Skip to main content

Full text of "Liberum veto : studyum porównawczo-historyczne"

See other formats


\lK.\i 




WŁADYSŁAW KONOPCZYŃSKI 



BERUM YETO 



STUDYUM 
PORÓWNAWCZO - HISTORYCZNE 



WydcBC * zapomogi Kasjr Pomocy dla 
ocób pracującyoh na polu oaukowem 
imienia dra roed. Jóaefa Miaoowskieje. 



'' i ': ' 



KRAKÓW 1918. 

SKŁADY GŁÓWNE: S. A. KRZYŻANOWSKI W KRAKOWIE, 
E. WENDE I SKA W WARSZAWIE. 



LIBERUM VETO 



TEGOŻ AUTORA: 

Sejm Grodzieński 1752 roku, Lwów 1907. 

Polska w dobie Wojny Siedmioletniej, 2 tomy, Warszawa 1909-1 K 

Mrok i Świt, studya historyczne. Warszawa 1911: 

1. Z dziejów naszej partyjności. — 2. Sejm Grodzieńsi<i 1752 roku. — 
3. Książę Udalryk Radziwiłł (Z dziejów naszej bezpartyjności). — 4. Spór 
o wrota Morza Bałtyckiego. — 5. Precedens wywłaszczenia w Wielko- 
polsce. — 6. Stanisław Konarski, jako reformator polityczny. — 7. Sy- 
stem konstytucyjny Konarskiego 

Geneza i ustanowienie Rady Nieustającej, Kraków 1917. 



Dyaryusz sejmu z r. 1748, Warszawa 1911, 

Dyaryusz sejmu z r. 1746, Warszawa 1912. 

Dziennik zdarzeń w mieście Krakowie w czasie Konfederacyi 
Barskiej, pisany przez Wojciecha Mączeńskiego, Kraków 1911. 

Z pamiętnika konfederatki, księżnej Teofili z Jabłonowskich Sa- 
pieżyny, (1771-3), Kraków 1914. 

Pamiętniki króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, tom !, War- 
szawa 1915. 

W PRZYGOTOWANIU: 
Polska a Szwecya 1660-1795. 
Dyaryusz sejmu r. 1773-5. 
Sprawa reformy elekcyi za Zygmunta III, materyały i notatki. 



WŁADYSŁAW KONOPCZYŃSKI 



LIBERUM VETO 

STUDYUM 
PORÓWNAWCZO - HISTORYCZNE 



Wydane z zapomogi Kasy Pomocy dla 
osób pracujących na polu naukowera 
imienia dra med. Józefa Mianowskiego. 



KRAKÓW 1918. 

SKŁADY GŁÓWNE: S. A. KRZYŻANOWSKI W KRAKOWIE, 

E. WENDE I SKA W WARSZAWIE. 




Krakowska Drukarnia Nakładowa w Krakowie, Kopernika 8. 



DO CZYTELNIKA. 



Pisałem tę książkę dla ludzi myślących i pragnących myśleć. 
Przy tern dla ludzi, którzy nie boją się patrzeć w oczy prawdzie 
historycznej , chociażby najsmutniejszej. Ktokolwiek więc uważa 
historyę za romans uzasadniony źródłowo, kto szuka w niej tylko 
podniety dla swej wyobraźni bez pogłębienia rozumowego, ten 
niech poświęci swoje „niepróżnujące próżnowanie" innej lekturze. 
Ludzie słabej wiary, potrzebujący balsamu na swe obolałe samo- 
poczucie narodowe, niech także stronią od niniejszych kart ; znajdą 
oni krzepiącą dryakiew w innego rodzaju literaturze, która ma 
swoją racyę bytu i której dodatnich wpływów wychowawczych nie 
zamierzam obniżać. 

Pisałem bez żadnej tendencyi politycznej ani społecznej. 
Temat jest zbyt poważny, by się godziło zniekształcać go i wyzy- 
skiwać dla powszednich celów publicystycznych. Czasy nasze są 
też poważne i wymagają trzeźwego porachunku z przeszłością. 
Za dni apuchtinowskich w Królestwie, w chwilach największego 
ucisku i depresyi, trzeba było przedewszystkiem zwalczać w sobie 
przesadny pesymizm, pielęgnować w sercu polskiem cześć dla tra- 
dycyi narodowych. Ten cel w wysokim stopniu osiągnięto. Dziś 
chodzi o co innego, chodzi o mądrą budowę państwa. Budowni- 
czym nowej Polski przystoi pogląd na dzieje surowy a sprawie- 
dliwy, ścisły a nieubłagany, taki właśnie pogląd, jaki przyświe- 
cał epoce Sejmu Czteroletniego i Księstwa Warszawskiego. Osiąg- 
nąć i zachować ten krytyczny punkt widzenia, było jedyną z góry 
powziętą dążnością autora. 



TREŚĆ. 



PRAWO WIĘKSZOŚCI NA ZACHODZIE. 

WSTĘP Str. 1-11 

Kwestya stosunku jednostki do zgromadzenia w dawnej Polsce — 1. Nasze 
stanowisko — 2. Poprzednicy — 3. Pogląd stary i nowy na pochodzenie „wol- 
nego niepozwalam" — 3. Trochę polemiki — 4. Co znaczy geneza czynu lub 
rzeczy? — 5. Przejście od negacyi do antytezy reguły większości — 7. Nie- 
zbadana geneza tej reguły na Zachodzie — 7. Ułamkowe przyczynki — 8. 
Konieczność metody porównawczej wobec ubóstwa źródeł — 10. Spodziewane 
skutki jej zastosowania — 11. 

ROZDZIAŁ I Str. 15-36 

Jeden rozwój prawa większości czy szereg rozwojów? — 15. Przepadłe plony 
mądrości politycznej Hellady i Romy — 16. Samouctwo ludów średniowie- 
cznych — 17. Recepcya — wyjątkiem — 18. Tradycye rzymskie w organi- 
zacyi Kościoła. Sobory — 19. Elekcye papieskie — 19. Drugi wyjątek : tra- 
dycye miejskie — 20. Punkt wyjścia rozwoju prawa większości: nierówność 
uczestników zebrań — 22. Tłum wiecowy — 23. Co sądzić o prawie jedno- 
myślności na wiecach słowiańskich? — 23. Opozycya, jako grzechy— 24. Da- 
wne sądy normandzkie — 25. Pierwotne sądy przysięgłych — 26. Źródło prawa 
większości w przemocy — 28. Normatywny wpływ praktyki i faktu dokona- 
nego — 29. Osiem czynników, od których zależy postęp zasady większości : 
1. Niwelacya głosów — 29. 2. Odgraniczenie głosowania od dyskusyi — 30. 
3. Konsolidacya grup wobec niebezpieczeństwa zewnętrznego — 31. 4. Parcia 
wewnętrzne — 31. 5. Trudność secesyi — 32. 6. Podzielność lub niepodzielność 
wykonania uchwał — 32. 7. Odrębność i siła władzy wykonawczej — 33. 
8. Pozycya głosujących wobec ich podwładnych albo wobec mocodawców — 35. 
Ogólny schemat wywodu prawa większości — 36. 

ROZDZIAŁ i! Str. 37-51 

Anglia. Tradycye witcnagcmotów zatarte — 38. Ogniwa jedności naro- 
dowej po podboju normandzkim - 39. Znaczenie podziału parlamentu na dwie 
izby — 40. Bezsilny opór pojedynczych lenników — 40. County Court 
jako podstawa reprezcn-tacyi ziemskiej — 41. Królowie żądają poselstw z szc- 



— X — 

rokiem pełnomocnictwem — 42. Si<uteczność tych napomnień — 43. Man^ 
dat zbyteczny dla silnego społeczeństwa — 44. Jak łamano opozycyę — 44. 
Ocena głosów członi<owskicłi według „Modus Tenendl Parliamentum" — 45.. 
Co znaczy rada „lepszej" większości? — 45. Zasada majoryzacyi uznana w wy- 
działacłi dozorczycłi — 46. Świadectwo Tomasza Smitha — 47. Większości wy- 
borcze — 47. Statut Henryka VIII z r. 1542 — 48. Fikcya jednomyślności 
w Radzie Tajnej — 49. Zjawisko szczątkowe : protest lordowski — 50. Przy- 
puszczalne jego pochodzenie i dzisiejsza forma — 51. 

ROZDZIAŁ III Str. 52—68 

Francy a. Wczesne zwycięstwo zasady liczebnej w samorządzie gmin i na 
wyborach do Stanów — 52. „Pełny dwór" królewski — 55. Osobne roko- 
wania z poszczególnymi lennikami i osobne zobowiązania — 55. Analogi- 
czne stosunki w pierwszych Stanach Generalnych — 56. Wpływ legistów — 56.. 
Odosobnione klasy wobec króla — 57. Sztuczny i słaby okręg wyborczy — 58. 
Monarchizm wyzyskuje i rozwija zasadę większości — 58. Stany rozczłon- 
kowane — 59. Biada opornym — 60. Reguła większości silniejsza, niż za- 
sady ugrupowania pierwiastków w Stanach — 61. Geometrya parlamen- 
tarna Walezyuszów — 62. Rola instrukcyi i „cahiers" — 63. Czy można 
odwołać posła i cofnąć jego wotum ? — 64. Blanchefort „pokonany przez wię- 
kszość głosów" — 65. Skutki mandatu : osłabienie ducha korporacyjnego w Sta- 
nach — 66. Kwestya majoryzacyi między Stanami — 67. Wielki Ordonans 1357 
roku — 67. Zdanie Bodina — 68. Rozbrat społeczny kładzie kres Stanom 

Generalnym — 68. 

ROZDZIAŁ IV Str. 69-8& 

Niemcy. Chaotyczna Rzesza — 69. Zły przykład z góry — 70. Pola Mar- 
cowo-Majowe 70. Samorząd ziemski i gminny — 71. Die Folgę — 72. Sejm 
niemiecki za dynastyi saskiej i frankońskiej — 73. Konsolidacya za Hohen- 
staufów — bez ugruntowania rządów większości — 74. Prawo pięści i płynące 
zeń nauki — 74. Walka o pełnomocnictwa — 75. Czasy luksemburskie — 75. 
Mniejszość broni się mandatem — 75. Rozprzężenie w wieku XV — 75. Za- 
sada większości zwycięża za Habsburgów — 77. Podział głosów w sejmie 
Rzeszy. Itio in partes — 77. Elekcye królów — 78. Strona podmiotowa tego 
aktu — 78. Jednostkowa przysięga i hołd — 79. Wybory powtórne — 79. 
Przejście od koncepcyi subjektywnej do objektywnej przez stopniowe zbieranie 
jednogłośnych wotów — 80. Wyodrębnienie grona elektorów umożliwia rachu- 
nek głosów i osłabia nacisk zewnętrzny — 81. Głosowanie w samorządzie 
miejskim — 82. Szybki postęp majoryzmu — 83. Niesforne sejmy krajowe: 
Meklemburgia, Szlezwik - Holsztyn — 84. Palatynat — 85. Palatynat — 85. 

Śląsk — 86. 

ROZDZIAŁ V Str. 87—102 

Związki państwowe. Świat starożytny — 87. Fcderacya I r o k e- 
zów — 88. Niderlandy przed reformacyą — 89. Uchwały Stanów holen- 



- XI 



derskich — 90 Partykularyzm ziemski i miejski w Belgii — 91. Hanza 

— 93. Trzy okresy w jej życiu federacyjnem. Rozłamy i secesye — 93. Zwią- 
zek Szwajcarski — 95. Wczesne zwycięstwo majoryzmu wewnątrz kan- 
tonów — 96. Sejm związkowy — 98. Stypulacye o zasadach głosowań między 
kantonami ^ 98. Ingerencya związku do wcwnętrznycłi spraw kantonalnycłi — 98. 
Wzrost czynników rozbratu -- 99. Sprawa obrony narodowej — 99. Waśń wy- 
znaniowa • — 100. Eliminacya spraw wyznaniowycłi z pod władzy większości 

— 101. Majoryzm w odwrocie — 101. Ponowna integracya Szwajcaryi w wieku 
XIX — 101. Analogiczny rozwój związku Niemieckiego i Stanów 

Zjednoczonych — 102. 

ROZDZIAŁ VI Str. 103—123 

Dania. Wiece pierwotne — 103. Danehof — 104. Edykt Chrystyana I — 105. 
Reakcya sejmikowa w wieku XVII gubi sejm walny — 105. Partykularyzm 
i jednomyślność w życiu publicznem dawnej Norwegii — 106. Starcia za- 
sad konserwatywnych z nowszym poglądem — 106. Zjazdy sejmowe w wieku 
XVI i XVII — 107. Szwecya. Odrębności ziemskie zatarte wśród walki o nie- 
podległość narodową i wolność — 108. Trzy kurye wśród szlachty — 108. Re- 
gulamin Oxenstierny — 109. Czy można było zmajoryzować szlachtę? — 110. 
Kwestya mandatu i pryncypalatu — 111. Węgry. Skład sejmu, instrukcye — 
112. Najważniejsze pytania ustroju sejmowego w zawieszeniu — 113. Major 
et sanior pars w konflikcie z zasadą kompromisu — 114. Co wiadomo o gło- 
sowaniach sejmów czeskich? — 115. Półwysep pirenejski. Kortezy w Ara- 
gonii, Katalonii i Walencyi — 116. Historyczna paralela z Polską — 117. Co 
przeoczył Lelewel? — 117. Dissentimiento według wykładu Martela — 118. 
Ilustracye z r. 1350-51 i z lat 1410-12 — 119. „Parlament" barceloński gwałci 
mniejszość — 121. Upadek dissentimiento za Filipa II — 122. Odrębne po- 
rządki w Kastylii i Portugalii — 123. 

ROZDZIAŁ Vii Str. 124—145 

Wspólne tło rozwoju prawa większości : scalanie państw europejskich u schyłku 
Wieków Średnich — 124. Generalizacya zasady większości — 125. Teorya 
glossatorów — 126. Subtelności kanonistów o „major et sanior pars" — 126. 
Legiści — 127. Zawiązek pojęcia praw jednostki — 128. Occam, Marsyliusz, 
Kuzańczyk — 130. Filozofia po-rcnesansowa — 131. Teorya umowy pierwotnej. 
Rousseau — 131. Utylitaryści : Helwecyusz. Bentham — 132. Nadużycia wię- 
kszości rewolucyjnych — 133. Rządy mniejszości przy systemie przedstawiciel- 
skim — 134. Czy w Wiekach Średnich mogło powstać pojęcie praw mniej- 
szości? — 136. Stosunek tegoż do idei praw jednostki — 136. Prawa funda- 
mentalne — 137. Głosy filozofów w obronie jednostki przed wszechwładzą 
ogółu — 138. Burkę wrogiem majoryzmu — 139. Publicyści liberalni — 141. 
Obrona materyalnych i formalnych praw mniejszości — 141. Domieszka anty- 
demokratyczna — 142. O reprezentacyą mniejszości - 143. Program ,R. P.* — 
144. Parę słów o jego rodowodzie — 144. Agitacya za i przeciw — 145. Dla- 
czego Wieki Średnie nie uznawały przedstawicielstwa mniejszości? — 145. 



— Xli — 

LIBERUM VETO W POLSCE. 
CZĘŚĆ I. GENEZA. 

KOZDZIAŁ 1 , Str. 149—167 

Samorzutność rozwoju polskiego parlamentaryzmu — 149. Siły odśrodkowe 
w XV wieku — 150. Jednomyślność na sejmikach — 151. Błędy Kazimierza 
Jagiellończyka — 152. Powstanie reprezentacyi państwowej — 153. Statut ra- 
domski — 154. Nowe zagadnienia: kwestya mandatu i sposobu glosowania — 
155. Prąd centralistyczny w odpływie— 156. Opór sejmików przeciwko uchwa- 
łom sejmów w latach 1512-14 — 157. Taktyka Zygmunta I: groźby, per- 
swazye — 158. Senat niedostatecznie popiera króla — 162. Pogląd Zygmunta 
na instrukcye — 163. Prowincyonalizm tarczą partykularyzmu — 164. Dalsze 
rozłamy — 165. Jednomyślność, jako zasada obowiązująca na sejmie — 166. 
Upadek sejmów-generałów — 167. Ponure horoskopy w ostatnich latach pano- 
wania Zygmunta Starego — 167. 

"ROZDZIAŁ II Str. 169-182 

Partyjność wyznaniowa za Zygmunta Augusta — 169. Jej możliwe następstwa 
nie wyzyskane — 170. Stanowisko króla wobec sejmików i izby poselskiej — 
171. Instrukcya ziemska w połowie XVI wieku — 172. Jej charakter i typy 
— 173. Odstępstwa od litery mandatu — 175. „Pień" główny nietknięty — 
176. Czego instrukcya nie mogła przewidzieć? — 177. Reprezentacya w pier- 
wotnym sensie tego wyrazu — 178. Jednomyślność obowiązuje nadal — 179. 
W jaki sposób można było legalnie zreformować sejm? — 180. Jednomyślność 
pozorna — 180. Wyjątkowe wystąpienia przeciwko zasadzie nemine contra- 
dicente — 181. Faktyczne rządy większości postępowej w izbie — 192. Bez- 
użyteczność precedensów z czasów walki o egzckucyę — 182. 

KOZDZIAŁ III, .- Str. 184—206 

Pierwsze wstrząśnienia podczas bezkrólewi — 184. Sejm a sejmiki za Bato- 
rego — 185. Równoległość obioru króla i sejmowania — 187. Pierwsze elek- 
cye — pod wezwaniem Ducha Świętego — 188. Projekty reformy elekcyi za 
Zygmunta Augusta — 189. Zasada viritim w rozumieniu szlachty i Zamoy- 
skiego — 190. Jednomyślność zwycięża •— 192. Wywyższenie jednostki w ar- 
tykule o wypowiedzeniu posłuszeństwa — 193. Państwo związane unią wol- 
nych dusz — 194. „Nic na mnie bezemnie" — 195. Dalsza decentralizacya : 
rządy sejmikowe — 195. Indywidualizacya wewnątrz sejmiku — 197. Wpływ 
humanizmu, reformacyi, unii z Litwą — 198. Zagęszczone rozłamy na wybo- 
rach — 199. Utrata reprezentacyi w razie niedojścia sejmiku — 200. Ustawy 
wyjątkowe o obieraniu posłów i deputatów większością — 201. Czy świadczą 
one o postępie? — 202. Niezużytkowane przepisy z lat 1578 i 1601 — 202. 
Prawo większości w trybunale i innych sądach — 203. Rugi poselskie — 203. 
Spór na sejmie 1597 r. — 204. Zwycięstwo zasady sądowniczej — 205. De- 
kret a konsens — 206. Generalizacya i rozlew idei jednomyślności — 206. 



— XIII — 

ROZDZIAŁ IV Str. 208-220 

Sejm wzorem dla sejmików — 208. Emancypacya posłów z pod wspólnej dy- 
rektywy całego województwa — 209 Sejmiki relacyjne — 210. Jak powsta- 
wały Yolumina Legum? — 211. Brak ścisłego regulaminu w izbie poselskiej 

— 211. Sprowadzanie instrukcyi do wspólnego mianownika — 212. Wota se- 
natorskie — 212. Osłabiony duch inicyatywy w izbie poselskiej — 213. Ucie- 
ranie artykułów — 214. Resztki fakultatywnej reguły większości— 215. Spo- 
sób obierania marszałka w wieku XVII — 216. Głosowania powtórne — 218. 
Mówcy generalni — 218. Odbicie „ucierania artykułów" w redakcyi ustaw — 219. 

Nieco o psychice izby poselskiej — 220. 

ROZDZIAŁ V Str. 221-240 

Głosy publicystów przeciwko zasadzie jednomyślności — 221. Dlaczego nie 
należy do nich Modrzewski? — 221 Piotr Skarga wrogiem demokracyi i par- 
lamentaryzmu — 223. Stanowisko królów: Batorego, Zygmunta III, Włady- 
sława IV — 224. .Jan Zamoyski — Zdania spółczesnego senatu, zwłaszcza bi- 
skupów — 226. Krytycy instrukcyi sejmikowych — 227. Ocieski; „Naprawa 
Rzplitej" (1573) — 228. Uniwersały królewskie — 229. Senat przeciwny in- 
strukcyom — 229. Świetna mowa Ostroroga (1613) — 230. Publicyści — 231. 
Jeszcze o nastroju izby poselskiej — 232. Zboczenia wybitnych parlamentary- 
stów z należytej drogi — 233. Brak czynów — 234. Rzadkie projekty re- 
formy sejmowej za Zygmunta III — 234. Dyskusya w r. 1597 — 234. Inicya- 
tywa dworu w r. 1606 przyczynia się do wybuchu rokoszu — 235. Co sądzić 
o roli Skargi na „Pamiętnym Sejmie"? — 236. Projekt reformy elekcyi w roku 
1631 — 237. Reakcyjna reforma, przygotowywana na elekcyi Władysława IV 

— 239. Popularne półśrodki : żądanie obostrzeń przeciwko spóźniającym się 
posłom, próby wznowienia sejmików prowincyonalnych w XVII wieku — 240. 

ROZDZIAŁ VI Str. 242—264 

O chorobie sejmowej — 242. Dalszy wzrost prądów odśrodkowych za Zyg- 
munta III -- 243. Konflikty między instrukcyami — 243. Taktyka niepozwa- 
lania na nic — 244. Zygzakowata linia rozkładu — 245. Dwojaka moralność 
publiczna — 245. Zajście na sejmie r. 1627 — 246. Wrażliwość izby na pro- 
testy wzrasta — 247. Tamowanie czynności — 248. Podstawą jego — pojęcie 
jedności aktu sejmowego — 248. Moment zamknięcia przetargu — 250. Fakul- 
tatywny przepis o terminie posiedzeń — 252. Sceny końcowe — 253. Głos 
wolny w opresyi — 253. Nadużycia niezbędne dla ocalenia sejmu - 254. 
Unormowanie sprzeciwów — 255. W jakim momencie są one ważne ? — 255. 
Stopniowe przygotowanie opinii szlacheckiej do przyjęcia zasady liberi veto — 256. 
Protestacye piśmienne — 257. Ostatnia próba walki z niemi — 258. Dwór ustę- 
puje — 259. Częste przejawy a dziwne skutki legalizmu szlacheckiego — 259. 
Siciński — 261. Uwagi ogólne o pochodzeniu „wolnego niepozwalam" — 262. 
Veto, jako wynik syntezy zasad elementarnych i późniejszych zwyczajów — 263. 
Podmiotowa i przedmiotowa strona norm prawnych — 263. Przedwczesne pre- 
tensye do zrywania obrad — 263. Poprzednicy Sicińskiego — 264. 



XIV 



CZĘŚĆ II. ROZKWIT. 

ROZDZIAŁ I Str. 266—285 

Kto zakasuje Sicińskiego? — 266. Jego następcy aż do Olizara i Ubysza włą- 
cznie — 267. Skutki zerwania sejmu roku 1652 w życiu województw — 268. 
Rozkład w prowincyi Pruskiej — 269. Dąbrowski na sejmie grodzieńskim roku 
1688 — 270. Nec plus ultra — 271. Dylemat Karwickiego — 272. Próby re- 
formy sejmowej w wieku XVII — 273. Głosy poetów — 273. Plan naprawy 
Rzplitej po najeździe szwedzkim (1658—61) — 274. Sprawcy i przyczyny nie- 
powodzenia — 275. Dobre chęci And. Olszowskiego — 279. Program And. 
Chr. Załuskiego (1679) — 282. Sobieski i spółczesny mu senat wobec kwestyi re- 
formy sejmowej — 283. Rewolucyjne zachcianki Bogusława Baranowskiego — 284. 

ROZDZIAŁ II Str. 286—313 

Czy liberum veto miało podstawę w prawie pisanem ? — 286. Przepisy z lat 
1609, 1632, 1669, 1673, 1679, 1683, 1696, 1717, 1718, 1736 — 287. Jus ve- 
■tandi przy prawie — 289. Opinie uczonych prawników — 290. Dresner, 
-Zalaszowski — 290. Chwałkowski, Hartknoch, Lengnicłi — 291. Doktrynerzy, 
And. Maks. Fredro. — 291. Jego „Fragmenta" i późniejsze pisma — 292. Po- 
pularyzacya doktryny — 293. Nasze określenie i konstrukcya „wolnego niepo- 
zwalam" 293. Różne stopnie tego prawa — 294. Jednomyślność w senacie — 
295. Czy można skasować protest? — 296. Bezwzględna moc veto — 297. Po- 
równanie z konstytucyjnem veto monarchy — 298. Niezbywalność suwerenitetu 
jednostki — 298. Znamienne przykłady z lat 1669, 1670, 1683 — 299. Ekstra- 
wagancye — 300. Odstępstwa od doktryny: „nic na mnie bezemnie" — 302. 
Nietykalność sądów sejmowych dla zrywacza — 302. Les absents ont tort — 
303. Konfederacye w wieku XVII — 303. Elekcya jednomyślna ; jednak zerwać 
jej niemożna — 304. Prawo większości w konfederacyach — 305. Sejmy pod 
węzłem — 306.. Dwojaka synteza sejmu i konfederacyi — 306. Czy można było 
prawnie zerwać konwokacyę? — 308. Analiza taktu, zaszłego w r. 1696 — 310. 

ROZDZIAŁ 111 . Str. 314—334 

Jak wyglądało veto w praktyce? — 314. Sceny satyryczne w Holandyi i We- 
necyi — 314. Wyidealizowany obraz zerwanego sejmu w dramacie Szyllera — 
315. Zakulisowa rzeczywistość — 315. Zeznania sprawcy zepsucia sejmu roku 
1732 — 317. Msza, cynamonka i dukaty — 318. Niedokończony wykaz Si- 
cińskich w trzecim tomie dzieła Konarskiego — 320. Nasza rewizya i jej 
wyniki — 321. Nihil est occultum, quod non revelabitur. Cyfry statystyczne 
— 330. Winy poszczególnych ziem, mocarstw postronnych , rodzin magnac- 
kich — 331. Skutki stuletniego panowania liberi veto wewnątrz kraju — 332. 
skutki zewnętrzne: klęski wojenne i dyplomatyczne — 333. Veto, jako wynik 
dobrego humoru — 334. 



XY 



l^OZDZIAŁ IV Str. 336-357 

Uwagi syntetyczne. Słaby wpływ wolności pols]<iej na zagranicę — 336. Prze- 
ciwieństwo między Europą a PoIs!<ą — 337. O cześć imienia polsl\icgo —338. 
Dokąd sięga paralelizm między Rzplitą a Zachodem ? — 338. Veto a dissenti- 
miento — 339. Trybuni rzymscy a polscy — 340. Przeoczona różnica i nicwy- 
snuty wniosel( — 341. Wzrost absolutyzmu naoi<oło — 342. Anglia bez wpływu 
na Polskę — 343. Jakie siły utrzymywały liberum veto w epoce rozkwitu ? — 
^44. Rola możnowładztwa — 344. Idea równości wobec zasady jednomyślności 
i majoryzmu — 345. Konserwatyzm szlachecki — 346. Stan bezwzględnej sy- 
tości — 347. Veto a charakter narodowy Polaków — 347. Infiltracya jednomyśl- 
ności do kapituł — 348. „Głos wolny" w wykładni Mickiewicza i Słowackiego 
— 349. Jaką wartość mają ich hypotezy ? — 351. Głosy indywidualistów — 353. 
Indywidualizm rozbija osobowość — 354. Brak wybitnych mężów stanu w wieku 
XVII — 354. Jednostka roztopiona w tłumie — 355. Wpływ vcto na cntuzyazm 
rycerstwa — 355. i na uczuciowe zespolenie narodu — 356. 



CZĘŚĆ III. UPADEK. 

ROZDZIAŁ I Str. 358-371 

Od złotej wolności do wolności nowoczesnej — 358. Punkt zwrotny w dziejach 
narodu około roku 1700 — 359. Wieniec swobód szlacheckich — 360. Veto, 
jako gwarancya konstytucyjna — 361. Jego odbicie w piśmie „Domina Pala- 
iii" — 362. Stanowisko historyka wobec nieracyonalnych ideałów przeszłości — 
363. Dostojeństwo wszelkiej swobody - 364. Ewolucya zależności społecznych 
jednostki w XVIII wieku — 364. Veto i złota wolność w systemie praw pod- 
miotowych — 365. Wolność bierna i czynna — 366. Akcenty sceptycyzmu na 
przełomie wieków — 367. Jeszcze o „Domina Palatii" — 367. Pochwala swo- 
body „w błocie" — 368. Klęski — 369. Koniec złudzeń — 369. Rola oświaty — 
369. Pomieszanie pojęć wolności i niepodległości — 370. Obłęd partyjny — 371. 
Opieka cudzoziemska nad złotą wolnością — 371. Brak wzorów na Zachodzie— 371. 

ROZDZIAŁ II Str. 372—390 

Linia graniczna między planami reformy w wieku XVII i XVIII — 373. August 
Mocny wobec liberi veto — 374. Niezdolność Sasów do podjęcia naprawy sej- 
mowania — 375. Limita sejmu, jej istota i praktyka — 375. Pobudki opozycyi 
— 376. Skasowanie limity. 377. Czartoryscy i Potoccy wobec sprawy reformy 
parlamentarnej — 378. Projekt partyi Leszczyńskiego z lat 1734-5 — 379. Inne 
zamysły z czasów Augusta III, — 380, zwłaszcza w latach 1746-9 — 381. Kon- 
trola cudzoziemska — 382. Opór Austryi (1749-1752) — 383. Stanowisko repu- 
blikantów — 384. Ich narady i projekt z r. 1749 — 385. Pośrednie zamachy na 
veto — 386. Głosowania w organizacyi zamierzonych Komisyi (1746-8) — 386. 
Starcia przekonaniowe w izbie poselskiej — 387. Poczynania jednostek giną w od- 
męcie partyjnym — 387. Ostatnie liberum veto — 389. 



XVI 



ROZDZIAŁ III. Str. 391-409 

Vcto i prawo większości w świetle literatury politycznej czasów saskich i sta- 
nisławowskich — 391. Karwicki : trzy izby specyalne, sejm gotowy; ogranicze- 
nia cząstkowe jednomyślności — 392. Jak przyjęto myśli Karwickiego? — 393. 
Szczuka — 393. Rozmowa Polaka z Francuzem — 39-4. Debiut Konarskiego ^ 
396 „Glos Wolny, Wolność Ubezpieczający"— 396. Poniatowski — 397. Poklate- 
cki, Garczyński, Rzewuscy — 398. „O Skutecznym Rad Sposobie-' — 399. Bieg 
myśli autora — 399. Pluralitas jedyną deską ratunku — 400. Reakcya: W. Rze- 
wuski, Załuski, Sienicki, Granowski i inni — 401. Późniejsze ustępstwa Konar- 
skiego — 403. Krasiński, Wybicki — 404. Głosy cudzoziemców: Rousseau'a, 
Mably'ego, Mercier de la Riviere'a — 405. Wielhorski — 406. Kołłątaja „Listy 
Anonima" i „Prawo polityczne" — 407. Staszica „Uwagi" i „Przestroga-* — 408. 
Stanisław Potocki, Seweryn Rzewuski — 409. 

ROZDZIAŁ IV Str. 410-427 

Walka o reformę sejmową za Stanisława Augusta. Początek jej na konwokacyi 
1764 r. — 410. Skromne ulepszenia — 411. Figura judiciaria — 411. Intrygi 
przeciwników naprawy — 412. Wnioski Zamoyskiego i Wielhorskiego na sejmie 
1. 1766 — 413. Poglądy konferencyi króla z ministrami — 414. Tryumf reakcyi 
— 41^. Dążenia konfederacyi Radomskiej — 415 Świadectwo Repnina o sto- 
sunku narodu do liberi veto — 415. Podział ustaw na prawa kardynalne, mate- 
rye państwowe i ekonomiczne — 416. Repnin pozwala na ograniczenie veto 
wbrew zdaniu Prusaka Benoita — 417. Inne spółczesne ulepszenia machiny par- 
lamentarnej — 418. Konfederaci barscy wobec złotej wolności — 418. Veto — 
przyczyną niedojścia pacyfikacyi w latach 1769-71. — 419. Dalsza opieka nad 
niem dworów sąsiedzkich — 420. Reforma zaniedbana przez szefów Delegacyi 
Traktatowej 1773-5 r. — 421. Projekt Moszczeńskicgo — 421. Interpretacya praw 
większością głosów — 423, Jak obradowały sejmy w latach 1778-1786? — 424. 
Hyperkrytycyzm Sejmu Czteroletniego wobec reguły większości — 425. Zasady 
do poprawy formy rządu (1789). Projekt praw kardynalnych 1791 r. — 425. Prze- 
sadne stosowanie większości kwalifikowanej — 426. Uchwały o instrukcyach 
i o sejmie konstytucyjnym — 426. Ustawa Rządowa — 427. Veto w ustawo- 
dawstwie Sejmu Grodzieńskiego r. 1793 — 427. 

REKAPITULACYA ' 128-432 

ZAŁĄCZNIKI. 

1. Manifest Litwinów przeciwko sejmowi r. 1590 433 

2. „Sposób prowadzenia i konkludowania sejmów" (1632) 435 

3. Projekt reformy sejmu i senatu przybocznego, omawiany na konwoka- 

cyi r. 1660 440 

4. „Ordinatio sejmu clectionis, także i sejmów ordynaryjnych, jakoteż 

i sejmików" (1734-5) , 448 

5. Projekt o poprawie praw (1749) 452 

Skorowidz osób i miejscowości 454 



WSTĘP. 



Kwestya stosunku jednostki do zgromadzenia w dawnej Polsce. — Nasze stano- 
wisko. Poprzednicy. Pogląd stary i nowy na pochodzenie „wolnego niepozwa- 
lam". Trochę polemiki. Co znaczy geneza czynu lub rzeczy? Przejście od ne- 
gacyi do antytezy reguły większości. Niezbadana geneza tej reguły na Zacho- 
dzie. Ułamkowe przyczynki. Konieczność metody porównawczej wobec ubóstwa 
źródeł. Spodziewane skutki jej zastosowania. 



Cały tom, poświęcony rozpamiętywaniu tej smutnej prawdy 
źe był kiedyś Siciński, miał kilku poprzedników i kilkudziesięciu, 
a nawet kilkuset naśladowców, że każdy poseł miał u nas prawo 
zerwać sejm, a każdy szlachcic mógł zerwać sejmik, — czy to 
nie zadużo? Czy nie zawiele zaszczytu dla tego upiora z Upity? 
Czy da się tyle powiedzieć o rzeczacłi, zdawałoby się, już wy- 
jaśnionycłi i przedyskutowanych! ? 

Nie dziwilibyśmy się wcale, gdyby ktoś powziął taką wąt- 
pliwość, jakkolwiek sami pozbyliśmy się jej oddawna. 

Zagłębiwszy się w drobiazgowe badania archiwalne nad 
epoką saską i stanisławowską, napotykaliśmy liberum veto, po- 
woływane lub praktykowane w tak różnych okolicznościach, ko- 
jarzone z innemi pojęciami w sposób tak wieloraki, że doprawdy 
nie naduźyjemy symbolu, owszem, postąpimy zgodnie z szero- 
kiem przez szlachtę ujęciem i głębokiem, wszechstronnem prze- 
życiem tej idei, gdy pod nazwę jej podciągniemy całą kwestyę 
stosunku jednostki do zgromadzenia w dawnej Rzeczypospolite] 
i całą kwestyę tworzenia woli zbiorowej. 

Veto zajmowało wśród ogółu urządzeń staropolskich miejsce 
równie centralne, jak reguła większości w życiu konstytucyjnem 
państw nowoczesnych. Zdaniem Monteskiusza stanowiło ono sam 

1 



— 2 — 

„cel" (objet) ustroju Polski, skazując na niewolę ogół w imię 
nadmiernej swobody jednostki. Zgubiło państwo polskie, nie 
zgubiło odrębnej narodowości ani cywilizacyi. Wydawało się 
największą naszą chwałą w wieku XVII, było nieszczęściem i prze- 
kleństwem w epoce odbudowy. Pogrążyło cały kraj w anarchii — 
ale samo nie było anarchią. Praktycznie rzecz biorąc, było sza- 
leństwem, ale z tych szaleństw, o których mówi stary Poloniusz : 
„though this be madness, yet, there is method in't..." 

I właśnie dlatego, że miało swoją własną metodę rozwoju 
dziejowego, własną metodę praktycznego i systematycznego za- 
stosowania, metodę długoletniego przez dwa wieki łączenia się 
z moralno-politycznem życiem narodu: dlatego zasługuje ono na 
uwagę badaczów europejskich. Zasługuje na nie jeszcze pod pe- 
wnym ogólniejszym kątem widzenia, „Głos wolny", sam przez 
się interesujący, odzwierciedla w swym rozwoju odwrotną stronę 
działania tych samych zależności przyczynowych, które na innem 
podłożu doprowadziły do tryumfu zasady liczebnej. 

To też szerokie granice zostały zakreślone niniejszemu ba- 
daniu. Postaramy się ująć przedmiot w jak najwszechstronniej- 
szym związku z calem życiem prawnopolitycznem i poniekąd 
nawet z życiem kulturalnem Starej Polski, — Spróbujemy ogar- 
nąć go i zrozumieć z różnych punktów widzenia, ze szczegól- 
nem uwzględnieniem ścisłego poglądu prawniczego, ale też z cią- 
giem pytaniem o elementarne, życiowe źródła zasad i instytucyi. 

Czas już wielki na taką próbę. Chodzi wszak o historyę 
nielada „choroby" — o historyę i dyagnozę raka, co toczył siły 
żywotne społeczeństwa ; i właśnie dlatego, że mamy do czynienia 
z rakiem, z raną, z bolączką, musimy przystępować doń na chło- 
dno, bez domieszek optymistycznych lub pesymistycznych, z jak 
najmniejszą chętką moralizatorską, z jak najwyłączniejszem dąże- 
niem, aby rerum cognoscere causas. 

Sto kilkanaście lat upłynęło od chwili, gdy najgłośniejsza 
z pamiątek naszej przeszłości dziejowej natchnęła Szyllera do 
świetnej acz niewykończonej kreacyi dramatycznej — sceny sej- 
mowej w „Dymitrze", Stulecie artystycznej twórczości, przed- 
miotowi temu poświęconej, zbiegło się z pięćdziesiątą rocznicą 
pierwszej próby jego naukowego opracowania — w Dodatku do 
rozprawy J. K. Plebańskiego o projekcie elekcyi za życia króla 



— 3 — 

Jana Kazimierza'). Godziło się wspomnieć o owem stuleciu, aby 
zaznaczyć rozgłos, jaliim liberum veto od dawien dawna cieszy 
się u swoich i u obcych. O książce Plebańskiego zrobiliśmy 
wzmiankę, chcąc oddać hołd należny zasłudze autora, pierwszego 
badacza tej instytucyi, i natychmiast zastrzedz się, iż na powta- 
rzaniu poglądów, względnie nowych za czasów Hoffmana, nie 
może już dzisiaj poprzestać nauka, stojąca na poziomie badań 
Pawińskiego, Rembowskiego, Balzera, Ulanowskiego, Kutrzeby. 
Liberum veto ma swoją historyę, ale dotychczas czeka na hi- 
storyka. Bez luźnych wzmianek, notatek przyczynkowych, bez 
mniej lub więcej trafnych spostrzeżeń nad niem nie obejdzie się 
żaden dziejopis nowoczesnej Polski. Ale też żaden długo nie usi- 
łował go badać wszechstronnie a wyczerpująco. 

Tem śmielej rozprawiali o „głosie wolnym" niespecyaliści — 
moraliści, filozofowie, publicyści, a za nimi dyletanci wszelkich 
odcieni. Powołani i niepowołani mówili i pisali nietylko o tem, 
na czem polega liberum veto i skąd się wzięło, ale wyroko- 
wali także o jego wartości, zasadniczej słuszności lub niesłu- 
szności. Szersze koła, karmione wiedzą historyczną ze starych 
podręczników, wciąż jeszcze uważają „źrenicę wolności" szla- 
checkiej za prosty i konieczny wynik obowiązującej na sejmach 
zasady jednomyślności. Nieliczni zaś czytelnicy nowszej litera- 
tury polskiego parlamentaryzmu widzą w liberum veto nie- 
mniej konieczny wypływ samoistności sejmików, której wyrazem 
była instrukcya nakazcza albo limitacyjna. Sejmy zrywa nie po- 
jedynczy poseł, lecz pojedynczy sejmik, nie uznający nad sobą 
władzy pozostałych województw. Nie da się zaprzeczyć, że takie 
tłómaczenie sprawy, ugruntowane przez Pawińskiego, a rozpo- 
wszechnione przez Karejewa, głębiej wnika w ewolucyę naszego 
sejmowania, niż dawny pogląd popularny. Wszakże i ono na- 
stręcza niejedną wątpliwość. Czyż mandat nakazczy sam przez 
się, tj. bez względu na swą treść, mógł powstrzymać cały bieg 
obrad sejmowych? Czyż pod pretekstem brakującej jedno- 
myślności nie zrywano w xviii wieku sejmików, albo nie rugo- 
wano posłów, obranych „pod kontradykcyą" — aby ocalić 



1) Commentatio historica de successoris dcsignandi consilio vivo loannc 
Casimiro Polonoriim rege, Berlin, 1855. 



sejm? I czyż konsekwentnie przeprowadzona zasada mandatu: 
nie wyłączała z góry protestów odosobnionych, każąc 
jednozgodnie działać we wszystkiem całej delegacyi woje- 
wództwa? Gdyby zaś odpowiedź na takie i tym podobne pyta- 
nia odstąpiła od utartycti formuł książkowycłi, to temsamem mu- 
siałaby wystąpić na jaw icłi abstrakcyjność, tj. niedokładność 
w odtwarzaniu rzeczywistycli przeobrażeń poglądów prawnycłi. 

Pierwszą rewizyę zagadnienia podjęliśmy w r. 1905, dru- 
kując w „Przeglądzie Historycznym" artykuł p. n. „Geneza li- 
berum veto" 1). Twierdziliśmy tam, że poruszane niekiedy py- 
tania „czy przed Sicińskim. byli Sicińscy?" albo „czy liberum veto 
istniało przed rokiem 1652?" z punktu widzenia historyi prawa 
polegają tylko na nieporozumieniu co do terminologii, i „że do- 
tychczas niedoceniano lub zapoznawano niejeden splot zależności 
przyczynowej, warunkujący kierunek rozwoju prawnej świado- 
mości społeczeństwa polskiego" ; że wyjaśnienie wpływu instruk- 
cyi sejmikowych na powstanie „veto" stanowi dopiero pierwszy 
szczebel indukcyjnego dociekania, którego zamknięciem i koroną 
byłoby wyjaśnienie wszystkich tych czynników, bez jakich ko- 
nieczny rozwój „wolnego głosu" nie daje się historycznie po- 
myśleć. Poruszywszy zagadnienie szerokie i skomplikowane, pra- 
gnęliśmy ściągnąć na nie uwagi krytyczne i nowe przyczynki,, 
króreby przynajmniej oczyściły rozprawę z nieścisłości, nieuni- 
knionych na rozległym, a niedość zbadanym terenie faktów, 
i skorygowały nasz sposób rozumowania. Niestety, stało się ina- 
czej. Nowych przyczynków dorzucono niewiele. Zamiast spro- 
stowań i polemik próba spotkała się z pochwalnym referatem 
ś. p. Aleksandra Rembowskiego^), potem z korzystnym naogół 
sądem prof. Stanisława Kutrzeby, że wprawdzie stanowi ona cenne 
studyum, na źródłowych, szerokich podstawach oparte, ale „ge- 
nezy veta nie wyjaśnia, a to z tego powodu, iż autor niedość 
ściśle ujął rozpatrywaną kwestyę"^^). 

Ogólna pochwała profesora K. dogadzała wielce aspiracyom 
początkującego autora „Genezy" ; lecz po niej następował ciężki za- 



1) T. I. str. 146 i n. 

2) Słowo, czerwiec, r. 190G. 

3) Czasopismo prawnicze i cl<onomicznc, 1909. 



— 5 — 

rzut. Zakrawało na to, że autor nie zdaje sobie sprawy z toku wła- 
snej myśli. Autor powiedział: „Wiem, skąd się wzięło liberum 
veto". Krytyk na to: „WPan wiesz dużo ciekawych rzeczy, tylko 
nie wiesz, skąd pochodzi veto". Ze zdziwieniem zadawaliśmy 
sobie pytanie: czyżby naprawdę ściślej rozumowali ci, co bez 
bliższej obserwacyi naszego sejmowania za Zygmuntów odpo- 
wiadali na pamięć, że veto zrodziło się prosto ze statutów nie- 
szawskich, czy też z ustawy Nihil Novi, albo z instrukcyi sejmi- 
kowych ? Na razie, coprawda zarzut brzmiał zbyt ogólnikowo, 
i możnaby właściwie zaczekać, aż Szanowny krytyk sam dowie- 
dzie, dlaczego, zdaniem jego, owa geneza nie została wyjaśniona, 
i w czem autor zgrzeszył przeciwko ścisłości. Chodzi nam je- 
dnak nie o formalne wygranie procesu polemicznego, chodzi 
o prędkie poznanie i ustalenie pewnej prawdy metodologicznej, 
cliętnie więc rozważymy istotę nieporozumienia. 

Jeżeli ktoś zapowiada wykrycie genezy „wolnego niepozwa- 
lam", a jednak jej nie wykrywa, to popełnia snąć jeden z dwóch 
możliwych błędów. Albo odtwarza i przytacza nie wszystkie fakta, 
z których wypłynął wiadomy rezultat, albo też w swem rozumo- 
waniu, powiązawszy przyczynowo zebrane fakta, nazywa genezą 
coś, co metodycznie na taką nazwę nie zasługuje. Naprzykład, 
genezy Wielkiej Wojny Północnej nie wyjaśnia ten, kto przedsta- 
wia tylko przygotowania militarne Sasów, Duńczyków, Rosyan, 
-Szwedów. Odpowiedź na pierwszą interpretacyę zarzutu prof. Ku- 
trzeby odsyłamy do wykładu faktów, poprzedzających wypadki 
zrywania sejmów. Tam okaże się, czy artykuł nasz ignorował 
pewne czynniki decydującej doniosłości dla rozwoju „wolnego 
głosu". Tutaj, zastanawiając się nad problematem i metodą, spy- 
tajmy tylko, co wolno jest nazwać genezą w procesie histo- 
rycznym. 

Genezę czynu, np. zamachu stanu 3 Maja, wyjaśni ten, 
kto wskaże, kto i kiedy, z jakich pobudek postanowił wykonać 
ów zamach. Genezę rzeczy, np. Konstytucyi 3 Maja, wyjaśni 
ten, kto wskaże potrzeby, interesy, zasady, pojęcia krajowe, wpły- 
wy pojęć zagranicznych, jakie złożyły się na obmyślenie i zre- 
dagowanie Ustawy Rządowej. Natomiast genezę idei zwyczajo- 
wego prawa publicznego, np. liberum veto, można zbadać o tyle 
tylko, o ile się wskaże, w jakim porządku i kiedy te lub owe 



- 6 — 

czynniki nakierowały świadomość prawną ogółu ku takiej lub 
innej regulacyi pewnycłi stosunków, w danym razie — stosunku 
jednostki do zgromadzenia lub do społeczności. Oczywiście może 
tu być mowa tylko o czynnikach najbliższych, bezpośrednich, 
a nie o przyczynach wszystkich przyczyn. Jeżeli np. okaże się,, 
że ustrój społeczny wpływa na zasady tworzenia woli zbiorowej, 
to jednak wykład pochodzenia ustroju społecznego nie należy 
bezpośrednio do zadań historyka liberum veto, podobnie jak 
gleboznawstwo nie należy do zadań fizyologii roślin ani też bo- 
taniki. Inaczej pojętej genezy liberum veto, niż ją pojmo- 
wał autor artykułu w „Przeglądzie Historycznym" nikt chyba 
nigdy nie wykryje. Nikt nie odnajdzie czaszki swego protoplasty, 
w której pierwszy raz zaświtała świadomość prawna, że wolno 
jest jednostce zrywać zgromadzenia, a gdyby nawet odnaleziono 
tę czaszkę, niktby nie uwierzył, że przez to zbadano genezę 
„wolnego niepozwalam". Nawet ci, co myśleli, że Siciński był jego 
wynalazcą, zajrzawszy do źródeł, zmienili swe zapatrywanie. I ci, 
co uważali pierwotnie Zamoyskiego za ojca idei elekcyi viritim,. 
doszli na zasadzie samodzielnych badań, że geneza tej idei tkwiła 
gdzieindziej, i że w inny sposób należy stawiać całą jej kwestyę. 
Utrzymujemy więc niezbicie ogólny schemat traktowania 
przedmiotu, zastosowany w roku 1905, i zamierzamy go rozwi- 
nąć przez wzięcie pod uwagę niektórych czynników dalszych, 
przenosząc zarazem obserwacyę na teren ogólno-europejski. Do 
takiego rozszerzenia badań, przewidywanego już wóv/czas, przed 
dwunastu laty, skłaniają nas następujące, bardzo proste rozważania. 
Sądzono do niedawna, że pierwszy wypadek „wolnego nie- 
pozwalam" zaszedł w r, 1652 w osobie Sicińskiego. Rzeczywiście 
instytucya ta ukształtowała się zupełnie i opanowała umysły nie 
wcześniej, jak w połowie XVII wieku. Przedtem jeden poseł nie 
mógł zerwać sejmu. Ale i przedtem nie uznawano u nas rządów 
większości. Na Zachodzie w początkach ery nowożytnej reguła 
większości wszędzie robiła postępy; przedtem był czas, kiedy 
jej nie uznawano. Na początku tedy nie było nigdzie rządów 
większości ; z czasem znalazły się one na całym świecie, tylko 
nie w Polsce, gdzie zrodziło się prawo zrywania obrad przez 
jednostkę. Otóż, ktokolwiek nie uważa dziejów Polski za istotę 
wszechrzeczy, a dziejów Europy za wyjątek i anomalię, musi si^ 



— 7 — 

zgodzić, że podstawowe, ogólne znaczenie ma historya wyrabia- 
nia się zasady większości, wyjątek zaś stanowi Polska. 

Do pewnego momentu, właśnie do połowy XVII wieku, 
zbliżanie się naszego sejmowania do „wolnego niepozwalam" 
identyczne jest z ustalaniem się rządów jednomyślności. Rządy 
takie polegają na nieuznawaniu, że wola większości jest wolą 
ogółu. Później przypisuje się jednostce coś więcej, niż prawo 
odrzucania poszczególnych propozycyi : w ten sposób liberum 
veto zamienia się z prostej negacyi w antytezę powagi 
większej liczby. 

O cóż można i warto pytać w granicach tamtej pierwszej 
fazy, jeżeli nie o to, dlaczego rządy większości tak wyjątkowo 
nie wyrobiły się w naszej Rzplitej? Odpowiedź na to byłaby 
gotowa, gdyby wiedziano, dlaczego wyrobiły się one na Zacho- 
dzie. Niestety literatura prawno-historyczna całej Europy sprawia 
nam tutaj zawód. Pytamy autorów dzieł, dotyczących wogóle 
ustroju tego lub owego kraju : Hallama, Gneista, Stubbsa, Fuste 
de Coulanges'a, Waitza, Brunnera, Timona, Kalouska — nie znaj- 
dujemy nic albo prawie nic. Gdzieniegdzie rzucona mimocho- 
dem notatka, że w pewnemi zgromadzeniu, w pewnym długim 
okresie, stanowiono uchwały tak a tak, ale odkiedy dokładnie 
i dlaczego, mało to kogo obchodzi. O pochodzeniu „boskiego 
prawa ludów", jeżeli można tak nazwać z Herbertem. Spencerem 
rządy większości, nie napisano ani dziesiątej części tego, co na- 
pisano o boskiem prawie monarchów. Historycy milcząco zdają 
się odsyłać całą sprawę badaczom początków cywilizacyi, etnolo- 
gom, a ci znów, jak Spencer, Maine, a u nas Witort, z większą 
słusznością pozostawiają ją milcząco historykom. Sprawa bowiem 
wcale nie jest przedhistoryczną. Przekonamy się niebawem, że 
rozstrzygnęła się ona w Anglii około r. 1300, we Francyi w po- 
łowie XIV stulecia, w Związku Szwajcarskim w drugiej połowie 
tegoż, w Niemczech przez wiek XIV i XV, 

Ostatecznie w ignorowaniu tej ważnej kwestyi niema nic 
tak bardzo dziwnego. Dla pewnego typu umysłów nie istnieje, 
ona zupełnie. Że w zgromadzeniu decydować powinna raczej 
większa część, niż mniejsza, to jest tak oczywiste, tak zdrowe, 
to jest elementarna zdobycz ludzkiego praktycznego rozsad- 



— 8 — 

ku.i) Ludzkość nabiera z czasem rozumu, więc musiała się kiedyś 
i tego nauczyć. „Gdzie bardziej i lepiej się wydaje wolność pu- 
bliczna?" pytał Konarski: „czy gdzie według samej instynktu 
natury jeden lub mniejsza liczba ustępuje wszystkim, czy tam, 
gdzie muszą wszyscy mniejszej liczbie lub jednemu koniecznie 
ustąpić? Dziecię w kilku leciech niechaj to rozsądzi". ^j 

Konarski, jako reformator, apelował słusznie do dziecinnej 
inteligencyi po roztrzygnięcie tej fatalnie spóźnionej u nas wąt- 
pliwości. Inni gotowi powtórzyć ten apel przez dogmatyzm, przez 
symplicyzm. Na szczęście są jeszcze inne umysły, ani tak pra- 
ktycznie nastrojone, ani tak dogmatyczne, umysły, którycłi nie 
zaspakaja powiedzenie, że prosta linia jest najkrótszą drogą od 
punktu do punktu. Takim właśnie umysłom, nieskorym do chwy- 
tania się najbliższego pozornego aksyomatu, studyum nasze nie 
wyda się zbytecznem. 

Impuls do pytania o początki rządów większości płynie 
częściej z pewnych' tendencyi politycznych, przychylnych indywi- 
dualizmowi lub wrogich mu, niż z czystego filozoficznego „zdzi- 
wienia". Rousseau, gdy prorokował ludzkości zwierzchnictwo ludu, 
chciał ugruntować w przyszłych republikach porządek, chciał 
uzasadnić przewagę większej liczby, więc prędko załatwił wąt- 
pliwość, twierdząc, że mniejszość w pakcie pierwotnym formalnie 
zobowiązała się do posłuszeństwa. Burkę chciał obalić wszystkie 
dowodzenia Rousseau'a, więc zastanowił się nad realnym, bardzo 
nieidylicznym początkiem tamtego „zobowiązania", zawartego 
wśród gwałtu i ucisku. Zmarły przed kilku laty prof. Jerzy Jellinek 
wydał słynną broszurę o „Prawie mniejszości", w której zachę- 
cał do zbadania, jak powstały rządy większości, lecz uznawał tę 
kwestyę za niemożliwą do rozwiązania w braku zebranego mate- 
ryału. Zarówno Burkę jak Jellinek mieli na oku cele prakty- 
czno-polityczne. Natomiast bez żadnej tendencyi wypisywał 
już sto lat temu Jerzy Sartorius, historyk Hanzy, swoje spostrze- 
żenia nad praktyką głosowań w tym związku. Bez tendencyi, bo 
pochłonięty inną polemiką, przeciw wyborom proporcyonalnym, 
ogłaszał niedawno prof. Adolf Bernatzik zbadanie początków za- 



1) Por. słowa Esmeina, Elements de droit constitutionnel, Paryż 1903, I, 199. 

2) O Skutecznym Rad Sposobie II. § 13, str. 140. 



— 9 — 

sady większości jako „nadzwyczaj wdzięczne przedsięwzięcie".^) 
Przed nim jeszcze Otto Gierkę uzbierał w swem pomnikowem 
dziele2) sporo przyczynków do tejże kwestyi. Paul Yiollet nie 
waha się nazwać jej „doniosłą" i sam od siebie komunikuje cie- 
kawe rzeczy o praktyce gmin wiejskicłi we Francyi. Prof. Ascłie- 
houg sumiennie wykłada odnośne przemiany w łonie sejmów 
norweskich. Prof. Vogt zestawia ważne fakta tejże kategoryi 
z dziejów szwajcarskich. Prof. Henri Pirenne podobne badania 
prowadzi nad funkcyonowaniem belgijskich Stanów Generalnych. 
Inni, i mianowicie częściej autorowie specyalnych drobiazgowych 
monografii, niż historycy całych ustrojów, odnotowują też nie- 
mało przydatnych danych, ale postępują naogół niedość samo- 
wiednie, jakgdyby od niechcenia, wcale nie pytając o analogie 
z krajów obcych. 

A w tern właśnie tkwi główne źródło ich i naszej niewia- 
domości. Bez wychylania się poza słup graniczny swojej łiisto- 
ryi narodowej żaden uczony europejski, z wyjątkiem chyba Po- 
laka, nie zgłębi procesu wyrabiania się zasady większości. 
Odnieśliśmy go do względnie wyraźnych dat historycznych, do 
€pok nieźle zaopatrzonych w źródła. Tak, ale trzeba zważyć, że 
źródła wyjątkowo niełaskawe są na nasz problemat. Łatwo do- 
myślić się, dlaczego. Kronikarz średniowieczny radby widzieć 
naokoło braterstwo, zgodę, jednomyślność; gdy jej nie widzi, gdy 
słyszy o pogwałceniu mniejszego odłamu przez większy, albo 
o buncie jednostek przeciw ogółowi, boleje nad grzeszną naturą 
ludzką, posypuje głowę popiołem i pisze o kłótniach, a nie 
-o głosowaniach, albo zgoła odkłada pióro, póki się bliźni nie 
pogodzą. Protokóły, dyaryusze, uchwały spisuje się zwykle po to, 
by stwierdzić nowopowstałe zobowiązania, a nie po to, aby upa- 
miętnić, że ktoś był im przeciwny. Pisze się poprostu „condu- 
sum\ a nie „pluralitate conclusum", chociażby decyzya nie 
była jednomyślna ; a jeżeli nią była, to tem lepiej, warto jedno- 
anyślność zanotować — i historyk nie będzie wiedział, czy ta 
jednomyślność była niezbędna, a jeżeli nie, to odkiedy. 



1) Das System der Proportionalwahl, w Jahrbucli fiir Gesetzgebung etc. 
Schmollera, 1893, XVIII, z. 2, str. 59. 

2) Das deutsche Genossenschaftsrecht. 



— 10 — 

Tem się tłómaczy wielkie ubóstwo źródeł w zakresie inte- 
resującego nas problematu. Jedyna rada na nie — użyć metody 
porównawczej. Dawne to czasy, kiedy Edward Gans odbywał 
śmiałą wędrówkę myślową przez wszystkie kraje celem zbadania 
drogą porównawczą ewolucyi prawa spadkowego. Hegelianizm, 
ze swą teoryą jednego rozwoju absolutnego ducha poprzez ży- 
woty duchów narodowych ośmielał wówczas tego rodzaju próby, 
podsuwając umysłom pokusę do stosowania wszędzie jednej 
i tej samej psychologii ogólno-ludzkiej. Później skrzydła metody- 
porównaczej nieco omdlały. Nauczono się ostrożności, ograni- 
czono pole obserwacyi wspólnością charakterów plemienno-raso- 
wych. Posunęły się naprzód studya porównawcze nad instytu- 
cyami ogółu ludów germańskich, słowiańskich, celtyckich, w naj^ 
lepszym razie — aryjskich lub mongolskich. Nie tutaj jest miejsce 
na rozgraniczanie korzyści, jaką można sobie rokować po zesta- 
wieniach w obrębie jednej rasy lub całej ludzkości ; zdaje się,„ 
że różnica polega tu na mniejszym lub większym stopniu praw- 
dopodobieństwa wysnuwanych wniosków. Mamy wrażenie, iż za- 
strzeżenia dzisiejsze przeciw zbyt odległym analogiom idą za- 
daleko, gdy chodzi o stawianie hypotez, a nie ostatecznych 
twierdzeń. I mamy stanowcze przekonanie, że zamało robi się- 
teraz na polu historyi porównawczej urządzeń konstytucyjnych^ 
Niema szerzej ujętych dziejów samorządu stanowego w Wiekach 
Średnich, ani też parlamentaryzmu w dobie nowożytnej. Cenne 
studyum Rembowskiego o „Konfederacyi i Rokoszu" stoi bodaj 
samotnie wśród naszej i obcej literatury. 

My przez wyjście z ciasnych ram polskiej jedynie prze^ 
szłości obiecujemy sobie osiągnąć przy zgłębianiu „wolnego nie- 
pozwalam" trojaki zysk. Popierwsze, ujawni się tą drogą jegch 
właściwy charakter i miejsce w ogólnym obrazie ; powtóre, uda 
się sprawdzić na polu szerszej empiryi zależności przyczynowe^ 
wykryte wśród spraw polskich ; potrzecie, ujdzie się błędnej 
metody wynajdywania źródeł instytucyi w duchu narodu, jak 
gdyby ów duch był dyspozycyą wiadomą i stałą. Przeciwnie,, 
okaże się, że ani liberum veto nie jest wyłączną emanacyą kul- 
tury polskiej, ani też indywidualizm nie ma w sobie niczego 
specyalnie germańskiego, jak to niektórzy twierdzili. Wszystka 
tłómaczy się formą życia prawnopolitycznego, naciskiem sił, dzia- 



— 11 — 

łających w czasie i przestrzeni, a nie jakimś zakrzepłym chara- 
kterem narodowym. Raczej ten charakter urobi się według pra- 
ktyk majoryzacyi lub „wolnego niepozwalam", niż sam je z gó- 
ry ukształtuje. 

Dziś literatura zachodnia zdaje się zapytywać z rosnącem 
zaciekawieniem o pierwiastkowe formy „boskiego prawa ludów". 
Przyczynia się do tego aktualna kwestya reprezentacyi ustosun- 
kowanej. Publicyści i czytelnicy zaczynają się dzielić na „pro- 
porcyonalistów" i „majorystów". Jeżeli oni i ich nauczyciele, hi- 
storycy, wytrwają w zaciekawieniu, jakie żywią dla naszego te- 
matu, jeżeli zapragną wiedzieć całą prawdę, to życzyć należy,, 
aby i nauka zachodnia uznała wartość umiejętnego zestawienia 
porządków stanowo-konstytucyjnych różnych krajów. Zyskałaby 
ona na tem więcej niż my, bo znalazłaby w dziejach Rzplitej 
Polskiej niezatarty obraz tych samych kompleksów prawno-spo- 
łecznych, tych samych stosunków między ogółem a jednostką, 
między większością a mniejszością, których kształty w dziejach 
Anglii, Francyi, Włoch, a poniekąd i Niemiec, Hiszpanii, Skan- 
dynawii, znacznie już się zamgliły skutkiem zaginięcia doku- 
mentów. 

Jakkolwiek zresztą praca niniejsza i) jest wynikiem obserwa- 
cyi naprzemian to rzeczy polskich, to cudzoziemskich, budowa 
jej nie będzie polegała na wykładzie wszystkich po kolei zwro- 
tów myśli badawczej z Polski do Europy i napowrót. Zaczniemy 
od zarysu niektórych linii życia publicznego na Zachodzie, i to 
mianowicie od najogólniejszych, ostatecznych spostrzeżeń, po 
których dopiero nastąpi ich ilustracya. Potem, zachowując 



1) Znaczna część tej książki powstała drogą rozszerzenia, pogłębienia 
i poprawienia artykułu o „Genezie" ; odpowiadamy więc w zupełności za twier- 
dzenia, wygłoszone tu poniżej, ale nie za poglądy dawne, dziś w szczegółaclt 
skorygowane. 

Osobom, które bądź za pomocą wskazówek bibliograficznych, bądź przez 
użyczenie materyałów niedrukowanych, lub inaczej pomogły nam w badaniacłi, 
a w szczególności prof. P. Winogradowowi (w Oxfordzie) redaktorowi J. Peka- 
fowi (w Pradze), profesorom St. Kutrzebie i St. Estreicherowi oraz drom St. Za- 
chorowskiemu i J. Dąbrowskiemu (w Krakowie) składamy na łem miejscu ser- 
deczne podziękowanie. Wdzięczni będziemy również każdemu z kolegów histo- 
ryków, którzy nadeślą nam z powodu niniejszej pracy krytyczne uwagi lub 
dalsze przyczynki. 



— 12 — 

w miarę możności niejaką symetryę rozumowania, damy pełniej- 
szy obraz tych stron polskiego sejmowania, na których osnuła 
się geneza liberi veto. Wślad za genezą ukaże się skończona, 
bujna praktyka jego i teorya, po największym rozroście — zanik 
i upadek. 



PRAWO WIĘKSZOŚCI 
NA ZACHODZIE. 



ROZDZIAŁ I. 



Jeden rozwój prawa większości czy szereg rozwojów ? Przepadle plony mą- 
<lrości politycznej Hellady i Romy. Samouctwo ludów średniowiecznych. Re- 
"Cepcya — wyjątkiem. Tradycyc rzymskie w organizacyi Kościoła. Sobory, elekcye 
papieskie. Drugi wyjątek : tradycye miejskie. Punkt wyjścia rozwoju prawa 
większości : nierówność uczestników zebrań. Thim wiecowy. Co sądzić o prawie 
jednomyślności na wiecach słowiańskich? Opozycya, jako grzech. Dawne sądy 
normandzkie. Pierwotne sądy przysięgłych. Źródło prawa większości w przemocy. 
Normatywny wpływ praktyki i faktu dokonanego. — Osiem czynników, od któ- 
rych zależy postęp zasady większości: 1. Niwelacya głosów. 2. Odgraniczenie 
głosowania od dyskusyi. 3. Konsolidacya grup wobec niebezpieczeństwa ze- 
wnętrznego. 4. Parcie wewnętrzne. 5. Trudność secesyi. 6. Podzielność lub nie- 
podzielność wykonania uchwał. 7. Odrębność i siła władzy wykonawczej. 8. Po- 
•zycya głosujących wobec ich podwładnych albo wobec mocodawców. Ogólny 
schemat wywodu prawa większości. 



Czy powinno się właściwie mówić o jednym i jednolitym 
rozwoju zasady większości, czy też o wielu odosobnionych jej 
rozwojach w różnych grupach społecznych? Czy jest w dziejach 
ludzkości taka ciągłość uznawania, lub choćby teoretycznego for- 
mułowania tej zasady, i taka co do niej wspólność ogólno-ludzka 
wielkich przemian w wielkich odstępach czasu, któraby upowa- 
żniała do pisania jednej historyi zasady większości? Ściśle biorąc, 
niema ani takiej ciągłości, ani wspólności. Zasada nasza nie roz- 
wija się z wieku na wiek, naród narodowi jej nie podaje na dal- 
sze doskonalenie. Co kraj, co lud, co typ zgromadzenia, to oso- 
bny proces rozwojowy od początku do końca. Ta prosta, oczy- 
wista zasada liczebna wykluwa się na obszarze dziesiątków stu- 
leci raz tu, raz ówdzie z bardzo skomplikowanych konjunktur. 
Każde społeczeństwo wypracowuje ją prawie niezależnie od po- 



— 16 - 

stronnych przykładów z własnych H tylko przeżyć 0. Nie byłc> 
i niema międzynarodowej propagandy praw „ogółu", nikt z nich 
nie robi przedmiotu eksportu. 

Wiadomo, jakiem powszechnem uznaniem cieszyła się prze- 
ważająca liczba głosów u Greków i Rzymian. Homer, gdy wkła- 
dał w usta Odyseusza wzgardliwą apostrofę : tv d'dnt6hno^ xnr 
dvah/.i^, ovTB nor' tv TToltuo) iv(ajlOf(io<; oiir' kvi ^ovXfj, dawał do zrozu- 
mienia, że na obradach jedni ludzie wchodzą w rachubę, a inni 
nie, snąć więc zanosi się na znalezienie większości wśród tam- 
tych pierwszych, miarodajnych czynników. W Sparcie rządziła 
na zgromadzeniach większość przez aklamacyę -). W Atenach 
ani zebranie ludu, ani Areopag, ani Dykasteryon, ani Heliaja, ani 
żadne kollegium nie wymagało powszechnej zgody, nie szanowało- 
protestu jednostki. Nawet zrzeszenia związkowe, jak federacye 
Achejska i Etolska nie zostawiały przygłosowanym delegatom innej 
satysfakcyi prócz opuszczania miejsca obrad. Rzym doprowadzilr 
nieuznawanie mniejszej liczby do ostatnich granic. W komicyach 
sposób stanowienia uchwał większością wypracowany był jak naj- 
drobiazgov/iej 3). W Senacie przewodniczący zarządzał rozejście 
się na dwie strony i na oko oceniał, która strona przeważa ; wy- 
nik ogłaszał w sakramentalnej formule: haec pars major videtur^)y 
która uderzająco przypomina wyrażenie speakera w angielskiej 
izbie gmin (albo lorda kanclerza w izbie wyższej) : „/ think 
tfiat the not contents are morę''. Imiennych głosowań nie znano 



. •) Otto Gierkę w swym referacie „Ober die Geschichte des Majoritats- 
prinzips", wygłoszonym, na III Międzynarodowym Kongresie Historycznym w Lon- 
dynie, 4 kwietnia 1903 r., a drukowanym w zbiorze „Essays in Legał History*,. 
Oxford, 312 — 335, daje wykład „der auf Grund des germanischen Rechts 
im Mittelalter und in der Neuzeit vollzogenen Entwicklung", świadomie pomi- 
jając świat starożytny. Jest to doskonała reasumcya dawniejszycłi badań aiitora,^ 
zawartych w „Das deutsche Genossenschaftsrecht", z niewielu uzupełnieniami. 
Co do stanowiska G. należy jednak zauważyć, że popierwsze, interesuje go 
nie geneza historyczna żywej zasady, jeno późniejszy rozwój koncepcyi prawni- 
czej, powtóre, że rozwój nowoczesny pierwszej odbywał się na podkładzie szer- 
szym, niż ten, który obejmowało prawo niemieckie. 

2) Busolt: Die griechischen Staats- und Rechtsaltertumer, 103—4. 

3) Mommsen, Romisches Staatsrecht, III, 369—419. 

4) Madvig, Rómische Yerfassung nnd Yerwaltung I, 317; Willems, Le 
senat de la Republiąue Romaine, II, 197, — obaj według Seneki. 



— 17 — 

dokładnych list głosów za i przeciw nie notowano — Sallu- 
styusz o dwóch tylko takich listach wspomina ; — wszystko to 
świadczyło o bezwzględnem unicestwieniu nawet samej indywi- 
dualności członków przegłosowanych '). Prawnik Scewola, do- 
radca Marka Aureliusza, sformułował ten pogląd krótko i wę- 
złowato : Qiiod major pars ciiriae effecit, pro eo habetur, ac si 
omnes egerint. Podobnie Ulpian, doradca Aleksandra S'^wera: 
Refertur ad universos, quod publice fit per majorem /?. , lem '^). 
Zasadę nietylko utrwalono, wygłoszono, ale i opracowano zze- 
wnątrz : w kuryach miejskich np. żądano do ważności uchwał 
obecności -/a członków ;^). Arystoteles dał w swej „Polityce" pierw- 
szą i nieladajaką próbę teoretycznego uzasadnienia reguły większej 
liczby. Szereg takich autorytetów, jak Perykles, Tucydydes, Kse- 
nofont, Appian, Dyonizyusz z Halikarnasu, oświadczył się za tą 
regułą, jako jedyną dopuszczalną w demokracyi ^j. 

A przecież wszystkie te praktyki i teorye świata klasycznego 
na nic się nie zdały, gdy na siedliskach zwyrodniałych Rzymian 
rozgościły się młode ludy germańskie, Ludy te musiały słyszeć 
od swych pionierów- rodaków, kolonistów lub najemników, o rzym- 
skich sposobach rządzenia się, ale zwycięzca nie zwykł się uczyć 
od zwyciężonego mądrości politycznej. Mógł sobie Senat głoso- 
wać tak czy inaczej, Germanie sądzili, że ich to nie obowiązuje, 
i zaczęli od fundamentów wznosić gmachy swych państw, jak 
samoucy, nie korzystając z cudzych doświadczeń. Wśród walk 
i szamotań zaczęły sobie ludy nowożytne wypracowywać elemen- 
tarne prawidła organizacyi woli zbiorowej. 

Gdzie i kiedy odbywała się owa praca? W wielu miejscach 
naraz, i różnymi czasy, w najprzeróżniejszych kombinacyach spo- 
łecznych : na wiecach rycerstwa germańskiego, na elekcyach kró- 
lów, konwokacyach kleru, posiedzeniach ławników i sądów przy- 
sięgłych, w radach nadwornych królewskich, radach miejskich^ 
zgromadzeniach gmin i krajów samorządnych, na wyborach po- 

1) Mispoulet, La vie parlementaire a Romę, Paris, 1899, str. 76. 

2) Gierkę, Das deutsche Genossenschaftsrecht, II, 153. Tenże, Ober die 
Geschichte des Majoritiitsprinzips, 313. 

3j Gierkę, Majoritiitsprinzip, j. w, 

*) Por. Grocyusza De jurę belli et pacis, ks, II, r, 5, § 17; Saripolos, 
La democratic et Tćlection proportionnelle, I, 199. 

2 



— 18 — 

słów, elekcyach papieży, w stanach generalnych i prowincyo- 
nalnych, w parlamentach i kortezach, sejmach i sejmikach, zgro- 
madzeniach ludowych i kongresach delegatów. Zdarzały się przy- 
kłady okazałe i przykłady niepokaźne; gdy poznawano zwyczaje 
sąsiedzkie, wnioskowano czasem według analogii : „skoro tak jest 
u nich, to niech i u nas tak będzie", kiedyindziej a contrario: „u nas 
co innego". Czasem może, gdy tego wymagał interes, użyczano in- 
nym swych doświadczeń, narzucano swoje obyczaje, aby przez nie 
wywierać wpływ. Niekiedy korzystano z cudzych doświadczeń, 
naśladowano praktykę wyższych ciał obradujących, rzadziej pe- 
wno niższych : raczej samorząd miejscowy wzorował się na urzą- 
dzeniach centralnych, niż one na nim. Ale te wszystkie kombi- 
nacye zachodziły sporadycznie, wyjątkowo : naogół sprawa po- 
stępowała naprzód bez niczyjego kierownictwa, bez naśladowa- 
nia pouczających wzorów, bez teoretycznego przygotowania. 
Każde ciało obradujące wypracowywało sobie własne obyczaje 
i zasady. Ten fakt powszechnego samouctwa w tworzeniu woli 
zbiorowej stanowi prawidło dominujące. Recepcya była wyjątkiem. 

Łatwo odgadnąć z góry, że tradycye rzymskie niezupełnie 
zostały przysypane rumowiskiem. Adoptował je Kościół i wy- 
zyskał znakomicie dla wyrobienia sobie sprężystej organizacyi 
zarówno in capite jak in membris. 

Zasadniczo najtrudniejsza była sprawa z soborami, jako in- 
stytucyą, powołaną do wygłaszania czystych prawd dogmatycz- 
nych. Jednak i w tej dziedzinie Kościół się nie zawahał. Nie 
można było przecież czekać, aż setki biskupów drogą samej ar- 
gumentacyi dojdą do jednego przekonania. Jakoż wbrew tenden- 
cyjnej opinii Dóllingera, poczynając już od soboru Nicejskiego 
(325 r.), ciągnie się szereg przełamań opozycyi mniejszości w łonie 
soborów, czasem dokonywanych jawnie, częściej z zachowaniem po- 
zorów harmonii. Dziesiątki biskupów, reprezentujących odrębny 
pogląd, albo odjeżdżają z miejsca obrad, czując, że ich protest 
na sali nic nie wskóra, albo tworzą zjazd secesyjny, albo ugi- 
nają się pod presyą cesarzów i przystępują do niby-jednomyśl- 
nej zgody. Kościół nabiera wewnętrznej spoistości, nauka jego 
żłobi sobie coraz głębsze koryto, i przeważający prąd, wystę- 
pując stale w osobie identycznej większości przekonaniowej, 
zmywa z oblicza ziemi rozbieżne próby nowatorstwa. Odkąd pa- 



— 19 — 

pieże wywyższyli się ponad sobory, uciiwaly kollegialne nie prze- 
stały jednak zapadać według starego rzymskiego obyczaju. Wiernie 
■wytrwały przy tejże tradycyi wielkie sobory reformatorskie XV 
wieku ; zatroszczyły się one nawet o to, aby większość rządziła 
w nicli naprawdę, a nietylko z imienia. Kiedy papież Włocti, 
Jan XXIII, spróbował ratować swą władzę zapomocą masowej 
kreacyi uległycłi prałatów, w odpowiedzi na to sobór Konstan- 
■cyeński wystawił zasadę głosowania według narodowości : nadal 
Niemcy, Francuzi, Anglicy mogli przegłosowywać nacyę włoską 
(później z udziałem piątej nacyi, Hiszpanów). Dodatkowo otrzy- 
mało szósty głos kollegium kardynalskie. W każdej narodowości 
także decydowała większość członków, zanim jednak jej wotum 
zostało obwieszczone, wolno było każdej jednostce wyrazić swój 
pogląd na posiedzeniu plenarnem. Na soborze Bazylejskim oma- 
wiano sprawy najpierw w czterech deputacyach ; jeżeli wotum 
jednej deputacyi odbiegało od reszty, to wznawiano obrady in 
pleno, ale i tam decydowała większość trzech głosów kolle- 
gialnych przeciwko jednemu. Sobory Lateraneński (1512) i Try- 
dencki wróciły do średniowiecznego głosowania viritim ; w tej 
samej formie, drogą forsownej majoryzacyi, powziął ostatnio so- 
bór Watykański swoje przełomowe uchwały.') 

Jeżeli koncylia wszechświatowe tak mocno stanęły przy 
zasadzie głosowania większością, to tem łatwiej zdobyły się na 
podobną prostolinijność w działalności prawodawczej synody, 
a jeszcze łatwiej — kapituły. 

Nie tak gładko natomiast odbył się rozwój zasad głosowa- 
nia na elekcyach papieży. — Główna trudność ujawniła się tutaj 
nie w stronie zasadniczej, lecz w praktyce, a tłómaczą ją nie- 
tyle scysye między sprzecznymi wpływami duchowieństwa róż- 
nych krajów i narodów, ile natarczywa, długotrwała ingerencya 
potęg świeckich. Najpierw cesarze zachodnio - rzymscy, potem 
grabarz ich dostojeństwa, Odoakcr, po nim Teodoryk Wielki 
chętnie przyswajali sobie rolę rozjemców, a niekażdy z nich 
stawał po stronie większości. Próbował zapobiedz temu papież 
Symmachus na synodzie Rzymskim 499 roku, gdzie postanowiono, 
źe sam tylko kler rzymski ma obierać papieżów większością, 



I) Hinschiiis, System d. kałhol. Kirchenrechts, III, 343. 377, 393, 424, 432, 466 q. 



- 20 — 

o ile zmarły papież nie wyznaczył sobie następcy. Pomimo to- 
i w następnych wiekach cesarze bizantyńscy zwykli byli uznawać 
i zatwierdzać tylko kandydatów, obranych jednogłośnie, a wyzy- 
skiwali każdą niezgodę dla umocnienia swego protektoratu. De- 
kret Symmacha pozostawał przeważnie martwą literą, dopóki 
szczęśliwszy prawodawca nie zagwarantował lepiej niezależności 
elekcyi zarówno od cesarzów niemieckich, jak od szlachty i ludu 
rzymskiego. Prawodawcą tym był, jak wiadomo, Hildebrand, 
doradca Mikołaja II, późniejszy Grzegorz VII, Za jego to stara- 
niem synod Rzymski r. 1059 proklamował w^^łączne prawo kar- 
dynałów do obioru głowy Kościoła niezawiśle od świeckiego 
wstawiennictwa. Że obiór miał się odbywać większością głosów,, 
tego dekret Mikołaja dosłownie nie powiedział, ale o tern wów- 
czas nie mogło już być dwóch zdań. Każdy anty-papież, każdy 
elekt mniejszości z góry został napiętnowany mianem „non papa 
sed sathanas, non apostolicus, sed apostaticus". 

Widocznie jednak takie proste załatwienie sprawy wy- 
dało się potem niedość poważnem, skoro synod Lateraneński 
1179 r. (za panowania Aleksandra III) podniósł wymaganie prze- 
wagi w braku zgody do ^,'3 głosów kardynalskich, grożąc nawet 
ekskomuniką wybrańcom zwykłej większości, jako uzurpatorom. 
Do przyśpieszenia formacyi tej kwalifikowanej większości służyły 
od r. 1274 znane przepisy Grzegorza X o zamykaniu kardynałów 
w konklawe. Chwilowe odstępstwa od nich zaszły w burzliwej 
epoce Schyzmy Zachodniej : raz wydało się Grzegorzowi XI 
(1378), że lepiej odstąpić od większości kwalifikowanej, niż na- 
razić Kościół na długie sieroctwo ; kiedyindziej sobór Konstan- 
cyeński, wracając zresztą do zasady Aleksandra III, przydał kar- 
dynałom do boku po sześciu biskupów deputowanych od każdego 
z pięciu wielkich narodów, wobec czego do ważności obioru była 
wymagana zgoda ^3 części kardynałów i ^/s deputowanych. 
Według tych obostrzonych przepisów został wybrany Marcin V ; 
potem instytucya deputowanych odpadła, a przepisy z r. 1179 
i 1274 zachowały do dziś dnia moc obowiązującą '). 

Oprócz Kościoła spożytkowały tradycyę rzymskiego głosowa- 
nia miasta włoskie. Gotowiśmy przyznać im pod tym względem wy- 



1) Hinschius, I, 218. 249—50, 264—5, 271, 275; III, 382. 



— 21 — 

bitnie uczniowski względem starożytnego Senatu i municypiów 
stosunek. Gotowiśmy, dalej, przypuścić, że żywioł kupiecki, rozpły- 
wając się po świecie, trafiając z Genui, Pizy lub Wenecyi na północ 
do Flandryi, rozwoził nasiona pewnych poglądów prawnych, może 
nawet skończonych instytucyi. Z Flandryi, jak to, zdaje się, nie 
ulega wątpliwości, razem z całym typem samorządu zawędro- 
wała reguła większości do miast zachodnio-niemieckich, może 
i dalej. Ale cudzym przykładom, choćby najbardziej budującym, 
nie można przypisywać głównej roli kształtującej. Wszak nikt nie 
zechce za główną przyczynę i źródło konstytucyi środkowo-euro- 
pejskich XIX wieku uważać ustawy i praktyki Anglii, .Ameryki 
lub Francyi, Że lepiej, „aby dwóch, choćby i rozumnych, dwo- 
maset ustąpili rozumnym, niżeli żeby dwóchset rozumnych je- 
dnemu lub dwóm poddać się obligowani byli" '), tego nie trzeba 
było się uczyć od zagranicy, to każdemu przechodziło przez 
myśl. Kwestya tylko, czy się zatrzymało, czy pomysł stwardniał 
w przekonanie, czy obcy wzór — jeżeli już naprawdę wyprze- 
dził on samorodną twórczość ideową — tylko zaświecił, czy 
też przeważył wszystkie siły nałogu i tradycyi i pociągnął daną 
społeczność ku sobie. A jeżeli przeważył i pociągnął, to dla- 
czego? Tego pytania nikt ominąć nie zdoła. Dalej zaś, ponie- 
waż widać powszechnie w dziejach, jak obcy wzór przez dzie- 
siątki i setki lat nie wywiera żadnego wrażenia, można więc śmiało 
abstrahować od niego, można najśmielej zgadywać na pewnym 
niewysokim stopniu kultury samorzutną zdolność do spostrze- 
żenia prawa większości, i pytać już nadal tylko, kiedy dojrzały 
siły, które ze spostrzeżenia zrobiły uznanie, a z uznania — 
wykonanie. 

Chcąc zdać sobie sprawę z procesu samorodnego po- 
wstawania idei większości, należy obrać trafnie punkt wyjścia, 
i ustrzedz się jeszcze paru uprzedzeń. Dziś kwestyę większej 
lub mniejszej liczby formułuje się mniej więcej tak : czy w zgro- 
madzeniu o takiej a takiej kompetencyi uchwała obowiązująca 
ogół zapada za zgodą wszystkich, czy też wystarcza zgoda pe- 
wnej części. W zaraniu życia publicznego odpowiedzianoby na 
takie pytanie : wola ogółu to wola wszystkich jednostek. Ale 



1) Konarski, O Skutecznym Rad Sposobie, II, 139. 



— 22 — 

jeszcze przed taką odpowiedzią nznanoby samo pytanie dla kilku 
powodów za niewłaściwe, niemożliwe, obce. Popierwsze, niema 
jeszcze wówczas równych głosów do rachowania, są rozmaitej; 
wagi głosy indywidualne, Powtóre, niema w wielu wypadkach 
ogólnej kompetencyi, są prawa nabyte i przywileje, z któremi 
musi się liczyć nawet najpoważniejszy zjazd. Potrzecie niewiele 
jest zgromadzeń, poza któremi nie stałoby inne zgromadzenie,, 
król czy książę : to też niewiele jest decyzyi, za któremi zaraz na- 
stępowałoby wykonanie. Żywioł stanowy nietyle decyduje zbio- 
rowo, ile asystuje w różnych formach : wyraża radę, aprobatę^ 
zgodę, żądanie, w ostateczności — uchwałę warunkową, zale- 
żną jeszcze od królewskiego veto. Poczwarte, świadomość pra- 
wna nie odróżnia jeszcze zbiorowej jedności grupy od kilku- 
dziesięciu lub kilkuset widomych osób, jej członków. i) Te cztery 
restrykcye należy pamiętać, doszukując się przejścia od przy- 
padkowego unisono pożądań do rzymskiego „haec pars major 
videtur". 

Przyjrzyjmy się przez mgłę wieków tamtej pierwotnej, przy- 
padkowej jednomyślności. Przed nami pasterska horda koczo- 
wnicza z ustrojem rodowym, z rządem patryarchalno-teokratycz- 
nym. Najstarsi radzą i decydują, ale i młodsi, mniejsi, nie są 
w niektórych przynajmniej, najżywotniejszych sprawach bez głosu. 
Lecz głosy ich, choć liczne, niewiele znaczą wobec zamożności, 
wpływów, mądrości starszyzny, — znaczą tyle, co głosy posia- 
daczy pojedynczych akcyi wobec konsorcyum kilku skupniów 
akcyonaryuszów, reprezentujących większość sił. Niema tu mo- 
wy o równości głosów, decyduje większość sił materyalnych, 
moralnych i umysłowych. Głosy wchodzą w rachubę eh} ba do- 
piero wtedy, kiedy się poróżnia ludzie . najmożniejsi. Podobnie 
można sobie wyobrazić zebranie osiadłej wspólnoty wiejskiej. 
Podobnie, i to już nietylko w drodze retrospektywnych przy- 
puszczeń , lecz w zgodzie z pozytywnemi źródłami, można 
uprzytomnić sobie wiec rycerski. Według Homera tłum grecki 
pomrukuje, szemrze, jak fale morskie; według Tacyta tłum ger- 
mański wyraża swą jednomyślną zgodę przez szczęk oręża, fre- 



1) Por. Gierkę, Majoritatsprinzip, 314: „ebenso wenig unterscliicd man bci 
der Yersammlung die Gesammteinłieit von der GesaiTimtvic]heit". 



— 23 — 

mitus armoruni i) (normandzkie vapnatak). Jeżeli jednak znaj- 
dzie się na obradach jakiś niezadowolony Achilles, to Aga- 
memnon i jego komparsy niełatwo go uciszą. Witeź, co pokona 
pięciu towarzyszy, nie chce być rachowanym na równi z hołotą, 
każe swą wolę ważyć, a nie liczyć, jest z natury swego poło- 
żenia i samopoczucia pluralistą; ktokolwiek też w owe czasy ujmo- 
wałby realistycznie stosunek różnych czynników w życiu zbioro- 
wem, nie odmówiłby mu prawa do kilku głosów. 

Słowem, w punkcie wyjścia dalszego rozwoju głosowań pa- 
nuje fakt nierówności i przypadkowej zgody lub niezgody. Nie 
panuje tu jeszcze żadna zasada ; nie jest nią nawet jednomyśl- 
ność, bo decyzyę może narzucić silniejsza mniejszość, a kiedy- 
indziej poprostu przechodzi się do porządku nad samotnymi pro- 
testami. Najzupełniej też mylnie suponowano jakąś zasadę jedno- 
myślności u Słowian pierwotnych. Ubijatyki stronnictw na moście 
nowogrodzkim, o jakich wspominają kroniki ruskie'-), są równie 
dalekie od stwierdzania zasady jednomyślności, jak znany z Diet- 
mara zwyczaj owych Lutyków, co to, nie znosząc opozycyi, bili 
kijami przeciwników, palili im domostwa, lub wydzierali kary 
pieniężne'^). Gdzie gwałt rozstrzyga kłótnię, tam chyba niepodo- 
bna widzieć uświęconej reguły jednomyślności. 



*i Germania, c. 11: „sin placuit, frameas concutiunt ; lionoratissimum as- 
sensus genus est armis laudare". Grzegorz z Tours pisze o obiorze Chlodwiga 
przez Franków Ripuarskich (II. 40): „Vocibusque simul et armorum plausu sen- 
tentiam diicis firmaverunt''. Cyt. u Gierkego, Majoritatsprinzip, 314. Ebbe Hertz- 
berg, Grundtraekkene i den aeldste norske proces, 15 sq. — „Yabentaget" w do- 
słownem znaczeniu praktykowane jest jeszcze w wieku Xiii; zaniechano go pod 
wpływem kleru, ale nazwa utrzymała się, jako przeżytek, nawet wtedy, gdy 
przestano przybywać na wiece z bronią. 

-) Siergiejewicz, Wiecze i Kniaź, 63-9; autor przytacza wypadki zbrojnego 
oporu mniejszości z lat 1215, 1342, 1384 i 1388; zastrzega przytem, że przez 
jednomyślność wiecową należy rozumieć w wielu razach poprostu taką większość, 
która widoczna jest bez ścisłego obrachunku głosów. W każdym razie od ta- 
kiego traktowania ofozycyi, jakie wyraża się w groźbie : „aszcze nie pojdiet kto 
s nami, sami potniem, sami pobjem", do ścisłego rozumienia idei jednomyślno- 
ści — daleka droga. 

•'*) Odnośny ustęp Dietmara (ks. VI, r. 18) brzmi: „Unanimi consilio 
ad placitum semet necessaria discucicntcs, in rebus cfficiendis omnes concor- 
dant. Si quis vero e-\ comprovincialibus in placito hiis contradicit, fustibus ver- 
beratur et si forinsecus pałam resistit, aut omnia inccndio et continua dcpreda- 



— 24 — 

Nie stanon'iąc atoli w najpierwotniejszych zrzeszeniach reguły 
prawnej, jednomyślność bywa tam nieraz czemś więcej, niż prawem, 
bwa moralną koniecznością. My dzisiaj z bólem i żalem znosimy 
rozłam przekonaniowy w rodzinie, i odszczepieńców uważamy cza- 
sem za winowajców. Cóż dopiero sądzić o ludach pierwotnych, 
spojonych jednym kultem, żyjących całkowicie pod wezwaniem 
jednych bóstw rodowych. Zróżniczkowanie poglądów stoi tam na 
najniższym szczeblu, wszelkie też chwilowe rozbraty usuwa się 
za wszelką cenę. Podróżnicy opowiadają, z jakim wysiłkiem pra- 
cują pierwotne rody koczowników azjatyckich nad wydobyciem 
z siebie jednozgodnego ducha : nic naturalniejszego, jak przypu- 
ścić ten sam objaw słabego zróżniczkowania u innych plemion 
pierwotnych. Kto oświadcza się przeciw, ten pewno, będąc nawet 
przegłosowanym, nie zaniecha oporu. Kto przez swój opór roz- 
bija jedność rodową lub gminną, ten krzywdzi całą grupę. Kto 
opiera się woli ogółu, i opiera się skutecznie, winien jest jakby 
zdrady stanu i zasługuje na karę. Gdyby jego głos nic nie zna- 
cz\'ł po przegłosowaniu, nie byłoby zamachu na zbiorowość i nie 
byłoby miejsca na karę. 

Możnaby zgodnie z tem wytłómaczyć świadectwo Dietma- 
rowe o Lutykach w sensie kary za niesolidamość. Rezygnujemy 
jednak z tej próby, nie znajdując podobnych pojęć u żadnych 
Słowian i nie uważając za możliwe dużo budować na opowiada- 
niu tendencyjnego wroga Słowiańszczyzny. Powyższa też inter- 
pretacja x)k"j^snuta jest z innych, zupełnie pewnych faktów, z wy- 
rokowania Skandynawów i Anglosasów. Decj^zya sądowa wogóle 
wydaje się formalnie procesem nieunilaiionej subsumpcyi pewnego 
wypadku pod gotową normę, a nie swobodnem tworze- 
niem normy. W pierwiastkach wszakże życia publicznego są- 
downictwo, jak wiadomo, stawało znacznie bliżej prawodawstwa, 
gdy sąd ludowy dopiero w miarę nasuwającej się praktyki wy- 
pracowywał przepisy prawne. Zwyczajne sądy kollegialne dawnych 
Normandów, czyli ludów p^nocy, przekazywały każdą sprawę 
osobnemu kompletowi przysi^łych. Sędziowie, głosujący przeciw 
większości, ponosili karę. Zaco mianowicie ? Za niedość pot>ożną 



tione podit, aat in eomm presenfia pro qnalitate sna pecnmae pers(d\it qiłaii- 
titatem debitae", Bielowski. Monamenta Poloiiiae historica. I. 279. 



- 25 — 

przysięgę, za niedość pilne szukanie promienia prawdy sądowej, 
która musi zatryumfować, (stąd późniejsze domniemanie, źe wy- 
powiada się ona ustami większości), podobnie, jak my wierzymy 
głęboko w nieprzepartą prędzej czy później moc prawdy nau- 
kowej. Tylko, źe prawda domniemana nie jest prawdą, wykrytą 
ostatecznie : wyrok niejednomyślny nawet zgoła nie jest wyro- 
kiem, i niezależnie od ukarania przekornycli sędziów, sprawa musi 
iść do innego kompletu. W trakcie szukania prawdy sądowej 
może dojść do pojedynku, do próby gorącego żelaza, — ale 
nieprędko i z widocznym wstrętem godzili się Skandynawi na 
zasadę większości. Nic dziwnego : przez to prysnąłby im cały 
czar absolutnej pewności, ginąłby spokój duszy, płynący z wy- 
krycia prawdy! Jeszcze w doraźnych ucti wałach zbiorowych, lub 
choćby w aktach prawodawczych, gdzie wchodzą w grę niezgodne 
interesy, można się naginać, można szanować zgodę „ogółu" 
w braku jednostajnej zgody powszechnej. Ale wobec konfliktu 
przekonań kompromis byłby słabością, i przodkowie ibseno- 
wskiego Branda bronili się przed nim, jak mogli, traktując są- 
downictwo oraz prawodawstwo, jako kwestye sumienia. Ogólną 
-zasadą dawnych Norwegów było. że dopóki czwarta część sę- 
dziów obstaje przy swem odrębnem zdaniu, sprawa musi przejść 
do innego kompletu. 

Najszczegółowiej rozwinięto odnośne przepisy proceduralne 
w Islandyi. Tak zwana Lógretta i), złożona z 48—51 członków (Go- 
den), a czynna podczas wiecu (Allting), ferowała pierwotnie swe 
orzeczenia nie inaczej, jak jednomyślnością; dotyczyło to wszystkich 
wypadków, gdzie istniejący stan rzeczy miał uledz zmianie przez 
innowacyę zasad albo przez nadanie komuś łask i prerogatyw. 
Nikomu niewolno było pod karą pieniężną wstrzymywać się od 
głosu, i póki tylko dolatywał choćby zdaleka krzyk oponenta, 
obrady były bez skutku -j. Do objaśniania przepisów gotowych 
wystarczała większość głosów, z decydującym w razie równości 
głosem przewodniczącego , głosiciela praw", obieranego zresztą 



*) Maurer, Vorlesungen uber altnordische Rechtsgeschichte, IV, 377. Ebbe 
Hertzberg, Grundtraekkene, 177: decyzyę Logretty zawsze zatwierdzał wyraźnie 
lub milcząco wiec ling). 

* Dahlmann, Geschichte von Danemark, II, 81-2. 188 sq., 210, 218, 
324-5. — Maurer, IV. 344. 



— 26 — 

jednomyt>lnością. To nieznaczne ustępstwo na rzecz powagi wię- 
kszości było pierwszem sprzeniewierzeniem się skandynawskiemu 
indywidualizmowi. 

Rzecz jasna, 2c porz;\dck społeczny musiał dużo cierpieć na 
niedocliodzeniu wyroków dla braku jednomyślności wśród sędziów. 

Nastał moment, kiedy Islandya zastosowała u siebie wyro- 
kowanie większościi\ głosów zarówno w zwyczajnych ,świętycłr 
Si\dacli. jak w późniejszych nadzwyczajnych. Zanim wszakże wy- 
konała odwrót na całej linii, zajęła pozycyę przejściowi^ : w niż- 
szych instancyach kazała mniejszościom poniżej ' 4 głosów pod- 
dawać się, ale jeżeli sijdziów opornych było więcej, to proces 
musiał postąpić do instancyi wyższej. Tam, jak i w bezapelacyj- 
nej Lógrerta '), rozstrzygała prosta przewaga liczebna. Za Islan- 
dya poszła Norwegia. Dania w procesach karnych poradziła so- 
bie bardzo oryginalnie, przerzucając ciężar wykrycia prawdy są- 
dowej na oskarżonego : jeżeli nie potępiono go jednogłośnie^ 
mógł on i powinien l")ył postawić przed sądem dwunastu odprzy- 
siężników, którzyby zań przysięgli, i jeżeli choć jeden z nicłi 
odmawiał przysięgi oczyszczającej, wyrok zapadał -). Później i ter» 
wybieg okazał się szkodliwym, wprowadzono mianowanych sę- 
dziów dożywotnich obok dawniejszych, obieralnych na rok jeden,, 
i pogodzono się z autorytetem liczby. Zresztą w Jutlandyi aż do 
roku 1284 trwała walka o sposoby wyrokowania między dawnymi 
sądami i nowymi"^), a sejmy norweskie, jak zobaczymy niżej, 
jeszcze w Xlii wieku uporczywie stały przy dawnym porządku 
rygorystycznym. 

Ta sama idea jednej bezwzględnej prawdy sądowej pano- 
wała niechybnie \v najdawniejszem Jury anglosaskich thainów, jak 
i wogóle w starożytnych sądach przysięgłych. Według ustalonego 
dziś w nauce poglądu przysięgli, zanim przybrali charakter sę- 
dziów, wyrokujących o faktycznej stronie sporu, byli poprostu 
świadkami. Pierwotnie sędzia koronny, nie umiejąc sobie dać 
rady ze sprzecznemi zeznaniami, czuł zaufanie do wielkie] liczby 

'^ Log .duńskie lov, .<^\vcd;.kic lag) zmciy prau^o: rett.i ^s^^fc-edz-kie- 
r ii 1 1 a) mogło xn,iczy<i albo s^d^i*.'. .ill>o prostować, r<^lowa<i, popr.i\viac. 

2) D.ihlmann, j. w. JÓ; Maurer, 347 sq. 

3) Dahimann, HI, 33-4. 



— 27 - 

i pozwalał stronom dobierać świadków, dopóki nic osisiRniąta 
całego tuzina. Z czasem to wymaganie przekształciło sic; w przepis 
surowszy: aby cały tuzin pierwszego koniplclii l)ez sztuczne- 
go kompletowania wydawał jedno orzeczenie '). Rozumowano 
tak, ;.c o danym fakcie albo się coj> wie, albo się nic wie nic; 
niewiedzijcy powinni iść za zdanicin wiedzących. Stqd surowe 
przepisy o zamykaniu przysięgłych w jednej konniacie, niedo- 
puszczaniu do nich żywności, obwożeniu w kolko, dopóki nic 
dojd.T do zgodnego werdyktu, któryby uspokoił suiuiniie sędzie- 
go-). Te arcyśredniowieczne praktyki znikłv, ale nie znikła do 
dziś dnia reguła jednomyślności w s;|d;icli przysięgłych, usan- 
kcyonowana ostatecznie za Kdwarda 111 (1327 — 77). Odepchnięto 
nawet pokusę, aby ignorować zdanie jednego niepoinformo- 
wanego przeciwko 1 1 poinformowanym. Pewien statut króla 
Aethelreda (9()8— -1015) |iozwolił przestawać na zgodzie -a gło- 
sów, lecz zato obarczał upartych kontradyccntów karą pieniężn;| 
sześciu i pół grzywien '): jeszcze jeden przykład specyficznego 
poghjdu dawnycii lu(l()w na etyczny charakter głosowania. Mię- 
dzy pierwotiKi foriuii wyrokowania u Skandynawów a statiilem 
Aetlielreda zacliodzi, jak widzimy, ta różnica, że tam głos prze- 
ciwny unieważniał skutecznie decyzyę, ale też był karany, za- 
sada jednomyślności stanowiła więc jakby lc;^'('rn minus quam 
perjectani; tutaj, u Anglosasów, głos oddany przeciw '^ w głosów 
był i nieważny i karany, snąć naruszał Ic^eni plus (/nam perfectam. 

Stopniowo takie „doskonałe" lub „niezupełnie doskonałe" 
normy okazywały się w życiu całkiem niedoskonałemi. Dziś s.'\d 
przysięgłycli tylko w Anglii i w Ameryce wynosi werdykt jedno- 
myślny, w braku czego sprawę odsyła się do imiego kompletu ; 
we Francyi i wogólc na bidzie europejskim wystarcza odraza 
większość głosów. 

W innych sprawach, inż sjidownictwo, i w innycli społeczeń- 
stwach, niż dawne anglosaskie i skandynawskie, żegnano się 
z ideałem jednomyślności w sposót) mniej skrupulatny. Czysta 
teorya niewiele miała tu do powiedzenia. Mogli s()l)ie schola- 



I) Ol), art. .Jury" w lliicyclupacdia Hrilaiiiilc.i. 

'^) Pollock 1 Maitlatul, llistory of Uic I-nRlIsli law. II, (>2.5 I. 

^) Licbcriiiadti, Dic (icsctzc der Aii)4clsacliscii, I, '1\2. 



— 28 — 

śtycy zachodzić w głowę, czy major pars jest przez to samo 
sanior pars, czy też powinna ona inaczej dowieść swojej zdro- 
wotności; mógł ten lub ów tłómaczyć głos ludu, t. j. przewa- 
żnej części, jako głos Boży, albo zacłiwalać wzorowe porządki 
kościelne — wszelkie takie operacye myślowe stanowiły tylko 
akompfaniament ideologiczny do głównej melodyi przełamującego 
się w głębi poczucia ; zapomocą nich można było wśród walki 
interesów osładzać pokonanej stronie rezygnacyę. Same przez się 
teorye nie przekonałyby nigdy ludzi przegłosowanych, że po- 
winni się poddać, gdyby ich nie skłaniała do tego niewesoła, 
często tragiczna muzyka życia. Tembardziej nie może być mowy 
•o narzucaniu szacunku dla większości tysiącom oponentów 
przez jakąś wyższą siłę ustawodawczą. Jedynie praktyka mogła 
ich uczyć pokory, z praktyki krystalizował się zwyczaj, zwyczaj 
wylewał się w zwyczajowe prawo publiczne. 

Pewno, że praktyka ta wyglądała niepięknie : polegała ona 
na przekrzykiwaniu, zahukiwaniu, często i na biciu opornych. 
Z początku musiała budzić chęć zemsty; niekiedy udawał się 
się opór czynny, ale sprężystość jego po stronie słabszej wyczer- 
pywała się, i brała górę ta strona, która miała więcej sił w za- 
pasie. Arystoteles powiedział gdzieś, że źródłem władzy tyrana 
i większości jest jedno i to samo — prawo silniejszego i). W tern 
tkwi cała prawda, ale rozumieć ją należy zawsze z poprawką 
l^ousseau'a : „Silniejszy nigdy nie jest dość silny, aby zawsze 
panować, jeżeti nie przekształci swej siły w prawo, a posłuszeń- 
stwa w obowiązek" 2). ^tóż nie zna normatywnej mocy praktyki 
i faktu dokonanego? Przypadkowi beati possidentes mają zape- 
wnioną obronę stanu posiadania, niezależnie od tego, czy są 
prawowitymi właścicielami, czy też uzurpatorami. Powód przed 
sądem musi dowieść swojej pretensyi, jeżeli nie chce zostawić 
rzeczy w stanie faktycznym. Kędy chodziła socha lub kosa osa- 
dnika, tam się zaczyna dlań prawo własności. Prawo państwowe 
i międzynarodowe raz po raz budują swoją osobliwą słuszność 
na faktach dokonanych. Jellinek, który dobitnie podkreśla pra- 
wotwórczą rolę praktyki, sprowadza ją nawet do wspólnego psy- 



') Cyt. u Bernatzika, j. w., 417. 

2j Du Contrat Social, ks. I, r. 3 : Du droit du plus fort. 



— 29 - 

chologicznego źródła z predylekcyą estetyczną Europejczyka da 
europejskich twarzy i z predylekcyą poznawczą dziecka do 
tej niby jedynie prawdziwej wersyi, w jakiej usłyszało bajkę 
po raz pierwszy i). Z pewnością też nie było kwestyi, o której 
fakt dokonany decydowałby częściej i wyłączniej, niźli ta. nasza 
kwestya liczebnej przewagi. 

Prawo większości jest normą, wysnut z pre- 
cedensów. 

To, co się stale powtarza, jest normalne, a to, co jest nor- 
malne, stanowi normę. Wypowiedzieć ten fałszywy soryt logiczny 
można jednym tcłiem ; przeżyć go — nie tak łatwo i nie prędko. 

Trzeba na to szczególniejszego zbiegu okoliczności i trzeba 
dłuższego przeciągu czasu, aby gwałt przybrał w oczacłi gwałco- 
nych! cłiarakter legalnego przymusu. Trzeba czasu i często po- 
wtarzających się przejść, ze zmianą osób, bo inaczej nie będzie 
ogólnej normy, tylko przykłady ciągłych krzywd, zadawanych 
wciąż tym samym ofiarom przez tych samych krzywdzicieli. A da- 
lej, potrzebne są specyalne warunki do tego wdrażania mniej- 
szości i jednostek w jarzmo większej liczby. Znamy je ze sta- 
rannej, choć bardzo niewystarczającej obserwacyi dziejów Anglii, 
Francyi, Niemiec, Szwajcaryi, Hiszpanii, a nadewszystko Polski. 
W żadnym prawie kraju nie zadokumentowała się, jak na dłonie 
rola wszystkich naraz czynników, ale te same czynniki po- 
wtarzają się w różnych kombinacyach w historyi różnych ludów 
bez względu na ich pokrewieństwo, zato w najściślejszej zawi- 
słości od układu stosunków publicznych. Wynikającą stąd sumę 
spostrzeżeń podajemy niżej w formie ogólnej, zanim jeszcze 
zilustrujemy ją w dziejach poszczególnych narodów. 

1) Jak widzieliśmy, jeżeli większość ma objąć rządy nie- 
tylko mocą faktu, ale i z mocy uznanego prawa, to musi ustać 
zwyczaj ważenia głosów, i nastąpić początek ich liczenia. Może 
to stać się w trojaki sposób. Albo decyzya spraw zamyka się 
wyłącznie w najgórniejszej warstwie potentatów, którzy siebie 
uznają za mniej więcej równych, resztę oddalają zupełnie od 
głosu. Albo poniżej górnej warstwy układa się druga, ewentual- 
nie trzecia, z których każda uznaje w swem łonie równość i do- 



') Das Recht des modcrncn Staates, cz. I, r. 11 : Staat und Rccht. 



- 30 — 

puszcza obrachunek głosów. Zbiorowe głosy warstw złożą się na 
postanowienie całości. Albo wreszcie wszystkie jednostki mogą 
uledz sprowadzaniu do wspólnego mianownika i dostarczą po 
jednym głosie, inne po dwa, trzy, lub choćby dziesięć: innemi 
słowy, zostaje wprowadzony pluralizm. W każdym wypadku na- 
staje niwelacya prawno - państwowa do jednego, dwóch lub 
więcej poziomów. Dwa pierwsze rozwiązania kwestyi ujrzymy 
zilustrowane w dziejach Anglii, Niemiec i Szwecyi, trzecie, plu- 
ralistyczne, stanowi wynalazek najświeższej doby, 

2) Przypuśćmy, że niwelacya jednostek już się dokonała. 
Chodzi o wyraziste uprzytomnienie równym uczestnikom głoso- 
wania, że liczniejsi byli, są i będą górą. Dopóki dyskusya i gło- 
sowanie mieszają się w jedno zbiorowisko przemówień motywo- 
wanych lub arbitralnych, tymczasowych lub ostatecznych, trudno 
zdać sobie sprawę, czy wszyscy powiedzieli to ostatnie słowo, 
które stanowi wotum w ścisłym sensie, i czy przytem przeparła 
większość takich ostatnich słów, czy też opozycya potrosze roz- 
topiła się, dała się przekonać lub uprosić i przywróciła uchwale 
pozór jednomyślności. Może się wydać paradoksem, że wyrazi- 
stość sprzeciwu pomaga z czasem do skonsolidowania się grupy, 
a jednak tak jest naprawdę. Grupa, która wypracowuje sobie 
precedensy na korzyść reguły większości lub przeciwko niej, 
musi raz kiedyś porachować się z mniejszością. Obóz liczniejszy 
musi pokonać mniej liczny i przekonać go o jego słabości. Zwy- 
cięstwo zamaskowane nikogo niczego nie nauczy, precedens nie- 
uchwytny pozostanie bałamutnym i bezwartościowym. Wynika 
stąd, że jednym z warunków powstania prawa większości jest 
rozgraniczenie w porządku obrad dyskusyi od głosowania. 

Wogóle wyrobienie rzeczonej zasady i rozwój regulaminu 
tak ściśle łączą się ze sobą, że możnaby postawić pytanie, czy 
sam regulamin nie wykształca się dzięki postępom majoryzacyi, 
czy ta ostatnia nie stanowi tu momentu wcześniejszego. Rzeczy- 
wiście dalszy rozwój porządków sejmowych może odbywać się 
dla majoryzacyi, ale pierwsze zawiązki regulaminu powstają po- 
prostu celem skonstatowania, kto czego chce ostatecznie, a gdzie- 
niegdzie, np. w Polsce, porządek obrad określa się później 
właśnie dla ujawnienia w głosowaniu jednomyślności, a nie wię- 
kszości. 



- 31 — 

3) Nic nie wpaja ciałom obradującym takiej solidarności 
i nie ośmiela ich tak do tłumienia w sobie pierwiastków oporu, 
jak niebezpieczeństwo, grożące zzewnątrz. Może to być niebez- 
pieczeństwo obcego najazdu, zagrażające podbojem lub zaborem 
całemu narodowi, ale może być niebezpiecznym wrogiem i jeden 
stan społeczny dla drugiego stanii, i król, dybiący na wolność 
całego ludu. Wśród walki z wrogiem zewnętrznym przycictia pro- 
wincyonalizm, wśród rywalizacyi z innymi stanami każdy stan 
ukrywa wewnątrz siebie swe rozterki, w walce z despotyzmem 
całe społeczeństwo uczy się karności. Konglomeraty przekształ- 
cają się w organizmy, jednostki zrzeszają się, zamiast wypadko- 
wej sumy pożądań ukazują się jednolite zbiorowe postano- 
wienia. Zresztą obok tendencyi do tłumienia mniejszości i utożsa- 
miania większości z ogółem, postępuje tu naprzód inna sprawa 
równoległa, a przecież całkiem samoistna. Gierkę przedstawił 
przejście od jednomyślności do majoryzacyi, jako proces, pokry- 
wający się i niemal równoznaczny z przejściem od aktów woli 
jednostek, do aktów woli zbiorowej. Naprawdę niema tu równo- 
znaczności. Pierwsze zjawisko zazwyczaj towarzyszy drugiemu, 
ale nie jest jego wykładnikiem. Możliwe jest owe drugie zjawi- 
sko, t. j. zrzeszenie jednostek w ciało zbiorowe bez uznania po- 
wagi większości. Przykładem tego znów okaże się Polska. Na- 
szeni też zdaniem oznakę pochłonięcia jednostkowych decyzyi 
przez decyzyę zbiorową tworzy skrystalizowany moment i akt 
uchwały, obowiązującej tak obecnych jak i nieobecnych. Gdzie 
nieobecni nie są związani decyzyą zgromadzenia, mniejsza o to, 
jak powziętą, większością, czy jednomyślnością, tam wogóle 
niema woli ogółu, każdy chce za siebie. Mówiąc językiem Rous- 
seau'a bywa tam volonte de tous, niema voionte generale. Ale, 
że do stworzenia volonte generale wystarcza zgodny głos wię- 
kszej liczby, to jest wynikiem innego, osobnego procesu rozwo- 
jowego. 

4) Niemniej ożywczo, jak groźba zewnętrzna, działa na wię- 
kszości parcie wewnętrzne w łonie samej grupy. Ważną jest rze- 
czą, aby odłam, zdolny do narzucenia swej woli reszcie, miał 
wspólną siłę rozpędową nietylko na dziś lub jutro, ale i na sze- 
reg lat, aby nietylko raz postawił na swojem, ale i nadal samo- 
wiednie snuł przędziwo swej ciągłej woli zbiorowej. Tutaj wy- 



— 32 — 

chodzi na jaw zbawienna dla postępów majoryzacyi rola wielkich 
dążeń religijnych, politycznych, ekonomicznych. Tu okazuje się^ 
jak prądy, nie mające nic wspólnego z konstytucyonalizmem 
i kwestyą stosunku jednostki do państwa, ośmielają, podniecają 
przeważające stronnictwa do zadania gwałtu reszcie, uczą je zrywać 
z przesądem jednomyślności w imię wyższej pobudki, i wytwa- 
rzają jeden po drugim przykłady, na które będą mogły się po- 
wołać późniejsze zgromadzenia, nawet nie ożywione już taką 
korporacyjną namiętnością. 

5) Pouczający przymus, rzecz prosta, nie na wiele się przyda, 
jeżeli żywioł niezadowolony wyciekać będzie z pod władne] 
dłoni zwycięzców. Gdzie malkontenci mogą w każdej chwili ucho- 
dzić w nieuprawne, odłogiem leżące pustkowia i żyć tam dale] 
po swojemu, tam społeczeństwo nie oswoi się z panowaniem je- 
dnych interesów lub idei nad drugimi, silniejsi nie nauczą się 
panować, słabsi nie nauczą się żyć pod panowaniem. Dlatega 
wolno z góry powątpiewać, czy reguła większości mogła wyro- 
bić się gdziekolwiek przed ustaleniem osiadłości ludów, póki 
w którąkolwiek stronę zostawało otwarte ujście. Wytworzenie tej 
reguły przypadało dopiero na pewne stadyum zgęszczenia ludno- 
ści, w każdym kraju inne i). 

6) Nie bez wpływu jest wreszcie sama treść uchwał, z któ- 
rych się wyrabiają pierwsze precedensy rządów większości. Mo- 
żna zauważyć na pierwszy rzut oka, nietylko wśród ludów Eu- 
ropy średniowiecznej, ale pośród półdzikich plemion Kaukazu^ 
u takich Gruzinów, Mingrelczyków, a nawet gdzieś w TonkinieS), 



') Ze wszech miar warto przypomnieć przy tej sposobności głębol<ie sło- 
wa Szujsliiego, O młodszości naszego cywilizacyjnego rozwoju, Dzieła, Serya 
II, t. VII, str. 365: „Ciasnota życia wywołuje l<oniecznie ostre wall<i. Kwestya 
religijna, polityczna, społeczna, rzucona na wielką przestrzeń, traci swój charakter 
ostry i zapalny. Walka wymaga porozumienia się ludzi jednych dążeń, elektry- 
cznego ich zetknięcia się ze sobą, z którego wylatuje iskra pożarowa. Z co- 
dziennego stykania się na małej przestrzeni wyrastają antytezy, które powiadają 
sobie: Albo ty albo ja. Przeraża się niemi patryarchalny spokój, stojący na ubo- 
czu, stroni od nich domatorstwo, a przecież są one piętnem społeczeństw sil- 
nych, o wyrobionych przekonaniach, a co za tem idzie, o wyrobionych stron- 
nictwach... Stąd przechwalania się dziejami o walkach łagodnych, o miękkim 
i flegmatycznym przebiegu zatargów nie na swojem miejscu". 

2) A. H. Post, Die Anfange des Staats- und Rechtslebens, 116. 



— 33 — 

jak wcześnie zapanowuje zasada większości w wyborach. Ma to 
dwojaką przyczynę. Popierwsze, obsadzenie wakującej godności 
naczelnej, zwiaszcza królewskiej, jest rzeczą nieodzowną, nie daje 
się zawiesić na lat kilka, aż ustanie wewnętrzna niezgoda. Po- 
wtóre, rzadko kiedy szerokie koła głosujących jednozgodnie obwo- 
łują jednego niekwesiyonowanego kandydata ; sprawa jest tej 
natury, że nie da się rozbić na części dla dogodzenia jednym 
i drugim, albo nawet trzecim. Tymczasem w innych kwestyach 
decyzya zapada według alternatywy: albo zostawić rzeczy po da- 
wnemu, albo wprowadzić zmianę. Otóż, gdzie się otwiera mno- 
gość alternatyw, mniej prawdopodobne jest osiągnięcie jedno- 
myślności i łatwiej z niej zrezygnować. Dalej, gdzie sprawa jest 
nieodwłoczna, tam trudniej bywa mniejszości upierać się przy 
swej pretensyi z ujmą dla wspólnego interesu. Wreszcie, gdzie 
czynność uchwalona może być wykonana przez jednych, a nie- 
wykonana przez drugich, gdzie ma ona charakter po dzielny, 
np, gdy chodzi o zapłatę podatku, o udział w wyprawie wojennej, 
tam powstaje największe niebezpieczeństwo stworzenia precedensu 
wrogiego zasadzie większości : jedni podatek zapłacą, drudzy nie, 
jedni ruszą na wojnę, inni zostaną w domu. Uchwała rozbije 
się na mnóstwo indywidualnych aktów woli i), zły przykład znaj- 
dzie naśladowców i w innych sprawach, z natury mniej podle- 
głych dowolnemu traktowaniu przez jednostki (np. gdy będzie 
chodziło o uznanie króla obranego, albo traktatu ratyfikowa- 
nego niejednomyślnie). Szkodliwe znaczenie aktów podzielnych 
ujawnia się ze szczególną oczywistością w dziejach Niemiec 
i Polski. 

7) Należy zauważyć, że taki właśnie podzielny charakter 
miewały najważniejsze decyzye sejmów i stanów w chwilach 
krytycznych, kiedy rozstrzygała się kwestya, jak ma powstawać 
wola zbiorowa, i jeżeli często obywało się bez gorszących wyni- 
ków, zawdzięczano to pewnemu surogatowi niepodzielności. 
Czynność mogła być z natury podzielną, byle niepodzielne było 
jej wykonanie. Wyżej widzieliśmy, jak pożytecznie oddziały- 



') Tezner, Technik iind Gcist des standisch-monarchischcn Staatsrechts, 
58, mówi w takim wypadku o „ciner Siimme von Sondcrbcwilligungsaktcn" 
która „steht dem modernen Gesamtakt ungieich niiher, ais dem l\orporations- 
beschluss". 

3 



— 34 — 

wała na solidarność opozycyjnych zgromadzeń myśl o królu nie- 
przyjacielu. Niemniej, a nawet bardziej jeszcze skłaniał mniejszość 
do pokory silny król-przyjaciel, stojący poza większością i). Gdzie 
władza wykonawcza zawczasu się skupiła w odrębnej, a silnej 
prawicy, gdzie egzekucya uchwały odrazu wpadała w tryby me- 
chanizmu niezależnego wykonawstwa, tam mniejszościom opadały 
ręce, tam zaokrąglał się i wykańczał bezpiecznie precedens pa- 
nowania przeważnej liczby. Monarcha, czy to w roli straszaka, 
czy w roli inspiratora i sprzymierzeńca zgromadzeń parlamentar- 
nych, prawie zawsze przyczyniał się do konsolidacyi przeważają 
cego obozu, bo pod rządem jednomyślności nie mógł nic zrobić 
ani dla siebie, ani dla kraju, a pod rządem większości mógł wy- 
zyskiwać uchwały przychylne, a paraliżować — za pomocą swe- 
go veto — uchwały nieprzyjazne. Jednomyślność polska i ara- 
gońska są w najściślejszym związku przyczynowym z poniżeniem 
tu i tam władzy królewskiej. 

8) Wiele zawisło nakonicc od siły pozycyi osobistej jedno- 
stek głosujących. Inaczej stawia swą niezawisłość ktoś, kto widzi 
w sobie tylko członka grupy, np. zgromadzenia ludowego, a ina- 
czej ten, kto widzi siebie i czuje panem nad innymi ludźmi, 
albo czyimś delegatem. Na zebranie przynoszą uczestnicy pa- 
mięć różnych praw i obowiązków; i te i tamte konsolidują in- 
dywidualność głosujących. Dwa zwłaszcza typowe powtarzają się 
tutaj zjawiska. Dziedzic panujący nad poddanymi, albo suzeren 
(choćby szaraczkowy), mający swych lenników, chadzają w nim- 
bie quasi- zwierzchnictwa : im się zdaje, że pomiędzy nimi a kró- 
lem jest tylko różnica względna, ilościowa, więc jak król nie za- 
leży od ogółu królów, podobnie oni nie zależą od większości 
równych sobie. Wogóle nie tak to łatwo dowieść komuś, że powi- 
nien iść razem z ogółem, ale najtrudniej wpoić uległość ludziom, 
którzy panują nad innymi. Stąd powszechnie obserwowany fakt, 
że rycerstwo o parę pokoleń później poddaje się władzy większo- 
ści, niż mieszczaństwo, nie mające z reguły poddanych. 

Drugi typowy stosunek, jaki wchodzi tu w rachubę, zawiera 
się w delegacyi i mandacie. Średniowieczny członek zgromadzeń 
stanowych z wyboru nigdzie (poza Anglią, i to dopiero w póź- 



') Zauważył to już Siergiejewicz, j. w., 64. 



— 35 — 

niejszych czasach) nie bywał pełnomocnym przedstawicielem ca- 
łego ł<raju ; wszędzie przywoził ze sobą dol^ładne wskazówki, na 
co ma pozwalać, czego żądać, na co nie pozwalać, a co do rze- 
czy nieprzewidzianych powinien był zasiągać zdania wyborców. 
Opinia ich ciążyła nad nim tem bar-dziej, albo też podniecała go tem 
więcej, im liczniejsze było ciało wyborcze i im wydatniejszą, 
stalszą miało fizyonomię. Kto bał się porachunku ze swy- 
mi mocodawcami w razie złamania instrukcyi, i ten kto miał 
od nich zapewnione poparcie w kolizyi ze zgromadzeniem sta- 
nowem, śmiało rzucał swe veto w twarz choćby najprzeważniej- 
szej większości. 

Tak przedstawiają się związki przyczynowe między rozwo- 
jem majoryzacyi, a różnymi warunkami, towarzyszącymi głosowa- 
niom. Zasługują one o tyle na nazwę praw społecznych, że 
każde z nich, wydobyte drogą abstrakcyi ze splotów życia, po- 
wtarza się, sądząc ze źródeł, regularnie i każde od wewnątrz 
ma zrozumiałość psychologiczną. Zrozumiałość to dość powsze- 
dnia, prawie dyletancka, bez pretensyi do ścisłej formy nauko- 
wej, a i tamta regularność powtórzeń sprawdzona w większości 
wypadków, nie na setkach, ani nie na dziesiątkach przykładów. Bądź 
co bądź powyższe osiem zależności, lub jeżeli się tak komuś po- 
doba : „praw", nie ustępują pod względem ścisłości żadnym 
innym historycznym wywodom przyczynowym. Leżą na pograni- 
czu historyi i socyologii, ale jeszcze przed kresem kompetencyi 
dziejopisarskiej, boć każde rozumowanie ekonomiczne, psycholo- 
giczne lub socyologiczne, użyte do powiązania jednorazowych 
faktów, staje się własnością historyi. 

Czytelnik znajdzie te osiem związków zilustrowane poniżej 
w konkretnych dziejach Anglii, Francyi, Niemiec, Szwajcaryi i in- 
nych krajów. Zamiast schematyzować te żywe dzieje i przypo- 
minać co chwila ogólny bieg naszego rozumowania, lepiej bę- 
dzie wprost opowiadać wypadki, w nadziei, że czytelnik raczy 
zapamiętać wyniki pierwszego rozdziału. Natura stosunków przy- 
czynowych powinna sama przemawiać z doboru zjawisk konkre- 
tnych. Rozliczne wpływy działają na postęp lub cofanie się za- 
sady większości, bądź od początku do końca ewolucyi parlamen- 
tarnej, bądź od początku do pewnego momentu, bądź znów od 
pewnego momentu do końca, bądź wreszcie przez pewien okres. 

3^ 



36 



Nie należy, oczywiście, wyobrażać sobie ich akcyi, skupionej na; 
jednostkach lub grupach w jednym momencie naraz. Graficznie 
możnaby raczej przedstawić tę akcyę zapomocą następującej figury : 




gdzie w linii rozwoju przekonań o prawie większości a — [i 
w ciągu epoki AB działają na rzecz tego prawa czynniki fi, f2, f4, 
fe, f?, a w odwrotnym kierunku (od ^ do «) działają czynniki 
wrogie fs, fs i fs, przytem od momentu C dylemat : większość 
czy jednomyślność, dochodzi do świadomości kół miarodajnych 
i staje na porządku dyskusyi. Każdy czynnik zaczyna działać w ozna- 
czonym punkcie chronologicznym, a przestaje w jednym z dal- 
szych punktów, przeważnie nawet daleko poza momentem B, sta- 
nowiącym datę wyrobienia zasady większości. Tak np. niebez- 
pieczeństwo zewnętrzne, mocny monarchizm, obszerny zakres 
pełnomocnictw poselskich, namiętność partyjna w obozie wię- 
kszości, spełniwszy swoją rolę w przełamaniu zasady jednomyśl- 
ności, hartują grupę panującą jeszcze i w dalszym ciągu, jakkolwiek 
ten dalszy wpływ ich zasadniczo nie należy już do współczyn- 
ników genezy nowej zasady. W praktyce rzecz odbywa się nie 
tak momentalnie : bywają wahania, nawroty, skoki zygzakowate 
między poglądem starym i nowym, i taki stan przejściowy trwa 
nieraz kilka pokoleń. 

Naiwnością byłoby wyobrażać sobie powyższe siły związków 
przyczynowych, jakgdyby moce, działające gdzieś poza sferą 
ludzkiego poznania, w dziedzinie bytu objektywnego : naliczyli- 
śmy ich osiem, bo z tylu stanowisk udało się spojrzeć na nie- 



— 37 — 

zgłębioną rzeczywistość. Ale też nie należy się łudzić, że kom- 
plet ośmiu „czynników" wyczerpuje cały możliwy pogląd etyolo- 
giczny i) na prawo większości i jednomyślności. Możliwe jest 
wykrycie innych przyczyn ; możliwa cała osobna gałęź nauki socy- 
ologłcznej o związku między rzeczonem prawem, a różnemi 
formami życia społecznego. To pewna, że ilekolwiek podobnych 
zależności uda się jeszcze sformułować, nigdy etyologia jako- 
ściowa nie zaspokoi w danej kwestyi całego głodu wiedzy 
ludzkiej. Zawsze będzie się wydawało, że jedne wpływy dzia- 
łają słabo, inne potężnie, zawsze pozostanie niezbadaną, niesły- 
chanie trudną do pochwycenia etyologia ilościowa, któraby 
wykazała, dlaczego ostatecznie w walce wpływów przeważyły 
te, a nie tamte. Ideałem byłaby wiedza, któraby wyśledziła 
wszystkie wpływy i zmierzyła ich natężenie. Lecz taka wiedza 
zasługiwałaby już chyba na nazwę nadludzkiej wszechwiedzy. 



V' Używamy tego terminu w braku innego, lepszego. 



ROZDZIAŁ II. 

Anglia. Tradycye witenagemotów zatarte. Ogniwa jedności narodowej po 
podboju normandzkim. Znaczenie podziału parlamentu na dwie izby. Bezsilny 
opór pojedynczych lenników. County Court, jako podstawa reprezentacyi ziem- 
skiej. Królowie żądają poselstw z szerokiem pełnomocnictwem. Skuteczność 
tych napomnień. Mandat zbyteczny dla silnego społeczeństwa. Jak łamano opo- 
zycyę? Ocena głosów członkowskich według „Morfw5 Tenendi Parliamentum\ 
Co znaczy rada „lepszej" większości? Zasada majoryzacyi uznana w wydziałach 
nadzorczych. Świadectwo Tomasza Smitha. Większości wyborcze. Statut Henryka 
VIłI z r. 1542. Fikcya jednomyślności w Radzie Tajnej. Zjawisko szczątkowe.- 
protest lordowski. Przypuszczalne jego pochodzenie i dzisiejsza forma. 

Skąpo i ułamkowo brzmią nasze wiadomości o procesie 
kształtowania się nowoczesnej organizacyi woli zbiorowej w kraju» 
który z czasem użyczyć miał swych doświadczeń konstytucyjnych 
wszystkim pięciu częściom świata. Większość głosów rządzi An- 
glią od niepamiętnych czasów ; że nie dzieje się to od kolebki 
narodowości angielskiej, łatwo zgadnąć, ale odkąd mianowicie, 
nie widać. Nie widać po części dlatego, że nieuniknione momen- 
ty walki zasad były tu stosunkowo krótkie i bez nawrotów, po- 
części, ponieważ zaszły w odległej przeszłości. Może to się stało 
już na anglosaskich witenagemofach i shiregemofach ; ale jeżeli 
nawet tak było (o czem źródła nie świadczą) i), to miecz nor- 



M Rudolf Gneist, Das Englische Parlament in tausendjahrigen Wandelun. 
gen, Berlin, 1886, str. 33, przytacza aryngę z czasów króla Wihtraeda (VII w.) 
wspominającą o „zgodzie wszystkich", i inną z XI wieku, gdzie mowa już po- 
prostu o zgodzie rad duchownych i świeckich. Dalej, str. 42, z niesłychaną przesa- 
dą pisze o wpływie indywidualności u Germanów, dzięki któremu jakoby „bis 
zum Schluss des Mittelalters von einer Stimmzahlung nach Majoritaten oder 
Minoritaten bel Wahlen und Beschliissen keine Redę ist". — Por. tegoż autora 
Geschichte und heutige Gestalt der englischen Communałverfassung, I, 42. 



— 39 — 

mandzki kazał umilknąć tradycyi dawnych zgromadzeń podbitego 
narodu, i zgromadzenia zdobywców musiały w XIII wieku same 
sobie żłobić nowe koryto. 

Parlament Szymona z Montfortu sformował się według wła- 
snej racyi społeczno-politycznej i jął funkcyonować stosownie do 
swojej własnej struktury. Był o pięć wieków oddalony od nowocze- 
snej omnipotencyi parlamentu westminsterskiego i również da- 
leki od owładnięcia całą Wielką Brytanią. Gromadził się ze 
wszystkich krańców byłej heptarchii Ethelingów : z dawnych kró- 
lestw saskich Essexu, Sussexu i Wessexu, z zasiedlonych niegdyś 
przez Anglów krain, Mersyi, Nortumbryi i Ost-Anglii, z Kentu, 
zapłodnionego sokami skandynawskich Jutów. Nie brakłoby więc 
sił odśrodkowych i byłoby komu upomnieć się o partykularną 
odrębność interesów ziemskich, gdyby nie to, że Wilhelm Zdo- 
bywca podwójnym łańcuchem centralizacyi sprzągł od początku 
swoje królestwo : najpierw, gdy wziął wszystko w jednolity za- 
rząd skarbowo - militarny, powtóre, gdy wszystkich towarzyszy, 
podwładnych współzdobywców, baronów normandzkich, obdarzo- 
nych strzępkami gruntów po różnych kątach kraju, wtłoczył pod 
jarzmo bezpośredniego swojego zwierzchnictwa. Wszystkim kazał 
sobie przysięgać, wszystko rozkruszył, wszystko stasował. Tem 
raz na zawsze unicestwił opór prowincyi przeciwko rządowi cen- 
tralnemu, jakiby mógł wyróść czyto z dawnych korzeni czy z no- 
wych. Naród jego spadkobierców będzie może normandzki, może 
angielski, ale będzie napewno jeden, bez rozłamu na siedem 
królestw; stawać będzie przy królu lub przeciw królowi, jak je- 
den mąż, i jedną powszechną zdobędzie sobie reprezentacyę. 

Plantaganeci ujrzeli to scentralizowane społeczeństwo, po- 
wstające ramię przy ramieniu w obronie swych swobód. Bo też 
o innym oporze, jako powszechnym, ogólno - narodowym, dare- 
mnie było myśleć. Z władcą, który wyprowadzał do Ziemi Świę- 
tej pięćdziesiąt tysięcy rycerstwa, mogli walczyć albo wszyscy 
naraz albo nikt. Taki też widok przedstawiają zastępy tryumfato- 
rów z pola pod Runnimede, co pokonali Jana bez Ziemi i wy- 
walczyli na nim Wielką Kartę Swobód (1215), — i taki właśnie 
duch solidarności napełniał pierwsze po półwieku zgromadzenia 
stanów. 

Dopiero późniejsze parlamenty, w chwilach słabszego na- 



— 40 — 

pięcia walki o wolność, mogły sobie pozwolić na ujawnienie 
sporów wewnętrznych. W jakichże to było warunkacti ? W jakim 
składzie osobistym i w jakim układzie żywiołów społecznycti 
następowały pierwsze starcia między obozem liczniejszym i mniej 
licznym? Można skonstatować napewno, że pierwsze mniejszości 
nie znajdowały zbiorowego uzasadnienia w żadnej gotowej orga- 
nizacyi. Nie mogły go znaleźć w odrębności prowincyi, bo ta 
już była zatarta ; nie znajdowały go i w odrębności stanowej, 
skoro po okresie przejściowym, trwającym do roku 1341, ustały 
łączne posiedzenia baronów z rycerzami łirabstw, osobne narady 
ducłiowieństwa i mieszczan; nastąpiło wówczas nowe ugrupo- 
wanie żywiołów, które nie odpowiadało tak dobrze podziałom 
klasow}m, ale zato dogadzało zgrupowaniu interesów ekonomi- 
cznych. Posłowie rycerstwa zasiedli razem z przedstawicielami 
miast i (do czasu) kapituł, z którymi pospołu woleli wykupywać 
się podatkiem od zbyt kosztownych wypraw zamorskich, a bi- 
skupi, prałaci i baronowie, bezpośredni lennicy korony, wzywani 
do parlamentu osobistemi zaproszeniami (dziś powiedzianoby 
może : wiryliści), utworzyli osobną izbę wyższą. Nader szczęśliwy 
ten układ, wiekuistej dla Anglii doniosłości, uniemożebnil roz- 
padanie się przedstawicielstwa na dwa obozy, z których jeden, 
obóz widocznej mniejszości, kwestyonowałby nadal powagę re- 
szty, jako odrębny i niezawisły stan. Wielcy panowie ujrzeli się 
w swojem dobranem towarzystwie, bez rażących różnic społe- 
cznych, łatwo więc mogli się nauczyć posłuszeństwa względem 
swej własnej większości; drobiazg miał do zmajoryzowania tylko 
opór mniej licznego drobiazgu. W braku zaś gotowej organizacyi, 
czy mogła siła oporna poszczególnych składników izb, choćby 
przypadkiem, w przyjaznych okolicznościach, stwarzać w sumie 
mniejszość gotową do walki ? Jak pod tym względem przedsta- 
wiają się biskupi i baronowie, osobiście wzywani do izby lordów, 
i jak wybrańcy ludności prowincyonalnej ? 

Pierwsi stanowią żywioł, osłabiony przez sztuczne rozpro- 
szenie dóbr na terytoryum królestwa. Baronowie, nie zgadzający 
się na podatki, mogli każdy z osobna odmawiać ich ustnie czy 
pisemnie; „król w parlamencie" sekwestrował im zato dobra, jako 
krnąbrnym lennikom, i przechodził do porządku dziennego nad 
opozycyą. Wyglądało to z postępem czasu tak, jakgdyby zwycięstwo 



- 41 — ^ 

odnosił nie król, lecz sam parlament, przy czem stu zwyciężało 
najpierw jednego, dwócłi, potem trzech, dziesięciu; coraz to mniej- 
isza przewaga wystarczała do zdławienia oporu. Naprawdę, przy- 
najmniej w początkach, potężny suz.eren zwyciężał moralnie i ma- 
teryalnie wassala. Precedensy, wywalczone przez monarchizm, 
miały się później obrócić na dobro parlamentaryzmu. 

Inna rzecz z deputowanymi hrabstw, kapituł lub miast. Wy- 
braniec, jak i każdy poddany, winien królowi wierność i posłu- 
szeństwo ; ale też winien dotrzymać słowa swym wyborcom. 
W jego świadomości prawnej i sumieniu nigdy nie zbraknie mo- 
tywów moralnych do opozycył. W niektórych, wyjątkowych wy- 
padkach dołączy się tu jeszcze motyw materyalny, a to miano- 
wicie w razie, gdyby wyborcy zechcieli dochodzić swej straty na 
niewiernym mandataryuszu. W ostateczności, jakkolwiek i to 
jest rzeczą niezmiernie rzadką w parlamentaryzmie średniowie- 
cznym, możliwe jest wyparcie się posła przez hrabstwo, kapitułę 
lub miasto, pod warunkiem dostarczenia dowodów, że przekro- 
czył on swe pełnomocnictwa. Przy takiej formie możliwy opór 
■deputowanych w zgromadzeniu stanowem wybucha z większą 
lub mniejszą siłą, zależnie od mocy ducha korporacyjnego w ciele 
wyborczem. Okrąg niewielki, sztucznie skrojony, niewiele ma 
władzy nad posłem, i ludność ciąży w nim ku innym ośrodkom 
■atrakcyjnym — ku prowincyom, powiatom sądowym, obwodom 
finansowo-administracyjnym. Przeciwnie, prowincya rozległa, zżyta, 
zwarta, która nie przestaje być sobą poza chwilami wyborów, 
-a ma wspólne funkcye w zakresie samorządu, juryzdykcyi czy 
ponoszenia ciężarów państwowych, potrafi odpłacić niewiernemu 
posłowi za złe włodarstwo, wiernego poprze i napełni silnem 
poczuciem publicznego posłannictwa. 

Taką właśnie dość silną, imponującą jednostkę wyborczą 
tworzyło Countv Court, to jest zgromadzenie hrabstwa angiel- 
skiego. Trzeba to stwierdzić naprzekór ogólnemu spostrzeżeniu, 
że przezwyciężenie partykularyzmu i mniejszości niewiele koszto- 
wało parlament angielski. Zjazd hrabstwa — czytamy u miaro- 
dajnego wciąż jeszcze W. Stubbsa i; — „jakkolwiek nigdy nie no- 



') W. Stubbs, Constitutional History of England, Oxford, 1883 (III ed.) 
II. 175. 



— 42 — 

sił w Anglii tytułu „stanów prowincyonalnycli" ani nie posiadał 
władzy, jaką one miały na lądzie, stanowił zgromadzenie, które 
istotnie wyczerpywało cały charakter stanów", i zawierał wszystkie 
pierwiastki lokalnego parlamentu, wszystkie członki ciała polity- 
cznego w równie pełnej reprezentacyi, jak ta, którą trzy stany 
cieszyły się później w parlamencie walnym. 

Gdzieindziej więc należy szukać wytłómaczenia słabych wy- 
stąpień opozycyi przeciw dominującej partyi. Monarchizm, pra- 
wda, sprzęgał żelazną obręczą zrastający się naród i chronił go- 
od wybryków partykularyzmu ziemskiego i), dopóki jedność naro- 
dowa nie stężała do tego stopnia, iż przestała się bać rozłamów. 
Ten wzgląd tłómaczy nam sporo, ale nie wszystko : nie wyjaśnia 
on, dlaczego nikłe bywały i przechodziły bez śladu opozycye, 
które występowały po stronie królewskiej wbrew większo- 
ści opornego społeczeństwa. Istota zagadki tkwi w stosunku 
prawno-politycznym posłów do wyborców i do całego kraju. 

Królowie, jako wyobraziciele jedności państwowej, robili co 
mogli, byle zapewnić parlamentom gładki tok obrad i usunąć 
szkopuł formalny, wynikający z niedostatecznych pełnomocnictw 
poselskich. Wzywali na posiedzenia posłów, delegatów, deputo- 
wanych ludności, ale nie nazywali ich ani posłami, ani delega- 
tami, ani deputowanymi : radzili poproslu obierać „legałeś et 
discretos milites de comitatibus... vice oninlum et singulorum 
eomndem comltatuum" — „lojalnych i roztropnych rycerzy 
z hrabstw... w zastępstwie tycbże hrabstw wszystkich razem^ 
i każdego z osobna", którzyby radzili społem o nagłej po- 
trzebie państwa. Posługiwali się pojęciem zastępstwa (vlce)^ 
którego nie umieli jeszcze nazwać przedstawicielstwem, jeszcze 
bowiem ani prawo rzymskie, ani praktyka średniowieczna nie 
umiały zastosować czystego pojęcia reprezentacyi do wewnętrz- 
nych stosunków kraju, chociaż pojmowano dobrze, co znaczy 
„reprezentacya" państwa nazewnątrz. Prywatne ograniczone zle-^ 
cenie (mandat) było w Anglii, jak i wszędzie, formą prawną peł- 



') Nie przeczy wcale temu naszemu spostrzeżeniu zdanie Gneista, Das: 
Englische Parlament, 75, że przed utworzeniem parlamentu królowie angielscy,, 
nie uznając stanowczego głosu Curiae Regis, nie popierali tam większości prze^ 
ciwko mniejszości. 



— 43 — 

nomocnictw poselskich. Przejście do późniejszej, nowoczesne| 
formy zależało od tego, czy prędko mandat partykularny ogra- 
niczony stanie się mandatem wciąż jeszcze partykularnym^ 
ale nieograniczonym. 

Pierwsze znane listy zwolawcze królów angielskich (writs 
of siimmons), z lat 1254, 1261, 1264, nie poruszały jeszcze 
kwestyi, jak obszerne pełnomocnictwa powinni przywieźć wy- 
brańcy. Aż tu w roku 1265 Henryk 111, napotkawszy zapewne 
nieprzewidzianą zawadę, domaga się, np. od kapituły jorskiej, 
przysłania „dwóch roztropniejszych współkanoników", którzyby 
mieli od niej iyice vestra) zupełną moc do traktowania z kró- 
lem. Edward 1 wyraża to samo żądanie w uniwersałach z lat 
1282, 1283, 1290, 1294; przytem w liście do szeryfa Nortumbryi 
uzasadnia swe życzenie wyraźną argumentacyą, „aby w braku 
tego rodzaju mocy powyższa sprawa nie została bez załatwienia". 
Podobnie brzmią wezwania na Model Parliament r. 1295, a już 
w r. 1301 i 1303 żądanie to obywa się bez motywacyi. Przytem- 
królowie najwyraźniej odróżniają pełnomocnictwa przedstawiciel- 
skie od życzeń wyborców^ chcą bowiem mieć posłów „pouczo- 
nych" (instructos), którzyby mogli działać w imieniu narodu 
i w myśl jego intencyi, ale nie byliby skrępowani formalnym na- 
kazem lub zakazem 1). 

Same przez się takie napomnienia nie stanowią nic wyją- 
tkowego : wszyscy monarchowie europejscy, którym zdarzy się 
zwoływać swe stany, nauczą się podobnej mowy. Wyjątkowa j£st 
atoli szybkość, z jaką parlament angielski zrzucił z siebie łupinę 
średniowiecznego mandatu, jak chętnie usłuchał co do tego rady 
królewskiej, i wyzyskując ją na swoją korzyść, zbliżył się do nie- 
ograniczonych pełnomocnictw od poszczególnych okręgów, 
a od nich do bezwzględnego przedstawicielstwa całego kraju. 
Już „Modus Tenendi Parliamentuni" , traktat z wieku XIV, pi- 
sze, jako o rzeczy ustalonej, o „procuratoribus cleri, militibus 
comitatuum, civibus et burgensibus, qui repraesentant totam com- 
munitatem Angliae'^), w przeciwieństwie do lordów, działających 



*) Stubbs, Select Chartcrs and oiher iliiistrations of English constitutional 
history, Oxford, 1874, 37G-7, 405-G, 411-2, 415, 418, 465, 467-8, 477-8, 481, 
486, 499, 500. 

2) Tamże, 512, 



— 44 — - 

we własnem tylko imieniu. Nie sięga jeszcze ta formuła ostate- 
cznych granic późniejszej fikcyi, przypisującej przedstawicielski 
charakter nawet izbie wyższej ; może nie odpowiada ona i prze- 
ciętnemu poglądowi ówczesnego Anglika. Wogóle „Modus Te- 
nendi Parliamentum"' jest rozprawą teoretyczną, a nie opisem 
nagiej rzeczywistości. Bądź co bądź, nowe pojęcie powstało, nie 
zapożyczone znikąd, i godny znalazło wyraz. Narodziło się, jako 
owoc ducha angielskiego, żądnego zupełnej, nieskrępowanej od- 
powiedzialności za własne losy. Tylko naród, który umiał chcieć, 
zdobył się na wolę zbiorową i przez tę wolę zdobywał sobie 
coraz pełniejszą wolność, naród, co nie bał się ryzykownej gry 
politycznej i nie uciekał przed nią poza obsłonki instrukcyi wy- 
borczych, naród, co miał aż do końca XVII wieku załatwiać prze- 
wlekłe negotium z królami, co umiał na żądania odpowiadać żą- 
daniami, co od początku XV wieku wziął na się publiczną ini- 
cyatywę prawodawczą, a nie poprzestawał na zanoszeniu uniżo- 
nych skarg i próśb, tylko taki naród mógł stworzyć dla świata 
nieocenione pojęcie rządów reprezentacyjnych, i jego „pokorne", 
„biedne" gminy, co niegdyś w imię Boga i miłosierdzia błagały 
królów o pomoc prawodawczą, odkąd się stały pełnym głosem 
całego narodu, okazały się istotnie „wielce mądremi, wielce sza- 
nownemi, godnemi i rozsądnemi gminami" z czasów Ryszarda II 
(1377-99). 

Zanik mandatów nakazczych równał się zniszczeniu jedynej 
formy, w jakiej żywioł miejscowy mógł zasilać opór mniejszości 
parlamentarnych. County Court, jeżeli nawet miało coś do zarzu- 
cenia uchwałom powszechnym, pozostało bez głosu. Śmiało więc 
i bez niczyjej pomocy zabrały się parlamenty do przezwycięża- 
nia w sobie opornych jednostek i grup. Z majoryzacyą na grun- 
cie podatkowym, zwłaszcza gdy przegłosowanym był hardy ry- 
cerz, szło podobno zrazu dość ciężko. „Cień fikcyi feudalnej" 
powiada Stubbs, „jakoby kontrybuent składał dowolną ofiarę na 
ulżenie potrzeb władcy, istniał, zdaje się, przez cały ten okres 
(do czasu Wielkiej Karty), i teorya, że przyrzeczenie podatku 
zobowiązywało tylko jednostkę, która je czyniła, pomogła do 
zwiększenia trudności finansowych panowania Jana Bez Ziemi" ^). 



1) Constitutional History, I, 577, II, 250—3. 



