(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Kwartalnik historyczny"

This is a digital copy of a book that was preserved for generations on library shelves before it was carefully scanned by Google as part of a project 
to make the world's books discoverable online. 

It has survived long enough for the copyright to expire and the book to enter the public domain. A public domain book is one that was never subject 
to copyright or whose legał copyright term has expired. Whether a book is in the public domain may vary country to country. Public domain books 
are our gateways to the past, representing a wealth of history, culture and knowledge that's often difficult to discover. 

Marks, notations and other marginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journey from the 
publisher to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commercial parties, including placing technical restrictions on automated ąuerying. 

We also ask that you: 

+ Make non-commercial use of the file s We designed Google Book Search for use by individuals, and we reąuest that you use these files for 
personal, non-commercial purposes. 

+ Refrainfrom automated ąuerying Do not send automated ąueries of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a large amount of text is helpful, please contact us. We encourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attribution The Google "watermark" you see on each file is essential for informing people about this project and helping them find 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just 
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can't offer guidance on whether any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
any where in the world. Copyright infringement liability can be ąuite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's Information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps readers 
discover the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli text of this book on the web 



at |http : //books . google . com/ 




Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznych pólkach, zanim została troskliwie zeska- 
nowana przez Google w ramach projektu światowej biblioteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 
dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 
dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony 
dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając 
długą podróż tej książki od wydawcy do biblioteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady użytkowania 

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prace takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostarczać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 

Prosimy również o: 

• Wykorzystywanie tych plików jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w niekomercyjnych 
celach prywatnych. 

• Nieautomatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysyłanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tłumaczeniami maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dostęp do dużych ilości tekstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny "Google w każdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowych 
materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać. 

• Przestrzeganie prawa 

W każdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana książka została uznana za część powszechnego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób traktowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych krajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej używać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Search 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 



tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem http : //books . google . com/ 



^ia^r' S/^g3Ś7 




l^arbarti College l^ifararg 

BOUGHT WITH INCOME 
PROM THB BKC^UBST OF 

HENRY LILLIE PIERCE 

OF BOSTON 

Under a vote of the President and Fellows, 
October 34, 1896 




I 



>* 



KWARTALNIK HI5T0RYCZMY 



/ 



A 



ł 



o 



KWARTALNIK 

HISTORYCZNY 



Organ Towarzystwa Historycznego 

ZHŁOŻOMY PRZEZ 

XnWEREQO LISKEOO 

REDAKTOR 

PiLEKSnMDER SEMKOWICZ 



ROCZMIK XXII 



WE LWOWIE 

WflKŁnDEM TOWfJRZYSTWn HISTORYCZMEGO 

GŁÓWMY SKŁAD W KSIĘGARHI GUBRYMOWICZfl I SCHMIDTA WE LWOWIE 

I W KSIĘGARWI E. WENDEGO I Sp. W WARSZAWIE 

1908 



C cv u:, 14) 



DRUKPlRMm LUDOWn WE LWOWIE, PLnC BERMrtRDYŃSKl 7. 



SPIS RZECZY. 



L Rozprawy: si, 

1. Co sądzić o .Żywotach Cyryla i Metodego'^, przez A. 
Brucknera 1 

2. Udział książąt śląskich w zamachu z r. 1177. Przy- 
czynek do dziejów Bolesława Wysokiego i Mieszka 
Raciborskiego przez Maryana Lodyńskiego 16 

3. Działalność naukowa Franciszka Piekosińskiego : 

a) Franciszek Piekosiński jako wydawca źródeł, przez 
Wład. Semkowicza 188 

b) Franciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk, 
przez Wład. Semkowicza .... 819 

c) Franciszek Piekosiński jako historyk prawa pol- 
skiegOy przez Stan. Kutrzebę .... 253 

d) Franciszek Piekosiński jako numizmatyk, przez Ma- 
ryana Gumowskiego 271 

4. Metody i zadania badań geograficznych w historyi, 
przez Adama Szelągowskiego . 289 

5. Sprawy polskie przed Stolicą apostolską w okresie re- 
wolucyi religijnej w Niemczech, przez Ludwika Ro- 
lankowskiego 821 

6. Stosunki Polski i Litwy z Inflantami, przed zatargiem 

z r. 1556/7, przez Abdona Kłodzińskiego . 344 

7. Włodycy polscy na tle porównawczem słowiańskiem, 
przez Władysława Semkowicza . . 561 

8. Teorya Peiskera o niewoli prasłowiańskiej w świetle 
krytyki przez Franciszka Krćeka . 640 

9. Datastanagirk Mechitara Gosza i statut ormiański z r. 
1519, przez Stanisława Kutrzebę . • 668 

n. Miscellanea: 

1. Głos Niemca-biurokraty z roku i o roku 1846, przez 
Bron. Łozińskiego 46 

2. Rokosz Hryćka Konstantynowicza 1387—1390, przez 
Ant Prochaskę 392 



VI 

Str. 

3. Rozmowa Baszy Silistryjskiego Szausz Baszy z JeMcią 
panem Chorążym Lwowskim (Bieganowskim), przez T a- 
deusza Kórz o na 396 

4. Nieznany list Napoleona do Davoata, przez Emila 
Kipę 401 

5. Archiwum Stanisława Augusta, przez ks. M. Godle- 
wskiego 680 

6. Stosunki w gubemium Iwowskiem w r. 1773, przez 

A. J. Braw er a 686 

in. Recenzye i Sprawozdania (zob. Spis omówionych książek 

i rozpraw) 77, 403, 693 

IV. Przegląd literatury historyi Żydów w Polsce 1899-1907 

przez Majera Balabana 496 

V. Bibliografia historyi powszechnej, przez Eugeniusza 

Barwińskiego 155, 757 

VI. Bibliografia historyi polskiej, przez Eugeniusza Bar- 

wińskiego 167, 525, 771 

Vn. Kronika, przez Eugeniusza Barwińskiego 174, 534, 780 
Vin. Sprawozdania z posiedzeń Towarzystwa historycznego 550, 796 

IX. Polemika 553 

X t Karol Estreicher, przez Feliksa Konecznego . 798 
XI. Sprostowania 805 



spis omówionych książek i roipn^. 



Str. 

A r b U s O W L.: Grnndriss der 
Geschichte Liy- Est- nnd 
Kurlands. 3 Aufl. . . .711 

Archiwum miasta Drohoby cza; 
wyd. prof. Feliks Gąt- 
kiewicz 108 

Arcbinnmi komisyi prawni- 
czej Akad. mniejęi., tom 
Yffl, cz. 1 416 

Die Anfzeichinmgeii des Tbor- 
ner Pf arrers H i e r o n i- 
mus Yon Waldau^hrsg. 
▼. Dr. Gtinther ... 714 

Biblioteka zaponmianych poe- 
tów i prozaików polskich, 
wyd. T. Wierzbowski 
(tom 24) 721 

Bieliński Józef: Pierwsza 
akademia lekarska w War- 
szawie 83 

Ten^e: Stosunki król. war- 
szawskiego uniwersytetu 
z cesarskim wileńskim 84 

Borzemski Antoni:Ar- 
chiwa w Sanoku, Jaśli- 
skach, Króliku wołoskim, 
Htomczy, Ładzinie i Klim- 
kówce 705 

Boratyński Ludwik: 
Studya nad nuncyaturą pol- 
ską Bolognettego (1581 do 
1585) 443 

Bostel Ferdynand:Przy- 
czynek do dziejów restau- 



Str. 

racyi katedry lwowskiej 

w XVin w 40» 

Brensztein Michał: Bra- 
cia Czarni. Kartka z prze- 
szłości Litwy 485 

Brtickner A 1 e k s.: Różno- 
wiercy polscy. Szkice oby- 
czajowe i literackie. Ser. I 93 

Caro Jakób: Andreas Fri- 
cius Modreyius . . . .719 

Chodynicki Henryk: 
Sejmiki ziem ruskich w wie- 
ku XV 86 

Chołodecki Józef Bia- 
ły nia: Dowódcy oddzia- 
łów w powstaniu stycznio- 
wem i współczesne pieśni 
rewolucyjne 140 

Codex diplomaticus regni 
Croatiae, Dalmatiae et Sla- 
yoniae,ed. T. Smićiklas 101 

Correspondence inćdite de 
Stanislas Leszczyński, Duc 
de Lorraine etdeBar, ayec 
les rois de Prusse Frćdćric 
Guillaume I et Frćdćric II, 
wyd. Piotr Boyć . . MS 

Dokudowskij Wasyl 
Abramowicz: Wospo- 
minania generał-majora. . . . 
Pierwej połowiny nastoja- 
szczawo stoletia do 1863 
goda 144 



vin 



Str. 

Domanićkij Wasyl:Ko- 
zaczyzna na perełomi XVI 
do XVn w. (1591—1603) 446 

Dubiecki Maryan: Ro- 
muald Traugutt i jego dy- 
ktatura podczas powstania 
styczniowego 1863/4 . .136 

Franko Iwan: Swiatyj 
Kłyment u Korsuni. Przy- 
czynok do istoryi staro- 
chrystijanskoj łegendy . . 1 

Gawroński Rawita Fr.: 
Bohdan Chmielnicki do 
elekcyi Jana Kazimierza . 726 

Godlewski Michał:Mo- 
numenta Ecdesiastica Pe- 
tropolitana, zesz. I, II . . 697 

Goyski Maryan: Luter 
i Albrecht przed sekulary- 
zacyą Prus 122 

Tenże : Wzajemne stosunki 
Polski, Litwy i Zakonu 
w 1. 1399—1404 ... 433 

Grabowski Tadeusz : 
Z dziejów literatury kal- 
wińskiej w Polsce (1550 
do 1650) 723 

Gumplowicz Maks.: Borys 
Rolomanowicz , królewicz 
węgierski (1105—1156) . 424 

Gtlnther Arno: Die Ent- 
stehung des Friedens v. Alt- 
ranstaedt 456 

Herasymczuk Wasyl: 
Wyhowskij i Juryj Chmiel- 
nickij 732 

Heveker K.: Die Schlacht 
bei Tannenberg .... 121 

Jakubowski Jan: Opis 
księstwatrockiegozr. 1387 428 

Kłyszewski Wł.: Towa- 
rzystwo litewskie i ziem 
ruskich 1831—1833 . . 491 

Kozłowski Wład. M. : 
Pułaski w Ameryce . . 462 

Tenże: Pobyt Kościuszki i 



str. 
Niemcewicza w Ameryce 
w latach 1797—1798 . . 469 

Kramarczyk Karol: O 
wykopaliskach korynckich 77 

Kraushar Aleks.: Towa- 
rzystwo królewskie Przy- 
jaciół nauk 1809—1832 . 486 

Kreweckij Iwan: Do isto- 
rii organizowania gwardii 
w 1848 r. (Polska „niele- 
galna gwardia" w Stani- 
sławowie) 476 

Kubala Ludwik: Drugie 
^Liberum veto * . . . . 734 

Tenże: Dwa poselstwa w r. 
1654 734 

Łukasiewicz Ant.: Sto- 
sunek Słowaczyzny do Pol- 
ski w X i XI w. . . .112 

M ą cz y ń s k i Fr.: Ze starego 
Krakowa : Ulice, bramy, 
sienie 401 

Malinowski Mikołaj: 
Księga wspomnień; wyd. 
Józef Tretiak . . . .130 

Masse Daniel: Un candi- 
dat au trdne de Pologne 
(1759—1764) . . . .460 

Meyer Christian: Die 
Deutschen derProvinz Po- 
sen gegenUber dem polni- 
schen Aufstand im Jahre 
1848 479 

Milan Jan: Napad Tatarów 
na Polskę za Leszka Czar- 
nego w r. 1287 .... 121 

Miłowidow A. : Diejetel- 
nost' gr. M. N. Murawiewa 
po naradnomu proswiesz- 
czeniu w Siewiero- Zapad- 
nom kraje 1863—1865 . 751 

Mokłowski Kaz. i Soko- 
łowski Maryan: Do 
dziejów architektury cer- 
kiewnej na Czerwonej Rusi 407 

Monografia XX. Sanguszków, 
oraz innych potomków Lu- 



IX 



Str. 

barta-Fedora Olgierdowicza 
X. Ratneńskiego. Tom I 
opracował L. Radzimiń- 
ski; tom III opracował 
Br. Gorczak .... 96 

Monamenta historiae Yarmien- 
sb IX 25, 26 . . . . 4f4fO 

Mościcki Henryk: Ze 
stosanków wileńskich w o- 
kresie 1816—1823 . . 482 

P e i s k e r I.: Die aelteren Be- 
ziehmigen der Slaven zu 
TurkoŁataren und Germa- 
nen und ihre sozialge- 
schichtliche Bedeutung 639, 693 

Petre Loraine: Napoleon's 
campaign in Poland 1806 
do 1807 473 

Petrow-Chołodniak: O 
podłoźnosti gramoty knia- 
zia Teodora Roriatowicza 713 

Piekosiński Franci- 
szek: Stadya, rozprawy 
i materyały z dziedziny hi- 
storyi polskiej i prawa pol- 
skiego t. VII 103 

Pleszczyński Adolfks.: 
Dzieje Akademii duchownej 
rz. kat warszawskiej . . 699 

P o g o d i n M. P. Żiźń i trudy 
izd. Nikołaja Barsukowa, 
księga XX 163 

Ptaśnik Jan: Z dziejów 
kultury włoskiego Krakowa 411 

Ptaszycki Stan.: Wiel- 
kiego księstwa litewskiego 
i żmódzkiego kronika po- 
dług rękopisu z r. 1550 . 713 

Rakowski Kazimierz: 
Dwa pamiętniki z 1848 r. 478 

Sarna Wład. ks.: Opis po- 
wiatu jasielskiego . . . 708 

Sbornik dokumentów muzeja 



str. 

grafa M. N. Murawiewa T. I, 
sostawił A. Bieleckij . 147 

Schottmtiller Kurt: Der 
Polenaufstand 1806/7 . .124 

Smoleński Wład.: Szkice 
z dziejów szlachty mazo- 
wieckiej 89 

Sokołowski Maryan: 
Worobiew Grzeg. i Zubrzy- 
cki Jan : Kościoły i cmen- 
tarze warowne w Polsce . 81 

Studyńskij Kiryło: Pol- 
ski konspiracii sered ru- 
skich pytomciw i ducho- 
weństwa w Hałyczynie w 
rokach 1831—1846 . . 742 

Świderska Alina: Dwie 
polskie kaplice .... 78 

Szpotański Stan.: Ko- 
narszczyzna. Przygotowa- 
nia powstańcze w Polsce 
w 1835—1839 roku . . 474 

Transche-Roseneck As- 
tarf: Zur Geschichte des 
Lehnwesens in Livland . 422 

Troskolańs ki Tadeusz: 
Dzieje reformacyi polskiej 
w latach 1556—1560 . 440 

Wadowski Jan Ambr.: 
Kościoły lubelskie ... 701 

Wasilewski Zygmunt: 
Śladami Mickiewicza. Szki- 
ce i przyczynki do dziejów 
romantyzmu 482 

Wondaś Andrzej: Sto- 
sunek Ottokara II, króla 
Czech do książąt Śląska 
i Polski 118 

Wotschke Teodor: (Pra- 
ce o reformacyi w Polsce) 718 

Wydawnictwo młodych pra- 
wników, T. I. Trzy kon- 
stytucye (1791, 1807, 1815) 739 



spis współpracowników, 

których prace amieszczono w roczniku XXIL 



Askenazy Szymon, Lwów. 
Bąkowski Klemens, Kraków. 
Balaban Majer, Lwów. 
Barwiński Eugeniusz, Lwów. 
Brawer A. J., Wiedeń. 
Brtickner Aleksander, Berlin. 
Bujak Franciszek, Kraków. 
Godlewski M. ks., Petersburg. 
Goyski Maryan, Kraków. 
Grabowski Tadeusz, Kraków. 
Janowski Ludwik, Stawiszcze. 
Kipa Emil, Lwów. 
Kłodziński Abdon, Kraków. 
Kolankowski Ludwik, Kraków. 
Konopczyński Władysław, Lwów. 
Krćek Franciszek, Lwów. 
Korzon Tadeusz, Warszawa. 
Kutrzeba Stanisław, Kraków. 
Loret Maciej, Lwów. 
Lodyński Maryan, Kraków. 
Łoziński Bronisław, Lwów. 
Manteuffel Gustaw, Ryga. 
Mościcki Henryk, Warszawa. 
Prochaska Antoni, Lwów. 
Semkowicz Władysław, Lwów. 
Smoleński Tadeusz, Kair. 
Świeykowski Emmanuel, Kraków. 
Szelągowski Adam, Lwów. 
Walery P. 
Z. L. S. 
Zachorowski Stanisław, Kraków. 











AtcuTr6xZ 

ypRRCHbniS 
'SllSWKYCZnV 



Bnsn 



Organ Uowarzystuia historycznego 



Zaio2ył: KHIUERY blSRE 

Wydaje: HliERSHnOER SEMROWICZ 



Rocznih XXII. 1908 
Zeszył 1 



iiwów: euBKYnowicz I scnniDC 

WHRSZHWR: WEIłfiE i SP. 



IP 

■ Q 
1 



Ci sadzie § „Żywotaek Cyrjla i letedep''? 



Od rozprawy ojca slawistyki, Bobrowskiego, o Cyrylu i Me- 
todym, t j. od r. 1823, pojawiały się, niemal w nieprzerwanym 
ciągu, coraz to nowe przyczynki, hipotezy, kombinacye poświęcone 
dziejom apostołów słowiańskich i źródłom tych dziejów, głównie 
słowiańskim, szczególniej obu najdawniejszym t. zw. legendom 
„panońskim". Jubileuszowy rok (1885) tysiącolecia śmierci Me- 
todego i r. 1889, dziewięćsetna rocznica chrztu chersońskiego, no- 
wej dodawały podniety do badań nad temi kwestyami. W 1881 
i 1892 r. przybyły nieznane, ciekawe źródła, (listy papieskie 
o Metodym i listy bibliotekarza Anastazego o relikwiach Kle- 
mensa i udziale Cyryla w ich odnalezieniu ; wywołały one żywe 
zajęcie, o czem świadczy wstęp u Lapótra w dziele o pa- 
pieżu Janie XIII) i dzieła: K. Goetz, Oeschichte der Slayen- 
apostel, 1897; Jagić, Zur Entstehungsgeschichte der Jcirchen- 
slavischen Sprache, 1900; Pastrnek, D^iny slovanskych apostołuj 
1902 i i. Nawet w naszej literaturze, tak mało skłonnej do roz- 
ważania rzeczy słowiańskich, nie polskich, możemy zaznaczyć 
ks. Wład. Szczęśniaka, Obrządek słowiański w Polsce pier- 
wotnej, 1904, a szczególniej dzieło prof. K. Potkańskiego, 
Konstantyn i Metodyusz, 1905. Najnowszy zeszyt Archiwu filo- 
logii słowiańskiej (XXVIII, 2) jest nowym tego zajęcia dowodem. 
Pod ogólnym tytułem Cyrillo-Methodiana przynosi najpierw stresz- 
czenie rozwlekłej nieco pracy Lamańskiego o Żywocie Cy- 
ryla, drukowanej w Żurnalu ministertwa oświaty przez kilka 
tomów; dalej moje „tezy" o tej samej sprawie, znane publi- 
czności polskiej z kilku wcześniejszych publikacyi w Przeglądzie 
polskim i Bocznikach pozriańskich ; wr^^zoi^ rei^iT^l dr. I. Franki 
o odnalezieniu relikwii Klemensowych i właściwej roli, jaką 

Kwftrtalnik hiitozyotny XXII- 1. 1 



2 Aleksander Bruckner. 

przy tem Cyryl odegra/. Referat ten jest streszczeniem najśwież- 
szej publikacyi ma/oruskiej dr. Franki p. t. Smatyj Kłyment 
ti Korsuni. Pryczynok do istorii star ochry słijanśkoi legendy (Lwów 
1906, odbitka z Zapisek Towarzystwa Szewczenki, tomy 46—68, 
1902-1905 XVII. i 307 str. 8*). 

Tytuł pierwotny opiewał skromniej, o przyczynkach do 
historyi staroraskiej legendy, lecz autor sięgnął w pracy swej 
tak daleko wstecz i wgłąb, że po jej ukończeniu słusznie tytuł 
rozszerzył. My rzecz znowu zwęzimy; nie będziemy bowiem 
śledzili wycieczek autora w dzieje legendy o papieżu Klemensie, 
o jego wygnaniu i śmierci, o cudach, wędrówkach i pismach; 
lecz zatrzymamy się przy tem, co z działalnością Cyryla i Me- 
todego najściślej się wiąże, t. j. przy odnalezieniu relikwii Kle- 
mensowych w Chersonie - Korsuniu, przeniesieniu ich do Rzymu 
i relacyach łacińskich i słowiańskich (greckie, oryginalne, za- 
ginęły) o tym doniosłym fakcie, który pamięć o Cyrylu w rzym- 
skich freskach kościoła klementyńskiego uwiecznił. 

Po wstępnych uwagach o legendach jako źródłach histo- 
rycznych, zestawia autor skąpe wiadomości o Klemensie jako 
autorze listu do Koryntyan i o papieżu tegoż imienia. Następne 
rozdziały streszczają Pseudoklementyny; pierwszy to romans sta- 
rochrześcijański, osnuty na podobieństwo romansów greckich, 
z niezbędnemi scenami rozłąki i poznania po długich, różno- 
rakich wędrówkach i przejściach; czwarty rozdział zawiera 
treść zupełnie literacko-porównawczą, odgłosy Pseudoklementyn 
w późniejszych legendach i romansach-nowelach chrześcijań- 
skich, od Placyda-Eustachego aż do Genowefy, tudzież rolę 
magii i czarów miłosnych, od legendy o św. Cypryanie aż do 
Fausta. Wszędzie tu przejawia się znakomite znawstwo autora. 
W szóstym rozdziale wracamy do papieża Klemensa i później- 
szej o nim tradycyi, obcej starożytności, uwiecznionej zato w sta- 
rych freskach jego bazyliki. Siódmy odpiera wszelką możliwość 
jego męczeństwa, wrzucenia w morze z kotwicą w Chersonie, 
i stara się początek i pochód tej wersyi wyśledzić. Przenie- 
sienie i wyidealizowanie faktów przedpapieskiego żywotu Kaliksta 
na Klemensa nie wydaje się nam należycie uzasadnionem, nie 
możemy jednak żądać od autora, żeby wszelkie luki źródeł i tra- 
dycyi sam wypełnił. Wzmianka o Chersonie naprowadza na 
temat o męczennikach chersońskich, związany luźnie z głó- 
wnym; autor rozważa ten temat w rozdziale o cudzie Klemensa 



Co sądzid o „Żywotach Cyryla i Metodego"? 3 

nad chłopcem (pozostawionym przez niebaczność matid w jego 
grobie), którego autorem jakiś Efrem chersoński, jak zwykle go 
nazywają, być nie może; dwanasty rozdział poświęcony jest pa- 
mięci Św. Klemensa na Zachodzie. Nas zajmie rozdział dziesiąty, 
o odnalezieniu relikwii Klemensa (str. 178—241, z przedrukiem 
staroruskiego Słowa na ten temat, 242 — 252), i jedenasty, o kul- 
cie Klemensowym na Morawach i Rusi (253—277). 

Żywoty słowiańskie braci soluńskich i t. zw. legenda wło- 
ska (łacińska) opowiadają albo wzmiankują wyraźnie o odna- 
lezieniu relikwii Klemensa w Chersonie, na drodze chazarskiej, 
przez Cyryla i o przewiezieniu ich do Rzymu, gdzie im uroczyste 
zgotowano przyjęcie. Oprócz tych źródeł niedatowanych, wąt- 
pliwych co do czasu i zawisłości wzajemnej, posiadamy współ- 
czesne świadectwa w listach bibliotekarza rzymskiego Anasta- 
zego do Karola Łysego z r. 875 i do Gauderyka, biskupa we- 
lelryjskiego (niedatowany, z lat 875 — 879). Jednogłośną zgodę 
tych świadków i świadectw odrzuca dr. Franko, twierdząc, że 
relikwie Klemensowe odnaleziono w Chersonie nie w r. 860, 
lecz już na początku IX wieku i mylnie przypisywano to ich 
odnalezienie temu, który tylko relikwie do Rzymu przywiózł. Do- 
wody na to odnalazł autor w dwu prologach, t. j. krótkich ży- 
wotach świętych z XV i XVII. wieku, opowiadających niby zu- 
pełnie odmiennie dzieje odkrycia relikwii. Z wiadomościami owych 
dwu prologów łączy autor ślady inne, w staroruskim Słowie^ 
nawet w źródłach łacińskich zachowane i osłabia świadectwa 
Żywotów i Legendy (włoskiej), dowodząc, że pierwotny tekst 
Żywotu Metodowego nic o owem odnalezieniu nie wspominał, 
że w Żywocie Cyryla korzystano tylko dowolnie z dawniejszej 
chersońskiej legendy; podobnież Anastazy (a właściwie źródło 
jego, biskup smirneński Metrofan) owę chersońską legendę (z po- 
czątku IX wieku) Cyrylowi mylnie przypisuje. Krytyczne badanie 
źródeł wszystko to odkrywa; przypatrzmy się jemu nieco bliżej. 

Nie za Michała III, r. 861, lecz już za Nicefora (802—811), 
i nie Cyryl-Konstanty, lecz jakiś inny ksiądz, może nijaki Filip, 
odnalazł relikwie. W prologach owych czytamy bowiem wy- 
raźnie: „w cesarstwo Nicefora zawarło się morze, gdzie były 
relikwie św. Klementa^ i t. d., z czem zgadza się ustęp w sta- 
roraskiem Słomę o wiernym pasterzu, t. j. arcybiskupie chersoń- 
skim Georgia, „z Niceforem sławnym, co wtedy cesarstwa 
dobrze i łagodnie przyjął był wodze miejskie". Ponieważ je- 



4 Aleksander Bruckner. 

dnak w Słowie żaden cesarz Nicefor więcej nie występuje i tylko 
mowa o , kniaziu gradskim" miejskim, jest więc wyraz „cesar- 
stwa^ dodatkiem kopisty, który o cesarzu Niceforze kiedyś 
zas/yszał i tu go umieścić; dr. Franko twierdzi odwrotnie, 
odrzucił wyraz miejskie jako późniejszy dodatek i wbrew wy- 
raźnemu niepodejrzanemu świadectwu legendy włoskiej (Nicepho- 
rus eiusdem cimtałis dux) o cesarzu rzecz sobie wysnuł. Z jednem 
bałamuctwem połączył drugie; Złota legenda (Jakuba de Vora- 
gine) i Petrus de Natalibus (^ Catahgus Sanctorum) przytaczają 
słowa Lwa z Ostyi o odnalezieniu relikwii przez Cyryla. Złota 
legenda pisze, że w czasy Micbała III jeden kapłan, Philoso- 
phus przezwany dla swej mądrości i t. d.; u Piotra de Nata- 
libus czytamy króciej: tempore Michaelis etc. ąuidam sacerdos 
Philipics etc. — otóż i znalazło się imię nawet owego właści- 
wego autora odkrycia. Zapomniał tylko dr. Franko o tem, że 
w średniowiecznych rękopisach Philosopkiis pisze się zawsze 
w skróceniu, które nieuważny kopista Philippus odczytał ! W cy- 
tacie Piotra należy więc wstawić poprawnie Phihsophus, nie Phi- 
lippus, zaczem wszystkie wywody dr. Franki upadają. 

Wykazawszy początek obu bałamuctw, mógłbym dalsze kom- 
binacye autora jako bezpodstawne pominąć; lecz wiążą się 
z temi kombinacyami inne pytania, oceny Żywotów i Legendy 
dotyczące, nie tylko przez autora, lecz i przez Jagicza, Golza 
i i. najmylniej roztrząsane; zasada, z jakiej wychodzą ci badacze, 
jest fałszywa i dlatego całą rzecz nieco szczegółowiej poruszyć 
musimy. 

Kniżnikstaroruski, t. j. autor zapiski prologowej i dr. Franko 
popełnili ten sam błąd; kniżnik czytał Słowo o odnalezieniu re- 
likwii, gdzie nie znalazł żadnej wzmianki wyraźnej o Cyrylu, 
więc zdawało mu się, że na coś nowego natrafił; wprowadził 
„cesarza^^ Nicefora, nie zważając, że Słowo wyraźnie o Niceforze 
twierdzi, że „żył w Chersonie'*, co o cesarzu byłoby wierutną 
bajką i tylko z naczelnikiem grodowym się zgadza; wprowa- 
dziwszy raz cesarza, zrozumiał pod „sławnym klerem" Słowa 
najsławniejszy, carogrodzki, chociaż nie wiedział, co z nim w Cher- 
sonie począć. Zapiska prologu wyszła tylko z źle zrozumianych 
ustępów Słowa i niczego źródłowego, nowego nie wnosi. Tak 
samo dał się zwieść dr. Franko temu Słowu; wymyślił, że je jakiś 
Chersończyk napisał, skoro do Chersończyków się zwraca, jak 
gdyby Cyryl, z retoryką dobrze obeznany, nie mógł umyślnie. 



Co sądzid o „Żywotach Cyryla i Metodego**? 5 

jak na retora przystoi, z sprawą swoją zwrócid się do obywa- 
teli miasta, gdzie skarb ów odszukai ; dalej zaprzeczy/ dr. Franko 
wyraźnemu świadectwu Anastazego, dowodzącemu niezbicie, te 
Słowo wyszJo z pod pióra Cyryla, chociaż tenże z zbytniej 
skromności imię swoje zataiJ, ponieważ fikcyę retoryczną, oso- 
biste zwrócenie się do Chersończyków, utrzymać należało. Skoro 
tylko dr. Franko w owych mylnych domniemaniach się utwierdził, 
musiał wszystko, co się sprzeciwiało, usunąć; uznał więc za późne 
wtręty, za niepewne czy nieudałe kombinacye te szczegóły, które 
się z jego mniemaniem nie kleiły. Kornie wyznam, że mnie, poma- 
wianemu stale o tendencyjne przekręcanie i jednostronny wykład 
źródeł, podziwiać wypada wyższość dr. Franki w tej specyal- 
ności. Bo oto jak sobie autor z niespornemi źródłami poradził. 

Żywot Metodego wyraźnie misyę chazarską obu braci wy- 
mienia; również wyraźnie donosi umieszczony w tym Żywocie list 
papieski o przyniesieniu relikwii Klemensowych przez obu braci 
do Rzymu. Wedle twierdzenia dr. Franki pierwotny Żywot tego 
wszystkiego zupełnie nie znał; wzmianka o misyi chazarskiej 
jest późniejszą interpolacyą, a cały list papieski dopiero po na- 
pisaniu Żywotu, wtrącono; po odrzuceniu obu interpolacyi (w roz- 
dziale czwartym i ósmym), otrzymuje się tekst o wiele skła- 
dniejszy i logiczniejszy. Bardzo to naiwna argumentacya; mogę 
autorowi wymienić cały szereg ustępów i rozdziałów, po któ- 
rych wyrzuceniu tekst „ŻywoŁu** gładziej się czyta; tak można 
n. p. opuścić cały rozdział siódmy (wedle liczenia u Pastrnka), 
cały jedenasty, szczególniej zaś cały szesnasty i cały pierwszy. 
Lecz cóż zostanie z „Żywotu", gdy te „interpolacye" powyrzu- 
camy? Że autorowi wygodniej wykreślać, co z jego argumenta- 
cya nie licuje, toż jeszcze nie argument. 

Gdy tak autor bez ceremonii jedno odrzuca, czepia się 
tem usilniej byle słówka, jeźli mu treści do pomysłów choćby 
najfantastyczniejszych nastręcza. I tak czytamy w Żywocie, 
że obaj bracia po upływie trzech lat „wrócili z Moraw, wyu- 
czywszy uczni". Więc dokąd wrócili? Oczywiście tam, skąd wy- 
szli, a więc do Garogrodu ! W ten sposób bajka o powrocie obu 
braci z Moraw do Garogrodu urasta natychmiast do pewnika! 
Żywot Cyryla, bardzo obszerny, nic o tym powrocie nie wie; 
Żywot Metodego, bardzo skrócony, niby o nim mówi — a więc 
to prawdą być musi ! I pisze się na ten temat całe romanse, 
jakto papież Mikołaj do Garogrodu po braci posyłał i po co oni 



6 Aleksander Bruckner. 

Z Carogrodu do Rzymu ruszali; tymczasem mia/ papież tylko 
powód i przyczyny do Moraw posyłać, zaniepokojony tamtejszą 
misyą grecką, i tylko na Morawach mieli obaj Grecy pow(3d 
i przyczyny stawić się na wezwanie papieskie: w Carogrodzie 
ani papież o nich ani oni o papieża dbali. Że Żywot Metodego 
w tym opisie tak mało podaje szczegółów, jest jasne; niema 
przecież w nim ani wzmianki nawet o tem, gdzie to się n. p. 
bracia z Kocelem poznali I Pomijał on to wszystko umyślnie, 
aby nie powtarzać rzeczy już w Żywocie Cyryla szerzej omó- 
wionych; tak samo postępował n. p. z misyą chazarską i t. d. 
Odrzucać więc obszerny, szczegółowy i dobrze umotywowany 
itineraryusz Żywotu Cyryla a czepiać się lakonicznej, sprzecznej 
z wszystkimi faktami, niemożliwej wzmianki* Żywotu Metodego, 
owego jedynego słówka „wozwratistese iz Morawy", bez- 
myślnego może albo niefortunnego całkiem zwrotu stylowego 
(zamiast po id os te), to nazywam nie krytyką, lecz brakiem 
krytyki. 

Rozdział szósty Żywotu Metodego uchodzi u dr. Franki za 
jakąś zagadkę; jest on tylko skróceniem, z pominięciem szcze- 
gółów, już w poprzednim Żywocie (Cyryla) j?er longum et latam 
omówionych. Luki jakiejś domyśla się także Jagić między pią- 
tym a szóstym rozdziałem; dr. Franko poszedł jeszcze dalej; 
sądzi bowiem, że szósty i siódmy rozdział są to sklejone razem 
wyrywki z większej całości albo raczej resztki obszerniejszego 
opowiadania, gdzie wykreślono w środku całe rządki albo zda- 
nia: wynikły z tego związki niemożliwe, anachronizmy i sprze- 
czności, o które pierwotnego autora winić nie można. Istnieją 
wprawdzie pomniki średniowieczne, z interpolacyami i opuszcze- 
niami, jakie nieraz dyktował interes zakonny czy inny lub stron- 
niczość narodowa czy inna, fantazya, n. p. w wątkach epicz- 
nych — trzeba tylko wpierw jakiegoś cienia dowodu, że po- 
mnik w ten sposób ułożono. Żeby zwykłe legendy, o które, jak 
nikła ich tradycya dowodzi, mało kto dbał, w tak skompliko- 
wany sposób urastały, jest niefortunnym wymysłem. Najakimże 
to łożu prokrustowem nie rozciągano tych trzech legend I co za 
sztuczek dokazywali n. p. nad legendą włoską Friedrich i Gotz ! 
jak domyślali się inni n. p. prototypu greckiego dla Żywotów 
panońskich ! Żadna z tych legend większego interesu nie bu- 
dziła. Grecy nic o nich nie wiedzieli, nigdy nie zachowali na- 
wet Słowa Cyrylowego; łacinnicy przypadkiem posiadają odpis 



Co sądzić o „Żywotach Cyryla i Metodego"? 7 

późny relacyi, ciekawszej dla nich z powoda Klemensa, nie 
z powoda Cyryla; nawet odpisy słowiańskie są późne i nieli- 
czne, co bardzo zadziwiać winno; od raza, ni stąd ni zowąd, 
miały przechodzić te legendy najbardziej skomplikowane pro- 
cesy dodatków, wsawek, lak i t. d., jak nie wiem jakie pomniki 
średniowieczne najwątpliwszego aatoramenta. Te analizy mikro- 
skopijne wytwarzają coraz to nowe sprzeczności tak, źe można 
jednego badacza pobijać wywodami drugiego. Nikt nie odszakał 
dotąd do woda, żeby późna tych trzech legend tradycya rękopi- 
śmienna, właśnie co do żywotów świętych zazwyczaj bardzo 
stała, nieruchoma, w czemkolwiek nasuwała poważnej jakiejś 
wątpliwości; wszystkie odpisy zgadzają się niemal najzupełniej, 
jak rzadko które inne. Nie przeczę, że jedno i drugie ich słówko 
może być pomylone; n. p. w Żywocie Metodego w zdania „po- 
sła cesar* p o fiłosofa brata jego w Kozary, da pojet ji s soboja 
na pomoszt'', należy raczej czytać: posła cesar' fiłosofa brata 
jego w Kozary, da pojet ji i t. d. (i wziął go Cyryl i t. d.); 
żadnych trudności niema, jeśli się tylko po wyrzuci, co nie tru- 
dno było kopiście dodać. Pomylono zaś napewno w ustępie 
o sądzie biskupim nad Metodym, gdzie ^wozdwiźe srdce wrogu 
Morawslcago krala nań*" jest nonsensem ; czytaj : szatan poruszył 
serce kraliu^ t. . Ludwikowi, ivragu morawslcago Jcnedza, nie 
hrala! gdyż M awy żadnego króla nigdy nie miały. Widoczną 
glosą kniżnih staroruskiego jest też „węgierski^ w zdaniu* 
»gdy przyszedł w strony naddunajskie król^ : mowa tu natura - 
nie o królu niemieckim, boć innego na świecie około r. 880 
nie było, ale kniżnik XII wieku, przepisujący to, a zwiedziony 
terminem „naddunajskie" dodał od siebie: król „węgierski", 
gdyż nad Dunajem innego króla wtedy nie znał. Lecz od takich 
trzech drobniutkich poprawek jakżeż daleko do fantazyi o in- 
terpolacyach, lukach i t. d. 

Ponieważ wspomniałem tu o królu węgierskim i odwiedzi- 
nach Metodego u niego, oznaczę ściśle chronologię, której da- 
wniej dokładnie rozwiązać nie mogłem. Opieram się teraz na 
fakcie, że Żywot Metodego dopiero przed samą śmiercią arcy- 
biskupa (885 r.) o owych odwiedzinach węgierskich wspomina, 
łączę więc ten fakt, najmylniej zawsze przedstawiany, z nastę- 
pną zapiską roczników fuldajskich (Mon, Oerm. hist. I 401) pod 
r. 884: Imperator per Baioariam ad orientem profiscicitur ve' 
niensgue prope flumen Tullinam Monte Comiano colloąuium Aa- 



3 Aleksander Brttekner. 

bmł (to są te dunajskyje strany biografa). Ihi inter alia veniens 
Zwanłepulc dux cum principibits suis homo per manus imperało- 
ris efficitur. Między tymi pńncipes Świętopeftowymi znajdował 
się właśnie i Metody. Spodziewam się, że wobec jasnej prawdy 
ustąpi nareszcie potworna plotka o jakimś opryszku madyarskim, 
któregoby Metody ni stąd ni zowąd nawiedzał. 

Gdyby się dr. Franko nawet powiodło odszukać jakiegoś 
Georgia arcybiskupa chersoóskiego za panowania cesarza Nice- 
fora, na nicby się to nie przydało, gdyż mimo jego krytyki, 
zarówno fakty jak i źródła pozostają niewzruszone, jak były. 
Cyryl odnalazł relikwie; Żywot Metodego powstał po, nie przed 
Cyrylowym, a pisano go z ciągłem uwzględnianiem tegoż, t. j. 
nie powtarzano, co już w Żywocie Cyryla szerzej traktowano. 
Legendy dawniejszej chersoóskiej, o odnalezieniu relikwii Kle- 
mensa nie przez Cyryla, nie było żadnej; Słowo staroruskie jest 
niedołężnym przekładem albo zepsutym raczej odpisem gre- 
ckiego tekstu Cyrylowego o owem odnalezieniu. Lew ostyjski 
korzystał wyłącznie z Legendy włoskiej. Co Anastazy o pismach 
Cyryla prawi, jest wszystko prawdziwe, prócz małej przesady. 
Niema żadnych sprzeczności w rozmaitych opowiadaniach 
o owem odnalezieniu ; tylko sam autor drobnostki nic nie- 
znaczące zbytnio powiększa. Że Żywot Cyryla o odnalezieniu 
relikwii krótko rozprawia, przyczyną tego było odsyłanie czy- 
telnika do obszernego Słowa, gdzie o tym samym fakcie obszer- 
nie jest mowa; Słowo może już Metody z greckiego wyłożył 
sam lub innemu polecił; dawność tekstu, nieodpisywanego czę- 
ściej, wyjaśniłaby może jego straszne zepsucie. Dr. Franko wie, 
że wszystkie twierdzenia Żywotu Cyryla są mylne, że niemo- 
żliwą albo nieprawdziwą jest jego dysputa z Arabami, dysputa 
z patryarchą, misya chazarska, a nawet, jak sam, chociaż da- 
remnie dowodzi, odnalezienie relikwii Klemensa; łatwoby było 
więc przypuścić, że i misya morawska nie odbyła się tak, jak 
ten sam romansowy Żywot opowiada. Tymczasem tu — skąd 
to od razu? — przyjmuje się dosłownie całe opowiadanie i wy- 
sila tylko na logiczno-historyczne łamańce, aby nieprawdziwe 
i niemożliwe opowiadanie ocalić. Taka krytyka źródeł jest nie- 
możliwa. 

Cóż było powodem, że rychło po śmierci Cyryla (w parę 
lat), a jeszcze rychlej (tego samego roku może) po śmierci Me- 
todyusza musiano spisać ich żywoty ? Otóż ci łacinnicy, a także 



Go sądsid o „Żywotach Cyryla i Metodego''? 9 

ci Grecy, których to obchodzi-, wyrzucali stale S/owianom 
i nowej ich cerkwi największy jej brak: jeśli wasza cerkiew 
i obrządek prawowierne, jak wy twierdzicie, a my przeczymy, 
gdzież wasi wyznawcy, święci, męczennicy, nauczyciele, coby 
tej prawowiemości potwierdzali? Aby tym przekąsom i szyder- 
stwom zapobiec, należa/o postarać się jak najrychlej o żywoty 
tych „ugodników bożych**, co tę cerkiew stworzyli; należało 
uzasadnić przytem prawowierność nowego obrządku, nagabywa- 
nego tak niemiłosiernie, szczególnie przez Rzymian. O takiem 
ciągtem nagabywaniu milczą wprawdzie nasze Żywoty, albo wy- 
rażają się bardzo dyplomatycznie, mówią o Wenecyi albo Rzy- 
mie, a milczą o najważniejszym, o Morawach — mimoto zdra- 
dzają nieraz niepokój, nieczyste sumienie. Cóż bowiem innego 
znaczą n. p. słowa Żywotu Metodego, rozpoczynające ostatni 
ustęp : „tcJcoż de wsie winy otsieJc po wsie strany i usta mnogo- 
rieeznych zagradi^^ (t. j. Metody)? co to są za „winy" i co za 
„wielemówiący" ? Gzy nagabywacze obrządku słowiańskiego, 
Wiching i towarzysze, zarzucający mu coraz nowe „winy**. A np. 
zwrot o tymże Metodym (rozdział XV): „potym odrzuciwszy 
wszelkie burzki i troskę swoją na Boga włożywszy"? Że te 
^burzki i troski** tylko obrządku nagabywanego tyczyły, to ła- 
two odgadnąć. Żywoty umyślnie tak ogólnikowo omawiają tę 
naj drażliwszą stronę, w którą ciągle przeciwnicy godzili. Nale- 
żało choć Słowian (łacinników i Greków próżnoby było prze- 
konywać) zaspokoić co do prawowitości całego dzieła soluń- 
skiego, wmówić w nich aprobaty uroczyste papieskie i patryar- 
sze (dlatego sfabrykowano list Hadryana II), przedstawić obu 
braci jako prawdziwych wyznawców i nauczycieli. Drogę wska- 
zał Metody Żywotem młodszego brata, czy go sam napisał, co 
o wiele prawdopodobniejsze, czy go pod swojem okiem i nad- 
zorem napisać polecił; zaraz po jego śmierci wypisali Gorazd 
lub Klemens (bułgarski) jego własny żywot, parafrazując u wstępu 
obszernie główne myśli z pierwszego ustępu Żywotu Cyryla. 
Stosunku odwracać nie można; Żywot Metodego przedstawia 
się w początkowych rozdziałach niby skróceniem w porównaniu 
z Żywotem Cyryla (wiemy już dlaczego, aby unikać powtarzań), 
ale pierwszy ustęp jest wielomownem tegoż rozszerzeniem ; co 
w Żywocie Cyryla krótko było wyrażone, że łaska Boża powo- 
łuje ku naszemu zbawieniu nieprzerwanie patryarchów najpierw 
i ojców, potem proroków, dalej apostołów, męczenników i nau- 



10 Aleksander Briickner. 

czycieli, to rozszerza Żywot Metodego, tak dbały o prawowier- 
ność, że nawet sobory wszystkie wylicza, jakby to wyliczanie 
os/aniało dzie/o soluóskie, choć bardzo wątpię, czyby któryś 
z ojców soborowych podjął się był obrony dzieła soluńskiego. 

Powstały więc oba Żywoty, słowiańskie, nie greckie, na- 
tychmiast po r. 869 i 883, najpierw Żywot Cyryla, potem Me- 
todego; dochowały się nam w formie pierwotnej, niezmienionej, 
prócz jakiego tam słówka czy glosy ; nie są to jednak legendy 
naiwne, lecz pisma apologetyczne w formie legendowej dla Sło- 
wian spisane; są to więc pisma stronnicze i należy z nich ko- 
rzystać jako z jednostronnej całkiem relacyi, t. j. z największą 
ostrożnością przywłaszczać sobie ich argumentacyę ; należy 
umieć czytać między wierszami; należy coraz się pytać, czy 
niema jakiego celu ubocznego, jakiejś polemiki z przeciwnikiem, 
umyślnie nie nazywanym, aby nie wyjawiać całego, aż nadto 
uprawnionego oporu, na jaki dzieło soluńskie wszędzie, szcze- 
gólniej zaś na Morawach samych, u Wichinga i i., trafiało. Obok 
tych dwu Żywotów, zupełnie jasnych co do czasu, pochodzenia, 
przeznaczenia, staje Legenda włoska, w formie również pierwo- 
tnej, nie sztukowanej nigdzie, ale mniej przejrzysta, bo można 
wątpić, czy na Morawach (Gorazd), czy kto w Rzymie ją napi- 
sał; zato jej czas (wiek IX) i cele jej (również niemal apolo- 
getyczne, ale w innym zwrócone kierunku, bo dla Rzymu prze- 
znaczano to objaśnienie odnalezienia relikwii i początku misyi 
morawskiej) i związek z Żywotem Cyryla nie podlegają wątpli- 
wości. Dyplomatyczne usuwanie wszelkich szkopułów, niecere- 
moniowanie się z prawdą (n. p. jawne fałszerstwa w liście pa- 
pieskim), wymysły rozmaite ad maiorem ritus slamci gloriam 
są stałą cechą wszystkich trzech źródeł, wedle potrzeby omija- 
jących lub wysławiających pewne fakty i stosunki. 

Wywody te o początku dzieła soluńskiego i o stosunku 
wzajemnym legend różnią się tem od zapatrywań innych bada- 
czy, że nie zadają nigdzie gwałtu tekstom, nie liczą się z fan- 
tastycznemi interpolacyami czy lukami, nie wymagają żadnego 
sztukowania. Gdyby wywody dr. Franki były słuszne, gdybyśmy 
mieli te teksty nie w pierwotnej, lecz w pofałszowanej tylko po- 
staci, gdyby Żywot Cyryla był późniejszy niż Metodego i t. d., 
wtedy nie mógłbym się obronić. Lecz dr. Franko oparł swą 
rzecz na samych bałamuctwach i nieporozumieniach. Nic z mo- 
ich wywodów cofać i zmieniać nie potrzebuję, nawet co do 



Co sądzid o „Żywotach Cyryla i Metodego**? It 

Legendy włoskiej mógłbym się przy swojem zdaniu opierać. Twier-^ 
dziłem, że napisać ją kazał Metody i przywiózł z sobą do Rzymu^ 
879 roku może dla Gauderyka, że użył do tego pióra Gorazda. 
dobrego łacinnika (co sam wyraźnie w r. 886 zaświadczył). 
Inni twierdzą, że to trzecia księga straconego w całości dzieła 
dyakona Jana, dla biskupa Gauderyka o Klemensie napisanego ; 
nazywają to także dziełem Gauderyka, każą mu powstać z listu 
Anastazego do Gauderyka i z innych jeszcze źródeł. Że się Le- 
genda i Słowo Cyryla zgadzają, nic w tem dziwnego; nie mógł 
przecież Metody-Gorazd odchylać się od autentycznej, bo Cyry- 
lowej relacyi i ustnych jego opowiadań, których świadkiem^ 
chyba nieraz bywał Metody. Zawiera Legenda włoska, przezna- 
czona dla Gauderyka czy dla Rzymian, szczegóły, jakich niema 
w słowiańskim Żywocie Cyryla, chociaż w innych szczegółach 
dosłownie nieraz się z nim zgadza; ależ to nas dziwić nie po- 
winno. Musieli Rzymianie pytać, jakimto cudem się stało, że 
chrześcijańscy Chersończycy najzupełniej zapomnieli o św. Kle- 
mensie i o zwłokach jego ; należało tę wątpliwość usunąć, jeśli, 
nie chciano podać w słuszne podejrzenie samego odnalezienia. 
Więc list Anastazego, aż w dwu odstępach i na podstawie ze- 
znań dwu świadków (Cyryla i Mitrofana, chociaż Mitrofan sam 
o niczem nie wiedział i od Cyryla tylko czerpał swe wiadomo- 
ści) i Legenda włoska obszernie uzasadnić musiały, jakto się 
w Chersonie wszelka pamięć, wszelkie zajęcie się Klemensem 
zatarły. Ale gdyby nawet kombinacya moja o autorstwie Go- 
razda utrzymać się nie dała, pozostanie niewzruszoną dawność 
Legendy włoskiej i związek jej widoczny z Żywotem Cyryla^ 
a o to głównie chodzi; szczegół o Gorazdzie podrzędnej jest wagi. 
Nie usunął więc dr. Franko z pamięci Cyryla komedyi 
chersońskiej, co było może celem, acz niewyjawionym, jego 
pracy; ja z udziału w tej komedyi, a komedyą jest ona tylka 
wedle naszych pojęć, nie wedle naiwnej myśli średniowiecznej, 
żadnych wniosków psychologicznych nie wywodzę i bez nich 
domyśliłem się, co sądzić o dziele braci soluńskich, biorąc rze- 
czy, jak były, nie zapuszczając się w fantastyczne kombinacye. 
Roztrząsali moje wywody inni, ks. Czaykowski, prof. Potkański 
(w Przeglądzie powszechnym 1904 i 1906) wprost — ubocznie 
dr. Franko, lecz dotychczas nie przedstawił nikt argumentu, 
który by je obalić albo tylko osłabić potrafił. Czytam wprawdzie 
w najnowszem dziele prof. Czermaka (I, 201), że ^trafną od- 



12 Aleksander Briickner. 

prawe niektórym twierdzeniom i wywodom (moim) da/ już ks. 
•Czaykowski; z wieloma innymi rozprawić się nietrudno z po- 
mocą tych danych, które wydobyli na jaw albo oświetlili w spo- 
sób umiejętny... Potkański, Jagić i Pastrnek", ależ to frazes 
gołosłowny, niczem nie uzasadniony, chyba wywodami ks. Czay- 
kowskiego. Na całej stronicy (189) stara się też prof. Czermak 
dowieść, że pierwsze promienie chrześcijaństwa dotarły do Sło- 
wian prawdopodobnie nie z zachodu i nie z Rzymu, lecz z Ca- 
Togrodu albo raczej z którejś ze stolic metropolitalnych caro- 
grodzkich, n. p. ze Śremu lub z Solunia; ^nie brak też pe- 
wnych wskazówek, narzucających przeświadcze- 
nie, że gdy pierwsi duchowni niemieccy dotarli do Nitry, zna- 
leźli tam już kościoły, w których spełniali posługę religijną ja- 
cyś niebawarscy duchowni, ostatni pasterze dawnej dyecezyi 
wschodnio-chrześcijańskiej". Ależ to jest przypuszczenie ks. Czay- 
kowskiego, powtórzone w dobrej wierze przez autora; żadnej 
innej pewnej wskazówki niema. Że w ciągu VI — IX wieku 
niektórzy Słowianie bałkańscy, t. j. jednostki, chrześcijań- 
stwo przyjmowali, tego nikt nie zaprzeczy, byli Słowianie i pa- 
tryarchami i cesarzami; żeby zaś i u panońskich Słowian 
była już wtedy jakaś ,,posługa religyna", „kościoły dawniejszej 
fundacyi", temu przeczą nie tylko dzieje, które żadnej podobnej 
wskazówki nie zawierają, lecz choćby słowa w Żywocie Meto- 
dego, a ten jako Grek mógł był cośkolwiek o resztkach dyece- 
zyalnych panońskich wyśledzić: dla ludu naszego, o który się 
nikt nigdy nie postarał {^jeżyka radi naszego, o niemźe się 
ne bie nikło nikoliźe popekł^)] albo ten fakt, że najdawniejsza, 
przedcyrylowa terminologia chrześcijańska Słowian zawiera wy- 
łącznie wyrazy niemieckie. Póki więc nie doczekam się jakichś 
uzasadnionych wywodów, muszę wytrwać przy ocenie źródeł 
i dzieła soluńskiego, jaką dawniej podałem — chybaby nowe 
jakie, nieznane źródła nowe światło na całe zajście rzuciły; 
na razie o nich głucho. 

Zasługą dzieła dr. Franki jest między innemi podanie tek- 
stu staroruskiego Słowa na podstawie nowego rękopisu ; niestety 
i ten odpis strasznie lichy, przepełniony błędami, tak że i tym 
razem nie otrzymujemy jeszcze tekstu wszędzie czytelnego, zro- 
zumiałego. A jest to jedynyoryginalny utwór Cyryla, jaki znamy; 
inne zaginęły, odszukanie ułamków (n. p. polemiki z żydami) 
pozostaje nieco wątpliwe. Zato Słowo jest ów „senno declamor 



Co sądzid o „Żywotach Cyryla i Metodego"? 13. 

torius^ Cyryla, którą Anastazy z greckiego na łacinę przełożył; 
brak nam ^storiola łacito nomino suo'^ Cyryla, również przez. 
Anastazego przełożonej. W ocenę tego Słowa nie będę się wda- 
wał; zaznaczę tylko, że luk liczniejszych, o jakich wydawca 
prawi, może wcale niema, bo w pierwszym ustępie, zakwestyo- 
nowanym przez wydawcę, mamy tytuł dzieła („TT obrietenije 
i t. d. tuysokcju Mesiedcju^ t. j. panegirykiem), zaczynającego 
się od Koko i t. d. ; między 2 i 3 rozdziałem nic nie wypadło,, 
wydawca mylnie przerwał tekst, kończący się dopiero o dwa 
wierszy dalej. Niejasność tekstu słowiańskiego wynika nie tyle 
z myłek obu odpisów, ile z górnolotnego stylu oryginału gre- 
ckiego. 

W następnym rozdziale czytamy wiele trafnych i bardzo 
trzeźwych uwag co do kultu Klemensa na Morawach i naRusi^ 
zaszczepionego tu z Chersonu, aby wreszcie ustąpić najpopular- 
niejszemu kultowi Św. Mikołaja. W Grecyi kult ten tak dalece 
zaginął, że nawet dziełek Cyryla o Klemensie nikt nie zacho- 
wał. Cenne są wreszcie uwagi autora o niektórych pomnikach 
staroruskich, związanych z pamięcią Klemensa. Między cerkie- 
wnymi jest i Słowo Klemensa bułgarskiego na dzień św. Kle- 
mensa; niema w nim wzmianki o odnalezieniu i przeniesieniu 
relikwii, z czego wnioskuje dr. Franko, że Słowo napisał Kle- 
mens jeszcze na Morawach, kiedy owo odnalezienie nie było 
ostatecznie z pamięcią Cyryla spojone. Wniosek mylny: Słowo 
napisał Klemens w Bułgaryi, po ostatecznem zerwaniu z Rzy- 
mem, więc o przeniesieniu relikwii do Rzymu umyślnie nie 
wspominał. Nadmienię jeszcze, że niektórzy badacze, najbardziej 
prof. Yondrdk, uważają Klemensa bułgarskiego za autora Żywo- 
tów Cyryla i Metodego, wnioskując głównie z stylowych wła- 
ściwości tych Żywotów i pism Klemensa; ale te podobieństwa 
nie są znaczne i może do takiego wniosku wcale się nie na- 
dają; czytywał Klemens pilnie oba Żywoty, nie dziw więc, je- 
śliby coś i z ich stylu sobie przyswoił! Zresztą moich wnio- 
sków bynajmniej nie narusza, choćby dowiedziono, że Klemens 
bułgarski nawet co do obu Żywotów rękę przykładał: to tylko 
wywody dr. Franki z gruntu obala. Dlatego też na str. 258 sta- 
nowczo się przeciw temu oświadczył, również jak i przeciw 
przypisywaniu Pochwały Cyrylowi i Metodemu temuż Klemen- 
sowi. W tej lochwale zjawia się po raz pierwszy ów list papieża 
Hadryana i stąd go chyba wstawiono do Żywotu Me- 



14 Aleksander Brtiokner. 

iodego. Na niefortunniejszy wymysł trudno się zdobyć. Dla 
pomnika, pisanego dopiero w Bu/garyi, po pogromie morawskim, 
zmyślać list papieski, a opierać go na rzeczywistym — niema 
najmniejszej racyi. Jakżeż miała się rzecz z owym listem i dla- 
czego zmienił Metody jego aryngę i podsunął Hadryanowi II 
list Jana YIII? 

Wiemy, jak stały na Morawach rzeczy latem 880 r., gdy 
wracał Metody z Rzymu. Z Żywotu panegirycznego (rozdz. XII) 
widzimy, że nikt otwarcie za nim się nie oświadczył: jedni 
„s^abi", jawnie za łaciną i Rzymem obstawali, reszta czekała 
iylko, co Rzym powie; za obrządkiem słowiańskim nikt się nie 
ujął; wróżba dla przyszłości tego obrządku, na Morawach przy- 
najmniej, bardzo niepomyślna, bo widocznie rozstrzygał u ludu 
wyłącznie autorytet rzymski, a skoroby się przeciw obrządkowi 
słowiańskiemu zwrócił, niktby na Morawach obrządku nie ra- 
tował (co się też za parę lat i dopełniło). Tym razem mógł je- 
dnak Metody cieszyć się powodzeniem: przywiózł list Jana VIII 
pozwalający, acz z pewnemi zastrzeżeniami, na obrządek sło- 
wiański i uznający prawowierność Metodego. Możemy sobie wy- 
obrazić, jak się wiec odbył: najpierw kazał Metody przeczytać 
łaciński autentyk, a potem wolne jego tłumaczenie. Jak to tłu- 
maczenie wyglądało, wiemy poniekąd z tekstu w Żywocie (rozdz. 
.VIII); opuścił niejedno (n. p. odprawianie całej mszy łacińskiej), 
a tu i ówdzie dodał coś nowego. Tryumf osiągnął zupełny, ale 
nie na długo. Połapał się Wiching, że teksty odczytane nie 
zgadzają się, więc dalej piorunował na Metodego, że list papie- 
ski do Świętopełka brzmi inaczej, że Metody bluźni, żeon (Wi- 
ching, a to już sam zmyślił) przysiągł papieżowi, że będzie Me- 
todego nadzorował i błędnej nauki nie dopuści. Zaniepokoił się 
Metody, gotujący się do opuszczenia Moraw i do dalekiej caro- 
grodzkiej podróży, więc napisał do Rzymu, czy nie wysyłał też 
papież innego jakiego listu do Świętopełka i czy rzeczywiście 
nadzór nad nim Wichingowi polecił? Odpowiedź Jana VIII po- 
siadamy. Lojalnie zaręczał papież, że ani jednego ani drugiego 
nie uczynił i zawieszał rozstrzygnięcie sporu między arcybisku- 
pem a upornym sufraganem do decyzyi, jaką po powrocie Me- 
todego poweźmie, wysłuchawszy obie strony. Zdaje się, że taka 
decyzya nie nastąpiła 

Wobec słusznych inkryminacyi i podejrzeń, rzucanych na 
ów list, jedyną obrządku słowiańskiego autoryzacyę rzymską, 



Co sądzid o „Żywotach Cyryla i Metodego"? 15 

wpadf Metody na pomysł oczyścić list ten od wszelkich zarzu- 
tów, podsuwając go, z nową zupełnie aryngą, Hadryanowi II. 
Osiąga} przez to i inną korzyść: przesuwając list papieski z r. 
880 na 869 lub 870 (list nie ma daty), t. j. na sam początek 
działalności swojej u Kocela, stawiał tę działalność z góry pod 
błogosławieństwo i autoryzacyę rzymską (którą w istocie do- 
piero po dziesięciu latach uzyskał!). Tego to listu kazał Gora- 
zdowi czy Klemensowi strzedz jak oka w głowie i umieścić go 
w całości, jeśli żywot jego opisywać będą; pod r. 880 zadowo- 
lono się lakonicznem jego streszczeniem. 

Czy rzecz miała się w wszelkich szczegółach tak, jak ją 
tu przedstawiłem — inne pytanie; przy szczupłym zasobie na- 
szych źródeł każde noviter reperłum może wywody moje od- 
mienić, ale dla historyka sumiennego wystarcza opierać swe 
wywody na podstawie wszystkich znanych, dotąd istniejących 
źródeł. Jasnem jest tylko, dlaczego już Metody list Jana VIII 
Hadryanowi podsunął; gdyby Pochwała w Bułgaryi była napi- 
sana, nigdyby na to wpaść nie mogła. 

Odrzuciliśmy więc wywody dr. Franki, tyczące się Żywo- 
tów i ich oceny; praca jego (której zasług i wartości dla hi- 
storyi literackiej, zwłaszcza dla literatury staroruskiej, bynaj- 
mniej nie odmawiamy)^ posłużyła nam za pobudkę do pono- 
wnego skontrolowania i ściślejszego sformułowania czy uzupeł- 
nienia naszych wywodów; przekonałem się na nowo, że wy- 
trzymują próbę, skądkolwiek się do nich zabieram — czekam 
więc najspokojniej sądu przyszłości. 

A. Bruckner. 



Udział książąt śląskieh w zamaehn z r. 1177'). 

(Przyczynek do dzi«jów Rolestawa Wysokiego i Mieszka Raeiborskiego). 



Dnia 26. kwietnia 1177 r. odbył się zjazd gnieźnieński*). 
Przewodniczył mu senior Piastowicz, Mieszko Stary, władca Kra- 
kowa i Wielkopolski, zwierzchni pan Mazowsza, Sandomierza, 
Śląska i Pomorza. Spraw, jakie tam rozstrząsano nie znamy; 
może dotyczy/y stosunków wewnętrznych, być może jednak, że 
zajmowano się kwestyami zewnętrznemi, natury czysto polity- 
cznej. To drugie miałoby nawet pewne umotywowanie. Od strony 
zachodniej, od Czech, poczęły już dolatywać niepomyślne dla 
Mieszka wieści: zięć jego Sobiesław, straciwszy łaskę i papieża 
i cesarza, zagrożony został wswem władztwie przez Fryderyka, 
syna Władysława II. Ale mniejsza na razie o wroga zewnętrznego — 
gorzej tam było ze stosunkami wewnętrznymi. Może tedy roz- 
ważano nad udzieleniem mu pomocy, bądź też wogóle nad za- 
jęciem stanowiska wobec tych wypadków. Mieszko był w bliz- 
kich stosunkach z Sobiesławem. Łączyły go bowiem z nim prócz 
pokrewieństwa') także względy polityki i jedność programu. 
Można nawet powiedzieć, że czem dla ziem piastowskich był 
Mieszko, tern dla krajów Przemyślidów był Sobiesław. I jeden 
i drugi dążył do podniesienia podupadłej powagi majestatu 
książęcego. Środki nawet były podobne: jak bowiem Mieszko 
przez sprężystość administracyi, troskliwie strzegącej praw ksią- 
żęcych i przez równomierne traktowanie wszystkich wobec 
prawa, tak i Sobiesław, przez bezwzględne dochodzenie słu- 



*) Szkic ten był odczytany na Seminaryum Prof. dra Wiktora 
Czermaka, któremu za szereg wyzyskanych w tem studyum uwag 
serdeczne składam podziękowanie. 

*) Kodeks Wielkopolski (= Kod. Wpoi.) t. I nr. 22. 

*) Balzer: Genealogia Piastów IV. 6. 



Udział książąt śląskich w zamachu z r. 1177. 17 

szDOSci (sam nazywa/ siebie jitsfiłiae verits amator ^)) i przez kara- 
nie nadużyć, zwłaszcza na chłopach przez możnych popełnia- 
nych *), kroczył do wytkniętego celu. Ale jak jeden, tak i drugi 
napotkał na opór u odzwyczajonego, a może i nieprzyzwycząjo- 
nego do takiej karności społeczeństwa; przeciw obydwom zgru- 
powała się opozycya możnowładztwa, wsparta o juniorów. 
W Czechach coprawda bunt się na razie nie udał: Sobiesław 
atak ubiegł i brata Udalryka wtrącił do więzienia*). Opozycyi 
jednak nie złamał tem samem. Znalazła ona innego, już dawniej 
niechętnego Sobiesławowi krewniaka — Ottona Konrada, mar- 
grabiego morawskiego. Wprawdzie nie miał on zamiaru zdoby- 
wać teraz na własną rękę księstwa czeskiego : inwestyturę na 
nie otrzymał już od cesarza Fryderyk *), niemniej jednak warto 
było pozyskać sobie zawczasu względy i wdzięczność przyszłego 
władcy, tem bardziej, że tamten nie miał poprostu dostatecznych 
środków dla zdobycia oddanej ziemi '). To też rychło porozu- 
miał się Konrad z księciem austryackim co do podjęcia walki •). 
Ale Sobiesław znowu ubiegł napad — tym razem jednak bez 
powodzenia; sprzymierzeni zadali mu klęskę^), która się stała 
wstępem wszystkich późniejszych jego niepowodzeń. Bliższej 
chronologii tych wypadków nie sposób ułożyć: można jednak 
wnioskować, że część ich przypada na pierwszą połowę r. 1177. 
Uwięzienie Udalryka — dla względów podniesionych — umieściłem 
w samym początku r. 1177, mniemam zaś, że i układy spiskujących 
z Konradem na ten czas przypadać musiały. Przypominam przytem, 
że Fryderyk otrzymał z rąk cesarza inwestyturę na Czechy już w lu- 
tym, przypominam i to, że w samym początku tego roku spadła na 
Sobiesława klątwa') — wolno więc przypuszczać, że nie pozo- 
stało to bez echa dla zdawna naprężonych stosunków księcia cze- 

*) Regesta Bohemiae et Moraviae t. I nr. 366. 

*) Otrzymał nawet za to, prawdopodobnie od możnowładztwa, 
ironiczny epitet „księcia chłopków" ( = princeps rusticorum) Letopis 
Jarlocha, Fontes rerum Bohemicarum t. II s. 468. 

*) Fontes rer. Boh. t. II. Pokradowateló Kosmowi s. 279. Bach- 
mann Geschichte BShmens t. I. Gotha 1899 str. 357. 

*) Letop. Jarloch., Font. rer. Boh. t. II 472. 

') ... donator ąuidem (Fridericus) vexillis de manu cesaris, 
sed multum temporis intercedit, anteqaam fiat huius rei finis, quia et 
imperatori non vacabat et Zobezlaus resistere parabat... Ibidem. 

•) Ibidem. 

') Ibidem. 

») Ibidem s. 471, 

Kwartalnik hirtoijcsny XXU— 1. ^ 



Ig Maryan Łodyński. 

skiego z moźnowtedztwem, że nie przeszło bez wywarcia do- 
datniego wrażenia na opozycyę Sobiesława, że zapewne dodało 
jej zachęty i bodźca do energiczniejszych kroków. Że zaś, jak 
się okazało, i Sobiesław nie pozostawał w bezczynności, więc 
z wszelkiem prawdopodobieństwem możnaby wnosić : 1) że odwo- 
łał się do potężnego teścia, którego skutecznej pomocy już dwu- 
krotnie doznał ^) i 2) że właśnie zjazd gnieźnieński mógł się 
sprawą tą zajmować. Zresztą czemkolwiek wypełniono czas na- 
rad, musiały to być sprawy nielada wagi, skoro wszyscy ksią- 
żęta stawili się osobiście, skoro w zjeździe wzięło udział kilku 
naczelników kościoła polskiego i kwiat możnowładztwa wszyst- 
kich dzielnic. Wiadomości o tem wszystkiem czerpiemy z do- 
kumentu tamże wystawionego. Dotyczy on sprawy czysto lokal- 
nej śląskiej, sprawy zamiany wsi między dwoma rycerzami 
a klasztorem lubiąskim, a więc takiej, jakich setki spotykamy 
w naszych źródłach. Na pozór więc zdawałby się nie budzić 
silniejszego interesu; warto mu się jednak bliżej przypatrzeć. 
Pomijam na razie szereg szczegółów natury politycznej ; te wejdą 
nieco dalej w krąg tego studyum, tutaj zaś chciałbym podnieść 
tylko fakt rzucający pewne światło na stanowisko seniora kra- 
kowskiego. Kompetencyi jego władzy aai uprawnienia w sto- 
sunku do juniorów i wogóle podwładnych mu książąt — nie znamy, 
kwestya to otwarta, a wymagająca bliższego zbadania; warto 
więc choćby ten drobny szczegół poruszyć. Jeżeli bowiem przy 
lekturze dokumentu fundacyi lubiąskiej ') mogły się budzić wąt- 
pliwości, czy umieszczony w aktykacyi książę Mieszko jest tylko 
zwykłym świadkiem, czy też rzeczywistym poręczycielem i obrońcą 
dokonanej czynności prawnej, a więc czy obecność jego jest 
tam tylko przypadkowa, czy też na mocy swego uprawnienia 
wielko-książęcego musiał na akcie tym występować *), to wobec 



^) Continuatio Claustroneoburgensis tertia, Mon. Germ. hist. 
Script. t. IX s. 631 ; Continuatio Zweltensis altera, ibid. s. 571, za- 
pisawszy: Boemi assumptis Hungaris, Polo ni s, Saxonibus coadunati 
contra ducem Heinricum . . . dodaje dalej . . . Rursus Bohemi, assum- 
ptis eisdem coadiutoribus suis . . . yastayerunt ; Gronicon magni Pres- 
biteri, ibid. t. XXn s. 601. 

') Piekosiński: Studya, Rozprawy... I. kod. dypl. nr. 33. 

*) Warto przytem podnieść, że wogóle kwestya consensus księ- 
cia przy alienacyach i fundacyach nie jest dotychczas zbadaną. Cie- 
kawem n. p., a również tylko w formie przypuszczenia skonstato- 
wanem jest przyzwolenie księcia przy sprzedaży dóbr kościołowi. 



Udział książąt śląskich w zamacha z r. 1177. 19 

dokumentu na zjeździe gnieźnieńskim wystawionego usuwa się 
ta wątpliwość. Mieszko jest nie tylko zwierzchnim panem wfodcy 
danej dzielnicy, ale co więcej w obrębie jej ma pewną sumę 
praw jemu tylko przysługujących. O ile czyniły one wyłom we 
władzy bezpośredniego pana danego terytoryum, znowu nie 
wiemy, wolno jednak mniemać, że zapewne nie w jednym kie- 
runku wdzierały się w jego uprawnienia. Z tego aktu dowia- 
dujemy się tylko o zakresie jurysdykcyi Mieszka i poborze związa- 
nych z nią dochodów. Nie Bolesławowi bowiem, który był panem 
Śląska i co ważniejsze, adwokatem klasztoru lubiąskiego, ale 
Mieszkowi w */a> si V3 stronie poszkodowanej przypadałaby kara 
siedmdziesięciu grzywien srebra za naruszenie układu, przed 
Mieszkiem zawartego. 

Szeroką tedy i silnie scentralizowaną wydawała się władza 
Mieszka. Ale właśnie w chwili tej, gdy głosił się księciem łotitts 

(Abraham: Organizacya kościoła w Polsce 1893 s. 223 przyp. 1). 
Tymczasem mamy nadzwyczaj ciekawy dowód konieczności takiego 
consensus; oto co czytamy w dok. Kazimierza kujaw. (1250): ...Con- 
cessimus eciam, ut quilibet dericus et laycus suum patrimoniam in 
ecclesiam, quocunque modo yel łytulo siye moriens siye sanus possit 
transferre, a nobis vel a nostris successoribus licencia nec habita 
nec petita, iure tamen ducali pristino in eisdem villis remanente, 
hec tamen nobis denuaciare tenentur non, ut impediamus, sed pocius, 
quod ab ipsis factum est, approbemus et acceptemus. (Dok. kujaw. 
Script. rer. Pol. XII s. 186 nr. 13). 

Podobny przywilej daje też i Henryk głogowski po zajęciu 
Wpolski (1298): ...Volumus eciam, quod si miles, vel cuiuscunque 
condicionis homo existat, ex testamento vel inter vivos aliquid mo- 
bile vel immobile ecclesie donaverit, quod hoc firmum et stabile per- 
severet, nec in hocecelesiam impedire volumus... (Kod. Wpoi. II nr. 787). 

Przedtem zaś „consensus" ten był niezbędny, jak to widać 
i z licznych dokumentów i z takich określeń ...vir Olto... vendidit, 
et yendicionis sue pactum ordinedebito in nostra presencia ro- 
boravit....i... filii Sassini vendiderunt... Michaeli epo... eodem modo, 
quo talis condicio roborari consuevit, sicut iam dictum est coram 
nobis ...prout debuit confirmayit: cuius vendicioni omnium nostrorum 
consensus non defuit. (Kod. Pol. t. II nr. 14). Hubę Prawo Pol. XIII. 
w. s. 121. 

W braku zaś odwołania się do zezwolenia księcia, przysługi- 
wało władcy prawo konfiskaty, jak to widzimy n. p. przy wsi Ko- 
bylnicy. (Dok. kujaw. 1. c). 

Zdaje się, że nie należy w tern widzieć akcyi ochronnej księ- 
cia przed zbytnim wpływem dóbr w ręce kościoła — ale tylko część 
ogólnego prawa książęcego. W każdym jednak razie jest to kwestya 
do obrobienia. 



20 Maryan Zodyński. 

Pohnie, władcą panujących, uznających się za książąt jego pań- 
stwa, w chwili tej, gdy mógł myśleć, że ostatecznie urzeczywi- 
stnił myśl swego ojca, pokładającego w władzy seniora nadzieję 
utrzymania jedności politycznej Polski — poczęły się funda- 
menty potężnej jego budowy rysować. Energiczny i stanowczy 
książę, kroczący z nieubłaganą konsekwencyą do zakreślonego 
jasno programu, przeliczył się i co do sił, jakiemi rozporządzał, 
i co do powagi swej władzy. Szybko a bezwzględnie prowa- 
dzona taktyka wywołała stanowczy opór, przerodzony niedługo 
w otwarty bunt. I oto właśnie w owej chwili, w której Mieszko 
występował na pozór z taką potęgą i świetnością, przeprowadzali 
możnowładcy za jego plecami swoje plany. A przeprowadzali 
tę akcyę rzeczywiście z ogromnym sprytem i znajomością rze- 
czy, ale też i rezultaty przeszły prawdopodobnie oczekiwania, 
biegły, zdaje się, nawet dalej, niż dotąd mniemano. Nasuwa się 
bowiem całkiem uzasadnione pytanie: czy buntu Kazimierza 
w Krakowie nie dałoby się przywieść w pewien związek przy- 
czynowy z ruchem możnowładztwa w Czechach przeciw Sobie- 
sławowi. Oczywiście wyraźnych danych na to niema, ale ślady 
są. Oto co czytamy w Kadłubku przy opisie zajęcia Krakowa 
przez Mieszka (= 1191): „Zastępy Mieszka usłyszawszy, że Ka- 
zimierz żyje, wszczęły ucieczkę pod osłoną nocy; wiadomość 
zaś szybko rozszerzana, że wojska niezwyciężonego księcia cze- 
skiego Konrada przeciw nim ciągną, niemało im strachu na- 
pędziła. Konrad bowiem był księciem tak wielkim i mężnym, 
że od jego woli zawisła władza imperyum rzymskiego, jego to 
bowiem, przed wszystkimi innymi książętami, idąc na najzacięt- 
szego wroga grobu Pańskiego, Saladyna, uczynił zwycięski ce- 
sarz rzymski Fryderyk pomocnikiem cesarskiej władzy przy 
boku syna swego, króla Henryka. On to, będąc powinowatym(?) 
(frater jugalis) Kazimierza, w żaden sposób nie powinien był 
ani mógł zaniedbać krzywd swego najszczerszego przyjaciela 
(Qui cum esset frater iugalis Casimiri^ nullo pacto amicissimO' 
rum intimi aut negligere debuit, aut dissimulare potuit iniurias). 
Gdy jednak Konrad zajęty był bardzo ważnemi sprawami pań- 
stwa, nie żeby zmyślał pozorne przeszkody, przybył Kazimierz 
nieustraszony do Krakowa..." *). Tak brzmi tyle ciekawy, a zgoła 
pomyany przekaz Kadłubka. Warto go jednak poruszyć, bo kto 
wie, co się za nim kryje. 

*) Mon. Pol. hist. t. n s. 417. 



Udział książąt śląskich w zamachn z r. 1177. 21 

Konrad — to bratanek panującego w Czechach Sobiesława; 
nie należał on nigdy do gorliwszych stronników księcia cze- 
skiegOy raz nawet, tylko dzięki radom swych krewnych, nie prze- 
rzucił się na stronę księcia austryackiego w zatargu jego z Sobie- 
sławem *). Odkądżeż jednak datuje się owo przymierze jego z Ka- 
zimierzem, gdzież początek owej gorącej przyjaźni i jakiegoś 
nieznanego bliżej pokrewieństwa? A musiał to być przytem 
stosunek powszechnie znany, skoro można nim było straszyć 
zastępy Mieszka, i to nawet w chwili, gdy Konrad przebywał 
zdała od kraju, w Italii ■). Czy słusznem jest odniesienie tego sto- 
sunku do czasu buntu Kazimierza, trudno oczywista przesądzać, 
wydaje się to jednak wysoce prawdopodobnem. Same okoliczności 
wskazywałyby na taką konjunkturę. W Czechach i w Polsce 
współcześnie podnosili bunt możnowładcy wsparci na juniorach ; 
w Czechach i w Polsce można się było obawiać interwencyi jednego 
krewniaka na rzecz drugiego. Niedawno przecież miano tego do- 
wody. Słuszne więc byłoby pragnienie odosobnienia każdego z tych 
książąt ; to zaś było możliwem tylko : 1) za poprzedniem poro- 
zumieniem się buntowników obu krajów i 2) za równoczesnem 
podniesieniem broni przeciw obu książętom. Jeżeliby tedy wnio- 
sek ten okazał się trafnym, mielibyśmy chlubny dowód zdolno- 
ści politycznych ówczesnego możnowładztwa. Nie tylko bowiem 
w Polsce zdołali Mieszka odosobnić bądź osaczyć, ale i na ze- 
wnątrz, podawszy rękę buntującym się panom czeskim, zyski- 
wali w ten sposób, jeżeli nie pomoc, to w każdym razie zabez- 
pieczenie przed groźną interwencyą Sobiesława. 

Ale gtówny punkt ciężkości spoczywał z natury rzeczy 
w Polsce; tutaj też akcya ich konspiratorska rozstawiła najli- 
czniejsze sieci. W jakim czasie bunt wybuchł, trudno w braku 
danych coś bliższego powiedzieć '), wolno jednak przypuścić, że 



*) Letopis Jarlocha 1. c. s. 417. Bachmann 1. c. s. 366. 

*) Bretholz: Geschichte MlOirens 1893 s. 379. Ponieważ zaś 
Otto umarł 9. września 1191 więc tem samem data roczników umie- 
szczająca zajęcie Krakowa przez Mieszka w 1191 zyskuje stwierdze- 
nie. Roczn. kapii Mon. Pol. hist. II 800; Rocznik Traski (zresztą 
bałamutny) 1. c. s. 835 ; inne roczniki, jak Rocz. Wpoi. 1. c. 800 
(pod 1190); Roczn. krak. 1. c. s. 836 (pod 1199), Roczn. Sędziw. 
1. c. 876 (pod. 1199); przyczem należy podnieść, że widać cała wy- 
prawa miała miejsce w pierwszej połowie tego roku. 

•) Nie może jednak ulegać wątpliwości ani to, że zdawna się 
przygotowywał, ani też to, że Mieszko w sprawie tej był już nieco 



22 Maryau Łodyński. 

plan jego dojrzEif wfośnie podczas zjazdu gnieźnieńskiego, że 
tam, korzystając z tak licznego i smętnego zebrania, jednało 
możnowfodztwo stronników dia swego przedsięwzięcia, że tam 
też dawai ucho schlebiającym podszeptom młodszy brat Mieszka, 
Kazimierz. 

Kazimierza bowiem upatrzono na następcę i naczelnika. 
A chociaż decyzya nie przyszła mu zbytnio szybko, choć względy 
rodzinne, długi wdzięczności względem brata i troska o powo- 
dzenie sprawy poważne stawiały przeszkody, to jednak żądza 
władzy przemogła skrupuły uczuciowe, a zapewnienie udania się 
przedsięwzięcia i przedstawienie rozmiarów opozycyi rozwionęło 
obawę o dobry wynik zamachu. Różniła się też sytuacya tera- 
źniejsza od tej chwili, w której Kazimierz kategorycznie odrzu- 



poinformowany. Przebija to z treści owej sławnej mowy Getki do 
Mieszka. Przytaczam tedy tekst cały, odznaczając miejsca charakte- 
rystyczniejsze rozstrzelonym drukiem. Rady i upomnienia, z jakiemi 
Getko przed Mieszkiem wystąpił, nie przyniosły najmniejszej ko- 
rzyści, „albowiem książę nabrał jeszcze więcej powodów do 
nienawiści ku biskupowi, twierdząc, że wystąpienie jego ( = Getki) 
nie wypłynęło z miłości sprawiedliwości, lecz z nienawiści ku księ- 
ciu wyrzeczone zostało. Stąd tak biskupowi, jak innym gotuje zem- 
stę, jakoby o księciu coś złego sądzili. I tak biskupowi obmy- 
śla skrycie edykt wygnania, a innym karę śmierci 
bądź obcięcia członków. Lecz próżno zastawia się 
otwarcie sidła na ptactwo, albowiem biskup, mąż da- 
rem mądrości obdarzony, zdołał nie tylko sam ujść zama- 
chu, ale i innym podał do tego drogę" (1. c. 384/5). Jaka 
to była droga, nie trudno się domyśleć, ale Kadłubek, podkreślający 
pasterską działalność Getki, nie mógł sprawy postawić jasno ; zdaje 
się jednak nie ulegać najmniejszej wątpliwości: 1) że zatargi mię- 
dzy Getką a Mieszkiem nie datowały się bynajmniej dopiero od 
owego starcia na wiecu sądowym (na to wskazuje powiedzenie „ma- 
iores odii causas in presulem conflat", nienawiść więc „powiększyła 
się", a nie „powstała"); 2) że zatarg ten nie ograniczał się bynaj- 
mniej do osoby tylko Getki i Mieszka, ale że Getko był reprezen- 
tantem i wyrazem pewnej frakcyi opozycyjnej ; 3) że Mieszko wie- 
dział o tern bardzo dobrze, skoro dla biskupa gotował wygnanie, 
a dla jego sprzymierzeńców śmierć bądź obcięcie członków. NB. jeśli 
z jakości kary można wnioskować o winie — to trzebaby przypuścić 
planowanie buntu; 4) że może obawa zamachu tego ze strony Mie- 
szka przyspieszyła wybuch buntu; i wreszcie 5) że owo ostre prze- 
mówienie Getki miało miejsce niedługo przed buntem i upadkiem 
Mieszka. Z analizy tej więc widać — co wyżej podniosłem — *e 
bunt przygotowywał się dosyć długo i że fakt istnienia zamysłów 
buntu nie był obcym Mieszkowi. 



Udział książąt śląskich w zamachu z r. 1177. 2S 

cal propozycye Świętosfawa; dziś już w znacznej części prze- 
szkód ówczesnych nie było *). Dlatego, jakkolwiek nie bez głę- 
bokiego zastanowienia, do bunta przystąpił. 

Ale nie tylko Kazimierz był bohaterem chwili na zjeździe 
gnieźnieńskim: sytuacya była bardzo poważna, a przedsięwzięcie 
wielce ryzykowne. Jeśli bunt miał wydać pożądane owoce, trzeba 
mu było z góry zapewnić poparcie reszty Piastowiczów. I tu 
jednak osiągnęły zabiegi możnowładców poważne i świetne re- 
zultaty. Jak skutki okazały, pozyskali i Odona i księcia Pomo- 
rza i namiestników Pomorza wschodniego i co najważniejsze — 
księcia śląskiego, Bolesława Wysokiego. Zjednanie bowiem jego 
sparaliżowało ewentualną pomoc drugiego księcia śląskiego, 
a sprzymierzeńca Mieszka — Mieszka Raciborskiego. Tego bo- 
wiem księcia nie pozyskano, chociaż i on był na tym zjeździe. 

Wbrew bowiem dotychczasowemu mniemaniu, uważam 
Mieszka, występującego na dokumencie z dn. 26. kwietnia 1177, 
nie za syna Mieszka Starego, ale za księcia śląskiego, za brata 
Bolesława Wysokiego*). Podejmując zaś to zagadnienie, wiążę 



^) Nie to bowiem, co lekko cieniuje nawet Kadhibek, znaczy 
nieshiszność sprawy, nie mała garstka popleczników były przy- 
czyną odmowy Kazimierza — przyczyną tą było stanowisko Mieszka 
Starego. Wzgląd to ważny, a dotąd zgoła przeoczany, rzucający bar- 
dzo silne a dodatnie światło na potężną postać tego Bolesławicza. 
Wolno bowiem z wszelkiem prawdopodobieństwem wnosić, że spi- 
skujący, jeżeli gdzie, to najpierw zwróciliby się wtedy raczej do 
Mieszka, niż do Kazimierza, zwrócenie się więc do brata najmłod- 
szego z pominięciem starszego świadczy albo o świadomości możno- 
władców, że daremne byłyby zabiegi o pozyskanie tego księcia prze- 
ciw panu krakowskiemu, albo o odrzuceniu kategorycznem przez 
Mieszka propozycyi konspiratorów. NB. wzgląd pierwszy wydaje mi 
się bliższym rzeczy ; jakkolwiekby jednak było, szczegół ten nie jest 
do pogardzenia: nie tylko bowiem węzły pokrewieństwa powstrzy- 
mały wobec tego Kazimierza od poparcia wtedy buntu (te przecież, 
jak wiemy z późniejszego postąpienia, nie były decydującym i wy- 
starczającym hamulcem), ale przede wszystkiem i głównie to, że darmo 
się było porywać książątkowi słabiutkiemu przeciw obu braciom, złą- 
czonym silnym węzłem, wspartym na wysoko cenionej łączności krwi 
i poszanowaniu władzy zwierzchnika. 

■) Już dawniej co prawda, bo w rozprawie p. t. Henryk Bro- 
daty (s. 21), uważał prof. Smolka (bez umotywowania zresztą) Mie- 
sska tego za Plątonogiego, w „Mieszko Starym^ jednak uznaje go, 
jak i inni (Balzer: Gen. Piast. s. 202), za Mieszka Mieszkowicza (s. 305). 



24 Marynn Łodyński. 

z niem zarazem i drugie, dotąd również odmiennie postawione, 
t. j. sprawę uposażenia tego księcia *). 



Jakież tedy względy przemawiały za dotychczasowem mnie- 
maniem, jakie powody podnoszono dla umotywowania obecno- 
ści Mieszka, syna Mieszka Starego, na tym zjeździe gnieźnień- 
skim. Otóż w odpowiedzi trzeba podnieść, że względów tych 
nikt nie grupował: nie widziano bowiem potrzeby przypuszcze- 
nia innej ewentualności; zdaje się jednak, że owym czynnikiem 
tak silnie suggestyonującym badaczy było dopowiedzenie, do- 
dane do imienia Mieszka — (Misico) iunior dicx, ze względu 
bowiem na to, że wystawcą dokumentu był Mieszko Stary i że 
ten książę miał syna Mieszka, ten wniosek wydawał się jedyną 
możliwością. Że tak nie jest — okażę niżej. Poza tym zaś mo- 
tywem niema już żadnej podstawy, dla którejby można było 
identyfikować tego księcia jedynie z synem Mieszka Starego. 

Zaczynam więc od wskazania, że dodatek iunior dux, nie 
jest dostatecznem poparciem dla tego wniosku. Już prof. Balzer 
podniósł przeciw Perlbachowi '), że przydomek iunior dux nie 
ma w tym wypadku znaczenia bezwzględnego, ale jest użyty dla od- 
różnienia od współcześnie żyjącego i władającego imiennika, po- 
dnieść jednak trzeba, że nie tylko w stosunku do ojca, ale wogóle 
w odniesieniu do panującego księcia. Że tak było, mamy na to 
kilka dowodów w intytulacyi Włodzisława Odonicza, który ze 
względu na władającego wtedy, tego samego imienia stryja, na- 
zywany jest kilkakrotnie Ylodislaus iunior*). Ważniejszym jest 

*) For. „Henryk Brodaty" s. 18 przyp. 19. 

«) Balzer: Gen. Piast. s. 202. 

•) Kod. Wpoi. t. I nr. 78, 116, 126, 128, 592. Prócz tego kro- 
nika Wpolska nazywa Przemyśla synem Władysława Młodszego 
= Przemisl... filius quondam Wladislai junior (Mon. 
Pol. hist. II 579), przyczem zamiast ,Junior" ma być „junioris**, 
jak ma większość kodeksów. (Por. Balzer 1. e. s. 229). 

I w źródłach niemieckich widzimy właśnie w ten sposób czy- 
nioną między nimi dystynkcyę (In Polonia dux Cr ac o yiensis... 
Listet nomine interficitur a quodam cognato suoyiro 
improbo „iuniore Logescelao" Odoysei filio... Chronicon 
Alberici Monachi Trium fontium, Mon. Germ. hist. SS. t. XXin 8. 
921). A trzeba zauważyć, że jest to ten sam stosunek pokrewieństwa, 
jaki zachodzi między (według mego zdania) obu występującymi na 
tym dokumencie Mieszkami. 



TJti7ABi książąt śląskich w zamaehn z r. 1177. 25 

jednak dla nas konkretny przykfad, jakiego dostarcza EadiTubek, 
nazywając wfaśnie Mieszka Plątonogiego w przeciwstawieniu do 
Mieszka Starego — Mesco iuvenis ^). Wobec więc skonstatowa- 
nia tego, podważam silnie podstawę dotychczasowych mniemań, 
ale tylko podważam, na usunięcie jej trzeba bowiem jakiegoś 
wprost przeciw niej mówiącego dowodu. Poszukajmy go tedy 
przedewszystkiem w tym dokumencie. 

W promulgacyi powiada Mieszko, że zamianę, jaką opat 
lubiąski dokonał za zezwoleniem konwentu i adwokata kla- 
sztoru, księcia Bolesława (Wysokiego), potwierdza... coram prin- 
cipibus terre nostre..., w aktykacyi zaś, wymieniwszy świadków: 
BolezhMS ditx, Kazemirus dux^ Misico iunior dtix, Lizsłek dux — 
powiada... hii duces Polonorum w przeciwstawieniu do Bogu- 
sława, który był „dwa? Pomeranie^*, Zważywszy zaś te dwa pod- 
kreślenia j,corain principibus terre nosłre^^ i owej antytetycznej 
formy „hii duces Polonorum*', musi się dojść do przekonania, że 
ma się tu do czynienia z książętami, którzy w istocie władają 
pewnemi dzielnicami. I rzeczywiście tak Bolesław Wysoki, jak 
Kazimierz i Leszek mają swoje udziały; nie miałżeby go tylko 
ńw Mieszko? A trzeba to wykluczyć w odniesieniu do syna 
Mieszka Starego, boć trudno przypuścić, by przed Odonem lub 
Bolesławem jemu najpierw dostała się jakaś dzielnica ■). Tego, 
że Odon pałał nienawiścią do swego rodzeństwa przyro- 
dniego, z czego możnaby może wnioskować, że źródłem tej za- 
wiści było może wcześniejsze uposażenie tego rodzeństwa, nie 
można brać w rachubę. Ten sam bowiem kronikarz, dobrze za- 



Że zad nie tylko do ojca, ale co więcej, w stosunku do zmar- 
łego nawet władcy tego samego imienia używano przydomków „ju- 
nior'* — to podnoszę dla illustracyi fakt ten zaszły między książę- 
tami nigijskimi. Jaromara bowiem II, syna Wisława, a wnuka Jaro- 
mara I, spotykamy na dokumencie z r. 1346, a więc w niespełna 
30 lat po śmierci dziada, jako „Jaromar Rujanorum junior 
princeps". Wnioskowaćby więc należało, że nieraz w miejsce uży- 
wanego I i n, używano „junior", w odróżnieniu od poprzednio pa- 
nującego imiennika. (Do stosunku Jaromarów por. Hasselbach u. Ko- 
segarten: Codex Pomeraniae diplomaticus t I nr. 365). 

Dodam do tego, że wysoce dziwną byłaby nieobecność drugiego 
księcia śląskiego przy zjeździe tak ważnym, na którym nawet mało- 
letni książęta (== Lestco) udział brali. 

*) Kron. Kadł. 1. c. s. 430. 

*) Kłodziński : Stosunki Laskonogiego z Odoniczem (Księga pam. 
UcB. Un. Jag. 8. 101.) 



26 MaryAii Zodyński. 

pewne poinformowany o cafej sprawie, powiada tylko, że Mie- 
szko Stary im dopiero... post se successianem spoponderat *). Zre- 
sztą i uposażenie Mieszka przed rodzonym starszym bratem 
sprzeciwia się temu silnie : zgofa zaś nie wiadomo, aby Bolesław 
miał jaki udział przed uzyskaniem później Kujaw ; milczenie zaś 
w tym wypadku dobrze świadomego stosunków wielkopolskich 
i dzielącego się temi wieściami kronikarza można uważać za 
silny dowód negatywny. Zarówno też i z tego, że Mieszko Stary 
starał się dla tego właśnie syna (= Mieszka) o pozyskanie schedy 
po chorowitym Leszku mazowieckim *), coby świadczyło może 
o jakichś względach ku temu synowi, nie można zgoła przece- 
niać, ani za jakikolwiek dowód do sprawy nas obchodzącej 
wciągać. 

Wobec więc stanowczego usunięcia możliwości zidentyfi- 
kowania księcia, występującego na dokumencie z 26. kwietnia 
1177 z synem Mieszka Starego, trzeba imię to odnieść do kogoś 
drugiego. Ponieważ zaś w owym czasie prócz Mieszka Starego 
i tegoż syna żył wśród Piastowiczów jeszcze tylko jeden tego 
imienia książę, t. j. Mieszko Plątonogi, więc też jedynie tego 
księcia można uznać za owego Mieszka Młodszego (Misico iurUor 
du>x), a przyjąwszy, że występujący na tym dokumencie ksią- 
żęta byli panami poszczególnych dzielnic, trzeba tem samem 
przyjąć, że i ten książę był władcą pewnej części Śląska*). 

Ale wniosek dedukcyjnie wyprowadzony, nie zawsze po- 
krywa się z rzeczywistym stanem rzeczy, godzi się więc zdanie 
powyższe poprzeć jeszcze innemi danemi. Zachowały się jednak 
dość obfite po temu wskazówki. 

Na czoło wysuwają się oczywista przekazy Kroniki pol- 
skiej i swoją obfitością wiadomości i lokalnem zabarwieniem. 
Od nich więc przyjdzie zacząć. Przekazów tych jest trzy, a wła- 
ściwie dwa, jeden z nich bowiem jest dalszym ciągiem drugiego. 
Zresztą przyczyny ilości tych przekazów nie obchodzą nas tutaj; 
interes dla naszej sprawy przedstawia tylko kwestya wartości 
ich wiadomości. Niektóre punkty z tego już obrobiono i w zwią- 
zek porównawczy z innemi źródłami wciągnięto, czyniono to 
jednak dorywczo i przygodnie, chciałbym więc nieco bliżej 
wiadomości te zbadać. Ustawiam je tedy obok siebie: 

^) Kadłubek 1. c. s. 396. *) Ibidem s. 406/7. 

•) Przyjmuje to i Grtlnhagen (Geschichte Sehlesiens t. I. 18M. 
8. 33.), ale bez umotywowania. 



Udział książąt tfląskieh w zamaohn z r. 1177. 



27 



8. 634: 

Tandem hii duo fra- 
tres, Boleslaua et Mesico, 
municipia preparantes a 
patruo monarchiam repe- 
tunt Quos cum iuri pn- 
mogeniture abrenunciasse 
allegaret, multociens cum 
illia pugnaWt sed minus 
yaluit , cum municipio- 
rum et armatorum Teu- 
thonicorum fulcirentur 
preńdio. Sed dum Bo- 
leilaua aliam diudsset 
uxorem filio, firatre et 
pałnio coDspirantibus pro- 
peltitur *). 



A więc: 
s. 683: 
a) Bolesław Wysoki 
-|-Plątonogi prze- 
ciw Kędzierzaw., 



8. 686-^7: 
Tunc demum dux de 
Opól Jeroslaus.. in odium 
noverce... cum patruo 
suo Mesicone patrem 
propulsant , qui... cum 
yalido exercitu rediit ad 
castnim Len et Legnicz 
edificavit. Quod yidens 
Casmirus se interposuit 
et fratri Boleslai Mesiconi 
terram Ratiborgensem 
consignayit... et Jaroslao 
epo. ordinato temtońum 
Nisense a patre obtinuit 
ac tempore vite sue du- 
eatum Opolie et Gonrado 
Loripedi marchiam Glo- 
gOTiensem dedit , licet 
alias dicatur monachus 
factus •). 



s. 686—687: 
o^Jarosł. + Platon, 
wypędzają Boles}. 
Wysokiego, 



s. 645: 
Qui (=Bole8lau8) cum. 
monarchiam a patruo suo 
Boleslao repeteret, Hlius 
eius Jeroslaus et frater 
eius Mesco Ratiborgensis 
cum Boleslao monarcho 
adversus eum ob odium 
secunde uxori8 illius eon- 
surgentes, una cum uxore 
propulerunt et cum filiis.. 
Qui expetendi adiutorii 
gracia ad imperatorem 
perrexit. . . — imperator 
cum magno apparatu re- 
rum et exercitu8 illum ad 
propria reąuirenda remisit 
et yeniens edificavit castra 
Len et Legnicz. Quo com- 
perto, adversarii eius, ti- 
mentes sibi et omni Po- 
lonie, treugas expetunt,. 
monarchiam post obitum 
Boleslai sibi promitunt, et 
Mesico frater eius, ratus 
de solo Ratiburgensi ter* 
ritorio, Jeroslaus Opolien- 
sem ducatum tempore 
yite sue adeptus et deinde 
epus ordinatus, a patre 
Nysensem provinciam sibi 
et seto Johanni assecutus, 
Boleslao Wratialairiensem, 
Legniczcensem et Grtogo- 
yiensem terram in omni; 
pace contradunt..'). 



s. 646—646: 
a) Wys. (sam !) prze- 
ciw Kędzierz. 
bj Kędzierz.-f Piąto- 



*) Mon. Pol. hist. t. ffl str. 634. 
') Ibidem str. 636—637. 
s) Ibidem str. 645—646. 



28 



Maryan Łodyński. 



6) Boi. Wys. żeni 
się z Adelajdą, 

e) Platon, -f Jarosz. 
+Kędzierz. prze- 
ciw Bolesł. Wys., 

^^ Platon. + Jarosł. 
+ Kędzierz. wy- 
pędzają Boi. Wys. 



6) Wysoki udaje się 
do Włoch, 

ej przy pomocy ces. 
a za pośredni- 
ctwem Kaz. Spr. 
otrzymują : 

1. Plątonogi— Raci- 
bórz, 

2. Jarosław — ziemię 
Niską i księstwo 
Opolskie, 

3. Konrad — Głogów. 



nogi -{- Jarosław 
przeciw Wysok., 
cJB. Wys. w Italii, 
d) wyprawa cesar- 
ska w rezultacie 
której : 

1. Platon, zatrzym. 
tylko Racibórz, 

2. Jarosł. otrzymi]ge 
Opól, 

3. a Boi. Wys. Wro- 
cław Głogów i Li- 



gnicę. 

Ponieważ, jak widać na pierwsze wejrzenie, obok podo- 
bieństw są w tych przekazach i różnice, więc zaczynam od 
uporządkowania i rozłożenia ich na dwie grupy, tj. na te, które 
są identyczne w obu redakcyach i na' różniące się między sobą: 



I. 



1. że Wysoki sam przeciw 
Kędzierzawemu, 

2. że Kazimierz godzi powaśnio- 
nych książąt śląskich, 

3. że Konrad otrzymuje Giogów. 



1. że Wysoki + Ptątonogi prze- 
ciw Kędzierz., 

2. że małżeństwo Boi. Wys. 
powodem niesnasek, 

3. że Plątonogi + Jarosław 
+ Kędzierz. przeciw Wysok., 

4. że wypędzają go, 

5. że udaje się do Italii, 

6. że pośredniczy cesarz, 

7. że następstwem interwencyi 
cesarza nowe ukształtowa- 
nie stosunków na Śląsku. 

Przystępując teraz do krytyki wiadomości w obrębie tych 
dwóch grup, zaczynam od grupy drugiej. Punkt pierwszy, że 
Wysoki walczy sam przeciw Kędzierz., mimo pozornego pra- 
wdopodobieństwa, upada wobec konkretnych danych Kadłubka, 
powiadającego, że „Wladislaidae^^ *), a więc przynajmniej dwaj 
synowie Władysława, podnieśli broń i pretensye przeciw senio- 
rowi krakowskiemu. 



II. 



*) 1. c. str. 372. 



Udział ksiąiąt śląskich w zamachu z r. 1177. 



2& 



Przytem trzeba zwrócić uwagę na to, że wypadki tu opi- 
sane nie przechodzą, a raczej nie powinny przechodzić r. 1172. 
Fakty, które idą poza ten czas, są już błędami autora (czy auto- 
rów) kroniki. Jako bowiem punkt graniczny końcowy stoi wy- 
prawa cesarska, dzięki bowiem tej interwencyi zaszły owe zmiany 
na Śląsku ; wiadomo zaś skądinąd, że wyprawa ta miała miejsce 
w r. 1172. W skutku zaś tego upada drugi i trzeci punkt grupy 
drugiej: Kazimierz bowiem nie miał wtedy władzy po temu, 
by móc rozstrzygać spory między książętami, miał wtedy ledwie 
cząstkę schedy po Henryku Sandomierskim, a Konrad otrzymał 
Głogów nie w r. 1172, ale dopiero w r. 1177, po objęciu wła- 
dzy przez Kazim. Spr. w Krakowie i po jego interwencyi na 
Śląsku. Przypuścić więc zdaje się trzeba, że nastąpiło tu po- 
mięszanie interwencyi Kędzierzawego z działalnością Sprawie- 
dliwego z r. 1177; za tern przemawia zresztą i milczenie źródła, 
o tem drugiem pośrednictwie. 

Już tedy z usunięciem tych różnic, występujących przeciw 
grupie pierwszej wzmacniam ją tem samem; dla tem dokładniej- 
szego jej zbadania porównam jeszcze jej punkty z wiadomo- 
ściami innych źródeł, w rezultacie zaś tego otrzymuje się znowu 
dwa szeregi danych: jedne znane skądinąd, drugie jedynie 
tutaj przechowane. Oto one: 



I. 
że Wysoki -f Plątonogi prze- 
ciw Kędzierz. potwierdza 
Kadłubek i), 

o walce Plątonogiego prze- 
ciw Wysokiemu mówi w spo- 
sób bałamutny i Kronika 
Wpolska*), 

że Wysoki wypędzony, jest 
w Kron.' Wpoi. •), 
że cesarz interweniuje, mó- 
wią Annales Colonienses 
Maximi *). 



II. 

1. że małżeństwo Boi. Wys. 
z Adelajdą było przyczyną 
zamieszek na Śląsku, 

2. że Kędzierzawy łączy się- 
z Plątonogim i Jarosławem 
przeciw Wysokiemu, 

3. że dopiero wtedy otrzymują 
Plątonogi — Racibórz, Ja- 
rosław — Opole. 



*) 1. c. str. 372. 

«) Mon. Pol. hist. t. U, str. 524, str. 529. 

») 1. c. 

*) Mon. Germ. hist. SS. t. XVII, str. 786. Eodem anno imperator 
cum maximo exercitu Bavarorum, Suevorum, Francorum, Saxonum in- 
Poloniam proficiscitur pro restituendo nepote suo in ducatum. 



:30 Maryftu Lodyński. 

Oczywista wobec tego, że kontroli dalszej przeprowadzić 
nie można, nasuwają się tylko dwie ewentualności, albo dane 
te (z drugiej grupy) odrzucić należy, albo też przyjąć. Zdaje 
się jednak, że dwóch zdań w tej kwestyi być nie może. Wia- 
domości, przeciw którym nic nie występuje, już same przez się 
wzbudzają zaufanie, tem bardziej więc wymagają przyjęcia, gdy 
znajdują się w źródle, które podało wszystkie inne tej sprawy 
tyczące się dane zupełnie wiarygodnie, choć niektóre źródłom 
Icrajowym zgoła są nieznane; do tego dodać trzeba, że cała 
kronika nosi charakter silnie lokalny, przemawiający za tem, 
że i w ustępach tu rozbieranych może być wsparta na żywej 
jeszcze tradycyi bądź na nieznanych nam źródłach. 

Z przyjęciem zaś tego przekazu, zdobywa się trzy świeże 
wiadomości. Na razie jednak interesuje mnie tylko punkt trzeci 
tj. wiadomość o posiadaniu przez Plątonogiego Raciborza, w ten 
sposób bowiem uzyskuję konkretny dowód władztwa tego księ- 
cia na udzielnem terytoryum w r. 1172. Trzeba przytem dodać, 
że wniosek ten znajduje naj zupełniej sze potwierdzenie i w innem 
źródle. Posłuchajmy np. co powiada Kadłubek. Otóż opisując 
stosunki śląskie po r. 1177, milczy zgoła o tem niewydzieleniu 
przez Bolesława bratu dzielnicy, a przecież, byłby to chyba 
najważniejszy powód do walki między obu książętami, podnosi 
zaś jako przyczynę zatargu to, że ...principatum (= Silesianae 
provinciae) Mesco..., Boleslao abacło, rapuerat ^), że więc Mieszko 
wydarł wtedy bratu tylko przewodnictwo') nad Śląskiem, no 
i rzecz oczywista, co z tem w tym wypadku ściśle było zwią- 
zane, wyparł go z dzielnicy jego. Jeżeli zaś to uczynił, to widać 
spoczywało ono dotąd w rękach Bolesława ; podobnie więc, jak 
książę krakowski nad książętami dzielnicowymi, tak i Bolesław 
Wysoki dzierżył nad bratem młodszym naczelną władzę na 
Śląsku. Mieszko więc Plątonogi nie zdobył w tym zatargu odrę- 
bnej dzielnicy, ale jak podaje źródło, do dawniej już przez niego 
posiadanej ziemi dołączył Kazimierz kilka grodów •). Zbyt jasno 
wynika to zresztą z samej Kroniki. W oczywistem bowiem prze- 
ciwstawieniu do stanowiska Mieszka Plątonogiego wyraża się 
Kadłubek o świeżo doszłym do samodzielnej władzy Konradzie. 



*) 1. c. str. 397. 

*) Wyraz „principatus" spotyka się u Kadłubka przeważnie 
w znaczeniu naczelnej władzy. 
») Kadłubek 1. c. 397. 



UdjA&t książąt śląskich w zamacha z r. 1177. 3X 

Podawszy przecież korzyści Mieszka, osiągnięte w tej walce, 
powiada o Konradzie, że Kazimierz .„fratrem ipsorum (= Bole- 
stewa i Mieszka) Conradum Ohgomensis Marchiae prineipem creat^). 
Jeżeliby więc i Mieszko dopiero wtedy dobił się odrębnej dzielnicy, 
to i o nim musiałby się faronikarz wyrazić, podobnie jak o Kon- 
radzie, że Kazimierz aczynił go księciem nad jakąś ziemią; 
wobec zaś tego, że zbyt silnie akcentige Kadłubek różnicę mię- 
dzy uposażeniem Mieszka i Konrada przez Kazimierza, trzeba, 
idąc za zupełnie chyba wiarygodnem w tym wypadku źródłem, 
uznać, iż Mieszko już przedtem miał swój dział. 

Ale nie koniec na tem ! Zachodzi bowiem pytanie, czy do- 
piero od r. 1172 datują się samodzielne rządy Plątonogiego, czy 
więc w myśl dosłownego tłómaczenia odnośnego ustępu kroniki 
polskiej należy przyjąć, że wtedy dopiero nastąpiło wydzielenie 
Raciborza Mieszkowi. Otóż mniemałbym, że należy raczej oświad- 
czyć się za tem, że bracia przystąpili do podziału natychmiast 
po wydzieleniu Śląska przez Kędzierzawego. Motywy podam 
dalej. T/ómaczę zatem odnośny ustęp kroniki w ten sposób, że 
Mieszko wypędziwszy brata około r. 1172, zajął cały Śląsk prócz 
części wydzielonej Jarosławowi, a ,że potem przyciśnięty 
przez wojska cesarskie, cofnął się do dawnego terytoryum, do 
Raciborza, zrzekając się pretensyi do nowych nabytków. Powie- 
dziano to krótko : Mesico frater eius^ ratus est de solo Ratibur- 
gensi territorio *j. W mniemaniu tem utwierdza mnie dojrzały 
wiek Mieszka. 

Kwestyą tą nie zajmowano się dotąd bliżej*), wiadomo było 
tylko, że Mieszko był młodszym, drugim z kolei synem Włady- 
sława Wygnańca. Wiadomości te chciałbym więc uzupełnić. 
W źródłach czytamy, że wypędzona z Krakowa żona Władysława, 
Agnieszka, opuszczała ziemię piastowską z synami; przekazy te 
dodają przytem i liczbę tych synów, jedne bowiem mówią o dwóch 
(Bolesław i Mieszko)*), drugie o trzech (tamci i Konrad)*). Przy- 
jąwszy tedy, że było ich tylko dwóch, trzeba wysnuć wniosek, 



^) 1. c. 

») Mon. Pol. hist. t. HI, str. 646. 

») W Grotefendzie (Stammtafehi der schles. Fttrsten 1889, I, 3) 
jest tylko data śmierci (= 16. V. 1211.). 

*) Kron. Wpoi. 1. c. str. 623. 

•) Kron. polska 1. e. str. 633. Również kron. o Piotrze Właście, 
Mon. Pol. hist. i Ul, str. 781. 



32 Maryan Lodjśski. 

że Mieszko urodzić się musiał przed r. 1145. Ale datę tę można 
nawet bliżej oznaczyć. Siostra bowiem Mieszka tego, Rikinsa, 
wyszfa w r. 1162 za mąż za Alfonsa Kastylskiego*), gdy zaś prawo 
kanoniczne określało dopiero rok dwunasty za wiek odpowiedni 
dla wejścia w węzły małżeńskie, więc Rikinsa musiała się urodzić 
co najmniej w r. 1140. Ponieważ po Mieszku, a przed Rikinsą 
urodził się Konrad, więc rok jego przyjścia na świat byłby 1139, 
a Mieszka 1138, w każdym jednak razie po dacie urodzin Kazi- 
mierza Sprawiedliwego. Wobec zaś tego miał Mieszko w chwili 
wydzielenia Śląska (1163) lat 24, a więc był do objęcia władzy 
zupełnie uprawniony i uzdolniony. 

Za zdaniem, że Mieszko zaraz po wydzieleniu Śląska otrzy- 
mał swój udział, przemawia też po części i przekaz Kadłubka. 
Mówi on, że Bolesław Kędzierzawy... grałuiłu amjplexu frałernos 
ab €xsitio excipit„. Eosąue sacra Silencii donat provincia,.J). 
Z dalszego zaś tekstu widać, że wydzielona ojcowizna odnosiła 
się tylko do dwóch braci starszych, trzeci bowiem był na razie 
w klasztorze. I tak więc owo silne zaakcentowanie wyłączenia 
Konrada od podziału dzielnicy, jako przeciwstawienia do skutków 
równomiernego uprawnienia obu jego braci starszych, jak i za- 
milczenie o ułożeniu się stosunków na Śląsku, przy również sil- 
nem podkreśleniu... eosąue (= Bolesł. Wysoki i Mieszko) sacra 
Silencii donat provincia.„, nie pozwalają ani na chwilę wątpić 
że widać bracia rozdzielili tę dzielnicę między siebie. 

Wszystkie tedy przywiedzione względy przemawiają najzu- 
pełniej za posiadaniem przez Mieszka Plątonogiego dzielnicy już 
przed r. 1177, wobec zaś tego nic już nie stoi na przeszkodzie 
uznaniu Mieszka, obecnego na zjeździe gnieźnieńskim za Pląto- 
nogiego. Z lem rozwiązuję pierwszą część zadania; przechodzę 
teraz do następnej. Podniosłem na wstępie, że już na :yeździe 
gnieźnieńskim porobili możnowładcy kroki, celem pozyskania 
sprzymierzeńców ; wypadałoby więc z kolei dowiedzieć się, czy 
i jakie stanowisko zajęli wobec tego obaj, obecni tam książęta 
śląscy. Ponieważ zaś już wyżej wyłożyłem jasno zapatrywanie 
moje na ten stosunek i wskazałem, że Bolesław stanął po stronie 
buntu, Mieszko zaś pozostał przy Mieszku Starym, więc tutaj 



») Grotefend 1. c. I, 5. 
») 1. c. str. 372. 



Udział ksiąiąt śląskich w zamachu z r. 1177. 33 

postaram się tylko zdanie to umotywować i skutki tego stosunku 
w krótkości przedstawić. 

Materya/u, któryby na to jasno i bezpośrednio wskazywał, 
niema, brak jego trzeba więc, jak i w części pierwszej, wypełnić 
kombinacyą. Uważam ją zaś za tyle bezpieczniejszą i prawdo- 
podobniejszą, ile że opiera się na podstawie pewnej. Szczegóły 
bowiem, które do niej z Kadłubka czerpię, nie mogą ulegać 
najmniejszej wątpliwości. Nie dają one jednak wiele. Na pytanie 
o fakcie zajęcia wogóle, ani o jakości zajętego stanowiska przez 
książąt wobec zamachu z r. 1177 — nie znajdujemy w nich wprost 
odpowiedzi, jedynie więc z ukształtowania sytuacyi w najbliż- 
szym po nim czasie można się pokusić pozycyę tę odgadnąć. 

Kadłubek donosi, że wśród ogólnego zadowolenia, jakie 
zapanowało i u ludności i u innych władców wskutek objęcia 
rządów przez Kazimierza, na jednym tylko Śląsku powstało za- 
mieszanie, wywołane wystąpieniem Mieszka Plątonogiego*). Czasu 
tego zdarzenia, wobec braku dat u Kadłubka nie sposób dokła- 
dnie oznaczyć; niema nawet pewności, że kronikarz zachował 
w swem opowiadaniu porządek faktów. Według niego po oba- 
leniu rządów Mieszka w Krakowie, wybuchł bunt Odona w Wiel- 
kopolsce, wobec czego opuścił Mieszko nawet własną dzielnicę. 
Współcześnie zaś z wygnaniem Mieszka, miało nastąpić wyrzu- 
cenie Sobiesława z tronu czeskiego, a zagrożenie Bernarda w jego 
posiadłościach, tak, że ani jeden ani drugi nie mógł wesprzeć 
swego teścia. Po tem dopiero czytamy o buncie rządców pomor- 
skich, a wreszcie w ustępie drugim dowiadujemy się o sprawach 
śląskich*). Tak ustawił te fakty Kadłubek; zachodzi więc py- 
tanie, czy w rzeczywistości taka była kolej tych zdarzeń. Otóż 
mniemałbym, że nie, a przynajmniej, że nie we wszystkiem 
utrzymał ciągłość chronologiczną, poświęcając ją dla podziału 
na grupy. Kiedy Odon podniósł bunt — nie wiadomo, kiedy Mie- 
szko uszedł z Wielkopolski również nie wiemy; wiemy tylko, że 
w r. 1181 odzyskał z powrotem Gniezno*). Ponieważ więc, jak 
Kadłubek donosi, odzyskanie to miało miejsce o wiele później 
po zaburzeniach na Śląsku, co więcej, między jedną grupą zda- 
rzeń a drugą wypadałby jeszcze zgazd łęczycki — więc tem sa- 



«) 1. c. str. 397. 

«) 1. c. księga IV, ust. 7 i 8 (= str. 396—397). 
•) Kron. Wpoi. 1. c. str. 536; Spominki gnieźnieńskie, Mon. Pol. 
hist. t. in, str. 43. 

Kwtftaliiik UftoTyeny ZXI— 4. 3 



34 Maryau Łodyński. 

mem ozyskiwa/oby się jedną datę dla tej sprawy. Chwila zajęcia 
Gniezna przez Mieszka (1181), względnie data zjazdu tęczyckiego 
(1180) byłaby dla niej łermintis ad quem, Z dragą jednak gra- 
nicą trudniej będzie. Z lektury odnośnych ustępów Ead/ubka 
odnosi się wrażenie, te podzieli/ swe opowiadanie na trzy grupy. 
Pierwsza dotyczy samego zamachu, druga zdarzeń tyczących się 
Mieszka Starego (przyczem wychodzi, jak gdyby z jego stanowi- 
ska), a trzecia dopiero odnosi się do akcyi Kazimierza po lyęciu 
naczelnej w/adzy. Oczywista, że w wyniku podział taki dat mo- 
żność utrzymania ciąg/ości chronologicznej tylko w obrębie każdej 
z grup z osobna, a zarazem spowodował potrzebę powtarzania 
tych samych zdarzeń (= o Pomorzu i akcyi w Wpolsce). Dla 
nas więc przedstawia taka konstrukcya w odniesieniu do bada- 
nia czasu zdarzeń bardzo względną wartość. Przyjąć bowiem 
można za podstawę wnioskowania tylko fakt wypędzenia Mie- 
43zka, na niego bowiem rzucają światło obce źródła, donoszące, 
że Sobiesław utracił tron ostatecznie w r. 1179 *). Jeżeli więc 
po opowiedzeniu wygnania Mieszka mówi Kadłubek... Sobeslaus 
,..a regno Bohemorum proftigatur^), to wolno przypuścić, że wy- 
gnanie Mieszka i bunt Odona miały miejsce przed r. 1179, a 
w każdym razie przed wypędzeniem Sobiesława. Na tym jednak 
szczególe kończą się wszelkie wskazówki dla tej sprawy — reszta 
to już dowolna kombinacya. Rozumiem dobrze, że ma ona tyle 
pewności, ile może inna, wybieram jednak tę, bo ma pewną 
logiczną podstawę i łączy się dość dobrze ze zdarzeniami pó- 
iniejszemi. Ustawiam ją tedy tak. 

Zjazd gnieźnieński, odbyty w drugiej połowie kwietnia 1177, 
był tą chwilą, w której możnowładcy, Kazimierz i sprzymierzeńcy 
ich mieli możność ostatecznego ułożenia kierunku i terminu 
akcyi. Każdy wrócił do siebie już tylko dla ostatecznego przy- 
gotowania niezbędnych środków dla podjęcia tej walki, w Kra- 
kowie zaś pracował nieobecny na zjeździe Getko: na jego za- 
pewnie głowie spoczywała najistotniejsza część pracy — ale też 
wiedziano komu sprawę poruczyć. Trzeba bowiem przyznać, że 
był to jeden z najlepiej zorganizowanych i przeprowadzonych, 
znanych nam zamachów na panującego księcia. Nie darmo na- 
zywał Kadłubek Getkę mężem niepospolitych zdolności: akcyę 



*) Bachmann: 1. c. s. 362. 
*) 1. e. str. 397. 



Udział książąt ćląskieh w zamachu z r. 1177. 35 

poprowadził tak, że Kazimierzowi bez trudu gród i dzielnica do 
rąk się dosta/y. I otóż sądzi/bym, że bunt w Krakowskiem by/ 
jakby sygnałem dla reszty sprzymierzeńców Kazimierza, a uda- 
nie się zamachu jakby pobudką do dalszych umówionych kro- 
ków. Ledwie bowiem Mieszko na pierwszą z Krakowa wieść 
z Wpolski na południe ruszył (można bowiem z wszelką pe- 
wnością przypuszczać, że podczas jego obecności w Krakowie 
zamachu tego nie podejmowanoby), gdy w tej chwili na tyłach 
jego, wsparty posiłkami z Pomorza podniósł bunt Odon, a na 
boku, tj. na Śląsku, skądby ewentualnie mógł wyczekiwać posił- 
ków, ruszył przeciw Plątonogiemu Bolesław Wysoki. Łączność 
tej akcyi i równoczesny jej wybuch wydaje mi się bliższym 
rzeczy ze względu na to, że przeciw potędze Mieszka niebez- 
piecznie byłoby działać oddzielnie, że wydaje mi się to jako 
narzucająca się poprostu taktyka tej walki. Ale Bolesław Wysoki 
źle obliczył, brat jego był widać dobrze do obrony przygotowany 
(nie znaczy to bynajmniej, żeby napad przewidywał), nie tylko 
bowiem zdołał zakusy jego odeprzeć, ale przytem, wypędziwszy 
go nawet z jego własnej dzielnicy, zajął cały Śląsk. Ale dalej 
nie poszła sprawa tak łatwo; zdobyczy swej nie zdołał utrzy- 
mać. Kazimierz bowiem po jakiem takiem usadowieniu się 
w Krakowie pospieszył czemprędzej do Wpolski ^), skąd, połą- 
czywszy się z Odonem, wyparł zupełnie Mieszka, przyczem sam 
zajął dzielnicę gnieźnieńską , a Poznańskie oddał Odonowi '). 
Teraz wzmocniony posiłkami wpolskimi i pomorskimi ruszył na 
Śląsk. Rzecz jasna, że siły Plątonogiego. wystarczające do po- 
gnębienia brata, musiały uledz potędze księcia krakowskiego, 
mimo to jednak zwycięstwo nie przyszło Kazimierzowi tak łatwo. 
Sonminibtis conałibus — powiada Kadłubek — zdołał tylko przy- 
wieść bratanka do uległości, i to zdaje się nie tyle orężnymi 
sukcesami, ile korzystną propozycyą pokoju, t. j. ofiarowaniem 
kilku grodów przywiódł go do oddania Bolesławowi zabranej 
dzielnicy. Czy owym nabytkiem Plątonogiego był Bytom i Oświę- 
cim, o których powiada Kronika Wpolska, że przeszły do Śląska 
dopiero w czasie chrztu Kazimierza, syna Mieszka Raciborskiego*), 

') Że do Wpolski wpierw ruszył, przemawiałoby za tern to, że 
mówiąc o sprawach śląskich, pisze Kadłubek: ...dum omnium urbes 
provinciarum (= grody stołeczne) ac municipia sine bello gratulanter 
(ei) patefiunt, Silesiana visa est rebellare provincia (1. c. sir. 397)4 

') Ibidem. 

») 1. c. 529/30. 



36 Mai7aD Lodyński. 

a więc czy zgodę zawartą poparto aktem duchowego pokre- 
wieństwa, czy też zdobvcz ta tyczyła się czego innego, o to mo- 
żnaby się sprzeczać, bez widoków jednak uzyskania konkretnych 
wyników. Zresztą kwestya to dla niniejszej rozprawki drugorzę- 
dnego znaczenia wobec samego faktu wspierania Bolesfawa przez 
azimierza tj. wobec stwierdzenia śladu przymierza Kazimierza 
z księciem wrocławskim. Wniosek ten nie wspiera się tylko na 
obserwacyi kroków Kazimierza przy tej okoliczności, ale znaj- 
duje konkretny dowód przy późniejszych nieco wypadkach. 
A sprawa to ważna i godna bliższego zbadania; nie błahe bo- 
wiem powody i cele zapędziły Bolesława Wysokiego do obozu 
buntowników. Wszak niedawno temu — lat ledwie kilkanaście 
upłynęło — jak to Bolesław wspólnie z bratem (który w tym 
wypadku grał rolę tylko sprzymierzeńca), występował czynnie 
z pretensyami do tronu krakowskiego. Wszak pamiętano i o tem, 
że wsparty posiłkami cesarskimi, odnosił niejednokrotnie zwy- 
cięstwa nad stryjem Bolesławem Kędzierzawym, że, nie zada- 
walając się zdobyciem ad abundantiorem catiłelam zatrzymanych 
przez Kędzierzawego grodów, prowadził walkę dalej, że nawet 
do tego stopnia zaciężył, dzięki poparciu cesarza, nad seniorem 
krakowskim, że ten, dla ułagodzenia energicznego siostrzeńca, 
zaofiarował mu nawet następstwo po sobie ^). 

Ile układ ten mógł mieć praktycznego znaczenia, można 
się łatwo domyśleć, uwzględniając całokształt stosunku reszty 
książąt i samego możnowładztwa małopolskiego wobec pretensyi 
książąt śląskich. To też zawiódł się bardzo ambitny Piastowicz, 
jeżeli w układach tych ze stryjem widział coś więcej nad czczą 
obietnicę : nie zważając bowiem na okolicznościami wymuszone 
przyrzeczenie, objął władzę nad Polską drugi stryj : Mieszko 
Stary. A jeżeli z tamtym była trudna sprawa, jeżeli od tamtego 
nie uzyskał nic prócz obietnicy, to jeszcze trudniej było po tym 
czegokolwiek się spodziewać. Nie bratankowi bowiem, ani nawet, 
młodszemu bratu, Kazimierzowi dostałby się zapewne tron wiel- 
koksiążęcy po spokojnie dokonanych rządach Mieszka. O ile bo- 
wiem z późniejszych zabiegów jego wolno wnosić, to zdaje się 
Mieszko byłby się pokusił utrzymać władzę nad Polską trwale 
w obrębie swej licznej rodziny. Że zamiarów takich można się 
było spodziewać po nim, tego chyba nikt lepiej nie mógł odczu- 



*) Kron. Pol. 1. c. str. 646. 



Udział książąt śląskich w zamachu z r. 1177. 37 

wać, aniżeli sam Boles/aw, który przecież pierwszy wzniósł, 
wbrew zasadzie senioratu, pretensye do dziedzicznych praw po 
swym ojcu*). Myśl więc primogenitury nie była już obcą Piasto- 
wiczom dzielnicowym, a jak rezultat zabiegów Kazimierza do- 
wiódł, mogła znaleźć łatwe poparcie i uznanie. Że zaś Mieszka 
stać było na podobny krok, w to chyba nie można było wątpić'). 
Chcąc więc przeprowadzić swe plany, tzn. chcąc za wszelką 
cenę zawładnąć Krakowem, nie wahał się Bolesław korzystać 
z każdej sprzyjającej okoliczności, mogącej go zbliżyć do tego 
celu. Wobec Mieszka, przy uznawanym dotąd senioracie*), po- 
zbawione były jego pretensye gruntu prawnego, z chwilą jednak 
usunięcia tego stryja od naczelnej władzy, Bolesław, jako naj- 
starszy po nim, uzyskiwał pierwsze prawa do Krakowa. 

Nic więc dziwnego, że malkontenci łatwo pozyskali jego 
pomoc: rzecz oczywista, że, jeżeli tamci czynili to celem wzmo- 
cnienia sił dla przeprowadzenia swego programu, to zarówno 
i Bolesław jedynie dla celów swej polityki stawał na razie 
w obozie oponentów Mieszka. Że zgoła nie co innego kierowało 
jego krokami, że Kazimierz chcący pozyskać go dla swej sprawy 
także miał się wkrótce przekonać o bodźcu i przyczynie 
zawartego z nimi pozornie przymierza — to okazały następne 
lata panowania Kazimierza. Na razie jednak i jedna i druga 
strona odniosła z tego przymierza korzyści. Jeżeli bowiem Ka- 
zimierz, zapewniwszy sobie pomoc i uznanie Bolesława, mógł 
tem pewniej..przystąpić do projektu możnowładztwa, to niemniej 
i Bolesław, wyparty z swych posiadłości przez brata, należącego 
do drugiego obozu, jedynie tylko dzięki zbrojnej interwencyi 
Kazimierza utrzymawszy się przy władzy, miał sposobność do* 
świadczyć pomyślnych skutków zawartego związku. 

Nie wiadomo bowiem, na czem byłoby się skończyło; 
Mieszko, mający dość sił do pobicia Bolesława, byłby tembar- 



^) Boleslaus et Mesico, municipia preparantes a patruo monar- 
chiam repetunt. (Kron. Polska 1. c. str. 634). 

*) Dla illustracyi wspomnę tylko zachowanie się jego wobec 
próśb małoletniego Leszka (Kron. Kadł. 1. c. str. 442, 443). Że zaś 
znalazłby odpowiedni do tego grant, to dowodem uskutecznienie tego 
samego przez Kazimierza. 

') Trzeba bowiem podnieść, że i Bolesław, jakkolwiek począ- 
tkowo występował z pretensyami wspartemi o prawo dziedziczności, 
to z czasem, uznawszy władzę seniora, na tej zasadzie postanowił 
urzeczywistnić swe plany. 



38 Maryan Łodyńskl. 

dziej umiaf chyba bronić swych nabytków przed pretensyami 
starszego brata. Ale wypadki te, jak genezą swą łączyły się 
z ca/ym kompleksem planów małopolskich możnow/adców, tak 
i w swym przebiegu, pozostając w ścis/ej z niemi fączności, 
mogły niemało na zmianę sytuacyi wpłynąć. Jeżeli bowiem 
Kazimierz już w myśl przymierza zobowiązany był do interwen- 
cyi, jeżeli nawet na mocy swej władzy wielkoksiążęcej nie 
mógł pozwolić na układanie się polityki wbrew jego planom, 
to podejmując kroki przeciw Plątonogiemu, czynił to przede- 
wszystkiem ze względów samoobrony. Już samo tak nadmierne 
wzmożenie potęgi Mieszka mogło w wysokim stopniu zaniepo- 
koić Kazimierza, gdy zaś nadto ten Mieszko oświadczył się za 
Mieszkiem Starym, to z natury rzeczy nasuwała się konieczność 
-natychmiastowej interwencyi : sprawy bowiem nie można było 
zasypiać. Kadłubek, jak zawsze szkicujący tylko fakta, nie- 
wchodzący w ich głąb, nie zapisał ani układu tych stosunków 
ani miejscowości pobytu wygnanego Mieszka Starego. Finitimo 
opidulOy a więc w nadgranicznym grodzie miał się Mieszko schro- 
nić z trzema synami ^) — nazwy jednak grodu nie podał. Na- 
zwę tę znajdujemy dopiero w kronice Wpolskiej *). Pogląd na 
jej wartość już dzisiaj w znacznej mierze ustalony, a większość 
jej przekazów traktuje się na równi ze źródłami współczesnemi. 
Zdaje się też, że i ten szczegół można z wszelkiem prawdopo- 
dobieństwem wliczyć do tej grupy. Tego, żeby to była remini- 
scencya miejsca pobytu Władysława Wygnańca, zgoła w rachubę 
brać nie można. Czytamy tam wprawdzie... Wladislaiis.., resid^)is 
urbi Bałiboriensi.,.*), ale w miejscu tem trzeba przyjąć fakt 
błędnej lekcyi : musiało tam być Bałisbonensi, a nie Ratiboriensi, 
co przecież paleograficznie zupełnie podobne być mogło ; wska- 
zuje zaś na to bezsprzecznie dodatek urbi imperatorie; Racibórz 
przecież nie był nigdy miastem cesarskiem. Z tem usuwa się 
wszelką wątpliwość do tego dodatku kroniki Wpolskiej, tem sa- 
mem jednak stwierdza się niedwuznacznie stosunek Plątonogiego 
do Mieszka Starego. Na razie co prawda nie wiele miał z tego 
korzyści wygnany książę wpolski — nie mniej jednak w przy- 
szłości niedalekiej mogło mu się to przydać. Plątonogi pobity. 



') I. c. s. 397. 
2) 1. c. s. 529. 
O 1. c. s. 523. 



Udział książąt śląskich w zamachn z r. 1177. 39 

a przynajmniej przyciśnięty przez Kazimierza, zrzekt się świe- 
żych i świetnych nabytków, zrzek/ się dominującego na Śląsku 
stanowiska. Że nie czyni/ tego chętnie, to oczywista, że ukształ- 
towanie to, niszczące jego plany i nadzieje skutkiem interwen- 
cyi Kazimierza, miało wpłynąć na wzmocnienie węzłów przy- 
jaźni z Mieszkiem Starym — to narzucałoby się również, jako 
bardzo prawdopodobne. Kto wie nawet, czy mimo milczenia 
Kadłubka, nie posiadał Mieszko przy odzyskiwaniu swej dziel- 
nicy, prócz pomocy pomorskiej także posiłków Plątonogiego : pe- 
wnem jednak jest, że stosunek przyjazny, zadzierzgnięty teraz, 
przetrwał długo, a w latach następnych wzmocnił się jeszcze, 
tak, że nawet odegrał, a przynajmniej miał odegrać pewną rolę 
w czasie bezkrólewia po śmierci Kazimierza. Donosi bowiem 
Kadłubek, że gdy jeden z dostojniejszych radził po śmierci Ka- 
zimierza wybrać władcą człowieka poważniejszego i w lata 
i w rozum, tedy wiedziano, że mówił to, aby wybrano na władcę 
albo Mieszka Starego, albo jego bratanka (tak trzeba w tym wy- 
padku tłómaczyć słowo fieposj, Mieszka Raciborskiego ^). 

Fakt to rzeczywiście bardzo znamienny, a dotąd zgoła po- 
mijany. Niema materyału do pewniejszego ujęcia przyczyn jegot 
stąd więc cały mój wywód jest tylko kombinacyą wspartą na 
spostrzeżeniach, wysnutych z ówczesnej sytuacyi politycznej. 
Nie o pewnik mi więc idzie, ale o uzyskanie prawdopodobień- 
stwa i zdobycie odpowiedzi na narzucające się pytania. Że bo- 
wiem projektodawca i jego stronnicy mogli mieć na myśli Mie- 
szka Starego — to całkiem zrozumiałe: książę ten bowiem, nie 
uznawszy primogenitury, miał prawo ubiegać się na mocy se- 
nioratu o tron krakowski. Trudniej jednak o wytłómaczenie po- 
stawienia kandydatury księcia śląskiego, Mieszka; przecież książę 
ten był młodszym nawet od swego brata Bolesława, któremu 
jedynie mógł po Mieszko Starym przypadać tron krakowski na 
mocy wspomnianej zasady. Można co prawda powiedzieć, że po- 
dnoszący myśl elekcyi jednego z tych książąt, odstępował i po- 
mijał zgoła zasadę senioratu, a że czynił tę propozycyę tylko 
przez wzgląd z jednej strony na niebezpieczeństwo połączone 
z objęciem tronu przez książątko niedorosłe i z drugiej strony 
dlatego, że właśnie obaj ci książęta z powodu swego wieku 
zapobiegali takim następstwom. Wszelako gdy i tak uderza owo 



') Kron. Kadł. 1. c. 430. 



40 Maryan Lodyński. 

wysunięcie Mieszka z pominięciem starszego jego brata, Bole- 
sława, szuka się mimowoli wytłómaczenia tego postąpienia. Ka- 
dłubek nie objaśnił nam tego : dla niego i jemu współczesnych 
było to całkiem jasne, a może nawet przyczynowo związane. 

Rzecz bowiem prosta, że wysuwający kandydaturę Mieszka 
Starego musiał się liczyć z tem, że przecież żyli jeszcze ini- 
cyatorowie owego zamachu na Mieszka, że więc, kierowani obawą 
o swój los, będą się starali wszelkiemi siłami zapobiec ewen- 
tualności objęcia tronu przez Mieszka: a musiało ich być pewnie 
niemało, jak widać i z tej dwuwartościowej propozycyi kandy- 
datów, jak zarazem i z wyniku tego zebrania, t. j. wyboru Le- 
szka. Kładąc zaś propozycyę wyboru księcia dorosłego, musiał 
się liczyć z tem, aby proponowany przez niego kandydat nie 
spotkał się ze zbyt silną opozycyą książąt, a przedewszystkiem 
Mieszka. Nikt bowiem nie wątpił chyba na chwilę, że Mieszko 
nie zaniedba podnieść swych pretensyi i poprzeć ich orężem. 
Temu trzeba było jakimś sposobem zapobiec. I otóż tutaj może 
należałoby widzieć przyczynę owego projektu, przedstawiony 
bowiem kandydat miałby zapobiec przykrym następstwom po- 
minięcia Mieszka Starego. Usuwając jego, wybieranoby przynaj- 
mniej jego sprzymierzeńca, i to — jak dotychczasowe wypadki 
wskazały, a przyszłość stwierdzić miała — wiernego sprzymie- 
rzeńca. Wprawdzie Bolesław był także od niejakiego czasu 
sprzymierzeńcem Mieszka, ale otóż właśnie owo wysunięcie ks. 
raciborskiego, obok zresztą faktu, któremu poniżej poświęcę 
kilka słów, przemawiałoby może za świadomością u współcze- 
snych o większem zbliżeniu między obu tamtymi książętami. 
Czy przeprowadzenie tego planu byłoby rzeczywiście załago- 
dziło sytuacyę, czy żądza władzy Mieszka byłaby się wtedy 
liczyła ze sprzymierzeńcem, to inna sprawa; że jednak powody 
propozycyi owego możnowładcy tak można rozumieć — to zdaje 
się dość trudno byłoby przeciw temu coś konkretnego powiedzieć. 

Projekt ten jednaka jak wiadomo, nie przeszedł, co więcej, 
pominięto go nawet milczeniem, kto wie jednak, czy fakt wysu- 
nięcia wówczas osoby Plątonogiego, jako pretendenta do stolca 
krakowskiego, nie był w kilkanaście lat później bodźcem i źró- 
dłem nadziei przy realizowaniu podniesionych przez niego pre- 
tensyi na zasadzie senioratu^); kto wie też, czy może właśnie 



*) Por. Balzer: Walka o tron krakowski s. 51/52. 



Udział książąt śląskich w zamachu z r. 1177. 41 

ten sam projektodawca lab któryś z otaczających go już wtedy 
przyjaciół politycznych nie odegrał pierwszorzędnej roli przy 
wprowadzeniu tego Mieszka do Krakowa? 



Nie tak trwałym związkiem mógł się cieszyć brat Mieszka 
Starego, Kazimierz. Jak już wspomniałem, przymierze zawarte 
z siostrzeńcem trwać miało z jego strony tak długo, dopókiby nie 
znalazł odpowiednich sił do przeprowadzenia swej myśli. Ale 
na chwilę tę nie chciał Bolesław czekać zbyt długo. Sprawa 
posunięta silnie wprzód, wskutek wyniku zamachu z 1 177 r., za- 
chęcała tylko do dalszej energiczniejszej akcyi ; podjął ją też 
Bolesław rychło i trzeba przyznać bardzo sprytnie. W kraju dą- 
żył do utrzymania stattis quOy t. j. do utrzymania naprężonych 
stosunków między dworem krakowskim a wielkopolskim ; przy- 
chodziło mu to zaś tem łatwiej, ile że sami możnowładcy ze 
względów osobistych uważali za konieczne nie dopuszczać do 
zbliżenia i wytworzenia między braćmi stosunków przyjażniej- 
szych. Z tem przygotowywał sobie grunt, sił zaś do akcyi na 
nim miał mu dostarczyć cesarz i książęta niemieccy, z którymi 
zażyłe utrzymywał stosunki *). Oczywiście nie wiemy o tem nic 
m concrełOj są to tylko wnioski, wysnute z materyału pobocznie 
sprawę tę poruszającego, przytem dosyć zaciemnionego — nie- 
mniej jednak nadto poważnego, by go módz pominąć. 

Jakkolwiek bowiem owa forma przemówienia Mieszka Sta- 
rego do Kazimierza — na którym to przekazie opiera się to 
mniemanie — jest dowolną konstrukcyą Kadłubka, to jednak 
nie może ulegać wątpliwości, że wsparta jest na rzeczywistym 
stanie stosunków. Mając zaś to na uwadze, trzeba próbować 
oddzielić retorykę od faktu i dopiero wtedy pocyąć konstmkcyę. 
Z przemówienia tego wynika więc przedewszystkiem, że Bole- 
sław musiał się rzeczywiście nosić z zamiarami odzyskania tronu 
krakowskiego, do czego najlepszym środkiem było tak owo la- 
wirowanie między obu stryjami, jak przedewszystkiem podbu- 
rzanie ich przeciw sobie. 

He treści prawdziwej mieści w sobie owo powiedzenie: 



^) Na te plany i akcyę na na dworze cesarskim wskazywałyby słowa 
Mieszka zwrócone do Kazimierza przeciw Bolesławowi : ...nescis, Wla- 
dislaidem Boleslaom hostem nobis communem? Hic namąue nostram 
Lemannis yenundare gestis libertatem, quatenas aliorum tributis suamr 
alignantisper apud iUos alleńet serritatem (1. c. s. 405). 



42 Maryau Łodyński. 

„.hic semper nosłro insidiałtir calcaneo,,, uł nobis radieitus evul$is 
vacaniem,., solus occupeł principatum, albo „.hic esł, qui cautitis 
inter nos aut seminat discordias, auł seminatarum foveł incenti- 
mim — tego dzisiaj nie dojdziemy, że jednak wiele w tern mu- 
siano być prawdy, przemawia za Łem postąpienie Kazimierza. 
Warto przytem zwrócić baczniejszą uwagę na to przemówienie, 
bo kryje ono istotnie dużo faktycznego materya/u. Przychodzi 
tedy Mieszko i powiada: „Kazimierzu! Bolesław jest co prawda 
twoim sprzymierzeńcem (my dodajmy: który ci dopomógł do 
zdobycia tronu), gdy jednakowoż on na nas godzi i pragnie obu 
usunąć, aby sam mógł objąć tron, a ima się przytem intryg, 
więc go porzuć, a ja wtedy zrzeknę się słusznych pretensyi, ja- 
kie mam do ciebie za odebranie mi czapki wielkoksiążęcej" ^). 
Ależ niedorzecznością byłoby mniemać, że Kazimierz dał się 
oszukać, że Kazimierz, nie mając oczywistych dowodów na za- 
miary i postąpienie Bolesława, zrzekał się bądź co bądź cennego 
sprzymierzeńca, przy którego poparciu wywalczył tron krako- 
wski na bracie seniorze — i to na życzenie Mieszka, o którym 
wiedział przecie dobrze, że „.ąuołiens iniensius arma videt im- 
minerCj iurałj pałrimonium sihi sufficere, dcierat principatum; 
quum aułem arcus helli remitłiłur, aił, coacła inramenia robur 
non habere^, — Nie mogąc więc uwierzyć nadmiernej ła- 
twowierności Kazimierza, można tylko przyjąć drugą ewen- 
tualność, a mianowicie, że w owym przekazie mieści się obraz 
istotnego ukształtowania rzeczy, t. j. że Bolesław Wysoki nie 
tylko nie zrzekł się bynajmniej pretensyi do tronu krako- 
wskiego •), ale że usunąwszy tak silnego przeciwnika, jak Mie- 
szko, dążył teraz do zrzucenia drugiego, niezbyt pewnego jeszcze 
swego nabytku. 



*) Jest to, rzecz oczywista, tylko parafraza, ale parafraza, odda- 
jąca rzeczywisty sens w tej retorycznej ukryty formie. 

') 1. c. s. 405. 

*) Jakie zaś były jego zamiary i jaką z tem łączyt politykę, ta 
powiedział sam Kadłul3ek : ...proinde augent ac roborant illius (Mesco- 
nis) partes Wladislaidae, non tam eius amore, quam regni ambitu et 
odio pupillorum (1. c. s. 433). Co prawda jest to sformułowane w ten 
sposób, że możnaby odnieść tę charakterystykę do obu synów Wła- 
dysława, gdy jednak tylko Bolesław, jako starszy, mógłby mieć szanse 
do tronu krakowskiego i gdy rzeczywiście stanowisko jego już w bi- 
twie mozgawskiej silnie się zaznaczyło, godzi się przekaz ten, o ile 
idzie o pretensye, odnieść w pierwszej linii do Bolesława Wysokiego. 



Udział książąt śląskich w zamacha z r. 1177. m 

Wobec jednak zamanifestowania tych zakusów, niemo- 
żliwą była dalsza zgoda między dotychczasowymi sprzymierzeń- 
cami. Kazimierz zerwał z Bolesławem. Ale Mieszko czekał tylko 
na to- Dokonawszy bowiem rozdwojenia między nimi, zakrzątał 
się rychło około przeciągnięcia bratanka na swoją stronę. Oko- 
liczności dopomogły tym zabiegom i Bolesław stanął przy Mie- 
szko. Oczywista bowiem, że jak najsilniejszym powodem akcyi 
Bolesława, wyjawionej przez Mieszka, była nowowprowadzona 
zasada primogenitury, tak i najistotniejszym motywem przejścia 
Bolesława na stronę Mieszka, wobec utraty podstawy, przy 
zmianie formy następstwa tronu, do zrealizowania dawnych pla- 
nów, była myśl zniszczenia tej zasady. Jedność celu i widoki 
w razie połączenia korzyści dokonały więc zbliżenia między nimi. 



Na tem możnaby zakończyć; gdy jednakowoż polityka ksią- 
żąt śląskich i w dalszym ciągu po śmierci Sprawiedliwego na 
bieg wypadków pewien wpływ wywarła i gdy ku stwierdzeniu 
tego kilka nowych szczegółów będę mógł przywieść — pro- 
wadzę rzecz dalej. 

Pozyskawszy sobie, dzięki fortelowi, ks. Bolesława, miał 
Mieszko odtąd trwale w zgodzie z nim pozostawać, a nawet, jak 
niektórzy przypuszczają, miał doznać w walce o Kraków jego 
zbrojnej pomocy *). Że nie całkiem tak było, że przeciwnie 
wkrótce potem do wcale ostrego przyszło między dotychcza- 
so¥^mi sprzymierzeńcami zatargu, świadczy o tem niedruko- 
wana dotąd bulla Innocentego 111 z d. 8. marca 1198 *), zabra- 
niająca na prośbę Bolesława ') książętom Polski walki i najazdu 
na jego dzierżawy. Jeżeli bowiem zważymy, że właściwie wtedy, 
prócz Bolesława, było w Polsce tylko czterech książąt * ), a z tych 



') Smolka: Mieszko Stary i jego wiek str. 369. 

*) Bulla ta znajduje się w odpisie w tekach Expedycyi rzym- 
skiej. Za pozwolenie więc na przejrzenie ich składam tutaj serdeczne 
podziękowanie dr. Ptaśnikowi. 

•) ...cum pluries, sicut accepimus, apostolicum receperit fra- 
ternitas vestra mandatum... albo ...nondum tamen, sicut nobis 
intimatum est, coramodum aliąuod de litteris aposŁolicis repor- 
tavit (Boleslaus)... 

*) Laskonogiego nie biorę w rachubę ; chociaż bowiem miaJ 
dzielnicę, w sprawie tej w najlepszym razie tylko pośrednio mógłby 
być zainteresowany. NB. i innych jako małoletnich bądź nieuposażo- 
nych nie uwzględniam. 



44 Maryan Łodyński. 

trzech na Śląsku a jeden w Polsce, to wobec zwrócenia bulli 
z jednej strony do arcybiskupa i wszystkich jego sufraganów *), 
a z drugiej do wszystkich książąt Polski ") musimy przyjąć: 
1® że w tej sprawie by/ czynnym i Mieszko Stary i 2* że wobec 
tego stosunki między Bolesławem a Mieszkiem ulec musia/y ra- 
dykalnej zmianie. Łatwo też przyjdzie teraz wytłómaczyć owo 
niedbalstwo arcybiskupa gnieźnieńskiego, za które nawet dostaje 
mu się ubocznie nagana'), boć przecie by/ on pod wp/ywem 
Mieszka. Nie by/ to zaś jeszcze czas Eetlicza, a i Mieszko umia/ 
być może twardszym od Laskonogiego. 

Zarazem godzi się zwrócić uwagę na to, że zgo/a inaczej 
będzie się teraz przedstawiać sytuacya w chwili bitwy mozga- 
wskiej. Nieobecności Boles/awa nie będzie się już wobec tego 
t/ómaczyć jego wiekiem, bądź wys/aniem w miejsce swoje Ja- 
ros/awa*), ale poprosŁu przeciwnem stanowiskiem, datującem 
się, kto wie, czy nie zaraz od śmierci Kazimierza, jako od chwili, 
od której móg/by znowu myśleć o prowadzeniu dalej wstrzy- 
manej na razie akcyi urzeczywistnienia, wyżej skreślonego 
swego programu. 

Pozornie sprzeciwia się temu mniemaniu przekaz Kad/ubka, 
donoszący, że Mieszko... dsdem verbis, eadem verhorum acrimo- 
nia ducem Boleslaum et fratrem eius Mesconem crebro soUiciłat 
et ad stium votum inclinał*). Zdaje się jednak, że idąc zupe/nie 
za treścią jego, można akcyę Mieszka podzielić na dwie części: 
Boles/awa więc podobnie jak i Mieszka stara/ się przeciągnąć 
na swą stronę ; czy go jednak pozyska/, o tem zgo/a nie wiemy. 
Nawet i przekaz dalszy, wcale niedwuznaczny, że... atigent ae 
roborant illms partes Wladislaidae •), nie może, wobec nieobe- 
cności jego w bitwie nad Mozgawą, mówić o rzeczywiście uzy- 
skanej przez Mieszka Starego pomocy. Owszem nawet, pojawie- 
nie się na polach mozgawskich tylko hufców Mieszka i Jaro- 
s/awa przemawia/oby przeciw uwieńczeniu ostatecznie zabiegów 
Mieszka pomyślnymi rezultatami. Jaros/awa bowiem nie można 



*) Keznensi archiepiscopo et sufTraganeis eius... 

') ...precipimus, quatinus universis Polonie ducibus... 

') ...ąuare merito de inobediencia potestis et negligencia repre- 
łiendi... 

*) Smolka 1. c. 

») MPH. i n str. 432. 

*) Ibidem str. 433. 



Udział książąt śląskich w zamachu z r. 1177. 4.5 

zgols, brać za wys/annika Bolesława, gdyż stosunki między nimi 
by/y zawsze^ a przedewszystkiem w tym czasie naprężone *). 

Wobec zaś tego, że i w myśl bulli głoszącej ,„nondum ta- 
tnefi sicut nobis intimałtim est, commodum aligiwd de Utteris apo- 
stolicis reportami (Boleslatis), nec predecessorum nostrorum Bo- 
manortim ponłificum iussiones, ąue super hoc sepiiis emanasse 
noscunłur, ejfecłtis est debitus subseciUus... możnaby śmiało po- 
czątek owych zaburzeń przenieść na rok 1194—1195, uzyskuję 
w ułożeniu się sytuacyi w bitwie nad Mozgawą silne potwier- 
dzenie wyrażonego wyżej przypuszczenia o współudziale Mie- 
szka w zatargach na Śląsku. Mieszko bowiem raciborski, Jaro- 
sław i Mieszko Stary, byliby to przedewszystkiem owi bezimien- 
nie wymienieni w bulli impugnałores, związani między sobą sil- 
nym, a w chwili potrzeby ujawniającym się węzłem przymierza. 

Ostatecznie jednak niema potrzeby przenosić koniecznie 
początku owych zatargów na lata 1194 — 1195, wystarczy bo- 
wiem, wobec sytuacyi nad Mozgawą, stwierdzić, że Bolesław 
trzymał się w tej chwili zdała od akcyi w Krakowskiem, za co 
mu się też Mieszko Stary przy pierwszej nadarzającej się spo- 
sobności odpłacił, pod jego własnym dachem tj. w sprawach 
jego czysto wewnętrznych. 

Bo też podnosząc ten nowy szczegół, trzeba równocześnie 
ostrzedz przed zbyt pochopnem posądzeniem może tego księcia 
o sprzeniewierzenie się dotychczasowej polityce, wspartej głó- 
wnie a nawet jedynie na cesarstwie. Wniknąwszy bowiem w istotę 
rzeczy, musi się przyznać, że szukanie pomocy u kuryi, miało 
na celu tylko uzyskanie spokoju wewnątrz swego kraju, że więc 
nie łącząc się bezpośrednio z jego szerszą polityką, nie było też 
odstępstwem od dawnego stanowiska względem cesarstwa. Nic 
dziwnego zresztą, że Bolesław wobec rozdwojenia i zaburzeń, 
jakie teraz w Niemcach powstały*), udał się jeszcze raz z prośbą 
o pośrednictwo do kuryi, u której już dawniej, jeszcze za cza- 
sów Henryka VI, a więc przewagi cesarstwa nad papiestwem"), 
pomocy tej — może za wiedzą samego cesarza — szukał. 

*) Grflnhagen: Bolesław de Lange, Herzog v. Schlesien (Zeit- 
schrift far schles. Geschichte t. XI str. 405—406). 

*) Jahrbtlcher des deutschen Reichs: Winkelmann Philipp y. 
Schwaben und Otto IV v. Braunschweig, Leipzig 1873 — 1878, t. I, 
rozdz. 2 i 3. 

•) Jahrb... Th. Toeche : Kaiser Heinrich VI. Leipzig 1867, str. 
496 i 497. 

Maryan Łodyński. 



MISCELLANEA. 

Głos Niemca-liiurokraty z roku i o roku 1846. 

I. 

Wielu uzupehiień i sprostowań wymaga jeszcze krytyczny inwen- 
tarz materyatów, na których oprzeć będzie można dokładny obraz hi- 
storyczny r. 1846 w Galicyi, obejmujący w pragmatycznem przedsta- 
wieniu nietylko opis ówczesnych krwawych wypadków, osnuty na 
dobrze nakreślonem tle stosunków politycznych, prawnych, admini- 
stracyjnych i w ogóle społecznych, lecz także cały długi spiskowy 
prolog tych wypadków i ich następstwa. W ostatnich, w półwiekową 
rocznicę rzezi wydanych obrazach historycznych tej doby, nie został 
jeszcze należycie wyzyskany nawet tak łatwo dostępny, niejako pod 
ręką leżący, a bardzo cenny materyał, jak znajdujące się w rękopi- 
śmiennych zbiorach zakładu Ossolińskich w autoryzowanych odpisach 
memoryały Ferdynanda Hoscha*), Niemca i szczerego patryoty austrya- 
ckiego, który jako naoczny świadek a poniekąd i ofiara rabacyjnej 
zawieruchy, gospodarkę ówczesnej biurokracyi, szczególnie starosty 
tarnowskiego Breinla, przedstawił arcyksięciu Ludwikowi w takiem 
świetle, że wobec jego zeznań i przytoczonych przezeń faktów daremne 
są wszelkie niemieckie próby rehabilitacyjne winowajców, nie wyjmu- 
jąc nawet ostatniej próby tego rodzaju, podjętej przed czteru laty 
przez prof. Losertha z Gracu przy ogłoszeniu w Berlinie pamiętnika 
samego Breinla, znalezionego przypadkiem w styryjskiem archiwum 
krajowem*). 



') Rks. nr. 1483. (Treść omówiona w artykule : „GJos niemiecki z roku 
i o roku 1S46" w Przewodniku naukowo-literackim z r. 1902). 

«) Ob. Preussische Jahrbttcher tom GXVII z r. 1903 str. 24f8— 287. (Ar- 
tykuł prof. Losertha omówiony został w dziale recenzyjnym Kwartalnika hi- 
storycznego z r. 1904, mianowicie w zeszycie pierwszym str. 124 i n.). 



