem bute- 
lek i przedziwna wonią po całym rozchodząca się pokoju 
wszelkiego rodzaju perfumów, których pełne na gotowalni 
pudełka stały, niewymowne powonieniu memu ukontentowa- 
nie czyniło. Kilka tam znajdujących się panien tak zabawne 
były, iż gdy wszedłem, ani postrzegły nawet Jedna z nich 
zmyśloną białość fałszywym miarkowała rumieńcem; druga 
delikatnym pędzlikiem purpurowy ustom dawała kolor; ta 
pomarszczone wytworną pomadą gładziła czoło; tamta wonie- 
jącemi Avódkami utrefione przyprawiała włosy; inna perfumo- 
wała ręce; samo tylko zwierciadło i ja AVszystko to z podzi- 
%vieniem widząc nieponiszony stałem; gdy z nagła postrzegłszy 
mię Jmć pani Piękrzycką, jedną ręką trzymając się głowę, 
a drugą serdeczną niby trzeźwiąc się wódką: „Chciej mnie 
W. Pan (rzecze) mieć za wymówioną, że mu dzisiaj służyć 
nie mogę, gdyż nadzwyczajny ból głowy wcale mię do służe- 
nia jenm, z umartwieniem mojem niesposobną czyni". 



— 76 — 

Ja uważając, że niedomalowana jeszcze brew dnigiego, 
oka, której czerwoność zaslonieniem ręki przeclenmą utaić chciała, 
całą tak gwałtownej słabości przyczyną była i coraz większych 
przyczyniała mdłości, kilka słów powiedziawszy, wyszedłem 
ucieszony niezmiernie takowej odkryciem zdrady. 

Gdyby takowe damy chciały być pięknemi dla sa- 
mych siebie i własnemu tylko podobać się zwierciadłu, mo- 
głyby bezpiecznie w sposobie piększenia swych twarzy słuchać 
rady, upodobania i wykwintów swoich. Ale kiedy takowym 
piększenia się sposobem, nie sobie, ale nam podobać się sta- 
rają, kiedy umyślnie dla przypodobania nam się, od bielidel 
białości, od pomad gładkości, od barwiczki rumieńca zdradli- 
wie pożyczają; nie mogę nie wyznać, jak wiele nas ta zmy- 
ślona białość, ten pożyczony rumieniec, ta przysposobiona gład- 
kość omamia i łudzi, w tak gruby nas wprawując błąd, że 
zmyślone za prawdziwe doskonałości uznając, w nich je wiel- 
bimy i czcimy. Każda dama przestawać powinna na ozdo- 
bie twarzy, którą jej udzieliła natura; nie ma jej poprawiać 
przez sztukę, która zmyśloną może, prawdziwej dać jej nie 
może piękności, gdyż ta samejże natury, nie sztuki właściwem 
jest dziełem. Naśladować raczej powinna dawne owe Sabinki 
pod Tacyusza króla panowaniem żyjące, o których wspom- 
niony na początku w temże swojem dziele świadczy poeta: 

Dawne prawi Sabinki więcej się bawiły 

W pracach, które ich wioski, nie twarzy zdobiły. 

Gdy na prostem wezgłowiu siedząc bez przestanku. 
Przykre dzieło od zmroku snuły do poranku. 

Córka pasła, a matka trzodę w chlew wganiała. 

Sama ogień wznieciwszy, drew nań przykładała. 

Albo naostatek, jeżeli które malować się mają, tedy 
samym tylko od starości zeszpeconym damom odtąd nie 
wolno będzie, aby nas zgrzybiałą swoją i zmarszczoną twar 
nie straszyły więcej i przez to od młodszych rozeznane b} 



— 77 -- 

mogły; ale niech się nie spodziewają nigdy, aby się kiedy 
komu podobać mogły. Nic bowiem obmierzlejszego nie jest, 
jako twarz krost, piegów i zmarszczków pełna, choć ją z po- 
mady i różnych kolorów ulepiona pokryje maszka. - 

Zmyślona gładkość, zbytnie piększenie 

Choć na czas szpetność twą zmyje, 
Powiększy-ć wzgardę, wstyd, obrzydzenie. 

Gdy się twa zdrada odkryje. 
Właśnie jak łani grotem rażona. 

Gdy się o drzewo ociera, 
Zamiast co chciała być uleczona, 

Bardziej swą ranę rozdziera. 

Jestem z winnem uszanowaniem W. M. M. Pana najni- 
ższym sługą ^^j^ Przyganicki, 
W Warszawie 9 września. (R. 1767. Nr. cn;. 





^ /^>Ar.,.v/^;^ 



Ks. FRANCISZEK BOHOMOLEC 



HohoiiKsIn-, wyłluwca .Mnnitoia, nirdushMecznie jest oce- 
niony przez historyków literaiin^. Hi^^lowiek niezmiernie ru- 
tliliwy. -;iin y\>\}\ wirlr i w roziiiaityrli kierunkach i innych 
d{ł [ii-^tniii łA\v\\i\i\\. y\\M\mr/.\Ą Ir: i nr ii>kit* utwory dramaty- 
r vjjr, ii]it'!lzy 5 innymi .\lnHer;L Vfh\ inln^lzie/y w kolegiach je- 
zuicki rli \n<\\\ kóijieiiył^ nry^riiiJLlnc z hiE,-kicmi wyłącznie ro- 
hiiui; puzui"'] wprowadził tlo koinedyj swyrh i kobiety. W r. 
lirłS wyihił pn Uiriiiii^ rozum wy o j<:zykM | ud -kim, w których 
wv-l;ipił przł < iw rtiiikiirniiiziijniM. St;ir[ini«Mn jego wyszed. 
/M\\^v ilzit'jnpi<uw poUkirli (kniriikMizv. 4 tnmv). Wydal nie 
ziLiłłt* \\\>{\u\ S^łrhii w-kił^^i' f^prurnwid oh-zerne życiorys] 
^\\\\^ Z;nui«i-ki^'^^'> i .l>izr;/n < U.^uli(i-k[< ijo. tMnz mniejsze St 
< Hz('rliowski('Li!i \ -fcikihb.i (Hłr-ki<';:n, ['Muniainy drobniejs; 



— 79 — 

jego prace i tlomaczenia. Godzi się jednak zaznaczyć że był 
poniekąd twórcą opery polskiej, napisał bowiem libretto „Nę- 
dza uszczęśliwiona** do której Maciej Kamiński dorobił mu- 
zykę; pierwsza to opera polska wystawiona w r. 1778. Jako 
nauczyciel w Kollegium jezuickiem zachęcał młodzież do pró- 
bowania sił swoich na polu poezyi i oratorstwa; ślady tych 
jego usiłowań pozostały w „Zabawkach oratorskich" i w „Za- 
bawkach poetyckich". Zadawał swoim uczniom pewien te- 
mat i ci go obrabiali, tak np. spotykamy w „Zabawkach ora- 
torskich" kilka mów na temat sprawy żydowskiej w Polsce: 
jedni mówcy występowali przeciw żydom, drudzy w ich obro- 
nie. Co do „Zabawek poetyckich" po większej części kazał 
tłomaczyć z obcych języków. — Bohomólec był uważany za 
jednego z najdowcipniejszych ludzi swego czasu. Dowcip ten 
spotykamy przedewszystkiem w „Monitorze" i w jego kome- 
dyach. Prócz tego pisał sporo wierszy, które jednak nie zo- 
stały dotychczas zebrane i zdaje się, że wogóle nie wiele ich 
drukował. Przypisują mu autorstwo wielu satyr politycznych; 
i-zecz jednak nie jest dostatecznie zbadana, gdyż te same sa- 
tyry uchodzą zarówno za płody Trembeckiego i Zabłockiego. 
Raz zaimprowizował w wesołem towarzystwie „Pochwałę we- 
sołości", na którą odpowiedział natychmiast Krasicki, kończąc 
swą odpowiedź toastem: „Niech żyją Bohomolce!" Dodajmy 
wreszcie, że układane przez niego pieśni były w swoim czasie 
bardzo popularne. Należy do nich głośna: „pieśń Kurdeszowa". 
Ze spuścizny literackiej po Bohomolcu podajemy kilka 
jego utworów wierszowanych i wyjątki z kilku komedyj. Na 
końcu umieszczamy kilka próbek ze „Zabawek poetyckich", 
przez uczniów jego pisanych. 



— jł&^P^^^fc'-*- 



POCHWAŁA MICHAŁA^). 



Nietliaj nadstawi ucha ziemia cala, 
Zaczynam głosić pochwały Michała, 
Którego imię i poszanowanie 
Poty trwać będzie, póki nie ustanie. 

Ten człowiek dziwny, choć jeszcze nie stary, 
Wziąwszy najrzadsze od natury dary, 
We wszystkie piękne przymioty opływa, 
Oprócz tych tylko, na których mu zbywa. 

W iartacłi on skromny, w uczynkach łaskawy, 
Wszystkie ludzkością trącą jego sprawy. 
Nigdy nie wyda gniewu na swej twarzy, 
Póki cholera żółci mu nie sparzy. 

W ręku ma biegłość, w nogach cudną dzielność 
W oczach pobożność, a w piersiach rzetelność 

^) , Rozrywki ucieszne i dowcipne z przydatkiem wielu nowych zaba- 
wnycli hiHtoryek przedrukowane za pozwoleniem starszych" (pierwsze wy- 
danie bez miejsca druku, drugie 1763 r.). Wiersz zupełnie podobny, ze 
nnianf| jedynie z 11 głoskowego na 13 głoskowy, znajdi^emy w broszurze 
bezimiennej: ^Kuzs. dobrej myśli" (b. m. i r.), w której pomieszczono kilka 
satyr i wiersza Narusze\vicza. Oto jego początek: 

Niecił nadstawi miłego ucha ziemia cala 

rzewnego męża piękna rozszerza się chwała 

Którego zacne imię i poszanowanie 

Dotąd trwać będzie w ludziach, póki nie ustanie Ud, 



-^ 81 — 

Kłamstwo z ust jego nigdy nie wypłynie 
Chyba pod ten czas, gdy się z prawdą minie. 

Drugi skoro się napcha przy obiedzie 
Zaraz do swego łóżka drzymiąc jedzie, 
Nasz Michał śladem nie idzie tych ludzi: 
Wnet spać przestaje, skoro się obudzi. 

I stąd niezmierna rośnie jemu chwała. 
Że wielkie czyni umartwienia ciała, 
Co dzień u niego post niepospolity: 
Nie dba o ciało, gdy jest dobrze syty. 

Drudzy przy trunkach w dzień i w nocy siedzą, 

A z butelkami pełnemi się biedzą, 

U niego insze cale obyczaje: 

Nie pija wina, gdy mu go nie staje. 

Niech przed nun stoją wyborne pasztety, 
Kapłon, gęś, indyk i rozliczne wety, 
On przecie na swe nic nie weźmie zęby. 
Póki swej wdzięcznej nie otworzy gęby. 

Przyznać to musi każdy nie obłudny, 
Że ten człek w swoich postępkacli tak cudny 
Nie miałby sobie równego w zalecie, 
Gdyby sam jeden tylko był na świecie. 

Jeśli się w zdaniach naszych nie mylemy. 
Słusznie rokować z takich cnót możemy, 
Że ten człek pewnie aż do nieba zajdzie. 
Jeśli się w czyśćcu po swej śmierci znajdzie. 



jMhn^ 



«SIĘ8r HUMOnu fOLSKIEGO. T. II. 



Ii.- 
SUPLIKA. 

Do Ł O, Xda Tmci łrenerala zieni podolstieli aby pozwolił wy drako wać 
swfjją komedyę pod tytuiem: Pafina na wydaniu^). 



Co ludzie rzeknij, na to nie uwalam; ^ 

Nie jesl to przeciw niemu powołaniu. 
Że się doprpszać tej taski odważam 
Byś mi dal twoją Pmwe na wtfdaniiL 

( !hcę, aby poznai ją naród nasz cały, 
A widząc, jak jest i mądra I mila; 
Tak wielkie onej W)^znawat pochwały, 
Jakie War^szawa już jej ' wypłaciła. 

Wiem, te nie jesteś sJaljej płci morderca. 
U której grzeczność twa jest w podziwieniu; 
Byłby to dowód -/awisne^o serca. 
Tak milą imnnę kryć w domowym cieniu. 

Niechże na światło publiczne wychodzi, 
Uczyń w teni łaskę wszystkich nas ^daniu; 
Niech się podobne jej potomstwo rodzi- 
Wydaj czem prł^^dzej „pannę na wydaniu". 

Co tegoż- 

Którzy kol wiek twą ^rp^nnę na wydaniu** znają, 
W-szyscy ją mieć u siebie usilnie żądają 

M U^iersJE len wjjęty t. pisma peryodyezneKO ^ Zabaw; przyjemne i pth 
iyteczne*' wyiL^watte^^ prze/. Alberta iidie^o i Nłiru&zewieza. 



— 83 — 

Oddaj ją temu, który prosił o wydanie 
Tak i wszystkim dogodzisz i cala zostanie. 

Na fęż komedyę do przyjaciela. 
Wołasz że cud to, że się w Warszawie zjawiła 
Panna już na wydaniu, panna grzeczna, miła, 
A przecież jeszcze panna! lecz wiedz, że ta dama 
Od innego, jak inne, pochodzi Adama. 



III. 

DO BIZUNA). 



O! z wieków cudotworny syriu byczej skóry, 
Złych duchów Exorcysto, poprawco natury, 
Stróżu durnej młodości, proszku doskonały 
Na upór, muchy w nosie, miłosne zapały, 
Pod jakiemkolwiek słyniesz na świecie imieniem, 
Czy cię Kozak plecionym nazywa rzemieniem. 



*) Wiersz w>'dany bezimiennie, a przedrukowany z egzemplarza dru- 
kowanego na jednej kartce w 8-ce, bez w. m. i r. Wiersz ten uchodzi od 
niedawna za lyiersz Naruszewicza, ale ani za życia Naruszewicza, ani w pó- 
źniejszych wydaniach jego pism nie był umieszczony. Na jednym egzempla- 
rzu ktoś zanotował, że to wiersz Naruszewicza i to jest jedyną podstawą, 
na której oparli się ks. Szyndler wydając jego przedruk i P. Chmielowski 
włączając go do , Wyboru poezyj* Naruszewicza, (188^2). I ja nie mam 
poważniejszych dowodów na to, że to wiersz Bohomolca. Ale za taki ucho- 



— 84 — 

Czy Lach basem bolesnym, lub swym obyczajem 

Dziki z Krymu pohaniec ochrzcił cię nahajem, 

Tyś byl wszys^Lko przed laty, choć gruby Sarmata 

Nie wysyłał po rozum do obcego świata 

Swych dzieci, ale przodków chwalebnym nałogiem 

Bez wielkich kosztów miewał kańczug Pedagogiem. 

Moc twoja jak misterne dłóto pracowicie 

Krzeszi|c wióiy i w martwe pieńki wlewa życie; 

Ty polor, ty lustr dajesz i wdzięki powabne, 

Ty w grzecztui młodzież Bartki zamieniasz niezgrabne; 

Rura, niechluj, basałyk, wnet Francuzem został. 

Gdy go z kotka makarem Pan Ojciec wychłostał. 

Dziś twe szerokowładne znikło panowanie. 
Płaczą rzewnie strapione Boćki i Ormianie. 
Rzadko kto na twe kupno ściągnie dłoń do grosza. 
Jedna pi^ecież została poczciwa Wolosza, 
Go płacąc pasterzowi swemu winne długi. 
Niesie w hołdzie na klęczkach pobożne kańczugi, 
Byłeś po dworacłi między najdroższemi sprzęty. 
Wetując na kobiercach młode wiercipięty. 
Aż milo w?;poinnieć jakto bywało przed laty, 
Kiedy usiadł za stołem marszałek wąsaty 
Na sądy, w czerwonego żupanie atlasu, 
A dobywszy groźnego z pod żołądka basu. 
Zgromadzonym mołojcom na gody niewdzięczne. 
Wyliczał z kalendarza zasługi miesięczne: 



ćz\l it^cźc^mtj, bu vso \vspułczesnycli zbiorach rękoi)iśimennycii (Silva reruni) 
kilkaknłtnie go sp<*tkiiłem z dopiskiem: księdza Bohomolca. Również na 
e^eiiiplnrzu, z kLurufe^o {^o przedrukowałem w „Perłacli łmmoru*, był współ- 
czesn:| rckrj płjdany 2a autora Boliomolec. Jako wiersz Boliomolca wreszcie 
unfiie:^cil ^y in(Vj dzhid (Adam Bartoszewicz) w księdze, do której wpisy^yał 
ntaflś^e utwory wiorwZł>wane, a zmarły w r. z. (<ezar Biernacki przysłał mi, 
kiedym wydawał ,. Perły humoru", odi)is tego wiersza z podaniem Boho- 
molca jRi autoru. K. B. 



— 85 — 

„Tyś się z słowem grubijańskiem wyrwał nieostrożnie, 

Tyś swój i pański chował sprzęt nieocliędożnie, 

Tobiem mocno zakazał z Panfilem się bratać, 

Tobie szachrować, tobie pokryjorau latać, 

Tyś plotka, tyś łgarz czysty, a ty natręt zbytny, 

Waszci zasmakował bardzo trunek żytny: 

Panicz się trochę przekradł, a ten miły szpaczek, 

Po co to o północku załatał do praczek?* 

Tak gdy wszystko opowie na te opłakańce, 

W tem pleczyści za kmotrów wnidą potrzymańce: 

Iwan karet podpora, kwiat między Haydony, 

I pajuk Jegomościn Marcin poturczony. 

Toż Matyasz masztalerz, stangret opanasy, 

Zdolne męże z niedź wiedźm i w silne iść zapasy. 

Zamkną się drzwi na rygiel, kloc w pośrodku stanie, 

Hałas, tertes, obietnic świętych ponawianie: 

A on Hcząc po ćwierciach bolesne dziesiątki, 

Samorodnym indychem wrażał cnót pamiątki. 

Oddycha, upomina, nie ustąpi kęsa, 

Dopóki leniwego nie narąbie mięsa. 

Bito wszędy i młódź też lepsza była bita. 

Czego Pijar nie dobił, albo Jezuita, 

Dwory poprawowały, a gdy duch zacięty 

Nie dał się zgiąć na szkolne i na dworskie pręty, 

Żołnierze! wam ostatnia została robota; 

W łozim ogniu dać jeszcze próbę tego złota. 

Tak przez różne przechodząc piętnie i batogi. 

Tracił wiek w pół szalony zwolna swe nałogi. 

Aż też pożegnawszy się z namiętności tłumem, 

Począł za przewodniczym iść tyło rozumem... 



;*^ 



— 86 - 
IV. 

PlEŚjl KUHOESZOWfl'). 



Każ przynieść wina mój Grzegorzu miiy! 
Bodaj się troski nigdy nam nie śniły. 
Niech i Anulka tu zasiędzie z nami: 
Kurdesz, Kurdesz, nad Kurdeszami! 

Skoro się przytknie ręka do butelki, 
Znika natychmiast smutek serca wszelki. 
Wolajmyż tedy dzwoniąc kieliszkami: 
Kurdesz Kurdesz, nad Kurdeszami! 

Nie zle to wino, do ciebie mój Grzelu! 
Cieszmy się póki możem przyjacielu, 
Niech stąd ustąpi nudna myśl z troskami, 
Kurdesz, Kurdesz, nad Kurdeszami! 

Patrzcie! jak dzielny skutek tego wina, 
Już się me serce weselić poczyna. 
Pod stół kieliszki, pijmy szklenicamil 
Kurdesz, Kurdesz, nad Kurdeszami! 

1 ty Anulko, połowico Grzela, 
Bądź uczestniczką naszego wesela: 
Nie folguj sobie, chciej wypić z nami, 
Kurdesz, Kurdesz, nad Kurdeszami! 



*) Heśń Kurdeszową napisał Bohoiiiolec u Grzą^urza Łysaklewicza, 
kupca warszaAvskiego, który miał wyborną piwnicę win wc^ierśskJcli OV(Vj- 
cickil Wspomniany w niej Maciuś był synem ŁyszkiewiczĄ (^lui^nym póżniąj 
b^r kierej n ^yarszawskim. 



— 87 — 

Już po butelce, niech tu stanie flasza, 
Wiwat! to cala kompanija nasza! 
Wiwat z Maciusiem i przyjaciolami! 
Kurdesz, Kurdesz, nad Kurdeszami! 

Maciuś jest partacz, pić nie lubi wina, 
Myśli, że jemu zlotem jest dziewczyna, 
Dajmyż mu pokój, pijmy sobie sami, 
Kurdesz, Kurdesz, nad Kurdeszami! 

Odnówmy przodków ślady wiekopomne, 
Precz ztąd szklenice, naczynia ułomne, 
Po staroświecku pijmy pucharami 
Kurdesz, Kurdesz, nad Kurdeszami! 

Już też bo Grzelu przewyższasz nas wiekiem, 
A wiesz że wino dla starych jest mlekiem, 
Łyknij! a będziesz śpiewał z młodzikami, 
Kurdesz, Kurdesz, nad Kurdeszami! 




— 88 — 

V. 
Z KOMEDYI: 

„FIGLACKI. POLITYK TERAŹNIEJSZEJ M0DY"O. 

AKT F^IEKWSZY. 
SCENA 1. 

Figlacki, — Pomocki, 

Pomocki, Podobno mam honor witać Imć Pana Figla- 
ckiego. 

Figlacki. Tak jest: Figlackiego. 

Pomocki. Wszak to W. M. Pan rok temu dwóch ku- 
pców odrwil. 

Figlacki. Odrwil. 

Pomocki. Potem W. M. Pana schwytano? 

Figlacki. Schwytano. 

Pomocki. I do kozy zaprowadzono? 

Figlacki. Zaprowadzono. 

Pomocki. A tychże pieniędzy, które W. M. Pan wydrwił, 
nie odebrano? 

Figlacki. Nie odebrano. 

Pomocki. Jakimże to sposobem? 

Figlucki. Sposobem. ' 

Pomocki. Dlugoż W. M. Pan w kozie siedział? 

Figlacki. Ja siedział? 

Pomocki. Tak jest. 

*) Tytuł ten noszą d\vie koniedye Bohomolca. Podajemy wyjątek 
z drugiej, która na początku wspomina o przygodach Figlackiego, będących 
treścią pierwszej komed\i. 



k^ 



d 



- 89 — 

FiglaekL Przepraszani W. M. Pana: nie było tam na 
czeni siedzieć. 

Pomocki. Mniejsza, że W. M. Pan nie siedział, dość tego, 
że W. M. Pan był w kozie. 

Figlacki. Byłem. 

Pomocki. I W. M. Pan że się nie wstydzisz przyznawać, 
żeś na takiem był miejscu? 

Figlacki. Co za przyczyna wstydu? wiesz W. M. Pan, 
że vir locum, non locus virum honestat, to jest, że nie miejsce 
człowiekowi, lecz człowiek miejscu dodnje ozdoby. I ja też 
chcąc temu miejscu honor uczynić, pójść do kozy raczyłem. 

Pomocki. Cóż W. M. Pana ztamtąd ratowało? 

Figlacki. Co ratowało?: polityka teraźniejszej mody. 

Pomocki. Nieszczęśliwy jestem, że przeszłego roku za- 
cząwszy brać od W. M. Pana lekcye tej tak pożytecznej chu- 
demu pachołkowi nauki, nie mogłem dla owej nieszczęsnej 
z kupcami sprawy, dłużej w niej ćwiczyć się. Zmiłuj się do- 
brodzieju, nie chciej mi zajrzeć tego talentu, któryć natura dała. 

Figlacki. Mci Panie! Ja mych talentów W. M. Panu 
bez zazdrości udzielić gotówem. Ale dwie rzeczy musiałbym 
sobie wymówić! 

Pomocki. Choć i dziesięć, gotówem. 

Figlacki. Ta jest najpierwsza żebyś W. M. Pan nie miał 
skrupułów, bo te bardzo szpecą politykę teraźniejszej mody. 
Druga, żebyś mi W. M. Pan pomagając wykonania mych za- 
mysłów, dał dowód swojej sposobności do tego stanu. 

Pomocki. Cokolwiek mi W. M. Pan rozkażesz, chętnie 
uczynię. 

Figlacki. Będzie to najlepszą dla W. M. Pana lekcyą, 
kiedy się przypatrując mym dziełom i onych uczestnikiem 
będąc, zechcesz z przykładu mego profitować. 

Pomocki. Tego najbardziej pragnę. 

F'iglacki. I w tym W. M. Pana ostrzegam, żebyś mi 
śmierci, sądu i piekła nigdy nie wspominał: gdyż jako przy- 



- 90 - 

kra rzecz jest uczciwemu człowiekowi o tych rzeczach słu- 
chać, tak nieprzystojna onemi głowę drugim nabijać. 

Pomocki. Doznasz W. M. Pan i w tern mojej rzetelności 

Figlacki, Go drudzy nabożnisiowie mówią, lub czynią, 
na to W. M. Pan nie uważaj. Mnie W. M, Pan słuchaj. Ja 
będę W. M. Panu kaznodzieją, ja duchownym, ja nauczycie- 
lem! od drugich zaś, którzy zwykU wprowadzać mowy z za- 
krystyi wzięte, jak od węża uciekam. 

Poniocki. Wszystkie te przestrogi W. M. Pana doskonale 
wykonam. Ale niech mi się godzi spytać, gdzie się też W. 
M. Pan po przeszlorocznej z kupcami sprawie dotąd obracał. 

Figlacki. O, wiele o tem mówić! 

Fomocki. Przynajmniej krótko chciej W. M. Pan nad- 
mienić! 

FiglacIcL Byłem w cudzy<?h krajach. 

Pomocici, Zaś? 

Figlacki, Nie inaczej. 

Pomocki. Cóż *W. M. Pan tam robił? 

Fi/jfla^kL Służyłem pod jazdą na galarach francuskich. 

Pmnocki. To W. M. Pan musiałeś się i po francusku 
nauczyć? 

Figlacki, Oui, sans doutc! I to mi wiele pomagał Wiesz 
W. M. Pan, że u nas teraz kto po francusku nie umie, choćby 
był najmędrszy, za prostaka bywa sądzony. Kto zaś tym ję- 
zykiem przebąknie, wraz musi być i mądrym i grzecznym, 
choćby był prostakiem. 

Pomocki. Wiele W. M. Pan dokazał, jeśliś się tego ję- 
zyka nauczył, z którego teraz najwięcej ludzi profiluje. 

Figlacki, Nie inaczej. Oto i teraz mnie ten języl. "- 
nił guwernerem u syna owego sławnego bogacza Im' a 
Łakomskiego. 

Pomocici. Co? W. M. Pan zaś guwernerem? 

Figlacki. Abo co? 

Pomocki. Nic. Czegóż W. M. Pan go uczys?? 



- 91 — 

Figladci. Wszystkiego. 

Pomocki. A uczeń, pojętny przecie? 

Figłacki, Jak sadło. Już chłop wielki jak drąg, a czte- 
rech mu zmysłów nie dostaje. Ojciec przecie niezmiernie 
jego kocha i rozumie, że kawalera doskonalszego nad jego 
syna nigdzie nie znajdzie. W jednej rzeczy dobrzem go prze- 
cie wyuczył. 

Pomocki, W czemże przecie? 

Figladci. W karty tnie wyśmienicie. Teraz w niebytności 
ojca przegrał suknie, pistolety, karabelę i zaciągnął długu koto 
sta czerwonych złotych. 

Pomocki, A któż to wygrał? 

Figlacki, Kto? Pan Figlacki. Ale obiecałem na wypła- 
cenie tego długu wydusić u ojca jego ze sto czerwonych zło- 
lydi, żeby na przyszły czas kredytu u wszystkich przyjaciół 
nie straciŁ Ale oto ci mój Pan uczeń idzie. Ustąp W. M. 
Pan na czas. 



SCENA n. 
Jan. — Figlacki. 

Jan. Zginęliśmy Mci Panie guwernerze! 

Figlacki, Courage Monsieur, courage! 

Jan. Wszak to mój pan ojciec przyjechał. 

Figlacki. Tego nam i trzeba. 

Jan. Ale już słyszę wie o wszystkiem. 

Figlacki. O czem? 

Jan. Żem się w karty ograł. 

glacki. O cetiłum didbolorum! cela n\'si ihis bon! 

m. Sam nie wiem, co mam robić! słyszę ma mię 

fscypliną. 
flacki. Nie bój się W. M. Pan: zabiegę ja temu. 
M. Pan nie wydaj się z tem przed Imcią ojcem 



- 92 - 

swoim, że ze mną w karty grałeś, bo jeśli to powiesz, to ja 
nie potrafię W. M. Pana od kary zasłonić. Ale jeśli utaisz, 
że to ja W. M. Pana ograłem, upewniam, że karany nie bę- 
dziesz. 

Jan. Zmiłuj się dobrodzieju... 

Figlacki. Zaraz... pomyślę. 

Jan. Ach cóż mam robić? 

Figlacki. Ja wiem co robić! słuchaj W. M. Pan. Na 
pierwszem przywitaniu się z Jego Mcią trzeba się stawić we- 
soło, śmiało i z manierą dobrą. Tak W. M. Pan stój . . . 
głowę wyżej... nie tak bardzo... twarz wesoła. . 

Jan. Czy tak? 

Figlacki. Nie tak . . . śmiało, żeby żadnego znaku boja- 
źni nie pokazać . . . dobrze. Imaginujże W. M. Pan sobie, że 
ja jestem ojciec W. M. Pana, którym teraz z drogi przyjechał. 
A skoro W. M. Pana zacznę upominać, W. M. Pan na to nic 
nie uważając mów śmiało tę oracyą, której nauczyłem W. M. 
Pana na przywitanie ojca. Pamiętajże W. M. Pan, że ja te- 
raz ojca W. M. Pana udaję. 

Jan. Pamiętam. 

Figlacki. (wziąwszy laskę, kaszlą i starego Łakomskiego 
udając mówi:) I także hultaju, złoczyńco, synu niegodny, wy- 
rodku, ważysz się po takiej swawoli stawić przed oczyma 
ojca. (Jan z bojaźni drży). Otóż pożytek prac moich i mi- 
łości ojcowskiej. (Jan milczy z bojaźni) Mówże mi, co ty na 
to? (Jan milczy, Figlacki głos i postawę starego odmieniwszy 
mówi po swojemu:) Cóż W. M. Pan milczysz? 

Jan. Strach mię zdejmuje. 

Figlacki. I takiż to W. M. Pan tchórz? 

Jan. Ach podobno pan ojciec idzie! nie wytrzymał 
(ucieka). 

Figlacki. Poczekaj, poczekaj. Owóż gaszek marcowy 
Jako widzę trzeba mi tu będzie samemu rzecz całą utrzyms 



..- 93 — 

SCENA III. 
Łakaniski. — Figlucki. 

Łakomski. Ach, czy kto słyszał taką be^ożność! 

Figlacki, Już zaczyna starzec klapać! ^ 

Lidcomski. Ach synu marnotrawny! 

Figlacki. Muszę go przywitać. 

Łakomski. I tegoż się spodziewałem? 

Figlacki. Upadam do stóp pańskich. 

Łakomski. Kłaniam panie guwerner. Taka to pociecha 
z mego Jasia? 

Figlacki. Cóż to Mci dobrodzieju? 

Łahytnski. Alboś W. M. Pan nie słyszał, co Jaś porobił. 

Figlacki. Mówiono mi o jakiejści tara bagateli... 

Łakomski. Bagateli? Bagatela to ograć się w karty? 
Taki to W. M. Pana dozór? 

Figlacki. A ja temu winienem? Teraz tylko o temem 
się dowiedział! 

Łakomski. Teraz się dowiedział? a to dobrze nie wie- 
dzieć, co uczeń robi? 

Figlacki. A cóż ja miałem robić? Albo mi raz W. M. 
Pan mówił, żebym się mu nie naprzykrzał, zawsze go na oku 
trzymając. Albo nie pozwolił W. M Pan synowi samopas 
gdzie chce bezemnie chodzić? 

Łakomski. Prawda: jam się tego nie spodziewał. Ach. 
bezbożny synu! 

Figlacki. I W. M. Pan się o taką fraszkę frasujesz? 

Łakomski. O fraszkę zaś? 

Figlacki. Zapewne. Albo to nowina młodym? 

Łakomski. Ale gdzie rozum jego? 

Figlacki. W. M. Pan chcesz, żeby młody miał taki ro- 
zum jak stary? Wspomnij W. M. Pan na swoją młodość. 
Jeszcze pamiętają ludzie, jakeś i sam w karteczki zacinał. 

Łakomski. Prawda, ale ja wygrywałem. 



— 94 — 

Fk/Iucki. Jeszcze i syn W. M. Pana może to odegrać, 
co przegrał, jeśli W. M. Pan dasz na to pieniędzy, 

Ł(di4>mski, Co? pieniędzy? Ja pieniędzy? ani szeląga. 
Zaraz go do szkól odsyłam. 

Figlf^i. Do szkól zaś? 

Łakmnski, Tak jest. 

Figkif^ki W. M. Pan? 

Łakwitfiki, Tak jest. 

FigJarki. Swego syna? 

Łahjmsfd. Tak jest? 

Fi^flaekL Imci Pana Jana? 

Łakijmski. Tak jest. 

Fitjlueki. Obaczym. 

Łakmmki. Jak to obaczym. 

Fighicki. W. M. Pan go do szkól nie poślesz, 

Łakomski. Nie poszlę? 

Figlacki. Nie. 

ŁakofHski. Śmieszny widzę jesteś! 

FUjlarki Mówię W. M. Panu, że nie poślesz. 

Łdki/imki A kto mi przeszkodzi? 

FUjlaeki Przeszkodzi. 

Łnkoimki. Kto przeszkodzi? 

Fif/Iacki^ Przeszkodzi pewny człek godny i zacny. 

łjikoniski. Któż to ten godny i zacny r' 

Fifflurki, Sam W. M. Pan dobrodziej. 

Łakomski. Ja? nie prawda! 

FigluckL Zapewne. I będziesz W. M. Pan miał tyło 
serca, abyś mógł to przedziwne dziecię od swego boku od- 
dalić V 

taJcomski. Będę miał. 

FlglaekL Jabym omdlewał takiego syna od siebie od* 
dalając. 

Łahtmiski. A ja nie będę omdlewał. 

Fujhieki. Ej: W. M. Pan żartujesz. 



\ 



— 96 — 

łjAkomski. Nie żartuję. 

Figlacki A miłość ojcowska co powie? 

Łakomshi. Nic nie powie. 

Figlacki, Czy ja nie znam jak W. M. Pan jesteś dobry? 

ŁakomsU, Nieprawda, nie jestem dobry; ja kiedy chcę, 
to i zły jestem. 

Figldcki. Ha! Posylajże W. M. Pan do szkól, jeśli go 
chcesz zgubić. 

Łakomski, Nie zgubię. 

Figlacki. Wszak W. M. Pan wiesz, że teraz szkoły po- 
czynają z mody wychodzić! Do prywatnej domowej edukacyi 
wszyscy się teraz rzucają. 

Łakomski, Niech się rzucają, ja się nie rzucę. 

Figielki. Ale w szkołach przez lat dziesięć tego się nie 
nauczy, czego się w domu mając guwernera przez kilka mie- 
sięcy nauczyć może. 

Łakomski, Nie prawda. A owych czasów kiedy Polska 
była mądra, gdzie się uczyli jeśli nie w szkołach? 

Figlami. Na to nie trzeba uważać, co było. Dość tego, 
że teraz już z mody wyszły szkoły dla ludzi uczciwszych. 

Łakomski, Tak jest. Już teraz z mody wyszło dla ludzi 
uczciwych być mądrymi. 

Figlacki, Jakże? I W. M. Pan dopuścisz, żeby się syn 
W. M. Pana pospolitował w szkołach z drugimi za siebie 
podlejszemi? 

Łakomski. Dopuszczali tego dawni panowie polscy i nie 
wstydzili się tego, czego się i teraz wstydzić nie powinni... 

Figlacki. Ale proszę... Jakże to W. M. Pan na cudze 
nieznajome ręce oddasz ten drogi skarb domu swojego i od 
lebie oddalisz? Wszak ci to ostatnia iskierka i jedyna... 

Łalcotnshi, Ach nie wspominaj tego! serce mi rozrzewniasz. 

Figlacki, I dozwolisz W. M. Pan, żeby to delikatne pa- 
iątko na sromotnym pieńku wyciągniono i kańczugiem 
.krutnie . . . 



— 96 — 

ŁdkoiH^ki. Ale... Ale ja chcę, żeby on byl iTKidry. 

Fighicki Toć to jest. Dla tego trzeba go prywatnie edu- 
kować* W. M. Pan nie wiesz, jak wiele on teraz w iiiebj- 
tnośd W. M, Pana profitowal. Po niemiecku, po francusku, 
jak r2epę gryzie, w historyi zaś i geografii równego sobie 
nie ma. 

Łakumski Mówisz prawdę? 

Fif/larki. Jakem poczciwy. Sam W. M. Pan doświadczysz. 

ŁakomskL Pójdziem czemprędzej do niego: albo nie. 
Niechaj zaczeka. Ja tymczasem nagotuję się jego polajać. 
Bo jednakże nie można tego puścić na sucho. Ja nie lubię 
pieścić dzieci. 

Fiffhirki. Dobrze W. M. Pan czynisz. Pójdę ja tymcza- 
sem do niepo. 



AKT OKUGI. 

SCENA I. 

Jan. — Figlacki. 

Figiacki. Widzisz W. M. Pan jak się staram o dobro 
W. Jt Pana. Jegomość z razu tak sobie ulożyl, że albo za- 
bić, aJbo przynajmniej okaleczyć miał W. M. Pana. 

JfOL Póki życia mego stanie, będę wdzięczen za to W. 
M. Panu. 

FigluekŁ Jaketn zaczął chwalić W. M. Pana przed ojcem. 
jakem począł przekładać biegłość jego w języku francuskim. 
tak starzec mało się nie rozsypał z radości. (Syn z radości 
skacze). Ti^zeba żebyś W. M. Pan tę figurę utrzymał, córa; 
na plac wyjeżdżając z temi słowy francuskiemi, którycheś si 
na pamięć nauczył, Choćby się te słowa z sobą nie kleiły 
na to nie ti7-eba uważać. Wiesz W. M. Pan, że ojciec ża- 
dnego nie umie języka, prócz polskiego. 



— 97 — 

Jan. Już będę bezprzestannie gadał po francusku to, co 
umiem, bylebyś W. M. Pan na wypłacenie mego długu na 
karty zaciągniętego postarał się o pieniądze. 

Figlacki, Będzie to wszystko. 

Jan. Ale tylko żeby mię Jegomość rózgą nie ociął. 

Figlacki. Nie otnie. Jeśli W. M. Pan tak postąpisz, ja- 
kem uczył. Pamiętaj W. M. Pan, żebyś zaraz za pierwszem 
obaczeniem się z Jegomościa, zaraz zaczynał śmiało tę ora- 
cyą, którąm dal na przywitanie. Niech on co chce gada, niech 
przerywa, W. M. Pan na to nic nie uważając jak możesz naj- 
lepszą żywością mów swoje. 

Jan. Co w tem to nie zawiodę. 

Figlacki. Ale, ale. Będą dziś u nas goście; między któ- 
remi mają się znajdować i damy. Muszę W. M. Pana nau- 
czyć jak się masz z niemi witać i przestawać. I to jest po- 
żytek prywatnej przy dobrym guwernerze edukacyi! w szko- 
łach zaś publicznych nietylko tego nie uczą, ale kiedy po- 
strzegą takową konwersacyą, zaraz każą konwersować z kań- 
czugiem. Słuchajże W. M. Pan: oto tak potrzeba ale bieda, 

że tu damy nie można wprowadzić, żebym mógł pokazać 
W. M. Panu, jak się z niemi masz witać. Ale mniejsza o to, 
imaginuj W. M. Pan sobie, że ja jestem dama: idź tedy W. 
M. Pan ztamtąd do mnie i pokłoń się raźno! (Jan kłania się 
niezgrabnie) nie tak... (sam się Figlacki kłania). Tak, tak. Mówże 
W. M. Pan ten komplement, któregom nauczył W. M. Pana. 

Jan. Pomyślna to dla mnie awantura, że konwojowany 
od fortuny znajduję plesir widzenia persony, tak wielkiemi 
cnotami regalizowany, oraz sposobność do expressyi tych kilku 
słów. Comment vaus portez vous? 

Figlacki. Dobrze, tylko frzebaby z lepszą manierą i z wię- 
kszą . . . 

Jan. Ach Jegomość podobno idzie... 

Fujlacki. Stawże się W. M. Pan śmiało i zaraz zaczynaj 
swoje przywitanie. 

R8)(6I HUMORU POLSKIEGO. T- II- * 



- 98 — 

SCENA II. 
Lakomski. — Jan, — Figlacki. 



^^^^HM 



ŁaJcofnski. (nie widząc Jana i Figlackiego mówi sam do 
siebie). Muszę go skarać! niech co chce serce ojcowskie mówi! 
ale się przelęknie dziecko kochane.., może zachorować... 
prawda... Jednakże trzeba napomnieć. Męstwo moje gdzie 
jesteś? przybądź teraz na pomoc sercu ojcowskiemu. 

Figlacki. (do syna mówi po cichu). Słyszysz W. M. Pan? 
będzie dobrze. 

Lakomski. O moje mile dziecię, nie wiesz jak cię ko- 
cham! ale ktoby mógł nie .kochać ciebie? chybaby kamienne 
miał kto serce! owa raźność... owa grzeczność. Ach pójdę 
go szukać. (Postrzeglszy syna mówi:) A tak to synu mar- 
notrawny? 

Figlacki. Upraszamy W. M. Pana Dobrodzieja o audyen- 
cyą! Niech Imć Pan Jan przywita W. M. Pana i pokaże co 
umie. 

ŁaJcamski. Nie chcę, dam ja jemu. 

Jan. (kłania się i zaczyna mówić oracyą, nie uważając 
na to, że mu ojciec przerywa i przeszkadza). Wybiegłszy 
spiesznym galopem na Olimpiczne dziardyny trabeata sidera... 

Lakomski. Nie chcę, nie słucham. 

Jan. ...śliczne choć nieliczne wydawały rezony. Phosphore 
redde diem. 

Lakomski. W karty grać kostero! 

Jan. ...alić stanąwszy in horoscopo pulmnurium caper in 
amphora niekapryzującym odezwał się tonem: sic vos nofi vohi.^ 
fertis aratra boves. 

Lakomski. (mówi do ludzi:) A on widzę coś nieźle i- 
Posłucham. 

Jan. ...I rozwinąwszy niebotyczne, bo zodyatyczne s i j 
velliis złotą influency ą świat awantażował. Et roHo e«' > 



— 99 — 



tak napisał non longus Longinus: parce nec inrideo sine tne li- 
ber ibis in urbem,,. 

Łakomśki. (do ludzi mówi:) Go to za mile dziecię! 
Jan. ...ibis in urbem do wozowni serca mego, miłościwy 
ojcze, skierowawszy kordyalne kółka karocy respektu twego 
i po olimpicznych wojażowawszy grandecach zasiądziesz krze- 
słem propensyi mojej regalizowany, a bagaże ojczystych klej- 
notów złożywszy pod daszkiem synowskiego afektu arma m- 
rumque eanes. Canes nunguam canesce^is przez satumowe 
' wieki in auge meńtorum. Czego synowską życząc addikcyą 
I impet mego przywitania tą kotwicą utrzymuję: rumjńtur inm- 
'(fid rumpantur Ilia Codro, 

Łakofnski. Ach, podporo starości mojej! serce mi się od 

i radości z tych piersi wyrywa, kiedy widzę w tak krótkim 

czasie, taki twój postępek w naukach. Już się nie gniewam. 

Daruję. Marzyło ci się pobłądzić, ludzka to rzecz jest, a naj- 

] bardziej młodym przyzwoita. A po francusku słyszę dobrze 

[już umiesz? 

Jan. Oui, apres diner Monsieur. Je voiis souhaił la 
[banne nuU. 

Łakomśki. Ach 
[tak piękną edukacyę! 
|syn mój nie umiem. 

FiglucM. Albo to tak wiele umie? Ja to powiadam Mci 

jbrodzieju, że równego dowcipu Europa nie ma, jako u syna 

M. Pana. Pod poczciwością mówię, że za kwartał jeden 

drugi będzie Imć Pan Jan umiał dziewięćdziesiąt dziewięć 

języków. 

Łakomśki. (całując syna mówi:) Ach pociecho moja 



Bóg ci zapłać Mci Panie guwerner za 
Ja nie miałem tego szczęścia i tyle jak 



^an. Youlez voiiS dormir? oui Monsieur, sans doułe. Bon- 
ie voudrois tnanger vous menez Monsieur. 
ikomsU. Chodźże ze mną Jasiu, niech się z tobą po 
" niewidzeniu nacieszę. 



100 



Jan. Nbtre Pere, qui etes ałix Cieux: vółrv nom soif sau- 
ctifU, v6łre regne nous admei^ne... 

Łakonishi. O jakże gładko mówi po francusku. Cale 
dobry ma akcent. Jak słę zda W. M. Panu Mci Panie gu- 
werner? 

Figlacki. Akcent? Rodowity Francuz lepiej mówić nie 
potrafi, jak Jegomość. 

Lakom^ki. I mnie tak się zda. Będę obligowany W. M. 
Panu za jego fatygę. Idźmy Jasiu (odchodzą). 



-^0ih 



VI. 

Z KOMEDYI: „PIJACY". 

AKT HIER\VSZV. 

SCENA VI. 
Sorbecki. — llostropski. — Fijakiemcz. — Wiemicki. 

FijaJciemez. Dzień dobry Mci Panowie. Oj, oj, oj (stęka). 

Rostrapski. Cóż to? W. Pan chorujesz? 

Fijakkuńcz. Głowa mię okrutnie boli. 

Rostropski. Jest to pożytek wczorajszej ochoty. Wszą 
kem ostrzegał, żebyś W. M. Pan nie pil. 

Fijakicnńcz. Nie pil, nie pil! Jak to nie pil, mając go- 
ści u siebie? Oj, oj. 



— 101 — 

Sorbecki. Mnie się zda, że żaden z gości nie może tego 
wyciągać, co jest z uszczerbkiem zdrowia W. Pana dobrodzieja. 

Pijakiewicz. Nie jestem grubijaninem, zwykłem zawsze 
gości dobrze przyjmować u siebie. 

Sorbecki, Alboż na tern zawisło dobre gościa przyjęcie, 
ażeby się z nim upić? Czyż nie można innych dla niego 
znaleść rozrywek, któreby go uczciwie bawiły i nie czyniły 
tych nieszczęśliwych skutków, które pijaństwo przynosi. 

Pijakiemcz. Mospanie! Jest dawny staropolski zwyczaj: 
chcąc dobrze gościa przyjąć, trzeba się z nim upić. 

Ilostropski. Jest to zwyczaj grubijański i rozumowi prze- 
ciwny, który nie czyni nam honoru. 

Pijakiewicz. Oj głowa! Oj! oj! mało mi nie pęknie. 

Sorbecki. Każ W. Pan sobie dać herbaty. 

Pijakiemcz. Herbaty? Ja wody nie pijam. I tak mi 
źle, a byłoby jeszcze gorzej. Oj źle! oj! Ale kontent jestem 
z tego, żem tamtych Ich Mciów tak spoił, iż ich bez pamięci 
zaniesiono do gościnnej izby. Będą i oni stękaU, tak jako i ja. 

Bostropski. I W. M. Panże się z tego cieszysz? wszakci 
to przyjaciele W. M. Pana. 

Pijakiemcz. Prawda: kochani ich, poczciwi ludzie. 

Rostropski. I jestże to rzecz chwalebna, przyjacielska, do 
tego przyprowadzić, żeby oni chorowali? 

Pijakieicicz. Wszakże i ja równo z nimi piłem i równo 
dla kompanii choruję. Gdybym ja sobie folgował, to wten- 
czas nie byłaby poUtyka... Oj głowa! ledwie żyję. 

Ilostropski. Lepiej byłoby, gdybyś W. M. Pan i im i so- 
bie folgował. 

Pijakictoicz. Ale bo W. M. Pan, że sam nie pijasz, to 
i drugim nie radzisz, a u nas bez tego żyć nie można. Chcę 
naprzykład przyjaźń z kim zabrać, trzeba się upić, chcę sprawę 
jaką wykierować, trzeba się upić. Inaczej, zginąłby człowiek 
na tym świecie. 

liostropski. Na to W. M. Panu powszechnie odpowia- 



-- 102 — 

dam, że i najlepszej rzeczy nie trzeba szukać przez rzecz nie- 
godziwą. 

PijaJiietmcjs. Ach źle mnie! głowy nie czuję! oj! oj! Otóż 
i goście. 

SCENA YU. 

Itwońslci (z plastrem pod okiem). — Łykaczewski (z głową 
zawiązaną). — Ebryacki (z plastrem na czole). — Liisetykie- 
tvicz (z ręką zawiniętą). — Pija/ciewicz. — Sorbecki. — Wiemicki, 

Pijakieicicz (widząc ich z plastrami śmieje się). Cha, 
cha, cha! Oj głowa! cha, cha. Patrz W. M. Pan! 

Łykaczewski. W. M. Panu śmiech, a nam źle. 

Pijakiewicz. Cha, cha, cha! oj! 

Ebryacki. Strasznie mię głowa boli. Już więcej nigdy 
pić nie będę. 

Iwrouski. Ja ledwo żyję. Niech kaci wezmą to pijań- 
stwo. Ślub uczyniłem już się niem nie bawić. 

Luszłykietmcz. I ja ślubuję, że więcej nigdy pić nie będę, 
choćby mi zginąć przyszło. 

Pijakiewicz. Glia, cha, cha, kontent jestem, że nie sam je- 
den choruję. 

Lykaczeicski. Ktokolwiek mię odtąd będzie do picia przy- 
muszał, będę go miał za nieprzyjaciela. 

Pijakieidcz. Nie wiem jak W, M. Panowie: ale co ja 
cale już pić nie mogę. Upewniam, że odtąd żadnego trunku 
gorącego ani skosztuję. Dziś na miejscu mojem proszę za 
gospodarza Imć Pana Rostropskiego. 

liosłropski. Proszę mię uwolnić od tego. Wiesz W. M. 
Pan, że ja nie pijam. 

Ebryacki. Ja nie pozwalam, wolno się gniewać. 

Pijakiewicz. To nie może być, żebyście W. M. Pl. 
mieli być na sucho w moim domu. Mci Panie Ebr 
W. M. Pana proszę za gospodarza. 



— 103 - 

Ebryacki, Kogo? mnie? Przepraszam. Żebyś mię W. M. 
Pan zabił, to już pić więcej nigdy nie będę. Niech Imć Pan 
Łykaczewski ... 

Łykdicgewski, Wolno mię będzie nazwać ostatnim, jeśli 
odtąd choć kieliszek jakiego trunku wypiję. Slaby jestem 
okrutnie. 

Pijcikiewicz, Oj głowa, oj! 

Rostropshi, Napijcie się W. M. Panowie herbaty. 

Łyhaczewśki, Ja jej nigdy nie pijam. 

Lusztyhiewice. I ja cierpieć jej nie mogę. 

Pijakiewicz. To wódeczki po razu napijmy się. 

Łykaczewski. Na to zgoda, bo mam wielkie pragnienie. 

Ebtyacki. I ja pomogę kompanii, bom slaby. 

Itcroński. Go ja, to nie będę pil. 

Ebryacki. Można mówić, żeśmy sobie lepsko wczora 
podpili. 

Pijakieudcz. Cha, cha, cha. Bachusewicz hej! daj sam 
wódki. 

Luszłykiemcz, Ja nie pamiętam, żebym byl kiedy pijany 
jak wczora! 

Pijakieuńcz. Cha, cha, cha! Oj głowa! śmiać się nawet 
nie mogę. 

Iicroński. U Imci Dobrodzieja zawsze tak. Darmo to 
mówić. Nigdzie tak gości nie przyjmują jak tu. Jeszcze ztąd 
żaden trzeźwy nie wyjechał. 

Pijakietcicz. Cha, cha, cha! Oj. 

Sorbecki (do Rostropskiego). Umknę ja ztąd, żeby mnie 
nie przymuszano do picia wódki (odchodzi). 

SCENA VIII. 

j 'wicz. — Iwrońshi. — Lusztykieicicz. — Ebryacki. — 

Bac/msetmcz. — liostropski. 

"-husemcz. Otóż i wódka Mospanie. 



— 104 — 

PijaJciewicz. Nalej. Podobno i ja się napiję. 

ŁtfhirzewsU. Życzę. Będziesz W. M. Pan zdrowszy. 

Pijakkmcz. Do W. M. Pana. 

ŁykuiMirwski. Czekam z milej ręki W. M. Pana. 

Fijfłkiewicz. Trzebaż to pić usiadszy, żeby wódka do 
głowy nie poszła (siada i pije). Patrz W. M. Pan, jak gładko 
wypiłem. 

ŁifkaeMewski. Upewniam, że i ja nie zawiodę. 

Pijakiemcz. Nalej. Proszę W. M. Pana. 

Łykarzrwski. Przyjmuję. Do W. M. Pana Mci Panie 
Ebryackl To i ja usiędę za pozwoleniem W. M. Pana. 

Pijakiewicz. 1 owszem. Siedząc zdrowiej pić wódkę, bo 
w nogi idzie nie do głowy. 

Łijkmzcwski (wypiwszy pociąga się). Odżyłem! ach 
zdrowo^ zdrowo! Nalej proszę Mci Panie Ebryacki. 

Ebnjaeki. Oto to to nasza matuchna! Mci Panie Lusz- 
tykiewicz do W. M. Pana. 

Ln^zbfkiewicz. Usiądź W. M. Pan. 

Ehnjacki. Ja stojąc będę pił, żeby mi poszła do głowy 
i wypydziłu z niej ból, który mię trapi (wypiwszy). Główna 
wódka! Nalej. Oddaję W. M. Panu 

Lnsdfjkieidcz. A ja do kogo mam pić? Jegomość Pan 
Iwronski nie chce. 

ItnotLski. Ha! wypiję i ja dla kompanii. 

Lmztifkieuńr.z (siada). Więc do W. M. Pana! (pije) ale 
t:e^ przedziwna wódka! Proszę. 

I/iroHski. Mci Panie Rostropski do W. M. Pana. 

Ihstropski. Wiesz W. M. Pan, że nie pijam. 

Pijtikkwicz. Napij się i W. M. Pan. 

Ebryacki. Musisz W. M. Pan dla kompanii. 

}ifj>!tropski. Przepraszam. 

Łffhitziwski Za cóż my tak nieszczęśliwi? 

Iiosirajiski. Cóż to za nieszczęście dla W. M. Panów, ż» 
ja nie piję! 



— lOB — 

Pijahittcicz. Dajmy pokój Jegomości. Jam świadek, że 
nie pija. Bachusewicz, daj pierników na zakąskę. 

Bachusewicz. Oto są Mospanie. 

Fijakiemcz. Proszę Mci Panowie (zakęsują). Ale co W. 
M. Pan masz na głowie Mci Panie Łykaczewski. 

Łi/kacjs^ewski, Musiałem się gdzie wczora uderzyć, sam 
nie pamiętam. 

PijaJcieiaicz. Cha, cha, cha. 

Łykaczewski. Ale i Imć Pan Iwroński ma piękne pod 
oczyma znaki, cha, cha, cha. 

Iwrotłski. Prawda: ale i ja nie pamiętam cale skąd się 
to wzięło (śmieją się wszyscy). 

Ebryacki, Cha, cha, cha! I mnie się dostało. Nie wiem 
jakim sposobem. 

Iiostropski Są to skutki zbytniego napoju. 

Ebryacki. Prawda. Ale też już więcej nigdy się nie upiję. 

Łykaczeivski. I ja upewniam. 

Lusztykiewicz. Mnie żaden do tego nie namówi. Ale ta 
wódka prawdziwie jest wyśmienita. Już jestem trzeźwiejszy. 

Ebryacki, 1 mnie siły powracają. 

Pijakiewicz. Ej Mci Panowie, napijmy się raz jeszcze. 

Iwroński. Dość już tego. 

Łykaczewski. To się i napijmy. Bis repeiita plucent. 

Pijakiewicz. Toś mi grzeczny. Daj wódki. 

Iwroński. Kiedy tak, to i ja się dam namówić. 

Ebryacki. I ja kompanii nie odstąpię, (piją znowu). 



SCENA IX. 

'iż .safni, — Pijakiewiczowa. — Łykaczeic.ska. — Ebryacka. — 

2Iagdahna. 

Pijakiewiczowa. 1 my się do kompanii spieszmy. Cóż to?. 
Cha, cha, cha. Zkąd te plastry? 



106 



Łykaczeicslca. Cha, cha, cha! Jak pięknie Ichmć wyglą- 
dają po wczorajszym, cha, cha. 

Luszłykietńcz, Są to sztuki batalji wczorajszej z węgrzynem. 

Ebryacka, I mój ma piękne znaki! Wszakem mówiła, 
że pijaństwo nigdy do dobrego nie przyprowadzi. 

Eh-yacki, Dla kompanii wszystko trzeba wytrzymać. 

PijcJcitwiczowa. Ja nie wiem: jak to W. M. Panowie pić 
możecie? co z tego za profit? 

Fijakkuńcz. Jak pić możemy? zaraz pokażę. Bachusewicz, 
daj jeszcze wódki. 

hiroński. Nie ma zgody. Dość już tego. 

Pijakiewicz. Wszak to Uńna medicina. 

Pijakkuńczowa. Nie pozwalam. Będziecie znowu choro- 
wali (odbiera flasze). 

Ebryaclca. Pojąć nie mogę, jak to ludzie pić mogą wódkę. 
Ja jej cierpieć nie mogę. 

Lykdczctcska. Ja nie mogę znieść nawet zapachu jej. 

Pijakieioirzowa. Mnie mdłości biorą, kiedy ją poczuję. 

Pijakiewiez, A mnie zdrowo i wesoło, kiedy jej chlysnę. 
Daj W. M. Pani flaszę. 

Pijakmcwzowa. Nie dam mówię, już W. M. Panowie 
dwa razy piliście, dość tego. 

Pijakieudcz, Kiedy nam tę flaszę odebrano, znajdziemy 
drugą. Proszę z sobą Mci Panowie. Mam ja jeszcze lepszą 
wódkę. 

Łykuczeicski. Zgoda. Idźmy. 

Ebryacki. Służemy W. M. Panu. 

Pijakieimczowa. Ale pamiętajcie W. M. Panowie na to, 
że zdrowie dobrowolnie psujecie. Mci Panie Rostropski przy- 
najmniej W. M. Pan nie odstępuj Ich Mościów, bo oni i dzif 
sieć razy będą pili. 

Rostropski. Właśnie mnie w tem posłuchają. 

Pijakiewiczowa, Jednakże W. M. Pan możesz odradza 
Idź W. M. Pan za nimi. 



— 107 — 



SCENA X. 



Pijakiewicjsowa. — Lykaczewska. — Ebryacka. — Magdalena. — 
IProstakiewiczowa, 

Fijakiemczowa, Dobrze że poszedł. Umyślniem go ztąd 
wyprawiła. Kapijmy się też i my wódeczki. 