— 45 — 

Teoryę tę łamano w parlamencie przemocą, do czasu szanując 
opór całych stanów społecznych, — do czasu mianowicie, gdy 
system dwuizbowy zastąpił dawne obrady osobnych stanów i sto- 
pniowo zatarł w sobie ich wyraz, t. j. stanowe wota l<olektywne. 
Prawodawstwo ogólne mniej nastręczało trudności. Według Brac- 
tona (1216—1272), autora traktatu „De legibus et consuetudinibus 
Regni Angliae" „ustawy angielskie... aprobowane za zgodą osób» 
które z nich korzystają, i potwierdzone przysięgą (sacramento) 
królów, nie mogą ulegać zmianom bez wspólnej rady i zgody 
fsine communi consilio et consensu) wszystkich tych, za czyją 
radą i zgodą zostały ogłoszone" i). Ta wspólna rada i zgoda 
przypomina brzmieniem „wspólną radę" królestwa, mającą we- 
dług artykułu 12 Wielkiej Karty przyzwalać na nowe pobory 2). 
Nabiera ona zrozumialszego sensu w „Modus Tenendi Parliamen- 
tuni" . Artykuł tegoż De auxUio regis rozwija szczegółowo za- 
sady, według których parlament uchwala dla króla zasiłki w ra- 
zie wojny, pasowania królewiczów na rycerzy, lub zamążpójścia 
królewien. Wówczas podobno „trzeba, aby się zgodzili wszyscy 
(omnes) parowie parlamentu". Zakrawa to na jednomyślność; 
tymczasem „należy rozumieć", wyjaśnia traktat sposobem ogól- 
niejszej formuły prawodawczej, „iż dwaj rycerze, przybywa- 
jący do parlamentu w zastępstwie hrabstwa, mają większy 
głos w parlamencie odnośnie do przyzwalania lub przeczenia^ 
niż większy hrabia Anglii, i podobnież delegaci (procuratores) 
kleru jednego biskupstwa, o ile są jednomyślni, większy mają 
głos w parlamencie, niźli sam biskup, i to we wszystkich rze- 
czach, na jakie parlament ma przyzwolić, odmówić lub zdziałać" •^). 
To już jest wyraźne zaprzeczenie wymagania jednomyślności, jas- 
ne napomknienie o porachunku głosów, aczkolwiek ubrane je- 
szcze w dawny kształt „ważenia" tychże: są głosy v.Mększe 
i mniejsze, głos hrabstwa więcej znaczy, niż głos hrabiego, głos 
duchowieństwa dyecezyalnego więcej, niż głos biskupa. W razie 
zaś rozbicia i słabych i silnych głosów, nieunikniony będzie 
porachunek ich po obu stronach. Już się waży całe kategorye 



>) Stubbs, II, 247. 

2) Zanotujmy tu jeszcze chwilowo decydującą w kwcstyi następstwa tronu 
w r. 1216 większość prałatów i baronów, Gneist, 103. 

3) Sclect Charters, 512. 



— 46 — 

głosów, a nie okazy indywidualne; w obrębie każdej kategoryi 
można przypuszczać decydującą rolę większości. Na ten sam 
wniosek naprowadza nas inny rozdział traktatu, De casibus et 
judiciis dijficilibus. Mowa tu o rozruchach i trudnych kwestyach 
pokoju lub wojny domowej, agitowanych wśród parów parla- 
mentu (gminom zawcześnie jeszcze mieszać się do takich rzeczy). 
Król, przeczytawszy pisemne ich wota, postąpi „według rady lep- 
szej i zdrowszej", „jeżeli tylko zgodna będzie większa część 
parlamentu" ; gdy wyłączymy świadomą dwuznaczność, wypada 
melius et sanius consilium widzieć właśnie w radach większości, 
lecz mianowicie takiej, w której biorą udział żywioły mądrzejsze, 
dostojniejsze. Według pomysłu autora rozprawy, choć pewno nie 
według powszechnego zwyczaju, ta sama grupa parów może w ra- 
-zie grożącej wojny domowej, o ile nie dojdzie do wyłonienia 
<3bsolutnej większości, przelać swe prawo do majoryzacyi na ko- 
mitet, złożony z 25 dostojników, z jej łona wybranych. Owi 25 
mogą się pod tymże warunkiem zdać (condescendere) na 12, 12 
na 6, 6 na 3, 3 za pozwoleniem króla na 2, dwaj na jednego, 
i ten jeden zadecyduje w imieniu ogółu parów i). Dowolność 
kombinacyi autora bije tu w oczy, ale zastanawiającą jest też 
jego gotowość do uznania powagi większości w coraz to mniej- 
szych kompletach. 

Wcześniejszej daty, bo z pierwszego parlamentu, roku 1264, 
jest obowiązujące postanowienie o tymczasowym rządzie przy 
boku króla Henryka III, stanowionym w pierwszej linii przez 
trzech „elektorów" albo „nominatorów", w drugiej przez dobra- 
nych według ich uznania dziewięciu konsyliarzy, których to dzie- 
więciu miało obsadzać wszystkie urzędy. Na v/ypadek różnicy 
zdań, decyduje w obu kollegiach większość 2/3 głosów, przy czem, 
o ile nie utworzy się ona wśród konsyliarzy, to większość abso- 
lutna nie będzie wystarczała, lecz decyzya odejdzie do kollegium 
„elektorów" czyli „nominatorów" 2). Takie precyzyjne określenie 
sposobu uchwał zbiorowych w radzie nadzorczej i rządzącej rzuca 
światło na postęp zasady większości wogóle w ówczesnem życiu 
konstytucyjnem Anglii — światło tem cenniejsze, że wogóle źró- 
dła mało go dają, a historycy mało interesują się tą sprawą. 

1) Select Charters, 506-7. 

2) Select Charters. 413. 



- 47 — 

Stubbs wspomina o przezwyciężonym w r, 1220 oporze 
łirabstwa Yorku przeciw uchwale podatkowej i o podobnym wy- 
padku w Worcester z r. 1295 i). Innych śladów zwycięstwa nowej 
organizacyi woli zbiorowej niema. Wygląda, jakby sprawa doj- 
rzewała w cichości ; „fikcya feudalna" osobistych zobowiązań 
i traktatów między suzerenem i lennikiem nieznacznie zamierała, 
i sam bystry John Fortescue (w XV w.), nie zaszczyca tego pro- 
cesu swą uwagą. Późno, po dobrze ustalonej w życiu zasadzie 
nastawał moment, kiedy dla ostatecznego usunięcia wątpliwości, 
wypisywano ją w ustawach. Taki charakter ostatecznej kodyfika- 
cyi ma, naszem zdaniem, statut Henryka VI z r. 1430, nakazu- 
jący, aby w wyborach hrabstw majeur nonibre soit retourne. Za- 
wiązywała się wówczas organizacya partyjna, i wśród jej walk 
nietylko uznano za potrzebne skodyfikować zwyczaj, ale i w uni- 
wersałach zaczął rząd zalecać szeryfom, aby meldowali jako 
obranego tego jedynie kandydata, który zebrał liczniejsze głosy 2). 
Nareszcie w r, 1576 sir Tomasz Smith, opisując „77?^ common- 
wealtfi of EngLand and tfie manner of government thereof' wy- 
łuszcza szczegółowo, jak to wygląda w praktyce „najwyższa 
absolutna władza" nad Anglią, sprawowana przez parlament : jak 
się urządza głosowanie w obu izbacti, co robi kanclerz, co se- 
kretarz, jak decyduje większość ustnych wotów (yea, no) lub 
większość przez rozejście się na strony, zawsze jednak tylko 
większość członków obecnych, a nie wszystkich, uprawnionych 
do głosu 3), — niby to drobiazg, niby subtelność regulaminowa, 
a przecież w tej różnicy wyraża się cała odległość między pier- 



1) Stubbs, I, 215. 

2) Gncist, 165-7, 197. Saripolos, La dćmocratic et rćlection proportion- 
nelle, I, 21, zgodnie z Jellinkiem, a nie bez zacytowania powagi Blackstonc'a, 
pisze, iż na wyborach angielskich czysta zasada większości nic jest uznana, 
ponieważ głosowania się nie urządza i obiór jest uważany za jednomyślny, 
jeżeli niema współzawodnictwa kandydatów. Możnaby się z tern zgodzić, gdyby 
przez większość rozumiano koniecznie większość absolutną, a nic względną: taki 
bowiem milczący obiór bez konkurcncyi (nemine contradicente) może się sprze- 
ciwiać w niektórych wypadkach życzeniom przeważnej części obywateli. 

3) Stubbs, III, 467-74. Już „Modus tcnendi parliamcntum" pisał w tym 
samym duchu: „Dum tamen omnes praemuniti fuerint per rationabiles sum- 
monitiones parliamenti, niliilominus censetur esse plenum", Sciect Charters, 508. 
•Dotyczy to nietylko jednostek, ale i całych stanów (gradus). 



— 48 — 

wotnem sumowaniem odosobnionych prywatnych zobowiązał?^ 
a nowoczesnem głosowaniem korporacyjnem. Odtąd, t. j. od 
chwili ustalenia zasad, wypisanych przez Smitha, kwestya, czy 
większość dorosłych Anglików ma faktycznie decydować o spra- 
wach królestwa, zbliża się do pozytywnego rozwiązania dro- 
gą pośrednią, przez demokratyzacyę prawa wyborczego, przez 
rozciągnięcie go prędzej czy później na kobiety i przez podpo- 
rządkowanie izby lordów uchwałom gmin. Potrosze wyrobiły się 
w praktyce normy, które nadały majoryzacyi parlamentarnej wy- 
raziste kontury. Przez długi czas tylko w izbie wyższej stwier- 
dzano przewagę jednej ze stron przez głosowanie imienne ; gminy 
wyrażały swe przyzwolenie wspólnym głosem, podobnym do akla- 
macyi. W razie wątpliwości następowała itio in partes, pierwo- 
tnie w ten sposób, źe osobno stawała szlachta, a osobno mie- 
szczanie, później na sposób rzymski, t. j. głosujący z a stawali na- 
przeciwko głosujących przeciw. Podobno dopiero od połowy 
XVI w, zaczęto pod wpływem zwyczajów kościelnych ściśle racho- 
wać wota gmin, oczywiście tylko w delikatniejszych wypadkach i). 
Smith wypisał skończone i odtąd niezmienne prawidła pro- 
cedury parlamentarnej, ale pewno nie spostrzegł, że mógł wyra- 
zić jeszcze ogólniejszą zasadę wszystkich zbiorowych uchwał an- 
gielskich owego czasu : prawodawczych, samorządowych, korpora- 
cyjnych, elekcyjnych. Reguła większości dobiegła jeszcze przed 
nim do swego szczytowego punktu w statucie z r. 1542 (33 
Henry VIII, eh. 27). Stwierdzona tu ona została, jako właściwość 
integralna conimon law, więc niby większa przesłanka, obowią- 
zująca we wszystkich wypadkach, jakie podpadają pod pojęcie 
głosowań według prawa pospolitego. Nadal — stanowi ów akt — 
nieważne będą, bo niezgodne z common law, wszelkie zastrzeże- 
nia testamentowe lub inne zapisodawców lub fundatorów, któ- 
rzyby, zakładając szpitale, kościoły i t. p., dyktowali radom za- 
rządzającym warunek jednomyślności przy dysponowaniu zapi- 
sem, a nie zadawalali się decyzyami większości. Przysięgi na za- 
chowywanie takich warunków mają być karane grzywną 5 fun- 



1) Hatschek, Englischcs Staatsrecht, 1, 406-7 w. 61, który podaje tę wia- 
domość, popełnia oprócz błędu cłironologicznego (Marya panowała w wieku XVI 
a nie XVII), błąd rzeczowy, gdy utożsamia początek ucłiwalania większością 
z początkiem racłiowania głosów. 



- 49 - 

tów, w połowie na rzecz króla, w połowie dla delatora i). Stoso- 
wanie przepisu niewielką ma tu dziejową wagę, ale stwierdzanie 
tak ogólnego principium wydaje się czemś wyjątkowem w prawo- 
dawstwach Europy. Nie słychać o żadnej innej tak ogólnej sankcyi 
reguły większości, jak owa angielska henrycyańska. Jeżeli więc po- 
minąć pewne przeżytki pierwotnej praktyki gdzieś w zaściankacłi 
gromady gminnej (t. zw. courts leet)'^), to od XVI wieku można 
uważać jednomyślność za skazaną na zupełną banicyę z brytań- 
skiego prawa obowiązującego. Wola większości będzie w życiu 
angielskiem, jak w formule Ulpiana, wolą ogółu. 

Nie byliby zresztą Anglicy Anglikami, gdyby nie pozosta- 
wili z prastarej reguły pierwotnej pewnego szczątku, chociażby 
w kształcie fikcyi lub teatralnego, archaistycznego przeżytku 3), 
Bez odwiecznej patyny źle wyglądałby gmach ich konstytucyi ! 
Fikcyę zachowała sobie Tajna Rada królewska, która zresztą 
sama stanowi dziś niewiele więcej nad fikcyę. Przeżytek za- 
konserwował się w izbie lordów. 

Rada Tajna, czyli urzędownie „Król w Radzie", jako instan- 
cya apelacyjna w sprawach sądowych kolonialnych, oraz tych, 
gdzie stronami są osoby duchowne, admirałicya albo waryaci, 
powinna wyrażać nie „opinie indywidualne", jak głosujący lordo- 
wie, lecz „rady dla korony", nie może więc ujawniać różnicy 
zdań, i lubo naprawdę głosuje większością, nie przyjmuje do 
protokółu i nie ogłasza treści ani liczby głosów przeciwnych. Tak 
zadecydowały pochodzące jeszcze z czasów Karola I „Orders to 
be observed in assemblies of Council" (1627), a za królowej Wi- 



') Uchwalono to na sesyi parlamentu, zaczętej w Westminsterzc 15 sty- 
cznia 1542 r., ob. Statutes of the Realni, III, 867. Blackstone, Commentarics of 
the laws of England, ed. 1769, ks. I, r. 19, str. 478, komentuje ową ustawę w tea 
sposób, że Henryk VIII w klauzulach o jednomyślności znajdował zbyt wielką 
przeszkodę w swem dążeniu do owładnięcia dobrami zakonów. Hatschek, Eng- 
lisches Staatsrecht, I, 55, zaznacza, że zasada tego statutu obowiązywała jeszcze 
za Jakóba I tylko obywateli krajowych, a nic cudzoziemców, zamieszkałych 
w Anglii. 

2) Hatschek, j. w. 

3) Wobec przytoczonego wyżej, str. 47, statutu Henryka VI, nie zaliczamy 
do takich przeżytków obioru członka parlamentu „nemine contradicente" : cią- 
głość tradycyi oczywiście została tu przecięta. 

4 



- 50 - 

ktoryi (1878) nowy „Order in Council" zatwierdził ową fikcyę 
jednomyślności i). 

W izbie lordów praktykuje się coś wręcz przeciwnego, co 
jednak też daleko odbiega od henrycyańskiej reguły common Law. 
Jeżeli radcy tajni udają przed królem i światem, że nie uznają 
innych uchwał, krom jednomyślnych, to lordowie zachowują po- 
zór, jakoby uznawali i święcie szanowali „wohie niepozwalam" 
każdego swego kolegi. Od niepamiętnych czasów istnieje prawo, 
pozwalające każdemu członkowi izby wyższej we właściwym ter- 
minie zanieść protest do dziennika (Journal) jej posiedzeń prze- 
ciw decyzyi większości. W r. 1721 unormowano tę praktykę, prze- 
pisując jej czas do godziny drugiej nazajutrz po zapadłej uchwale ; 
przedtem niewolno oponentowi pożegnać izby ; można podawać 
swe motywy lub nie podawać, akcedujący współoponenci mogą 
dawać przy swych podpisach przeróżne zastrzeżenia (salwy) 2). 
W, Stubbs i L. Owen Pikę, historyk izby lordów, zgadzają się, 
że chociaż protesty, wciągane do dziennika, datują się dopiero 
od czasów Henryka VIII (bo przedtem lordowie nie prowadzili 
osobnego dyaryusza), i chociaż praktyka ta rozwinęła się na do- 
bre dopiero od czasów Stuartów, to jednak u stne sprzeciwy się- 
gają znacznie wcześniejszej doby. Pikę za pierwszy przykład 
tego uważa protest kanclerza (Roberta Bourchiera), podskarbiego 
(S. R. Parninga) oraz kilku sędziów z czasów Edwarda III (1327 
do 1377). Stubbs posuwa się dalej, bo nietylko cytuje protesty 
pojedynczych biskupów, jako pierwsze znane precedensy, ale na- 
wiązuje węzeł logiczny z tą epoką, kiedy „baron odmawiał po- 
słuszeństwa prawodawstwu, na które osobiście się nie zgodził". 
Wszelkie prawdopodobieństwo przemawia, zdaje się, za po- 
wyższym poglądem ; można się zastrzedz najwyżej, że upatrując 
związek między protestem barona feudalnego i protestem dzisiej- 



') W. Anson, Law and custom of the Constitution, II, 442-4, 448. 

2) W. Anson, j. w., I, 206. Stubbs, Constitutional History, III, 489, Nr. 
773. Lukę Owen Pikę, Constitutional History of the House of Lords, London 
1894, 245-6. Szczegóły formalistycznc u T. Erskine May'a, A treatise upon the 
law, privileges, proceedings and usage of parliainent, 221-3. Warto zanotować, 
iż w izbie wyższej równość głosów „semper praesumitur pro negante", z wyjąt- 
kiem spraw sądowych, w których równa się ona potwierdzeniu wyroku niższej 
instancyi; May, 215. 



— 51 — 

szego lorda, mamy na myśli tylko ciągłość elementarnych poglą- 
dów społeczeństwa na to, co słuszne lub niesłuszne, bez wzglądu 
na zanik, lub chwilowe odnawianie się przepisów prawa obowią- 
zującego, która to ciągłość rozwoju pojęciowego niezawsze cho- 
dzi w parze z poglądem przeważającym i stosowanym w pra- 
ktyce. Protest para znaczył zapewne kiedyś tyle, co ustna od- 
mowa nieuświęconych zwyczajem podatków, na mocy której po- 
borcy powinni byli przy egzekucyi omijać jego posiadłości. Te- 
raz w praktyce nie znaczy on nic, jest pustą manifestacyą, jednym 
z ostatnich honorowych przywilejów lorda. Na coś podobnego mo- 
głaby sobie pozwolić i izba gmin w drodze wewnętrznego zarzą- 
dzenia (by standing order), nie uciekając się do formalnego aktu 
prawodawczego. Ale jej na tern nie zależy. Vota separata i ma- 
nifesty oczyszczające, rzecz prosta, nie podnoszą powagi grona, 
przeciwko któremu wychodzą; nic dziwnego, że gminom nie za- 
leży na równouprawnieniu pod tym względem z lordami. Jedy- 
nie podczas obrad nieformalnych (in coniittee) sześciu lub więcej 
członków mniejszości może domagać się zanotowania swych na- 
zwisk 1). Ostatni raz za naszej pamięci lord Rosebery ogłosił 
sensacyjny manifest d. 10. sierpnia 1911 r. pri^eciwko Parliament- 
Actowi Asquitha, który to akt odbierał dobrze urodzonym prawo- 
dawcom prawo stawania napoprzek woli większości ludu. Szla- 
chetny lord nie mógł, doprawdy, konsekwentniej użyć swego pa- 
pierowego liberum veto. 

') May, j. w. 



4'- 



ROZDZIAŁ III. 

F r a n c y a. Wczesne zwycięstwo zasady liczebnej w samorządzie gmin i n* 
wyboracti do Stanów. „Pełny dwór" królewski. Osobne rokowania z poszcze- 
gólnymi lennikami i osobne zobowiązania. Analogiczne stosunki w pierwszych 
Stanach Generalnych. Wpływ legistów. Odosobnione klasy wobec króla. Sztu- 
czny i słaby okręg wyborczy. Monarchizm wyzyskuje i rozwija zasadę większości, 
-Stany rozczłonkowane. Biada opornym. Reguła większości silniejsza, niż zasady 
.ugrupowania pierwiastków w Stanach. Geometrya parlamentarna Walezyuszów. 
Rola instrukcyi i „cahiers''. Czy można odwołać posła i cofnąć jego wotum ? 
Blanchefort „pokonany przez większość głosów". Skutki mandatu: osłabienie 
ducha korporacyjnego w Stanach. Kwestya majoryzacyi między Stanami. Wielki 
Ordonans 1357 roku. Zdanie Bodina. Rozbrat społeczny kładzie kres Stanom 

Generalnym. 

Jeżeli w życiu publicznem Anglii, sądząc ze statutu henry- 
-cyanskiego, zasadę większości najpotężniej wypracowywał i sze- 
rzył parlament, to we Francyi kto wie czy nie wcześniej zdo- 
była ona bezwzględne uznanie na innem polu. Poza sferą admi- 
nistracyi kościelnej, w której z zupełną pewnością wolno zgady- 
wać wczesne ugruntowanie zasady liczebnej, trzy były we Fran- 
cyi główne punkta zastosowania głosowań: samorząd gminny 
i miejski, zgromadzenia wyborcze do Stanów Generalnych lub 
prowincyonalnych i same Stany, powołane do uchwał finanso- 
wych, prawodawczych oraz innych, natury wewnętrzno - techni- 
cznej. Nie widać wszakże, aby nowa zasada przodowała w Sta- 
nach i promieniowała stamtąd na stosunki samorządowe po pro- 
wincyach. 

Miasta zdobyły się na nią jeżeli nie wcześniej, to w każ- 
dym razie nie później, niż centralne zgromadzenia stanowe. 
W XI i XII wieku, jak utrzymuje Yiollet, któremu najcenniejsze 
o tern zawdzięczamy informacye, panowała jeszcze w komunach 



— 53 — 

reguła jednomyślności. Dopiero w stuleciu XIII nowatorzy, w ich 
liczbie Beaumanoir, zaczynają zwalczać tę myśl pierwotną. Nie 
występują jednak radykalnie : kiedy zgadzają się na majoryzacyę, 
to nie na byle jaką, lecz z uwzględnieniem także wagi głosów, 
mianowicie cłicą ją wprowadzić jednocześnie z niwelacyą ku gó- 
rze cenzusu głosowania. Sam zresztą Beaumanoir waha się: raz 
chciałby, aby żądano większości kwalifikowanej -/^ głosów, kie- 
dyindziej akceptuje większość bezwzględną jednego ponad połowę 
(la greigneur part), o ile uczestnicy uchwały są równi, lecz woli 
„saniorem partem'', t. j. mądrzejszą mniejszość, gdy ta obejmuje 
żywioły zamożniejsze, „les plus notables de la ville". Bogaci bo- 
wiem interesują się sprawą publiczną, ubodzy pragną tylko sa- 
mym sobie dogodzić. Kiedy ostatecznie ustala się major pars 
w gminach francuskich, trudno dociec. Jako osobliwość zano- 
tujmy, że jeszcze wielki Colbert mniemał, iż pobory na cele do- 
broczynne lub dekoracyjne powinny być uchwalane jednogłośnie '). 
Bądź co bądź, zdała od wpływu tego rodzaju osobistych zapa- 
trywań ministrów zasada przeważnej liczby zatryumfowała bez- 
względnie, i to nietylko w łonie poszczególnych grup głosują- 
cych, lecz niekiedy i między grupami. Tak przynajmniej było 
w sąsiedniej Belgii, w mieście Dinant, gdzie wota dwóch ordynków 
miejskich (sieultes), majoryzowały trzeci głos kollegialny, i ten 
nie znajdował innej obrony poza obstrukcyą, t. j, zwlekał z osta- 
teczną decyzyą, póki się nie uda wytargować od jednego z rywali 
znośnego kompromisu -). 

Stosunkowo łatwe zwycięstwo odniosły, zdaje się, nowe 
zwyczaje w dziedzinie obioru deputowanych. Nie słychać nigdzie 
i nigdy o udaremnieniu wyborów przez opór jakichś nielicznych 
malkontentów. Rzecz to całkiem zrozumiała : każdej gminie, ka- 
pitule, czy okręgowi wyborczemu zależało na posiadaniu swego 
rzecznika w Stanach, i zależało tern mocniej, im zaciętsze było 
współzawodnictwo z innemi okolicami lub klasami społecznemi. 



') ViolIct, Histoire des institutions politiąucs et administratiycs de la Fran- 
ce, III, 27, 108. Glasson, Histoire du droit et des institutions de la France, Pa- 
ris, 1891, V, 88, przytacza przykład iicliwaly większości w mieście Senlis. 

2) H. Pirenne, Histoire de la constitiition de la ville de Dinant au Moyen 
Age (Universitć de Gand, Recueil des travaiix piiblićs par la Faciiltć dc Pliilo- 
sophie et Lettres, 1888), str. 51. 



— 54 — 

Ten interes realny kazał zapominać o starych skrupułach i zwy- 
czajach, jakie kiedykolwiek i gdziekolwiek pokutowały. Zdarzało 
się w stanach bearneńskich, że w okręgu, złożonym z trzecłi 
dolin, jedna (Ossan), próbowała na wyborach udaremniać waż- 
ność uchwał, forsowanych przez dwie inne (Aspe i Baretous). 
Ponieważ zaś, według miejscowego prawa publicznego, wchodziły 
w rachubę tylko jednozgodne głosy okręgów, więc taka fronda 
groziła zupełnem unicestwieniem przedstawiennictwa danej ziem.i. 
Tu zatem, jak pewno nieraz i gdzieindziej w analogicznych sy- 
tuacyach, strony robiły sobie wzajemne ustępstwa: zdanie dwóch 
dolin podawano, niby głos całego obwodu, a zdanie trzeciej 
doliny, przegłosowanej, jako prywatne votum separatum ^). 

Wszelako i to, co praktykowali u siebie mieszczanie, i spo- 
sób obioru delegatów lepszego nawet stanu, wszystko to słabych 
jeszcze dostarczało indukcyi. Dopiero w Stanach Generalnych 
miała się rozegrać walka dawnych zasad głosowania z nowemi, 
i to zależnie od ostatecznej wypadkowej różnych sił dośrodko- 
wych i odśrodkowych, działających w państwie. 

Najpierw miało się tu znacząco zadokumentować przejście 
od doby Merowingów i Karolingów do późniejszej stanowości,. 
jaka daje się już skombinować z ustrojem nowożytnym. Pewna 
ciągłość tradycyi dostrzegalna jest niezaprzeczenie między wie- 
kiem VII i XVII. Francya nie przeżyła takiego pogrzebu dawnega 
rządu, jaki Normandowie sprawili w królestwie Ethelingów. Mamy 
na początku zgromadzenie rycerstwa frankońskiego, uderzająco, 
podobne do prastarych wieców germańskich Tacyta. Bez apro- 
baty takiego zgromadzenia, książę germański, jak i późniejszy 
król frankoński, nie śmie stanowić o ważnych kwestyach pań- 
stwowych ; mniej ważne też powinien omówić ze starszyzną. Lud 
wyraża swą zgodę okrzykiem unisono albo chrzęstem uderzanych 
jeden o drugi oręży ; pomruk niezadowolenia oznacza niezgodę. 
O sposobach załatwiania sporu z mniejszością nic nie wiadomo. 
Ten sam odwieczny porządek, przypominający czasy homeryckie, 
panuje w zgromadzeniach rycerzy frankońskich na Polu Marco- 
wem, przy uchwalaniu kapitularzy 2). 

') Lćon Cadier, Les Etats de Bearn dcpuis leurs origincs jusąifau com- 
mencement du XVI siecle, 268. 

2) YioUet, III, 179. Tak samo, trzykrotnym jcdnozgodnym okrzykiem : 



- 55 — 

Z postępem czasu i nierówności społeczne], w miarę pię- 
trzenia się szczebli feudalnycli jednych nad drugimi, dość pro- 
ste jest przejście od tamtychi zgromadzeń do Coiir pleniere pier- 
wotnej właściwej Francyi. Król Kapetyng jest wielorako związany 
z baronami, daleko mu do bezwzględnego nad nimi panowania ; 
ilekroć też chce wydać ordonans, musi się porozumieć z ludźmi, 
sprawującymi w swych włościach niezawisłe poniekąd rządy, 
i niezobowiązanymi do żadnych nadzwyczajnych świadczeń ; tem- 
bardziej, gdy potrzebuje nadzwyczajnej pomocy pieniężnej, musi 
z każdym z osobna uzupełnić dawne zobowiązania, okupić zysk 
pewnemi ustępstwy. Powiadamy: z każdym z osobna, bo poza 
dworem feudałowie nie mają innego łącznika, nie są składnikami 
żadnej „woli zbiorowej". 

W takich warunkach ordonans czy też pobór będzie wyni- 
kiem układu ze wszystkimi lennikami, albo z taką ich częścią, 
która ma pozory ogółu. „Tutaj — pisze Achilles Luchaire — 
jak i we wszystkich zgromadzeniach średniowiecznych, zasada 
głosowania większością, która wydaje się nam dziś jedynie ra- 
cyonalną, bardzo rzadko znajduje zastosowanie. W owej epoce 
nie liczy się głosów, lecz się je waży". Najmożniejsi wypowia- 
dają swe zdania, inni aklamują. Większość drugorzędnych, czy 
mniejsza liczba pierwszorzędnych panów, jednakową daje pod- 
stawę do przewidywania, iż ogół usłucha zamierzonego rozpo- 
rządzenia. Kto brał udział w obradach, temsamem przyjął do 
wiadomości uchwałę i powinien ją szanować. Niekiedy obecni 
przysięgają na ewangelię lub na relikwie . świętych, że zmuszą 
opornych do posłuszeństwa nowemu prawu '). Wszystko to świad- 
czy o braku wszelkich reguł tworzenia woli zbiorowej: nie obo- 
wiązuje ani jednomyślność, ani większość, ani pewien określony 
dobór głosów, wyjątkowo ważkich, skutek zależy od przypadko- 
wej konfiguracyi sił. 

Przeistoczenie kuryi baronów w Stany Generalne przypada 
na czas szybko postępującej prawidłowości w życiu państwowem. 
Od czasów Filipa III (1270-85) do Filipa VI Walezyusza (1328 
do 1350), poczucie ładu prawnego nie ścierpi już takiego stanu, 

„Laudamus, volumus, fiat" ! wielcy i mali, uno ore consentientes, obierają na 
króla Filipa I (1060), ibidem, II, 48. 

') Manuel des institutions francaises, Paris, 1892, 251-2. 



— 56 — 

w którym niewiadomo, kto i jak decyduje o sprawach wzmocnio- 
nej i zbliżającej się do jednolitości monarchii. Punkt wyjścia 
w tem klarowaniu się samowiedzy prawnej, oczywiście, mało się 
różni od końcowego stadyum poprzedniego okresu. Pierwsze 
Stany, to zjazdy delegatów pewnych klas prawno - społecznych, 
lub pewnych prowincyi, okolic, na pertraktacye z królem według 
formuły : do ut des. Zamiast uchwał zbiorowych mamy tu raczej 
stypulacye między królem i wiernymi poddanymi. Pełnomocnicy 
stanowi — z władzą dość ograniczoną, naprzekór upomnieniom 
królewskim — mogą traktować każdy osobno. Dobrze, jeżeli zdo- 
będą się na solidarność klasową; jeszcze lepiej, ale to się już 
zdarza bardzo rzadko, jeżeli podadzą sobie ręce poprzez prze- 
gródki klas. Kto może, wyłamuje się z pod większości, przychyl- 
nej królowi ; kto chce lub musi, opuszcza większość opozycyjną 
i dogadza monarsze. Naprzykład, w r, 1345 po zapadłej uchwale, 
odrzucającej podatki, poszczególni panowie i miasta zobowią- 
zują się wobec króla zapłacić je, a nieco przedtem, w r. 1314, 
sławetny Stefan Barbette, mieszczanin paryski, podczas sesyi nie 
czeka na dyskusyę, nie ogląda się na towarzyszy, lecz przyrzeka 
imieniem stolicy płacić zasiłek pieniężny zamiast 5łużby wojsko- 
wej. Uchwała ogólna nie dochodzi do skutku, lecz pan Barbette 
zostaje związany swojem, że tak powiemy, liberum concedo ^). 
Podobne odosobnione pertraktacye poszczególnych panów lub 
miast, widać w prowincyi Limousin jeszcze w r. 1419^). Nie 
znaczy to, żeby zasada większości nie przemawiała do umysłów 
ogółu. Nietylko ona, ale cała teorya większości czeka gotowa 
na zastosowanie w Stanach, podobnie jak doczekała się jej prze- 
ważnie w życiu kościelnem, miejskiem i na wyborach. Kanoniści 
i legiści, postglossatorzy i komentatorzy, jak zobaczymy niżej, 
rozpisali się o niej szeroko i po swojemu subtelnie. Większość 
zresztą ma wszędzie powagę moralną, ma po swojej stronie do- 



1) Callery, Histoirc de Torigine des pouvoirs et des attributions des Ełats 
de 1355, 38-41. Sam Filip Piękny po gładkim przebiegu pierwszych Stanów 
Generalnych ma jednak poważne wątpliwości, czy kraj nszanuje uchwały o za- 
mianie służby wojskowej na opłaty, i rozsyłając delegatów, którzyby dopilnowali 
wykonania jej w lennacli, każe tłómaczyć opornym jej korzyści. 

-) Antoine Thomas, Les Etats Proviticiaux de la France centrale sous 
Charles VII, 1879, I, 50-1. 



— 57 - 

mniemanie Bożego objawienia; więc też np, rada miasta Nimes 
w r. 1359, zamiast obrać samodzielne stanowisko, zdaje się na 
decyzyę „zdrowszej", t. j. większej, części deputowanych prowin- 
cyi na sesyi w Montpellier '). 

Wszelkie autorytety moralne i teorye czekały na walną 
kampanię królewskości z żywiołami społecznymi. Wypadła 
ta kampania tak, że po wszystkie czasy może ona stanowić przy- 
kład, jak wpływa sprężysta władza monarsza na obyczaje i pra- 
widła postępowania zgromadzeń. „La cour pleniere" i pierwsze 
zjazdy stanowe, pomimo niejednokrotnego rozszczepiania się na 
nich pertraktacyi króla ze stanami, stworzyły koniec końcem po- 
jęcie wspólnej uchwały, względnie, wspólnej umowy króla z na- 
rodem, t. j. z trzema stanami. Naród, t. j. suma trzech stanów, 
akceptował nowe ciężary, o ile król uwalniał go od pewnych 
krzywd lub nadawał pewne wolności. Jednostki, grupy zrzeszyły 
się na wezwanie królewskie w stany, stany zsumowały się w na- 
ród. Otwarła się kwestya, jaką formę przybiorą zbiorowe zobo- 
wiązania stanów z koroną. Rozstrzygnięcie zawisło przedewszy- 
stkiem od faktu, że kler, rycerstwo i mieszczaństwo francuskie 
nie przeszły przez tak ciężką szkołę, jak Anglia za Plantagene- 
tów, nie nauczyły się solidarności, miewały zawsze chętkę do 
negocyacyi odosobnionych, a król Filip, Karol, czy też Ludwik 
Walezyusz nie pragnął nic lepszego : wśród izolowanych ukła- 
dów z trzema partnerami dwór bywał górą, bo mógł wybierać. 
Nie wypuścił też z rąk rzeczywistej władzy prawodawczej, nie 
odstąpił społeczeństwu takiej inicyatywy, jaką Anglicy zdobyli 
sobie od początku XV wieku. Francuzi nie dorośli przez cały 
czas istnienia Stanów Generalnych do zbiorowych czynów naro- 
dowych bez udziału króla. 

Lecz nietylko brak zgody w żywiole stanowym wychodził 
na zysk króla. Rozumując podobnie, jak nad stosunkami angiel- 
skimi, spytajmy o podstawy misyi deputowanych do Stanów 
Oeneralnych, a ujrzymy nieuniknioną ich słabość. Cała Francya 
-dzieliła się pod względem parlamentarnym na „pays d'etats'*, 
uposażone w prawo odbywania własnych stanów prowincyonal- 



') „Cum potestate finandi proiit sanior pars communitatiim linguae occi- 
tanae finabiint**, Just Paqiiet, Institutions provinciales, communalcs et corpora- 
4ives, 1835. 



- 58 - 

nych, i „pays d'elections", które prawa tego nie miały. Królowie 
domyślili się, że bezpieczniej będzie tu i tam przeprowadzać 
wybory do Stanów Generalnych poza Stanami prowincyonalnymi 
w dowolnie zakreślonych okręgach. Chodziło im o to, aby żaden 
deputowany nie posłował w swem przekonaniu od ciała samo- 
rządnego, na podobieństwo polskich posłów sejmikowych ; każ- 
dego miała obierać ludność, doraźnie ściągnięta w okręg admini- 
stracyjny, baillage lub senechaussee. W większości wypadków 
monarchizm stawiał na swojem, bardzo rzadko dopuszczając 
kompromis, który polegał na tem, że część posłów bywała od Sta- 
nów prowincyonalnych, a część od baillages i). W takich warun- 
kach czyż mógł wyrabiać się wśród wyborców i wybrańców ducłi 
wytrwałej opozycyi przeciw królowi w obronie praw partykular- 
nej zbiorowości ? Prowincye zachowywały wspomnienia minionej 
niezawisłości, to też starano się im odebrać historyczną indywidual- 
ność wraz z odrębnym głosem prowincyonalnym w ogólnem zgro- 
madzeniu Stanów. Okręgi nie miały wspomnień ani indywidual- 
ności, więc im właśnie nadano głos. Co więcej, prowincyonalizm 
i klasowość, zwalczane przez rząd królewski, same mimo- 
woli rywalizowały ze sobą : jeżeli pewna klasa chciała silnie 
stanąć przeciw królowi, to musiała zacierać w sobie rozłamy pro- 
wincyonalne, a gdy pewna dzielnica usiłowała stanąć okoniem 
przeciw centralizmowi, musiała dążyć do wywyższenia się ponad 
klasowość. W dodatku wybuchła i przeszła wśród niezmiejnie 
pouczających dla społeczeństwa doświadczeń wielka Wojna Stu- 
letnia. W jej krytycznych naprężeniach naród zrósł się moralnie 
w jedną całość, prowincye upadły nisko w porównaniu z monar- 
chią Walezyuszów, a monarcha, jako zwycięzca Anglików i wyo- 
braziciel jedności narodowej, wysoko wyrósł ponad klasy oraz 
prowincye, i położył ciężką rękę na ich samorządzie, 

Monarchizm francuski zachował swobodę zwoływania Stanów, 
kiedy mu się spodoba: mógł wybierać chwile przychylnych nastro- 
jów, omijać momenty wzburzonego niezadowolenia, mógł stroić 
się za przykładem Filipa Pięknego w autorytet większości naro- 
dowej. Zachował i rozszerzył w porównaniu z r. 1302, pomimo- 



') Esmein, Cours elementaire d'histoire de droit francais, I wyd., 1892». 
484-5, cyt. Mayera Des Etats Generaux et autres assemblees nationales, VII 425. 



- 59 — 

chwilowej przegranej za Jana Dobrego (1355—7), obszerne swoje 
atrybucye finansowe, które go uwalniały od potrzeby ubiegania 
się o względy stanów. Ustrzegł w swycti rękacli nietykalną prero- 
gatywę prawodawczą, i dlatego też, kiedy nastała krytyczna 
chwila roku 1576, gdy prąd wolnościowy „monarchomachów" 
porywał niemniej katolików jak hugonotów, i wszystkie trzy 
zgromadzone Stany w Blois uznały, że jednozgodne ich dezyde- 
raty powinny obowiązywać króla i), — Henrykowie przetrwali ten 
kryzys, i późniejszym zgromadzeniom kazali się prosić o prawo- 
dawstwo, podobnie jak ongi. Krótko mówiąc, jeżeli w Anglii nie 
było miejsca na zahartowanie mniejszości przeciwko ogółowi, 
bo wszyscy musieli być solidarni, to we Francyi królowie nie 
dali jej krzepnąć przeciw sobie, bo od czasu do czasu potrzebo- 
wali dla swej własnej powagi niekwestyonowanych orzeczeń wię- 
kszości. 

Sam partykularyzm ziemski dziwną drogą odwracał się we 
Francyi przeciw ugruntowaniu terytoryalizmu w ogólnym ustroju 
stanowym. Aby zrozumiałej to wyłuszczyć, sięgnijmy najprzód po 
porównanie z życia polskiego. U nas Kazimierz Jagiellończyk, 
jak zobaczymy niżej, za czasów wojny pruskiej i węgierskiej, 
apelując od sejmu walnego do „generałów" prowincyonalnych, 
przyjmując ofiary od jakiego tylko mógł sejmiku, choćby od zwy- 
kłego ziemskiego, ośmielał dążenia odśrodkowe ziem. Stawiał może 
chwilowo na swojem, robił politykę dynastyczną, lecz bez ża- 
dnego zysku dla zasady monarchicznej, a z niewątpliwym uszczerb- 
kiem centralizacyi państwowej. Inaczej królowie francuscy. Gdy 
oni przewidywali silny opór w zgromadzeniu generalnem, to „roz- 
drabniali" Stany według prowincyi (Etats fractionnes), alba 
wprost uciekali się do ofiarności Stanów prowincyonalnych i tędy 
wymijali, uprzedzali zwycięstwo opozycyi, nie osłabiając swej 
wyższej nad wątpliwość władzy zwoływania Stanów Generalnych 
i niezwoływania prowincyonalnych '). Jagiellończyk rozdrabniał, 



') Picot, Histoirc des ttats GenL'raux, III, 20. 

~\ Zdarzyło się w r. 1428, że czterech deputowanych Stanów prowincyi 
Rouergue wprost odmówiło udziału w posiedzeniu Stanów Gcnerainycli, zwoła- 
nych do Chinon, twierdząc, że zwylili radzić tylko u siebie, i król musiał im 
w tern dogodzić. Ale też było to w r. 1428, w najtrudniejszym momencie woj- 
ny z Anglią. Ob. artykuł Thomasa w Annales du iMidi, 1892, Nr. 13. 



- 60 — 

bo musiał — oni rozdrabniali, bo im tak było wygodniej. Co 
w ręku słabego Jagiellończyka stawało się mimowolnym taranem do 
rozbicia jedności państwowej, to samo służyło silnemu Walezyu- 
szowi do nieugiętego spełniania własnych zadań centralistycznych. 

Pozbawione ciągłości i wyszkolenia, nie dopuszczane do 
głosu niekiedy przez pół wieku bez przerwy, Stany Generalne 
stały się też przeważnie miękkim, podatnym materyałem dla kró- 
lów do wszelkich operacyi i wyraźnie dojrzewały do absolutyzmu ^). 
Monarchizm rósł w siłę, środki i mądrość. Stany, raz tylko, w r. 
1484, zdobywszy się na program i ustrój ogólno-narodowy, tudzież 
na wygłoszenie przez usta Filipa Pot idei zwierzchnictwa ludu ^), 
staczały się potem w dół wśród zajadłej kłótni wewnętrznej. 
Walezyusz z suzerena stawał się suwerenem ; członkowie izb nie 
umieli wchłonąć w siebie roli piastunów zwierzchnictwa, pozosta- 
wali w zasadzie raczej posłusznymi poddanymi. A do poddanych 
można było zawsze mówić po pańsku. Król Jan Dobry słał 
komisarzy do Stanów normandzkich z taką instrukcyą, aby 
w razie ukazania się na sesyach ludzi przeciwnych, opornych, 
niezgodnych, odsyłali ich razem z ich argumentami, odpowie- 
dziami i wszystkiemi okolicznościami sprawy przed oblicze króla- 
sędziego ^). Niem.a co wątpić, że krnąbrny poddany, czy też wa- 
sal, wolał unikać takiego zaproszenia. 

Zważmy jeszcze naturalną potrzebę solidarności między 
członkami jednego stanu wśród wytężonej rywalizacyi z innymi 
stanami o nowe prawa i korzyści, albo o uniknięcie szkód, a bę- 
dziemy mieli przed sobą całkowity poczet czynników, które zło- 



•) Octave Tixier, Les theories constitutionnelles ou de la sonverainete aux 
Etats Generaux de 1484, 124-5. 

2) Picot, j. w., I, 351 sq. : tym razem trzy stany społem obierały deputo- 
wanych. Ob. też tom II passim ; Yiollet, III, 230. 

3) Alfred Coville, Les Etats de Normandie, leiirs origines et leur deve- 
loppement au XIV siecle, Paryż 1894, 355-6 ; oto słowa instrukcyi dla komisa- 
rzy : „Si vero, quod absit, ipsorum aliąuem vel aliąuos łiujusmodi tam pro lau- 
dabili ac pro necessario nostre intentionis proposito inveneritis dissentire, im- 
pedimentum facere aut aliter ąuolibet obviare, ipsum vel ipsos, de ąuibus vobis 
Yldebitur, expedire ad certos et competentes coram nobis, ubicumąue fuerimus, 
super premissis comparituros personaliter adjornetis, de nominibus adjornatorum, 
responsionibus eorum ac aliis circumstanciis et dierum assignationibus nos per 
vestras litteras plenius certificare curantes". 



— 61 — 

żyły się na przezwyciężenie w Stanach francuskich owej jedno- 
myślności, jaka wypływała z pierwotnej ich budowy indywiduali- 
stycznej. Monarchizm odegrał wśród tych czynników rolę praw- 
dziwie królewską, wszechwładną. On stworzył francuskie rządy 
większości, ukuł z nich dla siebie narzędzie, i o ile wiadomo, 
nie próbował ich dezorganizować nawet w rzadkich momentach, 
kiedy większość czyniła mu wstręty. Filip Piękny zrobił szczę- 
śliwy początek, osiągając w r. 1302 prawie zupełną jednomyśl- 
ność Stanów przeciw papieżowi ') ; później taka sama prawie-je- 
dnomyślność przysłużyła się do zgnębienia Templaryuszów. Oręż 
prawa większości zaostrzał się, hartował, nabierał mocy do ła- 
mania z czasem silniejszych nawet opozycyi, a nietylko odoso- 
bnionych jednostek. Ostatni dobitny odgłos zaprzeczenia woli 
większości dochodzi nas z r. 1356, kiedy Pikardya i Normandya 
oparły się poborowi podatków, uchwalonych bez ich udziału 
prze^ „większość osób trzech Stanów", i zaprotestowały z zupeł- 
nem powodzeniem przeciw wszelkim nowym decyzyom tychże"'^). 
Zaraz w tymże roku 1356, osiemdziesięciu deputowanych za ini- 
cyatywą Roberta le Coq'a sprzysięgło się na zachowanie sekretu 
obrad i na to, aby skłonić zgromadzenie generalne do aprobaty 
i wykonania decyzyi większości ^). Naturalnie, pozostała nadal 
we Francyi bez normy i pozostaje wszędzie bez wyjścia taka 
sytuacya, kiedy niepodobna przejść od większości względnej 
(np. Vi o głosów contra ^/lo i ^/lo) do bezwzględnej. Tak stało się 
np. na sesyi orleańskiej r. 1560, kiedy 8 prowincyi uchwaliło 
wspólne „cahier" do podania dworowi w 100 artykułach, 9 innych 
zredagowało inne „cahier" w 55 artykułach, 10 jeszcze innych — 
76 artykułów, a nadto jeszcze niektórzy ze szlachty wybierali się 
podać królowi zażalenia osobne ^) Na takie rozbicie głosów nie 
było i niema rady. 



>) Hervieu, Recherches sur les prcmicrs Elats Gćnórau.K etc. Paris 1879. 
Glasson, Histoire du droit et des institutions de la France, Paris 1893, V, 445, 
por. Bibliotheąue de TEcole de Cliartes, I, 1860, str. 22. 

2) Picot, I, 40-1. 

3) Arthur Desjardins, Etats Gćneraux, 1355-1614, Paris 1871. Wogóle, we- 
dług Picota, I, 82, za panowania Jana „une majoritć dc deputes ardcnts au 
bien public" wytrwale przeprowadza swe uchwały. 

4 1 Picot, II, 211-2. 



- 62 — 

Zato, gdziekolwiek można było zastosować prawo większo- 
ści absolutnej, stosowano je nieugięcie i, jakby na dowód, że 
jest ono mocniejsze, niż wiele innych reguł, naginano do niego 
bez ceremonii inne zasady życia parlamentarnego, byle w zmie- 
nionych warunkach wygnieść tern twardem narzędziem z mięk- 
kiego zgromadzenia pożądany rezultat. W żadnym kraju król nie 
gospodarował tak samowolnie wśród wybrańców ludu, nie prze- 
sadzał ich tak i nie grupował według swego zachcenia, jak we 
Francyi '). Obradowano i głosowano według prowincyi, według 
biur, według okręgów wyborczych, najrzadziej, i to tylko w dro- 
bnych kwestyacli porządku dziennego, według osób (par tetes) ; 
ten ostatni sposób głosowania, przy ustalonych wyborach z listy, 
wydawał się niezgodnym z istotą mandatu poselskiego. Jak- 
kolwiek zresztą zasiadano i głosowano, działo się to zawsze we- 
dług nakazu rządu, a nie według ustalonego zwyczaju. Lichym 
przedstawicielom interesów stanowych było wszystko jedno, jak 
ich posadzą, byle nienadto obciążano ich podatkami. Deputowa- 
nych z r. 1484 np., przybyłych z potrójnym mandatem od wy- 
borców wszystkich stanów, podzielono na sześć biur terytoryal- 
nycłi ; przewodniczący próbował wyzyskać na rzecz opozycyi gło- 
sowanie „par bailloges", przez co przewagę zdobyłyby sekcye 
paryska i Langue d'Oil ; cztery inne sekcye zgodnie z życzeniem 
dworu odrzuciły ten projekt; ta sama większość nie pozwoliła 
podać królowi dezyderatów (cahier) rozumniejszej mniejszości 2). 
Roku 1560 w Orleans widzimy znów głosowanie według stanów-); 
w r. 1576 król zleca jednemu z posłów, Piotrowi de Blanchefort, 
aby szlachta zasiadła „par gouvernenients"' : zleceniu staje się za- 
dość. Duchowieństwo miało ochotę ugrupować się według pro- 
wincyi metropolitalnych, ale, jak zwykle, ustąpiło. Jeden z mie- 
szczan, którzy siedzieli znów według okręgów wyborczych, Piotr 
Belin, upomniał się o oznaczenie raz na zawsze normalnego trybu 
zasiadania: skutku nie osiągnął. Znakomity Bodin, jeden z kory- 
feuszów tego zgromadzenia, po głosowaniu w sprawie pacyfika- 



^) Tixier, j. w., przytacza przykłady walki o większość przez grupowanie, 
wspomina i o innych sposobach pośredniego nacisku dworu na wynik uchwał. 

2) Picot, I, 357. 

3) Picot, II, 191. Edmund Charleviile, Les Etats Generaux de 1576, Pa- 
«ryż 1901, str. 126. 



— 63 — 

cyi, gdzie zwyciężyli wrogowie tolerancyi, zwracał uwagę, jak 
niesłuszne jest ugrupowanie par gouvernements : przegłosowana 
szlachta z Guyenny miałaby przy osobistem wotowaniu 17 kre- 
sek, a zwycięzcy prowansalczycy tylko dwie. Zbyteczna dodawać, 
że król Henryk III nie usłuchał Bodina i wolał nadal stosować 
swoją niezrównaną geometryę parlamentarną. Nieco później, gdy 
wciąż jeszcze nie udawało się wydobyć środków na zbrojną pacy- 
fikacyę wewnętrzną, t. j. na wojnę don.ową, dwór forsował wy- 
znaczenie ku temu delegacyi z 60 osób, w której stan trzeci 
byłby o połowę słabiej reprezentowany, niż dwa wyższe stany. 
Świadczyło to, źe w oczach rządu nawet równość konstytucyjna 
trzech stanów ulega zakwestyonowaniu ; interes wiary świętej 
kazał dla uśmierzenia różnowierców preparować sztuczną wię- 
kszość w delegacyi, na którą spłynąć miał cały autorytet Sta- 
nów. To już trąciło zupełnem naruszeniem kardynalnej zasady ró- 
wnowagi społecznej. Tym razem też ostrzeżenia Bodina odniosły 
tryumf, i nawet niesłuszne ugrupowanie par gouvernements nie 
uchroniło od upadku sprawy funduszów na wojnę domową '). 

Śledziliśmy kształtowanie się nowożytnych prawideł tworze- 
nia woli zbiorowej w obrębie stanów od początku aż do krań- 
cowego punktu, bo aż do tego stadyum, kiedy zasada większo- 
ści okazała się twardszą, niż wiele innych zasad, i — rzecz szcze- 
gólna — ani razu nie przyszło mówić o instrukcyach ziemskich. 
Jakgdyby we Francyi veto poselskie nie znajdowało nigdy i ni- 
gdzie tej swojej rzekomej „kolebki", tej niewątpliwej, owszem, 
dla siebie podpory. Owóż przeciwnie. Francya była klasycznym 
krajem cahiers i doleances, a Stany Generalne były naj podatniej - 
szym terenem do stosowania mandatu imperatywno limitacyjnego : 
tylko, że z pomocą królewską, umiano tam na drodze do osią- 
gnięcia woli ogólnej wyminąć, odwrócić w bok jego działanie. 

W pierwszej polowie XIV wieku zdarzało się nieraz, że 
poszczególni deputowani, a niekiedy całe stany (np. kler i mie- 
szczanie w r. 1321, mieszczanie sami w r. 1351) odnosiły sprawę 
projektowanych podatków do wyborców -). Zjawisko to, właściwe 



') Picot, III, 26 sq, 39, 55, 63 sq. 

2) Picot, I, 29, 32; Yioilet, III, 198-9; Esmein, j. w., 476, zdaniem naszem 
trochę zbyt ogólnikowo twierdzi, że „tout le systeme des ćlcctions aux Etats 



— 64 — 

nietylko Francyi, ale wszystkim krajom, gdzie funkcyonowały 
zgromadzenia stanowe. Przykłady takie nie znikają i później^ 
aczkolwiek apel do wyborców traci na skuteczności. Stosunek 
między zjazdem a żywiołami wyborczymi zawsze układa się we- 
dług typu mandatu, nie przekształca się w pełnomocną reprezen- 
tacyę całego kraju, jak w Anglii, ale też nie przeprowadza w pra- 
ktyce ostatnich konsekwencyi mandatu. Deputowany przywozi ze 
sobą zwykle instrukcyę prywatną i publiczny cahier ; pierwsza 
dyktuje sposób postępowania, drugi — cel do osiągnięcia. Je- 
szcze podczas posiedzeń Stanów w Blois deputowani kleru za- 
czynają uzasadniać swe żądania v/yznaniowe w ten sposób : 
„Wszystkie nasze zlecenia (procurations), stanowiące fundament 
naszych układów (negociation), wyraźnie każą nam żądać jednego 
tylko nabożeństwa i odbierają nam możność zgadzania się wprost 
lub pośrednio na coś innego" '). Zmieniły się jednak czasy, i zmie- 
nił się duch takiej litery prawa : za Henryka Walezyusza więcej tkwi 
w powyższych słowach polityki, mniej dogmatu prawnego, niż 
przed wiekami. Mandat jest punktem wyjścia przetargów, 
a nie ostatniem słowem woli wyborczej. Bodin umiał go 
cytować, gdy mu to było dogodnem, ale umiał też dla racyi takty- 
cznych „akomodować się" do zdrowszych opinii. Przeciwnicy także 
umieli mu zarzucić, że domaga się tego lub owego bez instrukcyi. 
Uważniejsze zastanowienie się nad charakterem ograniczo- 
nych pełnomocnictw poselskich wytłómaczy nam sekret ich bez- 
silności przeciw majoryzacyi. Według utartego poglądu mandat 
nakazczy w sprawach publicznych, podobnie jak wszelki mandat 
w prawie cywilnem, dopuszcza, po pierwsze, możność sądownego 
dochodzenia szkód i strat na niewiernym pośle; powtóre, upo- 
ważnia wyborców do wyparcia się posła (desaveu). Co do pierw- 
szej zasady, p. Edmund Charleville znajduje ją podczas sesyi 
1576 r., „jasno stwierdzoną samą przez się i przez konsekwen- 
cye z niej wynikające". Nie przytacza zresztą na to żadnych bez- 
pośrednich dowodów źródłowych, przyznaje, owszem, że niema 
przykładu sądownego ścigania deputowanych. Możnaby spytać, 



Generaux, tel qu'il se developpa, ne fut lui-meme au fond qu'une application 
du contrat de mandat". Niżej będzie mowa o pewnych odstępstwach od kon- 
strukcyi takiej umowy. 

') Charleville, j. w., str. 70 sq. 



— 65 — 

czy w takim razie i inne oznaki, świadczące o istnieniu rzeczonej 
zasady, np. świadectwo posła o grożącej mu odpowiedzialności, 
nie są taktycznym jedynie wykrętem, aby się wymówić od zgody 
na podatek. Wnioskowanie zaś tegoż autora z konsckwencyi nie 
wydaje się ścisłem. Były próby ze strony wyborców zaprzecze- 
nia Bodinowi kompetencyi do oświadczenia się za pokojem reli- 
gijnym i odebrania mu pełnomocnictwa; on sam kwestyonował 
ową zaczepkę wyborczą tylko ze strony formalnej, zwracając 
uwagę, że nie wszyscy wyborcy chcą mu odebrać mandat. Rada 
królewska uwzględniła to i uznała w danym razie odwołanie za 
nieważne'). Przypuśćmy, że naprawdę przeważało wówczas 
w Blois zdanie, iż można odwołać nieposłusznego posła: z pe- 
wnością jednak nawet odwołanie nie unieważniałoby oddanych już 
przezeń głosów, chociażby wbrew intencyi mocodawców, a tylko 
takie wsteczne działanie protestów stałoby na przeszkodzie rzą- 
dom większości. Znane są tylko dwa przykłady zupełnego wy- 
parcia się przez wyborców zarazem i posła i uchwały w la- 
tach 1357 i 1382, a więc o dwa stulecia wcześniej^); skoro zaś 
niema ich więcej, a mandaty rzadko dawały się zupełnie zhar- 
monizować z narzucanemi uchwałami, musiał normalny pogląd 
biedź w innym kierunku. Decyzye króla i stanów były ważne, 
chociażby wyborcy byli im przeciwni, jeżeli tylko posłowie gło- 
sowali na własną odpowiedzialność za wnioskami. 

Rozumieli to różni deputowani opozycyjni, naprzykład, na 
sesyi roku 1576, i choć protestowali raz po raz ustnie lub piś- 
miennie przeciw decyzyom większości katolickiej, chociaż żądali 
zaprotokołowania protestów albo osobnych dezyderatów (cahiers 
particuliers) — na co przewodniczący replikował pytaniem, zali 
mają upoważnienie do stawiania takiego oporu — ale zebrań nie 
zrywali i zerwać nie mogli ^). Jeden z wybitniejszych oponentów 
Piotr de Blanchefort, oznajmia imieniem prowincyi Nivernais, iż 
kazano mu obstawać przy edykcie pacyfikacyjnym, on jednak 
uznaje się „pokonanym przez większość głosów", tylko żąda za- 



1) Les Etats Gćnćraux de 157(5, 86 sq. 

2) Yiollct, III, 198. Mayer, VII, 378-9: w r. 1382 „les dćputćs de la pro- 
vince de Sens outrcpassercnt Icurs pouvoirs et fiirent dćsavoues par icurs coin- 
mettants qui ne payerent point le subsidc accorde". 

3) Picot, III, 28 sq. 

5 



— 66 — 

protokołowania swego wotum. Skutki zaprotokołowania nie da- 
wały się zupełnie jasno przewidzieć. Blanctiefort, jako „poko- 
nany", nie kwestyonował sam ważności ucłiwał, cłiciał tylko oczy- 
ścić się przed bracią. Inna rzecz, czy wyborcy nie zeclicieliby 
ignorować ucłiwały, przeciwnej icłi życzeniom. Wobec tej niepe- 
wności prezydyum Stanów odmówiło Blancłiefortowi żądanego 
poświadczenia. Podobna odmowa spotyka takież żądanie dwócłi 
grup opozycyjnych! w roku 1614^). 

Nie znaczy to, żeby mandat wogóle był bezsilny : znaczył 
on dużo i regulował stanowczo zobowiązania posła wobec wy- 
borców, ale nie mógł stawać wpoprzek większości. Przeciwko 
niej wszelki apel do mandatu bywał tylko manifestacyą, jak np. 
w r. 1593 na posiedzeniu Stanów Ligi Katolickiej, kiedy naj- 
śmielszy rzecznik umiarkowanego obozu, Du Vair, zaoponował 
w imię niepodległości narodowej przeciw projektowanemu przez 
księcia Mayenne wezwaniu na tron arcyksięcia Habsburga. Du 
Vair wyszedł z sali na czele stronników, argumentując, że depu- 
towani z Isle de France nie mają dostatecznycłi pełnomocnictw do 
takiej sprawy. Oczywiście, sesyi nie zerwał i nie obiecywał so- 
bie tego. Całkiem inaczej było, kiedy przewaga liczebna była po 
stronie mandatów opozycyjnych : w Blois roku 1588 stan trzeci 
oświadczył królowej, że mu się nie godzi zdradzać wyborców, 
łamiąc Jeur plus imperieux mandat'' ^). 

Nie zabiła też instrukcya we Francyi rządów większości, 
ale niemniej wywarła na życiu parlamentarnem swój zabójczy 
skutek: przytłumiła w wybrańcacti ludu poczucie odpowiedzial- 
ności wobec całego narodu, sparaliżowała obronę Stanów Ge- 
neralnych przed zwycięskim pochodem absolutyzmu. Sama do- 
trwała do r. 1789; ozwała się wówczas gromkiem echem pamię- 
tnych cahiers po całej Francyi, ale w zestawieniu z pociągają- 
cym angielskim wzorem reprezentacyi okazała się anachronizmem. 
Uległa też miażdżącej krytyce takich parlamentarystów, jak 
Talleyrand, Biaurat, Lally Tollendal, Barere (7—8 czerwca 1789), 
i znalazła koniec w uchwale Konstytuanty z d. 8 lipca t. r. ^). 



1) Picot, IV, 216, por. V, 146. 

2) Picot, III, 400; IV, 93. 

3) Ob. Hćlie, Les constitutions modernes, 24-5. 



— 67 — 

W bliskim związku z wyrobieniem zasady większości stoi 
mna kwestya francuskiego prawa państwowego z epoki rządów 
stanowo-monarciiicznych. Było to jedną z najsłabszych stron da- 
wnej francuskiej maszyny parlamentarnej, że cokolwiek podawano 
królowi w cahiers z mniejszą lub większą stanowczością i naci- 
skiem, wyrażało wolę jednej klasy społecznej, albo też działają- 
cych osobno dwóch lub trzech klas, nigdy zaś nie brzmiało całą 
pełnią głosu narodowego. Widoczna większość narodu francu- 
skiego wtedy tylko stawała oko w oko z królem, gdy składały 
się na nią trzy większości poszczególnych klas; ale i wówczas 
łatwo powstawała pokusa do rozbicia jej przez zakulisowe per- 
traktacye z jednym stanem. W burzliwym okresie rewolucyi mie- 
szczańskiej 1355 — 7 r. stan trzeci, czując swoją wyższość licze- 
bną nad każdym z dwóch stanów uprzywilejowanych, zaczął dą- 
żyć do zabezpieczenia się przed majoryzacyą z ich strony. Czte- 
rokrotnie podawali deputowani miejscy królowi do sankcyi 
w Wielkim Ordonansie (art. 1, 5, 6, 27) zasadę, stale odtąd sza- 
nowaną, iż decyzye zjazdów generalnych stanowione być mają 
jednomyślnością trzech stanów '). 

Gdyby mieszczaństwo poczuło jeszcze wyraźniejszą prze- 
wagę, uparłoby się może przy bezwzględnej majoryzacyi przez 
osobiste głosy poselskie. Taki duch panował istotnie wśród mie- 
szczan Langwedocyi w r. 1552 : kiedy duchowieństwo i szlachta 
domagały się spisania swego odrębnego wotum (inaczej bowiem 
„les ungs seroient opprimes des autres contrę kur debvoir''), trzeci 
stan nie wahał się replikować, że taki tryb wotowania narusza 
„porządek i formę po wszystkie czasy tu zachowywaną" -). 

W Bearn rzecz miała się odwrotnie. Tam duchowieństwo 
razem z baronami i drobną szlachtą tworzyło „Wielkie Ciało" ; 
drugą izbę napełniało mieszczaństwo. Jeżeli te dwa zgromadze- 
nia dochodziły do niezgodnych postanowień, to projekt pierw- 
szego, „Wielkiego", szedł razem z motywacyą pod rozwagę dru- 
giego; potem wracał, skąd wyszedł, i to się powtarzało, podo- 



1) Picot, I, 99 sq. 

-) Paul Dognon, Les institiitions politiąucs et administratives du pays 
de Langucdoc, 266-7. Cytując to miejsce, Andrć Marchadier, Les Etats Gene- 
raux sous Charles VII, Bordeaux 1904, datuje glosowanie „a la majoritć des 
personnes fćodalcs" w Langwedocyi już od połowy XV wieku. 

5* 



— 68 — 

bnie, jak między lordami i gminami, dopóki nie nastała zgoda. 
Jeżeli natomiast rozłam zachodził w samem „Wielkiem Ciele",, 
naprzykład, między szlachtą z jednej strony, a klerem i mie- 
szczaństwem, działającymi zgodnie, z drugiej, to również o majo- 
ryzacyi nie mogło być mowy. Szlachta miała swoje zbiorowe 
veto przeciwko wszystkim decyzyom nawet wtedy, kiedy walczyła 
z najbliższymi kolegami. Ona też tylko z pomocą stanu trzeciego 
mogła w zasadzie zadać gwałt duchowieństwu, jakkolwiek kró- 
lowa w takim przypadku (1506 r.) wolała nie przyjmować daru, 
uchwalonego przez Stany wbrew klerowi, niż stwarzać precedens, 
szkodliwy dla tego ostatniego ')• 

W Stanach atoli Generalnych francuskich, nie mając zape- 
wnionej nietylko całkowitej przewagi, ale i równowagi wobec 
kleru i szlachty, burżuazya stawała od początku do końca przy 
zasadzie niezawisłości każdego stanu. Bodin autorytatywnie do- 
wodził w zgromadzeniu 1576 roku, i podobnie pisał w „Sześciu 
księgach o Rzeczypospolitej", jako we wszystkich królestwach 
chrześcijańskich panuje stary zwyczaj, że dwa stany nic nie mogą 
uchwalić przeciwko trzeciemu. Dobrą chwilę wybrał mądry poli- 
tyk, bo właśnie wówczas duchowieństwo wyjątkowo przychylnie 
było nastrojone dla jego teoryi z obawy, iż żywioł świecki mógł- 
by zwalić na nie dwoma głosami niepomierne brzemię podatkowej. 

Słowem, zasada liczebna, propagowana we Francyi przez 
rząd królewski, przez duchowieństwo i legistów, chętnie przyjęta 
przez mieszczaństwo, a narzucona raczej z góry rycerstwu, opa- 
nowała życie publiczne każdego zosobna stanu, lecz cofnęła się 
przed niezawisłością stanów i rozbieżnością ich tendencyi. Nieza- 
wisłość ta i rozbieżność obróciły w utopię ową jednomyślność, 
pod warunkiem której, według zapatrywań popularnych w roku 
1576, uchwała reprezentacyi obowiązywałaby króla ; one też po 
upływie jednego pokolenia (1614) podcięły korzeń samej insty- 
tucyi Stanów Generalnych. 



1) Cadier, j. w., 270. 

2) Picot, 111, 65 sq. ; V, 149. Por. Miyer, VI, 394-401. 



ROZDZIAŁ IV. 

"Niemcy. Chaotyczna Rzesza. Zly przykład z góry. Pola Marcowo - Majowe. 
Samorząd ziemski i gminny. Die Folgę. Sejm niemiecki za dynasłyi saskiej 
i frankońskiej. Konsolidacya za Hohenstaufów — bez ugruntowania rządów wię- 
kszości. Prawo pięści i płynące zeń nauki. Walka o pełnomocnictwa. Czasy lu- 
ksemburskie. Mniejszość broni się mandatem. Rozprzężenie w wieku XV. Za- 
sada większości zwycięża za Habsburgów. Podział głosów w sejmie Rzeszy. 
Itio in partes. Elekcye królów. Strona podmiotowa tego aktu. Jednostkowa 
przysięga i hołd. Wybory powtórne. Przejście od koncepcyi subjektywnej do 
objektywnej przez stopniowe zbieranie jednogłośnych wotów. Wyodrębnienie 
grona elektorów umożliwia rachunek głosów i osłabia nacisk zewnętrzny. Gło- 
sowanie w samorządzie miejskim. Szybki postęp majoryzmu. Niesforne sejmy 
krajowe : Meklemburgia, Szlezwik-Holsztyn, Palatynat, Śląsk. 

Monotonną skargę na brak materyału źródłowego tudzież 
opracowań konstrukcyjnych naszej kwestyi trzeba znów powtó- 
rzyć przed rozważaniem jej w dziedzinie niemieckiej, pomimo 
gotowości, z jaką umysł germański wyszukuje w przeszłości 
swego narodu objawy przypisywanego sobie indywidualizmu. 
Niemcy zrobili dużo celem wyjaśnienia początków rządów wię- 
kszości — ale odkrycia ich są w słabym stosunku do ogromu 
komplikacyi, jaką nastręcza odnośnie do tego zagadnienia bez- 
ładna ich Rzesza. Święte Cesarstwo Rzymskie niemieckiego na- 
rodu, to ani państwo jednolite, ani związek stanów : jest to zle- 
pek grup różnego kalibru i układu. Są w nim głosowania elekcyjne, 
prawodawcze, skarbowe, sądowe ; są głosowania w sejmie po- 
wszechnym i w sejmach stanowych poszczególnych krajów, roz- 
winięte są różne formy samorządu ; jest ciągła walka centralizmu 
z decentralizacyą i częste sukcesy tej ostatniej, ciągłe skupienia 
i ciągle rozluźnienia. Racyonalistyczny, przynajmniej od końca 



— 70 — 

Wieków Średnich, nastrój umysłów wobec nader irracyonalnej rze- 
czywistości; wcześnie gotowe teorye o major et sanior pars, pra- 
ktyka chwiejna do najpóźniejszych dni. Nigdzie też nie jest tak 
wskazaną, jak przy badaniu parlamentaryzmu stanowego Niemiec, 
ustawiczna pamięć o tych trzech prawdach, że w pierwocinach 
formacyi woli zbiorowej niema ani momentalnych stanowych gło- 
sowań, ani wolnej bez szranek sfery działania legislatury, ani też 
niema — w większości wypadków — ostatecznych uchwał co do 
pewnych kwestyi bez odsyłania ich pod sankcyę jedynowładcy. 
Zdarzają się raczej stopniowe układy celem ściągania wotów na 
jedną osobę lub jedną czynność, sfera prawodawstwa i zbiorowej 
administracyi bywa bardzo ograniczo:ia przez udzielność lub 
przywileje uczestników; ponad zgromadzeniem stoi przeważnie 
cesarz, król, książę, niezbędny i właściwy prawodawca i rozka- 
zodawca. Nie da się zaprzeczyć nigdzie, ani w Anglii, ani we 
Francyi, ani w Niemczech, że raczej sejm lub parlament bywa 
wzorem dla samorządów, sejmików, gmin, niż naodwrót. Aliści 
przykład sejmowy działa w Niemczech właśnie na szkodę reguły 
większości : prędzej ona dojrzewa we wszystkich innych zastoso- 
waniach, niż w najwyższym organie Rzeszy. Pozatem zgady- 
wać można różne wypadki wzorowania się i zapożyczania zasad 
między różnego typu zgromadzeniami, ale kierunku ich i siły 
wymierzyć dotychczas ani w przybliżeniu nie sposób. 

Najdawniejsze obrady Niemców, te o których pisze Tacyt, 
stanowią wspólną pamiątkę i dobytek ich oraz Francuzów. Z obrad 
tych, jak i z późniejszych Pól Marcowo-Majowych Merowingów 
i Karolingów, nie dolatuje nas żaden odgłos regularnej dyskusyi. 
Słychać tylko znany szczęk broni (fremitus armorum), potrząsa- 
nej lub uderzanej na znak zgody, albo też pomruk, v/yraz nie- 
zadowolenia. Niekiedy poprzedzają te odgłosy odosobnione prze- 
mówienia starszyzny. Według kronikarza Hinkmara, który bodaj, 
że wiedział o Polach Majowych więcej, niż one same o sobie 
wiedziały, starszyzna zjeżdżała się za Karola Wielkiego dla urzą- 
dzenia narady (propter concilium ordinandiim), ludzie zaś mniejsi 
dla przyjęcia tejże rady, niekiedy zaś dla traktowania o niej i po- 
twierdzenia jej — nie własną mocą, lecz tylko swem rozumieniem 
i zdaniem, (minores propter idem concilium suscipiendum et in- 
terdum pariter tractandum et non ex potestate, sed ex proprio 



— 71 — 

mentis intellectii vel sententia confirmandum) ') Że te pochrząsty 
i pomruki są jednomyślne -), i źe tylko takie znaczą coś dla króla, 
łatwo zmiarkować, znając naturę podobnych zebrań pierwotnego 
rycerstwa w różnych krajach. 

Rozpadniecie się monarchii Karola Wielkiego i wystąpienie 
nowych, nawet coraz to nowszych państewek w Niemczech, wy- 
twarza w dobie dynastyi saskiej wielki chaos na zgromadzeniach. 
Zamiast jednostajnych „Pól" rycerskich mamy tu już sejm z naj- 
wydatniejszą funkcyą sądową, jakkolwiek wyroki sądowe, uchwały 
poHtyczno-wojenne i ustawy zlewają się jeszcze w jedną splątaną, 
nieokreśloną masę. Niewiadomo, o ile zdanie większości sejmo- 
wej, t. j. większości wasali owych czasów, obowiązuje króla w ja- 
kiejkolwiek materyi. Nasz Mieszko II np, został w r. 1015 uwol- 
niony po paru latach zakładnictwa, pomimo, że ogromna wię- 
kszość z arcybiskupem magdeburskim Geronem wypowiedziała 
się przeciw temu, i nie było z tego powodu głośnych krzyków 
na despotyzm cesarski. W każdym razie wyodrębniają się na 
przyszłe czasy dwa szlaki rozwoju. Osobno wypada śledzić spo- 
soby stanowienia uchwał za życia króla w sprawach administra- 
cyjno - prawodawczych, mniej lub więcej dających się odłożyć, 
osobno zaś nieodwłoczne elekcye królów podczas interregnów. 
Tak na sejmy, jak na elekcye zjeżdża żywioł społeczny, który 
stopniowo wdraża się w samorządzie miejscowym do pewnych 
reguł obradowania, przywozi poczucie tych reguł na punkt cen- 
tralny Rzeszy, ale też odwozi stamtąd do dzielnic mniej budu- 
jące sugestye sejmowe. 

Ów samorząd, rozumiany tu w najszerszym sensie, jako 
udział w funkcyach publicznych, administracyjnych lub sądowych 
samego społeczeństwa, rozwijał się poza miastami w związkach 
ziemskich (Markgenossenschaften) i gminach wiejskich (Bauer- 



•) Zocpfl, Rcchtsgeschichtc, II, 2, 115; Yiollct, I, 202, 204; Sickcl, Die 
MeroYingische Volksversammlung, Mittciliingen d. Inst. fiir Oestcrr. Gcschichts- 
forschung, 1888, str. 298. 

2) Podobnie w rzecz) pospolitej Gotlnndzkicj o landtingach często sły- 
chać : „so sind alle Manncr iibcrcingckommcn", Hegel, Stadt und Gcineinde 
der germanischen Yolkcr im Mittclaltcr, I, 301 ; wnet zresztą po zaprowadzeniu 
chrześcijaństwa tamtejsze sądy kollegialne przyjęły w swych orzeczeniach o pra- 
wie obowiąziijącem regułę większości. 



— 72 — 

schaften). Tutaj, że użyjemy słów Gierkego, członkowie zrzesze- 
nia „stanowili uctiwały zawsze jednomyślnie, a obwoływali je- 
dnogłośnie. Że decyzye, krzywdzące osobne prawa poszczegól- 
nycti członków, wymagały ich zgody, to rzecz zrozumiała ; atoli 
nieraz zaliczano do nicłi również, z punktu widzenia dawnej 
wspólnej własności ziemskiej, przyjęcie nowycłi członków, upra- 
wnionycii do udziału, i wszelkie rozporządzanie wspólnym grun- 
tem (AUmende) albo dochodami z niego na korzyść niestowa- 
rzyszonych, W takich zatem wypadkach przyznawano każdemu 
stowarzyszonemu prawo sprzeciwu, wygasające dopiero po upływie 
roku i jednego dnia, jeżeli się interesowany z niem nie odezwał". 
Zresztą i wówczas, kiedy chodziło o wykonanie praw zbiorowości 
albo o wspólne dobro, o wskazanie prawa albo prawodawstwo, 
o obiór przełożonego albo urzędnika, potrzebny był akt zgro- 
madzenia bez wewnętrznego rozłamu. Jeżeli większość odnosiła 
przewagę, to tylko de Jacto, nie de Jurę. Dopiero w wieku Xni 
zaczęła w gminach przebijać zasada nowożytna, pokrewna zna- 
nym lormułom Ulpiana i Scewoli. Pierwszy wypowiedział się za 
nią Sachsenspiegel (około r. 1230); po nim regułę większości 
rozciągnął Schwabenspiegel (około r. 1260—70) również na gminy 
miejskie. Była jednak głęboka różnica między jasnem, bezwzglę- 
dnem stawianiem kwestyi przez prawników rzymskich, a roz- 
strzyganiem jej przez Germanów. Ci ostatni, w danym razie rze- 
czywiście wierni zasadom indywidualizmu, nie przechodzili do 
porządku nad tern, co się działo w duszy przegłosowanych, ale 
żądali od nich przystąpienia do większości celem stworzenia woli 
jednomyślnej. Takie zobowiązanie do zaniechania oporu nazy- 
wało się Folgę, coLlaudatio communis quae volga dicitur, jak po- 
wiada pewne orzeczenie (Weistum) z r. 1340 '). Sama „folga" sta- 



^) Gierkę, Majoritatsprinzip, 318-9, Genossenschaftsrecht, II, 482-3. Mait- 
land, Domes Day Book and beyond, 350, przytacza artykuł De migrantibus 
ustawy salickiej, według którego przybysz musiał opuścić wioskę, jeżeli prze- 
ciwko niemu zaoponował choćby jeden z jej członków. (Por. Waitz, Das alte 
Recht der Salischen Franken, 253-4). Winogradów, The growth of the Manor, 
260 n. 20, słusznie ostrzega przed wysnuwaniem z tego artykułu wniosków 
o szczególnym germańskim indywidualizmie, jak to czynili Pollock i Maitland, 
History of the English Law, 1, 612, gdyż ściśle biorąc, w danym wypadku 
niema mowy o uchwale zbiorowej (conventumj. 



— 73 — 

nowiła już z czasem nie akt wolny, lecz obowiązek prze- 
głosowanych ; zanim jednak nabrała takiego charakteru, zdarzało 
się, że ławnicy w przysiędze obiecywali trzymać się tej zasady 
przez cały czas urzędowania. 

Za panowania dynastyi saskiej i frankońskiej sejmy Rzeszy 
nie znają innych ważnych uchwał prócz jednomyślnych — przy- 
najmniej w zakresie wypraw wojennych lub wewnętrznego lądu 
i bezpieczeństwa (Landfrieden) '). Są to w gruncie rzeczy raczej 
traktaty zbiorowe, jednozgodnie zawierane, czasem stwierdzane 
przysięgą, niekiedy z podnoszeniem rąk. Atoli wymaganie jedno- 
myślności w rzeczach, którym każdy mógł się sprzeciwić, nie 
świadczyło wcale o wymaganiu jej w innych sprawach, gdzie wy- 
konanie decyzyi zawisło od wyobraziciela całości Rzeszy. Hen- 
ryk IV w Moguncyi r. 1098 wyłączył od następstwa tronu syna 
Konrada, naprzekór opinii wielu panów ^). Sam sposób wybady- 
wania wspólnej opinii przez „szukanie i wynajdywanie wyroku" 
(Urteil Fragen, Finden iind Folgen) prowadził do wyjścia poza 
aklamacyę, otwierał drogę odczuciu, że opinia ta składa się z po- 
glądów indywidualnych : trudno już było ominąć pytanie, co po- 
cząć w razie niezgodnych głosów, i gdyby się kończyło na tak 
prostem stawianiu kwestyi, niedługo czekanoby na jej rozwiąza- 
nie, tembardziej, że większość z góry zjednana, z politycznych 
pobudek przychylała się do woli króla, albo też on nawzajem 
do niej. Częściej zdarzało się to pierwsze, bo na opór łatwiej 
się zdobyć za oczami króla, na osobnej naradzie, niż pod jego 
prezydyum, gdy każdy z osobna pytany jest o wotum. Wszelako 
sprawa nie była tak prosta. Rozbijała się ona na dwa zagadnienia : 
popierwsze, czy król powinien iść za większością głosów, czy 
dopiero za jednomyślnością? To nie było zdecydowanem. Po- 
wtóre, czy należy bezwarunkowo słuchać decyzyi króla tak lub 
inaczej powziętej ? Na to twierdząca odpowiedź była wyryta na 
dnie duszy każdego Niemca, dla którego cesarstwo i niemczyzna 
nie były pustym dźwiękiem. Zapewne znaczył tu coś i delika- 
tny wzgląd taktyczny : co właściwie ma być uchwalone większo- 



') Guba, Der deutsclie Rcichstag in den Jahrcn 911-1125 (Historische 
Studien, XII), 63-8. 

2) Guba, j. w., 69 sq. 



— 74 — 

ścią lub jednoinyślnością, trtrzymanie stanu istniejącego czy też 
zmiana, i do jakiej kategoryi ma być zaliczona dana kwestya? 
Czy nie wyglądało, naprzykład, uwolnienie Mieszka wbrew wię- 
kszości głosów, jako skutek braku jednomyślnej zgody na |ego 
zatrzymanie? 

Za Hohenstaufów sprawa, jeżeli nie cofnęła się wstecz, to 
i niewiele postąpiła naprzód. Wyjaśniło się dość stanowczo na 
tle rozłamu partyjnego, że do rozpisania wyprawy wojennej Rze- 
szy potrzebna jest zgoda wszystkich książąt-lenników. Skonsolido- 
wano się i oswojono o tyle z pojęciem woli zbiorowej, że opi- 
nia sejmu cesarstwa obowiązywała i nieobecnych), cliociaż nie 
obowiązywała przeciwnychi. Pierwszym, t. j. nieobecnym, król- 
cesarz komunikował ją do wykonania. Ale któż mógł zmusić do- 
posłuszeństwa pyszne Welfy, Askańczyki czy Wittelsbacłiy, Lwy 
i Niedźwiedzie? Gdy oni się uparli, lepiej bywało pocichu skwi- 
tować z zamiaru, niż kompromitować się bezsilnością '). 

Okres „prawa pięści" (1254—73) nauczył Niemców lepiej 
cenić porządek prawnopaństwowy. Na sejmacłi zarysowuje się 
odtąd wyraźniejszy regulamin. Stanowi się uchwały wciąż w po- 
rządku sądowego „szukania wyroku", z załamaniem w dwóch sta- 
dyach : najpierw rozstrzyga się pytanie zasadnicze, potem kwe- 
styę zastosowania zasady w danym wypadku. Dzieje się to nie- 
raz z poklaskiem gromady {^applaudente consensu'\ „appLaudente 
caterva"), nieraz notuje się postanowienia, zapadłe jednomyślno- 
ścią, ale tuż obok inne, bez takiej kwalifikacyi, więc snąć nieje- 
dnomyśhie. Nie używa się wyrażenia „pliiralitate votorum", bo 
to zakrawałoby już na samowiedne i niemal doktrynerskie prze- 
ciwstawianie nowego poglądu dawnemu. Pluralitas posuwała się 
naprzód, ale pocichu. Że robiła postępy, i że chaotyczna jedno- 
myślność odchodziła w mgły przeszłości, widać to choćby z usta- 
lonego od czasów Ludwika Wittelsbacha zwyczaju głosowania 
według stanów-): ugrupowanie głosów wtedy tylko ma życiowe 
znaczenie, kiedy ustaje żądanie jednomyślności. 



1) Carl Wackcr, Der Reichstag unter den Hohenstaufen (Historische Stu- 
dien, VI), 64 sq. 

2) Ehrenberg, Der deutsche Reichstag iii den Jahren 1273-1378 (Histori- 
sche Studien, IX) 57-8. 



- 75 — 

W miarę uzwyczajnieniB -sejmów wkrada się na nie zwykła 
w Wiekach Średnich przeszkoda — mandat limitacyjny. Z peł- 
nomocnictwami przyjeżdżają nietylko wybrańcy zbiorowości, że 
tak powiemy, deputowani, ale również ajenci książąt, niby posłowie 
państw udzielnych. I ci i tamci umieją zasłaniać się w potrzebie 
brakiem upoważnienia. Czynią to pewno dość często, bo ■^/s czę- 
ści uniwersałów zwoławczych z pierwszego wieku po bezkróle- 
wiu (1273 — 1378) przypominają potrzebę dostatecznego umoco- 
wywania posłów ^). Świadczy to o ówczesnych sejmach zarazem 
ujemnie i dodatnio. Ujemnie, bo centralizm stawał widać do 
trudnego boju z upartą, nieprzełamaną siłą legalnego p a rtyk u- 
1 a ryz mu. Dodatnio, bo jeżeli opozycya ucieka się do takiego 
wykrętu, to znaczy, że przy zmienionych poglądach na wartość 
praktyczną jednomyślności nie ufa w skuteczność bezpośre- 
dnich protestów: boi się przegłosowania i dlatego wyciąga 
z zanadrza niedostateczne insłrukcye. Ponieważ wprost wygrać 
nieniożna, więc się stosuje rodzaj ekscepcyi. Zwłaszcza lata cesa- 
rza Zygmunta Luksemburczyka obfitują w takie mimowolne 
stwierdzenia postępów reguły większości. W r. 1423 elektorowie 
nadreńscy udaremniają sejm wiedeński oświadczeniem, iż Sas 
i Brandenburczyk stawili się nań bez pełnomocnictw z ich strony. 
W Presburgu (1429) elektorov/ie moguncki i brandenburski skła- 
niają kolegów do oświadczenia, że nie mają dostatecznych in- 
strukcyi, a gdy posłowie miejscy wyrywają się, że oni, owszem, 
mają dostateczne pełnomocnictwa, powstaje na nich powszechne 
oburzenie. Taką samą uboczną drogę obiera opozycya nawet, gdy 
ma za sobą większość i niezły tytuł prawny do oporu (w danym 
razie — odbywanie sejmu za granicami Rzeszy). Bywają takie sejmy, 
na które przyjeżdża tylko dwóch elektorów, od innych niema 
ani posła. W r. 1431 we Frankfurcie żaden z posłów nie ma wy- 
starczającego mandatu 2). Reprezentacya stanowa w dziwnych wi- 
kła się sprzecznościach. Jeżeli jeden uczestnik sejmu albo obóz 
mniej liczny zasłania się brakiem kompetencyi, to temsamem 



1) Ehrenberg, j. w., 21. 

2) Heinrich Wendt, Der deiitsche Rcichstag iinłer Konig Sicgmund bis 
zum Ende der Reichskriege gegen die Hussiten, 1410-1-431, (Untersuchungcii 
zur deutschen Staats- und Rechtsgescliiclite, hrsg. v. O. Gierkc) 30-8, 58-9. 



— 76 — 

'daje do zrozumienia, źe nie miałby innej obrony przed majory- 
zacyą. Ale gdy taką niekompetencyę zadaje sobie większość, to 
zaiste nie stwierdza tern poczucia swej siły i władzy wobec ma- 
jestatu. 

Bo też trudno o coś bardziej ciiwiejnego, jak ówczesne prawo 
publiczne Rzeszy Niemieckiej. Scłiróder ') i Gierkę ^) zgadzają 
się, że reguła większej liczby obowiązywała tam najwcześniej od 
końca XIII wieku. Najpóźniejszego terminu wskazać nie podobna. 
Jeszcze w r. 1467 Norymberga i reprezentowane przez nią mia- 
sta nie chcą iść z większością, i stan miejski, cłioć stosunkowo 
najkarniejszy, nie może dojść do zgody w sprawie pokoju i bez- 
pieczeństwa (Landfrieden) ^). Nie podnoszą takie kłótnie powagi 
miast na sejmie; to też za Zygmunta głos ich zasadniczo nic nie 
znaczy, o ile wotum książęce wypada po myśli króla. W pra- 
ktyce wówczas dopiero zaczynają się targi o akces poszczegól- 
nych miast, te lub owe miasta wypraszają sobie termin do na- 
mysłu, ozem pośrednio stwarzają prezumpcyę, że jednak — ule- 
gły zmajoryzowaniu. A cóż dopiero mówić o anarchicznym, roz- 
hukanym stanie książęco- pańskim ! 

Reguła większej liczby dobrze jest znana w Niemczech 
i bywa stosowana nieraz przez wiek XIV i XV; wszakże zbyt 
często żąda się z niej wyjątków, zbyt często imperyum rozkłada 
się w luźną Rzeszę, albo raczej naodwrót, zbyt rzadko Rzesza 
skupia się w jednolite imperyum. Gdzie rządzi reguła liczby, 
tam wszystko musi być ściśle ilościowo ustosunkowane ; gdzie 
jej niema, możliwe są takie wahania, jak właśnie w Niemczech, 
gdzie jeszcze pod koniec Wieków Średnich nie ustalono, czy 
księstewko, rozpadające się na części drogą dziedziczenia, zacho- 
wuje jeden głos w sejmie, czy też zdobywa tyle głosów, na ile 
rozpadło się działek ^). Mało kto wierzy w racyę bytu sejmu 
Rzeszy, i w powagę jego większości. Taki, naprzykład, cesarz 
Fryderyk III Habsburg sam usiłuje dezorganizować większość na 



1) Deutsche Rechtsgeschichte, 572 ; autor uznaje, że z początku wchodzą 
w grę tylko głosy możniejszych książąt. 

2) Majoritatsprinzip, 316. 

3) Rudolf Bemmann, Zur Geschichte des Reichstages im XV Jahrhundert, 
Leipziger Historische Abhandiungen Nr 7. 1907, str. 20. 

*) Zoepfl, Rechtsgeschichte, II, cz. 2, 142. 



— 77 - 

sejmie frankfurckim r. 1486 przez ściąganie odosobnionych wo- 
tów przychylnych ^). Maksymilian przeciwnie, próbuje za cenę 
uznania przewagi większości we wszystkich głosowaniach wywal- 
czyć sobie niezależną władzę wykonawczą i wojskową, przed- 
kłada sejmowi norymberskiemu w r. 1491 ułożony w tym du- 
chu projekt wielkiej doniosłości, lecz napotyka opór książąt, 
zwłaszcza Bawaryi^). Konsolidacya sejmu pod rządami większości 
nie udaje się, i jeszcze przez cały wiek XVI oraz XVII rządy te 
w zakresie podatkowania napotykają powątpiewanie i opór. Dą- 
żenia centralistyczne i regulacyjne Habsburgów osiągnęły ten 
przynajmniej skutek, że za Karola V zasada większości we 
wszystkich sprawach, prócz wyznaniowych, zdobyła uznanie ; ce- 
lem prawidłowego jej zastosowania w poszczególnych kollegiach 
sejmu (elektorów, książąt i miast) ustalono w wieku XVII liczbę 
głosów każdego z nich, a mianowicie w kollegium książąt usta- 
nowiono 94 głosy wirylne i 6 kuryalnych, na które składali się 
hrabiowie; z ogólnej sumy 100 głosów książęcych, przyznano 
duchowieństwu 37 głosów, a świeckim panom 63, przytem kato- 
likom 53, protestantom 47. Miasta podzielono na ławę reńską 
z 14 głosami i szwabską z 37. Zapobieżono raz na zawsze ma- 
joryzacyi wyznań, przez podział sejmu na Corpus CathoUcorum 
i Corpus Evangelicorum, które w każdej sprawie wyznaniowej 
obradować miały osobno (itio in partes) ^). Naśladowano pod tym 
względem, jak zobaczymy niżej, przykład Szwajcaryi •*), 

Wszystko zdawało się uporządkowanem, tylko nie było ładu 
w fundamentach równowagi politycznej Rzeszy : podobnie jak król 
francuski zapomocą zasady większości mieszał i mącił żywioły 
społeczne pod swojem berłem, tak samo Fryderyk II pruski po- 
trafi z najgorszą wiarą żądać w r. 1751 przed elekcyą vivente rege 
króla rzymskiego bądź jednomyślnej uchwały elektorów, 
bądź zwyczajnej uchwały wszystkich książąt co do kwestyi 
przedwstępnej, czy elekcya taka wogóle jest potrzebna ^). 



1) Fritz Hartung, Dic Reichsreform von 1485 bis 1495, ihr Yerlauf and 
ihr Wesen, Historische Yierteljahrschrift, XVi, 1913, str. 32. 

2) Hartung, j. w., 48. 

3) Zoepfl, j. w., 198, 212-4. 
*) Ob. rozdział V. 

5) Por. nasz Sejm Grodzieński r. 1752, str. 16. 



— 78 — 

Czas cofnąć się do początkowych stadyów innej gałęzi glo- 
-sowań Rzeszy — w sprawach obioru panującego. Gałęź ta roz- 
wijała się osobno, a jednal<; w niewątpliwym, nieuchwytnym zwią- 
zliu ze zwykłem sejmowaniem, wyprzedzając je pod względem 
cwolucyi większości. Trudno było nie uledz sugestyi, że elekcya 
to także sejm, więc mogłaby sejmom służyć za wzór. 

Wybory, jak już nieraz zaznaczaliśmy, należą do spraw nieod- 
Avłocznych, a obiór głowy państwa jest dla wszystkich społeczeństw 
koniecznością życiową. Muszą one doprowadzać do wspólnej 
uchwały, i dlatego zgromadzenia wyborcze nie bywają cierpliwe 
wobec oporu mniejszości. Ogólna ta prawda wszakże, jak każda 
prawda historyczna, ma wartość tylko w związku z pewną prze- 
mijającą budową społeczną. Przy bliższej obserwacyi pierwszych 
clekcyi niemieckich, v/idzi się obok przedmiotowego zna- 
czenia ich dla całego państwa szczególne znaczenie podmioto- 
w e dla wyborców, i to podmiotowe oblicze przez pewien czas zasła- 
nia stronę objektywną. W epoce rozkwitu pojęć feudalnych do koń- 
ca wieku XIII, a zwłaszcza podczas walki cesarstwa z papiestwem 
elekcya króla rzymskiego określała nietylko dalszy stosunek na- 
rodu do władcy, ale też, w języku pojęć feudalistycznych, stosu- 
nek między suzerenem i lennikiem. Gdy ten ostatni pogląd opa- 
nowywał umysły, obiór konstruował się w świadomości prawnej 
na podobieństwo zbiorowej komendacyi, zbiorowego oddania się 
wyborców pod opiekę i zwierzchnictwo suzerena. Mówimy : zbio- 
rowego, ale wcale niekoniecznie powszechnego. Wyborca nie- 
tyle uczestniczył tu w ustanowieniu władzy zbiorowej, ile obie- 
rał sobie pana i władcę. Z łacińska możnaby to nazwać raczej 
optio niż electio. Jedni wyborcy poddawali się w ten sposób je- 
dnemu kandydatowi, drudzy innemu, i subjektywnie rzecz była 
zakończona. Doskonale wyraża tę czynność pewien kronikarz: 
„landgraf, naganiwszy króla swego Ottona, zobowiązał się przy- 
sięgą i hołdem królowi Filipowi" (Lantgravlus reprobato rege 
suo Ottone Philippo regi se juramento et hominio obligavit)^). 
Landgraf przeszedł tu od jednego niewątpliwego króla do dru- 



*) Karl Rodenberg, Ober wiederholte deutsche Kónigswahlen im XIII 
Jahrhundert (Untersuchungen zur dcutschen Staats- und Rechtsgeschichte, hrsg. 
V. O. Gierkę), 51-55 ; autor przytacza zresztą sporo przykładów chwilowego 
słabego przebłysku reguły większości na elekcyach. 



— 79 — 

^iego, i odtąd nazywał swoim królem tego ostatniego. Kto obie- 
rał l<róla, zostawał przez hołd i przysięgę jego poddanym ; l<to 
trzymał się na uboczu albo był obiorowi przeciwny, niema wo- 
bec elekta żadnych zobowiązań. Juramentum i hominiuni są to 
dwa akty odrębne i samoistne. Za Merowingów i Karolingów 
przysięgał każdy wolny mężczyzna, później sprawy się skompli- 
kowały: zróżnicowała się hierarchia feudalna i protektorowie jęli 
przysięgać za niższych. Niepoparty przysięgą, akt obioru ma 
tylko znaczenie moralne, a nie rełigijno-prawne. Zasada większo- 
ści czy też jednomyślności nic do tego nie ma : zachodzi tylko 
subjektywne uznanie nad sobą wybrańca, chociażby obranego 
niejednomyślnie, choćby nawet przez mniejszość. Następstwem 
tego jest praktyka powtórnych obiorów, które możnaby nazwać 
akcesem opornycłi lub neutralnych żywiołów nie do istniejących 
Już uchwał, lecz do zawartych już indywidualnych umów. Z pun- 
ktu widzenia konstrukcyi feudalnej jest to uzupełnienie rzeczy 
niezupełnej ; z punktu widzenia prawnopaństwowego — to po- 
prawa rzeczy wadliwej, zupełnie w sensie pretendowanej cza- 
sem w Polsce poprawy elekcyi. Rozwinęła się ta praktyka 
w Niemczech za dynastyi Salickiej i za Hohenstaufów tak dalece, 
źe nietylko kwestyonowano słabe akty elekcyjne jakiegoś Filipa, 
Ottona Welfa, czy Wilhelma Orańskiego, ale i po takich zwy- 
cięskich elekcyach, jak Fryderyka II w r. 1196, Konrada IV w r. 
1237, ściągano brakujące głosy do kompletu '). Przezorna poli- 
tyka i przesąd feudalny podawały sobie w tern rękę. 

Lecz równolegle z temi wyobrażeniami wzrastały, aż w pe- 
wnej chwili wydobyły się na wierzch inne, dla których Rzesza 
stanowić miała jedno państwo, jeden naród. Te opierały się 
o brzemienny w skutki precedens elekcyi Arnulfa w r. 887 na 
króla całych Niemiec 2). Nie wygasały one później ani na 
chwilę, jeno przez różne zboczenia i zaćmienia przedzierały się 
do zupełnego tryumfu w Złotej Bulli Karola IV (1356). Którę- 
dyż można było przejść od opcyi, ąuasi-komendacyi, do zbioro- 
wego aktu woli narodu niemieckiego, od subjektywizmu epoki 
feudalnej do objektywizmu rządów nowożytnych ? Oczywiście — 



*j Rodenbcrg, j. w., 52-3. 
2) Rodenbcrg, j. w,, 56-7. 



— 80 — 

przez zasadę jednomyślności. Jeżeli Niemcy są sumą jednostek 
feudalnych, to królem Niemiec jest ten, kto ściągnął na siebie od- 
razu lub stopniowo sumę wszystkich hołdów i przysięg. Kto tej 
sumy nie ściągnął, nie może być królem całości. Objawem ta- 
kiego rozumienia rzeczy jest np. fakt z roku 1252, kiedy pewna 
liczba miast nie chciała uznawać Wilhelma Orańskiego, ponie- 
waż go nie obierali Sas i Brandenburczyk ^). Powtórne elekcye 
zmierzały właśnie okólną drogą do stworzenia takiej jednomyśl- 
ności, któraby starczyła za dokonany odrazu obiór jednozgodny : 
w nich jednomyślny obiór rozciągał się na szereg miesięcy lub 
lat. Było to coś analogicznego do Etats fractionnes, tylko po- 
dobniejsze do przymusowych pertraktacyi naszego nieboraka Ja- 
giellończyka z sejmikami ziemskimi. 

W miarę tego, jak gruntuje się przekonanie, że jedność 
paiistwowa źle wychodzi na przestrzeganiu jednomyślności, bo 
nawet obierający uczą się wątpić o legalnej władzy swego kan- 
dydata, nie uznawanego przez innych, stopniowo w elekcyach 
toruje sobie drogę reguła przeważnej liczby. Ale dużo brakuje 
zrazu do uświęcenia jej w prawie zwyczajowem niekształtnej 
Rzeszy. Średniowieczne prawo publiczne nie jest, jak ongi rzym- 
skie, „spisanym rozumem": czystej konsekwencyi niema tu co 
szukać. Zamiast niej rządzi częstokroć duch kompromisu. W chwili 
obioru Rudolfa I-iabsburga lub Adolfa z Nassau, rzeczy stoją 
tak, że żaden wyborca nie posiada absolutnego veto, i na każ- 
dego może się znaleźć przymus. Z drugiej strony, nikt nie śmiał- 
by wówczas przeczyć, że człowiek swobodny tym tylko podlega 
obowiązkom, które dobrowolnie przyjął na siebie: nic na mnie be- 
zemnie. I koniec końcem, decydowały fakty dokonane : królem 
zostawał ten, kto miał za sobą poważną, nie ladajaką większość, 
lub ten, kto chwytał w silne ręce insygnia koronne. To mogło 
trwać, póki świadomość prawna nie zbrzydziła sobie sprzeczno- 
ści i niekonsekwencyi panującego bezładu. Jak wiemy, przy je- 
dnomyślności łatwiej obstawać ustnie, niż piśmiennie. Verba vo- 
lant, scripta manent, więc skryptom nie przystoi wygląd irracyo- 
nalny. Skoro więc już pisać, to warto było pisać tylko racyonalną 
regułę większości, a nie żadną inną. Lecz tutaj właśnie wkra- 



') Rodenberg, j. w., 55. 



— si- 
czą i występuje na jaw znane nam niezbędne domniemanie każ- 
dego obrachunku większości: źe głosy raciiowane są równe. 
Wittelsbach, Luksemburczyk, Habsburg, nie mogli uchodzić za 
równych lada hrabiemu, lada baronov/i. Więc możni świata 
tego, którzy czuli w sobie moc miarodajną, podali sobie ręce 
i postarali się wyodrębnić z szarej masy. Prawo wyborcze Rze- 
szy uległo arystokratyzacyi, przy zupełnem upośledzeniu dro- 
biazgu. Stało się to po upadKu Hohenstaufów, po okresie prawa 
pięści i po śmiałem wyzyskaniu tego okresu przez wielkich ar- 
cybiskupów i herzogów na swoją partykularną korzyść. Jeszcze 
przed Złotą Bullą, na zjeździe elektorów w Rense 15 lipca 1338 
roku, najwybitniejsi wassale Cesarstwa Rzymskiego, chcąc zabez- 
pieczyć nadal wolność elekcyi przed ingerencyą papieża Jana 
XXII zobowiązali się do uznawania za króla każdego wy- 
brańca większości '). Rzecz charakterystyczna, jak ów akt obrony 
niezawisłości niemieckiej od Rzymu dokonał się w sposób, który 
nauczyłby wielu rzeczy późniejszych Polaków, dążących do unie- 
zależnienia Rzplitej od Rosyi. Najpierw reformę wprowadza 
samozwańczy związek, Kurverein, w Rense, istna konfedera- 
cya magnacka ; potem, 8 sierpnia, uchwała jej przeistacza się na 
zjeździe Rzeszy we Frankfurcie w normalną ustawę państwową. 
Owa Constitutio Ludouici Bavari de jurę et exceUentia Imperii 
precyzuje sprawę w tym sensie, że nadal każdy wybraniec ele- 
ktorów, nie czekając na koronacyę przez papieża, będzie pełno- 
władnym królem niemieckim^). Złota Bulla r. 1356 przyjęła go- 
tową zasadę większości z ustawy Ludwikowej i określiła tylko 
dokładnie a definitywnie poczet uprawnionych do głosu książąt 
(Moguncya, Trewir, Kolonia, Bawarya, Saksonia, Czechy, Bran- 
denburgia). 

Wyodrębnienie kollegium wielkicłi kurfiirsfów i uświęcenie 
w niem zasady większości, te dwa procesy równoległe i ściśle sko- 
jarzone, odbyły się w interesie jedności i niepodległości Niemiec^ 
a wbrew interesowi kościelnemu. Mógł sobie genialny papież 



') Gierkę, Majoritatsprinzip, 316, pomija ten ważny moment, ale wspo- 
mina (315) zasadę, stwierdzoną już w r. 1281, że zgoda większości elektorów 
potrzebna jest do uprawnienia aktów, którymi król odstępuje jakąś własność 
królestwa. (Cyt. Mon. Gcrm., Const. 111, 290). 

2) Zoepfl, j. w., II, cz. 2, 178. 

6 



- 82 - 

Innocenty III w roli arbitra między Welfem i Staufem orzekać 
1203 r. na korzyść pierwszego i pisać do arcybiskupa kolońskiego 
źe on, papież, obdarza tylko swą łaską wybrańca większości nie- 
mieckiej ; mógł tę samą zasadę większości podnosić w piśmie 
do lombardczyków (11 grudnia t. r.) ; poglądy takie, zapożyczone 
z organizacyi kościelnej, powinny były właściwie w interesie supre- 
macyi papieskiej pozostać tajemnicą dla Niemiec ^). Ale też trzeba 
pamiętać, że ten, kto ich Niemcom użyczał, był Innocentym III, 
który u szczytu chwały mógł sobie zamarzyć właśnie o opanowaniu 
świata niemieckiego za pośrednictwem niemieckiej większości. 
O ile następcy jego uwodzili się takąż nadzieją i popierali po 
bezkrólewiu wyodrębnienie elektorów, to temsamem gotowali 
grunt pod majoryzacyę wcale nie v/ duchu potrzeb Kościoła, 
i srodze przeliczyli się w rachubach. 

Pozostają do rozpatrzenia jeszcze dwie ważne sfery głoso- 
wań niemieckich i uchwał: samorząd miejski i stanowo-krajowy. 
Miasta nie sprawiają nam żadnej niespodzianki po tern, co się 
już rzekło o miastach francuskich. Razem z wielu innemi cechami 
organizacyi zapożyczyły miasta Rzeszy z sąsiedniej Flandryi i z kra- 
jów, dziś zwanych Holandyą, rządy większości, tak niezbędne dla 
dobrej gospodarki i, co za tem idzie, dobrobytu 2). Recepcya ta 
nie ulega wątpliwości, i na skonstatowaniu jej można poprzestać, 
nie podnosząc jeszcze raz różnic, zachodzących między psychiką 



') Ludwig Quidde, Die Entstehung des Kurfiirstencollcgiums, Frankfurt 
a. M., 1884, 71, 83, w polemice z Ottonem Harnacliiem, Das Kurfiirstencolle- 
gium bis zur Mitte des XIV Jahrhts, który przypisuje Innocentemu chęć pro- 
pagandy większości w interesie kościelnym, twierdzi, że papież dla innych po- 
wodów zaleca lombardczykom króla Ottona, a nie dlatego, iż większość uprawnio- 
nych wyborców później, opuściwszy stronę Filipa, „convenerunt in Ottonem". 
Autor sądzi, że Innocenty raczej przychylał się tu do poglądu niemieckiego, 
przytacza jednak słowa z listu do arcybiskupa kolońskiego, przemawiające raczej 
za tezą Harnacka. My sądzimy, że uznanie dla opinii większości było w zgodzie 
i z przekonaniem prawnem papieża, i z jego śmiałą nadzieją objęcia Niemiec 
w protektorat. 

2) Carl Hegel, Stadt und Gemeinde der germanischen Yólker im Mittel- 
alter, Lipsk 1891, II, 178 : Matylda portugalska, wdowa po Filipie, hrabim Flan- 
dryi, nadała Gandawie w r. 1192 kartę, zaczynającą się od słów: „Divinum est 
et omni humanae rationi consentaneum" (scil. : wzajemne szanowanie władz 
i swobód) ; w myśl tej idei przewodniej rządy nad miastem sprawować miało 
większością głosów 13 ławników. 



— 83 — 

mieszczanina, wciągniętego w organizacyę el^onomiczną, a psy- 
chiką „indywidualisty", pana feudalnego. 

W rozwoju miejskich rządów większości widać, obok cią- 
głego poczucia solidarności gospodarczej, pewne momenty narzu- 
cania tej reguły z góry. Arcybiskup Konrad upoważnia w r. 1232 
miasto Kolonię do zarządzenia u siebie poboru pieniężnego na pe- 
wne potrzeby gospodarskie wedle uznania „ławników, rady i in- 
nych rozsądnych mieszczan albo większości tychże '). Wygląda 
to, jakby większość oktrojowana. Rada znów, mając na wzglę- 
dzie ład społeczny, upoważnia cechy do rządzenia się większo- 
ścią (mit denie meisten parte) lub nawet ściśle określoną większo- 
ścią kwalifikowaną w przyjmowaniu nowych członków ^). Kom- 
promisowa ordynacya wormacka z r. 1233, ułożona po walce 
między biskupem i mieszczanami, ustanowiła ogólną liczbę ra- 
dnych w magistracie piętnastu, w tem 9 mieszczan i 6 szlachty: 
łatwo zgadnąć, że przewidywała liczenie, a nie ważenie głosów, 
i że mieszczanie wywalczyli sobie przewagę liczebną. Zresztą 
artykuł 11 wyraźnie wprowadza tu zasadę głosowania większo- 
ścią nad kwestyą składania hołdu biskupowi, i nie widać ani 
ze stylizacyi ani z kontekstu, żeby ten przepis rozumiano w spo- 
sób zwężony^). Związek Wormacyi, Spiry i Moguncyi z r. 1293 
zapowiedział, że krzywda jednego z tych miast, stwierdzona przysięgą 
przez radę „albo większość rady", stanowić będzie dla sprzymie- 
rzeńców casus foederis^). Te wyrazy : „albo większość" wskazują, 
że byli jeszcze niedomyślni, dla których takie omówienia wpisy- 
wano, ale to nie osłabia faktu, że w oczach ogółu większość 
znaczyła już wówczas w samorządzie tyle, co całość. W Wiedniu 
znaleziono (1340) na wątpiące i wichrzące duchy w radzie we- 
wnętrznej miejskiej inny środek, skuteczniejszy niż litera prawa: 
specyalną karę za nieuleganie woli większości ^). 

•) Hcgel, Yerfassungsgeschichtc von Cóln im Mittelalter, Lipsk 1877, CXVI. 

2) Hegei. i. w., CCI— CC1V. 

3) Wilhelm Arnold, Yerfassung der deutschen Freisladte im Ansciiluss 
an die Yerfassungsgeschichtc der Stadt Worms, 30-33. 

*) Ibidem, lló; por. 369, ui<ład arcybiskupa mogunckicgo z miastami 
Wormacyą, Spirą i Frankfurtem. 

^) Heinrich Schustcr, Die Bedeutung des mittelalterlichen Wiener Stadt- 
rechts fiir die deutsche Rechtsgeschichtc (Atti del Congresso internationalc delie 
scienzc storiche, Roma, 1903, IX, 70-1. 

6* 



— 84 — 

Z określonością, ładem, prostotą samorządu miejskiego ja- 
skrawo kontrastuje ciiaos i zapóźniony nierząd spraw sejmo- 
wych w poszczególnych państewkach, W takiej Bawaryi, Sakso- 
nii, Wirtembergii partykularyzm bawarski, saski ani szwabski nie 
zawadza sejmom, przeciwnie nawet, im chętniejsze są księsUva do- 
przeciwstawiania się całej Rzeszy, tem więcej musi im zależeć na 
spójności wewnętrznej. Pomimo to i zlanie się jednostek w je- 
dno ciało i uznanie powagi dominującej liczby następuje wśród 
szlachty sejmowej późno, bodaj że aż na początku ery nowoży- 
tnej ')• Odnoszenie spraw do wyborców, osobne pertraktacye z ku- 
ryami lub miastami, są tu na porządku dziennym 2). W najle- 
pszym razie, jak to było w Holsztynie i Szlezwiku w XVII stu- 
leciu, wytaczano spory o to, które kategorye spraw mogą być 
rozstrzygane „/7£r majora"", a które nie. Miasta np., będące 
w mniejszości, nie chciały poddać takim decyzyom swoich przy- 
wilejów, i waśń stanowa ustała dopiero w r, 1677 — razem z ży- 
ciem zgromadzeń stanowych ^). Naogół zresztą żywioł miejski, 
silny w sejmach materyalnie i moralnie, często wpływał budu- 
jąco na dobrze urodzone rycerstwo. — W Meklemburgii książę, uzy- 
skawszy w r. 1489 i 1500—1 od trzech stanów (duchowieństwa, 
Manncn i mieszczan) subsydya (t. zw. Bede), przechodzi nad 
oporem Rostoku do porządku dziennego. Niema tu „wolnego 
niepozwalam", ale niema i wyraźnie sformułowanej zasady wię- 
kszości ; wśród niedokształconych form sejmowania książę, gdy 
chce, ucieka się do zgromadzeń lokalnych, jakgdyby naśladując 
Etats fractionnes^). Sposób to, jak wiadomo, obosieczny i w kra- 
jach o słabej władzy monarszej groźny dla centralizmu ; szczę- 



1) Unger, Geschichte der deutschen Landstande, II, 147, ogólnikowa 
tylko pisze, że w jednycli krajacli stany obradowały razem, w innych osobno ; 
w tym ostatnim wypadku niekiedy rozstrzygała większość kur\'i, ale była to 
kwestya sporna. W Prusiech, jak pisze Toeppen, Standische Yerfassung in Preus- 
sen, 321, niejeden sejm rozchodził się wśród niezgody kurj-i; w Brandenburgii 
Joachim II próbował w r. 1540 sforsować opór biskupów głosami szlachty i mie- 
szczan, ob. Below, Territorium und Stadt, 238. 

2) Below, 240. 

3) Ipsen, Die alten Landtage der Herzogthumer Schleswig-Holstein von 
1588-1675. 40-43. 

*) Carl Hegel, Geschichie der meklemburgischen Landstande bis zum 
Jahr 1555, 109-113. 



— 85 — 

ściem dla Meklemburgii, rząd książęcy, czego nie dokonał prze- 
mocą, umiał nadrobić sprytem : podatki bezpośrednie zastępo- 
wał pośrednimi, na którycti ściąganie mniejszości terytoryalne 
nie miały żadnego wpływu '). W Brandenburgii, zdaje się, wy- 
starczyła przemoc: już Albrecłit Acliilles w roku 1473 zmusił do 
pokory niezadowoloną mniejszość Stanów Starej Marchii 2), 
i następcy umieli spożytkować ten precedens. 

Nie tak szczęśliwi byli Wittelsbachowie w Palatynacie. Spół- 
cześni Karolowi V elektorowie- palatynł Ludwik V (1508 — 1544) 
i Fryderyk II (1544 — 59) nie zdołali wyjść poza spory i targi 
z poszczególnemi grupami poddanycłi ^). W zgromadzeniu stano- 
wem Górnego Palatynatu, jak wszędzie, zasada liczebna dość 
wcześnie zdobyła panowanie wśród ducłiowieństwa i mieszczan ; 
szlacłita zastosowała się do niej i wysnuła należyte konsekwen- 
cye dopiero w pierwszej połowie XVI stulecia. Na sesyi 1539 
roku uznano za właściwe przeprowadzić osobne rokowania z temi 
kołami rycerstwa, które nie przysłały pełnomocnictw; wówczas 
radcy palatyna przypomnieli zwyczaj (Gehrauch) ziemski, że uchwała 
większości obowiązuje nawet nieobecnych. Nikt nie przeciwsta- 
wił tym poglądom postulatu jednomyślności, opozycya też obsta- 
wała głównie przy starem, indywidualistycznem traktowaniu rokowań 
sejmowych, w duchu osobnych zobowiązań każdego głosującego 
względem władcy. Przestarzały ten pogląd udało się usunąć w r. 
1545: ustalono dla całego kraju obowiązujący charakter uchwał 
sejmowych, powołując się przytem na tradycyę krajową, jakkol- 
wiek ta sięgała podobno tylko... do r. 1544^). 

Na zakończenie kilka słów o bliskim nam etnograficznie, 
choć mocno zniemczonym Śląsku. Partykularyzm, pstrokacizna 
i rozbrat są tu jeszcze w XVII wieku zjawiskiem dominującem, 
pomimo wszelkich usiłowań unifikacyjnych Habsburgów. Brak 



1) Spangenberg, Vom Lehnstaat zum Standestaat, 142, za Heglem, 109. 

- Spangenberg, tamże, za Droysenem, Geschichte der preussischen Po- 
lilik, II, cz. 1, 480-1. 

3 Eberhard Gothein, Die Landstande der Pfalz, Zeitschrift fur die Ge- 
schichte des Oberrheins, XLII, 2, cyt. u Spangenberga. 

') Franz .Muhlbauer, Die oberpfalzischen Landstande und ihr Einfluss 
auf das Steuensesen, besonders das Ungeld, (Archivalische Zeitschrift, Neue 
Folgę, \r. 12 ^tr. 1.-.-41. 



— 86 — 

pełnomocnictw, powrót do braci z pustemi rękoma (Zuriick- und 
Hintersichbringen) na każdym kroku, zwłaszcza wśród mieszczan ; 
nie gardzi tym sposobem nawet oświecone, dworskim wpływom 
podległe duchowieństwo; szlachta, zjeżdżająca na sejmy ogólne 
śląskie oraz sejmiki ziemskie vlritim, nieraz przygania innym 
stanom z powodu takiego nadużycia mandatu, ale i ona 
czasem „smoli", jeżeli wyjątkowo wyręcza się posłami, a chce 
odmówić podatku. Ogólno- śląska ustawa pokoju wewnętrznego 
(Landfrieden) z r. 1512 obwieściła wszędzie rządy większości. 
Pomimo to, jak widać z praktyki księstwa Świdnicko-Jaworskiego^ 
predylekcya do jednomyślności odzywała się jeszcze późno 
w XVII wieku. Głosowano ustnie; od r. 1607 rząd stosował, zwła- 
szcza przy wyborze urzędników, kartki. Sam zresztą rząd habs- 
burski znalazł się w kłopocie, gdy większość przeszła w ręce 
protestantów : czasem władze unieważniały wybory, byle przefor- 
sować kandydatów katolików. Z innych księstw, Opole, Racibórz 
i Opawa głosowały w drugiej połowie XVII wieku większością, 
według czterech kuryi (kleru, panów, szlachty i mieszczan). Nieco 
inaczej grupowały się stany wrocławskie i głogowskie, gdzie stan 
urzędniczy oddawał osobne wotum (i to w dodatku votum con- 
clusivum). Wszędzie na zjazdach lokalnych panował, bądź co 
bądź, niemiecki typ obradowania. Zato na sejmikach generalnych, 
gdy zjechało się 200 lub 300 szlachty, ginął wszelki zachodni 
porządek: obrady szły „vlntini w największej konfuzyi, z krzy- 
kiem, krótko mówiąc, morę polonico" '). 



') Słowa starosty głogowskiego Herbersteina, użyte w raporcie do cesa- 
rza z r. 1682, ob. Ct-oon, Die landstandische Yerfassung in Schweidnitz - Jauer. 
Codex dłplomaticus Silesiae, XXVII, 88-91. 



ROZDZIAŁ V. 

Związki państwowe. Świat starożytny. — Federacya I r o k e z ó w. —Ni- 
derlandy przed reformacyą. Uchwały Stanów holenderskich. — Partykularyzm 
ziemski i miejski w Belgii. — Hanza. Trzy okresy w jej życiu fedcracyj- 
nem. Rozłamy i secesye. — Związek Szwajcarski. Wczesne zwycięstwo ma- 
joryzmu wewnątrz kantonów. Sejm związkowy. Stypulacye o zasadach głosowań 
między kantonami. Ingerencya związku do wewnętrznych spraw kantonalnych. 
Wzrost czynników rozbratu. Sprawa obrony narodowej. Waśń wyznaniowa. Eli- 
minacya spraw wyznanionych z pod władzy większości. Majoryzm w odwrocie. 
Ponowna integracya Szwajcaryi w wieku XIX. — Analogiczny rozwój Związku 
Niemieckiego i Stanów Zjednoczonych. 

Szczególna uwaga, zwłaszcza ze względu na potoczne sądy ^) 
o „kongresywnym" ustroju Polski, należy się rozwojowi prawa 
większości w federacyach. 

Wspólnym objawem we wszystkich tego typu połączeniach 
państwowych jest to, że spójność związku i spójność jego składo- 
wych części nie potęgują się nawzajem, lecz w mniej lub więcej 
widoczny sposób osłabiają. Państwa, kantony, stany, łącząc się 
dla pewnych celów, zachowują pragnienie bytu odrębnego i akcen- 
tują je tem śmielej, im bardziej każde czuje się sobą. Centralizm 
stanu jest siłą decentralistyczną w stosunku do związku stanów. 
Tak przynajmniej jest w czasach nowożytnych, gdzie związki 
prawnopaństwowe obejmują przeważnie całe prowincye, państew- 
ka (np. w Szwajcaryi, Holandyi, Stanach Zjednoczonych), a nie 
starożytnego typu niepodległe miasta [nókti^). 

Wysoki stopień kultury Hellenów wyraził się w dokładności 
i przejrzystości form nawet tak złożonych tworów, jak federacye 
polityczne. Już amfiktyonia Delficka uregulowała wewnątrz siebie 



') Najwięcej może przyczynił się do ich rozpowszechnienia Karejcw, Za- 
rys historyczny sejmu polskiego, rozdział I. 



przedstawicielstwo poszczególnych 12 ludów (po 2 głosy od 
każdego) i uznała ważność decyzyi nawet względnej większości ^). 
Ściślejszą jeszcze centralizacyę urzeczywistniły związki morskie 
Delijsko-Attyckie -). Achejczycy wiedzieli też, po co się łączą w pa- 
miętną ligę Arata, i czego należy się zawczasu zrzec, jeżeli owa 
liga ma mieć jakiś sens. Przełamali u siebie opór części prze- 
ciwko całości, pozwolili przedstawicielom przegłosowanych miast 
na znak protestu opuszczać salę kongresu, ale nie dopuścili do 
buntów partykularnych. Czy tak samo postępował związek Etol- 
ski, niewiadomo ^). Mniej wykształcony związek Etruski uznawał, 
zdaje się, tylko powagę jednomyślności, albo przynajmniej bar- 
dzo przeważnej większości, więc też pękł pod naciskiem siły 
słabszej, niż ta, co po kolei ujarzmiła Macedonię i Grecyę^), 

Zanim przejdziemy od porządków antycznych do nowoczes- 
nych europejskich, warto mimochodem spojrzeć na formacye związ- 
kowe ludów amerykańskich, chronologicznie zbliżone do nowożytnej 
Holandyi lub Szwajcaryi, ale rozwojowo współrzędne raczej ze 
światem starożytnym, i to niższego typu. Związek Azteków w Me- 
ksyku, jak go opisuje Morgan ^), wydaje się zdała czemś podo- 
bnem do państwa Etrusków, bo stosuje jednomyślność nawet 
przy obiorze wodza i jego rady przybocznej przez starców, ka- 
płanów i wodzów podrzędnych. Znacznie wyraziściej i szerzej 
przeprowadzili to samo wymaganie Irokezi na wszystkich szcze- 
blach swej budowli państwowo-plemiennej (od XV do XVIII w. 
naszej ery). W ich radzie związkowej każde plemię, lubo zło- 
żone z różnych rodów, podawało jeden głos przez usta swego 
sachema, i każde mogło zanieść formalne veto przeciw uchwałom 
czterech innych. Wewnątrz plemion taksamo jednomyślnie głoso- 
wały poszczególne klasy w osobie swoich starszych. Jednomyślność 
panowała także na walnych zgromadzeniach narodu. Szczególny 
system kuryalny utrzymywał równowagę między rodami. Upartych 



1) Ob. artykuł Cauera o amfiktyoniach w Real-Lexicon Pauly'ego, t. I. 

2) Busolt, Die griechlschen Staats- und Rechtsaltertiimer, 321, 334. 

^j Marcel Dubois, Les ligues etolienne et acheenne, Parls, 1885 (Biblio- 
theąue des ecoles francaises d'Athenes et de Romę, zeszyt 40, str. 141-2. Bu- 
solt, 358. 

*) Lc Fur, L'Etat federal et la Confederation d'Etats, 43. 

•5) Społeczeństwo pierwotne, cz. II, rozdz. 5 i 8. 



— 89 - 

oponentów można było zmiękczać tylko naciskiem moralnym. 
Cały ten ustrój, wykończony w drobnych szczegółach), z pewno- 
ścią nie zasługiwał na nazwę anarchii; cóż kiedy zabezpieczał 
lepiej wewnętrzną nietykalność plemion i klas, niż odporność ' 
związku wobec zagranicy. Wobec wojny o niepodległość Stanów 
Zjednoczonych Irokezi nie zdobyli się na jednolitą postawę: 
każde plemię wystąpiło na własną rękę, i wszystkie niebawem 
poczuły nad sobą ciężką dłoń białych zdobywców. 

Że daleki naród czerwonoskóry nie mógł czerpać z doświad- 
czeń federacyi klasycznych, to rzecz jasna; Holendrzy mogli ko- 
rzystać z nich obficie, a jednak woleli iść za popędem żywioło- 
wych prądów społecznych, niż za głosem mądrości historycznej. 
Jedna narodowość o wysokiej kulturze, o jednym języku i jednej 
wierze nie zdobyła się przez kilka wieków na przezwyciężenie 
aspiracyi prowincyonalnych do samodzielności, stworzyła dzieło 
niedoskonałe, niekonsekwentne, niedokształcone. Dopóki książę 
burgundzki, Filip Dobry, nie powołał Stanów niderlandzkich 
(w szerokim sensie tego wyrazu, obejmującym też dawniejszą 
Belgię) na wspólne posiedzenia (1463), każda prowincya żyła 
życiem odrębnem, nie uznawała innych łączników z sąsiadami, 
prócz umów doraźnych, i wewnątrz siebie pozostawiała szeroką 
autonomię związkom drobniejszym. Właściwa np. prowincya Ho- 
landya liczyła w sobie trzy stany : duchowieństwo, szlachtę i mie- 
szczan, ale gdy kler w epoce reformacyi usunął się na bok i znikł, 
reszta stanów ugrupowała się w sposób napół terytoryalny, na- 
pół klasowy. Miasta Amsterdam, Lejda, Dordrecht, Gouda i Haar- 
lem miały po jednym głosie, szlachta zaś w imieniu miast mniej- 
szych oraz całej ludności rolniczej zgłaszała wotum siódme, naj- 
poważniejsze i zwykle decydujące, gdyż poza niem kryła się naj- 
większa siła ekonomiczno - podatkowa. Zresztą nikt tam nikogo 
nie przegłosowy wał ; wielki przywilej, nadany Holandyi w r. 1477, 
zabezpieczał każde miasto od narzucania podatków. Regułę wię- 
kszości zastępowała jednomyślność moralna ')• Gdy tej zabrakło 
wśród wojny religijnej, rozeszły się koleje losów katolickiej i pro- 
testanckiej części Niderlandów, i każda część stanęła wobec po- 
trzeby ściślejszego uregulowania sposobu stanowienia uchwał. 



1) Rachfahl, Williclin von Oranicn iind der niederlandische Aufstand, I, 526. 



— 90 — 

Dwanaście miast dało się zjednoczyć Wilhelmowi Orań- 
skiemu w alians dordrechcki pod jednym wodzem naczelnym 
(1572). Z tego sojuszu powstał po siedmiu latach związek pań- 
stwowy siedmiu prowincyi, znany pod nazwą Unii Utrechckiej 
(1579). Wszelako luźna ta unia nie zdołała zatrzeć ani wielkiej 
rozmaitości miejscowych ustrojów, ani sprzeczności między inte- 
resami prowincyi nadmorskich i lądowych. Podczas układów 
o unię potężna Holandya zaproponowała, aby każda prowincya 
dostała liczbę głosów proporcyonalną do swego wkładu pienię- 
żnego. Zgodnie z tem we wszystkich sprawach, n i e dotyczących 
wojny, pokoju, traktatów albo poborów, Holandya podawała 2 
głosy, Geldrya, Zelandya i Fryzya po jednym, Utrecht i Overijs- 
sel razem jeden głos, Groninga, Drente i Lingen też razem je- 
den głos; decydowała większość. Do rozstrzygania owej reszty 
ekscypowanych kwestyi wymagana była według artykułu 9 unii 
jednomyślność. We wszystkich pozatem regułacyach stosunku je- 
dnostki do całości zapanowało prawo większej liczby. A stosu- 
nek to był bardzo skomplikowany. Stany prowincyonalne obsy- 
łały Stany Generalne dowolną liczbą delegatów, którzy jednak 
rozporządzali określoną z góry liczbą głosów. Każde Stany pro- 
wincyonalne składały się z kilku lub kilkunastu „kollegiów% 
a więc Holandya miała ich 19, w tem jedno szlacheckie, reszta 
mieszczańskie, Geldrya 14 (jedno szlacheckie), Zelandya 6, Ut- 
recht 5 (po jednem od szlachty i od duchowieństwa), Fryzya 12 
(jedno szlacheckie), Overijssel 4 (podobnież), Groninga jedno ')• 
Razem Rzeczpospolita składała się niejako z 66 sejmików, połą- 
czonych w 7 prowincyi. Osobną reprezentacyę interesów prowin- 
cyonalnych stanowiła jeszcze Rada Stanu, która pośredniczyła 
między Stanami prowincyonalnymi i Generalnymi, czuwając przez 
odnośnych radców nad nietykalnością praw każdej prowincyi'^). 
Wykonanie uchwał związkowych należało przeważnie do władz 
miejscowych ^). Instrukcye nakazczo-zakazcze, odwoływanie się 



') Robert Friiin, Geschiedenis der Staatsinstellingen in Nederland tot 
den val der Republiek uitgegeyen door Dr. H. T. Colenbrander, Haga, 1901, 
str. 182. 

2) Konarski, O skutecznym rad sposobie, IV, 116 sq., cytuje De Reala, 
Science du gouvernement, II, sekcya 6. 

3) Le Fur, j. w. 79 ; J. P. Błock, Geschichte der Niederlande, II, 520. 



— 91 — 

do Stanów prowincyonalnych, odmowa i uzupełnianie pełnomoc- 
nictw ^), wszystko to należało do zwykłej sceneryi podobnych 
zgromadzeń. Łatwo zgadnąć, ile tam było tarcia i nawet zgrzytu 
w niedoskonałym mecłianizmie tylu kółeczek. Zasady jednomyśl- 
ności nie zniesiono; jeszcze w r. 1680 samo miasto Amsterdam, 
jako jedno z kollegiów Holandyi, przeszkodziło przymierzu Rzpli- 
tej z Hiszpanią przeciwko Francyi. Ale ileż wyjątków z tej za- 
sady wymusiła rzeczywistość! Pokój dwunastoletni 1609 r. sta- 
nął wbrew opozycyi Zelandyi, pokój monasterski r. 1648 — 
wbrew woli Zelandyi i Utrecłitu ^), Przy zawarciu wielkiego 
aliansu w Hadze roku 1701, jak również w r. 1717 przy podpi- 
saniu przymierza z Francyą i Anglią, znowu zignorowano opór 
Zelandyi. Aukcya wojska r. 1741 ucłiwalona bez względu na 
opór Groningi, posiłki posłane dla Austryi w r. 1743, niebacząc 
na protest aż trzech prowincyi, Geldryi, Utrechtu i Groningi^) 
i t. d. Wyjątki te, podyktowane przez instynkt samozachowawczy,, 
nie sparaliżowały jednak samej praktyki odosobnionych prote- 
stów (,,de zaak aanzien"). Skutek rozbratu domowego był ten, 
że wielmożne Stany nie wytrzymały w r. 1795 nacisku jednolitej, 
scentralizowanej nacyi francuskiej. 

Byłoby rzeczą ze wszech miar pouczającą zestawić równo- 
legle rządy sejmikowe holenderskie z podobnymi rządami Belgii. 
Początki były tu, jak wiemy, pokrewne i nawet wspólne. To samo 
rozdrobnienie, ten sam duch niezależności w każdej prowincyi, 
w każdem mieście i każdej klasie miejskiej, Stany brabanckie za- 
siadały w trzech grupach : duchowieństwo było reprezentowane 
przez opatów 12 klasztorów ; szlachta dzieliła się na dwie war- 
stwy — panów chorągwianych i rycerstwo niższe. Od czterech 
głównych miast : Brukselli, Lowanium, Antwerpii i Hertogenbosch 
zjeżdżało na sesyę trzynastu posłów, po trzech od każdego, 
(z Lowanium — czterech), obranych i umocowanych od poszcze- 
gólnych „członków", tj. ordynków miejskich ; zwykle posłami 
tymi byli pierwszy burmistrz, pensyonarz i pierwszy ławnik 

W zasadzie nie można było zmajoryzować nietylko poje- 
dynczego miasta, ale i pojedynczego „członka" ; najuparciej bro- 

1) Blok, IV, 536. 

2) Fruin, j. w. 183; Blok, IV, 536. 
3j Konarski za De Realem, j. w. 



— 92 — 

nili swej wolności rzemieślnicy. Stopniowo jednak rząd książęcy, 
względnie królewski, wynalazł formę prawną do przełamywania 
oporu „członków". Nazywało się to „zagarnięciem", czy też raczej 
„podchwyceniem" (vervangen) opozycyi we wspólnej uchwale. 
Namiestnik ze względu na pilną potrzebę pospolitą prosił Stany 
prowincyonalne o rozciągnięcie decyzyi na członka głosującego 
przeciw; temu ostatniemu pozostawiano dwa tygodnie czasu 
na dobrowolny akces. Jeżeli Stany odmawiały, to rząd „ogarniał" 
•czasem opozycyę na własną rękę. Z całemi miastami sprawa 
była trudniejsza; bądź co bądź w r. 1555 udało się tą drogą za 
zgodą innych Stanów zmajoryzować Bruksellę i Lowanium, a w r. 
1556 Bruksellę i Hertogenbosch. Nie tak dobrze znane są sto- 
sunki Flandryi i innych dzielnic ; przypuszczalnie układały się 
one analogicznie ^). 

O późniejszych zgromadzeniach Stanów t. zw. Niderlandów 
Hiszpańskich, tj. Belgii, wiadomo niewiele więcej ponadto, że za- 
sada większości dopiero przy silnem poparciu Habsburgów za- 
częła tam w XVI wieku rugować pierwotną jednomyślność; gdzie- 
kolwiek zresztą ta ostatnia wspierała się dodatkowo na manda- 
cie prowincyonalnym albo lokalnym, szczególnie gdy chodziło 
o podatki, walka bywała ciężka, i zaściankowi autonomfści je- 
szcze w XVIII wieku borykali się z postępami majoryzacyi ^). Linia 
frontu społecznego wygięła się wśród tej walki. Były prowincye, 
„w których Stany deliberowały wspólnie w jednej izbie i gdzie 
wotowaly nie stanami (par ordre), ale indywidualnie (par tcte)"; 
tam „prosta większość decydowała o podatkach i pomocy, zaró- 
wno jak i o innych sprawach. Nadmienić jednakże wypada, że 
w większości belgijskich prowincyi uchwalanie subsydyów po- 
trzebowało zgody wszystkich stanów, i to nawet tam, gdzie 
w podrzędniejszych sprawach dwa stany uchwalały z siłą obo- 
wiązującą dla trzeciego. W prowincyi Luxemburgu istniał zwy- 
czaj odrębny i jeszcze oryginalniejszy od innych, większość bo- 
wiem dwóch stanów przeciw jednemu decydowała nawet w spra- 



1) Rachfalil, !, 527, 534, 540, 550. 

'-) Według informacyi, łaskawie dostarczonej nam przez profesora H. Pi- 
renne (w liście z d. 29 czerwca 1913 r.), który przed wybuchem wojny badał 
interesujące nas zagadnienie na gruncie belgijskim. 



— 93 - 

wach subsydyów ; jeśli każdy ze stanów uchwalił odmienną 
ogólną kwolę pomocy dla panującego, wówczas sumowano wszy- 
stkie kwoty, następnie otrzymaną cyfrę dzielono przez trzy, tj. 
ilość stanów (on tiercait), i w ten sposób otrzymana liczba sta- 
nowiła przeciętną pomoc, uchwaloną przez Stany" i). 

Posuńmy się dalej na wschód. Potężna Hanza Niemiecka 
nie miała przez długi czas zbyt groźnych sąsiadów, więc rozparł- 
szy się po wszystkich w\brzeżach mórz północnych, poniekąd aż 
za La Manche, i sięgnąwszy korzeniami w głąb lądów, wytrzy- 
mała szereg wojen i przetrwała cztery stulecia. Nie naszą jest 
rzeczą dociekać tu wszelkich przyczyn jej długowieczności. To 
pewna, że nie zawdzięczała jej sprężystemu i racyonalnemu ustro- 
jowi. Cały związek składał się z miast dobrze zagospodarowa- 
nych i dobrze rozumiejących swe interesy. Przewodnia reguła 
większości, mocno ugruntowana w samorządzie skonfederowa- 
nych miast -), utrudniała pochłonięcie ich przez żywioł centrali- 
styczny. W dodatku związek dzielił się na trzy 3) dzielnice (Drittel). 
Pierwsza obejmowała Lubekę, miasta saskie i wendyjskie, druga 
miasta westfalskie i pruskie, trzecia Gotland, Inflanty i Szwecyę. 
Były te dzielnice, nakształt trzech polskich prowincyi, tak rozle- 
głe i samoistne, że jeżeli można było zbiorową siłą przełamać 
opór jakiejś Bremy lub Hamburga, to o poskromieniu całej dziel- 
nicy nie mogło być mowy. Pełno też w prawie publicznem Hanzy 
sprzeczności, nieprawidłowości, wyjątków, pełno zmagań się, roz- 
luźnień i sprężeń. Toczy się ciągła walka autonomii z centrali- 
zmem, walka reguły większości z wolnem „niepozwalam" po- 
szczególnych miast. 

Zdawało się już pod koniec pierwszego okresu, jaki, we- 
dług Sartoriusa, ciągnie się do r. 1370, że decyzya przeważnej 
liczby miast obowiązuje wszystkie. Zażądano uznania tej zasady 
nawet od przewodniczącej w związku Lubeki, gdy ta nie chciała 
spełnić nakazanej sobie okupacyi wyspy Bornholm, którą Szwe- 
cya oddała w zastaw Hanzie podczas wojny z Danią (1363). Cóż 
kiedy zaraz w następnym roku na kongresie delegatów w Kolonii 



•) Rembowski, Konfedcracya i rokosz, 112-3, cytuje Poiillcta Les consti- 
tutions nationalcs bclges, 147-8. 

2) Por. F. W. Bartho!d'a, Geschiclitc der deutschen Hansa, III, 25. 

3) Od XV wieku — cztery. 



- 94 - 

uchwała co do wojny z Waldemarem III duńskim nie może dojść 
do skutku. Miasta wznawiają na tym zjeździe konfederacyę, ali- 
ści nawet zatwierdzenie tej podstawowej uchwały spotyka gdzie- 
niegdzie trudności. Żaden wyrok nie zdoła nic przeciwko wię- 
kszym miastom. Tegoż roku miasta pruskie ekscypują sobie za- 
padłą uchwałę o wyprawie wojennej i zamiast niej chcą służyć 
samym tylko funtcollem ^). 

Kiedy w roku 1368 wznowiono spór z Danią, Hamburg, 
Brema i Kolonia nie chcą słyszeć o czynnym udziale w wojnie. 
Dwa pierwsze miasta zgadzają się później płacić kontyngens pie- 
niężny, ale Kolonia pospołu z miastami, położonemi nad Siider- 
see, trzyma się zupełnie na uboczu ^). 

Następny okres, 1370 — 1495, zaczyna się od gwałtownych 
kataklizmów, zarówno w łonie niektórych miast hanzeatyckich 
(Lubeka 1403—9), jak pomiędzy niemi. Dochodzi chwilowo w r. 
1412 do utworzenia rekonfederacyi (Gegenhansa) z Hamburgiem 
na czele; następuje nowe pojednanie w postaci nowej konfede- 
racyi powszechnej w r. 1418 '^), Politycy związkowi robią, co 
mogą, aby uratować całość od nierządu. Wypisują w statutach 
z r. 1375 i 1417 zasadę, że to, co uchwala zdrowa większość na 
kongresie (majora sana in fiansae conventu vota), ma być apro- 
bowane i wykonywane przez wszystkie członki obecne lub nie- 
obecne. Powtarzają to samo w r. 1470'*), przepisują głosowanie 
na kongresach w porządku krzeseł, bez uprzednich narad dziel- 
nicowych. W trzecim okresie, t. j. w wieku XVI, układają sta- 
tuty, według których przynajmniej sprawy kantorów związko- 
wych zagranicą oraz wspólnych przywilejów handlowych mia- 
łyby podlegać uchwałom większości. Ale i to ograniczenie nie 
skutkuje. Daremnie przewodnicząca Lubeka nawołuje w uniwer- 
sałach do przysyłania delegatów na kongresy z zupełną, dosta- 
teczną mocą. Coraz to ktoś z jakiegoś kongresu odwozi uchwałę 



1) Georg Sartorius, Geschichte des Hansa-Bundes, Getynga 1802, I, 121 
sq. Barthold, j. w., datuje początek władzy związku nad poszczególnemi mia- 
stami od drugiej połowy XIII wieku. 

2) Sartorius, j. w. 

3) Barthold, j. w. III, 25, 33, 44. 

4) Sartorius, II, 82-3. Znacznie pobieżniej traktuje tę stronę ustroju Hanzy 
Daenell, Die Bliitezeit der deutschen Hanse (1906), II, 318. 



- 95 - 

-ad referendum do braci. Z obowiązkowej aprobaty uchwał 
kongresowych przez miasta, wymaganej w statucie r. 1417, po- 
zostaje niebawem jedynie ewentualność aprobaty: niektóre 
późniejsze konfederacye żądają już tylko od większych miast, 
aby swym wpływem wyjednały ratyfikacyę uchwał u sąsiednich 
miast mniejszych. Niektóre statuty godzą się i na taki kompro- 
mis, żeby ważniejsze sprawy decydować jednomyślnie, a mniej 
ważne — większością. Jeszcze zgoda takich potentatów, jak Ham- 
burg, Brema, Lubeka, Kolonia, umiała postawić na swojem, ale 
gdy one się pokłóciły, to na chwilę rozprzęgała się cała federacya. 
Ostatecznie ta niekarność, wynikła z braku związkowej władzy 
wykonawczej, i to ciągłe marudztwo z parokrotną reasumpcyą 
tychsamych spraw, z zasięganiem pełnomocnictw — ,,abscheu- 
liche Sitte" według Sartoriusa — zgubiło Hanzę po wojnie Trzy- 
dziestoletniej. Trudno nie dojrzeć w jej rozgardyaszu autonomi- 
cznym, nacechowanym prowincyonalizmem i partykularyzmem, 
•dziwnych analogii z Rzecząpospolitą Polską, 

Całkiem odmienne i jedyne w swoim rodzaju zjawisko sta- 
nowi związek szwajcarski (Eidgenossenschaft). Bez przesady mo- 
żna powiedzieć, że prawnopaństwowe h xul nur tworzy centralną 
kwestyę dziejową Szwajcaryi. Przez nieznane i niedostępne dla całej 
Europy przejścia, po omacku, bez naśladowania wzorów obcych 
i bez łamania praktyki w imię doktryny, zmierzał wolny lud 
szwajcarski do rozwiązania zagadnień, jak godzić prawa jednostki 
z interesem całości, jak uszanować niezawisłość gmin społecz- 
nych, a jednak spajać je w obronną całość. Nic drogocenniej- 
szego dla ludzkości, jak te próby młodych kantonów góralskich 
lub mieszczańskich, w których na każdym kroku staje przed su- 
mieniem człowieczem problemat nie do usunięcia: kto ma ustąpić: 
ogół czy jednostka, więksość czy mniejszość? 

Z idealną wyrazistością ujawnia się tutaj wpływ kształtujący 
niemal wszystkich tych czynników, od których zależy nagroma- 
dzenie precedensów, przychylnych lub wrogich rządom przewa- 
żnej liczby. Równość obywatelska umożliwiała wszędzie powsta- 
wanie poglądu, że w demokracyi więcej należy się dwóm ludziom, 
niż jednemu ; nikt nie stawał przeciwko gminie, wsparty o swoje 
niby - udzielne panowanie nad chłopami. Moment decyzyi zbio- 
rowej i sposób głosowania ustaliły się wcześnie. Starogermańskich 



— 96 — 

metod uderzania w broń, aklamacyi, pomruku nie znano w Szwa- 
caryi; głosowano przez „Handmehr", podnosząc ręce do góry i). 
Już w XVI wieku wyrobiły się nawet demagogiczne maniery pod- 
niecania lub nawet teroryzowania głosującycłi okrzykiem ; „Hdnd 
uf, Hebe Landliit !" — maniery, słusznie potępiane przez Bodina 
i z czasem zakazane przez prawo-). Zewnętrzne niebezpieczeń- 
stwa w wieku XIV i XV zmuszały lud w sposób nader oczy- 
wisty do solidarności. Ruch reformacyjny wieku XVI doprowadził 
w wielu kantonach do zupełnego opanowania i zgnębienia mniej- 
szości, wyjątkowo w niektórych, przy silnem napięciu, a przy 
względnej równowadze sił, kazał szukać innego wyjścia poza ma- 
joryzacyą. Znaczna gęstość zaludnienia zniewalała do podziału 
gruntów, nie dając jednak możności przyy/iązanym do swych hal 
gazdom uciekania przed majoryzacyą w cudze kraje. To wszy- 
stko znakomicie konsolidowało gminę szwajcarską (Landsgerneide) 
na wewnątrz. Zato trzy pozostałe znane nam czynniki zwracały 
się przeciwko takiej konsolidacyi całego związku (Eidgenossen- 
schaft). Zobaczymy poniżej wypadki kwesty ono wania przez kan- 
tony aż do najpóźniejszych czasów tych uchwał związkowych 
treści militarnej, którym można się było oprzeć na miej- 
scu ; zauważymy skutki braku egzekutywy innej, prócz kan- 
tonalnej ; ujrzymy zwykłą w federacyach, choć stosunkowo rzadką 
w Szwajcaryi, bezsilność zgromadzenia związkowego wobec na- 
kazów terytoryałnych ^j. 

Wspólne umiłowanie równości i niepodległości, niechęć pod- 
dania się Leopoldom austryackim czy też Karolom burgundzkim 
stwarzała dla Szwajcarów w epoce walki o byt związkowy wspólną 
wzniosłą sprawę, wobec której malał wszelki interes lokalny. Ale 
taki interes powszedni trwalszy był, niż niebezpieczeństwo ze- 
wnętrzne ; bieda nie chciała się pozwolić eksploatować cudzemu 
bogactwu, żądała dla siebie wyjątków i ulg z pod powszechnego 
ciężaru. Różność pochodzenia i mowy z pewnością nie sprzęgała 
kantonów w jeden naród, łańcuchy górskie przerzynały całą zie- 



') Heinrich Ryffel, Dle schweizerischen Landsgemeinden, Ziirich, 1904. 

2) Blumer, Staats- und Rechtsgeschichte der schweizerischen Demokratien, 
I, cz. I, 107. 

3) Gierkę, Das deutsche Genossenschaftsrecht, I, 533, o .heimbringen". 



— 97 — 

mię rubieżami — w wielu miejscach nie do przebycia. W czasach, 
kiedy naród szwajcarski wypracowywał sobie współżycie części 
i całości, nie był on jeszcze dzisiejszym, historycznie spojonym 
narodem : miał się nim stać dopiero wśród mnóstwa konfliktów 
wewnętrznych między interesami ogólnymi i specyalnymi. 

Ze względu na kwestyę formowania się wyrazu woli zbiorowej 
dzieje Szwajcaryi dają się podzielić na trzy okresy. Do począt- 
ków wieku XVI trwa okres integracyi (scalania) ; potem, do czasów 
Rewolucyi Francuskiej — okres dezintegracyi '). Powstanie Rze- 
czypospolitej Helweckiej wprowadza nowy okres integracyi na 
tle demokratycznego centralizmu. Reguła większości wyrabia się 
w pierwszym okresie, zwęża swe zastosowanie w drugim, roz- 
szerza się i prze do ostatnich granic w trzecim. 