Miflcellaneft. 47 

W ostatnich czasach przybył do historyi doby spiskowej oraz 
wypadków z r. 1846 i następnych materyał ogromnej objętości, t. j. 
złożone w archiwum bernardyńskiem akta dawnego lwowskiego sąda 
kryminalnego, w którym koncentrowały się wszystkie polityczne sprawy 
kryminalne. Czy wydatnośó historyczna tych aktów w przybliżeniu 
dorówna ich objętości, o tern z pierwszego poglądu i sumarycznego 
przejrzenia mimo uzasadnionej wątpliwości, dziś jeszcze sądu wydać 
nie można. W każdym razie jednak materyat ten zasługuje na upo- 
rządkowanie i krytyczne rozpatrzenie, co połączone będzie z niema- 
łym nakładem pracy i nie uwolni badacza od wielkiej ostrożności 
w czerpaniu szczegółów z tego świeżego źródła. Ostrożność ta wska- 
zana jest nietylko z samej natury rzeczy, lecz nadto jeszcze z tego 
powodu^ że owe akta pochodzą z czasów zupełnie niepodobnych do 
stanu obecnego, nietylko co do ustroju sądownictwa, lecz także co 
do całego ustroju prawnego i administracyjnego. A przytem wobec 
faktu, że wypadki r. 1846 w historycznej perspektywie nie są jeszcze 
zbyt odległe od dzisiejszego pokolenia, liczyć się trzeba więcej niż 
gdzieindziej, z tym nieuchwytnym czynnikiem, który, nawet wśród 
metodycznych poszukiwań tego rodzaju często ważną zwykł odgrywać 
rolę, t. j. liczyć się trzeba z szczęśliwym przypadkiem, nasuwającym 
nieraz pod rękę rzecz nadzwyczaj cenną, która łatwo mogła pozostać 
niespostrzeżoną lub nawet uledz zagładzie. 

Takiemu właśnie szczęśliwemu przypadkowi zawdzięczamy po- 
znanie wielce ciekawego aktu, znalezionego wśród stosu starych pa- 
pierów, pozostałych po zmarłym niedawno wyższym urzędniku admi- 
nistracyjnym, którego nowicyat służbowy na stanowisku konceptowego 
praktykanta dawnego gubernium galicyjskiego przypadł w czasy 
rabacyi *). 

Akt ten z podpisem niewyraźnym, z drobnemi poprawkami tern 
samem pismem co podpis, zrobionemi, wygląda jak czystopis, pod 
względem kaligraficznym doskonały, ale wskutek owych poprawek już 
zepsuty. Być może, że jestto jeden z odpisów, które autor memoryału, 
wysełając oryginał pod właściwym adresem, sporządzić kazał dla siebie, 
aby je potem znajomym lub kolegom rozdać. Są to jednak kwestye 
bez znaczenia wobec wybitnych w całej formie i w treści cech auten- 
tyczności i wobec merytorycznej wagi dokumentu historycznego, jako 



') Papiery te pozostały po śp. Aleksandrze Zborowskim, radcy Namie- 
stnictwa, zmarłym 30. września 1905 na emeryturze w Krakowie. Niemiecki 
or>'ginał aktu, o którym tutaj mowa, oddany został przez rodzinę do zbiorów 
rękopiśmiennych Zakładu Ossolińskich Nr. 4643. (Przyp. aut.)- 



48 MiscellaDea. 

poważnej enuncyacyi biurokraty współczesnego, Niemca z rodu, więc 
sędziego bezstronnego w opisaniu wypadków i stosunków, jako głosu 
urzędnika lojalnego i całą duszą swojemu rządowi oddanego, więc 
skłonniejszego do zamilczenia lub maskowania błędów biurokraeyi, 
niż do łagodzenia winy spiskowców, wreszcie jako relacyi chwilowego 
uczestnika akcyi rządowej około uśmierzenia rozruchów przy pomocy 
siły zbrojnej, więc klasycznego znawcy środków tej akcyi, oraz spo- 
sobu ich użycia. 

Akt ten podajemy poniżej w dosłownym przekładzie, zastrzegając 
sobie ku końcowi artykułu uwagi, które się nam potrzebnemi wydają. 
Nie wyłączamy ani nie zmieniamy w tym przekładzie żadnego zdania, 
chociaż w niektórych ustępach, zwłaszcza tam, gdzie jest mowa o du- 
chowieństwie lub o żydach galicyjskich z owej doby i o żydach 
wogóle, znajdują się uwagi i zdania skrajne, nawet tak drażliwe, że 
chętnie opuścilibyśmy je tutaj, gdyby nie wzgląd na wagę, jaką przy- 
pisujemy temu aktowi. 

Wstrzymamy się także od podnoszenia lub podkreślania poszcze- 
gólnych, uderzających czy to trafnością czy oryginalnością poglądów 
i zdań powyższego memoryału Niemca-biurokraty, bo w takim razie 
powstałaby stąd parafraza, a gdybyśmy ją nadto uzupełnić chcieli 
potrzebnemi w niektórych ustępach zastrzeżeniami i uwagami prostu- 
jącemi i uzupełniającemi, wypadłoby przełamać ramy tej pracy wy- 
tknięte i nakreślić niejako tło historycznego obrazu r. 1846. Ograni- 
czamy się tedy tylko do zaznaczenia tego, co w piśmie tem wydaje 
się nam szczególnie uwagi godnem i co mu nadaje wyjątkową war- 
tość dla przyszłego historyka r. 1846. 

Otóż najpierw ten w całem piśmie swojem tak lojalny, tak 
oddany rządowi ówczesnemu i o jego reputacyę na zewnątrz tak dbały 
Niemiec - biurokrata wypowiada nie w formie przypuszczenia, lecz 
w sposób stanowczy zdanie, dotąd wprawdzie z polskiej strony z nie- 
zach wianem przekonaniem powtarzane, ale przez niemieckich i w ogóle 
niechętnych nam pisarzy zazwyczaj jako tendencyjne naginanie lub 
nawet przekręcanie faktów przedstawiane, mianowicie zdanie, że 
w r. 1846 władze centralne w Wiedniu były w błąd wprowadzone 
urzędowemi relacyami z Galicyi o ówczesnym jej stanie, zwłaszcza 
o stosunkach społecznych. Za sprawą tych błędnych informacyi uwa- 
żano w pierwszej chwili wybuch dzikich instynktów nastrojonego 
przeciw szlachcie chłopstwa za samorzutny objaw wzburzonego uczu- 
cia patryotycznego wobec rządu austryackiego, a mordy i najohy- 
dniejsze zbrodnie, popełniane w rozbestwieniu z dzikiej złośliwości 



Miscellanea. 49 

i prostej chciwości łupu, za czynne wyrażenie przywiązania ludu do 
rządu, przywiązania, którego w rzeczywistości nie było, które wcale 
rozwinąć się nie mogło. Takiem urojeniem zagłuszano własne skrupuły 
i maskowano ohydne zbrodnie wobec władz centralnych^ przedstawia- 
jąc przytem w przesadnem generalizowaniu faktów lub nawet w spo- 
sób wprost zmyślony wrzekomo niesłychany ucisk pańszczyźniany 
chłopów ze strony szlachty. W memoryale podniesiono, że w Sano- 
ckiem właśnie dwory, znane powszechnie z ludzkiego postępowania 
z poddanymi, padły w czasie rabacyi ofiarą ich rozbestwionego tłumu. 
Co Niemiec-biurokrata mówi pod tym względem o stosunkach cyrkułu 
sanockiego, to stosuje się także do innych stron kraju rabacyą obję- 
tych. A zaznacza przytem ten Niemiec-biurokrata bez zastrzeżeń, że 
urzędnicy cyrkularni stronniczem postępowaniem w sprawach pań- 
szczyźnianych utrzymywali chłopa w zawiści społecznej, którą — zaraz 
dodać tu należy — niestety i z innej strony jeszcze w zaślepieniu 
spiskowem w niepojęty sposób podsycano. 

Równie stanowczo, jak błędne informowanie Wiednia o stosun- 
kach galicyjskich, zarzuca Niemiec-biurokrata władzom cywilnym i woj- 
skowym, że w chwili krytycznej nie spełniły tego, co do nich nale- 
żało. Gdy wybuch podnieconych dzikich instynktów chłopskich przy- 
brał formy i rozmiary nieprze widywane, władze cywilne i wojskowe 
popadły w przerażenie, straciły wprost głowę i nie umiały stłumić 
zbrodniczych wybryków środkami, którymi rozporządzały a które 
umiejętnie użyte mogły były zupełnie wystarczyć. Autor memoryału 
w podniesieniu ostatniego zarzutu przemawia śmielej, niż w innych 
ustępach. Miał do tego wszelkie prawo, bo sam przykładem swoim 
okazał, jak małą asysŁencyą zbrojną, kilku żołnierzami, można było 
wtedy zapobiedz wielkiemu nieszczęściu. Tak samo jak w Sanockiem, 
było pod tym ostatnim także względem w zachodnich cyrkułach, 
objętych rabacyą. Ta jednak zachodzi różnica, że z Sanockiego po- 
siadamy szczerą relacyę od prawego a klasycznego świadka , kiedy 
tymczasem starosta tarnowski Breinl tak w pierwszych relacyach 
swoich, pisanych dla arcyksięcia Ferdynanda, jak i w pamiętniku, 
wstydliwie przed współczesnym światem ukrywanym i dopiero w pół 
wieku później ogłoszonym, kłamstwami i przesadą starał się zama- 
skować niedołęstwo i nieporadność organów cywilnych i wojskowych, 
aby tern lepiej zasłonić własną przewrotność i złą wiarę. 

O wypadkach galicyjskich z r. 1846 mamy dwa niemieckie, 
wrzekomo historyczne dzieła, napisane przez dwóch wybitnych przed- 
stawicieli ówczesnej niemieckiej biurokracyi we Lwowie, przez byłego 

Kwartalnik histoiycsny XXn-l. Ł 



50 Miscellanea. 

dyrektora policyi Leopolda Sacher-Masocha i przez byłego prezydyal- 
nego radcę gubernialnego Maurycego br. Salę. Obaj byli tak nastro- 
jeni, jak sfery ugrupowane około prezydenta gubernialnego br. Rriega, 
więc sfery, z których wychodziły błędne informacye dla władz cen- 
tralnych o stanie i stosunkach kraju. Obaj ci biurokraci pisali dzieła 
swoje o r. 1846 wprawdzie nie zaraz po katastrofie, lecz dopiero po 
upływie wielu lat, ale obaj nietylko wytrwali w swojem uprzedzeniu, 
lecz nadto czerpali uzupełniające daty i szczegóły z aktów władzy 
centralnej w Wiedniu, więc z głównego zbiornika tych wszystkich 
fałszywych informacyi, jakie tam ze Lwowa wpływały. To też oba 
te dzieła stanowią obok oskarżenia szlachty o buntowniczość i o srogi 
ucisk pańszczyźniany także próbę zrehabilitowania biurokracyi, jako 
rzekomej opiekunki ludu uciskanego i za to przez szlachtę znienawi- 
dzonej a potem oczernionej, oraz apologię chłopskich band rabacyj- 
nych, jako rzeszy, patry etycznie wobec Austryi nastrojonych i do jej 
rządu opiekuńczego szczerze przywiązanych. 

Zestawmy teraz te obie tomowe apologię rozbójniczych band 
rabacyjnych z r. 1846, napisane przez dwóch biurokratów, przejętych 
aspiracyą do roli historyków (Sachera-Masocha i Salę), z wydoby- 
wającym się dziś tylko dzięki przypadkowi niepretensyonalnym głosem 
trzeciego biurokraty, który w r. 1846 odgrywał skromną rolę, rzecz 
swoją napisał z wyraźnem zastrzeżeniem, że nie jest ona przeznaczona 
do publicznego ogłoszenia a pisząc ją i wyjawiając w niej prawdziwy 
stan rzeczy dla informacyi władzy przełożonej, pewnie przejęty był 
świadomością odpowiedzialności, na jaką się naraża, zarzucając orga- 
nom rządowym błędne informowanie władz centralnych o stanie rze- 
czy a potem niedołężne postępowanie przy poskromieniu zbrodniczych 
ekscesów chłopskich. Będzie to niejako konfrontacya świadków przed 
trybunałem historyi. Pierwsi dwaj biurokraci opisują krwawą łunę, 
jaką wśród pożaru rabacyjnego oglądali z odległego i wygodnego, 
biurowego, punktu obserwacyjnego, a co do szczegółów pożaru — 
referunt relata, powtarzając fałszywe informacye, dostarczane w swoim 
czasie Wiedniowi. Trzeci świadek - biurokrata stał wtedy w ogniu, 
obserwował przebieg katastrofy w jednym niebezpiecznym punkcie jej 
widowni własnemi oczami, odegrał w akcyi ratunkowej czynną rolę 
i zdał sprawę ze wszystkiego, co widział na własne oczy wtedy 
i przedtem, gdy się dopiero zanosiło na katastrofę. Wynik takiej kon- 
frontacyi jest jasny dla każdego, kto poznać chce całą prawdę. 



Miseellauea. 5] 



II. 



Akt, o którym tutaj mowa, tak opiewa w dosłownym przekładzie: 
Nadzwyczajne wypadki, których widownią była Galicya w lutym 
1846, rozmaicie omawiane i często rozmyślnie przekręcane we wszy- 
stkich krajowych i zagranicznych dziennikach , są tego rodzaju , że 
podobnych nie może dotąd wykazać historya żadnego dobrze zorga- 
nizowanego państwa, że więc ludzki i w stałym takcie współczesnego 
postępu działający rząd austryacki pewnie tego przewidzieć nie mógł. 
Wysoki rząd nie może tedy dość ściśle zająć się tymi wypad- 
kami, żeby z jednej strony dokładnie zbadać wszystkie sprężyny, które 
przytem w grę wchodziły, z drugiej strony zaś usunąć wszystkie przy 
tej sposobności spostrzeżone niedostatki w organizacyi tej prowincyi 
stosownemi reformami, bez nadzwyczajnych ofiar pieniężnych, z wszel- 
kiem możliwem oszczędzaniem prerogatyw szlachty, na dobro i poży- 
tek całego kraju. 

Wysoki rząd ma tedy przed sobą bardzo trudne zadanie, któ- 
rego rozwiązanie opiera się wyłącznie i jedynie na jak najdokładniej- 
szej znajomości faktów, jaką tylko pozyskać zdoła. Że złożone w tej 
mierze urzędowe relacye różnych władz nie są dostateczne, na to 
wystarczającym dowodem powinna być już ta okoliczność, że tak 
przed wypadkami z lutego jak i wśród tych wypadków władze po- 
pełniły wielkie błędy, na których upiększeniu niejednemu naczelnikowi 
urzędu zależeć musiało, niestety kosztem prawdy i ze szkodą dla 
całej sprawy. Skoro każdą rzecz obserwować można z różnego punktu 
widzenia, to rozliczne z Galicyi do Wiednia wysłane relacye różnych 
władz mogły wprawdzie pomienione wypadki opisać zgodnie z prawdą, 
ale decydujące przyczyny mogły być przytem albo nienależycie uchwy- 
cone, zatem przekręcone, lub wcale pominięte. Relacye takie spowo- 
dowały zarządzenia, które dotąd niestety nie zdołały ani przywrócić 
spokoju w kraju, ujmując lud napo wrót w karby prawa i posłuszeń- 
stwa, ani przejednać cieni wielu całkiem niewinnie pomordowanych, 
których duchy nie tylko w pamięci pozostałych wdów, sierót i wszy- 
stkich krewnych, lecz także w sercach wszystkiej szlachty krajowej 
podsycają złe usposobienie, wprawdzie dotąd bezsilne, zawsze jednak 
na uwagę zasługujące. To też nadzwyczajna łagodność, z jaką postę- 
puje się przeciw uwięzionym powstańcom i osobom skompromitowa- 
nym, nie może wpłynąć na umysły w sposób pojednawczy i uspo- 
kajający. Przeciwnie, tłumiona nienawiść odzywa się z dnia na dzień 
głośniej i spostrzegać się daje coraz większe skłanianie się całej 



52 Miscellanea. 

szlachty na stronę niedawno jeszcze najwięcej znienawidzonego prze- 
ciwnika polskiej narodowości, t. j. Rosyi. 

Wysokiemu rządowi zdają się tedy być potrzebne oprócz władz 
także inne organa, które w wieloletniej styczności z krajem szcze- 
gółowo poznały jego stosunki, patrzały na wypadki niezamąconem 
okiem a z bezstronnem sercem i podać mogą obserwacye swoje do 
wysokiej wiadomości. 

Z tego motywu wypłynęło niniejsze pismo, a jego autor byłby 
dostatecznie wynagrodzony, jeżeliby tylko jeden lub drugi punkt zna- 
lazł przychylne przyjęcie^ a to lub owo z przedstawionych zdań zo- 
stało jako faktycznie prawdziwe uznane i dla dobra kraju zużytkowane. 
Autor zastrzega się jednak naj uroczyściej przeciw insynuacyi, jakoby 
występował tylko jako krytyk zarządzeń swoich bezpośrednich prze- 
łożonych i władz niższych. Do spisania swoich uwag, skłoniło go 
tylko prawdziwie szczere życzenie^ aby jako wierny poddany według 
słabych sił swoich w interesie dobra publicznego złożył także swoją 
ofiarę na ołtarzu ojczyzny. 

Po tym wstępie stosownem będzie wspomnieć o ostatniej rewo- 
lucyi i bliżej objaśnić wypadki, które ją poprzedziły, zarządzenia co 
do nich przez niższe władze wydane, oraz ich wyniki, jako właściwe 
zdarzenie fatalne, które wywołało zdumienie w całym świecie i wy- 
pominane jest najniesłuszniej wysokiemu rządowi. Wyznania nieu- 
przedzonego świadka naocznego, Niemca z urodzenia, powinny być 
uznane jako bezstronne i prawdziwe. 

Materyału palnego i burzliwych żywiołów rewolucyjnych jest 
dziś, dzięki przede wszystkiem propagandzie komunistycznej, niestety 
więcej, niż dawniej, w każdym kraju, w każdej prowincyi. Nikogo to 
dziwić nie może, że żywioł ten nagromadził się przede wszystkiem 
w polskich prowincyach, gdyż w ciągu ostatniego stulecia żaden 
naród nie został tak srogo dotknięty, jak dumny ze swojej odrębności 
i niegdyś tak potężny naród polski wskutek utraty samodzielności 
i podziału jego wielkiego państwa pomiędzy trzech obcych mocarzy. 
W tem nieszczęściu wina spada wprawdzie na sam naród, ale mniema 
on, t. j. mniema tak myśląca część narodu (a tą jest dotąd prawie 
wyłącznie tylko szlachta), że za winę już dostatecznie odpokutowano. 
W sercu żywi naród polski tylko to jedno gorące życzenie, aby do- 
czekał się połączenia w niezawisłe, samodzielne państwo, do czego 
gotów jest przyczynić się krwią i mieniem. Takie życzenie, trzymane 
w głębi serca, nie stanowi jeszcze zbrodnia lecz przeciwnie zasługuje 
na pochwałę i szacunek u każdego człowieka w podobnem położeniu, 



Mificdllanea. 53 

bez względu na to, do jakiej narodowości należy. Kilkakrotnie ży- 
czenie to dojrzało w krwawy czyn i rozbiło się tylko dlatego, że 
stosunki danej chwili nie sprzyja^7 przedsięwzięciu. 

Ale to nieszczęście narodu polskiego wzbudziło dlań sympatyę 
prawie u wszystkich ludów, a nawet u wielu rządów, wskutek czego 
dziś lub jutro stać się musi niebezpiecznem dla jednego z państw, 
które się Polską podzieliły. Sympatyę te, tak często, prawie codziennie, 
bez obawy i skrupułu publicznie objawiane a w izbach i gabinetach 
innych potężnych narodów omawiane, podsycają nieustannie ognisko 
rewolucyjne i stanowiły też główny impuls do ostatniego przedsię- 
wzięcia. Każdy poryw tego rodzaju znajduje w każdem sercu silny 
odgłos, pominąwszy nawet wszystkie przypadkowe, takim porywom 
sprzyjające okoliczności, jak brak majątku^ zawiedzione nadzieje 
w staraniach o zabezpieczenie bytu, rzeczywisty lub urojony brak 
uznania dla wiedzy lub zasług, widoki zdobycia warunków szczęścia 
itd. itd. Nawet pomiędzy osobami zadowolonemi z obecnego rządu 
można zyskać prozelitów nieznaczną przynętą lub groźbą co do lękli- 
wych umysłów. Tak się rzecz ma zwłaszcza w takim razie, jeżeli 
wskutek istotnej lub chociażby tylko pozornej bezczynności lub wsku- 
tek błędów niższych władz interesowanych w tej mierze rządów toruje 
się drogę rozmyślnie rozpowszechnianej wieści, jakoby znaczna część 
nawet wyższych urzędników i wojska była niezadowolona i czeka 
tylko na pierwszy wybuch, aby przyłączyć się do przedsięwzięcia. 
Taka opinia istotnie rozpowszechniona była wszędzie pomiędzy po- 
wstańcami i szlachtą a wzmocniona została jeszcze przez to, że 
chociaż dłuższy czas przed wybuchem rewolucyi już każde dziecko 
o tem mówiło i widocznem było żywe wzburzenie i spotęgowane 
poruszenie pomiędzy szlachtą, jej oficyalistami i służbą, ze strony 
niższych władz prawie zgoła nic nie przedsięwzięto, aby podburzającej 
działalności garstki ludzi wcześnie kres położyć. 

Ta zupełna bezczynność niższych władz dodawała sprawcom 
niepokoju, pomimo nadzwyczaj małych środków, coraz więcej odwagi. 
Wysyłane do różnych naczelników urzędów i funkcyonaryuszy w for- 
mie ostrzeżeń listy z pogróżkami, w których często była mowa o wy- 
mordowaniu wszystkich urzędników i osób wojskowych do rewolucyi 
nie przystępujących, powiększyły trwogę już u władz niższych wzbu- 
dzoną. Zamiast wystąpić przeciw tak niedorzecznemu wśród dzisiej- 
szych stosunków przedsięwzięciu w poczuciu obrony słusznej sprawy 
i swojego monarchy z otwartą przyłbicą, z rozwinięciem całej energii, 
z odwagą i bohaterstwem, straciły te władze przytomność umysłu. 



54; Misoellanea. 

tak wielce potrzebną do zwalczenia takiego więcej w wyobraźni 
istniejącego niebezpieczeństwa , wskutek czego nie tylko dotąd zdała 
się trzymający właściciel dóbr i każdy poddany uległ trwodze, lecz 
nadto strach i lęk o życie ogarnęły przedewszystkiem stan urzędniczy 
i obywateli po miastach, a po części także wojskowych. Nic nie 
podjęto nawet w ostatnich dniach przed oznaczonym i już znanym 
terminem wybuchu rewolucyi, gdy niższe władze już zupełnie prze- 
konane były, że wybuch nie znajdzie u ludu wiejskiego żadnego od- 
dźwięku, że zatem przedsięwzięcie powstającej szlachty z góry uwa- 
żane być może za chybione, gdy wysłanie malutkich oddziałów woj- 
ska na różne punkta cyrkułu wystarczyć mogło do utrzymania spo- 
koju i porządku, a zarazem nadzorowanie od dawna już wiadomych 
punktów zbornych do udaremnienia schadzki powstańcom i do ich 
aresztowania. Przeciwnie, wszystko pozostawiono samemu biegowi 
rzeczy. Każdy komendant koncentrował swoje wojsko około własnej 
osoby i może prędzej pozwoliłby był uciąć sobie rękę, aniżeliby miał 
wyprawić najmniejszy oddział. 

Przeciw urojonej sile wielu tysięcy ludzi, której nigdzie nie 
było i być nie mogło, układano w ciągu tych strasznych dni nie- 
ustannie plany obrony, projektowano barykady, oznaczano linie odwrotu, 
a o ataku i zwycięstwie nikomu się nie śniło. Każdemu gońcowi 
z wiadomością o sile sprzysiężonych w różnych okolicach cyrkułu 
(a byli to po największej części lękliwi żydzi i chłopi, którzy opo- 
wiadali o tysiącach, gdy tylko o dziesiątkach można było mówić 
i którzy po największej części tylko ze słuchu opowiadali a sami nic 
nie widzieli) bezwarunkowo dawano wiarę, chociażby wiadomość była 
naj niedorzeczniej szą. W ten sposób okazały niższe władze i wielu 
komendantów wojsk trwogę i słabość nie do darowania, czem w naj- 
wyższym stopniu skompromitowano wysoki rząd i waleczną armię 
austryacką. 

Kiedy same wojska pałały żądzą zmierzenia się z wrzekomym 
nieprzyjacielem, wyruszenia bez trwogi dla wyszukania nieprzyjaciela 
w jego kryjówkach, skazano je na bezczynność. Z przesadnej obawy 
skompromitowania wojska, które wszędzie za zbyt słabą siłę uważano, 
skompromitowano właśnie to wojsko jego bezczynnością w najwyż- 
szym stopniu. Starzy wojskowi w ogóle zwykli zawsze powtarzać: 
nie należy wojska kompromitować. Znaczy to tyle, co hasło: nie 
uderzaj nigdy na nieprzyjaciela, chyba gdy z góry jesteś przekonany, 
że jesteś liczniejszy i silniejszy. Piękna to maksyma! Nigdy z niej 
nie powstałby wódz, nigdy nie doprowadziłaby ona do zaszczytnego 



Mi8ce]lanea. 55 

czynu wojennego. Takiej maksymy wstydzić się musi każdy dzielny 
żołnierz. Nigdy nie kompromituje się wojsko spełniające swój obo- 
wiązek, chociażby dziesięciu żołnierzy stawało przeciw tysiącom. 
W historyi Austryi niema przykładu, żeby kiedy wojsko opuściło 
dzielnego i odważnego wodza, bez którego nawet przemagająca siła 
nie odniesie zwycięstwa w walce z bandami nieregularne mi, ale od- 
ważnie prowadzonemi i zapałem przejętemi. 

Powszechnie powtarzanego twierdzenia, że przed wybuchem re- 
wolucyi władze galicyjskie nie rozporządzały dostateczną siłą woj- 
skową, nie podziela pewnie żaden dzielny skory do walki a do tego 
uzdolniony wojskowy, któremu znana jest nadzwyczajna przewaga re- 
gularnego wojska nad pozbieranemi bandami i dobra postawa austrya- 
ckiego żołnierza. Ale tajemnica tkwi w stosownem rozdzieleniu i uży- 
ciu wojska. 

Zdumienie z powodu bezczynności władz wzrastało z dnia na 
dzień. Nic nie uczyniono dla ostrzeżenia lub uspokojenia pospólstwa. 
Obwieszczenie z 18. lutego ^) pojawiło się nadto późno. Nawet naj- 
większa część urzędników nie otrzymała od swoich szefów ani ostrze- 
żenia, ani jakiegokolwiek pouczenia, co w ostatecznym razie uczynić 
należy. Każdy urzędnik pozostawiony był samemu sobie. Obiegały ty- 
siączne wieści, z których każdy według indywidualnego poglądu wy- 
bierał sobie niektóre jako artykuły wiary i stosownie do tego zasta- 
nawiał się, co mu uczynić lub zaniechać wypadnie. 

Nieliczni przez swoich przełożonych wtajemniczeni urzędnicy 
chodzili z tajenmiczemi, zastraszonemi minami i tem potęgowali tylko 
ogólną trwogę. Gdy wreszcie nadeszły dni 19., 20. i 21. lutego, kiedy 
co wieczór oczekiwano z pewnością napadu na miasto, a wojsko nie- 
potrzebnie się nużyło, w całem' mieście nie było końca lamentom, 
a wszędzie się pakowano. W tem ogólnem przerażeniu byłby za- 
prawdę mały, dzielny oddziałek wystarczył, aby sprowadzić wielkie 
nieszczęście na miasto i jego mieszkańców. Jestto stara prawda, że 
każda rewolucya potężnieje, jeżeli się w przeciwnym obozie trwoga 
objawi i tylko wielkiemi ofiarami można zniweczyć korzyści przez 
nią w pierwszej chwili odniesione. Przerażona strona znajduje się 
zatem zawsze w niekorzystnem położeniu. Aż do przedednia wybu- 
chu według powyższego przedstawienia niestety rząd znajdował się 
w tem położeniu, gdyż niższe władze nic nie uczyniły dla zwalcze- 



*) Była to znana odezwa arcyksięcia Ferdynanda, ostrzegająca kraj przed 
wybuchem. (Przyp. aut). 



56 Miscellanea. 

nia wybuchu. Z wyjątkiem miast cyrkularnych i niewielu innych cały 
kraj wydany by) powstańcom bez dobycia broni, bez strzału. Czyż 
w takim składzie rzeczy nie miała rość w najwyższym stopniu odwaga 
nawet najtrwoźliwszych powstańców, czyż w niestosownych zarzą- 
dzeniach niższych władz nie mogli oni upatrywać niejako uznania 
a nawet poparcia dla swojego przedsięwzięcia? Cóż innego pozosta- 
wało najwierniejszym poddanym po wsiach^ jak przyłączenie się do 
powstańców za pierwszem wezwaniem? Jakiej pomocy i jakiej ochrony 
doznali oni od władz niższych? Niestety żadnej. Nawet ucieczka do 
miast została im odcięta, gdyż wobec ogólnego podejrzenia wzbra- 
niano uciekającym pobytu w miastach. 

Kraj poza miastami^ pozostawiony bez wszelkiej władzy, oddany 
został na łaskę sprzysiężonym i chłopstwu. Powstańcy wprawdzie 
jeszcze nie zjednali sobie chłopów, ale mając w pamięci r. 1830, 
kiedy to ogół ludu równy ukazywał współudział, ani na chwilę nie 
wątpili, że lud połączy się z nimi. To też mniemali, że z wezwa- 
niem ludu do chwycenia za broń mogą się wstrzymać aż do chwili 
rozstrzygającej. Ale tutaj powstanie rozbiło się w swojej podstawowej 
rachubie i wszystkie illuzye powstańców zmieniły się — w krew, 
z ich własnych żył wytoczoną I 

Tego nagłego zwrotu, tego gromu uderzającego z jasnego nieba 
na powstańców nikt nie przypuszczał, nikt nie przewidywał, chociażby 
nawet kto przeciw temu twierdzeniu chciał wystąpić. Nie przewidy- 
wały tego władze, pozostawiając lud samemu sobie bez legalnych 
przewódców, gdyż inaczej musiałyby były przewidywać popełnione 
przezeń niesłychane mordy okrucieństwa i rabunki, a tem samem nie- 
jako z góry je pochwalać. Takiej hańby przecież żadna władza nie 
zechciałaby ściągnąć na siebie! Nie przewidywali tego powstańcy, 
gdyż inaczej nie byliby się tak na oślep rzucili w przepaść zagłady. 
Jakaż tedy była przyczyna tego jedynego w swoim rodzaju zdarze- 
nia w historyi ? Czy było to czyste przywiązanie ludu do istniejącego 
rządu i do monarchy, czy następstwo nienawiści i mściwości podda- 
nych wobec dziedziców, czy wreszcie ślepy przypadek w grę wcho- 
dzący? Nie jedna z tych przyczyn sprawiła to, lecz mieszanina wszyst- 
kich trzech przypuszczeń, której przeważającą ingredyencyę jednak 
stanowił komunizm. 

Czyż w rozsądnem rozpatrzeniu się można przypuścić, żeby za- 
chodziło takie przywiązanie ludu do rządu i monarchy, nie objawia- 
jąc się wszędzie tak, żeby każdemu było znane? Jeżeli się zaś to 
przypuści, czy można w takim razie pomyśleć, że szlachta całego 



Misoellanea. 57 

kraju, a z nią przewódcy spiskowców byli tak zaślepieni, iżby nie 
widzieli tego przywiązania, nie znali go i przystępowali do przedsię- 
wzięcia, którego powodzenie przy tak niedostatecznych fizycznych 
i moralnych siłach zależało jedynie i całkowicie od udziału i po- 
wstania ludu en tnasset 

Nie można wprawdzie tego zaprzeczyć, że chłop galicyjski przez 
ochronę, jaką znajduje wobec po największej części tylko urojonych 
uciemiężeń swojego dziedzica, zdany jest na władze, zwraca się do 
nich i wzywa je przy najmniejszej sposobności, ale każdy urzędnik 
często z chłopem się stykający musi to przyznać, że z wyjątkiem 
tego jedynego wypadku, mianowicie zażalenia, lud galicyjski w wię- 
kszości żywi największą nieufność wobec wszystkich władz i słucha 
wyłącznie podszeptów opłacanego przez gminę pisarza pokątnego. 
Zatem tylko pisarze pokątni stanowią wyrocznię i ewangelię galicyj- 
skiego ludu wiejskiego. 

A czemże jest taki pisarz pokątny? Jestto albo wyrzutek spo- 
łeczeństwa, albo indywiduum czujące się przez rząd upośledzonem 
i zaniedbanem a tem samem do niczego niezobowiązanem. Jestto 
zatem naturalny przeciwnik i wróg rządu, oraz wszystkich jego za- 
rządzeńy jestto propagator komunizmu, więc najniebezpieczniejszy 
podżegacz, żyjący tylko z wyzyskiwania głapoty pospólstwa. Armia 
pisarzy pokątnych wzrasta niestosunkowo z roku na rok, gdyż wielka 
liczba uczniów corocznie opuszczających rozmaite zakłady naukowe 
nie może znaleźć pomieszczenia w służbie państwowej, do której się 
wszyscy garną, a wskutek tego znaczna część kandydatów pozostaje 
bez chleba i nie mając ochoty, lub nie będąc w stanie wrócić do 
rzemiosła ojcowskiego, lub do znojnego a wzgardzonego płnga, z po- 
czątku staje się ciężarem dla żyjących rodziców i wkońcu wyrabia 
się na pisarzy pokątnych, na podżegaczy ludu wiejskiego. 

Ileto gmin waha się podpisywać protokoły urzędowe lub od- 
mawia przyjęcia urzędowych ugod i t. d. I Daremnie wzywa do tego 
szef cyrkularny a nawet szef krajowy. Żadna gmina nie złoży oświad- 
czenia bez poprzedniego zapytania swojej wyroczni, pisarza pokątnego. 
Gdzie tedy niema zaufania do rządu i władz rządowych, tam nie mo- 
żna szukać przywiązania. Wszystko stanowi pozór, a tylko lęk przed 
widomą siłą trzyma lud w karbach. Natomiast żywioły komunisty- 
czne są już w kraju tak rozpowszechnione, że śmiało można utrzy- 
mywać, iż niema gminy, któraby nie posiadała u siebie wykształco- 
nych komunistów. Zasady komunizmu zbyt są ponętne dla pozbawio- 



58 Miscellanea. 

nej mienia masy ludu, żeby wszędzie nie miały znaleźć przystępu 
i zwolenników. 

Powszechnie tak wiele mówi się o ucisku i zdzierstwach, które 
chłop galicyjski dziś jeszcze znosić ma od swojego dziedzica. Nawet 
wysoko postawieni urzędnicy nie wahają się bez skrupułu wtórować 
temu powszechnemu, bezmyślnemu krzykowi. Jednakże każdy nieu- 
przedzony, wolny od przesądu i bezstronny człowiek, który nie nosi 
się z niewykonalnymi jeszcze na razie planami filantropijnymi, a ma 
sposobność do wglądnięcia w stosunki krajowe, musi według swojej 
najlepszej wiedzy i sumienia wystawić szlachcie galicyjskiej świade- 
ctwo, że dziś z nielicznymi, bardzo często tylko przez niższe władze 
popieranymi wyjątkami, o nieprawnym ucisku chłopa przez dziedzica 
lub za jego wiedzą nigdzie już niema mowy i że poddany w całym 
kraju swoich różnorodnych powinności nigdzie tak nie uiszcza ^), jak 
je inwentarze i cesarskie patenty przepisują. Uciskany i zdzierany 
bywa dziś chłop w Galicyi po największej części już tylko przez ży- 
dów, mandataryusza i, niestety trzeba to powiedzieć, przez księdza 
swojego. O tym potrójnym ucisku będzie mowa poniżej. 

Ucisk przez dziedzica wywierany jest tylko prawny, ale zawsze 
jest to ucisk i do tego pozornie najdotkliwszy, gdyż jednostajne, zawsze 
powtarzające się żądanie dziedzica co do uiszczania różnorodnych 
powinności przez poddanych, powstająca ztąd wskutek komunisty- 
cznej agi tacy i i podżegania, a nawet już wszczepiona myśl zawistna, 
że rezultat pracy rąk poddańczych gromadzi się u dziedzica, a sam 



') Z ducha całego ustępu i w ogóle memoryału możnaby zdanie to tak 
pojmować, że autor chciał powiedzieć, iż szlachta galicyjska nietylko nie uci- 
skała ludu wygórowanemi żądaniami pańszczyźnianemi, lecz nawet sama 
redukowała powinności poddanych poniżej wymiaru określonego w inwenta- 
rzach i patentach cesarskich. Jakkolwiek takie pojmowanie tego zdania da- 
łoby się z tekstu logicznie uzasadnić, to jednak nasuwa się pod tym względem 
wątpliwość, bo ostatecznie sam autor memoryału uznaje „nieliczne^^ i „wy- 
jątkowe" wypadki ucisku pańszczyźnianego. Wszelka niejasność w tej mierze 
ustanie, jeżeli — za czem w texcie niemieckim prawdopodobieństwo przema- 
wia — przypuścimy, że autor tylko przez pomyłkę po raz drugi napisał wy- 
raz nigdy ^nirgends) w drugim ustępie zdania. Po takiej poprawce ustęp ten 
( ...und dass der Unterthan im ganzen Lande (nirgends) seine yerschiedenar- 
tigen Schuldigkeiten so leistet, wie sie die Inyentarien und kaiserlichen Pa- 
tente Yorschreiben) stanowiłby afirmacyę w tern znaczeniu, że „poddany w ca- 
łym kraju swoje różnorodne powinności tak uiszcza, jak je inwentarze i ce- 
sarskie patenty przepisują", że zatem dziedzice nie wymagają zgoła nic ponad 
prawną należność swoją. (Przypisek autora). 



Mificellanea. 59 

poddany zawsze biednym pozostaje — to wszystko czyni potożenie 
chłopów wobec dziedzica nieznośnem i przejmuje ich zazdrością i za- 
wiścią wobec najlepszego dziedzica. Pożądaną zatem być musi dla 
chłopa każda sprzyjająca chwila, aby pofolgować swojemu niezado- 
woleniu, uchylić się od swoich powinności, jednem słowem wyrządzić 
szkodę dziedzicom. 

Gdy tedy w przededniu rewolucyi lud wiejski ujrzał się zdanym 
niejako tylko na siebie samego, a właściwie na swoich ewangelistów, 
pisarzy pokątnych, stały dla ostatnich dwie drogi otworem, miano- 
wicie przyłączyć się do powstańców, lub pod pozorem, że trzymają 
z rządem, przeciw nim wystą^^ić. Wobec widocznego braku wszelkiej 
siły fizycznej i moralnej, którą jedynie powstańcy mogliby wpłynąć 
na lud i jego przewódców w sposób rozstrzygający i wobec pię- 
knego widoku na rabunek, plądrowanie i t. d. wybór drogi ani na 
chwilę nie mógł być wątpliwy. Względem ogólnie rozstrzygającym 
był zatem chwilowy interes prywatny, a nie interes publiczny, naj- 
wyższe władze w Wiedniu zaś zostały co do wiernego przywiązania 
ludu wiejskiego w błąd wprowadzone przez pierwsze relacye, złożone 
zaraz po pierwszych niepowodzeniach rewolucyi przez niższe władze 
jeszcze pod wrażeniem przebytej trwogi i troski o życie. 

Lud galicyjski nie ma jeszcze własnej woli, nie myśli samodziel- 
nie, lecz kierowany jest impulsem dawanym przez przewódców, pi- 
sarzy pokątnych, których hasło dziś tak opiewa: uległość tylko dla 
fizycznej siły władz. Siły moralnej władze wcale nie posiadają. 
Wprawdzie cyrkularnemu urzędnikowi wogóle okazywany bywa je- 
szcze wszelki szacunek, a jego rozkazy są słuchane, ale zaledwie taki 
urzędnik odjedzie, zaraz wraca dawna oporność. Nie jest to przecież; 
uległość i przywiązanie, lecz serwilistyczne przymilanie się, stanowiące 
główny rys charakterystyczny u chłopa galicyjskiego. 

Mimo wszelkich wezwań i upomnień ze strony władz w łagodny 
sposób wystosowanych, prawie wszystkie gminy odmówiły po rewo- 
lucyi swoich poddańczych powinności, tak^ że wkońcu zaszła ko- 
nieczność wystąpienia wszędzie z siłą zbrojną. Co więcej, jeżeli wzra- 
stającemu nieposłuszeństwu i oporowi chłopów galicyjskich nie położy 
się wkrótce kresu energicznymi środkami, to może niedaleko już do 
tego, że między ludem a siłą zbrojną przyjdzie do krwi rozlewu. Ju- 
rysdykcye dominikalne straciły już ostatecznie wszelką władzę i po 
wagę, nie mogą więc nadal pozostać w dawniejszej organizacyi. 

Wobec tego prawdziwie i wiernie przedstawionego stanu rzeczy 
w cyrkule sanockim, którego podobieństwo do stanu rzeczy w cyr- 



^ Mlscellanea. 

kule wadowickim, bocheńskim, tarnowskim, sądeckim i jasielskim 
nie da się zaprzeczyć, łatwo można pojąć, jak się rzecz miała z ostatnią 
tak okropnie przedstawioną i tu trwożnie oczekiwaną rewolucyą. 
Pomimo wielu niezręczności ze strony niższych władz między powstań- 
cami nie było wielkiej zgody i widocznym był brak dobrze obmy- 
ślonego planu. Zamożniejsza szlachta starała się unikać wszelkiego 
bezpośredniego udziału, aby wobec prawdopodobnego niepowodzenia 
ujść kompromitacyi. Jest to dowód, że owo przedsięwzięcie garstki 
ludzi, pozbawionych środków egzystencyi i prawie bez domu, dla 
braku widoków powodzenia nie znalazło takiego akcesu^ jaki po- 
wszechnie przypuszczano. Tylko wskutek braku stosownych zarządzeń 
ze strony niższych władz wielu spokojnych i poważnych obywateli, 
których działalność i polityczne zachowanie było aż do ostatniej chwili 
przed wybuchem nienaganne, znalazło się w konieczności, niemal 
w przymusie do wzięcia udziału, przez co sprowadzone zostało nie- 
zmierne nieszczęście na tyle tysięcy rodzin, a nawet na kraj cały. 

Śmiech zaprawdę powstać musiał, gdy tysiące uzbrojonych od 
stóp do głowy powstańców cyrkułu sanockiego, których wszyscy we 
śnie i na jawie widzieli, stopniały wkońcu na garstkę pijanych, po 
części w najnędzniejszą broń zaopatrzonych szlachciców, mandata- 
ryuszy, ekonomów, służących i t. d., na garstkę około 60—80 ludzi, 
która po części pieszo, po części konno, a nawet na saniach, zbliżyła 
się do Zahutyna o ćwierć mili od Sanoka, niezawodnie tylko dlatego, 
że na pewne oczekiwała, iż zostanie cyrkularne miasto już zdobyte, 
a tem samem już jej tylko reszty dokonać wypadnie. Zawiedziona 
w tej nadziei garstka powstańców rozbiegła się stąd na wszystkie 
strony a władze sanockie, przedtem tak dot^adnie poinformowane 
o sile powstańców we wszystkich okolicach cyrkułu, nie miały ża- 
dnego doniesienia, żadnej wiadomości o obecności tej garstki na dwa 
tysiące kroków od miasta! 

Z jakich tedy źródeł czerpały władze swoje wiadomości, jak 
zawstydzającą musiała być nazajutrz (bo przedtem nic nie wiedziano 
o tem) powyższa wiadomość dla załogi sanockiej, wynoszącej prze- 
szło 800 ludzi, i dla władzy cyrkularnej! Gdyby z tych 800 ludzi 
rozdzielono 200 w cyrkule w sposób odpowiedni, nikt nawet nie 
byłby się ruszył! Spokój i zaufanie w siłę rządu byłyby pozostały 
niezachwiane, a kierujący szefowie byliby zdobyli sobie trwałą za- 
sługę oraz wszelkie prawo do nagród i odszczególnień. Tymczasem 
lud wiejski dostał się w ręce poszczególnych chciwych zemsty i ra- 
bunku oraz komunistycznych przewódców. To też spełnione zostały 



Miscellanea. 6t 

najstraszniejsze rabunki, mordy i plądrowania. Jeżeli się jednak zbada 
większość dworów, w których mordowano lub wszystko rabowano ^ 
to z pewnością pokaże się, że między ofiarami najmniej było zdzier- 
ców i ciemięzców ludu, lub czynnych uczestników rewolucyi. Kto 
np. w cyrkule sanockim zna dziedziców z Bachorza, Jasienicy, Trójcy, 
Hawnik, Leszczawy dolnej, Leszczawy górnej, Dy dni, Ropienki, Dy- 
nowa^ itd., ten dla każdego z nich przejęty jest szacunkiem. A je- 
dnak wszystkie te dwory zostały zupełnie splądrowane. Czyż w grę 
wchodził lutaj patryotyzm, lub prosta żądza zemsty ? Nie — były 
to już następstwa i poszczególne wybuchy komunizmu skrycie dzia- 
łającego. Należało je zatem poddać najsurowszej karze dla przykładu 
odstraszającego. Niestety, dotąd po upływie przeszło sześciu miesięcy 
jeszcze w tej sprawie zgoła nic nie zarządzono. W tem tkwi, pomi- 
nąwszy nader niebezpieczny przykład, dla spokojnie zachowującej się 
ludności wiejskiej najgłówniejszy powód rozgoryczenia szlachty. Aby 
rozpętanej swawoli ludu nadać pozór legalny, aresztowano i wśród 
najstraszniejszego maltretowania i bicia wleczono do miasta cyrku- 
larnego wszystkich nieubranych po chłopsku, nawet najniewinniej- 
szych rzemieślników ze wsi, z tej prostej przyczyny, że po miejsku 
byli ubrani. 

Dla nieuprzedzonego i przejętego uczuciem widza nad wyraz 
oburzającym był widok tych kilkuset krwią oblanych, po największej 
części niewinnych ofiar ślepego rozjuszenia chłopów. Wiele ofiar znieść 
musiało w samym rynku miasta cyrkularnego dalsze bicie i maltre- 
towanie w oczach uzbrojonego wojska i ich ^dowódców, nie znajdu- 
jąc w oślepionym tłumie żadnego współczucia. 

Dla położenia kresu ślepej wściekłości chłopstwa piszący to> 
otrzymał w niedzielę 21. lutego po południu polecenie, ażeby z asy- 
stencyą udał się do wsi, powstrzymał gminy od dalszych gwałtów 
i przywiódł je do uspokojenia. Piszący to uprosił sobie tedy asy- 
stencyę dziesięciu żołnierzy i wyruszył jeszcze tegoż dnia wieczorem 
z Sanoka, nie słuchając wcale obaw i ostrzeżenia wszystkich, że nie 
należy tak lekkomyślnie wystawiać się na niebezpieczeństwo, gdyż 
wszędzie jeszcze roi się od powstańców. Spełnienie otrzymanego po- 
lecenia powiodło się piszącemu ponad wszelkie oczekiwanie. Nieje- 
dnemu dworowi w asystencyi tylko dwóch żołnierzy (resztę już przed- 
tem rozdzielono) przyniesiono pomoc, o której tam już wszyscy zwąt- 
pili, a piszący tem najlepiej okazał, co znaczy ochrona rządowa i że 
respektowana jest tylko siła zbrojna nawet w jednostkach do niej na- 
leżących. W podobny sposób postępowano w innych okolicach 22. 



52 Miscellanea. 

lutego i później. Trwało to jednak tylko kilka dni, gdyż cofnięto na- 
wet tę nieznaczną asystencyę, a oporność poddanych głównie od tej 
■chwili stawała się powszechną. 

Teraz wypada dać pogląd na wewnętrzne stosunki Galicyi, od- 
słonić niedostatki, które tej prowincyi przed wszystkiemi innemi do- 
legają, i wskazać chorobę, która się w nią wżarła. Ponieważ pismo 
to nie jest przeznaczone do ogłoszenia, przeto należy ujemne strony 
bez zastrzeżeń wyjawić. 

Gdy piszący to w młodości, zanim jeszcze poznał Galicy ę, czy- 
tał o prześladowaniach, na jakie żydzi tak często wystawieni byli 
w dość już oświeconych wiekach w krajach niemieckich i innych, gdy 
[>iszącemu to przesuwały się przed oczyma całe setki, nawet tysiące 
ofiar mordowanych wśród ślepej zaciekłości fanatycznego ludu, umysł 
jego był do najwyższego stopnia wzburzony i niepojętem się wyda- 
wało, jak podobne podjudzanie, jak podobna zaciekłość przeciw obcej 
sekcie wyznaniowej mogła wybuchnąć i spotęgować się do niesłycha- 
nej żądzy mordów. Podobne uczucia pewnie w każdem sercu się 
odzywały. Odkąd jednak piszący poznał Galicyę i postępowanie ży- 
dów galicyjskich, nietylko zdarzenia powyższe są dlań zrozumiałe, 
lecz przeciwnie ogarnia go największe zdziwienie, że takie wybuchy 
zaciekłości ludowej przeciw temu przekleństwem Boga obciążonemu 
plemieniu nie zachodzą jeszcze obecnie, nawet codziennie. Piszący na 
prawdę nie byłby — Bóg na to świadkiem — ostatnim, który podniósłby 
kamień na tego najstraszniejszego wroga wszystkich ludów chrześciań- 
skich, na te nienasycone pijawki, grabarzy szczęścia i spokoju naj- 
zasobniejszych rodzin. Tolerancya jest hasłem boskiem i wieczysta 
wdzięczność należy się tym, którzy odważnie najpierw je głosić 
i w obronę brać zaczęli. Ale tolerancya nie powinna być stosowana 
do sekt religijnych, których nauka i artykuły wiary przejęte są du- 
chem nieprzyjaznym przeciw kościołowi panującemu. Tak się rzecz 
ma rzeczywiście z nauką żydowską, której wyznawcy oszukanie chrze- 
ścianina uważają za miłe Bogu dzieło a każdy środek wiodący do 
tego celu za uświęcony. Ta dążność oszukańcza jest jako zasada re- 
ligijna wszystkim żydom bez wyjątku wspólna. Tylko stosunki, wśród 
których w innych krajach żydzi żyją, ich mniejsza liczba i większe 
oświecenie ludu, zmusza ich do większej ostrożności w działaniu i po- 
stępowaniu, aby oszustwo nie tak łatwo dało się przejrzeć i wyłapać. 

Uczciwość i nieuczciwość — to dla żyda całkiem obce poję- 
cia. Nie zna on różnicy między temi pojęciami, a wszystko, co do 
celu wiedzie, nazywa spekulacyą. Już w najwcześniejszej młodości 



Miscellauea. gg 

wszczepia się w niego z pierwszemi pojęciami religijnemi także poję- 
cia szacherkiy faktorstwa i spekulacyi, jednem słowem wszystkie sztuczki 
oszustwa. W tern, że plemię to wybrało sobie Galicyę za główne sie- 
dlisko i tutaj, jak ciężki wróg się zagnieździło, w tern jedynie tkwi 
ruina i nieszczęście kraju. Przez żydów zostały w Galicyi podkopane 
wszelka moralność, prawość i uczciwość, a przekupstwo, oszustwo, 
niesłychana lichwa i kradzież weszły na porządek dzienny. W żadnym 
kraju żyd nie jest obciążony wyższymi podatkami, aniżeli w Galicyi, 
a byłyby one dlań wprost niemożliwe do uiszczenia, gdyby oddawał 
się tylko dozwolonym zatrudnieniom. A przecież Galicya jest krajem 
obiecanym żydów i straszliwie zalana temi mętami ludzkości. Dla- 
czego nie wynoszą się do tak pięknych krajów, jak Francya, Anglia 
itd., gdzie się dla nich objawiają takie sympatye i gdzie niejeden 
świetny mówca gorąco staje w ich obronie? Chociażby dziś żydzi 
wyemancypowani zostali w całym świecie, nie opuszczą oni pewnie 
Galicyi z jej wysokimi podatkami i ostrymi patentami żydowskimi. 
Czyż nie jest to najlepszy dowód ruiny kraju? Co pomogą wszystkie 
przez wysoki rząd wydawane przepisy i rozporządzenia przeciw ży- 
dom? Pięknie one brzmią w czytaniu, ale jedna część obecnie nie 
jest już wykonalna, a druga część nie bywa przez niższe władze prze- 
strzegana. Żyd galicyjski postępuje tedy, jak mu się podoba, prze- 
prowadza wszystko, a większa połowa szlachty, większa połowa stanu 
urzędniczego jest przez żydów tak oplatana, że o wyzwoleniu, o od- 
zyskaniu swobody wcale myśleć nie może. W otoczeniu żydostwa 
występują na jaw wszystkie zdrożności, do jakich tylko zdolną jest 
natura ludzka, żydzi urągają ze wszystkich ustaw, żyd tylko umie 
wszystko wyzyskać na swoją korzyść, a tak rząd, jak i prywatne 
osoby ulegają żydom. Żyd jest w pierwszym rzędzie najstraszniejszą 
pijawką chłopów, a jego obleśne i nader chytre maniery obałamucają 
ciemny lud wiejski tak dalece, że bez niego żyć nie może. 

Kto, jeżeli nie żyd, arenduje wszystkie budowle, wszystkie myta, 
dostawy, propinacye, karczmy po wsiach, jednem słowem wszystkie 
interesa kontraktowe itd.? Chrześcijaninowi niepodobna konkurencyi 
dotrzymać. Rząd na własną niekorzyść przyświeca przekładem, na- 
śladują go prywatne osoby i są zmuszone tak postępować. A przecież 
wszelki zysk z żydem osiągnięty jest tylko illuzoryczny i wiedzie 
bezpośrednio do straty. Niemożna tedy ani nadto często, ani nadto 
głośno powtarzać, że w żydostwie jedynie tkwi przyczyna ubóstwa 
i niedoli, degeneracyi i nadzwyczajnej niemoralności galicyjskiego 
chłopa, a wobec tego znika wszelki inny ucisk. W żydostwie tylko 



64 liJBcellanea. 

tkwi przyczyna zapefaiego prawie braku oddanego przemysłowi, zamo- 
żnego i poważnego stanu średniego. Przez żydostwo wreszcie udare- 
mnione są najlepsze zarządzenia rządu i głównie podkopywana jest 
prawość i nieprzystępność stanu urzędniczego. 

Czyż da się tedy pomyśleć większa plaga dla kraju? Czyż nie 
jest najświętszym obowiązkiem rządu to w brudach swoich tylko 
dojrzewające i straszliwie mnożące się, a wrogie chrześcijanom plemię 
uczynić wszelkimi rozporządzalnymi środkami nieszkodliwem, a nawet 
w najgorszym razie z kraju wyrugować? Jeżeli uczciwość, prawość, 
dobroć i miłość bliźniego mają dalej istnieć, co więcej, jeżeli te 
wszystkie cnoty mają odżyć, a nie zejść zupełnie do znaczenia pró- 
żnych słów i pobożnych życzeń, to żyd jako żyd musi być wygubiony, 
musi być zatem w chrześcijanina zmieniony , albo należy mu wzbronić 
pobytu w państwie chrześcijańskiem. W tym środku leży popieranie 
dobra całej ludzkości. Gdzież jednak jest taki do Boga podobny czło- 
wiek, któryby swoje życie i swoją działalność poświęcił tej pracy, 
który, wyposażony stanowiskiem i władzą, umiałby pokonać wszystkie 
przeszkody *). 

Drugiem złem dla Galicyi, tak dla rządu jak i dla ludu^ jest 
urządzenie jurysdykcyi dominikalnej. W kraju, gdzie prerogatywy 
i nadużycia dziedzica wobec poddanych nie znały jeszcze granic, 
kiedy już u innych narodów stosunek poddańczy od dawna był ure- 
gulowany, gdzie dziś jeszcze niejeden szlachcic w najmilszym za- 
chwycie rozkoszuje się tylko wspomnieniem tych świetnych czasów, 
nagły zwrot i wystąpienie łagodnego, ludzkiego rządu musiało wpro- 
wadzić w życie mnóstwo rozporządzeń^ które mniej lub więcej miały 
ścieśnić przywileje i nadużycia dziedzica, a osłaniać poddanego. Wy- 
konania i dokładnego przestrzegania tych ustaw wymaga się jednak 
od indywiduów zawisłych w swojej egzystencyi właśnie od tej klasy, 
na której niekorzyść głównie te ustawy działać mają. Czy jestto 
logiczne? Najmniejsze uchybienie mandataryusza wobec dziedzica 
pozbawia go chleba. Jest on skazany na kij żebraczy i nie znajdzie 
ochrony u władz. Czy można sobie wyobrazić istotę podobniejszą do 
kameleona, aniżeli mandataryusz ? Aby nie narazić się ani rządowi, 
ani swojemu chlebodawcy, musi on być wobec obu stron podstępnym, 
rzuca wobec dziedzica podejrzenia na rząd^ wobec poddanych na rząd 



*) Następige tutaj takie końcowe, cały ten ustęp zamykające zdanie: 
„Komu nie przyjdzie przytem na myśl anegdota o ks. Kaunitzu, ministrze 
cesarze Józefa II ?*' Nie jest nam znana anegdota historyczna, któraby się tutaj 
w myśli niejako narzucała. (Przyp. aut). 



Miscellanea. 65 

i dziedzica, lub v*ce versa. Na nieszczęście jest jeszcze takie mnóstwo 
małych dominiów, które ze swoich małych dochodów nie są w stanie 
utrzymać dla siebie osobnego mandataryusza. To też mandataryusz, 
zazwyczaj żonaty i rodziną obarczony, widzi się zniewolonym brać 
więcej dominiów, aby tylko znaleźć utrzymanie. Niejeden mandata- 
ryusz ma pod sobą 13 — 16 i jeszcze więcej dominiów, ale nie myśli 
o ścisłem spehiieniu wszystkich swoich obowiązków. Gdyby zresztą 
nawet był skłonnym do tego, to wobec tylu dominiów nie jest w stanie 
tak postąpić. A jaka niekorzyść wynika stąd dla toku spraw, dla 
poddanego i dla dziedzica I Do tego przyłącza się jeszcze leżąca już 
w charakterze polskiego szlachcica, jako główny rys jego, niezgoda 
z własnymi sąsiadami. Jest dajmy na to 4 — 5 dziedziców-sąsiadów, 
z których żaden nie jest w stanie trzymać dla siebie osobnego man- 
dataryusza. Zdawałoby się tedy, że się porozumią między sobą, aby 
wybrać zdolnego urzędnika, opłacać go w stosunku swoich posiadłości 
i osiedlić go u siebie dla własnego i ogólnego dobra. Tymczasem 
zazwyczaj dzieje się przeciwnie. Jeżeli dziedzic A dowie się, że jego 
sąsiad B przyjąt mandataryusza X, mającego siedzibę swoją w odle- 
głej często 4 — 5 mil miejscowości N, to A wybierze z pewnością 
mandataryusza Y z miejscowości M, równie odległej, ale na przeci- 
wnej stronie położonej. Mandataryusz zatem nie widzi niejednego ze 
swoich dominiów ani razu często w ciągu 3—4 miesięcy, a musiałby 
ciągle jeździć, jeżeliby chciał zajrzeć do swoich dominiów przynaj- 
mniej raz w tygodniu. Według istniejących przepisów wprawdzie 
żaden mandataryusz nie powinien trzymać ex currendo dominium, 
odległego ponad dwie mile od swojego miejsca zamieszkania, ale 
czy przepis ten jest przestrzegany lub dozorowany? 

Wreszcie wobec nadzwyczaj wielkiej liczby mandataryuszy, z któ- 
rych zawsze znaczna część jest bez chleba i utrzymuje się z zajęć 
aktuaryuszy lub pisarzy pokątnych, jeden drugiemu psuje służbę, tak« 
że majątki ziemskie, które łatwo płacić mogłyby 100 zł. i dawniej 
rzeczywiście tyle płaciły, płacą obecnie 40 zł., a często nawet mniej, 
a mimo to mają wielu kandydatów do wyboru. Stąd pochodzą liczne 
defraudacye podatkowe, zdzierstwa na poddanych popełniane itd., 
z których nawet setna część nie dostaje się do urzędowej wiadomości, 
a do których dziedzice i poddani już się niejako przyzwyczaili. 

Im porządniejszy i więcej rządowi oddany jest mandataryusz, 
tem trudniej mu zazwyczaj przychodzi uzyskać trwałe lub kilka lat 
trwające pomieszczenie u jednego i tego samego dziedzica. Z roku 
na rok odbywa się tedy w niesłychany sposób zmiana mandataryuszy 

KwaiUlnik biiteiyeiny XXn— l. 5 



gg Miscellanea. 

w Galieyi. W dominiach bardzo rzadko znaleźć mo2na porządną 
kancelaryę dominikalną, natomiast prawie wszędzie zachodzi zupełny 
brak wszelkich, najważniejszych nawet aktów i zadziwiająca niedba- 
2ość w załatwiania wszelkich poleceń urzędowych itd. Ani egzekucye, 
ani posłańcy kami, ani kary policyjne nie wiodą do celu. Rok się 
kończy, mandataryusz odszedł, nowy wchodzi na jego miejsce i nie- 
dbalstwo zaczyna się od początku napowrót, dziedzic zad opłacać ina 
egzekucye, posłańców karnych, kary policyjne, koszta podróży, braku- 
jące kwoty podatkowe itd., których nie przewidywał, a które powstały 
z przewinienia jego urzędnika. W braku świadomości lub z niezna-^ 
jomości rzeczy skarży się wtedy na sekatury ze strony władz. Tak 
tedy daną jest podstawa do niezadowolenia i niechęci wobec rządu. 

Jest mnóstwo takich dziedziców, którzy swoim mandataryuszom 
pod rozmaitymi pretekstami nie wypłacają przyrzeczonego wynagro- 
dzenia rocznego. Zażalenia mandataryuszy pod tym względem bywały 
dawniej w drodze politycznej załatwiane i w ten sposób pretensyom 
wielu biednych urzędników czyniono zadość w najkrótszej drodze. 
Teraz mandataryusz z zażaleniami takiemi odsyłany jest na drogę 
prawa i musi często dla 30 — 40 zł. udawać się do adwokata. Nie- 
wielu mandataryuszy posiada takie środki, aby mogli zwrócić się na 
tę kosztowną i długą drogę. Na jak smutny los wystawiony jest tedy 
wogóle najuczciwszy i najdzielniejszy młody człowiek, który poświęci 
się służbie mandataryackiej . Czyż może on pozostać uczciwym, nie- 
poszlakowanym i zachować zaufanie wyższych władz, od których 
mało lub zgoła niczego spodziewać się nie ma, skoro tylko popadnie 
w nieporozumienie ze swoim chlebodawcą? 

Dość powszechnie nawet wysoko postawieni urzędnicy wyrażają 
to zapatrywanie, że instytucya prywatnych mandataryuszy musi po- 
zostać^ gdyż, jako przedstawiająca pierwsze organa rządu, stanowi, 
jak to wykazała ostatnia rewolucya, niejako gromochron dla zacie- 
kłości ludu prostego, a w ten sposób rząd nigdy nie będzie skompro- 
mitowany. Czy można wyobrazić sobie większy nonsens nad takie 
twierdzenie? Na pastwę zaciekłości ludu miałby swoje najniższe or- 
gana wydawać rząd, którego wszystkie rozkazy owiane są duchem 
największej łagodności i sprawiedliwości, a którego zarządzenia w naj- 
gorszym razie tylko w przeprowadzeniu wskutek fałszywego pojmo- 
wania ze strony poszczególnych niższych władz lub urzędników, więc 
zupełnie nie z winy samego rządu, zmierzają do przeciwieństwa tego, 
co właściwie osiągnąć miały? Tacy urzędnicy, zamiast przejąć się 
duchem przepisu i stosownie do tego działać, postępują w swojej 



Misoellanea. 07 

pedanteryi lub w swojem ograniczeniu tylko ściśle według fałszywie 
pochwyconego brzmienia słów i przez to często więcej złego i dla 
ogółu szkodliwego sprawiają, aniżeli ich odpowiedzialność pokryć 
może. Takie zapatrywanie nie może wysokiego rządu spowodować do 
lego, żeby nie miał znieść jurysdykcyi dominikalnej i zaprowadzić 
cesarskiej. 

W takim konglomeracie wielu narodowości i prowincyi, jak 
monarchia ausiryacka, często wyższe względy, ważniejsze powody nie 
pozwalają na stosowne reformy w jednej lub drugiej prowincyi. Po- 
dobnie rzecz się może mieć ze zniesieniem dominikalnej jurysdykcyi 
w Galieyi, pominąw«zy miejscowe trudności i wielkie koszta, połą- 
czone z taką nagłą zmianą. Jednakże jest to pilnie potrzebnem, aby 
na wybór, t. j. ustanowienie i opłacanie mandataryuszy, oraz na ich 
oddalenie ze służby wpływ był wywierany, aby cesarskie urzędy 
cyrkularne dokonały podziału cyrkułów na dystrykty mandataryalne, 
aby ograniczono wielką liczbę mandataryuszy przez ściślejsze egza* 
mina, a to składane nie przed jednym tylko urzędnikiem, aby wreszcie 
znowu postawiono mandataryuszy z ich pretensyami do wynagrodzenia 
służbowego pod opiekę władz politycznych. 

Do głupoty, nieświadomości i ubóstwa galicyjskiego ludu wiej- 
skiego przyczynia się wreszcie niestety także i duchowieństwo w wiel- 
kiej mierze. Jak małą jest dziś jeszcze liczba godnych mężów tego 
stanu, szczególnie w grecko-katolickim obrządku. Prawie możnaby 
zawołać: w Galieyi niema duszpasterzy, lecz są tylko gospodarze 
robii^ spekulanci, lichwiaize, podżegacze poddanych przeciw ich dzie- 
dzicom itd., których całe pragnienie i dążenie na tem polega, aby 
powiększyli swoje dochody, zebrali majątki. Dobro i zbawienie dusz 
w gminie najmniejszą stanowi troskę. Jak najgorszy rzemieślnik wy- 
konuje swój proceder, tak samo wielka część duchowieństwa sprawuje 
swój święty urząd. Widać wszędzie pospiech, z jakim ono chce upo- 
rać się z przepisanemi mu duchownemi powinnościami, aby tylko 
oddać się zajęciom ubocznym. Zamiast przykładem i nauką krzewić 
moralność, bojaźń Bożą i oświatę, cnoty, bez których wszystkie środki 
rządu na nic się nie zdadzą; największa część duchowieństwa stara 
się tylko o swoje cele prywatne, wiedząc o tem, że z żadnej strony 
nie spotka zapory, że stan duchowny jest najwięcej protegowany, że 
wystąpienia przeciw niemu każdy jak najwięcej się strzeże. Biedny 
poddany musi drogo opłacać się księdzu za każdą, chociażby naj- 
mniejszą usługę i przy tem dzieją się takie wypadki ucisku, że włosy 
na głowie stają. Trzeba płacić za chrzest, ślub i pogrzeb, nawet za 



68 Misoellanea. 

spowiedź, a nikt nie przestrzega ustawowej skali. Pod płaszczykiem 
religii ucisk nieprawny, najsilniejszy po ucisku żydowskim, wywierany 
jest na ludzie wiejskim, a przytem postępuje się tak bezlitośnie, że 
trudno o równy przykład. Mimo to nie odzywają się skargi w tej 
mierze, gdyż ciemny chłop obawia się o zbawienie duszy. Jego pa- 
sterz duchowny umie to wpoić w niego i ostatnią krowę, ostatni 
środek wyżywienia licznej często rodziny, wydziera zastępca Chrystusa 
z zimną krwią, twardem sercem i chciwą ręką. Taki czyn, taki ucisk 
przeważa na szali tysiąc przekroczeń pańszczyźnianych. 

Wszystkie niższe władze znają te straszne nadużycia, a nikt nie 
ujmie się za ciemnym ludem wiejskim. Nawet na skargi wnoszone 
wcale się nie zważa lub traktuje się je powierzchownie i ucisk trwa 
ciągle. Jeżeli zaś poddany wystąpi z najmniejszą skargą o obrazę 
honoru (III), przeciążenie pańszczyzną itd., ze skargą, którą napisał 
pisarz pokątny, a której treści żalący się poddany wcale nie zna, co 
tak często zachodzi, to zaraz sypią się dochodzenia i komisye i nie- 
stety często gwałtem wynajduje się powód, aby wydać orzeczenie 
przeciw dziedzicowi. Ślepa zaciekłość w poniżaniu powagi dziedzica, 
szlachcica, w oczach jego poddanego, w podejrzy wanlu jego osoby 
i czynów wobec wszystkich i tak często objawiane złośliwe zado- 
wolenie w razie powodzenia takich zamysłów, stanowi niestety wła- 
ściwość bardzo wielu urzędników politycznych. Szkoda zaś stąd dla 
wysokiego rządu wynikająca jest nieobliczalna. W ten sposób bowiem 
najpierw lud wiejski jest zaprawiany w oporze i najwyższem niepo- 
słuszeństwie przeciw swojemu dziedzicowi, co potem powoli objawiać 
się musi także wobec wszystkich władz i wobec samego wysokiego 
rządu. Jednem słowem, sami urzędnicy polityczni tu i owdzie wstrzą- 
sają podwalinami wysokiego rządu w państwie czysto monarchicznem 
i torują drogi kommunistycznym kaznodziejom. Urzędnik polityczny, 
nie pojmujący doskonale swojego stanowiska, może dziś działaniem 
swojem na pozór zupełnie zgodnem z obowiązującemi ustawami wy- 
sokiemu rządowi więcej zaszkodzić, aniżeli dziesięciu emisaryaszy 
zagranicznych. 

W stanie duchownym wielce źle oddziaływa nadzwyczajna nie- 
równość w dochodach mniejszych prebend tj. probostw i ich rozda- 
wanie przez patronów bez względu na lata służby, zasługi, szczególne 
wiadomości, cnoty itd., tak , że często rozstrzygający wpływ wywie- 
rają całkiem przeciwne motywa, prywatne, często nawet niebezpieczne 
dla państwa. Należałoby zatem prawo patronatu przynajmniej o tyle 
ograniczyć, aby przy obsadzaniu prebend, każdy konsystorz, znający 



Miscellanea. 69 

najlepiej swoje duchowieństwo, przedstawiał trzech kandydatów, z po- 
między których tylko patron miałby wybierać. Na razie zapewne 
niema mowy o innych pożądanych reformach co do duchowieństwa, 
jego dziesięciny, ciężącej tak twardo na gminach, jego poborów za 
funkcye, co do oddzielnych świąt w obrządku łacińskim i gr. kat. 
i powstającej stąd profanacyi , wreszcie co do zaopatrzenia wdów 
i sierót po gr. kat. księżach. 

Piszący to, zamyka tedy powyższe pismo następującemi uwagami: 

1. Szlachta galicyjska wogóle brała udział w ostatniej rewo- 
lucyi, ale jej nie wywoływała, lecz po największej części była uwie- 
dziona i ślepo pędziła ku swojej zgubie. Mimo to jednak według 
ustawy, każdy najodleglejszy nawet uczestnik, podpada za zdradę 
stanu karze śmierci. Musiałaby ona każdego dosięgnąć i dlatego jest 
niewykonalną. Łaska i amnestya co do wszystkich, z wyjątkiem prze- 
wódców, byłaby zatem tem więcej wskazana, że wymagają tego tutaj 
nie same tylko interesa i dobro kraju, lecz sympatye całej Europy. Ale, 
jeżeli łaska i kara mają być skuteczne, muszą rychło zapaść, a nie 
po lata trwających śledztwach, które umysły rozgoryczają, wiele ro- 
dzin doprowadzają do kija żebraczego, nadzwyczajne wydatki za sobą 
pociągają, niczego więcej nie odsłonią ponadto, co już jest jawnem 
i w końcu odbierają cechę łaski u tych, dla których zamierzona była. 
Polityka musi dyktować łaskę i karę. Nie mogła ona pomylić się 
zaraz po czynie i nie potrzebuje foliantów śledczych. 

2. Galicya^ od wielu lat niedomagająca, popadła w ostatnich 
czasach w niebezpieczną chorobę, a nawet tu i owdzie wystąpiły 
znaki gangreny. Choroba osiągnęła zatem stopień najwyższy, a w ta- 
kim stanie zręczny lekarz zapisywać winien tylko leki szybko dzia- 
łające. Przy długiem badaniu bowiem, lub przy łagodnych środkach, 
pacyent umiera często pod ręką lekarza. Szybki opust krwi na wła- 
ściwem miejscu bywa zazwyczaj przed wszystkimi środkami pilnie 
zalecany. Jednakże źle go zaaplikowano i nie przyniesiono ulgi. Nic 
dziwnego zatem, że choroba przechodzi w stan uporczywy w naj- 
wyższej mierze, którego końca jeszcze wcale przewidzieć niemożna, 
a który przez zewnętrzne, przewidzieć się niedające wpływy, łatwo 
przybrać może charakter niebezpieczny. 

3. Należałoby dążyć do wykupna pańszczyzny i zupełnego 
oswobodzenia gruntów, na razie przynajmniej w przeludnionych już 
po części cyrkułach Wadowice, Bochnia, Tarnów, Sącz, Jasło, Sanok 
i Przemyśl, gdyż przez to właściciele dóbr spowodowani zostaną do 
podziału swoich obszarów dla dobra powszechnego, a w ten sposób 



70 MiseellAOM. 

kommiizm skatecznie zostanie zatamowany. Komnaizmowi bowiem 
niechętny jest każdy, kto rozporządzać mo2e wolną, na wyżywienie 
wystarezająeą posiadłością, bez szkodliwego ograniczenia, a w tern 
położeniu dotąd w Galicyi^ oprócz dziedzica, nikt się nie znajduje. 

4. Dopiero przez zwolnienie płnga ze spadających nań, uwła- 
czających ciężarów, stan rolniczy osiągnie taki stopień rozwoju, jaki 
jedynie sprowadzić zdoła rozkwit kraju, a przy tak wzrastającej 
ludności każdy pospiesznie postara się o to lub dążyć będzie do 
tego, aby nabył lub uprawił grunt celem uczciwego zaopatrzenia 
siebie i rodziny. 

5. W poczuciu swojej władzy i siły każdy ludzki rząd powi- 
nien pozbyć się wszelkiej nieufności, w razie potrzeby zaś występo- 
wać zawsze z wszelką energią i stanowczo. Im więcej policyi jest 
w kraju, tem więcej ona wymyśla, a niczego nie wykrywa. Każda 
bajka dziecinna odmalowana zostaje jako spisek niebezpieczny dla 
państwa, każdy agent policyjny nmiema, że nie wypełnia swojego 
stanowiska, jeżeli ciągle nie fabrykuje raportów, a wysoki rząd bywa 
w błąd wprowadzany przez same tajne doniesienia i bezpodstawne 
podejrzywania poszczegulnych osób i całych gmin. 

6. Wreszcie dla utrzymania dobrego ducha i prawdziwego przy- 
wiązania do wysokiego rządu niemożna naczelnikom rozmaitych 
urzędów i wszystkim wyższym urzędnikom dość surowo nakazać, 
aby wobec swoich podwładnych i wobec każdego postępowali 
z uprzejmością, jakiej wymaga duch czasu i do jakiej prawo ma 
każdy człowiek wykształcony. Tylko w ten sposób bowiem można 
zapobiedz wszelkim niechęciom i poprzeć dobro powszechne, tylko 
w ten sposób niejeden pogodzony zostanie z nieznacznem stanowi- 
skiem , które często bez swojej winy zajmuje, pominie brak wielo- 
stronnego wykształcenia i wiedzy u swojego przełożonego, a cenić będzie 
jego uprzejmość y jego ludzkość i pozostanie oddany jemu, a tern 
samem także urzędowi i wysokiemu rządowi. 

Sanok, 15. lipca 1846. 

ni. 

W pamiętnikowych i historycznych przedstawieniach genezy 
i przebiegu krwawych wypadków r. 1846 występuje cały legion bia- 
rokratów-opryszków, a ludzkie postacie ze świata urzędniczego poja- 
wiają się tak rzadko, że po przeczytaniu powyższego aktu narzuca 
się pytanie, czy lepsze żywioły w ówczesnym świecie urzędniczym 



Miscellftnea. 7X 

Galicyi byty istotnie tylko bardzo rzadkimi wyjątkami, lub znajdo- 
wały się przecież w cokolwiek większej liczbie, ale nie ośmieliły się 
występować z odmiennemi zdaniami i odmiennym sposobem postępo^ 
wania. I jedno i drugie przyjąć można za rzecz prawdopodobną. 
Wyjątkami były niezawodnie takie lepsze żywioły, bo karyera urzę- 
dnicza wymaga w ogóle, a w tych czasach wymagała w nierównie 
wyższym stopniu od każdej jednostki naginania się do panującego 
systemu i. prądu, nawet z pominięciem skrupułów, które sumienie 
i w ogóle poczucie godności dyktowało. Kto zaś skrupułów tych prze- 
zwyciężyć nie mógł, a chleba utracić nie chciał, ten chyba w ukryciu 
mógł tak działać, jak mu owe skrupuły wskazywały. Takich wyją- 
tkowych urzędników, w których panujący system administracyjny 
głosu sumienia zupełnie zagłuszyć nie zdołał, musiało być w tych 
czasach więcej, aniżeli dotąd na jaw wyszło, ale skoro nie mogli się 
tak zamanifestować, jakby to odpowiadało ich pojęciom i uczuciom, 
ślad zaginął o ich istnieniu i urzędowaniu, a tylko przypadkowo 
mogły się ich nazwiska na wierzch wydobyć. Taki przypadek zaszedł 
np. wkrótce po zawierusze rabacyjnej w Jasielskiem. Umarł wtedy 
w Jaśle komisarz cyrkularny Karol BanhOlzel^ którego chłopi w swojej 
nałogowej skłonności do popularnego przekręcania nazwisk niemieckich 
powszechnie „Panhycel" nazywali. Na pogrzeb komisarza BanhOlzla, 
ttunmie zjechała się szlachta do Jasła z całej okolicy, a trumnę na 
barkach zaniesiono do grobu. Fakt ten sprawił senzacyę w sferach 
gubemialnych, a z prezydyum zarządzono zaraz poufne ale bardzo 
ścisłe dochodzenia w przekonaniu, że zmarły był skrytym protektorem 
spiskowych machinacyi. Tymczasem z całego dochodzenia pokazało 
się, że BanhOlzel był sumiennym urzędnikiem, ale przytem i prawym 
człowiekiem, który nie podburzał chłopstwa przeciw szlachcie w spra- 
wach o pregrawacye pańszczyźniane, a wśród rabacyi postępował po 
ludzku, odwracając lub łagodząc w miarę możności ciosy, wymie- 
rzane na szlachtę, postępując z uwięzionymi sprawcami i uczestnikami 
wybuchu powstańczego według prawa, ale bez znęcania się i udrę- 
czania ponad rygor prawa. 

Także tylko przypadkowi zawdzięczać to należy, że dziś w po- 
wyższym akcie wychyliła się z otchłani zaponmienia postać prawego 
człowieka i urzędnika z r. 1846. Jego nazwisko zasługuje na hono- 
rowe miejsce pomiędzy urzędnikami z tej doby. Nazwisko to jednak 
nie da się z podpisu na akcie z całą pewnością odcyfrować. W pod- 
pisie tym bowiem, tylko początkowe litery (8eh) są wyraźne, a dalsze 
tracą kontury w skręconych liniach. Kombinując ten podpis z datami 



72 MiseelJanem. 

szematyzma urzędowego za r. 1846, można dojść do domysłn z ce- 
chami prawdopodobieństwa Szematyzm ten bowiem wykazuje w per- 
sonaln cyrknłn sanockiego z r. 1846 dwóch urzędników, których 
nazwiska mają początkowe litery 8eh. Byt wtedy mianowicie w cyr- 
kule sanockim pierwszym komisarzem Jan Schiffiier, a w oddziale 
rachunkowym urzędu cyrkularnego, więc na drugorzędnem stanowisku, 
Kajetan Schaefer. W podpisie na naszym akcie jest jedno tylko /, 
a szczegół ten w połączeniu z dalszym składem liter w podpisie 
przemawia za drugiem nazwiskiem. Obok tych formalnych wskazówek 
także merytoryczne względy przemawiają za tem, że mamy tutaj do 
czynienia z elaboratem Kajetana Schaefera. Elaborat ten bowiem kry- 
tykuje całe postępowanie władzy cyrkularnej, w której pierwszy ko- 
misarz był po staroście główną figurą. Gdyby tedy ówczesny pierwszy 
komisarz cyrkularny w Sanoku, Schiffner, ocknął się był na widok 
katastrofy w swojem sumieniu urzędniczem, uczuł skrupuły, to mu- 
siałby był to wyrazić w innej formie i w innym tonie, w formie 
przyznania się do błędu i w tonie usprawiedliwiającym, nie byłby 
podnosił potrzeby szukania informacyi u innyeh organów poza do- 
tychczasowymi sprawozdawcami urzędowymi, a już z pewnością nie 
byłby wytknął tak ^ wyraźnie wyniosłego postępowania urzędników 
wobec interesentów i osób podwładnych. 

Inaczej rzecz ma się z Schaeferem, który z urzędu swojego nie 
był powołany w czasach normalnych do bezpośredniego udziału w akcyi 
polityczno-administracyjnej, ale mógł na nią patrzeć z ubocza. Jak 
się pokazuje, patrzał uważnie, a posiadając dar obserwacyjny, wiele 
też podpatrzył. W normalnym stanie rzeczy nie mógł bez narażenia 
się na zarzut arogancyi lub nawet wykroczenia przeciw karności 
zdawać sprawę z wyników swojej obserwacyi. Dopiero wśród samej 
zawieruchy, gdy siły komisarskie, wogóle konceptowe cyrkułu, oka- 
zały się niedostatecznemi do podołania spotęgowanej akcyi i trzeba 
było, jak to wtedy we wszystkich cyrkułach zarządzono, zaprzęgnąć 
do agend służby komisarskiej wszystkie inne, nawet manipulacyjne 
siły pomocnicze, Schaefer otrzymał mandat do bezpośredniej a samo- 
dzielnej akcyi i wywiązał się z poruczonego sobie zadania z najle- 
pszem, jak sam opisuje, powodzeniem, co mogło go już ośmielić, 
a nawet zachęcić do spisania swoich spostrzeżeń i uwag o stosunkach 
kraju wogóle. 

Na oryginale aktu niema adresu, ale z całego przedstawienia 
rzeczy i z tonu wnosić można, że był przeznaczony dla władzy 
wyższej, dla gubernium lwowskiego. Za tym domysłem przemawiają 



Miseellanea. 73 

tak2e inne okoliczności. W lecie r. 1846 bowiem, kiedy memorya2 
ten byl pisany, obudziła się już była w Wiedniu wątpliwość co do 
ścisłości i trafności pierwszych relacyi urzędowych z Galicyi o cha- 
rakterze, przebiegu i motywach zbrodni chłopskich i całego ruchu 
rabacyjnego, tych relacyi, na których po rabacyi opierały się pierwsze 
monarsze podziękowania, odznaczenia, a nadto ulgi w powinnościach 
pańszczyźnianych, przyznane wyraźnie jako zadatek dalszych ustępstw. 
Ocknięto się w Wiedniu z pewnem przerażeniem, gdy chłopi po splą- 
drowaniu dworów zaczęli wprost stawiać opór władzy i odmawiać 
wszelkiej pańszczyzny, w innych prowincyach państwa zaczęto się 
obawiać naśladowania tego oporu, a w Galicyi, wśród anarchii u dołu 
i bezradności u góry, nie widziano punktu oparcia dla skutecznej 
akcyi zaradczej. Wysłano wtedy do Lwowa jako pełnomocuego ko- 
misarza nadwornego Rudolfa hr. Stadiona, który niejako dał do po- 
znania, że chętnie odbierałby informacye także poza drogą urzędową. 
To też wyszły wtedy nawet z grona szlachty memoryały, które 
w licznych odpisach po kraju krążyły. Wśród tej sytuacyi powstał 
snany już z kilkakrotnych drukowanych przytoczeń (ostatnim razem 
w książce St, Schntlr-Pepłowskiego : ^Z papierów pozostałych po A. 
hr. Fredrze") śmiały i dobitny w całej swojej treści i formie memoryał 
Aleksandra hr. Fredry, wzywający rząd do reform konstytucyjnych 
i administracyjnych, w zarysie wskazanych. Obiegał także po dworach 
odpis memoryału Franciszka Trzecieskiego z Goraj owić w Jasielskiem, 
który wzywał rząd, aby wreszcie zdecydował się do kryminalnego 
traktowania zbrodni rabacyjnych, o pomstę do nieba wołających i do 
idcarania przykładnego nietylko morderców w siermięgach chłopskich, 
lecz także podżegaczy i sprawców intelektualnych ze sfery biurokra- 
tycznej. Memoryał ten pozostał w aktach gubemialnych, a autor jego 
naraził się śmiałym tonem apostrofy wprawdzie nie na otwarte prze- 
dadowanie, ale na dotkliwą w późniejszych szykanach i dokuczli- 
wościach niechęć rządu. Rzecz naturalna, że starostowie wzywani 
byli wtedy do pisemnych i ustnych relacyi informacyjnych, przyczem 
me pomijano i tych podwładnych im urzędników, którzy ze stano- 
wiska swojego lub ze zbiegu okoliczności powołani byli do wybi- 
tniejszej roli. Ale wszystkie te informacye nie wystarczyły, bo Rudolf 
hr. Stadion nie był zdolny do wzniesienia się nad uprzedzenie, z ja- 
kiem w drogę z Wiednia wyruszył, ani nawet do zoryentowania się 
w chaosie. Chodziło przedewszystkiem o zadowolenie chłopów. Ure- 
galowal tedy R. hr» Stadion pańszczyznę w ten sposób, że właści- 
cieli ziemskich naraził na przejścia zabójcze dla całej konstellacyi 



74 Mificellaneft. 

gospodarczej, a chłopów mimo to nie zadowolił, w ustrój administra- 
cyjny wprowadził innowacye, które jeszcze więcej go skomplikowa/y. 

Rzecz nieskończoną albo raczej powikłaną pozostawił niefor- 
tunny komisarz nadworny swojemu bratu i następcy, gubernatorowi 
Franciszkowi hr. Stadionowi , wraz z całym stosem informacyjnych 
materyałów, relacyi itd. Z tego źródła zaczerpnął Franciszek hr. Sta- 
dion materyał do wielu trafnych zarządzeń, któremi wogóle odznaczał 
się pierwszy okres jego gubernatorstwa. Jego okólniki, zalecające 
kilkakrotnie najsurowszą represyę wobec pokątnych pisarzy, wprowa- 
dzające zmiany w ustroju mandataryatów i gromiące biurokratów za 
zasklepianie się w aktach z ujmą dla spraw, wymagających inicyaty wy 
i akcyi urzędowej, oraz za wyniosłe, a nawet szorstkie traktowanie 
interesentów, zwłaszcza szlachty — wszystko to przypomniało się 
nam żywo przy tłómaczeniu powyżej podanego memoryału Niemca- 
biurokraty ! Kiedy Franciszek hr. Stadion wydawał owe okólniki swoje, 
memoryał Schaefera nie był już pewnie białym krukiem w nagroma- 
dzonym przez gubernium materyale informacyjnym. W półtora roku 
bowiem po rabacyi w świecie biurokratycznym otwarły się oczy 
i poroz wiązy wały języki. Ale w chwili, kiedy Schaefer pisał swój 
memoryał, stanowił on wyjątek, bo w pierwszej chwili po rabacyi 
stanowczo przeważała opinia, że rozterka społeczna między dworem 
a chłopem powinna być jako racya stanu podsycana i w ustroju 
jurysdykcyi patrymonialnej jako fundamentalny artykuł systemu rzą- 
dowego w Galicyi kultywowana. W sposób cyniczny, co prawda, ale 
szczery i otwarty wypowiedział tę opinię w relacyi do kancelaryi 
nadwornej starosta przemyski, Czetsch-Lindenwald, uważany za jedną 
z najtęższych głów w ówczesnej biurokracyi ^). 

Zachodził jeszcze jeden powód, dla którego wkrótce po rabacyi 
ze strony rządu krajowego może zachęcano lub nawet wzywano ucze- 
stników akcyi repressyjnej, do których w Sanockiem Schaefer należał, 
aby przesyłali szczegółowe relacye ze swoich spostrzeżeń i zarządzeń. 
W zachodniej Europie groza krwawych wypadków galicyjskich wy- 
warła głębokie wrażenie, w parlamentach i w prasie ozwały się głosy 
tak przykre dla rządu austryackiego, że w Wiedniu w pierwszej chwUi 
uznano konieczność urzędowego sprostowania i usprawiedliwienia. 



*) W relacyi z 18. kwietnia 1846 : „Beseitigt man den Haupterreger der 
GehOssigkeit zwischen Bauer und Adel, n&mlich die Patrimonialgerichtsbar- 
keit, 80 hinuntergrSLbt man die £xistenzbedingungen der Regierung" (Ob. Lu- 
dwig Yon Mises : Die Entwicklung der gutsherrlich-bftuerlichen Yerhaltnisse iu 
Oalizien (1772—1848). Wien & Leipzig 1902, str. 94, przypisek 1). 



Miscellanea. 75. 

Zacząło się tedy uśmierzanie wzburzonej opinii zapomocą kilka pozy- 
skanych w tym celu dzienników, których korespondentów informowano 
oczywiście z lwowskich relacyi gubernialnych. Zapadło zarazem naj- 
wylsze postanowienie, że ma być napisane i kosztem rządu wydane 
historyczne przedstawienie genezy i przebiegu wypadków. Ale matę- 
ryaży nagromadzone nie nadawały się do takiego pensum history- 
cznego, bo takie wynurzenia, jakie zawiera akt tutaj omawiany, byłyby 
tylko potwierdziły zarzuty, a takiej relacyi, jak powyżej wspomniana 
starosty przemyskiego, trzeba się było wstydzić. 

Łatwiejszem wydawało się napisanie takiej oilcyalnej historyi 
r. 1846 z aktów procesowych lwowskiego sądu kryminalnego. W zło- 
żonych obecnie w Iwowskiem archiwum bernardyńskiem aktach tego- 
sąda znajduje się polecenie, wydane w myśl powyższego najwyższego 
postanowienia prezydentowi Maurycemu Wittmannowi, aby zają2 się^ 
zebraniem i zestawieniem materyałów do oficyalnej historyi z r. 1846. 
Wittmann gorąco zajął się tern zadaniem i odstawił do referatu histo- 
rycznego najtęższą siłę. Jak się zdaje, Wittmann elaboratem swoim 
nie odpowiedział planom wiedeńskim. Chciano tam bowiem według: 
brzmienia samego polecenia mieć historyę tak napisaną, żeby z niej 
wypływało, że motywem band rabacyjnych były nie zawiść do szlachty, 
nie chęć rabunku, lecz tylko przywiązanie do rządu, wdzięczność za 
jego opiekę, w ogóle pobudki i uczucia patryotyczne. Było to zadanie 
wprost niewykonalne. Z aktów procesowych o zdradę stanu mógł 
Wittmann chyba to wykazać, że w spiskach poprzedzających r. 1846 
chłopi nie brali udziału, a wezwani przez powstańców do broni 
w chwili krytycznej nietylko tego wezwania nie usłuchali, lecz wprost 
zwrócili się przeciw wzywającym. Ale stąd nie wypływało jeszcze 
wcale, że w ohydnych zbrodniach rabacyjnych nie odgrywały roli 
głównej drapieżne instynkty, żądza krwi i rabunek w dworach szla- 
checkich. W innych procesach kryminalnych, prowadzonych z powodu 
kilku mordów i rabunków, których wobec nalegania rodziny ofiar 
w Wiedniu niepodobna było odwlec, a wobec notoryczności faktów, 
mimo wszelkich usiłowań, nie dało się ani zatuszować, ani zabagnić, 
wyszły na jaw i z konieczności prawnej oparły się o najwyższą in- 
stancyę w Wiedniu takie straszne szczegóły, jakie tam pierwotnie 
uważano wprost za niepodobne^). 



M Kilka szczegółów w tej mierze zawiera mój szkic: „Epilog krymi- 
nafaiy** (Galicya w r. 1846) w Bibliotece warszawskiej z r. 1903. 



76 MiBcellftiiea. 

Ostatecznie wszystkie materya/y administracyjne i sądowe poszły 
do Wiednia, ale nie do r%k oficyalnego historyka, lecz do schowka 
archi wahiego. Jak się zdaje przypuszczono potem do tego schowku 
Maurycego Salę, który wyhral z materyałów to wszystko, co służyło 
tendencyi z góry zakreślonej dziełu. Sam Sala jednak dla swojego 
dzieła zastrzega charakter studyum prywatnego. Natomiast zapowie- 
dziane tak uroczyście, ho cesarskiem postanowieniem, historyczne przed- 
stawienie wypadków galicyjskich z r. 1846 jako urzędowa odpowiedź 
na wrzekome oszczerstwa zagranicy wcale nie przyszło do skutku. 
Doskonale daje się tutaj zastosować przysłowie niemieckie : Keine Ani- 
jwort i$t auch etne Antworł! 

Ale nie chcemy zbyt daleko odbiegać od głównego celu tej rze- 
czy. Było nim bowiem właściwie tylko ocalenie od zapomnienia głosu 
Niemca - biurokraty z r. 1846, tak dosadnie popierającego polskie 
przedstawienia i poglądy na tło, genezę i przebieg ówczesnych wy- 
padków galicyjskich. Cel ten został osiągnięty już samym przekładem 
^tu, a dalsze uwagi miały tylko znaczenie illustracyjne. 

Dr. Bronisław Łoziński, 



RECENZYE i SPRAWOZDANIA. 

Kramarczyk Karol: O wykopaliskach ko- 
rynckich(z 3 illustracyami). Kraków, naW. autora 1907. 
Odbitka ze Sprawozdania gimn. św. Anny w Krakowie. 
8<> str. 22. 

Prof. Kramarczyk był w z r. w Grecyi, odwiedził Korynt i we- 
dług własnych spostrzeżeń, jak również wedle artykułów ^American 
Journal of Archatology^ skreślił niniejszą pracę. Amerykańskie wy- 
kopaliska w Koryncie nie były dotychczas omawiane w polskiem pi- 
śmiennictwie, słusznie więc prof. K. z niemi nas zapoznaje. 

Korynt został zburzony i spalony przez konsula Lucyusza Mu- 
miusza w r. 146 przed Chr.; ocalał tylko zamek na Akrokoryncie 
i kilka świątyń, pomniejsze zaś dzieła sztuki przewieziono do Rzymu. 
Juliusz Cezar daremnie próbował miastu przywrócić dawne znaczenie; 
w końcu III w. po Chr. spustoszyli je Gotowie, potem Alaryk, wkońcu 
Słowianie. Zupełny upadek sprowadziła niewola turecka, a wreszcie 
straszne trzęsienie ziemi w r. 1868, po którem ludność przeniosła się 
5 km. ku zatoce korynckiej, na wsch. od starożytnego portu Lecheum. 
Tak powstał Nowy Korynt, liczący dziś ok. 3000 m. Szkoła amery- 
kańska, przedsiębiorąc wykopaliska, oparła się na „Periegesis^' Pau- 
saniasza, podróżnika greckiego z II w. po Chr. Dziesięcioletnie poszu- 
kiwania pozwoliły oznaczyć położenie Agory i odsłonić trzy najwa- 
żniejsze zabytki: źródło Pirene, drogę lechejską i studnię na rynku. 

Autor daje nam naprzód opis świątyni Apollina, której siedm 
kolumn ostało się na powierzchni ziemi; jest to jedna z najstarszych 
budowli stylu doryckiego, według DOrpfelda z VI w. przed Chr. Prze- 
chodząc do samych wykopalisk szkoły amer. (pod kierunkiem prof. 
Richardsona), przedstawia studnię Pirene, ^ai&coc xQir^y7j neŁcrjyfj 
u Pausaniasza, która zaopatrywała Korynt we wodę, — następnie oka- 
zaną drogę lechejską i propyleje, — wreszcie studnię na Agorze, po- 



78 Recenzje i Sprawozdania. 

wstała według FurtwUnglera w końcu w. VI przed Chr. -i zniszczone 
portyki. Część drobniejszych wykopalisk przewieziono do muzeum ateń- 
skiego, reszta posłużyła do utworzenia muzeum miejscowego. Prace 
amerykańskie nie są jeszcze ukończone. Prof. R. zamierza w osobnej 
rozprawie zawrzeć szczegóły o wazach, posągach i innych mniejszych 
przedmiotach. 

Należy się wdzięczność autorowi za uprzystępnienie nam epizodu 
.archeologicznych prac w Grecyi; zasługą jest prawdziwą dodanie trzech 
wybornych zdjęć własnych (świątynia Apollina, droga lechejska, Pi- 
rene), których nie powstydziłoby się żadne wydawnictwo zagraniczne. 
Zarzuciłbym zbytnie wchodzenie w szczegóły zgoła obojętne (np. ścisłe 
do przesady podawanie wymiarów), co dobre jest w oryginalnych spra- 
wozdaniach kopaczy, lecz nie w krótkim opisie, który powinien jak 
najplastyczniej wystąpić przed czytelnikiem. Na str. 5- tej wcisnął się 
złośliwy dowcip chochlika drukarskiego: czytamy o „zamierzłych" dzie- 
jach greckich, zamiast „zamierzchłych". Wspominając „warstwę geo- 
logiczną trzecią^ (9) miał autor prawdopodobnie na myśli formacyę 
trzeciorzędową (Tertiilr). Tadeusz Smoleński. 

Świderska AlinaiDwie polskie kaplice. 
Odbitka z Przeglądu polskiego, Kraków, 1905, str. 28. 
Bardzo słusznie podnosi autorka na wstępie doniosłość budowy 
centralnej, mając zamiar omawiać tak świetne jej przykłady: kaplicę 
Zygmuntowską na Wawelu i kaplicę św. Kazimierza w Wilnie. Z za- 
pałem opowiada nam rozwój tego typu architektonicznego, stosując, 
nieco może przesadnie, metodę ogólnego tła, przygotowującego czytel- 
nika do wniknięcia w ducha i szczegóły opisywanego zabytku* Ale 
w kraju, gdzie od tak niedawna zajmują się historyą sztuki, nie jest 
wcale zbytecznem przypomnienie usiłowań Brunelleschiego, Albertiego 
i Bramantego, skoro się pisze o ważnych pomnikach budownictwa do- 
środkowego. Metoda ta, nazwana przez Dohmego Einfergrund - Stimmung, 
posługuje się licznemi dygressyami, przykrej onemi zazwyczaj do każ- 
dorazowej potrzeby autora, nie bez pewnej jednostronności. Mają one 
najczęściej znaczenie zbędnej ozdoby literackiej. Dowiadujemy się więc 
i tu o mnóstwie przeróżnych włoskich kaplic, których oko przecię- 
tnego Krakowianina nigdy nie oglądało. Nagromadzone przykłady zacie- 
nmiają staranny bardzo wykład rozwoju budowli kopulastych we Wło- 
szech, oraz stopniowego rozkwitu ich dekoracyi. Zdanie autorki, że styl 
pełnego odrodzenia przyszedł do nas o pół wieku wcześniej niż do 
Memców, wymaga jednak pewnego uzupełnienia. Niemcy nigdy u siebie 



Recen^ye i Sprawozdania. 79 

pełnego stylu nie rozwinęli, nigdy nie zrozumieli ani ducha ani istoty 
antyku, które wyrobiły budownictwo florenckie XV w. Z naiwną pro- 
stotą i wrodzonym brakiem smaku uczą się oni renesansu nie w To- 
skanii, lecz w Medy olanie i Wenecyi. Znajdujemy więc w Niemczech 
wyłącznie ów północny, dekoratywny kierunek renesansu, napiętno- 
wany brakiem miary, przeładowaniem ozdób, kolumn i gerowań, roz- 
kładający wszystko na poziome, przysadkowate części. Więc ani czas, 
ani droga, którą do nas renesans przybył, ani grunt kalimachowy, na 
który w Polsce natrafił, nie oddziałały tak przemożnie, jak źródło, 
z którego przybył, zupełnie różne od niemieckiego i to kardynalną 
stanowi różnicę między odrodzeniem u nas a w Miemczech. W tem 
szukać przyczyny subtelności naszych tej doby zabytków i charakte- 
rystyki wielkich ludzi złotego wieku. 

Następuje opis kaplicy. Skreśliwszy ogólne cechy budowy we- 
wnętrznej, paru słowami wspominając o budowniczym Bartłomieju Be- 
reccim, przedstawia autorka bogactwo ornamentacyi rzeźbionej i trafnie 
podnosi zasługę rzeźbiar^-a Giovanni Gini, który ją wykonał. Pocho- 
dził on ze Sieny, królowej ornamentacyi rzeźbionej, co w części obja- 
śnia mistrzowstwo wykonania tych ozdób. Podnieść zaszczytnie należy 
przedstawienie całokształtu kaplicy w chwili jej skończenia w 1530 roku 
i porównanie z następną jej przemianą, po wstawieniu sarkofagu Zy- 
gmunta Augusta, poniżej podniesionego do połowy niszy sarkofagu ojca. 
Roboty owe zapewne przeprowadzili Gian Mario Padovano i Santi Guce 
około 1580, a różnica półwiekowa zaznaczyła się tu wybitnie w tra- 
ktowaniu rzeźby obok mniejszego artyzmu wykonania. Niezmiernego 
wrażenia, jakie całość kaplicy na nas robi, dopełnia wytwór innej 
rasy, innej kultury. Jest nim ołtarz szafiasty srebrny, roboty arty- 
stów ze szkoły norymberskiej, Hansa Dtlrera, brata wielkiego Albrechta, 
oraz jego akolitów : Pankracego LaJ^enwolfa, Melchiora Bayera i Piotra 
FlStnera. Dzieło to przemawia do nas głębią uczucia, siłą wyrazu, 
a akord, stworzony przez północny liryzm, dziwnie polskiemu widzowi 
odpowiada wespół z wytwornością królewską florentyńskiej budowy 
i dekoracyi. Drugiem arcydziełem niemieckiej szkoły, to bronzowa 
krata, odlana przez krakowskiego mistrza Serwacego wedle rysunku 
norymberskiego malarza Sebalda Singera. Staranny opis zamyka 
wzmianka krótka o zewnętrznej stronie kaplicy, jej kopule złoconej 
i pięknem zakończeniu. Bardzo jest smutnem przypomnienie, że po- 
złota, odnowiona staraniem Anny Ja;riellonki, dotrwała do naszych 
czasów^ a dzisiejsza już po siedmiu latach czernieć zaczyna. Partactwo 
krakowskie uwieńczyło dzieło niezupełnie szczęśliwej restauracyi ka- 



go Recenzje i Sprawozdania. 

plicy, a obawa p. Świderskiej, aby tak nie było ze wszystkiem, co nam 
złotego przekazała epoka jagiellońska, wydaje mi się bardzo słuszną. 

O ile ustęp o Zygmmitowskiej kaplicy był obszerny i ośmieliłbym 
się powiedzieć, nieco przeciążony szczegółami o ołtarzu szafiastym, lub 
we wstępie, o tyle krótko rozprawiono się z kaplicą św. Kazimierza 
w Wilnie. Krótkość sprawiła jednak ożywienie i barwność w toku opo- 
wiadania. Kaplica sięga początkiem swym czasów Kazimierza Jagielloń- 
czyka; Zygmunt III poświęcił ją czci św. Kazimierza, którego zwłoki 
w 1604 r. podniesiono na ołtarz; wreszcie w 1636 wykończył dzieło 
Władysław IV, powierzywszy tę pracę Danckertsowi de Ry, z Amster- 
damu. Szereg pożarów i restauracyi, to dalsze dzieje kaplicy, ogoło- 
conej z kosztowności i wielu ozdób za Jana Kazimierza. Opis budowy 
i dekoracyi, żałobnego majestatu, scbarakteryzowanie ducha baroku 
bardzo są trafnie przeprowadzone. Za mały jednak nacisk położono na 
to, iż mamy przed sobą okaz baroku holenderskiego, a nie 
włoskiego. Nie włoski duch malarski, a prędzej element potężnej mu- 
zyki północnej w tej majestatycznej czujemy architekturze. Porównanie 
z kaplicą Wazów uzupełnićby można anologicznemi cechami kaplicy 
Zbaraskich kościoła 00. Dominikanów w Krakowie. Notatka o wileń- 
skim zabytku kończy się ustępem o tak ciekawych jego dwóch freskach, 
przypisywanych Danckertsowi, a zdobiących obydwie ściany boczne. 
Przedstawiają one cud wskrzeszenia dziewczynki na grobie świętego 
i złożenie do grobu zwłok jego, a przypominają szkołę Rubensa. Do- 
dać tu mogę, że na tłach archi tekturalny eh widać silny wpływ per- 
spektyw holenderskiego mistrza Paula Yredemana de Yries. O cechach 
holenderskich całej budowy wiele jeszcze możnaby powiedzieć. Ze 
smakiem i poczuciem ducha epoki zaznaczono smutny i jakby pełen 
posępnych obaw nastrój całej budowy i to głównie należy podnieść 
w opracowaniu tematu. Tylko pobieżnie wytknę usterki, mianowicie, że 
marmury nie wyłącznie włoskie, ale przeważnie krajowe tu zasto- 
sowano. Czarny marmur dębnicki, nadający ton główny kaplicy, jest 
znamienną cechą panowania Wazów. Nie słyszałem zaś o białym ser- 
pentynie, tu wspomnianym przygodnie. 

Całość artykułu jest trochę niezrównoważoną. Zaczyna się w tonie 
rozprawy, przypominającej metodę Schnaasego; kończy się ulotnie, 
w formie literackiej prędzej, niż naukowej. Lecz właśnie ta druga strona 
więcej odpowiada, jak sądzę, talentowi i indywidualności autorki. Pod 
względem zrozumienia nastroju obu zabytków zarówno jak barwności 
stylu, pewności przedstawienia, wniknięcia w szczegóły konstrukcyjne 
budowy, zasługuje ten ustęp na baczniejszą uwagę i może znacznie 



Kecenzye i Sprawozdania. gi 

przyczynić się do zapoznania publiczności z wspaniaiemi naszemi dwiema 
kaplicami i z duchem zasadniczo odmiennych epok, w których je wy- 
stawiono. i)j, Emmanuel ŚwieykowskL 

Sokołowski Maryan, Worobjew Grzegorz 
i Zubrzycki Jan: Kościoły i cmentarze waro- 
wne w Polsce. Sprawozd. komisyi dla bad. hist. sztuki 
w Polsce, tom VII, szp. 481 — 528. NaW. Akad. umiej, 
krak. 1905. 
Etymologia nazwy „kościół", pochodzi od xaatijUov czyli od 
łacińskiego casfeUum. Cecha fortyfikacyjna jest więc związana z sa- 
mym nawet wyrazem. Kościoły niegdyś były fortecami, a Dania 
i sąsiednie kraje północne zachowały liczne tego przykłady. Nasze 
dawne kościoły również były warowne, do czego im służyły przede- 
wszystkiem wieże (Kraków: św. Andrzej, Łęczyca, Czerwińsk, Ino- 
wrocław, Prandocin, Żarnów). Wykazanie obronności powyższych 
kościołów z epoki romanizmu jest dziełem Łuszczkiewicza. Obok 
kosztownego budownictwa murowanego rozwijało się drewniane, a typ 
wieży drewnianej średniowiecznej z hurdycyami u szczytu dotrwał 
do nas w wiejskich tak licznych dzwonnicach, co udowodnił Kazimierz 
Mokłowski. Inkastelacya kościołów powszechną też była w Europie 
w Xin i XIV w., a u nas przedewszystkiem, gdzie tyle było wojen 
i zamieszek. Z powodu nietrwałości materyału obronne części na- 
szych kościołów z wiekami zaginęły, to zaś, co pozostało, należy do 
rzadkości. Częściej znajdujemy tylko okólne mury z wieżami (Tyniec, 
Przeworsk, Mstów, Jarosław, Częstochowa, Sanok, Buszcz), lub wa- 
rowne cmentarze kościelne. Służyły one za schronienie mieszkańcom 
okolicznym. Murowane fortyfikacye w XVI i XVII w. stają się u nas 
coraz częstsze, a wyjątkowy charakter pod tym względem mają cer- 
kwie obronne na Rusi, podobne do istnych zameczków. 

Materyał zebrany przez p. Grzegorza Worobjewa o kościele 
i cmentarzu warownym w Kłeczkowie dał prof. Maryanowi Sokoło- 
wskiemu pole do rozwinięcia tematu tak dla dziejów budownictwa w Pol- 
sce ważnego. Dołączyła się do tego szczęśliwym trafem pracaDra Jana 
Zubrzyckiego o warownym kościele w Bóbrce koło Lwowa, co stanowi 
razem pewną całość uzupełniającą się, godną bliższego poznania. 

Kleczkowo w gub. łomżyńskiej zwraca uwagę badacza kościo- 
łem swym o typie ceglano-gotyckim z końca XV w., który na Ma- 
zowszu rozwinął się pod wpływem budownictwa nadbałtyckiego i krzy- 
żackiego. Konstrukcya naw bocznych tej świątyni dowodzić się zdaje 

Kwartalnik historyciny XXII— 1. ^ 



82 Recenzye i Sprawozdania. 

dawnej obronności, gdyż nad niemi zapewne byty korytarze ze strzel- 
nicami, przy przebudowie dacbn usunięte później. Ściany i sygnaturka 
kościoła są z bloków eratycznych w połączeniu z cegłą wzniesione. 
Pod względem artystycznym godny uwagi jest szczyt gotycki, lasko- 
wany, rzadkiego typu, portal główny i stalle w chórze umieszczone. 
Cmentarz kościelny okala mur fortyfikacyjny z 5 wieżami, z których 
tylko jedna pozostała. Mur ten ze strzelnicami i niszami miał niegdyś 
u szczytu blanki i drewniane galerye, zwane oblankami, tak, że dwa 
szeregi walczących nad sobą mógł chronić. Wieża, zwana obecnie 
„ wikary atką''^ była dawniej bramą wjazdową. Cmentarz ten jest po- 
dobny zupełnie do większości warownych cmentarzy Francyi i Nie- 
miec. Urządzenie tej wieży i murów fortecznych znakomicie obja- 
śniają plany, zdjęte przez p. Szyszkę-Bohusza, a umieszczone w końcu 
tegoż tomu sprawozdań, jako uzupełnienie dość pobieżnych i niedo- 
kładnych zdjęć p. Romanowskiego. P. Szyszko-Bohusz odtworzył pier- 
wotny system oblanków i murów wybornie, co dowodzi jego nie- 
zwykłych zdolności w badaniu zabytków architektury. (Patrz szp. 
CCCXCV-CDm). 

Bobrka koło Lwowa, na pograniczu, narażona stąd była na 
działanie nieprzyjacielskie bezustannie. Kościół jej służył za ostoję 
obronną i zastępował zamek prawdziwy, do czego i położenie samo 
pomogło. To też dochowały się ślady obronności, ujętej w zwięzły 
system. Pod dachem nawy głównej i presbiteryum liczne widnieją 
strzelnice, dostępne ze strychu. Dachy naw bocznych były też dawniej 
w tym celu obniżone; później je nieznacznie podjęto. Sygnaturka 
murowana nad murem dzielącym nawę od presbiteryum, podobnie 
jak w Kłeczkowie, Krośnie, Starym Sączu, Łącku, Bobowy, Środzie 
i Żninie, nosi piętno strażnicy. Wnętrze kościoła przedzielone potę- 
żnymi filarami przyściennymi, dźwigającymi w połowie wysokości 
empory sklepione. Nawy boczne, rozłożone na trzy części oddzielne, 
właściwie nie istnieją, a zastąpione są ową galeryą łącznych empor 
z oknami, które niegdyś służyły za strzelnice. Dr. Zubrzycki dopa- 
truje się w tem analogii z kościołami siedmiogrodzkiemi , których 
warowne urządzenia na trzy grupy rozdziela. Obronność polegała więc 
na szeregu górnym nad nawą i presbiteryum, na emporach i szeregu 
dolnym pod niemi, który musiał mieć strzelnice bezwątpienia. Nie po- 
dzielając wszystkich zapatrywań dr. Zubrzyckiego, tak co do analogii 
z Siedmiogrodem, jak i co do wielkiej starożytności budowy, podnieść 
muszę staranność i jasność jego zdjęć architektonicznych, oraz barwność 
opisu, wybornie przedstawiającą typowego kościoła surowy i poważny. 



ReeeDzye i Sprawozdania. 83 

Prof. Sokołowski kończy to opracowanie cennemi uwagami, 
polemizując chwilami z poprzednim autorem. Drogą subtelnej analizy 
stylistycznej ustala on czas erekcyi kościoła w Bóbrce, odnosząc go 
do trzeciego dziesiątka XYII w. Zbadanie bliższe kościoła w Brochowie 
kolo Czerwińska mogłoby wiele kwestyi w tej mierze objaśnić. Przy- 
pominać ma on bowiem kościół w Bóbrce systemem inkastelacyi, 
a pochodzi z połowy tegoż wieku. Nie mając tu miejsca dla obszer- 
niejszego sprawozdania, muszę ograniczyć się do zwrócenia uwagi 
czytelników na ciekawość przedmiotu, nieporuszonego dotychczas 
w naszej nauce. Należy przytem podnieść, iż prof. Sokołowski w swych 
objaśnieniach daleko sięga poza ramy właściwej kwestyi, dając nam 
rzut oka na trzy typy naszego gotycyzmu, który tak błędnie i bez 
najmniejszej racyi starano się ująć jednem mianem wiślano-bałtyckiego, 
podaje podstawowe wiadomości o układzie cegieł wczesno i późno go- 
tyckim, o wieżach kościołów polskich, o fortyfikacyjnych systemach 
i inkastelacyi. Są one ważnymi przyczynkami do historyi budownictwa 
gotyckiego w Polsce. Szkoda wielka, że autor je zamieścił w luźnym 
artykule, gdzie dla wielu badaczów, a zwłaszcza uczących się, mogą 
pozostać w ukryciu. Dr, Emmanuel Świeykowski. 

Bieliński Józef: Pierwsza akademia le- 
karska w Warszawie. Zarys historyczny. Odbitka 
z „Nowin lekarskich". Poznań 1906, 4® str. 34. 
Autor kreśli starania od początku XVIII w. około założenia szkoły 
medycznej w stolicy, wyliczając usiłowania Lelewela, Mizlera, Ritscha, 
zrealizowane wreszcie w 1789 r. przez lekarza Gagatkiewicza, którego 
szkoła rychło upadła (1793 r.). Autor ustala wiadomości, które nader 
pobieżnie wyłożył Girsztowt (ob. Wykaz szkoły głównej 1865); zbija 
twierdzenie Helbiga o szkole Spaetha, która nigdy nie istniała. Na- 
koniec przechodzi do właściwie pierwszej akademii, okresu jej orga- 
nizacyjnego, gdzie działają szlachetne postacie Dziarkowskiego, Cze- 
kierskiego, Brandta i występuje dzielne poparcie Staszyca. P. B. 
podaje programy, stan wykształcenia młodzieży w instytucyi, której 
otwarcie pod nazwą „wydziału akademicko-lekarskiego^^ miało prze- 
łomowe znaczenie w dziejach medycyny krajowej, znajdującej się 
w rękach szarlatanów cyrulików, przeciw którym odważnie wystąpili 
pionierowie prawdziwej sztuki lekarskiej. Ciekawe są bardzo przemó- 
wienia publiczne (zwłaszcza dziekana Dziarkowskiego), z których 
urywki autor ogłosił po raz pierwszy. Charakterystycznym w nowo 
utworzonej akademii był poziom przygotowania naukowego uczniów ; 



g4 Iteeenzye i Sprawozdania. 

większość nie znała wcale łaciny, a inne ich wiadomości były nad- 
zwyczaj szczupłe. To zmuszało profesorów do wydawania podręczni- 
ków w języku polskim. Autor wylicza owe dzieła, jedne z pierwszĄ'ch 
w nauce polskiej : Dziarkowskiego, Brandta, Freyera, Wolffa, Czeki er- 
skiego i Celińskiego, i ten rozdział (str. 21 — 27) jest najciekawszy: 
znajdujemy tu króciutką ocenę każdego podręcznika, cenne uwagi 
o języku, terminologii, sposobie wykładu danej nauki etc. Dzięki tej 
okoliczności akademia warszawska, choć nie miała tak sławnych 
uczonych, jak wydział lekarski w Wilnie, ale dla polskiej nauki 
lekarskiej zrobiła więcej. Wilno nie mogło pozbyć się łaciny, którą 
uważano jako jedynie uprawnioną w medycynie, a chociaż na kate- 
drach byli sami Polacy, tak wybitni, jak Jędrzej Śniadecki, Rymkie- 
wicz, Porcyanko i w. in., nie pisali po polsku podręczników dla mło- 
dzi, gdyż było mnóstwo kompendyów łacińskich i niemieckich. 

Rychło po otworzenia akademii ciągłe wojny psuły porządek 
zajęć, głównie z powodu dezercyi uczniów do wojska; dopiero po 
wojnach napoleońskich instytucya ta zaczęła rozwijać się bez prze- 
szkód, aż wreszcie złączyła się z nowo erygowanym uniwersytetem 
(1817 r.) jako jego wydział lekarski. Cenna rozprawa p. Bielińskiego 
wydobyła na jaw pełniejszy obraz tej zasłużonej instytucyi. Nadto 
nadmieniamy, że autor, tyle zasłużony na niwie historyi polskiej me- 
dycyny, wydrukował wiele źródeł rękopiśmiennych do dziejów tej 
szkoły w Krytyce lekarskiej 1903 i 1904 r. Ludwik Janowski. 

Bieliński Józef: Stosunki królewskiego 
warszawskiego uniwersytetu z cesarskim 
wileńskim. Z nad Wilji i Niemna. Książka zbiorowa. 
Wilno 1906, str. 110—122. 
Autor poruszył ciekawą kwestyę wzajemnych stosunków dwóch 
bratnich instytutów, z których jeden starodawny, drugi nowopowstały, 
miały wspólne zadanie - nieść przed narodem oświaty kaganiec. 
Stosunki owe nie przedstawiają się wcale jako braterskie. Wprawdzie 
zażądano z Wilna statutów, ale nie wzorowano się na nich w War- 
szawie, lecz ułożono prowizoryczne ustawy, które były poronione, 
a co gorzej, przetrwały jako „tymczasowe" przez cały czas istnienia 
uniwersytetu aleksandryjskiego. Autor przedstawia zabójczy ustrój 
wszechnicy warszawskiej, pozbawionej wszelkiej prawnej podstawy 
i narażonej na matactwa Nowosilcowa, intrygi Szaniawskiego i do- 
nosy prof. Zinserlinga. Przeto niemal rok rocznie na ten bezbronny 
zakład sypie się grad ograniczeń i tamowań wszelkiej swobody, wraz 



Reoenzye i Sprawozdania. 85 

z powiększaniem czeredy policyi uniwersyteckiej, która przepisywała 
nawet akademikom ulice, któremi mają powracać do domu. Katedry 
zapełniano ludźmi nieudolnymi (najwięcej waloru miała protekcya), 
a odrzucono poważne kandydatury z Wilna: uzdolnionego filozofa 
Bychowca i głośnego lekarza Szymkiewicza. Zatem niektóre plebej- 
skie miernoty na katedrach nie wspominają nawet w swych progra- 
matach o pracach uczonych wileńskich. Wreszcie jako curiosum za- 
notować można, iż prowadzono korespondencyę z Wilnem po łacinie, 
poczytując tamtejszy zakład za zagraniczny, bo do uniwersytetu kra- 
kowskiego pisywano po polsku. 

Nie można powiedzieć, żeby autor w tym artykule wyjaśnił na- 
leżycie te stosunki i przedstawił przejrzyście całą kwestyę. Z faktów, 
które przytacza, wypływa, że kierownicy uniwersytetu warszawskiego 
żywili niechęć do liberalnego Wilna, a profesorowie taili zawiść do 
daleko więcej uzdolnionych współzawodników. Słusznem jest przy- 
puszczenie p. B., iż w odrzuceniu urządzeń wileńskich mógł grać rolę 
antagonizm polityczny między ministrem oświaty S. K. Potockim 
i kuratorem Czartoryskim, atoli postępowy prąd w litewskiej wsze- 
chnicy nie mógł być źle widziany u radykalnie nastrojonego księcia 
mówców polskich. Dopiero gdy nastał Grabowski i cała ta czeladź 
ob.-'vurantyzmu, jak się wyraża Br. Trentowski, nie mogło być mowy 
o ogniwach z Wilnem. Zdaje się nam, że inaczej odnosiła się do 
uniwersytetu wileńskiego wyższa władza uniwersytetu warszawskiego, 
a inaczej jego ciało profesorskie. Nie wiemy dlaczego autor pominął 
ciekawy fakt, który podaje Lelewel, iż zwrócono się do Jana Śnia- 
deckiego, aby wskazał uczonych z Litwy, którzyby odpowiadali kwa- 
lifikacyom na profesora. Śniadecki z niewytłumaczonych powodów 
odmówił, co słusznie wyrzuca mu Lelewel: „są tacy młodzi, coby 
mogli w uniwersytecie warszawskim dawać, ale ich Śniadecki albo 
nie zna, albo z dziwnych powodów znać nie chce" (ob. Ldsty do 
rodńny I 281 i por. ważne wzmianki do omawianego tematu str. 
272, 278, 301). Nie rozumiemy, dlaczego autor oprócz Lelewela nie 
wspomniał o innych wychowańcach wileńskich, którzy w uniwersy- 
tecie warszawskim zajmowali posady profesorskie, jak Dzierożyński, 
Fijałkowski, Nowicki, Onoszko, Ustrzycki, Skrodzki, Pawłowicz, Lach- 
Szyrma, Kaczkowski ; czterej ostatni stanowili byli prawdziwą ozdobę 
jego. Chociaż znamy fakty małostkowej zazdrości, ale wiemy też, że 
prawdziwie światli ludzie w Warszawie wysoko cenili uczonych 
z Wilna {Kwart, hist XX, 325). Jako obyczajowy rys przytacza p. 
B. oziębłe przyjęcie prof. Daniłowicza, a można zacytować wręcz 



gg Recenzye i Sprawozdania. 

przeciwny fakt: Andrzejewski opisuje, jak serdecznie przyjmowano 
go w Warszawie i nie znajduje słów dla przychylności profesorów 
Szuberta i Jarockiego {Ramoty Dełiuka III, 247—248). Jeśli były 
objawy ujemne, to często przyczyna leżała w ogólnym stanie kraju, 
reakcya i ucisk pątał wszelki przejaw łączności z Wilnem; dla ludzi 
ostrożnych i bojaźliwych, jakimi byli w większości ówcześni uczeni, 
wszystko mogło zdawać się nielegalnem. Stałych objawów zażyłości 
i przyj acielskości nie było między tymi zakładami, a sporo faktów 
przemawia za niepożądanem odosobnieniem i brakiem poczucia je- 
dności. Wina takowego smutnego zjawiska pada na uniwersytet war- 
szawski i nie wiemy, dlaczego autor w równej mierze przypisuje ją 
i uniwersytetowi wileńskiemu, skoro sam nie obciążył jego postępo- 
wania ani jednym zarzutem ; my zaś, oprócz wspomnianego postępku 
Śniadeckiego, który właściwie ma inny charakter^ nie znajdujemy 
objawów nieżyczliwości uczonych Wilnian do Warszawian. 

Zgadzamy się, że uniwersytet wileński był mniej skrępowany 
od warszawskiego, ale autor zanadto podkreśla ten fakt (str. 117, 
120), tak znacznej różnicy nie było, bo i w Wilnie reakcya srożyła 
się. Okres 1825 — 1831 r. prawie jeszcze nietknięty przez badaczy, 
ale kto przeglądał księgi policyjne (inspektora, podinspektorów, pe- 
delów), łatwo mógł się przekonać, że także w Wilnie były niezmier- 
nie ciężkie warunki dla prześladowanej bez żadnej przyczyny mło- 
dzieży uniwersyteckiej. Ludwik Janowski. 

Chodynicki Henryk: Sejmiki ziem ru- 
skich w wieku XV. Studya nad historyą prawa pol- 
skiego tom in, zesz. 1 str. 119; 8^. 
Okolicznościowy tylko i jednostronny materyał zawierają akta 
grodzkie i ziemskie do sejmików, jak to trafnie zaznacza autor, ro- 
zumując słusznie, że tylko udział sejmiku w sądownictwie i w par- 
tykulamem prawodawstwie zdolne są one jako tako rozświecić. Dzięki 
jednak dobrej metodzie badania znajdujemy w pracy wspomnianej 
zadowalniającą odpowiedź nietylko na wspomniane pytania, ale i na 
wiele innych ważnych pytań dotyczących wzrastającej w siły instytu- 
eyi. Przedewszystkiem trafnem jest odróżnienie sejmików generalnych, 
obejmujących cztery ziemie : lwowską, przemyską, halicką i sanocką, 
od partykularnych w każdej ziemi z osobna obradujących. W pierw- 
szych biorą udział dygnitarze, urzędnicy wszystkich ziem, w drugich 
tylko urzędnicy odnośnej ziemi. Nie zachodzi też pomiędzy tymi 
drugimi a generałem stosunek podporządkowania — autor ma tutaj 



Recenzye i Sprawozdania. g7 

na myśli działalność sądową i prawodawczą sejmików. Również przy- 
jąć można jako pewnik twierdzenie autora, że wojewoda zwo^ywa2 
sejmiki, nie rozumiemy jednak tego faktu w znaczeniu, że wojewo- 
dzie przysługiwało wyłączne prawo zwoływania sejmików i że tylko 
wówczas zwoływał je król, kiedy mu szło o przeprowadzenie na sej- 
miku pewnego wyłącznego celu, jak to utrzymuje autor. Król bo- 
wiem w 1472 r. wyraźnie pisze do Prusaków, że w Polsce prawo 
zwoływania sejmików wyłącznie jemu przysługuje ; sejmiki zwołane 
bez wiadomości króla uznawano za zgromadzenia nielegalne i zwal- 
czano je. Trzeba tedy przypuścić, że jakkolwiek wojewoda zwoływał 
sejmiki to nie czynił tego bez zezwolenia lub wiadomości królew- 
skiej. Świadectwa o zwoływaniu zawarte w aktach wcale nie wyklu- 
czają takiego rozumienia rzeczy; raz pisano de mandato regio^ to 
znowu %%aeta significationem palatini, pierwsze obejmowało i drugie, 
t. j. wyznaczenie terminu przez wojewodę, w drugim przypadku na- 
leży przypuszczać, że pozwolenie króla poprzedziło wyznaczenie sej- 
miku. Znajdujemy dalej trafne określenie składu sejmików, a niezna- 
czne korzystanie ziemian z praw brania w nich udziału tłumaczy 
autor tem, że ogół szlachecki przygotowywał się dopiero do życia 
publicznego. Możnaby zauważyć, że kresowe położenie ziemi, trudność 
komunikacyi, obawa przed najazdami, trwogi tatarskie hamowały ró- 
wnież udział szlachty w życiu sejmikowem, bo tak się działo nawet 
w XVn w., kiedy rozwój życia parlamentarnego w najwyższym był 
rozkwicie. Z dygnitarzy biorą w sejmikach udział: arcybiskup lwo- 
wski i biskupi i naj główniej sza osoba zjazdu, kierownik obrad, woje- 
woda ruski, kasztelanowie, podkomorzy, starostowie, sędzia i podsę- 
dek i inni urzędnicy. Na czele partykularnych sejmików stoi kaszte- 
lan odnośnej ziemi. Sędzia lub podsędek zazwyczaj są obecni z aktami 
spraw sądowych, które na sejmiku czy to generalnym czy partyku- 
larnym rozstrzygać miano. W razie bytności króla odbywa się ogólna 
remisy a spraw sądowych na sąd królewski, w którym zapewne zasiadali 
najwybitniejsi uczestnicy sejmiku. 

Ponieważ sądy tak grodzkie jak i ziemskie udają się do sejmi* 
ków z pytaniami dotyczącemi przewodu sądowego, przeładowanego 
formalistyką lub w niedostateczności ustawy ogólnej państwowej żą- 
dały objaśnień lub rozstrzygnięcia, wynikło z tych źródeł interro- 
gacyi prawodawstwo partykularne sejmików. Zresztą, jak w ogólno- 
ści w ziemiach, w których się zarysował silnie partykularyzm, te 
odrębne warunki miejscowe powołują sejmik do urządzeń różnych 
stosunków z dziedziny prawa formalnego. Odrębne warunki ziemi 



88 Recenzye i Sprawozdania. 

halickiej powołują do życia prawodawstwo partyknlame celem unor- 
mowania stosunków ludności wieśniaczej, chociaż zresztą dążność do 
uregulowania stosunku pana do poddanego jest powszechną w zie- 
miach ruskich, czego dowodem uchwały sejmiku sanockiego. Uchwały 
z dziedziny prawodawstwa partykularnego zapadają zarówno na sej- 
mikach generalnych jak i partykularnych i trafnym jest sąd autora, 
że w drodze zwyczaju uzyskały sejmiki generalne w tej dziedzinie 
przeważny wpł^^w na całą Ruś, że jednak nie hył on tak silnym, hy 
uniemożliwić działalność na polu prawodawstwa partykularnego sej- 
mików partykularnych. To samo można powiedzieć o władzy sądo- 
wej sejmików partykularnych. 

Jako wyższa instancya sądowa wyrokuje sąd sejmikowy prze- 
ważnie w procesach, w których obwiniano szlachtę o występki pla- 
miące cześć szlachecką lub gdy naganiano szlachectwo, w ogóle zaś 
rozstrzyga sprawy większe o dobra ziemskie, o większe sumy pie- 
niężne, rzadziej z odwołania od sądów grodzkich, częściej od ziem- 
skich. Czasami wykonywał sejmik czynności w zakresie jurysdykcyi 
niespornej, a wielką rolę odgrywał jako wykonawca sądownictwa po- 
lubownego, co słusznie uważa autor jako dowód, że wielką powagą 
cieszył się sejmik na Rusi. Wyjątkowo tylko wykonywa sejmik prawo 
inhibicyi przysługującej królowi. Sejmik nie odsyła nigdy sprawy mu 
przedłożonej napowrót sądom do rozstrzygnięcia, natomiast odsyła je 
czasami do sądu królewskiego. Wobec osłabionej w całej Polsce dzia- 
łalności wieców, a pewno i z powodu składu wieców, udaje się szla- 
chta z procesami częściej przed sejmiki aniżeli przed wiece. Mimo 
to sejmik nit zdobywa sobie w dziedzinie sądownictwa samoistnego 
stanowiska, rozstrzyga tylko jako wyższa instancya w sprawach za- 
wiłych, gdzie potrzeba było głębszej informacyi ; nie był nawet in- 
stancya sądową we właściwem tego słowa znaczeniu, w ściśle okre- 
ślonych ramach, jak n. p. wiece, chociaż na polu interrogacyi czyli 
wyjaśnień prawodawczych zażywał na Rusi większej powagi aniżeli wiec. 

O innych stronach działalności sejmikowej autor nic nie mówi 
z powodu braku źródeł. Szkoda jednak, że nie wciągnął do zakresu 
swych badań dwóch pozytywnych wiadomości o sejmikach ruskich, 
a mianowicie o sejmiku lwowskim z 1438 r., tudzież wiśnieńskim 
z 1451 r. {Cod. epist. II, nr. 250, ibidem I, 2, nr. 109). W szcze- 
gólności uchwały lwowskiego sejmiku zasługują na uwagę, gdyż nie 
tylko że także ziemia podolska udział brała w zjeździe, lecz także 
uchwała jest dziwną: uchwalono tutaj objąć w swe ręce adrainistra- 
cyę poborów królewskich na Rusi i poruczono zarząd skarbowości 



Recenzye i Sprawozdania 89 

wojewodzie Rusi i podkomorzemu przemyskiemu. Uchwały wiśnień- 
skiego sejmiku z 1451 r. świadczą, że przedmiotem obrad sejmiko- 
wych były sprawy ogólno-państwowe. I tak rozchodziło się w 1451 
r. o porozumienie się z Litwinami; sejmik wiśni eńsk i zgadza się tedy 
na odbycie zjazdu z Litwą w Brześciu Litewskim. Żądano od sej- 
miku wysłania kilku dygnitarzy na sejmik generalny do Korczyna; 
z Wiśni odpowiedziano, że wobec zubożenia z powodu napadów ta- 
tarskich i Wołoszy nie wyślą żadnego z dygnitarzy do Korczyna, 
natomiast żądają sami pomocy przeciw Tatarom. Ale co najważniej- 
sza, sejmik nie godzi się, by senatorowie koronni bez wiadomości 
stanów ruskich proponowali królowi kandydata na arcybiskup stwo 
lwowskie i zastrzega sobie wyraźnie, by arcybiskupowi lwowskiemu 
drugie miejsce w senacie, t. j. po prymasie, zawsze przysługiwało. 

W ogólności młody autor wzbogacił znacznie wiadomości nasze 
o sejmiku na Rusi w XV wieku ; sąd jego jest trafny, rozumowanie 
jasne, zalety, które tem bardziej podnieść należy, że przedmiot był 
trudny, że sam wszędy zwycięsko torował sobie drogę i że wysnuł 
z suchych zapisek sądowych rezultaty, które nauka uzna i przyjmie 
jako ważny przyczynek do historyi wczesnego naszego parlamenta- 
ryzmu. A. Prochaska. 

Smoleński Władysław: Szkice z dziejów 
szlachty mazowieckiej. Kraków 1 908, nakład au- 
tora, str. 160, 8®. 
Zaznaczam z góry, wyręczając w tym względzie autora, że 
Szkice nie obejmują dziejów całej szlachty mazowieckiej, ale, że I" 
odnoszą się terytoryalnie do pogranicza północno-wschodniego Ma- 
zowsza, sąsiadującego z Prusami i Litwą^ 2® zajmują się tylko dro- 
bną szlachtą mazowiecką, która mimo swej liczebnej przewagi, prze- 
cież pojęcia szlachty mazowieckiej nie wyczerpuje. Przypuszczam, że 
do podjęcia tej pracy skłonił autora interes nie tylko czysto nau- 
kowy, ale także w pewnej mierze osobisty. W tej drobnej szlachcie 
pogranicznej niejednokrotnie spotykamy się z nazwiskami: Smoleń- 
skich, Grabieńskich, Paprockich i t. d., rodów silnie skoligaconych, 
a zamieszkujących ziemię zawskrzyńską. Spostrzeżenie to służy mi 
do zrobienia uwagi, iż autor w swej pracy o tyle zasięgał wiadomo- 
ści rękopiśmiennych, o ile one dotyczyły powiatów, zamieszkałych 
przez wspomniane rody. Tak n. p. ustęp p. t.: ,. Ubóstwo i dzikość 
obyczajów" osnuł autor na księgach sądowych powiatów: niedzbor- 
skiego i mławskiego, należących do ziemi zawskrzyńskiej, w której 



90 Receiizye i Sprawozdania. 

Smoleńscy i pokrewne im rody by^y rozmnożone. Z tego oczywiście 
wychodzą dwa wnioski: pierwszy, że ogólny ustęp „Ubóstwo i dzi- 
kość obyczajów" oparty jest na materyale ułamkowym, który co 
najwyżej może służyć jako przykład ; wniosek drugi, już wspomniany, 
że materyał rękopiśmienny, niedrukowany, wyjątkowo tylko zużyty 
został do opracowania. Wszędzie zresztą korzysta autor z opracowań 
i źródeł drukowanych; z tych ostatnich posługuje się także herba- 
rzami, szczególnie herbarzem Kapicy Milewskiego. 

Ramy chronologiczne, w których pomieszczone zostały Szkice^ 
są bardzo szerokie; autor obraca się w okresie czasu, rozpoczynają- 
cym się z końcem XIV wieku, a kończącym się ze schyłkiem Rze- 
czypospolitej. Punktem wyjścia jest kolonizacy a pogranicza mazowie- 
ckiego, zaczem ziem: wiskiej, łomżyńskiej, nurskiej, liwskiej, ciecha- 
nowskiej i zawskrzyńskiej. Autor przyjmuje rozpowszechnione twier- 
dzenie, jakoby zaludnienie tych stron nastąpiło dopiero po unii pol- 
sko-litewskiej, gdyż przedtem proces ten nie mógł mieć miejsca z po- 
wodu ciągłych napadów pruskich i krzyżackich z jednej, a Jadźwin- 
gów i Litwinów z drugiej strony. Twierdzenie to uzasadnia autor 
może do zbytku doprowadzonymi cytatami w tekście, a świadczą- 
cymi, że rzeczywiście w okresie XV w. nastąpiło liczne rozdawnictwo 
ziemi w tych stronach przez książąt mazowieckich. Na ogół w pierw- 
szej połowie XV w. rozdali książęta w ziemi wiskiej, łomżyńskiej, 
nurskiej przeszło 2.000 łanów pod osadnictwo. Nie jest to liczba 
zbyt znaczna, ale nie jest też dokładna, jeżeli się uwzględni, że autor 
dochodzi do niej jedynie na podstawie drukowanych zapisek w her- 
barzu Kapicy Milewskiego, w kodeksach Dogiela i ks. mazowieckiego. 
Zapewne więc w rzeczywistości kolonizacya miała większe rozmiary 
w XV w., ale chyba nie była ona jedyną przyczyną rozrodzenia się 
szlachty w tych okolicach. Dlatego zdanie autora o okresie przed- 
uniowym (str. 44), jako o okresie pustki na kresach, wydaje się nieco 
przesadzone. Uwzględniwszy bowiem nader silną kolonizacyę w XV 
w., trudno przypuścić, aby ona już z końcem tego wieku (patrz str. ' 
36 i następne) doprowadziła do rozdrobnienia własności szlacheckiej 
do tego stopnia, że na jednem dziedzictwie siedziało kilkunastu współ- 
właścicieli. Rozrodzenie szlachty w stosunku do tak małego okresu 
czasu nie mogło być jedyną przyczyną tego stanu rzeczy, ale właśnie 
ta okoliczność, że ziemia w większej części była już osiedlona. Tru- 
dno zaś przypuścić, aby osadnictwo gęste było wytworem jednora- 
zowej akcyi; stąd też nie można twierdzić, że jego początkiem okres 
uniowy. Właśnie co do tego okresu przed unią potrzebneby było 



Recenzye i Sprawozdania. 91 

ściślejsze zbadanie, jak się przedstawiahy^ stosunki osadnictwa na kre- 
sach mazowieckich, h j powoływanie się na przygodne zdania pisarzy, 
choćby nawet Pawińskiego i prof. Wojciechowskiego, nie wystarcza 
z tego właśnie względu, że rzecz ta dotychczas dokładnie nie zba- 
dana. Jeden tylko dokument Konrada z r. 1203 dla biskupstwa pło- 
ckiego świadczy o istnieniu osad w tych stronach i to zamieszkałych 
zarówno przez rycerzy jak i wieśniaków ^). Wynika więc z tego, iż 
mimo puszcze, bagna i lasy, mimo napady sąsiadów osadnictwo 
w tych ziemiach nadgranicznych musiało istnieć, zanim z przyczyn, 
zdaje się, polityki finansowej rozdrobnionych książąt mazowieckich, przy- 
brało znaczniejsze rozmiary w XV w. Wiadomo bowiem powszechnie, 
że wiek XV zaznaczył się w całej Polsce zwrotem do intenzywnego 
wyciągania korzyści z ziemi za pomocą t. z. gospodarstw folwarcznych. 
Że książęta mazowieccy dla zysków materyalnych spotęgowali 
kolonizacyę, przyznaje to sam autor (str. 45), przyczem dodaje, że 
nie chodziło wcale o usługi rycerskie. Temu ostatniemu twierdzeniu 
przeczy to, co autor mówi na str. 29, t. j. że darowizny w ziemi 
czynione były za zasługi urzędnicze i wojskowe, wreszcie okoliczność, 
przez autora niewyjaśniona, że darowizny sporządzane były pod wa- 
runkiem rezydencyi obdarowanego na ofiarowanym gruncie. Z tego 
właśnie zdaje się wynikać, że chodziło o przymioty podmiotowe ob- 
darowanego, zatem o usługi, których w tych czasach najpowsze- 
chniejszym wyrazem były : służba dworska i wojskowa. Przypominam 
też zdanie autora (str. 45): „wymiar dziesięciu łanów, stanowiący 
normę nadawczą, odpowiadał nietyle sile roboczej jednostki ludzkiej, 
ile możności pełnienia posługi wojennej w przepisanym 
rynsztunku". Zdanie to właśnie popiera przeciwny wniosek, niż ten, 
do którego autor doszedł. Tutaj też zaznaczam, iż w wyliczonych 
(str. 32) ciężarach powszechnych na rzecz księcia domagają się ob- 
jaśnienia takie powinności, jak: grocz, sron, swacyrba. 



') Kod. dypL ks. maz. str. 337 (w dodatkach). Że kresy nie były taką 
pustką, dowodem ziemia chełmińska, stanowiąca pogranicze między Mazo- 
wszem a Prusami, zasiana tak silnie osadami, że w znanym układzie Kon- 
rada ks. maz. z biskupem pruskim Chrystyanem z r. 1222, tenże biskup Chry- 
styan otrzymuje 100 wsi w Chełmińskiem (Philippi: Preussisches Urkunden- 
buch T. I, str. 27, Nr. 41). Jeszcze wyrażniejszem świadectwem zasiedlenia 
ziem granicznych mazowieckich są słowa dokum. papieża Grzegorza IX z r. 
1232 (1. c. str. 66, nr. 87), w którym powiada, iż z listów ks. mazowieckiego, 
włocławskiego i wrocławskiego dowiedział się, „quod pagani Pruteni.. ultra 
decem milia villarum in Pruscie confinio positamm, claustra et (^cclesias plu- 
rimas combusserunt". 



92 Receuzye i Sprawozdania. 

Pierwsze ustępy, dotyczące stosunków osiedlenia na pograniczu 
mazowieckiem, roją się od nazw, cyfr, cytatów, przez to wymagają 
ogromnego skupienia uwagi ; następuje szereg ustępów, dających cha- 
rakterystykę tej drobnej szlachty mazowieckiej. Widzimy jej ubóstwo, 
mało różniące ją od stanu chłopskiego, widzimy jej „prawem i le- 
wem", odczuwamy jej ucisk nie ze strony „możno władco w", jak chce 
autor, ale ze strony urzędników miejscowych wywierany, a zarazem 
spostrzegamy, jak ustawy sejmowe brały ją w opiekę przez regulacyę 
opłat, przez sprawiedliwsze nakładanie podatków, co oczywiście od- 
nosiło się do całej wogóle drobnej szlachty. To jest jej życie i kło- 
poty domowe. Jakże ta szara masa wygląda w życiu publicznem ? 
Autor pokazuje nam ją na szeregu sejmów elekcyjnych, począwszy 
od interregnum po Zygmuncie Auguście. Przyjeżdżała masowo, czę- 
stokroć i przeważnie ^na kiju", przywoziła ze sobą ślepe przywią- 
zanie do religii przodków i gorącą nienawiść do Niemców. Na tych 
słabych stronach masą silnej szlachty grały spierające się o kandy- 
datów do tronu stronnictwa. Nie wiedzieć, czy się śmiać, czy ubo- 
lewać, widząc tę rzeszę szaraków, dufnych w swą równość szlache- 
cką, a wodzoną na pasku przez ambitnych działaczy politycznych. 
Kandydaci do tronu zyskują u tej szlachty dobrą opinię, jeśli twarz 
mają gładką i poczciwą, jeśli robiony cud w czasie mowy, wychwa- 
lającej kandydata, okaże się w formie śpiewającego skowronka lub 
białej jaskółki. Ci Mazowszanie, głaskani w razie potrzeby przez ma- 
gnatów pochlebstwy i podarki, haóbiąco w innych okolicznościach 
są traktowani. 

Ten stan rzeczy, wywołany niczem innem, jak ubóstwem, jest 
wyrazem poniżenia, do jakiego nędza doprowadza. Mówi o tem 
wszystkiem autor bez obsłonek, przytaczając dowody i innych ułom- 
ności, jak n. p. obżarstwa. Pogodniejszą nieco stronę tego obrazu 
stanowią błyski humoru mazowieckiego; nie jest to jednak humor 
ludzi zadowolonych, owszem cierpkie spostrzeżenia, szydercze na- 
trząsanie się z ubóstwa, sprawiają, że ten humor, acz często dowci- 
pny, jest jeszcze częściej zjadliwy, jak u człowieka, któremu zawsze 
wiatr w oczy wieje. 

O tle, na którem autor szlachtę mazowiecką przedstawił, t. j. 
o elokcyach i sejmach elekcyjnych, nie mam nic do zauważenia. 
Szczegółów nowych nie znajdziemy w tym przedmiocie ; autor opiera 
się na kronikach, listach, mowach dobrze znanych, zaczem do no- 
wych rezultatów nie dochodzi, natomiast materyał ten bada w spe- 
cyalnym kierunku, mianowicie w kierunku poznania roli drobnej 



Receiizye i Sprawozdania. 93 

szlachty mazowieckiej na tych zjazdach. Sądzę, 2e powyżej wyrażony 
sąd ogólny w tym względzie zgadza się z szczegółami podanymi 
przez autora. 

Z przyczyny rozdrobnienia i ubóstwa szlachty mazowieckiej 
wyniWa emigracya (ustęp V), która trwa nieprzerwanie przez XVI 
i XVII wiek. Pudlasie, ziemia sandomierska, lubelska i ziemie ruskie 
zaludniają się Mazowszanami. Są to rzeczy ogólnie znane, szczegó- 
łowiej ich autor nie przedstawia. Mniej może znane są szczegó^y 
o stanowisku tej szlachty w XVIII w. (ustęp ostatni). Na ostatnich 
sejmach Rzeczypospolitej r. 1789, 1791 miała ona obrońców i prze- 
ciwników, były bowiem głosy (biskup Krasiński i Sołtyk) za ograni- 
czeniem jej udziału czynnego w sejmikach, na których właśnie ten 
tłum drobnej szlachty za machinacyą intrygantów politycznych prze- 
szkadzał dojściu do dojrzałości najlepszym sprawom. Na sejmie po- 
stanowiono, że tylko szlachta: niepossesyonaci i czynszownicy ograni- 
czeni zostali w swem prawie do udziału w sejmikach. Że ta szlachta 
tak była lekceważoną, w wielkiej mierze ciemnocie jej przypisać mo- 
żna. Rollegiów na Mazowszu zaledwie sześciu się autor doliczył, 
a i te przygodnie, jak twierdzi, uboga szlachta odwiedzała. Celem 
wykształcenia było : zostać księdzem, zresztą większych aspiracyi nie 
było, jak też nie było środków do żywienia takich aspiracyi. Dopiero 
pod koniec Rzeczypospolitej inicyatywa prywatna (Sołtyk) i publiczna 
komisyi edukacyjnej starała się temu brakowi zapobiedz przez danie 
taniej nauki i zakładanie konwiktów. 

Szkice dają wiele ciekawych szczegółów ; jedynym ich brakiem 
jest to, że są szkicami. Gdyby autor dokonał pełniejszego obrazu 
dziejów szlachty mazowieckiej, sprawiłby niewątpliwie sobie, jako 
zamiłowanemu w przeszłości Mazowsza, wielką satysfakcyę, zaś wiedzy 
historycznej nowy, wdzięczny upominek. Abdon Kłodziński. 

Brtickner Aleksander: Różnowiercy pol- 
scy. Szkice obyczajowe i literackie. Serya I. 
Warszawa 1905, stron III i 290. 
Autor szkiców dotyczących polskiego różnowierstwa rozporządza 
tak wyjątkową erudycyą, obraca się tak swobodnie w dziejach da- 
wnej literatury, że sprawozdawca ma zbyt małe pole do uwag i może 
tylko zalecić każdemu miłośnikowi przeszłości, by starał się zrozu- 
mieć, ile w tem polskiem różnowierstwie materyału do badań się 
mieści, ile pożądanego światła rzuciłyby na literaturę specyalne stu- 
dya poświęcone przynajmniej wybitniejszym różno wiercom. I słu- 



94 Recenzye i Sprawozdania. 

sznie biada najznakomitszy ich znawca nad zapomnieniem o nich, 
gdy tymczasem obcy zagarniają sferę należącą do polskich nczonych. 
Niedawno wydal Dalton nowy tom listów Łaskiego, Kruschke intere- 
suje się aryaństwem, Wotschke również nie zasypia na laurach i do 
dawnych prac dodaje nowe o Lutomirskim, Threciuszu i innych. Do- 
wodzi ten ruch nadzwyczajnego zajęcia się ruchem reformacyjnym, 
które u nas objawia się słabo. Prof. Brtlckner przeznacza swe szkice 
41a szerszej publiczności, nie zapomina jednak o bibliografii, rzuca 
uwagi, które wskazać mogą drogę dla mniej wtajemniczonych i uła- 
twić zadanie niepospolicie. 

Rozpoczyna szkice rzecz o Łaskim, która jest zupełnie na cza- 
sie. Artykuły Walewskiego i Zakrzewskiego są mało dostępne dla 
czytających, studya Daltona i Pascala odstraszają rozmiarami i pisane 
są w obcych językach. Tu mamy zebrane wszystko, co uwypukla tę 
postać doniosłą w dziejach naszego ruchu reformacyjnego, co składa 
się na życiorys nader wzruszający i pełen epizodów najbardziej tra- 
gicznych. Trzeba podziwiać zwięzłość, z jaką autor odtwarza kolejno 
najważniejsze epizody, jak studya zagraniczne, lata poświęcenia dla 
brata Jarosza, wyjazd za pozwoleniem króla do Frankfurtu, gdzie 
zaczyna się już nowe życie, komedya krakowska z przysięgą, która 
bądź co bądź wydaje się wprost niezrozumiałą. Erudycyę i zdolności 
byłego archidyakona warszawskiego, który zerwał z katolicyzmem, 
wyzyskiwali obcy, najbardziej zaważyły one w rozwoju pojęć reli- 
gijnych angielskich tych lat. Szczęście nie służyło jednak reformato- 
rowi; wygnany z Anglii, prześladowany przez lutrów w Niemczech, 
znajduje dopiero nieco spokoju w Polsce, dokąd przybył zniszczony 
już fizycznie, by wcześnie odumrzeć rozpoczętego dzieła. Jego po- 
waga jednak sprawia, że odepchnięto stankaryanizm od bram Piń> 
czowa, który stał się ogniskiem ruchu, że potępiano serwecyanizm, 
który zaglądać począł i do nas. Wahający się król dojutrek zawiódł 
jednak zupełnie, tern gorliwiej pracował Laski nad wewnętrzną orga- 
nizacyą wyznania, gdzie czuć jego ducha, znać wpływ jego pojęć, 
przechylających się wyraźnie na stronę konfesyi szwajcarskiej. I może 
najlepiej byłoby zakończyć rzecz o nim słowami mówcy pogrzebo- 
wego Statoriusa, że jego służbą stał zbór małopolski ^). Że nie miał 
jednak Łaski szczęścia, dowodzi też prędkie odstępstwo od jego wy- 



*) In clarissimi viii Joannis a Lasco Poloniae Baronis obitum funebris 
oratio conscripta et habita a Petro Statorio. Impressum Pinczoviae in officina 
Danielis Łancicii A. 1560, fol. B, 



Recenzye i Sprawozdania. 95 

znama nie tylko samego Statoriusa, który przeszedł do serwecyan, 
ale i Yriększości otaczających reformatora ministrów. 

Stało się to wnet po jego śmierci, która nie przyszła wcześnie, 
skoro rozłam objawił się tak prędko i doprowadził do rozbicia zboru 
na dwa zaciekle zwalczające się obozy. Przeszedł też do nowego 
Krowicki^ któremu poświęca prof. Brtickner szkic następny. Ma on 
zakrój swobodnego opowiadania, które uwydatnia postać bardzo cha- 
rakterystyczną. Czyta się go jak powieść, która oparta jest przecież 
tylko na dokumentach. Pełno tu momentów nader jaskrawych, pisma 
reformatora poddane są ocenie treściwej i ubarwionej bardziej ude- 
rzającymi wyjątkami. Prowadzą nas one do aryan, którzy są pojęci 
głęboko, przedstawieni z właściwą autorowi żywością i temperamen- 
tem. Pierwszy to raz wystąpili oni w takiem oświetleniu, gdyż prace 
dawniejsze, z wyjątkiem może Focka, były raczej spisami bibliogra- 
ficznymi, dotykały głównie strony dogmatycznej. Tu raz pierwszy 
widzimy ludzi prawdziwych a wydobytych z sumiennego oczytania 
w literaturze aryańskiej. Głęboko wzruszają nas owe konflikty we- 
wnętrzne, które wywoływa polemika teologiczna, owe odkrycia gorą- 
cego serca i rozległej inteligencyi u tych, którzy dotąd byli dla nas 
jakby nieznani, choć stanowią chlubę polskiej kultury w chwili, gdy 
kraj przedstawiał skądinąd widok najsmutniejszy. Materyał był zbyt 
obfity, dlatego autor wspomniał o jednych, o drugich rozwiódł się 
dłużej. Wymienił źródła aryaóstwa, uwydatnił jego początki, określił 
początkową konfuzyę, która wiele złej sławy aryanom przyniosła. Za 
zasługę poczytać mu należy, że przytoczył obszerny ustęp z świetnego 
dzieła Budnego o urzędzie miecza, o którem wieść tylko chodziła, 
że istnieje. Chciał dać tu próbkę dysputy religijnej, których było 
tyle, że przykładami bardzo zajmującymi dałoby się wypełnić tom 
cały. W szkicach o aryanach znajdujemy mnóstwo najwięcej chara- 
kterystycznych szczegółów, które podnoszą urok opowiadania. I znów 
Budny dostarczył cennego wątku dla odtworzenia wewnętrznych sto- 
sunków zboru, potem apostata od aryaństwa Wilkowski, którego wła- 
sny ojciec w przejmującym swą treścią liście potępił. Autor nie omi- 
nął żadnej krańcowości, by oświetlić rzecz wszechstronnie, te zalety 
ma zwłaszcza rzecz o Czechowicu, który pokazany jest z trafnością 
niezrównaną. Wiele szczegółów tu sprostowano, niektórych aryaii, 
których nie wymienia ani Sandius ani Bock i Lauterbach, wymieniono 
umyślnie, by zwrócić na nich uwagę. Nie mam nic przeciwko ocenie 
literackiej wartości Czechowica; zadziwiła mnie tylko okoliczność, 
że autor mówi o świadectwie Czechowica o Wojciechu z Kalisza, 



96 Recenzye i Sprawozdania. 

którego Czechowic broni od zarzutu autorstwa sJynnego pamfletu 
przeciw Jezuitom, a sam za dr. Zdziarskim przyznaje to autorstwo 
rektorowi lewartowskiemu. Mojem zdaniem, pamflet wyszedł z kuźni Xie- 
mojewskiego, któremu mogli pomagać Czechowie Wojciech z Kalisza. 
Kto zna pisma Niemojewskiego, a jeszcze bardziej ciętą odpo- 
wiedź Czechowica Wujkowi, może dojść do przekonania, że bakałarz 
le warto wski, władający dzielnie łaciną, mógł wygładzić styl kory- 
feuszów lubelskiego zboru, ale sam -podobnej filipiki stworzyć nie 
mógł. Zapierał się jej zresztą na dyspucie z Jezuitami, pióra głównie 
Czechowica zdaje się być także odpowiedź Jezuicie Lansowi na 
jego odparcie zarzutów szlachcica polskiego, która znajduje się w wro- 
cławskiej bibliotece miejskiej, a co do której dr. Zdziarski, tak zawsze 
dobrze poinformowany, uroczyście zapewnia, że jej niema. Wyjątkami 
z pamfletów na aryan kończą się szkice, których wartość nie jest 
niższą od innych prac autora. Talent pisarski, tak niezbędny u uczo- 
nego nawet tej miary, jaśnieje tu w całej pełni i przenika karty rzu- 
cające wiele światła na ludzi i rzeczy, o których w kraju zaponmiano, 
by zostawić wolne pole obcym i przystępującym do zadania z in- 
tencyami może niezbyt odpowiadaj ącemi potrzebom i pojęciom ogółu. 

Dr. Tadeusz Grabowski. 

iMonografia XX. Sanguszków (sic) oraz 
innych potomków Lubarta-Fedora Olgerdo- 
wicza X. Ratneóskiego. Tom. I. opracował Z. L. 
Radzimiński, str. XI. 535; tom III. opracował Bron. 
Gorczak, str. 327, 4<>. Lwów 1906. 