Ehryacka. Ale żeby tu nas nie postrzeżono. 

Pijakietdczowa. Magdaleno, pilnuj tam, żeby tu kto nie 
wszedł (nalewa) do W. M. Pani. 

Ebryacka, Czekam z ręki W. M. Pani (odbiera) do W. 
M. Pani Mcia Pani Lykaczewska (pije). Ależ to wyśmienita 
wódka! jeszcze lepsza od tej, którąśmy dopiero pili w apteczce. 
Proszę. 

Lykaczewska (pije). Prawdziwie wyśmienita! 

PijoMetmcjsowa. A to mego pędzenia. 

Eh-yaclca. Główna. Jeszcze za gdańską mocniejsza. 

Pijakiemczowa. Zakąśmy pieprzem, żeby nie poznano, 
żeśmy wódkę piły. (zakęsują). 

Magdalena, Ktoś tam chodzi: żeby tu czasem nie wszedł. 

Pijakiemczowa. Idźmy prędzej do tego pokoiku. 

Ebryacka. Służemy W. M. Pani. 



AKT DRUGI. 

SCENA I. 

Pijakiemczotva. — Ebryacka. — Lykaczewska. — Magdalena. 

Pijakiemczowa. Proszę z sobą! Magdalenko pilnuj, żeby 
tu kto nie wszedł. Nasi mężowie już się poupijali. Wypijmy 
i my też po kieliszku. 

Lykaczewska. Nic sprawiedliw^szego. 



-- 108 — 

Eljyyacka. Za ich pijaństwo nie możemy się lepiej po- 
mści d jak pijąc wzajemnie. 

FiJaJiiemczowa. Ichmciom wolno, a my jakbyśmy nie 
byli tacy ludzie jak oni. Do W. M. Pani (pije duszkiem). 
Pijmy ściganego, bo może kto nadejść i przeszkodzi nam. 

Łi/hiezeivska. Prawda. Do W. M. Pani. 

Mhiifa^cha, Czekam z ręki W. M. Pani. 

Lyhaczewska. Proszę. 

Ehryurcka, To ja znowu zacznę kolej do W. M. Pani. 

PiJffJiiewiczowa. Nie inaczej, tylko prędzej. 

Ma(jdalena. Mela Dobrodziko. 

V}jiikiewiczoiva. Co tam? 

Mftffdalena. Ktoś tu idzie. 

IHjiikmmczowa, Co to za bieda! Schrońmy się do tego 
pokoju. Tam się zamkniemy, żeby nam nie przeszkadzano. 
(bierce flasze i niesie ze sobą). 

SCENA IV»). 

Sftrhf^Hci. — Iwroński, — Łykaczcwski. — Ehryacki. 

Itrroiislci. (ucieka: Łykaczewski z Ebryackim dopędzając 
za rękaw ^o trzyma i mówi). Nie ucieczesz, upewniam. 

Kbryacki. Trzymaj go. 

Lcroiiski. Ale już mówię, że nie będę pil więcej. 

EhnjarkL Obaczemy. 

Iwroński. Jakem poczciwy, nie będę. 

łjjhii-zewski. Bogdajbyś tego nie doczekał. Hajduk, daj 
kiplirh. 

lirrotfski. Ale pamiętaj W. M. Pan, że ja mam dzisiaj 
ń]u\i brsi/^ Już się i tak upiłem. 

Ehryncki Żeby i sto ślubów, co nam do tego? 

Łtjkaezrwski. (oddaje kielich). Proszę, nie ustąpię. 



'I Sf'Ł*nę drugą i trzecią opuszczamy. 



— 109 — 

luroński. Mniejsza o to, wypiję, — ale proszę już potym 
dać mi pokój. 

SCENA V. 
Ciś sami. — Pijaldewicz. — Lusztyhiewicz. — Baehusetvicz, 
Pijakietmcz (pijany śpiewając wychodzi). 

Wino ludzi rozwesela; 
Wino ludziom sił udziela, 
A kto wina nie chce, 
Niechaj wodę łechce. 
Hej hej! O tak nasi. 

Ebryacki. (stroi minę junacką). Ulia! Ej żeby się wy- 
ciąć w pałasze. 

Lusztyhiewicz, (plącze). Nie ma sprawiedliwości na świe- 
cie, nie ma, nie ma. 

ŁykaczewslcL Mci Panie Pijakiewicz. Oto Imć Pan Iwroń- 
ski mówi, że więcej już pić nie będzie. 

Pijakietoicz, Musi (znowu śpiewa). A kto wina nie chce, 
niechaj wodę łechce. Ej! ho! ha! 

Ebryacki, (ręką macha, jak gdyby pojedynkował). Oto 
tak! czerk, czerk, masz w gębę, wszakem mówił. 

Lusztyhiewicz. Niesprawiedliwie ze mną postąpił mój 
ojciec nieboszczyk (płacze). 

Ebryachi. Go? czy znowu chcesz? (znowu pojedynkuje 
jak pierwej). Ej, oberwiesz znowu. Daląj, dalej, dalej, masz, 
Znajże mię teraz. 

Łylcaczewshi. Do W. M. Pana Mci Panie Iwroński. 

Iwrońshi. Dajże mi pokój, już nie będę pił więcej. Juzem 
blisko trzech garcy wypił. Nie trzeba zbytkować. Natura 
yauds contenta. 

ŁyhaczewsJd. Jak więcej trzech garcy wypiłem, a jeszcze 
pić mogę. 

Pijakiewicz. Ja najwięcej wypiłem. 



— 110 — 

Ebryacki. Przepraszam. Jam wszystkich przepił. 

Ltisatykietoicz (plącząc). Nie prawda, nie prawda- ja 
wszystkich przepiłem. 

Bachusetmcz (na stronie). Wyliczają swoje zasługi w Oj- 
czyźnie! 

Lykaczewski. Mci Panie Sorbecki: a W. M. Pan to u kata 
nie będziesz piJ z nami? 

Sorbecki, Wszakeście mię W. M. Panowie już uwolnili 
ofl tego. 

Luszłykietmcju. Jegomość nie pije? (płacze). Piekielna krzy- 
wda (płacze). 

Fijakieimcz (śpiewa). A kto wina nie chce, niechaj wodę 
łechce. 

Lykaczewski. Mci Panie Sorbecki do W. M. Pana? Có:^.? 
W. AL Pan chcesz umykać? 

Ebryacki. Nie puszczajmy. 

Liisztykiewicz. Umykać? zły to znak! (płacze). 

Ebryacki. Kiedy Imć pić nie chce, niech przynajmniej 
patrzy jak my dzielnie pijemy. A Imć Pan Iwroński gd^ie? 

Lykaczewski. Już on się spił, drzymie w kąciku. Ale 
Imć Pan Sorbecki musi . . . 



SCENA VI. 
Ciź sami. — Eostropski. 

Sorbecki. Mospanie Rpstropski, oto mię Ichmć znowu 
przymuszają, ratuj mię W. M. Pan. 

liostropski. Moi Panowie! a słowo szlacheckie gdzie? 
Przyrzekliście nie przymuszać... 

Ebryacki. Prawda, prawda, honor nam każe słowa do- 
trzymać. 

Pijakiemcz. Dajcie mu pokój, to partacz. Pożal się pa- 
nie tego rozumu, co on ma. Co po nim, kiedy pić nie umia 




— 111 — 

Łykaczewski, To prawda, grzeczny kawaler we wszystkiem, 
to tylko go szpeci, że partacz do picia. 

Luszłykiemcz. Ja partacz? nie prawda, nie prawda (płacze). 

Pijakiewkz. A gdzież jest pan miody? Drzymie widzę. 
Wstań W. M. Pan. Wstydź się spać! 

Iwroński. (oczy przeciera). Ale bo . . . 

Pijakiewicz. Daj wina. (śpiewa). A kto wina nie chce, 
niechaj wodę łechce. 

Łykaezewski. Zaśpiewajmy też i my. 

Ebryacki. Zgoda! Ja pierwszy. 

Łykaczacski. Nie pozwalam: ja pierwszy zaśpiewam. 

Pijakietiicz. Ja zacznę. 

Elyryaeki, Już W, M. Pan śpiewał: niech też ja. 

Liisziykiewicz. Nie chcę, nie chcę, ja pierwszy (płacze). 

Iwroński. Pozwólcież niech ja pierwej . . . 

Ebryacki. Nie ma zgody, ja zaczynam (śpiewa): Na fra- 
sunek dobry trunek. 

Iwroński (śpiewa). Kiedym bywał młody, nie pijałem 
wody. 

Pijakiemcz. A kto wina nie chce, niechaj wodę łechce. 
(Potem razem wszyscy śpiewają). 

Rostropski, (do Sorbeckiego). Czy może co bardziej od- 
rażać człowieka od pijaństwa, jak patrzyć na te ich głupstwa. 

Sorheeki. Ci ludzie niepodobni teraz cale do siebie. 

Rostropski. Podobniejsi do bestyj, niż do ludzi. 

Pijakietvicz. Kozak hej, śpiewaj (śpiewa). 

Pijakiewicz. Teraz tańcuj nam zajączka! 

Płjakieicicz. Kto tam pije? dajcie mi kielich. 

Luszłyhiewicz. Nie ma nieboszczki mojej żony, nie ma! 
nieszczęśliwy jestem (płacze). O jak my się z sobą i kochali 
i bili (płacze). 

Pijakieicicz. Do W. M. Pana Mci Panie Lusztykiewicz. 
Vivant Panowie młodzi. 

Ehryarki. Ej, żeby, się z kim teraz spotkać. 



- 112 — 

Lusztykiewicz. Vivant państwo młode (pije, oddaje Ebrya- 
ckiemu). Cóż to? Nie pełny mi kielich dano (płacze). 

Twroński Proszę o kielich Mci Panie Łykaczewski, do 
W. M. Pana. Vivant łaska Ichmościów (pije, oddaje). 

Pijakiewicz (do Iwrońskiego). Czy pamiętasz jak nasi 
ojcowie z sobą pijali. Nad mego ojca nie było. Nikt go 
w całej okolicy przepić nie mógł. 

IwrońskL Przepraszam. Mój był w tern lepszy. 

Pijakieidcjz. Jako żywo: nad mego nie było. Był to 
wielki uczciciel gości w swym domu. Pamiętasz W. M. Pan, 
jak on pana Kuflewicz^ był spoił: uciekając od jego ochoty 
Kuflewicz padł na schodach i nogę złamał. Oj, był to wielki 
uczciciel gości, mój ojciec. 

Iwro/iski. A mój ojciec jeszcze lepiej gości przyjmował. 
Pamiętasz W. M. Pan, że on Pana Gorzałkiewicza przyjaciela 
swego tak spoił, że poszedłszy spać, umarł pijany. 

Sorbecki (do Rostropskiego). Wielki dowód przyjaźni. 

Ehryacki. Jabym i tego i tamtego przepił. 

Łykaczewski. A ja i ich i W. M. Pana. 

IwrońskL Mnie żaden w tern nie dotrzyma. 

liosłropski (do Sorbeckiego). Patrz W. M. Pan co za 
bohaterowie. 

Ebryacki. Nie dotrzyma? Otóż dotrzymam. I przepiję. 
Dajcie mi wina. Uha! czerk, czerk, chlust, chlust... Ej ieby 
się z kim łepskim spotkać (dobywa szabH, krzesze ognia). Daj- 
cie mi równego kawalera (potem szablą się składa niby po- 
jedynkując). Oto tak. Przysadzisto. Dalej hultaju, dalej! a co? 
jeszcze nie dosyć? zaraz ja tu ciebie... 

SCENA VII. 

Ciż sami. — Ehryacka (pijana). 

Ebryacka. Cóż ja widzę? mój mąż tak się upił? (^ 
cki na stronie). Czy ją kaci tu przyuieśli? (chowa pa*" 



- 113 — 

EbrycuJca. Ach pijaku! albom ci nie mówiła, żebyś nie pil? 

Ebryacki. Kto? ja piłem? kiedy? 

Ebryaóka, Alboż ja nie znam, żeś ty pijany. 

EbrycuJci. I w gębie nic nie miałem, jakem poczciwy. 

Lykaczewski. Otóż nasz junak? cha, cha. 

Pijakieune^. Cha, cha, cha. 

Ehryctcka. Idź spać pijaku. 

EbrycuJci, Ale mówię, żem nie pijany. 

Ehryacka ^zaczyna go bić). Jeszcze się zapierasz. (Ebrya- 
cki ucieka i pada). Dam ja tobie. 

Pijakieicics, Ale daj W. M. Pani pokój. 

ijykcu^ewski (broni). Uspokój się W. M. Pani. 

Ebryacka. On teraz pije, a potem w domu będzie kilka 
dni chorował. 

Ebryacki. Albo ja co piłem? 

Iwroński. Ale uspokój się W. M. Pani. 

Ebryacka. Co to jest uspokój się? albo ja to pijana? 

Iwroński. Ja nie mówię tego. 

Ebryacka. Uspokój się! mnie mówić: uspokój się? 

Pijakietcicss. Ale cóż to złego? 

Ebryacka. Co złego? jeszcze i W. M. Pan? 

Iwroński. Ale w samej rzeczy . . . 

Ebryacka. Wstydź się W. M. Pan, wstydź. 

Iwroński. Ale... 

Ebryacka. Do damy mówić: uspokój się. 

Iwroński. Ale... 

Ebryacka. Jest to komplement wieśniacki. 

Iwroński. Ale... 

Ebryacka, Jest to ostatnie grubijaństwo. 

^Wroński. Ale... 

Ebryacka. Jest to głupstwo nieznośne. 
/oroński. Ale niechże... 
l>ryacka. Znać kto między ludźmi nie bywał. 
roński. Ale... 

Q 

wmoto Nttfifto r. II. ^ 



114 



Ebryacka, W. M. Pan przywykłeś z swemi chłopami do 
tych komplementów. 

Iioroński. Ale w czemże przecie... 

Ebryacku. Damy wszędzie szanują, którzy się znają na 
polityce. 

Iwrońshi. Już nie będę nic mówił. 

Ebryacka. Pewnie lepiej milczeć, kto nie umie dobrze 
gadać. 

Pijakiewicz. Ale dośćże już tego do kata, 

Ebryacka, Owóż drugi polityk. 

Lykmzeivski, Ale W. M. Pani nam psujesz ochotę. 

Ebryacka. Otóż nowy grubijanin, psujesz. Co to jest: 
psujesz? Fe! wstydź się. (Do męża). Idź mi zaraz precz od 
tych pijaków. 

Ebryacki. Ale ja nie Mcia Dobrodziko. 

Ebryacka. Idź mówię (bierze go za rękę i wyprowadza). 

SCENA VIIL 

Pijakkwicz. — ŁykaczewskL — Iicrański. — Lusztykiewiez. — 
Eostropski. — Sorbccki. 

TwroHski Opanowana jakaś gęba! sama pijana, a męża 
o to bije. 

Pijakiewkz, Dobrze uczyniła, że poszła. Dajcie mi wina, 
zapijemy tę sprawę. 

Iivro))ski Ja nie mogę już pić. 

Fijakiewicz, Nie możesz? Widzicie Mci Panowie, żem 
przepił Imci Pana Iwrońskiego. 

IwroHski. Kogo? mnie przepił? jako żywo. Otóż będę pil 

Pijahiewicz, Toś mi grzeczny (całuje go). Do W 
Pana (wypiwszy oddaje). 

IicrońskL Vivat gospodarz ochoczy (pije). 

liostropskL Ale przestańcie już pić W. M. Panowi-^ 
dziecię jutro chorowali. 



iki- 



— 116 - 

Pijakieuńcz. Jaki mi Pan doktór z Warszawy! Kiedy 
W. M. Pan chcesz żyć sobie po warszawsku, to żyj, a nam 
nie psuj ochoty. 

ŁyJcaczewśki. To prawda, że Ichmć teraz zfrancuzieli 
w Warszawie. Nie widać teraz u Panów tej ludzkości, co 
przedtem. Przedtem najlepiej się można było napić w War- 
szawie u stołów Pańskich. Teraz nie widać tam onych flasz 
i kielichów wielkich. Karafineczki tylko i kieliszeczki nastały. 
Nie dobry to znak dla Ojczyzny. 

Pijakieuńcz, Teraz Ichmć w Warszawie wstydzą się wiel- 
kich kielichów, a ojcowie nasi tem żyli. 

Łykaezewski, Owe zdrowia gęste, owe zachęcenia do 
żwawszego picia, grubiaństwem są teraz w Warszawie. Co 
za dziw, że teraz i porządku nie ma w Ojczyźnie. 

Itcroński, Zginęła już, zginęła cnota staro -polska. 
Lusztyhietvicz. Zginęła (płacze). 

Pijakiewicz. Przedtem to Mospanie Polacy dobrze się 
bili, bo dobrze pili. Teraz wszystko ustaje. 

Lykaczewśki, Przynajmniej my utrzymujemy Ojczyznę. 
Iwrońśki, Ja będę utrzymywał do ostatnich sił. Nie chcę 
być odrodkiem ojca mojego. Nie było i nie będzie nad jego. 
PijaJkietmcz. Nie prawda: nikt lepiej nie pijał mojego ojca. 
L4;roński. Przepraszam. On nigdy mojemu nie mógł 
dotrzymać, 

PijaJdetmcz. Kto? on? świadczę się wszystkimi, którzy 
znah mojego ojca... ' 

Iwrońśki. Mam wszystkich za takich, owakich, którzyby 
inaczej mówili. 

Pijakktmcz. Cóż to za takich owakich? Z kim to gadasz? 
Re *^sz? 

^ońsM, Nie kiwajże mi pod nos, bo do stu katów . . . 
oMewicz. Śmiesz mi grozić? czy znasz kto ja jestem? 
jrii j tem, że familia Pijakiewiczów zawsze była w Polsce 

iyj "vańsza niż Iwrońskich. 

8* 



— 116 — 

luroński. Łżesz. 

Pijakietcicz. A do stu katów! pókiż to? (zaczynają się 
bić). Nauczę ja ciebie. 

Iwroński. Ty mnie, hultaju... (Wywraca Pijakiewicza: 
drudzy krzyczą: Vivat, vivat Sorbecki broni Pijakiewicza 
i Rostropski). 

Sorbecki (do Iwrońskiego). Co to za śmiałość porywać 
się na Jego Mci. 

IimrońśkL A ty co masz do mnie? 

Pijakietiicz. Mospanie Sorbecki, wypędź go z domu mojego. 

Sorbecki. Ustąp mi zaraz. 

luroński. Nie ustąpię. 

Sorbecki. Ustąp mówię, bo cię . . . (wypycha go). 

łjykaczewski. Cha, cha, cha. 

Lusztykiewicz. Wypędzili niegodziwie (plącze). 

Pijakiewicz. Zamknij W- M. Pan izbę, żeby nie powróciŁ 
Co za śmiałość! (wybiera włosy z czupryny). Mnie czubić? 
mnie? zje on kata: nie będzie miał Teresy. 

Rostropski. Kiedy on teraz W. M. Pana śmiał czubić, 
a cóż będzie jak weźmie Teresę? 

Pijakieuńcz. Nie weźmie, przysięgam, że nie weźmie. Oto 
oddaję ją za W. M. Pana Mci Panie Sorbecki. 

Sorbecki. Ach Mci Dobrodzieju, uszczęśliwiasz mię W. M. 
Pan. Póki życia mojego będę się starał... 

Pijakiewicz (całuje go). Dziękuję za dobre serce, żeś 
mię obronił. Bierz Teresę. Hej! niech tam przyjdzie zaraz 
Teresa do mnie. Wiem, że ona W. M. Pana lepiej kocha, niż 
tego hultaja, który śmiał mnie czubić. 

Rostropski. Nie możesz W. M. Pan lepiej wydać Teresy jak 
za Jegomości, którego i rozum wielki i statek i grzeczność zalecr 
Upewniam, że doznasz W. M. Pan jego wdzięczności dla siebi 

Sorbecki. W tem nie zawiodę W. M. Pana Dobrodziej 

Pijakiemcz. Bądź W. M. Pan już pewien tego, com obii 
cał. Otóż i Teresa. 






- 117 — 

SCENA IX. 
Ciź sami, — Teresa, 

Pijakieicicz, Teresko: oddaję cię za Im ci .Pana Sorbeckiego. 

Teresa. Co ja słyszę? 

Fijakieioias. Iwroński jest głupi i nie godzien spokrewniać 
się z Iłami. 

Teresa, Co się stało? 

Pijakieuńce, Mnie do czupryny porywać się? mnie? 

Rostropski. Nie wspominaj W. M. Pan tego. 

Łykacjsewski. Prawda, że to niepolitycznie zrobił. 

Rostropski. Chciej W. M. Pan kończyć, coś mądrze teraz 
przedsięwziął. 

Pijakietmcjs. Juzem skończył. Niech Jegomość ją bierze 
sobie, oddaję. 

Sorbecki. Nie potrafię wyrazić tej wdzięczności, którą 
w sercu mem czuję za tak wielką łaskę W. M. Pana Dobro- 
dzieja (kłania się). 

Pijakiewicz. Żyjcie sobie szczęśliwie. Jam słaby. 

Rostropski, Nie mogłeś W. M. Pan rozumniej sobie po- 
stąpić, jak teraz. Ale cóż z tego będzie? Ja wiem, że Imć 
Pan Iwroński W. M. Pana przeprosi, a potem znowu do tejże 
czupryny . . . 

Pijakiemcjs. Co? on? Otóż zaraz pokażę, co ja umiem. 
Hajduk, hej! Przynieś mi one papiery, które są schowane. 
Wiesz? tylko prędko. 

Łykaczeivski. Mnie się spać chce (siada i drzymie). 

Pijakietcicz, Nauczę ja Iwrońskiego. Pozna on czy mój 
czy jego ojciec lepiej pijał. Da się to widzieć. 

Rostropski, Więc W. M. Pan nie odmienisz słowa danego 
Imci Panu Sorbeckiemu, 

PijakietHcz. Nie odmienię: daję rękę. 

Rostropski, Nie wierzę. Pan Iwroński znowu swem po- 



— 118 ~ 

chlebslwem ujmie W. M. Pana. Trzeba tedy zabieżać. Inny 
mam sposób. 

Fijakietiicz. A jaki? 

liostropsJd. Niechby Ichmć wczas ślub sobie wzięli. Iwroń- 
ski o tern teraz się nie dowie. Ale potem, jak on będzie tego 
żałował! Zrobisz mu W. M. Pan figiel okrutny. 

IHjakietmcz. Zgoda! ale ja teraz slaby jestem, nie mogę 
być pi-zy ślubie. 

liostropski, A na co? Ja będę na miejscu W. M. Pana. 

FijaJcieiińcz, Pozwalam. 

liostropski. Daj W. M. Pan na znak tego zezwolenia 
pierścioń swój. 

Fijakiewicz. Masz W. M. Pan. Czyń sobie co chcesz, 
byle zrobić figiel Panu Iwrońskiemu. Otóż i papiery. Są to 
papiery na wioskę, która się w posagu należy Teresie; weź 
ją W. M. Pan i z niemi. Prawda, że mi trochę potrzebna; 
ale weź ją W. M. Pan sobie. 

Sorbecki (kłaniając się razem z Teresą). Upadamy do 
nóg W. M. Pana Dobrodzieja. 

lHja}cietdcz. Idźcie sobie szczęśliwie, bierzcie ślub. Ba- 
chusewicz, zaprowadź mię do łóżka. 

Ihstropski. A my idźmy do ślubu. 



SCENA X. 

Łykaczewski. — Lusztykiemcz, — Hajduk. 

Hajduk (budzi). Mci Panowie! Mci Panowie! a wstań- 
cie W. M. Panowie. 

Łykaczewski Kto tam jest? a gdzież kompania? 

Hajduk. Mospanie Lusztykiewicz, wstań W. M. Pan. 

Lusztykieuicz. Daj mi pokój. 

Hajduk. Ale w tamtym pokoju możesz W. M. Pan \a; . 
godniej spać. 



- 119 - 

LuszłyMeimcz. Go ja komu winien? (plącze). Już i spać 
nie wolno. Nie ma sprawiedliwości na świecie. 

Łykaczewski. Idźmy do kompanji. A czy jest tam wino? 
(odchodzą). 

SCENA XI. 
Hajduk. — Potem Badiusewicz (służący). 

Hajduk, Teraz moja pora! Póki Panowie pili, jam drzy- 
mal. Teraz ja będę pil, a oni niech sobie drzymią. Mości 
Panie Grzegorzu do W. M. Pana (odpowiada sam sobie gło- 
sem odmiennym). Upadam do nóg W. M. Pana Dobrodzieja 
(pije). Zalecam: dobre wino (nalewa). Proszę (odpowiada sam). 
Przyjmuję z godnej ręki W. M. Pana. 

Bachtisetmcz. Panie bracie, panie bracie, cóż to? 

Hajduk, Chodź bracie, nie miałem do kogo pić. Adre- 
suję ten kielich w miłe ręce W, M. Pana? 

Bachusewicz, Przyjmę z ręki W. M. Pana. 

Hajduk. Proszę. 

Ba>chuseuncz. Ja wzajemnie do W. M. Pana mam ho- 
nor pić. 

Hajduk. Czekam dla przysługi W. M. Pana. 

Bachuseuicz. Zdrowie Imć Panny Magdaleny Dobrodziki. 

Hajduk. Vivat Jejmość Dobrodzika. 

Ba^huseuńcz. Dobre wino, da się pić. Oddaję. 

Hajduk. Ja znowu na odwrót do W. M. Pana. 

Bachusetmcz. Każda mi i-zecz miła z godnej ręki W. M. 
Pana, ale prędzej pij. 

Hajduk. Powoli jadąc dalej zajedziemy. 

Bachuseicicz. Ale kto może nadejść, a mnie się pić chce. 

Hajduk. Bardzo jesteś niecierpliwy, mój bracie. Otóż na 
(ość będę pił powoli. 

Bachuseuńcz. Jakiś głupi. 

Hajduk. Na kogo to mówisz? 



— 120 — 

' Bachusetcicjg. Ale pij że do stu katów. 

Hajduk, Sam ty głupi, rozumiesz? 

Bąchmewicz. Ej cicho panie Hajduk. 

Hajdifk, Cicho tobie panie Masztelarzu. 

Bachtisetoicjs!. A zasię panie chamie. 

Hajdtik. Sameś ty cham. Słuchaj. 

Bachuseteicz, Przystąp tu bliżej, obaczysz. 

Hajduk. Otóż przystąpię. Cóż mi uczynisz. 
I Bachuseuńcz, Masz! (uderzywszy go w gębę ucieka). 

t Hajduk. Mnie w pysk? (goni go). 



AK^r TRZECI. 

SCENA I. 

Bachusemez. 

Bachuseuńez. Hej! ho! ha. Ot tak sobie nasi. Pan śpi, 
a jam wesóJ (śpiewa i skacze pijany). 



Na kłopoty człek się rodzi, 
Bieda za nim w tropy chodzi, 
Lecz tej biedy zapomina. 
Skoro flaszę zetnie wina. 




121 — 



VIL 

Z KOMEDII: „PARTŻAIOT". 

— ■♦-• • — 

AKT PIERWSZY. 

SCENA I. 
Starski — Leopold {slniący). 

Starski, Leopoldzie! hej! Leopoldzie! (wychodzi Leopold) 
a pókiż ty u kata spać będziesz? Ja pojąć nie mogę co ci 
się stało? Przedtem najpierwszy prawie wstawałeś i innych 
budziłeś: a teraz jak mój syn z Paryża powrócił, tak długo 
sypiać zacząłeś. 

Leopold. Ja długo sypiam? Bodaj pies tak długo sypiał! 
Ach Mospanie, trzeba też i na nas sług biednych mieć wzgląd . 
jakikolwiek. Jesteśmy ludzie tak jako i W. M. Pan. Bestye 
nawet snu potrzebują i bez tego obejść się nie mogą. 

Starski. Któż ci snu zabrania? Wszak miałeś na to noc 
całą: mogłeś się wyspać! 

Leopold. Noc całą? wszakci to o trzeciej po północy 
układłem się. 

Starski. A to czemu? 

Leopold. Musiałem czekać, póki się J. P. Robert, syn 
W. M. Pana nie układł. 

Starski. Za cóż to on tak późno spać poszedł? 

Leopold. Toć on teraz, jak z Paryża powrócił, nigdy 
wcześniej spać nie idzie. U nas każda noc wtenczas się po- 
czyna, gdy się kończy u W. M. Pana. 

Starski. Co za bieda! wiele on mi świec popali! 



— 122 — 

Leopold. W. M. Pan bardziej świec, niż zdrowia mego 
żałujesz. Slużywszy więcej jak lat dwadzieścia W. M. Panu, 
doczekałem się nakoniec pięknej wygody. 

Starski, Ja to sam znam, że masz słuszną uskarżania 
się przyczyną. Twoje zdrowie jest mi mile i potrzebne, ale 
przytem i świec szkoda. 

Leopold. Kiedy tak długo będzie, to ja nie wytrzymam. 

Starski. Ale cóż on u kata tak późno w noc robi! 

Leopold. Robi le grand, mande. 

Starski. Co? co? 

Leopold. Le grand monde. 

Starski Cóż to u kata jest ta gra modna? 

Leopold. Nie gra modna, ale grand monde. 

Starski. Ale cóż to jest przecie? 

Leopold. Le grandę monde^ jest to świat wielki. 

Starski. Ale cóż to jest przecie? 

Leopold. Le grandę monde, jest to świat wielki. 

Starski. Więc jak mówisz, on robi świat wielki? 

Leopold. Tak jest. 

Starslci. Albo mu ten świat mały? Powiedz mi co to 
za robota? 

Leopold. Jest to robota, której się pan Robert w Paryżu 
nauczył. Ja sam. nie mogłem tego długo pojąć, na koniec 
pytałem się Monsieur de Martiniere . . . 

Starski. De Martiniere? Któż to taki? 

Leopold. Lokaj pana Roberta. 

Starski. Lokaj? wszak on Marcin. 

Leopold. Ach nie mów W. M. Pan: Marcin. 

Starski. Czemu nie mam mówić? 

Leopold. Bo się on o to strasznie gniewa. Mnie, żem 
go po dawnemu nazwał Marcinem, złajał jak psa starego 
i na pistolety wyzwał. 

Starski. Jakże? albo on nie Marcin? wszak wiesz, że jest 



- 123 — 

mój poddany, wziąłem go z wioski mojej do usług synów 
i z Robertem wysłałem go potem do cudzych krajów. 

Leopold, Wszystko to prawda, że on jest Marcin, że pod- 
dany W. M. Pana, ale się w Paryżu nobilitowsJ i został Imcią 
Panem Monsiurem de Martinidre, 

Starski. Go za bieda! Ja nie wiem co ten Paryż ma 
w sobie, że tak ludzi naszych odmienia! Cóż czynić? trzeba 
cierpliwości! ale wrócimy się do syna, chciałbym poznać tę 
robotę, którą się mój syn bawi. 

Leopold. Imć Pan Monsiur de Martiniere, który był przed- 
tem Marcinem, mówił mi, iż to słowo grand monde, które 
ustawicznie ma w uściech Imć Pan Graff de Starsenfeld, ma 
znaczyć . . . 

Starski Jaki to Grraff de Starsenfeld? 

Leopold. Albo go W. M. Pan nie znasz? 

Starski. Pierwszy raz o nim słyszę. 

Leopold. A przecież to jest syn W. M. Pena. 

Starski. Syn mój Graff de Starsenfeld? 

Leopold. Nie inaczej. Jest to Imć Pan Robert. 

Starski Jak to? nie nazywa się on Starski? 

Leopold. Fe! uchowaj Panie! on mówi, że Starski jest 
to słowo grube, nie polityczne, przetoż go cierpieć nie może, 
i dla tego odmienił je na Starsenfeld. 

Starski. To Starsenfeld ma być coś polityczniejszego niż 
Starski? co za płochość! co za głupstwo! cóż robić? Ale mia- 
łeś mnie nauczyć, co to jest ten grandę pionde . . . 

Leopold. Imć Pan de Martiniere mówił mi, że podług 
ich, le grandę monde nazywają się ludzie osobliwszego extra- 
ktu, ludzie wielcy, umiejący żyć uczciwie i politycznie. Tego 
życia jest wiele reguł, ale kat się ich upamięta. Między in- 
nemi i ta jest, że podług le grand monde, nie wolno pierwej 
wieczerzać, aż po północy, a spać nie godzi się przed trzecią 
z rana... 

Starski. Bodajby kat wziął tę modę, która wywraca 



- 124 — 

czasu porządek od natury rozłożony. Ale czemże się przecie 
on bawi w nocy... 

Leopold, Chodzi po izbie, gwiżdże, śpiewa, fektuje ręką 
sam z sobą, nogi co raz inaczej stawia, w zwierciedle się 
przegląda, co raz się inaczej uśmiecha. Wczora wieczór sen 
go ukrutnie morzył; radziłem mu aby się układl, a on mi na 
to: albo to masz mię za prostaka, żebym tak wcześnie miał 
iść do łóżka? I nie poszedł poty, aż przyszła godzina trzecia 
od le grand nwnde jemu przepisana. 

Starski. Nie wiem, co się z nim dzieje. Nieszczęśliwy 
jestem. 

Leopold, Wczora dowiedziawszy się, że W. M. Pan o dzie- 
siątej spać poszedłeś, tak się gniewał, jak gdyby go najwię- 
ksza jaka zelży wość potkała. „Ach Leopoldzie, rzecze do mnie. 
Broń Panie, żeby się o tern w Paryżu dowiedziano, że mój 
ojciec tak wcześnie spać idzie! Panie broń, Panie broń!*. 

Starski, Bodajby go... albo to występek jaki? ma być 
to co złego, żem poszedł spać wtenczas, kiedy się mi chciało? 

Leopold, Słuchaj W. M. Pan dalej. „Gdyby rzecze, wie- 
dziano to w Paryżu, powiedzianoby, że ja jestem synem ja- 
kiego podłego grubiana. Go za hańba! co za hańba!" 

Starski. Grubiana? albo to grubiaństwo, pójść spać 
o dziesiątej? Jaki mi polityk! Ale powiedz mu, że lubo tak 
wcześnie wczora układłem się, przecież dla jego postępków 
całą noc i oka zmrużyć nie mogłem. 

Leopold, Albo co? 

Starski, Gzy znasz Matackiego? 

Leopold, Matackiego? owego to kupca młodego, co gada 
po francusku do każdego i z grymasami ... 

Starski, Tak jest. 

Leopold. Co to z żydami ustawicznie szachruje, a mło- 
dych naszych kawalerów oszukiwa. 

Starski. Tego samego. 



— 125 — 

Leojyold, Jakże nie znam. Jest to człowiek, który i za 
grosz nie ma poczciwości. 

Starski. Ten tedy przychodzi do mnie wczoraj i mówi, 
że synowi memu Robertowi wielką przysługę uczynił, dostar- 
czając mu pieniędzy i różnych towarów, co wszystko wynosi 
na 300 czerw. zl. i na tę sumę dal mu kartę. Go rozumiesz, 
jak mię ta nowinka przeraziła? 

Leopold, Piękna nowina! ale będzie i więcej takich. Nie 
oddawaj mu W. M. Pan tych pieniędzy, aż się dowiesz, na 
co są wydane. Ten człowiek niejednego z panów młodych 
tak pięknie ogolił, że nie mogą dotąd nieboracy przyjść do 
siebie. 

Starski. Posłuchaj dalej. Po nim przychodzi do mnie 
Robert. Łzy mi się rzuciły. »Synu mój, rzekę do niego, 
czemu i swoją młodość hańbisz i moją starość zasmucasz? 
wiesz, że nasz dom jest podupadły, przecież dałem ci co mo- 
głem pieniędzy. Ty nie kontent z tego, jeszcze długi zacią- 
gasz. Jeżeli chcesz mnie przed czasem w grób wprawić, to 
przynajmniej takiego szukaj sposobu, któryby tobie samemu 
mniej szkodził. Gubisz przez to i siebie samego*... 

Leopold. Prawdziwie ta mowa i mnie łzy wyciska. Ale 
cóż na to Imć Pan Robert? 

Starski Robert na to: totd cavaKerment, mon Pere, tout 
raualienrient „Jam — rzecze — nie chciał, żebyś W. M. Pan 
wiedział o tem długu, ale ponieważ ten* kupiec nie umiał 
trzymać języka za zębami, wiedz W. M. Pan, że te pieniądze 
są dobrze łożone. Oto i regestrzyk rzeczy za nie kupionych. 
Z niego można poznać, żem ich nie przemamował*. To rze- 
kłszy ukłonił się i poszedł. Jam całą noc te rejestra prze- 
wracał, ale bodajbym tak nie znał choroby, jak nie znam 
żadnej rzeczy z tych, które on pokupował. 

Leopold. Pokaż mi W. M. Pan. Ja poznam, bom je 
widział. 

Starski. Czytaj że. 



— 128 — 

spyta, co to za potrawa? Ja mu mówię iż to kokoszka 
karmna. Jak się rozgniewa o to — » głupiś — rzecze — nie 
znasz nawet zwyczajnych potraw, fe! wstydź się*. Ja musie 
przysięgam i zaklinam, że to kokoszka, bo w samej rzeczy 
kokoszka była. A on na to: „co za bieda z tą polakieryą, 
cale nie mają edukacyi dobrej. Naucz się na drugi raz przy- 
najmniej, że to nie kokoszka, ale puliarda. Jabym miał ko- 
koszki jadać? co za grubianin!" 

Starski. Nigdym się tego mój Leopoldzie nie spodziewał, 
żeby on miał tak dziwaczyć. Wszystkie jego postępki serce 
mi przerażają. Czy uważałeś, że on na jednem miejscu nigdy 
spokojnie nie postoi, ale albo się przechadza gadając, albo 
coraz inaczej nogi swoje układa, i gada razem i gwiżdże 
i śpiewa i podskakuje, po francusku zaś i do tych mówi, któ- 
rzy cale tego języka nie umieją. Nieszczęśliwa godzina, któ- 
rej go z Polski wysłałem. Wszak pamiętasz jaki to był miły 
młodzieniaszek, jaki pokorny, roztropny i grzeczny nim z Pol- 
ski wyjechał... 




— 129 - 
VIII. 

MONITOR 

KOMEDYA W JEDNYM AKCIE '). 

♦ ♦ » 

osoby: 

Stanidzkiewicz. Starosta Dobromyski. 

Dziwa kie^vicz. Umizgalska. 

Łykaczewski. Modnicka. 

Łakomski. Wymyślnicka. 

Pieniacki. Jaga, poddanka Uniizgalskiej. 

Hajdamakiewicz. Wiernicki, masztelarz Staruszkiewicza. 

Ochotnicki. Wawrek, woźniczka Umizgalskiej. 
Bartek, woźniczka Fieniackiego. 

Scena w karczmie w^ miasteczku Pustkowie podczas jarmarku. 



SCENA I. 

Jaga, — Waivrek. (oboje z mazowiecka mówiący). 

Jaga. Już ci to na to idzie, ze ja z tego jarmarku z nicym 
do domu powrócę. PrzesJego roku, kiedychma tu byli to mi 
Maciek kupił wstązeckłe zieloną, a Wach mydlą i śpilek tuzin. 



*) Podajemy w całości tę komedyę Bohomolca jest ona bowiem odpo^vie- 

d. zarzuty czynione Monitorowi, wjjaśnia zatem zapatrywania Boho- 

na satyrę, a jednocześnie przedstawia nam jak cliłostę satyr>' przyj- 

\o ówczesne społeczeństwo. Wszystkie występujące w konied\i osoby 

- służby) są postaciami występigącemi w Monitorze. Nie jest to 

^ i¥łaściwie komedya, a tylko w sceniczną fonnę przybrana polemika. 

^«» 4o Bohomolec w r. 1767. 

""IIOfM P«S»H«. T. II. ^ 



— 130 — 

Watvrek, Dyabel nam jakiś wsystko pomiesal. Jam ro- 
zumiał, ze nasi panowie przyjechali tu kupić co na jarmarku, 
a oni jakowegoś tu biesa sukają. 

Jaga, Juz ci oni dla kupna tu przybiegli, Ale pan Sta- 
ruskiewic sąmsiad pański posepnąt im cos do ucha* ze tu 
miał jakiś filut przyjechać, na którego oni juz dawno zęby 
ostrzyli. Jak to poslyseli, piorunem ztąd polecieli. Będzie 
skóra w strachu, jak go zacepią. Ale wy Wawrku mogliby 
ście tez dla mnie co kupić. 

WaicreŁ Za dyabla? Pewnie za to, ześ ongi ze Sta- 
chem gadała. Zjecie kata, nie podarunek. Wolę go kupić 
dla Marysi, niz dla was. 

Jaga. Pewnie Marysia lepsa u ciebie, jak ja? 

Watcnh, Bo i lepsa. 

Jaga, I tak mówis? 

Waurck. Otóż mówię. 

J(uja, Dobze, obacymy. 

Wawrek, I cózV 

Jaga. Ale dobrze, niechże będzie i le})sa, 

Wawrek. I tyś była dobra, póki cię ten drągal nie zba- 
łamucił. 

Jaga. Niechże i zbałamucił. Marysia lepsa, obacemy. 
Ja nic nie mówię. 

Waurelc. Bo i nie mas co mówić. 

Jaga. Niechże i nie mam. Wiem ja co ucynię. 

Waicrek. I cóz ucynis? 

Jaga. Obacys. Poznas ty, ale zjes kata, nie mnie. 

Wfurnk. Ale bo to ten Stach . . . nie chcę mówić. 

Jaga. Stach lepsy od ciebie, kiedyś chciał. 

Wairrek. On lepsy? kata zjadł! on lepsy? 

Jaga. Bo i pewnie ze lepsy. 

Waarek. On odemnie lepsy? i także to ty ze mną? 

J(jiga. A ty — jak? albo to dla ciebie nie wolno m 
i gadać ze Stachem? 



— 131 — 

WawreŁ Gadać jak gadać, ale bo to markotno ciekowi, 
kiedy . . . 

Jaga, Cóz kiedy? 

Waiorek. Kiedy z innym gadacie. 

Jaga. Tybyś pewnie chciał, zęby ja ni z kim nie gadała. 

Watorek. Nie mówię ja tego... ale ty go bardziej ko- 
chas niz mnie. 

Jaga. Zkądze to wam? otoz mówię, że to nie prawda. 
Jam go nigdy nie kochała. Ale kiedy tak ze mną, zacne go 
teraz kochać na psotę tobie. 

Waiorek. iSgoda, moja Jago. 

Jaga. Otóż nie zgoda. 

Wawrek. Nie gniewajcie się. 

Ja^a. Zjecie kata. 

Wawrek. Przebac ze moja ślicna. Ja żartuje. 

Jaga. Schowajcie te żarty dla Marysi. Ona lepsa jak ja. 

Wawrek. Dyabel mi po niej. To głupie dziewcysko. 

Ja>ga. Ona lepsa jak ja. 

Waurek. Nie lepsa, jam żartował. Zgoda moja ślicna 
Jago... 

Ja^ga. Jeśli mi kupicie jaki podarunek, to będzie i zgoda. 

Wawrek. To i kupię. 

Jaga. Kupcież go zaraz: bo ja tobie nie wierzę. 

Wawrek. Cóz kiedy nie mam teraz i seląga. 

Jaga. A wsakeśeie mieli wcora pól złotego. 

Wawrek. Już go dyabel wziął. 

Jaga. Pewnieście przepili? 

Wawrek. Go prawda, to nie grzech. Przepiłem go z Frąn- 
ckiem. Ale o w tu idzie Bartek. 

SCENA II. 

Jaga. — Wawrek. — Bartek. 

Wawrek. Co tam słychać Bartku? gdzie nasi panowie? 

9* 



— 132 — 

Bartek. Carci ich tam wiedzą. Poki*ęcIH si^f gdzieś sa- 
kając jakiegoś dyabla. 

Jaga, Dyć to już wiemy. Ale kogo oni u kata tak sukają. 

Bartek. Mówią ze niejakiegoś Banitofa. 

Wawrek, Banitora? Nie slycłiać ci tu nigdzie w nasej 
okolicy o takim cieku. 

Jaga. Cóz to ten Banitor? Ślachcic? 

Bartek. Dyabla on ślachcic. Musi być cudzoziemiec, bo 
Pan powiedal, ze się nie dawno w Polsce zjawił. 

Wawrek. O gdybyz go zachwycili, a <lobre nvu katankę 
W3rprali! bo to ci cudzoziemcy bez figla ani stąpią. Musiał 
on nasym panom kurtę skroić, ze tak na niego catują. 

Bartek. Powiedają, ze plotki robił po Polsce i każdemu 
dopiekł. Wszytka ślachta, co się na jarmark zjechała, po- 
biegła ku niemu. Owóz i mastalerz pański tu leci, 

SCIENA III. 

Ciż sami, — Wiernicki. 

Wiernicki (żywo przychodząc). Hej! panowie! Bądźcie 
gotowi. Bierzcie, kto co może, kije, drągi, cepy, siekiery. Już 
przyjechał ten Jegomość, którego nam trzeba, wnet go tu do 
naszej karczmy przyprowadzą. 

Wawrek. A cóz my z nim będziemy iolłiliV 
Wiernicki. Potem się dowiecie, tylko l>ądzci«^ gotowi, 
Bartek, Abo to mało ślachty i bez nas? Na jednego 
mizeraka taka ćma! 

Wiernicki. Ale bo to ma być człowieczek z główką I 
Oni się boją, aby ich nie oszukał. 

SCENA IV. 

Ciź sami. — Umizgahka. -^ Modnicka. — Wt/myslntchi, 
Umizgahka, A cóż? czy złapali już Monitora? 



- 133 — 

Wiemichi, Już on tu przyjechał. Ma popasywać w tam- 
tej karczmie. 

Modnicka. Cóż myślą z nim czynić? 

Wumicki, Panowie nie mogą się zgodzić. J. P. Sta- 
ruszkiewicz i J. P. Hajdamakiewicz, chcą gwałtem go wziąć 
i tu przyprowadzić. Ale J. P. Pieniacki nie radzi mu gwałtu 
czynić. Mówi, że teraz za to mocno karzą. Życzy, żeby go 
tu raczej dobrym sposobem zaprosić i oddać do sądu. 

Wymyślnicka. Już ci on wart tego, żeby go rozumu na- 
uczono, ale my dla niego tu czas trawimy. 

Modnicka. Bez tego nie mamy co tu robić. Jeszcze 
nigdy tu jarmark nie był tak mizerny. Bielidła nawet dostać 
nie mogę dobrego. 

Umizgahka, Jam chciała kornety kupić, ale są bardzo 
drogie. 

Modnicka, Ba! i nie modne. Już teraz takich nie uży- 
wają w Warszawie. 

Wymyślnicka, Jam targowała rogówkę, ale nie jest dość 
obszerna. 

Modnicka. I owszem dość jest obszerna-: jam ją widziała; 
takich właśnie teraz w Warszawie zażywają. 

Wymyślniclca, W Warszawie, w Warszawie I jakby to 
w Warszawie tylko dobry gust panował. Ja jeszcze chcę mieć 
obszerniejszą, niż są w Warszawie. 

Modnicka. Mnie się podobał ów pierścień z brylantami, 
cośmy go widzieli u owego żyda. 

Umizyalska. Prawda, że piękny; życzę kupić. 

Modnicka. Jabym go kupiła, ale mąż mi nie chce dać 
pieniędzy. 

Umizyalska. Mąż nie chce dać? I W. M. Pani to cierpisz? 

Modnicku. ()n mówi, iż mu pieniądze są potrzebne teraz 
na woły, na konie. 

Umizfialska. To on bardziej dba o woły i konie, niż 
o W. M. Panią? ach żeby to mój mąż... 



™ 134 — 

Wymyślnicka, Musi być wielki z niego parafianin. 

Modnicka, Już ci on temu nie^-^inien, ja sama widzę 
że mu woły i konie są potrzebne teraz, a pieniędzy nie ma 
nadto zbywających. 

Umizgalśka. To niech pożyczy gdzie dla W. M. Pani. 

WymyśJnicka. Mój w podobnej okoliczności, musiał parę 
wołów przedać, a dać mi pieniędzy na kupienie tych zauszniczek. 

Wiemicki (do ludzi na stronie mówi). Mocne mieć musi 
uszy, które parę wołów dźwigają. 

Umizgalska. Owóż i Ichmość sąsiedzi. Dowiemy się 
o Monitorze, 



SCENA V. 

Cii sami, — Słaruszkieioicz, — Pieniacki. — Hajdamakiewicz. — 

Lakoniski. 

Wymyślnicka. Witamy W. M. Panów. A cóż, MonOar 
gdzie? 

StaruszkieuHcz, Jest w tamtej karczmie. Chcieliśmy za- 
raz uderzyć na niego, ale J. P. Pieniacki szkrupuły nam czyni, 

Pieniacki Życzę mojej rady słuchać: tutiora sunt eligenda. 

Hajdamakietmcz, Moja rada, rozsiekać jego. 

Staruszkiewicz, Z przeproszeniem W. M. Pana Mci Panie 
Hajdamakiewicz, na to i ja nie pozwalam. To nazbyt wiele. 
Takowe akcye nie uchodzą na sucho. Dość nam będzie obić 
go dobrze, żeby z kwartał jaki poleżał. 

Hajdamakietmcz. Co to pomoże takiego człowieka obić? 
on przyszedłszy do zdrowia, będzie nas znowu opisywał. Otóż 
tak przynajmniej uczyńmy. Utnijmy mu palec, żeby więcej 
już pisać nie mógł. 

Słaruszkiemcz. Co się zda W. M. Panu Mci Panie Ła- 
komski? 

Lakomski, Ja trzymam z J. P. Pieniackim, żeby mu ża- 






— 136 — 

dnego gwałtu nie czynić, bo jak nas zapozwie, to będziemy 
musieli okrutne grzywny zapłacić. 

Słaruszhiewias. I cóż tedy? więc go tak puścimy? 

Pimiacki. Moja rada iść z nim via juris. I zapozwać 
de drcumscripłione. 

Hajdamakiewicz. Schowaj się W. M. Pan z tem zapo- 
zwaniem. To trzeba będzie lat kilka czekać sprawiedliwości. 

Lakomski. Dobrze mówi J. P. Pieniacki. Niech on nam 
raczej grzywny zapłaci, niż my jemu. 

Siarusjskieimcz. A ja wolę, żeby on mnie zapozywał, niż 
ja jego. A do tego: dokąd go zapozwiemy? a jeśli on nie 
zechce stanąć u naszego sądu? 

Pieniacki. To najmniejsza, znajdziemy na to sposób. 

Umiegalska. Ale powiedzcie nam W. M. Panowie, co to 
jest za człowiek ten Monitor? 

Staruszkietmcz. On się nazywa z domu Ochotnicki. 

Umiegalska. Ochotnicki to? 

Słaruszkietoicz, Tak jest 

TJmizgalska. To pewnie ten co jeździ po Polsce i szpie- 
guje, a potem donosi do Warszawy. 

Wymyślnicka. A mnie mówiono, że to sam Monitor. 

Staruszkietmcz. A jużci i on nie co, tylko Monitor. Po- 
trzeba wiedzieć, że to jest banda z kilku zło- 
żona, którzy z nas żartują... Ale kto to znowu wchodzi. 
Ach, to nasz pan Łykaczewski. Wiernicki, idź do tamtej kar- 
czmy i daj nam znać, jak J. P. Dziwakiewicz będzie tu szedł 
z Ochotnickim. 

SCENA VI. 
ca sami. — Łykaczewski (napity). 

Pieniacki. Witamy J. P. Łykaczewskiego. 
Łykaczewski. Kłaniam moim Dobrodziejom. 
Pieniacki. Pewnie i W. M. Pan tu na jarmark. 



— 136 — 

Ł^kucsrwsld. Tak jest. Trzeba mi kupić cośkolwiek, 

Sktrmzkinuicz, Grdzież W. M. Pan tu stanął? 

Łtjkurzewsiii. Dopierom do tej karczmy zajechał A i damy 
tu widzę są nasze. 

rmizffalska. Witamy W. M. Pana. 

Wtfmf/śhuika, Jak się W. M. Pan masz? 

Ł ff kurze irski. Dobrze i wesoło. 

Motifłuka, My też to widzimy, że W. M Pan wesoły, 
cha, cha! 

ŁtfkofMtcski Prawda. Spotkałem się z paiiem Bachu- 
^sowiczem, moim przyjacielem w karczmie o milę ztąd popa- 
sującym i napiłem się z nim. Ale co In słychać? czy dobiy 
jarniarkV 

SUimszkirmcz, Jeszcześmy się tu dobrze nie rozpatrzyli. 
Mamy iii^zą teraz zabawkę. 

Łłfkfir^rtrski. Oóż to takiego? 

Htijdmmtkictricz, A podobno i do W. M. Pana to się 

Łtfktvi*frj^ki. Ale cóż to? 

Hffjfłftłiffdiewirz, Wszakże i W. M. Pana opisał niego- 
f lxi wie Motłitfłł\ 

Łffbtrsf fr4'i. Prawda. Oj gdybym go gdzie złapał. 

Stftnfsdikifcirz. A jest on tu. 

łji/knnc/rsU. Gdzie? zaraz idę do niego. 

SłłirttsTkutricz. Będzie on tu sam nie bawir|C. 

Li/kfif'zvłrski Zkadże się u kata 011 tu wziął. 

Sian(*sski{/rir.z. Opowiem W. M. Pana rzecz całą. Jadąc 
tu na jarmark, wstąpiłem do karczmy o mil dwie ztąd leżą- 
cej. Patrzę, alić tam ktoś popasuje. Wirlzę człeka, ale go 
nic znam. Pytam się ludzi, co to za jerlen? mówią mi, iż 
Ochohiirki. 

Lffkftf^cłfski Ach pewnie ten to }>lotka . . , 

Siarftsdif H-icz, Proszę dalej słuchać. Pytam się zkąc 
jedzie? odpowisidajii z Warszawy. Dokąd? do Pustkowa m 



— 137 — 

jarmark a ztamtąd do Lwowa. Chcąc się lepiej dowiedzieć, 
pytam się jednego z jego ludzi, czy nie ten to J. P. Ochotni- 
cki, który się naszym uczynił Monitorem? Odpowiada mi pod 
sekretem, iż ten sam. Ja nie pokazując dalej nic po sobie, 
wyjechałem czemprędzęj ztamtąd, przybiegłem tu i oznajmiłem 
Ichmciom. 

Lijkaczetcshi, Więc on już tu przyjechał? *. 

Staruszhiewicz, Przyjechał i stanął w tamtej karczmie; 
chcieliśmy zaraz napaść na niego i nauczyć go rozumu, ale 
J. P. Pieniacki odradził nam. 

Łykaczewski. Cóż W. M. Panowie myślicie? Mając 
w ręku chcecie go puścić ztąd na sucho? 

Starusziietvicz. J. P. Pieniacki mówi, iż napadać na jego 
stancyą, poczytanoby za gwałt i najście. 

Pieniacki, Nie inaczej, mamy albowiem prawo; nemineni 
capthahis nisi jurę lictum. 

SUiruszkicwicz, Wysłaliśmy tedy do niego J. Pana Dzi- 
wakiewicza, aby go tu jakim sposobem sprowadził. Wziął 
to na siebie, czekamy co moment na niego. 

ŁykaczcicskL A jeśli on z wącha i nie zechce tu przyjść? 

PieniaekŁ Albo to J. P. Dziwakiewicz nie potrafi go po- 
dejść? Trzy lata był w Paryżu. 

Łykaezmcski. Ale cóż W. M. Panowie z nim czynić za- 
myślacie? 

IHcniacki, Spuście się W. M. Panowie na mnie, ja będę 
wiedział co z teni czynić. 

Lakomski, Pewnie tak, spuśćmy się na Jegomości, który 
prawo rozumie, i zawsze nam dobrze radzi. 

Pieniacki, Moja rzecz będzie naprzód przekonać go i po- 
kazać niegodziwość postępków jego. A potem er rc ronsilimn. 
Obaczymy, co nam odpowie. 

Łykaczewski. Bardzo jestem kontent, że się on dostał 
w ręce nasze. Odżartuję ja Jegomci. 

Hajdamakicnirz. Ja mu tego nigdy darować nie mogę 



— 138 — 

że on w żart i pośmiewisko to podał, co ja sprawiedliwie 
uczyniłem. Proszę tylko posłuchać. Będąc w drodze przyje- 
chałem 'do pewaej karczmy. Kazałem dać dla koni siana 
i obroku. Gdy przyszło wyjeżdżać, wołam gospodarza chcąc 
mu zapłacić za siano i obrok. Pytam się wiele mu należy. 
Gospodarz człek bezbożny i bez sumienia zakrolł bardzo wiela 
Perswaduję mu, iż to nazbyt drogo, on na to nic nie uważa. 
Ja widząc, że słowa moje nic nie pomagają, chop go w pysk, 
potem za łeb i o ziemię. Nakoniec opłazowawszy go dobrze 
wsiadam na konia i pojechałem nie zapłaciwszy. Niech się 
chłop nauczy, jak ma z ludźmi postępować. Nie podobało się 
to Panu Monitorom; trzeba mię było zaraz wytknąć i żarto- 
wać z tak sprawiedliwego postępku mojego. 

Modnicka, My sprawiedliwszy mamy żal do niego, że 
nas parafiankami nazywa. Albo to damy warszawskie lepsze 
za nas? albo się i my nie znamy na modzie i polityce? 

Umizgalska, Mnie on gorzej oszkalował! Zkąd to jemu, 
że ja od męża nazbyt wyciągam expensu i chcę się nad stan 
mój stroić? Prawda, że lubię czysto i przystojnie chodzić: 
ale nie nad mój stan. Jestem w tem domu urodzona, któ- 
remu należy zawsze między ludźmi pięknie pokazać się. Fa- 
milia Umizgalskich od wieków w tem się od innych dystyn- 
gwowała. Jeszczeby tego nie dostawało, żeby mi mój mąż nie 
miał dodawać na moje potrzeby? 

łjakomski, Jeszczeż to fraszka, ale... 

UmizgaJsku. , To fraszka? jak to fraszka? 

Łfzlconiski. Ja to chcę mówić, że W. M. Pani masz spra- 
wiedliwą urazę, ale względem tego, co mnie on zadał, może 
się zdawać nie tak rzecz wielka. Czy miał on sumienie p^ — -^ 
światem całym to ogłosić, żem łakomy, żem przez łakoro^ > 
i sobie żałował i drugich krzywdził. Prawda, że zbytków i 
lubię, ale żyję uczciwie podług stanu mojego. Że zaś ?• j 
krzywdzić nie dopuszczam, przez to nikomu krzywdy nie 
nię. Wyciągam tego, co mi należy, ale sprawiedliv » 



— 139 — 

mu to szkodzi, że czasem dwanaście od sta biorę procentu, 
a czasem też i zgóry? Wszak ja nikogo nie przymuszam do tego. 

Wymyśhmka. Nikomu on tak nie dopiekł, jak mnie! 
czy nie jest to złość ostatnia, żartować z tego, że ja często 
cierpię migrenę, spazmy i wapory? co ja temu winna, że 
podlegam tym słabościom? co to mu szkodzi, że się ja muchy 
lękam, albo że pieska mego bonońskiego kocham? 