Z początku czyni ona postępy zarówno w zgromadzeniu 
ludowem kantonainem, jak w federacyi. Tkwi u podłoża już 
pierwszych sprzysiężeń najstarszych kantonów leśnych. Konsty- 
tucya Glarusu (Landessatzung) z r. 1387 wygłasza, jako naczelną 
normę państwa ludowego, że mniejszość musi ustępować wię- 
kszości ^). Słychać o pewnem pozornem odstępstwie od tej normy 
w kantonie Uri, gdzie każdy gazda (Talmann) interesowany mógł 
sam jeden przeszkodzić {erwehren) sprzedaży wspólnych grun- 
tów (Allmendland) ; ale to znaczyło właściwie tylko, że ogół nie 
ma prawa nikogo przemocą wywłaszczać ze wspólnego mienia^ 
i wcale nie uchybiało powadze woli zbiorowej poza obrębem 
najświętszych praw indywidualnych. Sąsiedzi ze Schwyzu w igno- 
rowaniu opozycyi zaszli tak daleko, ze nieraz poprzestawali na 
obrachunku głosów dwóch gromad względnie największych, nie 
dbając o głosy rozbite ; niektórym obywatelom kazano wstrzymy- 
wać się od głosu, gdy w grę wchodziły interesy ich krewnych % 
Większość we wszystkich kantonach opanowywała wszystkie gło- 
sowania: co do wojny lub pokoju, co do zawierania traktatów,, 
stanowienia praw, zarządzania wspólnym majątkiem i pomnaża- 
nia go przez pobory, a tembardziej na wyborach i w sądowni- 



1) Bluntschli, Gescliichtc des scliweizerischcn Bundesstaatsreclitcs, I^ 
406 sq. zbyt schematycznie, bez uwzględnienia różnicy czasów usiłuje skonstru- 
ować, według różnycłi kategoryi spraw, prawidła rządów większości w Szwajcaryi. 

^) Blumer, I, 270; ponowiono ten przepis w r. 1448. 

3) Ryffel, j. w. 108 sq. 

7 



- 98 — 

ctwie '). Szybko tężała i wspólność federalna. Kanton Glarus 
w chwili przystąpienia do związku (w r. 1352) musiał obiecać, 
że podda się orzeczeniom ogółu w sporach. W późniejszych tra- 
ktatach z Fryburgiem, Solurą, Bazyleą, Szafuzą, Appenzell zawa- 
rowano, że nowo przystępujące te kantony będą mogły wchodzić 
w osobne przymierza nie inaczej, jak za zgodą większości kan- 
tonów -). Zbliżano się potrosze do zupełnego na wszystkie sprawy 
rozciągnięcia tejże reguły głosowania, a niemałe pod tym wzglę- 
dem znaczenie wychowawcze miała gospodarka federalna w t. 
zw. „gemeine Herrschaften", tj. we wspólnych posiadłościach ca- 
łej Rzeszy Szwajcarskiej. W sprawach o nabywanie lub zastaw 
tego rodzaju włości zapanowało już w r. 1415 przekonanie, „das 
da der minder teil dem nieren volgen sol ane alle widerred" ^). 
Zrzeszony i krzepnący z postępem tej gospodarki sejm związkowy, 
czyli kongres (Tagsatzung), zaczął interweniować między par- 
tyami wewnątrz poszczególnych kantonów ; w Nidwalden już 
w r. 1385 kongres skasował niesłuszny wyrok gminy i zastrzegł 
sobie takież prawo nadal, gdyby miejscowa ludność okazała się 
„zu krank" do sądzenia. Podobna interwencya w obronie mniej- 
szości nastąpiła w r. 1404 w Zugu, później w r. 1588 i 1597 
w Appenzell, 1721 i 1722 w pewnej miejscowości kantonu Gla- 
rus, w 1732 w Appenzell Ausserrhoden, ale tym razem wyjątkowo 
bezskutecznie'*). Coprawda, niedoświadczeni centraliści pozwalali 
sobie czasem na regulowanie wewnątrz kantonów spraw, które 
i dziś jeszcze uchodzą za naturalną przynależność autonomii, jako 
to policyi obyczajów i zbytku ^). Próbę ogniową musiała jednak 
przejść zasada większej liczby w dziedzinie wspólnej obrony 
związkowej i wspólnej czynnej akcyi nazewnątrz. Tu też niedo- 
syć było okazać kilka razy jednozgodność, trzeba było przetrwać, 
przezwyciężyć rozłam. Dopiero po tej próbie miało się okazać, 



>) Gierkę, I, 520. 

2) Prof. G. Vogt, Yereinbarung und Mehrheitsprinzip im Schweizerbunde, 
Zeitschrift fiir schweizeriche Gesetzgebung und Rechtspflege, I Bd. 

3) Vogt, j. w., 2-3. 

4) Ryffel, j. w.. 39. 

s) Vogt, j. w., 4. O kwestyę, co należy do władz związkowych, a co do 
miejscowych, jak przypomina Bluntschli, 408, wybuchła w wieku XV t. zw. 
wojna zurychska. 



1 



— 99 — 

czy prawo konstytucyjne Szwajcaryi nie pozostanie, przynajmniej 
w pewnym zakresie, kompleksem czasowych konkordatów natury 
międzynarodowej. Tak zwany List Księży (Pfajfenbrief) z r. 1370 
nie został przyjęty przez Bern i Glarus. Doszła do skutku uchwała 
o obronie narodowej z r. 1393 (Sempacherbrief). Później udał 
się układ, zawarty w miejscowości Stanz (Stanzer Yerkommnis) 
1481 ; Ziirich domagał się w r. 1416 uznania władzy większo- 
ści w głosowaniach nad wyprawą wojenną, a pewien akt badeń- 
ski z r. 1460 próbował już ogólnie zaliczyć tę władzę do stałych 
tradycyi (Harkomen) ^) narodu szwajcarskiego. 

Aż tu po świetnych zwycięstwach nad Karolem Śmiałym 
nastaje zwrot na gorsze. Szwajcarzy zaczynają się imać służby 
kondotyerskiej, wdają się w politykę międzynarodową, i ta po- 
lityka potrosze szczerbi ich własną karność wewnętrzną. W tym 
samym pamiętnym roku 1515, kiedy sejm związkowy spróbował 
wszystkim |^nadal mniejszościom nakazać uległość w sprawach, 
interesujących cześć i dobrobyt związku 2), spadła na Szwajcaryę 
z rąk Franciszka I klęska pod Marignano, i pod tym ciosem 
o mało się nie rozpadł związek na dwie osobne konfederacye, 
jedną z 8 kantonów po stronie Francyi, drugą z 5 przy cesarzu 
i papieżu. Jest to wyraźny krok wstecz i fatalny na przyszłość 
precedens, tern fatalniejszy, że wkrótce zacznie rozszczepiać Szwaj- 
caryę waśń religijna. 

Wśród osłabionego poczucia braterstwa idea solidarności 
w obronie czci i dobrobytu całości staje się conajwyżej drogo- 
wskazem moralnym, czcigodnym testamentem lepszej przeszłości, 
a nie przepisem konstytucyjnym. Wielka ustawa obrony narodo- 
wej (Defensionale) z r. 1669—74, uchwalona przez większość 
kongresu, zostaje obalona przez sejmiki ziemskie; podobna usta- 
wa z r. 1688 natrafia też na opozycyę małych kantonów, i jeszcze 
w r. 1792, na kilka lat przed krytyczną przeprawą z Francyą, 
malutki Schwyz, wysyłając swój kontyngens, zakłada salwę, że 
ustawa o obronie właściwie go nie obowiązuje i nadal obowią- 
zywać nie będzie 3). 



') Vogt: j. w., 4. 

2) Vogt, j. w.; Bluntschli, j. w., 409; Gierkę, I, 533. 

3) Vogt, j. w.. 6-7. 

7* 



— 100 - 

Dzieje się to pod ubocznym wpływem powszechnego prze- 
konania, że większość delegatów kantonalnych nie ma autorytetu, 
bo nie ma za sobą większości obywateli : Szwajcarya po wieku 
XVI jest już krajem przeważnie protestanckim, aczkolwiek kan- 
tony katolickie liczebnie przeważają. Do tej dysproporcyi przy- 
łączają się zaraźliwe przykłady rozłamów domowych w kanto- 
nach i ogólnego nawet rozłamu w kongresie. Rozdwojenia, se- 
cesye mnożą się jedne po drugich. 

Nikt nie mógł z góry przepowiedzieć wystąpienia Zwingli- 
ego i Kalwina, to też żadna ustawa nie określiła zawczasu kom- 
petencyi uchwał ogólnych w sferze wyznaniowej ; kierowano się 
w nich z początku bezpośredniem poczuciem słuszności lub na- 
miętnością religijną, potem zaczęła się potrosze skraplać pewna 
tradycya. Najbardziej pouczające przewroty zaszły w Appenzell 
i Glarus, Pierwszy z tych kantonów rozwiązał sprawę w sposób 
dość prosty: rozciął swój węzeł gordyjski na dwie połowy. W roku 
1596 część katolicka, mniejsza, przystąpiła do osobnego związku 
kantonów pod przewodem Hiszpanii ; następnego roku odbyło 
się ostatnie zgromadzenie ziemskie, na którem protestanci na po- 
żegnanie zabrali wszystkie urzędy. Rada związkowa spróbowała 
spór załagodzić, ale osobne zgromadzenia ludowe obu wyznań 
oświadczyły się za podziałem kraju. Sąd rozjemczy dokonał 8-go 
września rozgraniczenia, i odtąd istnieje katolicki Appenzell- 
Innerrhoden obok protestanckiego Ausserrhoden '). W Glarus do- 
szło do innego rozwiązania. Idąc za wzorem kantonu Unterwal- 
den, który do połowy XIV wieku miał dwa sejmiki, glaryjczycy 
już w latach 1528 i 1532 podzielili się na dwa zgromadzenia, 
katolickie i reformowane. Ugoda z r. 1532 zapobiegła rozbratowi, 
ale nie nazawsze. W roku 1562 znany dziejopis Tschudi ujrzał 
się zniewolonym do zaproponowania obioru kuryalnego urzędni- 
ków, w ten sposób, aby kurya katolicka obierała ich połowę. 
Spełniło się to życzenie dopiero w drodze układu roku 1623. Po 
sześćdziesięciu latach zastosowano taki sam kompromis do 
rady zarządzającej i sądów. Glarus otrzymał obok wspólnego 
zgromadzenia osobne sejmiki protestanckie i katolickie do spraw 
wyznaniowych. 



1) Ryffel, j. w., 24; Blumer, II cz. I, 66 sq. 



— 101 - 

Analogiczną drogą cała Szwajcarya obok wspólnego sejmu 
związkowego (Tagsatziing) wytworzyła osobne kongresy delega- 
tów katolickich (z udziałem m. i. Glarusu katolickiego) i osobne 
protestanckie (z udziałem Glarusu protestanckiego) '). 

Trudno było wynaleźć w czasacii tępicielskiej nietolerancyi 
naturalniejsze wyjście z kłopotu. Ten proces dezintegracyi był 
całkiem naturalny i zdrowy. Szkoda tylko, że towarzyszyło mu 
osłabienie zbiorowości we wszystkicii kierunkach. Przewodniczący 
(Yorort) Ziirich reprezentował tylko unię nazewnątrz, ale przy- 
musu wywierać nie mógł -)• Rządy większości cofały się na ca- 
łej linii, miejsce ich zajmowały kompromisy polubowne. Kantony 
reformowane : Ziirich, Bern, Bazylea, Szafuza, protestancki Gla- 
rus i Appenzell-Ausserhoden od pierwszej chwili, gdy ujawniła 
się granica zdobyczy nowych wyznań, zaczęły za przewodem 
Ziirichu przemawiać przeciw majoryzacyi w sprawach religijnych 
(1528). Ugoda, zawarta w r. 1632, przeprowadziła ten pogląd 
odnośnie do kwestyi wyznaniowych we wspólnych posiadłościach. 
Trzeci pokój krajowy, 1656 r., potwierdził go ogólnie i rozszerzył 
zasadę polubowności nawet na kwestyę przedwstępną : czy dana 
sprawa ma charakter wyznaniowy, czy też polityczny lub gospo- 
darczy. O to rozszerzenie toczył się spór dalej aż do roku 1712, 
kiedy przy czwartej pacyfikacyi wprowadzono zasadę kompro- 
misu do całej wogóle administracyi wspólnych terytoryów ^). 

Tak wyparta została majoryzacya z dziedziny religijnej, ze 
wspólnej gospodarki w dobrach związkowych, raz po raz wy- 
pierana była z dziedziny finansów, wojskowości i poniekąd na- 
wet polityki zagranicznej, — i tak przetrwała proces dziejowy 
między całością i częściami do chwili gwałtownego utworzenia 
pod naciskiem Francyi jednolitej Rzeczypospolitej Helweckiej 
(1798) z jednym dyrektoryatem wykonawczym i jednym, dwu- 
izbowym organem prawodawczym. Z upadkiem wpływów francu- 
skich zasady unitarystyczne 1798 r. runęły. Szwajcarya wyszła 
z Kongresu Wiedeńskiego znów, jako luźna federacya różnoro- 
dnych stanów demokratycznych, arystokratycznych i plutokraty- 
cznych, z udzielnością zebrań gminnych i rad miejskich, z sej- 

») Ryffel, j. w. ; Blumer, II, cz. I, 30 sq., 47, 52, 55. 
3j Bluntschli, j. w., 410-1. 
3) Vogt, j, w., 5-6. 



— 102 — 

mem, podobniejszym do zjazdu międzynarodowego, niż do par- 
lamentu, z jednomyślnością i instrukcyami, z praktyką brania 
spornych spraw ad referendum, ad instniendum lub ad ratifican- 
dum. Dopiero wielki ruch demokratyczny XIX wieku poprowadził 
na nowo rzeszę helwecką przez Sonderbund i wojnę domową 
1847 r. na gościniec rozwoju w duchu centralistycznym. 

Podobny proces scalenia przeżyły równocześnie Niemcy, 
przechodząc od Związku Niemieckiego (der Deutsche Bund, 1815 
do 1867), przez Związek Północno-Niemiecki (1867 — 1870), już 
centralistyczny, ale jeszcze nie ogólny, — do formy dzisiejszego 
państwa związkowego. Łańcuch podobnych ewolucyi z pewnością 
nie jest jeszcze zamknięty. Ze wszystkich ludów, które im pod- 
legły, najgłębiej i najżywiej przemyśleli swój problemat Ame- 
rykanie północni. Stało się to w kilka lat po wojnie o niepodle- 
głość w pamiętnych rozprawach czerwcowych konwencyi r. 1787; 
program niezależności małych stanów starł się wówczas z dokt- 
ryną centralistyczną wirginijską (Randolpha), veto partykularne 
w walce z projektowanem veto centralnej legislatywy o mało nie 
rozniosło związku wyzwolonych stanów, aż wreszcie, poświęcając 
cząstki dla całości, zawarto znany szczęśliwy kompromis konsty- 
tucyjny, który do dziś dnia zapewnia stanom autonomię i przed- 
stawiennictwo w senacie, narodowi — równomierny udział w izbie 
reprezentantów, całemu zaś państwu związkowemu — jednolitość. 

Historya tych przeobrażeń jest bogata i długa, ale już nie tak 
oryginalna, jak przedstawione przez nas w krótkości przemiany 
rządów europejskich. Zasługuje też ona pewno na gruntowne 
studya, ale nie na tern miejscu. W Ameryce, jak i we współcze- 
snych dziejach Szwajcaryi oraz Niemiec, chodzi o rozciągnię- 
cie na stosunki związkowe zasady większości, oddawna dojrza- 
łej, uznanej i wypraktykowanej w innych sferach, a nie o jej 
pierwiastkowe wypracowanie. Wszędzie tam świadomość 
prawodawcza rozporządza od początku ogromem wiedzy history- 
cznej i prawniczej, powtarza w sobie fragmenty cudzych dziejów, 
aplikuje te lub inne typy rozwiązań, ale ich nie stwarza samo- 
dzielnie. Zamiast więc wstępować w ślady tych wtórnych, skom- 
plikowanych procesów, wróćmy jeszcze na stary ląd europejski, 
aby tam szukać dalszych ilustracyi do głównego przedmiotu na- 
szych badań. 



ROZDZIAŁ VI. 

Dania. Wiece pierwotne. Danehof. Edykt Chrystyana I. Reakcya sejmikowa 
w wieku XVII gubi sejm walny. — Partykularyzm i jednomyślność w życiu 
pubiicznem dawnej Norwegii. Starcia zasad konserwatywnych z nowszym 
poglądem. Zjazdy sejmowe w wieku XVI i XVII. — Szwecya. Odrębności 
ziemskie zatarte wśród walki o niepodległość narodową i wolność. Trzy kuryc 
wśród szlachty. Regulamin Oxenstierny. Kompromisy. Czy można było zmajo- 
ryzować szlachtę? Kwestya mandatu i pryncypalatu. — Węgry. Skład sejmu 
instrukcye. Najważniejsze pytania ustroju sejmowego w zawieszeniu. Major et 
sanior pars w konflikcie z zasadą kompromisu. — Co wiadomo o głosowaniach 
sejmów czeskich? — Półwysep pirenejski. Kortezy w Aragonii, Katalonii 
i Walencyi. Historyczna paralela z Polską. Co przeoczył Lelewel ? Dissenti- 
miento według wykładu Martela. Ilustracye z r. 1350-51 i z lat 1410-12. „Parla- 
ment" barceloński gwałci mniejszość. Upadek dissentimiento za Filipa II, 
Odrębne porządki w Kastylii i PortugaHi. 

Skandynawskie ustroje samorządne naogół wielce się różnią 
od wszystkich wyżej opisanych, więc i o tworzeniu w nich uchwał 
nie można mówić, nie poinformowawszy czytelnika o miejsco- 
wych typach zgromadzeń ludowych. Cały świat skandynawski 
z punktu widzenia interesującej nas sprawy, jak i z wielu innych 
względów, rozpada się na dwie grupy zjawisk, duńsko-norweską 
i szwedzką. 

Na starożytne „tingi", czyli wiece duńskie (dosłownie: 
roki) schodziła się wszystka wolna ludność dorosła płci męskiej, 
i to zarówno na wiece prowincyonalne (ziemskie, landsting), jak 
gminne (herredsting). Ile było tingów, tyle ognisk twórczości 
ustawodawczej, jakkolwiek właściwie tylko zgromadzenia ziem- 
skie miały władzę prawodawczą, z dodatkiem zastrzeżonej zna- 
cznej części sądownictwa. Jeżeli na herredstingach nie docho- 
dziło do zgody, to wątpliwa sprawa szła na rozpatrzenie wiecu 



— 104 — 

wyższej kategoryi. Jak osiągano tam zgodną decyzyę, ściśle i ka- 
tegorycznie orzec trudno, ale wyobrazić sobie rzecz można z dużą 
miarą prawdopodobieństwa. Tingi były to zgromadzenia bardzo 
prymitywne. Za pułap służył błękitny firmament, za fotele — 
deski, ułożone w czworobok na wielkicłi kamieniach. Rej wodziła 
zbiorowo starszyzna, „mężowie roztropni, przezorni i biegli w pra- 
wie". Decydowali obywatele, siedzący na ławacłi ; reszta mogła 
najwyżej szczęknąć orężem na znak aprobaty (vapnatak), który 
to gest przypuszczalnie znaczył tyle, co przysięga na wykonanie 
uchwały. Nikt, rzecz prosta, nie rachował głosów ; poprostu auto- 
rytatywniejsza część zebrania, porozumiawszy się co do istoty 
sporu, narzucała swój pogląd pospólstwu. Co do sądownictwa 
i ściśle związanego z niem orzecznictwa, które pierwotnie zastę- 
powało twórczość prawodawczą, wcześnie wytworzyły się w Danii 
i Norwegii znane nam reguły indywidualistyczne, wrogie majo- 
ryzacyi i). 

Epoka wielkich Waldemarów (1157—1241) przyniosła tę no- 
wość, ze ponad prowincye wzbiło się państwo duńskie, z jedną 
władzą prawodawczą i jednym skarbem. Wnet jednak po krót- 
kim wzroście powagi monarchicznej stany uprzywilejowane wzięły 
górę nad tronem i krajem. Różne bywały odtąd zgromadzenia. 
Na „Danehof zjeżdżało się możnowładztwo; w Radzie Stanu 
(Rigsraadet) zasiadali dostojnicy, powołani przez króla ; tu i tam 
zgromadzeni występowali poniekąd, jako wyobraziciele interesów 
stanowych. Landstingi zeszły w cień ; nie wszystkie jednak ich 
atrybucye dały się przenieść na szlachecki Danehof. Dla utrzy- 
mania kontaktu z łnnemi klasami musiano pozwolić na nadzwy- 
czajne zgromadzenia Stanów; w tych znów po ustąpieniu du- 
chowieństwa (w dobie reformacyi) i chłopów (na początku XVII 
wieku) pozostali mieszczanie jedynym czynnikiem składowym 
obok klasy wyższej, zróżnicowanej na magnatów i szlachtę. Nor- 
malnym, peryodycznym sejmem był do r. 1413 Danehof, później 
również szlachecki Herredag-). W połowie XV wieku reguła 
większości zapanowała w głosowaniach politycznych. Wyraźnie 



1) Por. wyżej, str. 25-6. 

2) P. J. Jórgensen, Forelaesninger over den danske Retshłstorie, 18, 
161 sq., 297 sq. 



— 105 — 

wypisał ją Chrystyan I w edykcie (Haandfaestning) 1448 roku 
odnośnie do Rady Stanu, bez której przyzwolenia, wyrażonego 
przeważną liczbą głosów, zobowiązał się nawet nic nie stanowić 
o państwie. Prawdopodobnie około tegoż czasu przyswoił sobie 
pożyteczną nowość sejm szlactiecki, ale tylko dla spraw polity- 
czno-administracyjnych, nie finansowycti. 

Ctiarakter zastępczy Rady wobec Stanów spotęgował się, od- 
kiedy Fryderyk III (1648 — 1670) dał sobie podyktować prawidło, 
że w razie gwałcenia praw przez króla Rada może rządzić sama, 
nie oglądając się na niego. Temsamem na wszystkie stosunki 
administracyjne poza sesyą stanów rozciągnięta została powaga 
większości radzieckiej, Ale i ta przemiana nie starła indywidua- 
listycznego ducha we właściwych stanach. Tam panowie i szla- 
chta mniej więcej do r. 1638 obradowali viritim, mieszczanie — 
przez posły. Mandat nakazczy regulował działalność wybrańców. 
Kto nie podpisał przyzwolenia na podatki, odmawiał ich płace- 
nia. Żadna liczba nie miała władzy nad przywilejem i majątkiem 
jednostki. Wróciły zjazdy ziemskie (Sjellandyi, Lolandyi, Fionii, 
Jutlandyi i Skonii), a wróciły nie poto, aby utwierdzać siły cen- 
tralistyczne. Zaszedł charakterystyczny konflikt w r. 1646 między 
ofiarną większością a opozycyą ziemską: szlachta sjellandzka 
i lolandzka próbowała głosić, że kilku głosujących przeciw nie 
powinno nadwerężać uchwały ogółu. Wszakże rozumne te słowa 
nietylko nie znalazły oddźwięku na innych sejmikach, ale owszem, 
opór przeciw podatkom zagłuszył je wkrótce (1647) w samej 
Sjellandyi -). 

Państwo źle na tem wyszło. Nastąpił najazd szwedzki, ka- 
tastrofa r. 1658, po niej zaprowadzenie dziedzicznej, absolutnej 
monarchii na gruzach życia stanowego. 

O najdawniejszych wiecach norweskich wiadomo wię- 
cej, niż o duńskich. Tutaj bez uciekania się do hypotez i analo- 
gii, wyraźnie dostrzedz można dwie zasady obrad ludowych : 
partykularyzm i jednomyślność. Góry i wody podzieliły kraj na 



») Tamże, 304. 

h Tamże, 305-13. Kr. Erslev, Aktstykker og Oplysninger til Rigsraadcts 
og Staendemodernes Historie i Kristiern IV's Tid. 111, 591-5. Por. Ascliehoug 
Statsforfatningen i Norge og Danmark indtil 1814, I, 444. 



— 106 — 

trzy prowincye (Sonden-, Vesten- i Nordenfjeld), odpowiednio do 
których podzieliło się i prawodawstwo. Wszelkie uctiwały da- 
wnych tingów nosiły nazwę wyroków {dom), bo też według nie- 
zróżnicowanych pojęć epoki chodziło zawsze nie o tworzenie lub 
stosowanie, lecz o znalezienie gotowego prawa. Dlatego formy 
zbiorowego prawodawstwa nie różniły się od form zbiorowego 
orzecznictwa sądowego. Zarówno przepisy t. zw. Gulathlngslov, 
jak i Frostathingslov, i inne z r. 1280, wspierają się na poglą- 
dzie, że prawomocny wyrok wymaga jednomyślności głosów. Do 
ustawodawstwa Magnusa Lagabótera (1263 — 1280) wkradły się 
już wahania : raz słychać, że obowiązywać ma wyrok sądu miej- 
skiego, na który zgodzili się wszyscy sędziowie, ławnicy, etc. ; 
w braku zgody następuje jedyna i ostatnia apelacya do sądu 
królewskiego; gdzieindziej w tymże wypadku pozostawia się de- 
cyzyę sędziemu i tym asesorom, którzy podzielają jego zdanie. Za- 
sady konserwatywne odzywają się jeszcze w r. 1384, co jednak 
nie znaczy, aby zgromadzenia niezgodne kończyły się bezowo- 
cnie. Częściej pewno zakrzykiwano odosobnionych przeciwników, 
albo oponent opuszczał z protestem zjazd, który nadal cieszył 
się jednomyślnością. W jaskrawem, a bardzo zrozumiałem prze- 
ciwieństwie do uchwał sądowych i prawodawczych (a tembar- 
dziej pewno finansowych), obiór króla już według regulaminu 
z r, 1164 mógł się odbywać większością^). 

Bliżej znane są nowożytne sejmy norweskie z wieku XVII, 
tj. już z czasów duńskiego protektoratu, pozorowanego Unią 
Kalmarską. Znaczenie ich polityczne było niewielkie. Król decy- 
dował, czy ma się odbyć sejm walny, czy też sejmiki prowin- 
cyonalne, W pierwszych uczestniczyła szlachta (czasem przez za- 
stępców), biskupi oraz wybrańcy kleru, posłowie chłopscy. Zja- 
zdy prowincyonalne obsyłane były liczniej, niż ogólne. Układ 
geograficzny kraju w szczególny sposób wpływał na przebieg 
obrad. Wszystko odbywało się w pośpiechu. Delegat królewski 
wygłaszał propozycyę, to jest żądał podatków, ale odpowiedź 
stanów rozbijała się na szereg obietnic i układów, zawieranych 
w miarę nadjeżdżania uczestników. Szlachta z reguły dawała je- 
dną odpowiedź, duchowieństwo kilka lub kilkanaście, od każdego 



') Aschehoug, j, w. 65-6. Hertzberg, 177. 



— 107 — 

biskupstwa lub kapituły, a czasem nawet od każdej kolegiaty 
osobno, miasta również wotowały w rozsypce. Jeżeli delegat kró- 
lewski nie był zadowolony z wyniku, to pertraktował dalej, póki 
nie uzbierał wiązanki przychylnych rezolucyi, poczem król apro- 
bował wyniki. „Jeśli spytamy, czy większość w łonie każdego 
stanu w jakimkolwiek wypadku wiązała mniejszość, to, jak wy- 
nika już poniekąd z powyższego przedstawienia, odpowiedź brzmi 
stanowczo przecząco. Nawet kiedy dawano rezolucyę wspólną, 
nikt nie był zobowiązany do udziału w niej. Kto się nie zgadzał, 
mógł wnieść osobne zastrzeżenie, albo zupełnie odstrychnąć się 
od innych i złożyć oświadczenie osobiste. Dotyczyło to zarówno 
szlachty, która zawsze występowała zbiorowo, jak i pozostałych 
-stanów". Inne pytanie, czy wola obecnych obowiązywała nie- 
obecnych ; prawnie nie obowiązywała, faktycznie owszem, to też 
w rezolucyach nieraz wyrażano nadzieję, a później nawet żądanie, 
-aby nieobecni przystąpili do spełniania uchwały. Bez takiego na- 
x:isku na resztę swych członków żaden stan nie mógł wyjednać wza- 
inian od króla spełnienia swych żądań. Przezorniejsi posłowie (np. 
w r. 1643) certowali się, póki mogli, mówiąc, że dadzą tyle, ile 
inni współbracia. Co się tyczy pełnomocnictw poselskich, te, wo- 
bec wielkich odległości między stolicą a okręgiem wyborczym, 
bywały dość rozległe, i łączyły się czasem po kilka w ręku je- 
dnej osoby. Raz naruszone, nie mogły służyć za pozór do od- 
mowy ze strony wyborców, i to nawet w tak ważnej sprawie, 
jak ustanowienie dziedziczności tronu w r. 1661 ^). 

Trzeci naród skandynawski, Szwedzi, przeżywali swe do- 
świadczenia parlamentarne nieco później, niż ich pobratymcy ; skut- 
kiem tego, z jednej strony, mogli korzystać z mądrości cudzej, z dru- 
giej, sama ta nauka odbywała się przeważnie w naszych oczach, 
a nie gdzieś w bezkresnej dali. Budowa społeczna narodu ł ze- 
wnętrzne warunki polityczne złożyły się tu na pomyślny rozwój 
parlamentaryzmu. Legły wprawdzie u podstawy wspomnienia da- 
leko sięgającej odrębności ziemskiej : w Wiekach Średnich prawo- 



') Aschehoug, j. w., 455. Johnsen, De norske stacndcr... 1517-1661, Vi- 
denskabs Selskabets Skrifter, II, Hist. Filos. Klasse, 1906, N. 5, 342-5. Raz jeden 
mieszkańcy Marstrandu próbowali wymówić się tera, że poseł ich obiecał rzą- 
dowi więcej okrętów, niż miał prawo ; niewiele jednak wytargowali u namiest- 
4iika (1647). 



- 108 - 

dawstwo i rząd były odrębne w różnych .dzielnicach, i dynastya 
Wazów od r. 1527 musiała je dopiero ściągać forsownie do cen- 
trum. Lecz wytężona walka z Danią zmusiła królestwo do kon- 
centracyi sił; w jej ogniu ukuli sobie Wazowie hartowną wła- 
dzę monarszą; wobec tych dynastów żywioły, miłujące starą 
wolność szwedzką, musiały trzymać się solidarnie i przezwycię- 
żać w sobie zapędy odśrodkowe. Cały naród obronił swą niepo- 
dległość, więc też cały, w osobie wszystkich czterech klas, ducho- 
wieństwa, szlachty, mieszczan i chłopów, zajął miejsce w sejmie, 
a wiemy, jak wpływa rywalizacya klas na ich wewnętrzną spój- 
ność, i jak dalece brak rywalizacyi rozluźnia tę ostatnią. Niedość 
na tern, w łonie każdego stanu rozwinęły się znaczne różnice. 
Z pośród kleru próbowali się chwilami biskupi wyodrębnić w oso- 
bną grupę. Szlachta w okresie rozkwitu parlamentaryzmu dzie- 
liła się, a poniekąd nawet sztucznie została podzielona (dla za- 
bezpieczenia interesów możnowładczych) na trzy „klasy", tj. ku- 
rye, mniej więcej odpowiednio do dawniejszego podziału na 
„panów" (hrabiów i baronów), rycerzy i „swennów" ^). Każda 
klasa, pomimo nieróv/ności liczebnej, miała podawać jedno 
wspólne wotum. Takie zróżniczkowanie według majątku i dosto- 
jeństwa musiało ułatwiać ewolucyę prawa większości, ponieważ 
żywioły, którym ciężko byłoby się poddać majoryzacyi przez, 
szaraczków, mogły uniknąć tego losu inną drogą ; reszta zniwe- 
lowana dawała się łatwiej policzyć, i porachunek między wię- 
kszością a mniejszością przeistaczał się w kwestyę międzyku- 
ryalną. 

Aż do roku 1626 obywał się sejm szwedzki bez piśmien- 
nego regulaminu. Jeszcze w okresie walki Zygmunta z Karolenn 
Sudermańskim zdarzały się takie anomalie, jak powoływanie na 
obrady oprócz właściwych stanów, posłów od wojska, sędziów 
ziemskich, wójtów; ustawa z roku 1617 wyraźnie kładła obok 
czterech innych stanów senat tudzież korpus oficerski (Krlgs- 
befdlet) -). Posiedzenia bywały chaotyczne, publiczne ; mąciła je 
i krępowała obecność ciekawych ajentów cudzoziemskich '). 



') Hildebrand, Svenska statsfórfattningens historiska utveckling, 324. 

2) Lagerroth, Frihetstldens fórfattning, 186. 

^) Steyern, Bidrag till svcnska riksdagens historia 1600-1650, str. 47-9- 



— 109 — 

Dwór jednak dbał o porządek i umiał gospodarować. Wobec prób 
udaremniania ucliwał Karol IX traktował opornychi i secesyoni- 
stów wprost, jako wiarołomnych wrogów'), a Gustaw Adolf z kan- 
clerzem Oxenstierną wypracowali w roku 1626 staranny regula- 
min, obejmujący zarówno kwestye techniczne, jak zasadnicze -). 
Wtedy to przesądzona została wątpliwość, czy sejm ma się gru- 
pować według okręgów wyborczych, czy też według stanów ^). 
Wtedy postanowiono, że i w obrębie „klas" szlacheckich, i mię- 
dzy klasami, obowiązywać ma większość wotów ^), Co do innych 
stanów, nie wypisano tej zasady czarno na białem, ale nie są- 
dzimy, aby pozostały one bardzo w tyle poza rycerstwem, zwykle 
trudnem do ujęcia w karby '^). Przeciwnie, właśnie protokół „rycer- 
stwa i szlachty", chociaż nie notuje w owych czasach ostrych 
starć między opozycyą a większością, ale też nie wspomina o licze- 
niu głosów. Mówcy „głosowali", t. j. przemawiali kolejno, jak 
i u nas, zarazem argumentując i oświadczając się za lub prze- 
ciw ; pisarze brali te głosy do protokółu, przewodniczący formu- 
łował zdanie przeważające *^). Coś podobnego musiało się dziać 
i w innych izbach. Wiadomo napewno, że duchowieństwo wolo- 
wato według kolegiat, mieszczanie według miast, chłopi w pó- 
źniejszych czasach — według ziem (Landskaper). Takie ugru- 
powanie nastąpiło nie bez celu; świadczy ono, że przed niem 
powstała kwestya rachunku głosów, że ustalono jednostkę wotu^ 
jącą, celem oparcia na niej większości ; gdyby obowiązywać miała 
jednomyślność, obeszłoby się bez podobnego grupowania. Inna 
rzecz, że starano się nie doprowadzać do jaskrawych manifesta- 
cyi przewagi jednego obozu nad drugim, i gdzie tylko można 
było, „wyrównywano" poglądy. Kompromis, uwieńczony obie- 



1) Lagerroth, 189. 

-) Edćn, Giistaf Adolfs Rlksdagsordning. 

3) Hjiirnc, Vara standsriksdagar, Svcnsk Tidskrift, 1875, str. 559. 

^) Yalcntin, Frihctstidcns riddarlms, 13 n. I. 

•') Stcycrn, j. w.; Oxcnsticrna w pamiętnej mowie na sejmie 1617 r.» 
ostro krytykując chaotyczność posiedzeń, spóźnianie się posłów, niedyskrecyę 
wobec cudzoziemców, przyznawał, że ducłiowieństwo stanowiło wyjątek, a mi&- 
szczanom, jako niższemu stanowi, nie cliciał się dziwić; wkrótce, zdaje siC^ 
nie miał już powodu do tnkicj pobłażliwości. ■ -* 

0) Edćn, 20. 



— 110 — 

tnicą poparcia uchwały, wydawał się czemś lepszem, niż for- 
malne przegłosowanie '). Riksdagsordning Oxenstierny zalecał 
głosowanie kartkami, ale tylko na wyborach. 

Czasem najwyższa klasa szlachty występowała, choć bez- 
skutecznie, z pretensyą, żeby jej niższe klasy nie majoryzowały ^). 
Czasem przewodniczący, landtmarskalk, stawał po stronie zda- 
nia mniejszości, jeżeli dogadzało ono lepiej królowi i potrzebom 
publicznym, i próbował skłonić ku niemu resztę^). Czasem gra 
namiętności wykrzywiała zasady, usiłując je nagiąć do siebie. 
Widzieć to można było w roku 1680 podczas walki o redukcyę 
królewszczyzn. Nieliczni zrazu zwolennicy tego zarządzenia, bojąc 
się przegłosowania, głosili, że w rzeczach, dotyczących majestatu 
królewskiego i państwa, prawo nie pozwala głosować, że tu ko- 
nieczne jest zjednoczenie umysłów (fórena sig). Przeciwnicy za- 
cytowali im regulamin z roku 1626. Zwolennicy replikowali, że 
w sprawie redukcyi zbyt wielu głosujących jest interesowanych 
osobiście. Turnus jednak się odbył i przyniósł dość niespodziany 
rezultat : dwie klasy przeciwko jednej przyjęły redukcyę. Teraz 
obóz regalistyczny chwycił się z kolei regulaminu, a szlachcie 
opozycyjnej nie pozostało nic innego, jak tłómaczyć wynik, niby 
jakieś „votum deUberativum", po którem dopiero ma nastąpić 
uchwała stanowcza '^). Rzecz prosta, wybieg ten niewiele pomógł. 
Wota całych klas wywalczyły sobie zupełną powagę wobec poszcze- 
gólnych uczestników, jaki na zewnątrz, wobec klas równoległych. 

Nie tak definitywny charakter miało wspólne wotum całej 
izby szlacheckiej. Stanowiło ono dopiero podstawę dla rokowań 
na piśmie z innymi stanami i mogło uledz cofnięciu. Regulamin 
izby rozstrzygał, co ma nastąpić w razie niezgody trzech klas 
szlacheckich ^), ale żadne prawo nie kazało wyraźnie jednemu 



') Beckman, Bidrag till svenska riksdagens historia 1650-80, str. 26-7. 
3) Yalentin, j. w. 

3) Lagerroth, 193. 

4) Yalentin, 14. 

5) Absolutną przewagę liczebną miałaby w razie wspólnego głosowania 
Wąsa trzecia; była ona jednak o tyle lojalna i skromna, że kiedy raz w r. 1664 
policzono głosy szlacheckie razem i większość wypadła po jej myśli, sama ona 
oświadczyła, że nie zamierza narzucać swej decyzyi dwom wyższym klasom : 
Beckman, 24. 



— 111 — 

stanowi, zwłaszcza szlachcie, poddawać się przewadze współza- 
wodników. Królom nie zależało na przekształceniu sejmu stano- 
wego w jednolity organ zwierzchnictwa ludu, skłonny do bez- 
względnej majoryzacyi. Przeciwnie, Gustaw Adolf miał respekt 
przed szlachtą, to też nietylko w jej własnem łonie zabezpie- 
czył interesy wielkich panów zapomocą podziału na kurye, ale 
i nazewnątrz podniósł skutecznie jej powagę, każąc osobno ra- 
chować wotum szlacheckie, osobno wotum rycerskie i osobno 
wotum ciała oficerskiego (krlgsbefdlet) : w ten sposób trzy głosy 
stawały przeciwko trzem pozostałym, mieszczańskiemu, ducho- 
wnemu i chłopskiemu. Później wybitny mąż stanu, Jan Gyllen- 
stierna, (w drugiej połowie XVII wieku) popierał taki porządek 
rzeczy, przypominając, że i w sądzie ławników (ndmnd) przed- 
stawiciele rządu oraz ludu równoważą się nawzajem. Można 
było nawet słyszeć głosy, że siła władzy (vis imperii) tkwi 
w szlachcie, a tylko obraz (imago) w innych stanach '). 
Mimo to osobne wota oficerskie i żołnierskie zniesiono. Po 
upadku samowładztwa, w tak zwanym okresie wolnościowym 
(1718 — 1772), prawo większości doczekało się w Szwecyi najszer- 
szego zastosowania w sejmach, wydziałach, komisyach, z dwoma 
jedynie wyjątkami : nie wzięło w praktyce góry nad solidarną 
wolą stanu szlacheckiego, a w teoryi nie mogło się też rozcią- 
gać wogóle na przywileje stanów i na konstytucyę „wolnościową" 
państwa 2). 

Zaznaczmy jeszcze, zanim się rozstaniemy ze Szwecyą, dwa 
szczególne zjawiska, towarzyszące tam zwycięskiemu postępowi 
zasady liczebnej. Oto, z jednej strony, uporządkowaniu głoso- 
wań nie przeszkodziły żywe aż do końca XVII wieku echa tery- 
toryalizmu, z drugiej, podobnie jak we Francyi, naprzekór utar- 
tym sądom o związku między instrukcyą poselską, a „wolnem 
niepozwalam", mandat nakazczy nie stracił w Szwecyi powagi 
aż do połowy wieku XVIII. Reminiscencye tych czasów, kiedy 
prawa i podatki uchwalano na zjazdach ziemskich, żyły jeszcze 
za panowania Gustawa Adolfa ; po jego śmierci Regeringsform 
1634 r. musiała wyraźnie przepisać, że przeciwko zapadłym 



•) Lagerroth, 190. 
2) Lagerroth, 462. 



— 112 — 

uchwałom nikt niema „nic do powiedzenia". Jednak i potem 
sejmiki stanowe w poszczególnycii dzielnicach (Idnar) próbowały 
coś „mówić" o tych materyach ; skasowano je w „Addytamencie" 
do konstytucyi z r. 1660, mimo to z czasem nawet autokrata 
Karol XI uznał za właściwe wrócić do zwoływania ich ^). Co się 
tyczy mandatu, to jeszcze w latach 1614—1660 księża obstawali 
przy prawach braci pozostałych w domu, podobnie mieszczanie 
w r. 1627, chłopi w 1660 2). Wzmogła się walka o charakter peł- 
nomocnictw poselskich w dobie wolnościowej ; wykoncypowano 
wtedy całą teoryę „pryncypalatu", zaczęto rozróżniać „stany wy- 
bierające" i „stany wybrane". Doszło nawet do próby odwołania 
przez mieszczan stokholmskich mandatu jednego z deputowa- 
nych ; koniec końcem przecież obrońców „pryncypalatu" wybor- 
czego pokonano (1744), i potępiono takie tłómaczenie konsty- 
tucyi, któreby groziło podkopaniem rządów przedstawicielskich 3). 

Indywidualizm normandzki, który w Danii i Norwegii tak 
długo podnosił głowę przeciwko panowaniu liczby, dał się osta- 
tecznie w Szwecyi w ramach równowagi stanowej i współzawo- 
dnictwa klas przed tronem przystosować do ogólnej idei równości, 
w świetle której dwóch więcej znaczy, niż jeden. 

Inny indywidualizm, inaczej skrystalizowany, choć może 
mniej czysty w swej głębinie, w luźniejszych ramach organiza- 
cyi społecznej, mniej ogarnięty rywalizacyą stanową, nie dał się 
tak umiarkować. Mamy na myśli Węgry z ich wielmożną ma- 
gnateryą, ich starodawną konstytucyą i odwieczną tendencyą ko- 
mitatów do niezawisłości, ich bujnym temperamentem rycerskim, 
ich imperatywnym charakterem politycznym. Buta, rycerskość, 
umiłowanie wolności, prowadzące niekiedy do wybryków anar- 
chistycznych, stanowiły według utartego mniemania zwykłą szatę 
nastrojową sejmów węgierskich. Niestety, o ich formie konsty- 
tucyjnej wiadomo stosunkowo niewiele. Sejm składał się z dwóch 
izb, czyli ław: „magnackiej" i „stanowej"; każda z nich zawie- 
rała po dwa żywioły: pierwsza panów duchownych i świeckich, 
druga posłów od komitatów i wolnych miast. Komitaty zdobyły 



1) Boethius, Artykuł: „Riksdag" w Nordisk Familiebok XXIII, 330-1. 
') Hildebrand, 379. 

') Tamże, 457 sq. ; Lagerroth, 334 sq. ; Stavenow, Geschichte Schwe- 
dens, 225-6. 



— 113 — 

się na tyle samoistności, źe historyografia nie odmówiła im na- 
zwy „małych rzeczypospolitycłi z organizacyą na wskroś szla- 
checką" '), Najpóźniej od r. 1435 weszły w zwyczaj instrukcye 
komitatowe dla posłów na sejmy. Jeżeli instrukcya pewnej sprawy 
nie przewidywała, poseł musiał odwoływać się do wyborców, 
litórym też składał po upływie czynności relacyę ustną albo pi- 
śmienną. Jeżeli odważył się głosować wbrew instrukcyi, to ko- 
mitat mógł go odwołać, ale nie mógł zakwestyonować ważności 
wyniku głosowania 2). 

Są to wszystko, jak widzimy, typowe objawy parlamentary- 
zmu, wyrosłego na gruncie samorządu stanów. Że nie sprzyjały 
one wyrobieniu reguły większości, o tem wiemy z poprzednicli 
rozdziałów. Istotnie co do tej trudnej kwestyi, jak głosowano, 
i odkiedy mianowicie ? wałiają się zdania autorów węgierskicli. 
Najnowszy specyalista, Kereszy, dopatruje się głosowania wię- 
kszością, cliociaż przytacza też prawa z r. 1550 i 1556, świad- 
czące raczej o regule jednomyślności ^). Timon mówi, że sanior 
pars uchodziła za major pars ''), zaś starszej daty prawnik, Vi- 
rozsil ^), dobitnie zaprzeczywszy istnieniu na sejmach węgierskich 
„wolnego niepozwalam", przytacza jednak szczegóły, które by- 
najmniej nie upoważniają nas do przeciwstawiania sejmów wę- 
gierskich polskim w tym sensie, jakoby pierwsze przybrały wyż- 
szą technikę obrad wraz z ideą majoryzmu. Już sam zewnętrzny 
widok tych zgromadzeń nie wzbudza podziwu : górnolotne dy- 
sputy bez końca, tyrady, frazesy zagłuszają argumentacyę, pre- 
sye i kompromisy zamiast głosowań, aklamacye i „konklamacye", 
i to wszystko nietylko gdzieś w pomroce dziejów, ale nawet 
w wieku XVII, XVIII. Inaczej też być nie mogło w zgromadze- 



') Pić, Der nationalc Kampf gegen das ungarische Staatsrecht, 241, cyt. 
u Rembowskiego, Konfederacya i Rokosz, 77. 

'^) Dlatego to, pomimo wprowadzenia instrukcyi w r. 1435, właśnie ówcze- 
sne uchwały posługują się w preambulu zwrotem: „...dc praelatorum et baro- 
num nostrorum nec non nobilium regni nostri, totum corpus ejusdem regni cum 
plena facultate absentium repraesentantium, unanimi voto, consilio, delibcratione 
et conscnsu', Timon, Ungarische Ycrfassungs- und Rechtsgeschichte, 608. 

3) Dr. Kćreszy Zoltan, Rendi orszaggyiiićseink tanacskozasi módja. Spra- 
wozdanie Wyż. Szkoły Prawa w Koszycach za r. 1906, str. 28—9. 

4) Ungarische Yerfassungs- und Rechtsgeschichte, 637-8. 

5) Das Staatsrecht des Konigrcichs Ungarn, III, 50 s. 

8 



— 114 — 

niu, co do którego budowy najważniejsze pytania stały wiekami 
otworem. Toż jeszcze przez cały wiek XVII nie było zdecydowa- 
nem, czy na ucłiwały składać się mają głosy wirylne, czy też 
kuryalne czterech głównycłi pierwiastków, zasładającycłi w „ła- 
wach". Przeważała zasada kuryalna, i w obrębie niej torował so- 
bie drogę majoryzm ; ze zgorszeniem odepchnięto np. w r. 1647 
przypuszczenie, jakoby kontradykcya jednego stanu mogła się 
utrzymać, Ale obie te zasady, kuryalna i liczebna, walczyły wciąż 
z prądami przeciwnymi. Dlatego to jeszcze w r. 1687 prosiły 
wyższe stany .króla o niemnożenie liczby wolnych miast, gdyż 
inaczej stan czwarty zdobędzie bezwzględną przewagę '). Co się 
zaś tyczy roli większości, to największy autorytet starej doktryny 
konstytucyjnej, Werbóczy (za Ludwika Jagiellończyka), twierdził, 
jakoby decyzya należała do major et sanior pars"^). Formuła to 
jak zobaczymy niżej, bardzo wieloznaczna, zależnie od tego, kto 
ją wygłaszał. Że nie oznaczała ona na Węgrzech poprostu wię- 
kszości, widać z całego trybu obrad sejmowych ; z drugiej 
strony, frazesy ustaw 1556 r. o jednomyślności nie dowodziłyby 
jeszcze bezwzględnego stosowania tego prawidła i świadczyłyby 
tylko o chwilowej solidarności głosujących, gdyby nie inne oznaki, 
stanowczo sprzeczne z ideą majoryzmu. Jeżeli mianowicie ustawa 
r. 1495 wspomina zdanie „zdrowszej części", aby zaraz potem 
zażądać unionem et concordiam, jeżeli bywali teoretycy, którym 
się przy różnicy zdań podobały tylko przyjacielskie układy (sola 
amicabilis transactio)^), jeżeli skądinąd wiadomo o uchwałach, 
przepartych przez mniejszość, to z tego wszystkiego widać tylko 
faktyczne rządy pewnych silnych grup, którym od 
czasu do czasu dogadzała specyalnie spreparowana dok- 
tryna większości. Z ich punktu widzenia rządzić powinna była 
albo sanior pars, to znaczy one same, albo major et sanior pars, 
to jest one w towarzystwie liczniejszych klientów, ale w żadnym 
razie nie bylejaka większość demokratyczna. Z czystym majory- 
zmem nie pogodził się sejm węgierski nawet w początkach XIX 
wieku. Od zrywania obrad uchronił Madyarów instynkt państwowy, 



1) Yirozsil, III, 53. 

2) Cyt. u Kereszy'ego, 59. 

3) Yirozsil, III, 52, nota v. 



— 115 — 

ale za wzór racyonalnych prawideł nie mógł uchodzić nigdzie 
■ów sejm peszteński, którego nierząd nawet w Polsce stał się 
przysłowiowym i). 

Jeszcze mniej wyjaśnień udało nam się zdobyć co do roz- 
woju głosowań w sejmach czeskich. Podkład tu wspólny z Pol- 
ską, słowiański, ale ustrój społeczny zbliżony raczej do niemie- 
ckiego, więc i formy parlamentarne raczej germańskie. Sejmy 
"wszystkich typów, ziemskie, krajowe i walne, od czasów wojen 
husyckich przybrały kształt k u r y a 1 n y ; zresztą pierwotne sejmy 
walne do XIV wieku przez to szczególnie zasługują na uwagę, że 
miały układ terytoryalny, według krajów, i żadna delegacya 
krajowa, bez względu na swą liczebność, nie dawała się innym 
delegacyom przegłosować '^). Podobnie późniejsze kurye stanowe 
dawały każda wspólne wotum, i do uchwały sejmowej konieczna 
była zgoda wszystkich trzech kuryi : magnatów, szlachty jakoteż 
mieszczan. Zwłaszcza stan mieszczański, jako najsilniejszy czyn- 
nik finansowy, nie miał zwyczaju ustępować dwóm innym sta- 
nom ; na Morawach, mógł on tern skuteczniej bronić swego stano- 
wiska, że zasiadał (do r. 1627) razem z prałatami^). Łatwiej 
było pokonać np. szlachcie, panom i mieszczanom odosobnioną 
opozycyę kleru, skąd też rodziła się teorya, że na Morawach 
większość trzech stanów decyduje przeciw czwartemu^). Obrady 
sejmu walnego podobne były do rokowań : stan pański przesy- 
łał swoją odpowiedź na propozycye szlachcie, szlachta swoją — 
mieszczanom ''). W łonie każdej kuryi decydowała podobno zwykle 
większość, ale jakie i kiedy bywały wyjątki, niewiadomo. Do- 
piero po r. 1627, tj. po „Obnovenem Zfizeni'u", narzucił Ferdy- 
nand II Czechom nową ordynacyę, która dla celów germaniza- 
cyjnych zniosła osobny głos kuryalny miejski i skazała miasta 
na bezwzględną majoryzacyę ze strony szlachty ^j. 

') „Ob lenta consilia, privata commoda, occulta odia perit Hungaria, 
■cayeat sibi Polonia" — motto Karwlckicgo, De ordinanda Rcpublica. 

2) Kalousek, Ćeske slatni pravo, 128. 

^) Kamcnićek, Archiv Ćcsky, X, 243 

■>) Kamenićck, Zemske snemy a sjczdy moravske, I, 6, widzi w tcm na- 
wet regułę ogólną, chociaż przytacza zastrzeżenia stanu czwartego, tj. mieszczan. 

•■') Kalousek, 305 ; Stransky w Respublica Bojema, ks. XIII, nic nie mówi 
o sposobie głosowania w kuryach. 

6) Według listownej informacyi prof. J. Pekara. 

8* 



- 116 — 

Może dalsze badania uczonych węgierskich i czeskich umo- 
żliwią bardziej pouczające zestawienie sejmowania polskiego 
z praktyką sejmową tych dwóch sąsiednich z nami ludów. Na 
razie, trzeba przyznać, plon porównania jest dość szczupły. 

Ktokolwiek zato sięgnie po analogię ze stosunkami polskimi 
aż na daleki półwysep pirenejski, ten napotka rzeczy uderzająco 
nam bliskie, wprost niespodziane. Wprawdzie nie na obszarze 
całego półwyspu bynajmniej. Kastylia, Leon, Portugalia, a zdaje 
się, i Nawarra nie wykażą pod tym względem nic nadzwyczaj- 
nego, chyba nadzwyczajną odrębność w porównaniu z resztą Hi- 
szpanii, a pokrewieństwo co do form parlamentaryzmu już raczej 
z Francyą. Chodzi właśnie o ową resztę : o Aragonie, Katalonię 
i Walencyę. W całej oczywistości okaże się tu jeszcze raz nicość 
takiej metody rozumowania przyczynowego, które sięga odrazu 
do „charakteru narodowego", traktując tenże, jako skończoną, 
jednostajną całość na całym obszarze etnograficzno-językowym. 
W odległej epoce, o której mowa, na nic nam się nie zda mnie- 
many charakter narodowy Hiszpanów. Przydałoby się natomiast 
uwzględnienie odrębnych warunków rozwoju politycznego, tudzież 
odrębnej kultury społecznej, — i dopiero gdy te czynniki po- 
wiedzą swoje słowo, stanie się charakter późniejszego narodu 
hiszpańskiego z wielkiej niewiadomej czemś określonem i zda- 
tnem do spożytkowania przy analizie przyczyn. 

Cóż, kiedy znane nam historye kortezów dalekie są od 
ujęcia psychiczno-społecznej strony ich rozwoju. Historyografia 
hiszpańska, o ile do niej można dotrzeć z Krakowa lub Warsza- 
wy, pomimo całej swej obfitości, nie wyjaśnia dostatecznie przy- 
godnemu badaczowi niespecyaliście podstawowych różnic, jakie 
wywołały kontrast między kortezami Kastylii i Aragonii, Nikt, 
zdaje się, nie dokonał dziejowego przekroju głosowań stanowych 
tu i tam. Wypadnie przeto zaokrąglać swą mizerną wiedzę o spra- 
wach kortezów przez podsuwanie gotowego schematu związków 
przyczynowych, przez domysły, przyczepione mniej lub więcej 
mocno do pewnych faktów, należących do końcowego stadyum 
rozwoju. Zato przynajmniej te fakta będą oryginalne, uderza- 
jące i bardziej wymowne, niż wszystko, co nam wiadomo o gło- 
sowaniach Anglików, Francuzów i Niemców. 



— 117 — 

Kortezy aragońskie składały się z trzecłi stanów (brazos 
lub estamentos) : duchiowego (brazo ecclesiastico), panów (no- 
bles, dawniej : ricos hombres), rycerstwa (cabalieros i hijosdalgo, 
dawniej ^ infanzones) tudzież gmin miejskichi (universidades). 
W Katalonii i Walencyi były tylko stany ducłiowny, wojskowy 
(miUtar) i miejski, czyli „królewski" (real) i). Wszystkie trzy 
kraje uporczywie zachowywały odrębność i osobne zgromadze- 
nia, pomimo dążenia Aragonii do ściągnięcia ku sobie stanów 
Katalonii i Walencyi. Zresztą w tych wypadkach, kiedy to ścią- 
gnięcie udawało się, każda prowincya obradowała osobno, jak 
nasze sesye prowincyonalne 2) ; łączono się dopiero przy uroczy- 
stej konkluzyi obrad w obecności króla — znów na podobień- 
stwo naszych konkluzyi w senacie. Wszystkie trzy kraje broniły 
też zazdrośnie swych odrębnych, nawskróś partykularnych przy- 
wilejów ziemskich (fueros), i wszystkie trzy miały doprawdy 
czego bronić, bo przywileje ich były „tak wielkie, jakich nigdy 
nie miało żadne królestwo" ^). Żadne — z wyjątkiem Polski, 
z którą niepodobna nie snuć, za śladem Lelewela, ścisłej para- 
leli, kiedy się rozpatruje zasady i praktyki kortezów i sejmów. 
Rzecz osobliwa, że genialny historyk w swem zestawieniu dzie- 
jów Polski i Hiszpanii od XVI do XVIII wieku, pominął objawy 
życia parlamentarnego — najcharakterystyczniejsze. Z całą czcią 
<ila znakomitej jego próby, niech nam wolno będzie wysnuć stąd 
naukę dla wszystkich na przyszłość paralelistów. Jeżeli ktoś chce 
przez zestawienie zbliżać się do istoty rzeczy, do samego pod- 
łoża dziejów i jego przyczynowych wiązań, a nietylko szkicować 
odcienie i kontrasty, to powinien porównywać współrzędne 
stadya rozwoju kulturalnego, a nie współczesne epoki 
chronologiczne. Z Polską XVI wieku można było i należało ze- 
stawiać znacznie wcześniejsze momenty życia starej Hiszpanii. 

O wyniosłej szlachcie aragońskiej zachowało się podanie, 
jakoby przemawiała ona do swych królów takim językiem : „My, 
z których każdy pojedynczo tyle znaczy, co Ty, a którzy złą- 



') Schafer, Geschichte Spaniens, III, 214 sq. Altamira y Crevea, Historia 
de Espańa y de la civilisacion espańola, I, 4G9, 477, II, 144. 

2) Blancas, Modo de proceder en las Cortes de Aragon, 5 ; Schafer, j. w. 

3) Słowa Hieronima MartcIa, ob. niżej. 



— 118 — 

czeni, więcej znaczymy od Ciebie, robimy Cię królem, o ile sza- 
nować będziesz nasze prawa: jak nie, to nie" '). W tem poda- 
niu tyle jest podobno prawdy, co w rzekomym frazesie Ludwika 
XIV: „I' Etat, ćest moi"'. Ogólny charakter stosunku prawno-pań- 
stwowego uchwycony i tu i tam dość wiernie. Se non e vero^ 
e ben trovato. Wolność polityczna napełniała piersi Aragończy- 
ków dumą; jej echo brzmi jeszcze pełnym tonem w XIX wieku we 
wspomnieniach dziejowych poety BalagueraS). Panowie i szla- 
chta przodowali w walce o fueros, a dawali odczuć swą moc 
bardziej królowi, niż miastom, z któremi umieli w potrzebie się 
łączyć, i których wcale nie poniżyli tak, jak szlachta polska swój 
stan trzeci. Co przypuszczalnie zdobyło rycerstwo, to chwyciły 
w swe ręce miasta ; cała prowincya Katalonia stawała na szańcu 
swych swobód przeciw królowi lub innym prowincyom. Wszy- 
scy używali i nadużywali perły swobód narodowych, zwanych po 
hiszpańsku dlssentimiento, a po naszemu — liberum veto^). 
Niecił nam o niej opowie autentyczny historyograf aragoński 
z XVI! wieku, Geronimo Martel ^). 

„W izbach stanowych (bracos) praktykuje się wiele sposo- 
bów sprzeciwu, lecz wszystkie one sprowadzają się do jednego 
z trzech rodzajów : pierwszy ma miejsce wtedy, gdy ktoś nie 
zgadza się na pewną sprawę, nie pozwalając na jej traktowanie ; 
taki sprzeciw ma moc zakłócającą jedynie względem danej sprawy, 
o wszystkich innych rzeczach można traktować i konkludować. 
Drugi rodzaj zachodzi wówczas, gdy ktoś powiada : nie pozwa- 
lam na wszystkie sprawy, o jakich się traktuje, lub będzie się 
traktowało, dopóki nie zostanie zrobione to a to...". Z takiemi 
słowy oponent opuszcza izbę i nie wraca, aż zgromadzenie do- 



') „Os hacemos nuestro Rey constanto que guardarei nuestros fiieros. si 
no, no!" Taką rotę podano jakoby przy wstąpieniu na tron Alfonsowi V (1416), 
Schlosser, Dzieje Powszechne, IX, 333 nota. 

2) Instituciones y reyes de Aragon. 

3) Asso, Historia de la economia politica de Aragon, 38: „Esta amplitud 
de dissentimientos era un privilegio perjudicial y mai entendido, semejante al 
Librum veto de las Dietas de Polonia, que ha merceido justamente la censura 
de los Politicos", cytowane u Schafera, j. w., 236. 

*) Forma de celebrar Cortes en Aragon por Geronimo Mnrtel, chronista 
del reyno de Aragon, Cap LX: Quienes y como pucden hazer dissentimientos^ 
Str. 81 sq. 



— 119 — 

godzi jego żądaniu. „Trzeci rodzaj, najsilniejszy, bywa wtedy, gdy 
następują sprzeciwy bez podania racyi, oparte poprostu na czy- 
jejś woli, a ogarniające wszystkie obecne i przyszłe czynności 
kortezów ; taki sprzeciw bezwzględnie uniemożliwia wszelkiego 
rodzaju czynności z wyjątkiem sądowniczych". Sprawy sądowe 
rozstrzygano nawet w Aragonii większością, chociaż były zama- 
chy, aby i na nie rzucić straszne dissentimiento. O zatamowaniu 
obrad (t. zw. estar el braco parado) sekretarz zgromadzenia za- 
wiadamiał sekretaryaty innych izb, poczem martwota ogarniała 
całe kortezy, i panowała w nich przez cały rok, o ile kontradycent 
nie otworzył narowo ust kolegom. Znacznie rzadziej, niż w po- 
szczególnych izbach, rozlegało się dissentimiento przy uroczystej 
konkluzyi kortezów, w obliczu Majestatu i wszystkich Stanów; 
bądź co bądź i tam miało ono zupełną moc prawną. 

Tak wygląda dziwna instytucya aragońsko-katalońska, rzekł- 
byś, rodzona siostra „wolnego głosu" szlacheckiego, w świetle 
wykładów Martela i Blancasa. Przeglądając akta i dyaryusze tam- 
tejszych kortezów, wyczuwa się owo powinowactwo jeszcze wy- 
raźniej. Historyk polski czuje się tu, jak w domu, jak w Piotr- 
kowie, Warszawie lub Grodnie. Oto na obrady w Perpignan r. 
1350 przyjeżdżają niektórzy „procuratores vel actores" bez ża- 
dnych pełnomocnictw (minime potestatem habentes) i). Uchwały, 
o ile dochodzą do skutku, to zapadają jednomyślnie ^), neniine 
discrepante (u nas: neniine contradicente). Pełnomocnictwa może 
nie brzmią tak beznadziejnie na każdym kroku, jak nasze „niepo- 
zwalanie na nic" ; zato wyszczególnia się wszystkie formy współ- 
działania lub przeciwdziałania posła na sejmie. Raz wyborcy upo- 
ważniają go „do stawienia się, uczestnictwa..., traktowania, wyra- 
żenia zgody i ustępstw... z najzupełniejszą mocą i władzą, 
w szczególności do wyręczania się jednym lub kilku zastępcami" 
(ad comparendum et interessendum... et ad tractanduni, consen- 
tiendum et concedendum... cum plenissima facultate, potestate et 
specialiter substituendi ad predicta uniim aut plures procurato- 



') Cortes de los antiguos reynos de Aragon y de Yalcncia y principado 
de Cataluńa. Cortes de Cataluńa, Madrid 1896, I, 343. 

2) Por. Don Jose Maria Antequera, Historia dc la legislacion espańola, 
Madrid, 1890, III, 309, 318-9. 



— 120 ~ 

res) i przyrzekają przyjąć oraz zatwierdzić (ratum, gratum et 
flrmum habere) wszystko, co uczyni delegat. Kiedyindziej, w na- 
stroju bardziej opozycyjnym, nie bez zastrzeżeń, miasto Gerunda 
wysyła deputowanego ad praesentandum se... et ad interessendum... 
tractandum et ordinanduni... et ad consentiendum.,. et ad dissen- 
tiendum ipsis tractatis et ordinationibus... et ad protestandum". 
Inne miasto przewiduje tylko kontradykcyę w razie potrzeby (si 
opus fuerit, contradicendum). A gdy już dojdzie do kontradykcyi, 
to się ją wprawdzie wygłasza ze wszelkim szacunkiem (loguendo 
cum omni reverentia et honore), ale- nie na żarty, bo mówi się 
odrazu o nieważności kortezów i wszystkich ich przyszłych uchwał 
(de nullitate curiae et omnium quae in ea fient et tractabuntur), 
zaznaczając, że dalsze uchwały i obrady nie mogą w niczem 
szkodzić stronie protestującej, U nas powiedzianoby krócej : „de 
nullitate" sejmu, lecz to z pretensyą do unieważnienia obrad nie- 
tylko wobec siebie, ale w stosunku do całej Rzeczypospolitej. 
U nas protestowało się zwięźle : contra totum actum ; Kataloń- 
czycy bardziej wielosłownie głoszą nieważność („eorum quae 
acta sunt et fuerunt et quae amodo fient et agentur") i), Jeżeli 
jednomyślność nie jest zupełna, to nie zagłusza się choćby i odoso- 
bnionego oponenta, tylko notuje się zgodę wszystkich unanimi- 
ter excepto^) N. N., poczem następują długie spory i certacye; 
niekiedy nastaje porozumienie (se accordó...), ale częściej koń- 
czy się na niczem (ningun resultado) ^). 

Jeżeli nawet obecność króla nie zamykała wolnych ust Kata- 
lończykom, to tem goręcej wybuchały południowe animusze 
w stanie bezpańskim, podczas bezkrólewia. Zajrzyjmy, naprzy- 
kład, do sali kortezÓw w Barcelonie roku 1410. Rzecz dzieje się 
po śmierci króla Marcina Starszego, podczas bezkrólewia, które 
trwało dwa lata, a zakończyło się obiorem infanta Ferdynanda. 
Zgromadzenie bez króla nazywa się parlamento, a nie las 
Cortes. Syndyk miasta Tortosy, Jakób Granell, pospołu z syndy- 
kami Barcelony, Perpignan i Figuery wnoszą zastrzeżenie, aby 



1) Cortes, j. w, 565, 581, 672. 

2) Tamże, t. II, 197, 200. 

3) Colleccion de documentos ineditos del Archivo General de la Corona 
de Aragon, publicado de real order por el archivero mayor D. Prospero de Bo- 
farull y Mascaro, II, 291 i passim. 



— 121 ~ 

parlament, odbyty w Barcelonie, nie przyniósł ujmy ich przywi- 
lejom, zwyczajom i wolnościom. Popiera icii pan Roger Bernard 
de Pallars. Wszyscy razem dobitnie „nie pozwalają, sprzeciwiają 
się i jeszcze raz oponują, protestując przeciwko ważności wszy- 
stkich razem aktów i czynów, oraz każdego z osobna" (dissen- 
tint e contrastant e encora opposantse... protestant de nulLitad 
de tots et sengles actes et fahedors). Powiadają ci panowie, że 
za nimi stoją magnaci, baronowie, szlachta — ni mniej ni wię- 
cej tylko „la major part e pur sana". Inny jednakże mówca 
stwierdza, że przeniesienie obrad z Montblanch do Barcelony — 
krzywda mniejsza, niż naruszenie alternaty warszawsko-grodzień- 
skiej — nastąpiło za zgodą „de la major part de barons, no- 
bles et carallers", tudzież miast królewskich, obecnych w Mont- 
blanch. Widocznie w krzyku opozycyi jest trochę warcholstwa, 
skoro taki Granell powołuje się nietylko na opór Tortosy, lecz 
i na ewentualny opór innych miast katalońskich, któreby doń 
przystąpiły, a które jednak jakoś nie przystępują. Niektóre wszak- 
że objawy pozostawiają wrażenie, że rozkiełznana wolność ara- 
gońska nie dorównywa wyrafinowanej wolności polskiej. Słów har- 
dych i nieustępliwych dużo : malkontent „contrastat e contradit" 
wyrzuca z siebie „contradiccions e protestacions". Ale na wszelki 
wypadek oponenci zbroją się także w pozór przewagi liczebnej, 
motywują swój brak zgody w imię słuszności i różnych racyi pra- 
wnych, a nie w imię swego widzimisię, wdają się z większością 
w długie piśmienne repliki i dupliki. Opozycye wiszą w powie- 
trzu, i sekretarz z urzędu przypomina je na końcu każdej sesyi, 
lecz ostatecznie, może dlatego właśnie, że chwila jest wyjątkowo 
niebezpieczna dla bezgłowego państwa, parlament barceloński, na 
podobieństwo naszej konwokacyi 1764 roku, roztrząsnąwszy argu- 
mentacyę przeciwników, ogłasza ją za niewiążącą się w jedną ca- 
łość, niedorzeczną, nader impertynencką (mai texida, inepta e fort 
impertlnent). Jest coprawda, o tyle skrupulatny, że wyznacza ko- 
misyę rozjemczą (arbitros), która zadecyduje o ważności obrad 
większością głosów i przedłoży swe wnioski parlamentowi razem 
z paru odrębnemi opiniami. 

Ten sam spór ciągnie się jeszcze w następnym roku w Bar- 
celonie. Wciąż jednak silna większość odpycha kontradykcye 
Pallarsa i towarzyszy, nie dlatego wprawdzie, że pochodzą od 



— 122 — 

niewielu osób, ale ponieważ konlradykcya jest „irraclonable" zda- 
niem uczonych prawników (doctors, juristes). Postanawia tedy 
kroczyć naprzód (procehir en avant), wysadza pełnomocny komi- 
tet wykonawczy z 18 osób celem urządzenia „generał parlamen- 
to" ; ten ostatni, zgromadziwszy się w Tortosie 16 sierpnia 1411 
r., tak samo przebojem idzie przez liczne dissentimientos do wy- 
znaczenia komisyi rządzącej z 24 osób, z prawem decydowania 
większością głosów '). 

Widocznie ścierają się tu ze źrenicą wolności katalońskie| 
nowe poglądy, bardziej racyonalne. Pomimo zwycięstwa w da- 
nym momencie całości nad częścią, paralela tiistoryczna między 
Polską i Hiszpanią nigdzie nie może być chyba ściślejszą, jak 
w kłótniach sejmowych, i obejmuje wszystkie ich przejawy aż do 
powtarzającej się tu i tam groźby biblijnej : „Omne regnum di- 
VLSum inter se desolabitur!" Zdaje się nawet, że epoka wyuzda- 
nych sprzeciwów w Aragonii, podobnie jak u nas, nastąpiła spo- 
sobem reakcyi po chwilach przewagi zdrowszych zasad: toć już 
w roku 1283 zjazd barceloński, podobnie jak to czyniły nieraz 
spółczesne kortezy w Kastylii, żądał od królów, aby szli w pra- 
wodawstwie za zdaniem „większej i zdrowszej części" -). Do- 
piero potem dumne izby schodzą na manowce. Równoległy bieg 
wypadków doprowadza kortezy i naszą izbę poselską do martwego 
punktu, skąd niema wyjścia. Nagle, na samym końcu, urywa się 
ta równoległość w sposób, trochę kompromitujący sympatye gmi- 
nowładcze paralelisty Lelewela : my, jako państwo, giniemy, Fi- 
lip II, wsparty na berle swego autokratyzmu, przeprowadza na 
sesyi w Tarragonie roku 1592 kasatę hardego dissentimiento^). 
Wolny głos aragoński ginie, ale pokonany nie przez wolę zbio- 
rową Hiszpanii : ginie razem z całą wolnością polityczną, poko- 
nany przez monarchizm z Bożej łaski ''). 

1) Colleccion, j. w., I, 224-6, 233-4, 243, 251-3, 269 sq., 343; 11, 132-3, 
138, 239, 241, 291, 565 sq. 

2) Altamira y Crevea, 11, 144. 

3) Schafer, j. w., III, 245 ; Martel, 82. U Gierkego, Majoritatsprinzip, 316,. 
omyłka druku : 1292. 

*) Jakby zapowiedź tego zwycięstwa królewskości słychać już w replice 
Alfonsa 111, danej sejmowi w Huesca 1286 r. : król odmówił ustanowienia obie- 
ralnego przez kortezy ministeryum, ponieważ one żądały tego niejedno- 
myślnie, Schvarcz, Montesąuieu u. die Yerantwortlichkeit der Ratę, 53. 



— 123 — 

Ma się rozumieć, ilustracya, choćby najdrobiazgowsza, nie 
zastąpi gruntownego wywodu genetycznego. Nas nie stać na taki 
wywód poza terenem Rzplitej Polskiej ; rzeczą historyków hi- 
szpańskich będzie go stworzyć, o ile uznają samo zagadnienie organi- 
zacyi woli zbiorowej za dosyć ważne, i o ile starczy im po temu 
źródeł. Paralela dwóch ludów tak odległych, jak my i Aragoń- 
czycy, nie może jeszcze dziś sięgać głęboko. Podkreślić tu tylko 
warto jeszcze raz, jak zbytecznem bywa powinowactwo krwi mię- 
dzy społeczeństwami do powstawania łudząco podobnych ustro- 
jów : ani w południowej Francył, wśród najbliższych kuzynów 
szlachty katalońskiej, ani w Kastylii i Leonie '), wśród jej braci, nie 
słychać o żadnem dissentimiento : słychać je dopiero aż nad Wi- 
słą. Nieco na zachód kortezy portugalskie dochodzą w wieku 
XVII do kulminacyjnego, rzadko gdzie potem osiągniętego sto- 
pnia rządów większości, bo rozciągają tę zasadę nietylko na gło- 
sowanie wewnątrz stanów, ale i na tworzenie wspólnej woli po- 
między stanami ^). 



') Colmeiro. De la constitucion y del gobierno de los reinos de Leon 
y Castilla, Madrid, 1855, str. 336, nie zajmuje się zupełnie kwestyą większością 
wspomina tylko o odwoływaniu się posłów do wyborców. 

2) Yisconde de Santarem, Memories para a historia e theoria des Cortes 
Geraes,..em Portugal, Lisbon, 1827 ; str. 38-9 : „As votacoes no braco da nobreza 
erao por majoria absoluta" (cytowany przykład z roku 1697) ; w innycłi stanach 
taki tryumf bezwzględnej większości musiał nastąpić wcześniej. W r. 1668 za- 
padł dekret, „que ąuando os 3 bracos naa estavao concordes, se segueria es 
dois que o estavao" (król szedł za zdaniem tych dwóch stanów, które były 
zgodne). 



ROZDZIAŁ VII. 

Wspólne tło rozwoju prawa większości: scalanie państw europejskich u schyłku 
"Wieków Średnich. Generalizacya zasady większości. Teorya glossatorów. Subtel- 
ności kanonistów o „major et sanior pars". Legiści. Zawiązek pojęcia praw 
jednostki. Occam, Maisyliusz, Kuzańczyk. Filozofia po-renesansowa. Teorya umo- 
wy pierwotnej. Rousseau. Utylitaryści : Helwecyusz, Bentham. Nadużycia wię- 
kszości rewolucyjnych. Rządy mniejszości przy systemie przedstawicielskim. Czy 
"W Wiekach Średnich mogło powstać pojęcie praw mniejszości? Stosunek 
tegoż do idei praw jednostki. Prawa fundamentalne. Glosy filozofów w obronie 
jednostki przed wszechwładzą ogółu. Burkę wrogiem majoryzmu. Publicyści li- 
beralni. Obrona materyalnych i formalnych praw mniejszości. Domieszka anty- 
demokratyczna. O reprezentacyę mniejszości. Program ,,R. P.". Parę słów o jego 
rodowodzie. Agitacya za i przeciw. Dlaczego Wieki Średnie nie uznawały przed- 
stawicielstwa mniejszości? 

Obok całej rozmaitości rozwoju stosunków publicznych 
w Anglii, Francyi, Niemczech, Holandyi, Szwajcaryi, Skandyna- 
wii, Hiszpanii, jaka się ujawniła w powyższych rozdziałach, je- 
dno od Wieków Średnich do Nowożytnych rozciąga się zjawisko 
ogólne i powszechne — zjawisko całkowania się społeczeństw 
i państw. Z państewek lepią się mocarstwa, decyzya spraw prze- 
chodzi z peryferyi do ośrodków. Bezpośrednim objawem scala- 
nia jest ściągnięcie odosobnionych aktów woli jednostek do pe- 
wnych miejsc i momentów wspólnych obrad, których wynik 
obowiązuje całość, nie wyłączając osób, wstrzymujących 
się od głosu lub nieobecnych. Pośrednio towarzyszy integra- 
cyi rozpowszechnienie prawa większości. Wszędzie niemal zorga- 
nizowana wola zbiorowa, pochłonąwszy wolę i prawo jednostek, 
składa zdobytą władzę u stóp swego pana i pogromcy, monar- 
chy z Bożej Łaski, lub jego spadkobiercy, monarchy „oświeco- 
nego". Czy warto było przebywać ciężki proces generacyjny^ aby 



— 125 - 

wydać na świat martwe niemowlę, większość niby rządzącą, a bez- 
silną, niezdolną do życia ? Bez wielkiej nieścisłości można orzec, 
źe naogół wolność publiczna dłużej przetrwała tam, gdzie tryumf 
majoryzmu uległ opóźnieniu, i gdzie do ostatka prywatny przy- 
wilej krwistych arystokratów przeważał nad niedokrwistem, cłiu- 
dem zwierzchnictwem państwa, niż np. we Francyi i w Niemczech. 
Tak mówiły pozory. Ale bo też pozorna tylko tożsamość 
istniała między aktem głosowania stanów francuskich, a głoso- 
waniem gentry, zadomowionej w Westminsterze. W wieku XVII 
większości lądowe zbyt wiele zawdzięczały opiece królewskiej. 
Wypielęgnowane w demoralizującem cieple dworu i urzędów 
centralnych, powołane niby do sprawowania własnych rządów, 
w istocie więcej służyły swym panom, niż sobie. W Anglii za- 
sada ich była wypisana w zwojach mózgowycłi każdego obywa- 
tela ; na lądzie konserwowała ją biurokracya. Większość angiel- 
ska, ta z czasów Długiego Parlamentu i Commonwealth, wypa- 
liła się w tyglu rozhukanej walki narodu o wszystko, wyrosła 
i zaafirmowała się z własnej mocy, i tę swoją afirmacyę da za 
przykład innym ludom, gdy przyjdzie na nie czas. Z postępem 
powszechnego scalania reguła większej liczby rozlewa się po 
Europie zachodniej tak niepowstrzymanie, że można wziąć jej 
pochód zdobywczy za propagandę jednej wspólnej sprawy, jak- 
gdyby sucha formułka cyfrowa naprawdę porywała ludzi podo- 
bnie, jak ich porywa idea wolności prasy, zgromadzeń czy też 
handlu. Oczywiście cyfry nie wstrząsają mózgów. Poprostu w set- 
kach środowisk dojrzewało poczucie wspólnoty i przybierało 
w formie majoryzacyi jedno i to samo znamię dojrzałości. 

Zarazem jednak w umysłach europejskich ta idea arytmety- 
czna przebywała pewną szczególną zmianę. Ponad przegródkami lo- 
kalno-narodowemi powstawała ogólna teorya uchwał zbiorowych, 
podobnie jak powstawały teorye rządów mcnarchicznych. Rozwój 
zasady prawnej był w gruncie rzeczy zawsze samorzutny, 
cudzy wzór jej nie obowiązywał. Rozwój t e o r y i musiał z natury 
rzeczy wybiegać poza szranki danego zrzeszenia : kto teorety- 
cznie próbował uzasadnić prawa całości lub części, ten pisał nie 
o jednem zgromadzeniu, lecz o wszystkich zgromadzeniach 
pewnego typu, Teorya snuła ponad przepisami różnych konsty- 
tucyi i ustaw wspólną tkankę przekonań, które następnie spły- 



— 126 — 

wały z jej ksiąg do umysłów praktycznycli, jako natrtjtne suge- 
stye, jako ogólne już, abstrakcyjne „prawo większości", a nie 
prawo większości angielsko-gminnej, francusko-stanowej, gnieź- 
nieńsko-kapitulnej, krakowsko-rajcowskiej i t. d. 

Pierwszy krok ku takiej generalizacyi idei większości po- 
-stawili scholastycy glossatorowie, Bulgarus, Pillius i inni. 
Nawiązując do Ulpiana lub Scewoli, choć niedość jasno odróżnia- 
jąc uchwały korporacyjne od zgody np. przypadkowych współ- 
właścicieli, postawili oni za przykładem Rzymian regułę wię- 
kszości, jako fictionem jiirls: prawo, nie mogąc inaczej załatwić 
sporów, uznaje wprost wolę większej części za wolę całości. Spre- 
cyzowano rzecz w tym duchu, że zaczęto żądać przy głosowaniu 
obecności 23 ogółu członków ; zastrzeżono się przeciw wkraczaniu 
większości do sfery praw i swobód jednostek. Uznano później 
(Hugolinus) rządy większości również w zgromadzeniach przed- 
stawicielskich ')• 

Kanon iści wcześnie dostrzegli w zasadzie przeważnej li- 
czby szczególną właściwość prawa korporacyjnego. Damazy Czech 
(około r. 1210) i w sto lat po nim florentyńczyk Johannes An- 
dreae, zwany ,.fons et tuba juris", ogłaszali nawet za nieważne 
przepisy praw zwyczajowych, któreby zasady tej jeszcze nie uzna- 
wały. W przypadkowych zjednoczeniach osób, gdzie mnogość 
działa, jako suma jednostek, plures ut singuli, naprzykład, na wiecu 
ulicznym, wymaga się, zdaniem tej szkoły, zgody powszechnej. 
W stałym zaś stosunku korporacyjnym, gdzie wielu wotuje spo- 
łem (plures ut Collegium), czego chce większość, tego chce i ca- 
łość; tę dystynkćyę przeprowadzili już postglossatorowie. Da- 
wniejsi kanoniści skłaniali się do poglądu niemieckiego, że uja- 
wnienie większości służy tylko do stworzenia jednomyśl- 
ności. Późniejsi, jak Wincenty z Beauvais i papież Innocenty IV, 
przyjęli rzymskie ujęcie fikcyi. „Per plures melius veritas in- 
cuiritur", przez większą liczbę lepiej wnika się w prawdę, pisał 
zresztą Innocenty na uboczne poparcie swej doktryny. Skoro zaś 
cała zasada polega na fikcyi prawnej, to już poza większością 
nikt inny nie może przemawiać w imieniu ogółu. Gdyby wię- 



1) Gierkę, Das dcutsche Genossenschaftsrecht, III, 220 sq. ; cały dalszy 
wykład o teoryach średniowiecznych wzięty jest z tej znakomitej pracy. 



- Yll - 

kszość przez niemoralność lub nieposłuszeństwo straciła głos, re- 
szta pozostałaby zbiorowiskiem prywatnych jednostek. 

Wśród uczonycłi zapanowuje atoli pogląd, że powaga li- 
czniejszej strony zależy nietylko od jej ilości, ale i od jakości. 
Zaczyna się żądać, aby major pars była zarazem zdrowszą, sa- 
nior, t. j. rozumniejszą, cnotliwszą, sprawiedliwszą. Znaleźli się 
nawet tacy, jak Henryk z Seguzyi (Hostiensis) zwany „pater ca- 
noniim, monarcha juris" '), Cataldinus de Boncampagnis, którzy 
uczyli, że mniejszość, wybitnie wyższa pod względem intelektu- 
alnym lub moralnym, przez to samo nazywa się większością, 
i rozciągali swe ryzykowne twierdzenia nawet na wybory. Pewne 
echo tej doktryny mąciło nawet porządek elekcyi papieskich 
w wieku XII. Replikowano dość trzeźwo, że po stronie większej 
liczby leży domniemanie racyi. Ostatecznie przeważyło zda- 
nie, że władać powinna większość, ale nie bylejaka, lecz właśnie 
„zdrowsza" na umyśle. Przed obliczem wyższego sędziego (su- 
perior) nawet jednostka może podać w wątpliwość powagę intele- 
ktualną lub moralną (sanioritatem) reszty zgromadzenia i obalić 
jej uchwałę, jeżeli „superior" uzna to za słuszne. Wszelkie też 
prawidła stosowania idei większości na wyborach, wypracowane 
przez kanonistów, mają tylko służyć za dyrektywę dla wyższego 
sędziego. Na wynik wyboru składać się mają liczba (numerus), 
powaga {auctoritas), zasługa {meritum) i gorliwość (zelus) zaró- 
wno wyborców jak kandydatów, rozmaicie szacowane i porówny- 
wane. Powstawały dalsze kontrowersye nad zestawianiem tych 
zalet, okazywało się nawet, że większość kryteryów, naprzykład 
liczba, zasługi i gorliwość kandydata razem wzięte, biorą górę 
nad „powagą" przeciwnika. Niektórzy, unikając gmatwaniny, zale- 
cali, aby uznawać za ważny wybór większością kwalifiko- 
waną ^3, już bez względu na jakość głosów wyborczych. Je- 
żeli poza życiem korporacyjnem obowiązuje gdzieś wię- 
kszość; to może ona być nawet względną ; w towarzystwach może 
być mowa tylko o większości bezwzględnej. Większość może 
przysięgać za wszystkich i odbierać przysięgi. Medytowano i nad tern, 
czy ktoś może głosować na samego siebie, i nad tern, co począć, 
gdy razem głosuje kilka grup, albo jedna z dodatkiem nieczłon- 



») Gierkę, 325 sq. 



— 128 — 

ków. Subtelnie zaznaczono, że większość reprezentuje wszystkicb 
członków i dopiero przez nicłi wyobraża całość: więc odmawiana 
jej prawa sięgania ponad kompetencyę wszystkicli, kazano nawet 
zadawalać się pewną częścią tej kompetencyi i). 

Po subtelnościacłi kanonistów leg iści niewiele już mogli 
dodać do teoryi rządów większości. Zachowali wiadomą rzymską 
fikcyę, odróżniali onines ut universos, t. j. jednoczesne gło- 
sosowanie członków na zgromadzeniu od stopniowego zbie- 
rania głosów, gdzie wypowiadają się omnes ut singull; skoja- 
rzyli tę pierwszą formę z istotą korporacyi ; pododawali niektóre 
wymagania formalistyczne, np. prawidłowe zwołanie zgromadzenia. 
Uznali w interesie ładu praktycznego absolutną większość obe- 
cnych za wystarczającą przy quorum ^h, napastowali dość śmiało 
prawa nieobecnych. Swoją drogą i w ich obozie nie brakło pisarzy, 
którzy gotowi byli kwestyonować każdą decyzyę, jeżeli przeciwka 
niej mniejszość zacytuje coś rozumnego (aliguid ratio nabiłeś). 
W późniejszych czasach (po Bartholusie, t 1357) spierano się 
o to, czy statut lub zwyczaj mogą ograniczać władzę większości. 
Do najzawziętszych, jakby dziś powiedziano, majorystów, na- 
leżeli Jan z Anagni (j 1457) i Mikołaj Panormitanus. Zgodzona 
się, że mniejszość to zbiór luźnych jednostek, i taka luźna grupa 
nigdy nie stanie się wyobrazicielką ogółu, chociażby wszyscy 
po kolei do niej przystąpili. Tylko kardynał Alexandrinus, Pa- 
normitanus i Antoni de Butrio usiłowali wtrącić tu jeszcze jedną 
fikcyę: jeżeli prawo uznało liczniejszy odłam za całość, to 
czemużby mniejszość po odpadnięciu większości (np. wyklętej) 
nie miała wstąpić w jej prawa ?^) 

Rzecz jednakowoż znamienna, pewna reakcya zaczyna się 
manifestować w doktrynach późniejszych legistów przeciwko nad- 
użyciu fikcyi Ulpiana. Niektórzy z nich zaczynają podnosić nie- 
tykalne dla zgromadzeń prawa jednostki, jura singulorum, przy- 
znają im prawo veto przeciwko wywłaszczeniu, przeciw dopusz- 
czaniu do głosu osób obcych, przeciw pogwałceniu równości, 
przeciw majoryzacyi w sprawach, raz już przesądzonych jedrio- 



1) Gierkę, 322 sq., 337. 

2) Gierkę, 391. 

3) Gierkę, 471. 



— 129 — 

myślnie. Zaczyna się sprawdzać, czy dany akt należy do kompe- 
tencyi (jest pertinens) zbiorowości, czy też nie (impertinens), 
czy większość nie nadużywa swej mocy przez jakiś kaprys, bez 
względu na cel stowarzyszenia. Zato, w przeciwieństwie do ka- 
nonistów, ignoruje się już często jakość głosujących, ich dosto- 
jeństwo i powagę, odsyła się kryteryum moralno-umysłowe do 
samych tylko spraw kościelnych. Kardynał Alexandrinus tłómaczy 
to tem, że w stosunkach świeckich panuje ,,rigor juris", 
w świetle którego wszyscy są równi, natomiast kanony liczą się 
ze słusznością i dlatego właśnie oceniają wewnętrzną wartość 
głosów ^). 

Zdumiewająca bywała nieraz staranność i finezya tej za- 
pomnianej, wzgardzonej myśli scholastycznej. Dziś nikt nie za- 
stanawia się tak rzetelnie nad kwestyą „boskiego prawa ludów". 
Bo też dziś jest już po rozstrzygnięciu, a wówczas, w wieku XII, 
XIII, XIV, XV wszędzie naokoło ważył się spór całości i części, 
jednostki i państwa. W ten żywy spór zapuszczała się ostra, 
wyćwiczona myśl jurystów scholastyków. Starano się przewidzieć 
wszystkie możliwości i pochwycić je w klubę ścisłego rozumo- 
wania, które doprawdy, zmierzywszy odległość wieków i kultury, 
nie przynosi hańby myśli średniowiecznej, nawet w zestawieniu 
z dzisiejszą ,,formalno-logiczną" szkołą prawa państwowego. 
Pamiętano różnicę cywilistów między istotnymi i nieistotnymi 
warunkami aktu {essentialia oraz accidentalia negotii) i obok niej 
rozwijano zaraz szczegółową teoryę o nieważnych tudzież wa- 
dliwych uchwałach korporacyjnych, z których pierwsze nie dadzą 
się naprawić nawet przez jednomyślny akces, drugie obo- 
wiązują pod warunkiem późniejszego zatwierdzenia 2). 
Gdyby teorye te czytano w Polsce XVIII wieku, wiedzianoby, co 
sądzić o legalności rządów dwóch Augustów, źle obranych, lecz 
potem powszechnie uznanych. 

Najważniejszym wynikiem prac glossatorów, kanonistów, le- 
gistów nad temi zagadnieniami było rozciągnięcie doktryny korpo- 
racyjnej na wszystkie objawy uchwał publicznych. Baldus, Antoni 
de Butrio, Fra Francesco Piazza (Platea), Panormitanus i inni 



») Gierkę. 472-5. 
2) Gierkę, 478. 



- 130 — 

ograniczyli stosowanie reguły większości do dziedziny stowa- 
rzyszeni), nie przewidując, jakie myśli podsunie kiedyś ta 
doktryna ludziom nowożytnym na temat pochodzenia społeczeństw. 
Ale już i w Wiekach Średnich śmiało przemówiła skłonność do 
upatrywania korporacyi wszędzie, gdzie się głosuje większo- 
ścią ; a od tej koncepcyi do hypotezy milczącej zgody ludów na 
stan obecny, lub nawet do hypotezy umowy pierwotnej, 
niedaleka droga. 

Jakoż Occam i Antonius Rosellus próbują oprzeć ideę mo- 
narchii powszechnej na domniemanej niegdyś woli większości 
ludzi^). Jednocześnie wychowanek tradycyi lombardzkich rzeczy- 
pospolitych, defensor pacis Marsyliusz z Padwy, propaguje bez 
ogródki konsekwentny demokratyczny republikanizm : dowodzi, 
że prawodawstwo powinni sprawować ci, którzy najlepiej znają 
potrzeby ludu, a więc sam lud, i ci, którzy najchętniej wykonywać 
będą swe uchwały, więc znowuź lud; że zaś nie można pogo- 
dzić pragnień wszystkich ludzi dobrych i złych, władać powinna 
zatem valentior pars, która zarazem jest częścią społecznie lepszą, 
bo zależy jej na utrzymaniu całości"^). W podobny sposób rozu- 
miał Mikołaj Kuzańczyk swoją „konkordancyę" ogólną obywateli, 
źródło wszelkiej władzy legalnej. Idea większości uogólniła się 
do ostatnich granic i zaczynała żądać uznania swej powagi od 
monarchów ^). Nie pozostawiła nietkniętego samowładztwa nawet 
w sferze duchownej : przez ruch koncylłarny zaatakowała papieża. 
Lecz w swej ekspansyi na pergaminie wciąż wlokła za sobą pasmo 
wątpliwości i ograniczeń. Zwłaszcza żądanie wyższej cnoty lub 
rozumu osłabiało w oczach niektórych teoretyków, np. Kuzańczyka, 
powagę większości soborowej w kwestyach wiary, a myśl o pra- 
wach jednostek {jura singulorum) odezwała się nawet na soborze 
Bazylejskim, gdy z pewnej strony żądano, aby przeniesienie obrad 
na inne miejsce zależało od zgody wszystkich członków ^). 

Porenesansowa filozofia prawa i państwa więcej włożyła wy- 
siłku w uzasadnienie rządów większości, niż w ich określenie 



O Gierkę, 474. 

2) Gierkę, 571. 

3) Cziczerin, Istoria politiczeskich uczenij, I, 233 ; Gierkę, 533. 

4) Gierkę, 580. 

5) Gierkę, 600. 



— 131 — 

i zastosowanie. Nie poprzestając na prostej fikcyi prawnej, szu- 
kano tego uzasadnienia bądź w oderwanem prawie naturalnem, 
bądź w rozważaniach etycznych i). Hugo Grocyusz (1583 — 1645) 
pierwszy wytłómaczył ważność zasady liczebnej tern, że kiedyś, 
przy jednomyślnem zawarciu przez ludzi „umowy społecznej", 
obiecano sobie raz na zawsze szanować t^ zasadę. Musi przecież 
istnieć jakiś rozumny sposób załatwiania spraw wspólnych, więc 
niech się lepiej dzieje wola większości niż mniejszości 2). Każdy 
.przecież — perswadował Locke — kto pragnie, aby społeczeń- 
stwo istniało, musi mu życzyć zdolności do działania; żadne 
ciało, a więc i ciało społeczne, nie może się obejść bez jednej 
siły kierowniczej: więc i rozum i natura przemawiają za autory- 
tetem liczby. Pufendorf i Daries, jak przystało na spadkobierców 
dawnych Germanów, żądali na tej zasadzie, aby przegłosowani 
formalnie zobowiązywali się do posłuszeństwa. Jakiś Ickstadt, 
Germanin bardziej nowoczesny, argumentował, że gdzie żaden 
wyższy rozum nie rozstrzyga, po czyjej stronie jest racya, tam 
decyduje wyższa siła. Te same śpiewki na różne nuty powta- 
rzali Ulryk Huber, Thomasius, Nettelbladt, Achenwall, Wolff ^). 
Wszystkich atoli zakasował śmiałością wywodów Jan Jakób 
Rousseau, według którego umowa społeczna nietylko raz naza- 
wsze wyzuła wszelkie mniejszości z prawa do protestu i oporu, 
ale też nikt nie może się nawet skarżyć na gwałt: „Obywatel 
zgadza się na wszystkie ustawy, nawet na te, które przechodzą 
wbrew niemu, i na te, które go karzą, gdy śmie jedną z nich 
pogwałcić. Stałą wolą wszystkich członków państwa jest wola 
powszechna : przez nią są oni obywatelami, są wolnymi ludźmi. 
Kiedy się wnosi ustawę na zgromadzenie ludowe, to ściśle bio- 
rąc, nie zadaje się pytania, czy członkowie pochwalają propozy- 
cyę lub ją odrzucają, a tylko, czy jest ona zgodna z wolą po- 
wszechną, t. j. z ich wolą; każdy, oddając głos, wypowiada o tem 
swe zdanie, i z obliczenia głosów wysnuwa się oświadczenie woli 



') Nie należy do tej grupy Bodin, który bez żadnycli skrupułów ety- 
cznych ani zastrzeżeń głosił władzę większości nad mniejszością, De Repubiica 
libri sex, ks. II, r. 7; por. Saripolos I, 203-4. 

2) De jurę belli et pacis, ks. II. r. 5, § 17. 

3) Gierkę, Majoritatsprinzip, 329, i przytoczona tamże literatura ; tegoż Jo- 
lianncs Altłiusius, rozdział ii ; Saripolos, I, 205-14. 



- 132 — 

powszechnej. Skoro wi^c bierze górę zdanie przeciwne mojemu^ 
dowodem to tylko, żem się pomylił, i że to, co wziąłem za wolę 
powszecriną, nie było nią. Gdyby moje zdanie prywatne przewa- 
żyło, zrobiłbym nie to, czego cłiciałem i wówczas nie był- 
bym wolnym" '). Aksyomatem było dla Rousseau'a żądanie prawa 
powszeciinego i równego ; jedyne pewne źródło równycłi praw 
widział on w głosowaniu powszecłinem, genezę jego teorety- 
cznie postulował w kształcie umowy pierwotnej, bez ta- 
kiego bowiem teoretycznego postulatu, prawo nie miałoby dlań 
sensu, podobnie jak nie miałoby go dla Kanta prawo moralne 
bez wolności woli, nieśmiertelności duszy i żywego Boga. Że 
nie uważał cłiwilowego pożądania jednostki przegłosowanej za 
jej ostateczny, najgłębszy akt woli, to jeszcze nie było może 
zbyt wielkim sofizmatem : sofizmat tkwił w przypisywaniu zwy- 
cięskiemu obozowi głębszego traktowania kwestyi, niżby to czy- 
niła opozycya. 

Wiadomo, czem stał się każdy frazes filozofa genewskiego 
dla jego uczniów z Konstytuanty i Konwencyi ; jeżeli się zaś zna- 
leźli między nimi tacy, co kładli między bajki umowę pierwotną,, 
to ci mieli w pogotowiu na obronę praw większości inną argu- 
mentacyę, mniej uroczystą, ale za to nierównie szczerszą. Sceptyk 
Helvetius, sensualista i utylitarysta, wyłożył ją w księdze „De 
1'Iiomme": wszystkie pobudki sprowadził tu do wspólnego pier- 
wiastku „interesu", i mniemał, że temsamem ugruntował wyższość 
liczniejszych interesów nad mniej licznymi. 

Później tę samą prostą myśl obracał na wszystkie strony 
i przeżuwał ojciec właściwego utylitaryzmu, Jeremiasz Bentham. 
Ten w drugim okresie swej działalności pisarskiej, już jako sta- 
nowczy demokrata i radykał, rozwijał swą ulubioną zasadę „ma- 
ksymacyi szczęścia" czyli jak największego uszczęśliwiania jak 
największej liczby ludzi 2). Metodą jego rozumowania dochodzi się 
do wniosku, że dwaj ludzie mają dwa razy więcej prawa do 
opieki ustawowej, niż jeden, trzej trzy razy więcej itd. Skoro tak 
jest, to odpowiedź na pytanie Sieyesa i Priestley'a, czy mniejszość 



1) Du Contrat Social, ks. IV, r. 2 : Des suffrages. 

^) ,lt is the greatest happiness of the greatest number, thatisthe meas- 
ure of right and wrong", cyt. Cziczerin w Istorii politiczeskich uczenij, 111, 272. 



— 133 — 

ma mieć pierwszeństwo przed większością, albo interes kilku osób 
przed interesem wszystkich, nie może wypaść inaczej, niż ją dali 
ci dwaj pisarze, t. j. na korzyść większości lub wszystkich. Ben- 
tham twierdzi, że zbliżając się do takiego rozwiązania, ściśle 
przestrzegał prawideł logiki, uwzględniał politykę i etykę, ale 
przedewszystkiem szedł za najściślejszą z nauk — arytmetyką. 
Właściwiej byłoby powiedzieć, że arytmetyka pochłonęła u niego 
wszystkie względy logiczne, polityczne i moralne. 

Co Rousseau i Helvetius, każdy po swojemu, wpajali umysłom 
zawczasu, i co Bentham ubierał w pozory racyonalne po skończo- 
nym fakcie, to Rewolucya wcielała w życie, ilustrowała w jaskra- 
wych obrazach. Konstytuanta na wniosek Rabaut Saint-Etienne'a, 
po wysłuchaniu przychylnych głosów Desmeuniersa, Lanjuinais, 
Targeta, Mirabeau, postanowiła 29 lipca 1789 roku rozstrzygać 
wszystkie, nawet najzawilsze kwestye konstytucyjne bezwzględną 
większością. Ujrzano wśród dziwnego republikańskiego nabożeń- 
stwa pierwsze próbki boskiego prawa ludów, poparte „nqyade'ą" 
„mitraillade'ą", i zapoznano się z nieprzewidzianym sensem 
życiowym onego prawa. Przedtem z angielskich przykładów XVIII 
wieku ten lub ów czerpał obawę, czy obozy liczniejsze godne 
są już dlatego samego sprawowania rządów, czy nie składają się 
one czasem z niewielkiego odłamu ludzi, naprawdę intereso- 
wanych daną sprawą ustawodawczą, tudzież z długiego ogona 
ludzi poprostu interesownych, służalczych maruderów, 
karyerowiczów, snobów. Teraz ujrzano niespodziane widowisko: 
władzę nad narodem francuskim objęła Konwencya (1792), zgro- 
madzenie, obrane przez jeden odłam, wcale nie najliczniejszy, 
ale karny i pełen zapału ; w tem zgromadzeniu rządzili nie 
przedstawiciele przeciętnych poglądów całości, lecz ludzie naj- 
krańcowsi. Kamil Desmoulins powątpiewał, czy w r. 1789 było 
"we Francyi dziesięciu republikanów. Lecz tych „dziesięciu" po- 
ciągnęło za sobą setki, setki tysiące i miliony, aż Francya przed 
upływem czterech lat ujrzała się rzecząpospolitą. Odsłoniła się 
pierwszy raz natura zgromadzeń rewolucyjnych, pokrewna zresztą 
naturze reakcyi, a polegająca na tem, że i tu i tam nieliczni wo- 
dzowie ruchu, zdążającego naprzód lub wstecz, ciągną za sobą 
opinię i rządzą sami pod płaszczem większości. Oprócz interesu 
zabiera głos przekonanie i namiętność, przodownicy rozbudzają 



- 134 — 

w masach coraz to krańcowsze skłonności. Większość, która 
zawsze zawiera w sobie możność odcłiyleń w prawo lub w lewo^ 
okazuje się w takich chwilach żywiołem, a nie sternikiem, instru- 
mentem, a nie grajkiem. Le mieux est 1'ennemi du bien, więc ca 
czerwieńsze albo co czarniejsze, to lepsze. W toku XIX stulecia 
namnożyło się podobnych doświadczeń niemało. Gdziekolwiek 
chodzi o zwycięstwo postępu lub reakcyi, izba, obrana, dajmy na 
to, większością ^s głosów postępowców, uchwala niejedną no- 
wość większością głosów radykalnych, choćby nawet kwalifiko- 
waną większością -/s, narzuca więc krajowi wolę mniejszości 
radykalnej, bo V3X -73 = ^/9. Większość wyborcza tak się- 
zaostrza w gronie wybrańców, że przeistacza się w mniejszość. 
Z czasem statystyka parlamentarna dostarczyła innych je- 
szcze niespodzianek : zważywszy, że od głosowania wstrzymuje 
się zwykle 25— 50Vo wyborców, i że znaczny procent głosów bywa 
dla powodów formalnych unieważniany, dochodzi się do wnio- 
sku, że parlamenty reprezentują zwykle myślącą, czujną i ener- 
giczną mniejszość, gdy tymczasem ogromna reszta bywa pozba- 
wiona przedstawicielstwa. Jeżeli tak dobrane ciało uchwala po- 
tem prawa absolutną przewagą głosów, to prawa te stają się 
często wyrazem woli nieznacznej tylko mniejszości, która we- 
dług obliczeń matematycznych mało co przewyższa Ys część oby- 
wateli ^), Nie koniec na tem. Teorye mówiły o jak największem 
dogadzaniu interesom czy też szczęśliwości największej liczby 
ludzi. Należałoby przypuszczać, że w każdem głosowaniu spo- 
tyka się absolutna większość pragnących zmiany lub utrzymania 
status quo z absolutną mniejszością przeciwną. Każda sprawa 
jest dla każdego obywatela pożądaną, albo też niepożądaną : 
tertium non datur. Tak byłoby w rzeczy samej, gdyby każdy 
rozumiał i odczuwał związek swej istoty ze wszystkimi przeja- 
wami życia. Tymczasem dodatnie lub ujemne znaczenie mnóstwa 
kwestyi publicznych stoi poza progiem świadomości ogromnego 
odłamu opinii. Naprawdę też jednolity obóz postępowy i jedno- 
lity obóz zachowawczy znane były do niedawna tylko w Anglii^ 



') Balicki, Parlamentaryzm, 11, 86-94: Rządy mniejszości przy głosowaniu 
powszechnem. B. Winiars]<i, Reforma wyborcza i przedstawicielstwo ustosunko- 
wane we Francyi, Themis Polska, 11, z. 1, str. 20-158. 



— 135 - 

a za naszych dni już i tam jednolity program postępowy prze- 
stał być oczywistym. Zamiast dwóch takich obozów widać grupy 
sprzymierzone: podają sobie ręce ludzie, potrzebujący fiome-rule' u, 
z ludźmi, pragnącymi ubezpieczeń społecznych, z przeciwnikami 
taryfy celnej, i z innymi jeszcze, co chcieliby widzieć zeświec- 
czone szkolnictwo, odpaństwowiony anglikanizm w Walii, dopu- 
szczone do parlamentu kobiety. Z połączenia różnych mniejszości 
powstaje blok postępowy (lub w innych warunkach, ale to bywa 
rzadziej możliwe, zachowawczy), który z interesów drobnych fra- 
kcyi lepi mniemany, sztuczny interes większości absolutnej 
i przeciwstawia go prawdziwemu interesowi żywiołu, 
nie należącego do koalicyi, który jednak w różnych kwestyach 
może mieć więcej zwolenników, niż poszczególne frakcye skoali- 
zowane. Tak bywa v/ głosowaniach, naprzykład, parlamentu nie- 
mieckiego, skierowanych przeciw centrowcom lub socyalistom, 
tak samo bywa dziś wszędzie, bo żywo odczute interesy wspólne 
obejmują przeważnie odłamy mniejsze, niż połowa społeczeństwa. 
O ileż dopiero komplikuje się sprawa, gdy bloki wyborcze wy- 
krzywiają odzwierciedlenie opinii w izbach jeszcze przed głoso- 
waniem ! Rousseau, jako przeciwnik fakcyi i związków, ba nawet 
przeciwnik przedstawicielstwa, nie dopuściłby do takich wykrzy- 
wień — ale już dzisiaj nikt go nie usłucha. 

Te dwie plamy na słońcu parlamentaryzmu : z jednej strony 
gwałty większości nad mniejszościami, z drugiej zacieśnienie 
grup rządzących do rozmiaru nieznacznych mniejszości i dyspro- 
porcya między liczbą głosów parlamentarnych, a rozlaniem inte- 
resów społecznych, wywoływały i wywołują w najnowszej dobie 
dwojaką reakcyę przeciwko prawu większości. Jednym chodzi 
o przeprowadzanie zasady, że większość nie ma absolutnej wła- 
dzy nad mniejszością, inni, nie kwestyonując zasad Rousseau'a, 
Helwecyusza, Benthama, pragnęliby tylko zabezpieczyć się prze- 
ciwko fałszywemu ich stosowaniu. Pierwszy prąd zmierza do 
afirmacyi i obrony materyalnego prawa mniejszości, drugi do 
zapewnienia jej proporcyonalnego przedstawiennictwa. Postaramy 
się w krótkich słowach, bez pretensył do wyczerpania przedmiotu, 
omówić oba te zwroty nowoczesnej świadomości prawnej na 
tle powszechnej ewolucyi, omawianej w poprzednich rozdziałach. 

Szukając pierwszych przebłysków idei prawa mniejszości, na- 



- 136 — 

leży postępować z ostrożnym zmysłem historycznym. Guizot zgrze- 
szył na tym punkcie, gdy twierdził, że w Stanacłi Generalnych 
francuskich niedopuszczalność majoryzacyi jednego stanu przez 
dwa inne „służyła do tego, aby większość nie mogła ciemiężyć 
mniejszości, pod jakiemkolwiek występującej imieniem" ')• A Pi- 
cot zgrzeszył podwójnie, bo pod adresem dorosłych czytelników, 
a nie pod adresem swych wnucząt, jak Guizot, pisał, że owa za- 
sada „jeden tylko miała cel" — uświęcenie prawa (różnych) mniej- 
szości 2). Żadna inna mniejszość oprócz całego stanu społecznego, 
nie mogła wówczas we Francyi żądać dla siebie respektu, i o tern 
należy pamiętać, jeżeli się nie chce popełniać anachronizmu. Nawet 
tak ścisły myśliciel, jak Jellinek, pełen zresztą świadomości, że ope- 
ruje na gruncie niezbadanym, niedość stanowczo odgranicza hi- 
storyczny początek praw mniejszości od zjawisk podobnych, a je- 
dnak odmiennych. 

Średniowiecze pojęcia tego nie znało. Mogło ono powstać 
dopiero po zupełnem zwycięstwie, ustaleniu się i... naprzykrzeniu się 
prawa większości, a to stało się dorobkiem czasów nowszych. Kto 
w Wiekach Średnich oponował przeciwko przeważnej liczbie, czynił 
to w imię swego prawnego stanu posiadania albo też w imię swego 
interesu. Taki oponent jakgdyby mówił do wrogiego ogółu : „jestem 
samym sobą, a nie waszą częścią, neguję waszą władzę, bo mam 
taki oto przywilej, i nasze wspólne decyzye nie mogą tykać mo- 
jego przywileju i immunitetu". Co innego zachodzi, gdy ktoś 
zmajoryzowany powiada do zgromadzenia: „neguję waszą wła- 
dzę, bo każdy człowiek jest w tej dziedzinie wolny, i nasze 
wspólne decyzye nie mogą wkraczać do sfery naszych powszech- 
nych praw indywidualnych". Tak przemawia głos prawa jedno- 
stki nowożytnej, wyzwolonej. A jeszcze co innego widzimy, gdy 
osoba, przeciwna zapadłej uchwale, powiada : „nie kwestyonuję, 
że moglibyśmy legalnie zdecydować społem tę sprawę, ale nie 
jestem sam jeden, wchodzę w skład takiej a takiej mniejszości, 
więc itd.". Poczem, jeżeli niezadowolona mniejszość osiągnęła 
ustawowy procent (np. 25 lub 33), może nastąpić albo zupełna ne- 
gacya uchwały, albo żądanie zawieszenia decyzyi do powtórnego 



1) Histoire de France, racontee a ses petits enfants, II, 32. 

2) Histoire des Etats Generaux, I, 99. 



- 137 — 

głosowania. Tutaj dopiero zgłasza swoje tytuły prawo mniej- 
szości. 

Opozycya z powołaniem się na własne, osobiste tytuły, jest 
objawem średniowiecznym. Opozycyę w imię praw jednostki sta- 
rali się umotywować filizofowie prawa natury — ci sami, którzy 
fundowali rządy większości na umowie pierwotnej. Opozycyę 
w imię praw mniejszości najśmielej wygłosił Edmund Burkę, 
a rozpowszechniła się ona dopiero w wieku XIX. Nie zawadzi 
przyjrzeć się bliżej tym dwóm ostatnim rodzajom reakcyi pi^ze- 
ciwko gospodarce większej liczby i rozgraniczyć je dokładnie. 

Dla filozofów prawa przyrodzonego w XVII i XVIII stuleciu 
granice powinnego posłuszeństwa mniejszości gruntowały się na 
tern samem uprawnieniu, które za sobą miały rządy większości, 
a które naogół przyjmowano, jako warunkowe i wcale nie bez- 
względne. Wśród pożogi wojen religijnych we Francyi monarcho- 
machowie pierwsi wystąpili na spotkanie królewskiego despoty- 
zmu z koncepcyą niewzruszonych „praw fundamentalnych" czyli 
zasadniczych. Koncepcyą ta przyjęła się, bo trafiła do przekona- 
nia nietylko ludom, ale i królom. Zapożyczyli ją wnet i Jakób I 
angielski na dobro swej prerogatywy, i mężowie stanu, twórcy 
pokoju westfalskiego^). Nie spodziewano się może, iż. ostatecznie 
skwapliwiej przyswoją sobie nowe pojęcie obrońcy swobód lu- 
dowych, niż ich nieprzyjaciele. Pod wpływem gminowładczych 
przekonań purytanów i independentów, pod żywem jeszcze wspo- 
mnieniem ich covenant'ów i „umowy ludowej" (Agreement of the 
People, 1647J, przyjmowano tem skwapliwiej hypotezę umowy 
pierwotnej, mocą której ludzie, przechodząc ze stanu dzikości 
i chaosu w stan ładu i uspołecznienia, dobrowolnie zrzekają 
się części swej niezależności na rzecz państwa i rządu. 

Trzebaż się było tylko zdecydować, jaka to była część i jaki 
charakter zrzeczenia. Tu głosy się rozstrzeliły. Nielitościwy Hob- 
bes przyznawał, że akces do społeczeństwa można w każdej 
chwili cofnąć, ale temsamem dany osobnik wróci do stanu walki 
"wszystkich przeciwko wszystkim, i oczywiście padnie jej ofiarą. 
Pufendorf przytakiwał Hobbesowi. Rousseau, jeszcze bezwzglę- 
dniejszy, kazał jednostce całą wolność bezpowrotnie oddawać 



") Jellinek, Prawo mnic;szości, str. 7. 



— 138 — 

społeczeństwu i nie dopuszczał żadnycłi recesów, jakkolwiek wła- 
śnie z jego woluntarystycznej podstawy dawał się wysnuć wnio- 
sek przeciwny : jeżeli wola obywateli „ne se represente pas", to 
i w inny sposób nie może ona uledz zatarciu. Zato Locke i Wolff, 
idąc może za natchnieniem Spinozy, uznawali nietykalność pe- 
wnych pi*aw indywidualnych, nie dających się skasować bez je- 
dnomyślnego przyzwolenia stron interesowanych. Poczciwy Szwaj- 
car, Emeryk Yattel, pozwalał malkontentom uchodzić przed de- 
spotyzmem większości — na emigracyę. Podobnym paszportem 
darzył ich Wilhelm v. Humboldt, który też kładł władzy pań- 
stwowej jak najciaśniejsze szranki. Beccaria także windykował, ca 
mógł, na rzecz wolnej jednostki, i tą właśnie drogą uzasadniać 
bezprawność kary śmierci. W podobnym duchu pisali we Fran- 
cy! uczeń Rousseau'a Sieyes, w Niemczech dwaj Schlózerowie^ 
poniekąd nawet wielki Kant '). Najśmielej przecież przemówił 
w obronie majoryzowanych obywateli górny indywidualista Fi- 
chte: w wykładzie „Prawa przyrodzonego" bronił on prawa je- 
dnostek do secesyi z państwa bez utraty majątku, jak niemnie| 
zresztą i prawa większości do tworzenia państwa w państwie, re- 
dukował zasadniczo wszelką zbiorowość do sumy poszczególnycłi 
członków, i żądał takich kwalifikowanych większości (np. '/s gło- 
sów), któreby możliwie zbliżały się do jednomyślności '). 

Wszystkie te furtki otwierano jednak m.niejszościom tylko 
na papierze, i były one naprawdę niczem w porównaniu z tra- 
giczną rzeczywistością, jaką zademonstrowali światu rewolucyoni- 
ści, uczniowie Rousseau'a, razem z nim wierzący w całkowite 
przelanie wolności na naród, a głusi na jego własne, jakby mi- 
mowolne ustępstwo, że „rezultat głosowania powinien tembar- 
dziej zbliżać się do jednomyślności, im ważniejsze są rozprawy". 
Nadużycia ich wywołały wreszcie głośny protest po drugiej stro- 
nie La Manche'u. Człowiek, który umiał odczuć różnoraką nie- 
dolę ludzką, bo i niedolę polską i irlandzką, i ból indusa, i ból 
murzyna, Edmund Burkę, w „Rozmyślaniach nad Rewolucyą Fran- 
cuską", a bardziej jeszcze w „Apelacyi od nowych whigów do- 
starych" (1791), poddał rząd liczby nad liczbą rozkładowej kry- 
tyce realistycznej. 

1) Gierkę, Althusius, 116-9. 
2j Werkc, Auswahl, 11, 182 sq. 



— 139 — 

„Słyszymy dużo", pisał w Apelacyi, „od ludzi, którzy śmia- 
łości swych twierdzeń nie zaczerpnęli z głębokiej myśli, o omni- 
potencyi większości wśród takiego rozkładu społeczeństwa, ja- 
kie miało miejsce we Francyi. Ależ wśród tak rozkiełznanycłi 
ludzi nie może być niczego nakształt większości lub mniej- 
szości, ani nie może być władzy w ręku jednej osoby nad drugą. 
Władza prawowita większości musi się gruntować na dwócb 
przypuszczeniach : jedno dotyczyłoby zrzeszenia, dokonanego je- 
dnomyślnie, drugie — jednomyślnej zgody na to, że akt czystej 
większości clioćby jednego głosu ma uchodzić wobec swoich 
i obcycłi za akt całości. Rzeczy zwyczajne tak mało nas ude- 
rzają, że uważamy tę ideę decyzyi większością jakby za prawa 
naszej pierwotnej natury. Lecz taka konstrukcyjna całość, zamknięta 
tylko w pewnej części, jest jedną z najgwałtowniejszych fikcyi 
prawa pozytywnego. Poza społeczeństwem obywatelskiem natura 
nic o niej nie wie i bez długiej tresury nie sposób zmusić do 
poddania się jej nawet ludzi, wdrożonych do porządku oby- 
watelskiego. Umysł daleko chętniej przystaje na postępek je- 
dnego człowieka lub kilku, działających za powszechnem zle- 
ceniem dla państwa, niżeli na głosowanie zwycięskiej większo- 
ści, gdzie każdy uczestniczy osobiście w rozprawie. Ten spo- 
sób decyzyi, gdzie wole bywają w przybliżeniu równe, gdzie 
zależnie od okoliczności mniejsza liczba bywa całkowicie pa 
jednej stronie, a po drugiej poniekąd sama tylko napastnicza 
żądza, to wszystko musi być wynikiem bardzo osobliwej, spe- 
cyalnej konwencyi, którą później umocniły długie nawyknienie 
do posłuszeństwa, pewien rodzaj karności w społeczeństwie i silna 
ręka, obleczona trwałą i ciągłą władzą". Zacytowawszy dale} 
jednomyślność angielskiego jury i dawnego sejmu polskiego, 
jako porządki, o wiele zgodniejsze z naturą rzeczy, wraca autor 
do ataku na Francyę : „Jeżeli ludzie rozwiązują swe starodawne 
zrzeszenie dla odrodzenia społeczeństwa, to w takim stanie rzeczy 
każdy ma prawo, jeżeli zechce, zostać nadal jednostką. Wszelka 
wielość jednostek, jaka tylko potrafi zgodzić się co do tego, ma 
niewątpliwe prawo do ukształtowania się w osobne i całkiem 
niezawisłe państwo. Ale gdy ktoś zostaje zmuszony do obco- 
wania z kimś innym, to mamy tu do czynienia z podbojem, 
a nie z umową". „Ani we Francyi ani w Anglii żadna umowa 



— 140 -- 

pierwotna ani też późniejsza formalnie ani też milcząco nie usta- 
nowiła tego, aby większość ludzi, policzonych według głów, two- 
rzyła czynny lud. Widzę wtem lównie rudo polityki i użyteczności, 
jak prawa, gdy ktoś wprowadza zasadę, że większość ludzi, liczona 
według głów, ma być uważana za lud, i że wola jej, jako takiej, 
ma być prawem". Nie numero plures powinni rządzić, lecz virtute 
majores — zapędza się polemista i kończy: „Liczby w państwie 
zawsze się uwzględnia, ale uwzględnia się nietylko liczby"^). 

Burkę pisał z partyjną zajadłością, usiłował cofnąć rozwój 
stosunków parlamentarnych do średniowiecznego stanu rzeczy, 
kiedy ważono głosy, a nie liczono. Szukał nowej formy prawnej 
zamiast dawnej, na którą burzyło się jego poczucie, ale jej nie 
znajdował. Jak widzieliśmy, nie wymijał wroga lecz bił weń prosto 
z przodu. Nie żądał ekscepcyi dla pewnego noli me tangere 
praw indywidualnych, tylko podważał urok samej znienawidzo- 
nej zasady liczby. To właśnie odgradzało go od teoretyków, 
którzy pisali o ograniczeniu praw ogółu w imię praw jednostki, 
i spokrewniało go z późniejszymi rzecznikami praw mniejszości. 
Tamci, że tak powiemy, indywidualiści, mieli w myśli rejestrzyk 
praw fundamentalnych i odrzucali niejednozgodne nad niemi 
głosowania. Burkę i jego uczniowie, że ich tak nazwiemy, mino- 
ryści, odrzucali rezultat przegłosowania, jako niedość imponujący, 
chociażby chodziło o interesy błahe, nie objęte żadną dekla- 
racyą praw. 

Rozgłos kampanii, wytoczonej przez Burke'a rewolucyonistom 
francuskim był, jak wiadomo, ogromny i echa jej donośne. Bez 
nieścisłości też można datować od chwili jego wystąpienia wzrost 
powszechnego poczucia zarówno praw jednostki, jak i mniejszości. 
Dzieje tej reakcyi rozegrały się przed oczyma ostatnich kilku 
pokoleń i znalazły w osobie Saripolosa wybitnego odtwórcę ; 
mają też olbrzymią, z dnia na dzień rosnącą literaturę. Jakkolwiek 
nie należą one do właściwego programu naszych dociekań, nie 
od rzeczy będzie wskazać główne odnogi prądu tej odwrotnej 
fali. Odróżniamy ich trzy. 

Przedewszystkiem głos Burke'a, poparty wspomnieniem nad- 
użyć rewolucyonistów, pobudził nowoczesnych liberałów do czyn- 



>j Works, t. VI, str. 211-7. 



— 141 — 

nej agitacyi pod hasłem praw jednostki. Najwcześniej, nie 
solidaryzując się zresztą bynajmniej z napaściami zacofańców na 
inne teorye genewskiego filozofa, zaoponował przeciwko despo- 
tyzmowi ogółu Benjamin Constanti). Sekundowali mu później 
we Francyi Laboulaye,^) Dupont White,^) w Niemczech Rotteck,'') 
w Anglii, z największym może autorytetem, Herbert Spencer,'') 
stanowczy przeciwnik wszech-ingerencyi państwa. Obrona swobód 
obywatelskich pod piórem tych publicystów wyzbyła się teore- 
tycznej suchości, jaką miały wywody Kantów, Fichtów i Hum- 
boldtów; natrafiła przytem na dojrzalszy grunt i żywo przemó- 
wiła do przekonań partyi politycznych. Czy w rezultacie wywal- 
czyła dużo, ocenić naogół trudno. Duch kollektywizmu nie dał 
się zepclinąć do defenzywy ; sprzymierzona z nim demokracya 
żądała coraz to troskliwszej opieki państwa nad interesami klas 
wydziedziczonych, i prawodawstwo wszystkich krajów spłaciło 
dań tym ideom. Pozostał, bądź co bądź, widomy ślad roboty 
liberałów w coraz to grubszych zeszytach nowoczesnych konsty- 
tucyi, tudzież w przyznanem tu i ówdzie (jak w Stanach Zjedno- 
czonych, Szwajcaryi, Norwegii) prawie sądów do ogłaszania za 
nieważne ustaw, gwałcących wolność jednostki. 

Osobno zszeregowali się rzecznicy ściśle pojętych praw 
mniejszości. Republikanie z za oceanu pierwsi wydobyli sami 
z siebie wewnętrzny hamulec na większość. Już konstytucya 
Rhode Island z r. 1842 zażądała skupienia ^ó głosów dla wa- 
żności zmiany ustroju zasadniczego ; potem w konstytucyach 
różnych Stanów i nawet w organizacyi Kongresu poczęto ogra- 
niczać uzurpacye liczby zapomocą różnych tam pośrednich lub 
bezpośrednich. Do ograniczeń bezpośrednich należą przepisy 
o większościach kwalifikowanych, zwłaszcza przy rewizyi konsty- 
tucyi, oraz takie proste wyjątki arytmetyczne, jak znany przepis, 
niedopuszczający zmiany ustroju Państwa Niemieckiego wbrew 
głosom 17 przedstawicieli Prus w Radzie Związkowej. Pośrednia 



') Cours de politiąue constitutionnelle I, 275 sq. 

2) L'Etat et ses limites, Paryż 1865. 

3) L'individu et TEtat, Paryż 1865. 

*) System des Yernunftsrechts, 1840. 

6) Jednostka wobec państwa (przekład polski) r. IV. 



— 142 — 

godziły w supremacyę większej liczby podziały wyborców na 
kurye, a parlamentów — na izby. 

Dość uprzytomnić sobie te dwie ostatnie pośrednie metody 
tamowania większości, aby zauważyć, że pod płaszcz liberalnego 
hasła, „precz z majoryzacyą", kryły się często i kryją ciągle siły 
antydemokratyczne lub konserwatywne, i że pobudki tej agitacyi 
bywały znacznie mniej czyste, niż te, które ożywiały Benjamin 
■Constanta albo Laboulaye'a. Wszak przed półwiekiem amery- 
kanin John Calhoun użył całej wymowy i stworzył całą teoryę 
■o podstawowej nierówności ludzkiej, o skłonności człowieka do 
wywierania ucisku, o prawie veto, przysługującem każdej grupie 
interesów, wreszcie o pożądanem zastąpieniu uchwał zbiorowych 
kompromisami, a wszystko po to tylko, aby zakwestyonować 
prawo Stanów Północnych do skasowania niewolnictwa na Po- 
łudniu'). Podobnie zmarły profesor Jerzy Jellinek poczuł w sobie 
zapał do walki z despotyzmem większości, kiedy ujrzał za mi- 
nisteryum Kazimierza Badeniego zwartą koalicyą słowiańską, wal- 
czącą o równouprawnienie z mniej licznymi Germanami. Znako- 
mity prawnik posunął się wówczas w naukowo-publicystycznych 
wywodach tak daleko, że gotów był rozbić Austryę na Corpus 
Germanorum i Corpus Slavorum, byle uratować przywileje Niem- 
ców przed przewidywanym „uciskiem" słowiańskim. Piekielna 
obstrukcya wygrywała akompaniament do tej melodyi ; niejeden 
dziki szowinista walczył pięścią o tę samą ideę, za którą 
kruszył pióro Jellinek. Zupełnie tak samo u nas praktyk Siciński 
miał za sobą teoretyka w Andrzeju Maksymilianie Fredrze. 
Uczony radca tajny, profesor dr. Otto von Gierkę też nie bez 
praktycznej racyi odrzucił „atomistyczne" teorye szkoły prawa 
naturalnego, razem z jej uzasadnieniem uniwersalnego prawa 
większości. Na ich miejsce zbudował profesor teoryę „organiczno- 
historyczną", według której liczba sama przez się nie nadaje się 
na regulator stosunków wewnętrznych w państwie ; oprócz niej 
konieczne są inne regulatory, i dopiero zorganizowana według 
nich, należycie ściśnięta większość, może działać w danych wa- 
runkach historycznych, jako organ zbiorowości: wcale głębokie 



') Ob. Edward G. Elliott, Die Staatslehre John G. Galhouns (Staats- und 
Yólkerrechtliche Abhandlungen, t. IV z. 2, str. 28-35. 



— 143 — 

słowa i wcale umiejętnie dobrane, bo dopiero pod icii puklerzem 
znajdzie bezpieczny kącik sędziwa pruska ordynacya wyborcza 
ze swemi kuryami majątkowemi, obliczona na przewagę junkierstwa 
i plutokracyi. 

Obok tych dwóch, niejednakowo czystych strumieni myśli 
toczy się szerokim nurtem propaganda praw mniejszości na wy- 
borach. Zmierza ona nie do ograniczenia rządów przeważnej 
liczby, lecz do zabezpieczenia najistotniejszej treści tej zasady 
.przed uzurpacyą ze strony większości pozornych. W pewnej 
mierze służyły już do tego celu sposoby, wypróbowane dawniej; 
ustanawianie silnego guorum, jako warunku ważności posiedzeń, 
głosowania parokrotne, czasem na paru kadencyach izby z dłuż- 
szą przerwą. Nawet veto zawieszające prezydentów republik i veto 
izby lordów w Anglii uchodziły za narzędzia, mające powścią- 
gać lekkomyślne zapędy zgromadzeń: każdy przyzna, że wyższą 
powagę ma stateczna wola takiej większości, która przetrwała 
i veto, i ewentualnie nowe wybory, niż przypadkowa decyzya 
tłumu, porwanego frazesami paru trybunów. Ale to wszystko nie 
wystarczało. Od roku 1832, a więc od daty pierwszej reformy 
parlamentarnej, odkąd zrównanie przedstawicielstwa weszło w An- 
glii na dobrą drogę, rozległy się pierwsze nawoływania do za- 
gwarantowania reprezentacyi mniejszościom. Zrazu chodziło o no- 
wość stosunkowo skromną: aby poglądy żywiołów, przegłosowa- 
nych na wyborach, miały wyobrazicieli w izbie gmin. Temu wy- 
maganiu czyniła częściowo zadość druga reforma wyborcza, lorda 
Russella, dzięki której znaczna część Anglii od r. 1867 do 1884 
miała okręgi trzy mandatowe (three-cornered constitaencies), z je- 
dnym mandatem, pozostawionym dla mniejszości. Wynaleziono 
dwa najprostsze sposoby zabezpieczenia tych ostatnich — głoso- 
wanie ograniczone, gdzie wyborca podaje mniejszą liczbę kan- 
dydatów, niż jest do obsadzenia miejsc w danym okręgu, i gło- 
sowanie skupione, przy którem wyborca wymienia tyle nazwisk, 
ile jest mandatów, ale może je wszystkie skupić na jednym kan- 
dydacie. 

Wkrótce atoli i ten system uległ w teoryi radykalnej po- 
prawce. Jeżeli słusznem jest wogóle dać głos mniejszościom, to 
jeszcze słuszniej będzie rozłożyć pełnomocnictwa poselskie tak, 
-aby każda grupa przekonaniowa lub inna, o ile rozporządza 



— 144 — 

w całym kraju choćby taką liczbą głosów, jaka przeciętnie obsa- 
dza jeden mandat, otrzymała w izbie parlamentarnej odpowie- 
dnią do swej siły liczbę przedstawicieli. Politycy z pod znaku 
R. P, (representaiion proportionneLle) dochodzą tedy w swych 
konsekwencyach do połączenia całego kraju w jeden okręg wy- 
borczy, gdzie najbardziej rozproszone stronnictwa mogłyby się 
składać na jednego lub paru posłów. Proporcyonaliści zwykle 
wywodzą swój ród od hrabiego Mirabeau ; zresztą Saripolos do- 
wodził (1899), że obóz jego również słusznie mógłby uważać za 
ojca księdza Sieyesa, zgodnego w danej kwestyi z opinią całego 
przedrewolucyjnego Paiyźa, ale że właściwie praszczurem R. P. 
był Grek, Dyonizyusz z Halikarnassu. 

Rzeczywiście, wszyscy ci prekursorzy proporcyonalizmu pra- 
gnęli widzieć w zgromadzeniach narodowych odzwierciedlone 
wszystkie odcienie opinii publicznej w duchu dzisiejszej formuły: 
„la representation a tous, la decision a la majorite". Tylko że 
ani Dyonizyusz nie myślał o właściwej reprezentacyi, ani też 
Mirabeau i Sieyes nie wysnuli ze swych ogólnych wskazań całega 
praktycznego morału. Przeciwnie, Mirabeau niedwuznacznie pisał 
się na system jednomandatowy (scrutin d' arrondissement), wyklu- 
czający przedstawiennictwo mniejszości, i nie pomyślał o tem^ 
jak pogodzić ów system z dezyderatem — aby izba poselska 
tworzyła rodzaj mapy opinii publicznej. Współcześnie dwaj ma- 
tematycy, Borda i Condorcet, za pomocą bystrej analizy wykryli^ 
do jakich zboczeń prowadzi na wyborach zwykły system majory- 
styczny'). Dopiero wnukowie owej generacyi wypracowali technikę 
tego rodzaju kartografii : obmyślili recepty, znane pod nazwą 
ilorazu wyborczego i przenoszenia głosów z kandydata na kan- 
dydata w ramach tejże partyi. Rozwinęła się gorąca polemika 
za i przeciw R. P. Wystąpili w szranki najwybitniejsi teoretycy 
prawa konstytucyjnego, historycy, politycy: za proporcyonalizmem 
oświadczyli się : w Anglii Hare, Mili, w Szwajcaryi Naville, we 
Francyi Considerant, Louis Blanc, Laboulaye, Boutmy, Anatol 
Leroy Beaulieu, Picot, Dareste, Charles Benoist; przeciwko — za dru- 
giego Cesarstwa Duvergier de Hauranne, za naszych dni Esmein, 
Ducrocą, Fouillee. Zwolennicy podnosili przeważnie wymagania 



') Winiarski, j. w., 65 sq. 



- 145 - 

słuszności, przeciwnicy wysuwali trudności techniczne przedsta- 
wicielstwa ustosunkowanego, w rzeczy samej dość znaczne. Na 
tern się wszakże nie kończyło. Zamiast spierać się o nagą słu- 
szność albo obracać w kółko „matematyczne" metody Bentłiama, 
sięgali polemiści do wyższych probierzy, w sferę socyologii i naj- 
ogóhiiejszej polityki narodowej, traktując proporcyonalność oraz 
jej przeciwieństwo, jako czynniki, tak czy inaczej działające na 
spotęgowanie i uszlachetnienie społeczeństwa. 

Kto miał dotychczas słuszność, nie naszą jest rzeczą rozsą- 
dzać. Widocznie jednak argumenty nowatorów lepiej trafiały w cel, 
skoro propaganda w ciągu dwóch pokoleń podbiła całkowicie 
albo częściowo szereg państw i krajów : Belgię, Szwajcaryę, Gre- 
cyę, Brazylię, Costa Ric'ę, Tasmanię i in., wydzierając z pod wła- 
dzy bezwzględnych większości różne sfery stosunków — wybory 
parlamentarne, municypalne, komisyjne i t. p. Najuporczywiej 
trzymają się dawnej rutyny klasyczne kraje parlamentarne, An- 
glia i Francya, oraz wogóle kraje romańskie ; ale też w Anglii 
i Francyi dzięki intensywnym starciom teoretyków najwięcej 
uczyniono dla teoretycznego wyjaśnienia problematu, podczas 
gdy mniejsze kraje, o mniej zakorzenionych zasadach właściwego 
parlamentaryzmu, dostarczały ze swego życia pouczających 
eksperymentów. 

Zamknijmy ten szkic spółczesnej kampanii antymajorysty- 
cznej jednem zastrzeżeniem ogólnem. Sądząc z pozorów, ewolu- 
cya form tworzenia woli zbiorowej, odbywszy wędrówkę od je- 
dnomyślności do powszechnej majoryzacyi, cofa się teraz na da- 
wne szlaki. Naprawdę tak nie jest. Konkretna przeszłość nie 
wraca. Uznanie materyalnych praw mniejszości, jak wyżej 
zaznaczono, nie było odgłosem żadnych poglądów średniowie- 
cznych, bo też samo nie mogło pierwotnie powstać w średnio- 
wieczu. Podobnież formalna obrona mniejszości na wyborach, 
ściśle rzecz biorąc, nie może się powołać na żaden pierwowzór 
średniowieczny, przynajmniej nie w Europie Zachodniej. W czasach, 
kiedy nie znano wogóle dzisiejszego pojęcia reprezentacyi, nie 
mogło być mowy o reprezentacyi mniejszości, ani tem mniej przed- 
stawicielstwa proporcyonalnego. Mandat stanowy pochodził zawsze 
od istniejącej jakiejś zbiorowości, a nie od wykrojonej do- 
wolnie liczby ludzi; zawsze dawała go jakaś communitas : 

10 



— 146 — 

hrabstwo, baillage, miasto, ziemia, kapituła, gmina lub coś po- 
dobnego ^). Rzecz jasna, iż żadna taka zbiorowość nie mogła to- 
lerować w swem wnętrzu osobnego mandatu od ludzi, którzyby 
poprostu występowali z pretensyą : „jest nas mniej, niż was, więc 
żądamy osobnego przedstawiennictwa". Żadne też zgromadzenie 
poselskie nie uznałoby ludzi, przychodzących nie od gotowej 
grupy społecznej, lecz tylko od jakiejś secesyi. Jeżeli zdarzały się 
takie wypadki, jak owe kompromisy dwóch dolin z trzecią 
w kraju Bearn^), to mniejszość albo była z góry ukonstytuowana 
w osobną całość, albo poprzestawała na zakomunikowaniu swych 
życzeń sposobem prywatnym. 

Cała też opowiedziana w powyższych rozdziałach historya 
głosowań potwierdza wniosek ogólny, że chociaż prawo 
mniejszości zasadniczo nie pokrywa się z pra- 
wem jednostki, ani też praktycznie nie rozciąga 
się do tych samych granic, do których sięga to 
ostatnie, to jednak mogło ono zyskać obywatel- 
stwo w dzisiejszym zespole pojęć prawnopubli- 
cznych dopiero na gruncie uznania własnego, 
absolutnego waloru jednostki w społeczeństwie 
i jej uprawnionej sfery bytu. 



') Por. zgodny z tern pogląd Saripolosa, I, 105. 
2) Ob. wyżej, str. 54. 



LIBERUM VETO 
W POLSCE. 



10' 



CZESC I. GENEZA. 



iROZDZlAŁ 1. 

SaiBorriutDość nMnTOju polskiego parłainentaiyznm, SBt ©dspcidkovf V X\^ 

■wietu. JedncttDTślność - " ,-- — >--- '^ ; - ■ " - rimieriifl JagieDaDczTka. PcTTsia- 
irie rejsrezentscAi nar:- : . N^^e zapadni erri s - t-B-e5;T}a 

mandat:: :>?'-.■ ■ . .'TT 

przed'»ko :;r: -. : .- ■ / ^ c^ ^ ^J-. 

pers-a-azye. Seaat niedostatecznie popiera króla. Pc^iad Zygmimia na instmknre, 
Promi-DOkonalinTi tarcza pam-tnlaryxniu. Dalsze rozłamy. Je-dnamystność, jako 
zasada c»bo"»i^rując-a na sejmie. Upadek sejmÓ¥"-§enerałóv. Ponure horoskopy 
^ ostatnich lata di panorama Ij-ofnnrnta Starega. 

Pariamentaryzm polski, na wielka zakrojony miaTę, ogarnął 
szybko takie przestrzenie, źe granic icfa nie mógł król dosięirn^ć 
ani mieczem, ani okiem dusz}\ '"'"" :~ :-ztva. rozler: ^^r ~i2 
przeciętne państewko stanowo-m: . -e Enropy ^ . -_ ej, 
tworzyły jego poifioźe teryłoiyalne. Stuletnia działalność sejmików 
rozwinęła w społeczeństwadi ziemskidi ta-; - :■> 

nomiczne, dała im możność tak wsisc..;. >.. .....cii 

samorządu na tle tradycyjnej odrębności, że nagiąć i skierować 
ów samorząd na drogę bezpiecznego rozwój n konst>tncyinego, 
potrafiłby chyba monarcha o pierwszorzędnej eneir' ""■: r"~ryi 
i doświadczenia, opanem na obserwacyi długo"; .ki 

parlamentarnej. Pierwszych dwóch zalet Jagiellonowie XV wiekn 
nie posiadali : ostatniej nie mogli mieć ani oni, ani nikt w ów- 
czesnej Europie. To też sainowiednej, wytrz>TD*nej polityki sej- 
mowej nie prowadziła władza królewska o nas aż do pocrątkn 
XVI wieku. Zarówno samorząd ziemski, jak i centralny, w brakn 



— 150 — 

świadomego kierownictwa dworsl^iego, sam z siebie wysnuwah 
wskazówki życiowe na przyszłość. Posuwał się naprzód poomacku^ 
nie widząc takich wzorów do naśladowania, jakich nie zbrakło 
później dumnej ze swego, t. j. właściwie z cudzego, bo angiel- 
skiego konstytucyonalizmu Europie lądowej. A gdy u rozstajnych 
dróg pobłądził, gdy mądrość domowa okazała się zawodną, nie 
mógł wydobyć się z dantejskiego boru, nie sprzeniewierzając się 
całej przeszłości, całemu światu pojęć i wartości, w które dotąd 
wierzył i chciał wierzyć. 

Na błąd zanosiło się od najdawniejszych czasów. Z zesta- 
wienia ogólnych naszych spostrzeżeń nad rozwojem reguły więk- 
szości z praktyką polskiego życia stanowego wypływa wniosek,, 
że od XV wieku wszystkie dane sprzysięgły się po kolei na to, 
aby utrudnić u nas i spaczyć zdrowy rozwój parlamentaryzmu. 

Zachód przestał grozić zmorą krzyżactwa (1410), granice 
pruskie, brandenburskie, śląskie, węgierskie zyskały wymarzone 
niemal bezpieczeństwo ; więc jedność stawała się mniej konieczną. 
Niebezpieczeństwa wrócą, gdy będzie już zapóźno na jedność. 

Wschód stał otworem dla wychodztwa i kolonizacyi malkon- 
tentów ; zamknie się poniekąd — jednocześnie z zamknięciem, 
uszu społeczeństwa na głos prawodawczej racyi stanu. 

Monarchizm traci jedną po drugiej najcenniejsze swe pre- 
rogatywy, bo już nie tylko prawo nakładania nowych poborów 
(1374), ale i prawo ściągania przez organa administracyi kró- 
lewskiej podatków, uchwalonych przez szlachtę, (od czasu usta- 
nowienia poborców ziemskich), i prawo stanowienia nowych 
ustaw, dotyczących poszczególnych ziem, i prawo zwoływania na 
własną rękę pospolitego ruszenia (1454). 

Myśl stanu rycerskiego pochłonięta przez zadania gospodarczo- 
cywilizacyjne ; zadania te zaostrzają może antagonizm względem sił 
zewnętrznych — króla, hierarchii kościelnej, mieszczan i chłopów, 
ale nie prowadzą do różniczkowania wewnętrznego, które dopiero 
umożliwia jasne postawienie kwestyi : „wy musicie ustąpić nam, 
bo nas jest więcej". Zresztą i tamte obce potęgi przestają być 
stopniowo potęgami. Tanim kosztem, głównie w nagrodę za paro- 
krotne odstąpienie sztandaru państwowego (1422, 1454), zdobywa 
szlachta cenne przywileje, a wślad za nimi — istną wszech- 
władzę, istny monopol prawodawczy. 



— 151 — 

Tymczasem zdała od rządowych wpływów, niepostrzeżenie 
dla bacznego dziejopisarza Długosza, kiełkuje i urasta w bujne 
drzewa ziemski samorząd sejmikowy'). Księgi ziemskie, grodzkie 
notują już szeregi uchwał, przyswaja je sobie pamięć pokoleń, 
każda zaś uchwała, jak zwykle w grupie niezróżniczkowanej — 
bratersko jednomyślna. Obradujący podkreślają jednomyślność 
w aryngach swych protokołów, a czynią to nie dla zaznaczenia, że 
inne postanowienia nie byłyby ważne — przecież prałaci, stołecznicy 
musieli się już spotkać ze scholastycznemi teoryami o „major et 
sanior pars", a pewno słyszeli i o głosowaniach rzymskiego senatu 
oraz komicyów: wszak kapituły polskie umiały spożytkowywać tamte 
teorye i reminiscencye na rzecz zasady większości nie gorzej, niż 
towarzyszki ich na zachodzie -). W XV wieku chodzi raczej o na- 
danie uchwale większej powagi wobec tych, których ona obo- 
wiązuje, oraz tych, co radziby ją naruszyć, króla i duchowieństwa. 
Nie upamiętnia się zatem faktu, że przeciw pewnym uchwałom 
była opozycya, owszem, podkreśla się skwapliwie każdy prze- 
jaw solidarności. I oto warstwa na warstwie układają się na dnie 
dusz szlacheckich precedensy, które później, przy pierwszem starciu 
z odmiennym poglądem, narzucą im apodyktycznie słynną una- 
nimitas, już jako prawną regułę obowiązującą^), a narzucą ją 



1) Pawinski, Sejmiki ziemskie : Analecta Nr. XXIX, XXXVII, XL, XLI, 
XCIX, CXI, CXIV, CXV, CLV. CLXXXIV i in. ; Lewicki: Codex epistolaris sae- 
culi XV, t. II n". 170, III n". 1 i in. Długosz XI, 472, XII, 17 i t. d. — Por. 
A. Prochaska, Geneza i rozwój parlamentaryzmu za pierwszych Jagiellonów. 
(Rozpr. wydz. hist. fil. Akad. Um. XXXVIII) str. 39 ods. Wyjątkowo może gdzie- 
niegdzie taki frazes, jak „omnes unanimiter, nullo dissentiente", wyraża poczu- 
cie piszących, że w razie czyjegoś sprzeciwu, uchwała byłaby niezupełnie ważna. 

2) Zasada głosowania większością, stwierdzona p. Zachorowskiego, Rozwój 
i ustrój kapituł polskich, 167, wystarcza do uznania przytoczonego tamże przy- 
kładu jednomyślności za przypadkowy fakt, a nie za wyraz prawa. 

■^1 Przypominać z powodu sprawy głosowania na sejmie jednomyślność 
uchwał na wiecach starosłowiańskich (u Lutyków, Nowogrodzian, Kijowian) jak. 
to czyni Karcjew, 91, jest rzeczą zbyteczną. Nie sądzimy, aby w XV wieku żyły 
w umysłacli sejmujących Polaków jakieś echa porządków prasłowiańskich. Zresztą 
wypadki, zanotowane przez Dietmara, i inne, przytaczane przez Siergicjcwicza : 
Wiecze i kniaź, 63-G9, podobnie jak nieliczne przykłady uchwał większością 
głosów w XV wieku iPawiński, j. w. 31 za Długoszem IV, 548; por. też Ko- 
narskiego, O skutecznym rad sposobie, t. 11, § 2), stoją jeszcze poza prawem 
i bezprawiem. Por. wyżej, str. 23. 



— 152 — 

tern łatwiej, że w ciągu wieku XV posłowie od łcapituł, wdrożeni 
do rzymskiego głosowania, przestaną potrosze bywać na sejmi- 
kacłi, a przedstawiciele miast, rugowani w XVI wieku z sej- 
mów, przestaną świecić sziacłicie przykładem uległości. 