Dwa duże tomy razem o 862 stronicach druku, z mapami dóbr 
Sanguszków koszyrskich i kowelskich, z portretami Aleksandra, An- 
drzeja i Fedora, linii koszyrsko-niesuchojeskiej, Zofii z Hołowczyń- 
skich, żony Hrehorego Sanguszki i jej syna Adama, wojewody wo- 
łyńskiego z linii koszyrskiej, z faksimilem dokumentu z 1433, zawie- 
rającego zeznanie Sanguszki, protoplasty rodu, z licznemi tablicami 
genealogicznemi potomków tak Sanguszków jako też i spokrewnionych 
z nimi rodów, oto dzieło, którem obdarzają nas dbały o historyę 
swego rodu nakładca książę Roman Sanguszko i dwaj historycy rodu 
zasłużonego w dziejach. Pierwszy tom w opracowaniu p. Z. L. Ra- 
dzimińskiego zawiera życiorysy potomków księcia Fedora, praojca 
rodu, tak szczęśliwie przez Wolffa odkrytego brata króla Władysława 
Jagiełły, a więc książąt Kobryńskich, Krośniczyńskich, wreszcie San- 
guszków na Ratnie i Koszyrze, a mianowicie linii koszyrsko-niesu- 



Recenzye i Sprawozdania. 97 

ehojeskiej, Andrzeja, marszałka wojskiego, fundatora linii niesu- 
chojeskiej i jego dzieci. Trzeci tom obejmuje biografie descendentów 
młodszego brata tegoż Andrzeja, Michała, praojca linii koszy rskiej, 
która wymiera z Adamem, wojewodą wołyńskim. Dalszy ciąg rysu 
linii koszyrsko-niesuchojeskiej będzie się mieścił w tomie II, po 
którym nastąpią dalsze, mające nam przedstawić życiorysy linii ko- 
welskiej dziś żyjącej. 

Już pobieżny rzut oka na zawartość dzieła poucza, że mamy 
przed sobą pracę poważną, której wyniki nie tylko genealogów obcho- 
dzić będą. I nie dziwna, wszakże członkowie tego rodu wybitną nie- 
raz odgrywali w dziejach rolę, wysokie zajmowali stanowiska jako 
wojewodowie, marszałkowie, hetmani ; byli dzielnymi organizatorami, 
wielkimi gospodarzami i wodzami , a przedewszystkiem niezrówna- 
nymi jednaczami Polaków i Rusi. Mieszkają na rozgraniczu dwóch 
prądów często ścierających się, jednego wiejącego z zachodu od 
Krakowa, a drugiego idącego od Wilna, a kolebka ich, Ratno, jest 
już od czasów Kazimierza Wielkiego przedmiotem sporów między Polską 
a Litwą. Możnowładcy, posiadali bowiem większą część powiatu 
włodzimierskiego, obszaru przeszło 64 mil kwadratowych (sam Kamień 
koszerski i Niesuchojeże przeszło 38 mil kwadratowych) stawiali oni, 
jak ów Lew Koszerski, przyjaciel Romana, hetmana, 141 koni na 
wojnę (II, 144), liczyli na dworze swym 9 komorników, 4 piszczyków, 
4 kucharzy, 2 kuchtów, 4 piekarzy, 3 masztalerzy, 4 woźnic, 5 my- 
śliwców, 4 pacholąt, 32 służebników, o których to wszystkich pa- 
miętają dobrze i w chwili zgonu pozostawiają im za wierne służby 
po sobie wdzięczną pamięć. Na szerokiej podstawie powzięte badania, 
(autorowie bowiem prócz rodzinnego archiwum książąt w Sławucie^ 
wciągnęli do badań swych archiwum Metryki litewskiej, archiwa po- 
krewnych rodów, jak przedewszystkiem Czartoryskich, Radziwiłłów,, 
dalej archiwa grodzkich i ziemskich aktów, jak wileńskie, kijowskie, 
lwowskie, oprócz innych wielu prywatnych i wszystkich nowszych 
publikacyi), dają nam poznać nie tylko dwór tych możnych, nie tylko 
ich gospodarczą rękę na wielkich przestrzeniach, ale ich życie do- 
mowe, ich wychowanie, zasady, jakiemi się kierowali w sprawach 
publicznych i prywatnych^ widoczne nawet w aktach fundacyjnych, 
kiedy taki Adam, wojewoda wołyński, przestrzega swoich sukcessorów, 
aby podawali na fundowane przezeń probostwo „osoby szlachectwem 
polskiem nigdy dla Chrystusa nie nadęte^. Poznajemy głównie ludzi 
miecza, wojowników kresowych, ustawicznie usługę pełniących i gi- 
nących w bojach z Tatarami, jak ów Roman w 1516, przezornych 

KwutalBik Idftoryesny XXU-1. 7 



98 Receuzye i Sprawosdania. 

senatorów, jak owego Andrzeja, marszałka ziemi wołyńskiej, lub syna 
jego Fedora, starostę włodzimierskiego, ale nadto i bogobojne nie- 
wiasty, jak Aleksandrę, córkę ks. Hrehorego, Klaryskę lwowską, zmarłą 
1625 in odore sancłitatis. Także i partykularyzm litewski znajduje 
tutaj ilustracyę w opisaniu stosunku np. ks. Fedora do króla Zygmunta 
Augusta, niemniej jak i w owych godach weselnych siostrzenicy Fedora, 
Hanny Bohuszówny z Stanisławem Tenczyńskim. Co do rezultatów 
głównego przedmiotu, tj. genealogii rodu, to z wyjątkiem początko- 
wych dat, dotyczących synów i wnuków Fedora Olgierdowicza^ o czem 
jeszcze niżej wspomniemy, niema zasadniczych różnic z wynikami 
w znanem dziele Wolfifa Kniaziowie litewsko - ruscy. Są chyba 
uzupełnienia dat, dalej porządku starszeństwa lub ustalenie dat śmierci 
niektórych członków rodu. Zresztą nawet metodę Wolffa przyjmują 
nasi dwaj autorowie, a więc metodę chronologiczną, przyczem nie 
uwzględniają materyału biograficznego, który przy niektórych wybi- 
tniejszych osobistościach dałby się był powiązać w całość, a zada- 
walniają się annalistycznem tylko jego ugrupowaniem. Nie ograniczają 
się jednak autorowie na streszczeniu aktów i dokumentów, zaczer- 
pniętych z archiwów lub też z publikacyi takich, jak Jabłonowskiego 
Rewizya zamkdw wołyńskich, Matwieja Lubawskiego Liłowsko-rtukij 
sejm itp., ale dla lepszego uzasadnienia tekstu przytaczają^ do- 
kumenta i akta w całej rozciągłości, tak, że bardzo znaczna część 
aktów, znanych z wydawnictwa Archiwum Siaumckie, została tutaj 
przedrukowaną z tą różnicą, że dokumenta ruskie podane są w trans- 
skrypcyi. Testament np. Fedora I, 364 został na całej stronicy 
obszernie streszczony, na następnych stronicach w całości z Archiwum 
Sławuckiego IV, nr. 430 przytoczony, dla jaśniejszego zdania sobie 
sprawy o jego zawartości. Zresztą należy podnieść ogółem objekty- 
wność w traktowaniu przedmiotu, dlaczego też tem bardziej rażą 
czytelnika nieliczne zresztą ustępy, w których zapaleni pietyzmem dla 
przedmiotu autorowie, wnoszą subjektywny ton do dzieła, widoczny 
w polemikach tak z żyjącymi jako też i dawno zmarłemi osobami, 
które jakąkolwiek krzywdę mniemaną lub rzeczywistą wyrządziły 
osobistościom objętym w monografii. I tak np. oburza się p. R. (I, 
339) na księdza biskupa łuckiego i na królewskiego sekretarza Lwa 
Pocieja, kiedy ci jako komisarze królewscy stwierdzili w swym refe- 
racie, że jakąś wieś królewską zabrał książę marszałek Fedor i dzierży 
ją jako swą własność. Oczywiście oburzenie nie jest gołosłowne lecz 
poparte obszernym wywodem, z przytoczeniem nadań i wnioskiem, 
że referat zawiera w sobie fałsz, przyczem dostał się księdzu bisku- 



Keceuzye i Sprawozdania. 99 

powi zarzut powodowania się jakąś nietolerancyą religijną względem 
księcia różnowiercy. Przypuściwszy nawet, że p. R« ma słuszność po 
swej stronie, to czyż nie uderzy każdego badacza takie zdanie, że 
Fedor, będący prawnukiem Sanguszka, pozbawionego w znacznej części 
ojcowskiej, Olgierdowej dzielnicy, mógt nadania te uważać do pe- 
wnego stopnia za restytucyę ! Jest to stanowisko, dodamy, na którem 
stal był . książę Fedor^ ale z którem nie wolno się identyfikować 
historykowi, gdyby nawet nie posiadał świadectw, popierających 
poniekąd ów sąd księdza biskupa {Arek, Sanguszków IV, nr. 361). 
Tego tonu polemicznego, zaznaczonego w pracy p. R., nie ustrzegł się 
i spokojniejszy w swoich wywodach p. Gorczak o członkach koszer- 
skiej linii. Biografia jego np. Adama, ostatniego z tejże linii, wypadła 
wcale dobrze, obrona charakteru księcia wojewody od zarzutów 
w znanem dziele Łozińskiego Prawem i lewem jest sumienna, a je- 
dnak razić musi każdego czytelnika surowy sąd o wspommianem dziele 
zasłużonego naszego historyka, pomieszczony w tej obronie. 

Główną różnicę pomiędzy rezultatami p. Wolffa a rezultatem 
pracy p. Radzimińskiego widzimy, jak to już wspomniano, w od- 
miennem przedstawieniu genealogii synów i wnuków Fedora Olger- 
dowicza. Bystre odkrycie protoplasty rodu w osobie Fedora Olgerdo- 
wicza (jak wiadomo zasługa Wolffa), stara się p. R. pogłębić i nie da 
się zaprzeczyć, że zamiar ten spełnił w wielu kierunkach. Przyklasnąć 
należy przedewszystkiem dokładniejszemu rozróżnieniu trzech równo- 
cześnie żyjących kniaziów Fedoro w, z których każdy w blizkiem 
pozostaje z królem Władysławem JagieOą pokrewieństwie, a miano- 
wicie owego Fedora, brata królewskiego, Fedora (Feduszka) Lubarto- 
wicza i trzeciego Feduszka na Włodzimierzu. P. Radzimiński przy- 
puszcza, że ten ostatni, zmarły 1431 r., był najstarszym synem pier- 
wszego, tj. Fedora brata królewskiego, o którym znowu przypuszcza, 
że miał litewskie imię Lubart, podobnie jak stryj Dymitr, znany 
w dziejach tylko pod imieniem Lubarta. Synowi tegoż Dymitra Lu- 
barta, Feduszkowi, który — jak dotąd zgodnie uznawano — umarł 
bezpotomnie 1431 r., każe umierać około 1437 r. i daje mu dwóch 
synów, Andruszkę na jakimś nieznanym Ostrogu i Mitkę *) na Ku- 
roszu. Są to wszystko przypuszczenia na podstawie nowych niezna- 
nych Wolffowi źródeł wysnute, dokumentami poparte, w tablicy 
na str. 4 tomu I zestawione, mające wiele prawdopodobieństwa. 

*) Trafiiie rozróżnia p. R. dwóch Mitków, ale ów smoleński nie jest, jak 
Wotff przyjmuje, a p. R. I, 33 powtarza, synem Hleba Światosławicza smoleń- 
skiego, ale Siemiona druckiego, ob. Materyaly z Metryki lit. nr. 64. 



100 Beeenzye i Sprawozdania. 

Przy bliższem badaniu tej hipotezy niewytłumaczoną jest jednak 
sprawa Żydaczowa, który przed rokiem 1418 ma być w ręku Fedora 
Lubartowicza, brata stryjecznego króla, a po 1418 r. już w ręku 
Fedora Lubarta brata rodzonego Jagiefiy. W myśl tej hipotezy przy- 
puszcza autor, że ten ostatni i syn jego Feduszko, o którym wspo- 
mina Dhigosz^ umierają obaj w jednym roku 1431. Ale jeszcze 
bardziej uderza, że król po zajęciu Żydaczowa, po śmierci brata nie 
nadaje go synowi zmarłego, ale siostrzeńcowi swemu Ziemowitowi 
Mazowieckiemu. A forma odnośnego dokumentu nie pozwala przy- 
puszczać, aby w dokumencie tym była wzmianka o Fedorze, bracie 
królewskim. Jeżeli bowiem w akcie tym nazywa król Swidrygiettę 
bratem swoim, frater noster^ pomimo wzmianki ^ iż przeciw niemu 
wojnę toczy, byłby naszem zdaniem niezawodnie nazwał także Fedora 
frater noster, gdyby mowa była o bracie króla Fedorze, tymczasem 
czytamy tam tylko dux Feduszko, nuper ext%nctu8. Sądzićby raczej 
należało, że w dokumencie mowa o Feduszku Lubartowiczu^ stryje- 
cznym króla bracie i że do tego księcia odnosi się owa wzmianka 
Długosza o śmierci w 1431 r. Przypuśćmy jednak, że mowa w do- 
kumencie o bracie rodzonym króla i że Feduszko Lubartowicz, nie- 
gdyś kniaź na Łucku i Włodzimierzu, dogorywał jako ofiara nieugię- 
tej polityki króla na skromnej osadzie naddniestrzańskiej w Koropcu 
(str. 29), mając synów Andruszkę i Mitka, którzy również na tej 
osadzie lub podobnych giną w zapomnieniu. W takim razie jednak 
czyż nie zdziwi nas, że król, który to ubóstwo krewnych cierpiał, 
nazywa Andruszkę bardzo dla siebie zasłużonym mężem {consideratia 
muUiplidum meritorum studiosis obsecuiis preclari principia ducis 
Andruschkonis de Osłrog). Pomijamy i tę trudność, że w myśl hipo- 
tezy autora, dokument z archiwum familijnego Ostrogskich wzięty 
należy do całkiem innego rodu Ostrogskich i że ów Ostróg wspo- 
nmianego Andruszka to jakaś góra nad Orawą I Podnosząc z obo- 
wiązku recenzenta te rozmaite sprzeczności i trudne do wytłumaczenia, 
a przez p. R. niedostatecznie rozwiązane zagadki, nie sądzę jednak, 
aby hipotezę należało odrzucić, przeciwnie mniemam, że popierają ją 
fakta przez jej autora z zadziwiającą bystrością zestawione, jakkol- 
wiek zdaniem referenta jeszcze niedostatecznie wyjaśnione. 

Gdybyśmy jednak pominęli te sprzeczności i niejasności, jako 
wady ówczesnej stylizacyi dokumentów, oraz zagadnienie usuwające 
się w braku źródeł z pod kontroli, to jednak nie moglibyśmy się 
zgodzić na sposób interpretacyi niektórych dokumentów przez p. R. 
Nazywa on n. p. Fedora Olgerdowicza księciem na Żydaczowie. 



Reoenzye i Sprawozdania. 101 

Z czasów owych, w których żył Fedor, nie znają historycy żadnej do- 
nacyi turę ducali na Rusi Czerwonej, jaką n. p. Spytko z Melsztyna 
otrzymał na Podolu w 1395 r., nie znamy też ani jednego dokumentu, 
mogącego świadczyć o wykonywaniu prawa książęcego na Rusi przez 
któregokolwiek z braci królewskich, wszyscy oni, nie wyłączając 
najmilszego królowi Świdry giełły, posiadają tylko darowizny na prawie 
ziemskiem, czasowe lub w dożywocie i podobnie jak inni ziemianie 
na Rusi, podlegają też sądom ziemskim, przed którymi toczą procesy 
z sąsiadami, zawierają tamże transakcye itp. I nie mogło być inaczej, 
i ustawodawstwo bowiem ogólno państwowe (przywilej piotrkowski 1388 
§ 6 nuUi ducum) i przywileje dla ziemi lwowskiej i przemyskiej wyklu- 
czały tutaj nadania iure ducali. Niema też najmniejszego śladu, aby 
którykolwiek z owych książąt Fedorów sprawował rządy udzielne 
książęce na Ży daczo wie, a przeciwnie w nadaniu z roku 14*31 dla 
Ziemowita ks. mazowieckiego posiadamy dowód, że donacya dla jego 
poprzednika „księcia Fedora" była dożywotnią i tylko osoby 
obdarowanego dotyczącą {quam diu mtam duxsrit tn kuma- 
m>..., omagiali adh(xerentia nobilium pro nobis reaerpcUis,,, in miUe 
marcis ad tempora mte). Przeciw księstwom udzielnym na Żyda- 
czowie a także na Kuroszu, Kropcu, Pukowie stanowczo wystąpić 
należy, nigdy bowiem tam one nie istniały, a wszyscy książęta, któ- 
rzy dzierżyli te miejscowości, byli albo tenutaryuszami, albo doży- 
wotnikami. Do rzędu takich niedokładności z powodu niedostatecznej 
znajomości instytucyi prawnych ówczesnych, należałoby policzyć i owe 
tłumaczenie ruskich wyrażeń w dokumentach zachodzących, które 
to tłumaczenia czasami niedokładne są lub niezrozumis^e. Np. niepry- 
licznyj I, 349 tłumaczy autor bez policznego, co znowu jest 
zupełnie niezrozumiałem, gdyż wyraz ten znaczy wprost bez lica 
{depratdatio rum aresłata)^ a sumieżnik (nie susiężnik II, 131) znaczy 
sąsiad graniczny, collateralia, cohaerea. A. Prochaska. 

Codex diplomaticus regni Croatiae, Dal- 
matiae et Slavoniae, edidit Academia scien- 
tiarum et artium Slavorum meridionalium, 
coUegit et digessit T. Smićiklas. Vol. II (1101—1200), 
str. XXXI, 499. — Vol. ffl (1201—1235), str. XII, 538. — 
Vol. IV (] 236— 1255), str. 647, 8«. Zagrzeb 1904—1906. 
Wydawnictwa Akademii zagrzebskiej z zakresu źródeł dziejo- 
wych i prawnych południowo-słowiańskich , obejmują cztery działy. 
W dziale Scripłores zamieszcza Akademia roczniki i kroniki do po- 



102 Eecenzye i Sprawozdania. 

znania historyi Słowian pohidniowych służące. Dział Leges et stcthUa 
zawiera średniowieczne pomniki prawne chorwackie i serbskie (za- 
kony), oraz statuta miast chorwackich i dalmatyńskich. Z działu trze- 
ciego, OomUia, poświęconego sejmom chorwackim, nie pojawiła się 
dotąd żadna publikacya. Przytoczone w nagłówku wydawnictwo, na- 
leży do działu czwartego: Ood€X diplomaticus ^ który ma objąć 
wszystkie dokumenty średniowieczne, tak nigdzie jeszcze nie ogło- 
szone, jak i w dawniejszych dziełach już drukowane. 

Kodeks dyplomatyczny niniejszy jest kontynuacyą dyplomata- 
ryusza Raćkiego, wydanego w r. 1877, w VII tomie Pomników dzie- 
jowych Słowian południowych. Uznawszy zbiór Raćkiego, sięgający 
do końca XI w., za tom pierwszy działu Codex Diplomaticu9, roz- 
poczęto na nowo wydawnictwo od tomu drugiego. Praca nad syste- 
matycznem zebraniem wszystkich dokumentów średniowiecznych, roz- 
prószonych po archiwach i bibliotekach krajowych i zagranicznych, 
oraz dawniejszych wydawnictwach trwała lat kilkanaście. Rozpoczął 
ją jeszcze ś. p. Raćki, dokończył obecnie Smidiklas, który też przy- 
stąpił do ogłoszenia drukiem nagromadzonego materyału, zawierają- 
cego około 7000 dokumentów z okresu lat 1100—1400. Praca wy- 
dawnicza rozpoczęta w r. 1904? postępuje teraz szybko, tak, że co 
roku pojawia się spory tom o kilkuset stronach druku. Dotąd wydała 
Akademia trzy tomy, doprowadzając zbiór do r. 1955, t. j. roku 
śmierci Beli IV^ a zasób dokumentów do cyfry 1276. 

Pomijając w niniejszym referacie stronę metodyczną wydawni- 
ctwa, zwrócimy uwagę jedynie na kilka dokumentów, które mogłyby 
zainteresować naszych historyków prawa. Z góry muszę zaznaczyć, 
że dla historyi porównawczej praw słowiańskich, dyplomataryusz 
chorwacki posiada znaczenie pierwszorzędne. Wiadomo bowiem, że 
południowa Słowiańszczyzna przechowała po dziś dzień szczątki pra- 
starych urządzeń prawnych (np. zadruga, prawo bliższości). Badacz 
tych instytucyi nie obejdzie się bez materyału dyplomatycznego 
wieków średnich, który w całej pełni odzwierciedla stan i ewolucyę 
ustroju pierwotnego w odległej przeszłości. Przytoczę kilka przykła- 
dów z kodeksu dyplomatycznego chorwackiego. Na kwestyę osiedle- 
nia rodowego rzuca ciekawe światło dokument z r. 1228 (II, nr. 262), 
z którego dowiadujemy się o sporze między rodem Wojków a Tete- 
nów, które przed sądem reprezentują ich naczelnicy Rubin i Piotr. 
Chodziło o ziemię, do której rościł sobie prawo imieniem swego rodu 
Rubin na tej podstawie, że „eam per generationem suam ólim popu- 
Uuse et coluisse^^ a ród Tetenów gwałtem ją zajął i zawłaszczył. — 



Reoenzye i Sprawozdania. 103 

Przykłada, że dwóch naczelników rodowych jest zjawiskiem poja- 
wiającem się nie tylko w Polsce^), ale i w pohoidniowej Stowiańszczy- 
£me, dostarcza nam doknment z r. 1252 (IV, nr. 452), gdzie wystę- 
pują przed sądem Wilk, syn Sehistawa i Jako „ac toła generaHo 
earundem^. — Instytucyę wróżdy oświetla dokument z r. 1248 (IV, 
nr. 162), przedstawiający epilog walk między rodem Babonicza a mia- 
stem Senje. — Granice swych posia(Uości znaczyli Chorwaci już w XII w, 
inicyalami imion pradziadów (jnetra^ neUa guah habbiamo seolpito la 
prima lettera del nome del nostro avo, cioł un N,). Przypomina nam 
to żywo znaki czyli ciosna graniczne w Pobce, nacinane na drzewach 
lub wyryte na kamieniach, które to znaki były nieraz godłami her- 
bowemi władcicieU'). Jeśli zważymy, że szereg najdawniejszych godeł 
herbowych rycerstwa, przedstawia również inicyał imienia właściciela, 
a nawet przodka jego*), znajdziemy znów bardzo ciekawą analogię 
między prastarymi stosunkami w Polsce a południowej Słowiańszczy- 
źnie. — Adopcya występuje w południowej Słowiańszczyżnie już w XII w. 
Ciekawe światło rzuca na tę instytncyę prawną dokument z r. 1183 
(D, nr. 182), z którego dowiadujemy się, że niejaki Stańko z rodu 
Łapezanów w braku rodzonego brata, adoptuje ^2oco fratru^ Predichę 
z tym skutkiem, że „tMcumcue aliguid commune est de parentela 
Lapianorumy tam de ecclesits quam etiam de aliis poseessianibue^ hi 
et tua hereditas partem eandem habet et habere debet^. 

Niepodobna mi w ramach krótkiej recenzyi wskazać wszystkich 
ciekawych dla historyka prawa szczegółów, lecz wystarczy ogólnikowo 
zaznaczyć, że omówiony tu kodeks dyplomatyczny jest bogatą ich 
kopalnią. Te właśnie względy skłoniły mię do zwrócenia nań uwagi 
naszych uczonych. Dr. W, Semkowicz. 

Piekosiński Franciszek Dr.: Studya, roz 
prawy i materyały z dziedziny historyi pol- 
skiej i prawa polskiego. Tom Vn, Kraków 1907. 
Nakładem autora, str. 138, 8*. 

Piekosiński pracował niemal do ostatnich chwil swego życia, 
a śmierć oderwała go od wielu prac i wydawnictw, z których jedne 



*) Por. moją rozprawę, p. t Ród Patuków, str. 4 nasi 

') Por. Długosz, Lib. Benef. t III, str. 855 „et mvenie8 ibi stipitem 

alias pyen cziszowy, in quo est desculptum Strepe alias Strzemyen*^. 

*) Por. Małecki Studya heraldyczne tom II, str. 45. Klemens z Ruszczy,^ 

wojewoda krakowski, używa w godle herbowem literę M z krzyżem, inicya 

imienia przodka swego Marka. 



104 Reoeuzye i Sprawozdania. 

rozpoczą) już drokować, inne do druku przygotowywał. Dokończeniem 
druku i wydaniem pośmiertnych, znalezionych w tece zmarłego prac 
i materyałów źródłowych zajął się dr. St. Kutrzeba. Niniejszy zeszyt 
Studyów zawiera: 1) Nieznane zapiski heraldyczne z ksiąg wiślickich, 
oraz 2) Jana Zamojskiego notaty heraldyczno-sfragistyczne. 

Zapiski heraldyczne wiślickie pochodzą z lat 1396— 14j50, 
a wejdą w wydanie wyboru zapisek sandomierskich, które mają się 
pojawić wkrótce w YIII t. Archiwum komisyi prawnicza. Prócz 39 
zapisek wziętych z ksiąg wiślickich, dodał wydawca jedną zapiskę 
z ksiąg wareckich i jedną z rękopisu biblioteki Zamojskich. 

Nie wszystkie z ogłoszonych zapisek są nieznane, jak tytuł zapo- 
wiada. Zapiski nr. 1 i 2 ogłosił już dawniej Piekosiński z notat Stosława 
laguny w zbiorze p. t. Nieznane zapiski heraldyczne średniotmeczne głó- 
wnie sieradzkie {Arch. kom. hist. i. VUI, nr. 1 i 3). Zapiski nr. 1 oraz 
3 — 7 znane nam były ze zbioru Ulanowskiego : Materyały do historyi 
prawa i heraldyki poUki^ {Arch, kom, hist t. lY, nr. 10, 24, 46, 49, 62, 
80). Zapiska nr. 39 znalazła pomieszczenie w Potkańskiego Zapiskach 
sieradzkich, piotrkowskich i radomskich. (Arch. kom. hist. t. III, nr. 93) 
W rezultacie nieznanemi są tylko zapiski nr. 8—38, 40 i 41, czyli 
razem 32. Możnaby sądzić, że powtórne przedrukowanie niektórych 
zapisek poprzednio już ogłoszonych miało na celu skompletowanie 
zbioru zapisek wiślickich, co byłoby z wielu względów pożądanem. 
Ale w takim razie dziwi pominięcie innych zapisek wiślickich ze zbiorów 
Laguny (nr. 2) i Ulanowskiego (nr. 11—13, 18, 22, 53—55, 65, 76, 
81, 83, 86 — 89). Nie można również przypuścić, by owych 8 zapisek 
przedrukowanych zostało powtórnie z powodu błędnego ich oddania 
w pierwszej edycyi, gdyż porównanie ich tekstów wypada raczej na 
korzyść dawniejszych wydań. Nie podobna mi skontrolować popra- 
wności tekstu wszystkich zapisek, ale muszę zaznaczyć w interesie 
nauki, że właśnie owe powtórnie przedrukowane zapiski w porówna- 
niu z ich pierwszą edycyą wykazują szereg błędów i myłek, których 
wydawca dr. Kutrzeba usunąć już nie mógł z tego powodu, że 
pierwsze arkusze były wydrukowane jeszcze za życia śp. Piekosiń- 
skiego, którego wszystkie prace z lat ostatnich, pod grozą śmierci 
dokonane, noszą piętno gorączkowego pośpiechu. Temu zdaje się 
przypisać wypada i przeoczenie owych ośmiu znanych już zapisek 
i włożenie ich w poczet ^nieznanych". W zapisce nr. 1 (wierszu 3 
ma być Perzscz (Laguna nr. 1, Ulanowski nr. 10) zamiast Peysez^ 
z którego trudno domyśleć się Pierśćca, w wierszu 7 ma być Startin 
zam. iScamn, quia zam. qui, W zap. 3 wiersz 10 ma być Dziszowiee 



Reeenisye i Sprawozdania. 105 

zam. Dristenice. Zap. 7 w wierszu 17 zam. cum odo comiłms ma 
być cum guatuor odo comtlms. Pomijam drobniejsze myłki (jak 
np. w zap. 6 eodem zam. eidem^ lub mansit zam. remansit), które 
nie wpływają na zrozumienie tekstu lub odgadnięcie nazwy miejsco- 
wości. 

Dla instytucyi nagany i oczyszczenia szlachectwa nie przynoszą 
zapiski wiślickie prawie nic nowego. Nieznanym był dotąd, o ile 
wiem, ten szczegół, że kobieta nie miała prawa naganiać (nr. 40). 
Grdy Anna, wdowa po Jakuszu z Bobrownik, zarzuciła Borkowi z Woli 
nieprawe pochodzenie i potwarz, domini in eoUoguio generali praeń- 
derUes Wislicie invenerunt^ quia muŁier non połest cUicuem diffamare. 
Niezwykłym też jest zarzut uczyniony Czadrowi z Chronowa, jako 
nie jest wnukiem Andrzeja z Chronowa (nr. 10). 

Heraldyce przynoszą zapiski wiślickie parę ciekawych i niezna- 
nych szczegółów. Zapiski 14 i 24 dają wiadomość o herbie Ok^za 
cym eruce et proclamatio Qua9sawa CO^^ssowaJ. Proklamacya ta, 
dotąd nieznana, jest topograficzną i pozostaje prawdopodobnie w zwią- 
zku z miejscowością Kwaszów koło Stopnicy, w pobliżu której leżą 
wsie, z których pochodzą rycerze mający to zawołanie. Niema, sądzę, 
związku między tym rodem a rodem Kołdów-Okszów. Oksza, to na- 
zwa godła herbowego, a mianowicie siekiery ; nazwa ta pochodzi, są- 
dzę, od niemieckiego wyrazu Axt. Ród Kołdów posiadał w herbie 
samą okszę, a Kwaszowa okszę z krzyżem. W muzeum XX. Czarto- 
ryskich w Krakowie znajduje się pieczęć sygnetowa przewieszona do 
jednego z ruskich dokumentów z XVI w., wyobrażająca topór czy 
siekierę, której toporzysko przez połowę jest przekrzyżowane ^). Jest 
to prawdopodobnie godło herbu Kwaszowa. 

Wspomniana w zapisce 16 proklamacya Strzała nie jest wła- 
ściwie zawołaniem, lecz godłem herbowem, odpowiadającem zawołaniu 
Powała. Wiemy, że herb Powała przedstawia właśnie strzałę, a we 
wńach Woj czy i Biechowie, z których pochodzą rycerze wspomniani 
w zapisce, siedzieli w XV w. Powałowie *). 

Proklamacya Zarosie, wspomniana w zapisce 19, znaną nam jest 
z innych zapisek małopolskich'). Herb przedstawiać ma strzemień 
i gwiazdę. Wiadomo, że strzemień jest godłem herbu Ławszowa, z tą 
różnicą, że nie ma gwiazdy. Zwracam uwagę na inną jeszcze oko- 



*) Por. Piekosiński, Heraldyka polska str.320. 
') Por. Długosza lib. Ben. II, str. 4&S n. 
*) Helcel, Star. pr. pol. pom. t. II, nr. 1292. 



106 Reeenzye i Sprawozdania. 

licznośó, wskazującą na pewne pokrewieństwo i związek tych dwóch 
herbów. Oto proklamacya Zarosie pojawia się w tych samych miejsco- 
wościach, co i La wszo wa*). Nasuwa się myśl, że proklamy Zarosie 
i Ławszowa należą do tego samego rodu, a godło Zarosi jest tylko 
odmianą Ławszowy. 

Zapiska 22 określa godło herbu Nałęcz jako łańcuch, odmiennie 
tedy od innych zapisek i znanych wizerunków tego herbu, przedsta- 
wiających go zawsze w postaci niezawiązanej przewiązki. 

Lubądza w zapisce 26 jest nieznaną proklamą, jeśli nie prze- 
kręconą Lubą (Lubicz). Ma być w herbie krzyż, a ponieważ krzyż 
w heraldyce polskiej średnich wieków nigdy nie występuje samoistnie, 
ale zawsze w towarzystwie innych przedmiotów lub akcessoryów, 
przeto wolałbym uważać owo określenie godła w zapisce i tak już 
w innem miejscu bałamutnej (wiersz 3 i 4) za niedokładne i przy- 
puścić, że istotnie mowa tu o herbie Lubicz. 

Zawołanie Zirowa w zapisce nr. 30 jest niewątpliwie ideoty- 
cznem ze wspomnianą w Liber Beneńciorum proklamą Zyrzawa. Nie 
znaliśmy jednak dotąd godłft odpowiadającego tej proklamie i dopiero 
powyższa zapiska nam je opisuje, jako trzy koła. Takie godło wy- 
kazuje pieczęć Piotra Ramiowskiego, podsędka sieradzkiego, jak je 
wyobraża rysunek w notatach heraldycznych Zamojskiego, do których 
omówienia obecnie przystępujemy. 

Hetman Jan Zamojski jeszcze w młodości swej uporządkował 
archiwum koronne i sporządził inwentarz, który zachował się do 
dziś dnia w bibliotece ordynacyi Zamojskich w Warszawie. W IV 
tomie tego inwentarza znajduje się dział zatytułowany: Adnatatumes 
spectantes ad familias, zawierający wykaz i opis pieczęci przy- 
wieszonych do dokumentów, przechowanych w archiwum koronnem. 
Zamojski przechodzi akt za aktem i opisuje pieczęcie, podając na- 
zwę herbu lub opis jego, a niekiedy i rysunek; wymienia nadto 
właściciela pieczęci, ilekroć może to pewnie stwierdzić. Rysunki, 
przeważnie niedołężnie w rękopisie wykonane, zostały przestylizowane 
z zachowaniem charakteru heraldycznego. Żałować należy, że nie 
wszystkie rysunki są reprodukowane; nawet i najbardziej niedo- 
łężne byłyby pożądane w miejsce opisu w notkach, zwłaszcza wów- 
czas, gdy herb wykazuje pewną odmianę zasadniczego typu (np. nr. 



*) Wilczkowice (Ulan. Inscr. clen. 217 i Zapiski wiślickie 19). Świebo- 
rowice (Ulan. 943iHelcel 11,51292). Lencze (Ulan. 771 i 862). Podolany (Ulan. 
362 i 862). Janowice (Ulan. 219 i Zap. wiśl. 19) etc. 



Recenzye i Sprawozdania. 107" 

207, 222, 376, 439, 441, 896), lub gdy rysunek jest niezrozumiały 
a może właśnie wyobrażać jakiś nieznany dotąd, a dla beraldyków 
ciekawy herb (np. nr. 42, 234, 236, 272, 456, 690, 1111). 

Notaty Zamojskiego są dla heraldyki bardzo cennem źródłem. 
Wiele dokumentów, które miał w ręku Zamojski, dziś już nie istnieje, 
a bardziej jeszcze uległy zatracie i zniszczeniu pieczęcie. Niektóre 
pieczęcie zachowały się wprawdzie w muzeach i archiwach, ale oder- 
wane od swych dokumentów, jak np. pieczęć Stanisława Dawido- 
wskiego, sędziego lwowskiego, przechowana w Zbiorach Pawlikowskich 
we Lwow^ie, reprodukowana w Piekosińskiego Heraldyce polMef (str. 
178), a obecnie z rysunku Zamojskiego, jak się okazuje zupełnie 
wiernego, w niniejszym zbiorze (nr. 174). Wizerunki herbów wykazują 
cały zasób nieznanych dotąd godeł herbowych. Sporo też tu herbów 
szlachty ruskiej, przyczynek dla heraldyki ruskiej nader cenny, zwła- 
szcza te, które pochodzą z przed roku 1432, mogą dorzucić nieco^ 
światła na sporną kwesty ę stosunku heraldyki ruskiej do polskiej.. 
Herby ruskie wykazują typ przeważnie runiczny, że użyję określenia 
śp. Piekosińskiego, ale nie znajdujemy tu potwierdzenia jego tezy 
o dziedziczeniu godł^ w niezmienionej formie przez najstarszego syna,, 
a odmienianiu ich przez młodszych. W r. 1427 występują czterej 
ruscy rycerze z Czajkowic : Choitko, Drohobisz, Iwan i Steczko. Z tych 
Drohobisz, Steczko i Choitko posiadają identyczne herby tj. przekrzy- 
żowaną strzałę ostrzem ku górze (nr. 782, 784, 1124, 1228). Gdy- 
byśmy przyjęli tezę Piekosińskiego, musielibyśmy w tych trzech 
współcześnie występujących osobach upatrywać przedstawicieli trzech, 
generacyi i to w linii prostej. Tymczasem Iwan z Czajkowic posiada aż. 
dwa znaki herbowe. Na jednym z dokumentów przywiesza pieczęć z go- 
dłem przedstawiaj ącem krzyż pojedynczy na łuku (nr. 773), na innym 
z tegoż samego roku krzyż podwójny na zawiasie (nr. 1124). Widzimy 
w tern zjawisko, znane nam z heraldyki polskiej epoki piastowskiej,. 
że szlachta ruska jeszcze w XV w. używała znamion osobistych i nie 
tylko członkowie jednej rodziny, ale nawet ta sama osoba posiadała 
odmienne znaki herbowe. 

Drowi Kutrzebie należy się wdzięczność za starania około wy- 
dania i zaopatrzenia indeksem tak cennych materyałów heraldycznych. 

Dr, Wład. Semkowicz. 

Archiwum miasta Drohobycza. Zbiór 
przywilejów, aktów, dekretów granicznych^ 
lustracyi, memoryałów itp., wydał prof. Feliks^ 



108 Recenzje i Sprawozdania. 

Gątkiewicz. Drohobycz 1907. Z drukarni Jana Brosia. 
Nakładem gminy m. Drohobycza, str. 407, 8®. 

W ślad za Materyałami do dziej ów kościoła tv Dro- 
hobyczu (ob. Kwart, hisłor, z 1906 r.) wydaje prof. Gątkiewicz 
publikacyę nową, którą trzeba powitać z największą radością i zado- 
woleniem, a z silnym podnieść naciskiem fakt tak wybitny, a tak 
Tzadki niestety w naszych stosunkach , że sama gmina miasta przy- 
czynia się do tego pożytecznego dzieła, że nie żałuje na to kosztów 
i pieniędzy. Oby więcej i częściej takie zdarzały się przykłady! 

Książka obejmuje tym razem cały zasób dokumentów, znajdu- 
jących się w archiwum miejskiem. Ilość podana przez wydawcę — 
104: numerów — nie odpowiada wszakże rzeczywistości, albowiem 
prof. Gątkiewicz rozdziela i pod osobnymi numerami drukuje trans- 
sumpty dawniejszych aktów czy przywilejów, potwierdzanych przez 
późniejszych królów polskich. Tak zresztą czynić nakazuje metoda 
wydawnicza. Po wtóre pewna część aktów jest oblatami z ksiąg grodz- 
kich, lub też skądinąd wyjętemi. Liczba dokumentów archiwum miasta 
wynosi więc przeszło 80 numerów. 

Sięga ten zbiór swoim początkiem Jagiełło wych czasów; pierwszy 
bowiem dokument pochodzi z 1392 r., mocą którego Jagiełło wy- 
znacza na budowę kościoła miejscowego, pod wezwaniem Najśw. 
Maryi Panny, 6 kóp groszy szerokich i dla proboszcza znaczne do- 
chody roczne (Nr. 1). Zaznaczyć tu należy, że kościół drohobycki 
ważne miejsce zajmuje w tych aktach i często o nim spotyka się 
wzmianki (Nr. 1, 3, 24, 25, 33, 35, 37, 42, 59, 76, 80, 81, 95); 
ale bo też ten kościół o dwóch kaplicach (św. Mikołaja i św. Anny, 
Nr. 76) jest też niemal jedyną fortecą miasta i miejscem obronnem. 
Stąd też w skarbcu kościelnym przechowuje miasto swoje dokumenty 
i klejnoty (Nr. 15), a na gminie cięży obowiązek podnoszony kilka- 
krotnie z naciskiem przez królów, że miasto ma swój kościół obwa- 
rować, zaopatrzyć go w broń, proch, armaty (Nr. 25, 26, 37 itd.). 
Ale też ten obowiązek, puszczony widocznie w zapomnienie, wywo- 
łuje w 1681 r. spór między magistratem a probostwem, rozstrzygnięty 
przez komisyę lustracyjną na korzyść tego ostatniego (Nr. 80 i 81). 
A zaznaczyć wypada, że w szczególności dochód z propinacyi miej- 
skiej miał iść wyłącznie na potrzeby kościoła. 

Drohobycz, odkąd tylko po odzyskaniu Rusi Czerwonej przez 
król. Jadwigę wszedł w skład państwa polsko-litewskiego , cieszył 
sią opieką hojnych Jagiellonów. Protoplasta tego rodu, król Jagietto, 



Recenzye i Sprawozdania. X09* 

udziela mu podstawy do rozwoju dalszego: prawa niemieckiego, co- 
potwierdza Kazimierz Jagiellończyk (Nr. 3). Następni pomnażają swo- 
body i przywileje, coraz nowych udzielając łask. Zwłaszcza obaj Zy- 
gmuntowie i Batory nie szczędzą dobrodziejstw mieszczanom droho- 
byckim. A zatem, wolno im używać drzewa z lasów królewskich 
ekonomii Samborskiej (Nr. 6), pobierać po trzy denary od każdego 
wozu przejeżdżającego (Nr. 11); nie wolno mieszać się w sprawy miasta 
sądom ziemskim, a starostom pobierać opłat wysokich z gorzelń i młynów^ 
albo płacić niższe ceny od targowych za piwo i miód (Nr. 1 5) ; mie- 
szczanie mogą wypasać bydło na polach, zwanych Zadubicze (tamże)^ 
mogą założyć propinacyę na wyłączny swój dochód (Nr. 24 z r. 1642) 
i wodociąg (Nr. 26 z r. 1544). Miastu przysługuje prawo aresztowania 
opornych przejezdnych kupców, którzy nie chcą płacić myta lub 
mostowego (Nr. 27). Król Stefan pozwala osiedlać się i organizować 
wszelkiego rodzaju rzemieśhiikom ; ustanawia jarmarki, zabrania sprze- 
dawać napojów gorących importowanych z poza obrębu miasta, za» 
kazuje osiedlać się żydom , darowuje gminie pastwiska okoliczne da 
użytku itd. (Nr. 45, 46, 54), Ale za te rozliczne przywileje, miasto 
ma obowiązek oprócz utrzymywania kościoła, dbać również o dobroć 
dróg i mostów. Następni królowie, wszyscy bez wyjątku, aż do sa- 
mego końca niepodległej Rzpltej, potwierdzają z osobna wszystkie t& 
przywileje i prawa. Ale nie tylko miasto całe jako takie, cieszy się^ 
swobodami, pewne przywileje otrzymują z osobna i poszczególni mie- 
szczanie (Nr. 2, 20, 28, 32 itd.), instytucye, np. szpital ubogich otrzymał 
prawo wyrabiania soli na dwóch panwiach w drohobyckich żupach 
(Nr. 21), podobny przywilej mieli kaznodzieje miejscowego kościoła 
(Nr. 33). Dla dziejów górnictwa, a raczej handlu solą, bardzo ważnym 
jest dokument Kazimierza Jagiellończyka z 1491 r. (Nr. 7), dotyczący 
ładowania wozów topkami soli, których wielkość król oznacza. O ile 
sądzić można z dokumentów, wiek XVI jest dla Drohobycza czasem 
rozkwitu. Inny zato obraz dają nam akty z XVII stulecia, z któ- 
rych upadek miasta bardzo jaskrawię się odbija. Miasto nie może 
podołać ciężarom i obowiązkom ; niszczą je Tatarzy i Kozacy w 1648 r.. 
(nr. 69), pustoszy pożar, wobec czego Jan Kazimierz uwalnia je 
w 1653 r. na 4 lata od opłat (Nr. 74) ; osiedlają się coraz liczniej żydzi,, 
którzy biorą w swoje ręce propinacyę miejską i stają się wierzycielami 
miasta (Nr. 77, 80—87). Skutkiem tego powstał spór między ma- 
gistratem a probostwem w 1681 r., bo miasto zadłużone u dzierżawcy 
propinacyi obowiązków swoich wobec kościoła spełnić nie może. 
Bardzo interesującą i ciekawą jest lustracya z 8/X 1663 r. (Nr. 76),. 



110 Heoenzye i Sprawozdania. 

•dokonana przez kasztelana wołyńskiego Lubowickiego i dwóch pisarzy. 
Obejmuje ona 24 stron druku i zawiera opis miasta, kościoła, ratusza 
studni i zbrojowni, wykaz dokumentów, mieszczących się w archiwum 
miasta w liczbie 19 od 1460 — 1650 (przechowały się wszystkie prócz 
jednego i w omawianej książce się znajdują) i cały szereg skarg wza- 
jemnych: miasta na starostę o ucisk żołnierza, pospólstwa na radę 
miejską i żydów. Wogóle ta lustracya odsłania niewesoły obraz miasta, 
Jego upadek i znaczne zaniedbanie, opuszczenie gmachów publicznych 
np. ratusza i kościoła i dozwala wglądnąć w wewnętrzne stosunki 
miasta. Uzupełnieniem tej lustracyi jest druga, dokonana w połowie 
czerwca 1729 r. przez sufragana przemyskiego, ks. M. Piechowskiego 
na szpitalu drohobyckim pod wezwaniem św. Ducha, który miał przy- 
wilej warzenia soli na dwóch panwiach, nadany przez Zygmunta Sta- 
rego. Lustracya opisuje stan tego szpitala i dwóch wież do warzenia 
soli i podaje wykaz czynszów, pobieranych przez szpital (Nr. 89); 
wogóle zauważyć trzeba, że dokumenty drohobyckie zawierają sporo 
szczegółów i wyrażeń technicznych do przemysłu solnego w Polsce 
i warzenia soli. Jeżeli dokumenty z XV i XVI w. mają więcej cha- 
rakter prawny, odnoszą się do stanowiska miasta wobec rządu i Rzpltej, 
to dokumenty z XVII i XVIII w. pozwalają wglądnąć bliżej w sto- 
sunki wewnętrzne i ż^cie tego miasta. Ale też świadczą one wymo- 
wnie, że Drohobycz, jak zresztą wszystkie miasta w Polsce, znajduje 
się w wielkim upadku i ubóstwie, zaniedbaniu i opuszczeniu, że po- 
między magistratem a „pospólstwem" istnieją i tutaj waśnie i spory, 
Jak i gdzieindziej zresztą (por. Rymar Jan : Udział Krakowa w sej- 
mach i sejmikach w Roczniku krakowskim t. VII). Wymownym 
dowodem upadku miasta, a zarazem, że dążność do poprawy, do 
uregulowania stosunków społecznych jest ogólniejszą i powszechniej- 
szą, a nie ogranicza się tylko na Warszawę i wybitne jednostki, jest 
dokument Nr. 92, czyli umowa między magistratem a gromadami 
przedmieść Drohobyczaz 1753 r., aby razem korzystać ze wspólnych 
królewskich przywilejów w celu podniesienia się z upadku i Nr. 94, 
ułatwiający cechowi szewskiemu warunki pobytu w Drohobyczu. Pod- 
nieść wszakże należy jeden interesujący szczegół. Jak wiadomo, 
z pierwszym rozbiorem w 1772 r. Drohobycz przeszedł pod pano- 
wanie Austryi: jakiem prawem zatem może Stanisław August Ponia- 
towski potwierdzać w 1782 i 1784 r. dwa dekrety graniczne z XVI w.? 
(Nr. 99 i 100). Wypadki dziejowe Rzpltej nie wiele znajdują echa 
w dokumentach drohobyckich ; wspominałem wyżej o zniszczeniu 
.miasta przez Kozaków w 1648 r. ; dok. Nr. 96 czyli rozporządzenie 



Hecenzye i Sprawozdania. i^^i 

wojewody krakowskiego i starosty drohobyckiego Wacława Rzewuskiego 
zl709r. dotyczące rozdziahi ciężarów publicznych na utrzymanie 
wojska, stojącego kwaterą w Drohobyczu, może ma jakowy związek 
z konfederacyą barską.? 

Po przejściu Drohobycza pod panowanie Austryi, wydaje Józef II 
obszerny, niemiecki (pierwszy w tym zbiorze) przywilej, który zape- 
wnia miastu własną reprezentacyę i wolny jej wybór, zezwala na 
jarmarki, przyznaje posiadanie gminnego majątku, propinacyi; nadaje 
sąd pierwszej instancyi; ale równocześnie zmienia miastu herb: na 
niebieskiej tarczy z cesarską koroną znajdować się ma 9 baryłek soli 
(Salz-F&sser) (Nr. 101). Franciszek II potwierdził ten przywilej swego 
poprzednika i rozszerzył prawo odbywania jarmarków (Nr. 102 i 103). 
Wreszcie w 1813 r. osiedlają się w mieście Bazylianie i za pozwo- 
leniem miasta, obejmują w posiadanie klasztor po Karmelitach, znie- 
sionych przez Józefa II (jest to jedyna o nich wzmianka w niniejszym 
zbiorze), z warunkiem wszakże utrzymywania szkoły. Jest to ostatni 
dokument niniejszego, jak widzimy, ciekawego zbioru. 

Niektóre dokumenty były już dawniej drukowane w Aktach 
grodzkich i ziemskich^ np. Nr. 1, 2, 4, 5, 6 itd. ; część znowu wydał 
przed dwoma laty sam prof. Gątkiewicz w y^Materyałach do hisłoryi 
kościoła. Zaznacza w swojej przedmowie wydawca, że mimo to dru- 
kuje je teraz, aby powstał pewien całokształt drohobyckich zbiorów. 
Dokumenty te, wydane są na ogół dosyć dobrze i niema powodu do 
czynienia poważniejszych zarzutów. Pod każdym dokumentem zaznacza 
wydawca jego obecny stan zachowania , pochodzenie i opis, czy kopia, 
czy oryginał, lub skąd pochodzi (że np. wyjęty z obiaty przemyskiej). 
Oryginałów jest niewiele, ale przeważnie odpisy; również i stan ich 
obecny nie najgorszy: największemu zniszczeniu uległ Nr. 29 (z 1550 r.). 
Nie zapomina i o pieczęciach; podając, czy pozostały jakie po nich 
ślady, w danym wypadku sznurki pieczęci i ją samą opisuje ; szkoda 
że pominął opis pieczęci miasta w akcie z 1682 r. (Nr. 82) ; pieczęci 
tych na dokumentach, nawet oryginałach (przeważnie z XVII w.) bar- 
dzo niewiele w całości się dochowało. 

Ale należy jeden ważny zarzut podnieść. Oto wydawca nie 
przeprowadził dokładnej korekty, a nawet nie skolacyonował aktów. 
Podaje wprawdzie dość spory wykaz błędów drukarskich, ale ten 
wykaz w rzeczywistości możnaby podwoić, a nawet potroić. Są to 
bowiem błędy, wyglądające raczej na błąd drukarski, np. ąuatemus 
zam. ąuatenus, proyima zam. proxima, scorsim zam. seorsim itd., bo 
szereg ich wielki. A jeżeli są tu błędy, co do których wątpliwości 



112 Recenzje i Sprawozdania. 

się budzą, czy np. w dokumencie tak nie jest, to czemu prof. Gą- 
tkiewicz nie da wówczas powszechnie przyjętego w takich razach 
wykrzyknika, wogóle nigdy go nie używając?! 

Uderza to tem bardziej wobec indeksu osobowego i rzeczowego, 
obejmującego kilkadziesiąt stron (313—387), a dokonanego z prze- 
sadną starannością, bo podaje strony osobne dla „ecclesia^, osobne dla 
„Kościół", kiedy tutaj wystarczył co najwyżej odsyłacz. Bardzo po- 
żytecznym jest tutaj wykaz urzędników państwowych, o ile występują 
w tych dokumentach przy danych miejscowościach, więc np. Chełm 
lub Lublin wykaz spotykanych kanoników, kasztelanów, starostów 
itd. Ale i tu posuwa się autor do zbytecznej już tylko przesady 
i dokładności. Dlatego, że Józef U lub Franciszek II tytułuje się 
królem Czech, poco robić w indeksie miejsce dla ,B5heim" (BOhmen) ? 
Najbardziej pouczającym w indeksie jest wyraz „Drohobycz" i „Pol- 
ska^, bo pod nimi istotnie dużo ważnych szczegółów pomieścił 
wydawca, zwłaszcza przy pierwszym np. wykaz ulic, rajców, cechów, 
jakie w podanych dokumentach się spotyka. Nie numer aktu, ale 
stronę, a często i rok podaje w indeksie wydawca. 

Jest to więc wydawnictwo dokonane pracowicie i starannie; 
dzięki za tę pożyteczną publikacyę i wydawcy i gminie miasta; oby 
nasze prowincyonalne miasta poszły za przykładem gminy droho- 
byckiej. Dr. Margan GoyskL 

Łukasiewicz Ant: Stosunek Słowaczy- 

znydoPolskiwXiXI w. Sprawozdanie Dyrekcyi 

c. k. lwowskiego gimnazyum im. Franciszka Józefa za 

r. szk. 1907. str. 1—63. 

Główne rezultaty pracy p. L. dadzą się zestawić krótko. 

Polska Chrobrego obejmowała za Karpatami nie całą Słowaczyznę, 

ale tylko cztery komitaty północnych Węgier: Trenczyn, Orawę, 

Liptów i Spiż (str. 41). Oderwał je od Polski Stefan W. po r. 1034 

(str. 42). Dopiero Bolesław Śmiały w r. 1054 odzyskał tę krainę 

w tych samych, co za Chrobrego, granicach na zasadzie układu 

z Salomonem węgierskim (str. 60). Wreszcie w r. 1079 odpadła ta 

prowincya od Polski na rzecz Wratysława czeskiego (str. 52). 

Rezultaty powyższe są nowe, co podnieca ciekawość w kie- 
runku skrupulatnego rozpatrzenia argumentacyi autora. Zwłaszcza zaś 
oznaczenie rozciągłości zakarpackich posiadłości Polski za Chrobrego^ 
kwestya do dziś dnia zupełnie niewyjaśniona, ściąga na siebie uwagę. 
Autor zaczyna wywód od krytyki źródeł. Na wstępie podaje za- 



Reeenzye i Sprawozdania. 113 

sadę swego badania, polegającą na opracowywaniu i sprawdzaniu 
źródeł z Xn w. zabytkami historyografii Xin i XIV. W przeprowa- 
dzeniu tego programu zestawił na str. 16 sześć tekstów, zaczynając 
od (najpóźniejszego) Kron. wlkp., kończąc na Gallu, a na tej pod- 
stawie konstruuje wniosek, że wszystkie wiadomości źródłowe w tej 
kwestyi pochodzą od Galla. Na tern zamyka ocenę źródeł polskich. 
Sam autor przytoczył (str. 17) wyciąg z Kron. węg.-pol., który za- 
wiera zupełnie samoistną, nie dającą się z Gallem połączyć relaeyę 
Przeciw wyciągowi temu nie może przemawiać okoliczność, że odpo- 
wiedniego ustępu niema w tekście, ogłoszonym przez dyr. W. Kę- 
trzyńskiego* (Rpr. hist. Ak. Um. 34, str. 365 i n., ten ustęp 369), 
gdyż tekst ten jest tylko skrótem Kron. węg.-pol. a nie samodzielnem, 
pierwotnem źródłem, ani też fakt, że p. Rosner {Roczn. filarecki 
1886, str. 104 — 107) uważa go za interpolacyę, gdyż znów prof. 
Kaindl {Arch, fUr osłer, Gtach, 82 B, str. 617 —618) wlicza go do 
pierwotnego tekstu, a nadto wogóle wojowanie interpolacyami w tekście, 
zaczerpniętym z jednego rękopisu jest zawsze bardzo niebezpieczne. 
Treść zaś tego ustępu {MPH, I, s. 505) różni się wybitnie od innych 
ustępów Kron. dokładnością i znacznym zasobem danych geogra- 
ficznych, w które wogóle źródło to bardzo jest ubogie, a nadto pe- 
wnymi zwrotami i słowami, nigdzie indziej w całej Kron. nie zacho- 
dzącymi (gm... diciłur, regyrare), a zatem wskazującymi na jakieś 
inne pochodzenie. Wobec sprawdzonych już przekazów o Adelajdzie 
(Balzer, Oen. Piast str. 29 — 34) oraz o Lambercie (Wojciechowski, 
Szkice s. 71 — 82) zamąconych i w zły związek wprowadzonych, wia- 
domości Kron. węg.-pol. nie można lekceważyć. Również przekaz 
Kron. wlkp. {MPH, II, s. 483) nie może pochodzić od Galla, wspo- 
mina bowiem Cisę, której tam niema. Relacya ta stoi w związku 
2 inną, odnoszącą się do granic polskich za Boi. Śmiał. (MPH. II. 
str. 486—488), a podającą jeszcze i rz. Morawę; obie te relacye 
trzeba w jedne złączyć i odnieść do czasów Boi. Chr. A zatem nie 
jedno, ale trzy samoistne, od siebie niezawisłe źródła mówią o gra- 
nicy naddunajskiej państwa polskiego. Po zestawieniu wyciągów autor 
wypowiada twierdzenie, że Galla wprawdzie „o kłamstwo posądzać 
nie można", ale że popełnił on „gruby błąd", którym jest ^przesada" 
(str. 19). Twierdzenie to jest gołosłowne, gdyż autor nie oparł go 
na żadnych argumentach. — Drugiem źródłem, którego do tej kwestyi 
używano, jest przywilej z r. 1086. Nie wiadomo, po co właściwie 
autor mówi o niem aż na 3 kartkach (str. 19 — 24), skoro nic nowego nie 

KwirUłnik liistoiycsny XXII- 1 . 8 



114 Recenzye i Sprawozdania. 

powiedział, a tylko chaotycznie streścił prace prof. Potkańskiego 
i Wojciechowskiego. To, co daje od siebie, przytoczę umyślnie, ażeby 
dać próbkę sposobu dowodzenia, jaki wszechwładnie panuje w tej 
rozprawie. „Doniosłość fałszerstwa polega na następującej kombi- 
nacyi: Biskupstwu morawskiemu podlegał Kraków z niewielkim 
obszarem (było to jednak w w. IX za czasów państwa wielkomora- 
wskiego ; uwaga recenzenta), gdy tymczasem Jaromir Gebhard kumu- 
luje dawniejszy Kraków z obecną dyecezyą (1085) krakowską (zro- 
zumiałe, jeśli zamiast „kumuluje** przeczytamy ^identyfikuje" ; uw. rec). 
Ta właśnie obok wymienionych wyżej terytoryów pokrywała kawał 
węgierskiego kraju, cui Wag nomen est. Kronikarze... odnosili opi- 
sane szczegóły do r. 976** (str. 23 — 24). — Z pewnością na takich prze- 
słankach nikt nie będzie wnioskować. Ale autor śmiało przystępuje już 
do konstruowania swej hipotezy. Zaczyna od Prokuja. Pozytywną relacyę 
Thietmara (IX c. 4 in us, sch, str. 241) i przekonywujący wywód 
prof, Balzera {Ghn. Piast, 25 — 28) odrzuca nic nie znaczącem a na- 
iwnem pytaniem : „Kto wie, czy ów Prokuj nie był jednym z samo- 
dzielnych władców węgierskich?** (str. 26). O tem niema co mówić! 
W dalszym ciągu przychodzą przez usta autora do głosu pisarze 
słowaccy. Że t. z w. Nestor między książętami „sąsiednimi = 0B0JrŁ- 
HHMh" Rusi (MPH. I, str. 672) wspomina także Udalryka czeskiego, 
tłumaczy, jak Słowacy (cfr. Sasinek, 8lov, PohT, 26, s. 638—639) 
faktem graniczenia Rusi z Czechami w X w. Argumentem ma być 
istnienie Rusinów aż pod Piwniczną, co uważa za osadnictwo pra- 
stare (str. 29), gdy tymczasem z źródłami w ręku można stwierdzić 
że okolice, zamieszkałe dziś przez ludność ruską (Udziela, Lud IR* 
str. 654 i n. a zwłaszcza mapka s. 655), w XIV i XV jeszcze w. po- 
krywała puszcza {K Mp. IR 662, 729, 769, 818, 827, 834 ; C. d. P. HI 
101, 123). Nie koniecznie nawet trzeba pod przyjazne stosunki msko- 
czeskie podsuwać łączność geograficzną tych państw, gdyż można termin 
„OKOJtŁHHHH** odnosić tylko do Bolesława i Stefana. Stosunki handlowe, 
wielka potęga polityczna Włodzimierza W., jakoteż kwestya religijna, 
powodująca niejednokrotnie krążenie poselstw między Rusią, dworem 
<sesarskim i Rzymem (Abraham, Org. kość. łae. naEusil, s. 10 — 11), 
mogły wystarczyć do nawiązania stosunków rusko-czeskich nawet 
bez łączności geograficznej. Nie można również zapominać o zdarza- 
jących się w XI w. związkach Rusi z Niemcami i Czechami przeciw 
Polsce. Wciągnięcie tego ustępu t. zw. Nestora ma służyć do krytyki 
Galla, który miał pomieszać fakty, przypisać Chrobremu — na wzór Śmia- 
ego — zdobycie Słowaczyzny (str. 32). Jest to znów wniosek goło- 



Reeenzye i Sprawozdania. 115 

słowny i Mędny (p. niżej). — Dalszym argumentem przeciw zdobyczom 
Chrobrego jest rzekome księstwo Rngii, którego identyczność ze Sio- 
waczyzną autor przyjmuje za historykami słowackimi (cfr. znów 
Sasinek, 8lov, Pohf 26, s. 639). Cała rzecz polega na zapisce roczn. 
hildesheimskich a. d. 1031 : „HeinricuSy Stephaniś regis Jiilius, dux 
Ruizorum in venaciane.,. mortuus iin iw. ach, str. 36). Co w tym 
przekazie znaczy „Ruizorum^ ^ można się wahać, niemożliwe jest 
jednak poczytywanie w relacyi Wipona (c. 9 in us, sch. str. 24) 
o wypędzeniu Bezpryma in Ruzziam — Słowaczyzny (str. 39) Niemcy 
bowiem tak pisali Ruś, np. Thietmar; Rtusiam, Rtiszorwn VII c. 
31 str. 186, Vm c. 65 str. 232) obok Ruseia (H c. 22 str. 31, 
VII c. 36 str. 189, IX c. 31 str. 267), Bruno: Ruzarum (MPH. I, str. 
224 i 226), Lambert Hersfeld. : Rtisenorum {ad a. 1 074 in u$, sch. 
str. 202, ad a. 1075 str. 225), Adam Brem.: Rtazia {MPH. II str. 164 
(przyp. 2), roczn. kwedlinb. : Ruciam {ad a. 1019 MPff, U str. 772); 
nie obcą jest taka pisownia i niektórym źródłom polskim, spotkałem 
ją bowiem w roczn. ś-krzysk. : Ruziam {ad a. 1018, MPH. II str. 
773). Rusinów należy też upatrywać w owych ^Slatń de Rugis^^ 
o których wspomina TegHmonium de theUmeis in marchia orieniaU 
persolpendis między r. 903—906 (Friedrich, Cod. dipl. Boh. nr. 31 
c. IV). Wobec tego zachodzi pytanie, czy zapiska roczn. hildesh. nie jest 
zlewkiem jakichś dwóch wiadomości, zwłaszcza, że roczn. ten jest 
w partji 1000 — 1040 odpisem z obszerniejszej redakcyi, pełnym 
niedokładności i opuszczeń (Rocz. hild. in us. sch. str. VII). Podaję 
próbę rozwiązania tej zagadki. T. zw. Nestor podaje pod r. 1036 
{MPH I, str. 698) wiadomość o śmierci ks. Mścisława, który rozcho- 
rował się na łowach. Pewne pokrewieństwo zapisek, donoszących 
o śmierci ks. ruskiego w związku z polowaniem niezaprzeczenie 
istnieje ; pozostaje jednak niewyjaśnionem przejście tej wiadomości 
do roczn. niemieckich, czego już na tem miejscu badać nie mogę. 
Tak jednak czy owak, dux Ruizorum żadną miarą nie można odno- 
sić do Słowaczyzny, bo Słowaczyzna nigdy tak w źródłach nie jest 
nazwana, nie można dalej i z tego jeszcze względu, że jeśliby księ- 
stwo słowackie rzeczywiście aż do r. 1031 miało istnieć, to w r. 
1030 Brzetysław czeski najechaćby musiał Słowaczyznę, a nie Węgry, 
jak donosi ze starego roczn. wydobyty ekscerpt Kosmasa {Fon. Br. 
Boh. n str. 64). — Na gruncie błędnego pojęcia o państwie słowackiem 
pojawia się przywilej praski z r. 1086. Autor wnioskuje: prowincya 
Wagu nie jest owem księstwem, jest więc zdobyczą Boi. Chr. Polska 
za Karpatami posiadała tylko cztery północne komitaty Trenczyn, 



1X5 Recenzye i Sprawozdania. 

Orawę, Liptów i Spiż (str. 39). Taki rezultat najmniej był spodzie- 
wany, dzieli go bowiem od dowodu, nawet gdyby się dały utrzymać 
jego szczegóły, niezgłębiona przepaść, a wynik zapada tam, gdzie 
powinien się był zacząć właściwy dowód. Jeśli bowiem autor przyjął 
wyniki badań prof. Potkańskiego, jakżeż może dokumentu praskiego 
używać w odniesieniu do czasów Boi. Chr.? Przytem ani cienia do- 
wodu, że możn^ tak — wbrew prof. Potkańskiemu — wnioskować. 
Rezultat ten ze stanowiska już nie nauki, ale logiki jest niemożliwy. 
Stwierdzam, że o granicach Polski, dochodzących do Dunaju, 
mówią trzy, niezależne od siebie przekazy źródłowe, a zarazem, że 
z tego kompleksu faktów, które autor przytoczył, nic im się nie 
sprzeciwia. Ostatecznie zadecydować musi materyał historyczny wę- 
gierski, którego autor wcale nie uwzględnił. Dok. Stefana dla Nitry 
1006 (Fejer, Cod, dipl. Hung. I, str. 285) jest, jak wykazała nauka 
węgierska, lichem fałszerstwem (Karicsonyi, Ungar, Retrae 1 2, str. 284 
i n.). O wiele poważniejszą przeszkodą jest istnienie arcy biskupstwa 
w Ostrzyhomiu, co oczywiście przemawiałoby przeciw naddunajskim 
granicom Polski. Ale we współczesnych dok. pierwszy arcyb. węg., 
którego się zawsze odnosi do Ostrzyhomia, Astryk-Anastazy nosi 
ogólny tytuł „ Ungarorum archiepiscopiŁs^ (r. 1007, Knauz, Mon, 
Słrigon. I, nr. 10), w źródłach zaś historyograficznych zwany jest 
albo archiepiscopus ad Sobołtin (Passio s. Adalb, MPH, I, s. 154), 
albo — co jest wyraźniejsze — „episcoptis Colocensis^' ; tak miano- 
wicie w dwóch źródłach węg. w VUa maior s. Stepkani (c. 8 M. G. 
H. 88. XI, str. 232 w kod. B 1 i B 2, pochodzących z XIII w., 
niema tej wersyi w kod. A 1 najstarszym, z końca XII w., w któ- 
rym jednak są miejscami opuszczenia, ibid. str. 225) oraz u Hartwika 
(Schwandtner, 8cr. Rr. Hung, II [1768], str. 7—8). Fakt, że Astryk 
nie był biskupem ale metropolitą, zaświadcza przytoczony dokument. 
Okoliczność, że wspomniane źródła mówią równocześnie o założeniu 
metropolii w Ostrzyhomiu, świadczy, że związywanie Astryka z Ka- 
locsą opiera się na jakimś pozytywnym przekazie. Kalocsa posiadała 
wszelkie warunki na metropolię: leżała w środku kraju, niedaleko 
od ówczesnej stolicy węg. Alby (Weizzenburchu), w otoczeniu bardzo 
starych klasztorów (Pecsvarad) i katedr biskupich. Nie wypowiadam 
żadnego decydującego sądu, wysuwam tylko kilka szczegółów ze 
źródeł, któreby mogły przemawiać za tem, że pierwotnie metropolia 
węg. była w Kalocsy, skąd przeniesiono ją, prawdopodobnie jeszcze 
za Stefana W. (stąd zamieszanie w źródłach) do Ostrzyhomia. Chcę 
okazać, że bez źródeł węg. przedmiotu tego nie można badać. 



Kecenzye i Sprawozdania. 117 

Oszczędzając czytelnikom i sobie czasu pominę dalszą „nowość", 
że Polska utraciła Słowaczyznę w latach zamieszek po śmierci Mie- 
szka II, co uczynić można tem łatwiej, że autor nie daje absolutnie 
żadnych argumentów. Zwróćmy się zaś do twierdzenia autora, że 
Boi. Śm. powtórnie zdobył dla Polski Słowaczyznę. Zestawienie prze- 
kazów źródeł od Wincentego począwszy (str. 47 — 48) do niczego 
nie prowadzi. Decydujący jest tu przekaz Galla, że Boi., wypędziwszy 
Salomona, osadził na tronie Władysława (I c. 27 str. 36). Przekaz 
ten ściąga w jeden fakt całą politykę węg. Boi. Śm., ale posiada 
dużą wartość, gdyż odsłania zasady i cele tej polityki.] W walce 
o utrzymanie zdobytej niezależności przeciwko cesarstwu idzie o roz- 
szerzenie sfery wpływów polskich przez osadzanie na sąsiednich tro- 
nach władców przychylnych Polsce, to też wojny te mają wybitny 
charakter starć ściśle politycznej natury. O terytoryalne zdobycze 
wcale tu nie idzie. Nie wypada nawet z konjunktury możność roz- 
szerzania państwa, bo jakżeż pomyśleć, że osadzający kogoś na tronie 
władca polski urywa mu zaraz kawał kraju. Autor jednak na to nie 
zwraca uwagi. Znów występuje na widownię przywilej z r. 1086, 
na zasadzie takiego wywodu : Jaromir bawił w Polsce 1061— 1067, 
a ponieważ jest autorem tego przywileju, więc umieścił w nim gra- 
nice biskupstwa krak. z przed r. 1067. A zatem „prowincyę Wagu" 
odzyskał Boi. Śm. na podstawie ugody z Salomonem 1064 r. (s. 50). 
W tym wywodzie uderza przede wszy stkiem już zbyt daleko idąca 
niekonsekwencya. Nie można przecież odnosić tego samego dok. do 
dwóch faktów. Jeśli przy w. z r. 1086 reprodukuje treść ^układu 
z Salomonem", to nie może równocześnie stanowić podstawy do 
wnioskowania o rozciągłości granic polskich za Chrobrego. To jest 
przecież zupełnie jasne, zwłaszcza wobec konstrukcyi autora, że za 
Boi. Śm. mamy do czynienia z nową zdobyczą. Nadto odmiennie 
występuje geneza tego przywileju w odniesieniu do każdego z owych 
faktów z osobna. Wobec podobnego wywodu słabo już wychodzą 
pozytywne błędy, między którymi zwrócić trzeba szczególną uwagę 
na ową ugodę Boi. z Salomonem. Turoczy (II c. 47 : Schwandtner 
op. cił. I str. 140 — 141) napomyka tylko o jakiemś wojsku polskiem, 
a mówi o pokoju jedynie między Salomonem a Gejzą. To ma, o ile 
idzie o główne fakty, cechy źródłowego przekazu, nie mają ich już 
jednak samowolne amplifikacye Długosza, pod złą datą 1073 HP, I 
344 — 345), które, drogą przez Kromera, przyjęli mniej krytyczni 
historycy węgierscy (Fessler-Klein, Oesch, r. Ungarn I, str. 164), a od 
nich autor (mój domysł, bo nic nie cytuje w odpowiedniem miejscu). 



118 Reoenzye i Sprawozdauia. 

Ale Dhigosz mówi tylko o tem, że Boi. pośredaiczył w pokoju, 
autor zaś dokomponowal jeszcze — bez wszelkiej podstawy — oso- 
bny układ Boi. z Salomonem. Jest to pouczający przykład powsta- 
wania bajeczek historycznych. Zdaje się, że ze źródeł co innego 
wypływa. I-o Mało jest prawdopodobne, jakoby Boi. Śm. i Kazi- 
mierz rozszerzali Polskę kosztem Węgier, a to wobec podkreślonego 
kierunku ich polityki. 2-o Węgry po śmierci Stefana W. przeżywają 
epokę wewnętrznych zamieszek, osłabienia państwa i walk z cesar- 
stwem, co czyni każdą akcyę zaborczą z ich strony niemożebną. 3-o 
Przyw. z r.l086 stwierdza istnienie polskich posiadłości za Karpatami. 
Z połączenia tych okoliczności wypływa wniosek, że Polska za Mieszka 
(przyjmuję hipotezę Lewickiego Rpr. hist. Ak. Urn. 5, str. 151 — 152) 
nie utraciła chyba całych zdobyczy zakarpackich Chrobrego, lecz 
część ich przetrwała aż do Śmiałego, objęta przeważnie granicami 
naturalnemi, Tatrami Niżnemi, (Tritri przyw. z r. 1086?). Chcę po- 
ruszyć tę kwestyę, rozstrzygnąć bowiem może ją tylko troskliwe zba- 
danie dokumentowego materyału węgierskiego. — Na tem zamykam 
szczegółowe uwagi o pracy p. Ł., która nie tylko nie posuwa 
w czemkolwiek nauki, ale przeciwnie cofa ją nieskończenie wstecz. 

Stanisław Zachorowski, 

Wondaś Andrzej: Stosunek OttokaraO., 
króla Czech, do książąt Śląska i Polski. (Spra- 
wozdanie Dyrekcyi c. k. gimn. w Stanisławowie 1903/4 
str. 2—32). 

W krótkiej rozprawie porusza p. Wondaś problem ważny, nie 
dość jeszcze oceniony, choć już niejednokrotnie poruszany. Nie da 
się bowiem zaprzeczyć, że postać Ottokara U., jak w historyi czeskiej 
wielką odgrywa rolę, tak i dla spraw polskich tego czasu niemałego 
jest znaczenia. W każdym zaś razie nie można tego przeoczyć, że 
jakiekolwiek były dalsze cele jego polityki, to jedno było faktem, 
że prawie wszystkich książąt polskich zdoł&ł złączyć przy swoim 
boku. Polskiemu więc historykowi winno nasunąć się pytanie, jak 
daleko biegły plany Ottokara w odniesieniu do tych 
książąt, i dalej, czy i jaki wpływ miało stanowisko 
króla czeskiego na ówczesne sprawy p olskie. 

Kwestyi tych jednak dotyka autor tylko epizodycznie, zależało 
mu bowiem raczej na podniesieniu tych wszystkich punktów, w któ- 
rych widocznem było zetknięcie się Ottokara z książętami polskimi. 



Reoenzye i Sprawozdania. 119 

Od roku więc 1263. aż do ostatniej chwili przebiega autor jeden 
fakt za drugim, starając się przy tern rzucić na nie pewne światło. 
Oczywiście najsilniej występuje tu kontakt ks. śląskich z Ottokarem; 
jest to zresztą następstwem z jednej strony rzeczywiście blizkich sto- 
sunków tych książąt z królem czeskim, z drugiej: obfitszych w tej 
mierze przekazów źródłowych. Stanowisko n. p. Henryka IV. jest 
równe nieledwie uznaniu nie tylko opieki ale poproś tu zwierzchnictwa. 
Słusznie jednak podnosi autor zgodnie z dr. Al. Semkowiczem 
{Kwartalni hiH, r. 1887 str. 331) — że w planie Ottokara nie leżało 
bynajmniej podporządkowanie tych książąt pod swoją władzę, ile 
raczej chodziło mu o pozyskanie posiłków, w początku do trwałego 
owładnięcia schedy po Babenbergach, a w drugim okresie t. j. gdy 
Rudolf stawił Ottokarowi zaporę w jego zaborczości, do złamania 
tej zapory. Wszelka bowiem myśl stworzenia państwa panslawisty- 
cznego, zwłaszcza wobec występującego poczucia narodowego w Polsce 
byłaby nieziszczalną ; o tem zaś chyba Ottokar najlepiej mógł wiedzieć. 
Postanowienie więc kwestyi tej tak, jak to autor uczynił, jest jedynie 
słnaznem i do przyjęcia. 

Nie mógłbym się jednak zgodzić z autorem, widzącym wtem, 
co Ottokar ofiarował Bolesławowi Wstydliwemu w zamian za przy- 
mierze, pomoc dla uzyskanie suprematu nad książętami innych dzielnic* 
Myśl zjednoczenia Polski nurtowała oczywiście ówczesne umysły, 
a zwłtozcza duchowieństwo, czy jednak książę krakowski mógł myśleć 
o jej urzeczywistnieniu? To byłoby zdaje się za pospiesznie prze- 
sądzać. Tembardziej więc, gdy akty cytowane przez autora (Fbv^, 
Da$ FormMueh des,.. Heinrieu* Italicus, Archiv f. Kunde o$Urr. 
Guckichtscuellen t. XXIX. nr. 36, 87, str. 46/47) mówią tylko o za- 
czepno- odpomem przymierzu, trudno myśl taką stawiać tak pewno, 
jak to p. W. czyni. Prawda, że autor widzi do tego materyał zaraz 
u wstępu kroków dyplomatycznych króla czeskiego; jak jednak po- 
przednio tak i tutaj odczytuje ze źródła więcej, aniżeli ono niesie, 
a temsamem więcej, aniżeli zapewne i na celu miało. Zdanie bowiem... 
edam vobi8 et ecelesie ve$ire in tesiris necessUaiibus... praegidia r«- 
promiUimtu opparHma^ cupienies %niervetUu nostro (może ^vestro^ 
jak LOschke przyjmuje — Die PoUbUc K^nige OH, gegenUber Sehle- 
$Un u, Polen... Zeitschrift f. Oeech. u. AUerth. ScMesiens t. XX. 
s. 98.) veliUi lapide angulari duo$ e dinereo parietes eaniungendo i 
wnurn, nMs indissolubilee foederie et amieitiae mnculOf cunctoe Po- 
Umiae prineipes sodari, ąuorum nos terras et pnusertim,.. Oraco^iae 
et Sandomiriae ducia Boleslai... promitHmus ab omnibus intnuaribus^ 



120 Recenzje i Sprawozdania. 

praeserłim schismaticis et paganis.,, defensare... (Emler: Regesta Bo» 
hemiae et Moraviae t. II. nr. 71 str. 27/28) upoważnia jedynie do 
wniosku, że w Ottokara interesie leży doprowadzić do porozumienia 
i przymierza między Czechami i księciem krakowsko - sandomier- 
skim. 

Zarówno też i nie bez zręczności przeprowadzony dowód o nie- 
obecności Ottokara w czasie wyprawy na Prusy, nie może się utrzy- 
mać wobec bulli Aleksandra IV. z r. 1255. w której papież pisze 
do Ottokara,.. tuo claro nomine.,. quod tu olim, pro fide catholtca 
in Prussiae partibus, ad honorem dimni nominis, magnijice promo- 
venda, crucis ansunUo signaculo^ illuc personabilit er cum magna 
et famosa hellatorum multitudine processisti, paganos in łerra Sambiae 
constitutos conferendo taliter virtute tui bracchv\ guod ipsam per dei 
gratiam christiano domino subjugasti — i dalej... guod,,. fratribus 
hospitalibus S. Mariae Teutonicorum... dextra triumphali sine dila- 
tione subvenias, et tui laboris pristini fructum amoenissimum de paga* 
norum ipsorum spurcida potestałe resumas,.. (Emler: Reg. Boh. et 
Mor. i. II. nr. 82). Ilekolwiek bowiem odłoźyćby trzeba na frazeo- 
logię dyplomatycznego pisma, nie można nie przyznać, że wynika 
z niego, że Ottokar brał osobiście w wyprawie udział. Zresztą i za- 
piska roczn. górno-śląskiego ...rex Ottocarus... in Prusiam venił et 
aliąuid loni fecit. [Mon. Pol.hist.i. III. str. 715) przemawia za tem. 
Słowa bowiem aliguid nie można brać w znaczeniu ilości czy ogromu 
dokonanych faktów, ale można uznać jedynie za niedokładne poin- 
formowanie autora rocznika o dokonanych czynach i wyminięcie się 
od sprawozdania przez powiedzenie ...Ottokar ruszył do Prus, gdzie 
„czegoś" (dla Zakonu) korzystnego dokonał. 

Trudno też zgodzić się z p. W. na zdanie o czasie pobytu 
Henryka IV. na dworze Ottokara, wnioski bowiem prof. Ulanowskiego 
(O pobycie Henryka IV na dworze Ottokara II. Rozpr. Akad. Urn. 
wydz. hist.-filoz. i. XX s. 187/8), jako lepiej umotywowane, przema- 
wiają stanowczo na swoją korzyść. (Szkoda, że autor nie znał tej 
rozprawy!) Rezultatem jednak dodatnim jest tutaj podkreślenie przez 
autora postaci Szymona Gallika (nie Gallica!), jako wychowawcy 
Henryka IV. 

Myli się też p. W., uważając w drugiej połowie XII w. stano- 
wisko ks. śląskich za izolowane od reszty Piastowiców ; tak bowiem 
seniorowie krakowscy, jak przedewszystkiem Władysławo wice utrzy- 
mywali ścisły kontakt ze swymi stryjami. 



Recenzye i Sprawozdania. 121 

W rezultacie więc rozprawka ta przynosi tylko sumienne zesta- 
wienie tych momentów, w których widocznem było zetniecie się 
Ottokara II z książętami polskimi. M. ŁodgńskL 

Milan Jan dr.: Napad Tatarów na Polskę 
za Leszka Czarnego w r. 1287. (Sprawozdanie Dy- 
rekcyi c. k. gimn. w Stanisławowie r. 1905/6 str. 1 — 18). 

Wsparty na latopisie hipackim prostuje autor błędne wiado- 
mości Długosza, a tem samem i dotychczasowy pogląd na fakt tego 
najazdu. W myśl bowiem źródła trzeba w wyprawie tej rozróżnić 
dwa prawie współczesne epizody. Jeden — wyprawa Telebugi, a drugi 
— to najście Nogaja. 

W źródłach polskich nie spotyka się tego rozróżnienia, nato- 
miast latopis powiada wyraźnie, że naczelnicy oddziałów tatarskich 
nie żyjąc z sobą w zgodzie przedsięwzięli wyprawy, każdy na własną 
rękę. Telebuga tedy wraz z książętami ruskimi ruszył górą na San- 
domierz, nie doszedł jednak do Krakowa, Nogaj zaś pociągnął szla- 
kiem południowym, uderzył na Kraków, lecz napotkawszy na dzielny 
opór, cofnął się ku południowi. Gdy jednak i tutaj poniósł od wodza 
węgierskiego Jerzego dotkliwą klęskę, ruszył przez Ruś ku dalszemu 
wschodowi. Oto główna treść rozprawki ; nadmienić jednak trzeba, że 
na latopis ten, jako na źródło do tego faktu, wskazał już dr. Al. 
Semkowicz {Krytyczny rozhiór Dziejów Polskich Długosza str. 308), 
zasługą więc autora jest umotywowanie, konstrukcyjne ujęcie i po- 
danie do wiadomości tego nowego szczegółu do historyi napadów 
tatarskich na Polskę. M. ŁodyńskL 

Heveker Karl: Die Schlacht bei Tannen- 
berg. Berlin 1906, str. 67; 8^ 
W rezultacie doktorska praca zgadza się z przekazem Długosza 
którego zgodność z kroniką Conflictus wskazuje, zdaniem autora, na 
wspólne, dzisiaj już zaginione źródło. W kilku tylko zagadnieniach, 
stojących w związku z opisem grunwaldzkiej bitwy, nie zgadza się 
H. z Długoszem. Najpierw w sprawie szyku wojsk. Z Długosza, nie- 
mniej jak i z kroniki Conflictus wypływa niewątpliwie, że tak wojsko 
polskie jak i krzyżackie miało oprócz skrzydeł i centrum dwie linie 
bojowe. Skoro np. oba te źródła wyraźnie wzmiankują o wojskach 
primae actet, skoro dalej, mistrz Zakonu po zachwianiu się pierwszych 
jego szyków, przystępuje do boju w liczbie 15 chorągwi, to wyraźnie 
jest wskazane, że i wojsko krzyżackie było w dwóch szykach usta- 



122 Recenzye i Sprawozdania. 

wionę, nie zaś w jednym, jak twierdzi H., który sądzi, że mistrz 
miał poza swoim szykiem tylko kilka chorągwi, jako stra2 tylną. 
Jeżeli zresztą H. ufa przekazowi Dhigosza, to powinien by) i to wziąć 
pod uwagę, że fizyczną niemożliwością byłoby walczyć cale 9 godzin, 
wśród upalnego dnia lipcowego, ciężko uzbrojonemu rycerzowi, a takby 
niewątpliwie być musiało, gdyby obustronne wojsko w jednym sze- 
regu było ustawione. Nie obliczył się wkońcu autor z terenem, jakiego 
wymagałoby kilkunastotysięczne wojsko w jedną wyciągnięte linię. 

Drugie pytanie dotyczy rozstrzygającego momentu taktycznego 
bitwy ; zdaniem autora siły Zakonu uległy przeważającej liczbie wojsk 
polskich, co żadną miarą z Długosza nie wynika. I z Długosza 
wypływa przewaga wojsk królewskich nad krzyżackiemi, wylicza on 
wszakże, że przeciwko 51 chorągwiom krzyżackim stanęło 91 cho- 
rągwi polskich i litewskich. Jeżeli atoli zważymy ubytek wojsk lite- 
wskich, 40 chorągwi liczących i to zaraz po pierwszem starciu po- 
bitych i uszłych z pola walki, podczas gdy Krzyżacy lewego skrzydła 
z pogoni wracają i biorą dalej udział w walce, nie można więc mó- 
wić, że taktycznym momentem rozstrzygającym była przewaga sił 
polskich w chwili, kiedy mistrz natarł na zwyciężających Polaków. 

Co do liczebnej siły wojsk, bierze H. za podstawę obliczenia, 
jak to już zresztą KOhler, Górski, Ign. Zakrzewski ^) uczynili, liczbę 
chorągwi wyliczonych u Długosza; nie uważa jednak, że nie wazy^ 
stkie chorągwie krzyżackie i polskie są wyliczone, powtóre i liosbę 
włóczni każdej chorągwi z osobna podaje 70, która to liczba jest 
stanowczo za małą. Jeżeli Długosz XI, 52 ochronę przyboczną króla, 
liczącą 60 włóczni, nazywa banderiolum, toć oczywista, że musiały 
banderia walczących, przeciętnie biorąc, znacznie przewyższać liczbę 
włóczni jednej chorągiewki, dlatego też zdaje się, że i tutaj ROhler 
i Górski zbliżają się bardziej do prawdy, aniżeli H. I autor nazywa 
bitwę, jedną z największych bitw rycerskich średniowiecznych, cyfrę 
jednak walczących 11.000 po stronie krzyżackiej i 16.000 po stronie 
polsko-litewskiej podaje, zdaniem naszem, za małą. 

A. Prochaska. 

Goyski Maryan: Luter i Albrecht przed 

sekularyzacyą Prus. Bibl. warszawska 1906, IV str. 

327-354. 

Jest to ustęp z większej całości, w którym autor omawia po- 

róż Albrechta do Norymbergii na sejm czeski w 1522 i poznanie się 



') Por. Kwart hist. II, 158; YI, 644. 



Reeenzye i Sprawozdania. 123'. 

wielkiego mistrza z Osyandrem. Z powoda żywej sympatyi do nowej 
nauki popadł Albrecht w podejrzenie Rzymu. Na sejmie pomocy 
przeciw Polsce nie zyskał, ale poznał i naukę i okólnik Lutra: An di& 
Herm DetUseh Ordens. W czerwcu 1523 r. wysłał Albrecht do Lutra 
tajemne poselstwo z prośbą o poradę w sprawach Zakonu ; wskutek 
tego przybył do Prus Briessman, potem Amandus, Speratus, którzy 
zaszczepiali nowinki, podczas gdy Albrecht bawił w Wittenberdze 
u Lutra, od którego otrzymał radą porzucenia głupiej i pogardy go- 
dnej reguły i zachętę, by ożeniwszy się, zamienił Prusy w świeckie 
księstwo. W Rzymie wiedziano już o sympatyach mistrza, śledzono 
go bacznie. Papież Klemens VII zagroził Albrechtowi, że opuści jego 
sprawę w sporze z Polską. Ale, dodaje autor, taką groźbą nie zdołał' 
uratować papież Prus dla katolicyzmu, papież bowiem nie wykona^ 
swej groźby, nie podał życzliwej dłoni Polsce. Papiestwo, nie grze-^ 
szące (sic) życzliwością dla Polski, nie chciało zrozumieć tego (czego ?), 
a tak i Zakonu nie uratowało i kraj straciło. Kto wie, zapytuje autor,. 
czy stanowisko Polski w pierwszej ćwierci XVI w. nie wpłynęło na 
sekularyzacyę Prus (siei). 

Takiego poglądu, a zarazem zarzutu polityce Rzymu nie spo- 
tkamy u żadnego z protestanckich historyków. Zapomniał snąć autor, 
że już Albrecht na zarzuty Hadryana VI w 1523 r., że wielu człon- 
ków Zakonu rzuciło się do luteranizmu, przyznawał zupełną słuszność 
papieżowi, ale składał winę na stosunki swe z królem Polski, który 
^chętnie widziałby, by subtelna trucizna znalazła wejście do Prus^. 
Z drugiej strony cały episkopat Polski równocześnie z ową sekula- 
ryzacyą upraszał papieża, by upomniał króla Zygmunta do state- 
czności we wierze. Wiadomo wreszcie, że nawet w wewnętrznych 
stosunkach kierował się król względami na sprzyjających luterani- 
zmowi książąt niemieckich, a w zewnętrznych aliansem z Francyą, 
pracował nad osłabieniem Habsburgów, obrońców katolicyzmu. Sam 
autor mówi, że Albrechtowi ułatwiło sekularyzacyę zbliżenie się Polski 
do Francyi i przytacza owe poselstwo przez Achacego Czemę do 
Albrechta w 1524 r. sprawowane, o którem mówi, że dwór polski,, 
czy też najwybitniejsi dyplomaci, tj. kanclerz i podkanclerzy, ułatwili 
Albrechtowi zamiar sekularyzacyi , zapewniając, że Zygmunt wyna- 
grodzi siostrzeńcowi jego lojalność. Czy więc wśród takich stosunków, 
przy takiej obojętności na interesa wiary ze strony króla Zygmunta 
i polityków polskich, zasługuje Klemens Vn na zarzuty, na które* 
młody historyk żadnego nie dostarczył dowodu? 

Antoni Prochaska. 



124 Keceuzye i Sprawozdania. 

SchottmtillerKurtDr.: Der Polenaufstand 
1806/7. Urkunden und Aktensttlcke aus der Zeit zwischen 
Jena und Tilsit. 1907. str. 80 + 240 i 8*. 

Setna rocznica bezprzykładnej klęski Prus pod Jena i Auer- 
stUdtem, nasuwająca ze względu na obecny stan rzeczy w zaborze 
pruskim sposobność aktualną do badania podstaw dalszego rozwoju 
wypadków politycznych w Poznańskiem, skierowała uwagę historyków 
pruskich na ten doniosły przedmiot. W pracy Między Jena a TyUą^ 
wydanej przed laty 5, staraliśmy się dodać z innego punktu rozpa- 
trywane szczegóły, inne dorzucić momenta rozjaśniające sprawę pol- 
ską w okresie między Jena i Tylżą. Zastanawialiśmy się wtedy, ko- 
rzystając z archiwum wiedeńskiego i drezdeńskiego, nad rolą Austryi 
w europejskiem przesileniu 1806/7 w związku ogólnym z kwestyą 
polską. 

Dziś, wobec nowego dorobku źródłowego ze strony pruskiej, 
oświetlającego ówczesną sprawę polską ze specyalnego stanowiska, 
z punktu widzenia już nie tylko niemieckiego i arcypruskiego, ale 
ściśle dynastyczno-monarchicznego, domaga się ten przedmiot wszech- 
stronnej i szczegółowej rewizyi i krytycznego przeglądu odnośnych 
jubileuszowych publikacyi niemieckich. 

Z podwójnego względu zasługuje praca Schottmiillera na uwagę 
i krytyczne roztrząśnienie : naukowego, oraz publicystycznie tenden- 
cyjnego. Z punktu naukowego przynosi ona w swej drugiej części 
szereg dokumentów, zaczerpniętych z tajnego archiwum w Berlinie, 
oraz z archiwum państwowego w Poznaniu, których wartość i pożytek 
jest niezaprzeczenie znaczny. Jeden z nich, raport ministra Yossa, 
zawierający propozycye w celu zapobieżenia powstaniu w t. zw. Pru- 
sach południowych na wypadek wojny z Rosyą, odnosi się do r. 1805 
i grożącego podówczas kryzysu rosyjsko-pruskiego z powodu poru- 
szonej przez Czartoryskiego sprawy polskiej. Następne, między któ- 
rymi zasługują zwłaszcza na wzmiankę dokumenty nr. 5 — 7, 9 — 11, 
13, 16, 18, 23, illustrują zachowanie się władz pruskich w regencyach 
poznańskiej, kaliskiej i warszawskiej w przededniu i bezpośrednio po 
jenajskiej klęsce. Wytężyły mianowicie te władze bacznie słuch i oczy 
na postępowanie szlachty, donosiły o wszelkich jej zjazdach, śledziły 
pilnie za zbyt ożywionym wówczas i budzącym podejrzenie ruchem 
pocztowym i podejrzanymi podróżnymi, legitymującymi swój pospiech 
stale potrzebą kupiecką, handlową. Jednem słowem w pierwszej po- 
łowie października 1806 r., a więc przed rozstrzygającymi wypadkami, 
nie była biurokracya pruska tak zupełnie bezczynną, jak się ją tu 



R«cenzye i Sprawozdania. 125 

i ówdzie przedstawia. W rzeczywistości, dopiero nagły i zupełny po- 
grom, odebrał kierującym czynnikom trzeźwość i rozwagę; konster- 
nacya ta przeszła niebawem w ogólną panikę. Tradycye starej fryde- 
rycyańskiej szkoły, pozbawione wszelkiej samodzielnej inicyatywy, 
przywykłej tylko do ślepego posłuszeństwa, przejawiły się w całej 
pełni w postępowaniu zwłaszcza prezydentów izb obwodowych, po- 
znańskiej V. KoUera i kaliskiej v. Prittwitza. W zupełnej bezradności 
i niezdecydowaniu, domagają się ciągle dokładnych instrukcyi i roz- 
kazów ^na wszelki możliwy wypadek" od władz najwyższych ber- 
lińskich, które z zadziwiającym optymizmem zapatrywały się na sy- 
tuacyę, mimo, że już w dniach najbliższych przyjdzie im razem z parą 
królewską w popłochu opuścić stolicę i szukać schronienia na krań- 
cach zdruzgotanego państwa. Wystarczy wspomnieć, że minister Voss 
pod datą 24. października, a więc w przededniu wkroczenia Napo- 
leona do Poczdamu, wyraża się do Koellera, proszącego o wskazówki 
na wypadek wtargnięcia Francuzów w Poznańskie, że ewentualność 
ta, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa „nie nastąpi wcale", a w da- 
nym razie skutecznie może być udaremnioną dywersyą korpusu ks. 
Hohenlohego. W rzeczy samej nie tylko Berlin, ale i biurokracya 
krajowa, nie brała wcale w rachubę przedłużenia kampanii na terenie 
Polski, tej uciążliwej kampanii zimowej 1806/7 r., której szczęśliwe 
i rozstrzygające zakończenie pod Frydlandem (14. czerwca 1807), 
pozbawiły Prusy zaboru polskiego i wskrzesiło sprawę polską w kon- 
kretnej formie pod postacią Księstwa Warszawskiego, tworu tylży- 
ckiego. Charakterystycznem jest dla rozwoju tej sprawy na gruncie 
bezpośrednim t. j. w Poznaniu, Kaliszu i Warszawie fakt, stwierdzony 
dokumentami w pracy dra Schottmtlllera, że władze pruskie, tak 
ostrożnie liczące się w okresie przedjenajskim z ewentualnością po- 
wstania, w obliczu dokonanej klęski nie liczą się i zgoła nie przy- 
puszczają prawdopodobieństwa współdziałań wojennych całego zaboru 
po stronie Napoleona. Co więcej, porusza się projekt zasadzki i na- 
padu na forpoczty francuskie pułkownika Exelmence'a niemal w tej 
samej chwili, gdy Dąbrowski z Wybickim pojawiają się z proklamacyą 
powstańczą w Poznaniu! 

W przeciwieństwie do tchórzliwej chwiejności Prittwitza i Koel- 
lera spotyka się działalność Hoyma, prezesa izby obwodowej warsza- 
wskiej z przychylną oceną autora. Hoym w rzeczywistości należał do 
tych nielicznych pruskich urzędników, którzy w ogólnem rozprzężeniu 
fryderycyańskich nabytków nie tracili głowy. Tej szczupłej garstce 
przodował rozwagą i arcypruską organizacyą Justus Gruner. Osobistość 



126 Recenzye i Sprawozdania. 

jcrazu podrzędna, niebawem z berlińskiego departamentu dla spraw 
pohidniowo-pniskich wysłany przez ministra Yossa do Poznania jako 
dyrektor tamtejszej izby, bardzo wpływowe zajął stanowisko. Bliższe 
dane z działalności tego „kulturtraegera*^ pruskiego, duchowego ojca 
Flottwella i Bismarcka przyniesie przygotowywana do druku w Berlinie 
monografia specyalna. Na razie z ogłoszonych w niniejszej książce 
elaboratów Grunera, z których przede wszystkiem zasługuje na bliższe 
omówienie memoryał z 26. lutego 1807, doręczony królowi Frydery- 
kowi Wilhelmowi III w Kłajpedzie, zaznajamiamy się dostatecznie 
z poglądem na sprawę polską tego protoplasty dzisiejszych hakaty- 
stów, oraz środkami jakie proponował dla jej rozwiązania sposobem 
pruskiego dobrodziejstwa. Memoryał powyższy jest czemś więcej jak 
tylko zwykłym dokumentem archiwalnym minionej doby. Jest on 
życiem dzisiejszem, codziennem, aktualnem, jest ciągłem od stu lat 
z małą przerwą pulsuj ącem w mózgach społeczeństwa pruskiego credo 
politycznem, politycznym programem rządu berlińskiego od Flotwella 
po dzień dzisiejszy. Nakreślony w lutym 1807 r., jest on wyrazem 
budzącej się otuchy na dworze w Kła,jpedzie, po uciążliwościach 
zimowej kampanii Napoleona, po morderczej bitwie pod Pruską Iławą, 
kiedy Prusom zabłysła nadzieja obfitego zasiłku pieniężnego Anglii 
i kiedy sam Napoleon przyznał, że od żywności dla jego wojska 
zależą losy Europy. Na tę wyjątkowo ciężką podówczas przełomową 
chwilę dla cesarza Francuzów wskazaliśmy byli, rozpatrując stosunek 
Napoleona do ówczesnej sprawy polskiej, którą on był zmuszony 
traktować oględniej jak cztery miesiące przedtem, licząc się nawet 
z możliwością przymusowego cofnięcia wojsk swoich za Wisłę. Były 
to ciężkie miesiące rozpaczliwych wysiłków energii i wytrwałości, 
które od jednego uderzenia rozświetlił niezawodny i tym razem ge- 
niusz Napoleona pod Frydlandem. Frydland też zadecydował o losack 
ziem polskich, poddanych dotąd królowi pruskiemu. Odwracając wy- 
padki na wspak, rzućmy niewłaściwe z pozoru pytanie : jaki los przy- 
padłby był ówczesnej Warszawie, gdyby dzień 14. czerwca nie był 
rozbroił skojarzonych u trumny Fryderyka W. aliantów, cesarza Ale- 
ksandra i Fryderyka Wilhelma III. Odpowiedź na to znajdziemy 
w powyższym memoryale Grunera. Sam dla siebie godzien jest ze 
wszech miar stanowić przedmiot wielce aktualnej pouczającej lektury. 
Szczupłość sprawozdawczego miejsca, pozwala jedynie na podanie 
wielce charakterystycznych końcowych jego konkluzyi i sakramen- 
talnych dla późniejszych pokoleń wskazań politycznych. Gruner po- 
dzielił ówczesne społeczeństwo polskie w chwili wybuchu powstania 



Receuzye i Sprawozdania. 127 

na pięć kategoryi powstańczych, t. j. 1) republikanów, 2) ambitnych 
3) aferzystów, 4) uwiedzionych i 5) steroryzowanych, których odpo- 
wiednio charakteryzuje i po nazwiska wymienia, poczem uderza z całą 
zajadłością na „fanatyczne kobiety" polskie. „Jakdhigo — pisze on — 
wolno żyć kobietom jak Chłapowska na Dąbrówce, My cielska na 
Kobylepolu, Węgorzewska, Fiszerowa i wiele in. w Prusach południo- 
wych, nigdy tam spokoju nie będzie. Karmią i wychowują one dzieci 
swoje nienawiścią i zaciekłością przeciw Prusakom i pozbywają się 
wszelkich cnót niewieścich dla hołdowania fanatyzmowi swemu, pły- 
nącemu z bardzo mętnych źródeł". Ani słowa-lapidame to zadoku- 
mentowanie rycerskości pruskiej, o której brak względem usuniętych 
od władzy urzędników pruskich autor niniejszej pracy, przyklaskując 
entuzyastycznie Grunerowi, oskarża nękanych przez lat 13 dobro- 
dziejstwy pruskiemi mieszkańców ziem polskich. 

W dalszym ciągu podaje Gruner jako jedyny środek zabezpie- 
czenia prowincyi polskich na zawsze od wszelkich wstrząśnień i burz 
zupełną amalgamacyę tych ziem z państwem pruskiem. W pierwszej 
linii zalicza on do owych środków zapobiegawczych obok surowego 
ukarania niebezpiecznej szlachty, obok wynagrodzenia, obłaskawienia 
i utrwalenia we wierności dla tronu ugodowej części społeczeństwa — 
najintenzywniejsze, systematyczne i nieustanne kolonizowanie ziem 
polskich przez osadników {mdglichsłe Yerpflangung^ fortgesełsste An- 
siedlung). Następnie podnosi konieczność zaprowadzenia ściśle nie- 
mieckiego, powszechnie i przymusowo {allgtmein u. ztoangsweUe) 
obowiązującego szkolnictwa; doradza wydania zakazu, mocą którego 
po upływie 16 lat — oczywiście tej roboty kulturalnej — nie będzie 
wolno zawierać ślubu żadnemu poddanemu polskiemu i żadnemu ży- 
dowi małżeństwa, bez poprzedniego wykazania się egzaminem i świa- 
dectwami ze znajomości języka niemieckiego. Nakoniec omawia ma- 
jące się dokonać reformy polityczno wojskowe, jak wcielenie polskich 
rekrutów do pułków w prowincyach pruskich , skąd nie mieli być 
urlopowani i wracać do ojczyzny aż dopiero po odsłużeniu całkowitej 
kapitulacyi, natomiast w Warszawie i Poznaniu, garnizon składać się 
miał wyłącznie z pułków pruskich. ^Jeżeli nie łudzą umie — tak 
zamyka Gruner swoje wywody — wszelkie moje poglądy, wyniknie 
z obecnej krwawej katastrofy bogate, trwałe błogosławieństwo i roz- 
przężenie obecnie żyjącej generacyi polskiej, stanie się fundamentem 
dla prawdziwego szczęścia przyszłych pokoleń. Zaiste niezbyt drogo 
okupionem wyda się wtedy bolesne doświadczenie, a zazdrości go- 
dnym los owych wiernych sług królewskich, którym wolno było przy- 



128 Recenzye i Sprawozdania. 

czynić się do złagodzenia strasznej teraźniejszości i do przetworzenia 
buntującego się kraju w pewną, wierną i pożyteczną prowincyę". 

Zaprawdę nie wiadomo co więcej uderza, czy optymistyczne za- 
patrywania i horoskopy ostatecznie zmiażdżonych Prus, czy zacie- 
kłość, z jaką już w tej krytycznej chwili knują plany na wypadek, 
gdyby szczęśliwy dla nich traf poddał znowu utracone ziemie polskie 
pod ich dobroczynne rządy. Planowa, konsekwentna kolonizacya, po- 
zyskanie i uśpienie szlachty drogą urzędów i dostojeństw dworskich, 
„na co ona obok imienia Polaka tak wielką kładzie wagę", germa- 
nizacya szerokich warstw ludowych i mieszczańskich przez szkołę 
i służbę wojskową, oraz równoległe specyalne środki i ustawy wyją- 
tkowe w zakresie społeczno-finansowym, oto dobrodziejstwa, jakiemi 
Gruner obsypywał część spokojnych i wiernych poddanych polskich 
króla pruskiego na wypadek odzyskania „Prus południowych*. Nato- 
miast wobec buntujących się i winnych ostatniego powstania mieszkań- 
ców, doradzał ten gorliwy Prusak użycie nieubłaganej surowości 
i zastosowanie przedewszystkiem „zasady sprawiedliwości" {Oerech- 
tigkeit isł das Pńnzip), zaiste pruskiej, celem zduszenia powszechnej 
insurekcyi po przywróceniu pomienionych prowincyi, udarenmienia 
jej możliwie szkodliwych skutków i uniemożliwienia ponownych 
wstrząśnień w przyszłości. Uprzedził więc w teoryi Gruner, jak wi- 
dzimy, Flotwella i Bismarcka i wybornie znaleźćby się mógł na czele 
dzisiejszych generacyi kulturtraegerów i projektodawców ustaw wy- 
jątkowych, nie rażąc wcale anachronizmem. Gruner, to czysta ema- 
nacya ducha i brutalności pruskiej, tem godniejsza uwagi, że tak 
skrystalizowana choć jeszcze tak wczesna. 

Idee te grunerowskie nie zostały bezpośrednio w czyn wpro- 
wadzone dzięki wypadkom na terenie wojennym, zrobiły przecie wra- 
żenie w Kłajpedzie i co więcej, osłabiły, sparaliżowały współczesne 
ugodowe wystąpienia ks. Antoniego Radziwiłła. Znany ten pośrednik 
wkwestyi polsko-pruskiej z r. 1796 i z sierpnia 1806 w następstwie 
jej ruchliwy rzecznik w chwili obecnej, oraz w r. 1809 i 1813 — 16, 
późniejszy namiestnik w W. Ks. Poznańskiem 1816—30, wystąpił 
jeszcze 4. lutego 1807 z ponownym memoryałem (a więc przed zja- 
wieniem się Grunera), w którym w całej pełni podejmuje swą akcyę 
ugodową, wskazując na wielką doniosłość, jakąby miało wywołanie 
przeciwrewolucyi na szkodę Napoleona, której dowództwo jako na- 
czelnik „nadwiślańskiego legionu" miał objąć ks. Józef Poniatowski 
wezwany ad hoe przez Fryderyka Wilhelma III, przyjmującego ró- 
wnocześnie dla zadośćuczynienia ideałom narodowym tytuł króla 



Recenzye i Sprawozdania. 129 

Wielkopolski. Ks. Józef, jak wiadomo, odmo wił stanowczo i nieod- 
wołalnie (por. odn. ust. Askenazy : Ks, Józef Poniatowski). Między 
temi dwiema alternatywami Grunera i Radziwiłła, których godzącym, 
złotym niejako środkiem i zarazem podkładem pokongresowego ustroju 
W. Ks. Poznańskiego miał być późniejszy memoryał Hardenberga 
(marzec 1807), chwiać się odtąd będzie kwestya polska na dworze 
w Kłajpedzie aż do jej frydlandzkiego etapu. 

Nie tylko te memoryały, o których dla ich zasadniczego zna- 
czenia nieco obszerniej wspomnieliśmy, ale i szereg innych załączo- 
nych do pracy dra S. dokumentów, stanowi pokaźny nabytek źró- 
dłowy dla historyków tej epoki. Będą one uzupełniającym się wza- 
jenmie i pogłębiającym pogląd na przebieg ówczesnych wypadków 
„I>endant^ do niewydanych jeszcze dotąd i niezupełnie wykorzysta- 
nych aktów Komisyi rządzącej. Na razie należy nie zapominać, że 
są one jednostronnymi wykładnikami interesów pruskich, redagowa- 
nymi przez cały zastęp urzędników-germanizatorów. Treścią ich prze- 
ważną jest wybuch i organizacya powstania w Wielkopolsce. 

Z kolei, choć z pewnym niesmakiem, przystępujemy do wyra- 
żonego w założeniu niniejszego sprawozdania drugiego punktu t j. 
tendencyjności pracy dra S. Tendencyjność ta w dzisiejszej dobie jest 
zjawiskiem w historyografii urzędowej pruskiej tak powszechnem, że 
nie budzi ona już u nas wcale zdumienia. Nie zamierzamy też kru- 
szyć kopii z autorem np. o pełne namaszczenia frazesy, kiedy z emfazą 
mówi o uciemiężeniu urzędników pruskich przez rwących się do 
wolności Polaków i o tę „polską wolność'', cytowaną przez autora 
tak ironicznie w cudzysłowie. Czyż nie tragikomicznym patosem trącą 
słowa ^o Cichem, tradycyą dziejów nie przechowanem męczeństwie'' 
przedpowstaniowych urzędników pruskich ? Co zabawniejsza — nawet 
etyką dekoruje autor miejscami swoją pracę np. gdy chodzi o to, by 
piętnować Polaków z oburzeniem trybuna praw narodów za rzekome 
splamienie ówczesnych dni wolności przez publiczne delatorstwo 
i wskazywanie bezbronnych mieszkańców pruskich, którzy mieli paść 
ofiarą nowego rzeczy porządku. Aliści przecie ta sama etyka choruje 
na atrofię, kiedy z entuzyazmem „prawdziwie pruskiego" i urzędo- 
wego historyka prowincyi poznańskiej wznosi pean na cześć Grunera, 
który doradza oczywiście w imię głoszonej przez niego zasady „Os' 
reehHgkeit das Printip^y bezwzględne tracenie wszystkich wybi- 
tniejszych uczestników trzech pierwszych klasyfikowanych przezeń 
kategoryi powstańców i konfiskaty ich majątków, który w dalszym 
ciągu nawołuje do wydalenia wszystkich dla sprawy narodowej czyn- 

KwBitalnik historyczny IIII-l. 9 



130 Recenzye i Sprawozdania. 

nych mieszkańców, wszak autochtonów i właściwych gospodarzy oj- 
czystego zagonu w odlegte prowincye państwa, któremu wreszcie dla 
idei pruskości tych ziem niebezpiecznemi wydają się nawet kobiety 
do tego stopnia, że i one powinny być bez zwłoki i jakiegokolwiek 
odwołania przesiedlone w odlegle zakątki państwa z chwilą, gdy pa- 
dnie na nie cień politycznego podejrzenia. „Przez Grunera — dekla- 
muje dr. S. w nabożnem uniesieniu — przemawia mąż stanu, obda- 
rzony nieugiętem poczuciem obowiązku i najszlachetniejszej siły mo- 
ralnej^. Nie trzeba chyba dalszych przykładów. Oddawszy według 
głoszonej hałaśliwie w Berlinie zasady : ^suum cuicue^ — uznanie 
naukowej części pracy dra S., radzi uchylamy się od dalszego oma- 
wiania jej polityczno-publicystycznego kierunku. 

Dr. Maciej Loret. 

Mikołaja Malinowskiego: Księga wspo- 
mnień. Wydał Józef Tretiak. ^Źródła do dzie- 
jów Polski porozbiorowych". III. Kraków 1907, 
Nakładem Akademii Umiejętności, str. 131, 8*. 
Akademia Umiejętności, wychodząc ze słusznego założenia, iż 
dokładne zaznajomienie się z historyą nowoczesną odpowiada w wy- 
sokim stopniu odczuwanej potrzebie społeczeństwa, powołała do życia 
Komitet do dziejów Polski porozbiorowych, mający na celu publika- 
cye źródeł do historyi polskiej w wieku XIX. Niepodobna wątpić, 
2e Komitet, działający pod egidą najwyższej naszej instytucyi nau- 
kowej, a złożony z poważnych sił specyalnych, rozwinie rozległą 
i owocną działalność edytorską, opartą na trafnym doborze doniosłych 
objektów wydawniczych, oraz na gruntownym aparacie wydawniczym, 
odpowiadającym wymaganiom technicznym nowoczesnej metody pu- 
blikacyi źródeł nowożytnych zagranicą. 

Jednym z pierwszych kolejnych, a pierwszym ogłoszonym to- 
mem tego ze wszechmiar pożądanego i pożytecznego wydawnictwa, 
jest Księga wspomnień Mikołaja Malinowskiego. W danym 
wypadku wybór nie zupełnie był szczęśliwy. Ten quasi pamiętnik, 
czy 8ilva rerum, o bardzo drugorzędnej wartości naukowej, chaoty- 
czny i bezkrytyczny, bez wielkiego dla badaczy uszczerbku, mógł 
na razie pozostać w rękopisie. Skoro zaś podjęto publikacyę rzeczo- 
nego manuskryptu, byłoby zupełnie pożądanem , poddać go uprzedniej 
ścisłej rewizyi i usunąć szczegóły nieraz zgoła bezwartościowe. 

Malinowski prócz wydanych obecnie wspomnień, spisanych z jego 
opowiadań przez przyjaciół w r. 1864, sam skreślił po łacinie pa- 



Recenzye i Sprawozdania. 131 

miętnik w czasie pobytu w Petersburgu w latach 1827 — 28. Wyjątki 
z tego pamiętnika ogłaszano parokrotnie. Ustęp, zawierający np. opo- 
wiadanie o słynnej improwizacyi Mickiewicza z dn. 24. grudnia 1827 r. 
podany był przez Wincentego Korotyńskiego w Kronice rodzinnej 
z r. 1875 (nr. 22 i 23) i z dopełnieniami w IV-tym tomie Koreapon- 
dencyi Mickiewicza (str. 9 — 33). Nawiasowo zauważymy, że wiary- 
godność relacyi pamiętnikarskiej Malinowskiego o improwizacyi wie- 
szcza, poważnie została zakwestyonowana przez Wł. Mickiewicza 
(Żywot A, Mickiewicza^ I, 199), Chmielowskiego (ii. Mickiewicz, I, 
366), Kallenbacha {A. lftcA:i«tt?ic«, I, 233— 37). Sprawę zatargu z wła- 
dzami z powodu listu Malinowskiego do Zelwietra, oświetlają nowe 
dokumenty, ogłoszone w Russkcj Starinie, (1905) przez A. Kraushara 
(por. Pierwtze odgłosy Wallenroda w Obrazach i Wizerunkach. War- 
szawa 1906, str. 53 sq. „Mickiewiczana^ w Przegl, hist, 1906, ID, 
89 sq.). Inny wyjątek z tegoż łacińskiego pamiętnika, dotyczący po- 
bytu Mickiewicza w Petersburgu w r. 1827, ogłosił p. L. S. Koro- 
tyóski w książce zbiorowej p. t. Sami sobie (Warszawa 1900, str. 
289 — 91). Ustępu tego w omawianej przez nas publikacyi nie znaj- 
dujemy, nie jest on również znany wydawcy Księgi wspomnień. Ca- 
łość własnoręcznego pamiętnika Malinowskiego, o ile nam wiadomo, 
ma być ogłoszona przez obecnego posiadacza rękopisu, p. L. S. Ko- 
rotyńskiego. 

Księgf wspomnień poprzedza przedmowa prof. Tretiaka, zawie- 
rająca życiorys Malinowskiego, skreślony na podstawie krótkiej i nie- 
wystarczającej notatki biograficznej, podanej przez W. Korotyńskiego 
w Kronice rodzinnej; przeoczone zostały natomiast szczegóły ogło- 
szone przez L. S. Korotyńskiego w cytowanej już przez nas księdze 
Sami sobie, przez Lucyana Uziębłę w Kurjerze codziennym z d. 
24. lipca 1899 r., nr. 202, oraz w paru innych, powszechnie znanych 
i dostępnych wydawnictwach, jak Korespondencyi Mickiewicza, Uni- 
wersyłede wileńskim dra J. Bielińskiego (II, 463, 817, III, 441) i t. d. 
Brak tu np. dokładnej daty urodzenia Malinowskiego, dn. 6. (17) gru- 
dnia 1799 r. (por. Sami sobie, 290), rok wstąpienia tegoż do uni- 
wersytetu powtórzony mylnie za W. Korotyńskim, zamiast 1819 winno 
być 1 890. Niektóre szczegóły o rodzinie i początkowem wykształceniu 
Malinowskiego, jesteśmy w możności podać na podstawie własnorę- 
cznego zeznania Malinowskiego, złożonego przed wileńską komisyą 
śledczą do spraw fllareckich. (Akta komisyi śledczej z r. 1823 — 24). 
W rzeczonem zeznaniu, datowanem dn. 21. listopada st. st. 1823 r. 
czytamy na początku co następuje : ^Nazywam się Mikołaj Malino wski. 



132 Beceuzye i Sprawozdania. 

lat od urodzenia mam 24. Jestem religii chrześcijańskiej, wyznania 
rzymsko-katolickiego, urodzenia szlacheckiego, dowody na to znaj- 
dują się w ręku p. Galikowej, wdowy po doktorze Galiku, jako 
opiekuna nieletnich jeszcze natenczas nas Malinowskich. Rodem jestem 
z miasta Machnówki, guberni kijowskiej, powiatu machnowieckiego. 
Żadnego majątku nie mam i rodzice moi go nie mieli. BraZem po- 
czątkowe nauki w szkole powiatowej niemierowskiej, nakoniec w gi- 
mnazyum podolskiem, w Winnicy. Przybytem do Uniwersytetu w mie- 
siącu wrześniu 1820 r. Chodziłem i chodzę na lekcye literatury 
greckiej^ łacińskiej, polskiej, rosyjskiej, na lekcye filozofii teorety- 
cznej i praktycznej, historyi powszechnej i języka hebrajskiego. Stopnia 
naukowego nie mam^ i t. d. 

Z tego2 zeznania dowiadujemy się, że Malinowski wprowadzony 
został do błękitnego grona Filaretów przez Jakóba Jagiełłę, że czytał 
na posiedzeniach filareckich rozprawy i wiersze swego utworu, mię- 
dzy innemi „Śpiewek młodzieńca chcącego biedź na wojnę^. Po pię- 
ciomiesięcznem więzieniu, wypuszczono Malinowskiego na wolność, 
dn. 2. (14) kwietnia 1824 r., dopiero „na porękę" księgarza wileń- 
skiego, Józefa Zawadzkiego, poprzednie bowiem zabiegi młodszego 
brata Mikołaja, Ludwika Malinowskiego, nie odnosiły skutku. 

W r. 1828 ożenił się Malinowski z Guttówną, córką znanego 
w owym czasie aptekarza wileńskiego ; o tem małżeństwie wspomina 
parokrotnie w swych listach Mickiewicz (Korespondeneya I, 36 sq., 
II, 47 sq., III, 287, por. Roetsnik Tow. hiHAit w Paryżu, 1870 do 
1872, str. 608. Bieliński 1. c). 

Malinowski, b. mason i filareta, należał do starszego pokolenia 
tych, co patrzyli na upadek powstania listopadowego, nie biorąc 
w niem żadnego udziału, i po twardych żołnierskich rządach miko- 
łaj o wskich widzieli jedyną nadzieję w „dobroczynnych^ zamierze- 
niach nowego władcy. Upadek wszechnicy wileńskiej, surowy system 
represyi, bezładne usiłowania emisaryuszów emigracyjnych, składały 
się na wytworzenie niezdrowej atmosfery, niewiary w siły już nie- 
tylko materyalne lecz i kulturalne narodu. Daje się to szczególnie 
zauważyć na Litwie, oddzielonej kordonem wyjątkowych praw od 
reszty ziem polskich, pozbawionej ognisk wiedzy, żyjącej dogasają- 
cym dorobkiem epoki Czartoryskich i Mickiewiczów. Z chwilą wstą- 
pienia na tron Aleksandra II, pod wpływem osłabienia systemu reak- 
cyjnego, obudziły się w społeczeństwie nadzieje powrotnej fali mi- 
nionej swobody; wierzono, że nastąpi nowa era pomyślności i nor- 
malnego rozwoju; wracano do dawnych ułud z czasów Aleksandra 



Receiizye i Sprawozdania. 133 

I-go, popełniano dawne błędy, w szczerem zresztą przekonaniu, że 
tą drogą osiągnięty zostanie cel upragniony. Malinowski wespół z in- 
nymi przedstawicielami ówczesnego świata naukowego i literackiego 
w Wilnie, z Odyńcem na czele, brał czynny udział w manifestacyi 
lojalizmu podczas pobytu Aleksandra II w Wilnie w r. 1858. Loja- 
lista z przekonania, uzupełniający swe wykształcenie w Petersburgu, 
gdzie obracał się w kołach rosyjskich literatów i uczonych, był Ma- 
linowski typem konserwatysty litewskiego starego autoramentu, prze- 
pojonego pesymizmem doby mikołaj o wskiej, a będącego już świadkiem 
młodego oportunizmu petersburskiego ; przekonania swoje przelewał 
w słuchaczy, którzy spisali wspomnienia zasłużonego historyka i zdol- 
nego, choć niedaleko widzącego publicysty, w omawianej przez nas 
książce. 

Nie możemy się zgodzić ze zdaniem prof. Tretiaka, że sąd Ma- 
linowskiego w Księdze wspomnień „odznacza się wytrawnością, trze- 
źwością, spokojem, a uprzedza czasami historyczne sądy Kalinki". 
Potępienie działalności Legionów (str. 22), wynoszenie natomiast 
rzekomych zasług Repnina i osławionego Tutołmina na Litwie i Bia- 
łejmsi (por. z tem chociażby źródłowe dokumenty o generał-guber- 
natorstwie litewskiem Repnina i raporty do niego Tutołmina w t. XVI 
8bomika Bos. Tow. histor.^ Pamiętniki księdza przeora Ciecierskiego 
i t d., świadczące o okrutnych doświadczeniach Litwy pod tymi 
dwoma dostojnikami), upatrywanie korzyści w „stożsamieniu nowo- 
wcielonych krajów z prowincyami wielkorosyjskiemi" (str. 22), wre- 
szcie przytoczony przez Malinowskiego, jako dowód przychylności 
rządu, fakt pozostawienia na posadach w prowincyach zabranych 
„znacznej części urzędników pocztowych i kasyerów" — tego rodzaju 
„sądy" wyjść mogły z pod pióra bądź człowieka nieświadomego isto- 
tnego stanu rzeczy, bądź też zdeklarowanego lojalisty, nigdy zaś 
trzeźwego i bezstronnego historyka. Dla „sądów" historycznych Ma- 
linowskiego nie może być w żadnym razie usprawiedliwieniem wzgląd 
na niebezpieczeństwo przejęcia rękopisu przez policyę murawiewską. 
Raczej niedomówienie, niżeli fałsz, byłoby na miejscu w pamiętniku 
poważnego, choćby najtrzeźwiejszego historyka. 

Pomimo całego uznania dla prac naukowych Malinowskiego, 
niepodobna wszakże niepotępić z całym naciskiem jego fatalnego credo 
politycznego, któremu, między innemi, dał wyraz w głośnym artykule 
La Lithuanie depuis ravhiement au tr^e de la Majestł VEmpereur 
Aleseandre II, zamieszczonym w niemniej głośnym Albumie wileńskim 



134 Recenzye i Sprawozdania. 

na pamiątkę pobytu Najjaśniejszego Cesarza Jego Mości Aleksandra 
II w Wilnie, 

Księga wspomnień prócz kilkudziesięcia dorywczych ułamków 
anegdotycznych, wątpliwej nieraz wiarogodności, zawiera na wstępie 
rozdział zatytułowany : „Rzut oka na administracyę północno-zacho- 
dniego kraju cesarstwa rosyjskiego'*. Jest to zbiór wiadomości, do- 
tyczących dziejów Litwy od 1772 r. do połowy ubiegłego stulecia, 
główny jednak nacisk położono tu na stosunki uniwersyteckie w Wil- 
nie. Fakty podane przez Malinowskiego w znacznej części znane były 
dawniej, wobec zaś dzisiejszych źródłowych badań, pozbawione są 
niemal wszelkiej wartości naukowej. O Towarzystwie Filaretów, w k to- 
rem Malinowski piastował urząd przewodnika błękitnego grona, wia- 
domości jego są nader niewystarczające, oględne, częstokroć mylne. 
Towarzystwo Filomatów nie zmieniało nazwy na Filaretów, gdyż to 
ostatnie utworzone zostało z inicyatywy Filomatów, jako odrębne 
stowarzyszenie, ogarniające szersze koła młodzieży. Nie Filareci, lecz 
„Towarzystwo Przyjaciół pożytecznej zabawy'*, przedstawiało rekto- 
rowi swoje „prawidła" do zatwierdzenia. Malinowski nie był bliżej 
wtajemniczony w czynności Filomatów; błędnie też twierdzi, iż byli 
oni „dalecy od wszelkich pomysłów politycznych". Cały szereg faktów 
stwierdza, że towarzystwa tajne młodzieży wileńskiej stanowiły kon- 
spiracyę polityczną w najszlachetniejszym stylu. Znajdujemy natomiast 
w wspomnieniach M. interesującą wzmiankę o wpływie haseł niemie- 
ckiego Tugendbundu na kształtowanie się programów filareckich, oraz 
o roli doradczej Kazimierza Kontryma w stosunku do Zana i towa- 
rzyszy. Ciekawe są również szczegóły o Józefie Massalskim, którego 
dziwaczny postępek spowodował wykrycie Towarzystwa Filaretów 
i Filomatów, wreszcie o więzieniu Malinowskiego w klasztorze Ber- 
nardynów. 

Żałować należy, iż ponowny wydawca Księgi wspomnieli nie 
sprostował licznych przynajmniej bardziej namacalnych błędów, po- 
pełnionych przez Malinowskiego, lub przepisy waczy jego opowiadań. 
Prostujemy niektóre: str. 18 i 22: legiony we Włoszech i nad Re- 
nem organizowały się pod Dąbrowskim, a nie „pod Madalińskim 
i Kniaziewiczem'' ; str. 27: „burza zawisła nad Uniwersytetem" (wileń- 
skim) w maju 1823, a nie w 1822 r. ; Andrzej Zamoyski wezwany 
został do ułożenia „Zbioru praw" w r. 1776, a nie 1772; str. 32: 
Józef Twardowski złożył urząd rektora uniwersytetu wileńskiego w r. 
1824, nie 1823; str. 39: Jan Jankowski, delator Filaretów, zesłany 
został do Wołogdy, nie do Permu; str. 39: Moszyński skazany wy- 



Kecenzye i Sprawozdania. 135 

rokiem 8. marca 1829 r. na 10 lat Sybiru, a nie „w 1827 r. . . . 
na dziewięcioletnie wygnanie" ; str. 38 i 62 : „Tycyus, Tycius" — 
zapewne „Titius", ojciec dra Juliana Titiusa; sir. 59: Konstytucya 
Królestwa Polskiego jest z 1815, a nie „z r. 1816" (sic); str. 81 : 
książę Adam Czartoryski, 2eniąc się miał lat 46, nie „przeszło 50" ; 
str. 84: Ludwik Sobolewski, profesor literatury łacińskiej w Uniwer- 
sytecie wileńskim zmarł w lipcu 1830 r., nie w r. 1829; str. 100: 
Stanisław Kostka Potocki urodził się w r. 1752, nie ,, około 1760", 
posłem lubelskim obrany został w r. 1782, a nie „około 1780"; 
str. 102: Potocki za Księstwa był członkiem Komisyi rządzącej i pre- 
zesem Rady stanu, a nie ministrem oświecenia i wyznań, gdyż ta- 
kiego ministeryum wtedy wcale nie było; str. 107: Staszic zmarł dn. 
20. stycznia 1826 r., nie „na początku r. 1830"; str. 110: biskup 
Cieciszewski żył lat 86, nie 100 (ur. 1745 zm. 1831 r.); str. 117: 
Bazyli Kukolnik wezwany został do Petersburga w r. 1803 na katedrę 
prawa rzymskiego do organizowanego w tym czasie Instytutu peda- 
gogicznego, nie do Uniwersytetu petersburskiego, którego właściwe 
początki datują się od r. 1724, nie od 1811 r. ; str. 118: Ks. Jan 
Chryzostom Gintyłło nie był powołany na miejsce prof. Bobrowskiego 
po usunięciu tegoż z katedry w r. 1824, lecz zastępował Bobro- 
wskiego w 1817 — 21, w czasie jego wycieczki naukowej zagranicę, 
następcą Bobrowskiego w 1824 był ks. Jan Skidełł, miejsce zaś prof. 
Daniłowicza zajął Aleksander Korowicki, nie ^Korewicki" itd. itd. 
Wykazując powyższe drobniejsze błędy, nadmieniamy, że oświetlenie 
wielu cytowanych przez Malinowskiego faktów, wymaga poważnych 
uzupełnień i sprostowań, co wykraczałoby jednak poza ramy niniej- 
szej notatki recenzyjnej. 

Dla wiadomości biografów Mikołaja Malinowskiego dodamy, że 
rękopis najcenniejszej pono jego pracy: Dzieje Jagiellonów we Wę- 
grzech (1439 — 1526), w którem to dziele, autor, zdaniem W. Koro- 
tyńskiego, występuje, „jako malarz historyczny, należący do rzędu 
najznakomitszych w świecie", znajduje się w bibliotece, pozostałej 
po J. I. Kraszewskim (p. Katalog, wyd. we Lwowie, 1888 r., str. 499), 

Jeżeli pozwoliliśmy sobie powyżej zwrócić uwagę na niektóre 
usterki, dające się dostrzegać w wyborze i edycyi niniejszej publika- 
cyi, którą zawdzięczamy zasłużonemu badaczowi piśmiennictwa prof. 
Tretiakowi, to oczywiście nie znaczy to bynajmniej, abyśmy nie zda- 
wali sobie sprawy z tych wielkich trudności, z jakiemi z natury rzeczy 
ma do czynienia przy pierwszych zwłaszcza początkach tak poważne 
przedsięwzięcie wydawnicze , którego podjęcie stanowi niespożytą 



136 Recenzye i Sprawozdania. 

zashigę Akademii, a którego zapowiedziane i po części już publiko- 
wane dalsze tomy, niewątpliwie dostarczą przyczynków pierwszorzę- 
dnych do naszych dziejów porozbiorowych. 

Henryk Mościcki. 

Dubiecki Maryan: Romuald Traugutt 
i jego dyktatura podczas powstania stycznio- 
wego 1863/4. Wydanie drugie powiększone (z 3-ma ry- 
cinami). Kraków, G. Gebethner i Sp. 1907, 8^ str. 216. 

Drugie to wydanie nie wiele się różni od pierwszego, pomia- 
szczonego w IV-tym tomie Wydanmieiwa materyalów do kUtoryi po- 
wstania 1863—1864 (Lwów 1894), chyba tem tylko, że tu i ówdzie 
autor wymieni) nazwiska osób, które w pierwszej edycyi zaznaczył 
inicy alami, a które dzid już nie żyją, albo nie mają powodu obawiać 
się następstw za swe czyny z przed lat czterdziestu kilku. Prócz tego 
w tem nowem wydaniu jest nieco obszerniejsza i szczegół wszą rela- 
cya o rodzinie i pochodzeniu Traugutta (od str. 45—50); wreszcie 
jest parę jego portretów i widok domu na Smolnej ulicy, w którym 
mieszkał w Warszawie. Poza temi drobnemi zmianami nowe wydanie 
jest dosłownym przedrukiem pierwszego. 

Ton tej, niewątpliwie ciekawej i ważnej dla historyi relacyi 
jest nieco sentymentalno-czułostkowy, ma raczej charakter fejletonu 
dziennikarskiego, raczej charakter pamiętnika osobistego, jak pracy 
historycznej w ścisłem znaczeniu tego słowa. Autor nie jest dosta- 
tecznie obznajomiony z literaturą powstania, która od r. 1893 (w tym 
czasie napisana była monograRa o Traugucie) znacznie się zwiększyła 
i wiele źródeł, dotąd ukrytych, stało się przystępnemi dla badaczów 
tej epoki, a stąd mniemania, uchodzące dotychczas za prawdę, uledz 
musiały sprostowaniu. 

Autor twierdzi (str. 15), że wyższe władze powstańcze do sier- 
pnia 1863 r. nic nie wiedziały o Traugucie, że gdy przybył do War- 
szawy w końcu lipca, musiał szukać drogi pośredniej, by dać znać 
o sobie Rządowi narodowemu ; że wogóle zjawienie się jego w stolicy 
polskiej było „niespodzianką" ; że Traugutt „żadnych z sobą z Litwy 
nie przywiózł informacyi, do kogo ma się udać w Warszawie** (str. 
32). Otóż autor pod tym względem się myli. Karol Majewski w swych 
rękopiśmiennych zeznaniach, które dziś są dla każdego, kto chce, 
przystępne, wyraźnie powiada co następuje : „pragnąc mieć wybitną 
osobistość na stanowisku dyrektora wojny i na placu boju, zawiązano 
rokowania z Mierosławskim i zawezwa^iO do Warszawy słynnego na 



Recenzye i Sprawozdania. 137 

Litwie Traugutta ^^ Tym więc sposobem pojawienie się tego ostatniego 
w Warszawie nie było „niespodzianką" dla ówczesnego Rządu na- 
rodowego, ale następstwem prostego wezwania, aby przyjechał do 
stolicy. Majewski w dalszym ciągu opowiada, że poznał Traugutta 
w hotelu Drezdeńskim, porozumiał się z nim co do zasad i widząc 
w nim zdolności niezwykłe, po skombinowaniu się z Wydziałem 
wojny, mianował go naczelnikiem wojennym w Augusto wskiem, na 
Żmudzi i sąsiednich okręgach Litwy ; że Traugutt dla uczynienia tam 
odpowiednich przygotowań i organizacyi wysłał Jakóba Koziełłę (re- 
ferenta w Wydziale wojny), a sam mianowany tymczasowo komisa« 
rzem wojennym dla przeprowadzenia organizacyi oddziałów w Galicyi, 
oraz dla porozumienia się tam z Różyckim, Wysockim i Krukiem co 
do planów strategicznych we względzie jednoczesnego działania, udał 
się za granicę. O tern wspomina już N. Berg w swych Zapiskath 
(in, 359), wprawdzie mimochodem, ale bądź co bądź wspomina. Ma- 
jewski dodaje, że prócz tego Traugutt miał dotrzeć do Paryża i Lićge 
dla naocznego przekonania się o środkach transportowych broni i oży- 
wić energią ajentów. „Ukrytym celem naszym (pisze Majewski) także 
być musiało, aby przeciw ambitnym dwom dyktatorom emigrantom 
(Langiewicz i Mierosławski) postawić czystą i zdolną, rodzinną, kra- 
jową postać i tym sposobem uzyskać wyrzeczenie się praw, chwilowo 
w dyktaturach nabytych". Po powrocie Traugutt miał zostać człon- 
kiem Rządu, kierującym Wydziałem wojny, a z postępem powstania 
naczelnym wodzem oznaczonego powyżej terytoryum wojennego. 

Oto, jak tę rzecz przedstawia Majewski, co w szczegółach nie 
zgadza się z relacyą p. Dubieckiego, który wkłada w usta Rządu 
narodowego ówczesnego takie słowa (str. 38) : „nie mamy nikogo 
w pośród siebie, ktoby był z wojskowością obeznanym, powołujemy 
do naszego grona Traugutta i t. d.". Otóż co do tego, aby ówczesny 
Rząd nar. tak rozumował i aby twierdził, że „nie ma w pośród sie- 
bie nikogo, ktoby był z wojskowością obeznanym '\ musimy stano- 
wczo zaprzeczyć. Na czele Wydziału wojny stał wtedy Eugeniusz 
Dębiński (używał pseudonimu: Kaczkowski albo Kot), człowiek zna- 
jący wojnę, może teoretyk więcej jak praktyk, ale niewątpliwie nie- 
pozbawiony pewnych wiadomości z zakresu sztuki wojennej. Służył 
on w legii zagranicznej w Algierze i dość przeczytać liczne jego 
insŁrukcye i rozporządzenia, by się przekonać, że przynajmniej teo- 
retycznie wojskowość nie była mu obcą. 

Na str. 48 autor, za kłamliwemi pamiętnikami Mura wiewa Wie- 
szatiela, powtarza, jakoby cesarzowa rosyjska przy wyjeździe tego 



138 Reeenzye i Sprawozdania. 

krwawego tyrana do Wilna miała się wyrazić: „oby mu się udało 
chociaż Litwę dla Rosyi ocalić ^ Dziś wiemy, że Murawiew dla pod- 
niesienia swych mniemanych zasług w pamiętnikach swoich mnóstwo 
fałszów i kłamstw pomieścił; że następnie przy tej rozmowie z ce- 
sarzową nikt nie był obecny, a zatem słowa powyższe są bardzo 
wątpliwe i powtarzać ich nie należało. 

Niemniej nieprawdziwe jest twierdzenie autora na str. 72, ja- 
koby z sum, zabranych przez Waszkowskiego z kasy głównej Kró- 
lestwa, „żaden skład Rządu nar. nie korzystał". Rzeczy przeciwnie 
się miały. Listy zastawne, co prawda, przepadły, bo zmienić ich się 
nie udało, ale wymieniono część kuponów od nich na sumę 40.000 
rubli (patrz Dzieje 1863 r. przez autora Hiatoryi 2 lat IV, 78); 
w gotówce zaś wzięto przeszło pół miliona rubli (552.075 rub.), 
wogóle więc dostało się do rąk Rządu nar. około 600.000 rubli. We- 
dług zeznań Majewskiego i Zdzisława .Janczewskiego, z sumy tej 
200.000 rub. przesłał Rząd nar. do Galicyi na formowanie oddziałów ; 
województwu kaliskiemu dano na ręce komisarza Biernawskiego jako 
zasiłek 35.000 rub.; Ludwikowi Lembke na broń i wogóle efekta 
wojenne 165.000 rub.; województwu sandomierskiemu na ręce Ra- 
fała Krajewskiego, dyrektora spraw wewnętrznych, 15.000 rub.; po- 
wiatowi wieluńskiemu 10.000 rub. (pamiętnik rękopiśmienny Pacior- 
kowskiego), a zatem nie można powiedzieć, aby żaden Rząd nar. 
z sum tych nie korzystał. Dodajmy, jeżeli można wierzyć temu, co 
opowiada Oskar Aweyde w swych zeznaniach, że od połowy czerwca 
do końca lipca wydano najmniej półtora miliona rubli. Skądżeby 
wzięto taką sumę, gdyby w niej lwiej części nie stanowiły pieniądze, 
zabrane z kasy głównej Królestwa? 

Opowiadanie autora o upadku rządu Majewskiego i przejściu 
władzy w ręce Wrześniowców, ściśle mówiąc, nie zgadza się z innemi 
relacyami, a nade wszystko jest mętne i niejasne. P. Dubiecki twier- 
dzi (str. 85), że Majewski zgodził się na złożenie władzy, wszakże 
„z zastrzeżeniem, że nie w inne ręce, tylko Franciszka Dobrowol- 
skiego". Majewski w swych zeznaniach wcale nie mówi o Dobrowol- 
skim i miał stanowczo oświadczyć Frankowskiemu, że „nawet przed 
sztyletami, którymi mu grożono, nie ustąpi, dopóki o Chmieleńskim 
będzie mowa", że „wtedy Frankowski i Narzymski przyszli do Ma- 
jewskiego i uwiadomili go, że Kobylański, Moszyński, Pawłowski 
i naczelnik miasta Kosiński wchodzą do nowego rządu '^. Na posie- 
dzeniu d. 17. września (nie 16., jak twierdzi p. Dubiecki) w mie- 
szkaniu sekretarza rządu. Janowskiego, znajdowali się tylko : Majewski, 



Reeeiizye i Sprawozdania. 139 

Chwalibóg, Dubiecki, Frankowski, Biechoński i Kosiński, o Dobro- 
wolskim zaś wcale nie wspomina. Wprawdzie autor, jako uczestnik 
tej sesyi, może dobrze wiedzieć, co się na niej działo (wszak zapa- 
miętał nawet taki szczegół, jak kolor surduta Dobrowolskiego), ale 
i Majewski był tam obecny. Po czyjej stronie prawda, nie podejmu- 
jemy się rozstrzygnąć. 

Autor na str. 96 utrzymuje, że Traugutt wrócił z zagranicy do 
Warszawy z własnej inicyatywy, a Majewski twierdzi, że go wezwał 
umyślnym posłańcem Wacław Przybylski; że d. 10. października 
Traugutt widział się z Majewskim w mieszkaniu Przybylskiego na 
ulicy Smolnej, że Majewski w^ystawił mu opłakany stan rzeczy i za- 
chęcił do wzięcia władzy w ręce, ,.bo byłem przekonany (pisze Ma- 
jewski), że tylko wojskowa niejako dyktatura była najodpowiedniej- 
szą". Również co do daty objęcia wła^lzy przez Traugutta, nie zga- 
dzają się podania pana D. z rezolucyą Majewskiego. Pierwszy twier- 
dzi, że nastąpiło to d. 17., drugi zaś, że d. 12. października. 

Historya wyprawy morskiej Magnau'a jest niedokładnie i w części 
błędnie przez autora opowiedziana (str. 148). Jakkolwiek to do rze- 
czy nie należy, korzystamy jednak ze sposobności, by sprawę tę na 
podstawie relacyi uczestnika tej wyprawy (hr. Mohla) oraz zeznań 
Janczewskiego, Aweydy i Władysława Rudnickiego wyjaśnić. Rzecz 
tak się miała : 

Na usilne nalegania jenerała Wład. Zamoyskiego, by Anglia 
uznała powstanie za stronę wojującą, lord Russel odrzekł, że dałoby 
się to zrobić, gdyby okręt pod flagą polską przybył do Malty, wtedy 
Anglia musiałaby go uważać albo za nieprzyjaciela, albo też za okręt 
państwa istniejącego. Jeżeli więc Polacy to zrobią, to on jest w tem, 
że Anglia owego okrętu nie będzie uważała za nieprzyjacielski, 
uwolni go, a tem samem faktycznie uzna flagę polską za istniejącą. 
Wskutek tego za 1,800.000 fr. zakupiono statek wojenny amerykań- 
ski „Florida" (przezwano go „Kościuszko**), a pieniądze na ten cel 
dała wdowa po ks. Adamie Czartoryskim, jenerał Zamoyski i jego 
żona. Dowódcą mianowano Zbyszewskiego, kapitana pierwszej rangi 
w służbie rosyjskiej. Ale Zby szewski znajdował się wtedy na Oceanie 
Spokojnym i nie prędko mógł przybyć, a tu zależało wiele na po- 
śpiecha. Wobec tego oddano statek pod dowództwo kapitana Ma- 
gnau'a który na wodach południowo-amerykańskich w czasie wojen 
tamtejszych rzeczypospolitych trudnił się korsarstwem. Według Jan- 
czewskiego Magnau w końcu września przybył do Warszawy i stał 
w hotelu Europejskim, że później Traugutt mianował go naczelnikiem 



140 Recenzje i Sprawozdania. 

siJ zbrojnych morskich i dał mu patent obywatela polskiego. Wbrew 
więc twierdzenia p. Dubieckiego, rzecz znacznie wcześniej się robiła, 
jeszcze za rządów Majewskiego, a Traugutt doprowadził ją tylko do 
końca. Dalsza historya wyprawy Magnau'a jest znana. „Florida" czyli 
^Kościuszko'' wyruszyła z Newcastle i zawinęła do portu Malagi 
dla nabrania wody i węgla. Ponieważ poselstwo rosyjskie wiedziało 
o celu podróży, więc ks. Wołkoiiski (poseł w Madrycie) doniósł rzą- 
dowi hiszpańskiemu, że „Florida" wiezie broń dla powstania karli- 
stów w Aragonii, i oczywiście okręt skonfiskowano, załogę areszto- 
wano, broń zabrano i przewieziono do Korduby. Okręt potem wydo- 
stano z rąk Hiszpanów i sprzedano, a pieniądze zwrócono Czarto- 
ryskim i Zamoyskim, o co były brzydkie spory i oskarżano ks. 
Czartoryskiego o grabież jakoby funduszu narodowego. Nie ta więc 
przyczyna, którą podaje pan D. (,.stary bryg żaglowy z trudnością 
znosił rozhukaną falę dni zimowych, coś w nim skrzypiało, był sko- 
łatany burzami"; przeciwnie był to statek mocny i bardzo szybki), 
ale interwencya ambasady rosyjskiej położyła koniec wyprawie. 

Nie będziemy wchodzili w inne drobne szczegóły, gdyż zapro- 
wadziłoby to nas za daleko, zaznaczamy tylko, że głośny warchoł nie 
nazywał się Chmieliński, ale Chmieleński, nie Krzywosącz, ale Krzy- 
wosądz, nie Emilia Guosslin, ale Gosselin i t. p. Mimo wszystko 
jednak książka p. D., napisana z pietyzmem dla Traugutta, z talen- 
tem literackim skreślona, jako materyał dla przyszłych badaczy wy- 
padków 1863/4 roku ma poważne i pierwszorzędne znaczenie. Pan 
Dubiecki, naoczny świadek i współpraco w^nik ostatniego dyktatora 
polskiego, mógł tego i owego nie wiedzieć, o tem i o owem być 
źle poinformowanym, w ogólności jednak podaje mnóstwo takich 
szczegółów i faktów, które książkę jego czynią poważnem źródłem 
dla historyi. Walery P. 

Chołodecki JózefBiałynia. Dowódcy od- 
działów w powstaniu styczniowem i współ- 
czesne pieśni rewolucyjne. Lwów, u Gubrynowi- 
cza i Schmidta, 1907, 8^ str. 99. 

Myśl skreślenia biografii, jeżeli nie wszystkich, to przynajmniej 
wybitniejszych dowódców w powstaniu 1863/4 była dobrą i pożą- 
daną, cóż, kiedy wykonanie nie odpowiedziało założeniu. Życiorysów 
w książce p. Chołodeckiego jest, jeśli się nie mylimy, około stu, ale 
niestety skreślonych po większej części pobieżnie, nieraz błędnie, bez 
odpowiedniego przygotowania, bez znajomości literatury przedmiotu. 



Kecenzye i Sprawozdania. 141 

Postaramy się wykazać ważniejsze błędy. 

Na str. 8 autor, idąc za falszywemi podaniami rosyjskiemi,. 
a głównie N. Berga, którego Zapiski pełne kłamstw, plotek i bajek, 
uchodzą w oczach wielu piszących o powstaniu za jedyne źródło, 
twierdzi, że Aleksander Andruszkiewicz, naczelnik wojenny woje- 
wództwa augustowskiego, poległ w potyczce pod wsią Poligwajce 
(inni nazywają ją Poliwajce; leży niedaleko Sapieżynek). Tymczasem 
jest to fałśz. Gdyby p. Chołodecki był zajrzał do dzieła Poltka 
w tcMilea, wydanego jeszcze w r. 1875 przez Agatona Gillera, byłby 
się dowiedział (tom II, str. 380), że Andruszkiewicz wcale nie poległ, 
ale umarł najspokojniej w Paryżu w r. 1868; nie byłby pisał, że 
Kulczycki „został zabity przez żołdaków^, ale przekonałby się, że 
wzięty do niewoli, umarł w parę dni po starciu pod Sapieżynkami 
w szpitalu w Kownie. 

Autor pisze (str. 12), że Wł. Brandt na czele własnego od- 
działu walczył w licznych potyczkach, między innemi pod Kadyszem, 
Gruszkami i w Łomżyńskiem. Jest to nieścisłe. W rzeczy samej po 
usunięciu się Andruszkiewicza Brandt objął dowództwo nad resztkami 
jego oddziału, ale w starciach pod Kadyszem, Gruszkami i w Łom- 
żyńskiem oddziałek jego stanowił już część partyi Wawra i Brandt 
samoistnie nie dowodził, ale był podkomendnym rzeczonego Wawra. 

Zygmunt Chmieleński (str. 15) nie urodził się w Sandomierskiem, 
ale we wsi Barcząca pod Mińskiem mazowieckim. Mówi o tem autor 
Historyi dwóch lat w swem dziele: Dzieje 1863 r. (IV, 257). 
Bardzo też jest wątpliwe i nie wiem na czem oparte podanie, ja- 
koby Chmieleński w szkole podchorążych w Cuneo wykładał mate- 
matykę i artyleryę. O ile wiadomości nasze sięgają, był on uczniem 
tak jak i inni, i co najwyżej pokazywał kolegom jak trzeba nabijać 
armaty, co jako porucznik artyleryi rosyjskiej zapewne umiał, ale 
profesorem nie był i być nie mógł, bo nie miał do tego odpowie- 
dnich kwalifikacyi. 

Niemniej fafezywe jest podanie N. Berga o wzięciu do niewoli 
Chmieleńskiego pod Bodzechowem, które p. Chołodecki cytuje bez- 
krytycznie, jakoby „dwóch dragonów spostrzegło przebiegającego 
krzakami powstańca^ i że tym powstańcem miał być Chmieleński. 
Posiadamy drukowane relacye polskie, skreślone przez świadków na- 
ocznych, którzy inaczej opowiadają wzięcie do niewoli Chmieleńskiego. 
Z. L. Sulima w Pamiętnikach ulana (Poznań 1878, II, 70) tak 
pisze: „Chmieleński... dostał postrzał w nogę, dragoni dopadli go, 



142 Hecenzye i Sprawozdania. 

gdy koń mu się poślizgnął i padł. Cięty dwa razy szablą w głowę, 
powiedział, że jest Chm. i dostał się do niewoli". Z. N. Krzywda 
w swych Wspomnieniach obozowych (Lwów 1883, str. 112) opo- 
wiada: „Chm. przy samym wjeździe do lasu, będąc już rannym 
w rękę, przewrócił się z koniem przez rów, pomimo rany starał się 
jeszcze dosiąść konia, lecz w tejże chwili dostał cięcie pałaszem 
w głowę i padł krwią zbroczony". Mniej więcej tak samo opowiada 
Q tem Z. Kolumna w Pamiątce dla rodzin polskich I, B6. Nie 
„przebiegał więc Chm. krzakami", jak pisze Berg, a co wygląda na 
prostą ucieczkę, ale, przewróciwszy się z koniem, dostał się do nie> 
woli. Czyż przy opisie życia tego, niewątpliwie bardzo dzielnego 
i wybitnego partyzanta nie wypadało p. Chołodeckiemu zajrzeć do 
źródeł polskich, a nie polegać tylko na Bergu? 

Nie wiemy, na jakiej podstawie p. Ch. twierdzi, że Dobrogojski 
(Grzmot) urodził się w Kielcach (str. 26), oraz, że „po wybuchu 
rewolucyi (tak!) wyszedł z całym swym batalionem w celu połą- 
czenia się z partyzantami", że wrócił, nie spotkawszy tych ostatnich, 
do Kielc, został aresztowany, ale uciekł z więzienia i dostał się do 
oddziału Czachowskiego. Wszystko to jest bajką. Dobrogojski nie 
wychodził z całym batalionem do powstania, nie był w więzieniu 
i nie uciekał z niego, ale dowodząc do ostatka batalionem pułku 
smoleńskiego w Kielcach, samo wtór, konno, pod pozorem spaceru, 
wyjechał z Kielc i dostał się do partyi Czachowskiego. Zginął pod 
Piekłem. 

Relacya o Wł. Eminowiczu (str. 28), a mianowicie, że Bosak 
odebrał mu stopień podpułkownika ,,na skutek nieporozumień", jest 
niedokładna. Eminowicz, zdolny szef sztabu pod energiczną ręką 
•Czachowskiego, jako samoistny dowódca dopuścił się licznych nadu- 
żyć i rozbity został d. 23. sierpnia pod Wirom w okolicach Przy- 
tyka w Radomskiem. Rozbicie to jest tem haniebniej sze, że Em. nie 
był wtedy na czele oddziału, bo siedział u swej kochanicy w Rze- 
czniowie. Wezwany przez Rząd narodowy do Warszawy dla wytłu- 
maczenia się, uniknął sądu i słusznej kary przez to, że zamach 
Wrześnio wcó w obalił rząd Majewskiego i zapanowała anarchia, ale 
gdy Bosak został naczelnikiem województw krakowskiego i sando- 
mierskiego, odebrał Erainowiczowi stopień podpułkownika za Wir, 
a nie wskutek jakichś niejasnych nieporozumień. O tem obszernie 
można czytać w Dziejach 1868 r. (IV, 353). A chociaż Bosak 
później, w braku jako tako znających wojskowość oficerów, przy- 
wrócił Eminowicza do stopnia i mianował go dowódcą batalionu 



Recenzje i Sprawozdania. 143 

sandomierskiego (p. Wł. Sabowski: J, Hauke-Bosak str. 20), ale po- 
dobno nigdy nie byi^ dlań przyjaźnie usposobiony. 

Mamy poważne wątpliwości, czy Heidenreich-Kruk zasługuje na 
te pocbwaly, jakiemi go p. Chołodecki na str. 33 obsypuje. Jego 
fatalna przegrana pod Fajsławicami, która, rzec można, pogrzebała 
powstanie podlaskie i lubelskie, a której winę jego uporowi, złym 
rozporządzeniom, wreszcie haniebnej ucieczce z placu boju (są tacy 
do dziś dnia, co wprost o zdradę go posądzają) przypisać należy; 
zmarnowanie sum żyrzyńskich, z których nigdy dokładnie wyracho- 
wać się nie umiał (czytaj, co mówi o tem Deskur, w swym pamię- 
tniku, drukowanym w Wydaumieiwie materyaidw do hist, powsta- 
nia^ II, 183), w żadnym razie nie dają mu tytułu do nazywania go 
człowiekiem „obfitym w zasługi wobec narodu". 

Kononowicz rozstrzelany został nie w jakimś Wawrze (str. 42), 
ale w miasteczku Warce nad Pilicą. Pisząc o Krukowieckim (sir. 44), 
należało obszerniej wspomnieć o jego heroicznej obronie dworu 
w Glanowie ; jest to jeden z najbardziej bohaterskich czynów w ostu- 
tniem powstaniu. Jeziorański nie pod Rawą połączył się z Langie- 
wiczem (str. 35), ale w Małogoszczu (patrz jego Pam^tmiki^ I, 192). 
O Mierosławskim, o jego warcholstwie, niegodnem i niepatryotycznem 
zachowaniu się na stanowisku organizatora jeneralnego za granicami 
zaboru moskiewskiego warto było obszerniej napisać. Padlewski Zy- 
gmunt po rozpuszczeniu oddziału w Gorzeniu nie jeździł wcale do 
Warszawy (str. 58;, jak to autor powtarza za niekrytycznem poda- 
niem Z. Kolunmy {Pamiąika^ I, 118), ale osiadł najprzód w Dro- 
zdowie, a potem w Mysłakówku, w powiecie ciechanowskim i orga- 
nizował nowe siły (czytaj Dzieje 1863 r., II, 227). Sierakowski po 
bojach blrżańskich nie „odjechał na wieś", jak to eufonicznie opo- 
wiada p. Chołodecki, ale ranny ciężko w krzyże, ukryty został przez 
przyjaciół na folwarku Skrobiszki^ skąd miano go wywieść za gra- 
nicę. Tutaj (są podejrzenia, że przez prostą zdradę) został wzięty 
przez porucznika rosyjskiego Wangasa. Historya telegramu cesarzowej 
rosyjskiej i odpowiedzi Murawiewa jest bajką. O słowach Jeziorań- 
skiego, odpowiedzianych Wysockiemu w sprawie dyktatury Langie- 
wicza, należało autorow^i dowiadywać się nie z Berga, ale z wła- 
snych pamiętników Jeziorańskiego (I, 223), lecz dla p. Ch. Berg jest 
alfą i omegą wiadomości o powstaniu, choć już dawno M. Dubiecki 
w swej monografii o Traugucie zwrócił uwagę na mnóstwo fałszów 
i mętnych podań u pisarza rosyjskiego. 