Stamszkiewicz, Ja milczę, choć najsprawiedliwszą mam 
urazę do niego. Mnie nazywać grubianinem, mnie? Prawda, 
że. nie mieszkam w Warszawie, ale bywam między ludźmi, 
wiem jak gdzie trzeba postąpić. Zadaje mi Jegomość zabo- 
bony i gusłami to nazywa, co jest dawną dziadów i pradzia- 
dów naszych obserwacyą. 

Fienidcki. Prawda, że macie W. M. Panowie żal spra- 
wiedliwy do niego, ale czy godziło się jemu z mojej profesyi 
żartować, która świętą sprawiedliwość utrzymuje? Nie podo- 
bało się to Jegomości, że czasem sprawę przewlekę. A cóż 
mam czynić kiedy jest zła, kiedy inaczej jej utrzymać nie 
mogę? a do tego z czego żyłbym, gdybym prędko procesa 
kończył? Powinienby Jegomość takich ludzi szanować, 
którzy i złą sprawę umieją na nogach postawić. Zdarzy się 
czasem samemu w czem wykroczyć: dobrze mieć tak mądrego 
patrona, który go od świętej sprawiedliwości zasłoni. 

Łyhaczewski. Ja o swoją krzywdę nic teraz nie mówię, 
wolę mu w oczy powiedzieć. Go mu to szkodzi, że pijam? 
Pijam, ale poczciwie i w dobrej kompanii. 

SCENA VII. 

Ciź sami, — Wiernichi. 

Wiernicki. Jmć Pan Dziwakiewicz, razem i z Monitorem 
'viąc tu przyjdzie. 

^ iruszkietoicz. Łepski nasz Dziwakiewicz! ale jak go on 
. ] łbił? 



— 140 — 

Wieniicki. Widział, że Pan Mumhir kazai tam sobie 
obiad gotować. Zabrawszy tedy z nim scnajomośt% mówi[ mu, 
\t ma w tej karczmie już obiad gotowy i ?.a profil go tu. Pan 
MtiffHfti' chętnie na to zezwolił. 

llajdamakicwicz. Damy tu jemu nie^ szpetny obiad. 

Wiernuki, Ale ten pan Monitor jest tadny i tiile grze- 
czny młodzian. 

Htmąjałska. Grzeczny? ach, to trzeba z nim po ludzku 
obejść się. 

Modnicka. Nie inaczej. Z grzecznymi ti"zeba gri^^ecznie 
postępować. 

llajdamakiewicz. A on grzecznie z nami postępował? 
ni^ch mi wybaczy. Będzie on grzeczniejszy, gdy mu te palce 
obetnę, które przewiniły. 

PIftłiarki. J. Pan Hajdamakiewir^, ma wprawdzie po so- 
bie mpdam juris: per qf(od r/tds pccrai per ulem jmuiiur d- ipst, 
ale trzi'ba o tern wiedzieć, że uu/ła rrf/fda sitłe e^raptione. Nie 
życzyłem i nie życzę gwałtownie z nim postępować. Ma 
nn wiole, jakem słyszał, przyjaciół, którzy jego krzywdy zape- 
wne* nam nie darują. 

Wifinyśhiirka, Dobrze mówi .1. Pan Pieniacki. 

Łfdiomski. I ja się z Jegomościa zgadzam. 

Sf(łrffs.ikiefrir.i. (lóż tedy? więc mu darować wszystko? 

rUuiacki. Ale proszę mię posłucliać. (^^ a od jurę fd jusłe 
fd. .Moja rada zaaresztować tu jego. a potem prawem do- 
chodzie sprawiedliwości. Tymczasem wyrozumiemy z jego, 
quh. ffnidy nbi^ (pidms oujillls, rur, (juoiuodoy fjuaudo^ dla czego 
z jakich przyczyn i jakim duchem pisał na nas paszkwile. 

Łilkdczrwski. Jakiż tedy koniec będzie? 

Pieuiacki. Bądź W. M. Pan tylko cierpliwy, niech skoi^ 
czę moje zdanie. Przecież ja koło takich rzeczy chodzę, cu 
ijHi* nrdnulunf iu sua arie. 

Lakoiuski. Spuśćmy się cale w tern na Jegomości, któi 



^ 141 ^- 

między nami, niech to żadnego nie uraża, jest najuczeńszy, 
i zna prawo z gruntu. 

Staruszkieicicz, Przyznajemy to Jegomości, ale chcieli- 
byśmy wiedzieć, jak mamy tu z nim postąpić. 

PieniacU, Oto tak. Nigdy pierwej prawa nie zaczynają 
mądrzy ludzie, aż zrozumieją pierwej fundamenta strony prze- 
ciwnej. Najprzód tedy nie czyńmy mu żadnej wiolencyi. 
1 najgorszego winowajcę nie karzą, aż go wysłuchają. Omne 
latrociniioH haheł smim patrocinium. Zkąd także wynika rfi- 
lemma. Albo się on przyzna do tego, co mu zadajemy, albo 
nie. Jeśli się nie przyzna, trzeba mu będzie dowodzić. A jeśli 
przyzna, to mu pokażę gruntownemi dowodami, iż tego nie 
powinien był czynić. 

Słaruszkiewirjs. Ale któż mu będzie dowodził? 

Fieniaclń, Ja najprzód uczynię induktę iiixta formam legis^ 
jak zwykłem w sądach czynić przeciwko obwinionym. Ex 
allegatis £' j^^obutis uformuję resulłałtcm, 

Lyhaczewski. Ja na to pozwalam. 

Lakomski. I ja, to tylko waruję, żeby on przez dekret 
zapłacił nam grzywny za honor ujęty. 

Hajdamukieuńcz. Ej co po tem prawie! prędsza jest sprawa 
de Jiayda, niż de jurę, 

Słartiszkietcicz, Ale dajmy już temu pokój i słuchajmy 
w tem J. P. Pieniackiego. 

Wiemicki, Mci Panowie! cicho! .Otóż już idzie. 

UmizgaJska, A prawdziwie grzeczny. 

SCENA VIII. 

Ciź sami. — DziłraMeuiez, — Oritottłirki, 

Dziwakicicirz, Stawię tu W. M. Panom gościa pożądanego. 

• Ochotnicki, Nad spodziewanie moje znajduję tak piękną 

tu kompanią (do Dziwakiewicza mówi:) Dziękuję wielce W. 

M. Panu, żeś mi dal sposobność poznania tak godnych osób. 



- 142 — 

Ddwakieuicz. Juzem ja wykonał, com obiecał, teraz W. 
M. Panowie czyńcie, coście postanowili. 

Staruszkiemez. Mci Panie Płeniacki, zaczynaj W. M. Pan, 

Pieniacki (chrząka). Zaraz, zaraz. 

Ochotnicki Cóż się to znaczy? 

Pieniacki. Proszę o łaskawą audyencyfj (chrząka), 

Łykaczewski. Uciszcie się Mci Panowie, 

Pieniacki, Dawne starycli jurystów axioraa uczy nas, ie 
nihil est volitum, nisi ^yrius sit cognitum. Widzimy tu ^odną 
osobę Jegomości, ale godność jego nie jest nam zupełnie 
cognita. Na tym fundamencie zasadzam pierwsze moje inter-- 
rogatorium, Clicielibyśmy wiedzieć wszyscy pow.szeehnie i ka^dy 
w szczególności, jeśli W. M. Pan jesteś Monitor, albo nie? 

Ocliotnicki. Przyznam się W. M. Panu, tern się nie spo- 
dziewał tego komplementu. 

Staruszkiemcz, Mniejsza o to, ale W, M. Pan odpowiedz 
na to, o co się pytają. 

Ochotnicki. Jeśli W. M. Panowie <hi'urie wiedzieć, kto 
jestem: jestem Ochotnicki do ich usług. 

. Pieniacki. Wiemy, że W. M. Pan jesteś z domu Ocho- 
tnicki, ale też chcielibyśmy wiedzieć, czy to W. M, Pan wy- 
dajesz te pisma, które wychodzą pod tytułem Mmntom. Nie 
chciej się W. M. Pan wstydzić. 

Ochotniclci. Jabym się miał tego wstydzić? Mnie się zda, 
iż mi to honor czynić powinno, że i moje pisma mieszczą si^ 
czasem pod tym tytułem. 

Pieniacki. Otóż Mci Panowie, już jedna trudność uła- 
twiona, fasst(s esł, & non yicgaińt. Mamy winowajcę pnjpria 
aris confessiono przekonanego. 

Ochotnicki. W i n o w aj c ę? Radbyni wiedział w czymeni 
przewinił u W. M. Panów? 

Hajdamakiewicz. W. M. Pan nie przewinił? 

Pieniacki. Ale proszę nie przeszkadzać. NieiMe ja po- 
rządkiem, jakem zaczął, tę sprawę prowadzę. 



- 143 — 

SUiruszhiemcz. Uciszmy się Mci Panowie. 

Pimiacki, Zaczynam (chrząka). Przy pierwiastkach cyr- 
kularnej tego świata machiny in ipsis ineunabulis mundi, kiedy 
ta ziemia w pieluszkach iż tak rzekę zostawała: ver erat aeter- 
num, łepidiąue per arva volahant Zephiri^ — najpierwszy Adam, 
którego wszyscy jesteśmy Soboles simiUima patri, byl wielo- 
wladnym i demokratycznym od morza go morza Panem i per 
niare per łerras per łot discrimina rerum rozciągnął swoją 
Monarchię. Nie było pod ten czas kwestyi między ludźmi 
inter meum ae tuum; nie ujmował żaden drugiemu honoru, nie 
pisał jeden na drugiego paszkwilów, jako dziś dolendo fato 
doznajemy. Zgoda i miłość powszechna między ludźmi pa- 
nowała: & salus ex pax niveis revisit oppida higis. Po dłu- 
gim czasie, gdy przy wieży babilońskiej budowaniu wiele się 
urodziło języków, poczęły się między ludźmi kłótnie, plotki 
i niesnaski. Lingtm malum, quo non deterius ullum. 

Łykaczewski. Ale W. M. Pan nam mów o Monitorze, nie 
o wieży babilońskiej. 

Piefiiacki. Ale proszę być cierpliwym. Wszakci ja do 
tego ciągnę. 

Staruszkietvic2. To W. M. Pan od tego zacznij. 

Pieniaeki. Wiem ja moją powinność i reguły retoryki, 
muszę pierwej exordium powiedzieć. Bądźcie W. M. Panowie 
cierpliwi: non sapiens ^ rAsi patiens, 

Ochot7iicki. Ale W. M. Pan i nademną pacyentem miej 
politowanie, a nie chciej podróżnego tak długo bawić. Po- 
wiedz mi W. M. Pan krótko, o co mnie obwiniasz. 

Pieniaeki. Obwiniam W. M. Pana o cyrkumskrypcyą 
tyla prawami zakazaną. 

Ochotnicki. To mi W. M. Pan jej dowodź. 

Pieniaeki. Do tego też i ja ściągam, proszę tylko o cier- 
pliwość. Wnet ja i do cyrkumskrypcyi zjadę.j] 

łjykaczewski. Jeszcze W. M. Pan z wieży babilońskiej nie 
wyjechał. 



- 144 — 

ŁaJcomski. Ale dajmy pokój. Niech Jegomość mówi. 
Tylko pamiętaj W. M. Pan Mci Panie Pieniacki o grzywnach. 

Pieniucki. Będzie to wszystko. Tylko trzeba słuchać. 

Słaruszkkmcz. Uciszmy się Mci Panowie. Słuchamy. 

Fieniacki. Mówię tedy dalej, że po języków pomieszaniu, 
poczęli się ludzie kłócić między sobą, poczęli się dzielić zie- 
mią, która do tych czas niedzielna była, poczęli granicies fa-- 
cerę, scujmlos sipane, zabierając każdy sobie pewną ziemi por- 
cyą cimi boris, lassis, gais (O graniciebus. Z tego podziału 
ziemi, urósł lites ex liiibus litis pendentiae; a z nich wyniknęły 
prawa, między któremi i prawo zakazujące cyrkumskrypcyi 
ma lomyn siandi. Przeciwko temu prawu wykroczył J. Pan 
Ochotnicki, mój wielce Mościwy Pan, tykając każdego z nas 
honoru uszczypliwemi pismami, podając nas w pośmiewisko 
i nieznośne potwarzy wkładając. 

Ochotnicki. Radbym wiedział, kto to jest z W. M. Pa- 
nów, na którego ja potwarz włożyłem? 

Słaruszkieidcz. Co? pewnie W. M. Pan chcesz się za- 
przeć tego. 

Hajdamakletńcz (razem z nim mówi). Mnie W. M. Pan 
wytknąłeś niegodziwie swem piórem. 

Dziaakicimcz (razem z drugimi mówi). W. M. Pan 
clicesz się tego zapierać. Fardonnez moi. 

Umizgahka (razem mówi). Ja pierwsza mam krzywdę 
nieznośną od W. M. Pana. 

Ochottricki Ale proszę pojedynczo mówić, co ja komu 
winienem? 

Łakomski. Wszystkich W. M. Pan nas oszkalował. 

Łykaczcwski (mówi razem). Mnie czynić pijakiem*^ 

Modnicka (mówi razem z drugimi). W. M. Pan 
łeś nas nazywać parafiankami. 

Hajdamakiewicz (razem mówi). Żartować z mojej 
ności? ja tego nigdy nie daruję. 



— 146 — 

Wymyślnicka (razem mówi). Co ja \vinna W. M. Panu, 
żeś mnie niegodziwie opisał. 

Staruszhiewicz, Upewniam, że tego nie darujemy W. 
M. Panu. 

Ochotnicki. Ale Mci Panowie, proszę pojedynczo swoje 
do mnie przekładać urazy. Powiadają, iż śpiewających kilku 
razem można słuchać, ale gadających nie można. 

Siarusekiewics. Prawda: mówmy pojedynczo. 

Łyhaczcwski, Ja pierwszy jestem, z którego W. M. Pan 
niegodziwie przed światem żarty czyniłeś. 

Ochotnicki. Ja nie mam honoru nawet znać W. M. Pana. 

Łykaczewski. Tem gorzej. W. M. Pan pisałeś na tych, 
którzy dobrze piją. 

Ochotnicki. Przepraszam, chyba na tych którzy źle piją. 
Bo kto dobrze pije, ten pije tyle ile potrzeba. Źle zaś piją 
ci, którzy nad potrzebę i przystojność piją, a ci są pijacy. 
Na tych pisałem i rozumiem, że W. M. Pan do ich liczby 
nie należysz. 

Łykaczewski. Pewnie, że nie należę. Pijam wprawdzie, 
ale nie jestem pijakiem. 

Ochotnicki. Więc to, com pisał, nie należy do W. M. 
Pana. I żaden się o to na mnie urażać nie może, chyba pijak. 

Łakomski. Na pijaków sprawiedliwie W. M. Pan pisałaś, 
o to się nie można gniewać, pijaństwo jest rzecz brzydka 
i godna wyśmiania: ale za co W. M. Pan mnie wytknąłeś, 
zadając mi łakomstwo. Zkąd to W. M. Panu, że ja zbierani 
chciwie i z krzywdą bliźniego pieniądze? 

Ochotnicki. Ja i W. M. Pana nie miałem honoru znać 
( jakże tedy mogłem pisać to o W. M. Panu. Wyznaję, 

pisał przeciwko łakomców, którzy cali są zanurzeni 

sraniu pieniędzy, mają ich dosyć, a przez skąpstwo sami 
1 ] -e i mizernie żyją. 

'^^akomski. To się do mnie nie ściąga, bo wiadomo 
y "m, że uczciwie żyję. 

•"fMORU POl»RIEOO. T. It. 10 



I 



— ]46 — 

Ochotnicki. Pisałem na tych, którzy krzywdzą bliźniego. 

Łakomski. Ja nie mam zwyczaju drugich krzywdzić. 

Ochotnicki. Więc W. M. Pan o to na mnie nie możesz 
się gniewać. 

Umizgalska. Ze W. M. Pan Łakomców wyśmiewasz, 
poczciwie to czynisz, za to powinniśmy dziękować W. M. Panu. 
Ale zkijd te nowiny masz W. M. Pan, że lubiemy nad stan 
i siibslancyą naszą drożej stroić się? że mężów na zbyteczny 
koszt i niesprawiedliwy pociągamy. 

Ochotnicki. Mcia Dobrodziko, nie wątpię, iż sama W. M. 
Pani jako przezorna dama wyznasz to, że się znajdują takie 
żony, które chcąc się między ludźmi pokazać, wymagają u mę- 
żów więcej, niż substancya wystarczyć może. Mąż nieszcz<^- 
śliwy dla uniknienia kłótni, musi czasem i wioskę zakartować. 
żeby próżności swej żony zadość uczynił. 

Umizgalska. To co innego. Komu nie staje, niech się 
nie stroi. Bo pewnie, że to brzydka rzecz jest, kiedy która 
szlachcianeczka, chce się piękniej między ludźmi pokazać, niż 
jej substancya pozwala. 

Ochotnicki. Ja też o tych pisałem. 

Umizgalska. Sprawiedliwie W. M. Pan uczyniłeś. 

Hajdamakiemcz. To i ja chwalę. Ale czy godziło się 
W. M, Panu z tego żartować, żem karczmarza będąc w dro- 
dze obił. 

(ochotnicki. Przyznam się W. M. Panu, że o tem pierwszy 
raz słyszę, iż W. M. Pan to uczyniłeś. Pisałem ja na tych, 
którzy burdy, hałasy niegodziwe czynią w karczmach, którzy 
tam nie płacą, co sprawiedliwie należy. Rozumiem, iż sa- 
memu W. M. Panu nie byłoby to miło, żeby kto w jego ka^-- 
czmie miał to uczynić. 

Ilajdamakiewicz. Pewnie, że tego nie darowałbym. 

Staruszkiewicz. To prawda, że są u nas tacy Ichmośc ^ 
którzy to czynią. Mnie samemu niesprawiedliwie karczmąr 
obili jacyś podróżni. Dla tego nie możemy i porządku w k 



147 



czmach utrzymać. Pisz W. M. Pan na tych, wszyscy będziemy" 
obligowani. Ale o to mam sprawiedliwy żal do W. M. Pana, 
że W. M. Pan mi grubiaństwo zadajesz i wmawiasz, że się 
ja bawię zabobonami. 

Ochotnicki. Tego się nie zapieram, iż ganię zabobony 
i wytykam niektóre grubiańskie obyczaje, które się znajdują 
u wielu nie mających dobrego wychowania, ale W. M. Panu 
tego nigdy zadawać nie mogłem, ponieważ nie miałem dotąd 
honoru znać W. M. Pana. Nie wątpię że i sam W. M. Pan 
nie chwalisz grubiaństwa i zabobonów. 

Staruszkietmcjs. Pewnie, że nie chwalę. 

Dziwakieioicz. To jest pewna, że tu więcej nadspodzie- 
wanie znajduję tych przywar. U nas w Paryżu nawet słowa 
tego zabobony nie znają. We Francyi chłop prosty wię- 
cej ma dobrej maniery i gustu, niż tu drugi nawet dobrze 
wychowany. Trzeba na to pisać i mocno. Ale tego W. M. 
Panu darować nie mogę, że W, M. Pan nawet na mnie tar- 
gnąłeś swe pióro. To jest nie dobrze, ma foi. 

Ochotnicki. Równie W. M. Pana, jako i innych Ichmo- 
ściów pierwszy raz dzisiaj miałem honor poznać. 

Dńiv(jMemcz. Mniejsza o to, ale na co się zdało to W. 
M. Panu pisać, że niektórzy w cudzych krajach i fortunę stra- 
cili i nic się nie nauczyli, prócz dziwactwa. 

Ochotnicki. Alboż W. M. Pan chwalisz takich Ichmościów? 

Dziwalciemcz. Tego żaden chwalić nie może, tym bar- 
dziej ja, który trzy lata byłem w Paryżu. 

Ochotnicki. Więc nie masz W. M. Pan przyczyny o to 
rfię gniewać. 

Dziwakiewicz. Ale bo to . . . cela fait pitie. Dlaczego to 
pisać? 

WijmyśJnicka. Dobrze W. M. Pan czynisz, że takich wy- 
śmiewasz. Mam za to wielką obligacyę W. M. Panu. Ale 
czy się godziło żartować z migreny, ze spazmów? 

OcJiotnicki. Z migreny, ze spazmów żartować nie mogę. 

10* 



148 



Owszem ubolewam nad temi, którzy tym słabościom są pod- 
legli. Ale tych chwalić nie mogę, które czy to dla zjednania 
litości nad sobą, czy też z wymyślnego jakiegoś zwyczaju, 
uskarżają się nawet wtenczas na pomienione słabości, kiedy 
ich cale nie czują. 

Wymyślnuha. Co tego, to ja sama chwalić nie mogę. 

Ochotnicki Któż więcej ma co do mnie? (do Modnickiej). 
Podobno jeszcze W. M. Pani. 

ModmcJca. Miałam ja wprawdzie... ale tak dalece już 
jestem uspokojona. 

Pieniacki. Co się tyczy mojej osoby, nie mam urazy do 
W. M. Pana, ale się nie godziło tykać mojej profesyi, która 
jest podporą sprawiedliwości. Niebezpieczna rzecz jest Pa- 
tronów urażać. 

Ochołniclci. Profesyą W. M. Pana szanuję i uznaję za 
potrzebną dla obrony niewinnych i powściągnienia złych lu- 
dzi. Wyznaję i to, że i najwięksi ludzie tem się bawili i wielu 
jest takich, którzy na nieśmiertelną pamięć sobie zarobili. 
Ale też i W. M. Pan wyznać musisz, że też nie mało jest 
i takich, którzy albo nie doskonali są w tej umiejętności, albo 
na złe używają swych talentów, kiedy winowajców ochrania- 
jąc, niewinnych gnębią. 



SCENA IX. 
Ciż sami. — Wiermeki, 

Wirmirki Mci Panowie! J. Pan Starosta nasz tu zaj 
chał. Wysiada z karety. 

Staruszkwmcz. Ach to Dobrodziej nasz 

Lykaczcwski. To prawdziwy nasz ojciec, żeby takie, 
dzi więcej na świecie! 

Lakomski. Ale idźmy, spotkajmy jego. 

Pioiiacki. Oto już wchodzi. 



— 149 — 

SCENA X. 

Ciź sami, — Starosta, 

Starmtii. Witam moich kochanych przyjaciół. 

Umugalska. Upadamy do nóg W. M. Pana Dobrodzieja. 

Staruszkieimcz. Całujemy stopy pańskie (kłaniają się 
i witają wszyscy). 

Starosta. Jakże się macie moi kochani sąsiedzi. A to 
kto? co ja widzę? Imć Pan Ochotnicki. 

(khoinkki. Niespodziewanie mam honor witać tu W. 
M. Fana. 

Starosta- O jak się cieszę, że tu kochanego mego przy- 
jaciela znajduję. Mci Panowie, mamy wielkiego gościa w na- 
szym kraju. Jest to godny, zacny, rozumny i od wszystkich 
estymowany kawaler. 

(Jcfwttikki. Proszę mię nie zawstydzać, ja jestem wino- 
wajca przyprowadzony tu na sąd Ichmościów. 

Siarfj^ła. Co? W. M. Pan? żartujesz? 

OrJtótmf^ki. Nie inaczej. Ichmość mię tu sądzili. 

Sfaiv$ta. O co? 

PiemacJii. Ale już to pogodzona rzecz. 

Ochoinkki. O to, jakbym ja Ichmościom honor miał 
ująć przez niektóre moje pisma, wychodzące pod tytułem 
Monitora, 

StaroHta, Ach Mci Panowie! Nie znacie tego kawalera, 
powinnibyście go na ręku nosić. Przepraszam W. M. Pana, 
jeśli w czenj przeciwko godności jego moi kochani sąsiedzi 
'■oczyli. Upewniam, iż to przez niewiadomość uczynili. 

Hajdumakkidcz. Myśmy nic złego Jegomości nie uczy- 

Wiemy jak kogo szanować. 

Staruszkkuńcz, Jeśliśmy w czem urazili, gotowiśmy prze- 

^ehśnkki. Ja się bynajmniej nie gniewam. I upewniam 



— 160 — 

W. M. Panów, że się tego mocno wystrzegam, żebym nikogo 
nie uraził. Ganię występki, ale osób nie tykam. 

Starosta, To rzecz pewna, że Monitor jest rzecz u nas 
nowa, może się tym nie podobać, którzy żadnej nowości, na- 
wet pożytecznej cierpieć nie mogą, ale kto w jego naturę 
okitin rozsądnem wejrzy, musi przyznać, iż on jest niemniej 
nam potrzebny, jako pożyteczny. Ma albowiem wiele nauk 
politycznych, zdatnych dla każdego w rady Rzeczypospolitej 
^\ chodzącego. Ma nie mało uwag ekonomicznych, które ko- 
chającym się w porządnem gospodarstwie, mogą być użyte- 
tziie. Ma dosyć zdań krytycznych, które niejednemu gust 
dobry zalecić mogą. Ma na koniec wiele nauk moralnych, 
które występków brzydkość, a cnoty piękność pokazując, ku 
pierwszym obrzydliwość, a ku drugim chęć i miłość w sercach 
naszych wzniecają. Podobnym pismom Anglia swój polor 
i potęgę po części jest winna. Dziękować tedy raczej Jego- 
mości powinniśmy, iż dla przysługi Ojczyzny tej się pracy 
nie wzbrania, przez którą nie swego, ale naszego szuka po- 
^^ytku. 

Staruszkietmcjs, Otworzyłeś nam oczy W. M. Pan Dobro- 
dziej. Nie słusznie nam drudzy serce rozjątrzali przeciwko 
Jegomości. Przepraszamy tedy W. M. Pana i prosimy, aby 
przedsięwziętej dla dobra naszego pracy nie porzucał (kła- 
niają się wszyscy Ochotnickiemu). 




— 151 - 



ŻARTY KAWALERÓW AKADEMII SZLACHECKIEJ \ 



O tych^ które sobie dla piękności twarz farbami malują. 

Anna w teciech zgrzybiałych młodą się być zdała, 
Lecz młódź dworna o wieku jej się dowiedziała, 
Jednakże wielkiej rzeczy dopięła ta dama. 
Twarz jej zda się trzydziestką lat młodsza, niż sama. 

Jan Tarnowski. 

Serce Kloryndy ciężko mój Józefie ranisz, 
Gdy udatność jej twarzy malowanej ganisz. 
Ja mówię, że jej. piękność tak poszła już w górę, 
Że na jej twarzy sztuka przewyższa naturę. 

Marcin Grocholski. 

Wczora w wieczór młodziuchnąś była, dziś zgrzybiała 
Tak dziwną rzecz noc jedna w tobie dokazała! 
Ten cud Jadwigo w mojej głowie się nie mieści, 
Chyba, że ta noc trwała najmniej lat czterdzieści. 

Jan Tarnowski. 

Którzy tylko znajomość jaką z tobą mają 
Że twa twarz lat trzydzieści żyła powiadają. 
Lecz o jak często płonne zwodzą nas nowiny! 
Ta twarz ledwie co więcej ma nad trzy godziny. 

Ignacy Mogihńcki. 



*) .Zabawki poetyckie niektórych kawalerów Akademii szlacheckiej 
warszawskiej Soc. Jesu w krasomówskiej sztuce ćwiczących się zebrane 
przez Fr. Bohomolca**. Warszawa 1758. , Żarty" stanowią osobny dział 
, Zabawek*. Bohomolec zaznacza, że są między niemi „niektóre z obcych 
języków na polski wiersz przełożone*. 



— 152 — 

Skarżysz, się, że Antoni twój jest bardzo hardy 
Że ci zamiast czci winnej, częste czyni wzgardy. 
Wiedz, że on jest heretyk: z tern się zawsze chlubi, 
Że żadnych malowanych obrazów nie lubi. 

Jan Tarnowski. 

Bardzo mię urażają twoje Pawle żarty 
Gdy mówisz, że piękności nie ma nic u Marty. 
Wiedz o tym, że jej tyle ma w szafie u siebie 
Że i drugim mogłaby jej przedać w potrzebie. 

Leon Miączyński, 

Mniemasz, że długo rosną, i długo też trwają 
Te róże, które Hce Anny zalecają. 
Patrz jak wiele tej biegłość ogrodniczki może: 
Jutro inne na tymże gruncie ujrzysz róże. 

Jędrzej Leski. 

Zkąd rodem Anna, jesteś w tym Piotrze ciekawy. 
Słuchaj: twarz jej jest ze Włoch, a ona z Warszawy. 

Jędrzej Leski. 

To łysego. 

Jak pamiętam pięć tylko włosów na łbie miałeś. 
Trzy w jednej, a dwa w drugiej zwadzie postradałeś. 
Już teraz wadź się śmiało Piętrze, moja rada, 
Trzecia żadnego włoska nie wydrze ci zwada. 

Józef Dulski. 

Na chorego, nie wystrzegającego się rzeczy zdrowit 
przeciwnych. 

Dziwujesz się, czemu to tyle dni i nocy 
Trzyma febra natrętna ciebie w swojej mocy; 



— 163 — . 

W miękkiej z tobą pościeli lega, smaczno jada, 
Przy dobrem winie z tobą u stołu zasiada: 
Taką mając wygodę i rozkosz dla siebie, 
Chcesz, by poszła do kata twa febra od ciebie. 

Kazimiera Ossoliński. 

Na mąza^ któremu wiele żon umarło. 

Siódmą już na twej roli żonę pochowałeś 
Z żadnej roli większego pożytku nie miałeś! 

O słej żonie. 

Spytano, czemu nie miał psów, pewnego człeka, 
Na co mi psy, odpowie, mam żonę, ta szczeka. 

Józef Grahczewski. 

Na nie wymawiającego litery R. 

Ilekroć Jan chciał mówić dary, mówił daty 
I stary podług niego nazywał się stały. 
Wyjechał Jan do Rusi, myśmy rozumieli. 
Że już tych słów piskliwych nie będziem słyszeli. 
Alić wieść niespodziana z Rusi przyleciała. 
Że gdy Jan przybył na Ruś, Ruś Łiisią się stała. 

Jan Zieliński, 




— 164 — 



WYJĄTKI 

Z „ZABAW P5ZYJE|WHVCH 1 POŹVTECZI(VCfl« \ 



Suplika poetów do Apollirta^ 

który wraz jest Febem czyli słońcem, i bożkiem pobożnym nad wierszami. 

Bożku niesprawiedliwy! ojcze nader srogi! 
Twoja moc tworzy w górach złota kruszec drogi. 
Za cóż my twoje dzieci zawsze żyjąc w nądzj — 
Ani nawet miedzianych nie mamy pieniędzy? 

Naucz nas dla czego to? ojcze nielitośny, 
Kiedy ty poganiając cug swój światlonoiny 
Karocą się po niebie sam przewozisz złotą — 
Za co my twoje dzieci chodzimy piechotą? 

Próżnym tylko twych synów nazwiskiem bogaci, 
Kiedy ty w pośród swoich stół obsiadłszy braci 
Niebieskiego wypijasz pełne czary miodu. — 
Za co my twoje dzieci umieramy z głodu? 

Twoja moc piękną cały świat barwą okrywa. 
Ziemia nowej corocznie ozdoby nabywa, 
Kiedy jej płodno - czynną hojnie zeszlesz rosę, — 
Za cóż my twoje dzieci i nagie i boi?e? 



*) Pismo pod powyższym tytułem wychotJzilo w Warszawie prz 
lat 8 (1770—1777) pod redakcyą Naruszewicza i Alhertnindiego. Tre 
jego składała się przeważnie z przekładów. Naruszewicz umieszcza! w ni 
prawie wszystkie płody swojej muzy. 



— 16B — 

Ej bądź przecie na dzieci twe bardziej łaskawym, 
Spraw to, niechaj cię znamy naszym Ojcem prawym, 
Ażeby zaś nie wiele to cię kosztowało, 
Dobrych tylko ubogać, a wyjdzie ci mało. 

Modlitwa do Złotka. 

Feliksa Gaudzińskiego. 

Złotko! moja ty pieszczoto 
Przybywaj do mnie co żywo, 
Przyjmę cię w dom mój z ochota, 
Z chęcią uściskam prawdziwą. 

Już dno widać w mej szkatule, 
Już nie masz żadnej nadziei, 
Tylko albo połknąć kulę, 
Lub się utopić w kolei. 

Jak się tu pokazać Kasi? 
Bez złotka śmiałości nie ma! 
Złotko w Kasi niechęć gasi, 
Przy złotku Kasię się trzyma. 

Ledwie com zadzwonił złotkiem, 
Tysiąc do mnie hurmem żonek. 
Poty u nich byłem słodkiem 
Póki głos nie stracił dzwonek. 

Teraz mężem każda składa. 
Że jest okrutny, że dziki, 
Że nie może, choćby rada... 
Takie to są dobrodziki. 

Bądź człek figla zbroił czasem, 
Kiedy dobrym brząknął trzosem; 




— 156 — 

Wszystko mu poszło nawiasem 
(Jhoć kozę widział przed nosem. 

Teraz w pysk ciężko dać komu, 
Trza choć twardy kąsek strawić. 
Co splątawszy umknąć z domu; 
Teśli nie grzbietu nadstawić. 

O złotko, złotko, me złotko! 
O jak z tobą miłe bycie! 
Jak z tobą żyć. można słodko, 
Z tobą szczęsne pędzić życie. 

<.Uebie mając, będę panem 
Od wszystkich czczony ogółem: 
(Jd mojej Kasi kochanem 
Będę sobie żył wesołem. 

Auro Conciliatur Amor. 

Krzysztofa Urbanowskiego. 
I. 

Darmo się pniemy do kraju Cytery 
Jef?li nie trząśniem złotkiem i talery. 

Pełen zazdrości. 

Mąż, żona złości. 

Okrutni z nami 

Jako z wilkami 

Stawiają kraty. 

Podwoją czaty, 

I kundel lada 

Na nas ujada 
I samże nawet czas w takowej chwili 

Nic nie wysili. 



— 167 — 

Lecz kiedy Plutus do roboty wchodzi, 
A złotkiem ręce i oczko osłodzi, 

Stal się pokruszy, 

Zapor się wzruszy, 

Mąż według mody 

Wyńdzie z gospody, 

I warta chrapie, 

I kundel sapie. 

Pani nie sprzeczna 

I dziewka grzeczna. 
Takie to złoto; kto z nim rozpoczyna 

W dniu rzecz dopina. 

II. 

Już też to kilka dni i nocy prawie 
Jako nic nie śpię, biedzę się i trawię. 
Jeśli z miłości biedy tej przyczyna. 
Niech dyabli biorą pana Kupidyna, 
I jego siostry i braci i matkę, 
A jeśli mało, i moją Agatkę. 

III. 

Wszyscy liczą Amorka pomiędzy bogami: 
I jam nabity kiedyś był temi baśniami, 
Ale mi pani Irys dziś go poznać dała. 
Znam z gruntu dobrodzieja! to bestya cała. 

IV. 

Dałem już wstążkę dziś mojej Lizetce, 
By ją przy swojej nosiła buletce. 
Teraz zaniosę jej ten to bukiecik; 
Ma już odemnie multankę i flecik: 



— 168 - 

Ma, co już każdy pozna, moja duszka 
I mego nawet połowę serduszka. 
O jakbymci rad, Amorku, dziękował, 
Gdybyś kochankę do mnie nakierował; 
By memi kiedyś podarki ujęta, 
Rzekła: milsze mi Sylwandra prezenta 
Tysiąc są razy, niż owe kamienie, 
Niż drogie skarby i pyszne odzienie, 
Bo to los, komu chce, ślepo udziela: 
To zaś od mego trzymam przyjaciela. 

V. 

Mały pismarku, ty co w butnej minie 
Mniemasz, że cały Parnas w twej czuprynie, 
Więc, jakbyś głodny był końca twej sławy. 
Pragniesz koniecznie cielęcej oprawy. 
Poczekaj, aż ci śmierć przetnie życia porę. 
Wtenczas cię w własną twą oprawim skórę. 
Wszystkoć to jedno, bracie, mało więcej, 
Być ci czy w twojej skórze, czy w cielęcej. 

Chory pisse o śpiewaniu. 

J. Haraburdy. 

Nie źle pośpiewać czasem sobie gwoli 
W pracy, w uścisku, lub kiedy co boli. 
Toć jest, dla czego brząkając kajdany 
Śpiewa niewolnik by nie czuł swej rany; 
Toć jest, dla czego śpiewa, co wywraca 
Rydlem warstw ziemi, tak mu lżejsza praca. 
Toć jest dla czego śpiewa His na łodzi. 
Silnie prąc wiosłem i w tym czas mu schodzi; 
Toć jest, dla czego śpiewa sobie chory 
Wierząc, że smutne rozpędza humory. 



— 169 — 

Toć jest, dla czego huczą w polu żeńce, 
Nie pomnąc krwawych potów plotą wieńce; 
I ów co wygnał trzodę na obszary 
Gały dzień śpiewa albo dmie w fujary; 
I ten któremu zla żona dogrzewa, 
Wyszedłszy za drzwi zanuci, zaśpiewa; 
I ów podróżny gdy piosnki wywodzi 
Ile ich umie, przykrą podróż słodzi; 
Ja też gdy sobie w łóżku leżąc nucę 
Mniemam, że bólów i tęsknoty skrócę. 
Takie wierszydła gdy gorączką spiekły 
Klecę, niech Zoil nie szarpie mię wściekły. 
A jeśli okiem czytasz kto nie krzywym? 
Ufam, , iż w tę myśl będziesz mi życzliwym: 
Ten człek i chory żyje pracowicie, 
Daj mu Bóg zdrowie i przedłuż mu życie. 



Bajka: Chłop z barankiem. 

Pewny kmiotek ubogi, zatargi i zwady 
Mając o grunt i łąkę z swojemi sąsiady, 

Wielką z przyjaźni Patrona 
Przy którym i zła wygrywała strona, 
Miał nadzieje wygranej; bo Patron strudzony 

Pracą sądową, bywał umieszczony 
W domu jego łaskawie; a podług zwyczaju 
Chłopków, miał odeń drewka na kominek z gaju, 

To latem masła, to z kilka krajanek 

Sera, albo też inny kubanek. 
Pełen tedy nadziei podchlebował sobie, 

Że mu w nieszczęśliwej dobie 
Oświecenie dać raczy, lub dobrą poradę, 

I uspokoi zwadę. 



f'. • 



— 160 — 

Ale się szpetnie zawiódł: bo gdy na rozmowę 
Przyszedł, w pokoju tęgo drzwi dębowe 

Albo w pałacu Patrona 

Brama była zamkniona. 
Nie bywało go w domu, lub był zatrudniony. 
Więc spostrzegłszy wieśniaczek wyżej namieniony, 

Iż próżno do niego chodził, 

I przyjaźnią się uwodził, 
Chłódkiem miłego poranku 
Stanął z barankiem na Patrona ganku: 
I nie czekając póki kto wy bieży 
Z oznajmieniem, że pan leży 
Jeszcze na łóżku, albo że papiery 
Przegląda, ślepiąc stare charaktery; 
Lub precz wypędzić każe natręta 

Że drabuje dokumenta; 
Porwie za runo i silnie nagnie 
Tłocząc ku ziemi i gniotąc jagnię. 
To z całej siły wrzeszcząc zabeknie. 
Wnet otworzywszy drzwi hajduk rzeknie: 
Bywaj sam miły Bartku z Wawrzyszewa! 

Dawno już ciebie pan się spodziewa: 

Dajno sam tego barana, 

A bezpiecznie wnidź do Pana. 

Kilku minut chłop nie bawił, 

I dobrze interes sprawił. 

Tak to, kochany sąsiedzie, 

Kto smaruje, gładziej jedzie. 






— 161 — 



\VYJĄTEK ZE SATYRY: 

„ŚWIERZBIĄCZKA PISANIA, NIEBEZPIECZNA CHOROBA". 



...Żądza wsławienia się wydanemi księgami świat cały za- 
raziła, a najwięcej młodych ludzi widzieć można, którycłi nie- 
bezpiecznie nader i szkodliwie zaprzątnęła. Ledwie którego 
przypomnieć sobie mogę z współuczniów moich w szkołach 
wyższych, któryby znakomitą nader obrawszy sobie materyę, 
nie postanowił pracą jaką swoją przysłużyć się światu naszemu. 
Ale z wielkim nauk pożytkiem stało się, iż jedni roztargnie- 
niem życia dalszego, drudzy życiem rozpustnem i swywolą od 
przedsięwzięcia swego odwiedzeni byli, niektórzy zaś przy 
pierwszym do wykonania zamysłów swoich wstępie, tyle tru- 
dności doznali, iż z większą jeszcze skwapliwością, niż je za- 
częli, opuścili. 

Nie mogę wstrzymać się, abym tu nie przytoczył pe- 
wnego w tej mierze przypadku, który pewnie czytelnikom 
moim będzie się zdawał być godnym ich ciekawości. W pe- 
wnej sławnej Akademii znajdował się jeden, tem u wszystkich 
współuczniów swoich wsławiony, iż dla niezmiernej tępości 
rozumu nigdy do jakiejkolwiek znajomości języka łacińskiego 
przyjść nie mógł; ten jednak tak mizerny człowiek przedsię- 
wziął lekarską księgę łacińskim językiem pisać. Cóż więc uczy- 
nił? Kazał całą ryzę papieru oprawić, a sklepawszy z nie- 
zmierną pracą tytuł, przecie materyą pierwszego rozdziału na 
początku pierwszej po tytule karty napisał: o głowie i jej 
chorobach. Wtem tak wiele podobno chorób w własnej 
głowie swojej znalazł, iż mnogością onych przestraszony przed- 
sięwziętego dzieła zaniechał; przynajmniej ani jednej litery, 
oprócz tytułów rzeczonych, nie znalazłem. 

Jeśli ta chęć zbyteczna wydania ksiąg, którą sprawiedli- 

pouKtEsa. r. H. 11 



— 162 — 

wie chorobą nazwać mogę, tak jest szkodliwa naukom w po- 
wszechności przez zarzucanie świata księgami pomiemości 
nawet niedosięgającemi, daleko jeszcze szkodliwsza jest tymże 
sainym, którzy onej podlegają. Nie jestże to albowiem rzecz 
politowania godna, że młodzieniec do tego kresu nierozumu 
przychodzi, iż księgi pisać przedsiębierze, kiedyby daleko po- 
żyteczniej użyć mógł czasu na to potrzebnego do nabycia do- 
skonalszej tych nauk wiadomości, bez których obejść się nie 
może, kiedy chce uczciwie tak pomiędzy współziomkami swymi, 
jako i między uczonymi pokazać się? Kto się nad nim nie 
użali widząc, że tym sposobem, przez utratę czasu najlepszego^ 
na cale życie staje się nieszczęśliwym i ludzkiemu towarzy- 
stwu nieużytecznym? Jakoż pospolicie takowi zbyt ranni auto- 
rowie nigdy potem uczyć się nie chcą, a nabiwszy sobie głowę 
tem, iż tyle nauki mają, że księgi pisać mogą, pewnie niczyjej 
już nauce poddać się nie zechcą, mieniąc, że jeśli nie prze- 
wyższyli, przynajmniej wszystkich nauczycielów doszli. Żal, 
którym mię los ich nieszczęśliwy przenika, pobudką mi jest 
do tego pisania, w którem, ile tylko będę mógł, o ich się ule- 
czenie pokuszę. Zatem jako prawy lekarz naprzód znaki tej 
tak ciężkiej choroby, a potem najskuteczniejsze uleczenia jej 
sposoby położę. 

Nieszczęśliwi ci pacyentowie doznawają przez czas długi 
wielką w szyi ociężałość. Szczęki ich i gęba w nadzwyczajnem 
poruszeniu do konwulsyj podobnem zostają. W gardle chra- 
pliwość nie ustaje. Pospolicie tym paroksyzmem nagabani są, 
gdy w zgromadzeniu jakim lub kompanii znajdują się. Skoro 
się kto odezwie, wyrywają się z tern: przepraszam W. M. 
Pana, mylisz się W. Pan i wtedy nieszczęśliwa choroba 
bardzo jest bliska. Bywają czasem tak ciężko nią udręczęi 
że wszyscy przytomni litować się muszą; rzadko kiedy prędz 
ich opuści, jak po ostatniem szczęk zmordowaniu i gardła ni 
znośnym bólu. Kto tak smutnemi nagabywany jest przypa 
kami, pewnym być może, iż zupełną wkrótce, a to imjmocni- 



— 163 — 

szą udręczony będzie chorobą. Przynajmniej niewątpliwie bę- 
dzie o materyi myślał, o której uczonemu światu podać ze- 
chce myśli. Więc jeśli mile mu jest ściągające się do nauk 
zdrowie, niechaj wcześnie namyśU się i używać pocznie zba- 
wiennych środków, które wnet odemnie będą przepisane. 

JeśU takowym początkom należycie nie będzie zabieżono, 
nastąpią wnet inne skutki okropne, a oraz daleko niebezpie- 
czniejsze. Chorujący doznawają pospolicie nieznośną ociężałość 
głowy. To samo jużby można za chorobę poczytać Jakoż 
wielkie ma podobieństwo do hypokondryi, albo śledzionowej 
choroby. Ale że w głowie śledziony nie masz, przeto mogłoby 
takie nazwisko od wielu być naganione. Przeto wolę ją uczoną 
mózgu nazwać chorobą. Rozumieją wprawdzie tej słabości 
podlegający, iż takowa ociężałość z wielkiej nauki pochodzi, 
ale to samo nowym jest i znakiem i dowodem choroby. Za- 
tem doznają nadzwyczajnych mądrych zawrotów. Często bywa, 
że pół godziny upłynie, nim do siebie przyjdą i postrzegają 
miejsce, na którem są zabawy, któremi się zaprzątają. Mądre 
zawroty od zwyczajnych tem się różnią, iż przy tych ostatnich 
myśleć można. Z tem wszystkiem myśli te nic innego nie są, 
jak wyobrażenia wielkiej nauki, wzgarda wszystkich innych 
ludzi uczonych i widok stawy nieśmiertelnej, którą u świata 
nabyć spodzlew^ają się. 

Po tych poprzedzających znakach, rzadko kiedy późnić 
się sama najcięższa zwykła choroba. Ta choroba zawisła po 
większej części na mocnych nader i częstycli konwulsyach 
ręki i palców. Uważałem, iż pacyentom papier biały nader 
zwykł bywać szkodliwym. Widzieć bez politowania nie można, 
z jaką gwałtownością ciężkość nadchodzącego bólu wzruszać 
rękę i palce zwykła. Ponieważ wszystkich w powszechności 
ludzi dobro, mianowicie zaś tych, co się do nauk przykładać 
poczynają, celem jest wszelkiej usilności mojej, przeto też jak 
najskuteczniejsze im przepiszę środki na uśmierzenie i uloczo- 

lie tej tak opłakanej choroby. 

11* 



— 164 — 

Najprzód nie od rzeczy byłoby to moje pisanie przeczy- 
tać, któreby jeśli nie przez się, tedyby przynajmniej dla nie- 
jakiej z chorującymi sympatyi, mogło poratować. Najwię- 
cej zaś skutku mieć może, kiedy przed ociężałością jeszcze 
głowy z pilnością będzie roztrząśnione. Potem julepek sie- 
bieznajski w takowych przygodach cale jest przedziwny. 
Nie zawadzi też trochę, ile na koniec noża zmieścić się może, 
zażyć Refleksy i, uważając rozległość rozmaitych nauk, 
ścisły związek z tą mających, którą za cel pracy swojej za- 
mierzają; niechaj przy tem pomyślą o tem, że człowiek młody 
w nich się należycie ćwiczyć i ugruntować mający, tyle w do- 
ścignieniu onych ma zaprzątnienia, iż pewnie tak rychło o pi- 
saniu ksiąg myśleć nie może. Kiedy zaś sam najtęższy paro- 
ksyzm ich napadnie, dobrzeby uczynili, gdyby ze dwie przy- 
najmniej godziny zaprzątnęli się czytaniem pism autorów, 
w tych, którym się poświęcili, naukach najsławniejszych. Po- 
znają podobno na ów czas, iż to wszystko, co umieją, szczerą 
jest fraszką, że wiadomość, którą świat obdarzyć pragną, jest 
płochem bez związku, bez porządku gadaniem, a zatem to 
lekarstwo najpomyślniejszy skutek otrzyma 




166 



Ks. GRACYAN PIOTROWSKI 

(ur. 1735 t 1785). 



ZK „SATYRA"!). 



Satyra XXIII: Na Oaseciarzów, fałszywe baśnie 
piszących. 

Już ten niechaj ostatni raz odbieram listy 
Romansisto, bo widzę żart twój oczywisty. 
Pleciesz twoje niewidy i łudzisz mię darmo, 
Raz rzucając fatalne i nagle alarmo. 
To znowu torbę pociech gromadząc do uszu 
Mych, bym tylko dobrego nabrał animuszu. 
Nakoniec, gdy chcę skleić w jedno twe androny, 
iliotJy widzę rozsiane i las rozrzucony. 
Chwasty, głogi, kąkole, bez zdrowego ziarna. 
Sarna tylko obłuda i plotek garść marna. 



*J Ks. Gracyan Piotrowski, głośny kaznodzieja, był współpracownikiem 
Monitora. W r. 1773 wydał swoje satyry p. t.: .Satyr przeciwko zdaniom 
y zgorszeniom wieku naszego tom I za powodem Satyra Jana Kochanow- 
skiego Xjążccia naszych Poetów, który się na końcu Satyr kładzie, wydany*. 
Autor miał widocznie zamiar wydać z czasem tom II, ale czy tom I nie 
był dobrze przyjęty, czy też sam autor uznał, że Naruszewiczowi, a zwła- 
L KrtŁsickiemu trudno będzie dorównać, dość, że -poprzestał na wydaniu 
■1 L A szkoda, bo lubo satyry jego są dość ciężkie i niewiele w nich humoru, 
nują przecież szersze widnokręgi niż satyry Naiiiszewicza i Krasickiego 
jiowią poważne źródło do historyi obyczajów. Ks. Piotrowski karci zby- 
-^olowania, rozpustę, niewłaściwe małżeństwa, dworaków, złych opieku- 
tacafanych naukowo, występige przeciw obcym guwernerom, junakom. 



— 166 — 

Historyi nie można zbierać z twoich wieści, 

W których się tysiąc bajek i przeciwieństw mieści. 

Co gdzie w której ulicy słyszeć ci się przyda: 

Czy od baby, żołnierza, od chłopa, od żyda, 

Co żywo w pugilares wsypujesz na czwartek, 

By koniecznie napełnić czem było dwie ćwiartek. 

Cić to są godni ludzie, te znaczne osoby. 

Te usta wiary godne, ci dowodnej próby 

Świadkowie, którym dajesz wspaniale tytuły 

Kiedy swoje wyrażasz śmiało artykuły. 

W rzeczy samej, lada bies naszczeka, naplecie, 

Ty bez braku krytyki, chwytasz się jak dziecię, 

Siejesz pudłami różnych romansów wybory 

Co ci czasem frant przez śmiech nadyktuje który. 

Pisałeś mi niedawno: że Ister spalony. 

Że ta wieść wyszła z Wiednia już na wszystkie strony. 

Że Pekin odebrany przez żwawe attaki. 

Że Dardanelle pożar poniosły czworaki; — 

Jam to przed ludźmi prawił jako pewne dzieje. 

Aż niejeden uczony natrząsa się, śmieje. 

Mówiąc w oczy, że prawię dziwactwa, androny. 

Właśnie jakby w malignie, lub wcale szalony. 

Prima Aprilis ze mną wyrabiasz i stroisz 

Zabijasz, ranisz pułki, znowu wskrzeszasz, goisz, 



grymaśnikom, niechligom, żartige z , ekonomistów*, z polityków i gazecia- 
rzy, gani pgaństwo, łakomstwo, daje rady młodemu idącemu do wojska, 
pisze o edukacyi, o urzędach, poselstwie itd. Satyr tych jest 25 — a ponieważ 
przypuszczać należy, że tom II został w rękopisie — razem z nim spuścizna 
satyryczna ks. Piotrowskiego objętością swoją przenosiłaby dwa razy spuściz 
satyryczną Naruszewicza razem z Krasickim. Nawiasem dodamy, że p. Stanisł 
Tarnowski w recenzyi .Szkiców* prof. Tretiaka znalazł , ciekawy szczegć 
to jest , wiadomość o satyryku Piotrowskim* — odkrywać go jednak i 
było potrzeba, bo do wyjątków zapewne należy bibliograf lub badacz li 
jatury, któryby go nie znał. 



— 167 — 

Jako bożek delficki w oboj^»tne słowa 
Rzecz obwijasz; ta tylko wymówka gotowa, 
Że każdy ma swe zdanie i różne projekta 
A ciebie lada włetrak, gaduła nabekta 
I zaćmi dosyć ciemne twe w pojęciu wnioski, 
Jż to będzie największem kłamstwem, co jak Boski 
Promy czek objawienia rzucasz w nasze cienie. 
Już za te piękne roje, kłaniam uniżenie. 
Fertur, mówią, donoszą, słychać to, tak głoszą, 
„Iż Islandya ma się wsławić swą rokoszą, 
Odzyskać wolność dawną, że Anglia, lubo 
Obojętnie się trzyma, przecież ze swą zgubą 
Nic nie zechce, — a przeto w Europie należy 
Wielkiej rewolucyi jako gradu z wieży 
Wyglądać. Będ"?ie wszystko dobrze po tej burzy... 
Niech się jak chce na Polskę Północ cała żurzy. 
Jeśli ten dwór do broni weźmie się, zapędzą 
Sto mil za świat rozgonią z klęską, szkodą, nędzą*. 
Proroctwa mi posyłasz jeszcze za Kaźmierza, 
Bolesława Śmiałego wydane. Rozszerza 
W tych się dzikość granicach, więcej jak w nauce 
Gruntownej, albo jakiej wyzwolonej sztuce. 
Cierpię długo, odbieram te udatne cuda... 
Ale teraz przestaję. Już ci się nie uda, 
Nie zwiedziesz już Miki ty: i Mikita człekiem 
Od rozeznania prawdy przecież nie dalekiem. 

Przy oddaniu umownej, jak wiesz dobrze, płacy 
Dowodzę, że to i my, choć prości wieśniacy, 
Także gazetki mamy i nowinki miłe. 
Donoszę więc Wać Panu: że » głąby pogniłe 
Pokazują wilgotną i niepewną dalej 
Zfmę; a jeśli ujmie mróz gruntowniej, trwalej 
Tedy sanna sperakir^ dobre drzewa spusty 
Taniość zbóż dosyć drogich wśród zimy w zapusty. 



— 168 — 

Item mówią powszechnie, że jeśli pod śniegiem 
Wyśpi się ziarko dobrze, głębiej, nie nad brzegiem, 
Pewny w lecie urodzaj, byle Marzec suchy 
Nastąpił, a Maj mokry... Item te rozruchy 
Wiatrów i nagle mrozu z wilgocią przemiany, 
Bóg-li wie, czy na wiosnę mór już zagrzebany 
I zarazy nie wrócą". — To więc i ja biegły 
Już mogę być gazeciarz. Choćby te zaległy 
Wiadomości, jeszczebym zdobył się na drugie, 
Lecz i te dosyć widzę zdałyby się długie. 
Gdyby się Retoryki nie słuchało, dłużej; 
A tak obiema tytuł i nazwisko służy. 
Żeśmy szalenie cale do zmyślenia w głowie 
Nowych rzeczy; niech będzie obiema na zdrowie! 
Adieu śliczny bracie, ściągam pióro chyże 
Tak właśnie biegące jak gdy obuje łyże 
Prędka noga i zdrowa; za podobne dzieje 
Niejeden się sekretu dowie i naśmieje. 
Otóż abyśmy odtąd nie zgorszyli kogo 
Nie będziemy tych baśni kupowali drogo . . . 
Śmiałeś się z wiejskich moich pozbieranych rojem 
Powieści, plotek, wróżby zebranych ze znojem? 
Że też swoje związałem domowe nowinki, 
W jeden snopek, mijając tysiączne ucinki, 
Bardzo smaczne, z obory, z gromady, od stada, 
Któremi wieśniak pluje, kiedy się rozgada. 
Kwita z tego za tamto. 1 my do rozpuku 
Śmieliśmy się z twych wojen, gonitew i huku, 
Z twych traktatów, werbunków, maryażów, co mię 
Nie cieszyło, o chlebie myślącego w domie. 
Nie łżyjmyż odtąd oba: zazdrość bowiem piekła 
Mnie daremnie i ledwo dusza nie uciekła ' 

Od złości, żeś ty kłamstwa przedawał, a moje 
Nie szły nigdy na handel, ani na pokoje. 



— 169 — 

Więc teraz nauczony z twej długiej przestrogi 
Wolę i ja uczynić handel choć nie drogi 
Na szalbierstwa i bajki, dobrze nie próżnować, 
A tak latwem rzemiosłem grosz pewny zharować. 
Lepiej sprzedać, jak kupić, kiedy czego zbędzie, 
Proszę mię tedy liczyć w gazeciarzów rzędzie. 
I sam Wać Pan pozwolisz powetować teraz, 
Com stracił, gdy przypadło kwartał płacić nieraz. 
Kwita z gazet, lecz z miłej przyjaźni nie kwita 
Jak była, tak i będzie przyjaźń infinita. 

Ze satyry: ^^Ka młodeso sęzklej (sędziowskiej) lub de^ 

pufackle] funkcyi napierająceso się, bez oświecenia 

przyzwoitego**. 

...Bez mądrości tak jest sąd, jak ciało bez duszy, 
Bolą częstokroć słuchać uczciwego uszy: 
Go mówią o dekretach nieforemnych, kędy 
Flaszka, złoto i głupstwo, straszne piszą błędy. 
Wieluńska niegdyś rada dekret tak pisała: 
,Ażeś ty Katarzyno sama się przyznała 
„Do grzechu, chociaż opak wyznają świadkowie 
„Żeś niewinna, utracić za to musisz zdrowie, 
„I dać życie katowi. Bo każdy człek lepi 
„Wie o sobie**. O sądy! o sędziowie ślepi! 
Drugi dekret w Wąsowcu: „Ażeś ty zmęczony, 
„Żyć nie możesz Tomaszu, choć ustają strony 
„W dokumentach, i nie masz na ciebie przysięgi, 
„Byśmy próżnej w ratuszu nie mieli mitręgi, 
„Dla folgi skazujem cię tylko na miecz kata**. 
O wyroki! O straszna dusz niewinnych strata! 
Lecz nietylko prostaków zebranych w ratuszu 
Gmin tak błądzi w sądzeniu. Tam kto animuszu 
Zuchwalszego, kto lepiej pociągnął ze dzbana. 
Tego też więcej waży głos i kreska dana. 



— 170 — 



Ale lo gorsza jeszcze, że szlachetne dusze 
Izb sądowych, podobne przerobią ratusze, 
Kiedy w głowie, jak w pustej stodole się roi, 
Kto co rzeknie bez braku, obcy czyli swoi 
Idzie się za innemi. Nie zna się nic prawa; 
Sąd, dekret, jak kukiolka za grosz się być zdawa. 
A przecież to jest urząd Boga namiestniczy 
Któż jego chwały oraz i kary wyliczy. 