Nadcłiodzącłiwile energicznego czynu — trzynastoletnia walka 
o ujście Wisły, siedmioletnia — o dzierżawy czeskie, węgierskie. 
Chwilę tę spotyka Polska nie w skupieniu, lecz w rozbiciu na 
dwie prowincye, Małopolskę i Wielkopolskę, których rozbieżne 
interesy polityczne i łiandlowe przez całe wieki jeszcze parali- 
żować będą akcyę sejmów. W takich to warunkach młodociany 
parlamentaryzm przeżywa pierwsze potężne wzruszenia, jakie na 
calem dalszem życiu młodego jestestwa zwykły wytłaczać nieza- 
tarte piętno. Niemal rokrocznie powtarzają się uchwały pobo- 
rowe, nieco rzadziej wotuje szlachta za pospolitem ruszeniem ; 
w obu wypadkach sama natura uchwalonego aktu daje ujście 
separatystycznym skłonnościom ziem. Sejmy walne niejednokro- 
tnie biorą pobory do braci i). Król w krytycznem położeniu, za- 
grożony buntem własnych żołnierzy, robi co może, wyzyskuje 
dualizm prowincyonalny dla celów akcyi wojennej i dyploma- 
tycznej, żebrze na sejmikach o zasiłki, gotów przyjąć chociażby 
ofiarę partykularną, byle postawić na swojem. Osiąga połowiczny 
sukces w walce o brzegi Bałtyku, osiąga sukces problematyczny 
i przelotny w Czechach i na Węgrzech. Zato w Polsce, odwo- 
łując się od sejmu do sejmików dla przeprowadzania swych za- 
miarów-), nie ratuje monarchizmu, a zaprzepaszcza centralizm. 

') Piotrkowski 1455 r., piotrkowski 1457, korczyński generał 1457, sejmy 
1472 i 1478, ob. Pawiński, j. w. 83, 86, 138-9. 

2) Bobrzyński, Dzieje Polski w zarysie, wyd. II, Warszawa 1880, 1, 296-7, 
na jednej stronicy broni Kazimierza przed oskarżeniem Szujskiego o szerzenie 
partykularyzmu, a obok na drugiej pisze: „Ilekroć jednak posłowie szlachty na 
sejm- taki zebrani niedość powolnymi się okazywali, ilekroć podszeptom panów 
dali się zbałamucić, zaraz odwoływał się król do sejmików i na nich zamiar 
swój przeprowadzał. Sejm bowiem nad sejmikami żadnej jeszcze nie osięgnął 
przewagi". Kto potrafi pogodzić te poglądy? Zdaniem autora, byle szlachta po- 
czuła w królu opiekuna i poddała się jego woli, wszystko pójdzie jak najlepiej. 
Gdyby nie częste dotychczas powoływanie się naszycli liistoryków na poglądy 
Bobrzyńskiego, możnaby od cłiwili wyjścia „Sejmików ziemskich" Pawińskiego 
przejść do porządku nad fantastycznym obrazem „łamania" średniowiecznego 
ustroju przez Jagiellończyka. 



— 153 — 

Działa niby tak samo, jak ów król francuski, co „frakcyonował" 
swoje stany, lecz skutki są odmienne. Kazimierz zostawia póź- 
niejszym wiekom szeregi aktów udzielności ziemskiej, zostawia zie- 
miom obietnicę niestanowienia nowych „instytucyi" czy też ,,konsty- 
tucyi" i niezwoływania pospolitego ruszenia bez zgody sejmików 
partykularnych (1454), zostawia potomkom zly przykład ścigania 
dynastycznych mirażów z zaniedbaniem budowy wewnętrznej. 
Składa niepierwsze i nieostatnie w dziejach świadectwo, że można 
chwilowo stawiać na swojem, rąbiąc gałąź, na której się siedzi, 
ale że co innego jest polityka upartej, silnej ręki, a co innego 
polityka przezornej i silnej głowy. 

Jeżeli też partykularyzm ziemski nie przeszkodził pod ko- 
niec XV wieku utworzeniu t. zw. generałów i sejmów walnych, to 
najmniejsza w tem zasługa Jagiellończyka. Nie on, lecz właśnie 
szlachta dość wcześnie zrozumiała wśród tych przetargów po- 
trzebę solidarnych wystąpień przeciw żądaniom królewskim. Sejmy 
prowincyonalne już od r. 1464 uzależniały swą zgodę na po- 
datki od przyzwolenia drugiej prowincyi. Z nadzwyczajną też 
stopniowością, a równolegle z rozbudzeniem w narodzie szla- 
checkim poczucia jedności klasowej, dokonywa się pod koniec 
panowania Kazimierza Jagiellończyka wielkie ulepszenie techni- 
czne machiny parlamentarnej. Dla osiągnięcia pożądanej soli- 
darności rzesze, sejmikujące w Korczynie i w Kole, zaczynają 
się porozumiewać ze sobą przez posły ; udział osobisty staje się 
coraz uciążliwszym dla ubogiej braci. Już nietylko prowincye 
(jak w r. 1459, 1465, 1468, 1469) ale i województwa (kaliskie 
w roku 1485) posługują się wysłannikami. W r. 1489 zjazd kolski 
znosi się z korczyńskim za pośrednictwem 14 posłowi), Odkiedy 
ukonstytuował się ostatecznie piotrkowski Model Parliament 
1493 roku, złożony z króla, senatu i posłów ziemskich, odtąd 
też sfery rządzące musiały rozstrzygnąć niezwłocznie cały szereg 
nowych zagadnień, niezmiernie trudnych dla samokształcącego 



') Pawiński, j. w., str. 98,. 106, Ul, 147, 153. — Dowodów Pawińskicgo 
przeciw uznawaniu sejmu 1468 r. za pierwszy, złożony z posłów wojcwódzkicłi, 
nie obaliły ani argumcntacya Ant. Procliaski, Geneza i rozwój parlamentaryzmu, 
j. w., str. 170-6, ani milczący powrót do dawnego poglądu Fr. Piekosińskicgo. 
Wiece, sejmiki, sejmy i przywileje ziemskie w Polsce wieków średnicłi. Rozpr. 
łiist. fil. Akad. XXXIX. 



— 154 — 

się społeczeństwa. Jedno z nich, najgłówniejsze, zbył wielozna- 
czną, jak głos wyroczni, formułą statut radomski 1505 roku r 
„Odtąd na potomne czasy nic nowego stanowionem być nie ma 
przez nas i naszych następców bez wspólnego zezwolenia sena- 
torów i posłów ziemskich, coby było z ujmą i ku uciąźeniu rzeczy- 
pospolitej, oraz ze szkodą i krzywdą czyjąśkolwiek, tudzież zmie- 
rzało ku zmianie prawa ogólnego i wohiości publicznej '). 

Ten tekst ustawodawczy, tylokrotnie komentowany przez 
mówców sejmowych, dziejopisów dawniejszych i nowszych, tekst 
ganiony za niedokładność i brak przewidywania kolizyj, to znów 
sławiony za roztropną dyskrecyę w pomijaniu drażliwych pytań^)v 
ze swem lakonłcznem ,,wspólnem zezwoleniem" — jest dla nas 
przedewszysłkiem wiernem odbiciem mętnej myśli prawnopaństwo- 
wej owego pokolenia. Nadto jest on zapowiedzią całej dal- 
szej historyi polskiego parlamentaryzmu, w której wszystko sta- 
nowiły składające się na życie polityczne siły żywiołowe, oko- 



') Jak wiadomo sposób rozumienia ustawy radomskiej wywołał 10 lat 
temu wielką polemikę między prof. Balzerem i prof. Kutrzebą. Pierwszy, zgo- 
dnie naogół z wykładnią Pawińskiego, zwalczał nowy pogląd p. Kutrzeby, przy- 
pisujący statutowi „tylko takie znaczenie, że niewolno naruszać przywilejów 
podmiotowych szlacłity bez jej zgody". Co do nas, przyłączamy się do prze- 
konywujących wywodów Balzera, dodając na poparcie jego poglądu jeszcze na- 
stępującą uwagę. Chodzi o stopień skrępowania władzy monarszej; jeżeli wyrazy 
et... que tłumaczyć dokładnie, to król stracił tylko swobodę wprowadzania no- 
wości, mających naraz wszystkie trzy kwalifikacye : zmianę ustroju, naruszenie 
wolności publicznej, szkodę publiczną i szkodę prywatną. W takim razie nie 
straciłby prawie nic, a właściwie wróciłby do władzy absolutniejszej, niż miał 
przed statutem niessawskim. Cała niejasność płynie z wadliwej stylizacyi: na- 
pisano et... que zamiast vel. Konstytucya Nihil Novi zabroniła monarsze zmie- 
niania bez zgody rad i posłów nietylko tego, coby zmieniało „jus commune" 
oraz „publicam libertatem" na szkodę i krzywdę każdego (właściwie: czyją- 
kolwiek, cujuslibet, a nie cujusąue) ku naruszeniu i uciąźeniu „rei publicae% 
ale i tych nowości, któreby posiadały jedną lub dwie powyższe kwalifikacye^ 
Sprawa ta o tyle dotyczy genezy „wolnego niepozwalam", że przyjmując główną 
tezę Kutrzeby (o podmiotowym tylko, szlacheckim cłiarakterze juris communisj, 
należałoby w wieku XVI zgadywać u prawodawców sejmowych jeszcze więcej 
poczucia prywaty i osobistej niezawisłości, niż my to uczynimy poniżej. — 
Ob. Kwartalnik Historyczny 1906, str. 52 sq., 1907, str. 232 sq. 

-) Bobrzvński, Sejmy polskie za Jana Olbrachta i Aleksandra, Ateneum, 
1876, II, 347. 



— 155 — 

liczności zewnętrzne, najróżnorodniejsze konKretne potrzeby, je- 
dnem słowem — praktyka, a prawie nic nie znaczyła samowie- 
dna, przewidująca twórczość, krystalizująca się w teoryi, w za- 
sadach i instytucyacłi. 

Sejm Aleksandra był białą kartą, tabuLa rasa, odnośnie do 
wielu zagadnień parlamentaryzmu i), a przedewszystkiem odnośnie 
do tych, które streszczały w sobie problemat zbiorowy władzy 
naczelnej, polityczne fV y.al nar. 

Nasuwały się mianowicie takie dwa pytania. 

Najpierw, skoro wymagana, jest zgoda trzech pierwiastków, 
to w jaki sposób ma ona powstawać w łonie zbiorowych ciał 
senatu i izby poselskiej ? Na zasadach jednomyślności, czy wię- 
kszości głosów? 

Następnie, czy posłowie ziemscy wchłoną w siebie wolę 
wyborców, czyli też dadzą się skrępować ich nakazem ? Czy będą 
przedstawicielami w istotnem znaczeniu tego wyrazu, czy też 
niemymi wysłańcami, odnoszącymi instrukcye ziemskie na sejm, 
i z sejmu do ziem z powrotem ? 

Od rozstrzygnięcia tej ostatniej alternatywy w znacznej mie- 
rze zależało rozwiązanie pierwszej. Bo w społeczeństwie, które 
jeszcze ze zbiorowych uchwał w zwykłych gromadach nie zdą- 
żyło wysnuć jedynie praktycznej zasady większości, a weszło już 
w skomplikowane stadyum życia reprezentancyjnego, wielokro- 
tnie mnożyły się trudności powstania tej zasady. Żadna jej nie 
usprawiedliwiała logika, więc tylko praktyka życiowa mogła ją 
zlegalizować. Jeżeli też nie zawsze prawdopodobna była uległość- 
mniejszości uczestników zjazdu ziemskiego, niezależnych od ża- 
dnych wyborców, to o ileż trudniej było pogodzić się z uchwałą prze- 
ciwnego stronnictwa posłowi, który miał za sobą poparcie tysiąca 



') Nie sądzimy, aby z poglądem tym sprzeczny był, pomimo wszelkicii 
pozorów, pogląd Balzera, Państwo Polskie w XIV i XVI w., Kwart. Hist. 1907, 
290-1 : „Cokolwiek później w tych kierunkach aż do reform stanisławowskich, 
przedewszystkiem do wielkiej reformy sejmu czteroletniego działo się, a choćby 
nawet zmieniało na powierzchni w dziejach naszego ustroju, to korzeniami 
swymi tkwi w ustawie radomskiej ; w pierwszym rzędzie wszystko, co dotyczy 
samej organizacyi sejmu, z jedynym chyba (z ważniejszych zjawisk) wyjątkiem : 
zasady jednomyślności i „liberum veto" etc. Wystarcza nam podkreślić wyraz, 
„korzeniami", aby wykazać zgodność poglądów. 



— 156 — 

szabel — a kiedyindzicj czuł je może na swym karku w razie 
złamania wierności ! 

Przeszłość otwierała widoki niepomyślne dla postępów idei 
reprezentancyi. Głęboko zakorzeniony partykularyzm ziemski za 
dni Kazimierzowycłi rozpływał się w prowincyonalnym dualizmie. 
Ale ziemski sejmik starszym był od prowincyonalnego „generała"; 
ziemię (terra) sprzęgały silniejsze i liczniejsze ogniwa, niż pro- 
wincyę. Tkwiły bowiem w ziemiach Korony polskiej tak żywo- 
tne zarody samoistnego, indywidualnego bytu, że tylko czasowa 
rozbieżność interesów Wielkiej i Małej Polski podczas wojny 
pruskiej oraz rozkwitu kolonizacyi Rusi i Podola, stanowiła sku- 
teczną przeciwwagę dążności decentralizacyjnycłi. Prąd dualisty- 
czny musiał osłabnąć, gdy kołonizacya stawała się faktem doko- 
nanym, a opanowanie Krymu, Kilii i Białogrodu przez Osmanów 
przecięło liandel czarnomorski i skierowało ruch gospodarczy Ma- 
łopolski przeważnie ku Bałtykowi. Drugą przeciwwagą ziemskiego 
indywidualizmu było poczucie łączności stanowej wśród szlachty, 
które narowili z potrzebą szybkiego porozumiewania się z mo- 
narchą doprowadziło do zjednoczenia zebrań prowincyonalnych 
w jedno zgromadzenie walne. Sądząc ze wszystkich oznak, po- 
czucie to po wielkiem przesileniu za Olbrachta i Aleksandra zna- 
lazło się w odpływie. Przez lat kilkanaście nie słychać, aby cały 
stan szlachecki zgodne stawiał koronie postulaty i zdobywał je 
za cenę zgodnie uchwalonych podatków. 

Przeciwnie, spotykamy objawy odwrotnej tendencyi. Tem- 
samem brały górę kierunki odśrodkowe, i one to ukształtowały 
na swoją modłę stosunek posłów poszczególnych ziem do cało- 
ści królestwa. Podstawą udziału w sejmie reprezentowanej grupy 
jest ziemia, historycznie zrośnięta całość odrębna ; z tej to żywo- 
tnej gleby mandat poselski czerpie niespożyte siły i w obliczu 
państwa energiczniej przejawia swą powagę, niż odpowiedni wy- 
raz woli wyborczej we francuskim baillage. 

Za Jana Olbrachta stan szlachecki, świadom swej siły i so- 
lidarności, uważał snąć za zbyteczne krępować wolę pełnomocni- 
ków i przeszkadzać im w wyzyskaniu skutków ubóstwa skarbu. 
Posłom na sejm 1496 r. udzielił zupełnej mocy stanowienia i). 



Vol. Legum. I, 255: ,cum praelatis, baronibus, nobilibus, terrarumąiie 



— 157 — 

Sejm Aleksandra jeszcze szczyci się przedstawicielstwem Rzeczy- 
pospolitej, ale już wtedy widoczna wśród szlachty chęć ograni- 
czania władzy poselskiej stać musiała przed oczyma króla, jak 
widmo, grożące pomyśhiemu przebiegowi obrad : nie „na wszelki 
wypadek", lecz chyba nauczony doświadczeniem, żądał Aleksan- 
der w uniwersałach, zwołujących sejm 1503 r., przysyłania posłów 
z zupełną swobodą decyzyi '). Niebawem ujawnia się i wzrasta 
duch odrębności terytoryalnej. Wielkopolska już na radomskim 
sejmie 1505 r. z powodu wniosku podatkowego wystąpiła opor- 
nie przeciwko królowi i Małopolsce -). W następnym roku, nie 
dbając o grożący Rusi najazd tatarski, Wielkopolanie uchylają się 
zupełnie od udziału w sejmie lubelskim ''). A kiedy Zygmunt I, 
nie poprzestając na środkach doraźnych, przełożył narodowi w uni- 
wersałach (grudniowych) 1511 r., potrzebę zwiększonego podatku 
na systematyczną obronę kresów żołnierzem zaciężnym, sejm 
krakowski, dla braku posłów kaliskich," poznańskich i sieradzkich, 
nie może nic postanowić. Król musi znowu kołatać do sejmików 
wielkopolskich, wyznacza im zjazd generalny w Kole i tam do- 
piero przeprowadza uchwałę, nie dotyczącą zupełnie Małopolski. 
Na listopadowy sejm piotrkowski 1512 r., pomimo napominań 
królewskich. Wielkopolska przysyła mandataryuszów z ograniczoną 
władzą. Zygmunt apeluje ponownie do sejmów prowincyonalnych 
(poznańskiego i korczyńskiego), które uchwalają osobno i nie 
bez pewnych różnic znaną ustawę o obronie państwa kosztem 5 
kolejno po sobie następujących dzielnic. Nadomiar złego, szla- 
chta krakowska, na którą pierwsza kolej wypadła, gromadzi się 
na sejmik proszowski i protestuje przeciwko wspólnej uchwale obu 
prowincyi. W następnym roku (1514) na sejmie piotrkowskim 
sprawa szczegółowego uregulowania obrony wzbudza wśród obra- 
dujących pewną niezgodę, ale ostatecznie wszyscy zdobywają się 
na uchwałę jednomyślną. Tymczasem zjeżdżającą się do Krakowa 
na popis szlachtę wichrzyciele jacyś odwodzą od posłuszeństwa 
i wysyłają Taszyckiego do króla na Litwę z protestem przeciw 



nuntiis... corpiis ejusdem Rcgni cum plena laciiltatc abscntiiim rcpracscntari 
tibus". 

') Pawiński, j. w., Analccta, n". 192, 193. 

2) Wapowski, Kronika w Scriptores rerum polonicanim t. II, str. 58. 

■i) Pawiński, j. w., 223 wcdliig Miechowity). 



— 158 — 

decyzyi sejmowej, jako zapadłej wbrew woli województwa kra- 
kowskiego'). 

Pierwszy wybryk samowoli spotkał Zygmunt oburzeniem, 
groźbami i — obietnicą pobłażliwości dla tych winowajców, któ- 
rzy wrócą do obowiązku. Że poza zwykłą jagiellońską łagodno- 
ścią (solita clementia nostra) kryły się tutaj inne, głębsze pobu- 
dki, widać to z orędzia, jakiem król odpowiedział krakowianom 
na poselstwo Taszyckiego. Wszak opozycya całej niemal połowy 
królestwa (jak w latacłi 1505—6), a choćby paru województw lub 
jednego, nie jest już zwykłą bezkarnością ani bezrządem, lecz 
zdradza łamanie się niezgodnych przekonań prawnopolitycznych. 
Niełatwo mieszkańcom dawnych księstw udzielnych, a w ich li- 
czbie i tej dzielnicy, co niegdyś uchodziła za Regnum Poloniae, 
przejść do przekonania, że te ziemie, zarówno wielkie, jak małe, 
są tylko podziałami administracyjnymi i okręgami wyborczymi. 
Orędzie do szlachty krakowskiej z d. 18 lipca 1514 r. liczy się 
z lym faktem i wykłada obałamuconemu pospólstwu przewodnie 
zasady konstytucyjne z taką dokładnością i powagą, jaką nie- 
każda ustawa sejmowa mogła się poszczycić. „Sejm walny na- 
kładno przez J, Królewską Mość, przez rady imci i przez posły 
wszytkiej Korony i tudzież przez inne panięta a dobre ludzie, 
którzy nań przyjeżdżają, się zbiera i kosztowny nakład bierze ; 
na którym pracownie, pilnie, ważnie, obacznie i rozmyślnie, 
a z jednostajną wszytkich wolą bywa radzono, a cokolwiek bywa 
na nim uchwalono, to zawżdy mocnie a nieporusznie się zacho- 
wywa, ani żadnej odmiany ani poprawy przeciw takiemu sej- 
mowi być może, ależ by za jaką wieliką a słuszną przyczyną 
takowyż walny sjem co odmienić abo poprawić chciał" ^). Godząc 
się z niezaprzeczonym faktem, król przyznaje, że sprawa obrony 
została na walnym sejmie tylko „namówiona", a dopiero na zjaz- 
dach poznańskim i nowomiejskim „zamkniona" : nagłość potrzeby 
kazała raz jeszcze wrócić do dwoistej formy sejmowania, ale to 



') O wypadkach 1512-14 r. Acta Tomiciana t. II, 7, 40-1, 120, 143-7, 
151-2, 174-5, 209 i nast. ; III, 14, 47, 50, 52, 130 i in. Por. Blumenstock A., 
Plany reform skarbowo-wojskowych, Przew. nauk lit. 1888; Corpus Juris Polo- 
nici, III, 269, 293. 

-) Acta Tom. III, 132 i nast. 



— 159 — 

tylko techniczna szata jednej w zasadzie władzy prawodawczej, 
której przekorny sejmik nie ma prawa się opierać. 

Sfery kierujące, zgrupowane przy królu, mają tedy gotową 
odpowiedź na pytania: jaki jest organ władzy naczelnej, kto go 
może wprawiać w rucii, z jakicti pierwiastków składa się ten or- 
gan, i wreszcie, jak zapadają w nim uchwały ostateczne. Autory- 
tet słów monarszycłi uznaje urzędownie jednomyślność w stano- 
wieniu ucliwał, która też odzwierciedla się w preambułach i tek- 
ście wielu spółczesnych konstytucyi '). Atoli cały szereg wypad- 
ków dowodzi, że aprobowanej przez koła dworskie teoryi sej- 
mowej odległe ziemie bądź nie uznają, bądź też przyjmują ją 
mniej lub więcej opornie. W r. 1521 izba nie chce przystąpić do 
obrad, czekając, aż Wielkopolanie po niedoszłym sejmiku wy- 
kłócą się z Łukaszem Górką i na ponownym sejmiku obiorą 
nareszcie posłów; na tymże sejmie w początkach roku 1522 
posłowie wielkopolscy Gostyński i Iweński zasłaniają się bra- 
.kiem pełnomocnictw, i Zygmunt rad nierad odwołuje się do 
wyborców, t. j, najpierw do sejmików ziemskich, potem do ge- 
nerałów w Wiszni, Korczynie i Kole. W rok potem na burzliwym 
sejmie piotrkowskim prowincye występują wobec siebie, jak dwa 
wrogie obozy, Wielkopolanie znów upierają się przy instrukcyach 
otrzymanych od braci. „Dekreta" sejmu 1526 r, dopiero po za- 
twierdzeniu przez szlachtę poznańską i kaliską mają zyskać moc 
powszechnie obowiązującą. W r. 1528 król znów namawiać bę- 
•dzie mazurów, Wielkopolan (dwa województwa), sandomierzan 
i kujawian do przyjęcia gotowych już postanowień sejmowych...-). 

Był to niebezpieczny, rozkładowy prąd decentralizacyjny. 
Rozstrzygała się kwestya poważna, jedna z najkrytyczniejszych 
kwestył naszych dziejów: kto przeważy — sejm czy sejmiki? 



3) Jednomyślność w ustawach, ob. Pawiński, j. w., str. 182; Vol. Leg. I 
•292, 294, 360, 503, 511, 541 i in. ; Tomiciana III, n". XLVIII; IX, 6, Xl, 7 i in. 
Że osobiście uznawał Zygmunt potrzebę i możliwość stanowienia większością, do- 
wodem słowa legacyi na sejmiki poscjmowe 1528 i 1538 r. : „Dccrevissc Mtcm 
Suam cum universo senatu et majori parte nuntiorum terrcstrium nonnullas 
■contributiones", Tomic. X, 107; XVIII, 31 (Ms. Bibl. Ord. Krasińskich). 

2) Tomiciana VL 7, 10, 15, 16, 341-3; VIII, 19, 33; X, 100-2, 100-7, Por. 
•Corpus Juris Polonici, HI, 645, IV, 210. 



— 160 — 

Znaczenie jej Zygmunt zrozumiał lepiej, niż wszyscy po- 
przednicy i niejeden z następców. W polityce sejmowej, niezbyt 
zresztą bogatej w pomysły twórcze, zdobył się na myśl konse- 
kwentną, ale wśród nawału zewnętrznych trudności i wobec braku 
poparcia senatu, zabrakło mu konsekwencyi woli. Od samego 
początku panowania zwalczał, jak mógł, mandat nakazczy. Każdy 
niemal wolumin Tomicianów zaczyna się od listów zwoławczych, 
w których Zygmunt domaga się od szlachty przysyłania posłów 
z zupełną (plena), jaknajzupełniejszą (plenissima), nieograniczoną 
(non limitata) mocą stanowienia ^). Aby dopiąć tego celu, ze 
szczególnym naciskiem zaleca większym i mniejszym senatorom 
uczestniczyć w sejmikach i kierować nimi, strofuje i karze za 
absenteizm ^). Po każdym sejmie, skażonym przez protest woje- 
wództwa albo brak pełnomocnictw, przekłada szlachcie, że ze 
skrępowanych instrukcyami posłów Rzplta żadnej nie ma korzyści 
w potrzebie, że limitata potestas zakłóca porządek, odsłania 
przed sąsiadami wewnętrzną niemoc państwa, sprowadza klęski 
wojenne i dyplomatyczne. Wysyłanie na sejm przedstawi- 
cieli z nieograniczoną władzą stara się przedstawić, jako akt win- 
nego względem króla posłuszeństwa, akt uświęcony już starym 
zwyczajem'^); wspomina o srogim gniewie, jakim uparta opozy- 
cya napełnia nietylko J. K. Mość, ale wszystkie stany Rzpltej. 
Hetmanowi, wojewodzie i staroście krakowskiemu, kasztelanowi 
wojnickiemu przyrzeka pomoc królewskiego ramienia wyko- 
nawczego, każe szukać sprawców nieposłuszeństwa*). 

Jest ojcowska pieczołowitość, jest majestat, jest odczucie 
odpowiedzialności dziejowej w tych gniewach Zygmunta, ale to- 
warzyszy im, niestety, poczucie zupełnej niemocy. Król czuł swą 
słabość i wiedział, komu ją zawdzięcza: toż od samego początku 
panowania skarżył się na bezwzględną swobodę szlachty, na 



1) Np. 1510-1, 108 i dalsze: II, 5, 7, 40—1, 151 ; III, 18; IV, 250, 252 
i t. d. Z późniejszych uniwersałów: 1530 r. Teka Naruszewicza XLV; Tomic. 
XIII, XIV, XV; Teka Narusz. LIII i t. d. iMss. Bibl. Czart.) Dobry skutek 
osiągnięto w roku 1507, 1511, 1518, ob. Corpus Juris Polonici, III, 20, 31, 
150, 350. 

2) Np. Erazma Ciołka w r. 1513, Acta Tomic, 11, 172. 

3) Tomic. X, 107; XVIIi, 31. 

4) Tomic. II, 234. 



— 161 — 

skrępowanie władzy monarszej w r. 1422, 1454, 1505 „bezrozu- 
mnemi ustawami i plebiscytami" i). Wiedział Kazimierzowie aż 
nazbyt dobrze, co sądzić o rzekomem „łamaniu przywilejów sta- 
nów" przez ojca. Pojmował, że społeczność ziemska w kraju, 
rządzącym się zwyczajowem prawem publicznem, jest we własnem 
przekonaniu jedyną autoryzowaną tłómaczką tego prawa, że in- 
strukcye sejmikowe mają zupełną powagę obowiązującą przez to 
samo, iż rycerstwo za takie je uważa. Żadna władza nie może 
icłi ucliylić; najwyżej — złamać. Zmiażdżyć orężem opozycyę 
ziemską, przeprowadzić zamacłi stanu, a może i wojnę domową, 
pokarać winnych kołem, turnią, — takby postąpił może Tudor, 
Habsburg, ale to byłoby nie po jagiellońsku, i przedsięwzięciu 
takiemu naród odmówiłby poparcia. 

Lecz może uda się uczynić mandat nakazczy przesta- 
rzałym, nie używając go. Więc król w moralnej sile przeko- 
nania złożył całą swą nadzieję ; manifesty i orędzia uczynił środ- 
kiem wychowawczego wpływu na naród. Nakłaniając posejmowe 
zjazdy do przyjęcia wziętych ad referendum postanowień, starał 
się systematycznie przekonać województwa, że ostateczna uchwała 
zapada w Piotrkowie, a nie w Kole, bo rzeczą sejmu walnego 
jest reformować prawodawstwo, i sama naturalna siła rzeczy 
zmusza niewczesną opozycyę do aprobowania tego, co już zo- 
stało „namówione" i „zamknięte". 

Wszelako, działając, jako polityk praktyczny, jako pasterz, 
wciąż odpowiedzialny za bezpieczeństwo strzeżonego stada, nie- 
jednokrotnie musiał odstępować od wcielenia w czyn zasad gło- 
szonych. W r. 1513 poprzestał na uzyskaniu zgody sejmów pro- 
wincyonalnych, w r. 1523 -) i 1538^) postrachem wici zwalczał 
opór poszczególnych sejmików. Kiedy zaś Jagiellończyk troskał 



1) Tomiciana II, 70, Zygmunt do J. Łaskiego : 15 kwietnia 1512 r. „Yidemus 
jam omniiim nostrum mało, ąuidnam commodi absoluta hec libertas regno af- 
ferat, previdimus prediximusque longe antę malum hoc, sed fides nobis łiabita 
non est... Unde mercmur esse cxcusati apud Deum et homincs, cum Icgibus 
et plebiscitis insanis alligati nihil ex usu et dignitatc rcgni facerc possemus". 
Z. do Mik. Firleja 17 kwietnia : „...Imperandi modum nobis prescriptum transgredi 
non datur, cum legibus Reipubiice noxiis manus alligatas habemus". 

2j Tomic. VI, 11. 

3) Bielski, Kronika, str. 1072. 

11 



— 162 - 

się o rozwielmożnienie społeczności szlacheckich ^), o groźny, nie- 
przeparty ich pochód przeciw kmieciom, mieszczanom, a nawet 
przeciw władzy centralnej, to niewielu, zdaje się, liczył współ- 
pracowników, tą samą troską opanowanych. Wytrawni i wytworni 
dyplomaci, Szydłowieccy i Tomiccy, że zamilczymy o różnych 
„gamratach" — w rozumieniu i umiłowaniu wewnętrznycii po- 
trzeb państwa nie dorastali miary praojców, ustawodawców wi- 
ślickich. Nie widać śladu w ich czynach lub pismach, któryby 
świadczył o zrozumieniu powagi momentu dziejowego, nie widać 
w redakcyi ustaw dbałości o przeprowadzenie racyonalnych za- 
sad władzy prawodawczej. Frazes humanistyczny panuje nad 
myślą prawniczą. Aby się o tern przekonać, dość przejrzeć aryngi 
konstytucyi zygmuntowskich, gdzie pełno niepotrzebnie podkre- 
ślonej unanimitatis, dziwna mieszanina consilii i consensus, wi- 
docznie dużo wahań, modulacyi, — wszędzie słabsze zastanowienie 
nad wagą słów, niż to, do którego przyzwyczaiły nas dokumenty 
średniowieczne-). Duch obywatelski nie stał wyżej, niż duch 



') Tomic, VI, 201 : „Nobis ea res visa est semper perniciosissima, ąiiod 
nostri consiliarii suis mutiiis simultatibus et rebus privatis prospicientes majorem 
in dies auctoritatem communitatis in consilium Republice invexerunt" etc. 

2) Oto przytoczona z Corpus Jiiris Polonie! wiązanka preambulów i innych 
formuł, wyrażających uchwały sejmowe od r. 1506 do 1526: R. 1507; cum uni- 
yersis praelatis, baronibus, consiliariis et terrarum nuntiis... unanimi omnium 
voto instituimus laudavimusque (t. II, str. 40). Tegoż rol<u : cum praelatis spi- 
ritualibus et saecularibus baronibus et nobilibus ac terrarum civitatumque nun- 
tiis... decrevimus et laudavimus communi consilio (46). Dalej : unanimi voto 
et consilio consiliariorum nostrorum status utriusąue ac terrarum omnium nun- 
tiorum constitutus et laudatus (modus defensionis) (52). R. 1510: Cum consilia- 
riis nostris ac terrarum nuntiis... ąuasdam constitutiones omnium. unanimi con- 
sensu fecimus (119). R. 1511: communi omnium tam spiritualium quam saecula- 
rium consiliariorum et nuntiorum terrestrium... consensu (145). T. r. : Censcntibus 
itaąue unanimiter omnibus constitutum est (169). R. 1513 zapowiadana kodyfi- 
kacya praw cum omnium CDnscnsu (262). R. 1513 w Poznaniu i Korczynie un- 
animi omnium voluntate et consilio conclusum est (280). T. r. w Piotrkowie : 
voto omnium communi et concordi constitutum atąue laudatum esse. R. 1514: 
praelati et barones ac nuntii terrestres... ordinaverunt et concluserunt unanimi- 
ter (300). Dalej nieco: ex unanimi voto consiliariorum et nuntiorum terrestrium 
totius Regni (303); omnium consensu cautum et decretum est (319). R. 1518: 
communi omnium... voto et concordi voluntate (382). R. 1519 : de consilio et 
unanimi voto praedictorum... consiliariorum approbanda, ratificanda et confir- 
manda duximus (bez wzmianki o posłach) (383). R. 1520: w Toruniu de omnium 



— 163 — 

prawniczy. Po radach koronnych spodziewał się król dobroczyn- 
nego wpływu na naród, rozumnej i jednodusznej pomocy, i z go- 
ryczą musiał wyznać z biegiem czasu, że one to wzajemną waśnią 
i intrygami doprowadziły gmin szlachecki do niebywałej przed- 
tem, szkodliwej potęgi. Senator maczał ręce w kampanii wybor- 
czej, ale częstokroć nie dla opatrywania potrzeb państwa, ani 
tem mniej dla szerzenia idei konstytucyjnych, lecz tylko w tym 
celu, aby za pomocą posłusznych, układnych (ducibiles, tracta- 
biles) posłów kopać dołki pod kolegą — biskupem lub kan- 
clerzem. 

W miarę wzmagania się sv/arów możnowładczych, mieszają- 
cych się w jeden rozdźwięczny zgiełk z hałaśliwem początkowa- 
niem gminu, coraz częściej przypominać musi Zygmunt szlachcie, 
aby przysyłała nie intrygantów, jeno posłów poważnych, gorli- 
wych i szlachetnych. Wreszcie, pod koniec roku 1522, wyraźnie 
zaczyna się chwiać w zaufaniu do senatu ; żąda w uniwersałach, 
aby sejmiki, przysyłając posłów z nieograniczoną władzą, dawały 
im spisane i zapieczętowane wskazówki co do postępowania na 
sejmie i w ten sposób chroniły ich przed korupcyą i zgorsze- 
niem '). Więc zwolennik i obrońca niezawisłej repre.zentacyi jest 
poniekąd wynalazcą instrukcyi piśmiennych, szuka w nich wyjścia 
z zamętu i kabały, bo sama sumienność posłów nie wystarcza... 
W rozumieniu króla, instrukcya taka nie wyłącza możności nie- 
ograniczonego pełnomocnictwa ; pogląd zasadniczo arcysłuszny 



consiliariorum... ac nuntiorum... consilio et consensu statuimiis et decernimus 
(567) ; w Bj-dgoszczy t. r. : communi ornnium consilio et assensu (592) ; dalej 
poprostu assensu (604); dalej communi ornnium... consilio (612). R. 1523 Gusta- 
wie procesowej : de unanimi baronum nostrorum consilio pariter et assensu 
nuntiorum terrarum (IV, 56). R. 1525 communi omnium... voto et concordi vo- 
luntate (130). R. 1526 de consilio et consensu omnium consiliariorum. . ac nun- 
tiorum (192); dalej jednak wydana kaucya poznańczykom i kallszanom prop- 
terea quod sufficicntem facultatcm non habebant (210). 

') Tomic. VI, 199: .Dla których to rzeczy uradzenia i postanowienia na 
tym to sejmie walnym przyszłem abyście obrali posly z mocą zupcłn;], którym 
abyście dali spisane i zapieczętowane ty to rzeczy, to jest żądości albo potrzeby 
tak wasze, jako Rzeczypospolitej ; mówię spisane i zapieczętowane, bo zwykli 
czasem posłowie na sejmy posłani, wymyślać i czynić wiele rzeczy wedle ich 
samych widzenia, która rzecz nicgdy czyni trudność niemałą i hamowanie 
inem sprawom barzo więtszym..." 

11* 



— 164 - 

i, jak widzieliśmy, z powodzeniem propagowany swego czasu 
w Anglii O, ale nie przewidział Zygmunt, że instrukcyę, formułu- 
jącą artykuły żądań wojewódzkich, szlacłita utożsami z mandatem 
nakazczym, którym zamknie sejmowi drogę do dalszego rozwoju! 

Takie działanie z góry musiało chybić celu. Zdecydowały 
sprawę prądy, idące z dołu. Sejm walny od pierwszych lat rzą- 
dów Zygmunta zdradza postępowy rozkład wewnętrzny. Więcej 
ducha korporacyjnego, jedności psychicznej w kierujących kołach, 
a spoiłyby się silniej prowincyonalne kollegia wybrańców. Cóż, 
kiedy ta jedna, główna, wszechnarodowa jaźń, zlokalizowana 
w otoczeniu króla, nie umie ogarnąć różnorodnych potrzeb i właści- 
wości organizmu społecznego! O politycznym programie parla- 
mentarnym nie może być mowy. Akta polityki zewnętrznej w To- 
micianach przewyższają o wiele liczbą zabytki rządów domowych ; 
podobnież w myśli króla i lepszej części jego otoczenia cele 
polityczne leżały głównie na kresach i zagranicą ; kraj miał da- 
wać środki. Wzrok kierowników narodu wytężony bądź na sprawy 
zagraniczne, bądź na najogólniejsze potrzeby codzienne Rzpltej, 
w zakątki życia ziemskiego nie sięga — i życie to pędzi na bez- 
droża. 

Na sejm styczniowy piotrkowski 1533 r., dwa województwa 
wielkopolskie zupełnie nie przysłały posłów, a posłowie sando- 
mierscy, łęczyccy, kujawscy, lubelscy i płoccy przybyli z manda- 
tem, aby nic nie stanowić w nieobecności poznańczyków i kali- 
szan. Pozostałe województwa (krakowskie, sieradzkie, bełzkie, 
rawskie, Ruś, Podole i Mazowsze) zgodziły się [na żądany po- 
datek pod warunkiem, że zatwierdzą go sejmik opatowski i sej- 
mik-generał kolski. Z trudnością udało się senatorom wymódz 
na sejmikach „zadośćuczynienie woli J. K. Mci i uchwale sejmu 
walnego"; „co złym przykładem na potomne czasy zostało, t. j., 
aby takie sejmiki sejmu poprawować miały'' — pisze Bielski-). 
W rok potem na sejmie piotrkowskim „nie można było o niczem 
traktować ani decydować zgodnie z życzeniem króla, bo posłowie 
niektórych ziem nie mieli zleceń co do tego, jak w jakich spra- 



') Ob. wyżej, r. II, str. 43. 

2) Wapowski, j. w., str. 243-4, i za nim Bielski, j. w., str. 1058-9, przed- 
stawiają wypadki te niedokładnie. Por. Tomiciana XIV (Bibl. Czart. 270). 



- 165 - 

wach postępować^)". W roku 1535 Wielkopolanie zasłaniają się 
znowu brakiem instrukcyi, małopolanie przyjmują pobór pod wa- 
runkiem zatwierdzenia przez zjazdy generalne-). Na sejm kra- 
kowski 1536—7 r. poznańczycy przywożą instrukcyę, przeciwną 
wszelkim ofiarom na potrzeby publiczne, tchnącą, pomimo wy- 
cieczek antyklerykalnych, zaślepionym konserwatyzmem szla- 
checkim-^); sejm rozbija się o sprawę rozdawnictwa urzędów. 
Na burzliwym sejmie piotrkowskim 1538 r. (18 stycznia do 12 
marca) król „uchwalił z całym senatem i większą częścią posłów 
pewne pobory pieniężne", ale dla ziem : poznańskiej, sando- 
mierskiej, łęczyckiej, brzeskiej i płockiej musiał z powodu „za- 
mierzonej mocy" ich delegatów złożyć sejmiki posejmowe. W uni- 
wersale do opozycyi powtarzał dosłownie te same, co w r, 1528, 
nauki polityczne i jednocześnie wyznawał, że gdyby nie jego 
łagodność oraz mądre perswazye panów rad, ów walny sejm 
wypadłoby zaraz rozwiązać i rozjechać się z Piotrkowa, nic nie 
sprawiwszy "*). Do tak wymownych faktów jeden tylko dodamy ko- 
mentarz : opozyćya sejmików pod koniec rządów Zygmunta Starego 
powoduje się już nietylko konkretnemi dążeniami życiowemi. Jeżeli 
dwór ma swoje tendencye reformatorskie i próbuje za pomocą no- 
wej stylizacyi myśli statutu radomskiego o ,,communi consensu" ^) 



1) Tomiciana XV (Bibl. Czart. 272). 

2) Szujski, Dzieje Polski, II, 221. 

3) Artykuł pierwszy tej najdawniejszej znanej nam instrukcyi opiewa : „Aby 
korrektury praw, które są wolnościom pospolitym bardzo szkodliwe, tak jako 
są na sejmie piotrkowskim skazane i w niwecz obrócone, aby żadna dalej 
o nich wzmianka nie była, a gdyż w poselstwie KJM. o nich wzmianka uczy- 
niona, jakoby prawa skończone nie były, czego obawiać się trzeba, aby ich 
wznawiać nie chciano, ku niczezwoleniu szlachty pospolitej i prawa pospolitego 
ku któremu niczezwoleniu iżeśmy przyv/iedzcni byli : — przeto aby posłowie w ża- 
dną rzecz nie wstępowali, ani wstępować śmieli, aż K-JM. potwierdzi skazanie 
tych to korrcktur, podług listów na tymto sejmie piotrkowskim przez pany 
ichmć dane. Bo mamy prawa stare i wolności, przy których stoimy i stać chce- 
my, i te, a nie inne, KJM. młody powinien poprzysiądz. A tak panowie posłowie 
nie raczcie inaczej działać, ani w żadną inną rzecz wstępować, lecz to odzier- 
żawszy, bo na tym wszystka rzecz pospolita zależy". Tomiciana XVII (Bibl. 
Czart. 273). 

4) Tomiciana XVIII (Ms. Bibl. Ord. Kras.) s. 31. 

5) Vol. Leg. 1, 526: Prawo w r. 1538 „De novis constitutionibus : Con- 
stitutioncs novas nonnisi cum consiliariorum et nuntiorum terrarum consensu 



— 166 - 

otworzyć sobie na nowo drogę do zaprowadzenia większości 
głosów, to i szlachta ma już także swoją teoryę jednomyślności 
i wystrzega się procedensów, któreby mogły nadszarpnąć 
jej powagę. Nawet tak błahej stosunkowo rzeczy, jak ustale- 
nia miejsca kanclerzów w senacie, nie chcą posłowie uznać 
za przesądzoną bez zezwolenia wszystkich'). Inne konstytucye 
1540 r. zapadły bez jednostajnej zgody izby poselskiej w wa- 
runkach, których bliżej nie znamy; szlachta przez szereg lat 
nie może, o tem zapomnieć żąda ich skasowania jeszcze na 
sejmach 1546 i 1547/8 r.2). 

Sprawa przegrana — z najmniejszym udziałem osobistej winy 
króla Zygmunta, a pod przemożnym naciskiem głównych mo- 
mentów nieodwołalnej przeszłości: aktów koszyckich, czerwiń- 
skich, nieszawskich, piotrkowskich, radomskich, ale nadewszystko 
nieszawskich. Raz jeszcze stwierdzić tu wypada, że w starciu 
z prądem odśrodkowym centralizm miał u nas wszystkie dane 
przeciw sobie. W momencie przesilenia, w dobie ustawy radom- 
skiej, staje z nim do boju nie ziemia — atom, lecz molekuła — 
prowincya. 1 wnet potem parlamentaryzm prowincyonalny, zwy- 
cięski nad sejmem walnym, spełniwszy swe fatalne posłannictwo 
dziejowe, chyli się do upadku. Egoizm ziemski pod tarczą wiel- 
kopolskiej opozycyi uniknął bezpośredniego zetknięcia się z wal- 
nym sejmem narodu, — i wnet rozbijać zaczyna jedność prowin- 
cyonalną. Na co w r. 1505 i 6 pozwoliła sobie Wielkopolska, to 
w r. 1513 uczyni poduszczony przez „szatana, siewcę kąkolu", 
sejmik proszowski, w r. 1526 odosobniona szlachta poznańska; 
w r. 1528 i później opozycya wybucha w kilku naraz punktach 
Korony. Instrukcya ziemska stopniowo przestaje się przystoso- 
wywać do ogólnych postulatów prowincyi. Sejm-generał traci 



secundum statutum Alexandri Regis faciemus". Ogólnikową tę formułę próbował 
wyzyskać na sejmie 1597 r. Tylicki, biskup chełmiński, zwolennik głosowania 
większością. 

^) Vol. Leg. I, 561 : „quia tum nonnulli nuntii terrarum asserebant nego- 
tium hoc delatum esse ad nos consiliariosąue nostros absąue omnl nuiitiorum 
unanimi consensu", więc posłowie domagali się : „ut hac de re absąue illorum 
consensu niliil perpetui statueretur". Por. artykuł Balzera, Kwart. Hist, 1907, 242. 

2) Tomiciana XXIII i XXIV (Bibl. Czart. 286-7). Por. Platera, Zbiór pa- 
miętników, t. I, str. 168, oraz Pamiętnik warszawski 1819, XIII, 294. 



— 167 — 

grunt pod sobą; udzielne zwierzchnictwo zmierza do rozlania 
się odrazu na kilkanaście tłumnie sejmikujących społeczności. 
Charakterystycznym procesu tego objawem jest żądanie posłów 
na sejmach 1533 i 34 r., aby generały zawsze poprzedzały sejm 
walny. Tak uderzająco sprzeczne żądanie z praktyką najbliższej 
zaraz przyszłości! Toż na zjazd główny kolski d. 19 paździer- 
nika 1536 r. stawili się: jeden poseł łęczycki i jeden brzesko- 
kujawski 1). Prowincyonalizm długo szkodził jedności państwowej, 
i szkodził dwojako, bo w chwilach konfliktów osłaniał drobniej- 
sze rozłamy, a w chwilach kompromisów budził zawodne na- 
dzieje, że w Kole i w Korczynie jakoś potrosze zbliżą się ży- 
czenia szlacheckie do pożądanego unisono: teraz upada on, zwy- 
ciężony nie przez siły dośrodkowe, lecz przez destrukcyjną in- 
dywidualizacyę sejmików. Po upływie następnego pokolenia za- 
rażą się destrukcyą same województwa, znowu bez żadnej korzy- 
ści dla władzy ogólno-państwowej. 

Nazewnątrz rozkwit, świetność, blask, bogactwo, hołd i cześć 
Polsce zewsząd naokoło — a w sobie smutek i niepokój zaczyna 
wstrząsać sercem. Pierwszy wielki cień smutku przelatuje po zło- 
togłowiach i brokatach przepysznej epoki zygmuntowskiej. Ręce 
drętwieją, głowy się chylą. Stańczyk ciężkie spojrzenie zapuścił" 
w dal — dusza mu pęka... „Robimy raczej wszystko inne, niż to, 
czego chwila bieżąca wymaga", utyskuje Stanisław Górski w liście 
do Klemensa Janickiego (jesienią 1538 r=): „żadnych dobrych, ża- 
dnych zbawiennych powziąć nie możemy planów. Wymarli tamci 
mądrzy senatorowie, przewodnictwo w Rzeczypospolitej dostało 
się poczęści głupim, poczęści tym, co goniąc za prywatą, pota- 
kują jeno królowi, anie myślą o wieczności Rzeczypospolitej. Gzem 
jest nasza Rzplta, jeśli nie stekiem intryg, knowań, krzywoprzy- 
sięstwa i występnych frymarków? — o czem innem nie wspomnę, 
to tylko powiem, że nie ostoimy się cało, jeżeli nadal, tak jak 
dotąd, na łeb spadać będziemy. Wiele jest u nas zastarzałego zła, 

1) Tomiciana XIV i XV (Bib). Czart. 270 i 272); o zjeździe kolskim 
1536 r. Tomic. XVI (Bibi. Czart. 275). Senatorowie zgromadzeni w Kole 3 lu- 
tego 1547 r. proszą listownie króla, „ut eum conventum communem tcrrarum 
Majoris Poloniae Colensem, qui quasi ideam et formam generalis representabat, 
in pristinam authoritatem et vetercm morem reducere dignetur". Plater, j. w., 
I, 155-7. 



— 168 — 

od którego cierpi królestwo, ale już najzgubniejszem dla króle- 
stwa to zło, co ukazało się niedawno. Wszyscy to widzą, widzą, 
co trzeba zrobić, a przecież do naprawy rąk przyłożyć nie cłicą. 
Los pędzi nas ku zginieniu'*... 

Szczęściem, wypadków, poprzedzających Wojnę Kokoszą 
i następujących po niej, które tak czarną a bliską przyszłość 
zdają się rokować parlamentaryzmowi, nie można przypisywać 
w głównej części rozpowszechnieniu obłędnych zasad politycz- 
nych. Zbyt wiele tam jeszcze namiętnej nienawiści chwili, mia- 
zmatów przejściowego bezrządu, aby po wyzwoleniu się szlachty 
z pod wpływów lichego możnowładztwa, nie miały zaświtać dla 
sejmu pomyślniejsze lata. Z rozłamów sejmikowych, podwójnych 
wyborów, z niedopuszczania senatorów do głosu na wyborach 
i z wrogich wystąpień przeciw klerowi wyłoni się ożywczy prąd 
demokratyczny i reformacyjny. Niesforne krzyki zespolą się w har- 
monijny chór, zastępy poselskie z Krakowa, Poznania i Rusi, to 
dotychczas „zmienne pospólstwo" — (jak je nazywał Górski), zsze- 
regują się pod sztandarem wspólnym, na którym wypisane bę- 
dzie hasło: egzekucya praw. Żywiołowy indywidualizm ziem ze- 
tknie się i zetrze z prądem centralistycznym, reprezentowanym 
przez dojrzałe, świadome swych celów stronnictwo. 



ROZDZIAŁ II. 

Partyjność wyznaniowa za Zygmunta Augusta. Jej możliwe następstwa nie wy- 
zyskane. Stanowisko kióia wobec sejmików i izby poselskiej. Instrukcya ziem- 
ska w polowie XVI wieku. Jej charakter i typy. Odstępstwa od litery mandatu. 
,Pień" główny nietknięty. Czego instrukcya nie mogła przewidzieć? Reprezen- 
tacya w pierwotnym sensie tego wyrazu. Jednomyślność obowiązuje nadal. 
W jaki sposób można było legalnie zreformować sejm ? Jednomyślność pozorna. 
Wyjątkowe wystąpienia przeciwko zasadzie „nemine contradicente" . Faktyczne 
rządy większości postępowej w izbie. Bezużyteczność precedensów z czasów 

walki o egzekucyę. 

Przesilenie reformacyjne po raz pierwszy zaszczepiło na pol- 
skim gruncie sejmowym właściwą partyjność. Niezbędna w każ- 
dej szerszej, programowej akcyi politycznej, dla Polski mogła 
ona z dwóch przyczyn stać się zbawienną. Większości dawała 
możność skupienia się, załiartowania już nie na konflikt jednora- 
zowy, lecz na długotrwałą walkę, absorbującą całe pokolenia. 
Wpajać musiała przeświadczenie, że stałego rozbratu stronni- 
czego nie usuną chwilowe kompromisy, zawierane dla konwen- 
cyonalnej jednomyślności. W takim ogniu nawet zaskrzepły ustrój 
państwowy dałby się przetopić w inne, lepiej do wytężonego ży- 
cia przystosowane formy. Większości parlamentarne, zwłaszcza 
w chwilach krytycznych, po jednem zwycięstwie śmielej kroczą 
do drugiego, po drugiem do trzeciego; dążąc do wytkniętego celu, 
nie liczą się z regułami ani z przesądami konstytucyjnymi, 
a biada takim przesądom, jeżeli w ich imię odezwie się opozy- 
cya ! — Z drugiej strony, prawdziwy żywioł partyjny, t. j. dąże- 
nie do celów ogólno-państwowych zapomocą pewnych określo- 



- 170 — 

nych środków, dezorganizowało opozycyę, rozszczepiając spoiste^ 
obronne w swej wyłączności ziemie i powiaty na cząstki, które 
swej odrębności nie mogły upozorować żadnym przywilejem ani 
tradycyą. Więc i poseł, obrany przez większość, niezależnie od 
tego, czy mniejszość poprzestanie na manifeście, czy obierze po- 
słów od siebie, nabierał w oczacti ludzi, nie obytycłi z zasadą 
większości, charakteru posła od jednostek, a instrukcya jego tra- 
ciła swój udzielny, władny cłiarakter. Co więcej, można się była 
spodziewać wznowienia solidarności pomiędzy posłem i wybor- 
cami, większej ufności tych ostatnich w stałość przekonań pierw- 
szych : mandat mógł stać się bezużytecznym, a nawet szkodli- 
wym dla korzystania z chwilowych konjuktur. 

Aby jednakże wszystkie te możliwe błogie następstwa zi- 
ściły się w sejmie walnym, potrzeba było na to pewnego korzy- 
stnego układu sił walczących, jakiego mianowicie, trudno nam 
zdała orzekać. Dziś można sobie najwyżej wyobrazić, którędy te 
lub owe czynniki wywołałyby owe następstwa, ale z jaką siłą 
miałyby działać — daremne pytanie. Potrzeba było w każdym 
razie przytomnego i stanowczego zachowania się dworu. Zygmunt 
August nie wyzwolił ukrytych in potentia w społeczeństwie skłon- 
ności politycznych. Nie złączył swej sprawy ze sprawą przeważ- 
nego stronnictwa, nie wyzyskał przesilenia na korzyść konstytu- 
cyonalizmu. Że cofnął się przed zerwaniem z Rzymem i majory- 
zacyą katolików, bynajmniej nie chcemy go za to sądzić, ani też 
zastanawiać się nad niehistorycznem pytaniem : jak powinien był 
uczynić. Sąd moralny nad pracownikami dziejowymi powinien 
być jednolity, a ogarniać powinien całość ich pragnień, myśli 
i czynów. Zresztą nawet wtedy, gdy odpowiada on wszystkim 
wymaganiom, ma prawo towarzyszyć właściwie tylko dziejom 
politycznym, a nie historyi ustroju. Doszukując się atoli 
przyczynowych wiązań ewolucyi zasad państwowych^ 
niepodobna nie stwierdzić nagiego faktu, że na tern polu osta- 
tni Jagiellończyk nie zrobił wszystkiego tego, co mógł zrobić. 
Przyswoiwszy sobie rozumny pogląd nowoczesny ojca na rolę 
reprezentanta, uważał za konieczne godzić prawną jego niezależ' 
ność z polityczną odpowiedzialnością przed wyborcami. Z nie- 
mniejszą też, jak ojciec, wytrwałością, domagał się Zygmunt 
August w uniwersałach i w listach na sejmiki udzielania posłom 



— 171 — 

sejmowym pełnomocnictw nieograniczonych '). Motywował nawet 
żądanie to w sposób podobny, nietylito polityczną szkodliwością 
mandatów, ale i utartym zwyczajem (juxta morem receptum... 
cum plena et non Iłmitata potestate). 

Wszelako, uważając posłów za żywioł młodszy i pośledniej- 
szy w porównaniu z senatem, powołany ,, niedawno" tylko „dla 
opatrywania pokojem granic koronnych" 2) i traktując sejmowanie 
jako narzędzie, a nie jako cel polityki, dopuszczał się i on także 
niekiedy zboczeń z obranej drogi. Ten „biegły, a włoskiej szkoły 
polityk", jak go nazywa Szujski, subtelnem sprowadzaniem 
instrukcyi do niedorzeczności w manifeście posejmowym 1549 r. 
nie trafił do przekonania szlachcie, natomiast wprost mijał się 
z zadaniem, gdy w początkach panowania próbował rządzić bez 
izby poselskiej, gdy po sejmie 1555 r. oskarżał posłów przed 
sejmikami o działanie na własną rękę wbrew otrzymanym zlece- 
niom, czem w dodatku wcale niepożądany wywołał skutek 3); 
gdy ku wielkiemu rozdrażnieniu sejmików próbował w uniwer- 
sałach 1565 r. ograniczyć inicyatywę izby poselskiej, zamiast pra- 
cować nad jej zdrowym, normalnym rozwojem "*). Jeszcze ważniej- 
szym był negatywny wynik ogólnego kierunku jego polityki. 
Większość nie doznawała ani pobudzającej zachęty od króla, ant 
poparcia jego wykonawczego ramienia. A taką zachętą byłoby 
niewątpliwie demonstracyjne uwzględnianie żądań większości 
w tych wypadkach, gdy izba, nie mogąc się zgodzić na jedno 
orzeczenie, komunikowała królowi dwa przeciwne sobie wnioski^ 
bądź zdając nań decyzyę, bądź prosząc o pozwolenie wysłucha- 
nia głosów senatorskich. Znikąd też izba nie otrzymywała świa- 



') Por. uniwersały na sejm 1548 r., Szujski. Dyaryusze sejmowe (Script. 
rer. Pol. I) str. 283 ; 1553, tamże, 303 — 4 : ccrtaąuc mandata dent nuntiis... 
et luculentam atąue non limitatam potestatem, 1554 i 58 (w niewydanych Te- 
kach A. Pawińskicgo) ; 1562, Źródłopisma do dziejów Unii, II, 161 ; 1563,. 
Mencken, Sigismundi Aug. Epistolae, str. 370-380; 1568, Źródłopisma III, 2; 
Kojałowicz, Dniewnik lublinskago sejma, 639 ; — 1572, Akta podkancl. Fr. 
Krasińskiego t. 111, 445-67. Krytyka „zamierzonej władzy" w manifeście wyda- 
nym po sejmie 1548 r. Script. rerum Pol. 1, 267. Por. też Czackiego O polskich 
i litewskich prawach, str. 252-3. 

2) Dzienniki sejmów walnych koronnych 1555 i 1558 r., str. 69. 

3) Dzienniki, j. w., str. 94. 

*) Dyaryusz sejmu piotrkowskiego 1565 r., str. 19, 21. 



- 172 — 

tłych, poważnych wskazówek co do praw przyrodzonych więk- 
szości. 

Senat, złożony w znacznej części z biskupów i katolików 
świeckich, rzecz prosta, nie popierał w imię idei konstytucyjnej 
stronnictwa, które zwalczało najbliższe i najważniejsze jego inte- 
resy. Energiczniej przemawiać będą przeciw jednomyślności nie- 
którzy senatorowie za Batorego i Zygmunta III — kiedy już 
będzie zapóźno, ponieważ ster polityki przejdzie w izbie posel- 
skiej do obozu katolickiego, któremu po okresie egzekucyjnym 
conajmniej niezręcznie byłoby bronić praw większości. 

A sama izba poselska, pomijając już to, że składała się 
z ludzi, wyszkolonych w chaotycznej praktyce sejmikowej, nie 
mogła nie widzieć rzeczy dla każdego oczywistej, że jej więk- 
szość protestancka ma za sobą w kraju katolickim wcale znikomą 
mniejszość. Stosunki ułożyły się tedy u nas podobnie jak w Szwaj- 
caryi i z podobnym skutkiem : tam katolicka większość kongresu 
nie imponowała reformowanej większości ludu, u -nas obóz Lesz- 
czyńskich, Sienickich, Rejów nie zaimponuje krociom prawo- 
wiernej braci po województwach, 

Po tych uwagach zrozumialszemi stają się dzieje ówczesne 
dwóch idei prawnych, streszczających w sobie problemat władzy 
naczelnej — zasady reprezentacyi i zasady większości. 

Instrukcya poselska (,,mandatum", „zwierzenie", „porucze- 
nie", „poruczeństwo", a najczęściej „rozkazanie") jest przez całe 
ćwierćwiecze rządów Augustowych bezwzględnie szanowanym 
nakazem, który sejmik daje posłowi niemal jurę publico, z tytułu 
swej władzy. Nakśzowi temu nawet rozkaz królewski uchybić nie 
może, i zazwyczaj żadne perswazye, groźby ani prośby nie zdołają 
odwieść posła od jego wykonywania. Tak apodyktycznie brzmi 
„rozkazanie" w ustach mówców pierwszego zaraz sejmu piotr- 
kowskiego. Gdy król, broniąc swego małżeństwa z Barbarą, za- 
słania się niemożebnością złamania ślubów kościelnych, posłowie 
odpowiadają: „tak też u nas impossibile co innego czynić, aniż 
co nam bracia nasi poruczyli". — „Pan uczynić nie chce, — 
posłom się nie godzi odstąpić od tego, co im rozkazano", — 
przytakuje w senacie Marcin Zborowski ^). Zresztą sankcya zleceń 



') Dyaryusze sejmowe j. w., str. 233. 



— 173 — 

wojewódzkich w słowach posłów przebrzmiewa dość niewyraźnie. 
Nieltiedy słychać w niej groźbę : „Natośmy przyjechali, abyśmy 
już w skutku samą rzecz do braciej swej odnieśli, bo nas poto 
posłali, a w nic innego wstępować mimo to zagrozili" — mówi 
Rafał Leszczyński na sejmie 1562 r. ^). „Jakoż na powiatowych 
sejmiech posłowie obrani być mają, gdyż żądny na swoją szkodę 
przyjąć tego na się nie będzie chciał?" — pyta jeden z mówców 
sejmu 1555 r. -). 

Ale ta szkoda, te niemiłe następstwa, jakiemi wyborcy grożą 
swym delegatom, nigdy prawie nie przybierały w Polsce postaci 
odpowiedzialności karnej, ani nawet pieniężnej. Za naruszenie 
takich zleceń nikt nie myślał pociągać winnego posła przed sąd ; 
sama też powaga instrukcyi płynie jakgdyby z innego prawa, 
niż to, na którego straży stoją sędzia i podsędek. Była to więc 
w istocie odpowiedzialność tylko polityczna, a nie sądowa. To 
też obowiązek pilnowania instrukcyi funduje się przeważnie na 
honorze szlacheckim i uczciwości, a nie na jakiejś sankcyi 
prawnej ^). Litwini np., wysyłając ze zjazdu wileńskiego pełno- 
mocników na sejm 1562 — 3 r. „mianowitemi słowy", dali im 
„poruczenie, prosząc ich przez wiarę i powinna ku ojczyźnie 
miłość, poprzysięgając, aby wedle tego poruczenia się sprawo- 
wali i z niego nie występowali" '*). 

Pod względem formy przejawu woli wyborczej, można za 
Zygmunta Augusta, jak i później, rozróżniać cztery zasadnicze 
typy pełnomocnictw. 1) Pełnomocnictwo, udzielające nieogra- 
niczonej władzy stanowienia — zjawisko znacznie 
rzadsze już, niż w okresie poprzedzającym. Takiej władzy użyczają 
za staraniem biskupa Zebrzydowskiego sejmiki kujawskie swym 
posłom na sejmy 1547 i 1548 r.''); zupełną władzę przypisuje 



') Źródlopisma t. II, 6. 

2) Dzienniki sejmów 1555 i 1558 r., 118. 

3) Tomiciana XIV (Bibl. Czart. 720) : na sejmie r. 1533 posłowie proszą, aby 
pp. rady nie zmuszali ich do tego, czego „salvo honore praestare non possent". 

4) Źródłopisma, II, 172. Por. też tamże str. 280; Dzienniki s. 1555 i 1558 
r., str. 71. Jedyną wzmianką o „pieni" t. j. o karze pieniężnej za przekroczenie 
instrukcyi, znaleźliśmy w manifeście przeciwsejmowym Litwinów z r. 1590 
(ob. Załączniki Nr. 1). 

5) Listy Andrzeja Zebrzydowskiego (Acta historica t. I) n" 162, str. 402. 



— 174 - 

-sobie wiekopomny sejm lubelski 1568—9 r. i). Ziemia zakro- 
czymska z chwalebną uległością stale dogadzała w tym względzie 
życzeniom królewskim-), 2) Wyraźny nakaz wyjednania 
u króla lub sejmu pewnych ustępstw, żądanych przez społeczność 
wojewódzką albo ziemską — dość często spotykana forma, której 
przykładami są instrukcye z 1548 r., żądające unieważnienia ślubu 
z Radziwiłłówną i potwierdzenia przywilejów, instrukcye oświę- 
cimskie na sejm 1562 r., instrukcya krakowska na sejm Unii ^). 
3) Wyraźny zakaz przyzwalania na pewne wnioski lub na- 
wet wdawania się w ich dyskusyę, — dotyczący najczęściej ma- 
teryi podatkowej. Ziemie ruskie i podolskie posłom swym na 
sejm warszawski 1563 r. kazały „nie pozwalać" nawet na konsty- 
tucye przeszłego sejmu-*); prusacy w r. 1568 bezwarunkowo 
zabraniają posłom wdawać się w jakiekolwiek rozprawy ; wszystkie 
kwestye każą odnosić do siebie z powrotem'^). 4) Najczęściej wszakże 
typ trzeci łączy się z drugim, tworząc instrukcye warunkowo- 
limitacyjną. Na sejmie w r. 1552 posłowie o niczem gadać 
nie chcieli, bo mieli w instrukcyach powiedziane, aby nie przystępo- 
wali do żadnej materyi, póki sejm sądów biskupich nie uchyli^). 
Na sejmie piotrkowskim r. 1565 krakowianie zapowiadają, że na- 
wet na egzekucyę nie pozwolą, dopóki unia nie weźmie skutku '). 



1) Vol. Leg. II, 745, 754, 759, 768-780. Wiadomość o nieograniczonej 
władzy posłów na tym sejmie, jak i w innycli wypadłcacłi, należałoby przyjąć 
z dobrodziejstwem inwentarza. Może tu zacłiodzić coraz częstsze w późniejszycłi 
czasachi nieporozumienie. Już o posłacłi wielkopolsliicłi 1536 r. donosił emisa- 
ryusz królewski Opalcnicki Zygmuntowi, że dana im jest „plena facultas (Bibl. 
Czart. 275). Instrukcye pruska i krakowska na sejm lubelski r. 1569 wcale nic na- 
dają posłom zupełnej władzy : nieporozumienie polega na tem, że frazes plena 
potestas, podnoszący urok delegata, nieraz pojmowano z prezumpcyą : do wy- 
konania zawartycłi w instrukcyi zleceń. 

2) Ob. lauda tejże ziemi (z lat 1558, 62, 3, 4, 7, 70, 6) o obiorze po- 
słów („Electio nunciorum") w Tekach Pawińskiego. 

3) Kojałowicz, j. w. 645; Scriptores r. pol. I, 253; Źródłopisma, II, 31. 
Na zasadzie wzmianek w dyaryuszach niepodobna twierdzić z całą pewnością, 
czy owe instrukcye nie zawierały przepisów limitacyjnycłi, stawianycłi warun- 
kowo albo kategorycznie. 

4) Źródłopisma, II, 212. 

5) Kojałowicz, j. w., 213 i nast. 

6) Szujski, Dzieje Polski, II, 264. 

'') Dyaryusz sejmu piotrkowskiego 1565 r., 68. 



— 175 - 

Zakres swobody działania każdego posła zależał oczywiście 
od ścisłości i dokładności granic, jakie mu szlachta wyznaczyła 
w instrukcyi. Jakoż liczne przykłady dowodzą, że w ważnych 
chwilach posłom nie zbywało na chęci pozbycia się uciążliwych 
zobowiązań. Instrukcye łamano i wymijano za pomocą wykrętnej 
interpretacyi zarówno dla celów państwowych, jak i dla pokątnych 
celów prywatnych. Niedarmo snąć radził Andrzej Zebrzydowski 
królowej Bonie zapytać w uniwersałach szlachtę, czy z jej woli 
posłowie czynili królowej wielkie przykrości na sejmie 1546 rj). 
Na sejmie piotrkowskim 1562 r. posłowie chełmińscy, jak utrzy- 
mywał ich wojewoda Działyński „mimo poruczenia swe, w co 
innego się wdają... i pokazać tego nie mogą, żeby im to było 
poruczono" -). Podobnież posłowie ruscy i podolscy na sejmie 
piotrkowskim 1558 9 r. pomimo, źe „sie im rozkazali bracia ich 
w niwecz nie wdawać, ażby była pierwej obrona namówiona, ale 
oni, folgując sprawom pospolitym i obietnicy posłów drugich 
opuścili to aż do tego czasu" ^). Posłów krakowskich na sejmie 
1565 r. izba ośmiela do odstępstwa od litery mandatu, cytując 
przykład poprzedniego sejmu (parczowskiego), kiedy to posłowie 
„mimo opisanie swe, wdawali się w sprawy im nie należące, 
bo i okazowanie odłożyli i na sławę królowi dozwolili, aby 
trzech kroć sto tysięcy złotych na dobra królewskie zastawą 
nabył" ■»). 

Nieraz wszakże zdarzało się, źe izba wśród trudnej, naprę- 
żonej pracy nad reformą napotykała na swej drodze fatalną 
zawadę, odosobnioną instrukcye jakiejś ziemi, i pojmując, że 
opozycya ma zupełną moralną słuszność, że na jej miejscu każdy 
inny poseł tak samo powinienby postąpić, — opuszczała bezradnie 
ręce i w kłopocie udawała się na „górę" do senatu, po radę, 
„Co dalej czynić, Prussowie iż nie zasiedli?" zapytuje izba 21 
marca 1569 r. •^). A gdy Litwini na sejmie 1570 r. odmawiali 
udziału w obradach, póki Stany nie uradzą obrony, koło posel- 



1) Listy Andrzeja Zebrzydowskiego, n". 101. 

'-) Źródlopisma, II, 86. 

3) Dzienniki sejmów walnych 1555 i 58 r., str. 293. 

'•j Dyaryusz sejmu piotrkowskiego, str. 83. 

^) Kojałowicz, j. w., 227. 



— 176 — 

skie znowu śle do senatu prośbę, „żebyście WM. radzić raczyli 
a ten pień z drogi zwalili" '). 

I pień sterczał nietknięty, bo korzenie jego głębiej wryły 
się już w prawną świadomość ogółu, niż żeby go wyrwać mogła 
najlepsza nawet a samotna wola królewska. Jeżeli czyjej winie, 
to brakowi poparcia ze strony senatu przypisać musimy tę nie- 
moc posłów w łamaniu przesądów, przyniesionych z sejmików. 
Ludzie, którzy, jak kanclerz Ocieski, jak kardynał Hozyusz 2), ro- 
zumieli racyonalność nowoczesnej idei reprezentacyi, a nie sta- 
rali się oświecić w tej sprawie najlepszej części społeczeństwa, 
podobnie jak Zygmunt August, nie zrobili dla uratowania pol- 
skiego parlamentaryzmu tego, co mogli byli zrobić. Nie poparty 
znikąd w przełomowej chwili, umysł parlamentarysty brnął da- 
lej, grzązł coraz głębiej w błędnych zasadach, uważał instrukcyę 
za swą broń przed królem i opinią ogółu. Nawet w sprawach, 
wyraźnie przez sejmik nie zakazanych, chętnie interpretował mil- 
czenie wyborców w sposób restrykcyjny, jako zakaz wdawania 
się w rzeczy nieprzewidziane. Nieznany polemista-komentator 
manifestu posejmowego Zygmunta Augusta z r. 1548 twierdzi: 
„taka jest natura każdego posła (nuntii), że o nic innego więcej 
nie ma się starać, krom zleceń otrzymanych od osoby, która go 
wysyła" ^). Podobnież na sejmie 1565 r. Fr. Rusocki, kaszt, na- 
kielski, tak motywował swój odosobniony protest: „bo mu o tem 
mówić nie poruczono" *)^ Tu zresztą ważną grał rolę chara- 
kter materyi, stającej na porządku dziennym : poseł bywał bar- 
dziej skorym do kroków samodzielnych, gdy wynik ich szlachcie 
rokował korzyści, a jemu samemu wdzięczność pozostałej braci, 
niźli wtedy, gdy chodziło o ofiarę na rzecz rządu królewskiego. 



1) Szujski, Dyaryusze sejmowe, 119. 

2) Ob. radę jego w Stanislai Hosii epistolae, II, 20. 
^) Scriptores rer. pol., I, 268. 

4) Dyaryusz sejmu piotrkowskiego 1565 r., str. 285. — Warto zestawić 
z opornym nastrojem instrukcyi szlacheckich zgodliwsze nieco usposobienie 
mieszczan. „Instrukcyę Krakowa — pisze Rymar, Udział Krakowa w sejmach 
i sejmikach Rzplitej, 218, wzorowały się na ziemskich, lecz nie krępowały tak, 
jak tamte, wolności postępowania posłów. Ze strony miasta domagano się, aby 
posłowie trzymali się treści instrukcyi, i mamy świadectwo, że ci powoływali 
.się na skrępowanie ich działalności brzmieniem instrukcyi, jednak dodawano 



— 177 — 

Z takiego stosunku posłów do instrukcyi wypływają ważne 
wnioski, dotyczące sposobu stanowienia uchwał. Mandat nakaz- 
czy potężnie musiał oddziaływać na porządek i zasady głosowa- 
nia, ale nie przesądzał o nich całkowicie. Przede- 
wszystkiem, w tycłi materyach natury prawodawczej, które sej- 
miki pozostawiały do uznania posłów, lub których formalnie nie 
wyjęły z pod ich kompetencyi, izba poselska mogła decydować 
wbrew pojedynczym głosom lub mniejszości, a na ich opozycyę 
mogła replikować słowy Działyńskiego, „iż pokazać tego nie 
mogą, aby im to było poruczone". O stanowisku, z którego w ta- 
kich razach spoglądano na milczenie instrukcyi, decydował duch 
inicyatywy i przedsiębiorczości, panujący w przeważnem stron- 
nictwie. 

Powtóre, przy rozwiązywaniu tak złożonych zadań, jak egze- 
kucya królewszczyzn, reforma sądowa i kościelna, a zwłaszcza 
unia z Litwą, żaden sejmik nie mógł przewidzieć i podyktować 
posłom całej taktyki parlamentarnej. Otóż w tych porządkowych 
raczej, niż prawodawczych materyach, mogła izba decydować 
i niejednogłośnie. Mogła — w tem znaczeniu, że nie sprzeciwiał 
się jej sposobowi głosowania nakaz ziemski. Do tej kategoryi 
należy obiór marszałka, wyznaczanie różnych komisyi, redagowa- 
nie przy rokowaniach memoryałów, przedwstępnych ceduł, regu- 
lowanie różnych szczegółów okolicznościowych, układanie po- 
rządku dziennego. 

Potrzecie — tutaj musimy jeszcze raz sprostować dość 
utarte nieporozumienie, — najsurowszy nawet mandat limitacyjny 
sam przez się nie wyłącza rządów większości, chociażby nieabso- 
lutnej. Wyborcy, jak to widzieliśmy już na przykładzie Francyi ^), 
krępują swymi nakazami wolę posłów głosujących, lecz żadnej 
nie mają władzy nad izbą obradującą. Jeżeli tylko wystarczająca 
liczba mandataryuszów upoważniona jest, albo ma dość odwagi, 
aby powziąć pewną uchwałę, i potrafi wprowadzić ją w czyn, to 
opozycya może upomnieć się o swoje prawa nietykalne, ale nie 
o pogwałcenie instrukcyi tworzących ją województw. Z drugiej 



zawsze, że dbałość o dobro miasta, a zarazem chęć shiżenia temu wskaże im 
drogę, którą w danym wypadku obrać wypadnie". 
1) Ob. wyżej, str. G4. 

12 



— 178 — 

zaś strony, jeżeli w gronie obradującycii delegatów mniejszość 
wbrew odebranym zleceniom uzna za ważną decyzyę większości, 
to takie sprzeniewierzenie się nie osłabia powagi uchwały zbio- 
rowej. O sejmikach można powiedzieć językiem znanej broszury 
z r. 1573, że wcale nie „preskrybowały" bezpośrednio sejmowi, 
„reprezentującemu ciało Rzpltej" '). Że pogląd taki tkwił na dnie 
całego systematu rządów sejmowych, dowodem właśnie owe 
prośby, pogróżki, zaklęcia, obietnice i przysięgi, zobowiązujące 
posłów do wierności ; dowodem sam rozpaczliwy opór uczciwych, 
lecz niewyrobionych politycznie posłów, i bezowocność wszelkich 
spóźnionych protestów; dowodem wreszcie ścisłe indagacye ze 
strony wyborców na sejmikach relacyjnych, czy przypadkiem poseł 
nie pozwolił na jakąś nowość, nieprzewidzianą w instrukcyi ^). 
Pocóż tyle zachodu i obaw, jeżeli poseł ma być tylko „kartelu- 
szem", na którym wypisane są życzenia jego mocodawców? Toż 
wystarczało udowodnić złamanie instrukcyi i odmówić wykonania 
uchwały. — Rdzeń aktu poselskiego leży w votum sejmowem, 
w iście przestawicielskim akcie przyzwolenia na pewien 
wniosek lub odmowy w imieniu wyborców^). Dlatego to pru- 
sacy na sejmie piotrkowskim 1562/3 r. tak uporczywie obstają 
przy swem poruczeństwie, a protestacyę swoją motywują: ,,byle 
tylko mogło dojść do wiadomości wszystkich stanów i mieszkań- 
ców tamtych ziem, żeśmy w niczem nie przekroczyli granicy 
naszej instrukcyi i mandatów, jak przystało człowiekowi dbałemu 
o swoją wiarę i honor" ^). Dlatego szlachta ruska każe swym posłom 
na sejm warszawski 1563 r. zaprotestować przeciw konstytucyom 
zeszłorocznym nie na zasadzie ówczesnej instrukcyi, lecz „allegu- 
jąc to, iż posłowie ich przeszłego sejmu... nie zezwalali na tę 



') Naprawa Rzeczypospolitej do elekcyi nowego króla, Kraków (Turowski, 
1859, str. 22); por. niżej, str. 228. 

2) Ob. dyaryusz sejmiku proszowskiego 2-3 marca 1573 r. u Noailles'a, 
Henri de Yalois, III, 266-74. Sprawozdanie posłów krakowskich z konwokacyi 
u Kutrzeby, Lauda krakowskie I, 31 sq. 

3) Totius nobilitatis vice, Listy Zebrzydowskiego, n'\ 165 (por. wyżej, 
str. 43, słowa króla angielskiego : „vłce vestra"). Rzecz charakterystyczna, jak 
pojmuje reprezentacyę Solikowski w broszurze. Rozsądek o sprawach elekcyi 
przeszłej (1573) : „Na sejmie stanowić się na absentes może, bo posłowie repre- 
sentant personas omnium, ale na elekcyi nic okrom tego, na co jest elekcya". 

4) Źródłopisma, t. 11, str. 85. 



— 179 — 

konstylucyę około danin i oświadczali się, że na nie nie 
zezwalali '). I później jeszcze anarchiczny zjazd średzkł z dnia 
3 lipca 1590 r., uchylając konstytucyę o pogłównem, nie może 
się obejść bez przypomnienia, że przeciw niej protestowano na 
samym sejmie '). Podobnie argumentuje sejmik proszowski 27 
stycznia 1597 r.^). 

Dopiero w skojarzeniu z dominującą zasadą jednomyślności 
stawała się instrukcya grotem, godzącym faktycznie i po- 
średnio w swobodę decyzyi samego zgromadzenia, gdyż zwią- 
zany przez nią poseł wiedział, że może paraliżować jednozgodną 
wolę pozostałej izby, a pojmując nadto, czego po nim spodzie- 
wają się bracia, chętnie korzystał ze swych prerogatyw. Stąd 
zaś wynika, że przejście od jednomyślnych uchwał do głosowa- 
nia większością byłoby na drodze legalnej możebnem w tym 
razie, gdyby sejm osobną jednomyślną uchwałą, chociażby wbrew 
instrukcyom, zarządził ów radykalny przełom ustrojowy. Czyby 
kraj na to pozwolił, to inne pytanie; ale w walce żywiołu ziem- 
skiego z ogólnopaństwowym, jakaby wtedy nastąpiła, bogini 
Temida sprzyjałaby temu ostatniemu. W razie zaś zamachu stanu, 
1 j., gdyby reformę głosowania usiłowano wprowadzić wbrew 
głosom pełnomocnej nawet opozycyi, w obliczu prawa mieliby 
słuszność obrońcy jednomyślności. 



1) Tamże, str. 212. 

2j Zdaniem Wielkopolan, uchwala o pogłównem zapadła „nad wolą i po- 
zwolenie nas^e", przytem „po ekspirowaniu czasu sejmowego, konstytucyą 
opisanego" ;... „niemniej się przypatrzywszy prołestacyom posłów ziemskicli tak 
swych, jako i inszych województw przeciw temu pogłównemu i konstytucyom 
sejmowym, a chcąc, aby co za nłespólnym i niezgodnym zezwoleniem jest 
uczyniono, effektu swego nie brało, by za prawo jakie rozumiane nie było", kon- 
fedcracya ogłasza nieważność uchwał sejmowych, zobowiązuje się zbrojne 
wystąpić przeciw starostom, surrogatorom ich, egzekwującym pogłówne i pozy- 
wającym szlachtę i t. d. Konfederacya województw wielkopolskich z 10 sierpnia 
1590 r., Ms 107 Bibl. Jagiellońskiej. I rokoszanin Stabrowski, kaszt, parnawski, 
powiadał na zjeździe stężyckim 9 czerwca 1606 r. : „poseł nasz mimo to, co nam 
miał sprawić na sejmie, przyniósł nam uniwersał poborowy, na któryśmy, po- 
nieważ contra jura et constitutiones sejm zawarto i głosy posłów oprymowane, 
i wiele województw przeciw temu się protestowało, nic pozwoliliśmy", Rem- 
bowski, Rokosz Zebrzydowskiego, str. 7. Por. też ówczesną argumcntacyę Kra- 
kowian, Sobieski. Pamiętny Sejm, 224. 

3; Barwiński, Dyaryusze sejmowe r. 1597, str. 380. 

12* 



— 180 — 

Nie nadwerężona za Zygmunta Starego, pierwotna jedno- 
myślność w następnym ol<resie uchodzi też nietylko za najlepszy 
sposób zaakcentowania niewzruszonej powagi decyzyi, za gwa- 
rancyę posłuszeństwa wszystkich osób, mogących protestować, 
a nie protestujących, lecz i za obowiązującą regułę prawną. 
Świadczą ■ tem opinie mówców sejmowych, aryngi konstytucył 
i liczne w praktyce współczesnej przykłady nieuznawania przez 
opozycyę postanowień większości. „W. K. Mość wiedzieć ra- 
czysz", — przemawiał do króla na sejmie 1570 r. rzecznik nowo- 
powstającej większości katolickiej, kasztelan lędzki, — „iż gdy 
stany, zwłaszcza posłowie wszyscy, na co się nie zgodzą, że to 
za konstytucyę pisano być nie ma" '). Na sejmie lubelskim czę- 
stokroć „konkluzya nie mogła być, bo byli różni posłowie" ; 
„pan marszałek poselski nie konkludował, bo niezgoda była" ^). 
Czasem, choć rzadko, rozlegało się mocne „nie -pozwalam" nawet 
z ust senatorskich^). Na posiedzeniu dnia 15 czerwca izba zna- 
czną większością decyduje się posłać do króla i senatu delega- 
tów, którzyby przełożyli, że Król JMć i panowie napróżno czas 
tracą, paktując z Litwinami. Mniejszość jednak, a nawet nie- 
którzy z większości, nie uznają powagi tej nietaktownej konklu- 
zyi marszałkowskiej, i całe przedsięwzięcie kończy się kompro- 
mitacyą izby^). 

Ponieważ zaś w owej epoce współzawodnictwa z senatem 
rozdwojenie mogło być dla koła poselskiego nader niebez- 
piecznem, przeto wszelkie nieporozumienia załatwiano i łago- 
dzono już w izbie. O ile nie udało się przełamać uporu oponenta, 
starano się o jednomyślność sztuczną, pozorną. Za zgodą mniej- 
szości przedstawiano senatowi wszystkie decyzye jako jedno- 
myślne, pod warunkiem, że w chwili zamknięcia obrad każdemu 
wolno będzie jeszcze wystąpić z protestem. Poseł Drohojowski 
tak mówił do senatu na sejmie 1565 roku (posiedzenie z dnia 
27 lutego): „Do uszu J. Królewskiej Mości nic się nie przynosi 
od nas, na cobyśmy pierwej wszyscy jednozgodnie nie zwolili, 
i tej różności pilnie między sobą przestrzegamy, tak iż gdzieby 



1) Szujski, Dyaryusze, str. 117. 

2) Kojałowicz, j. w., 238, 249-50. 

3) Tamże, str. 405-29. 



- 181 — 

się co komu nie podobało, bądź to jednemu województwu, bądź 
części której nakoniec, wolno jest jednej osobie po niepozwolenie 
tu przed Jego Król. Mcią się opowiedzieć, nam pierwej certa 
ratione przełożywszy, jakoteż się to wielekroć trafiało" ')• 

Te same względy, narówni zresztą ze zwykłym zdrowym 
rozsądkiem, podsuwały niekiedy posłom pomysły radykalniejsze. 
Nie śmiano wprawdzie formalnie proponować wprowadzenia za- 
sady większości, ale otwarcie potępiano krańcowe objawy teoryi 
neniine contradicente. Na sesyi dnia 8 lutego 1563 r. dają się 
słyszeć w izbie zdania, iż „to jest nie dobrze, aby dwa albo 
trzej za uporem swym przewodzić mieli, tak i to nie dobra, aby 
też dwa albo trzej, oponowawszy się, mieli co przekazować, 
nac się inni wszyscy zgodzą, by też najlepszego co było" 2) — 
uwaga nadzwyczaj trafna, gdyż wypowiada często zapominaną 
prawdę, iż liberum veto jest niemniej despotyczną tyranią 
w ducliu konserwatywnym, jak samowładny monarchizm — pod 
każdym względem. Z górą pół roku trwający sejm lubelski, mo- 
ment najściślejszego zespolenia króla z senatem i posłami ziem- 
skimi, zaznaczył się niejednem zarówno słownem, jak i czynnem 
wystąpieniem przeciw nałogowi jednomyślności. Ów niefortunny 
pomysł wysłania deputacyi do króla i senatu v/ sprawie układów 
z Litwą dał powód posłowi sieradzkiemu, Przerębskiemu, do 
energicznego upomnienia się o słuszne prawa większości: „Iż 
jeden contrarium dzierży przeciwko nam wszystkim województwom 
przedniejszym, tedy my nie cłicemy, aby na jednym stanęło" ^). 
Dnia 28 lutego izba postanawia iść słuchać wotów senatorskich 
wbrew głosom posłów ruskich ; d. 28 marca po dyskusyi nad 
kwestyą, czy posyłać do króla po przywilej kontumacyjny 
o unii — „wszystkie województwa zwoliły posłać, jeno kawalec 
mazowieckiego „nie słać". Wszakoż „conclusiim od wszystkich 
posłać i posłano" ■*). Dnia 21 czerwca odbywa się głosowanie 
nad tem. czy pozwolić na pieczęć litewską pod przywilejem unii; 



') Dyaryusz sejmu piotrkowskiego, str. 167. Na sejmie r. 1606 cała izba 
poselska decyduje się iść na górę popierać grawamina, które wytoczyły właści- 
wie frakcye różnowiercza i rokoszańska, Sobieski, Pamiętny Sejm 105, 111. 

2) Źródłopisma do dziejów Unii, II, 83. 

3) Kojałowicz, j. w., 427-8. 
*) Tamże, 118, 232. 



— 182 — 

większość z krakowianami na czele jest przeciwna, i Walenty 
Orzechowski woła do marszałka Potworowskiego: „Nie oglądaj 
się WM. na contraria vota, ale idźmy z tem zgodnie, nie pozwa- 
lając jeszcze" '). I decyzya większości zwycięża. Nierównie do- 
nioślejszym był inny precedens z r. 1553, kiedy mimo protestów 
i odjazdu z sejmu frakcyi Hieronima Ossolińskiego, liczącej 15 
posłów, reszta (około 100) zawotowała żądane podatki-). Ale 
wypadki takie ginęły bez śladu w powodzi innycłi, co albo 
utrwalały w pamięci narodu skuteczność protestów mniejszości, 
albo, co gorsza, wpajały przekonanie, że z sympatyczną zasadą 
jednomyślności „od biedy" żyć można, bo koniec końcem opo- 
nenci dadzą się uprosić. 

Że w dobie walki o naprawę Rzpltej faktycznie rządy chwi- 
lami sprawowała większość, nie ulega wątpliwości^). Ale od fakty- 
cznych rządów do ugruntowania zasady, na której mogłyby one 
być oparte, daleka droga : przytem jakaż korzyść z faktycznej 
predominacyi ówczesnych postępowców, gdy po każdcm głoso- 
waniu, wyraźnie wykazującem przewagę ich stronnictwa, zaczy- 
nały się gorszące prośby, perswazye, powtórne głosowania, obli- 
czone na to, aby opozycya ustąpiła „dobrowolnie" ? Nie oglądać 
się na przeciwne głosy — to była jedyna droga do uzdrowienia 
sejmu; i tej drogi właśnie unikano za wszelką cenę. Zasady 
większości nietylko nie przyjęły sprawy porządkowe, podatniejsze 
na jej zastosowanie, ale same nawet uległy kształtującemu wpły- 
wowi idei nemine contradicente, panującej przy głosowaniu pra- 
wodawczem. Wciskająca się do Polski z Zachodu zasada większości 



') Tamże, 459. 

2) Szujski, Dyaryusze, str. 77 (List króla do Radziwiłła z 30 marca). 

3) Dostrzegł to już Bobrzynski, Dzieje Polski, wyd. II, 1880, t. II, str. 
94 ; zapewne w związku z tem jego spotrzeżeniem jest praca na ten temat 
Karola Windakiewicza, złożona w rękopisie do Biblioteki Czartoryskicli. Zresztą 
z luźnych objawów, zanotowanych przez dyaryusze, a przez nas podanych wy- 
żej, autor „Dziejów Polski" wywnioskował z właściwą sobie lotnością : „Pra- 
gnęła izba poselska 1) utrwalić swą zupełną przewagę nad sejmikami i zdobyć 
sobie nieograniczone ze strony szlachty pełnomocnictwo, 2) utrzymać w swoim 
obrębie głosowanie większością, które faktycznie się wyrobiło" i t. d. Również 
nie wiadomo, na jakiej podstawie p. B. pisze (str. 175), że zasada jednomyśl- 
ności ostatecznie utrwaliła się w roku 1589. 



— 183 — 

głosów nie zdołała przebić ') elastycznej logiki sejmującego grona. 
Przyswoi ją sobie tylko — niewiadomo dokładnie kiedy, ale na- 
pewno już od początku XVII wieku -) — pasorzytna organizacya 
związku konfederacyjnego, której rola w historyi naszego parla- 
mentaryzmu, prosta a doniosła, zredukuje się do pogłębienia 
dwóch popularnycii złudzeń. Poco reformować sejm, wyrzekać 
się efektownej jednomyślności, skoro nawet w trudnym do przy- 
puszczenia wypadku, że opozycya nie da się zmiękczyć, pozo- 
staje niezawodna korektywa — braterski węzeł konfederacyi ? — 
Z tym politycznym morałem złączy się inny, natury prawnej : 
ponieważ konfederacya przeciwstawia się całemu normalnemu 
ustrojowi władz państwowych, więc i specyficzna jej właściwość, 
głosowanie większością, jako zasada nienormalna, nie może mieć 
miejsca poza obrębem konfederacyi. 

') Cały nasz wykład tej kwestyi uszedł w swoim czasie uwagi prof. St. 
Estreicłiera ; jedynie ta okoliczność tłómaczy nam możliwość jego polemiki 
z prof. Kutrzebą w Czasopiśmie prawniczem i ekonomicznem, VI, 400-9. 

2) Por. Sobieski, Pamiętny Sejm, 251. 



ROZDZIAŁ III. 

Pierwsze wstrząśnienia podczas bezkrólewi. Sejm a sejmil<i za Batorego. Równo- 
ległość obioru króla i sejmowania. Pierwsze elekcye — pod wezwaniem Ducha 
Świętego. Projekty reformy elekcyi za Zygmunta Augusta. Zasada viritim w ro- 
zumieniu szlachty i Zamoyskiego. Jednomyślność zwycięża. Wywyższenie je- 
dnostki w artykule o wypowiedzeniu posłuszeństwa. Państwo związane unią 
wolnych dusz. „Nic na mnie bezemnie". Dalsza decentralizacya : rządy sejmi- 
kowe. Indywidualizacya wewnątrz sejmiku. Wpływ humanizmu, reformacyi, 
unii z Litwą. Zagęszczone rozłamy na wyborach. Utrata reprezentacyi w razie 
niedojścia sejmiku. Ustawy wyjątkowe o obieraniu posłów i deputatów wię- 
kszością. Czy świadczą one o postępie? Niezużytkowane przepisy z lat 1578 
i 1601. Prawo większości w trybunale i innych sądach. Rugi poselskie. Spór 
na sejmie 1597 r. Zwycięstwo zasady sądowniczej. Dekret a konsens. Genera- 
lizacya i rozlew idei jednomyślności. 

„Rzeczpospolita każda, jak okręt na wodzie, wiatrem albo 
fortuną i żeglarzów umiejętnością stoi, a dwiema rzeczami gi- 
nie — ciszą morską i burzą" ') — są słowa bezimiennego sta- 
tysty z czasów Walezyusza. Głęboką prawdę tego spostrzeżenia 
w całej nagości okazać miała era, otwierająca się po wygaśnię- 
ciu Jagiellonów. 

Kryzys reformacyjny mijał; niewyzyskane marnowały się 
korzyści, jakie parlamentaryzm mógł sobie po nim obiecywać. 
Z dwóch klęsk żywiołowycti, od których giną rzeczypospolite 
i okręty, pierwsze zwaliły się na Polskę — burze. Trzykrotny 
orkan bezkrólewia nadwątlił i rozluźnił wiązania nowopowstającej, 
a tak dalekiej od wykończenia, budowli władz publicznych. 



') Malacia et tempestate: Pokazanie błędów i naprawa ich w Rzplitej 
naszej hoc interregno, gdy już potem czasu nie będzie, Plater, Zbiór pamiętni- 
ków, II, 46. 



— 185 - 

Po trzeciem starciu stronnictw, którego głównymi momen- 
tami była śmierć Samuela Zborowskiego, skazanie jego braci, 
zwycięstwo elekcyjne „Czarnych" zamojszczyków nad „Białym" 
obozem Zborowskich, oraz pogrom tego ostatniego pod Byczyną, 
już nie ucichły fermenty, nie rozprężyły się na dobre namiętno- 
ści partyjne. Horyzont zaciągał się ze wszystkich stron chmu- 
rami nastrojów inkwizycyjnych, „nienawiści teologicznych", pro- 
testanckich apetytów na dobra kościelne, jezuickich krucyat prze- 
ciwróżnowierczych, i zemst prywatnych, i dyabelskich zamachów 
rozbójniczych na wszelki porządek prawny. Ciągnęły chmury co- 
raz czarniejsze, przelewały się za brzegi Rzeczypospolitej, aż za- 
grzmiał i lunął na kraj pierwszy krwawy deszcz, rokosz Zebrzy- 
dowskiego... 

Kto i na kim miał wówczas budować państwowość nowo- 
żytną ? Ta część bojowników reformy, która, poza sprawą egzekucyi 
dóbr, unarodowienia kościoła oraz unii z Litwą, zdolna była do 
wytworzenia zasad zdrowego parlamentaryzmu, zawsze stanowiła 
niewielki procent ogółu szlachty, ale przywodząc wciąż jednym 
i tym samym szerzej rozlanym rzeszom, mogłaby przypuszczal- 
nie pozyskać je dla swej ideologii prawnopaństwowej, gdyby 
sama przejęła się nią należycie, i gdyby owe rzesze nie uległy 
rozproszeniu. Stało się atoli przeciwnie. Zespół zwolenników re- 
formy państwowo-kościelnej rozstroił się i przekształcił, nawet na 
sejmach, w widomą mniejszość; znikła tożsamość związku par- 
tyjnego między ludźmi, którzy wyznawali poszczególne hasła 
przebudowy. Przyszłość przeszła w ręce kół katolickich. Refor- 
miści, zwyciężeni podczas pierwszego bezkrólewia, nie wyrzekli 
się w stosownej chwili wspólności z bezrządną opozycyą Kazi- 
mierskich, Pękosławskich, Czarnkowskich. Stefan Batory, król pra- 
wdziwy i niemalowany, jakiego im dawniej było potrzeba, trzy- 
mał raczej z katolikami, a zawcześnie zszedł do grobu, aby so- 
jusz nowego panującego stronnictwa z koroną mógł przynieść 
zbawcze owoce. 

Na sejmach za Batorego parokrotnie widzimy dość zwartą 
większość, niezdolną wprawdzie do narzucenia swej woli opor- 
nym, ale wywierającą na nich silny nacisk i ożywioną rzetelnym 
duchem naprawy. Inicyatywa jej pozostawiła ślad widoczny w dziele 
reformy sądowej i unormowania zjazdów elekcyjnych ; lecz pierw- 



— 186 — 

szą utrudniły, a ostatnie całkiem uniemożliwiły pierwiastki anar- 
ciiii, wyrastające na gruncie rozkładu dotycłiczasowycli prądów 
„egzekucyjnych". Myśl reformy ogólnej upadła, a tymczasem życie 
utrzymało ciągłość linii swego bezkształnego rozwoju. Wojny 
gdańska i moskiewska wymagały przedewszystkiem utworzenia 
pełnego skarbu i silnej armii; temu celowi król-wojownik — słu- 
sznie czy niesłusznie — parę razy poświęcił poprawność form kon- 
stytucyjnych). Kiedy sejm toruński 1577 r. odmówił niezbędnych 
ofiar, Stefan odwołał się do sejmików generalnych), nie bacząc 
na to, że podsycał tem nietylko prowincyonalizm koronny, ale 
i separatyzm litewski '). W tych zjazdach, jak niemniej i w póź- 
niejszych sejmikach posejmowych 1578 r. -), w upartej opozycyi 
trzech województw na sejmie r. 1581 ^) i szczupłej garstki wichrzy- 
cieli w r. 1582 oraz 1585"^), partykularyzm ziemski zamanifesto- 
wał swą tężyznę nawet wobec takiego króla, co nie znosił, aby 
mu ktoś rozkazywał. Pozostała pamięć nowego odstępstwa od 
idei prawidłowego parlamentaryzmu, i skutków tego odstępstwa — 
może chwilowo nawet usprawiedliwionego ^) — nie powetował 
żaden energiczny akt sanacyi sejmu; a wątpić można, czy Stefan 
w swym zapale do wojny tureckiej dokonałby podobnego aktu, 
gdyby nawet nie umarł przedwcześnie. Tak czy inaczej, w dzie- 
jach sejmowania rządy Batorego są tylko epizodycznym przebły- 
skiem lepszego naogół ducha na tle niepowstrzymanego roz- 
kładu machiny państwowej, jaki zainaugurowało już pierwsze in- 
terregnum. 



1) Bielski, Kronika, 1407-8; — Acta Stephani regis (Acta historica, XI), 
str. 67; Vol. Leg. II, 950-1. 

-) Akta histor}'czne do panowania Stefana Batorego, wyd. Janicki, 
17 — 98 passim. 

3; Acta Stephani regis, Akta sejmu wal. warsz. 1581, str. 285—339. 

*) Scriptores rerum polonicarum, t. XVIII, Dyarj-usze sejmowe r. 1585, 
fragment dyaryusza sejmu 1582 r., str. 337—40. 

^) Wedhig odpowiedzi Stefana, danej posłom generalu korczyńskiego 
z pod Gdańska 20 czerwca 1577 r., „uczynię! to J. K. M. nie temere, ale za 
radą ichmciów, nie in degorationem sejmów walnych i nie żeby bel J. K. M. 
nieradny sejm miał, ale że to na J. K. M. i panach radach gwałt i niestawanie 
czasu do zabiegania tak nagłym rzeczam wycisnęło", Kutrzeba, Lauda krakow- 
skie, I, 77. Instrukcya 16 kwietnia 1578 znów wypomina królowi tę niepra- 
widłowość, tamże 84. 



- 187 - 

Trzy bezkrólewia, jedno bezładniejsze od drugiego, trzy 
elekcye, coraz burzliwsze, niszcząco oddziałały na krystalizacyę 
zdrowycii poglądów konstytucyjnych. 

Chaotyczne, jak w dobie przedjagiellońskiej, obrady tłumów^ 
mnogość cenzurujących się nawzajem zjazdów o wątpliwej kom- 
petencyi i powadze, szeregi uchwał fałszywie „jednomyślnych",, 
bo ignorujących po-konfederacku przejawy oporu i secesyi ') — 
wszystko to nie mogło pozostać bez szkodliwego wpływu na 
parlamentaryzm. Ale nie koniec na tem. Przebieg samych ele- 
kcyi musiał tu też zaważyć na szali. Jako akt wybitnie ludowład- 
czy, stojący na jednym poziomie z ustawodawstwem, obiór 
króla dopuszczał te same, co ono, domniemania, ucieleśniał nie- 
jedną równoległą ideę elementarną. Podnosiliśmy tę równoległość 
elekcyi i sejmowania już poprzednio, zwłaszcza w przeglądzie 
dziejów sejmów niemieckich, jeszcze mocniej musimy ją uwyda- 
tnić na gruncie polskim. 

Pierwotne kształty wypowiadania się woli ogółu były po- 
dobne w obu funkcyach, prawodawczej i wyborczej. Zdarzało się 
na sejmach liczniejszemu stronnictwu przezwyciężać mniejsze 
odłamy; zupełnie tak samo, na zjeździe krakowskim roku 
1385 zwolennicy Wilhelma, Opolczyka i Ziemowita mazowie- 
ckiego, przegłosowani, przylgnęli do zwycięskiego odłamu stron- 
ników Jagiełłowych. „Podobnie na zjeździe piotrkowskim z roku 
1446 mniejszość, w tem przeważnie senatorowie duchowni, od- 
dała swe głosy Fryderykowi brandenburskiemu, większość, i to 
znaczna, a silna poparciem tłumów, głosowała za Bolesławem 
mazowieckim. Skoro wynik stał się wiadomy, cofnęli się pozo- 
stający w mniejszości biskupi i zgodzili na Bolesława, umożli- 
wiając jego jednomyślny obiór" -). Senat, który miał pierwszeń- 



1) Na elekcyi 1587 r. w kole Zborowskich — na pytanie, czy wszyscy 
chcą mianowania króla? odpowiedziano: wszyscy, ale starosta kruszwicki Adam 
Baliński prosił, „aby tego nie czynili nad wolę wielu ludzi... Potem począł się 
świadczyć i niemało innych (których niewidać było dla zmierzchnienia), — że 
dajecie nam pana na szyje nasze". Na co im odpowiedział marszałek Zborow- 
ski: „Idźcież precz, chcecieli, a nie przeszkadzajcie nam", Bielski, str. 1587. 

2) T. Silnicki, Prawo elekcyi królów w dobie jagiellońskiej, 102-4, (Stu- 
dya nad prawem polskiem, pod redakcyą O. Balzera t. V), cyt. Długosza, XII» 
453; XIV, 18-20; XIII, 545. 



— 1S8 — 

5t\vo giosu i prawo przedkładania swej konkluzyi tłumowi wy- 
borców szlacheckicli tudzież g:arstce miejskicłi, nie umiał w r. 
1434 na zjeździe koronacyjnym Władysława przezwyciężyć i uci- 
szyć trzecłi warcliołów, i musiał pozostawić tłumowi wybór mię- 
dzy swera zdaniem a zdaniem kontradycentów ; tłum tym razem 
stanął przy senacie. Gdybyź tak zawsze ogół polski stawał przy 
większej liczbie swycłi reprezentantów ! Dużo do tego brako- 
wało. Świadomość prawna narodu zapamiętała sobie końcowy 
wynik, jednomyślność, a zapomniała ukorzenie się mniejszości 
przed większością. Wspomnienie jednomyślności, odświeżone 
przez zgodną elekcyę Olbrachta, znalazło w następnem bezkró- 
lewiu stanowczy wyraz prawny : pierwszy znany Modus eligendi 
regis, z r. 1501, dyktuje kierownikom obioru na wypadek, ,gdy 
wszyscy zgodnie przystaną na jednego pana*, uroczystą formułę 
proklamacyi wybrańca, wskazanego natchnieniem Ducha Świę- 
tego ^inspirame Spiritus almi gratia votis voluntatibus ąffectio- 
nibus desideriisgue unanimibus neminegue ex nobis cooperante 
Spirirus ejusdem gratia a votis et voluntatibus unanimibus discre- 
pante'^ ^). 

Takie kontury przybrała pierwotnie zgoda elekcyjna, kiedy par- 
lamentaryzm nasz dopiero powstawał. Od jasności wejrzenia później- 
szych, humanistycznych pokoleń zależał nietylko los elekcyi, ale 
i sejmów. Gdyby czyjaś umiejętna dłoń zdołała unormować nale- 
życie technikę elekcyi, sejm zapożyczyłby może od zjazdu elek- 
cyjnego pomysły regulaminowe w granicach analogii, jaką do- 
puszczały niektóre czynności. Byłyby to zapewne pomysły znacznie 
rozsądniejsze, niż te, na jakie dotąd zdobyła się izba poselska. 
Pojmowali ludzie nawet raniej trzeźwi, że surowe przestrzeganie 
instrukcyi wobec jawnych i tajemnych zabiegów kandydackich 
byłoby na zjeździe elekcyjnym rzeczą nieziszczalną : projekt pra- 
wodawczy w razie niezgody zleceń wojewódzkich można było 
odrzucić lub odłożyć na później, ale elekcyi naród nie odwa- 
żyłby się ani odrzucać ani odkładać-). Takie reguły parlamen- 



1) Ó. Balzer, Modu.s; eligendi regis z początku XVI wieku, 18, w Księdze 
Pamiątkowej ku uczczeniu 250-tej rocznicy założenia Uniwersytetu Lwowskiego. 
Dosłownie te same wyrazy sakramentalne powtórzone są w dekrecie elekcyi Zy- 
gmunta I, Corpus Jur. Pol., III, 13. 

2) Na elekcyi 14 sierpnia 1587 r., w kole antykonwokacyjnem, gdy 



— 189 — 

tarne, jak jednomyślność na wyborach poselskich, jednomyślny 
tryb układania instrukcyi, jednomyślne głosowanie na sejmie, nie 
dawały się praktycznie pogodzić ze sobą nawet w czasach spo- 
kojnych, a cóż dopiero w krytycznym stanie sieroctwa Rzpltej. 
Wówczas ukryta ich niewspółistność powinna była wyjść, jak 
szydło z worka, i musiało chyba coś pęknćjć — albo zasada 
jednoty dusz, albo powaga instrukcyi. Dlatego to projekt porządku 
elekcyi, zredagowany na sejmie 1558-9 r., zalecał, aby nazwiska 
kandydatów, obranych przez województwa, posłowie odwozili na 
sejm w instrukcyach opieczętowanych, wszelako by wolno było 
posłom odstępować tych kandydatów, którzy w innych ziemiach 
nie znajdą poparcia. Takąż, warunkową swobodę głosu, nadawa- 
posłom, wysyłanym na elekcyę, drugi „Modus eli^endi re^is", po- 
dany na sejmie 1572 r, '). I z zasadą większości łatwiejby się 
też pogodziła szlachta — na elekcyi, gdzie decyzya, wyłączająca 
prawną możność rozdwojenia, nie dotykała kieszeni głosujących, 
a o jednomyślności nawet Polakom trudno było marzyć''^;. Tru- 
dność wreszcie zgromadzenia na jednem polu stu tysięcy wy- 
borców narzucała nieodbitą potrzebę conajmniej podziału koła 
rycerskiego na grupy wojewódzkie, jeżeli nie przysyłania 
suffragiów przez deputowanych. Jakoż zjazdy elekcyjne: pierwszy 
i trzeci przyjęły podział na województwa, a z tych ostatnich nie- 
które głosowały nietylko przez deputowanych, ale nawet przez 
pełnomocników. 

Niemniej wiadomą jest rzeczą, że projekty 1559 i 1572 r. 
pozostały w sferze pobożnych życzeń, i do zaprowadzenia repre- 
zentacyjnego głosowania na elekcyi nigdy nie doszło. Naprzekór 



Orzelski i podstarości koniński poruszyli myśl, aby zaprotestować przeciw 
uchwale kola Zborowskich, „pp. senatorowie i rycerstwo wszystko insze secus 
rozumieli, iż protestacya przeciwko nominatowi gotowemu nie ratuje nas, bo 
sroga rzecz... królewska : jednego groźbą, drugiego obietnicą, niektóre wzięciem 
starostw będą odciągać etc". Dyaryusze sejmowe, r. 1587 (Scriptores rerum po- 
lonicarum XI), 95. 

') Szujski, Opowiadania i roztrząsania historyczne, 1882. ,^eszcze o ele- 
kcyi w epoce Jagiellonów", str. 322-3, 329-32. — Lubomirscy, Dzienniki sej- 
mów wal. kor. 1555 i 1558-9, str. 192, 

2) Por. niżej '^str. 238; zdanie Jakóba Sobieskiego na sejmiku wiszen- 
skim 1632 r. 



— 190 — 

niezbyt legalnemu precedensowi z roku 1529, kiedy Zygmunt 
Stary przeforsował z Tomickim obiór następcy na zwyczajnym 
sejmie, utrzymała się nadal zasada osobistego udziału w elekcyi 
wszystkicti uprawnionych członków Rzplitej i). Rzeczone projekty 
wywołały właśnie burzę po śmierci ostatniego Jagiellona. Elekcya 
przez posły, zapowiadana jeszcze uniwersałem senatorskim, 
w Kaskach 1 listopada 1572 r., poto tylko stanęła na porządku 
dziennym, aby z niego zlecieć za silnym podmuchem opinii. 
Zwalili ją najpierw magnaci'^) Zborowski, Firlej, Słupecki w na- 
dziei, że tłum rycerstwa najlepiej się przysłuży senatowi ; przy- 
łożył ręki i podał hasło vintim, kiedy już rzecz była niemal 
przesądzona, Zamoyski — prawdziwy w tym momencie „trybun 
ludu", ale tylko w sensie formuły: „Je suis Leur chef, donc je 
dois Les suivre". 

Ale nawet zastosowanie zasady wirylnej, tak jak ją pojmo- 
wał Zamoyski, mogło przyczynić się do uzdrowienia opinii ogółu. 
Zarówno stronnikom „Gaweiiskiego", jak i tym, co gardłowali 
za „Rdcstem", chodziło jeszcze wówczas nietyle o możność oso- 

M Mówiąc: „utrzymała się", rozumiemy razem z Silnickim, 49, nietylko 
ciągłość zasady od roliu 1538, ale i od 1530, i dalej jeszcze, od poprzednich 
elei<cyi jagiellońskich, odbywanych z udziałem gminu szlacheckiego, lub wy- 
jątkowo z udziałem posłów. Swoją drogą precedens z r. 1529 stanowił dla króla 
nielada tytuł prawny ; dla Habsburga wystarczałby on zupełnie, Jagiellończyk 
wyzbył się go już po roku. Dystynkcya Silnickiego między „obszerniejszem" 
i „ściślejszem'' znaczeniem wyrazu viritim wydaje się nam zbyteczną i źle 
sformułowaną: pomiędzy rokiem 1501 czy też 1538, kiedy uznawano prawo 
każdego szlachcica do osobistego udziału w obiorze króla (chociażby przez akła- 
macyę), a rokiem 1573, kiedy uczestnicy zaczynają dyskutować i osobno głos 
zabierać, niema różnicy zasad, jest tylko różnica wyrobienia politycznego, po- 
dobna do tej, jaka tymczasem pod wpływem humanizmu, reformacyi i walki 
szlachty z senatem rozwinęła się na sejmikach. Co do wyrazów vox i votum, 
(por. tamże, 101), nigdzie i nigdy nie znajdujemy między nimi rzeczowej ró- 
żnicy, połączenie ich stanowi zwykłe retoryczne „hendiadys". 

2) Sobieski, j. w., 31 sq , 47 sq. ; zresztą przytoczone wyjątki z tekstu 
uniwersału Zborowskiego wcale nie uzasadniają twierdzenia autora, ja- 
koby „wojewoda zaznacza — rzecz znamienna — że nie większość, ale jcdno- 
zgodność roztrzygać będzie na elekcyi !" Słusznie natomiast traktuje p. S. fra- 
zesy Zamoyskiego o „jednostajnem" sercu lub umyśle, jako komunały bez 
głębszego znaczenia (106 n'); w takich zwrotach, jak i w mowie cytowanej 
przez Heidensteina, Rerum, 22, jednomyślność oznacza tylko stan umysłów po 
skończonem głosowaniu, a nie sam tryb głosowania. 



— 191 — 

tistego wygłaszania veto przeciwko niemiłej l<andydaturze, ile 
o osobisty udział w zjeździe, chociaż i to nie przeszkodziło 
trzem województwom na drugiej elekcyi upoważnić Zamoyskiego 
do głosowania w icli imieniu. Tłum cliciał, że tak powiemy, 
uzmysłowić sobie i innym wspólne pełnowładztwo szlacheckie. 
Starosta bełzki pojmował elckcyą viritim nieco głębiej. Jemu 
zależało na tem, „aby żaden szlachcic nie był upośledzon" przy 
tworzeniu najwyższej woli zbiorowej w akcie elekcyjnym, a więc 
na zrównaniu głosów szlacheckich z senatorskimi i przytłoczeniu 
tych drugich mnogością pierwszych. 

W liście do Jakóba Herburta, pisanym w listopadzie 1572 r. 
przed sejmikiem bełzkim, oświadczył się przeciw elekcyi przez 
przedstawicieli i zalecał sposób głosowania, „jako wojnie słu- 
żymy, t. j. per palatinatus" ')• Jak rozumiał tę formułę, widać 
z instrukcyi, którą, obrany posłem na konwokacyę, sam podykto- 
wał swoim mocodawcom : miał domagać się takiego sposobu 
elekcyi „abyśmy w województwach swoich stali i wotowali, i na- 
przód każde województwo z osobna zgodziło się na jedno, 
a potem wszystkie województwa żeby się zniosły, i żeby ten 
panem był, na którego nie raożeli być, aby wszystkie woje- 
wództwa, tedy wżdy dwie albo trzy części ich przeciwko jednej 
zgodziły się" -). A w wielkiej mowie, wygłoszonej na drugiej 
elekcyi 18 grudnia 1575 r., nie żądał już nawet większości kwa- 
lifikowanej : „Wybieramy króla każdy osobiście, nikt też u nas 
żadnego rządu nie uznaje, jeżeli mu się sam dobrowolnie nie 
poddał, a przynajmniej nie głosował, kiedy większość innego 
króla wybrała" ^). Był to więc system, zbliżony do projektu 1559 
roku, a miał tę wielką zaletę, że mógł nauczyć opozycyę podda- 
wania się przeważnej liczbie, przekonać ogół, że nie tak strasz- 
nem jest panowanie liczby, jak je malowali doktrynerzy teoryi 
nemlne contradicente^). 

Nie znaczy to jeszcze, żeby elekcya viritim wprost „usunęła 
z placu" „zasadę liberum veto", które rzekomo „nic mogło istnieć 



') Archiwum Jana Zamojskiego, t. I, str. 14-6. 
'■^j Tamże, str. 442-5. 

3) Hcidcnstcin K., Dzieje Polski I, 215. Niceo dalej, str. 216. „Szlachta 
■wszystka broń nosi, to też wszystka głosować powinna". Por. oryginał, 87-8. 



- 192 - 

w czasie bezkrólewia, odbywającego się pod węzłem konfede- 
racyi"'): wiadomo przecie, że jednomyślność i zjazd powszechny 
doskonale prosperowały później obok siebie przez dwa stulecia, 
i że bez względu na węzeł konfederacyi każdy wyborca odzy- 
skiwał z chwilą głosowania na króla całkowitą wolność pozwalania 
lub protestacyi, skąd też wynikły znowu rozłamy między Zy- 
gmuntem III i dwoma Sasami, a ich kontrkandydatami. W każdym 
jednak razie wobec kilkunastu tysięcy współgłosujących, żadna 
jasna głowa, nieskrępowana niczyim mandatem, nie mogła sobie 
wyobrazić, że tam nikt nikomu nie ulega, nikt nikogo nie prze- 
głosowuje. 

Niestety, jasnych głów zabrakło. Na pierwszej zaraz konwo- 
kacyi utonął gdzieś wniosek Zamoyskiego i bełżan o głosowaniu 
większością ^). Mętna ideologia pogodziła rzeczy niemożliwe, nie- 
przetrawione. Gadano dużo o wyższości racyi nad cyfrą ; kto 
niezupełnie wierzył w utopię, szukał zbawienia w losowaniu, 
byle nie w porządku, uznanym wówczas przez całą prawie 
Europę. Mniejsza o jakiegoś tam Dobrogosta Potworowskiego, 
co głosił jednomyślność na zjeździe kolskim w grudniu 1575 r. : 
ale ten sam postulat stawiał biskup Karnkowski ^), ten sam pry- 
mas Uchański, głuchy na perswazye nuncyusza Laureo, że jedno- 
myślność dobra jest tylko w rzeczypospolitej Platona'*), i wszystkie 
stany, pisząc do arcyksięcia Maksymiliana 3 listopada 1587 r. 
wykładały mu taką samą doktrynę '^). Partye obeszły się z pod- 
stawowym problematem wszelkiego życia zbiorowego, jak z pierw- 
szą lepszą formułką agitacyjną: póki jednomyślność służyła do 
podkopania konfederacyi sandomierskiej, szermowali nią katolicy, 
kiedy zwyciężył liczniejszymi głosami Walezyusz, podnieśli tę 
samą broń protestanci*^). 

Nie dziw, że z takiej elekcyi, jaka w praktyce miała miej- 
sce, to jest, łączącej konwencyonalną jednomyślność z zasadą 



1) Jak twierdzi Sobieski, Trybun Ludu, 175. 

2) Sobieski, 126. 

3) Orzelski, Interregnorum librł octo, 497, 524. 

*) Wierzbowski, Vinc. Laureo, 292, 297, por. Sobieski, 175. 

^) „Scripta lex apud nos exstat, qua disertc constitutum est non nomina- 
tione cujusąuam aut renuntiatione, sed omnium unanimi consensu reges apud 
nos fieri", Mencken, Sigismundi Augusti Epistolae, 635. 



— 193 - 

viritim, zgubne, zatruwające dla reprezentacyi narodowej wypły- 
nęły nauki. W rzeczywistości odpadła druga połowa przytoczo- 
nej dopiero co teoryi Zamoysl<iego. Pozostał w powszectinem 
przekonaniu aksyomat : „nikt u nas żadnego rządu nie uznaje, 
jeżeli mu się sam dobrowolnie nie poddał". . 

Jednostka stanęła na takiej wyżynie, że między sobą i rzą- 
dem nie uznawała innycli więzów, jak tylko oparte na umowie. 
Utopijna jednota wolnycłi dusz tkwiła już, niby racyonalna prezum- 
pcya, w elerrientach dawnego prawa sejmowego, które cticiało 
tworzyć ustawy z jednomyślnej zgody jednomyślnie uchwalonych 
instrukcyi : teraz pogląd ów z półświadomych dziedzin przedo- 
stawał się do dogmatów codziennego życia, przedzierzgał się 
w żywą rzeczywistość. Wydarł się na wierzch, wyzwał przeciwnik! 
i zwyciężył. Więcej nawet — bo zrealizowany w akcie elekcyi, osią- 
gnął zarazem jakby procesualną rękojmię wykonania w artykule 
de non praestanda oboedientia. Aby zerwać z rządem, wstrząsnąć 
całem państwem, oprzeć się całemu narodowi, nie potrzebował 
do tego malkontent niczyjej zgodnej uchwały : rota henrycyań- 
ska zwalniała poszczególnych poddanych od posłuszeństwa, je- 
żeli ich zdaniem król sprzeniewierza się przysiędze korona- 
cyjnej '). Do tej przysięgi Batory dodał ograniczającą ją interpre- 
tacyę : poddanych miało odtąd zwalniać od posłuszeństwa tylko 
rzeczywiste, rozmyślne pogwałcenie paktów konwentów, uznane 
za takie przez senat i „inne stany", i to dopiero wówczas, gdy 
upomnienie króla przez senat i stany pozostanie bezowocnem ^). 
Zygmunt III konstytucyami 1607 i 1609 r. ustanowił aż trzy in- 
stancye organów upominających. Według konstytucyi 1607 r, 
pierwszym takim organem miał być prymas (sam albo z udzia- 
łem innych senatorów), wezwany przez szlachcica za pośredni- 
ctwem senatora ; drugim — narada prymasa z senatorami ; trze- 
cim — Stany Rzpltej. Ustawa r. 1609 zdemokratyzowała instan- 
cye upominające i uszeregowała w takim porządku : najpierw se- 
nator (na żądanie jakiegokolwiek szlachcica), potem sejmik przed- 
sejmowy, nakoniec wszystkie stany ^). Ale zanim to nastąpiło, 



») Vol. Leg. II, 864. 

2) Voi. Leg. II, 921-3, por. Rembowskiego Konfedcracya i rokosz, wyd. II, 
str. 321. 

») Voi. Leg. Ii, 1636-7. 1660-1. 

13 



— 194 — 

o klauzuli Stefanowej zapomniano, wrócił do pierwotnego zna- 
czenia zaprzysiężony przez samego Zygmunta artykuł lienrycyań- 
ski '), i wśród niekwestyonowanego panowania idei z 1573 r. 
wyrosło całe pokolenie, które wydało z siebie niejednego Sta- 
dnickiego — aż rokosz Zebrzydowskiego uwieńczył dzieło anarcłiii. 
Czegóż po tycłi trzecłi elekcyach nie mogła sobie obiecy- 
wać ladajaka mniejszość,, frakcya, nawet jednostka, gdy na tro- 
nie widziano dwócłi królów, z którycłi jeden, Batory, jak przy- 
znaje sam Heidenstein, „raczej śmiałością jednego stronnictwa, 
niż powagą senatu i ogólną zgodą, królem obrany został" ^), — 
drugiego, Zygmunta III, w pośpiechu proklamował prymas na żą- 
danie niewielkiej grupy wyborców 3), a obaj dopiero po prokla- 
macyi zyskali naprawdę liczniejszycłi, niż współzawodnicy, stron- 
ników ? Jakiej władzy wobec wszystkicti stanów nie mógł sobie 
przypisać byle obywatel, a dopieroż poseł, gdy własnoręcznie 
mógł stargać węzły kontraktu, zawartego z głową rządu? Po 
trzecłi pierwszycłi bezkrólewiacti w ostrzejszych, niż kiedykolwiek, 
konturach zarysowała się przed oczyma opinii publicznej budowa 
władzy naczelnej, spojona cementem niestałej unii dusz, oparta 
na samym tylko patryotyzmie. Ze zdwojoną siłą zawładnął umy- 
słami politykującej szlachty niedosiężny, krańcowo indywiduali- 
styczny ideał — powszechna zgoda niezawisłych jednostek. Twórcy 
unii lubelskiej pragnęli takiego zjednoczenia dwóch narodów, aby 
Polska i Litwa utworzyły ,, jedno nierozdzielne, jednostajne ciało, 
aby był jeden ród, jeden lud, jedno braterstwo, aby była jedna 
rada, jedna myśl, jedna wola niepodzielna", „iinum et indivisum 
ac indifferens corpus, ut sit una gens, uniis populus, una frater- 
nltas. Ut sit ununi consilium, una mens, una voluntas indivisa'' "*). 
Gdybyż tej jednej woli niepodzielnej nie rozumiano zarazem ina- 
czej, w sensie jednomyślności elekcyjnej i sejmowej ! Gdyby 
śmielej oderwano się od woli fizycznej tłumów i uwierzono w je- 



1) Vol. Leg. II, 1096: „imo ipso facto eos ab omni fide, obedientia 
Regi debita liberos facio, absolutionemąue nullam ab hoc meo juramento 
a quoquam pętam, neąue ultro oblatam suscipiam". 

2) Rerum, 92. 

3) Bielski, j. w., 1579; zresztą na pozorach jednomyślności nie 
zbywało. 

4) Źródłopisma do dziejów Unii, II, 319. 



— 195 — 

dną wolę wyższej, zbiorowej osoby moralnej ! Marzyć o jednej 
woli niepodzielnej w państwie o najniezgodniejszych interesach 
prowincyi — czyż to nie było zawiele, gdy każda konstytucya 
sejmowa była owocem uporczywej walki z indywidualnością ja- 
kiegoś sejmiku albo posła, gdy pojedynczy sejmik na zgodę zdo- 
być się nie umiał? — Oddawna już mówiono w Polsce „nic na 
nas bez nas" ; powtarzano to samo aż do znudzenia i przed 
Batorym i po nim. Ale odtąd przeciętny bene natus et possessio- 
natus, gdy wymawiał ten frazes, myślał o czem innem. Myślał 
skrycie : nic na mnie bezemnie')- 

Skutki tryumfu powyższych zasad popłynęły dwoistem ko- 
rytem w jednym kierunku. Dawały znać o sobie jednocześnie 
na sejmikach i na sejmie. Tu i tam emancypowały jednostkę 
z więzów zbiorowości, część z pod władzy całości. 

Sejmiki pojagiellońskie w szybkim postępie zdobywają nowe 
atrybucye kosztem sejmu walnego ''). Województwa organizują 
się w niezależne, wystarczające sobie całości. Decentralizacya 
ogarnia skarb pospolity : ukazują się instytucye szafarzy, po- 
borców ziemskich, później cały system podatków wojewódzkich, 
jako to : czopowe, szelężne i t. d. ; w sferze wojskowości odpo- 
wiadają tym tworom ruszenia wojewódzkie^), chorągwie milicyi; 
w sądownictwie — sądy kapturowe podczas bezkrólewia. Posłowie 
na sejmach raz po raz biorą pobory do braci: w r. 1590 czynią 
to województwa poznańskie i kaliskie'*), w r. 1593 cała Litwa, 
Prusy i niektóre ziemie koronne''), w r. 1595 uniwersał poborowy 
składa sejmiki posejmowe dla zatwierdzenia podatków w woje- 
wództwach : poznańskiem, kaliskiem, łęczyckiem, ziemiach : do- 
brzyńskiej, sochaczewskiej i gostyńskiej *'), 



1) Z całą szczerością wyznał tę zasadę Janusz Radziwiłł na sejmie 1G46 
r., gdy piętnował cgzorbitancye, „l<tóre znaszają wolność naszą, na tycli dwócti 
Icolumnacli wspartą : Neminem captiyabimus nisi jurę victum ; na drugiej : Nitiil 
de me sine mc", A. St. Radziwiłł, Pamiętnil<i, II, 225. 

-) Pawiński, Rządy sejmil<owc, cz. II. 

3) Pawiński, Rządy sejmikowe, str. 274, 281. 

•*) Tamże, str. 348. 

5) Vol. Leg. II, 1411. 

6) Vol. Leg. II, 1427; Bielski, str. 1722. 

13* 



— 195 — 

Jeżeli nie uporał się z takimi objawami Batory, to nie po- 
radzi już na nie ani Zygmunt III, ani niczyja mądrość, ani żadna 
moc. Gdyby król dla idei centralizmu nie zgodził się na uzu- 
pełniające pertraktacye po województwach, to ogołociłby skarb, 
a dogodziłby tylko warcłiolstwu, któremu zależało właśnie na 
tem, aby nie dopuścić do poboru ani na sejmie ani na sejmi- 
kacli '). Pozostawał krok jeden do przeistoczenia uchiwał zbioro- 
wych sejmu o podatkacłi w dobrowolną składkę województw, 
i krok ten niebawem zrobiono. Od początku XYII wieku wcłiodzą 
w zwyczaj rozróżnione deklaracye województw : jedne z nicłi 
wotują pobór całkowicie, inne biorą go całkowicie albo częściowo 
na sejmiki -). Jeżeli przytem większość na sejmie pozwala, to 
propozycya zwraca się dodatkowo do tych ziem, których posłowie 
robili zastrzeżenia, a czasem może i tych, które odmawiały bez- 
względnie; jeżeli zaś takiej większości niema, albo większość 
odmawia bezwarunkowo już w izbie, to referendum nie dochodzi 
do skutku 2). Zdarza się, że samozwańcze zjazdy posejmowe, jak 
średzki i kolski w r. 1590, depcą uchwały najwyższego organu 
prawodawczego'*). Nie ulega wątpliwości, że są to zjazdy nie- 
legalne, ale opozycya, pojmując po swojemu interes publiczny, 
widzi w nich nieodbitą potrzebę, a według słów Mikołaja Zebrzy- 
dowskiego, „na potrzebę prawa niemasz" ^). Ostatecznie „aucto- 
ritas sejmików" wtłacza się w umysłach na pierwsze miejsce 
przed „powagą sejmu" ^). 



^) Sobieski, Pamiętny Sejm, str. 241. Trudno zrozumieć, dlaczego autor 
zadaje kłamstwo Zygmuntowi III, (232) z powodu jego apelu do sejmików 
w r. 1606, skoro nietylko jawne ale i tajne relacye Blanque'a przyznają, że 
siedem województw wzięło wówczas pobory na sejmiki relacyjne. Wątpliwość, 
czy malkotenci nie przeszkodzą poborowi, musiała zawsze towarzyszyć takiej 
apelacyi, bo inaczej nie byłoby o co pytać „braci*. 

2) Ob. uniwersały poborowe z lat 1607, 1609, 1611, 1613 (dwa), 1616, 
1618 etc. w Vol. Leg. II, 1655, 1693 ; III, 63, 234, 265, 319, 344 i t. d. 

3) Tak rozbiły się usiłowania dworu na sejmie r. 1597, ob. Barwiński, 
Dyaryusze, 118, 164. 

4) Pawiński, 351 ; Bielski, 1666 ; Ms. Bibl. Jag. 107. 

5) Ob, mowę jego 8 sierpnia 1592 r. w Proszowicach, u Barwińskiego, 
Dyaryusze, 166. 

6) Ob. słowa szlachty wielkopolskiej, skierowane do Zygmunta III w pa- 
ździerniku 1596 r., Barwiński, Dyaryusze, 339. 



— 197 — 

Zuniowana Rzeczpospolita, mająca ucieleśniać ideał „niepo- 
dzielnej woli", z pozorów zaczyna przypominać związek stanów, 
-ale w istocie jest państwem, źe tak powiemy, „do niczego nie- 
podobnem", mieszaniną zasad unitarnych z federacyjnemi, z któ- 
rych żadne nie są należycie pojęte i ugruntowane. 

Aliści województwo, tak obronne i odporne, gdy chodzi 
o zwalczanie centralistycznych zachcianek sejmu, o poparcie od- 
osobnionych na nim mniejszości, zdradza wewnątrz wzmożoną 
wrażliwość na pomruk nielicznych nawet malkontentów. Znamy 
parę wypadków rozdwojenia w łonie sejmiku za Zygmunta Sta- 
rego. W r. 153G na sejmiku średzkim osobno obierają posłów 
panowie, osobno szlachta'); na sejm piotrkowski r. 1538 przy- 
byli „z zajątrzonemi sercami" podwójni posłowie, obrani osobno 
od szlachty i od możnowładztwa we wszystkich województwach; 
jedni drugim nie chcieli ustąpić i ostatecznie wszyscy zostali 
dopuszczeni do obrad -). Za Zygmunta Augusta nastąpiła wido- 
czna poprawa : znany nam jest jeden tylko przykład rozbicia — 
w prowincyi pruskiej w r. 1563'^). 

Ale była to poprawa powierzchowna. Sejmik pozostał w grun- 
cie rzeczy arytmetyczną sumą wolnych obywateli ; prawidłowe 
głosowania mniej jeszcze rozwinęły się na nim, niż w izbie po- 
selskiej, uczestnicy spóźniający się mogli dorzucać swe głosy do 
uchwał, dopóki zgromadzenie się nie rozeszło. Schodzą godziny, 
schodzą dni „na swarze i uporze", ,,bo żaden od swego przed- 
sięwzięcia żadnemi racyami ani też perswazyami" nie daje się 
odwieść ^). Rozwój utknął gdzieś na drodze między omnes ut 
singuli a omnes ut universi. Regulaminu innego poza pierwotnym, 
zwyczajowym niema. 

Tymczasem ludzie się zmienili od czasów Kazimierza Ja- 
giellończyka. Górne warstwy skąpały się w strumieniach odro- 
dzenia i reformacyi, a wiadomo, choćby z dzieła Burckhardta, 
co znaczyła taka kąpiel. „W Średnich Wiekach oba kierunki sa- 



') Tomiciana XVII, Ms Bibl. Czart. 275. 

2) Bielski, 1079, Tomiciana XVIII, Ms. Bibl. Ord. Kras. 

3) Źródłopisma, II, 244. 

■•) Noailles, j. w., 266, 274 ; por. też Dyaryusz sejmiku proszowskiego 
przedsejmowego roku 1584, wyd. Józef Sicmieński, Przegl. Hist. 1912, t. 15, 
317 — 22; przedrukował St. Kutrzeba, Lauda krakowskie, 1, 105 — 13. 



- 198 — 

mowiedzy, z których jeden zwrócony jest na świat, a drugi na 
życie wewnętrzne człowieka, marzące i napół senne, spoczywały 
pod wspólną zasłoną. Zasłona owa utkana była z wiary, dziecię- 
cej prostoty i obłędu, człowiek uznawał siebie jako rasę, naród, 
stronnictwo, korporacyę, rodzinę albo jakąkolwiek inną formę 
społeczeństwa"'). Jeżeli, dodajmy, przez tamtą zasłonę średnio- 
wieczną przedzierał się rycerski indywidualizm germański albo 
słabszy znacznie słowiański, to siłą, pchającą go naprzód, była ra- 
czej dzika wola, niż odrębna samowiedza kulturalna. Dopiero „we 
Włoszech najwcześniej ulotniła się ta zasłona, w pełni życia po- 
wstał element subjektywny : człowiek staje się duchową jednostką 
i uznaje się jako taką. Tak samo powstał niegdyś Grek wobec 
barbarzyńca. Arab wobec innych azyatyckich szczepów". 

Owóż, jeżeli humanizm wszędzie wyzwalał myślącą jedno- 
stkę z powijaków kolektywizmu, a reformacya przenosiła owe 
wyzwoliny w sferę wiary i czynu, to niepodobna przypuścić, aby 
i w Polsce szara communitas nie rozbłysła za Zygmuntów bar- 
wnymi kolorami tęczy. Dworzanin polski, humanista, uświado- 
miwszy sobie lepiej własne ja, przeciwstawił je innym jedno- 
stkom nietylko, jako członek pewnego wyznania lub partyi, ale 
i jako człowiek-szlachcic; przytem z pewnością nie nabrał re- 
spektu wobec gromady. Uomo singolare, uomo unico zjechał na 
sejmik przedelekcyjny, obrzucił wzgardliwem okiem ciżbę domo- 
rosłych wyborców, dotknął dłonią rękojeści szabli i w cyceroń- 
skiej mowie zaakcentował swoje zdanie odrębne. Z innej strony 
wkroczył w tę samą ciżbę zawiedziony kalwin czy protestant; 
osobno zaczęła rajcować garść optymatów, zasilona żywiołem 
litewsko-ruskim od czasu przyłączenia Wołynia i Kijowszczyzny, 
a reprezentująca tyleż ziemi, jeżeli nie więcej, ile miał cały sej- 
mik razem wzięty. Równość społeczna i wspólność przekonań 
znikły do reszty, a utrzymała się równość przed prawem i teorya 
jednomyślności. 

Następstwa nie dały długo na siebie czekać. Przed koro- 
nacyą Henryka w ziemi dobrzyńskiej partye sejmikują już osobno, 
przytem jedna wyznacza pełnomocników z zupełną władzą, druga 
daje swym posłom instrukcye ; w Wiźnie też odbywają się dwa 



1) Kultura Odrodzenia, I, 118. 



— 199 — 

sejmiki i każdy osobno obiera posłów '). Województwo wołyńskie 
ma na sejmie 1585 r. zdwojony komplet posłów, „bo tam było 
na sejmiku rozerwanie, sześć było obranycłi od ślachty, a sześć 
od panów" -). Podobne scysye rodzą się niezawodnie wszędzie 
wokoło, ale udaje się zacierać je w zarodku. Wyjątkowo raz 
jeden załatwiła szlacłita liwska swój spór w sposób dziwnie no- 
woczesny, godny XIX wieku: obrała w r. 1542 dwócłi posłów 
od większości i jednego od mniejszości ^). Zwykle kompromis 
przybierał zresztą postać jednomyślności bez zastrzeżeń. Tak np. 
krakowianie na sejmiku 7 — 10 listopada 1584 roku po długicti 
łiukachi i tumultach zdecydowali się obrać kandydatów z obu 
walczących partyi ^). Gdzie opór był słabszy, tam go poprostu 
ignorowano, np. w Sądowej Wiszni 8 maja 1587 r. ^). Zdarzały się 
i kompromisy nielegalne, kiedy stronnictwa, dogadzając sobie 
nawzajem, obierały więcej posłów niż było wolno ; tak postąpiła 
ziemia przemyska w r, 1593"). 

Od czasu trzeciego bezkrólewia, na krwawem tle sprawy 
Zborowskich, rozłamy zagęszczają się coraz bardziej. Śledzić je 
można dokładnie na terenie paru województw. W Krakowskiem 
pierwszy rozłam zachodzi w roku 1589 "*); potem na sejmiku 15 
lutego 1590 r. każda partya obiera po sześciu posłów i spisuje 



^) Orzelski, Interregnorum libri octo, 195. 

2) Czuczynski, Dyaryusze sejmowe r. 1585, 38. 

•^) Akta gród. liw. ks. 4, f. 30, feria 6 d. S. Thomae Cantuarianensis, in 
conventu particulari a. D. 1542. Electio nuntiorum : „Generosus Stanislaus Ada- 
mowski livensis et camcnecensis capitaneus cum caeteris dominis in actu 
contentis ac cum majore parte nobilitatis tocius voces suas dederunt ac in nun- 
tios ad conventionem terrestrem varsovienscm generosos et nobiles Stanislaum 
Kałuski vexilliferum livensem et Stanislaum Ossowieński (?) elegerunt et ex 
parte minore nobilitatis super nobilem Alexium Cieciszewski voces suas dede- 
runt" (Odpis w Tekach Pawińskiego). 

■1) Czuczynski, Dyaryusze, 359. Żaden z wydawców dziennika sejmiko- 
wego, ani Siemieński ani Kutrzeba, nic zwrócił uwagi na to, że w Proszowicach 
doszło jednak do spisania podwójnych instrukcyi. 

'>) Prochaska, Akta grodzkie i ziemskie, XX. 

^> Prochaska, Akta grodzkie i ziemskie t. XX, str. XVI. Zdarzały się po- 
dobne obiory ponad liczbę i na zgromadzeniach wyborczych mieszczan, np. 
w Krakowie w r. 1533; tam jednak obierano większości;}, i dopiero równość 
głosów skłoniła krakowian do przekroczenia normy, Rymar, 211. 

') Orzelski, (Dziejopisowie krajowi), tom wstępny, 89. 



— 200 — 

dla nich osobne instrukcye ') ; 22 sierpnia 1592 mniejszość rega- 
listyczna, nie uzyskawszy miejsca dla swoich trzech kandydatów, 
zakłada protest przeciwko przemocy większości malkontentów ^). 
W kwietniu r. 1593 krakowianie dwa razy obierają posłów, i za 
każdym razem nad komplet, po 12^); województwo wołyńskie 
także śle do Warszawy posłów podwójnych. Po sejmie r. 1595 
sejmik proszowski nie mogąc się zdobyć na zgodny obiór sza- 
farza, pozostawia wybór królowi^). W r. 1596 sejmiki znów są 
niezgodne, zwłaszcza ruski, na którym „posłów na zamiar obrano"; 
przeciwko legalności obioru dwóch Stadnickich, Broniewskiego, 
Herburta mniejszość zanosi manifest do grodu lwowskiego ^). 
To samo powtarza się z wielkim hałasem w roku 1597*^). 

Na podobne objawy nie mogła szlachta patrzeć obojętnie. 
Wszak zerwanie sejmiku nietylko wnosiło czasowy nieład do 
najbliższych każdemu spraw domowych, ale groziło pozbawieniem 
reprezentacyi w sejmie '). A straty tej nie mogło powetować zło- 
żenie sejmiku posejmowego, gdyż odosobniona opozycya prze- 
ciwko zapadłej już uchwale zakrawała na gotową dysmembracyę, 
budziła odruch niechęci w opinii i prawie zawsze milkła pod 
naciskiem zgody powszechnej. Próbowali np. krakowianie w roku 
1591 obstawać przy nieważności ustaw zeszłorocznych, uchwa- 
lonych po unieważnieniu wyborów proszowskich ^); próbowała 
szlachta ruska w r. 1604 (28 grudnia) zastrzedz sobie nieważność 
wszystkiego, co sejm uchwali, w razie wyrugowania jej posłów^), 
ale to wszystko nie na wiele się zdało. Sejm walny miał przy- 
najmniej o tyle już wyrobioną budowę korporacyjną, że stosował 
do siebie zawsze regułę : les absents ont tort. 



*) Kutrzeba, Lauda krakowskie, I, 136-53. 

2) Tamże, 181 ; Barwiński 178-80, 206, 234. 

3) Łubieński, Droga do Szwecyi 1593 r. (Dziejopisowie Krajowi), 26, 
Bielski, Kronika, 1691-2. 

4) Bielski, 1724. 

'") Bielski, 1749. Dyaryusz sejmu 1596 r. (fragm. w Ms. Bibl. Czart. 96) 
Barwiński, Kartka z dziejów sejmowania w Polsce, Kwart. Hist. 1897, II ; 
Prochaska, Akta grodzkie i ziemskie, XX, 97 sq. 

6j Barwiński, Dyaryusze sejmowe r. 1597, str. 3, 5 sq. 

■*) Łubieński, j. w., o sejmie 1593 r. 

8) Kutrzeba, Lauda, Instrukcya 12 marca 1591 r. 

^) Prochaska, j. w., 110. 



— 201 — 

Dla uniknięcia tej ewentualności różne województwa decy- 
dowały się ustanawiać u siebie obiór większością posłów i de- 
putatów trybunalskicłi. Demokratyczne Mazowsze zastosowało tę 
nowość najwcześniej i najszerzej, bo także przy obiorze urzę- 
dników ziemskicłi oraz marszałków sejmikowycłi (1598) i). Ziemiań- 
stwo krakowskie, narażone na gorące utarczki wewnętrzne, poszło 
za tym przykładem po dłuższej walce, w r. 1611-^); rzecz zna- 
mienna, że póki tam przewagę miała opozycya, nasiąknięta du- 
chem Zborówskichi, nie próbowała ona inaczej walczyć z mniej- 
szością, jak przemocą; dopiero obóz dworski zaczął od r. 1593 
stosować ścisły obrachiunek głosów, na razie bez p.owodzenia ^), 
aż dopiero po latacłi osiemnastu europejski porządek wyborów 
zwyciężył. Jednocześnie przyjęły go województwo sieradzkie, 
ziemie wieluńska i cliełmska ; w r. 1613 województwa kijowskie, 
płockie, malborskie, pomorskie, powiat mielnicki jakoteż cała 
Litwa, w r. 1631 całe Podlasie "*). Przeważna większość natomiast 
pozostała przy starym trybie wyborów neniine contradlcente, 
i obostrzyła go z wielką szkodą dla swego przedstawicielstwa. 
Rwanie sejmików, sporadyczne za Zygmunta IIP), staje się za 
jego następcy, pomimo braku większycłi wstrząśnień, zjawiskiem 
powszedniem. Otwórzmy tylko pamiętnik Albrecłita Stanisława 
Radziwiłła, a zobaczymy zaraz, jak w r. 1637 sejmiki przed 



•) Vol. Leg. 11, 1467. 

2) Vol. Leg. III, 11. 

'^) Rejestr głosów, podanych wówczas na kandydatów, ogłoszony w Lau- 
dacłi St. Kutrzeby, 194 (por. też 197), jest śladem jednego z tych na razie bez- 
skutecznych głosowań : instrukcya kwietniowa była też tylko jedną z dwóch 
rozróżnionycli instrukcyi, uchwalonych wtedy przez krakowian. Instrukcya z d. 
16 grudnia 1604 r., tamże str. 255, proponuje jako ogólną regułę postępowa- 
nia głosowanie , .przez baloty" z pośród 3 kandydatów od każdego powiatu. 

4) Vol. Leg. III, 174, 182, 184, 199, 697. 

^) Przykłady: w r. 1623 rozbił się sejmik malborski (Teka Narusz. 115), 
Lengnich, Jus Publicum Prussiae Polonae, 116, w 1630 płocki (Teka Narusz. 
127), w 1631 pruski dwukrotnie (tamże), w 1632 pruski i łomżyński (Teka 
Narusz 124). Stan. Łubieński biskup płocki pisał we wrześniu 1630 r. do Ni- 
szczyckicgo kasztelana sierpskiego : ..Wprawdzie to nie nowina, że niezgodne 
posły, niezgodne artykuły z różnych województw posyłano przedtym na sejm 
ale ledwo który sejm był przez tego: niezgodnym kazano do domu, nowych 
sejmików nie składając, boby to była summa indignitas Króla Jmci contcmptam 
semel legationem suam iterarc" (Teka Naruszewicza 127). 



— 202 — 

sejmem dwuniedzielnym w wielu miejscach uległy zerwaniu^ 
Przedsejmowe sejmiki 9 lipca 1641 r. „insze doszły, insze po^ 
niektórych miejscach zerwane i do krwi rozlania przyszło". Dnia 
11 kwietnia 1647 r. „wiele sejmików się zerwało, łucki trwał 
aż do siódmego dnia" '). 

Zaznaczyć tu należy, że konstytucye, pozwalające niektórym 
województwom obierać deputatów trybunalskich większością gło- 
sów, jakkolwiek przynoszą zaszczyt szlachcie, która się o nie 
wystarała, wcale nie świadczą o ogólnym postępie zdrowych 
zasad konstytucyjnych. Przeciwnie, tem wyraźniej odbija się na 
ich tle rozpowszechnienie doktryny jednomyślności na obszarze 
wszystkich ziem, które ową reformę uznawały za zbyteczną. 
Tymczasem elekcyę deputatów większością głosów przyjmowały 
milcząco dla całej Polski już konstytucye r. 1578 i 1589. Pierwsza 
ustawa o trybunałach stanowiła w tyt. I § 4: „Żaden z elektów 
powtórc na sądy nie ma być obran do lat czterech, oprócz tego 
gdzieby się w którem województwie na tegoż wszyscy nemine 
contradicente zgodzili, a iżby się tego podjął, uprosili" -j. Rzecz 
jasna, iż przepis ten, dopuszczający w drodze wyjątku obiór po- 
wtórny tej samej osoby przed upływem czterolecia, uznawał za 
wyjątkowy warunek nie ceremonialne „uproszenie" (boć nikt 
wbrew własnej woli nie mógł zostać deputatem, i „upraszano*^ 
wszystkich kandydatów), lecz zgodę powszechną nemine- 
contradicente. Przy dobrych chęciach można było znaleźć i taką 
ustawę, która sankcyonowała obiór niejednomyślny posłów. Mia- 
nowicie artykuł 108 konstytucyi 1601 r. „o obieraniu posłów"- 
brzmi : „Ktokolwiek będzie miał sprawę sądową na sejm nie- 
zmyśloną, ani krótko przed sejmem intentowaną, a z kontra-- 
dykcyą o to będzie na sejmiku swym posłem obran, ten wedle 
starego prawa między posły miejsca mieć nie będzie, i od po- 
selstwa odstrychniony być ma" ^). Stąd prosty wniosek, że kontra- 
dykcya, motywowana inaczej, niekoniecznie wystarcza do obalenia 



') Wyd. Raczyńskiego I, 343, II, 37, 248. 

2) Vol. Leg. II, 963, 1393. 