144 Reeenzye i SprawozdaDia. 

Zbyszewski-Rarp nigdy nie dowodził osobiście statkiem ;,Flo- 
rida-Rościuszko", zaknpionem przez ks. Adamową Czartoryską i je- 
nerała Wład. Zamoyskiego; statek ten miał popłynąć nie na morze 
Czarne (przynajnmiej z początku), ale na wyspę Maltę, nie w Kadyksie 
go Hiszpanie skonfiskowali, ale w porcie Malagi. Zwierzdowski-Topór 
nie „walczył wśród ciągłych utarczek do maja^, jak to pisze na str. 
83 p. Ch., ale w kilka dni po sformowaniu oddziału i napadzie na 
Hory-horki w d. 6. maja oddział ten zmuszony był rozpuścić w oko- 
licach miasteczka Propojska (Dsiefe 1863 r., III, 64). 

Nakoniec wierutną jest bajką, rozpuszczoną przez Berga na 
podstawie kłamliwych zeznań różnych więźniów w cytadeli warsza- 
wskiej, jakoby ks. Albin Dunajewski i Artur Wołyński (str. 75) na- 
leżeli do rządu Traugutta. Bajkę tę zbił jeszcze w r. 1894; Maryan 
Dubiecki w cytowanej monografii o Traugucie, ale p. Chołodecki 
poza Bergiem nie widzi nikogo więcej i literatura przedmiotu, o którym 
pisze, jest mu bardzo w słabym stopniu znana. 

Nie będę już wspominał o przekręcaniu nazwisk wsi i mia- 
steczek (bo może jest to winą niestarannej korekty), jak: Chrobrza 
zamiast Chroberz (str. 9), Siewiecz zam. Siewierz (20), Niekława 
zam. Niekł^ (27)^ Jedlno zam. Jedlnia (40), Studzienna zam. Stu- 
dzianna (52), Wawrze zam. Warka (42), Osie zam. Podoś (68), 
Igotłomia zam. Igołomia (73), Bieruń zam. Bieżuń (78), Butorz zam. 
Batoż (12); takie wyrażenia^ jak „asenterowany^, „prywatysta* i t. p., 
są niewłaściwe w języku literackim polskim. 

Walery P. 

Wospominania generał-majora Wasilia 
Abramowicza Dokudowskawo. Pierwoj po- 
łowiny nastojaszcza wo stoletia, do 1863 goda. 
Izdanie Riazanskoj Uczenoj Archiwn. Komissii. Riazań 
1898. 

Pamiętniki te, wydrukowane jeszcze w r. 1898, ale, że wydane 
w Riazaniu, dziś dopiero doszły do naszej wiadomości. Zawierają 
one bardzo wiele szczegółów do naszej historyi ostatnich siedmdzie- 
sięciu lat. Autor, jenerał major, od powstania 1831 r. aż do swej 
śmierci, zaszłej w r. 1874, przebywał stale w Warszawie, zajmował 
w niej różne stanowiska, a jako spokrewniony z namiestnikiem Gor- 
czakowem, z którego kuzynką i wychowanicą się ożenił, wiele wie- 
dział i wszystko to skrupulatnie zapisał. Z tego względu pamiętniki 
jego, jako materyał do czasów paskiewiczowskich i namiestnictwa 



Beoenzye i Sprawozdania. J45 

Gorczakowa, oraz jego nast^ców w gorących latach 1861/2 roku, 
mają wartość ciekawego i z pierwszej ręki podanego dokumentu. 

Nie trzeba jednak przeceniać ważności tych wspomnień. Faktów 
takich, któreby rzucały nowe światło na wypadki, jest tu niewiele, 
ale zato drobnych, zakulisowych spraw, nieznanych dotąd, jest mnó- 
stwo. Zwłaszcza różnych drobiazgów, charakteryzujących cara Miko- 
łaja I, Aleksandra II, Paskiewicza, Wikińskiego, Czetyrkina, Gorcza- 
kowa, Kotzebuego, Muchanowa i innych, rysowanych wiernie, że tak 
powiem, na gorącym uczynku, na każdej nieomal karcie spotykamy 
bardzo dużo. Ciekawe np. i do pewnego stopnia nowe jest wy- 
jaśnienie Dokudowskiego o powodach głośnej mowy Aleksandra II 
w Łazienkach do przedstawicieli i marszałków szlachty w maju 
1856 r., zakończonej fatalnym frazesem : „żadnych marzeń!" Oto, co 
o tern autor na str. 192 opowiada: 

„....w czasie audyencyi marszałków gubemialnych szlachty, 
cesarz między innemi powiedział im, że Polskę tak samo kocha, jak 
Rosyę, ale żeby Polacy nie oddawali się marzeniom. Nie ulega wąt- 
pliwości, że radę tę wywołał list (pismo), przesłany przedtem Gor- 
czakowowi przez jednego z przedstawiających się marszałków szlachty, 
hr. Jezierskiego, tego samego, który w 1830 r., w czasie powstania 
warszawskiego został z ks. Łubeckim posłany do Petersburga i który 
teraz w liście swym wyłożył swe polskie marzenia i nadzieje, z prośbą 
o uwiadomienie o tern cesarza". 

Jest tu niewątpliwie mowa o memoryale, o którym pierwszą 
wiadomość podał D. K. Schćdo-Ferroti (baron Firks) w broszurze^ 
wydanej w 1863 r. p. t. Żtudes sur Vaven%r de la Russie^ Huiti^me 
itude : que fera-ł-on de la Pologne f Schćdo-Ferroti mówi, że zgłosiło 
się doń trzech Polaków, ^pomiędzy którymi było dwóch, odznacza- 
jących się inteligencyą i stanowiskiem społecznem..., prosząc o zreda- 
gowanie memoryału, streszczającego potrzeby kraju i nadzieje, jakie 
przywiązywano do faktu pojawienia się cesarza wśród szlachty 
polskiej". 

Memoryału tego w całej jego rozciągłości nie znamy, wiadome 
jest tylko jego streszczenie, tak, jak je podał w cytowanej broszurze 
Schódo-Ferroti. Z Dokudowskiego dowiadujemy się, że jednym z onyeh 
trzech Polaków był Jezierski i że memoryał był wręczony Gorczako- 
wowi, który z niego tak fatalny w następstwa zrobił użytek. 

O zamknięciu czasopisma polskiego p. t. StoufOy które wycho- 
dziło w Petersburgu pod redakcyą Jozafata Ohryzki, podaje Doku- 
dowskij parę nowych szczegółów, acz nie jest dokładnie poinformo- 



146 Receuzye i Sprawosdania. 

wany o przyczynach tego fakta. Twierdzi on, że głównym powodem 
zamknięcia Słowa i osadzenie Ohryzki w twierdzy petropawto- 
wskiej było to, że wydmkował list Lelewela, emigranta, skazanego 
przez sąd najwyższy na ucięcie głowy i że ten fakt głównie oburzył 
namiestnika Gorczakowa. Dzid wiemy, że oprócz Ustu Lelewela do 
zawieszenia SŁowa przyczyniły się także zabiegi bankiera warsza- 
wskiego Kronenberga, oburzonego o to, że Ohryzko stanął po strome 
Lesznowskiego, redaktora Gazety warszawskief, który ostro i namiętnie 
wystąpił przeciw żydom. Dokudowskij na str. 216 opowiada, że 
^Gorczakow telegrafem rozkazał gubernatorowi wojennemu w War- 
szawie skonfiskować Nr. 1 5-ty Sława, który przyjdzie do Warszawy 
i zaproponował na radzie ministrów, aby Ohryzkę wsadzić na miesiąc 
na od wach w twierdzy petropawło wskiej, co cesarz zatwierdził. Lecz 
dla Gorczakowa nie skończyło się na tem. Dowiedział on się, że cesa- 
rzowa Marya Aleksandro wna, a zwłaszcza w. ks. Helena Pawłowna, 
sprzyjające Ohryzce (nie wiadomo, pisze autor, jakiemi ciemnemi dro- 
gami zdołał on trafić do tych pań), niezadowolone są z Gorczakowa 
za jego opinią o sprawie Ohryzki. Książę przeląkł się tego, poprosił 
o posłuchanie i zdołał się usprawiedliwić i gniew tych dam ułagodzić, 
oświadczywszy, że gdyby syn jego był redaktorem i taki artykuł 
napisał, to i o nim dałby taką samą opinię, t. j. wsadziłby go do 
twierdzy. Według słów Gorczakowa caryca, cicha i dobra, przyjaźnie 
przyjęła przytoczone przez niego motywy i wysłuchała ich spokojnie, 
ale trudniejsza była sprawa z w. ks. Heleną Pawłowna...". 

Bądź co bądź szczegół, acz trzeciorzędnego zaledwie znaczenia, 
ale ciekawy i nieznany. Nie będziemy się tu rozpisywali o mnóstwie 
innych, niewątpliwie drobnych, ale rzucających pewne światło na 
ludzi i rzeczy faktów, których bardzo wiele spotykamy w pamiętniku 
Dokudowskiego, zanotujemy tylko opinię cesarza Aleksandra II-go 
o Polkach. Oto co o tem autor pisze (str. 193). 

„Raz (działo się to w r. 1856 w Warszawie) cesarz, rozma- 
wiając z księżną Gorczakowową o damach polskich, raczył powiedzieć, 
że bez zaprzeczenia są one mądre, miłe i czarujące, że trzeba być 
z niemi grzecznym i uważającym, ale nie należy przypuszczać ich 
do poufałości i bliższych stosunków, jak np. nieboszczka księżna 
Paskie wieżowa, która była dla nich niegrzeczną, a jednocześnie w bu- 
doarze swoim komunikowała hrabinie Rozalii Rzewuskiej takie ta- 
jemnice, które szkodę przynosiły Rosyi". 

O Paskiewiczu autor wielokrotnie się rozpisuje i podaje moc 
drobnych rysów, malujących jaskrawo postać tego satrapy. Jakże cha^ 



Recenzje i Sprawozdania. 147 

rakterystyczną jest np. anegdota następująca : W r. 1844 w kwietnia 
przyjechał do Warszawy następca tronu, późniejszy cesarz Aleksander 
n. „O przybyciu Jego ces. wysokodci (pisze Dokudowskij) Paskiewicz 
otrzymał wiadomość w przeddzień wieczorem, gdy grał w karty. 
Wstał, rzucił je na stół i rzekł z niezadowoleniem : jakże nudne są 
te przejazdy, powitania i odprowadzania^. Gdy w r. 1850 obchodzono 
jubUeusz jego pięćdziesięcioletniej służby w wojsku, to żona jego, 
której, mówiąc nawiasem, bał się jak ognia, w kółku swych poufałych 
oświadczyła, że dobrzeby cesarz zrobił, gdyby mężowi jej darował 
księstwo łowickie. „Tymczasem baba ta (pisze Dok.) miała swych 
własnych 2 tysiące dusz, a jej mąż był właścicielem ogromnego ma- 
jątku Homla, liczącego 22.000 dusz i podarowanych mu w Królestwie 
dóbr iwangrodzkich (Demblina)". W r. 1852 Paskiewicz mówił księ- 
żnie Gorczakowowej o cesarzu Mikołaju I : „co pani myślisz ? on mnie 
i męża pani gotów jest w chwili gniewu wsadzić na odwach. Z każdą 
godziną staje on się bardziej rozdrażnionym i przypomina Pawła* 
(str. 148). Gdy w r. 1854 Paskiewicz dowiedział się o wylądowaniu 
Francuzów w Krymie, okazywał z tego wielkie zadowolenie. „Później, 
pisze Dok. blizki krewny namiestnika na pytanie, zkąd wie, że rzeczy 
idą źle w Krymie? odrzekł bez namysłu: ztąd, że mój stryj jest 
wesoły i zadowolony." 

Gdy w r. 1851 Mikołaj I był w Warszawie i odbywał przegląd 
wojska na placu Ujazdowskim, rozgniewał się, że lud tłoczył się za- 
nadto i że powozy jeździły po alei i rzekł do Gorczakowa, ówcze- 
snego jenerał-majora, że ma złą w mieście policyę, że w Warszawie 
więcej, niż gdzieindziej, powinien być on (cesarz) szanowany" (str. 144). 

Takich i tym podobnych anegdot, szczegółów, faktów, powta- 
rzamy, jest mnóstwo we wspomnieniach Dokudowskiego, dlatego 
mogą one służyć jako bogaty i autentyczny materyał do charaktery- 
styki ludzi, rządzących Polską. Z tego względu wspominamy tu o nich 
i zwracamy na nie uwagę naszych badaczy. Walery P. 

Sbornik dokumentów muzeja grafa M. 
N. Murawiewa. T. I sostawił A. Bieleckij. Izda- 
nie obszczestwa rewnitielej russkawo istoriczeskawo pro- 
swieszczenia w pamiat' Impieratora Aleksandra III. Wilna 
(tak!) 1906. 

Historya powstania tej książki jest następująca: 
W r. 1901 rozmaici „diejatiele" powzięli myśl założenia w Wil- 
nie muzeum Murawiewowskiego ; poparł ich ówczesny generał-guber- 



148 Reoeuzye i Sprawozdania. 

nator Trockij i muzeum owe w rzeczy samej przyszło do skutku. 
Wtedy niejaki Bieleckij przedstawił Trockiemu projekt wydawnictwa 
dokumentów, znajdujących się w temże muzeum, obejmujących nie 
tylko czasy krwawych rządów Murawiewa-Wieszatiela w r. 1863 — 66, 
ale i lata poprzedzające, 1861 i 1862. Trockij zgodził się na ten 
projekt, który po jego śmierci w r. 1901 znalazł także protektora 
w osobie nowego generał-gubematora kniazia Światopełk-Mirskiego. 
Udano się o pomoc do Towarzystwa popierania badań historycznych 
imienia cesarza Aleksandra Ul, które ofiarowało 822 rubli na wyda- 
nie każdego tomu. Dzięki temu ukazał się przed rokiem tom pierwszy, 
układu projektodawcy p. Bielajewa, wydrukowany w liczbie 600 
egzemplarzy. 

Tom ten, obejmujący przeszło 320 stronic bitego druku dużego 
in ąuarto, oprócz obszernej przedmowy, skreślonej przez wydawcę 
p. Bielajewa, przedmowy przesiąkniętej nienawiścią do Polaków i Pol- 
ski czynownika moskiewskiego ze szkoły Murawiewa-Wieszatiela, 
zawiera 235 dokumentów, najrozmaitszej zresztą wartości. Są między 
nimi, i to w ogromnej większości, rzeczy nie mające żadnego zna- 
czenia historycznego, ordynaryjne denuncyacye policyjne, znamienne 
chyba z tego tylko względu, że malują głupotę, nizkość i nikcze- 
mność czynownictwa rosyjskiego, ale są i dokumenty przedstawiające 
pewne znaczenie dla dziejów ucisku na Litwie i Białorusi. 

W przedmowie, jakeśmy już zaznaczyli, pisanej tonem Ratczów, 
Cytowów, Gogolów, Ustimowiczów i Sidorowów, znajdujemy wiele 
podań albo wprost kłamliwych, albo fałszywie oświetlonych. Na str. 
6 autor twierdzi, że „w początkach 1856 r. szlachta gubernii wileń- 
skiej daleką była od myśli polepszenia bytu swych chłopów. Na 
drogę przyczynienia się do wielkiej sprawy usamowolnienia włościan 
wepchnął (natołknuł) ją generał-gubemator, który skorzystał niespo- 
dzianie z nadarzającego się wypadku". Jest to niesprawiedliwe i nie- 
słuszne. Zapewne, między szlachtą litewską było wielu zaśniedziałych 
zacofańców, niecnych batożników i odrzychłopskich, ale byli też lu- 
dzie i to w ogromnej większości, którzy doskonale i żywo odczuwali 
potrzebę ostatecznego uregulowania i zakończenia fatalnych stosunków 
wiejskich. Sam autor o kilkanaście wierszy niżej (str. 7) przyznać to 
jest zmuszony. „W. I. Nazimowowi (pisze) udało się wkrótce zna^ 
leźć wśród szlachy, w guberniach przez niego rządzonych, takie oso- 
bistości wpływowe, które oświadczyły, że gotowe są dopomódz do 
tego, by szlachta miejscowa przekonała się o konieczności zmiany 
stosunków pańszczyźnianych". Skoro więc były takie osobistości i do 



Recensye i Sprawozdania 14Q 

tego wpływowe, jak zapewnia autor, to mydl o nsamowolnienin wło* 
ścian nie była obcą szlachcie litewskiej i nie potrzeba by to „wpychać* 
ją na tę drogę przez generał-gubematora Nazimowa. Ale autorowie ro- 
syjscy, ilekroć piszą o Polsce i Polakach, stale mijają się z prawdą 
i togiką. 

Takiem mijaniem się z prawdą jest u p. Bielajewa opis sprawy 
Dsiemowickiej. Mówiąc o dnchowieństwie katolickiem na Litwie na 
kilka lat przed ostatniem powstaniem, autor powiada (str. 14): ^wi« 
działo ono, t. j. duchowieństwo, że szlachta, administracya złożona 
z Polaków, sądy przepełnione Polakami, wszyscy gotowi są je popie- 
rać; że wyższa władza rosyjska jest do niego w stosunku jak naj* 
przyjaźniejszym; dlaczegożby więc księża nie mieli skorzystać z takiego 
położenia, żeby powiększyć swą trzodę na rachunek prawosławia. 
I oto zaczynają się takie głodne sprawy, jak sprawa Dziemowicka^* 

Z tego zdania wynika, że sprawa Dziernowicka była dziełem 
księży katolickich i że Dziemowiczanie byli prawosławni. Tymczasem 
rzecz się zupełnie inaczej miała. Dziemowice jest to wieś leżąca 
w Witebszczyznie, niedaleko miasta Dryssy, i w r. 1858, w którym 
się wypadki te rozegrały, należała do p. Korsaka. W r. 1842 zabrano 
katolikom kościół, zamieniono go na cerkiew i osadzono przy niej 
popa, a mieszkańców pod pozorem, że byli niegdyś unitami i przeszli 
jakoby na katolicyzm, uznano urzędownie za prawosławnych, zmu- 
szano ich do uczęszczania do cerkwi i odbywania obrządków pra- 
wosławnych. Trwało to do r. 1867, w którym włościanie, dowie- 
dziawszy się o dobroci nowego cara Aleksandra II, wysłali prośbę do 
Petersburga, by mogli wyznawać publicznie religię swych ojców. Od- 
mówiono im, więc powtórzyli ją jeszcze raz w r. 1858, co spowo- 
dowało, że do Dziemowic zjechał gubernator witebski Kołokolcew, 
otoczony wojskiem, sprawnikami i popami, rozpoczął śledztwo, bił 
chłopów bez litości i sumienia, słowem działy się tam znane dobrze 
sceny z nawracania na prawosławie, sceny, których powtórzenia by- 
liśmy świadkami przed dwudziestu laty na Podlasiu. Zjeżdżał tam 
nawet senator Szczerbinin i śledztwo wcale nie udowodniło, by w tej 
opłakanej sprawie choć jeden ksiądz katolicki brał udział, by chło- 
pów namawiał do podawania próśb do cara. Dlaczego więc p. Bie- 
lajew kłamie? Podobne sceny, w tymże czasie i w tejże Witeb- 
szczyznie, działy się we wsi Słowatycze, o czem można czytać w dzie- 
le ks. Lescoeur^a L'Sglise catholicue en Połogne p. 150 i nasi, oraz 
w książce: KanHanty Ireneusz Łubieński, biskup sejneński (Kraków 
1898 r.) na str. 104. Czemuż ich p. Bielajew nie czytał? Ale on 



150 Recenzje i Sprawozdania. 

liŁeratory polskiej, dotyczącej epoki, o której pisze, wcale nie zna 
prócz Hisioryi dwóch lat i Roetnikdw polskich wychodzących w Pa- 
ryżu w latach 1857 — 1861. Trochę to za mało. 

Dzięki tej nieznajomości źródeł polskich, ale zato obfitego 
ezerpania w różnych denuncyacyach sprawników, horodniczych i gu- 
bernatorów, p. Bielajew pisze takie absurda, jak np., że Towarzystwo 
rolnicze w Królestwie polskiem ^pracowało nad urzeczywistnieniem 
zadań rewolucyjnych* (str. 19); że głodny, acz za zbyt lojalny pisarz 
Wacław Aleksander Maciejowski był księdzem katolickim (str. 30); 
że założone jakoby przez panią Dąbrowską w Wilnie towarzystwo 
dobroczynne zbierało pieniądze „na sprawy rewolucyjne* (str. 34). 
Autor co do tego ostatniego faktu powołuje się na pamiętniki Niko- 
tina (o których w swym czasie pisaliśmy w Kwart, hut. 1903, str. 
333), ale przy sprawdzeniu okazało się, że Nikotin o żadnej Dąbro- 
wskiej nic nie wie; że mówi o towarzystwie św. Wincentego a Paulo 
założonem w r. 1 859 w Wilnie przez p. Matyldę Buczyńską; że o ro- 
zesłaniu po kraju 30 tysięcy skarbonek dla zbierania składek Niko- 
tin nie wspomina, jak również o tem, że składki te obrócone zostały 
na „sprawy rewolucyjne^. Wszystko to są kłamstwa p. Bielajewa, 
zaczerpnięte zapewne z jakiejś denuncyacyi rewirowego policyjnego. 
Ale czyż denuncyacye rewirowych są dokumentami i mogą służyć 
za materyał historyczny? 

Nie będziemy się tu wdawali w dalsze sprostowania, wykazy- 
wanie fałszów i kłamstw tego rodzaju urzędowych historyków rosyj- 
skich, jakim jest p. Bielajew, szkoda na to czasu i atłasu, a przej- 
dziemy wprost do zbioru wydrukowanych przezeń dokumentów. 
W tomie I, który dotąd wyszedł, obejmują one tylko rok 1861 i jak 
powiedzieliśmy, w ogromnej swej większości mają bardzo małą war- 
tość historyczną. Przeważnie są to raporta gubernatorów, horodni- 
czych i policyantów o nabożeństwach żałobnych za poległych w War- 
szawie, odprawianych po różnych miastach i miasteczkach Litwy, 
o demonstracyach, śpiewaniu „Boże coś Polskę", o żałobie i plotkach. 
Do rzędu plotek np. (czemu jednak p. Bielajew wierzy, jak św. Ewan- 
gelii) należy zawiadomienie (Nr. 20, str. 30) gubernatora kowieńskie- 
go, przesłane horodniczemu w Rosieniach z d. 29. marca 1861 r., 
jakoby z miasta HuU w Anglii wysłano do Gdańska i innych miast 
nadmorskich w Prusach 5000 sztuk karabinów w celu potajenmego 
wprowadzenia ich do Królestwa polskiego. Charakter prostej policyj- 
no-rosyjskiej podejrzliwości ma doniesienie tegoż gubernatora także 
do horodniczego w Rosieniach (Nr. 28, str. 36) o panu Władysławie 



Recenzye i Sprawozdania. 151 



u 



Iftickiewicza, który w kwietniu 1861 r. miał bawić w Kijowie i za- 
mierzał jechać do Wilna. Otóż ten ^syn znanego poety polskiego 
jak się wyraża p. generał-erudyt, ^w Kijowie zwrócił na siebie uwa- 
gę policyi tern, że wszedł w stosunki z niektórymi studentami uni- 
wersytetu tamtejszego i starał się unikać dozoru nad sobą^. Wskutek 
tego gubernator poleca horodniczemu, by urządził nad Wł. Mickiewi- 
czem ścisły dozór i w razie, jeżeli się co okaże, donosił natychmiast 
gubernatorowi. Nie wiemy, czy p. Wł. Mickiewicz w istocie bawił 
w Kijowie 1861 r., ale jeżeli bawił, to z pewnością nie myślał o pro- 
pagandzie rewolucyjnej. 

Taką cechę policyjno-denuncyatorską noszą cztery piąte doku- 
mentów, wydrukowanych przez p. Bielajewa. Szczerze mówiąc, szkoda 
tych 800 rubli, które dało towarzystwo historyczne imienia Aleksan- 
dra ni-go, na tak marny materyał dziejowy, który nowego bardzo 
niewiele daje, a to, co jest nowem, przedstawia bardzo małą wartość. 

Z pomiędzy tego stosu denuncyacyi wyróżniają się pewnym 
cq[»ecyficznym, że tak powiemy, charakterem raporta gubernatora miń- 
skiego. Gubernatorem tym był nie kto inny, tylko Keller, graf Keller, 
który w r. 1862 został dyrektorem komisyi spraw wewnętrznych 
w Królestwie polskiem i którego żona, zwana złośliwie „Egeryą pole- 
skiego Numy Pompiliusza-Wielopolskiego^, usiłowała w Warszawie 
odegrać pewną rolę polityczną, co jej się zresztą wcale nie udało. 
Otóż Keller, jak przystało na przyszłego ministra polskiego, nie bawi 
się w doniesienia o nabożeństwach żałobnych, śpiewach, konfedera- 
tkach i demonstracyach, ale kreśli tonem apodyktycznym całe roz- 
prawy polityczne, zajmuje się wyższemi konjunkturami. W raporcie 
swoim, oznaczonym w zbiorze p. Bielajewa nrem 122, pisze np., że 
„obecny ruch polityczny... kieruje się według planu Mierosławskiego^ 
którego celem jest obudzenie w narodzie patryotyzmu, zebranie pie- 
niędzy na uformowanie legionów polskich, by następnie przy pomocy 
ogólnego powstania zbrojnego osiągnąć cel zamierzony: przywrócenia 
Królestwa polskiego"; że w gubemii mińskiej jest stronnictwo nie- 
przyjazne Mierosławskiemu; że stronnictwo to ^uważa za skuteczniej- 
sze osiągnąć swój cel drogą dyplomatyczną i dlatego zamierza uło- 
żyć spis wszystkich osób, które ulegają jakoby prześladowaniu rzą- 
dowemu i zebrawszy jak można najwięcej faktów, przedłożyć je 
konferencyi, mającej się zebrać dla rozpatrzenia niektórych spraw 
europejskich i prosić o obronę i poparcie^. Oto, co się nazywa mieć 
ministeryalny rozum i bystrość polityczną! 



152 Reeenzye i Sprawozdania. 

W całym tym zbiorze dwa tylko dokumenta mają ważność 
historyczną. Jednym z nich jest memoryat osławionego zaprzańca 
i renegata Josifa Siemiaszki, złożony cesarzowi. Aleksandrowi II 
jeszcze w r. 1869. Wprawdzie memoryał ten znany jest dawniej, wy- 
drukowany był w ZapiskcuA tegoż Siemaszki, wydanych w r. 1883 
w Petersburgu, niemniej przeto dobrze zrobił p. Bielajew, że go prze- 
drukował, ułatwił bowiem przez to badaczom tej epoki poszukiwania. 
W memoryale rzeczonym Siemaszko twierdził, że Litwa i Białoruś 
są kraje odwiecznie moskiewskie, że zatem wszelkie ustępstwa, czy- 
nione w nich ,latynizmowi* i polskości, są grzechem przeciw Rosyi 
i zaklinał cesarza, aby się powstrzymał na tej drodze i starał się 
wzmocnić na Litwie żywioł rosyjski. Jeżeli można wierzyć p. Biela- 
jewowi, to pismo Siemaszki miało wywrzeć silne wrażenie na cara 
i bodaj czy nie od tej chwili datuje się zwrot w jego polityce wzglę- 
dem krajów zabranych. 

Drugim ważnym i o ile wiemy, nieznanym dotąd dokumentem 
w zbiorze p. Bielajewa jest „Rys przebiegu rzeczy w kraju Zacho- 
dnim od początku 1861 r. do końca 1862, skreślony w ministeryum 
spraw wewnętrznych^. Jest to dokument z wielu względów bardzo 
ciekawy i pouczający, daje nam bowiem obraz, jak się sfery rządo- 
we petersburskie zapatrywały w tym czasie na sprawę polską. Oto 
jip. jaką opinię wygłasza p. minister o peryodzie demonstracyjnym 
w latach 1861/62: „....kierownicy ruchu rewolucyjnego (pisze on) 
w Królestwie polskiem, zaznaczywszy zamierzoną opozycyą przeciw 
rządowi nowym, niebywałym dotąd charakterem bezbronnego powsta- 
nia, postarali się o wzmocnienie swej sprawy zewnątrz, budząc w za- 
chodnich mocarstwach współczucie dla siebie przy pomocy zagrani- 
cznej prasy, a wewnątrz państwa rozwinięciem propagandy religijnej 
i pociągnięciem do niej mieszkańców, zwłaszcza kraju Zachodniego, 
Litwy, Wołynia, Podola, gubemii białoruskich i kijowskiej ''; że „za- 
biegi te w niektórych miejscach dochodziły do tego, że wyższe to- 
warzystwo polskie mieszało się w tłum ostatniego motłochu (czerni), 
damy tańczyły z pijanymi chłopami, mężczyźni z chłopkami'^; że 
„gubernator podolski, raportując ministrowi spraw wewnętrz. o stanie 
gubemii, proponował w celu ostatecznego uspokojenia kraju wzmo- 
cnienie w nim żywiołu rosyjskiego we wszystkich dykasteryach cy- 
wilnych^; że „hrabia Keller, gubernator miński, uważał za konieczne 
odebrać mieszkańcom wszelką broń, jak to zrobiono w r. 1848". 

Najważniejszym jednak jest ustęp, w którym, zaznaczywszy obo- 
jętność, a nawet wrogie usposobienie chłopów względem ruchu pol- 



Reoensye i Sprawozdania. 153 

skiego, pisze: „oczywiście można poraszyó chłopów przeciw szlachcie. 
Znane sceny galicyjskie zmuszą do ucieczki większość szlachty, obecnie 
znchwale nazywającej ten kraj Litwą lub Polską. Lecz czyż można 
zdecydować się na użycie tego środka, a używszy go, czy będzie 
można zatrzymać go na idealnej granicy, dzielącej od siebie powia- 
ty?^ Okazuje się z tego, że w r. 1861 lub 1862 była mowa w sfe- 
rach ministeryalnych o urządzeniu drugiego wydania rzezi galicyjskiej 
i jeżeli lego nie zrobiono, to tylko dlatego, by rzeź ta nie prze- 
kroczyła granicy pewnych powiatów i kto wie, nie rozlafei się po 
caiej Rosyi. Wyznanie ze strony rządu bardzo znamienne. 

Wydanie dokumentów muzeum Murawiewa jest dość niedbałe. 
Niema wykazu nazwisk osób i miejscowości, co utrudnia bardzo po- 
szukiwania, a format dużego in quarło, nieestetyczny i niewygodny, 
źle zeszyty i rozlatujący się, jest charakterystyczną cechą książek 
rosyjskich. Czekamy na tomy następne; może w nich p. Bielajew 
pomieści dokumenty istotnej ważności historycznej, bo, jakeśmy po- 
wiedzieli, w tym tomie, opróc z memoryatu Siemaszki i sprawozdania 
ministra spraw wewnętrznych, reszta niewiele przedstawia interesu. 

W. P. 

Żizń i trudy M. P. Pogodina. Nikołaja 
Barsukowa. Kniga dwadcataja. S. Peterburg, 1906. 

Dwudziesty tom wydawanych przez Mikołaja Barsukowa pod 
powyższym tytułem pism znanego historyka rosyjskiego Pogodina 
poświęcony jest wyłącznie wypadkom 1863 roku. Pogodin jako za- 
palony słowianofil zajmował się od dawna dość żywo kwestyą polską 
i jeszcze w r. 1856 pisał o niej dość przychylnie, ale wyłącznie ze 
stanowiska państwowości rosyjskiej. Nic więc dziwnego, że gdy wy- 
buchło powstanie 1863 r., począł zbierać wszelkiego rodzaju mate- 
ryały do tej kwestyi i te to materyały stanowią dwudziesty tom 
jego pism. 

Nie znajdujemy w nim nic nowego, zwłaszcza, że wyłącznie 
są oparte na źródłach rosyjskich, nieraz bardzo podejrzanej wartości. 
Oprócz Koźmiana Bzeczy o r. 1868 Pogodin nie zna żadnego innego 
źródła polskiego, stąd oczywiście przedmiot wychodzi jednostronnie 
i fałszywie nieraz jest oświetlony. Napotykamy tu natomiast mnóstwo 
wyciągów z gazet ówczesnych, pism przygodnych, pamiętników ro- 
syjskich, rozpraw i pamfletów, przez co książka ta nabiera pewnego 
znaczenia dla historyi powstania 1863 r., ułatwiając poszukiwania 
i dając wskazówki. Zarysowują się w niej wyraźnie i jaskrawo opi- 



154 Reoeuzye i Sprawoidania. 

nie różnych wybitniejszych ludzi rosyjskich, mężów stanu, literatów 
i dziennikarzy o sprawie polskiej, panujące w danej chwili prądy 
i przekonania. Naturalnie są tu liczne Mędy i fałsze, będące wynikiem 
gorączki chwili, namiętności i nienawiści, ale prostowanie ich do 
niczegoby nie doprowadziło. Korzystać z tego zbioru można wiele, 
ale ostrożnie i z baczną krytyką. 

Bądź co bądź książka ta przedstawia pewien interes dla badacza 
wypadków 1863 r. i dlatego tu o niej wspominamy. 

W. Pr 



BIBLIOGRAFIA HISTORYI POWSZECHNEJ. 



Dzieła treści ogólnej. 



Weltsreschlchte. Die Geschichte der 
Menschheit, ihre Entwickelung in Staat 
u. Gesellschaft, In Kultur u. Geistesle- 
ben. Hg. v. J. Pflugk - Harttung. (In 6 
Bd.). Neuzeit Lief. 1. Berlin 1907, UU- 
stein. 

Schweiger-Lerchenfeld A. Kul- 
turgeschichte. Werden und Yergehen 
im V6lkerleben. 2 Bftnde. Wien 1907, 
Hartteben, str. YIU, 64ą 644. 

L. Z. 1907 nr. 92. Dobre duelo, zestawia- 
Jąoe resaltaty najnowBcych badań. T. I 
daje po wstępie w 4 rozdziałach rys kultu- 
ry: £\ hamito-BemickieJ (Esipt, Mesopota- 
mia, Syrra, Palestyna, Arabia), 2) staroaryj- 
skiej (Medya, Baktrya, Iran, Armenia, 
Mała Acya), 8) atlantyckiej (pramieszkańcy 
Europy, mieszkańcy między Fontem i Atlan- 
tykiem, Celtowie, Germanie), 4) świata gre- 
ckiego. T. II: 1) historya knltnry czasn 
rzymskiego (Italowie, Etruskowie, Wene- 
towie, Rzymianie, upadek starej kultury), 
A wieków średnich (Islam, wschód i za- 
enód, czas powstania państw), 8) czasy 
nowe— wiek odkryć, kulturalne narody Ame- 
ryki, powstawanie kultury uniwersalnej. 

Hewitt J. P. Primitiye Traditional 
History. The primitiye history and chro- 
nology of India, South-Eastem and 



South-Westem Asia, Egypt and Europę 
and the colonies thence sent forth. 8 
YOl. London 1907, Parker. 

Kaulfuss. Die Grundprobleme der 
Geschichtsphilosophie mit besonderer 
Berttcksichtigung der Hegelschen An- 
schauungen. Bromberg 1907. Mittler. 

Pflaum Ch. D. Droysens Uistorik 
in ihrer Bedeutung f. die modernę Ge- 
schichtswissenschaft. (Greschichtl. Unters. 
hg. V. Lamprecht V, 2). Gotha 1907, 
Perthes, str. VI, 115. 

Klemm Otto. G. B. Yico ais Ge- 
schichtsphilosoph und YOlkerpsycholog. 
Leipzig 1907, Engelmann, str. XII, 285. 

L. z. 1907 nr. 86. Rozwija główne ryay 
naukowych poglądów V., omawia jego sta- 



nowisko wobec zaj^adnień psycholog hi> 
czesnyeh o jego nauce i idi 'oddziaływanie 



storyi, jeeo własnąfilozofię 

chologię ludów, ich związek, sadj wsp 

czesnyeh o jego nauce i ich oddisla' 



itoryi 1 psT- 
sadj wspĄi 

, jecó nauce i Ich oddislałTwanie 

na nią, a wkoncu stanowisko V. w filozofl* 
historyi. 

Ktthnert A. Der Streit um die ge- 
schichts wissenschaftlichen Theorien Kari; 
Lamprecht. Erlangen 1907, str. 53. 



Historya starożytna. 



I. starożytny Wschód. 

Schneider H. Kultur und Denken 
der alten Agypter. Leipzig 1907, Yoigt- 
Iftnder, str. XXXYI, 564. 

L. Z. 1907 nr. 44. Autor zużytkował cały 
■ateryał, nawet najświętsze odkrycia. 



rodsiejstwo; relińa. Praca znacznej warto- 
MA, naloty jednak korzystać z niej z ostro- 



tnośdą, gdyt autor nie podaje źródeł, z któ- 
rych korzystał. 

dayet H. La ciyilisation pharaoni- 
gue. Paris 1907, Plon-Nourrit. 

Bouchć-Leclercą A. Histoire des 
Lagides. T. 8: Les institutions de Tfi- 
gypte ptolćmalgue. 1-re partie. Paris 
1907, Lerouz, str. XII, 408. 

La Jonąui^re C. L^expćdition d*&gy- 
pte (1798-1801). V. Pans 1906, Urau- 
celle, str. 692. 



156 



Bibliografia hiatoryi powsseohnej. 



Breasted J. H. Ancient records of 
Egypt Historical documents from the 
earliest times to the Persian conguest, 
collected, edited and translated with 
eommentary. VoL I— V. Chicago 1904—6, 
Uniyers. Press. 

L. Z. 1907 nr. 88. Znakomita, pomnikowa 
publikacja, sbiarająca po rai pierwsEj 
w ca2ośei rospróssony i trndno aogtępny 
mataryal. Doskonale prsakladj saopatrsone 
we wstępy i obsseme historyczne objaśnie- 
nia. Tom I obełmnie 18 dynastye, T. II 
dynastyc 18, T. ffl dyn. 19, T. 1^80-86, 
T. V indeksy znakomicie ntotone, wedlog 
rozmaitych tytniów: nazwiska bogów, świą- 
tynie, królowie, osoby prywatne, nrzędy 
i t. d. 

Urkunden des agyptischen Alter- 
tums. Hg. V. G. StSidorff. IV Abt: 
Urkunden d. XVIII D^astie. Heft 12: 
U. a. der Zeit Thutmosis Ul und seines 
Nachfolgers Amenophis II, bearb. y. K. 
Sethe. Leipzig, Hinnchs. 

L. Z. 1907 nr. 48. O. L. Z. 1907 nr. 6. 
Zeszyt ten kończy tom m, a doprowadza 
do końca jpanowaniaThntmosisam, podaje 
orzędowe mskrypcye Kamakn. NajwatnieJ- 
sze sa tn aanalistyczne inskrypcye, poda- 
je listy zdobytych krajów, miast i zwy- 
• ci^w. Draga część zawiera inskrypcye 
prywatne z czasów Amenhotepa II. 

Mflller M. Die Palastinaliste Thut- 
mosis III. (Mitt. der yorderasiat. Gesell. 
Xn, 1). Berlin 1907, Peiser, str. 40, 
8;tabl. 

The Tebtttnis-Papyripart II, ed. by 
B. P. Grenfell und A. S. Hunt, w. the 
assistance of £. J. Goodspeed. (Uniyers 
of Califomia publications, Graeco-Ro- 
man archaeology yol II). London 1907, 
Frowde, str. XV, 485. 

L. Z. 1907 nr. 48. Tom I obejmować czar 
ST Ptolemejskie, niniejszy materyal z 8 
pierwszych wieków chrześeijańskicn zawie- 
ra prócz materyahł literackiego (Iliada, De- 
mostenes, ułamek s/owniozka, kalendarz 
etc.) mnóstwo dokumentów, przewalnie 
z czasów cesarskich, ważnych szczególnie 
dlateco, ponieważ przedstawiają nam życie 
urzędowe i prywatne egipsko-greckich ka- 
płanów, a także dają obraz innych insty- 
łncyj. 

Papyrus grecs publićs sous la di- 
rection de P. Jouguet... finstitut papy- 
rol. de rUniy. de Lille). Tome I, fasc. 
1. Paris 1907, Leroux, fol. str. 66. 

L. Z. 1907 nr. 86. Pochodzą z Ghoran, 
Medinet-et-Nehas i Olahnn (Fayum) i odno- 
szą się do m w. prz. Chr.; najważniejszy 
Jest memoryał tyczący się nrząOBenia grnn- 
tn 10.000 amrów, poza tem są to pisma 
urzędowe, podania i doniesienia o kradzie- 
żach. 

Spie^relbers: W. Der Papyrus Lib- 
bey, ein ftgyptischer Heiratsyertrag. 
Strassburg 1907, Trttbner, 4^, str. 12, 
3 tabL 



L. z. 1907 nr. 88. D. L. Z. 1907 nr. 88. 
Kontrakt z 1 roku panowania mnlo znane- 
go króla Ghababasza (841—899 prz. Chr.), 
niezmiernie ważny dla poznania stosunków 
maJżeAskich. 

Kaufmann C. JVL Zweiter Beńcht 
tlb. die Ausgrabung der Menas-Heilig- 
tamer in der Mareotiswttste. (Sommer- 
campagne Juni-Noy. 1906). Gairo 1907, 
str. 110, 68 ryc, 7 tabl. 

Borchardt L. Das Grabdenkmal 
des KOnigs Ne-user-re. (yil wiss. VerOff. 
d. Deut Orient-Gesellsch.). Leipzig 1907. 
Hinrichą foL str. V, 184, 148 ryc, 28 
tabl. 

L. Z. 1907 nr. 89. Wykopalisko kolo A- 
busir, grobowiec króla N. z V dynasty! 
(8600 prz. Chr.). Szczególnej doniosłości są 
płaskorzeźby świątyni. 

The Tomb of Hfttsopsitu. Introd. 
by Theod. Dayis. The Life and Monu- 
ments of the Queen by £. Nayille. De- 
scription of the finding... of H. Carter. 
London 1906, Gonstable, fol. str. 112, 
tabl. 

L. Z. 1907 nr. 86. Jest to grobowiec kró- 
lowej Hatschepsut (Dyn. 18, okoto 1600 prz. 
Chr.) odkryta w r. 1908. W komnacie gro- 
bowej znaleziono trumnę H. i Thutmotiaa 
I; napisy zawierają nazwiska i formuły re- 
liffijne, nadto naczynia. Navi11e podaje prze- 
k/ad inskrypcyj i żywot królowej, Ie«udT 
o jej urodzeniu, iej wyprawy do kraju runt 
i historyę budowli przez nią pociętych. Do- 
dane znakomite portrety O panujących z 18 
dynastyi, wedtag płaskorzeźb świątyni. 

Catalos:ue gćnćral des antiguitćs 
ćgyptiennes du musće de Caire. XXn: 
Newberry P. E. Scarabshaped seals. 
Leipzig 1907, Iliersemann, str. VIII, 384. 
XXXI: Edgar G. Sculptors studies and 
infinished works. XXXIII: Lacau P. 
Sarcophages antćrieurs au nouyel em- 
pire. T. II. Leipzig 1907, Hiersemann. 

Newberry P. P. Scarabs. An intro- 
duction to the study of Egyptian seals 
and signet rings. London 1906, Gonstar 
ble, str. XVI, 209, 44 tabl. 

L. Z. 1907 nr. 90. Są to pieczęcie do 
plombowania dzbanów, papyrusów etc. wy, 
obrażające zwierzęta (woły, koty, żaby- 
żuki). Takich pieczęci zebrał autor 1800 
sztuk. Podają one także imiona królów, 
urzędników i osób prywatnych, przez oo 
rozszerza się liczba znanych nam nazwisk. 



Lang:don St. Lectures on Babylo- 
nia and Palestine. Paris 1907, Geuthner, 
str. XV, 183. 

L. Z. 1907 nr. 18. Mówi o historyi. lite- 
raturze, religii i kulturze Babilonii 1 lirae- 
litów i o ich wzajemnych stosunkach. Jeit 
to zreasumowanie w przystępnej formie re- 
zultatów najnowszych badan. 



Bibliografia historyi powszechnej. 



157 



Winckler Hu^ro. Die babylonische 
CMsteskultur in ihren Beziehun^en zur 
Kulturentwickelung der Menschheit. Leip- 
xig 1907, QueUe, str. lU, 152. (Wissen- 
schaft u. Siidung). 

Winckler H. Die jUn^sten Kftmp- 
fer wider den Panbabylonismus. Leip- 
zig 1907, Hinrichs, str. 80. 

Jeremias Alfr. Die Panbabyloni- 
sten. Der alte Orient und die ^gyptische 
Religion. Leipzig 1907, Hinrichs, str. 65. 

Klns: L. W. Chronicles conceming 
earlj Babylonian kings, including re- 
cords of the early history of the Kassi- 
tee and the conutry of the sea. Vol. I: 
Intro cuctory chapters: Vol. II: Tezts 
and translations. London 1907, Luza. 

R.: o. L. z. 1907 nr. 11, str. 574-693. 

Un^ad A. Die Chronologie der Re- 
giening Ammiditana^s und Ammisadu- 
ga*s. (Beitr. z. Assyriologie VI, 3). Leip- 
zig 1907, Hinrichs. 

Delitzsch Pr. Mehr licht. Die be- 
deutsamsten Ergebnisse der babylonisch- 
assyr. Grabungen ftir Geschichte, Kul- 
tur und Rehgion. Leipzig 1907, Hinrichs, 
str. 64, 50 ryc. 

Macmillan Kerr Duncan. Some 
Guneiform Tablets bearing on the reli- 
gion of Babylonia and Assyria. (Beitr. 
z. Assyriologie V, 5). Leipzig 1906, Hin- 
richs. 

L. Z. 1907 nr. 90. Obejmnje 67 fragmen- 
tów s biblioteki Assnrbanipala (wiek VII). 
Sa to modlitwy, hymny, pealmy pokutne, 
cakifda, teksty rytualne, ważne dla posia- 
nia relipi. 

Expeditioii, the Babylonian of the 
Uniyersity of Pennsylyania. Ser. A: 
Guneiform Texts. XX, 1 : Hilprecht H. 
Y. Mathematical, metrological and chro- 
nological tablets from &e tempie of 
Nippur. Philadelphia 1907, 4^ str. 

Lefamann-Haupt. Materialen zur 
Alteren Geschichte Armeniens u. Meso- 
potamiens. Mit e. Beitrage. Arabische 
tnschriften aus Armenien u. Diyaberkr. 
Berlin 1907, Weidmann, str. 183, 14 
tabl. 

Schiffer S. Keilinschrifthche Spu- 
ren der in der 2 Hfllfte des 8 Jh. von 
den Assyrem nach Mesopotamien de- 
portierten Samarier. (10 Siftmme). (Beih. 
Ł O. L. Z.). Berlin 1907, Peiser, str. IV, 44. 

Scttlptnres and inscriptions of Da- 
hu8 the Great on the rock of Bełdstum 
in Penia. A new coUation of the Per- 



sian, Lusian and Babylonian textB, with 
Enghsh translation. London 1907, Cla- 
rendon press. 

Thureau Dan8:in P. Die sumeri- 
schen und akkadiscben Rónigsinschhf- 
ten. (Yorderasiat. Bibl. I, 1). Leipzig 
1907, Hinrichs, str. XX, 275. 

Meissner Br. Seltene assyrische 
Ideogramme. (;Vssyr. Bibl. XX). Leipzig 
1907, Hinrichs. 

Schorr Dr. Moses. Altbabylonische 
Rechtsurkunden aus der Zeit der I ba- 
bylonischen Dynastie ca. 2800—2000 t. 
Ghr. Umschńft, tlbersetzung und Kom- 
mentar. Wien 1907, Hólder, str. 210. 

D. L. Z. 1907 nr. 40. Ocena bardso po- 
ehlebna. Ssereg prac w ostatnich csasaoh 
stara się na poastawie znalezionych kon- 
traktów wykazać, o ile kodeks H. byt w pra- 
ktyce zastosowTwany. Schorr rozbiera 8& 
starobabyl. kontraktów, dochodzi do wyda- 
tniejszych rezultatów, niż poprzednicy. R. 
podnosi trafnj rozkład tekstn na nst^y. 
Obszernie mówi autor o wytworzenin sie 
styln kancelaryjnego i dowodzi, te ntart 
się on jut w epoce someryjskiej. 

Schorr Mojżesz. Kodeks Hammu- 
rabiego a ówczesna praktyka prawna. 
RAU. h. t. 50, str. 223-2&3. 

Zawiera p rzy ktady z dokumentów prawnych 
do poszczeKólnych norm kodeksu H., jaka 
też krótki obrnz postępowania procesowego. 

Huber P. E. Die Personemiamen 
in den Eeilschrifturkunden aus der Zeit 
der K(5nige v. Ur und Nisin. (AssyrioL 
BibL XXI). Leipzig 1907, Hiunchs, str. 
Vm, 208. 

D. L. Z. 1907 nr. 46. 

Dhorme P» Les noms propres ba- 
byloniens k T^pogue de Sargon Pan- 
cien et de Naram-JŚin. (Beitr. z. Assy- 
riologie Yl, 8). Leipzig 1907, Hinrichs. 

Hehn Joh. Siebenzahl und Sabbat 
bei den fiabyloniem und im Alten Te- 
stament Elme religionsgeschichtUche 
Studie. Leipz. semit. Studien II, 5. Leip- 
zig 1907, Hinrichs, str. III, 132. 

Bischoff Er. Babylonisch-Astrales 
im Weltbilde des Thalmud u. Midrasch. 
Leipzig 1907, Hinrichs, str. VHI, 172. 

Kugier P. X. Sternkunde u. Stern- 
dienst in Babel. Assyriologische... Un- 
ters. Bd. I: Entwicklung der babyl. Pla- 
netenkunde yon ihren Anf&ngen bis 
auf CSiristus. Mit 24 keiUnschrinl. Bei- 
lagen. Mtlnster 1907, Aschendorff, str. 
XV, 292. 



168 



Bibliografia historyi powszechnej. 



Schorr NL Wainiejsze kwestye z hi- 
fltoryi semickiego wschodu. Muzeum 
1907 i odb. Lwów 1907. 

Jest to sprawosdAiiie z nainowBSTch ba- 
dań w dziedzinie histoni kmtorf pnednio- 
azTatrckiej. 

Cheyne T. K. Traditions and be- 

liefs of ancient Israel. London 1907, 

Black. 

MontSTomery J. A. The samari- 

tans, the earliest Jewish sect, their hi- 

fltory, theology and literaturę. Phila- 

delphia 1907, Winston. 

Corpus inscriptionum semiticarum 

Bh acedemia inscriptionum et litterarum 

humaniorum conditum atąue digeslum. 

Pars II. Inscriptiones Aramaeicae. T. 

n, f. I. Paris 1907, Klincksieck, 4», str. 

IV, 250, aUas, 

Jalabert L. Inscriptiones Grecgues 

et Latines de Syrie. Beyrouth 1906, 

str. 182^188, z tabl. 

B. Ph. W. 1907, 6. Pablikaoye opraco- 
wane bardzo starannie, z duła dozą erady- 
cyi i skmpiilatności; będzie to podstawa 
do wydania corpns inscriptionum graeco- 
latinarom S>riae. 

Posmon H. Inscriptions sćmitiąues 
de la Syrie, de la Mćsopotamie et la 
rśgion de Mossoul. T. I. Paris 1907, 
Impr. nat., fol., str. II, 100, 42 tabl. 

Lidzbarski Mark. Altsemitische 
Texte. H. 1: Kananaische Inschriften 
(Moabitisch, Althebraisch, Punisch). Gies- 
sen 1907, TOpelmann, str. 64, ryc. 

Nielsen DetL Neue katabanische 
Inschriften. Mitt a. vorderasiat. Gesellscb. 
I, 4. Berlin 1907, str. 70. 

Knudtzon J. A. Die Ei Amarna- 
Tafeln. (Yorderasiat. Bibl. 2). Leipzig 
1907, Hinrichs, str. IV, 96. 

Darstellungen, die bildlichen auf 
Yorderasiatischen Denkmalern d. kónigl. 
Museen zu Berlin. (Yorderasiatische 
Schriftdenkmaler Heft 1). Leipzig 1907, 
Hinrichs, fol,, tabl. 8. 

li. Greoya. 

Mąy S. Die Oligarchie der 400 in 
Athen im Jahre 411. HaUe 1907. 

Pancritlus M. Studien ttber die 
Scblacht bei Kunaxa. Berlin 1906, Dun- 
cker, str. IV, 80. 

B. Ph. W. 1907 nr. 40. Praca watna i po- 
tytecsna, wartość lety w grnntownem prze- 
robienia dotyczącej literarary i ugruntowa- 
nej ocenie ludzi i wypadków. R. i: Xeno- 
phon a Ktesias, dowodzi prawdomówności 
1 gruntowności X. R. 2: rozważa liczbę 
wojska podaną odmiennie w obu iródtach, 



R. 8: opis eamej bitwy. R. Ł ocenia war- 
tość wojsk biorąeycb udcial w waloe, do- 
wodzi, te wojska perskie byty nieudolne. 
R. 5: daje obraz intryg na dworze perskim 
po bitwie i powody upadku Klearoha i oha- 
rakterystykę Gyrusa i Tissafemesa. 

Kromayer Joh. Antike Schladit- 
felder in Griechenland. Bausteine zu e. 
antiken Kriegsgeschichte. 2 Bd.: Die he- 
lenistisch-r(5m. Peńode. Von Kynoske- 
phalae bis Pharsalos. Berlin 1907, Weid- 
mann, str. XU, 452, 24 tabL 

W. f. ki. Ph. 1907 nr. 85. Obeimuje naj- 
watniejsze zdarzenia wojenne Sil wieku, 
o ile rozgrywaZj się w Grecyi i M. Azyl 

g wyjątkiem bitwy pod Filippi i Actium). 
^zieto opiera się przedewszystkiem na oso- 
bistem zbadaniu terenu czego poprzednikom 
brakowano. Praca podstawowa. 

Constanzi Vlnc. Saggio di storia 
Tessalica. Pisa 1906, Tipogr. Vannucchi, 
str. 165. 

W. f. ki. Pb. 1907 nr. 33. Dochodri do 
czasów rzymskich, w 14 rozdziaZadi przed- 
stawia dzieje T. od początku, Uwzględnia 
caZą nowszą literaturę. 



Parnell L. R. The cults in the 
Greek States. Vol. III, IV. Oxford 1907, 
Clarendon Press. 

Schultz W. AltjonischeMystik. Wien 
1907. Akad. Verlag, str. XIX, 356. 

Zlehen Ludov. Leges Graecorum 
sacrae. Pars altera fasc. 1. Leges Grae- 
ciae et insularum. Leipzig 1907, Teub- 
ner, str. 372. 

B. Ph. W. 1907 nr. 34. Obejmuje 168 
inskrypcyj z Grecji i wysp, następnie 
tom obejmie Azya i indeks. R. poonosi 
wielką przezorność i samodzielność wyda- 
wcy. Pablikacya wysokiej wartości. L. Z. 
1907 nr. 44 podnosi przedewszystkiem nie- 
zmiernie ostrotne rozwiązywanie niezupeł- 
nych tekstów. 

Stengel P. Zu den griechischen 
Sakralalterttimem. Halle 1907, str. 19. 

Nilsson Mart. Griechische Feste v. 
religióser Bedeutung mit Anschluss d. At- 
tischen. Leipzig 1906, Teubner, str. VI, 490. 

B. Ph. w. 1907 nr. 30. Znakomite dzieto. 
wfpe/niajt^ce lakę, braUo bowiem dotąd 
dzie/a obejmajaceeo caloksztait; oeromnie 
bogaty materyu i literatura doskonale opra- 
cowana, bystre poglądy, porównania, uro- 
czystości porządkuje a. wedfug bogów, daje 
doskona/e odsyłacze (do wspólnych iSwiąt 
kilku bogów) i kilka indeksów. 

Rusch A. De Serapide et Iside in 
Graecia cultis. Berlin 1906, str. 86. 

B. Ph. W. 1907 nr. 19. Praca ważna i b. 
gruntowna. Początki kultu Izydy spotyka- 
my w Atenach jut w 6 wieku, ale rozszerza 
się on dopiero w/aściwie po wprowadzeniu 
kultu Serapisa przez Ptolomeusa I. Za je- 
go czasów spotykamy kult obu bogów w A- 
tenach i HaUkarnasie. w 2 w. od Areolidy 
do Epiru, w Sparcie dopiero później. Matę- 



Bibliografia historyi powszechnej. 



169 



Tjtl io«loion7 łopofrafiesnie w 8 rosdsia- 

Chudziński A. Tod und Totenkul- 
ttuB bei den alten Griechen. Gdtersloh 
1907, Berteismaim. 

Otto W. Die wirtschaftiiche Łage 
imd die Bildung der Priester im helle- 
mstischen Aegypten. Breslau 1907, str. 70. 



Hitzl£: H. P. Altgriechische Staats- 
TerMge tiber Rechtahilfe. Zarich 1907, 
Fdssli. 

Westermann W. L. Interstate ar- 
bitration in Antiguity. Minnesota 1907, 
Btr. 197. 

w. f. kL Ph. 1907 nr. S7. Instytucya ta 
pojawia sio po raz piarwszr w GrecTi 
w wieku VIII, cajmaje się sporami nani- 
cznymi, narasseniem własności itd. w wio- 
kaeh 7 i 6 pojawia się coraz csęściej wsku- 
tek ścińlejszfch swtąsków m. greckiemi 
państwami. Rocstrzyniięcie sporów odda- 
wano w ręce któregoś króla, obywatela, Inb 
wysadzonej komisyi^ a nawet ea/ema mia- 
stn. Stałego sądn me było; Rzym nie prze- 
jął tej instytneyi od Grecyi. 

Hlrzel R. Themis, Dike und Yer- 
wandtes. Ein Beitrag z. Greschichte der 
Rechtsidee bei den Griechen. Leipzig 
1907, Hirzel, str. \1, 446. 

Tucker T. Q. Life in ancient Athens: 
the social and public life of a dassical 
Athenian from day to day. New York 
1907, Macmillan, str. 14, 323. 

aUllard Ch. Quelques rćformes de 
Solon. Lausanne 1907, BńdeL 

Sundwall J. De institutis reipubli- 
cae Atheniensium post Aristotelis aeta- 
tem commutatis. Helsingfors 1906. 

Martin A. Notes sur Postracisme 
dans Athónes. Paris 1907, Klincksieck, 
8tr. 64. 

D. L. Z. 1907 str. 48. Praca opiera się 
na materyale inskrypcyjnym: dochodzi do 
reznltain, że ustawa Kustenesa da się tyl- 
ko w głównych zarysach zrekonstrnować, 
zresztą wiele kwestyi zostaje niewyjaśnio- 
nych. Głosowanie było waine przy udziale 
co najmniej 6000 głosujących; ostracyzm 
nie był karą, nie był wygnaniem, lecz usu- 
nięciem; usunięty zostawał nadal obywate- 
lem i zatrzymywał swe posiadłości. 

Solari Art. Ricerche Spartane. Li- 
vomo 1907, Giusti, str. XX, 303. 

W. f. ki. Ph. 1907 nr. 39. Jest to zbiór 
15 rozpraw tyczących historyi poUtycznej 
i ustroju Sparty, a więc m. i.: kistorya 
eforatu 1 nauarchii, rywalizacya m. nauar- 
chią a królestwem, sądownictwo geruzyi, 
historya morskiej potęgi S., stosunki po- 
lityczne w S. za czasów Agesilaosa. 

Kazarow Q. Zur Geschichte der 
sozialen ReYolution in Sparta. Klio VII, 
1. Leipzig 1907. 



W. f. ki. Ph. 1907 nr. 88; sprzeciwia się 
twierdzeniu BelochA, jakoby to była walkia 
między zadłużonymi agraryussami i kapi- 
tal&tami, bo kapitaliśS właśnie byU wla- 
śeieieUmii ziemi; przychyla się do zdania, 
te była to walka między u&ogimi a bogatymi. 



Harrison Jane Ellen. 

Cambridge 1906, Univ. Pn 
168. 



Primitire 
Athens as described by Thuq^dide8. 



ess, str. XII, 



B. Ph. w. 1907 nr. 18. Rezultaty wyko- 
palisk zestawione przez DOrpfelda posłu- 
żyły a. do skreślenia obrazu przedtezejskich 
Aten, na tle ustępu II. 15 Tucydydesa. R. 
1: mówi o obszarze miasta, R. 8: o świą- 
tyniach w obrębie murów, o historyi bu- 
dowy Erechteion, o Kekropion, Pandroseion 
i innych. R. 3: o świątyniach poza murami: 
ApoUina Pythiosa i Zeusa Olympiosa, Gai 
i Dionysosa. R. 4 : o źródle Kallirhoe-En- 
neakrunos, o wodociąj^ach Pizystrata. Roz- 
dział końcowy omawia niektóre kwestye 
sporne. Książka doskonała, przejrzysta, opa- 
trzona dobremi ilustracyami. 

Bulle H. Orchomenos I. Die alteren 
Ansiedelungsgeschichten. MUnchen 1907, 
Franz, str. V, 128. 

L. Z. 1907 nr. 47. Rezultaty wykopalisk 
prowadzonych przez Furtw&nglera — po- 
szukiwano pałacu, do którego należał da- 
wniej znaleziony grób „kopułowy", a zna- 
leziono natomiast zabytki budowlane da- 
wniejszej epoki, mało znanej. 

Burrows R. M. The discoveries in 
Crete and their bearing on the hi story 
of ancient ciyilisation. London 1907, 
Murray, str. 260. 

Lerman W. Altgriechische Plastik. 
Eine EinfUhrung in die griech. Kunst 
des archaischen u. gebundenen Stils. 
Mttnchen 1906, Beck, fol., 80 ryc, 20 
tabl., str. Xni, 231. 

W. f. ki. Ph. 1907. 26. Wspaniale ilu- 
strowana książka. Dzieli się: t) Archaiczna 
sztuka, 8) naga męska, 3) odziana kobieca 
postać w archaicznej sztuce, 4) archaiczny 
uśmiech, 6) włosy męskie, 6) kobiece w ep. 



o&vaibVAa/c» L/\/«*AA*wj»^«'»") *■**/ CTowŁ-w •,— w^i— ■- 

szczytowe. Krytyka podnosi wiele wątpli- 
wości. R. er. 1907, I, 263 (Reinach) wyraża 
się pochlebnie o tem dziele. 

Deonna W. Les slatues de terre 
cuite en Grece. Paris 1906, Fonte- 
moing, str. 73. 

W. f. ki. Ph. 1907, 12. B. Ph. W. nr. 18. 
Główne twierdzenia: 1) w Grecyi robiono 
najpierw posągi z gliny, 2) są one dalszym 
rozwojem waz. Wyszedłszy od historyi gU- 
nianych posągów w starożytnym wschodzie, 
rozpatruje a. najdawniejsze wiadomości 
o nich w Grecyi, wkońcu daje wykaz ma- 
lezionych w G. fragmentów monumental- 
nych posągów glinianych. 



160 



Bibliografia historyi powszechnej. 



Stndniczka Pr. Kalamis. Ein Bei- 
trag zur griech. Kunstgeschichte. Leip- 
zig 1907, Teubner, str. 104, 19 ryc. 

R.: L. z. 1907 nr. 46. 



Taylor E. Aristotle and his prede- 
cessors. London 1907. 

Croiset JVL Aristophane et les car- 
tifl li Athćnes. Paris 1906, Fontemoing, 
Btr. XI, 809. 

W. n kL Ph. 1907 nr. 6: prsedatawia 
dcialalnośó literacką A. na tle ówcseanego 
tycia politycznego i socyalnego, którego 
obras kre^, interpreta^e ntwory w cbro- 
nologicsnym porządku i wykazuje, te A. 
nie byt właściwie politykiem, ani kryty- 
kiem stosunków, nie miai zamiara nyó 
wychowawcą narodn, tendenoyi politrcsnęj 
utworom Jego przypisać nie motna. 



Larf eld Dr. W. Handbuch der gńe- 
chischen Epi^aphik. I Bd.: Einleitungs- 
und Hilfsdisziplinen. Die nicht attischen 
Inschriften. Leipzig 1907, Reisland, str. 
Vni, 604. 

III. Rzym. 

Pais Ett. Studies in the early hi- 
story of ancient Italy. Chicago 1907, 

De Sanctis Q. Storia dei Romani. 
La conguista del primato in Italia. To- 
rino 1907, 2 vol., str. 470, 584. 

Hahn L. Rom il Romanismus im 
ffriechisch - rOmischen Osten. Bis auf 
die Zeit Hadńans. Leipzig 1906, Diete- 
rich, str. XVI, 278. 

L. Z. 1907 nr. 18. Byz. Z. 1907, 767. Autor 
wykazuje, jak w ślad za rozwojem rzym- 
skiego państwa wptjw rzymski przenika 
wszystkie dziedziny tycia helleńskiego i to 
nie tylko tam, g<uie wphrw ten chętnie 
jest przyjmowany, ale nawet, cdzie się przed 
nim bronią. Handel poB^lgu]e się rzym- 
skim pieniądzem, waąami i miarami, wpływ 
rzymski znać w religii, sztuce, stroju, tea- 
trach, literatura dostosowuje się do rzym. 
smaku, wchodzi w utycie rz. kalendarz. 
Nawet chrześcijaństwo nie mote się oprzeć 
romańskiemu wpływowi, a nawet w Języku 
daje się wpływ ten wyśledzić. Dzieło znap 
komite. 

Lauzani. Storia interna di Roma 
negli anni 87—82 a. Chr. Parte I. To- 
rino 1907, Ciausen. 

Boudurant Bem. Cam. Decimus 
Junius Brutus Alhinus. A historical stu- 
dy. Chicago 1907, Univ. Press, str. 113. 

B. Ph. w. 1907 nr. 85. Uwzględnia w ca- 
łej pełni nową literaturę, przedstawia spra- 
węszeroko; nowych poglądów niema. R. 
1: &aryera B. do r. 46 prz. Chr.; 2: adział 



w zamordowaniu Cesara; 8: namiestnictwo 
w GaUii Cisalp. i wojna przeciw Anto- 
niusowi. 

Perrero Q. Grandezza e deca- 
denza di Roma IV. La Republica di 
Augusto. Milano 1907, Treves, str. 879. 

Weber W. Untersuchungen zur Oe- 
schichte des Eaisers Hadrianus. Leip- 
zig 1907, Teubner, str. VII, 288. 

Weber W. Die Adoption Kaiser 
Hadrians. Heidelberg 1907, str. 47. 

Hartmann K. Flayius Arrianus und 
Kaiser Hadrian. Augsburg 1907, str. 88. 

Schultz Th. Das Eaiserhaus der 
Antoninę und der letzte Histońker Roms. 
Leipzig 1907, Teubner, str. VI« 274. 



Peaks M. B. The generał ciyil and 
military administration of Noricum and 
Raetia. Chicago 1907, Un. Press. 

Ramsay W. M. Studies in the hi- 
story of the Eastern Proyinces of the 
Roman £mpire. London 1906, Holder, 
str. 408. 

Cantarelli L. La serie dei prefetti 
d*Egitto. I: Da Ottaviano Augusto a Dio- 
clesiano (a. 80 ay. Cr. — anno D. 288). 
Roma 1907, str. 78. 

B. Ph. w. 1907 nr. 16. Z wielką staran- 
nością i krytycyzmem opracowuje tródla 
starotytne i nową literaturę; rozprawa po- 
suwa stan naszych wiadomości bardzo zna- 
cznie. R. uzupełnia pracę najnowssemi 
odkryciami. 



Steinwerder Th. Die Marschord- 
nung des rOmischen Heeres zur Zeit 
der Manipularstellung. Danzig 1907, 
Eafemann, str. 48, 8 ryc, 1 tabl. 

W. f. ki. Ph. 1907 nr. 42. Traktuje© wy- 
marszu z obozu, pochodzie, szerokości 
i długości kolony marszowej, bagataoh. wy- 
marszu do bitwy, agmen guadratum iip. 

Tscharschner C. Legionare Kriegs- 
yezillationen Yon Claudius bis Hadrian. 
Breslau 1907, str. 60. 

Van de Weerd H. Etude histori- 
e sur trois lógions du Bas-Danube. 
Macedonica, XI: Qaudia, Ł Italica) 
suiyie d*un apercu gćnćral sur Tarm^ 
romaine de la proyince de Mósie infć- 
rieure sous le haut-empire Louyain 
1907, str. 410. 

W. f. kL Ph. 1907, 19. W cz. I— III po- 
święconych tym legionom mówi o ich na- 
zwie, znakach, rekrutowaniu, obozowaniu, 
dziejach, wkońcu daje listę nazwisk ofice- 
rów i totnieny przekazanych w inskrypey- 
ach. Cz. lY (w 10 rozdz.) traktuje o wojsku 
dolno-moesyjskiem : jeep składzie, dowódi- 
cach, namiestnikach, oficerach i tołnienaeh 



^. 



Bibliografia historyi powszechnej. 



161 



pojedynczych oddziałów, wybierania Łoi- 
nierza, pracach knltnralnych wojska, zao- 
patrzenia i osiedlenia weteranów, relisil 
wolska, głównym obozie i rozkwaterowania 
wojska w prowincyi, a wkońcn o znacze- 
nia armii d. m. w całym systemie obrony 
granicy dolnego Danajn. Doskonałe kryty- 
czne zestawioóie. 



Schneidewin M. Eine antike In- 
struktion an einen Yerwaltungschef. 
Mit einer Einleitung tlber rómische 
PiPOviimalverwaltung. Berlin 1907, Cur- 
tius, 8tr. XI, 126. 

Abele A. Der Senat unter Augustus. 
Paderborn 1907, Sch6ningh, str. YIU, 
78. 

011ver Edm. Roman economic con- 
ditions to the close of the republic. 
Toronto 1907, fol, str. XV, 200. 



Carter J. B. Religion of Numa and 
ofher essays on the religion of ancient 
Romę. London 1906, Macmillan str. 200. 

W. f. u. Ph. 1907, 12. Daje rys rozwoju 
religii rz. od początka aż do końca pano- 
wania Aagasta w 6 rozdziałach: Religia 
Nomy, przeobrażenie iej przez SerTiasa, 
przybycie Sibilli.apadek, odnowienie przez 
Aagasta. Nowych teoryj nie stawia, jasne 
zestawienie przyjętych rezultatów. 

Bailey C. The religion of ancient 

Romę. London 1907, Gonstable, str. 113. 
Oandel Q. De stellarum app«^llatio- 

ne et religione Romana. Giessen 1907, 

TOpelmann. 

Cumont M. Les religions orientales 

dans le paganisme romain. Paris 1907, 

Leroux. 

Toutain I. Les cultes paiens dans 

Tempire Romain. Partie I: les proyin- 

ces latines. T. I: Les cultes officiels; 

les cultes romains et grćco-romains. 

Paris 1907, Leroui, str. V, 473. 

L. Z. 1907 nr. 38. Aator daje rys pogań- 
skich religij objawiających się w rzymskiem 
państwie i wykazuje ion wzajemne oddzia- 
ływania. Kwestya dotąd należycie nie opra- 
cowana. Mówi najpierw o kultach pań- 
stwowych, ich pochodzeniu, rozwoju, treści 
i organizacyi, a takie o stosunku wyznań 
tydowskiego i chrześcijańskiego do nich; 



dalej o swoistych rzymskich, a wkońcu 
greckich, t. j. pochodzących z Grecyi, a za- 
szczepionych w Italii i zlatynizowanych. 
Wkońcu mówi o „Abstractions diyinisóes". 
Dzieło waine i cenne. 

Renel Ch. Les religions de la Gaule 
avant le christianisme. Paris 1907, Le- 
roux. 



Barthel Wilh. Das KasteU Gan- 
statt. Nach der Untersuchung von E. 
Kapflf bearbeitet. Heidelberg 1907, Pet- 
ters, 4«, str. 76, 9 tabl. 

Blanchet Adr. Les enceintes romai- 
nes de la Gaule. Ćtude sur Toripne 
d^un grand nombre de yilles francaises. 
Paris 1907, Leroux, str. 356. 

W. f. ki. Ph. 1907, 44. L. Z. 1907 nr. 28. 
Jest to pierwsza praca o kastelach rzym- 
skich w Gallii. w cz. I opisuie fortyfikaeye 
90 miast (tak, jak Je podaje Notitia Gallia- 
rum z w. V); w U omawia system forty- 
fikacyj — materyał^ wysokość i grubość 
murów, bramy, wieże, kształt, rozmiary; 
w III czas powstania budowli: niewiele po- 
chodzi z czasów Augusta, przeważnie zaś 
z 2 i 8 wieku. 

Huber E. Le UćrapeL Les fouilles 
de 1881 k 1904. Strassburg 1907, lusch- 
bach, 40, str. 71, 70 tabl. 



B. Ph. W. 1907 nr. 46. Wykopaliska sta- 
ymskich koło Forbach w Lo- 
taryngii pochodzą z póino - rzymskiego 



rożytności rzymskich koło 



czasu; napis z r. 90 po Chr. dowodzi, że 
w początku 1 wieku była tam osada, zni- 
szczona w 8 wieku, później odbudowana 
silniej, istniała zaś do r. 406. Liczne inskrr- 
pcye dochowane bardzo śle, rzeźby techniki 
pro wincyonalnej . 

Hirschfeld O. Die rómischen Mei- 
lensteine. Berlin 1907, Reimer, str. 37. 

Strong A. Roman sculpture from 
Augustus to Gonstaniine, London 1907, 
str. 428. 

Lamarre C. Histoire de la Littćra- 
ture latine au temps d^ Augustę. Paris 
1907, Lamarre, 4 tomy. 

Corpus inscńptionum latinarum. Vol. 
XIII, pars n, fasc. 2: Inscriptiones Ger- 
maniae infeńoris ed. A. Domaszewski; 
Militaria Galliarum et Germaniarum ed. 
Mommsen, Hirschfeld. Berlin 1907, Rei- 
mer. 



Wieki średnie. 



Delbrfick Hans. Geschichte der 
Kńegskunst in Rahmen der politischen 
Geschichte. Ul Teil: Das Mittelalter. 
Berlin 1907, Stilke, str. VUI, 700. 

Ł. Z. 1907 nr. 88. Podnosi wartość dzieła. 

Daennell E. Die Bldtezeit der deut- 
ichen Hanse. Hansische Geschichte von 

Kwartalaik Ustoryesny XXU-1. 



der 2 Hftlfte des X1Y bis zum letzten 
Yiertel des XV Jh. 2 Bde. Berlin 1906, 
Reimer, str. XVII, 474; XV, 561. 

L. Z. 1907 nr. 80. Praca konkursowa, 
oparta na olbrzymim materyale, poświ^ 
eona w szczMólnośd trzem sprawom: łe- 
gludze i poUtyce morskiej Hansy, stosim- 
kowi do zachodniej Europy i handlowemu 

11 



162 



Bibliografia liistoryi powsseehnej. 



wsrosiowi HolAndyi. Ddeli ńe na S os^śd: 
Gs. I: Hansa od saobTcła wieiŁkioh prsrwi- 
lejów zagraniesnycli do pierwsseKO statatn 
1S66— 1418; powstanie H., stosonek do Flan- 
diji, Anglii i północy, omoenienie i swla- 
sek miast, nsyskanie pnywilejów w Danii 
i Norwegii; stosunki do sagranioj: Anglii, 
FlandryC Polski, Rosji. Cs. u: Hansa 
w walce o przodownictwo handlowe na mo- 
nach północnych 1418—1474. Gs. HI: orga- 
nisacya Hansy i jej polityka morska (roswój 
h. prawa morskiego), system handlowy i je- 
go stanowisko w Memciech. 



Martroye P. Gensóńe. La congućte 
Yandale en Afrigue et la destruction 
de Tempire d*Occident. Paris 1907, 
Hachette. 



D. L. Z. 1907 nr. 38. We wstępie mówi 
stosonkach Afryki prsed napadem Wan- 
dalów, poczem kreili dzieje Gf. w swi%zka 



o stosonkach Afryki przed napadem Wan- 
dalów, poczem kreili dzieje Gf. 
z wspólczesnirmi wypadkami na zachodzie. 



Uznpetnia dzieło dawni^sze „L'occident 
k repoqne hyzantine". R. żarząca, fte au- 
tor uiywa złych wydań autorów i niejedno- 
krotnie hrak należytej krytyki. 

Ollterbock Karl. Byzanz u. Per- 
sien in ihren diplomatisch-yOlkerrechtli- 
dien Beziehungen im Zeitalter Justi- 
nians. Berlin 1906, Guttentag, str. VIII, 
128. 

L. Z. 1907 nr. 16. O. L. Z. 1907 nr. 5* 
Kwestya stosunków B. do Persji dotąd nie 
opracowana. Ksiątka rozświetla nie tylko 
przebieg walk b.-p., ale i stosunków dy- 
plomatycznych, a takie początki niezna- 
nych dotąd instytucji prawa międzynaro- 
dowego, komisy! roqemczyeh i traktatów. 

Holmes W. Q. The age of Justi- 
nian and Theodora, A. history of the 
VI century. II. London 1907, Bell, str. 
410. 

L. Z. 1907 nr. 30. Tom I byt właściwie 
wstępem do całego dzieła, a tylko ostatnie 
dwa rozdzia^y omawiały początki J. W to- 
mie n rozds. 6 — 6 mówi autor o wojnach 
perskich. 8, 9 i 13 o wojnach z Wandalami 
1 Gotami, 6 i 7 o zamknięciu szkoły ateń- 
skiej i powstaniu Nikasa, 10 o budowlach, 
Ifi o tyciu prywatnem na dworze cesankim, 
14—16 o sporach religijnych, ustawodaw- 
stwie, sztuce i naukach. Dzieło mote nadto 
rozwlekłe; rzecz przedstawiona jasno, na 
SEOrokiem tle. 

Kaestner J. De imperio Gonstan- 
tini III 641—668. Leipzig 1907, Teubner, 
str. 87. 

H. Z. t. 99, str. 488. Byz. Z. 1907, 706. 
Wałna gruntowna praca. Rospatrzywszj 
iródła &., mówi o walkach jego z Arabami 
i Bułgarami, o stanowisku jego wobec spo- 
ru monoteletów, który doprowadził do wy- 
gnaniapapieła Marcina I. Następnie rozwya 
plan K. przeniesienia stolicy do Rzymu, 
a wkońcu mówi o ostatnich walkach z Ara- 
bami i śmierci K. z ręki mordercy. 

Yogel Walth. Die Normannen u. 
das Frftnkische Reich bis zur Grflndung 
der Normandie (799—911). Heidelb. 



Abh. z. mitu. u. neuer. Gesch. 14. Hei- 
delberg 1906, Winter, str. XV, 44S, 1 
mapa. 

L. z. 1907 nr. SI. Znakomita, gruntowna 
praca. Po omówieniu śródel i literatnrr 
kreśli stan Francy! i SkandjnawU w chwdl 
rozpoczęcia pochodów Wikmgów, ich sto- 
sunki i powodr pochodów. Następnie przed- 
stawia pochody W. do śmierm Ludwika 
Poboinego (800--840), dalej mówi o najściu 
rzek frankońskich przez pierwszą genera- 
cyę dowódców Wikingów (841—840), zale- 
wie zachodniej F. przez Normanów (SSO 
do 878) i drugiej generacyi dowódców, 
a wkoncu o wieUdem normańskiem wojska 
m. Renem a Loarą (879— «9S) i załoienła 
Normandyi pod dowództwem RoUona (896 
do 911). 

Vol|Et H. G. Brun von Querfurt, 
Mónch, Eremit, Erzbischof der Heiden 
und Mftrtyrer. Stuttgart 1907, Steinkopf. 

Bemheim B. Zur Greschichte Gre- 
gors Vn und Heinrich IV. Leipzig 1907, 
Teubner, sti'. VI, 104. 

Dammanii Alb. Der Sieg Heinricha 
IV in Kanossa. Eine krit. Untersuchung. 
Braunschweig 1907, Goeritz, str. 76. 

R.: D. L. z. 1907 nr. 14. Autor stara się 
udowodnić, te Henryk przyb-^ł do Włoch 
w r. 1077 nie celem upokorzema się przed 
papieiem, lecz by go zdetronizować I tak 
samo podanie o upokorzeniu się H. jest 
bajką, „plamą w luiejach Niemiec, którą 
trzeba usunąć**. Meyer v. Knonau przyj- 
muje wywody autora jako bewartośeiową 
elokubracyą. 

Monod B. Essai sur les rapports 
de Pascal II avec Philippe I (1099—1108). 
Paris 1907, Champion. 

Chalandon P. Histoire de la domi- 
nation normande en Italie et en Sicile. 
2 vol. Paris 1907, Picard. 

Bernhelm B. Zur Geschichte des 
Wormser Konkordates (1122). Leipzig 
1907, Teubner, str. V, 88. 

Regesta pontificum Romanorum 
...cong. F. Kehr. Italia Pontificia, sive 
repertorium privilegiorum... a romanis 
pontificibus antę a. 1198 ...concessorum. 
Yol. II, Latium. Berlin 1907, Weidmazm, 
str. XXX, 230. 

Schlumberger Q. Gampagnes du 
roi Amaury I-er de Jćrusalem en Egy- 
pte, au XII sióde. Paris 1906, Plon, 
str. 858. 

M. a. h. L. XXXV, 871. Autor wydobył 
niektóre niezutytkowane żródia i zbadał 
osobiście teren: daje tywy i iaany obraa. 
R. 1: wstąpienie na tron Amalrycha, jem 
charakterystyka; stan królestwa J. i pań- 
stwa mohamedańskiego; poołiód A. do Egi- 
ptu, bezskuteczny (1168). R. 8: drugi po- 
chód do Ęirilptu (1164) pod Belbeis; trzeci 
1167, nad NU. R. 8: czwarty 1168, zajęcie 
Belbeis, oblężenie Kairu, bezskuteczne. R. 
4: wyprawa w r. 1169, popierana przez 



Bibliografia historyi powsceclmej. 



168 



OM. Mumela, oUeienie Damiełty. becskn- 
iMsii« wskutek nieigodT wojsk chn. R. 6: 
starania ▲. o pomoo. podrot do Konstaa- 
tynopola 1171, iikted mledsr ▲. a Bisaa- 
oynm, beaowocny s powoan śmioroi ▲. 

Thalloczy Lajos. IIL B^ es a 
magyar birodalom. (Bela III i państwo 
węgierskie). Budapest 1907, str. 80. 

Bn. Z. 1907| 707. Praea bardso poważna; 
kiosii wyohowanio B. na dwono oeo. Bfa- 
nnela, a następnie na sserokiom tlo daie 
rrs Jego panowania, polityki, stosonkn do 
EDsancynm i wdelenia do państwa wigier- 
skiego Dalmacyi. 

Brader Dav. Boni&z yon Montfer- 
rat bis zum Antritt der Rreuzfahrt (1202). 
Histor. Studien &8. Berlin 1907, Ebering, 
str. XVI, 26S. 

Lachaire A. Innocent III La pa- 
paut6 et ['empire. Paris 1907, Hachette, 
str. 304. 

H. Jb. 1907. i06. W dwa popnednich 
dsieteeh mówii o stosunkach I. do Rsymn 
i Włoch oras stanowiskn wobec Albigensów 
i innych sekt. Tu kreffli stosanki do cesar- 
stwa niemieckiej, mówi o „schitmie ce- 
sankiej" po imierei Henryka YI, o stano- 
wisku papieta wobec dq^ Ottona lY 
i Fliipa z Szw., o wewnętrznych walkach 
i okładzie stronnictw we Włoszech, a wkoA- 
eu o obiorze młodego Fryderyka i porozu- 
mieniu z papieiem. 

Orósolre IX. Les Registres de... p. 
Auvray L. Tome U, f. 1, Paris 1907. 

Steyenaon W. B. The Grusaders 
in the East A brief history of the wars 
of Islam with the Latins in Syria du- 
ling the XII and Xin cent Cambridge 
1907, Univ. Press. 

Tenckhoff Pr. Papst Alexander lY 
1854-1261. Paderborn 1907, Schóningh, 
str. XIII, 387. 

L. Z. 1907 nr. 18. Ogromnie szerokie 
i rozwlekłe opowiadanie o wszyatkiem, co 



z ▲. ma związak. Duła ksiątka, mało no- 
wego. 

Stelnberger Adolf. Rudolf v. Habs- 
burg und Albrecht y. Osterreich. Re- 
gensburg 1907, Manz. 

eitel A. Der Kirchenstaat unter 
Klemens V. Berlin 1907, Rothschild, 
str. VII, 218. 

Plnke H. Papsttum und Untergang 
des Templerordens. 1 Bd.: Darstellung. 
2 Bd.: Quellen. MOnster 1907, Aschen- 
dorfif. 

Urkundenbuch, pommersches. Hg. 
Y. Otto Heinemann. Bd. Yl 2: 1825, 
nebst £rganzungen zu Bd. I— YI 1. Stet- 
tin 1907, Niekammer, 4«, str. V, 249—681. 

Monumenta Yaticana res gestas 
Bohemicas illustrantia. T. II: Acta Inno- 
centii VI Pont Romani 1352—1362 ed. 
I. F. Novak. Prag 1907, str. LI, 655. 

Loserth J. Studien zur Kirchenpo- 
litik Engiands im 14 Jh. II Teil: Die 
Genesis v. Wiclifs Summa Theologiae 
u. seine Lehre Yom wahren und fal- 
schen Papsttum. Wien 1907, HOlder 
str. 118. 

Wostry Wllh. K6nig Albrecht U 
1487-1439. (Prager Stufien 12). Prag 
1907, RohUeek, str. lU, 180. 

Akten u. Recesse der liylftndischen 
Stftndetage. Hg. y. O. Stayenhagen. Bd. 
I, 1 (IdOl-l&O). Riga 1906, Deubner, 
str. VI, 1-128. 

UegŁ P. Die geftchteten Rftte des 
Erzherzogs Sigismimd yon Osterreich 
und ihre Beziehungen zur Schweiz. 
1487—1499. I: Die Yorgftnge am Inns- 
brucker Hofe 1487—8. Zttrich 1907 
str. 132. 



Dzieje nowożytne. 



Weir A. An introduction to the hi- 
story of Modem Europę. London 1907, 
Methuen, str. 556. 

Kaeber. Die Idee des europ&ischen 
GUeichgewichts in der pubtizistischen 
Literatur yom 16 bis zur Mitte des 18 
Jahrh. Berlm 1907, Duncker. 

Schifer Dietrich. Weltgeschichte 
der Neuzeit 2 tomy. Berlin 1906, Mittier, 
str. Vin, 881; VII, 418. 

Lindner Th. Weltseschichte seit 

der YOlkerwanderunj^. Bd. V: Die Kftmp- 

e um die Reformation. Der Obergang 



in die heut. Zeit. Stuttgart 1907, Cotta, 
str. Xn, 518. 

Whitney J. P. The Reformation. 
Outline of the history of the Ghurch. 
1503—1648. London 1907, Riyingtons, 
str. 510. 

Leyda W. J. Die erste Annejdon 
Transyaals. Berlin 1907, Felber, str. 
XX, 384. 

D. L. Z. 1907 ar. 4B. i,Dzieło fundamen- 
talne". Jest to właściwie dokładna historja 
osiedlenia południowej Afryki przez Burów 
i Anglików od 1S62 do 1875. oparta wy- 
łącznie i w najdrobniejszych szczegółach 
na oficyalnych materyałach. 



164 



Bibliografia historyi powszechnej. 



Rochemonteix Q. Les Jćsuites et 
la nouYelle France au XVIII siacie, d'a- 
prós des documents inćdits. Parisl907, 
Berger, 2 tomy, str. YHI, 468, 308. 

Stacke Ludw. Neueste Geschichte 
1815-1900. Obersichten u. AuBfilhmn- 

?en. 7 neu bearb. AufL. u. Yon 1881 bis 
900 fortges. v. H. Stein. Oldenburg 
1907, Stalling, str. VIII, 766. 



Bauer Wilh. Die Anf&nge Ferdinands 
1. Wien 1907, BraumaUer, str. XII, 246. 

H. Z. t. 99, str. 764. D. L. Z. 1907 nr. 41. 
Praca przygotowawcza do pnblikacyi ko- 
respondencyi F. L obejmuje dzieje F. do 
roku 1628, a osobliwie zmienne stosunki do 
brata Karola, działalność w Hiszpanii, oma- 
wia genezę wielkieKO poddalu habsburskiej 
spuścizny (w związku z sprawą węgierską), 
wykonanie podziahi przez uUady w Kolo- 
nii (16«)), Wormacyi (1621) i Brukseli (1622), 
a następnie pierwsze prace F. okoto urzą- 
dzenia kraju. Ostatni rozdział: Karol i F. 
do bitwy pod Pawią, szkicuje usiłowania 
ubezpieczenia i umocnienia pozycyi F. 
w Niemczech. 

Bon wentach Qerh. Geschichte des 
Passauischen Vertrages y. 1622. Gekrón- 
te Preisschrift Góttingen 1907, Vanden- 
hoeck, str. VIII, 216. 

Stolze Wllh. Der deutsche Bauem- 
krieg. Untersuchungen ttber selne Ent- 
stehung und seinen Verlauf. Halle 1907, 
Niemeyer, str. VII, 301. 

Thom RIch. Die Schlacht bei Payia 
(24. U 1626). Berlin 1907, Nauck, str. 
66, 1 tabl. 

Pastor Ludw. Geschichte der Pftpste 
seit dem Ausgang des Mittelalters. IV, 
S: Adrian VI und Klemens VII. Frei- 
burg 1907, Herder, str. XLVII, 799. 

Nuntlaturberlchte aus Deutsch- 
land nebst ergftnzenden AktenstUcken. 
I Abt Bd. 10: Legation des Kard. Sfon- 
drato 1547-1648, hg. v. W. Friedens- 
burg. Berlin 1907, BaŁ. str. XLVIII, 734. 

Hibler Korn. Geschichte Spaniens 
unter den Habsburgem. I Bd.: Unter 
der Regierung Karls I (V). (AUe. Staa- 
tengeschichtej. Gotha 1907, Perthes, str. 
XV^ 484. 

Rachfahl Pel. Wilhelm y. Oranien 
u. der niederl&ndische Aufstand. II Bd. 
1 Abt Halle 1907, Niemeyer, str. Vn, 
512, 42. 

Herre Paul. Papsttum und Papst- 
wahl im Zeitalter Philipps II. Leipzig 
1907, Teubner, str. XX, 662. 

Blok P. J. Geschichte der Nieder- 
lande, tlb. v. O. G. Houtrow. (Allg. Staa- 



tengeschichte). Bd. III: Bis 1609. Gotha 
1907, Perthes, str. XI, 671. 

Hitzis:rath Heln. Die politischen 
Beziehungen zwischen Hamburg und 
England zur Zeit Jakobs I, Karls 1 und 
der Republik von 1611—1660. Berlin 
1907, Curtius, str. 47. 

H. Z. t. 99, 679. Wałny przyczynek do 
historyi stosunku Anglii i Holandyi, do 
handlu banzeatyckiego. Mówi o odnowieniu 
kompanii angielskiej Merchant AdTenturer 
w Hamburgu 1611 r. i o stanowczym wpły« 
wie jej na stosunki Anglii do handlu haa- 
zeatyckiego. 

Melnardus O. Protokolle u. Rela- 
tionen des Brandenburgischen Geh. Ra- 
tes aus der Zeit des KurfUrsten Friedrich 
Wilhehn. Bd. V: 1666-1669. Leipzig 
1907, Hirzel. 

Pehllng P. Frankrcich und Bran- 
denburg in den J. 1679 - 1684. Beitrftge 
zur Geschichte der Alhanzvertr^e des 
Grossen Kurftirsten m. Ludwig XIV. 
Leipzig 1906, Duncker, str. XIV, 330. 

L. z. 1907 nr. 17. H. Jb. 1907, 427. Da- 
wniejsze monografie opieramy ńę na archi- 
waliach brandenburskich, F. spożytkowuje 
archiwalia paryskie, sprawozdania postów 
francuskich, dające wiele nowych szcze- 
gółów. 

Carlson Ernst. Der Vertrag zwi- 
schen Karl XII Y. Schweden u. Kaiser 
Joseph I zu Altranstadt 1707. Stock- 
holm 1907, Norsledt, str. 71, 10 tabl. 

Rehtwlsch T. Leutheii. Blatter der 
Erinnerung an den grossen Kónig n. d. 
J. 1767. Leipzig 1907, Wigaud, str. VIH 
366, 22 mapy. 

Khevenhailer-Met8ch J. J. Aus 
der Zeit Maria Theresias. Tagebucb 
1742—76. Hg. Y. Khevenhtlll* r u. Schlit- 
ter. Wien 1907, Holzhausen, str. VIII, 
346. 



suje życie dworskie, daje duto szczecófów 
do charakterystyki M. T., jej męża i oto- 
czenia; nie hjl K. wybitniejszym dyploma- 
tą. Wypadki codzienne zajmują znacznie 
więcel miejsca, nit ważne wypaoki wielkiej 
pomyki. 

Qendry J. Pie VI, sa vie, son pon- 
tificat (1717—1779) d'apr6s lesarchives 
Yaticanes. Paris 1907, Picard, str. XX, 
628, 667. 

Rousseau P. R^gne de Charles III 
d'Espagne 1769-1788. 2 vol. Paris 1907, 
Plon, str. XXVni, 429, 466. 

Calendar of the Gorrespondence of 
George Washington Gommandor in chief 
of the Continental army with the Con- 
tinental Congress. Prepar. by Fitzpatrick. 
Washington 1907, Printing Off., str. 741. 



Bibliografia historyi powszechnej. 



165 



Lincoln H. Nayal Records of the 
Ameńcan Revolution 1775—1788. Pre- 
pared from the original in the Library 
of Congress. Washington 1907, str. 549. 

Sznmlgorskl B. S. Impierator Pa- 
weł I. S. Peterburg 1907, Suworin, 
str. 849. 

Morane P. Paul I-er de Russe ayant 
rav6nement 1754-1796. Paris 1907, 
Plon. 

Lenotre Q. Das Drama v. Yarennes 
(Juni 1791). Nach unYerttffentl. Doku- 
menten u. Berichten von Augenzeugen. 
Cb. V. Baderle. Wien 1908, Hartleben, 
str. XVI, 474. 

D. L. Z. 1907 nr. 40. Oparte na nieoff/o- 
uonTch dokumentach i relacyach świad- 
ków. Żywa i bystra charakterTstyka głó- 
wnych osobistości. 

Dnpuls V. Les općrations militai- 
res sur la Sambre en 1794. Bataille de 
Fleurus. Paris 1907, Chapelot, str. XVI, 
595, mapy. 

Coutanceau et de la Jonqafóre. 

La eampagne de 1794 k Tarmće du 
Nord. II partie: Operations. T. 1. Paris 
1907, Chapelot, str. XIII, 819. 

Ba^enler DesormeauK H. Kle- 
ber en Vendóe 1793—1794. Documents 
publ. pour la Societó d'historie con- 
temporaine. Paris 1907, Picard. 

Aulard A.' Ćtudes et lecons sur la 
rĆYolution francaise. V Sórie. Paris 1907, 
Alcan. 

Zawiera: La róaction thermidorienne. 
Lea oriffines de la sóparation des óglises 
et de Tetat sous la constitnante, la lógisla- 
tiTe, la conrention. 

Quellen zur Geschichte des Zeital- 
ters der franzOsischen Reyolution, hg. 
im Auftrace v. H. Httfifer. T. II: (Juellen 
ziur Geschichte der diplom. Verhandlun- 

gen. Bd. 1: Der Frieden y. Gampoformio. 
^rkunden u. Aktenstticke zur Geschichte 
der Beziehungen zwischen Osterreich 
und Frankreich in den J. 1795—1797. 
Innsbruck 1907, Wagner str. CG, 561. 

Picard. La eampagne de 1800 en 
Allemagne. T. I: Le passage du Rhin. 
Paris 1907, Ghapelot, str. XV, 5ia 

Desbri^re. La eampagne maritime 
de 1805. Trafalgar. Paris 1907, Ghape- 
lot, str. Vn, 392. 

Kleln-Hattlngen Osk. Napoleon I. 
Eine Schilderung des Mannes u. seiner 
Zeit. Bd. I:17&-1806. Berlin 1908. 
Dflmmler, str. Vin, 647. 



Balas^ny. Gampagne de Tempereur 
Napoleon en Espagne (1808—1809). IV: 
La course de BeneYente; la poursuite 
de la Gorogue. Nancy 1906, Berger-Le- 
Yrault, str. 556, 18 map. 

L. z. 1907 nr. 46. R. swie dzleto „pein- 
lich genan". Opiera si^ na doskonatem 
krytycsnem zbadaniu iródet, objaśnione 
znakomicie mapami. Obejmuje koniec roku 
1808 i styczeń 1809 r., opisuje pogoń Na- 
poleona za angielskim genera/em Moore, 
powrót z pod Sahagon i bitwę pod Gora- 
na, gdzie M. poległ. 

Stelner Oust. Napoleons I Politik 
u. Diplumatie in der Schweiz wfthrend 
der Gesandschaftszeit des Grafen Au- 
gustę de Talleyrand. Mit Ben. schwei- 
zer u. franzOs. ArcłuYe. I Bd.: Bis zum 
Wiener Friede 1809. Ztlrichl907, Schul- 
thess, str. XXU, 367. 

Unger W. Blttcher. Bd. I: Von 
1742-1811. Berlin 1907, Mittler, str. 
XIV, 410, 19 map. 

L. Z. 1907 nr. 28. 

d*U88el. Etudes sur Pannće 1818. 
La dćfection de la Prusse (dóc.| 1812 
k mars 1813). Paris 1907, Plon. 

Masson P. Napolćon et sa familie. 
T. VUI, IX (1812-1814). Paris 1907, 
OUendorff, str. XXXV. 377, 456. 

Maris^ny M. Paris en 1813. Jour- 
nal inćdit... puhl... p. J. Ladreit de La- 
charri^re. Paris 1907, Emile Paul, str. 
IX, 404. 

Neubauer Pr. Preussens Fali und 
Erhebung 1806-1815. Berlin 1907, Mitt- 
ler, XVI, 585, 33 map. 

Lamprecht K. Deutsche Geschichte. 
IX, 3: Neueste Zeit, Zeitalter d. suhjek- 
tiYen Seelenleben. 2 Bd. Berlin 1907, 
Weidmann, str. XIV, 516. 

L. Z. 1907 nr. 47. Po rozpatrzeniu fazy 
przejściowej, stann i^stosnnkn cesustwa 



do pojedynczych państw oko^o r. iSOO^kre- 
Ali czasy npadku s* 
stosnnkn Anstryi 



Ali czasy npadku starego państwa i Pros: 
Iryi do PmB i ich sytnacyl 



końcn XVin w. Następnie omawia re- 
formy Steina-Hardenberga w Ihmsiech i po- 
dobne dążenia w Anstryi i Niemczech, 
a wkońcn kreśli dzieje polityczne lat 1809 
do 1816. 

Bonnal. Les Royalistes contrę Tar- 
mće (1815—1820) d^aprós les archiYOs 
du ministśre de la guerre. 2 yoI. Paris 
1907, Ghapelot. 

Yakschitch. La Russie et la Porte 
OUomane de 1812 k 1826. Documents 
de la chancellerie russe. Paris 1907, 
Nogent le Rotrou. 

Yakschitsch Q. L'Europe et la ró- 
surrection de la Serbie (1804—1884). 
Pajis 1907, Hachette, str. X, 537. 



166 



Bibliografia historyi powszechnej. 



De Cesare R. Roma e Stato del 
Papa dal ritorno di Pio IX al XX Set- 
tembre. VoL I: 1860-1860. Vol. II: 
1860-1871. Roma 1907, Forzani. 

D. L. Z. 1907 nr. 36. Prftea walnai odarta 
na materyale pnblicTstTosnymi archiwal- 
nym. Aator korsystał z nieznanych listów 
P. IX z arohiwom Maatai de Bellegąrde, 
papierów rodziny Malreszi, pamiętników 
pap. majora Fortunata Riyalto (1870), ko- 
reapondencri Miohelangelo Gaetani. oraz 
z oeobistTcn informacfi ówozesnycn poli- 
tyków i dda/aozy. Prócz kroniki wypad- 
ków polityecnydi daje rozdziały o wszyst- 
kich dziedzinach tycia politycznego i so- 
cyalnego. 

Yon K6nlggrlŁtz bis an die Donau. 
Darstellung der Operationen des óster- 
reichisch-preussischen Feldzuges 1866 
nach der Schlacht yon KOniggrfttz. ^ien 
1907, Seidel. 

Priedjung Helnr. Der Kampf um die 
Yorherrschaft in Deutschland 1859 bis 
1866. Bd. I. Stuttgart 1907, Cotta, str. 
XVIII, 489. 

Thomas A. Le second Empire 1852 
k 1870. Paris 1907, Roufif. 

Res:nault A. La France sous le se- 
cond Empire (1852-1870). Paris 1907, 
Messein, str. S58. 

Bourgeois B. et Clermont B. 
Romę et Napolćon Ul 1849-1870. Etu- 
de sur les origines et la chute du se- 
conde Empire. Av. pref. de G. Monod. 
Paris 1907, Golin, str. XVII, 370. 



D. L. Z. 1907 nr. 19. (A. Stern). H. Z. 
100, 180—2. Dzieło znakomite, grontowne, 
bezstronne, oparte na wszechstronnem zba- 
daniu archiwów. Oba wypadki, wyprawy 
do Rzymn 1849 i asiłowama załoienia trój- 
przTmierza 1869—70, Uczą sie ze sobą ot- 
ganleznie, decydują o losie Napoleona m, 
pierwszy o Jego zwycięstwie, dragi o Jego 
npadkn. Praca dzieU się na 8 czeact, pier- 
wsza mówi o r. 1846, druga o r. 1870, szUe 
o powstaniu i niepowodzeniu konwencył 
z r. 1864 ląezy obie częAci. Szczególniej 
waine i nowe są przedstawienia tajnych 
układów, które zmierzałr do zawarcia fran- 
cusko - austryacko - wtosKiego przymierza 
w r. 1869. 

La Querre de 1870/1. L'armee de 
Ghaions. 2 vol. Paris 1907, Chapelot 

Manc^re M. L^Assemblće nationale 
de 1871. 2 partie: La prćsidence du ma- 
rśchal de Mac-Mahon. Paris 1907, Plon, 
str. IV, 295. 

Lacombe Charies. Journal politi- 
que de... dćputć k Passemblće nationa- 
le, publ... p. A. Hślot T. I. Paris 1907, 
Picard, str. XLVin, 327. 

L. Z. 1907 nr. 26. Obejmuje czas 1871 do 
1873; L. by2 gorliwym rojalistą; notuie 
bardzo skrupulatnie watniejsze wypadki 
w przebiegu obrad, ciekawe są Jego sądy 
o dziaiaczach współczesnych i ich charakte- 
rystyki. 

Hansen Jul. Diplomatische Enthdl- 
lungen aus der Botschafterzeit des Ba- 
rons V. Mohrenheim 1884—1898. Olden- 
burg 1907, StaUing, str. XIV, 208. 



Dr. Eugeniusz BarwińskL 



BIBLIOGRAFIA HISTORYI POLSKIEJ. 



I. Historya. 

(źródła i opracowania). 
Ogólne. — Epoki. — Miejscowości. 



Dąbrowski Józef. Dzieje polskie 
w strzeżeniu. Z tablicą chronologicaoią, 
wykazem urzędów, sądownictwa, po- 
dnahi administracyjnego, kościelnego, 
politycznego, urządzeń skarbu i wojsko- 
wości. Warszawa 1907, str. VIII, 468, 
12 map. 

Rakowski Kazimierz. Wewnętrzne 
dzieje Polski. (Zarys rozwoju społeczne- 
go 1 ekonomicznego). Warszawa 1908, 
str. 472. 

Brandenburger Cl. Poluische Ge- 
schichte (Sanml. GOschen 338). Leip- 
zig 1907. 

HniSzewskU A. Oczerk istorii Tarowo-pin- 
skawo knisżestwa. R.: Prochaska, Kw. h. 1907, 
•74-C76. 

Hniszewsklj. Gesch. des Ukrainischen (ra- 
łheniBchcn) Yolks. Bd. I. Lemberg 1906. R.: N. 
Jorga, L. Z. 1907, nr. 17. 

Wiber AIex. Preussen und Polen. 
Der Yerlauf u. Ausgang e. 2000 jahr. 
Yólkergrenzstreites und deustch- siay. 
Wechselbeziehungen. MUncben 1907 str. 
VII, 891. 



2unkowió M. Wann wurde Mittel- 
europa von den Slaven besiedelt? Bei- 
trag z. Kl&rung eines Geschichts- u. 
Gelehrten-Irrtums. 2 wes. verm. Aufl. 
Kremsier 1906, str. 212, 2 mapy. 

Cappeller C. Wie die alten Litauer 
lebten. Zeugniss zur Sdteren Gescbichte 
litauens u. d. Litauer. Mitteil. d. Litau. 
GeseU. 29 H. (V, 5). 

Schneider Stan. W sprawie Piasta, 
Bzepichy i Ziemowita. Kw. h. 1907, 



Kętrzyński Woje. Najdawniejsza 
stolica Utewska. Kw. h. 1907, 601^-612. 



Krilger Herb. Ein Brief des Li- 
tauerfarsten Olgerd an den Patriarcben 
Yon Konstantinopel. Mitteil. d. Litau. 
GeseU. 29 H. (V, 6). 

Iievecker Karl. Die Schlaoht bei Tannen- 
berg. Berlin 190e. R-: A. Seraphim, Apr. M. 
1907, 607—609. 

Deutsche Reichstagsakten. X, fi, 1481—1488. 
R.: Goyski, Kw. h. 1907, 881-691. 

Fr. Pap^ Polska i Litwa na przełomie 
wieków średnich. Ostatnie dwonastoiecie Ka- 
zimierza Jagiellończyka. R.: M. Hmszewskł, 
Z. t. Sz. 79, 818— 880. 

Kolankowski L. Kandydatura Jana 
Albrechta Hohenzollerna na biskupstwo 
pJockie (1522-1523). Lwów 1907, str. 20. 

R.: M. Goyski. K. h. 1907, 691-693. 

Kamieniecki Witołd. Pobyt króla 
Jana Zapolyi w Polsce w 1528 roku. 
P. h. V, 49-63; 154-170. 

Czubek J. Pisma polityczne z czasów pier' 
wszego bezkrólewia. R.: A. Brtlokner, P. 1. 1907 
408—418. 

itirscbbers Al. Maryna Mniszchówna. Lwów 
1906. R.: A. Brtlckner, K. h. 1907, 698—698. 

Syeriges historia intill tjugonde 
seklet . . . utgiv. af Emil Hildebrand. IV 
Afdel: Gustav Vasas soner. 1560—1611, 
str. 196—262: Sigismund III. Stock- 
holm b. r. 

Almąuist Helgę. Sverge och Ryss- 
land 1595—1611. Tvisten om Estland, 
fórbundet mot Polen, de Ryska Grftns- 
landens erófring och den stora dyna^ 
stiska planen. Upsala 1907, str. XXXV, 
273. 

Polijewktow M. Hplsztynskjjj wo- 
pros i poUtyka Rossii na 6alt\)skom 
morie w pierwuju poZowinu XVII stoL 
R. St. 1907, IV, 413-425. 

Buddę E. T. Poslanije szwiedska- 
wo polkownika Aleksandra Leslie k ca- 
riu Michaihi Tieodorowiczu iz Narwy 



168 



Bibliografia historyi polskiej. 



o nowouczrieżdzionnom rycarskom pol- 
skom ordienie w 1689 g. S. Petersburg 
1906. 

R.: J. W., 1907, IV, 283-884. 

Szelągowski Adam. Rozkład Rze- 
szy i Polska za panowania Władysława 
IV. Kraków 1907, str. IX, 265. 

Kubala Ludwik. Zaprzepaszczona 
kraina (16B4). K. h. 1907, 612-654. 

Carlbom J. L. Tre dagars slaget 
vid. Warschau den 18-20. Juli 1656 
samt de mindre fóltslagen 1655 och 
1666. Stockholm 1907. Norstedt str. 209. 

Carlbom J. L. Om Karl X Gustafs 
polska krig och Ofyergangen det 2 dra 
Sundskriget. Karl Gustay Wrangel (1654 
do 1658) Krigsmagten till lands och 
8j5s. Stockholm 1905. Fritie, str. 105, 
2 mapy. 

BIckerich W. Friedrich Lucas Reise 
nach Lissa urn 1672. M. Pos. 1907, 
129-138. 

Kukliński Jakob. Die Belagerung 
und der Entsatz Wiens 1683. 2 Aufl. 
Wien 1907, str. 84. 

Hofbauer Dr. Karl. Der Aufenthalt 
des Kdnigs yon Polen Johann III So- 
bieski in Oberhollabrunn. Progr. gimn. 
OberhoUabrunn 1906/7. 

Bcschomer Hans. August der Starkę ais 
Soldat. R.: St. Piotrowicz, K. h. 1907, 696—701. 

Haake Paul. Polen am Ansgang des XVII 
Jh. R.: St. Piotrowic!, K. h. 1907, 708-708.' 

Piotrowicz Stanisław. Napad na 
Przemyków 171B. Epizod z dziejów 
swawoli Saskiej w Polsce. P. pi. 1907, 
nr. 234f-253. 

Konopczyński Wł. Odwrócenie 
przymierzy w Europie 17B5— 17B7. P. 
h. V, 63—81, 170-187. 

HruszewskI) M. Materiały do isto- 
rii Koliiwszczyny. IV: Opowidanie ocze- 
wydcia pro smert' Gonty. Z. t Sz. 79, 
94f-96. 

Loret Macie). Nuncyusz Garampi 
o Warszawie (1772). K. h. 1907, 668. 

Lchlonen U. L. Die polniechen Proyinzea 
RoBsIands nnter Katharine II 1778—82. Berlin 
1907. R.: M. Loret, Ł h. 1907, 708—707; H. 
Moritc, M. Pos. 1907, 159—165. 

Nanke Czesław. Szlachta Wołyń- 
ska wobec konstytucyi Trzeciego Maja. 
i Archiwum nauk. Dz. 1, T. III, zesz. 4). 
.wów 1907, str. 93. 

Łunlńskl Ern. Przymierze prusko- 
polskie i konstytucya majowa w oświe- 
tleniu dyplomacyi francuskiej. P. h. V, 
187-210. 



Składny A. Der Zug Dą^rowskis 
in die Provinz Posen 1794. M. Pos. 1907, 
66—72. 

SkałkowskI Adam. O cześć imie- 
nia polskiego. Lwów 1908, str. 4;86. 

WoJenskIJ K. Russkij dwór w kon- 
cie XVni i naczalie XIX stoi. (Z zapisok 
kn. A. Gzartoryjskawo). R. St 1907, 
IV, 29B-304. 

Kraushar Al. Miscellanea history- 
czne. XXI : Pani Walewska i jej syn. 
Notatka historyczna. Warszawa 1907, 
str. 16. 

Fischer P. Feste Graudenz (Gru- 
dziądz) unter Gouvemer de Courbiere. 
Geschichte der Blokadę und Belagerung 
mit Yorgeschichte t. 1806. 100 Jahre 
nach der Yerteidigung gegen Franzosen, 
lUieinbtlndler und Polen auf Grund 
amtlicher u. privater Quellen dargestellt 
Graudenz 1907, str. 64. 

Składny A. £in schwarzes Register 
aus Napoleonischer Zeit. Z. Pos. XXn 
(1907), 277—309. 

Smolka Stanisław. Przed stu laty. 
P. pi. 1907, IV, 187-203. 

Smolka Stanisław. Jeden z pla- 
nów odbudowania Polski. P. pw. 1907, 
IV, 189—209, 377-394. 

Askenazy Szymon. Kontrola kon- 
sulacka w Warszawie kongresowej. B. 
W. 1907, IV, 33-66. 

Laubert M. Eine heitere Episode 
aus dem deutsch-polnischen NationaU- 
tatenstreit (1817). M. Pos. 1907, 72-75. 

Askenazy Sz. Rosya- Polska 1815—1830. 
Lwów 1907. R.: N. Liubowica, I. W. 1907, DŁ 
629—632. ^ 

Malinowski M. Księga wspomnień. 
Wydal Józef Tretiak. Kraków 1907, str. 
131. 

Kraushar Al. Miscellanea history- 
czne XXII: Wielki książę Konstanty 
i obywatele lubelscy. Epizod historyczny 
z czasu odwrotu wojsk rosyjskich za 
Bug w roku 1830 (ze źródła archiwal- 
nego). Warszawa 1907, str. 28. 

Smólskl Q. Z pamiętnika kapitana 
austryackiego Pecka. (Przyczynek do 
dziejów powstania polskiego w r. 1830). 
P. h. V, 210-229. 

Dyaryusz sejmu z r. 1830—1831. 
T. I: od 18. grudnia 1830 do 8. lutego 
1831 wyd. M. Roztworowski. (Źródła 
do dziejów Polski porozbiorowych I). 
Kraków 1907, str. XXVI, 684. 



Bibliografia historyi polskiej. 



196 



Pawłowski Bron. Wyprawa gene- 
rała Dwernickiego na Wołyń. B. W. 
1907, IV, 430-463. 

Andriejewski) B. K wospominani- 
jam o grafie Tieodorie T. Bersie. R. 
St. 1907, IV, 440-466. 

Szpotańskl Stan. Maurycy Mo- 
chnacki. B. W. 1907, IV, 201-222. 

Materijały i zamitky do istorii na- 
cionalnoho widrodżenia Halyckoi Ru- 
si w 1830—1840 r. (Ukraińsko- Ruskyj 
archiw III). Lwiw 1907, str. XVII, 804. 

Kalndl R. P. Ein zeitgeaOssischer 
Bericht zur Geschichte des galizischen 
Aufstandes yon 1846. Mitth. d. Insi f. 
ósterr. Geschforsch. XXVni, 866-360. 

Jacubenz. Die Besetzang von Krakaa 1846. 
(Mitth. d. Krieg8archiv8 III, 4). R.: Br. Łosiń- 
ski, K. h. 1907, 707—709. 

Kopf W. Wspomnienie z ostatnich lat Rse- 
csY]>08politeJ krajcowskiej, wyd. St. Estreicher. 
R.: Br. Łosiński, K. h. 1907, 709-710. 

SozańskyJ I. Do istorii ncsast^ ha2yek7eh 
RuBjniw w słowiańskim kongresi w Prasi 
184B. R.: Br. Łosiński, K. h. 1907, 710—711. 

Fischer Paul. Eńnnerungen an den 
polnischen Aufstand y. 1848 aus den 
preussischen Provinzen Posen u. West- 
preussen. Graudenz 1907, str. 48. 

Helfert Al. Geschichte der Osterreichischen 
ReToIntion 1848-1849. Wian 1907. R.: Br. Ło- 
siński, B. W. 1907, IV, 357— 37«. 

Tokarzewski Si. Siedm lat katorgi. Pa- 
miętniki 1848—1867. Warssawa 1907. R.: Z. 
D., B. W. 1907, IV, 167—170. 

Pantielejew L. F. Is wospominanij prossta- 
wo (1868—1864). S. Petersburg 1906. R.: Z. L. 
S., K. h. 1907, 718-716. 

Chliebnikow Konst. Dm. Zapiski. 
(Warszawa nakanunie wozstanija 1862. 
Włocławski] most. Graf Berg. Guberna- 
torstwo w Kielcach 1866). R. A. 1907, 
n, 1—80. 

Brykczyńskl St. Moje wspomnie- 
nia 1863 r. Warszawa 1907, str. 228. 

Lehotsky Jan. Prvć fitwostoletie 
mojho iivota (1863 r.). Sloyenske Pa- 
hlady. 1907, 612-617. 



Anc Boi. I Józefa. Z lat nadziei 
i walki 1861—1864. Brody 1907, str. 178. 

Dębicki Ludw. Portrety i sylwetki s XIX 
stul. Ser. I, II. R.: Br. Łosiński, K. h. 1907, 
711-718. 

BIdlo Jaroslav. Literatura k deji- 
nam ruskym devatn&ctćho stoleti. G. c. 
h. XVII, 59-73, 171-183, 273-312, 
396-402 i odb. 

Obejmuje takie omówienia historyografli 
polskie]. 



Popiołek Fr. Materya/y do dzie- 
jów miast w księstwie Gieszyńskiem. 
Progr. gimn. polsk. Cieszyn 1906/7. 

Jakowlew Andr. Namistnyki, der- 
żawci i starosty bospodarskobo zamku 
Czerkaskobo w kinci XV i XVI w. 
(na podstawie źródeł metryki lit.). Ukrai- 
na 1907, III, 340-354. 

Bąkowskl KI. Kronika krakowska. II, 
1816—1881. R.: Br. Łosiński, K. h. 1907, 707. 

Manke Arth. Der Mauseturm bei 
Rruscbwitz u. der Goplosee. Lissa 
1907, str. 20, 3 mapy. 

Krypiakiewicz Iw. L w i w s k a 
Ruś w perszij połowyni XVI w. (dok.). 
Z. t. Sz. 79, 5-51. 

Staszewski Dominik. Mława. 
Opis historyczny. Warszawa 1907, str. 85. 

Pawłowski) i.F.PołtawawXEC 
stolietiiu. Trudy połtawskoj arcbiwnoj 
kommissii. IV, Połtawa 1907. 

Prilmers Rodąero. Die Stadt P o- 
sen in stidpreussiscber Zeit. Z. Pos. 
XXII (1907), str. 163-236. 

Schulte Wilhelm. Die Scbrodka. 
Ein Beitrag zur ftltesten Gescbicbte der 
Stadt Posen. Z. Pos. XXn (1907), str. 
237-276. 

Białkowski. Z przeszłości Szaro- 
grodczyzny. W. n. a. nr. 69. 

Jakubowski J. Opis księstwa Tro- 
cki ego z r. 1387. Przyczynek do ba- 
dań nad ustrojem Litwy przedcbrześci- 
jańskiej. P. b. V, 22-49. 



II. Nauki pomocnicze. 



a) Geografia. 

Nałkowska Anna. Geografia ziem 
dawnej Polski. Warszawa 1908, str. 
116. 

Krynicki Z. Rys geografii królestwa 
Polskiego. Wyd. III. Warszawa 1907, 
str. 823, 6 map, 7 planów. 



Bazewicz i. M. Atlas geograficzny 
ilustrowany Ejrólestwa polskiego. War- 
szawa (1907) map 85 i opis do atlasu 
str. 118, k. ni. 16. 

bj Sztuka. 

Skarb arcbitektury w Polsce, wyd. 
J. S. Zubrzycki. Zesz. 1—3. Kraków 1907. 



170 



Bibliografia historyi polskiej. 



Sokołowski Maryan. Dwa goty- 
cyzmy, wileński i krakowski w archi- 
tekturze i zlotnictwie i źródła ich zna- 
mion charakterystycznych. Spraw. kom. 
hist sztuki VIII, 1-40. 

Szyszko - Bohusz Adam I Soko- 
łowski Maryan. Kościoły polskie dwu- 
nawowe, zabytki w nich ocalałe czy 
też bezpośrednio się z nimi wiążące 
i Kazimierz Wielki. Cz. I. Spraw. kom. 
hist sztuki. VIII, 67—124. 

Tomkowicz Stan. Z wycieczki do 
Królestwa polskiego. Spraw. kom. hist 
sztuki. Vm, 145-200. 

Pajzderski Nikodem. Kościół XX. 
Filipinów w Gostyniu. Spraw. kom. 
hist sztuki VIII, 41—66. 

Mokłowscy Kazimierz i Tadeusz. 

Sprawozdanie z wycieczki odbytej ko- 
sztem komisyi w r. 1904 w celu bada- 
nia sztuki ludowej. Spraw. kom. hist 
sztuki Vin, 200-228. 

Gloger Zygm. Budownictwo drze- 
wne i wyroby z drzewa w dawnej 
Polsce. T. I. ser. 1—2. (A— Ćwierć). 
Warszawa 1907, str. 192. 

Mączyński Pr. Ze starego Krako- 
wa. Ulice. Bramy. Sienie. Kraków 1908, 
str. 16, 91 tabl. 

Świeykowski Eman. Pałac w Kry- 
stynopolu według planów współcze- 
snych. (Odb. z Spraw. kom. hist. sztuki 
VUI). Kraków 1907, 24 szp. 

Syridyński Antoni. MaksTmilian GierTm- 
Bki. (Wiedsa i sztuka III). Lwów 1907. R.: Z. 
D., B. W. 1907, IV, 659—668. 

Górzyński Wlad. Relikwiarz Ja- 
sieńskiego w Muzeum XX. Czartory- 
skich. Spraw. kom. hist. sztuki VIII, 
126-146. 

Świeykowski E. Zarys artjstTczneco rozwo- 
ią tkactwa i haftaratwa. Kraków 1907. R.: F. 
Pułaski, B. W. 1907, IV, 162-164. 

Górzyński Wł. Ornat Długosza. 
(Odh. z Spraw. kom. hist. szt. VIII). 
Kraków 1907, str. 14. 

Poiiński Al. Dzieje muzyki polskiej 
w zarysie. (Nauka i sztuka VII). Lwów 
1907, str. 280. 

Chybiński Alfred. Zbiór rozpraw 
w zakresie historyi muzyki polskiej. I: 
Bogurodzica pod względem historyczno- 
muzycznym. Kraków 1907, str. 71. 

cj Archeologia. 

Czarnowski S. J. Wykopaliska 
miechowskie (w gubemii kieleckiej). 
Sprawozdanie z badań 1897—1905, z pla- 



nem Miechowa i okolicy. Kraków 1907, 
str. 24, 9 tabl. 

dj Heraldyka i genealogia, 

Wittys: Wiktor. Nieznana szlachta 
polska i jej herby, opracował przy 
współudziale Stanisława Dziadulewicza. 
Kraków 1907, str. 436. 

Leszczyc Zb. Herby szlachty pol- 
skiej. Z przedmową Wacława Grąsioro- 
wskiego. T. I, zesz. 1, Poznań 1908, 
str. 12, IV tabl. 

Marcinkowski Kazim. Rodziny 
zaszczycone szlachectwem w Królestwie 
Polskiem 1815—1836, z 55 podobizna- 
mi herbów. Warszawa 1907, str. 61. 

Boniecki A Herbarz polski. T. X, 
zesz. 7—9 (Kobylańscy— Komarowie). 
Warszawa 1907. 

Życliliński Teod. Złota księga szla- 
chty polskiej. R. XXX. Poznań 1907, 
str. 168. 

Zawiera monoKrafie: Belakowicze, Gąsio- 

row8C7, Klottowie, Kostkowie, Koimińscy, 

Matuszewicsowie. MliccT. MoaiaBskowie, 

WojakowBC7, ZaMoec7, ZwolBcy. 

Semkowicz Władysław. Mono- 
grafie historyczne rodów rycerskich 
w Polsce wieków średnich. I: Ród Pa- 
łuków. RAU. h. t. 49, str. 151—268. 

Monografia XX. Sangnscków, t. I, opr. 
Radzimiński. R.: M. Hraszewski, Z. t. Sk. 79, 
816—818. 

Wspomnienia o rodzinie Załuskich 
w XIX stuleciu. Druk. jako rękopis. 
Kraków 1907, str. 293. 

ej Numizmatyka i sfragistyka. 

Demel Dr. Boi. Przyczynek do 
dziejów mennicy warszawskiej 1820 do 
1855. W. n. a. nr. 69. 

Oumowslci M. Medal Izabeli Ja- 
giellonki przez Padovana. W. n. a. 69. 

Wittyg Wilctor. Znaki pieczętoe 
(gmerki) mieszczan w Polsce w aYI 
i zaraniu XVII w. Kraków 1907, str. 
Vni, 175. 

fj Paleografla i dyplomatyka. 

Monumenta Poloniaepalaeographi- 
ca. Edidit Stanislaus Krzyżanowski 
Sumptibus Academiae literarum Graco- 
viensiB. Cracoviae 1907. Tablic XXVI; 
Tabularum argumenta str. U. 

Krzyżanowski Stanisław. Album 
palaeographicum. Gracoviae 1907. 

R.: St. K., B. W. 1907, IV, 666-6M. 



Bibliografia historyi polskiej. 



171 



Kętrsyńskl W. O dokumentach 
Mendoga, króla litewskiego, 1863, (z ma- 
pa i 5 podobiznami). RAU. h. t. 60, 
str. 180-222. 

Tmsiewicz I. Zapadnaja i russkaja 
diplomatika i sfragistika driewniawo 
wostoka. S. Petersburg 1907. 

R.: Bińukow, I. W. 1907, IV, 318-314. 

g) Biblioteki i archiwa. 
[Chmiel A.] Rękopisy biblioteki 
w Dzikowie (hr. Tarnowskich). Przew. 
bibl. 1907, nr. 10-12, c. d. n. 

hj Bibliografia. 

Flnkel L. Bibliografia historri polakiej. R.: 
H. UlassTii, Ksiątka 1907, str. 4S\-4n. 



Miaskowski X. K. Z teki biblio- 
graficznej. P. 1. 1907, 202—207, 870' 
do 875. 

Weyssenhoff Józef. O polskich 
kalendarzykach politycznych. B. W. 
1907, IV, 589-654. 

Yrtel St« Bibliografia czasopism 

folskich za r. 1905. P. 1. 1907, str. 
-48. 

Święcicki) i. Bibliograficzny] kurioz. 
(druk z r. 1767). Z. t Sz. 79, 169-161. 

Peuereisen Arnold. Die liylandi- 
sche GeschichtsUteratur 1904. Riga 
1907, Kymmel, str. V, 72. 



III. Kościół. 



Metzner E. Beitrtfcge zur Geschichte 
der £infahrung des Christentums in 
Preussen. I: Die IdentitJŁt des Abtes 6ott- 
fried Yon Łekno mit Christian, dem 
ersten Bischof yon Preussen. II: Die 
Beziehungen Christians zu Konrad von 
MasoYien. Wiirzburg 1907, str. 63. 

Ptaśnik Jan. Kollektorzy kamery 
apostolskiej w Polsce. RAU. h. t. 60, 
str. 1-80. 

Oamplowicz Maks. Początki bi- 
skupstwa krakowskiego (z teki pozgon- 
nej). P. h. V, 1-21, 129-164. 

Sama Wl- Bisknpi pnemyacy obrz. tac. 
Cł i, 1376—1624. Pnemyśl 1903. R.: A. Pro- 
chaska, K. b. 1907, 668-674. 

Yisitationes £cclesiarum dioec. 
Wladislayiensis ex anno 1594, a Luca 
de Uniejów archid. Wladisl. conscriptae, 
ed. S. Ghodyński. Monumenta hist. dioec. 
Wladisl. XXIII. 

Chodyńakl Stan. Notaryusze kapi- 
tuły włocławskiej. K. t 1906, z 3/4, str. 
280—908. 

Załęski Stan. Jezuici w Polsce, 
w skróceniu 6 tomów w jednym. Kra- 
ków 1908, str. XVUI, 369. 

Frydrycliowicz R.! Geschichte der 
Zisterzienserabtei Pelplin und ihre Bau- 
und Kunstdenkmftler. Dtisseldorf 1907. 

Janczak Ł. ks. Z dziejów klaszto- 
ru księży Trynitarzy w Orszy (dok.). 
K. i iScfe, z 8/4, str. 192-205. 

Monumenta Petropolitana ed. Mi- 
chael Godlewski, zesz. II. (Petersburg 
1907). 



cbid. Mohilewskiej. 8) Kopia erekcTi seml- 
narynm Mobilewskiego. 3) Relatio a senata 
Alezandro I die 13. Al 1801 de confirma- 



tione noyorain Btatntorum S^^^ae admini- 
strationem Ecd. Romano- CatboUcae et 
Ratbenae spectabant. 4) Projet de .Reacipt* 
an Cte de Bontonrlin 1804. 6) Copie de la 
Notę da Ministire Imperial remiae h TAm- 
basgadenr de Romę 13. XII 1803. 6) Pro- 
jet de lettre da CbanceUer h M. de Boa- 
toarlin 1803. 7) Rescriptam Alexandn I 
19. III 1810 St. Slestrzencewics Bohaw 
qao conceditar facaltae creandi 12 Canoni- 
008 Kioyienses. 8) Projet de dtfpeche aa gea. 
T07I. Affaire des Jeeaites 30. XU 1816. 9) 
Literae bar. Tayl ad. et. Neeselrode m 
caasa ezpalBionie Patram S. J. 28. U 1816. 
10) Zamiecsanija na raznyja priedmiety ra- 
koja Mitr. Siestrenciewlcza pisannyia. 11) 
Literae Alexandri I die 89. XI 1884. m 
ąaibas declarat S. Pont se in Eccl. Catho- 
uca in Rnssia et Regno Poloniae protegen- 
da caram et diligentiam positaram esse. 

Clodlewski Mich. Biskup Skarsze- 
wski i hr. Zubow. K. h. 1907, 659—663. 

I. S. N. ks. Ksiądz Karol Skórko- 
wski, biskup krakowski (1768-1851) 
i jego archiwum. K. t. 1906, z 3/4, str. 
1-16, c. d. n. 

Bartoszewicz Kazim. Ks. Pawet 
Rzewuski, biskup sufragan warszawski 
K. t 1906, z 8/4, str. 242-279. 

Żakowicz P. N. Brestsk^ sobór 
1591 goda (po nowootkrytoj gramotie^ 
sadierżaszczoj diejania jewo.) I. O. I. A. 
Xn, kn. 2, str. 45-71. 

Wotschke Th. KOnig Sigismund 
August und seine evangelischen Hof- 
prediger. A. Refg. IV, H. 4. 

Wotschke. Christoph Thretius. Ein 
Beitrag zur Geschichte des Kampfes 
der reformierten Kirche gegen den An- 



172 



Bibliografia historyi polskiej. 



titnnitarismus in Polen. Apr. M. 1907, 
1-^2. 151-210. 

Moritz H. Reformation und Ge- 
genreformatiou in Fraustadt (Wschowa). 



I^rogr. Fr. Wilh. Gymn. Posen, Ostem, 
R.: Th. Wołschke, M. Fos. 1907. 196—197. 



IV. Prawo. 



Corpus inris Poloałd, wydal Balcer. R.: 
Gratewski, P. p. a. 1907, 776. 

Kutrzeba St. Oczerk istorii ob- 
szczestwioimo-gosudarstwionnawo stro- 
ją Polszl Per... Iw. Jastriebowa. S. Pe- 
tersburg 1907, str. XVin, 231. 

R.: Jacimirski, I. W. 1907, IV, 810—818. 

Balzer O. K istorii obszczestwion- 
no-gosudarstwionnawo stroją Polszi... 
Pierew... Jastrebowa. S. Petersburg 1907, 
str. XU, 252. 

Leontowlcz P. I. Rada wielikich 
kniaziej litowskich. Ż. M. pr. 1907, V, 
122-178, 278—831. 

Handelsman Marceli. Przywilej 
piotrkowski 1388 r. Szkic historyczno- 
prawny. (Odb. z P. h. IV). Warszawa 
1907, str. 39. 

Rymar L. Udciai Krakowa w selmach ł sej- 
mikach RzecsTpospolitei. Rock. krak. VII, 187 
do 868. R.: Ahd. Kłodziński, K. h. 1907,877—681. 

Prochaska Antoni. Samorząd wo- 
jewództwa ruskiego w walce z opry- 
szkami. RAU. h. t 49, str. 269—886. 

Baranowski Is^n. Komisye porządko- 
we 1765-1788. RAU. h. t. 49/ str. 
107-160. 

Smoleński Wł. Szkice z dziejów 
szlachty mazowieckiej. Kraków 1908, 
str. 160. 

R.: F. Pułaski, B. W. 1907, IV, 666—668. 



Prochaska Antoni. O wyzwoleniu 
z maństwa na Rusi. K. h. 1907, 654 
do 658. 

Matlerljały, istoriko-juridiczesfcge 
izwlieczonnyje iz aktowych knig guber- 
nrj Witiebskoj i Mogilewskoj. T. ^JCOL 
Witebsk 1906, str. XXXIV, 167, 283, 
292. 

Zawiera: akta mohiL madstrata 1677 do 
1678. R.: 01. Hnusewski, Z. t. Ss. 79, 
991 — 999. 

Kalndl R. BeitrOge zur Geschichte 
des deutschen Rechtes in Galizien 
ni-VIII. Arch. f. ósterr. Gesch. Bd. 96, 
str. 319-389. 

Heppner A. Aus Yergangenheit und 
Gegenwart der Juden in Hohensalza 
(Inowrocław). Nach gedruckten u. un- 
gedruckten Quellen. 

R.: L. Lewin, M. Pos. 1907, 166—167. 

Kutrzeba St. Mężobójstwo w pra- 
wie polskiem XIV i XV w. RAU. h. t. 
50, str. 81-179. 

Rosenberg M. Początki sómictwa 
w Polsce za Bolesława Chrobrego. 
Wstęp do historyi prawa górniczego. 
P. p. a. 1907, str. 595, 650. 

Hruszewskyj M. Studii z ekono- 
micznoi istorii Ukrainy. Pańszczyna. 
Liter. nauk. wistn. XL, str. 24-88. 

Clrotowskl Z. Geschichte der Ar- 
menpflege in Warschau. Warschau 1907, 
str. 126. 



V. Oświata. 



a) Hisłorga obyczajowa, 

Łoziński Wl. ŻTciępolskie w dawnych wie- 
kaeh. Wiek XVI-XVi: Lwów 1907. R.: Sł. 
Tarnowski, P. pi. 1907, IV, 880—886. 

Wotschke Th. Andreas Górka auf 
seinem Kranken- und Sterbebette (1551). 
M. Pos. 1907, 145-152. 

Krotoski-Szkaradek K. Pruski kul* 
turtrftger z końca XVIII w. Kraków 
1907, str. 42. 



b) Oświata i szkolnictwo. 

Offmańskl Mlecz. Dzieje warsza- 
wskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. 
1800—1882. Z dzieła Al. Kraushara 
skreśIiZ... Warszawa 1907, str. 122. 

Olebow iw. Ik istorii stariejssej gimnacii 
w wilenskom uczebnom oknińę. SInokaja Ra- 
dciwittowskaja gimnadla w JLYTL i Xviii w. 
(I6I7-I68O-177Ą. R.: i. Bieliński, K. h. 1907, 
716-719. 

Raporty generalnych wizytatorów 
z lat 1774 - 1782. Wyd. T. Wierzbowski 
Warszawa 1907, str. 94. 



Bibliografia historyi poLskiej. 



173 



Bieliński Józef. Wydział teoloc- 
czny królewskiego warszawskiego Uni- 
wersytetu (1817 -- 1831). Zarys history- 
czny (dok.). K. t 1906 z 3/4, str. 
17—90. 

PogMlia A. Okręg naukowy wileński. O- 
gniBko 1908, 1904. R.: A. Janowski, K. h. 1907, 

Kronika flimnazyum tarnowskiego 
od r. 1811— ifel. Progr. gimn. L Tar- 
nów 1906/7. 



c) Liłerałara. 

Schllrr Al. Un moinie francais en 
PologneauXII e siócle: le chroniqueur 
GaUus Anonymus. R. h. 1907, lU (96), 
str. 80-90. 

Balilow P. Wer ist Nicolaus De- 
cius ? A. Refg. IV, H. 4. 



Dr, Eugeniusz Barwińskt 



KRONIKA. 



I. Akademie, towarzystwa naukowe, zjazdy. 1. Akademia 
Umiejętności w Krakowie. Wydział historyczno-f ilozofi- 
c z n y . Na posiedzeniu dnia 31. października przedstawiono 
prace: 1) Dr. A. Sze łagowski: Kampania wschodnia angielska 
w Polsce za Elżbiety; 2) Prof. F. Fierich: Prawo wekslowe 
w Polsce na podstawie konstytucyi sejmowych. Dnia 12. listo- 
pada: Dr. St. Waszyński: Laokryci i to koinon dikasterion, 
-czyli „Sędziowie ludu*' i „Wspólny sąd". Dnia 18. listopada: 
1) W. Sobieski: Zabiegi Dymitra Samozwańca o koronę polską; 
^) St. Smolka: Kilka nowych szczegółów z historyi r. 1831; 3) 
Dr. W. Rubczyński: O poglądach filozoficznych Stefana Petry- 
cego. Dnia 10. grudnia: Sz. Askenazy: Misya petersburska 
Franciszka Rzewuskiego w r. 1764 (Przyczynek do panowania Sta- 
nisława Augusta). 

Wydział filologiczny. Dnia 14. października: 1) 
W. Klinger: Jajko w zsJ)obonie ludowym u nas i w starożytności; 
^) K. Wojciechowski: Pierwsze naśladownictwo Heloizy w ro- 
mansie polskim. Dnia 6. listopada: 1) J. Kallenbach: Mickie- 
wicza młodociane utwory. Cz. I: Wpływ Woltera; 2) F. HOsick: 
Jan Kochanowski i reformacya. Dnia 9. grudnia: 1) M. Zdzie- 
chowski: „Ojcze nasz^ Cieszkowskiego; 2) J. Tretiak: Andrzej 
Towiański w świetle swoich pism pośmiertnych. 

Komisya dla badania historyi sztuki. Ka ostatniem 
posiedzeniu przedstawił prof. Mycielski drugą część pracy „Sto- 
sunki malarzy angielskich z Polską w końcu XVIII i początku XIX w. 
Referat dotyczył stosunku ks. Izabeli Lubomirskiej z głośną malarką 
Anną Cosway, 2oną Ryszarda, która malowała w r. 1782/3 portret 
olejny ks. Henryka Lubomirskiego. Drugim śladem tych stosunków 
jest rysunek Rozalii z Lubomirskich Rzewuskiej, robiony przez To- 
masza Lawrence we Wiedniu w r. 1819/20; w tym samym czasie por- 
tretuje ją Henryk Fdger. Z późniejszych malarzy angielskich wymie- 
nił Jerzego Haytera, którego portret Zofii hr. Arturowej Potockiej 
z r. 1832 znajduje się w Krzeszowicach. — Następnie przedstawiono 
plany i fotografie kościołów i cerkwi warownych w Brochowie, Ma- 
możejkowie, Synkowiczach, Supraślu i Wilnie, monumentalnych za- 
bytków warownej architektury kościelnej w Polsce i Litwie, zdjęte 



Kronika. 175 

prsez p. Szyszko-Bohusza. Praca p. J. K ieszko wskiego 
„O koóciele w Uchaniach i jego zabytkach" omawia tę budowę re- 
nesansową, wzniesioną przez rodzinę Uchańskich, przebudowaną w epo- 
ce baroka. Najciekawszym jej zabytkiem są bardzo piękne ponmiki 
polichromowane Pawła, Stefana i Anny Uchańskich, których powstanie 
przypisuje autor rzeźbiarzom lwowskim z epoki renesansu. P. R. Wy- 
czyński przedstawił komunikat o ratuszu w Szydłowcu, budowie 
z połowy XVI w., z piękną attyką, typową dla polskiego renesansu 
i ciekawą konstrukcyą dachów. P. Ptaśnik podał wiadomość o na- 
grobku Jana Gislenusa w kościele S. Maria del Popolo w Rzymie, 
nadwornego architekta i malarza królów polskich, zmarłego w r. 1672. 
P. Komornicki przedstawił fotografie rzeźbionego w kamieniu 
ołtarza, wystawionego przez Piotra i Jakóba Yideliciusza z r. 1531, 
a wyszłego niewątpliwie z warsztatu rzeźbiarzy zajętych przy ozda- 
bianiu kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu. Dość zniszczony, jest dziś 
wmurowany w zewnętrzną stronę kościoła w Zatorze, prawdopo- 
dobnie skądinąd tu przeniesiony. 

2. Orono konserwatorów Oalicyi zachodni^. Na posiedzeniu 15. 
października doniósł kons. Dydyński, źe we wsi Brzeźni (pow. 
bocheński) odkopano kopiec i znaleziono grobowiec z trumnami i reszt- 
kami szkieletów; był tam prawdopodobnie cmentarz kalwiński. We wsi 
Chrostowa (pow. bocheński) znajdują się resztki zamczyska^ ulegające 
zniszczeniu; zwrócono się do właścicieli z prośbą o ochronę zaby- 
tków. P. Lepszy przedkłada plany restauracyi kościoła farnego 
w Krośnie. Dotyczy ona strony zewnętrznej nawy głównej i bocznych, 
zbudowanych na przełomie XV i XVI w. Jedynie na fasadzie zacho- 
dniej będzie ona znaczniejszą, gdyż odkryto tamże pod tynkiem 
ościeże wielkiego ostrołukowego okna, które należy przywrócić. Groźny 
stan ściany szczytowej z nowszych czasów wymaga gruntownej 
restauracyi, przyczem należy jej dać wygląd gotycki. Szczątki murów 
fortyfikacyjnych, przypierających do starej średniowiecznej wieży wa- 
rownej utopionej w węgle kościoła, uchwalono zachować. Omawiano 
następnie sprawę restauracyi hełmów na kościołach Bożego Ciała i św. 
Andrzeja w Krakowie, odnowy klasztoru Bernardynów i przebudowy 
domu przy ul. Kanoniczej. Staroświeckiego dworu w Wielopolu 
skrzyńskiem nie dało się uratować, pamiątką zniszczonego budynku 
pozostały jedynie plany i fotografie. — Dnia 5. listopada p. Kope- 
r a złożył sprawozdanie z czynności w swym okręgu. Kościół w Sta- 
rym Wiśniczu restauruje się wzorowo; Muzeum dyecezyalne w Tarnowie 
otoczone jest należytą opieką, o ile to tylko jest możliwem przy 
braku środków i miejsca. W Skrzyszowie kościół drewniany, wewnątrz 
restaurowany, przyozdobią zabytki z XVI i XVIII w., które dotąd 
nie były należycie uwydatnione. Kościół w Pilznie restauruje się 
umiejętnie; w Lusławicach załatwiono pomyślnie sprawę konserwacyi 
grobu Socyna. Dr. Papóe zdawał sprawę z rokowań w sprawie ruin 
zamku w Myślenicach. P. Kutrzeba przedstawia uchwały komisyi 
archiwalnej grona, która obradowała nad sprawą skartowania 
aktów sądowych. Postanowiono starać się: 1) o zachowanie 



176 Kronika. 

w całości lub przynajmniej w znacznej części aktów jednego sądu 
powiatowego, który oznaczy prezydyum sądu wyższego jako wzorowo 
prowadzony, aby umożliwić ewentualne studyum działalności sądów 
powiatowych za starej procedury; 2) o zachowanie dla tych samych 
celów aktów jednego sądu obwodowego; 3) o zachowanie w całości 
aktów sądu górniczego w Krakowie ze względu na ważność rozwi- 
jającego się przemysłu górniczego; 4) z aktów innych sądów cywil- 
nych o zachowanie niektórych sposobem przykładu, o ileby ze względu 
na specyalne stosunki prawne przedstawiały interes naukowy; 5) 
z aktów karnych o zachowanie takich, które mają kulturalne zna- 
czenie, n, p. procesy o znachorstwo. Inwentaryzacya archiwum ko- 
ścioła N. Maryi Panny w Krakowie, przeprowadzona przez Dra Dłu- 
gopolskiego pod kierunkiem Dra Kutrzeby została ukończoną. 

3. Towarzystwo opieki nad polskimi zabytkami sziuki i kuUury 
v> Krakowie, Na posiedzeniu 13. listopada przedstawili pp. My- 
cielski i Hendel sprawę kościobi św. Jakóba w Sandomierzu, którego 
restauracya ma się przeprowadzić wspólnie z warszawskiem ^Tow. 
opieki nad zabytkami^. Sklepienie barokowe, rozpierające ściany 
kościoła romańskiego, będzie usunięte, a dorobiony będzie odpowiedni 
strop drewniany; odbito tynki, przez co oswobodzono budowę z pó- 
źniejszych naleciałości. Wykonanie projektu na restauracya polecono 
p. G. Wojciechowskiemu z Warszawy, a restauracya dokonaną będzie 
pod nadzorem obu towarzystw. P. Hendel poruszył kwestyę za- 
bytków artystycznych znajdujących się w zamku ks. Radziwiłłów 
w Nieświeżu. Mieści się tam bogata kolekcya portretów rodzinnych 
od wieku XVI począwszy, które potrzebują restauracyi, toż samo 
konserwacyi wymaga jedyna w swoim rodzaju w Polsce kolekcya 
zbroi. Zwrócono się do ks. Jerzowej Radziwittowej w celu wspólnego 
ratowania powyższych zabytków. Postanowiono nadto zająć się kościół- 
kami drewnianymi w Tomaszowie, Smardzewicach i Libuszy, a nadto 
sprawą restauracyi pomnika Stanisława Żółkiewskiego pod Cecora. 
Dnia 3. grudnia przedłożył p. Wyczyński referat o zamka 
w Świrzu pod Lwowem. Odgrywał on rolę w wieku XVI, kiedy na- 
leżał do Świrskich ; z tej epoki pozostały zaledwie niektóre fragmenty 
budowy, oprócz kilkunastu obramień okien i odrzwi ciosowych, bar- 
dzo charakterystycznie rzeźbionych we wzory splotów roślinnych. 
Z połowy XVI w. pochodzi tamtejszy kościół, fiindacyi Andrzeja Świr- 
skiego. Kompleks zabudowań dzisiejszego zamku pochodzi z połowy 
XVII w., wzniesiony przez Al. Cetnera kasztelana halickiego ; zabudo- 
wania grupują się około dwóch dziedzińców, mieszkalnego i gospo- 
darczego, dawniej fortecznego, w swojem położeniu uwarunkowanych 
nierównym terenem. Zamek od trzech stron był okrążony stawem, 
broniły go trzy baszty, przylegające do samych zabudowań i jedna 
oddalona od zamku, pięciokątna, systemu Vauban, broniąca przystępu 
przez most zwodzony do zamku od frontu. W części frontowej wi- 
dzimy cztery szczyty dachów o charakterystycznych liniach falistych, 
przedzielone wybudową środkową, ponad samą bramą wjezdną, flan- 
kowane po bokach basztami. Budowa cała z łupanego kamienia była 



Kronika. 177 

tynkowaną, obramienia okien i odrzwia, bogato rzeźbione w ducha 
wczesnego baroku, wykonano z ciosn. Zamek przetrwał bnrze napadów 
tatarskich, zachował się w mało zmienionym stanie i jako przykład 
polskich zamków na wschodnich kresach Rzpltej zasługuje na uwagę. 
Obecnie będzie umiejętnie odnowiony i zamieszkany. 

4. Warstawakie Totcarzystioo naukowe zorganizowało się w osta- 
tnich czasach, otrzymawszy pozwolenie władz na rozpoczęcie działal- 
ności. Do inicyatorów należeli (przed kilku laty) Wł. Spasowicz, Ign. 
Baranowski i Wł. Holewii^ski. Towarzystwo dzielić się będzie na trzy 
wydziały: 1. Języka i literatury. 2. Nauk antropologicznych, społe- 
cznych, historyi i filozofii. 8. Nauk fizycznych i matematycznych. Człon- 
kiem może być tylko osoba posiadająca stopnie naukowe, lub też 
znana z prac w dziedzinie nauki i literatury (§ 8), członkowie opłacać 
będą po 10 rubli rocznie wkładki (§ 12). Towarzystwo ma na celu 
rozwijanie i popieranie badań we wszystkich gsięziach wiedzy, oraz 
ogłaszanie dzieł naukowych w języku polskim ; ma dostarczać człon- 
kom swym środków do prowadzenia badań naukowych, urządzać wy- 
cieczki naukowe, ogłaszać konkursy, urządzać posiedzenia, wykłady, 
odczyty, utrzymywać biblioteki. Na prezesa tow. powołano Al. Jabłono- 
wskiego, na prezesa wydziału I p. A. Kryńskiego, sekretarza p. I. 
Chrzanowskiego ; na przezesa wydziału II p. Witołda Załęskiego, na 
sekretarza p. Al. Kraushara; na prezesa w. Ul p. Józefa Eismonda, 
na sekretarza p. Jana Tura. Sekretarzem generalnym jest p. A. Suli- 
gowski. Biuro tow. mieści się przy ul. Krakowskie Przedmieście 7, 
obok mieszkania prof. Baranowskiego. Pisma warszawskie (Tyg. ill. 
i Bibl. warsz.), witając założenie towarzystwa jako objaw wzmożenia 
się ruchu naukowego i narodowego, wyrażają jednak równocześnie 
obawy, czy będzie można zebrać fundusze takie, by tow. mogło roz- 
winąć szerszą działalność i czy nie pociągnie to za sobą uszczuplenia 
darów na rzecz jedynej Akademii naszej, dotąd tak niedostatecznie 
uposażonej. 

5. TowarzyHwo miłołnikdw historyi to Warszatoie, Na ostatnich 
posiedzeniach przedstawiono odczyty : Dr. Józef Bieliński mówił 
o Akademii Mohylańskiej w Kijowie ; referat był przeznaczony do En- 
cyklopedyi polskiej, której wydaniem Akademia się zajmuje. W dy- 
skusyi mówił p. Al. Jabłonowski o potędze języka polskiego, 
który w owych czasach używany był nie tylko w Kijowie, ale szedł 
daleko poza Dniepr, w głąb państwa moskiewskiego, gdzie niejedno- 
krotnie nawet przez wrogich polonizmowi autorów ruskich i rosyj- 
skich był używany. Znaczenie cywilizacyjne Akademii Mohylańskiej 
było ogromne, szerzyła ona wpływy polsko-łacińskie w kierunku wscho- 
dnim, nie dążąc bynajmniej do polonizowania ¥krainy, przeciwnie, 
wytwarzała miejscowe, rodzime kierunki, przyczyniała się do uświa- 
domienia narodowego małoruskiego w przeciwieństwie do wpływów 
idących z Moskwy. P. Al. Kraushar w odczycie: „Z dziejów 
mieszczaństwa warszawskiego^ dał obraz zmian, jakie na schyłku 
XVIII w. zaszły w przedstawicielstwie owego mieszczaństwa w osobach 
jego prezydentów, jako odbicie wydarzeń historycznych, które po raz 

K«»rUlBik bkioiyeuy XXU-1. 12 



178 Kronika. 

pierwszy powołały do życia politycznego stan miejski i uczyniły go 
przodowniczym czynnikiem w usiłowaniach odzyskania udzielności 
kraju. Mieszczaństwo polskie przed schyłkiem XVIII w. nie hyło ani 
rdzennie polskiem, ani uprawnionem jako stan polityczny. Było ono 
przeważnie ohcem, niemieckiem, rządy kraju nie okazywały się ojco- 
wskimi dla słabo dźwigającego się tu i ówdzie mieszczaństwa swoj- 
skiego. Koniec wieku XV i początek XVI zaznaczyły się rozporzą- 
dzeniami królewskiemi, ograniczającemi jego samorząd miejski. Niknęły 
nieliczne wybitniejsze rody mieszczan polskich, miejsce ich w prezy- 
denturze zajmowali cudzoziemcy. Dopiero rewolucya francuska budzi 
z uśpienia mieszczaństwo warszawskie, na czele ruchu emancypacyj- 
nego staje Jan Dekiert, obrońca praw mieszczaństwa polskiego, wystę- 
pują działacze prezydenci Ignacy Zakrzewski, Rafałowicz^ Łukaszewicz. 
Zarysem działalności Dekierta podczas sejmu czteroletniego, uwieńczonej 
uchwałą sejmową nadającą mieszczaństwu byt uprawniony i udział w spra- 
wach politycznych narodu, wypełnił prelegent dalsze ustępy odczytu. 

6. TowarzyHwo im. Nestora Lałopisea w Kijowie, Na ostatnich 
posiedzeniach wygłoszono m. i. następujące odczyty: Masłów: Ka- 
zanie Melecego Smotrzyckiego na pogrzebie o. Leontiego Karpowicza; 
Kułakowski: Wykopaliska rosyjskiego instytutu archeologicznego 
w Abobie-Plisku i dane archeologiczne z historyi Bułgaryi VIII — ^X 
wieku; Jaworski: Z historyi karpacko-ruskiej legendy XVIII w. 

7. Instytut rtsymski totv, Q'órresa według sprawozdania za rok 
1907 wykazuje następujące prace: Dr. Ehses wykończył zupełnie 
tom II aktów soboru trydenckiego; obejmuje on czas do 
przeniesienia soboru do Bolonii 11. marca 1547; druk rozpoczął się 
w jesieni. W dalszym ciągu zgromadził wydawca główny zrąb mate- 
ryału aż po r. 1562. Tom II Di ar i a ukaże się niebawem (wydruko- 
wano 45 ark.). Wydanie Korespondencyi soboru za Pawła III 
przygotowuje Dr. Buschbell, którego poszukiwania archiwalne w Ins- 
brucku i Trydencie dały bogaty plon szczególnie co do korespondencyi 
kard. Madruzzo. Wydanie publikacyi Hierarchia catholica (t. 
III) po śmierci Dra Gulika objął wydawca pierwszych dwu tomów 
Eubel. W dziale Nuutiaturberichte zapowiedziano kontynuacyę 
kolońskiej nuncyatury (tom III) od r. 1590 (Frangipaniego) ; na- 
tomiast publikacya nuncyatury na dworze cesarskim utknęła na 
r. 1587, a zapowiadana od kilku lat kontynuacya, bardzo ważna 
i dla naszych dziejów (pierwsze lata Zygmunta III) nie ukaże się tak 
rychło. Dr. Schweitzer czynił w licznych archiwach poszukiwania 
do publikacyi obejmującej traktaty soborowe; tom I ukaże się 
niebawem, a poprąedzony będzie studyum o „reformach za Juliusza 
m^'. Kończy się druk tomu pierwszego publikacyi „Vatikanische 
Quellen zur Geschichte der pftpstl. Hof- und Finanz- 
ver waltung*'; obejmuje on dochody kamery za Jana XXII (1316 
do 1334); tom II obejmie wydatki kamery z tego czasu oraz z cza- 
sów Benedykta XI i pierwszych lat Klemensa VI (do r. 1362). 

8. Eómisya cUa nawszef historyi austryackief. W r. uh. ukazała 
się część I dzieła Fellnera „Die (Ssterreichische Zen trał- 



Kronika. 179 

Terwaltung^y wydana po jego śmierci przez Kretsehmayera, a obej- 
mująca w t. I opracowanie, w t. II matery^ały do czasów od Ma- 
ksymiliana I aż do połączenia austryackiej i czeskiej kancelaryi na- 
dwornej w r. 1749. Dr. Pr ib ram przygotowuje materyały do dnigiego 
Łomu „Osterreichiscbe Staatsyertr&ge'': England (od roku 
1748). W tejże pnblikacyi przygotowuje Srbik materyały do wy- 
dania traktatów zHolandyą; Dr. Ooos objął opracowanie kon- 
wencyj z Siedmiogrodem do r. 1690; w dodatkach ogłosi układy 
z Apafim n, TOketim i Rakoczym (aż po r. 1711). Dr. Bittner 
wygotował t. n publikacyi ^Chronol. Yerzeichniss der (Ssterr. 
Staatsy ertr&ge'', dochodzący do r. 1847. Prace przygotowawcze 
do wielkiej publikacyi Korespondeucyi Ferdynanda I raźno 
postępują ; Dr. Bauer ukończył badania wiedeńskiego archiwum po 
r. 1626 (na którym skończy się tom I); Dr. Goli przygotowywał 
listy Maryi do Ferdynanda. Celem publikacyi korespondeucyi Ma- 
ksymiliana II przejrzał Dr. Bib I archiwa w Florencyi, Modenie, 
Turynie, Genui i Mantui, a następnie rozpoczął badanie archiwum 
wiedeńskiego. W publikacyi „Archivalien zur neueren O e- 
schichte Osterreichs^' ukaże się zeszyt 2 i 3, obejmujący 
dalsze inwentarze prywatnych archiwów czeskich i morawskich; tom 
n poświęcony będzie archiwom dolno- i górnoaustryackim. 

9. Towarzystwo dla hisioryi wschodnich i zaehodnick Prus 
w Królewcu. Z prac towarzystwa wymienimy nas bliżej interesujące: 
Prof. Erler przygotowuje wydanie matrykuły uniwersytetu 
królewieckiego, niebawem ukaże się pierwszy zeszyt. Dr. Rind- 
f 1 e i s c h pracuje nad kontynuacyą swojej „ Altpreussiche Biblio- 
graphie". 

10. Towarzystwo po4w, nauce i sztuce w Bydgoszczy liczy (wedł. 
sprawozdania za r. 1907) 273 członków(I). Z wygłoszonych tam od- 
czytów nas dotyczy Kocha p. t. : „Bydgoszcz i jego mieszkańcy 
w czasie polskich walk o wolność w r. 1794". 