Ze satyry: ^^Na grubiaństwo pochodzące z domowe] | 
złej edukaevi*^ 

Jadąc raz do Warszawy, w lesie niedalekiem 
Zjechałem się z Francuzem, arcymądrym człekiem, 
Który tu guwernera w znacznym bardzo domu 
Urząd sprawował; słowem najmniejszem nikomu 
Nie imial się sprzeciwić, człowiek dziwnie słodki 
Szczery w zdaniach rozsądnych bez żadnej ogródki. 
Ten po różnych pytaniach i dyskursach ze mną. 
Gdy polubił mą szczerość i ludzkość przyjemną, 
IMcroczyl w przyjaźń. Aże nam tak przypadła droga; 
Poniie.ścila nas karczma na nocleg uboga. 
Gdzie on przy kolacyi pierwszy mię zagadnie: 
,0 jakżeby w tym polskim kraju było ładnie! 
Lud mężny, ziemia żyzna, prawo piękne, wody, 
Lasy, łąki i inne rzeczy do wygody, 
Miejsca do fortec dane od natury wcale. 
Cóż mówić o dowcipach? te ja na nader chwalę. 
Zdrowie w ludziach, sposobność do wszelakiej pracy 
Z^ifola. przodować w świecie mogliby Polacy; 
Ale dwie tylko rzeczy, że się prawda rzecze. 
Naród ten śliczny gubią, gorzej niźli miecze, 
Ni źli nieprzyjacielskie ognie i najazdy, 
Co że prawda, przyzna mi sprawiedliwie każdy*. 



i 



— 171 — 

Go takiego? pytam go i nadstawiam ucha. 
Odpowie: „wychowanie! Gdy tylko pielucha 
Dzieci rozwiąże w samem grubiaństwie dzikiem 
Rozkoszą i pieszczotą, zaraz jak wabikiem 
Przywyknie dziecko z miodu (bo ten wiek się skłania 
Jak gałązka) do uciech i do próżnowania. 
Tę maksymę uroi sobie za prawidło, 
Że sami gminni ludzie, którzy są jak bydło, 
Pracować mają, do nich kunszta, wolne sztuki 
Należą. Szlachta mogą być szczere nieuki; 
Honor i sława onych w herbowym klejnocie, 
W genealogii dawnej, lecz nie w czoła pocie. 
A tak rzemieślnik, kupiec, malarz, zawołany 
Złotnik, przedni architekt, choć pomiędzy pany 
Większymi uczczon będzie, którzy znają rzeczy 
Potrzebne i przystojne krajom — wnet skaleczy. 
Znieważy imię jego domator, z pogardą 
Igłę, pędzel wyśmieje, łokieć, skórę twardą. 
Jakoby to rzemioseł znaki i postaci 
Były cechą, dla której człowiek honor traci. 
Z drugiej strony i sam król, senator acz letni. 
Minister, sędzia będzie spotwarzon najszpetni. 
Czemu? bo równość na tem, wolności źrenica. 
Zda się być w grubiaństwie prostego szlachcica, 
By każdego znieważył, zelżył gdy się zdarzy, 
Samą tylko zuchwałą minę nosząc w twarzy. 

Mdlała jedna sąsiadka, gdy jej Jasia brano 
Do szkół raz pierwszy, a już jemu rachowano 
Piętnasty rok. Co tydzień czaczka, bagatelki 
Prowiant wysyłała. Pewnie tam niewielki 
W Jasiu był z nauk profit. Chłopiec byle za co 
Płakał, kwilił się, kłamał, klął, całe ladaco. 
Choć pannę dworską zelżył, uderzył co siły 



— 172 — 

Miaf godnego po gębie mój Jasieńko mitf, 
Pogro?.ono po nosie i już ci po karze. 
Strzelał bąki, a potem z kupidynkieni w parze 
Ju^* naciąga! cięciwko, co raz żywiej z boku 
Gębusię krzywił, starym podrzeźnial, mars w oku; 
Dobry żołnierz Jaś będzie, ma rezon po temu, 
A tak bohaterowi, Jasiowi msJemu 
Było wolno wojować. Trafił się raz pewny 
Miody zakonnik gościem, domu tego krewny. 
Uczciwy i rozumny. Więc matka Jasiowi, 
Szacując tego księdza, szeptem w ucho powi; 
B^dzieszże takim księdzem? On się wnet posunie 
I odpowie z rezonem: „Wolę żyć w fortunie 
Mojej panem. Niech ten pies, bo też równie bury, 
Mo zakonnej prosi się, kiedy chce, klauzury, 
H^fizie mu bardzo pięknie w tym księżym habicie*- 
Na to ociec: Idźżeż mi precz z oczu złe dziecię! 
Kto to tego nauczył? A matka przeprasza 
Za śmiałość: „Wybacz księże, to jedyna na^za 
Pociecha, żal go skarać, tak chłopiec dość słaby 
Chociaż ma wolność w domu i słodkie powaby. 
Cóż "lopiero, gdy się jemu naprzykrzono, 
Pr(,*dzejbyśmy go trupem zobaczyli pono**. 
Tak tedy w niezbożności i w głupstwie szkaradnym 
Ro^^nie mój Jaś, staje się byczkiem wcale ładnym 
Aż przyjdzie czas i pora, że się stanie wolem, 
Lecz bez sierci i mięsa, łysym albo ^ołem. 

Bytem ja, lat ośm temu, na jednym sejmiku 

W Wielkiej Polszczę, gdzie oprócz szkaradnego krzyku 

Nic 74roIa nie słyszałem. A co mi sprawiło 

Podzimenie i o czem wspominać nieiiiilo, 

Pijanych wielu przyszło do Boskiej świątnicy, 

Tak postępując, jakby na Koziej ulicy. 



— 173 - 

Co który z urzędników, z rozumniejszych panów 

Co wyrzekł: „Ej że, stul pysk, ozór swój zastanów! 

Widzisz, jaki mi mędrek!* krzyczał szlachcic z kąta, 

A insi, którym gorycz żydowska zaprząta 

Głowy słabe, do szabel zaraz się rzucali 

Na wszystko po pianu odważni, zuchwali... 

Co większa gdy stawiano Marszałka przy stole 

Młodego, lecz grzecznego, — jeden: „nie pozwolę!" 

Krzyczał szlachcic... A gdy ten za honor marszałka 

Dzięki czyni, ów pijak, co go już gorzałka 

Na pół spaliła, coraz skradając się blisko 

Utnie go z tyłu w gębę. Piękne widowisko! 

„A masz tu sprawę (mówiąc) smarkaczu, hultaju, 

Otóż masz**; ów kawaler już to z obyczaju. 

Już z rozumu, imienia i kształtnej wymowy 

Arcygodny i zacny... Otóż marszsJkowy 

Honor w Polszczę wspaniały., , Zdumiały młodzieniec 

Nie wiedział sam, co począć; zajął się rumieniec 

W niewinnej, w godnej jego poważania twarzy. 

Ogień się tylko w oczach słusznej pomsty żarzy, 

Tymczasem ztąd i owad obskoczyły bronie, 

Procesya za kościół, sejmik pełznie, płonie. 

To lustr edukacyi, to równość nabita 
W głowę z młodu! To Jasia dzielność znakomita, 
W którą się wprawiał z dziecka w oczach ojca, matki. 
Obojga głupich, takie wydaje niestatki. 
Truchlałem i na inne Sarmatyzmu dziwa. 
Które gruba, domowa, w szlachcie nieszczęśliwa 
Czyni edukacya! o, jakież junaki, 
Bohatery szalone! rwie się jaki taki 
Do fordy mentu. O cóż? że do tańca w rzędzie 
Pierwszym stanął ten a ten, że pierwszy usiędzie 
Przy boku Nimfy jakiej, że nie spełnił szklanki 
Ofiarując drugiemu; że imię kochanki 



— 174 — 

Z romansu przytaczając, przyciął mojej damie. 

Na weselu, na uczcie, ładunków jak w kramie; 

Obsylają się niemi szaleni rycerze, 

W pyski, za Iby doją się i mordują szczerze; 

Właśnie jak psy na siebie wspólnie są zażarci 

I*rzy każdej propozycyi do zęba uparci; " 

Wrzask, hałas, wzgarda, łoskot, ale bez dowodu, 

Bez fundamentu. Ten, że zaczął mowę z przodu 

Gardzi nami; ów znowu, że milczał a stola 

Znać bojąc się napaści, gdy inni pospołu 

Wadzili się i żarli, i to modest hardy 

Pełen dla kompanii poczciwych pogardy, 

Trzeba go przez kij dobrze pi-zesadzić, nauczyć, 

Że powinien bawić się zarówno i huczyć 

Gdy inni razem huczą. Ten, że mrugnął okiem, 

Gdy drugi się rozwodził z regestrem szerokiera 

Antenatów, pradziadów, wujów i stryjenek. 

Wart kuli. Inny śmiał się: że z łowów jelenek 

Wysunął się galopem: żem trzy razy sarny 

Wziąwszy pod włos, jak wróble, w jeden postrzał marny 

Zdmuchnął z dymem, i Jezus nie rzekłszy niebogi^ — 

Rzekł na stronie, żem pływacz i gaduła srogi; 

Inny tyłem się zwrócił ku mnie, gdy swe susy, 

Czynił i koperczaki . . . Ten choć szczupły, kusy, 

Sadzi się i nadyma, podnosi na palce, 

Gi tedy wszyscy od nas odrodni zuchwidce 

Godni potwarzy szpetnej, godni w łeb postrzału, 

Lub paragrafu pr/ez pysk. 



Satyra VI: ,^Na Importuna, gadułę niezbytego' 

Szedłem raz z Ujazdowa, kto świadom Warszawy, 
A że me napasł oczy gust wielce ciekawy 



j 



— 175 — 

W nowym króla pałacu, przeto rozbierałem, 
Myślą, cokolwiek oko w tem domie wspaniałem 
Widziało, idąc zwolna. Już dzień się do schyłu 
ZabiersJ, wtem mię schwyci Gargas jakiś z tyłu, 
I w te mię właśnie słowa zagadnie: „o miły 
Przyjacielu, przecież nas planety skupiły 
Przyjazne i spędziły razem w jedne strony". 
„Sługa (rzekę) W. M. Pana jestem uniżony*. 
A gdy chwalić bez miary, łgać, drwić zapoczyna... 
„Pewnie interes do mnie, lub słuszna przyczyna 
Tego witania? proszę rzecz uczynić jawną". 
„Mospanie nie znasz się Wać na ludziach: z niestrawną 
Taką mową potykać urodzonych godnie. 
Odprawiać tak jest hardość". Jakby mi pochodnie 
Kat do boku przysunął, zmartwiałem, lecz znowu 
Myśl zebrawszy odpowiem: „Panie, wybacz słowu. 
Jeślim którem uraził, lecz ta myśl nie była. 
Znam się do czci powinnej. Na cóż mówić siła? 
Interes pilny woła, padam do nóg Pana". 
„Jak widzę nie wiem (rzecze) zkąd taka odmiana 
Łaski W. M. Pana ku mnie, wydzierasz się gwałtem, 
Pragnąc jawne niechęci pokryć słówek kszałtem, 
Lecz darmo, me usługi i szczere honory 
Należą się W. M. Panu... Zatem bez opory 
Proszę rozkazać dokąd, mam honor przysługi 
W konwoju". Odpowiadam: czas już nie jest długi, 
Noc nadchodzi, a mam iść aże pod koszary 
Gwardyi. Tam zostaje mój przyjaciel stary 
Nieznajomy W. M. Panu, z którym do mówienia. 
Mam wiele, więc grzeszyłbym, przyczynę trudzenia 
I fatygi tak wielkiej, kładąc nadaremnie, 
Na mego Dobrodzieja"... „Bynajmniej, co ze mnie 
Nie mam się czem zabawić, próżnować nie mogę. 
Ciężkim nie jest, chętnie się w tęż zabieram drogę. 



- 176 - 

Zdumiałem się, spuściłem na to obie uszy 

Tak właśnie jako osieł, niżeli się ruszy 

Gdy nań zwalą z ciężarem ładowne tłumoki, 

Westchnę tylko i z piersi żal wydam głęboki! 

Zacząłem potem we cwał pędzić, już stanowić 

Kroki, już z chłopcem niby coś do ucha mówić! 

Pot od szyi aż do stóp oblał mię, — straszliwa 

Rzecz na człeka importun!.. On mi wielkie dziwa 

Plótł, prawił, jak paprzyca, od potopu świata. 

Już o dworze, senacie, panach ten, ten, ta, ta. 

Taki, taka, — biskupi, i święte zakony. 

Nie uszły gdy się rozgrzał język rozpędzony. 

Sekreta mi wyjawiał, wstrząsał gabinety, 

Deklaracye pisał... Grdy milczę: .niestety! 

Widzę jawnie, żeś W. M. Pan na mnie nie łaskawy. 

Nie chcesz ze mną cieszyć się*... .Grdybyć nie sprawy 

(Odpowiadam) nad karkiem wiszące, to nasza 

Byłaby uciecha dziś; jako Mesyasza 

Żądanego, prosiłbym W. M. Pana do domu. 

Bieda że nie mam zlecić W. M. Pana nikomu, 

Któryby asystował W. M. Panu do żony. 

Zabawił go tymczasem aż póki skończony 

Interes mój nie będzie; orlemi skrzydłami 

Pospieszyłbym nie długo, tak dopiero sami 

Wolni od interesu, czas byśmy milutki 

PędziU*... „Są to jawne, twej niechęci skutki 

Odpowie on. Mylisz się, czy z Piarów, czyli 

Z Jezuitów, czy z świeckich, którzy dawniej żyli, 

I teraz żyją, nad mnie, więcej ważąc kogo, 

Warszawa ma równego pewnie jako błogo. 

Jest ludzi kilkanaście w tem mieście tysięcy, 

Lecz lepiej różnych wierszów nie złoży i więcej, 

A jeszcze jak wybornych, jak gładkich? pochwały 

Nie chcę; lecz Muzy same ze mnąby nie śmiały 



— 177 — 

Upierać się... Dopieroż do tańca? z Paryża 
Tancmistrz fraszka, lak płynę; śpiewając do czyża 
Podobnie, glos wycieńczę, wyłamię, wywiodę, 
Wszyściuteńcy Artysze paśćby mogli trzodę 
Nierogatą, względem mnie... A że nieszczęśliwy 
Mądry człowiek, ztąd zazdrość, wielkie na mnie gnićwy*. 
Czas tu już byl przerwania, więc spytam: czy żyją. 
Rodzice, krewni, którym on konsolacyą 
Mógłby czynić wyborem tych licznych przedmiotów? 
^Wszystkim oczy zamknąłem, samem umrzeć gotów, 
(Odpowie on) bez mała w wojnę nie uderzę. 
Prędka śmierć lub fortuna, mocno temu wierzę, 
W rycerskim trybie bywa, są tu regimenta** 
Odpowiem: prędko stanie, w skutku rzecz poczęta. 
„Bardzo dobrze, któż lepiej (rzecze) umrzeć może 
Jak żołnierz za Ojczyznę, za Ołtarze Boże *), 
Za swobody. Alboż ten uczciwiej umiera, 
Którego gubi miłość, ludzkość w piciu szczera, 
(Już ma osnowę mowy) niż ten, co w szwadronie 
Stojąc, gdy kulę połknie, wnet duszę wyzionie. 
Przyczyny śmierci mojej mnie zrobią wspaniałem, 
Tamtemu wiecznym będą wstydem i zakałem: 
A do tego nie pewna, co jest napisano 
Na Niebie, mamli wygrać, czy zginąć z przegraną? 
Któż wie jak kostka padnie, czy lichem? czy cetnem? 
Różny los wojen ma być, zawsze obojętnem. 
To zaś pewna, że kiedy namiot się bogaty 
Łupem weźmie, gdy zniszczą fortecę armaty, 
Gdy obfita na wszystkich zdobycz się wydzieli, 
Któż opowie, jak wtenczas żołnierze weseli. 



*) Pro Ar%8 & focis. Za Ołtarze i Kuminy jest to wyrażenie Poetów, 
znaczy za wiarę i Ojczyznę. Preijp. aiUora. 

«8IĘGI HUMOW roUKIEM. T. li. 12 



— 178 — 

Możeż się która znaleść radość tej podobna? 
Nadto któżby wyliczył szczególne z osobna 
Pożytki wojny; dosyć wziąć to do uwagi, 
Że cokolwiek honorów, przydomków, powagi 
Tytułów, starostw, tenut, lennych praw — żołnierze, 
Dawni nasi dziadowie, przyznać trzeba szczerze. 
Z szlachectwem dla nas dzieci, to krwawo zjednali, 
My zaś będziem odrodni, lękliwi, ospali?* 

„Piękne serce (tu chwalić poczynam zamysły 
Jego, radzę co prędzej, by się nie rozprysły 
Te projekta) szczęść Boże nauką i siłą 
Spiesz coprędzej, wsławiaj się, uczynisz rzecz miłą 
Dobrodzieju nam wszystkim, kiedy cię z buławą 
Ujrzymy, miej szczęśliwość, opatrzność łaskawą*. 
On się skłoniwszy rzecze: „pragnąłbym z W. M. Panem 
Rycerską służyć razem". „Nie mam ja z tym stanem 
Znajomości, odpowiem. Prócz tego przyrzekła 
To mi matka nieboszczka, że nie wojna wściekła 
Mnie zgubić ma, nie febra, nie kaszel, nie nogi 
Podagrą otrętwiałe mnie zgubią, lecz srogi 
Nieprzyjaciel wpędzi mnie, gaduła; do trumny, 
Zkąd mi często mawiała, abym był rozumny 
W dalszym wieku, i ludzi takiego języka. 
Mijał zdała"... Tymczasem i noc się przymyka. 
Przychodzim pod Sapiehów pałac: tam przypadkiem 
Potkał isię właśnie z swoim w pilnej sprawie świadkiem, 
Który go do sędziego zapraszał na słowa 
Zawiłe, gdzie jeśliby nie stanął, więc owa 
W 7ion simt by sprawa poszła. Tu on ku mnie skinie, 
A przy ludzkiej pokornie mnie zaklina minie 
Bym i ja świadkiem mógł być ... Na poczciwość, duszę 
Przeklinam się, że prawa nie znam, spieszyć muszę 
W mym także interesie... „Wątpliwość mię bierze, 
Rzecze on, co mam czynić w teraźniejszej mierze 



179 



Przyjacielu, czy ciebie odstąpić czy sprawy*... 

Ja skłoniwszy się, radzę, aby ten łaskawy 

Respekt jego nie byl mu stratą na fortunie, 

By mnie raczej odstąpił. On się raptem sunie 

I pocznie się zaklinać, że tego nie może 

Uczynić, że mi służy i kończy podróże. 

Nawet niedowierzając, uprzedzał mię jeszcze. 

„Zatem u wojewody N. (jako sobie wieszczę), 

Masz W. M. Pan kredyt? (mówi) zwróciwszy się do mnie; 

Ja odpowiadam: ,tak jest, zażywam go skromnie. 

Pańska łaska, powiadam, na pstrym jeździ zawdy 

Koniku; wszak wiesz W. M. Pan o gruncie tej prawdy!*.. 

Kiedyż pocznie dopiero rozwodzić ogniwa, 

Że wojewody krewny, że jemu szczęśliwa 

Fortuna zaświeciła, obróciwszy koła, 

Że ,ku nam krewnym nie chce wypogodzić czoła 

Jakby nas nie znał, mija, tak teraz na świecie, 

Swój swojego nie lubi*. Ja milczę, on plecie. 

Na koniec odważam się, mówię: „to Pan godny, 

Źle go ktoś odmalował, sam będąc odrodny 

Od cnoty, poczciwości; komu sprzyja, sprzyja 

Szczerze i słowa jego jak Ewangelia*. 

„Kiedy tak, wierz mi W. M. Pan że Patrona ze mnie 

Miałbyś W. M. Pan dobrego, jeśli mnie wzajemnie 

Mógłbyś jemu zalecić; czy w sprawach, czyli to 

Do honorów dopięcia, ja bym był sekwito. 

Przecież to krew nie woda, poznałby się na my 

Osobie wojewoda; a my się trzymamy 

I suniemy tymczasem jako chmiel wysoko*. 

Najniższe składam dzięki, z pokorą głęboką, 

Za dobre serce, ale w tym dworze sposoby 

Te są obmierzłe. Każdy według swej osoby 

Ma chleb, zapłatę pewną, bogatszy, uczony, 

Obrotny, udatniejszy, każdy z swojej strony 

12, 



— 180 — 

Jest kontent, nie szarpie się. Co umie, co zdoła, 

To czyni. „Chwalą Bogu, nowina wesoła! 

(Rzecze on:) Muszę znaleść względy przy tym dworze*. - 

Drwię z niego: „Ą czemuż nie? przy ślicznym humorze. 

Przy rozumie, obrotach, przepiszesz dwór cały! 

Komużby się przymioty te nie spodobały?" 

„Dobrze mi właśnie radzisz, choć by mię wypchnięto. 

Kończyć muszę koniecznie imprezę poczętą, 

Zabiegę drogę, gdy on będzie przez ulice 

Przejeżdżać, wsiędę na koń i w każdej publice 

Prezentować się będę, w konwoju, w zawoju. 

Jak sługa... Tak Mospanie, bez wielkiego znoju 

Nie dała nic nikomu natura od siebie, 

Pieczone nie polecą do gęby gołębie". 

Juzem też zdesperował, już mię głowa boli, 
Juzem nie tuszył, bym miał z jego wyjść niewoli; 
A tymczasem z gwardyi oficer ubrany 
Pięknie, człowiek rozumny, tam gdzie są fontany 
Królewskie, zachodzi nam drogę: „A ty taki. 
Owaki! pókiż będę od ciebie niesmaki 
Te znosił? z łudzi wszystkich ostatni niecnoto, 
Pókiż mię szydzić będziesz... Bierzcie go**.., Z ochotą 
Czterech skoczy dragonów, za kark biorą, duszą. 
Prowadzą, zgiełk i hałas zewsząd. Z mą katuszą 
Koniec stał się; przecież Bóg wejrzał raz ostatni. 
Wyzwolił mię z tych sideł, z niespodzianej matni. 
„Adieu" rzekłem... Właśnie tego było trzeba 
Jegomości, gdyż żądał żołnierskiego chleba. 



->j 



i 




ADAM NARUSZEWICZ 



(ur. 1733 t 1796). 



Z BAJ K K. 



i 



Kanarki. 

Pewny gospodarz, pan licznych folwarków, 
Miał w swym pokoju dwóch białych kanarków; 
Oba z nich mieli dziane paciorkami klatki, 
Maku, cukru, konopi niezmierne dostatki. 
Wodę zawsze, z krynicy, jako kryształ czystą; 

Słowem: wszystkiego rzęsisto. 
Z tym tylko obowiązkiem, aby się uczyli. 

Co im piszczałka zakwili: 



— 182 — 

A pana swego, jak z pola przyjedzie, 
Czy przy śniadaniu, czy to przy obiedzie. 
Gdy zacznie pić smaczne piwko, 
Słodką bawili rozrywką. 
Ledwo kilka miesięcy upłynęło, alić 
Nie mógł się z nich jednego, kto słyszał, odchwalić. 
Tak wszystko ślicznie pojął, co zagrał organek. 
Czy to menwecik, czy to skoczny tanek. 
Czy mazurka, czy kozaczka. 
Nic nie było trudnego dla cudnego ptaczka. 
Mało na tem, że śpiewał: kiedy mu na linie 
Kazano w orzechowej do góry łupinie 
Ciągnąć wodę, lub obrok makowy ze żłobem, 
Poty się silił to nóżką, to dziobem, 
Aż do klatki zawindował. 
Pan też go zawsze na ręku piastował, 
Pozwalał mu z dłoni jadać, 
I czasem na wąsach siadać. 
Nie tak się drugi udał; choć równą wygodę 
Miał jak kolega, mak, cukier i wodę, 
1 z kilką drążkami klatkę, 
I świeżą zawsze sałatkę. 
Nie chciało mu się uczyć, biegał w kątek z kątka, 
Każdego ostrym pyszczkiem dotykając prątka, 
Aby mógł tylko przez jakową dziurę 
Przykrą pożegnać klauzurę. 
Darmo chłopiec nadymał organkowe miechy: 
Lepiej wróbel świergotał, siedząc koło strzechy, 

NiżeU on nieuk śpiewał. 
Skakał tylko, psuł klatkę, albo brzuch nadziewał. 
Aż też pan rozgniewany, nie widząc poprawy. 

Cisnął go kotu buremu do strawy; 
Mówiąc: kiedyś niewdzięczny za me łaski ptaku. 
Znajdziesz lepsze mieszkanie u matusa w saku 



— 183 — 

Niechaj ten raczej na świecie nie żyje, 
Kto tylko na nim je darmo i pije. 
Mości panowie studenci, 
Życzę większej do nauk wam przykładać chęci. 
Nie traćcie marnie czasu: często się tó przyda, 
Że szlachcic głupi umrze za piecem u żyda. 



Celestyn Kapucyn ^). 

Lata się mienią, lecz nie natura w człowieku. 

Pókim był w kwitnącym wieku, 

I krew we mnie igrała chyża, 
Sprowadzałem wyborne fuzyjki z Paryża, 
Strzelałem w rybie oko; aż kiedy wiek stary 
Począł na tępe oczy wdziewać okulary, 
Broń się popsuła: darmo goniąc stada ptaszę, 
Zrzuciłem frak zielony, odpiąłem kamasze. 

Chęć jednak do łowów trwała 
Z pierwszego mi nałogu dotąd nie ustała, 

Z tą tylko odmianą, 
Że co pierwej myśliwiec wieczorkiem i rano 

Bijałem wolnie z rozjazdem Idb siatką. 

Chwytając to rybki, to skowronki gładko, 
Dziś lekkie w gruby habit odmieniwszy sieci. 
Czyham, póki tam błędna dusza nie przyleci. 
Wyznaję, że ta zmiana bardzo dla mnie słodka. 

Oto i ongi przyszła dewotka! 

Nic jej: lecz poznałem zaraz z miny 

Tej pokutującej dziewczyny. 
Że to była złodziejka: — „darmo moje dziecię! 
Świętego rozgrzeszenia dotąd nie weźmiecie. 



*) Tę bajkę król Imć wraz z zegarkiem ofiarował JW. Ogińskiej 
hetmanowej W. Litt. z okazjri zdarzonej w jej pałacu kradzieży. 



— 184 



Póki coście bliźniemu wzięli pokryjoznu, 

Nie odniesiecie w całości do domu*. — 
Ona w płacz, w prośby, białe ku mnie rączki składa. 

,Ah mój koctiany ojcze! powiada, 
Wyznaję winę moje, i z tego się smucę; 

Ale jakimże sposobem powrócę? 
Gdy ukrzywdzony nie chce przyjąć tej kradzieży: 
Owszem ustawnie wzdycha, i u nóg mi leży,^ 

Prosząc u mnie wzajemnie. 
Bym zatrzymała serce, wzięte mu tajemnie*. — 
Ja na to: alić przecie moje dziecię śliczne, 
Wiedzieć powinien kapłan rzeczy okoliczne, 
O grzechu i o złodzieju — 
,Miły mój dobrodzieju! 
Bardzoście, widzę, ciekawi. 
Wszakże gdy ta wiadomość spowiedź mą naprawi, 
Opowiem ci dokładnie, coście zapytali. 
Zrazu myśmy na siebie tylko poglądali 
Częściej niźli na drugich, czy on kichnął, czyU 
Kichnąć mi się zdarzyło, sobieśmy życzyU 
Tylko zdrowia: drugiemu nigdy zgoła, a że 
Pan doktor na katary tabaczkę brać każe. 
Brałam ją u matuli mojej po|j:ryjomu, 
I prócz niego jej zażyć nie dałam nikomu. 
On też za to był wdzięczny, dawał mi chusteczki, 

I kwiatki, i wstążki, i inne rzeczki. 
Potem dalej i dalej*. — Cóż tam dalej przecie? — 

,,0 dobrodzieju! waszeć dobrze wiecie, 
Jak to tam bywa, kiedy... dość, że co dzień prawie 
Byliśmy sami z sobą na miłej zabawie. 
Czasem też, choć ja spała, on się gwałtem wdzierał, 
I coraz nowym darem drzwi sobie otwierał*. — 
„Ale, panienko! czy te miłości ofiary, 

Było to tylko jego własne dary? 



H 



185 



Gzy nie cudza to zdobycz? chciałbym się dowiedzieć*. — 
„Jam się pytała, lecz on nie chciał odpowiedzieć; 
Tylko mi zostawowal, i bym wzięła, prosił. 
Jeszcze mi coś onegdaj jak. nosił, tak nosił. 

Były tam złote fafałki, 
Aniołeczki mosiężne, jedwabne koszałki, 
Żółte firanki, jakieś czerwone obitko, 

Któż tam wyliczy wszystko. 
Co on tam z sobą włóczył? ażem brać nie chciała. 
Dał mi tylko zegarek, jaki^o bez mała 
Trudno dostać, tak ładny". — Pokaż, pokaż mi to: 
Ach panno! to nie może być dobrze nabyto. 
Właśnie też tu gruchnęło o pewnej kradzieży 
W pałacu, co tu blisko od klasztoru leży. 
Mieszka tam jedna pani, lecz takiej dobroci. 

Która nie żałuje i kroci, 

Bogdajby wiek pędziła złoty, 
Dla sierot, dla ubogich, dla cichej gołoty! 
Dobrze nam samym przy niej, wszakże nie nas jednych, 
Wszystkich ona strapionych wspomaga i biednych. 
Owszem, i tym, co od niej nie pragną jałmużny, 

Go wiek trosków pędzą próżny, 
Giężkiemi sobie głowy nie mordując sprawy. 

Jak słodkie w jej domu zabawy! 

A gdzieżby się oni podzieli. 
Gdyby tej pani długo nie widzieli? 
Wszak, choć się ona kiedy o pół mili 

Na czas krótki z miasta wychyli. 
Ghodzą jak błędni, smutni jak nocna poczwara, 
A wszystko pytają się u bramy janczara, 
Że ich jej odjazd często i głodzi i smuci; 

Jejmość czy rychło powróci? 
Oj taka to pani! równej jej nie mamy. 
Wielbimy ją wszyscy i kochamy. 



— 186 — 

Ponieważ więc twój miły winien tej kradzieży, 
Oddać ją, mila panno, czem prędzej należy. 

Daj go sam!* — owoż tu nowy poswarek: 

Ja sobie, ona sobie za zegarek. 
Ona w nogi, ja za nią: za rękę ją wiodę; 

Ona mnie cap za brodę. 
Alem wolał i włosy w garści jej zostawić^ 

I tej się mojej ozdoby pozbawić, 

Niźli cię długo, pani, tą utratą smucić, 

I własności twej nie powrócić. 

Odebrałem twój zegarek gwałtem; 
A kiedym się nad jego zastanowił kształtem, 
Wnosiłem, że ten złodziej umykając z gmachu, 

Pełen przestrachu. 
Gdzieś się w kącie tak otarł biegiem nie ostrożnym, 
Że co było okrągłem, stało się podłużnym. 

Bądź co bądź, choć moie nie stoisz o to, 
Jednak to przecie złoto; 
A co większa, jest twoje: bierz je, pani, w ręce; 

Daruj winę biednej panience, 
A na mnie bądź łaskawa, żem się dobrze sprawił; 
Wszak dla twojej przysługi brodym się pozbawii, 

Ale mi nie żal; dałbym i więcej: 
Teraz się będę modlił za ciebie goręcej. 



Towarzysz. 

Jeden towarzysz pancernego znaka, 
(Nazywano go Błażej Sołopiaka) 
Chcąc się dać poznać kędyś na popisie, 
Zrobił kiereję, i nakrył nią rysie. 

Nie każdemu to przystoi. 

Co sobie we łbie uroi. 



K 

j 



— 187 — 

Bo, że był dudkiem i z ciała i z ducha, 
Wyszło mu na zle sukno i opucha. 
Co go kto spotkał; czy żartem, czy szczyrze, 
Mówił: „dzielny bohatyrze! 
Płękneć to sukno, ale nie tym kształtem. 
Musiałeś krawca przynaglać gwałtem, 
Że ci nie ładnie uszył kołnierz i rękawy. 
Właśnieś teraz z uszy ma, jako pies legawy. 
Wreszcie, nie taki w modę kierej zwyczaj wzięty. 

Powinien być stanik wcięty. 
Dłużą nie tak obwisła: niech trochę w okolę 

Podetnie jej krawiec w dole; 
Niech uszczupli rękawów, nadtoczy kołnierza*. 
Usłuchał miły Błażej, ale niedoperza 

Stworaył z kierei: bo z długą szyją, 
Krótkim ogonem, ni to delią. 

Ni opończą, ni płaszcz zrobił. 
Śmiechu tylko przysposobił. 
Więc rozgniewany, za poradą drugą 
Kazał sobie bekieszkę wykroić niedługą. 
Lecz, że ł w tej nie uszedł śmiechu i cenzury. 
Znowu na innej formę przerobił natury 
Ów dołoman cudacki; a za każdą miarą 
Coraz to wyżej kusy świecił panią starą. 
Nakoniec z częstej mody, zaledwo nożyce 
Wylatać mu z kierei mogły rękawice. 
Tak przez ustawne rządu odmiany 
I nasz Polaczek kochany. 
Goniąc już prawie ostatkiem. 
Świecić będzie... 



- 188 — 

II. 
ZE SATYR. 



Głupstwo. 

Stultorum plena sunt omnia. 
MfFihff głupimi hfjem, głupich znajdsiem wszędzie: 
KiQ z ctidzych głupstw nie mędrszy, głupim większtpn bidzie. 

Zacny mój przyjacielu, nie wiem, czem się dzieje, 
Że człek mędrkiem się czyni, im bardziej szaleje: 
Że )ubo sam po stokroć godniejszym jest, aby 
Kleklal w szpitalu między swarliwemi baby, 
Rad potrząsa sąsiadem, i żali się na to, 
Że jeszcze z szalonymi nie siedzi za kratą. 
Palrzno na tego mędrka, na ten łeb misterny, 
Co o wąchał kawiarnie Paryża i Bemy, 
Co głowę wymeblowal modnemi nauki, 
Uiłiie robić pomadę, nastrzępiać peruki; 
Zna się na wszystkich zgolą księgach, w jaką które 
Czy w cielęcą oprawne, czy w baranią skórę; 
Dziwnemi się projekty czupryna mu jeży. 
Marga jak z Babilońskiej językami wieży. 
Chociaż w owym niesfornej gadaniny tłumie. 
Gładko się wytłumaczyć i jednym nie umie. 
I po to tylko jeździł pocztą za granicę. 
Aby przywiózł do Polski modne rękawice? 
Czyli^. taki latawiec upornie nie trzyma, 
Że kto nie był w Paryżu, ten rozumu nie ma? 
Lub kio nie trafi obcym szpaczkować językiem. 
Siać mu grykę gdzieś na wsi, nie być politykiem. 
Jakby to na romansach i na bredniach lada, 
Dzielna cnota zawisła, i gruntowna rada; 



' jj 



— 189 — 

A kto nie zna Katezby, albo Lancellota, 
W rozum i obyczaje prawdziwy gołota? 

Owoż za nim i Fircyk utrefiony cudnie. 
Legać mu tylko w betach, nim minie południe; 
Albo latać, czy bioto, czy kurz na ulicy. 
Jeśli który nie mignie komet z kamienicy; 
Aby tam, bies wie jakie, mo^^T^ rozpościerał, 
A słuchającym gęby tęskliwe rozdzierał. 
A przecie tak bezwstydną dumą upojony, 
Że choć mu się w mózgowni lęgną ślepowrony, 
Choć ledwie trafi biedny sens z głowy wyłatać, 
Choć mu kozom ogony, nie rymom zaplatać, 
Choć mu wierzgać u fary na pniu między żaki, — 
Bierze pracownych piórek dzieła na przetaki. 
I tonem prawodawczym swoje głupstwo zdobi, 
Ganiąc w drugim, czego sam nie zna i nie zrobi. 

A ówże gryzipacierz, wilk w baraniej skórze, 
Co kościanemi gałki pobiją na sznurze: 
Już na wszystkich obrazach polizał pokosty, 
Podziurawił łysiną cerkiewne pomosty: 
Co się boi przestąpić krzyżyka ze słomy, 
A on sam łgarz, i pieniacz, i zdzierca łakomy, 
Niewdzięczny dobrodziejom, którzy go z barłogu 
Dźwignąwszy na honorów postawili progu. 
Pyszna sowa na orlim gnieździe, pęcherz żywy, 
Co mu chude wyrównał boki wiatr życzliwy: 
Czyliż się za świętego nie udaje człeka, 
Że każdego oczerni, każdego oszczeka? 
Że, jakby go powszechnym kto zrobił cenzorem, 
Na wszystkie stany płytkim targa się ozorem? 
Na wszystkich przez skopcone patrzy okulary; 
Tnie, czy mu pod kieł młody, czy się Tiamknie stary. 
A nabożną opończą kryjąc własne zbrodnie. 
Ostrzy miecze na bliźnich, zażega pochodnie. 



— 190 — 

Z drugiej strony paneczek bez wiary, bez duszy, 
Zabmąwszy w dzikie Wędy ledwo nie po uszy, 
Odbiera władzę Bogu występnych karania, 
Piekło burzy walecznie, dyably precz rozgania; 
Wdziera się gruby nieuk do pańskiej świątnicy, 
A nie wie, co się marzy w jego własnej Ibicy, 
Więc brzydkiego za model wziąwszy Epikura, 
Żyje jak rozbestwiona każe mu natura; 
I tak mniema, że po to na świat się urodził, 
Aby tylko brzuch tuczył a niecnoty płodził. 
Bo u niego na świecie równa wszystkich dola: 
Ni człek, ni pies nie idzie w Elizejskie pola. 
Powiedzże mu by słówko, że ten twórca nowy, 
Ten zuchwały rozwalacz przedwiecznej budowy, 
Wznieca chęć do występków, a gasi do cnoty; 
Wnet cię on między chytre postrzyże dewoty, 
Lub zbywając błyskotnym z kogoś tam wierszykiem, 
Nazwie głową szczerbatą, albo fanatykiem. 

Jednem słowem, ktoby chciał opisać dokładnie 
Wszystkich takowych mędrków, — rychlej pewnie zgadnie, 
Wiele ruchawy żydek na jeden miesiączek 
Nakosztuje zębami u złota obrączek, 
Wiele się do szpitala podrzutków przysporzy. 
Wiele chorych niebiegły cyrulik umorzy. 
Wiele z pańskiego boru chłop ukradnie drągów, 
Wiele zdzierca ekonom nachwyta szelągów. 
Wiele razy na koźle stangret naklnie pana, 
Tłukąc się z nim po nocy od samego rana, 
Wiele głodny literat nowin nawytrzęsa, 
Nim się zjam na stole tłusta sztuka mięsa: 
Albo (bo któż to zgadnie, i kto to wyliczy?) 
Wiele chłopców na kwartał bakałarz oćwiczy. 

Lecz po co, jako wróbel na nici napiętej, 
Skaczę, odbiegłszy płocho rzeczy przedsięwziętej? 



— 191 -- 

Wybaczcie mi, co powiem, Greccy sapienci, 

Że się i wanii jak drugim ludziom, we łbie kręci. 

Nie masz nigdzie prawdziwej mądrości na świecie, 

Wszystko się po staremu na nim zawsze plecie; 

Ws?syscy ludzie bez braku chorują na głowę, 

Choć jeden wziąi funt głupstwa, a drugi połowę. 

A jako w głuchej puszczy, którą między krzaki 

Różnoprzechodnie zewsząd pokreśliły szlaki, 

Błądzą ślepi wędrowcy; i choć w jednym lesie, 

Każdego błąd przeciwny w inną drogę niesie, — 

Tak siv biedny człek kręci, tak obraca młyńcem, 

Gdzie go wilczym zawodna myśl wiedzie gościńcem, 

I choć się często widział z Paryżem i Rzymem, 

Częściej jeszcze w swej głowie zostaje pielgrzymem. 

To gorsza, te lubo mu kto chce dobrze radzić, 

I na bity tor z krętych manowców prowadzić, 

kn\ chce błędu poznać, ani prawdy słucha, 

Pełen o swym roi^umie wysokiego ducha. 

I tylko się zdań mylnych kierując ślepotą, 

Nie ma wstydu istotnych wad nazywać cnotą. 

Więc niechaj z mej nauki ten tylko korzysta. 

Komu jeszcze na przestrzał wiatr w głowie nie śwista. 

Który jeszcze rozumu do szczętu nie gubi, 

I cbociai^ sam ile czyni, prawdy słuchać lubi. 

Te są mem zdaniem mędrca prawdziwego znaki: 
Kto jest mądrym, a nie chce mówić, że jest taki; 
Który na swym nie zawsze polega rozsądku. 
Bo się i najmędrszemu czasem urwie wątku; 
Kto sam na się stirowy, jeśli w czem wykracza, 
bliźniego omyłki łaskawie przebacza; 

to ma oko na siebie, ani się zawiśnie 

a wet z urzędu w obce postępki nie ciśnie, 

le jeśli wyciąga potrzeba, upomni, 
miętając, że wszyscy ludzie są ułomni. 



\j:f'7, zło^ifra lUL^ura do tego nas wicidzie. 
Cudz« fHsaem na głazie, a swoje na ledzie. 
1 pan i hajdak broi. pan i hajduk pije. 
Pan i hajduk niewinnie człowieka p(ri>!je; 
Równe obu wrf^^pki: pana nikt nie sfuka. 
A pachołrrr przr kozie ofMorą hajdoka. 

Każdy sobie pochlebia, kaźdj mądiyni sobie. 
Spjtałem raz łakomej: ,miły panie Jołńe. 
Jakiż lo. proszą. spof?ób życia a waszeci? 
Nigdy sir; w domu jego kuchnia nie oświeci; 
Trzema.4 chatę przed gościem obwarował ploty! 
Czy pi;itek« czy niedziela, na stole suchoty. 
Chleb jadasz za pie^rzy.ste. rzodkiew za selery. 
A pod pomostem dyszą krzyżowe talery. 
Gdyby sii; każdy człowiek z tą naturą rodziŁ 
Jużby dawno świat z torbą między dziady chodził. 
Dyabel to po twej śmierci pewnie powyciąga, 
A zły synal na pogrzeb nie da i szeląga". 
^ Milcz, odpowie mi, głupcze! niechaj z głodu więdnę, 
Wolę prowadzić życie mądre i oszczędne. 
U mnie wszystko w pieniądzach; ja gdy patrzę na nie, 
I za dobrą mi suknią i za obiad stanie". 

Mówiłem raz drugiemu: »mój paneczku młody. 
Żal mi, że tak ojcowskie marnujesz dochody. 
Cały.4 dwór pochlebcami i błazny osadził, 
Aby z nich każdy tylko o swem dobru radził; 
A oklo.^niwszy pańską z pieniędzy kozicę, 
(Jszodł bez opowiedz! zdrajca za granicę. 
Do czego się przydadzą te złote karytki, 
Tc w strojach i napojach niesłychane zbytki? 
Na które obarczony ciężkim kmiotek pługiem, 
(j morze w roli do znoju pod groźnym kańczugiem, 
Aby co on w ostatnim przysporzy ucisku, 
Zjadał nikczemny próżniak na jednym półmisku*. 



— 193 — 

Chciałem mu coś przytoczyć o jego pradziadu. 

Lecz mię on ^głupcem' chlusnął przez łeb bez układu. 

Więc z takową od kilku odszedłszy odprawą, 

Że ja sam, com to mówił, mam głowę dziurawą: 

Będęż łajał wzajemnie: a czytelnik baczny 

Niech osądzi, jeżelim w zdaniu mym opaczny. 

Głupi, kto się bez serca i bez sił junaczy, 
Kto języka nie umie, a książki tłómaczy, 
Kto dobiera nie podług stanu swego żony, 
Bo albo sam gryźć musi, albo być gryziony; 
Kto z kości zysku szuka, z kart fortunę kleci. 
Bo co mu z wiatrem przyszło, to z wiatrem uleci; 
Głupi, kto chce mieć kredyt przez same wykręty, 
Komu huczno w czuprynie, chociaż zimno w pięty. 
Głupi, kto z wydatkami przychodu nie mierzy, 
Kto się lada czem trwoży, lada czemu wierzy, 
Kto kupuje na kredyt; a podobno i ty 
Kupcze, co gołyszowi dajesz na kredyty. 
Głupi, który po szkodzie żałuje utraty. 
Który wyśmiardłe babsko bierze dla intraty. 
Głupi, kto się bez głowy w sprawy główne wtrąci. 
Bo je miasto porady bardziej jeszcze zmąci. 
Kto się na kredytora swojego komosi, 
Że go albo o procent, lub o sumę prosi. 
Kto formuje projekty tylko na papierze, 
Kto nie kończy roboty, gdy ją przedsiębierze, 
Kto ścisłą poufałość zabiera z nierównym. 
Kto z księgi gospodarzem, ze szkoły wymow^nym, 
Kto się nie tem, do czego urodził, rad bawi. 
Kto wtenczas prawdę mówi, kiedy nie poprawi, 
Kto na gminu prostego gadania uważa, 
Kto się o lada słówko i żarcik uraża. 
Kto... lecz mi już i karty do pisma nie staje: 
A podobno z poboczy słyszę, że ktoś łaje. 

UIĘBI HUMORU P0LSKIE60. T. II. 13 



1 



- 194 — 

Wybaczcie mi, panowie! jeśli dalej trochę 
Uniosły mię do rymów chęci wiatroploche. 
Zwyczajna to poetom i muzykom wada: 
Jeden czasem gra nadto, drugi nadto gada. 



Chudy literat. 

Któż się nad tern zadzitci, ie wiek jeszcze głupi? 
Mmdko kto czyta księgi, rzadko je kto kupi. 

A cóż to mój uczonocliudy mości panie? 
Ju^ to temu dwa roki, jak w jednym żupanie 
I w jednej kurcie widzę literackie boki! , 

Slawji twoja okryła ziemię i obłoki, i 

Że cii^^ miały w kolebce Muzy mlekiem poić, , 

A z niej, widzę, że trudno i sukni wykroić. | 

Nie pytam, jak tam twój stół i mieszkanie ma się? 
Podobno przy gnojowym blisko gdzieś Parnasie, j 

Apollo ci swym duchem czczy żołądek puszy, ] 

szeląga nie masz w wacku, a długów po uszy. 1 

Z teni wszystkiem, pod pismami twemi prasy jęczą, j 

Ledwo cię pochwałami ludzie nie zamęczą, ' 

Żeś ozdoba narodu, pszczółka pełna plonu 
Cukrowego, pieszczota, oczko Helikonu, 
Kwiatek, perła, kanarek, słońce Polskiej ziemi. — 

„Przestań mię, miły bracie, szarpać żarty swemi. 
Mam dosyć ukarania; wszystkom stracił marnie, 
Żeni się na mecenasy spuścił i drukarnie. 
Te ostatni grosz za druk z kalety wygonią, 
Tarud dość nagrodzili, kiedy się pokłonią. 
Nie pokupny dziś rozum; trzeba wszystko strawić,. 
Kto ^o chce na papierze przed światem objawić. 
Vvhm skarg, że się gnuśny Polak pisać leni, 
A niemasz ktoby ściągnął rękę do kieszeni. 



i 



— 195 — 

Nie masz owych skutec5:nych ze złota pobudet; 
Więcej szalbierz zyskuje, albo lada dudek, 
Co pankom nadskakiwa, lub co śmiesznie powió, 
Bo on za swe rzemiosło podarunki łowi. 
A ty biedny swe pisma, opłaciwszy druki, 
Albo spal, albo rozdaj gdzie między nieuki; 
Żeby z nich mogła imość, gdy przyjedzie Jacek 
Ze szkoły, czem podłożyć z rodzenkami placek. 

Wolałbym się był lepiej bawić maryaszem. 
Chodziłbym, jak pan Pamfil z oprawnym pałaszem; 
Kołpak by mi łysinę soboli nakrywał, 
A ryś z pod brandenbury bujny połyskiwał. 
To mi to kunszt zyskowny: często w jednej chwili 
Człowiek się pod pieniędzmi ledwo nie uchyli; 
A czego ni wypisze przez rok, ni wyczyta, 
Jedna mu da fortunę w kartach faworyta. 
Mój zaś bożek Apollo za usługi krwawe, 
Dał mi w nagrodę szkapsko, Pegaza, włogawe; 
Który nie z jednym pono, jak się często zdarza. 
Na popas do świętego zabłądził Łazarza. 
Ostatnie to rzemiosło, co prócz sławy kęsa. 
Nic nie daje autorom: ni chleba, ni mięsa, 
1 żyć każe sposobem prawdziwie uczonem: 
Wodę łykać, a wiatrem żyć z Ghamaleonem. 

Gdybyć to kupowano księgi, toby przecie 
Człowiek jaką łachmanę zawiesił na grzbiecie. 
Każdy chce darmo zyskać; jużbym mu ustąpił 
Rozumu, byle tylko za papier nie skąpił. 
Lecz w naszym kraju jeszcze ten dzień nie zawitał. 
Żeby kto w domu pisma pożyteczne czytał. 
Jeden drugiego gani, że czas darmo trawi. 
Mówi szlachcic: „czemu ksiądz księgą się nie bawi? 
Jemu każe powinność na to się wysilać, 
By nauką i pismem zdrowem lud zasilać; 

13* 



— 196 — 

Jemu za chleb w Ojczyźnie prędszy i obfity, 

Tą posługą zawdzięczać rzeczypospolitej. 

Alboż mu to o żonce z dziećmi myślić trzeba?"... 

A ksiądz: ^toć szlachcic sobie sam nie robi chleba. 

Sto pługów na jednego pasibrzucha ryje; 

Pewnie się on za dobro pospolite bije? 

Nie uziębnie na mrozie, na deszczu nie zmoknie: 

Siedzi w zimie przy ogniu, a w lecie przy oknie, 

Gadając z panem żydem, kto w karczmie nocował, 

Wiele śledzi wyprzedał, wódki wyszynkował. 

Mógłby też co przeczytać, a z odętym pyskiem 

Nie być tylko szlachcicem herbem i nazwiskiem. 

Osobliwie, że mu się nie chce panem bratem 

Być prostym, ale posłem albo deputatem. 

Nie pięknie to, że sędzia nie zna prawa wcale, 

Chociaż jaśnie wielmożnym bywa w trybunale: 

Ani ów poseł z wielką przyjeżdża zaletą. 

Co tylko na podatki głośne ryknie Yeło. 

Nie straszny też to u mnie taki podkomorzy, 

tlo na hipotenuzę wielki pysk otworzy; 

A co ma sprzeczne z sobą rozmierzać granice, 

Ledwie zna nieboraczek cerkiel i tablice*. 

Tak się oni spierają; po staremu przecie, 
i ten i ów nie wiedzą nic o bożym świecie. 
Każdy mówi, iż nie ma czasu do czytania. 
Każdy się swą zabawą od książki zasłania: 
Chłop ma co robić w polu, a rzemieślnik w mieście. 
Mnich zabawny swym chórem, lub chodzi po kweście. 
Ksiądz: „lecz ja nie chcę z takim państwem mieć poswarki* 
Kupiec łokcia pilnuje, lub zwiedza jarmarki; 
Palestrant gmerze w kartach, co je strzygą mole; 
Szlachcic pali tabakę, lub łyka przy stole; 
Dworaczek piętą wierci; żołnierz myśli, kędy 
Karmnik z wieprzem, ser w koszu, a z kurami grzędy 



— 197 — 

Pan suszy mózg nad tuzem, i wymyśla mody; 
Kobieta u zwierciadła, póki służy miody 
Wiek, siedzi; a gdy starsze przywędrują lata, " 
Cudzą sławę nabożnym językiem umiata. 
Stary duma jak mu grosz jeden sto urodzi; 
Młokos wiatry ugania, i białą pleć zwodzi. 
A z tej liczby zabawnych, można mówić śmiele. 
Chłopi tylko a kupcy są obywatele. 

Słyszałem ja, gdy pewny szlachcic do Warszawy 
Przybył, dla pewnej ze swym proboszczem rozprawy. 
Który go za wytyczne wyklął z kazalnicy. 
Ujrzał sklepik z księgami na farskiej ulicy. 
Dziad je jakiś przedawał. Spytał na przechodzić: 
,A nie wyszło też jakie dzieło w nowej modzie, 
Bym je zawiózł dla dzieci? Dobrze to nawiasem 
I samemu przy piwku co przeczytać czasem. 
Teraz jest świat uczony: daj Boże! poczciwy 
Żeby był, a poprzestał już wyrabiać dziwy". 
„Mam, odpowie staruszek, i różnych i wiele. 
Są kazania na święta i wszystkie niedziele". — 
„Zachowajcie dla księży, mój bracie, boć lepi 
Z karty dobrze powiedzieć, niż co drugi klepi 
Dyabeł wie co, z pamięci na święconem drzewie; 
A tego co powiada, sam, i słuchacz nie wie". — 
„Mam wydanego teraz niedawno Tacyta" — 
„Niech go sobie sam miły pan autor przeczyta. 
Nie masz tam nic śmiesznego: to pisarz pogański". — 
„Więc wacpan racz dla śmiechu kupić „Sejm szatański** 
„To pewnie po Radomskiej co nastąpił radzie?" — 
„Ej nie; tu w czarnej siedząc Lucyper gromadzie, 
Słucha biesów, aby mu rachunek oddali, 
Wiele ludzi po świecie pooszukiwali. 
Wiele niewierny patron spraw wygra niesłusznych, 
Wiele ktoś nawyłudza złotówek zadusznych, 



— 198 — 

Wiele lez pan wyciśnie z poddanych okrutny, 

Wiele biesów naliczy szuler bałamutny. 

Wiele plotek po mniszkach, próżności po damach, 

Obietnicy u panów, a łgarstwa po kramach*. — 

„To coś bardzo strasznego! — „Owoż arcy śliczna 

Książka, co tytuł przyjaźń ma patryotyczna^ . — 

„Musi Lo być szalbierstwo: teraz patryotą 

Ten tylko, co do siebie zewsząd garnie złoto. 

MiJość dobra Ojczyzny w księgach tylko stoi: 

Każdy się w sobie kocha i o siebie boi, 

Żeby mu kordon jakiej nie zagarnął wioski. 

Waląc wreszcie na króla i winy i troski*. — 

„&t wiersze". — To błazeństwo". — Są też Polskie dzieje* — 

^Bodajbyście wisieli na haku, złodzieje. 

Żeście w wieczne swój naród podając pośmiechy, I 

Powyrzucali z kronik i Wendy i Lechy*. — ^ 

pA o gospodarstwie też będzie wziąć co wola?* — 

„I bez książek pszenicę rodzi moja rola*. — j 

„To o rządzie Europy? — A mnie bies co po tem, ; 

Jakim się cudze sprawy wiją kołowrotem. ! 

Ju wiem, że u nas sejmik będzie na gromnicę, ] 

A jarmark na Łucyą świętą męczennicę. \ 

Nie baj miły staruszku: trzeba dla mej pani 

Dryiikwi, co od złotej noszą Węgrzy Bani, ! 

Dwa razy tylko była mi w Warszawie, alić j 

Nie może biedna spazmów od siebie oddalić*. — ^j 

„Takie rzeczy w aptekach". — „Więc przecie, mój bracie, 

Drukowane jej w sklepie opisanie macie. — 

„Cóż więcej?" — Kalendarza: — „jakiego?* — coby 

Uczyt czy będą u nas, i jakie choroby 

W tym roku; jeźli pokój, czy będziem mieć wojnę; 

Gzy głód. czy urodzaje obaczymy hojne? — 

„Jest mały kalendarzyk". — „Ten to zdrajca, który 

PoodKierał szlacheckie nazwiska ze skóry; 



— 199 — 

Co nigdy nie napisał, aż mię serce boli! 

Łubom za przywilejem Wendeński podstoli. 

Będę się, chyba że mię śmierć ze świata zdejmie, 

Publicznie protestował za wzgardę na sejmie; 

By mi go zerwać przyszło*... Tak pó targu sprzecznym 

Dawszy tynfa rudego z mieczem obosiecznym. 

Poniósł bibliotekę na ładunek głowy: 

Receptę do dryakwi, i kalendarz nowy. 

Owóż masz literata! Niejeden to taki, 
Co woli w domu czytać szpargał ladajaki, 
Lub zbijać tylko grosze, by je pan syn stracił: 
Niż gdyby rozum pięknem czytaniem zbogacił. 
Więc jako też kto czyta, tak potem i prawi: 
Pali Euksyn, na piaskach papierowe stawi 
Okręty; bohaterów na powietrzne sadzi 
Wozy, i przez obłoki gryfami prowadzi; 
Zamienia ludzi w wilcze przyodziawszy skóry. 
Nosi baby na łyse przez kominy góry; 
Widzi Abla z Kainem na miesięcznej zorze, 
I solone syreny prowadzi przez morze. 

Mądrego nic nie pytaj, lecz to gorzej szkodzi. 
Że co czynim, o srogie szwanki nas przywodzi. 
Jednym gnuśne stępiło umysł próżnowanie. 
Drugi rozum i serce utopił we dzbanie. 
Ów się tylko pieniactwem szarga, a z sąsiady 
Ustawicznie o lada zagon wszczyna zwady. 
Ten pańskiej pachołkując dumie i zawiści, 
Zwodzi, kłamie, namawia, a nuż co skorzyści? 
Istny płód Proteusza; gotów dla mamony, 
Temu, co go wprzód zdradził, niskie bić pokłony. 
Tamten całe swe szczęście na kartach zakłada, 
Lub lata po wizytach i obiady zjada. 
Pełno ludzi zabawnych: zdaje się coś robi 
Każdy, i do usług się Ojczyzny sposobi. 



^^^; 



— 200 — 

Lecz kiedy jedno ciało zrobisz z tej gromady, 
Ni serca do czynności, ni mózgu do rady. 
Drugi gadać nie umie: ba i cóż on powie? 
Nic nie czytał, nie myślil: same wiatry w głowie, 
Albo pycha szalona, że swe antenaty 
Od Trojańskiego jeszcze zasięga Achaty; 
1 siedząc nad herbarzem z nosem osiodłanem, 
Pochycha, że pan przodek jego był hetmanem. 
Dziękujęć, myśli zacna, z czyjej to pobudki. 
Berła muzolubnego dobroczynne skutki 
Kalendarz tegoroczny przy końcu objawił: 
Jakim który swój dowcip pismem autor wsławił. 
A nuż w tych litaniach i moje ramoty 
Obaczywszy, kto rzuci z ciekawości złoty. 
Tak się przynajmniej człowiek na zimę ogarnie; 
Przestaną go ze skóry odzierać drukarnie. 
Przestanie kiedyż tedyż być uczonym golcem, 
Wkroczywszy w ścisłą przyjaźń z księdzem Bohomolcem, 



Reduty. 

Minął stary mięsopust, minęły ostatki. 
Pozamykać kazali księża mięsne jatki: 
Śledzie tylko a stoklisz wzywa do pokuty. 
Cóż to? czy się i w poście nie kończą reduty! 
Groza, zemsta, zgorszenie, grzech nieodpuszczony: 
Wołaj, ojcze Pafnucy, co gardła, z ambony! 
Pełno masek po mieście, że xaledwo prawie 
Trzecia część w bałamutnej nie chodzi Warszawie. 
Gdzie stąpisz, to twarz obca: rzadki człowiek, coby 
Rodowitej maszkarą nie ukrywał doby; 
A w czem stan, przyrodzenie i wiek jego płaci, 
Wyrytej twórczą ręką trzymał się postaci. 