3) Vol. Leg. II, 1523-4. Po głośnej kłótni w województwie ruskiem na 
sejmie 1597 r. projektował dwór przeprowadzić zasadę, że „electio posłów ma 
być jako deputatów na trybunał", i w tych słowacli odpowiedział na petita 
koronne. Sejm jednak rozszedł się bezowocnie. 



— 203 — 

wyboru, a wcale nie umotywowana nie ma żadnej mocy. Istotnie 
szereg przykładów z czasów Zygmunta III świadczy, że pomimo- 
faktycznego rozbijania sejmików przez niezadowolone mniej- 
szości, ktokolwiek chciał na własną rękę unieważnić obiór posła, 
musiał mu zadać proces, banicyę, nadużycie wyborcze, a nie 
samo tylko swoje osobiste ^niepozwalam" ^). 

Niewątpliwym błędem władzy królewskiej było to, że mając 
jeszcze wówczas duży wpływ na tłómaczenie ustaw, nie starała 
się wyzyskać zawczasu tak cennych tekstów prawodawczych. 
W miarę bowiem zwłoki rzecz stawała się coraz trudniejszą. 
Jeżeli powyższe rozumienie poprawnem było przed rokiem 1589, 
to od chwili wydania pierwszej specyaln ej ustawy o obiorze 
deputatów, posłów etc. większością, za ogólną normę- 
dla całego państwa musiała uchodzić jednomyślność. A prze^ 
cięż na tej placówce walka z jednomyślnością była łatwiejsza, niż 
gdzieindziej. O legalności wyborów deputackich decydował sędzia 
ziemski powiatu piotrkowskiego przy reasumpcyi ; wykonanie 
dekretów też spoczywało całkowicie w rękach organów królewskich, 
można więc chyba było uchronić myśl konstytucyi 1578 r. przed 
spaczeniem w praktyce. Trybunał szlachta uważała za pierwszy 
„klejnot miłych wolności naszych" ^), za instytucyę nieocenioną 
i niezbędną ; sama troskliwie wypielęgnowała dlań regułę więk- 
szości, której odmawiała sejmom, i przez cały czas jego istnienia 
pozostawiła ją nietkniętą w elekcyi marszałka, zarówno jak 
i w ferowaniu dekretów. Zresztą wyrokowanie większością w spo- 
rach sądowych ustaliło się w Polsce na całej linii i nie do- 
puszczało wyjątków. Oprócz trybunałów ogarnęło ono wszelkie 
sądy kollegialne, np. nadzwyczajne kapturowe^), i nawet juryz- 
dykcyę izby poselskiej nad jej członkami. Jedynie dzięki temu 
mogła izba sprawować kontrolę nad legalnością wyborów. 

Jeszcze w r. 1538 sporom o nielegalne wybory pbłożył kres 
sam Zygmunt Stary ; tymczasem za Walezyusza i Batorego izba 
sprawuje władzę rugu, jak swe niezaprzeczone prawo : usuwa na 



1) Ob. np. Prochaska, XX, 110, 159, 331. 

2) Słowa instrukcyi płockiej na sejm r. 1597, Barwiński 357. 

•^) Ob. np. laudiim proszowskie 15 listopada 1574, Kutrzeba, Landa, 
47. Ordynacya sądów województwa ruskiego 3 czerwca 1632 r., art. 10., Pro- 
chaska, XX, 324. 



— 204 — 

sejmie koronacyjnym 1574 r. nieprawnie obranych posłów do- 
brzyńskich i wiskiego posła Woronieckiego') ; na sejmie 1585 r. 
ruguje wołyńskich posłów, obranych przez panów ^), Chociaż pod- 
legający rugom poseł stawał pod laską marszałkowską, jako za- 
wieszony w funkcyi, i nie mógł być sędzią we własnej spra- 
wie, jednomyślności niepodobna było żądać przy stanowieniu 
wyroku, gdyż porozumienie paru posłów obezwładniałoby 
całą izbę. 

Dyabeł Stadnicki i jego towarzysze oświadczyli wprawdzie 
na sejmie 1596 r.: „Nas koło poselskie tu na sejmie sądzić nie 
może, ale tylko bracia doma, którym prawo pospolite kazało się spra- 
wować" ^). Trzebaż było rozciąć raz na zawsze tę kapitalną wątpliwość, 
zwłaszcza gdy partya Stadnickich w następnym roku w podobny 
sposób zamąciła najpierw sejmik wiszyński, a potem sejm. Zje- 
chało na otwarcie izby z jednej strony sześciu posłów rzekomo 
„szlacheckich", z Dyabłem łańcuckim na czele, z drugiej sześciu 
innych, których tamci nazywali senatorskimi albo żołnierskimi, 
ponieważ obiór ich przeprowadzili senatorowie pod osłoną woj- 
skowych. Spór przeciągnął się od zagajenia obrad (10 lutego) 
aż do trzeciego tygodnia. Brakowało zrazu wodza posłów senator- 
skich, referendarza Drohojowskiego, więc koledzy prosili o zwłokę. 
Izba jak najsłuszniej odmówiła, podając siedem racyi ; „naprzód, 
że jest tu termin ostateczny (peremptorius terminus), przeto się po- 
winien każdy poseł stawić, druga, że jeżeli spóźniający się se- 
nator nie dostaje głosu, to tembardziej poseł ; trzecia, że się tu 
ma upatrować nie wzgląd na osobę, (non ratio personae), ale 
wzgląd (ratio) Rzplitej. Czwarta dla konsekwencyi (seguelae), 
aby napotym drugi, wpół sejmu przyjechawszy, rzeczy postano- 
wionych nie turbował. Piąta, że sprawa prywatna nie może uchy- 
biać ogólnej (particulańtas non derogat generalitati). Szósta, nic- 
pięknie (indecoriim) by było tak zacnemu kołu jednej osoby 
czekać. Siódma, że więcej powagi (plus autoritatis) koło posel- 
skie nosi na sobie, niż jedna osoba". Wygłosiwszy tyle pięknych 
sentencyi i usunąwszy obie strony na bok, przystąpiła izba do 



1) Orzelski, Interregnorum 184, 189, 195. 

2) Czuczyński, Dyaryusze, str. 38. 

3) Teka Narusz. 96. 



— 205 - 

wyrokowania. Tu jednak opuściła ją stanowczość. Najliczniejszy 
odłam sympatyzował ze Stadnickimi i żądał oddalenia ich prze- 
ciwników, jako sprawców gwałtu żołnierskiego na sejmiku. Inni, 
rzekomo „zwyczajem dawnym tak koła poselskiego jako i try- 
bunału", stawiali i Panu Bogu świeczkę i dyabłu ogarek, t. j. 
dopuszczali po trzecłi posłów z każdej strony. Trzecia frakcya, 
widocznie dworska, wolała posłów „żołnierskicli", ponieważ icli 
instrukcya uwzględniała interes państwowy, obronę granic. Reszta,, 
zapatrując się na przykład województwa wołyńskiego, które po- 
lubownie załatwiło swe spory, głosowała za usunięciem wszyst- 
kich! pretendentów, dopóki się nie zgodzą na sześciu. 

Absolutnej większości nie miał jednak żaden wniosek, 
a dwór cłiciał się pozbyć Stadnickicłi za wszelką cenę. Niespo- 
dzianie zgodziła się izba unieważnić wybór obu kompletów, 
przyjmując zresztą do wiadomości instrukcye ruskie. Przed takim 
wyrokiem ukorzył się Drohojowski, natomiast Dyabeł z Łańcuta 
wybuchnął gniewem i zagroził protestacyą przeciw całemu sej- 
mowi. Tu jeszcze bardziej zachwiała się izba. Jedni zaczęli za- 
praszać po trzech posłów z każdej strony, drudzy — chociażby 
wszystkich dwunastu. Stadniccy już przystawali na kompromis, 
byle wcisnąć do izby połowę swoich przyjaciół, ale teraz strona 
dworska twardo stanęła przy zapadłej uchwale: tożby „na potem 
żadne postanowienia koła tego ważne nie były, że na trybunale 
pluralitas concludit ergo et hic, że się już JKMci o tem dało 
znać,... że protestacye jednego województwa zgody wszech innych 
targać nie mogą, że ten jest dawny przykład, zgodziwszy się, 
na górę odsyłać". Na to Stanisław Czarnkowski, stary weteran 
sejmowy, wystąpił z twierdzeniem, że „tu nie był dekret, ale kon- 
sens". Ostatecznie, o ile wiadomo, decyzya izby utrzymała się, 
Stadnicki odjechał z protestem, a sejm upłynął bezowocnie z po- 
wodu innych jeszcze trudności. Zwycięstwo zasady sądowej było 
wątpliwe'). Ale z jednej strony, ludzie złej wiary i woli nie mo- 
gli przemawiać w imieniu opinii publicznej, z drugiej zaś, koło 
poselskie rychło zrozumiało, że jeżeli prawa rugu nie zatrzyma 
w swych rękach, to albo sejm przedzierzgnie się w kupę samo- 



1) Barwiński, Dyaryusze sejmowe r. 1597, 3-15, 87-92, 149, 159, 182, 
426-8, 437-8, 457-8. 



— 206 — 

zwańczych pseudo-posłów, i każdy będzie wołał, jak krakowianin 
Acłiacy Jordan w r. 1592: „Mnie na wota puszczać nie będziesz!"'), 
póki nie spęka się sejm, albo też król będzie mógł w jawnej 
Toli sędziego i tajemnej — oskarżyciela usuwać najniebezpie- 
•czniejszych oponentów. Objąwszy tedy sądownictwo nad posta- 
wionymi pod laską posłami, poczęła sprawować je według zasad 
jedynie możliwych, t. j. praktykowanych w trybunale. Jakoż wię- 
kszością 37 głosów przeciwko 3 oddala izba 27 października 
1627 r. skargę księdza Starczewskiego na posła Janowskiego-); 
większością 54 przeciw 20 — ruguje Ogińskiego i Bychowca na 
sejmie 1647 r. ^). 

Przykłady takie dałyby się z pewnością znacznie pomno- 
żyć^). Ale nie o ich częstość tutaj chodzi. Rdzeń rzeczy tkwi 
w wielkiem, rozlewnem zjawisku generalizacyi poglądów na 
sposób tworzenia uchwał zbiorowych. Jedno i to samo społe- 
czeństwo doszło równocześnie do przekonania, że akt zmiany 
porządku istniejącego, np. laudum albo konstytucya sejmowa, 
akt czysto woluntarny, wymaga jednomyślności, tymczasem do 
aktu sądowniczego, skrępowanego gotową regułą, dokonanym 
faktem i bezwzględną logiką, wystarcza większość głosów. Jeżeli 
w jakimś wypadku takie pojęcie „konsensu" albo „dekretu" nie 
ma narzucić się z góry obradującej grupie, to należy wyjątek 
specyalnie jakoś uzasadnić. Jest to pogląd wręcz przeciwny no- 
wożytnemu poglądowi całej Europy, gdzie przez uchwałę zbio- 
rową nauczono się rozumieć uchwałę większości, dopóki w po- 
szczególnych wypadkach nie uzasadniono tak czy inaczej wyją- 
tku ; pogląd, dodajmy, najprzeciwniejszy przekonaniom angielskim, 
według których właśnie akt wymiaru sprawiedliwości powinien 
tnieć za sobą zgodę powszechną. 

Czy do takiej generalizacyi dojść musiało ? Czy była w Pol- 
sce taka siła ludzka, któraby, przenikając całą grozę położenia, 
mogła powstrzymać rozlew pojęcia „konsensu" ? Jeżeli była — 



1) Barwiński, Dyaryusze i akta sejmowe z r. 1592, 207. 

2) Dyaryusz tego sejmu, przez Moskorzewskiego pisany, w Ms. Bibl. 
Jag. 102. 

3) Radziwiłł, j. w., II, 250. 

*) Np. na sejmie 1678 r. Karczewskiego chor. lidzkiego oddalono, dwóch 
innych przyjęto 35 głosami przeciwko 18. Ms. Bibl. Czart. 409. 



— 207 — 

czego nikt z matematyczną ścisłością nie dowiedzie, — to po- 
winna była podjąć walkę eksterminacyjną z zarazą jednomyślno- 
ści na wszystkich polacłi, i nie ustępować nigdzie, choćby za 
cenę rozlewu krwi. Bo czarodziejską, zachłanną swą moc za- 
wdzięczał „głos wolny" właśnie temu, że nikt nie „kontradyko- 
wał" rozciąganiu idei jednomyślności w życiu i w teoryi na co- 
raz to nowe stosunki ^). Opanowawszy pewną dziedzinę, przerzu- 
cała się ona zaraz na sąsiedni teren pojęciowy albo geograficzny. 
Każdy precedens — a były ich tysiące — zwiększał ciężar lawiny. 
Stłoczone myśli i namiętności, jak to zwykle bywa w tłumach, 
stwarzały wspólną siłę, wyższą nad sumę sił poszczególnych je- 
dnostek. Coraz tradniej było następującym po sobie pokoleniom 
oswajać się z przewagą większej liczby. Zarówno fanatycy, jak 
trzeźwi statyści widzieli, że to święte tabu nakształt jakiejś pol- 
skiej prawdy objawionej w tryumfalnym pochodzie zagarnia je- 
■dne po drugich obszary życia, i czyni to w taki sposób, że Pol- 
ska — rządem czy nierządem — bądź co bądź, jakoś stoi, 
i niedość na tem, stoi dumna, wolna, szanowna, strojna wawrzy- 
nem Byczyny i Kirchholmu, Kłuszyna i Chocimia!... 

Któż wobec tego śmiał przeczyć boskiemu głosowi ludu ? 

') Wyjątkowo rozumnie zastrzegła sobie szlachta rusi<a w laudum 10 sty- 
cznia 1647 r. : „Iż unanimi consensu panów poborców ziemie przemyskiej i sa- 
noci\iej na teraźniejszym sejmiku obraliśmy, warujemy to sobie, aby in poste- 
rum pluralitate głosów wolno nam było inszych obierać, ani to pro praejudicato 
ma haberi", Prochaska, XX, 502. 



ROZDZIAŁ IV. 

Sejm wzorem dla sejmików. Emancypacya posłów z pod wspólnej dyrektywy 
całego województwa. Sejmiki relacyjne. Jak powstawały Yolumina Legum? 
Brak ścisłego regulaminu w izbie poselskiej. Sprowadzanie instrukcyi do wspól- 
nego mianownika. Wota senatorskie. Osłabiony ducłi inicyatywy w izbie posel- 
skiej. Ucieranie artykułów. Resztki fakultatywnej reguły większości. Sposób 
obierania marszałka w wieku WII. Głosowania powtórne. Mówcy generalni. 
Odbicie „ucierania artykułów" w redakcyi ustaw. Nieco o psycłiice izby 

poselskiej. 

Wejdźmy jednak głębiej do izby poselskiej. Wsłuchajmy się 
w rozgwar bezładnycłi debat, zbadajmy w świetle praktyki nie- 
które zwyczaje i obyczaje postępowania legislatywy. W jej atmo- 
sferze, na podłożu jej nawyknień, uświęconych milczeniem pisa- 
nego prawa, kształci się i krystalizuje wolny głos szlachecki. 
Liberum veto jest dziecięciem sejmu, nie sejmików. Jeżeli mowa 
o funkcyach społeczno-politycznych, o treści prawodawstwa, sejm 
czerpał oczywiście soki żywotne z sejmików. Zgodzilibyśmy się 
nawet nazwać sejmiki, jak chcą niektórzy, „embryonami" albo 
„komórkami" sejmu, o ile na budowę tego ostatniego wpływały 
poczęści zaściankowe poglądy i wyobrażenia, przywożone do 
izby poselskiej z województw. Ale ponad tymi elementami wy- 
rasta dopiero na sejmie kwiat ideologii parlamentarnej szlacłicica 
polskiego, liberum veto sejmowe ; z tego nasienia dopiero po- 
tem wyrośnie veto sejmikowe. To też dopiero ten, kto pozna 
comitia, zrozumie należycie comitiola, jak nazywano czasem sej- 
miki, niby sejmy w miniaturze. 

Jednomyślna elekcya króla viritim nie omieszkała i tutaj 
wywrzeć swego wpływu. W miarę tego, jak prawdą stawało się 
zapatrywanie, że wola zbiorowa narodu tworzy się z harmonii 



— 209 — 

pragnień poszczególnych obywateli, już i na sejmach instrukcya 
nie mogła utrzymać w rygorze delegatów swego województwa. 
Rozbicie jedności wojewódzkiej na sejmie napotykamy wpraw- 
dzie bardzo wcześnie. Już za Zygmunta Starego słychać o sa- 
modzieinem poczynaniu pojedynczych posłów, np. Spławskich 
na sejmie 1545 r., i o wyłamywaniu się ich z pod woli woje- 
wództwa ')... W dobie walki o naprawę Rzplitej, pomimo karno- 
ści, cechującej naogół izbę poselską, rozłam, wytworzony przez 
reformacyę w województwach i powiatach, jaskrawo niekiedy wy- 
stępuje na jaw, np. w odosobnionym proteście Rusockiego na 
sejmie piotrkowskim r. 1565 -). Sejm lubelski głosuje zawsze 
podług województw, ale wota poszczególnych posłów jednej 
ziemi są nieraz rozstrzelone; dotyczy to zresztą przeważnie gło- 
sowań w kwestyach porządkowych i taktycznych ^). Częstokroć 
rozprzęga się spójnia wojewódzka podczas bezkrólewi. Jeżeli 
na zjeździe elekcyjnym głosują województwa, ma to na celu 
tylko ułatwienie dyskusyi oraz ostatecznego obrachunku suffra- 
giów, nie zaś wytworzenie jednolitych uchwał wojewódzkich ; 
nieraz dają się słyszeć vota separata poszczególnych wyborców, 
np. województwo lubelskie głosuje d. 21 listopada 1575 r. za 
Piastem, „wyjąwszy dwóch tylko", plocczanie podobnież — 
„wyjąwszy kilka osób" ^). Podczas głosowania nad ogłoszeniem 
bezkrólewia d. 31 sierpnia 1574 r. część posłów bełzkich, powo- 
łując się na mandaty, wotuje przeciw bezkrólewiu, a część za 
bezkrólewiem^). Na sejmie koronacyjnym 4 marca 1576 r. sprawa 
odroczenia koronacyi wywołuje podział zdań wśród posłów płoc- 
kich, mazowieckich, rawskich, podlaskich, kujawskich, łęczyckich, 
sieradzkich, sandomierskich*^). Takież rozdwojenie widzimy na 
sejmach 1582 i 1585 r. '). Późniejsze przykłady zbyt są liczne, 
aby je warto było wyszczególniać. Osłabienie jedności delegacyi 
ziemskiej na sejmie sprowadzało tylko dezorganizacyjne skutki» 



') Listy Zebrzydowskiego, No 38. 

2) Dyaryusz sejmu piotrkowskiego, 285. 

3) Kojalowicz, j. w., str. 30, 42, 131, 144, 197, 225, 232 i in. 
•*) Orzciski, j. w., 434. 

5) Orzeiski, j. w., 248-52. 
^) Orzciski, j. w., 587 sq. 
') Dyaryiisze sejmowe r. 1585, str. 217, 337. 

14 



— 210 — 

zaostrzało opozycyę jednostek, ale nie miało żadnych następstw 
dodatnicłi. To, co sprzęgało wybrańców jednego województwa 
w oporze przeciwko pozostałym posłom — icłi rola, jako 
mandataryuszów ziemskicli — pozostawało nietkniętem. Uczono 
się przytem patrzeć przez szpary na nadużycia poselskie, bo izba, 
szanując delikatnie honor kolegi-oponenta, rzadko domagała się 
odeń okazywania instrukcyi ^). 

Środka zaś do usunięcia nadużyć szukano w jak najściślej- 
szem ograniczaniu pełnomocnictw poselskich. Nie zmniejsza się 
wprawdzie zastęp odosobnionych przeciwników mandatu nakaz- 
czego, ale składają go przeważnie senatorowie i publicyści, gdy 
tymczasem izba dość rzadko zdobywa się nawet na umiarkowaną 
naganę sejmikowego despotyzmu -). Bielski opowiada, jakie swary 
powstały na sejmie elekcyjnym 1587 r., kiedy posłowie uchwa- 
lili to i owo wbrew instrukcyom ^). Nawet tak zasłużony i wy- 
trawny parlamentarysta, jak Swiętosław Orzelski, nie ustrzegł 
się dwukrotnie ostrych wyrzutów ze strony wyborców za prze- 
kroczenie instrukcyi (w r. 1590 i 1597)"^). Tu i ówdzie sejmiki 
żądają od posłów złożenia przysięgi na wykonanie instrukcyi — 
według Łebińskiego, pierwszy raz miało to miejsce w Opatowie 
1612 roku ^). Konstytucya 1589 r. (art. 43) stanowi, że nadal 
„dawać sprawę mają posłowie, z każdego sejmu przyjechawszy, 
[to] co sprawili na przeszłym sejmie przed bracią, na elekcyej 
tej, gdy deputaty na trybunał obierać będą" *'), a sejm 1591 r., 
składając w osiem niedziel po pożegnaniu króla sejmiki rela- 
cyjne „dla dania liczby przez posły braciej, dla obierania po- 
borców i deputowanych szafarzów", uważa za stosowne warować 



') Na sejmie warszawskim 1563 r. (29 listopada) posłowie prosili króla, 
„aby wiarę dawał każdym ich powieściom, a do tego nie przywodził, żeby się 
oni poruczeństwa swego sprawować mieli", Zródłopisma, t. II, str. 216. 

2) Warszewickiemu na sejmie konwokacyjnym 1 września 1574 r. odpo- 
wiedziano, że nikt nie może być zmuszany do wykonania mandatów, zgubnycli 
dla Rzplitej, że obowiązek posła jest dobrowolny, że żadne województwo nie 
posiada władzy narzucania woli swojej wszystkim innym, Orzelski, 254. 

3) Kroniki dalszy ciąg, wyd. Sobieszczańskiego r. 1851, str. 35. 

4) Tom wstępny, str. 83-6, 214-20. 

5) De nuntiorum terrestrium in Polonorum Republica origine, conditione, 
rebus gestls (1468—1668), Vratislaviae, 1863. 

6) Vol. Leg. II, 1273. 



- 211 — 

choćby jednorazowo te „zjazdy takowym pokojem i bezpieczeń- 
stwem..., jako prawo jest o sejmach napisane" ^). Ostrożność ta 
nie była zbyteczną, skoro na zjeździe sandomierskim 1606 roku 
szlachta buntownicza, nie zadawalniając się tą presyą, jaką na 
nieposłusznych posłów wywierać może sejmik, żądała, aby po- 
słowie osobiście zdawali sprawę z czynności na popisie pospo- 
litego ruszenia 2). 

Wobec ustalonej już teraz powagi uzupełniających się na- 
wzajem zasad jednomyślności i mandatu nakazczego, jest rzeczą 
ważną i ciekawą przyjrzeć się, za pomocą jakich to procedur 
sparaliżowane sejmy mogły wydawać całe folianty konstytucyi. 
Szczegółowego regulaminu w dzisiejszem znaczeniu nie było; 
te ogólnikowe prawidła, któreby można oznaczyć taką nazwą, 
wyrobią się dopiero w wieku XVII, i mieć będą na celu nietylko 
skuteczność obrad, ale i skuteczność protestów. Niektóre nie- 
zbędne przepisy układała izba poselska na początku sejmu, 
w miarę potrzeby (Anglicy powiedzieliby może : by standing 
crder)^). Królewskie listy i orędzia na sejmiki oraz parafrazujące 
je zazwyczaj propozycye tronowe"*), wygłaszane przez usta 
kanclerzy, w słabym zaledwie stopniu potrafiły skupiać myśli 
i przewidywania szlachty na pewnych projektach de legę ferenda. 
Część sejmików wypowiadała się wyraźnie za wnioskiem lub 
przeciw, niektóre dawały na ogólnikową propozycye ogólnikowe 



1) Vol. Leg. 11, 1377. 

2) Rembowski, Rokosz Zebrzydowskiego, 86, 296. Stadnicki mówił: 
,, Kiedy się zjadą aż na deputacki sejmik w pół roku po sejmie, to dziękuje 
uboga śiachta za niecnotliwą robotę ich : WM. dziękujemy ; kłaniają się, zdej- 
mują czapki, a nie wiedzą za co, a oni ich zdradzili ! Ale kiedy na okazowaniu, 
a prędko się stawił, wneteczki to tam będzie ten, co źle robił, ten niecnotliwie 
robił, a zaraz zapłaty wezmą za roboty swoje złe, a dobrzy także za prace 
swe dobre". 

3) Np. na sejmie r. 1606 ,,po odprawieniu wot senatorskich na propozy- 
cye szli pp. posłowie do swej izby, rząd między sobą namawiali i postanowili 
godzinę do schodzenia się między 8 a 9 na półzegarzu. Więc żeby nikomu, 
ktoby posłem nie był, w izbic poselskiej być z sobą nie dopuszczali. Wotowa- 
nie żeby było po województwach ; ażeby się jeden drugiemu w wotum nie 
wtrącał", Sobieski, Pamiętny Sejm, 99. 

■♦) Por. zdanie M. Mieleckiego na sejmie 1585 r. 17 stycznia, Dyaryusze, 
str. 25: „Taki jest dawny obyczaj, iż instrukcya, którą dawają na sejmiki 
idem est z propozycyą W. K. Mci". 

14* 



— 212 — 

i niezupełne odpowiedzi, inne wprost zbywały ją milczeniem — 
a wtedy od uznania posłów zależało interpretować owo milcze- 
nie, jako zakaz lub jako zgodę, względnie — odnosić całą sprawę 
do braci. Najrzadziej udawało się osiągnąć na wszystkich sej- 
mikacli jednomyślną uchwałę. O ile żądania instrukcyi brzmiały 
niejednogłośnie, nieraz mogło się zdarzyr e artykuły jednych 
sejmików zawierały się w artykułach innyc^., jako ich część skła- 
dowa ; albo też różne instrukcye dawały się logicznie porównać 
z rozmaitymi stopniami jednej i tej samej tendencyi ogólno- 
szlacheckiej. Wówczas konkluzya zależała od tego, czy daną 
materyę ogół szlachty uważał za swą ofiarę, ustępstwo, czy też 
za nową zdobycz. W pierwszym wypadku oczywiście redukowano 
projekt do minimum, rzadko do maximum, i to pod warunkiem 
zatwierdzenia go przez oporne sejmiki, — jak to widzimy na 
przykładzie uniwersałów poborowych z czasów, kiedy decentra- 
lizacya nie doprowadziła jeszcze do uchwalania nierównych miar 
podatku dla pojedynczych województw. Dziwniejszym wydaje 
się objaw, że wtedy, gdy artykuły nie zgadzały się co do za- 
kresu ustępstw, żądanych od króla, izba poselska, „konklu- 
dując zgodę", przychylała się nieraz do bardziej krańcowych, 
wygórowanych wymagań. W braku innych — prawnych, czy też 
„konwencyonalnych" ') — reguł usuwania kolizył między po- 
słami albo województwami, jedyną dewizą, streszczającą zasady 
tworzenia uchwał naszego „stanu trzeciego", było: dać jak naj- 
mniej, wziąć jak najwięcej. 

Powiedzieliśmy: „tworzenia uchwał", bo o głosowaniu 
właściwem rzadko jedynie bywa tu mowa. Głosowanie ujawnia 
stosunek liczebny zdecydowanych zwolenników i przeciwników 
wniosku, który następnie przeistacza się w uchwałę z mocy sa- 
mego prawa, jeżeli stało się zadość konstytucyjnym wymaganiom 
% większości i giiorum (=% uczestników głosowania). Nic ta- 
kiego nie odbywało się ani w senacie, ani w izbie. Wota sena- 
torskie mają wprawdzie na celu wypowiedzenie ustalonych prze- 
konań, ale podobnie, jak głosy poselskie, nie tworzą decyzyi 



') W znaczeniu angielskich „constitutional conventions", t. j. reguł, uzna- 
nych za obowiązujące dlatego, iż każdy, ktoby ich nie zastosował, ostatecznie 
doszedłby do złamania prawa. 



— 213 — 

ostatecznej. Przy zamknięciu sejmu i senator i poseł na- 
równi mogą protestować przeciw zapadłym juz uchwałom. To też 
na głosowanie senatu, zwłaszcza przy zagajeniu sejmu, spoglą- 
dano zwykle, jak na pouczającą dyskusyę, której przysłuchiwać 
się mają król i posłowie ^). 

Porządek oddawania głosów w izbie niższej, uregulowany 
po raz pierwszy, jak się zdaje, za Zygmunta I (1523) 2), został rozwi- 
nięty i ustalony za następnego panowania, z alternatą pierwszego 
głosu między trzema „górnemi" województwy prowincyi Wielko- 
polskiej, Małopolskiej i Litewskiej. Okoliczność ta nie jest obo- 
jętna przy badaniu genezy liberi veto. Gdyby „górne" woje- 
wództwa nie miały stałego pierwszeństwa w zabieraniu głosu, 
nie wyprzedziłyby one tak znacznie w politycznem wyrobieniu 
innych ziem. — nie stałyby się potęgami, przełamanie których 
wydawało się szlachcie niepojętym gwałtem ; ziemie pośledniejsze, 
nieraz ignorowane przez kolegów, nie znajdowałyby przykładu 
do naśladowania w województwach „górnych". 

Wypowiadanie zdań w kole poselskiem, między innemi, tem 
się różni od wotów senatorskich, że niezawsze pomyślnie i bez 
przerwy dobiega do końca, często natomiast inauguruje swobo- 
dną dyskusyę polemiczną. Jak tylko zachodzi różnica poglądów, 
wotowanie zahacza się i następują rozprawy. Rozmaici mówcy 
mogą wtedy zapisywać się do głosu, przymawiać się albo nawet 
wyrywać się „interlocutorie" . Ale polemizując, zamiast walczyć 
argumentami, zazwyczaj upierają się przy swych oświadczeniach, 
„nie pozwalają" a outrance nietylko na rady i wnioski, ale i na 
osobiste poglądy preopinantów ^). W dyaryuszach sejmowych 
nieraz czytamy, że posłowie „nie pozwalają" na protesty i „kon- 
tradykcye" *) kolegów, że na zjeździe elekcyjnym stronnicy pe- 



') Lengnich, Jus piiblicum Rcgni Poloniae, ed. 2, II, 391 : „Non tamcn 
ideo sententiae a senatoribus dicuntur, ut ex illis aliquod decernatur, sed ut 
nuntii edoceantur, quid e publica re sit". Por. słowa Mieleckiego na sejmie 
1585 r. : Na propozycyę „panowie Rady zdania swoje powiadają przy bytności 
panów posłów, aby też oni stąd pochop wzięli, do czegoby się przychylać mieli", 
Dyaryusze sejmowe 1585 r., 25. 

2) Akta Tomiciana, VI, 341-3, Tomicki do Szydlowicckiego 24 listop. t. r. 

3) Por. n. p. Barwiński, Dyaryusze sejmowe r. 1597, str. 90. 

■*) N. p. : ,,na te kontradykcye ichm. księża biskupi nie pozwolili" — 
31 lipca 1648, na konwokacyi, Dyaryusz w Ms. Bibl. Jag. 3566. 



— 214 — 

wnego kandydata „pozwalają" nań, zamiast wprost żądać od- 
dania mu korony. Dziwaczna ta koncepcya jest odbiciem biernego 
stanowiska, jakie — przynajmniej w teoryi — zajmowało koło 
poselskie wobec inicyatywy prawodawczej króla. Walka o na- 
prawę Rzplitej wyrwała stan rycerski z tej bierności, ale nie 
zdołała z umysłów jego wyrugować poglądu na czynność posłów, 
jako przedewszystkiem obrońców ustaw obowiązującychi. Stąd 
popularne a bałamutne porównanie posłów do trybunów rzym- 
skich, stąd konserwatywne hasła „egzekucyi", „naprawy" i t. p., 
pod któremi przeprowadzano najważniejsze reformy za Zygmunta 
Augusta. Negacya woli większości zawsze zwraca się przeciw ini- 
cyatywie, broni istniejącego stanu rzeczy. Jednomyślności też wy- 
magano dla zmiany istniejącego porządku, a nie dla zachowania 
go. Wyznawcom zgody powszechnej nie takby było łatwo zwal- 
czać zasadę większości, gdyby ogół społeczeństwa przejrzał, iż 
opozycya województw i jednostek nie jest obroną przeciw 
gwałtowi, lecz aktem rządów mniejszości, pogwałceniem swobody 
narodu przez samowolę jednostek. 

Dowody ad hominem nieraz mają przewagę w izbie nad roz- 
prawą rzeczową. Stronnictwo inicyatywy ucieka się do próśb, oporni 
— do instrukcyi. To się nazywa „ucieraniem" artykułów — nazwa, 
użyta nawet w konstytucyi ^). Szlachta lubi to „ucieranie", widzi 
w niem objaw wolności, na deputacye redakcyjne patrzy po- 
dejrzliwie -). W pewnej chwili marszałek, bądź z własnego po- 
pędu, bądź' też na żądanie części izby, „puszcza projekt per 
vota" (albo: „per turnum", „przez województwa"). Oczywiście, 
czynią to nie w tym celu, aby wyzwolić decyzyę izby i przygotować 
grunt do konstytucyi, lecz jedynie dla przekonania mniejszości, jak 
dalece przewyższają ją przeciwnicy. Jest to więc manewr taktyki par- 
lamentarnej, a nie formalny akt prawny. Od członków izby zależy 
zgodzić się nań lub nie zgodzić, i resztki takiej fakultatywnej 
rnocy zachowała reguła większości w naszych obradach wyjątkowo 



1) Konst. 1611 r., Vol. Leg. III, 16. 

2) „Konstytucyej aby panowie posłowie przez deputaty nie stanowili, ale 
po jednym artykule aby odprawowali i konkludowali", żąda szlachta krakowska 
w instrukcyi z d. 15 lutego 1590 r., Kutrzeba, I, 146. 



— 215 - 

nawet w wieku XVIII '); zgadzano się na nią raczej w kwestyach 
formalnych, niż merytorycznych, kiedy zwolennicy tych lub owych 
procedur nie umieli policzyć się z siłami, albo też, bagatelizując 
formy, chcieli się zabrać do istoty rzeczy. Wówczas zdawano się 
na większość, jak na los szczęścia, czasem nie bez reservatio 
mentalis, aby odrzucić wynik niepomyślny -). Pobudką do nie- 
zgadzania się na suffragia („turnus") bywała obawa, iż wypadnie 
motywować swe głosy. Chociaż bowiem prawo pozwalało naj- 
drobniejszym nawet mniejszościom „domawiać się" i obstawać 
przy swym głosie, sama przyzwoitość nakazywała je czemś uza- 
sadnić, chociażby instrukcyą. Protesty w imię samego tylko 
wolnego głosu mogłyby jeszcze ściągnąć na opornych podejrze- 
nie o korupcyę. Zresztą wszystkie postanowienia, dotyczące we- 
wnętrznego porządku izby, jak wyznaczanie komisyi, usuwanie 
arbitrów przed odczytaniem „skryptu ad archivum", zapadają, 
jak i akty właściwego ustawodawstwa, za jednostajną zgodą 
zgromadzonych. Przy niektórych tylko analogicznych czynno- 
ściach, np, przy wyznaczaniu deputacyi do króla, a w później- 
szych czasach — i do posła, tamującego działalność sejmu, za 
wystarczającą gwarancyę bezstronności uchodzi nominacya przez 
marszałka, jako męża zaufania całej izby. Zaufanie to jednak nie 
polega na prezumpcyi jednomyślnego obioru, lecz wspiera się na 
pewnych przesłankach fikcyjnych. Przekonywa o tern pobieżny 



') Prochaska, Akta grodź, i ziemskie, XX, przedmowa, str. XVI, przytacza 
taki pizyklad z r. 1720 (na sejmiku wiszyńskim). 

2) Dziwne wahania ujawnia w takim wypadku izba poselska Sejmu In- 
kwizycyjnego r. 1592: w kwestyi, „jeżeli propozycyej słuchać albo nie, major 
pars na to propendebat, i potem wszyscy do tego się przychyieli" ; gorętsi żą- 
dają już po zapadłej decyzyi, aby zastrzedz, że zaraz po głosowaniu senatorów 
na propozycyą zacznie się śledztwo przeciw królowi; nastaje spór i nazajutrz 
(10 września) izba rekwirujc zdania senatorów, t. j. zdaje się jakgdyby na ich 
orzeczenie, odstępując od własnej decyzyi ; 1 1 września znów zgoda co do słu- 
chania propozycyi i wotów senatorskich, lecz jest wątpliwość, że część samego 
senatu chce odraza mówić o śledztwie. Izba w poczuciu swej impotencyi zdaje 
się na króla, żeby „apud senatum interponeret auctoritatem suamd), jakoby do 
zgody przywiódł". Senat także nic urTiic wyjść z dylematu, który „modus in- 
ąuisitionis" przedłożyć posłom : Karnkowskiego czy też Jerzego Radziwiłła, 
i też przedkładając oba, zdaje się na wybór izby poselskiej. Barwiński, Dyary- 
sze i akta sejmowe, r. 1591-2, 208-10, 245. 



- 216 — 

rzut oka na sposób elekcyi marszałków w badanym przez nas 
okresie. Dygresyę tę usprawiedliwi dostatecznie wzgląd, że od 
czasów Sobieskiego sejmy nieraz zrywały się „na elekcyi", a nawet 
przed elekcyą marszałka. 

W konstytucyachi głucho o tym przedmiocie. Brak przepi- 
sów obowiązujących! otwierał pole dość skomplikowanym pomy- 
słom i wyrachowaniom. Bo też czynność „dyrektora" miała nie- 
kiedy wpływ decydujący na cały dalszy bieg obrad, a sejmikom 
trudno było podciągnąć obiór jego pod władzę swoich nakazów — 
brakowało przyzwoitego pretekstu do takich uroszczeń. Długo 
nie było ustalonego poglądu ani na to, czy rachować głosy, ani 
tembardziej na to, jak je rachować. Grono sejmujące w r. 1592 
uznaje snąć potrzebę jednomyślności, ale nie odrazu umie ją 
osiągnąć^) Obiór Myszkowskiego w r. 1597 zachodzi singulan 
quodam et raro antea usitato consensu atgue applausu": przed- 
tem więc nieraz już obywało się bez takich harmonijnych aplau- 
zów -). „Alterkacye" wyborcze na „pamiętnym" sejmie r. 1606 
kończą się niespodzianym obiorem kompromisowego kandydata, 
dokonanym podobno większością ^). Taki obrót istotnie przybie- 
rała stopniowo kwestya sposobu obioru marszałka; ale na jej 
gruncie powstawała zaraz dalsza wątpliwość. Głosować można 
było według województw, sejmików, powiatów albo trybem wi- 
rylnym. Na sejmie r. 1611 pierwsze głosowanie odbywało się 
podług województw, „przytem, w którem się województwie nie 
zgodzili na jednego, tego nie pisano". Większość (15 głosów 
przeciw 9) otrzymał Daniłowicz. Wtedy mniejszość zażądała gło- 
sowania powtórnego „nie po województwach, ale po sejmikach, 
t, j., ile sejmików w którem województwie bywa, tedy z każdego 
sejmiku kreska, tych powiatów nie licząc, które osobnych sejmi- 
ków nie mają". Daniłowicz po długich sporach ustąpił (29 wrze- 
śnia); znów tedy przeprowadzono głosowanie podług województw. 
Swoszowski (20 gł.) zosłał marszałkiem po rezygnacyi Mieleckiego 
(9 gł.). Trudno stąd wyrozumieć, czy obiór byłby ważny, gdyby 
wraz z Mieleckim nie zechcieli rezygnować ci, co nań głosowali, 



') Ob. Dyaryusz niemiecki u Barwińskiego, 383. 

2) Ob. Dyaryusz łaciński u Barwińskiego, 127. 

3) Sobieski, 69-70. 



— 217 - 

ale bądź co bądź elekt nie mógł uważać się za wybrańca wszyst- 
kich posłowi). Na sejmie 1627 r. (12 października), „zwyczajna 
kontrowersya była" o obiór marszałka, „jeżeliby yi/itim albo per 
paLatinatus obrany być miał". Mazurowie żądali głosowania wi- 
rylnego, wreszcie zgodzili się wyjątkowo na obiór podług sejmi- 
ków 2). Podczas konwokacyi 1632 roku tenże spór wybucłia na 
nowo d. 22 czerwca, i izba oświadcza się za głosowaniem przez sej- 
miki^). Inny znowu sposób przeważył na sejmie 1638 r. d. 10 marca: 
„posłowie jedni chcieli mianować marszałka przez województwa, 
drudzy cum protestatione nie chcieli, tylko viritim, a ci byli 
panowie mazurowie. Tandem VLritim obrany jest marszałkiem 
jmć p. Łukasz Opaliński... iinanimi consensu omnium, cum pro- 
testatione, żeby tego słówka v i r i t i m nie wciągać do inszycłi 
rad (consiLia) Reipublicae" ^). Pierwszy wiadomy nam przykład 
obioru marszałka większością głosów wirylnych miał miejsce na 
sejmie grudniowym 1613 r. ^). Później przeważył zwyczaj głoso- 
wania przez deklaracye województw, przy czem dość starannie 
wystrzegano się tak zwanego „placet", t. j. aklamacyi '^). Jeżeli 
nie udawało się skończyć sprawy „zgodnie", „wolnymi głosa- 
mi", to poprzestawano na wyraźnej większości. Tak było mia- 
nowicie w wypadku z Feliksem Potockim na elekcyi Michała 
(r. 1669)'), z Krzyckim na koronacyi tegoż ^), z Kierdejem na 



') Początek dyaryusza tego sejmu w Ms. 102 Bibl. Jag. 

2) Całkowity, lecz krótki dziennik w Ms. 166 Bibl. Jag.; dosłownie takie 
same zastrzeżenie robili cierpliwi mazurowie przed rokiem : Dyaryusz s. 1626 r. 
-w Ms. 790 Bibl. Ord. Kras. 

3) Ob. Teka Narusz. 124, dyaryusze konwokacyi i elekcyi. 

4) Ms. Bibl. Jag. 2274. 

5) Teka Narusz. 108, votum ks. Szyszkowskiego, bisk. płockiego. 

6) Tak obrany został Jakób Szczawiński 3 listopada 1620 r. : ob. Dyary- 
usz tego sejmu w Ms. 790 Bibl. Ord. Kras. Dyaryusz sejmu elekcyjnego r. 1674 : 
Benedykt Sapieha obrany „nie kreskami, ale przez deklaracye zgody z każdego 
województwa, bo nań zgoda wszystkich była. I chcieli go już byli obrać per 
verbum placet, gdyby non obstitisset consuetudo" (Ms. Bibl. Czartor. 426). Po- 
dobnie Sapieha koniuszy litewski w Grodnie 17 grudnia 1678 r. (tamże). 

') Zawadzki, Historia arcana, 9: „vincentibus nihilominus suffragiis" 
pomimo opozycyi Litwinów. 

^) Dyaryusz sejmu koronacyjnego: .stanął prawie nemine contradicente", 
<Ms. Bibl. Czart. 426). 



— 218 — 

sejmie wiosennym roku 1670 '), z Hieronimem Lubomirskim 
w roku 1681 '). 

Podobnych wahań nie znało zgromadzenie poselskie w uchwa- 
laniu wniosków prawodawczych. (Używamy tej nazwy w sensie 
zupełnie formalnym, rozumiejąc przez nią materye „sejmowe", 
t. j. uchwalane za zgodą trzech stanów). Jednomyślność obowią- 
zuje tu bezwględnie, jak również zwyczaj głosowania woje- 
wódzkiego, tłómaczony zresztą inaczej, niż przy elekcyi marszałka,^ 
ponieważ rozbite głosy nie są tu pomijane w rachubie. Po prze- 
głosowaniu, o ile mniejszość nie ustępuje, odbywa się częstokroć 
głosowanie drugie, trzecie nad tym samym wnioskiem. Naprzy- 
kład, na konwokacyi po ucieczce Henryka, chociaż w pierwszem 
głosowaniu nad ogłoszeniem bezkrólewia ogromna większość 
oświadczyła się za wnioskiem (31 sierpnia), odbyło się po 10 
dniach nowe głosowanie nad poprzednimi wnioskami z dodanym 
trzecim, kompromisowym. Żaden nie uzyskał powszechnego uzna- 
nia ^). Z lepszym skutkiem „ucierano" trzykrotnie propozycyę 
odroczenia koronacyi infantki 4-7 marca 1576 r. : dość znaczna 
w pierwszem głosowaniu opozycya stopniała w drugiem, i znikła 
zupełnie w trzeciem "*). 

Niekiedy puszcza się przez województwa wniosek nieco 
zmodyfikowany; np. na sejmie piotrkowskim 1565 r. trzykrotnie 
zmieniano cedułę przeciwko juryzdykcyi księżowskiej, zanim 
czwarta redakcya zjednoczyła umysły wotujących ^). To znowu 
większość i mniejszość wyznaczają w równej liczbie mówców 
generalnych, którzy, „zebrawszy w kupę" argumenta obustronne, 
urządzają nad nimi dysputę akademicką i, jak przed kratkami 
sądowemi, usiłują się nawzajem pokonać — manewr, praktyko- 
wany też w Aragonii i w Szwecyi, a mający ułatwić zbyt tro- 
skliwym o powagę swej opinii adwersarzom wycofanie się z ho- 
norem. Jak dalece był on zawodnym, świadczą bezowocne za- 
pasy krasomówcze Zbąskiego z Warszewickim na sesyi konwo- 
kacyi d. 1. września 1574 r. w sprawie ogłoszenia interregni^)^ 



1) Zawadzki, 112: „praevaluit... pluralitate votorutn"'. 

2) Teki A. Pawińskiego, VI, 96 ; Teka Lukasa, Ms. Ossol. 3000. 

3) Orzelski, 248—52, 266—7, 
*) Orzelski, 587. 

5) Dyaryusz sejmu piotrkowskiego, str. 265 i nast. 



— 219 — 

Ucieranie wniosków pozostawiło niezliczone a oryginalne 
ślady w Woluminach Legum. Czyż można sobie pomyśleć coś 
bardziej zawikłanego, ciężkiego, coś niedołężniej zredagowanego, 
jak te wielopiętrowe teksty ustaw XVII i XVIII wieku? Mo- 
tywacye przeplatają dyspozycye, dyspozycye wloką za sobą san- 
kcye, wtrącone ograniczenia osłabiają na każdym kroku sens 
przepisów. Mówiąc ówczesnym stylem : multum non multa, quid- 
quid constituunt codices prostituunt appendices ; pełno kazuistyki, 
kruczków, ustępstw i kompromisów na prawo i lewo, mało ja- 
snej myśli i stanowczej woli, a i tę myśl, która się tam zawiera, 
zrozumieć można dopiero, przeczytawszy z rozpędu pół stronicy. 
Chciałoby się spytać panów prawodawców: dlaczegoście nie po- 
dzielili tego dla przejrzystości na krótkie paragrafy ? Rzecz pro- 
sta, dlaczego nie podzielili. Nad paragrafami można głosować 
tam, gdzie jest wogóle głosowanie i gdzie jest pewność, że 
sprawa nie uwięźnie przed uchwaleniem dalszych artykułów, więc 
zamiar inicyatorów nie ulegnie przez to spaczeniu. Gdzie zaś 
pewności takiej niema, gdzie zaczajony kontradycent może wy- 
skoczyć w pewnej chwili, aby urwać całą resztę, a pozostawić 
dogodny dla siebie początek ustawy, tam niema innej rady, jak 
spleść nieskończony węzeł frazesów i p-otem całą forsą przepy- 
chać go en bloc przez izbę. 

Głębsze i szkodliwsze ślady zostawiła praktyka izby w duszy 
narodu. Życie parlamentarne we wszystkich krajach dawało i daje 
podnietę poważnej dyskusyi, rozwija publicystykę, kształci opi- 
nię publiczną. U nas inaczej. Jaką szkołą polityczną był sejm 
polski, łatwo zgadnąć. Był, według doskonałego wyrażenia An- 
drzeja Chryzostoma Załuskiego, „najznakomitszem miejscem roz- 
bicia umysłów", locus naufragU ingenlorum celeberrimus'^). Był 



') Zdaniem Orzelskiego, 251, który zresztą sam sekundował Zbąskiemit 
w dyspucie, „palmę zwycięstwa odniosło zdanie lepsze i zdrowsze, które obsta- 
wało za bezkrólewiem". Takież wrażenie miał pewien stronnik rakuzki, a więc 
również zwolennik bezkrólewia, por. Zakrzewski, Po ucieczce Henryka, str. 150,. 
nota. Przeciwnie, nuncyusz Wincenty Laureo utrzymuje, że .a due di ąuesto per 
rcloąuenza e valore del Warszewicki clie fu di gran lunga superiore allo Zbą- 
ski, si determino in senato, chie non sia interregno", Wierzbowski, V. Laureo, 86. 

2) De exorbitantiis comitialibus in consuicndi et concludendi modo, w Epi- 
stolae łiistorico-familiares, t. I, cz. 2, str. 746. 



- 220 - 

■szkołą uporu i chwiejności poglądów, bo od uporczywej kontra- 
dykcyi, a nie od liczby i wartości głosów zależało, na którą 
stronę przychyli się znudzona, zmęczona izba. Niwelował, zabijał 
prawdziwe talenty polityczne, bo nie tęgi mózg, lecz miedziane 
czoło, a nadewszystko „plecy" zapewniały powodzenie. Nie wznie- 
cał podniosłego nastroju, tylko, w najlepszym razie, patryotyczne 
przygnębienie, żale bez końca nad niełaską losów, niemęskie na- 
rzekania, zwalanie winy nieszczęść na fatum, na króla, senat, byle 
nie na własne niedołęstwo sejmujących i zwierzęcy egoizm „braci". 
A co najgorsza, nie wytwarzał poważnej, zrównoważonej opinii. 
Gdzie decydował mandat, a nie rozum obywatelski, tam logika 
nie miała nic do powiedzenia. Można było sobie obiecywać po- 
żądany skutek, działając na zmęczone nogi, zesztywniałe grzbiety, 
zgłodniałe brzuchy, w ostateczności na uczucia, tylko nie na ro- 
zum izby 1). Odwoływano się też do najróżnorodniejszych uczuć 
oponenta : najczęściej ustępował on przed rozczulającemi lub 
natarczywemi prośbami kolegów, przed zaszczytną dla szaraczka 
perswazyą deputacyi senatorskiej, a czasem nawet przed zakuli- 
sowym argumentem hetmańskim, o którym opowiada „Skrupuł 
bez skrupułu" -). Inteligentnych i patryotycznych posłów musiała 
powstrzymywać od wygłaszania poglądów szerokich, twórczych, 
sama obawa, że trudniej im potem będzie odstąpić od swych 
zdań w imię jednomyślności, a warcholstwo wyzyska ich wywody 
dla swoich celów. 



') „Esurie, siti, yigiliis, dolore stantium pedum fatigati, mansuetiores 
facti" — słowa Załuskiego, j. w., 749. 

2) Wyd. 1741 r. E. „Prócz innych przykładów, powiadają: ks. Janusz 
Radziwiłł, woj. wil. i hetman w. 1., starał się o jakąś konstytucyę in favorem sui, 
na która żadną miarą poseł litewski pozwolić nie chciał, ani przyjąć prośby ; 
uprzykrzyło się to łebskiemu owemu hetmanowi, posyła w senacie susurronem 
do kontradycenta, że mu „sto kijów każę dać, choćbym miał zginąć", a kontra- 
dycent zaraz rzekł w głos : „Yictus rationibus Księcia Jmci, pozwalam". — O sku- 
teczności płaczu ob. Orzelskiego 277 ; Dyaryusze sejmowe r. 1585, str. 288. 



ROZDZIAŁ V. 

Głosy publicystów przeciwko zasadzie jednomyślności. Dlaczego nie należy do 
nich Modrzewski? Piotr Skarga wrogiem demokracyi i parlamentaryzmu. Sta- 
nowisko królów : Batorego, Zygmunta III, Władysława IV. Jan Zamoyski. Zdania 
spólczcsncgo senatu, zwłaszcza biskupów. Krytycy instrukcyi sejmikowych. 
Ocieski ; ,, Naprawa Rzplitej" (1573). Uniwersały królewskie. Senat przeciwny 
instrukcyom. Świetna mowa Ostroroga (1613). Publicyści. Jeszcze o nastroju 
izby poselskiej. Zboczenia wybitnych parlamentarystów z należytej drogi. Brak 
czynów. Rzadkie projekty reformy sejmowej za Zygmunta III. Dyskusya w r. 
1597. Inicyatywa dworu w r. 1606 przyczynia się do wybuchu rokoszu. Co są- 
dzić o roli Skargi na „Pamiętnym Sejmie". Projekt reformy elekcyi w r. 1631. 
Reakcyjna reforma, przygotowywana na elekcyi Władysława IV. Popularne pół- 
środki : żądanie obostrzeń przeciwko spóźniającym się posłom, próby wznowie- 
nia sejmików prowincyonalnych w XVII wieku. 

Nastrojem izby tłómaczy się najlepiej bezskuteczność usi- 
łowań wyższych, samodzielnycii umysłów, zmierzających do tego, 
aby uzdrowić sejmy oraz sejmil^i i zwalić zadawnione przesądy. 

Nie należy do tych wybranych, gdy mowa o krytyce sejmo- 
wania, twórca dzieła „O poprawie Rzeczypospolitej". Wielki, jako 
wyobraziciel spółczesnych prądów postępowych, jako zwiastun 
dalekiej epoki równości przed prawem, Modrzewski nie rozumie 
zupełnie i niedocenia ważności bieżących wypadków dla reformy 
parlamentarnej. Izbie poselskiej nie ma nic do powiedzenia prócz 
paru moralizatorskich sentencyi; broniąc zaś niezależności pierwia- 
stku monarchicznego wobec senatu, wygłasza ogólną doktrynę 
„ważenia", nie zaś liczenia głosów, i nieprzydatność reguły wię- 
kszości ilustruje zapomocą bajeczki o członkach, zbuntowanych 
przeciwko głowie '). Zato Górnicki, wielbiciel machiny państwo- 



') De Republica cmendanda, Bazylea 1559, str. 50-1. 



— 222 — 

Avej weneckiej, otwarcie zachwala zasadę, zganioną przez Mo- 
drzewskiego '). W tym samym duchu odzywają się Warszewicki -), 
Andrzej Rey z Nagłowic ^), Sebastyan Petrycy ^), Joachim Biel- 
ski °), Jakób Zawisza z Kroczowa ^), i mądry anonim szlachcic, 
co w r. 1606 zachwalał sejmikom wenecki tryb głosowania oraz 
szybkość rad neapolitańskich '). W następnem pokoleniu Spytek 
Ligęza, kasztelan sandomierski, zalecał sejmom 1635 i 1637 roku 
przyjęcie w obu izbach trybunalskiej zasady większości ^). Po- 
krewny duchem całej tej grupie pisarzy utalentowany publicysta 
Łukasz Opaliński z pewnością podziela pogląd Ligęzy, stojąc 
jednak na stanowisku bardziej monarchicznem i widząc w złem 
sejmowaniu tylko skutek złej przyczyny, t. j. osłabienia władzy 
królewskiej, niedość dobitnie zaleca majoryzm, a więcej pomysło- 
wości poświęca regulaminowi obrad sejmowych ^). Pod tym wzglę- 
dem nie stanowi Opaliński wyjątku: widzieliśmy na przykładzie 



1) Dzieła wszystkie, wyd. Lewentala, III, 120—4: Droga do zupełnej 
wolności. 

-) De optimo statu libertatis ; — Mowa na sejmiku mazowieckim, cyto- 
wana u Hoffmana, Historya reform etc, 77. 

3) Discursus politici de consiiio, consiiiario et concilio, sive consultatione 
conscripti 1607, 558, 561, cyt. Plebański, j. w., 231. 

•*) Polityki Aristotelesowej, to jest Rządy Rzeczypospolitej z dokładem 
ksiąg ośmioro, Kraków, 1605: „U nas dlatego nie biorą skutków swoichi sejmy, 
iż na tym są, aby wszyscy zgodnie się zezwolili na jedno, ale to nie może 
być w tak wielkiej wielkości ludzi i w takiej rozmaitości" (str. 169). ,,Co wię- 
ksza część ludzi uradzi, to ma być miasto wszystkich". 

^) Kronika, str. 1781 : „Rzecz bardzo niesłuszna, żeby dla jednego albo 
dwu województw l<onkluzya być nie miała. Przetoby słusznie, aby większa 
część, jako na trybunale, konkludowała". 

6) Wskrócenie prawnego procesu koronnego, 1613, wyd. Al. Winiarz, 
Kraków 1899, str. 40 — cyt. Rembowski w przedmowie do nowego wydania 
„Głosu wolnego" króla Stan. Leszczyńskiego, XXI. 

7) Sobieski, Pamiętny Sejm, 36. 

8) Votum na sejm walny warszawski, 1635 r. : „Czemuby też nie miały 
in consultando być wszystkie necessitates reipublicae per majorem partem sen- 
tentiarum na sejmach tak na dole, jako i na górze in senatu zawierane i defi- 
niowane?" Wyd. Turowskiego, Kraków, 1859, str. 30, 46, 49. 

9) Rozmowa plebana z ziemianinem, 1641. Por. też Tarnowski, Historya 
lit. pol. Warszawa 1906, II, 202 sq. ; Stefan Zawadzki, O pismach Łukasza Opa- 
lińskiego, Prace komisyi do badań nad historya literatury i oświaty. I, 291-363. 
Krytyka rad Opalińskiego u Konarskiego, O skutecznym rad sposobie, II. 



— 223 — 

Modrzewskiego i zobaczymy jeszcze nieraz w późniejszych cza- 
sach, że ostatecznie najgłębiej czuł potrzebę naprawy sejmów 
czysty republikanizm. Monarchistów głównie oburzało nie to, jak 
rządzi się Rzeczpospolita szlachecka, ale to, kto w niej rządzi. 
„To naszkodliwsza — głosił Skarga — iż (posłowie) moc sobie 
tak wielką przyczytają, którą królewskiej i senatorskiej przeszkodę 
czynią, a monarchią chwalebną i ludziom zbawienną, jako się 
rzekło, w dymokracyą, która jest w rządach ludzkich nagorsza 
i naszkodliwsza, i tu w tern królestwie tak szerokim niepodo- 
bna, obracają. To jest, iż chcą, aby szlachta abo lud pospolity 
przez posły swe rządził, bez nich król z radą swoją nic nie czy- 
nił, a na ich konkluzyą patrzył". Tymczasem — według słów 
Tocqueville'a — „z istoty rządów demokratycznych wynika, że 
większość musi tam panować bezwględnie, bo poza większością 
w demokracyach nic się nie ostoi". Cóż wynikło z tych dwóch 
przesłanek? To, że Skarga, jako wróg demokracyi, napiorunował 
się dużo na swary, zwady i wrzaski, na marudne obieranie mar- 
szałków, na uporczywe obstawanie przy instrukcyach, — ale par- 
lamentaryzmowi zdrowych zasad nie wpajał, przeciwnie, najzu- 
pełniej nie w porę chwalił męża „mądrego", który za wielkością 
person i liczbą większą nie idzie, gdzie prawdy nie widzi..., do 
dobrych i lepszych, nie do ludniejszych przystaje" \). Takich 
nauk szlachta nasza nie potrzebowała. 

Ośmiu pisarzy, przemawiających za uzdrowieniem parla- 
mentaryzmu — napozór to dosyć, ale na obszarze całego wieku, 
wśród bogatej publicystyki, zaprzątniętej innemi sprawami, ta li- 
czba ośmiu głosów okazuje się raczej zbyt szczupłą. Samotni 
nawoływacze nie znajdują oddźwięku na ławach sejmowych. 
Wśród zgiełku tłumnych zjazdów jeden drugiego jakby nie wi- 
dzą i nie słyszą, nie mogą wziąć się za ręce i kroczyć razem. 
Niema ciągłości w naszej literaturze politycznej czasów zygmun- 
towskich i późniejszych, bo niema atmosfery społecznej, w któ- 
rejby dobra myśl rzucona znajdowała rezonans. 

A przecież, staranniej poszukawszy, można tam znaleźć 
w każdem pokoleniu mężów stanu, gotowych, choćby chwilowo. 



1) Kazania sejmowe, wydanie Ign. Chrzanowskiego, Warszawa 1912, 340 
i passim. 



— 224 — 

do zwalczania zarówno jednomyślności, jak i instrukcyi na- 
kazczych. 

Wprowadzenia reguły większości pragną wszyscy po kolei 
królowie, chociaż nie po wszystkich pozostały wyraźnie sformu- 
łowane dezyderaty i projekty. Stefan Batory pisał w manifeście 
do Litwinów d. 9 lutego 1576 r. : „Jeżeli w każ ^j Rzplitej różne 
przekonania i zdania wynikają pomiędzy wolnu urodzonymi lu- 
dźmi w najważniejszych materyach, nie przeto ta sprzeczność 
ma szkodzić Rzpltej, lecz po roztrząśnięciu pytania wypada, aby 
mniejszość przystała do większości dla tern większego pożytku 
Rzpltej" '). Zygmunt III, chociaż osobiście nie sprzyjał parlamen- 
taryzmowi i przemyśliwał nad ustanowieniem „rządu bez repre- 
zentacyi sejmowej, z radą, złożoną z kilkudziesięciu senatorów" ^)^ 
niejednokrotnie przecież (wiatach 1591, 1597, 1605, 1611, 1613^ 
1615, 1616, a zapewne i później) podawał na sejmiki sprawę 
uporządkowania konkluzyi sejmowych, a w r. 1606, jak zoba- 
czymy niżej, otwarcie napomknął w uniwersałach o zniesieniu 
jednomyślności ^). Władysław IV i jego kanclerz, Jerzy Ossoliń- 
ski, obaj stosunkowo zaniało uwagi poświęcali wewnętrznemu 
rozwojowi Rzplitej i zbyt wyłącznie żyli marzeniami wielkiej po- 
lityki nazewnątrz, jednak parokrotnie wnosili sprawę porządku 
sejmowania (w r. 1638 i 1647), a przy sposobności czynami do- 
wiedli, że zgodę większości uważają za całkiem wystarczającą do- 
powzięcia uchwał sejmowych*). 

Jan Zamoyski, jak przystało na wychowanka Padwy i chwalcę 
senatu rzymskiego^), na elekcyi Zygmunta zapowiedział publi- 

1) Orzelski, 557. 

2) Aug. Sokołowski, Przed rokoszem (Rozpr, hist. fil. Akad. t. XV). str. 196. 

3) Uniwersał na sejm 1591 r., Tyg. literacki, Pozn. 1843, VI; wota sena- 
torskie na propozycyę sejmową 1597 r. w Dyaryuszu (Teka Narusz. 97); instru- 
kcya na sejmiki z d. 29 grudnia 1599 r. (tamże) ; wota senatorów na propoz. 
1605 r. Ms. Bibl. Czart. 341 ; instrukcya na sejmiki dana d. 12 czerwca 1611 r. 
Ms. Bibl. Jag. 110; wota senatorskie 1611 r. w dyaryuszu sejmowym, Ms. 
Bibl. Jag. 102; propozycya na sejmie (pierwszym) 1613 r., Teka Narusz. 108; 
instrukcya na sejmiki partykularne 12 lutego 1615, Ms. 5 Bibl. Jag. — Propo- 
zycya królewska na sejm walny r. 1616, Bibl. Czart. 370. 

4) Np. na sejmach 1637 i 43 r., Kubala, Jerzy Ossoliński, I, 154-7, 242. 
Propozycya w dyaryuszu r. 1638, Ms. Bibl. Jag. 2274 ; instrukcya na sejmiki 
r. 1647, Ms. 49 Bibl. Jag. 

s) Sobieski, Trybun ludu szlacheckiego, 103. 



— 225 — 

cznie, iż podda się uchwale większości i). później też nieraz go- 
rąco obstawał za reformą parlamentarną'-). Na sejmie 1589 roku 
wystąpił z oryginalnym projektem reformy elekcyi, który w akcie 
elekcyjnym dopuszczał rządy większości nawet nieabsolutnej. 
Jego „Modus electionls regis", podany ^na sejm 1589 r., znosił za- 
sadę viritim i zastępował ją wyborami dwustopniowymi. Kandy- 
datów na zjeździe elekcyjnym miano obierać większością -/a gło- 
sów ; o ile tej nie udało się osiągnąć, w powtórnem głosowaniu 
decydować miała absolutna większość („większa liczba"). Każde 
województwo posiada na elekcyi tyle głosów, ile zawiera powia- 
tów. Te obierają króla większością ^U gł. ; gdy większości takiej 
niema, antagoniści z 2 najliczniejszychi stronnictw — projekt nie 
przypuszcza właściwie rozłamu na więcej, jak na 2 obozy — 
obierają 3-cłi deputatów z senatu i tyluż z rycerstwa, którzy sta- 
rają się przywieść wyborców do jedności ; w razie rozbicia tej 
próby, decyduje „większa część", pod warunkiem, aby w niej 
były głosy obu narodów^). Projekt upadł skutkiem nieporozu- 
mień, jakie zaszły między Zamoyskim, a prymasem Karnkow- 
skim na tle polityki zewnętrznej^). 

Obok Zamoyskiego słynął, jako pionier naprawy sejmów, 
ksiądz Piotr Tylicki, podkanclerzy, a potem biskup krakowski '^). 

1) Dyaryusze sejmowe r. 1587, str. 31. 

2) Ob. wspomnienie pośmiertne w mowie Jana Ostroroga wojewody po- 
znańskiego na sejmie r. 1611, fragment dyaryusza w Ms. Bibl. Jag. 102. 

''^) Liczne kopie tego projektu w rękopisach Bibl. Czartoryskich, Ossoliń- 
skich, Krasińskich, Akad. Umiejętności, Publicznej Petersburskiej. 

■*) Solikowski, Commentarius rerum polonicarum a morte Sig. Augtisti, 
210 ; Bielski, Dalszy ciąg kroniki 98—9. Zamoyski uczestniczył też oczywiście 
w projekcie reformy elekcyi za Stefana Batorego, omawianym na sejmie r. 1582. 
Hoffman, powołując się na Uwagi nad życiem J. Zamoyskiego, również utrzy- 
muje, jakoby kanclerz już na sejmie 1588 r. radził oznaczyć pewną liczbę gło- 
sów, potrzebną do przyjęcia, jak i do odrzucenia prawa (większość kwalifiko- 
wana); wniosek ten, przyjęty zrazu z aklamacyą, miał upaść dzięki marszałkowi 
wielkiemu koronnemu, Opalińskiemu, skrytemu stronnikowi Zborowskicli. Hi- 
storya reform politycznych w Polsce, str. 104; Obraz rządu i prawodawstwa 
dawnej Polski, list IV, Przegl. Pozn. 1848 r., str. 301. Nie napotkaliśmy żadnych 
śladów tych usiłowań, jakkolwiek sam ten fakt uważamy za możliwy. Należy 
wiedzieć, że Modus eiectionis powstał przed koronacyą Zygmimta III, może już 
podczas bezkrólewia. Świadczą o tern niektóre wersye tego projektu, które wspo- 
minają przysięgę koronacyjną Stefana, jako ostatnią, 

■') Fragment dyaryusza IGll r., scsya 30 września, Ms. Bibl. Jag. 102. 

15 



— 226 — 

Arcybiskup Jan Dymitr Solikowski przypisywał niebezpieczny 
stan Rzplitej „nie większości, ale owemu terroryzmowi, który 
na nią wywierała mniejszość, tłómacząca sobie upornie commune 
consilium statutu Aleksandra, jako klauzulę jednomyślności. Jeśli 
w czem upatrywał winę większości, to tylko w jej bezradności 
i w niewyrobieniu odwagi cywilnej"^). Olbracht Łaski, wojewoda 
sieradzki, głosował w senacie na sesyi 9 lutego 1581 r. : „majori 
parti adhaerendum censeo" ^}. Jan Ostroróg, kasztelan poznański, 
na sejmie r. 1605 w wybornej mowie potępił taki rząd, „żeby 
Rzeczpospolitę jeden bądź z głupstwa, bądź z uporu o upadek 
mógł przyprawić". „Czujmy się, dla Boga", wolał, „nie gińmy 
tak marnie dla jednego, dwu, trzech uporu ! Niechby pluralitas 
zamykała, a choćby dziewiąta część od dziesiąci zostawała" ^)^ 
Poparł go, acz bezskutecznie. Baranowski, biskup płocki, który 
później, już jako prymas, rozwinął takiż pogląd, otwierając wota 
senatorskie na sejmie 1611 r. (30 września)^). Inny biskup płocki, 
Marcin Szyszkowski, na przedrokoszowym sejmie r. 1606 z nie- 
zwykłą energią i odwagą sławił silną władzę państwową, nawet 
monarchiczną, i żądał prawa decyzyi dla „zdrowej większości" '"). 
Później, na grudniowym sejmie 1613 r., proponował ten mądry 
senator, aby wszystkie przedmioty obrad podzielić na materye 
nagłe (np. obrona granic, zaspokojenie konfederacyi wojskowych 
lub t. p.), o których decydować mogłaby większość, i nienagłe, 
co do których nadal obowiązywałaby jednomyślność*^). Tymcza- 
sowy ten podział byłby oczywiście krokiem przejściowym, ale 



1) Hoffman, Historya reform politycznych, 77, cytuje mowę Solikowskie- 
go na pogrzebie Zygmunta Augusta. 

2) Acta Stephani Regis (Acta historica Xt), str. 307. 

3) Teka Naruszewicza 99, por. Sokołowski, Przed rokoszem, str. 187. 

4) Fragment dyaryusza w 102 Ms. Bibl. Jag. Zresztą poglądy prymasa 
są dość chwiejne, a terminologia bałamutna. Proponuje on wprowadzenie do 
izby poselskiej zasady panującej w senacie, aby król przestawał przy tych, co 
przy prawie stoją, — projekt równoznaczny z odebraniem izbic głosu decydu- 
jącego. Dalej zaś pyta : „A czemuby nie mogły być ponderowane sentencye ? 
Niech pro et contra mówią dwaj, a potem pluralitas concludet". Do nieporozu- 
mienia przyczynił się tu może i autor dyaryusza. 

^) Sobieski, Pamiętny Sejm, 80-3. 

6) Teka Naruszewicza 108. Mówca wspomina o swych projektach naprawy 
sejmu, podanych na dwóch poprzednich zgromadzeniach (1611 i 1613). 



— 227 — 

stanowczym do zupełnego zniesienia jednomyślności. Jan Kucz- 
borski, biskup chełmiński, na sejmie r. 1616 stawiał sejmom 
polskim za przykład konsystorz papieski, elekcye cesarzów i na- 
wet elekcye polskiC; gdzie zdaniem jego rozstrzygała większość: 
jeżeli można ścierpieć pLuralitatem w trybunale, to niech na 
sejmach rządzi przynajmniej większość kwalifikowana ^U lub ''/s 
głosów ^). A iluż mówców powstawało przeciwko jaskrawym 
przejawom doktryny, której samej zresztą nie ważyli się otwarcie 
zaczepiać! Toż nawet Mikołaj Zebrzydowski, ten sam rokoszanin, 
co z czasem na zjeździe w Stężycy 1606 roku utożsami majory- 
zacyę w sprawach podatkowych z absolutum dominium, -) nie 
wahał się w swoich lepszych latach (1597) zalecać rządów więk- 
szości oraz obmyślenia kary i egzekucyi na zrywaczów sej- 
mowych ^). 

Mniej radykalny charakter miały wystąpienia przeciwko krę- 
pującym reprezentacyę nakazom sejmikowym, poparte przykła- 
dami ustawicznego łamania tychże przez posłów"*). Znane są 
i już niemal klasyczne słowa, w jakich potępił instrukcyę Jan 
Ocieski, kanclerz wielki koronny z czasów Zygmunta Augusta: 
„Ja mniemam, że posłowie są tylko wybrani z województw, ale 
nie są posłami, tylko całej Rzplitej ; inaczej byłoby, że każda 
ziemia zostałaby oddzielną rzecząpospolitą, i nie ziemie, ale narody 
z sobą na sejmach miały umowy, czego Boże uchowaj... Pan 



1) Ob. Votum jego w Ms. Bibl. Czart. 370. 

2) Rembowski, Rokosz Zebrzydowskiego, sir. 19. 

3) Dyaryusze sejmowe 1597 r., 68-9. Wbrew zapowiedzi prof. Sobieskiego, 
Pamiętny Sejm, 249, który cytuje naszą Genezę, Przegl. Hist. I, 336-7, Zebrzy- 
dowski po rokoszu nigdy już nie ,, przejrzy" ; cały jego rozwój posuwał się od 
rozumu do zaślepienia. 

••) Poseł na sejm krakowski (Witowski) świadczy o sobie rymem (1603): 
,,Ja, acz bracia zbraniali, żeby go (poboru) nie było, pozwolić nań snąć muszę, 
by się dogodziło potrzebom pospolitym" (egz. nieliczb. Bibl. Ord. Krasińskich); 
na sesyi 13 listopada 1627 r. posłowie mówili : „Niemasz prędszej do wywró- 
cenia sejmu drogi, jako takowe z sejmików conclusie. Mamyć my też artykuły 
i obowiązki takie, żebyśmy, jeśli na nie nie pozwolą, ni do czego nic przystę- 
powali, a przecie artykuły nasze cliętnie poddawamy zdaniu i zgodzie inszych 
województw", Ms. Bibl. Jag. 102. Na sejm 1625 r. sejmiki dawały posłom 
mandata, „ut nulla tributa pro impensis belli illius concedcrcnt" ; jednak nie- 
znaczne podatki ucłiwalono, Piasecki, Clironica gestorum in Europa singularium» 
Crac. 1045, p. 453. 

15* 



— 228 — 

Krakowski (Tarnowski) zaczyna mówić za karteluszami, które 
na sejmikacii dla pamięci posłom spisują. Gdyby z nich tylko 
radzić, pocóż sejmy, które repraesentant corpus Reipublicae, 
jak statut mówi; niech sobie piszą, lecz to niech będą życzenia, 
ale nie nakazy'). Rozwija tę postępową myśl -) bezimienny autor 
„Naprawy Rzeczypospolitej do elekcyi nowego króla", wydanej 
podczas pierwszego bezkrólewia: „...Niepomału sprawy Rzplitej 
hamują i trudnią limitata potestate, które pospolicie ziemie, na- 
mówiwszy pewne artykuły, dawają posłom swym, i niepomału 
się deroguje nietylko władzy panów rad, ale i wszystkiej Rzeczy- 
pospolitej... Sejm walny zowią, że na nim okazuje, się majestas 
i władza wszystkiej Rzeczypospolitej. Reprezentuje sejm wszystką 
Rzeczpospolitą, któremu preskrybować jest rzeczą i niegodziwą 
i szkodliwą dla Rzplitej (et indignuni et damnosum Reipublicae). 
Boć sprawy Rzeczypospolitej, które się na sejm znoszą, odpra- 
wować się muszą wedle potrzeby miejsca i czasu. Czego ten, 
co doma siedzi, tak dobrze nie baczy, jako ten, który ma pewną 
wiadomość rzeczy ^). 

Dwom przytoczonym głosom wtóruje dziesiątek innych, 
Instrukcyę zwalczają przeważnie, chociaż nie wyłącznie, ci sami 
mężowie stanu oraz pisarze, których znamy jako przeciwników 
jednomyślności. I tutaj wypada postawić królów na pierwszem 
miejscu. Stefan Batory ani na krok nie zboczył z tradycyjnej 
drogi poprzedników, wiodącej do niezawisłości sejmowego przed- 
stawicielstwa. We wszystkich, jakie dotąd są ogłoszone, orędziach 
na sejmiki poselskie, starał się otwierać oczy szlachty na złożo- 
ność potrzeb państwowych i budzić w niej zaufanie do rządu ; 
wykładał, jak niezbędnem jest obsyłanie sejmów przez posłów. 



M Czacki, O polskich i litewskich prawach, wyd. Turowskiego, 326. Na- 
wiasem mówiąc, Ocicski w chwili, gdy to pisał (18 stycznia 1551 r.), był pod- 
kanclerzym, nie kanclerzem, jak to różni mylnie podają. 

■-) Nie rozumiemy, w jaki sposób, zdaniem prof. Kutrzeby, z takiego po- 
jęcia reprezentacyi ma wynikać zasada większości głosów, i skąd pewność, 
że „takiego zdania nawet w Anglii wtedy niktby był jeszcze nie wyrzekł". 
Kilka kwesty! z historyi ustroju Polski, Kwart. Hist. XX (1906), 611. Sądzimy, 
że na polu parlamentaryzmu wszelka próba obrony pierwszeństwa Polski przed 
Anglią jest chybiona. 

'^) Wyd. Turowskiego 22. 



— 229 -- 

nie skrępowanych mandatem '). Zygmunt III naogół trzyma się 
tej samej zasady, ale bezowocność usiłowań niekiedy jakgdyby 
zniechęca go do powtarzania nauk, których nikt nie słuchał 2), 
Władysław IV zdaje się być już dość dalekim od zasadni- 
czego zwalczania instrukcyi : chociaż sejm ekstraordynaryjny 
złożony — opiewa instrukcya królewska na sejmik kwidzyński 
30 października 1635 r. — nie będzie się zajmował ani innemi 
sprawami, ani sądami, prócz skarbowych, ani petitami, — „na wszelki 
wypadek lepiej (in oninem eventuni praestat), żebyście WM. zu- 
pełną moc (plenariam facultatem) posłom swym dali" ^). Następcy 
Władysława radzi nie radzi pogodzili się z mandatem nakazczym. 
Senat za Batorego odznaczył się energicznemi wycieczkami 
przeciw odpornej polityce sejmików. Po sejmie 1578 r. Piotr 
Myszkowski, biskup krakowski, Mikołaj Firlej, kasztelan biecki. 
Mielecki, wojev/oda podolski, gorąco radzili królowi, aby opór 
krakowian i sandomierzan złamać przemocą^). W trzy lata potem 
na sejmie 1581 r. surowo ganili „zamierzoną władzę" Zamoyski, 
Tarło, wojewoda lubelski, Olbracht Łaski, sieradzki, a Mikołaj 
Mielecki z przekąsem odzywał się o panującym poglądzie, iż... 
poseł jest jako list, który się więcej domyślić nie może, jeno 



') Źródła dziejowe t. IV, str. 38-44, uniw. na sejm toruński, 8 sierpnia 
1576 roku; tamże 244—256 instrukcya na sejm warszawski 1577 r. ; Akta hi- 
storyczne do panowania Stefana Batorego, wyd. Janicki, 17—25, uniw. posej- 
mowy 1578 r. do ziem opozycyjnych; Acta Stephani Regis (Acta hist. XI). n'^ 
CXXXI. Relacya z poselstwa do ziem pruskich Łukasza Działyńskiego 1580—1 ; 
Źródła dziejowe t. XI, str. 232, 238-9; uniw. na sejm 4 października 1582 r. (dan 
16 lipca i: dyaryusze sejmowe 1585 r., str. 348 — 54, instrukcya na sejm 1584 r. 

'-) List do stanów inflanckich z d. 5 grudnia 1596 r. żąda posłów „potis- 
simum plena cum facultate"; w liście do Radziwiłła woj. troć. (2 grud.), król 
zaleca, „żeby ich inszcmi artykułami nie zatrudniano, żeby nic z konkluzyami, 
ale z chęciami" przysyłano. Teka Narusz. 96; instrukcya na sejmiki powiat, 
i generał wileński 1602 r.. Teka Narusz. 99; uniw. na sejm 1609 r. : Jakoby 
o potrzebach Rzpitej z nami... radzić dostatecznie mogli", Tyg. lit. 1843, VII; 
instrukcya na sejmiki przcdsejm. 1630 r. : „mogłoby się było wiele szkody pu- 
blicznej ochronić, kiedyby były niektóre przedsejmowe sejmiki circumscripta 
potestate posłów konkluzyi sejmowych nie hamowały", Ms. 166 Bibl. Jag.; — 
niema wzmianki o tem w liście na sejmiki 1591 r., Tyg. lit. j. w. i w uniwer- 
sale na sejm 9 stycznia 1629 r., Ms. 102 Bibl. Jag. 

3) Ms. 166 Bibl. Jag. Por. instrukcyę na sejmiki 1647 r., Ms. Bibl. Jag. 49. 

*) Acta Stephani Regis, 109; — Wierzbowski, j. w., 705. 



— 230 — 

co weń napiszą... Zda mi się, kto posyła posły cum limitata' 
potestate, mógłby to z mniejszym kosztem przez list, a pacholę 
sprawić" '). Arcybiskup Stanisław Karnkowski ^) zbyt wiele 
miał rozumu stanu, aby nie potępić pretensyi województw do 
narzucania sejmowi swoich postulatów, ale zamało zmysłu pra- 
wniczego, aby nie plątać funkcyi poselskiej z prywatną umową 
mandatu i depozytu ^). Zręcznie, rozumnie dowodził Orzelski na 
sejmikach wielkopolskich, że „nie Srzedzie tylko sejm dogadzać 
powinien, ale wszem krajom i prowincyom koronnym", że „nie ta 
tylko powinność posła ziemskiego na sejmie mówić o tem,. 
co w propozycyi" "*). 

Jan Ostroróg w zapatrywaniach na istotę reprezentacył po- 
selskiej stanął też na poziomie nowoczesnej myśli konstytucyjnej. 
Mowę jego, którą uratował od rozbicia sejm 1613 roku, zaiste 
powinna była Rzeczpospolita złotemi głoskami wyryć nad try- 
buną marszałkowską w sali posiedzeń. „To poselstwo", — mówił 
wojewoda poznański do zgromadzonych stanów przed samą kon- 
kluzyą: — „które WMciowie na sobie nosicie, nie jest, jako 
pachołka od pana; równy tu równego posyła non cum mandato, 
ale na radę i obmyślenie dobrego spólnej ojczyzny obiera i wy- 
prawuje, i lubo na piśmie artykuły swe i desideria wypisuje, 
nie już jednak z drugiemi, co do tego równo należą, znaszać 
się zakazuje, nie już przy prywatnych swych artykułach zażymać 
się rozkazuje. A cóżby po sejmie, by doma każde województwo, 
każda ziemia konkluzye wszytkim z sejmiku swego pro imperio 
posyłała ? Posyłają dla pamięci, dla podania, dla tego, aby do 
tego wieść drugich, ale konkluzya na sejmie przy wszytkich ; 
nie mogą wszytcy wszytkiego wszędzie wiedzieć, sejm wszytko 
odkrywa, tu się wszystko znosi. Nie oglądajcie się WM. na po- 
zostałą bracią, którzy, nie widząc necessitatem, zakazali WM. 
liberalitatem ; kiedy gwałt ujrzą, kiedy im to powiecie i ukażecie, 



h Dyaryusz sejmu 1581 r., sesya 9 lutego. Acta Stephani Regis, 285-339. 

-) Exorbitancye i naprawa kola poselskiego, wyd. Turowskiego, str. 9 : „Czę- 
stokroć postulała ziem i województw wtaczają i chcą, aby odprawowanc były,, 
odłożywszy na stronę praegnantia negctia reipublicae'... 

3) Tamże, 15: „Kresy swe zamierzone ma poseł znać, które gdy transgre- 
ditur, cessat władza jego". 

4) Tom wstępny, str. 83, 86, 88; 214-16. 



— 231 — 

co tu na oko widzicie, czego rękoma się tykacie, nietylko tęga 
niewdzięcznie nie przyjmą, ale wielce WMciom za ostrożność 
i rezolucyę podziękują. Acz i toby u mnie mniejsza, by się i kto 
z braci doma zafrasował, by mię i za łeb wywodzić miano, bym 
to tam i krwią swoją oblać miał, niźliby tu przez mię i głupie 
przy uporze zacięcie wstręt ratunku miłej i upadającej ojczyzny 
stać się miał... Staniemy przy WMciach wszędzie, przyznamy się 
do rady i prośby naszej, zastąpimy ochotnie kłopot WMciów, 
jeśli to podobna, żeby mógł być taki ! Prosimy przez miłosierdzie 
Boże, przez miłość ojczyzny, dla której nietylkośmy jaką inwi- 
dyjkę małej liczby pozostałej braci z ochotą ponosić, ale krew 
rozlewać, ale głowy kłaść powinni!"^) 

Ten sam punkt widzenia dominuje w krytycznych zwrotach 
przeciwko instrukcyom u księdza Piotra Grabowskiego -), Seba- 
styana Petrycego ^), kanclerza Jakóba Zadzika"*) i u autora „Yotum 
na sejm 1606 r." ''). Za Władysława IV, oprócz Spytka Ligęzy*^) 
i Opalińskiego '), ostro potępiał despotyzm sejmików prymas 



') Ms. 110 Bibl. Jag.; Teka Narusz. 108. Por. Chomętowskicgo Wiado- 
mość o życiu i pismach Jana Ostroroga wojewody poznańskiego, Bibl. Ord. 
Krasińskich, Muz. K. Świdzińskiego t. II, 10-5. 

2) Zwierciadło Rzeczypospolitej polskiej na pocz. roku 1598 wystawione, 
Krak. 1859, str. 7: „Wniósłszy to, że każde województwo podług woli swej 
o sprawach Rzplitej stanowi, znieśli naprzód oni generaly, dla zgody postano- 
wione, bo skoro oni z każdego województwa poczęli upornie przy swych arty- 
kułach stać, a na cóż się było na generał zjeżdżać? Znieśli też zaraz autori- 
tatem sejmów..., bo mu partykularne sejmiki preskrybują-*. 

'■'•) Jak wyżej, str. 133: „U nas z każdego powiatu posłov/ie jeżdżą na 
sejm, jedni, mając zupełną moc stanowienia, co widzą być z pożytkiem Rzpltej: 
drudzy z zakreśloną mocą tak, aby się nie ważyli nic stanowić, oprócz artyku- 
łów, które na piśmie podają. To nie mogę chwalić. Bo tu niezgoda wnet bę- 
dzie in dicendis sententiis, kiedy jedni co wnoszą, co drudzy na karcie nie 
mają. Druga, nic po posłach takich, co nie radzą — jedno z karty ; mogą lyłko 
list swój, kontenta w nim napisawszy, przysłać. Trzecia, nie ufają sobie, przeto 
nie wierzą posłom swoim". Porów. str. 169. 

^) Szelągowski, O ujście Wisły, 245-6. 

■') Panowie posłowie bowiem z różnych województw, jedni budują, drudzy 
rozwalają, jedni wołają tak, drudzy nie tak. A tenże jest pożytek owych 
artykułów, których tak wiele napisawszy .. na sejm z nimi posyłacie" (Egz. 
nieliczb.). 

•^j Op. cit., 49. 

") Rozmowa plebana z ziemianinem. J. 2. 



- 232 - 

Lipski, który na sejmie 1639 r. utyskiwał, że sejmiki zamieniły 
się w sejm, a izba poselska w senat. Senatorowie niepotrzebnie 
się wysilają ze swojemi wotami, skoro posłowie z gotowemi 
instrukcyami na sejm przyjeżdżają '). 

Nie brakło więc i u nas rzeczników tych zasad, które, wcze- 
śnie ustaliwszy się w parlamentaryzmie angielskim, zapłodniły 
później i przygotowały do bujnego rozrostu ustroje państwowe 
nowoczesnej Europy. Odwoływano się bądź do sejmikujących wy- 
borców, aby posła nie krępowali nakazem, bądź też do wybrańców 
sejmujących, aby na własne ryzyko zrywali pęta zobowiązań. 
Wszystko bezskutecznie. Jeżeli sejmy Zygmunta Augusta, obra- 
dujące po 2, 3, 4, nawet 6 miesięcy, nie mogły zapomnieć o obie- 
tnicach, danych braciom, to tembardziej nie zapomniały o nich 
sejmy Wazów, trwające po 6, a niekiedy po 3 i 2 tygodnie. 
Nie w liczebnym stosunku zwolenników oraz przeciwników man- 
datu i jednomyślności leżała przyczyna bezskuteczności walki 
z „chorobę sejmową", a przynajmniej sam ów stosunek niczego 
nam me tłómaczy — toż cała Francya rewolucyjna uczyła się 
mądrości republikańskiej z dzieł kilku mistrzów. Kluczem zagadki 
jest psychologiczna natura tych kół, dla których pisali Petrycy 
i Ligęza, przemawiali Orzelski i Ostroróg. W audytoryum, do- 
stępnem dla rozumowych argumentów, odczuwającem nieodbite 
potrzeby wielkiego państwa, słowo takiego Ostroroga rozbrzmie- 
wałoby, jak olimpijski głos hrabiego Mirabeau ; — w stęchłej, 
dusznej atmosferze naszej izby poselskiej słuchano ze zrozumie- 
nie tylko oklepanych formułek Niemojowskich ^) i Czarnkowskich ^). 
Rzucony na twardą, jałową opokę, posiew zdrowej myśli spo- 
łecznej ginął, rozwiany przez ów wiatr, co, według słów Karn- 
kowskiego, sam jeden rządził wszechwładnie na zgromadzeniach 
stanów. „Ale jak ja baczę, M. Królu, że na sejmłech ani WKM. 
rządzi, ani pp. Rady, ani pp. Posłowie. „Ale któż wżdy taki?" 
pytałby kto. Nikt inszy nie rządzi, jeno tempestas, wiatr jakiś. 



') Kubala, Jerzy Ossoliński, I, 353-4. 

-) „Nihil novl statuemus absąue consensu omnium" mówił N. na sejmie 
1582 r., ,a iż tu kilka województw jest, którym o tern mówić zakazano, tedy 
i wy o tern próżno mówić macie, ponieważ nic, etiam uno contradicente, 
postanowić nie możecie". Dyaryusze sejmowe 1585, str. 337. 

^) Ob. dyaryusz sejmu 1597 r., sesya 25 lutego. Teka Narusz, 97. 



— 233 — 

Bo gdy się już tak pospolicie między sobą ścierają, i czasu siła 
upłynie, to ku końcowi, gdy sobie tęskniemy, przyjdzie jaki- 
kolwiek wiatr, co wszystko rozchwieje, aliści z sejmu nic" ')• Opinia 
panująca przyklaskiwała filistrom, tyranizowała i onieśmielała 
samotnych reformatorów. Stronnictwa naprawy sejmowej, któreby 
skupiało i organizowało lepiej myślące duchy, nie miała Polska 
aż do czasów Stanisława Augusta. Te półtora tuzina nazwisk, 
które udało się wyżej zebrać na dowód, że przecież byli ludzie, 
zdolni do zrozumienia zadań i praw nowożytnego parlamenta- 
ryzmu, to nie żaden obóz, to kropla w morzu, to wyjątki, to 
nawet mniej niż jednostki ! 

Bo któż z nich wszystkich okazał się wiernym przez całe życie 
wyznawcą jednych i tych samych przekonań konstytucyjnych? Kto 
im poświęcił nietylko chwilowy impuls, ale całe dążenie, całą zwartą 
osobowość? Czy Karnkowski, który zadał kłam swym zasadom 
rolą, jaką odegrał wobec samozwańczego zjazdu kolskiego 1590 
roku ? Czy Orzelski, co, rozgoryczony na rządzą łamanie tolerancyi 
religijnej, doradzał na sejmiku średzkim 19 lutego 1596 roku: 
„Posłom niezamierzoną moc (ilUmitatam potestatem) dawać nie 
zda mi się, boby to już nie posłowie byli, ale dictatores" -) — 
zdanie, które już w następnym roku odwoływał? Czy może Za- 
moyski? Widzieliśmy, jak zaczął w r. 1572 od nadużycia frazesu 
„jednomyślność". Po latach dziewięciu, gdy Litwa żądała przy- 
łączenia do niej Inflant, kanclerzowi wyrwały się słowa: „Cho- 
ciażby się wszyscy na to zgodzili, ja sam przeciwko wszystkim 
stanę i nie dozwolę, żeby Inflanty od Korony oderwane zo- 
stały" ^). Potem go widać znów przejętego ideą reformy, bolejącego 
nad trybuńskimi wybrykami posłów (1596), a przed samą śmiercią 
nikt inny jeno Zamoyski przyczynia się do niedojścia sejmu 
r. 1605"*). Prawda, był potem jeden, co oddał tej sprawie ostatnie 
tchnienie duszy, bohater dziwnej tragedyi, miecznik koronny, Jan 
Stanisław Jabłonowski, co to naprzekór duchowi czasu mienił 
się na sejmie 1647 roku „posłem całej Rzplitej", zalecał wybory 
posłów i zamykanie sejmów „bez zgody wszystkich", — aż za- 



1) Dyaryusze sejmów 1585 r. str. 18. 

2) Tom wstępny, 190. 

3) Heidenstein (wyd. Dziejop. Kraj.) II, 128. 
4j Sobieski, Pamiętny Sejm, 78. 



- 234 - 

krzyczany, obwołany wrogiem wolności, przypłacił śmiałą myśt 
śmiercią „z aprehenzyi" '). 

Dziś każdy przyzna, że sprawa była warta wojny domowej» 
rewolucyi, rozlewu krwi. „O to, w co ludzie wierzą, biją się — 
wojna jest znakiem życia", powiada Krasiński 2), Przeszłość uczy, 
że szlacłita polska wierzyła w swą złotą wolność i parokrotnie 
o nią skrzyżowała karabele ; ale nie widać, aby ludzie innej wiary, 
przeciwnicy „wolnego niepozwalam" gotowi byli bić się o ro- 
zumny parlamentaryzm. Słów popłynęło sporo, ale czynów, t. j. 
prób reformatorskich, wykazuje doba Zygmunta III ledwo kilka. 

Raz zaniosło się na reformę sejmową w r. 1597, Dyabły 
Stadnickie i ich komparsy przeciągnęły strunę. Pod wrażeniem 
rozterek wyborczych i posejmowych protestów przeciw zapadłym 
uchwałom, dwór wniósł na porządek dzienny sprawę zabezpie- 
czenia powagi tych ostatnich, a senat znalazł pole do obszernego 
wypowiedzenia się wogóle o porządku sejmowania. Najśmielej 
rozstrzygał rzecz Rozrażewski, biskup kujawski: „Do ważności 
sejmowych, mówiąc, widzę, żebyśmy się mieli sprawować przy- 
kładem Wenetów, którzy gdy co postanowią, żaden przeciw temu 
nie śmie nic rzec... Nie pochlebiajmy sobie, mówmy sobie wbród: 
jeżeli ma się postanowienie sejmowe rozerwać, albo doma zo- 
stajmy, albo sejmów nie miewajmy... A tak temu by się zabie- 
żeć mogło, albo żeby ten, co czyni protestacyą, dał przyczyny^ 
dlaczego ją czyni, albo starostom dać instrukcyą, aby takich 
protestacyej do grodu nie śmiał przyjmować, albo żeby posta- 
nowienie sejmowe pLuralitas zamykała, do tego poenam namówić 
na takiego, pod taką egzekucyą jako na trybunale". Na tymże 
poziomie utrzymali się kardynał Jerzy Radziwiłł, biskup kra- 
kowski. Piotr Tylicki, chełmiński ; nieco niżej — arcybiskup 
Solikowski : „Na to obieranie posłów radbych jakie medium miał, 
jakie i na postanowienia sejmów, żeby władza ich była, a nie 
rozrywała się protestacyjkami". Jeszcze słabiej mówił o tern 
Bernard Maciejowski, biskup łucki. Bądź co bądź senat świecki. 



') Radziwiłł, Pamiętniki, II, 267; por. szl<ic Szajnochy, Miecznik koronny 
Jabłonowski. 

■'^) Ob. list jego do ojca, przytoczony p. Szujskiego w Opowiadaniach': 
i Roztrząsaniach, t. III, str. 366 (Dzieia, serya II tom. 7). 



— 235 — 

z wyjątkiem Zebrzydowskiego, który zgadzał się z Rozrażewskim, 
okazał znacznie mniej rozumu, niź duchowny. Gostomski, woje- 
woda poznański, wprost nie pozwalał na nowe konstytucye o sej- 
mowaniu; Abramowicz, wojewoda smoleński, i Działyński, cheł- 
miński, proponowali kary na „turbantów" ; podobnie Wilkanowski, 
rawski, który decyzyę wśród niezgody umiał tylko królowi zo- 
stawić. Radziwiłł Sierotka chwalił sejmiki generalne i skręcał na 
bezdroża porachunków wyznaniowych ; Konstanty Ostrogski mo- 
ralizował. Nawet Zamoyski twierdził, że niema co pisać nowych 
praw o sejmach i sejmikach, dość stare w klubę wprawić. Wszyscy 
nierównie więcej mieli do powiedzenia o lidze chrześcijańskiej 
przeciwko Turkom, niż o rządach domowych. Cóż można było 
budować na tym senacie świeckim ? O ile wiadomo, nie doszło 
do ułożenia żadnego projektu. „Turbanty" lepiej wiedziały, czego 
chcą, i na złość większości zepsuły cały sejm '). 

Wrzód, który zbierał się już oddawna, miał pęknąć po latach 
dziesięciu. W instrukcyi na sejmiki roku 1606, przeczytała szla- 
chta ustęp, dający sporo do myślenia: „Król Jmć... przypominać 
i to raczy, abyście to na pieczy mieć posłom swym poruczyli, 
aby się z sejmu bez pewnej obrony, chcecieli być pewni pokoju 
i całości Rzplitej, nie rozjeżdżali, i jeśliby kto temu przeczyć, 
a czas sejmu inszemi rzeczami, którym wolniejszym czasem do- 
godzić się może, ściągać chciał, aby i na to gotowe rady i środki 
były od WMciów panom posłom podane, jakoby się jednak bez 
statecznej obrony i bez zawarcia sejmu nie rozjeżdżali, a nie 
otwierali tym drzwi nieprzyjaciołom do nas". Izba poselska po- 
winna mieć wzgląd na płacz, spustoszenie braci, a „nie zapiera- 
nie, nie protestacye jakie" -). Innemi słowy, król apelował do 
narodu o pomoc w walce z doktryną jednomyślności i z żywio- 
łami, którą ją wyzyskiwały. Na sejmie wzniosłym stylem głosił 
poglądy królewskie Szyszkowski, sekundowali Baranowski, pod- 
kanclcrzy ks. Pstrokoński, Schenking biskup wendeński, a zape- 
wne i inni regaliści. Cóż, kiedy dalsze obrady zeszły na inne 
zupełnie tory. Kłócono się o wolność sumienia, o mniemane nad- 



') Barwiński, Dyaryusze, str. 35, 38-9, 45, 51, 54, 57—8, 60, 65-6,. 
68—9, 78-9, 88, 138-9. 

2) Ms. Bibl. Czart. 1623 str. 391 1 n. 



— 236 - 

użycia dworu, o podatki. Zgody nie osiągnięto. Zamiast reformy, 
sejm przyniósł fatalne precedensy: kilka manifestów przeciw 
uchwałom, żadnych konstytucyi, nakoniec rokosz. W tym roko- 
szu wódz Zebrzydowski użył za hasło agitacyjne właśnie starą 
zasadę jednomyślności, zaatakowaną świeżo przez dwór. Mal- 
kontenci różnych wyznań i różnej wartości moralnej skupili się 
na tej platformie. Dwór jeszcze podczas sejmu stchórzył, dla ura- 
towania podatków uznał urzędownie prawidło powszechnego przy- 
zwolenia. Niewiele to pomogło. Polała się krew. Rokoszanie ule- 
gli, ale ich wspólna idea, idea złotej wolności, wyszła bez szwanku, 
tryumfująca, nawet uświęcona nowemi ustawami. Dlaczego? Głó- 
wnie podobno dlatego, źe opozycya lepiej wiedziała, o co wal- 
czy; regalistom zabrakło wspólnej wiary konstytucyjnej'). 



') Z nieszczęśliwym sejmem r. 1606 wiąże się nierozerwalnie nazwisko 
Piotra Skargi. Czytelnik wie już, co sądzimy o roli wielkiego jezuity w dzie- 
jach naszego parlamentaryzmu. Nie ulega wątpliwości, że więcej dbał on 
o jedność Kościoła Bożego, niż o jedność i siłę sejmowej władzy prawodawczej 
w Polsce. Tu wszakże należy się jego pamięci jeszcze pewne wyjaśnienie. Pię- 
tnaście lat temu p. W. Sobieski w książce o „Nienawiści wyznaniowej tłumów 
za rządów Zygmunta 111" (1902) opowiedział o tern, jak Skarga obalił swym. 
wpływem ułożony „edykt tolerancyjny", który król prawic gotów był dać różno- 
wiercom, — i użył m. in. następującego zwrotu : „Ten sławny kaznodzieja, tak 
wspaniałe rzucający gromy na bezrząd Rzpolitej, tu pobudzał do „veta", do 
protestu przeciw rzeczy już umówionej dnia poprzedniego, narażając cały sejm 
w cliwili tak niebezpiecznej na rozerwanie... Nazajutrz sejm został zerwany..." 
Bezkrytyczni czytelnicy obozu postępowego podnieśli z tego powodu wielki 
hałas na Skargę : zrobili zeń już nietylko turbatora ojczyzny — zgodnie z opinią 
rokoszan oraz prof. Sobieskiego — ale nawet „prekursora Sicińskiego". Autor „Nie- 
nawiści" zastrzegł się wpawdzie w nowym szkicu : „Czy Skarga był „turba- 
torem" ojczyzny", Studya historyczne, 1912, 224, przeciwko takiej przesadzie, 
albowiem ksiądz nie był posłem ziemskim, i „do zerwania tego sejmu daleko 
więcej przyczynił się Zebrzydowski" — ale zarazem oświadczył, że „co do sa- 
mego tego epizodu" jest tegoż zdania, które wyraził dawniej, i ani na jotę od 
niego nie odstępuje. 

Wobec tego uważamy za swój obowiązek stwierdzić na zasadzie później- 
szej nieco (1913) książki prof. S. o „Pamiętnym Sejmie", chociaż poczęści wbrew jego 
zdaniu, co następuje. Na sejmie r. 1606 większość kształtowała się rozmaicie. 
Interpelacyę do króla („urazy") zgodziła się wystosować cała izba; na odpo- 
wiedzi poprzestał liczniejszy obóz katolicki. Za ugodą religijną była chwilowo 
też cała izba; na podatki pozwoliła pod koniec sejmu znaczna większość (stwierdza 
to sam Zebrzydowski); kilka województw wzięło pobory do braci; parę przypusz- 
czalnie odmówiło ich bezwarunkowo. Że Skarga agitował przeciwko tolerancyi, nie 



— 237 — 

Wiele lat upłynęło, zanim niepokój o losy państwa pod- 
czas bezkrólewia skłonił Zygmunta III i jego doradców (głó- 
wnie — kanclerza Zadzika) do wznowienia prób reformatorskich 
w większym stylu. Tym razem pomyślano o uporządkowaniu 
elekcyi. Król przedłożył tę materyę sejmikom we wrześniu roku 
1630. Zaraz powstała opozycya pod wodzą Zbaraskiego, kaszte- 
lana krakowskiego, która zaalarmowała ogół, że dwór zamyśla 
o mianowaniu następcy tronu. Słusznie czy niesłusznie, ogromna 
większość sejmików dała posłuch tym podszeptom i uchwaliła 
instrukcye, pozwalające w najlepszym razie na odniesienie pro- 
jektu reformy do wyborców. Sejm obradował pod laską Jerzego 
Ossolińskiego od 29 stycznia do 13 kwietnia 1631 r. Podstawą 
dyskusyi był wielki plan Zamoyskiego z r. 1589, obejmujący 



ulega wątpliwości. Czy jednak w razie zwycięstwa jego przeciwników nie doszłoby, 
do gorszego jeszcze zakłócenia ojczyzny, niż to, jakie spowodowała pośrednio reakcya 
katolicka, czy naprawdę król w zgodzie z różnowiercami dokonałby reform ; 
o tern, znając z jednej strony poziom umysłowy biskupów, z drugiej ideologię 
i cłiaraktery Stadnickicłi, Radziwiłłów, Gorajskich, Pękosławskicłi, Sienieńskicli, 
wolno być innego zdania, niż prof. S. Tu jednak bliżej chodzi o co innego — 
mianowicie o te wielokropki autora „Nienawiści", które zasugestyonowały na- 
szycłi postępowców. Cłiodzi o dodatkowe skonstatowanie, że 1) sejm wogóle 
nie został zerwany: przetrwał on normalne 6 tygodni i rozszedł się, jak wiele 
innycłi, bezowocnie; 2) clicie li go „zerwać" (= przyprawić o bezowocność) 
właśnie ci „liberalni" „obrońcy parlamentaryzmu", jak ich nazywa prof. S., któ- 
rzy potem wszczęli rokosz w imię „wolnego niepozwalam" — malkontenci i ich 
przedstawiciele lub narzędzia : Janusz Radziwiłł, Ostrogski, Męciński i tow. ; 
3) że wpływ Skargi nawet pośredni na „zerwanie" sejmu przez rokoszan był 
bardzo słaby, skoro w decydującym momencie, 18 kwietnia, żaden poseł nie 
odstrychnąl się od ugody tolerancyjnej ; 4) że nawet milczenie biskupów w owej 
chwili nie świadczyło o niemożliwości ugody i nie usprawiedliwiało wystąpienia 
Janusza Radziwiłła ; 5) są oznaki, iż malkontenci z góry gotowi byli wysunąć 
dalsze pretcnsye („urazy") celom zerwania sejmu, niezależnie od postawy bisku- 
pów, bo zadaleko już zabrnęli w kierunku buntu. Skardze po mimowolnej 
(chcemy wierzyć) krzywdzie, zadanej w dwuznacznym ustępie „Nienawiści", 
należała się silniejsza satysfakcya niż ta, którą dały ,,Studya". Tymczasem prof. S. 
w ,, Pamiętnym Sejmie", 251, nota 1, wraca do ataku : ponieważ Skarga skarżył się 
w kazaniu wiślickiem, że rokoszanie na swoim bezprawnym zjeździe zagłuszyli 
wrzaskiem jakichś obrońców jezuitów, więc w ten sposób on, „który sam w ka- 
zaniach występował przeciw protestom mniejszości i liberum vcto, tutaj niejako 
staje się obrońcą ,, liberum veto" przeciwko rokoszanom". Czyżby autor nie uzna- 
wał różnicy między bezładną kupą a sejmem, między krzykiem a głosowaniem, 
między wolną dyskusyą a rwaniem obrad ? 



- 238 — 

skasowanie konwokacyi i głosowanie większością przez posły. 
Przebiegu obrad w izbie poselskiej nie znamy. Senat pod naci- 
skiem Zbaraskiego nie zdobył się na nic więcej, prócz odesłania 
wniosku do specyalnej deputacyi, któraby go opracowała na na- 
stępny sejm '). Do księgi ustaw wciągnięto zamiast naprawy 
elekcyi — dyplom Zygmunta III z r. 1607, warujący wolne pana 
obieranie -). 

Sprawa ożywiła jednak dyskusyę na temat sejmów i sej- 
mików. Zjazdy konwokacyjny i elekcyjny roku 1632 radziły 
bardzo pilnie, pierwszy o porządku elekcyi, drugi o zawieraniu 
sejmów, oba w gruncie rzeczy, bezpłodnie. Bo i z czemże wy- 
stępowali przed szlachtą ci, co ją mieli oświecić, bojownicy na- 
prawy ? Jeszcze Jakób Sobieski, krajczy koronny, światły i rozumny 
ojciec króla Jana, na sejmiku przedkonwokacyjnym w Wiszni 
dnia 3 czerwca 1632 r. domagał się zniesienia jednomyślnej ele- 
kcyi, przytem próbował trafić do przekonania słuchaczom, bądź 
to cytując przykłady głosowania większością w Atenach, Sparcie, 
Oenui, Holandyi, na elekcyi papieża i doży, — bądź wykazując, 
„że u nas w Polszczę na papierze tylko to prawo (jednomyśl- 
ności), a in iisu nigdy nie bywało" ^). Jeszcze hetman litewski, 
Krzysztof Radziwiłł, wyjątkowy pod tym względem człowiek 
w swej rodzinie, skłonny był, zdaje się, wówczas traktować uzdro- 
wienie sejmów szeroko i śmiało, i energicznie za niem prze- 
mawiał na elekcyi Władysławowej. Jednak i tych pionierów na- 
prawy opuszczało męstwo w obliczu setki podejrzliwych stróżów 
wolności. Sobieski w swoich „Punktach o porządku interregni" , 
ułożonych na konwokacyę, odkładał najdrażliwszą sprawę, t. j. 
sposób głosowania i decydowania, do przyszłej elekcyi ''). Radzi- 
wiłł też nie powiedział wyraźnie, czego chce. A ich towarzysze? 
Był sobie staruszek, nazwiskiem Dzierżek, sędzia ziemski lubelski, 
który przez kilkanaście lat, aż do elekcyi r. 1632, żądał, aby 
posłowie na wstępie do sejmu przysięgali, jako się żadną unosić 



') Materyały do dziejów tego sejmu zamierzamy ogłosić osobno w Colle- 
ctaneach Biblioteki Ord. Krasińskich. 

2) Vol. Leg. III, 665-6. 

3) Teka Naruszewicza 124. 

'*) Ob. Dyaryusz konwokacyi pióra Jak. Sobieskiego, Sprawy wojenne 
.1 polityczne ks. Krzysztofa Radziwiłła, 610—68, zwł. 658. 



— 239 — 

Tiie dadzą prywatą. „Tern się naprawi izba poselska", upewniał. 
Zaraz ozwały się głosy, że kiedy przodkowie ufali posłom bez 
przysięgi, to i nadal można się bez niej obejść. Inni żądali, aby 
całą „egzorbitancyę" o konkludowaniu sejmów wymazać. Czy- 
telnik pewno przypuszcza, że tam naprawdę znajdowały się 
jakieś „srogie i wielkie klauzuły" przeciwko obstrukcyi i wol- 
nemu niepozwalam ? Niestety, nic podobnego. Znamy dziś cały 
ten elaborat i czytając go, doznajemy przykrego zawodu. Oto 
jego kwintesencya. Marszałka obiera się większością przez wo- 
jewództwa. Posłowie mają przysięgać, że nie będą gonili za ża- 
dną prywatą. Niewolno posłom proponować ani popierać niczego 
ponad artykuły wszystkich instrukcyi razem wziętych ; król też 
w zasadzie nie powinien proponować niczego w izbach, czego nie 
proponował na sejmikach. Kto pozwolił na projekt w izbie po- 
selskiej, nie może cofać swego słowa na górze. Ale jeżeli na inne 
wnioski zgody na dole nie będzie, to cały sejm rozchodzi się 
bezowocnie. Jedno veto senatorskie wystarcza do odesłania na 
sejmiki gotowej uchwały posłów. Marszałek z urzędu nie pozwoli 
poruszać w senacie spraw, na które nie zgodziła się izba. O na- 
ruszenie reguły jednomyślności wolno się manifestować w ciągu 
8 dni. Urzędnik grodzki, któryby nie przyjął manifestu, zostanie 
odsądzony na zawsze od wszelkich funkcyi. Marszałka-winowajcę 
sądzić ma senat w izbie poselskiej z udziałem delegatów szla- 
checkich bez króla. Wreszcie potwierdza się zasadę jawności po- 
siedzeń. — Taką to walną reformę roztrząsały dwa sejmy roku 
1632. Niewiele brakowało, aby już wówczas głos wolny ze wszy- 
stkiemi następstwami uzyskał sankcyę — nawet kryminalną ! Nic 
dziwnego, i mała szkoda, że projekt taki upadł: nie mógł on 
dogodzić ani prawdziwym reformatorom, ani miłośnikom zasady : 
„wolno w Polsce, jak kto chce!" 

Było podobno w tych egzorbitancyach innych jeszcze „sieła 
paragrafów... trudnych" : o „obieraniu posłów", o „namówie- 
niu artykułów ') „o posłach późno na sejm przyjeżdżających". 
Ten to ostatni wniosek, reprodukowany w licznych instrukcyach, 

') Dyaryusz elekcyi Władysława IV, Ms. Bibl. Ord. Krasińskich. Był to 
ten sam projekt, który już przedtem czytano na konwokacyi 6 lipca („De modo 
processus et conclusionis sejmów"), Sprawy wojenne, 648. Podajemy go w Za- 
łącznikach. Nr. 2. 



— 240 — 

a pierwszy raz postawiony w izbie, o ile wiadomo, w r. 1626^ 
rzuca ogólne światło na stan sprawy reformy sejmowej w owem 
pokoleniu. Rozumniejsi posłowie chcieli zabronić obalania ucłiwał 
i rozrywania obrad tym posłom, którzy przybywają w 3 lub 4 
tygodnie po zaczęciu sejmu. Stąd wniosek bardzo jasny, zwła- 
szcza dla mniej rozumnych posłów, że kto przybywa na czas, ten 
może tamować, rwać, protestować, ile dusza zapragnie ^). 

Inny, jeszcze popularniejszy wówczas pomysł, ledwo zasłu- 
gujący na nazwę półśrodka, polegał na przywróceniu sejmów 
prowincyonalnych, które już od stu lat były prawie „szczątkową- 
instytucyą, sztucznie podtrzymywaną przez prawodawstwo. Kon- 
stytucya 1565 r. zaopiekowała się sejmami prowincyonalnymi; 
nakazała, „żeby Rady nasze duchowne i świeckie... spoinie z szla- 
chtą artykuły spisowali i potem je na główniejsze sejmy do No- 
wego Miasta i do Koła, do Warszawy... znosili i tam zaś znowu, 
gdzie już więtsze koło wszystkich będzie, to te artykuły kory- 
gowali i między sobą zgadzali. Aby potym wszystkich rzeczy na 
sejmiech koronnych ułacnienie i prędsza odprav/a być mogła" -). 
Niebawem wszelako „wzmagający się prąd życia sejmikowego 
omija tę zawadę i płynie wprost do zbiornika wszystkich poto- 
ków, jakim jest sejm walny" ^). Dziwićby się należało, gdyby 
rzeczy poszły inaczej. Jeżeli król z senatem i całą izbą poselską 
nie mógł przełamać instrukcył ziemskiej, to niewiadomo, skądby 
zaczerpnęła taką siłę moralną i fizyczną prowincya, uosobiona 
w gronie kilkudziesięciu posłów bez udziału wyborców. Zjazd 
prowincyonalny mógł na własną rękę zebrać, ujednostajnić i do- 
ciągnąć do maximum różne zakazy i restrykcye, ale nie miał 
prawa pozwolić na ofiary lub inne projekty, zabronione przez 
wyborców. Jedyną racyę bytu sejmów „generałów" stanowiło już 



') Dyaryusz tego sejmu w Ms. Bibl. Ord. Kras. 790, sesya 18 października: 
„tego trudno na tym sejmie przewieść"; propozycyę wznowiono po roku: Dya- 
ryusz krótki s. 1627 r. w Ms. Bibl. Jag. 166; por. też instrukcyę ruską 16 
grudnia 1632 r. u Prochaski, XX, 335, i instrukcyę wielkopolską na sejm trzy- 
niedzielny 1647 r. w Ms. 49 Bibl. Jag. Że jednak wnioski takie nie byiy bez- 
przedmiotowe, widać z dyaryusza s. 1620. Ms. Bibl. Ord. Kras. 790: różni po- 
słowie z górnych województw „nie mogą conclusive mówić, bo absentes mogą 
jutro to wszystko wzruszyć". 

■•2) VoI. Leg. II, 677. 

3) Pawiński, Rządy sejmikowe, 342. 



— 241 — 

oddawna to, że poszczególny sejmik pragnie upewnić się co do 
poparcia sąsiadów przeciwko naciskowi reszty zgromadzonych 
stanów. Ale było to czystem złudzeniem, gdy mówcy sejmowi, 
jak ów Mikołaj Radziwiłł w r. 1597 '), szukali w „generałach" 
środka zaradczego na niemoc parlamentarną. Jakkolwiek pustką 
świecił generał korczyński -), i jakkolwiek trafnie wyjaśniał przy- 
czynę zaniku zjazdów prowincyonalnych Piotr Grabowski ^), rząd 
jednak pokusił się o cofnięcie nieubłaganego życia, ustawy 
1609, 1611 i 1613 r. postanowiły „wznowić" instytucyę, której 
nikt nigdy nie myślał kasować^). Skutek zawiódł najzupełniej. 
Do końca panowania Zygmunta nie ustają skargi na niedocho- 
dzenie generałów^). Konstytucya 1631 r. raz jeszcze, „przychy- 
lając się do dawnych praw i zwyczajów", dyktuje senatorom 
i posłom litewskim obowiązek uczęszczania na zjazd Słonimski*^). 
Tymczasem na konwokacyi 1632 r. (25 czerwca) projekt Łubień- 
skiego, biskupa kujawskiego, aby przed elekcyą złożyć sejmiki 
prowincyonalne, żadnego nie budzi echa O- Potrosze znikły z obli- 
cza ziemi zjazdy kolski i korczyński, ich śladem poszedł zjazd 
główny Wielkiego Księstwa, tylko generały mazowiecki i pruski 
wlekły dalej marną egzystencyę ^). 

Po upadku generałów przyszła kolej na sejm walny. 



') Barwiński, Dyaryusze Sejmowe r. 1597, 65-6; tamże, 353, w artyku- 
łach łęczyckich czytamy: „Sejmiki generalne Kolski i Korczyński aby wedle 
prawa i efekt swój hraly i poenae in absentes namówić" ; podobne żądanie wo- 
jewództwa krakowskiego, str. 381. 

-) Sobieski, Pamiętny Sejm, 53. 

3) Patrz ustęp, zacytowany wyżej, str. 331. 

4) Vol. Leg. II, 1676; III, 16, 171. 

5) Ob. artykuły śrzedzkie na sejm 1615 r. ; laudum krakowskie 1617 r. 
Teki Naruszewicza 108 i 110; instrukcya proszowska 2 stycznia 1618 r., Ms. 
166 Bibl. Jag. ; wotum wojewody poznańskiego na sejmiku śrzedzkim, grud. 
1623 r., Teka Narusz. 115; cgzorbitancye od pp. posłów, oddane królowi na 
sejmie 1623 r., tamże ; instrukcya sandomierska na sejm 9 stycz. 1629 r., Ms. 
102 Bibl. Jag. ; instrukcya proszowska z d. 4 września 1630, Ms. 166 Bibl. Jag. 
Ob. też Lauda krakowskie Kutrzeby, passim; Prochaska, XX, 216. 

0) Vol. Leg. III, 703. 

7) Dyaryusz w 125 Tece Naruszewicza. 

") Nie mówimy tu oczywiście o ąuasi-gencralnych sejmikach województw 
ruskiego, kijowskiego i rawskiego, które z właściwymi sejmikami prowincyonai- 
nymi miały jeno wspólną nazwę. 

16 



I 



ROZDZIAŁ VI. 

o chorobie sejmowej. Dalszy wzrost prądów odśrodkowych za Zygmunta III. 
Konflikty między instrukcyami. Taktyka niepozwalania na nic. Zygzakowata 
linia rozkładu. Dwojaka moralność publiczna. Zajście na sejmie r. 1627. Wra- 
żliwość izby na protesty wzrasta. Tamowanie czynności. Podstawą jego — poję- 
cie jedności aktu sejmowego. Moment zamknięcia przetargu. Fakultatywny prze- 
pis o terminie posiedzeń. Sceny końcowe. Glos wolny w opresyi. Nadużycia 
niezbędne dla ocalenia sejmu. Unormowanie sprzeciwów. W jakim momencie 
są one ważne ? Stopniowe przygotowanie opinii szlacheckiej do przyjęcia zasady 
liberi veto. Protestacye piśmienne. Ostatnia próba walki z niemi. Dwór ustępuje. 
Częste przejawy a dziwne skutki legalizmu szlacheckiego. Siciński. Uwagi 
ogólne o pochodzeniu „wolnego niepozwalam". Veto, jako wynik syntezy zasad 
elementarnych i późniejszych zwyczajów. Podmiotowa i przedmiotowa strona 
norm prawnych. Przedwczesne pretensye do zrywania obrad. Poprzednicy 

Sicłńskiego. 

„Sejmy się nie popisujmy, boć co sejm to gorszy, a z utratą 
i pośmiewiskiem wszystkich", ostrzegał Karnkowski, wówczas (1569) 
biskup kujawski, zgromadzone w Lublinie stany ł), a Piotr Mysz- 
kowski, biskup płocki, dodał: „Wszak to pospolite przysłowie 
(mlgare proverbium) u cudzoziemców, iż Polacy cierpią na sej- 
mową chiorobę (Poloni comitiali morbo laborant)"'^. Że pier- 
wiastek patologiczny istniał w procesie rozwojowym naszej 
państwowości, o tern po jej upadku nie może być cłiyba dwócli 
zdań. Nierozstrzygniętą jest atoli kwestya, jak głęboko wstecz 
sięga ten pierwiastek, i jak należy go rozgraniczyć ze zdrowym 
procesem fizyologicznym. Czacki dowcipnie, ale bez głębszego 
zastanowienia wyrzekł, że od czasu sejmu radomskiego (1505) 



1) Zródłopisma do dziejów Unii, Iii, 122. 

2) Kojałowicz, Dniewnik lubi. sejma, 238. Według Hartknocha, Respu- 
blica Polonica, 456, „przysłowie" to stworzył nuncyusz Commendone. 



— 243 — 

i król i Polska zostali dotknięci paraliżem. Nie wdając się w kry- 
tykę tak przesadnego sądu, uważamy za możebne przyczynić się 
do dyagnozy „choroby sejmowej", wskazując jeden z głównych 
jej symptomatów i jego najbliższą przyczynę. 

Osiągnięcie i zabezpieczenie pełni wolności politycznej, ure- 
gulowanie prawne przewagi szlachty nad stanem miejskim i kmie- 
cym, tudzież połowiczne zakończenie walki o naprawę Rzpltej, 
wywarły na parlamentaryzm pewien wpływ, który teraz dopiero 
wypada nam uwydatnić. Odkąd wygasły w narodzie szlacheckim 
te idee, które Małopolskę, Wielkopolskę i Ruś, Ossolińskich, 
Leszczyńskich i Siennickich, w jednym łączyły obozie, odkąd 
odosobnionym województwom zabrakło wspólnych a nieprzemija- 
jących zadań politycznych, osłabiony zaś monarchizm nie miał 
ani fizycznych ani duchowych sił, aby gwałt zadać bodaj jed- 
nemu krnąbrnemu sejmikowi, — szlachta mniej, niż poprzednio, 
mogła sobie obiecywać po królu i mniej go potrzebowała się 
■obawiać. Autonomia ziemska, tak dobitnie ujawniająca się w za- 
niku zjazdów prowincyonalnych, zdobywa niezatartą sankcyę 
w rozróżnionych deklaracyacli poborowych województw. Znów, 
jak po czasach Olbrachta, siły odśrodkowe, — różnorodne potrzeby 
ziemskie, biorą górę nad potrzebami państwa ; spotęgowany duch 
partykularyzmu niekiedy tylko słabnie na chwilę podczas wojen, 
grożących całości i istnieniu Rzpltej. Wielobarwność dzielnic wy- 
chodzi na jaw w sposób jaskrawy, rażący. Ofiarność na cele 
publiczne przenosi się kolejno z jednej grupy województw, ma- 
jących wspólne interesy ekonomiczno- polityczne, na drugą — za- 
leżnie od tego, kto zagraża kresom : Szwed, Moskwicin czy Tur- 
czyn. Raz Wielkopolska daje dobry przykład Litwie, kiedyindziej 
Litwa zakasowuje krakowian, ziemie ruskie — prusaków. I oto 
na sejmach już nie naród szlachecki walczy, paktuje, układa się 
z królem, lecz ścierają się egoizmy terytoryalne, egoizmy niezorga- 
nizowane nawet w kilka prowincyonalnych obozów, owszem roz- 
drobnione na kilkanaście, kilkadziesiąt prctensyi wojewódzkich. 
Powoli zasadniczy typ instrukcyi sejmikowej i charakter polityki 
poselskiej zmienia się na gorsze. Dawniej województwo zabra- 
niało zezwalać na podatki, jeżeli król nie spełni jego wymagań, 
najczęściej zgodnych z wymaganiami innych ziem. Teraz dyktuje 
ono swym posłom : na nic nie zezwalać, jeżeli przedewszy- 



- 244 - 

stkiem jego artykułom nie stanie się zadość. Ostrze instrukcyi: 
skierowuje się przeciw instrukcyom reszty województw, zagraża 
całemu państwu. 

Jedyną obroną przed jej ciosami będzie dla pozostałych 
ziem oddać pięknem za nadobne, zasłonić się podobną instrukcyą 
i „na nic nie pozwalać", „do niczego nie przystę- 
pować", „w niwecz się nie wdawać" — póki żądania 
icłi nie będą uwzględnione. Stary to oręż, ale dotycticzas rzadko 
dobywany z pochwy ; nie zardzewiały, a tak hartowny, że się 
pomimo częstego użycia nie wyszczerbi... Posługiwano się nim 
na sejmie 1523 r., kiedy to w rozdwojonej izbie odłamy prowin- 
cyonalne zajęły wobec siebie nawzajem negacyjne stanowiska,, 
dążąc do przeprowadzenia swych programów pozytywnych ; coś 
podobnego widać na sejmie piotrkowskim 1565 r. kiedy krako- 
wianie nawet na ukończenie egzekucyi nie chcieli pozwolić, je- 
żeli przedtem unia nie dojdzie do skutku '). Działania tego oręża 
wymowniej nie zdołamy opisać, niż to uczynił „pewien szlachcic",, 
zapewne świadek naoczny, którego „list do przyjaciela" czytali 
rokoszanie na zjeździe stężyckim 1606 r. : „Na sejmiku bywacie,, 
posły wyprawujecie, artykuły spiszecie i tak mniemacie, że to 
tak będzie, jako wy tam w Opatowie uknujecie ; a insze woje- 
wództwa także też uczynią, jedno że różne fantazye w ludziach,. 
różne też artykuły posłom bywają podane. A potym oni posło- 
wie zjadą się do kupy, ci z swemi, oni z swemi artykułami ; 
oni swoich popierają, ci swoich nie odstępują, to w swar. Izbę 
poselską porównam do gaju, co się na niem gawrony legą, 
wszyscy tam wołają, a jeden drugiego nie słucha, ni karczma, 
ni browar... Swarzą się sześć niedziel, aż konkluzya następuje. 
Cóż na onej konkluzyi będzie : napiszą konstytucyi gwałt,, 
a żadna effektu nie weźmie, a jeśliby któremu panu co potrzeba^ 
to swoją konstytucyę wrazi" 2). 

Ale i w tym nonsensie politycznym głęboko sięgającym,, 
wije się nić destrukcyjnego postępu. Rzecz naturalna, nie po- 
trafimy tu wskazać zwrotnych punktów chronologicznych, po 
których następowałoby coś zupełnie nieznanego w poprzedniem 



1) Dyaryusz sejmu piotrkowskiego, str. 68. 

2) Rembowski, Rokosz Zebrzydowskiego, str. 476. 



- 245 — 

stadyum. Z zachowanych laudów i instrukcyi, jakoteż dyaryu- 
szów sejmowych i protestacyi przyszły historyk polskiego parla- 
mentaryzmu będzie mógł ułożyć tablice statystyczne, ilustrujące 
liczbę, stopień gwałtowności i pomiary najcharakterystyczniej- 
szych oznak nierządu sejmowego, jako to : instrukcyi nakazczych, 
limitacyjnych, warunkowo-limitacyjnych i instrukcyi, polecają- 
cych wszystko odnosić do braci, opozycyi prowincyonalnych, 
wojewódzkich, sejmikowych i indywidualnych, kontradykcyi prze- 
■ciw pojedynczym wnioskom i) i przeciwko całemu aktowi sejmu 
i t. p. Przedstawiona graficznie, linia tych wykładników rozstroju 
parlamentarnego idzie zygzakowatym szlakiem — ku górze. 
Życie sejmowe nie zna reguły bez wyjątków. W chwilach dla 
państwa krytycznych ferment wewnętrzny łagodzi się, obyczaje 
sejmowe wracają do tej równowagi, jaka przed stu laty znamio- 
nowała momenty przesileń i wybuchów. Swarliwy sejm 1523 r. 
wykazuje takie symptomaty, jakie i po upływie całego stulecia 
nie mogą uchodzić za przeciętne; przeciwnie zaś sejm r. 1628, 
odprawiony pod wrażeniem karzącej różdżki Gustawa Adolfa, 
obraduje spokojnie, owocnie i umie sobie radzić z kontradyk- 
•cyami, jak za dobrych czasów Zygmunta Augusta -). 

Bo też naprzemian dochodzą do wpływu ludzie różnego umysłu 
i różnego sumienia. Na połowie czasu między erą Zamoyskiego 
i erą Andrzeja Maksymiliana Fredry różniczkują się wraz z po- 
glądami prawnymi przekonania moralne. Obostrzą się jakby 
dwojaka moralność. Jedni głoszą: „Protestować się przeciw sej- 
mowi, jest zniżać powagę sejmu,... pośrednio (per indirectum) 
na lekką uwagę dostojeństwa Pańskiego przywodzić, nawet nic 
inszego tylko rokosz. Protestować się przeciw której konstytucyi 
jest znieważać sejm, którego powaga (autoritas) zarówno w ogól- 



1; Z powodu sejmu 1638 r. A. St. Radziwiłł konstatuje, jal< wicl!\ic po- 
stępy za jego czasów zrobił zwyczaj „niepozwalania" : „Dziwna niemal w każdej 
lekkiej rzeczy kontradykcya i nigdy niesłycliana, ale zaraz na to odpowiedziano: 
„Jeżeli tego nie będzie, niech się rwie sejm". Jeden poseł pruski, szlaclicic, 
był przyobiecał wymódz na sejmie prawo wolnego łowienia ryb w jeziorach 
królewskich. Ten ani żadncm prawem, ani zwyczajem wsparty, wołał, iż jeżeli 
królewskie jeziora nic będrj mi wolne do łowienia, na żadn;} rzecz nie po/wolę. 
Przez kilka godzin niespokojna głowa ledwo się dala uspokoić". Pamiętniki 1, 376. 

-'i Krótki dyaryusz w 120 Tece Naruszewicza. 



— 246 - 

ności, jak w szczegółach (tam in toto, quam in parte) cała yć 
ma..." 1) Drudzy z niemniejszem namaszczeniem uczą: „Na ps- 
łów lepszego sposobu i lekarstwa potrzeba: jednego, aby im i- 
strukcye z zamierzoną mocą dawane były, drugiego, aby z czm 
nad zlecenie sobie z sejmu ku szkodzie panów (braci) przyjdę, 
aby taki na pamiątkę wieczną uznany był za niecnotę, a potoi- 
ków jego aby do służby Rzplitej ani do dygnitarstwa nie pry- 
puszczano" -), — i wziąwszy na „egzamin" posłów, zbyt ohr- 
nych na cele publiczne, zarzuciwszy ich istną kanonadą nieo- 
rzecznych wymówek, kończą groźnem pytaniem : „A nie wieciż, 
co się stało pochlebcom pod Łęczycą i generałowi w Pyzdrach-^) 
Kiedy dwa takie prądy spotkają się w jednem zgroia- 
dzeniu, tworzy się odmęt. Na sejmie roku 1627 uderzyły.ia 
siebie bardziej rogami niż racyami dwie despotyczne preten?e. 
Litwa nie chciała pozwolić na zamknięcie portów — a mialto 
być jeden ze środków do walki z Gustawem Adolfem, — ha- 
kowianie mając po sobie, jak mówili, „i racye niezbite, i saią 
słuszność (aeguitatem), i obowiązki, sub fide, honore et conscin- 
tia na się od województwa swego włożone", jeszcze twardziej t> 
stawali przy zamknięciu mennicy, wówczas jeszcze królewslej. 
Patryotyczna większość województw, której głównie leżała na 
sercu obrona ojczyzny, straciła cierpliwość i oświadczyła, „żeny 
dla jednego województwa uporu nie powinniśmy wszyscy zginć. 



') Konsyderacye pewne o protestacyach przeciw sejmowi albo konsru- 
cj'om, w Tece Naruszewicza 119 (a więc pod datą 1627 r.). 

2) Si<rypt do pobudi\i każdego Rzplitej upadku żałującego, pismo buto- 
wnicze b. d. (Teka Naruszewicza 119), pochodzące zresztą, jak widać z tRci, 
z lat 1614-5. Autor zagrzewa duchowieństwo do naśladowania przykładu bi- 
gniewa Oleśnickiego w walce z absolutum dominium, wzywa Radziwilłówdo- 
przewodnictwa w rokoszu, dziękuje w imieniu swoich .kół' posłom noworo- 
dzkim Protasowiczowi i Andrzejowi Obryńskiemu, co na drugim sejmie 113 
„cnotę swą oświadczyli", t. j. „przeciwko niezbożnym konstytucyom protest.-yę 
uczynili', chociaż „wiele towarzystwa nie mieli, którzyby... do dobrego pao- 
glł". Było to na tym samym sejmie, któr}' pociągnął swą wymową Ostrej. 
Oprócz nowogrodzian protestował też jakiś żmudzin i inni litwini, jak wSać 
z instrukcyi żmudzkiej na konwokacyę wileńską z d. 10 września 1614 riu- 
dzież z uchwał samej konwokacyi, d. 11 października (Teka Naruszewicza 1SV 

3) Examen posłów ziemskich z sejmu anni 1613 na sejmiku deputacm 
anni ejusdem przez jednego zacnego szlachcica polskiego czyniony (tamże) 



— 247 — 

Jeśli tedy ichmoście do piątku się nie rezolwują i do spóinej 
3gody się nie skłonią, gotowi i bez województwa krakowskiego 
■iejm kontynuować i o obronie radzić". Główny podżegacz kra- 
kowian, godny następca Zebrzydowskiego a poprzednik Lubo- 
nirskiego, Jerzy ks. Zbaraski, kasztelan krakowski, stanął przed 
^rólem i usłyszał słowa : „Niechże się posłowie krakowscy pro- 
:estują, a my z drugiemi przecie sejm konkludować będziemy, 
3onieważ niemasz zgody inszych na tę cessacyą (mennicy), tylko 
o oni sobie wymyślili sami". Zbaraski odpalił: „Rzecz by to 
Dyła najgorszego przykładu (deterrimi exenipli), kiedyby bez 
josłów województwa krakowskiego sejm konkludować miano. 
Kiedyś jeden poseł, gdy widział co prawu pospolitemu i wol- 
lości ślacheckiej przeciwnego, z gorliwości dla dobra publicznego 
''zelo boni publici) sejm rozerwał, a teraz bez całego i górnego 
Yojewództwa sejm zawrzećby miano? Nie dopniesz W. Kr. Mość 
■ego, i upewniam W. Kr. Mość, że z sejmu nic nie będzie, jeśli 
\V. M. tej cessationem pozwolić nie będziesz raczył". Zygmunt 
,vydawał się nieugiętym: „Niechże pp. krakowianie czynią, co 
:hcą', „niechże i z sejmu nic nie będzie". 

Dramat zawisł na ostrzu miecza. Nazajutrz w izbie stolnik 
aakowski mówi : „Taż deklaracya i teraz nasza, która była 
przedtym". I cały sejm schyla kark przed Zbaraskim i jego 
r^lientelą, „prosząc ichmościów o to, aby z takimi artykułami 
>vięcej na sejm nie jeździli". „Pójdziemy na górę z tą zgodą 
laszą na zupełne mynnice zawarcie... Żaden z nas niech nie 
contradykuje". Jakiś Wielkopolanin i litwin sarkali jeszcze: 
„Niemasz prędszej do wywrócenia sejmów drogi, jako takowe 
z sejmików konkluzye. Mamyć my też artykuły i obowiązki takie, 
;ebyśmy, jeśli na nie nie pozwolą, ni do czego nie przystępo- 
vvali, a przecie artykuły nasze chętnie poddawamy zdaniu i zgo- 
dzie inszych województw. Przetoż prosimy, abyście się wasz- 
rnościowie takowych legacyi nie podejmowali". Król ustąpił, 
noralność ziemska zwyciężyła ogólno-polską ^). 

Lecz głębiej, niż to falowanie nastrojów, posuwa się na- 
przód ledwo dostrzegalny dla spółczesnych i potomnych proces 
anarchiczny, który ująć możemy w takiem orzeczeniu : izba uwra- 



') Dyaryusz Moskorzewskicgo, Ms. Bibl. Jag. 2274. 



— 248 — 

żliwia się coraz bardziej na opór poszczególnych województw 
i jednostek, staje się wobec niego coraz bezwładniejszą. Zależnie 
od dostojeństwa protestującej ziemi, koło poselskie, miarkując, 
jaki opór napotka z jej strony przy ostatecznej konkluzyi, albo 
usiłuje ją przejednać, albo odkłada drażliwą sprawę na później, 
albo wreszcie ignoruje sprzeczkę i udaje, że uważa ją za zaże- 
gnaną. Ale pogróżka niepozwalania na nic, odkiedy zwłaszcza 
kontradycenci nauczyli się wychodzić z sali posiedzeń, aby ode- 
brać izbie nadzieję załatwienia sprawy prośbą i perswazyą — 
przeistacza się w zwyczaj, zwyczaj przeistacza się w prawo zwy- 
czajowe tamowania obrad (sisto actmtatem), po użyciu którego 
izba nie może już przejść do następnych punktów porządku 
dziennego. 

Zresztą tamować obrady nie znaczy to jeszcze zrywać sejm. 
Źródła do dziejów Zygmunta III mówią nieraz o „zniesieniu", 
„rozerwaniu" sejmu, ale termin ten jest równoznaczny z roz- 
biciem jedności sejmowej, za którem szła jego bezowocność, 
a nie z takiem gilotynowaniem sejmu, jakie widziały lata 
późniejsze. Bezowocnych sejmów widziały dużo już złote czasy 
jagiellońskie'), lecz zerwanym nie został ani sejm r. 1585, ani 
sejm r. 1597, ani sejm-) r. 1605, ani w r. 1606. Akcentujemy 
te odcienie, bo zależy nam na tem, aby na drodze do Sicińskiego 
nie przeskoczyć żadnego szczebla. Również pomiędzy dawną for- 
mułą obstrukcyonistów : ,,na nic nie pozwolę, dopóki etc." a nową: 
„sisto actiiHtatem" leży jeszcze pewna odległość. Do niepozwa- 
lania na nic doprowadziła z jednej strony reguła jednomyślności, 
z drugiej — stłoczenie sprzecznych, a twardych postulatów sej- 
mikowych. Do ogólnego tamowania obrad współczynniki te nie 
wystarczałyby, gdyby ich nie wspomagała pewna idea, wyrosła 
z najpierwotniejszych dziejów sejmowania. Jest nią pojęcie j e- 
dności aktu sejmowego. Poszczególny sejm nietylko pod 
względem zmiany personelu poselskiego nie daje się przyrównać 
do sesyi parlamentarnej. Nazwa conventus, przysługująca w XV 



') Wspominano takie wypadki bez wielkiego zgorszenia, ob. mowę mar- 
szałka Ryszkowskiego na „pamiętnym' sejmie, Sobieski, 73. 

2) Trwał on od 10 lutego do 24 marca; końcową scenę przedstawiają 
„Dyaryusze" Barwińskiego na str. 120, 165. 



— 249 — 

^'ieku zarówno sejmowi, jak i kongresom pełnomocników państw 
udzielnych ^), odzwierciedla pierwotną istotę sejmu, jako zjazdu, 
złożonego dla tranzakcyi i wspólnych uchwał kilku umawiają- 
cych się stron. Układy mogą trwać dzień, tydzień, nawet mie- 
siąc i więcej -), ale przedmiot ich normalnie z góry jest ozna- 
czony i ograniczony. Po dopięciu celu zgromadzeni rozjeżdżają 
się. Cały późniejszy rozwój wewnętrzny sejmu — witanie posel- 
skie, czytanie propozycyi, słuchanie wotów senatorskich, spisy- 
wanie i ucieranie artykułów, powrót do senatu, uroczyste zamknię- 
cie obrad — wszystko to osnute jest na owej pierwotnej kon- 
cepcyi. 

Ten rzut oka na zawiązki konstrukcyi sejmu tłómaczy nam 
prawną dopuszczalność objawu, niezrozumiałego z punktu widze- 
nia samej tylko polityki parlamiCntarnej : że posłowie, przy- 
zwoliwszy już raz na pewien wniosek, cofają później swe słowo 
szlacheckie. Postępowanie takie gorszy statystów, Orzechowski 
nazywa sejmy „jarmarkami, na których posłowie w niwecz obra- 
cają, co już sami postanowili, tandetą, na której prywata wszystko 
na swój zysk targuje" ^). Prywata, czy publiczny interes — to 
na razie rzecz obojętna wobec gołego faktu, iż nikt nie podaje 
w wątpliwość powagi legalnej tych frymarków. Niejeden sejm 
za Zygmunta Starego rozłazi się bez uchwał dlatego tylko, że 
po zagajeniu rokowań nad wielu wnioskami, podanymi przez 



1) Przykłady w CocIex epistolaris saeculi XV, passim. 

-) Według Długosza, XIII, str. 116, 131, 479, r. 1453-9 dni, 1454-15; 
tyleż w 1472, cyt. u Lengniclia, wyd. 2, t. 11, str. 414. 

•'i Hoffman, Historya reform politycznych, str. 77. — Por. słowa broszury 
l)cziir.itnnej z r. 1628 p. t. Exorbitancya powszccłina, i<tóra Rzeczpospolitą Królestwa 
Polskiego niszczy, zgubą grożąc, wydana za dozwoleniem starszych: „Podoba 
się to wszystkim dzisia ; nazajutrz jeden, który abo nie przybył, abo bywszy, 
przy myśli się wesołej namyślił, i nie strawiwszy jej jeszcze, rzecze : nie dobre 
wczorajsze wszytkich zdanie, poprawuję votum mego i nie zezwalam... Ponowią 
drudzy zgodę przeszłą, chwalą, dowodzą, on jednym „nie zezwalam" zbija naj- 
potężniejsze dowody; nastąpią wołania, swary, hałasy; naostatek, nawoławszy 
się, umilkną, aż szeptem jeden drugiemu mówi : „jużci to tak jest, co Pan Brat 
twierdzi, żeśmy od wolności sławni, tylko nie wiem, jako życzyć ci, aby wol- 
ność została, ale nie wiem, kiedy zostanie, gdy nas samych za takim rządem 
nie stanie. Nakoniec po wołaniach, po swaracli i po szcptacli konkUizya, — ze 
"wszystkiego nic" (egz. nieliczb.j. 



— 250 — 

posłów, król niektórych z nich nie przyjął, i przetargu podatków 
za przewidywaną sumę ustępstw nie udało się dobić. Na sejmie 
np. krakowskim 1536-7 r. senatorowie z posłami ułożyli 29 arty- 
kułów „konkordatów", król pod wszystkimi prawie napisał r 
„placet", odłożył tylko niektóre na następny sejm, a odrzucił 
„skazanie" korrektury praw i parę innycii żądań — to też „sejm 
rozszedł się bez zawarcia i dokonania"... '). Odstępstwa od tey 
zasady stanowienia wszystkich uchwał naraz (junctim) zdarzały 
się w późniejszych czasach bardzo rzadko. Poszczególne konsty- 
tucye ostatniego sejmu Zygmunta Augusta, zaczętego dnia 2 
marca 1572 r., wychodziły pod datą dni, w których je uchwa- 
lono; sejm został zalimitowany wskutek śmiertelnej choroby kró- 
lewskiej ^). Podobnież, jeżeli można wierzyć niedość ścisłemu 
w wyrażeniach St. Łubieńskiemu, na sejmie 1607 roku, podczas 
pożaru rokoszowego, „przeszły szczęśliwie po większej części 
uchwały zjazdu wiślickiego ; pytano bowiem każdego z osobna 
o zdanie, i jeśli po poprzedniem rzeczy przez senatorów wy- 
jaśnieniu, posłowie na nią się zgodzili, wnet ją w prawo zamie- 
niano, w razie zaś niezgody opornych do większości skłonić 
starano się" ^). 

Jakkolwiekbądź, jedność aktu sejmowego stawała się re- 
gułą bezwzględnie obowiązującą dopiero w miarę rozpanoszenia 
się liberi veto, a zatem wtedy, gdy starzejącą się konstrukcyę 
prawną sejmu jęła popierać taktyka „niepozwalania na nic'L 
O ile sejm nie ma być nagle zalimitowany, ,, namówione" już^ 
t. j. przyjęte przez trzy stany, postanowienia, mogą uledz „zdrapa- 
niu" ^); dopiero od chwili zawarcia sejmu zyskują one moc obo- 
wiązującą. Tę chwilę solenną a krytyczną otacza szlachta szcze- 



1) Acta Totniciana, XVII, Ms. Bibl. Czart. 275. 

2) Piekosiński, Sejm walny warszawski r. 1572 (Rozpi. hist. fil. Akadcmit 
t. XXXV). 

3) Łubieński St., Rozruchy domowe w Polsce, str. 88, zgodnie z tekstem- 
łacińskim, Opera posthuma, 114. Czy naprawdę naśladowano w roku 1607 przy- 
kład z r. 1572, to pozostaje jeszcze do sprawdzenia. Stanisław Golski, wojew^ 
ruski w uniwersale z d. 28 czerwca 1607 r. stwierdza tylko, że tam ,,konstytu- 
cyi potrzebnych wiele zgodnie, bez aklamacyej, bez opresyej, z dobrym rozmy- 
słem i uważeniem za zgodą wszytkich stanęło". Prochaska XX, 124. 

4) Orzelski, Tom wstępny, 90 : ,,Na co zgoda koła senatorskiego przystą- 
piła, podpisano i do kancelaryi oddano było ; na co nie — to zdrapano''... 



— 251 — 

golną pieczołowitością, układa dla niej regulamin w konstytu- 
cyi^), pilnuje jego przestrzegania^), surowo zakazuje, dla uni- 
knięcia, strzeż Boże, katastrofy, wnoszenia świec do sali sena- 
torskiej '^). Bo wtedy to, „na górze", w obliczu całej Rzeczypo- 
spolitej , ba ! nawet świata całego, raz jeszcze przy czytaniu 
ucłiwał wolno stanąć okoniem nietylko tym posłom, którzy sobie 
z góry zawarowali prawo opozycyi, ale i tym, co ku ogólnemu 
oburzeniu ^) wyrywają się z protestem przed królem, nie uprze- 
dziwszy o niczem kolegów. 

W czasacłi, kiedy instrukcye warunkowo-limitacyjne swem 
despotycznem „do niczego nie przystąpić", jęły rozsadzać gmacli 
sejmowy, upływały częstokroć dni i tygodnie drogocennych! po- 
siedzeń bez żadnycti wyników pozytywnych. Czy sejm ma trwać 
dwa, trzy lub sześć tygodni, zgromadzeni wiedzą, że na kom- 
promisy i porozumienie nadejdzie chiwila dopiero pod koniec 
kadencyi. Jeżeli uda się swą materyę postawić na pierwszem 
miejscu i przeprowadzić zgodną ucłiwałę, to tem lepiej. Ale 
skoro tylko sprawa utknęła , lepiej nie naglić zbytnio. Uparty 
obstrukcyonista liczy zawsze, że ostatecznie uczciwsi posłowie 
zmiękną i uciekną się do ustępstw. Zapobiegać wynikom takicli 
usiłowań miał przepis regulaminowy z 1633 r., głoszący, że po- 
wrót posłów do senatu powinien mieć miejsce na 5 dni przed 
zamknięciem sejmu •'). Cel takiego przepisu można sformułować 
w wyrażeniach! instrukcyi mińskiej z d. 2 stycznia 1618 r.: „aby 
powaga tak senatorska, jako i rycerskiego koła wcale zostawała 
i w znieważenie nie przychodziła, a sejmy zawsze za dnia po- 
ważnie bez aklamacyi i bez oprymowania głosów wolnych po- 
selskich konkludowały się, a konstytucye aby wiernie do druku 



') Konst. 1633 r., Vol. Leg. III, 783; konst. 1678, 1690, t. V. 346, 762. 

-) Niezliczone przykłady w instrukcyach, zwłaszcza późniejszycłi czasów. 

^) Pierwszy przykład takiego zastrzeżenia widzimy na sejmie r. 1597^ 
Barwiński, Dyaryusze, 119. 