11. Towarzystwo historyczne dla prowincyi poznański^. Z od- 
czytów tam wygłoszonych wymienimy jako nas bliżej obchodzące: 
Dr. Warschauera ^0 inkunabułach biblioteki uniw. w Upsali^. 
Jak wiadomo, w czasie wojen szwedzkich w wieku XVII i XVIII, 
wywieziono z Polski do Szwecyi bardzo wiele bibliotek ; świeżo wy- 
dany przez Dr. Collijn katalog biblioteki w Upsali podaje dokładnie 
zapiski znajdujące się na książkach ; okazuje się, że znaczna część 
ich pochodzi ze zbiorów polskich. 

12. AUgemeine Staatengeschichte, Redakcya publikacyi tej (kie- 
rownik Lamprecht) zapowiada na rok przyszły następujący program 
prac: Podjęto nowe opracowanie historyi Włoch, średniowiecze 
objął L. Hartman, czasy renesansu Doren, w. XVin i XIX Claar; 
z sekcyi pierwszej ukaże się niebawem t. III, z sekcyi II tom I. 
Błock przygotowuje tom rV historyi Holandyi, nadto w druku są: 
Jorgi Historya Turcy i (tom jQ, Redlioha kontynuacyą Kubera Hi- 
storyi Austryi (tom VI, cąasy Leopolda I), Stavenova tom Vn Hi- 
storyi Szwecyi (wiek XVIII) i Jirećka Historya Serbii. W dziale 



180 Kronika. 

liistoryi pozaeuropejskiej niebawem nkaże się Historya 
Armenii Rotha, w dalszym planie są tom II Historyi Japonii 
Nachoda i Dzieje Ameryki Sappera i Dftnnela. W dziale ^Deutsche 
Landesgeschichten*^ objął opracowanie dziejów Pras po 
Lobmeyerze (wychodzi m wyd. do r. 1414) Krollmann. Inne publi- 
kacye są w dalszym planie. 

12. Dziesiąty zjazd historyków niemieckiek odbył się w Dreźnie 
dnia 3 — 7. września. Z referatów znaczna część omawiała kwestye 
specyalne : Hintzego Rozwój nowoczesnej administracyi ministe- 
ryalnej; Kromayera Hannibal i Antyoch wielki; Richtera Zna- 
czenie Drezna w bistoryi; Haucka Recepcya i przekształcenie 
ogólnych synodów w wiekach średnich; Schultego Kościół nie- 
miecki w wiekach średnich. Ogólniejszego znaczenia b^ł referat 
Łamprechta: O ukształtowaniu studyum historyi powszechnej na 
uniwersytetach, w którym wykazywał potrzebę intenzywniejszego za- 
jęcia się historya obcych kultur, jak n. p. Ameryki północnej, filo- 
zofią i psychologią. Postanowiono również podjąć wydawnictwo bi- 
bliografii dyssertacyj. 

II. Biblioteki, archiwa, muzea. Polonica w handlu. 1. Bi- 
blioteka Zakładu nar. im, Ossolimkich według ostatniego sprawo- 
zdania liczyła z końcem r. 1906 122.850 dzieł, 2.105 atlasów i map, 
4.603 rękopisów, 3.094 autografów i 1.514 dyplomatów. Na po- 
większenie zbiorów wydano 12.000 kor.; ogółem przybyło 2.500 dzieł, 
33 map, 23 rękopisów, 39 autografów i 22 dyplomatów. Ze zbiorów 
korzystało 7.692 osób, którym wydano 2.083 rękopisów i 16.713 
dzieł w 27.763 tomach. Znaczniejszy przyrost darów wykazuje po- 
łączone z Biblioteką Muzeum im. XX. Lubomirskich. W pierwszym 
rzędzie wymienić tu należy dar z zapisu śp. Józefa Skarbek Boro- 
wskiego, złożony z kilkudziesięciu akwarel i rysunków Juliusza 
Kossaka, dzieł pędzla A. Piotrowskiego, E. Wadowskiego, J. Włod- 
kowskiego i innych, oraz 75 sztuk starej polskiej broni. W dalszym 
ciągu cennym jest dar p. Heleny Budzynowskiej, dalmatykń z XVI 
w. dana niegdyś przez Jana III do kościoła farnego w Żółkwi. Do- 
chody instytucyi są niestety bardzo szczupłe, wynosiły 82.604 kor., 
w czem większe pozycye: 25.000 opłata od wydawnictwa książek 
szkolnych, 21.326 odsetki od kapitałów, dochód z dóbr 12.166 kor., 
prestacya kuratoryi ekonomicznej 12.600 kor. 

2. Biblioteka Uniwersytecka we Lwowie wykazuje w r. 1907 
następującą frekwencyę: Ze zbiorów korzystało 54.937 osób, którym 
wydano 93.120 dzieł w 151.830 tomach i 850 rękopisów; do domu 
wypożyczono 9.797 dzieł w 14.009 tomach. Zbiory biblioteki liczą 
obecnie około 200.000 tomów; na zakupno książek i oprawę wy- 
dano 31.959 koron. Z prac organizacyjnych wymienimy uporządko- 
wanie znacznej części aktów odnoszących się do zajęcia i sprze- 
daży dóbr królewskich i kościelnych przez rząd austryacki 
po rozbiorze Polski. Zupełnie uporządkowane są już akta odnoszące 
się do powiatów (dawnych polskich) : krakowskiego, sądeckiego, bie- 



Kronika. Igi 

cłdego, czchowskiego, szczyrzyckiego, sandomierskiego i pilznieńskiego^ 
a obejmują razem 234 pozycyj (plików). Akta odnoszące się do dóbr 
wschodniej Galicyi uporządkowane tylko częściowo (216 pozycyj). 
Cały zbiór liczy pozycyj 692, ułożonych w 200 dużych kartonach, 
nadto kilkaset map katastralnych. Po zupełne rn uporządkowaniu 
zbioru będzie drukiem ogłoszony dokładny inwentarz. 

3. Muzeum tow, przyjaciół Nauk w Wilnie otrzymało od p. A. 
Francuzowiczowej z Dukszt cenny zbiór monet polskich: są między 
niemi okazy bardzo rzadkie, jak np. grosz Kazimierza Wielkiego^ 
srebrna moneta Witołda, grosz czeski z kontramarką polską, dziesięć 
złotych z portretami całej rodziny Mikołaja I. 

4. Archiwum krymskich hanóto odkrył w symferopolskiem gu- 
bernialnem archiwum profesor Uniwersytetu w Petersburgu Smirnow. 
Jest to szereg oprawnych ksiąg w języku tursko-tatarskim, t. żw. 
„kazy-eskierskich ksiąg •*, w które wpisywano wszystkie sprawy sądowe 
i administracyjne, podlegające jurysdykcyi „kazy-eskierów", t. j. na- 
czelnych sędziów przy dywanie banów krymskich ; sięgają one po- 
czątków XVII w. Są to resztki archiwum hanów, spalonego przy po- 
żarze pałacu w Bakczy seraj u« Najważniejsze są tam dane o wziętych 
przez Tatarów w jasyr niewolnikach i ich losach w niewoli. Archi- 
wum to przeniesione zostanie do Publicznej Biblioteki w Petersburgu. 

6. Siódmy kongres archiwalny niemiecki o(!!;ył się w Karlsruhe 
dnia 14. września z. r. Z referatów tam wygłoszonych dwa szcze- 
gólnie poruszały kwestye ogólniejszego znaczenia. Dr. Hauwiller 
mówił o „Organizacyi archiwów we Francyi i jej roz- 
woju w ostatnich czasach^. Żadne państwo nie może się 
poszczycić tak dawną i tak jednolitą organizacyą archiwów, jak 
Francya. Ustrój ten jest dzieckiem rewolucyi; ustawa z 25. czerwca 
1794 postanawiała, że wszystkie archiwalia urzędowe, a więc: rzą- 
dowe, dystryktowe, komunalne i t. p. są wyłączną, niesprzedajną 
i nieprzedawniającą się własnością rządu, tworzyła nadto centralne 
archiwum w Paryżu i podlegające mu archiwa prowincyonalne; archi- 
walia jednego dystryktu miały być złączone w jego mieście stołe- 
cznem. Ten centralistyczny ustrój przetrwał do dziś, a w czasach 
Napoleońskich wzmógł się nawet, jak wiadomo bowiem, Napoleon I 
myślał o zjednoczeniu w Paryżu archiwaliów z całej Europy, tyczą- 
cych się Francyi. Wpomniana ustawa postanawiała nadto, że każdy 
obywatel ma wolny przystęp do archiwum i może z niego zupełnie 
swobodnie korzystać. W głównych zarysach obowiązuje ta ustawa do 
dziś, a nowa ustawa z r. 1897 organizuje całą służbę archiwalną. 
na nowo, zwalniając ją zupełnie od zależności ministeryalnej. Na 
czele stoi „Commission supćrieure des archives", będąca w sprawach 
archiwalnych najwyższą władzą; technicznymi kierownikami są sze- 
fowie trzech sekcyi archiwum narodowego i sekretaryat archiwalny. 
Archiwum narodowe dzieli się na trzy sekcye. Pierwsza, Se- 
ction administratiye et judiciaire (Ancien Rćgimc) obejmuje akta od- 
noszące się do historyi ustroju i administracyi ; należą tu archiwalia 
dawnej rady państwowej, królewskiego archiwum domowego; wy- 



182 Kronika. 

mienimy n. p. działy: ^Parlament de Paris'^ ^Grandę Chancellerie'* 
^Conseile" etc. Dodać należy, 2e w myśl nowoczesnych zasad o urzą- 
dzenia archiwum miarodajną podstawą w nkładzie jest zasada pro- 
weniencyi. Sekcya II, Section historiąue, atożona do niedawna według 
materyi,jest ohecnie w reorganizacyi ; należy tu olbrzymie archiwam 
^Agence gćnórale du clergć de France** 1616 — 1790, archiwum arcy- 
biskupów Paryża i kapituły paryskiej. Sekcya HI. „Section modernę*' 
obejmuje akta zgromadzenia narodowego, rozmaitych komitetów, kon- 
wentu, archiwum Napoleona i królewskie aż do króle wstwa lipco- 
wego. Należy podnieść, że do przeważnej części materyałów sporzą- 
dzono repertorya, które są dostępne dla pracujących, podczas gdy 
{dodajemy od siebie) w archiwach pruskich a nawet austryackich ko- 
rzystanie z nich jest jak najsurowiej zabronione I Temuż ustrojowi 
podlegają archiwa departamentalne i gminne, mają tę samą 
organizacyę, instrukcyę, wszystkie mają jednolity schemat reperto- 
ryów ; każda serya aktów musi mieć osobne repertoryum z indeksem 
osób, miejsc i rzeczowym! Bardzo znaczna część archiwów ma dru- 
kowane repertorya; do roku 1902 było ich 425 tomów 4*. Na czele 
każdego archiwum departamentu (łączącego wszystkie akta urzędowe) 
stoi dyplomowany uczeń ^£cole des chartes", podlega centralnej ko- 
misyi, szefom sekcyi i sekretaryatowi który jest bezpośrednią władzą. 
Nadto są inspektorowie archiwalni, którzy wciąż rewidują swoje re- 
jony, czuwają nad spełnianiem instrukcyi, sposobem i postępem inwen- 
taryzacyi. Archiwom departamentalnym podlegają archiwa gminne, 
a inspektorami ich są archiwaryusze departamentów. Prawie wszystkie 
są według jednolitej instrukcyi zrepertoryzowane, a kopie wszystkich 
repertoryów znajdują się w archiwum departamentu. 

Dr. Striedingen mówił o „Wypoż yczaniu archiwaliów". 
W szeroko motywowanym referacie udowadniał, że wypożyczanie archi- 
waliów poza obręb archiwów jest szkodliwem i dla archiwów i dla 
samych badań ; naraża archiwalia na zniszczenie, a nawet na zagładę, 
naraża pracujących w samem archiwum na niewygodę, a z drugiej 
strony pociąga za sobą najczęściej niedokładne zbadanie całego ma- 
teryału, bo tylko osobiste zbadanie archiwum może dać wyczerpujące 
rezultaty. Należy więc badaczy skłaniać do osobistego zbadania archi- 
wum, a wysyfać tylko niektóre, wybrane partye ; zapobiegać wysyłce 
przez dopuszczanie i wyszukiwanie kopistów, urzędowe kolacyono- 
wanie sporządzonych przez nich odpisów, ułatwianie sporządzania 
fotografij, a w razie potrzeby dopuszczanie pracujących do archiwum 
przez cały dzień (bez ograniczania godzin urzędowych). Wypożyczanie 
archiwaliów w każdym razie uważać należy nie jako regułę, ale jako 
wyjątek ze względu na osobę korzystającego i ewentualny wynik 
pracy. Na takie względy zasługują przede wszystkiem poważni uczeni, 
po których należy się spodziewać dzieł poważnych, w szczególno- 
ści zaś wydawcy źródeł, którzy do publikacyi swych potrzebują 
mnóstwa rozprószonych po świecie materyałów, a służą najszerszej 
masie historyków. Bezwarankowo odmawiać należy wypożyczania 
dyletantom i początkującym studentom, kandydatom i t. p. Również 



Kronika. 188 

uwagę zwracać należy na warto^ przesyłanych przedmiotów i bez- 
wanuikowo odmawiać wypożyczenia wyjątkowo cennych, uszko- 
dzonych, lub fetwo uszkodzeniu podlegających przedmiotów (np. dy- 
pjomów z licznymi pieczęciami); dla zmniejszenia ryzyka przesyłać 
należy tylko małe partye i to na czas krótki, by archiwum na czas 
dłuższy z materyałów, których żądać może kto inny, nie ogołacać. 

6. Pohniea w handlu. Na rynku antykwarskim nie ukazało się 
w ostatnich czasach nic ciekawego ; wymienić można chyba tylko 
dwa listy Trentowskiego do wydawcy J. J. Webera, z lat 1836 i 1840, 
w sprawie swych prac: „Podstawy filozofii, logiki i pedagogiki^ 
(List i Francke w Lipsku, katal. 396 nr. 627 i 628, w cenie 
2 i 2*50 M.). Wogóle zanotować należy bardzo znaczny spadek cen 
starych druków, które z powodu popytu z Ameryki w ostatnich 
latach ogromnie wzrosły. Od roku Ameryka nie bierze zupełnie udziału 
w aukcyach, co powoduje spadek cen. Na ostatniej aukcji u Weigla 
w Lipsku kupowano druki Socyna (XVII w., będące w zwykłej 
cenie 10—12 M.) po 1 do 1-60 M. 

Wspomnieć tu należy niezwykle cenne nabytki Biblioteki ordyn. 
Krasińskich w Warszawie (Bibl. warsz. listopad str. 393 i grudzień 
591), same nieznane dotąd bibliografom druki: Regiusa ^Sposoby 
a obyczaye niektóre, przełożone przez Bernata Wojewódkę, Brześć 
lit. 1554"; prawdopodobnie także w Brześciu drukowany: ^.Katechismus 
mnieyszy" i „Summaryusz Dzyesyeciora Przykazania''; „Officium in- 
festo S. Euphemiae Yirginis, Romae 1595", Eutropiusza „Kronika 
Państwa Rzymskiego, Toruń 1582" i Grzegorza Szepskiogo „De vera 
gloria libellus. 1562". 

III. Nekrologia. 7. lipca 1907 zmarł w Mitawie badacz łote- 
wskich starożytności i historyi, pastor August Bieleń stein, w 79 
r. życia. Ogłosił m. i. „Die lettische Sprache nach ihren Lauten u. 
Formen" (2 t., 1863—4), „Ueber lettische Burgberge", „Die Gren- 
zen des lettischen Yolksstammes und der lettischen Sprache in der 
Gegenwart und im XII Jh.", „Holzzeitalter der Letten". Obszerny rys 
jego działalności naukowej podaje G. Manteuffel w Bibl. warszawskiej 
(1907, IV, 348—356). 

10. października w Monachium w 54 r. życia prof. Adolf 
Furtwangier, dyrektor glyptoteki, jeden z najwybitniejszych ar- 
cheologów współczesnych, autor niezwykłej bystrości, gruntowności 
i płodności. Przeprowadził szereg badań archeologicznych w Eginie 
i Orchomenos; z długiego szeregu prac wymienimy: „Sammlung Sa- 
bouroif", „Mykenische Yasen", „Olympia, Ergebnisse d. Ausgrabun- 
gen", „Meisterwerke d. griechischen Plastik", „Die antiken Gemmen, 
Die Geschichte der Steinschneidekunst i klass. Altertum" (3 tomy fol.), 
„Denkm&ler griech. u. r(5m. Sknlptur", y,Griechische Yasenmalerei". 

19. października w Sztutgardzie generał Albert Pfister 
(w 69 r.), autor licznych prac z zakresu historyi wojskowej. Wymie- 
nimy: „Aus dem Lager d. Rheinbundes 1812—1813", „Aus dem La- 



184 Kronika. 

ger der Yerbttndeten 1814 — 1815'', „Die amerikanische Reyolution 
1776—1786". 

W październiku w Talazie prof. „facnlt^ des lettres", Paweł 
Guiraud, autor ,,De la condition des alli^s pendant le confćdćra- 
tion athenienne'' i „Histoire romaine depuis la fondation de Romę 
jusqu'a la invasion des barbares'. 

28. października w Charlotenburgn w 48 roku życia historyk 
Wilh. Gundlach, autor trzytomowego dzieła ,,Uebersichten liber 
die Entwickelung der deutscben Geschicbtsschreibung im X, XI und 
XII Jahrhunderten''. 

5. listopada w Żcotay-rOlme, senator MC. A. wicehr. deMe- 
aux de Montalembert, historyk, w 77 r. życia. Z licznych dzieł 
zanotujemy: „La RćYolution et Tfimpire 1789 — 1816'', „Les luttes 
rćligieuses en France au XVI-e s.", „La Rćforme et la Politique fran- 
caise en Europę jusqu'a la paix de Westphalie" (2 yoI.). 

16. listopada w Hali profesor starożytnej historyi, Gustaw 
Hertzberg, w 82 r. życia, autor wielce rozpowszechnionego dzieła 
„Hellas u. Rom", prac „Die asiatischen Feldztige Aleksander der 
Grossen^, „Das rOmische Kaiserreich*', „Byzantiner u. osman. Reich '^. 

W grudniu Filip Schwartz, archiwaryusz miejski w Rydze^ 
autor dzieła: „Kurland im XIII Jh. b. z. Regierungsantritt Bischofs 
Edmund v. Werd", wydawca X i XI tomu „Liv-, Est- u. Kurlfindisches 
Urkundenbuch". 

IV. Z nowych publikacyi. Od stycznia b. r. poczęło wycho- 
dzić we Lwowie pismo miesięczne literackie „Ateneum polskie'' 
pod redakcyą prof. Stanisława Zakrzewskiego. W dziale prac orygi- 
nalnych mieścić się będą utwory beletrystyczne, rozprawy treści nau- 
kowej i społecznej, obszerniejsze rozprawy krytyczne. Działy „rozglądy 
i sprawozdania** i „fakty i dokumenty-^ dają sprawozdania o wypadkach 
w dziedzinie kultury polskiej i obcej, zarówno z rzeczy społecznych 
jak i literatury; przegląd prasy i zapiski bibliograficzne zwracać bę- 
dą uwagę na wybitniejsze nowości. Pismo takie, dostępne dla szer- 
szych mas wykształconej publiczności było potrzebą rzeczywistą, to 
też nowemu pismu możemy rokować dobre powodzenie. 

Komitet redakcyjny „Wielkiej Encyklopedyi powsze- 
chnej^ ogłasza odezwę, w której zwraca się do społeczeństwa i do 
prasy polskiej z prośbą o wydatniejsze poparcie tej tak ważnej publi- 
kacyi. Wychodzi ona równocześnie w dwu seryach, od lit. A i od 
litery N, a ukazało się dotąd w seryi I: 40, a w U: 6 tomów. Wyda- 
wnictwo to zasługuje rzeczywiście na gorące poparcie, tern bardziej, że 
brak odpowiedniej ilości abonentów mógłby narazić ją na przerwanie; 
poparcie umożliwi w kilku latach doprowadzenie pomnikowego dzieła 
do końca. 

Dr. Eugeniusz Barwiński, 



/^^/'^ 



Od Redakcyi. 



Po wydrukowaniu trzeciego zeszytu „Kwart, hist." z r. 1907 
spostrzegła Redakcya, że autor recenzyi dzieła prof. dra Szelągo- 
wskiego użył na str. 532 niewłaściwego w naukowej dyskusyi zwrotu 
(^wprost z podlejszego gatunku pism codziennych"). Redakcya za- 
pewnia prof. Szelągowskiego, że nie z osobistych pobudek, lecz 
wskutek przeoczenia słowa te nie zostały w rękopisie wykreślone. 



Omyłki drukarskie. 



Rocznik XXI str. 678 wiersz 17 od dołu wydrukowano „ustaw mie- 
szczańskich'' zamiast ustaw nieszawskich. 



0'>f^«V*!^o 



KwmM^ błitnTeny JlU^i. 18 



Ijiaz Mm użytydi w Bibliofraiia^ii. 



A. Lbl. = Allgciueines Litteraturblat. 
Apr. M. = Altpreusslsehe Monatssehrift. 

A. sl. Pil. = Archiy f. slav. Philologio. 
Ar. = Architekt. 

B. A. Z. = Beilage ziir Allgemeinen 
Zeituiip. 

B. er. = Bulletin critiąue. 

B. e. cli. = Bibliothóąue de l'ecoIe des 

łliartcp. 
B. pil. W. = Beri i ner philoio?. Wo- 

cheiisclirift. 
B. St. = riłltisciie Studien. 

B. W. = Bibliolekii war>:za\v>kn. 
By/. Z = Byzniitsiiisehe /eirtft-brift. 

C. e. h. = Ćopky casopis historicky. 
Cl M = Cztił^nija w Imp. ohsz^'Zf stwic 

isforii i dri< wnostiij rossijskieh fni 

iiiosKowskoui U'i!Wf-r8it. 
Cz. X. = CztieiiiJH w istorie/. obszcze- 

stwio Nif-stora lictopisca. 
Cz. |». e. = Czasopismo prawnicze i ł^ko- 

iionii* ziie. 

D. Gbl. = DeMtseiie Gescliiihłhblatter. 
D. L. Z. = Deutsche Litteratur-Zeituiig. 
F. br. pr. G. = Forehinifreii zur bran 

deiiburg. u. preuss. Gesehiehte. 

F. W. = Riisski! filologifzeskij Wiestnik. 
(j. p. A. = Gottiiipisihe gelehrte Au- 

zeigeii. 

G. g. N. = Gdrtingigche gelehrte Naeh- 

richteii. 
II. = ILM-ines. 
H. Jb. = Histor. Jahrbuch d. Gorres- 

Gesellschaft. 
II. Vj. = Hiitorisehe Yifrteljahrschrift. 
II. Z. == Ilietorischo Ztitfchiift. 



I. O. I. A.= Izwiestijri iłtdielenija rus- 

skawo jazykai slowitstnosti Inijierat. 

.A.kadieniii nauk. 
I. W. = Jstoriczoskij Wiestnik. 
Kr. = I\r:ij. 

K. Iz. = Uniweisit. Izwiesrija (Kijew). 
K. ."^r. = Kijewskłtja Starina. 
Kw. h. = Kwartalnik historyczny. 
Kw. t. = Kwarlalnik teologiczny. 
Ij. z. = liittorarisclics Zentralblatt. 
Mag. L. = N'"ics IjHUsitzisehes 

Maffasiii. 
M. a. h. L. = Miltciluniien ans d. histor. 

Lit te rat nr. 
M. li'. = Mi:teilnn«<en d. littauisehen 

Gesellscrhaft. 
M. Mari. = Miftciliinpen d. literar. 

(Jesellscli. „MrtM.via". 
M. Pos.=Monatsbl:iiter d. hist. Gesellsch. 

f. Prov. Poseii. 
M. \V| r. = Mitt^ilungen d. westpreus- 

sisehen Geschicht8veieins. 
Muz. = Mnzeuiu. 
Muz. p. = Muzeum polskie. 
N. Kr. = Nasz Kraj. 
N. A. S. G. = Neues Archiv f. Siich- 

sische Geschichte. 
P. h. = Przegląd historyczny. 
P. k. = Przegląd kościt-lny. 
P. I. Pamiętnik literacki. 
P. ni. = Przewodnik naukowy i lite- 
racki. 
P. pi. = irzegląd polski, 
p. pw. = Prztgląd powszechny. 
P. P. A. = Przejli^d jrawa 1 admini- 

sfracyi. 



Pr. Jb. = Preassiflche Jahrb&cher. 

R. A. = Rosskij Archi w. 

R. A. U. h. = Rozprawy Akad. Umiej. 

Wydział historyczny. 
R. A. U. f. = Rozprawy Akad. Umiej. 

Wydział filologiczny. 
R. er. = Revae eritique. 
R. d. d. m. = Reyue des deux mondes. 
R. h. - Reyue historiąue. 
R. P. = Revue de Paris. 
R. Q. = Romische Quartal8chrift. 
R. St. = Russkaja ^itarina. 
R. t. p. = Rocznik tow. przyjaciół nauk 

poznańskich. 
R. T. T. = Rocznik tow. naukowego 

w Toruniu. 
Ś. 8. = Świat słowiański. 
Sz. = Szazadok. 
T. = Tydzień. 

T. i. = Tygodnik ilustrowany. 
T. L. Z. = Teologische Literatur-Zei- 

tung. 

W. = Wędrowiec. 

W. E. = Wiestnik Jewropy. 



W. f. ki. Ph. = Wochenschrift f. klas- 
sische Philologie. 

W. n. a. = Wiadomości numizmatyczno- 
archeologiczne. 

W. Wr. := Wizantijskij Wriemiennik. 

Z. As. = Zeitschrift f. Assyriologie. 

Z. Bw. = Zentralblatt f. Bibliotheks- 
wesen. 

Z. Er. = Zeitschrift d. Yereines f. Ge- 
schichte u. Altertum Ermlands. 

Z. Mar. = Zeitschrift d. histor. Verei- 
nes f. d. Regierugsbezirk Marien- 
werder. 

Z. M. Sch. = Zeitschr. d. Yereines f. 
Geschichte Mahrens u. Schlesiens. 

Z. Pos. = Zeitschrift der histor. Gesell- 
: chaft f. ProYinz Posen. 

Z. Sch. = Zeitschrift d. Yereina f. Ge- 
schichte u. Altertum Schlesiens. 

Z. t. Sz. = Zapiski nauk. tow. im. 
Szewczenka. 

Z. Wpr. = Zeitschrift Westpreussi- 
schen Geschiohtsyereios. 

Ż. M. pr. = Żurnał ministerstwa na- 
rodu, proświeszczenija. 



^fMM<!^^ 



/^/Sa:^- 6S^ 2 



Treść zeszytu. 

I. Rozprawy: str. 

1. Co sądsić o ^Żywotaeh Cyryla i Metodego'', przez 

A. Brticknera 1 

2. Udział książąt śląskich w zamaehu z r. 1177. Przy- 
czynek do dziejów Bolesława Wysokiego i Mieszka 
Raciborskiego), przez Maryana Łodyńskiego 16 

II. MUcellanea: 

Glos Nieiiica*biiirokraty z roku i o roku 1946 46 

III. Recencye i Sprawozdania (zob. Spis omówionych ksią- 

żek i rozpraw na odwrotnej stronie) . . .77 

VL Bibliografia historyi powszechnej, przez Eug. Bar- 

wińskiego 156 

V. Biblio{rafia historyi polskiej, przez Eug. Barwi ń- 

skiego 167 

VI. Kronika, przez Eug. Barwlńskiego . 174 



Spis omówionych l[siąźel[ i rozpraw. 



Kramarczyk Karol: O wyko- 
paliskach korynckich . . . 77 

Świderska Alina: Dwie polskie 
kaplice 78 

Sokołowski MaTyan, Woro- 
bjew Grzegorz i Zubrzy- 
cki Jan: Koócioły i cmentarze 
warowne w Polsce .81 

Bieliński Józef: Pierwsza aka- 
demia lekarska w Warszawie . 88 

Tenże: Stosunki królewskiego 
warszawskiego uniwersytetu z ce- 
sarskim wileńskim .84 

Chodynicki Henryk: Sejmiki 
ziem ruskich w wieku XV . 86 

Smoleński Władysław: Szki- 
ce z dziejów szlachty mazowie- 
ckiej 8^ 

Brdckner Aleksander: Ró- 
inowiercy polscy. Szkice obycza- 
jowe i literackie. Ser. I . .93 

Monografia XX. Sanguszków (sic) 
oraz innycb potomków Lubarta- 
Fedora Olgerdowicza X. Ra- 
tneńskiego. Tom I opracował Z. 
L. Radzimiński: tom III 
opracował Bron. Gorczak . 96 

€odex diplomaticus regni Groatiae, 
Dalmatiae et Slayoniae, edidil 
Academia scientiarum et artium 
Slayorum meridionalium, collegit 
et digessit T. Smi^iklas . 101 

Piekosiński Franciszek dr.: 
Studya, rozprawy i materyały 
z dziedziny historyi polskiej 
i prawa polskiego, t. VII . . 108 

Archiwum miasta Droho- 
bycz a. Zbiór przywilejów, aktów, 
dekretów granicznych, lustracyi, 



memoryałów itp., wydał prof. 
Feliks Gątkiewicz .108 

Łukasiewicz Ant: Stosunek 
Słowaczyzny do Polski w X 
i XI w. 112 

Wondaś Andrzej: Stosunek 
Ottokara II, króla Czech, do ksią- 
żąt Śląska i Polski . . .118 

M i 1 a n J a n dr. : Napad Tatarów 
na Polskę za Leszka Czarnego 
w r. 1287 121 

Heyeker Karl: Die Schlacht bei 
Tannenberg . .121 

Goyski Maryan: Luter i Al- 
brecht przed sekularyzacyą Prus 122 

SchottmttlJer Kurt Dr.: Der 
Polenaufstand 1806/7 . .124 

Mikołaja Malinowskiego: 
Księga ws^^omnień. Wydał Józef 
Tretiak. „Źródła do dziejów Pol- 
ski porozbiorowych** III . 180 

Dubiecki Maryan: Romuald 
Traugutt i jego dyktatura podczas 
powstania s^czniowego 1868/4 . 136 

Chołodecki Józef Biały- 
nia: Dowódcy oddziałów w po- 
wstaniu styczniowem i współ- 
czesne pieśni rewolucyjne . . 140 

Wospominania generał-majora Wa- 
silia Abramowicza Dokudowska- 
wo. Pierwoj połowiny nastoja- 
szczawo stoletia, do 1863 goda 144 

Sbomik dokumentów muzeja grafa 
M. N. Murawiewa. T. I sostawił 
A. Bielec kij . . .147 

Żizń i trudy M. P. Pogodina. N i- 
kołaja Barsukowa. Kniga 
dwadcatąja 163 



-^3,<— . 



Adres Redakcyi; Dr. Aleksander Semkowicz, Lwów, Biblio- 
teka Uniwersytecka. 

Pod tym adresem aprasza się nadsyłać rękopisy, czasopisma, 
kniąźki i listy. 

P. T. Autorów, Wydawców I Nakładców pablikacyj liisto- 
rycznycli uprasza się o nadsyłanie Redakcyi egzemplarzy recen- 
zyjnych. 

Członkowie Towarzystwa historycznego, opłacający rocznie 
wkładkę 10 kor. i 2 kor. wstępnego, otrzymają Kwartalnik hi9to- 
Tffczny bezpłatnie. 

Wkładki członków uprasza się nadsyłać pod adresem: 
Dr. Wilhelm Rolny, Lwów, Biblioteka Uniwersytecka. 

Szanownym Członkom Tow.hist., opłacaj ącym^wkładkę w ratach 
kwartalnych, przypominamy, że obecnie uiścić naleły pierwsza 
ratę za rok 1908. 



Prenumerata Kwartalnika historycznego wynosi rocznie 
12 Kor. = 12 Mk. = 6 Rs. = 15 Fr. Pojedyncze zeszyty sprze- 
daje się po 5 kor. 

Prenumeratę przyjmuje tylko Księgarnia Oubrynowicza 
i Schmidta we Lwowie, ul. Teatralna 9, w Królestwie Polskiem 
i Cesarstwie Rosyjskiem Księgarnia E. Wendego i Sp. w War- 
szawie, Krakowskie Przedmiećcie 9. 



W Księgami ffnlirynowicza i Sctmiidta we Lwowie s^ do naliTcia tal[2e 
nasM^ice nntilikacye Towarzystwa UstoryczBep; Koron 

1. Pamiętnik drugiego Zjazdu historyków polskich we Lwowie 1890. 

L Referaty, II. Obrady i uchwały, 2 tomy S- — 

5. Materyaly historyczne, Tom I. Regestr złoczyńców grodu sano- 
ckiego 1554— 1688, wydał Oswald Balzer 1891 8*00 

8w Materyały historyczne, Tom II. Th. Pirawski, Relatio status almea 

archidioecesifl Leopoliensis, edidit GomeUus JuUus Heck 1893 . 2*80 

k, Fontes rerum Polonicarum in usum scholarum. T. I: Galii Ano- 

nymi Ghronicon recens. L. Finkel et St. Kętrzyński 1899 . 3* — 

6. Indeks do Kwartalnika historycznego (1887—1896, 1698) . 4*— 



Mj ^nf £k pt 1 Cl /] dwumiesi^ziiik naukowy 
llil^C^lC|U wychodzi w Warszawie 

XK. Kochanowskiego IllolUr YCi^n V 

PreBSBeraU roczaa: 6 Rb. — IS Koroo - 16 Mk. 
Adres Redakcyl: WARSZAWA, UL. KOSZYKOWA S7. 

Studya nad liisŁoryą prawa polskieffo 

wydawane pod redakcyą OSWildt BalltTA. 

Dotąd wyssiy: 
T. 1. z. 1: Semkowicz Wl.: Nagana i oezyszczenie szlachectwa 

w Polsce XIV i XV w 1 kor. 60 h. 

— z. 2:Sselągowski Adam: Chłopi dziedzice we wsiach 

na prawie polakiem do końca XIII w. . 2 kor 30 h. 

» z. S:FriedbergJan: Pospolite mszenie w Wielkopolsce 

w drogiej polowie XV w. .3 kor. — h. 

— z. 4: Pazdro Zbigniew: Uczniowie i towarzysze cechów 

krakowskich od polowy w. XIV do polowy w. XVIU 3 kor. 40 h. 

— z. DiBalzer Oswald: Historya porównawcza praw sło- 

wiańskich. Olówne kierunki rozwoju nauki i jej istotne 
zadanie .2 kor. 20 h. 

T. II. z. 1: Samo lewic z Janusz: Sąd wyższy prawa nie- 
mieckiego na zamku sanockim I486--15i58 % kor. — h. 
^ z. 8: Ru ndstein Szymon: Łudnoid wieśniacza ziemi 

halickiej w wieku XV . .1 kor. 70 h. 

— z. 3:Duhień8ki Aleksander: Olowszczyzna w Sta- 

tucie litewskim trzecim .2 kor. %0 h. 

— z. 4:Gru że wski Bolesław: Sadownictwo królew- 

skie w pierwszej połowie rządów Zygmunta Sta- 
rego. 
~ z. 5 : B a 1 z e r Os w a I d : Konstytucya Trzeciego Maja. 
Reformy społeczne i polityczne ustawy rządowej 

z roku 1791 i kor. «0 h. 

T.III.z.l: Ghodyni cki Henryk: Sejmiki ziem ruskich 

w w. XV t kor. — h. 

Warunki prenumeraty: rocznie mb. 4, z przesyłką pocztową nib. 5. 

Adres Redakcyi i Administracyi : Warozaway ul. Nowogrodzita 44. 

Nowi prenumeratorzy roczpi otrzymają zaraz jako premjum 



ATE]łEU]H POItSKIE. 



Mleiitcaik psM^CMj spriWMB kittiry, 

pod redakcyą StaaMswa Zakneiraklegs 

Lwów. Nakł. Tow. wydawniczego. 

PreasBerata wynosi: Rocznie K 20 = Rh. 8— — Mk.18— półrocznie 

K 10 = Rb. 4— = Mk. 9 — kwartalnie K 6 = Rh. 240 = Mk. 175. 

Numer pojedynczy K 2 = Rh. 0-80 = Mk. 1-76. 



^ 




Drukarnia budowa ivc liwowic, 
plac Bernardyński 7. O O O 










^łnancm 




© 



4 ]'r< ) 



^1^ V h. 



A - 



ISCORYCZnV 






Organ Towarzystwa historycznego 



/ ' 



Założył: XnWERV blSSE 

Wydaje: BbEKSBRDER SEMSOWICZ 



Roeznik XXII. 1908 
Zeezyt Z i 3 



IiW6W: eUBRYnOOlICZ I SCRMIDC 
WHRSZHWH: WERDE I SP. 



Działalność naakowa Franciszka Piekosiiiskiego. 



Przedmowa. 

Dnia 27. listopada 1906 r. zmart w Krakowie jeden z naj- 
znakomitszych badaczów naszego średniowiecza: profesor Uni- 
wersytetu jagiellońskiego Dr. Franciszek Piekosiński. 

Kwartalnik historyczny żywi szczególną cześć i pietyzm 
dla pamięci Piekosińskiego, należy bowiem do tych niewielu 
pism, które poszczycić się mogły jego wspó/pracownictwem. 
Dlatego podając naszym czytelnikom żałobną wiadomość o śmierci 
tego nieodżałowanego współpracownika w pierwszym zeszycie 
Kwartalnika z ubiegłego roku, zapowiedzieliśmy zarazem osobny 
artykuł poświęcony jego działalności naukowej, chcąc go uczcić 
pomnikiem, na jaki sobie zasłużył swą niezmordowaną czter- 
dziestoletnią pracą około nauki polskiej. Wszechstronna dzia- 
łalność jego na polu historyi i jej nauk pomocniczych, upowa- 
żniająca go słusznie do podpisywania się Lelewelem II (tak 
podpisał się raz w naszem piśmie), wymagała celem gruntownej 
i fachowej oceny rozdzielenia artykułu między kilku pracowni- 
ków młodszej generacyi, gdyż po Piekosińskim nie mamy już 
uczonego, któryby zakresem swych badań objął tak rozległy 
teren i tyle kierunków, co on. Artykuł niniejszy, jako praca 
składkowa, nie posiada wprawdzie takiej jednolitości, jak praca 
jednego pióra, ale nie zawiera też rażących sprzeczności i nie- 
potrzebnych powtarzań. Nierównomierność objętości poszczegól- 
nych działów usprawiedliwia ta okoliczność, że praca Piekosiń- 
skiego na polu wydawnictwa źródeł i heraldyki była najbujniej- 
szą, w plony najobfitszą i dla nauki najważniejszą. Nie przed- 

KwarUlnik bistoryeuiy XXII— 2/8. 14 



188 Władysław Somkowiez. 

stawiamy osobno jego działalności na polu sfragistyki, ale /ą- 
ezymy ją z działalnością heraldyczną, raz dlatego, że prace jego 
sfragistyczne ściśle się łączą z heraldycznemi, a powtóre, by 
zbytnio nie rozdrabniać całości. Artykuł niniejszy nie ma być 
rozumowaną bibliografią dzieł Piekosińskiego, ale naukową oceną 
jego działalności, stąd rzeczy drobniejsze i mniejszej wagi zo- 
stały w nim pominięte, nie uwzględniono tu w szczególności 
niektórych prac jego z zakresu historyi sztuki, gdyż w tym 
dziale naukowym Piekosiński pracował tylko przygodnie, z obo- 
wiązku konserwatora lub z interesu heraldycznego. Dokładną 
bibliografię wszystkich prac Piekosińskiego pomieścił M. Gu- 
mowski w Wiadomościach numizmatyczno-archeologicznych w ze- 
szycie pierwszym 1907 r. (nr. 69), dokąd też czytelnika odsy- 
łamy. Redakcya. 



Franciszek Piekosiński jako wydawca źródeł. 

Myśl zbadania tajemniczych początków Polski i wyświetle- 
nia genezy społeczeństwa polskiego, zwłaszcza tej jego warstwy, 
która w życiu narodu później kierowniczą odegrała rolę, wcze- 
śnie już musiała świtać w głowie przyszłego autora Rycerstwa 
polskiego. Wcześnie też jednak nabyć on musiał tego przeświad- 
czenia^ że badania nad początkiem państwa i społeczeństwa 
polskiego poprzedzić musi praca przygotowawcza: gromadzenie 
średniowiecznych dokumentów, w celu gruntownego wyświetle- 
nia stosunków wieku XII i XIII, by na ich podstawie drogą 
wnioskowania wstecznego wysnuć poglądy na stosunki odległej 
przeszłości, z której nie dochowały się nam żadne współczesne 
źródła. Inna droga nie wiodła do celu, tę jedynie obrać mógł 
uczony, zmierzający doń z pełną świadomością swego trudnego 
zadania. Dlatego Piekosiński, zanim zabrał się do prac synte- 
tycznych, pierwszych kilkanaście lat swej działalności naukowej 
poświęcił prawie wyłącznie pracy wydawniczej. 

Kończył nauki uniwersyteckie w tym właśnie czasie, kiedy 
po nieszczęśliwem powstaniu 1863 r., w którem sam brał udział, 
rzucono u nas hasło pracy organicznej, budowy u podstaw. Jak 
w Niemczech po Jenie, tak w Polsce po r. 1863 zawrzał go- 
rączkowy ruch na polu wydawnictwa źródeł dziejowych, jako 
fundamentów krytycznych badań nad przeszłością narodu. Za- 



Franciszek Pi^osiński jako wydawca źródeł. 189 

stęp starszych i młodszych pracowników, skupiony głównie oko/o 
Towarzystwa naukowego krakowskiego, jął się usilnej pracy ce- 
lem wydobycia na światło dzienne źródeł, zamkniętych dotąd 
w archiwach i bibliotekach. W rzędzie młodszych stanął wów- 
czas do pracy Piekosiński, jako ukończony słuchacz praw, 
zrazu w charakterze pomocnika, a raczej współpracownika Ja- 
noty przy wydawnictwie dyplomataryusza mogilskiego. Zakres 
i rodzaj tego współpracownictwa określił wydawca w przedmo- 
wie, gdzie dziękuje mu za „ochoczą pomoc przy odpisywaniu 
dokumentów i porównywaniu odpisów z oryginałami, opisywa- 
niu pieczęci i ułożeniu spisów osób i miejscowości^. Ktokol- 
wiek jednak, znający wydawnictwa Piekosińskiego, rozejrzy się 
w dyplomataryuszu mogilskim, ten dostrzeże tam na każdem 
niemal miejscu ślad jego ręki i pozna, że dzieło to jest w prze- 
ważnej części pracą późniejszego wydawcy kodeksów dyploma- 
tycznych. Młody uczony zyskał sobie od razu sławę znakomitego 
paleografa, a ks. Jerzy Lubomirski, podejmując nakład wyda- 
wnictwa Biblii szaroszpatackiej, powierzył jej odpisanie Pieko- 
sińskiemu. 

W r. 1870 powstała w Towarzystwie naukowem krako- 
wskiem głównie za sprawą i staraniem Józefa Szujskiego, Ka- 
rola Estreichera i Franciszka Matejki, komisya historyczna, która 
za cel i zadanie powzięła wyszukiwanie, porządkowanie i wy- 
dawanie materyału historycznego do dziejów Polski. Na jednem 
z pierwszych posiedzeń tej komisyi podniósł Piekosiński myśl 
wydania dokumentów kapituły katedralnej krakowskiej. Komisya 
ten projekt aprobowała, a członkowie jej : Szujski , Janota 
i Szlachtowski oświadczyli gotowość współpracownictwa i rączo 
wraz z wnioskodawcą zabrali się do pracy. Lecz zaraz w po- 
czątkach natrafiono na nieprzewidziane przeszkody. Janotę po- 
wołano na wszechnicę lwowską, Szlachtowski zmarł, a Szujski 
z powodu nawału innych prac musiał się usunąć od współpra- 
cownictwa. Tak tedy cały ciężar pracy wydawniczej spoczął na 
barkach Piekosińskiego. Gdy w r. 1873 miejsce Towarzystwa 
naukowego krakowskiego zajęła Akademia umiejętności, Pieko- 
siński, jako członek komisyi historycznej, przystąpił do pracy 
nad wydawnictwem dokumentów małopolskich, której rezultatem 
było ogłoszenie : 1) dwóch tomów Kodeksu dyplomatycznego ka- 
tedry Tcrakowshiej ; 2) czterech tomów Kodeksu dyplomatycznego 
małopolskiego; 3) dwóch tomów Kodeksu dyplomatycznego mia- 



190 Władysław Semkowicz. 

sta Krakowa, którego dalszym ciągiem są Prawa, przyuńhje 
i słałuła miasta Krakowa w dwóch tomach. 

Aby poznać całą wartość i doniosłość poblikacyi dyplo- 
matycznych Piekosińskiego, musimy przypomnieć, jaki był stan 
wydawnictw odnoszących się do Małopolski przed jego wystą- 
pieniem na arenie naukowej. 

Dokumenty małopolskie rozprószone były dotąd przewa- 
żnie po różnych dziełach bądź treści ogólno historycznej, bądź 
poświęconych dziejom tej dzielnicy lub poszczególnych jej miej- 
scowości, a nadto było kilka zbiorów dyplomatycznych, zawie- 
rających dokumenty małopolskie. Z dzieł treści ogólnej wymie- 
nić należy: Paprockiego: Herby rycerstwa polskiego, Le- 
lewela: Historyczny rozbiór prawodawstwa polskiego, Macie- 
jowskiego: Pamiętniki o dziejach, piśmiennictwie i prawo- 
dawstwie Słowian (dodatki do II t.), Wiszniewskiego: Hi- 
story a literatury polskiej t. II, Łabęckiego: Oómictwo w Pol- 
sce, t. II, Grabowskiego i Przeździeckiego: Źródła do 
dziejów Polski t. I i Gładyszewicza: Żywot bł. Prandoty. 
Szereg dziet i monografii w zakresie dziejów Małopolski, zaopa- 
trzony w materyał dyplomatyczny, rozpoczyna Długosza: 
Liber beneficiorum dioecesis crac, wydane w Krakowie w latach 
1863/4. Dalej mamy Nakielskiego: Miechovia, Szczygiel- 
skiego: Tinecia, Helcia: O klasztorze jędrzejowskim. Ga- 
cki eg o: Benedyktyński klasztor w Sieciechowie i tegoż autora: 
Benedyktyński klasztor św. Krzyża na Łysej górze. Wreszcie 
zbiory przywilejów, zawierające dokumenty małopolskie, były 
następujące: Kodeks dyplomatyczny Polski t. I w opracowaniu 
Rzyszczewskiego, Muczkowskiego i Helcia, oraz t. III 
w opracowaniu Bartoszewicza; w dodatkach do Oazety 
lwowskiej z r. 1850/1 ogłaszane były dokumenty odnoszące się 
do części dawnej Polski pod zaborem austryackim, Kodeks mia- 
sta Wieliczki w opracowaniu Rudyńskiego, Theinera: 
Monumenta Poloniae et Lithtianiae, Janoty: Kodeks dyploma- 
tyczny klasztoru Cystersów w Mogile, Akta grodzkie i ziemskie 
tomów pięć i Kodeks dyplomatyczny tyniecki (w pierwszej błę- 
dnej redakcyi z r. 1871). 

To rozprószenie materyału dyplomatycznego po tylu dzie- 
łach sprawiało historykowi pracującemu nad dziejami Mało- 
polski olbrzymie trudności. Zresztą dokumenty te przedstawiały 
nierówną wartość pod względem metody wydawniczej, co utru- 



Franciszek Piekosiński jako wydawca źródeł. 191 

dniało niezmiernie korzystanie z nich, niektóre zaś były do 
użytku naukowego wprost nieprzydatne. 

Zebranie więc całego zasobu dokumentów, zarówno już 
dawniej ogłoszonych jak i spoczywających dotąd w pyle archi- 
walnym, było wprost naglącą potrzebą, bo bez tego nie mogło 
być mowy o należytym postępie badań nad średniowieczem 
Polski. Zadania tego podjął się i dokonał Piekosiński, jak się 
zaś z niego wywiązał, okaże się z poniższego rozbioru zawar- 
tości i metody wydawniczej jego publikacyi dyplomatycznych. 

1) Kodeks dyplomatyczny katedry krakowskiej św. Wacława 
i. I, II. — Tom I (Monumenta medii aem historica t. I), wydany 
w r. 1874, zawiera 241 dokumentów, z których 174 po raz 
pierwszy zostało ogłoszonych. Pochodzą one z lat 1166 — 1366. 
Wydawca czerpał materyał z archiwum kapitulnego w Krakowie, 
a mianowicie z oryginałów i z kilku kopiaryuszów {Kalendarz 
i Rocznik krakowskie dwie księgi Libri privilegiorum, i trzy 
księgi lAbri archivi). Piekosiński wciągnął do zbioru wszelkie 
dokumenty , jakie znalazł w archiwum kapitulnem , choćby 
z dziejami katedry krakowskiej nie pozostawały w związku. — 
Tom II wyszedł w r. 1883 (Monumenta medii aevi hist t. VIII) 
i obejmuje 375 dokumentów z lat 1367 — 1423; nadto wydru- 
kował wydawca w tym tomie jeden dokument z r. 1226 i 19 
aktów z lat 1304 — 1362, jako uzupełnienie pierwszego tomu. 
Zaledwie kilka dokumentów w zbiorze tym pomieszczonych 
było poprzednio znanych. W zakres wydawnictwa wciągnął 
Piekosiński już nie tylko akta przechowane w archiwum kapi- 
tulnem katedry krakowskiej, ale także dokumenta z innych ko- 
ściołów i klasztorów (Kanoników lateraneńskich u Bożego Ciała, 
Franciszkanek, Karmelitów, Augustyanów, Paulinów) oraz bi- 
bliotek i zbiorów prywatnych. Podobnie jak pierwszy tom, tak 
i drugi nie ogranicza się wyłącznie do dokumentów odnoszą- 
cych się do katedry krakowskiej. Są to przeważnie immunitety 
i nadania książęce i prywatne na rzecz kościołów i klasztorów 
polskich (głównie katedry krakowskiej), różne transakcye, przy- 
wileje lokacyjne i t. p. 

2) Kodeks dyplomatyczny Małopolski t. I — IV. Tom I (Mo- 
num. medii aevi hist, tom III, Kraków 1876) zawiera 371 do- 
kumentów z lat 1178—1386, w tej liczbie 340 po raz pierwszy 
ogłoszonych. Obfitego materyału dostarczyły wydawcy orygi- 
nały i kopiarze archiwów klasztornych małopolskich (Franci- 



192 Wlfidysław Semkowicz. 

szkanek przy kość. św. Jędrzeja, ki. jędrzejowskiego, szczy- 
rzyckiego, Dominikanów, Paulinów i Kanoników lateraneńskich 
a Bożego Cia2a w Krakowie). Nadto czerpał Piekosiński z Teh 
Naruszewicza^ papierów pozostałych po Helciu i innych zbiorów 
prywatnych, z archiwów i bibliotek miast Krakowa, Sącza i Wro- 
cławia oraz z ksiąg sądowych, przechowanych w archiwum 
aktów grodzkich i ziemskich w Krakowie. — Następny tom miał 
objąć cały materyał dyplomatyczny Małopolski z epoki pia- 
stowskiej, o ile w poprzednich zbiorach Piekosińskłego nie był 
jeszcze opublikowany, a więc nie tylko dotąd nieznany, ale także 
już dawniej drukowany, lecz po różnych dziełach i zbiorach 
mało badaczom dostępnych rozprószony. Chodziło zwłaszcza 
o ponowne wydanie dokumentów zamieszczonych w Nakielskiego 
Miechotmij a to z powodu wielkiej tego dzieła rzadkości, niemniej 
jednak i z powodu braków i wad wydawniczych, które wobec 
postępu metody i zasad edytorskich czyniły to dzieło przesta- 
rzałem. Ponadto sporo nowego materyału dostarczył wydawcy 
szereg pracowników na niwie historycznej (Ulanowski, Bobrzyński^ 
Potkański, Prochaska, Szcz. Morawski, Stronczyński i in.). Było 
pierwotnym zamiarem wydawcy wciągnąć do zbioru tego doku- 
menta, odnoszące się do stosunków Polski (wzgl. Małopolski) 
z Węgrami, Czechami i Śląskiem, a nadto dokumenty oczywiście 
podrobione. Ale w ciągu prac przygotowawczych widział się 
Piekosiński zmuszonym, ze względu na liczny napływ aktów, 
odstąpić od tej myśli i ograniczyć się jedynie na wydaniu mate- 
ryałów tyczących się wyłącznie wewnętrznych spraw Małopolski, 
dokumenta zaś odnoszące się do stosunków jej z pomienio- 
nymi krajami, uzupełniwszy aktami ze zbiorów pruskich, branden- 
burskich, pomorskich i t. p., wydać kiedyś w osobnym zbiorze 
jako Acta eoałera. Lecz materyał nagromadzony do drugiego tomu 
okazał się tak obfitym, że trzeba go było rozdzielić na dwa 
tomy. Tom II Kodeksu małopobJciego (Mon. med, aevi hisL t. IX, 
Kraków, 1886) obejmuje w latach 1163—1333 dokumentów 260, 
tom III zaś (tamże t. X, Kraków, 1887) z okresu 1333—1386 
dokumentów 336, a w tem około 400 dokumentów dotąd nie- 
znanych. Złożyły się na to dokumenty klasztorów w Miechowie, 
Starym Sączu, Staniątkach, Sulejowie, Wąchocku, Koprzywnicy, 
Mstowie, Busku, Zawichoście, Szczyrzycu, Krzyżanowicach, Za- 
gościu i na Łysej górze, dalej Dominikanów i Duchaków w Kra- 
kowie oraz Boginek w Sandomierzu. Są tu nadto dokumenty 



Franciszek Piekosińsld jako wydawca źródeł. 193 

kilkunastu miast małopolskich oraz przywileje rodu Gryfitów. — 
Na tomie trzecim miało być wydawnictwo Kodeksu dyploma- 
tycznego małopolskiego zamknięte, o dalszych tomach jego, ma- 
jących objąć epokę jagiellońską, a zwłaszcza wiek XV, nie my- 
ślał Piekosiński zrazu wcale. Ale objąwszy w r. 1891 katedrę 
prawa polskiego w Uniwersytecie jagiellońskim, zabrał się do 
szczegółowego zbadania średniowiecznego prawa zwyczajowego 
w Polsce i przekonał się o ważności dokumentów prawno-pry- 
watnych z XV w., jako źródłach dla prawa zwyczajowego. To go 
skłoniło do poszukiwań materyału archiwalnego z XV w., które 
uwieńczone pomyślnym skutkiem, wydały IV tom Kodeksu dy- 
plomatycznego małopolskiego (Mon. medii aevi hist, i. XVII, 
Kraków, 1905), obejmującego lata 1386—1450. Najbogatszy ten 
w zasób materyału źródłowego Łom liczy 656 dokumentów, 
z małymi wyjątkami nieznanych. Prócz archiwów klasztornych 
dostarczyły wydawcy dokumentów leki Naruszewicza, oraz sze- 
reg bibliotek i archiwów prywatnych. 

3) Kodeks dyplomatyczny miasta Krakowa. (Mon, medii aevi 
hist. t. V i VII) zawiera dyplomata miasta Krakowa i przedmieść 
jego, Kleparza, Kazimierza i Stradomia z lat 1257—1606. Wy- 
dawca czerpał materyał w pierwszym rzędzie z archiwum miej- 
skiego, które posiada około 350 dokumentów oryginalnych z tej 
epoki. Wiele aktów zaginęło, część ich jednak powiodło się 
Piekosiński emu odszukać w kopiarzach przywilejów miejskich^ 
zwłaszcza w Behema Codex picturattis, w księgach miejskich^ 
księgach oblat i sumaryuszach. Cały materyał podzielił wydawca, 
na cztery działy: a) dokumenty odnoszące się do założenia- 
i uposażenia miasta Krakowa i jego przedmieść, jako to : przy- 
wileje, traktaty handlowe, umowy, dekrety i wyroki, tudzież 
akta tyczące się majątku miejskiego i korporacyi miejskich; 
b) wilkirze wydawane przez radę miejską i statuta cechowe 
oraz inne tym podobne akta; c) inne dokumenty i przywileje^ 
które nie były objęte poprzednimi działami, a przecież pośrednia 
lub bezpośrednio do miasta się odnosiły, np. bulle papieskie 
i przywileje biskupie dla kość. NPM. i kość. św. Barbary, na- 
dania królewskie lub prywatne na rzecz różnych kościołów lub 
szpitali i t. p. W tym też dziale pomieszczono różne prywatne 
transakcye, testamenty mieszczańskie i t. p.; d) umowy, tyczące 
się sprzedaży czynszów miejskich na wyderkaf, na opędzenie 
nadzwyczajnych potrzeb miasta lub Rzeczypospolitej. 



194 Władysław Semkowicz. 

Praca nad dalszym ciągiem kodeksu dyplomatycznego mia- 
sta Krakowa, mająca objąć lata 1506 — 1795, wymagała przede- 
wszystkiem żmudnego uporządkowania archiwum akt dawnych 
miasta Krakowa, a następnie przewertowania wszystkich ksiąg, 
gdyż indeksów archiwum nie posiadało. Nadto uwzględnił wy- 
dawca księgi radzieckie Krakowa i Kazimierza oraz przywileje 
i statuta cechowe, znalezione w archiwach różnych cechów. 
Tym sposobem powstał poważny zbiór p. t. Prawa, przywileje 
i statuta miasta Krakowa (Acta historica res gestas Polonie 
illustrantia t. XII). Gały materyał ugrupował wydawca rze- 
czowo i chronologicznie. Pod względem rzeczowym dzieli się 
każdy tom na cztery części: a) przywileje królewskie, wilkirze 
miejskie i uchwały zawierające normy prawne ogólnie obo- 
wiązujące; h) przywileje i wilkirze tyczące się cechów i sta- 
tuta cechowe; c) ważniejsze akta odnoszące się do majątku 
miejskiego i jego granic; d) rachunki miasta Krakowa i wykaz 
wyderkafów. Chronologicznie postanowił pierwotnie Piekosiński 
podzielić tak ugrupowany materyał na trzy tomy, z których 
każdy obejmowałby jeden wiek. Ale w ciągu druku okazało się, 
że z powodu obfitości materyału już pierwszy tom nie będzie 
mógł objąć całego wieku XVI, dlatego wydawca zamknął go na 
r. 1586, przyczem jednak musiał rozdzielić go na dwie części, 
z których każda zawiera po dwa działy rzeczowe, wyżej przy- 
toczone (ukazały się w latach 1885—6). Drugi tom tego wyda- 
wnictwa, obejmujący lata 1587 — 1696, podzielił Piekosiński na 
trzy części, z których pierwsza zawiera listy i przywileje mo- 
narsze oraz wilkirze powszechnie obowiązujące, druga zaś miała 
zawierać cały materyał odnoszący się do cechów w rzeczonej 
epoce po r. 1696, w ciągu jednak druku materyał wzrósł tak 
dalece, że trzeba było księgę tę zamknąć na r. 1648, a resztę 
materyału przenieść do części trzeciej, która miała nadto zawie- 
rać ważniejsze akta odnoszące się do majątku miejskiego i bu* 
dżety miejskie. Ta trzecia część nie ujrzała światła dziennego. 

4) Zbiór dolcumentóiv średniowiecznych do objaśnienia jn-awa 
polskiego ziemskiego służących (Studya, '^ozprawy i materyały 
z dziedziny historyi polskiej i prawa polskiego t. I r. 1897), 
Rozprószenie najdawniejszych dokumentów naszych z XII i XIII 
w. po różnych wydawnictwach, utrudniające badania w zakresie 
prawa polskiego, skłoniło Piekosińskiego do zebrania i kryty- 
cznego wydania materyału dyplomatycznego, służącego do wy- 



Franciszek Piekosiński jako wydawca źródeł. 195 

jaśnienia instytucyi prawa ziemskiego polskiego wieków śre- 
dnich. Wydawca postanowi! objąć tym zbiorem dokumenty 
z XII i pierwszej połowy XIII w., doprowadził go jednak tylko 
do r. 1179 (41 dokumentów). 

5) Kodeks dyplomatyczny Uniwersytetu Tcrdkowskiego t. V, 
(Kraków 1900), zawiera przeszło 200 dokumentów i przywilejów 
uniwersytetu krakowskiego z lat 1549 do 1605, głównie zaczer- 
pniętych z archiwum uniwersyteckiego. 

6) Kodeks dyplomatyczny wielkopolski t. V jest dalszym 
ciągiem publikacyi pułkownika Zakrzewskiego. Zawiera 738^ do- 
kumentów z lat 1400—1444, przeważnie nigdzie dotąd nie dru- 
kowanych, z archiwów: kapitulnego i konsystorskiego gnieźnień- 
skich i poznańskich, archiwum kolegiaty kaliskiej, archiwum 
rządowego i miejskiego w Poznaniu, biblioteki Raczyńskich 
i zbiorów Towarzystwa przyj, nauk w Poznaniu, kilku zbio- 
rów prywatnych, a nadto z lek Naruszewicza. Tom ten, opa- 
trzony wstępem i indeksem Dra Kutrzeby, ukaże się niebawem 
na półkach księgarskich. 



Już z powyższego zestawienia można powziąć niejakie 
wyobrażenie o bogactwie i niezmiernej wadze treści dyploma- 
tarynszów. Jest rzeczą powszechnie znaną i powtarzać jej tu 
chyba nie potrzebuję, że wydawnictwa Piekosińskiego stanowią 
epokę w dziejopisarstwie polskiem średniowiecznem. Publikacya 
całej masy nieznanych dotąd dokumentów, niemniej też sku- 
pienie w kilku tomach znanego wprawdzie, ale rozprószonego 
po kilkudziesięciu trudno dostępnych lub lichych wydawnic- 
twach i dziełach materyału, ułatwiło uczonym znacznie pracę 
w dziedzinie historyografii średniowiecznej, w której też od 
tego czasu zaznacza się żywy ruch i postęp. Teraz dopiero mo- 
żna było pogłębić badania w zakresie prawa i ustroju Polski 
średniowiecznej, jej kultury i stosunków ekonomicznych. Nieje- 
den ważny szczegół znalazł się i dla historyi politycznej ; dla 
dziejów Kościoła polskiego, jego organizacyi wewnętrznej i stanu 
majątkowego źródło to wprost nieprzebrane, a nawet lingwista 
zyskał cenny materyał do badań, z czasów, w których pomniki 
języka polskiego należą do wielkich rzadkości. Niepodobna wy- 
liczać tu wszystkich spraw i stosunków, które w wydawnictwach 
dyplomatycznych Piekosińskiego zyskały materyał pierwszorzę- 



196 Władysław Semkowicz. 

dnej wagi. Szybki rozwój literatury, tyczącej się zwłaszcza pra- 
wnych, ekonomicznych i kościelnych stosunków Polski średnio- 
wiecznej, jest wymownym tego dowodem, jest też w pierwszym 
rzędzie zasługą Piekosińskiego. 

A metoda wydawnicza? 

Aby ją bezstronnie ocenić, należy nadmienić, że w czasie^ 
gdy młody uczony przystępował do mozolnej i trudnej pracy 
nad wydawnictwem dokumentów, na polu metody wydawniczej 
panował niesłychany chaos i zamęt, nie tylko u nas, ale nawet 
zagranicą, zwłaszcza w Niemczech, skąd czerpaliśmy wówczas 
wzory i naukę. 

Mimo bowiem ożywionego ruchu wydawniczego, nie było 
w Niemczech porozumienia ni jednolitości działania między wy- 
dawcami średniowiecznych dokumentów. Ta rozbieżność kie- 
runków w zakresie metody wydawniczej tyczyła się głównie 
trzech kwestyi: 1) ortografii, 2) interpunkcyi, 3) badania auten- 
tyczności dokumentów. Gdy bowiem jedni wydawcy oddawali 
z fotograficzną niemal dokładnością wszystkie właściwości orto- 
grafii i interpunkcyi oryginałów, dopatrując się w nich ważnych 
kryteryów służących do ocenienia autentyczności i pochodzenia 
dokumentów^), to inni, mając na oku nie tylko szczupłe grono 
uczonych, ale i szerokie koła miłośników historyi, wprowadzali 
daleko nieraz idącą modernizacyę pisowni i racyonalną inter- 
punkcyę, by nie utrudniać zrozumienia aktu 2). W szczególności 
chodziło o pojawiające się często w aktach średniowiecznych 
podwójne typy liter na oznaczenie tych samych dźwięków (dłu- 
giego i krótkiego „s", „u" i „v", „i" i J"), oraz o duże litery 
początkowe w środku tekstu. Zatrzymanie w drukowanym tekście 
tych wszystkich właściwości ortografii średniowiecznej uważali 
zwolennicy modernizacyi za przesadny pedantyzm, nieprzydatny 
wcale historykowi 3). Nie było również porozumienia w tym 

^) Np. Bayer Fr. : Urkundenbuch zur Geschichte der jetzt die 
preussischen Regieningsbezirke Coblenz u. Trier bildenden mittel- 
rheinischen Territorien, tom I (Koblencya 1860), który zatrzymuje 
nawet niektóre skróty i znaki skrótowe w tekście. 

2) Modernizowali pisownię w szerszej mierze : B(5hmer w wy- 
dawnictwie Acta Conradi regis, 911 — 918, (Frankfurt n. M. 1859)» 
umiarkowanie : Grotefend i Fiedler w Urkundenbuch d. St, Hanno ver 
(HannoYer 1860), oraz Pertz w Monumentach Germaniae. 

3) Uzasadnił to bliżej Waitz w artykule: Wie soli man Urkun- 
den ediren (Sybels Historische Zeitschrift, t. IV, str. 438). 



Franciszek Piekosiński jako wydawca źródeł. 197 

względzie, czy i o ile zadaniem wydawcy jest badanie znamion 
autentyczności dokumentów, jak nie by/o zgody i w kwestyi, co 
uważać należy za kryteryum autentyczności ^). Były wreszcie 
podzielone zdania w sprawie, czy i w jakiej mierze cięży na 
wydawcy obowiązek zaopatrzenia wydawnictwa w stosowne 
objaśnienia rzeczowe, topograficzne i in. Jedni (Bohmer, Waitz) 
byli zdania, że zadaniem wydawcy jest wyłącznie ogłoszenie 
materyału dyplomatycznego, nie zaś jego opracowanie i co naj- 
wyżej w końcowych indeksach może on podać bliższe określenia 
miejscowości, osób itp.; drudzy natomiast (Beyer) zaopatrywali 
dokumenty w wyczerpujące i wszechstronne objaśnienia. 

Ten brak ustalonych zasad w metodzie wydawniczej daje 
się także spostrzegać w literaturze wydawniczej polskiej. Wy- 
dawcy Kodeksu dyplomatycznego polskiego oddawali tekst ory- 
ginałów z drobiazgową dokładnością, podczas gdy Ż. Pauli 
w Kodeksie uniwersytetu krakowskiego posunął modernizacyę 
tak dalece, że zatarł wszelkie charakterystyczne znamiona orto- 
grafii średniowiecznej, lub dowolnie poprawiał i zmieniał tekst 
oryginału. Inni poszli drogą pośrednią, choć w szczegółach nie 
byli zgodni. I tak gdy np. Janota w Kodeksie dyplomatyczyiym 
mogilskim i Liske w Aktach grodzkich i ziemskich usuwają 
różnicę między „u" a „v", to Kętrzyński w Kodeksie dyploma- 
tycznym tynieckim zachowuje ją, twierdząc, że to są litery wa- 
żne dla ocenienia wieku pisarza i autentyczności dokumentów. 

Co się zaś tyczy kwestyi badania autentyczności, to wytwo- 
rzyły się, rzec można, dwie szkoły wprost sobie przeciwne: 
krakowska (Helcel, Janota, Piekosiński) i lwowska (Kętrzyński, 
Liske) 2). Pierwsza oceniała dokumenty wedle zasady: ąuilihet 
praesumitur bonus, donec probetur contrarius; wychodziła z pre- 
sumpcyi o autentyczności, możliwe sprzeczności i wątpliwości 
starała się godzić i wyjaśniać i dopiero gdy się wyłoniły takie 
sprzeczności, których się nie dało usunąć, uznawała dokument 
za podejrzany, względnie nieautentyczny. Szkoła lwowska przy- 
stępowała do oceny dokumentu z powziętem z góry uprzedzeniem, 
wychodząc z zasady, że „dziesięć choćby niewinnie w wątpli- 



1) Por. Waitz 1. c. 

2) Por. Piekosińskiego recenzyę Kodeksu dyplom, tynieckiego 
w Przeglądzie krytycznym z r. 1876 str. 4f06 n. 



198 Władysław Semkowicz. 

wość podanych dokumentów tyle szkody nie przysporzy dziejom 
ojczystym, jak jeden dokument podrobiony, uchodzący za auten- 
tyczny^' ^) ; dopiero gdy zbadanie znamion zewnętrznych i we- 
wnętrznych nie nasunęło żadnych wątpliwości, nabierano wiary 
w jego autentyczność. Na tej jedynie podstawie, że stosunki prawne, 
w danym dokumencie wspomniane, wydawały się późniejszymi niż 
data dokumentu, odsądzano go od autentyczności, choć stosunek 
ten mógł już wówczas istnieć, tylko był dotąd nieznanym. Podobnie 
krytyka, na drobnych wyrażeniach stylistycznych oparta, często- 
kroć zbyt daleko posuwała się w rzucaniu podejrzeń na auten- 
tyczność dokumentów. Utrzymywało się n. p. mniemanie (Kę- 
trzyński, Liske), że dokumenty świeckie, w których znajduje się 
zagrożenie gniewem bożym lub klątwą kościelną, są niewątpli- 
wie podrobione 2). 

W recenzyi Kodeicsu tmiwersytecJciego^) podniósł Liske 
myśl, aby Akademia, zasięgnąwszy zdania osób kompetentnych, 
ułożyła i ogłosiła zasady, jakich wydawcy dyplomataryuszów 
trzymać się powinni. Myśl ta znalazła przeciwnika w Bobrzyń- 
skim, który w artykule p. t. Kilka uwag w sprame wydatimi- 
ctwa kodeksów dyplomatycznych^) wystąpił przeciw ustanawia- 
niu ścisłej modły, krępującej indywidualność pracy i postęp 
umiejętności. Wywiązała się żywa polemika. Liske odpowiedział 
natychmiast na uwagi Bobrzyńskiego ^), który również niedługo 
dał czekać na Dalsze uwagi iv sprawie tvydawnictwa kodeksów 
dyplomatycznych^. Spór toczył się głównie o to, czy i o ile 
należałoby modernizować pisownię oryginału średniowiecznego. 
Liske domagał się wprowadzenia racyonalnej, nowoczesnej 
interpunkcyi, usunięcia niepotrzebnych wielkich liter w środku 
zdania, a wprowadzenia ich tam, gdzie są rzeczywiście po- 
trzebne (na początku zdania), łączenia wyrazów rozczepionych 



^) Zob. przedmowę do Kodeksu dypl. tynieckiego, wyd. W. 
Kętrzyńskiego, str. XXIII. 

2) Por. rec. Kod. tyn. przez Piekos. (Przegl. kryt. 1876 str. 408), 
który wykazał, 2e zagrożenia takie znajdują się prawie zasadniczo 
w autentycznych przywilejach z XII w., a w przywilejach małopol- 
skich z w. XIII dość często. 

8) Przew. nauk. i lit. 1874 t. I str. 471 n. 

*) Tamże, t. II str. 75 n. 

5) Tamże, II str. 80. 

«) Tamże, II str. 172. 



Franciszek Piekosiński jako wydawca źróde/. 199 

W jedno, rozłączania na dwoje niepotrzebnie związanych i t p. 
Inaczej sądził Bobrzyński, który oświadczy! się za zatrzymaniem 
dawnej ortografii i interpunkcyi w wydawnictwie aktów orygi- 
nalnych, w odtwarzaniu zaś tekstu z późniejszych kopii, które 
już zatraciły znamiona oryginałów, domagał się wprowadzenia 
nowoczesnej pisowni i interpunkcyi. Bobrzyński, jako prawnik, 
zwracał uwagę na niebezpieczeństwo zbyt daleko idącej moder- 
nizacyi tekstu (która zresztą nie ma granic), gdyż pisownia do- 
starcza ważnych wskazówek autentyczności dyplomów, inter- 
punkcya zaś nie jest obojętną dla treści prawnej aktu, której 
jedna kropka, jeden przecinek mogą nadać odmienne zna- 
czenie. 

Uważaliśmy za stosowne przedstawić tu szerzej nieco po- 
glądy na metodę wydawniczą w czasie, gdy Piekosiński rozpo- 
czynał samodzielną pracę nad publikacyą dokumentów, aby zrozu- 
mieć trudności, jakie musiał zwalczać, poznać przeszkody, które 
musiał sobie z drogi usuwać. 

W sprawie pisowni i interpunkcyi podzielał Piekosiński 
zrazu zapatrywania Bobrzyńskiego. W pierwszych % częściach 
Kodeksu dyphmatycznego katedr y krakowskiej zachował z całą 
ścisłością wszystkie cechy pisowni średniowiecznej, a więc za- 
równo ortografię, jak i interpunkcyę dokumentów oryginalnych, 
wychodząc jako prawnik z tego punktu widzenia, że „właści- 
wości pisarskie, w dokumentach zawarte, są poniekąd cechą 
odnośnych wieków, a zatem niepoślednią wskazówką dla krytyki". 
W tekście roi się tedy od dużych liter na początku, a czasem 
i w środku wyrazu, pełno tam też kropek i przecinków w miej- 
scach, gdzie wedle dzisiejszych zasad interpunkcyi byłyby zgoła 
niepotrzebne. Właśnie w czasie drukowania Kodeksu katedral- 
nego wynikł spór o pisownię między Bobrzyńskim a Liskem. Argu- 
mentacya Liskego trafiła Piekosińskiemu częściowo do przekonania, 
gdyż w ostatnich dziesięciu arkuszach poczynił pewne ustępstwa 
na rzecz modernizacyi interpunkcyi. Tej zmianie poglądu dał wyraz 
w przedmowie (str. XII), gdzie czytamy : „Zachowaliśmy z całą ści- 
słością tak pisownię oryginałów, jako też interpunkcyę. Go do tej 
ostatniej, otrzymaliśmy już podczas druku życzliwe uwagi ze strony 
uczonych naszych przyjaciół, którzy ścisłość naszą w tym kie- 
runku zbyteczną być mniemali, jakoby interpunkcya średnio- 
wieczna żadnych stałych nie miała zasad. Nie widzimy po- 
trzeby upierać się przy naszem zdaniu, gdy zmiana 



200 Władysław SemKowicz. 

interpunkcyi średniowiecznej na nowożytną zrozumienie przed- 
miotu znacznie ułatwia...". Ta zmiana, dokonana w toku pracy, 
jakkolwiek dotyczy tylko jednego szczegółu, t. j. interpunkcyi, na- 
daje wydawnictwu znamię niejednolitości, a uwzględnienie mo- 
dernizacyi w jednym zakresie, z pominięciem jej winnym, nara- 
ziło wydawcę ze strony krytyki na zarzut niekonsekwencyi ^). 
Jeszcze dalej poszedł Piekosiński w kierunku wskazanym przez 
Liskego w pierwszym tomie Kodeksu małopolskiego, gdzie od- 
stąpił już od zasady niewolniczego trzymania się tekstu doku- 
mentów oryginalnych i wprowadził wszędzie nowożytną inter- 
punkcyę. Wielkie litery w środku tekstu przeważnie usunął, 
zatrzymując je tylko przy imionach własnych i nazwach miej- 
scowości, oraz na początku zdania. Wyrazy niewłaściwie złą- 
czone rozłączył, a niewłaściwie rozczepione zespolił w jedno. 
Zatrzymał jeszcze tylko różnicę między „u" i „v", oraz koń- 
cową literę „i^^ w postaci „j^ (przedłużone „i"). Tych zasad 
trzymał się Piekosiński we wszystkich następnych wydawnictwach 
średniowiecznych. 

Uwagi powyższe odnoszą się do odtwarzania tekstu orygi- 
nałów; co się zaś tyczy kopii i późniejszych transsumptów, to 
wydawca starał się ich błędny lub przekręcony tekst zresty- 
tuować w stylu i pisowni zbliżonej ile możności do oryginałów, 
współczesnych skopiowanemu dokumentowi, gdzie zaś błędu nie 
mógł stanowczo odtworzyć, względnie poprawić, tam zaznaczał 
to słówkiem sic, lub poprawiał w notce. Na taką restytucyę^ 
tekstu mógł sobie pozwolić tylko taki znawca dyplomatyki śre- 
dniowiecznej, jakim był Piekosiński, jakkolwiek z tego czyniono 
mu zarzuty 2). 

Ten sam postęp w metodzie wydawniczej, jaki zauważyliśmy 
u Piekosińskiego w zakresie pisowni i interpunkcyi daje się 
spostrzegać także w postępowaniu z dokumentami podejrza- 
nymi, względnie podrobionymi. W I tomie Kodeksu kapitul- 
nego ogłosił wydawca in extenso wszystkie dokumenty bez za- 
strzeżeń, a więc nawet takie, które wprost krytyki wytrzymać 
nie mogą. Badał on tylko zewnętrzne znamiona dokumentu, 

*) Recenzya Bobrzyńskiego w Przeglądzie krytycznym z r. 1875 
str. 175 nast, 

2) Por. recenzyę Kwiatkowskiego Kodeksu Małopolskiego t. II 
w Kwart, histor. 1887 str. 79, oraz recenzyę Gorczaka tomu HI 
w Kwartalniku histor. 1889 str. 796. 



Franciszek Piekosióski jako wydawca źródeł. 201 

wychodząc z tego zapatrywania, że krytyka wewnętrzna należy 
do historyka, a nie do wydawcy, który do niej ucieka się 
tylko wówczas, gdy rezultaty krytyki zewnętrznej do tego go 
zniewoliły, niemniej też w razach, gdy nie by/o oryginału, 
tylko kopia. Chcąc zaś ułatwić badaczom rozpoznanie zewnę- 
trznych znamion dokumentów, podał na końcu tomu podobizny 
autograficzne 20 najstarszych dokumentów kapituły krakowskiej. 
Na 241 dokumentów, ogłoszonych w tym dyplomataryuszu, nie 
znalazł Piekosiński ani jednego falsyfikatu, kilka zaledwie po- 
dając w podejrzenie. Zarzucono mu z tego powodu, że nie wy- 
pełnił należycie zadania ciężącego na wydawcy, gdyż podał 
materyał in crudOy tak, że każdy, kto zeń korzysta, musi wpierw 
podjąć pracę około zbadania autentyczności dokumentów, co 
było właściwie obowiązkiem wydawcy i). Piekosiński starał się 
uzasadnić swoje stanowisko w kwestyi badania autentyczności 
w recenzyi Kodeksu dyplomatycznego wielkopolskiego^), gdzie 
powiada: „Krytyka autentyczności dokumentów przy tak ogro- 
mnem dziele, jeśliby miała być wyczerpującą, na długie lata 
odroczyćby musiała ukazanie się książki, z wielką szkodą dla 
postępu badań nad średniowiecznemi dziejami naszemi. Obfitszy 
też wypłynie dla krytyki rezultat, gdy całe grono uczonych na- 
szych badaczy czynić będzie nad temi dokumentami swe nau- 
kowe spostrzeżenia^^ 

Mimo to już w następnym dyplomataryuszu (I t. Kodeksu 
małopolskiego) odstąpił częściowo od wygłoszonych poprzednio 
zapatrywań i poddawszy ścisłej i ostrożnej krytyce tak ze- 
wnętrznych jak i wewnętrznych cech szereg dokumentów, wy- 
kazał nieautentyczność niektórych z nich, co do innych zaś 
podniósł poważne wątpliwości. Drukuje je jednak w tekście 
in extenso i tym samym drukiem, co autentyki (np. nr. 42, 296 etc). 
Dalej jeszcze poszedł Piekosiński w II i III tomie Kodeksu ma- 
łopolskiego, gdzie wydzielił dokumenty oczywiście fałszywe i po- 
mieścił je na końcu zbiorów. Zresztą pogląd Piekosińskiego na 
sposób i metodę badania autentyczności dokumentów odbiegł 
znacznie od zapatrywań lwowskiej szkoły, odnoszącej się wzglę- 
dem każdego dokumentu z powziętem z góry uprzedzeniem. 
Piekosiński był bardzo wstrzemięźliwy w podejrzywaniu doku- 



1) Liske w Przeglądzie krytycznym z r. 1875. 

2) Przegląd krytyczny z r. 1877 str. 443. 



202 Władysław Semkowicz. 

mentów. Żądał zestawienia wszystkich dowodów pro i contra^ 
rozważenia ich wzajemnej ważności, a nawet wówczas, gdy do- 
strzegł w dokumencie błędy i sprzeczności, starał się je wy- 
jaśnić i pogodzić, by tylko uratować autentyczność aktu. Jako 
przykład posłużyć mogą niektóre dokumenty tynieckie, a zwła- 
szcza dokument kardynała Idziego dla Tyńca, który Kętrzyński 
uważał za podrobiony, podczas gdy Piekosiński kruszył z nim 
kopie w obronie jego autentyczności^). 

Piekosiński drukował wszystkie dokumenta w całości, tak też 
uczynił nawet z dokumentami z XV w. w drugim tomie Kodeksu 
dyplomatycznego katedry krakowskiej. Ale komisya historyczna 
na posiedzeniu w dniu 4 grudnia 1883 uchwaliła na wniosek 
Bobrzyńskiego wykluczyć w przyszłości wszystkie mniej ważne 
akta prawno- prywatne, inne podawać tylko w regestach, z wy- 
jątkiem aktów niezwykłej wagi, których ogłoszenie w całości 
jest nieodzowne. Piekosiński, zgadzając się w zasadzie na rege- 
stowanie aktów prawno - pry watnych , zwrócił komisyi tylko 
uwagę na trudność w dokonaniu tego zróżnicowania i możli- 
wość przeoczenia ważnych szczegółów 2), Obawy Piekosińskiego 
ziściły się, gdy przystąpił do wydania IV tomu Kodeksu mało- 
połskiegOy mającego objąć dokumenty z XV w. Jeśli ze sta- 
nowiska historyi uchwała komisyi była zupełnie słuszną, to 
ze stanowiska prawa wydawała mu się wprost szkodliwą, 
gdyż, jak słusznie podniósł w przedmowie, dokumenta prawno- 
prywatne mają dla dawnego prawa zwyczajowego polskiego 
wielką doniosłość i wartość naukową, czem górują nad zapi- 



1) W r. 1874 ogłosił W. Kętrzyński w Przewodniku naukowym 
i literackim rozprawę, w której starał się wykazać, że dokument 
ten jest podrobiony. Pogląd swój wyłożył powtórnie w wydanym 
rok później Kodeksie dyplomatycznym tynieckim, gdzie umieścił do- 
kument kardynała Idziego na naczelnem miejscu. W obronie auten- 
tyczności tego aktu i szeregu innych wystąpił Piekosiński w recen- 
zyi Kodeksu tynieckiego w Przeglądzie krytycznym z r. 1876, a wy- 
wody Piekosińskiego poparł i dokładniej uzasadnił Papee w rozpra- 
wie p. t. Najstarszy dokument polski (Rozprawy Ak. umiej. Wydz. 
hist. filoz. t. XXIII). W sprawie tej zabrał następnie powtórnie głos 
Piekosiński w pracy p. t. Jeszcze słowo o dokumencie legata Idziego 
(Kwartalnik historyczny z r. 1889), na co wreszcie odpowiedział 
Kętrzyński w Przewodniku naukowym i literackim z r. 1889, broniąc 
dawniej postawionej tezy. 

2) Por. Sprawozdanie z posiedzeń Akad. umiej, z r. 1884. 



Franciszek Piekosiński jako wydawca źródeł. 203 

skami sądowemi, do których rzędu zeszlyby, gdyby zostaJy zre- 
gestowane. Dlatego Piekosiński domagał się cofnięcia owej 
uchwa/y, ale dopiero po latach przeszło dziesięciu uzyskał jej 
częściową modyfikacyę w tym kierunku, że mniej ważne akta 
prawnó-prywatne mają być regestowane, a ważniejsze poda- 
wane w całości. Ponieważ rozpoznanie tego, co jest mniej, a co 
więcej ważnem, pozostawiono ocenieniu wydawcy, przeto w IV 
tomie Kodeksu małopolskiego na 556 dokumentów znalazło się 
tylko 129 w regestach. Tych samych zasad trzymał się Pieko- 
siński także w Kodeksie dyplomatycznym wielkopolskim z XV w. 
Każdy dokument posiada dokładny komentarz, objaśniający 
zewnętrzne jego cechy, a więc opis oryginału i pieczęci, a jeśli 
akt pochodzi z kopii, podaje wydawca źródło, z którego tekst 
zaczerpnął, niemniej też, jeśli dokument był poprzednio druko- 
wany, cytuje odnośne dzieło. Najświetniejszą część wydawnictw 
dyplomatycznych Piekosińskiego stanowią objaśnienia history- 
czno-prawne i topograficzne. Świadczą one nie tylko o niezmor- 
dowanej pracowitości i gorliwości wydawcy, ale też o głębokiej 
jego wiedzy i bystrości sądu. Niektóre z tych objaśnień wyrosły 
do rozmiarów sporych rozprawek, poświęconych rozpatrzeniu wa- 
żniejszych zagadnień dyplomatycznych, prawnych, historycznych 
lub sfragistyczno-heraldycznych i). Położenie każdej miejscowości 
wspomnianej w dokumencie określił wydawca dokładnie, wskazu- 
jąc jej województwo, obwód, powiat i parafię. Średniowieczna piso- 
wnia, przekręcająca nieraz dziwacznie właściwe brzmienie nazw, 
utrudniała częstokroć odgadnienie danej miejscowości, lecz bystry 
umysł Piekosińskiego pokonywał z łatwością te przeszkody, tak, 
że stosunkowo niewielka ilość nazw pozostała nierozwiązaną. 
Przy odszukiwaniu miejscowości posługiwał się wydawca Tabelą 
miasta wsi i osad Królestwa Polskiego z r. 1827 oraz Skorowi- 
dzem wszystkich miejscowości położonych w król. Oalicyi i Lodo- 
meryi z r. 1855. Z tego uczyniono mu słusznie zarzut 2), gdyż 
podział Królestwa Polskiego na województwa i obwody, a Ga- 
licyi na obwody, dziś już wcale nie istnieje, a granice powia- 



^) Por. cenne uwagi o grzywnach i dziesiętnikach w I tomie 
Kodeksu katedralnego, o pieczęci Kędzierzawego i Henryka w II t. 
Kodeksu małopolskiego. 

2) Wierzbowski w recenzyi I t. Kodeksu kapitulnego, Ateneum 
z r. 1877 U str. 403 n. 

Kwartalnik Uitoryoany ZXn— 2/3. 1^ 



204 Władysław Semkowicz. 

tów dzisiejszych nie pokrywają się z dawniejszemi, tak, że we- 
dle określeń Piekosińskiego niełatwo odszukać miejscowości na 
mapie. Powtóre Idbela nie jest wyczerpującym wykazem wszyst- 
kich dziś istniejących miejscowości i na dokładnych mapach 
można znaleźć niejedną z tych osad, które wydawca uznał za 
nieistniejącą, nie znalazłszy jej w Tabeli. Sam to przyznaje 
w przedmowie do II tomu Kodeksu małopolskiego (str. XIII), 
usprawiedliwiając się jednak, że „niepodobnem było, iżbyśmy 
za każdą taką miejscowością przeglądali szczegółowo całą mapę 
Małopolski, gdy w dokumentach podawane są miejscowości naj- 
częściej bez bliższego oznaczenia, gdzie takowe leżą''. 

Korzystanie z dypiomataryuszów Piekosińskiego ułatwiają 
sumiennie opracowane indeksy. W kilku pierwszych Kodeksach 
pomieszczał po cztery wykazy: a) osób, b) miejscowości, c^ do- 
stojników i urzędników duchownych i świeckich, dj ważniejszych 
przedmiotów i wyrazów polskich i obcych. Krytyka uznała takie 
rozczłonkowanie indeksu za rzecz niepraktyczną i doradzała 
połączenie poszczególnych wykazów w jeden spis ogólny^). Pie- 
kosiński nie od razu dał posłuch temu życzeniu. W II i III tomie 
Kodeksu małopolskiego połączył wykaz miejscowości z wykazem 
urzędów^ a dopiero w IV tomie tego wydawnictwa ułożył jeden 
wykaz osób i miejscowości, tylko wykaz rzeczowy stanowił 
nadal osobną całość. Ten ostatni dział rozwijał się w ciągu 
pracy wydawniczej Piekosińskiego, stawał się coraz bogatszym 
i dokładniejszym, tak, że gdy w I tomie Kodeksu kapitulnego 
liczył tylko 5 stron, to w IV tomie Kodeksu małopolskiego wy- 
rósł do rozmiarów 36 stron. 

Rzecz jasna^ że tak znakomity wydawca, jakim był Pieko- 
siński, musiał posiadać wytrawny sąd w kwestyach, tyczących 
się zagadnień z zakresu dyplomatyki. Złożył tego dowody nie 
tylko w swoich wydawnictwach w objaśnieniach dokumentów, 
ale nadto w szeregu znakomitych rozpraw i recenzyi, przeważnie 
o charakterze polemicznym. Prócz wspomnianych wyżej recenzyi 
Kodeksów dyplomatycznych: tynieckiego i wielkopolskiego oraz 
prac w obronie autentyczność dokumentu legata Idziego dla 



^) Liske w recenzyi I t. Kodeksu kapitulnego, Przegląd nauk. 
i lit. z r. 1875, oraz Bobrzyński w recenzyi tegoż Kodeksu w Prze- 
glądzie krytycznym z r. 1875. 



Franciszek Piekosiński jako wydawca źródeł. 205 

Tyńca 1), zabierał głos w sporze między Kętrzyńskim a Ulano- 
wskim o autentyczność przywileju ks. Konrada mazowieckiego 
z r. 1203 dla biskupstwa płockiego i stosunek jego do zapiski 
w rękopisie kapituły płockiej z XIV w., zawierającej także spis 
posiadłości tegoż biskupstwa. Na podstawie dokładnego zbadania 
pieczęci książęcej orzekł Piekosiński wbrew Ulanowskiemu, że 
dokument ów jest stanowczo falsyfikatem, a odmiennie od zda- 
nia Kętrzyńskiego twierdził, że tak dokument jak owa zapiska 
z XIV w. mają wspólne źródło w dawniejszej zapisce 2). W re- 
cenzyi pracy Krzyżanowskiego o Dyplomach Bolesława Wstydli- 
wego dla katedry JcraJcowskiej bronił swego zapatrywania, wypo- 
wiedzianego w Kodeksie katedralnym o wzajemnym stosunku 
przywilejów, zwłaszcza oględowskiego do chroberskiego ^). Insty- 
tucye prastare, sięgające starożytnością swoją zamierzchłej doby 
pierwszych Piastów, szczególniej nęciły Piekosińskiego, dlatego 
musiał wzbudzić ciekawość jego najdawniejszy dokument polski 
Władysława Hermana, odkryty przez prof. Wojciechowskiego. 
Szczególnie zajęła go kwestya istnienia na dworze Władysława 
dobrze urządzonej kancelaryi książęcej, czego starał się dowieść 
w rozprawce p. t. Najdawniejszy dokument polski *), 

Rozważenie zasad metodycznych, któremi posługiwał się 
Piekosiński w swych pracach wydawniczych, dozwoliło nam po- 
i^zynić kilka spostrzeżeń, rzucających światło na jednego z naj- 
wybitniejszych wydawców nowoczesnych. Metoda jego nie jest 
przedewszystkiem ślepem naśladownictwem obcych lub swojskich 
wzorów, ale jest na wskroś oryginalną. Powtóre metoda ta nie 
była skostniałym szablonem, lecz przeciwnie kształtowała się 
i doskonaliła w ciągu pracy pod wpływem doświadczenia wy- 
dawcy i głosów krytyki. I to właśnie nadaje jej szczególną 
wartość naukową, to jej zjednało uznanie nie tylko u nas, ale 
i zagranicą^). 

Jedna tylko nasuwa się nam uwaga krytyczna ogólniejszej 
natury, a mianowicie brak planu w pracy wydawniczej na dalszą 



^) Zob. wyżej str. 202. 

2) Kwartahiik historyczny r. 1887 str. 503. 

3) Kwartahiik histor. 1890 str. 772. 

*) Wiad. num. arch. z r. 1902 nr. 54. 

S) Por. chluboe świadectwo Perlbacha w G5tt. Gel. Anz. z r. 
1884 str. 13. 



206 Władysław Semkowicz. 

obliczonego metę, co sprawiło, że Małopolska nie posiada dziś 
jednolitego dyplomataryusza, chronologicznie ułożonego, jednym 
indeksem zaopatrzonego, tak jak n. p. Wielkopolska. Śląsk, Po- 
morze lab Prusy, ale zasób dokumentów małopolskich rozbity 
jest na szereg poszczególnych zbiorów i). Piekosiński — zdaniem 
mojem — niepotrzebnie stworzył aż trzy działy dyplomatyczne, 
wydając obok ogólnego Kodeksu małopolsTciego dwa specyalne 
kodeksy: katedry krakowskiej i miasta Krakowa. Przyjąwszy je- 
dnak raz za zasadę taki rozdział, powinien był konsekwentnie 
go przeprowadzić. Tymczasem już w pierwszym tomie Kodeksu 
kapitulnego wydawca nie poprzestał wyłącznie na aktach odno- 
szących się do dziejów katedry krakowskiej, ale wciągnął doń 
wszystkie dokumenta znalezione w archiwum kapitulnem, wy- 
chodząc z tej słusznej zresztą zasady, że głównym celem Ko-^ 
deksu dyplomatycznego jest służyć ku wyświetleniu stosunków 
wewnętrznych i instytucyi prawnych wogóle, nie zaś tylko je- 
dnego kościoła lub klasztoru. Jeśli jednak tom pierwszy mógł 
otrzymać nazwę kodeksu katedry krakowskiej, ile że mieści 
w sobie wyłącznie dokumenty z archiwum kapitulnego zaczer- 
pnięte, to drugi tom tego kodeksu już wcale na tę nazwę nie zasłu- 
żył, gdyż tam, obok aktów z archiwum kapitulnego pochodzących, 
znachodzi się wiele dokumentów z innych archiwów kościelnych 
i klasztornych, tak, że temu tomowi raczej miano kodeksu ma- 
(Topolskiego przysługuje. Już bardziej uzasadnionem jest osobne 
wydanie Kodeksu miasta Krakowa^ który na ogół zawiera je- 
dnorodne dokumenta, choć historyk mieszczaństwa i stosunków 
ekonomicznych Małopolski nie może na nim poprzestać, ale 
musi sięgnąć do Kodeksów dyplomatycznych katedralnego i wa- 
łopolskiego, gdzie znajdzie materyał do dziejów innych miast 
tej dzielnicy. To rozprószenie dokumentów małopolskich w dzie- 
sięciu zbiorach utrudnia wielce pracę nad stosunkami Mało- 
polski. Mogłyby temu zaradzić częściowo regesta, wydane 
po myśli Piekosińskiego dla każdej z dzielnic osobno. Sprawa 
regestów podniesiona najpierw przez wydawców Kodeksu dyplo^ 
matycznego polskiego, znalazła w Piekosińskim gorącego zwo- 

1) Prócz dyplomataryuszów Piekosińskiego są nadto kodeksy: 
mogilski, tyniecki, wielicki, Sanguszków, III tom Kodeksu dyploma- 
tycznego polskiego, Ulanowskiego : Dokumenty kujawskie i mazo-« 
wieckie, gdzie znajduje się nadto kilka małopolskich i Akta grodzkie^ 
i ziemskie t. I — IX. 



Franciszek Piekosiński jako wydawea źródeł. 207 

lennika. Już na jednem z pierwszych posiedzeń komisyi histo- 
rycznej w r. 1873 poruszył myśl ułożenia regestów i zawiązanej 
w tym celu w łonie komisyi sekcyi, przedłożył plan opracowa- 
nia tychże. Mimo jednak kilkakrotnego ponawiania tego ważnego 
postulatu naukowego na q'azdach historycznych, nie doczeka! 
się on dotąd niestety urzeczywistnienia. 

Ten brak z góry powziętego planu daje się spostrzegać 
także w wydawnictwie Pratt\ przywilejów i statutów miasta Kra- 
kowa. Zbiór ten, będący dalszym ciągiem Kodeksu dyplomatycz- 
nego miasta Krakowa, ma jednak odmienne od niego ugrupo- 
wanie materyału dokumentowego, co niepomiernie utrudnia 
poszukiwania^). Ta okoliczność, że Piekosiński nie obliczył za- 
wczasu objętości zbioru i nie rozłożył materyału na poszczególne 
tomy, czyniąc to dopiero w czasie druku, sprawiła, że układ 
tego wydawnictwa, ze wszech miar zresztą cennego, jest nie- 
równomierny i chaotyczny. Przyczyny tego szukać należy w go- 
rączkowym pospiechu z jakim Piekosiński prowadził swoje 
wszystkie prace. Z postępem lat i choroby ta gorączkowość wzma- 
gała się i odbiła się zwłaszcza niekorzystnie na wydawnictwach 
z ostatnich czasów np. na IV tomie Kodeksu małopolskiego lub 
Zapiskach województwa sandomierskiego, któreto wydawnictwa 
ze strony krytyki spotka/y ciężkie zarzuty 2), nieu włączające 
zresztą olbrzymim zasługom Piekosińskiego na polu wydawnictwa 
dokumentów. 

Piekosiński jako prawnik cenił dokumenty, nawet prywatno- 
prawne, nierównie wyżej, niż zapiski sądowe, gdyż te ostatnie 
podają tylko w krótkim regestrze treść aktu, pomijając przytem 
zupełnie jego formę. Przyznawał jednak i zapiskom wysoką war- 
tość, jako pierwszorzędnemu i najobfitszemu źródłu do poznania 
dawnego prawa zwyczajowego, heraldyki, kultury i języka. Do 
pracy nad wydawnictwem zapisek sądowych zabrał się jednak 
dopiero w późniejszym wieku, gdy zbiory dyplomatów były już 

1) Wytknął to Krzyżanowski w recenzyi w Kwartalniku hist. 
z r. 1892 i 1893. 

2) Prochaska w recenzyi IV t. Kod, małop., zamieszczonej w Kwar- 
talnika historycznym z r. 1906 zesz. 4, wykazał cały szereg dokumentów 
drukowanych z kopii, które już dawniej były ogłoszone z oryginałów 
w innych zbiorach. Por. też moją recenzyę o Zapiskach sandomier- 
skich Kwart., hist. z r. 1908 z. 2/8, 



20S Władysław Semkowioz. 

na ukończenia. Stąd jego zbiory zapisek nie mogą iść w po- 
równanie ani pod względem obfitości, ani też pod względem 
doskonałości wydawniczej z publikacyami dokumentów, pocho- 
dzących przeważnie z młodszej epoki życia, w której rozporządzał" 
jeszcze pełnią sił i energii umysłowej. Nie da się jednak zaprze- 
czyć, że i one są ważnym dla nauki nabytkiem, tak, że żaden 
historyk prawa i kultury nie będzie mógł pomijać ich w swych ba- 
daniach. A już żaden badacz i wydawca nie będzie się mógł obejść 
bez nieocenionej wskazówki do oznaczania czasu pochodzenia nie- 
datowanych rękopisów papierowych, jakiej dostarczył nam Pie- 
kosiński w swych dwóch zbiorach znaków wodnych średnio- 
wiecznych, z których jeden obejmuje prawie ośmśet filigranów 
z XIV w.^), drugi zaś przeszło trzysta z w. XV 2), zaczerpniętych 
z rękopisów biblioteki jagiellońskiej oraz archiwów w Krakowie, 
Poznaniu, Warszawie i Wrocławiu. 

Wydawnictwa zapisek Piekosińskiego są dwojakiego ro- 
dzaju: zbiory ogólne oraz specyalne odnoszące się do jednej 
tylko instytucyi prawnej, mianowicie zapiski heraldyczne i roty 
przysiąg. Do pierwszej kategoryi należą następujące zbiory: 

1) Akta sądu leńsHego wyższego w Oródku goleskimy 1405 do 
1564 (Starodawne prawa polskiego pomniki t. IX, Kraków 1889). 
Sąd leński w Gródku goleskim miał siedzibę w Kołaczycach, 
miasteczku położonem u stóp grodu Golesza, a jurysdukcya 
jego rozciągała się na posiadłości klasztoru tynieckiego, nad 
rzeką Białą, Wisłoka i Ropą. Sąd ten urzędował w dwoja- 
kim charakterze: jako sąd sołtysi, rozstrzygając spory między 
wójtami i sołtysami, oraz procesy przeciw nim wytaczane > 
i jako sąd wyższej instancyi, wydając ortyle dla ław wiejskich 
w jego okręgu położonych. Zapiski tego sądu wydrukowane 
są z rękopisu biblioteki jagiellońskiej. Dają one doskonały 
obraz rozwoju recypowanego w Polsce prawa niemieckiego 
i przewodu sądowego, pod wielu względami różniącego się od 
prawa i przewodu obowiązującego w Niemczech^). 

^) Znaki wodne w rękopisach polskich wieków średnich (Wia* 
domodcl num. arch. 1892). Drugie wydanie p. t Średniowieczne 
znaki wodne zebrane z rękopisów w archiwach i bibliotekach pol- 
skich, głównie krakowskich z XIV w., Kraków 1893. 

2) Wybór znaków wodnych średniowiecznych z XV w. Dodatek 
do Wiad. num. arch., Kraków 1896. 

1) Por. recenzyę Margasza w Kwartalniku historycznym z r. 1890 
str. 762. 



Franciszek Piekosiński jako wydawca źródeł. 209 

2) Akta sądu hryminalnego muszyńskiego, 1647 — 1765 
(Starod. pr. pol. pomn. t IX, Kraków 1889). Sąd miasteczka 
Muszyny byt jedynym w swoim rodzaju, bo w skład jego wcho- 
dzili reprezentanci trzech praw: miejskiego muszyńskiego, miej- 
skiego tylickiego i prawa kresowego, łj. z klucza muszyń- 
skiego, należącego do biskupstwa krakowskiego. Sąd krymi- 
nalny w Muszynie był sądem dworskim klucza muszyńskiego 
i sądził na zasadzie prawa magdeburskiego. Wydawca ogłosił 
36 zapisek, które stanowią ważny przyczynek do historyi prawa 
karnego i obyczaju polskiego. Materyał ten pochodzi z archiwum 
miasteczka Muszyny. 

3) Wybór zapisek sądomjch grodzkich i ziemskich wielkopol- 
skich z XV. w, i. I zesz. 1 (Słudya, rozprawy i materyały 
z dziedziny historyi pol i prawa pol. i. VI zesz. 1, Kraków 
1902). Zapiski wielkopolskie z końca XIV w. ogłosił przed 
laty 20 Lekszycki^). Niniejsza publikacya jest dalszym cią- 
giem poprzedniej i zawiera około półtora tysiąca zapisek są- 
dowych poznańskich, pyzdrskich, kościańskich i gnieźnieńskich 
z lat 1400—1410. Jest to wszakże tylko pierwsza część zbioru, 
który Piekosiński miał zamiar kontynuować i dosięgnąć przy- 
najmniej do r. 1430, czego mu się nie powiodło już doko- 
nać, tak, że wydawnictwo pozostało nawet bez indeksu, dzieląc 
losy zapisek Helcia i Ulanowskiego. W każdym razie cenny 
to materyał, bo pochodzący z prastarej polskiej dzielnicy, która 
długo zachowała cechy wybitnej odrębności pod względem życia 
społecznego, obyczajowego i prawnego. 

4) Zapiski sądowe województwa sandomierskiego, 1395 do 
1444 (Architmtm komisyi praumiczej t. VIII cz. 1). Wyda- 
wnictwo to obejmuje 1117 zapisek z ksiąg wiślickich, radom- 
skich, opoczyńskich i pilzneńskich, z archiwum głównegow War- 
szawie i z archiwum aktów grodzkich i ziemskich w Kra- 
kowie. Obok wyboru zapisek podał Piekosiński osobno spis na- 
główków, zawierających terminy sądowe z lat 1395 — 1420. Wy- 
dawnictwo, rozpoczęte przez Piekosińskiego, dokończył drukować 
i indeksem zaopatrzył Dr. St. Kutrzeba^). 

Prócz tych ogólnych zbiorów zapisek ogłosił Piekosińskf^ 
dwa zbiorki zapisek heraldycznych, które omówię w artykule- 



1) Die altesten polnischen Grodbtleher, 2 tomy. Poznań 1887 — 9:. 

2) Por. moją recenzyę w Kwartalniku bistor. z r. 1908 z. 2/3^ 



210 Władysław Semkowicz. 

poświęconym działalności jego na polu heraldyki ^). Tu wspomnę 
tylko o małym zbiorku p. t. Nieznane średniowieczne roty 
przysiąg wareckie z lat 1419 — 1480 (Architcum Jcomisyi prawniczej 
t. VIII cz. Ij. Drobne to i niewielkiej wartości wydawnictwo, za- 
wierające materyał w części znany z Księgi ziemi czerskiej Lu- 
bomirskiego, należy także do pośmiertnej spuścizny Piekosiń- 
skiego 2). 

W kwestyi sposobu ogłaszania zapisek sądowych niema 
między wydawcami naszymi zgody i porozumienia. W niemie- 
ckiej i czeskiej praktyce wydawniczej ustaliła się zasada wy- 
dawania zapisek wszystkich w całości z wiernem oddaniem 
właściwości dyplomatycznych pierwowzoru 8). 

U nas wytworzyły się trzy metody wydawania zapisek są- 
dowych, z których każda posiada pewne wady i zalety. 

Najprostsza metoda, przyjęta też przez większość polskich 
wydawców (Lubomirski, Liske, Pawiński, Lekszycki, Kocha- 
nowski), polega na dosłownem przedrukowaniu całej księgi są- 
dowej i uwydatnieniu z fotograficzną dokładnością wszystkich 
najdrobniejszych szczegółów oryginału. Ta metoda, na pozór 
najwłaściwsza i najbardziej zresztą odpowiadająca wymogom 
naukowym, rozbija się jednak o ogrom materyału wydawniczego 
z jednej, a brak funduszów na cele naukowe u nas z drugiej 
strony. Gdybyśmy chcieli wydać cały materyał zapiskowy prze- 
chowany we wszystkich archiwach polskich, to wydawnictwo 
takie w obrębie tylko średniowiecza zajęłoby kilkaset wielkich 
tomów druku, na co ani sił ani środków materyalnych nie po- 
siadamy. Możnaby tę metodę stosować tylko do najstarszych 
zapisek, z końca XIV w. i na to jest zgoda w naszym świecie 
naukowym, ale niepodobna dziś jeszcze marzyć o tem, abyśmy 
w ten sposób mogli rychło wydać wszystkie zapiski z XV w., 
nie mówiąc już o czasach późniejszych. 

Ten wzgląd natury czysto praktycznej zrodził drugą metodę, 
zapoczątkowaną przez Helcia w wydawnictwie zapisek sądowych 
krakowskich w Wiomi^ Starodawnych prawa polskiego pomników. 
Polega ona na wyszukiwaniu i ogłaszaniu drukiem tylko „wy- 



^) Zob. niżej str. 236. 

2) Por. moją recenzyę w Kwartalniku histor. z r. 1908 z. 2/3. 

^) Zob. recenzyę Handelsmana o Kochanowskiego : Księgach są- 
dowych brzesko-kujawskich. Przegląd historyczny 1908, zesz. 1, 
str. 127. 



Franciszek Piekosiński jako wydawca źródeł. 211 

boru" takich zapisek, które pod jakimkolwiek względem (histo- 
rycznym, prawnym, kulturalnym, heraldycznym, lingwistycznym 
etc.) przedstawiają wartość naukową. Materyał tak zebrany gru- 
pował Helcel chronologicznie, bez względu na księgi, z zacho- 
waniem jedynie różnicy między zapiskami z ksiąg grodzkich 
a ziemskich. Tę metodę wyciągową stosował Ulanowski (w wy 
dawnictwie zapisek kaliskich) i Piekosiński, a zalecał ją także 
Bobrzyński na pierwszym zjeździe historycznym w r. 1881 w re- 
feracie p. t. ZapisJci sądowe i ich wydawnictwo ^). Metoda ta, 
usprawiedliwiona względami czysto praktycznymi, posiada jednak 
tę zasadniczą wadę, że prowadzi wydawcę, choćby najwykształ- 
ceńszego i najsumienniejszego, do jednostronnego uwzględnienia 
tylko takich zapisek, które jego samego najbardziej obchodzą 
i zajmując). Zapiska, którą jeden badacz uzna za maloważną 
i zbędną w ,. wyborze", dla innego może mieć jakieś znaczenie 
naukowe-). Kwestya wyboru jest tedy rzeczą czysto indywi- 
dualną i trzebaby chyba umysłu uniwersalnego, któryby panował 
nad wszystkiemi gałęziami nauki, czerpiącemi materyał źródłowy 
z zapisek sądowych, aby taki wybór prawidłowo i trafnie usku- 
tecznić. Ponieważ o takiego uczonego trudno, przeto Bobrzyński 
radził na wspomnianym zjeździe historycznym przyjąć zasadę, 
że „przy wydawaniu zapisków urzędowych wydawca zamknąć 
się powinien w granicach pewnej gałęzi nauki, nad którą pa- 
nuje, szukać i wybierać zapiski i akta ważne dla tej gałęzi, zaś 
wydawnictwo aktów ważnych pod innymi względami zostawić 
następcom". Tym sposobem powstałyby osobne zbiory zapisek 
prawnych, obyczajowych, językoznawczych etc>) Przeciwko temu 
jednak podniesiono zarzut^), że w myśl powyższej zasady ten sam 
raateryal źródłowy musiałby przechodzić przez szereg rąk, a po- 
nieważ nie można z góry przewidzieć, czy dana zapiska jest 
ważną tylko dla prawa, czy także dla historyi lub innej gałęzi 
nauki, przeto te same zapiski musiałyby być przedrukowywane 



1) Pamiętnik pierwszego zjazdu historyków polskich. Seriptores 
rerum polonicanim t. VI str. 44. 

2) Por. trafne uwagi Ulano wskiego w przedmowie do wydawni- 
ctwa Najdawniejszych ksiąg sądowych krakowskich str. VII. 

3) Por. przykłady w recenzyi Handelsmana 1. c. 
*) Pamiętnik I zjazdu hist. pol. 1. c. str. 44. 

^) Parczewski, Caro, Liske. 



212 Władysław Semkowicz. 

nieraz kilkakrotnie, w kilku specyalnych działach, na co małjr 
zasób sił naukowych, czasu i funduszów, jakimi rozporządzamy,, 
nie pozwala. 

Mamy jeszcze trzecią metodę, usiłującą pogodzić dwa po-- 
przednie sposoby wydawania zapisek. Jest to metoda regesto- 
wania zapisek, zastosowana przez Ulanowskiego w wydawni- 
ctwie Najstarszych ksiąg sądowych krakowskich^) i częściowOi 
także przez Liskego w wydawnictwie Aktów ziemskich i grodzkich 
(w zapiskach od r. 1441 począwszy) 2). Metoda ta, nie pomijająa 
żadnej zapiski, wyklucza jednostronność materyału naukowego,, 
a nadto dozwala zmniejszyć znacznie rozmiary wydawnictwa 
i pogodzić je ze skąpemi funduszami na te cele przeznaczo- 
nemi. Ale i ta metoda posiada ważne braki, które sprawiły, że 
prócz dwóch wymienionych wydawców nikt inny jej późnie}, 
nie stosował, a i sam Ulanowski w wydanym później wyborze 
zapisek kaliskich obrał metodę wyciągową. Zapiska sądowa, jak 
zauważył Piekosiński ^), jest już sama przez się regestem da- 
nego aktu prawnego, powtórne więc streszczanie pozbawia ją. 
w znacznej mierze wartości naukowej i również wystawia na 
szkodliwe skutki indywidualizmu wydawcy, którego przy rege- 
stowaniu uniknąć nie podobna. 

Piekosiński wypowiedział swoje zapatrywanie na kwestyę- 
metody przy wydawaniu zapisek jeszcze na Długoszowym zje- 
ździe historycznym w r. 1881*). Oświadczył się wówczas za me- 
todą wyciągową Helcia w obrębie średniowiecza, ^j. po rok 1506^ 
następne zaś radził zostawić specyalistom, w myśl wniosków 
Bobrzyńskiego. Metodę Helcia zastosował też Piekosiński we 
wszystkich swoich wydawnictwach zapisek, z wyjątkiem tylko 
Aktów sądu leńskiego goleskiego, które wydrukował w całości 
dosłownie. Zbiory zapisek Piekosińskiego dzielą wady wszystkich 
wydawnictw, opartych na metodzie wyciągowej, przede wszyst- 
kiem zaś jednostronność. Odczuwa te braki sam wydawca, da- 
jąc temu wyraz w przedmowie do Wyboru zapisek wielkopolskich r 
„Mogło mi się bardzo łatwo przydarzyć, że ogłosiłem drukiem 
jaką mniej ważną lub zgoła nic nieznaczącą zapiskę, a prze- 



^) Starodawne prawa polskiego pomniki t. Vin. 
2) Zob. przedmowę do XI tomu Aktów grodzkich i ziemskich. 
^) W przedmowie do Wyboru zapisek wielkopolskich str. XI. 
*) Pamiętnik pierwszego zjazdu hist. 1. c. str. 51. 



Franciszek Piekosiński jako wydawca źródeł. 213 

oczyłem ważniejszą". Pociesza się jednak, że przynajmniej co 
do rodów szlacheckich wielkopolskich, które w swym zbiorze 
pominął, przeglądnie i wyzyska raz jeszcze cały materyał za- 
piskowy, gdy się zabierze do opracowania Rycerstwa wielkopol- 
skiego wieków średnich. Ta jego nadzieja nie ziściła się. Jako 
prawnik i heraldyk uwzględniał Piekosiński przedewszystkiem 
zapiski ważne pod względem prawnym i heraldycznym. Zwła- 
szcza Zapiski sandomierskie noszą na sobie wybitne piętno je- 
dnostronności. Zapiski heraldyczne stanowią tam około lO^/o 
ogóhi zapisek. Wykazałem zaś na innem miejscu, że wydawca 
pominął w tym zbiorze cały szereg bardzo ważnych zapisek 
nawet heraldycznych^). Powód tego wypadnie zresztą złożyć 
na karb pośpiechu, jaki cechuje ostatnie zwłaszcza wydawnictwa 
i prace Piekosińskiego, prowadzone już resztkami sił stojącego 
nad grobem człowieka. 

Pisownię i interpunkcyę wydawca modernizował, zacho- 
wując właściwości ortografii średniowiecznej tylko w polskim 
tekście, zwłaszcza w rotach przysiąg. Z wyjątkiem Wyloru za- 
pisek tciełJcopoIskich, które Piekosiński miał zamiar kontynuować, 
wszystkie inne wydawnictwa zapisek zaopatrzone są doskona- 
łymi indeksami*). 

* * 

Gdy zapiski sądowe przedstawiają główną wartość dla sto- 
sunków prawnych, to dla stosunków ekonomicznych mają szcze- 
gólne znaczenie księgi miejskie i skarbowe. Piekosiński poświę- 
cił im dwa wielkie wydawnictwa. 

W r. 1877 przedsięwziął on jako członek komisyi archi- 
walnej miasta Krakowa poszukiwania w biurach magistratu kra- 
kowskiego, a rezultatem ich było odnalezienie dwóch naj- 
starszych ksiąg miejskich, a mianowicie : Liber actorum, resigna- 
łionum nec non ordinałionum dmtatis Cracoviae z lat 1300—1375, 
oraz lAber proscripłionum et gravaminum z drugiej połowy 
XIV w. (od r. 1362), Wydawnictwa tych ksiąg podjął się 
Piekosiński wspólnie ze Szujskim, przyczem Piekosińskiemu 
przypadło w udziale wydanie Liber acłorum^ a Szujskiemu 
Liber proscriptionum. Postanowiono nadto dodać do tego wy- 



^) Por. moją recenzyę w Kwartalniku histor. z r. 1908 z. 2/3. 
2) Do zapisek sandomierskich sporządził wykazy Dr. Kutrzeba. 



214 Władysław Semkowicz. 

dawnictwa księgi rachunków miasta Krakowa z lat 1390 — 1410. 
Opracowania tych ostatnich podjął się zrazu Szujski, ze 
względu jednak na konieczność przeprowadzenia badań nu- 
mizmatycznych nad temi księgami odstąpił ich wydanie Pie- 
kosińskiemu, sam zaś zabrał się do ułożenia wstępu history- 
cznego do całego zbioru, do czego główną część materya- 
łów dostarczył mu Piekosiński. Wspólna praca obu uczonych 
ukazała się w r. 1878 pod tytułem: Najstarsze księgi i ra- 
chunki miasta Krakowa {Monumenta medii aevi hist. t. IV, 
Kraków 1878). Lwia część pracy i zasługi około wydania tego 
dzieła przypadła Piekosióskiemu. Krytyka wykazała wyższość 
pracy edytorskiej jego nad pracą Szujskiego, tak pod względem 
metodycznym jak i pod względem staranności wydania i). Gdy 
bowiem dział, opracowany przez Szujskiego, przepełniony jest 
błędami i razi niedbałością tak w rozwiązaniu dat, jak i w obja- 
śnieniach tekstu, odznacza się dział Piekosińskiego pod każdym 
względem wzorową ścisłością i przejrzystością. Autor przywrócił 
chronologiczny układ księgi, którą dokładnie opisał, wykazał 
wszystkie zmiany charakteru pisma, objaśnił tekst cennemi uwa- 
gami etc. Również indeks Piekosińskiego góruje nad indeksem 
Szujskiego, wykaz zaś rzeczowy, zawierający ważniejsze przed- 
mioty tyczące się stosunków prawnych, urządzeń i topografii 
miasta Krakowa, przewyższa nawet dokładnością wykazy Ko- 
deksu kapitulnego i małopolskiego. Sam przedmiot wydawni- 
ctwa Liber actorum jest jednem z najważniejszych źródeł do 
dziejów wewnętrznych Polski XIV w. Jest to bowiem najstarsza 
nasza księga urzędowa, która kończy się w czasie, kiedy inne 
księgi miejskie, grodzkie i ziemskie dopiero się zaczynając). 
Zawiera ona niezmiernie bogaty materyał dla dziejów kultury, 
prawa, stosunków ekonomicznych, zwłaszcza handlu i stosunków 
politycznych w. XIV. Treścią jej są różne transakcye, zawie- 
rane przed sądami lub radą miasta Krakowa. Dają one poznać 
dokładnie topografię miasta, jego organizacyę i stosunki prawne, 
ludność, jej mowę, obyczaje i stan ekonomiczny. Z ksiąg przy- 
chodów i rozchodów miasta Krakowa z końca XIV i pocz. XV w. 
ogłosił Piekosiński tylko te pozycye, które przedstawiały jakąś 
wartość dla historyi politycznej lub ekonomicznej, pomyając za- 



1) Zob. recenzyę Liskego w Sybla Hist. Zeitschr. t. XLII. 

2) Por. rec. Bobrzyńskiego w Przegl. kryt. z r. 1877. 



Franciszek Piekosiński jako wydawca źróde^ 215 

piski mało ważne. Treściwy pogląd na stan przychodów i roz- 
chodów miasta w owej epoce zamyka ten dział, przynoszący 
prawdziwą chlubę wydawcy, a wielki pożytek nauce. 

Niemniej ważnem i ciekawem jest drugie wydawnictwo 
Piekosińskiego. W r. 1854 wydał hr. Aleksander Przeździecki 
dziełko p. t. Życie domowe Jadwigi i Jagiełły z regestdw skar- 
bowych z lat 1388—1417, zawierające wyciągi z tych rejestrów. 
Ponieważ były to tylko wyjątki z tego cennego materyału, ko- 
misya historyczna Akademii umiejętności postanowiła wydać 
w całości rejestry te z oryginałów, przechowanych w dawnem 
archiwum komisyi rządowej skarbu, oraz bibliotekach Pawli- 
kowskich i Ossolińskich, a opracowanie ich powierzyła Pieko- 
sińskiemu, który je ogłosił drukiem w r. 1896 p. t. Rachunki 
dworu króla Jagiełły i królotuej Jadwigi z lał 1388—1420 {Monu- 
menła medii aevi hisL t XV, Kraków 1896). 

Są to fragmenty rachunków rozmaitych dworów królewskich 
jako to: 1) rejestry podrzęctw niepołomskiego, korczyńskiego, 
proszowskiego, żarnowskiego, krakowskiego i sądeckiego, 2) re- 
jestry podskarbiego Hinczki, 3) rejestry stacyi króla i królowej 
oraz ich dworu, 4) rejestry wielkorządztwa krakowskiego Kle- 
mensa Wątrób ki. Mimo fragmentaryczności i jednostronności 
mają te rejestry niezwykłą doniosłość dla dziejów kultury pol- 
skiej średniowiecznej, zwłaszcza przynoszą wiele ciekawych 
szczegółów do życia dworskiego, historyi cen artykułów ży- 
wności, handlu, przemysłu i obyczaju. Dla stosunków prawno- 
państwowych ważnym jest ten zbiór z tego względu, że skarb 
Rzeczypospolitej nie był podówczas jeszcze od skarbu dworu 
królewskiego oddzielony i osobno administrowany, a rejestra 
obejmują pozycye dochodów i wydatków obu tych skarbów 
razem. Wydawca przedrukował oryginał dosłownie, bez żadnych 
skróceń i opuszczeń. Dwa indeksy, osobowy i rzeczowy, kończą 
to wydawnictwo. 

Osobną grupę wydawnictw Piekosińskiego stanowią polskie 
przekłady statutów, mianowicie kazimierzowskich i drugiego li- 
tewskiego. Pozostają one w związku z konstrukcyjnemi pracami 
jego o ustawodawstwie wiślicko-piotrkowskiem Kazimierza Wiel- 
kiego, oraz o Statucie litewskim^), 

^) Por. następny artykuł Dra Kutrzeby niżej, str. 263. 



216 Władysław Semkowicz. 

Polskie przekłady statutów ziemskich i średniowiecznych 
od dawna budziły ciekawość naszych uczonych, gdyż posłużyć 
one mogą do odtworzenia lub wyjaśnienia zepsutych lub nieja- 
snych miejsc w autentycznych tekstach statutów, do wykrycia 
zaginionych, a wreszcie do poznania dawnego naszego słowni- 
ctwa prawnego^). Już Lelewel w r. 1824 w I łomie swych Hi- 
storycznych pomników języJca i uchwał polskich i mazowieckich 
ogłosił trzy teksty przekładów polskich statutów (t. j. kodeksów: 
Świętosława z Wocieszyna, t. zw. Wiślicyi i częściowo świę- 
tojerskiego), a w III tomie Polski wieków średnich zwróci/ uwagę 
na kodeks Działyńskich w Kurniku. Stronczyński, a potem 
Wójcicki ogłaszali dwukrotnie tekst Wiślicyi, pierwszy w po- 
dobiźnie, drugi w druku z uwagami lingwistycznemi. Celichow- 
ski wydał w reprodukcyi homograficznej kodeks Świętosła- 
wów i Działyńskich, a Helzel przedrukował tekst Świętosława 
wit. Starodawnych pratva polskiego pomników. W. Kętrzyński 
podał wiadomość o kodeksie dzikowskim 2), a Bobrzyński odkrył 
i opisał kodeks Stradomskiego 3). Nehring*) i Malinowski^) opra- 
cowali te przekłady ze stanowiska językoznawczego, a Balzer 
poddał je gruntownemu rozbiorowi porównawczemu ze stano- 
wiska prawno-historycznego ®). Kodeksy : dzikowski, Działyń- 
skich, Stradomskiego, Wiślicya i świętojerski zdradzają wzaje- 
mne pokrewieństwo i pochodzą od wspólnego tekstu pierwo- 
tnego, który do naszych czasów się nie dochował, a który 
zdaniem Balzera powstał w latach 1474 — 1493 w ziemi kra- 
kowskiej. 

Potrzebę ogłoszenia wszystkich znanych tekstów przekła- 
dów, rozprószonych po różnych bibliotekach, podnosili dawniejsi 
i nowsi uczeni, gdyż istniejące przedruki, a nawet reprodukcye 



^) Por. cenne w tym względzie uwagi Balzera w pracy : Słowo 
o przekładach polskich statutów średniowiecznych, zwłaszcza o ko- 
deksie dzikowskim, przekład taki zawierającym. Lwów 1888. 

2) W rozprawie p. t. Króla Aleksandra zbiór statutów przeło- 
żonych na język polski w r. 1501 (Przewodnik nauk. i lit. 1883). 

8) Wiadomość o świeżo odkrytym kodeksie Aleksego Stradom- 
skiego. 

^) Altpolnische Sprachdenkm&ler 1886. 

^) Kritische Bemerkungen zu dem Text der sogenannten zwei- 
ten Cbersetzung des Statuts yon Wiślica 1889. 

^) Słowo o przekładach polskich statutów średniowiecznych, 
zwłaszcza o kodeksie dzikowskim, przekład taki zawierającym 1888. 



Franciszek Piekosiński jako ¥rydawca źródeł. 217 

nie czyni/y zadość wymogom naukowym. Dlatego komisya pra- 
wnicza Akademii umiejętności powierzyła wydanie tych prze- 
kładów Piekosińskiemu, który wywiązał się ze swego zadania 
w r. 1895, ogłaszając Tłumaczenie polsJcie statutów ziemskich 
{Archiwum komisyi prawniczej t. III). Wydawca wciągnął 
w zakres tego wydawnictwa cztery teksty przekładów za- 
czerpnięte z sześciu kodeksów: a) kodeks dzikowski z pocz. 
XVI w., 6) kodeks Działyńskich I z drugiej połowy XV w. 
(około r. 1460), cj kodeks Świętosławów, składający się z prze-' 
kładu ustaw polskich średniowiecznych Świętosława z Wocie- 
szyna i tłumaczenia ustaw mazowieckich Macieja z Różana 
około połowy XV w., dj kodeks Stradomskiego z pocz. XVI w. 
i jego kopie: kodeks zwany Wiślicyą, oraz kodeks świętojerski, 
któreto dwa ostatnie teksty wydawca tylko w ten sposób 
uwzględnił, że w przypiskach podał ich waryanty. — Teksty 
oddał Piekosiński ściśle wedle oryginałów, z zachowaniem pi- 
sowni oryginalnej, a nawet oczywistych błędów i właściwości 
pisarskich. Tylko interpunkcyę wprowadził racyonalną, rozdzielił 
wyrazy niewłaściwie połączone, a połączył rozdzielone, wielkie 
litery zaś zatrzymał tylko w imionach własnych i po kropce. 
Synoptyczny wykaz artykułów, zawartych w wydawnictwie, spo- 
rządzony przez Dra J. Bystronia, ułatwia oryentacyę w tej ma- 
sie szczegółów. 

Uzupełnieniem powyższego wydawnictwa jest Tłumacze- 
nie statutów Kazimierza Wielkiego i statutu wareckiego z ręko- 
pisu Akademii umiejętności (Szczawińskiego), ogłoszone przez 
Piekosińskiego w VIII tomie Archiwum komisyi prawniczej 
(Kraków 1907). Pochodzi ono z połowy XVI w., a jak z po- 
równania tekstów wynika, jest niewątpliwie kopią tłumacze- 
nia Stradomskiego^). W wierności oddania tekstu posuwa 
się wydawca tak dalece, że nad literą j/, śladem ręko- 
pisu, kładzie dwie kropki, czego w poprzedniem wydaniu 
nie spotykamy. 

Ważne źródło do poznania prawa polskiego, recypowanego 
na Litwie, stanowi Statut litewski w trzech redakcyach, z r. 1529, 
1566 i 1588, Piekosiński poświęcił mu osobną rozprawę 2) i wy- 



*) Por. przedmowę Dra Kutrzeby do tego wydawnictwa, oraz 
moją recenzyę w Kwartalniku historycznym z r. 1908 z. 2/3. 
^ Zob. następny artykuł Dra Kutrzeby niżej, str. 268. 



218 Władysław Semkowicz. 

dał drugą jego redakcyę z r. 1566 w przekładzie polskim i ła- 
cińskim i), pozostając w tem błędnem mniemaniu, że autenty- 
czny tekst ruski nie dochował się w rękopisie i nie wiedząc 
o tem, że tekst ten ogłoszony został drukiem w roku 1854 
w Wremienniku moskiewskiego towarzystwa historycznego. Do- 
piero po ukończeniu druku dowiedział się Piekosiński o tem od 
prof. Ptaszyckiego. Przeoczenie, co prawda smutne, ale znów 
nie tak szkodliwe, by cały trud i koszt wydawnictwa uważać za 
marne, jak to zarzuca Kruszewski w swej recenzyi^j. Uwierzy- 
telnione przekłady, jakiemi są teksty ogłoszone przez Piekosiń- 
skiego, mogą mieć ważną doniosłość nie tylko z praktycznych 
względów, ułatwiających korzystanie z tekstu autentycznego, 
ale i z naukowych, gdy chodzi o współczesną interpretacyę 
tekstu ruskiego, ku. czemu waryanty różnych rękopisów ważnego 
dostarczają materyału. Niemniej też ze względów językowych, 
zwłaszcza słownictwa prawnego, przekłady takie są nader po- 
żądane, tem bardziej, że statut litewski jest przedewszystkiem 
pomnikiem prawa polskiego. Tego jednak nie chcą uznać uczeni 
ruscy i Kruszewski uważa twierdzenie o polskim charakterze 
statutu litewskiego za sekret uczonych polskich ^). Poglądy Kru- 
szewskiego na wydawnictwo Piekosińskiego i charakter Słałiitu 
litewskiego znalazły się niepodpisane w jednem z codziennych pism 
ruskich, uzupełnione jednak inwektywami, ubliżającemi osobie 
Piekosińskiego i Akademii umiejętności. Należytą odprawę dał nie- 
podpisanemu krytykowi Balzer w Słowie polskiem z 22. i 23. maja 
1907 r., wykazując olbrzymie zasługi naukowe Piekosińskiego, 
wobec których błąd ów niknie i w nauce policzonym mu być 
nie powinien. Nadto wyjaśnił Balzer ów sekret, dlaczego polscy 
uczeni uważają statut litewski za pomnik prawa polskiego; wska- 
zał mianowicie, że z pośród czterech elementów, t j. polskiego, 
litewskiego, ruskiego i niemieckiego, jakie złożyły się na treść 
statutu, element polski objawia się najwszechstronniej, odgry- 
wając rolę kitu, spajającego cząstki innych elementów w jedną 
jednolitą całość. 



1) Statut litewski drugiej redakcyi (1566), Archiwum Komisyi 
prawniczej t. VII. 

'^) Zapiski Tow. Szewcz. t. 50, str. 18. 
3) Tamże, str. 17. 



Franciszek Piekosińaki jako heraldyk i sfragistyk. 219 

Przebiegliśmy myślą czterdziestolecie wydawniczej pracy 
Piekosińskiego, zestawiliśmy plon jego działalności na polu wy- 
dawnictwa źróde^ Przesz/o pięć i pól tysiąca dokumentów 
i około siedmiu tysięcy zapisek sądowych i skarbowych, szereg 
przekładów statutów ziemskich — oto cyfrowy tylko rezultat, za- 
dziwiający ogromem, budzący cześć i hołd dla człowieka tak 
olbrzymiej pracy, który życiem swem kłam zadał przysłowiu 
,w zdrowem ciele zdrowy duch'', a służąc wyłącznie nauce 
i wszystkie jej poświęcając siły, działał i pracował do samej 
śmierci. Nie było przeszkód i trudności, którychby nie zdołał 
pokonać. Z zawodu prawnik, zdołał wkrótce nabyć rozległe 
wiadomości w zakresie historyi, nieodzowne przy pracy nad 
wydawnictwem dokumentów. Z łatwością pokonał trudności 
paleograficzne, pisma wszystkich epok czytał biegle i trafnie. 
Ogromu materyału się nie lękał — bał się jedynie śmierci, by, 
jak mówi w przedmowie do I rocznika Herolda polskiego, „jakiej 
pracy naukowej rozpoczętej nie odumarł niedokończonej". Prze- 
czuwał ją i mówił o niej w każdej niemal przedmowie. Przyszła 
nań niespodzianie — oderwała go od warstatu pracy, nie po- 
zwoliła mu dokończyć kilku wydawnictw rozpoczętych, a roz- 
począć cały szereg planowanych^). 

Władysław Semkowicz. 



Franciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 

Heraldyka polska, a zwłaszcza rusko-litewska z całym za- 
sobem tajemniczych znaków zagadkowego pochodzenia, różnią- 
cych ją zasadniczo od heraldyki zachodnio-europejskiej, od da- 
wna budziła ciekawość badaczy starożytności polskich. Już przed 
pół wiekiem Kraszewski 2) rzucił myśl, że godła herbów ruskich 

i) Niedokończonemi przez Piekosińskiego wydawnictwami są: 
Kodeksy dyplomatyczne : katedralny i małopolski, które zamierzał do- 
prowadzić do r. 1506; Prawa, przywileje i statuta miasta Krakowa, 
mające być doprowadzone do r. 1796; Zbiór dokumentów średnio- 
wiecznych do objaśnienia prawa polskiego służących, które miały 
objąć wiek XII i Xni; Zapiski wielkopolskie, które Piekosiński pragnąc 
dociągnąć przynajmniej do r. 1430. 

2) Poezya szlachecka i legendy herbowe. Gazeta warszawska 
z r. 1854. 

Kwartalnik historyczny 1X11-3/3. 16 



220 Władysław Semkowicz. 

mogą mieć pewien związek z runami lub znakami magicznymi. 
Lelewel ^) dopatrywał się w nich głosek cyrylskiej azbuki, zwła- 
szcza liter n, m i t. Pomysł Lelewela rozwinął i w system 
ujął Aleksander Uarowski^), Ale teorya Darowskiego nie wy- 
jaśnia pochodzenia wszystkich herbów ruskich, a już wcale nie 
tłumaczy genezy owych tajemniczych znaków w heraldyce pol- 
skiej, która z cyrylicą nie ma nic wspólnego. Zadania tego 
podjął się dopiero Franciszek Piekosiński, twórca teoryi o ru- 
nicznem pochodzeniu herbów polskich i rusko-litewskich. 

Przed laty z górą trzydziestu wpadła mu w rękę niemiecka 
rozprawka Oberleithnera o runach skandynawskich 8). Gdy prze- 
rzucał kartki tej broszurki, uderzyło go (prawdopodobnie nie- 
zależnie od Kraszewskiego) niezwykłe podobieństwo run do 
znanych mu z prac wydawniczych napieczętnych znaków szla- 
chty polskiej oraz herbów ruskich. W głowie jego zaświtała 
wówczas myśl, że najdawniejsze herby szlachty polskiej są po- 
chodzenia runicznego. Przestudyowanie pomnikowej pracy Wim- 
mera o runach skandynawskich, a nadewszystko przychylna 
opinia wybitnych runologów (Miillera i Wimmera) utwierdziły 
go w tem przekonaniu, któremu pozostał odtąd wiernym do 
końca życia. 

Z teoryą runiczną wystąpił Piekosiński naprzód w rozpra- 
wie p. t. O powstaniu społeczeństwa polskiego w wiekach śre- 
dnich i jego pierwotnym ustroju (Kraków 1881). Pomysł o ru- 
nicznem pochodzeniu herbów splótł w tej rozprawie z t. zw. 
teoryą najazdu, przedstawiającą ustrój społeczno -państwowy 
monarchii piastowskiej jako wypływ i skutek najazdu, doko- 
nanego na przełomie VIII i IX w. przez znormanizowany 
szczep lechicki, mieszkający pierwotnie przy ujściu Łaby, na 
Lechitów mających siedziby nad Wartą, w okolicy Poznania, 
Gniezna i Kruszwicy. Najazd ten tłumaczy nam istnienie w śre- 
dnowiecznem społeczeństwie polskiem dwóch przedniejszych 
klas, t. j. szlachty czyli rycerstwa znakowego i półszlachty — 
włodyków, czyli rycerstwa szeregowego, reprezentigących ży- 
wioł napływowy najezdniczy, oraz prawnie upośledzonej klasy 



^) Wstęp do Herbarza Niesieckiego t. I str. 557. 
^) Znaki pieczętne ruskie. 

8) Genezę swego pomysłu przedstawił Piekosiński we wstępie 
do III tomu Rycerstwa polskiego. 



Franciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 221 

wieśniaczej, jako ludności autochtonicznej, podbitej. Teorya ta 
pozostawała w sprzeczności z poglądami Bobrzyńskiego ^) 
i Smolki*^), którzy ustrój Polski piastowskiej uważali jako 
wynik prawidłowego rozwoju społeczno • państwowych stosun- 
ków wieków średnich. Otóż jedną z zasadniczych podstaw 
teoryi najazdu stanowi pochodzenie najdawniejszych herbów od 
run skandynawskich, które pierwotnie jako znaki wojskowe, 
chorągiewne, przez szczep najezdczy do nowej ojczyzny zanie- 
sione, uległy z czasem większym lub mniejszym przeobrażeniom 
i dały początek godłom herbowym szlachty polskiej. Do znaków 
wojskowych przywiązane były t. zw. zawołania (proklamacye), 
t. j. rodowe hasła wojenne, służące do nawoływania się w bi- 
twie, w ciemności lub zamieszaniu. 

Teoryę najazdu i związaną z nią teoryę runiczną, poddał 
wyczerpującej krytyce Smolka w rozprawie : Uwagi o pierwo- 
tnyfu ustroju społecznym Polski piastowskiej^), na którą od- 
powiedział Piekosiński w pracy p. t. Obrona hipotezy najazdu 
jako podstawy ustroju społeczeństwa polskiego w wiekach śre- 
dnich^), 

W siedm lat po ogłoszeniu pierwszej rozprawy wystąpił 
Piekosiński z nową, w tym samym przedmiocie pracą p. t. 
O dynastycznem szlachty polskiej pochodzeniu (Kraków 1888). 
W ciągu tego czasu bowiem przybyło wiele nowego materyału 
do naukowego zbadania. Dyskusya w łonie Akademii, niemniej 
też szereg prac naukowych poza Akademią wydanych, a temuż 
tematowi poświęconych (Mieroszewskiego, Elsnera v. Gronow, 
Zakrzewskiego i Lebińskiego), wydobyły na jaw wiele szczegółów 
i zagadnień, wymagających ponownego rozpatrzenia i wyświe- 
tlenia. W ciągu pracy wydawniczej nad kodeksami dyploma- 
tycznymi zapoznał się Piekosiński z nieznanym dotąd materya- 
lem sfragistycznym, a nadto mógł skorzystać z bogatych zbiorów 
pieczęci ruskich, będących w posiadaniu Z. L. Radzimińskiego 
i W. Kulikowskiego. Tak tedy na podstawie nowego, a tak obfi- 



^) Dzieje Polski w zarysie (Warszawa 1880) oraz Geneza spo- 
łeczeństwa polskiego na podstawie kroniki Galla i dyplomatów Xn w. 
(Rozpr. Ak. um. wydz. hist. filoz. t. XIV, Kraków 1881). 

2) Mieszko Stary i jego wiek (Warszawa 1881). 

8) Rozpr. Akad, umiej, wydz, hist. fil, t. XIV, Kraków 1881. 

*) Tamże, t. XVI, Kraków 1882. 



222 Władysław Semkowioz. 

tego materyału postanowił Piekosiński zbudować dla swej hi- 
potezy trwały fundament, w miejsce dotychczasowej na luźnych 
tylko przykładach opartej podstawy, postanowił pogłębić i uzu- 
pełnić swój pomysł i w niejednym szczególe go sprostować. 

W artykule niniejszym zajmiemy się tylko stroną heral- 
dyczną hipotezy Piekosińskiego, pozostawiając na uboczu lub 
mimochodem tylko traktując łączące się z nią kwestye ustro- 
owe, jak n. p. pochodzenie szlachty polskiej i początki państwa 
polskiego, które na innem miejscu zostały omówione i). Zre- 
sztą, jak to prawie powszechnie uznano, między teoryą runiczną 
a hipotezą najazdu pozornie tylko ścisły istnieje związek. 
W istocie związek ten jest dość luźny, czego najlepszym dowo- 
dem jest fakt, że najzagorzalsi przeciwnicy hipotezy najazdu 
nie oświadczyli się zasadniczo przeciw runicznemu pochodzeniu 
herbów szlachty polskiej, a niektórzy z nich wprost temu po- 
mysłowi przyklasnęli i wyrazili uznanie. 

Zdaniem Piekosińskiego władza książęca u Słowian zacho- 
dnich miała pierwotnie charakter ściśle wojewodziński i była 
dziedziczną wedle zasady senioratu, t. zn., że tylko najstarszy 
syn^) księcia dziedziczył godność książęcą, młodsi zaś dyna- 
stowie dowodzili wprawdzie także podczas wyprawy wojennej 
oddziałami „wojów^S ale jako podkomendni księcia-seniora. Ci 
młodsi członkowie dynastyi Popielidów i Piastów, które znów 
były bocznemi gałęziami potężnej dynastyi zaodrzańskich Sło- 
wian Drągów, stanowią zawiązek szlachty polskiej średnio- 
wiecznej. Jako dowódcy wojskowi mieli oni prawo używania 
znaków wojskowych czyli chorągiewnych, oraz haseł wojsko- 
wych, czyli proklamacyi. Te znaki wojskowe w postaci run> 
oznaczających prawdopodobnie początkowe głoski imion owych 
dynastów, umieszczone początkowo na drzewcach czyli stan- 
nicach, przeszły z czasem na tarcze, a wreszcie dostały się na 
pieczęcie. Runologia wykazuje dwa typy run: starszego i młod- 
szego futhorku (alfabetu). Starszy futhork wyszedł już w pocz. 
IX w. z użycia, ustępując miejsca młodszemu typowi. Znaczna 
część najdawniejszych godeł herbowych szlachty polskiej, zna- 
nych nam z najstarszych pieczęci i późniejszych herbów, wy- 



1) Por, następny artykuł Dra Kutrzeby, zob. niżej str. 267 n. 
^) Widzimy tu pomieszanie zasady senioratu z zasadą pierwo- 
rództwa. 



Franciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 223 

kazuje tematy runiczne obu futhorków, stąd Piekosiński na- 
znacza czas najazdu na koniec VIII lub początek IX wieka ^). 
Zanim jednak z tych znaków runicznych ukształtowały się 
herby, przeszły one cały szereg przeobrażeń. Przedewszystkiem 
runy występują pierwotnie w formie złożonej (runy wiązane), 
przyczem główną rolę odgrywa tu runa łyr w postaci strzałki, 
mająca mistyczne znaczenie jako symbol boga wojny. Tak utwo- 
rzone znaki stannicze przechodziły w niezmienionej formie 
tylko na seniorów, gdyż młodsi dynasto wie odmieniali je, odrzu- 
cając runę tyr^ która pozostała tylko w znaku stanniczym se- 
niora, podczas gdy znaki stannicze młodszych dynastów, jako 
runy pojedyncze, w następnych pokoleniach ulegały dalszym 
odmianom. Przedewszystkiem panowała wielka swoboda tak 
w grafice runicznej, jak i w łączeniu run. Kreski runiczne mogą 
mieć kształt linijek prostych lub łukowatych, a nawet kolistych. 
Dostawszy się ze stannic na tarcze, runy skutkiem oderwania 
od drzewa stanniczego doznały uszczerbienia czyli odłamania 
dolnej części laski runicznej. Z przyjęciem chrześcijaństwa runy 
zostały uświęcone, t. j. opatrzone krzyżem. Pod wpływem he- 
raldyki zachodnio-europejskiej w XIII i XIV w. niezrozumiałe 
już wówczas znaki runiczne zostały uherbione, t. j. przekształ- 
ciły się w herby, dające się opisać czyli wyblazonować, n. p. 
z runy tyr powstała strzała, z runy madr pierścienie, słońca, 
z runy yr półpieścienie, podkowy, księżyce i t. p. Z później- 
szych odmian herbowych najważniejsze są dwie, a mianowicie: 
udostojnienie herbu przez monarchę, polegające na przydaniu 
do herbu szlacheckiego części herbu królewskiego (n. p. wręby 
w Korczaku) i upośledzenie herbu, dla oznaczenia linii bocznych 
lub pochodzenia z nieprawego łoża, przez nadwerężenie godła 
herbowego (n. p. Dębno w stosunku do Awdańca). Mimo tylu 
odmian, jakim ulegał z biegiem czasu znak herbowy, zasadni- 
czy typ runy pozostał niezmienny. Okoliczność ta ułatwiła 
autorowi podział całego zrębu szlachty polskiej średniowiecznej 
na 20 osobnych dynastyi i wykazanie, jaki był pierwotny znak 



1) W związku ze stadyami runologicznemi Piekosińskiego po- 
zostaje praca jego o Kamieniach mikorzyńskich (Studya, rozprawy 
i materyały t. I), które uważa za autentyczne zabytki i porównywa 
je z bałwankami przylwickimi, nadto artykuł o Kamieniach luszyń- 
skich (Herold polski z r. 1895). 



224r W/ftdyrfaw Semkowicz. 

chorągiewny każdej z nich i jakie herby z tego szczepowego 
znaku drogą odmian z czasem się wytworzyły. Dołączone ta- 
blice z wizeronkami run i odpowiednich herbów znakomicie 
ułatwiają oryentacyę w tym chaosie znaków i herbów, oraz po- 
znanie zasad, na których autor oparł całą swą konstrukcyę he- 
raldyczną. 

Piekosiński odrzuca myśl, jakoby mógł istnieć pewien zwią- 
zek między herbami szlachty polskiej a ciosnami dworskiemi 
i domowemi (Haus- u. Hofmarken), tak rozpowszechnionemi 
w świecie germańskim, gdyż one służyły tylko klasom społecznie 
niższym (mieszczanom i wogóle nieszlachcie) i nigdy nie posia- 
dały charakteru znaków wojskowych, który autor uważa za 
główne znamię herbów szlachty polskiej. Natomiast znakomite 
poparcie znajduje teorya runiczna w heraldyce ruskiej, gdzie 
przeważają herby o temacie runicznym. Dwie trzecie znaków 
herbowych, zebranych w dziele Piekosińskiego, należą do szlachty 
ruskiej i litewskiej. Zdaniem jego runy dostały się na Ruś nie 
wprost do Waregów, ale z Polski, przeszczepione tam przez 
drobną szlachtę małopolską, która od XIV w. tłumnie garnęła 
się na Wschód, przyjmując do swych rodów i herbów szlachtę 
ruską. Na Litwę dostały się herby polskie za pośrednictwem 
Rusi. Stąd autor nazywa heraldykę litewsko-ruską młodszą sio- 
strzycą heraldyki polskiej i uważa ją za najważniejsze, a zara- 
zem najobfitsze źródło do badania genezy i rozwoju herbów 
polskich. 

Pochodzenie od młodszych członków dynastyi panującej 
sprawia, że szlachta polska uważa się w wiekach średnich za 
jedną wspólną rodzinę, a stąd jedyną drogą przyjęcia plebejusza 
lub cudzoziemca do stanu szlacheckiego była adoptacya do 
któregoś z rodów szlacheckich polskich. Nobilitacya królewska 
jest aż do pocz. XVI w. także tylko adoptacya do rodu monar- 
szego z nadaniem herbu królewskiego w formie nadwerężonej, 
(n. p. pół orła piastowskiego, ręka z mieczem, jako fragment 
Pogoni jagiellońskiej). 

Co się tyczy zawołań (proklamacyi), to Piekosiński dzieli 
je na sześć kategoryi, za najstarsze uważając proklamacye oso- 
bowe, wzięte od imion praojców szlachty (n. p. Bolesty, Drogo- 
sławy). Młodszemi od nich są — zdaniem jego — zawołania 
topograficzne, pośród których rozróżnia starsze, urobione z nazw 
znaczniejszych rzek, jezior i ziem (Mozgawa, Nałęcz, Pałuki), 



Franciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 225 

i młodsze, utworzone z nazw wsi lub folwarków (Bielina, Ja- 
nina). Proklamacye przezwiskowe nie są starsze nad wiek XIII, 
za najmłodsze zaś uważa zawołania klejnotowe (od godła w klej- 
nocie, na hełmie, n. p. Lis, Łabędź) i takie, które mają za przed- 
miot sam herb (n. p. Grabie, Trąby). 

Praca O dynastycznem szlachty polskiej pochodzeniu^ której 
zasadnicze myśli wyżej przedstawiliśmy, odznaczona została 
nagrodą z fundacyi Barczewskiego, jako najlepsza z dziedziny 
historyi polskiej w r. 1888. Komitet z łona Akademii, wybrany 
w celu ocenienia współubiegających się prac, uznał dzieło Pie- 
kosińskiego za rzadkie zjawisko w literaturze historycznej ^). 
Pochodzenie herbów szlachty polskiej od run skandynawskich 
uznał komitet za rzecz udowodnioną: „trudno przypuścić, iżby 
nauka nie miała tego uznać za swoją trwałą zdobycz, że herby 
szlachty polskiej z nielicznymi wyjątkami... rozwinęły się z te- 
matów runicznych^. Teorya ta, odznaczająca się — zdaniem 
komitetu — „nadzwyczajną logicznością konstrukcyi, stwierdzona 
jest również na mnogim szeregu zjawisk i wytrzymuje próbę 
w każdym przypadku, wystarczając zupełnie do wytłumaczenia 
każdego szczegółowego zjawiska". Wkońcu wskazuje komitet 
na luźny związek teoryi runicznej, „która przebywa zwycięsko 
próbę umiejętnej krytyki^ z hipotezą najazdu, o której już tak 
pochlebnego sądu wydać niepodobna. 

Nieco odmienną od orzeczenia komitetu Barczewskiego 
była opinia uczonych, którzy dzieło Piekosińskiego poddali su- 
miennej i gruntownej krytyce. Z pośród wielu ocen i opinif,, 
jakie wywołała praca P., na czoło wysuwa się jako najpo- 
ważniejszy i najbardziej bezstronny głos znakomitego znawcy 
czasów piastowskich: Stosława Laguny, w rozprawie p. t. . 
Nowa hipoteza o pochodzeniu szlnchty polskiej^). I on uważa., 
teoryę runiczną za „świetnie pomyślaną i z wzorową systema- 
tycznością opracowaną część dzieła", stwierdzając zarazem, że 
„niezbyt często spotkać się można z budową tak systematy- 
cznie wzniesioną, w której części tak harmonijnie wiązałyby 
się w imponującą całość". Ale Laguna stawia pomysłowi Pie- 
kosińskiego szereg poważnych zarzutów, tyczących się nie 
tyle runicznego charakteru herbów polskich, któremu wprost 



^) Rocznik zarządu Akad. umiej. r. 1888 str. 168. 
^ Kwartalnik hist. 1890 str. 68. 



226 Władysław Semkowicz. 

nie przeczy, ile raczej pochodzenia i rozwoju tychże, a zarzuty 
te, jeśli nie obaliły misternej konstrukcyi teoryi, to bądźco- 
bądź wstrząsnęły nią silnie i do g/ębi. Zwraca przedewszystkiem 
uwagę, że autor teoryi runicznej twierdząc, iż plemiona lechi- 
ckie w użyciu run na znaki chorągiewne naśladowały Norma- 
nów, nie udowodnił, że ci ostatni posługiwali się runami w tym 
samym celu. Przeciwnie, wiemy, że Anglosasi i Normanowie 
używali w najdawniejszych czasach chorągwi z wyobrażeniem 
zwierząt (koń, kruk). Podobnie niema dowodu na to, iżby 
Słowianie używali drzewca (stannic) z przyczepionemi doń ru- 
nami, natomiast wiadomo nam, że Lutycy już w początkach 
XI w. mieli chorągwie z wyobrażeniami bóstw. Wbrew teoryi 
Piekosińskiego, że runa tyr była odznaką seniorackich rodów, 
spotykamy strzałę w herbach rodów mniej głośnych, nie po- 
siadają jej zato wcale ani Piastowie, ani inne wybitniejsze rody 
komesowskie. Jeśliby runa miała oznaczać początkową literę 
imienia seniora, to musiałaby się wraz ze zmianą osoby odmie- 
niać, a tem samem nie mogłaby się stać dziedziczną. Nakoniec 
sprzeciwia się Laguna wciąganiu herbów litewsko -ruskich w za- 
kres heraldyki polskiej. Jeśli herby te wykazują tematy runiczne, 
to runy pochodzą wprost od Waregów, nie zaś z Polski. Prąd 
kolonizacyjny w drugiej połowie XIV w. objął tylko Ruś halicką, 
podczas gdy herby o wejrzeniu runicznem spotykamy już z koń- 
cem XIV i pocz. XV w. u szlachty ruskiej na Wołyniu i Po- 
dolu, niepodobna zaś, aby się z Rusi Czerwonej tak szybko roz- 
powszechniły po wszystkich ziemiach ruskich i przedostały na- 
wet na Litwę. Laguna podnosi, że znaki herbowe, występujące 
najczęściej w herbach szlachty polskiej : strzały, podkowy, pół- 
księżyce, krzyże i t. p., miały u ludów pierwotnych znaczenie 
amuletów, posiadających magiczną siłę, która chroniła w boju 
rycerza przed śmiercią. Rzucając ten domysł, Laguna nie prze- 
czy istnieniu śladów runicznych w heraldyce polskiej, tylko 
woli je przypisać bezpośrednio najazdom normańskim na ziemie 
polskie. 

Na skrajniejszem stanowisku względem hipotezy Piekosiń- 
skiego stanął Małecki w swych dwutomowych Słudyach heraU 
dycznychy które pojawiły się prawie współcześnie z rozprawą 
Laguny (Kraków 1890). Jakkolwiek dzieło to nie ma na ogół 
charakteru polemicznego, ileże rozpoczęte niezawodnie na długo 
przed pojawieniem się pracy Piekosińskiego O dynastycznem 



FraDciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 227 

szlachty polskiej pochodzeniu^ buduje odrębny gmach na odmien- 
nych podstawach oparty, to jednak wcześniejsze pojawienie się 
książki Piekosińskiego skłoniło Małeckiego do przygodnej tu 
i ówdzie polemiki z autorem teoryi runicznej. 

Różnogatunkowości zawołań z przewagą pierwiastka imio- 
nowego przeciwstawia Małecki zdanie, że wszystkie zawołania 
są topograficzne. Proklamacye starożytnością swoją sięgają jeszcze 
doby ustroju rodowego, a brane od nazw osad, będących sie- 
dzibami seniorów rodowych, były tych rodów nazwiskami. Za- 
wołania osobowe, utworzone z imienia seniora, musiałyby się 
w każdej generacyi zmieniać. Tymczasem zawołania w niezmie- 
nionem brzmieniu przetrwały do czasów historycznych i jeszcze 
w XVI w. służyły za hasła, pod „któremi ludność zwoływała 
się do gromady, ilekroć chodziło o tłumne odparcie gwałtu". 
Nie odmawia im jednak Małecki charakteru haseł wojennych, 
za jakie je wyłącznie uważa Piekosiński. 

Do odmiennych wyników doprowadziło autora Studyów 
także gruntowne zbadanie najstarszych pieczęci szlachty pol- 
skiej, które dzieli na cztery grupy: 1) bez żadnych znaków 
znamiennych, 2) ze znakami niemymi, które same przez się 
żadnego nie wyrażają przedmiotu, 3j z godłami litero wemi, 
4) z godłami mówiącemi, wyobrażającemi pewne zrozumiałe 
przedmioty. Zdaniem Małeckiego szlachta do końca XIII w. nie 
posiadała jeszcze herbów właściwych, dziedzicznych w rodzie 
i umieszczonych na tle tarczy. Były to tylko „godła przedher- 
bowe^, nie pozostające w związku z tarczą herbową, przywią- 
zane do poszczególnych osób, które je nieraz nawet w ciągu 
życia kilkakrotnie zmieniały. Rzeczywiste herby pojawiają się 
dopiero na przełomie XIII i XIV w., przyczem w tworzeniu ich 
owe godła przedherbowe odegrały ważną rolę. 