— 201 — 

Chudoba się w przepysznych zlotoglowach pisze, 
Głupcom się filozofskie z brody bielą wiszę. 
Białki siedzą na koniach; a co chłop, to baba: 
Serca pasz, statku mało, myśl i ręka słaba. 
Starcy się przedzierzgnęli w dzikie Pantalony, 
Z młokosów arlekini z lisiemi ogony. 
Na księżach Bachusowe porosły jagody, 
Nosy jak Winogrady, brzuchy gdyby kłody. 
Płochość, duma, interes, bal tu wieczny dają; 
Skacze Polak na jednej nodze, obcy grają. 
Owo świat się przewrócił, czy też ludzie na niem: 
Jak widzę, wkrótce innem stworzeniem się staniem. 
Nie trzeba szukać Gyrcy w bajecznym Homerze, 
Co twarz rozumną w nieme zamieniała zwierze. 
Chcesz widzieć pełne zwierza różnego obory, 
Przebież nasze ratusze, pobożne klasztory, 
Odwiedź izby sądowe, przedniejsze urzędy: 
Pod czapki sobolem i, i pod rewerendy 
.Ujrzysz dziwy; a wołaj, padłszy na kolana: 
„Woły, osły i wszystko bydło, chwalcie Pana!" 
Śmiejesz się, miły Wałku, i słysząc te mowy, 
llyślisz pono, że mi się kręci pośród głowy 
ilózg zagrzany konewką, lub żem filut stary, 
Ciarlatańskie wdział sobie na nos okulary? 
Tak ci to prawdę łają za ostre zaczepki: 
Upił się. czy mu w głowie nie dostaje klepki! 
Zdrowym jest, dzięki niebu! na duszy i ciele: 
Przyznał to mój jurysta w OcuH niedzielę. 
Gdym fałszował dokument: że rękę od drżączki 
Mam wolną do skrobania, a łeb od gorączki. 
Ha owszem i na dowód oczywisty, że cię 
Nie łudzę, staniem oto na blizkim tu trecie, 
(Jdzie się różne ulice krzyżując prowadzą 
Do zamku i do fary: bo tu się gromadzą 



^ 202 — 

Najliczniej redutnicy, aby w każdej chwili 
Boga, króla, przyjaciół obłudą zwodzili. 
Obaczyć tain najwięcej w barwianym pozorze, 
Hypokrytów w kościele, a zdrajców na dworze. 

Owoż masz! jedzie w modnej jegomość karocy: 
Ma parę takich na dzień, a jedną do nocy. 
Co za przepych na koniach! co za szór i siatki! 
Mógłby za nie wyżywić i żonę i dziatki 
Nie jeden biedny rolnik, co się długo pocił. 
By pan gnuśny z łez jego grzbiet szkapi ozłocił. 
Wygląda, by święta kość z kryształowej skrzynie; 
Po sukniach, ekwipażu, i po hojnej minie 
Powiedziałbyś, że to pan: istnać to gołota 
Kryje się wśród jedwabiu i jasnego złota. 
Zostawił ci mu ojciec, smażywiecheć szczery, 
Jedząc chleb za pieczyste, rzodkiew za selery, 
Kilka włości obszernych, jak testament pisze: 
Teraz się przy nim tylko został klucz HołysBe, 
Wioseczka Poźyczafika z karczmą Nieoddajem; 
Reszta poszła, chwalebnym świstaków zwyczajem, 
Na oferty miłosne, na smaczne obiady. 
Na fabryki rozkoszne z pochlebców porady, 
Na dwór z łuszczybochenków nikczemnych złożony. 
Jeździł nie wiedzieć po co raz do Barcellony, 
Dwakroć do Włoch; dwa razy i Londyn i Bernę 
Odwiedził, zkąd nam jedną przywiózł fłcygernę 
Z kilką modnych wachlarzów: wionęły pieniądze; 
Pycha tylko została i niesforne żądze. 
Jakby dawną utrzymać choć w nędzy figurę. 
Zaledwo mu dłużnicy nie obedrą skórę. 
Nie masz kupca, patrona, i klauzury mniszej, 
Lub kędy utajony kapitalik dyszy, 
Żeby go nie wymodlił, wypłakał, wymęczył: 
Czy mu kto lada łajdę i błazna nastręczył. 



— 203 — 

Że mu sumkę z szachrajstwa długiego nabylą, 

Czy piwkiem robi sobie zysk i akwawitą, 

Wnet doń posly wyprawia o jej po^jczenie, 

Zawinąwszy w papierek honor i sumienie. 

Teraz u kominiarza stu talarów szuka, 

U stróża wziął dwanaście, dziesięć u hajduka, 

Dziesięć z płaczem wycisnął, co pod świętym Janem 

Przedaje baba krupy, siedząc pod straganem. 

Ten, co był wczoraj u nas czy ongi, zda mi się, 

Jego to z pod delii żyd przetrząsał rysie: 

Lokaj nosił komodę z angielskim stolikiem, 

Rajfura jakiś tacę i kubek z imbrykiem; 

Murzyn pierścień machlował, a w galony modnie 

Szachowane wisiały na ulicy spodnie. 

Szedł krawiec, a nie wiedząc zażalony, co rzec, 

Westchnął nabożnie: „tenże to wisi proporzec, 

Com go uszył niedawno hrabi jegomości"; 

Chciał go drągiem do dyabła poszarpać ze złości, 

By respekt nie oddalił zuchwalstwo niezbożne, 

Że to przecie powłoki są jaśnie wielmożne. 

Czem jeździ, w co się stroi, gdzie mieszka, czem płaci: 

Cudze to są nabytki, jak owa w postaci 

Nadobnych się piór kawka próżna chlubą jeży. 

Ano gdyby tu każdy do swojej łupieży 

Rękę ściągnął: szewc zerwał niepłatne trzewiki. 

Kupiec porwał za suknie, szmuklerz za guziki, 

Włoch czuprynę z nienacka nabawił napaści. 

Że mu z pudrem pachnącej nie zapłacił maści, 

Więc i drudzy dłużnicy poczęli się srożyć, 

Możnaby go, jak świątka, na ołtarzu złożyć; 

Że światowych marności nie chcąc dalej zażyć, 

Dał się z pana odartus zupełnie obnażyć. 

Jeden sposób ratować nikczemne bankruty, 

(Wszak w jednej chodzą sforze chciwość i rozrzuty) 



— 204 — 

Mąć prawa, zniżaj lichwy, zdzieraj wszystko gwałtem: 
Przyjdąć z cudzej chudoby pieniądze ryczałtem. 
Najlepiej kielby chwytać pomąciwszy wody. 
Łotr zlotem, wilk połyska siercią z cudzej szkody. 
Znowu się nadmiesz pierzem, goloto obrzydła, 
Wyrwawszy Polskim ptakom i ogon i skrzydła. 
Najpewniejszy to sposób do wszystkiego mienia: 
Chciwość, przemoc bez kary, rozum bez sumienia. 
Gzy widzisz, jako za nim huczny junak czesze, 
Mars z oczu jak ze skałki skry wojenne krzesze. 
Strach mu po lewej ręce, a rozbój po prawej; 
Pewnie się do walecznej zabiera rozprawy. 
Dał parol pod Marymont: ni ustąpi kęsa. 
Póki się przeciwnego nie narąbie mięsa. 
Sierdzisty to bohatyr, i niezwyciężony! 
Widziałem, kiedy błotem z dachu gonił wrony: 
Żyd mu z drogi ustąpił; a jak ciął bułatem. 
Sto głów spadło pokrzywnych pod jego palcatem. 
Jedną krysę od koni nosi znak pijaczy. 
Drugą wziął, gdy włosienie rwał z ogona klaczy. 
Kawaler też nie lada; gdy koń pod nim stąpię, 
Łydki mu się kołacą. jak na żerdzi kąpie: 
Siedzi na nim, by ów ptak wronopopielaty. 
Co szczeciste w korycie ujeżdża bachmaty. 
Mina gęsta, a serce, chyba przyjdzie kiedy 
Bezbronne na sejmiku uganiać czeredy, 
Albo krzesać szabelką na ulicy, póki 
Z runtem kozozaciężnym nie nadejdą kruki. 
Przy kuflu za Ojczyznę łba nadstawia chutnie; 
Gotów umrzeć, a czemu? że mu nikt nie utnie. 
Słyszysz, Marsie maskowy, jakie czynią trwogi 
Huczne kotły na kolo, i miedziane rogi? 
Już Tatarzyn w granicę puścił swe zagony, 
Wsie pali, zdziera domy, młode gwałci żony? 



— 206 — 

Czas ruszać, siodłaj konie, bierz się do szyszaka! 
Lecz ty pono z pozoru tylko hajdamaka. 
Zachorzałeś; ledwo cię widać pod drylichy, 
Albo dyszysz ukryty między bure mnichy. 
Przyszło ci się w karmniku zgniłem życiem bawić, 
Grdy za kraj i monarchę trzeba pierś nadstawić. 
Zrzuć tę larwę, niebożę! lepiej się umieści 
Kaptur na twojej głowie, lub komet niewieści. 
Oddaj dzikim Sarmatom kirys i przyłbicę; 
Były pod ich szabliskiem nietknięte granice. 
Kiedy zgodni, porządni, twardo wychowani 
Miłośnicy swych królów, i wierni poddani. 
Bez ślifów i oliwek, choć w prostym pakłaku. 
Panowali od źródeł Dniepru do Krępaku. 

A to co za parada wali niezliczona? 
Jest to pierwszy minister króla Faraona. 
Idzie z pocieszną wieścią do pana, iż więcej 
Pobił dusiów w Warszawie, niżli sto tysięcy. 
Tu wiecznej plac potyczki, jak Chocim i Żwaniec, 
Gdzie się zawsze z Polaki ucierał pohaniec. 
Ma nasza młódź waleczna, ciągnąc z każdej strony. 
Moc kruszcowych rekrutów na karciane gony. 
Już się też ich przebrało: za grenadyery 
Dukaty wprzód stawały i mężne talery; 
Teraz tylko złotówki: przecież się zaciąga. 
Wkrótce nie będzie widać na placu szeląga. 
Kmiecie, żydy, przekupnie, kupce, miast mieszkance 
Wszystkicheśmy złupili na takie wybrance. 
Choć srodze marnotrawiąc ki-ajowe dostatki, 
Wrzeszczymy, kiedy przyjdzie mowa o podatki. 
Nie widziałeś takiego, jako żyw, widoku; 
Ten, co kijem uprząta ciekawego tłoku. 
Piorąc zawadne chłopy ze drwami i słomą, 
Jest to dworu ministra Pamfil major- domo. 



1 



— 206 — 

Za nim po Amazońska wysmukłe jak lalki, 

Piątki, szóstki, dziewiątki, ósemki i kraiki; 

Toż tryszaki, kwindecze, karczmy, pancerole, 

I lombry, i trysety walą w raźnem kole: 

Niżniki za lokajów, sążeniste asy 

Z dlugiemi za karetą stoją szabeltasy. 

Kinal siedzi na koźle, a od złota rzędne 

Ciągną zwycięzki rydwan dwa tuzy żolędne. 

Pozad pełno hałastry nadwornego znaku. 

Nędza bosa, bez czapki, w odartym kubraku; 

Brudne przekleństwo, rozpacz z czołem w ziemię wrytem. 

Zwada z bindą na głowie, a okiem podbitem; 

W jedwabnych rękawiczkach złodzieje i zdrajcę, 

Podłość w burce, a kłamstwo w mienionej kitajce. 

Nakoniec strata czasu, kredytu i ławy, 

Gotowa od dłużników uskrobać z Warszawy. 

Owoż się na ulicy słodko z mnichem wita, 
I w szkaplerz go całuje. Jest to hypokryta, 
Jaki mógł być na świecie: że księdza Dryganta 
Często winkiem podsycił, obił predykanta, 
Utopił dwie czarownic, a wierzy w upiory, 
Gmin mu za życia świętych wyrządza honory. 
Bodaj tymże, co postać, myśl chodziła tokiem, 
Oczy nie szły za niebem, ręce za tłomokiem! 
Słyszałem, jako sypie na klasztor jałmużny, 
A drzwie każe zamykać, będąc kupcom dłużny. 
Na jednych liczy gałkach procent i pacierze. 
Dziesięć zdroivych; a od summ po piętnaście bierze. 
Szarga sławę bliźniego zaraz po koronce; 
Gorszy się, a sam w cudzej kwerenduje żonce. 
Piątek suszył o grzankach, pił jak byk w niedzielę; 
W wieczór był na nalewkach, a rano w kościele. 

I to mem zdaniem idzie pan maska nielada. 
Co się być przyjacielem każdemu powiada. 



— 207 — 

Ogon węgorzy w ręku, wietrznik na stodole, 

Bocian lata miłośnik, słodki kwas w rosole. 

Ni ciepły, ani zimny; na dzień kilka razy 

Odmienia się, jak owe u Włochów obrazy. 

Co mu głowę wywrócisz, to twarz zawsze ina, 

Gdzie była pierwej broda, tam leży czupryna. 

Chwalca cnoty, u kogo tuczne sosy zjada; 

Jutro nań u innego stołu opak gada. 

Rękę ściska, gazetne w ucho baśni kładnie; 

Maca, aż co z języka biednemu wypadnie. 

A z tem lecąc pędziwiatr od kąta do kąta, 

Mniemanem przyjacielstwem serca ludzkie pląta. 

Potrząsa charakterem, jak żyd starym fantem; 

Wczoraj był rojalistą, dziś republikantem. 

Słowa mu na dwór ciekły, jako z pełnej beczki; 

Dziś chwali: jezuickiej chce mu się wioseczki. 

Napisał panegiryk; a gdy się zawiedzie. 

Krzyknie: „nie masz tu zasług!" i do Włoch pojedzie. 

Miły Chamaleonie! coć do jednej skóry 

Lgnie kolor czarny z białym, z granatowym bury; 

Bądź mi nieprzyjacielem oczewistym raczej. 

Nie będę patrzał na cię, ni trzymał inaczej. 

Nie podlewaj mi cukrem mąki na pół plewnej: 

Lepszy nad słodką zdradę nieprzyjaciel pewny. 

Lepsze nad obustronny ołów stalne harty: 

Wpadłem w dom słomą kryty, minąłem otwarty. 

Idź z Bogiem zwodna masko, a daj miejsce drugiój. 

Owoż jedzie madama Romelskiemi cugi; 
Uabbe siedzi na przedzie, na bal musi spieszyć: 
Właśnie w szczęśliwym kraju jest się z czego cieszyć! 
Dzięki tobie, płci słodka! że nie czujem przecie, 
Jako nas z każdej strony los przeciwny gniecie. 
Śmiech serca opanował Sardoński: przy zgonie 
Cieszym się; brzęczy mucha, kiedy w miodzie tonie. 



Zdjąwszy z berta strach kary i cnoty obronę, 
Bierzem z niego plochości z nieczulstwem zasłonę: 
Jakby promień słoneczny mógł blaskiem połudnym 
Strzelać dzielnie, zakryty chmur płaszczykiem brudnjTn. 
Z łaski waszej na nowo mamy świat stworzony: 
Gdy w pierwszej niewinności spólne były żony. 
Żaden się nie obawiał, że wilk kozy dusi, 
W cieniu z duszkami swemi leżeli pastusi. 
Wstyd jest karą sumienia; u nas go nie wiele: 
Nałóg z występków cnoty porobił modele. 
Wy nas mądrem bawicie często świegotaniem. 
Gładząc umysł Sarmacki różnych znajdywaniem 
Rozrywek i mód przednich; jak piskliwie śpiewać. 
Kształtne dobrać guziki, raźne szaty wdziewać. 
Udawać na teatrach; i zwykać powoli, 
Że nas zdrajcą, szalbierzem, gnuśnym być nie boli. 
I tyle czucia mamy na ojczyste zgony, 
Jak ten, co z teatralnej wychodzi zasłony: 
Udawszy bajkę obcą, więcej łzy nie kanie; 
W równych względach u niego Polska i Trojanie. 
Już dziś nie słychać kotłów i chrapliwej miedzi; 
My tańczym, biją w bębny ogromni sąsiedzi. 
Tam Mars, u nas Wenera, rzadko widzieć, aby 
Który z młodzi szlachetnej końskie cisnął schaby. 
Rozpieszczone ciałeczko utłacza karety; 
Fartuch u niej chorągwią, proporcem kornety. 
Lecz widzę, że przeczekać tej parady trudno: 
Napasłeś wzrok i umysł procesyą nudną, 
Miły Wałku! czas siodłać konie, a do domu 
Spieszyć dla siania hreczki, choć dyabeł wie, kon^u. 



- 209 — 

m. . 
z LIRYKÓW. 



Nic nadto. 

Miłość się ludzka na nadziei wspiera. 
Ochota rośnie, idedy zysk odbiera. 
Powagę panów utrzymuje władza. 
MisJkość dowcipu roztropność nagradza. 
Kredyt od cnoty zawisł, a ufności 
Żaden nie zjedna sobie bez wierności. 
Cłiceszli mieć zdrowie, żyj z pomiarkowaniem. 
Dowcip się krzepi ukontentowaniem. 
Dowcipu sama łatwość jest początkiem; 
Chcesz ją otrzymać, czyń wszystko porządkiem. 

Więcej pleć białą zdaniem mem zaszczyca 
Wdzięk przyrodzony, niźli piękność lica; 
Większe pisarzów o wybór staranie 
Słów niźli rzeczy, podlega naganie. 
Kto chce zupełnie być uszczęśliwionym, 
Więcej poczciwym ma być, niż uczonym. 
Więcej przyjaciół, niźli miłośników; 
Więcej niech ma cnót, niż umie języków. 
Więcej niech będzie zdrów, niźli bogaty. 
Więcej o pokój dba, niż o intraty. 

Mały folwarczek nie dłużny nikomu; 
Mały ogródek, mały stolik w domu, 
Mały a rzeźki chłopiec do posługi. 
Mały koniczek i jeden i drugi; 
Mały sąsiadów poczet, a poczciwy. 
Grdy to mam wszystko, prawdziwiem s*zćzęśliwy! 

SI HUNORU POUKIEeO. T. II. 14 



— 210 — 

Lubię się ogrzać, nim zima przeminie, 
W malej izdebce, przy małym kominie* 
Lubię też bywać na takim obiedzie, 
Kiedy nas kilku przyjaciół się zjedzie; 
Gdy jemy smaczno z małego półmiska; 
Gdy stare winko z małych flasz wytryska. 

Z takowej mowy to się więc dowodzie 
Że wszystko, co jest nadto, człeku szkodzi. 
Małeć to słówko, lecz każdy obaczy, 
Jakoć jest mądre i jak wiele znaczy. 
Nadto spoczynku moc osłabia duszy; 
Nadto hałasów, często ją ogłuszy. 
Nadto obrotów, cudze drze szkatuły; 
Nadto spokojny, gnuśny i nieczuły. 
Nadto kochania często rozum miesza; 
Nadto lekarskich proszków śmierć przyspiesza- 
Nadto subtelny dowcip oszukiwa; 
Nadto surowy pan tyranem bywa. 
Nadto skrzętności łakomstwem się zowie; 
Nadto odważni często zuchwalcowie. 
Nadto dóbr, ciężar wielki; a kto liczy 
Nadto honorów, ma stan niewolniczy. 
Nadto rozkoszy łacno w grób wprawuje; 
Nadto rozumu często rozum psuje. 
Nadto ufności w zgubę nas wprowadza;. 
Nadto otwarte serce, siebie zdradza. 
Nadto obietnic rzadko się uiści. 
Nadto kto zbiera, nigdy nie zkorzyści. 
Nadto mówiący zawsze się wygada. 
Nadto żartować z kogo, pewna zwada. 
Nadto powagi, hardości jest znakiem; 
Nadto gdyś dobry, nazwą cię prostakiem. 



— 211 - 

Nadto ulegać komu, poniżenie; 
Nadto wykwintów czynić, obrzydzenie. 

Ale to Nddto jeśli się okryśli 
Prawem rozumu, pójdą rzeczy k'myśli; 
Wszystko się dzieje źle z użycia złego, 
Wszystko zawisło czasem od niczego. 
Nie gardź tem niczem; często bowiem bywa, 
Że wiele dzikich rzeczy stąd ^vyplywa. 
Sprawa u sądu, wojna i kochanie. 
Często z nic nagiej podlega odmianie. 
Jednem nic, pierwszym u dworu kredytem 
Zaszczycon będziesz, i dam faworytem. 
Jedno nic skryte objawi przymioty. 
Jedno nic w mózgu zrobi kołowroty. 
Jednem nic czasem dostaniesz pieniędzy, 
Jednem nic z pana będziesz w ciężkiej nędzy. 
Jedno nic żądze przywodzi do skutku; 
Jedno nic gdy się lękasz, przyda smutku. 
I twój, Amorku, ogień trwać nie umie! 
Jedno go wznieci, jedno nic zatlumie. 

Pieśń ciarlafańska. Na jarmarku. 

O cuda, cuda! o śliczne cuda! 

Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 
W tej maluśkiej skrzyneczce, co ma świat obszerny 
Najciekawszego, zawarł rzemieślnik misterny. 
Tu wszystkie rzeczy nowe, a kto spojrzy na nie, 
' podziwieniem zawoła: cuda mości panie! 

O cuda, cuda! o śliczne cuda! 
Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 
*ś pierwszy dał pieniądze w zielonym kontuszu, 
wiem, czy panie Piętrze, czyli Mateuszu: 

14* 



— 212 — 

Ja nie dbam na godności, nie dbam na klejnoty 
Herbowne; to pan u mnie, co położył złoty, 

O cuda, cuda! o śliczne cuda! 

Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 
Przystąp... oto pan siedzi w złotogłowie strojny, 
Pan nie dziwak, nie hardy, miły i spokojny: 
Obok przy nim dworzanin, lecz nie wiercipięta, 
Nie zna co to pochlebstwo, co zazdrość przeklęta, 

O cuda, cuda! o śliczne cuda! 

Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 
Widzisz ten dwór wspaniały; czy liż to nie cudna, 
Że w nim nigdy nie gości fortuna obłudna? 
Nie ma tu miejsca chciwość, ni utrata marna. 
Słudzy płatni, czeladka poczciwa i karna. 

O cuda, cuda! o śliczne cuda! 

Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 
Ten zaś, co mu sobole wiszą u kołnierza. 
Pan to wielki, a długu nie ma i halerza; 
Wszyscy ekonomowie na rękę mu padli: 
Wiernie służą, jeszcze go dotąd nie okradli. 

O cuda, cuda! o śliczne cuda! 

Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 
A toż pewnie nie dziwna, że Krezus bogaty 
Nie ciśnie ubogiego, mnożąc swe intraty? 
Że w dostatkach, że w sławie, że w szczęśliwej chwili 
Pomni, czem też przodkowie jego przedtem byli. 

O cuda, cuda! o śliczne cuda! 

Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 
Jest się czemu zadziwić, gdy kto w jedne sforę 
Złączył z wielką nauką skromność i pokorę; 



— 213 — 

Kdedy ten, co na kartach dni i nocy trawi, 
Zawsze jest przy pieniądzach i dzieciom zostawi, 

O cuda, cuda! o śliczne cuda! 

Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 
Gdy ci wiemy przyjaciel zawsze równie sprzyja, 
Czy fortuna w twych progach, czyli je omija; 
I choć cię z swych faworów wyruguje mamie, 
Do serca otwartego łaskawie przygarnie. 

O cuda, cuda! o śliczne cuda! 

Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 
I to się rzadko nader trafia w ludzkim rodzie. 
Aby żona w statecznej z mężem żyła zgodzie; 
By dwa ciała składały jedną tylko duszę: 
Prawdziwie, ja sam na te dziwy krzyknąć musz(^. 

O cuda, cuda! o śliczne cuda! 

Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 
Pięknie się w domu małe wychowują dziatki, 
Nie pieszczą ich pjcowie i niebaczne matki. 
Nauczają iść cnoty niepomylnym śladem, 
A czego uczą, sami stwierdzają przykładem. 

O cuda, cuda! o śliczne cuda! 

Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 
Widziałżeś kiedy mędrka, co sam wszystko umie» 
Wszystko zna, wszystko gani, że jest przy rozumie? 
Lub takiego patrona, który broniąc sprawy, 
Popiera tylko rzeczy, a nie szarpie sławy? 

O cuda, ciida! o śliczne cuda! 

Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 
Chlubny junak, co w kącie szablą wiatry kroi^ 
Gdy go wyzwą, nie stchórzy i placu dostoi; 



214 



Krytyk spraw cudzych, a sam w niczem niezganiony; 
Sędzia ma czyste ręce od lez i mamony. 

O cuda, cuda! o śliczne cuda! 

Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 
Dama udatna, piękna, jak jutrzenka złota, 
A szwanku jej stateczna nie doznaje cnota; 
Biega młokos samopas, kędy chce, a przecie 
Nic złego o nim ludzie nie mówią na świecie. 

O cuda, cuda! o śliczne cuda! 

Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 
Pomyślne ożenienie, bez mądrej uwagi, 
Że nie czynią szczęśliwym piękność i posagi; 
Zasługa bez zazdrości, cnota bez obłudy, 
Czyliż między pierwszemi niema miejsca cudy? 

O cuda, cuda! o śliczne cuda! 

Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 
Polityk a nie szalbierz, bogacz a nie zdzierca; 
Wdzięczny za dobrodziejstwa; żołnierz nie bluźnierca; 
Szczęśliwy tak, że go nic w życiu nie zasmuci; 
Poczciwy tak, że mu nic żaden nie wyrzuci. 

O cuda, cuda! o śliczne cuda! 

Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 
Pieśń moja tak ucieszna, tak skromna, tak miła, 
By ganiąc obyczaje, osób nie ganiła; 
Gdy ją każdy pochwali, ani okiem krzywym 
Rzuciwszy na nią, rzeknie tonem uraźliwym: 

„Kto pisał, wielki musiał być duda". 

O cuda, cuda! o śliczne cuda! 
Kto ma pieniążki, niechaj je tu da. 



I 



— 216 — 

C V a m e n f . 

Na zapal oczu, a serca ślepotę 

W szkodliwą porę więzień wydobyty, 

Leżałem długo, gdzie i kruszce złote, 

W skalistych matki wnętrznościach ukryty; 

Póki bez zbytków, niewinna potrzeba 

Miewała dosyć na szukaniu chleba. 

Próżniacki murzyn znalazłszy przypadkiem, 
Dał mię swawolnym dzieciom do zabawy. 
Nie byłem w owych krajach cudem rządkiem. 
Dziki wędrownik zbójeckiemi nawy 
Przybywszy do nas, losy me odmienił: 
Panów mych wyciął, a perły ocenił. 

Ledwom zawitał do białego świata 
Pod trzema zamki z wielą innych braci. 
Długi męczennik twardego warsztata 
Nabyłem lepszej, choć mniejszej postaci. 
Kto na mnie spojrzał, każdy się sposobił, 
Jeden by ukradł, drugi by zarobił. 

Pan mój w nadmorskiem handlujący mieście, 
Gades je nazwał dziejopisca stary, — 
Przedał Holendrom za dukatów dwieście; 
Ale ci drożej biorąc .za towary. 
Zdarli Francuza; jak to zawsze bywa: 
Jeden drugiego bliźni oszukiwa. 

Przemyślny Francuz użył lepszej rady. 
Mało na świecie naga waży cnota: 
Kształtnie do złotej wprawił mię osady. 
Trzykroć mą cenę podniosła robota. 
Nie jeden w kramie o mnie się powadził: 
Polak mię kupił, bo wszystkich przesadził. 



— 216 — 

Nie mógł się jednak długo ze mną bawić; 
By się za fraszki kupione opłacił, 
Musiał mię z Hagi żydowi zastawić, 
Co się szachrajstwem w Paryżu bogacił. 
Ciężkiem go prawem dłużnicy gonili: 
Jam swą niewolą wyrwał go z Bastyli. 

Połowny Icyk (boć to nie nowina 
Tracić zastawę, kto z terminu zboczył) 
Przedał mię z zyskiem w ręce Ormianina: 
U tegom w górę w sześcioro podskoczył. 
Byłem tam owdzie drogo taksowany; 
Wszedłem do Lwowa nieoszacowany. 

Nie tyle razy faworyt we dworze, 
Ni się przyjaciel odmienia kupiony, 
Nie tyle gładka kokietka w humorze, 
Nie tyle kruszec w Prusach przetopiony, 
Wielem na różnych palcach ja połyskał. 
Czasem mój dawca stracił, czasem zyskał. 

Nie masz na świecie, jak Polska korona, 
Gdzieby tak wiele dary mocy miały. 
Jam dawał liznąć prałatom symona, 
Jam zrywał sejmy, burzył trybunały, 
A z jednej ręki przechodząc na drugą, 
Cudam wyrabiał przedajną usługą. 

Bfaskiem mym tknięty, mownie patron szczekał, 

Choć sprawa była w prawdę nie obfita. 

Jam w szersze gorsy panienki przewlekał, 

I potajemne wydawał sancyta. 

Kto mię darował, był pewny wygranej; 

Jam Judasz został kanonizowany. 



- 217 — 

Błądząc po różnych ludziach, jak po lesie, 
Trafiłem, wstyd i mówić na ostatek: 
Gaszek mię jeden oddal twej metresie 
Na długich potem miłości zadatek. 
A ta na starość zostawszy dewotką, 
Przecież mą dolę uczyniła słodką. 

Ojciec Gaudenty, który mądrze radził, 
By jej zbawienie otrzymała dusza, 
W złoty mię wieniec misternie osadził 
Na skroń świętego Dezyderyusza. 
Lecz i tu, widzę, niedługie me byty: 
Puszczono gołe święte Jezuity. 

Fłreyk. 

Fircyk grzeczny kawaler, każdy mi powiada. 

Znam go: je smacznie, pije dobrze, wiele gada. 

A na czemże ta grzeczność Fircyka zależy? 

Gzy że mu dziwnym kształtem fryzura się jeży. 

Czy że jakiś wygwiżdże włoski kancik kusy, 

Czy że winnemi pachnie cały spirytusy? 

Na piętach się wykręca, lata jak sparzony. 

Udając Arlekina z lisiemi ogony: 

Czy że się rozwaliwszy grądal na kanapie, 

W przytomności zacniejszych jako wielbłąd sapie? 

Czy że swą przed zwierciadłem piękność rozpościera, 

Cukrowe kartki pisze, i sam je odbiera? 

Czy że się w modne suknie coraz stroi ładnie 

Gładko gra w maryasza, gładziej karty kradnie; 

Bluzga co ślina niesie, nie ma w gębie tamy, 

Gorsząc młodzież niewinną i uczciwe damy? 

Czy że z wielkim rękawem, z huczną miną chodzi, 

Przymawia i przeprasza, łże i ludzi zwodzi; 



— 218 — 

Bierze wszystko na kredyt, a gdy mu dopiecze 
Pan dłużnik, incognito z miasta gdzieś ucieeze? 
Czy że się sam powozi, lub gdy zima stanie 
Trzaska biczem misternie, usiadłszy na sanie? 
A kiedy Fircyk grzecznym kawalerem lakiem. 
Któż będzie sowizdrzałem, głupcem i prosiakiem ^ 





IGNACY KRASICKD 



(ur. 1735 t 1801). 



*-*-* 



ZE^ SATYR. 



Pijaństwo. 

Skąd idziesz? — Ledwo chodzę. — Slabyś? — I jak jeszcze: 
Wszak wiesz, że się ja nigdy zbytecznie nie pieszczę; 



*) Przy układaniu , Ksiąg humoru polskiego' starałem się, o ile mo- 
żności, dawać utwory mniej znane szerszemu ogółowi. Z tej też przyczyny 
i utwory Krasickiego nie zajmą w , Księgach" tyle miejsca, ileby im się na- 
leżało. Pominąć ich nie można, lecz chcąc w , Księgach' pomieścić wszystko, 
co ks. biskup warmiński okrasił swoim niepospolitym humorem, trzebaby 



— 220 — 

Ale mi zbyt dokucza ból głowy okrutny. 

— Pewnieś wczoraj byl wesół? dlategoć dziś smutny. 
Przejdzie ból, — Powiedzże mi, proszę, jak to było? 
Po smacznym, mówią, kąsku, i wodę pić milo, 

— Oj nie milo mój bracie! bogdaj z tem przysłowiem 
Przepadł, co go wymyślił! Jak było, opowiem. 

Upiłem się onegdaj dla imienin żony. 
Nie żal mi tego było. Dzień ten obcłiodzony 
Musiał być uroczyście. Dobrego sąsiada 
Nie źle czasem podpoić, jejmość była rada, 
Wina mieliśmy dosyć, a że dobre było, 
Cieszyliśmy się pięknie, i nie źle się piło. 
Trwała uczta do świtu. W południe się budzę. 
Cięży głowa jak ołów, krztuszę się i nudzę; 
Jejmość radzi herbatę, lecz to trunek mdlący. 
Jakoś koło apteczki przeszedłem niechcący, 
Anyżek mnie zaleciał: trochę nie zawadzi... 
Napiłem się więc trochę, może mi poradzi. 
Nudno przecie, ja znowu; już mi raźniej było. 
Wtem dwóch z uczty wczorajszej kompanów przybyło. 
Jakże nie poczęstować, gdy kto w dom przychodzi? 
Jak częstować, a nie pić? i to się nie godzi. 
Więc ja znowu do wódki, wypiłem niechcący 
Ontne łrinum perfectum, bo trunek gorący 
Dobry jest na żołądek. Jakoż w punkcie zdrowy, 
Ustały i nudności, ustał i ból głowy. 
Zdrów i wesół wycliodzę z moimi kompany, 
Wtem obiad zastaliśmy już przygotowany. 



na to cały tom , Ksiąg" poświęcić. Dzieła Krasickiego zaś aa tak powme- 
chnie znane, że przedrukowi takiemu zapewne czytelnicy „Ksią^* nie byliby 
radzi. Po co np. przedrukowywać bajki, które każdy zna, a wielu nmie flł 
pamięć ? Zresztą łatwość zapoznania się z utworami Krasickiego jest bardzo 
wielka, bo pięciotomowe krakowskie wydanie dzieł jego kosztuje w handln 
księgarskim 1 złr. 50 et. (1 rs. 50 kop.). 



^ -Ł 



- 221 - 

Siadamy. Chwali trzeźwość pan Jędrzej, my za nim. 

Bogdaj to wstrzemięźliwość! pijatykę ganim; 

A tymczasem butelka nietykana stoi. 

Pan Wojciech, co się bardzo niestrawności boi, 

Po szynce, cośmy jedli, trochę wina radzi: 

Kieliszek jeden, drugi, zdrowiu nie zawadzi, 

A zwłaszcza kiedy wino wytrawione, czyste. 

Przystajem na takowe prawdy oczywiste. 

Idą zatem dyskursa tonem statystycznym, 

O miłości Ojczyzny, o dobru publicznym, 

O wspaniałych projektach, mężnym animuszu; 

Kopiem góry dla srebra i złota w Olkuszu, 

Odbieramy Inflanty, i państwa Multańskie, 

Liczymy owe sumy neapolitańskie, 

Reformujemy państwo, wojny nowe zwodzim, 

Tych bijem wstępnym bojem, z tamtymi się godzim; 

A butelka nieznacznie jakoś się wysusza. 

Przyszła druga; a gdy nas żarliwość porusza, 

Pełni pociech, że wszyscy przeciwnicy legli, 

Trzeciej, czwartej i piątej aniśniy postrzegli. 

Poszła szósta i siódma, za niemi dziesiąta. 

Naówczas, gdy nas miłość ojczyzny zaprząta, 

Pan Jędrzej przypomniawszy żorawińskie klęski. 

Nuż w płacz nad królem Janem. — Król Jan był zwycięzki, 

Krzyczy Wojciech. — Nie prawda! — a pan Jędrzej płacze. 

Ja, gdy ich chcę pogodzić, i rzeczy tłumaczę, 

Pan Wojciech mi przymówił: — „Słyszysz waść**, mi rzecze. 

— Jakto waść? nauczę cię rozumu, człowiecze! 

On do mnie, ja do niego: rwiemy się zajadli, 

Trzyma Jędrzej, na wrzaski służący przypadli. 

Nie wiem, jak tam skończyli zwadę nasze wielką, 

Ale to wiem i czuję, żem wziął w łeb butelką. 

Bogdaj w piekło przepadło obrzydłe pijaństwo! 

Cóż w niem? tylko niezdrowie, zwady, grubijaństwo, 



— 222 - 

Oto profit: nudności, i guzy, i plastry. 
— Dobrze mówisz, podlej to zabawa hałastry: 
Brzydzi się niem człek prawy, jako rzeczą sprośną; 
Z niego zwady, obmowy nieprzystojne rosną; 
Pamięć się przez nie traci, rozumu użycie, 
Zdrowie się nadweręża i utracą życie. 

Patrz na człeka, którego ujęła moc trunku, 
(człowiekiem jest z pozoru, lecz w zwierząt gatunku 
Godzien się mieścić, kiedy rozsądek zaleje, 
I w kontr naturze postać bydlęcą przywdzieje. 
Jeźli niebios zdarzenie wino ludziom dało, 
Na to, aby użyciem swojem orzeźwiało, 
Użycie darów bożych powinno być w mierze. 
Zawstydza pijanicę nierozumne zwierze; 
Potępiają bydlęta niewstrzymałość naszą: 
Trunkiem, według potrzeby, gdy pragnienie gaszą. 
Nie biorą nad potrzebę. Człek, co niemi gardzi, 
Gorszy od nich gdy działa, podlejszy tem bardziej. 

Mniejsza guzy i plastry, to zapłata zbrodni. 
Większej kary, obelgi, takowi są godni, 
C40 w dzikiem zaślepieniu występni i zdrożni, 
Rozum, który człowieka od bydlęcia różni, 
Śmią, za lada przyczyną, przytępiać lub tracić, 
Jakiż zysk taką szkodę potrafi zapłacić? 
Jaka korzyść tak wielką utratę nagrodzi? 
Zła to radość, mój bracie! po której żal chodzi. 
Ci, co się na takowe nie udają zbytki, 
Patrz, jakie swej trzeźwości odnoszą pożytki: 
Zdrowie czerstwe, myśl u nich wesoła i wolna. 
Moc i raźność niezwykła i do pracy zdolna, 
Majętność w dobrym stanie, gospodarstwo rządne, 
Dostatek na wydatki potrzebne, rozsądne. 
Te są wstrzemięźliwości zaszczyty, pobudki — 
Te sfj, Bądź zdrów. — Gdzie idziesz? — Napiję się wód 



— 223 ~ 

Żona modna. 

A ponieważ dostałeś, coś tak drogo cenił, 
Winszuję, panie Piętrze, żeś się już ożenił. 

— Bóg zapiać. — Cóż to znaczy? ozięble dziękujesz, 
Alboż to szczęścia twego jeszcze nie pojmujesz? 
Czylić się już sprzykrzyły małżeńskie ogniwa? 

— Nie ze wszystkiem: luboć to zazwyczaj tak bywa, 
Pierwsze czasy cukrowe. — Toś pewnie w goryczy? 

— Jeszczeć. — Bracie trzymaj więc, coś dostał w zdobyczy, 
Trzymaj skromnie, cierpliwie: a milcz tak, jak drudzy, 
Coto swoich małżonek uniżeni słudzy, 

Z tytułu icłimościowie, dla oka dobrani, 
A jejmość tylko w domu rządczyni i pani. 
Pewnie może i twoja? — Ma talenta śliczne, 
Wziąłem po niej w posagu cztery wsie dziedziczne. 
Piękna, grzeczna, rozumna. — Tem lepiej. — Tem gorzej. 
Wszystko to na złe wyszło, i zgubi mnie sporzej. 
Piękność, talent, wielkie są zaszczyty niewieście; 
Cóż po tem, kiedy była wychowana w mieście. — 

— Alboż to miasto psuje? — A któż wątpić może! 
Bodaj, to żonka ze wsi! — Az miasta? — Broń Boże! 

Źlem tuszył, skórom moją pierwszy raz obaczył; 
Ale, żem to, com postrzegł, na dobre tłumaczył, 
Wdawszy się już, a nie chcąc dla damy ohydy... 
Wiejski Tyrsys wzdychałem do mojej Fillidy. 
Dziwne były jej gęsta i misterne wdzięki: 
A nim przyszło do ślubu i dania mi ręki, 
^~liśmy drogą romansów; a czym się uśmiechał, 

•ym się skarżył, czy milczał, czy mówił, czy wzdychał; 

idziałem, żem niedobrze udawał aktora. 

)dną Fillis gardziła sercem domatora. 

la byłbym nią wzgardził; ale punkt honoru, 

czego mi najbardziej żal, ponęta zbioru; 



— 224 — 

Owe wioski, co z memi graniczą, dziedziczne, | 

Te mnie zwiodły, wprawiły w te okowy śliczne. i 

Przyszło do intercyzy. Punkt pierwszy, że w mieście 
Jejmość przy doskonalej francuskiej niewieście, 
Co lepiej, bo Francuzka, potrafi ratować, 1 

Będzie mieszkać, ileh'oć trafi się chorować. 
Punkt drugi: chociaż zdrowa czas na wsi przesiedzi, 
Co zima jednak miasto stołeczne odwiedzi. 
Punkt trzeci: będzie miała swój ekwipaż własny. 
Punkt czwarty: dom się najmie w^ygodny, nie ciasny. 
To jest: apartamenta paradne dla gości. 
Jeden z tyłu dla męża, z przodu dla jejmości. 
Punkt piąty: a broń Boże! Zląkłem się. — A czego? 

— Trafia się, rzekli krewni, że z zdania spóbiego, 
Albo się węzeł przerwie, albo się rozłączy. 

— Jaki węzeł? — Małżeński. — Rzekłem: ten śmierć kończy. 
Rozśmieli się z wieśniackiej przytomni prostoty. 
I tak płacąc wolnością niewczesne zaloty. 
Po zwyczajnych obrządkach, rzecz poprzedzających, 
Jestem wpisany w bractwo braci żałujących. 

Wyjeżdżamy do domu. Jejmość w złych humorach. 

— Gzem pojedziem? — Karetą. — A nie na resorach? 
Dalejż ja po resory. Szczęściem kasztelanie. 
Co karetę angielską sprowadził z zagranic, 
Zgrał się co do szeląga. Kupiłem. Czas siadać. 
Jejmość słaba. Więc podróż musimy odkładać. 
Zdrowsza jejmość, zajeżdża angielska kareta. 
Siada jejmość, a przy niej suczka faworyta; 
Kładą skrzynki, skrzyneczki, woreczki i paczki. 
Te od wódek pachnących, tamte od tabaczki, 
Niosą pudło kornetów, jakiś kosz na fanty, 
W jednej klatce kanarek, co śpiewa kuranty, 
W drugiej sroka, dla ptaków jedzenie w garnuszku. 
Dalej kotka z kocięty, i mysz na łańcuszku. 



226 



Chcę siadać, nie masz miejsca; żeby nie zwlec drogi, 
Wziąłem klatkę pod pachę, a suczkę na nogi. 
Wyjeżdżamy szczęśliwie, jejmość siedzi smutna. — 
Ja milczę, sroka tylko wrzeszczy rezolutna. 
Przerwała jejmość myśli: — Masz waćpan kucharza? 

— Mam moje serce. — A pfe; koncept z kalendarza: 
Moje serce! proszę się tych prostactw oduczyć. — 
Zamilkłem, trudno mówić, a dopieroż mruczyć. 
Więc milczę. Jejmość znowu o kucharza pyta: 

— Mam mościa dobrodziejko. — Masz wacpan stangryta? 

— Wszak nas wiezie. — To furman. Trzeba od parady 
Mieć inszego. Kucharza dla jakiej sąsiady 

Możesz wacpan ustąpić. — Dobry. — Zkąd? — Poddany. 

— To musi być zapewne nieoszacowany. 
Musi dobrze przypiekać recuszki, łazanki, 
Do gustu pani wojskiej, panny podstolanki. 
Ustąp go wacpan, przyjmą pana Matyasza, 
Może go i ksiądz pleban użyć do kiermasza. 
A pasztetnik? — Umiałci i pasztety robić. 

— Wierz mi wacpan, jeżeli mamy się sposobić 
Do uczciwego życia, weźże ludzi zgodnych, 
Kucharzy cudzoziemców, pasztetników modnych; 
Trzeba i cukiernika. Serwis zwierciadlany, 
Masz wacpan i figurki piękne z porcelany? 

— Nie mam. — Jak to być może? ale już rozumiem, 
I lubo jeszcze trybu wiejskiego nie umiem, 
Domyślam się. Na wety zastawiają pułki. 

Tam w pięknych piramidach krajanki, gomółki. 
Tatarskie ziele w cukrze, imbier chiński w miodzie: 
Zaś ku większej pociesze razem i wygodzie, 
W ładunkach bibułowych kmin kandyzowany, 
A na wierzchu toruński piernik pozłacany. 
Szkoda mówić, to pięknie, wybornie i grzecznie, 
Ale wybacz mi wacpan, że się stawię sprzecznie: 

Miʫ NuiKMa minEflO. t. u. 15 



— 226 — 

Jam niegodna tych parad, takiej wspaniałości. — 
Zmilczałem, wolno było żartować jcgmości. 
Wjeżdżamy już we wrota, spojrzała z karety: 

— A pfe mospanie! parkan, czemu nie sztachety? — 
Wysiadła, a z nią suczka, i kotka i myszka; 
Odepchnęła starego szafarza Franciszka. 

Łzy mu w oczach stanęły, jam westchnął. W drzwi wchodzi. 

— To nasz ksiądz pleban. — Kłaniam. — Zmarszczył się do- 

[brodziej. 

— Gdzie sala? — Tu jadamy. — Kto widział tak jadać! 
Mała izba, czterdziestu nie może tu siadać. — 

Aż się wzdrygnął Franciszek, skoro to wyrzekła, 
A klucznića natychmiast ze strachu uciekła. 
Jam został. Idziem dalej; tu pokój sypialny. 

— A pokój do bawienia? — Tam gdzie i jadalny. 

— To być nigdy nie może gabinet? — Dalej, 

Ten będzie dla wacpani, a tu będziem spali. 

— Spali? proszę, mospanie, do swoich pokojów. 
Ja muszę mieć osobne od spania, od strojów, 
Od książek, od muzyki, od zabaw prywatnych, 
Dla panien pokojowych, dla służebnic płatnych. 
A ogród? — Są kwatery z bukszpanu, ligustru. 

— Wyrzucić; nie potrzeba przydatniego lustru. 
To niemczyzna. Niech będą z cyprysów gaiki, 
Mruczące po kamykach gdzieniegdzie strumyki. 
Tu kiosk, a tu meczecik, holenderskie wanny. 
Tu domek pustelnika, tam kościół Dyanny; 
Wszystko jak od niechcenia, jakby od igraszki, 
Belwederek maleńki, klateczki na ptaszki. 

A tu słowik miłośnie szczebioce do ucha, 
Synogarlica jęczy, a gołąbek grucha; 
A ja sobie rozmyślam pomiędzy cyprysy. 
Nad nieszczęściem Pameli albo Heloisy... - 



— 227 — 

Uciekłem, jak się jejmość rozpoczęła zżymać. 
Już też więcej nie mogłem tych bajek ¥ry trzy mać, 
Uciekłem. Jejmość w rządy: pełno w domu wiza wy, 
Trzy sztafety w tygodniu poszło do Warszawy; 
W dwa tygodnie już domu i poznać nie można. 
Jejmość w planty obfita, a w dziełach przemożna, 
Z stołowej izby balki wyrzuciwszy stare, 
Dała sufit, a na' nim Wenery ofiarę. 
Już alkowa złocona w sypialnym pokoju, 
Gipsem wymarmurzony gabinet od stroju. 
Poszły słojki z apteczki, poszły konfitury, 
A nowem dziełem kunsztu i architektury, 
Z półek szafy mahoni, w nich książek bez liku, 
A wszystkie po francuzku, globus na stoliku. 
Buduar śklni się złotem, pełno porcelany. 
Stoliki marmurowe, zwierciadlane ściany. 
Zgoła przeszedł mój domek warszawskie pałace, 
A ja w kącie nieborak, jak płacę, tak płacę. 

To mniejsza, lecz gdy hurmem zjechali się j^oście. 
Wykwintne kawalery, i modne jejmoście, 
Bal, maski, trąby, kotły, gromadna muzyka: 
Pan szambelan za zdrowie jejmości wykrzyka. 
Pan adjutant wypija moje stare wino. 
A jejmość w kącie siedząc z panią starościną, 
Kiedy się ja uwijam jako jaki sługa. 
Coraz na mnie pogląda, śmieje się i mruga. 

Po wieczerzy fajerwerk, goście patrzą z sali. 
Wpadł szmermel między gumna, stodoła się pali. 
Ja wybiegam, ja gaszę, ratuję i płaczę, 
A tu brzmią coraz głośniej na wiwat trębaczp. 
Powracam zmordowany od pogorzeliska: 
Nowe żarty, przymówki, nowe pośmiewiska. 
Siedzą goście, a coraz więcej ich przybywa. 
Przekładam zbytni expens: jejmość zapalczywa, 

15* 



— 228 — , 

Z swojemi czterma wsiami odzywa się dwornie. 

— I osiem nie wystarczy, przekładam pokornie. 

— To się wróćmy do miasta. — Zezwoliłem, jedziem, 
Już tu od kilku niedziel zbytkujem i siedziem. 
Już... ale dobrze mi tak, choć frasunek bodzie: 

Cóż mam czynić? próżny żal, jak mówią, po szkodzie. 



Klatki. 

Zgodzić przeciwne rzeczy, cud, mówią, w naturze, 
Wierzę, ale nie u nas. W każdej konjunkturze 
My mamy coś nad innych. Rzadkim przywilejem 
Obdarzeni, gdy inni plączą, my się śmiejem; 
Więc gdzie się drudzy śmieją, my płakać gotowi. 
Ten przywilej, czy sławę, czy hańbę stanowi, 
Nie moja rzecz objawiać; a choćbym objawił. 
Któżby wierzył? więc nad tem nie będę się bawił. 
Lecz coraz nowe czyniąc do satyr zaciągi. 
Na widok, dla ciekawych, stawię dziwolągi. 
Cóżto są za straszydła? cóżto za ród przecie? 
Rzadki, i oprócz naszych, cud prawie na świecie. 

Panie Pawle! wchodź waszeć: patrzcie jak się dąsa. 
Grozi, ręce zaciera, tylko co nie kąsa; 

Rwie się. — Trzymać go. — Puścić. — Aż nasz Paweł luby; 
A cośmy się od niego spodziewali zguby. 
Bądźmy teraz bezpieczni, pan Paweł nas kocha. 
Zkądże takowa dobroć? odmiana tak płocha? 
Skryjmy się. Patrzcież teraz, jakie miny stroi. 
Niechże się kto z nas wyda, że się śmiałka boi, 
Zaraz męstwo przypadnie, jakby na powodzie. 
Lubią sławę takowi, ale nie o szkodzie. 
Wróć waszeć, panie Pawle, a strasz, gdzie się uda, 
— Cóżto za widok nowy? i jakieżto cuda? 



— 229 — 

Idzie Piotr, albo raczej wspaniale się toczy. 

Do nóg, do nóg, na pana nie podnoście oczy, 

To pan jaśnie wielmożny, jaśnie oświecony. 

To pan z panów; u niego mitry i korony. 

Berła, laski, infuły, klucze i pieczęci. 

Inwentarskie narzędzia. Przesławnej pamięci 

Dziady jego, pradziady, siedzieli w senacie. 

Upadam do nóg pana. — Kłaniam panie bracie. 

Pójdźmy ztąd. Lecz ktoś, widzę, do pana przychodzi, 

A to co? pada do nóg jegomość dobrodziej, 

Pokorny. Któżto sprawił ten cud zbyt widoczny? 

Jest to jaśnie wielmożny sędzia tegoroczny. 

Pan ma sprawę. Rozumiem. — A w tym gabinecie. 

Kto to pisze? — To rachmistrz największy na świecie: 

On wszystko skalkulował, gospodarz nie lada. 

Nowe planty wymyśla, rachuje, układa. 

Więc bogacz? — Więc ubogi. — Jakto? Patrz, co pisze, 

Milion. — To skarb. — To dług. On i towarzysze. 

Nie chcąc na miernym zysku przestawać dość sytnie, 

Nic nie mają. — Dlaczego? — Bo pragną mieć sibytnie. 

Ten święty pacierz szepcze, i w dół spuścił oczy. 
Połóżno tylko worek, wnet on tu przyskoczy. 
Fundusz zrobił. — To dzieło bliźniemu usłużne. 

— Ale ukradł trzy części, czwartą dał w jałmuiint*. 
Zamknijmy go na haczyk, bo i nas okradnie. 

Jużci ten siedzi, widzę, spokojnie, przykładnie. 
Góżto jest za jegomość? — To sławny juiysta. 

— Czy nie z tych, co to z pewnych wybiegów korzysta? 
Co to kradną z Pandektów. — On z nich nic nie kradnie. 

— Dlaczego? — Bo ich nie zna: bierze, co napaflnie. 
Ale bierze po prostu. Krzyczy poza kraty, 
Najsławniejszy on w sądzie na prejudykaty, 

Na biało sto, na czarno gotów tyle dwoje. 

— Schowajże go do klatki, bo ja się go boję. 



— 230 — 

A tego jeszcze bardziej; cóż to za wspaniałość? 
Jest to mędrzec, co posiadł wszystkę doskonałość; 
On poprawia, w czem 'dawne pobłądziły wiekL 
Zkądże jemu ta biegłość? — Od gminu daleki, 
Nie będzie z nami gadał. — Niechże i nie gada. 
Ale któż z niego mądrość tak wielką wybada? — 
Nikt. — Pewnie skryty. — Jawny. — Jakże to? — Opowiem: 
Naprzód trzeba o mędrcach to wiedzieć, albowiem 
Nie tacy oni prości, jacy dawni byli. 
Co skarbnice nauki wszystkim otworzyli; 
Nasi kryją, a w ścisłym rzecz trzymając karbie, 
Nic nie dają. — Dlaczegóż? — Bo nie masz nic w skarbie. 
A to kto? — To człek wielki. — Pewnie bitwy zwodził? 

— Nie. — Pewnie wielu zawziętych pogodził? 
Nie. — Pewnie nędznym w przygodzie usłużył? 
Nie. — Pewnie w pismach wiele pracy użył? 
Nie. — Pewnie skarby dla kraju wydostał? 

— Dał na druk, i w przemowie wielkim człekiem został. 

A ten zaś? — To jest autor. — O czem pis^? — O lem, 
Jakto się trzeba rządzić. — Cóż się stało potem? 

— Oto, aby się swemu krajowi przysłużył, 
Pisał o gospodarstwie, a sam się zadłużył: 
Dobrze mu tak, trzeba tych ichmościów oduczyć. 

Ten nic prawa nie umiał, a chciał się go uczyć; 
Więc aby skarb nauki dla siebie wydostał, 
Znalazł sposób. — A jaki? — Oto sędzią został. 

Ten nic nie miał, a dobra za milion kupił. 
Pewnie znalazł pieniądze? — Nie znalazł. — Więc złupił? 

— Nie łupił. — Pewnie okradł. — Nie okradł. — Zfrymarczyl? 
I to nie. — Jakże kupnu takiemu wystarczył? 

— Ugodził się z dziedzicem, co już prawie żebrał. 

— A to jak? — Ten nic nie dał, tamten nie odebrał. 

Ten zbyt kochał ojczyznę. — Statuę wystawić 
Godzienby, gdyby zbytek w dobrem można sławić. 



— 231 — 

Służył ojczyźnie prawie calem swojem życiem; 
A chcąc się plennych darów podsycić użyciem, 
Wiedząc, że pani dobra, ale mniej ostrożna, 
Kochał ją, a kradł lak dobrze, jak tylko kraść można. 

— Alboż kocha, kto kradnie? — Pytaj jegomości; 
Insi kradli dla zysku, on ją kradł z miłoścy 
Brał, bo szacowne dary, gdy kochamy dawcę; 
Brał, bo wiedział, że względy ma na prawodawcę; 
Brał dlatego, ażeby mniej godni nie brali; 

Brał, aby się do usług drudzy zachęcali; 
Brał, bo to honor pana, gdy sługa bogaty: 
Brał, bo daje. — Wiedziałże, jakie jej intraty? 

— Jużci wiedział, kiedy kradł. — Mało klatka za to. 

Ci dalsi słuszną teraz cieszą się zapłatą. 
Którzyż to? — Słyszysz dalej, jak pełno hałasu? 
Bądź zdrów. Klatek aż nadto, a ja nie mam czasu. 



Małżeństwo. 

Chcesz się żenić, winszuję, ale nie zazdroszczę, 

To więc, co potem poznasz, o co cię dziś troszczę. 

Ja opowiem. Ów Adam, ów najpierwszy człowiek. 

Zasnął: gdy się obudził, za otwarciem powiek, 

Postrzegł... — Co? — Oto Ewę, dobro nieskończona 

Bóg wyjął mu kość z boku, i zrobił z niej żonę. 

Gdyby ć to tak i teraz; próżne korowodów 

Byłyby nasze stadła, a ztąd mniej rozwodów. 

Ale się świat zestarzał: Adamowe wnuki. 

Porzuciwszy dziadowskie poczciwe nauki. 

Niby to rozumniejsi, źli męże, złe żony, 

A nasz wiek ośmnasty, niby oświecony, 

A w samej rzeczy głupi, cóż zrobił? — złe stadła: 

Jegomość nadto dobry, jejmość zbyt rozjadła. 



I 



— 232 — 

A kiedy jejmość dobra, jegomość jak jędza- 

Jak ma być dobre pasmo, gdy zepsuta przędza! 

C6Ź więc jest stan małżeński? rzecz w opisie trudna. 

Rzecz z jednej strony wdzięczna, z drugiej strony nudna, i| 

Konieczna jednak: muszą być żony i męże; 

Jarzmo jest: tych zysk, miłość tamtych kiedy sprzęże. 

Muszą dźwigać. Chcesz i ty? odwaga nielada. i 

Ale że dosyć Uczna kompanów gromada. 

Idziesz śmiało. Poczekaj: nie będę ja bawił. 

Kto wie, może dla ciebie los się ułaskawiła 

Może za nader szczęsną wyroków spuścizną, 

Będzie tobie lekarstwem, co drugim trucizną, 

Możeś jeden z tysiąca, ale liczbę zmniejszt^\ 

Choćby też i fałszywe, niech będą grzeczniejsze 

Wyrazy mojej rady; szanujmy płeć piękną. 

Jakaż jest twoja Filis? — Niech wszystkie uklękną. 

— Toś amant: siądź więc na koń, a ujuw^zy pikę. 

Nowy Roland głoś światu twoje Angielikc. 

Ścinaj karły, olbrzymy, smoki, czarownice, 

Niech zna każdy, nad twoje iż oblubienicę 

Piękniejszej w świecie nie masz. Tak romanse każą^ 

Ale nie rozum zdrowy. Ten pod swoją .<trażą, 

Jeśli chcesz, by cię trzymał, posłuchaj co radzi: 

Uwaga w każdem dziele nigdy nie zawadzi, 

Więc zdatna i w miłości. Namyśl się, mój bracie, 

Lepsza przykrość przed stratą' niźli żal po stracie. 