•1) Przy zamknięciu sejmu 1627 r., 24 listopada, starosta brzeski zaprze- 
czył deklaracyi Korycińskicgo, złożonej w imieniu izby, wielu powstało naii» 
i „został w konfuzyi", Ms. 102 Bibl. Jag. — Por. Dyaryusz sejmu piotrk. 1565- 
r., str. 285-7, słowa Siennickiego: „acz wolno każdemu przy zdaniu swem ostać,, 
ale wyrywać się przed królem, nie opowiedziawszy się, nie przystoi", inny 
przykład solidarności na sejmie r. 1606, ob. Sobieski, 105, 111. 

5) Vol. Leg. III, 786. 



- 252 - 

i z druku wychodziły" '). Cóż kiedy reguła owa już pod koniec 
rządów Zygmunta III i za Władysława IV więcej liczyła wyjąt- 
ków, niż przypadków poprawnego zastosowania -). Niedość na 
tern. Rzadko który sejm kończył się bez prolongacyi. Z konsty- 
tucyi 1573 r. o sześciotygodniowem trwaniu sejmów zv/yczajnych^) 
mimowolnie zrobiono przepis dyspozycyjny, to jest w tym tylko 
wypadku obowiązujący, jeżeli strony interesowane nie zechcą go 
jednorazowo uchylić. 

Na te ostatnie chwile, gdy upór topnieje pod wpływem 
patryotycznych lub tylko patetycznych oracyi senatorskich, kró- 
lowie umyślili odkładać to, co dla nich było istotnym gwoździem 
sejmu — żądanie podatków^). Snąć nie chybiał celu ten sposób, 
bo szlachta , poznawszy się na nim , zaczęła w instrukcyach 
i przemówieniach sejmowych jak najgwałtowniej powstawać na 
prolongacye. Pod koniec sejmu 1627 r., po sześciu tygodniach 
wyczerpującej pracy, idą posłowie na górę; sprawa mennicy je- 
szcze nie załatwiona. Podkanclerzy, odpowiadając od tronu na 
żądania szlacheckie, proponuje odroczenie konkluzyi. „Boże ucho- 
waj!" wrzeszczy ciało prawodawcze. Nazajutrz, d. 1:3 października, 
upływa termin obrad, a zgody niemasz. Wznowiona przez ks. 
podkanclerzego Zadzika propozycya odroczenia napotyka zajadły 
opór. Ale gdy zaczęto według województw głosować, wszyscy 
zgodzili się za pierwszymi. „Jeden oboręki z łysą Weroniką 
kontradykował, że nie pozwalam, bo to przeciwko prawu. Ale 
go ulegowano" '"). Instrukcya wielkopolska 1639 r. skarży się na 
coraz większe zwłoki w zamykaniu obrad. „Zlecamy przeto pa- 
nom posłom naszym, aby na żadną prorogacyą sejmu albo pro- 
longacyą konkluzyi nie pozwalali, choćby i z niczem (et infectis 
rebus) rozjechać się mieli..., aby to prawem warowali, że to 
wszystko, coby... po upływie sześciu niedziel (post spatium sex 



1) Teka Naruszewicza 110. 

-) Za Władysława IV prolongowano sejmy 1635, 38, 41, 42, 43, 45, 47 r. ; 
z pomiędzy trzech niedoszłych: 1637, (I), 1639, 1645 r., przynajmniej dwa ostatnie 
rozbiły się o sprawę prolongaty. Czy prolongowano i pozostałe sejmy, trudno 
sprawdzić wobec wielkiej rzadkości dyaryuszów z czasów tego panowania. 

3) Vol. Leg. II, 919. 

*) Por. Kubali Pierwsze liberum veto (Szkiców serya II), 104. 

^) Podług fragmentów dwóch dyaryuszów w Ms. 102 Bibl. Jag. 



- 253 — 

septimanarum) sejmu postanowione było, nieważnem i próżnem 
(irritum et inane) zostawało'). Że sejmy „pcitały" pod brzemieniem 
rozpierających! je żądań wojewódzkicłi, to nic — byle nie cier- 
piała na prolongacyacłi l<ieszeń ziemiańska, i nie był narażony 
na szwank wolny głos mniej wytrwałycłi „trybunów". Z obstruk- 
cyi wolno ciągnąć zyski tylko obstrukcyonistom, ale nie królowi 
i Rzplifcj. 

Stopniowo sytuacye się naprężają. Im zawzięciej odgrażają 
się instrukcye i ich rzecznicy, że nie pozwolą i na godzinę pro- 
longacyi '-'), tem dramatyczniejsze są sceny zamknięcia sejmów, 
tern gwałtowniej nalegają marszałek i senatorowie, sarka cała 
izba. Oponent — trzymany za ręce albo za poły ^) — reflektuje się, 
że koniec końcem jest rzeczą obojętną, kto go poturbuje słowem 
lub czynem : bracia, czy też koledzy posłowie, że króla albo 
wojev.'ody lepiej sobie nie zrażać, i — ustępuje. Co się wśród 
tych opałów dzieje z „wolnym głosem" szlacheckim, trudno opi- 
sać. Przedewszystkiem, niekażdy ma siłę fizyczną, aby podczas 
kilkunastogodzinnej sesyi końcowej ustać na nogach. Uczestnik 
sejmu 1627 r. opowiada: „Czas ten nocny przyniósł taką po- 
ciechę: uczynił się srogi tumult i tak wielki ścisk rozmaitych 
ludzi, że panowie posłowie ledwie mogli wejść do izby senator- 
skiej. Czemu panowie marszałkowie już i radzić nie mogli. Kto 
mógł zgoła, to się wcisnął. A w izbie dopiero jeden na drugim 
aż się dusić poczęli". Żegnając króla, posłowie „nie mogli się 
kłaniać, co się ustali przez 17 godzin"^). A kolega jego przy- 
świadcza: „Długo ta alterkacya i tragedya konkluzyi sejmowej 
z wielką molestyą KJMci i wszystkich nas traktowała się, bo i my 
wszyscy, cośmy przez cały dzień i przez pół nocy i nad pół 
nocy dwie godzinie stali, nóg nie czuliśmy" '). — Niekażdy po- 
trafi przekrzyczeć kilkuset zgromadzonych prawodawców, a tem 
mniej — publiczność. Niekażdy ma cierpliwość, aby powtarzać 
w kółko swoje „nie pozwalam", a gdy umilknie, ogół tłómaczy 
jego milczenie za zgodę. 

1) Ms. 166 Bibl. .lag. 

2) Np. na sejmie lb38 r. 24 kwietnia (Ms. 2274 Bibl. Jag.). 
'-'') Sobieski, Pamiętny Sejm, 214. 
*) Ms. 102 Bibl. Jag. 
5) Ms. 102 Bibl. Jag. 



— 254 — 

Stąd niezmierzone pasmo nadużyć, zarówno w izbie po- 
selskiej przy ucieraniu wniosków, jak w senacie, jak nawet po 
-zamknięciu obrad. Pomijamy już tak zwane „sejmy w gospodach 
pieczątarskich", t. j. posiedzenia redakcyjne u kanclerzy po skoń- 
czonym sejmie, podczas których ścierano rogi różnym zastrze- 
żeniom poselskim. Sesye takie weszły w zwyczaj dopiero w na- 
stępnym okresie, chociaż już za Zygmunta III dawały one szla- 
chcie powód do skarg '). Bywały i nadużycia jawne przed obli- 
czem całej izby. Jeżeli nie można było usunąć oponentów drogą 
prostą, rugując pod pretekstem nieprawnego obioru, próbowało 
się drogi pokątnej. Już na sejmie koronacyjnym 1574 r, nama- 
wiano Warszewickiego, aby usunął się od udziału w posiedzeniu, 
na którem wniesiona będzie sprawa potwierdzenia konfederacyi 
warszawskiej ~). Ciekawe zakończenie miał sejm 1643 r. Włady- 
sław IV zabiegał o ,, wdzięczność" Rzplitej, mianowicie o fundusz 
na spłatę długów. Sprzeciwiało się temu najmocniej wojewódz- 
two ruskie. Gdy siedmiu senatorów ofiarowało się uiścić za to 
województwo każdy po 10.000 florenów, szlachta dopatrzyła się 
w ich propozycyi „niebezpieczeństwa upadku wolności"; jeden 
poseł lidzki pozwolił, „drugi kontradykował i z protestacyą do 
gospody odszedł. Tu wszystkim serce upadło, i już chcieli sejm 
pożegnać", ale udało się uprosić oponenta, aby wrócił. Z po- 
wodu przedłużenia sejmu szlachta pokłóciła się z biskupami. 
Zaczęto wychodzić. „Przybiegli wnet senatorowie, ich przytrzy- 
mując — opowiada Radziwiłł — marszałek woła, aby drzwi 
zamknięto, ja z podkanclerzym litewskim pisarza płockiego gwał- 
tem przytrzymałem, drudzy drugich". Nazajutrz, w kwietną nie- 
dzielę, gdy kanclerze zapowiedzieli, że tego dnia tylko drobne 
sprawy będą proponowane, mniej trzeźwi z opozycyi poszli spać, 
trzeźwiejszych zaproszono na gotowe bankiety, razem pozbyto 
się 38 opozycyonistów — i zeskamotowana uchwała o „wdzię- 
czności królewskiej" zapadła. „Tak Bóg chciał! boby inaczej 
nigdy sejm szczęśliwie nie doszedł" — kończy kanclerz litewski 3). 



') Por. niżej, str. 260. .* 

-) Wierzbowski, Krzysztof Warszewicki, str. 71 n. 3. 

3) Op. cit. II, 101 ; por. też Kubala, Jerzy Ossoliński, I, 242. Konarski, 
t. I, § 7, wspomina, że podobnemu manewrowi zawdzięcza Wiedeń swe ocalenie 
w r. 1683. 



— 255 — 

Przeciwko takim niespodziankom z jednej strony, a z dru- 
.rgiej — przeciwko nieumiejętnemu zastosowaniu głosu wolnego, 
zwracała się już od czasów pierwszycti bezkrólewi zwycza- 
jowo-prawna reglamentacya sprzeciwów poselskicli. 
Po pewnych wahaniach nastało porozumienie co do chwili, 
w której opór posła powinien mieć znaczenie rozstrzygające. 
Skoro ma on powstrzymać od uchwalenia pewnej nowelii całe 
zgromadzenie — niedość, rzecz prosta, zakomunikować go paru 
osobom w prywatnej rozmowie. Powinny o nim wiedzieć wszystkie 
trzy stany, jako subjekta, których decyzye tworzą razem naj- 
wyższą wolę prawodawczą. Orzelski wyciągnął stąd wniosek na- 
leżyty i przyłożył się do spopularyzowania go wśród szlachty. 
,Nie jest to poselska powinność", tłómaczył Wielkopolanom na 
sejmiku relacyjnym 1590 roku, „przed podpiskiem u ksiąg albo 
.gdzie w kącie co opowiadać, ale jako publice, t. j. z wiado- 
mością KJMci, senatu i posłów in facie Rzplitej... Czego że nikt 
zgoła przed KJMcią i w zgromadzeniu omriium ordinum przy 
konkluzyi nie czynił, za protestacyą się to uważać nie może, bo 
iż protestacyą na to jest dobra, aby konkluzyę hamowała, jako 
ta ma hamować, o której nikt nie wie?" '). 

Jakoż przy dobrych chęciach legalizm szlachecki umiał się 
uporać z wybrykiem. Posłowie sanoccy na sejmie r. 1620 źle się 
spisali : dopuścili do uchwalenia konstytucyi, wyznaczającej popis 
pospolitego ruszenia w miejscu dogodnem dla lwowian, a nie 
dla sanoczan, i poniewczasie próbowali protestować^). Ale nie 
pora była na protesty między Cecora a Chocimiem. Wyborcy, 
publicznym aktem (21 kwietnia), wyparli się swych posłów, ,, po- 
nieważ ta protestacyą z wielu miar nieporządnie uczyniona jest, 
bo porządek taki miał być zachowany, iż panowie posłowie nasi 
tak mieli na sejmie kontradykować tej uchwale publicznej (huk 
laudo publicoj, coby byli wzięli ten skutek, by sejm przy ich 
stał kontradykcyej, który się stał panów lwowian, ponieważ jednaka 



•) Tom wstępny, str. 88. 

2) Kozłowski i towarzysze 9 lutego 1G21 r., z charakterystycznym dokładcm : 
,,i owszem, kontradykowaliśmy temu". Coprawda, nawet Stadnicki bywał lega- 
listą, gdy chodziło o zerwanie sejmu: ob. jego protest w Przemyślu 30 maja 
1605 r. : ,,gdyżcm się ja z tern zaraz przed Królem Jmcią oświadczał i opowie- 
dział, że na to zgody panów posłów nie było", Prochaska, XX, 11 1, 184. 



- 256 — 

jest panów posłów wszystkich powaga (autoritas). Jednak, jeśliby 
było przez jakieś zrządzenie losu (aliguo fato) tej kontradykcyej 
nie przyjmowano, tamże w grodzie warszawskim albo w naj- 
bliższym którym inszym mieli panowie posłowie, jako publicaer 
naonczas personae, protestacyą uczynić. Ktemu miała być uczy- 
niona przed publikacyą konstytucyi od panów posłów, bo publi- 
kacya już zawiera drogę protestacyom i (nadaje) prawu powagę^, 
bo inaczej nigdyby prawo nie miało swej pewności... Ta prote- 
stacyą na rocech uczyniona jest nie od osób publicznych (a pii- 
blicis personis), któreby do tego aktu właśnie należały, ale od 
prywatnych, którzy swojem tylko mianem, nie powszechnem, 
czynić to mogli. Tamto też zgromadzenie na rocech za po- 
wszechne rozumiane być nie może..., bo roki nie są sejmikami. 
Byłoby też to najgorszym w Rzplitej przykładem „pessimum in 
Republica exemplum" „gdyby roki powiatowe sejm walny koronny 
poprawiać i z błędu arguere (przekonywać) miały- Sejm przy- 
szły, da Pan Bóg, może to korrygować, jeżeli w czem pobłą- 
dzono na tym przeszłym (si quod erraium est)" ^). Podobno 
nawet na konwokacyi 1632 roku, dnia 8 lipca, posłowie posta- 
nowili raz na zawsze „sposób czynienia protestacyi w obliczu 
Rzplitej 2). 

Widzimy stąd, że instytucyi, którą czekała ogromna przy- 
szłość, nie pozwoliła szlachta popełnić przedwczesnego samo- 
bójstwa, co niechybnie musiałoby nastąpić, gdyby każdy poseł 
mógł każdej chwili oporem swym rozerwać sejm. Jeszcze ogół 
nie był przygotowany do takich orgii nierządu, jakie za króla 
Sasa starły w proch władzę prawodawczą. Podobne wyuzdanie 
mogłoby jeszcze narodowi otworzyć oczy na niebezpieczeństwo,, 
ośmielić go do targnięcia się na „źrenicę wolności". Badając te 
bezprzykładne dzieje ogłupienia i mistyfikacyi politycznej, do- 
znaje się wrażenia, że jakaś podstępna siła duszov/ładna celowo 
wiodła brać szlachecką na bezdroża, strzegła ją przed upamię- 
taniem, oszczędzała jej zbyt głębokich wstrząśnień, wybrykom 
przerafinowanego doktrynerstwa ^) nie pozwalała wyprzedzać po- 



1) Prochaska, XX, 186-7. Por. też pogląd szlachty krakowskiej (1590) 
u Kutrzeby, !, 160. 

2) Alb. Stan. Radziwiłł, j. w., I, 29. 

3) Szczytu „jednomyślności" dosięgło dopiero zgromadzenie elekcyjne 



— 257 — 

stępów deprawacyi moralnej i upadku oświaty, aby w najbez- 
pieczniejszy sposób wyhodować na podziw pokoleń liberum veto. 
Zaczęto zrywać sejmy przed połączeniem izby poselskiej z se- 
natem dopiero wtedy, gdy opinia publiczna oswoiła się z dawnym 
procederem rwania obrad przez pojedynczego posła, I przed 
sejmem Sicińskiego — toć wiadomo, źe zasłużył na tę piękną 
nazwę ') — i po nim opozycya grup i jednostek „kaziła" zgro- 
madzenia stanów, ale te nie rozłaziły się przed prawnym termi- 
nem. Na rwanie sejmów przed owym terminem można było sobie 
pozwolić dopiero wtedy, gdy w umysłach dojrzały odpowiednie 
równoważniki ideowe i utrwalił się zwyczaj protestacyi p i ś- 
m i e n ny eh. 

Ponieważ opór posła, zwłaszcza w decydującej godzinie 
konkluzyi, prawie zawsze zmierzał do tego, aby dogodzić ży- 
czeniu jawnych albo tajemnych jego mocodawców, przeto „rwa- 
czowi" zależało na tem, aby ci ostatni, nawet w razie pogwał- 
cenia wolnego „niepozwalam", wiedzieli, źe on, poseł, zrobił 
swoje. Z drugiej strony, interes województwa wymagał, aby 
rząd oraz kraj wiedziały o jego nieprzyzwoleniu na uchwały 
sejmowe. Jeżeli „rwacz" iDył pewny, źe izba nie odważy się 
ignorować jego opozycyi, jeżeli miał kolegów i popleczników, 
gotowych za nim świadczyć przed wyborcami lub magnatem, 
mógł poprzestać na ustnem oświadczeniu. Jeżeli natomiast, co 
było nierównie częściej, poparcia takiego nie mógł się spodzie- 
wać, a rozżalonym stanom nie śmiał patrzeć w oczy, — to 
uciekał „na Pragę", uprzednio zadokumentowawszy swój protest. 

Sprzeciwy, protesty piśmienne, składane na sejmach i po 
sejmach przez sejmiki, frakcye i jednostki, poczęły się równie 
wcześnie, jak przykłady opuszczania sali posiedzeń przez nieza- 
dowolonych. Od roku 1573 protestacye piśmienne ukazują 
się wcale często : przeciw konfederacyi warszawskiej zanoszą 
w Płocku protestacye „prywatnym sposobem" biskup Myszkowski 



1648 r. : d. 26 listopada „powstał szlachcic bełzki, i<tóry się czyni! ckstilem, pro- 
testując się, iż niedopuści nominować króla, jeżeli mu prowizya nie będzie na- 
znaczona, lecz dobremi słowy ubłagany, dał się uspokoić". Alb. Stan. Radziwiłł, 
II, 347-8. 

1) Ob. cłiarakterystykę sejmu r. 1652 u Kubali, Pierwsze Liberum Vcto. 
Szkice, scrya I. 

17 



— 258 — 

i kilku szlachty. Dnia 27 marca 1574 r. Łyssakowski, Krasiński 
i Warszewicki czytają protest przeciw konstytucyom zjazdu elek- 
cyjnego i t. d. 'j. 

Głośny był za Stefana Batorego protest Kazimierskiego 
i towarzyszy na sejmie r. 1584-5 -). Przeciwko uchwałom sejmu 
r. 1590 podpisało protest kilku Litwinów (Haraburda, Doroho- 
stajski i tow.); akt ten jednak okazał się bezsilnym, zapewne 
wskutek małej liczby zebranych podpisów^). Przygotowywano 
protestacye na sejmie Inkwizycyjnym, na szczęście bez skutku^). 
Krakowianie Marcin Chełmski, Spytek Jordan i Stanisłav/ Morski 
protestowali na piśmie przeciwko wszystkim uchwałom sejmu 
r. 1593, ponieważ ułożono je po terminie zamknięcia obrad''). 
Stadniccy manifestowali się na zgubę sejmu r. 1597, i to z po- 
wodzeniem ''). Potem rosną protesty, jak trujące grzyby po 
deszczu ''). 

Cóż miał począć wobec tej zarazy przyparty do muru rząd 
królewski? Chwycił się ostatniego środka: próbował zakazać 
grodom przyjmowania protestów do ksiąg *^), 

Daremna obrona ! I w te ostatnie zakątki wdziera się odmęt 
żywiołu, spragnionego urzeczywistnienia szalonej myśli, co od wielu 
dziesiątków lat błąka się po sfermentowanych mózgach, kusi 
i podżega szlacheckie animusze, aby wreszcie roztoczyć przed 
światem całą wszechmoc wolnego głosu. Wezbraną falę miałożby 
powstrzymywać w pędzie kilku pisarczyków grodzkich ? Nie po- 
zwoli na to brać szlachecka ! Już w liczbie grawaminów, wyto- 
czonych Zygmuntowi przez zjazd sandomierski dnia 24 sierpnia 
1606 r., figurowała interpelacya : „Dlaczego, choć sejm nie stanął, 
choć ich wiele nie pozwalało na pobór, który ma być za wspólną 



1) Orzelski, I, 171, 262. 

■^) Czuczyński, Dyaryusze Sejmowe, 273 i in. 

3) Ogłaszamy ten ciekawy dokument w Załącznikach. 

4) Barwiński, Dyaryusze i akta, 278. 

5) Kutrzeba, I, 196. 

6) Barwiński, Dyaryusze Sejmowe r. 1597, str. 90, 94, 437, 457. 

"') Ob. np. Kutrzeba, 1, 171, 204, 214; Sobieski, Pamiętny Sejm, 52, 
228-9. 

8) Kutrzeba I, 204. Prochaska XX, 106: protest Stadnickiego 14 kwietnia 
1603 r, w Przemyślu przeciwko grodowi krakowskiemu. Sobieski j. w. 



— 259 — 

zgodą wszech stanów (ex communi omnium ordinum consensu) 
stanowiony, a przecie ani protestacyi do ksiąg przyjmować chciano, 
i przeciwko ludziom nic nie wiedzącym ani wierzącym (contra 
inscios et infidos), uniwersały spisawszy i po grodziech aktyko- 
wawszy, wyciągnąć podatki bez nas na nas chciano" ? '). Z tern 
samem zażaleniem występowała szlachta i później, aż w r. 1622 
sam król, uznając nielegalność takiej obrony sejmu, składa broń, 
podaje w instrukcyi na sejmiki wniosek, aby skardze tej uczynić 
zadość'^). Izba podnosi na sejmie srogą „egzorbitancyę" : „Czemu 
grody, a mianowicie warszawski, protestacyi za konstytucye uczy- 
nione nie przyjmują", a uzyskawszy odpowiedź, odsyłającą ją 
po wymiar sprawiedliwości do trybunału, gotowa jest spisać na 
siebie samą wyrok zagłady ^). 

Jestże to samobójstwo dobrowolne, czy perwersya mo- 
ralna? Dziejeż się to w imię anarchii, ot tak, z zamiłowania do 
bezładu i chaosu? Bynajmniej. Ci ludzie chcą porządku, chcą 
skrupulatnej obserwacyi praw, brzydzą się nielojalnością ! Co kilka 
lat, niekiedy rok za rokiem można to stwierdzać, przeglądając 
uważnie lauda, instrukcye lub inne akta większych województw. 
Oto garść przykładów z województwa ruskiego: 19 stycznia 1615 
roku szlachta ruska dopomina się porządnego kończenia sejmów, 
bez tumultów i okrzyków, a zwłaszcza aby „konstytucye sej- 
mowe, na górze i w izbie senatorskiej zawarte, po dokończeniu 
sejmu odmieniane nie były, i nic się do nich nad to, co sejm 
zawarł, nie przyczyniało". 12 marca 1616 r. jeszcze stanowczej: 
aby kary uchwalić na zrywaczy i ułożyć sposób konkluzyi obrad, 
gdyż „rozrywanie sejmów, które jedna albo kilka person czynić 
zwykły... jest bardzo szkodliwe wolnościom naszym". Instrukcya 
ruska z dnia 31 sierpnia 1627 r. boleje nad tem, „że sejmy, 
które vetera instituta Reipublicae za jedne lekarstwa na swe 



') Rembowski, Rokosz Zebrzydowskiego, 291. 

2) Instrukcya na sejmiki partyk. pro d. 13 grud. 1622, Ms. 100 Bibl. Jag. 

3) Exorbitancyc od panów posJów oddane KJM. w Warszawie 1623; Re- 
plika na respons JKM. za zgodą koła poselskiego, przed KJM. czytana i na 
piśmie podana: „przychylając się do deklaracyi WKM. na tym jesteśmy, aby 
przeciw tym, którzyby suo officio in hoc passu dosyć nie czynili, authoritate 
sejmu tego uchwalone co było*. Obeszło się zresztą bez uchwalenia podobnej 
fczolucyi. (Ms. Bibl. Czart. 354). 

17* 



— 260 — 

urazy mieć chciały, częściej się nam w złą niźli w dobrą krew 
obracają, czego między inszemi wielką przeszkodą być rozumie...,, 
że nie mamy certum modum consultationum et conclusionum 
publicarum" ; Rzplita powinna to opatrzeć raz na zawsze. — Widać 
zanosi się na akcyę reformatorską. Dnia 12 grudnia 1628 roku 
poleca sejmik swym posłom „dobrze większą część województw... 
segui". Dnia 16 grudnia 1632 r. ci sami proponują ustawę, aby 
posłowie, spóźniający się więcej jak 4 tygodnie, nie mogli sprze- 
ciwiać się rzeczom już uchwalonym. Ciż sami dnia 14 grudnia 
1634 roku boleją nad brakiem sposobu konkluzyi sejmów i każą 
posłom pracować nad nim, podają nawet od siebie pewne po- 
mysły: aby spóźniający się 3 tygodnie tracili prawo kontradykcyi 
na rzeczy namówione, aby projekty rozważać koleją, bez prze- 
skakiwania od jednych do drugich, aby marszałek nie dawał 
czytać w izbie senatorskiej rzeczy, na które nie było zgody po- 
wszechnej, aby posłowie według konstytucyi sejmu koronacyj- 
nego (1633) na 5 dni przed konkluzyą łączyli się z senatem, 
aby marszałek zawczasu oddawał projekty praw do akt kancler- 
skich, aby arbitrom niewolno było kwestyonować ich powagi, 
ale „każdego senatora i posła, który na sejmie był, a tego nie 
słyszał, ważna ma być protestacya... w grodzie którymkolwiek 
uczyniona". Pożądane jest zawiadamianie sejmików zawczasu, 
aby wiedziały, nad czem mają radzić. 

I potem troskliwość szlachty o sejmy nie słabnie. Instrukcya 
9 grudnia 1636 r. każe posłom odjeżdżać z sejmu z protestacya^ 
gdyby izba nie chciała iść do senatu na 5 dni przed końcem. 
27 stycznia 1638 r. znowu chce szlachta porządnych konkluzyi, 
i aby w senacie „nic nie czytano, coby pierwej nie było conclu- 
sum w izbie poselskiej". 25 sierpnia 1639 r. w imię porządku 
sejmowania żąda się niedopuszczania do prorogacyi. W kwietniu 
r. 1640 proponuje się dokładny sposób podpisywania konstytucyi 
przy marszałku i deputatach, a nie w gospodach pieczętarskich. 
9 lipca 1641 r. reasumowano te same żądania co do podpisów 
i prorogacyi ; instrukcye królewskie na sejmiki mają być aktywo- 
wane na 2 tygodnie przed ich złożeniem. 

Im dalej, tem więcej troskliwości. 2 stycznia 1643 roku chce 
szlachta ruska „defekty sejmowe poprawić", zabieżeć próżnym 
protestacyom, za ważne uznać tylko te, które ktoś czyni „in facie 



— 261 — 

Reipublicae" i przed deputatami. 11 stycznia 1645 r. : trzeba 
odebrać prawo zasiadania w izbie posłom, spóźniającym się o 2 
tygodnie; „prolongacyi sejmu i jednej godziny pp. posłowie 
nasi pozwalać zgoła nie mają, w czem limitatissimam im dajemy 
potestatem". Co do protestacyi ponowione dawne propozycye 
<w obliczu Rzplitej przy marszałku i deputatach, albo po sejmie 
przeciw przemycanym projektom bez zgody powszectinej). 13 wrze- 
śnia 1646 reasumowany tenże artykuł. 11 kwietnia 1647 r. wielki 
żal nad bezowocnością sejmów i nad ostrością skarg królewskich 
z tegoż powodu. Sejm ma się wystrzegać osobnych deklaracyi 
wojewódzkich, z wyjątkiem podatkowych, i nie pozwalać na 
prolongacye. Te deklaracye przed królem, zgubny nowy koncept, 
bardzo niepokoją legalistów: 15 grudnia 1648 roku dyktują oni, 
aby marszałek z niezgodnymi punktami do Króla Jmci na górę 
nie przychodził i na żadne deklaracye przez województwa in 
Jacie J. Kr. Mości pozwalać nie ważył się. 15 grudnia 1651 roku 
jeszcze jedna, bodaj ostatnia skarga na owo chodzenie do króla 
„na nowe sejmy", „nic a nic w izbie poselskiej nie postano- 
wiwszy", i jeszcze jeden zakaz odroczeń i posiedzeń nocnych" ^)... 
Długo wzdychało województwo ruskie, a razem z niem trzy- 
dzieści innych,-) do osiągnięcia porządnych konkluzyi sejmowych ; 
długo zdawało się, że żadne pęta, żadne zastrzeżenia nie ukrócą 
tych różnych prolongacyi i deklaracyi przed królem, tego cho- 
dzenia do senatu bez uchwał w izbie, tych posiedzeń redakcyj- 
nych po zamkniętym sejmie. Aż wreszcie — dokonało się! Stało 
się zadość mimowiednym pragnieniom instrukcyi ruskiej r. 1651 
i zespolonym z nią tęsknotom narodu. Znalazł się mąż, który 
wieczorem dnia 9 marca 1652 roku stanął na kamiennej opoce 
prawa, i nie uwodząc się żadnym utylitaryzmem, na nielegalną 
prolongatę nie pozwolił...^) 



') Wszystkie cytaty wzięte z Aktów grodzkich i ziemskich, (wyd. Pro- 
chaski) XX, 111, 145, 155, 184, 247, 267, 335, 371, 373, 397, 411, 422, 433, 446. 
449, 465, 480, 492, 506-7; XXI, 48, 93. 

2) Ob. np. instrukcyę krakowską 9 lutego 1598 r. u Kutrzeby, 1, 228: 
.Konstytucye sejmowe przy konkhizyej sejmu pod pieczęcią koronną, aby pa- 
nom posłom beły wydane, i modum conciusionis sejmów naleźć, a przy świe- 
cach aby nie żegnali, ale żeby się protestowali, a z sejmu żeby nic nie bcło". 

3j Kubala, Pierwsze Liberum Veto, Szkice historyczne, Scrya II, str. 107 sq. 



— 262 — 

Zabłysła na firmamencie gwiazda wolnego głosu Władysława 
Sicińslciego, posła trockiego, i sejm z marszałkiem Fredrą, senat,, 
wszystkie stany uklękły przed jej splendorem. Mało kto dojrzał 
przy jej świetle spełnione proroctwo Łukasza Opalińskiego, ') 
zduszoną w uściskach szlacheckiego legalizmu, obumarłą władzę 
prawodawczą Rzeczypospolitej. 



Jeszcze parę spostrzeżeń* i refleksyi, a sprawę genezy veto 
będzie można uznać za wyczerpaną. 

Zajęci wykryciem rodowodu instytucyi prawnej, odkładaliśmy 
na później sporne pytanie, czy przed rokiem 1652 istniała 
reguła, zawierająca wszystkie typowe objawy, które później, 
łączono w pojęciu „liberi veto". Pytanie to wszakże nastręcza 
parę uwag, najściślej związanych z historyą prawa. Przy ozna- 
czaniu chwili narodzin wolnego „niepozwalam", musimy dokła- 
dnie zdać sobie sprawę z pewnej różnicy, lekceważonej przez 
historyę polityczną. Musimy zapytać: co jest dawniejszem — 
zwyczaj (= praktyka) rwania sejmów przez jednego posła^ 
czy też prawo, na którem opierało się rwanie? 

Każda idea prawa obowiązującego ma stronę przedmio- 
tową i podmiotową, jest normą powinności dla jednych i źródłem 
uznanych żądań dla drugich, — jednym narzuca pewne obo- 
wiązki, drugim nadaje odpowiednie pretensye. Znaczna część 
przepisów prawa publicznego reguluje w ten sposób stcsunek 
między jednostką a państwem ; w rzeczypospolitej należą do tej 
kategoryi normy organizacyi najwyższej woli zbiorowej. Dalej, 
wśród założeń prawa zwyczajowego jedne składają się z sądów 
prostych, jak pewniki geometryczne, inne powstają nie bezpo- 
średnio ze świadomości prawnej, lecz przez operacyę rozumową,, 
dokonaną nad poprzednimi — bądź drogą zestawienia ich z no- 
wym stosunkiem faktycznym, bądź to drogą kojarzenia z innym 
przepisem. Jednomyślność w stanowieniu uchwał, to zasada naj- 



1) Rozmowa plebana z ziemianinem (1641): „Boję się, abyście hunc foe- 
tum simiae instar pieszczotami i ściskaniem nie zdusili, nie pozwalając na takie 
prawa, które lubo pozorem (jako więc choremu lekarstwo) są przykre, jednak 
rzeczą samą zdrowe i pożyteczne". 



— 263 — 

zupełniej elementarna. Natomiast prawo tamowania i rwania obrad 
przez jednostkę, zwłaszcza uregulowane formalistycznie, jako 
liberum veto, jest wynikiem daleko sięgającej syntezy — kombi- 
nacyą zasad jednomyślności i jedności sejmu z postulatami celo- 
wości technicznej. 

Jeżeli tedy samo przeobrażenie bezwiednie stosowanych 
zwyczajów w pierwiastkowe normy wymaga dłuższego 
przeciągu czasu, różnego przytem dla poszczególnych jednostek, 
to o ileż potężniej działa czynnik indywidualizujący, gdy w umy- 
słach jednostek odbywa się owa praca syntetyczna nad pewni- 
kami prawa zwyczajowego! Każda świadomość indywi- 
dualna, akceptując przejętą od innych albo samodzielnie wy- 
pracowaną normę prawną jednocześnie przyjmuje i przedmiotową 
jej stronę i podmiotową. Kto uznaje prawo Sicińskiego do tamo- 
wania i zrywania obrad, ten zaraz przyzna je i samemu sobie, 
i naodwrót, kto żąda poszanowania dla swego protestu, ten nie 
odmówi go protestom cudzym. Ta odwrotna droga, od pretensyi 
do uznania przepisu cechuje wogóle rozwój wolności osobistej, 
a zwłaszcza u nas. Cały ogół społeczny atoli niejedno- 
cześnie wytwarza obie strony nowego prawa i nie odrazu przej- 
muje się jego następstwami. Realizacya nowopowstających prze- 
pisów tembardziej pozostaje w tyle ; musi nieraz czekać lata 
i dziesiątki lat, zanim nadejdą pomyślne warunki. Najwcześniej 
kończą syntetyczną czynność nad gotowemi zasadami umysły 
najbystrzejsze, najgłębiej zżyte ze społeczeństwem, albo też naj- 
silniej zainteresowane wynikiem konstrukcyi. 

Twórcy liberi veto rnieli takich przodowników. Wolny głos 
szlachecki został zrozumiany i sformułowany wcześniej, niż uzy- 
skał powszechne uznanie. Ukazał się, jako pretensya jednostki 
do państwa wcześniej, nim zorganizowana w sejm myśl zbio- 
rowa i wola narodu pozwoliła na jego zastosowanie. Późniejszych 
Sicińskich, Białobłockich, Zabokrzyckich przeczuł ten sam mąż, 
który odgadł najwyższe pożądanie tłumów, gromadzących się na 
elekcyę pod Wolą i podpowiedział im słówko „viritim". Kanclerz 
Zamoyski, opanowany tęsknotą do wielkich czynów, do bojów 
za chrześcijaństwo z półksiężycem, a skrępowany, jak Gulliver, 
sieciami niezliczonych liliputów sejmikowych, pierwszy dostrzegł 
i nazwał po imieniu nadciągającą z oddali siłę zabójczą. „Wła- 



— 264 — 

dza posłów wojewódzkich", mówił dnia 19 grudnia 1596 r. do 
Vanozzi'ego, sekretarza nuncyusza Gaetano, „podobna do władzy 
trybunów, nie tylko zgromadzonym stanom oprzeć się może, 
lecz obalić uchwalone ustawy i decyzye senatu na mocy prero- 
gatywy liberi veto, której każdy poseł używać może" '). 

Ale Zamoyski popełnił proroczy — anachronizm. Wprawdzie 
przeciwko dopiero co ubiegłemu sejmowi 1596 r. „protestował 
się Marcin Bukowiecki, poseł wielkopolski, że tam ninacz nie zezwa- 
lał ; ale oprócz niego protestowali i inni, tak polscy, jak i litewscy 
posłowie, ^) zresztą protestacye te nie obaliły wcale uchwał sej- 
mowych ; gdy zaś przed żegnaniem Michał Choiński „sam się 
jeden przeciw konsensowi... wszech posłów opowiadał'', odmó- 
wiono mu poparcia, boby to złe exemplum było, gdyby je- 
dna jaskółka stanowiła wiosnę (una hirundo faceret ver)^ ^). 
„Pamiętny" sejm przedrokoszowy w r. 1606, jak wiemy, usiłował 
zerwać Janusz Radziwiłł bez niczyjej pomocy, ale zanim stany 
zdążyły orzec, czy tym razem jedna jaskółka stanowi wiosnę, 
posypały się inne rrotesty: województwa krakowskiego oraz 
kasztelana Janusza Ostrogskiego, i sposobność do wypróbowania 
jednostkowego sprzeciwu minęła'*). Po paru latach o mało nie 
padły ofiarą pierwszego „niepozwalam" ustawy sejmu 1609 r., 
a w ich liczbie pamiętny artykuł o „domówieniu się" poselskiem, 
często przytaczany w późniejszych czasach na obronę liberi veto. 
Formalną protestacye, zaniesioną przeciw wszystkim uchwałom 
lego sejmu przez jednego posła, izba schowała jednak pod 
korcem ^), — i trzydzieści lat wypadło czekać jeszcze, nim koło 
poselskie, kształcone w obstrukcyi, zaślepieniu i obłudzie poli- 
tycznej, zbliżyło się o duży krok do należytego uczczenia no- 
wego bożyszcza. Jerzy Lubomirski, ratując Ossolińskiego przed 
zemstą obrażonego rycerstwa, „zerwał" sejm 1639 r. na zasadzie 



') Niemcewicz, Zbiór pamiętników, t. II, str. 242. 

2) Bielski, str. 1759 ; por. też u Barwińskiego, Dyaryusze sejmowe r. 
1597, artykuł 3 województwa krakowskiego: „Konstytucye przeszłego siejmii, 
przeciwko którem zaszła województwa krakowskiego protestacya, aby byli na 
tem sejmie zniesione". 

3) Orzelski, tom wstępny, 219-20. 

4) Sobieski, Pamiętny Sejm, 220-4, 

5) Radziwiłł, Pamiętniki, t. I, str. 29. 



— 265 — 

artykułu instrukcyi, który nietylko przedłużania sejmu, ale i obrad 
przy świecacłi zabraniał ^). O Sicińskim wiemy, że również wy- 
głosił swój protest po upływie sześcio - tygodniowego terminu 
sejmowania i również nie pozwalał tylko na prolongatę ; zdaje 
się też, że działał, powołując się na instrukcyę -). Jedyną w takim 
razie nowością w jego postępku byłoby skuteczne a osobiste, 
bez pomocy innych posłów, użycie piśmiennego manifestu, co 
za niebywały składnik liberi veto nie mogło uchodzić. 



1) Kubala, Jerzy Ossoliński, t. I, str. 211 i nast. 

2) Kubala, Szkice, II serya. Pierwsze liberum veto, str. 114. 



CZĘŚĆ 11. ROZKWIT. 



ROZDZIAŁ I. 

Kto zakasuje Sicinskiego? Jego następcy aż do Olizara i Ubysza włącznie^ 
Skutki zerwania sejmu r. 1652 w życiu województw. Rozkład w prowincyi Pru- 
skiej. Dąbrowski na sejmie grodzieńskim r. 1688. Nec plus ultra. Dylemat Kar- 
wickiego. Próby reformy sejmowej w wieku XVII. Głosy poetów. Plan naprawy 
Rzplitej po najeździe szwedzkim (1658 — 61). Sprawcy i przyczyny niepowodze- 
nia. Dobre chęci And. Olszowskiego. Program And. Clir. Załuskiego (1679). So- 
bieski i spółczesny mu senat wobec kwestyi reformy sejmowej. Rewolucyjne 
zachcianki Bogusława Baranowskiego. 

Liberum veto przez usta Sicinskiego nie wypowiedziało je- 
szcze całej swej potęgi. Przyszłość miała je wydoskonalić. 

Ściśle rzecz biorąc, czyn podstarościego upickiego, jak wi- 
dzieliśmy, nie zasługiwał nawet na nazwę veto w sensie zerwa- 
nia sejmu. Spróbujmy więc wyśledzić, komu się należy palma 
nowatorstwa, i kto potrafi zakasować Sicinskiego. 

Do dwóch latach, 28 marca 1654 r. Białobłocki poseł pru- 
ski udaremnił dalsze obrady sejmu, ale uczynił to już nazajutrz 
po ekspiracyi sześciu tygodni; przeto i on nietyle zrywał 
zgromadzenie, ile zamykał obrady zgodnie z literą prawa i z żą- 
daniem mnóstwa instrukcyi, przeciwnych prolongatom^). Sejm 
zimowy 1664 — 5 roku, na którym sądzono Lubomirskiego, sły- 
szał veto dwukrotnie : najpierw wyszedł z sali, protestując, bra- 
cławianin Żaboklicki, ale i senat i większość izby poselskiej, 
uznały, że sejmu nie można zerwać przed połączeniem wszystkicłk 



') Kubala, Wojna Moskiewska, 91 sq. 



~ 267 — 

stanów. Daremnie popierali Żaboklickiego koledzy, Kordysz^ 
Pękosławski i Mosiński: sejm dosiedzial do końca. Po zakończo- 
nym sądzie dobił zgromadzenie inny lubomirszczyk, Telefus po- 
seł halicki ; ten jednak protestował w nocy ostatniego dnia, 
używał zatem niedoskonałej metody Sicińskiego i Białobłockiego 
chociaż zaznaczał głośno, że właściwie obrady były nieważne już 
od chwili protestu Żaboklickiego '). Dwuniedzielny sejm wiosenny 
r. 1665, prawdziwy Zanktag a nie Reichstag, jak go nazywa pewien 
sprawozdawca Niemiec — zerwał stolnik płocki a poseł dobrzyński 
Władysław Łoś, kolega partyjny obu swych poprzedników, znów 
o północy (28 marca), po upływie przepisanych dwóch tygodni. Czy 
protestował przeciw odroczeniu, czy przeciw uchwałom lub obradom 
nie wiadomo ^). Po roku znów niby liberum veto, lecz znowu 
niedoskonałe : Adryan Miaskowski, poznańczyk, rokoszanin, zażył 
„wolnego głosu" 4 maja po kilku dniach prolongaty; tym razem 
też niepodobna dojść, czy myślał w duszy i mówił do kolegów: 
„zrywam sejm", czy też: „nie pozwalam na przewlekanie obrad"^). 
Wiernym naśladowcą Miaskowskiego był Teodor Łukomski, po- 
seł witebski, bezbożny, zdaniem Jana Kazimierza, matricida, 
więc pewno też lubomirszczyk; cóż kiedy i on nie zdobył się^ 
na „ocalenie wolności" przed 45 dniem sejmowania^). Nieznany 
z nazwiska Ukrainiec oraz Zieliński, starosta bydgoski, grozili 
protestem na sejmie r. 1667, lecz obaj dali się udobruchać, mima 
że obrady przeciągnęły się do jedenastego tygodnia^). Sejm 
przedabdykacyjny za Jana Kazimierza nie potrwał dłużej poza 
jeden dzień prolongaty ; przeciął mu pasmo żywota Marcin Dę- 
bicki, chorąży sandomierski, wyraźnie oświadczając się przeciwko- 
prorogacyi ; zresztą za oponentem stała podobno tym razem wię- 
kszość sejmowa '''). 



') Korzon, Dola i niedola Jana Sobieskiego I, 254-71. Czermak, Sprawa 
Lubomirskiego, Ateneum 1886, str. 103 i 311. 

-) Korzon, I, 282-3, według Theatrum Europaeum, Kochowskiego i Tek 
Lukasa. 

3) Korzon, I, 408. 

*) Korzon, I, 480. 

•''I Korzon, I, 521. 

•5) Medcksza, Księga Pamiętnicza, 480-G ; Dyaryusz Chrapowickicgo, 24 ; 
por. Korzon II, 75. 



— 268 — 

Nareszcie sejm koronacyjny Michała Wiśniowieckiego ujrzał 
pewną nowość: poseł Olizar w imieniu grupy szlacłity-eksulan- 
tów z Ukrainy zerwał go na tydzień przed terminem zamknięcia 
i poparł swój czyn natycłimiastowym odjazdem ^). Za następców 
Olizara należy uważać dopiero Stanisława Ubysza, mordercę 
sejmu majowego z r. 1672 -), oraz tych jego towarzyszów, którzy 
w różnych momentach i okolicznościach wychodzili wówczas 
z protestami. Dalszych naśladowców narazie pomijamy. Wyszu- 
kanie pierwszego liberi veto w doskonałem, skrystalizowanem 
znaczeniu wyrazu jest o tyle trudne, że jak widzieliśmy, należało 
tu uwzględniać nawet przelotne, nieuwieńczone próby, jeżeli tylko 
godziły one w sam byt danego zgromadzenia, wypadło zaś zo- 
stawić na uboczu pośrednie udaremnianie sejmu przez niedo- 
puszczanie do prolongaty. 

Jako niższy stopień mocy negatywnej „wolnego głosu", 
wykształciło się ostatecznie między rokiem 1652 a 1669 tamo- 
wanie czynności (sisto activLtatem). Różni się ono od wła- 
ściwego veto nieostatecznym charakterem aktu, a od dawnego 
niepozwalania na nic — tem, że wprawiało izbę w stan zupełnej 
bierności. Był to więc jakby letarg, ale nie śmierć. Po zatamo- 
waniu czynności — przynajmniej według praktyki z czasów sas- 
kich — posłowie mówią jeszcze, ale in passwltate, słowa ich nie 
mają wagi prawnej, i marszałek nie może zarządzić nic więcej 
okrom wysłania deputacyi do tamującego posła z prośbą o zmi- 
łowanie ; tymczasem dawniej, za Zygmunta III, jeżeli nawet ktoś 
nie pozwalał „na nic", izba mogła wysyłać i przyjmować wszel- 
kie poselstwa, pertraktować, słuchać rachunków, byle nie uchwa- 
lała nic takiego, co ma wejść do konstytucyi. Są to, rzecz prosta, 
finezye, na których ogół spółczesny się nie poznawał, ale które 
historya powinna rozpoznać. O rzeczach delikatnych i subtelnych, 
jak koronki brabanckie, przystoi mówić subtelnie i delikatnie. 

Jeżeli wszakże czyn Sicińskiego pod względem prawnym 
nie miał znamion przedtem niebywałych, to pod względem po- 



•) Korzon, II, 277-282, za Zawadzkim, Historia arcana, 90-1. Por. Załuski, 
Ep. Hist. Fam., I, 190. 

2) Dyaryusz u Kluczyckiego, Pisma do wieku i spraw Jana Sobieskiego, 
str. 931. 



— 269 — 

litycznym przyprawił Rzeczpospolitą o pewne nowe, fatalne prze- 
życie. Ujrzano, jak wśród gromów, bijących w kraj ze wschodu 
i z południa, ludzie, stanowiący czoło narodu, uznali wolność, czy 
też raczej samowolę jednostki za coś świętszego, niż zbawienie 
ojczyzny. To się wydało czemś wspaniałem, porywającem i go- 
dnem naśladowania. Po upływie lat siedemnastu, po proteście 
Olizara, który my uważamy za pierwsze niewątpliwe „wolne nie- 
pozwalam", pan Zaremba, sędzia ziemski sandomierski, dowo- 
dzić będzie, że „chociażby poseł, wychodząc z protestacyą, wtrą- 
cił Rzeczpospolitą szalonem zuchwalstwem swojem w wielkie 
przygody i w ogromne niebezpieczeństwa, chociażby ginąć wy- 
padło, należy przecież złożyć w ofierze raczej życie i ocalenie, 
niżeli wolność, nabytą przez przodków tak wielkim szafunkiem 
krwi"i). 

Dreszcz chorobliwy obleciał wszystkie województwa zaraz 
po sejmie Sicińskiego. Od tej chwili, dokładnie od połowy 
xvii wieku, zaczyna się zrywanie sejmików na wielką skalę. Przed- 
tem wybory często nie dochodziły : teraz zaczynają pękać. Mnożą 
się po aktach grodzkich i ziemskich manifesty ; żaden sejmik 
poselski, deputacki, komisarski, relacyjny, gospodarski, nie jest 
nadal pewny swojego losu. Każde niemal województwo przeżywa 
w skróceniu reprodukowaną historyę sejmu walnego ; każde znaj- 
duje swoich Lubomirskich, Sicińskich, Olizarów, Ubyszów. Len- 
gnich treściwie opowiedział dzieje rozkładu wewnętrznego ziem 
pruskich w ciągu stulecia od Zygmunta III do Augusta II. Widać 
tutaj stopniowe staczanie się w dół, chociaż rok 1652 nie sta- 
nowi wyraźnej daty demarkacyjnej. Ale też prowincya Pruska 
pod względem plemiennym, jak i ustrojowo, różniła się mocno 
od innych województw. Jej sejmik generalny składał się z sena- 
torów, niektórych urzędników, posłów szlacheckich od trzech 
województw (Chełmińskiego, Pomorskiego i Malborskiego), dalej 
posłów od miast większych i mniejszych. Było to więc zgroma- 
dzenie, podobne do „landtagów" krajowych niemieckich i zasłu- 
gujące na nazwę sejmu ; stawało się ono jednak sejmikiem przez 
osobisty udział w niem szlachty-wyborców. Pomimo głębokiej 
rozbieżności interesów ziemskich i miejskich, nie słychać do końca 



i) Zawadzki, 95-6; por. Korzon, II, 282-3; Załuski, E. H. F., I, 190-1. 



— 270 — 

XVI wieku o niedochodzeniu sejmów pruskich; „mniej liczni 
ustępowali liczniejszym , albo, jeżeli im na to nie pozwalały 
mandaty, przyzwalali z zastrzeżeniem zgody swoich braci". 
Pierwszy raz nie doszedł generał przedsejmowy w r. 1623; przy- 
kład podziałał zaraźliwie, ale te pierwsze wypadki z lat 1623, 
1631, 1632, 1639 nie różniły się jeszcze od zwykłego niedocho- 
dzenia sejmów walnych : w opozycyi stawały całe województwa, 
miasta, grupy senatorów i posłów. Dopiero w r. 1644 wystarczył 
do zerwania protest 2 posłów, a w latach 1670, 1688, 1701 — 
protest jednego. Spróbowano pohamować nierząd, uchwalając 
w r. 1654 laudum o wyłączeniu od głosu szlachty-nieposłów. 
Na nic się to nie zdało : setki szlachty, zjeżdżając do Malborga 
albo Grudziądza, nie chciały słyszeć o żadnych ekskluzyach. 
W r. 1710 uznano za nieważny sprzeciw jakiegoś zrywacza, po- 
nieważ ów nie miał dóbr ziemskich w prowincyi; innemi słowy, 
gdyby był posesyonatem, mógłby zrywać tyle sejmików, ile du- 
sza zapragnie. W r. 1712 w Grudziądzu obito do krwi kontra- 
dycenta nieposesyonata i odrzucono jego veto ; po roku obity 
wyrobił sobie w Malborgu zupełne zadośćuczynienie, gdyż po- 
przedni sejmik uznano za niebyły ^). 

Podobną wędrówkę do zupełnego rozkładu odbyły jedno- 
cześnie wszystkie bodaj województwa i powiaty. Instynkt samo- 
zachowawszy reagował, jak mógł, przytaczał znane lauda i kon- 
stytucye o wyborach większością, uchwalał gdzieniegdzie, jak 
w województwie rawskiem (1667), na Kujawach (1685),-) po- 
dobne zastrzeżenia, — ale na to była broń zawczasu ukuta : kon- 
tradycent mógł niepozwalać nawet na zagajenie obrad -^j. Rato- 
wały się sejmiki zapomocą limity, t. j. odraczania się pod tym- 
araym marszałkiem^); lecz dwór niechętnie patrzał na tę samo- 



Lengnich, Jus publicum Prussiae Polonae, 114-8. 

2) Vol. Leg. IV, 932-3, lit.: Sejmiki Województwa Rawskiego; V, 727: 
Aprobacya pluralitatis województw Kujawskich. Pawiński, Dzieje Ziemi Kujaw- 
skiej, III, 80, 96. 

3) Szlachta krakowska w instrukcyi na sejm grodzieński 1744 r, (z d. 24 
-sierpnia), uznaje za rzecz zupełnie racyonalną i możliwą obiór deputatów plu- 
ralitate „salva libera voce vetandi przed zaczęciem votorum", Skibiński, Europa, 
a Polska w dobie Wojny o Sukcesyę Austryacką, II, 193-4. 

4) Najobszerniej pisał o odraczaniu sejmików Siemieński, Organizacya 



— 271 - 

pomoc'). Broń tę odjęto im w konstytucyi 1717 r., nie chcąc prze- 
nosić punktu ciężkości z omdlałego sejmu na lepiej zabezpie- 
czone sejmiki, z ujmą dla centralnej władzy państwowej. Istotnie 
ów instynkt samozacłiowawczy w organizmach lokalnych, jak 
■wiemy, niekoniecznie szedł na zdrowie całemu organizmowi 
l^zeczypospolitej. Bywały powiaty, jak np. kowieński, Słonimski, 
w których starszyzna uważała sobie za punkt honoru nie do- 
puszczać do zerwania sejmiku, i sejm walny wcale na tem nie 
cierpiał ; ale były też inne ziemie, np. województwo bełzkie, 
które po to tylko zwalczało u siebie „wolne niepozwalam", aby 
przez swoich posłów grasować tem gorzej w Warszawie lub 
Grodnie. 

Czy na tem koniec? Czy można było jeszcze zaćmić ta- 
kiego Olizara albo Ubysza ? Owszem. Można było zabić sejm 
przed urodzeniem, t. j. zerwać go przed obiorem marszałka. Tę 
niesłychaną nowość przygotowano poniekąd w dyskusyi już na 
sejmie r. 1678 — 9-), a wypraktykował ją pierwszy raz — nie 
pytając o konstytucyę Nihil Novi — Litwin Dąbrowski, poseł 
wileński, na sejmie r. 1688 w Grodnie^). Znakomitą dał wtenczas 
zrywaczowi odprawę Karwicki, pokomorzy sandomierski. Do- 
wiódł on jasno, jak na dłoni, że jeżeli activitas posła zaczyna 
się, zgodnie z należytem rozumieniem, od chwili sprawdzenia 
jego obioru, t. j. od rugów, a więc według prawa, już pod nową 
laską, to nikt nie może pod starą laską wstrzymywać nieistnie- 
jącej jeszcze czynności sejmu ; jeżeli zaś ta ostatnia pozostaje 



sejmiku ziemi dobrzyńsi<iej, Rozprawy Wydz. Hist. Fil. Akademii Umiejętności, 
XLVIII (1906), 281-4. Zaczęły się te praktyki w r. 1660. Od r. 1703 do 1712 na 91 
zjazdów 61 odby}o'się z limitacyi. Następstwem fikcyi pcrmanencyi było jednak 
to, że próbowano na sejmiku wznowionym protestować przeciwko czynnościom 
poprzedniej sesyi. Dochodziło w ziemi dobrzyńskiej do limity pięciokrotnej, 
a w województwie ruskiem — nawet do kilkunastokrotnej : Socłianiewicz, Z dzie- 
jów sejmiku wiszeńskiego. Kwart. Hist. XXIX (1915), 21-3. Por. też przedmowę 
Ant. Prochaski do XXIi tomu Aktów grodzkich i ziemskich. 

1) Instrukcya przedsejmowa Sobieskiego d. 22 października 1680 proponuje 
ogólny zakaz limitowania sejmików; nadto żąda, aby województwa, które nie 
wypłacają podatków, nie miały przedstawicieli w sejmie (Teki Naruszewicza, 
478). 

2) Ob. niżej, str. 300 nota. Skrupuł nad Gruszeckim. 
■5) Załuski, li, 1057 sq. 



— 272 — , 

w chwili zgromadzenia się posłów bez względu na rugi, to tem- 
samem upaść musi liberum veto na sejmikach '). Dylemat zostać 
postawiony tak udatnie, jak rzadko kiedy; prawo, polityka, lo- 
gika, wszystko przemawiało przeciwko Dąbrowskiemu, a jednak 
pretensya do rwania sejmów przed obiorem marszałka zwycię- 
żyła ; stany rozjechały się do domów w smutku i pokorze, i ta- 
kich strasznych zwycięstw nad prawem pisanem miał jeszcze 
„głos wolny" odnieść piętnaście (w latach 1695, 1698, 1701 dwu- 
krotnie, 1719. 1720, 1729, 1730, 1732, 1735, 1750, 1754, 1760, 
1761 i 1762). Nadużycie raz jeszcze stało się prawem zwyczajo- 
wem, przerzuciło się na sejmiki-) i ktokolwiekby nie uznawał 
tej nowości, miałby przeciwko sobie świadomość prawną setek 



1) Mowa Karwickiego, miana 3 lutego 1688 roku, Teka Podoskiego,'^V, 
97-8 : Pytam najprzód, co to jest activitas posła i w czem zależy ? Zgodzimy 
się, rozumiem, na to, że activitas posła zależy w tycli dwóch : in jurę propo- 
nendi et in jurę vetandi, to jest, że każdy poseł może to, co w instrukcyi ma, 
proponować i prosić o napisanie tego pana marszałka, a o konsens izby na to ; 
może zaś temu, co kto inny wnosi i co mu się nie zda, contravenire, vetare 
i rzec: nie pozwalam. W tycłi dwócli wszystka activitas posła zawiera się. Tu 
stanąwszy pytam, ta activitas posła, to jest jus proponendi et jus vetandi, skąd 
się poczyna, czy od starej, czy dopiero od nowej laski ? 

Jeżeli od starej laski poczyna się activitas posła, toć każdy ma jus pro- 
ponendi. Czemuż tedy bronicie WMć Panowie projektu icłimciom pp. wołyńskim 
pod starą laską i odsyłacie icłi do nowej ? Druga, cóż mi po nowym dyrekto- 
rze? Co, jeżeli mam jus proponendi, które jest pars prima activitatis, toć mogę 
wnosić artykuły z instrukcyi mojej, może drugi, trzeci et sic per conseąuens 
każdy z swojej, cóż zatem? sequitur to, że całe sejmowanie izby poselskiej 
przeniesiemy pod starą laskę ; przez to upadną alternaty prowincyi, continuus 
będzie marszałek et infinita inconvenientia. 

Jeżeli zaś activitas posła, to jest jus proponendi et yetandi, dopiero od 
nowej laski zaczyna się, jako ja ejus sensus jestem, toć już poseł nie ma acti- 
yitatem pod starą laską i nie może nic proponere ani vetare, tylko do kresko- 
wania na dyrektora nowego powinien zaraz przystępować; a jeśli nie ma jus 
proponendi ani vetandi, toć nie może z protestacyą wychodzić, i choćby wyszedł, 
nie może być jego valida protestatio, bo pytam, co jest wynijść z protestacyą? 
Jest to sistere activitatem pod starą laską, kiedy ani on, ani ja, ani żaden z nas 
tej nie ma ? i poco mam posyłać po posła, żeby mi restituat activitatem. Jakoż 
mi ją może restituere, kiedym ja jej nie miał i wziąść mi jej nie mógł? Bo non 
existendis nulla privatio : czegom nie miał, tego mi wziąść nikt nie mógł i wró- 
cić mi nikt nie może". 

2) Prusacy pośpieszyli zastosować je u siebie zaraz w latach 1697, 1699, 
1710 i 1728, Lengnich, j. w., 117-8. 



— 273 — 

tysięcy szlachty, a gdyby się upierał, wywołałby, z pod ziemi 
duchy Zebrzydowskich! i Lubomirsl^icłi. 

Cóż ta nowość właściwie znaczyła ? Czy tylko rozciągnięcie 
działania veto na kilka godzin, które schodziły na obiorze mar- 
szałka? Niewielkaby to była zmiana. Tymczasem od r, 1688 
można w historyi „wolnego głosu" datować nową fazę, nowy 
okres istnienia. Veto doczekało się wówczas, już po zalaniu ca- 
łej powierzchni życia publicznego, rozszerzenia w głąb: stało 
się czemś pierwotniejszem, absolutniejszem, niż konstytucye pi- 
sane. Spróbowało stawać do nich w takim stosunku, jak prawo 
fundamentalne do zwykłego prawa państwowego. Więcej nawet : 
Jeżeli prawo prywatne w teoryi istnieje na podstawie prawa pań- 
stwowego,') to w Polsce na sejmach regulamin, a więc pewna 
część prawa państwowego, stawał się ważnym tylko o tyle, o ile 
uznawało go najwyższe prawo — prawo samowoli szlacheckiej. 
Oszalała świadomość prawna tłumów wspięła się na zawrotną 
wyżynę, wychyliła się za ostatnią przełęcz, ujrzała przed sobą 
otchłań — i w tym momencie zamarła... 

Że taki pęd aspiracyi indywidualistycznych nie uniknął po 
drodze walki z instynktem kollektywistycznym, każdy to łatwo 
zgadnie. Zamoyscy, Szyszkowscy, Ostrorogowie mieli spadkobier- 
ców, albo raczej epigonów, w następnym okresie, Sicińskiego 
w pierwszem oburzeniu wyklęto: „Bodajeś z piekła nie wyszedł, 
któryś zrządził takie nieszczęście!" wołał jeden z senatorów, 
a obecni odpowiedzieli: „Amen, amen!" „I tak sejmowi requiem 
zaśpiewano" — pisał pewien korespondent z Warszawy — „ale bo- 
daj nie zarazem (cum) requiem Polski". „Trudno się cieszyć, 
trudno się łudzić w tak oczywistym upadku, w ostatniem niemal 
igrzysku losu, kędy nas pcha przeznaczenie, a jako niegdyś po- 
wiedziano : kogo Bóg chce zatracić, temu rozum odbiera" 2). 

Odczuli grozę położenia poeci. Za śladem Kochanowskiego, 
który we „Wróżkach" i w „Zgodzie" ^) nie szczędził słów prawdy 
wybrańcom szlacheckim, narzekał na kłótnie i upominał posłów 



') Jellinek, Allgcmcine Staatslchre, r. 19 : System des óffcntlichen Rechts:. 

2) Kubala, Szkice historyczne, II, 108; tamże, 113-4, o legendach, zwią- 
zanych z pamięcią Sicińskiego, i o niezaszczytnej, ale szczęśliwej karycrze ży- 
ciowej „upiora". 

3) Wszystkie dzieła polskie, wyd. Turowskiego, 1, 133, 191, II, 153.. 

la 



i 



— 274 - 

Miaskowski i), ostrzyli swe pióra na sejmach Twardowski ^) i Krzy- 
sztof Opaliński ^). Dopieroż rozdźwięczały się żałosne struny po 
roku 1652! Publicysta Łukasz Opaliński zganił veto w satyrze: 
„Coś Nowego" ■*); Morstin podówczas wytwarzał sobie dewizę 
polityczną: „Rządu potrzeba" ; Wacław Potocki wzdychał, jak do 
zbawienia, do monarchii dziedzicznej^). Ale najgłębiej odczuł ból 
oniemiałej Rzeczypospolitej rdzennie szlachecki miłośnik wol- 
ności, Wespazyan Kochowski : ten zaraz wytknął „Zbytnią wolność 
na sejmie r. 1652", później w niejednym utworze, nawet w apo- 
logetycznym „Kamieniu świadectwa", na cześć Lubomirskiego 
pisanym, skarżył się i ostrzegał: „W pierścieniu złoto, w złocie 
perła znamienita Kleopatry, lecz w perle trucizna zakryta. Ko- 
rona złotem, perła — wolność tej ojczyzny: Ostrożnie, by w tej 
perle nie było trucizny!"^) Jak na poetów, to dosyć; rzeczą mę- 
żów czynu było wysnuć stąd morał prawodawczy. 

Zanim go wysnuto, spadły na Rzplitę nowe nawałnice tatar- 
sko-kozackie, moskiewskie, szwedzkie, siedmiogrodzkie. Wnet 
dwór królewski wygnany na Śląsk, kraj cały rozbiorem zagro- 
żony. Wtedy to wśród tułaczki zrodziła się w otoczeniu Ludwiki 
Maryi myśl poważnej naprawy. Jedni zapragnęli monarchii dzie- 
dzicznej na wzór francuski przy ukróceniu kompetencyi sejmu, 
inni przedewszystkim sięgnęli do gardła „wolnemu niepozwa- 
lam". Jak tylko pozwoliły wypadki wojenne, zasiadła w lutym 
1658 r. w Warszawie konwokacya senatorsko-szlachecka, której 
jednem z zadań miała być, zdaje się, reforma parlamentarna. Nad 
wynikami jej radził przypuszczalnie najbliższy sejm (w lecie t. r.); 
nic jednak w sprawie reformy nie uchwalił. Z sejmu r. 1659 
cała sprawa „sposobu konkludowania sejmów" została znów 
odesłana na konwokacyę senatorsko-szlachecka ; ta zasiadała 
w czerwcu r. 1660 i przygotowała jakieś propozycye na sejm 
następny (1661). W tym jednak momencie pierwszorzędna, epo- 

') Wiersze „Na Sejm w r. 1615" i „Na Sejm w r. 1616" (wyd. Turow- 
skiego) 201 sq. 

2) Satyr na twarz Rzeczypospolitej, 1640. 

3) Satyry albo przestrogi. 

4) Por. artykuł Zawadzkiego Stef. o Ł. Opalińskim w Pracach Komisyi do 
badań nad hist. lit. i oświaty, Warszawa, 1914, str. 335. 

5) Moralia, II (wyd. Akad. Um.), 444-53 („Gdzie rządców silę, rządu mało"), 
f') Wyd. Turowskiego, II, 32, 117, 121; podobnie w Psalmodyi Polskiej. 



- 275 - 

kowa materya naprawy parlamentarnej znika z porządku dzien- 
nego ^). 

Dlaczego tak się stało? W świetle dotychczasowych badań 
odpowiedź brzmi następująco. Z jednej strony poseł austryackł 
Lisola zwietrzył w ewentualnem skasowaniu liberi veto niebez- 
pieczeństwo dla interesów habsburskich, a mianowicie dla dyna- 
stycznych widoków Leopolda I na tron polski, które krzyżowały 
się z polityką dynastyczną Ludwiki Maryi, wielbicielki Francyi 
i bojowniczki kandydatur burbońskich. Lisola mniemał, źe to 
królowa głównie dąży do reformy sejmowej, aby tern łatwiej osa- 
dzić na tronie Francuza ; więc podburzył do oporu biskupa kra- 
kowskiego Trzebickiego, marszałka nadwornego Łukasza Opaliń- 
skiego i Jana Leszczyńskiego, wojewodę poznańskiego -). Rzecz 
nie do wiary, a jednak prawdziwa : mądry autor „Rozmowy Ple- 
bana z Ziemianinem", w towarzystwie dwóch senatorów, skądinąd 
nie bez zasług i nie obranych z rozumu, spiknął się z obcym 
intrygantem na zgubę reformy parlamentarnej ! Któż miał poma- 
gać ojczyźnie, jeżeli tacy ludzie szkodzili? Czego trzech magna- 
tów nie chciało, to bez przewrotu nastąpić nie mogło, a na za- 
mach stanu grono sejmowe wobec wiszącej jeszcze wojny moskiew- 
skiej zdecydować się nie mogło. Z drugiej strony Ludwika Marya, 
kióra chętnie obaliłaby veto dla dogodzenia swym ambitnym za- 
miarom, traktowała naprawę sejmu, jako środek, a nie jako cel : 
dla niej celem był monarchizm dziedziczny w guście francuskim. 
Napotkawszy tedy trudności już na wstępie, puściła całą rzecz 
w odwlokę i pokusiła się o inne środki, bardziej radykalne, 
a mniej uczciwe. Dlatego to na sejmie roku 1661 wśród walki 
o elekcyę Kondeusza za życia króla zabrakło czasu na właściwe 
prace reformatorskie. 

Główna jednak przyczyna zwichnięcia rozumnych planów 
tkwiła gdzieindziej. Do ostatnich czasów nie było wiadomo, nad 
czem (poza ratyfikacyą pokoju oliwskiego) radziła konwokacya 
warszawska r. 1660, i ta niewiadomość była właśnie bardzo zna- 



') W. Czermak, Próba naprawy Rzeczypospolitej za Jana Kazimierza, 
Bibl. Warsz. 1891, I, 519-547, artykuł, gruntownie skrytykowany przez W. Saw- 
czyńskicgo w Kwartalniku Historycznym, VII (1893), 240-284. 

2) Walewski, Historya wyzwolonej Rzeczypospolitej, II, 64 sq. 

18* 



— 276 — 

mienna. Mądrzy ludzie zawstydzili się czy zlękli swego rozumu ;■. 
nie ogłosili drukiem żadnych projektów. Miscellanea szlacheckie, 
te zwierciadła myśli publicznej swego czasu, nie zawierają prawie 
żadnych pamiątek owych usiłowań. Zachował się tylko w bardzch 
nielicznych odpisach projekt bezimiennego autora, w kształcie 
memoryału, pod nagłówkiem : „Uważenie potrzebne do prędkiego 
zawierania sejmów" ; rozprawka ta była zapewne jednym z te- 
matów obrad konwokacyi. Anonim stara się opracować szczegó- 
łowy regulamin dla izb. Wyłącza od udziału w zagajeniu posłów 
i senatorów nietrzeźwych albo spóźniających się na mszę Św.; 
gdyby kto z wyłączonych wdzierał się z hałasem do izby, ta 
ostatnia (względnie senat) większością głosów odsądzi go od 
funkcyi na danym sejmie. Większością oddala się członków zgro- 
madzenia, przybywających w 3 dni po zagajeniu ; tymże trybem 
odbywają się rugi, wybory do deputacyi konstytucyjnej ; żadna 
kontradykcya nie może szkodzić „sprawom bezwątpienia dobrym- 
i zawsze potrzebnym", np. pójściu do króla, słuchaniu paktów 
konwentów i t. p. procedurom pomocniczym. Zato w materyacli 
prawodawczych, finansowych i we wszystkich głosowaniach mery- 
torycznych reguła jednomyślności pozostanie nietkniętą. Znosi 
się kolejne głosowanie senatorów, gdyż każdy z nich przy kon- 
kluzyi będzie mógł wnosić poprawki i niepozwalać na wnioski. 
Każde województwo głosuje przez jednego posła według in- 
strukcyi ; marszałek „cicho" konnotuje te głosy, poczem dawnym 
zwyczajem nastąpi ucieranie artykułów. Kontradykcya „ex po- 
testate vetandi" dopóty będzie ważna, póki dany poseł nie wyjdzie 
z izby; każdy powinien bronić swego stanowiska „prawem i do- 
bra pospolitego albo samej słuszności racyą, a nie upornem odej- 
ściem i swawolą". Dopiero „po wyjściu dni" ważne będą pro- 
testacye nawet posłów odjeżdżających, ale przynajmniej dwóch,, 
nie jednego, bo według rzymskiego przysłowia jednemu świad- 
kowi nie powinno się wierzyć, chociażby to był sam Katon. 
Wniosek stąd jasny : że jeden Siciński nie dałby sobie rady 
z tak zreformowanym sejmem, ale dwóch Sicińskich dopięłoby 
swego'). 



') Tekst wydrukował Kalicki, O niektórych projektach reformy sejmowel 
w XVII wieku, Przegląd Polski, VIII (1873), str. 119 sq. 



— 277 — 

Czy konwokacya zastanawiała się nad tym nieśmiałym pro- 
jelctem'), napewno nie wiadomo. Z pewnością jednali miała ona 
przed oczyma plan inny 2), stokroć głębszy i szerszy, powiedzmy 
bez ogródek — najdonioślejszy ze wszystkich planów reformy, 
jakie zna historya polska aż do czasów Stanisława Augusta, 
może nawet — do konstytucyi Trzeciego Maja. Kto go ułożył 
i według jakich wzorów? W każdym razie ktoś, znający porządki 
angielskie i francuskie, o wybitnych przekonaniach regalistycz- 
nych ; jeżeli nie kanclerz Mikołaj Prażmowski, to ktoś z jego 
■otoczenia. Tu niema już gawędy o instrukcyach, o ucieraniu arty- 
kułów, o ważnych protestacyach. Wszystko poddano pod decy- 
zyę większości ^3 głosów w każdej izbie, przy głosowaniu taj- 
nem, i przy włożeniu na posłów specyalnej przysięgi. Wszelkie 
aklamacye, konsensy jednomyślne i protesty zniesione. Obmyślony 
subtelny tryb postępowania dla obu izb. O sprawach dotyczą- 
-cych całej Rzplitej senat i posłowie naradzają się razem przy 
królu przez poniedziałek i wtorek ; rozstrzygają izby osobno 
we środę (najpierw izba poselska). Jeżeli senat odrzuca uchwałę 
izby, projekt upada i nie może być wznowiony w tym roku. 
(Sejmy sześciotygodniowe zbierają się corocznie). Jeżeli senat 
wnosi poprawki, izba głosuje powtórnie i znów odsyła wniosek 
do senatu (dalsza procedura w tym wypadku nie przewidziana). 
Król może odrzucić zgodną uchwałę obu izb, ale jeżeli to czyni 
wbrew prawu, t. j. w odpowiedzi na żądanie, uzasadnione prawem, 
wówczas izby mogą zawiesić swą działalność, dopóki król nie 
zmięknie, a ewentualnie mogą postąpić według dawnych ustaw — 
należy się domyślić : wypowiedzą posłuszeństwo. W braku większo- 
ści kwalifikowanej rzecz puszcza się w reces ; wyjątek od tego wy- 
magania robi się dla spraw, które specyalna deputacya senatorsko- 
szlachecka uzna za nagłe. Również wnioski, idące na korzyść 
jednej tylko prowincyi, jednego wyznania, albo stanowiące przed- 
miot sporu między stanem świeckim i duchownym, nie podle- 
gają zwykłemu trybowi głosowania: rozważać je będą najpierw 
deputacye rozjemcze, złożone z przedstawicieli stron w równej 



1) Jak sądzi Sawczyński, 272. 

2) Pierwszy zwrócił nań uwagę T. Korzon, Dola i niedola I, 173. Ogła- 
szamy cały tekst w Załącznikach Nr. 3. 



- 278 — 

liczbie, potem uchwała zapada w deputacyi absolutną większością^ 
a w razie równości dyrymuje król. Członków deputacyi nie mia- 
nuje marszałek, jak to bywało pod rządem liberi veto, lecz obie- 
rają izby według prowincyi w dwustopniowem głosowaniu. W ten 
sam sposób obiera izba poselska 21 „posłów rezydentów" (po 7 
z prowincyi), którzy w przerwach między sejmami razem z 21 
senatorami rezydentami utworzą organ dozorczo-doradczo-wyko- 
nawczy przy królu. Król zresztą wobec tej rady nieustającej, jak 
i wobec sejmu, zachowa niezależne veto monarsze. 

Mamy więc oba bieguny ówczesnej myśli odnowicielskiej, 
przedzielone przepaścią — plan minimalny i maksymalny. Pierwszy 
nie mógł zadowolić Ludwiki Maryi, bo też nie mógł uzdrowić 
sejmu. Drugi, skuteczny, musiał przerazić szlachtę. Stronnicy au- 
stryaccy zaalarmowali opinię, przedstawili reformę sejmową, niby 
machiawelistyczny zamysł samej królowej, służący celom elekcyi 
vivente rege. Sejmiki, zrazu przychylne, nastroiły się nieufnie '). 

1) Pawiński, Dzieje Ziemi Kujawskiej II, 108—9, 147; Rządy Sejmikowe, 
371. Kluczycki, I.auda Dobrzyńskie 21, 43. Porównanie instrukcyej sejmikowej 
ichm. pp. posłom od ziem województwa mazowieckiego i podlaskiego wypra- 
wionym, danych (sic) na generały tychże wyjcwództw..., w Warszawie uczynione 
i do spólnego poparcia na sejmie zalecone 28 kwietuia 1661 ; „Ad rationem 
concludendorum consiliorum tak się ichm. pp. posłowie zgadzać będą, jakoby 
przez tę inwencyą status Reipublicae prior non convellatur. Między innemi 
jednak sposobami podadzą, aby przy obieraniu pana marszałka poselskiego, 
obrano po trzech deputatów ex gentibus, którzyby przysięgli, iż żadnej konsty- 
tucyi non connotabunt, na którąby spoina zgoda na dole nie zaszła, na górze 
zaś żadnej czytać nie będą, któraby przynajmniej trzema rękami ex collegio 
suorum podpisana nie była. Druga, żaden z ichmciów pp. posłów propozycycj 
wnosić nie powinien, tylko sam jmp. marszałek, scrvato eo ordine, jak Król 
Jmć w propozycyach na sejmiki i na sejm scripsit, a gdy co restabit z czasu,, 
to dopiero per ordinem z województw każdego województwa propozycye tra- 
ktowane być mają. Trzecia : którykolwiek poseł we dwie niedziele, w sejm 
wstąpiwszy, nie zjedzie, aby vocem activam utracił i tylko rationem inferendo- 
rum podatków ziemi swojej mógł mówić. Czwarta : aby, gdzie się sejmiki rozry- 
wają, drugie z kancelaryi wydawane nie były. A iż do ustrzeżenia się huku 
siła pomoże wczesna combinatio animorum, tedy starać się ichm. pp. posłowie 
omnimodo będą, aby generały, dawnem prawem opisane, na miejscach i w cza- 
sie zwyczajnym odprawowane były, na którychby należący posłowie między 
sobą porównali instrukcye, unum sensu m z nich uczynieli, któryby potym na 
sejmie unanimi voce promowowali" (Ms. Teki Pawińskiego). Z takiemi to skromnemi 
koncesyami przybyło na sejm 1661 r. 26 posłów mazowieckich i podlaskich. 



— 27y - 

Nadeszły lata fermentu rokoszowego, i całe wielkie przedsię- 
wzięcie przepadło. Wraz z niem przepadła najlepsza sposob- 
ność, kiedy można było jeszcze po najeździe szwedzkim dopro- 
wadzić naród do opamiętania. My dziś, chowając w gorzkiej pamięci 
nazwiska Lisoli, Trzebickiego, Opalińskiego, Leszczyńskiego 
i spółki, uznając nawet, że królowa niedość umiłowała sprawę 
reformy sejmu dla niej samej, musimy jednak przyznać, że 
sprawa ta upadła, bo była niepopularna ^). 

Wszystko, co wiadomo o późniejszych wystąpieniach prze- 
ciwko liberum veto aż do czasów saskich, redukuje się do bardzo 
skromnej miary. Czasem ujawnią się czyjeś osobiste dobre chęci, 
może i dalekosiężne, ale platoniczne ; czasem zabrzmi czyjś głos 
indywidualny, cóż kiedy samotny, istny głos na puszczy. Zbio- 
rowych czynów, ani nawet usiłowań nie widać. Bądź co bądź, 
w myśl starego przysłowia o bezrybiu, zebraliśmy skrzętnie ślady 
takich zamysłów, aby je uwypuklić na tle rosnącej martwoty 
i zacofania. 

Po abdykacyi Jana Kazimierza najgoręcej brał do serca 
uzdrowienie sejmów ksiądz podkanclerzy Andrzej Olszowski, 
główny doradca Michała Korybuta. Zabierał on głos w tej spra- 
wie parokrotnie. Na sejmie koronacyjnym radził pozywać zry- 
wacza przed trybunał albo oddawać pod „sąd nadzwyczajny" 
izby poselskiej. Wszystko daremnie: znany Olizar zniszczył 
wniosek razem z całym sejmem. Na wiosnę r. 1670 Olszowski 
proponował uporządkowanie obrad w tym duchu, aby najpierw 
rozważać projekty rządowe, potem wojewódzkie, a na końcu pry- 
watne ; swój środek zaradczy na zrywaczów rozwijał w tym duchu, 
aby izba poselska opiniowała o ważności protestacyi (zapewne 
trybem sądowym, t. j. większością), poczem król ogłaszałby 
w uniwersałach nazwisko winowajcy, a szlachta sama wymie- 
rzałaby sprawiedliwość. Izba tym razem sprzysięgła się, że ni- 
komu nie pozwoli rwać obrad przed końcowem połączeniem 
z senatem, warując zresztą, że to ograniczenie obowiązywać bę- 
dzie tylko ten sejm, a nie wszystkie sejmy nadaP). Istotnie sejm 



') Wbrew opinii p. Sawczyńsklego, 281. Autor przyjmuje za dóbr;) mo- 
netę frazesy instrukcyi o naprawie sejmowania. My wiemy, do czego te pobo- 
żne życzenia doprowadziły (ob. wyżej, str. 259-Gl). 

2; Zawadzki, 113; Załuski, 1, 234; por. Korzon, II, 268. 



- 280 - 

został zerwany — dopiero w senacie. Jesienią tegoż roku sprawę 
skutecznego zawierania sejmów poruszył znowu Olszowski w pro- 
pozycyi tronowej ; nastąpiły nader „subtelne" debaty, którycłi je- 
dynym owocem był wniosek podkanclerzego, aby na wszystkie 
czynności wyznaczyć ściśle pewne dni, a konkluzye w senacie 
przedłużyć o dni kilka i). Obeszło się i bez takiej reformy. 
Wogóle wszystkie te wnioski podkanclerzego nie zawierały żadnej 
skutecznej reformy i nie mogły jej zawierać, skoro apelowały do 
poparcia wychowanków politycznych Jerzego Lubomirskiego. 
Chodziło poprostu o doraźne zapewnienie skuteczności sejmów, 
zapomocą terroru demagogicznego, w interesie tej partyi austry- 
acko-zachowawczej, która dźwignęła z nicości Wiśniowieckiego. 
Nieco dalej sięgała rada Olszowskiego, podana po proteście Olizara 
(w listopadzie 1669 r.), aby unieważnić jego veto i kontynuować 
obrady ; oczywiście nie znalazła ona poparcia ^). 

Podczas bezkrólewia z poza stronnictw rozległ się głos 
znacznie śmielszy i rozsądniejszy, szkoda — że anonimowy. Ktoś 
przejęty grozą położenia kraju wśród wojny tureckiej, uprojekto- 
wał „Kaptur nowy na interregnum". Wprawdzie i ten projekto- 
dawca nie mógł się uwolnić od wyobrażenia, że tylko zgoda 
powszechna daje powagę elekcyi, ale rozumiał ją nakszałt zna- 
nej nam staroniemieckiej „folgi", jako nieuniknione następstwo 
tego, że wprzód „marszałek rycerski, zebrawszy suffragia, w kole 
generalnem przeczyta, pluralitatem opowie i kontrowersyą każ- 
dego senatora, posła i szlachcica... uspokoi i do jedności (et ad 
anionem) przywiedzie". Na czem ma polegać uspokojenie kon- 
trowersyi, zwłaszcza gdy po niem marszałek ma jeszcze pytać 
o zgodę powszechną, niewiadomo; godzi się jednak przypuścić, 
że główny nacisk kładzie autor na „opowiedzenie" większości, 
a nie na owo uspokojenie, które mogłoby się okazać czczą 
formalnością. Dalej, uznając fakt deprawacyi wolności polskiej, 
anonim obmyśla „sejmików i sejmów odprawowania normę: 
chciałby zwrócić „sejmiki powiatowe do generałów" dla ujedno- 
stajnienia instrukcyi, a potem „niech trzema lub czterema głosy 



') Zahiski, I, 268, 320; Kalicki, 115. 

2) Zawadzki, 100: „Sed variis oppugnatus scntentiis, nulloąue adjutus 
suffragio, sententiam... deseruit". Por. Korzon, II, 278. 



— 281 — 

wszystkie Rzplitej sprawy, według dawnego prawa i obyczaju 
(antiguo jurę et usii) przodków naszych, zgodnie się konkludują": 
znowu niejasna myśl i niejasne wyrażenie, z którem nie wie- 
dzielibyśmy, co począć, gdyby nie dalsza rada, już nie tak dwu- 
znaczna — niech na sejmikach wszędzie marszałkowie większością 
głosów obierani będą, niech kontradykcye każdego rationibus 
juris et status, nie uporem idą, a na upór /7/;//-cr//VflS zgodę niech 
konkluduje; a tak sejmik nigdy się nie rozerwie, ani się głosu 
wolnego naruszy, który na prawie, nie na uporze, jest fundo- 
wany". Koniec końcem niewiadomo, czy poczciwy domorosły 
autor „kaptura" ma na myśli sejm, czy też bliższe sobie sej- 
miki, i jak zamierza postąpić z kontradykcyą jednostki, fundo- 
waną na prawie. Bo przecież proponowana przysięga poselska, 
że każdy poseł ma działać według swego rozumu i sumienia, 
„bez respektu żadnego prywatnego", i nie odstąpi „bez konklu- 
zyi" żadnej materyi, z artykułów województw ordynowanej — 
taka rada obstrukcyi sejmowej nie usunie '). 

Dzieje wewnętrzne panowania Sobieskiego zamało są znane, 
by można było oskarżać jego spółcześników o zupełne zaniedbanie 
reformy sejmowej. Bądź co bądź wiadomości nasze o tej epoce 
nie świadczą, żeby zrozumienie niedomagań ustrojowych Polski 
stało na wysokości czynów orężnych Jana III. Zwycięzca z pod 
Chocimia i Wiednia osobiście nigdy nie wskazał radykalnego 
środka na veto ; owszem, żywił poważanie dla głośnego doktry- 
nera wolności, Andrzeja Maksymiliana Fredry -) i sam był przezeń 
wielbiony. Raz nawet, na elekcyi Wiśniowieckiego, tak skwa- 
pliwie uznał ważność pewnego protestu ^), że pewno mu w tej 
chwili nie błogosławił z za grobu ojciec Jakób, znakomity swego 
czasu parlamentarysta. Król Jan wprowadził jednak na pokoje 
dworskie i do sali senatu pewien powiew zachodni, wielką cześć dla 
rządów francuskich i nierozłączny z nią krytycyzm względem 
sarmackiej swojszczyzny. To też na sejmach za jego panowania 
słychać było nieraz głosy światłe, odbijające od ogólnej atmo- 



1) Przez dziwne nieporozumienie, Konarski i Załuski wydrukowali ten 
projekt w Woluminach Legum, t. V, str. 189. 
2| Korzon, II, 222-3. 
3) Korzon. II, 241-5. 



— 282 — 

sfery pojęciowej, i co za tem idzie — bezsilne. Na sejmie gro- 
dzieńskim 1678-9 r. wnosił Krzysztof Grzymułtowski, wojewoda 
poznański, uporządkowanie obrad ; podkanclerzy koronny, Jan 
Wielopolski, przypomniał (10 stycznia) prace konwokacyi za Jana 
Kazimierza, zmarnowane przez „niewczesny niepokój" szlachty 
przed uszczupleniem wolności, i żądał ponownego wyznaczenia 
komisyi senatorsko - szlacheckiej, któraby najdalej na następny 
sejm przygotowała plan naprawy według wzorów weneckich '). 

W niewątpliwym związku z temi przemówieniami znajduje 
się wielki memoryał biskupa kijowskiego Andrzeja Chryzostoma 
Załuskiego, przesłany przezeń Wielopolskiemu pod datą 10 paź- 
dziernika 1679 roku. Pismo traktuje: „O nadużyciach sejmowycłi 
w sposobie obradowania i uchwalania". Dziwne zapomnienie 
pokryło ten wybitny pomnik staropolskiej myśli reformatorskiej,, 
najwybitniejszy w XVII wieku obok „Rozmowy plebana z zie- 
mianinem" i wniosków konwokacyi 1660 roku. Historycy, z wy- 
jątkiem Teodora Morawskiego -), zupełnie o nim nie wspominają; 
mniej dziwne, że zapomnieli współcześni, skoro autor, jak 
zwykle, zataił swą mądrość przed światem i ogłosił ją dopiero 
w r. 1709 po łacinie, w ciężkich foliantach „Epistolarum łiisto- 
rico-Familiarium" . 

Bez niezawodnego sposobu konkludowania, sądzi biskup 
kijowski, t. j. bez zasady większości, jednomyślna zgoda byłaby 
środkiem najlepszym, gdyby strona praktyczna odpowiadała jego 
wewnętrznej wyższości. Skoro atoli posłowie upierają się nie 
przy prawach i wolnościach, lecz przy prywacie, wysługują się 
obcym rządom i fakcyom domowym, a nawet zaprzedają się 
żydom, gdy cały sejm ginie pod nawałą sprzecznych dezydera- 
tów ziemskich, wpychanych na pierwsze miejsca, przez co król 
zdobywa we wszystkiem, prócz ściągania podatków, nieograni-^ 
czoną władzę, niech już lepiej ulega mniejsza liczba większej^ 
niżby pozornie rządzić miała zgoda powszechna, a naprawdę 
rządziłby jedynowładca. Uchwały pLuralitatis nie mogą wiązać 
tylko króla, który powinien zachować prawo zatwierdzania icli 
i poprawiania. Innemi słowy, Załuski gotów jest odebrać posłom 



') Dyaryusz łaciński tego sejmu w Ms. Bibl. Czart. 409. 
2) Dzieje narodu polsI<iego, IV, 102. 



— 283 — 

„wolne niepozwalam" i oddać je monarsze w postaci nowoczes- 
nego veto konstytucyjnego, i to nawet z pewnym dodatkiem 
(prawo poprawiania uchwał sejmowych). Na taką zmianę decy- 
duje się on dopiero jednak pod dwoma warunkami : po pierwsze, 
posłowie mają przysięgać, że dbać będą tylko o dobro pospo- 
lite, powtóre, głosowanie powinno być tajne. Przy jawnem gło- 
sowaniu biskup nie chce ani prawa większości, ani zaprzysięga- 
nia posłów. Przechodząc dalej od rozważań ogólnych do kon- 
kretnego projektu naprawy, Załuski staje na stanowisku kompro- 
misowem, gdyż rozciąga władzę większości bezwzględnej tylko 
na rugi, obiór komisyi, usuwanie spóźniających się posłów itp. 
uchwały porządkowe. Marszałek powinien powściągać swą władzą 
gadułów obstrukcyonistów. Do odrzucenia wniosku wystarczać 
ma kontradykcya nie jednego posła, lecz conajmniej trzech sej- 
mików, głosujących jednozgodnie — ulga ogromna, która w prak- 
tyce ocaliłaby mnóstwo projektów '). Niestety, autor spłaca fatalną 
dań duchowi czasu, odróżnia bowiem od zwykłej kontradykcyt 
zrywanie sejmów (scindere comitia), uznaje możliwość i sku- 
teczność zerwania obrad przez jednego posła, choćby przez upór, 
w imię prywaty, byle sprawca nie wyjechał z miasta, gdzie za- 
siada zgromadzenie, i miał odwagę kilkakrotnie ponawiać swój 
protest. Zrywacz powinien pod przysięgą podać swój manifest 
do grodu, poczem trybunał za pozwem instygatorskim rozważy 
jego postępek. Mała pociecha, — dodajmy od siebie — jeżeli 
wyrok potępiający zapadnie już po zniszczonym sejmie^). 

Na sejmie r. 1681 było parę momentów, kiedy obóz dworski 
decydował się już rozstrzygać poszczególne kwestye większością, 
lecz ustępował wobec groźby zerwania^). Król w instrukcyi na 



M Radę taką podał już sejmik sieradzki w instrukcyi z d. 21 czerwca 
1658 r. (Ms. Teki Pawińskicgo). 

2) De exorbitantiis comitialibus in consulendi et concludcndi modo, Ep. 
Hist. Fam. I, cz. 2, str. 746 i n. 

3) Teki A. Pawińskiego, tom VI, 105, 107-8, 111, 123. Młodzieniec jakiś- 
mówił 19 lutego o wychodzącym kontradycencie, że go „nec pro icgitimo nun- 
tio censendum". ,In contrarium prolatum yetcranum dc Rcpublica bene meren- 
tem a tirone nunc recenter in conventu comparcnte non opprirnendum, nec 
tantam juveni licentiam dicendi concedendam". Obrażony młodzieniec wyszedł 
sam z protestacyą, ale uproszony przez marszałka, wrócił. 



— 284 — 

sejmiki przed sejmem roku 1688 wskazywał konieczność ukró- 
cenia władzy sejmików relacyjnych, aby nie śmiały obalać ucłiwał 
sejmowych i). Oba powyższe sejmy zostały zerwane. Na sejmie 
r. 1689 przygotowywano, a na następnym, 16 lutego 1690 roku, 
uchwalono nowy regulamin, gdzie przewidziano dokładnie, w jakim 
porządku mają następować po sobie różne czynności, kazano 
kończyć sejm we właściwym terminie bez świec, nie przewidziano 
tylko, jak ocalić sejmy przed skutkami jednomyślności i wolnego 
veto 2), W propozycyi kanclerskiej 10 stycznia 1693 roku znowu 
figurował punkt o zabezpieczeniu uchwał sejmowych przed oba- 
laniem przez sejmiki^). Przed sejmem grudniowym tegoż roku 
znów apelował król do wyborców, aby zabronili posłom rwania 
sejmów i pozwolili traktować rwaczów jak wrogów ojczyzny. 
Skutek był taki, że 14 sejmików w Koronie zerwano, 4 zalimi- 
towano, propozycya nie wywołała nigdzie przychylnego echa, 
przeciwnie, wiele artykułów opatrzono złowrogim przypisem : żą- 
dać „sub discrimine sejmu''. Zgromadzenie stanów nie doszło do 
skutku dla choroby królewskiej^). 

Reasumując powyższe dane, stwierdzamy : ani jeden ze 
zwolenników naprawy parlamentarnej od niefortunnej próby za 
Jana Kazimierza nie zawołał poprostu : „precz z wolnem nie- 
pozwalam!" Wszyscy, nie wyłączając Załuskiego, okazali się 
w praktycznych wnioskach, poza sferą rozważań akademickich, 
wiernymi synami swego pokolenia. Aby tak wprost, brutalnie 
targnąć się na bożyszcze szlacheckie, aby zaatakować je razem 
z wolną elekcyą, na to trzeba być wyrzutkiem ojczystego gniazda, 
■demagogiem, burzycielem, postrachem i ohydą poczciwego na 
swój sposób społeczeństwa ! Bo właśnie za takiego wyrodka był 
uważany pan Bogusław Baranowski, groźny marszałek rokoszu 
wojskowego z r. 1696, który, wrzynając się we ;. wnętrzności ojczyzny" 
po chleb dla swych kommilitonów, jednocześnie w interesie najniż- 
szych sfer, zamyślał podobno oba takie zamachy — na veto i na 
elekcyę ^). Veto podkopywało byt wojska — żołnierz, przynajmniej 



^) Instrukcya na sejmiki roku 1687 w Tekach Lukasa. (Rps. Bibi. Ossol.^. 

2) Relacye rezydenta brandenb. Wernera i Dyaryusz w Tekach Lukasa. 

3) Propozycya w Tekach Lukasa. 

4) Według doniesień brandenburskich w Tekach Lukasa. 

^) Walewski, Dzieje bezkrólewia po skonie Jana III, 250-1, 259-61. 



— 285 - 

na chwilę, póki był głodny, znienawidził veto. Z chwilą upadku 
ruchu strejkowego, po zaspokojeniu długów żołnierskich, towa- 
rzysz Baranowski znikł ze swą rewolucyjną ideą. 

Kontratak reformatorów załamał się. Z jakiej przyczyny? 
W poprzednim okresie kluczem do wyjaśnienia jego bezowocności 
był nastrój i poziom umysłowy sejmującego grona. Teraz wy- 
padnie nam przejść od wskazania tej najbliższej przyczyny, do 
przyczyn głębszych i dalszych. Przedtem jednak spróbujmy skon- 
struować dogmatycznie istotę „głosu wolnego" w pełni rozkwitu 
i przyjrzeć się jego funkcyonowaniu w praktyce. 



ROZDZIAŁ 11. 

Czy liberum veto miało podstawę w prawie pisanem? Przepisy z lat 1609, 1632, 
1669, 1673, 1679, 1683, 1696, 1717, 1718, 1736. Jus vetandi przy prawie. 
Opinie uczonych prawników. Dresner, Zalaszowski, Chwalkowski, Hartknoch, 
Lengnich. Doktrynerzy, And. Maks. Fredro; jego „Fragmenta" i późniejsze pisma. 
Popularyzacya doktryny. Nasze określenie i konstrukcya „wolnego niepozwalam". 
Różne stopnie tego prawa. Jednomyślność w senacie- Czy można skasować pro- 
test ? Bezwzględna moc veto. Porównanie z konstytucyjnem veto monarchy. 
Niezbywalność suwerenitetu jednostki. Znamienne przykłady z lat 1669, 1670, 
1683. Ekstrawagancye. Odstępstwa od doktryny : „nic na mnie bezemnie". Nie- 
tykalność sądów sejmowych dla zrywacza. Les absents ont tort. Konfederacye 
w wieku XVII. Elekcya jednomyślna; jednak zerwać jej niemożna. Prawo wię- 
kszości w konfederacyach. Sejmy pod węzłem. Dwojaka synteza sejmu i konfe- 
deracyi. Czy można było prawnie zerwać konwokacyę ? Analiza faktu, za- 
szłego w r. 1696. 

Wykład o istocie i skutkacii prawnych oraz politycznych 
,„wolnego niepozwalam" musi obrać za punkt wyjścia Yolumina 
Lęgu ni. 

Na pytanie: „czy jest jakie prawo pisane, pozwalające rwa- 
nia i niszczenia sejmów?" Stanisław Konarski, pierwszy wydawca, 
a więc też najlepszy znawca ustaw krajowych, odpowiedział 
swego czasu : „Subtylizujcie... jak chcecie... przytaczajcie, jakie 
chcecie, prawa na próbowanie tej szkodliwej ojczyźnie mocy, pra- 
wda musi na wierzch wyniść i rozum musi wziąć górę: ...mię- 
dzy wszyslkiemi głos wolny warującemi prawami niemasz ża- 
dnego..., któreby dozwalało psuć, niszczyć i rozsypywać sejmy, 
ale to tylko jest, jednem słowem, złe zwyczajowe bezprawie" ^). 
Opinia wielkiego Pijara zwyciężyła do tego stopnia, że kiedy 



*) O Skutecznym Rad Sposobie, II, 56-7. 



- 287 — 

w r. 1772 przybył do Warszawy poseł rosyjslii Stackelberg, aby 
przeprowadzić jednocześnie z rozbiorem częściowe reformy, mu- 
siał zaświadczyć, źe istotnie aż do roku 1766 zabójczej takiej 
ustawy nie było ^). 

Czy Konarski miał słuszność? Czy nie uniósł go chwalebny 
zapał publicystyczny? Zbadajmy rzecz samodzielnie ab o^o. 

Jeżeli chodzi o ścisłe określenie liberł veto, to czasy naj- 
większego kultu tej idei nie zdobyły się na nie. Przedewszyst- 
kiem, prawo obowiązujące nietylko nie podyktowało ważnej dla 
całego ogółu definicyi, ale nawet nie wyraziło istoty veto w prze- 
pisach. Próbowano nieraz cytować na jego uzasadnienie ustawę 
Nihil Novi, później przytaczano porokoszową ustawę Zygmunta 
III r. 1609, która poprostu zapewniała każdemu szlachcicowi na 
sejmiku powiatowym, a posłowi na sejmie „według dawnego zwy- 
czaju, prawem opisanego" „wolne domówienie się wolności i ca- 
łości praw swych", t. j, możność interpelacyi w obronie swych 
osobistych uprawnień-). Na konfederacyi warszawskiej r. 1632 
przed elekcyą Władysława IV stanęła uchwała, aby niewolno było 
króla nominować, publikować albo koronować „bez jednomyśl- 
nej zgody wszystkich stanów" ^) ; brzmi to napozór, jakby san- 
kcya zasady, źe nikt nie podlega królowi, za którym sam nie 
głosował, Konarski jednak bardzo trafnie zauważył, że właściwie 
niema tu mowy o jednostajnej zgodzie osób obierających, i źe 
przepisu tego nie można zresztą rozciągać z elekcyi na sejm*). 

Dopiero po Sicińskim, Żaboklickim, Telefusie, i co ważniej- 
sza, po zwycięskim rokoszu Lubomirskiego, sejm elekcyjny króla 
Michała, ogłaszając nieważność dekretu na zmarłego rokoszanina, 
kazał widzieć główną przyczynę rozterki i zguby w „zgwałceniu 
głosu wolnego, wolności kontradykcyi poselskiej" (1669) '0. Wie- 
dzieli ci mężni rycerze, co strzelali z poza wału do bezbronnej 
szopy senatorskiej, o co im chodzi, rozumieli się dobrze na- 
wzajem, i dlatego wstrzymali pióro od bliższego wyłuszczenia, 

') Relacya z d. 16 października, ob. Geneza i ustanowienie Rady Nieu- 
stającej, Załączniki, str. 383. 

2) Vol, Leg. II, 1660. 

3) Vol. Leg. III, 724. 

4) T. II. str. 37. 

5) Vol. Leg. V, 10. 



— 288 — 

na czem polega „wolna kontradykcya". Od tegoż roku 1669 weszła 
w zwyczaj, a w r. 1679 stało się prawem, że marszałek sejmowy oraz 
deputaci do konstytucyi przy objęciu swycłi godności składali ju- 
rament, iż nie wpiszą do księgi praw żadnej konstytucyi, na 
którąby zapadła czyjaś kontradykcya ^). Podczas rokowań o roz- 
wiązanie koiifederacyi Gołąbskiej i Szczebrzeszyńskiej w styczniu 
1673 r. partya francuska żądała przywrócenia wolnego głoso- 
wania i wolnego niepozwalania, w ten sposób jednak, aby sejmów 
nie wolno było zrywać ■^) ; próbowała więc cofnąć rozwój sejmo- 
wania do stanu z czasów Zygmunta III. Obóz dworski przyjął 
ugodę, ale bez zastrzeżeń na dobro sejmów ; jakoż w konstytucyi 
r. 1673 Rzeczpospolita przywróciła naraz sejmy, sejmiki, izbę 
poselską, „libertafem sentiendi, jus vetandi przy prawie". Co 
znaczy „jus vetandi przy prawie", prawodawcy wiedzieli dobrze^ 
i ogół też powinien był wiedzieć'^). 

Ten sam sejm grodzieński, który wprowadził przysięgę dla 
marszałków, miał przygodę bardzo cłiarakterystyczną. Przez jakieś 
nieszczęście czy niezręczność, wobec nawału remis, t. j. spraw 
z apelacyi na sądy sejmowe, spróbował on zapewnić mianowanie 
delegatów szlacheckich do tych sądów „nulla obstante contradic- 
tione^'. Wprawdzie i bez tego zastrzeżenia marszałek mógł mia- 
nować delegatów według swego uznania, i przeszkodzić mu można 
było tylko, tamując całą czynność izby. Szlachta jednak, czytając 
przy czcigodnym wyrazie „contradictione" bluźnierczy przymiotnik 
„nulla", zlękła się i na najbliższym doszłym sejmie roku 1683 
zwaliła na drukarza autorstwo owej niebezpiecznej klauzuli, jako 
szkodliwej ,,jun vetandl", i skasowała ją na wieczne czasy*). 
Tak ukradkiem wsiąkały do księgi praw luźne słówka, wyrazy, 
osobne przepisy uboczne, lecz nigdy nie wkroczyło tam veto 
w całej okazałości, należycie sformułowane i ochrzczone. Czem 
jest senat, sejm, rezydenci, trybunał, podymne, pospolite rusze- 
nie, to wszystko można było wyjaśnić z zestawienia ścisłych 
norm obowiązujących ; ale co znaczy veto, tegoby nikt nie umiał 
wydedukować z przepisów, i nikt nie potrzebował, bo to był 



1) Vol. Leg. V, 546-7, 

2) Ob. punkta malkontentów do pacyfikacyi w Ep. Hist. Fam. I, 423. 

3) Vol. Leg. V, 88. 

4) VoL Leg. V, 553, 659. 



— 289 — 

wyraz elementarny, równie zrozumiały dla wszystkich, jak koń, 
pług, powietrze, polowanie. Trudno też sobie wyobrazić, jaki to 
sejm i w jaki sposób potrafiłby jednogłośnie uchwalić ścisłą 
ustawę — o zrywaniu sejmów. 

Konfederacya warszawska r. 1696 żąda śmielej, niż konwo- 
kacya roku 1632, aby królem zostawał ten tylko, „kogobyśmy 
przez wolne siiffragia nemine contradicente zgodnie obrali" : 
tekst niedwuznaczny, ale dotyczy on tylko elekcyi, i niepodobna 
podciągać pod niego głosowań prawodawczych. Znowuż po 
zwycięskim, w gruncie rzeczy, ruchu tarnogrodzkim (1715-7), 
szlachta mści się na sejmie za królewskie zamachy absoluty- 
styczne : uchwala „utwierdzenie traktatu" i przywrócenie pokoju 
wewnętrznego, którym to artykułem zaciska jeszcze raz stryczek 
na gardle sejmu, przywracając „Ubertatem sentiendi et jus ve- 
tandi", tym razem już bez ważnej restrykcyi : „przy prawie". 
Tę samą zasadę bezwzględnego veto wyraził jeszcze szerzej na- 
stępny sejm grodzieński (1718), zanim jeszcze nastał zupełny 
pokój wewnętrzny, t. j. letarg: „Jako wolny głos, fundujący się in 
]urevetandi, jest najprzedniejszy klejnot wolnego narodu tej Rzpli- 
tej, tak utrzymanie (manutentionem) onego na sejmach, sejmikach 
i wszystkich publicznych zjazdach (!) inperpetuum... przyrzekamy" ^). 

Ograniczenie z r. 1673 przypomniał sobie sejm pacyfikacyjny 
Augusta III (1736), jedyny, jaki doszedł za tego panowania, lecz przy- 
pomniał ją sobie tylko poto, aby delikatnie oddzielić przecinkiem 
wyrazy „przy prawie" od „jus vetandi" -). W pizecinkn tym kryje się 
dowcip nielada. Póki go nie było, mógł każdy poseł, według litery 
konstytucyi, protestować do woli, byle na legalnej podstawie ; mógł 
na upartego odrzucać wszystkie wnioski prawodawcze, bo każda 
nowość naruszyć musiała dawny stan prawny, ale nie mógł, ściśle 
biorąc, obalać czynności porządkowych, ani też szlachcic nie 
mógł bez prawnej podstawy psuć sejmiku; wogóle nie można 
było — przynajmniej na zasadzie prawa pisanego — zrywać 
żadnych obrad. Lecz nadal formuła przybrała inną postać; oto 
stany pozostawiły „przy prawie", t. j. na gruncie legalnym, pod 
opieką prawa pospolitego, ogólne jus vetandi. Odtąd można. 



1) Vo!. Leg. V, 837; VI, 230, 394. 

''^) Vol. Leg. VI, 666, zgodnie z pierwodrukiem współczesnym. 

19 



- 290 - 

w zgodzie z drukowaną konstytucyą ignorować wszystkie prze- 
pisy o porządku sejmowania z r. 1690, 1699, 1736. Szaleńcy 
dostali miecz do rąk, i użyją go „przy prawie" na zniszczenie 
szeregu sejmów jeszcze przed ich ukonstytuowaniem. Możnaby 
spytać, zapewne, czy tym razem dowcipny przecinek nie prze- 
skoczył na niewłaściwe miejsce właśnie przez błąd „typografa". 
Ale o to nie pytano, bo ulepszony tekst podobał się amato- 
rom veto. 

Jak widzimy, aż do czasów Stanisława Augusta żaden Li- 
kurg ani Solon nie określił w istocie, komu, kiedy, jak, gdzie, 
z jakim skutkiem i na co wolno będzie niepozwalać. Okaże 
się dalej, że w tern zaniedbaniu wszelkicli ścisłych orzeczeń 
tkwi najgłębsza kwintesencya wolnego głosu. 

Od Woluminów Legum przejdźmy do wykładów teoretycz- 
nych prawa obowiązującego z epoki Wazów i innych królów 
elekcyjnych. Tomasz Dresner, uczony prawnik, spółczesny Zy- 
gmuntowi III, autor „Instytucyi prawa Królestwa Polskiego", 
wydanych w Zamościu roku 1613, miał sposobność do wypowie- 
dzenia się tylko o spółczesnem sejmowaniu, a nie o nadużyciach 
późniejszych ; uczynił to nie bez pewnej tendencyi, (może 
pod wychowawczym wpływem Zamoyskiego), pisał bowiem, że 
konstytucyom daje sankcyę „cała Rzeczpospolita, gdyż słuszność 
wymaga, aby sprawy, dotyczące wszystkich, działy się za zgodą 
wszystkich" — formułka, jak widzimy, dosyć niewinna, bo nie 
używa terminów „unanimitas" ani „nemine contradlcente" . Posłowie, 
według Dresnera, zastępują całą szlachtę (qui vicem universorum 
obeant). Sejm „reprezentuje" całe ciało Rzplitej, łącznie z bracią 
pozostałą w domu ; stąd autor wnioskuje, że do obioru króla 
wystarcza większość głosów '). 

Mikołaj Zalaszowski, o trzy pokolenia młodszy, pisze o wy- 
jątkowych wyborach większością w niektórych województwach, 
o obiorze większością marszałka sejmowego, ale na temat liberi 
veto niewiele ciekawego ma do powiedzenia-). 



1) Institutionum juris Regni Poloniac libri IV, Zamosci in typographia 
Academiae, 1613. 

-) Jus Reipublicae Polonae, ex statutis et constitutionibus ejusdem Regni 
et Magni Ducatus Lithuaniae collectum, Poznań, 1700. 



— 291 - 

Mikołaj Chwałkowski, Wielkopolanin ze Wschowy, odby- 
wszy studya we Frankfurcie i przeszedłszy do służby kurlandzkiej, 
wydał w Królewcu r. 1676 „Regni Poloniae Jus Publicum". „Prawo 
veto", twierdzi nasz eks-rodak, „jest źrenicą wolności, i jeżeli 
rrja podstawę w prawie albo w artykule instrukcyi, zgodnym 
z prawami, to unieważnić go niewypada. Według prawa nikt 
z posłów nie może oświadczyć się przeciw sejmowi inaczej, jak 
przy konkluzyi w izbie senatorskiej" ; taki akt jednak dotyka 
tylko właściwychi obrad publicznych, a nie czynności sądov/ych '). 

Trochę więcej zaobserwowali z boku uczeni pruscy. Zdolny 
Krzysztof Hartknoch, rodowity Prusak, spółczesny Chwałkow- 
skiemu, nie podziela jego wiary w konieczność ,,veto" dla 
istnienia wszelkiej wolności, wzrusza ramionami i ironizuje nad 
jednomyślnością: ,, nigdzie na świecie tak nie bywa, ale w Polsce 
jedna jaskółka stwarza wiosnę" ^). Gotfryd Lengnich, najuczeńszy 
z Niemców, jacy onego czasu pisali o Polsce, i najlepiej zżyty 
z nią, zna doskonale całą sceneryę tamowania i zrywania obrad, 
pisze o deputacyach do zrywacza, o dziękczynieniach, jakie mu 
izba składa za przywrócenie czynności, o żegnaniu izby posel- 
skiej ; myli się w jednym szczególe, jakoby posłowie po zerwaniu 
sejmu całowali jeszcze rękę królewską; pisze z wielkim spo- 
kojem, bez drwin i ubolewań ; w ideologię szlachty nie próbuje 
się zapuszczać, tylko stwierdza głosem eksperta, że opisane 
praktyki nie mają uzasadnienia w konstytucyach ^). 

Nienasyceni suchemi notatkami juryskonsultów, szukajmy 
głębszego ujęcia rzeczy u staropolskich doktrynerów, albo, jeżeli 
ich tak można nazwać, filozofów prawa. Ma głos jmp. An- 
drzej Maksymilian Fredro, kasztelan lwowski, moralista, polityk, 
działacz sejmowy — ten sam, który jako marszałek przykładem 
swoim pociągnął sejm 1652 r. do uznania protestu Sicińskiego. 
Znane są dwa główne dzieła polityczne Fredry — dwa zgrabne 
tomiki w kształcie książeczek do nabożeństwa, pełne dziwnej 
adoracyi dla szlacheckiego bożyszcza — wolności : jedno nazywa 
się „Scriptoruni seu togae et belli notationum fragmentu" (ułamki 



') Według II rozszerzonego wydania z r. 1684, str. 199. 

2) Respiiblica Polona, (1678), 427, 446-7, 456. 

■^) Jus Publicum Regni Poloniae, (1742-6), ks. IV, r. 2, § 51-2. 

19" 



— 292 — 

pism, czyli notatek o rzeczach pokojowych i wojennych), drugie 
„Monita politico-moralia'' (z dodatkiem rozprawki o charakte- 
rach i temperamentach, ,,/con Ingeniorum"). Fakt ogłoszenia obu 
tych pism po łacinie w Gdańsku (r. 1660 i 1664), a potem we 
Frankfurcie (1685) znamionuje wyraźnie doktrynera, który chce 
się popisać swoją wiarą i filozofią przed całym myślącym świa- 
tem. Autor unosi się nad magiczną siłą veto, pociągającą ku 
sobie umysły bez pomocy broni i władzy ; wywołuje z za grobu 
piękne przykłady Kazimierskich, Niemojewskich, Zborowskich 
i innych pierwowzorów rzetelnej cnoty. Każe zastanawiać się 
każdemu, czy po skasowaniu jednomyślności nie zapanuje nad 
wszystkiem ślepa, oziębła lub zuchwała przewaga liczby. Wię- 
kszość — to zawsze muLtitudo pejorum: tak było już w Karta- 
ginie, przed rozpoczęciem drugiej wojny Punickiej, kiedy Hanni- 
bal nawoływał do stanowczej, póki nie zapóźno, rozprawy z Rzy- 
mem ; wówczas, według słów Liwiusza, „większa część, jak zwykle,, 
zwyciężyła lepszą", mianowicie zwolennicy wojny wzięli górę 
nad ,, Wielkim" Hannonem. Przykład znakomicie udał się Fredrze: 
Kazimierscy, Niemojev/scy, Zborowscy należeli istotnie do jednej 
kategoryi moralnej z arystokratą Hannonem. Gdyby od nich za- 
leżało, nie miałby Chodkiewicz ani jednej lancy pod Kirchholmem,, 
ani Żółkiewski pod Kłuszynem. W Polsce też w najcięższych 
momentach nie zbraknie nigdy Hannonów — zabraknie tylko 
Hannibalów... 

Czy Fredro cieszył się naprawdę wielką poczytnością w Polsce,, 
wątpimy. Niektóre jego ekstrawagancye przeciwko absolutyzmowi, 
dziedziczności tronu, słabym podatkom i armiom trafiały do 
dworków szlacheckich ; całe natomiast wywody, zwłaszcza te na- 
paści na większość, godne ust doktora Stockmana, nie znajdo- 
wały szerszego oddźwięku ; delektowali się nimi uczeni smakosze 
złotej wolności, może niektórzy magnaci, trybunowie gminu szla- 
checkiego, którzy rozumowanie zostawiali dla siebie, a dogmat 
roznosili dalej. Później, w ogłoszonych roku 1669 „Listach do 
przyjaciela" (Epistolae ad amicum), Fredro wyrzekł się dawniej- 
szej swej recepty, źe króla należy obierać z jak najdalszej za- 
granicy, i zarazem przeszedł do innej argumentacyi na korzyść 
veto : dowodził, że groźba zerwania sejmu to najlepszy środek 
do wymuszenia ustępstw na województwach, dbałych tylko o inte- 



— 293 - 

res partykularny: skoro bowiem każdy sejmik posyła na sejm 
dziesiątki postulatów, więc każdy poświęci coś dla dobra państwa, 
byle wyrobić swoje interesa. Pozwolić na przezwyciężenie pry- 
waty większością nie chciał Fredro i teraz, bo taki sposób dobry 
jest tylko w małej rzeczypospolitej miejskiej, np. w Wenecyi, 
a nie w olbrzymiej Polsce ziemiańskiej. Ostatnio, na elekcyi po 
Janie Kazimierzu, wystąpił nasz mędrzec ze śmiesznym projektem, 
aby trzyletnie dziecko wyciąo^ało z kielicłia jedną z trzech 
kartek kandydackich. 

Przeglądając broszury i świstki ulotne z czasów bezkró- 
lewi^), znalazłoby się pewno niejedną myśl, zapożyczoną z Fre- 
dry, albo świadczącą o pokrewnym duchu. Czegóż to się nie 
pisało i nie pisze dla propagandy wyborczej ! Toż sam Olszowski 
w „Cenzurze kandydatów" z r. 1669 składał hołd „intercesyi 
trybuńskiej", i sam wielki Leibniz przyklaskiwał chwalcom tego 
fetysza, byle zalecić szlachcie kandydaturę księcia Nejburskiego. 
Szczerych przekonań lepiej nie szukać w takiej literaturze; głęb- 
szej myśli, zwłaszcza prawniczej, wogóle szukać tam ze świecą. 
Wiara złoto - wolnościowa, jak każde credo quia absurdum, wy- 
powiadała się najlepiej ustnie ; słynęli w Polsce różnymi czasy 
tacy heroldowie jednomyślności i rwania obrad, jak ów Jerzy 
Zbaraski za Zygmunta III, Zaremba i Marcin Dębicki, chorąży 
sandomierski, za Michała, Pieniążek, Mosiewicz, Humiecki za So- 
bieskiego i Augusta II, Adam Małachowski, starosta oświęcimski, 
i Szczęsny Czacki za Augusta III. Niektóre błyski ich wymowy 
spróbujemy złowić i spożytkować ; ponieważ jednak żaden nie 
daje syntezy wolnego głosu, przeto, odkładając na później filo- 
zofię najznaczniejszego z naśladowców Fredry, bezimiennego autora 
traktatu „Domina Palatii", spróbujemy samodzielnie wysnuć 
z całej znanej praktyki parlamentarnej owych czasów istotę, 
następstwa i formę przejawu „wolnego niepozwalam". 

Liberum veto jest to prawo zrywania sejmów i sejmików 
przez pojedynczego uczestnika. Jest ważne na każdym sejmie, 



') Przegląd literatury politycznej z czasów clckcyi Wiśniowieckiego dali 
Z. Celichowski, De fontibus qui ad abdicationem Joannis Casimiri et elcctionem 
Michaelis Wiśniowieckii pertinent, 1668-9, Drezno 1871, — tudzież Korzon, II, 
127-59. 



— 294 — 

zwyczajnym lub nadzwyczajnym, i na każdym sejmiku : poselskim,, 
deputackim, komisarskim, relacyjnym, gospodarskim, przytem 
w każdej chwili : przed obiorem marszałka lub po nim, a nietylka 
przy konkluzyi, jak to chwilowo uznawano w pierwszej połowie 
XVir wieku. Bądź co bądź termin zanoszenia protestacyi na 
sejmie nie może być późniejszy, jak chwila zamknięcia obrad. 
Veto może być ustne lub piśmienne, ale w każdym razie — 
jawne. Jeżeli manifestant sam nie wygłosił protestu w izbie, lecz 
pocichu zaniósł go do grodu, wówczas sekretarz sejmowy odczy- 
tuje go na posiedzeniu, i taka publikacya z urzędu wystarcza. 
Wybór grodu przy zanoszeniu manifestu jest dowolny. Uzasa- 
dnienie protestu „przy prawie" albo za pomocą publicznych racyi 
nie obowiązuje. Najpiękniejsze jest veto w imię samego juris 
vetandi: „Bom poseł wolny, bo takie jest moje zdanie, bom się 
ze zdania mego sprawować nie powinien nikomu!" 

Że tak, i nie inaczej rozumiano liberum veto, okazuje się 
z szeregu faktów, zaświadczonych przez niezliczone dyaryusze 
i akta ; za takiem praktykowaniem wolnego głosu stała cała 
opinia szlachecka. Zarazem — w oczach tegoż autorytetu — można 
było robić z veto użytek ciaśniejszy, częściowy. Jeżeli ktoś nie 
pozwalał na pewien konkretny wniosek, albo na całą kategoryę 
wniosków, albo na wszystkie propozycye, bezwarunkowo lub wa- 
runkowo, jak i wówczas, gdy ktoś tamował obrady, to wszystkie 
tego rodzaju sprzeciwy działy się odrazu w imię wielkiego „jus 
vetandi", a nie na mocy jakichś dawniejszych, skromniejszych 
prerogatyw. 

Zerwanie obrad ma chwilowo ten sam skutek, co wstrzy- 
manie activitatis : dyskusya pod jego wpływem przedzierzga się 
w głosy pasywne, t. j, nie wiążące mówców; władza marszałka 
ulega zawieszeniu odnośnie do wszystkich czynności, z wyjątkiem 
wysłania błagalnej deputacyi do kontradycenta — zwykle po 
jednym pośle z każdej prowincyi ; oczywiście ma on także 
prawo solwować lub pożegnać izbę, Czasem odzywano się z pre- 
tensyą, aby po zatrzymaniu czynności nikt nie mówił ani active 
ani passive, ale obostrzenia, tego przeforsować się nie udało, 
może dlatego, że sami zwolennicy jego mówili już tylko „biernie". 
Czasem kontradycent, odchodząc, tamował obrady nad wszystkiem,, 
z wyjątkiem pewnego jednego przedmiotu: innemi słowy roz- 



i 



— 295 - 

kazywał on sam jeden izbie, aby zajmowała się daną kwe- 
styą. Deputacya szukała zrywacza po całem mieście ; znalazłszy, 
próbowała go skłonić do powrotu. W razie niepowodzenia zda- 
wała sprawę izbie ze swycłi zabiegów. Pozostali w izbie przy- 
jaciele nieobecnego pilnowali, aby nikt nie mówił aktywnie ; 
czasem żądali od sejmu, aby się zaraz rozjechał, ale ostatecznie 
wolno było każdemu siedzieć na swojem miejscu, a marszał- 
kowi — zagajać i odraczać posiedzenia aż do ostatniego ter- 
minu sesyi. 

Co do formy zewnętrznej, to w manifeście pisemnym po- 
wtarzał się zwykle na różne sposoby waryant: „manifestuję się... 
de nullitate sejmu"; ustnie mówiono: „nie pozwalam na nic", 
albo „5/5/0 activitatem", albo najczęściej : „protestuję się" ; nigdy 
zaś nie krzyczano krótko: „veto!". 

Jak widać z naszego określenia, veto przysługuje na sejmiku 
każdemu szlacłicicowi, bez względu na to, czy jest on posesyonatem 
danego województwa, a na sejmie wszystkim członkom obu izb. 
Senator mógł go używać narówni z posłem, prawo to je- 
dnak pozostawało martwą literą, gdyż wojewoda, kasztelan, mi- 
nister wolał się posługiwać najemną ręką szlachecką, niż ściągać 
prosto na siebie piętno wroga ojczyzny. Niema ani jednego przy- 
kładu, aby senator wprost zrywał sejm swoim odosobnionym 
manifestem i). Janusz Ostrogski manifestował się przeciwko „pa- 
miętnemu" sejmov/i r. 1606, ale to było już po wyjściu 6 tygo- 
dni, i po innych manifestach ^). W sensie zato skromniejszym, 
w zastosowaniu do poszczególnych wniosków, jus vetandi nie- 
tylko teoretycznie, ale i praktycznie przysługiwało zawsze senato- 
rowi ^). Przez nie utrzymywał się senat na poziomie ustawy Ni- 



') Według Konarskiego, 111, 86, Breza, wojewoda poznański, zerwał oso- 
biście sejm r. 1680. Wiadomość ta, wzięta, zdaje się, z Coyera, jest mylna. 
W r. 1680 nie było żadnego sejmu ; Breza opuścił obrady na długim sejmie 
r. 1681, ale icłi sam nie zrywał. 

-) Sobieski, Pamiętny Sejm, 229. 

3) Obok innycłi dowodów świadczą o tem słowa Jakóba Sobieskiego, wy- 
powiedziane na konwokacyi 23 czerwca 1632 r. : senatorowie „mają aeąuam po- 
testatem kontradykowania, a to incumbit dwojako: 1", jako civibus, że się ró- 
wno z nami w tejże wolności porodzili, 2", tanąuam juratis". Krzysztofa Radzi- 
wiłła Sprawy wojenne, 617. Na sejmie r. 1724 podskarbi w. kor. tamował kon- 
kluzyę ostatniego dnia: Dyaryusz w Ms. Bib). Akad. Um. 294. 



— 296 — 

hil Novi, jako osobny czynnik prawodawczy ; regułę większości 
przyjął u siebie tylko, jako czynnik doradczy bądź podczas sejmu, 
bądź to poza nim ; zresztą i pod tym względem zasadę ową 
utrwaliła dopiero konstytucya r. 1717, która nakazała odprawia- 
nie rad senatu „nie stante pede" oraz notowanie głosów, należących 
do większości. Oczywiście i w sądach sejmowych tudzież rela- 
cyjnych, jak w każdej juryzdykcyi, obowiązującą moc zachowało 
zdanie większości senatorów. Swoją drogą król, korzystając z da- 
wnego przepisu o przychylaniu się do strony, która jest bliższa 
prawa i wolności (1576), jak widać z praktyki czasów saskich, 
niebardzo szanował większość w radzie senatu, a nie był skłonny 
do szanowania jej i w sądzie relacyjnym : przynajmniej pakta 
konwenta musiały mu to od czasu do czasu przypominać ^). Nie 
znamy też ani jednego protokółu, ściśle podającego liczbę wo- 
tów za i przeciw bądź na Senatus consilium, bądź w sądzie rela- 
cyjnym. 

Bezpośredniej obrony prawnej przeciwko „wolnemu niepo- 
zwalam" niema żadnej; przynajmniej po wygłoszeniu tych słów, 
albo po wpisaniu manifestu do grodu, klamka zapada bezpowro- 
tnie. W wieku XVI przev/ażające stronnictwo umiało jeszcze ka- 
sować manifesty 2), później zdarzały się wypadki unieważniania 
manifestów, wadliwych pod względem formalnym, albo niezgo- 
dnych z prawem ^) : innemi słowy, uznawano ważność samowol- 
nego protestu, jeżeli ów zachowywał formalności i nie łamał 
praw dawniejszych. Tymczasem za króla Sasa autorytet je- 
dyny w swoim rodzaju, bo kanclerz litewski Jan Fryderyk Sa- 
pieha propaguje pogląd, że sejm lub inna władza może skasować 
manifest prywatny (rlp, w interesach majątkowych), ale manifestu 
publicznego, przeciwko uchwale zbiorowej nikt nie może unie- 
ważnić ^). Pozostaje więc tylko obrona pośrednia. Zrywacza mo- 



1) Ob. pakta konwenta Augusta II, Vol. Leg. VI, 627. 

2) Orzelski, 328. 

3) Np. reprotestacya przeciwko protestacyi Wronowskiego, który próbował 
zerwać sejmik lubelski, datowana 9 września 1641 r., kasuje jego akt, ponieważ 
1", Wronowski przybył z innego województwa, 2", protestował w obcym gro- 
dzie, 3", nie kontradykował na sejmiku, 4", uchwała zapadła nemłne contradicente 
(Ms. Bibl. Czart. 390). 

^) Rozmowa uczona pewnego statysty o wolności etc, ob. cz. III, r. 1. 



- 297 — 

zna utrącić przy rugach poselskich : tak pozbył się sejm lubelski 
r. 1703 dwunastu opozycyonistów, posłów poznańskich i kali- 
skich '). Kto jednak raz już wszedł „/// activitatem'\ t. j. prze- 
mawiał bez przeszkody, tego po rugach usunąć niepodobna. Dla- 
tego na sejmie grodziefiskim r. 1718, kiedy chciano usunąć 
z izby dysydenta Piotrowskiego, posła wieluńskiego, nie dano 
mu dokończyć nawet pierwszego przemówienia, a gdy spróbo- 
wał tamować obrady, uznano jego kontradykcyę za nieważną-). 
Inny znaczący wypadek miał miejsce na sejmie r. 1724: Litwin 
Zienowicz długo tamował połączenie izby poselskiej z senatem. 
Nagle dwór spłatał mu nielada figla : namówił jego kolegę, Buj- 
nickiego, do oświadczenia, że obaj zostali obrani nielegalnie. 
Izba w krzyk : większość wołała, aby sądzić Zienowicza za uzur- 
pacyę godności poselskiej (broń Boże, nie za samo psucie obrad), 
znaleźli się jednak poplecznicy oponenta, którzy żądali sądu na 
Bujnickiego za niekoleżeńskość i niewczesną napaść, (9 — 10 li- 
stopada). Dzięki takiej obronie Zienowicz pozostał w izbie aż 
•do szczęśliwego końca posiedzeń ^). 

Wszystko, co wyżej powiedziano o jednomyślności, o wol- 
nem „niepozwalam" i o zrywaniu obrad, stanowi ideową włas- 
ność przeciętnego Polaka-statysty około roku 1700. Posłuchajmy 
jednak głosu ludzi nieprzeciętnych, a odnajdziemy dalsze wiąza- 
nia ideowe tego systemu, dalsze tony podświadome, że tak po- 
wiemy, promienie ultra-fioletowe lub ultra-czerwone. Głos wolny, 
mówi Adam Małachowski, starosta oświęcimski, na sejmie r. 1750, 
„est lex legum et frater legum", albo (według innej wersyi) ,,ma- 
ter legum" ^). Lex legum: to znaczy nietylko prawo, według któ- 
rego powstają inne ustawy, ale prawo fundamentalne, pod któ- 
rego warunkiem obowiązują inne ustawy już powstałe. Frater 
legum: to znaczy, że głos wolny stoi równorzędnie z ustawami, 
i powołanie się na ustawy przeciwko niemu, np. na przepis 
o niewspółistności funkcyi poselskiej i deputackiej albo o nietur- 
bowanym obiorze marszałka, daremne jest i nieważne : ktokol- 



') Jarochowski, Dzieje panowania Augusta II, 311-2. Dyaryusz w Tcc 
Podoskiego I, 82. 

2) Dyaryusz łaciński w Tece Podoskiego VI, 109, 116. 

3) Dyaryusz w Ms. Bibl. Akad. Um. 294. 

4} Dyaryusz sejmu nadzw. r. 1750 (Ms. Bibl. Czart. 597). 



— 298 — 

wiek, zwłaszcza w chwili podnieconego nastroju szlachty, użyłby 
broni ustawowej przeciwko głosowi wolnemu, znalazłby świado- 
mość prawną ogółu w przeciwnym obozie. ,,Mater legum" : \o 
znaczy, że konstytucye wyszły, jak z łona macierzy, z wolnej 
duszy obywatela-jednostki. 

Autorytet „głosu wolnego" jest pierwotny, a nie pochodny^ 
uzasadnienia żadnego nie potrzebuje. Podobnie jak w Rzymie 
cesarskim princeps legibus solutus, tak samo w Polsce Sobieskiego 
i Augustów veto nie jest związane żadnem prawem. 

Podobnie jak król angielski nie może nie mieć słuszności 
(cannot be wrong), tak też i w Polsce, kto inwokuje Jus vetandi, 
nie może zbłądzić, błądzą raczej i przegrywają sprawę wszyscy 
inni. Zresztą Kołłątaj trafnie zauważył, że szlachcic na sejmiku i na 
sejmie „tęż samą miał powagę, jaką ma król angielski, i owszem 
większą, bo król angielski parlament tylko rozpuścić może, szla- 
chcic i sejmiki i sejmy mógł zrywać. Król angielski może odmówić 
sankcyi uchwale parlamentu, u nas poseł mógł nawet zabronić 
wprowadzenia projektu, który mu się nie podobał ^). 

Veto jest fundamentem i pra-zasadą wszystkiego. Jak 
zwierzchnictwo i wolność zbiorowa ludu, według Jana Jakóba 
Rousseau, podobnie w Polsce suwerenitet i wolność jednostki są 
zasadniczo niezniszczalne (Indestnictibles) i niezbywalne (inalie- 
nables). Świadczy o tern kilka nader wymownych przykładów. 
Na konwokacyi po śmierci Jana Kazimierza grono sejmujące 
uchwaliło, że za wroga ojczyzny będzie miany ten, ktoby był 
przyczyną zerwania zjazdu. Tadeusz Korzon widzi w tem zawie- 
szenie liberi veto. Jeżeli dokładnie tak brzmiała uchwała, to wi- 
docznie ustanowiono tylko prawo doraźne, wyjątkowe, a przytem 
„niezupełnie doskonałe" (legem minus quam perfectam) na bez- 
pośredniego winowajcę (posła), albo na pośredniego sprawcę zer- 
wania, magnata. Nie zakwestyonowano więc możliwości i skute- 
czności zerwania, tylko postanowiono ukarać zrywacza czemś na- 
kształt banicyi. Takich pomysłów, żądających, aby karać niszczy- 
cieli obrad sejmowych, nie zbraknie i później, w wieku XVIII» 
ale Konarski słusznie je uzna za niedostateczne i bezsilne. O za- 



') Prawo polityczne narodu polskiego czyli układ rządu Rzplitej, ks. I 
(1790), str. XXXI. 



— 299 - 

wieszeniu veto możnaby mówić dopiero wtedy, gdyby postano- 
wiono ignorować protesty, choćby najformalniej zaprotokoło- 
wane, i choćby nawet bezkarne, choćby nagradzane starostwami. 
Zresztą uchwała konwokacyi nie przedostała się do drukowanych 
statutów nawet w swej doraźnej postaci. 

Coś podobnego zaszło na sejmie wiosennym r. 1670. „Po 
wykonanej przez marszałka przysiędze, powstali z miejsc swoich 
wszyscy posłowie, zdjęli czapki i z ręką na sercu przysięgli, że 
nie będą zrywali sejmu, a gdyby potrzeba publiczna albo prze-^ 
znaczenie ośmieliły kogokolwiek do tak zuchwałej rozwiązłości, 
niechże spełnia ów czyn nierozsądny nie w izbie poselskiej, lecz 
w senacie, i niech będzie dany Rzplitej czas do zapobieżenia fa- 
talnemu niebezpieczeństwu". Protestacya zaś nieobecnego nie ma 
przeszkadzać ani rozdawnictwu głosów przez marszałka, ani dal- 
szym pracom ustawodawczym '). Ograniczenie, jak widać, bardzo- 
skromne ; co do formy obowiązuje ono tylko izbę poselską na 
bieżącym sejmie, bo nie ma za sobą ani przyzwolenia senatu ani 
sankcyi królewskiej, nie jest też zgoła ustawą. Jakoż dobre chęci 
uczestników tego ślubu prysły, jak bańka mydlana, z chwilą gdy 
poseł Zabokrzycki wystąpił z protestem. Później, w r. 1683, dwór 
i sejm zobowiązały Morstina wyrokiem do niezrywania trwają- 
cego sejmu -), zamiast poprostu uchwalić, że niczyje veto nie 
będzie miało na tym sejmie znaczenia. 

Są to wszystko jawne dowody niezbywalności suwerenitetu 
jednostki. Posłowie nawet u szczytu patryotycznego podniecenia 
nie śmią targnąć się na veto, i szukają ubocznych paliatyw. Zda- 
niem Rousseau'a, naród przez żadną cesyę, delegacyę, ani tern 
mniej fikcyę reprezentacyjną nie może przelać swej władzy na 
monarchę albo parlament. Zupełnie tak samo w oczach szlachty 
z XViI wieku żadne zobowiązania, żadne postrachy karne, żadne 
abnegacye, nie mogą obezwładnić posła ani sejmikowicza, ani 
nawet osłabić ich władzy; toż wszystkie regulaminy izbowe,. 
uchwalane lub reasumowane w latach 1690, 1699, 1736, nie zde- 
gradowały wolnego głosu z tej godności, którą wyraża frazes : 



1) Korzon, II, 358, wcdkig Zawadzkiego, 104-5. 

2) Deiches, Koniec Morstina, 83, cytuje ZaJusklego, E. H. F. I, cz. 2» 
str. 809 i in. 



— 300 - 

,,lex legum et frater legum". Sterta zboża nie może nie spłonąć, 
gdy ktoś podłoży łuczywo, tak samo sejm musi pęknąć, gdy 
w izbie znajdzie się zrywacz, cłioćby sprawcę rozszarpano po- 
tem w kawałki. 

Teraz już widzimy dobrze, dlaczego Yolumina Legum nie 
sformułowały nigdzie liberi veto. Głos wolny żadnycli opisów 
prawa nie znosił. On był bóstwem czy też bożyszczem — a Bóg- 
Substancya Spinozy, nie znosi też żadnego określenia : omnis 
determinatio est negatio. Ktoś czegoś cłice pozytywnie — to nic 
nie znaczy. Cłicą czegoś tysiące i setki tysięcy — to też bła- 
łiostka. Ale gdy ktoś, gdzieś, przeciwko czemuś, dlaczegoś pro- 
testuje — czuj ducłi narodzie !.,. wielkie słychać słowo ! Wali się 
w gruz wola Rzeczypospolitej, martwieje język, sejm zastyga, bo 
stało się coś czarodziejskiego, boskiego, przemówiła prasubstan- 
cya duszy szlacheckiej...'). 

W ekstazie złotowolnościowej mąci się wzrok, rozpływają się 
i plączą kontury zasad... Rozśpiewane nabożeństwo dobywa głosów 
fortissimo... Oto na sejmie wiosennym r. 1672 jejmość pani Kuniecka, 
„lubo nie poseł", wstrzymuje activitatem, dopóki nie uzyska czyjejś 
ekskluzył z izby, -) i sejm nie może obradować, bo zabrzmiały 
sopranem czy też kontraltem te same potężne słowa, na które — 
niema rady. Oto na sejmie r. 1690 pijany poseł Głogowski pro- 
testuje (2 marca) przeciwko wszystkiemu, odmawia nawet królowi 
-„czynnego" głosu, pozwala mówić tylko przez kanclerza: pijak 
wytrzeźwieje, przeprosi króla, ale póki nie wróci do izby, re- 



') Czarneckiego pisarza pol. lior. si<rupuł nad Gruszeckim, który, niepra- 
wnie obrany, przed rugami wyszedł z sejmu 1678-9 r. (Ms. Bibl. Czart. 409) : 
sprawa jego „in suspenso haeret, utrum persona illa pro nuntio reputari debeat, 
vel non, insuper nondum ulla sententia desuper lata est : idcirco ex ratione 
praemissorum super ejusmodi protestationem aliąuo modo ratio habenda est, 
ne, avertat Deus, pupilla libertatis, ab antecessoribus tam sollicite relicta, a no- 
bis quoque illaesa, ad posteros similiter reservanda in minimo laedatur. Yerbum 
hocce : protestor magni quid in se continet ; oportet illud in maxima haberi ae- 
stimatione, quod totam in se occludit libertatem ; contra, jus vetandi intcriret, 
nos etiam fere non consisteremus in limine servitutis, et quoniam verbum non 
■consentio tam delicatum, idcirco pro hac sola vice foret consonum ob reveren- 
tiam huic soli verbo remonstrandam protestantem nuntium revocandum". 

2) Korzon, III, 91. 



— 301 — 

prezentacya narodowa milczy, tknięta bezwładem '). Oto nikt 
inny jak pan Wacław Rzewuski, wojewoda podoJski i hetman, 
odmawia ważności aktu pewnej komisyi wojewódzkiej (1757)^ 
ponieważ na ów akt nie było zgody powszechnej : widocznie 
chce rozciągnąć pojęcie „consensus" ze wszystkiemi konsekwen- 
cyami na wszystkie zbiorowe uchwały -). Szczęście, że wyraża 
ten pogląd poza sejmem, bo gdyby izba poselska coś podobnego 
usłyszała, klasnęłaby w dłonie : im więcej niepozwalania, tern 
lepiej ! Oto Sołtyk, biskup krakowski, w r. 1766 chce tamować 
czynności konfederacyi, uchwalającej wszystko większością gło- 
sów ^). Oto w r. 1749 zadławiony wrzaskiem wolnych głosów 
trybunał koronny... 

Tak brzmią zdaleka ostatnie, kapryśne zwrotki jednej pieśni 
pijackiej, rozpoczętej jeszcze przy zdrowych zmysłach... Tak igrają 
ostatnie wyskoki marzenia indywidualnego, wolne już od wszel- 
kich podkładów moralno społecznych. Tak tryska w górę ze 
wzdętych fluktów piana, niesiona wichrem... Oczywiście chwilowe 
jej podrzuty nie świadczą jeszcze o rzeczywistej zmianie poziomu 
morza. Nikt nie uznałby na stałe, ani ustnie ani pisemnie, prawa 
kobiet, dzieci, pijaków do tamowania obrad, ani czyjegokolwiek 
prawa do zrywania konfederacyi i trybunałów, ani wyższości „wol- 
nego niepozwalam" nad ogólnym porządkiem prawnym, poza sferą 
czynności sejmowych. Przytoczyliśmy też powyższe ekstrawagancye 
„głosu wolnego" jedynie dla dosadnej charakterystyki nastroju 
umysłów: „nagą duszę" najłatwiej pono podsłuchać w stanie nie- 
trzeźwym... To pewna, że dla ludzi trzeźwych zasada zrywania 
sejmików przez bylejakiego szlachcica, z jakiejkolwiek ziemi,, 
a sejmu przez posła, choćby nielegitymowanego, była ścisła, bez- 
względna i należała do abecadła polskiego obywatela. 

Dzisiaj uwierzyć trudno, aby podobne rządy mogły funkcyo- 
nować choćby przez parę lat. Jak można wśród stu tysięcy szla- 
chty stosować w praktyce regułę: „nic na mnie bezemnie" ?■ 
A przecież veto sięgało jeszcze dalej?... To prawda, ale — pomi- 
jając na razie różnicę charakterów dzisiejszych i ówczesnych — 
musimy tu podkreślić starą prawdę, że niema reguły ogólnej bez 

') Dyaryusz w Tekach Lukasa (Ms. Ossol. 3002). 
'^j Polska w dobie Wojny Siedmioletniej, I, 454 
3) Rudnicki, Biskup Kajetan Sołtyk, 144. 



— 302 — 

•wyjątków, i że najbezwzględniejsza doktryna musi się choć tro- 
■chę nagiąć do rzeczywistości. 

Doktryna „nic na mnie bezemnie" musiała też dopuścić do 
kilku wyjątków, a uczyniła to nie bez walki. Pierwszym wyją- 
tkiem było uznanie ważności sądów sejmowych pomimo zerwa- 
nia sejmu. Kazimierski i towarzysze w r. 1585, a Żaboklicki 
i Telefus w r. 1664-5 nie uratowali swymi protestami, pierwsi 
-Zborowskich, drudzy Lubomirskiego '). W danej kwestyi przewa- 
żył nad opętaniem zdrowy instynkt, czujący potrzebę wymiaru 
sprawiedliwości. Ale to była kwestya stosunkowo drobna. 

Ważniejszą niekonsekwencyą wobec czystej zasady „nic na 
mnie bezemnie" było ignorowanie życzeń tych województw, któ- 
rych sejmiki się porwały. Nawet w kulminacyjnym punkcie zło- 
tej wolności, na konwokacyi r. 1696 referendarz koronny oświad- 
cza, że „sejm sejmem bywa, choć kilku województw posłów 
nie będzie", i nikt nie próbuje mu przeczyć'-). Sejmiki długo roz- 
bijały sejm ; przyszedł czas, kiedy sejm wykształcił w swem łonie 
veto i użyczył go sejmikom z ujmą dla ziemskiej reprezentacyi. 

Najgłębszą atoli wyrwę w suwerenitecic jednostki robiły 
dla ocalenia współżycia państwowego konfederacye. Wiek XVI, 
albo ściślej, okres 1606—1717, jest klasyczną epoką konfederacyi. 
-Rzeczpospolita przeżyła w tym czasie czternaście konfederacyi 
generalnych, w tej liczbie pięć było zwyczajnych, t. j. kapturowych 
podczas bezkrólewi (1632, 1648, 1668-9, 1674, 1696—7) i dzie- 
więć nadzwyczajnych pod panov/aniem królów : rokosz Zebrzydow- 
-skiego (1606—7), konfederacya Tyszowiecko Łańcucka (1655 — 6), 



') Por. wyżej, str. 291, świadectwo Chwałkowskiego. To samo stwierdza 
rezydent brandenburski Werner w relacyi 11 grudnia 1693 r. (Teki Lukasa) 
Słynny Zaremba, oczywiście, dowodził w r. 1672 przeciwnego założenia, ob. 
Załuski, I, 190-1, por. Korzon, II, 283. Swoją drogą, gdy chiodzi o Lubomirskiego, 
autor „Doli i Niedoli" próbuje dowodzić nielegalności sądu 1664-5 roku, jako 
„protestestacyami wstrząsanego...", I, 259. 

'^j Dyaryusz tego sejmu w Ms. Bibl. Jag. 3522. Próbował w r. 1757 prze- 
czyć W. Rzewuski, który pisał: „To laudum jako było na wszystkich, tak waż- 
ność jego nie mogła dependować od samycti przytomnycłi na sejmiku, lecz ko- 
niecznie od wszystkicli, gdyż ani sejmy wkładają co na te województwa, które 
swych posłów nie mają". Ale twierdzeniu temu przeczą setki przykładów, a Rze- 
wuski za swego wieku nie widział prawie żadnego doszłego sejmu. — Polska 
w dobie Wojny Siedmioletniej, II, 455-6. 



— 303 — 

Tokosz Lubomirskiego (1666), dalej konfederacya Goląbska (1672), 
rokosz stronników Contiego (1697—9), konfederacye Warszawska 
i Sandomierska roku 1704, Tarnogrodzka 1715 — 7. Nadto szereg 
konfederacyi wojskowych — najważniejsze w latach 1612—3, 
1622, 1659—63, 1^72 (Szczebrzeszyńska, przy hetmanie Sobie- 
skim), 1696. Prócz tego mnóstwo konfederacyi lokalnych, z po- 
działem znowuż na normalne, t. j. kaptury wojewódzkie, i nad- 
zwyczajne ; a były wśród konfederacyi partykularnych ruchy tak 
poważne, jak powstanie szlachty litewskiej przeciwko Sapiehom 
w latach 1698 — 1700. Część związków ziemskich stanowiła przy- 
gotowanie do konfederacyi generalnych i znajdowała się do nich 
w takim stosunku, jak sejmiki do sejmu. Każda zaś konfedera- 
cya wyjmowała większą lub mniejszą liczbę spraw z pod wła- 
dzy jednomyślności i liberi veto. Życie przybierało tętno kon- 
wulsyjne, społeczeństwo zawierało co jakiś czas, dla pewnych 
określonych celów, jakby umowy pierwotne, zawieszając 
chwilowo moc „wolnego niepozwalam". 

Dużo zależy na określeniu, jak i w jakim zakresie zacho- 
dziła owa suspensa. Historycy, którzy pisali o konfederacyach, 
poczynając od Kettnera, a kończąc na Rembowskim, nie wyczer- 
pali tego ważnego tematu, stwierdzili tylko ogólnikowo, że pod 
bratnim węzłem (sub vinculo) jednomyślność nie obowiązuje, 
wystarcza większość głosów. Co do nas, uważamy za rzecz nie- 
zbędną z czasem, aby ktoś przedstawił całokształt prawa kon- 
federacyjnego, jakie stopniowo wytworzyło się w drodze 
praktyki i tradycyi, w przeciwieństwie do normalnego biegu rzą- 
dów pod znakiem wolności i juris vetandi. Wynik, jak z góry 
można przewidzieć, będzie nowy, ciekawy i niezupełnie zgodny 
z dotychczasowym poglądem na konfederacye. Nie uprzedzając 
go, podzielimy się tu z czytelnikiem paru spostrzeżeniami nad 
stosunkiem zasad związkowych do liberum veto. 