Wyszedłszy z wprost odmiennego niż Piekosiński stano- 
wiska, Małecki nie stara się jednak obalić całego systemu ru- 
nicznego, co najwyżej polemizuje z nim w szczegółach, czy 
w tym lub owym znaku należy się dopatrywać runy czy innego 
przedmiotu. Wskazując na uderzające podobieństwo znaków 
przedherbowych szlachty polskiej do godeł mieszczan i innej 
nieszlachty w Polsce, oraz „merków" czyli rybackich godeł 
chłopów helskich, kończy konkluzyą: „naco tu sięgać aż w runy, 
jeśli prosty chłop helski sam sobie z własnej głowy to samo 
zrobić potrafi". 



228 Władys/aw Semkowicz. 

Na zarzuty Małeckiego odpowiedział Piekosiński rozprawą 
p. t. Najnowsze poglądy na tvyiworzenie się szlachty polskiej 
w mękach średnich^), Broni w niej swego zapatrywania, że 
znaczna część zawołań należy do kategoryi osobowych, n. p. 
Bolesta, Drogosław, Drogomir, Krzywosąd, Momot, Ścibor i in. 
Na dowód, że proklamacye osobowe istotnie zmieniały się ze 
zmianą seniorów rodowych, przytacza proklamę Drag (imię 
ojca) = Sas (przezwisko syna). Nie przeczy jednak, iż większość 
zawołań ma charakter topograficzny, choć przestrzega przed 
nieostrożnem kategoryzowaniem ich, wskazując na kilka proklam^ 
które mają końcówkę topograHczną, a w istocie są niewątpliwie 
osobowe (np. Amadejowa, Bonarowa, Wierzynkowa — należy 
się domyślić „bronią" lub „chorągiew^). Dla lepszego uwyda- 
tnienia charakterystyki proklam, odstępiye od dawnego swego 
podziału na sześć kategoryi, a dzieli je tylko na dwie wielkie 
grupy, t. j. osobowe i topograficzne, do pierwszej z nich zali- 
czając zawołania imionowe, przezwiskowe i takie, których na- 
zwy spowodowały przyjęcie herbów lub klejnotów tym nazwom 
odpowiadających (np. Ciołek, Łabędź). Wbrew zdaniu Małeckiego^ 
jakoby proklamacye topograficzne były niezmienne i sięgały 
prawieku, sądzi, że one również się zmieniały, gdy senior rodu 
zmieniał siedzibę. Zwłaszcza w dobie dzielnicowej zmiany te 
były nader częste, a ustały dopiero w w. XIV i XV, gdy cho- 
rągwie rodowe zaczęły wychodzić z użycia. Zawołania nie mo- 
gły, wedle Piekosińskiego, być nazwiskami rodów, bo do XIV w. 
rody wogóle jeszcze stałych wspólnych nazwisk nie posiadały, 
a źródła oznaczają poszczególne osoby z reguły imionami wła- 
snemi, co najwyżej z dodaniem imienia ojca lub nazwy wsi 
dziedzicznej. 

Podział znaków napieczętnych na przedherbowe i herbowe 
uważa Piekosiński w zasadzie za trafny, upatruje jednak błąd 
w nieścisłem przeprowadzeniu tego podziału. Wskazuje na ze- 
wnętrzną różnicę jako jedyną między godłami przedherbowemi, 
odznaczającemi się prostotą i tajemniczością a właściwymi her- 
bami, do których zalicza i t. zw. godła mówiące; na tej pod- 
stawie twierdzi, że herby właściwe występują już w XIII w. 
(np. Gryf Sąda Dobiesławicza, toporek Pałuków). Godła przed- 
herbowe, zdaniem Piekosińskiego, były dziedziczne, nie, jak sądzi 

') Kwartalnik hist. 1890 str. 67Ł 



Franciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 229 

Małecki, osobiste. Na dowód przytacza monogram Piotra W/asta 
używany jeszcze w piatem pokoleniu przez Włodzimierza woj. 
krak. (1237) i znak pieczętny komesa Gniewomira (XII w.) uży- 
wany przez syna i wnuka jego. Zresztą fakt, że z wielu godeł 
przedherbowych wytworzy/y się później właściwe herby, świad- 
czy właśnie o ich dziedziczności. Że gmerki mieszczan polskich 
i poznaki rybaków helskich przypominają godła przedherbowe 
szlachty polskiej, tłumaczy to Piekosiński niemieckiem pocho- 
dzeniem pierwszych, a wprost normańskiem drugich, oraz faktem, 
że wszelkie wogóle znaki w świecie germańskim od alfabetów 
runicznych biorą początek. 

W tym sporze naukowym o genezę i rozwój herbów szla- 
chty polskiej większość uczonych (Balzer ^ ), Kutrzeba 2), Boniecki ')) 
oświadczyła się przeciw teoryi runicznej Piekosińskiego, przyjmu- 
jąc w szerszej lub ściślejszej mierze zasady ustalone przez Małe 
ckiego. Natomiast gorącym zwolennikiem teoryi runicznej oka- 
zał się J. K, Kochanowski, który w rozprawie p. t. Kilka słów 
w sprawne teoryi historyczno-heraldycznej Dra Fr. PieTcosiriskiego 
(Kraków 1890) kruszył kopię z Laguną i Małeckim w obronie 
runiczności herbów i dynastycznego pochodzenia szlachty pol- 
skiej. W heraldyce szwedzkiej 27o ogólnej liczby herbów (dzi- 
siejszych) uważa za pochodzące z tematów runicznych, znajduje 
je także w heraldyce angielskiej i wypowiada zapatrywanie, że 
w całej Europie runy normańskie dostarczyły pierwotnie tema- 
tów herbowych, które z biegiem czasu wszędzie uległy mniej 
lub więcej podobnym zmianom, ustępując miejsca drugiej fazie 
w rozwoju herbownictwa, tak zachodnio europejskiego, jak i pol- 
skiego, którą autor nazywa obrazową. Trzecia faza, to właściwa 
heraldyka, wytwór kultury zachodniej. Swój entazyazm dla teo- 
ryi Piekosińskiego wyraża Kochanowski w następującem zda- 
niu: „Nie znam hipotezy równie błyszczącej i niewzruszonej, 
jak teorya Piekosińskiego, którąbym też z przekonania mógł 
ochrzcić mianem aksyomatu*'. 

W ośm lat po ukazaniu się pierwszego nakładu książki 
O dynastyczyiem szlachty polskiej pochodzeniu^ które w krótkim 
czasie zostało wyczerpane, przystąpił Piekosiński do ponownego 



^) Historya ustroju Polski. Przegląd wykładów uniwersyteckich. 
Kraków 1905 str. 11. 

2) Historya ustroju Polski w zarysie. Lwów 1905 str. 28. 

3) Herbarz polski, t. I zesz. 1. Warszawa 1899. 



230 Władysław Semkowicz. 

wydania tego dzieJa. Połączy/ z niem dalszą część pracy nad 
rycerstwem polskiem i ogłosił razem p. t. Rycerstwo polskie 
wieków średnich, 2 tomy (Krak(3w 1896). 

Tom I jest tedy drugiem poprawionem i uzupełnionem wy- 
daniem dzieła O dynastycznem szlachty jwlskiej pochodzeniu. 
Najważniejsza różnica między obu wydaniami polega w tem, że 
gdy w pierwszem ca/y zrąb szlachty polskiej średniowiecznej po- 
dzielił autor na 20 dynastyi, to w drugiem pomnożył ten poczet 
rodów szczepowych do liczby 36, z których 7 uważa za rody 
obcego pochodzenia. 

W tomie II stara się Piekosiński rozdzielić całą szlachtę 
pierwszych dwunastu pokoleń, t. j., po koniec XII w. między owe 
rody szczepowe. Chodzi mu przede wszystkiem o imiona i znaki 
stannicze pradynastów szlachty polskiej, t. j. owych 36 pułko- 
wników -wojewodów, którzy w pocz. IX w. podczas podboju do- 
wodzili pułkami wojów. Źródłami, z których autor czerpie wiado- 
mości o imionach pradynastów^ są : najstarsze zawołania herbowe 
i nazwy najstarszych grodów polskich. W tym celu poddaje Pie- 
kosiński analizie etymologicznej około 400 znanych proklamacyi, 
pośród których odkrywa tylko 18 topograficznych. Zmieniając 
tedy swój pogląd, wypowiedziany w poprzedniej rozprawie p. t. 
Najnowsze poglądy na wytworzenie się szlachty polskiej w wiekach 
średnich że większość zawołań należy do grupy topograficznych, 
twierdzi obecnie, że proklamacye herbowe noszą w regule imio- 
niowy charakter, a topograficzne należą do bardzo rzadkich wy- 
jątków. Za bezwarunkowo topograficzne uznaje tylko cztery, t. j. 
Pałuki, Nałęcz, Przeginia i Wągrody, co do kilkunastu innych 
zawołań o typie topograficznym wyraża wątpliwości, czy je do 
tej grupy zaliczyć, gdyż np. proklamacye Brzezina lub Wierzbno 
pochodzić mogą zarówno od nazw wsi, jak i od praojców rodów 
imieniem Brzoza lub Wierzb. Otóż do pierwszego pokolenia 
czyli pradynastów zalicza Piekosiński 27 imion wydobytych z tych 
zawołań, którym odpowiadają znaki runiczne wiązane z runą 
tyrem, jako oznaką godności wojewodzińskiej. Poczet ten uzu- 
pełnia imionami zrestytuowanemi z nazw imionowych najstar- 
szych grodów polskich, Poznania, Kostrzynia, Włocławka, Spi- 
cymierza, Giecza, Biecza, Przedecza i Bydgoszczą. 

Zestawiwszy ijm sposobem zastęp pradynastów szlachty 
polskiej, czyli członków pierwszego pokolenia, przechodzi autor 
do następnych pokoleń. Vf drugiem i następnych pokoleniach 



Franciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 231 

wytwarzają się już linie młodsze, oraz gałęzie boczne linii sc- 
niorackich, a wraz z niemi nowe odmiany znaków stanniczych. 
I ta jedynem źródłem są proklamacye herbowe i nazwy prasta- 
rych grodów, ale rozklasyfikowanie wydobytych z nich imion 
między poszczególne pokolenia natrafia już nieraz na znaczne 
trudności. W siódmem pokoleniu, które przypada na czasy Bole- 
sława Chrobrego, zaczynają się pojawiać imiona historyczne 
i tu wstępuje Piekósiński na grunt już znacznie pewniejszy, 
bo na źródłach pisanych oparty. Uwagi jego, tyczące się po- 
szczególnych osób występujących w najdawniejszych źródłach 
naszych po koniec wieku XII, to najcenniejsza część dzieła. 
Niejedną postać wyprowadzają one z dotychczasowego ukrycia, 
o wielu z nich zmieniają nasz sąd w zupełności, lub dają pole 
do ciekawej dyskusyi naukowej^). 

Zasób imion, nagromadzony w liczbie 787 w obrębie 12 
pokoleń, a okresie 4 wieków, jest zdaniem Piekosińskiego fra- 
gmentem tylko tego pocztu rycerstwa, który niegdyś rzeczywiście 
istniał. Zaginione imiona rycerstwa stara się autor wydobyć 
z nazw dóbr rycerskich, wychodząc z tej (mylnej zresztą) 2) za- 
sady, że imiona rycerskie miały swój odrębny dostojny cha- 
rakter, który je pozwala odróżnić od imion wieśniaczych. Ale 
tym sposobem wykaz imion rycerskich wzrósł do cyfry 1769. 

Rycerstwo polskie, jako rozwinięcie i kontynuacya dawniej- 
szych tez Piekosińskiego, dyskusyi już w nauce nie wywołało. 
Natomiast na gruncie spornym stanęła sprawa na pozór uboczna 
i zbyt szczegółowa, w rzeczywistości jednak dla teoryi runicznej 
zasadniczego znaczenia: sprawa stosunku heraldyki litewsko- 
ruskiej do polskiej. Już Laguna^) zwrócił uwagę na to, że dwie 
trzecie znaków, zebranych w dziele O dynastycznem szlachty 
polski^ pochodzeniu, należy nie do szlachty polskiej, lecz do 



^) Por. np. uwagi autora o Piotrze Właście (t. II str. 228) i po- 
lemiczne wywody Dr. Aleksandra Semkowicza w Kwart. hist. r. 1898, 
s. 151 oraz moje w Kwart. hist. r. 1903 str. 632. 

2) Por. uwagi Brtlcknera w rozprawie o Piaście (Rozpr. Ak. 
um. wydz. hist.-fil. t. XXXV str. 323), oraz moje w recenzyi III t. 
Rycerstwa polskiego (Kwart, histor. r. 1903 str. 626), nadto Bujaka: 
Studya nad osadnictwem Małopolski (Rozpr. Ak. um. wydz. hist.-fil. 
t. XXXVII str. 233). 

^) W rozprawie : Nowa hipoteza o pochodzeniu szlachty polskiej 
(Kwart. hist. 1890 str. 84). 



232 Władysław Semkowicz. 

ruskiej i litewskiej. Ponieważ zaś Piekosiński całą heraldykę 
Utewsko-raską zaakceptował dla swych pomysłów, twierdząc, iż 
herby na Ruś i Litwę dostały się z Polski, przeto rzecz nabrała 
zasadniczego i dla teoryi o runicznem pochodzeniu herbów pol- 
skich groźnego charakteru z chwilą, gdy powyższe określenie 
stosunku obu heraldyk, polskiej i litewsko-ruskiej, w nauce za- 
czepiono. Współcześnie z Laguną, którego pogląd na tę kwe- 
styę wyżej ^) podałem, wystąpił znakomity znawca historyi i sto- 
sunków Rusi, Aleksander Jabłonowski, w rozprawie p. t Naj- 
nowsze łeorye heraldyczne^) z podobnem zapatrywaniem, że 
herbów szlachty ruskiej i litewskiej, niebędących dowodnie 
i oczywiście wziętymi z Polski, nie można wywodzić z heraldyki 
polskiej. Jabłonowski przyznaje pewnej części znaków pieczę- 
tnych ruskich i litewskich charakter runiczny, ale sądzi, że runy 
przyniesione zostały na Ruś wprost przez Waregów. Zdaniem 
jednak tego badacza Waregowie nie byli jedynymi rozsadnikami 
obcej kultury na Rusi. Obok pierwiastków runicznych można 
dostrzec wśród znaków napieczętnych i motywa symboliczne 
i tematy z cyrylskiej azbuki, a nadto wskazuje Jabłonowski na 
jeszcze jedno źródło heraldyki ruskiej, na które dotąd nie zwró- 
cono uwagi, mianowicie na tamhy czyli znaki rodowe wschodnie. 
Mając pod ręką tamhy górali kaukazkich, wskazige na tożsamość 
herbów kilku domów ruskich, których pochodzenie turkskie czy 
kaukazkie jest mniej lub więcej pewne, z tamhami dziś jeszcze 
używanemi wśród rodów kaukazkich, a nadto na licznych przy- 
kładach wykazuje podobieństwa między motywami tak zwanymi 
runicznymi i bukwalnymi a wschodniemi tamhami. Stąd wysnuwa 
wniosek o „międzynarodowej niemal, wszechkulturowej wspól- 
ności mnóstwa, uznawanych za czyjeś wyłączne, heraldycznych 
motywów" ^). Heraldyka ruska — zdaniem Jabłonowskiego — 
nie należy integralnie do dziedziny pierwotnej heraldyki lechi- 
<3ko-polskiej, lecz stanowi świat swój odrębny, samorodny, z ró- 
żnych pierwiastków złożony, który choć uległ z czasem zalewowi 
heraldyki polskiej, to jednak nie zatracił piętna swej obrębności. 
Bystre spostrzeżenia Jabłonowskiego wywołały ze strony 
Piekosińskiego odpowiedź w formie kilku ogólnikowych a uszczy- 



1) Por. str. 226. 

2) Wisła r. 1890 str. 104. 

^) Por. wyżej cyt. rozprawę w Wiśle 1890 str, 135 n,, oraz wy- 
jaśnienia autora w Kwart, histor. r. 1899 str. 565. 



Franciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 233 

pliwych uwag we wstępie do 1 1. Rycerstwa polsJciego (str. 54 n.), 
co wywo/a/o równie ostrą odpowiedź ze strony Jabłonowskiego 
w artykule p. t. W sprawie średniowiecznej fieraldyhi litewsko- 
7iiskiej ^), w którym broni swych zapatrywań, bliżej je uzasadniając 
i wyjaśniając. W replice, zamieszczonej bezpośrednio po po- 
wyższym artykule, powołał się Piekosiński na dwa przywileje, 
mianowicie Władysława Jagiełły z r. 1432 i Zygmunta w. księcia 
litewskiego, z r. 1434, któremi dozwolonem zostało bojarom 
ruskim używanie herbów, jakich używała szlachta litewska, 
z tem jednak zastrzeżeniem, że ta mając je od szlachty polskiej, 
przed udzieleniem herbów tych bojarom ruskim, musi poprzednio 
porozumieć się w tej mierze ze szlachtą polską. Na tej pod- 
stawie twierdzi Piekosiński, że skoro szlachta litewska mogła 
brać swoje herby (dopiero od unii horodelskiej 1413) tylko 
z jednego źródła t. j. z Polski, a bojarowie ruscy mogli je od 
r. 1432 brać tylko od szlachty litewskiej, więc przed r. 1432 
szlachta ruska nie miała żadnych własnych herbów, a od tegoż 
joku mogła używać tylko herbów polskich i żadnych innych. 
Chcąc dokładniej określić ścisły stosunek pokrewieństwa między 
heraldyką polską a ruską, Piekosiński nazywa tę ostatnią „ro- 
dzoną córką" heraldyki polskiej, nie, jak dawniej, młodszą jej 
siostrą. 

W sprawie tej zabrał głos prof. Małecki w rozprawie p. t. 
Znaczenie unii horodelskiej z punktu widzenia heraldycznego^). 
Na podstawie interpretacyi dokumentów horodelskich i doku- 
mentu Władysława Jagiełły z r. 1432 dochodzi Małecki do 
wniosku, że szlachta litewska przed r. 1413, a ruska przed r. 
1432, posiadając własne pieczęcie, musiała mieć już swe rodowe 
czy osobiste znaki pieczętne, a akty powyższe dozwoliły im 
używać herbów polskich. Tekst zaś dokumentu z r. 1432 ro- 
zumie Małecki w ten sposób, że król nie broni szlachcie ruskiej 
brać herby od Litwinów (za poprzedniem porozumieniem się ze 
szlachtą polską), nie zaś tak, że mogą oni brać herby jedynie 
z tego źródła, a nie z innego. 

Piekosiński, nie czując się przekonanym powyższymi wy- 
wodami, postanowił postarać się o oryginalne pieczęcie ruskie 
z przed r. 1432 w celu naocznego przekonania się o wyglądzie 



^) Kwartalnik historyczny 1898 str. 553. 
2) Kwartalnik historyczny 1898 str. 751. 



234 Władysław Semkowicz. 

najstarszych znaków pieczętnych szlachty ruskiej. Istotnie po- 
wiodło mu się zebrać 14 takich pieczęci bojarów ruskich z XIV w., 
z których pięó wyobraża ptaka siedzącego, dwie noszą na sobie 
tylko człerowierszowe napisy ruskie, jedna przedstawia popiersie 
jakiegoś świętego wedle rytuału greckiego, jedna ma krzyż, któ- 
rego każde z czterech ramion przekrzyżowane, a pięć pieczęci wy- 
obraża herby polskie, z czego wnosi, że bojarowie bardzo szybko, 
zaraz po zaborze Rusi Czerwonej przez Kazimierza Wielkiego, 
zaczęli przyjmować herby polskie. Wyniki swych badań wyłożył 
w rozprawie p. t. O źródłach heraldyJci rusJciej^). 

Jabłonowski nie uznał jednak sprawy za przesądzoną i roz- 
strzygniętą i zabrał jeszcze raz g/os 2), przyłączając się w zu- 
pełności do wywodów Małeckiego. W fakcie, że na 14 pieczęci 
szlachty ruskiej tylko 6 znalazło się z herbami polskimi, widzi 
potwierdzenie swego zapatrywania, że heraldyka ruska XIV w. 
nie jest jedynie córką rodzoną heraldyki polskiej, widzi nadto 
dowód, że „Ruś posiada znaki swe pieczę tne już w w. XIV, 
nie czekając wcale unii litewskiej; co więcej — posiada je nie 
tylko domniemanie polskie, lecz i swoje własne, najniewątpli- 
wiej ruskie". Autor wskazuje na owego ptaka, oraz świętego 
rytuału greckiego, jako wytwór fantazyi ruskiej, nie polskiej. 
Historycy ruscy także wystąpili przeciw poglądom Piekosińskiego 
na genezę heraldyki ruskiej. Kruszewski 8) zwróci/ uwagę, że już 
w X w. ruscy kupcy i posłowie kniaziowscy mieli złote i srebrne 
pieczątki, służące im niejako za legitymacye, oraz wskazał na 
staroruskie pierścienie, monety kniaziów kijowskich i plomby 
drohiczyńskie ze znakami heraldycznymi. 

Na tem zakończył się spór o heraldykę ruską. 

Dotychczasowa praca na polu heraldyki polskiej średniowie- 
cznej natrafiała na nieprzezwyciężoną przeszkodę w tej okoliczno- 
ści, że materyał heraldyczny był nader rozprószony i dla badaczy 
mało dostępny. Zebranie tego materyału, skupienie wszystkich 
wzmianek odnoszących się do herbów i proklamacyi średniowie- 
cznych, oto mozolne zadanie, którego się podjął nasz niestrudzony 
pracownik i dokonał w pomnikowem dziele p. t. Heraldyka polska 



1) Rozprawy wydz. hist. fil. Ak. um. t. XXXVn, Kraków 1899. 

2) Kwartalnik historyczny r. 1899 str. 556. 
2) Zapiski Tow. Szewcz. t. 41. 



Franciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 235 

średniowiecma (Kraków 1899) ^j. W materyale heraldycznym roz- 
różnić można dwie grupy : 1) opisowy i 2) obrazowy. Do pierwszej 
grupy należą przedewszystkiem Klejnoty Dlugoszowe i zapiski 
heraldyczne, do drugiej pieczęcie, zworniki, płyty grobowe i her- 
barze z wizerunkami herbów. 

Długosza nie uważa Piekosiński za heraldyka, a Klejnotów za 
dzieło heraldyczne, ale historyczne. Brak wyszczególnienia rodzin, 
które odnośnych herbów używały, a natomiast dodana przy 
każdym herbie charakterystyka odnośnych rodów pozwalają, 
zdaniem jego, wnosić, że nie z typowem dziełem heraldycznem 
mamy do czynienia, ale z pracą przygotowawczą czy pomocni- 
czą do historyi. Nie godząc się na powyższe określenie stano- 
wiska Długosza w heraldyce polskiej, zwróciłem uwagę w re- 
cenzyi tego dzieła 2) na niewłaściwość oceniania Klejnotów 
miarą nowożytnych herbarzy. Klejnoty Długoszowe wyrosły na 
gruncie średniowiecznym, pochodzą z czasów, gdy rodowa orga- 
nizacya społeczeństwa szlacheckiego była jeszcze dość silną, 
a nazwiska rodzinne dopiero w fazie tworzenia się i ustalania, 
o wyszczególnianiu więc rodzin nie mogło jeszcze być mowy. 
Wskazując na opis godła herbowego, jako główną i istotną część 
Klejnotów, wyraziłem przypuszczenie, że Długoszowi chodziło 
o ustalenie kształtów i barw godeł herbowych, co było piekącą 
potrzebą ze względu na zamęt, jaki skutkiem dowolności w uży- 
waniu akcesoryów i tworzenia odmian herbowych zaczął ogar 
niać heraldykę polską XV w. Odmiennie też od Piekosińskiego, 
który za oryginał Klejnotów Długoszowych uznał rękopis biblio- 
teki Ossolińskich, upatnyę go w rękopisie biblioteki kórnickiej, 
i na podstawie porównania tekstów starałem się dowieść, że 
rękopis Ossolińskich jest kopią kórnickiego. — Ważne uzupeł- 
nienie Klejnotów Długoszowych stanowią wzmianki o herbach 
znane z innych dzieł Długosza, zwłaszcza z jego Historyi i Liber 
beneficionim. 

Zapiski sądowe, tyczące się nagany i wywodu szlachectwa, 
czyli tak zw. heraldyczne, przeważnie małopolskie, rozprószone 



^) Zob. Odezwę w przedmiocie zamierzonego dzieła o heral- 
dyce polskiej średniowiecznej w Wiadom. num. arch. z r. 1893 (nr. 
18), w której zwraca się do miłośników przeszłości z prośbą po- 
parcia go wiadomościami z zakresu heraldyki i sfragistyki średnio- 
wiecznej. 

2) Kwartalnik historyczny r. 1899 str. 822. 

Kwartalnik Uttoiyoiny XXII— 2/3. ^' 



236 Władysław Semkowicz. 

po licznych wydawnictwach (Helcia, Ulanowskiego, Potkańskiego 
i in.), stanowiły drugie nieocenione źródło dla autora Heral- 
dyJci średniowiecznej, który je uzupełnił dwoma nowymi zbior- 
kami. Pierwszy p, t. Nieznane zapiski heraldyczne średniowie- 
czne, przeważnie sieradzkie (Arcfmvum Jcomisyi historycznej t. 
VIII, Kraków 1898) zawiera około 90 zapisek zebranych przez 
St. Lagunę, który je powierzył Piekosińskiemu do opracowania 
i wydania. Wstęp zawiera szereg cennych uwag tyczących się 
ciekawego materyału heraldycznego, zawartego w zbiorze. Drugi 
zbiorek : Nieznane zapiski heraldyczne z ksiąg wiślickich (Studya, 
rozprawy i materyały z dziedziny historyi polskiej i prawa pol- 
skiego t. VII Kraków 1907) jest wyciągiem z obszerniejszego wy- 
dawnictwa Zapisek sądowych województwa sandomierskiego, które 
omówiliśmy w pierwszym artykule^). Zawiera tylko 41 zapisek 
heraldycznych, a pod względem wartości nie dorównywa po- 
przedniemu. 

Z materyałów obrazowych, przedstawiających wizerunek 
godła herbowego, do najważniejszych należą pieczęcie. Są to za- 
razem najstarsze zabytki heraldyki średniowiecznej; wiadomo, 
że znaki napieczętne stanowią główną podstawę teoryi runicznej. 
Na zebraniu jak największej ilości dawnych pieczęci, zwłaszcza 
rycerskich, musiało Piekosińskiemu już od dawna zależeć. Stąd 
wścisłym związku z pracą w dziedzinie heraldyki 
pozostaje działalność jego na polu sfragistyki. 
Pieczęcie polskie średniowieczne, rozprószone po różnych zbio- 
rach i wydawnictwach, znane po większej części z lichych ry- 
sunków lub tylko opisów, domagały się starannego wydania 
w jednym zbiorze. W uznaniu tak ważnej potrzeby naukowej 
ogłosił Piekosiński już w r. 1890 dwie prace z zakresu sfragi- 
styki średniowiecznej. Jedną p. t. Materyały sfragistyczne^ 
poświęcił zbadaniu sześciu najdawniejszych pieczęci książę- 
cych i kościelnych. W drugiej p. t. Poczet najstarszych pie- 
częci szlachty polskiej z tematów runicznych ^) podał wizerunki 
i opisy 4f8 pieczęci szlacheckich ze znakami, które uważał za ru- 
niczne. Pełniejszy zbiór pieczęci rycerskich w liczbie 54, z her- 



1) Zob. wyżej str. 209. 

2) Wiadomości numizmatyczno-archeologiczne z r. 1890 nr. 3 i 4. 
^) Odbitka z Wiadomości numizmatyczno-archeologicznych z r. 

1890, por. recenzyę Laguny w Kwart. hist. z r. 1892 str. 673. 



Franciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 237 

bami nie tylko o tematach runicznych ale i zachodnio-europej- 
skich, ogłosi! Piekosiński w r. 1898 p. t. Najstarsze pieczęcie 
szlachty polsMej'^). W rok potem, współcześnie z Heraldyhą pol- 
ską średniowieczną^ pojawiJ się większy zbiór sfragistyczny : 
Pieczęcie polsTcie wieków średnich^ część I. Doba piastowska •). 
Ważne to dzieło obejmuje prócz pieczęci rycerskich także ksią- 
żęce, duchowne, kościelne i klasztorne po rok 1389. Wizerunki 
pieczęci, przeważnie w cynkotypach, wykonane w naturalnej 
wielkości, oddają zupełnie wiernie nawet najdrobniejsze szcze- 
góły zabytków. Tekst zawiera, prócz dokładnego opisu pieczęci 
wiele krytycznych uwag, tyczących się autentyczności pieczęci, 
€zasu ich pochodzenia i właścicieli. Słowem, jest to materyał 
dla sfragistyki i heraldyki polskiej wieków średnich pierwszo- 
rzędnej wartości. W r. 1901 i 1902 odbył Piekosiński podróż do 
Poznania, Gniezna, Wrocławia i Warszawy, gdzie znalazł wielką 
ilość pieczęci z doby piastowskiej wcale dotąd nieznanych lub 
znanych tylko z opisu. Początek tego cennego uzupełnienia, za- 
mieszczony w Heroldzie polskim z r. 1906^), zawiera 48 pieczęci, 
a na czele najstarszą pieczęć polską Władysława Hermana 
2 r. 1086, którą Piekosiński osobno omówił w artykule zaty- 
tułowanym Najstarszy dokument polski^ W Heraldyce polskiej 
wieków średnich, pomieścił Piekosiński rysunki, dosyć zresztą 
niedołężnie wykonane, typowych znaków napieczętnych z w. XV. 
Do tego samego rodzaju wydawnictw należą także Notaty he- 
raldyczno-sfragistyczne Jana Zamojskiego^). Zamojski porządku- 
jąc archiwum koronne, sporządził inwentarz dokumentów, w któ- 
rym znajduje się dział zawierający wykaz i opis pieczęci do 
tych dokumentów przewieszonych. Niektóre znaki napieczętne, 
których nie podobna było opisać oddał Zamojski w rysunkach. 
Pośród nich wiele godeł herbowych dotąd nieznanych, zwłaszcza 



*) Herold polski z r. 1898, oraz Studya, rozprawy i materyały 
t. Ul, Kraków 1899. 

2) Odbitka ze Sprawozdań komisyi do badania historyi sztuki 
w Polsce 1897 — 1899 (Kraków 1899). Nadto drukowane w Tygo- 
dniku illustrowanym z r. 1904 — 1906, oraz w Tygodniku (dod. do 
Kuryera lwowskiego) z r. 1906 pt. Starodawne pieczęcie polskie. 

^) W dziale p.t. Rozprawy i materyały z dziedziny nauk da- 
iących poznawać źródła historyczne polskie t. I z. 1. 

^) Wiadomości num. arch. z r. 1909 nr. 54, oraz w Tygodniku 
illustrowanym z r. 1906 zesz. 1. 

») Studya, rozpr. i materyały etc. t. VII, Kraków 1907. 



238 WładjD^aw Semkowicz. 

herbów szlachty ruskiej. Notaty Zamojskiego ważne są z tego 
względu, że wiele z tych dokumentów i pieczęci zaginęło^). 

Na równi z pieczęciami stoją pod względem wartości dla 
heraldyki zworniki, tablice erekcyjne i płyty grobowe z wyobra- 
żeniami herbów. Najciekawsze zworniki, pochodzące z pot. XIV w.^ 
znajdigą się na sklepieniu sali w t. zw. kamienicy hetmańskiej 
w Rynku krakowskim. Piekosiński zbadał je dokładnie i określi/ 
w rozprawie p. t. Sala gotycka w kamienicy hetmańskiej w Kra- 
kowie^. Do najstarszych grobowców autentycznych, jakie się 
do naszych czasów dochowa/y należą: grobowiec Franciszka 
Arrighi w kość. Dominikanów w Krakowie z r. 1312, oraz gro- 
bowiec Pakosława herbu Lis, kasztelana krakowskiego, z r. 1319. 
Porównaniu tych płyt grobowych poświęcił Piekosiński osobny 
artykuł w Heroldzie polskim z r. 1898. 

Pieczęcie i zworniki mają jednak tę pjemną stronę, że nie 
podają barw herbów, które od XV w. zaczynają odgrywać w he- 
raldyce coraz ważniejszą rolę. Temu brakowi czynią w części 
/.adość następujące źródła heraldyczne: 

1) Richentala kronika soboru konstancyjskiego, w której 
znajduje się kilkanaście barwnych herbów posłów polskich ucze- 
stniczących w soborze. Piekosiński, ceniąc wartość tego źródła 
dla heraldyki polskiej, opracował w osobnej rozprawie p. t. Goście 
polscy na soborze konstancyjskim^) tekst kroniki wraz z wize- 
runkami herbów i niebarwionymi) na podstawie druku z r. 1483» 
który posiada biblioteka Czartoryskich. X. Likowski w recenzyi 
tej pracy*) wyraził słuszny żal, że autor nie wziął za podstawę 
ak cennego dzieła któregoś ze współczesnych rękopisów^), gdyż. 
tekst przedrukowany w powyższej rozprawie jest w wielu miej- 



^) Z drobniejszych prac sfragistycznych Piekosińskiego wymię- 
iiiamy : Uwagi o pieczęci Kazimierza Wielkiego z literą K (Wiad. 
num. arch. z r. 1891 nr. 8), Pieczęć majestatyczna Michała Wiśnio- 
wieckiego (Spraw. kom. do bad, hist. sztuki VI, 1896) i Jan arcy- 
biskup gnieźnieński, pieczęć z r. 1163 (Herold polski 1898). 

2) Rocznik krakowski 1898, oraz Rocznik Towarzystwa miło- 
śników Krakowa t. IX 1907, nadto komunikat w Sprawozdaniu hist. 
sztuki VI 1897. 

8) Rozpr. wydz. hist. fil. Ak. urn. t. XXXVn, str. 130. 

^) Kwartalnik histor. 1899 str. 578. 

°) O rękopisach kromki Richentala por. Sprawozdania komisy!- 
do bad. hist. sztuki t. VIII z. ^2 ^^* LXXVIII o Ściborze z Ściborzya 



Franciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 239 

scach błędny, nazwiska poprzekręcane, a herby niedokładnie 
odrysowane. 

2) Rola marszałkowska Mikołaja z Brzezia Lanckorońskiego 
2 r. 1461 z rękopisu biblioteki arsenalskiej w Paryżu, zawiera- 
jącego 66 malowanych herbów polskich. Tę rolę herbową, słu- 
żącą heroldom w turniejach do blazonowania herbów, opisał Pie- 
kosiński w osobnym artykule p. t. Najstarsza rola marszałkowska 
polska *). 

3) Herbarz arsenalski z pocz. XVI w. podający 145 kolo- 
rowanych herbów polskich. 

Na podstawie tych źródeł opracował Piekosiński cało- 
kształt heraldyki średniowiecznej polskiej. Olbrzymi wprost ma- 
teryał półtysiąca herbów rozłożył on i ugrupował umiejętnie 
i przejrzyście. Szereg herbów, których liczba dochodzi do pół- 
tysiąca, rozpoczynają Klejnotłj Długoszowe wszystkich znanych 
redakcyi. Mamy tu dokładne opisy herbów, porównane z opi- 
sami zawartymi w zapiskach herbowych i z wizerunkami her- 
bów, zebranymi z pieczęci, nagrobków, zworników, malowideł 
ściennych, kroniki .Richentala, roli marszałkowskiej i herbarza 
arsenalskiego. W podobny sposób przeprowadza autor ścisły 
rozbiór herbów, które znane są z innych dzieł Długosza, zwłaszcza 
z jego Historyi i Liber beneficiorum, a o których w Klejnotach 
niema wzmianki. Poczet herbów znanych nam z dzieł Długosza 
uzupełnia Piekosiński herbami, o których podają nam wzmianki 
zapiski sądowe średniowieczne, pieczęcie i inne źródła heral- 
dyczne wieków średnich. Dział ten kończy grupa herbów bez- 
imiennych, znanych nam tylko z wizerunków. W drugiej części 
omawia autor herby ziem, w trzeciej zaś herby kapituł. Gennem 
uzupełnieniem dzieła jest krytyczne wydanie tekstu Klejnotów 
Długoszowych z ścisłem uwzględnieniem odmianek tekstów i na- 
stępstwa herbów w poszczególnych rękopisach. W recenzyi tej 
pomnikowej pracy podniosłem jej wartość naukową^. W uznaniu 
wartości tego pomnikowego dzieła Akademia umiejętności obda- 
rzyła Piekosińskiego nagrodą im. Barczewskiego w r. 1899. 

Heraldyka polska wieków średnich była dziełem ściśle nauko- 
wem, zarówno treść jak i układ jej był do celu tego zastosowany, 



^) W czasopiśmie wydawanem przez Piekosińskiego Herold poU 
ski t. I (1897), komunikat w Spraw. hist. sztuki VI 1897. 
2) Kwartalnik histor. 1899 str. 814. 



240 Władysław Semkowicz. 

a nadto okres czasu, objęty tein dziełem, był ograniczony. Brakło 
jednak u nas dzieła, które czyniąc zadość wymogom naukowym, 
miałoby równocześnie praktyczne cele na oku, które objęłoby 
całokształt heraldyki polskiej, z którego możnaby się szybko 
i łatwo dowiedzieć o każdym herbie. Tej potrzebie miał zadość 
uczynić Herold polski czyli Przewodnik heraldyczny^ którego wy- 
dawnictwo, rozpoczęte w czasopiśmie Heroldzie polskim w r. 1898, 
nie zostało niestety doprowadzone do końca. Poprzedzony obszer- 
nym wstępem teoretycznym o zasadach i źródłach heraldyki 
polskiej miał Przewodnik składać się z dwóch części. Pierwsza 
miała objąć poczet wszystkich herbów polskich, tak znanych, 
jak i nieznanych, o których wiadomość można było zaczerpnąć 
bądź z dzieł drukowanych, przedewszystkiem heraldycznych, 
bądź też z rękopisów autorowi dostępnych, bądź wreszcie z innych 
źródeł, jak pieczęci, zworników, tablic erekcyjnych etc. Część 
ta, ułożona w alfabetycznym porządku, podając dokładny opis 
herbu, jego wizerunek i źródła, z których o herbie odnośnym do- 
wiedzieć się coś można, doprowadzona została tylko do litery B. 
Druga część zawierać miała wskazówki służące do odnalezienia 
nazwiska herbu, znanego tylko z rysunku, a więc alfabetyczny 
wykaz przedmiotów herbowych, a pod każdym przedmiotem 
wskazane herby, w których ten przedmiot występuje. Ta druga 
część, ze stanowiska praktycznego o wiele ważniejsza i potrze- 
bniejsza od pierwszej, domaga się jak najrychlejszego opracowania. 
W r. 1901 pojawił się trzeci tom Bycerstwa polskiego 
wieków średnich^ książka ogromnych rozmiarów o 1000 przeszło 
stronach druku (Kraków 1901/2) *). Tom ten poświęcony jest 
rycerstwu małopolskiemu w dobie piastowskiej i obejmuje okres 
czasu od r. 1200 — 1366. Jako tło obrazu dziejów rycerstwa ma- 
łopolskiego służą regesta historyczne, ułożone chronologicznie, 
a podające krótkie streszczenie wzmianek źródłowych dotyczą- 
cych rycerstwa. W drugiej części dzieła przedstawił Piekosiński 
„rozsiedlenie rycerstwa małopolskiego w dobie piastowskiej czyli 
geograficzne rozpołożenie żup rodowych". Żupą rodową zowie 
autor (mylnie zresztą) zwarty kompleks posiadłości ziemskich, 
będący w posiadaniu członków jednego rodu. Żupy rodowe 
powstały, zdaniem Piekosińskiego, na początku XII w., kiedyto 
Bolesław Krzywousty młodszych dynastów, żyjących dotąd na 



*) Wydane w dwóch częściach : tom główny i zeszyt dodatkowy. 



Franciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 241 

jego dworze, aposaży/ ziemią. W celu zbadania położenia geogra- 
ficznego tych żup rodowych bierze autor za punkt wyjścia mapę 
dyecezyi krakowskiej, sporządzoną na podstawie Dfugoszowego 
Liber beneficiorum, w tem przekonaniu, że stan rozsiedlenia rodów 
szlacheckich w Małopolsce w drugiej połowie XV w. w głó- 
wnych zarysach niewiele różnił się od tego, jaki istniał za Bo- 
lesława Krzywoustego, t. j. w czasie nadania dóbr rycerstwu 
polskiemu. W recenzyi tego dzieła *) zwróciłem uwagę na nie- 
bezpieczeństwo takiego wnioskowania wstecznego, ile że w ciągu 
półczwarta wieku stan rozsiedlenia rodów rycerskich musiał 
doznać poważnych zmian i przeobrażeń, na co przytoczyłem 
szereg dowodów ze źródeł. Nie obniża to jednak wartości pracy, 
ile chodzi o rozsiedlenie szlachty w wieku XV. Całą południową 
połać województwa krakowskiego po prawym brzegu Wisły aż 
po Karpaty i granicę węgierską zajmował — zdaniem Piekosiń- 
skiego — ród Lubomlitów-Ogniwów, którego czołem była Lu- 
bomia na Spiżu. Przy pomocy teoryi runicznej z wszelkiemi jej 
konsekwcncyami zdołał autor wznieść ten ród, o którym dotąd 
głucho było w dziejach rycerstwa, do rzędu najpotężniejszego 
rodu małopolskiego, który wydał z siebie rzekomo cały szereg 
bocznych gałęzi i rodów. Na błędną metodę, która doprowa- 
dziła autora do tak daleko idących wniosków, wskazałem we 
wspomnianej recenzyi, do niej też odsyłam czytelnika po bliższe 
szczegóły polemiczne. 

Poczet rycerstwa małopolskiego z doby piastowskiej obej- 
muje z górą 3000 imion w obrębie dwu niespełna wieków 
(1200-1366), a pięciu pokoleń (XIII— XVII). Każde z nich stara się - 
autor dokładniej określić pod względem pochodzenia rodowego, 
a gdzie niema wyraźnej na to wskazówki w postaci znaku na-> 
pieczętnego, tam na podstawie innych danych (imienia, dzie- 
dzicznej wsi) wypowiada domysł co do przynależności rodowej 
każdej postaci z osobna, przyczem lwia część przypadła oczy- 
wiście Lubomlitom -Ogniwom. Część czwarta zawiera spis do- 
stojników i urzędników nadwornych, ziemskich, grodzkich i eko- 
nomicznych. W zeszycie dodatkowym (który właściwie jest sporą 
książką) rozważa Piekosiński jeszcze raz materyał tyczący się 
rycerstwa małopolskiego, nagromadzony w trzech tomach Ry- 
cerstwa polskiego, bada imiona właściwe poszczególnym rodom, 



') Kwartalnik histor. z r. 1903 sir. 624. 



242 Władysław Semkowicz. 

które stara się zrekonstruować pod względem genealogicznym 
i pod względem rozsiedlenia terytoryalnego. Znakomite to dzieło 
pod względem wartości wewnętrznej przewyższa dwa pierwsze 
tomy Rycerstwa, w których Piekosiiiski obracał się przeważnie 
w sferze hipotez, podczas gdy tu, rozporządzając materyałem 
faktycznym, mógł zeń wysnuć wnioski na pewnej oparte pod- 
stawie, to też wiele z nich pozostanie trwałym nabytkiem na- 
ukowym. 

Ostatnią drukiem ogłoszoną syntetyczną pracą Piekosiń- 
skiego jest Herbarz szlachty polskiej wieJcótc średnich i). Jest to 
zarazem zamknięcie dotychczasowych badań jego nad heraldyką 
średniowieczną. Piekosiński streścił tu swoje dawne poglądy na 
genezę szlachty i herbów polskich, a następnie cały materyał 
heraldyczny, jakim rozporządzał, ułożył w system, rozmieszcza- 
jąc wszystkie znane herby między .38 rodów szczepowych, wy- 
kazując, jakie herby od wspólnych pierwotypów pochodzą, a więc 
jakie linie względnie gałęzie boczne do wspólnego pnia należą. 
Poczet nagromadzonych tu godeł herbowych dochodzi do pół- 
toratysiąca. W tej masie znaków Piekosiński niejednokrotnie się 
gubił i stąd poszło, że niektóre herby identyczne zaliczył do 
kilku różnych grup. Tak np. herb. Sas zaliczony jest do rodów 
pierwszego (nr. 58—60), siódmego (nr. 433—442, oraz 1259—1269) 
i piętnastego (852 i 1365), a znak z pieczęci Iliasza z Palmitowa 
znalazł się zarówno w siódmym (nr. 442), jak i piętnastym ro- 
dzie (821). Podobnie herb kniazia Olelka Włodzimirowicza (nr. 
1108) zaliczony został do rodu trzydziestego czwartego, a pra- 
wie identyczny herb Andrzeja Włodzimirowicza (nr. 1123) znaj- 
dujemy w rodzie trzydziestym szóstym. W tem dziele dopiero 
okazała się w całej pełni kruchość podstaw, na których spo- 
czywa gmach teoryi heraldycznej Piekosińskiego. Przyznać jednak 
należy, że sam nagromadzony tu materyał heraldyczny jest 
bardzo ciekawy i umiejętnemu heraldykowi może oddać nader 
ważne usługi. W drugiej części Herbarza szlachty polskiej miał 
Piekosiński zamiar podać wykaz całej szlachty średniowiecznej 
w poszczególnych dzielnicach. 

Na krótko przed śmiercią przystąpił Piekosiński do studyów 
nad rycerstwem polskiem wieku XVI. Obfitego materyała do- 
starczyły mu księgi rekognicyi poborowych, przechowane w ar- 



*) Herold polski 1905 i 1906. 



Franciszek Pjekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 243 

chiwum bytej komisyi skarbu w Warszawie. Księgi te składają 
się z kwitów poborowych, opatrzonych pieczęciami osób płacą- 
cych podatek. Piekosiński opracował ten ważny materyał heral- 
dyczny w wydawnictwie p. t. Polska w. XVI pod wzglądem roz- 
siedknia się szlachty *). Mamy tu wykazy wsi kilku powiatów 
województwa krakowskiego z podaniem ich właścicieli, a nadto 
wykazy szlachty poszczególnych powiatów z podaniem jej her- 
bów zaczerpniętych 2 owych pieczątek. Na podstawie tego ma- 
teryału nakreślił Piekosiński w odczycie, mianym na posiedzeniu 
Wydziału historyczno-filozoficznego dnia 19. lutego 1906 *), obraz 
rozsiedlenia szlachty w Małopolsce w w. XVI i stwierdził w po- 
równaniu z w. XV szereg ważnych zmian, przede wszystkiem 
upadek rodu Lubomlitów-Ogniwów. 

Prócz tych wielkich dzieł heraldycznych, obejmujących 
ogół rodów i herbów rycerskich, pozostawił Piekosiński w swej 
spuściźnie naukowej cały szereg pomniejszych rozpraw, poświę- 
conych dziejom poszczególnych rodzin lub rodów szlacheckich, 
a ogłoszonych w Heroldzie polsJdm, Należą tu monografie o ro- 
dzie Werszowców-Rawiczów ^, o rodzinie Piórkowskich herbu 
własnego *), oraz artykuły o pochodzeniu Sapiehów ^) i stosunku 
Scipionów do Nadobowiczów*). 

Pozostaje nam wreszcie wspomnieć o wydawnictwach her- 
barzów. Należą tu przedewszystkiem dwa litewskie herbarze ks. 
Wojciecha Kojałowicza-Wijuka, t. zw. Compendium 
i Nomenclator. Compendium'^) jest krótszy i zredagowany w ję- 
zyku polskim, obszerniejszy zaś Nomenclator^) w języku łaciń- 
skim. Oba te herbarze pochodzą z połowy XVII w., a autografy 
ich znajdują się w Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Herba- 
rze Kojałowicza są bardzo ważnem źródłem dla naszej heraldyki. 
Podają one bowiem wiele nieznanych skądinąd herbów, zwła- 
szcza litewsko-ruskich, przeważna część jednak herbów jest po- 



1) Herold polski 1906. 

2) Sprawozdanie z czynności i posiedzeń Ak. um., luty 1906. 
^ Materyały do historyi rodu Werszowców polskich, a zwłaszcza 

Rawiczów, Herold pol. 1905, oraz Rocznik Werszowców-Rawiczów, 
tamże, 1906. 

*) Tamże, 1905. 

5) Tamże, 1898. 

^ Scipio czy Nadobowicz. Tamże, 1897. 

7) Herold polski 1897. 

8) Tamże, 1905 i 1906. 



244f Władysław Semkowicz. 

chodzenia polskiego i należy do rodzin bądźto rdzennie poi« 
skich na Litwie i Rusi osiedlonych, bądź litewsko-ruskich, da 
polskich rodów adoptowanych. Herbarze te podają w porządku 
alfabetycznym dokładny opis każdego herbu, częstokroć pocho- 
dzenie danej rodziny, wykaz wybitniejszych jej członków, tak 
dawnych jak i współczesnych, z godnościami i tytułami, wska- 
zują nadto miejsca rozsiedlenia rodzin. Liczne rysunki herbów,, 
w autografie niedołężnie wykonane, przerysowane są w wyda- 
wnictwie Piekosińskiego z zachowaniem stylowych cech chara- 
kterystycznych. Herbarz zwany NomencJator podał Piekosiński 
w polskim przekładzie, niestety zdołał go dociągnąć zaledwie do 
litery K. Niedokończonym pozostał także herbarz p. t. Summa- 
ryusz szlachty prusJco-pohIciej D di chn o w ski ego z poł. XVII w.,, 
ogłoszony z autografu przechowanego w bibliotece kurnickiej *). 
Późniejszym od nich, bo z końca XVIII w. pochodzącym, jest 
Herbarz szlachty witebskiej 2) niewiadomego autora, sporządzony 
na podstawie wywodów szlachectwa sądu ziemskiego witebskiego. 
Podaje on wywiedzione rodziny wraz z ich herbami i dokumen- 
tami, które na udowodnienie swego szlachectwa przywiodły. 
I te herbarze zdobią wizerunki herbów, na ogół jednak nie tak 
starannie wykonane, jak w herbarzach Kojałowicza. 



„Piekosiński — powiada Smolka w Uwagach o pierwo- 
tnym ustroju społecznym PolsJci piastowskiej — wyrażał się nie- 
raz stanowczo, że obowiązkiem każdego z nas jest bronić do 
ostatka swoich pomysłów wyczerpywaniem wszelkich argumen- 
tów, które dadzą się przytoczyć na ich poparcie. Zdaniem jego 
tylko w ten sposób może się prawda wyświetlić, wywody bowiem 
błędne, które się ostać nie będą mogły, upadną w polemice pod 
ciosem zarzutów i spełnią tem samem swoje zadanie, że nikt 
już w ich obronie kopii kruszyć nie będzie ; pomysły zaś trafne 
odniosą w tej walce zwycięstwo, a poparte wszelkimi może- 
bnymi argumentami, z hipotezy przekształcą się w rzecz pewną 
i niezbitą" •). 

Ta myśl przewodnia przyświecała mu przez cały okres 
pracy naukowej. Od pierwszej chwili, kiedy wystąpił z pomy- 

^) Wiadomości archeol.-num. 1900—1902. 
2) Herold polski 1898. 
8) str. 295. 



Franciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 245 

słem runicznego pochodzenia herbów, aż do śmierci bronił go 
niemal fanatycznie i nie Łylko w niczem nie cofnął się przed 
pociskami i zarzutami krytyków, ale w glębokiem przekonaniu 
o prawdziwości swych poglądów kroczył naprzód po wytkniętej 
raz ścieżce iisątie ad finem. Jeśli zmieniał zapatrywanie na po- 
szczególne kwestye łączące się z teoryą runiczną, to nie czynił 
tego pod wpływem i w duchu swoich krytyków, lecz przeciwnie 
szedł uparcie wbrew ich poglądom. Tak było — jak widzie- 
liśmy — z zawołaniami. Gdy w pierwszych pracach dzielił je 
na topograficzne i osobowe, a nawet przyznawał pierwszym 
przewagę liczebną, to w Rycerstwie polsJciem uważał topogra- 
ficzne proklamy tylko za wyjątki, przyjmując jako regułę zawo- 
łania osobowe, popadł więc w skrajną sprzeczność z Małeckim, 
który wywodzi wszystkie zawołania od nazw miejscowych. Po- 
dobnie miała się rzecz z heraldyką ruską, której źródło upatry- 
wał pierwotnie u Waregow, później wywodził ją z Polski, na- 
zwał siostrzycą heraldyki polskiej, a po ostrych atakach ze 
strony Jabłonowskiego poszedł jeszcze dalej w wytkniętym 
przez się kierunku, nazywając heraldykę ruską rodzoną córką 
polskiej. Uważając swą hipotezę za niewzruszony dogmat, do- 
prowadził konsekwencye teoryi runicznej, zwłaszcza przy ostatku, 
do tego stadyum, które trzeźwo patrzący i myślący krytyk mógł 
przyjąć tylko milczeniem (cfr. rzekoma potęga rodu Lubomli- 
tów). To milczenie ze strony uczonych najbardziej go bolało, 
na to też żalił się nieraz, on pragnął polemiki, pragnął walki, 
tymczasem przeciwnicy się nie zjawiali. „Chociaż piszę po 
polsku -— skarży się w Rycerstwie polskiem (II str. 177) — 
i zapatrywania moje objawiam, jak mi się zdaje, w dość po- 
prawnym języku polskim, to jednak mam to nieszczęście, iż 
przez świat uczony polski nie jestem zgoła rozumiany... jak- 
kolwiek bowiem moje zapatrywania oparte są zawsze na dłu- 
goletnich studyach i żadnej lekkomyślności lub powierzcho- 
wności zarzucić im nie można, gdyż są zawsze wedle sił i mo- 
żności motywowane, to jednak świat naukowy polski zdaje się 
nie rozumieć ich wcale, gdyż nie poddaje ich pod rozbiór na- 
ukowych badań krytycznych, a mimo to zachowuje wobec nich 
lekceważące milczenie i powątpiewanie". Ale później sam się 
pocieszał, przyjmując owo milczenie za uznanie swojej teoryi. 
„Bądź jak bądź — pisze w III tomie Rycerstwa — skonstato- 
wać muszę, że mimo upływu tylu lat... przecież dotąd żaden 



246 Władysław Semkowicz. 

historyk nie wystąpił z żadnym takim przekonywającym argu- 
mentem, któryby moją teoryę nietylko obalić, ale choćby nawet 
zachwiać zdołał. Wobec tego wszystkiego... nie mam powodu do 
rozpaczania nad moją teoryą, potrzebuję tylko dać czas tej spra- 
wie, niech się wystoi. Skoro historycy nasi przyjdą po długim 
namyśle do przekonania, że argumentów przekonywających prze- 
ciw mojej teoryi nie mają, to się wreszcie z nią powoli oswoją 
i uznają ją za trafną". 

Tę nadzieję wziął z sobą do grobu. 

Konstrukcya teoryi runicznej była tak sztuczną i misterną, 
tak bystro pomyślaną, tyle w niej było wyjść i wnijść, że w naj- 
zawilszej sytuacyi znalazła się zawsze furtka i można powie- 
dzieć, że nie było prawie kwestyi dla Piekosińskiego, którejby 
nie potrafił wyjaśnić ze stanowiska swej teoryi, z drugiej zaś 
strony nie było znaku herbowego, któregoby nie potrafił wy- 
prowadzić z jakiejś runy. Bo też nie mógł znaleźć podatniej - 
szego i bardziej giętkiego materyału dla tematów herbowych 
nad runy. Występują one bowiem w dwóch kształtach i typach, 
jako starszy i młodszy futhork, w liniach prostych, łukowatych 
i kolistych, występują luźnie i powiązane, ulegają odmianom 
w położeniu. Wprowadziwszy je na grunt heraldyczny polski, 
Piekosiński dodaje jeszcze nowe odmiany: uszczerbienie czyli 
odłamanie dolnej części laski runicznej, uświęcenie przez do- 
danie krzyża i uherbienie. I to mu jeszcze nie wystarcza do 
wywiedzenia wszystkich herbów ze znaków runicznych, lecz i na 
to znajduje się rada. Piekosiński odkrywa*) zjawisko nieznane 
światu runicznemu skandynawskiemu, a właściwe tylko pol- 
skiemu, że przy formowaniu odmian herbowych przedsiębrano 
zmiany kresek znamiennych runy (każda runa składała się z la- 
ski i kresek znamiennych czyli znamion). Dokonywano tedy 
najrozmaitszych operacyi z runą, wywracając znamiona, w ca- 
łości lub częściowo, zmieniając położenie pionowe lub ukośne 
na poziome, łamano je na po/owy lub części i t. p. Skonsta- 
towanie tego zjawiska otwarło całej masie herbów dotąd nie- 
rozwiązanych na oścież wrota do gmachu teoryi runicznej. Wy- 
starczy tylko reprodukować ten proceder w odwrotnym kie- 
runku, aby znaleźć prototyp runiczny każdego znaku herbowego. 
Ponieważ zaś przy owych operacyach nie stosowano się do 



') Rycerstwo polskie II, str. 123. 



Franciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 247 

żadnych reguł, więc i Piekosiński posługuje się w odtwarzaniu 
run z herbów tylko własną wyobraźnią i inslynktem. 
Oto parę próbek tych metamorfoz heraldycznych: 
Jest denar, zdaniem autora, Bolesława Chrubrego, „z na- 
pisem obojętnym (?), wykazujący po jednej stronie duży pióro- 
pusz hełmowy, pod nim znak vv> który się jako godło stannicze 
runiczne jakiegoś komesa palatyna króla Bolesława Chrobrego, 
który tę monetę bił, przedstawia''. Na pierwszy rzut oka przed 
stawia się ten znak jako herb Syrokomla, ale zdaniem autora 
herb Syrokomla powstał dopiero najwcześniej w XIII w., wo- 
bec czego znak na denarze jest odmianą innego jakiegoś godła 
stanniczego runicznego. Aby je wkrzesid, autor prostuje naprzód 
kreski znamienne, potem nadaje im kierunek ukośny, wywraca 
tak uzyskaną figurę i otrzymuje tą drogą godło Lisów, wyobra- 
żające strzałę źeleźcem ku górze zwróconą, a u dołu przekrzy- 
żowaną. Na tej podstawie twierdzi, że ów komes palatyn, który 
tę monetę wybił, pochodził z rodu Lisów. 

Tymczasem po bliższem zbadaniu sprawy pokazuje się 
przedewszystkiem, że ów denar, na którym autor buduje swój 
wywód, jest czeskim denarem Brzetysława I, nie zaś Bolesława 
Chrobrego *). Powtóre okazuje się, że ów znak, przypominający 
rzekomo Syrokomlę, przedstawia właściwie kotwicę dwuramienną 
z krzyżem +j, znak często występujący na denarach czeskich 
z XI i XII w. 2). Piekosińskiego więc w błąd wprowadził niedo- 
kładny rysunek. Trzecią wreszcie niedokładność popełnił autor 
tem, że godło, które wydobył ze znaku na denarku, przypisuje 
Lisom. Małopolski ród Lisów używał strzały dwukrotnie prze- 
krzyżowanej, podczas gdy godło, przedstawiające strzałę raz 
przekrzyżowaną, było właściwem rodowi ślązkiemu Wierzbno, 
który z Lisami nic nie ma wspólnego^ a który sobie z końcem 
XIII w. odmienił to godło na herb zachodnio-europejski, przed- 
stawiający 6 lilij. Oba te herby, dawny i nowy, widzimy na 
tarczach herbowych, umieszczonych na pieczęci Henryka z Wierz- 



^) Por. dokładną reprodukcyę w pracy Smolika: Denary ad§l- 
n^^ch kniźat na Morav6 (XI a Xn stoi.), Rozpr. ćes. Akad., Tfida I 
roe. V eis. 2, tabl. I nr. 1 i 2; oraz tegoż autora: Nślez Ćesk^ch de- 
narti a jich rozbor. Pamatk^ archeol. a mistop. t. XII, tabl. XXI. 

2) Np. na denarze ks. Udalryka. Smolik : Nślez 6es. den., Pamat. 
XII, tabl. XXI nr. U i 18. 



248 W/adyrfaw Semkowicz. 

bna, biskupa wrocławskiego, z r. 1318^). Cały wywód Pieko- 
sińskiego o wspólności Lisów i Wierzbnów opiera się znów na 
uszkodzonej pieczęci, a więc niedoHadnym rysunku godła ko- 
mesa Stefana z Wierzbna z r. 1226*), na której dopatruje się 
godła Lisów, t. j. strzały dwukrotnie przekrzyżowanej, gdy ja 
się tej drugiej laski tam dopatrzyć nie mogę. 

Zasadniczy błąd w teoryi Piekosińskiego stanowiło to, 
że opiera się na uszkodzonych, niedokładnych lub niedbale 
wykonanych wizerunkach znaków napieczętnych, a do każdej 
kreski, do każdego zgięcia i wyszczerbienia przywiązuje zbyt 
wielką wagę (np. pieczęć Marka, wojewody krak., z r. 1230, Ra- 
cibora z r. 1230 i Mściwa, woj. wiślickiego, z r. 1231 ^)). Mam 
wrażenie, że i rysunki znaków napieczętnych w Pieczęciach pol- 
skich, o ile są wykonane z wolnej ręki, a nie z odlewów, nie 
zasługują na bezwzględne zaufanie, a to ze względu na wybitnie 
indywidualny, zasuggestyonowany runami, sposób patrzenia Pie- 
kosińskiego. 

Drugi błąd teoryi polega w przywiązywaniu znaczenia do 
najdrobniejszych szczegółów znaku herbowego i do jego na tar- 
czy położenia. Na tem właśnie opiera się cała teorya o two- 
rzeniu odmian herbowych przez boczne linie rodu. Tymczasem 
da się wykazać, że bracia rodzeni posiadali często identyczne 
godła herbowe, a z drugiej strony ta sama osoba zmieniała 
w ciągu życia znak herbowy. To ostatnie zjawisko, stwierdzone 
przez Małeckiego w Polsce w XIII w, *), przetrwało na Rusi do 
XV w. Podobnie jak komes Degno w Polsce, używał dwóch 
odmiennych znaków pieczętnych kniaź Olelko Włodzimirowicz 
na Rusi ^). W XV wieku zdarzało się, że szlachta nie pamiętała, 
jak wogóle wygląda jej herb, a cóż dopiero w jakiem położeniu 
względem siebie mają pozostawać poszczególne jego części. Stąd 
wynikły różnice zarówno w opisie herbów, jak i w wyobrażeniu 
godła herbowego na pieczęci. Wystarczy przeglądnąć jakikolwiek 
zbiór zapisek herbowych, aby się przekonać, jak odmiennie nie- 

1) Pieczęcie polskie str. 187. 

2) Heraldyka pol. str. 93. 

^) Pieczęcie polskie str. 68, 70, 76. 
*) Studya heraldyczne II str. 120. 

^) Zob. Herbarz szlachty średniowiecznej nr. 422 i 1108. Herold 
polski 1905 i 1906. 



Franciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 249 

raz te same herby są tam opisane^). Wystarczy przejrzeć Pie- 
kosiaskiego Heraldyką polską^ aby dostrzec, jaka panowała do- 
wolność w przedstawianiu szczegółów i akcesoryów herbowych. 
Jeśli szlachcic herbu np. Sas wiedział, że posiada w tarczy pół- 
księżyc, dwie gwiazdy i strzałę, to pieczętarz, który mu na 
zamówienie tłok pieczętny wyrzynał, mógł w swej wyobraźni 
te trzy części składowe w najrozmaitszy ułożyć sposób, więc 
półksiężyc barkami do góry a strzała żeleźcem na dół 2) lub do 
góry*), albo półksiężyc barkiem do góry a pod nim strzała że- 
leźcem ku górze*), albo półksiężyc bokiem obok strzały^), nie- 
którzy zaś zamiast strzały kładli krzyż «). Jest to objaw, zwła- 
szcza u drobnej i rozprószonej szlachty, w XV w. powszechny, 
objaw, który prowadził niewątpliwie do wytwarzania się odmian 
herbowych i odrębnych rodów, ale był on, mojem zdaniem, 
bezwiednym i samorzutnym, a nie celowym, związanym z two- 
rzeniem się bocznych gałęzi rodowych, jak twierdzi Piekosiński, 
który, idąc tą drogą, zalicza jeden i ten sam herb do kilku nie- 
raz rodów szczepowych'''). 

W związku z teoryą o tworzeniu się odmian herbowych pozo- 
staje zapatrywanie, że tylko „najstarszy syn czyli senior" dzie- 
dziczył znak stanniczy ojcowski wraz z naczelnem dowództwem. 
Otóż pomijając to, że Piekosiński stale miesza tak zasadniczo 
różne pojęcia prawne, jak primogenitura i seniorat, zauważyć na- 
leży, że niema dowodu na to, by w najdawniejszych czasach 
najstarszy syn wchodził w prawa rodowe ojca, przeciwnie mamy 



1) Np. herb Gerałt posiada następujące opisy : 1) crux et tria poma 
(Ulan., Inscr. clenod. nr. 7), 2) crux ad octo cornua, sub tribus in- 
signis Pusch dictis (Helcel, Star. pr. pol. pomn. I nr. 223), 3) Osmo- 
rog (Ulan., Inscr. den. nr. 207), 4) Osmorog et avis dicta czeczerza 
desuper (Helcel, II nr. 2473), 5) avem Czerzej cum delaniata cruce 
(Ulan. nr. 962). Np. herb Tarnawa, przedstawiający z reguły krzyż, 
pod którego czwartem ramieniem półksiężyc, opisuje jedna z zapi- 
sek odmiennie, jako dwa krzyże (Potkański, Zapiski heraldyczne 
nr. 36), a inna znów jako półksiężyc z gwiazdą (Ulan., Insc. clenod. 
nr. 1628). 

2) Heraldyka polska fig. 221, 222, 709. 

3) Tamże, fig. 223. 

*). Zob. Herold polski, r. 1906 str. 229, fig. 1365. 
^) Notaty heraldyczne Zamojskiego nr. 815 (Piekos., Studya, 
rozpr. i mater. t. VII str. 81). 

«) Tamże, str. 28, fig. 121. 
'') Zob. wyżej str. 242. 



250 Władysław Semkowicz. 

dość silne dowody na to, że przynajmniej w rodzie Piastów, 
który zdaniem Piekosińskiego jest także jedną z gałęzi wspól- 
nego pnia dynastycznego szlachty, istniała pierwotnie zasada 
dowolnego wyznaczania następcy, znana także w prawach innych 
ludów słowiańskich ^). Tak tedy jeden z filarów teoryi Piekosiń- 
skiego o tworzeniu się odmian herbowych byłby poważnie za- 
chwiany. 

Podobnie nie da się utrzymać teza Piekosińskiego o wy- 
łącznie osobowym charakterze zawołań herbowych. Niezaprze- 
czenie szereg proklamacyi zaliczyć musimy do tej grupy (np^ 
Bolesta, Drogosław etc), ale że większość zawołań należy dj 
typu topograficznych, to nie ulega wątpliwości. Okazało się bo- 
wiem, że nawet te proklamy, które miały wybitnie imionowy 
charakter, jak Dołęga i Doliwa, powstały z nazw miejscowości 
(Łęg i Liw) ^), a co do zawo/ań o końcówkach dzierżawczych na 
jjów", „owa", „owo", „in", „ina*', „ino", to z całą ścisłością da 
się wykazać, że pozostają one w związku z odpowiedniemi miej- 
scowościami o identycznych nazwach ^). Mamy też szereg pro- 
klam osobowych, związanych z dzierżawczemi nazwami miejsco- 
wości o tym samym źródłosłowie, np. miasto Działoszyn nale- 
żało do rycerzy zawołania Działosza, wieś Zachorzów w posia- 
daniu szlachty zawołania Zachorza. Tu nie wiedzieć, czy wieś 
i zawołanie wzięły swe nazwy dzierżawcze od imienia tej samej 
osoby (Działoch, Zachorz), czy wieś ma nazwę urobioną od za- 
wołania, jak np. wieś Boleścice, Nieczujice, Powały, od Bolestów, 
Nieczujów, Powałów tam zamieszkałych, co się zresztą da stwier- 
dzić źródłowo. W każdym razie zarówno skrajny sąd Małeckiego 
o wyłącznie topograficznym, jak Piekosińskiego o wyłącznie oso- 
bowym charakterze zawołań nie dadzą się utrzymać. 

Małecki i Piekosiński! Jak ci dwaj uczeni różnią się od 
siebie nie tylko poglądami, ale i metodą i środkami, zmierzają- 
cymi do osiągnięcia zdobyczy naukowych. Spotkali się oko 
w oko i starli się kilkakrotnie na polu heraldyki, lecz jakże 



') Por. Balzer: O następstwie tronu w Polsce, str. 333. 

2) Por. moją rozprawę p. t. Dołęga, Doliwa, Doraja, Kwartalnik 
histor. 1900 str. 57. 

^) Np. wieś Łapszów w XV w. w posiadaniu szlachty herbu 
Ławszowa, wieś Zabawa należy do szlachty herbu Zabawa, podobnie 
wsie: Janina, Bielawa, Kwaszawa, Mzurowa, Dębno, Koeina, Ulina, 
Rogów etc. 



Franciszek Piekosiński jako heraldyk i sfragistyk. 261 

odmienną bronią walczyli. Obaj uzbrojeni w zapas fachowej 
wiedzy i uposażeni bystrością w ocenianiu zjawisk dziejowych, 
tylko gdy Ma/ecki dochodzi do swych wniosków drogą induk- 
cyjną po poprzedniem przytoczeniu i rozważeniu szeregu fa- 
któw, to Piekosiński stawia apriorystyczne sądy i stara się po- 
tem dedukcyjnie nagiąć do nich fakta i dowody, podobnie jak 
naginał laski znaków pieczętnych, by je sprowadzić do runy. 
Nawet tam, gdzie kónstrukcya naukowa ma pozory logiki my- 
ślowej, przesłanki często są chwiejne lub wprost fałszywe. Do 
stwierdzenia identyczności Samona i Leszka III wystarcza mu 
fakt, że pierwszy miał 22 synów a drugi 21 *), ale nie wchodzi 
w to, czy z przekazem współczesnej kroniki Fredegara można 
stawiać na równi pod względem wartości legendy z kroniki 
o sześć wieków późniejszego „Boguchwała". 

Jakież więc są wyniki ćwierćwiekowej przeszło pracy Pie- 
kosińskiego na polu heraldyki? Na to jest tylko jedna odpo- 
wiedź: mimo wszystkie wady metodyczne i błędy faktyczne, 
wyniki prac jego są świetne, a zasługi olbrzymie. Przyznać to 
musi najzagorzalszy przeciwnik teoryi najazdu i teoryi o runi- 
cznem herbów pochodzeniu. On heraldykę polską pod- 
niósł do rzędu prawdziwej nauki. Do niedawna heral- 
dyka polska zaczynała się od Paprockiego, a bajki i panegi- 
ryczne wymysły naszych „heraldyków" były alfą i omegą dla 
tych, co się taką heraldyką zajmowali. Piekosiński pierwszy 
sięgnął po autentyczne źródła do heraldyki, po pieczęcie i za- 
piski herbowe i czerpiąc z nich pełną dłonią, zgromadził olbrzymi 
zapas materyału heraldycznego, ugrupował go i rozpatrzył, po- 
stawił setki pytań i pobudził innych do pracy na tem nowem 
polu nauki. Wiele kwestyi z zakresu heraldyki dotąd nietkniętych 
on pierwszy poruszył i rozstrzygnął, przyswajając je na zawsze 
nauce. Choćbyśmy odrzucili całą teoryę runiczną, to pozostanie 
jeszcze tyle kwestyi ważnych dla nauki, które jemu zawdzięczają 
wyprowadzenie na światło dzienne i opracowanie, że wymienię 
tylko jego znakomite wywody o adopcyi, indygenatach i nobili- 
tacyach, lub świetne wprost poglądy na szereg kwestyi heral- 
dycznych, wypowiedziane w pracy p. t. Najnowsze poglądy na 
wytworzenie się szlachty polskiej, którą uważam za najlepszą, 
najtrzeźwiej pisaną rzecz Piekosińskiego w zakresie heraldyki. 



1) Rycerstwo polskie II str. 8. 

KwmrUlaik hirtoTyczny 1X11-8/8. 18 



252 Władysław Semkowicz. 

gdyż pomijając własną hipotezę, trzyma się tam ściśle zakresu 
konkretnych faktów, objętych dziełem Małeckiego i sprowadzo- 
ny przezeń z górnych przestworów fantazyi na grunt rzeczy- 
wistości, rozsiewa myśli, które na wagę złota w nauce się cenią. 

Bogaty materyał sfragistyczny, zawarty w publikacyach jego 
p. t. Pieczęcie polskie i Heraldyka polska, pozostanie nieocenio- 
nym skarbem naukowym dla młodszych pokoleń badaczy. Próby 
badań nad rozsiedleniem rycerstwa polskiego będą wzorem dla 
jego następców. Ich zadaniem będzie prowadzić dalej rozpoczęte 
przezeń prace, uzupełniać je i prostować, torować nowe ścieżki 
na tem „pięknem i wdzięcznem polu heraldyki", jak ją nazywał 
Piekosiński. On to pole pierwszy zaorał i posiewem zapłodnił, 
a choć tu i ówdzie chwast i kąkol zeszedł, to jednak plon na- 
ogół piękny już on sam zebrał. Przyszli żniwiarze mają te chwa- 
sty wyplenić! 

Więc przedewszystkiem oddzielić heraldykę ruską od pol- 
skiej, bo to inne ziarno, ^^^Jj odrębny świat, jak słusznie po- 
wiedział Jabłonowski. Nad heraldyką Iłtewsko-ruską należy prze- 
prowadzić osobne głębokie badania, uzupełnić materyał sfragi- 
styczny ruski z dawniejszych wieków, wciągnąć w zakres badań 
plomby i monety ruskie, zbadać dokładniej tamhy wschodnie, 
nie tylko ludów kaukazkich, ale i innych szczepów fińsko-mon- 
golskich, sąsiadujących z Rusią. Przytem nie zasklepiać się 
w swym ciasnym domku polskim, ale rzucić okiem na całą Sło- 
wiańszczyznę, wciągnąć w zakres porównawczych studyów w szer- 
szej niż dotąd mierze heraldykę czeską i chorwacką, nie po- 
mijając i węgierskiej, zajrzeć także do Bizancyum. 

Dalej pogłębić studya genealogiczne^ związać je z bada- 
niami nad rozsiedleniem rodów, prowadzić je jednak, nie jak 
Piekosiński w Rycerstwie polskiem progressywnie, ale retrogres- 
sywnie, od XV wieku począwszy, wstecz. Wyjść od Długosza, 
a przebywszy gęstwinę zapisek i las dokumentów, dotrzeć do 
„pradynastów" szlachty polskiej. 

Oto zadania przyszłych pracowników na polu heraldyki 
średniowiecznej. 

Władysław Semkowicz. 



Franciszek Piekosiński jako historyk prawa polskiego. 253 

Franciszek Piekosiński jako historyk 
prawa polskiego. 

W roku 1891 powo/any zostat ś. p. Piekosiński na katedrę 
historyi prawa polskiego w Uniwersytecie Jagiellońskim. Od tej 
chwili więc już z obowiązku temu przedmiotowi musia/ poświę- 
cić znaczną część swoich sit i zdolności. Nieraz mówi/ później, 
ie by/ to dla niego dzia/ pracy nowy, że się go dopiero wówczas 
uczyć musiał. Nie tak było w istocie. Zarówno bowiem w pra- 
cach wydawniczych, jak w rozległych studyach heraldycznych 
ciągle z prawem polskiem się stykał, szereg kwestyi z tego za- 
kresu zbadał i wyświetlił. Również wydawnictwa jego — głównie 
kodeksy — to wydawnictwa prawnych aktów; niejeden akt wy- 
padło objaśnić nie tylko ze strony formalnej, dyplomatycznej, 
lecz także i co do treści. W przypiskach do dokumentów spo- 
tyka się też nieraz obszerne wywody o prawnych instytucyach 
średniowiecznej Polski *). A także i prace z zakresu heraldyki za- 
wierają wiele ustępów wprost instytucyi prawa polskiego się ty- 
czących, zwłaszcza główna praca o powstaniu społeczeństwa pol- 
skiego która jakby z dwóch części się składa: jednej, tyczącej ge- 
nezy herbów i drugiej, genezy szlachty, którą już w pełni do prac 
z zakresu prawa polskiego liczyć należy. Już wówczas też ogłosił 
kilka recenzyi z dzieł historyków prawa polskiego, a to: o Ma- 
ciejowskiego: Historyi włościan {Przegląd krytyczny 1875 r.), 
o Prawie polskiem XIII wieku Hubego {Przegli^d krytyczny 

1875 r.) i z pracy Dobrzyńskiego: O założeniu sądów un/źszych 
prawa niemieckiego na zamku krakowskim (Przegląd krytyczny 

1876 r.). I z prac konstrukcyjnych, tyczących się historyi prawa 
w Polsce, ogłosił już wtedy dwie niewielkie rozmiarami, ale bar- 
dzo gruntowne : O sepach wyższych prawa niemieckiego w Polsce 
wieków średnich i O łanach w Polsce wieków średnich. 

Po zajęciu katedry prawa polskiego w dwóch szła kierun- 
kach jego działalność w tym zakresie ; rozwijał ją jako profesor 
w wykładach uniwersyteckich, oraz w licznych pracach kon- 



") W Kodeksie katedry krakowskiej t. I przy dokumencie nr. 
60 wywód o surogatach monety i grzywnach karnych, przy doku- 
jnencie nr. 61 o organizacyi dziesiętnej ludności (decimi). 



254 Stanisław Kutrzeba. 

Rtrukcyjnych i wydawniczych jako uczony. W pierwszych latach 
nauczycielskiej działalności wykładał prawo sądowe. Zaczął od 
prawa prywatnego, wykładał następnie także prawo karne, oraz 
postępek sądowy. Po kilku latach jednak przeszedł do prawa 
publicznego ; obok niego wykładał już tylko osobno źródła prawa 
polskiego, w którymto wykładzie zwłaszcza szeroko omawiać 
heraldykę i numizmatykę. Wykłady swoje spisywał. W papie- 
rach, pozostałych po nim, znalazły się i te wykłady. Widać, ile 
pracy im poświęcał. Zwłaszcza w pierwszych latach swej pro« 
fesury przerabiał je, co roku na nowo całe pisząc. Jeden z hi- 
storyków, oceniając działalność zmarłego, podniósł jako zasa- 
dniczą cechę jego umysłu i), iż „wierzył tylko w źródła, a nigdy 
prawie w literaturę*-. Ten rys jego usposobienia także w tych 
pisanych wykładach silnie się zaznaczył. Nie na literaturze je 
opierał, ale wprost bezpośrednio na źródłach. Jako profesor 
pociągał młodzież silnie do siebie gruntowną znajomością przed- 
miotu, jasnością wykładu, który zajmował i ciekawił, mimo, że 
zwykle czytał z przygotowanych skryptów, objaśniając tylko 
niektóre ustępy, jak wreszcie serdecznością, połączoną z jo- 
wialną dobrodusznością^ z którą się do swoich uczniów odnosił. 
Że wpływ jego na młodsze pokolenie nie był większy, że w za- 
kresie historyi prawa polskiego nie wychował sobie uczniów, 
to nie jego była wina. Ciężka bowiem choroba, której uległ 
już w niedługim czasie po objęciu katedry - utrata słuchu — 
uniemożliwiła mu prowadzenie seminaryum. 

Wśród prac konstrukcyjnych z zakresu prawa polskiego^ 
jakie pozostawił, odróżnić można trzy zwłaszcza działy : 1) prace 
tyczące się historyi prawa niemieckiego w Polsce; 2) prace do- 
tyczące genezy i rozwoju społeczeństwa polskiego w wiekach 
średnich i 3) prace odnoszące się do historyi pomników usta- 
wodawczych i czynników prawodawczych w Polsce. 

I. Do najwcześniejszych prac ś. p. Piekosińskiego z za- 
kresu prawa należą dwie, tyczące się pr.awa niemieckiego 
w Polsce , a to : O sądach wyższych prawa niemieckiego 
w Polsce wieTcóto średnich {Rozpr. Akad, um. toydz. hist.-filoz, 
tom 18, r. 1885) i O łanach w Polsce mekćw średnich (tamże 
tom 21, r. 1888). Są to najświetniejsze jego prace konstru- 



1) J. K. Kochanowski : Szkice i drobiazgi historyczne, serya 11^ 
Btr. 277. 



Franciszek Piekosiński jako historyk prawa polskiego. 255 

kcyjne. Druga obejmuje więcej, niż mówi tytuł; przedstawia 
ona na podstawie bardzo wyczerpująco^) zebranych opisów ła- 
nów, jakie łany znane były w Polsce i jaka ich wielkość, na- 
stępnie zaś na podstawie wzmianek o łanach w dokumentach 
lokacyjnych wsi wykazuje, iż wszystkie te łany dadzą się spro- 
wadzić do dwóch typów łanów, przyniesionych w XIII wieku 
przez kolonizacyę wsi na prawie niemieckiem: łanu wielkiego 
(leśnego, frankońskiego) i małego (flamandzkiego, włóki cheł- 
mińskiej) i podaje, jakich łanów w której dzielnicy w Polsce 
używano. Kwestyę tę zbadał ś. p. Piekosiński pierwszy. Zebrał 
do niej bardzo obfity materyał i rozpatrzył metodycznie dosko- 
nale. Wyniki te w pełni się w nauce ostały i dziś jeszcze uzu- 
pełnień prawie nie potrzebują. Jedyny ustęp, którego rewizya 
okazała się konieczna, dotyczy jednostki gospodarczej polskiej 
z przed kolonizacyi wsi na prawie niemieckiem. Ś. p. Piekosiń- 
ski przyjmował, że była ona niewielką, że wynosiła tylko około 
15 morgów. Dopiero po wielu latach St. Zakrzewski 2) potrącił 
o tę kwestyę znowu; wszechstronnie zaś następnie wyświetlił 
ją niedawno Fr. Bąjak^), wykazując, iż jednostek tych było 
więcej i że były one znaczne większe, gdyż wynosiły od mniej- 
więcej 20 — 30 morgów (mały pług), aż do wielkości koło 90 
morgów. 

Druga z cytowanych rozpraw równie jest gruntowna i ró- 
wnież prawie całą kwestyę zupełnie z gruntu omawia ; to sprawa 
sądów wyższych prawa niemieckiego w Polsce, oraz sądów leń- 
skich. Charakter tych sądów, rozrv'>żnienie przeprowadzone młę- 



*) Odnoszą się te pomiary głównie do czasów nowszych. Opis 
urzędowy łanu frankońskiego z r. 1527, znany mu z Grzepskiego, 
znajduje się także wpisany w księgę sądów wyższych prawa nie- 
mieckiego na zamku krakowskim, Teut. 9 str. 40 (archiwum krajowe 
w Krakowie). Do opisów łanów, pochodzących z wieków średnich, 
których zna dwa (z ręk. Bibl. Jag. 182 i z dok. z r. 1379, Rod. 
małopolski nr. 347) mogę dodać trzeci, odmienny, który się znacho- 
dzi w rękopisie biblioteki uniwersytetu praskiego VI, A. 7, str. 339. 
Późniejszy opis z końca XVI lub początku XVII wieku włóki cheł- 
mińskiej jest w rękopisie Bibl. Czartoryskich nr. 1391 str. 115 — 118. 

2) Nadania na rzecz Chrystyana biskupa praskiego w latach 
1217—1224, Rozpr. wydz. hist-fil. Ak. um. t. 42 (r. 1902) str. 
248 i n., 305. 

3) Studya nad osadnictwem Małopolski, Część I, Rozpr. wydz. 
hist. fil. Ak. um. t. 47 str. 353 i n. 



256 Stanisław Kutrzeba. 

dzy sądami leóskimi sottysimi a wyższymi, ich sktad, stanowi- 
sko sądn wyższego prawa niemieckiego na zamku krakowskim 
i sześciu miast do tych sądów — to wszystko omówione do- 
kładnie w bystrych i trzeźwych wywodach. Niewiele do dziś 
przybyło do tej kwestyi nowego materyała, rezultaty nawet za- 
czepione przez nikogo nie zostały^). 

Z tą sprawą łączy się jedna z znacznie późniejszych roz- 
praw ś. p. Piekosińskiego : Przywilej króla Kazimierza Wl 
w przedmiocie założenia sądu wy&szego prawa niemieckiego 
na zamku krakowskim {Rozprawy urydziału hisłor.-filoz, Aka-- 
demii um. tom 34, r. 1897). Jak wiadomo, data przywileju 
tego nie da się pogodzić z świadkami, a i świadkowie z tymi 
tytułami, jakie noszą w tym akcie, nie mogli równocześnie wy- 
stępować, jak również i w tekście są takie ustępy, których do 
roku 1366 odnieść nie można. Sprawa ta kilka razy była w li- 
teraturze już poprzednio omawianą. Piekosiński w recenzyi 
(Przegląd krytyczny 1876 r.) z pracy Dobrzyńskiego M. (O założe- 
niu sądów wyższych prawa niemieckiego na zamku krakowskim) y, 
w której tenże prostuje datę na rok 1366, proponuje inne roz- 
wiązanie trudności przez odpowiednią bardzo bystrą emendacyę 
tekstu, a opierając się zwłaszcza na tem, że w r. 1362 zjawia 
się nowa pieczęć innego typu tego sądu, przyjmuje jako rok 
organizacyi tego sądu i wydania przywileju rok 1361. Tak też 
przedstawia tę kwestyę i w rozprawie o sądach wyższych, przyj- 
mując jednak i wcześniejsze istnienie tego sądu, ale niezorga- 
nizowanego jeszcze poprzednio dokładnie. Wraca do tej kwestyi 
specyalnie jeszcze raz w osobnej rozprawie. Zdanie swoje zmie- 
nił. Jako datę organizacyi tego sądu przez Kazimierza W. przyj- 
muje przecież rok 1366, który podaje przywilej, a sprzeczności 
zachodzące w dokumencie tłómaczy tem, iż następnie jeszcze 
przedsiębrano po dwakroć, w r. 1361 i 1366, reformę tego sądu, 



*) W ostatnich czasach jeden z tych sądów opracowany został 
dokładniej (Samolewicz J.: Sąd wyższy prawa niemieckiego na zamku 
sanockim, Lwów 1903). Jedno tylko zastrzeżenie możnaby zrobić, 
mianowicie co do nazwy sądów wyższych. Nazwę tę należałoby za- 
chować w tem znaczenia, jak przyjmuje Piekosiński, t. j. dla sądów, 
które dają pouczenia prawne (ortyle); atoli zdaje się, że w wiekach 
średDich tej nazwy (ius supremum) używano także na oznaczenie 
sądów leńskich sołtysich, które wyższymi we właściwem tego słowa 
znaczeniu nie były. 



Franciszek Piekosiński jako historyk prawa polskiego. 257 

i że też trzy przywileje dla tego sądu wydano, z których jednak 
doszedł nas tylko trzeci. Ten przywilej zachował datę pierw- 
szego, oraz świadków z oba poprzednich, tylko z częściowo 
zmienionymi tytułami. O tej nowej ciekawej próbie nauka pol- 
ska nie wydała jeszcze zdania. Sądzę, że niema podstawy 
przyjmować aż trzechkrotną reorganizacyę tego sądu. Zmiana 
pieczęci, dokonana w latach 1358—1361 nie jest tak ważną. 
Przejmowanie przez przywilej później wydany daty wcześniej- 
szego zdarza się w naszej dyplomatyce niesłychanie rzadko. 
Częściej już przyjmują nasi dyplomatycy, iż przy dokumentach 
jako datę wystawienia podawano właściwie datę samej czyn- 
ności {adum). I może w podobny raczej sposób dałoby się wy- 
tłómaczyć te sprzeczności, jak je poprzednio w recenzyi z pracy 
prof. Bobrzyóskiego chciał ś. p. Piekosiński rozwiązać, iż w r. 
1356 przeprowadzono organizacyę tego sądu, lecz nie wysta- 
wiono dokumentu; wystawiono go zaś dopiero w r. 1368 — za tą 
datą przekonywcyące podaje ś. p. Piekosiński argumenty — po- 
dając i tych, którzy w r. 1356 byli świadkami tej organizacyi 
(choć już z późniejszymi ich tytułami) i uwzględniając zmiany, 
jakie przez ten czas (lub wówczas, t. j. w r. 1368) zaszły w or- 
ganizacyi tego sądu. Kwestya to jednak tak trudna do rozwią- 
zania, iż można powątpiewać, czy kiedy wogóle rozjaśnioną 
zupełnie zostanie. 

II. Najświetniejszą pracą ś. p. prof. Piekosińskiego z za- 
kresu prawa polskiego, to jego wywody o genezie społeczeń- 
stwa, a specyalnie szlachty w Polsce. Po raz pierwszy wystąpił 
ze swoją teoryą*) w roku 1881 w rozprawie: O powstaniu 
społeczeństwa polskiego {Rozpr. wydziału hist-fil Akademii urn.. 
tom 14); na zarzuty, podniesione przez prof. Smolkę, odpa- 
wiedział w Obronie hipotezy najazdu (tamże t. 16, r. 1883). 
W kilka lat później opracował na nowo obie te rozprawy 
i wydał p. t. O dynastycznem szlachty polskiej pochodzeniu 
(Kraków 1888). Wreszcie jeszcze raz wraca do tego tematm 
i ujmuje go w trzechtomowem dziele: Rycerstwo polskie- 
wieków średnich (Kraków 1896—1906). Była to najulubieńsza 
jego praca. Ciągle do niej powracał, poprawiał ją, uzupełniał, 



*) Pobudzony do tego przez rozprawę prof. Bobrzyńskiego : 
Geneza społeczeństwa polskiego na podstawie kroniki Galla i dyplo- 
matów XII wieku (Rozpr. Ak. um. wydz. hisi-fil. t. 14, r. 1881). 



258 Stanisław Kutrzeba. 

prowadwł dalej, rozszerzając przedmiot — z genezy tylko — do 
historyi szlachty od najdawniejszych czasów do XIV wieku. Zbędną 
byłoby rzeczą przedstawiać tu treść tej hipotezy śmiałej, po- 
tężnej, wspartej ogromną erudycyą w zakresie kilku nauk, co 
utrudniało przeciwnikom walkę, bo żaden z nich nie mógł prze- 
ciwstawić mu równie szerokiej wiedzy w zakresie znajomości 
i źródeł historycznych i heraldyki i sfragistyki i runologii; zbędną 
byłoby rzeczą, bo hipoteza ta znana dobrze nie tylko wśród kół 
fachowych historyków, ale także i szerszej publiczności, która 
się tą pracą z wielu względów bardzo interesowała. Krótko więc 
tylko zaznaczam, że hipoteza cała opartą jest na dwóch pre- 
misach : 1) społeczeństwo polskie, tak jak ono się przedstawia 
w źródłach XII i XIII w., z których dopiero można je poznać lepiej, 
nie mogło powstać w drodze normalnego rozwoju społeczeństwa, 
lecz tylko przez najazd; 2) herby polskie wykazują specyalne 
cechy odrębne, które dadzą się wytłómaczyć tylko przyjęciem, 
iż są to znaki runiczne. Ś. p. Piekosiński łączy obie te kwestye 
ściśle ze sobą : szlachta polska, to potomkowie dynastów, którzy 
jako najeźdźcy przyszli do Polski, a jako herby przyjęli już 
w dawnych swoich dziedzinach runy od ludów skandynawskich. 
Teoryę runicznego pochodzenia herbów przyjęli niektórzy z na- 
szych uczonych, nieliczni, lecz zato bardzo wybitni (Wojcie- 
chowski, Laguna). Ta kwestya jednak tu mnie bliżej nie zaj- 
muje i); wystarczy, jeśli zaznaczę, iż nie ma koniecznej potrzeby 
łączenia w związek tych dwóch kwestyi. Co innego kwestya run 
w herbach, co innego geneza społeczeństwa. I nawet ci uczeni, 
którzy na runiczne pochodzenie herbów się godzą, nie przyj- 
miyą teoryi najazdu. Za teoryą najazdu w tej formie, jak 
ś. p. Piekosiński ten najazd i jego skutki przedstawia, o ile 
wiem, nie oświadczył się nikt. Ale też nikt tej teoryi nie zbił. 
Nie mogę tu oczywiście omawiać krytycznie całej tej teoryi; 
tylko kilka chciałbym zaznaczyć momentów, które muszą być 
brane na uwagę przy rozstrząsaniu kiedyś tej sprawy. Twierdzi 
ta teorya, że takie ukształtowanie się społeczeństwa, jak ono 
się przedstawia w XII i Xni wieku, nie może być jak tylko wy- 
pływem podboju; chodzi tu: 1) o to, iż warstwa średniowiecz- 
nych milites jest odciętą silnie od innych warstw, ma odrębne 



*) Ob. wywody dra Semkowicza przy omawianiu prac heral- 
dycznych ś. p. Piekosińskiego, str. 222. 



Franciszek Piekosiński jako historyk prawa polskiego. 259 

stanowisko prawne, ponad resztą społeczeństwa stoi, 2) że za- 
wdzięcza to ona tylko pochodzeniu; odznaczający tę warstwę 
obowiązek służby w^ojskowej jest obowiązkiem osobistym, nie 
łączy się z posiadaniem ziemi. 

Co się tyczy kwestyi służby wojskowej, to, jak wynika 
z najnowszych badań, wszystko przemawia za tem, iż przeciwnie 
jestto obowiązek związany z posiadaniem ziemi. Bliżej pozna- 
jemy tę kwestyę dopiero w XIV i XV w. Trzeba więc te wiado- 
mości zużytkować. Już według statutów Kazimierza W.^) szlachta 
pełni służbę it4a;ła ąuantitałem bonorum *), a więc w stosunku do 
ziemi, jaką posiada-); z XV wieku wiemy bliżej, jak guantitas 
ziemi na wymiar służby wojskowej wpływała*). Ale to jeszcze 
nie najważniejszy argument. Źródła, choć późniejsze, stwierdzają, 
iż kto ziemi nie miał, ten do służby wojskowej nie był zgoła 
obowiązany^). Niema zaś najmniejszych śladów, któreby wska- 
zywały, iż dopiero później taka zmiana nastąpiła, zmiana służby 
osobistej na służbę, zależną od posiadania nieruchomości. A wła- 
śnie dla XIV®), a jeszcze silniej dla XV wieku da się dopiero 
w pełni stwierdzić zasada, że szlachectwo zależy tylko od po- 
chodzenia z rodziców szlachty. Również tylko przez przyjęcie, 
iż służba rycerska pełni się z ziemi, da się wytłómaczyć za- 
sada, stwierdzona dla XV wieku, iż jeśli kilka osób krewnych 
posiadają grunt wspólnie jako niedzielni, wystarczy do zadosyć- 
uczynienia obowiązkowi służby wojskowej, jeśli jeden z nich 
idzie na wyprawę*^). A i to nie nowa jakaś zasada. 



1) Hubę R.: Ustawodawstwo Kazimierza Wielkiego str. LI (art. 
XXXVII statutów wielkopolskich). 

2) Inne teksty: secuadum ąuantitatem reddituum sacrum et bo- 
norum lub suorum reddituum. Nie zmienia to istoty rzeczy, bo chodzi 
oczywiście o redditus z posiadanej ziemi. 

3) Względnie dochodów z niej. 

*) Friedberg J.: Pospolite ruszenie w Wielkopolsce w drugiej 
połowie XV w., Kutrzeba, Materyały do dziejów pospolitego ruszenia 
(Arch. kom. prawn. t. IX., wstęp). 

6) Kutrzeba j. w. str. 256, oraz zapiski nr. 385, 388, 397, 
421, 422 i t. d. 

*) Statuty Kazimierza W. : nobilitatis stirpes ex progenitoribus 
earum originem semper ducunt. Hubę j. w. str. XX art. XXXVin 
(tekst małop.); por. str. LIII art. XLV (tekst wielkop.). Co do XV w. 
ob. Semkowicz Wł. : Nagana i oczyszczenie szlachectwa w Polsce 
w XrV i XV wieku. 

7) Kutrzeba j. w. str. 245—246. 



260 St&nislaw Kutrzeba. 

Ale to tylko jedna kwestya, co prawda, w teoryi tej zasa- 
dnicza. O ile chodzi o inne prawa szlachty, o jej odcięcie od 
reszty społeczeństwa, to kwestyę tę wyjaśnić będzie można tylko 
na podstawie porównawczej. Nie można twierdzić co do pewnego 
społeczeństwa, iż ono tak a nie inaczej powstało, w razie jeśli 
niema na to wyraźnych źródeł — jak tylko wtedy, gdy zdanie takie 
można poprzeć analogią rozwoju, znanego gdzieindziej, a innych 
ludów. A więc kwestyę trzeba tak postawić: jeśli u innych na« 
rodów stwierdzimy, iż szlachta ma takie stanowisko, jak w Polsce 
miliłes w XII i XIII wieku, i jeśli stwierdzimy, że u tamtych na- 
rodów jest to wynikiem podboju, to będziemy mogli z wszelkiem 
prawdopodobieństwem przyjąć, iż i w Polsce podbój rzeczy- 
wiście nastąpił. To praca do zrobienia jeszcze. Ś. p. Piekosiński 
tego jedynego kryteryum się zrzekł. A to kryteryum na jego 
twierdzenie, że ustrój Polski XII i XIII wieku tylko podbojem 
można wyjaśnić, zdaje się da odpowiedź przeczącą. Wystarczy 
wziąć do porównania najbliższe Polsce kraje: Czechy i Węgry. 
Stanowisko szlachty w tych krajach jest do stanowiska miliłes 
w Polsce bardzo podobne, omal identyczne. A jednak co do 
Czech o podboju niema mowy. Co się Węgier tyczy, to tu 
mamy do czynienia z podbojem ; atoli źródła stwierdzają wy- 
raźnie, że rozwój społeczny od podboju nie jest tak ściśle za- 
leżny, że na wytworzenie się podziału społeczeństwa, podobnego 
w ostatecznem stadyum, jak w Polsce, działał szereg innych 
czynników^). Teorya ś. p. Piekosińskiego jest zbyt prostą; nie 
liczy się z tem, że rozwój nie znosi jakiejś skamieniałości form, 
jaką on przyjmiąje co do szlachty, która, jak przyszła jako szla- 
chta w VIII wieku, tak się na tem stanowisku utrzymała przez 
wieki. Węgry, gdzie mamy z podbojem do czynienia, dają wła- 
śnie świadectwa, że tak nie jest. I w tym kraju szlachta, która 
tak bardzo podobną jest do szlachty polskiej, w inny sposób 
powstała, przez rozwój form długi i wolny, ale ciągły. Tak po- 
równanie chyba da nam dwie ważne wskazówki: 1) że genezy 
szlachty nawet w kraju, gdzie nastąpił podbój, nie można szu- 
kać w samym fakcie podboju ; 2) że do tych samych form, lub 
prawie tych samych, mogą dojść kraje, co do których da się 
stwierdzić podbój, jak i te, które podboju nie znały. Ale to 



^) Ob. n. p. Akos Timon : Ungarische Yerfassungs- und Rechts- 
geschiebte. 



Franciszek Piekosiński jako historyk prawa polskiego. 261 

tylko wskazówka, jaką drogą trzeba będzie iść, by tę hipotezę 
najazdu gruntownie zbadać. 

Ta największa praca ś p. prof. Piekosióskiego choć głównie 
zajmuje się genezą szlachty, przecież nie mog/a pominąć także 
i innych części społeczeństwa i ich genezy. Dokładnie te po- 
glądy są dostosowane do tamtych zasadniczych. Mam na myśli 
kwestyę prawnego stanowiska ludności nieszlacheckiej oraz wło- 
dyków. Łączy się z nią sprawa pierwotnego osadnictwa pol- 
skiego. Ś. p. Piekosiński materyał, jaki dają nazwy miejscowości, 
starał się zużytkować dla swojej teoryi. Oparł się w tem na 
pracy prof. Wojciechowskiego p. t. Chrobacya, Ś. p. Piekosiński, 
przyjmując od niego wiele, modyfikował odpowiednio wyniki 
jego badań, zastosowując do swojej teoryi. O ile chodzi o pra- 
wiek, nie przyjmował rodowego ustroju. Ludność pierwotna zo- 
stała zmienioną przez zwycięzców w niewolników (ascripticiij. 
Zwycięzcy — szlachta — dopiero za Bolesława &zywoustego, 
jak i włodycy (rycerstwo szerepowe, które pod chorągwią 
szlachty-dynastów do Polski przybyło), osiadają po wsiach. Każdej 
warstwie odpowiadają odrębne nazwy miejscowości. Włodycy 
w XIV i XV wieku zanikli. Te wywody już obecnie ostać się 
nie mogą. Nie wszystkie zostały zwalczone. Kwestyą włodyków 
zajmował się Potkański ^), nie tykając jednak ich genezy. Inni 
zwrócili uwagę na trudność wytłómaczenia, że ta warstwa, li- 
czniejsza znacznie od szlachty według teoryi ś. p. Piekosińskiego, 
tak dziwnie zanikła. Wytłómaczenia jednak stanowiska tej klasy 
i jej pochodzenia brak jeszcze. Również jeszcze nie została 
w pełni wyjaśnioną kwestya pierwotnego osiedlenia. W każdym 
razie badania dotychczasowe wskazują na to, że i dla Polski 
trzeba przyjąć teoryę ustroju rodowego (Balzer, Eadlec, Za- 
krzewski St.). Najsilniej podkopaną została cała teorya nazw miej - 
scowości przez Balzera 2) i Potkańskiego 8), który jednak pracy 
swej nie ogłosił, a niedawno obaloną przez wywody Bujaka*). 



^) Zagrodowa szlachta i włodycze rycerstwo w województwie 
krakowskiem w XV i XVI w., Rozpr. wydz. hist.-fil. Ak. um. t. 23. 

2) Rewizya teoryi o pierwotnem osadnictwie w Polsce, Kwart, 
hist. t. 12. 

^) O pierwotnem osadnictwie w Polsce. Rozprawy wydz. hist.-fil. 
Ak. um. t. 24 str. XXVII — XXXI (streszczenie pracy). 

*) Studya nad osadnictwem Małopolski, Rozpr. wydz. hist. fil. 
Ak. um. t. 47 str. 231—299. 



262 Stauisław Kutrzeba. 

Mimo tego jednak, iż hipoteza ś. p. Piekosiuskiego nie zo- 
stała przyjętą i coraz to inne jej części ulegają krytycznej 
ocenie, jest to dzieło z prac jego najwybitniejsze; przez szeroki 
rozmach, bystrość i umiejętność konstrukcyi stoi ta praca na 
czele wszystkich tych, których celem było dać genezę społe- 
czeństwa. Żadna inna jej wyrównać nie może. A choć teorya 
upadnie, to pozostanie po niej szereg świetnych nieraz rezul- 
tatów. Dość wskazać np. na doskonałe wywody o nobilitacyi, 
o adopcyi do rodu i indygnacie {Rycerstwo pohUe 1. 1 § 8), przez 
ogół zdaje się uczonych już przyjęte, lub doniosłe badania o cha- 
rakterze prawa rycerskiego w XIII stuleciu (t. I § 5). 

Z tą główną pracą ś. p. Piekosińskiego łączy się szereg 
innych, które je uzupełniają, wykończają i rozwijają w szcze- 
gółach; co do myśli jednak zasadniczych ściśle od niej są za- 
leżne. Z tych najwięcej znaną jest praca p. t. Ludność wie- 
śniacza w Polsce w dobie piastowskiej (Kraków 1896) W pięknej 
formie, bez balastu naukowego pisana, streszcza ona czę- 
ściowo to, co o ludności wieśniaczej zawarła tamta praca, czę- 
ściowo ją uzupełnia, zwłaszcza przez rozdziały źródłowo opra- 
cowane o daninach i świadczeniach ludności wieśniaczej na 
rzecz państwa i panów. I do tej pracy odnoszą się powyżej po- 
dane uwagi. Jakkolwiek wiele z tych twierdzeń będzie musiało 
uledz zmianie, to jednak jak dotąd,jest to najlepsza, a właściwie 
jedyna naukowa praca, dająca pogląd na całość prawnego sta- 
nowiska tej warstwy ludności przed kolonizacyą wsi na prawie 
niemieckiem. Mniejsze znaczenie mają inne drobniejsze roz- 
prawy: Al BeJcri o Polakach {Rozpr. wydz, hist.-fil. AŁ um. 
t. 39. r. 1890) i Laudum wojnickie ziemi krakowskiej z r. loOS 
(tamże t. 35, r. 1897). Pierwsza podaje oświetlenie wiado- 
mości ben Ibrahima, w dziele Albekrego podanych, w świe- 
tle teoryi najazdu, druga uchwałę sejmiku województwa krako- 
wskiego z r. 1503 o służbie wojskowej chłopów stara się wyja- 
śnić przez odległe analogie służby rycerskiej w dobie piasto- 
wskiej^), również punktu widzenia swej teoryi rozpatruje ś. p. 
Piekosiński w obszernych recenzyach rozprawy prof. Wojcie- 
chowskiego: O Piaście i piaście (Kwart. hist. t. U), i Potkań- 
skiego: Kraków przed Piastami (tamże t. 12). Na kilka lat przed 



^) Ob. słuszne uwagi Prochaski w recenzyi tej pracy, Kwart, 
hist. t. 12 str. 601 i n. 



Franciszek Piekosiński jako historyk prawa polskiego. 263 

śmiercią rozpoczął ś. p. Piekosiński pod nazwą: Studya do prawa 
polskiego (dodatek do Czasopisma praumiczego i ekonomicznego na 
rok 1903) pisać zarys ustroju Polski. Tylko trzy arkusze ukazało 
się tej pracy. Jest to również tylko powtórzenie poprzednich 
poglądów na najstarszą dobę naszych dziejów. 

III. Trzecia grupa prac ś. p. prof. Piekosińskiego — to roz- 
prawy, tyczące się pomników ustawodawczych Polski, rozwoju 
form czynników ustawodawczych, a w związku z tem i przywi- 
lejów ziemskich. Pierwszą z tych prac są: Utaagi nad ustawo- 
dawstwem wiślicko-piotrkowskiem króla Kazimierza Wielkiego^ 
ogłoszone w r. 1891 (Rozpr, Ak. urn. wydz, hist-fil i. 28). Zajął 
się wkrótce później ś. p. Piekosiński wydaniem tekstów tłuma- 
czeń średniowiecznych polskich pomników ustawodawczych, po- 
czem wraca jeszcze raz do podjętego tematu w rozprawie: Jeszcze 
słowo o ustawodawstwie wiślicko-piotrkowskiem (Rozpr. Ak, um. 
ipydz, hist.'fiL t. 33, r. 1896). Nie sądził, by te dwie rozprawy roz- 
wiązywały kwestyę tę, tak trudną i niejasną, zwłaszcza, że jeszcze 
nie zostały drukiem ogłoszone teksty łacińskie statutów, które do- 
piero umożliwią dokładniejsze badania. A jakkolwiek i twierdzenia 
ś. p. prof. Piekosińskiego nie wszystkie mogą się ostać wobec kry- 
tyki, to jednak niewątpliwie posunęły one badania nad tą kwe- 
styą znowu naprzód. Poglądy, jakie wyraża, łączą się częściowo 
z pracą pomnikową Helcia, do którego gorących wielbicieli na- 
leżał, częściowo z pracą Hubego. W streszczeniu tak się one 
przedstawiają. Kazimierz W. ogłasza swoje statuta na wiecach 
ustawodawczych dla poszczególnych dzielnic. Ś. p. Piekosiński 
przyjmuje więc istnienie takich wieców zgodnie z Helclem, a wbrew 
teoryi Hubego. Jednak przeczy wyraźnie istnieniu ustawodaw- 
stwa powszechnego *); statuty były wydawane bądźto dla Ma- 
łopolski, bądżto — odrębne — dla Wielkopolski. Go się tyczy po- 
jęcia Wielkopolski, to jasno je precyzuje — i to korzyść dla 
nauki — że rozumieć należy pod tą nazwą tylko właściwą Wiel- 
kopolskę. Przyjmuje jedynie, że Kazimierz W. miał zamiar ogłosić 
osobny statut dla dzielnicy: łęczycko-sieradzko-kujawskiej i że 



*) Tak twierdzi również lllanowski w pracy, od tej niezależnej : 
Geneza statutów Kazimierza W. (ogłoszone tylko jej streszczenie 
w Sprawozdaniach Akademii umiejętności za rok 1891, wydz. hist.-fil., 
str. 38 — 45). Do zdania, jakoby istniały statuty Kazimierza W. dla 
całego państwa wydane, wraca obecnie prof. Balzer, jednak poglądu 
swego szerzej nie rozwinął. Ob. Kwart, histor. t. 21 str. 211 — 212. 



264 Stanisław Kutrzeba. 

może w tym celu był zwołany wiec do Sulejowa w r. 1350. 
Ten ostatni pomysł utrzymać się nie da, już choćby z tych 
względów *j, iż 1) w r. 1350 Kazimierz W. jeszcze nie miał 
w swoich rękach Łęczycy, którą rządził wówczas 2) osobny książę 
łęczycki, 2) że te ziemie jakiejś całości nie tworzyły i niema 
też przykładu żadnego statutu, ani z XIV, ani z XV wieku, któ- 
ryby do tych trzech dzielnic wspólnie się odnosił, a przeciwnie 
każdy z nich ma swoje odrębne ustawodawstwo (n. p. constitu- 
tiones Lancidenses). Wieców ustawodawczych dla Małopolski 
przyjmuje prof. Piekosiński cztery. Pierwszy odbył się zapewne 
przed Zielonemi Świętami, może na Wielkanoc, w Wiślicy 
w r. 134f6. Odrzuca więc datę roku 1347, którą przyjmował 
jeszcze i Hubę dla statutu małopolskiego, wytykając słusznie 
niekonsekwencyę, jaką także Hubę popełnia, że tę datę, która 
znajduje się tylko w jednym z artykułów wielkopolskich, do 
Małopolski odnosi 8). Odrzucając więc słusznie tę datę, przyjmuje 
przecież zbliżoną, a to ze względu na pokrewieństwo tekstu ma- 
łopolskiego z wielkopolskim, który odnosi do r. 1347. Drugi 
statut miał zostać ogłoszony na wiecu w Wiślicy w r. 1356. 
Zgadza się więc co do tego z Helclem. Trzeci wiec małopolski 
przyjmuje w r. 1361, a to na tej podstawie, iż od r. 1362 po- 
czynają się w Małopolsce wiece sądowe, nowo zorganizowane, 
jak sądzi, przez jeden z artykułów statutów Kazimierza W., do 
roku 1361 zaś już poprzednio, jak mówiliśmy, odnosił zjazd 
w sprawie reformy sądu wyższego prawa niemieckiego na zamku 
krakowskim. Wreszcie ostatni taki wiec ustawodawczy odbyć się 
miał w r. 1368 ; przyjmuje tu zatem datę Helcia, wziętą z pra- 
wników XVI wieku, którzy całe ustawodawstwo Kazimierzowskie 
do tej daty odnosili. W Wielkopolsce przyjmuje istnienie dwóch 
wieców: pierwszego w Pyzdrach 1346 r., który miał nie dopro- 
wadzić do rezultatu, i drugiego z r. 1347 w Piotrkowie, który 
statut wielkopolski ogłosił. Jest to pewną niekonsekwencyą, iż 



^) Pomijając wątpliwości co do wyjątkowego charakteru tego 
wiecu. 

2) Do roku 1362, lub może nawet dłużej, do r. 1367; ob. Ku- 
trzeba, Starostowie, Rozpr. Ak. urn. wydz. hist.-fil. t. 46 str. 262, 
oraz Kochanowski, Szkice i drobiazgi historyczne, serya II str. 139, 
w uwadze. 

8) Do wielkopolskich statutów odnosi datę 1347 r. także Ula- 
no wski j. w. str. 44. 



Franciszek Piekosiński jako historyk prawa polskiego. 265 

odnosząc statut wielkopolski tylko do dzielnic: kaliskiej i po- 
znańskiej, przyjmuje jako miejsce zebrania się wieców Piotrków, 
leżący w ziemi sieradzkiej. Piotrków jako miejsce tego wiecu 
podają dopiero rękopisy statutów z XV wieku pochodzące; a wtedy 
Piotrków był zwykłem miejscem zebrań sejmów całego państwa. 
Przypuszczać więc chyba można śmiało, że to praktyka XV 
wieku sprawiła, iż któryś kopista statut ten jako w Piotrkowie ^) 
uchwalony oznaczył. Należałoby więc przestać go oznaczać jako 
piotrkowski ; jeśli przyjmie się nawet teoryę wieców ustawo- 
dawczych, to trzeba przyjąć, iż taki wiec tylko w granicach 
Wielkopolski właściwej musiał się odbyć. 

O ile co do teoryi wieców ustawodawczych idzie ś. p. Pie- 
kosiński za Helclem i daty, w których miały być statuty wy- 
dane, według Helcia przyjmuje, nieco je modyfikując, to odbiega 
od niego znacznie, zbliżając się do Hubego, co do rozkładu 
artykułów poszczególnych między wiece. Zgadza się z Hubem co 
do tego, które artykuły liczyć należy jako wielkopolskie. Co do 
artykułów małopolskich, to artykuły w liczbie 69, które zawiera 
kodeks B. IV, odnoszone przez Hubego do roku 1347, rozdziela 
między dwa pierwsze wiece, przyznając pierwszych 42 wiecowi 
z r. 1346, a końcowych 17 wiecowi z r. 1356, więc wbrew 
Helclowi, który je uważa za późniejsze. Do wiecu z r. 1361 
odnosi tylko część jednego artykułu, mianowicie tego, który 
tyczy się składu sądów w czasie nieobecności króla, a który 
według niego jest podstawą powstałych od r. 1362 wieców 2) 
małopolskich (art. 11 zwodu zupełnego). Wszystkie inne artykuły, 
więc te, które określa Hubę jako ekstrawaganty i prejudykaty, 
odnosi do ostatniego wiecu z r. 1368. I znów tu różni się od 
Helcia, który właśnie te artykuły odnosi do wcześniejszych wieców. 

Czy się utrzyma teorya wieców ustawodawczych, do której 
dziś zdaje się znowu nawracać prof. Balzer, trudno przesądzać 



^) Rękopis Sierakowskiego III; ob. Hubę, Ustawodawstwo Ka- 
zimierza W. str. 66 ; pochodzi ten rękopis z końca XV wieku, Helcel, 
Starodawne prawa polskiego pomniki t. I str. XLI i XLn. 

2) Łączności tego artykułu z kwestyą wieców zaprzeczył nie- 
dawno B. Grużewski : Sądownictwo królewskie w pierwszej połowie 
rządów Zygmunta Starego str. 106 i n. Zdania swojego nie udowodnił, 
por. Kwart. hist. t. 21 str. 134—135, choć możliwą jest rzeczą, iż 
zdanie to słuszne. P. Grużewski wraca do tej kwesty! w Kwart. t. 21 
str. 749—- 751, gdzie zdania swego broni. 



266 Staoisław Kutrzeba. 

jeszcze. Sądzę, że różnice, jaskrawo występujące pierwotnie 
(Helcel, Piekosiński — Hubę), pod względem określenia cha- 
rakteru tych wieców łatwiej dadzą się wyjaśnić i pogodzić, 
niżby się na pozór zdawać mogło ; tylko zostanie rzeczą wąt- 
pliwą kwestya, czy był wiec jaki w r. 1361 — a zwłaszcza 
w r. 1368, gdy konstrukcya wieców już od r. 1362 w Małopolsce 
uległa zmianie. Również zdaje mi się trzeba będzie rozstać się 
z myślą, byśmy artykuły Kazimierzowskich statutów mogli do- 
kładnie pod pewne daty przypisać, powiedzieć, że te na tym^ 
a tamte na innym zostały uchwalone wiecu ^). Ale w ustaleniu 
kwestyi, które wcześniejszej, a które są późniejszej (choć niewia- 
domej dokładnie) daty, wywody Piekosińskiego poczesne zajmą 
miejsce. Pod tym względem jego argumenty zbijają stanowczo 
zdanie Helcia, wykazując, że prejudykaty czy ekstrawaganty nie 
mogą wyprzedzać artykułów, zawartych w kod. B. IV 2). Również, 
sądzę, trwałą wartość ma ustęp, który wyjaśnia, iż w Warcie 
w r. 1423 wcale się kwestyą przerabiania statutów Kazimierza 
W. nie zajmowano, jak to niektórzy autorowie przyjmowali. 

Już w tych pracach o statutach Kazimierzowskich zająć 
się musiał ś. p. Piekosiński sprawą wieców. Nie ograniczył się 
jednak do wieców z czasów Kazimierza W., ale sięgnął także 
wstecz, by dać historyę ich rozwoju. Wrócił jeszcze raz do tej 
kwestyi, rozszerzając badania na dalszy rozwój zjazdów, wcią- 
gając więc do pracy także i sprawę sejmów z XIV i XV stu- 
lecia, w rozprawie p. t. Wiece, sejmiki, sejmy i przytaileje 
ziemsJcie w Polsce wielców średnich (Rozpr. AJc. um. wydz. hisU- 
fil t. 39, r. 1900). Daje tu ś. p. Piekosiński po raz pierwszy 
konstrukcyę co do rozwoju wieców. Tak często się o nich 
mówi i pisze, a jednak naprawdę się ich nie zna; a prze- 
cież, jeśli się używa pewnego słowa jako określenia insty- 
tucyi prawnej, toć najpierw trzeba z tego zdać sobie sprawę, 
co to za instytucya. Według Piekosińskiego w dziejach wieców 
można odróżnić kilka faz, silnie od siebie oddzielonych: wiece 
od połowy mniej więcej XII wieku (przedtem ich istnienia nie 
przyjmuje, pierwszy miał się odbyć po śmierci Bolesława Krzy- 



^) Tak Ulano wski j. w. str. 42 i n. 

2) Wynika to także z pracy A. Winiarza: Prejudykaty w sta- 
tutach Kazimierza W., Kwart. hist. t. 9. 



Franciszek Piekosiński jako historyk prawa polskiego. 267 

woustego) do jego końca (śmierci Kazimierza Sprawiedliwego). 
Łączą się one z instytucyą władzy zwierzchniej jednego z człon- 
ków rodu Piastów, ustanowionej przez Bolesława Krzywoustego, 
którą określa jako seniorat. Nazywa je wiecami wielkoksiążę- 
cymi. Seniorat ginie jakoby — tak twierdzi — z śmiercią Ka- 
zimierza Sprawiedliwego % Następuje druga epoka wieców, które 
są zjazdami udzielnych książąt z sobą, ze względu na potrzebę 
narad co do majątku wzajemnego (prawo bliższości ogranicza 
książąt w zarządzie tymi majątkami), a następnie także i^azdami 
książąt z biskupami i t. d.; ze względu na udział dostojników, 
który odróżnia jego zdaniem te wiece od poprzednich, zwie je 
wiecami senatorskimi. Takie wiece trwają do objęcia rządów 
przez Łokietka w r. 1306. Odtąd datuje trzecia epoka wieców 
„wielkich". Między nimi a innymi nie zaznacza dość jasno ró- 
żnicy. Na tych to wiecach miały być uchwalane statuty. Ostatni 
pochodzi z r. 1368. Ostatnia epoka wieców rozpoczyna się z r. 1362, 
kiedy w Małopolsce pojawiają się regularnie trzy razy na rok 
odprawiane wiece bez króla; zwie je sądami wiecowymi. Odpo- 
wiednie im wiece chciałby widzieć i w innych dzielnicach. 
Dalej już historyi wieców nie przechodzi i zwraca się do sejmów 
i sejmików. 

Praca ta pochodzi już z epoki ostatniej autora; niżej też 
ona stoi od prac innych. Uderza jedno zwłaszcza — brak po- 
wiązania rozwoju między tymi wiecami różnych kategoryi, tak 
jakby nazwa sama przenosiła się — i to od razu — z jednej insty- 
lucyi na drugą. Co się tyczy XII i XIII wieku, uwzględnia tylko 
dokumenty, gdy nie brak i innego materyału do wieców (kro- 
niki, roczniki). Jeśli słusznie wyodrębnia wiece małopolskie od 
r. 1362, to niesłusznie stara się tę datę przenieść także do 
innych dzielnic, gdzie właśnie takiej różnicy między wiecami 
z przed tej daty a po niej niema. Cała ta kwestya wieców 
jeszcze wymaga zbadania na nowo. 

W dalszym ciągu pracy przechodzi do sejmów — sejmi- 
kom mniej poświęca miejsca. Praca ta, którą sam określa jako 
ustęp wykładów, jest reakcyą wobec pracy Pawińskiego (Sej- 
miki 2iemskie)j który zwracając uwagę na sejmiki, sejmy jakby 



*) W Uwagach jeszcze do wieców wielkoksiążęcych zaliczał 
wiece do zjazdu w Gąsawie w r. 1227, i twierdził, że „wypadki gą- 
sawskie zadały ostatni cios władzy wielkoksiążęcej". 

Kwartalnik hiatorycrny XXIl-2/S. 19 



268 Stanisław EutrzeU. 

zagubił, a wszystko utopił w powodzi frazesów, oraz pracy Pro- 
chaski {Geneza i rozwój parlamentaryzmu za pierwszych Jagiel- 
lonów)^ która znów zwróciła uwagę głównie na działalność par- 
lamentaryzmu, zacierając kontury sejmu jako instytucyi prawnej. 
Ta część krytyczna pracy rzuca niejedną zdrową myśl. Co się 
tyczy pozytywnej części, to przechodzi autor po kolei chrono- 
logicznie wzmianki o sejmach (niedostatecznie jednak uwzglę- 
dniając ^) dokumenty) i bada, kto bierze udział w nich, czy 
tylko dostojnicy, czy też i kiedy pojawiają się posłowie, doda- 
jąc od siebie do tego suchego zestawienia niektóre uwagi. Kon- 
strukcyi jednak nie daje, kwestyi genezy parlamentaryzmu i roz- 
woju nie przedstawia. Łączy z tą kwestyą sprawę przywilejów 
ziemskich, które w odpowiednich miejscach streszcza. Rozwga 
tę ostatnią kwestyę w drobnej rozprawce p. t. Zdobycze szlachty 
'polskiej w dziedzinie prawa publicznego w wieku XV {Czasopismo 
prawnicze i ekonomiczne t. I, r. 1900), w której, prawie wyłą- 
cznie tylko na przywilejach ziemskich się opierając, systematy- 
cznie wykłada, co szlachta w nich osiągnęła. Rozprawka ta 
przedstawia się jakby ustęp z wykładów uniwersyteckich. 

Łączy się wreszcie z temi pracami jedna jeszcze drobna : 
Sejm walny warszawski z r. 1572 {Rozpr. Ak. um, wydz. hist.- 
fil. t. 36, 1898 r.). Z sejmu tego nie zachował się dyaryusz, 
nie wyszły konstytucye. A jednak nie był on bezpłodny. W tej 
rozprawce rozpatruje ś. p. Piekosiński, co on zrobił, i podaje 
wykaz aktów, starannie zebranych, które świadczą o jego dzia- 
łalności. 

Jak prace ś. p. prof. Piekosińskiego nad statutami Kazimierza 
W. złączyły się ściśle z pracą wydawniczą tekstów polskich tych 
statutów, tak z pracą wydawniczą, a mianowicie ogłoszeniem 
tekstu łacińskiego i polskiego II statutu litewskiego wraz z sze- 
regiem wcześniejszych przywilejów litewskich {Archiwum kom. 
prawn. t. VIL) łączy się jego rozprawa: Statut litewski, 
Część I {Rozpr. Ak. um, wydz. hisł.-fil. t. 39, r. 1899). Stanowi ta 
praca jakby przygotowanie tylko do dalszych wywodów. Prze- 



^) Głównie opiera się na Długosza i to n.p. nawet do tego 
okresu, który objaśnia Janka z Czarnkowa, a więc źródło współczesne, 
zatem zwłaszcza co do przedstawienia instytucyi prawnych bardziej 
wiarogodne, niż Długosz, patrzący na te czasy przez szkła swej epoki. 



Franciszek Piekosiński jako historyk prawa polskiego. 269 

chodzi w niej po kolei przywileje, jakie Litwa dostała od swoich 
władców, oraz wszystkie trzy statuty i podaje w skrócenia ich 
treść, dodając gdzieniegdzie uwagi krytyczne. Praca to niezupełna. 
Nie uwzględnia odnośnej literatury (zwłaszcza rosyjskiej) i nie 
wypowiada jeszcze swego zdania o wartości statutów, genezie ich 
postanowień, wzajemnym stosunku i t. d. To miało wejść w część 
drugą, której jednak ju2 nie ogłosił. 

IV. Poza temi pracami, które można było na podstawie wspól- 
ności lematów połączyć w pewne grupy, jeszcze kilka rozpraw 
mniejszego zresztą znaczenia ogłosił ś. p. Piekosiński. Większą 
nieco jest : S<^downictwo w Polsce meków średnich (Rozpr. wydz. 
hist-fil Ak. urn. t 35, r. 1897). Oparta ona na dokumentach 
i ustawach ; nie względnia ksiąg sądowych ^). Nosi również cha- 
rakter jakby ustępu z wykładów. Drobna praca: Czy król Wła- 
dysław Jagiełło był za życia kćhwej Jadwigi królem polskim, 
czy tylko mężem królowej {Rozpr. wydz. hist-fil. Ak. um. t 35 
r. 1897) poruszyła tę niejasną kwestyę ; tezę ś. p. Piekosińskiego, 
że Jagiełło był tylko mężem królowej, zwalczał w osobnej roz- 
prawie Władysław Semkowicz 2). Częściowo do prawa należy roz- 
prawka: W sprawie grzywien karnych w dawnej Polsce {Kwart, hist. 
z r. 1894), w której stara się na podstawie numizmatycznych 
wywodów wyjaśnić, skąd powstała różnica^ zachodząca w wie- 
kach średnich między nominalną a faktyczną wysokością pie- 
niężnych kar sądowych. Kwestyę tę w ostatnich miesiącach na 
nowo rozpatrzył bardzo wszechstronnie Handelsman ^). 

Dla pełności trzeba dodać, iż niejedną uwagę z zakresu 
prawa polskiego pomieszcza ś. p. prof. Piekosiński w ustępach do 
ogłaszanych przez siebie wydawnictw. Zwłaszcza jedno chcę 
zaznaczyć, doskonały wywód o organizacyi władz miejskich 
w Krakowie, pomieszczony we wstępie do Kodeksu dyploma- 
tycznego miasta Krakowa^). 



^) Na księgach sądowych znów przede wszystkiem oparte jest moje 
przedstawienie organizacyi sądowej Polski w końcu XIV i w XV wieku 
w pracy p. t. Sądy ziemskie i grodzkie w wiekach średnich (3 części, 
Rozpr. wydz. hist.-fil. Ak. um. t. 4fO i 42). 

2) Stanowisko publiczno-prawne Wtedysława Jagiełły w Polsce, 
Przegląd prawa i admln. r. 1899. 

^) Kara w najdawniejszem prawie polskiem str. 180—215. 

*) Wydał ś. p. Piekosiński po raz drugi wstęp do : Najstarszych 
ksiąg i rchunków miasta Krakowa, napisany przez Szujskiego^ obej- 



270 Stanisław Kutrzeba. 

Tak przedstawia się dzia/alność ś. p. prof. Piekosińskiego^ 
o ile chodzi o historyę prawa polskiego. Właściwie należałoby 
się dokładniej wyrazić : o ile chodzi o to, co zdziałał w za- 
kresie historyi prawa polskiego przez swoje prace konstrukcyjne. 
Bo do zakresu historyi polskiego prawa należą także i wy- 
dawnictwa źródeł tego prawa, których tyle i to tak cennych 
ogłosił ś. p. prof. Piekosiński, a ogłosił, można to powiedzieć^ 
mając na oku ogół ich — świetnie, czyto chodzi o wydawnictwo 
dokumentów, więc prawnych aktów, czy zapisek sądowych z ksiąg 
sądów prawa niemieckiego i polskiego, czy statutów i t. d. Ale 
ta część jego działalności osobno rozpatrzoną została, więc tu 
już do niej nie wracam. Prace konstrukcyjne, o ile już dziś 
można ocenić ich pozytywne wyniki, zapewniają mu jedno 
z pierwszych miejsc wśród historyków polskiego prawa, jakich 
mieliśmy i mamy. Na ogół biorąc, ustąpić może będą musiały 
zasługi jego na tem polu temu, co zdziałał jako wydawca źródef 
i jako heraldyk. Zważyć jednak trzeba, że prace konstrukcyjne 
starzeją się zawsze szybciej, niż źródłowe wydawnictwa. Również 
i to uwzględnić należy, że znaczna część tych prac jego przy- 
pada na końcową epokę jego życia, w której złamany ciężką 
chorobą nie mógł już pracować tak, jak dawniej. Spieszył się 
w ostatnich latach życia w pracy, bojąc się, by mu jej śmierć 
nie przerwała ; z niechęcią odnosił się do „literatury", co może 
niejednej pracy zaszkodziło. Ale choć te prace z ostatniej jego 
doby nieraz wykazują pewne braki w stosunku do świetnych, 
jednolitych, poprzednich, zawsze prawie w nich można znaleźć 
dowody olbrzymiego talentu, olbrzymiej wiedzy, a zwłaszcza 
tej bezpośredniej, niezwykłej znajomości źródeł, na których się 
opierał. Znał je, rozumiał i czuł, a to daje zawsze jego pracom 
cechę odrębną: niezależności poglądów i zdań od obcej sugge- 
styi, świeżości, którą w pracach naukowych kto wie czy nie 
najbardziej należy cenić. 

Stanisław Kutrzeba. 



mujący historyę miasta do końca XIV wieku, uzupełniając go roz- 
działem o początkowych dziejach Krakowa oraz przez zestawienie 
chronologiczne (w streszczeniu) aktów ważniejszych Krakowa się ty-^ 
czących z wieku XV, pod tytułem: Stary Kraków, 1901. 



Franciszek Piekosiński jako numizmatyk. 271 



Franciszek Piekosiński jako ftumizmatyk. 

Trudno może spotkać uczonego, w którego życiu i dzie- 
jach byłoby tyle sprzeczności, co u Piekosińskiego. W życiu 
niemoc ciała obok bujnej wyobraźni i niezmiernej ruchliwości 
umysłu, brak wieczny funduszów obok dużej ilości dzieł wła- 
snego nakładu i kosztownych naukowych podróży. W dziełach 
wspaniałe hipotezy obok mrówczej pracowitości, recenzye z obcej 
literatury obok nieoglądania się na cudze zdanie, choćby ono 
w najbardziej stanowczy sposób zbijało jego hipotezy, prace 
naukowe pomnikowej wartości obok rozpraw, które lepiej żeby 
nie oglądały świata bożego ; projektów mnóstwo obok niemo- 
żności ich wykonania. Życie jego wzbudza w nas cześć dla 
tego tytana borykającego się z losem zawistnym, dla człowieka, 
którego ślepe fatum wyniósłszy na szczyt nauki polskiej, spy- 
chało powoli, by innym miejsce ustąpił, który jednak zanim to 
nastąpiło, zostawił po sobie także i monumenta aere perennia, 

Z tego stanowiska rozpatruję działalność Piekosińskiego 
w numizmatyce polskiej. Zaznaczyć jednak muszę, że Pieko- 
siński w nader niedługim okresie swego życia czuł się numi- 
zmatykiem więcej, niż czem innem. Zresztą przyznać mo- 
żna, że był więcej prawnikiem, sfragistykiem, dyplomatykiem 
a zwłaszcza heraldykiem. Do jego działalności da się wybornie 
zastosować teorya ewolucyi: z prawnika historyk i wydawca 
kodeksów, na podstawie których powstało jego dzieło o monecie. 
Na tej samej podstawie napisał: O powstaniu społeczeństwa pol- 
shiegOj a do obrony swoich hipotez w tem ostatniem dziele za- 
wartych przywołał na pomoc genealogię, heraldykę i wszystkie 
inne nauki pomocnicze, w których się prawdziwym mistrzem 
okazał. Ponieważ żadna z tych nauk nie była w owym czasie 
rozwiniętą, przeto zaczęły go opanowywać coraz wyłączniej, 
a w końcu poddał się tej, która najwięcej przedstawia mate- 
ryału do opracowania, t. j. genealogii i heraldyce. Numizmatyka 
zajmowała go z biegiem czasu coraz słabiej, po tem jedynem 
większem dziele o monecie zabierał głos, aby je uzupełniać albo 
bronić, lub też zapomocą numizmatyki stwierdzać lub udo- 
wadniać swe hipotezy historyczne i prawne. 

W szeregu licznych dzieł Piekosińskiego numizmatyka zaj- 
muje wcale pokaźne miejsce. Na 127 rozpraw 20 są ściśle nu^ 



272 Maryftn Gamowski. 

mizmatyczne '), a w bardzo wielu pismach jego, zwłaszcza he- 
raldycznych, munizmatyka ważną odgrywa rolę. Ale i tutaj spotkać 
się można z zjawiskiem, na wielu już uczonych stwierdzonem, 
że praca pierwsza, najpierw powstała stanowi zarazem szczyt 
twórczości i myśli autora, a inne następne nie dorównywają 
pierwszej. Dzieło: O monecie i stopie menniczej w Polsce w XIV 
i JF «£;., wyszle 1878 r.^) jako jedna z pierwszych wogóle jego 
rozpraw naukowych, ma dotąd ze wszystkich dzieł Piekosiń- 
skiego największą względnie wartość, dało bowiem popęd do 
innych następnych prac z dziedziny numizmatyki. 

Dzieło to powstało, jak już wspomniałem, z chęci wytłó- 
maczenia i zdania sobie sprawy z kilku memoryałów Rady m. 
Krakowa, przedłożonych Jagielle w sprawie bicia nowej mo- 
nety, polepszenia dotychczasowych stosunków menniczych i ure- 
gulowania tychże na przyszłość. Memoryały te z lat 1396 i 1406 
wprowadziły chciwego wiedzy i analizującego wszystko badacza 
w całą gmatwaninę średniowiecznych stosunków monetarnych 
w Polsce, w labirynt ówczesnych monet, wag i ciężarów, w któ- 
rym napróżno szukał drogi i pomocy w ówczesnej literaturze 
numizmatycznej polskiej. To, że drogę sam tutaj znalazł, że sam 
wskazał innym tę ścieżkę, po której numizmatykę naukowo pro- 
wadzić winni, że pierwszy prawdziwie naukowo ją traktował, 
to jest jego prawdziwa, ogromna zasługa. Tem dziełem od razu 
zaimponował naszym numizmatykom -zbieraczom, od razu pier- 
wsze między nimi zajął miejsce. 

Trzeba bowiem wiedzieć, czem była, a w części i jest 
jeszcze numizmatyka polska, by zrozumieć, jak ogromny wy- 
siłek musiał podjąć badacz, który chciał ją na prawdziwie nau- 
kową i krytyczną drogę wepchnąć, i dlaczego właśnie tym wy- 
siłkiem wzbił się na jej czoło. Jeszcze u schyłku zeszłego stu- 
lecia numizmatyki jako nauki u nas wcale nie było. Były tylko 
zbiory i zbieracze nawet wcale liczni, przejęci gorąco swojem 
zadaniem i piszący wiele o nowo znalezionych skarbach, o nie- 
znanych jeszcze typach i gatunkach monet ; byli amatorzy, jak 



*) Patrz moją rozprawę : Fr. Piekosiński, rys życia i prac, gdzie 
zestawione są wszystkie jego dzieła. 

2) O monecie i stopie menniczej w Polsce w XIV i XV wieku. 
Skreślił Dr. Fr. Piekosiński. Tom IX Rozpraw i sprawozdań z posie- 
dzeń wydz.-hist. filozof. Akad. mniej, w Krakowie. Osobne odbicie 
Kraków, Drukarnia Uniwersytetu Jagiell. 1878. str. VIII, 312 i tabl. VIL 



Franciszek Piekosiński jako numizmatyk. 273 

Em. hr. Czapski, J, hr. Tyszkiewicz, Plater, Walewski i inni, 
rzucający tysiące rubli na licytacye zagraniczne, kupujący a tous 
pris nieznaną jeszcze odmianę jakiego dukata lub talara pol- 
skiego. Byli ludzie, jak Karol Beyer i Wł. Bartynowski, którzy 
zjeździli ca^ą Europę, wstępowali od miasteczka do miasteczka, 
zatrzymywali się w każdym sklepie, w każdej gospodzie, pytając 
o stare monety i bardzo często przywożąc biafe kruki. Stąd 
w literaturze przeważają katalogi, skorowidze i opisy monet 
w rodzaju Zagórskiego *) i Yossberga^), a najlepszą rzeczą w tych 
latach jest skorowidz monet Beyera^) i katalog zbioru E. hr. 
Czapskiego^). Numizmatyki jako nauki jednak nie było. 

Nauka numizmatyczna opierała się wówczas w Polsce na 
Czackim ^) i Lelewelu ®). Można śmiało twierdzić, że ci dwaj ba- 
dacze dotąd jeszcze nie wypuścili z rąk steru numizmatyki, nikt 
bowiem po nich (nie licząc Niemca Eirmisa '^) nie ogarnął i przed- 
stawił całości tej nauki. Około ich dzieł, zawsze jeszcze świe- 
żych, grupują się broszury i monografie numizmatyczne, większej 
lub mniejszej wartości naukowej, jak Stupnickiego, Lipińskiego, 
Żebrawskiego, Beyera^ i innych, których główna zasługa na 
tern polega, że umieli grupować i systemizować wykopane, zna- 
lezione lub za granicą zdobyte monety polskie. Główną zaś ich 
cechą jest brak dostatecznego materyału dowodowego i pi- 
semnego, brak znajomości źródeł historycznych, co zwłaszcza 
w dziele Stronczyńskiego Monety dawnych Piastów^) dotkliwie 



^) Ign. Zagórski, Monety dawnej Polski, Warszawa 1845. 

2) Yossberg, Mttnzgeschichte der Stadt Danzig, Berlin 1852, 
Elbing 1844, Thorn 1845. 

8) Beyer Karol, Skorowidz monet polskich 1862 wydany 1880. 

*) Em. hr. Hutten-Czapski : Catalogue de la coUections de mou-» 
naies et medailles poionaises Petersburg 1871. 

^) Czacki Tadeusz, O monecie polskiej i litewskiej. — Tenże r. 
O rzeczy mennieznej w Polsce i Litwie. Obie rozprawy w wydaniu* 
Raczyńskiego t. I i III. 

*) Lelewel Joach., O monecie polskiej. W zbiór. wyd. Polska: 
dzieje i rzeczy jej, Poznań 1863 V, 233. 

7) Max Kirmis, Handbucb der polnischen Mtlnzkunde, Posen 189^. 

^) Stupnicki ks. Jan, Denary koronne XIV i XV w., Lwów 1850 
i O monetach halicko ruskich, Bibl. Ossol. 1865 str. 64. T. Lipiński, 
O mennicy wschowskiej, Bibl. warsz. 1854 str. 223. T. Żebrawski, 
Wiadomości numizmatyczne, Dodatek do Czasu, marzec 1857 str. 618. 
Beyer Karol, Wykopalisko wieleńskie. Warszawa 1876. 

^) Stronczyński K., Monety dawnych Piastów, Piotrków 1847, 



274 Maryan Gamowski. 

uczowad się daje. Ten brak źródeł sprowadził w następstwie 
jedynie powierzchowne zajmowanie się monetą, zwracanie uwagi 
na jej rysunek czyli typ, a nieuwzględnianie zupełne jej ziarna, 
wartości, jej genezy i stanowiska w życiu społecznem narodu. 

W czasie, kiedy Piekosiński rozpoczął swe badania nad 
numizmatyką polską, istniały dopiero do niej zarodki. Braki jej 
były tem większe, że właśnie epoka, do której studyowania 
się zwrócił, nie była prawie zupełnie w numizmatyce przed- 
stawiona. Dawna epoka piastowska miała już Stronczyńskiego, 
monety czasów nowszych od J506 r. opisał już Zagórski wcale 
dokładnie, ale monety polskie z XIV i XV w. nie miały 
jeszcze opracowania, prócz monografii Vossberga o mo- 
netach miast pruskich, Gdańska, Torunia i Elbląga, oraz • ks. 
Stupnickiego o monetach halickich i denarach koronnych tego 
czasu. Trudnego więc zadania podejmował się w 1875 r. młody 
uczony. Braki polskiej numizmatyki musiały dobrze mu być 
znane ; czy jednak zdawał sobie z nich sprawę ? 

Nie było zamiarem Piekosińskiego postawić naukę polską 
na tem stanowisku, co za granicą; badanie porównawcze było 
mu prawie obce; natomiast celem było zawsze dla niego roz- 
wiązać nasuwające się zagadnienia lub opublikować dostępne 
mu a nieznane nauce materyały. Szczęściem było dla nauki, że 
tych materyałów, zwłaszcza dyplomatycznych, miał Piekosiński 
więcej, niż ktokolwiek przed nim, że je opanował i znał grun- 
townie jako ich wydawca. Całe dzieło o monecie i stopie opiera 
się na dokumentach wydanych przez niego w kodeksach dyplo- 
matycznych m. Krakowa, Małopolski, katedry krakowskiej, kla- 
sztoru mogilskiego i w najstarszych księgach m. Krakowa. Do- 
kumenta te służyły mu za tło, za nić przewodnią, na którą 
nizał monety XIV i XV w., ważąc je tysiącami. Piekosiński tem 
głównie różni się od ówczesnych numizmatyków, że zwraca 
całą swą uwagę na wewnętrzną wartość monet, na ich wagę 
i czystość kruszcu, zato stronę ich rysunkową traktuje pobo- 
cznie, małym drukiem. Stąd główny nacisk położony na stopę 
menniczą i na grzywnę ówczesną monet. Pod tym względem jest 
Piekosiński znakomitym rachmistrzem *), przedsiębierze ogromne 
obrachunki, waży tysiące monet i tyleż próbuje na kamieniu 



*) Przyznał mu to między innymi sam Kirmis w przytoczonym 
wyżej podręczniku numizmatyki polskiej. 



Franciszek Piekosiński jako numizmatyk. 275 

probierczym, robi skrupulatne obliczania i rachunkiem dochodzi 
do tysiąca wyników. Bada stopę roenniczną każdego panowania^ 
każdego nawet dziesiątka lat i każdego gatunku monet i określa 
wagę grzywny krakowskiej z XV w. na 198 gramów. Podobnemi 
badaniami nie zajmowano się dotąd, przynajmniej obchodzono 
je zręcznie, zasłaniając się Czackim lub Kolbergiem^). Niedziwna 
przeto, że wywody Piekosióskiego o monecie polskiej w wiekach 
średnich wywołały zdumienie w numizmatycznym światku. 
Wszyscy uchylili kornie g/owy; zakwestyonowano wprawdzie 
niektóre monety przez niego omawiane, n. p. dukata i półgrosz 
Łokietka, ale jego wywodów metrologicznych i objaśnień tekstów 
nikt się dotychczas nie ośmielił zaczepić. 

Istotnie dzieło o monecie i stopie^ oceniając ze stanowiska 
ówczesnej nauki przewyższało wszystko, co w Polsce dotąd 
z zakresu numizmatyki wydano, górowało tak nad innemi pra- 
cami, jak dzieło nauki nad dziełkiem dyletanta. Nauka polska 
może być tem bardziej dumną z niego, że dzieło to stoi nie 
tylko na wysokości swego zadania w pojmowaniu ówczesnej 
krytyki europejskiej, ale nawet przewyższa ówczesne niemieckie 
numizmatyczne poglądy. Był to bowiem czas, kiedy egidę nu- 
mizmatyki niemieckiej dzierżyli jeszcze Koehne ^ w Petersburgu 
i Grotę w Hannowerze^, badacze, na których wyniki naukowe 
dzisiejsza literatura przestała się już dawno powoływać. 

Dzieło o monecie i stopie menniczej znalazło ogólne uzna- 
nie; uczonym dał autor objaśnienie dyplomatów, metrologom 
wagę grzywny polskiej i stopę menniczą, zbieraczom piękną 
kollekcyę monet epoki XIV i XV w. ich klasyfikacyę i obja- 
śnienie myncerskich znaków. Zapytajmy się jednak, jaką to dzieło 
ma obecnie wartość dla nas, jak się do niego odnosi dzisiejsza 
krytyka, czy dzieło to straciło cośkolwiek na swej wartości, czy 
też utrzymało się na dawnej wyżynie. 

Gdybym odpowiedział na to ostatnie zdanie twierdząco, 
znaczyłoby to, że nauka polska od 30 lat nie posunęła się na- 
przód i numizmatyka dzisiejsza nie ma nic więcej do powie- 



*) Kolberg, Porównanie miar i wag polskich z zagranicznemi. 
Warszawa 1838. 

^) K5hne bar.: Memoires de la societć de numismatiąae a Bt. 
Petersbourg 1847—1852. KOhne, Zeitschrift 1841—1846 i 1859 
do 1863. 

») Grote, Mttnzstudien, Hannower 1857—1877. 



276 Maryan Gumowski. 

dzenia nad to^ co 30 lat temu Piekosiński orzek}. Tak więc nie 
jest, a chociaż dotąd nic lepszego nie pojawiło się w dziedzinie 
naszej numizmatyki, braki i usterki w tem dziele coraz wyraźniej- 
szych nabierać zaczynają kształtów. Nie wyświetliła ich jeszcze 
żadna krytyka, nie dotknęło ich jeszcze żadne pióro badacza 
tej epoki, jednakże z natury rzeczy istnieją i z biegiem czasu 
konkretne nabierają formy. 

Z lekka je tylko dotknę, nie chcąc z rozbioru dzieła nowej 
tworzyć rozprawy. Piekosiński pragnął dać nam całokształt rzeczy 
menniczej w XIV i XV wieku w Polsce, a tymczasem pominął 
tam nie tylko monety śląskie z początku XIV w., monety lite- 
wskie z czasów przed Aleksandrem, ale nawet monety miedziane 
halickie królów Kazimierza W., Ludwika i Władysława Opol- 
czyka. Monety te miedziane Iwowsko-halickie, zjawisko bardzo 
ciekawe w wiekach średnich,jedynie prawie srebrem się posłu- 
gujących, pozostały zatem poza nawiasem, niewyjaśnione, nie- 
wspomniane nawet, jak gdyby monografie Stupnickiego i Bołsu- 
nowskiego^) wystarczały pod tym względem. Autor pragnął 
również numizmatyką objaśnić dokumenta ówczesne, których 
był wydawcą, ale i tutaj nie objaśnił wszystkiego, zwłaszcza 
wiek XIV, a specyalnie czasy Łokietka są po macoszemu trakto- 
wane, zapewne dlatego, że najstarsze księgi m. Krakowa, które 
przedewszystkiem pragnął pod względem numizmatycznym obja- 
śnić, również w tym czasie skąpe są w zapiski dotyczące intere* 
sów pieniężnych i dopiero za Jagiełły sprawa monetarna wy- 
łania się silniej w źródłach. A jednak właśnie czasy Łokietka 
są najciekawsze w numizmatyce średniowiecznej, jako czasy 
przełomu, przejścia od brakteatów do groszy, czasy, w których 
panuje pośredni rodzaj monety t zw. kwartnik (ąuarta), poczęty 
na Śląsku, wielokrotnie wspomniany także w dokumentach ma- 
łopolskich, którego właśnie przedstawicielem jest ów półgrosz i de- 
nary Łokietka herbem kujawskim oznaczone. Prawda, że takie 
przedstawienie kwestyi nie było jeszcze możliwe w 1878 r., kiedy 
nie wszystkie kodeksy były wydane, ani jeszcze nie ukazała się 



*) Ks. Jan Stupnicki : O monetach halicko-mskich. Bibl. Ossol. 
1865. Karol Bołsunowski, ABTOHOMHUHaa MoneTU TajiHitKOH PycH 
XIV H XV CT. KieBt 1905. W tej drugiej rozprawie monety mie- 
dziane ruskie nie są prawie wcale uwzględnione. Dokładnie opisuje 
je tylko Stronczyński Monety Piastów i Jagiellonów, tom HI. 



Franciszek Piekosiński jako numizmatyk. 277 

numizmatyka śląska Friedensburga ; dlatego wfaśnie ta część 
pracy nastręcza autorowi zbyt może wiele trudności, by odpo- 
wiedne miejsca dokumentów z pierwszej polowy XIV w. nale- 
życie objaśnić, to objaśnienie należycie uzasadnić, a dalej obro- 
nić je przeciw atakom n. p. Ant. Ryszarda Obrona wypadła 
wprawdzie świetnie, ale tylko pod względem heraldycznym^). 

Dzieło o monecie i stopie podaje nam faktyczny stan 
mennictwa w XIV i XV w., ale nie mówi o jego genezie. Grzywnę 
polską obliczy! autor jedynie na podstawie stosunku ilości gro- 
szy czeskich w Pradze z jednej i w Krakowie z drugiej strony, 
dowody swoje poparł jeszcze stwierdzeniem faktu, że w 1636 
ciężarki autentyczne tę samą ilość gramów (198 gr.) wykazują, 
tymczasem już samo rozwiązanie porównania grzywny krako- 
wskiej z awiniońską n. p. w rachunkach kollektora świętopietrza 
Andrzeja de Verulis z 1326 r. daje nieco inny rezultat (202 gr.), 
a znaczną ilość podobnych przykładów można znaleźć w źró- 
dłach. Więcej jednak razi to, że autor nie wdaje się w wytłó- 
maczeniCy dlaczego grzywnę liczą w Krakowie po 48 gr. na Ma- 
zowszu po 36 gr. a w Prusach po 30 gr., skąd się biorą grzywny 
prowincyonalne, jaka ich waga i stosunek do krakowskiej, a także 
i do ustawodawstwa Kazimierza W. Niema zupełnie mowy 
o ówczesnej wartości pieniądza, o jego sile kupna, o stosunku 
złota do srebra itd. Zagadnień podobnych od czasów Czackiego 
nikt wprawdzie u nas nie poruszał, numizmatyka ówczesna na- 
wet ich nie wymagała; jedyna rozprawa, po której moglibyśmy 
się odpowiedzi na powyższe pytania spodziewać, Konstantego 
Hoszowskiego^), streszcza bałamutne wywody jakiegoś Rabego 
o brakteatach Jaksy Yon Kópenik, lub udowadnia istnienie mo- 
nety polskiej przed Wacławem. Nie wątpię, że Piekosiński roz- 
wiązałby świetnie te zagadnienia, mając pod ręką masę mate- 
ryału i obracając się w nim znakomicie, stwierdzić jednak 
trzeba, że nie zdawał sobie z nich sprawy, lub przynajmniej nie 
czuł potrzeby o tem mówić. 



•) Ustęp numizmatyczny przez S. Z. (Ant. Ryszarda) w Dwu- 
tygodniku naukowym nr. 22, 1878. Odpowiedź panu S. Z. w przed- 
miocie monet średniowiecznych znajdywanych na ziemiach polskich, 
a herbem kujawskim oznaczonych, przez Dr. Fr. Piekosinskie.ro. Dwu- 
tygodnik nauk., Kraków 1879 i odb. 

2) Konst. Hoszowski, Wiadomości historyczno-prawnicze w przed- 
miocie rzeczy mennicznej w dawnej Polsce, Kraków 1874. 



278 Maryan Gumowski. 

Te braki w tej rozprawie i w późniejszych pracach wy- 
nikły z nieznajomości lub ignorowania odnośnej literatury. 
W rozprawie o monecie i stopie cytuje wprawdzie Piekosióski 
szereg autorów polskich i obcych, nawet najlepszego z nich Dr. 
A. Luschina : Milnzgeschichtliche Yorstudien, jednakże traktuje 
ich więcej źród/owo, niż krytycznie, a autorom XVIII w. ufa 
z pietyzmem. Szereg jego cytat byłby nawet wystarczający, gdyby 
nie brakło tam najważniejszej może rozprawy Tagmana o ślą- 
skiej numizmatyce *). Tagman, podobnie jak Luschin, ale wcze- 
śniej i wszechstronniej traktuje o monecie na Śląsku w XIII 
wieku, o grzywnie wrocławskiej, która, jak wiadomo, równała się 
krakowskiej, o jej podziałach, o cenie pieniędzy i kruszczów, 
słowem o tem wszystkiem, co Piekosiński odnośnie do XIV w. 
opierając się tak samo, jak nasz badacz, na wiadomościach z dy- 
plomatów zaczerpniętych. Dlatego zużytkowanie wyników Tag- 
mana było konieczne jako gotowy początek pracy i odpowiedź 
na kwestyę genezy różnych zjawisk XIV w. Nieznany czy igno- 
rowany, niezastąpiony odpowiednią pracą polską, sprowadził 
w naszej nauce te dziwnie błędne wysiłki uczonych, po omacku 
szukających drogi wśród kwestyi grzywien karnych a pienię- 
żnych w wiekach średnich (Helcel, Hubę, Piekosiński, Małecki 
i Wittyg), o których niżej będzie mowa. Ignorowanie nauki i li- 
teratury obcej dało w tym wypadku podobny rezultat, jak w dy- 
plomatyce swego czasu w kwestyi powstania dyplomu polskiego, 
a w historyi w kwestyi genezy społeczeństwa. 

Numizmatykę jagiellońską opracował Piekosiński w temswo- 
jem pierwszem i nąjwiększem dziele gruntownie, jak żaden przed 
nim i po nim. Po jej wydaniu w 1878 r. wracał niejednokrotnie 
do tego samego tematu w recenzyach dzieł numizmatycznych, 
pomieszczanych w Kwartalniku historycznym i Dwutygodniku 
naukowym. Za dopełnienie niejako głównej pracy o monecie 
i stopie uważać należy ogłoszony w tym samym roku 1878 w Dum- 
tygodniku opis wykopaliska krakowskiego *) monet króla Kazimie- 
rza W. z kilku nowemi odmianami półgroszków tego monarchy 



*) Tagman, Ueber das Mttnzwesen Schlesiens bis zom Anfang 
des XIV Jahrh. Zeitschrift des Vereines fttr Geschichte und Alterthum 
Schlesiens, I 33, także odb. 1855. 

2) Fr. Piekosiński, Wiadomość o wykopalisku krakowskiem, 
monet Kazimierza W., Dwutyg. nauk. 1878 i odb. 



Franciszek Piekosiński jako numizmatyk. 279 

i z kilku nieznanymi typami jego denarków. Praca nieduża, 
oparta wyłącznie na poprzednim dziele, podaje dokładnie wszyst- 
kie odmianki i pyszne reprodukcye monet. O następnej zaraz 
rozprawie numizmatycznej już wspomniałem: jest to wydana 
w 1879 w Dumtygodniku naukowym Odpowiedź panu S. Z, 
(Ant Ryszardowi) w przedmiocie monet średniowiecznych znajdy- 
wanych na ziemiach polskich, a herbem kujawskim oznaczonych. 
Polemika toczyła się o monetki, których wybicie Piekosiński 
w dziele o monecie Łokietkowi przypisuje, mianowicie o pół- 
grosz (jedyny znany) oraz parę typów denarków z kujawskim 
herbem. Pan St. Zaczyński (Ant. Ryszard) w artykule umieszczo- 
nym w nr. 22 Dwutugodnika naukowego p. t. Ustęp numizma- 
tyczny pragnął wykazać, że są to monetki śląskie, głogowskie, 
bo technika i ornamentacya ich jest do śląskich podobna, a orła 
mają po lewej, a nie po prawej stronie tarczy. Naturalnie, że 
zbicie tego zapatrywania nie przedstawiało większej trudności; 
odpowiedź wypadła też świetnie, ale tylko pod względem he- 
raldycznym. Dowody polskości tych monet, zwłaszcza półgrosza 
Łokietkowego, są z heraldycznego punktu widzenia przekonywu- 
jące, lecz dla numizmatyki są słabe (naśladownictwo monet 
i łączność mincarzy nie udowadniają jeszcze polskości), a już 
zupełnie pominięte są źródła dyplomatyczne, które przecież 
takie istnienie grubszej monety za Łokietka zaświadczyć mogą. 
Jak o denarki Łokietkowe, tak i o denarki polskie z her- 
bem andegaweńskim była różnica zdań między Piekosińskim 
a senatorem Stronczyńskim. Pierwszy rozdziela te denarki mię- 
dzy Ludwika a Jadwigę, drugi w dziele: Monety Piastów i Ja- 
giellonów (1883) przypisuje wszystko Jadwidze. Piekosiński, ope- 
rujący wagą monet i stopą menniczą, z łatwością mógł wykazać 
błędy w zapatrywaniu Stronczyńskiego, który, choć nestor nu- 
mizmatyki polskiej, w tej mierze mu nie dorównał. Nie zrobił 
jednak tego. Dziwna rzecz, że dzieło Stronczyńskiego, mimo wielu 
błędów, epokowe w numizmatyce naszej i dotąd jedyny punkt 
oparcia dla numizmatyki piastowskiej, nie zwróciło uwagi Pie- 
kosińskiego, nie wywołało z jego strony żadnej polemiki, odpo- 
wiedzi czy nawet recenzyi, choć całą tę epokę XIV i XV wieku 
obejmuje i często twierdzenia Piekosińskiego zaczepia. Być może, 
że przyczyna leży w zajęciu się innemi kwestyami, daleko waż- 
niej szemi i inną, daleko rozgłośniejszą krytyką i polemiką. Lata 
bOte są to właśnie lata pracy nad takiemi dziełami, jak O po- 



280 Maryan Gamowski. 

wstaniu społeczeństwa polskiego 1881, Obrona hipotezy najazdu 
1883, O dynastycznem szlachty polskiej pochodzeniu 1888, oraz 
nad wydawnictwami, jak : Kodeks dypl m. Krakowa 1882, Prawa, 
przywileje i stałuta m, Krakowa 1886. Dość, że na książkę Stron- 
czyńskiego nie odezwał się wcale, choć byi do tego najbardziej 
powołany, a poprzestał tylko na króciutkiej recenzyi rozprawy 
W. Wittyga, który, mając w ręku duże wykopalisko tych monet, 
przyjmuje i udowadnia wbrew Stronczyńskiemu zdanie Pieko- 
sińskiego *). 