Piękne twojej powaby, lecz to zwierzchne wdzięki: 
To, co wewnątrz, istotne; więc dobrej poręki 
Trzeba na to, co wewnątrz. Wdzięczna, ho^.a, ładna, 
Ale mylą pozory, a piękna płeć zdradna. 
Przejdzie rozkosz, nastąpi sytość po użydu, 
Znikną wdzięki, a w dalszem natenczas pożyciu, 
Jeśli węzły wzajemne nie wzmocni szacunek. 
Nastąpi umartwienie, nudność i frasunek* 



— 233 - 

Dopieroż kiedy jejmość, coć się w serce wkradła, 

Stanie się podejrzliwa i przykra i zjadła; 

Kiedy się codzień z nowym humorem popisze, 

I coraz inne w domu ujrzysz towarzysze; 

Kiedy w zwięzłych przymówkach do serca przegryzie, 

A to, co ci przyniosła w swojej intercyzie, 

Stokroć na dzień wymówi: — odpowiedzieć trudno, 

Bić niegrzecznie, zamilczeć i przykro i nudno. 

O święty Sokratesie! tak cię Erazm mienił, 
Nie byłbyś nigdy świętym, gdybyś się nie żenił: 
Zyskałeś uwielbienie, zyskał świątobliwość; 
.Któż cię świętym uczynił? małżeńska cierpliwość. 
Dajmy jednak, iż twoja nie w Ksantypek rzędzie. 
Dobra, cicha, powolna, wstrzemięźliwa będzie; 
Pokorna jak dewotka, wstydliwa jak mniszka, 
Jednem słowem jak owa w teatrach Agnićszka. 
A wiesz, co się z Agnieszki oblubieńcem stało? 
Wielu się na pozorach płonnych oszukało: 
O Amolfy nie trudno. Aleś ty szczęśliwy. 
Wierzę,, że twojej pozór szczery i prawdziwy. 
Dobry towar, a ja go choćbym mógł, nie kupię. 
Wiesz dlaczego? Agnieszki kiedy nie zle, głupie. 

— Tem lepiej. — Owszem gorzej: długo taki błądzi, 
Który głupstwo przymiotem dla żony być sądzi. 
Najlepiej środek obrać: dumne animuszem. 
Umieją mądre komet czynić kapeluszem. 

Niech będzie oświecona, rozum nie zawadzi, 
Ale rozum powolny, co powinność radzi; 
Rozum, co zna podległość: może to niegrzecznie, 
Przecież żony podległe muszą być koniecznie. 

— To się lepiej nie żenić. — Czyż kupiec frymarczyć 
Nie powinien dlatego, gdy zysk wydostarczyć 

W jednym handlu nie może? W innym zysku szuka. 
Złe stadło, nieszczęśliwe, dla drugich nauka, 



- 234 — 

Zła małżonka: treść nędzy, lecz kiedy poczciwa, 
W dwójnasób szczęścia, pociech natenczas przybywa. 
Jedno słowo, los życia; nieznośny po stracie, 
Najszczęśliwszy gdy z zyskiem. Żeńże się mój bracie. 



II. 
Z LISTÓW. 



Podróż pańska. 

(Do ksicoia Stanisława Poniatowskiego). 

A naprzód, mości książę! trzeba o tem wiedzieć. 

Że jeźli dobrze jeździć, lepiej w domu siedzieć. 

Lepiej z władzy udzielnej korzystać choć w kącie, 

Niżli peregrynować w cudzym horyzoncie, 

I trudzić się niewczasem, żeby ludzi poznać. 

Chcesz, czem są, czem być mogą, rozeznać i doznać. 

Znajdziesz to i u siebie: wszędzie lud jest ludem. 

A jeźli w tłoku szczęściem, albo raczej cudem 

Znajdziesz, co wart szukania, znajdziesz bez podróży: 

Lepiej hazard częstokroć, niż praca usłuży. 

Chcesz odkryć, jak złość w kunszta przemożna i płodna, 

Jak cnotliwym dotkliwa, filutom wygodna. 

Jak zuchwała otwarcie, zdradna pokryjomu; 

Na co jeździć daleko? powróć się do domu. 

Znajdziesz to, czego szukasz, i w prawą i w lewą. 

A jak wieczystem trwaniem wybujałe drzewo. 

Ćmi krzaki i zagłusza, coby owoc niosły. 

Tak złość cnocie zdradnemi uwłacza rzemiosły. 

Nie szpećmy własne gniazdo: równie złe umysły 

Nad brzegami Sekwany, Tamizy i Wisły. 



— 235 — 

Wszędzie rzadka jest cnota. Gdzie częstsza nieprawość? 
Na co szperać, mój książę? zbytnia to ciekawość. 

Wróćmy się do podróży. Wyjeżdżasz, rozumiem, 
I diociaż wieszczym duchem zgadywać nie umiem, 
Pewnie jedziesz, ton dobry kędy jeździć każe: 
Zagęściły gościńce polskie ekwipaże. 
Pewnieś chory, dla wody; a że Karlsbad blisko, 
Zaciągnąłeś takowej słabości nazwisko, 
Go do Spa zaprowadza. Kazały doktory, 
Raźny, hoży, rumiany, a z tern wszystkiem chory. 
Ażeby zdatną czerstwość sprowadził z zagranic, 
Spieszy pędem niezwykłym do wód kasztelanie. 
Już trzykroć się kurował i trzy wioski stracił. 
Cóż po wioskach bez zdrowia? choć drogo zapłacił. 
Więcej zyskał? — cóż przecie? — nie do wód on spieszył. 
Trzy tylko szklanki wypił, ale się ucieszył, 
Ale mód nowych nawiózł, z książęty się poznał, 
Ale wdzięcznych korzyści i awantur doznał; 
Ale księżnom, księżniczkom głowy poza wracał. 
Trzy banki złota wygrał, stoły powywracał. 
Złoto w zdobycz, Niemiec w płacz, co nad bankiem siedział, 
A cały rodzaj ludzki wtenczas się dowiedział, 
Co to jest polski rezon. Spazmów i waporów, 
Nie uleczyły wody, trzeba do doktorów. 
Grdzież doktory? w Paryżu — gdzież indziej być mogą? 
Zlękła się starościna nad takową drogą. 
Musi Paryż odwiedzić. Nie tracąc momentów. 
Leci więc, gdzie stolica miłych sentymentów. 
Za paszportem miłości Teppera i Blanka •), 
Leci w źródło rozkoszy strapiona kochanka. 
Leci szaleć na widok. Zajaśniał wiek złoty. 
Pełzną wsie, pełzną miasta, mnożą się klejnoty. 



*) Tepper i Blank niegdyś sławni bankierowie w Warszawie. 



238 



SvW '**''; r ^^^ '"^'"y^^^-^ a gdzie pasą owce. 

Sypać wzgórki, niech htądzą pomiędzy manowce 

Pasterkom, aby grały, pokupować flety. 

^ecli wq|t chłopom w niedzielę tłumaczy gazety: 

W poniedziałek dla dzieci kurs architektury 

Botanika we środę; a ciągłemi sznury 

Niechaj pierwej ksiądz pleban uczy dobrze mierzyć, 

Fotem może napomknąć jak potrzeba wierzyć. 

Tak to drudzy, a nie ty; wstydźże się mój ksiaże' 
Przyjaźń co mnie słodkiemi węzły z tobą wiąże, " ' 
Każe mówic. Ci wszyscy, co cię otaciają, 
Wierz n.1, na gospodarstwie wcale się nie znają, 
len najbardziej, co prawi, abyś uszczęśliwiał. 
Kogo? _ chłopów? to bydło! On będzie wydziwiał 
Poty, aż twoich kmieciów przerobi w szlachcice: 
Nie wierz mu, to pogorszy wszystkie okolice 
On mowi, żeśmy wszyscy synowie Adama, 
Ale my od Jafeta, a chłopi od Chama: 
Więc nam bić, a im cierpieć: nam drzeć, a im płacić 
Nie pownien pan swoich przywilejów tracić 
A zwłaszcza kiedy dawne, i zysk z nich gotowy 
Jedzże teraz szczęśliwie, a powracaj zdrowy 



III. 

Z ,AVikrs5:y kó:żnych' 



Do Jahóba Wojciechowskiego. 

Panie Wojciechu! mówcie, jako chcecie. 
Przecież to dziwne rzeczy na tym świecie. 



— 239 — 

&Dodzi i starzy za złym poszli wzorkiem: 
Tych miłość ślepi, ci lecą za workiem; 
Baby się kłócą, krewni się nie lubią. 
Panowie straszą, a słudzy się czubią. 
Panie Wojciechu! mówcie, jako chcecie, 
Przecież to dziwne rzeczy na tym świecie. 



Co Michała. 



Panie Michale, 
Wiesz doskonale, 
W codziennym trudzie, 
Go to są ludzie. 



Ci nadto kreślą, 
Ci nic nie myślą... 
Więc źle na świecie? 
Żyjem w nim przecie; 



Tych złość zaślepia, ! Więc się wynosić? 

Tych zysk zasklepia. 
Tych sława liidzi. 
Tych zazdrość budzi: 



Zostać i znosić — 
Bo któż bez ale 
Panie Michale? 



Cierpliwość. 

Nagadaliście się do wieczora. 
Mój panie Piętrze, aż do sytości: 
Galą godzinę trwała per ora, 
Trwała i drugą, o cierpliwości! 
Jeżeli wiedzieć, czem ona, chcecie. 
Ja wam to powiem, ale do ucha: 
Oto, gdy jeden raz po raz plecie, 
A kiedy drugi raz po raz słucha. 

Co Doktora. 

Panie Doktorze, gdy się rozgadacie, 
Rzadko rzecz bywa ku naszej pociesze: 
Zawsze w zanadrzu coś złego chowacie, 
Ażeby straszyć lekkowierne rzesze. 



— 240 — 

Dobrze czynicie z tą wymową waszą; 
Szczodrzy są tacy, którzy się przestraszą. 

Rolnik rżnie pługiem, ogrodnik nożycą. 
Furman pracuje i wolem i osiem; 
Gzem się wzmagają, tem się ludzie szczycą, 
Trzeba żyć człeku powziętem rzemiosłem. 
Każdy to czyni, co zyskowi sprzyja: 
Ksiądz ludzi grzebie, a doktor zabija. 



IV. 
Z „WIERSZY Z PROZA"- 



Uczą starych rozunju, to wieku jest cechą, 
A z takową dla młodych korzyścią, pociechą. 
Łatwo się sława, rozum, wzięcie, sprawność kupi, 
Kiedy głupi rozumni, a rozumni głupi. 

Z modą się świat obraca, wyszedł rozum z mody. 
Co ledwo stary dostał, dziś łatwo ma młody. 
Cóż czynić? trudno walczyć z niezliczonym tłumem, 
Niech będzie rozum głupstwem, a głupstwo rozumem. 



Być księdzem praca, kłopot, i biskup i sądy; 

Być młodzianem czcza pora, złe chwile, złe rządy; 

Być żonatym, staranie o dzieciach i żonie; 

Być wdowcem, żal lat przeszłych, tęskność w każdej stroni( 

Być dworakiem, niewola w powabnej postaci; 

Być żołnierzem, zysk trudny i życie się traci; 



— 241 — 



Być w domu gospodarzem, i tara zle znajdziemy. 
Czemże być? wszędzie przykrość. Żyjmy, jak możemy. 



Bywały czasy takowe, a daj to o Boże, aby się nie wró- 
ciły, kiedy tak było mówić można (o sejmach): 

Iż się zjechali, 

Ażeby brali, 

Ażeby zwiedli, 

Pili i jedli. 

Aby tracili, 

Jedli i pili, 

Dawnym zwyczajem: 

Gryźli się wzajem. 
A czyniąc wszystko płochym duchem napastniczym. 
Jak przyszli bez niczego, tak wrócili z niczym. 



Bodaj to panegiryk nadęty w arkuszach, 
Co o wiecznopamiętnych pisząc animuszach, 
Brzmiący w ogromnym dźwięku i dzikim terminie, 
Wierszem, prozą, po polsku łże i po łacinie. 
Zbija Krym i Zaporoż, Multany, Wołochy, 
Pędzi po za Budziaki pierzchliwe motłochy. 
Krwią rumieni Ocean, w Carogrodzkie bramy 
Tłoczy Assyryjczyki i Mezopotamy. 
A mecenas co czyta wspaniałe przykłady, 
Za zwycięzcę tak sławne dziady i pradziady. 
Za monarchy, z którymi łgarz go koligaci, 
I mile podziękuje, i dobrze zapłaci. 

Bodaj to ślubne pienia. Z miłym towarzyszem, 
Burmistrzowa Wenerą, a burmistrz Jowiszem, 

16 



KSI(OI HUMORU POiSKIESO. T. II. 



— 242 — 

Gra Apollo na cytrze, Kupidyny swaty, 
Fauny w pląsach, Dryady śpiewają wiwaty; 
A Lucyna się krząta o nowe przybysze, 
A nasz poeta kontent, jak pisze, tak pisze. 

Cóż dopiero gdy chcący pochwalić dokładnie, 
Paprockiego herbarza szczęśliwie dopadnie. 
Jak wsiędzie na Rawicza ozdobnego plonem. 
Jak się wzbije do góry z lotnym Ślepowronem, 
Jak Grzymałą umocni, co wieki nie zwalą, 
Jelenną i Bawolą nasroży Rogala; 
Podkowy torem szczęścia. Pogoń zyski chyże. 
A dopieroż i cale i niecałe krzyże. 



Zgoła, mój panie kumie, ja to postrzegłem, i teraz co- 
raz bardziej postrzegam, iż panowie z nas szlachty żartują 

Wzdęci nadzieją, 

Lub przywilejem, 
Oni się śmieją, 

My się z nich śmiejem. 

Prawda, iż oni są jaśnie oświeceni, jaśnie wielmożni, 
a my się poufale w posiedzeniu zwiemy po naszych imionach^ 
tak jak się nasi ojcowie wspólnie między sobą zwali; 

Bo tytuł próżny, ! Pod dobrą strażą. 

Gdy czczo w szkatule; Na kupca czeka. 

Kiedy kto dłużny, i A gdy ten brzęknie 



Co po tytule? 
Bo ten nie płaci. 

Choć zapłacony: 
A u nas braci. 



Ogromnym trzosem. 
Kto z nas ujęknie 

Pod nędznym losem? 
Lepiej być w domu 



Takie androny ; Panem Maciejem, 

Nie wiele ważą. i Niż pokryjomu, 

Szpichlerz, pasieka, | Choć z przywilejem* 



243 



Kiedy nie tuczy I Gdy głód dokuczy, 

Chlubna nadzieja, | Szukać Macieja. 



Wstępują w ślady starszych panicze utratni, zwłaszcza 
gdy się dłużnik do przedpokojów przedrze: 

Wówczas nagle przyparci, gdy czułość ostrożna 

Zawiodła, a tyłami wykraść się nie można. 

Miłego gościa w domu uprzejmie witają. 

Sług, iż go w przedpokoju zatrzymali, łają; 

Wielbią uprzejmość gościa i jego zalety, 

Ten napomyka zwłokę i rzadkość monety. — 

Niech wiedzą. — To jest fraszka. — Jak to nazwać- fraszką? 

Alboż zniewaga gościa jest lada igraszką? 

— Ale proszę wysłuchać. — Niech się uspokoję. 
Nie mam czasu, dość żartów, a pieniądze moje. — 
Pieniądze? proszę siedzieć: Jejmość dobrodzika 

Jak się ma? Jak nasz Józio? — Do nauk przywyka. 

— Szkoda naglić, dość Pan Bóg talentów użyczył. 
Niech się tylko wda w ojca. — Jam panu pożyczył. — 
I stałeś mi się ojcem, rozkaż w czem mam służyć. 
Apropo. — Nie apropo ustawnie się dłużyć, ' 
A długów nie oddawać, gadajmy otwarcie. 
Przypozwę, zyskam dekret i mam na to wsparcie. — 
Wsparcie? masz, aleś ludzki, wybaw mię od zguby, 
Kochany, mity, grzeczny, poczciwy i luby. — 

Jak zaczął ściskać, płakać, pieścić i całować. 
Zmiękczał lichwiarz, a co miał pieniądze rachować, 
I cieszyć się z widoku, gdy je będzie liczył. 
Wyszydzony, nic nie wziął, i jeszcze pożyczył. 

Wszak i Seneka, mędrzec zachwalony, 
Wielbił ubóstwo, a kradł miliony. 

— 16* 



— 244 — 

Bodaj przebywać w ośmnastym wieku! 

Może, iż w przyszłym jeszcze lepiej będzie; 
Cieszyć się z tego, co dzierżysz człowieku, 

To jest najlepiej w przyrodzonym rzędzie; 
Achilles, Cezar, wielcy ludzie byli, 

Jednakże kawy z śmietanką nie pili. 

Wielcy! cóż z tego? ja im nie zazdroszczę. 

Byli, ja jestem. Śpię, piję i jadam; 
Przebiorę miarę, więc się i przeposzczę, 

I znowu wesół jem, piję i gadam; 
Przejdę, a o mnie nie będzie się badał 

Ten, który po mnie będzie jadł, pił, gadał. 



Brat Kapistran przy pulpicie, 
Czyta z Skargi Świętych życie, 
A ojciec Rafał tymczasem. 
Pomrukując sobie basem, 
Chwaląc wstrzemięźliwość świętą 
Dusi flaszkę napoczętą. 




— 246 — 

MYS:ZBIS 

(w streszczeniu). 



Król Popiel, odrodny od swoich przodków, zaniechawszy ćwiczeń rycerskich 
pędzi życie w biesiadach i rozkoszach. Naprzód polubił myszy, lecz potem 
dostawszy Mruczysława kota, robi go swoim faworytem i daje rozkaz wy- 
gubienia myszy w całym kraju. 

Gmach byl niezmierny mniszego klasztora, 
Od dawnycli czasów używany marnie: 
Pierwszego bowiem wymysł fundatora 
Tam ustanowił niezmierną księgarnię; 
Doskonalszego coraz wieku pora 
Dostatnią z niego zrobiła spiżarnię, 
A porzuciwszy marność, która uczy, 
Tęgo się jęła, co karmi i tuczy. 

Ledwo czytelnych książek foliały 
Ojciec kanafarz lepiej dysponował: 
Co przedtem próżno na pulpitach stały, 
On tam ozory, szynki uszykował. 
Pargaminami zwijał specyały: 
I aby imbier i pieprz się nie psował, 
Pogańskie pisma, i stare kroniki 
Lepiej użyte poszły na funciki. 

Niezmierne zewsząd wznosiły się stosy 
Najwyborniejszych do gustu przysmaków. 
Ztąd przełożony ubogi i bosy 
Pasł miękką trzodę pulchnych nieboraków. 



— 246 — 

Znosili skromnie tak przeciwne losy; 
A w nasyceniu nie czyniący braków, 
Coraz dostatnią zwiedzając karbonę, 
Pędzili w Bogu życie umartwione. 

Tam w pośród serów, szynek i ozorów, 
Król mysz Gryzomir przebywał spokojnie. 
Czczych wspaniałości nie szukał pozorów; 
A darów bożych używając hojnie, 
Kiedy usłyszał smutnych oratorów, 
Którzy mu wieści przynieśli o wojnie, 
Zwołuje radę, i nim zaszło słońce, 
Już wyprawione sztafety i gońce. 

Gryzomir wysyła posły za granicę, prosząc o wsparcie, a sam nakazige po- 
spolite ruszenie. Mruczysław zbiera koty i staje do boju. Stoczona bitwa, 
pierzchają szczury i myszy. Filuś kotek, faworyt księżniczki Duchny, 

zabity. 

Filuś rozkoszny, miły i przyjemny, 
Filuś w pokojach co ustawnie gościł; 
W uciesznych skokach sztuczny i foremny, 
Filuś, co nigdy w swem życiu nie pościł, 
W oddaniu miłych karesów wzajemny, 
(Nie jeden amant skrycie mu zazdrościł) 
Padł śmierci łupem, przykład kociej cnoty. 
Zginęły wdzięki, zginęły pieszczoty! 

Łzami rumiane oblewa jagody 

Smutna księżniczka, a przy niej dwór cały. 

Odrzuca wszystkie od siebie wygody; 

Brzmią tylko same Filusia pochwały. 

Nie jeden amant udatny i młody. 

Choć skrycie kontent, na oko zmartwiały: 

A dogadzając żałosnej potrzebie, 

Wszyscy staranie czynią o pogrzebie. 



~- 247 — 

Idą porządkiem szykowane roty, 
Wszyscy w ponurej i smutnej postaci. 
Najpierwsze w marszu idą dzikie koty, . 
Wyborne czoło od innych współbraci: 
Sztandar niósł jeden przedziwnej roboty; 
Nieboszczykowscy za tym koligaci, 
W żałobne flory ich łapki uwite, 
Ostre pazury wciągnione i skryte. 

Przyjazne zatem nadchodzą orszaki. 
Jak który może boleść ciężką znaczą: 
Żałosne *głosy wydawają ptaki, 
SynogarUce w parach swoich płaczą: 
Swojskich zwierzątek rodzaj wieloraki. 
Rozkoszne nawet wiewiórki nie skaczą. 
Milczą papugi, niegdyś rezolutne, 
Igrać małpeczki zapomniały smutne 

Niesie Minetka obroż centkowaną, 
Hektorek grzebień ze słoniowej kości. 
Irys kołderkę złotem haftowaną, 
Bebe manelki dziwnej wspaniałości, 
Miledy czarkę wewnątrz wyzłacaną, 
Z której zwykł jadać, i częstować gości. 
Sprzęty szacowne od łapek i szyje. 
Już was kochany Filuś nie użyje! 

Leżą na złotych marach położone 
Ulubionego faworyta zwłoki. 
Po wszystkich stronach kwiaty rozrzucone, 
A całun mary okrywa szeroki. 
Bujają w puchu członeczki pieszczone, 
Dym się z kadzidła wznosi pod obłoki. 
Niosą trunienkę, na kształt kolebeczki, 
Najukochańsze księżniczki małpeczki. 



— 248 — 

Już się do stosu zwłoki znamienite 
Zbliżyły; w kiry przybrani rycerze. 
Cyfry z posępnych cyprysów uwite. 
Mruczyslaw długie zaczyna pacierze. 
Dalej obrządki czyni należyte, 
A w drżące łapki, gdy pochodnią bierze, 
I stos i Filuś spłonęły pospołu, 
Garstka się tylko została popiołu. 

Smutne ostatki wybornego kota 
Skrzętnie przytomni do kupy zbierają. 
A że największych wielbień godna cnota, 
Wszyscy Filusia pochwały śpiewają. 
Już sporządzona puszka szczerozłota, 
W niej resztę drogich popiołów składają. 
Gmach zaraz stanął wyborny w strukturze, 
A taki napis ryty na marmurze: 

Nie dosyć na tem, że gardłem skarani, 
Myszego wojska wszystkie niewolniki; 
Nie dość, że będąc z Ojczyzny wygnani. 
Świat żałosnemi napełniają krzyki — 
Nieutulona w żalach swoich Pani, 
Ustawne ojcu podaje supliki. 
Żeby się w zemście powziętej nie lenił, 
I cały rodzaj myszy wykorzenił. 

Obstaje takim prośbom państwa rada, 
Twierdząc, iż płochość sławę królów maże. 
Insza myśl jednak w Popielu osiada. 
Ci myszy bronią, on je gubić każe. 
Gdzie miękkie serce, tam rozum nie nada. 
Czegóż płeć piękna kiedy nie dokaże? 
Mimo tak wielkie płci naszej zalety. 
My rządzim światem, a nami kobiety. 



j 



— 249 — 

Gryzomir uciekający z placu, głodem przyciśniony, wchodzi do jednej ubo- 
giej chaty i tam wpada w łapkę. Czarownica wróciwszy do domu, chce 
go zabić, ale dowiedziawszy się o jego dostojeństwie i przypadkach, darowała 
mu życie i bierze go na łopatę. Głodny szczur dorwawszy się łoju, gasi 
świeczkę w latami i razem z nią rzucony od baby. Gryzander brat jego 
zbiera rozpierzchnione wojska, i prowadzi do gumna lichwiarza. Gryzomir 
z latarnią spada na grób Filusia. Schwytany i księżniczce oddany, już miał 
zginąć, gdy czarowTiica przybiega do Kruszwicy i ratuje go od śmierci. Na 
radzie króla Popiela wojna uchwalona na myszy. Gryzomir od baby zanie- 
siony nad Ren do szczurów, które niedawno zjadły elektora Mogunckiego, 
otrzymuje od Serowinda, ich wodza, obietnicę posiłków, i wraca do kraju. 

Nastaje bitwa. 

Nie mieli czasu do przemowy wodze, 
Taka złość oba wojska zdejmowała. 
Rozpacz wzajemna nie myśli o trwodze, 
Miesza się w kupę wojsk gromada cała: 
Gryzą się wzajem zapaleni srodze. 
Od wrzasku, pisków aż ziemia zadrżała. 
Tuman się wzbija pod same obłoki, 
Trupów mogiły, krwi pJyną potoki. 

Świecą się we łbie, jakby dwie pochodnie, 
Zapalczywego Mruczysława oczy. 
Straszy pozorem swoje i przychodnie: 
Gryzomir niemniej mężny i ochoczy, 
Dawniejszą sławę utrzymuje godnie; 
Wtem trochę na bok gdy znagla uskoczy, 
Widzi Mruczyslaw, że już bardzo zbliska 
Hufce Renańskie trwoży i uciska. 

Stary Serowind, mimo wiek zgrzybiały, 
Dawnej mężności swojej nie uwłacza. 
Olbrzymowatą postacią wspaniały. 
Nieprzyjaciołom w niczem nie przebacza. 
Tuż kolo niego hufiec okazały, 
Synów i wnuków grono go otacza. 



— 250 — 

Pełne odwagi i mężnej ochoty, 
Na przelęknione rzucają się koty. 

Wrzaskiem trwożliwym swoich wskroś przejęty, 
Mruczyslaw prosto na ten odgłos leci. 
Za jednym razem Gomulkiewicz ścięty, 
Sławny półkownik szczurów roty trzeciej, 
Szperkas, Twarogus, pazurmi ujęty. 
Osierociały pozostałe dzieci. 
Nie wybiegał się przemysły sztucznemi: 
Poległ Sćrosław razem z bracią swemi. 

Parmezanidas bieży z lewej strony, 
Syn Ser o winda piękny i waleczny. 
Widzi, iż ojciec wkoło obskoczony, 
Od natarczywych kotów mniej bezpieczny: 
Gdy leci obces, w punkcie zagryziony, 
Godzien pamięci, godzien sławy wiecznej. 
Serowind, który śmierć syna oglądał, 
Pełen rozpaczy, umrzeć tylko żądał. 

Znagła Gryzomir natychmiast przypada: 
Rzuca Mruczyslaw połów pewny prawie. 
Ażeby koniec wzięła dawna zwada, 
Stanęli razem na pięknej murawie. 
Trwoga we wszystkich umysłach osiada. 
Komu niebiosa stawią się łaskawie. 
Nim się zaczęła jednak bitwa żwawa, 
Gryzomir mówił tak do Mruczysława: 

„Niechaj się postać twoja nie nadyma, 
„Zuchwalcze, godzien prędkiego skarania. 
„Nie straszy mężnych statura olbrzyma; 
„Owszem jest celem sławy pożądania. 



— 251 — 

^Kto zbyt o sobie, tak jako ty, trzyma, 
,Nie wart jest względów, nie wart pobłażania. 
^Uznasz, twym zgonem ślachcąc me zwycięztwo. 
„Jak głupią hardość karze prawe męztwo". 

Rzeki, a ku górze gdy oczy podniesie, 
Postrzegl łaskawą babę na łopacie. 
Pewnym zadatkiem szczęścia raduje się, 
Tuszy o losu kotów alternacie 
Pewien, że nowy laur bitwa przyniesie. 
Myśli Mruczysław o szczurów zatracie. 
Dalszą rozmową czasu nie trawili, 
Obadwa pędem ku sobie skoczyli. 

Widzieć tam było rzeczy niesłychane. 
Sztuki rycerskie przedniego wyboru. 
Pobojowisko krew czyni rumiane. 
Nie gasi jednak srogiego rankom. 
Patrzą się na to wojska zadumiane: 
€o może zjadłość wraz z punktem honoru. 
Mruczysław srogi i w mocy potężny, 
<jryzomir szybki, udatny i mężny. 

Trzykroć się jeden na drugiega miota. 
Trzykroć zamachy obu nadaremne; 
Szarpie kot szczura, dogryza szczur kota; 
I zysk i strata z obu stron wzajemne. 
Dodaje siły rozpacz i ochota; 
Każdy cios czyni dźwięki mniej przyjemne. 
Snują niepewne nici czułe Parki, 
Gdy się rycerze porwali za barki. 

Los, który waży stan wszego stworzenia. 
Natychmiast stawił szale swoje złote: 



— 252 — 

Los, co wyroków swoich nie odmienia, 
I w jedno jarzmo wprząga złość i cnotę, 
Fatalny kotom wyrok zaginienia 
Na Mruczy sława dal: a wtem ochotę 
Ujął i dzielność; rycerz zawołany, 
Padł Gryzomira męztwem pokonany. 

Popiel dowiedziawszy się o przegranej kotów, upił się z rozpaczy. 

Twardym snem zdjęty, stojący przed sobą 
Widzi otrutych stryjów orszak smutny. 
Byli ci niegdyś narodu ozdobą, 
Nieprzyjaciele władzy absolutnej. 
Przybliżają się okryci żałobą: 
Poznał swe dzieło monarcha okrutny; 
A gdy przejęty strachem ledwo dyszał. 
Taką do siebie przemowę usłyszał. 

„Zniewieściałego ojca godny płodzie, 
„Cnoty najmniejszej niemający znaku; 
„Ty, któryś wojnę wypowiedział wodzie, 
„Największy swego Królestwa pijaku; 
„Cierpisz, a przecie nie mądry po szkodzie 
„W piwnicyś osiadł, i pijesz bez braku. 
„Gdy cię obżarstwo do tegp przywiodło, 
„Nie warteś zginąć, tylko śmiercią podłą*. 

Wtem postawione zwierciadło postrzega. 
Patrzy... aż nowe stoją w oczach dziwy. 
Zląkł się długiego następców szerega. 
Każdego obraz uważa prawdziwy. 
Z miodu się pierwszy Piast książę wylęga; 
Za nim syn idzie odważny i chciwy. 
Toż dalsi, jedni śmieli i potężni. 
Drudzy rozpustni, gnuśni, niedołężni. 



— 263 — 

Trunkiem się wielkie dusze upodlały: 
Leszków i Mieszków on na złe przemienił. 
Bolesław, z męztwa okrzykniony Śmiały, 
Miodem Kijowskim cnoty wykorzenił. 
Poległ na uczcie Przemysław wspaniały, 
Gdy się w Rogoźnie do kufla nie lenił. 
Kazimierz — wielki! a przecie kwaterką 
Łykał miód smaczny w Łobzowie z Esterką. 

Olbracht w Krakowie berdyszem raniony, 
Gdy się pijany uwijał po rynku. 
Stefan! ów Stefan! dziełami wsławiony. 
Połknął śmierć w Grodnie z ustawnego szynku. 
I nasz Władysław słusznie uwielbiony, 
Przecież podagry dostał w upominku. 
Każdy w pijaństwie dziwne rzeczy broił: 
August Sas Polskę do reszty rozpoił. 

Porwie się ze snu na poły zmartwiały; 
Słyszy na górze coraz większą wrzawę, 
Obiega zamek, zwołuje dwór cały. 
Chcąc jakążkolwiek mieć z niemi rozprawę. 
Próżne okrzyki echa powtarzały; 
Każdy z nich inną wziął przed się zabawę: 
Wszyscy się dawnych obietnic wyrzekli, 
Wszyscy w nieszczęściu od pana uciekli. 

Kanclerz zabrawszy, co zyskał z pieczęci. 
Poszedł w świat czekać, co się dalej stanie. 
Marszałkom czujność wypadła z pamięci; 
Senat potępił przeszłe panowanie. 
Hetman wziął pretext prywatnych niechęci. 
Nie stało miodu — uciekli dworzanie. 
Podskarbi skrzętność okazując czułą, 
Zostawił klucze, sam uciekł z szkatułą. 



— 254 — 

A ojciec kantor, co śpiewał pochwały 
Króla i kota, gdy się dobrze działo, 
Widząc Kruszwicki zamek spustoszały, 
Jak postrzegł, że się panu nie udało, 
Wielki poeta, dworak doskonały. 
Natychmiast zwrócił Muzę okazałą: 
W upadku kotów wielbił górne losy. 
Myszy szczęśliwe wyniósł pod niebiosy. 

Od sług zupełnie Popiel opuszczony, 
Widzi płynącą myszy wielką zgraję. 
Strach go natychmiast objął nieskończony, 
Nikt mu ratunku, nikt rady nie daje; 
Wtem małe czółnko postrzegł z jednej strony,. 
W niem senatora owego poznaje. 
Który, że pana pochlebstwy nie gubił, 
Dwór się nim brzydził i on go nie lubił. 

Znplakal Popiel na to widowisko; 
Bardziej, gdy mu się ów rzuca pod nogi. 
-Widzisz, o Panie, fortuny igrzysko, 
„Rzecze, los tobie dokucza zbyt srogi. 
„Chociaż potężny nieprzyjaciel blisko, 
„Masz mnie wiernego, bądź jeszcze bez trwogi: 
,Albo do brzegów bezpiecznych zawinę, 
„Albo przynajmniej razem z tobą zginę". 

Siadają w łódkę: wtem wiatry burzliwe 
Na^^le wzruszone ze wszech stron powstały; 
Pędzą, gdzie wojsko myszy zapalczywe 
Płynąc prowadzi Sórowind wspaniały. 
Koiiczy monarcha losy nieszczęśliwe. 
Trwogą, zgryzotą na poły zmartwiały. 
(nly go przyjaciel broni do upadłej, 
Popiel wpadł w wodę, i myszy go zjadły. 



^ 265 — 

Wielki Kadłubku, któż cię wielbić zdoła? 
Tyś to nam pierwszy te dziwy objawił. 
I żeś pracował w pocie twego czoła, 
Wiek cię potomny będzie błogosławił. 
Przebacz, jeżeli Muza zbyt wesoła; 
Nie dość nauczyć, trzeba, żebyś bawił. 
Czyś bajki pisał, czyś prawdę określił, 
Wiem, żeś w prostocie ducha twego myślił. 

A my, którzy te powieści słyszjmy, 
Dobrego męża wszyscy wychwalajmy. 
Sławmy autora, z którego bierzemy: 
Gdy wodę pijem, źródło uwieńczajmy; 
Niesłusznie wielcy małymi gardzimy: 
To za duchowny obrok wszystkim dajmy; 
Szczęśliwy, kto wdzięk wraz z pożytkiem złączył. 
Bądźcie łaskawi, jam pracy dokończył. 



MONACHOMACHIA, 

CZYIJ 

WOJNA MNICHÓW 

(w streszczeniu). 



ezgoda zazdrosna spokojności zakonnej, wznieca rozru<?h w klasztorze 
synów Dominika. 

Wtenczas nie mogąc znieść tego rozruchu, 
Ojciec Hilary obudzić się raczył. 



— 266 — 

Wtenczas ksiądz przeor, porwawszy się z puchu. 
Pierwszy raz w życiu jutrzenkę obaczyl. 
Klął ojciec doktor czułość swego słuchu. 
Wstał, i widokiem swym ojców uraczyJ: 
I co się rzadko w zgromadzeniu zdarza. 
Pędem niezwykłym wpadł do refektarza. 

Na taki widok zbiegłe braci trzody, 
Pod rzędem kuflów garcowych uklękły: 
Biegli ojcowie za mistrzem w zawody. 
Ten strachem zdjęty i srodze przelękły. 
Wprzód otarł z potu mięsiste jagody. 
Siadł, ławy pod nim dubeltowe jękły. 
Siadł, strząsnął mycką, kaptura poprawił, 
I tak wspaniale wyroki objawił: 

„Bracia najmilsi! Ach! cóż się to dzieje? 
„Cóż to za rozruch u nas niesłychany? 
„Czy do piwnicy wkradli się złodzieje? 
„Czy wyschły kufle, gąsiory i dzbany? 
„Mówcie!... cóżkolwiek bądź, srodze boleję; 
„Trzeba wam pokój wrócić pożądany"... 
Wtem się zakrztusił, jęknął, łzami zalał... 
Przeor tymczasem pełny kubek nalał. 

Już się zdobywał na perorę nową 
Doktor, gdy postrzegł likwor przezroczysty. 
Wódka to była, co ją zwą kminkową. 
Przy niej toruński piernik pozłocisty. 
Sucharki masą oblane cukrową. 
Dar przeoryszy niegdyś uroczysty. 
Zachęca przeor w urzędzie chwalebny; 
„Racz się posilić, ojcze przewielebny!** 



— 267 — 

O! rzadki darze przedziwnej wymowy, 
Któż ci się oprzeć, któż sprzeciwić zdoła? 
Tak łagodnemi zniewolony słowy, 
, Wziął doktor kubek w pocie swego czoła, 
Łyknął dla zdrowia posiłek gotowy: 
Lecz żeby jeszcze myśl przyszła wesoła, 
W świętym orszaku, w gronie miłych dzieci, 
Raczył się napić raz, drugi i trzeci. 

Jako po smutnej chwili, która mroczy, 
W pierwszem świtaniu rumieni się zorze, 
Uwiędłe ziółka wdzięczna rosa moczy, 
I rzeźwi kwiatki w tak przyjemnej porze; 
Wyiskrzyły się przewielebne oczy 
Po słodko dzielnym wódczanym likworze. 
Odkrząknął żwawo, niby się uśmiechnął, 
Przymrużył oczy, nadął się i kichnął. 

Na takie hasło, ojcowie, co rzędem 
Według godności i starszeństwa stali, 
Najprzyzwoitszym poruszeni względem: 
Wiwat! chórowym tonem zawołali. 
Ojciec Honorat najbliższy urzędem. 
Którego bracia wielce szanowali. 
Niegdyś promotor sławny różańcowy, 
Temi najpierwszy aplaudował słowy: 

„Pisze Chryzyppus o Alfonsie królu, 
„Kiedy prowadził wojnę z Baktryany, 
„Iż w pośród bitwy, na Licyjskiem polu 
„Od wojska swego będąc odbieżany, 
„Stanął; a wody czerpnąwszy z Paktolu, 
„Tak się orzeźwił, iż zgnębił pogany. 
„Ztąd poszło lemma na marmurze ryte: 
„Pereat umhra! Lemma znamienite. 

«S'Cei HUMRU POURINO. T. II. 



17 



- 258 — 

„Wiem, bom to czytał w uczonym Tostacie. 
„Po ciemnej nocy, że jasny dzień wschodzi. 
„Na godnym kiedy cnota majestacie 
„Siędzie, o szczęściu wątpić się nie godzi 
„Czegóż się, mili bracia, obawiacie? 
„Z nami jest ojciec doktor i dobrodziej. 
„Dał szczęsne hasło, orzeźwił swym wzrokiem; 
„Cieszmy się pewnym fortuny wyrokienfl'*. 

Skończył; natychmiast skosztowawszy trunku 
Ojciec Gaudenty z urzędu się wtoczył: 
A znieść nie mogąc swojego frasunku, 
Napół drzemiące oczy łzami zmoczył. 
Rzekł: „Okoliczność złego jest gatunku: 
„Nie chcę ja, żebym pochlebstwem wykroczył; 
„Rozruch dzisiejszy smutne wieści głosi, 
„Wiem ja, ojcowie, na co się zanosi. 

„Zazdrość od wieków na nas się oburza, 
„Zgnębić niewinnych pragnie w tych krainach. 
„Już jad z pokątnych kryjówek wynurza, 
„Chce się sadowić na naszych ruinach. 
„Od gór Karmelu niebo się zachmurza, 
„Równa zajadłość w Augustyna synach; 
„I tym, co zcicha działają, nie wierzmy: 
„Pókiśmy w siłach, na wszystkich uderzmy !"^ 

Ojciec Pankracy, Nestor różańcowy, 
Go trzykroć braci i siostry odnowił, 
Nim puścił strumień łagodnej wymowy. 
Naprzód starszyznę i braci pozdrowił; 
Słodkiemi serca zniewalając słowy, 
Miękczył umysły, i nadzieje wznowił: 
„Wierzcie, rzekł, bracia, zgrzybiałej siwiźnie. 
„Rzadko się płochość z ust starych wyśliznie. 



-~ 259 — 

„Moja więc rada wyzwać na dysputę 
„Tych, co się nad nas gwałtownie wynoszą. 
„Niech znają bronie jeszcze nie zepsute, 
„Niechaj litości zwyciężeni proszą; 
„A za najsroższą hardości pokutę, 
„Niech oni sami nasze laury głoszą, 
„Wyjdziemy sławni z niesłusznej potwarzy, 
„Zgnębim potwarców... Tak robili starzy". 

Rzekł; i natychmiast doktor się obudził, 
Przeor odetchnął, lektor przetarł oczy, 
Makary, co się słuchaniem utrudził, 
Wymknął się cicho, i ku celi toczy. 
Ojciec Ildefons, co równie się znudził, 
Bryknął, jak rześki rumak na poboczy. 
Morfeusz, patrząc na dzieci kochane. 
Siał słodkie spania i sny pożądane. 

Przypadek źle wróżący ojca Rajmunda, sprawia zamieszanie w murach Kar- 
melu. Zgromadzają się ojcowie; wtem wchodzą posły od synów Dominika, 
i wyzywają na dysputę. 

Wchodzi Elijasz od świętej Barbary, 
Marek od świętej Trójcy z nim się mieści; 
Jan od świętego Piotra z Alkantary, 
Hermenegildus od Siedmiu Boleści, 
Rafał od Piotra, Piotr od świętej Klary; 
Zeszło się ojców więcej jak trzydzieści. 
Starzy i młodzi, rumiani, wybledli, 
Wszyscy swe miejsca porządnie zasiedli. 

Już ojciec przeor kaczkowatym głosem. 
Wprzód odkrząknąwszy, perorę zaczynał; 
Już ojciec Marek siedzący ukosem. 
Kręcił szkaplerzem, i za pas się trzymał; 
Już ojciec Błażej, coś szeptał pod nosem, 
Już stary ojciec Elizeusz drzemał, 

17* 



— 260 — I 

Już i niektórzy znudzeni odeszli — 
Biało kaptumi gdy posłowie weszli. 

Naprzód Gaudenty, pozdrowiwszy żwawo: 
„Ojcowie, rzecze, czas pokazać światu, 
„Kto ma z nas lepsze do nauki prawo; 
„Czyjego dzieła lepsze są warsztatu. i 

„Jeźli się książek nudzicie zabawą, , 

„Jeźliście szkole nie dali rozbratu, j 

„Nam za zwycięztwo, a wam za pokutę, \ 

„Plac wyznaczamy... prosim na dysputę**. 



I 



Nowa przyczyna w Karmelu do rady: 
Ojciec Makary nie życzy wojować, 
Ojciec Cherubin cytuje przykłady, 
Ojciec Serafin chce losu próbować. 
Ojciec Pafnucy wysyła na zwiady, 
Ojciec Zefiryn nie chce i wotować, 
Ojciec Elijasz wielbi stan spokojny: 
Starzy się boją, a młodzi chcą wojny. 

Za złem zwyczajnie idzie większość głosów: 
Kryski wojenne znagła powiększone. 
Wszyscy niepewnych chcą próbować losów, 
I na powszechną gotują obronę. 
Starych uwagi zgłuszył wrzask młokosów: 
Nie słyszą dzwonów na se:de i nonę. 
Wtem brat Kleofas na obiad zadzwonił. 
Wypadli wszyscy, jakby ich kto gonił. 

Rada w Karmelu o przyszłej dyspucie. 

Ojciec Gerwazy od Zielonych Świątek, 
Taki radzenia uczynił początek: 



■^ 



— 261 - 

„Nie dość, ojcowie, najeść się i napić, 
„Trzeba tu więcej coś jeszcze dokazać. 
„Kto wie? w dyspucie możem się poszkapić. 
„Ja radzę, żeby tę niezgodę zmazać, 
„Trzeba się wcześnie, a dobrze pokwapić. 
„Niech z nami piją: a wtenczas ukazać 
„Potrafim światu, o ich własnej szkodzie, 
„Co może dzielność w największej przygodzie". 

„Daj pokój bracie! rzeki ojciec Hilary; — 
„Nie zaczepiajmy rycerzów zbyt sławnych. 
„Wierz doświadczeniu, wierz, co mówi stary: 
„Widziałem nieraz w tej pracy zabawnych — 
„Zbyt to są mocne kuflowe filary; 
„Nie zdołasz wzruszyć gmachów starodawnych. 
„Znam ja ich dobrze, zna ich brat Antoni; 
„Pijemy dobrze, ale lepiej oni". 

Już dziewięć głosów było w rożnem zdaniu, 
Gdy kolej przyszła na Elizeusza: 
„Żeby dogodzić waszemu żądaniu, 
„Rzekł — sprawiedliwa żarliwość mnie wzrusza. 
„Za nic tu kufle: w księgach i czytaniu 
„Gała treść rzeczy; żal mówić przymusza: 
„Minęły czasy szczęśliwej prostoty. 
„Trzeba się uczyć, upłynął wiek złoty! 

„Z góry zły przykład idzie w każdej stronie, 
„Z góry naszego nieszczęścia przyczyna. 
„O! ty, na polskim co osiadłszy tronie, 
„Wzgardziłeś miodem i nie lubisz wina, 
„Cierpisz, pijaństwo że w ostatnim zgonie — 
„Z ciebie gust książek, a piwnic ruina. 
„Tyś naród z kuflów, szklenie, beczek złupił. 
„Bodajżeś w życiu nigdy się nie upił! 



— 262 — 

„Trzeba się uczyć. Wiem z dawnej powieści, 

„Że tu w klasztorze jest biblioteka; 

„Gdzieś tam pod strychem podobno się mieści, 

„I dawno swego otworzenia czeka. 

„Byl tam brat Alfons lat temu trzydzieści. 

„Iz starych książek poodzieral wieka. 

„Kto wie? może się co znajdzie do rzeczy, 

„I sJaby oręż czasem ubezpieczy". 

Rzeki — a gdy żaden nie wie, gdzie są księgi, 
Na ich szukanie wyznaczają posły. 
Żaden się podjąć nie chce tej włóczęgi; 
A uczonemi wzgardziwszy rzemiosly, 
Wolna starszyzna od przykrej mitręgi, 
WkJada ten ciężar na domowe osły. 
Bracia kochani! wam to los nadarza, 
PosJano w zwiady z krawcem aptekarza. 

Między dzwonicą i fórcianym gmachem. 
Na starożytnej baszty rozwalinach, 
Laty spróchniały, wiszący nad dachem, 
Był stary lamus: ten w tylu ruinach 
Nabawił nieraz przechodzących strachem, 
Chwiejąc się z wiatry w słabych podwalinach. 
Tam choć upadkiem groził szczyt wyniosły, 
Po zgniłych krokwach dostały się posły. 

Czegóż nie dopnie animusz wspaniały! 
Przy pożądanej mecie ich postawił. 
Drzwi okowane posłów zatrzymały; 
Więc żeby długo żaden się nie bawił, 
Porwą za klamry: pękł zamek spróchniały. 
Widok się wdzięczny natychmiast objawił. 
Wracają, pracy nie podjąwszy marnie; 
Dając znać wszystkim, że mają księgarnie. 



i 



— 263 — 

Właśnie natenczas ojciec przeor trwożny. 
Dla dobrej myśli, resztę kufla dusiJ. 
Wchodzi w tym punkcie goniec nieostrożny: 
Porwał się ojciec i znagła zakrztusil. 
Już chciał ukarać: lecz, jako pobożny, 
Wypić za karę, bo byJo, przymusił. 
Zagrzany duchem pokory chwalebnym. 
Wypił brat resztę po ojcu wielebnym. 

Wdzięczna miłości kochanej szklenice! 
Czuje cię każdy i słaby i zdrowy; 
Dla ciebie miłe są ciemne piwnice. 
Dla ciebie znośna duszność i ból głowy. 
Słodzisz frasunki, uśmierzasz tęsknice: 
W tobie pociecha, w tobie zysk gotowy. 
Byle cię można znaleźć, byle kupić, 
Nie żal skosztować, nie żal się i upić. 

Co tam znaleźli, ukrył czas zazdrosny, 
Czas, kltóry niszczy nietrwałe dostatki. 
Mówmy więc teraz jak doktor żałosny 
Poszedł na radę do wielebnej matki. 
Co wskórał, dobra zakonu miłosny - 
I to czas zakrył. Więc dziejów ostatki. 
Gdyż każe umysł natchnieniu posłuszny. 
Piszmy, jak możem, na pożytek duszny. 

Piszmy jak doktor wróciwszy od kraty, 
Zwołał naj pierwsze głowy zgromadzenia; 
Jak wierne swemu powołaniu braty. 
Byli posłuszni na jego skinienia: 
Jako się wszystkie zamknęły komnaty, 
Jako się postać klasztorna odmienia. 
Ustał brzęk kuflów i radość obfita; 
Nawet Gaudenty w rubryceli czyta. 



— 264 — 

Schodzą się mędrcy, i biali i szarzy, 
Czarni, kawowi, w trzewikach i bosi. 
Rumiana dzielność błyszczy się na twarzy, 
Tuman mądrości nad łbami się wznosi: 
Zazdrość i pycha zjadle oczy żarzy. 
Jeden się tylko zakon nie wynosi: 
Pokorę świętą zachowując wszędzie, 
Siedli przy końcu; jednakże nie w rzędzie. 

Powstali wszyscy, póki nie usiędzie 
Pan wicesgerent, mecenas dysputy. 
Sławny to mędrzec, i pilny w urzędzie: 
Wziął kunią szubę i czerwone buty. 
Dalej ksiądz proboszcz w rysiej rewerendzie; 
Dalej ojcowie, co czynią zarzuty. 
Defendens zatem, uchyliwszy głowę, 
Do mecenasa zaczął tak przemowę: 

„Na płytkim gruncie rozbujałych fluktów 
„Korab mądrości chwieje się i wznosi: 
„A pełen szczepu wybornego fruktów, 
„Niewysławioną kiedy korzyść nosi, — 
„Twoich, przezacny mężu, akweduktów 
„Żąda: a pewien, że względy uprosi, 
„Płynie pod wielkiem hasłem, głosząc światu, 
„Żeś ty jest perłą konchy Perypatu. 

„Słońce, co światłość znikłą wydobywa, 
„Planety, które różne chwile dzielą, 
„Księżyc, co równie wzrasta i ubywa, 
„Gwiazdy, co nocną posępność weselą; 
„Wszystko to w sobie zawiera Leliwa, 
„I dom szacowną wsparty parentelą 
„Ostrogskich książąt, Pinczowskich margrabiów, 
„Górków, Tarnowskich i Krasickich hrabiów. 



— 265 — 

„Milczcie Burbony: lub w konceptach nowych 
, Głoście szczęśliwość Sarmackiej krainy. 
„I wy potomki synów Jagiełło wy eh, 
„I wy Auzońskie Gwelfy, Gibeliny, 
„Znoście wielbienia: a w pieniach gotowych 
„Dziś uwielbiajcie heroiczne czyny. 
„Niechaj najdalsza potomność pamięta 
„Wielkość dziel, nauk, cnót wicesgerenta. 

„Niechaj się Zoil od zazdrości puka, 
„Niechaj się Syrty i Charybdy kruszą, 
„Niechaj i Paktol nowych źródeł szuka, 
„Niech się Olimpy i Parnasy wzruszą; 
„W tobie firmament znajduje nauka: 
„Tyś kraju zaszczyt, tyś Ojczyzny duszą, 
a Przeniosłeś w sławie Sflnxy i Feniiy, 
„W dziełach Euryppy, Bucentauri. Dian''. 

Dysputa doprowadziła do bitwy. Sh^szijc jej odgłos Hyacynt, mile bawiący 
się z dewotką, bieży swoim na pomoc. 

Lecą sandały, i trepki i pasy, 

Wrzawa powszechna przeraża i głuszy. 

Zdrętwiał Hyacynt na takie hałasy, 

Chciałby uniknąć bitwy z całej duszy: 

A przeklinając nieszczęśliwe czasy, ;i 

Resztę kaptura nasadził na uszy. -^ 

Już się wymykał... wtem kuflem od wina 

Legł z sławnej ręki ojca Zefiryna. 



Ryknął Gaudenty, jak lew rozjuszony. 
Gdy Hyacynta na ziemi zobaczył: 
Nową więc złością znagła zapalony. 
Żadnemu z ojców, braci, nie przebaczył, 
Padł i mecenas z krzesłem przewrócony, 
Definitora za kaptur zahaczył. 



■1 



— 266 — 

Łukasz raniony zwinął się w trzy kłęby, 
Stracił Kleofas ostatnie dwa zęby. 

Coraz się mnożą i krzyki i wrzaski, 
Hałas zmieszany powstaje, aż zgroza! 
Ojciec Remigi, sążnisty, a płaski. 
Używa żwawo zgrzebnego powroza; 
Wziął w łeb Kapistran obręczem od faski, 
Dydak półgarcem ranił Symforoza; 
Skacze Regulat do oczów, jak żmija, 
Longin się z rożnem walecznie uwija. 

Już był wyciskał talerze i szklanki: 
Pękły i kufle na łbach hartowanych; 
Porwał natychmiast książkę z za firanki: 
„Wojsko afektów zarekrutowanych;* 
Nią się zakłada, pędzi poza szranki 
Rycerzów długą bitAvą zmordowanych. 
Tak niegdyś sławny mocarz Palestyny 
Oślą paszczeką gromił Filistyny. 

Widzi to Rajmund, ozdoba Karmelu. 
Widzi w tryumfie syna Dominika; 
Wyjeżdża na harc, i wpada wśród wielu. 
Godnego siebie szuka przeciwnika. 
Rafał z nim obok: „Ratuj przyjacielu!'' 
Rzekł, — „seraficzna" w^ tym punkcie „kronika* 
Padła nań z góry; legł i ręką kiw^nął, 
Dwa razy jęknął, cztery razy ziewnął. 

Zapłakał Rafał; a mądry po szkodzie, 
Wtenczas błąd poznał, że wróżkom nie wierzył: 
Dotrzymał jednak kroku na odwodzie, 
A gdy Gaudenty na niego się mierzył, 



— 267 — 

Z mokrem kropidłem w poświęconej wodzie, 
Oczy mu zalał, trzonkiem w leb uderzył. 
Nie spodziewając się takowej wanny. 
Stanął Gaudenty zmoczony i ranny. 

Otrząsł się wkrótce; a nabrawszy duchu,. 

W dwójnasób czyny heroiczne mnożył. 

Ojcze Barnabo! lepiej było w puchu, 

Pocoś wszedł w wojnę, pocoś się tak srożył? 

I ty Pafnucy, ległeś w tym rozruchu, 

I ty Gerwazy, słusznieś się zatrwożył. 

Nikt go nie wstrzyma w zemście przedsięwziętej, 

Na waszą zgubę odetchnął Gaudenty. 

Wojna powszechna. Jak zabieżeć złemu, 
W kącie z proboszczem wicesgerent radzą; 
A chcąc usłużyć dobru powszechnemu. 
Doktora tamże do siebie prowadzą: 
Każdy z nich daje zdanie po swojemu. 
Prałat, gdy postrzegł, że się w domu wadzą. 
Biorąc w głąb rzeczy, przez swój wielki rozum. 
Rozkazał przynieść vitrum gloriosum. 

Co niegdyś w Troi był posąg Pallady, 
Co w Rzymie wieczne Westaiskie ognisko; 
Tem był ten puhar czczony przez pradziady: 
Starożytności wdzięczne widowisko 
Wyjęto ze czcią z najpierwszej szuflady: 
Przytomni zatem skłonili się nisko; 
I tę wieczystej załogę rozkoszy 
W obiedwie ręce wziął ksiądz podkustoszy. 

Postawion puhar na miejscu osobnem; 
Odkrył go prałat, aby był widziany. 



Z.. «.tJ •:• :t \'. iiŁrZi ozizi-z.yn. 

M.:Ti c-inijia: ijJ :o -ii-an nad izi.ar:v! 
F.z-r.:^ "a-T'i.:rr.a ra ^irze, a z loku 
\VTr;.-e tj\j 'zrtTj •-zr^ii rck^L 

Wlrrn. L.-l-k iJ^^jT-j. prtie-klwntrj rot»oty. 
• ir r.:. prilit«.-w w k'j^'.V.Ie sławi!: 
<y: '-r,e r«jrkl k-T*^'J-.J Lń«.u.:h zloty. 
Dj]*r; w-:.r.i:It u*^:*^ prcr^oszi^z ?prawU. 
Zn ;z- r:*rj Tz^i-iJe z p»r2}'k]a«hiej ochoty 
F*u!'.Lr.<^'k.ir'.zy-ty fafterz WogoslawiL 
Sri.!«fi«: ł.yl.i na łjr.le: za łiią w śii-łej parze 
< »i.r.V stypy i anniwersarze. 

F*a-ą -riH o^-zy wspaiii.;lyiii widokiem. 

Już zapomnieli o bitwie i radzie. 

Wtem ojciec Ka>[»er leci szybkim krokiem: 

()ko podłiite świadczy, że byl w zwadzie. 

Doktor zwyczajnym tonem i wyrokiem. 

Iść z kuUem w bitwę za pierwszy punkt kładzie. 

,Z pełnym", rzeki prałat: i tak rzecz wywodzi: 

^F^ułiar ich wstrzyma, a wino pogodzi*. 

W na^^lej potrzebie i skąpiec uczynny; 
Niesie brat Czesław rumiany i tłusty. 
Ogromne flasze, już czuć zapach winny 
Wina, którego w post i mi(^^sopusty 
W swej celi tylko doktor miodopłynny 
Przewielebnemi sam popijał usty; 
Oarniec wlał w puhar Czesław, wlał i stęknąl: 
Hozśniiał sir^* w ducłiu prałat, doktor jęknął. 



— 269 — 

Idźcież szczęśliwie, gdzie was sława niesie, 

Pokoju, zgody i miłości dzieci! 

Idźcie! w ciemnościach niech blask ukaże się, 

Chwała przed wami przodkuje i leci. 

Tobie przekleństwo Arystotelesie; 

Czyż cię ta bitwa uczonym zaleci? 

Cóż ma za korzyść, kto twój towar kupi? 

Próżność nauka! najszczęśliwsi głupi. 

Wchodzą już w same progi refektai-za, 
Zkąd Mars zajadły Minerwę wypędził: 
Rajmund tymczasem trzonkiem od lichtarza 
Jeszcze się bronił. Doktor próżno zrzędził: 
„Przestańcie bitwy!" krzyczy i powtarza; 
Wrzask wszystkich zgłuszył, strach twarze wywędził. 
Jeszcze się reszta krzepi bez oręża, 
Gaudenty gromi, Gaudenty zwycięża. 