Najpierw tedy parę słów o bezkrólewiu. Po śmierci króla 
całe państwo, jak może najprędzej, nakrywa się wzmocnionym 
węzłem bezpieczeństwa, t. j. kapturem. Szlachta po województwach 
spisuje się i sprzysięga na utrzymanie porządku prawnego i w dro- 
dze umowy organizuje sądy kapturowe, które oczywiście ferują 
wyroki większością głosów. Nad całą Rzplitą rozciąga opiekę kon- 
federacya generalna, zawiązana na konwokacyi, czyli, jak później 



- 304 - 

zaczęto się wyrażać, na sejmie konwokacyjnym. Ogniwo konwo- 
kacyi pozwala roztoczyć zasadę większości głosów nawet na sejm 
elekcyjny, z jedynym wyjątkiem dla samego aktu obioru króla, 
który był zawsze i pozostaje nadal specyalnem polem do wy- 
próbowania unii dusz za natchnieniem Ducha Świętego. Wyraź- 
nie stwierdziła to, jak wiemy, konstytucya r. 1696, a i później- 
szych prymasów zobowiązywano też do nieogłaszania elektem kan- 
dydata, na któregoby nie pozwolili wszyscy. Co innego wszakże 
unia dusz wyborczych, a co innego zrywanie obrad. Tej myśli, 
ażeby można było zerwać elekcyę, nie dopuściła szlachta nawet 
w pokoleniu Dembickich i Zarembów. Właśnie na sejmie ele- 
kcyjnym Michała Korybuta, 1 lipca 1669 r., kiedy Marcin Za- 
moyski, nie mogąc uzyskać jakiegoś dekretu w sprawie prywa- 
tnej, wygłosił protestacyę przeciwko paktom i elekcyi, i wyszedł 
z koła, nawet posłowie sandomierscy, najgorliwsi obrońcy swo- 
bód ziemiańskich, „w tym razie uznali przecież liberum veto Za- 
moyskiego za nieważne, ponieważ wynikło ze sprawy czysta 
prywatnej, ponieważ zmierzało do zawichrzenia ojczyzny, ponie- 
waż nareszcie elekcya różni się od sejmów zwyczajnych i nie 
może być niweczoną przez żadne protestacyę. Nie chcieli nawet 
pozwolić na wysłanie delegata od koła do protestującego ; zale- 
dwo na to przystali, aby marszałek posłał kogoś prywatnie,, 
w imieniu własnem zapraszając Zamoyskich do powrotu. Pia- 
stujący chwilowo laskę Sobieski oświadczył nawet, że nie może 
udzielać głosów czynnych nikomu, i zrzekł się funkcyi. Jednakże 
po burzliwych rozprawach 3 lipca koło rozkazało marszałkowi 
sejmowemu, Potockiemu, objąć kierownictwo obrad i rozdawać 
głosy, a potem i Zamoyscy sami cofnęli protestacyę swoją 5 lipca" '). 
Był to prejudykat pełen wagi i głębszego sensu : naród, 
który w początkach XVII wieku nazywał jeszcze „źrenicą wol- 
ności" samą elekcyę, nie poświęcił tego podstawowego skarbu 
dla nowej „źrenicy" — „wolnego niepozwalam". Sejmy elek- 
cyjne w razie rozłamu mogły nie dochodzić do pożądanego 
końca, bo miały termin oznaczony, podobnie jak zwyczajne, 
ale przed wyjściem owych 6 tygodni pękać nie mogły. Pozo- 
stawała jeszcze możliwa furtka, którędy veto wśliznęło się :do 



') Korzon, II, 241-5. 



- 305 - 

izby poselskiej — icwestya prolongaty, zależnej, jak zawsze, od 
jednomyślnego pozwolenia. Los jednak oszczędził Polsce tej 
próby: ani jedna elekcya nie przewlekła się poza swój termin. 
Wołano wojnę domową (1587, 1697, 1733), niż żaden rezultat. 

Węzeł konfederacyi, zawiązanej w bezkrólewiu, ustawał 
ipso facto, bez specyalnych formalności, z momentem koronacyi. 
Zilustrował to Olizar, rwąc obrady w r. 1669 w parę tygodni po 
uroczystym obrzędzie. Stąd zresztą wcale nie wynika, żeby świa- 
doma swych praw dyktatorskich konfederacya konwokacyjna nie 
mogła przedłużyć swej władzy za pomocą osobnej uchwały na 
następne sejmy, jak to się zdarzy w r. 1764. 

O głosowaniach rokoszów i konfederacyi nadzwyczajnych, 
t. j. powstałych za życia króla, przydałoby się znacznie więcej 
szczegółów, niż ich zebrano dotychczas, Lengnich stanowczo 
twierdzi, że wówczas „tylko większość głosów w stanowieniu 
uchwał jest rozstrzygającą" ')• Zgodnie z tem, już towarzysze 
Zebrzydowskiego pozbyli się najpierw z Sandomierza ludzi ina- 
czej myślących, mówiąc im : „Kto z nami być nie chce, niech 
idzie precz!" — a potem pomiędzy sobą „zgodzili się, artykuły 
pluralitas pervaluit..., wywodzili i to, że może rokosz zawsze 
pluralitate konkludować, sejm nie może" '■^). Spytajmy jednak 
o zdanie gorliwych zelantów z epoki saskiej, a usłyszymy, n. p. 
od Stanisława Świdzińskiego, wojewody bracławskiego, że w kon- 
stytucyach niema śladu tego, aby uchwały konfederackie zapa- 
dały większością głosów, przeciwnie, widać z nich, że na konfe- 
deracyach podczas dawniejszych bezkrólewi delegaci odwoływali 
się do zdania szlachty pozostałej w domu, ergo uważano za nie- 
zbędną zgodę wszystkich ^). Ostatecznie, mniejsza o właściwe 
konstytucye, gdyby w aktach o zawiązaniu konfederacyi uczestnicy 
naprawdę obiecywali sobie ulegać większości, podobnie jak to 
Grocyusz, Locke, Rousseau wyobrażali sobie w momencie za- 
warcia paktu społecznego. W rzeczywistości zamiast tej klauzuli 



') Prawo pospolite, 383. 

^) Rembowski, Rokosz Zebrzydowskiego, 86. 

3) Racye i refleksye do nieczynienia konfederacyi in ordinc do aukcyi 
wojska (Ms. Bibl. Ord. Kras.). Pismo to ogJosił w przeróbce niemieckiej M. 
Skibiński, Europa a Polska w dobie Wojny o Sukccsyt; Austryacką, II, 174. 
i streścił je niedość dokładnie w t. 1, 584. 

20 



— 306 - 

znajdujemy przeważnie inną, jeszcze pierwotniejszą : że sprzymie- 
rzeni powstaną społem (omnes consurgemuś) przeciwko ludziom 
opornym. Coprawda, samo przypuszczenie, jakoby ci sami ludzie 
naprzemian głosowali w związku po rzymsku, a na sejmiku po 
sarmacku, wydaje się nieco podejrzanem. Czyżby więc Lengnich 
się mylił, a Świdziński i Sołtyk mieli słuszność? 

Trudno byłoby rozwikłać ten węzeł, gdyby wypadło po- 
legać na nielicznycłi dyaryuszach lub protokółach konfederacyi 
z okresu 1600—1750, (późniejsze związki należą już ducłiem do 
innej epoki, i wnioski, wysnute z icłi praktyki, trąciłyby w odnie- 
sieniu do XII wieku anachronizmem). Na szczęście możemy śle- 
dzić zasady głosowań konfederackich nietylko w związkach 
takich czystego typu, ale też w pewnem osobliwszem skojarzeniu. 

Niezmiernie ciekawe następstwa, dotyczące liberi veto, wy- 
nikają mianowicie z dwojakiej syntezy sejmu i konfederacyi. 
Bywały, poczynając od połowy XVII wieku, sejmy siib vinculo, 
ukonstytuowane na gruncie gotowej konfederacyi, tudzież inne, 
obrócone w związek ze stanu wolnego, gdzie zagajenie sejmu 
wyprzedzało konfederacyę. Pierwsza kombinacya miała miejsce 
najpierw w r. 1673 (sejm pacyfikacyjny podczas trwającej konfe- 
deracyi Gołąbskiej), potem w r. 1710, 1712, 1713 na podstawie 
konfederacyi sandomierskiej przy królu, i w r. 1717 na tle konfe- 
deracyi Tarnogrodzkiej, do której król przystępował. W czasach 
późniejszych należą tu konwokacya, elekcya i sejm koronacyjny 
r. 1764, sejm Czaplica (1766), wszystkie na zasadzie związku 
konwokacyjnego ; sejm delegacyjny 1767-8 r. pod węzłem ra- 
domskim, wreszcie ostatni grodzieński pod auspicyami Targowicy. 
Wszystkie takie zgromadzenia były z góry zabezpieczone przed 
zerwaniem, liberum veto nawet w najpoważniejszych ustach było 
przeciwko nim bezsilne. Decydowała w późniejszych czasach, 
od połowy XVIII wieku, większość. Ale przedtem? Czyż może 
być, aby z europejskich obrad takich sejm.ów sub vincuLo nie 
świecił dobry przykład na inne spółczesne zjazdy, albo na- 
odwrót, żeby cień tych ostatnich nie padał na sejmy skonfede- 
rowane? Niestety, źródła potwierdzają tylko to drugie przy- 
puszczenie. Z dyaryusza sejmu pacyfikacyjnego roku 1673 (po 
konfederacyi Gołąbskiej) czuć od samego początku, że zebrani 
zeszli się nie poto, aby się rozlecieć za lada protestem, ale pra- 



— 307 — 

widłowych głosowań, śmiałego przełamywania mniejszości nie 
widać. Izba wciąż szul^a „zgody", „konsensu", bez nich niczego 
nie konkluduje, słucha cierpliwie kontradykcyi, jakby nie prze- 
czuwając, że ma zupełne prawo wyrzucić za drzwi oponentów. 
Słychać próby tamowania obrad, widać posłów, opuszczających 
izbę, wprawdzie nie pojedynczo, lecz grupami '). Całkiem po- 
dobne widowisko przedstawia Walna Rada warszawska r. 1710, 
t. j. sejm pod węzłem konfederacyi sandomierskjej przy Au- 
guście II. Może zawinili tu trochę sprawozdawcy, którzy w swych 
dyaryuszach nie umieli odcieniować specyficznej cechy głosowań 
konfederackich, i o każdym głosie podanym przeciw wnioskowi 
pisali, że ten lub ów „nie pozwalał" na coś"-). To jednak pewne, 
że większość posłów poczynała sobie w zwykłym stylu staropolskim, 
i dopiero po dojrzalszym namyśle przychodziła do przekonania, 
że tym razem zwycięski August przejdzie do porządku nad ich 
„niepozwalaniem", i że będzie miał prawo konfederacyjne po 
swojej stronie. Krótko mówiąc, dawniejsze sejmy sub vinculo, 
jak i zwykłe konfederacye, różniły się od zwykłych sejmów nie- 
tyle trybem obradowania, ile poczuciem, że ich nie można zerwać. 
Ta myśl, że tutaj żadne „niepazwalam" nic nie wskóra, doku- 
czała srodze sejmikowiczom i dyktowała artykuły, nalegające 
o szybką „ekswinkulacyę" t. j. rozwiązanie węzła ^). 

Z czasem wyrobił się, jak wiadomo, inny rodzaj sejmu pod 
węzłem, taki mianowicie, gdzie król z senatem i izbą poselską podpi- 
sywali akt zrzeszenia na początku obrad, aby korzystać w całej pełni 
z zasady większości. W czystej postaci widziano tę kombinacyę 
najpierw w okropnym roku 1773, za dni Ponińskiego i Reytana, 
potem w wielkim roku 1788. Węzeł, zadzierzgnięty w izbie, 
obowiązywał potem całe zgromadzenie, nawet w razie zmiany 
jego osobistego składu. Pokrewne, ale też pośrednie między obu 
typami zjawisko stanowi sejm Mokronowskiego (1776), do którego 
zostali dopuszczeni tylko ci senatorowie oraz posłowie, którzy 



'j Dyaryusz sejmu pacyfikacyjncgo, wyd. p. Kluczyckiego. 

2) Zbiór dyaryuszów Rady Walnej, przygotowany do druku p. dra R. Mie- 
nickiego, zdeponowany w pracowni liistorycznej Tow. Nauk. Warszawskiego. 

■*) Ob. np. Prochaska, Akta grodź, i ziem. XXII, str. 458 9, 53G; Arcliiw 
Jugo-Zapadnoj Rossii, serya 2, tom III, str. 212. 

20* 



I 



- 308 — 

przystąpili do związku, utworzonego przy królu w Radzie Nie- 
ustającej. Są to wszystko wytwory późniejszej doby, możliwe 
dopiero po agitacyi Konarskiego, w odmiennych warunkach zewnę- 
trzno-politycznych. Jeżeli też wspominamy o nich już teraz, to głó- 
wnie dlatego, ponieważ w sejmie sub vinculo, zwłaszcza drugiego 
typu, ucieleśniła się i dojrzała pewna kombinacya, która przy 
wyższym stanie oświaty politycznej powinna była dojrzeć zna- 
cznie wcześniej. Mianowicie na drodze do takiej formy znajdo- 
wały się już, chociaż nigdy nie dobiegły do mety, wszystkie 
dawne konwokacye. 

Poruszono niezbyt dawno w historyografii naszej kwestyę, 
„czy konwokacya mogła być prawnie zerwaną, czy ulegała libero 
veto". iMa to być nawet kv/estya nietylko akademicka ^). Chodzi 
o ocenę prawną czynu, którego następstwa poniekąd odczu- 
wamy dziś jeszcze — a postępkiem tym było utrzymanie przez 
Czartoryskich, z pomocą Rosyi, sejmu konwokacyjnego r. 1764,. 
wbrew protestowi Mokronowskicgo i kilkudziesięciu towarzyszy. 
Pogląd, że veto było bezsilne w danym wypadku, wypowiedzieli 
Saint-Priest^) i RoepelP), przy czem ten ostatni powołał się na 
pamflet Wolskiego p. t. „Obrona Stanisława Augusta" •^), i na 
Lengnicha •^). Przeciwnie, Askenazy*^) uważa czyn Mokronowskicgo 
za ważny i prawowity, czyn Czartoryskich za nieważny, i na po- 
parcie swego zdania cytuje słowa tegoż Lengnicha o sejmie 
konwokacyjnym r, 1596: „(comitia) non successerunt... nuntio 
intercedente" . Coprawda, niedojście sejmu (dodaje Lengnich) nie 
przeszkodziło jednak stanom wyznaczyć czas i miejsce elekcyi, 
jakoteż połączyć się węzłem. Bądź co bądź, sam akt związkowy 
1696 r. zawierał wyrazy: „ex occasione contradictionis... sistimus 
graduni et cursus (convocatlonis susceptae)... obsewando religio- 
sissime vocem vetandi, unicum et specialissimum jus cardinale". 
Zdawałoby się, spór przesądzony od wieków : Czartoryscy, zgo- 



1) Askenazy, Nowe Wczasy, 10-1. 

3) Btudes diplotnatiąues, I, 130. 

3) Interregnum, Wahl und Krónung v. Stan. Aug. Poniatowski, 101. 

*) Roczniki Tow. Hist. Liteiackiego w Paryżu 1867, str. 104. 

5) Jus publicum Regni Polonłae, II, r. 13, § 26. 

6) Die letzte polnische Konigswahl, 100. 



— 309 — 

dnie z precedensem r. 1696, powinni byli także uszanować święcie 
owo jedyne prawo kardynalne. 

Sprawa jednak nie jest tak prosta, i zasługuje, bez względu 
na swój akademicki czy też aktualny charakter, na bliższe zba- 
danie. Czartoryscy stanęli na tern stanowisku, że konwokacya od 
samego początku odbywa się pod' węzłem, więc głosuje więk- 
szością i nie ulega zerwaniu. Czy mieli w tem słuszność? Co 
do sposobu głosowania, nieomal wszystkie precedensy przema- 
wiały przeciwko nim. Bywały konwokacye mniej lub więcej kłó- 
tliwe, ale na wszystkicłi słychać było wyrazy „nie pozwalam", 
czasem nawet ,,sisto activitatein'' , targi i certacye zamiast gło- 
sowań, żadnego śladu obrachunku głosów, żadnego powołania 
się na obyczaje trybunalskie lub rokoszowe. A jednak dziwny 
jakiś duch opiekuńczy czuwał nad konwokacyami, i dziwne wy- 
pisywał w ich uchwałach nauki. Oto wszystkie niemal konfede- 
racye, układane na takich sejmach, noszą datę pierwszego dnia 
posiedzeń, gdy tymczasem widać z dyaryuszów, że zaczynano 
je czytać o tydzień lub parę tygodni później, a podpisywano 
dopiero na końcu zjazdu. Dalej, każda taka konfederacya „omnium 
ordinum" zawierała oprócz właściwego związku szereg praw 
i zarządzeń niezbędnych na czas bezkrólewia; dyskusya nad ta- 
kim aktem niczem się nie różniła od zwykłego sposobu „ucie- 
rania praw", tylko że izby obradowały zwykle razem. Otóż, 
w tych wspólnych obradach izb i w wytrwałem antedatowaniu 
głównej uchwały dawała się spostrzedz tendencya prawa publicz- 
nego do stworzenia fikcyi, że konfederacya zaczyna się już 
od chwili zagajenia zjazdu. Konfederacya, mówiono, jest celem 
zjazdu : więc podobnie jak obrady wstępne właściwych konfede- 
racyi i rokoszów, poświęcone ułożeniu aktu związku, nietykalne 
były dla zrywaczów, tak samo konwokacyi nikt nigdy nie ze- 
rwał z takim skutkiem, żeby aż uniemożliwić cel zjazdu, t. j. 
akt związku. 

Potwierdza to spostrzeżenie widok tej samej konwokacyi 
po śmierci Sobieskiego, z której próbowano zaczerpnąć argumentów 
przeciwko Czartoryskim. Zgromadzenie to jedyne w swoim ro- 
dzaju. Co za nastrój, co za ludzie u steru ! Prymas-kardynał 
Michał Radziejowski — godny swego nazwiska; marszałek poselski 
Stefan Humiecki, jeden z najprzesądniejszych wielbicieli „głosu 



— 310 — 

wolnego"; Jan Pieniążek, wojewoda sieradzki, trybun anarchii 
pierwszego kalibru. Walczą ze sobą stronnictwo francuskie Sa- 
piehów, Lubomirskich — i partya królowej Marysieńki. Zdała 
grzmią echa niszczącego kraj rokoszu wojskowego. Namiętności 
buchają z oczu i gardzieli, jad obcej korupcyi toczy serca. W pło- 
mieniach żądz przekonania konstytucyjne, rozżarzone do białością 
topią się i zniekształcają. Jakiż to przykład dadzą ci ludzie na- 
stępnym pokoleniom ! ? 

Od samego początku zjazd') obiera najtrudniejszą drogę do 
swego „celu". Konfederacya, słychać, spisaną być nie może, póki 
nie stanie się zadość poszczególnym instrukcyom wojewódzkim 
— zupełnie jak na sejmie, chodzi o związek wszystkich związ- 
ków — w tym sensie mówi pan Pieniążek, i nikt nie domyśla 
się go spytać, zali wszystkie związki wojewódzkie powstawały 
nemine contradicente, a jeżeli nie wszystkie, to dlaczegoby kon- 
federacya generalna nie miała tak samo potraktować niektórych 
swoich członków per non sunt. Kiedy poseł Kordysz zatamował 
czynności, izba czeka cierpliwie trzy dni. Kiedy bełżanin Jaro- 
siński robi trudności i żąda zgody wszystkich stanów, inni wołająr 
„Tak daj Waćpan projekt, a wpiszemy go de verbo ad rerbum." 
Część posłów przenosi się do senatu, część senatorów do izby 
poselskiej. Na konfederacyę niema zgody, bo ta powinna być 
wsparta na jedności. Daremnie próbują niektórzy głosić, że kto 
nieobecny, ten sam sobie winien. Daremnie Litwin Oborski pyta 
się jmci pana starosty wieluńskiego, „jeżeli confoederationis może 
kto sistere activitateni" . Starosta niedoświadczony nie wie, pyta 
o zdanie starszych braci, co już bywali na konwokacyach. Starsi 
próbują uciszyć zgiełkliwą młodzież. Na to pada grubijańska 
odpowiedź: „Nie w każdej siwej brodzie bystry rozum siada, 
i kozioł, choć ma brodę, przecie chrósty jada." Ostatecznie po- 
wstaje alternatywa: albo podpisać konfederacyę bez zgody wszyst- 
kich, sposobem projektu, w nadziei przystąpienia reszty, alba 
podpisać ją bezwarunkowo i wywrzeć tem nacisk na nieobecnych. 
Lecz przeciw temu występuje część izby : wszak bracia przysłali 
ich na konfederacyę generalną, a więc jednomyślną, a nie party- 
kularną. W przewidywaniu rozbicia niektórzy proponują, aby 



>) Dyaryusz w Ms. Bibl. Jag. 3522. 



— 311 — 

wszyscy z góry przysięgli na związek. Inni przeciwnie, przewi- 
dując zerwanie zjazdu, nie chcą brać imienia Boskiego nadaremno. 

Wreszcie ktoś wynajduje znakomite rozwiązanie: niech 
będzie konfederacya, byle salvo jurę vetandl, t. j. bez rządów 
większości. Zacny marszałek przyklaskuje: dla miłej zgody warto 
uchwalić choćby największą niedorzeczność. Niestety, zgody 
nie widać. Najpierw tamował głosy jakiś Potulicki, potem Horo- 
dyński, poseł czernichowski, wychodzi z protestacyą, nie pozwalając 
na prolongatę. Cóż pocznie izba, co powiedzą jej koryfeusze? 
Humiecki składa laskę, prymas stwierdza, że dotąd niema przy- 
kładu, aby się miała rwać konwokacya, ale całą nadzieję widzi 
w powrocie Horodyńskiego. Izba przyznaje, że ma już tylko 
activitatem passivam. Z powyższego przedstawienia widać, jak 
sejm r. 1696 złożył dwukrotny hołd wolnemu „niepozwalam" : raz, 
gdy nie chciał podpisywać aktu związku bez zgody jednomyślnej, 
potem, gdy w samym przyszłym związku ślubował sobie szanować 
sprzeciw jednostki. Kiedy to wszystko nie pomogło, stała się rzecz 
może irracyonaina, może rewolucyjna, ale niezbędna, i na przyszłe 
czasy pełna doniosłości : konfederacyę przyjęto i podpisano, nie 
bacząc na protest Pieniążka i znacznej grupy posłów. 

Niezadowoleni głosili, że po zerwaniu sejmu Rzeczpospolita 
może najwyżej udać się „ad jus naturale" i skonfederować się zwy- 
kłym trybem dla samoobrony. Stąd miał wypływać morał dla synów 
i wnuków, że konwokacyę zerwać można, i że wszelka konfede- 
racya przedelekcyjna, zawarta bez zgody jednomyślnej, czerpać 
może powagę tylko z prawa naturalnego. Lecz o cóż właściwie 
chodziło przeciwnikom zerwania ? Czy nie o konfederacyę 
właśnie ? Czy wszystkie dawne konfederacyę wyrastały z in- 
nego gruntu, jak z prawa naturalnego? I czem się różnił akt, 
antedatowany 29 sierpnia 1696 r., a podpisany faktycznie 28 
września, od dawniejszych konfcderacyi przedelekcyjnych ? 

Niczem, chyba tylko stekiem sprzeczności wewnętrznych. 
Ten akt, zatwierdzony większością głosów, przypisał sobie (oczy- 
wiście dla skaptowania popularności) święte poszanowanie „prawa 
kardynalnego". Ludzie, którzy zacytowali liberum veto, nie usza- 
nowali go naprawdę, nietylko w ustach Horodyńskiego, ale nawet 
w ustach całej frakcyi jego obrońców; przytcm uchwalili coś 
więcej, niż czas i miejsce clekcyi, bo nadto cały szereg nie- 



— 312 — 

zbędnych zarządzeń, nie mówiąc już o akcie konfederacyi. In- 
nemi słowy, ludzie ci skłamali. Byli wprawdzie pomiędzy nimi 
tacy skrupulaci, którzy, podpisując, zaznaczyli w „salwach", że 
przyjmują z całego aktu jedynie termin elekcyi ; inni robili inne 
zastrzeżenia ; ale wszystkie te razem salwy niewięcej były warte, 
niż dzisiejsze protesty lordowskie. I ostatecznie niewiadomo, kto 
tam naprawdę uszanował „źrenicę wolności": czy skrupulatny 
prymas i jego przyjaciele, autorowie podchwytliwego aktu, czy 
owi ludzie jeszcze skrupulatniejsi, co uznawali ważność ledwo 
paru artykułów związku, czy najskrupulatniejsi zelanci, Horodyński, 
Pieniążek i spółka, którzy odrzucali wszystko? W świetle mani- 
festu Pieniążka frazes o „prawie kardynalnem" był obłudny, 
a z obłudnych frazesów nie wynika na przyszłość żaden morał 
obowiązujący: czyn jest mocniejszem stwierdzeniem zasady, niż 
enuncyacya. A czyn senatorów i posłów, którzy podpisali ów 
akt obłudny, łamał i gwałcił liberum veto posła Horodyńskiego. 
Bo kto naprawdę szanuje czyjeś bezwzględne „niepozwalam", ten 
odrzuca wszystko, co odrzucał zrywacz, i odjeżdża na wieś, 
a nie bawi się w żadne ekscepcye. Veto obala wszystko, zabija 
sam sejm ; niema ani jednego przykładu, aby ktoś zerwał sejm, 
pozostawiając nietkniętą cząstkę jego uchwał, podobnie jak nie- 
można zabić człowieka — z wyjątkiem jednego palca. 

Kto naprawdę nie okazał szacunku wolnemu „niepozwalam", 
ten nie mógł swym wnukom, Czartoryskim, przekazać takiego sza- 
cunku ; kto utrzymał, owszem, fikcyę gotowego związku od 
29 sierpnia, t. j. przez cały czas trwania konwokacyi, ten upo- 
ważnił następców do korzystania z lej fikcyi. Republikanci z r. 
1764 przegrali więc zupełnie proces, kiedy powoływali się na 
fałszywy precedens z r, 1696. Mogli oni wprawdzie wyszukać 
sobie innych poprzedników: mogli przytoczyć ową przysięgę 
konwokacyjną z r. 1669 ^) na niezrywanie zjazdu, i argumentować 
w tym kierunku: że skoro sami nie przysięgali, więc wolno im 
spełnić czyn, który tamta przysięga uważała zasadniczo za mo- 
żliwy. Wszystko zawisłoby wtedy od zgadnięcia intencyi pra- 
ojców: jak postąpiliby tamci, gdyby ktoś z nich popełnił 
krzywoprzysięstwo, czy siedzieliby na miejscu, ogłosiwszy go 



1) Por. wyżej, str. 298. 



— 313 — 

l^annitą, czy też w dodatku rozjechaliby się z sejmu. Cóż kiedy 
i ten hypotetyczny precedens zatarty był z kretesem i nieważny, 
odkąd konwokacya przed obiorem Sobieskiego sponiewierała 
liberum veto posłów podlaskich : podlasiacy 10 lutego 1674 r. 
kilka razy z protestacyą wychodzili, ale widząc niewzruszoną 
rozerwaniem konfederacyi Rzplitę, nic nie skończywszy, activi- 
tatem przywrócili '). Zresztą, gdyby nawet czyn Horodyńskiego 
naprawdę pociągnął za sobą wszystkie następstwa zerwania, to 
wśród sprzecznych prejudykatów mieliby Czartoryscy w r. 1764 
takie same prawo wolnego wyboru, jakie miał Andrzej Maksy- 
milian Fredro wobec postępku Sicińskiego. Całe szczęście dla 
Polski — że familia nie składała się z Fredrów i Humieckich. 

Lecz dość tych wywodów dogmatyczno- teoretycznych. 
Wróćmy do praktyki, zobaczmy, jak wolny głos szlachecki wy- 
glądał w rzeczywistości, jakich dokonał dzieł i jakie ściągnął na 
Polskę następstwa. 



1) Klu:zycki, Dyaryuszc sejmów warszawskich 1674 r., str. 31. 



ROZDZIAŁ III. 

Jak wyglądało veto w praktyce ? Sceny satyryczne w Holandyi i WenecyL 
Wyidealizowany obraz zerwanego sejmu w dramacie Szyllera. Zakulisowa rze-^ 
czywistość. Zeznania sprawcy zepsucia sejmu r. 1732. Msza, cynamonka i du- 
katy. Niedokończony wykaz Sicińskich w trzecim tomie dzieła Konarskiego^ 
Nasza rewizya i jej wyniki. Nihil est occultum, quod non revelabitur. Cyfry 
statystyczne. Winy poszczególnych ziem, mocarstw postronnych, rodzin ma- 
gnackich. Skutki stuletniego panowania liberi veto wewnątrz kraju. Skutki 
zewnętrzne : klęski wojenne i dyplomatyczne. Veto, jako wynik dobrego humoru. 

Obrazki scen sejmowych nie należą i nie należały nigdy 
do rzadkości. Nie mówiąc już o suchych opisach, jakie zawie- 
rają dyaryusze, możnaby uzbierać z pamiętników i innych źródeł 
sporo opisów plastycznych lub bladych, satyrycznych lub bez- 
stronnych, banalnych lub tryskających życiem. Niektóre szczegóły 
trafiały aż zadaleko, bo do frankfurckiego ^Theatrum Euro- 
paeum" i paryskiego „Mercure Historigue". Celowali w ośmiesza-^ 
niu naszego bezładu Niemcy, ale nie oni jedni. Można było wi- 
dzieć w teatrzyku holenderskim kuglarza, „który wór wróblów 
świegocących wysypał, a gdy te z niezmiernym hałasem porozla- 
tywały się po izbie i każdy w swą stronę uleciały przez okna, 
spektatorowi powiedział, że to jest sejmu polskiego obraz, że 
taki sejm widział w Warszawie i). W Wenecyi słyszał Krzysztof 
Opaliński, że się „komedya odprawowała, w której reprezentowany 

Sejm był polski. A naprzód zjachały się kupy 
Posłów i senat(or)ów. Siadali, radzili. 
Posłowie przychodzili na górę, stamtąd zaś 
Wracali się do izby poselskiej. Marszałek 



1) Konarski, I, 189. 



- 315 — 

Podawał materye, o których mówili, 

I siła dyskurując, radzili, jakoby 

Wojnie zabieżeć, więc też jakoby zatrzymać 

Pokój w ojczyźnie cały. Drudzy oracye 

Prawili i z nimi się tam popisowali. 

Miłośników ojczyzny aż nazbyt i w izbie 

I w senacie. Dopieroż całą rezę pismem 

Papieru napełniwszy i konstytucyi 

Półtora sta zupełnie zgodnie umówiwszy, — 

Aż z tego wszystkiego nic. Sejm nie stanął ; wszyscy 

Precz się porozjeżdżali. I tym komedya 

Skończona, nie bez śmiechu wszystkich spektatorów" ^). 

Musiał to być wdzięczny temat dla autorów sztuk teatralnych ; 
nie dziw, że najwspanialszy opis zerwanego sejmu wyszedł z pod- 
pióra dramaturga, Szyllera. Twórca „Dymitra" tak sobie wyo- 
brażał sejm r. 1603. W senacie w obecności króla i posłów ziem- 
skich kusiciel samozwaniec zachęca Polskę do wyprawy na Moskwę^ 
celem obalenia rządów Godunowa i osadzenia jego, Dymitra, na 
tronie Rurykowiczów. Wszyscy ulegają pokusie, pociągnięci na- 
dzieją łupu, tylko Lew Sapieha przemawia przeciwko niesłusznej 
i niepolitycznej imprezie. Król prosi go, aby ustąpił i nie mącił 
jedności sejmu. Tłum zaczyna huczeć na kontradycenta, widoczna 
większość jest za wojną. Sapieha jednak podnosi swój głos : 

„Zgódźcie się wszyscy, a ja: Nie! — powiadam, 
Zakładam veto i zrywam sejm cały! 
I krokiem dalej już nikt nie postąpi 
Nieważnem wszystko, co się uchwaliło. 
Wszystko jest zerem!" 

Powszechne zamieszanie, król opuszcza tron, balaski wy- 
wrócono, powstaje szalona wrzawa. Posłowie chwytają za szable 
i grożą niemi Sapieże. Biskupi mieszają się pomiędzy obie strony 
i zasłaniają go stułami. 



') Satyry albo przestrogi, Poznań, 1840, str. 151 (rzecz pisana przed r. 
1652). 



— 316 - 

Sapieha: „większość powiadacie? 

Czemże jest większość? Większość — to giupota ; 

Rozum, ten zawsze mniejszości udziałem. 

Czyż się o całość troszczy, kto nic nie ma ? 

Czyliż ma żebrak wolność albo wybór? 

On magnatowi, który go opłaca, 

Za ctileb i buty musi głos swój sprzedać. 

Należy głosy ważyć, a nie liczyć. 

Wcześniej czy później państwo runąć musi. 

W którem zwycięża więliszość, nie rozsądek, 

I bezrozumni rozstrzygają sprawę!... 

Ja śmiało stanę przed sądem przyszłości, 

Bom ja publiczną nie frymarczył sprawą!" ') 

Rzecz niezmiernie charakterystyczna, że w oczach Szyllera 
słuszność ma jeden miłośnik prawa i ojczyzny przeciwko grzesz- 
nemu, lekkomyślnemu ogółowi. Zresztą i cały sejm tych wolnych 
duchów nie został w „Dymitrze" ośmieszony; robi on wrażenie 
wcale majestatyczne. Niestety, poza wspaniałym gestem „najsil- 
niejszego, co stoi sam jeden" kryła się zwykle bardzo prozaiczna 
rzeczywistość. „Wolne niepozwalam" rodziło się w każdym poje- 
dynczym wypadku nie w pełnej izbie, nie a l'improviste, nie 
w podniosłym nastroju, lecz gdzieś za kulisami, w gabinecie 
obcego ambasadora albo w stancyi poselskiej, w karczmie, 
w mroku piwnicznym, przy akompaniamencie brzęczącej mamony. 
Konarski zostawił nam niezrównany opis tej kreciej roboty, 
zgodny z relacyą, jaką sam usłyszał od żałującego grzesznika, 
sprawcy rozbicia sejmu r. 1732. Chodziło wówczas o niedopusz- 
czenie do obioru marszałka, t. j. do ukonstytuowania sejmu, aby 
dwór nie mógł mianować na nim hetmanów. Daremnie jednak 
szukano zrywacza. 

„Jak się już cale po kilku niedzielach sejmu zaniosło na 
marszałka elekcyą i już stanąć miała zapewne nazajutrz, ci więc, 
którzy rozdania buław, komu król chciał, niechcieli, zjechali się 
na radę, po której włożywszy mi w kieszenie po pięćset czerwo- 



1) Przekład Stef. Morawieckiego, Spraw. Dyr. Gimnazyum III w Krako- 
wie, 1900, str. 19. 



— 317 — 

nych złotych, obligowali mnie, abym szukał między posłami 
i znalazł koniecznie, któryby sejm ten podjął się zerwać i nie- 
dopuścić obrania marszałka. Noc całą po Nowym Świecie, pa 
Szolcu, po Wielopolu, po Nalewkacłi, po Pradze zjeździłem ; nikt 
lepiej, jak ja natenczas, esencyi warszawskiego nie skosztował 
błota; po najbłotniejszycłi ulicach, kącikach i chatkach capax 
subjectum szukałem, któryby się tak wielkiego mógł podjąć dzieła. 
Mówiłem przeszło ze trzydziestą, którzy mi się zdawali potrzebniej- 
szymi posłami; dawałem czerwonych złotych tysiąc, którem z kie- 
szeni chciał liczyć, asekurowałem aż do trzech tysięcy czerwonych 
złotych, bom miał plenipotencyą na to, że je za dwie godziny 
doliczę. 

Cnota niepotrzebna tych ichmościów i nadto poczciwości, 
jak się natenczas zdawało, do desperacyi mnie przyprowadzała : 
kląłem ich, łajałem, beształem. Piąta godzina zrana bije, biegnę 
do cudownej Crucifixi kaplicy, daję taler na mszę świętą, aby 
mi niebiosa pobłogosławiły znaleźć aby jednego poczciwego, 
któryby wziął pieniądze i ten sejrn kaduczny zerwał. Bardzo 
modliłem się gorąco. Szło mi o punkt honoru i o mój kredyt. 
Wiedzieli, że mam przyjaciół, pokazałoby się, żem nic nie wart. 
Jeszcze trzy godziny nabłąkałem się po błotach, pot się leje ze 
mnie; jeszcze z kilkunastą posłami mówię, ofiaruję, perswaduję, 
płaczę, aby mieli nademną kompasyą, a sejm ten który z nich 
podjął się zerwać. Darmo. Począłem na predestynacyą w sobie 
bluźnić i skarżyć się na moje nieszczęsne wyroki. Pół do dzie- 
siątej bije. O ja nieszczęśliwy! jużże ten sejm przeklęty dojdzie 
jużże stanie marszałek ! 

Gdym był znowu przed Farą w takowych rozpaczach, po- 
strzegam wysmukłego panicza : para za nim czeladki, zda mi się 
żem go widział w izbic. A do tego wszyscy mi się natenczas 
zdawali posłami. Pytam się z komplementem, czy poseł? Odpo- 
wiada: do usług WMci Pana, poseł. Przepraszam najuniżeniej, 
bom dosyć widział sumtnam actbitatem w izbie WMci Pana, 
alem teraz tak zakłócony, tak zmęczony, że sam pojąć się, i co 
gadam, nie mogę. Proszę tu do Kamzeta, poślę po gdańską wó- 
deczkę. Weszliśmy. Jmć pan poseł dał swego fidelisa, posłałem 
do Bramy Krakowskiej. Myślę sobie : to mój rycerz. Niech tam 
nieszczęście wszystkich tych poczciwych weźmie, z którymi darmo 



— 318 - 

napracowałem się tyle. Niosą gdańską cynamonkę ze złotem, za- 
pijamy po kieliszku kieliszek, zaczynam perorę : idzie o zgubę 
ojczyzny, idzie o salwowanie nas wszystkich etc, trzeba ten 
:sejm niegodziwy i niebezpieczny koniecznie zerwać ; niemasz 
-człeka, któryby tej nie widział potrzeby, ale bojaźń jakaś wszyst- 
kicłi obleciała posłów. Ja w WM. Mości Pana fizyognomii za 
pierwszym razem, jakem tylko miał honor widzieć go w izbie, 
w oczach i na czole jego coś heroicznego postrzegłem i przy- 
sięgam, że mi ta myśl o WM.Mci Panu przypadła: ten będzie 
Achillesem, ten jeden może swego czasu w największej potrzebie 
salwować Ojczyznę. Widziałem, że mój Jegomość to moje pro- 
roctwo z dobrą gracyą przyjął : to pewna, odpowiedział, że mi 
na sercu nie zbywa — i rwał się do fordymentu. Niemasz czasu, 
mówię, oto moment zbawienia Ojczyzny : już się sesya podobno 
zaczyna, zmiłuj się nad tą matką strapioną i poczciwemi wszyst- 
kiemi. Za fatygę WM.Mci Panu, ile musisz się podobno od tu- 
multu schronić, in omnem casum, jaką chcesz sumę mam przy 
-sobie, a jeżeli mało, mam plenipotencyą na ile zechcesz. Nie- 
pyszny pachołek i dosyć tani, lubo skóra na mnie drżała, jak 
on tu sumą kilku tysięcy czerwieńców zabrzęknie ; ale galanthom- 
me poczciwy tak mi mówi krótko: To prawda, że czasu niemasz, 
lecz panowie obiecują wiele, aby chudego pachołka narazić, 
a potem, jak mówiemy, każą wyszczwać albo wypchnąć z po- 
koju. Ja sam widzę rzetelnie niechybną potrzebę i sto tysięcy 
racyi tego sejmu zerwania, ale potem wiesz WMć Pan, co za 
sekwele idą za takim azardem. Przerywani : pięćdziesiąt nas, a ja 
zaraz na czele z nimi w tyle WMci Panu z gotowemi szablami 
będziemy ; niemasz cale czego się obawiać, piekłu samemu 
z gardła WMci Pana wydrzemy! To dobrze, mówi, ale jeżeli mi 
WMć Pan tu zaraz trzechset czerwonych złotych nie wyliczysz, 
nic z niczego nie będzie. Tu jakby mnie niebieska ogarnęła 
jasność. A dobrodzieju, wykrzyknę, a Salwatorze ojczyzny, a pod- 
poro i filarze wolności, a panie mój, a to tego momentu! Nagle, 
do kieszeni sięgnąwszy, cztery mi się razem wymknęły ładunki, 
co zaraz mój kochanek bystrooki postrzegł: trudno cofnąć się 
było. Nę, nę, mówię, ojcze ojczyzny i dobrodzieju mój, nę 
i więcej, warteś milion kroć sto tysięcy za tak piękną odwagę. 
I dałem mu czerwonych złotych 400. Tylko ładunki rozerwał, 



— 319 - 

żeby widział, że nie miedź, i w kieszenie wsypał, a przysiągłszy 
Uli na etc. i na wszystką poczciwość i cnotę, że sejm ten bez- 
bożny zerwie i niedopuści marszałka, on do izby pobiegł, a ja 
mojej ekspedycyi raport sunąłem się uczynić. Aż on mnie znowu 
pod Zygmuntem zaziajały napada : włosy na mnie stanęły i zmar- 
twiałem cały : o nieszczęście moje, jużże po wszystkiem ! Aż on 
mnie do ucha mówi : a jakąż dam racyą protestacyi mojej ? a na 
czym wynidę? A Mci Panie bracie, sto tysięcy racyi, wszak sam 
mówiłeś, że widzisz wielką tego sejmu zerwania potrzebę? a mnie 
samemu tymczasem nic na pamięć przyjść nie mogło naprędce. 
Uderzyłem się w ciemię, i przyszła mi jak może być najcelniejsza 
i najsprawiedliwsza racya. Więc nie bawiąc mówię : Mów WMć 
Pan tak: Ponieważ prawo każe na pierwszym dniu marszałka 
■obrać, a my już przeciw oczywistemu prawu kilka niedziel na 
tej trawimy elekcyi, zatym, soLennissime o zgwałcenie prawa tego 
protestując się, wychodzę. Repetował mój mołojec kilka razy me 
słowa, ale nigdy nie mógł trafić do końca i powiedział, że to 
jest przydłuższa oracya, trzebaby ją skrócić. Takem musiał mego 
dyscypuła blisko do pana Roykiewicza prowadzić i tam tę tak 
straszną cycerońską mowę musiałem mu napisać" ^). 

Kiedy Konarski ogłosił tę niezwykłą rewelacyę, pewien „zacny 
i godny ziemianin" zarzucił mu, że zmyśla rzeczy niebywałe, 
gdyż dyaryusz sejmu 1732 r. nie zgadza się z jego opowiada- 
niem ^). Nie chciano wierzyć, aby za kulisami pięknej złotej wol- 



^) O skutecznym rad sposobie, I, 119 sq. 

-) T. III, 115. Rzeczywiście dyaryusz sejmu r. 1732, drukowany w Tece Po- 
■doskiego, IV, 150 sq., nie przytacza ani jednej mowy podobnej do arcydzieła, 
które ułożył informator Konarskiego. Obok kilku zajadlycli panów litewskich, ro- 
bili tam obstrukcyę Lubieniecki i Silicz ; trwało to blisko 2 tygodnie. Że Ko- 
narski nie pomylił się co do daty, to rzecz pewna. Wszak sam zaznacza, że 
zaraz po wysłuchaniu powyższej relacyi, wystąpił przeciwko liberum veto, a uczynił 
to w broszurze p. t. Rozmowa Ziemianina z Sąsiadem, która napewno powstała 
pod koniec r. 1732. Tymczasem mówkę, bliźniaczo podobną do owej uprojektowanej 
w oberży, wygłosił dopiero na sejmie r. 1733 inny Lubieniecki, brat poprze- 
<lnicgo, Teka Podoskiego, IV, 318-9. Pogodzić te pozorne sprzeczności łatwo. 
„Dyscypuł" schował do kieszeni dukaty, w izbic dał się wyręczyć komu in- 
nemu, a tekstu oracyi pożyczył braciszkowi na następnym sejmie. Kim był 
opowiadacz, niewiadomo. Konarski raz go nazywa pułkownikiem N, kiedyin- 
dziej pułkownikiem Z (tom III, str. 238); prawdopodobnie był to jeden ze 
Choińskich. 



- 320 - 

ności kryły się tak szpetne targi. On odpowiedział: „Upewniam 
poczciwie, żem romansu nie pisał". „Niech weźmie, proszę, wszyst- 
kicłi sejmów dyaryusze, w żadnym nie znajdzie sekretnycii 
owycłi sprężyn, które wewnątrz poruszają tę machinę... Manu- 
skrypta na to, listy, relacye przyszłej dopomogą historyi, która 
ich zażyje z dobrą krytyką i rozsądkiem" '). Dlatego też, po czę- 
ści nie ufając swej informacyi, po części nie chcąc zrażać sobie 
i odstręczać od swej propagandy pewnych rodzin magnackich^ 
ksiądz pijar wstrzymał się od wytykania palcem spółczesnycłi 
niszczycieli sejmów ; przeprowadził dowód, że żaden sejm nie zo- 
stał zerwany dla dobra ojczyzny, lecz doszedł tylko do począ- 
tków XVIII wieku, a późniejszym winowajcom zagroził: „będą 
oni mieli swoją swego czasu zapłatę!" „Nie zatarł czas i nie za- 
trze tych nieszczęścia publicznego auktorów, jako i ich naślado- 
wców". 

To prawda. Manuskrypty, listy, relacye odsłoniły już prawie 
wszystko, co historya powinna wiedzieć o przyczynach zrywania 
sejmów. Ponieważ jednak wciąż jeszcze błąka się w opracowaniach 
epoki nierządu sporo fałszywych oskarżeń, wielu zaś istotnych 
winowajców nie jest dostatecznie znanych ogółowi, przeto zre- 
widowaliśmy cały wykład Konarskiego od r. 1572 -) i naszkico- 
waliśmy nanowo galeryę Sicińskich. Kładziemy poniżej spis 
wszystkich sejmów, spełzłych bezowocnie od czasów pierwszego 
bezkrólewia. Poza ogólną numeracyą wspominamy o próbach 
unieszkodliwionych zrywania innych sejmów. Narówni z wła- 
ściwymi zrywaczami stav/iamy nazwiska obstrukcyonistów, którzy 
najwięcej przyczynili się do bezowocności obrad, chociaż nie 
występowali z manifestami. Sięga zaś ten nasz rejestr o tyle 
głębiej, że oprócz magnata, którego narzędziem był zrywacz, wy- 
mienia w większości wypadków obce mocarstwo, posługujące 
się magnatem. 

I. Sejm r. 1582, zakłócony intrygą Stanisława Czarnkow- 
skiego, nie uchwalił ani poborów, ani żadnej ustawy, ani nie za- 



1) T. III. str. 115-6. 

2) T. III, str. 15-109. W spisie tym brak m. in. sejmów z lat 1666 (pier- 
wszego), 1713. Niewłaściwie zaś figurują w nim sejmy r. 1590, 1603, 1696. Sejm. 
r. 1637 nosi mylną datę 1631 (52), a w r. 1680 żadnego sejmu nie było (86)^ 



— 321 — 

latwił sprawy sukcesyi. Wi(jksza część senatu stawała przy kró- 
lu, w izbie silna była opozycya. 

II. Sejm r. 1585 poszedł na marne wśród walki dworu ze 
stronnikami Zborowskicłi. Manifestowali się ustnie przeciwko 
wszelkim obradom : Mikołaj Kazimierski, Prokop Pękosławski 
i 5 towarzyszy (28 lutego). 

III. Cały sejm Inkwizycyjny r. 1592 pochłonęły porachunki mię- 
dzy Zamoyskim a Zygmuntem III z powodu polityki zagranicznej 
i planów sukcesyjnych króla, przychylnych domowi Habsburgów. 

IV. Sejm r. 1597, wysłuchawszy 27 lutego protestacyi Stanisła- 
wa Stadnickiego i tow. z województwa ruskiego, przeszedł nad 
nią do porządku dzie'nnego, ale rozleciał się 24 marca wśród 
sporu o podatki, skutkiem protestu krakowian. 

V. Sejm r. 1600 spełzł na niczem wśród sporu o wakanse. 
Bliższe szczegóły nieznane. 

VI. Sejm r. 1605, również pełen kłótni o wakanse, miał 
głębszą przyczynę niepowodzenia w planach powtórnego mał- 
żeństwa Zygmunta III (z Konstancyą Austryaczką). Opozycyę 
prowadzili Zamoyski i Zebrzydowski. 

VII. „Pamiętny Sejm" r. 1606, zniszczyli, jak wiemy, ze- 
brzydowszczycy i dysydenci, zrażeni nieprzejednaną postawą króla 
i biskupów wobec ugody wyznaniowej. 

VIII. Sejm r. 1615 nic nie uchwalił, chociaż zaprzątał się 
ważnemi rzeczami — m. in. reformą sejmową. Sprawcy niepowo- 
dzenia nieznani. 

IX. Sejm pierwszy r. 1637 nasłuchał się kłótni i złośliwych 
polemik między koroniarzami i Litwą; na upór zabrakło lekar- 
stwa, rozjechano się z niczem, 

X. Sejm r. 1639 zerwał, n"e pozwalając na prolongatę, Je- 
rzy Lubomirski za zgodą dworu. Chodziło o salwowanie Ossoliń- 
skiego przed odwetem obrażonej szlachty. 

XI. Sejm r. 1645 słyszał dużo narzekań na komisyę gra- 
niczną z Moskalami, która skłonna była odstąpić tym ostatnim 
miasto Trubeck ; król przez tę ugodę zmierzał do przymierza 
z carem przeciwko Turcyi. Opozycya udaremniła cały plan. 

XII. Sejm r. 1652 zerwał 9 marca, nie pozwalając na pro- 
longatę, Władysław Siciński vel Syciński, podstarości upicki, po- 
seł trocki, sługa Janusza Radziwiłła, hetmana litewskiego. 

21 



1 



- 322 — 

XIII. Sejm r. 1654 zerwał w tenże sposób 28 marca Paweł Biało- 
błocki, poseł tczewski ; działał on w imieniu prowincyi Pruskiej, która 
przyjęła za swoją krzywdę, wyrządzoną posłowi Janowi Rakowskiemu 
przez większość izby. Pośrednim sprawcą zerwania był dwór '). 

XIV. Sejm r. 1664—5 próbował zerwać 5 grudnia Aleksan- 
der Żaboklicki, podsędek i poseł bracławski; udało się to dopiero 
7 stycznia Telefusowi, posłowi halickiemu. Obaj byli narzę- 
dziami Jerzego Lubomirskiego ^). 

XV. Sejm wiosenny 1665 r. uśmiercił 28 marca Władysław 
Łoś, stolnik płocki, klient Lubomirskiego ^). 

XVI. Sejm wiosenny r. 1666 zerwał 4 maja Adryan Mias- 
kowski, poznańczyk, podobno płatny ajent Lubomirskiego ^). 



1) Kubala, Szkice historyczne, serya 111, Drugie Libervim Veto, str. 114. 
Żadną miarą nie można się zgodzić z autorem co do oceny roli Bąkowskiego 
na tym sejmie. Autor przedstawia posła chełmińskiego, niby godnego następcę 
Sicińskiego. Tymczasem z własnych słów p Kubali wynika, że B. stawał przy 
sprawie najsłuszniejszej i sejmu właściwie nie rwał. Chodziło o obronę zasady 
wolnej dystrybuty wakansów w ręku króla przeciwko izbie, wodzonej na pasku 
przez klikę magnacką Radziwiłła, Jana Leszczyńskiego, Krzysztofa Opalińskiego 
i Jerzego Lubomirskiego. Z tych wodzów opozycyi, których „miłość i zelus ku 
ojczyźnie" autor uznaje bez zastrzeżeń, Janusz Radziwiłł zdradził króla już 
przedtem, zdradzi kraj w r. 1655, Opaliński nie da się wyprzedzić Radziwiłłowi, 
Lubomirski zdradzi najdalej w r. 166fi, a Jan Leszczyński systematycznie zdra- 
dzać będzie w ostatnich latach swego życia. Pretensya izby, aby król dał buławę 
Radziwiłłowi, była dzika i bezprawna. Bąkowski miał zupełną słuszność, gdy 
z wielką odwagą cywilną żądał od kolegów szanowania króla i regulaminu, 
a izbę nazywał „najpośledniejszym stanem". Kubala widzi w tem obrazę izby 
i staje w myślach przeciw Bąkowskiemu po stronie rozjuszonej opozycyi, jak- 
gdyby tłum w oczach bezstronnej nauki miał zawsze słuszność przeciwko je- 
dnostce. Izba zemściła się na B., najbezprawniej odsądzając go od funkcyi ; 
wówczas koledzy skrzywdzonego, doczekawszy się końca posiedzeń, zaopono- 
wali przeciwko prolongacie. Dwór zgodził się na to bez oporu. Jeżeli nawet 
nazwiemy tę jego decyzyę zerwaniem sejmu, to trzeba przyznać, że nie zerv/ał 
ładnej pracy prawodawczej dla ojczyzny : zerwał tylko gorszącą scenę radzi- 
"wiłłowskich wichrzeń. — Konarski, III, 59-60, nie znał szczegółów tego sejmu, 
nic też dziwnego, że spojrzał nań przez okulary republikanta Kochowskiego, 
i jak najmylniej zrobił z Bąkowskiego narzędzie Radziwiłła. 

3) Czerniak, Ateneum, 1886, I, 103, 311. 

3) Korzon, I, 283-4, przemilcza sprawcę. 

*) Korzon, I, 408, próbuje zwalić podejrzenie na Jana Kazimierza, jakoby 
to on był sprawcą zerwania sejmu ; przypuszczenie niemożliwe wobec świade- 
■ctwa posła francuskiego, Bonzy'ego. 



i 



- 323 - 

XVII. W tymże roku, 23 grudnia, zerwał sejm Teodor Łu- 
komski, poseł witebski, również narzędzie Lubomirskiego '). 

XVIII. Pierwszy sejm r. 1668 zerwał 7 lutego przywódca 
konserwatywnej szlachty, były stronnik zmarłego Lubomirskiego, 
Marcin Dębicki, cłiorąży sandomierski'-^). 

XIX. Sejm koronacyjny Micliała Korybuta zerwał 5 listopa- 
da przed terminem Adam Olizar, podsędek kijowski, narzędzie 
grupy eksulantów ukraińskich, prawdopodobnie za wiedzą i zgodą 
niezadowolonych magnatów: Zamoyskich, Potockich, a może 
i pod wpływem partyi francuskiej ^). 

XX. Sejm wiosenny r. 1670 zerwał 26 marca Benedykt Za- 
bokrzycki, cześnik bracławski, narzędzie partyi francuskiej pry- 
masa Prażmowskiego, Grzymułtowskiego i innych ''). 

XXI. Sejm wiosenny r. 1672 zerwał 11 marca Kazimierz 
Grudziński, wojewodzie rawski; pośrednim sprawcą — dwór 
królewski ^). 

XXII. Sejm letni tegoż roku zerwał 20 czerwca przed ter- 
minem Stanisław Ubysz, chorąży i poseł gostyński; sprawcą 
pośrednim — tenże dwór^). 

XXIII. Sejm r. 1681 po kilku miesiącach prolongaty zerwał 
23 maja Andrzej Przyjemski, kasztelanie chełmiński; działali 
przezeń Grzymułtowski, wojewoda poznański, w interesie 
Brandenburgii, tudzież podskarbi Morstin z ramienia Francyi ^). 

XXIV. Sejm grodzieński r. 1688 zerwał 5 marca, pod koniec 
kadencyi, ale przed obiorem marszałka. Dąbrowski pod- 
komorzy wileński z pomocą Tokarzewskiego posła inflanckiego ; 
obaj byli narzędziami Sapiehów, ci zaś — narzędziami Branden- 
burgii. Ubocznie przyczynili się do zerwania Drohojowski poseł 
sandomierski i Makowiecki podolski, którzy uchodzili za stron- 
ników królowej Marysieńki ^). 

') Korzon, 1, 480, bezpodstawnie robi znowu współwinnym króla. 

2) Korzon, II, 75-6. 

3) Korzon, II, 277-82. 
*) Korzon, II, 365. 

5) Korzon, III, 91-2. 

6) Korzon, III, 143. 

7) Kazimierz Konarski, Polska przed odsieczą wiedeńską, 100-1 ; reiacyc 
brandenburskie w Tekach Lukasa (Ms. Ossol.). 

«) Załuski, Ep. Hist. Famiiiares, I, cz. 2, 1059. 

21* 



- 324 — 

XXV. Zaczęty pod koniec tegoż roku sejm warszawski ze- 
rwał 31 marca n. r. Szołkowski, stolnik i poseł Wiłkomirski, z po- 
mocą Dąbrowskiego, za podnietą Sapiehów a w interesie bran- 
denburskim '). 

Sejm r. 1690 rwany był 15 razy, najgwałtowniej przez Głogow- 
skiego; udało się go jednak doprowadzić do pomyślnego końca-). 

XXVI. Pierwszy sejm r. 1693 w Grodnie zerwali po upływie 
terminu, wśród ogólnej obojętności, 11 lutego posłowie łęczyccy 
Szumowski, Grabski i I\vański ; pośrednimi sprawcami byli, zdaje 
się, Sapiehowie ^). 

XXVII. Drugi sejm tegoż roku 22 grudnia nie doszedł z po- 
wodu choroby królewskiej "*). 

XXVIII. Sejm r. 1695 zmarniał po wyjściu dni za sprawą 
Sapiehów : prawie cała Litwa stanęła bowiem przeciwko większości 
dworskiej i do ostatniego dnia sprzeciwiała się obiorowi mar- 
szałka. Obeszło się bez formalnego zerwania ■^). 

Konwokacyę r, 1696 próbował zerwać Łukasz Horodyński,. 
poseł czerniechowski ; udało mu się to, jak wiemy, tylko o tyle, 
źe zjazd nie został prolongowany ; uchwały jednak zapadły. Zry- 
wacz spełniał wolę królowej wdowy, Maryi Kazimiery °). 

XXIX. Sejm pacyfikacyjny po elekcyi Augusta II zerwali na 
samym wstępie (16 kwietnia 1698) stronnicy Conti'ego. Na ogólną 
liczbę 15 posłów sześciu zaprotestowało przeciwko obradom, mó- 
wiąc: „Nie zaczynaj, mości panie marszałku, sejmu, nie podnoś- 
laski, bo ten akt jest nallitatis, i mamy przysięgą stwierdzone 
instrukcye, żebyśmy ten sejm zaraz zatłumili w kolebce, i na 
żaden, tylko konny sejm, nie pozwolemy" ''). 

XXX. Sejm majowy r. 1701 rozszedł się bez zagajenia;, 
skłócone obozy Sapiehów i ich przeciwników uznały za właściwe 



1) Załuski, j. w., 1131 ; Lcngnich, Geschiclite d. preuss. Lande, VIII, 288.. 

-) Rclacyc Wernera, rezydenta brandenburskiego, zwł. 24 kwietnia 1690 r. 
w Tekach Lukasa (Ms. Ossol.). 

3) Załuski, 13C0; Lengnidi, VIII, 315.' 

■^) Konarski, III, 94, według Załuskiego ; Lengnich, 317. 

5) Konarski, III, 95-7, według Coyera i Godlewskiego, Historia comitiO' 
rum 1695, Lengnich, 323. , . 

<■; Załuski, II, 109; Walewski, 83. 

7) Załuski, III, 557. 



— 325 — 

żądać zwołania nowego sejmu w grudniu, po zamierzonej 
iigodzie ^). 

XXXI. Ów sejm grudniowy został zerwany już po prolon- 
gacie, 4 lutego 1702 r., przez Kazimierza Paca, pisarza litewskiego, 
kawalera maltańskiego, przyjaciela Sapiełiów^). 

XXXII. Sejm zimowy 1712-3 r. zerkał 18 lutego Puzyna, 
starosta upicki, ajent Ludwika Pocieja, hetmana litewskiego. Oko- 
liczność, że sejm ten odbywał się pod węzłem konfederacyi san- 
domierskiej, a jednak uległ zerwaniu, potwierdza informacyę 
Brauna, że Puzyna i Pociej działali za zgodą Augusta II, cho- 
ciaż podobno wbrew marszałkowi konfederacyi, Denhofowi^). 

Sejm r. 1718 próbował zerwać Korbut, poseł orszański, ku- 
piony przez Rosyan i Prusaków ; dwór jednak odszukał go i przy- 
wiózł w karecie do izby, gdzie Korbut musiał odwołać swój 
protest *). 

XXXIII. Sejm r. 1719-20 spełzł na niczem dzięki robocie 
czterech hetmanów: Adama Sieniawskicgo, Ludwika Pocieja, Sta- 
nisława Denhola i Stanisława Mateusza Rzewuskiego, którzy 
wszyscy wysługiwali się Rosyi i Prusom. Wykonawcami byli 
Swidziński cześnik rawski, Rostkowski starosta wiski, Rudziński 
cześnik czerski, i zwłaszcza Michałowski poseł bracławski ; ten 
dobił zgromadzenie 23 lutego po prolongacie ^). 

XXXIV. Sejm jesienny r. 1720 rozlazł się w przeddzień ter- 
minu (9 listopada); jako ostatni kontradycent, figuruje w dya- 
•ryuszu Dłużewski poseł lubelski. Sprawcy ci sami, co po- 
przednio''). 



') Lcngnich, IX, 101. 

-) Jarochowski, Dzieje panowania Augusta II, t. I, str. 377-83, Lcngnich, 
IX, 107-9. 

3) Lcngnich, IX, 279; spis sejmów D. Brauna w Acta Littcraria Mizlera; 
„Otwinowskicgo" Dzieje Polski pod panowaniem Augusta II, str. 200-1 ; Zawi- 
sza, Pamiętniki, 303. 

■*! Sołowjew. Istoria Rossii, wyd. 2, ks. IV, str. 540, mylnie robi Korbuta 
posłem oszmiańskim. Dwa dyaryuszc w Tece Podoskiego, VI, 243 i 324. 

5) Dyaryusze łaciński i francuski w Tece Podoskiego, VI ; Jarocłiowski, 
Car Piotr i August II w trzcchleciu po sejmie nicmyi'n z r. 1717, Rozprawy 
historyczno-kry tyczne, 91-104. 

•5) Dyaryusz Zawiszy dołączony do Pamiętników tegoż, 398 — 418. Inny 
<Jyaryusz rękopiśmienny w Bibl. Ord. Zamoyskicłi. Sołowjew, 549. 



- 326 — 

XXXV. Sejm r. 1722 zmarniał wśród sporów o komendę Flem- 
minga nad cudzoziemskim autoramentem i o ordynacyę Ostrogską. 
Na prolongatę nie pozwolił Korsak, chorąży nowogrodzki (10 li- 
stopada), poparty prze^ całą grupę „cnotliwych" posłów, 
rowanych przez Rosyę i Prusy ')• 

Na sejmie r. 1724 mieli posłowie rosyjski i pruski goto- 
wych najętych zrywaczów ; intryga jednak się nie udała ^). 

XXXVI. Sejm grodzieński r. 1729 zerwało 30 sierpnia uro- 
czystym manifestem 20 posłów, w ich liczbie przedstawiciele ta- 
kich nazwisk, jak Sapieha (Antoni), Potocki (Stanisław), Ogiński 
(Ignacy), Siruć, Horain — ludzie, którzy dojdą z czasem do se- 
natorskich godności. Robotą Litwinów kierowali Potoccy, nie 
chcąc dopuścić da rozdania buław współzawodnikom ; Potockimi 
kierował poseł rosyjski ^). 

XXXVII. Taki sam los zgotowały te same ciemne siły sej- 
mowi grodzieńskiemu r, 1730; 11 października wystąpił z za- 
bójczym manifestem Paweł Marcinkiewicz, sędzia ziemski upicki *). 

XXXVIII. Sejm r. 1732, ten właśnie, którego zakulisową hi- 
storyę opowiedział Konarski, zadławili już w pierwszych dniach 
Hurko i Tadeusz Ogiński, posłowie witebscy, Sapieha star. gul- 
biński i Burzyński, posłowie smoleńscy, Rudomina brasławski ; po- 
mogli Lubieniecki czerniechowski i Silicz rzeczycki ; coup de grace 
zadał 2 października Jakób Dunin, regent koronny. Pieniądze ro- 
syjskie poszły na ten cel przez ręce Potockich i Józefa Mniszcha,, 
marszałka w. koronnego ^). 

XXXIX Sejm r. 1733 ocalał dzięki temu, że izba uniewa- 
żniła mandat najętego zrywacza Lubienieckiego (brata poprze- 
dniego), obranego ponad komplet, ale rozszedł się skutkiem 
śmierci królewskiej. Intrygę snuła Rosya z Potockimi i Mnisz- 
chem ^). 



') Dyaryusz w Tece Podoskiego, I!, 280. Solowjew, 708, 726. 

2) Sołowjew, 714-5, mylnie sądzi, jakoby sejm ten nic nie zdziałał. 

3) Manifest w Tece Podoskiego, III, 313 sq. ; Sołowjew, 1130. 

4) Manifest w Tece Podoskiego, III, 320 ; Dyaryusz tamże, IV, 1 sq. 

^) Dyaryusze w Tece Podoskiego, IV, 150-222. Guerrier, Borba za polski| 
prestoł w 1733 godu. Dodatki, 156-7. 

6) Guerrier, j. w., 98-112; Kantecki, Stanisław Poniatowski, 153 sq. Teka 
Podoskiego, IV, 315 sq. 



— 327 — 

XL. Sejm pacyfikacyjny w jesieni r. 1735 udaremnili po 
kłlkotygodniowej walce stronnicy Leszczyńskiego : Zboiński pod- 
komorzy dobrzyński i inni ; kierował nimi Kazimierz Rudzieński, 
kasztelan czerski. Był to podobno jedyny sejm, który zniszczono 
z dość racyonalnycli i niepodłycłi pobudek. Dopóki naród walczył 
o prawną elekcyę Stanisława, trudno było iść na rękę Augustowi, 
który wstąpił na tron „przez gwałty, zabójstwa, krew i ruiny"'). 

Cały szereg następnycti sejmów aż do roku 1752 włącznie 
został zepsuty przez opozycyę „patryotyczną" vel republikancką, 
z olbrzymią szkodą dla Rzplitej, bo kosztem projektowanej aukcyi 
wojska oraz innych reform. Malkontenci wyzyskali dla swoich 
celów ogólno szlachecki egoizm stanowy, tudzież gorszy jeszcze 
egoizm szlachty ziem ruskich, która nie chciała dopuścić do 
słusznego zrównania podatków. 

XLI. Co do sejmu roku 1738 istnieją wątpliwości. Konarski 
świadczy, że sejm ten „był od takiego posła upornie i niego- 
dziwie... zerwany, który sam, znacznej będąc fortuny, bo kilka- 
dziesiąt tysięcy mający intraty, od nikogo cale nie dependował, 
jednak ani sumieniem ani żadnemi dworu i pierwszych kilku- 
dziesiąt panów obligacyami nie dał się żadną miarą przekonać" ^). 
Słowa te dotyczą niezawodnie Olędzkiego, posła wołkowyskiego, 
który istotnie tamował obrady na własną rękę 12 i 13 listopada; 
potem jedn-ak Litwin ten się uspokoił, a obstrukcyę doprowa- 
dzili do końca wołyniacy : Kamiński, Jełowiecki i inni. Z ogólnej 
konjunktury ówczesnej wynika, że najwięcej przyczynili się do 
bezowocności obrad ci politycy, którzy jednocześnie myśleli o de- 
tronizacyi Augusta III, t. j. Potoccy ^). 

XLII. Kto właściwie uśmiercił następne zgromadzenie stanów, 
w roku 1740, rozstrzygnąć także niełatwo. Czynni tu byli po- 
słowie : Orański czerniechowski. Jeżewski płocki, Adam Mała- 
chowski sandomierski. Butler mielnłcki i wielu innych, ale sto- 
sunki ich z właściwymi sprawcami nie są dość jasne. Impuls 
wychodził od hetmanów, zwłaszcza Józefa Potockiego, obok któ- 



') Kantecki, t. II, str. 42 i XL. Czy pomagała oponentom Francya lub 
ewentualnie Prusy, dotychczas niewiadomo. 

-) Tom I, str. 37. 

3) Dyarjusz w Tece Podosiiiego, IV, 360 sq. ; , Sołowjew, 1582; Schmitt, 
Dzieje Polski w XVIII w., I, 116-33. 



- 328 — 

rego intrygowali przeciw sejmowi posłowie pruski i podobno 
rosyjski '). 

XLIII, Sejm grodzieński r. 1744 zniszczyli Potoccy w poro- 
zumieniu z Francyą i Prusami. Głównym reżyserem był Antoni 
Potocki, wojewoda bełzki ; pryncypalnymi wykonawcami Adam 
Małachiowski, poseł krakowski, Antoni Trypolski kijowski, Zyg- 
munt Grodzicki kaliski, Kuczyński i Kuszel podlascy, Brzeziński 
nurski, Gąsecki bełzki, Cliołoniewski bracławski -). 

XLIV. Sejm r. 1746 podlaską „republikanta" Lubomirskiego, 
a więc pod dyrekcyą Potockich, słabo popierany przez Czarto- 
ryskich, zepsuty został przez samych Potockich. Winowajcy po- 
średni ci sami, co wyżej ; bezpośredni — krakowianin Mała- 
chowski, Trypolski i Andrzej Gurowski, posłowie kijowscy, Czeczel 
i Czarnecki bracławscy. Ostatecznym powodem kłótni była próba 
wniesienia świec do izby ^). 

XLV. Sejm r. 1748 zniszczyli po 6 tygodniach syzyfowej 
pracy Potoccy, z pomocą podskarbiego koronnego Sedlnickiego, 
a za podszeptem pruskim i francuskim ; nieżyczliwie traktowała 
ten sejm także Rosya. Pierwsze skrzypce grali na ławach opozycyi 
Małachowski, dalej Czarnecki, Chojecki i Przyłuski posłowie bracław- 
scy, podolscy Gurowski i Stadnicki, bełżanin Maryan Potocki •'). 

XLVI. Sejm nadzwyczajny r. 1750 zwołany umyślnie dla 
naprawy trybunałów, zerwał przed obiorem marszałka, 7 sierpnia, 
Antoni Wydżga, poseł bełzki; poparł go najdzielniej Adam Ma- 
łachowski. Za pretekst posłużyła obecność w izbie byłego sena- 
tora, Wacława Rzewuskiego, który złożył województwo, chcąc 
zostać marszałkiern sejmowym. Jawnym inspiratorem Wydżgi 
był Józef Potocki, hetman wielki koronny, tajnym — Antoni, 
wojewoda bełzki, największy niszczyciel sejmów, jakiego znają 
dzieje polskie. Obaj służyli Prusom i Francyi^). 



') Dyaryusz, j. w., 493-714; opracowanie, chaotyczne niestety, u Si\ibiń- 
skiego, r. IV. 

2) Dyaryusz u Skibińskiego, II, 295-350; inny w Ms. Bibl. Czart. 597. 
Ob. też nasz szkic p. t. „Fatalny sejm" w Gazecie Warszawskiej 1914. 

3) Dyaryusze sejmowe z XVIII w., t, II. 
■*) Dyaryusze sejmowe, t. I. 

^) Na zasadzie materyałów rękopiśmiennych, które wyszczególnimy gdzie- 
indziej. 



— 329 — 

XLVIII. Sejm grodzieński r. 1752 zagwoździli dwaj bracła- 
wianie, Świdziński i Chojecki ; zerwał go 22 października Kazi- 
mierz Morski, poseł sochaczewski. Winowajcy pośredni ci sami, 
co w r. 1748'). 

XLVIII. Sejm r. 1754 rozbił się o sprawę ordynacyi Ostrog- 
skiej. Zgubę gotowali mu z jednej strony uczestnicy rozdrapania 
ordynacyi, Czartoryscy, Jan Małachowski, kanclerz wielki ko- 
ronny, a nadewszystko Lubomirscy, z drugiej — Francya i Prusy. 
Zerwał obrady 20 października Strawiński, poseł starodubowski, 
narzędzie Lubomirskicłi -). 

XLIX. Sejm r. 1756 nie doszedł do skutku z powodu za- 
trzymania Augusta III w obozie pod Pirną, oblężonym przez 
Prusaków. 

L. Sejm r. 1758 zerwał 7 października Mikołaj Podhorski, 
poseł wołyński. Służył on Janowi Klemensowi Branickiemu, 
hetmanowi wielkiemu koronnemu, i Potockim, których popierały 
Francya i Prusy ^). 

LI. Sejm r. 1760 zerwał pierwszego zaraz dnia, 6 paździer- 
nika, Franciszek Leżeński, poseł podolski, kupiony przez dwór 
23 pośrednictwem Potockich, na żądanie Rosyi, a zgodnie z ubo- 
czną zachętą Prus*). 

LII. Sejm nadzwyczajny r. 1761, jedyny od roku 1752, jaki 
naprawdę miał przed sobą pozytywne zadanie — reformę mo- 
netarną, zerwało czterdziestu posłów zbiorowym manifestem 
{2 maja), w którym starano się dowieść, że zgromadzenie jest 
nielegalne i bezcelowe. Opozycyę prowadzili Czartoryscy, J. KL 
Branicki i J. Małachowski. Z boku dybał na tenże sejm poseł 
pruski ■'). 

LIII. ^Sejm r. 1762 zakłócony został wnet po zagajeniu do- 
byciem szabel najpierw przez obóz dworsko-radziwiłłowski, potem 
przez partyę Czartoryskich. Zerwał obrady Michał Szymakowski, 
poseł ciechanowski (6 października) ; wynajęli go w tym celu 



597. 



1) Ob. nasz Sejm Grodzieński 1752 roku. 

2) Waliszcwski, Potoccy i Czartoryscy, 229. Dyaryusz w Ms. Bibl. Czart. 

3) Polska w dobie Wojny Siedmioletniej, I, 295, 511. 

4) Ibidem, II, 143. 
•^J Ibidem, II, 212. 



— 330 — 

minister Augusta III, Bruhl, oraz rezydent rosyjski. Ze swej strony 
współdziałały Prusy i). 

Na Szymakowskim kończy się galerya Sicińskicli. Ctiarakte^ 
ryzować tycłi ludzi uważamy za zbyteczne. Niektórzy, wyjątkowi, 
jak Horain, Burzyński i Maryan Potocki, doszli później do opa- 
miętania. Niektórzy, jak Wydżga, Rudomina, nie zmieniając 
w niczem zasad, korzystali nadal z reputacyi wzorowych „repu- 
blikantów". Przeważna część utonęła w niepamięci. 

Mówiąc o inspiratoracłi zrywaczów, nie należy zapominać 
o roli żydów. Za króla Sasa, szczególnie w latach walki o re- 
formę skarbowo-wojskową, samorządny sejm żydowski przykładał 
pocichu ręki do zabijania sejmu polskiego-). Wogóle większość 
manifestantów, którzy brali na siebie odium zerwania sejmu> 
działała za pieniądze. Za Jana Kazimierza słychać o wynagro- 
dzeniu w kwocie 500 czerw, złotych. Rosyanie za Augusta II po- 
magali sobie futrami, sobolami. Za Augusta III wiadomo dokła- 
dnie, ile kosztował który sejm posłów wrogich mocarstw. Sejm 
grodzieński r. 1744 kosztował wyjątkowo drogo: 40.000 talarów 
francuskich i 15.000 dukatów pruskich; warszawski 1746—7000 
dukatów; w r. 1752 Prusy i Francya zapłaciły 2500 dukatów, 
sejm r. 1758 kosztował Branickiego 1500 dukatów, sejm r. 1760 
F. S. Potockiego — 1000, sejm r. 1762 Rosyę 1507 dukatów. 

Ogółem od wygaśnięcia domu Jagiellonów zmarnowało się 
sejmów zwołanych 53; z nich 15 zostało zerwanych przed obio- 
rem marszałka. Odsetek bezowocnych sejmów wzrastał według; 
dziesięcioleci następująco: 1651-60 — 28%, 1661-70 — 507o» 
1671-80 — 25%, 1681-90 — 50%, 1691-1700-43%, 1701-10 
— 507o, 1711-20 - 50%, 1721-30 - 607o, 1731-40 - 507o. 
1741-50 — 100%, 1751-60 - 100%. Cyfry te wyglądałyby je- 
szcze bardziej przerażająco, gdybyśmy pominęli konwokacye, 
elekcye, koronacye, sejmy pacyfikacyjne i te, które się odbywały 



1) Ibidem, II, 287. Ostrzegamy szczególnie przed fałszywemi opowiada- 
niami o sejmach za Augusta III, Kitowicza i Matuszewicza, którym zbytnia 
zaufali historycy Schmitt, Szujski i Askenazy. 

^) Pozytywnie wiadomo to o sejmie r. 1740: ob. Skibiński, I, 95-6, II, 
491. Doskonale poinformowany rezydent pruski Benoft stwierdza ogólnikowo, 
że w latach 1740-8 żydzi stale pomagali składką do zrywania sejmów. Por. też 
artykuł L. Glatmana : „Jak żydzi zrywali sejmy". Szkice historyczne, 103'17. 



— 331 — 

pod węzłem konfederackim. Okazałoby się wówczas, źe na ogólną 
liczbę U pospolitych, normalnych sejmów za Jana III doszło 5, 
za Augusta II na 13 doszły 4, za Augusta III na 13 — ani jeden. 

Nie od rzeczy będzie zestawić stosunek sejmów owocnych 
do bezowocnych w pierwszej i drugiej połowie poszczególnych 
panowań (pomijając zjazdy elekcyjne). Za Jana Kazimierza stosu- 
nek ten wyraża się zapomocą cyfr 6:2, 4 : 5 ; za Michała 1 : 2, 
1:2; za Sobieskiego 4:1, 2:5; za Augusta II 5 : 4, 4 : 7, za 
Augusta III 2 : 6, : 8. W powyższych cyfrach odbija się rola 
pierwiastku monarchicznego: każdy nowy król przynosi z sobą 
pewien zasób energii, inicyatywy, któremu w społeczeństwie 
odpowiada wzmożony zapał do pracy i dobra wola. Później 
zwycięża po jednej stronie pesymizm, po drugiej nieufność. 

Udział poszczególnych województw, ziem i powiatów w nisz- 
czeniu parlamentaryzmu jest mniej więcej równomierny : widać 
stąd, jak równo rozlała się po powierzchni Rzplitej choroba 
sejmowa. Bądź co bądź zasługują na uwydatnienie różnice. Na 
siedemdziesięciu kilku wybitnych zrywaczów, o których mowa była 
w powyższym przeglądzie, najwięcej wystawiła prowincya Mało- 
polska (około 33) ; w tej liczbie 24 szkodników dostarczyły woje- 
wództwa ukrainne (kijowskie, czerniechowskie, bełzkie, Bra- 
cławszczyzna, Wołyń, Podole, ziemia halicka). Prym trzymali 
bracławianie (cały tuzin rwaczów). W prowincyi Wielkopolskiej 
na 12 zrywaczów trzech pochodziło z Rawskiego, dwóch z Płoc- 
kiego. Na Litwie ogółem 28 Sicińskich, w tem aż 4 z Upity, 
3 z Wilna; w Prusiech tylko dwóch. Najpatryotyczniejszą z trzech 
prowincyi była Wielkopolska '). Najwięcej nagrzeszyły kresy 
litewsko-ruskie, którymi trzęsła magnaterya. Zasługuje na pod- 
kreślenie, że w Małopolsce od połowy XVII wieku nie splamiły 
się bezpośrednio zniszczeniem żadnego sejmu województwo rus- 
kie, ziemia chełmska i księstwo oświecimsko-zatorskie ; w Wiel- 
kopolsce — Kaliskie, Sieradzkie, Kujawy ; na Mazowszu ziemie : 
warszawska, różańska, liwska, łomżyńska, zakroczymska, wyszo- 



') Pomijamy prowincyę Pruską, która wprawdzie ma na sumieniu tylko 
parę sejmów, ale która nie potrzebowała zrywać obrad, bo mając dowolną liczbę 
posłów, mogła się inaczej bronić przed niedogodnemi uchwałami. Zresztą za 
Augusta III nie doszedł do skutku ani jeden generał pruski, więc prowincya 
nie miała posłów w Warszawie i Grodnie. 



— 332 — 

grodzka ; na Litwie Żmujdź, powiaty Słonimski, piński, oszmiański, 
lidzki, grodzieński, województwa mińskie, połockie i mścisławskie. 
Teraz parę słów o' sprawcach zagranicznycłi i domowychi. 
Z mocarstw europejskicli najwięcej zniszczyły u nas sejmów Prusy. 
Od czasów Sobieskiego niewiele było sejmów, na któreby Berlin 
nie knuł zguby/Największe zasługi mają na tern polu posłowie 
Hoffmann i Benoit. Drugie skrzypce gra Rosya (1718, 1719, 1720, 
1722, 1724, 1726, 1729, 1730,- 1732, 1733, 1760, 1762) ; główny- 
mi jej działaczami — Grzegorz i Wasil Dołłioruki, tudzież Micłiał 
Bestużew. Trzecie miejsce należy się Francyi (1681, 1698, 1735, 
1744, 1746, 1748, 1750, 1752, 1754, 1758). 

Wśród polskicłi rodów magnackichi rekord ustanowili w dzie- 
jacli liberi veto Potoccy — owi „cni Potoccy", co to zdaniem Sta- 
szica „nigdy swej pysze nie poświęcili kraju". Poświęcili go, 
owszem, w r. 1720, 1729, 1730, 1732, 1738, 1740, 1744, 1746, 
1748, 1750, 1752, 1758, 1760. Sapiehowie bróździii głównie wia- 
tach 1688. 1689, 1693, 1695, 1698, 1701, 1729, 1730. Lubo- 
mirscy — w r. 1664, 1665, 1666 (dwukrotnie), 1754. 

A skutki polityczne tych czynów? Tomyby o nich pisać, 
i nie wyczerpać przedmiotu! Stan wewnętrzny Rzplitej po 
stu latach grasowania liberi veto odmalował bez żadnej przesady 
najmędrszy Polak swego czasu, Konarski : „Sprawiedliwości prze- 
ciw możniejszym nie mamy; słabszym nic po trybunałach i są- 
dach. Kryminały i prywatne i publiczne bez kary. Reasumpcye 
trybunałów między orężów szelestem i blaskiem, i która zbroj- 
niejsza i mocniejsza partya, ta swych sędziów utrzymuje lub spy- 
cha. Korupcye oczywiste, wiadome, i już nietylko bez skrupułu, 
lecz i bez wstydu. Fałszowanie monety już prawie i niepoczy- 
tane za grzech, bo kraj cały tą zarzucony śmiecia, a kary jednego 
dobrego nie słychać przykładu: sposobu żadnego Rzplita nie ma 
przeciw swoim i cudzoziemskim fałszerzom. Kupcy i przekupki, 
jaki chcą, walor nam naznaczają monety. Obcy ludzie przymu- 
szają nas do jej brania przeciw oczywistej wewnętrznej cenie. 
Żydzi jedni, naród Polskę chrześcijanom zacieśniający, miliony 
dwa gąb próżniackich, nie z roli, nie z rąk pracy, ale samem 
matactwem żyjących, wykradzeniem dobrej, a wwożeniem złej 
monety dość zbogaceni. A tymczasem miliony i miliony zgu- 
bione i dalej giną we wszystkich partykularnych substancyacb, 



- 333 - 

a zatem i w całym kraju, który im bardziej ubożeje, tern na 
większe karze się zbytki, pośmiech wzbudzające w Europie. Po- 
stronne wojska bez wojny z nami, nie tylko bez niczyjej opo- 
wiedzi, jak przez pustkę przechodzą, ale i żyją lat tyle, jak 
w nieprzyjacielskiej ziemi. Obelgi, groźby i niewolnicze ukazy^ 
jak w zawojowanych prowincyach. Szarpania, bicia, rany zacnych 
tylu ludzi obojga płci szlacheckiego stanu, jakby to nie krew 
nasza była, już nam i nie czynią impresyi. Najazdy, zabójstwa 
ile od lat kilku i w domach niebezpieczeństwo życia, po dal- 
szych prowincyach czy mało słyszeć się dają? A kary nie słychać! 
Słabość sił Rzplitej i bezbronność, prócz że dla niej domowym, 
gwałtom, swywolnym kupom, nawet i garści hajdamaków oprzeć 
się nie możemy i radzić, wzgardzie sąsiadów i na ohydę u świata 
nasz wystawuje naród. Prowincye odpadają, O podziałach i ro- 
zerwaniu królestwa już śmieją i gazetanci pisać... Stan szlachecki 
odzwyczaja się i odwyka od interesów ojczystych i swych zapo- 
mina prerogatyw, bo sejmy, gdzie ich mógł zażywać, zniesione. 
My bez żadnej na to wszystko rady. Możniejszych familii o wa- 
kanse, o własne ich interesa, o potencyą, o dworskie fawory, 
nieukojone nigdy zawziętości i między sobą zatargi rozrywają 
Rzplitą na partye, do zgody szlacheckiemu przyjść nie dają sta- 
nowi ani salwowania ojczyzny żadnego nie zosta wuja sposobu" '). 
Skutki nazewnątrz dotkliwe i jasne już dla spółczesnych^ 
ale w całej grozie widoczne dopiero w świetle historyi. Gdyby 
nie Siciński, nie spadłaby na Polskę najkrwawsza klęska — pod 
Batohem (1652), i według wszelkiego prawdopodobiefistwa nie 
zwaliłaby się na Ruś i Litwę Moskwa. Gdyby nie sejm, zepsuty 
w r. 1654, nie ruszyłby się Karol Gustaw. Na wieść o tych po- 
pisach złotej wolności rodziły się wielkie plany aneksyjne: szwedz- 
kie, moskiewskie, kozackie, siedmiogrodzkie, potem — pierwszy 
plan rozbioru Rzplitej. Karą za dwa sejmy zerwane w r. 1672 
była utrata Kamieńca. To samo w wieku XVIII. Gdyby nie od- 
głos bezmyślnych hałasów na jałowych sejmach epoki saskiej^ 
nie oswoiłaby się Europa z myślą, że Polska, jej lud i ziemia, 
stanowią własność niczyją, dojrzałą do rozbioru. Liberum veto> 
w r. 1688, 1689, 1693 zmarnowało wyniki pięciu kampanii wo- 

1) T. IV, str. 3-4. 



— 334 — 

jennych Sobieskiego. W r. 1719 i 1720 zniweczyło wyborną spo- 
sobność do strząśnięcia z Polski- w przymierzu z Anglią i Austryą 
rosyjskiego protektoratu. W r. 1744, 1746, 1748 udaremniło osta- 
tnie okazye do bezpiecznego przeprowadzenia reform. Veto spa- 
raliżowało dyplomacyę polską : toż od połowy XVII wieku żaden 
traktat, z wyjątkiem oliwskiego i warszawskiego między Polską 
i Austryą w r. 1683, nie doczekał się ratyfikacyi na zwyczajnym 
sejmie, dwa szkodliwe przymierza z Moskwą (1686 i 1704) zo- 
stały ratyfikowane pod obcym naciskiem na walnej radzie kon- 
federackiej 1710 r., niejedna pożyteczna konwencya została martwą 
literą, albo poprostu — projektem, Zato znalazło się miejsce 
w Woluminach Legum na zabójczy traktat medyacyi z r. 1717 
i jeszcze gorszy traktat gwarancyi r. 1768... Rzeczpospolita w sto- 
sunkacłi międzynarodowych stała się pośmiewiskiem, nicością. 
Wielki wezyr Ali pasza miał racyę, gdy pytał, wzruszając ramio- 
nami (1743): „Cóż mamy czynić z narodem, gdzie dla wyko- 
nania jakiejbądż rzeczy trzeba wprzódy trzydzieści tysięcy głów 
iiakryć jedną czapką?" ') 

To są wszystko rzeczy powszechnie znane. Nie zwrócono 
atoli dotąd uwagi na inny związek między liberum veto a to- 
kiem spraw wojskowo-politycznych, który jednak winien pamiętać 
każdy Polak, pragnący znać swoją przeszłość, i mający odwagę 
patrzeć prawdzie w oczy. Zrywanie sejmów brzmiało nieraz, jak 
salwa tryumfalna po zwycięstwie. W ten sposób szlachta wyna- 
gradzała trudy żołnierzowi, walczącemu w polu. Nagrodą za kam- 
panię wołoską r. 1595 i za pogrom Nalewajki (1596) był sejm, ze- 
psuty przez Stadnickich. Nagrodą dla Chodkiewicza za Kirchholm — 
sejm przedrokoszowy r. 1606 i sam rokosz. Nagrodą za poskromie- 
nie Ostranicy — czyn J. Lubomirskiego na sejmie r. 1639. Kogo 
stać było na Beresteczko, tego stać i na Sicińskiego (1651-2). Kto 
wśród potopu odparł Szwedów, Siedmiogrodzian, Moskwę — ten 
mógł sobie pozwolić na zerwanie w latach 1664-8 pięciu sejmów. 
Nagrodą dla Sobieskiego za Podhajce był sejm, zerwany w r. 1668; 
za chwałę wiedeńską — szereg zgromadzeń zepsutych pod ko- 
niec panowania Sobieskiego; za to, żeśmy cało wyszli z Wojny 
Północnej — siedem sejmów zerwanych pod koniec rządów 



') Askenazy, Dwa Stulecia, wyd. 2, I, 200. 



— 335 — 

Augusta ; za to, żeśmy nie utracili nic prócz honoru w przed- 
ostatniem bezkrólewiu, odwdzięczyła się szlachta Opatrzności, 
grzebiąc wszystkie sejmy po pacyfikacyi za Augusta III. 

Tak zwycięstwa i powodzenia rodziły lekkomyślny opty- 
mizm, z optymizmu rodziło się zaślepienie i warcholstwo. 



ROZDZIAŁ IV. 

Uwagi syntetyczne. Słaby wpływ wolności polsl<iej na zagranicę. Przeciwieństwa 
między Europą a Poisl\ą. O cześć imienia polskiego. Dokąd sięga paralelizm 
między Rzplitą a Zachodem? Veto a dissentimlento. Trybuni rzymscy a polscy. 
Przeoczona różnica i niewysnuty wniosek. Wzrost absolutyzmu naokoło. Anglia 
bez wpływu na Polskę. Jakie siły utrzymywały liberum veto w epoce rozkwitu? 
Rola możnowładztwa. Idea równości wobec zasady jednomyślności i majoryzmu. 
Konserwatyzm szlachecki. Stan bezwzględnej sytości. Veto a charakter narodowy 
Polaków. Infiltracya jednomyślności do kapituł. „Głos wolny" w wykładni Mi- 
ckiewicza i Słowackiego. Jaką wartość mają ich hypotezy? Głosy indywiduali- 
stów. Indywidualizm rozbija osobowość. Brak wybitnych mężów stanu w wieku 
XVII. Jednostka roztopiona w tłumie. Wpływ veto na entuzyazm rycerstwa i na 
uczuciowe zespolenie narodu. 

Bezwzględne rządy liberi veto trwały z górą 100 lat 
(1652 — 1764). Jest to przeciąg czasu tak długi, że dziwić si(j 
można cierpliwości narodu, który wytrzymał tyle zawodów, prze- 
cierpiał tyle klęsk politycznych, a nie zemścił się na ich spraw- 
cach ani jedną krwawą ofiarą. Polska, należąca od wieków do kul- 
tury zacliodniej, żyła przez wieki o miedzę z narodami, które wie-^ 
rzyły w te same świętości religijne, czytały te same księgi, upra- 
wiały te same sztuki, ale pod względem ustroju państwowego two- 
rzyły z nią jaskrawe przeciwieństwo. Dobry rząd ma siłę udzie- 
lającą się — a przecież ze wszystkich ulepszeń machiny admi- 
nistracyjnej, powstałych na zachodzie w ciągu XVI i XVII wieku^ 
do Polski nie przedostało się spółcześnie prawie nic. Wolność 
ma także siłę rozrodczą : doznała tego, zdaje się, sama Polska^ 
ilekroć pozostawała w bliższym kontakcie z Węgrami: za Lu- 
dwika Andegaweńskiego, za Kazimierza Jagiellończyka i jego 
synów. Doznały ziemie litewskie i ruskie zaraźliwego wpływu 
urządzeń wolnościowych polskich, a poddały mu się tem chętniej^ 



— 337 — 

że miały do czynienia z dynastyą, osłabioną już koncesyami na 
rzecz społeczeństwa w Koronie, 

Wszelako poza granicami Rzplitej, gdzie do przeszczepienia 
swobód publicznych nie mogło dojść bez niebezpiecznej walki 
z monarchizmem, wzór polski okazał się niedość silnym. Nie 
podziałał on ani w przybliżeniu tak podniecająco, jak z czasem 
przykład rewolucyjnej wolności francuskiej. Jeżeli pominąć słabe 
echa naszej jednomyślności i naszej władzy dozorczej z ramienia 
sejmu przy królu, odbijające się w Szwecyi pod koniec w. XVI, 
tudzież odgłosy gromadnych sejmików, jakie zanieśli tam wo- 
jownicy Karola XII, jeśli zostawić na uboczu pewne oddźwięki 
naszych swobód w sercach szlachty wschodnio-pruskiej za Wiel- 
kiego Elektora ^) i krótkotrwały sukces moralny Żółkiewskiego 
w Moskwie, pewien pociąg do sejmikowania oraz wypowiadania 
posłuszeństwa w kołach rosyjskiej oligarchii bojarskiej po Piotrze 
Wielkim ^), i jeszcze owe niepiękne zjazdy wrocławskie, odbywane 
viritim, z hałasem, morę polonica'^), jeżeli, powiadamy, pomi- 
nąć lub sprowadzić do należytej miary te sporadyczne wypadki, 
to okaże się pozatem, że nasze „klejnoty" i „źrenice", zwłaszcza 
te póz'niejsze, z czasów po Sicińskim, nie zachwyciły nikogo. 
Iskry, lecące z naszego ogniska, nie wznieciły nigdzie pożaru. 

Rzekłbyś, chiński mur stanął między wewnętrzną poli- 
tyką polską i zachodnio-europejską. Strzegła go obustronna po- 
garda wzajemna. „Wy, Polacy, wcale nie macie króla", powiadał 
jaki taki Francuz czy Niemiec. — Owszem, replikował Polonus, my 
króla mamy, ale was ma król. Od czasu „gdaczącego koguta", 



'i Niejaki Axel Stensson Leijonhuvud ułożył w latacti 1590 — 1600 projekt 
konstytucyi dla Szwecyi, według której na sejmie decydować miała „jedno- 
myślna zgoda" (enłiailige villja) stanów, wszystko miało się rozstrzygać „med 
en stamma" ; gwarancyą przed rozłamem miała być przysięga na solidarność. 
Autor przewidywał też, podobnie jak w Polsce, upominanie króla, podobną, lecz 
ściślejszą, kontrolę senatorską, dalej, wprowadzenie zasad nietykalności osobistej 
i majątkowej, sejmowanie przez posły, konfederacye — co wszystko razem wy- 
raźnie świadczyło o naśladowaniu wzorów polskich. Birgcr Lóvgrcn, Ett furfatt- 
ningsprojekt fran 1590-talet, Historisk Tidskrift 1913, 104-16. 

2) Malmstróm, Svcriges politiska historia 1718-72, t. I, 428-9. 

3) Jarochowski, Sprawa Kalksteina, 21 i passim. 

4) Geneza i ustanowienie Rady Nieustającej, 30. 

5) Ob. wyżej, str. 86. 

22 



I 



— 338 — 

Desportesa, niejedno uszczypliwe pióro folgowało sobie kosztem 
polskich porządków. Humanista francuski (rodem Szkot) Barclaius 
w „Icon animorum", mieszając fałsze z prawdą, szerzył o oby- 
czajach sarmackich uwłaczające wieści. Czech, Jan Hankon, potę- 
piał zwyrodniałą władzę trybuńską, co z dobrego początku 
przemieniła się w prawo złorzeczenia, szkodzenia sprawie pu- 
blicznej i zakłócania obrad. Bartłomiej Bertdorft, rodem z Audun, 
i Włoch Pacichello drwili z Polaków, że „giną swobodnie, kiedy 
i jak chcą". W podobnym tonie odzywali się jakiś Procopius 
Pancerinus i zapewne wielu innych ^). Przysłowia zachodnie w ro- 
dzaju : „Polonomm comitia sunt regum martyria", lub „Libertas 
pereundi" doprowadzały do srogiej pasyi miłośników ideału staro- 
polskiego i wywoływały repliki. Kochanowski dogryzał „Galio 
Crocitanti" (1574), Łukasz Opaliński gromił Barclay'a, Staro- 
wolski — Bogu ducha winnego Lansyusza, który zresztą daleki 
był od chęci poniżania Polaków. Ostatnią tego rodzaju odprawę 
ogłoszono w r. 1727 pod szumnym tytułem: „Domina Palatli, 
Regina Libertas". Niektóre z takich pism obrończych zmie- 
rzały nietyle do powściągnięcia obcych złośliwych języków, ile 
do umocnienia samych ludzi piszących i ich rodaków w starej 
wierze konstytucyjnej. Wszystkie, bądź co bądź, świadczyły 
o głębokim kontraście między polskiem i cudzoziemskiem ży- 
ciem publicznem. 

Kontrast ten przecież nie zawsze istniał, nie nagle się wy- 
tworzył, i nie na zawsze. Jeszcze przez cały wiek XVI występują 
na jaw punkty styczne między naszem sejmowaniem, a jego od- 
powiednikami na Zachodzie. Że n. p. instrukcye ziemskie były 
zjawiskiem powszechnem, to podniósł już Rembowski '^). Tylko, 
że w Anglii straciły one swój władny charakter jeszcze w Wie- 
kach Średnich ; gdzieindziej dotrwały razem z naszemi instruk- 
cyami aż do Wieku Oświeconego. Zagadnienie: większość czy 
jednomyślność? stało otworem w różnych krajach przez całe 
wieki. Anglicy, jak widzieliśmy, rozstrzygnęli je już około roku 
1300, Francuzi w wieku XIV, Niemcy — zależnie od sfery, w ja- 



') Przytaczamy wszystkich, oprócz Pacichella, za autorem pisma „Domina 
Palatii, Regina Libertas". 

2) Konfederacya i rokosz, cz. I, r. 9, 10, cz. 11, r. 11. 



- 339 - 

kiej odbywało się głosowanie, i od jego przedmiotu — pomiędzy 
wiekiem XIV i XVI. Hiszpanie, zależnie od dzielnicy, albo do- 
piero od czasów Filipa II (1592, w Aragonii), albo o parę wie- 
ków wcześniej (w Kastylii). Szwajcarzy w wieku XIV, cłiociaż 
nie bez odwrotu w stronę jednomyślności, kiedy chodziło o kwe- 
stye wyznaniowe albo skarbowo-wojskowe. Stany holenderskie 
i belgijskie borykały się z objawami partykularyzmu i zaścian- 
kowem „niepozwalam" jeszcze w wieku XVIII; Szwedzi uporząd- 
kowali swoje sejmy w duchu majorystycznym ostatecznie za Gu- 
stawa Adolfa, w momencie swego najszybszego rozrostu mocarstwo- 
wego. Dania i Norwegia dzieliły pewne objawy „choroby sejmowej** 
z Polską i Holandyą, dopóki ich sejmy nie stopniały w upałach 
absolutyzmu. Węgrzy nie uporali się z niezawisłością komitatów 
■aż do najnowszych czasów. Okazuje się zatem, że gdyby Polska 
za ostatnich Jagiellonów odrazu rozcięła zadzierzgujący się wę- 
zeł gordyjski, to wyprzedziłaby większą część narodów europej- 
skich. Ktoby chciał na upartego podciągać nasze rządy sejmo- 
wosejmikowe pod pojęcie federalizmu, ten znalazłby w zasadach 
jednomyślności oraz instrukcyi szeroki pomost wspólny między 
przeszłością naszą a różnymi momentami przeszłości innych na- 
rodów. 

Wszelka natomiast wspólność urywa się, odkąd z jedno- 
myślności wyrasta właściwe liberum veto, t. j. zrywanie obrad. 
Tu już ani papierowe protesty lordowskie, ani harde okrzyki nie- 
poskromionych Węgrów, nic mogą iść w paragon z orężem na- 
szych Sicińskich. Konkurencyę wytrzyma tylko dobitne aragoń- 
skie dissentimiento ; dlatego też pozwolimy sobie jeszcze raz ze- 
stawić równolegle te dziwne twory dziejowe z nad Ebro i z nad 
Wisły. 

Zarówno veto jak dissentimiento bywają stosowane w rozma- 
itym zakresie, od minimum do maximum : obalają wniosek albo 
szereg wniosków, to znów tamują obrady i zrywają zjazd. Dissen- 
timiento nawet działa czasem przez cały rok, dopóki go opo- 
nent nie cofnie. Oba te oręźe uderzają nietylko w jedną izbę, 
ale w całe zgromadzenie stanów; oba mogą działać w dowol- 
nym momencie. Ale co wolno w Aragonii posłom szlachty i miast, 
to wolno w Polsce tylko szlachcie. Nie słychać zato, aby dissen- 
timiento grasowało również na wyborach do Kortezów, lub wogóle 

22* 



— 340 — 

na innych zjazdach publicznych obok tych ostatnich. Nie są- 
dzimy też, aby sprawiało ono w życiu Aragonii oraz Katalonii 
takie spustoszenie jak u nas. Tak czy inaczej, podobieństwo tu 
jedyne w swoim rodzaju, i gdyby szlachta polsko-litewska 
więcej o niem wiedziała, to może zamyśliłaby się głęboko nad 
tern, czy wobec możliwego na tronie polskim Habsburga samO' 
rwanie sejmów byłoby dostateczną obroną wolności. Niestety, 
ani wiedza, ani bystrość kombinacyi wychowanków jezuickich 
XVII wieku nie sięgały za Pireneje. O dissentimiento słyszał coś 
A. M. Fredro, ^) ale był to umysł takiego pokroju, że gdyby ta- 
bliczka mnożenia musiała przenikać do Polski przez mózg kaszte- 
lana lwowskiego, uległaby zupełnemu zniekształceniu. Wogóle,. 
wobec całego świata spółczesnego, Polak z epoki Jana Sobie- 
skiego uważał siebie za istotę tak odrębną, że żadnych porównań, 
nie przyjmował, do żadnych nie aspirował. On znał, jako rów- 
nych sobie, tylko starożytnych Kwirytów; jego posłowie — to- 
byli tribuni plebis. Wpływ wychowawczy wyobrażeń o klasycznym 
Rzymie na szlachtę XVI wieku nie ulega wątpliwości ; ze względu 
na to warto zbadać, o ile uzasadnionem było owo drapowanie się 
posłów sejmowych w trybuńskie togi. 

Otóż intercesya trybunów dotykała z całkowitym skutkiem 
czynności najwyższych urzędników republiki (magistratus) i cen- 
zorów, uchwał, a nawet całych sesyi senatu, głównego organu poli- 
tyki ; działała 'przeciw wyborom, wiecom publicznym (contiones) 
i przeciw wnoszeniu propozycyi na zgromadzeniu ludowem. Kiedy 
liczba trybunów wziosła, wypadło rozstrzygnąć kwestyę, kto ma wy- 
stępować w imieniu ludu — ogół trybunów, względnie większość,, 
czy też wystarczy wdanie się jednostki. Przeważył pogląd skrajny, 
że nawet nieznaczna mniejszość całego grona może obezwładniać 
akty, podległe intercesyi. Skutkiem tego np. Tyberyusz Grakchus, 
dobroczyńca i przyjaciel ludu, okazał się bezsilnym przeciwko 
niecnemu Oktawiuszowi, Kto nie pozwalał, był silniejszy, niż ten, 
kto czegoś pozytywnie żądał. Daremnie senat, tknięty paraliżem, 
kładł żałobne szaty, groził użyciem resztki władzy, (senatuscon- 
sultum ultimum), t. j. odsądzeniem od funkcyi i aresztowaniem 



') Dzieje narodu polskiego pod Henrykiem Walezyuszem (Dziejopisowie 
krajowi), str. 47. 



— 341 — 

trybuna; daremnie usprawiedliwiał się przed narodem i ogłaszał, 
że lito przeszkadza, kto nie pozwala, ten działa wbrew interesom 
Rzplitej. Czasem udało się złożyć z urzędu szkodnika, albo wy- 
naleźć na niego jakiś kruczek prawny, w rodzaju polskiej kon- 
•demnaty. Wyuzdanie trybunów rosło przecież z każdem stuleciem. 

Wszystko to, jak widzimy, niezgorzej usprawiedliwiało 
przecłiwałkę polskiego kontusza, że pochodzi w prostej linii 
'Od rzymskiej togi. Rzym był do czasu wolny i potężny, Polska 
również. Zabrakło, niestety, klasykom naszym pilności do skon- 
statowania, że popierwsze, intercesya trybunów tłumiła tylko nie- 
bezpieczną dla ludu inicyatywę (rogatio), zawieszała niepożądane 
wybory, ale nigdy nie obalała gotowych uchwał ludowych (pLe- 
biscita) po głosowaniu, nigdy przeto w zasadzie nie była bronią 
samobójczą. Tymczasem liberum veto zabijało nie senat, nie kró- 
lewskość, nie potęgę hetmanów, kanclerzy, podskarbich — tych 
naszych niagistratus, — lecz właśnie same sejmy i sejmiki : try- 
bun zamykał usta reszcie trybunów. Powtóre, mimo sporadycz- 
nych ostrzeżeń, ogół nasz nie pamiętał tego, że nadużycie w prak- 
tyce władzy trybuńskiej doprowadziło z czasem Rzym do pod- 
dania się władzy silniejszej niż dyKtatura (nasza konfederacya), — 
władzy tryumwirów, której już niczyja intercesya nie mogła 
powciągać. ') Nadeszły takie czasy, kiedy Pompejusz i Cezar, 
podobnie jak nasz Potocki lub Czartoryski, zaczęli używać każdy 
swoich trybunów na zgubę przeciwnika i na śmierć demokracyi. 

Z tej analogii polsko- rzymskiej wypływał wniosek, zdawa- 
łoby się, jasny : że dla ocalenia wolności ludu przed taką czy 
inną formą ucisku trzeba wybrać zło mniejsze, poświęcić veto. 
Przodkowie nasi jednak rozumowali inaczej. Kto miał w XVII 
wieku oczy do patrzenia i uszy do słuchania, tego oślepiało 
i ogłuszało jedno złowrogie zjawisko, roztaczające się od słupów 
Herkulesa do Kaukazu, i od Neapolu do najdalszego Septen- 
tryonu. Nie było kraju, gdzieby monarchizm z Dożej łaski nie 

') Willcms, Le SOnat la Republiąue Romaine, II, 20i, 229, 242, 7G6 ; 
<niitor twierdzi, że trybun mógł przcszI<odzić mianowaniu dyktatora, ale nic 
mógł tamować obrad nad jego wnioskami. Innego zdania jest Madvig, Die 
Yerfassung und Ycrwaltung des Rómiscłien Staates, I, 466 sq. Bardzo cha- 
rakterystyczne są słowa Appiana: '■/" nutiU '/'<-//( f«'o(,- ś> y.M).vi»v ihiariÓTioo,; 

i Plutarchia : oi'")m' o« no/j.oi ■/.f.).njovrt,- nci(tiiivor6iv t.vitj.i.y^i(5Taf>ivuv. 



— 342 — 

zaprzysiągł zguby wolnościom stanowym. Majestas i Libertas 
walczyły ze sobą na wszystkich polach. Król uczył się od króla, 
jak uciskać naród ; monarchowie, rywalizując ze sobą i burząc 
sobie nawzajem poddanych, mimowoli użyczali jeden drugiemu 
wypróbowanych metod ujarzmiania, // Principe podawał w nie- 
pamięć / discorsL sulla prima deca di Tito Livlo. Zewsząd obijał 
się o ściany Rzplitej jęk tłumionej wolności. Za ścianą śląską gi- 
nęła wywłaszczona, więzieniem i gardłem karana szlachta czeska. 
Za Karpatami spadały z rusztowań głowy Zrinyi'ch, Nadasdy'ch^ 
Frangipanów. Za ścianą brandenburską Fryderyk Wilhelm II syste- 
matycznie gniótł zgromadzenia stanowe, ścinał Kalksteina, więził 
Rotha, przygotowywał grunt swemu wnukowi, który obwieści 
światu wszechmoc fiskalno-militarną korony w pamiętnych sło- 
wach : „Ich stabiliere die Souverainetdt und setze die Krone fest, 
wie einen rocher von bronce, i zmiażdży junkierskie ,,Niposwollam" I 
Za wschodnią rubieżą, jak i za południową, mołdawską, srożyła 
się jedna i ta sama „prawda woli monarszej". Na północy po mi- 
litarnych rządach ostatnich Wazów i po krótkiem odrodzeniu życia 
stanowego, Szwecya znów przebywała czterdziestoletnie zaćmienie 
wolności (1680 — 1720), wypracowując wzory autokratyzmu dla 
cara wszech Rosyi. Z dalszych krajów Dania pod koniec r. 1660 
dobrowolnie skwitowała z prawa obioru królów, a wnet potem 
(1661) dostała się pod rząd absolutnego monarchy. Niemcy do- 
starczały rekruta swym nieoświeconym despotom, którzy używali 
następnie wojsk albo na zaspokojenie własnej próżności, albo 
na ostateczne zduszenie wolności społecznej — albo sprzedawali 
je Anglikom za subsydya. Włochy, poza Wenecyą i Genuą, wysłu- 
giwały się drobnym tyranom i ich zbirom. Francya od r, 1614 
pożegnała się ze Stanami Generalnymi, wyczerpała siły arysto- 
kratyczne w buntach Rohana i towarzyszy przeciwko Richelieu'mu^ 
wyszumiała się we frondach, i cała wytresowana, grzeczna, dwo-^ 
rująca, pobiegła kłaniać się przed peruką królewską w takt pa- 
negiryczno-apologetycznej muzyki Bossueta. Hiszpania jeszcze 
przedtem zatarła w sobie ducha dawnych Kortezów, uklękła przed 
świętą Inkwizycyą. 

Czemże były wobec tej ekspansyi absolutyzmu, ogarnia- 
jącej ^^/go części Europy poza Polską, wyjątkowe oazy wolności,. 
Szwajcarya i Holandya? Prawda, Anglicy zmogli u siebie hydr^ 



— 343 - 

prerogatywy Stuartów, ale zmogli ją napewno nie przez powścią- 
gliwość rewolucyjną. Ich późniejszy monarchizm konstytucyjny nie 
był hasłem bojowem dla „okrągłych głów" w wieku XVII. Ta forma 
rządu wylała się z ognistej walki żywiołów skrajnych, tych samych, 
które walczyły wszędzie : majestatu i wolności. Liberalizm bry- 
tański XIX wieku wyrósł z korzeni radykalizmu republikańskiego 
Miltona, torysowski konserwatyzm wyprowadził swój ród z pa- 
tryarchalno-autokratycznych doktryn Filmera i Hobbesa. Ogół lu- 
dów europejskich utracił wolność polityczną nie dlatego, że ją 
ukochał zanadto, ale ponieważ ją cenił zbyt nisko. W możliwość 
trwałej monarchii konstytucyjnej nikt bodaj w wieku XVII nie wie- 
rzył. Nic dziwnego, że pod tym względem Anglia (pomijając już 
jej krwawe wojny rewolucyjne i despotyzm wojskowy Cromwella, 
oraz jej dysydenckie, niesympatyczne dla Polski zabarwienie), 
nie pociągała serc polskich, i uchodziła za kraj tylko pozornie wolny. 

Skoro zaś wiek XVII w ten sposób ujmował przeciwieństwo 
majestatu i wolności, skoro główny problemat polegał nie na 
tem, jaka wolność jest rozsądna, a jaka nie, lecz na tem, który 
żywioł zwycięży — wolność czy niewola, to jakiż wniosek wy- 
nikał dla Polaka z obserwacyi rzeczy europejskich ? Oto, z wy- 
jątkiem Węgrów, wszystkie niemal przytoczone ludy, przed ka- 
pitulacyą wobec panujących, przyjęły na się rządy większości, 
aby następnie z tego szczebla zstąpić na dno niewoli. Węgrów 
umiano wprawdzie przytaczać, jako ofiary powolnych obrad i nie- 
porządnych elekcyi : „uporządkowano" tedy w wiadomy sposób 
sejmy i elekcye, uspokojono się na temat Węgrów i utwierdzo- 
no się w przekonaniu, że im więcej swobody, tem dalszy de- 
spotyzm. 

Gdyby więc o utrzymaniu lub skasowaniu liberi veto roz- 
strzygały tylko pobudki intelektualne, to argumenty z indukcyi, 
przemawiające przeciw reformie, zagłuszyłyby przypuszczalnie 
argumenlacyę przeciwną. Tymczasem ideologia sama przez się 
nigdy w sprawach ustrojowych nie wyparowuje innej jdeologii. 
Na szali kładą się pobudki uczuciowe, nieraz uboczne, które po- 
średnio tylko wpływają na rozwój świadomości prawnej. Znamy 
szereg czynników, jakie uniemożliwiały rządy większości w okresie 
genezy liberi veto. Prawie wszystkie te same czynniki działają 
również w okresie jego rozkwitu. 



— 344 — 

Instrukcye w XVII wieku nie straciły nic ze swej impera- 
tywności; stracą dopiero za Augusta II, równocześnie z ukróce- 
niem życia sejmikowego przez ustawy z r. 1717. Zato znajdą 
posłowie inną podnietę do oporu i warcłiolstwa — w nakazacli 
stronniczycłi i podszeptacli magnateryi. 

Ucłiwały, dające się rozdrabniać w wykonaniu, trwają 
do końca wieku XVII i dłużej. 

Walk partyjnych, którym przyznaliśmy w pewnych grani- 
cach dodatni wpływ na wykluwanie się majoryzmu, pełno przez 
cały ten okres (1650—1750). Cóż kiedy zamiast partyi ścierają 
się fakcye magnackie, albo gorzej — koterye zależne od zagranicy! 
Fakcye takie dążą do zupełnego starcia w proch, a nie do podpo- 
rządkowania sobie przeciwników: interesują się one nie tem, gdzie 
większość lub mniejszość, i jak uregulować stosunki liczebne, 
lecz tem, jak zgwałcić doraźnie mniemanego wroga ojczyzny, 

Władza monarsza miewa chwilami pozory wzmożonej siły. 
Tak urósł w powagę Jan Kazimierz po odparciu Szwedów, So- 
bieski po Wiedniu, August z łaski rosyjskiej po Połtawie, zwła- 
szcza na tle bezczynności sejmów. Ale to są tylko pozory. Egze- 
kutywa królewska straciła znów dużo — w ręce ministrów-ma- 
gnatów. 

Na ten to ostatni czynnik, na rolę arystokracyi polskiej 
w stosunku do liberi veto, musimy tutaj zwrócić szczególną 
uwagę. „Niepozwalam" i oligarchia kwitnęły i ginęły razem, od 
od pierwszej połowy wieku XVII do drugiej połowy XVIII, i ta 
równoległość nie jest przypadkowa. Pamiętamy związek, jaki za- 
chodzi między niwelacyą społeczną a sposobami stanowienia 
uchwał ^). Tylko ludzie, uznający siebie za równych, pozwalają, 
aby ich „puszczano per vota". A tu właśnie od czasu Unii Lu- 
belskiej zaroił się sejm polski od karmazynów : Ostrogskich, Zba- 
raskich, Chodkiewiczów, Paców, Radziwiłłów, Sapiehów, San- 
guszków, Wiśniowieckich, anektowanych lub naturalizowanych 
w Polsce przez zakupno dóbr, albo poprostu przybyłych do 
wspólnej Izby z dalekiego księstwa, a obok nich koroniarzy 
rozrosłych przez nabytki ziemskie na Wołyniu i w Kijowszczyźnie 
— Lubomirskich, Potockich, Lanckorońskich, Koniecpolskich, Sie- 



1) Ob. wyżej, str. 29. 



— 345 — 

niawskich. Na Litwie i na Rusi przez recepcyę polskich urządzeń 
sejmikowych wraz z ideą równości szlacheckiej, rażąca nierówność 
społeczna została wtłoczona w formy demokratyczne"). Drobiazg 
nauczył się mówić wobec wielkicli panów rady wielkoksiążęcej, 
źe szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie. Panowie nie prze- 
czyli, tylko wynajmowali sobie narzędzia i zapomocą nich trzęśli 
sejmikami. Potrosze stosunek protekcyjny między potentatem 
litewskim a jego klientelą zaczął zakażać stosunki koronne. 
Wnet każdy Siciński znalazł swego Radziwiłła, każdy Żaboklicki — 
Lubomirskiego, każdy Dąbrowski — Sapiehę. Veto w ustach 
pierwszego lepszego szlachetki nabierało stentorowej mocy, jeżeli 
je inspirował królik kresowy. Veto tryumfowało dzięki magnatom, 
oni tryumfowali dzięki niemu. A ponieważ panowie zagarnęli 
wszystkie ministerya, więc cały ciężar laski, buławy, kluczów, 
pieczęci dodawał wagi zrywaczom. Około ^4 wszystkich uda- 
remnionych sejmów zawdzięcza swój los niezadowolonym mini- 
strom, w szczególności więcej jak połowa — hetmanom. 

Szlachta, coprawda, była innego zdania. Ona na samą myśl, 
że sejm mógłby uchwalić coś „mimo konsens i protestacye dru- 
gich", apelowała do idei równości. Przegłosowywać, narzucać 
uchwały mniejszościom, to znaczy dawać jednym „prerogatywę 
większą nad drugich". Cóż począć z takiem rozumowaniem? 
Czy świadczy ono, że „ta zasada równości... to geneza zasady 
jednomyślności, a zatem i zarodek liberum veto"?^) Żadną miarą. 
Raz już, z powodu niby zerwanej, a jednak utrzymanej konwo- 
kacyi r. 1696, zaznaczyliśmy, że z kłamliwych frazesów nie mo- 
żna wnioskować o przekonaniach prawnych kłamcy. Zasady ety- 
czne i prawne czerpią siłę z głębokiego, szczerego odczucia, 
<i nie konwencyonalnych fałszów, którymi egoizm próbuje otu- 
manić sumienie człowiecze. Takim to właśnie konwencyonalnym 
fałszem była gadanina o niezgodności pluralltatis z równością. 
Przeciwnie, każdy członek izby, któremu kontradycent zamknął 
usta, musiał czuć swoją mizerną niższość^). 

^) Zauważył to już Lubawskij, Litowsko-russkij sejm, 849. 

2) Jak mniema prof. Sobieski, Pamiętny Sejm, 55. 

3) Rotteck, Lehrbuch des Yernunftsrechts und der Staatswissenschaften, 
I, 289, miał na myśli takie fałsze, gdy pisał: „Es ist tlióriclit von Gleiclilieit 
der Stimmen zu spreclien, wenn man den verneinenden ein grosseres Gcwiciit 



- 346 — 

Nad pełnobrzmiącem, doskonałem veto roztoczył wreszcie 
czułą opiekę jeszcze jeden potężny czynnik — konserwatyznt 
szlacliecki. Gdyby nie on, trudnoby było przecież wyobrazić so- 
bie, jak mógł naród wśród tylu wstrząśnień domowycłi, przez 
tyle burz kozackich, moskiewskich, szwedzkich, tureckich, nie 
natrafić na ścieżkę, prowadzącą do wyjścia z trzęsawiska obłę- 
dnej wolności, — jak mogła zwłaszcza zgasnąć zbawienna inicya- 
tywa doradców Jana Kazimierza, Akcenty zachowawcze i nawet 
zacofańcze przebijały w aktach publicznych od wieków. Niejeden 
dobry pomysł ginął, podcięty bronią, którą Bentham nazywa 
„uniwersalnem yeto", albo też „argumentem w chińskim guście"'). 
Co nie ma precedensu, czego przodkowie nie wypróbowali, je- 
dnem słowem, wszystko, co nowe, jest złe i kwalifikuje się do 
odrzucenia. Anglik zastrzegł się jeszcze w Wielkiej Karcie przed 
nowym, nadzwyczajnym poborem, ale we własnem prawodawstwie 
samorzutnem nie uprawiał „kultu przodków". Polak wymawiał 
sobie nowe instytucye (1454), nowe konstytuc>e (1505, 1538)„ 
nowe korektury (1536). Nawet nasi postępowcy z czasów Zyg- 
munta Augusta, naszpikowani nowinkami genewskiemi, woleli gło- 
sić egzekucyę praw istniejących, niż tworzenie nowych. A im więcej 
zagarniała wolność szlachecka, im więcej miała do stracenia, ten* 
niechętniej usposabiała się wobec wszelkich nowości. Nareszcie 
doszło do istnego fanatyzmu konserwatywnego. Szlachta do- 
brzyńska podyktowała swym posłom na sejm r. 1699 niezrównany 
artykuł: „Także obligujemy ichmciów panów posłów naszych,, 
aby super novltates ullas, któreby sprzeciwne były prawu pospo- 
litemu, nie pozwalali, w czem fide et honore obstringimus ich- 
mciów panów posłów, gdyż wszelkie novitates zawsze quod no~ 
vum przynoszą Rzeczypospolitej". To już jest chyba szczyt kon- 
serwatyzmu : myśl kręci się w kółko, goni sama siebie, orzecze- 
nie nie dodaje nic nowego, czegoby nie było w podmiocie! Tak 
przemawiać może tylko klasa społeczna bezwzględnie nasycona,, 
która drży przed najmniejszem naruszeniem swego stanu posia- 



als den bejahenden beimisst, und von Freiheit, wenn man den Willen voii 
99 Mitgliedern durch den hundertsten zernichten lasst". 

') La tactique des assemblees legislatives, przekł. z ang. (1816), część 
II, r. 2 i 3 



— 347 — 

dania, nie chce czuć, ani myśleć, ani działać, aby nie odczuć, 
nie wymyślić, nie zdziałać nic nowego. To społeczeństwo nie 
widzi już przed sobą żadnego zwycięstwa ni zdobyczy, nie sta- 
wia niczego na kartę, byle nic nie uronić, byle funkcyonował 
folwark i sąd ziemski, byle odrabiał swoje chłop, byle Wisła 
spławiała ku Żuławom ładowne szkuty ze zbożem, i byle mnożył 
się herbowny ród we wnuki i prawnuki. Woła głosem smoka 
wagnerowskiego : „Ich lieg' und besitze — Lasst mich schlafen !" 
Rozkoszuje się swoją pupillą libertatis, jak przedtem rozkoszo- 
wała się sejmem, trybunałem, elekcyą. Póki król i senat współ- 
zawodniczyli o wpływ z izbą poselską, ona nazywała się źrenicą. 
Za panowania Wazów źrenicą się stała zagrożona elekcya ; kiedy 
i to niebezpieczeństwo minęło, epitet źrenicy przenosi się na veto. 

„Głos wolny" wrasta w ciało i krew, przenika w ducha 
narodowego Polski. 

Po długiem dopiero wahaniu wymówiliśmy to wielkie i ta- 
jemnicze imię. Ktoby przeniknął tę tajemnicę, ktoby zmierzył 
natężenie drgnień psychicznych i przedstawił wzajemne ich sko- 
jarzenia, ten wiedziałby wszystko i o przyczynach naszego upadku 
i o widokach wskrzeszenia. Raz już wypadło się zbliżyć do psy- 
chologii izby poselskiej, ale uczyniło się to mimochodem. Nie- 
pilno nam było pisać, zwłaszcza krytycznie, o charakterze naro- 
dowym polskim, czyli „gmerać we wnętrznościach matki" — jakby 
powiedzieli nasi praojcowie. Zupełnie jednak wyminąć tego za- 
gadnienia, gdy mowa o „głosie wolnym", niepodobna. 

Kasper Saldem, poseł rosyjski w Polsce za Stanisława Au- 
gusta, nazwał veto wrodzonem prawem i najbardziej swoistą 
atrybucyą Polaka. Jeżeli przez ideę wrodzoną rozumieć pewną 
niezmienną dyspozycyę myślową, powtarzającą się z pokolenia 
w pokolenie, to uogólnienie Salderna okaże się nadzwyczaj tra- 
fneni. Chcąc stwierdzić jej aprioryczną obecność w umysłach 
szlachty bez względu na typ zgromadzenia, w jakiem zdarzało 
się głosować, zajrzyjmy na posiedzenia kapituł. 

W Wiekach Średnich, jak już raz zaznaczono, regułą była 
w kapitułach większość głosów, jakkolwiek zdarzały się fakty- 
cznie też uchwały jednomyślne. W czasach nieco nowszych ka- 
pituła gnieźnieńska stosuje na wyborach większość absolutną, 
w innych decyzyach — względną, i tylko do wyznaczenia koad- 



— 348 — 

jutora, w razie choroby umysłowej biskupa, żąda się tam większo- 
ści kwalifikowanej ^ 3 głosów. Kto milczy, ucliodzi za przyzwa- 
lającego. Protesty zdarzają się, ale same przez się nie odnoszą 
skutku. Dopiero jeżeli mniejszość dowiedzie, że ma słuszność, 
władza zwierzchnia może skasować uchwałę^). To był porządek 
klasyczny, powstały niezależnie od sugestyi ubocznych, zgodny 
ze zwyczajami Europy Zachodniej. Wszakże od początku ery 
nowożytnej, równolegle z ograniczeniem dostępu dc kapituł pier- 
wiastku plebejskiego, a równocześnie z wielkim rozwojem sejmów 
i sejmików, kapituły nasze zaczynają nasiąkać specyalnym duchem 
sarmackim. W wieku zygmuntowskim nikt nie śmie przeczyć, że 
większość głosów wystarcza w stanowieniu wszelkiego rodzaju 
uchwał: statutów, dekretów, wyborów. Świadczą o tern niedwu- 
znaczne przykłady z czasów biskupów kujawskich : Krzesława 
z Kurozwęk (1500), Piotra Gamrata (1541), Mikołaja Rozra- 
żewskiego (1599) i jeszcze za Mikołaja Gniewosza (1652)-). Cza- 
sami zamiast wyrazu pluralitas lub /7za/or/7ar5 nasunie się mniej 
jasny: sanior pars^). Obok tego jednak mnożą się, zwłaszcza 
po pierwszem bezkrólewiu, iście sejmikowe frazesy w rodzaju 
unanimi voto lub t. p.^). Wreszcie w r. 1721 pierwszy raz trafia 
do statutów kapituły włocławskiej wyraźne obostrzenie, żeby 
administrator pewnych dóbr działał za jednomyślną zgodą kano- 
ników, a tylko w razie nieszczęścia publicznego — za zgodą 
większości ^). Zaś biskup Antoni Ostrowski w ordynacyi z roku 
1760 najformalniej zachęca poszczególnych kanoników do wyła- 
mywania się z pod woli większości, do protestowania i apelacyi '^). 
W ten sposób skłonności autokratyczne „superiora" szły ręka 
w rękę z nałogiem wiecowym szlachcica polskiego, który wszę- 
dzie i zawsze, w kontuszu czy sutannie, podgolony czy z ton- 



1) Korytkowski, Prałaci i kanonicy katedry metrop. gnieźnieńskiej, 330. 

2) Chodyński i Fijałek, Statuty kapituły katedralnej włocławskiej, LX, 
LXX, 8, 93, 252. Motyw biskupa Krzesława: „quod (consilium) in pluralitate 
Yotorum sanius praeberi consuevit". 

3) Ibidem, CLXXX1. 

4) Ibidem, przykłady z lat 1473 str. 132, 1514 — str. CLXXXIIII, 1516 — 
str. 139, 1545 - str. 165, 1549 — str. 74, 1472-5 - str. 168-70 etc. 

5) Ibidem, 119. 

6) Ibidem, 268. 



— 349 — 

surą, brzydził się majoryzacyą. Jakkolwiek to zechcemy tłóma- 
czyć, naśladownictwem czy też wrodzoną skłonnością, dość, że 
unanimitas i veto zrosły się z cłiarakterem narodov/ym. 

Nie rezygnujmy więc zawczasu z nadziei, że uda się coś 
dorzucić do naszej samowiedzy narodowej, zwłaszcza gdy inni 
poruszają ten temat śmiało i rozgłaszają sądy, wobec którycli 
musimy zająć określone stanowisko. Może część naszych spo- 
strzeżeń wytrzyma krytykę i przyda się przyszłemu historykowi 
duszy polskiej, 

Najśmielej pisali o duchu narodowym przedstawiciele tego 
pokolenia, które kazało „mieć serce i patrzeć w serce" — ro- 
mantycy. 

Mickiewicz w wykładacłi o „Literaturze słowiańskiej" ^) tłó- 
maczył veto, jako wynik prasłowiańskiej zasady jednomyślności, 
wspólnej rzekomo gminom polskim, czeskim i ruskim, lecz wy- 
krzywionej pod wpływem pojęć rzymskich (o trybunach). W prze- 
ciwieństwie do teoryi filozoficznych o przelaniu władzy przez 
umowę pierwotną na dynastyę lub na większość, według wyobra- 
żeń polskich „każdy człowiek, będący cząstką całości politycznej, 
nie przestaje nigdy praw swoich używać, wolen jest zawsze 
wyjść ze społeczeństwa : jest to wolność osobista, posunięta do 
najdalszego kresu.' Wolność tę może on podczas obrad poświęcić 
rzeczy publicznej, ale także ma moc zawsze ją zachować; jest 
to stan, wymagający po obywatelu tej ciągłej ofiary, jakiej religia 
wymaga podobnież po sumieniu chrześcijanina. Polak uważa się 
być podległym społeczeństwu nie dlatego, że go tu wpisali 
przodkowie, ale że sam je poślubił, jako najsprawiedliwsze, naj- 
lepsze i najpiękniejsze; przyznaje też sobie prawo nietylko je 
opuścić, ale wstrzymać, gdyby widział, że schodzi na błędną drogę, 
rozmija się z właściwym mu celem. — Pojęcia te są logiczne, 
logiczniejsze od owych, na których filozofowie, legitymiści i de- 
mokraci gruntują budowy społeczeństw. Istotnie, jeśli niesłuszna 
jest żądać, żeby człowiek poddawał się ślepo cudzej woli, z dru- 
giej strony niektórzy bardzo wygórowani publicyści demokra- 
tyczni dostrzegają już, że zdanie większości nie może być pra- 
wem absolutnem, że błędnie jest mniemać, aby większość jakiego- 



') Wyd. poznańskie r. 1865, II, 43-4. 



— 350 - 

Itolwiek kraju albo stowarzyszenia posiadała wiadomość po- 
wszechną, światło najwyższe. Konstytucya polska przyznawała 
pojedynczym członkom społeczeństwa niezmierne prawa, ale też 
wkładała na nich obowiązki niezmierne, wymagała po nich cnót 
nadzwyczajnych. To tłómaczy nam, dlaczego uczeni, biskupi, 
senatorowie polscy, a nawet Rej w swojem Zwierciadle, uważali 
zawsze sejmy i wszelkie obrady polityczne, jakby jakiś obrządek 
religijnej ofiary, zalecali przystępować do tych aktów z oczysz- 
■czonem sumieniem, z zebranym i wzniesionym duchem : każdy 
poseł, każdy nawet szlachcic, według myśli ustawy narodowej, 
raiał na sobie charakter niejakiego kapłaństwa. — ■ Skoro więc 
wzniosłych cnót zabrakło, skoro ludność ustała w udoskonalaniu 
się moralnem, społeczeństwo takie musiało zatrzymać się i upaść". 

Jeszcze górniejsze dytyramby wyśpiewał o ideałach staro- 
polskich Słowacki. 

„Złota wolność — pisał Republikanin z Ducha do ks. Adama 
Czartoryskiego (1846) i) — była duchową w pierwotnem pojęciu, 
■a stąd pozbawiona tej obrzydliwości, która na dzisiejsze cielesne 
komunizmy i purpurowe demokracye upada. Szło tam o rząd, 
w którymby duch wyższy nie służył niższemu..., nie zaś o po- 
stawienie cielesne wszystkich pod jedną miarą, podiug średniej 
ludzkiej urody zrobioną, do której niedorosłych żadna ludzka 
siła nie dociągnie... a wyższych — chyba ucięciem głów — 
-zrównać i przystosować potrafi. O równości więc cielesnej mowy 
nawet nie było... starano się jedynie o wolność jak największą 
w formach Rządu... tak... aby rosnący w piękność Duch nie miał 
żadnej przeszkody. — Jakoż wkrótce dusze się niektóre — 
choć w nieurzędniczych ciałach — do swojej wielkości poczuły 
i z krajem się całym zrównały". „Polska na takiej ducha była 
drodze. Polska przy celu takim była świętym!"-). — „Chodziło 
o zbudowanie kraju na wolności Ducha ludzkiego, z zastrzeże- 
niem wolności dla wszystkich świętych z ducha zaprzeczeń, 
a ktiira bez zgody duchów trwać w żaden sposób nie mogła. — 
O świętą duchową wolność chodziło ojcom naszym, o formę 
Rządu... która w przywidzeniu bożem musi koniecznie nastąpić 



') Pisma, Warszawa 1908, VI, 63. 

2) Te słowa wzięte z ust obrońcy „Samuela Zborowsiiiego", tamże 181. 



— 351 — 

i być uczynioną przez narody. Prawo położyli, jakby z oczeki- 
waniem na przyjście Chrystusa. Bo oto Chrystus, przyszedłszy, 
w starożytnej ojców naszych ojczyźnie, choćby się był w naj- 
niższym na ziemi obywatelu urodził, podług praw ojczyzny po- 
łożyć mógł veto swoje święte przeciw Herodowi !... A niedotrwanie 
w tym Duchu świętym obaliło ojczyznę starożytną. Albowiem 
Duchy... które pojmą najwyższą myśl Bożą i podług tej myśli 
rozpoczną świętą postępu budowę, a dla trudności pracy od 
myśli Bożej odstąpią..., zgruchotane są pod ruiną niedokończonej 
budowy" '). 

Że takim zadaniom nie sprostała Rzplita, że się cofnęła 
później do poziomych ideałów wolności zachodnio-europejskiej, 
zato reformatorom obniżycielom wygłosił potępienie poeta. Azali 
^słusznie? 

Co sądzić wogóle o słowach obu wieszczów? Czy mamy tu 
•do czynienia z czystą fantazyą, czy może i z pewną dozą rze- 
czywistości ? 

Zasadniczo nie można odmówić geniuszowi poetyckiemu 
najbliższego prawa do przemawiania w imieniu ducha narodo- 
wego. Do cech geniuszu należy maksymalna zdolność historyczno- 
charakterologiczna, t. j. zdolność do odtwarzania w sobie prze- 
być i skłonności duchowych setek, tysięcy przodków. Na każdego 
z nas składała się cała piramida żywotów ludzkich, oczywiście przy 
współdziałaniu ubocznych wpływów wychowawczych. Wielki poeta 
lub myśliciel, podobnie jak i wielki historyk (ten ostatni, rzecz 
prosta, nie w znaczeniu wielkiego erudyta) miewa ten zasób 
potencyalny w najwyższym stopniu ^). Wszystko jednak, co wy- 
czyta z głębi własnej świadomości, ma dla wiedzy wartość tym- 
czasową, dopóki wyniku nie potwierdzą fakty, a traci wszelką 
wartość, jak tylko fakty wynikowi temu zaprzeczą. 

Mickiewicz o tyle trafił w intencye twórców ustroju staro- 
polskiego, że wybitniejsze umysły szlacheckie istotnie chciały 
traktować głosowanie senatorskie, poselskie i nawet sejmikowe, 
jako funkcyę społeczną, a nie jako obronę egoistycznego inte- 
resu jednostki. Dlatego to Modrzewski żądał, aby ogół bezro- 



') Do Emigracyi o potrzebie Idei, tamże, 73. 
2| Simmel, Zagadnienia filozofii dziejów, 35. 



- 352 — 

zumnych członków ustępował rozumnej głowie, Fredro ujmował 
się za prawami rozumniejszej i cnotliwszej mniejszości, a Ko- 
narski także rozważał nietyle prawo do* szczęścia, ile kompeten- 
cyę do myślenia za cały ogół — po stronie mniejszości oraz 
większości. Lecz między tą zasadą a realnemi pobudkami tłu- 
mów rozciągała się przepaść. Ustrój, który w teoryi zbudowana 
na entuzyazmie, trzymał się w praktyce na zaprzeczeniu entu- 
zyazmu. Ktokolwiekby naprawdę dbał przedewszystkiem o swój 
udział w rozstrzyganiu spraw publicznych, a nie o nietykalność 
swej kieszeni, śpictirza i piwnicy, ten nie pozwalałby lada krzy- 
kaczowi zamykać ust całemu zgromadzeniu i zwalczałby liberum 
veto. Ideały wygórowane, niezdolne do poruszenia w najmniej- 
szej mierze serca i woli, są bez wartości, a jeżeli sprzeciwiają 
się na dobitkę czynom, to demoralizują charakter. Mniej zaś 
jeszcze mamy do powiedzenia o sposobie tworzenia ucłiwał zbio- 
rowych, prekonizowanym przez Słowackiego. Żeby wyższy duch> 
wyższa myśl, wyższa zasada porywały za sobą czynniki niższe, o tem 
nietylko ogół nie marzył — nawet w chwilach najszczytniejszego 
entuzyazmu ; wręcz przeciwnie, tysiące natchnień, porywów, poświę- 
ceń na dźwięk straszliwych słów „protestuję", ,,sisto activitatem" — 
opadało w bagno powszedniej wegetacyi. Veto, które „od anioła 
iść powinno, jako veto ducha, a gdy od ciała jest, szaleństwem- 
jest i ziemi ohydą", nigdy, jak Polska Polską, nie poszło od 
anioła ^). Z prawdziwem też zadowoleniem możemy stwierdzić, że 
dziejopisowie romantycznego pokolenia : Lelewel, Moraczewski 2)^. 



') Rezydent brandenburski Werner pisał 17 marca 1690 r. : „Das Pro- 
testieren und Reissen des Reichstages, welches vordem nur in extrema neces- 
sitate geschahe, wird nunmehro so gemełn, dass jedermann damit zu bravieren... 
Wer am fertigsten in der Unbestandigheit st, wird vor den besten Galanthorn- 
me gehalten" (Teki Lukasa, Ms. Ossol.h 

2) Dzieje Rzeczypospolitej Polskiej, VIII, 113: „Nie liberum veto, lubo 
samo przez się niedorzeczne, ale podłość za nie się kryjąca, która z byle czego 
umie sobie robić zasłonę i wytrych złodziejski, w nie się opatrzywszy, pędziła 
naród polski z drugiemi po drogacłi nieprawości". Z tak ogólnem zdaniem tru- 
dno oczywiście polemizować, chociaż Konarski ze swego stanowiska słusznie 
piętnował wadę ustrojową, jako główne źródło zła, kładąc demoralizacyę na 
drugim planie. Cenniejszem jest spostrzeżenie M., że „przez dążenie do zgody 
przesadzone otworzono dopiero wrpta najwyższej niezgodzie" (112). Myli się. 



— 353 — 

Koronowicz, Schmitt, nie pokusili się o dotrzymanie lotu współ- 
czesnym-poetom. 

Dopiero pośród wnuków tamtej generacyi ozwaly się głosy, 
niepozbawione oddźwięku sympatycznego dla „wolnego niepo- 
zwalam". Głosiciele praw jednostki zaczęli w ostatnicłi czasacłi 
reliabilitować jakąś zasadniczą istotę liberi vcto. Świętochiowski') 
wróżył powszechine uszczęśliwienie „wtedy, kiedy nasze prakty- 
cznie niedorzeczne i zgubne, ale w swej czystej idei wspaniałe 
liberum veto odżyje w rdzeniu ustrojów społecznych, jako za- 
sada, uwzględniająca prawa najmniejszej mniejszości — czyli 
jedtiostki". Ujmował się za tą ideą Wincenty Lutosławski-); z po- 
dziwem czytał i rozmyślał o niej Lew Tołstoj. Hasła: indywi- 
dualizm, indywidualność, swoistość, osobowość, jednostka, nabrały 
dziwnie szlacłietnego brzmienia. A ponieważ liberum veto — 
jak przyznawał jego wróg, Henryk Struve^), — było wyrazem „na- 
szego bezwzględnego indywidualizmu, przeto indywidualiści, wy- 
znawcy absolutnej i jedynej wartości jednostki, poczuli w sobie 
cześć dla „wolnego niepozwalam". 

W tę plątaninę pojęć trzebaż raz wreszcie ciąć ostrzem ści- 
słej krytyki, aby odsłonić prawdziwy związek między rwaniem 
sejmów a wzrostem jednostki. Cłicąc sprawdzić, czy głos wolny 
podnosił, czy też poniżał ductia polskiego, odróżniać trzeba jak 
najbezwzględniej indywidualizm i osobowość (= indywidualność). 
Pierwszy wyraz znaczy tyle, co rozbicie na jednostki. W tym 
sensie mówiliśmy o indywidualizmie ziemskim w stosunku do 
całego kraju, o indywidualizacyi wewnątrz sejmiku, kiedy poje- 
dynczy obywatel lub poseł przeciwstawiał swoje j a reszcie zgro- 
madzenia albo reszcie delegacyi wojewódzkiej. „Indywidualny", 
jak wiadomo, znaczy dosłownie tyle, co niepodzielny (greckie a t o- 
m o s). Indywidualizm przeciwnie prowadził do coraz dalszej po- 
dzielności grup społecznych), doszedł do jednostki człowieczej 



zato nasz historyk, gdy wyobraża sobie rządy i<róla z senatem, jako receptę, 
która byłaby możliwą za Jana Kazimierza, gdyby nie sobkostwo szlachty i brak 
jędrności obyczajów. 

') Przedmowa do polskiego przekładu „Prawa mniejszości' Jeiiinka. 

2) Ueber die Grundvoraussetznngcn und Consequcnzen der individuali- 
stischen Weltanschauung, Helsingfors 189H, str. 47, 62. 

3) Anarchizm ducha u obcych i u nas, 63. 

23 



— 354 — 

i nie zatrzymał się nawet tutaj. Jeżeli bowiem przez niepodziel- 
ność w człowieku rozumiemy charakter zwarty, ciągły, spoisty, 
zawsze zgodny z samym sobą, i jeżeli tylko taki charakter za- 
sługuje na nazwę silnej osobowości, to cała historya na- 
szego sejmowania ilustruje wiekuiste przeciwieństwo polskiego 
indywidualizmu z indywidualnością. Ani siła, ani konsekwencya 
wewnętrzna jednostki nie mogła się ostać w tym hałaśliwym 
odmęcie sejmikowym. Wszędzie gdzieindziej, w Anglii czy Ho- 
landyi, Szwecyi lub Szwajcaryi, gdziekolwiek naród radził o swych 
sprawach, mógł człowiek zdolny, ambitny rozwinąć skrzydła 
i szybować wysoko, mógł propagować swe myśli, dyktować 
swą twórczą wolę — u nas był on z góry skazany na ostracyzm 
najmarniejszych żywiołów, na zamknięcie ust, na usłyszenie od- 
powiedzi: „Gardłuj zdrów— nas tysiąca nie przekonasz, bośmy 
wolni, bo za nasze wolne głosy sprawiać się nie powinniśmy ni- 
komu, bo — nie pozwalamy!" 

Wielcy ludzie w historyi przewyższają ogół nietylko we- 
wnętrznem napięciem myśli, czucia lub woli, ale też wpływem, 
wywieranym na otoczenie. Ich wielkość jest objawem społecznym, 
a nietylko psychicznym. Nam, przy dominującym temperamen- 
cie sarigwinicznym, łatwo zapalnym i łatwo stygnącym, trzeba 
było wielkich przywódców bardziej niż gdzieindziej. Trzeba było 
wychować i wyzyskać natury choleryczne, pełne rozpędu i nieu- 
giętej energii. Jakoż nasz wiek XVII miał wielkich hetmanów, bo 
ci mogli jeszcze rozkazywać, dźwigać odpowiedzialność za kro- 
cie podwładnych. Ale gdzież to ówcześni i późniejsi, aż do epoki 
Czartoryskich, wielcy nasi mężowie stanu ? Wszyscy na miarę 
krawca, nie Fidyasza ! Bo dusza polska nie rosła, gdy nie mo- 
gła przezwyciężyć gromady inaczej, jak terrorem, przekupstwem 
albo pochlebstwem. Przytem rosnąć nie mogła, kiedy na każdym 
kroku musiała przeczyć samej sobie, płaszczyć się do wspólnego 
strychulca. Gdzie rządzi od wieków większość, jak w Anglii, tam 
obywatel, pozostający w mniejszości, mówi sobie i innym; „dzi- 
siaj przegłosowano mnie, ja pozostaję przy swojem zdaniu, roz- 
winę agitacyę, i z czasem wywalczę sobie większość". W Polsce 
szczery patryota nie mógł tak myśleć: dla niego jedyną drogą 
do zbawienia ojczyzny było milczeć albo udawać jednomyślność, 
roztapiać się w tłumie, rozpylać swoją osobowość na momen- 



— 355 — 

talne atomy. „Rozum wszystkich, mnóstwa, — uczył swego „do- 
brego obywatela" pan Kasper Siemek^) — jest inny wcale od 
rozumu pojedynczych ludzi : w mnóstwie jest zawsze rozum pra- 
wie boski (divinum ingenium), a im większe mnóstwo, tem i jego 
więcej. A oprócz tego rady publiczne nie na to są ustanowione, 
żeby coś robiły, ale i na to, żeby wstrzymywały zapędy mędr- 
szych i dzielniejszycłi, którzy siłą swoją i zapałem mogliby wszy- 
stkich porwać do trudnych przedsięwzięć". Prawda, brzemienna 
w przedziwne skutki ! Stało się mocą szczególnej ironii dziejo- 
wej, źe instytucya wolnego głosu, wyhodowana przez uczniów 
humanizmu i reformacyi, przez ludzi takiego pokroju i rozmachu, 
jak Samuel Zborowski, Stanisław Stadnicki, co wyzywali na bój 
wszystkie władze Rzplitej, instytucya, co miała ziścić bezgrani- 
czną potęgę jednostki i pasować każdego rycerza na Zawiszę 
Czarnego do walki samotrzeć za naród cały, — ta instytucya 
w nadmiarze ciepłej, rozlazłej swawoli roztopiła siły prężne ma- 
gnackie i szlacheckie, odebrała wszelką możność przekształcania 
cudzej myśli i łamania cudzej woli, i przez, to ogołociła społe- 
czeństwo w czasach złotej wolności z ludzi prawdziwie wybitnych. 
Ona była trucizną na indywidualność! 

To brzmi jak paradoks — ale chyba tylko dla ludzi, któ- 
rych myśl operuje wyrazami zamiast pojęć. Dorzućmy do tego 
jeszcze jedno spostrzeżenie, z pozoru niemniej paradoksalne. 
Veto w swem pierwiastkowem znaczeniu, jako wymaganie jedno- 
myślności, było czynnikiem uspołeczniającym, i to pod dwoma 
względami. Autor „Dominae Palatii" nie bez podstawy przypisywał 
mu wpływ podniecający na przywiązanie rycerza do ojczyzny, 
i tem samem na jego męstwo. Było coś upajającego w tych 
niezrównanych swobodach staropolskich, i było za co walczyć 
przeciwko najemnym lancknechtom i drabantom, janczarom i innym 
„służiłym" niewolnikom. Dumne wspomnienie wolności domowej 
towarzyszyło husaryi pod Kirchholm, Smoleńsk, Cudnów i Wie- 
deń, dodawało siły prawicy, pomagało łamać wielokrotną prze- 
wagę. Tego faktu nie myślimy podawać w wątpliwość. Z drugiej 
strony nie da się zaprzeczyć, że dawna Rzplita była , zbudowa- 
niem kraju na wolności ducha ludzkiego, z zastrzeżeniem wol- 

') W książce „Civis Bonus" (z czasńw Władysinwa IV), cyt. Tarnowski, 
Hist. lit. polskiej, t. II, r. 3, str. 1.58. 