Monety Łokietka stanowczo nie miały szczęścia : półgrosze 
i denary zaczepił Ryszard, Stronczyński i śląscy numizmatycy, 
a przede wszystkiem Friedensburg i Saurma^), ów sławny zaś 
dukat, za który Emeryk hr. Czapski zapłacił niegdyś parę ty- 
sięcy guldenów i obraz Matejkowski dał w dodatku, uważając 
go za największą rzadkość numizmatyczną, zakwestyonował dwu- 
krotnie Teodor Wierzbowski, który zaprzeczył mu autentyczności, 
zarzucając wprost fałszerstwo ^). Było to równoczesne zaatako- 
wanie Piekosińskiego, który ten dukat pomieścił na tablicach 
swego głównego dzieła nie mówiąc jednak o nim nic prawie 
w tekście. Lecz zaraz w tym samym numerze Wiadomości num, 
arch, pomieściła redakcya obronę autentyczności tego dukata 
przez Piekosińskiego napisaną, który nadzwyczaj wymownie 
i przekonywująco w dłuższych wywodach zbijał zarzuty Wierz- 
bowskiego i co ważniejsze, po raz pierwszy wciągnął badania 
i wiadomości sfragistyczne do numizmatyki. Stwierdzając, że 
strona główna dukata z siedzącym monarchą wzorowana jest na 
pieczęci majestatowej z 1320 r., dowiódł, że dukat bito w czasie 
lub zaraz po koronacyi Łokietka, oraz że nie może być fałszy- 
wym, gdyż pieczęć wzmiankowana aż do ostatnich jego czasów 



*) Wiktor Wittyg, O denarach koronnych z XIV wieka, aż do 
panowania Władysława Jagiełły, Ateneum III zesz. II 1886. Rec. Pie- 
kosińskiego w Kwartalniku hist. 1887 str. 237. 

2) Ryszard w przytoczonym wyżej Ustępie numizmatycznym 
1878; Stronczyński w Monety Piastów i Jagiellonów 1883; Frie- 
densburg w Schlesiens Mtłnzgeschichte im Mittelalter 1887 i Saurma 
Jeltsch, Schlesische MUnzen und Medaillen 1883. 

^) T. Wierzbowski, Jana Ostroroga pamiętnik, Warszawa 1891. 
T. Wierzbowski, O dukatach Władysława Łokietka i Aleksandra Ja- 
giellończyka. Wiadomości num. arch. 9 1891. Fr. Piekosiński, Słowo 
w obronie autentyczności dukata Władysława Łokietka, Wiad. num. 
arch. 9, 1891. 



Franciszek Piekosiński jako numizmatyk. 281 

nie była znana, gdy tymczasem dukat już od 1847 r. był w zbio- 
rze Niedzielskiego w Śledziejowicach. 

Ta obrona dukata, uznana przez wszystkich zbieraczy jako 
zwycięska, była również obroną jego zdania i umiejętnym gromem 
na zapatrywania przeciwnika. Nie tak łatwo poszło z jego wagą 
grzywny krakowskiej, zaatakowaną nader silnie przez Leonarda Le- 
pszego *). Pan Lepszy znalazł dwa ciężarki wagi 7* i 2 grzywny, 
oznaczone herbem m. Krakowa, pochodzące z XV wieku, które po 
ścisłych obliczeniach wykazują wagę grzywny 206 gramów, czyli 
o blizko o 8 gr. większą od obliczonej przez Piekosióskiego. 
Walczyć z oczywistością nie można było, ale można było obejść, 
ntrzymując nietkniętą swą pierwotnie obliczoną cyfrę, a nato- 
miast wyszukując zupełnie niepotrzebnie najrozmaitsze nazwy 
jednej i tej samej grzywny krakowskiej: królewska, miejska, 
kupiecka, złotnicza, straganiarska, aptekarska itd. Grzywny te 
mogły istnieć i różnić się między sobą w XVIII wieku, jak o tem 
Braun 2) opowiada, ale i tak jeszcze pytanie, czy wszystkie były 
oznaczane cechą jednego i tego samego miasta, oraz czy już 
XV wiek znał różnice w grzywnie rozmaicie nazwanej. 

Jak widzimy, Piekosiński liczył się czasem z wywodami 
numizmatyków polskich, chociaż Stronczyńskiego pominął zu- 
pełnie. Naturalnie, że jeszcze mniejszymi względami cieszyła się 
u niego współczesna numizmatyka niemiecka. Jeden tylko był 
autor niemiecki Friedensburg, o którym Piekosiński często mó- 
wił, na którego się zwykle w rozmowie powoływał i do naśla- 
dowania zachęcał. Prawie wszystkie dzieła Friedensburga o nu- 
mizmatyce śląskiej streszczał dokładnie i zaznajamiał z niemi 
czytelników Kwartalnika historycznego w latach 1887, 1889 i 1890. 
Gruntowny znawca śląskiej numizmatyki połączył Friedensburg 
badania Tagmana historyczno-metrologiczne ze studyami nad 
zawartością zbioru swego, Saurmy i innych, a obracając się 
przeważnie w średnich wiekach, uwzględniał tak polską naukę, 
że recenzye jego dzieł za prawdziwą zasługę poczytać można. 
Jednakże po tak wybitnym znawcy numizmatyki jagiellońskiej, 
jak Piekosiński, spodziewalibyśmy się więcej krytyki i studyów 



*) Leonard Lepszy, Grzywna polska. Wiadomości num. arch. 
1889 str. 1., Rec. Piekosińskiego w Kwartahiiku histor. 1890 str. 99. 

2) Dańd Braun, Ausftihrlich-historischer Bericht Yom Pohlnisch 
und Preussischen MfLnzwesen, Elbing 1722. 



282 Maryan Gumowski. 

porównawczych, choćby w odniesienia do XIV i XV wieku, niż 
ich dają te recenzye. Są to jedynie streszczenia, w których 
autor pracom Friedensburga tak wielką nadaje powagę, że 
nie śmie wdawaó się nawet w rozbiór tych zdań, które w ra- 
żącej sprzeczności stoją z jego własnymi dawnymi wywodami. 
Mimo że grzywna krakowska równa była zawsze wrocławskiej, 
oblicza ją śląski badacz inaczej, niż Piekosiński, również wbrew 
temu ostatniemu przyznaje półgroszowi z herbem kujawskim 
śląskie pochodzenie i wielu innym pojęciom jego jest całkiem 
przeciwny. Streszczać takie dzieło, jak hisŁoryę monety śląskiej 
w XII tomie Kodeksu dypl. śląskiego ^), bez odezwania się ze 
swojem ,ja^, uważam za zupełnie niepotrzebne, a poddawanie 
się pod autorytet Niemca dla nauki polskiej szkodliwe. 

Te jednak śląskie studya wprowadziły Piekosińskiego na 
drogę do badania wcześniejszej epoki w numizmatyce polskiej, 
mianowicie monet piastowskich. Epokę tę pragnął podobnie opra- 
cować pod względem metrologicznym, jak wiek XIV i XV I do 
końca życia o tem marzył, wciągając do współpracownictwa 
coraz to nowe siły. Skończyło się jednak tylko na zamiarach, 
na pracach przygotowawczych, jak owym szkicu: Moneta polska 
w dobie piastowskiej i kilku drobnych monografiach, w których 
największą wagę przypisuje rozprawie napisanej w sprawie 
grzywien karnych w dawnej Polsce, a największą może wartość 
rzeczywistą ma objaśnienie denarów palatyna Sieciecha. 

Zwrot do piastowskiej numizmatyki zaczyna się z chwilą 
napisania recenzyi z artykułu Friedensburga o dużym brakteacie 
Henryka I śląskiego. Wprawdzie recenzya ta ma więcej styczności 
ze sfragistyką i z ulubioną jego teoryą runiczną w heraldyce, 
którą i tutaj starał się wytłómaczyć (półksiężyc na piersiach 
orła śląskiego), jednakże wprowadziła go w świat numizmatów, 
na których bardziej niż gdzieindziej mógł próbować wartości 
swoich hipotez i w których dużo materyału do tych hipotez 
mógł znaleźć. To też prawie wszystkie jego rozprawy o nu- 



*) Rec. rozpraw Friedensburga: Ein grosser Bracteat Herzog 
Heinrichs I von Schlesien, Kwart. hist. 1887 str. 236; Schlesiens 
Mtinzen und Mtlnzwesen von dem Jahre 1220, rec. w Kwart, histor. 
1837 str. 231; Codex diplomaticus Silesiae tom XII: Schlesiens Mtinz- 
geschichte im Mittelalter, rec. w Kwart, histor. 1889 str. 83; Ein- 
ftlhning in die Schlesische Mtlnzgesehichte, rec. w Kwart, histor. 
1890 str. 101. 



Franciszek Piekosiński jako namizmatyk. 283 

mizmatyce piastowskiej, traktowane z tego stanowiska, nie mają 
wielkiej wartości, odkąd jego teorya runiczna pod ciosami Ma- 
łeckiego rozsypała się w gruzy. 

Zabarwienie naszej numizmatyki hipotezą runiczną było 
prawdziwą jej szkodą. W rozprawach o denarach Bolesława 
Chrobrego i denarach palatyna Sieciecha*) kwestya runiczna, 
oraz poparcie hipotezy o powstawaniu herbów polskich, o zna- 
kach stanniczych i ich powolnym rozwoju i zmianach wyb^a 
się na pierwszy plan i tak dalece zajmuje autora, że przeszka- 
dza mu nawet zaglądnąć do obcych podręczników, do dzieł 
choćby najgłówniejszych, by zapęd nieostrożny powstrzymać 
i wykazać oczywistą fałszywość wniosków. Nieznajomość lite- 
ratury mści się tu na każdym kroku. Dość wspomnieć, że autor 
nie zna ani dzieła Danenberga o monetach niemieckich X i XI 
wieku, ani Fiali o denarach czeskich Przemyślidów, dzieła nie- 
zbędne przy studyowaniu monet piastowskich, zwłaszcza Chro- 
brego 2). Wskutek tego monety czeskiego Brzetysława kładzie 
pod Bolesławem Chrobrym, a w źle wjfrysowanej twarzy Prze- 
myślidy widzi herb polski Kościeszę. Podobnie przypisiye Chro- 
bremu denary Bernharda księcia saskiego, dawno już jako takie 
znane, a w świeczniku na nich wyobrażonym upatruje odmianę 
herbu Lis, jakiej używał dawniej śląski ród Wierzbińskich. Na te 
wywody, pomieszczane we Wiadomościach numizm. 1896 i 1898 
roku odpowiedział Piekosińskiemu Kostrzębski w artykule O na- 
pisach ołoJcoim/ch czyli legendach na monetach średnioiuiecznych 
{Wiadomości 1898 nr. 38), dość słabym, bo autor odpowiedzi nie 
uwzględnił także literatury zagranicznej.Kostrzębski znał wprawdzie 
Danenberga i korespondował z Menadierem, dzisiejszym dyrekto 
rem gabinetu monet i medali w Berlinie, ale zato nie znał Fiali 
jego wydawanych wówczas (1895) zeszytów o czeskich denarach. 

Piekosiński pragnął monety piastowskie opracować pod 
względem metrologicznym podobnie jak jagiellońskie. W tym 
wypadku musiał szukać za wielkością grzywny piastowskiej, 
a podstawę do swych wywodów znalazł, jak i inni naówczas, 
w owym zabytku elblągskim prawa zwyczajowego polskiego 



^) Fr. Piekosiński, Kilka uwag o denarach Bolesława Chro- 
brego, Wiadomości nnm. arch. 30 i odb. 1896. Fr. Piekosiński, 
Denary palatyna Sieciecha, Wiad. num. arch. 38, 1898. 

^) Danenberg H., Die deatschen Mtinzen der s^chsischen und 
frSnkischen Kaiserzeit, Berlin 1876. Fiala E., Ćeske denary, Praha 1896. 

KwwŁaliiik Ustoryeny llH-a/S. ^0 



284 Maryan Gumowski. 

W XIU wieku, który, jak na pola prawnem i hisŁorycznem, 
tak i na pola namizmatyki najrozmaitsze wywotal balamactwa 
i hipotezy bez wartości. Opierając się na tym zabytku prawnym, 
ogtosit Małecki w rozprawie o grzywnach karnych w dawnej 
Polsce i najdawniejszej naszej grzywnie menniczej — rzecz na- 
pisaną bez zrozumienia samego zabytku i dokumentów, oraz bez 
dokładnego przestudyowania monet piastowskich. W tej samej 
kwestyi zabrał głos profesor Józef Przyborowski, a na zjeździe 
archeologicznym w Ekaterynosławiu miał współcześnie odczyt 
w tej sprawie Wiktor W. Wittyg, prostigąc rzekomo wywody 
poprzedników, a w rzeczywistości gmatwając rzecz jeszcze bar- 
dziej. Naturalnie, że i pierwszy i jedyny metrolog polski, Pieko- 
siński, nie zwlekał z odpowiedzią^). W recenzyach wymienio- 
nych rozpraw przeciwstawił tym uczonym swoje własne uwagi 
i poglądy na grzywnę karne i mennicze za Piastów, a następnie 
powtórzył je jeszcze i niejako uzupełnił w rozprawie o mo- 
necie polskiej w dobie piastowskiej^). Piekosiński chciał w tej 
pracy streścić swe poglądy na metrologię i numizmatykę pia- 
stowską, naszkicować z grubsza dzieło o monecie i stopie men- 
niczej za Piastów ; a dał tymczasem szereg hipotez, spiętrzonych 
jedna na drugiej, opartych na tak słabych i chwiejnych podsta- 
wach, że wystarczy silniejszy podmuch krytyki, jednem nawet 
wyrażony zdaniem, by gmach hipotez, tak kunsztownie zbudo- 
wany, rozleciał się w gruzy. 

Wszyscy, którzy pisali o grzywnach karnych i prawie 
elblągskiem, począwszy od Helcia, a skończywszy na Piekosiń- 
skim, nie zrozumieli treści zabytku. Upatrywali ewaluacyę 
grzywny srebra na grzywny karne ówczesne w tem, co było 
poprostu zniżeniem i złagodzeniem surowości prawa. Że w XIV 
wieku zamiast pięciu grzywien, na które winny bywał skazy- 
wany według dawnego zwyczaju, płacił tylko jedną grzywnę 



') A. Małecki, Grzywny karne w dawnej Polsce i najdawniejsza 
nasza grzywna mennicza, Kwart. hist. 1893 sir. 314. J. Przyborowski, 
Kilka uwag o grzywnach karnych prof. Ant Małeckiego, Bibl. warsz. 
1893 str. 198. W. Wittyg, O pierwotnej grzywnie menniczej polskiej 
i o jej podziale, Ateneum 1893 str. 677. Fr. Piekosiński, W sprawie 
grzywien karnych w dawnej Polsce. Kwart. hist. 1894 str. 636. 

^) Fr. Piekosiński, Moneta polska w dobie pasto wskiej, Rozpr. 
histor. Akademii XXXV i odb. 1898. To samo streszczone : Zawiązki 
rzeczy menniczej w Polsce, Wiadomości num. arch. 36, 1898. 



Franeiszek Piekosiński jako namizmatyk. 285 

srebrUi to dało powód do powszechnego mniemania, że grzywna 
mennicza XIV w. byta pięć razy większą, niż poprzednio. Nie 
dostrzeżono, że tu chodzi nie o ciężar grzywny, lecz o rzecz 
niemającą z ciężarem żadnego związku, mianowicie o złago- 
dzenie kary, o czem rękopis elblągski na wielu miejscach wspo- 
mina^). Zabytek ten mówi wyraźnie, że sędzia wyznacza wpra- 
wdzie kary według zwyczaju w grzywnach, ale w swej pobła- 
żliwości bierze najczęściej sumy, niesŁojące w najmniejszym 
stosunku do ilości zapowiedzianych grzywien. Nie sądźmy, że 
podobne zniżenia kary są wyłączną właściwością rękopisu 
elblągskiego. Przeglądając dokumenta św. Kingi, Leszka Czar- 
nego i innych książąt, można napotkać takie miejsca, gdzie książę 
jedynie łaskawością i dobrocią powodowany zniża karę, nazy- 
waną w prawie n. p. 6 grzywien na i, a nawet na 2 skojce, 
a więc do Yse pierwotnej sumy. Nie mogę tutaj szerzej rozwi- 
nąć tego zapatrywania, które w innej pracy gruntowniej uza- 
sadniam, wskazując jednak na błędy popełnione przez wymie- 
nionych badaczy w interpretacyi źródła, muszę wytknąć jeszcze 
większe w odniesieniu do numizmatyki. Otóż faktem jest, że tak 
Małecki, jak Wittyg, a zwłaszcza Piekosiński, stwarzając swoje 
hipotezy metrologiczne na źle zrozumianem źródle, dawali jako 
illustracyę czy podkład do nich monety, które nigdy polskiemi 
nie były i które w zagranicznej literaturze już dawno właściwe 
miejsce znalazły. Półbrakteaty dorestacłde, na które ci uczeni 
zwsdają ciężar owej fikcyjnej grzywny 4f0 gramowej (Ye później- 
szej), już w 1893 osądził kongres numizmatyczny w Brukseli 2) 
za monety duńskie X-go wieku. Monety adelajskie, które rze- 
komo miał bić Chrobry według cudzoziemskiej stopy, nigdy pol- 
skiemi nie były a znowu brakteaty t. zw. guziczkowe z końca 
Xin w., które według Piekosińskiego odpowiadają owej mnie- 
manej grzywnie 120 gramowej (Ys późniejszej), opisał tak do- 
kładnie Danenberg i Vossberg przy monetach pomorsko-pru- 
skich^, że ani Beyer w opisie wykopaliska wieleńskiego, ani 



') Zabytek ten wydany zestal w II tomie Starodawnych prawa 
polskiego pomników. 

^) Congr^ intemational de Namismatique, Bruxelles 1891. Hau- 
berg P., Demi-bracttotes danoises aa type de Duerstede str. 409. 

^) Danenberg H. : M&nzgeschichte Pommems im Mittelalter. 
Berlin 1893. Yossberg, Geschichte d. preuss. Mdiizen and Siegel, 
Berlin 1843; także w dziełach Weidhasa i Bahrfeldta i w. in. 



286 Maryan Oamowski. 

Stronczyński w swoich Monetach Piastów nie mogli nic prze* 
ciwstawió, coby za polskością tych brakteatów świadczyło. Igno- 
rowanie literatury obcej zemściło się tym razem nie tylko na 
Piekosińskim. 

Niezrozumienie źródła i nieznajomość literatury burzą 
cały gmach hipotez w ostatniej numizmatycznej rozprawie, jaką 
jest Moneta polska w doUe piastowskiej. Hipotezą bowiem jest 
zdanie o Lechitach polskich w Azyi i ich znajomości greckich 
pieniędzy, hipotezą, że knszar Al-Bekrego równał się dwom 
skojcom, hipotezami są owe grzywny 40-sto i 12-sto gramowe, 
hipotezą również zdanie o biciu monet w X i XI w. specyalnie 
dla handlu zagranicznego i t. d. Z hipotez podstawowych wy- 
nikły dalsze, jak n. p. twierdzenie, że owa runicznym napisem 
i głową Chrobrego ozdobiona duża moneta musi być koniecznie 
wiardunkiem grzywny staropiastowskłej, chociaż, jak to z innej 
strony stwierdzono, jest to notoryczny falsyfikat, że z grzywny 
bito raz 80 raz 120, a znowu kiedyindziej 240 denarów etc. 
Wszystkie te twierdzenia nie są uzasadnione żadnem źródłem, 
żadną nawet analogią lub innym poważnym dowodem i zostają 
w sprzeczności nawet z Friedensburgiem, którego Piekosiński 
dawniej z pietyzmem streszczał i z śląską numizmatyką, tak 
bardzo do polskiej podobną. 

Piekosiński nie poprzestał na numizmatyce piastowskiej, on 
chciał sięgnąć jeszcze dalej, bo aż w czasy państwa wielkomo- 
rawskiego. Ale monety złote w Gorzowie pod Oświęcimem wy- 
kopane, które chciał Rościsławowi wielkomorawskiemu przy- 
pisać, są o jakie 700—800 lat starsze od tegoż księcia, a Wł. 
Demetrykiewiczowi wystarczyło tylko powołać się na nieznany 
Piekosińskiemu atlas zabytków przedhistorycznych Dra Mucha, by 
stwierdzić brak uzasadnienia wywodów jego i T. Żebrawskiego *). 

Świetnie natomiast udało się Piekosińskiemu objaśnienie 
i wytłómaczenie monetek Sieciecha w Ojcowie wykopanych. 
Wprawdzie herb do Odrowąża podobny na denarkach tych, nie- 
wątpliwie z XI wieku pochodzących, stanowi zawsze zagadkę^ 



^) T. Żebra wski w dodatku do Czasu za marzec 1857. Pie- 
kosiński: Monety znajdowane w Gorzowie pod Oświęcimem, Wiad. 
num. arch. 25, 1895. Demetrykiewicz: Wykopaliska w Jadownikach 
mokrych i Gorzowie, oraz inne ślady epoki la T^ne w Galicy i zach. 
w III i dz. I Materyałów antropol. archeol. i etnogr. J^kademii am. 
w Krakowie i odb. 1898. M. Much, Yorgeschichtlicher Atlas, 1889. 



Franciszek Piekosiński jako numizmatyk. 287 

której ani on, ani jego przeciwnik prof. Małecki dostatecznie nie 
wyłłómaczyli *), zagadkę choćby dlatego, że Sieciechowie nale- 
żeli zawsze do rodu Starzów ; ale już samo odcyfrowanie mo • 
nogramu Wfadyslawa Hermana i oznaczenie czasu bicia tych 
monet jest wielką zdobyczą naukową, dlatego ta praca zajmie 
honorowe miejsce wśród rozpraw o piastowskiej numizmatyce. 
Hipoteza, chociaż i tu postawiona, przetrwała dotychczas i nikt 
jej nie zachwiał. Piekosiński wiedział, jak ważnemi są nawet 
dla heraldyki te denarki Sieciecha, jak bardzo -ten rysunek herbu 
z XI wieku jego nąjgłówniejsze hipotezy popiera i dlatego uży- 
wał go często i powoływał się nań jeszcze częściej w pracach 
heraldycznych i sfragistycznych. W tych ostatnich również po- 
sługiwał się przy sposobności numizmatyką, że wspomnę tylko 
świetną obronę pieczęci Bolesława Kędzierzawego i Henryka 
sandomierskiego na podstawie monet pierwszego z tych książąt^). 
Na zakończenie należy mi słów parę powiedzieć o Pieko- 
sińskim, jako zbieraczu. Posiadał on wcale duży zbiór numi- 
zmatów i to nie tylko polskich. Były tam i monety greckie i rzym- 
skie, nieraz wcale rzadkie złote statery i darejki, były i mo- 
nety średniowieczne, denary i ogromne brakteaty niemieckie, 
a były i drobne nowsze monetki najrozmaitszych państw i cza- 
sów. Przedewszystkiem jednak zbierał monety piastowskie i ja- 
giellońskie, te zwłaszcza, które do studyów były mu potrzebne. 
Zbierał jednak w sposób zupełnie od innych amatorów odrębny; 
nie szło mu zupełnie o rzadkie okazy, o nadzwyczajne odmiany 
czy typy monet, on chciał mieć przedewszystkiem ilość wy- 
starczającą do badań metrologicznych. Stąd w jego zbiorze 
spotkać można było n. p. całą kopę t. j. 60 sztuk groszy prag- 
skich, półgroszków lub denarków jagiellońskich najzwyklejszych 
na całe grzywny i t. p. Zamiast sztuk rzadkich, a potrzebnych, 
brał kopie galwaniczne lub wprost falsyfikaty, aby tylko dać 
wyobrażenie o monecie i stąd zbiór profesora, który kilkakrotnie 
walczył w obronie autentyczności monet, który na polu numi- 
zmatyki był największą u nas powagą, zbiór ten, kiedym go 
przed paru miesiącami po raz ostatni oglądał, zachwaszczony 
był rzeczami fałszywemi i masą jednakich zupełnie okazów. 



^) Ant. Małecki, Studya heraldyczne, Lwów 1890. 
2) Piekosiński, Materyały sfragistyczne. Wiadomości num. arch. 
1890, 6 str. 103. 



Maryan OmnowskL 

niemających dla numizmatyka i amatora dzisiejszego żadnej 
wartości. Ze zbioru tego wcale pokaźnego uratowaną została 
tylko część jedna, ale najwatniejsza, w którą nieodżałowany 
badacz najwięcej pieniędzy i troski włożył, t. j. złote monety 
celtyckie z Gorzowa oraz zbiór monet greckich, znajdiqący się 
obecnie w Muzeum narodowem w Krakowie, jedynej instytucyi 
w Polsce, która tak bogatą i wartościową koUekcyą oraz miłą 
pamiątką po pierwszym prawdziwie uczonym numizmatyku po- 
chwalić się może. 



Maryan Gumowski. 



Metody i zadania 

badań geograficznych w historyi. 



I. 

Historya opiera się w swem badania na dwóch głównych 
podstawach: jedną jest chronologia, dragą zaś geografia. Nie są 
to tylko nauki pomocnicze, jak dyplomatyka, heraldyka, sfragi- 
styka i t p., chociaż są pomocne narówni z niemi do rozwiązy- 
wania różnych zagadnień, na przykład dat według rozmaitych 
systemów kalendarzowych, albo oznaczania miejsc wypadków. 
Spełniają i one swe czynności pomocnicze — ale jak każda 
umiejętność wtórna na podobieństwo konaru wyrasta z głównego 
pnia, na przykład heraldyka z instytucyi pokrewieństwa, numi- 
zmatyka z funkcyi ekonomicznych, tak samo chronologia i geo- 
grafia mają swój początek w zasadniczych właściwościach my- 
ślenia historycznego, które się obraca — w czasie i w przestrzeni. 
To pojęcie czasu, jako atrybutu ąawiska historycznego, zawarte 
jest już w definicyi historyi, jako nauki o rozwoju, albowiem po- 
jęcie rozwój przypuszcza co najmniej dwa stadya, czyli dwie 
chwile, nadające się do porównania. Tak wyraźnego, jak czas, 
postulatu miejsca definicya nauki nie zawiera. Mieści się tylko 
pewna wskazówka co do niego w określeniu przedmiotu historyi — 
a tym jest ludzkość, naród, społeczeństwo — zależnie od tego, 
czyj rozwój ma się na myśli. Przy każdem bowiem z tych zjawisk 
przypuszcza się jakoweś ich rozmieszczenie. Ewestya zaś związku 
między qawiskiem a miejscem jego powstania jest, ściśle biorąc, 
już kwestyą geograficzną. 

Związek ten, gdyby był stałym i niezmiennym, nie mógłby 
wchodzić w skład badań historycznych, ale ponieważ i on pod- 



290 Adam SzelągowskL 

lega prawom rozwoju, przeto historyk musi uwzględnić ziemię, 
jako produkt historyczny, i w tem znaczeniu mamy gałęź wie- 
dzy, zwaną geografią historyczną. 

Każda miejscowość na kuli ziemskiej— a odnosi się to do 
pojęcia zarówno szerszego, jak państwo, lub węższego, jak pewna 
osada, droga — ma swoją historyę, i opis historyczny tej miejsco- 
wości będzie należał do zakresu geografii historycznej. Ale tak 
pojęta nauka ze strony ściśle opisowej nie zadawalnia ścisłego 
myślenia, które chce poznać przyczyny zjawiska. Dajmy więc na 
to, że mamy do czynienia z pewną miejscowością historyczną — 
jej wzrost i upadek przypiszemy ludziom, których ona celom słu- 
żyła, którzy ją zamieszkiwali i tu żyli. Lecz poza tem dowolnem 
i indywidualnem dziełem ludzkiem czyż nie można dopatrywać 
pewnych przyczyn geograficznych? Czy te przyczyny mogą być 
stałe i niezależne od woli ludzkiej ? a jeśli tak, będą niejedna- 
kowe dla każdego rodzaju osiedlenia i różne w stosunku do 
swoich celów. 

Dwie są najpierwotniejsze formy stosunku człowieka do 
ziemi : jedna to osiedlenie — a druga to komunikacye. Można po- 
wiedzieć, że na tych dwóch podstawach opierają się dwa typy 
czynności gospodarczej człowieka — produkcya i wymiana. Są 
naturalnie tysiączne przejścia od jednej do drugiej — a więc 
ruchliwa produkcya, zależna od hodowli bydła (koczownictwo), 
jak i wędrówka z przytwierdzeniem do jednego miejsca (np. ry- 
bołówstwo lub myśliwstwo w stanie dzikim). 

Każdą z tych kwestyi geograficznych rozbiera specyalna gałąź 
nauki historycznej : jedna, to dzieje osiedlenia albo zaludnienia, 
druga, to dzieje handlu. Pod osiedleniem dlatego należy rozumieć 
zarazem i zaludnienie, że obydwie te kwestye ściśle jednoczą 
się ze sobą, a nawet są wzajemnie od siebie zależne. Tak tryb 
życia osiadły koczowniczy (pasterski lub myśliwski) ściśle są 
zależne od ilości mieszkańców — można powiedzieć, że po- 
stęp osiedlenia jest w prostym stosunku do liczby mieszkańców, 
i dlatego na samym szczycie osiadłego trybu życia są miasta, 
jako zbiorowiska ludzi, w małem skupieniu przedstawiające 
stosunkowo olbrzymią liczbę mieszkańców. Pomocniczą nauką 
dla historyi osiedlenia będzie więc w pierwszym rzędzie staty- 
styka ludności. 

Dzieje handlu natomiast są zależne od dziejów zaludnienia. 
Już to samo, że ząjmcgą się tylko pośrednictwem i wymianą 



Metody i zadania badań geografiosoych w historyi. 291 

bogactw, szybsze lub sfobsze tętno tej pracy społecznej zależne 
jest od ilości wytwarzanych dóbr. Specyalną tylko właściwość 
tej czynności gospodarczej, jaką jest handel, stanowi opanowanie 
pewnych środków technicznych wymiany, a tymi są miary i ko- 
mnnikacye. Miarę wartości wymiennej w handlu stanowi pieniądz, 
dlatego dzieje tego czynnika gospodarczego stanowią główną 
część historyi handlu. Natomiast najważniejszym czynnikiem 
ułatwiającym handel jest rozwój środków komunikacyjnych. 

Handel i pieniądz są to najbardziej skomplikowane czynności 
ekonomiczne społeczeństw ; ale też nie są tak nowożytne, jakby 
zdawało się to na pozór. Wymiana bowiem jest tak starą, jak 
wszelka produkcya — i tylko oderwane od gruntu historycznego 
rozumowanie może tworzyć abstrakcye w rodzaju jednostki 
izolowanej, produkującej i wytwarzającej sama dla siebie, lub 
też wymianę bez miernika,jakim jest pieniądz. W gruncie rzeczy 
takie twierdzenia są absurdy logiczne — albowiem im pierwo- 
tniejszą jest produkcya, tem bardziej jest skupioną, czyli zrze- 
szoną, i naodwrót wszelka czynność wymiany wymaga poró- 
wnania, oceny wartości — a więc nie może się obyć bez mier- 
nika — choćby najprostszego, jak liczba przedmiotów dawa- 
nych i otrzymywanych. Później występuje miara w postaci 
jakiegoś produktu konwencyonalnego (bydło, płótno), aż przy- 
chodzi kolej na kruszce (miedź, srebro, złoto). 

I to zazwyczaj mylnie kładzie się na karb późnego roz- 
kwitu handlu, że źródłem jego jest żądza zysku — a więc tylko 
społeczeństwa wysoko posunięte w rozwoju żyją z niego, dla 
społeczeństw pierwotnych zaś wystarcza sama produkcya dla 
siebie i na własny rachunek, czyli t. zw. gospodarka naturalna. 
Otóż w tem jest właśnie główna rola historyczna handlu, że 
wciąga on w zakres życia historycznego ludy na stopie najniż- 
szej stojące — a to z dwóch względów: naprzód, szukając 
dróg coraz to nowych z konieczności przez kraje nieznane, a po- 
wtóre, ubiegając się o towary rzadkie i niedostępne dla każdego, 
stanowiące przedmiot zbytku lub źródło zysku (np. futro). 

W przeciwieństwie z temi twierdzeniami o braku wymiany 
i porozumiewania się w czasach pierwotnych stoją badania 
archeologiczne. W czasach przedhistorycznych, ludy europejskie 
żyły daleko mniej odosobnione od siebie, aniżeli się to zazwyczaj 
przypuszcza. Wykopaliska mówią nam o zapożyczaniu materya- 
łów z jednego ogniska kultury przez drugie. Tak bursztyn na pół- 



292 Adam Szelągowski. 

nocy przyciągał bronz i złoto z południa^). I naodwrót formy 
oraz ornamentyka jednej wyższej kultury, naprzyUad bronzowej, 
odbyają się w niższej (na przykład kamiennej) na innym krańca 
osiedlenia ludzkiego. Tak więc wyroby bursztynowe pruskie 
(z wczesnego okresu kamienia) odpowiadają kształtem podo- 
bnym wyrobom lecz ze słoniowej kości, jakie się spotykają na 
południu Europy, w Hiszpanii, lub też wyrobom z muszli i ka- 
mienia, znanym we Włoszech i na Węgrzech^). Z tego samego 
okresu czasu ostro i tępo zakończone młoty, dłuta i siekiery 
z wapiennego kamienia i pewna ornamentyka naczyń glinianych 
wskazują, że północ miała ścisłe połączenie z krajami na po- 
łudnie od Karpat i na zachód od morza Czarnego położonymi ^). 

Słowem, na jakiemkolwiek stadyum znajdujemy kulturę, za- 
wsze widzimy, iż jest ona dziełem wymiany wpływów z naj- 
rozmaitszych, najbardziej oddalonych i nieraz pozornie odcię- 
tych od siebie i izolowanych ognisk. 

Chcąc wytłumaczyć sobie to zjawisko w nauce, wymyślono 
teoryę t. zw. wędrówek ludów. W podstawie jej leżą tradycye 
biblijne o rozmieszczeniu się pokoleń w różnych częściach 
świata po potopie. Na tej tradycyi oparła się historyografia od 
czasów najdawniejszych, która brała tradycye biblijne za punkt 
wyjścia dziejów świata, a więc tak dobrze dziejopisarstwo chrze- 
ścijańskie, jak i wschodnie u ludów semickich, n. p. Arabów. 

Tę wspólność kolebki ludów i ich późniejsze wędrówki 
stwierdziła w nowszych czasach filologia porównawcza, znalazła 
bowiem pokrewieństwo w formach językowych wśród ludów, jak 
najbardziej od siebie oddalonych - zamieszkałych czyto w In- 
dyach, czyto w Europie, na wyżynie' Iranu i na stepach połu- 
dniowych Rosyi. Od teoryi językoznawczej zrobiono później 
przejście do teoryi antropologicznej. Jak filolodzy odkryli język 
wspólny indo-germański, czy też indo-europejski, tak samo antro- 
polodzy wymyślili typ ludzi jednej i tej samej rasy, zamieszkały 
bądźto w Europie, bądź w środkowej Azyi oraz w Indyach. Jest 
to tak zw. rasa aryjska, pomieszanie w nauce dwóch pojęć: 
języka i rasy. Czysty wymysł (jak się wyraził Virchov), albo ro- 
mans przedhistoryczny zdaniem innego uczonego (Reinacha). Co 



') Sophus Mtiller, Nordische Alterthumskunde t. I str. 816. 
^ Sophus Molier. Urgeschichte yon Europa str. 65. 
3) j. w. str. 63. 



Metody i zadania badań geograficznych w historyi. 293 

jest w tern istotnie zgodnego z prawdą, to blizkośó typu krótko- 
gtowego, zamieszkałego w Europie, z pewnemi plemionami, za- 
mieszkałemi gdzieś w okolicach Pamiru w Azyi ^). 

Obok jednak tej rasy, która posiada wybitne cechy krótko- 
gtowe, spotyka się w Europie rasę dfugogtową a właściwie dwa 
jej typy, posiadające każdy własne cechy wyróżniające, jak po- 
szczególne rysy (głowa, twarz, włosy, oczy, wzrost, nos) ich po- 
łączenie w pewien typ oraz dziedziczność tego typu^). Jeżeli nie 
można wspólnoćci językowej pogodzić z jednością rasy, to oczy- 
wista trzeba przyjąć, iż rasie język został narzucony, a to może 
być skutkiem bardzo długiego i powolnego oddziaływania. Przyj- 
miye się oczywiste, iż język należy do cech znacznie łatwiej 
zmieniających się, aniżeli rasa, chociaż niezaprzeczenie i wpływ 
otoczenia oddziaływa na zmianę pewnych szczegółów rasowych. 
Dostrzega się to przedewszystkiem na przejściu od jednej rasy 
do drugiej, które nigdy nie bywa gwałtownem, lecz na granicy 
dwóch ras w sąsiedztwie zamieszkałych W3^żnie występuje typ 
pośredni, mieszany. Tak od Skandynawii do Karpat długogło- 
wość wyraźnie zmniejsza się. Chociaż te same zmiany dadzą 
się zauważyć i na danem terytoryum w obrębie pewnego czasu. 
Tak na jednem i tem samem terytoryum od Karpat do Syberyi 
długogłowość zwiększa się w miarę im dalej sięgamy wgłąb 
czasu i ze stosunku procentowego 75 z okresu kurhanów, 60 
z czasów historycznych, spada dziś w Rosyi do 0*10. Krótko- 
głowość zjawia się więc tutaj, jako świeży fakt historyczny, 
mimo braku danych o nowych wędrówkach i najazdach^). 

Antropologia zatem narówni z archeologią stwierdzają 
proces współżycia i przenikania wzajemnego ludów. Dzieje się 
to zarówno dziś, jak w czasach przedhistorycznych, a zmiany 
stąd pochodzące nie są gwałtowne, lecz powolne i stopniowe 
na znacznych terytoryach i w przeciągu olbrzymiego czasu. 

To samo, co o wędrówkach ludów, mówi nam nauka i o na- 
jazdach politycznych. Te ostatnie są nam dobrze znane z czasów 
względnie niezbyt odległych, a tymczasem jakie ślady rasowe 
zostawili Rzymianie w Wielkiej Brytanii albo Wandalowie 
w Afryce? Te dowody historyczne zniewoliły antropologa fran- 



1) Ripley W., The races of Europa str. 473. 

2) Ripley, j. w. str. 106. 
8) j. w. str. 364. 



294 Adam Szelągowski. 

caskiego CoUignona do stwierdzenia, iż ^rasa dana, rozmie- 
szczona w jakimś kraju, przytwierdzona rolnictwem do ziemi, 
zaaklimatyzowana przez dobór i dostatecznie gęsto reprezento- 
wana, stawia nadzwyczajny opór przybyszom, ktokolwiekby oni 

byli". 

Jako zatem czynnik trwamy i skuteczny wszelkich zmian na 
kuli ziemskiej można przyjąć jedynie oddziaływanie pokojowe ; 
a pod tym względem pierwsze miejsce zajmi]ue oddziaływanie 
drogą ekonomiczną: przez osiedlenie i przez handel. Te dwa więc 
czynniki są głównymi bodźcami historycznymi, a jako takie 
muszą się też składać i na dzieje polityczne. 

Dla tych powodów dzieje stosunków handlowych są nie- 
odłącznie związane z powstawaniem wszelkich organizacyi spo- 
łecznych, a dalej i politycznych. Napozór dzieje się to inaczej. 
Przypisiyemy zawiązek wszelkiej nowej organizacyi państwowej 
naciskowi z zewnątrz — przeważnie politycznemu — i tak wy- 
gląda w świetle świadectw historycznych powstawanie państw, 
za których źródło przyjmujemy walki polityczne. Inaczej jednak 
rzeczy te wyglądają, gdy zwrócimy uwagę na stronę geografi- 
czną zagadnienia. 

Już na niższem stadyum kultury wielokrotnie stwierdzono, 
że wojna i handel są tylko dwiema formami jednego i tego sa- 
mego procesu społecznego. Wynika to z celu obydwóch czyn- 
ności, a tym celem jest zysk albo łup i zdobycz. Cel ten osiąga 
się albo drogą gwałtu, t j. przemocą oręża — albo też drogą po- 
kojową, a w tych ostatnich warunkach jedynem narzędziem jest 
swobodna wymiana czyli handel. Ale też handel szerzy za sobą 
podbój polityczny, albo też przeciwnie tam, gdzie się obudził 
instynkt samoobrony, powołuje do życia wfasną organizacyę po- 
lityczną. Stąd też drogi handlowe są albo wytycznemi podbojów, 
albo też liniami, gdzie na skrzyżowaniach budzi się nowe życie 
polityczne. Dlatego w dziejach mocarstwowych handel odgrywa 
rolę akomulatora sił państwowych : nagromadza on je stosownie 
do układu dróg w pewnych punktach, które się stają ośrodkami 
państwowymi. 

Ponieważ rezultatem wszelkiej pracy historycznej jest cywi- 
lizacya, przeto te dwa czynniki geograficzne, t. j. osiedlenie 
oraz drogi światowe, są gtównemi wskazówkami rozwoju i po- 
stępu cywilizacyi. Jako wynik mnóstwa przyczyn złożonych, cy- 
wilizacya nigdy nie da się pomyśleć jako wytwór jednego czasu^ 



Metody i zadania badań geograficznyeh w historyi. 295* 

oraz jednego miejsca. Przeciwnie — jest ona rezultatem wieków^ 
a co jeszcze ważniejsze, postępu wolnego, dokonanego w różnych 
miejscach. Otóż ten proces przenoszenia się jakiejś idei, ja- 
kiegoś wynalazku z miejsca na miejsce jest zarazem warunkiem 
jego polepszenia i doskonalenia się. Objaśnimy to na przykła- 
dzie. Każdy podziwia sztukę grecką i niezaprzeczenie odniesie 
jej rozkwit do warunków miejsca i czasu, w którym żyli staro- 
żytni Hellenowie. Ale gdybyśmy śledzili jej powstawanie nie 
tylko w czasie, ale i w przestrzeni, to znaleźlibyśmy w niej całą 
skalę form przejściowych od sztuki assyryjsko-chaldejskiej aż da 
świątyni w Efezie lub fryzu Partenonu. Istotnie, dajmy na to, na 
kolumnę jońską złożył się nie tylko geniusz grecki, ale również 
formy pierwotne, jakie spotykamy w pałacu Sargona, w państwie 
Persów i cały szereg form na przejściu znajdowanych w Małej 
Azyi, jak na przykład szczątki architektury w Kappadocyi i). 
Taki jest nie tylko chronologiczny, ale i geograficzny postęp 
cywilizacyi. 

Chcąc zbadać rolę, jaką czynnik geograficzny spełnia w dzie- 
jach, można użyć do tego dwojakiej metody. Jedna polega na 
podziale dziejów według pewnych danych geograficznych, W ten 
sposób opracowane jest zbiorowe dzieło Helmolta. Obejmuje ono 
całość dziejów powszechnych, podzieloną według etnografi- 
cznych, a przedewszystkiem geograficznych schematów, jak Ame- 
ryka — ocean Spokojny — wschodnia Azya i Oceania — ocean 
indyjski — zachodnia Azya i Afryka — kraje śródziemnomorskie 
i t. p. Pomimo, że takie skupienia terytoryalne mogą mieć 
i mają często nadzwyczajną doniosłość w historyi, trzeba jednak, 
aby wybór ich wypływał z danych historycznych, a nie naod- 
wrót — albowiem w takim razie czynnik geograficzny staje się 
miarodajnym, niezależnie od względów historycznych. Tak więc, 
dajmy na to, terytoryum Ameryki w stosunku do rozwoju cywi- 
lizacyi bardziej jest związane z dziejami oceanu Atlantyckiego,^ 
aniżeli Spokojnego — pomimo prawdopodobnych związków wcze- 
śniejszych między tą częścią świata a Ameryką za pośrednic- 
twem tego ostatniego. Ani jednak charakter cywilizacyi dzisiej- 
szej, ani nawet pierwotnej nie wysuwa lądu amerykańskiego na 
pierwszy plan w historycznem rozważaniu. Podobnież badając 
historyę każdego z kompleksów poszczególnie, równoważy się 



1) P4rrot, Mćmoires d'archśologie sir. 67 n. 



296 Adam SzelągowskL 

znaczenie każdego z nich w dziejach cywilizacyi — co o całym 
szerega ich, jak o Oceanii, Ameryce, Afryce nie dałoby się 
powiedzieć. Nadewszystko zaś zatraca się związek w rozważania 
poszczególnych tych kompleksów — co w gnmcie rzeczy jest tak 
samo umowne, jak dotychczasowe badanie dziej ów podług pewnych 
zamkniętych jednostek terytoryalnych, jak naród lub państwo. 

Dlatego stosowniejszą wydaje się nam metoda badania 
czynnika geograficznego w jego fazach kolejnych historycznych. 
Poszczególne terytorya występiyą tutaj na pierwszy plan w ta- 
kim porządku, jaki wskazał im bieg historyi. System więc geo- 
graficzny odpowiada tutaj ściśle porządkowi chronologicznemu. 
Wypada to już z samego kierunku badania, gdzie czynnik tery- 
toryalny jest podporządkowany metodzie historycznej. Ten układ 
mógłby być wprawdzie tak samo konwencyonalnym, jak i ściśle 
geograficzny, gdyby nam chodziło o wmieszczenie weń rozwoju 
całej cywilizacyi. 

Nasz cel natomiast jest daleko bardziej specyalny, chodzi 
nam bowiem tylko o wykazanie, jaką rolę odgrywał czynnik 
osiedlenia i wymiany w historyi. W tym celu musimy przede- 
wszystkiem ustalić punkta osiedlenia, co w warunkach naj- 
większego ich skupienia oznacza zarazem centra czyli ogniska 
cywilizacyi. Następnie zaś musimy śledzić rozszerzanie się ich 
wpływu, środki komunikacyi, i wytwarzania na tych liniach 
nowych punktów osiedlenia i ognisk życia cywilizacyjnego. To 
nam rzuci zarazem światło na kwestyę przesuwania się tych 
ognisk z jednego punktu do drugiego i na warunki ich stałego 
i trwałego rozmieszczenia. 

Jako teren badania przyj mig emy podłoże geograficzne cy- 
wilizacyi europejskiej, ale jak główne jej źródła od czasów sta- 
rożytnych wychodzą z Azyi, tak znów zamykamy śledzenie na tym 
rozdziale, gdzie dociera ona do krajów najbardziej nas obcho- 
dzących, jak wschodnia Europa, a w szczególności ziemie polskie. 



II. 

Zapatrując się na starą półkulę świata, jako na pewną geo- 
graficzną całość, znąjdi:gemy tylko trzy punkty na niej, w których 
skupiła się praca nie setek lat, lecz całych tysiącleci. Gdyby cho- 
dziło o wspólne ich geograficzne podstawy, można byłoby po- 



Metody i zadania badań geograficznych w historyi. 297 

wiedzieć, iż każda z nich ciążyfo w stronę jednego z wielkich 
obszarów wodnych, które opływają starą półkulę z trzech stron. 
Zapewne jest w tern ciążenia ku oceanom pewna przyczyna 
rozwoju tych cywilizacyi — ale właściwie czynność pośrednika 
spełniają więcej morza sąsiednie lub oblewające brzegi zatoki, 
aniżeli przestwór oceaniczny. Bądź co bądź — jak cywilizacya 
zachodu posuwa się stale ku wybrzeżom oceanu Atlantyckiego, 
tak znów Indye sięgają swoim wpływem daleko na południe aż 
po Ceylon i na zachód w kierunku Indo-Chin. Trzecia zaś cy- 
wilizacya chińska znajduje swoje najbliższe dependencye na 
półwyspie Korei i na wyspach Japonii. 

Tak więc sfera rozszerzania się tych cywilizacyi oceani- 
czna jest wszędzie wyraźna i prawie typowa. Inaczej jednak, 
jeżeli chcielibyśmy przeprowadzić taką samą wyraźną granicę 
lądową. Tutaj zamiast ułatwień komunikacyi, jakie dostarcza 
morze, napotykamy na coraz większe trudności. Otóż obok 
czynnika komunikacyjnego, jakim jest niezaprzeczenie obszar 
wód, niemniej ważną rolę odgrywa w historyi naszej czynnik 
izoliyący, jakim są góry, wyżyny, a przedewszystkiem pustynie. 

Nie trzeba nawet wspominać, że wszystkie te warunki sku- 
piły się nie na fikcyjnej i konwencyonalnej granicy, jaka istnieje 
pomiędzy Europą i Azyą, lecz w samym centrum lądu azyaty- 
ckiego. Najwyższe pasma górskie, jak Himalaje (Horisankar 8840 
m.) i najgłębsze przepaście (jak Eurylska 8513 m.), masywy 
wyżyn, jak Pamiru i Tybetu, oraz pas nieprzerwany pustyń, które 
się ciągną poprzez całą wyżynę azyatycką od Gobi aż po kotlinę 
Tarymu. Miejsce, gdzie dwa niże Azyi, turański i Hindostanu, 
najbardziej zbliżyły się ku sobie, to pasmo Hindu-Eusz, jakby 
węzeł tych wszystkich rozwidlających się systemów górskich. Nic 
dziwnego, iż stąd, zdaniem E. Reclus'a, powinno się wychodzić 
w rozgraniczeniu geograficznem starej półkuli na wschodnią 
i zachodnią połowę ^). A dodajmy, że ten punkt widzenia ściśle 
geograficzny można przedewszystkiem i głównie przenieść do 
historyi. 

Cała t. zw. przednia Azya, którą tym sposobem odcinamy 
od właściwego azyatyckiego lądu, jeszcze znajduje się w obrębie 
systemu śródziemnomorskiego. Taki sam, co tam, paniąje i tutaj 



^) E. Reclus, The Orient and tbe Occident^ artykuł w Gontem- 
ponury Reyiew (odbitka). 



298 Adam Szelągowski. 

sposób uprawy ziemi tarasami — zresztą tutaj jest kolebka 
większej części drzew owocowych naszej części świata. Dziś 
ntarlo się nazywać przednią Azyę blizkim Wschodem — w od- 
różnieniu od dalekiego, który stanowią Chiny oraz Indye. 

Nie mamy zatem wcale powodu się dziwić, że tutaj w prze- 
dniej Azyi umieszczają kolebkę naszej cywilizacyi, t. j. cy- 
wilizacyi Zachodu. Wprawdzie starożytność nazywa dzieje te 
pierwotną historyą Wschodu — Egipt, Assyrya, Babilonia, Fenicya 
i Persowie, oto skąd świat helleński i rzymski czerpał swoją wiedzę, 
swoją sztukę i formy życia politycznego. Ale dla jego czasów 
kraje te były już zapoźnione w swym rozwoju — nawpół bar- 
barzyńskie, cofnięte w głąb Wschodu. Tymczasem dla nauki 
dzisiejszej są one mimo swych tysiącleci, jak Egipt, jeszcze 
młode w porównaniu do najstarszej cywilizacyi świata Ghaldej- 
dejczyków. „Są ślady", pisze Lindsay, „że zanim Babilon istniał, 
kiedy Niniwa była jeszcze niewielkiem miastem, tam gdzieś w są- 
siedztwie owego Ur, ojczyzny Abrahama i pierwotnego Babelu, 
była kolebka wielkiej najstarszej cywilizacyi, której twórcami 
byli Chaldejczycy — rasa starsza od Egipcyan, chociaż prawdo- 
podobnie tegoż samego chamickiego pochodzenia, pierwsi i istotni 
wynalazcy alfabetu, zasad astronomii, rolnictwa i żeglugi" ^). Co 
do pochodzenia tej rasy nauka dzisiaj skłonna jest widzieć 
w nich Turańczyków. Ci Szumiro-Akadowie byli pierwotnymi 
mieszkańcami Chaldei przed przybyciem Semitów. Zostały szczątki 
ich języka tego samego typu agglutywnego, co i języki turań- 
skie. Dopatrują w nich podobieństwa z Drawidami, pierwotną 
ludnością Indyi północnych i zachodnich przed najściem Irań- 
czyków^), ale ciekawsze, że pokrewnym z nimi typem mają być 
także europejscy Baskowie^). 

Te rzeczywiste czy też domniemane pokrewieństwa rasowe nie 
są tak ważne z punktu widzenia geograficznego, jak ślady stosun- 
ków handlowych pomiędzy zatoką perską a półwyspem indyjskim. 
Tak w ruinach Mugheiru, owego starożytnego Uru Chaldejczyków, 
który zbudował Ur-fift albo Ur-Bagasz pierwszy król Babilonii 
(ok. 3000 lat przed Chr.), znaleziono kawałki drzewa tokowego. 
Ten gatunek dębu rośnie zaś nigdzie indziej, jak w Indyi i to 



^) Lindsay, History of merchant shipping t. I str. 26 n. 

2) Ragozin, Vedic India str. 308. 

^) Altamira, Historia de Espana t. I str. 55. 



Metody i zadania badań geograficzoycli w historyi. 299 

w południowej części Dekhanu, nie przekracza nigdy na pófnoc 
pasma gór Yindyi oraz dochodzi do samego wybrzeża mala- 
barskiego. Jeszcze bardziej uderzające jest zapożyczenie nie- 
których wyrazów Indyi przez starożytnych Babilończyków. Ten 
rodzaj tkanin, którya później Europejczycy ochrzcili według 
nazwy miasta w Mezopotamii Mosulu — muślin, spotyka się 
w listach i w słownikach wyrazów chajdejskich pod nazwą 
s ind hu. Jedna z najpiękniejszych i najwłaściwszych Indyom 
do dziś dnia tkanin także u Chaldejczyków wzięła swoją 
nazwę od nazwy kraju. Zresztą wiele jeszcze innych szcze- 
gółów, jak zebu w ornamentyce chaldejsko - assyryjskiej, 
kość słoniowa w wykopaliskach, stwierdzają ścisłe połączenia 
i wymianę krajów Indyi oraz Mezopotamii w najodleglejszej 
starożytności. Lecz najważniejszy z pośród wynalazków przynie- 
siony stamtąd, jest system pieniężny na zachodzie. Można mierzyć 
postęp terytoryalny cywilizacyi ruchem obrotowym pieniądza. 
Tam, gdzie brak liczb — dostateczne dają nam pojęcie przy- 
najmniej systemy monetarne. Ich źródło zaś wypływa z Indyi. 

Już Lenormant pierwszy zwrócił był uwagą na ustęp 
z Rig-Vedy, w którym powiedziane jest: „Przynoszą nam dary 
w klejnotach, bydle, koniach i manA złota" (VIII 67, 2). To 
man& wedyckie,jako ilość pewna złota, narzuca się samo przez 
się jako nazwa pokrewna do wyrazu chaldejskiego lub semicko- 
babilońskiego dla oznaczenia systemu monetarnego. Stamtąd za- 
pożyczyli ten wyraz Grecy: mnft, zlatynizowane : mina^). 

Starożytność monety w Indyach stwierdzają fakty takie^ 
jak księgi wedyckie, pomniki epigraficzne oraz sztuki monet 
(„punch marked"), chociaż nie datowane, widocznie jednak staro- 
żytniejsze, aniżeli najazd grecki, buddyzm a nawet według Wil- 
sona, Marsdena i Thomasa, aniżeli księgi Vedy 2). Chcąc donio- 
słość tego wynalazku, jakim była moneta objaśnić, trzeba wziąć 
pod uwagę rolę tych, którzy go rozpowszechnili. Był to semicki 
naród Fenicyan. 

O prawdopodobnej wędrówce Fenicyan nad brzegi morza 
Śródziemnego z nad zatoki perskiej mówi już Herodot, Wersyę 
tę potwierdzają nazwy miast fenickich, jak Askalon, Arad, Gaza, 
a może Sydon i Tyr, zdaniem niektórych uczonych nie semi- 



? 



Ragozin, A Yedic India str. 305. 

Del Mar, History of monetary system str. 2. 



Kwurtalaik l^śUffjeaj XXII-2/». ^1 



300 Adam Szelągowski. 

ckiego, lecz chamickiego pochodzenia. Skądkolwiek jednak biorą 
początek Fenicyanie mieli oni styczność zawsze z krajami Indyi. 
Zdanie Izajasza (XXIII 8), iż Fenicyanie mieniali srebro 
Tarsziszu na złoto Ofiru mieściło długi czas zagadką, jaki pod 
nazwą Ofir ukrywa się kraj starożytny. Dziś najwybitniejszy 
znawca geografii starożytnych Indyi, generał Cunningham, nie tylko 
uważa ten Ofir za Indye, ale nawet określa wyraźnie jego miejsce. 
2óq>iQ biblijny ma być Sindhu-Sauvira g30grafów indyjskich, 
miejscowość dobrze znana późniejszym Grekom i Rzymianom. 
Jest to owa Sabeiria Ptolomeusza nad dolnym Indem i Iberia 
według periplusa morza erytrejskiego — ostateczny kres że- 
glugi. Inny ustęp tejże Biblii, w którym wymienione są płody 
nieznane sprowadzane okrętami przez króla Salomona, już dawniej 
wzbudzał zaciekawienie archeologów. Max Muller pierwszy wy- 
kazał, że w nazwach tych płodów hebrajskich widać ślad ze- 
psutych pierwotnych nazw sanskrytu: drzewo sandałowe, które 
rośnie tylko na wybrzeżu malabarskiem, kość słoniowa, małpy, 
pawie. Lecz w nowszych czasach specyaliści w języku prearyj 
skich mieszkańców Indyi, jak dr. Caldwell, uważają nawet te' 
nazwy nie za sanskryckie, ale pierwotne drawidyjskie, które 
weszły do sanskrytu. Tak dawno więc, bo przed najazdem aryj- 
skim stosunki handlowe były między Indyami a przednią Azyą. Fe- 
nicyanie utrzymywali je nawet prawdopodobnie z Burmą i Siamem. 

Z Fenicyanami stoimy właśnie wobec pierwszego rozsze- 
rzenia się terytoryalnego cywilizacyi zachodniej. Niema prawie 
zakątka w obrębie śródziemnomorskim, gdzieby ślady ich dzia- 
łalności nie występowały i naodwrót gdziekolwiek budzić się 
poczyna życie cywilizowane, tam natrafiamy na kolonie Feni* 
cyan. Wykopaliska w Małej Azyi na każdym kroku wskazują 
żywy wpływ Assyryi i Babilonii na Egipt i odwrotnie — ale kraje 
te żyły przeważnie odcięte. Tylko Fenicyanie pośredniczą między 
niemi. Spotykamy ich faktorye na wybrzeżach Lidyi i na wy- 
brzeżach Egiptu — w naroślach Delty nilowej i w samym Mem- 
fisie ^). 

Tak na skrzyżowaniu tych dróg powstaje pierwsza cywili- 
zacya śródziemnomorska. Jest to cywilizacya cypryjska na wyspie 
Cyprze, z której masa wykopalisk ozdabia dziś muzea Nowego 
Jorku. Nąjważniejszem jest, iż stanowi ona przejście między cy- 



^) Pćrrot et Chipiez, Histoire de Tart dans Tantiąult^ 1. 1 str. 849. 



Metody i zadania badań geograficznych w liistoryi. 30£ 

wilizacyą assyryjsko-egipską a grecką ^). Tak samo powstała cy- 
wilizacya grecka. Że wyszła ona głównie z Assyryi i Babilonii, 
to nie podlega najmniejszej wątpliwości. Ale jaką drogą? Gdy 
jedni dopatrują się głównie pośrednictwa Fenicyan, a więc drogi 
morskiej, inni natomiast, jak Perrot^ Gerhard, skłaniają się raczej 
dopatrywać drogi lądowej, pośrednictwa ludów Małej Azyi, przez 
Kappadocyę, Lykyę i Frygię^). 

W tem oddziaływaniu cywilizacyi assyryjsko - babilońskiej 
na grecką można istotnie mówić tylko o mniejszej lub większej 
roli Fenicyan, bo sam fakt nie ulega żadnej wątpliwości. 
Najlepiej daje się on śledzić na ceramice greckiej. Datuje się 
one już od XIV lub XIII w. przed Chr. (wazy myceńskie i te- 
ryckie), a od końca IX w. te przedmioty zbytku zaczynają 
w masie napływać do Grecyi z Egiptu, lidyi i Fenicyi. Naj- 
wcześniej też wpływ oryentalny zaczyna się przebijać w orna- 
mentyce korynckiej (wyobrażenie zwierząt skrzydlatych, kon- 
wencyonalizm rysunku). 

Jakoż Korynt jest domniemaną kolonią fenicką. Na to wska- 
zuje sama jego nazwa od quarth lub giriath (forteca), zresztą 
spotykamy tutaj resztki kultu semickiego boga -słońca (Ball- 
samim), Melkarty i Czarnej Afrodyty (Astarte) ^), Stąd też była 
otwarta droga na zachód przez wyspę Korcyrę do Włoch. Z Ko- 
ryntu te wpływy sięgały do Włoch. Miasta Cerę i Tarkwinii to 
kolonie korynckie. Alfabet etruski bierze swój początek z ko- 
rynckiego. Wreszcie, co najważniejsze, ceramika etruska po- 
twierdza związki starożytne Etruryi z Koryntem, zgodnie z twier- 
dzeniami starożytnych pisarzy, jak Tacyta, Pliniusza, a wbrew 
twierdzeniom Niebuhra*). Tak więc rozwój ceramiki staro- 
żytnej wskazuje nam drogi, którędy ze wschodu kroczyła cy wi- 
lizacyą na zachód. 

Na tym jednakowoż fakcie rozszerzania się cywilizacyi 
w pewnym kierunku geograficznym poprzestać nie możemy. 
Obok tego prądu odśrodkowego musi być także ruch inny do- 
środkowy, na tem bowiem polega wszelka wymiana. Stąd fala 
wpływów cywilizacyjnych, jaka wychodziła w starożytności 



1) Babćlon E., Manuel d'archćologie orientale str. 255. 
^) Pćrrot G., Mćmoires d'achćologie, d^epigraphie et d'histoire 
str. 67 n. 

^) Rayet et Collignon, Histoire de la córamiqae grecqae str. 59. 
*) Rayet et Collignon, j. w. str. 261. 



302 Adam Szelągowski. 

z przedniej Azyi, musiała wracać napowróŁ z zachoda na wschód. 
Proces ten najlepiej obserwować na dziejach pieniądza. 

Pieniądz jest nie tylko osią stosunków handlowych^ ale 
i nagromadzeniem energii ludzkiej, a więc pracy cywilizacyi. 
Kruszce szlachetne z dawien dawna przyjęto za miarę wartości. 
Stąd ta waga, którą im przypisano. Trudno nawet wyobrazić 
sobie mnogość kruszców szlachetnych w starożytności według 
świadectw pisarzy albo wykopalisk. Dość wspomnieć z/oty posąg 
Bal-Marduka w Babilonie, Asiarty w Hieropolis albo wykopa- 
liska Schliemana nad Hissarlikiem i w Micenach w okresie 
t. zw. pelesgijskim. To też żądza zfota jest jedną z najgłówniej- 
szych przyczyn wypraw najezdczych. Autor „Historyi kruszców 
szlachetnych^, Del Mar, nie waha się tę gorączkę z/ota uważać 
za główny motyw rozszerzania się cywilizacyi, ważniejszy, ani- 
żeli ciekawość geograficzna albo ambicya wojenna^). Nieko- 
niecznie godząc się z tem rozumowaniem co do motywów, bądź 
co bądź trzeba uznać związek między historyą pieniądza a hi- 
storyą cywilizacyi. 

Krainy złotodajne świata starożytnego były to przedewszy- 
stkiem Indye, później Egipt, zwłaszcza nad górnym Nilem kraina 
Kusz (dziszejsza Nubia) i Arabia. Fenicyanie poszukiwali go na 
wyspie Tasos i w Hiszpanii. Mit grecki o wyprawie Argonautów 
po złote runo wskazuje na wybrzeża Pontu (Kolchida) i rzekę 
Rion, gdzie istotnie do dziś dnia złoty piasek przesiewa się przez 
runo owcze, które zatrzymuje jego ziarna. 

Ze wszystkich jednak krajów żadne nie zasłynęło takiemi 
bogactwami jak kraje Indyi i istotnie od czasów Daryusza i Ale- 
ksandra W. aż po Kolumba i lorda Clive'a Indye były zawsze celem 
wypraw łupieżczych. Wycieńczały one wielokrotnie Indye z bo- 
gactw nagromadzonych i powodowały odpływ kruszców szla- 
chetnych na zachód. Toteż po wyprawie Daryusza (ok. r. 521) 
pojawiły się w obiegu darejki, pierwsza złota moneta na za- 
chodzie, podobnie jak statery króla lidyjskiego Krezusa. Te 
pierwsze monety były kute z mieszaniny złota i srebra na po- 
dobieństwo monet indyjskich z epoki bramanizmu. Grecy nazy- 
wali tę mieszaninę electron, z powodu podobieństwa tego złota 
do bursztynu 2), a może wskutek równej wartości bursztynu, co 



1) A. Del Mar., A history of the precious metals str. 5. 
*) Del Mar., History of monetary system str. 6. 



Metody i zadania badań geograficznych w historyi. 303 

złota. Chociaż jednak podobne zjawisko wycieńczenia Indyi ze 
złota pojawiło się i po wyprawie Aleksandra W. oraz Seleukosa, 
pomimo to kroszec ten stale wracał na wschód do Indyi. To 
jest wskazówką owego prądu wstecznego w rozszerzania się ge- 
ograficznem cywilizacyi. 

System monetarny starożytnych lądów opierał się tak samo 
jak dzisiaj, na dwóch kraszcach, było nim i złoto i srebro, przy- 
czem miedź służyła tak samo do celów monety zdawkowej. 
Według już wzmiankowanego Cunninghama srebro jednak i na 
wschodzie i na zachodzie było podstawą systemu monetarnego 
(the standard coin). Tak więc talent złoty nie byłato sztuka 
ani waga złota, lecz jedynie byłato wartość w złocie srebra 
wagi jednego talentu ^). A tymczasem gdybyśmy porównali sto- 
sunek złota do srebra, czyli t. zw. ratio wartości na zachodzie 
i na wschodzie, tak okazałoby się, iż jest on całkiem różny. Tak 
w Indiach wynosił on stale przez długie wieki 1 :5, najwyżej 
1 : 6V29 podczas gdy na zachodzie w Egipcie 1 : 12 lub 1 : 13, 
w Małej Azyi 1 : 13V2) ^ ^^° stosunek został się bez zmiany i tu 
i tam przez czasy greckie i rzymskie. Na wschodzie więc złoto 
miało dwa razy niższą wartość, aniżeli na zachodzie, gdzie znów 
naodwrót srebro miało dwukrotnie niższą wartość, aniżeli złoto. 
Na tej różnicy pomiędzy ratio wartości opierał się cały obrót 
handlowy pomiędzy wschodem i zachodem. To ażio srebra na 
wschodzie było głównym przedmiotem zysku dla kupców za- 
chodnich. Nic więc dziwnego, że za czasów Pliniusza 50 mil. 
sestercyi w srebrze odchodziło corocznie do Indyi i że tenże 
pisarz zwraca się ze zdziwieniem do swoich współziomk ów, 
zapytując ich, dlaczego od ludów podbitych domagają się srebra 
a nie złota 2). 

Rzymianie, podbiwszy znaczną część świata starożytnego, 
zgromadzili zarazem większą część jego bogactw. Skarby Ta- 
rentu samego, zdobytego przez Rzymian (272 przed Chr.), wy- 
starczyły na to, aby móc wybijać pierwszą monetę srebrną, de- 
nary (269). Później przyszła kolej na Syrakuzy, które zmuszono 
do sojuszu (263), i na Agrigentum, który upadł (262), a nareszcie 
na Kartaginę. Polybiusz oblicza ilość pieniędzy ściągniętych 



^) Coins of ancient India str. 28. 

2) Eguidem miror populum romanum victis gentibus argentum 
semper imperitasse, non aurum. Hist. nat. XXXIII 15. 



304f Adam Szelągowski. 

pod rozmaitymi tytułami z tego miasta między r. 242 a 237 
na 4f400 talentów (około 25 milionów franków). Później przyszła 
tak samo kolej na Grecyę i Małą Azyę — stąd jaż niedaleko 
było do zajęcia Egiptu przez Juliusza Cezara. 

Ten sam zatem ruch geograficzny, który towarzyszył roz- 
szerzaniu się przedtem cywilizacyi ze wschodu na zachód, teraz 
w kierunku odwrotnym wykonywa imperium rzymskie, tylko 
w tempie o wiele szybszem. Na tej samej drodze, którędy przed- 
tem napływały idee i wynalazki, teraz obserwigemy odpływ 
energii społecznej, nagromadzonej wysiłkiem stuleci w postaci 
pieniądza. 

Pomijając doniosłość i następstwa historyczne tego zja- 
wiska, musimy się niem zająć ze stanowiska geograficznego: jak 
daleko sięgnął wpływ rzymski na wschód, i czem zaznaczyło się 
zbliżenie tych cywilizacyi. 

III. 

Gdy cały rozrost i kierunek cywilizacyi zachodniej trzyma 
się wybrzeży śródziemnomorskich, mniej natomiast jest wido- 
czny postęp jej w kierunku lądowym. 

Zajęcie Egiptu przez Juliusza Cezara oddało cały handel 
oryentalny w ręce Rzymian. Berenice, port na wybrzeżu egipskiem, 
był krańcem wschodnim handlu rzymskiego. Stąd zaczynał się 
ów periplus morza erytrejskiego, opisany przez kupca z Aleksan- 
dryi ku końcowi pierwszego wieku naszej ery. Dotykał on za- 
toki perskiej i iigścia Indu, ale sięgał znacznie dalej. Według 
Pliniusza była żywa wymiana między Aleksandryą a dalekim 
Wschodem. Kattigara uchodziła za najdalszy punkt żeglugi — 
a według dzisiejszych komentarzy jest to albo współczesny 
Kanton, albo też Tonkin. 

Oprócz jednak tych dróg morskich były także i drogi lą- 
dowe. Punktem wyjścia dla nich były wybrzeża wchodnie morza 
Śródziemnego. I tak z Egiptu na wschód biegła droga do Pale- 
styny. Naprzeciwko egipskiej Berenice leżał port Leuka-Eomos, 
podobnie jak naprzeciw Myos - Hormos — Madiana na wybrzeżu 
arabskiem. Stąd była droga na targ Aleksandryi. Na półwyspie 
elamickim leżał Ezeon-Geber i Aila, port m. Petry. Stamtąd 
karawany kierowały się do Antyochii, Przez Syryę jednak szedł 
główny handel lądowy z Mezopotamią. Stąd w starożytności już 



Metody i zadania badań geograficzny eh w historyi. 305 

wyrastały tutaj miasta takie, jak Baalbek, Palmira, głównie zaś 
Antiochia. Tutaj krzyżowały się ze sobą wszelkie wpływy ze 
wschodu i z zachodu, oraz mieszały cywilizacye helleńska i oryen- 
talna. Tak Baalbek (po grecku Heliopolis), który leżał na drodze 
z Antiochii do Mezopotamii, przedstawiał w architekturze swej 
połączenie form klasycznych hellenizmu z konstrukcyą kolosal- 
nych budowli Niniwy i Babilonu ^), Palmira i Petra, zawdzięczały 
swój rozkwit położeniu na tej samej drodze, tylko w kierunku 
Egiptu i morza Czerwonego. Część zysków z tego handlu przy- 
padała i Żydom. Dlatego Rzymianie zmuszeni byli rozciągnąć 
swe panowanie i nad Judea. Lecz najpoteżniejszem ogniskiem 
wymiany ze wschodu była za czasów cesarstwa rzymskiego Antio- 
chia. Stąd kupcy syryjscy sięgali swymi stosunkami dalekiego 
wschodu Indyi, a przedewszystkiem Chin. Pierwsze itinerarium 
też kupca syryjskiego Maes Titianusa mówi nam po raz pier- 
wszy o drodze handlowej za cesarstwa rzymskiego poprzez Azyę 
środkową do wschodniego Turkiestanu 2), Tędy przychodził ze 
wschodu najdroższy produkt, jedwab w stanie surowym. Tutaj 
był tkany i farbowany i stąd rozchodził się po całym świecie, 
a cena jego ówczesna istotnie mierzyła się na wagę złota. To 
był naprawdę kraniec najdalszy zachodni dla dalekiego wschodu 
i dlatego Hirth nie waha się wywodzić nazwę chińską dla Rzy- 
mian, Tatsin, od Syryjczyków, a An-tu od m. Antiochii (nie od 
Rzymu), której też sława rozbrzmiewa w annałach chińskiej dy- 
nastyi Wei (386—566)3). 

Obok Indyi oraz krajów śródziemnomorskich Chiny są 
ogniskiem trzeciej wielkiej cywilizacyi. Wskazuje na to już sama 
jej starożytność. Dzieje Chin bajeczne, t. zw. „pięć monarchii", 
zawarte są w obrębie 2852—2206 r. przed Chr.*), a pewne dane 
astronomiczne, dochowane z tamtych czasów, zezwalają potwier- 
dzić wiarogodność tych świadków. Dzieje Chin pisane zaczy- 
nają się od Xii w. przed Chr. Jak stara jest cywilizacya 
chińska, tak oryginalne jest jej źródło. Wiadomo, że pismo 
chińskie jest jednym z trzech alfabetów, od których wywodzą 
się wszystkie systemy pistola na świecie. Tak więc pod wzglę- 



^) Peyre R,, Histoire generale des beaux arts str. 186. 
^) Vidal la Blanche, Les voies commerce dans la gćographie de 
Ptolomće. Compts rendus de TAcad. des inscr. t. XXIV str. 468. 
3) Hirth, Chinesische Studien t. I str. 7 nn, 
*) Parker, China, ber history, diplomacy and commerce str. 17. 



306 Adftm Szelągowski. 

dem oryginalności swej cywilizacji Chiny stoją na równi z do- 
rzeczem Nila (Egipt) i niziną Mezopotamii. 

Na to odcięcie Chin od reszty świata zfoży/y się naprzód 
warunki geograficzne: olbrzymia odległość żeglugi morskiej, 
a następnie trudności w przekroczeniu granic lądowych. Góry 
Himalaje i wyżyna Tybetu tworzą nieprzekraczalną prawie granicę 
między Chinami a Indyami, gdy na zachód jedyna droga otwiera 
się poprzez pustynię Gobi, pomiędzy pasmami górskiemi po- 
djfużnemi, jak Euen-luen i Tien-szan, oraz wzdłuż łożyska 
zmiennych i wysychających rzek (kotlina Tarimu). Gdy te prze- 
szkody oddalenia zostaną pokonane, napotyka się nowe w po- 
staci pasm górskich, którędy prowadzą zrzadka tylko przejścia, 
jak przez Tien-szan do rzeki Iii (Kuldża), albo przez Karakorum 
do Kaszmiru. Wreszcie wyżyna Pamiru stanowi trzecie przejście 
ze wschodniego Turkiestanu na zachód i na południe przez 
Kabul do Indyi. 

Te były i są do dziś dnia odwieczne drogi w środkowej 
Azyi. Ślady ich użytkowania giną w najdalszych pomrokach 
dziejowych. Ale od Tybetu, jak i od środkowej Azyi Chiny wła- 
ściwe oddzielały w starożytności plemiona, które oni nazywali 
barbarzyńcami. Zachodnia prowincya Kan-szu, okręg Pekinu na 
północy, południowe wybrzeża rzeki Jang-tse lewy brzeg jej 
górnego biegu, stanowiły obszar barbarzyńców nawet w cza- 
sach pierwszej historycznej dynastyi Chin Chou (Czou)^), która 
panuje od KII do połowy III w. przed Chr. Gały ten okres skąd- 
inąd wybitny pod względem rozwoju cywilizacyjnego (Konfu- 
cyusz), cechuje polityczne rozbicie i rozdrobnienie. Zjednoczenie 
Chin przeprowadziła dopiero dynastya Chin (Czin), barbarzyń- 
skiego pochodzenia, od której niektórzy wywodzą nazwę Chin 
u zachodnio-europejskich ludów. To zjednoczenie Chin dało 
popęd do rozszerzenia politycznego państwa ku zachodowi. 
Wymiana wpływów pośrednia datuje się o wiele wcześniej. 
Pierwszy reformator religijny Chin, Lao-tse, ur, 604 r. przed 
Chr., podróżował na zachodzie. Był w Baktryi, przypuszczal- 
nie w Judei, gdyż w jego systemie filozoficznym są ślady mo- 
zaizmu, a może nawet w Atenach 2). Jego to system jako udo- 



^) Ch czyta się jak oz. 

2) Rćmusat Abel, Mćlanges Asiatiąues t. I sir. 97. 



Metody i zadania badań geograficznych w historyi. 307 

skonaloną religię nataralną (Łaoizm) przeciwstawiono konfacyo- 
nizmowi, który stat się kultem oficyalnym. 

Punktem wyjścia dla wypraw na zachód była prowincya 
Kansu, położona nad górnym biegiem rz. Hong-ho u stóp Nan-szan. 
Stąd rozgałęziają się dwie drogi, przedzielone górami Niebie- 
skiemi Tien-Szan. Północna dżungaryjska albo wielka droga od 
Si-an-Tu (nad rz. Zołtą) w poprzek pustyni Gobi (na północ od 
jeziora Euku-nor) aż do Turfanu. Stąd jest przejście przez góry 
Tian-Szan aż do zlewiska Iii, skąd na Kuldżę droga prowadzi 
z Dżungaryi do zachodniego Turkiestanu. Turfan był z regały 
punktem bresowym posiadłości Chińczyków na zachodzie. 

Obok tej drogi, a raczej ściśle z nią związana była droga 
północna. Oddziela się ona od poprzedniej u Turfana, albo od 
rzeki Purun-ki i rozgałęzia się w dwóch kierunkach, albo na 
północ od Gobi południowym stokiem Tien-szan wzdłuż rzek 
Tarimu i Yarkandu, albo południowym brzegiem Gobi wzdłuż 
pasma Kuen-Luen na Khotan do Yarkandu. Stąd jest przejście 
do Kaszmiru poprzez Karakorum, albo też z Yarkandu, gdzie 
się północne i południowe rozgałęzienia jednej drogi spotykały, 
idzie się do Kaszgaru, a stamtąd na Pamir do Kabulu^). Około 
r. 80 po Chr. za czasów sławnej dynastyi Han generał chiński 
Pan-Chao miał zdobyć Kaszgar, a nawet dotrzeć z wojskiem do 
m. Kaspyskiego. To był najdalszy kres politycznej ekspanzyi 
Chin na zachodzie. Zetknęli się tutaj Chińczycy z Partami, którzy 
ich przedzielali od cesarstwa rzymskiego. Tych Partów, znanych 
dobrze z późniejszych walk z Rzymianami, źródła chińskie na- 
zywają An-hsi. Nazwa ta da się wyprowadzić od imienia dy- 
nastyi partyjskiej Arsacydów, gdyż, jak wiadomo, dźwięku r. 
Chińczycy wcale nie posiadają (An-hsi = An-sak = Ar-sak). 
Natomiast nazwa narodu występuje w nazwie stolicy kraju Pan- 
tu (zamiast Par-thu). O mieszkańcach tego kraju źródła chiń- 
skie podają, że prowadzili oni handel na wozach i na statkach, 
przyczem rzekę ich nazywają Kuei-shui (Oxus), że piszą na 
pergaminie w linii poziomej, pismo chińskie bowiem idzie w linii 
pionowej^). 

Dalej jednak na zachód Chińczycy już nie sięgnęli. Wpra- 
wdzie generał Pan-Chao rozkazał swemu podwładnemu Kau-Ying 



1) Parker, China str. 57 n. 

2) Hirth, Chineische Studien t. I str. 1 n. 



308 Adam Szelągowski. 

puścić się na wywiady ku krajowi Ta-tsin, ale w Tiao-chih Par- 
towie odradzili mu tej podróży ze względu na niebezpieczeństwo 
jej, zwłaszcza morzem. Mamy wprawdzie z późniejszych czasów 
wiadomość o poselstwie z Chin do Marka Aureliusza (r. 166)^), 
ale poselstwo to niekoniecznie mogło przybyć drogą lądową. 
Plemiona Partów bowiem stale ją zagradzały, były nie tylko 
w wojnie ustawicznej z Rzymem, ale dbały jeszcze o swoje zy- 
ski z pośrednictwa w handlu między wschodem a zachodem. 
Pozycya zaś ich kraju była w historyi i jest do dziś dnia geo- 
graficznie niezwykła. 

Jeżeli w Azyi środkowej zebrał się węzeł wszystkich pasm 
górskich i wyżyn zbiegających się ze wschodu i zachodu (Hindu- 
Kusz), to tutaj też skrzyżowały się najważniejsze drogi lądowe 
całego świata. Najważniejszą z nich jest to Kabul, przejście 
z północy na południe od niziny Turkiestanu do Indyi, chociaż 
zbiegają się tutaj także drogi ze wschodu (na Yarkand, Kaszgar) 
i z zachodu (na Herat, Kandahar). Nic więc dziwnego, iż w tym 
punkcie skrzyżowania się dróg całego świata poszukiye się kolebki 
dziejów. Tutaj na wyżynie Pamiru widzą niektórzy wspólną siedzi- 
bę ludów indo-europejskiej rasy. Tędy przez Kabul zeszli pier- 
wotni Aryowie w nizinę Pedżabu, skąd wyparli pierwotną ludność 
Indyi — Drawidów. Ci sami Aryowie też zastąpili pierwotnych 
Proto-medóWy mieszkańców Chaldei i Assyryi. Żadną miarą nie 
można odróżniać tych właściwych Irańczyków od mieszkańców 
Indyi, Aryów. O ile wszelkie domysły co do ich wspólnej sie- 
dziby i wędrówek czyto na wschód czy na zachód są niestwier- 
dzone kierunkowo, o tyle granice najstarsze ich osiedlenia na 
północy są wskazane W3rraźnie granicami rzek Oxus (Amu- 
Darya), a po części Jaxartes (Syr-Darya). Tutaj od czasów nie- 
pamiętnych Irańczycy stykali się z turańskiemi plemionami. Ta 
zaklęsłość wyżyną Iranu a centralną Azyą stanowi nowe przej- 
ście między wschodem a zachodem. 

Jedyne wody tego obszaru stepowego i pustynnego, to dwie 
rzeki, wpadające do jeziora Uralskiego, przytem dopływ lewy 
Amu Daryi Balkh dochodzi prawie do samego Kabulu. Pomiędzy 
jeziorem Uralskiem a morzem Kaspijskiem znów obszar prawie 
bez komunikacyi — ale są ślady liczne, iż rzeka Oxus w sta- 



^) Reinaud M., Relations politiques et commercieles de Tempire 
romaine ayec TAsie orientale str. 237. 



Metody i zadania badań geograf! ozoych w historyi. 309 

roźytności łączyła się bezpośrednio z morzem Kaspijskiem. Tędy 
więc otwiera/a się z Azyi centralnej, a także z Indyi droga naj- 
prostsza i najkrótsza do Europy. Rzeki Kura z Araksem, a na- 
stępnie Rion (starożytna Phasis) łączyły obszar wód kaspijski 
z obszarem wód morza Czarnego. 

Zdaniem niektórych uczonych ta droga przez m. Kaspij- 
skie należy do najstarszych komunikacyi Europy z Azyą, wcze- 
śniejszą jest nawet, aniżeli przez morze Czerwone ^). Tutaj leżą 
dwa najstarożytniejsze miasta środkowej Azyi: Bactra (Balkh) 
na drodze do Indyi w oazie słynnej ze swej urodzajności i Sa- 
markanda (Maracanda) nad rzeką Sogdżą (późniejsze Kohin, dziś 
Zerafschan) w prowincyi tejże nazwy Sogdżanie na drodze, pro- 
wadzącej do Chin. Już Herodot nazywa obydwa te miasta głó- 
wnymi rynkami na produkty indyjskie. Prowincya zaś Bactria 
była przytem sama przez się dla Azyi środkowej tem, czem Egipt 
dla Europy. Aleksander W. zakłada tutaj cały szereg miast, jak 
Aleksandria Ariana (dziś Herat), Aleksandria Arachosiana (Kan- 
dahar), wreszcie Aleksandrię kresową — Aleksandria eschata 
(prawdopodobnie Khodżent) na północnym krańcu swych pod- 
bojów 2). Te miasta nowopowstałe były tylko starożytnymi wę- 
złami komunikacyi. W tych też punktach Aleksander umacniał 
swoje panowanie nad Azyą. 

Dzieje następne tych prowincyi są bezpośrednio związane 
z rozszerzaniem się helenizmu na Wschodzie. Na gruzach monar- 
chii Aleksandra powstało w połowie III w. przed Chr. państwo 
grecko-partyjskie, założone przez Diodota. Rozszerzyło ono swój 
wpływ i na Indye. Królowie greccy w przeciągu prawie całego 
wieku panowali nad Gangesem w Pataliputra (Palibothra, Patna) 
i w Oude. Ślady osiedlenia Greków spotykają się nad zatoką Ben- 
galską w Orissie, nawet na pograniczu Burmy i Tybetu. Po raz 
pierwszy Indye zetknęły się z Zachodem i helenizowały się. 
Przedewszystkiem helenizowała się sztuka. Kraj Yavana uchodził 
za kolebkę sztuki nawet w Indyach. Yavana albo ludowe Yona była 
to nazwa u Hindusów dla Greków, zapożyczona prawdopodobnie 
z perskiego (Yaunas na inskrypcyach perskich)^. Ze zdumie- 



1) Lindsay, History of merchant shipping t. I str. 42. 
^ Barbić du Bocage, Essai sur Thistoire du commerce str. 115. 
^) Sylvain Levi, La Gr^ce et Tlnde. Revue des etudes grecąues 
t, IV str. 25. 



310 Adam Szelągowski. 

niem oglądamy dziś ślady szlaki greckiej w wykopaliskach Indyi. 
Przedewszystkiem architektura oparła się na stylach zachodnich : 
joński przyjął się w Taxile, koryncki w Gandhara (obydwie 
miejscowości są położone nad górnym Indem), a koryncki w Ka- 
szemirze ^). Ślady helenizmu w języka Hindusów, w nauce, jak 
astronomii, w literaturze (teatr) są bardzo liczne. W każdym 
razie równolegle do helenizacyi Hndusów szła oryentali- 
zacya ich władców. Odbya się to na monetach, gdzie imiona 
i napisy indyjskie zastępują z czasem greckie (zamiast Panta- 
leon czytamy Pantaleya, zamiast basileus — rdja lub mah&rdja). 
Później i emblematy przychodzą wschodnie : słoń i lew zamiast 
koni Posejdona lub wozu Heliosa *). 

Najciekawsze jest jednak drugie zjawisko analogiczne do 
poprzedniego. Był to najazd ze wschodu na Indye w dwa stu- 
lecia później Scytów. Go to był za naród, nie wiadomo z pewnością. 
Źródła indyjskie nazywają ich Cakas. Tak samo Grecjr nazy- 
wali plemiona mieszkające na północ od Jaxartu. W czasach 
rzymskich naród ten występuje pod nazwą Scytów. Ważną wska- 
zówką bardzo jest to, iż monety ostatniego z królów greckich, 
Hermaiosa, z czasów panowania Caka-Javana noszą rewersały 
chińskie. To wskazuje na ściślejszy związek owych Cakas z cy- 
wilizacyą dalekiego Wschodu. Istotnie ku końcowi trzeciego stu- 
lecia przed Chr. w osiedleniu plemion środkowej Azyi nastąpiły 
znaczne perturbacye. Źródła chińskie mówią nam o pobiciu 
Yu-chi, najgroźniejszej gałęzi wschodnich Tatarów albo Tungnu^), 
przez plemiona koczownicze rozsiadłe od zachodnich granic 
Chin aż po Wołgę. Byli to Hiung-nu, późniejsi Hunowie euro- 
pejscy na początku wieków średnich. Yu-chi rozdzielili się wtedy 
na dwie części. Jedna ich część mniejsza (Mali Yu-chi) cofnęła 
się aż na południe od Nan-szan do Tybetu; jądro jednak ple- 
mienia Wielcy Yu-chi skierowało się na zachód — dotarli do 
Yarkandu i Kaszgaru, oraz wyparli stamtąd pierwotnych mie- 
szkańców Sakas albo Sus^) Ci to Yu-chi właśnie (a nie Sakowie) 
mieli być zdobywcami Indyi. Pod wodzą Khien-tsin-ki (prawdo- 



^) Pśyre, Hist. generale des beaux arts str. 139. 

2) Levi, La Grece et Tlnde str. 30. 

3) Niektórzy uważają ich za plemiona pokrewne z Tybetań- 
czykami. 

*) Beal Samuel. Wstęp do tłumaczenia Trayels of Fah hian and 
Sung-Yun str. XVI. 



Metody i zadania badań geograficznych w historyi. 311 

podobnie Hyrkadesa na monetach greckich) posunęli się w pierw- 
szem stuleciu przed Chr. do Kabulu i do Kaszmiru. Jego syn 
Yen-kao-ching (Kadphises) podbił Indye na zachód od Diumny, 
a następca Kaniszka przyjął buddyzm w 15 r. przed Chr. Pań- 
stwo jego rozciągało się wówczas od Yarkandu i Khokandu aż 
po Gudherat i od Afganistanu po Dżumnę. Bracia jego, Huszka 
i Juszka, panigą równocześnie w Kaszmirze. Za ich to czasów 
nauka buddyjska została ustalona — a wielki sobór w Kaszmi- 
rze dokonał ostatecznej rewizyi ksiąg świętych. Wtedyto po 
raz pierwszy buddyzm zetknął się z Mongołami, wśród których 
miał pozostać na zawsze religią panującą ^). 

Tego to właśnie państwa stolicą była Minagara (Binagara 
podług Ptolomeusza), na brzegu powyżej portu Barbericon 
(Barbarein Ptolomeusza) przy ujściu Indu, gdzie się kończył pe- 
riplus morza Erytrejskiego. To było emporyum najznakomitsze 
indyjskie, a zarazem targ na towary chińskie, materye i nici 
jedwabne oraz skóry (2fiQixa óic/iaraj^). Chociaż dalsza droga 
u geografów starożytnych nie jest oznaczona, jednak Kabul 
znany jest dobrze Ptolemeuszowi (Cabura). Pliniusz zaś powta- 
rza za Yarronem, iż droga z Indyi w siedm dni prowadzi do 
rzeki Ikaryjskiej, dopływu Oxusa, skąd przez morze Kaspijskie 
rzeką Cyrus (Kurą) idą towary do Fasis nad m. Pontyjskiem, 
robiąc pięciodniową tylko podróż lądem »). Wobec jednak 
otwarcia komunikacyi morskiej droga ta miała za czasów rzym- 
skich już tylko drugorzędne znaczenie. 

Większą wagę natomiast posiadała komunikacya z Chi- 
nami. I tutaj jako kres podróży Maes Titianus wymienia dwa 
miasta: Issedon Scythica i Issedon Serica. O tym narodzie Isse- 
donów (Iaaf]óavec lub 'laaijóol) spotyka się wzmiankę już w po* 
emacie greckim Aristeasa (około 665 r. przed Chr.). Autor umiesz- 
cza go w sąsiedztwie Massagetów, mieszkających na północ 
od rzeki Jaksartes ^). I położenie więc samo wskazuje na kotlinę 
Tarymu, a nazwy dwóch miast rozgraniczają dwa ludy zamie- 
szkałe, a więc Scytów i Chińczyków. Jeden z nich byłby więc 



^) Beal j. w. str. XX. 
2) Yić 



2) Yidal la Blanche, Les origines de commerce dans la geogra* 
phie de Ptolomće j. w. str. 476. 

8) Hist. natur. ks. VI roz. XIX, 2. 

*) Tomaschek Wilh., Kritik der &lteren Nachrichten liber den\ 
Skythlschen Norden. Sitzber. Ak. der Wiss. in Wien t. 116 str. 735. 



312 Adam Szelągowski. 

Easzgar lub Yarkand^a drugi Eboian. Zresztą tak samo, jak dla 
zacbodu krańcem był wschodni Turkiestan, tak znów wschód 
uważał za kres podróży Azyę przednią (a nie morze Kaspijskie). 
Znamy itinerarium chińskie z pierwszego wieku po Chr. Droga 
na zachód idzie przez Sogdyę i Baktryę na oazę Merw - Mula 
(w Zend-Ayeście MOru), starożytną Antiochia Margiana i dochodzi 
do Hekatomphylos. Stamtąd okrąża brzegi morza Kaspijskiego z po- 
łudniowego wschodu i trafia do stolicy Medyi, Ekbatany, chińskiej 
A-man (dziś Hamadan). Idąc wciąż na zachód, dociera do Kte- 
sifonu (chin. Si-pan), a stamtąd skręca na południe do Yu-lo 
(Hiry), której ruiny znajdują się w pobliżu Babilonu. Tutaj był 
kraniec zachodni państwa Partów i stąd trzeba było rzeką kie- 
rować się na południe do kraju Ta-tsin^). A więc i ta droga 
zmierzała do morza zatoki Perskiej i łączyła się z wielkim pe- 
riplusem morza Erytrejskiego. 

Póki otwarte jest morze Erytrejskie, poty jest Egipt i Syrya 
przejściem z Europy na wschód. Ale morze Kaspijskie i cywili- 
zacya Transoxenii odgrywa też ważną rolę zwłaszcza w dziejach 
północno-wschodniej Europy. 



IV. 

Idąc w kierunku północnym, natrafiamy na wielką nizinę, 
którą obszar Azyi i Europy spada ku oceanowi Lodowatemu. 
Żadnych granic wybitnych pomiędzy Azyą a Europą, gdyż góry 
Uralskie są to bardzo nieznaczne wzniesienia. Przeciwnie niż by^ 
beryjski łączy się bezpośrednio z niżem wschodniej Europy czyli 
t. zw. Sarmackim przez zaklęsłość między Uralem a morzem 
Kaspyskiem. Oddalenie jest tutaj jedyną przeszkodą komunika- 
cyjną, a pośrednio i granicą polityczną i naodwrót nic łatwiej- 
szego, jak panowanie rozszerzyć od oceanu Spokojnego aż po 
samo wybrzeże morza Czarnego. 

Jeżeli odetniemy od tego obszaru pas podarktyczny, to 
cała ta nizina będzie przedstawiała jeden wielki step, siedzibę 
koczowników. Dziś, jak przed tysiącem lat, odbywają się tutaj 
wędrówki plemion Tunguzów, Tatarów, Kirgizów i Baszkirów 
między środkową Azyą a Europą aż po Wołgę. Można śmiało 



1) Hirth^ CUnesische Stadien t. I str. 3 nn. 



Metody i zadania badań geografiez0jch w historyi. 313 

przypuszczać, że nie tylko step, ale i koczownictwo sięgało zna- 
cznie dalej wg/ąb europejskiego niżu. Tak gleba czarnoziemna 
w środkowej Rosyi jest produktem spalonych w ciągu wieków 
traw stepowych, nie mówiąc już o dalszych wdzieraniach się 
stepu czyto od Podola wgląb Polski aż po Wis/ę, czy też 
z Węgier aż po Śląsk i Kraków lub do Niemiec po Ren. Na to 
dziś dowodów dostarcza paleontologia roślin żywa ^), ale związać 
te stepowe czasy owych okolic z historyą dziś już nie możemy. 

Jest ciekawa zgodność w zapatrywaniach starożytnych na 
ludy zamieszkiyące ten obszar stepowy zarówno w Azyi od 
Mongolii przez Syberyę i Turkiestan, jak i w Europie po Don 
i Dniestr. Na zachodzie zwano ich Scytami, na wschodzie u Chiń- 
czyków noszą oni nazwę Hiung-nu. Nic więc dziwnego, iż nowsi 
pisarze, jak Parker, Yambery spokrewniąją ich ze sobą. 

Hiung-nu w źródłach chińskich występują jako plemiona 
turksko- tatarskie, chociaż nazwy te Turków i Tatarów są nie- 
znane pierwotnie i służą dla odróżnienia tylko pojedynczych 
plemion Tatarów (w II w. po Chr.) i Turków (w V st.). Ci 
Właśnie Hiung-nu są przodkami dzisiejszych Turków, Uigurów, 
Kirgizów. Były to wszystko zachodnie plemiona koczownicze, 
podczas gdy wschodnia gałąź Tung-hu dała początek Mandżom, 
Korejczykom i Catayanom lub Kitanom, którąto nazwę później 
Europejczycy (w XIII st.) rozciągnęli na cały naród 2) (średnio- 
wieczne Catiiay, rosyjskie Kitąj). 

Co do Scytów są to pierwsi znani w świecie starożytnym 
mieszkańcy stepów nadczarnomorskich (u Herodota). Później 
(jak u Strabona) występąją oni pod nazwą Sarmatów lub Sauro- 
matów, ale są prawie identyczni z tamtymi na pomnikach. Otóż 
tych Scytów już starożytni (na przykład Pliniusz) identyfikowali 
z Sakami, mieszkającymi na północ od Jaxartu ^). Trudno było 
ustalić zresztą nazwy dla tych plemion, koczujących nieustannie 
z miejsca na miejsce. Samo zresztą położenie tych stron było 
dla staroż3rtnych tak nieokreślone, iż żołnierze Aleksandra do- 



1) M. Raciborski, Zabytki przyrody, Ateneum pol. i I str. 42. 

2) Parker E., A thausand years of the Tartars str. 4 n, 7 n. 

^ „Ultra sunt Seythamm populi. Persae illos Sacas in universum 
appellayere a proxima gente Aramaeos... Nec in alia parte major anto- 
rum inconstantia propter innumeras yagasąue gentes^. Hist nat ks. 
VI roz. XIX 1. 



314 Adam Szelągowski. 

tarłszy do Jaxartu, wzięli go za znaną rzekę Don (Tanais) ^). Jest to 
też wskazówka, iż Grecy mieli przeświadczenie o wspólności 
pochodzenia mieszkańców Transoxanii i stepów pontyjskich. Tak 
samo zresztą uważali ich Persowie za jedne i te same plemię, 
a Daryusz, chcąc poskromić ich najazdy na Persyę od strony 
środkowej Azyi, wyruszył na Scytów europejskich przez Hel- 
lespont. 

W tradycyi Turkiestanu walka dwóch plemion: irańskiego 
i turańskiego, występuje jako trwały wątek ich dziejów. Przecho- 
wała się w wierzeniach religijnych Aryów, pierwotnych czcicieli 
słońca, którzy do wyobrażenia jego, jako ducha dobra, dodali 
pierwiastek turański zła (Angramainyusz), usymbolizowany w żmii 
(duch kłamstwa i śmierci). Stąd mit ogólny praaryjski walki żmii ze 
słońcem, którego ślady mogły się dochować i w naszych poda- 
niach o smoku 2). W literaturze perskiej okres ten bohaterski 
życia Irańczyków stał się główną osnową poematu z Xl w. Szah- 
Nameh. Granicą nieprzekraczalną dla Turańczyków w VIII w. 
przed Chr. była rzeka Jaxartes, czasem Oxus, ale w VI w. przed 
Chr. te plemiona zaczynają już przeć na południe i docierają 
w drugiem i pierwszem stuleciu, jakeśmy mówili aż do Indyi pod 
nazwą Scytów rzymskich, Saków perskich albo Yu-chi pisarzy 
chińskich. Wkutek zetknięcia się tych plemion turkskich z bud- 
dyzmem religia ta rozniosła się w środkowej Azyi, dotarła 
do morza Kaspijskiego. Nawet nazwa irańska kraju Dżemu-Ket 
ustąpiła miejsca innej turańskiej Buchara (Bokhar). Po mongol- 
sku wyraz ten (bukhar) służy dla oznaczenia buddyjskiego kla- 
sztoru 3). 

Jedyny i nieporównany znawca ludów środkowej Azyi, 
prof. Vśmbery, utrzymuje, że zarówno Scytowie, jak Sakowie 
oraz Yu-chi byli uralo-altejskiego pochodzenia a prawdopodobnie 
Turko- Tatarzy*). Opiera się przytem na przekazanych nam 
w wykopaliskach (wazach, grobach, narzędziach pracy i szcząt- 
kach zwierząt) świadectwach, że tryb życia tych ludów był ko- 
czowniczy i podobny zupełnie do znanego typu ludów koczo- 
wniczych w dzisiejszej środkowej Azyi. 



1) Plinius, Hist. nat. ks. VI roz. XVin 6. 

2) Por. St. Schneider, W sprawie Piasta, Rzepichy i Ziemowita 
w Kw. hist. XXI str. 600. 

8) Yśmbóry, History of Bokhara str. 14. 

*) Ydmbóry A., Der Ursprong der Magyaren str. 19 n. 



Metody i zadania badań geograficznych w historyi. 315 

Nie tak przekonywujące są o tern inne dane co do Scytów 
pontyjskich. Brun na podstawie czaszek, znalezionych w kurha- 
nach czarnomorskich z tego okresu czasu, przychodzi do wniosku, 
że typ scytyjski, wprawdzie silnie brachycefaliczny, nie da się 
jednak odnieść do rasy mongolskiej na podstawie innych wska- 
źników, jak kości twarzy, nosa. Powo/uje się zresztą na to, że 
Herodot nie wzmiankuje wcale o cechach ich twarzy, a przy 
drobiazgowości opisu i spostrzegawczości tego historyka nie mógł 
by taki szczegół ujść jego uwagi. Zresztą zaprzeczają temu i wize- 
runki Scytów na ówczesnych wazach kerczeńskich. Z zestawienia 
czaszek scytyjskich wprawdzie nielicznych, bo tylko trzech — 
z współczesnemi czaszkami plemion Baszkirów i Kirgizów oraz 
dawnego plemienia syberyjskiego Czudzi okazuje się, że wskaźnik 
czaszek scytyjskich najbliższy jest do baszkirskiego, a później 
do syberyjskiego Czudzi. Wniosek, do jakiego dochodzi jednak 
autor, aczkolwiek za śmiały przy takim materyale, jest bardzo 
blizki do wniosku Vdmb6ry'ego. Scytowie mieliby więc pocho- 
dzić od jakiegoś plemiona, z którego wyszła dzisiejsza Czudź, 
plemię syberyjskie i Baszkirowie. Godnem uwagi jest, że jedni 
z nich mówią dziś po chińsku, a drudzy po tatarsku^). 

Najbardziej nie zgadza się z turańskiem pochodzeniem Scytów 
ich język, dochowany w licznych śladach, który jest językiem 
aryjskim. Nawet nazwy poszczególnych plemion scytyjskich filo- 
logowie wyprowadzają z języków irańskich, jak 2lyvwai u He- 
rodota (V, 9) ze sanskryckiego cikvan (silny), tak samo Sd^ai, 
dzisiejsze Sighnan, późniejsi Jazygowie też Sarmaci. Na tej za- 
sadzie lingwiści uważają wszystkie te ludy zamieszkałe w cza- 
sach starożytnych od morza Czarnego aż po Transoxenię za 
nomadów aryjskiego pochodzenia^ pokrewnych z Medo-persami, 
chociaż Tomaschek nie wyklucza przytem wcale mieszaniny 
turkskiego pierwiastku 2). 

Tutaj na stepach pontyjskich, podobnie jak w Transozanii, 
była granica osiedlenia dwóch szczepów: irańskiego i turań- 
skiego. Można to wykazać na nazwach geograficznych rzek- 
Ostatnia nazwa irańska na zachodzie jest rzeka Samara^), do- 
pływ prawoboczny Wołgi. Na wschód od Donu i dalej wgłąb 



^) Drewnosti gerodotowoj Skitii str. XV. 

2) Kritik der altesten Nachrichten str, 720, 792. 

^ Pogodin A. L., Iz istorii sławianskich peredwiżenij str. 94. 



Kwartalnik MsteireMiy XXn— 1. 



316 Adam Szelągowski. 

Azyi występują już nazwy torkskiego pochodzenia. Tak Wołga 
ma pierwotną nazwę Itil, co po tureckn oznacza rzekę. Ta sama 
nazwa dla jej lewego dopływu Kamy, tylko z przydaUriem Ak- 
itil czyli biała rzeka^ to samo Ural zowie się Jaik» Jagik czyli 
szeroka rzeka ^). Cały ten obszar rozciąga się na wybrzeżu 
morza Easpijsidego i nosi nazwę stepów słonych. 

Na północ od tych rzek napotykamy dzisiaj jeszcze pas 
lasów i tundr. Była to nieprzekraczalna granica dla plemion 
koczujących. Są to z dawna siedziby Finnów, których szczątki 
do dziś dnia przetrwały, jak Mordwa na Wołdze koło Samary, 
znana z Jordanesa (Mordens), Konstantyna porfirogenity (Mocóla) 
i Nestora (Mordwa), Czeremisy pomiędzy Wołgą a Wiatką i Gzudż 
(może Tadzans Jordanesa). W każdym razie plemiona te zacho- 
dziły dalej na zachód i południe aniżeli dzisiaj. Obszar niedo- 
stępny dla koczowników na wschodzie biegł środkową Wołgą 
i rz. Kamą, a na zachodzie obniżał się aż poniżej Prypeci. Po- 
mimo to nawet dalej jeszcze na północ od Wołgi między Wiatką 
a Kamą napotykamy ślady lingwistyczne wpływów irańskich. Tak 
nazwa złota u Watjaków jest z ar ni, niewątpliwie irańskiego 
pochodzenia 2). 

Wiadomości Herodota o Scytyi nie wykraczały poza obszar 
stepów 8) (50^ wsch. szer.), chociaż na zachód sięgali Scytowie 
znacznie dalej, obejmigąc równiny dolnego Dunaju aż po rz. Alutę 
i zachodząc na nizinę węgierską (między Cisą a Dunajem) ^). Tu 
oczywista usuwa się od roztrząsań kwestya Budinów, Neurów, 
Ludożerców (Androfagów) i Czamoubranych (MeMyz^cupoiJ. 
Umieszcza ich Herodot na granicy Scytów, a więc prawdopodobnie 
i obszaru szczepowego. Daremnie dociekać, co w tych nazwach 
jest historycznego i o ile się łączą ze Słowianami ^). Warto jest 
tylko zaznaczyć, iż uczeni slawiści, jak Szulek i Pogodin, na pod- 
stawie analizy wspólnego wszystkim Słowianom słownika geo- 
graficznego i roślinnego zaprzeczają, ażeby ich siedzibą był 
obszar stepowy. Nazwy geograficzne wspólne odnoszą się prze- 



1) Ydmbśry, Ursprong der Magyaren str. 24. 

^) Pogodin, Iz istorii sławianskich pieredwiżenii str. 3. 

^) Mtillenhoffa, Deutsche Altertumskunde t. I str. 213. 

Tomaschek, Kritik der ftltesten Nachrichten t. 116 str. 720. 
Hmszeyskyi M., Gesch. der ukrain. Yolkes t. I str. 103 n. 
Por. Tomaschek, Kritik der altesten Nachrichten Sitzber. Akad. in 
Wien t. 117 str. 3 n. 



*^ 



Metody i zadania badań geografLeznyoh w historyi. 317 

ważnie do gór i bJot: są to wyrazy, jak skala, połonina, jaruga, 
pieczara. Roślinność zaś jest także ró¥minna a nie stepowa 
(rosyjskie laoBush, BOiocoHRa, nupeft, MOJiOHaft). Najczystsza no- 
menkletura terytoryalna ogólno-słowiańska przechowała się na 
północ od Earpat i na wschód od Dniepra na Podola, Wołynia, 
w Galicyi i w Królestwie polskiem^). Stąd skłonność dopatry- 
wania się w tych stronach wspólnej kolebki Słowian. 

Go do Litwinów Bezzenberger utrzymoje na podstawie da- 
nych filologicznych, że mieszkali oni na 5 tys. lat przed Chr. w tych 
samych miejscach, gdzie i dziś się znajdiiją, tj. nad morzem Bałty- 
ckiem, nazywają bowiem Jura (morzem) rzeczkę przy rgściu Niemna, 
gdzie obecność morza przed tylaż laty stwierdza dzisiaj geolofda, 
podobnie do dziś nazywają Erantas (spadzisty brzeg) występ, 
który na 5 tys. lat przed Chr. był istotnie brzegiem morskim 2). 
Przyjmiąjąc zaś starożytność osiedlenia Litwinów i Słowian, 
mamy otwartą kwestyę wpływów kaltary na nich za pośredni- 
ctwem Scytów. 

Badania archeologiczne wykazały, iż okres żelaza na po- 
łudnia Rosyi zaczyna się już w IX lub VIII w. przed Chr., gdy 
tymczasem na północy w ziemiach polskich spażnia się o parę 
wieków (w IV do I w. przed Chr.), a w środkowej Rosyi wcale 
go niema aż do czasów prawie historycznych. Dopiero gdzieś 
w sąsiedztwie Azyi koło Uralu, jak w guberniach wiackiej, ka- 
zańskiej i permskiej, natrafiamy na ślady pierwsze żelaza razem 
z bronzem. Tutaj więc żelazo przybyło z Azyi, a właściwie Syberyi, 
zresztą bardzo późno ^). 

Ta wczesna kultura na południu Rosyi zawdzięcza swoje 
powstanie wpływom greckim. Chociaż pierwsi urządzali wyprawy 
handlowe na morze Czarne Fenicyanie i Earyjczyczy, to jednak 
śladów ich faktoryi nie posiadamy. Główną rolę w zaludnieniu 
wybrzeży Pontu odegrał Milet (między VIII a VI w, przed Chr.). 
Tej mieszaninie fenicko-grecko-karyjskiej, jaka tworzyła to 
miasto jońskie, przyznaje się założenie kolonii przy ujściu Dnie- 
stru (Tyras), Bugu (Olbia) i na półwyspie Chersonesie tauryckim 
(Teodosia i Panticapea), chociaż i inni Grecy, jak Doryjczycy, brali 
udział w tej kolonizacyi*). Od tych wybrzeży wpływy greckie 






Pogodin j. w. 90. 
w. str. 7 n. 
®) Worsaae L I. A., La colonisation de la Russie str. 113, 117. 
*) Hruśevskij M., Geschichte des Ukrain. Yolkes t I str. 71. 



318 Adam Szelągowski. 

posuwały się wgfąb kraju^ czego dowodzą wykopaliska pomników 
greckich jak monet. Dociera/y one aż po Kijów i Połtawę — 
monety greckie, aczkolwiek bardzo rzadko, spotykają się jeszcze 
w zlewisku Odry i Wisły i). Ale najznakomitszą z pośród wszy- 
stkich była kolonia Panticapea. Tutaj w pierwszej połowie V w. 
powstało niezależne państwo Bosforu (tak nazwane od cieśniny 
Bosforu cymryskiego, dzisiaj Kiercz, po obydwóch stronach któ- 
rego się rozszerzało). Na czele jego stanęli barbarzyńscy kró- 
lowie Taurów lub Maitów z tytułami „archontów Bosforu i Teo- 
dozyi"2). Podbili oni cały obszar Scytyi od Donu aż po Kau- 
kaz i prowadzili olbrzymi handel, głównie wywozowy, produkta- 
mi rolnymi o czem świadczą wizerunki na monetach: snopy zboża, 
ryby, łby wołów. Niemniej wielki był także dowóz z Grecyi wy- 
robów przemysłowych, o czem mówią nam dzisiejsze wykopa- 
liska. Były to głównie przedmioty zbytku, jak wazy atyckie 
(350—300 r. przed Ghr.), których okazy znajdowane należą do 
arcydzieł prawdziwych ceramiki greckiej 8). 

Królestwo to^ mimo iż straciło swą niezależność w II st. 
przed Ghr. na rzecz Mitrydata Eupatora, króla Pontu i Kappa- 
docyi, przecież po jego śmierci, dostawszy się pod panowanie 
Rzymian, przetrwało aż do najazdu Hunnów. Jego położenie 
geograficznie głównie tłumaczy stanowisko jego w historyi. Naj- 
lepiej to uwidacznia chwila połączenia królestwa Bosforu z kró- 
lestwem Pontu. Stąd od wybrzeży morza Czarnego (miasta jak 
Pergam, Heraclea, Synope) prowadziła droga do Eufratu i kraju 
zakaspijskiego czyli Transoxanii. Armenia, która łączyła króle- 
stwo Pontu z królestwem Partów, była państwem, w którem już 
na inskrypcyi Sargona w Khorsabad (VIII w. przed Ghr.) wy- 
mienionych jest 56 miast murowanych i 11 osad*). Mitry dat, 
wróg Rzymian, był sprzymierzeńcem Scytów. Wszakże ta Scytya 
była również przejściem z zachodu do Azyi, a Aristeas, który 
odbył stamtąd pierwszą podróż na wschód (w VII st przed Ghr.), 
przyniósł pierwsze wiadomości o kraju Issedonów (w kotlinie 



1) Worsaae,j. w. str. 151. 

2) Beloch I., Griechische Geschichte t. II str. 181 n. 

8) Kondakofif i Tołstoj, j. w. str. 10. Rayet i CoUignon, j. w. 
Btr. 261 n. 

*) Barbić du Bocage, Essai sur Thistoire du commerce des Indes 
Orientdes str. 79. 



Metody i zadania badań geograficznych w historyi. 319 

Tarymu), o górach Rifejskich i Hyperborejczykach (być może 
ludności Chin, jak przypuszcza Tomaschek^). 

Wprawdzie trwalszych śladów tych stosunków z dalekim 
wschodem w Scytyi nie spotykamy, tutaj bądź co bądź stykał 
się zachód ze wschodem. Jeszcze w początkach cesarstwa Strabon 
opisuje miasto Tanais przy ujściu rzeki tego imienia (Donu) jako 
emporyum dla handlu Azyatów z Europejczykami, koczowników 
żeglarzy płynących przez Bosfor 2). Artykuły handlu pierw- 
szych stanowi bydło, futra i t. p., drugich ubiór, wino i inne 
tym podobne towary. 

Idąc za śladem wykopalisk najznakomitszy badacz archeo- 
logii południowej Rosyi przychodzi do wniosku, iż tutaj nad 
Donem i Wołgą wytworzyła się w tych czasach kultura, w której 
pomieszały się tradycye grecko-rzymskie i wpływy wschodnie, 
a to zarówno środkowej Azyi, jak Syberyi. Charakter wschodni 
przebija się głównie w dążeniu do przepychu mieszkańców tych 
okolic, w naśladownictwie ubiorów, jak tiara perska i czapka 
scytyjska, spodnie nieznane ludom klasycznym, szeroki ubiór 
kaftan i buty skórzane. 

Za siedlisko tej kultury Kondakoflf uważa Azyę środkową, 
wschodni Turkiestan, skąd wywodzą się Hunnowie, którzy według 
Priscusa wcale nie byli barbarzyńcami. Tym sposobem da się 
stwierdzić identyczność cywilizacyi od Syberyi aż po Don i Kau- 
kaz 8). Ale co dziwniejsze, to, iż ślady jej wpływu są rozsiane wszę- 
dzie, na Węgrzech jak i w Finlandyi, od Kaukazu aż po kraniec 
zachodni Europy i sięgają do Skandynawii. Pod Vettersfelde w Bran- 
denburgii wykopano całkowite uposażenie jakiegoś scytyjskiego 
wodza, podobne do tych, jakie się znajdują w południowej Rosyi 
i w środkowej Azyi. W Danii znajdowano takie same scytyjskie 
naszyjniki ze złota, jakie z bronzu często znajdują się na Litwie 
i w Inflantach. Odpowiadają one formą gallickiemu torquis ze 
złota albo bronzu, tak samo jak i ubiór (bluza i spodnie) oraz 
czapka scytyjska (rodzaj baszłyka rosyjskiego) odpowiada kształ- 
tem gallickiemu kaskowi^). 



i)Kritik der altesten Nachrichten t. 116 atr. 772. 

2) ^y cJ' ifinóCŁoy xoŁyby rćHy rt AaiayCJy xai r&y Edcconaiwy y(o/.Łddcoy 
xal rćjy ix ToCf Boanóęoy rrjy kifuyrjy nkeóyrwy. Geographice ks. XI roz. II 3. 

^ Kondakofif i Tobtoj, Drewnosti Gerodotowoj Skitii str. 324, 
327, 330, 401. 

*) Muller Sophus, Urgeschichte von Europa str. 165. 



320 Adam Szelągowski. 

Archeolog skandynawski kończy te spostrzeżenia uwagą, iż 
stosanki między ludami barbarzyńskimi były w tych czasach 
o wiele bliższe, aniżeli się to zazwyczaj przypuszcza, szczególniej 
na całej przestrzeni pomiędzy Kaukazem a Francyą, gdzie sie- 
dzialf wszędzie ludy podlegle silnie wpływom cywilizacyi kla- 
sycznej. Cała ta sfera jednak w obrębie wpływu, lecz poza te- 
rytoryum właściwem cywilizacyi klasycznej, zostaje we mgle 
niewiadomości historycznej. Lecz i tutaj, jeżeli sięgamy do pra- 
historyi czyto Słowian, czy Germanów, lub wreszcie skandy- 
nawskiej północy, za nić przewodnią służą nam badania geo- 
graficzne, śledzenie dróg handlowych i związanych z niemi 
pierwszych odkryć geograficznych w sferze ludów najnowszych 
— współczesnego świata. 

Już jednak z danych geograficznych rozwoju starożytnego 
świata wynika, że na bieg dziejów wschodniej Europy — bę- 
dących kolebką ludów słowiańskich — musiały oddziaływać dwa 
odmienne ogniska cywilizacyi: jedno, nad brzegami morza Śród- 
ziemnego położone, drugie w głębi Azyi. Z pierwszym wschodnia 
Europa skomunikowała się za pośrednictwem ludów germań- 
skich, z drugim za pośrednictwem koczowniczych plemion tu- 
rańskich. Takim sposobem, same położenie geograficzne wscho- 
dniej Europy uwarunkowało zasadniczą sprzeczność, leżącą 
w podwalinach rozwoju cywilizacyjnego ludów w niej zamie- 
szkałych, między pierwiastkiem wschodu i zachodu. 



Adam SzelągowskL 



Sprawy pilslde przed M\ą apisMslą 

w obtde rewiriicri relioJiMJ w NkrneMdi. 

z powodB L. Pastora: Oeschldite der Pipste lai Zeltalter der Renalssance 

Md der Olaabeaaapaltiiiis Yon der Walii Leos X bis tum Tode Klemens VII 

(1513-1534), toai IV cz. I 1 U. 



Wielka Pastora praca weszła w czwartym tomie na temat 
dla Niemca bardzo trudny. Historya papieży z lat 1513— l&34y 
z okresu Lutra — to Scylla i Charybda dla jej niemieckich pi- 
sarzy. Jedyny ratunek w zajęciu stanowiska uniwersalnego w zna- 
czeniu pisania o wszystkich sprawach, wielkich i małych, jakie 
tylko miały z papiestwem owoczesnem w czasie i przestrzeni 
związek. Powstanie stąd luźny bardzo, bo tylko mechanicznie, 
przez osobę któregoś z papieży sklejony związek tysiąca kwestyi 
i kwestyjek, prawdziwa komoda wiadomości i faktów, których 
ciągłość urywa się z chwilą, gdy na grobie danego następcy Pio- 
trowego zabłyśnie krzyż. 

Ale można także kreślić historyę papieży, pisząc o ludziach 
i sprawach ich ze stanowiska jakiejś idei naczelnej. I tak Rankę 
pisał swych .rzymskich papieży" w dziele traktąjącem o „wład- 
cach i ludach Europy południowej^. Można wreszcie kreślić dzieje 
papieży ze stanowiska przedstawiania relacyi osobistości dzie- 
dziców Stolicy apostolskiej do samej permanentnej w Kościele 
katolickim idei papiestwa, do związku tej idei z rozwojem re- 
prezentowanej przez nią wielkiej i potężnej Kościoła katolickiego 
organizacyi. Mówiąc o papiestwie z tego stanowiska, utworzy się 
pogląd na ciągłość przyświecającej Kościołowi myśli przewodniej 
w stosunku jego do politycznych, państwowych i narodowych 
organizacyi, do wielkich zadań, potrzeb i haseł chrześcijańskich 



322 L. Eolankowski. 

społeczności. Około takiej historyi papieży owinie się, jak oko/o 
centralnego punktu, wiele i to bardzo mocnych i barwnych nici 
dziejów ludzkości. 

Gzem jest dzieło Pastora? Olbrzymim regestrem faktów, 
encyklopedyą i bibliografią, pracą niezmordowanej, żelaznej wy- 
trwa/ości, która sporo lat życia zabrała. W tym charakterze leży, 
zdaniem naszem, cała jego wartość, z dodatkiem chyba, że za- 
wsze będzie mogło uchodzić za wzór poświęcenia. Do stanowiska 
dzieła, wskazującego nam ówczesne, widoczne na roztaczającym 
się z wysokości Piotrowego tronu widnokręgu dziejowym główne 
drogi, któremi szła ludzkość, państwa i narody i po których 
wiódł je wielki ich i potężny jeszcze wówczas przewodnik, Ko- 
ściół katolicki, dzieło Pastora nie wzniosło się. Jednym z re- 
zultatów tej właściwości opracowania Pastora jest bardzo po- 
bieżne i kronikarskie najzupełniej traktowanie relacyi państw 
Europy wschodniej: polskich, litewskich, ruskich, węgierskich, 
czeskich, pod Jagiellonów władania wpływem zostających, ziemie. 
Ma się wrażenie, że autor zbył sprawy więcej niż połowy Europy 
kilku słowy, oceniając ich wartość jako czwartorzędną zapewne 
dla systematu swego dzieła. Nie możemy bowiem przypuszczać, 
że Pastor taką dziejową im daje kwalifikacyę. Wszakżeż jak zu- 
pełnie innej nabierają wagi różne za różnych papieży fazy sto- 
sunku dziejowego kuryi do Polski, rozpatrywane choćby tylko 
w trzech następujących kierunkach: a) wzajemne stosunki wo- 
bec spraw Europy zachodniej; b) wzajemne stosunki na tle 
spraw Wschodu; c) relacye bezpośrednie o charakterze kościelno- 
politycznym. 

Przypatrzmy się tym stosunkom za papieży, których dzieje 
wypełniły u Pastora tom czwarty. 

Uzyskanie w r. 1519 korony cesarskiej przez młodego króla 
Hiszpanii przesuwało punkt ciężkości polityki Habsburgów na 
Zachód. Zdawało się, że wielkie naprężenie stuletniej rywalizacyi 
o Czechy i Węgry ma się już ku końcowi. Dla Polski nadszedł 
czas stosowny do załatwienia wszystkich spraw, które dotych- 
czas wywoływały zawsze opozycyę ze strony jej rakuskich są- 
siadów. Swobodniejszy oddech, rozluźnienie się więzów gniotą 
cych Jagiellonów, porozumień i przymierzy habsbursko-moskiew- 
skich — to konieczne następstwo tego rzeczy obrotu. 

Jednakże w tym właśnie czasie stanął wobec Polski, wobec 
Zygmunta I problemat nowy, który, nie pozwalając mu zebrać 



Sprawy polskie przed Stolieą apostolską. 323 

OWOCÓW pracy pierwszorzędnego dla Polski znaczenia, walki z Za- 
konem niemieckim, zmusza go do zwrócenia całej swej uwagi 
w kierunku innym. Czynnikiem tym — uderzenie z całym roz- 
machem o bramy chrześcijańskiego świata potęgi tureckiej. Wy- 
sunięcie się Jagiellonów naturalnym zbiegiem okoliczności na 
czoło chrześcijaństwa w walce z tym wrogiem było bezpośre- 
dnim powodem zwrócenia przez Leona X bacznej uwagi w stronę 
Polski i jej króla, jako na jedyną deskę ratunku przed zalewem 
wyznawców proroka. „In Te unum połissimum collocammics non 
solum spes nostraSj sed ełiam copias et rationes constiłuendae sa- 
lutis communis^), et poUicemur Tibi subsidia, ąuae non solum ex 
facuUatibus nostris, sed etiam supra facuUates sunt necessaria^^. 

I szedł istotnie Leon X z całym zasobem środków, które 
mu, pogrążonemu w walce o Włochy, jeszcze do dyspozycyi stały, 
z pomocą Zygmuntowi I, byle go pchnąć jak najsilniej i jak 
najszybciej do walki z Turkami. W imię tej idei skłania go do 
przyjęcia 4-letniego rozejmu z Zakonem, robi starania o przer- 
wanie boju z Moskwą, nie dopuszcza do zawarcia ofiarowanego 
przez Turcyę Polsce i Węgrom pokoju. 

Zadłużony ogromnie 2), oddaje Zygmuntowi I na lat 10 do- 
chody ze świętopietrza w Polsce, na Litwie, Śląsku i Prusach ^). 
Dla przysporzenia mu środków pieniężnych ogłasza po r. 1515 
corocznie odpusty jubileuszowe w Polsce i na Litwie *), oddając 
dochód z nich do dyspozycyi króla. Była to pomoc bardzo wy- 
datna, dochodząca poważnej sumy 15 tysięcy dukatów rocznie ^). 



i) Tak w r. 1515 (Acta Tom. III str. 349, a po śmierci Le- 
ona X podobnież wyraża się koUegium kardynał. (Act. Tom. VI str. 
96): ^Etenim si quisquam hodie inter principes Christianos est, qui 
aetate^ prudentia, rebus gestis ac militaris rei scientia et huius hostis 
notitia huic bello sit praeficiendus, eom Maiestatem Yestram esse, ommes 
fatemur et letamur". 

2) Brever : Letters and papers etc. of Henry VIII. Tom III nr. 
2521 (Hannibal do Wolsey'a de dat. Roma 8/9. 1521), podaje, że 
Leon X ma 700.000 dukatów długu; a na innem miejscu (nr. 2639 
de dat. 12/9. 1521) suma ta podawana jest na 1,000.000 dukatów. 

8) Act. Tom. VI nr. 134. 

*) Act. Tom. VI nr. 128. 

^) Z odpustu jubileuszowego, ogłoszonego w Polsce przez Juliu- 
sza II, otrzymała kurya jako należną jej Ys kwotę 11.788^4 duka- 



324 ^ EoIftnkowBkł. 

O defenzywę, o obronę Europy szło w tej chwili Leonowi X. 
Dążenie to schodziło się zupełnie z interesem dynastycznej 
polityki jagiellońskiej ; zabiegi papieskie musiały znaleźć u Zy- 
gmunta I chętny posłuch. W piersi jego biło zapewne dla 
sprawy chrześcyaństwa serce ze wszystkich współczesnych mu 
monarchów najgoręcej, najbardziej szczerze, lecz dziedziczna 
tradycya, która kazała dbać o Czechy i Węgry, niemniej jak 
o Polskę i Litwę, grała tu rolę główną^). Do walki zaczepnej 
przeciw Turkom byłby się nigdy nie dał porwać, chyba przy 
wspólnem państw europejskich wystąpieniu (co do tego byt 
przekonany, że wyprawa taka nigdy do skutku nie przyjdzie)^), 
lecz stanąć do walki w obronie swych i domu swego dzierżaw 
uważał za obowiązek nieuchronny. 

Ciężkie i trudne było to w owym czasie zadanie. Na kraje 
Jagiellonów, na Europę uderzyła z początkiem trzeciego dzie- 
siątka lat XVI stulecia taka nawała, jakiej od da¥ma już dzieje 
nie widziały. W Polsce cała wschodnia i południowa ściana go- 
rzała wojną, tu z Wasylem, tam z czambułami tatarskimi, za 
którymi w odwodzie stało nad Dunajem wojsko tureckie, gotowe 
w każdej chwili do marszu na północ, po klucz do Polski, Ka- 
mieniec^). Padł Belgrad, klucz do Węgier. Niebezpieczeństwo 



tów, czyli cały dochód wynosił przeszło 35 tysięcy dukat (Schulte: 
Die Fugger in Rom. Urkniiden nr. 31 i 73). Bez wątpienia pochodziła 
także suma 200 (?I) tysięcy dukatów, którą w r. 1522 przywiózł Zy- 
gmunt I z Litwy, z tego samego żródł^i. (Marino Sanuto : Diarii Tom 
33 str. 263). Dla takich zasiłków warto było robić w Rzymie starania 
o ogłaszanie odpustów jubileuszowych jak najczęściej. Fakt, iż Leon X 
szedł w tern królowi zupełnie na rękę, tak dalece, że zrzekał się zu- 
pełnie i części należnej kuryi (Theiner V., Monum. Polon, nr. 420), 
oświetla nam jasno jego stanowisko. Oddanie przezeń i całego świę- 
topietrza, to tylko objaw konsekwencyi w postępowaniu* 

^) Jak pojmował Zygmunt I obowiązki swe dla sprawy chrze- 
ścijaństwa, określił sam to jasno, z przejęciem i niewątpliwie szczerze 
(Act. Tom. ni str. 379): „Ego semper presto me eidem Yestrae San- 
ctitati pro yiribus et supra yires etiam morem in hoc gesturam ut 
rebus christianis afflictis et oppressis opitulari et subvenire possim. 
Quidquid yirium et facultatum in eisdem regnis meis superest, nihil 
recusabo, yitam denigue ipsam paratus efifondere, ut per me aliąuid 
fiat, quod eidem reipublicae christianae bonum, felix, faustum sit fu- 
turum, meoque nomini laudem et gloriam sempitemam paritnrum''. 

2) Act. Tom. VI str. 252. 

8) Act. Tom VI str. 52 i 55. Zygm. I do Ludwika. 



Sprawy polskie przed Stolicą apostolską. 325 

groźne w najwyższym stopniu *). Jagiellonowie pozostawieni sami 
sobie, nie mając nikogo prócz papieża, ktoby chciał i mógt im 
z pomocą pospieszyć, robili jednak o ile mogli przygotowania 
do obrony. „Jesteśmy — pisze Zygmunt I do króla węgier- 
skiego 2) — bardzo zaniepokojeni o całość państwa naszego i nie 
wiemy nawet, w którą stronę winniśmy najpierw zwrócić swe 
siły, czy przeciw Turkom, Tatarom, czy Moskwie. Dołożymy 
wszelkich starań, by z wrogiem naszym — Moskwą — zawrzeć 
pokój lub zawieszenie broni na jakichkolwiek warunkach, byle 
bez hańby i szkody, a natychmiast potem umieścimy na Podolu, 
nad granicą Mołdawii, wojska, które wedle sił i kraju bronić 
i Wołoszczyznę osłaniać będą i nie dopuszczą, by się Tatarzy 
Turkom na pomoc do Węgier wdarli...^. 

Zawrzeć więc pokój z Moskwą, by zwrócić się następnie 
z całą siłą na południe, to myśl działania i polityki Zygmunta I 
w latach 1621 — 1523 % Najżywotniejsze interesy Polski, Wę- 
gier, a przedewszystkiem dynastyi w tym kierunku iść mu ka- 
zały. Przeszkodą najważniejszą wykonania całą siłą, jakby nale- 
żało, planów królewskich, był stan wewnętrznych stosunków tak 
w państwie Zygmunta I, jak i Ludwika. Spory między szlachtą 
a magnatami, między świeckimi a duchownymi, wybuchające 
coraz silniej (zwłaszcza na sejmikach wielkopolskich), polityka 
z dnia na dzień, a raczej zupełny brak jej, u najbliższych króla 
doradców, tonących w swych sprawach prywatnych, jak Szy- 
dłowiecki, — lub prawych i pilnych, lecz bez wszelkich szerszych 
myśli, jak Tomicki ubezwładniały równie stanowczo Zygmunta 
w Polsce, jak współzawodnictwo stronnictw na Węgrzech i Cze- 
chach jego bratanka. To też nie dziwna, że wdzięczność niemałą 
czuł król dla Leona X, jedynego człowieka, który w tych cza- 
sach o ratunku i pomocy dla Węgier poważnie myślał i kroki, 
na jakie mu położenie jego pozwalało, poczynił. Śmierć papieża 
(1. grudnia 1521 r.) była więc dla Zygmunta I stratą istotnie 
bolesną. „Zgon jego napełnił nas niewymownym żalem — mówi 



1) AcŁ Tom. VI str. 54. Zygm. I do Ludwika : „...nos intelli- 
gentes maximum discrimen imminere et regno et dominiis nostris...". 

2) Act Tom. VI str. 52. 

^ W sprawach tych działał Zygmunt I w r. 1521 — 2 osobiście 
na Litwie i jak pisał (AcŁ Tom. VI str. 76) : „...nunc satis negotii 
habemas in pace aut induciis ineundis cum Moscho^ quam ut Mti 
Vstrae commodius adesse possemus''. 



326 L. Kolankowski. 

król 1) — wiemy bowiem, jak bardzo by/ nam w naszem po- 
łożeniu pomocnym" ; na innem zaś miejscu ^) : „Gdy otrzymałem 
wiadomość o śmierci Leona X, ogarnął mię ból tak wielki, że 
brak mi słów do określenia go. Cały bowiem świat chrześci- 
jański najlepszego pasterza, ja zaś i bratanek mój straciliśmy 
w nim drugiego ojca. Albowiem ogromnie szczerze troszczył 
się on o nas, dźwigających na barkach swych całą niezmierną 
nawałę nieprzyjaciół krzyża...". 

Ten hołd złożony pamięci Leona X przez Polskę doszedł 
następcy tegoż, Hadryana VI, jako wyrzut dlań, jako wyraz nie- 
zadowolenia ze strony króla polskiego, z powodu stanowiska 
nowej głowy chrześcijaństwa wobec Polski. Wielka bo też była 
różnica w postępowaniu wobec Zygmunta I tych dwóch na- 
czelników Kościoła. W sprawach wewnętrznych Polski, na polu 
jej stosunków kościelnych, nie padło ze strony Leona X nigdy 
słowo, któreby stało się powodem jakichkolwiek nieporozumień 
lub waśni przyczyną, nie zaszedł fakt, któryby, naruszając pod- 
stawy stosunku Kościoła polskiego do Rzymu i króla, wnosił 
do kraju cośkolwiek niepożądanego dla spokoju i zgody, tak 
bardzo potrzebnej wobec nad wyraz ciężkiej ówczesnej sytuacyi. 
Owszem, zdawano sobie wówczas doskonale sprawę, że ten Me- 
dyceusz na stolicy Piotrowej z natury swego centralnego stano- 
wiska między rywalizującemi o Włochy potęgami Zachodu 
musiał w sympatyach swych zbliżać się najwięcej do silnych, 
poza wirem walk włoskich stojących czynników, w środkowej 
zatem Europie ku stronie Jagiellonów, jako ciągłych jeszcze 
współzawodników Habsburgów na tym terenie 8). Nawet akcyi, 
którą w r. 1521 wszczął Leon X jako pośrednik między Zy- 
gmuntem a Zakonem, nie można uważać za krok na szkodę 
Polski wymierzony. Zainicyował ją Leon X, by rozwiązać raczej 
królowi ręce dla misyi, do której uważał go za jedynie powo- 
łanego, nie zaś z miłości dla Hohenzollernów lub Zakonu. Tych 
bowiem sprawy poświęcał on bez wahania interesowi Polski, 
jeśli wchodziły z nim w kolizyę. Jasnym tego dowodem jest 
z jednej strony cofnięcie w r. 1520 na żądanie Zygmunta kon- 



1) Zygmunt I do kolleg. kard. A. T. VI str. 38. 

2) Zygmunt I do Hadryana VI. A. T. VI str. 130. 

8) Na tej podstawie oparli Węgrzy w r. 1519 kombinacyę prze- 
prowadzenia wyboru Ludwika na cesarza. Zob. X. Liske, Stosunek 
dwoiu polsk. do elekcyi Karola V. Studya 189. 



Sprawy polskie przed Stolicą apostolską. 327 

firmacyi Jana Albrechta na biskupstwo wrocławskie, z drugiej 
oddanie w r. 1521 na propozycyę Polski, wbrew życzeniom 
Zakonu, biskupstwa pomezańskiego kardynałowi de Grassis^). 
Przychylność Leona X dla Polski by/a zupe/nie naturalnym 
skutkiem dobrego zrozumienia przezeń ówczesnego położenia 
politycznego Europy. 

Jakaż więc powstać musiała sytuacya, gdy za następcy 
jego we wszystkich sprawach, jakimikolwiek węzłami z Rzymem 
związanych, zaczęły spotykać Polskę coraz większe trudności, 
gdy rozporządzenia papieskie w wielu najżywotniejszych dla 
kraju kwestyach wprost sprzeczne były z dobrem Polski, gdy 
dekrety kuryi zaczęły dodawać aż nadto wiele materyału roz- 
ogniającej się walce świeckich przeciw duchowieństwu. 

Wrogie stanowisko Hadryana VI, ostatniego Niemca na 
tronie papieskim, wobec Zygmunta I uderza w oczy tem więcej, 
że z początku swych rządów (obrany 9. stycznia 1522) najwięcej 
uwagi poświęca sprawie, która bez współudziału Polski nie 
mogła być rozwiązaną. „O niczem innem nie myśli teraz ojciec 
Św. — pisze ambasador wenecki Gradenigo^) — jak o walce 
z Turkami. Z ogromnem zaniepokojeniem śledzi losy Węgier, 
o Rodos drży. Nie wątpi, że Turcy uderzą później na Rzym. 
Nosi się z myślą zjednoczenia państw chrześcijańskich przynaj- 
mniej na trzy lata dla walki z Turkami" ^), Wielka wogóle część 
akcyi dyplomatycznej Hadryana VI obraca się około myśli anti- 
tureckiej wyprawy. Już w maju 1522 zapewnia on Wolsey'a*), 
że w tym kierunku zwróci swe usiłowania. Zaledwie zaś przy- 
był do Rzymu, stawia na pierwszym konsystorzu (1. wrze- 
śnia 1622) sprawę Węgier i Rodos jako naczelne zadanie i obo- 
wiązek kuryi ^) i śle na wszystkie strony posłów, by wyjednać 



1) Zob. Seriptor. rer. pol. t. XV nr. 39. — Voigt : Gesch. Pr. IX 
647 w nocie 2 podaje sygnaturę listu prokuratora Zakonu w Rzymie^ 
Dr. G. Bascha, w którym donosi, że Leona X popchnął do tego £. 
Ciołek. 

2) M. Sanuto : Diarii t. 34 str. 201 i Alberi Relationi degli 
ambasc. venet. S. II vol. HI str. 74. 

^) Zygmunt I otrzymał pierwszą relacyę o Hadryanie od Dan- 
tyszka z Antwerpii 10. września 1522. Rkp. Muz. ks. Czartoryskich 
274 f. 25. 

Brewer: Letters and pap... t m nr. 2298. 

Kod. Barber. lat. 2878 f. 165: „Stmus Dnus Nter fecit ver- 
bnm de iostitia et de moribus curiae reformandis, hortando Rmos 



? 



328 ^* KoIankoTTski. 

wspófdziatanie w tym kieranku państw chrześcijańskich^). Usiło- 
wania jego w celu zrealizowania tej myśli są wielkie i szczere, 
niestety wszystkie bezskuteczne. Niepowodzenia na tern polu 
spotkały go pierwszego dnia po objęciu rządów, przyczem am- 
basador polski w Rzymie, Ciołek, odegrał wcale ciekawą, osta- 
tnią w swem życiu polityczną rolę. 1. września 1522 roku na 
zebraniu posłów cesarskiego, francuskiego, angielskiego, pol- 
skiego i weneckiego zażądał Hadryan VI, by państwa ich udzie- 
liły co rychlej pomocy oblężonej wyspie Rodos. W dyskusyi go- 
dzili się wszyscy, że misyę tę powinna spełnić Wenecya, ma- 
jąca 50 okrętów gotowych do boju. Ambasador angielski po- 
stawił nawet formalny w tym kierunku wniosek. Zdawało się 
już, że pierwszy apel papieża znalazł posłuch. Ale zwykły objaw 
taktyki państw europejskich, zdających walkę z Turkami na 
morzu Wenecyi, na lądzie Polsce, wywołał tym razem silny 
protest ze strony przedstawicieli tych mocarstw. Poseł polski 
stanął na stanowisku 2) nieodzownej potrzeby akcyi wspólnej; 
Wenecya sama bez narażenia swoich interesów do walki sta- 



Dnos, ut iuyarent Sanctitatem Suam consilio et opibus tam in refor- 
matione Curiae, quam in suppetiis ferendis regi Hungariae et magno 
magistro Rodi, ostendens Sedem apostolicam magno aere grayatam 
ob bella et discordias Principum, quae superioribus annis yiguenmt, 
et non posse ea auxilia mittere, quae sibi in animo esset ob inopiam 
Sedis apostolicae et Regi et magno Magistro Rodi, qui semper fueront 
yalidissima propagnacula Christianoram, rogans, Reyerendissimos Do- 
minos, ut cogitarent aliqaem modom inyeniendi pecunias, ut posset 
praesentibus necessitatibus subyenire^'. 

i) Brewer Letters and papers... t. III nr. 2509, 2849, 3107. 

2) M. Sanuto : Diarii 35 str. 114, Mowa Ciołka: Wenecyanie 
nie mogą pospieszyć z pomocą, ponieważ mają wiele posiadłości gra- 
niczących z krajami cesarza tureckiego ; skoroby tedy okazało się, że 
są jego wrogami, natychmiast uderzyłby na Cypr, Kandyę, resztę 
Grecyi, Dalmacyę i byliby w tej wojnie na własne siły skazani. Lepiej 
tedy będzie, by państwo to zachowało swe siły aż do czasu, kiedy 
będzie mogło złączyć je z potęgą państw innych. W obecnem poło- 
żeniu winni raczej pospieszyć z odsieczą papież, cesarz, arcychrze- 
ścijański król, królowie Anglii i Portugalii ; wszyscy oni mogą wysłać 
floty, nie narażając w walce z Turkami swych posiadłości. — Bez 
wątpienia postąpił tu Ciołek w myśl stanowiska i zapatrywania Zy- 
gmunta I na tę sprawę. Wenecya nie zapomniała o przysłudze od- 
danej miastu przez Ciołka i gdy przyszła wieść o jego śmierci, se- 
kretarz Signorii poświęcił kilka wdzięcznych wyrazów jego pamięci. 
M. Sanuto: Diarii 33 str. 449. 



Sprawy polskie przed Stolicą apostolską. 329 

nąó nie może. Po przemówienia Giofka odmówif Gradenigo 
wprost żądania papieża. Plan Hadryana apadf. Rodos pozba- 
wiona odsieczy padfa. Cała awaga Hadryana skierowana ka 
Węgrom. Jaż po pierwszem posłuchaniu, udzielonem 4. września 
1522 r. postom Ludwika, wysyła legatów do wszystkich państw 
chrześcijańskich celem skłonienia ich do wspólnej Węgier obrony. 
W Polsce bawił w tych sprawach legat Niger, który otrzymał 
tak ze strony Zygmunta I, jak Ludwika pełnomocnictwo do pod- 
jęcia w ich imieniu odpowiedniej akcyi na dworach panigą- 
cych 1). 

W r. 1523 usiłowania papieża są daleko gorliwsze. Na 
konsystorzu z dnia 11. lutego 1523 postanowiono wysłać co 
prędzej któregoś z kardynałów ze znacznemi subsydyami pie- 
niężnemi do Ludwika^). 23. lutego mianowany legatem kardynał 
Colonna^), a równocześnie bulla papieska głosi światu trzy- 
letni pokój. Gharakterystycznem jest, że w tej właśnie chwili, 
gdy akcya zaczynała wchodzić w fazę bardzo poważną, gdy 
Zygmunt! oświadczał, że do wojny jest prawie przygotowanym*), 
pojawiają się ze strony Habsburgów usiłowania, mogące raczej 
zniweczyć, niż zorganizować wyprawę. W połowie marca 1523 
postawili posłowie Ferdynanda na posłuchaniu u Hadryana VI, 
w obecności posłów węgierskich następujące postulaty : 1) kurya 
płaci na koszta wyprawy jednorazowo z góry 300 tysięcy du- 
katów, następnie zaś przez cały przeciąg wojny po 100 tysięcy 
miesięcznie; 2) upoważnia legata do sprzedaży nieruchomych 
dóbr Kościoła na Węgrzech; 3) wodzem naczelnym wyprawy 
mianuje Hadryan Ferdynanda^). Były to żądania, przewyższające. 



1) M. Sanuto: Diarii 35 str. 113, 147. 

2) Kodeks Barberin. lat. 2878 f. 176. 
8) Ibid. f. 178. 

^) Rkp. Ossol. 958 f. 857 : „Na to zawarł zawieszenie broni 
z Albr., zawarł pokój z Moskwą, pozyskał za znaczną sumą Tatarów". 

5) Bibliot. Yittorio Emanuele, Rkp. 269 f. 224: „XXni Martb 
1523. Sanctissimos Dominus Noster narravit cpiod legati principis 
Ferdinandi et Regis Hungariae in rem expeditionis contra Turcos 
longe plura petebant, quod centena yires Sedis Apostolicae cupiebatur, 
nunc habere ter centena milia aureornm, et deinde singulis mensibus 
centena milia. 2^ petebant, nt darentnr ampliores facultates Rmo Dno 
legato de yendendis bonis immobilibus ecclesiae ad istam expeditio- 
nem contra Turcos. 3^, ut Sedes Apostolica propter discordias prin- 
cipimi in illis regnis eligeret imperatorem et ducem belli et ipsi pe- 



330 ^- Koiankowskl. 

jak się wyraził papież, stokrotnie środki i zasoby Stolicy apostoł. 
Skarb kuryi nie podołałby im. Ledwie, że po długiej naradzie 
uchwalono przesłać do Węgier za pośrednictwem legata 50 ty- 
sięcy dukatów. Na sprzedaż dóbr kościelnych nie zgodziło się 
koUegium ; wybór naczelnego wodza przekazano, mimo że ta 
sprawa od dawna już była załatwioną, możnym panom wę- 
gierskim. 

Atoli legat, kardynał Colonna, długo zwlekał z wybraniem 
się w drogę, a wreszcie zrzekł się tej misyi. Wszystko pozostaje 
więc w zawieszeniu aż do otrzymania 21. kwietnia 1523 listu 
Zygmunta I z wiadomością^), że Turcy gotują się do marszu na 
północ. Nie pozostawało już wiele czasu do namysłu. 8. maja mia- 
nuje papież legatem do Węgier kardynała Campegia^), a gdy i ten 
zrzekł się tego zaszczytu, powierzył misyę węgierską Caietanowi ^). 
Przygotowanie sumy 60 tysięcy dukatów zajęło jednak znowu sporu 



tiverant principem et Infantem Ferdinandnm, qai licet esset bonae 
indolis et pmdentiae snpra aetatem, tamen Sanctitati Suae non yide* 
batur sufficientis experientiae in tam gravi expeditione. DixeraQt qiiod 
Hungari habebunt 50 milla equitum, pedites exspectabunt a Bohemis, 
qiua in Hungaria non erant boni pedites. Adduxerant exempla aliomm 
Pontificum qai ingentem summam pecuniae miserant ad Hungaros... 
Reverendissimi Dni Cardinales dixerunt, quod Apostolica Sedes non 
poterat onns tanti belli sola sufferre et Pontifex Paulus II miserit 
centena milia in expeditionem contra schismaticos Bohemos, cum ad 
Sedem Apostolicam non spectat haereses tolerare. Sed haec expeditio 
tangebat rem principum. Satis erat si daretnr 50 milia in similem 
expeditionem. Reverendissimus Sanctorum 4 dixit, quod hoc bellum 
sine magna pecimia effici non possit, cum Turcae longe maiores co- 
pias colligent audita legati profectione et vanam esse eorom senten- 
tiam, qui existimabant cum 30 vel 50 millia aureomm legatum pro- 
ficissi posse. Columna doluit, quod nemo habuerit sui rationem, nisi 
Sanctorum 4. Facultates remiserant arbitrio et prudentia Domini 
legati (t. j. Colonny). De Imperatore eligendo plnres convenerant in 
personam Domini Sigismundi Poloniae regis propter aetatem et rei 
militaris experientiam. Tum ąuia res erat plena odiis existimarunt 
remittendam esse ad proceres illius regni, ne si aliąuid importune 
acciderit, culpa Sanctissimi Domini Nostri et Sedis Apostoł, reiceretur". 

1) Bibl. Vittor. Emanuel. Rkp. 969 f. 235: „Die Sabbati 21. 
Apńl 1513. Sigismundus rex Pol. per litteras sigai£icavit Dno Nostro 
et Sacro CoUegio Turcam 300 nayigia extruxisse ut averso Danubio 
Hungaros invaderet". 

2) Bibliot. Vittor. Eman. Rkp. 269 f. 235. 
8) M. Sanuto 34 str. 149. 



Sprawy polskie przed Stolicą apostolską. 381 

czasa, tak, że de Vio wyjechał z Rzymu dopiero 1. lipca-), 
a w drugiej potowie sierpnia stanąt w Budzie ^). Równocześnie 
przyszła do Rzymu wieść, że Polska zawarła z Turcyą pokój ^). 

Jaki żal niezmierny musiał czuć wówczas Hadryan VI do 
króla polskiego? Ten krok Zygmunta I niweczył jedno z naj- 
piękniejszych jego marzeń i pragnień, burzył mu ideał, dla któ- 
rego jedynie gotów był dźwigać za ciężkie dlań brzemię naj- 
wyższego dostojeństwa chrześcijańskiego świata. 

Jedyna zatem sprawa, co do której przez czas jakiś pano- 
wało porozumienie między Krakowem a Rzymem, zaczęła się 
i skończyła silnym dysonansem. O wiele gorzej przedstawiają 
się wypadki w dziedzinie polsko-rzymskich stosunków kościeK 
nych. W tej dziedzinie dwuletnie rządy Hadryana VI były 
epizodem, prawie wyjątkowym. Wzburzenie bowiem tychże re- 
lacyi za Kazimierza Jag. było z jednej strony objawem po- 
wszechnego europejskiego w tym kierunku prądu, z drugiej wy- 
nikiem potężnie wezbranych fal młodego, pełnego życia pań- 
stwowego Polski organizmu, występigącego wobec kuryi zaborczo 
i zdobywającego sobie od niej szereg praw i przywilejów na 
rzecz królewskiej władzy. Najważniejszem było uzyskanie przez 
króla prawa obsadzania stolic biskupich. Stało to w ścisłym 
związku z rozwojem polskich instytucyi rządowych, mianowicie 
senatu. Należenie każdego biskupa do senatu wykluczało raz na 
zawsze możliwość zależności ich nominacyi od kogoś innego, 
poza czy ponad królem stojącego. Od tego czasu stopień bez- 
pośredniej zależności Kościoła polskiego od papieża pozostawał 
przez lat kilkadziesiąt dość luźnym. Za Leona X w silnie nad- 
werężonej twierdzy nowe czyniono wyłomy, nowe robiono zdo- 
bycze*). Okres Hadryana VI to czas, w ciągu którego zaznacza 
się dążenie kuryi w kierunku przeciwnym, w kierunku nieuzna- 
wania dotychczasowego stanu rzeczy i zajęcia wobec Polski 
stanowiska niekrępowanego żadnemi zobowiązaniami. Takie sta- 
nowisko papieża, posuwającego się konsekwentnie aż dó kasaty 
dotychczasowych Polski przywilejów i nabytków^), jest wśród 



1) Bibliot. Yittor. Eman. Rkpp. 269 f. 236. 

2) M. Sanuto D. 34 str. 399. 
8) Act. Tom. VI Nr. 229. 

*i Alternatywy, „legatus natus". 

^) N. p. alternatyw biskupich, Teki Naruszewicza nr. 35. str. 
787 i Rkp. Czarter, nr. 273 f. 173. 



KirurtalDik bistoryezny XZII-S/3. 



g32 ^- Kolankowski. 

Ówczesnej, tak groźnej dla papiestwa sytuacyi tern bardziej za- 
stanawiającem, i£ nie było ono częścią podobnego postępowania 
wobec wszystkich państw. Bynajmniej! Jeśli o Leonie X po- 
wiedziała faistorya i), 2e bez skrapułu pogrzebał ideę, dla której 
Grzegorz Vn świat cały poruszył, to o Hadryanie VI można, 
mając na awadze wydacie przezeń zupełne Kościoła w Hiszpanii 
w ręce królewskie, dodać, iż grób tej idei ciężkim przywalił 
głazem. 

Eolizya, w jaką popadł Hadryan VI, starając się z jednej 
strony o pozyskanie Zygmunta dla świętej ligi, z drugiej zajmując 
wrogie stanowisko wobec spraw czysto wewnętrznych, kościelnych 
i interesów Polski w dziedzinie stosunków z Europą zachodnią, 
staje się po części zrozumiałą, skoro zwrócimy uwagę na skreślony 
w memoryale kardynała Egidiusa z Viterbo program jego rządów. 
W memoryale^) tym omawia Egidius przyczyny złego stanu ówcze- 
snego Kościoła i podaje sposoby reform. Według niego najgorszem 
złem jest: 1) sposób rozdawania beneficyów, 2) zupełna utrata 
przez kuryę wskutek konkordatów wpływu na obsadzania wy- 
sokich urzędów kościelnych, 3) nadmierne szafowanie odpustami. 
Należy tedy : 1) cofnąć wszystkie wielkie przywileje odpustowe, 
2) odzyskać prawo obsadzania stolic biskupich, 3) mianować 
ludzi znanych sobie. W zakresie zewnętrznej polityki winien 
papież: a) wziąć w opiekę króla Węgier (w myśl testamentu jego 
ojca) i wysłać doń legata, b) pogodzić króla polskiego z w. 
mistrzem Albrechtem, c) do walki z Turkami pozyskać Moskwę. 
We wszystkich powyższych punktach dotykał ten program spraw 
Polski, a dzieje stosunku Hadryana VI do Zygmunta I wskazują, 
że w wielu wypadkach postępował papież zgodnie z programem 
Idziego ^. 

Zatarg, jaki wybuchł między Polską a Rzymem na polu ko- 
ścielnem miał za podstawę negatywne stanowisko Hadryana VI 
wobec wszystkich przyznanych już za Leona X Polsce, kró- 
lowi i episkopatowi praw i przywilejów. Pierwszym powodem 



^ 



L. V. Rankę: Die r($m. Pftpste I 26. 

Fr. Aegidii Viterbi... promemoria ad Hadrianum VI. Denk- 
schriften der k. bayrischen Acad. f. 20. Analecten zur Geschichte 
Deutschlands und Italiens edid. HCfler str. 78. 

^) Hadryan umiał ocenić trafność uwag Egidiusa i niedługo po 
przybyciu do Rzymu dał mu — jedynemu z pośród kardynałów — 
600 dukatów rocznej phicy. M. Sanuto Diarii t. 33 str. 449. 



Sprawy polskie przed Stolicą apostolską. 333 

nieporozamienia była sprawa obsadzenia biskupstwa płockiego 
po śmierci Ciołka. Postępowanie papieża w tej sprawie wywo- 
łało u Zygmunta I rozgoryczenie tern większe, że on ze swej 
strony od początku oświadczał z wielką uniżonością papieżowi 
w obedyencyach, przesyłanych na ręce Ciołka^), Dantyszka^, 
wreszcie po raz trzeci w październiku 1522, dziecięce niemal 
oddanie, zapewniając, że^): „według zwyczaju przodków i po- 
przedników będzie zawsze bronił wspólnej sprawy przed grożą- 
cemi jej niebezpieczeństwami, a przyrzekając otaczać świętą Sto- 
licę jak dotychczas, tak i nadal zwykłą swą uległością i czcią, 
będzie zawsze oddanym Jego Świętobliwoścl jako najłaskawszemu 
ojcu i panu, któremu tak siebie, jak i swego brattoka... w opiekę 
oddaje^. 