Stanął, upuścił broń, skłonił się nisko. 
Skoro szacowny skarb w progu zobaczył. 
Stanęli wszyscy na to widowisko: 
A gdy się puhar coraz zbliżać raczył. 
Krzyknęli: Zgoda! Tak wojny siedlisko 
W punkcie dzban miejscem pokoju oznaczył. 
Czarni i bieli, kawowi i szarzy, 
Wszystko się łączy, wszystko się kojarzy. 

Za czyje zdrowie pili w takiej porze? 

Nie wiem, lecz gdybym znajdował się z niemi. 

Piłbym za twoje szanowny przeorze: 

Za twoje, który czyny chwalebnemi 

Jesteś i mistrzem i ojcem w klasztorze: 

I dajesz poznać przykłady twojemi, 

Jak umysł prawy zdrożności unika. 

Cnota, nie odzież czyni zakonnika. 



r^ 



— 270 — 

Czytaj i pozwól, niech czytają twoi, 

Niech się z nich każdy niewinnie rozśmieje. 

Żaden nagany sobie nie przyswoi; 

Nikt się nie zgorszy, mam pewną nadzieję. 

Prawdziwa cnota krytyk się nie boi, 

Niechaj występek jęczy i boleje. 

Winien odwołać, kto zmyśla zuchwale. 

Przeczytaj, — osądź. Nie pochwalisz? spalę. 





STANISŁAW TREMBECKD 

(ur. 1730 t 1812). 



Pani i dziewki. 

Była jedna staruszka w Warszawie 

Miała dwie służące: Magdeczkę i Kachnę, 

O których powiadają, że w przędzenia sławie 

Przeszły Lidyjską Arachnę. 
Częstokroć dobry przymiot niewygodny bywa: 
Napędzała je często baba do roboty, 

Z wieczora paląc łuczywa, 
Alić znowu jeno brzask, furczą kołowroty; 



^) Trembecki pisał prawie wyłi^cznie wiersze okolicznościowe i poli- 
czne. zUid do „Ksiąg** mało co się nadaje z jego utworów, pomimo, że 
ileżał do najdowcipniejszych ludzi swe;/o czasu. 



— 272 — 

Tak do nocy od poranku 

Musiały prząść bez ustanku. 

Kiedy było blizko rana 

Kogut piał jak opętaniec, 

Baba zaraz chyc z tapczana 
Porwawszy na się zbrudzony odziewek. 

Biegła rozświecić kaganiec, 

A potem prosto do dziewek. 
Te w grochowniach śpiące po pracy głęboko 

Jedna się poczęła drapać, 

A druga jedno otworzywszy oko 

Chce jeszcze trochę pochrapać. 
Lecz darmo, bo pad głową hałasuje jędza: 
„Wstajcie dziewki! gdzie jest przędza?* 
Musiały zatem wstawać, murkocząc pod nosem : 
„Czy cię piekielnik rozpierzył psi ptaku 
I z twoim pomierzłym głosem! 

Przebeczysz ty twego gdaku*. 
Słowo do słowa, nakoniec się zdarza, 
Że zagniotły złośnice pana ekscytarza. 
Aleć im to zabójstwo nie zdało się na nic; 
Bo nie mogąc rozeznać dnia i nocy granic, 
W nocy baba latała jak kot zagorzały, 

Dziewki więc jeszcze mniej spały: 
Trafiły tedy z deszczu pod rynnę niebogi. 

Ktokolwiek chcesz jechać sporzej. 
Na ścieżkę ty z gościńca nie bocz dla złej drogi. 

Bo często zawiąźniesz gorzej. 

Anakreontyk 

przy odbieraniu czaszy wina z pięknych rąk. 

O wdzięków zbiory, 

Piękności wzory ' 



- 273 — 

Panie, królowe, boginie! 

Niech wasze oko 

Sięga głęboko, 
Nie sądząc gracza po minie. 

Włos mi ubielił 

I twarz podzielił 
Srogi czas w różne zagony, 

Lecz za tę szkodę 

Dał mi w nagrodę 
Serdeczny upał zwiększony 

Tak Hekla siwa 

Śniegiem pokrywa 
Swoje ogniste pieczary. 

Wierzch ma pod lodem, 

Zielona spodem 
I wiecznie karmi pożary 

Płyń mi w potoku 
Bachowy soku 
Ręką przelany życzliwą, 
Gdy na cześć wasze 
Pełniąc tę czaszę, 
Przygaszam ogień oliwą. 





Skoropis 




do W. 


Miera. 


Czynię ci stratę. 




Co złego Mierze, 


Dzień drugi mija; 




Albo mnie liczysz. 


Ktoś czokolatę 




Między szalbierze. 


Za mnie wypija. 




Wierz mi co powiem: - 


Za to mi życzysz 




Był u mnie wczora. j 


ftSiCCI HUMODU POLMiEfiO. T. II. 

Lv 




18 ■ 



274 



Stró^. nad mera zdrowiem, Ani nie tykać 

Jespan Izora. Wdowy ni panny. 

Tego to tego, Aż westchnąć muszę 

Espulapiego Nad temi słowy; 

Rozkaz zagrodził, Przebił mi duszę, 

Bym nie wychodził, Lekarz surowy. 

Z domu mojego. Powiedz mi przecie^ 

Każe brać wanny, Któż sobie życzy. 

Używać manny, Bawić na świecie 

Przytem nie łykać, Bez tych słodyczy. 



Co Jasia o fryzowaniu. 

Jasiu! ja lekce twego nie ważę rzemiosła, 

Moda potrzebę jego po świecie rozniosła. 

Obacz biusta, portrety i dawne kroniki, 

Wszędzie twoje grzebieniem słyną poprzedniki; 

Z pod ich ręki najmędrsze wychodzą peruki, 

Z pod ich ręki trefione pysznią się nieuki. 

Ozdoby Watykanu, zaszczyty Sorbony, 

Wszystko się schyla pod ich kutas ubielony, 

Sędziowie parlamentu, prawniki, doktory, 

Nie są, jak tylko puklów i harbejtlów zbiory. 

Z zachowanych szczęśliwie tej sztuki dowodów. 

Widzimy kolej rzeczy i dzieje narodów, 

Czyli będzie gust kwitnął, lub czyli kraj który 

Z grubości czy prostoty nie nosił fryzury? 

Oboje płeć takowej używa ozdoby, 

Lecz kobiety bogatsze w piękności sposoby! 

Patrz na ten liczny orszak rozlicznych tupetów. 

Tu samych przez się fryzur, a tam z pod kornetów. 

Tu w miesiąc, tam w promienie, tu z włoskiemi kwiat] 

Tu wcale wylizano, owdzie włos kosmaty 



— 275 - 

Tu z gierlandą, tam z piórem, owdzie z małym strojem, 

To z szpilką, to z soltanem, z hafteczką, z zawojem 

Wszystko to dzieła Jasiu twojej wielkiej sztuki, 

Po nich my pomnim dziadów, nas pomną prawnuki. 

Lecz nie dosyć na samej zręczności i wprawie. 

Aby swe imię podać wieczności i sławie, 

Trzeba mieć gust szczególny, co przystoi komu; 

Przenikać stan umysłu, znać zdarzenia domu. 

Inaczej się ubiera panna na wydaniu. 

Inaczej młoda, w modnem mężatka kochaniu; 

Inszy werżet mąż nosi, gdy kędziory swemi 

Gach pudruje po krzesłach, kanapie i ziemi; 

Strojna na bal a lekko chce być uczesana 

Jejmość, kędyś na pewną godzinę wyzwana; 

Inaczej się fryzuje z wczorajszego rada, 

Inaczej kiedy komu wojnę wypowiada. 

Lub kiedy od leżącej na sofie, dzień cały 

Ma wzdychania i rozpacz słyszeć gach niestały; 

Innej głowy chce doktor, innej metr do tańca, 

Innej żołnierz, a innej od dworu posłańca; 

Dwa razy trzeba ubrać młodego prałata 

W dzień ubrany wyjeżdża, w noc w negliżu lata; 

Właściwą z tych każdemu dać należy postać, 

Tyle to umieć trzeba, by fryzerem zostać! 

Ztąd też jest, że pierwszeństwo przed znacznemi dzieły, 
Wasze roboty słusznie od wieków zajęły. 
Nikt si(j nie śmie na swoim pokazać urzędzie, 
Póki z wami na radzie osobnej nie będzie. 
Autory, pacjenty i ministry czasem 
Czekają przed pokojem, gdzie wchodzą z kutasem. 
Skoro tylko otworzą domy i pałace 
I pierwszy do dłużnika lichwiarz zakołace, 
Bieży zbielona rota działania gorąca, 
Szulery, kredytory, balbierze potrąca, 

18* 



276 



A przez stosunki trafne i sposoby nowe, 
Gotuje miastu wzory i piękności dniowe, 
Które potem w swe idąc rzędy gdzie kto może, 
Ozdabiają ratusze, palące i loże. 

Jasiu! po twej zdatności ja nie wątpię cale, 
Że kiedyś poprzedników twych wyrównasz chwale, 
1 to właśnie co moją chęć życzliwą skłania, 
Dać ci jakowyś obraz twego powołania. 
Gdy mnie zaś kiedy z dobrej zaczeszesz ochoty, 
Niech zwierzchnia, znakiem będzie wewnętrznej prostoty. 

Wróbel. 

Jurny wróbel z czarną łatką 

Upędzał się za dzierlatką. 

I słowik do niej się palił: 

I chcąc rywala odsądzić 
Czułość swoją przed nią chwalił: 
„Nigdy nie znam co to zdradzić, 

Zaw^szem był dla ciebie stały. 

Te ci pienia będę nucić 

Które Bogów zachwycały, 
' Z tobą się chcę cieszyć, smucić, 
I wszystko zrobię, bym twe serce zyskał*. 
„A ja (rzekł wróbel) będę ciebie ściskał*. 

I zaraz spór rozsądzony: 

Wróblowi kazano zostać, 

Słowik z głosem odpędzony. 

Otóż kobiet naszych postać. 



-^0fhf 




KAJETAN WĘGIERSKI') 

(ur. 1755 t 1787). 



Wróble i kościół. 

Stal kędyś kościół drewniany; 
Tysiące wróblów w nim swe gniazdo miało. 

Proboszczowi się zachciało, 

Żeby był reparowany. 

Strach około naszych ptaków, 

Wypędzono nieboraków. 

Gdy wszystko było gotowo, 
I swą robotę skończył ksiądz pleban gorliwy. 

Przyleciał rój świegotliwy 

Szukać mieszkania na nowo. 

Wszystkie dziury załatane. 

Wróble nie miały gdzie siedzieć. 



') Najdo wcipniejsze utwory Wej<ierskiej,'o opuszczamy, ho lubo znaj- 
lują się one w każdem pism jeji^o wydaniu, aż do ostatniego najlepszego 
irTdania Estreichera — to mo^liljy się niemi z}K'orszyć nasi siwi i łysi moraliści. 



— 278 - 

Powracając się stroskane, 
Rzekły: — „Radebyśmy wiedzieć, 

Ten gmach duży 
Na jaki teraz użytek służy?** 

So wierszopisów. 

Scril)imus indocti doctiłjue poeniala p»assini. HoraL 

Moi wielce mościwi bracia i panowie! 
(Boć to i u Was państwo czasem w pustej głowie), 
Różnego stanu, wieku, nauki, poeci. 
Bękarty, czyli prawe Apollina dzieci! 
Posłuchajcie, wszak słuchać nigdy nie zawadzi. 
Jeśli co kto dobrego z przyjaciół poradzi. 
Niegodnym współczeladnik jest waszego cechu, 
Pisałem, nie uszedłem pochwały i śmiechu. 
Piszę przecie i pisać jeszcze długo będę. 
Nim w rząd dobrych policzon na Parnasie siędę. 

Są, którzy już za życia ozdobni laurami, 
Jako z dziećmi swojemi postępują z nami, 
A bystrym lotem swoim wzniósłszy się wysoko, 
Ledwie na liche prace raczą rzucić oko. 
Nie będę pochlebnemi, bo mi już obrzydły, 
Błagał nieukróconą ich dumę kadzidły, 
I żaden mi dotychczas nie zarzuci jeszcze, 
Abym miał pochlebstwami podlić dary wieszcze. 
Biskupi, kanonicy, świeccy i pijarzy. 
Słowem wszyscy, którym się wiersze pisać zdarzy, 
Czyńcie jak ja, bazgrajcie, drukujcie co chcecie, 
Ale wszystkich bez braku nie chwalcie tak przecie. 
Gdziekolwiek się obrócę, w które pójdę strony. 
Wszędzie nudnemi rymy jestem zarzucony. 
Ten człeka bez sumienia poczciwym być głosi. 
Ten przedawct,* Ojczyzny w niebiosa wynosi, 



— 279 — 

Ten, że kto za pieniądze urzędu nabędzie, 

Wielbi, i w zasłużonych chce go mieścić rzędzie. 

Wiersze piszą, byleby czyje imieniny. 

Wiersze znowu byleby czyje urodziny. 

Jeszcze wiersze, byle by kto sprzykrzywszy w domu, 

Ślubował przy ołtarzu kaci wiedzą komu. 

Jęczą prasy i biedni drukarze się pocą, 

Głupie się mózgowiec ledwie nie przewrócą; 

Obiecują ojczyźnie poprawę złej doli, 

Dlaczego? że się żeni jakiś pan podstoli, 

Oto nieszczęścia wszystkie z Ojczyzny wystraszy 

Żeniący się z sędzianką jakiś pan podczaszy. 

Niech który mąż w chwalebnym zapale w łożnicy 

Dziecko zbuduje, godne swojej połowicy, 

I ta je, przez miesięcy dziewięć odtąd chora, 

Na świat wyda z pomocą baby lub doktora: 

Już hałas na Parnasie, nie śpią puste głowy, 

Cel rymom jest dla wszystkich pochlebców gotowy: 

Jeżeli syn, to będzie Aleksander pewnie, 

Że się nie chciał urodzić prędzej, płaczą rzewnie; 

Byłby niechybnie przez swe męztwo i swe dzieła 

Obronił to, co obca przemoc Polsce wzięła. 

Lecz i tak nieomylne powzięli nadzieje, 

Że nam z jego pomocą szczęście zajaśnieje. 

Jeśli córka, to będzie Lukrecya czysta, 

I z jej to ułożenia już rzecz oczywista. 

Każdy to przepowiada, a żadnemu przecie 

Nie zdarzyło się zgadnąć dotychczas poecie. 

Co dzień to w rymach waszych nadzieja nas krzepi, 

Że ma być kraj szczęśliwszy, że nam ma być lepiej; 

Co dzień się ludzie rodzą i co dzień się żenią. 

Losy nasze bynajmniej w lepsze się nie mienią. 

Dajcie pokój, gdy się wam nigdy nic nie iści, 

Nie mając zwłaszcza żadnej z tych proroctw korzyści. 



- 280 



Podział czułego z młodym. 

W jednem stołecznem mieście 

Mieszkała pewna dama niezmiernej m-ody. 

Z pięknem ją urodzeniem wiek zaszczycał młody 
I inne chluby niewieście: 
Niełatwa umizgów sztuka, 
Wzrok, kibić, grzeczność, nauka; 
Takie dary i przymioty 

Nie jednemu z młodzików w oczy uderzyły. 
Nie każdy był jednak miły, 

Clioć się jej podobania dosyć miały ochoty. 
Pomiędzy tą liczną zgrają 

Letnich, młodzianów i pustych fircyków, 
Najwierniejszy z miłośników. 
Jakiego żadne romanse nie mają. 

Czuły i tkUwy, 
Powiadano, że cnotliwy, 
Czuć go na milę miłością. 
Bez przestanku łaził za imością; 
Ustawicznie wzdychał, szlochał, 
Powiadał jej, że ją kochał, 

I powtarzaniem własnej czułości, 

Tak ją nudził, tak swędził, 
Że ją był prawie wynędził, 

I zaledwie ze skórą zostawił jej kości. 

Wszyscy się litowali nad tą damą młodą; 

Szczęściem się chłopiec natrafił raźniejszy 
I do miłości zdatniejszy, 
Który zdjęły jej urodą 

Zaczął jej nadskakiwać i szeptać do ucha. 
Choć to do rzeczy nie było, 

Młodość młodości łatwiej jednak słucha, 
Z równym się rozumieć miło. 



— 281 — 

Nakoniec, po staraniach dziełu przyzwoitych 
I trudnościach w nich zażytych, 
Dopiął swego mój młodzieniec; 
I właśnie, gdy zwycięzki kładł na głowę wieniec, 
I pieścił się z najmilszą zdobyczą swych trudów. 
Przez przypadek nieszczęśliwy 
Nadszedł na to Luboń tkliwy, 
I stał się widzem tych cudów. 

— Nieba! zawołał, i ty jasne słońce! 
Księżycu! co oświecasz zdradne niewierności. 

Wy świadkowie mych czułości. 

Gwiazdy świetne, nocy gońce! 
Przestańcie świecić, przykra mi jest światłość wasza, 

Wzrok mój mocy jej nie znasza. 
Róże! coście czułości ozdabiały czoło, 

Możecie już więdnąć sobie, 
Po tak nielitościwej na mą tkliwość próbie 

Patrzeć już na was nie mogę wesoło*. 

— „Nie skarż się, rzecze mu przyjemnie 
Piękna dama, na której niewierność narzekał: 

Czyniłam co było ze mnie. 
Abyś na twą szczęśHwość nie czekał. 
Coś dziś widział, gorszyć się z tego nie masz prawa. 

Na obu jestem łaskawa 
1 nagrodę za miłość waszą dzielić muszę: 
Jemum ciało już dała, tobie daję duszę". 

Nagrobek Bielawskiemu. 

(położony za życia). 

Tu leży Bielawski, szanujcie tę ciszę, 
Bo jak się obudzi, komedyą napisze. 



.n^^^^f^^ 



— 282 ~ 

ORGANY. 

POEMA HEROI- KOMICZNE, 



Pieśń pierwsza. 

Lubo nie krucyatę, wojnę śpiewam świgtą, 
Niemniej jednak zażartą i niemniej zawzięła: 
Bowiem wojnę, którą wiódł pleban z organistą; 
Z szacownej swej powagi zgubą oczywistą. 
Muzo! któraś wdzięcznemu Tassowi przycliylnie 
Darów swych użyczała, gdy opiewaj pilnie 
Wszystkie dzieła wielkiego Godfryda waleczne. 
Jak pobożnych chrześcian wiodąc kupy sprzeosine, 
Dobył Jerozolimy, starł Egipcyanów, 
Poskromił dumną pychę wyniosłych sułtanów: 
Natchnij mię duchem swoim, bym mógł śpiewać godnie 
Jakie czarna nienawiść zażegła pochodnie 
Wśród spokojnej przyjaźni, i jakiemi ścieżki 
Ścisłą zgodę w wichrzyste zmieniła zamieszki: 
Jakie ztąd krwi rozlanie, jak zjadłe gonitwy, 
Z jakim mężnym uporem wydawane bitwy, 
Jakie z obu stron znaczne poniesione strnty. 
Klęski nienagrodzone późniejszemi laty! 
Ale dość na tem. Muza próśb moich wysłu(iia. 
Wy krytycy nadstawcie łaskawego ucha, 
I czy to dla pożytku, czyli dla zabawy, 
Cierpliwie posłuchajcie do końca tej sprawy. 

Ledwie tylko jutrzenka nocne gubiąc cieoie. 
Jaśniejsze światu dawać poczęła odzienie. 
Przez dziada organista nagle obudzony. 
Co najrychlej uderzyć rozkazał we dzwony, 



i 



— 283 ^ 

Ogłaszając śmierć baby, która tejże nocy 

Bogu ducha oddala po ciężkiej niemocy, 

A księdzu testamentem za świadczone laski 

Krowę dala i masła starego pól faski. 

Silnemi barki dziadów w tę i ową stronę 

Ogromne dyndy hałas czynią poruszone. 

W miękkiej złożony chrapał ksiądz pleban pościeli, 

Znużony nabożeństwem z wczorajszej niedzieli: 

Na jawie nabożnemi nabitą myślami 

Mając głowę, nudził się podobnemi snami. 

Śniło mu się, jakoby po ścieżce zbyt ślizkiej 

Na siwej faworytce, do wioski poblizkiej 

Gotować i wyprawiać jechał w drogę wieczną 

Chorobą złożonego człeka niebezpieczną. 

Wtem zbudzony brzękliwych dzwonów przykrym dźwigkiem. 

Jeszcze niby nad chorym z pobożnym uklękiem 

Ziewając i trąc ze snu oczy mdło i mgliste. 

Zdało mu się, że klektał modlitwy strzeliste; 

Ale go z tak świętego wywiódł rozumienia 

Wszystkich zakrystyanów ozdoba, z imienia 

Matyasz, zakrystyan, co tego urzędu 

Nie intrygą, ni doszedł z łaskawego względu, 

Ale przez nieprzerwane i wielkie zasługi. 

Służąc do mszy, i gasząc świece praez czas długi 

— „Ty śpisz (rzecze) prałacie, a w twoim kościele 

„Rozrządza się kto inny, i to czyni śmiele, 

„Co prawem, biegiem wieków bez liczby stwierdzonem, 

„Tobie tylko samenui było pozwolonem; 

„Ty śpisz gnuśny, a nie wiesz, że tam organista 

„Z bezczynności i twego ospalstwa korzysta, 

„I już na miejscu baby dzisiaj zeszłej z świata, 

„Bez względu na licznego o to kandydata, 

„Bez uwagi na dawność, na moje żądania, 

„Swojego koczkodona wziął do kalkowania. 



- 284 — 

/Zaraz siadł przy organach już podobno słyszę, 

^Kurzeni zaszłe omiata i rusza klawisze. 

»Ty nic na to, czy czekasz, iż inne ominę, 

„Ażeby ci bezprawnie wydarł dziesięcinę 

„I za meszne odebrał, — to niech lepiej sobie 

„Bcjdzie plebanem, być zaś organistą tobie". 

Jak ostrem żądłem pszczoły buhaj obudzony. 
Miota się i napełnia rykiem wszystkie strony, 
Tak tą wzruszony mową ksiądz pleban gniewliwy. 
Porywa się do zemsty cale nie leniwy, 
Lecz jednak w tym zapędzie tyle miał pamięci, 
Że siebie przeżegnaniem i łóżko poświęci, 
Uczyniwszy intencyą, chociaż myślał sobie 
W jakiniby przeciwnika mógł zgładzić sposobie. 
To zrobiwszy porywa rewendę prędko, 
Włożywszy wprzód kołnierzyk i koszulę miękką, 
1 zaraz szybkim krokiem, gdzie go sława woła, 
Chce biedź z zakrystyanem razem do kościoła. 
Zadziwiona tym gniewem, odstąpiwszy garnka, 
Skoczy naprzeciw panu roztropna kucharka, 
I hamując powoli tak żwawe zapędy: 
— „Stój, rzecze, gdzie ty bieżysz panie? i o kędy 
,Ten cię zapał porywa? co za sposób nowy, 
„Iść wtenczas do kościoła, gdy obiad gotowy? 
„Co cię dzisiaj do postu takiego zngrzewa? 
„Wigilię? suche dni kalendarz opiewa? 
„Pomiarkuj się, ale bądźże o tem przekonany, 
„Że nigdy nie był dobrym obiad rozgrzewany* 

To wyrzekłszy, na stole stawia rosół smaczny: 
Daje się tym widokiem wzruszyć pleban baczny, 
I lubo mu nienawiść szeptała do ucha, 
On jednak apetytu i kucharki słucha; 
Siada, lecz zawsze gniewny, połykając całkiem, 



— 28B — 

Ledwie się nieskąsanym nie zdławił kawałkiem. 
O pańskie zdrowie nader Dorota troskliwa, 
Mocno na tę porywczość zbytnią ubolewa. 
Widzi, że z niestrawnego tak bardzo jedzenia, 
Srogich wiatrów nabędzie i głowy bolenia: 
A ztąd niebezpieczeństwo czując oczywiste. 
Skoczy do feomendarza i po altarystę, 
O przypadku każdemu z przyjaciół powiada. 
Nie tak bieży na pomoc zgłodniała gromada, 
Jak chcąc jeszcze pieczeni zastać kawał tłusty, 
By nim żołądek mogła naładować pusty. 
Z radości prałatowi oczy się iskrzyły, 
Gdy taką liczbę wiernych przyjaciół zoczyły: 
Purpurowym kolorem zarumienił lice, 
Po tak szczęśliwych twarzach wiodąc swe źrenice, 
U wszystkich widzi szczerą chęć jemu służenia, 
Gniew swój w pomyślną nader nadzieję odmienia; 
Niezawodnej zwycięztwa nabiera otuchy. 
Tymczasem chcąc posilić wypróżnione brzuchy, 
Szynkę przynieść rozkaże, a sam zaś z komory 
Bardzo starego miodu wyniósłszy dzban spory. 
Nalewa duży kufel: — „Niech się kto chce troszczy, 
Rzecze, a ja do ciebie księże podproboszczy!" 
Wypił, ten za nim, każdy nachylając dzbana 
Starał się naśladować godnego plebana, 
Tak dobrze, że się same już zostały męty, 
Nim ostatni napełnił swój gardziel nadęty. 
Sądził zaś zacny prałat, i bardzo roztropnie, 
Że prędzej tym sposobem swych zamysłów dopnie; 
Bo łacniej kiedy trunkiem są zagrzane głowy. 
Rozrzewniać miękkie serca żałosnemi słowy. 
Zaczem, gdy zasiadł każdy miejsce naznaczone: 
— „Odłóżcie, rzecze do nich, nienawiść na stronę, 
„A względną sprawiedliwość wziąwszy za przewodnią, 



\ 



— 28(5 — 

^Rozsądźcie to uważnie, czyli nie jest zbrodnią 
^W cudzą wdzierać się władza, deptać dawne prawa. 
„Slow mi do opowiedzi tego nie dostawa, 
,Z jak haniebną uznanej powagi pogarda, 
, Organista podnosić chce swą głową hardą, 
^Ale ja go uśniierzg, was zaś proszę o to, 
^Byście mi dopomogli do tego z ochotą. - 
,(J was tu samycłi idzie, dajcie poznać śniiele, 
„Że wy w swoim jesteście panami kościele, 
^l że bez waszej wiedzy, i bez pozwolenia, 
„Żadna się rzecz nie staje, ani się odmienia; 
„Pokażcie to bezpiecznie temu zuchwalcowi, j 

„Że to wszystko nieważne, co on postanowi, \ 

„I że przy nas jest dawna władza wybierania ' 

„Zdatnej, z tak wielkiej liczby bab, do kalkowania". ( 

Do serca poruszona tą mową gromada, } 

Jednostajnie na chęci jego odpowiada, -y 

Każdy nui pomoc obiecuje szczerze, 
Takie vvi(;c między sobą stanowią przymierze: 
Żel)y wszyscy złożywszy jutro radę walną, 
Uocyzyą w tej mierze wydali finalną; 
Żeby podejściu były zagrodzone wrota 
()l)iecali obierać j^^^'^ secreta voia. 



Pieśń druga. 

To tylko, co dwaj wiedzą, sekretem się zowie. 
Jako nas słusznie dawne naucza przysłowie; 
Między trzema zapewne sekret się nie mieści, 
Cóż dopiero, kiedy ich więcej niż trzydzieści? 
Każdy lubo niechcący, wyda się nieznacznie, 
Drugi nie myśląc skończy to, co pierwszy zacznie. 
Ciekawość, co na każde słowo pilnie godzi, 
Zszywając te kawałki, wszystkiego dochodzi. 



287 



Dwaj u niej zawsze na to czuwają ministry: 

Słuch nad dzidy ostrzejszy i wzrok równie bystry. 

Tak z ich pomocą kąty najciemniejsze zwiedza, 

Najskrytsze tajemnice z łatwością wyśledzą, 

Wie, co się w domach dzieje, co na wsi, co w mieście, 

O najmniejszym, najpierwszym, usłyszy szeleście. 

Zawiłe i rozległe szybko przejdzie gmachy; 

Boją się jej królowie, kobiety i gachy, 

Wszędzie jej pełno. Ma zaś stolicę w Warszawie; 

Tam o najmniejszej zawsze wiadoma zabawie, 

Zna, kto z kim jest w przyjaźni, kto źle komu życzy: 

Za co ten, co nic nie miał, dziś pieniądze liczy? 

Jak ten, co ledwie kontusz dobry miał na grzbiecie, 

Dziś się w zielono-żółtej rozpiera karecie, 

A pyszny, strzyżonego pomuskując wąsa, 

Z tych się biedy, co ich zdarł, bezkarnie natrząsa. 

Zna. co komu dolega, czy odra, czy ospa, 

Za co ten na wieś jedzie, po co tamta do Spa? 

Kto się do tej umizga, ta wzajem do kogo, 

Kto kiedy za wygraną sprawę płacił drogo. 

Kto kiedy ograł kogo szulerską nauką, 

Kto oddawał pieniądze tą nabyte sztuką? 

Wie, kto się podłym czyni dla nikczemnych zysków. 

Kto niesłusznie do mądrych przypuszczon półmisków? 

A smacznemi kąskami pasąc brzuch i oczy. 

Nigdy z żadnym konceptem w życiu nie wyskoczy. 

Ta tedy tak przenikła bystrych oczu pani. 
Organiście do ucha szepce jak najraniej. 
Że się naprzeciw niemu knuje spisek cichy. 
Że pod zgotowanemi pewnie leże sztychy. 
Jeżeli ich nie zdoła odwrócić skutecznie; 
Że księża chcą na swojem postawić koniecznie, 



— 288 — 

1 że on razem z babą nabiorą się slracliu. 
Je.śli natężonego nie zwróci zamachu. 

W przykrym byl prawdę mówiąc organista stanie. 
Największe mało pomódz mogło mu staranie; 
Ciężko było złączonej wydolać mu mocy. 
Od nikogo ni wsparcia mając, ni pomocy; 
A już jako w tych razach zwykło bywać zawsze, 
Z bojaźni ustąpiły z głowy myśli żwawszc, 
I mniej w nieużytecznym smakując uporze. 
Jako o jednym środku, myślał o pokorze, 
Kiedy skołatanego uwagami temi 
Sen zaskoczył i przykrył skrzydłami miękkiemi. 

Ale ledwie mu tylko powieki złączone 
Oczom spoczynku chcącym zrobiły zasłonę, 
I jeszcze po zaśnieniu nie był czas tak długi. 
Ażeby się przewrócić dał mu na bok drugi: 
Gdy Niezgoda, rozterków, niepokoju chciwa. 
Skrzydła z kłótni, z zamieszków sklejone porywa, 
A rzucając w klasztorach swe kochane dzieci. 
Pobudzać organistę wielkim pędem leci. 
Lubo w tę jadąc drogę brała dość lot cichy. 
Odjazdem jednak swoim pokłóciła mnichy. 
I żeby ich do swego powrotu bawiła, 
Z chęcią im kapitułę wcześnie naznaczyła. 

Już dawno organista za oblubienicę 
Wziął był sobie niewiastę, wielką czarownicę, 
Która w tej z księdzem sprawie od zgody daleka. 
Darmo dyabłów wzywała na pomoc człowieka. 
Jej tedy straszną postać, jej oczy jaskrawe, 
Zęby spróchniałe, nogi chude i koszlawe. 
Wzięła na się Niezgoda a z krzywego pyska, 
Do jep:o się po maćku przymknąwszy łożyska, 



^ 289 -^ 

Te słowa wyzionęła: — „Z odważnych zrodzony 

„Rodziców, i do wielkich dziel mężu stworzony, 

„Sławny po wszystkich karczmach, niezrównany męztwem, 

„I niejednem z chłopami w załebki zwycięztwem, 

„Doznany organisto! czy spodziałby kto się, 

„Byś sobie plebanowi mógł dać grać na nosie, 

„I cierpieć, aby na twe organy rozciągał 

„Władzę przykrą, i z twej się słabości urągał? 

„Wlerzaj mi, wolałabym skończyć żywot lichy, 

„Niźli się stać- ofiarą dunmej jego pychy. 

„Podwaja w przeciwniku dzielność kto się boi, 

„Przeraża nieprzyjaciół, kto oporem stoi: 

„Stań się mężnym, a ujrzysz, że ten pleban podły, 

„Co teraz, by cię zgubił, szle do nieba modły, 

„I fałszywie mniemając, że mu Bóg pomoże, 

„Papla pacierz, pierś tłucze, ostrząc na cię noże, 

„Ten człowiek zniewieściały, ta nikczemna dusza 

„Którą przeciw cię teraz nienawiść porusza, 

„Odstąpi swych zamysłów i placu odbiegnie, 

„Gdy cię naprzeciw siebie śmiałego postrzegnie". 

Jak kiedy Feba duchem napuszczony wieszczek. 
Swój dwoisty z trzynożnych daje wyrok deszczek. 
Chwytają wielkim ciągiem wszyscy święte smrody, 
A kiedy nos zatyka, czy stary, czy młody 
On novve biorąc siły z zapaśnej jaskini, 
Z głupich przychodniów żarty tylko sobie czyni, — 
Tak serce organisty tą mową zagrzane. 
Poczuło w sobie męztwo dopóty nieznane. 
Porwał się ze snu, jakby go piorun przeraził 
Zawstydzony, że siebie myślą podłą skaził, 
I już o zgodzie żadnej nie czyniący wzmianki. 
Chcąc się tem lepiej zagrzać, łyknął przepalanki. 
Całą więc myśl już na to obrócił i siłę, 

KSięei HUMORU POLsiiEeo. T. II. li) 



~ 290 — 

Aby raczej śmiertelną tu znaleźć mogiłę, 

Niż ustąpić haniebnie, i by te zamysły 

Wzięły skutek, najprędzej zawarł związek ścisły 

Z Bartkiem, co blizko mieszkał, odważnym stolarzem. 

I z Janem, bardzo śmiałym i zręcznym ślusarzem; 

Ci zaś do księdza złości za to mieli wiele, 

Że im bronił rzemiosła w święta i w niedziele, 

I przeszłego tygodnia za pewną robotę, 

Po długiem targowaniu urwał cztery złote. 

Onym się więc sekretu całej rzeczy zwierza, 

Co chce robić, i kroki jakiemi tam zmierza. 

Nienawiść i złość księdza przed oczy przekłada, 

Blizkość niebezpieczeństwa bardziej go rozjadą. 

— „Odwagi wielkiej trzeba, przyjaciele moi, 
„Tę kiedy mieć będziemy, nic się nie ostoi. 
„Trzeba, żebyśmy skrycie dzisiaj ciemną nocą 
„Za wzajemną organy zniszczyli pomocą, 

„I tak one zniszczyli, by nim kur zapieje, 
„Powstania nawet kiedyś nie miano nadzieje". 

Oba mu na to przyjaźń obiecują szczerą: 
Jan obiecał przyjść z młotkiem, a Bartek z siekierą. 

— „Nie dość tu jest na waszej słownej obietnicy, 
„Któż was wie? możecie być jak inni zmiennicy. 
„Wszystkich was trzech przysięga zobowiąże sroga^ 
„Żadna się w tył nie będzie mogła cofnąć noga*. 

Jak więc bohaterowie, co po runo złote 
Za morze się wybierać powzięli ochotę, 
Lub ci Grecy w trojańską co płynęli stronę, 
Zbiegłą mężowi nazad chcący wrócić żonę, 
Straszną przysięgą stałość wzajemną stwierdzili, — 
Tyleż i trzej rycerze nasi uczynili. 
Potem się pożegnawszy, każdy szedł do siebie. 
Czynić przygotowania ku walnej potrzebie, 



— 291 — 

Ażeby skoro tylko światło słońca zgasło, 
Dane im do kościoła zgromadziło hasło. 



Pieśń trzecia. 

Juzem sobie ułożył, aby w trzeciej pieśni, 
Żeby ta cała kłótnia wzięła koniec wcześniej, 
Nic morału nie było, bo nie wiedzieć na co 
Czynić usiłowanie, i starać się z pracą 
Naprawić lud zepsuty; czy ja bocian, aby 
Świat czyścić i krzykliwe z niego zbierać żaby? 
Lecz wytrzymać nie mogę. — nie wiem czem się dzieje, 
Z chęcią bym się urzędu podjął kaznodzieje, 
A machając rękami z wysokiej ambony, 
Wrzeszczałbym: Zaniechajcie niezgody szalonej! 
Potem zaś treść najprostszą na trzy dzieląc części. 
Pismo i Ojców świętych cytowałbym częściej, 
A po plagach pamiętny lekcyj rozlicznych. 
Wysypałbym gromadę figur retorycznych, 
I niezgodę bym (za to niech mię nikt nie łaje), 
Do brzydkiej niedźwiedników równał szałamaje, 
A z dęcia dud niezgodnych chrapliwego dźwięku, 
I ruszania klawiszów od niezgrabnych ręku 
Biorąc pochop, wniosek bym czynił nieomylny. 
Że u nas dla niezgody dobry rząd bezsilny. 
Potem się coraz bardziej w mojej szerząc mowie, 
W. dalszej dowodzić bym się postarał osnowie. 
Jak przez własne zawiści i szkód ne niezgody. 
Potężne w krótkim czasie upadły narody. 
Że u nas osobliwie ta niechęć szalona, 
Namiętność jest na naszą zgubę ulubiona, 
I że nas nie zgubiła żadna więcej jak ta; 
Jeśliby mi kto przeczył, manifest ad acta 

19* 



— 292 — 

Zaniósłbym, i przed niemi stawszy osobiście. 
Falszbym przeciwnej stronie zailal oczywiścit?; 
A gdyby mi i za tern nikt nie ustępował 
Do przyszłego bym sejmu pewnie apelował. 
Lecz po co w tak dalekie zabiegani granice? 
Pewnie moją nauką Polaków oświecę? 
Wole; powiedzieć teraz, przez jakie starania. 
Do zamysłów szkodliwych przyszedł wykonania 
Hozjadły organista i przez jak okrutny 
Przypadek, swój organy wzięły koniec smutny. 

Skoro tylko Morfeusz na tę sferę ciemną 
Poczynał władzę swoja rozciągać przyjemną. 
Zeszli się trzej rycerze, i poczęli ściśle 
Uazem się o tak walnym naradifać zamyśle. 
I sposobne do tego pobrawszy narzędzie. 
Zaraz szli do kościoła, patrząc w koło wszędzie, 
I stąpające ostrożnie, bojąc się, by z boku 
Dostrzedz ich ciekawemu nie zdarzyło oku. 
Naprzód ich drzwi świętego wstrzymały kościoła. 
Warowne żelaznemi sztabami do koła. 
Ale mężnego serca Jan, nie myśląc długo, 
I w tak wspaniałem dziele spiesząc się z przysługą. 
Tak dobrze w mocny zamek tęgi raz wymierzył. 
Ze jak najsłabszy puścił, skoro go uderzył. 
Runęły drzwi ogronnie, a tak siły wspólne 
Do w^nętrza kościoła miały przejście wolne. 
Jak gdy z pomocą armat z swych murów spędzeni. 
Już nie bronią przystępu smutni oblężeni, 
Niczem niezatrzymany nieprzyjaciel wchodzi, 
I dziękując, za tryumf Te Deum wywodzi; 
Tak i oni jak tylko do kościoła weszli. 
Zaraz trzykroć klęknęli, trzykroć się podnieśli, 
Każdy się z nich do modlitw udając gorliwych, 
Niebieskiej chciał pomocy w zamysłach szkodliwych. 



— 293 — 

Pierwszy się organista porwał niespokojny, 
I drugich do rozjadlej pobudzając wojny, 
Rzeki głosem bohaterskim: — „Drogi czas ucieka, 
„Teraz pora sposobna, nieprzyjaciel czeka". 

I światłem tlejącego prowadzon ogarka, 
Go go od wiatru szklanna broniła latarka, 
Naj pierwszy na złe wschody odważnie wstępował, 
A swą śmiałością innym drogę pokazował. 
Ale kiedy do góry prowadząc krok ślizki. 
Wlazłszy na wierch, organów samych już. był blizki, 
Sumienie go ruszyło, i nieznanej trwogi 
Pełen, sam poniewolnie musiał cofnąć nogi. 

Jak kiedy idąc z wojskiem naprzeciw Rzymowi, 
Trzeba było Rubikon przeł)yć Cezarowi, 
1 temu, który wiernym był obywatelem. 
Stać się wiecznie Ojczyźnie swej nieprzyjacielem, 
Myślał długo nim przebył brzegi niebezpieczne, 
Bojaźń w nim z ambicyą wiodła walki sprzeczne, 
Jednak jak nieprzyjaciel wolał rozkazować. 
Niż podległość, jak wierny obywatel, chować; 
Tak i nasz organista, choć miał chęci szczere 
Zburzyć organy, wstrzymał rozbójczą siekierę, 
Wewnętrznym mimo siebie przerażony strachem, 
Lubo już z wymierzonym cofnął się zamachem. 
Lecz wkrótce nienawiścią podżarzony srogą, 
Przez ławkę, co tam stała, przestąpiwszy nogą, 
Chciał oburącz we środek organów uderzyć. 
Lecz ślepa popędliwość nie potrafi mierzyć, 
Chybił więc, ale miechy raz okrutny wzięły, 
1 pęknąwszy na dwoje, żałośnie jęknęły. 
Usłyszały te jęki zatrwożone szczury, 
Co dotychczas spokojne swe tam miały dziury. 



I 



— 294 — 

Potomki tak sławnego w dziejach Gryzomira. 

Którego sława dotąd jeszcze nie umiera, 

Nie przeto, że gnuśnego króla pasł się ciałem, 

Lecz że jest w Myszeidzie rycerzem wspaniałym; 

Przestraszone z miejsc swoich wychodzą gromadnie, 

A gdzie, i jak kto może z popłochu przepadnie. 

Za złą wieszczbę Jan z Bartkiem wziął przypadek taki, 

Lecz Grzegorz nie uważał na te wszystkie znaki, 

Ale porwawszy znowu kostur okowany, 

W same z największą mocą uderzył organy. 

Ach! któż to teraz zgadnie? i któż to opisze? 

Jako się w różne strony rozpierzchły klawisze, 

Jak leżąc skarżyły się żałosnemi jęki, 

Że z tej. którą kochały, koniec wzięły ręki. 

Kto nie zna bohatera, dzielnej krwi szafarza, 

Jak go bardziej zgiełk bitwy i tumult rozżarza. 

Niech sobie organistę naszego wystawi; 

Nad czułem użaleniem czasu on nie trawi, 

Lecz w którą tylko stronę mężną ręką kinie, 

Albo kilka klawiszów, albo duda zginie. 

Zagrzani tym przykładem, daremnie nie stoją 
Jan z Bartkiem, ale czynią też powinność swoją; 
W najgorętszym zapale już jest bitwa wściekła, 
Same mordy, zabójstwa, istny obraz piekła. 
Tu widać ciał zabitych przeraźHwe kupy. 
Tu ranni na pół żywi leżą między trupy, 
Duda pchnięta ostatnim śmiertelnym tchem ziewa, 
Klawisz jeden drugiego do bitwy rozgrzewa. 
Tu na pół popękałe umierając miechy, 
Z żalem nadprzyrodzonym żałują za grzechy. 
Zgiełk, hałas, krzyk, zabójstwa, tumult, mofdy, wrzawa, 
I zewsząd krew niewinna lać się nie przestawa. 



— 295 — 

Święci tego kościoła, którycli dźwięk ten głuszy, 
Niespokojnie trwożliwe nadstawiają uszy; 
W kronice nawet nieraz czytać mi się zdarza, 
Że chciał kościoła tego patron zejść z ołtarza; 
Lecz że się znajdowały tam święte panienki, 
Nie schodził dla zgorszenia, nie mając sukienki. 

Tymczasem już organy na drobne kawałki 
Dokonali druzgotać ogromnemi pałki 
Zapamiętali w gniewie, lecz mężni rycerze. 
Każdy się potem zaraz do spoczynku bierze. 
Oczekując dnia, srodze jednak niespokojni, 
Po tak śmiałym uczynku i krwawej rozbojni. 

Pleśń czwarta^ 

Gdybym był kiedy królem, byłbym sprawiedliwym, 
Złychbym z dworu wyganiał, nagradzał cnotliwym, 
Nie brałaby dostojeństw zasłudze intryga, 
Źle w tym kraju, gdzie obrót prostotę wyściga; 
Każdybym dzień jak Tytus dobrodziej st wy liczył, 
Więcej szczęścia ojczyźnie niż sobiebym życzył, 
Nad próżnemi rzeczami czasu bym nie trawił. 
Nadaniem praw narodom słodkich bym się bawił. 
A gdybym był biskupem lub oficyałem *), 
Oto bym usiłował staraniem niemałem, 
Żebym sam z siebie dając przykład nader rzadki, 
Nie był nigdy zgorszeniem Chrystusa czeladki. 
Nigdybym nic nikomu nie bronił drukować, 
Tem się w narodzie rozum może polerować. 
Ubogich bym wspomagał, w wydatkach był mierny, 
Ojczyźnie dobrze życzył, królowi był wierny. 



*) Albertrandy. 



— 296 — 

Gdybym zaś był ministrem pokoju lub wojny, 

W bitwie byłbym rycerzem, a w izbie spokojny. 

Dobre bym interesa skutecznie popierał, 

Za (lanie protekcyi ludzi bym nie zdzierał. 

A gdybym był uczonym, lub za niego raianym. 

Nie przestałbym być w izbie niby malowanym; 

Lub, że zjem obiad mądry obok majestatu. 

Pisałbym to i dowiódł niewiernemu światu. 

Że zkądkolwiek zagadnie, z której chce tknie strony. 

W prawie, w rymach i dziejach jestem nauczony. 

Bym kiedy był małżonkiem, nie byłbym zazdrosnym. 

Zazdrość, każdy to przyzna, jest zwyczajem sprośnym. 

Zwłaszcza kiedy nie idzie komu o Delfina, 

A ma jeszcze w zapasie niejednego syna. 

Gdybym był księdzem owym, o którym tu mowa. 
Nie wiele dbałbym, czy ta baba, albo owa 
Na organach kościoła mego miechy depcze; 
Lecz cóż począć? gdy komu ambicya szepcze, 
I nienawiść podburza, poruszyłby piekło. 
Zwołał był ksiądz na radę, jak się wyżej rzekło, 
Kominendarza; rozumem i latami stary. 
Przywlókł się też o kiju zacny ksiądz wikary. 
Pobożny podproboszczy, altarysta prawny, 
Z sąsiadem o altaryą swą kłótniarz ustawny; 
• Ksiądz kapelan Bernardyn, który tam przebywa, 
I pałka, sed mm vore siadł infonnatwa. 
Każdy się z nich z skromności najmniejszym być mniema, 
I kłótni tam o miejsce między nimi niema. 

Gdy się każdy przed Świętym Duchem upokorzył, 
W te słowa tłusty pleban sesyą otworzył: 
— „Wy, którzy tu te miejsca zasiadacie godnie, 
„Wy kościoła podpory i wiary pochodnie. 



297 



„Nic trzehii wam powtarzać, bo znacie zaiste 

„Ghytrości i podstępy nadto oczywiste 

^ Gbura, któregom ja sam z błota wyprowadził 

„I na łak znakomitym urzędzie posadził. 

„Teraz pychą nadęty, zapomniał ten złodziej, 

„Żem przecie jego panem, żem jego dobrodziej; 

„Teraz moją powagę, waszą razem szarga, 

„Na nasze przywileje, na władzę się targa, 

„A swoich nieprawości dopełniając miarę, 

„Do kalkowania babę śmiał naznaczyć stare, 

„I kiedym sam nie mógł być w kościele, bom chory. 

„Ona miechy deptała w wczorajsze nieszpory. 

,VViem, że to z was każdego równie jak mnie boli, 

„Czytam to w oczach waszych, że nikt nie pozwoli 

„1 nie dopuści, by taż baba miała zostać. 

„Możemy dotąd jeszcze siłom jego sprostać; 

„A dzisiaj potępiwszy tę zuchwałość winną, 

„Na miejsce naznaczonej obierzemy inną". 

Skończył pleban,. a głuche u wszystkich milczenie, 

Powszechne rokowało jemu zezwolenie. 

Lecz z miejsca swego zabrał głos ksiądz podproboszczy; 

— „Niech się, rzecze, plebańska mość o nas nie troszczy, 
„Za całe zgromadzenie przyrzekam ja szczerze, 

„Że nam nikt preregotyw naszych nie odbierze, 
„I wolimy zgubioną mieć z ojczyzną wiarę, 
.,Niż utracić na wiosek przywileje stare. 
„Jedna mi tylko na myśl uwaga przychodzi, 
„Jeśli się absolutnie postępować godzi, 
„I nie wiedząc czy nam jest wolno obrać babę, 
„Chcieć obarczać przemocą naszą stronę słabe". 
Na to poważny wiekiem wikary po wsta wa: 

— „Prawda, rzecze, że nie masz wyraźnego prawa, 
„Lecz podług aksyoma, kędy prawa niema, 

„Tam zwyczaj z dawnych czasów miejsce jego trzyma. 



— 298 — 

^Nie pierwszy rok już siedzieć tutaj mi si(^» /jbrza. 

„Nie u jednego ja msz(^' miewałem ołtarza. 

„Niejednego pogrzebłem na cmentarzu trupa, 

„Niejednego widziałem z wizytą biskupa, 

„I jeśli czas tych dziejów z pamięci nie zetr/A 

„Szwedów jeszcze przypomnę i srogie powietrze. 

„Bardzo dawno zasięgam, a zawsze i wszędy 

„Plebani w swych kościołach dawali urzędy. 

Do gustu prałatowi ta przypadła mowa, 

Cała zatem przystała rada na te słowa. L 

Do kresek już więc skrytych pleban iść nie mie<>:k^L " 

Dwie ich ma Małgorzata, a resztę Agnieszka. 

Zapadła i)hinilitaSf więc nie myśląc dłużej, 

Krzykną: , Niechże ten urząd już Agnieszce służy!' 

A chcąc ją mieć gotową do tego rzemiosła, 

Szlą do niej jak najrychlej z dobrą wieścią po^la. 

Skacze baba z radości z takiego wybrania, ^ 

Swoim się dobrodziejom jak najniżej kłania. 

Schylone plecy bardziej ukłonami garbi, 

Uniżonością wszystkich serca sobie skarbi. 

Tymczasem zacny prałat zaczął się gotować, 
Aby ją mógł tegoż dnia zaraz łnstallować, 
Na organy z niemałym tryumfem wprowadzić, 
I w przyzwoitem miejscu godności posadzić. 
Lecz bojąc się odporu, kazał, aby cepy. 
Drągi, siekiery, kosy, topory, oszczepy, 
Wzięła czeladź odważna; sam swem męstwem ssbrojiiy 
Szedł śmiało, chociaż krwawej spodziewał się wojny. 
Za nim następowali księża nie zdaleka. 
Każdy z nich losu kłótni takiej pilnie czeka; 
Idą napozór śmiało, a każdy z nich tchórzy. 
Krew się w każdym z bojaźni porusza i burzy, 
Każdy z nich patrzy wkoło, by w przypadku sprzt;t7-ki. 
Wolne mógł mieć którędy miejsce do ucieczki* 



— 299 — 

Wszędzie samo ponure panuje milczenie. 

Ale jak srogie onych było zadziwienie, 

Kiedy zamiast odporu i bitwy okrutnej, 

Stanął im przed oczyma obraz nader smutny! 

Gdzie tylko wzrok obrócą, wszędy znak ruiny, 

Tu drzwi mocą wyparte, tu zaś rozwaliny 

Wdzięcznych leżą organów, tu miechy, tu duda; 

Rozumieli nabożni, że to jakie cuda, 

Że na ich ukaranie jaka ręka mściwa 

Te dotąd niesłychane poczyniła dziwa, 

Albo piorun zgruchotal z czarnej spadłszy chmury, 

Albo ziemi trzęsieniem obalone mury. 

Lecz wkrótce niewątpliwe w ruinach oznaki 

Umyślnej zawziętości wskazały im szlaki, 

A kłótnie, które mieli, i zawzięte zwady. 

Wytknęły im autora tak wielkiej szkarady. 

Większą to w nich zajadłość, mocniejszy gniew sprawiu. 

Ochotę wzięcia zemsty tem chętniej ponawia, 

Im większy na ich sercach zostawuje smutek. 

Że zamysły ich wzięły tak niedobry skutek. 

Baba płakała, widząc nadzieje zmylone, 

A ksiądz pleban lubo się starał cieszyć onę. 

Lubo umysł w nieszczęściu pokazywał hardy, 

Lecz nie mógł wstrzymać przecież na sercu żal twardy! 



Pieśń piąfa. 

Wszystko to nie do rzeczy na tym naszym świecie: 
Bogaty ubogiego ciemięży i gniecie. 
Cnota nie ma nagrody, a występek kary, 
Stępione prawa patrzą na zbrodnie przez szpary. 
Kto sprawniejszy ten lepszy, poczciwość nie płaci. 
Talentem się nie wesprze człek ani zbogaci. 



— 300 - 

Na urzędach intryga i kredyt osadza, 

Ten szczęśliwy, co kradnie i ojczyznę zdradza. 

Jeśli się godni o tem ludzie mówić ważą, 

Odpowiedź cala: że tak interesa każą. 

Uwielbiam was i ukłon oddaję wam nizki. 

Klęknę, jeśli zechcecie, będę się bil w pyski, 

Niezgruntowani w rządach swoich politycy, 

Nie jest to dzieło mojej słabej mózgownicy 

Przenikać co czynicie, bo w fryzurze więcej 

Macie rozumu, niż ja w mej głowie cielęcej. 

Niec;haj jednak z pokorą pytać mi się godzi. 

Czy to w dobrego rządu maksymy nie wchodzi, 

Ażeby ludzi godnych, wartych z każdej miary. 

Wasze łaski i hojne nie mijały dary, 

A tam się zaś bogatym nie gnieździły rojem, 

Kędy głupstwo przesiada z pysznym niepokojem? 

Ale na co ja gadam, i na co mózg suszę? 

Powiedzą mi: — Mój panie, radzibyśmy z dusze 

Uczynić ci: znamy to, że masz talent rzadki, 

I prozą piszesz dobrze, i wiersz robisz gładki. 

Miej trochę cierpliwości, miły przyjacielu. 

Oto jeszcze od ciebie zasłużeńszych wielu 

Prace trzeba nagrodzić i ciężkie mozoły, 

('zekaj. — Czekam ci, zawsze jak goły, tak goły. 

Kiedy kto w niedostatku, i rozum się cieśni: 

Ot, nie wiem co wam powiem z tej tu piątej pieśni. 

Jak organów przywiodę znowu na plac dzieje? 

I kogut zjadłszy ziarnko, milej trochę pieje. 

Noc, w której pan swych bogactw, a ubóstwa nędza 
Zapomina, uśpiła i babę i księdza; 
A sen twardy leniwych skrzydeł swych powloką, 
Dla spoczynku powszechnie ludzkie przykrył oko. 
Wszyscy spali, przy żonie tu mąż snu zażywał, 
Tn kochanek miło^ią znużony spoczywał, 



— 301 — 

A świeżych rozkosz przez sen zażywając prawie, 

Tak się pieścił i cackaJ, jak gdyby na jawie. 

Sam jeden organista oczu nie mógł zmrużyć, 

Lubo się onegdajszą pracą musiał znużyć. 

Ale jakże spać można, kiedy tu kto czuje, 

Że na karę po jakiej zbrodni zasługuje? 

Bo nazajutrz jako wieść doszła jego uszu, 

Miało wejście świętego być Jubileuszu, 

Podczas którego każdy czy młody, czy stary. 

Wolny był zawsze z brodni od winy i kar}\ 

Byle księdzu powiedział, co był niebu dłużny, 

Obszedł kilka kościołów i dawał jałmużny. 

Już się zeszła z okolic gromada poddaństwa. 

Wiele się też zjechało nabożnego państwa. 

Kolasą bułanemi ciągnioną kobyły, 

Przywlókł się z swą imością podsędek olyły; 

Sześcią zdobną gałkami karetą powoli 

Przyjechał na ten odpust wielmożny podstoli; 

Tuż za nim, co go każda mieć musi publika, 

Widziano jadącego tej ziemi skarbnika; 

Sześć koni trochę lepszych, liczna czeladź dworska. 

Wydała, że się wali godność podkomorska. 

Za nimi wielka mnogość ziemianek, ziemianów, 

Ludzi różnego wieku, rozmaitych stanów. 

Kupców swamych, przekupek, opojów, kramarzów, 

Między którymi dwóch też przybyło księgarzów. 

Słowem mówiąc, na odpust tak wielki, tak rzadki, 

Dość się panów zjechało i wiele czeladki. 

Już się sproszone zinąd mnichy i kanony. 

Jedni na mszę gotują, drudzy na ambony. 

Już się ciekawsza niźH nabożna gromada 

Wali kościół i ławki najpierwsze zasiada; 

Gdy przez cmentarz śpiesząc się pleban do kościoła. 

Ujrzał w nim organistę: — „A tuś mi! zawohi. 



— 302 — 

,Tyś to jest, co do złości łączący odwagę, 

,Tak znaczną mej godności uczynił zniewagę? 

-I jeszcze po tej zbrodni śmiesz mi włazić w oczy! 

, Zaraz ja cię!'' — Wnet kniemu z impetem przyskoczy. 

Strwożył się tym zamachem pan Grzegorz zmieszany, 

Umyka się, by tyłem gdzie przypadł do ściany, 

I takie gdy z szybkością wciąż czyni cofanie, 

Trafiło się, że stanął przy księgarzu Janie. 

Dopadł go ksiądz pleban, lecz nim doń przyskoczył. 

Tak go rzn^ Breuńarzem, że aż się potoczył. 

Zmieszany przywitaniem takiem organista, 

Z łatwości, co pod ręką mógł ją mieć, korzysta: 

A pewną plebanowi chcąc gotować zgubę, 

Oburącz porwał w gniewie swym Ateny grube *), 

Cisnął je, i tak mocno w głowę go uderzył, 

Że ciosem zagłuszony mój ksiądz ziemię zmierzył. 

Na krzyk jego bolesny, na wrzask i lamenta, 

Porzuciła ornaty i mszę zgraja święta; 

A małe uchyliwszy w zakrystyi drzwiczki, 

Spieszno biegła na miejsce stoczonej potyczki. 

Zaraz się organisty przyjaciele zbiegli, 

Skoro na placu księży gromadę postrzegli; 

Wielka się między nimi zatem bitwa wszczyna: 

Temu oczy podbija zwycięzka Janina^) 

Ten ogłuszony upadł i ledwie nie. kona, 

Wziąwszy w łeb tłumaczeniem Rozmów Focyona ^). 

Najpierw altaryście zgruchotano kości 

Zhałcirnnym, Tylhowskiego, Stolikiem Mądrości. 

') Nowe Ateny, Ks. (Chmielowskiego. Książka pełna omyłek geogra- 
ficznych, bajecznych opisów, fałszywych wiadomości. 

') Janina zwy ciężkich tryumfów, albo życie Jana III. przez Kazimie 
rza Uubinkowskiego. 

^) Rozmowy Focyona, przez L'Abbe de Mably, po francusku na] 
sanę, a przez Ks. Chrościkowskiego niemiłosiernie tłumaczone. 