23* 



- 356 — 

ności dla wszystkich świętych z ducha zaprzeczeń", i „bez zgody 
duchów trwać w żaden sposób nie mogła". A przecież trwała 
na tych podwalinach przez parę wieków. Przez dwieście lat 
z okładem żyły rzesze szlacheckie w ciągiem poczuciu, że bez 
ich dobrej woli całość się rozpadnie; województwa i powiaty 
słały wybrańców swych na sejmy, i dobrowolne robiły sobie 
ustępstwa, i dyktowały posłom zlecenie, aby się w tych lub* 
owych sprawach znosili ze współbraćmi, cum bene sentientibiis. 
Wiązały się jedne przy drugich konfederacye, i każda rzesza 
śpieszyła na zjazd generalny ze swoim nieprzymuszonym akce- 
sem. Rzeczywistość nieraz zadawała kłam ideałowi, obracała się 
w karykaturę,^) ale ideał istniał, świecił i pociągał. Harmonia 
osłabła, kiedy jej członki zmarniały, — ale któryż to lud euro- 
pejski mógłby śmiało powiedzieć, że potrafiłby tak przeżyć 
dwieście lat w niewymuszonem braterstwie? A przecież to długie 
pasmo ofiar na rzecz wspólnej sprawy, to ciągłe dostrajanie się; 
do wspólnego akordu — skądinąd zabójcze dla indywidualności — 
musiało silnie wpłynąć na uczucia społeczeństwa zarówno w tera- 
źniejszości, jak w przyszłości. Ono sprawiło, że szlachta z naj- 
odleglejszych okolic poczuła się jednem wielkiem rodzeństwem^ 
połączyła się w jeden uścisk serdeczny, w taki splot wzajemnej, 
serdeczności i ukochania, jakiego nie widziały inne kraje, rzą- 
dzone rozkazem królewskim zzewnątrz "*). 

Przytem, wśród tych ciągłych jednomyślnych zezwoleń i ele- 
kcyi viritim, przyzwyczaił się Polak odczuwać bezpośrednio swóji 



1) Już Konarski, II, 101-2, zwracał uwagę na odstępstwa od idei jednomyśl- 
ności, jakich dopuszczano się przy uchwalaniu ustaw. Potwierdzają to różne źródlaj 
bezpośrednie. Według Załuskiego, I, cz. 2, 748, na sejmie r. 1677 uchwałę na 
korzyść Torunia powzięto wbrew głosom 3 województw pruskich. Te zaniosły 
manifest do akt zakroczymskich, gdyż go nie przyjęto w Warszawie. Na nastę- 
pnym sejmie uznano ten manifest za nieważny, jako podany w niewłaściwem 
miejscu (kiedyindziej wymówka taka nie skutkowała). Werner pisał 13 maja 
1690 r. : „Die Constitutiones, so auf dem Reichstage bestanden, werden nun 
erst recht durchgearbeitet, womit ihrer viel, wie auch mit dem ganzen Reichs- 
tage, nicht zufrieden sein und unterschiedene Protestationes bereits einlegen,. 
die aber anjetzo wenig fruchten, denn was stehet, stehet" (Ms. Osso!., Teki 
Lukasa). W r. 1685 dopisano około 20 konstytucyi bez wiedzy sejmu; w r. 
1736 tak samo kilkadziesiąt. 

2) Por. Lutosławski, j. w., 47. 



— 357 — 

udział duchowy w Rzeczypospolitej. Francya dla poddanego 
Ludwików, Hiszpania, Prusy, Rosya dla poddanych Filipów, Fry- 
deryków, Iwanów, były, zdaje się, czemś bez porównania bar- 
dziej mechanicznem, zewnętrznem, niż Rzeczpospolita Polska dla 
swych obywateli. Rzeczpospolita — to sejm, to zjazd elekcyjny, 
to widome „wszystkie stany" : w pojęciu państwa naród wysunął 
się tu znacznie przed dwa inne pierwiastki — władzę i terytoryum. 
Wolno przypuścić, że następstvya uczuciowe tamtych ustawicznych 
braterskich dostrajań się oraz skutki uduchownionej koncepcyi 
Rzplitej nie umilkły nawet po katastrofie rozbiorowej, ściągniętej 
na nas przez liberum veto, 

Z powyższych uwag bynajmniej nie wynika, aby wojsko- 
wość polska lub solidarność i spoistość narodowa w ogólnym 
rachunku więcej zawdzięczały rządom jednomyślności, niżby zy- 
skały w razie złamania liberi veto. Przeciwnie, w okresie rwania 
sejmów upadła i sztuka wewnętrznego rządzenia się, a bez sztuki, 
bez warunków technicznych, same przez się entuzyazmy i roz- 
czulenia przepadły, jak strumienie w lotnym piasku. Nam też nie 
chodziło ani o filipikę przeciwko „wolnemu niepozwalam", ani 
o jego idealizacyę — chodziło tylko o faktyczny, doczesny wpływ 
instytucyi na charakter narodu. 



CZĘŚĆ III. UPADEK. 



ROZDZIAŁ I. 

Od złotej wolności do wolności nowoczesnej. Punkt zwrotny w dziejach narodu 
około roku 1700. Wieniec swobód szlactieckich. Veto, jako gwarancya konstytu- 
cyjna. Jego odbicie w piśmie „Domina Palatii" . Stanowisko łiistoryka wobec 
nieracyonalnycli ideałów przeszłości. Dostojeństwo wszelkiej swobody. Ewolu- 
cya zależności społecznych jednostki w XVIII wieku. Veto i złota wolność w sy- 
stemie praw podmiotowych. Wolność bierna i czynna. Akcenty sceptycyzmu na 
przełomie wieków. Jeszcze o „Domina Palatii". Pochwała swobody „w bło- 
cie". Klęski. Koniec złudzeń. Rola oświaty. Pomieszanie pojęć wolności i nie- 
podległości. Obłęd partyjny. Opieka cudzoziemska nad złotą wolnością. Brak 

wzorów na Zachodzie. 

„Ciężko jest przechodzić z wolności do więzienia oków" — 
mówił Piotr Tylicki na przedrokoszowym sejmie r. 1606 ')• Sły- 
chać w tych słowach mądrego biskupa jakby niespokojne wes- 
tchnienie, złączorie z przeczuciem tego, że kiedyś złote dni Aran- 
juezu ustaną. A gdy już nadciągnęła ta smutna konieczność,. 
gdy ogół skłonił się ku wielkiej przemianie, pewien inny statysta, 
współtwórca Rady Nieustającej, rozważał (1773) przejście od 
złotej wolności do wolności nowoczesnej z inną obawą: „Przeskok 
od skrajnej i zepsutej swobody do swobody prawdziwej jest, 
zdaje się, o wiele trudniejszy, niż od skrajnej niewoli do takiej 
umiarkowanej wolności. Polsce wypadło obecnie spróbować tego 
niebezpiecznego przejścia od jednej swobody do drugiej, od- 
miennej... Jej klęski i straty teraźniejsze będą niczem w porówna- 



'j Sobieski, Pamiętny Sejm, 78. 



— 359 — 

niu z korzyścią, jaką odniesie przez zredukowanie wolności do 
prawdziwych zasad" ^). 

Tak poprzez wieki odpowiedziała mądra, doświadczona 
doba stanisławowska na głos epoki zygmuntowskiej. Rzecz, dla 
praojców tylko bolesna, okazała się potomkom trudną — bo 
niebezpieczną. 

Przesilenie, narazie niedostrzegalne, jak tyle innych prze- 
sileń dziejowych, zaszło w początkach XVIII wieku. Zmieniało 
się wówczas z roku na rok położenie międzynarodowe ; znikały 
niebezpieczeństwa północne i południowe, ukazywały się zato 
groźby od wschodu i zachodu. Rzeczpospolita, wczoraj jeszcze 
czynna na scenie europejskiej, cofała się w obręb życia domowego, 
a i tam ścigał ją zewsząd nacisk zewnętrzny. Wtajemniczonym 
oczom ukazywały się pierwsze widma rozbioru lub jedno- 
stronnych zamachów zaborczych. Spójnia moralna między koroną 
i społecznością zerwana przez wdzieranie się na tron z pomocą 
obcą uzurpatorów. Zdroje swojskich natchnień prawodawczych, 
oddawna jałowe, wyschły. Już ani dawny rząd ani nierząd nie 
miał powiedzieć nowego słowa. Księga praw, jeżeli pominąć 
wiecznie aktualną przeróbkę machiny sądowej, — napełnia się 
albo reasumpcyą przepisów starych i przestarzałych, albo łataniną 



') Reflexions sur la puissance executive en Pologne z czerwca albo z li- 
pca 1773 r., ob. Materyaly do dziejów genezy Rady Nieustającej, 99. Nieco ina- 
czej patrzał na tę kwestyę Andrzej Zamoyski, domniemany autor ,.Myśli poli- 
tycznych dla Polski" z r. 1789, str. 170: „Dlatego naród nasz może przyjść kiedyś 
do praw mądrych i doskonałego rządu, że stany i rząd cały mamy, że tak rzekę, 
jeszcze w kolebce. Z nierządu zaczęliśmy wychodzić i zdaje się, jakbyśmy się 
dopiero narodzili się (!) do społeczności. Najłatwiej w Europie przyjść nam do do- 
brego rządu, ale przyprowadzając go do doskonałości, bardzo ostrożnie pielę- 
gnować trzeba jego słabość i trzeba go umieć rozumnie doskonalić". Autor 
przeceniał, zdaje się, tę łatwość, ufając odwiecznym doświadczeniom politycz- 
nym ogółu polskiego, i lekceważył zbytnio zdolność ludów zachodnich do rzą- 
dzenia sobą. Gdzieindziej jednak (178) pisał krytycznie: „Jeden poseł wolność 
francuską nazwał dzieckiem, wolność polską — zgrzybiałą ; kto uważał stosowa- 
nie się jej do praw, powie ten, że z zgrzybiałości zdziecinniała-*. Z dawniej- 
szych głosów zasługuje na pzytoczenie opinia Leszczyńskiego : „Wolność nasza 
jest to strumień bystry, którego biegu trudno zatamować, tak jako i popędli- 
wości wolności naszej, jeżeli sumienie nie zahamuje, aby jej nic zażywać 
z krzywdą bliźniego , rozum — żeby sobie samemu nie zaszkodzić, i prawa, 
aby je przestępując, ojczyzny nie gubić". Głos Wolny, wyd. Turowskiego, str. 8. 



- 360 — 

powszednich potrzeb administracyjno-finansowych. Zegar dziejowy 
wydzwonił północ... 

Notowaliśmy poprzednio, idąc aż wgłąb wiei<u XVilI, 
wszystkie czynniki, które zasilały i utrzymywały u nas nieza- 
wisłość jednostki. Teraz wypadnie szukać sił, zmierzającycłi do 
likwidacyi „wolnego niepozwalam". Był czas, kiedy przy odpo- 
wiednim krytycyzmie można było niedopuścić do narodzin tej 
strasznej potęgi, zachowując jednak nietkniętą całość swobód 
staropolskich. Teraz „źrenica" sprzęgła się ze swym organizmem 
nierozerwalnie, razem z nim żyje i umiera, więc też razem po- 
winno się je badać. 

Kryła się za tym symbolem treść olbrzymia, huczna, buń- 
czuczna, jak huczny bywał żywioł ziemiański, gdy spływał na 
pola podstołeczne obierać króla. Wszystkiego pełno było w tym 
Sezamie, i wszystko czcigodne, wieczne. Paktem koszyckim zyskał 
szlachcic polski wolność od posług osobistych i nadzwyczajnych 
podatków ; stąd wynikło prawo opodatkowywania siebie samych. 
Przywilej czerwiński (1422) zagwarantował nietykalność własności 
ziemskiej; przywilej krakowski (1433) nietykalność osobistą; 
ustawodawstwo nieszawskie (1454) — wolność od służby w po- 
spolitem ruszeniu oraz prawo uchwalania tegoż na sejmikach, 
o ile go żądał król ; nadto prawo obierania kandydatów na sę- 
dziów ziemskich i przyzwalania na zmianę instytucyi ziemskich. 
Statut piotrkowski r. 1496 dał szlachcie wolność od ceł za własne 
produkty. Statut radomski 1505 r. — władzę prawodawczą na 
sejmie z równorzędnym udziałem króla i senatu. Bez specyalnego 
przywileju, w drodze praktyki, na gruncie przyznanych swobód, 
wyrobił się w XV wieku samorząd ziemski. Prawo obioru króla 
krystalizowało się, tężało w ciągu całej epoki popiastowskiej, 
aż na zjeździe roku 1573 znalazło wyraz, jako osobista preroga- 
tywa każdego szlachcica. W artykułach henrycyańskich tegoż 
roku zdobył obywatel prawo buntu. W konstytucyach Stefanowych 
roku 1578 i 1581 prawo obioru sędziów wyższej instancyi ; 
w konstytucyi r. 1609 ostatecznie utwierdzone prawo interpelacyi 
odnośnie do wszystkich spraw publicznych. Głos wolny już 
w XVI wieku napęczniał do rozmiarów absolutnego veto każdego 
posła na sejmie, a szlachcica na sejmiku i elekcyi przeciwko 
wszystkim poszczególnym wnioskom. Z niego wykluło się później 



— 361 — 

prawo zrywania obrad. Przez udział w prawodawstwie oraz iiciiwa- 
lanie budżetu zdobyto kontrolę nad rządem królewskim, przez 
tę kontrolę — wpływ kierowniczy na politykę zagraniczną. Do- 
dajmy do tego szereg przepisów, uświęcającycli przewagę bez- 
względną nad mieszczaństwem i panowanie nad cliłopem ; dodajmy 
korzyści prawne, płynące z całego ustroju administracyjnego, 
t. j. prawo podlegania na wojnie tylko władzy hetmańskiej, 
w stolicy — podlegania juryzdykcyi marszałków, w innycli sferacłi 
władzy kanclerzy, podskarbich i wogóle władzom ministeryalnym 
lub urzędniczym, często szlaclieckim, od króla prawic niezależnym, 
bo obsadzanym dożywotnio, — a otrzymamy całą pełnię podmioto- 
wych praw publicznych szlachcica polskiego. Niczem podobnem 
nie mógł się poszczycić żaden Holender, Szwed, Węgier ani 
nawet Anglik, nie mówiąc już o nacyacli ujarzmionych przez 
despotyzm „z Bożej łaski", czy też „oświecony", czy „policyjny". 
Gdzieindziej książę rządził poddanymi, u nas królów tytułowano 
Re^es ref{iini. Bo szlachcic polski — przynajmniej w chwilacli 
wezbranej dumy narodowej — nie chciał widzieć różnicy po- 
między sobą, a panującym elektorem niemieckim. Toż on, po- 
dobnie jak zabiegający o jego suffragium Wettyńczyk, Badeńczyk, 
Nejburczyk nie zna innego pana, prócz króla wolnymi głosami 
obranego, ma prawo życia i śmierci nad poddanymi, prawo 
udziału w decydowaniu o biciu monety, prawo do wnętrza ziemi, 
wolność od wszelkich podatków, prawo jednogłośnego decydo- 
wania na sejmach i sejmikacli, utrzymywania wojsk prywatnycli, 
budowania zamków, nabywania godności i majątków w postron- 
nych krajach, prawo łączenia się związkami małżeńskimi z cudzo- 
ziemcami, wreszcie zdolność do otrzymania korony królewskiej 
i do obioru monarchy'). To wszystko razem stanowiło złotą 
wolność — złotą nie w znaczeniu suchem, konwencyonalnem, 
i zwaną tak nie w przeciwieństwie do innych odmian wolności, 
podlejszej próby,— lecz jedyną, prawdziwą, ukochaną, wypieszczo- 
ną wolność polskiego obywatela. A na jej straży, jak czujny Argus, 
gotowy do zaalarmowania naraz drzemiącego rycerstwa, jak symbol 



') Pisemko: „Komparacya wolności Polskiej i Litewskiej /. wolnością 
postronnych ksiijżąt udzielnych, a mianowicie Rzeszy Niemieckiej a Polono 
Boriisso", cytowane przez Ilandelsmana w Stuclyach Historycznych, 8-9. 



— 362 — 

gwarancyi konstytucyjnej, stał „wolny głos", zwany 
liberum veto. Niechaj najmniejsza chmurka ukaże się na niebo- 
skłonie złotej wolności, głos wolny zagrzmi, zatrzyma słońce^ 
księżyc i gwiazdy, dopóki nie minie zły znak. 

Do skończonego samopoznania doszła „Regina Libertas*^ 
pod piórem nieznanego autora „Rozmowy uczonej pewnego sta- 
tysty", powstałej podobno w roku 1671, ale szczególnie poczytnej 
za czasów saskich. Przypisywano ') ten traktat Janowi Frydery- 
kowi Sapieże, kanclerzowi litewskiemu (1680 — 1751); Załuski 
wykrył autora we Władysławie Reju, wojewodzie lubelskim ; kry- 
tyka historyczno-literacka zakwestyonowała i tę opinię, dowodząc^ 
że autorem Rozmowy był jakiś ksiądz, może jezuita, z czasów 
Michała Wiśniowieckiego ^). Jakkolwiekbądź drukowano ten utwór 
dopiero w latach 1727, 1736 i 1745: widocznie dopiero wów- 
czas ogół zapragnął tego rodzaju strawy duchowej, i sam fakt 
ogłoszenia „Rozmowy" w „Swadzie polsko-łacińskiej" pod auspi- 
cyami kanclerza litewskiego, spadkobiercy Lwa Sapiehy^ 
a poprzednika Michała Czartoryskiego, świadczy o najbliźszem 
pokrewieństwie duchowem między „Rozmową", a drugiem poko- 
leniem saskiem. Właściwie niema w tem piśmie żadnej rozmowy,, 
jest tylko wywód historyczno-filozoficzny o genezie złotej wol- 
ności, jest próba syntezy tej zasady z ideą wolności i unii,, 
a dalej rozmyślanie nad charakterem polskim i żywa polemika 
z różnymi potwarcami obyczajów oraz urządzeń polskich, i apo- 
logia liberi veto, poczęści powtórzona za Fredrą, poczęści ory- 
ginalna. 



') Np. Sobieszczanski w Wielkiej Encyklopedyi Orgelbranda, XXII, 940^ 
2) Bruckner, Znakomitsi pisarze wieku XVII, Pamiętnik literacki, Ii, (1903),. 
30 sq. Oba teksty ogłoszone ostatni raz w Swadzie Polskiej i Łacińskiej Ostrow-^ 
skiego-Daneykowicza: łaciński w dziale Suada Statistica, 122-97, p. n. Domina 
Palatii Regina Libertas seu familiare amicorum colloąuium de statu, libertatibus 
et juribus Regni ac Reipublicae Poloniarum... ab Aenea Philone de Cantia Ma- 
scarino liliato cive Cennio, Liberopoli apud Candidum Yeriscribium ; tytuł ten 
przypuszczalnie skoncypował Józef Jędrzej Załuski, drukując wersyę łacińską 
w r. 1736. Tekst polski, a właściwie mieszany, p. n. Rozmowa uczona pewnego 
statysty o wolności Rzeczypospolitej Polskiej, wiadomości każdego godna, w dziale 
Swada oratorska sejmowa, 303-63, stanowi przedruk z wydania r. 1727, w zbio- 
rze „Różnycłi mów publiczny cłi" Dębińskiego. 



— 363 — 

„Insze narody, którym niewola pod władzą panujących wy- 
sokie posypała groble, że są jako ściśnione w stawach wody, 
cicho stać i milczeć muszą, wolność swoją, którą im... jako wiatr 
na stawie fale czasem poddyma, o surowość władców, jakoby 
o chróst przy grobli rozbijając. Nasza zaś wolność, że tamy nie- 
woli nie znosi, mać wprawdzie tę niedogodność, źe sposobem 
rzek nieraz nazbyt swawolnie wylewa, nigdy bez szmeru niezgod 
i waśni obywatelskich nie płynie, nurty odmieniając, rząd dobry 
psuje... Jedno nasze niepozwalam w jakie nas często trudności 
i uciążliwości wplątuje, tak dalece, że go jeden cudzoziemiec 
czyśćcem Polski nazwał. Atoli już to próżno, wolimy, lubo przy- 
kry nam bardzo i szkodliwy poczęści, ten czyściec swobody po- 
nosić, aniżeli z drugimi do piekła despotycznej niewoli do- 
stać się" '). 

Z dziwnem, mieszanem uczuciem odkładamy na bok tę 
księgę. Doktryna doktryną, śmieszność śmiesznością, — ależ tam 
obok fatalnego świadectwa naiwności autora i wydawców słychać 
żywy dźwięk zapomnianego ideału ! Dzisiaj ta złota wolność leży 
przywalona stosem ciężkich wyroków potępiających. Odsądzono 
ją od wszelkiej racyi bytu, odgrodzono od szanownej wolności 
konstytucyjnej, jako coś niezdrowego, niepoczytalnego. Tam był 
tylko fanatyczny anarchizm, tutaj — kwiat nowoczesnej kultury 
politycznej. Tam śmierć predestynowana, tu życie, tam szaleństwo, 
tu rozum i prawda. Nie zadrga dumą serce dzisiejszego Polaka 
na dźwięk słów Opalińskiego czy Starowolskiego... 

Co do nas, pozostawiamy na uboczu kwestyę, czy takie 
wyparcie się przez inteligentny ogół wszelkiej łączności z aspi- 
racyami przodków jest pożyteczne, lub nie. To pewna, że źle 
świadczy o sobie historyk, który nie umie zróżniczkować swego 
stosunku do przeszłości, i który zamiast rozgarnąć światła i cienie, 
nastraja się na jeden ton „optymistyczny" lub „pesymistyczny" 
wobec tradycyi dziejowej. Wręcz przeciwnie ten, kto chce, jak 
na prawdziwego historyka przystało, odtworzyć w sobie rozwój 
duchowy praojców, powinien nietylko spisać ich słabości i grze- 
szne czyny, ale też przejść myślą przez ich najwyższe aspiracye. 
A w tej wędrówce będzie on musiał dostrzedz pewne częściowe 



') Frazesy łacińskie podajemy w spolszczeniu. 



— 364 — 

obniżenie ideału staropolskiego, i dokonane za jego cenę 
wzniesienie życia. 

„Wolę niebezpieczną swobodę, niż spokojną niewolę" ma- 
wiał Rafał Leszczyński, przodek Stanisława. Te słowa obleciały 
kawał świata, trafiły na karty pism nietylko Rousseau'a, ale 
i materyalisty Holbacha, i zostały tam przyjęte ze czcią. Bo też 
każda wolność, skromna czy pyszna, racyonalna czy ryzykowna, 
kojarzy się z odpowiedzialnością za własne i cudze losy, zakreśla 
koło wyrokom sumienia, uskrzydla twórczość: każda ma swoje 
dostojeństwo. Kto redukuje wolność, ten degraduje wolę, wyzywa 
przeciwko sobie nietylko interes egoistyczny, ale i cały chór 
szlachetnych tonów duszy. 

Degradacya ta jednak nastąpić musiała, nastąpiła — i nikt 
znający dzieje Polski za Sasów nie wspomina jej dziś ze wsty- 
dem. Jak to psychologicznie zrozumieć? Otóż, po pierwsze, kiedy 
doszło do przycięcia swobód, i w ich liczbie liberi veto, w obro- 
nie dawnych zasad, jak wiemy, coraz mniejszą rolę grało szczytne 
poczucie odpowiedzialności za wszystko i wszystkich, coraz 
większą — pospolite samolubstwo, Ale nie koniec na tem. Nie 
każde pozorne ograniczenie wolności ludzkiej jest naprawdę 
ograniczeniem. Spróbujmy rozczłonkować powrót od suwerenitetu 
jednostki do suwerenitetu państwa na najprostsze pierwiastki 
psychiczne i według nich oszacować całokształt wolności 
staropolskiej, a zobaczymy, że tam, na ogół biorąc, nie było 
degradacyi, była tylko przemiana całej siły i odpowiedzialności 
obywatela w kierunku nowego jej rozwoju. 

Jerzy Simm^l w jednym z najciekawszych rozdziałów „Filo- 
zofii Pieniądza", zastanawia się nad ewolucyą wolności wogóle 
i spostrzeżenia swe demonstruje zapomocą kilku specyalnych przy- 
kładów. Wykazuje on, jak ta sama funkcya raz staje przed oczyma 
duszy w postaci prawa i wolności, kiedyindziej — sub specie 
obowiązku ; jak jednostka uniezależnia się w życiu ekonomicznem 
od określonych jednostek, ale popada w zależność od wy- 
tworów i czynów ludzkich; jak ścisła zależność od małej 
grupy ludzi bliskich ustępuje miejsca zawisłości od wielu 
osób dalekich, — i jaką rolę pełni w tej metamorfozie pie- 
niądz. Spostrzeżenia te dadzą i nam trochę do myślenia. Szlachcic 
polski, wychowanek epoki saskiej, zamknięty w kółku ziemskiej 



— 365 — 

parenteli, bez uświadomionych interesów ogólno - narodowych^ 
prowadzący gospodarkę pod wielu względami zbliżoną jeszcze 
do naturalnej, zależał od paruset wiecznie tychsamych sejmiku- 
jących sąsiadów lub koligatów, a jeszcze bardziej — od określo- 
nych protektorów magnatów. Szlachcic z epoki Sejmu Cztero- 
letniego znajdzie się już w innem położeniu. Jego najżywotniejsze 
interesy duchowe, a poniekąd i materyalne, przez wprowadzenie 
rządów większości na sejmie, wybiegną daleko poza zaścianek; 
decydować o nich będzie paruset senatorów i posłów dalekich. 
Będą to już interesy inne, odkiedy obywatel zrozumie zależność 
dobrobytu jednostkowego od pomyślności publicznej. Przytem 
będzie się nadal zależało nie od całego jestestwa pewnych współ- 
obywateli, lecz od chwilowego ich wotum, coraz to innego w róż- 
nych kwestyach publicznych. „Przepisze raz ciebie — perswado- 
wał z czasem głosiciel nowej wolności, Konarski, — będzie tysiąc 
okazyi, gdzie i ty z większą liczbą przepiszesz innych". Albowiem 
„to jest esencya wolnego głosu: módz się o wszystko każdemu 
domówić, perswadować, zdanie swoje reprezentować i popierać,... 
zdaniem swojem i powagą wpływać na wszystkie obrady, ustawy..." 
Zaś „równość, jest równo radzić, równo zdania dawać, równo 
kreskować, równo w każdą państwa materyą wchodzić" ')• Sło- 
wem, nawet ludziom, traktującym wolność, jako możność obrony 
egoistycznego interesu, zamiana taka opłaci się niezgorzej. 

Jeżeli zaś spojrzeć na nią razem z Fredrą pod kątem wi- 
dzenia godności i odpowiedzialności człowieczej, to i z tej strony 
czekała budzącą się szlachtę miła niespodzianka, 

Jerzy Jellinek, który najgruntowniejszą dał konstrukcyę 
„podmiotowych praw publicznych", rozsegregował części składowe 
konstytucyjnego j a w następujący sposób. Jednostka wobec pań- 
stwa bywa w stanie poddaństwa (status subjectionis), niezależ- 
ności (status libertatis), obywatelstwa (status civ'itatis) i obywa- 
telstwa czynnego (status actime chitatis). Odpowiadają tym 
czterem stosunkom: I-o, świadczenia na rzecz państwa, 2-o, sfera 
interesów niekrępowanych przez państwo, 3-o, roszczenia da 
państwa, 4-o, czynności, sprawowane w imieniu państwa. Otóż, 
w ramach ustroju staropolskiego, szlachcic czuł się poddanym 



>) Por. Mrok i Świt, 299-300. 



- 366 - 

parę razy do roku — gdy płacił podatek, podlegał egzekucyi 
sądowej, lub wsiadał na koń w pospolitem ruszeniu ; napawał 
się niezależnością całymi miesiącami, od rana do nocy; pretensyi 
do pomocy państwowej nie mógł stawiać prawie żadnycłi, funkcye 
obywatelskie miał przed sobą w zasadzie ogromne, bo rozciąga- 
jące się aż do dźwigania korony, jeżeli go ogół okrzyknie królem ; 
faktycznie funkcye te były żadne, sfera twórczości unicest- 
wiona, gdy państwo ledwie wegetowało. 

Inna klasyfikacya Jellinka dotyczy formalnego stosunku 
prawa publicznego do jednostki. Prawo nakazuje, zabrania, po- 
zwala, umożliwia pewne czynności, odmawia tychże, albo cofa 
możność, przedtem już istniejącą. W pierwszym wypadku oby- 
watel powinien coś uczynić, w drugim mu nie wolno, 
w trzecim wolno, w czwartym może on wykonać czynność 
prawną, którejby bez pomocy prawa dopełnić nie mógł, w piątym 
nie może jej wykonać, w szóstym traci tę możność O- 
Stosując powyższe kryterya do szlachty polskiej XVII i XVIII 
wieku, konstatujemy powinności szlacheckie ograniczone do mi- 
nimum, zakres dozwolonych czynności fizycznych (zwłaszcza wobec 
chłopa) szerszy, niż gdziekolwiek na Zachodzie, zakres czynności 
wzbronionych odpowiednio szczupły, krąg aktów prawomocnych 
na papierze duży, w życiu nikły. Przejście od złotej wolności do 
nowoczesnej musiało zatem sprowadzić więcej ofiar, nieco więcej 
zakazów, więcej pomocy państwowej i nierównie więcej funkcyi 
publicznych. Albo, według drugiej klasyfikacył : więcej obo- 
wiązków, mniej nadużyć, mniej dowolności („jak kto chce"), 
więcej istotnej mocy prawnej. 

Że ze wszystkich tych obrachunków nie zdawał sobie sprawy 
ziemianin polski za króla Sasa, to rzecz oczywista ; wszak i dziś 
rzadko kto zestawia ściśle swoje habet i debet wobec pań- 
stwa pod tą lub inną formą rządu. Bystrzejsze jednak umysły 
zauważyły już w początkach XVIII stulecia, że negatywny sens 
wolności w oczach ogółu góruje nad pozytywnym : cenniejszą 
wydawała się niezależność od ciężarów publicznych, niż zależność 
-zbiorowa od samych siebie ^) w wielkich kwestyach politycznych 

') System der siibjektiven óffentlichen Rechte, 39-50, 76-88, 
■^) Por. rozróżnienie dwóch l<ategoryi swobód w broszurze „Wolność pol- 
ska rozmową Polaka z Francuzem roztrząśniona". 



— 367 — 

<wolność, jako rzecz pochodna od woli). Jeżeli za dni Za- 
moyskiego obywatel upajał się myślą, że sam trzyma rękę na 
sterze nawy paiistwowej, to za Augustów przechwałka taka byłaby 
obłudną. Cały wpływ zagarnęli magnaci, ale i oni stokroć częściej 
mogli psuć plany cudze, niż przeprowadzać własne. Głównym 
filarem veto stała się niechęć do płacenia podatków. Stąd dla 
krytycznych umysłów bardzo naturalna wątpliwość: czy złota 
wolność naprawdę daje jednostce maximum potęgi? 

Przejściu od jednej wiary do drugiej towarzyszy zawsze 
moment sceptycyzmu. Podsłuchać go niezawsze łatwo, ale jednak 
można. Dotyczy to nietylko dogmatów religijnych, ale i poli- 
tycznych. Cóż innego, jeżeli nie sceptycyzm, wieje ku nam, np. 
2 dziwnych kart książki „O znikomości rad", Stanisława He- 
Takliusza Lubomirskiego, gdzie wszelki butny poryw opada zaraz, 
zlany strumieniem zimnej wody? Czyż w innych czasach, w okre- 
sie gorącej wiary, mogła powstać książka w rodzaju „Kwestyi 
politycznych obojętnych" Poklateckiego (Radzewskiego), gdzie na 
szereg kardynalnych zagadnień podane są sprzeczne rady, i każda 
z nich poparta napozór jednakowo dobrym argumentem ? Czyż 
•do ludzi głęboko v/ierzących w swoją prawdę konstytucyjną 
można było przemawiać tak, jak ów „Francuz" z dyalogu, co 
pouczał „Polaka" o wyższości wolności francuskiej nad polską?^) 
Wreszcie czyż można zdradzać głębszą wątpliwość w rzeczach 
państwowych, niż to uczynił autor „Dominae Palatii", gdy pisał 
swe wywody apologetyczne, i jego wydawcy, Dębiński, Załuski, 
Sapieha, gdy kolportowali dziwaczne myśli autora? Ów autor 
dużo czytał i rozmyślał; znał i uznawał wolność wenecką, wy- 
rachował, że nadchodząca era przyniesie kryzys Polakom, wie- 
dział i mądrze dowodził, że wolność zwykła sama siebie gubić, 
i że najfatalniejszym znakiem bliskiej zguby jest taki stan, w któ- 
rym chory nie widzi przyczyny niedomagania. Poczem ni stąd 
ni zowąd, zamiast szukać lekarstwa, czerpał skądś otuchę, i skąd 
mianowicie? Oto słyszał raz senatora dyskurującego, że Prowi- 
dencya Boska, widząc niesfornych, niezgodnych, nieporządnych 
Polaków, a nie chcąc, aby zginęli, kuratelę partykularną sobie 



') „Francuz" powiada wprost : „Nic dałbym ja naszej francuskiej wolno- 
ści za waszą polsi<ą", wyd. Wierzbowskiego, 26. 



— 368 — 

nad onemi wzięła... I tać to Prcwidencya protekcyi Boskiej spra- 
wuje, że ustawicznie się walemy, a przecie jaśniejemy, ustawicznie 
giniemy, a przecie żyjemy, już prawie... desperującemu o fortunie 
naszej albo natrząsającemu się z upadku naszego światu wzajent 
insultujemy !" Kochanowski pisał w przystępie ironii: 

„Wieczna Myśli, któraś jest dalej niż od wieka, 
Jeżeli cię to rusza, co czasem człowieka, 

Wierzę, że tam na niebie masz mięsopust prawy, 
Patrząc na rozmaite nasze polskie sprawy". 

Autor przytacza ten wiersz z dodatkiem dykteryjki, że Pan 
Bóg dla własnej rekreacyi zrobił Polaka trefnisiem między naro- 
dami. To są żarty, — śpieszy upewnić czytelnika — a jednalc 
nieco dalej bez żartu przytacza wiersz Opalińskiego o owym 
błaźnie, co go skubią i szczypią aż do bólu paupry uliczne, do- 
póki icłi nie rozpędzi pan, protektor błazna: tak samo Opatrz- 
ność rozpędza nieprzyjaciół Polski... Niech sobie cudzoziemcy 
chwalą swoje rządy: „dobre są, ale dla nich, nie dla nas". 
„Tym nierządem naszym tak dobrze stoimy, jak drudzy najsub- 
telniejszemi około rządów dystylacyami". My już nie chcemy- 
nawet dobrobytu : „milsza nam jest wolność, choćby też i w bło- 
cie, aniżeli niewola w złocie". To już trochę zbyt śmiało... Te- 
goby nie podpisał nawet książę Panie Kochanku ! To nie jest 
wiara szczera. To zacietrzewiony cynizm w najpierwotniejszen* 
znaczeniu wyrazu ! 

Miarodajna też opinia szlachecka nie podzielała takiej pre^ 
dylekcyi do błota. Kto w XVIII wieku widział, że liberum vetc^ 
pogrąża kraj w nędzy i nierządzie, ten z niego w duszy rezy- 
gnował. Kto wychylił głowy zagranicę, wracał, oszołomiony bo- 
gactwem i ładem Francyi, Niemiec, Holandyi, Anglii. A kto za- 
siedział się w domu, do tego szły wojska saskie, szwedzkie, ro- 
syjskie, pruskie, rozbijały spichlerz, szturchały służbę, domowni- 
ków, wydzierały zboże i zaoszczędzony pieniądz : pozostawało^ 
po takiej wizycie spóźnione memento: że jednak czasem silna 
armia przydałaby się lepiej, niż złota wolność. Poniżenia, krzy- 
wdy materyalne, klęski narodowe, zwłaszcza takie hańbiące, jak 
detronizacya i przywrócenie na tron Augusta II, jak dwukrotne 



— 369 — 

wygnanie Leszczyńskiego, *jak rozjemstwo cara Piotra w r. 1716, 
jak notoryczne niszczenie sejmów obcą ręką, jak przemarsze 
wojsk cudzoziemskich w latach 1738-9, 1747-8, 1757-63'), za- 
śmiecenie kraju złą monetą — to wszystko w bolesny sposób 
rozdzierało złudzenia. 

Nowa wiara miewa zwykle swoich męczenników. Za regułę 
większości żaden entuzyasta nie myślał ginąć. Ale o tę prawdę, że 
wiara katolicka lub niepodległość lepsza jest, niż złota wolność 
w „błocie", walczono jeszcze przed wielkiem przebudzeniem za 
Stanisława Augusta parokrotnie, i krew bojowników najpierw 
konfederacyi Dzikowskiej (1734), potem konfederacyi Barskiej, 
zmyła z niejednych oczu bielmo zaślepienia. Ten i ów ruszał 
w bój w imię starej wolności lub starej nietolerancyi, zaglądał 
w oczy śmierci; czytał w nich nieznany dotąd sens życia, odkry- 
wał w sobie nowe tęsknoty i uczył się cenić majestat zbiorowej 
woli narodu. 

Pomagała z boku — niestety, późno i niedostatecznie — 
praca oświatowa. Dopóki młodzież uczono myśleć wyrazami i fi- 
gurami retorycznemi, poty frazes złotowolnościowy maskował 
rzeczywistą niemoc polskiego obywatela — niedarmo nazywano 
elokwencyę córą wolności ! Ciasnym duszom dogadzała ciasna 
sfera bytu między folwarkiem, plebanią, ziemstwem i sejmikiem. 
Ktoby otworzył, rozchylił dusze, tenby rozbudził w nich pragnie- 
nie szerszych horyzontów, pęd do szerokiej działalności, do praw- 
dziwego myślenia i czucia za cały naród. Dlatego to największy 
nasz reformator szkolnictwa okaże się zarazem pogromcą liberi veto. 

Lecz przebudzenie utrudniał szczególny zbieg okoliczności 
zewnętrzno-politycznych. Ogół ukochał wolność, — ale przede- 
wszystkiem tę bierną wolność od ciężaru i od cudzego rozkazu, 
mianowicie zaś od króla. Póki na tronie siedział rodak, mówiący 



') Mowy i korespondencye z czasów Wojny Siedmioletniej często odzwier- 
ciedlają przejście od narzekań na gwałty obcych wojsk do krytyki veto. Ob. 
np. list Lipskiego, kasztelana brzezińskiego, do prymasa Łubieńskiego 27 kwie- 
tnia 1762 r. (Ms. l^'.2o Bibl. Un. Warsz.), mowę tegoż senatora na radzie senatu 
29 listopada t. r. (j. w.), list Mogilnickiego oboźncgo kor, do prymasa 18 lu- 
tego 1763 (tamżei; podobnie piszą do marszałka Mniszcha podkanclerzy Wo- 
dzicki 20 kwietnia i W. Męciński 20 grudnia 17G2 r. (Ms. Bibl. Czart. 3850, 
3852). 

24 



— 370 — 

po polsku — Jan Kazimierz, Michał, Sobieski, — poty Polak malkon- 
tent boczył się na dwór i przeciw niemu obracał żądło swego „nie- 
pozwalam". Zapomniano do reszty przestrogę Skargi : że oprócz 
„trzeciej złotej wolności", polegającej na tem, aby „nie mieć 
tyrana", jest jeszcze „druga dobra": „obcym panom i pogań- 
skim królom nie służyć ani im podlegać" ^); oie przewidziano, że 
mogą nadejść czasy, kiedy tej wolności, t. j. niepodległości, wy- 
padnie bronić do ostatniej kropli krwi. Aliści początek nowego 
wieku przyniósł szczególną komplikacyę. Na tron Jagiellonów 
i Wazów wdarli się cudzoziemcy bez źdźbła m.iłości dla Polski. 
Obaj Augustowie, wsparci częściowo na obcych bagnetach, no- 
sili się z myślą ukrócenia wolności polskiej, a obaj w pierwszej 
połowie swych rządów byli narzędziami wpływów swych prote- 
ktorów, Austryi i Rosyi. Szlachta odczuła nad sobą jakąś groźbę, 
i zdało jej się, że to jedna i ta sama przemoc zewnętrzna czyha 
na zgubę jednej i tej samej wolności narodowej. Za plecami 
królów nie dostrzegła carów, od swej wolności jednostkowej nie 
odróżniła niepodległości zbiorowej. Było to nieporozumienie pod- 
stawowe, najgłębsze. Wola zbiorowa narodu w republice stanowi 
wprawdzie jeden fakt społeczny, i Rousseau słusznie ogarniał 
przejawy tego faktu na wewnątrz i na zewnątrz jedną nazwą samo- 
władztwa (souverainete); jeżeli też prawo państwowe i między- 
narodowe osobno określają przejaw wewnętrzny, jako zwierzch- 
nictwo ludu, i zewnętrzny, jako udzielność, to czynią tak w dro- 
dze sztucznej abstrakcyi. Lecz owa istotna tożsamość samo- 
władztwa ludu nie może istnieć tam, gdzie lud upodobał sobie 
rodzaj wolności osobistej, wykluczający wolę zbiorową. Złota 
wolność była w stosunku do woli państwowej czynnikiem rozkła- 
dowym, a nie składowym. Polak epoki saskiej nie mógł odczuć 
właściwej niepodległości, bo zatracił w sobie poczucie majestatu 
zbiorowego postanowienia, wyrażającego się w słowach: „My 
chcemy tego a tego". Gdy bronił wolnego „nłepozwalam", myślał, 
że broni wolności całej Rzplitej. 



') Kazanie „O monarchiej i królestwie", wyd. Chrzanowskiego, 335-6. 
Pierwszą wolnością jest : grzechowi nie służyć i dyabłu. „Czwarta, dyabelska 
wolność jest bez prawa, bez urzędu żyć, na zwierzchność nie dbać, mędrszemu 
i starszemu nie ustąpić, wolność mieć do grzechu, do zabijania i wydzierania". 



— 371 - 

Niestety, zagranica odróżniła te rzeczy doskonale i umiała 
ich przeciwieństwo wyzyskać. Najdawniej Austryak, potem 
Brandenburczyk, Rosyanin, Francuz poczęli przybierać pozę pro- 
tektorów złotej wolności — naprzekór królom polskim. Stąd to 
zrodziło się bałamuctwo, że Polska nierządem stoi, i sąsiedzi nie 
dadzą jej upaść, bo Polska i wolność — to jedno. Wypadki 
z czasów przedostatniego bezkrólewia (1733-5) podkopały ten 
sofizmat, ale zrodziły inny, również szkodliwy: odkiedy za wzmo- 
cnieniem rządu oświadczyli się Czartoryscy, pogodzeni z dynastyą 
saską i z jej protektorką Rosyą, żywioły nieprzejednane dostrzegły 
w ich zamysłach reformatorskich dalszy ciąg rosyjskiego zamachu 
na niepodległość Polski. Dążenia Czartoryskich uznano za iden- 
tyczne z planami dworu, plany dworu — za wynik wpływów 
rosyjskich. Opinia konserwatywno - patryotyczna jęła się czepiać 
^v/olnego niepozwalam", jako deski ratunku przed Rosyą. 

Tymczasem wróg nie próżnował. Im bardziej veto traciło 
grunt w opinii krajowej, tem silniej fortyfikowano je w tajemnicy 
od zewnątrz. Utrzymanie złotej wolności stało się przedmiotem 
traktatów międzynarodowych. Pierwsze porozumiały się co do 
obrony wolnej elekcyi, Brandenburgia, Austrya i Szwecya w roku 
1686. Później stanęły traktaty z podobną tendencyą między 
Rosyą i Prusami w latach 1720, 1726, 1730, 1732, 1740, 1743, 
1762, 1764, między Rosyą i Austryą 1726 i 1732 roku, między 
Rosyą i Szwecyą w latach 1724 i 1745. Naogół nie było w nicłi 
właściwie mowy o liberum veto, ale chęć utrzymania wolnościo- 
wej konstytucyi polskiej, t. j. nierządu, wszędzie znalazła niedwu- 
znaczny wyraz. Wyraźniej, niż traktaty, ujmowały się za nietykal- 
nością veto instrukcye poselskie pruskie, francuskie, rosyjskie, 
austryackie. Większa część Europy wzięła udział w tym spisku 
na zatrucie polskiego konstytucyonalizmu. Do wejścia zaś na 
nową drogę nie zachęcał nikt. Wzorów pociągających nie było. 
Mądry Zachód od początku XViII wieku przedstawił się oczom 
myślących Polaków w najgorszej postaci. Wprost niewiadomo, 
na co tam było warto zamieniać zasady staropolskie : na bru- 
talny Polizeistaat sasko pruski z jego fiskalizmem i rekrutacyą, 
czy na biurokracyę rakuską, na służalstwo francuskie, czy na 
demoralizacyę angielską w stylu Walpole'a, czy na korupcyę 
i rozbrat szwedzki ? Musimy tu raz jeszcze podkreślić tę oko- 

24' 



— 372 — 

liczność, że aż do drugiej połowy XVIII stulecia zdrowe, samo- 
istne rządy reprezentacyjne, czerpiące siłę z woli narodu, istniały 
raczej w wyobraźni polityków, niż w rzeczywistości. Nie stanowi 
w tym względzie wyjątku ani Anglia włiigowska, wodzona na 
pasku przez gabinet, ani Szwecya, wytrącona z równowagi przez 
nacisk cudzoziemski. Dopiero od czasów Pitta Starszego parla- 
mentaryzm angielski odnalazł swój punkt oparcia w silnej opinii 
narodowej ; dopiero potem z za oceanu nadbiegły hasła takiego 
republikanizmu, do jakiego zmierzała Polska z woli swoich prze- 
znaczeń. Dopiero w r. 1789 ujrzał realizacyę zasad konstytucyj- 
nych ląd europejski. My żyliśmy łącznie z Zachodem ; nasze veta 
i zachodnie sic volo, sic jiibeo monarchów, pomimo wszystkich 
przeciwieństw, wykwitły w tej samej dusznej atmosferze „sta- 
rego porządku", — i ten sam powiew zachodni miał prawie 
równocześnie zbudzić nasze i obce ludy do zbiorowego czynu. 



ROZDZIAŁ II. 

Linia graniczna między planami reformy w wieku XVII i XVIII. August Mocny 
wobec liberi veto. Niezdolność Sasów do podjęcia naprawy sejmowania. Lłmita 
sejmu, jej istota i praktyka. Pobudki opozycyi. Skasowanie limity. Czartoryscy 
i Potoccy wobec sprawy reformy parlamentarnej. Projekt partyi Leszczyńskiego 
z lat 1734-5. Inne zamysły z czasów Augusta III, zwłaszcza w latach 1746-9. 
Kontrola cudzoziemska. Opór Austryi (1749-1752). Stanowisko republikantów. 
Ich narady i projekt z r. 1749. Pośrednie zamachy na veto. Glosowania w orga- 
nizacyi zamierzonych Komisyi (1746-8). Starcia przekonaniowe w izbie posel- 
skiej. Poczynania jednostek giną w odmęcie partyjnym. Ostatnie liberum veto. 

Ludzie, żyjący na krawędzi dwóch epok, rzadko zdają sobie 
sprawę z całej głębokości przeżywanego zwrotu. Gdyby ktoś 
spytał takiego podkanclerzego Szczukę albo podkomorzego Kar- 
wickiego czy chcą figurować w jednym szeregu z poprzednikami, 
czynnymi na polu przebudowy wewnętrznej, z pewnością obaj 
oświadczyliby, że dążą do tego samego, czego pragnęli światlejsi 
stronnicy Ludwiki Maryi. Późniejsze plany reform w XVIII wieku 
również nie odcinały się wyraźnie od prób dawniejszych w świa- 
domości spółczesnego pokolenia. Jednak historya musi je wy- 
odrębnić w osobną grupę, i to nietylko dlatego, że między epoką 
Jana Kazimierza i Sobieskiego, a dobą Czartoryskich leżała wielka 
przestrzeń jałowa. Już i dawniej czerpano popęd z zagranicy, 
głównie z Francyi ; teraz zależność uczniowska wobec Zachodu, 
jako to Niemiec, Anglii, Szwecyi, nietylko Francyi, podwaja się 
i potraja ; przytem ludzie, występujący z zaczynem odrodzenia, 
działają w innem poczuciu, mianowicie pod wrażeniem gotowej 
klęski moralnej, spowodowanej przez wojny domowe za Augusta II, 
i w przeczuciu rozbioru albo utraty niepodległości. Pomysły 



- 374 - 

Olszowskich, Załuskich widniały na linii zstępnej, po smutnym 
za chmurami zachodzie słońca Rzeczypospolitej w roku 1648; 
zamysły Leszczyńskich i Czartoryskich wyrastały na pochyłości 
wstępnej, coraz częstsze i śmielsze, przed świterh ludów, jaki 
przynieść miały rewolucye amerykańska, polska, francuska. 

Wspomnieliśmy o wielkiej pustce. Szerzyła się ona około 
osoby pierwszego króla Sasa. August Mocny i veto ! Tam nie- 
okiełznane zachcenia despotyczne, tutaj nieokiełznana wolność je- 
dnostki! Moźnaż wymyślić jaskrawsze przeciwieństwo? A przecież 
te dwie moce zabójcze wytrwały obok siebie w niezłej harmonii : 
właśnie dlatego, że obie były nieokiełznane i wszelkiej prawo- 
rządności żywiołowo wrogie. Augustowi zrywano sejmy; on nad 
tem nie łamał rąk, skoro szczęśliwi .sąsiedzi, Piotr, Fryderyka 
Karol szwedzki i Karol rzymsko-austryacki, robili co chcieli bez 
sejmów. Wettyńczyk także robił co chciał, lub przynajmniej po- 
rywał się, na co chciał; szlachta bez wyższych aspiracyi ratowała 
swoją prywatę rwaniem sejmów, a każdy sejm zniszczony chowała 
w miłej pamięci, jako dowód nieosłabionej wolności. Elektor 
saski, gdy zmuszał w r. 1703 Polaków do przymierza rosyjskiego 
i przeciwstawiał zbiorowej radzie senatu swój krzyk') i gniew, wart 
był elektorów polskich, tych różnych Paców, Puzynów, Marcinkie- 
wiczów, co zbiorową wolę sejmów znieważali swem bezsensownem 
sic volo, sic veto. Te dwa typy, na dobrą sprawę, nie miały 
sobie nic do wyrzucenia. Dlatego też August Wtóry znalazł czas 
i koncept na pomysły zakładania fortec, kamparnentów, floty, 
akcyzy, nawet kilku akademii^) — pomysły, nie poparte zresztą 
żadnym czynem, ale, o ile dotąd wiadomo, nie zaznaczył w żadnej 
mowie, żadnej notatce, żadnym uniwersale chęci przebudowy 
rządu na podstawie większości głosów, owszem nadwątlił, oniemił 
saską reprezentacyę stanową, przyzwoity wzór, z którego mogli 
się jeszcze Polacy uczyć sejmowania bez veto. 

Równą niezdolność do budowania zdrowej konstytucyi oka- 
zują ludzie z niemieckiego otoczenia Augusta. Znany Patkul 



M Jarochowski, Dzieje panowania Augusta II, t. II, str. 435-6. 
-) St. Piotrowicz, Przyczynei< do charakterystyki Augusta II, Kwart. Hist.„ 
XXVI (1912), 83-7. 



- 375 — 

umie się tylko pogardliwie odezwać o tym polskim „blaźnie", co go- 
tów wrzeszczeć na całe gardło swoje „ne poswalliam", gdy będzie 
chodziło o rozbiór kraju ^) (jakby miał wizyę Reytana !). Jakób 
Henryk Fiemming potrafi uprojektować taką reformę, żeby zo- 
stawić Polakom sejmiki, zrobić z sejmu kongres stanów, na po- 
dobieństwo holenderskiej Rady, ale decyzyę spraw ctice zawarować 
dla grona dygnitarzy, mianowanych przez króla; liberum veto 
milcząco pozostawia nietknięte, bo zapomocą niego można będzie 
podkopywać samorząd; sejm, przerobiony na sposób holenderski, 
straci resztę spoistości, ale to stanie się bez szkody dla króla, 
jeżeli ów przedtem ugruntuje swój rząd na sile militarnej. „Ne 
poswalliam" może i zniknie częściowo — ale dopiero razem 
z polityczną kompetencyą sejmu ^). 

Z reformą parlamentarną kojarzy się jednak pośrednio pewna 
innowacya Augusta II, znana pod nazwą limity. Liberum veto 
w całem znaczeniu tego wyrazu ^), z całą swą siłą retroaktywną, 
mogło powstać, jak wiemy, tylko dzięki traktowaniu wszystkich 
spraw sejmowych, jako jednej całości. Ktoby rozbił ową jedność, 
odebrałby wolnemu „niepozwalam" główną podstawę rozwojową. 
Zachował się pamiętny precedens z ostatniego roku panowania 
Zygmunta Augusta, kiedy to zawieszono obrady przed uroczystem 
zamknięciem i poogłaszano różne uchwały pod datą dni, kiedy je 
po kolei zatwierdzał chory monarcha. August Sas prawdopodobnie 
o tamtym precedensie jagiellońskim nie słyszał. Zato napatrzył 
się od pierwszych lat swych rządów na powstały samorzutnie 
zwyczaj limitowania sejmików. Podobnie jak żywioł ziemski, 
poniekąd naprzekór władzy centralnej, zachowywał sobie możność 
gromadzenia się w razie potrzeby na gotowe, limitowane sejmiki, 
tak samo król umyślił zatrzymać w swych rękach możność wzna- 
wiania sejmu. 

Rzecz charakterystyczna, że stało się to jednocześnie z ukró- 
ceniem władzy sejmików. August z pozoru naśladował przykład 
Zygmunta trzykrotnie: w r. 1712, 1718 i 1724, ale naśladował 



') Jarochowski 612, cytuje list Patkiila do Flcmminga 25 września 1704 r. 
-) Archiwum tajne Augusta II, wydal Raczyński (Obraz Polaków i Pol- 
skii. I, 1 sq. 

3) Ob. wyżej, str. 248-9. 



— 376 — 

tylko częściowo, bo też chodziło mu o coś innego, a nie o nad- 
łamanie liberi veto^). Sejm dwuniedzielny (5— 19 kwietnia) 1712 r., 
odprawiony jeszcze pod węzłem konfederacyi sandomierskiej, 
w zasadzie nie mógł uledz zerwaniu; zalimitował się on do 
ostatniego grudnia tego roku-). Następny, grodzieński 1718 r., 
wyznaczył sobie termin reasumpcyi w ogólnycti nieścisłych gra- 
nicach ^) ; ostatni, warszawski 1724 r. zawiesił czynności bez- 
terminowo, pozostawiając wybór chwili uznaniu króla. ^) Widać 
w tern systematycznie przeprowadzoną tendencyę ku rozwiązaniu 
rąk królowi. Nie widać jednak, aby w jakimkolwiek z tych wy- 
padków dwór uzyskał prawo ogłaszania ustaw przed datą limity; 
nie widać też, aby odroczenie następowało nagle, przed legalnym 
końcem obrad. Dyaryusze notują nawet, że w roku 1718 wszyscy 
posłowie po dwutygodniowej dyskusyi jednogłośnie żądali za- 
wieszenia sejmu, zamiast przedłużenia albo wręcz za- 
miast składania sejmu nadzwyczajnego.^) Tak samo w r. 1724 
limitę uchwaliły zgodnie, choć dość niespodzianie, obie izby 
przy królu. °) Według słów Lengnicha : „powód do kroku tak 
nadzwyczajnego i nowego był ten, iż Stany, nie mogąc wszyst- 
kich czynności dokończyć, a przecież nie chcąc udaremnić wszyst- 
kiego, co zdziałały, uważały za rzecz stosowną sejm jeden na 
dwie części podzielić i każdej z tych części przyznać zupełną 
powagę, jaką ma sejm całkowicie dokonany. Tak więc po nie- 
dokończonych tych sejmach nie przystąpiono ani do ucałowania 
ręki króla ani do odśpiewania hymnu w kościele, lecz to oboje 
odłożono na czas przyszły, w którym sejm miał być dopełniony ; 
podobnież do owego czasu zawieszono sejmiki relacyjne, które 
zwykle zaraz po sejmie następują" '). 



1) O limitach pisali, prócz Lengnicha, Askenazy, Nowe Wczasy, 11-2, 
który mylnie naliczył ich aż 5, i Abdon Kłodziński w W. Encykl. lliistr., który 
niewłaściwie miesza limitę z prolongatą i kombinuje z recesem. Pierwsza wy- 
łączała drugą i nawzajem, trzeci spisywano na szeregu sejmów nie odraczanych. 

2) Vol. Leg. VI, 223. 

3) Vol. Leg. VI, 394-5. 
*) Vol. Leg. VI, 398-9. 

5) Teka Podoskiego, V, 224, 272. 

6) Dyaryusz w Ms. Bibl. Akad. 294. 

'j Prawo pospolite, przekł. Hubego, ks. IV, r. 2, § 53, str. 376. 



— 377 — 

Jakkolwiek też w latach 1719 i 1726 nie obeszło się bez 
t)sobnego uniwersału, wskazującego datę reasumpcyi, ani też bez 
osobnej mszy świętej na początku obrad, na znak ciągłości władzy 
prawodawczej nie słucłiano nowego kazania i nie obierano po 
raz drugi marszałka. Prócz tego charakterystyczną cechą ów- 
"Czesnego pojęcia limity była fikcya, że sejm jest czynny przez 
cały czas zawieszenia; i dlatego żaden organ nie może podczas 
przerwy sprawować władzy delegowanej od stanów; m. in., cho- 
ciażby senat przyboczny obradował najformalniej, nie może on 
wydać uchwały (resultatum) lecz tylko opinię („relacya senty- 
mentów") ^). 

Rzeczywistym powodem limity bywała zwykle potrzeba 
przeprowadzenia jakichś rokowań dyplomatycznych. Król zyskiwał 
tyle, że miał pod ręką gotową reprezentacyę narodową w p o - 
żądanym składzie; posłowie zyskiwali nieco władzy i auto- 
rytetu; wyborcy oszczędzali sobie kosztów. Traciła opozycya. 
Ona też, nie mogąc powstrzymać ogólnego parcia, za każdym 
razem wciskała do uchwał zastrzeżenie, aby podobne praktyki 
nie wchodziły w zwyczaj. Poznano się bowiem na utajonym celu 
limit: zauważono szczególne podobieństwo między niemi a świe- 
żym angielskim Septennial-Acfem (1716), którym parlament west- 
minsterski, jakby na stwierdzenie swej wszechmocy, przedłużył 
sobie pełnomocnictwa z lat trzech do siedmiu. W tym duchu tłó- 
maczył rzecz na sejmie r. 1718 opozycyonista Janusz Wiśniowie- 
cki, wojewoda krakowski^); tak samo rozumiał limitę anonim pa- 
miętnikarz, zwany Otwinowskim ^), tak samo Jan Małachowski, 
starosta opoczyński (późniejszy kanclerz), który na sejmie r. 1726^) 
zapoczątkował i przeprowadził ostateczne zniesienie limity^). Pa- 



1) Ob. s!o\va Stanisława i Jana Szembcków na konfcrencyi 9 lutego 
1726, Teka Podoskiego, III, 240, 244. 

2) Teka Podoskiego, V, 224. 

3) Op. cit. 331: „Nowa to była rzecz, pociiodząca na parlament angiel- 
ski, bo limita sejmu in manibus pana haercns wiele ludzi gubić może i stan 
prawdziwy odmienia wolności ; bo się królowi daje przez to wielki czas do po- 
rozumiewania subjektów i do ujmowania adversantium conatus, gdy co sobie 
w kim widzi przeciwnego". 

■1) Teka Podoskiego, III, 41-2. 
5) Vol. Leg. VI, 404-5. 



— 378 — 

miętajmy, że świeżo, w roku 1717, August wystarał się o zakaz 
limitowania sejmików ') ; teraz żywioł ziemski stanął przy Mała- 
chowskim i zemścił się za swą porażkę, zabraniając raz na zawsze 
zawieszania sejmu. Wolno przypuszczać, że gdyby królowi udało 
się uzyskać takie przeistoczenie sejmu w podręczny parlamenty 
toby przedsięwziął w nim środki radykalne przeciwko liberum 
veto; prawdopodobnie mógłby wnet po zerwaniu obrad zwoływać 
izbę na nową sesyę. Narazie jednak chodziło o co innego, 
i przeciwnicy limity w r. 1726 wyrażali tylko obawę, aby posłowie 
„nie chcieli się przez to czynić perpetiu dictatores"-); o klejnocie 
wolności nikt wówczas nie wspomniał. Doradcy Augusta III 
wracali jeszcze do tych zakazanych pomysłów w r. 1738, 1740,. 
1744, 1746,^) ale bez skutku. Za Stanisława Augusta limity 
wróciły na sejmach sub uinculo r. 1767—8 i 1773—5, przy 
równoczesnem mianowaniu delegacyi pełnomocnych. Wówczas 
żadnego już nie było związku między limitą, a ,,wolnem nie- 
pozwalam" : chodziło poprostu o przelanie władzy na dobór 
posłów, uległych wobec cudzej przemocy, a więc o usunięcie za 
nawias części posłów patryotycznych ^). 

Wszystko zatem, co wiadomo o augustowskiej próbie prze- 
robienia sejmu na „parlament", nie przeczy naszej ogólnej opinii,, 
że Mocny król daleki był od rzetelnej chęci uzdrowienia sejmu.. 
Wrogie zamiary względem „wolnego niepozwalam" przynoszą do- 
piero statyści następnego pokolenia, wychowani poczęści pod 
ubocznym wpływem Flemminga, ale wyszkoleni w narodowe; 
izbie poselskiej. Najwcześniej podobno zdeklarowała się w tym- 
sensie familia Czartoryskich. „Extremis malis extrema remedia !"■ 
wołał młody książę Michał, podkanclerzy litewski, pod adresem 
prymasa Teodora Potockiego, gdy ów obstawał przy „drogocen- 
nej prerogatywie wolnego narodu", w danym razie dotyczącej; 



1) VoI. Leg. VI, 302. 

^) Teka Podoskiego, III, 140. 

3) Teka Podoskiego, IV, 464, 660; Skibiński, II, 346; Dyaryusz sejmit 
1746 r., 254, 267, 269. 

■•) Pod kategoryę limity podpadają też uchwały sejmów Czteroletniego 
1790 r. o przedłużeniu pełnomocnictw i uzupełnieniu składu, tudzież grodzień- 
skiego 1793 r. — o delegacyi traktatowej. 



— 379 — 

jednomyślnego obioru marszałka na sejmie (1733)'). Nie sądźmy 
jednak, żeby Potoccy głusi byli na takie wołanie. Dopóki mieli 
perspektywę przewagi w Rzplitej, zarówno oni, jak i inni rozum- 
niejsi „republikanci" bez przerażenia myśleli o uporządkowaniu 
izby poselskiej. Znany jest sojusz polityczny Pogoni i Pilawy 
podczas przedostatniego bezkrólewia pod sztandarem Piasta ; 
znane też nieśmiałe myśli tego Piasta, Stanisława Leszczyńskiego^ 
na temat liberi veto i reformy parlamentarnej, wypisane z cza- 
sem w Głosie Wolnym". Tajemnicą pozostało i dziś dopiero wy- 
chodzi na jaw, że Leszczyński, czy też przynajmniej część jega 
otoczenia, już w r. 1734 myśleli o radykalnej sanacyi głównych 
organów naszego parlamentaryzmu, t. j. elekcyi, sejmu i sejmików. 
Widocznie odszczepieństwo partyi saskiej na polu pod Wolą 
we wrześniu r. 1733, wezwanie przez nią obcej pomocy, wojna 
domowa, wygnanie prawowitego elekta do Prus wstrząsnęły mo- 
cno opinią, skoro tym razem obóz narodowy, w ogromnej więk- 
szości konserwatywny, ośmielił się, cłioćby w osobie kilku przy- 
wódców, spojrzeć w oczy prawdzie. Nieznani autorowie zreda- 
gowali na przyszły sejm pacyfikacyjny, po spodziewanem z po- 
mocą Francyi zwycięstwie, szereg ustaw, głównie dotyczącycłi 
władzy prawodawczej i sądowej. Wnioskodawcy wiedzą — czy 
nie od księdza Stanisława Konarskiego?-) — że żadne prawa 
pozytywne nie upoważnia nikogo do rwania obrad; widzieli opła- 
kane skutki tego nadużycia — najazdy obce, bezbronność granic, 
zgwałconą elekcyę, pustki w skarbie, rozstrój w armii ; wiedzą 
z ciężkiego doświadczenia, że veto służyło raczej do wytępienia,, 
niż do ugruntowania wolności. Przeto kasują je zarówno na ele- 
kcyach, jak na sejmacłi i sejmikach. Odtąd głos wolny służyć 
będzie tylko do przytaczania racyi prawnych, przeciwnych czyjejś, 
kandydaturze na wyborach (proces, banicya i t, p.). Wszędzie 
ma rządzić większość głosów. Wyjątek robi się dla wniosków 
jawnie przeciwnych „publicznemu albo partykularnemu interesowi 
województw, ziem i powiatów" : tu pośliznęło się pióro autoro- 
wi, bo nie przewidział, iż ten wyjątek możnaby rozumieć zbyt 



1) Kantecki, I, 151-2. 

2) W kwietniu r. 1735 opuści! on obóz królewiecki, jadąc z J. Ożarow- 
skim do Francyi. Przedtem przypuszczalnie towarzyszył Leszczyńskiemu. 



— 380 — 

szeroko. W każdym razie nawet przeciwko takim wnioskom veto 
powinno być uzasadnione według prawa i słuszności, a o rwa- 
niu całycli zjazdów nadal nie może być mowy. Równolegle re- 
■dukuje się liczbę posłów pruskich, przedtem nieograniczoną, do 
12 (po 4-cti z województwa). Dla skrócenia bezkrólewia znosi 
się sejm konwokacyjny ; na elekcyi ractiuje się głos całego wo- 
jewództwa, ziemi lub powiatu, za jedną całość (należało cłiyba, 
w imię równości reprezentacyi, sprowadzić wszystko do powia- 
towego mianownika); w tym celu na dwa dni przed elekcyą 
szlachta, obecna pod Warszawą, jak i dawniej, viritim, większo- 
ścią uchwala na zjeździe wojewódzkim, na kogo ma głosować 
jej przywódca — senator albo obrany umyślnie delegat szla- 
chcic.' Rozstrzyga większość wotów wojewódzkich, ziemskich 
i powiatowych. Kandydatów cudzoziemców, wyjąwszy zasłużony 
dla Polski dom „Borboński" (a więc zapewne wnuków Leszczyń- 
skiego) wyłącza się od konkurencyi '). 

Nieodżałowana szkoda, że ludzie, którzy śmieli zapragnąć 
lakich przemian w chwilach dobrej nadziei, ukryli w zanadrzu 
swą mądrość po klęsce ; projekty powyższe stanowiłyby dla ich 
następców nielada testament polityczny. Zwolennicy Stanisława 
po pacyfikacyi, jak wiadomo, rozpadli się znów na stronnictwa. 
Potoccy wrócili do walki z Czartoryskimi. Ci pogodzili się z do- 
mem Wettyńskim i z Rosyą, tamci w porozumieniu z pierwo- 
tnymi stronnikami Sasa, a niemniej też z żywiołem nieprzeje- 
dnanym w kraju, znaleźli protektorów w dyplomacyi francuskiej 
i pruskiej. Zawrzała waśń partyjna, dla Polski zabójcza. W po- 
goni za popularnością Potoccy zaparli się nazewnątrz wszelkiej 
myśli postępowej. Familia, zagrożona przelicytowaniem w oczach 
tłumu, straciła chęć do używania „ostatecznych lekarstw". Stąd 
nieśmiałość i słabość prób reformy sejmowej za Augusta 111. 

Między projekty, przygotowane na sejm warszawski roku 1738, 
wsunięto — widocznie z zamiarem wznowienia — prawo z roku 
1659 De modo concLudendi sejmów. Znaczyłoby to, że chciano, 
jak ongi za Jana Kazimierza, wyznaczyć osobną deputacyę do 
naprawy parlamentaryzmu. Kto podejmował tę sprawę, i jak 



I) Ob. Załączniki, Nr. 4. 



- 381 - 

ją chciał rozstrzygnąć, niewiadomo, ale zważywszy, że równocze- 
śnie chciano ponowić „Utwierdzenie sejmików mazowieckich"^ 
t. j. przepisy o obiorze marszałków, posłów, deputatów i urzędni- 
ków na Mazowszu większością, można domyślać się, że inicya- 
torami byli Stanisław Poniatowski, wojewoda mazowiecki, albo 
jeszcze pewniej Mikołaj Podoski, wojewoda płocki. Do obrad 
nad tymi wnioskami w izbie poselskiej nie doszło ^). 

W latach 1741 — 3 nosił się z myślą zniesienia veto Jan 
Małachowski, podkanclerzy koronny -), ten sam co spowodował 
zakaz limity. Słychać o pokrewnych zamysłach dworu sasko- pol- 
skiego i w r. 1744^). Sprawę zwołania umyślnej deputacyi przy- 
pomniano sobie znowu w roku 1746; zamiast niej podano je- 
dnak izbie poselskiej tylko projekt, opiewający, że nadal uchwały, 
przyjęte zgodnie przez króla, senat i posłów ziemskich, mają 
być wcielane do Yolumen Leguni, reszta zaś odsyłana do re- 
cesu ^). Odesłać do recesu, znaczyło to, według litery prawa,, 
umieścić dany projekt na czele porządku dziennego przyszłego 
sejmu ; faktycznie równało się to pogrzebaniu wniosku. Taka „re- 
forma" nie przeszkodziłaby naturalnie opozycył w robieniu junc- 
tim między projektami, nadającymi się do przyjęcia, a ową po- 
tępioną resztą, wobec czego nawet wznowienie starych regula- 
minów z lat 1690. 1699, 1736, nie na wieleby się zdało. Zresztą 
i ten ćwierć-środek został zepchnięty z porządku dziennego przez 
posłów, popierających partykularne interesy swych województw. 

Sytuacya układała się wprost beznadziejnie. Sejm po sej- 
mie rozłaził się po sześciotygodniowej gadaninie. Partya Poto- 
ckich w imię swej oryentacyi franko - pruskiej i antyrosyjskie}, 
ścinała, jakby kosą, wszystkie próby pracy odnowicielskiej, — 
co jednak nie przeszkadzało najśmielszym przedstawicielom tego 
^republikańskiego" obozu knuć i przedstawiać w Wersalu, niby 
rzeczywiste dążenie całego obozu, srogi zamach nietylko na za- 



1) Teka Podoskiego, IV, 355. 

2) Memoryał jego w Archiwum Drezdeńskiem. 

^) Relacya posła angielskiego Yiiiiersa z d. 6 października t. r., Skibińskie 
II, 242, por. też Dyaryiisz tamże, II, 323. 

*) Projet pour conclure les conseils publics, Dyaryusz sejmu z roku 1746, 
str. 273. 



— 382 — ■ 

sadę jednomyślności, ale i na wolną ełekcyę '). Taka to była 
wiara konstytucyjna ówczesnych koryfeuszów partyi pseudopa- 
tryotycznej, i taka przemądrzała metoda działania : głębszą praw- 
dę cliowano dla zagranicy, która nie powinna była nic wie- 
dzieć o naszycłi bolączkacłi wewnętrznycłi i o sposobach ich le- 
czenia, a plytkiem kłamstwem karmiono rzeszę szlachecką. Wszyst- 
kiego, bądź co bądź, wobec swoich zataić było niepodobna. Nie- 
wiara w stary nonsens dawała się wyczuć i ośmielała dworskich 
postępowców do nowych, zawsze jednak głęboko tajonych przed- 
sięwzięć. Sejm warszawski r. 1748 odbył się wśród szeptów, 
zwiastujących koniec „źrenicy wolności"-). Co tylko lgnęło je- 
szcze do starego nierządu, śpieszyło się odżegnać od nowatorów. 
Hetman litewski Michał Radziwiłł, dotychczas główny sprzymie- 
rzeniec familii na Litwie, pobiegł cichaczem do Bestużewa, po- 
^ła rosyjskiego, aby zdemaskować tych zdradzieckich pupilów 
Rosyi, Czartoryskich ; hetman w imieniu całej Litwy prosił na 
wszelki wypadek o pomoc rosyjską i upewniał, że raczej da się 
porąbać w sztuki, niż pozwoli na wprowadzenie rządów większo- 
ści. Miałże Rosyanin nie przyjąć takiego klienta w otwarte obję- 
cia, miałże nie posłać nad Newę alarmujących ostrzeżeń?^). 

Zdaje się, że te konszachty zacofańców z Rosyą nie pozo- 
-stały tajemnicą dla dworu i partyi rządzącej. Sprawa zniesienia 
liberi veto stanęła wyraźnie w swym charakterze międzynarodo- 
wym, jako zadanie, którego sejm polski o własnych siłach wbrew 
obcej kontroli nie rozwiąże. Minister i faworyt Augusta III, Briihl, 
spróbował rozsadzić tę ciężką kontrolę, i pragnąc zjednać sobie 
poparcie lub przynajmniej zgodę na zaprowadzenie rządów wię- 
kszości, skierował swe zabiegi ku najuczciwszej, najmniej dra- 
pieżnej sąsiadce Polski, Maryi Teresie (w początkach 1749 r.). 
Atoli nawet w Wiedniu uznano ów projekt, najrozumniejszy ze 
wszystkich, jakie powziął kiedykolwiek płochy faworyt Augusta, 
za przedsięwzięcie podejrzane i niebezpieczne. Marya Teresa od- 
mówiła bezwzględnie i niezwłocznie posłała ostrzeżenie do Pe- 



1) Memoryał Błędowskiego z r. 1746 u Waliszewskiego, Potoccy i Czar- 
toryscy, 66-7. 

2) Relacye posła szwedzkiego Greiffenheitna z d. 13 i 16 listopada, Arch. 
Państw, w Stokholmie. 

3) Sołowjew, ks. V, 515-6. 



~ 383 - 

tersburga'); tymczasem, jeżeli którędy, to właśnie przez Wiedeń 
tspodziewano się uśpić czujność Petersburga, zbudzoną świeżemi 
denuncyacyami Radziwiłła. O przejednaniu zaś trzeciego sąsiada, 
Fryderyka Wielkiego, nie można było marzyć. 

Opozycya, jakby przeczuła porażkę dyplomatyczną Britłila, 
'bo jednocześnie zdwoiła swą brutalność. Następny sejm, nadzwy- 
czajny, w sierpniu roku 1750, zerwała przed obiorem marszałka, 
pod bylejakim pretekstem, ostentacyjnie składając łiołd „wol- 
nemu niepozwalam", jako wyższej nad wszelkie przepisy „usta- 
wie ustaw". 

Ostatnią próbę reformy podjęto w r. 1752, wśród okoli- 
czności przypominających pamiętne, i tym razem odświeżone 
AV pamięci usiłowania Jana Kazimierza. Dwór głównie zaprzątał 
^ię obiorem następcy tronu za życia króla w osobie bądź to 
królewicza Fryderyka Cłirystyana, bądź Ksawerego. Niektórzy 
z oddanych mu panów, już nietyle Czartoryscy, ile ksiądz pod- 
kanclerzy Wodzicki i marszałek nadworny Mniszech, ufni w swe 
stosunki partyjno-rodzinne z malkontentami, pragnęli przy tej spo- 
sobności przeprowadzić kasatę liberi veto, jako najlepszy środek, 
wiodący do celów dynastycznych dworu. Wszakże i tym razem 
Austrya dopilnowała polskiego nierządu. Ona to przez swe insy- 
nuacye w Petersburgu nietylko zapobiegła elekcyi vivente rege, 
ale też sprowadziła dla posła rosyjskiego w Warszawie, Grossa, 
wyraźny nakaz, aby wszelkiemi siłami niedopuszczać do stłumie- 
nia „głosu wolnego' -). Naprzekór takiej dyrektywie Bruhl nie 
ruszyłby ani palcem, a gdyby nawet zaryzykował próbę, to spo- 
tkałby na drodze zmobilizowaną w jednym szeregu akcyę Rosyi 
i Austryi, jak niemniej Prus i Francyi, nie mówiąc już o Poto- 
ckich i ich adherentach. 



') Marya Teresa do posła w Petersburgu, Bernesa, 14 lutego 1749 r. : 
Poseł saski Loos, „ein sehr verniinftiger Mann", uznał odrazu słuszność odmowy, 
uzasadnionej tern, że zamacłi na veto zaalarmowałby Francyę, Prusy i Turcyę. 
Rosya powinna dać takąż stanowczą odprawę Briiłilowi. „oline sieli vorelIig in 
etwas zu vcrticfcn, so dic iiblestc Folgcn auch fiir Russland selbsten liaben 
konnie, ob sieli glcich vermutlich alle Miihe gegeben werdcn dorfte, eine bes- 
^ere Farbę der Sachen anzustreichcn", Khcvenliiiller, Tagebuch, 11, 534-5. Por. 
Poepell, Polen urn d. Mitte d. XVIII Jahrhunderts, 80. 

2i Mrok i Świt, fi?, 105. 



— 384 — 

Łatwo zrozumieć interes, który kazał północnym i wscłio- 
dnim sąsiadom Rzplitej czuwać nad jej bezwładem. Trudniej, ale też 
można ostatecznie pojąć egoistyczną solidarność z nimi gabine- 
tów, skądinąd przeciwnych. Francya, rywalka Austryi, podkopy^ 
wała rząd Rzeczypospolitej przez osobliwą perwersyę, przez urazę 
do króla Augusta, który wyrugował był Leszczyńskiego, wre- 
szcie — przez poziomą ctięć przysłużenia się Fryderykowi. Au- 
strya, lubo nieprzyjaciółka Prus, czyniła to samo przez tępą, krótko- 
wzroczną chciwość. Obie pracowały z wytrwałością, godną le- 
pszej sprawy, nad pogrążeniem narodu, który nieraz jeszcze 
mógłby się okazać dla nich szczerym sojusznikiem. 

Lecz najmniej zrozumiałą jest w smutnej historyi poczynań 
reformatorskich za Augusta III postawa swojskich republikantów^ 
którzy im więcej psuli sejmów, tem mocniej utwierdzali się 
w przekonaniu, że sami jedni zasługują na nazwę „patryotów". 
Orzekliśmy raz, i gotowiśmy powtórzyć, że w połowie XVIII wieku 
„już chyba nikt nie kochał naprawdę upiora złotej wolności" % 
Co innego bowiem jest kochać, tęsknić, idealizować, a co innego> 
lgnąć nałogowo i wyzyskiwać przedmiot swej powszedniej żądzy 
dla celów partyjnych albo samolubnych. Otóż w tem ściślejszem 
znaczeniu miłości — napewno nikł z kierowników polityki „pa- 
tryotycznej", przynajmniej w nastroju głębszego zastanowienia^ 
nie miłował już wolnego veto. Czasy entuzyazmu i zachwytu; 
dla tego trującego kwiatu minęły. Już zaczynano złośliwie na- 
zywać go : „liberum rumpo". Veto zeszło na tandetę, jak się 
wyraził pewien senator-). Trzymało się jeszcze siłą naturalnego^ 
ciążenia w dół, jako ostoja egoizmu i kwietyzmu, a odgradzałem- 
się od krytyki sofizmatami lub frazeologią. W roku 1749, po zni- 
szczonych pięciu pracowitycłi sejmach, doszło do wymiany zdań, 
nad tym przedmiotem wśród wiernych wyznawców zasad „repu- 
blikanckich". Jan Tarło, wojewoda sandomierski, wobec rozum- 
nych perswazyi przyjaciela, księdza Konarskiego, oznajmił, że 
krwiąby się własną pisał na wprowadzenie reguły większością 
gdyby równocześnie odebrano dv;orowi szafunek „chleba dobrze 



') Mrok i Świt, j. w. 

2) Mowa W. Miaskowskiego, kasztelana pozn., 4 listop. 1758 r. na radzie 
senatu, Ms. Ak. Um. 304. 



— 385 — 

zasłużonych", to ustawiczne źródło korupcyi. A ponieważ dwór 
nie da sobie odebrać dystrybuty wakansów i łask, wypada zatem 
czekać z reformą aż do bezkrólewia, a tymczasem niechaj giną 
wszystkie sejmy '). Tak, w gruncie rzeczy, uczył już Andrzej 
Maksymilian Fredro, tak powtarzał za nim, jak za panią matką, 
Jan Tarło, podobnie też rozumowała większość przyjaciół woje- 
wody sandomierskiego. Nie chciało się wierz, ::, żeby zacne „pa- 
tryotyczno-republikanckie" społeczeństwo zdało egzamin z nieza- 
leżności przekonań wobec dworskicłi gróźb i pokus. Szefowie stron- 
nictwa — zapewne pod naciskiem Konarskiego — zasiedli do zre- 
dagowania reformy, i napisali „Projekt o poprawie praw". Poprawa 
polegać miała na tem, że najbliższy sejm wyznaczy delegacyę, która 
obmyśli, obok innych ulepszeń, sposób dochodzenia sejmów, po- 
czem osobny sejm nadzwyczajny zatwierdzi jej wnioski, przy- 
wróci równość obywatelską (t. j. zniszczy wpływ Czartoryskich) 
i usunie wszelkie nadużycia. Zdawałoby się, że za cenę pognę- 
bienia familii można skasować „wolne niepozwalam". Jednak 
nie: „patryoci" w przewidywanym sposobie dochodzenia sejmów 
zastrzegają nietykalność veto we wszystkich materyach, dotyczą- 
cych państwa ^). Czytając te słowa, nie chce się wierzyć, żeby 
one wyszły z pod pióra spadkobierców idei Leszczyńskiego ! 
A przecież było tak w istocie. Republikanci w kwestyi reformy 
sejmowej pod wpływem zajadłości stronniczej zrobili od r. 1734 
ogromny krok wstecz ^). 

Przy takiem usposobieniu umysłów, kiedy senat starannie 
chował w mózgach wszelką iskierkę światła, w izbie poselskiej 
rzadko dochodziło do jawnego ataku na liberum veto. Zdarzały 
się natomiast zaczepki podstępne. Próbowano delikatnie oswoić 
szlachtę z przegłosowywaniem na innych polach. Najwięcej spo- 
sobności nastręczył do tego główny przedmiot obrad sejmów 



1) O skutecznym rad sposobie, III, § 18, str. 194. Por. Mrok i Świt, 285, 
419. 

2) Salva omni libcrtatc in materiis statum tangentibus voce vctandi et se 
opponendi. Ob. Załączniki, Nr. 5. 

•^) Świadectwo Kayserlinga, Sołowjew, V, 651, jakoby myśl zniesienia 
veto wyszła od Potockich, niekompetentne i tendencyjne, sprzeciwia się wszyst- 
kiemu, co wiadomo o dążeniach tej rodziny oraz familii Czartoryskich. Najwy- 
żej niektórzy wodzowie „patryotów" myśleli platonicznic o takiej zmianie. 

25 



— 386 — 

augustowskich, pomnożenie wojska. Projektowane w tym celu 
Komisye Walne, koronna i litewska, miały decydować o wszyst- 
kich sprawach zarządu skarbowo-wojskowego (w ramach uchwa- 
lonego budżetu), większością głosów, czyli, jak się wyrażał pro- 
jekt z roku 1746, „forma et figura supremi judicii" ^). Również 
przy obiorze członków Komisyi i lustratorów podatkowych po 
województwach zgodzono się w r. 1746 stosować regułę wię- 
kszości, której dotąd nie przestrzegano ściśle nawet przy obiorze 
deputatów. Lecz projekt ten razem z całym sejmem warszaw- 
skim onego roku rozbił się „o świece" : obstrukcya strawiła na 
sporach sześć tygodni, poczem nie pozwoliła ani na prolongatę, 
ani na wniesienie świec do izby. Po dwóch latach plan aukcyi 
wrócił na porządek dzienny, tym razem pod najściślejszą kon- 
trolą Czartoryskich (w poprzednim uczestniczyli chwilowo także 
Potoccy). W niektórych szczegółach dokonano zmian. Czy ksią- 
żęta obawiali się, źe veto złamie swym bezwzględnym ciężarem 
regułę większości, nawet uświęconą przez sejm, jak ją łamało 
w niektórych województwach na innych wyborach, czy chcieli 
mieć w ręku całkowity skład przyszłej Komisyi Ekonomicznej, 
aby lepiej przestrzegać jednolitości i sekretu działań, czy może 
chcieli, aby szlachta z dwojga złego sama wybrała pluralitateniy 
— dość, że tym razem lustratorów miała naznaczać Komisya, a ko- 
misarzy mianowałby sejm -). Nie obeszło się w trakcie obrad bez 
interesujących zajść. Bystry wzrok malkontentów dostrzegł w me- 
todzie przegłosowywania „toxicum libertati", truciznę na swo- 
bodę^). Wystąpili na jednym i drugim sejmie z ostrzeżeniami 
tacy specyaliści-fanatycy, jak Małachowski, starosta oświęcimski, 
Chojecki, Czarnecki, epigonowie Fredry, ludzie którychby można 
było nazwać doktrynerami złotej wolności, gdyby w ich ciasnych 
głowach mieściła się jakakolwiek doktryna"*). Nawzajem za wię- 
kszością na wyborach do przyszłej instytucyi przemawiali go- 
rąco haliczanin Rafał Skarbek (1746)"^), mazur Paweł Karwow- 



>) Dyaryusze, II, 227. 

2) Dyaryusze, I, 326 sq. 

3) Dyaryusze, II, 158, 171, I, 116, 125-6, 130, 189. 

4) Dyaryusze, I, 142, 201, 275. 
s) Dyaryusze, II, 28, 188. 



387 



ski (1748) '). Zjawił się też wniosek ugodowy, aby większość 
decydowała dopiero na wyborach powtórnych, w razie nieudania 
się obioru jednomyślnego na pierwszym sejmiku -). Kilkakrotnie 
odzywał się argument bezapelacyjny, że „w wolnym narodzie 
każdemu jest głos wolny do niepozwalania, i nie powinien się 
z tego justyfikować" •^). Ostatecznie zasada obieralności zwycię- 
żyła, ale tylko na chwilę, aby runąć razem z całym projektem 
wśród antagonizmów prowincyonalnych i partyjnych. 

Niepowodzenie programu pomnożenia wojska przyśpieszyło 
upadek dworskiego stanowiska Czartoryskich, a najświatlejsi ich 
współpracownicy, Załuski, biskup krakowski, (były kanclerz) i Po- 
■doski, wojewoda płocki, którzy towarzyszyli im w pracy, ale wy- 
trwali w lojalności względem dworu, nie udźwignęli pozostałej 
po familii spuścizny politycznej. Głucha szarzyzna zaległa ostatnie 
kilkanaście lat czasów saskich. Ustała wszelka praca na sejmach, 
przycichło wszystko, co zmierzało do zniesienia liberi veto. 
Sprawa, na której najwięcej powinno było zależeć średniej i dro- 
bnej szlachcie, nie znajdowała na sejmikach najmniejszego od- 
dźwięku. Jeżeli skądś przypadkiem doleci głos przeciwny, to 
przy bliższem zbadaniu okazuje się, że jest to głos wyjątkowo 
śmiałej jednostki, raczej senatora niż szlachcica, głos, którego 
przypadkiem nie zagłuszyła vox populi. Energiczne np. zwroty 
instrukcyi dobrzyńskiej z 22 sierpnia 1746 r. wyszły prosto z pod 
pióra Mikołaja Podoskiego lub jednego z jego synów*;. 

Pomstowania na zrywaczów pełno, ale środków na nich nie 
obmyśla żadne zgromadzenie. Kiedy na sejmie styczniowym r. 
1733 Lubieniecki z najbezecniejszą wyszedł protestacyą, poseł 
ciechanowski (Kicki?) najpierw wyrecytował pochwałę liberi veto : 
„że to jest klejnot wolności naszej nieoszacowany, kiedy go za- 
żywamy in defensam ojczyzny, na utrzymanie praw i swobód 
naszych", potem spróbował dowodzić, że „niepozwalam", użyte 
^dla protestów, dla prywat", przytem wbrew regulaminowi, jest 
szpetne i niesprawiedliwe", i poseł, który je wygłasza, zasługuje 



1) Dyaryuszc I, 159, 187-90. 

2j Dyaryuszc, U, 74-5, I, 170-3, 176. 

3) Ob. np. Dyaryuszc, I, 270. 

•») Dyaryuszc sejmu z r. 1746, Dodntki, 255-8. . 

25* 



— 388 — 

na karę. Morał len nie trafił do przekonania izbie ; dopiero kiedy 
się okazało, że Lubieniecki obrany został nad komplet, uniewa- 
żniono naraz i jego protest i mandat ^). W najlepszym razie ro- 
zumowano tak, jak ów pan podkomorzy niewiadomego nazwie 
ska, co w r. 1732 na sejmiku relacyjnym potępiał straszną de- 
wizę : „Niecłi i Turcy i Moskwa i Prusacy nas zawojują, sobie 
podbijają, nie obmyślimy sposobów na danie im odporu, bo za- 
szło veto". Owóż „przodkowie nasi poczciwi wynaleźli to veto dla 
zbawienia ojczyzny, kióre teraz niebaczni jej synowie obracają 
w jad i ruinę. Wtenczas to veto jest godne, zbawienne, i trzeba 
go słuchać, gdyby większa część posłów chciała co konkludować 
na oczywistą zgubę ojczyzny ; ale kiedy większość chce zacho- 
wać prawo, nietylko jednego, ale i kilkudziesiąt veto przeciwne 
jest naganne, jest nadużyciem, jest zgubą wolności" ^). Wniosek 
etyczno-polityczny słuszny ; wniosek prawniczy — żaden. Myśl 
połowiczna, nie przemyślana do końca, natychmiast spotyka 
się z pełnobrzmiącem, konsekwentnie bezmyślnem „zasię!": 
toż „dusza wolności zgwałcona obumrzeć i zginąć" musi w ra- 
zie ukrócenia głosu wolnego. Nie dopuszczajmy więc za nic 
„przemiany sejmów w parlament angielski": ktoby zachwalał- 
majóryzm, tego należy pociągać do odpowiedzialności ! Zresztą 
jest to srogość zbyteczna. Ktokolwiek za króla Sasa pragnie doj- 
ścia jednego sejmu, ten musi zostawić bez obrony wszystkie 
następne sejmy, bo kto sarknie w pełnej izbie na swawolne veto,. 
jak Skarbek na sejmie r. 1758, ten przyśpieszy tylko śmiercio- 
nośny manifest ^). 

Najkrętsza machiawelistyka wydaje się bezsilną wobec ta- 
kich przejawów. Daremne tajne narady po gabinetach, wymowne 
francuskie rnemoryały, dołki kopane pod złotą wolnością, chy- 
trze splatane sieci : głos wolny może drwić ze wszystkiego, co 
pokryjomu knują nań zakonspirowani krętacze statyści. Daremnie 
gdzieś na prowincyi wyjątkowo mądry, samotny obywatel, taki 
naprzykład Kazimierz Wołłowicz, marszałek Słonimski, wzywa 
sąsiadów, aby przetarli oczy i spostrzegli rzeczywistą wartość 



*) Dyaryusz w Tece Podoskiego, IV, 319 sq. 

2) Teka Podoskiego, IV, 148. 

3j Polska w dobie Wojny Siedmioletniej, I, 295. 



— 389 - 

złotej wolności oraz jej wypieszczonych klejnotów — jednomyśl- 
ności i wolnej elekcyi : każdy go zleje zimną wodą'). I tak być 
musi dopóty, póki konwencyonalne kłamstwa partyjne zastępują 
wszelką twórczą myśl, póki najmędrsi ludzie dla cłiwilowego 
sukcesu na trybunale czy na sejmiku stroją się w szatę arleki- 
nów politycznych — jak Michał Czartoryski w korespondencyi 
z Radziwiłłem -) albo z Zabiełłą, marszałkiem kowieńskim ^). Tak 
być musi, póki liberum veto „na tandecie" służy za liczman wy- 
tarty dla każdego ambitnego samoluba, póki pan Adam Małachow- 
ski dziś deklamuje oklepanki o świętości wolnego głosu, a jutro, 
chwyciwszy w ręce kaduceus marszałka izby, rozdziera szaty 
nad „rupturą" sejmów ■*), — póki nikt światła nie dzieli od ciemno- 
ści, nikt nie apeluje szczerem słowem do jedynej mocy, zdolnej 
obudzić i odrodzić naród, do rozumu i wiary politycznej uczci- 
wego obywatela... 

Czarnym korowodem defilują przez scenę dziejową Hero- 
straty i Katyliny, bratnie duchy „upiora z Upity" : Wydżga, za- 
bójca sejmu z r. 1750, Morski, smutny bohater Grodna (1752), 
Strawiński (1754), Podhorski (1758), Leżeński (1760), rwacze sej- 
mów warszawskich. Nie widać końca szaleństwu... 

Lecz nagle coś się psuje w tym łańcuchu. Partya Czarto- 
ryskich, która w r. 1761 udaremniła sejm nadzwyczajny, z cichą 
pogardą odrzuca staropolską metodę Sicińskich i Wydżgów: za- 
miast podesłać płatnego podpalacza, czterdziestu podpisami kwe- 
styonuje prawność zwołania stanów w owej chwili, dowodzi jego 
bezużyteczności, wykłada swój program. Po półtora roku zjawia się 
nowy wyrzutek, Michał Szymakowski, stolnik ciechanowski, z 1507 
dukatami rosyjskiej zapłaty, lecz jego manifest ściąga nań gromy 
potępienia tejże opozycyi Czartoryskich i lepszych żywiołów 
dworskich, Splugawione narzędzie szkody publicznej pada na 
ziemię. Już go nikt nie podniesie. Znajdą się jeszcze w zmie- 
nionych warunkach ludzie odmiennej o całe niebo natury moral- 
nej, którzy protestować będą samotnie przeciwko sejmom : Ka- 



') Osobny artykuł o Wollowiczu ogłosimy gdzieindziej. 

2) Ms. Bibl. Ord. Kras., por. Bartoszewicz, Szkice z czasów saskich, 110. 

«) Ms. 3880 Bib). Czart. 

■•) Mowa po zerwanym sejmie 1758 r., Ms. Bibl. Czart. 597. 



- 390 — 

roi Chreptowicz i Józef Wybicki w r, 1768, Reytan i kilku to- 
warzyszy w latach 1773—5, ale, pomijając już różnicę pobudek^ 
czyny ich nawet formalnie odcinają się wyraźnie od czynu Szy- 
makowskiego. Wybicki upomniał się o głos wolny w znaczeniu 
europejskiem, t. j. o prawo wyrażania swych myśli ; gdy mu 
zamknięto usta, zaprotestował przeciwko wszystkim bezprawiom, 
popełnionym przez Repnina i jego kreatury. Wiedział, że sejmu 
pod węzłem radomskim nie zerwie, poprostu więc nawoływał 
do powstania. Reytan zwalczał uzurpacyę Ponińskiego, żądał 
sejmu wolnego, pod prawidłowo obranym marszałkiem. Żaden 
z nich nie inwokował „źrenicy wolności", ani nie ganił zasady 
większości. Ostatnim zrywaczem sejmowym był i pozostał nę- 
dzny Szymakowski. 

Dlaczego ostatnim? Jakiż to czar poraził i obezwładnił: 
straszliwą ideę-siłę, niszczycielkę życia polskiego? Ten cud spra- 
wiła, przemówiwszy raz wreszcie pełnym głosem, literatura poli- 
tyczna Wieku Oświeconego. 



ROZDZIAŁ III. 

Veto i prawo większości w świetle literatury politycznej czasów saskich i sta- 
nisławowskich. Karwicki : trzy izby specyalne, sejm gotowy, ograniczenia czą- 
stkowe jednomyślności. Jak przyjęto myśli Karwickiego ? Szczuka. Rozmowa 
Polaka z Francuzem. Debiut Konarskiego. „Glos wolny, wolność ubezpiecza- 
jący". Poklatecki, Poniatowski, Garczyński, Rzewuscy. „O skutecznym rad sposo- 
bie". Bieg myśli autora. Pluralitas jedyną deską ratunku. Reakcya : W. Rze- 
wuski, Załuski, Sienicki, Granowski i inni. Późniejsze ustępstwa Konarskiego. 
Krasiński, Wybicki. Głosy cudzoziemców: Rousseau'a, Mably'ego, Mercier de 
la Rivićre'a. Wielhorski. Kołłątaja „Listy Anonima" i „Prawo polityczne". Sta- 
szica „Uwagi" i „Przestroga". Stanisław Potocki, Seweryn Rzewuski. 

Długo wypadło czekać, zanim owa literatura ośmieliła się 
być mądrą bez zastrzeżeń. 

Republikanin Stanisław Dunin Karwicki, autor znakomitego pi- 
sma o urządzeniu Rzplitej (De ordinanda Republica, 1709^, nastę- 
pował na liberum veto i wprost i pośrednio, ale nie próbował 
ugodzić go w samo serce. Nie cłiciał go słyszeć ani na elekcyi 
marszałka, ani przed elekcyą, to też radził odbywać rugi pod 
starą laską, aby nie dać narzucającym się nielegalnym posłom 
przywłaszczać sobie głos wolny. Usuwał od wyborów różne kate- 
gorye szlachty, najzdatniejsze do zrywania sejmików, jako to 
nieposesyonatów, bannitów, ludzi będącycłi w czyjejś służbie. 
Kazał prowadzić obrady najstarszemu senatorowi albo urzędni- 
kowi danego województwa, przez co wykluczał zerwanie sejmiku 
na obiorze marszałka. Rozszerzał pole do ćwiczenia się w pra- 
widłowem głosowaniu, gdyż chciał, aby senatorów obierano na 
sejmikach, a hetmanów na sejmach. Bezpośrednio żądał zasto- 
sowania reguły większości we wszystkich wogóle wyborach, re- 
zerwując jednomyślność dla uchwalania instrukcyi. Takie zastrze- 
żenie zredukowałoby oczywiście rolę instrukcyi do zera, ponieważ 



— 392 — 

partya, której kandydaci upadli, starałaby się o odrzucenie arty- 
kułów zwycięskiego obozu. Autor uprzedził poniekąd ten zarzut, 
gdy wyłączał upadłych kandydatów od obrad nad instrukcyą ; 
cóż kiedy nie mógł wyłączyć icłi przyjaciół. 

Dalej, Karwicki uważa za nieważny odosobniony protest 
jednego posła, nie poparty przez wszystkich jego kolegów i nie 
umotywowany instrukcyą. Każde województwo powinno zanosić 
swój zbiorowy protest najpierw w jednej z trzech „izb" sena- 
torsko- poselskich (dziś powiedzianoby raczej : komisyi lub sekcyi), 
na jakie ma się dzielić sejm. Potem dopiero szedłby protest pod 
rozwagę plenum, nie mógłby więc działać tak zabójczo, jak nagły 
manifest zaczajonego warchoła, po którym sprawca ulatniał się 
zwykle na wieś. Wyborcy powinni mieć nad posłem ścisłą kon- 
trolę i powinni ją sprawować nietylko na zwykłych sejmikach 
relacyjnych (w dobie saskiej coraz rzadszych), ale nadto, w razie 
potrzeby, na specyalnym sejmiku nadzwyczajnym, który pociągałby 
do odpowiedzialności zrywacza. Zresztą sam plan sejmu goto- 
wego, stworzony po raz pierwszy w XVIII wieku przez Kar- 
wickiego, wyklucza właściwie zerwanie, skoro król miałby prawo 
zwoływać w ciągu roku tych samych posłów nieograniczoną ilość 
razy. Zniknąć ma wreszcie veto z bezkrólewia : większością obie - 
rać będą województwa kandydatów do korony, większością obierze 
zjazd elekcyjny króla, przytem już nie viritim, lecz przez posłów, 
w liczbie proporcyonalnej do kontyngentu podatkowego każdego 
województwa lub ziemi i). 

Trudno było wszechstronniej poobcinać rogi wolnemu „nie- 
pozwalam", niż to, uczynił podkomorzy sandomierski, bez nad- 
werężenia samej istoty jednomyślnego „konsensu". Czemuż autor 
nie poszedł dalej? Dlaczego, przenosząc pełnię władzy na naród 
i odbierając monarsze nawet szafunek wakansów i starostw, ową 
groźną prerogatywę, która głównie w oczach Fredry przeszka- 
dzała zaprowadzeniu majoryzmu, nie zachęcał nas do naślado- 
wania głosowań weneckich? Czy nie chciał prowokować prze- 
sądów, czy sam im ulegał? Raczej pierwsze, niż drugie. W całej 



1) De ordinanda Republica, wyd. Stan. Krzyżanowski, Kraków, 1871, 
księga II i VI, tudzież str. 68 sq., 110 sq, Bartoszewicz, Systemat Karwickiego 
reformy Rzplitej, Dzieła, VII, 324, 340, 365. 



- 393 — 

literaturze politycznej dawnej Rzplitej mało kto rozumował by- 
strzej i głębiej, niż Karwiclti. Jeżeli czego mu zabrakło, to śmia- 
łości. Autor szukał punktów stycznychi z opinią szlachecką, ale 
icłi nie znajdował. Nieliczni senatorowie, którym udzielił swego 
rękopisu, cłiwalili dobre intencye piszącego, zacłięcali go do 
druku, ale żaden nie dotrzymał kroku pocłiodowi jego myśli. 
Jeden napisał nawet z rezygnacyą: „Tak już Rzplita nasza w swem 
ciele politycznem wyczerpana (in suo politico corpore enervata), 
tak siła żywotnego ducha (vitalis spiritus) utraciła, że jak ów 
•człowiek, doprowadzony do ostatnich dreszczów (in expiratione 
ad ultimos angores redactus) na którąkolwiek się stronę prze- 
wrócić i gdziekolwiek przenieść każe, nie odwraca skonu, lecz 
go odwleka (non tollit fata sed momtur), tak i my, jeżeli jeszcze 
nie jesteśmy, prędko będziemy podobno w takim stanie (in eo 
statu), w którym nam już żadne usiłowania (conatus) ani od- 
miany nie pomogą" ^). Żaden z królów, ani chwilowy regnant 
Leszczyński, ani jego tryumfujący pogromca August, nie mógł 
spożytkować republikańskiej recepty. Traktat pozostał w ręko- 
pisie ; była mowa o ogłoszeniu go w roku 1746, ale i wówczas 
nikt się nie odważył zadzierać z dworem w kwestyi zasadniczej. 
To też wpływ Karwickiego ograniczył się do tych wybranych 
umysłów, które, czując, że jest źle, szukały lekarstwa, i szukając, 
natrafiły przypadkiem na jego rękopis ; nikt go zresztą nie zwalczał 
i nikt nie popierał. 

Drugi współczesny pisarz , umiarkowany augustowczyk 
Szczuka, podkanclerzy litewski, widział i przedstawiał czytel- 
nikom „Zaćmienie Polski" (Eciypsis Poloniae). W badaniu przy- 
czyn tego zjawiska zaszedł niedaleko, głównej siły rozkładowej 
nie nazwał po imieniu i nie znajdował innego ratunku poza 
oddaniem starostw na skarb i wznowieniem wojen tureckich -). 
Jan Stanisław Jabłonowski, wojewoda ruski, w „Skrupule bez 
skrupułu", gderząc na różne nałogi drobnoszlacheckie, a oszczę- 
dzając karmazynów, w żadnym kierunku nie sięgał poza ze- 



') List Stan. Morstina, wojew. sandomierskiego, do Karwickiego z dnia 
12 września 1710 r., Dc ordinanda repiiblica, 155. 

2) Przekład polski Fr. Kluczyckicgo, Kraków 1903. Por. też Tarnowski, j. 
w., III, 44. 



— 394 — 

wnętrzne symptomata. Spłodził kalembur: „o veto, veto na złe 
zażywane, kiedyś ty przed sądem Bożym staniesz i odmienisz 
się w łacińskie vae to" (biada to). Dorzucił śmieszną radę, aby 
zrywacz płacił koszta rozbitego zgromadzenia '), 

Najprzedniejsi luminarze tego pokolenia : Szaniawski, biskup 
krakowski, Chomętowski, wojewoda mazowiecki, Denłiof, hetman 
polny litewski, Humiecki, wojewoda podolski, umieli godzinami 
rozprawiać na temat: „jakim sposobem, zostawując każdemu^ 
jak teraz jest, nienaruszoną moc tamowania i rwania sejmów^ 
niezliczonym i niepojętym ojczyzny dać radę nieszczęściom i jak 
potrzebne utrzymyv/ać sejmy"; poczem stukali się w czoło, mówiąc, 
że „jeszcze się taki nie urodził, któryby te dwie rzeczy razen* 
pogodził", i rozchiodzili się bez czynu, bez słowa rozsądnej rady 2). 

Dopiero u schyłku rządów Augusta II, kiedy się zło rozi- 
grało bez miary, dwaj pisarze młodszego pokolenia, którzy nie- 
zaznali tchnienia XVII wieku i nie ugrzęźli w dekadenckim sce- 
ptycyzmie, podnieśli ręce na straszydło z Upity. Jednym był 
autor znanej nam zręcznej broszury p. t. „Wolność polska roz- 
mową Polaka z Francuzem roztrząśniona" (1732), przypuszczal- 
nie ks. Jan Lipski, podkanclerzy koronny^). Jak łatwo zgadnąć,. 
Polak zaczyna ten dyskurs od przechwałki, że niemasz pod słoń- 
cem kraju swobodniejszego, niż jego ojczyzna, pod wpływerrt 
jednak pytań i wywodów swego rozmówcy zmienia zapatrywa- 
nie. Francuz poucza go, że złota wolność kryje w sobie niewolę^ 
i to niekoniecznie złotą, bo nie wszystko jest złotem, co się- 
świeci: wszak tamowanie obrad sprawia patryotycznym posłom 



3) Wyd. Turowskiego, str. 33. 

') Konarski, II, 104. Rozmowa ta musiała si<j toczyć przed r. 1725, ba 
wówczas autor wyjechał zagranicę, a gdy wrócił (1730), Denłiof i Cłiomętowski 
już nie żyli. 

2) Wzmianki o Marcinkiewiczu, który zerwał sejm grodzieński r. 1730 
tudzież o dokonanycli już wyborach na sejm następny pozwalają datę określić 
z całą dokładnością: książka ukazała się we wrześniu r. 1732, a nie .około r. 
1720", jak pisał Rembowski w przedmowie do Głosu Wolnego, Bibl. Ord. Kras., 
XIX, str. XXIII, ani też nie w r. 1730, jak przypuszczał Wierzbowski, który 
przedrukował „Rozmowę" w Bibl. Zapomnianych Poetów i Prozaików Polskich* 
z. 21. Na osobę Lipskiego, jako autora, naprowadzają dwie okoliczności: 1> 
dworskie stanowisko partyjne piszącego, 2) fakt, że Lipskiemu wogóle przypi- 
sywano w tym czasie autorstwo pewnej broszury politycznej. 



- 395 - 

taką samą mękę, jaką Saraceni zadali św. Rajmundowi, kiedy 
mu kłódką gębę zamknęli, żeby nie mógł opowiadać Cłirystusa. 
Na takie dictum Polak przyznaje, że veto nie powinno łamać 
praw i porządku sejmowania, jak również nie powinno dotykać 
wszystkich spraw danego sejmu, ani też zrywać obrad; ca 
więcej, wyraża „w Bogu nadzieję, kiedy już marszałka elekcyi 
przeszłej (1697) per pluralitatem obierano, że i króla na potem 
tym samym kształtem obierać i wszystkie sprawy sejmowe per 
pluralitatem zakończać będą". 

Drugi autor, początkujący wówczas ksiądz Stanisław Ko- 
narski, rzucił w „Rozmowie Ziemianina z Sąsiadem" sporo świa- 
tła na nielegalne początki zrywania sejmów, odmalował w całej 
nagości nierząd i jego skutki, skrytykował będące w obiegu po- 
mysły zaradcze, np. konfederacye i sejmy konne, (inaczej mó- 
wiąc: rokosze); cóż kiedy pozostawił czytelnika bez nauki polity- 
cznej, co robić na przyszłość, jakby dość było na razie przypo- 
mnieć, że „liberum veto nie znosi sejmowania porządku", i że 
żleby to było, żeby wolność i dobry porządek nawzajem {mu- 
tuo) „cierpieć się nie mogły". Tymczasowo nieciłby przynaj- 
mniej pilnowano regulaminu z r. 1690, skoro on właśnie został 
ułożony dla zabieżenia psuciu sejmów przed obiorem marszałka, 
po smutnych wypadkach 1688-9 roku. Nad dalszą przyszłością 
może się miłosierdzie Boskie zmiłuje '). 

Obie „Rozmowy" zwracały się przeciwko opozycyi Potockich, 
którzy, nie chcąc dopuścić do mianowania hetmanem regimenta- 
rza Stanisława Poniatowskiego, zniszczyli ostatnie sejmy Augu- 
sta II ; obie więc miały uboczny cel aktualny, i dlatego nie mogły 
liczyć na dobre przyjęcie w obozie przeciwników dworu i familii. 

W parę lat po Konarskim (1733-7) pisał swój „Głos Wolny" 
król Stanisław Leszczyński. Pierwsi historycy, którzy omawiali 
tę książkę, dali się wprowadzić w błąd datą, umieszczoną na 
karcie tytułowej, 1733, i widzieli w sądach autora wyznanie wiary 
kandydata, aspirującego do korony. Później, odkąd Boye"-) i Rem- 
bowski^) ustalili, że traktat ten wyszedł z druku dopiero w r. 



1) Mrok i Świt, 281, 418. 

■■i) Stanislas Leszczyński et Ic troisicme traiti- de Vienne, 175. 

3) Bibl. Ord. Krasińskich, XIX, str. IX. 



- 396 — 

1749, przestano go tłómaczyć, jako manifest kandydacki, i przy- 
znano piszącemu większą szczerość niż poprzednio. My jednak, 
wiedząc dziś, że Leszczyński ani wówczas, gdy zaczynał pisać 
{1733), ani potem, gdy drukował (1749), nie rozstawał się z my- 
ślą o purpurze polskiej, musimy coś niecoś strącić na karb szu- 
kania popularności. Tem się tłómaczy poniekąd pogląd oświeco- 
nego autora na „źrenicę swobód" szlacheckich. Król Stanisław 
„uchowaj Boże", nie myśli naruszać liberi veto: stanowi ono 
przecież „przywilej wolności naszej, zaszczyt imienia szlachec- 
kiego", a nawet „szczególny sposób w niektórych cyrkumstan- 
cyach salwowania ojczyznę", i jakkolwiek ludzie złej woli często 
go na złe zażywają, dobroczynny filozof mimo to razem ze swoim 
przodkiem Rafałem woli „periculosam libertatem quam guietum 
servitium". Głównie więc zależy tylko na uniemożliwieniu kon- 
tradykćyi szkodliwych. Na sejmikach — usiłuje autor wmó- 
wić życzliwemu czytelnikowi — wybory posłów i tak już odby- 
wają się większością. Żaden protest nie powinien wstrzymywać 
tej czynności. Konsekwentnie rozumując, jeżeli prav/a nasze są 
uchwalane nemine contr adicente, to należałoby je zarówno sta- 
nowić nemine absente. Dopiero przy układaniu instrukcyi głos 
wolny odzyskuje pełną siłę, ale bez działania wstecz. Dezyderaty, 
które nie doznały na sejmiku jednogłośnego poparcia, mogliby 
wyborcy dawać posłom w osobnym memoryalne prywatnym. 
„Sejmik także deputacki, jako jest... na samo obranie deputatów, 
iadna... kontradykcya nie powinnaby mieć miejsca na takowym 
zjeździe.,. : taki sejmik zerwać, jest chcieć nie mieć sprawiedli- 
wości". To samo dotyczy sejmików relacyjnych. Na zgromadze- 
niach stanów niedopuszczalne jest veto przeciwko wszystkim na- 
raz czynnościom, jak również tamowanie obrad, bo też, wertując 
konstytucye wszech czasów, nie znalazł autor ani jednej, upra- 
wniającej takie nadużycie. Dla ulepszenia techniki parlamentar- 
nej obmyślił Leszczyński porządek przedkładania wniosków: naj- 
pierw rozważane będą propozycye króla, potem senatorów i mi- 
nistrów, na końcu — posłów i województw, te ostatnie razem 
spisane przez marszałka poselskiego, (na podobieństwo wspól- 
nego cahier poszczególnych stanów francuskich). Sejm dzieli się 
dla lepszej specyalizacyi na cztery izby ministeryalne (hetmań- 
ską, pieczętarską, marszałkowską i skarbową). Jeżeli w której- 



— 397 — 

kolwiek z nich zabrakło zgody, to dany wniosek pozostaje w za- 
wieszeniu aż do czasu, gdy przyjdzie nań kolej in pleno. Mar- 
szałek poselski w pełnej izbie czyta jedne po drugich artykuły^ 
na które zgodziły się izby ministeryalne; tu znów można opo- 
nować przeciwko poszczególnym punktom, argumentując rzeczowa 
i rozumnie; na upór autor nie znajduje rady, i każdy punkt, spo- 
tykający kontradykcyę, gotów jest usunąć z porządku dziennego^ 
bez żadnej, rzecz prosta, ujmy dla reszty wniesionej ustawy, ani 
tem mniej — dla pozostałych projektów i całego zgromadzenia '). 
Ograniczając tedy fatalne skutki wolnego „niepozwalam", król 
Stanisław, jak trafnie mówi Rembowski, ,, pozostawia je jednak 
w zasadzie, nie przypuszczając, że wszystkie starannie obmyślane 
reformy regulaminu prysnąć mogą, jak bańka mydlana, pod 
wpływem trującego pierwiastku, który pozostawiono w organiz- 
mie sejmowania". Zresztą Leszczyński, podobnie jak Karwicki, 
któremu niejeden zawdzięcza pomysł, chociaż go nie przytacza^ 
nie mógł oddziałać na szeroką opinię, skoro ogłosił „Głos wolny" 
dopiero w roku 1749, kiedy wszelki zaczyn reformatorski znikł 
z sejmów Augusta III, i wszystko się zamąciło w chaosie walk 
osobłsto-stronniczych -). 

Tymczasem, póki Leszczyński zwlekał, zdążyli zabrać głos 
inni pisarze, też niezdecydowani. Lengnich potwierdzał w „Jus 
Publicum Regni Poloniae'' (1742-6) bezpodstawność liberi veto 
w świetle ustaw pisanych ; przy tej sposobności nie cofnął się przed 
delikatnem wyrażeniem zgorszenia, ale czynił to dyskretnie, jak 
przystało na uczonego, jurystę i cudzoziemca, i nic nie zapro- 
ponował na przyszłość. 

Stanisław Poniatowski, wojewoda mazowiecki, cały przejęty 
aktualną sprawą pomnożenia wojska, w wybornym skądinąd 
„Liście Ziemianina do przyjaciela z innego województwa" (1744) 
ledwo mimochodem potrącił refleksyę : „czy nie mógłby przy 
tej okoliczności (t. j. pizy pomnożeniu wojska na sejmie gro- 
dzieńskim t. r.) tak szkodliwy dobru pospolitemu zwyczaj zry- 
wania sejmów, na który wszyscy się powszechnie i słusznie 
skarżymy, i który nakoniec o zgubę przyprowadzi, czy nie mógłby^ 



*) Rozdziały: „Stan rycerski", „Forma consiiiorum" i „Sejm' 
2) Op. cit., LXXV. 



~ 398 — 

Ttiówię, być rozumnie naprawiony?" „Jeżeli niemasz na który 
punkt zgody, czemuż go w reces nie puścić, a insze, które bez 
kontradykcyi, utrzymać?" „Liberum veto, które ja wielce szanuję 
i poważam, w swojej mocy, jak należy, zostanie" — ale rwanie 
obrad, żądanie czegoś „sub discrimine sejmu jest nadużyciem 
i swawolą" '). 

Franciszek Radzewski, wojewoda poznański, piszący pod 
pseudonimem Poklateckiego, roztrząsał wśród innych „obojętnych" 
„Kwestyi politycznych" (1749) takie pytanie (X): „Czyby było 
szkodliwem (praejudiciosum) i z ruiną wolności, gdyby nie go- 
dziło się rwać tych tylko sejmików : deputackiego i relationis 
sejmiku i elekcyalnych" ? Znalazł, jak i we wszystkich swoich 
wątpliwościach, odpowiedź dwojaką, twierdzącą i przeczącą, obie 
napozór jednakowo uzasadnione, a zakończył przestrogą: «gdy- 
byśmy to liberum veto leczyć chcieli, bodajbyśmy go nie okale- 
czyli" -). Sceptycyzm autora należy brać cum grano salis. Znane 
są jego sympatye polityczne, znana jego rola, jako marszałka 
drugiej elekcyi Leszczyńskiego, stwierdzone niezbicie uczestni- 
ctwo w spiskach patryotów z lat 1739-42, ^) które nie były wolne 
od tendencyi detronizatorskiej. Zważywszy to wszystko, można 
śmiało przypuszczać, że „obojętność" wojewody ustąpiłaby miej- 
sca szczerszemu nieco przekonaniu, i zgodniejszemu ze zdrowym 
rozsądkiem, gdyby na tronie zasiadł kto inny zamiast Augusta HI. 

Stefan Garczyński, wojewoda poznański, moralizował w „Ana- 
tomii Rzplitej" (1751): „Kto jest okazyą rwania sejmów, grzeszy 
bardzo ciężkim grzechem, który ledwo może być odpuszczony, 
gdyż grzechu się nie odpuszcza, o ile nie zostaje zwrócone, co 
komu zabrano (non dimittitur peccatum, nisi restituatur ablatum), 
a szkody zadanej ojczyźnie zrywacz nie może powetować" ^). 

Stanisław Rzewuski, czy też właściwie ojciec jego Wacław, 
wojewoda podolski i hetman polny koronny, piszący pod na- 
zwiskiem syna, ogłosił w chwili wybuchu Wojny Siedmioletniej 



1) Kantecki, Stanisław Poniatowski, t. II, str. XCVII. 

2) Por. Starzyński, Konstytucya Trzeciego Maja na tle współczesnego 
ustroju innych państw europejskich, 142. 

3) Dowody przytoczymy w pracy o stosunkach polsko - szwedzkich 
w XVIII wieku. 

4) Por. Starzyński, 142. 



— 399 — 

0756) broszurktj : „Myśli w teraźniejszych okolicznościach Rzpli- 
tej", gdzie wzywał naród do lojalnego wytrwania przy boku króla 
Augusta i szkicował luźne pomysły naprawy rządu ; m. in. oświad- 
czył się za teni, aby od województw i nawet prowincyi żądać 
zgodnego działania na sejmie '). 

Nie takiej marnej, jąkliwej i stłumionej mowy potrzebowało 
ucho polskie, aby zapomnieć echa złotowolnościowych frazesów 
i hałasów. Oględni publicyści cedzili prawdę w aptekarskich 
•dozach, a „głos wolny" szalał i dławił obrady publiczne. Godzina 
sądu wybiła nad nim dopiero wtedy, kiedy Stanisław Konarski 
zdecydował się podać do druku swe epokowe dzieło „O Sku- 
tecznym Rad Sposobie" (1760-3). Uczynił on ten krok po mnó- 
stwie wahań i narad z wpływowymi ludźmi różnych obozów^ 
w cichym zwłaszcza kontakcie z polityką familii Czartoryskich. 
2 tych prz}czyn najistotniejsze części wielkiego dzieła mogą 
słusznie uchodzić nietylko za osobiste credo samego Pijara, ale 
też za wyraz oświeconej opinii kraju. Rok po roku wypuszczał 
w świat Konarski swoje tomy, aż czterokrotnym szturmem zbu- 
rzył w umysłach czytelników twierdzę nierządu. Nasamprzód 
wstrząsnął nimi, przedstawiając okropny stan, do jakiego doszła 
bezradna Rzplita. Potem wynicował wszystkie tumaniące myśl 
reformatorską złudzenia, te różne szlacheckie idola fori, idola 
theatri (jakby powiedział Bacon) : jakoby można było uzdrowić 
sejmy przez nacisk dworski i magnacki, przez puszczanie w reces 
wniosków, na które niema zgody pow^szechnej, przez żądanie, 
aby uzasadniano protesty, przez karanie posłów, przez konfede- 
racye i sejmy konne. W tomie drugim nazwał stan obecny anarchią 
i wskazał jej źródło — w wymaganiu jednomyślności; wyświetlił 
niekonstytucyjność liberi veto, oraz nieprawe jego początki. Może 
zbytnio upraszczał sobie zadanie historyczne, gdy twierdził, że 
niegdyś obowiązywało już prawo większości, zanim fakcye za- 
częły burzyć sejmy, najpierw zbiorowymi protestacyami coraz 
to mniejszej liczby, aż wreszcie manifestami jednostek. Może, 
tłómacząc i objaśniając poszczególne ustawy z XVII wieku, dbał 
więcej o nawrócenie czytelnika, niż o ściśle historyczne ujęcie 



') Por. Starzyński, 146. Autor upewnia w przedmowie, że zaczął pisać tę 

t>roszurkę już w r. 1752. 



— 400 - 

ówczesnego poglądu. Jakkolwiekbądź, nielegalności veto dowo- 
dził dobrze, a politycznej szkodliwości — niezbicie, i z wielką 
mocą przekonania podsunął narodowi jedyną deskę ratunku — 
polegającą na natychmiastowem poddaniu się pod rządy większości. 
W księdze trzeciej, krocząc od sejmu do sejmu, wykazał, it 
nigdy liberum veto nie było użyte dla zbawienia ojczyzny, owszem 
zawsze w sposób zbrodniczy lub niemądry, i zawsze szkodliwie: 
bo też pierwotna jednomyślność zdatna jest może dla aniołów^ 
ale nie dla ludzi. Wprost niewyczerpaną jest obfitość argumentów^ 
wytoczonych przez Konarskiego na poparcie głównej tezy. Ów- 
czesna i dawniejsza publicystyka europejska nie może się po- 
szczycić źadnem dziełem, któreby tak gruntownie rozważyło- 
zagadnienie organizacyi woli zbiorowej w państwie, tyle zebrało- 
faktów i tyle rozwiało zarzutów. Lecz dla polskich sejmikowiczów„ 
i nawet dla osobistych przyjaciół mądrego Pijara z partyi repu- 
blikańskiej, wszystko to byłoby niedość przekonywującem, dopóki- 
by nie podważono starego skrupułu Fredrów i Tarłów: że liberi 
veto nie można skasować przed odebraniem monarsze prawa 
rozdawnictwa urzędów i łask. Więc zatopił się autor w rozważa- 
nie tego starego dylematu : badał siły moralne społeczeństwa, 
czy naprawdę większość Polaków jest zła lub przedajna, i czyżby 
zdrowa opinia nie wytrzymała zamachów korupcyjnych dworu? 
Bezwzględnie zaręczyć, że nigdy tak źle nie będzie, autor nie 
ma odwagi ; przyznaje jednak, że wolna dystrybuta utrzymuje 
naród w podłości, i że powinno się ją skasować w najbliższem 
bezkrólewiu. Ale stąd nie wynika, żeby lepiej było wszelką na- 
prawę odłożyć do śmierci Augusta III, a tymczasem ginąć w nie- 
rządzie. 

Nakoniec w tomie czwartym postawił narodowi przed oczy 
szereg wzorów rządnej i czynnej wolności rzymskiej, genueńskiej^ 
weneckiej, niemieckiej, angielskiej, holenderskiej, szwedzkiej ; dał 
do wyboru przeróżne formy reprezentacyi sejmowej, i sam od 
siebie zaproponował imponujący program przebudowy władzy 
prawodawczej oraz wykonawczej, z przewodnią dyrektywą : plura- 
litas we wszystkich głosowaniach, we wszystkich typach obrad, nad 
wszystkiemi kwestyami. Nie zapomniał i o tej prawdzie, że osta- 
tecznie pewne rzeczy powinny być nietykalne nawet dla większości. 
Ale zamiast osłabiać ogólną pochwałę majoryzmu przez zalecanie 



— 401 — 

większości kwalifikowanych albo jednomyślności, wolał Konarski 
ścigać sądownie wnioskodawców, zmierzających do pogwałcenia 
wolności lub wiary. Dzisiaj taka recepta wywołałaby zdumienie; 
nikt w Xix wieku, o ile wiadomo, nie proponował takiej sankcyi 
karnej przeciwko ludziom, nadużywającym majoryzacyi. Wówczas 
atoli, w r. 1763, chodziło o wpojenie tego dogmatu, że poza 
regułą większości niema zbawienia, że jest ona jedynie możliwą, 
nawskroś naturalną i nieuniknioną, podobnie jak w XVII stuleciu 
za nieuniknioną i bezwzględną uchodziła zasada wolnego „kon- 
sensu". Większość kwalifikowaną uznał Konarski za kompetentną 
jedynie w senacie, gdy chodzi o poprawienie albo odrzucenie 
w drugiem czytaniu uchwały izby poselskiej : wówczas potrzeba 
aż ^/lo głosów senatorskich, aby zawiesić wykonanie woli więk- 
szości wybrańców narodu ^). 

Nigdy ani teorya polska, ani praktyka nie przewyższyły 
i nie mogły przewyższyć radykalizmu, z jakim Konarski „nie 
pozwalał" na stare metody „niepozwalania". Skok był, jak na ów- 
czesne przekonania, zbyt nagły. Nieśmiałe duchy zatrzymywały 
się przed nim i cofały. Z różnych kątów przemówiła rcakcya. 
Na czoło konserwatystów wybił się znany nam Wacław Rze- 
wuski. Ten w paru broszurach -) próbował zredukować napowrót 
veto do idei jednomyślności, i tak zredukowane utrzymać w całej 
pełni, dopuszczając jedynie obiór marszałka większością. Za je- 
dyną obronę sejmu przed zerwaniem miała służyć obowiązkowa 
przysięga kontradycenta, iż działa on w dobrej wierze. Józef 
Jędrzej Załuski, lubo przyjaciel osobisty Konarskiego i współwy- 
dawca Woluminów Legum, chwilami tylko z oporem skłaniał się 
ku uznaniu większości -U głosów za wystarczającą, kiedyindziej 
„miałby za obranego z rozumu i z serca patryotycznego", ktoby 
poglądy Rzewuskiego zganił; obmyślał więc już tylko sposób 
utrudniania złej intrygi przez wylosowanie osób, powołanych do 
wetowania i przez odmowę rozgrzeszenia krzywoprzysiężcom ^). 



') Ob. nasze studya : Stanisław Konarski, jako reformator polityczny, oraz 
System konstytucyjny Konarskiego, w zbiorze: Mrok i Świt, 273-319 i 320-367. 

-) Myśli o niezawodncm utrzymaniu sejmów i liberi vcto z projektami 
na konwokacyą. Myśli o mądrych uwagach, naganiających niezawodny sposób 
utrzymania sejmów i liberi veto (1764). 

3) Projekt a projiciendo przydatku pewnego senatora prawie ostatniego 

26 



- 402 — 

Jan Jabłonowski, wojewoda bracławski, poprzestaje na regulami- 
nie z r. 1690-9, pod warunkiem nieważności kontradykcyi na 
obiorze marszałka, tudzież przed połączeniem izb : niechaj veto 
będzie ważne dopiero w obliczu trzech stanów, „to już i plurali- 
tatem to prawo zniesie. Jeżeli zaś przeważy upór nad dobra pu- 
blicznego interes, na to sposobu innego niemasz, tylko cud od 
Pana Boga" '). Szczepan Sienicki, burgrabia różański, obszernie 
a niepraktycznie rozpisywał się o oddaniu decyzyi na sejmacli 
„obojętnym" „indyferentom", t. j. ludziom, nie oświadczającym się 
w pierwszej chwili ani za, ani przeciw-). Ktoś inny przekształcał 
sejm i elekcyę w ten sposób, że wszystkie sprawy odsyłał do 
sejmików, każąc każdemu obywatelowi osobiście nad niemi gło- 
sować, i formując decyzyę z większości takich stutysięcznych 
głosów ^). 

Do najciekawszych odgłosów myśli Konarskiego należą te, 
które dzieło jego wywołało w późniejszych nieco projektach Ka- 
zimierza Granowskłego, wojewody rawskiego. Senator ten, inteli- 
gentny wychowanek partyi republikańskiej, obmyślał podczas 
konfederacyi Radomskiej różne ulepszenia obrad na elekcyi, kon- 
wokacyi, na sejmach, sejmikach i radach senatu. Elekcyę radził 
odbywać nie viritim, lecz przez posły w potrójnym komplecie; 
konwokacyę, narówni z innymi sejmami, bez węzła konfederacyi; 
sejmikom zalecał naśladowanie tych ziem, które skasowały u siebie 
jednomyślność. Wszystkie uchwały chciałby Granowski przepro- 
wadzać „unanimitate vel pluralitate" , to znaczy, w miarę mo- 
żności jednomyślnie, a w miarę potrzeby — większością. Piszą- 
cemu jednak żal się zrobiło starych obyczajów, i jak zaczął spi- 
sywać wyjątki z pod reguły ogólnej, to naliczył bez mała czter- 



w Warszawie do Myśli arcygodnego senatora najpierwszego wojewody (Rze- 
wuskiego) drukowanych we Lwowie, w Ms. 2Vi, Bibl. Uniw. Warsz. — Ki- 
sielewski, Reforma książąt Czartoryskich na sejmie konwokacyjnym r. 1764, 
259, stwierdza, że projekt taki był omawiany w izbie 4 czerwca ; autor zresztą 
Źle go zrozumiał, bo asesorowie ze złotemi gałkami sami mają głosować, a nie 
liczyć glosy. 

') Projekt do utrzymania obrad sejmowych, Ms. Bibl. Uniw. Warsz. 2' i 
-j Sposób nowo obmyślony konkludowania obrad publicznych, 3 t. 
•^) Projekt anonymi quoad pluralitatem, Ms. Bibl. Uniw. Warsz. 2' i. 



— 403 — 

dzieści i cztery kategorye, pod decyzyę większości głosów na 
sejmacii nigdy nie podpadające; w tej liczbie figurują: równo- 
uprawnienie dysydentów i dyzonitów, zaprowadzenie dziedzicznej 
monarchii, uwolnienie króla od zaprzysiężenia paktów konwentów, 
pomnożenie gwardyi królewskiej, zmiany w ustroju sądownictwa, 
uwolnienie włościan, wypowiadanie wojny zaczepnej, zawieranie 
traktatów, wszelkiego rodzaju wnioski na korzyść rodziny panu- 
jącej, wreszcie odmiana ustaw, aktualnie uprojektowanych przez 
samego Granowskiego '). 

Nie brakło pewnie i innycłi kontrprojektów, świadczącycti 
o tern, jaki ferment powstał w głowacłi szlacheckicli po ukazaniu 
się czterech ksiąg Konarskiego. Jak na mnogość ówczesnych starć 
przekonaniowych, liczba pism polemicznych, wymierzonych prze- 
ciwko nowatorowi, nie była zbyt wielka. Ale od czytelników piszą- 
cych groźniejszy był dla księdza pomruk niepiszących „nieczy- 
telników", co zamiast rozumować, darli na strzępy rewolucyjną 
książkę. W teoryi autor i jego stronnicy, popularyzatorzy, n. p. 
Cezar Pyrrhis de Yarille -) i Kazimierz Wołłowicz ^), odnosili 
niezaprzeczone zwycięstwa. Tuziny pism pochwalnych od przed- 
stawicieli różnych kierunków i partyi utworzyły na skroniach 
Konarskiego istny wieniec laurowy. W życiu na razie sprawa 
wyglądała gorzej. Wielu z tych, co chwalili nową ideę, albo 
kłamali swemu przekonaniu, albo mieli czynami zadać kłam 
swym słowom. Czuł to dobrze reformator, i dlatego próbował 
wdać się w kompromisy. Podał m. i. osobliwy sposób „pogo- 
dzenia" liberi veto z zasadą większości : po formalnem przegło- 
sowaniu uparty oponent wytacza jakby proces większości, uza- 
sadnia swoje powództwo na piśmie, przeciwnicy także replikują 
piórem, poczem izba przeistacza się w trybunał i rozstrzyga — 
po trybunalsku. Oponentowi wolno jednak i dalej apelować do 



') Projekt do ustanowienia rządu w czasie bezkrólewia. Ms. Bibl. Ord. 
Kras. Zamierzamy plan Granowskiego szerzej omówić gdzieindziej. 

2) O poglądach Pyrrhisa pisali Wl. Smoleński, Pisma historyczne, I, 
347-68, i Szyjkowski, Myśl Jana Jakóba Rousseau w Polsce, 50 sq. 

•*) List ciekawy przeciw autorowi książki o utrzymywaniu się sejmów 
7. responsem tak na ten list, jako na przyszłą książkę, która w nim jest obie- 
cana. — Por. Mrok i Świt, 313. 

26^ 



— 404 — 

senatu, który po wysłuchaniu rzeczników obu stron może więk- 
szością czterech piątych głosów przytomnych skasować „ wyrok "^ 
izby poselskiej. A jeżeli kogo taki sztuczny manewr nie zada- 
wala], to Konarski miał dla niego w ostateczności przygotowane 
inne ustępstwo: pozwalał wyjąć z pod rządów większości aukcyę 
wojska ponad pewną, już podwyższoną normę, wypowiedzenie 
wojny, wnioski na korzyść dworu lub dynastyi, jak niemniej 
propozycye, szkodliwe dla religii lub dla Kościoła '), Koncesye 
te były obliczone głównie na uspokojenie Rosyi i Prus. Wywarły 
one pewien wpływ tylko na Granowskiego. 

Na dalszą metę tryumf idei „Skutecznego rad sposobu" 
był zupełny. Veto stało się moralną niemożliwością. Od roku 
1762 nikt go nie użył, przynajmniej nikt nie zastosował go- 
z powodzeniem w pierwotnym jego sensie. Nie znaczy to jed- 
nak, aby wszyscy zwolennicy i uczniowie Konarskiego równie 
mocno przejęli się zasadą majoryzmu, jak on sam. Z piszących 
statystów wymienić umiemy w tym rzędzie tylko Pyrrhisa de 
Varille, Adama Krasińskiego-) i Józefa Wybickiego ^). Że ci dwaj 
ostatni, jeden w r. 1773, a drugi w 1775, uderzali jeszcze z roz- 
machem v/ „wolne niepozwalam" — to jasny dowód, że było 
w co bić. Co szczególniejsza, za Konarskim pozostali w tyle na-^ 
wet pisarze cudzoziemscy, po których najmniej się tego należało 
spodziewać. 

Jan Jakób Rousseau, fanatyczny głosiciel prawa, jako aktu 
woli powszechnej, on, który twierdził, że mniejszość sama winna 
uznać swój błąd, i przyłączyć się do ujawnionej w głosowaniu, 
woli zbiorowej, zmiękł i pokłonił się polskim tradycyom, kiedy 
go konfederaci barscy zapytali o radę co do przyszłego ustroju 
Rzplitej. Samo przez się liberum veto okazuje się w jego oczach, 
prawem niezupełnie wadliwem, „Samo przez się", to ma zna- 
czyć: w sensie jednomyślności, bez rwania obrad, bo w tej póź- 



1) Projekt do konstytucyi, sposób concludendorum consiliorum podający,. 
w Ms. 2'/i Bibl. Uniw. Warsz. 

2) Biskupa Adama Krasińskiego traktat o naprawie Rzplitej. Przegląd-. 
Narodowy, Xl il913), 507-9. Opozycya jednego ma dotyczyć nadal tylko zmiany 
praw kardynalnych, a temi będą; Rex catholicus, bellum offensivum, libertas et. 
independentia, avulsio provinciariim. 

3) Myśli polityczne o wolności cywilnej, 108, 123. 



- 405 — 

niejszej postaci jest ono absurdem. Przy dość wysokim poziomie 
moralnym społeczeństwa możnaby zachować veto, byle je sto- 
sowano do kwestyi naprawdę zasadniczych, a nie na każdym 
kroku. Dopiero kiedy protest jednostki przekracza należne gra- 
nice, staje się on najgroźniejszem z nadużyć: niegdyś był on gwa- 
rancyą wolności, teraz jest tylko narzędziem ucisku. Za dobre 
użycie veto osobny sąd, złożony z najmędrszych i najdostojniej- 
szych rodaków powinien posła nagradzać, za złe — karać na 
gardle, podobnie, jak chciał Rzewuski, — bo tak doniosły czyn 
nie może zostać bez przykrych albo przyjemnych następstw dla 
sprawcy '). 

Ksiądz Mably, wielbiciel konstytucyi szwedzkiej, przyznaje, 
że kapryśne liberum veto paraliżuje władzę prawodawczą i ściąga 
wszelakie zło na Polskę; widząc jednak, że Polacy, t. j. właści- 
wie ci konfederaci, z którymi się stykał w Paryżu, nie dorcśli 
do rządów większości, powiada do nich, jak Solon: „Jeżeli przy- 
noszę wam niedoskonałe prawa, Ateńczycy, to wasza jedynie 
wina, iż nie jesteście jeszcze zdolni znieść praw doskonalszych". 
Poczem cofa się daleko, aż na stanowisko Karwickiego i Le- 
szczyńskiego, gdyż żąda, aby veto wygłaszali wszyscy posłowie 
województwa, i to tylko przeciw jednej materyi, bez obalania 
uchwał już powziętych, oraz tamowania lub zrywania czynności 
sejmu. Podobnie na sejmikach radzi przyznać prawo sprzeciwu 
tylko całym „komitetom", a nie jednostkom^). 

Odrębne i nawskroś oryginalne stanowisko zajął wobec pol- 
skiego parlamentaryzmu trzeci doradca Barzan, Mercier de La 
Riviere^), ekonomista ze szkoły fizyokratów. Godząc się z fak- 
tem, że Polacy nie przekazali władzy zwierzchniczej królom, pró- 
buje on dać pełny wyraz samowładztwu narodowemu, kombinu- 



1) Considćrations sur Ic goiivcrncment dc Pologne et sa reformę projetće 
fl771', I wyd. r. 1781, rozdział VII. Nasz artykuł: Jan Jakób Rousseau doradcą 
Polaków, Thcmis polska, poczet nowy, I, 2. Szyjkowski, j. w. G9 sq. 

^) Du gouvernement et des lois dc la Pologne. Por. Starzyński, 149-50. 

') L'intćret commun des Polonais ou Mćmoire sur les moyens dc paci- 
ficr pour toujours les troubles actucis de la Pologne, etc. — pismo, ułożone 
w początkacłi roku 1772 dla Ignacego Massalskiego, biskupa wileńskiego, wów- 
czas uczestnika Konlcdcracyi Barskiej. (Ms. Archives Nationalcs w Paryżu, 
K 1317). 



— 406 — 

jąc rządy większości z instrukcyą nakazczą. Dotychczasowe in- 
strukcye były niedość ścisłe; dzięki uctiylaniu się posłów od ich 
litery powstało liberum veto. W przyszłości każdy poseł powi- 
nien głosować ściśle według woli wyborców. Z góry jednak po- 
winno być przewidzianem, że dla osiągnięcia zbiorowej uchwały 
wolno mu będzie przyłączać się do tych wniosków, (równier 
opartych na instrukcyach), które mają więcej zwolenników, a które 
najłatwiej dadzą się pogodzić z życzeniami jego wyborców. W ten 
sposób najmniejsze odłamy automatycznie wsiąkać będą w wię- 
ksze, aż między dwoma największymi rozstrzygnie prosta prze- 
waga liczebna. W razie równości głosów, decyzya przechodzi 
w ręce komisyi 9 rozjemców, po 3 posłów z każdej prowincyi,^ 
albo też dwie prowincye narzucają swą wolę trzeciej, albo wresz- 
cie przeważa szalę król. Na elekcyi zaprowadzi się głosowanie 
dwustopniowe: najpierw sejmiki obierają kandydatów, potem 
rozbite głosy doliczy się do odłamów większych, rozstrzygnie 
większość sejmików. Przy równości głosów postępowanie bę- 
dzie analogiczne, jak na sejmie. Wyborcy, wysłuchawszy sprawo- 
zdań posłów, udzielają im absolutoryum albo nagany, i komuni- 
kują swój werdykt następnemu sejmowi. — Rzecz znamienna, iż 
La Riviere, który pierwotnie ganił rządy większości, jako nie- 
dość sprawiedliwe i przedmiotowe w porównaniu z rządami mo- 
narchy, uznał je przecież za rzecz słuszną i dobra, odkiedy ze- 
tknął się z polskim republikanizmem i poszukał dlań prawidło- 
wego wyrazu. Bądź co bądź, nawet on nie zbliżył się do ducha 
nowoczesnego parlamentaryzmu tak bardzo, jak Konarski. 

Skoro tak zaś uczyli europejscy nauczyciele, to inspirator i uczeń 
Rousseau'a oraz Mably'ego, Michał Wielhorski '), kuchmistrz li- 
tewski, nie potrzebował się wstydzić, jeżeli nie wszystkie zwalczył 
w sobie przesądy. Jako zaciekły republikant i wróg Czartory- 
skich, zignorował on zupełnie Konarskiego, i sięgał wśród cu- 
dzoziemskich powag prosto do Locke'a, ale nie po to, by przy- 
jąć jego pogląd na umowne źródło i sankcyę prawa większości. 
Whigowskie idee Locke'a przydały mu się do zwalczania preroga- 
tywy monarszej, co się zaś tyczy głosowań, to myśliciel konfede- 



') O przywróceniu dawnego rządu według pierwiastkowych R/pIitej ustaw, 
rozdział III, V i VII. 



— 407 — 

racki chętnie aprobuje ograniczenie veto do protestu całego woje- 
wództwa, chociaż osobiście gotówby przyjąć na sejmie rządy 
większości kwalifikowanej -k głosów, a na sejmikach majoryzm 
absolutny. 

Zdawałoby się, że publicyści Wielkiego Sejmu, twórcy ide- 
owi Ustawy 3 Maja, podpiszą się oburącz pod radą Konarskiego. 
Tu jednak pierwszą walną niespodziankę sprawia nam śmiały ra- 
dykał, Kołłątaj. Nie dlatego, by pisarz ten tkwił jeszcze nogami 
w grzęzawisku poglądów staroszlacheckich: za mądry on na to 
i zbyt uczony. Jeżeli lęka się bezwzględnej majoryzacyi, to głó- 
wnie pod vrażeniem despotyzmu niedawnych konfederacyi, Ra- 
domskiej i Warszawskiej (Ponińskiego); może też ulega zarazem 
pewnym wpływom literatury zachodniej, mianowicie tych auto- 
rów, którzy do odmiany praw fundamentalnych uważali za niezbę- 
dną jednomyślność. Dlatego to w „Listach Anonima do St. Mała- 
chowskiego" (1788-9) przyjmuje on powagę większości absolutnej 
tylko w materyach „najwyższego dozoru i rozkazu". Natomiast do 
prawodawstwa cywilnego chce przewagi -^/a głosów, i to pod wa- 
runkiem, że większość (ponad '/z) instrukcyi pozwoli na tra- 
ktowanie danego wniosku w sejmie. Gdy chodzi o zmianę prawa 
państwowego, ułamki te podnoszą się do -/a instrukcyi w gloso- 
waniu uprzedniem, i ^/4 głosów przy decyzyi merytorycznej. Wre- 
szcie t. zw. ustawy kardynalne warunkowe, płynące z pierwotnego 
układu, nie mogą uledz zmianie bez jednostajnego zezwolenia 
sejmujących stanów, a kardynalne naturalne nietylko są niezmienne, 
ale powinno się je czcić narówni z przykazaniem Boskiem, i na 
wspomnienie ich obywatel na sejmiku, a poseł na sejmie, wi- 
nien podnieść się z miejsca i głowy nachylić. Nie koniec na tern. 
Wspomniane prawa kardynalne warunkowe wówczas tylko mogą 
się stać przedmiotem obrad, kiedy za otwarciem dyskusyi oświad- 
czą się instrukcye wszystkich województw '). 

Równie daleko zaszedł Kołłątaj w swych zastrzeżeniach prze- 
ciwko majoryzacyi na kartach „Prawa Politycznego" (1790). Różnica 
między jego nowymi postulatami a dawniejszymi polega na tem, 
że autor jak najmocniej przywiązuje się do instrukcyi i z nich 
konstruuje wszelkie akty prawodawcze. Jeżeli Karwickicgo można 

1) Tom III, str. 225 sq. 



- 408 - 

posądzić, iż chciał przez żądanie jednomyślności w uchwalaniu 
instrukcyi osłabić ich nacisk na reprezentacyę stanową , to Kołłą- 
taj napewno stara się ułatwić uchwalanie mandatów i zadawala - 
się zgodą absolutnej większości sejmujących, aby ów nacisk zwię- 
kszyć. O samej zasadzie majoryzmu, której tak gorliwie bronił 
Konarski, autor „Prawa Politycznego" pisze: „PLuralitas niczem 
nieograniczona, pLuralitas bez podziału, bez pewnych hamulców 
w konstytucyi rządowej, niczem nie jest, tylko przemocą większej 
liczby nad mniejszą, dogadza możnowładztwu lub zagranicznej 
sile, uciska słabszego i albo bywa dziełem rokoszu, albo pobudką 
do tegoż" '). Owóż podział władzy prawodawczej powinien na- 
stąpić na dwie izby, a hamulcem będzie odmowa sankcyi kró- 
lewskiej. Niema tu już mowy o dopuszczeniu dyskusyi nad pro- 
jektem taką czy inną większością instrukcyi, tylko same instruk- 
cye odrazu stanowią o istocie sprawy, mianowicie w prawodaw- 
stwie cy Wilnem rozstrzyga połowa + 1, w materyach państwowych 
i tych, które dotyczą praw któregokolwiek stanu. ^A, co do po- 
datków — -Iz, co do praw kardynalnych umownych — jednomyśl- 
ność nietylko instrukcyi, ale i szlachty, która je układała, a prawo 
naturalne po dawnemu uznane za niezmienne, i „którebykolwiek 
województwo przeciwko rzeczonym prawom kardynalnym instruk- 
cyą podało, posłowie jego... od władzy prawodawczej na cały 
sejmu przeciąg oddalonemi być powinni"^). 

Autor „Uwag nad życiem Jana Zamoyskiego" zaczyna swe wy- 
wody od formuł, przypominających łielvetiusa, Holbacha i Rous- 
seau'a : „Szczęśliwość większej części obywatelów jest dobrem pu- 
blicznem. Wola większej połowy narodu jest wolą powszechną". 
„Słabszy mocniejszemu podlega". Dalej zatrąca Locke'm, że czło- 
wiek tylko dla zdobycia bezpieczeństwa i wolności cywilnej oddał 
wszelką swoją własność osobistą do rozporządzenia woli po- 
wszechnej. Głupstwem nazywa Staszic „to wolne nie pozwalam, 
które jedynego wyrównywa milionom", lecz zaraz, jednym tchem, 
doprasza się o kompromis: „Niechaj na sejmie nieustannym dwie 
części głosów przeciwko trzeciej prawa stanowią", przytem mają 
to być głosy nie posłów, lecz województw, obdarzonych 1,2 lub 



1) Str. XXXI-II. 

2) Str. 38-9. 



— 409 - 

3 kreskami, zależnie od sumy opłacanego podatku (myśl Karwi- 
ckiego)'). „Przestroga dla Polski" (1790) stara się zapełnić lukę 
między tamtemi przesłankami a wnioskiem: „Najpierwszym zna- 
kiem woli powszechnej jest jednomyślność. Drugim znakiem woli 
powszechnej jest zgoda -/a części narodu. Prosta większość może 
być czasem zawodnym znakiem woli powszechnej". Dlatego do 
reformy praw fundamentalnych wymaga autor zgody -,:! , a nieco 
dalej nawet ^'a instrukcyi, do wszelkich zaś innych uchwał zwy- 
kłej większości. Bądź co bądź Staszic, jak widzimy, znacznie 
śmielej traktuje ten przedmiot, niż Kołłątaj -). 

Inni są jeszcze powściągliwsi. Stanisław Potocki (brat Igna- 
cego) w „Myślach o ogólnej poprawie rządu krajowego" (1790) co 
do materyi państwowych stoi na stanowisku repninowskiem, żąda 
bowiem jednomyślności ; większość odsyła do spraw skarbowych ; 
podobne wymaganie (jednomyślności) stosuje do zawiązania sejmu 
w konfederacyę ^). Jeżeli tak patrzał na rzeczy wybitny postępo- 
wiec, to możnaż