Nie wiedział jeszcze wtedy Zygmunt, jak wypadły pierwsze 
kroki tej opieki nad nim, nie wiedział, że papież, rozporządzając 
samowolnie wbrew konkordatom katedrą płocką po śmierci 
Ciołka, wszczynał z Polską ciężki i przewlekły spór o prawo 
nominacyi biskupów. Spór ten, skomplikowany nadto przez osobę 
nominata papieskiego, Jana Albrechta Hohenzollerna, wypełnia 
prawie cały czas pontyfikatu Hadryana VI i nadaje ton polsko- 
rzymskim stosunkom. 

Papież nie uznaje żadnych zobowiązań swych poprzedni- 
ków, ograniczających jego wpływ na nominacyę biskupów, nie 
uznaje konkordatu leonińskiego i chociaż zmuszony politycznymi 
względami ustąpił wreszcie i potwierdził nominata królewskiego, 
Rafała Leszczyńskiego, to jednak przysłanie breye konfirma- 
cyjnego uczynił zawisłem od składania sobie z Polski znacznie 
podwyższonych annat^). Ponieważ ze strony polskiej na to się 



1) Acta Tomiciana VI nr. 119. 
A Ibidem nr. 93. 
^ Ibidem str. 130. 

^ W I-szej połowie XVI w. składali biskupi polscy tytułem 
taksy i annat następujące kwoty : 

flor. 



Płock 


taxa 


2000 


flor.. 


redditus 


6000 


Przemyśl 


91 


150 


n 


n 


600 


Warmia 


ft 


400 


D 


w 


1000 


Kamieniec 


U 


33 


9) 


r. 


100 


Kraków 


Y) 


3000 


n 


fi 


? 


Poznań 


fi 


4000 


n 


n 


3000 


Wilno 


99 


50 


n 


n 


600 


Kijów 


7) 


33V2 


! w 


19 


30 



334 L. Kolankowski. 

nie zgodzono, cofną/ papież swe potwierdzenie, a sprawę całą 
w myśl żądań Zygmunta I załatwił^) dopiero 10. czerwca 1524 
Klemens VII. 

Nie tylko sprawa o następstwo po Ciołku zadzierzgnęła 
węzeł zatargu między Polską a kuryą. Z pamięcią jego łączyły 
się trzy inne sprawy doniosłego znaczenia, które na szali obo- 
pólnego tych dwóch czynników stosunku poważnie ważyły. 
Uzyskał swego czasu Erazm u Leona X oddanie Polsce na 
jej potrzeby świętopietrza z polskiej prowincyi kościelnej 
na przeciąg lat dziesięciu. Za zgodą króla objął także Erazm 
kollektorstwo. Nadto wyjednał całoroczny odpust, 
z którego dochód także do kasy króla miał wpłynąć. Te trzy 
nabytki zapewniały Zygmuntowi poważny zasiłek. Atoli bulla 
Leona X w sprawie odpustu przyszła do Polski już po śmierci 
papieża, wskutek czego jako nieważnej nie można jej było 
ogłosić^, bulli zaś oddającej mu świętopietrze nie miał Zy- 
gmunt I wcale w ręku i nawet nie wiedział, gdzie się znaj- 
duje. Doniósł był wprawdzie Erazm, że znalazła się wśród pa- 
pierów Leona X3), lecz ze śmiercią biskupa płockiego i wieśó 
o niej zaginęła. Zygmunt I nie daje jednak za wygraną; pragnie 
bullę koniecznie odnaleźć. Udaje się z tem do ludzi, przed któ- 
rymi otwierały się wszystkie zamki, poleca szukać jej Fuggerom 
i nie żałować na to kosztów^). Sądził, że jest wśród papierów 
Erazma, lub w rękach któregoś ze sekretarzy Leona X. Naka- 
zywał jednak jak najściślejszą tajemnicę przed kardynałami ; ci 
nie dopuściliby do potwierdzenia jej, jako umniejszającej do- 
chody kuryi. W razie niemożności odszukania bulli polecał 
Zygmunt I Fuggerom wyrobić za wszelką cenę ^) dla Tomickiego 
nominacyę na koUektora świętopietrza w Polsce. Oddanie tego 
urzędu biskupowi polskiemu wogóle, a w szczególności Tomi- 
ckiemu, było dla króla sprawą wielkiego znaczenia. Dotychczas 
sprawowali tę funkcyę wielekroć biskupi poznańscy, czasem 



1) Rkp. Czartoryskich 273 f. 159 i Teki Naruszewicza 36 f. 789. 

2) Act. Tom. VI str. 136. 

8) Act. Tom. VI str. 147. Po śmierci Leona X wszystkie do- 
kumenty tegoż w dziwny sposób zginęły ; wkrótce znalazła się częSć^ 
między innymi bulla dla Polski. 

*) Ibid. str. 147. 

6) Act Tom. VI str. 147. 



Sprawy polskie przed Stolicą apostolską. 335 

inni, lecz zawsze broniono jej jak najenergiczniej przed cudzo- 
ziemcami. I teraz domaga się król od Hadryana VI, by oddal 
ten urząd Tomickiemu, biskupowi poznańskiemu, „nie zaś komu 
innemu ; ten bowiem, dzięki poważaniu^ jakiem się w kraju cieszy, 
będzie go sprawował z większą korzyścią dla Waszej Świąto- 
bliwości, niźli kto inny" ^). W tym samym liście z 27. paździer- 
nika 1522 prosif król o potwierdzenie nadanego przez Leona X 
odpustu. Ale i starania Fuggerów i prośby Zygmunta nie od- 
niosły skutku. 1. stycznia 1523 zawiadamia Hadryan YI Zy- 
gmunta, że urząd koliektora oddat prałatowi włoskiemu, odpust 
zaś zmodyfikował do 6-ciu miesięcy. „Małej więc wagi* były 
prośby króla. „Czy przyjmiemy tę łaskę (skrócony odpust), nie 
wiemy jeszcze ; mało bowiem szacunku ma dla nas Wasza Świą- 
tobliwość, a i ludzie nie bardzo się już na tego rodzaju od- 
pusty oglądają. Było go nam wprawdzie potrzeba, ze względu 
na konieczność wzmocnienia twierdz granicznych; ale skorośmy 
je dotychczas bez przyczynienia się Stolicy apostolskiej od nie- 
wiernych obronili, to przy boskiej pomocy i na przyszłość temu 
podołamy. Co się zaś tyczy kollektorstwa, to ponieważ Leon X 
oddał nam je na lat 10, niema potrzeby, by Wasza Świątobli- 
wość naznaczała do zbierania go nam nieznanych i nieobecnych 
tu swych pupilów. Przez swych kollektorów zbierzemy je sobie 
daleko lepiej i dokładniej^ ^). Ta niezwykle silna, dobitna odpo- 
wiedź króla na postępowanie papieża, przesłana na ręce kardy- 
nała de 6ra3sis,nie zwróciła papieża z raz obranej drogi. Owszem, 
idąc konsekwentnie dalej, cofnął nadany przez Leona X ^) bi- 
skupom polskim przywilej wolnego rozdawania wakigących 
w miesiącach nieparzystych beneficyów. Sprawa tych t. z. alter- 
natyw wyłoniła się dopiero pod koniec rządów Hadryana VI, 
gdy z kasaty owej zrobił użytek, oddając prałatowi włoskiemu 
dziekanat płocki, opróżniony w miesiącu biskupim. Dla przy- 
wrócenia porozumienia z Polską był zmuszonym Klemens VII 
usunąć zarządzenia swego poprzednika. 15. lutego 1524 miano- 
wał Klemens Tomickiego kollektorem *), który zobowiązał się 



1) Act. Tom. VI sir. 135. 

2) Act. Tom. VI str. 207. 

^) Brzeziński: O konkordatach stolicy apost. z Polską. Roz- 
prawy Akad. umniej. t. XXX Dod. I. Bulla z 1. lipca 1519. 
*) Theiner, Mon. Pol. II str. 413. 



336 ^^- Kolankowski. 

składać corocznie w ręce koUektora mianowanego jeszcze przez 
Hadryana VI 100 dakatów tytułem świętopietrza z Polski^). 
Reszta szła na potrzeby kraju. Zatwierdził także Klemens VII 
bullę Leona X z całorocznym dla Polski odpustem, a w roku 
1625 przywrócił biskupom Polski przywilej z 1. lipca 1619 r. 2). 
W jednej sprawie zachowywali się wszyscy papieże, za 
których się ona wyłaniała, z wielką wobec Polski rezerwą. Była 
to sprawa z Zakonem w Prusiech. Tak zwany „wieczny pokój" 
oczekiwał już dziesiątki lat potwierdzenia papieskiego ; wszystkie 
zabiegi o nie u Leona X ze strony Ciołka umiał Zakon spara- 
liżować. Zdawało się, że wojna z r. 1520 uczyni potrzebę po- 
twierdzenia papieskiego zbyteczną. Przy końcu maja 1520 r. 
pisze król do Ciołka^), by się już o nie nie starał^); niedługo już, 
a będzie koniec tej tragedyi, wtedy zaś trzeba będzie potwier- 
dzenia innego pokoju, jeśli wogóle jaki do skutku przyjdzie. 
Zakon miał być zupełnie usunięty^). Pośrednictwo Leona X 
uratowało mu chwilę istnienia. W ciągu zawartego 7. kwietnia 
1521 czteroletniego zawieszenia broni miał sąd polubowny, 
z Karolem V na czele, kwestye sporne rozstrzygnąć. Rok już 
upłynął od czasu podpisania rozejmu, a sąd się jeszcze nie 
zebrał. To też, gdy cesarz po wiosennym sejmie w Norymberdze, 
wzywany zawikłaniami we Włoszech, do Hiszpanii się wybierał, 
oddał załatwienie sporu Zakonu z Polską sejmowi Rzeszy, swoje 
zaś miejsce bratu Ferdynandowi, poleciwszy mu pilnie baczyć, 
by Zakon szkody jakiej nie doznał. Jego bowiem niepowodzenie 
jest klęską państwa^ ^. Taki obrót rzeczy, owoc zabiegów mar- 
grabiego Jana, był dla Polski w najwyższym stopniu niepożą- 
dany. Na sąd polubowny w takim składzie, jak go określały 
układy z 1521 r., godził się Zygmunt, na oddanie rozstrzy- 
gnięcia rządowi Rzeszy — nigdy. Jedzie więc Dantyszek do Ka- 



1) Teki Naruszew* 36 f. 523. 

^) Brzeziński: O konkordat. Dod. 2. Bulla z 1. grudnia 1525. 

3) Act. Tom, V str. 253. Por. Lukas : E. Ciołek 71. 

^} Taka insbrukeya była dyplomatycznym błędem ; nigdy łatwiej, 
jak właśnie wówczas, w czasie klęsk Zakonu, byłby Leon X nie uznał 
pokoju toruńskiego. 

^) Act. Tom. VI str. 180: „Statuimus hunc ordinem continuo 
bello premendum et exterminandum'^ 

^) Publicat. aus d. preuss. Staatsarch. t. 61 nr. 55. 



Sprawy polskie przed Stolicą apostolską. S87 

rola V z zadaniem uzyskania cofnięcia owego rozporządzenia^). 
Nie zastał już cesarza w Niemczech; w lipcu był już Karol V 
w Hiszpanii, skąd jeszcze raz 24. października zawiadomił^) 
króla o oddaniu sprawy „Reichsregimentowi^; Dantyszek jedzie 
do Hiszpanii. Nie szczędzi Zygmunt kosztów, byle uchylić motli- 
wość wmieszania się do tej sprawy Rzeszy. 

Na tem tle zrozumiemy usposobienie i położenie króla, 
gdy otrzymał wydaną 9. września 1522 bullę Hadryana VI, na- 
kaziąjącą mu poddać się sądowi Rzeszy^). „Ponieważ cesarz, 
udając się do Hiszpanii, oddał załatwienie tego sporu swemu 
zastępcy, książętom i stanom niemieckim, zebranym teraz w No- 
rymberdze, nakazujemy — pisał Hadryan — Waszej Królewskiej 
Mości, wysłać na sejm ten posłów swych, którzyby przyjęli 
i zaprzysięgli warunki pokoju między Tobą a Albrechtem przez 
stany Rzeszy wraz z posłami króla Ludwika ułożone". Tegoż 
dnia polecił papież w osobnem brewe sprawę Albrechta, »wy- 
szczególniąjącego się przed innymi książętami swą żarliwą 
wiarą" *), Ferdynandowi ^)y Ludwikowi^) i legatowi swemu Fran- 
ciszkowi Cherigiati. 

Zygmunt I nie odpowiedział wcale na to wezwanie, które 
mimo to nie pozostało jedynym krokiem Hadryana VI na korzyść 
Albrechta zrobionym. I listy jego do króla i królowej i legat 
Tomasz Niger z początkiem a Caietano z końcem roku 1523 
w tym kierunku robią zabiegi; ostatni na zjeździe Ferdynanda, 
Ludwika i zastępcy Zygmunta I E. Szydłowieckiego, w listo- 
padzie 1523 w Preszburgu tak się około tej sprawy krzątał, 
że robiło to wrażenie — jak się wyraził Ludwik w liście do 
Albrechta "O — Jakoby tylko w tym celu został przez kuryę 
wysłany". Nie na wiele jednak przydały się wszystkie wysiłki 
papieża. Polska pozostała wobec nich zupełnie bierną; stwier- 



1) Porównaj : L. Finkel : Poselstwa J. Dantyszka str. 26 nota 3 
i Hirschberg: Przymierze str. 20 nota 3. 

^ Poblicationen aus d. preuss. Staatsarch. t. 61 nr. 70. 

8) Act Tomic. VI str. 129. Do Polski przywiózł ją legat pap. 
do Szwecyi, Joannes Gothus (Abr. 6zovias : Annal. ecdesiast. t. XIX 
str. 484). 

^) Pttblicat. aus d. preuss. Staatsarch. 61 nr. 81. 

5) Ibid. nr. 61. 

«) Ibid. nr. 63. 

7) Teki Narusz, t. 36 f. 626. 



338 L. Kolankowski. 

dził to najlepiej prokurator Zakonu w memorandum i) wnie- 
sionem w r. 1524 przed Klemensa VII: ^,Et licet felicis re- 
cordationis Hadriantis papa VI praefałum Sigismundum regem 
diversis et variis litteriś in forma brevis pateme et diligenter in- 
terpellavent et monuerit, tit concordiam cum Magno magistro fa- 
ceret, Rex tamen hucicsgue distuUt et eis non respondW^, 

Zawarty między Zygmuntem I a Albrechtem pakt sekula- 
ryzacyi Prus był dla Klemensa VII ciężką niespodzianką. Dawny, 
jako kardynał Medici, gorący opiekun Albrechta zawiódł się papież 
i osobiście sromotnie na swym pupilu, zawiodła się i kurya na 
„wyszczególniającym się swą żarliwą wiarą w. mistrzu". I tej 
okoliczności, temu poczuciu u kuryi skompromitowania się swem 
mecenasowstwem przypisać należy, zdaniem naszem, to zrezygno- 
wanie, z jakiem tam przyjęto do wiadomości memoryał Krzy- 
ckiego, objaśniający fatalny krok króla polskiego. Zrozumiano 
w Rzymie, że dalsze dyplomatyczne traktowanie tej sprawy nie 
zda się ha nic, że co najwyżej wywoła nowe oskarżenia Stolicy 
apostolskiej, bo niczem innem właściwie memoryał Krzyckiego 
nie był; zadowolono się zatem platonicznem uznaniem pretensyi 
nowych w. mistrzów Zakonu do opanowanego przez Albrechta 
terj^oryum. 

Poza tą naczelną kwestyą polsko-krzyżacką, wobec której 
stanowisko kuryi regulowane było względami na cesarza, istniał 
cały szereg spraw innego rodzaju, dających papieżowi większą 
samodzielność w decyzyi. Do takich najeżało między innemi 
obsadzenie biskupstwa pomezańskiego. 

W czasie wojny w r. 1520 zajęły wojska polskie stolicę 
biskupstwa pomezańskiego, Riesenburg. Kiedy w rok potem umarł 
dotychczasowy biskup Job, zaproponował arcybiskup Łaski Al- 
brechtowi odstąpienie zupełne tego biskupstwa Polsce w zamian 
za przemyskie. Propozycyi tej Albrecht nie przyjął. Zwraca się 
więc król do kardynała A. de Grassis, przychylnego Polsce jej 
protektora, radząc mu, by starał się u Leona X o oddanie tego 
biskupstwa sobie. Istotnie na kilka dni przed śmiercią mianował 
Leon X kardynała de Grassis biskupem pomezańskim, a w sty- 
czniu 1522 objął tenże przez pełnomocnika swego biskupstwo 
w posiadanie^), Albrecht i Zakon nie mogli i nie chcieli po* 

1) Kodeks Vatic. latin. nr. 6197 f. 315. 

^) Porów. Pablicat. aos d. preuss. Staatsarch. t. 61. Einleitang 
str. 24. 



Sprawy polskie przed Stolicą apostolską. 339 

zwolić na narzacanie sobie przez Polskę bisknpa, którego dye- 
cezyi część większa w ich zresztą ręku się znajdywała. Dlatego 
wysławszy odpowiedni protest do Rzymu, oddał w. mistrz dye- 
cezyę w zarząd biskupowi sambijskiemu, Polentzowi. Sprawa 
pozostała w zawieszeniu. W Riesenburgu i w miejscowościach bę- 
dących w rękach polskich rządził pełnomocnik kardynała, 
w innych Polentz. Za przybyciem Hadryana VI do Rzymu zmie* 
niła się sytuacya. Wskutek starań braci Albrechta i prokuratora 
Zakonu, Dra Buscha, jako też na żądanie cesarza ^) polecił papież 
kardynałowi Gampegio zbadać prawa de Grassisa do biskup- 
stwa^). Użalił się na to de Grassis przed królem; Zygmunt I 
i na to znalazł radę. ^^Zrób biskupa chełmińskiego administra- 
torem dla spraw duchowych w swej dyecezyi, a my ci ją już 
utrzymać potrafimy* ^). Gdy wkrótce Hadryan VI umarł, a w dwa 
miesiące po nim Achilles de Grassis zapronował Zygmunt 1 
objęcie tego biskupstwa bratankowi zmarłego, kardynałowi Lo- 
renzo de Grassis*). Sekularyzacya Prus i tę sprawę usunęła 
z porządku dziennego. 

Podobnież starł się wpływ Polski z Zakonem w Rzymie 
w sprawie obsadzenia stolicy warmińskiej po zmarłym w sty- 
czniu 1523 biskupie Fabianie. Kapitule przysługiwało prawo wy- 
boru z pośród czterech kandydatów przez króla podanych. 
Zakon nie zrezygnował jednak ze swych praw do Warmii; 
jeszcze przed śmiercią Fabiana starał się Albrecht w Rzymie ^),^ 
by na stolicy warmińskiej zasiadł kandydat Zakonu. Bezowocnie 
jednakże; kapituła wybrała zgodnie z przysługującem jej prawem 
biskupem kandydata królewskiego Maurycego Ferbera, a 17. 
lipca 1523 dał mu papież konfirmacyę ^). 

A stosunek Zygmunta I do „nowinek* ? Może na tem polu 
zejdą się czyny króla polskiego z dążeniami naczelników Ko- 
ścioła? Zdawałoby się, że tak było istotnie, a przemawiałyby za 
tem tak egzekucye gdańskie, jak i cały szereg dekretów króle- 
wskich przeciw szerzeniu się herezyi, między którymi należy się 
prym dekretowi z 7. marca 1523, zakaziąjąeemu pod karą śmierci 



^) Publ. aus d. preuss. Staatsarch. t. 61 nr. 56. 

2) Ibid. nr. 69. 

«) Teki Narusz, t. 35 f. 617. 

*) Rkp. Czartor. 273 f. 109. 

6) Rkp. Czartor. 273 f. 147. 

*) Korzeniowski: Analecta Romana nr. 46. 



340 L. Kolankowski. 

na stosie i konfiskaty majątku wprowadzania, czytania, rozsze- 
rzania dzieł i wyznawania zasad Lutra. 

A jednak inne fakty odmienne dają świadectwa. Wszakżeż 
to pod Zygmunta protektoratem siostrzeniec królewski — nowy 
książę pruski — pierwszy z wyżyn tronu naruszył stan posia- 
dania katolicyzmu, gdańskie zaś wypadki mają w całokształcie 
ówczesnych spraw Polski cechę czysto polityczną. Wszakże* 
to ten sam król polski głosił zasadę zupełnej tolerancyi^) i na 
jego to dworze żyli pierwsi w Polsce Lutra zwolennicy. Od tych 
wszystkich faktów duch aktu z 7. marca 1523 jest tak odmien- 
nym^ tak dalekim, że nasuwa się przypuszczenie, iż edykt ten 
nie był produktem polskiej myśli, iż nie był wyrazem zdania 
i usposobienia królewskiego. Nie miał on w Polsce racyi bytu, 
nie był nigdy wykonanym, pozostał społeczeństwu tak obcym, 
że i wzmianki o nim nie przekazał nam żaden z pisarzy Zygmun- 
towskich czasów. 

Jakaż geneza jego ? Nie tłumaczy i nie wyświetla nam jej 
hipoteza badacza, który pierwszy baczniejszą na akt ten zwrócif 
uwagę, hipoteza streszczona w zdaniu^): „więc oto król, mnie- 
mając, że dotychczasowe środki (konfiskata dóbr i wygnanie) 
były jeszcze zbyt łagodne, ogłasza... i t. d..."; robiąc edykt ten 
wyrazem woli Zygmunta I, prowadzi ta hipoteza do zarzutu nie- 
konsekwencyi między przekonaniem a czynami króla, między 
jego uczuciem a postępowaniem. W gruncie rzeczy nie był zaś 
Zygmunt I w żadnym kierunku bardziej konsekwentnym, jak 
na tym punkcie. Nie należy zapominać, że choć wychował go 
Długosz, to i Kallimach żył odeń niedaleko. Gorący katolik, 
w równej mierze z przekonania jak i czci dla wiary ojców, 
stał król na stanowisku zupełnej tolerancyi^ swobody zdań 
i przekonań. Chęć godzenia wszystkich ze wszystkimi, oto istotny 
wyraz duszy Zygmunta I, wytwór epoki wielokroć słowem i czy- 
nem w długiem życiu stwierdzony 8). 

Czemże więc był akt z 7. marca 1523 r. ? Rozważmy, kiedy 
powstał. Wydany in conventiane generali Cracoviae. Sejm ten 
zwołany był na 2. lutego. 24. stycznia 1523 do bawiącego w Kra- 



^) „Pozwólcie mi być pasterzem owieczek i kozłów^. 

2) Zakrzewski W. : Powstanie i wzrost reform, w Polsce str. 26. 

^ Publicat. aus d. preuss. Staatsarcb. 44 nr. 612. Albrecht, 
znając dobrze wuja, posunął się raz aż do usiłowań pozyskania go 
dla luteranizmu. 



Spraivy polskie przed Stolicą apostolską. 341 

kowie legata Nigry przesyła Hadryan VI następujący list^): ^po- 
nieważ piszesz, że odbędzie się tam teraz sejm dla zaradzenia 
wielu potrzebom zwo/any, my, uważając, że Twoja na nim 
obecność będzie aż nadto użyteczną, polecamy Ci, mimo że 
pragniemy jak najszybszego Twego powrotu, zostać tam aż do 
jego ukończenia^. Był więc Niger w Krakowie w czasie wydania 
tego edyktu. „Będziesz się przedewszystkiem starał — pisze dalej 
papież — by naród i poddani króla nie mogli być zarażeni he- 
rezyą luterską i pod pozorem ewangielicznej wolności nie szli 
w służbę dyabła na zgubę dusz swoich^. Niger wywiązał się 
dobrze ze swego zadania, „/n extirpandis dogmatihus luteranis^ 
qtiae undigtce magis in diem serpunt^ valde proftiW — oznajmia 
król papieżowi 2), a to samo kardynałom słowy*): Jn extirpandis 
dogmatihus łuteranis.., ipse (Niger) siiis docłis perstcasionibilSj sua 
eloquentia, ac super omnia sua mtae integritate et exemplo multum 
profuit, ac seminando bono semine fructum non mediocriter Sedi 
apostolicae comparaviV^, 

Edykt z 7. marca 1523 jest dziełem Nigry. Episkopat polski 
nie zdobyłby się nań. Z epoki wiary gorącej, z epoki Długosza 
jeden jeszcze tylko wśród niego znajdował się człowiek, prawda, 
że nanajwybitniejszem stanowisku, ale właśnie dlatego tem silniej 
przez niechętną mu resztę w działalności swej paraliżowany. 
Prymas Łaski był wśród wysokiego ówczesnego duchowieństwa 
Polski prawie że unikatem, zabytkiem przeszłości. Inni to dwo- 
racy lub dyplomaci, ludzie i dzieci nowego, pełnymi wówczas 
właśnie strumieniami do Polski wlewającego się życia. Związani 
z Kościołem stanowiskiem swem, będącem nagrodą za służbę 
państwu, zajmowali się sprawami kościelnemi o tyle, o ile cho- 
dziło czyto o obronę zagrożonej niezawisłości, przywilejów, 
czyto dochodów swojego stanu. Na pierwszym planie stoi u nich 
zawsze wzgląd na interes państwa, który częstokroć był ich 
własnym. Wszakżeż i sam Łaski wejdzie z czasem na tę drogę 
i u schyłku dni swych otrzyma od Klemensa VII pozew o zdradę 
społeczności chrześcijańskiej na rzecz wyznawców proroka*). 
Cóż dopiero inni? Papież, Rzym istniał dla nich o tyle, o ile 
zależały odeń ich nominacye. Krzycki i Leszczyński byli przecież 

*) Act. Tom. VI str. 224. 

2) Ibid. Vi r. 200. 

8) Ibid. nr. 201. 

*) Zob. Hirschberg : Jan Łaski sprzymierzeńcem sułtana tureckiego. 



342 L- Kolankowski. 

i teraz głównymi szermierzami obrony prawowiernóści ; stali się 
zaś prawie urzędowymi jej obrońcami właśnie od czasu, gdy 
o' nominacyę ich spór w Rzymie się toczył, gdy oko legata pa- 
pieskiego na nich spoczywało. Edykt z 7. marca wydany był 
dla Rzymu, nie dla Polski. 

Na zakończenie przeglądu spraw w czasach tych w jakim- 
kolwiek związku z Rzymem zostających należałoby jeszcze 
omówić stanowisko Polski wobec związanych z kuryą naczel- 
nych zagadnień polityki zachodnio-europejskiej. 

Wobec usiłowań Hadryana VI i Klemensa VII wywołania 
krucyaty, która w myśl tych papieży miała zgromadzić jeszcze 
raz u stóp tronu namiestnika Chrystusowego rozpierzchłe ludy 
katolickiego świata i przygłuszyć echo potężnego protestu z da- 
lekich pól Germanii o Rzym uderzające, grała Polska z natury 
rzeczy pierwszorzędną rolę. Ją głównie przeznaczano do dźwi- 
gnięcia sztandaru, za którym inni pójść mieli. A obok Polski 
wiele liczą papieże na Moskwę. Stosunki kuryi z w. książętami, 
niepożądane i wrogie Polsce, Litwie zwłaszcza, stawiały Zy- 
gmunta I w nieprzyjaznym krucyacie obozie. 

Na żądanie papieskie przygotowania się do boju z Tur- 
kami odpowiadał Zygmunt I dyplomatycznemi oświadczeniami 
i aktami, którym daleko było nawet do pozoru czynu. Papież 
wkładał w kroki swe całe tętno myśli swojej; Polska rzucała 
w odpowiedzi deklaracye, jakby „na odczepne" wydane. Waga 
i życie jej polityki układały się wówczas właśnie w stosunki, 
nad którymi Hadryan VI przechodził do porządku dziennego, 
aż dopóki, ściągnięty z wyżyn swych złudzeń, nie został i na 
tem polu postawiony mimo woli w obozie przeciwnym istotnym 
intencyom i działaniu polityki polskiej. Liga Hiszpanii, Anglii, 
papieża i Wenecyi przeciw Francyi zawiązaną została w chwili, 
gdy Polska zbliżyła się do Franciszka I, gdy Zygmunt I stawał 
w szeregu jego sojuszników. Figuruje wprawdzie król polski na 
akcie ligi weneckiej jako sprzymierzeniec Karola Vi), lecz nie 
należy zapominać, że przedstawicielem jego w czasie układów 
o ligę był ten sam poseł, który zetknął się przedtem z Rin- 
con'em na Węgrzech, a w czasie pobytu w Wenecyi porozu- 
miewa się bezsprzecznie z zastępcami Francyi 2), skoro dyplo- 

1) Marino Sanuto D. 34 str. 323. 

2) Byli nimi Ambrosio da Firenze, Renzio di Cerę = Orsiai Lo- 
renzo, Yilliers = Yegliers (M. Sanuto 34 str. 335). 



Sprawy polskie przed Stolicą apostolską. 343 

mata francuski Rincon mógł już we wrześniu stanąć w Polsce 
z gotowymi warunkami układu i). Nie ulega wątpliwości, te 
sformułowane zostały one w Wenecyi i że dla nich to bawił 
tu Decyusz przez kilka tygodni, bo od 11. lipca-) do początków 
sierpnia 1623 r.*). 

Związki Polski z Francyą, obliczone głównie na niedo- 
puszczenie Habsburgów do Czech i Węgier, nie dały jednak re- 
zultatów. Przychylna dla Zapolyi neutralność Zygmunta I spotkała 
się z podobnem zachowaniem Klemensa VII wobec Ferdynanda. 
Na jego to żądanie przesyła papież wspomniane już oskarżenie 
i wezwanie przed swój sąd prymasowi Polski, 

Było to już jednak po lekcyi lojalności po y,sacco di Roma^, 
kiedyto Zygmunt I po raz ostatni stał ponad walczącymi 
zwierzchnikami chrześcijaństwa i ofiarował swe pośrednictwo 
w przesłanych do Rzymu dość dziwnych wyrazach współczucia^): 
„szczerze ubolewamy nad tem, że ojciec Św., kurya i Rzym po- 
padli in maximum discrimen; unum nos consolatur guod audi- 
mus łotum hunc successum pendere ex documenło caesareae MłiSy 
quem cum sciamus esse probum et catholicum principem, non du- 
bitamus eiits Mtem ita se in hoc eventu gesturam, uł christiano 
et catholico eius nomini congruit Nos^ si guid in eo casu pro 
ipso sandissimo domino nostro,.. praestare possumus, libentissime 
omnem operom impendemus^. 



^) Por. Hirschberg: Przymierze z Francyą str. 34!. 

2) M. Sanuto t. 34 str. 348. 

^) Ibid. str. 295. Decyusz brał udział we wszystkich, jak się 
zdaje, posiedzeniach omawiających sprawę ligi i w związanych z niemi 
uroczystościach (M. Sanuto Diarii t. 34 str. 348 i 351), 2. sierpnia 
bawi jeszcze D. w "Wenecyi. 

*) Act. Tom. i IX str. 196. 

L. KolankowskL 



stosunki Polski i Litwy z Inflantami 

przed zatargiem z r. 1556/7. 



Zamierzam przedstawić najważniejsze sprawy /ączące pro- 
wincyę inflancką z Polską i Litwą. Stąd każdy ustęp tego opra- 
cowania kreśli linie wytyczne w obrębie omawianego stosunku ; 
nie wyczerpuje jednak szczegó/owo szeregu podniesionych 
kwestyi. Takie opracowanie wydało się potrzebne piszącemu 
z tego właśnie powodu, że zamierzył opracować rzecz większą, 
t. j. spór dyplomatyczny Zakonu infl. z Zygmuntem Augustem, 
a dopiero w ciągu pracy nad tem zagadnieniem poznał brak, 
niezastąpiony dotychczas w literaturze historycznej, dotyczący 
objaśnienia stosunku dziejowego dwóch państw mających wejść 
w zatarg ze sobą. Że ten brak należało uzupełnić koniecznie, 
o tem przekonałby się każdy, ktoby przejrzał niedokończoną, 
a drukowaną pracę Romanowskiego p. t. : Wojna Zyg. Aug, z Za- 
konem infl. Rocznik Tow. przyj, nauk pozn. L 

I. Spór graniczny. 

Doświadczenie uczy, iż nic trwalszego nad spór graniczny. 
Daje też tego dowód sprawa poprawienia granic między Inflan- 
tami a Litwą. Inflanty, oblane od zachodu i północy morzem, 
tylko wschodnią i południową granicą stykały się z lądem. Były 
więc sąsiadami Moskwy i Litwy. Ściana granicy wschodniej od- 
dziela ziemie ruskie od Inflant, a sam tylko koniec tej granicy 
stykał się z województwem połockiem, należącem do Litwy. Gra- 
nica południowa Inflant biegła wzdłuż północnej granicy Litwy, 
zaczem oddzielała je od województwa wileńskiego i księstwa 
Imudzkiego. 



Stosanki Polski i Litwy z luflantami przed zatargiem z r. 1556/7. 345 

Cały ten pas graniczny — to nieprzerwany łańcuch borów, 
bagnisk, jezior i rzek, dostępny tylko porą zimową, kiedy ścięta 
lodem kraina przybierała charakter lądu stałego. Ilekroć wyty- 
czano tataj granicę, wybierano do tego porę najtęższych mrozów, 
więc przeważnie najbliższe dnie po uroczystości kościelnej : 
„Trzech króli". 

Ta właściwość granicy litewsko-inflanckiej utrudniała ścisłe 
jej przestrzeganie. Tam bowiem, gdzie znaki graniczne można 
było tylko w siarczyste kłaść zimno, tam niema mowy, aby w chwili 
roztopów dało się ich dozorować i przestrzegać. Stąd też nie- 
ustanne krzywdy między obustronnymi mieszkańcami granicy, 
stąd nieprzerwane pasmo zatargów, skarg i niepokojów, stąd 
ciągła potrzeba poprawy granicy. Niedogodność terenu oraz sporne 
pretensye mieszkańców nadgranicznych wywoływały ciągle za- 
targi graniczne. 

Przez cały ciąg XV i XVI wieku odbywają się częste qazdy 
„komisarzów", wyznaczonych do sprostowania granic. Wymie- 
niono też w tej sprawie, w ciągu owego czasu, wiele aktów, 
które kwestyę sporu granicznego między Inflantami a Litwą mogą 
uczynić przedmiotem osobnego, szczegółowszego badania. 

Panowanie Kazimierza Jagiellończyka dało początek ukła- 
dom granicznym między Litwą a Inflantami ^). Od r. 1447 poją* 
wiają się pisma w tym względzie ') ; a pierwszą znaną „komi- 
syę" dla rozgraniczenia Inflant od Litwy wymienia akt z r. 1473 *). 

W lipcu r. 1473 jechali się w miejscowości Kurczmy, pó- 
źniej stałe miejsce zjazdów granicznych między Litwą a Inflan- 
tami, pełnomocnicy i amicabiles compositores króla polskiego Kaz. 
Jag. i mistrza inflanckiego Bernarda de Borch. Po stronie peł- 
nomocników litewskich najwybitniejsze miejsce zajmuje Radzi- 
wiłł Ościkowicz, wojewoda trocki, generalny marszałek Litwy*); 



^) Zob. ast.dragistr. 354, gdzie mowa o pokoju melneńskim z r.l422. 

*) Daniłlowicz : Skarbiec dyplomatów nr. 1847, 1907, 1918. 
Lir. Esth. Kurl. Ukdbuch T. X nr. 405, 406, 557 ; w r. 1448 prze- 
strzega mistrz pruski mistrza infl., przed niebezpieczeństwem grożą- 
cem ze strony króla polskiego, za napady w terytorya litewskie (ibi- 
dem nr. 410). 

») Dogiel: Codei Dipl. T. V nr. 82 ; Danittowicz: Zbiór dypl. 
I, Wilno 1858 nr. 20; Daniłłowicz: Skarb. dypl. nr. 1080; Schir- 
ren : Yerzeichniss UrllUidischer Geschichtsciaellen reg. 216, str. 22. 

^) Ibidem, T. V nr. 82 odczytane mylnie nazwisko Radziwiłła 
jako ^Ludwik Hostikowicz'* (s.). 



346 Abdon Kłodziński. 

W jego otoczenia znajdowali się: Jan Kenszga/owicz, starosta 
żmudzki, Bogdan Andrzej o wicz, starosta bracfawski, Jan Kncznk^ 
starosta lidzki — marszałkowie Kazimierza Jag., a nadto Andrzej 
Piotrowicz (Petri), magister sztuk, doktor dekretów i archidya- 
kon wileński. Mistrz zaś inflancki wysłał: Konrada z Herczen- 
rode, generalnego marszałka infl., oraz komturów : Gerharda de 
Malłingrode, goldyńskiego, Gerharda de Yszen i Engelberta Laspe 
de Kolningen, dynaburskiego. 

Przyczyną zjazdu granicznego były controver$iae, iurgia^ dif- 
ferentiae et displicenłiae na granicy, a ci właśnie komisarze byli 
wysłani do ich: sedandumy componendum et concordandum. Nie- 
szczególną jednak, jak sami przyznając), wyznaczyli sobie porę 
dla dokonania tego dzieła. W lipcu nie mogło być mowy o do- 
stępie do linii granicznej. Żeby więc darmo drogi nie tracić, 
a czasu nie mitrężyć, określili teoretycznie linię graniczną. Fa- 
ktyczne pociągnięcie granicy, t. j. sypanie kopców, czynienie 
znaków, pozostawili deputatom, których po czterech z każdej 
strony mieli naznaczyć. Ci deputaci powinni byli na Trzech króli, 
a więc z początkiem stycznia r. 1474 wykonać faktycznie to, ca 
już ujęto teoretycznie, t j. naznaczyć granicę. 

Godziło się zatrzymać przy tem zdarzeniu. Zdaje się bo- 
wiem niewątpliwie, że linia graniczna, na którą się ówcześni 
pełnomocnicy zgodzili, była tą właśnie, jaką król polski między 
Inflantami a Litwą utrzymać pragnął. Za czasów Zygmunta I podno- 
szono, że granica między Litwą a Inflantami ma być ta, jaką ojciec 
Zygmunta I, t. j. Kazimierz Jag. postanowił. Od tej umówionej 
tak dawno granicy nie chciano ze strony polskiej odstąpić. Bar- 
dzo często wspominają o niej akta z czasów Zyg. Aug., kiedy 
spór między królem a Zakonem infl. się zaostrzył. Czyta się 
w tych aktach o „granicies RadiviW^; — bez szczegółowszego 
rozejrzenia się w historyi stosunku Polski do Inflant, trudno so- 



*) Dogiel : Cod. dipl. T. V nr. 82 : „Tamen difficilis erat nobi» 
aut nostris transitus ad execucioDeni omnimodam graniciemm''; wy- 
raźniej określają to akta z czasów Zygmunta I, tak n. p. w r. 1517 
pisze Zyg. do mistrza infl. Plettenberga w sprawie komisyi grani- 
cznej : „non videtar nobis eommodium id estate fieri propter multas 
palndes* (Tomiciana T. IV nr. 136 str. 180); winnym akcie określa 
Zyg. zimę jako najdogodniejszą porę dla działań komisyi granicznej r 
spropterea quod hieme facilius limites revideri et fieri possint, cum 
paludes et stagna congelari solent" (Tomiciana T. IV nr. 137). 



stosunki Polski i Litwy z Inflantami przed zatargiem z r. 1556/7. 347 

bie zdać ściśle sprawę z tego, co to wyrażenie ma oznaczać. 
Tymczasem na podstawie aktu z r. 1473 staje się ono jasne. 

Czy ten zjazd w Karczmach z r. 1473 wykonał swe po- 
stanowienia — trudno osądzić. Wszelako od tego zjazdu przez 
dalszy ciąg czasu aż do Zyg. Aug. ustawicznie się zajmowano 
tą sprawą granic. Wyznaczano nowe komisye, które się bądź 
nie zjeżdżały, bądź nie dochodziły do porozumienia. Widocznie, 
iż owa granica z r. 1473 nie była po myśli Zakonu infl. Trudno 
przytaczać tu całe szeregi aktów w tej sprawie ; szczegóły można 
znaleźć w regestach *) i dokumentach *). 

Na ogół można powiedzieć, że na Litwie, a więc i w Pol- 
sce, sprawy granicznej nie zasypiano; chodziło bowiem o usu- 
nięcie krzywd, jakie się działy poddanym jednej i drugiej strony. 
Ten główny cel objawia się niemal we wszystkich aktach, do- 
tyczących sprawy granicznej. Dla przykładu dość przytoczyć słowa 
listu Zygmunta I do arcyb. Rygi z dnia 7. września 1626 r. ^ : 
„O niezgodach granicznych między Litwą a Inflantami różne tak- 
że dochodzą nas wieści od naszych poddanych, że doznają 
wielu krzywd i że ustawicznie coraz bardziej zajmige się ziemię 
królewską i poddanych króla*) i dlatego pragnąłby król jak 
najrychlej te niezgody uspokoić^ ; król jednak, zanim arcyb. 
ryski wróci od papieża, nic nie chce w tej sprawie przedsięwziąć. 

Że Zygmunt I szczerze pragnął załatwienia tej sprawy, 
dowodzą liczne akta, dotyczące tego przedmiotu, z czasów jego 



^) Ign. Daniłłowicz: Skarb dyplomatów: r. 1477 reg. nr. 1987 
i 1988, r. 1482 reg. nr. 2015, r. 1493 reg. nr. 2056, 2063, r. 1505 
reg. nr. 2165, r. 1535 reg. nr. 2321, r. 1543 reg. nr. 2340, r. 1544 
reg. nr. 2341. — Index corp. hist. dipl. Liv. Est. Cur. T. II : r. 1487 
nr. 2236, r. 1493 nr. 2314, r. 1535 nr. 3511, r. 1543 nr. 3521. — 
Schirren: Yerzeichniss livl. GeschichŁsąuellen : r. 1505 str. 22 reg. 220, 
r. 1520 str. 23 reg. 228, r. 1525 str. 24 reg. 248, r. 1526 str. 25 
reg. 252, r. 1527 str. 25 reg. 253, r. 1534 str. 26 reg. 272, r. 1540 
str. 28 reg. 311, r. 1540/2 str. 28 reg. 322, 323, 325—329. 

*) Dogiel: Cod. dipl. T. V: r. 1505 nr. 93, r. 1526 nr. 103, 
r. 1535 nr. 109, r. 1540 nr. 112, r. 1641 nr. 113, r. 1545 nr. 
114. — Tomiciana T. IV r. 1516 i 1517 nr. 87, 135—138, 144; 
T. VIII r. 1526 nr. 134. — Plater : Zbiór pamiętn. do dziejów pols. T. 
I dok. na str. 150. 

8) Dogiel: Cod. dipl. T. V nr. 103. 

*) Tomiciana T. IV nr. 138 r. 1616. Ust Zyg. I do mistrza 
infl. Plettenberga : „Subditi Magnificenciae Tuae sensim se in terram 
nostram proferunt mnltaąue jam prata, silyas, lacus occapamnt'' etc. 

Kwartalnik liutoryesiiy XXn-S/8. 24 



348 Abdon Kłodziński. 

panowania^). Tak n. p. w r. 1535 zjechali się petoomocnicy 
króla polskiego i mistrza inflanckiego; z powoda jednak różnicy 
i niezgody swych „mandatów'^ nie mogli dostatecznego przepro- 
wadzić rozstrzygnięcia. Postanowili jednak prosić swych wład- 
ców o pełniejsze polecenia, tymczasem zaś wydali nakaz spo- 
kojnego zachowywania się mieszkańców nadgranicznych i usta- 
nowili osobny trybnnał do rozsądzania spraw o krzywdy gra- 
niczne. 

W r. 1540 przeznacza Zygmunt I do wytyczenia granicy 
i załatwienia sporów delegatów, wyraźnie- podkreślając w peł- 
nomocnictwie; że wyznaczeni komisarze mają odnowić granicę 
w myśl tych postanowień, jakie w r. 1473 w miejscowości Kur- 
czmy przedsiębrali wysłańcy Kazimierza Jagiellończyka i mistrza 
inflanckiego Bernarda de Borg *). W następnym r. 25. stycznia 
odbył się zjazd pełnomocników króla polskiego i mistrza inflan- 
ckiego. Byli to najwyżsi dostojnicy litewscy i inflanccy, którzy 
wystawili w Rakiszkach akt^), oznajmujący, iż objazd granicy 
odbył się wedle linii : anłiquarum granicierum Radvili; komisa- 
rze litewscy szli po prawej, inflanccy po lewej stronie tej gra- 
nicy, skutkiem czego wypadły pewne różnice. O te różnice roz- 
bił się cały zjazd, gdyż komisarze inflanccy żadną miarą nie 
chcieli się zgodzić na tę granicę, którą szli komisarze litewscy. 
Widoczna z tego, że jeśli komisarze królewscy trzymali się gra- 
nicy „Radziwiłłowskiej^S a ta nie mogła się pogodzić z tą, którą 
szli komisarze Zakonu — to owa linia granic „Radziwiłłowskich^^ 
nie musiała być uznawaną przez Zakon. Gdyby bowiem praca 
Radziwiłła Ościkowicza z r. 1473 znalazła uznanie Zakonu, spór 
ten graniczny nie ciągnąłby się tak długo. 

Rzecz nierozstrzygnięta przechodzi spadkiem na Zygmunta 
Augusta. Żeby tylko wymienić ważniejsze z czasów tego monar- 
chy czynności w tej sprawie granicznej, zaznaczam treść aktu 
z r. 1545^). Zawiadamia w nim mistrz inflancki, iż wysyła do 
Zygmunta Augusta posłów w tym celu, aby: 1) ustalili i zaprzy- 
sięgli wieczysty pokój, 2) dokonali sprawiedliwego układu co do 
granic, 3) skłonili króla do wyznaczenia komisarzów, którzyby 
razem z komisarzami inflanckimi: ^^diutumas illas conłrayersias, 



*) Zob. odsyłacz *) i *) na str. poprzedniej. 
*) Dogiel T. V, Cod. dipl. nr. 112. 
») Ibidem nr. 113. 
^) Ibidem nr. 114. 



stosunki Polski i Litwy z Inflantami przed zatargiem z r. 1556/7. 349 

atque differentias liłis limitalis sopiant et omnino tollanty secun- 
dum tenorem, argumentum et voluntatem litterarum perpetuae 
foederis^^. 

OsŁateczDie nie wiadomo (trudno było znaleźć w tej mie- 
rze późniejsze wiadomości), czy przyszło do wyznaczenia gra- 
nicy. Z tego atoli, że spór graniczny i dalej trwa, aż do wy- 
buchu zatargów między Zygmuntem Augustem a Zakonem, zdaje 
się wynikać, że granicy między Litwą a Inflantami nie ustalono. 
Następnie z aktów, które Zygmunt August wymienił w sporze 
z Zakonem, wynika, iż za ważne uznawał on tylko granice „Ra- 
dziwiłłowskie" z r. 1473 i tych uszanowania wymagał. 

Najbliższy mistrz, z którym powstał zatarg, Henryk Gallen, 
jeszcze w r. 1551, w liście pisanym do Zygmunta Augusta, skarży 
się na stałe nieposzanowanie granicy inflancko-litewskiej ^). Osta- 
tniem jednak ogniwem, łączącem historyę sporu granicznego z za- 
targiem pol&ko-inflanckim, jest list króla rzymskiego Ferdynanda 
z dnia 3. maja r. 1555 do Zygmunta Augusta*). 

Donosi w tym liście Ferdynand, iż Wilhelm, ks. juliacki 
i kliweński^), powziąwszy wiadomość od swej szlachty, którą 
żywe z rycerstwem inflanckiem wiązały stosunki, oznajmił mu, 
iż sprawa granic między Litwą a Inflantami grozi poważnem 
niebezpieczeństwem. Król Ferdynand, jako „protektor Zakonu 
i miłośnik zgody chrześcijańskiej^^ zaniepokoił się temi wieściami ; 
czyni też zadość prośbie ks. Wilhelma, który ofiarował się po- 
godzić obie strony i nie tylko zezwala na to przedsięwzięcie ks. 
Wilhelma, ale nawet sam gotów jest do współudziału w tych 
czynnościach. Gdyby zaś król polski nie życzył sobie pośredni- 
ctwa ks. Wilhelma, on sam podejmie kroki w tej sprawie. Fer- 
dynand jest pełen nadziei co do wyniku, tem bardziej, że wierzy 
w pokojowy umysł króla polskiego, który nie dopuści rozlewu 
krwi chrześcijańskiej; spodziewa się też rychłej odpowiedzi od 
króla* 

Jeżeli się zważy, że sprawa graniczna pierwsza z pośród 
innych rzuciła na szalę wypadków groźne słowo : „rozlewu krwi 



'^ 



Schirren: Verz. livl. GeschichtsąueUen str. 33 reg. 397. 

Rękop. bib. Jag. nr. 58 k. V4 i 75 i Rękop. bibl. Czart, 
nr. 302 k. 177 i 178. 

•) Lud. Adolf Cohn: Stammtaffeln nr. 214, Wilhelm, Herzog 
V. Jtdich, Cleve, Berg, ur. 1516 f 1592, ożenił się powtórnie z Maryą 
c. Ferdynanda króla niem. d. 19. lipca 1546. 



360 Abdon Kłodziński. 

chrześcijańskiej", jeśli się zważy, że już w tej sprawie szukano, 
najprawdopodobniej ze strony Zakonu, protekcyi u króla rzym- 
skiego; to nie można sporowi granicznemu odmówić, w odnie- 
sieniu do wypadków najbliższych lat 1556/7, odpowiedniego zna- 
czenia. Jeżeli się tego powodu w zatargu między Polską a In- 
flantami nie oceni, trudno potem w misternej grze dyplomaty- 
cznej, jaką wywotola sprawa inflancka za Zygmunta Augusta^ 
pojąć znaczenie pojawiających się w aktach tego czasu wzmia- 
nek, zwykle na pierwszem miejscu stawianych, że źródłem za- 
targów jest spór graniczny. 

W najnowszej niemieckiej historyi Inflant Seraphima*), 
w rozdziale, przedstawiającym stosunek Inflant do Polski za Zy- 
gmunta Augusta, nie podniesiono sprawy sporu granicznego, jako 
jednego, chronologicznie pierwszego powodu, który skłonił króla 
polskiego do zajęcia groźnej postawy wobec Inflant. Seraphim nawet 
nie zwrócił uwagi na tę rzecz. Podobnie można powiedzieć o nie- 
dokończonej pracy polskiej Romanowskiego*), który historyi 
sporu granicznego między Inflantami a Litwą nie dotknął. 

Cokolwiekby można powiedzieć o powodach, które skło- 
niły Zygmunta Augusta do wystąpienia przeciw Zakonowi, to 
jedno zaprzeczyć się nie da, że w szeregu przyczyn wmieszania 
się jego w walkę z Zakonem spór graniczny stanowił wygodny 
środek dyplomatyczny. Możeby więc nigdy, z powodu samej 
sprawy granicznej, nie przyszło do przygotowań wojennych; 
wszelako wobec innych powodów i przyczyn nieprzyjaznego uspo- 
sobienia Polski do Inflant sprawa granic przybierała znaczenie 
znakomitego środka politycznego w stosunku do innych, może 
mniej usprawiedliwiających wrogie wystąpienie. 

W układach granicznych pomiędzy Polską a Inflantami po- 
jawiają się często wzmianki o wieczystem przymierzu i pokoju 
między Zakonem a królami polskimi. Nawet komisarzom, wyzna- 
czonym do załatwienia sprawy granicznej, powierzano obustron- 
nie działanie w kierunku zaprzysiężenia i utwierdzenia wieczy- 
stego przymierza i pokoju. Nic to dziwnego ! — wszak usunięcie 
zatargów granicznych, wyznaczenie stałej pewnej granicy, da- 
wało najlepszą rękojmię zgodnych sąsiedzkich stosunków. Wsze- 
lako z tych aktów, w sprawie granicznej wymienionych, nie mo- 



*) Seraphim: Geschichte Lidands r. 1906 T. I. 
') Rocznik to w. przyjaciół nauk pozn. T. I r. 



Stosanki Polski i Litwy zinflantami przed zatargiem z r. 1556/7. 351 

żna wytworzyć sobie dokładnego pojęcia, jak się ten pokój i to 
przymierze wieczyste przedstawia/o; słowem, jaki był polity- 
czny stosunek Polski i Litwy do Zakonu inflanckiego. Co naj- 
wyżej można dowiedzieć się z tych aktów tylko tyle, że ta pax 
perpetua i to foedus perpełuum istniało. 

II. Wieczysty pokój i niewzruszone przymierze. 

(Perpetuae pacis et inviolabilis foederis unio). 

Spór graniczny dotykał Polskę pośrednio, jako związaną 
z Litwą. Właściwie bowiem sąsiadem Inflant była Litwa. Także 
ułożenie się stosunków zewnętrznych pomiędzy Polską a Inflan- 
tami było wypływem związku państwowego Polski z Litwą. Wsze- 
lako zaznaczywszy to spostrzeżenie, niema potrzeby w ciągu 
opowiadania kłaść nań nacisku, skoro przez dłagie okresy czasu, 
a więc przez ciąg panowania Kazimierza Jagiellończyka, Zy- 
gmunta I i II władza wielkiego księcia litewskiego pozostaje 
w ręku króla polskiego. 

Prócz geograficznego położenia Inflant i Litwy, które mu- 
siało być przyczyną, że Polska zaczęła się liczyć z prowincyą 
inflancką, były jednak zdarzenia historyczne, które i bez względu 
na Litwę nawiązałyby stosunek zewnętrzny Polski do Inflant. 
Były to wojny z Zakonem pruskim, wypełniające większą po- 
łowę XV wieku. Zakon inflancki stanowił część składową Za- 
konu pruskiego i podlegał tegoż zwierzchności, więc też i w woj- 
nach polsko - pruskich stał po stronie wielkiego mistrza. Stąd 
pochodzi włączanie Inflant do układów pokojowych między Pol- 
ską a Zakonem pruskim ; w tych zaś układach występigą ziemie 
Zakonu inflanckiego jako podległe Zakonowi pruskiemu. 

Drugi pokój toruński z r. 1466, prowadzący Zakon pruski 
do upadku, wcielił, jak wiadomo, zachodnie ziemie pruskie do 
państwa polskiego, a nad Prusami wschodnimi oddał zwierz- 
chność królom polskim. Skoro tedy król polski staje się zwierz- 
chnikiem wielkiego mistrza, który znowu posiada prawa zwierz- 
chnicze nad Zakonem inflanckim — łatwe do zauważenia, iż sto- 
sunek Polski do Inflant się zacieśnia. 

Historya stosunku Polski do Inflant opiera się więc na 
dwóch czynnikach : 1) na związku Polski z Litwą, jako sąsiadką 
Inflant; 2) na wojnach i układach pomiędzy Polską a Prusami, 
które w osobie mistrza wielkiege mają panujące nad Zakonem 



352 Abdon Kłodziński. 

inflanckim stanowisko. Ze względu na związek z Litwą wmie- 
sza/a się Polska w spór graniczny, omówiony w poprzednim 
rozdziale, a stanowiący właściwie sprawę czysto litewską. Już 
wtedy powoływano się na zasady wieczystego przymierza, tak 
szeroko pojmowanego^ że obejmowało nawet królów i państwo 
polskie. 

Litwę i Inflanty musiały od dawna łączyć jużto nieprzy- 
jazne, jużto chwilowej zgody stosunki. Nie sięgając jednak w od- 
ległe bardzo czasy, dość przypomnieć układy najbliższe przed 
pogromem pod Grunwaldem między w. ks. litewskim Witoldem 
a mistrzem inflanckim zawarte. W przymierzu sallińskiem (r. 1398) 
między Witoldem w. ks. litewskim a Prusami bierze udział mistrz 
inflancki ^). Na własną zaś rękę zawiera mistrz inflancki z Wi- 
toldem umowę w r. 1409 na granicy Inflant, wedle której przy- 
rzekają sobie wzajemnie, że na wypadek wojny Prus z Litwą 
nie wcześniej wystąpią przeciwko sobie po nieprzyjacielsku, jak 
po upływie trzech miesięcy po wypowiedzeniu pokoju *). Ten 
układ sprawił, iż w czasie wojny pruskiej z r. 1410 nie mógł 
od razu wystąpić mistrz inflancki; zjawia się dopiero po po- 
gromie grunwaldzkim, ratuje Marienburg — a Zakon pruski od 
doszczętnej zagłady 8). 

Wojna ta kończy się pierwszym pokojem toruńskim z r. 
1411*); w układzie pokojowym po raz pierwszy zaznacza się sto- 
sunek Inflant do Polski. Stronami zawierającemi układ są : Wła- 
dysław Jagiełło, król polski, z Witoldem, w. ks. litewskim i Hen- 

1) Seraphim: Gesch. Livlands Bd. I str. 122, 123; oczywiście 
opuszczamy dawniejsze układy pomiędzy Litwą a Inflantami, co do 
istnienia których wymownym dowodem zaznaczone dokumenty w In- 
deksie corp. hist. dipl. Liv. Est. Kur. T. I. 

*) Ibidem str. 126, 127. 

8) Ibidem str. 131, 132; nie od rzeczy będzie przy tej sposo- 
bności zauważyć to, co mówi Seraphim na str. 124 z okazyi niepod- 
pisania przez mistrza infl. pokoju raciązkiego z r. 1404 między Ja- 
giełłą, Witoldem a Zakonem pruskim zawartego. Oto mistrz nie uczy- 
nił tego z tej przyczyny : „weil die Auffassung herschte, Livland habe 
mit Polen direkt nichts zu tun, warseheinlieh auch, weil man in 
Liyland die preussische Politik wenig begtinstigte*'. Wynika stąd, że 
Zakon infl. wchodzi w stosunki tylko z Litwą, a mieszania się w po- 
litykę z Polską pragnie uniknąć — inaczej jednakże stało się w I 
pokoju toruńskim, który objął Inflanty. Por. Liv. Est. Kur. Ukbuch 
T. IV nr. 1839. 

*) Dogiel: Cod. dipl. IV nr. 80 str. 84—87. 



stosunki Polski i Litwy z Inflantami przed zatargiem z r. 1556/7. 353 

ryk de Plauen, wielki mistrz praski, reprezentujący Zakon pru- 
ski i ziemie temnż Zakonowi podległe^ a więc Prusy i Inflanty: 
łerrae eiusdem Ordinis nostrae Prussiae et Lwoniae, et dliae omnes 
nobis et Ordini (prusk.) sutjectae. DWad zrobiony ma być związ- 
kiem wieczystego pokoju i niewzruszonego przymierza (perpetuae 
pacis et inviolabilis foederis unio). Oczywiście, że najważniejsza 
część tej umowy dotyka Prus ; są atoli niektóre artykuły, odno- 
szące się do Inflant. 

Pierwszym zasadnicz]^^ punktem w tym uUadzie jest oko- 
liczność, że wieczyste przymierze ma obejmować także Inflanty, 
skoro zawarte jest z ziemiami Zakonowi pruskiemu podległemi, 
a między temi ziemiami wymienione są Inflanty. Nieobojętny 
jest też szczegó/, że uk/ad wspomniany opatrzyli podpisami mistrz 
inflancki i komturowie inflanccy. Ustępy dotykające Inflant w tem 
przymierzu są skąpe; dadzą się z nich jednak wyciągnąć nastę- 
pigące zobowiązania: 1) kupcy mają wzajemne prawo przechodu 
przez kraje sprzymierzonych; 2) spory pomiędzy sprzymierzo- 
nymi i im poddanymi krajami ma załatwiać sąd, złożony z 12 
osób (po 6 z każdej strony); w razie niezgodnego wyroku su- 
perarbitrem będzie papież; 3) obie strony są zobowiązane w swych 
krajach uprawiać prozelityzm chrześcijański. Prócz tych trzech 
najważniejszych zobowiązań znajdujemy inne chwilowego zna- 
czenia (jak n. p. wzajemne wydanie zbiegów), które- jako nie* 
przedstawiające wybitniejszej wartości, opuszczamy. Jak z tego 
widać, osobnego układu z Inflantami nie było, co zresztą odpo- 
wiada naturze rzeczy, gdyż nie było osobnej przyczyny, tj. oso- 
bnego zatargu z tą prowincyą. Dla ścisłości zaznaczyć należy, 
że akt, z którego wyciągnięto powyżej podane szczegóły, nie jest 
ostatniem słowem co do zawartego pokoju. Korzystaliśmy z aktu 
wystawionego przez mistrza pruskiego, a wiadomo, że tegoż sa- 
mego przeznaczenia akt wyszedł w tym samym dniu z drugiej 
strony, tj. od Jagiełły i Witolda *). W treści, a zwłaszcza w wa- 
runkach pokojowych są one identyczne; wszelako nie są one 
jeszcze zatwierdzone. Dopiero 10. maja r. 1411 zatwierdzono je 
uroczyście w Złotoryi*). 

*) Lewicki: Codex epistolaris saec. XV T. II nr. 36. W preli- 
minarzu pokojowym, wystawionym przez króla polskiego, mniej do- 
bitnie zaznaczony jest współudział Inflant w przymierzu. 

*) Aktu tego nie znamy; ale przypuszczać wolno, że nie wy- 
szedł on poza warunki preliminarzem objęte, na które się w Tora- 



354f Abdon Kłodziński. 

Wysnutemu z uUadu polsko-litewsko-pruskiego przymie- 
rzu z Inflantami nie sprzeciwia się traktat handlowy, zawarty 
przez Witolda z mistrzem inflanckim w r. 1414*). Wprawdzie 
bowiem w pokoju toruńskim zastrzeżono sobie swobodny, wza- 
jemny przechód kupców przez kraje sprzymierzone, nie wyklu- 
cza to jednak dokładniejszego oznaczenia warunków swobodnego 
handlu w odrębnym, późniejszym układzie. Przypuścić więc 
wolno, że właśnie na podstawie artykułu o wolnym przejeździe 
kupców z pokoju toruńskiego zawarł Witold jakiś specyalny 
traktat handlowy, co prawda w oryginalnym dokumencie nie- 
znany. Wnioskiem zaś niewątpliwym z tej okoliczności zdaje się 
być spostrzeżenie, że Litwę z Inflantami musiały wiązać bardzo 
blizkie stosunki. 

Pokój toruński z r. 1411 nie był ani pierwszym, ani wie- 
czystym, ani niewzruszonym, przyszły po nim równie tylko z imie- 
nia wieczyste i niewzruszone; w rzeczywistości coraz twardsze 
dla Zakonu pruskiego, a coraz dokładniejsze dla stosunku z In- 
flantami zawierające warunki. Inflanty bowiem po pierwszym 
pokoju toruńskim uczestniczą stale w układach między Polską 
a Prusami. 

Rok 1422 przyniósł pokój melneński. Warunki tego układu 
wylicza akt ze strony polskiej i litewskiej z dnia 8. maja 1422 r. '), 
są one w odniesieniu do Inflant wyraźniejsze, niż w omówio- 
nym pokoju toruńskim pierwszym. Już też i w harendze znaj- 
dujemy ubolewanie nad szkodami, wynikłemi z wojny między 
Zakonem pruskim a Polską na obszarze Prus, Alemanii i Inflant : 
...dispendia... bellorunij guae inter nos et magisłrum generałem et 
Ordinem beatae Mariae Theuthonicorum ac terras eorundem per 
Prussiam^ Alemaniam et Livoniam hactemis, heu dolorL.. sfie- 
vierunt Obecnie chodzi także o zawarcie pokoju wieczystego 
i niewzruszonego przymierza pomiędzy Polską i Litwą a Zakonem 
pruskim i jego ziemiami: pruską, alemańską i inflancką. Pokój 
ten ma oprócz tego wybitne znaczenie w odniesieniu do naszego 
zagadnienia. Wiadomo bowiem, że w układzie melneńskim od- 

nia zgodzono obustronnie, a tylko ich uroczyste potwierdzenie od- 
łożono do zjazdu w Złotoryi. Por. Długosz: Historya W str. 120. 

*) Daniłłowicz : Skarb, dyplom, reg. 1082. Mistrz inflancki do- 
zwala w tym układzie swobodnego handlu na pewien czas kupcom 
litewskim w Inflantach. 

*) Dogiel: Cod. dipl. nr. 90 str. 110—115, 



stosunki Polski i Litwy z Inflantami przed zatargiem z r. 1556/7. 355 

siąpiono ostatecznie ziemię żmudzką Litwie. Żmudź tedy staje 
się klinem rozdzielającym Prusy od Inflant, a tern samem prze- 
dłużeniem granicy od wschodu przez południe ku zachodowi mię- 
dzy Inflantami a Litwą. Przypomnieć należy z pierwszego ustępu 
tej pracy, że spór graniczny rozpoczyna się z początkiem pano- 
wania Kazimierza Jagiellończyka, zaczem w najbliższym czasie 
po odzyskaniu Żmudzi i powstaniu nowej granicy od północy 
między Litwą i Inflantami. Wniosek stąd oczywisty, że spór gra- 
niczny wyłonił się z powodu odzyskania Żmudzi, której na nowo 
trzeba było ustalić granicę od strony Inflant *). 

Zapatrywanie powyższe ma uzasadnienie w warunkach układu 
melneóskiego, wśród których między pierwszymi znajdujemy usta- 
nowienie granicy między Inflantami a Żmudzią. Zaczem do przy- 
mierza pomiędzy Polską i Litwą a Inflantami przybywają nowe 
okoliczności; tern samem i uwzględnienie Inflant w przymierzu 
melneńskim jest tak bardzo wyraźne. Do znanych zobowiązań 
z pokoju toruńskiego, dotyczących swobodnego handlu, wzaje- 
mnego sądu dla poddanych, jako też wydawania zbiegłych wie- 
śniaków, dodano warunek umorzenia sporów pomiędzy podda- 
nymi stron sprzymierzonych (tam in Prussia, ąuam in Livonia 
et Almanią). Ponadto w końcowych artykułach znajdują się dwa 
ważne postanowienia: 1) na wypadek, gdyby jedna ze stron 
sprzymierzonych wbrew zawartemu pokojowi usiłowała wznie- 
cić wojnę, poddani sprzymierzonych wolni są od posłuszeństwa ; 
2) każda strona zobowiązana przymierzem, ma na żądanie dru- 
giej strony odnowić przymierze; 3) spory pomiędzy sprzymie- 
rzonymi (między którymi jak najwyraźniej wymieniono Zakon 
inflancki) winny być za obopólnem porozumieniem przez posłów, 
a następnie w oznaczonym czasie i miejscu przez wyznaczonych 
z obu stron komisarzy załatwione. We wszystkich tych zobowią- 
zaniach figuruje Zakon inflancki; pokój melneński jest więc — 
ponad wszelką wątpliwość — tem wieczystem i nierozerwalnem 
przymierzem, które ogarnia prowincyę inflancką. 

Idąc dalej i wnikając w treść wieczystego przymierza za- 
wartego między Polską a Litwą w Brześciu kujawskim w r. 1436, 
spotykamy się z ugruntowaniem naszego przekonania. Z działań 

*) Od tego też czasu datuje się regulacya granicy. Por. do- 
kumenty z r. 1423, 1425, 1426 w Liv. Est. Kurl. Ukbuch T. VI nr. 54, 
61, 66, 378, 490, oraz Index corp. hist dipl. Liv. Est. Cur. nr. 1179, 
1180, 1214. 



356 Abdon Kłodziński. 

pokojowych w Brześciu kujawskim pozostały dwa akty, jeden 
wystawiony przez Warneńczyka i Zygmunta, w. ks. litewskiego *), 
drugi przez wielkiego mistrza Pawła Rusdorffa*). Zatwierdzenie 
tego pokoju musiało nastąpić z chwiJą wydania obydwóch aktów, 
skoro w myśl warunku, objętego traktatem, obie strony wysta- 
wiają litterae reversales, w których przyrzekają wojny przeciw so- 
bie nie prowadzić*). Warunków pokoju brzeskiego niema po- 
trzeby przytaczać, skoro są one niemal dosłownem powtórze- 
niem traktatu melneńskiego. Warto jednak przytoczyć dwa szcze- 
góły. Oto pokój ten nie tylko znosi wszelkie związki i umowy, 
jakie mistrz pruski et preceptores per Alemaniam et Livoniam 
uczynili ze Świdrygiełłą, ale zabrania im także na przyszłość, 
aby wogóle żadnych Ugaś, suggestiones et confoederationes prze- 
ciw królowi polskiemu, w. ks. litewskiemu i ich prawowitym na- 
stępcom nie zawierali*). Ponadto ustanowiono coroczne sądy 
dla przekroczeń warunków tego wieczystego przymierza, otóż dla 
Inflant i Litwy sądy te mają się odbywać naprzemian w jednym 
roku w Huspolu, w drugim w Dymbergu, czyli Nowinie. 

Całe dotychczasowe badanie aktów pokojowych pomiędzy 
Polską, Litwą i Prusami zmierza do tego, ażeby wysnuć pewne 
wnioski co do ułożenia się stosunku zewnętrznego Polski z In- 
flantami. Zwrócenie się do tych aktów było tem bardziej wska- 
zane, że, jak się zdaje, nigdy, aż do czasów Zygmunta Augusta 
Polska nie zawarła osobnego układu z Inflantami. To też jedy- 
nem źródłem do odtworzenia stosunku tych państw pozostają 
akty pokojowe pomiędzy Prusami a Polską i Litwą. Ostatnim zaś 
aktem, w którym zaznaczony został ten stosunek, jest traktat 
brzesko-kujawski. Wprawdzie drugi pokój toruński z r. 1466 *), 



») Dogiel: Cod. dipl. nr. 97 str. 123. 

2) Lewicki: Index actorum str. 246; powołuje się na Ltlniga. 
Teutsches Reichsarchiv VII pars VI p. 23. 

») Dogiel: Codex dipL T. IV nr. 98 i 99 str. 134 i 136. Por. 
także Index corp. hist. dipl. Liv. Est. Kur. nr. 1417 i 1588, oraz 
Liv. Est. Kur. Ukbuch T. X nr. 405. 

*) Artykuł ten był wymierzony przeciw przymierza zaczepno- 
odpornemu, zawartemu pomiędzy Świdrygiełłą, w. ks. lit., a mistrzem 
prus. i infl. w r. 1431 (Liv. Est. Cur. Ukbuch T. VIII nr. 462). 

») Dogiel: Codex dipL T. IV nr. 122 str. 163; pokój ten za- 
warty został między Polską a mistrzem pruskim Ludwikiem de Er- 
lichhausen. Zakonem pruskim i ziemiami Zakonu w Prusach się znaj- 
dującemi („.... ac terras eiusdem Ordinis in terris Prussiae .... 



SfosDflki Polski i Litwy z Inflantami przed zatargiem z r. 1556/7. 357 

zawarty z Prusami, mógłby był określić jeszcze dokładniej, jakie 
wzajemne prawa i obowiązki mają łączyć Polskę i Inflanty, prze- 
cież tego nie uczynił. Owszem, w rażącej różnicy pozostaje on 
do poprzednich omówionych traktatów, gdyż jest tak powścią- 
gliwy, że nie znajdzie się w nim wzmianki o Inflantach. Zjawi- 
sko to tem sobie wytłómaczyć możemy, iż upadający Zakon pru- 
ski nie chciał choćby cieniem pozoru wplątywać braterski mu 
Zakon inflancki w stosunek ze zwycięską Polską. Wielki mistrz, 
hołdownik króla polskiego z obciętych Prus, czyli Prus wscho- 
dnich, pozostawał zawsze zwierzchnikiem Zakonu inflanckiego, 
którego znaczenia dla własnej powagi i dla pomocy, w czasie 
wojny 13-letniej udzielonej, osłabiać nie mógł. 

Zestawiając tedy dane, wydobyte z traktatów z Prusami, 
dochodzimy do wniosku, że : 1) Polskę i Litwę łączyło z Inflan- 
tami wieczyste przymierze; 2) że to przymierze określone zo- 
stało niektórymi warunkami, w omówionych traktatach zawar- 
tymi. Możemy więc na podstawie tych warunków stworzyć obraz 
wzajemnych zobowiązań pomiędzy Polską, Litwą a Inflantami. 
W ten sposób pragniemy uzupełnić brak osobnego aktu przy- 
mierza pomiędzy temi państwami. Wyobrażamy więc sobie, że 
gdyby taki akt istniał, obejmowałby następujące zobowiązania: 
1) Polskę, Litwę i Inflanty łączy wieczyste przymierze; wskutek 
tego: 2) spory między temi ziemiami mają zgasnąć; 3) a nato- 
miast sprzymierzeńcy mają działać na swą korzyść, więc : 4) Za- 
kon inflancki i mistrz inflancki nie będą zawierali jakichkolwiek 
przymierzy na szkodę królów polskich i w. ks. litewskich ; 5) Za- 
kon przestrzegać będzie granicy z Litwą, która co 5 lat, dla uni- 
knięcia sporów, ma być odnawiana; 6) sprzymierzeni zastrze- 



consistentibns'*). Uderza tu więc brak zaliczenia do ziem Zakonu 
praskiego Inflant, które w poprzednich traktatach pokojowych do 
ziem tego Zakonu wliczano. Jak tu zaś chciano ominąć Inflanty^ 
świadczy postanowienie traktatu (na str. 173 cyt. kodeksu), że znie- 
sione są statuty i zwyczaje, wedle których w sprawach ważnych 
mistrz pruski miał obowiązek pozywać do dorady i szukać zezwo- 
lenia mistrzów alemańskiego i inflanckiego (^quod in magnis et arduis 
rebus Ordinis, vocatio et consensus Magistrorum Alemaniae et Livo- 
niae debeat intervenire"). Natomiast usiłowały Inflanty zawrzeć oso- 
bny układ z królem pols. w r. 1479 (Lewicki: Cod. ep. s. XV T. 
III nr. 283). Usiłowanie w kierunku uzyskania wieczystego przymie- 
rza ponowiło się jeszcze w r. 1492 (Ind. corp. hist. dipl. Liv. Est. 
Kur. T. II nr. 2304 i 2312). 



358 Abdon Kłodziński. 

gają sobie wzajemnie swobodę handla, oraz 7) wydawanie zbie- 
głych wieśniaków i pomoc przy karaniu zbiegłych złoczyńców; 
8) wolność osiedlenia się w ziemiach sprzymierzonych; wresz- 
cie 9) w razie naruszenia tego przymierza przez poddanych któ- 
rejkolwiek strony, odbywanie corocznych sądów (złożonych z re- 
prezentantów obu stron) w oznaczonych miejscach. 

Na ogół więc przedstawia się w ten sposób skonstruowane 
przymierze jako wyraz stosunku pomiędzy państwami, które ży- 
czą sobie zachować sąsiedzką przyjaźń i zgodę. Właśnie zaś na 
wypadek naruszenia tej zgody chcą mieć uregulowany sposób 
postępowania. Tem się też tłómaczy, że ów spór graniczny, 
trwający tak długo, mógł się przewlekać, nie wywołując powa- 
żniejszych zajść. Przymierze wieczyste, które często odnawiać 
mieli komisarze, wyznaczeni do sprawy granicznej, chroniło przez 
zobowiązanie do załatwienia sporów w drodze pokojowej — od 
konfliktu. 

Obok tych traktatów prusko-polskich, stanowiących źródło 
do wyklucia stosunku zewnętrznego Inflant do Polski, istnieje 
przecież jeden bezpośredni układ pomiędzy mistrzem inflanckim 
Plettenbergiem a Aleksandrem, w. ks. lit, w r. 1501 zawarty *). 
Układ ten możemy jednak pominąć; jest on bowiem wyrazem 
chwili i chwilowe ma tylko znaczenie. Chodzi tu o pomoc prze- 
ciw Moskwie, której dostarczyć ma tylko Litwa. Przymierze na- 
wskróś wojenne obowiązywać ma przez lat 10 ; poczem w razie 
potrzeby można je odnowić. Jednego tylko przy rzuceniu okiem na 
ten sojusz przeoczyć nie wolno, a mianowicie spostrzeżenia, że 
układ taki jest objawem zbliżenia się dwóch państw, że zatem 
wieczyste przymierze sprawiło dość dużo w tej mierze. To wie- 
czyste przymierze już istnieje, sojusz wojenny powstaje na jego 
tle. Że tak jest, o tem dwóch zdań być nie może* Dowodem tego 
naj wyraźniejszym to, co mówi Plettenburg w układzie z r. 1501, 
t. j., że sojusz wojenny, zawarty z Aleksandrem, nie ma nic prze- 
sądzać aktowi wieczystego przymierza, uczynionego między zie- 
miami Zakonu krzyżackiego w Prusiech i Inflantach a w. ks. 
litewskim (Yolumtis insuper, ut vigore praesentis Ligae, Ktteris 
perpetuae pacisy inłer eocpressas terras Ordinis nostri per Prus- 
siam et Liyoniamy nihil praeitidicetur). Jeżeli dodamy, że w tym 
układzie wyrażono się, że spór graniczny należy na spokojniej- 



') Dogiel: Cod. dipl. T. V nr. 90 sir. 169. 



Stosunki Polski i Litwy z Inflantami przed zatargiem z r. 1556/7. 359 

szy od/ożyć czas, aby go załatwili komisarze iiucta tenorem HU 
terarum perpetuae pacis — to sądzimy, żeśmy nie odbiegli od 
prawdy, wynajdując w traktach Polski i Litwy z Prusami pod- 
stawę do skreślenia obrazu wzajemnego stosunku Polski, Litwy 
i Inflant, opartego na wieczystem przymierzu. 

Jedna uwaga nasuwa się tu jeszcze. Z treści sojuszu wo- 
jennego, wyżej zaznaczonego, wynikaćby się zdawało, że wie- 
czyste przymierze wiązało właściwie Litwę, a nie Polskę z In- 
flantami. Jest to tylko pozór. Wprawdzie Litwa najbardziej zbli- 
żała się do Inflant, przecież przymierze wieczyste, tylekrotnie 
zawierane z Prusami, przedewszystkiem pochodziło ze strony króla 
polskiego, zaczem do króla i państwa polskiego odnosiło się 
w pierwszej linii. Przymierze wojenne, zawarte z w. ks. litewskim,^ 
z natury rzeczy musiało uwzględniać stosunek pomiędzy Litwą 
a Inflantami. 

Jak dalece liczono się z warunkami przymierza między 
Polską a Inflantami, świadczą o tem późniejsze powoływania się^ 
na istniejące przymierze. Tak n. p. kiedy w r. 1517 skarży się- 
mistrz inflancki Plettenberg Zygmuntowi I na krzywdy, jakich 
mieszkańcy granicy doznają od sąsiednich Litwinów i żąda, aby 
tych krzywdzicieli przez wojewodę wileńskiego Mikołaja Radzi- 
wiłła powściągnął, odpowiada król, iż żądaniu uczyni zadość tem 
chętniej, ile że jego właśni poddani daleko więcej cierpią krzywd 
od Inflantczyków i że mu bardzo zależy, aby te niezgody gra- 
niczne już raz ustały, bo przez to : bona mcinitas et pax inmo- 
lata servaretur inter nos iuxta foedera nostra ^). Nie poprzestaną 
w tym względzie na listach. Plettenberg wyprawił posłów, któ- 
rym Zygmunt I odpowiedział, że to, co zrobili Litwini, było da- 
leko słabszym odwetem od zaczepki ze strony mieszkańców in- 
flanckich; że jednak przez obustronnych komisarzy (nuntii) da 
się ta sprawa załatwić, gdyż nam idem est in foederihus antiguis- 
Magni Ducattis et terrae Lwoniae expressum, ut per tales in fi- 
nibtis differentias pax et societas infringi non debeat, sed omnia 
per communes nuncios componi. Nie zaniedbał też król poruszyć 
spom granicznego i wytknąć mistrzowi, iż poddanym litewskim 
nie dozwala się na Inflantach zabierać rzeczy po zmarłych kre- 
wnych w tej prowincyi, a kupcom wileńskim utrudnia się ze^ 
strony Rygi czynności handlowe*). W osobnym akcie charakte- 

*) Tomiciana T. IV nr. 83 str. 127. 

«) Tomiciana T. IV nr. 135 str. 128 i 129. 



360 AbdoD Kłodziński. 

ryzige ogólnie Zygmunt I krzywdy wyrządzane poddanym lite- 
wskim, są to: niespodziane napady, rabunki, zabójstwa i podpa- 
lania ^) : Że krzywdy te by/y dotkliwe, dowodzi wysłanie straży 
przez Zygmunta I na granicę żmudzką, aby ekscesom zapobiegła ^). 

Rozumieć też należy, iż na podstawie warunków wieczy- 
stego przymierza domagał się Zygmunt I, aby Inflanty nie po- 
pierały rzeczy rządowi polskiemu niemiłych. Kiedy tumultuanci 
gdańscy rozszerzali szydercze i zohydzające piosnki o złożonych 
przez pospólstwo z urzędu burmistrzu, rajcach i ławnikach gdań- 
skich, żądał Zygmunt I (r. 1525) od mistrza inflanckiego; aby 
zakazał śpiewania i rozszerzania w swych terytoryach tych can- 
łilenarum et famosorum Ubellorum*), 

Nieobojętną była dla Zygmunta I sprawa rozszerzania się 
nowej nauki luterskiej w Inflantach. W myśl pierwszego pokoju 
toruńskiego z r. 1411 przyrzekli sprzymierzeńcy rozszerzać pra- 
wdziwą wiarę. Choć to w tych czasach tylko do pogan i schy- 
zmatyków odnosić się mogło, przecież ten artykuł i do herety- 
ków dał się dostosować. Może nawet na myśl nie przyszło kró- 
lowi, aby powołać się na ten artykuł; miał bowiem inne i słu- 
szne racye w żądaniu powściągnięcia ruchu reformacyjnego na 
Inflantach, który zalewał głównie miasta handlowe tej prowincyi. 

Zygmunt I obawiał się, aby reformacya z sąsiednich Inflant 
nie przerzuciła się na terytoryum Litwy, a następnie, aby w sa- 
mych Inflantach nie dokonała przewrotu. Z dawien dawna byli 
królowie protektorami arcybiskupstwa ryskiego ; reformacya za- 
grażała w bardzo wielkim stopniu prawom i całości tegoż arcy- 
biskupstwa i to tem więcej, że rozsadnikiem reformacyi była 
Ryga. Te dwa punkty widzenia schodzą się w instrukcyi, danej 
posłom od Zygmunta I do mistrza inflanckiego Plettenberga (r. 
1526)*). Król w pierwszym rzędzie daje wyraz obawie, że prąd 
religijny, szerzący się po Germanii, a ogarniający Inflanty, nie 
tylko zada cios całemu chrześcijaństwu, ale przedewszystkiem 
dotknie jak zaraza poddanych króla sąsiadujących z Inflantami 
(hoc pestis facile videtur ad Majestatis suae svbditos finiłimos di- 
manare posse). Równocześnie, jak następny ustęp pouczy, brał 

^) Tomiciana T. IV nr. 137 sir. 130. 

') Tomiciana T. IV nr. 144 str. 134 (list Tomickiego do bisk. 
warmiń.). 

3) Tomiciana T. VII nr. 140 str. 410. 

*) Tomiciana T. VIII nr. 37 str. 64 i 55, a także nr. 36. 



Stosanki Polski i Litwy z Inflantami przed zatargiem z r. 1556/7. 361 

król polski w opiekę arcybiskupa Rygi Blankenfelda, któremu 
ze strony zreformowanej Rygi poważne groziło niebezpieczeó* 
stwo. Król żądał od mistrza, aby położył tamę przewrotowi, do 
czego sam ofiarował pomoc i środki, w przeciwnym bowiem 
razie, dla dobra swych poddanych, innych chwyci się sposobów. 

Z tego wszystkiego widoczne jest, do czego prowadziło 
przymierze z Inflantami. Było ono tym środkiem, który pozwa- 
lał zatargi o sprostowanie granicy, o krzywdy nadgraniczne, na- 
stępnie ważne sprawy sąsiedzkie załatwiać na drodze pokojo- 
wej. Rzecz jednak dziwna — mimo wzajemne interesy, mimo 
częstych powoływań się na przymierze, nie przychodziło do bez- 
pośredniego ułożenia się stosunków polsko - inflanckich w oso- 
bnym, specyalnym akcie. Wszak zaszły takie zmiany, że od chwili 
sekularyzacyi Prus zakonnych ustaje wszelka zależność Inflant 
od Prus, a przecież stosunek Polski i Litwy do Inflant pozostaje 
ciągle oparty na traktatach pomiędzy Polską a Prusami. Stąd 
pewna niejasność; — i po stronie polskiej i po stronie inflan- 
ckiej widać powoływanie się na jakieś wieczyste przymierze, 
a tymczasem to przymierze nigdzie bezpośrednim aktem nie zo- 
stało stwierdzone. To też wydało się słusznem poznać trochę 
bliżej historyę stosunku tej prowincyi do naszego państwa. Oczy- 
wiście w tem małem przedstawieniu — sprawa ta nie wyczer- 
pana. Sądzimy jednak, żeśmy nie zbłądzili, szukając przymierza 
Polski z Inflantami w traktatach prusko-polskich. Ośmielamy się 
nawet przypuścić, że u nas w Polsce prawdopodobnie nie zda- 
wano sobie dokładnie sprawy, jak wygląda przymierze z Inflan- 
tami; być może, że z tradycyi wiedziano o wieczystem przymierzu 
z tą prowincyą, nie wiedziano jednak, gdzie szukać tego przymie- 
rza i nie umiano go skonstruować. 

Komisarze, wyznaczeni do załatwienia sporu granicznego, 
mieli częstokroć obowiązek utwierdzenia wieczystego przymie- 
rza. Stwierdza to wyraźnie pełnomocnictwo, dane przez mistrza 
inflanckiego w r. 1545 komisarzom, aby w pierwszym rzędzie 
ustalili wieczysty pokój, ut primum apud Regiam Serenitatem et 
suos in perpetuam pacem iurare et hanc stabilire Idborent ^). Wtedy 
Zygmunt August tłómaczył się, że sprawą tą zająć się nie może, 
gdyż jeszcze jego ojciec jest przy życiu, a ten potąd pełni wła- 



*) Dogiel: Cod. dipl. T. V nr. 114 str. 195; także Kniga po- 
solskaja metr. welik. kniaź, litowsk. T. I str. 19 nr. 16. 



362 AbdoD Kłodziński. 

dzy na niego nie zlał^). Ale i po śmierci Zygmunta I widać 
u Zygmunta Augusta pewną niechęć do odnowienia i ustalenia 
przymierza z Inflantami, gdyż żądaniom nowego mistrza inflan- 
ckiego Henryka Gallena z r. 1551 *) nie czyni zadość. Zapewne 
obojętność względem odnowienia przymierza miała źródło w spo- 
rze granicznym, który potąd, mimo tylokrotnych prób nieuregu- 
lowany, przeszkadza utwierdzeniu traktatów pokojowych. Sądzono 
więc, że dopóki spór graniczny nie ulegnie ostatecznemu zała- 
twieniu, niema potrzeby odnawiać przymierza, które każdej chwili 
z powodu sprawy granicznej rozbić się mogło. Tak więc aż do 
wybuchu zatargu pomiędzy Zakonem inflanckim a Zygmuntem 
Augustem, t. j. do lat 1556/7 i sprawa poprawienia granicy i od- 
nowienia przymierza nie przyszła do skutku. 

Zupełnie odrębny, a bardzo dawny stosunek Polski do ar- 
cybiskupstwa ryskiego, a więc tem samem i do Inflant, polegał 
na prawie protektoratu królów polskich nad tym instytutem ko- 
ścielnym. Jak ten stosunek się rozwinął i jakie pociągnął za sobą 
następstwa, o tem mowa w następnym rozdziale. 

III. Królowie polscy protektorami arcybiskupstwa ryskiego. 

Arcybiskupi ryscy byli poprzednio pierwszymi i jedynymi 
biskupami Inflant. Godność metropolitów otrzymali dopiero od 
papieża Innocentego IV w r. 1254, gdy już przeszło pół wieku 
upłynęło od ich misyonarskiej działalności w tej prowincyi. 
Apostoł Inflant biskup Albert położył kamień węgielny pod 
przyszły rozwój tej kolonii niemieckiej. On zwoływał wyprawy 
misyjne, pociągając szlachtę z północnych Niemiec, szczególnie 
zaś westfalską, do osiedlania się w prowincyi, on założył pier- 
wsze miasto, stolicę Inflant: Rygę (r. 1201), on na wzór Zakonu 
templaryuszów ufundował Zakon misyjny Kawalerów mieczo- 
wych, sobie podwładnych (około r. 1202). Za jego czasów ułożył 
się też stosunek prowincyi na zewnątrz i wewnątrz. Na we- 
wnątrz biskup (później arcybiskup) ryski przybrał siłą faktów 

^) Schirren: Yerzeichniss lirl. Geschąaellen str. 29 reg. 838 
r. 1545 bez miejsca i daty miesiąca i dnia: „die Beschwdrong des 
ewigen Friedens wird ais nnntltz abgelehnt, da der Yater noch lebe 
und ihm die Regienmg durchaus nicht ganz dbergeben habe*^ 

*) Schirren: Yerz. lirl. 6qaellen str. 83 reg. 897; 26. lipca 
1551. Wenden Ordensmeister (Henryk Gallen) Regi Poloniae. 



stosunki Polski i Litwy e InflantAmi przed zatargiem z r. 1556/7. 863 

pierwszorzędne stanowisko, na zewnątrz biskup ten byt len* 
nikiem cesarza niemieckiego i podwładnym papieża. Zasada 
jedności na wewnątrz prowincyi rychto została złamana, odkąd 
założony przez Alberta Zakon mieczowy urósł na znaczeniu 
i powadze. Zakon ten żądał ze skutkiem nie tylko wydzielenia 
części ziem zdobytych na poganach, ale ponadto pragnął znieść 
zwierzchnictwo biskupa ryskiego nad sobą. Od chwili, kiedy się 
to rozpoczyna, a rozpoczyna się bardzo wcześnie, bo już po 
r. 1220, łamie się struktura jedności prowincyi. Naprzód tedy 
o wydobycie się z pod zwierzchności biskupa, następnie o pier- 
wsze stanowisko w Inflantach ubiega się Zakon rycerski, zało- 
żony przez biskupa Alberta, w niedługim czasie na Zakon krzy- 
żacki zamieniony. Zmaganie się tych dwóch sił, Zakonu i arcy- 
biskupa ryskiego, trwa przez cały ciąg historyi niezawisłej pro- 
wincyi. 

Przemiana Zakonu kawalerów mieczowych na Zakon krzy- 
żacki była wynikiem polityki wewnętrznej mistrzów Zakonu 
kawalerów mieczowych. Oni to, pragnąc wydostać się z pod 
wpływu biskupa ryskiego, rozumieli, że skoro połączą się z Za- 
konem krzyżackim, dopiero rozpoczynającym działanie w Pru- 
sach, usuną się z pod zwierzchnictwa biskupa ryskiego, gdyż 
jako członkowie Zakonu krzyżackiego podlegać będą wprost 
papieżowi. Starania jednak o połączenie się z Zakonem krzy- 
żackim rozbijały się o niechęć Hermana Salzy; dopiero fakt, 
że w r. 1238 Zakon kawalerów mieczowych został prawie zu- 
pełnie zniszczony przez Litwinów, sprawił, iż Herman Salza 
zgodził się na połączenie niedobitków z nowym Zakonem krzy- 
żackim na Inflantach, w miejsce dawnego Zakonu rycerskiego 
wstępującym. Historycy przyznają, iż jest dość trudno oznaczyć 
stosunek przemienionego Zakonu do biskupa ryskiego i do Za- 
konu pruskiego. Rzeczywistością jednak jest, że ten Zakon krzy- 
żacki powstaje na Inflantach i dziedziczy po swym poprzedniku 
pretensye do zdobycia pierwszego na Inflantach stanowiska. W tych 
swoich zamiarach spotkał się z oporem arcybiskupa, który 
wcale nie myślał o ustępowaniu miejsca, zdobytego prawem 
pierwszeństwa i). 

^) Szerzej i szczegółowiej można te sprawy poznać z dzieł, 
których używałem do oczytania się w przedmiocie, jako to : Seraphitn, 
Geschichte Liylands Bd. I r. 1906 i Schiemann; Russland, Polen u. 

Kwartalnik hiatoiyeray XXII-2/8. 25 



364 Abdon Kłodziński. 

Walka między arcybiskupem a Zakonem skupia się koto 
centralnego punktu, t. j. koto miasta Rygi, które stanowi tak 
siedzibę arcybiskupa, jak też początkowo i mistrza Zakonu. 
Różne bywają koleje i wyniki walk arcybiskupów z Zakonem, 
raz Zakon, drugi raz arcybiskup trzymają Rygę w swej mocy. 
Kiedy atoli w r. 1332 zdobywa Zakon zwierzchnictwo nad Rygą, 
poruszają swą krzywdę arcybiskupi ryscy, skarżąc się przed 
całą Europą, t. j. cesarzem i papieżem. Uzyskcgą też arcybiskupi 
pomoc cesarza i papieża. Cesarz mianąje w r. 1366 protekto- 
rów i obrońców arcybiskupstwa przeciw gwałcicielom praw 
i wolności, a papież rzucił klątwę na Zakon. 

W tych czasach i w tych stosunkach otrzymuje Kazimierz 
Wielki prawo protektoratu nad arcybiskupstwem ryskiem. Do- 
wodem tego akt cesarza Karola IV, wydany w Pradze dnia 23. 
kwietnia r. 1866 *). Znaczenie historyczne tego prawa ocenił 
historyk polski p. Feliks Koneczny, który w swem przedstawie- 
niu wyszedł z tego założenia, jakoby uzyskane prawo prote- 
ktoratu nad arcybiskupstwem ryskiem było celem polityki Kazi- 
mierza Wielkiego*). Tymczasem, zdaje się, że nadanie tego 
prawa było także obowiązkiem na korzyść prowincyi inflanckiej. 
Prawda niewątpliwa, że Kazimierz Wielki mógł wyzyskać to 
uprawnienie na swą korzyść; ale biorąc to pod uwagę, wypada 
wykazać nie tylko, w czem wyzyskanie tego prawa ujawnić się 
mogło, ale też w czem ono rzeczywiście się ujawniło. 

Pozostaje jednak ocenienie wartości tego prawa co do jego 
rozciągłości ze względu na treść, czas i podmioty, czego w za- 
znaczonej rozprawce nie znajdujemy. 



Liyland bis in 17 Jahrhundert (Oncken: Allg. Gesch. in Einzeldarstel- 
lungen. Berlin 1887). 

*) Dogiel: Cod. dipl. t. V str. 75—78, lepiej atoli jest korzystać 
z tego aktu w wydawnictwie Liv. Est. Rurl. Ukbuch t. 2 nr. 1029 
str. 739, który tam oznaczony jest datą 18. kwietnia 1366. 

*) Koneczny Feliks: Kazimierz Wielki protektorem arcyb. rys* 
(Pam. shichaczy oniw. Jag. wyd. staraniem młodzieży akad., Kraków 
1887 str. 554 — 569). Autor wyraża przekonanie^ iż Kazimierzowi W. 
przyświecały w uzyskaniu protektoratu nad arcyb. rys. dwa cele: 

1) jedność prowincyi kościelnej polskiej (biskupstwo chełmińskie 
łatwiej będzie można wydobyć z pod wpływów metropolity ryskiego); 

2) uzyskanie środka do wmieszania się w spór Krzyżaków z arcyb. 
ryskim i wyciągnięcie stąd korzyści we własnych stosunkach z Krzy- 
żakami. 



Stosonki Polski i Litwy z laflantami przed zatargiem z r. 1656/7. 365 

Wezwanie królów: duńskiego, szwedzkiego i norweskiego 
i polskiego, oraz książąt szczecińskich i meklenburskiego mieści 
się na końca wspomnianego dokumentu Karola IV, zawierają- 
cego potwierdzenie praw, wolności i swobód arcybiskupstwa 
ryskiego. Uromold, arcybiskup ryski, zwróci! się do Karola IV 
z prośbą o zamianowanie „konserwatorów" i „egzekutorów^ 
praw arcybiskupstwa. Skutkiem tego cesarz kazał sporządzić 
odpis praw i przywilejów tegoż arcybiskupstwa i adresując do- 
kument do wspomnianych królów i książąt, wezwał ich, aby 
o całość i bezpieczeństwo tych praw się troszczyli. Były to 
prawa świeckie, materyalne, udzielone przez poprzednich cesa- 
rzy rzymskich arcybiskupstwu. Jedynym więc ich obrońcą był 
nadawca, t. j. sam cesarz rzymski, świecki zwierzchnik arcy- 
biskupstwa. Ponieważ atoli jego opieka dla różnych przyczyn 
mogła być mało skuteczna, więc zwrócił się do najbliższych 
chrześcijańskich sąsiadów Inflant i przelał na nich swe prawo 
opieki w drodze zlecenia (deUgatio), wyraźnie zaznaczając, iż 
prawo to mają wykonywać w imieniu cesarza, impeńali au- 
thoritale. 

Jest to więc delegacya i to delegacya łączna, odnosząca 
się do pewnej grupy osób, nie wykluczająca jednak możliwości 
działania niewspólnego. Owszem każdy z tych uprawnionych 
może na własną rękę wykonywać całość poruczonego działania 
(dwisim et conjunctim). Trwałość tego prawa zależy oczywiście 
w pierwszym rzędzie od nadawcy; jego wola, jego śmierć roz- 
wiąziye ten stosunek. Gdyby atoli cesarz woli swej nie cofnął, 
a następca zlecenie odnowił, to w takim razie podmioty upra- 
wnione do wykonywania prawa opieki pozostają na swem sta- 
nowisku, mimo, iżby co do ich indywidualności fizycznej zaszła 
zmiana. Wypływa to stąd, że uprawnionymi nie są ściśle ozna- 
czone osoby fizyczne, ale osoby prawnicze. Cesarz wzywa do 
zastępstwa nie Kazimierza Wielkiego, ale króla polskiego, więc 
każdorazowy król polski, o ileby w zleceniu cesarza nie zaszła 
zmiana, jest uprawniony do wykonywania delegacyi. To samo 
odnosi się do wszystkich członków delegacyi. 

Treścią prawa zleconego jest opieka i obrona świeckich 
praw majątkowych biskupstwa. Ilekroć tedy czułby się arcy- 
biskup zagrożonym w tych prawach (Zakon!), tylekroć może 
zwrócić się do konserwatorów arcybiskupstwa i zawezwać ich 
pomocy. Konserwatorowie tedy obowiązani są na wezwanie 



366 Abdon Kłodziński. 

arcybiskupa spieszyć ma z pomocą przeciw gwałcicielom praw 
majątkowych arcybiskupsŁwa i takowych, jako dopuszczających 
się crimen laese majestaUs, powściągnąć, nałożyć karę (100 fon* 
tów czystego złota, z czego Vs przypaść ma fiskusowi cesar« 
skiemu, Vs zaś arcybiskupowi) i karę tę ściągnąć, egzekwować. 
Jak z tego widać, to prawo opieki jest raczej dość znacznym 
ciężarem. Korzyści możnaby upatrywać w ewentualnem wyzy- 
skaniu tego prawa dla celów politycznych. 

Z odnowieniem omawianej delegacyi spotykamy się u na- 
stępcy Karola IV, u cesarza Wacława, w dokumencie wystawio- 
nym w Pradze dnia 14. marca 1395 ^). Wtedy wymierzony był 
ten akt przeciw Zakonowi inflanckiemu, gdyż zanosiło się na 
to, że kuzyn zmarłego mistrza pruskiego^ Konrada Wallenroda, 
Jan Wallenrod, osiądzie na stolcu arcybiskupim i przyjąwszy 
sukienkę Zakonu niemieckiego, zawładnie arcybiskupstwem na 
korzyść Zakonu inflanckiego *). W zasadzie niczem ta odnowiona 
delegacya nie różni się od poprzedniej, tylko w szczegółach 
znać pewne zmiany. Tak więc koło delegatów zwiększyło się 
przez mianowanie konserwatorami arcybiskupów: trewirskiego, 
mogunckiego, kolońskiego, magdeburskiego, władz miejskich 
w Lubece, Sundzie, Rydze i Dorpacie i wassalów ryskiej i dor- 
packiej dyecezyi. Ponadto wyraźnie zaznaczono, że konserwa- 
torowie mogą wystąpić nawet przeciw Zakonowi krzyżowemu, 
jeśliby ten stał się gwałcicielem praw arcybiskupich ^etóam^t/^^- 
rinCfratres Ordinis domus łheutonicorum in Prussia, in Lwonia etc./ 

Była to już ostatnia znana delegacya cesarska, odnosiła 
się zaś faktycznie do Władysława Jagiełły 8). Później sobór ba- 
zylejski, unwersalem ecclesiam representans^ wystosował na dniu 
29. marca 1435 r. wezwanie do króla polskiego, aby się stał 
stróżem praw i wolności Kościoła ryskiego *). Wezwanie to do- 

*) Dogiel: Cod. dipl. T. V nr. 99 str. 174 w transsumpcie 
z r. 1519. 

*) Seraphim: Gesch. Livlands T. 1 sir. 104 — 107. 

B) Znaleźliśmy jednak później jeszcze jeden akt cesarski, a to 
Karola V z r. 1521, w którym, zapewne z obawy przed reformacyą, 
zdaje opiekę nad arcybiskupstwem i biskupstwami inflanckiemi kró- 
lowi duńskiemu Chrystyanowi U, margr. Janowi brandenb., ks. me- 
klenburskiemu, w. ks. litewskiemu i magistratom miast hanzeatyckich^ 
a szczególniej Lubece (Mon. Liv. ant. T. Y nr. 1). 

*) Dogiel: Cod. dipl. T. V nr. 79 str. 134. Sobór bazylejski 
byt poinformowany od kardynała Ludwika i biskupa Jana z Lubeki 



stosunki Polski i Litwy % Inflantami pned zatargiem z r. 1566/7. 367 

tyczy tylko króla polskiego (wtedy Władysława Warne&ezyka), 
prawdopodobnie atoli wysiane zostało do innych książąt, kiedy 
tego samego dnia i roku w tej samej formie zwraca się synod 
do w. ks. litewskiego (Zygmunta)*). Ciekawem jest w tym akcie 
wyrażenie, iż królom polskim papieże i impeiatorowie udzielili 
prawa opieki nad arcybiskupem ryskim j^nannulU Bomani panti^ 
fices et divi Imperatores^ tuis protectionihuSy ut weepimuSj com- 
mendarunt^^ W rzeczywistości nie spotyka się śladu takiej kon- 
cesyi papieskiej; akt ten mógłby zatem stanowić dowód, iż 
kiedyś rzecz taka się stała. 

Sobór bazylejski poruczał królowi polskiemu opiekę nad 
arcybiskupstwem w tym celu, aby osoby, reprezentujące arcy* 
biskupstwo ryskie, tak ze „spirytualiów'' praw kościelnych du- 
chownych, jako i „temporaliów'' praw świeckich, swobodnie ko-^ 
rzystać mogły. 

To są wszystkie znane uprawnienia królów polskich do 
protektoratu nad arcybiskupstwem ryskiem. Uprawnienia te trwały 
bez przerwy od Kazimierza Wielkiego po czasy Władysława 
Warneńczyka, a więc przez 80 letni okres czasu, dość długi, 
aby wystarczył na późniejsze wykonywanie tego prawa, mimo, 
iżby zlecenie nie było ponowione. Stąd też pochodzi, że w na- 
stępnych czasach, przez cały ciąg XVI w. to prawo królów pol* 
skich uznawano i na nie się powoływano. Protektorat ograniczał 
się głównie do ochrony praw majątkowych, sobór rozszerzył go 
nawet na prawa duchowne. Znaczenie takiego prawa mogło się 
odbić w działaniach politycznych, historyk może je n. p. 
wyzyskać, przedstawiając zapasy litewsko-polskie z Krzyżakami. 
Odnośnie zaś do gąmego chronionego instytutu, t. j. do arcybi- 
skupstwa ryskiego, prócz spraw delegacyą wskazanych, interwen- 



o zatargu pomiędzy Zakonem a arcybiskupem i z tego powodu zwra- 
cał sią do rad miejskich w Rydze, Dorpacie i Rewalu (Indez oorp. 
hist. dipl. Liv. Est. Kur. T II m. 3396). 

^) Hildebrands's : Liv., Est. und Kurl&ndisches Urkundenbuch 
T. 8 str. 546 nr. 913. Pod nr. 912 drukuje Hildebrand list soboru 
do króla pols., a pod nr. 913 powiada: das Concil von Basel an 
den GF. Sigmund y. Liihauen, empfiehlt mit einem mit nr. 912 m. 
m. wSrtlich tlbereinstimmenden Erlass die rigische Kirche seinem 
Schutz. Basel 1435 29. marca. Poprzód w r. 1420 polecił Marcin V 
opiece Witolda, w. ks. lit., arcybiskupstwo ryskie. (Index corp. hist. 
dipl. Liv. Est. Kor. T. I nr. 971). Co do tego porówn. także Liv. 
Est. Kurl. Ukbuch T. V nra 2127, 2133, 2134, 2140. 



368 Abdon Kłodzij^eki. 

cya protektora mog/a się odbić także na obsadzie arcybiskapstwa. 
Protektor bowiem, czuwając nad całością i bezpieczeństwem 
praw arcybiskupstwa, mógł niejednokrotnie okazać swój wpływ 
na obsadę stolicy arcybiskupiej, zwłaszcza, jeśli osoba propono- 
wana nie odpowiadała jego widokom politycznym, a to pod 
pretekstem, że dany kandydat mógłby utrudnić konserwatorom 
ochronę arcybiskupstwa, gdyby stanął na jego czele. 

Czy atoli zaszedł wypadek, iżby król polski prawo pro- 
tektoratu wykonał? Jeśli zważymy, że to był dość ciężki obo- 
wiązek, nie zdziwimy się, że w ciągu XIV i XV w. nie znać 
częstego stosowania tego prawa. Dopiero w XVI wieku widać 
większe zainteresowanie się u królów polskich losem arcybi- 
skupstwa. Przypuścić więc można, iż o ile interesom politycznym 
państwa polskiego dogadzało korzystanie z tego prawa i powo- 
ływanie się na nie, to wtedy uciekano się do roli protektorów. 
Poprzód, zdaje się, takiego interesu nie było, więc też tylko 
w nielicznych wypadkach wykonanie tego prawa miało miejsce. 
U schyłku XV w. zdarzyła się jeszcze raz sposobność zaakcen- 
towania tego prawa. Stało się to z okazyi przyznania pewnych 
praw majątkowych świeckich w kościele ryskim na rzecz mistrza 
inflanckiego Burghardtlst de Borch '). Cesarz Fryderyk III zwraca 
się mianowicie do króla polskiego Kazimierza Jagiellończyka, 
do Chrystyana, króla szwedzkiego i duńskiego, do w. ks. lite- 
wskiego (naówczas zarazem króla polskiego), do książąt Rzeszy 
i t. d., a więc do tych wszystkich, którzy niegdyś powołani byli 
do opieki nad arcybiskupstwem, aby stali się poręczycielami 
i obrońcami użyczonych mistrzowi inflanckiemu praw (akt z r. 
1481)'). Otóż, zdaniem naszem, cesarz zwrag^ się dlatego do 

*) Seraphim: Gesch. Liylands T. I str. 154. 

*) Schirren: Liylftndische Geschichtsguellen str. 17 Reg. 151 
wyciągnięty z oryginahi. Inne przykłady stosowania tego prawa opieki 
ze strony króla pols., a stwierdzające nasze zapatrywanie w tekście 
pracy wyrażone, są następujące: 1) w r. 1392 nastąpiła wymiana 
listów, a nawet zniesienie się przez posła Mikołaja de Dnunbrów 
(zapewne: de Dambrow), mieszcz. krak., między Władysławem Jag. 
a Janem IV, arcyb. rys., uciśnionym przez Zakon pod względem ma- 
jątkowym, jak o tern świadczy akt JagieUty, wydany w Sanoku 
28. kwietnia 1392, z którego wynika, że Władysław Jag. był pro- 
ponowany przez arcyb. Jana na egzekutora sprawy, wytoczonej przed 
papieżem przeciw Zakonowi, i że tę propozyeyę chętnie przyjął, 
sądził bowiem Władysław Jag., że przy tej sposobności będzie mógł 



Stosunki Polski i Litwy z Inflantami przed zatargiem z r. 1556/7. 369 

wspomnianych osób, ponieważ oni, czuwając nad całością praw 
majątkowych arcybiskapstwa, najlepiej mogli zabezpieczyć mi* 
strzowi inflanckiema nabycie praw na tym majątku. Skoro bo- 
wiem mają ich bronić i je poręczać, to tern samem uznoją ich 
słuszność. 

Dopiero jednak w w. XVI za panowania obu Zygmuntów 
bliżej zaopiekowano się stolicą arcybiskupią. Był to czas wzro- 
stu herezyi Lutra w Inflantach. Ziarno nowej nauki padło dość 
wcześnie na glebę tej prowincyi. Historycy datigą rozszerzanie 
^nowinek" od r. 1520. W latach od 1624 — 1625 opanował lute- 
ranizm miasta inflanckie. Owe bowiem miasta handlowe, czynnik 
najwyższego dobrobytu w Inflantach, otworzyły na ościerz wrota 
nowej reformie religijnej. Duchowieństwo atoli i szlachta nie- 
miecka (Bitterschaft) trzymały się dawnej wiary. Na czele Za- 
konu inflanckiego stał wówczas bohater Plettenberg, który wobec 
nowego ruchu zachowywał się z rezerwą. Biskupi ówcześni in- 
flanccy obawiali się przewrotu politycznego^ jakiby luteranizm 
sprawił, gdyby mistrz sekularyzował się i w myśl unifikacyi 
prowincyi zniósł dyecezye. Rycerstwo oburzyło się na łupiestwo 
kościołów, sprawione przez zwolenników nowej nauki w Rydze, 
Dorpacie i Rewalu (1524). Miało ono bowiem przywiązanie do 
kościołów i klasztorów, a oprócz tego widziało w dostojnikach 
kościelnych członków swoich rodów. Ponadto tak mistrza inflan- 
ckiego, jak i szlachtę odstręczała od nowego ruchu obawa przed 
buntem chłopskim'). 

Na czele ruchu przeciwnego reformie stanął Jan Blanken- 
feld, poprzód biskup dorpacki i rewalski, od r. 1525 arcybiskup 

(^Yindictam sumere") zemścić się na Zakonie. (Liv. Est Kur. Ukbuch 
T. m nr. 1314 ; porów, także w tej sprawie ibidem nra 1338 i 1334*); 
2) w r. 1424 w sporze kandydatów o bisknpstwo oezelskie gotów 
jest arcyb. ryski, przeprowadzić przez siebie popieranego kandydata 
przy pomocy króla duńskiego, polskiego i litewskiego (Liv. Est. Kur. 
Ukkuch T. VI nr. 85); 3) w r. 1425 powołani są między innymi 
król polski i w. ks, lit. do egzekucyi wyroku pap. w sprawie arcyb. 
przeciw Zakonowi (ibidem nr. 304); 4) w r. 1449 stara się Zakon 
infl. o zgodę króla polskiego na obsadzenie arcyb. ryskiego Sylwe* 
strem (ibidem T. 10 nr. 547 i 576); 5) w r. 1475 udawał się arcyb. 
ryski w swym sporze z biskupem dorp. o pomoc do króla pols. 
(Indei corp. hist. dipl. Liv. Est. Kur. T. II nra 2078, 2079, 2087, 
2096; oraz w innej sprawie nra 2200, 2207, 2217). 

*) Seraphun: Gesch. Livl. T. I str. 173— 201: „Die Reformation 
und ihre Einwirkung auf Livland*^ 



370 Abdon Klodaiński. 

ryski, skutkiem czego naraził się na różne przykrości, przede- 
ws&ysrŁkiOTi zaś na niezadowolenie u Ryian. Oni to pierwsi wy- 
powiedzieli mu posłuszeństwo, a na sarnie w Wolmarze, z po- 
wodu Łych wypadków zwołanym (1525), zażądali odebrania arcy- 
biskupowi wszelkiej władzy świeckiej nad miastem Rygą. Od 
czasu bowiem t. zw. traktatu kircholmskiego (r. 1452)^) Ryga 
podl^ałlA w połowie zwierzchnictwu arcybiskupa, w połowie 
zwierzchnictwu mistrza inflanckiego. Na ten sejm w Wolmarze 
wybrało się też poselstwo od księcia pruskiego Albrechta, które 
miało publicznie wyjaśnić powody, dlaczego książę się sekulary- 
zował, a potajemnie porozumieć się z luterską Rygą *). To wmie- 
szanie się Prus zmiarkował Plettenberg, uznał je za niebezpie- 
czne, objął wyłączne zwierzchnictwo nad Rygą i jak się zdaje, 
dał mieszkańcom swobodę religqną. 

Kiedy się tak sprawa obróciła na niekorzyść arcybiskupa 
Blankenfelda, wezwał on pomocy Rzeszy, Polski, a nawet poro- 
zumiewał się z Moskwą'). Pod i:oniec r. 1525 musiał arcybiskup 
ustąpić z rezydencyi, posądzony o konszachty z Moskwą dostał 
się do więzienia, które mu dopiero z początkiem roku nastę- 
pnego pozwolono opuścić, aby mógł stanąć na sejm w Wol- 
marze i tam się z zarzutów oczyścić. Na sejmie stanów w Wol- 
marze, odbywającym się w czerwcu r. 1526, przyszło do poro- 
zumienia między mistrzem a arcybiskupem. Mistrz przyrzekł 
otoczyć arcybiskupa opieką, praw jego co do Rygi nie uszczu- 
plać, w zamian za to zobowiązał się arcybiskup do wierności 
względem Zakonu, a nawet udzielania mu pomocy wojskowej. 
Poczem arcybiskup wyjechał rzekomo po potwierdzenie układu 
tego u cesarza i papieża. Ale skoro tylko opuścił Inflanty, za- 
niósł prośbę do cesarza i papieża o zwolnienie go od uczynio- 
nego z mistrzem układu. Naprzód tedy miał być u papieża, 
potem szukał cesarza, aż go w Hiszpanii śmierć zaskoczyła 
9. września 1527 r. 



*) Seraphim: Gesch. Livl. T. I str. 147. 

*) Tamże str. 196; we wstępie do Mon. Liv. ant. T. IV str. 
CIV czytamy, że posłem tym miał być Fryderyk von Heydeck, który 
już wtedy usiłował zalecić na koadjutora dla arcyb. Blankenfelda brata 
ks. Albrechta: margrafa Wilhelma. 

*) Tamże str. 196, co do porozumienia z Moskwą nie może 
dać Seraphim wyjaśniających wiadomości; por. także Indeks eorp. hist. 
dipl. Liv. Est. Kur. T. II nr. 2947. 



stosunki Polski i Litwy z Inflantami przed zatargiem z r. 1556/7. 



^1 



W tę sprawę Blankenfelda wdał się Zygmunt I, pobudzony 
nieznanymi listami arcybiskupa. Dawat tedy odpowiedź arcy* 
biskupowi, że bardzo boleje nad jego losem, nie tylko dlatego, że 
sam jest przejęty zapałem poskromienia heretyków, ale też dlatego, 
że dyecezya ryska i dorpacka jest pod jego opieką, protectianę 
suae Majesłatis gaudeł^ nie chciałby więc, aby arcybiskup został 
w swych sprawach pokrzywdzony i z tego powodu przyrzeka 
pomoc arcybiskupowi, obiecując naprzód listownie, później przez 
posłów znieść się w tej sprawie z mistrzem. Jednego tylko król 
nie może spełnić, do czego go nakłania arcybiskup, t. j., jak się 
zdaje, do wystąpienia przeciw poddanym arcybiskupstwa. Eról 
uważa, że byłaby to rzecz jego osoby niegodna i dlatego zaleca 
nawet arcybiskupowi pomiarkowanie względem poddanych ^). 

Przed mistrzem zaś rozwiódł się król z żalem, iż herezya 
tak ogarnęła prowincyę i że arcybiskup został uciśnięty. Co do 
herezyi, to obawia się jej zawleczenia na sąsiednie obszary 
państwa swego, co się zaś tyczy arcybiskupa, prosi i upomina, 
aby mu się nie działa żadna krzywda^ pokąd nie przyjdzie w tej 
sprawie od króla do mistrza poselstwo, król bowiem z obowiązku 
chrześcijańskiego nie może opuścić arcybiskupa'). 

Wreszcie dał król instrukcyę posłom, udać się się ma- 
jącym na sejm w Wolmarze (r. 1526) ^). W instrukcyi domagał 
się król stłumienia herezyi, gdyż zagraża ona od strony Inflant 
przeniesieniem się na obszar państwa litewsko-polskiego, nastę- 
pnie żądał zniesienia krzywd, jakie spotkały arcybiskupa ryskiego 
i biskupa dorpackiego, na tej podstawie, że ryska i dorpacka dye- 
cezya już przedtem protekcyi królów polskich i w. ks. litewskich 
została oddana. Napomina też i mistrza, aby popierał arcybiskupa, 
szlachtę zaś poddaną arcybiskupowi i miasta skłonił do wierno- 
ści. Król bowiem stanowczo nie pozwoli na ucisk arcybiskupa. 

Teraz dopiero zobaczyć możemy, za jakiem przyczynieniem 
przyszło do układu (omówionego poprzód) na sejmie wolmar- 
skim. Seraphim w swej historyi zbył tę sprawę milczeniem. Tym- 



*) Dogiel: Cod. dipl. T. V nr. 104 str. 186 list bez daty. 

*) Tamże nr. 105 str. 187. 

•) Tamże nr. 106 str. 187 — 188; protekcya nad bisk. dor- 
packim wynikała z aktu Karola V (z r. 1621 Mon. Liv. ant. T. V 
nr. 1), którym oddał między innemi osobami także w. ks. litews. 
opiekę" nad wszystkiemi wogóle biskupstwami inflanckiemi. Por. przyp. 
3 na str. 23. 



872 Abdon Kłodziński. 

czasem tego oświetlenia układu, zawartego na sejmie wolmarskim, 
odrzucać się nie godzi. Wprawdzie arcybiskup zerwał ten aUad, 
gdyż poddawał go Zakonowi, przecież jednak dano mu sposo- 
bność do zawarcia jakiej takiej zgody, a wkońcu do uzyskania 
wolności osobistej. Odtąd ożywił się też stosunek między arcy- 
biskupem a królem polskim, jak o tern świadczy list Zygmunta I 
z 7. września 1526 ^), i z Tomickim, który sam osobiście i w imie- 
niu króla składał Blankenfeldowi podziękowanie za uczynność 
w Rzymie*). Mimo to jednak radził Tomicki Blankenfeldowi, 
aby swoich i polskich spraw pilnował, pozostając w Rzymie, 
czem jakoby mu dawał do poznania: nie wracaj do Inflant, 
bo nam to niewygodne! 

Godzi się obecnie zastanowić, jaki był plan i cel polity- 
czny po stronie polskiej w popieraniu arcybiskupa ryskiego 
przeciw Zakonowi. Należy więc odpowiedzieć, czy król polski 
rzeczywiście wypełniał obowiązek opieki nad arcybiskupstwem 
ryskiem pod pozorem obawy przed reformą religijną, czy też wy- 
pełnienie tego obowiązku było pozorem do przeprowadzenia 
innej, donioślejszej sprawy? Odpowiadając na to zagadnienie, 
z góry ostrzedz musimy, że wchodzimy w sferę przypuszczenia, 
które w miarę postępowania dalszych wypadków uważamy za 
usprawiedliwione. 

Wychodzimy z założenia, że od chwili pokoju toruńskiego 
z r. 1525, ostatecznie stosunek Prus do Polski regulującego i od 
równoczesnego sekularyzowania Prus książęcych za Albrechta 
Polska mogła utracić zupełnie wpływ na prowincyę inflancką, 
gdyż z tą chwilą, t. j. z chwilą rozwiązania Zakonu pruskiego 
ustaje formalnie wszelki wpływ Prus na Zakon inflancki. Wia- 
domo zaś, że w wielkiej mierze rozwinięcie się stosunku Inflant 
do Polski przypisać należy zwierzchnictwu Prus nad Zakonem 
inflanckim, które obecnie się rozwiało. Dla utrzymania tedy 
wpływu nad prowincyą inflancką i niedopuszczenia innych wpły- 
wów, jak n. p. ze strony Moskwy, chwycił się Zygmunt I jedynego 
środka, jaki mu pozostawał, t. j. prawa protektoratu nad arcy- 
biskupstwem ryskiem i w ten sposób mieszał się w stosunki 
wewnętrzne Inflant. Z drugiej strony nieobojętnem musiało się 
wydać królowi, co się stanie na wypadek sekularyzacyi Zakonu 



*) Tamże nr. 103 str. 185. 

') Tomiciana T. IX nr. 116 str. 119. 



stosunki Polski i Litwy z Juflantami przed zatargiem z r. 1556/7. 873 

inflanckiego pod wpływem reformy religijnej. Nie ulegało bo- 
wiem kwesŁyi, ie dyecezye będą zniesione, a z nich wytworzy 
się albo jedno wielkie księstwo inflanckie pod sekularyzowanym 
mistrzem Zakonu, albo też szereg księstw, odpowiadających se- 
kularyzowanym biskupstwom. Co do takich ewentualności zmysł 
polityczny dyktował dwa środki zaradcze: co do pierwszej, t. j. 
jeśliby mistrz pragnął złączyć sekularyzowane biskupstwa w jedno 
księstwo pod swojem zwierzchnictwem, nie dopuścić do tego 
i bronić całości i katolickiego charakteru dyecezyi; co do dru- 
gicjj *• j- g^lyby biskupi chcieli tworzyć osobne świeckie księ- 
stwa ze swych dyecezyi, zapewnić sobie wpływ na takich bi- 
skupów, zwłaszcza na arcybiskupa ryskiego. W jaki zaś sposób 
ten wpływ sobie zapewnić, na to zapewne znalazł radę Albrecht 
pruski, lennik króla polskiego z Prus książęcych. 

Po pokoju toruńskim z r. 1525 musiał się Albrecht wyzuć 
ze złudzeń co do zdobyczy w państwie polskiem, zwrócił więc 
oczy na usuwającego się z pod jego zwierzchnictwa sojusznika: 
Inflanty. Jako luteranin dawał gwarancyę, że stanie na czele 
ruchu reformacyjnego miast inflanckich; na tem tle mógł też 
snuć jak najdalsze nadzieje. Widzimy go też, jak w 1525, w czasie 
sporu pomiędzy arcybiskupem Blankenfeldem a mistrzem inflan- 
ckim Plettenbergiem, zabiega koło Rygi, która właśnie walczyła 
o swobody religijne; spostrzegamy, jak już wtedy usiłige za- 
lecić na koadjutora arcybiskupiego brata swego, margrafa Wil- 
helma ^). Rachuby jego w tym wypadku pokrzyżował Plettenberg, 
biorąc Rygę pod swą zwierzchność, wszelako nie stłumił w Al- 
brechcie chęci przeprowadzenia zamierzonego planu, co mógł 
uczynić natychmiastową sekularyzacyą Zakonu i biskupstw in- 
flanckich; czego jednak nie uczynił i czego historycy inflanccy 
darować mu nie mogą. 

Opróżnioną po Blankenfeldzie stolicę arcybiskupią zajął 
Tomasz Schoning, mieszczanin ryski i jak się zdawało, powolny 
sługa Zakonu. Tymczasem okazało się co innego, Schoning roz- 
począł walkę o odzyskanie całości praw arcybiskupstwa i na 
tej drodze spotkał się z Albrechtem pruskim, który nie tylko 
Schoninga, ale i słynnego reformatora ryskiego Lohmlillera, po- 



*) Sądzimy, że pożyczki pieniężne, udzielane arcyb* Rygi, Blan- 
kenfeldowi, to właśnie miały na celu (Index corp. hist. dip. Liv. 
Est. Kur. T. II nra 2953, 2954). 



374 Abdon Kłodsiński. 

ciągnąt na swą stronę. Przytaczamy same tylko fakta, jako mó- 
wiące za siebie : akt związku Schoninga z Albrechtem przeciw 
nieprzyjaciołom arcybiskupstwa z dnia 15. września 1529^); 
akty, dotyczące układów pomiędzy Albrechtem a Schoningiem 
względem koa^jutoryi arcybiskupiej, przyczem z początku chodzi 
o pozyskanie brata Albrechta, Fryderyka, później Wilhelma na 
tę godność*), mianowanie Wilhelma koadjutorem arcybiskupstwa'), 
starania w tym względzie Lohmullera^); wreszcie połączenie się 
Rygi z Albrechtem dla obrony wolności słowa bożego ^). Jaanem 
jest z tego, że usilne starania Albrechta uwieńczył skutek, że 
z jednej strony przeprowadził wybór swego brata Wilhelma na 
koadjutora z prawem następstwa po Schoningu, że z drugiej 
strony zjednał sobie mieszczaństwo luterskie Inflant ; co wszystko 
zapewniało mu ogromny wpływ na wypadki w Inflantach. 

Jaką korzyść z tego mogła mieć Polska? Wiemy już, że 
Zygmuntowi I musiało na tem zależeć, aby na wszelki wypadek 
znaczenia swego wobec arcybiskupstwa ryskiego, w następstwie 
i Inflant nie stracił, że radę na to znalazł Albrecht pruski. Wy- 
szukał on bowiem na koadjutoryę ryską kandydata, który przychyl- 
ność Zygmunta I pozyskał. Był to wspomniany już Wilhelm, mar- 
graf brandenburski, brat ks. pruskiego Albrechta, syn Fryderyka 
starego i Zofii (córki Kazimierza Jag.), a więc siostrzeniec 
króla Zygmunta. Zdaje się więc, że margrabia miał być narzę- 
dziem w ręku polityki polsko-pruskiej względem Inflant. Albrecht 
marzył o arcybiskupsŁwie ryskiem, mającem się sekularyzować 
w przyszłości pod bratem jego Wilhelmem, oraz o zjednoczeniu 
pod tegoż zwierzchnictwem żywiołu protestanckiego, a więc 
mieszczańskiego w Inflantach. Zygmunt I przedewszystkiem upa- 
trywał interes w tem, że na stolcu arcybiskupim w Rydze osadzi 
swego krewniaka, na którego, bez względu na to, co się na In- 
flantach stanie, będzie wpływał jużto osobiście, jużto za pośre- 
dnictwem swego lennika Albrechta. W ten sposób mógł trzymać 



1) Mon. Liv. ant. T. V str. 144 nr. 8. 

') Ibidem str. 147 nr. 10, str. 149 nr, 11 i Index Corp. hist 
dipl. Liv. Est. Cur. T. II nr. 2964. 

8) Ibidem T. V str. 146 nr. 9 i następne. 

*) Index Corp. hist. dipl. Lir. Esth. Cur. T. II nr. 3007 list 
LohmdUera do Albrechta z 18. października 1530; nr. 3017 list Al- 
brechta do Lohmtlllera z 11. marca 1531. 

5) Ibidem nr. 3057 dk. z 27. grud, 1532. 



StoBuuki Polski i Litwy z Inflantami przed zatargiem z r. 1556/7. 875 

W szacha prowincyę inflancką, która jako sąsiadka od strony 
Litwy i Żmudzi, a dalej jako świetna placówka handln na Bał- 
tykuy zwracała szczególną uwagę Polski, jako też jej nieprzyjaciół, 
t. j. Moskwy, co się niebawem okaże. 

Nie umiemy dać na to dowodu, że pomiędzy Polską a Pru- 
sami nastąpi/o porozumienie w sprawie Inflant, a nawet tego 
aktami uzasadnić nie możemy, czy obsadzenie koadjutoryi ryskiej 
by/o wynikiem u/ożon^go planu Zygmunta I i Albrechta prus. 
Sądzimy atoli z mechanicznego biegu wypadków, że tak być 
musiało. Uderza nas bowiem wielka zapobiegliwość Zygmunta I 
w sprawie pozyskania dla ks. Wilhelma koadjutoryi ryskiej, 
zapobiegliwość idąca w parze z ogromnie forsowną działalno- 
ścią Albrechta, zmierzającą do zajęcia politycznego stanowiska 
na Inflantach. Te działania nie zeszły się chyba przypadkowo 
i musiały mieć coś więcej na celu, niż obsadzenie stolicy arcy- 
biskupiej krewniakiem króla polskiego. Oczywiście zupełnie zde- 
cydowany ten cel być nie mógł. Nie idziemy tu więc za nie- 
którymi historykami Inflant, twierdzącymi bezpodstawnie, że już 
wtedy była po stronie polskiej myśl wzięcia Inflant pod swoje 
zwierzchnictwo z równoczesnem oddaniem ich w zarząd księciu 
pruskiemu *). Wystarczy poprzestać na ogólnikowem twierdzeniu, 
że Polska, przeczuwając przewrót na Inflantach, z powodu re- 
formy religijnej (zniesienie Zakonu i dyecezyi), usiłowała na 
wszelki wypadek zagwarantować sobie wpływ na te wypadki 
i w tym celu popierała politykę pruską względem Inflant. 

Oczywiście, że Zygmunt I, orędując za Wilhelmem, wystę- 
pował w roli protektora arcybiskupstwa ryskiego, jako też w roli 
potężnego krewnego. Wilhelm miał nadto poparcie cesarskie 
i króla duńskiego Chrystyana II. Sam Wilhelm, posądzany o przy- 
chylność dla reformy religijnej, brat zeświecczonego Albrechta 
pruskiego, „bannity" — jakoteż brat margrafa Jerzego, najgor- 
liwszego zwolennika Lutra, musiał budzić obawy u Zakonu in- 
flanckiego, który, mając najbliższy przykład z Prus, obawiać się 
mógł słusznie, że taki książę, oparty o takie wpływowe sto- 
sunki, ma bardzo łatwą drogę do wykrojenia sobie świeckiego 
księstwa na Inflantach. Dlatego u Zakonu inflanckiego trafiła 
kandydatura Wilhelma na opór, zwłaszcza, że postawiona była 



1) Seraphim : Gcsch. LivL T. I str. 203. 



376 Abdon Kłodsińsku 

przez Schoninga, arcybiskupa ryskiego, wchodzącego w ścistj 
kontakt z Albrechtem. 

Niewątpliwie więc zdawał sobie Zygmunt I sprawę ze zna«- 
czenia tej kandydatury i dlatego był w porozumieniu z Scho- 
ningiem^ który nie tylko Albrechta pruskiego, ale i Zygmunta I 
uwiadamia, że przeprowadził wybór margrafa Wilhelma ^). Za tę 
wiadomość, jak również za starania Schoninga, składa król podzię- 
kowanie arcybiskupowi, a kapitule za wybór '). Równocześnie też 
ostrzega mistrza inflanckiego, aby arcybiskupowi okazał się przy- 
jaznym, a margrafowi Wilhelmowi przychylnym ■). Nie poprze- 
staje jednak nasz król na tem, ale wysyła list dnia 12. kwietnia 
r. 1530 do papieża Klemensa VII, w którym stan rzeczy na 
Inflantach tak przedstawia, jakoby mistrz inflancki usiłował sto- 
licę arcybiskupią sub suam sicbjectionem redigere i że z tego 
tylko powodu arcybiskup Jan postanowił wziąć sobie za koa- 
diutora z prawem następstwa ks. Wilhelma, margrafa branden- 
burskiego (nepotem nostrum ex sorare charissimum)^ gdyż ten 
daje rękojmię utrzymania arcy biskupstwa w swych prawach 
(prołectionemy aiumlium et consilium). Król zwraca się tedy do 
papieża z prośbą, aby tak arcybiskupa jak i koadjutora na go- 
dnościach potwierdził ^). 

Potwierdzenie koadjutoryi nie nastąpiło zbyt rychło, co 
sprzeciwom Zakonu przypisać należy. Obawom Zakonu z po- 
wodu tej koadjutoryi daje wyraz sejm inflancki, zwołany pod 
wpływem przypuszczenia, że przez koadjutoryę zamierzone zo- 
stało poddanie prowincyi inflanckiej pod panowanie polskie-). 
Przypadkiem bowiem wpadł wtedy w ręce Zakonu cały plik 
listów, zawierających korespondencyę między Albrechtem, Zy- 
gmuntem I i arcybiskupem ryskim*). Nie możemy jednak na 



1) Mon. Liv. ant. T. V str. 153. 

*) Tamże str. 130. 

») Tamże str. 130. 

*) Theiner: Vet. Mon. Pol. et Lith. T. II nr. 510 str. 467; król 
wspomina Blankenfelda, który, jak o tem wyżej była mowa, zamie- 
rzał Wilhelma zamianować koadjutorem. Blankenfeld, jako przeciwnik 
reformy i działacz kościelny na Inflantach, dobrze zapisał się u kuryi, 
więc też przez niego protegowana osoba znalazłaby większą przy- 
chylność u papieża. 

•) Mon. Liv. Ant. T. V nr. 17 str. 160, 161. 

*) Np. układ między Schoningem a Albrechtem przytoczyliśmy 
wyżej^ zob. odsyłacze 1, 2 i 3. 



stosunki Polski i Litwy z Inflantami przed zatargiem z r. 1556/7. 377 

tej podstawie przyjmować za uzasadnione twierdzenie, że pian 
taki rzeczywiście istniał i że przełapane listy dostarczyły dowodu 
na to. Naprzód przełapana korespondencya jest dzisiaj znana, 
a nie zawiera nic ponad to, cośmy powiedzieli, omawiając sto* 
sunek Albrechta do Inflant na poprzednich stronach. To znaczy, 
że jak my dzisiaj, czytając te akta, możemy podejrzywać, że 
miały one pewien cel ukryty, tak i wtenczas, kiedy je dostano 
w ręce^ o nich sądzono. Coby zaś było konkretnym celem, 
tego, tak wtedy jak i dzisiaj dociec nie można. Zresztą, gdyby 
sejm zwołany pod wpływem tych podejrzeń, był rzeczywiście 
doszedł do przekonania, że kandydatura ks. Wilhelma na 
koadjutoryę zagraża całości prowincyi, czyżby był się na 
nią zgodził? Przenigdy nie dopuściłby Zakon ks. Wilhelma 
na stolicę arcybiskupią. Podejrzenia czyniły go ostrożnym i nie- 
przychylnym tej kandydaturze, pewność o jej szkodliwości 
pchnęłaby Zakon do użycia wszelkich środków do jej unice- 
stwienia. 

Mimo obaw i sprzeciwów ze strony Zakonu, nowy koadju- 
tor arcybiskupi, margraf Wilhelm, jako pan kilku zamków prze- 
bywa od r. 1530 na Inflantach i stanowisko swoje ustala. Wpra- 
wdzie zaraz z początku budzi podejrzenia przez usilne staranie 
o pozyskanie biskupstwa oezelskiego, w którąto sprawę, cią- 
gnącą się przez kilka lat miesza się także Zygmunt I, mimo to 
po śmierci arcybiskupa Tomasza zostaje uznany i wybrany przez 
kapitułę na arcybiskupa (w grudniu 1540). Biskupstwa oezel- 
skiego margraf Wilhelm nie uzyskał, acz usilne zabiegi o nie 
czynił. Albrecht pruski i wuj Zygmunt I gorąco popierali tę 
sprawę*); była nawet obawa, że z tego powodu Albrecht wy- 
powie wojnę Inflantom, skoro rycerstwo oezelskie stało pa 
stronie margrafa. Zdaje się atoli, że z jednej strony nieufność 
kuryi, żywiona do margrafa Wilhelma, a z drugiej strony zmiana 

*) Znamy poselstwo wyprawione przez Zyg. I do mistrza w r. 
1583; poselstwo to odprawiał Mikołaj z Dzialina w tym celu, aby 
skłonił mistrza infl. do ochrony margrafa Wilhelma w bisk. oezelskiem 
(Mon. Liv. ant. T. V nr. 80 str 297). W następnym r. 1534 znowu 
mistrz, arcybiskup i biskup udali się do króla pol. z prośbą o inter- 
wencyę, na co król dał odpowiedź 22. marca 1534 r. (Mon. Liv. 
ant T. V str. 404). Prócz tego z regestu, pomieszczonego w Schir- 
renie: Yerzeichniss Liv. Geschichtsquellen str. 147 nr. 679, dowiadu- 
jemy się o licznych aktach pomiędzy mistrzem a królem pols. w spra- 
wie koadjutoryi i biskupstwa oezelskiego. 



378 Abdon Kłodziński. 

stanowiska Zygmunta I w tej sprawie, który listem z r. 1535 na- 
kłania do zgody z mistrzem i Zakonem i w tym samym roku 
w tym Względzie wysy/a poselstwo do mistrza, sprawiły, iż cała 
rzecz zakończyła się polubownie w r. 1536 na niekorzyść Wil- 
helma*). 

Czasy arcybiskupstwa Wilhelma są spokojne; od chwili, 
kiedy został arcybiskupem, rozpoczyna się okres pojednania z Za- 
konem i Rygą. Nie obyło się przytem bez interwencyi Zygmunta I, 
który zaraz po śmierci Schoninga (10. sierpnia 1639) żądał od 
mistrza, aby w myśl traktatu kirholmskiego z r. 1452. dzielił 
rządy nad Rygą z arcybiskupstwem, od Rygi zaś domagał się, 
aby uznała zwierzchność arcybiskupa nad sobą'). Jeszcze raz 
w r. 1545, a więc na krótko przed sejmem wolmarskim, który 
uporządkował stosunki w prowincyi, upominał Zygmunt I, aby 
Ryga wróciła pod dawne zwierzchnictwo dwóch panów : arcybi- 
skupa i mistrza, jako też aby Ryga zwróciła zabrane dobra arcy- 
biskupowi '). Przyszedł więc do skutku sejm w Wolmarze w r. 
1646, na którym ostatecznie nastąpiło porozumienie między arcy- 
biskupem Wilhelmem, stanami i Zakonem inflanckim i zgoda 
między arcybiskupem a Rygą. Ryga powróciła pod wspólne rządy 
arcybiskupa i mistrza, za co otrzymała zabezpieczenie swobody 
religijnej. Swobodę religijną Rydze potwierdza Wilhelm osobnym 
aktem z r. 1547*). 

Sejm weimarski z r. 1546, aczkolwiek był źródłem, z któ- 
rego wypłynęło kilkanaście lat spokojnych, jest jednak punktem 
wyjścia dla wypadków z r. 1556. Na tym sejmie uregulowano 
stosunki zawikłane z arcybiskupem, ponadto jednak starano się 
zabezpieczyć przed nim uchwałą, w której leży zarzewie wy- 
padków, stanowiących główny przedmiot naszej pracy. 

Od dłuższego czasu tego najbardziej obawiał się Zakon, 
aby na Inflantach nie uzyskał wyższej godności człowiek ksią- 
żęcego pochodzenia. Obawa ta tłumaczy się tem, że taki obcy 

1) List ten i poselstwo wydrukowane w Dogielu: Cod. dipL 
T. V nr. 107 i 108, wyrok zaś w sprawie oezels. z 29. lipca 1536 
czytamy w Mon. Liv. ant. T V nr. 148 str. 466. 

*) Dogieł: Cod. dipl. T. V nr. 110 i 111; także Mon. Liv. 
ant. T. 4 nr. 162 str. CCLXXV list Zyg. I do mistrza infl. z dnia 
11. pażdż. 1539. 

8) Mon. Liv. ant. T. IV str. 20 (Buch der Aeltermanner grosser 
Gilde zu Riga). 

*) Mon. Liv. ant. T V str. 497 nr. 176 dk. z 3. lutego 1547. 



stosunki Polski i Litwy z Inflaotami przed zatargiem z r. 1556/7. 379 

książę, przy pomocy z zewnątrz, mógł czyto wykroić sobie ksią- 
stewko w prowincyi, czy też ca/ą prowincyę zagarnąć. Mie- 
liśmy tego przykład na koadjutoryi margrafa Wilhelma, który 
takie wzbudzał obawy i którego tylko dzięki wpływom Zygmunta I, 
Chrystyana, króla duńskiego i Albrechta pruskiego można było 
na tę godność wprowadzić i na niej utrzymać. Otóż wspomniany 
sejm wolmarski z r. 1546, wprowadzający spokój w prowincyi, 
zabezpiecza na przyszłość ten spokój uchwałą, iż od tego czasu 
wybór mistrza, arcybiskupa i biskupów ma się odbywać wedle 
dawnych zwyczajów, praw i przywilejów, szczególnie zaś wedle 
bulla hahitus ^); następnie, że ani mistrz, ani arcybiskup, ani 
biskupi nie mogą w przyszłości swego stanu zmieniać, t. j. przy- 
bierać władzy książęcej, wreszcie, że pod żadnym warunkiem 
nie wolno obcego księcia lub pana na koadjutora, czyto mistrza, 
czy arcybiskupa, czy biskupów przyjmować, wybierać, żądać 
i do kraju wprowadzać. Mogłoby to się stać jedynie za zgodą 
wszystkich stanów, od najmniejszego do najwyższego ^). 

Powiada współczesny kronikarz Henning, że postanowienia 
recesu weimarskiego: Hclss und Widerwillen het ausldndischen 
Potentaten, Fursten und Herm wywołały ^). Szczególnie zaś 
niemiłe były one arcybiskupowi; jeśli bowiem nie ubliżały jego 
osobie, to ubliżały jego godności; krępowały bowiem prawo 
swobodnego wyboru koadjutora. Być może, że się atoli arcy- 
biskup na wszystkie uchwały tego sejmu zgodził, a więc i na 
to postanowienie; jeśli jednak to uczynił, jak twierdzi później 
Zakon inflancki, to w duchu musiał się oburzać na to postano- 
wienie. Tłumaczyłaby jego zgodę na tę uchwałę okoliczność, 
że sejm ten z innych względów korzystne miał dlań znaczenie, 
mieszczące się w uregulowaniu stosunków z Zakonem i miastem 
Rygą. Najlepszym atoli dowodem sprzeciwu arcybiskupa wzglę- 
dem tej uchwały jest fakt, świadczący, że arcybiskup nie tylko 
nie myślał zastosować się do omówionego postanowienia, lecz 
owszem postanowił złamać to prawo, postępigąc na przekór jego 
brzmieniu. Oto niespełna w 10 lat po sejmie weimarskim i po 



1) Index Corp. hist. dipl. Liv. Est. Kur. T. II nr. 3525. 

*) Scrip. rer. livon. T. U kronika Salomona Henninga str. 215; 
całość uchwał sejmu wolmars. w Neue HupePs: Nord. Miscelaneen 
St. Vn i Vffl str. 330—340, wyjątki w Mon. Liv. ant. T. IV 
nr. 166. 

') Script. rer. liyonic. T. II kronika Salomona Henninga str. 215. 

Kwirtalaik Ustoiyeuy XXU— B/l. 26 



380 Abdon Kłodziński. 

powzięciu tej uchwały przeprowadza na koadljutoryę arcybiskupią 
kandydata rodu książęcego: Wilhelma, ks. meklenburskiego, co 
stanowi oś wypadków z lat 1556/7. 

IV. W przededniu wypadków z r. 1556/7. 

Burza reformacyjna, jaka przeszła przez Inflanty w pier- 
wszej połowie XVI w., poczyniła znaczne spustoszenia w we- 
wnętrznych stosunkach tej prowincyi. Była ona powodem roz- 
pętania się namiętności nie tylko na polu religijnem. Odżył przez 
nią dawny antagonizm dwóch władz kościelnych w tej prowin- 
cyi : świeckiej i zakonnej, oraz zbliżył się czas ostatecznego po- 
rachunku między nimi. Ponadto dwa wybitne stany tej prowin- 
cyi: miasta i rycerstwo, kopią między sobą przedział, utrudnia- 
jący wzajemne pożycie. Ponad wszystkiem zaś duch skażonych 
obyczajów, objawiający się w zaniku męskiego hartu, w którego 
miejsce wchodzi rozpasana swawola, budzi już u współczesnych 
obawy co do przyszłości prowincyi. Klasycznym świadkiem tego 
stanu rzeczy jest kronikarz Riissow, który w ironicznie zatytu- 
łowanym ustępie: die alte gułe Zeit in Livland poświęca wiele 
uwag trybowi życia przed upadkiem prowincyi, czyniąc to w tym 
zamiarze, ;,aby potomni mogli widzieć, dlaczego wszechmocny 
Bóg tak wielką zmianę i tak ciężką karę na Inflanty dopuścił^' *J. 

Różne przyczyny złożyły się na utrwalenie takiego stanu; 
najpierw chwilowe wyrównanie sporów pomiędzy arcybiskupem^ 
Zakonem i Rygą, dalej ułożenie się stosunków religijny eh, wre- 
szcie przyjazne stosunki z ościennemi mocarstwami, głównie Mo- 
skwą, z którą zażywały Inflanty 50 lat trwającego pokoju^ odno- 
wionego ostatnio w r. 1530 na dwadzieścia lat^ t j. do r. 1562. 
Ale czas zgody z Moskwą minął; już bowiem nieprzyjazne za- 
chowanie się Inflant wobec zbrojenia się Moskwy przy pomocy 
Schlittego niemile dotknęło Moskwę i należało się spodlę wad, 
że ona przy odnowieniu uplyw^ającego pokoju nie zaponmi q 
Wprawdzie na razie wstrzymywały Moskwę od działań na z^m^ 
zamieszki wewnętrzne, później zaś zdobycze na Tat^M^ 
od chwili, kiedy w r. 1554 car Iwan IV jjgrotny** 
bie dwa carstwa, astrachańskie i kazańskiej oi^ 

^) Balthazar Riissow: Chr- ■ 
Pabsta, Rewal 1845, będĘtce pr. 
mieckiego (Platldeutsch) nn potoa^a^ , 




9* 




stosunki Polski i Litwy z InHantami przed zatargiem z r. 1556/7. 381 

wości, że najbliżsi jego sąsiedzi powinni zachować ogromną 
ostrożność. W pierwszym rzędzie Inflanty, owe tak pożądane 
wybrzeże morza bałtyckiego, narażone były na zaborczą poli- 
tykę Moskwy, która, załatwiwszy się na wschodzie, zwraca uwagę 
na państwa zachodnie w ogólności, w szczególności zaś na małą 
i wewnętrznymi wypadkami osłabioną prowincyę inflancką. 

Stany inflanckie, zmiarkowawszy to niebezpieczeństwo, sta- 
rały się w r. 1554 uzyskać przedłużenie pokoju z Moskwą. Długo 
i szeroko trzebaby się było rozwodzić nad historyą tych pertra- 
ktacyi ; ostatecznie przyszłoby się i tak do wniosku, że warunki, 
jakie podyktowała Moskwa, były twarde dla prowincyi. Wyszu- 
kano bowiem ze strony moskiewskiej jakieś dawne prawo, które 
przyznawało w. ks. moskiewskim nieznaczny trybut z dyecezyi 
dorpackiej. O to prawo upomniał się teraz Iwan Groźny, oświad- 
czając, że przymierza nie odnowi, dopóki mu nie będzie przy- 
znany ten trybut i wypłacony ryczałtem za ubiegłych 50 lat, 
w ciągu których nie był wybierany. Z wielkim bólem serca za 
uzyskanych 15 lat przymierza przyjęły Inflanty warunki, posta- 
wione przez Moskwę, czem wedle zdania współczesnych i pó- 
źniejszych wykopały sobie grób. Nie ulegało bowiem wątpliwo- 
ści, że Moskwa nie poprzestanie na tak drobnem ustępstwie. 
Jakkolwiek więc w r. 1554 odnowiono przymierze z Moskwą^), 
ciągle jednak rozważano ujemne skutki układów i jeszcze w r. 
1555 na wielkim zjeździe w Lemsal, zwołanym z inicyatywy ar- 
•cybiskupa ryskiego Wilhelma, omawiano warunki zawartego przy- 
mierza'). Zapewne pod wpływem krytyki, jaka musiała panować 
na tem zgromadzeniu, oświadczył w parę miesięcy potem mistrz 
inflancki Henryk Gallen posłowi moskiewskiemu, iż wysłańcy 
inflanccy przekroczyli swe mandaty, zawierając takie przymie- 
rze z Moskwą 8). Szukano nawet sposobu, jakby wycofać się 
3 przyjętych zobowiązań, mianowicie pod koniec r. 1555 roz- 
poczęły się kroki nieprzyjacielskie Gustawa Wazy, króla szwedz- 
kiego, przeciw Moskwie, które miała wspierać pomoc ze strony 
Inflant, a nawet Polski. Rachuby jednak zawiodły, ani Inflanty, 

^) Dk. z czerwca 1554 r. Mon. Liv. ant. T. V str. 508 nr. 184; 
por. Seraphim: Geschichte Livlands T. I str. 230. 

^ Dk. z dnia 10. grudnia 1554 naznacza arcyb. Wilhelm zjazd 
w Lemsal w celu obrad nad pokojem moskiewsko-inflanckim (Mon. 
Liv. ant. T. V str. 515 nr. 185). 

^) Zob. Jana Rennera : Historien (jest to współczesna kronika, 
wydana przez Hausmanna i Hohlbauma, Gottingen 1876) str. 143. 



382 Abdon Rodziński. 

ani Polska nie przyszły z pomocą, Gustaw Waza mosia/ się za- 
raz wycofać i uciec do rokowań pokojowych*). 

Właśnie pod koniec r. 1555 zaprzątnęła uwagę Zakonu 
inflanckiego inna sprawa, która odsunęła na razie uwagę od Mo- 
skwy i której przypisać należy, że Inflanty mimo porozumienia 
ze Szwecyą do wojny przeciw Moskwie w tym roku nie przy- 
stąpiły. Oto jak twierdzą historycy Inflant, arcybiskup Wilhelm 
czuł się już za starym, aby sam dla siebie dokonał sekularyza- 
cyi arcybiskupstwa i dlatego wynalazł człowieka, który miał tę 
rzecz spełnić*). Nie wiążąc się tem twierdzeniem, stwierdzamy^ 
że w rzeczywistości pod koniec r. 1655 postanowił arcybiskup 
Wilhelm przybrać koacijutora z prawem następstwa po sobie. 
Opatrzon3rm kandydatem był ks. meklenburski Krzysztof, któ- 
rego starszym bratem był Jan Albrecht, ks. meklenburski, sta- 
rający się przed dziesięciu laty, t. j. w r. 1544, o uzyskanie go- 
dności koadjutora mistrza Zakonu — ale bez skutku*). Dom 
meklenburski był w tych czasach na dorobku i starał się, gdzie 
tylko mógł, o pozyskanie terytoryów i godności dla swych człon- 
ków. Inflanty były złotem jabłkiem, o które warto się było po- 
kusić ; wprawdzie starania o koadjutoryę zakonną zawiodły, ale 
otwarła się droga do pozyskania innej, podobnej godności, t. j. 
koaĄjutoryi arcybiskupiej. Owóż po tę godność sięga obecnie 
dom meklenburski, wysuwając jako kandydata wspomnianego 
ks. Krzysztofa, młodzieńca 18-leti)iego, niecieszącego się zbyt 
dobrą opinią. Wychowany przez matkę, która z protestantki stał& 
się gorliwą katoliczką, okazał się później przychylnym reforma- 
cyi. W 15 roku życia bawił w Paryżu, a po powrocie stamtąd 
(r. 1553) kończył swą edukcyę w Meklenburgu, przyczem miaf 
być plagą swych nauczycieli. Brat jego starszy, ks. meklenburski 
Jan Albrecht, nie chcąc rozdrabniać dziedzicznych obszarów^ 
szukał dlań zaopatrzenia w nadaniu biskupstwa ratzeburskiego^ 
które okazało się niewystarczającem, dlatego starał się pozy- 

*) Rfissow: Chronika str. 88; por. Regesty w Schirrena: Ver- 
zeichniss livl. Geschichtsąuelllftn str. 35 nr. 427, 428, 430, 431» 
433 itd., świadczące o żywem porozumieniu między Szwecyą a In- 
flantami w r. 1555; o wojnie szwedzko-inflancko-polskiej przeciw 
Moskwie w tym roku czyni wzmiankę Schiemann w swej pracy r 
Russland, Polen u. Liyland bis in 17. Jahrh. (r. 1887, zbiór Onekena) 
str. 263. 

^) Seraphim: Geschichte Liylands T. I str. 212 i 213. 

*) Schirrmacher : Johann Albrecht v. Mecklenburg, Rostock 1885. 



stosunki Polski i Litwy z Inflantami przed zatargiem z r. 1566/7. 383 

skać koadjatoryą arcybiskupstwa ryskiego^). Starania te rozpo- 
częły się już w r. 1554, skoro 20. maja t r. pisze Jan Albrecht 
list do Jana Wagnera, sekretarza arcybiskupa ryskiego, aby po- 
piera/ na koadjutoryę ks. Krzysztofa hei dem lieben Oheim und 
Schwager (t. j. Wilhelma) i u stanów dyecezyi ryskiej *). Szwa- 
grem ks. Jana Albrechta zosta/ arcybiskup nieco później, bo do- 
piero w lutym następnego roku 1555 ożeni/ się Jan Albrecht 
z bratanicą arcybiskupa ^). Snadź związek ten by/ już poprzód 
u/ożony, zaczem między domem meklenburskim a brandenbur- 
skim przysz/o do bliższego porozumienia, na którego tle wy/o- 
ni/a się akcya o pozyskanie arcybiskupstwa ryskiego dla ks. 
Krzysztofa. Nieobojętny to szczegó/, że w grudniu r« 1554 sam 
Albrecht pruski odwióz/ swą córkę Annę Zofię do Meklenburgii 
i tam d/uższy czas przebywa/^); czasu więc i sposobności do 
robienia planów nie brak/o, jeśli już gotowe nie by/y, bo mamy 
skądinąd wiadomość, że na sejmie weimarskim z r. 1554 przed- 
stawi/ już arcybiskup Wilhelm upatrzonego na koadjutoryę kan- 
dydata w osobie ks. Krzysztofa^). 

Możemy się dorozumieć, jak wielkie wywo/a/o wrażenie 
u Zakonu i stanów inflanckich oświadczenie się z tymi zamia- 
rami. Wszak taki postępek godzi/ wprost w to, przed czem stany 
prowincył chcia/y się uchronić recesem weimarskim z r. 1546, 
t. j. przed przewrotem na Inflantach, gdyby obcy książę ząją/ 
wyższą godność w prowincyi. Zauważmy także, że w/aśnie wtedy 
z drugiej strony zagraża/ cios, ze strony Moskwy, która pokoju 
bez znacznych koncesyi odnowić nie chcia/a. Trudne by/o po- 
wożenie stanów prowincyi ; niezdolne do wojny z Moskwą przyj- 
mują twarde warunki odnowionego przymierza, jakby chcia/y 
zapewnić sobie spokój, a zachować si/y do zwalczenia wewnę- 
trznego niebezpieczeństwa, t. j. do niedopuszczenia za wszelką 
cenę obcego księcia do wysokiej godności. Jak się to niebez- 
pieczeństwo przedstawia/o konkretnie? 

Stanowisko, jakie zają/ dom pruski wobec Inflant od cza- 
sów reformacyi, pozwala wnioskować, że z tej w/aśnie strony, 

^) Seraphim: Gesch. Livlands T. I str. 212—215. 
') Schirren: Regesten str, 34 — 35 nr, 424. 
■) Cohn: Stammtaffeln nr. 142. 

^) Epistolae Hosii (Hippler-Zakrzewski) T. II cz. I str. 479 nr. 
1306 i T. n cz. U nr. 1385 str. 541. 

») Mon. Liv. ant. T. IV str. CX (Rigas filtere Geschichte). 



384 Abdon Kłodziński. 

t j. pruskiej, zagrażał przewrót w prowincyi. Poprzednie przed- 
stawienie faktów uwalnia nas od dowodów; jak niemniej nie* 
uważamy za potrzebne udowadniać, że ks. pruski przy pomocy 
króla polskiego spodziewał się zdobyć cel, Ij. usadowienie się 
osobiste w Inflantach, lub też wprowadzenie kogolwiek ze swe) 
familii. Przez długi czas czekał książę spełnienia tych zamiarów; 
gdyż wypadki nie szły po jego myśli. Dopiero starania się Jana 
Albrechta, meklenburskiego księcia, o