— 303 — 

1 tobie podproboszczu zadał cios niezmierny 
Koloander kochany Lmnildzie trumy '). 
Wieleż to ksiąg pierwszy raz z pyłu wydobytycłi. 
Do bitwy tak zażartej było tam ukrytych? 
Jan ma Wiankiem JR(JŹanyni srodze nos podbity. 
Tego zranił Do Nieba Gościniec ukryty. 
Darmo księgarz troskliwy nie rad takim gościom, 
Tym się pragnie opierać gotyckim wściekłościom, 
Ledwie na ich zawartość i księgi wystarczą. 
Bartek podproboszczego zwalił Królestw Tarczą'^); 
Ten chociaż ciosem takim mocno był dotknięty, 
Rzucił nań, lubo słabo, ubogie Natręty^). 
Niewiele szkodzić mogła Bartkowi broń krucha, 
Chociaż śmiały tłustego nie umykał brzucha; 
Ale go jeden z tyłu z najbardziej zawziętych, 
Ksiądz kommendarz dojechał Żywotami Świętych; 
Lecz on, lubo stłuczony, wyszedł ztąd z honorem. 
Powaliwszy obydwu ciężkim Rymów Zbiorem*). 
Szwank dwu zacnych rycerzów pomieszał prałata, 
Więc sam już miłosnego schyHł Fortutuda^ 
I ostatnie do kupy zgromadzając siły, 
Między oczy Janowi cisnął romans miły. 
Mgłą mu grubą do razu zaszły oba oczy, 
Skrzepła krew już mu zwolna po żyłach się toczy, 
Słowem: po strasznych nudach i ziewaniu ciężkiem, 
Wywrócił się i zasnął twardo w błocie grzęzkiem. 

') Koloander wiernej Leonildzie przyjaźni dotrzymujący, przy różnych 
nienawiści, wojennych awanturach i przypadkach. 

■') Tarcza Królów i Królestw, pobożność gruntowna codziennemi za- 
bawami wzmacniająca się; 1773 w Warszawie. 

') Natręty, komedya Bielawskiego. 

*) Zbiór Hymów przez Załuskiego. 

*) Fortunat, romans nudny. 



- 304 — 

Przypadł śpiącemu Bartek szybko na ratunek, 
W przyzwoity porządnie opatrzon rynsztunek, 
A mszcząc się na prałacie, porwał Banialukr '), 
I nią mu fryzowaną wysadził perukę. 
Spadła, a ksiądz ukazał z pod niej łeb tak goły. 
Że się w niebie zdziwili święci i anioły. 
A w jasne i glansowne wpatrując się ciemię. 
Mniemali, że się słońce przeniosło na ziemię. 
Bardziej tem rozgniewany prałat i rozżarty. 
Widząc się tak haniebnie z swych ozdób obdarty. 
Radby był na hultaja sprowadził pioruny; 
Chciał mu ze łba swą ręką pozrywać kołtuny. 
Bez uwagi czy siły wystarczać mu będą. 
Rzucił się nań nakrywszy gtowę rewerendą. 
Cofnął się baczny na dwa kroki Bartosz w stronv, 
I oburącz mu w piersi cisnął Magiellone'^), 
A sam zaś do wrodzonej powracając broni, 
Z pięścią się począł krzątać koło księżej skroni. 
I byłby pleban nie chcąc legł tani męczennikiem. 
Gdyby bolesnym jego obudzony krzykiem. 
Co po rannej gdzieć blisko odpoczywał pracy. 
Nie przypadł mu na pomoc ojciec Bonifacy. 

Pieśń szósta. 

Rodzona siostro śmierci, wojno zapalczywa! 
Prawo zbójców, których świat rycerzmi nazywa, 
Zbrodniarko z skamieniałych wnętrzności spłodzona, 
Wieleś ludzi do swego zagarnęła łona. 
Juzem mniemał, że nasz świat opuściwszy stary. 
W nowymeś przedsięwzięła wybierać ofiarj'. 



') Banialuka, dawna bardzo historya romansowa. 
^) Historya całkiem podobna Banialuce. 



— B05 — 

1 na Amerykanacli wolnych i cnotliwych 
Szlaś próbować dzielności twoich razów mściwych. 
Ale się z dawnem rozstać nie możesz łożyskiem, 
Łubem widzę każdy kraj dla ciebie siedUskiem, 
W najspokojniejszy kącik codzień twoje zbrodnie, 
Najzjadliwszej niezgody zanoszą pochodnie; 
Żaden od cię niewolny, kiedy pleban cichy 
Doznał nawet jak są twe niebezpieczne sztychy. 
Onby dotychczas pewnie pod stolarzem leżał. 
By mu nie był na pomoc Bernardyn przybieżał, 
Bernardyn młody, żywy, rubaszny i śmiały. 
Wart być pomiędzy dzielne liczon generały '), 
Choć znużony, ksiądz jednak przy takiej pomocy, 
Byłby do później bitwę mógł przeciągnąć nocy, 
Gdyby, co niecierpHwie już w kościele siedział. 
Pan podstoli o tej się bitwie nie dowiedział, 
A zawsze służyć swemu bliźniemu gotowy, 
Nie wstrzymał zajuszonych mocą swej wymowy. 

— „Stójcie! rzecze, jaka w was zażartość uparta! 
„Boga się bójcie, gdy się nie lękacie czarta. 

„O co idzie? zkąd kłótnia? jaka jej przyczyna? 
„Jak ją chcecie zakończyć i kto ją z was wszczyna? 
„Można znaleść sposoby, co was mogą zgodzić, 
„Dajcie się tylko, proszę, trochę ułagodzić. 
„Niechajże się rozsądek w waszej głowie mieści, 
„Rzecz mi całą powiedzcie w niewielkiej słów treści*'. 
Zaraz chciał organista ułatwić pytanie, 
Ale mu odpowiedzieć pleban nie dał na nie, 
I sam zaczął; ale mu przerwał organista. 

— „Rzecz widzę, rzekł, podstoli, jest to oczywista, 

') Nie pomiędzy generałów-niajorów lui) lejtnantów, ale pouiiędzy 
bernardyńskimi czyni go pomieszczenia godnym. 

KSI(GI HUMORU POLSKIEGO. T. I ^0 



306 



^Że b(^dąc rozgniewani, i w tern zamieszaniu, 
^Memu nie uczynicie zadosyć pytaniu. 
,,Lecz każdy niech na moment nienawiść zagrzebie; 
,A tymczasem proszę was na obiad do siebie. 
„Po dobrej sztuce mięsa i klarownem winie, 
-Łatwiej w was zapalczywość zapewne przeminie. 
,, Dopiero po obiedzie zasiadlszy do zgody, 
„Starać się będziem wszystkie ułatwić przeszkody". 
Choć srodze rozgniewani byli i zawzięci, 
Przyrzekli to mocnemi przyczyny ujęci. 
PodstoH ich do swojej powsadzal karety, 
A stangret siekąc konie w osedniowe grzbiety, 
Wlókł się, i choć we wrotach dwa razy zawadził, 
Przed dworem ich po krótkiej podróży wysadził. 
Po pierwszych przywitaniach, co prędzej z apteczki 
Po kieliszku cukrowej wniesiono wódeczki; 
Każdy wypił swój wydział, imość dobrodzika 
Toruńskiego w zakąskę przyniosła piernika. 
Lecz że tak prędko obiad nie mógł być gotowy. 
Wszedł znowu na stół likier wyborny, pestkowy, 
Likier przedni, lecz to w tym domu nie nowina. 
Bo go sama swą ręką pędzi podstolina. 
Dwojaką wódką mając rozegrzane głowy, 
Polityczne z ochotą zaczęli rozmowy, 
I każdy z nich powiedział co do samej treści, 
Jakie miał ze stohcy najpóźniejsze wieści. 
Jeden twierdził, że wojna nieochybnie będzie. 
Że do tego gotowość już jest znaczna wszędzie, 
I pozawczoraj oczy to widziały nasze. 
Jak sobie dwa dragony ostrzyły pałasze. 
Rozszerzył się gazeciarz, i pochwał nie skąpi 
Nad tym, że niezawodnie lepszy rząd nastąpi, 
I takoż jest nadzieja tego oczywista. 
Bo o tern napisano arkuszy ze trzysta; 



— 307 ~ 

Lecz co mnie także z nowin nie pomału cieszy, 
Że się dobry porządek do Warszawy śpieszy; 
Bo chłopca, co bil żydów przed czterema dniami, 
Z powagi urzędowej obito rózgami. 
Rzeki podstoli: — „To widzę nowiny pisane, 
„A]e ja mam gazety świeżo drukowane, 
„Tysiąc rzeczy ciekawych. W ostatnią niedzielę. 
„Na wielkiem nabożeństwie byJo ludzi wiele, 
„I żeby przyzwoitą wspaniałość zachował, 
„Mszą pontificaliter biskup celebrował, 
„Ksiądz N. N. miał kazanie, wielki kaznodzieja, 
„Mówią, że swą wymową nawrócił złodzieja, 
„I odtąd poznajemy tę prawdę dość jasną: 
„Nikomu nic nie wezmą, kto ma kieszeń ciasną. 
„Dnia ósmego Septembra wielki jest w Piotrkowie, 
„Bito z armat, i liczne dopełniano zdrowie, 
„Był obiad, podwieczorek, wieczerza, bal walny, 
„Pan starosta odprawił wjazd swój tryumfalny. 
„Za rzecz zaś osobliwszą piszą z tego miasta, 
„Umarł człowiek, który miał lat już półtorasta. 
„To nowiny, lecz jakie uwagi są przytem, 
„Jak żartuje sposobem autor wyśmienitym, 
„Jak rozsądnie przyczyny każdych nowin szuka, 
„Z gazet jego wiadomość razem i nauka. 
„To jest, co z doświadczenia wiem, a niezawodnie 
„Można się na nich czytać nauczyć wygodnie". 
Chwalić zatem zaczęto gazety pospołu. 
Tymczasem pan marszałek prosił ich do stołu, 
Cała się zatem zgraja do stołu przeniesła. 
Musiał siedzieć na stołku kto nie dopadł krzesła: 
Lecz pani cześnikowa obiadu nie jadła. 
Że od niej wyżej pani skarbnikowa siadła. 
Ci, którzy głodni byli, zajadali smacznie, 
I wielmożny podstoli uważał to bacznie, 

20* 



— 308 ^ 

Że ani mięsa, ani dość zostało sosu, 

Aby się mógł na wieczór spodziewać bigosu. 

Powtórzone kieliszki jednak i butelki 

Z podstolskiej duszy smutek wypędziły wszelki, 

I żeby wesołości oddalić przeszkodę. 

Na wieczór obiecaną odłożyli zgodę. 




— 809 — 

FRANCISZEK ZABŁOCKI 

(ur. 1764 t 1821). 



I. 

ODDALEUIE SIĘ Z WARSZAWY LITERATA. 

Satyra. 

Aryst, ów sławny autor, ów pisarz do wzorn, 
Nienudny gotowalniom, chwalony u dworu, 
Ale że się majątek na tern jego kończy: 
Nie mieć futra na zimę, na lato opończy, 
A z tą sJawą, pod której upada ciężarem, 
Często swój obiad kończył w^odą i sucharem, — 
Sprzykrzywszy, sobie wreszcie te smutne koleje, 
Pracy, potrzeb istotnych, a płonnej nadzieje, 
Zadłużony po uszy, z wszystkiego wyzuty. 
Nieszczęściem, nieumyślnie wpadł między bankruty. 
W takim razie co począć?... Gdyby był bogaty. 
Miałby za sobą prawo, miałby magistraty. 
Miałby za sobą panów. . . Ale że gołota. 
Na czole nie miał miedzi, a w kieszeni złota. 
Mógł się pewno spodziewać ostrej sądu grozy: 
Poczciwy, lecz ubogi, poszedłby do kozy. 
Zniósł Aryst biedę: nie mógł znieść hańby i plamy. 
Nim więc po niego pozwy przybito do bramy. 
Nim go płatny od strony patron czarnym w])isoni 
Przed sądom i rozprawą zrobił infamisem. 



— 310 — 

W towarzystwie kostura, ubóstwa i sławy 

Musiał chudy literat nocą wyjść z Warszawy. 

Baczniejszy niż Dyogen nie chlubił się marnie: 

Ów \y dzień z światłem, ten nie miał i w nocy latarnie. 

Za szczęściem idzie przyjaźń: Aryst bez intraty 

Nie miał się z kim żegnać, nie było Achaty, 

Ale była Warszawa. Znał dobrze tę panie 

I takie też zostawił dla niej pożegnanie: 

Kiedy to, co od wieków bywało zaletą, 
Uziś znaczy wzgardę, skoro kogo zwą poetą; 
Lubobym mógł, odpornej używając broni, 
Tak nimi gardzić, jak też nami gardzą oni; 
Ale wiem, chrześcijańskie są to sentymenta, 
W^iem z Pisma, że zły duch gadał przez bydlęta. 
Pójdę raczej do lasu szukać jakiej nory, 
Skryć się przed burgrabiami i instygatory. 
Nie hartowna w stoickiej szkole moja cnota. 
Nauczyłem się myśleć: nie chcę skrobać błota. 

Niechaj tu żyje Damon; urósł on z pośpiechem; 
Znałem go. Był lokajem, dziś chodzi z felcechem; 
Miał figurę, wpadł w oko, za czasem wszedł w modę; 
Zaczął rosniić przez stare, a dorósł przez młode. 
Za to też nie ma cery, blady nakształt chusty, 
Mnie podobien, Ale ja z biedy, on z rozpusty. 

Niechaj tu żyje Chryzal; człek to znakomity, 
Wchodził w traktat o sprzedaż rzeczy pospolitej, 
Przedał swoich współbraci; zresztą dobrze żyje. 
Paraduje, gra, szumi, oszukuje, pije. 
Byłem raz w jego donm; serce mi usycha: 
I^odano z kościelnego wino pić kielicha. 
Zadziwił mię ten widok. Choć niedawno goły, 
Nie słyszałem, żeby nasz Chryzal kradł kościoły. 



— 311 — 

Wtem mi się nawinęła cyfra w spodzie ryta, 
Sekularyzowany byl to Jezuita. 

Niechaj tu żyją tacy, bo im się tu wiedzie, 
Ale ja co w Warszawie w mojej pocznę biedzie? 
Raz na zawsze poczciwą przedsięwziąłem drogę 
I choćbym złym być umiaJ nie chcę, ani mogę. 
Podłość nigdy nie będzie wadą mojej duszy; 
Na co mam być pokornym, że pan fircyk puszy? 
Niech on sobie szaleje, niech szumi, niech traci, 
W^mę, jeśli mi co da, lecz mnie nie zapłaci. 

Kto umie, może mieć zysk ze wszystkiego w świecie. 
Kto uwierzy? zarobić można i poecie. 
Pleban żyje z kolendy, mnicha żywi kwesta, 
Jurystę kompromisy, pozwy, manifesta. 
Lekarze z chorych, piękność z siebie, żyd z tandety: 
Mają także obrywki swoje i poety. 
Od czegóż urodziny, zaręczyny, gody, 
Dytyramby, sonety, madrygały, ody? 
Od czego wieszcza sztuka? Pani podstolina 
Pierwszy owoc miłości porodziła syna; 
Wieść ta zaraz w najdalsze przeszła okolice. 
Zjeżdżają się odwiedzać krewni położnicę. 
Biorą dziecko na ręce. W niem ledwo znać człeka; 
Ci patrzą, jakie czoło, nos, oko, powieka. 
Patrzą potem na ojca: powoli, powoli 
' Staje na tern: że ten syn istny pan podstoli; 
Nasz ojciec od radości nie omdlał bez mała: 
Syn z lędźwi moich! Matka lepiej to wiedziała. 
Ale to bagatela, natury to dzieło, 
To dziecko miało ojca, bo się urodziło. 
Podobne? niepodobne? kto o to dba wiele? 
Chyba matki. Poetów wieszczy insze cele. 
Badać duszę, skłonności, cnoty, charaktery, 
Wywróżać ztąd na przyszłość wielkie bohatery. 



— 312 — 

Wojowniki, statysty, ojczyzny obrońcę, 

Te są, moi współbracia, waszej wieszczby końce. 

„OrzeJ pocłiodzi z orla: czysty ród sokoli, 

„I twój syn pan podstolic, boś ty pan podstoli. 

„Zacność jego, zacności twych przodków nie wstyda, 

„Ciesz się Polsko! masz teraz swojego Alcyda. 

„Nagotuj dlań buławę, z której się przed laty 

„Przez skromność wymawiały jego antenaty. 

„On zachwianej wolności umocni zasadę, 

„Sławny w polu przez męstwo, w pokoju przez radę. 

„Ustraszy okoliczne mocarstwa i króle, 

„Ujrzy liardy bisurman nasz sztandar w Stambule. 

„A potem, żeby jego sławę wspominali, 

„Dźwignie słupy żelazne na Dnieprze i Sali*. 

Taka była Cheryla oda co do joty. 
Wspomniany pan podstoli dał mu za nią złoty, 
Druk go dziesięć kosztował, dziewięć poszło z dymem. 
Odtąd (Iheryl brzydzi się podstolim i rymem. 
Mnieżby tak ladajakie uwiodły ponęty, 
Żeby z pod mego pióra łotr wychodził święty? 
Jabym miał być tak lichym, tak nikczemnym płazem. 
Bym klł^4vał przed zrobionym od siebie obrazem? 
Nie wyda się to na mnie. Styl mój na to twardy. 
Mówię prawdę. I przeto mię sądzą, żem hardy. 
Prostota jest właściwym moim pismom gustem; 
Krętacz mówią polityk; ja go zwę oszustem! 
Klemens zawsze z różańcem, nigdy bez szkaplerza, 
Ja się przecież w Klemensie domyślam szalbierza. 
Myśl moja zgodna z sercem, a serce z językiem 
Filuta zwę filutem, Marka fanatykiem. 

Ni do wierszy miłosnych mam siła zręczności. 
Fircyk prosił mię o wiersz do swojej jejmości: 
Kat mi nadał zasłyszeć, że ta jejmość pewna 
Była w pewnym sposol)ie blizka jego krewna. 



i 



— 313 — 

Chciałem mu jednak służyć: już się wziąłem szczerze; 

Rzecz dziwna zbrykalo się pióro na papierze. 

Tylko co ją porównać miałem z Erycyną 

Potknęła mi się ręka, napisałem: z Fryną. 

Tyle to dokazują nad nami nałogi: 

Ludzie u mnie są ludźmi; u pogan są bogi. 

Ale, rzecze kto, po co tak myśleć zuchwale 
Prozelitów szczerości pełne są szpitale; 
Można puszyć, kiedy jest majątek potemu; 
Pokornym być, pokornym trzeba ubogiemu! 
Pokora mury łamie, dawne to przysłowie: 
Przez ten mur, dobrze wielcy znaczą się panowie. 
I Arystyp, filozof, choć tak wielkiej duszy, 
Kłaniał się, Dyonizy miał przy nogach uszy. 
Kłaniaj się, kłaniaj bracie! taki dziś ton świata 
Wyszydzono szczerością tchnącego Sokrata, 
Za wzgardę potem bogów pojono cykutą; 
Gardził on pono ludźmi, za to go otruto. 

Niedość to dobrze pisać. Kto ma twarde kj^zyże, 
Kto się kłaniać nie umie, głodny łapę liże. 
Nadstawiaj się, pochlebuj, łżyj, przekładaj modły: 
Byłeś dolę poprawił, bądź choć na czas podły. 
Jeśli cię nie wspomogą te środki, nie zgubią. 
Wielcy., choć się zrażają, jednak podłość lubią. 
Aliż wskórasz, aliż się w dobrej skłonisz porze, 
Jużeś pan: już w dostatku, już jesteś w honorze. 
Już i sam patrzysz z góry. — Aryście powoH! 
Nie mień się, żebym twojej nie złorzeczył doli; 
Szanuj swoich współbraci, miej dla nich wzgląd winny; 
Szlachetny ptak nie kala swój kątek rodzinny. 
Choć ci łaskawsza niż nam przyświeciła gwiazda, 
Z tegoś ty wzleciał, w którem my siedzimy gniazda. 
W równych byliśmy losach, w równym oba stanie 
Żebym o nich Zt^pomniał, sam pamiętnj na nie. 



— 314 — 

Minęły wieki złote, zaszedł czas żelazem; 
Dziś zasługa z fortuną rzadko chodzi razem. 
Los wszystko dokazuje. Jakiemi zalety 
Ten jegomość przesiadł się z kozła do karety? 
Czy mu rozum, czy cnota te zjednały względy? 
Sekret w tem: w jakieś ważne wchodzi facyendy 
Pewny minister, mając rzecz z obcymi dwory, 
Bierał go do konsulty, jadąc na Fawory. 
Gdzie oba pozdrowiwszy kuflem los Europy, 
Na jednej spoczywali łonie Penelopy. 
Z takich to często dola ludzka głupstw zawisła! 
^idział kto, jak jest drobna w źródle nasza Wisła? 
Tego paneczka można porównać z jej nurty: 
Mały i on niedawno nosił na szwacii burty. 
Rok tysiąc siedmsetny siedmdziesiąt piąty. 
Płodny w mitry książęce, margrabię i conty, 
Pasował go rycerzem, znać też w nim panicza. 
Misternie sam się wozi, zręcznie trzaska z bicza. 
Za cóż on, nie kto inny, wpadł fortunie w oko? 
Krates pisze tak gładko, myśli tak głęboko: 
Tyle pism pożytecznych w licznych wydał tomach. 
Jakiż ma los? Obiadu szuka w cudzych domach. 
Nie ma nic, ani nawet nadziei majątku; 
Wart pokojów, a nie ma Krates swego kątku. 

To prawda, że nareszcie Stanisław łaskawy. 
Ile mu czasu na to własne dają sprawy. 
Znając dobrze frasunek krajowych pisarzy. 
Wchodzi w ich stan, zachęca, chwali, wspiera, darzy. 
Nie można się na jego Muzom żalić czasy; 
Jest August: ale jeszcze rzadkie mecenasy. 
Niewielu nawet księgi polskie czytać raczy; 
Jakże to ma zactięcać, co pogardę znaczy? 
Darmo! darmo! nikczenma literatów rola! 
Mamże się przeto zrzec jej i chwalić Bartola? 



— 316 — 

Mamże na wykrętnego stan zmienić patrona, 

I z ucznia Apollina być uczniem Iwona? 

Przebóg! czy rai się zdaje? puls mój mocniej bije; 

Zamyślać o tem trzeba, mieć w głowie manije, 

Jażbym miał być patronem? a to znowu na co? 

Gzy dlatego, że kontusz Izy sieroce płacą? 

Że zgnębiona niewinność? zbrodnia ocalona? 

Ach! na samo wspomnienie wzdrygam się patrona! 

Z natury do litości skłonna moja dusza: 

Od moru, głodu, ognia, wojny i ratusza 

Niechaj mnie mój Apollo broni i zachowa! 

Czas się wybierać w drogę; — Warszawo bądź zdrowa! 



II. 
ZKOMEDYI: „FIRCYK W ZALOTACH" ^). 

Scena V. 

Arysł (w szlafroku). Gość, gość luby! Mojego witani do- 

[brodzieja. 
Fircyk (ściskając go mocno). A! jak się masz, poczciwy 

[wieśniaku? 
Aryst (wyrywając się wrzeszczy). Stój — dla Boga — co ro 

[bisz — starościcu? — boki! 
(wydarłszy mu się). 
A! mój panie, jak widzę, mógłbyś dusić smoki. 



*) Musimy popizestać oa drobnych wjjątkach z komedyj Zabłockiejro, 
bo chociaż w utworach jego dramatycznych jest wiele dowcipu, ale rozrzu- 
conego, nieskoncentrowanego w scenach pojedynczych. 



— B16 — 

Fircyk. U nas w Warszawie takie jest przyjaźni hasło. 

Aryst. A! niech cię licho weźmie; aż mi w karku trzaslo. 

Fircyk. Tylkobyś się nie pieścił. — Cóż tu u was na wsi? 
Zdrowsi, bogatsi od nas; lecz my za to żwawsi. 

Aryst. A w Warszawie co słychać? 

Fircyk. Źle bardzo; pomorek. 

Aryst (uląkłszy się odskakuje). Na ludzi? 

Fircyk. Jeszcze gorzej. 

Aryst. Przebóg! 

Fircyk. Na mój worek. 
Zgrałem się jak ostatni — szeląga przy duszy. 
Ci nasi kartownicy gorsi od Kartuszy: 
Złapawszy mię onegdaj, nie puścili poty, 
Aż z ostatniego grosza zostałem wyzuty. 
W sześciu taliach trójka, banku faworyta, 
Tak mu była przyjazna, a mnie nieużyta, 
Żem na nią przegrał razy dwadzieścia i cztery... 

Aryst. To być nie może, chybaś wpadł między szulery. 

Fircyk. Tak dalece, że w jednej godzinie, gotowem 
Holenderskiem, ważącem złotem obrączkowem, 
Przegrałem tysiąc dusiów; a co mi w szkatule 
Brakło, musiałem wydać weksel na Trzy Króle, 
Na kontrakty do Lwowa — ale będę w Dubnie. 
Zje kata, kto mię złapie, a tern bardziej skubnie. 
Lecz wreszcie martwi mię to... straciłem tak wiele. 

Aryst. Oj trzebaby, trzebaby waści w kuratelo... 
Czy można, przy tak zacnem młodzieniec imieniu, 
Pięknych przymiotach, sercu dobrem, znacznem mieniu, 
Czy można się zapuszczać w nałóg tak fatalny. 
Nałóg tern żałośniejszy, że nienaturalny? 
iMałoż człowiek wrodzonych ma w sobie zdrożności? 
Zmysły z duchem walczące, z cnotą namiętności, 
Hól, tęsknotę, zgryzoty, niepokój, choroby, — 
By jeszcze nowych szukać przez obce .sposoby? 



I 



— 317 — 

Fircyk. Mójże ty filozofie, mój ostry cyniku! 
Dobry syllogizm w szkole, lecz nie przy stoliku. 
Schowaj się z morałami, nie prosiłem o nie. 
Ratuj mię, podaj rękę, bo ostatniem gonię. 
Nie mam nic, prócz stałego do gry przedsięwzięcia. 

Gzy nie masz czasem jakiej wdówki do najęcia? 
Mniejsza o to, czy stara, czy młoda, garbata, 
Prosta, chroma czy ślepa, byleby bogata. 

Afyst (dworując z niego). Jednoby się znalazło. Wybierz 

[sobie którą. 
Mamy tu babsko ślepe, lat sześćdziesiąt z górą. 
Wszak ci takiej potrzeba? 

Fircyk. Maż funduszu wiele? 

ArysL Już lat kilka w szpitalu siedzi przy kościele. 
Fundusz dobry i pewny, jeszcze Firlejowski. 
Baby mówią pacierze, pleban trzyma wioski. 

Fircyk. Idźże waść do stu katów, nie praw mi ambai, 
Ja chcę baby bogatej, on mi ślepą rai! 

Ciężkież to teraz czasy! serce człeka boli. 
Kiedy ludzie żyć dobrze umieliby, goli. 
Źle w Polsce, zewsząd bieda. Minery Olkuskie 
Zalane, żupy wpadły w kordony Rakuskie, 
Zboże tanie, cło drogie, ojciec mój znów sknera. 
Stary jak kruk nie daje nic i nie umiera. 
Przecie się nie zła człeku upiekłaby grzanka. 
Mógłbym jeszcze z rok szumieć i grać rolę panka, 
Potembym się ożenił z jaką ciepłą babą. 
Notandum z babą starą, z babą bardzo słabą. 
Ale cóż? bab do dyabła! ładuj niemi bryki! 
Są i bogate; cóż stąd? zdrowe gdyby byki. 
Jeszczeby mię trup który mógł przeżyć do licha! 
Nie jeden szczep zielony w starym pniu usycha. — 

Ale co też ja darmo trudzę sobie głowę? 
Przypomniałem, — znam jedne cud piękności wdowę: 



- 318 — 

Nieźleby się kolo niej zawinąć nareszcie. 
Pożycz mi przyjacielu dukatów ze dwieście. 

Aryst. Ale, mój starościcu, masz długów bez miary... 

Fircyk. Cóż u kata! czy na tę fraszkę nie mara wiary? 

Aryst (skrobiąc się w głowę). Ależ — bo — to — dobryś 

[waść w kartowe parole... 
Co do długów, dłużnik cię pono w oczy kole. 

Fircyk. Wierzaj mi, jakem Fircyk, oddam ci. — Del resto, 
(jdy nie chcesz tego, jeszcze mam projektów ze sto, 
A pominąwszy inne zacznijmy na fanty! 
Wszak widziałeś i dobrze znasz moje taranty? 
Konie dzielne, maść rzadka, gustowne ubranie... 

Aryst (przerywając). Więc? 

Fircyk. Czy mię nie rozumiesz, cłicę z tobą grać na nie. 

Anjst. Człek uczciwy na fanty! — A ludzie co rzekną? 

Fircyk. Tylkobyś się waść schował z tą lekcyą piękną. 
Nic głupszego nad ludzkie obmowy i żarty. 
Zawsze trzy części zwykły natrząsać się z czwartej. 
W takim razie najlepiej jest iść na wytrwaną: 
Nabzdurzą się, nabzdurzą, nareszcie przestaną. 
Kto goły może zawsze, jak mi się też zdaje, 
Sprzedać nie tylko konie, ale i lokaje. 

(do Pustaka). 
Hej! podać stolik do gry. — Najpierwsza rzecz u mnie: 
Żyć wesoło, a potem gdy można rozumnie. 
Ujrzysz, jaki ja stangret, jak furmanką robię. 
Cztery konie na stolik! Dalej, dalej k'sobie! 

Aryst. A jak się też pomylisz, a pójdą od-siebie? 
Ostrzegam jak przyjaciel; wcześnie mi żal ciebie. 

Fircyk (ustawia stolik). Da się to widzieć. Otóż nasz sędzia 

[przybywa. 
Ej fortuno; aby raz bądź mi miłościwa, 
Va na moje taranty twoje jasno płowe. 

Aryst. Nie, bracie, na pieniądze zwykłem grać gotowe. 



- 319 — 

Twoja furmanka w trzechset niech dukatach idzie: 
Więcej jej nie taksuję. 

Fircffk. A ty żydzie, żydzie! 

Aryst. Ale zaraz gotowe. 

Fircyk. Konie więcej warte — 
Le(»z wreszcie idę w trzechset, stawię je na kartę. 

Anjst. W cóż pójdziem? 

Firryk. W rumel pikiet. 
' Arynt. Niech i tak: przystaję, 
Kartuj waść. [daje. 

Firryk (skartowawszy). Proszę zebrać.— Czekaj. — Większa 

Aryst (do Pustaka, który chce odejść). Stań za mną. (do 

[Fircyka). U mnie wakt. 

Fircyk (patrząc na zebraną). Ja zbieram na damie. 
Drzyj bracie, dama u mnie zawsze szczęścia znamię! 
(Rozdaje karty). 

Aryst (patrząc w swoje karty). Niezła. Siedm kart, sckwens 

[siedmnasty, kwarta 
Major, czternaście kralek. 

Fircyk (patrząc w swoje). Co za brzydka karta! 

Aryst. Dobieram trzech. Przedziwna. 

Firryk (patrząc w karty). Pełno wszystkich maści, 
A sam drobiazg!... 

Aryst (do Pustaka). Ty chciałeś już odchodzić? Naści! 
Pafrzaj, jak dobra! 

Pustak (zazierając w karty). Widzę. 

Aryst, I wygram. 

Pfisiak. Daj Boże! 

Firryk (dobierając się z reszty kart). Kto nie waży, ten nie 

[ma. Dobiorę się może. 
Zobaczę, co też wziąłem (przeziera karty). Moje dobrodziki, 
Trzy damule, trzy króle, i cztery asiki 
Przedziwna się zrobiła. — Po tych swoich drwinkach, 
Poskrob się bracie w głowę, weźmiesz po tebinkach. 



— 820 — 

(Wymienia karty). 
O.-rn kart, o.śinna.sty sekwens. a trzy króle, 
A człeniaście asików, przytem trzy damule. 
Rozumiesz? to sześćdziesiąt! (zadaje). Jedna, dwie. ti-zy. cztery 
l^ć, sześć. 

An/fft (mówi z refleksyi. odrzucając). Co też ja robi^? Darmo 

[trzymam kiery! 

Firryk (zadając dalej). Siedm, ośm, — dziewięćdziesiąt Masz 

[tedy kapotu. 

An/sł (z zapalczywością). Wszyscy mi kaci w dom mój tego 

[wnieśli trzpiota! 

Firryk. Dopiero odetchnąłem. Jakem człek poczciwy 
Pierwszy raz w grze stchórzyłem. — Takeś był szczęśliA\y! 
Ktoby si(» był spodziewał na takie początki ^ 

Nie miałem jak siódemki, ósemki, dziewiątki... 
Te mi asy i sekwens pomogły kaducznie. 

Aryst. Ale mój przyjacielu, nie hucz tak, nie hucz! ni<*! 
To pierwsza gra, zobaczysz dalej, kto skorzysta. 
(Ihc^ na tobie wetować. Stawka drugie trzysta. 

Flrcyk. Nie, to mało! Chce mi się waćpana furmanki. 
Albo leż wiesz cq? 

Arysł. SłuchaiW^ 

Firryk. Podublh^iy banki. 

Arysi. Zgoda. Zbierz. Mniejsza daje. 
(Zbierają). 

Firryk. Cóż to masz? 

Arysi. Dawida. 

Firryk. Ten król miał dobrze grywać. Źle koło mnie! — bieda! 
Ja co mam? Judyth — Judyth dodaje mi serca 
Zadrżyj Holofernesie. 

Aryst (karząc go). Waść zawsze bluźnierca 
Hóg cię skarze i za to samo przegrasz może. 

Firryk (śmiejąc się). Co za święty kostera! — tem lepiej* 
Będzie dla ciebie! [niebożę, 



321 



Aryst. No, no (patrząc w karty), dosyć dobrą mamy; 
Króle się pokazują gęsto. Są i damy. 
Kat że po tem — sekwepsu nie ma — w maściach przerwy — 

(dobiera kart). 
Biorę trzy. — A! pfe! gorsza! 

Fircyk. Ja tak gram, jak pierwej. 
Czternaście asów, karta z sekwensu szesnasta, 
Dwie kwart major — i kapot. — Nie gram więcej; basta! 

(wstaje od gry). 
Wygrawszy więc dziewięćset dukatów i konie, 
Pozwolisz, że się twojej pozalecam żonie. 

Pustak (cicho do Fircyka). Winszuję Panu. 

Fircyk. Od kart daruję ci stołek. 

Pustak (cicho). Wolałbym raczej dukat, ja, chudy pachołek. 
Pan zawsze pan, na stoiku, czy siedzi na sofie... 

Fircyk (do Ary sta). Teraz rób syllogizmy! Bądź zdrów 



[filozofie. 



III. 
Z TEJŻE KONJn^DYI. 



Scena XIII 

(pisanie intercyzy). 

Śumtak (do Prawnika). Po prostu; bez konceptu; to praca 

[niewielka. 
Pustak. Dosyć będzie mospanie dukat i butelka. 
Praumik. Ale prócz przepisania. Zloty od arkusza, 
Śmstak. No, no, niechże i zloty. Jurystowska dusza! 
Pustak (do kompanii). Od wszystkiego zdarzenia miarkując 
Posiałem po jurystę do bliższego grodu. [z zachodu, 

ai(6l HUMORU PUSRietO. T. u. ^' 



— 322 — 

Ale całą starszyznę^ sprosił podkomorzy, 
Wszyscy podochocilł, wszyscy leżą chorzy. 
Jeden tylko póJtrzeźwy drzemał przy kwerendzie, 
Zbudziłem go i przywiózł. On nam pisać będzie, 
Jeśli zajdzie potrzeba. 

Pochtolina. A! to komedja! 
Po cóż on? 

Prawtiik. Ad praesłamla jiins officiiu. 

Fircyk. Owszem, bardzo się przyda; właśnie tu jest w porę; 
Spisze nam int^rcyzę. 

Prawnik. De quaJi tcifore ? 

Fircyk. Wszem w obec i każdemu wiadomo to czynię: 
Że lubo moje serce daję podstolinie. 
Nie wkładam jednak na nią obowiązków, aby 
Dla mnie chowała tylko swój wdzięk i powaby. 
Owszem, wolno jej będzie, okrom różnych strachów, 
Ze wszelkiem bezpieczeństwem dwóch mieć sobie gachów, 
Jednego przez wzgląd serca, drugiego z intraty; 
Jeden żeby był zacny, a drugi bogaty. 
Go czyli będzie głośno, czyli potajemnie, 
Wolno to wiedzieć wszystkim, byle tylko nie mnie. 

Aryst. Mój bracie, nie potrzeba żartować w tej mierze. 

Fodstolwa. Ledwie wie, że kochany, zaraz ton swój bierze. 

Fircyk. Sama jedna na wszystkie widoki, zabawy 
Jeździć będzie, nie dając mężowi stąd sprawy... 
Cóżby to jeszcze więcej włożyć? Ale, ale! 
Go mąż zrobi, imości nic do tego wcale, 
Ghoćby jego niewiary była pewna nawet. 
Nie będzie na to sarkać, lecz odda wet za wet. 

Aryst. A! to sposób pisania intercyz jedyny! [bez łaciny! 

Fircyk (zawsze do prawnika). Zróbże to swoim stylem, tylko 
Żeby zaś ta rzecz była trwała i wieczysta... 

(do Podstoliny) 
Będziemy, żono, prosić o podpis Arysta. 



— 323 — 

Aryst. No, no, podpiszę, ale kiedy będzie i ta nota: 
Że świat cały równego tobie nie ma trzpiota, 
Bałamuta, fircyka, wietrznika, świstaka. 

Fircyh. A,jakty,nudniejszego mędrca i dziwaka. (Odchodzą). 



IV. 
Z „BALIKU GOSPODARSKIEGO". 



Pieśń Orgona. 

Ziarnko do ziarnka, aż się miarka zrobi; 
Tym obyczajem idzie i w miłości. 
Zwolna swą amant kochankę sposobi, 
Nim się upewni o jej wzajemności. 

Oko się najprzód wyprawia na zwiady, 
Rzuca i zdybie s wy wolne wejrzenie; 
Dalej suspirek, towarzysz od zdrady. 
Dalej kryjome ręki uściśnienie. 

Dalej tysiączne ladajakie fraszki: 
Żarty, chichotki, szeptania, igraszki, 
Nareszcie miłość, a z miłości czasem 
Ni to ni owo zjawi się nawiasem. 

Pieśń Finfaka. 

Nigdy lont, robion z siarki i z przędziwa 
Mocniej nie pali, ani tak dogrzewa 
Długim armata ogniem rozpalona. 
Jak się w waćpanu zakochała ona. 

Orgon (szydząc). 

Jak armata 
Tam do kata! 



21* 



- 324 — 

Fintah. 
Ani kowalski tak się miech wydyma. 
Gdy go oburącz chłop pleczysty ima, 
Jak westchnieniami jej pier^ napełniona. 
Gwałtownie sapi, tak to kocha ona! 

Orgon {-śmiejąc si*^). 
Za^ jako miech 
To sto pociech! 

Fintah. 
Dzień i noc zawsze jedno powtarzanie; 
,AhI co porabia teraz me kochanie? 
p Kiedyż mojego oglądam Orgona?** 
A co? nie bi^^dzież kochana z niej zona? 

Prawda^ że dawna jej metryki data, 
Lecz za to baba za kąty bogata, 
I już ostatkiem swej starości goni. 
Radz(^* się kb to uwinąć koto niej. 
Zostawić młodym rozkosze i żądze, 
Waćpan już stary, capnij za pieniądze! 
A m nie (daj nam Boże tylko zdrowie) 
Łatwo dostaniesz tego,,, jak si^ zowie.,. 



V. 
Z „2;ÓŁTKJ SZLAFMYCY- 



Pieśń Zofik 
Basia lat dw^anaście miała, 
Koli^^dy się napierała, 



— 325 — 

Matka jej wstążkę kupiła, 

Sztuczka wstążki? to nie silą. ] 

Ale Basia jeszcze mała I 

Lat tylko dwanaście miała. '] 

Basia w rok więcej dojrzała, 

Z kolędą się przypomniała, 

I dostała dar od matki; 

Kalendarzyk, w nim zagadki. 

Nad jedną się zamyślała, 

Bo już lat trzynaście miała. 

Rok czternasty nie pomniała 
O kolędzie, bo kochała. 
Jaś dla niej kolęda miła, 
Lecz się matka przeciwiła. 
Mówiąc: jeszcześ nie dojrzała. 
Nie będziesz go Basiu miała. 

Rok piętnasty w chęciach cała, 
Kolędy Basia czekała: 
Wtem matula wchodzi z tatą, 
Witają Basię kosmato: 
Jużeś jagódko dojrzała, 
Chcesz Jasia? Będziesz go miała! 



VI. 
Z K:0MF:DYI: „SAR]Vr^TYZM^ 



Grurams. Jestem Guronos, szlachcic z naddziadów, podczaszy, 
Wkrótce dam znać Żegocie, że mnie nie zje w kaszy. 
Dom mój miałby pierwszeństwo dać jego domowi? 
Mnie djabli wezmą, albo tego, kto tak powie! 



- 326 — 

Skarbimir. Ależ... 

Gruronos. Niech każdy odda, co należy komu! 
Ja pytam: ta impreza skąd Żegotów domu? 
Kościół, mówią, dla wszystkich... Nie zawsze! nie wszędzie! 
Czemuż prosty kanona klechę nie podsłędzie? 
Wszystko ma swoje szczeble; jest dalej, jest bliżej. 
Niechże kto wart się wzniesie, kto niewart niech zniży. 
Przecież żona Żegoty, o co z nami zwada. 
Zawsze mi moją imość w kościele podsiada. 

Skarbimir. Czyż... 

Guronos (przerywając). Trzeba, abyśmy się lepiej zrozumieli 
Co stanowi lustr domów? — dawność paranteli! 
Co znowu jej dowodzi? Metryki, herbarze. 
Mauzolea. Dość naszych nie w jednej jest farze. 
Daj sobie pracę, czytaj, wszędzie głośna sława 
Domowi Guronosów applauzy przyznawa. 
Nie setnem, nie tysiącznem okażę to licem! 

Skarbimir, Któż wątpi? Jesteś waćpan jak trzeba szlachcicem, 
Masz świetne antenaty, jasne ich wywody; 
Lecz czyż to do sąsiedzkiej ma przeszkadzać zgody? 
Czemu nie ważyć przyczyn? 

Gnronos. To też to sąsiedzie! 
W tern kozera! Kto z nas krwi świetniejszej dowiedzie, 
Ten pierwszy. 

Skarbimir. Dom waćpana w zacne męże plenny, 
Starożytny... 

Gruronos. Dodajmy: dom wielki, wojenny, 
A co najrzadsza, równie z kądzieli jak z miecza. 

Skarbimir. Wszystko to dawną jego świetność zabezpiecza.... 

Gruronos. Jeżeli sławne gdzieś tam imię Fabijuszów. 
I naszych tam niemało Tatarzyn wziął uszów. 
Nie pomnę, w którym roku, lecz rzecz oczywista, 
Że w tej klęsce poległo Guronosów trzysta. 

Skarbimir. Słyszałem tyle razy od waćpana.... 



— 327 — 



Guronos. To mi 
Dom! — Szczęściem został jeden Guronos Bartłomiej, 
Gdyż byl lactens w kolebce. — Doszedłszy lat pory, — 
Po naszym Sędziwojów wonczas był dom wtóry, 
(I już schodził) — otóż w nim wziął sociam ritae 
Dobrosławę Gertrudę Jadwigę Brygidę, 
Ostatnią z Sędziwojów herbu Koziej głowy, 
Alluzyja jak wiemy z kroniki domowej: 
Twardych rogów dla Marsa, a koziej osady 
Do dziedzicznej domowi Sędziwojów swady. 

Skarbimir. I to słyszałem. 

G-urotws. Otóż z tego Bartłomieja 
I Brygidy, gasnąca dwóch domów nadzieja 
Wskrzesiła się na Mieszku, jedynym ich synie, 
Który Mieszko, pojąwszy Gryszkę na Myślinie, 
Spłodził Andrzeja, Marka, Piotra, Matyasza, 
Protazego, Łukasza i Malachiasza, 
Z których jeden był tylko sterilis Protazy. 

Skarbimir. Już i o tern słyszałem po tylekroć razy! 
Po cóż...? 

Guronos (przerywając). Aby się tamta dowiedziała strona, 
Że dom mój nie wyleciał sroce z pod ogona 
I że żona Żegoty... 

Skarbimir (przerywa). Może mniej roztropna.... 

Gtironos (kończąc swoją genealogią). Z tych Andrzej pier- 
[worodny, wziął Różę z Konopna. 



— 328 — 

VD. 
Z TEJŻE KOMEDYI. 



Skarbimir, Poprzednie interesu przez strony objęcie, 
Mniemam, że go ulacni, mospanie rejencie. 
Racz nam przeczytać projekt, co w sobie zawiera? 

liejenł (dobywszy kopii projektu). Feria.,. 

Skarbimir. Opuść, waćpan! 

Eejent. Anno . . . 

Skarbimir. Et caetera. 

Rejent. Między ichmość panami. Chrzcicielem Żegotą 
A... 

Gurofws (wrzaskliwie). Protest, rzecz cala rozbija się o to. 
Ja mam być pierwej... 

liejeftt. Zaraz! 

Żegota (do Guronosa). Zkąd te przywileje?... 
Zkąd masz prawo? 

Guronos (junacko). Pokażę! 

Skarbimir (łagodząc). Mości dobrodzieje! 

Rejent. Wszystko to się ułatwi, lecz sens nieskończony. 
(Czyta projekt). 
Między panem Żegotą Janem z jednej strony, 
A w tąż na odwrót między jegomościa panem 
Markiem Guronos z jednej, a Żegotą Janem 
Z drugiej strony, czyniącym, stroną i powodem... 

Skarbimir. Już więc każdy z waćpanów i górą i spodem. 

Burzywoj (rad temu). Trudno mówić, zwrot piękny, szczę- 

[śliwego pióra. 
W jakich formach te głowy odlewa natura? 
Bo to chytro i mądrze, dowcipnie i składnie, 
Jak kot: rzuć go łbem z góry, kot na nogi padnie. 
Znać nie darmo jadł w szkołach pan Widymus kaszę. 



— 329 - 

Guronos (niespokojny). Za cóż mają tę kolej mieć imiona 

żegota. Tak jest, jak być powinno! [nasze? 

Guronos (groźnie). Mylisz się, mospanie! 

Żegota, Zkądże to waszećpana rodu przodkowanie? 

Guronos. Zkąd? zkąd nie waszećpana. Z naszych zasług źródła! 

Żegota. A mojaż to krew ma być, mówisz waszmość, podia? 
Nie ma swoich pamiątek? 

Crurofios. Od dwóch lub najwięcej 
Lat trzech set! 

Żegota, Wasz zapewne ma od dwóch tysięcy. 
Szkoda, że tej dawności archiwa przepadły 
W on czas, gdy nam Popiela króla myszy zjadły. 

Burzywój, Wujaszku, nie znoś! 

Gruronos (podburzony do Żegoty). Co? Jak? 

Żegota (junacko). To tak! 

Guronos, Słuchaj że ty! 

Żegota, Ty sam, ty! ty! 

Guronos (przyskakując do Żegoty). Rozumiesz! 

Żegota (uskakując). Burdy! Szerepety! 
Nauczę was! 

Rejent, Panowie! 

Gwronos. Kto to burda? 

Burzywój. Kto to 
Szerepeta? Komu to śmiesz mówić, ł»łoto? 

Shirbimir, Panowie! po tak pięknym wstępie do przyjaźni..- 




— 330 — 

Jakób Jasiński 

(zmarł 1794 ')• 
I. 

Tl poematu żartobliwego , .Sprzeczki'*. 



. Pieśń pierws2a. 

Nie śpiewam bohaterów, ni tych wojen srogich. 
Co są zabawą możnych, uciskiem ubogich. 
Gdzie marnym sławy cieniem rycerz omamiony. 
Poświęca drogie życie dla cudzej korony; 
Lub gdzie najemni zbójcy dla nędznej zapłaty, 
Broczą we krwi niewinnej mordercze bułaty. 
Sprzeczki powiem spokojne, sprzeczki trochę święte, 
Niekrwawe, niezabójcze, lecz niemniej zawzięte, 
Które po różnych walkach z pobożnym uporem 
Dały nareszcie górę farze nad klasztorem. 



*) Jenerał Jasiński, którego Kołłątaj chciał zrobić naczelnikiem w miej- 
sce Kościuszki, poległ przy szturmie Pragi. Utworów swoich poetycznych 
nie drukował. W og(')lnym zbiorze wydano je po raz pierwszy w Krako- 
wie w r. 1869. Wydawca J. R. B. (właściwie wydawcą był Wójcicki, a J. 
R. B. dostarczał funduszów na różne wydawnictwa) podaje w przedmowie 
mylną wiadomość, że z poematu „Sprzeczki" tylko mały ustęp był druko- 
wany w .Tygodniku wileńskim*. Owszem „Tygodnik* ogłosił w r. 1819 
prawie cały poemat, streszczając jedynie niektóre ustępy drażliwsze. Co 
więcej, „Tygodnik" ogłosił całą pierwszą pieśń i początek drugiej poematu 
żartobliwego „Ciańcia*, o czem Wójcicki wcale nie wiedział i ztąd 
„Ciańci* do ogólnego zbioru nie wcielił. Niema też nawet wzmianki w \ 
daniu Wójcickiego o początku innego poematu Jasińskiego, z którego ki 
wierszy „Tygodnik wileński" prz}^oczył. W^yjątki ze „Sprzeczek* druktgei 
podług „Tygodnika wileńskiego", gdyż przedruk Wójcickiego jest moc 
skażony nieudatnemi przeróbkami. 



— 331 



Muzo! powiedz przyczyny: co za dzielna silą 
Serca święte tak smutnym jadem napełniła? 
A jakim nowym cudem uśmierzona jędza 
Zgodziła mnichy, mniszki, dewotkę i księdza? 

Niedaleko przy Krakowie, 

Zapomniałem jak się zowie, 

Leży uboga mieścina, 

Tam się kończy, gdzie zaczyna: 

Gdyż, jak mówią w calem mieście, 

Niema spelna domów dwieście 

I te bardzo jeszcze zimne, 

Bo dzisiaj drogie podymne. 

Dwa klasztory, jedna fara, 

Karczma nowa. karczma stara. 

Ale obie, jak zwyczajnie, 

Gnojne, brudne, gdyby stajnie. 
Pytać żyda co potrzeba 

Niema siana, niema chleba, 

Tylko za to jest gorzałka, 

Niegodziwa ta wypałka, 

Go robi dziwne igrzyska, 

O sto kroków trąci z pyska; 

Lecz ci, co nam prawa dają, 

Za nektar ją słodki znają. 

Gród pod słomą, dwa spichlerze, 

Jedna studnia, dwa pręgierze, 

Żeby parobki stajenne 

Miały przestrogi codzienne, 

Że u nas dekret surowy 

Kto kocha kozy lub krowy. 

Izba radna zrujnowana, 

Znak na słupku Floryana 

Zwyczajny napis: Benigne 

Defende nobis ab iijne. 



— 332 — 

Rozwiń nad nami chorągiew, 
Nie mamy wiader ni stągiew; 
Otóż już wszystko i basta, 
Z ulic, przedmieść, rynków, miasta. 

Firlej byl panem niegdyś tego grodu, 
Ów Firlej sławny, pobożny, uczony. 
Zaszczyt ojczyzny, perełka narodu, 
W woJBaćh, w senacie nigdy niezwalczony; 
A co największym jest jego zaszczytem, 
Że byl królowej Bony faworytem. 
Pod nim kwitnęly nauki, rzemiosła. 
Cnota, poczciwość, żyzność narodowa. 
Sława z oręża w górę się podniosła. 
Pod nim był konlent i król i królowa; 
W nim miał ubogi ojca. dobrodzieja.,. 
Tak to -bywało za czasów Firleja!... 

Gdy się dość nażył dla kraju i sławy, 
A wiek późniejszy radził żywot cichy. 
Bogu na chwałę, sobie dla zabawy, 
Zaczął fabrykę i fundował mnichy. 
Obok prac świętych miłe towarzyszki: 
Bona królowa fundowała mniszki. 
Od dawnych czasów w szczęśliwej prostocie 
Żyły spokojnie mnichy wypieszczone. 
Służąc poczciwie ołtarzom i cnocie. 
Nie znały co świat, co troski szalone: 
Dobra królowa, hojne fundatory 
To grunt pokoju i świętej pokory! 

Mniszki z swej strony przykładne, pobożne, 
Tak jak przystoi na święte dziewice. 
W mowie dyskretne, w postępkach ostrożne, 
Córki kościoła i oblubienice; 
W zmartwieniach ciała i pokorze duszy 
Żyły z paciorków i licznyca funduszy. 



- 333 — 

Stal blizko fary domeczek pochyły, 

Na wikaryjkę byl zrazu stawiony; 

Potem, gdy spodnie podręby pogniły, 

Zrobiono drugi, ten byl zarzucony. 

Tak zawsze bywa, czas te prawa daje: 

Upada jedno, a drugie powstaje. • 

Ksiądz dziekan w czasie dostawszy prezentę, 

Żeby swe imię w potomności wslawŚv-> 

Sobie na zaszczyt, ludziom na ponętę 

Fundusik mały na domku zostawił, 

Boki polatał, dach sporządził nowy. 

Poświęcił, zamknął, jużci dom gotowy! 

Nie chcę ja słuchać co plecie obmowa, 

Czemu, dla kogo ksiądz dziekan to czynił; 

Złość ludzka wszystko przewrócić gotowa. 

A jabym za nią niesłusznie obwinił. 

Dość, że w tym domku już ze cztery lata 

Mieszkała panna, imieniem Beata. 

Panna to była uczciwa i święta, 

Zamożna w cnoty, lata i talenta. 

Z rodu szlachetna i, jak powiadała, 

Blizka kuzynka świętego Rafała *). 

Lecz cóż tam imię, to próżność światowa, 

Gdzie niema inszej prócz tego zalety. 

Nieraz występek pod herbem się chowa, — 

Cnota to zaszczyt, zwłaszcza u kobiety. 

Panna Beata wszystko razem miała, 

Boga i bliźnich jak siebie kochała! 

Ach! gdyby też jakim cudem 
Był człowiek w ową godzinę, 
Kiedy ułożywszy minę 



*) Ktoś dopisał później w tern miejscu, że autor znał pannę Chyliń- 
ską, dewotkę, a Rafał Chyliński wpisany jest w poczet błogosławionych — 
dlatego i imię panny: Beata. 



^ 334 — 

Śpiewała godzinki z ludem! 
Co za głosik wypieszczony! 
Jak pierś pod chustką igrała! 
Zwłaszcza kiedy powtarzała 
Wiersz ostatni z antyfony. 

Lub kiedy przy wielkiem święcie 
W Wielkanoc, lub Wniebowzięcie 
Huknęła przy licznych gościach 
„Ja mieszkam na wysokościach!* 
Dopieroż widzieć ją w domu, 
Gdy nieprzystępna nikomu, 
W duchu do nieba wzniesionym, 
Przy oknie na wpół przymknionśm, 
Pacioreczki nawlekała 
Albo wianeczki składała; 
Tam każde listka schylenie 
Miało swoje pozdrowienie, 
A kiedy główkę schylała, 
Gdy przyszło do służebnicy, 
Jak skromnie oczkiem strzelała: 
Kto tam i gdzie po ulicy? 

Gzy kto wstąpił do sąsiada 
Albo gdzie skromna biesiada, 
Wesele, stypa, czy chrzciny. 
Rozwód, zgoda, imieniny. 
Panna Beata proszona, 
W kumy, druchny, za patrona. 
Gzy umarłego w kwiatki strojono. 
Gzy do święcenia wianki niesiono, 
Gzy był gustowny, czy był bogaty 
Sądziło zdanie panny Beaty. . . 
Aleni w jej pooliwalach długi. 
Boję się ludzkiej zazdrości, 



— 335 — 

Kto nierad z cudzej zasługi, 

We wszystkiem znajdzie zdrożności! 

Pannyby na mnie łajały 
I miasto wszelkiej zapłaty, 
Niewinnieby mnie nazwały 
Amantem panny Beaty. 
Wolę skończyć jej pochwały, 
Cnota nie żąda głoszenia; 
Komu ją nieba przyznały 
Niedba o me nędzne pienia; 
Przystąpmy zatem pomału 
Do końca tego rozdziału ^). 



II. 

JAŚ i ZOSIA. 

Chciało się Zosi Jagódek 
Kupić ich za co nie miała. 
Jaś ich miał pełny ogródek, 
Ale go prosić nie śmiała. 

^) Panna Beata, jak tatwo się domyśleć, była przyczyną nieporozu- 
mień między dziekanem, mniszkami i zakonnicami. Opis tych nieporozu- 
mień jest treścią następnych pięciu pieśni „Spraeczek*, z których każda 
jest obszerniejsza od pierwszej. Jasiński poszedł za ówczesną modą żarto- 
wania z duchowieństwa świeckiego i zakonnego, czemu u nas w poezyi 
dali początek Krasicki swą „Monachomachią" i Węgierski swemi , Organami*, 
onieważ zaś „Monochomachią* daliśmy już w streszczeniu, a .Organy" 
fzytoczyliśmy w całości, możemy więc śmiało poprzestać na podanym wy- 
itku ze „Sprzeczek*. Zwracamy jednak przy sposobności uwagę miłośników 
istoryi naszej literatury, że znajduje się w « Sprzeczkach* ustęp bardzo 
ekawy, bo występujący przeciw klasycyzmowi, drwiący z « mędrców Sor- 
)ny" i z wszystkich uznanych podówczas przepisów poetyki. 



— 330 

Wnet sobie spusól) znalazła* 
Z iloinu ^nę rano wykradła. 
Cicho przez |ilotek przelada 
Wiśnie Jasiowi objadhu 
Poznał się Jasiek na Bzlcodzipt 
, W robie lo, inówil, urobiły, 
0(Uąd mi w moirn ogrodzie 
Nie h^dą ptaszki gościły** 

Na. drążku, tak jtik należy. 
Kapelusz pięknie ugład^il, 
Zawiesił starej odzieży 
I stracha w sadzie posadzit 
Zośka się strachów nie bala, 
Płotek szczęśliwie pi-zebyla, 
Z swojej się sztuki rozśmiala 
[ Dową szkód kę zrobiła* 

Łatwo sil,* Jasiek domyślił* 
Co to za [>Łasz6k tik śniialft 
Nowe sidelka wymyślił 
I dobrze mu się udały. 
Na miejsce tyczki udanej. 
Cicho pod drzewem sam staje, 
W starej odzieży ubrany, 
Straeha owego udają 

Podług swojego zwyczaju 
Zosia giil^izkę nagina; 
«A tuś mi mały hullaju!* 
Złapana biedna dziewcz)'na. 
Potem, jak słuszność kazała, 
Karał złoczyńcę przy szkodzie. 
Zoika z początku krzyczała, 
Potem umilkła przy zgodzie. 



EOKIBC TOMD BB0G1EOO. 



I beyond the specified timc. 
' please return promptly-